Dzieje głupoty w Polsce Pamflety dziejopisarskie

Aleksander Bocheński

Tylko dla tych, którzy mają ambicję lub okazję myślą lub czynem wpływać na losy zbiorowiska naszego, pisał autor.

Spis treści
Przedmowa .............................................................................................................................................. 4 Koniunktury geopolityczne w dziejach upadku Polski............................................................................. 5 Skałkowski ............................................................................................................................................. 14 Górka ..................................................................................................................................................... 17 Zakrzewski i Balzer................................................................................................................................. 23 Balzerowskie kryterium żywotności .................................................................................................. 34 Problem przyczynowości w historii ................................................................................................... 36 Przyborowski ......................................................................................................................................... 43 Chołoniewski ......................................................................................................................................... 53 Dygresja o Arturze Górskim............................................................................................................... 57 Chołoniewskiego ciąg dalszy ............................................................................................................. 59 I Konopczyński ................................................................................................................................... 66 II Konopczyński – Giertych................................................................................................................. 69 III Właściwe miejsce mitów historycznych ........................................................................................ 73 IV Problem elekcji z 1733 roku Tadeusz Wojciechowski ................................................................... 76 V......................................................................................................................................................... 79 Polityka Stanisława Augusta w świetle jego pamiętników.................................................................... 81 Lelewel................................................................................................................................................... 88 Henryk Schmitt ...................................................................................................................................... 96 Szujski .................................................................................................................................................. 104

Kalinka ................................................................................................................................................. 108 Sejm Czteroletni Kalinka, Smoleński, Askenazy .................................................................................. 120 Sejm Czteroletni Kalinka, Askenazy, Dembiński .................................................................................. 128 I. Sojusz moskiewski ........................................................................................................................ 130 Askenazego dyskusja sojuszu moskiewskiego ............................................................................. 132 Dyskusja argumentów Askenazego ............................................................................................. 137 Groźby Potiomkinowskie ............................................................................................................. 140 Rekapitulacja polskiej polityki 1788 roku .................................................................................... 141 II. Sojusz pruski ................................................................................................................................ 143 Pierwsza faza polityki pruskiej ..................................................................................................... 143 Druga faza polityki pruskiej ......................................................................................................... 149 Tokarz .................................................................................................................................................. 155 Kapitulacja przed Targowicą............................................................................................................ 155 Problem ambicji narodowej ............................................................................................................ 159 Definicja głupoty.............................................................................................................................. 162 Stosunek sił polsko-rosyjskich w 1792 roku .................................................................................... 166 Alternatywa ks. Adama Czartoryskiego ........................................................................................... 167 Sobieski................................................................................................................................................ 168 Ks. Adam Czartoryski 1796-1815 ......................................................................................................... 173 Karol Boromeusz Hoffmann ................................................................................................................ 192 Margrabia Wielopolski ........................................................................................................................ 205 O intencjach Wielopolskiego ........................................................................................................... 207 Polityka polska a odrodzenie 1918 roku ......................................................................................... 208 Bismarck wobec sprawy polskiej ..................................................................................................... 210 Czy polityka eksterminacji była koniecznością? .............................................................................. 212 O pozytywnym znaczeniu ofiar ....................................................................................................... 214 O sile patriotyzmu ........................................................................................................................... 214 Czy dyskutować realizm Wielopolskiego? ....................................................................................... 215 Analiza polityki romantycznej ......................................................................................................... 216 Czy będziemy zawsze romantykami? .............................................................................................. 218 Zakończenie ..................................................................................................................................... 219

Przedmowa
Książka niniejsza zawiera kilka pamfletów, poświęconych naszym historykom. Napisałem ją podczas okupacji, gdy stwierdziłem w rozmowach z przywódcami naszego społeczeństwa, że - po pierwsze mają oni dość mylne pojęcie o naszej przeszłości, a po drugie - znajdują bez trudu historyków, na których mogą się powołać dla poparcia swego zdania. Pojęcia te wypowiadali na uzasadnienie swoich bieżących decyzji. Stąd namacalnie niejako przekonałem się, że dziejopisarstwo wywiera duży wpływ na losy naszego zbiorowiska i że wpływ ten może być zły albo dobry, zależnie od tego, czy dziejopisarstwo przedstawia przeszłość prawdziwie, czy fałszywie. Moi znajomi, którzy czytali te pamflety w rękopisie, postawili mi parę zarzutów. Chciałbym się z nich usprawiedliwić choć częściowo. Najczęściej zarzucano mi zły układ, rozwlekłość i powtarzanie się zasady ogólnej. Zarzut ten uważam za słuszny. Pamflety moje - to zbiór artykułów, z których każdy stanowi całość dla siebie. Stąd nieuniknione powtórzenia, których usunięcie wymagałoby przepisania i przerobienia kompletnego całości. Jeden z uczonych profesorów historii zarzucił mi, że oprócz paru oryginalnych myśli „Dzieje głupoty” zawierają same truizmy. Niestety! Mam poważne powody do obawy, że to, co uczony nazwał oryginalnymi myślami, zostanie powszechnie, choć milcząco przyjęte, to zaś, co uważa on za truizm, wywoła burzę, hałas i potępienie. Innym zarzutem jest jednostronność i brak szerszego omówienia dobrych stron tej działalności, którą zwalczam. Rzeczywiście pamflety moje są jednostronne, ale czyż tego nie wymagała jednostronność, tylko w stronę przeciwną od mojej, naszej opinii publicznej i historycznej? Zarzutem, który sobie sam stawiam, jest ubóstwo materiału. Obniża on jednak tylko rodzaj literacki utworów, które wskutek tego nie mogą sobie rościć pretensji do syntezy naukowej. Nie przypuszczam, żeby przeczytanie drugich tylu tomów mogło zmienić w czymkolwiek zasadnicze tezy tej pracy. Wreszcie winien jestem więcej miejsca poświęcić zarzutowi, który na pewno powstanie obecnie, jakobym przeoczył społeczny aspekt okresu, który omawiam. Rzeczywiście aspekt ten pominąłem, nie zaś przeoczyłem, a zrobiłem to dlatego, żeby wyraźniej nacisk położyć na politykę zagraniczną. Polityka zagraniczna - oto pierwszy truizm, który rzucam - jest niczym innym jak sposobem postępowania pewnego zbiorowiska wobec zbiorowisk innych. Być może, iż z biegiem czasu odrębności i granice międzyzbiorowiskowe czy międzynarodowe rozluźnią się lub przestaną istnieć. Do tej chwili fenomen ten nie zaistniał. Wobec tego można i trzeba badać stosunki międzyzbiorowiskowe, motory, które postępowaniami jednych zbiorowisk wobec drugich kierują, metody, którymi postępowania te mogą się wyrażać. I tu jest rzeczą oczywistą, że ustroje społeczne poszczególnych zbiorowisk nie wystarczą, by odmienić zasadnicze motory postępowania, ani też nie zmienią zasadniczych postępowania metod. Motorem, tak długo póki zbiorowisko będzie istnieć, będzie zawsze chęć zapewnienia ludom, które zbiorowisko obejmują, pokoju i dobrobytu. Metodą postępowania będzie zawsze walka albo negocjacje. Rola ustroju polega na wychowaniu człowieka, na wydobyciu ze zbiorowiska większej siły lub też zapewnieniu mu większego dobrobytu. Jednakże ustrój zapewnić je może jedynie środkami działającymi na wewnątrz zbiorowiska. Z chwilą gdy siłom lub dobrobytowi ludu grozić będzie niebezpieczeństwo z zewnątrz, zbiorowisko zagrożone będzie

musiało, bez względu na ustrój, w jakim się znajduje, posłużyć się walką albo negocjacją. Dlatego sądzę, że obiektywne badanie mechanizmów polityki zagranicznej może być korzystne dla naszego narodu, bez względu na to, jakie są przekonania społeczne jego obywateli i jego przywódców. Styl książki jest ciężki. Tym lepiej. Ci, dla których jest pisana, dadzą sobie ze stylem radę. A przejęcie się jej hasłami dla ludzi, którzy nie są obdarzeni zdolnościami politycznymi, spowodować może więcej szkody niż pożytku.

Koniunktury geopolityczne w dziejach upadku Polski
Praca niniejsza powinna być ogólnym rzutem oka na rolę koniunktur międzynarodowych w dziejach naszego upadku - i w dziejach naszych klęsk. Winy względnie zasługi naszego narodu i jego przywódców badać będziemy dalej dopiero, przymierzając je ściśle do tła położenia geopolitycznego. Powinno to pomóc do oderwania kryteriów, według których sądzą historycy działania ludzkie, od pewnych zasad abstrakcyjnych i przystosowania ich ściśle do warunków, w jakich odbywały się te działania. Od imperium światowego do zupełnego wyniszczenia fizycznego wiele jest piór na wachlarzu, na którym przebiegać mogą tysiąclecia dziejów danych zbiorowisk narodowych. Pierwszym obowiązkiem polityka jest orientować się dobrze, na którym piórze znajduje się zbiorowisko, któremu przewodzi, i na które ma zamiar awansować względnie się cofnąć. Ale też historyk nie może opisywać działań przywódców narodowych, nie orientując się z całą dokładnością w położeniu piór poszczególnych i możliwościach, jakie stały przed jego bohaterami. Syntetyczny rzut oka na położenie Polski w zmiennych koniunkturach geopolitycznych prowadzi nas od razu w atmosferę kryteriów, które całemu zbiorowi artykułów mają przyświecać. I. Na sile sąsiadów i stosunku sił własnych do sił sąsiadów opiera się w całości nasza teoria koniunktur geopolitycznych, w której szukamy przyczyn upadku Polski. Zamiast więc badania winy własnej i cudzej, będziemy analizować wzrost względnie upadek sił cudzych, czy też upadek sił własnych. Jak wiemy, Polska w XVIII wieku miała do czynienia z jednym i drugim fenomenem. Jednakże siły sąsiadów nie były tak duże w stosunku do naszych, potencjalnych, żeby upadek taki, jaki nastąpił, miał być nieunikniony. Dzieje wykazują nam wypadki walk zupełnie beznadziejnych z powodu ogromu agresora i braku sprzymierzeńców. Tu nawet trzej agresorzy razem nie mieli aż tak wielkiej przewagi, a fakt, że było ich trzech, dawał dodatkowe bardzo duże możliwości rozbicia koalicji. Te zastrzeżenia zmniejszają przyczyny, niezależnie od naszego wysiłku, do minimum. Dodajmy parę uwag o roli państwowości w rzędzie kryteriów. Przez jakiś czas modna była w publicystyce dyskusja: „naród” czy „państwo”? Na pytanie to odpowiadamy bez wahania - naród. Celem polityki i wszelkich działań narodu i jego przywódców jest możliwie najlepsze miejsce w hierarchii narodów. Państwo w pewnych określonych epokach - taką epokę przeżywaliśmy stanowi najdoskonalszą i jedyną formę życia i rozwoju narodowego i dlatego obecnie wszystkie wysiłki są kierowane ku zdobyciu, utrzymaniu czy wzmocnieniu swojej państwowości. Można jednak doskonale sobie wyobrazić epoki inne, w których znaczenie posiadania własnej więzi państwowości jest nieistotne dla stanowiska w hierarchii międzynarodowej. Bywa również, że dla zdobycia

własnego państwa narody ryzykują i ponoszą poważne straty w swoim stanowisku pośród innych narodów. Idziemy dalej. Istnieją koniunktury geopolityczne, w których naród i jego przywódcy mają do wyboru: utratę samodzielności drogą związku z innym organizmem państwowym, w którym mogliby odgrywać rolę i rozwijać siły - z jednej strony - i odrzucenie wszelkiej innej koncepcji jak tylko mocarstwowości z drugiej. W tej właśnie sytuacji znalazła się Polska w połowie XVIII wieku. Zastrzeżenie powyższe jest potrzebne, by zrozumieć, dlaczego „upadła” definiujemy jako aneksję przez silniejszych sąsiadów. II. Cykl pomyślnych koniunktur geopolitycznych przeżywała Polska w XV, XVI i jeszcze w XVII wieku. Rzecz prosta, za okres pomyślny w geopolityce nie możemy przyjąć okresu wybujałej cywilizacji ani bogactwa, ani nawet siły danego państwa. Pomyślny okres jest wtedy, kiedy siła państwa wzrasta relatywnie do siły państw innych. Jeżeli siły nasze zwiększają się w stosunku, powiedzmy, 10 procent rocznie, a sąsiadów w stosunku 20 procent, okres jest dla nas niepomyślny. Jeżeli nam sił ubywa po 40 procent, a naszym sąsiadom po 50 procent, wówczas okres jest pomyślny. Dlatego musimy tu zastrzec się jak najbardziej ostro przeciw metodzie pisania historii polskiej tak, jak dotąd pisano, w kompletnym ignorowaniu zagranicy. Mścił się ten system nasz w okresie dwudziestolecia Polski odrodzonej. Durząc się rzekomą własną potęgą, nie wiedzieliśmy, że zyskując minimalne rzeczy, cofamy się błyskawicznie w stosunku zarówno do postępu Niemiec, jak i Rosji. *** W wieku XV Polska staje się państwem zjednoczonym, dobrze administrowanym, mającym wojsko na poziomie ówczesnych wymagań. Jednocześnie Ruś dopiero zaczyna się wyzwalać spod jarzma tatarskiego, a siły Zakonu Krzyżackiego chylą się do upadku. Wojny na południu i zachodzie Europy przykuwają tam siły Rzeszy Niemieckiej tak, że nic nie przeszkadza nam w pokonaniu i wykończeniu Zakonu Krzyżackiego. Koniunktura ta, która trwała od roku 1410 do 1515 i później i przeciągnęła się potencjalnie, po ustaniu wojen szwedzkich, aż do końca panowania Sobieskiego, nie została wykorzystana. Prusy, umknąwszy sprzed widma zagłady, wzrastają odtąd stale w siłę, nie tyle terytorialnie, co militarnie i administracyjnie, wyrabiając się pod dynastią Hohenzollernów na państwo o charakterze półwojskowym. Koniunktura pomyślna w stosunku do Rosji trwa nieprzerwanie o tyle, że Moskwa dopiero zaczyna podrastać w siłę i związana walkami z Tatarami, nie wydaje się jeszcze wobec potężnej Polski niebezpieczną. Rozwój jej zostaje zahamowany na początku XVII wieku przez okres wielkich zaburzeń wewnętrznych - istnieje możność ustalenia wpływu polskiego na wschodzie, a nawet być może zupełnego unicestwienia świeżo powstałej siły moskiewskiej... Kilku polskich magnatów podjęło tę próbę. Nie powiodła się ona, nie będąc dostatecznie popartą przez tłum szlachty i słabych Wazów. Dziwniejsze, że magnaci ci zostali potępieni przez historiografię polską jako usiłujący wciągnąć Polskę w „awanturę wojenną”, nie sprowokowaną napadem! Tu, jak często jeszcze, mścić się będzie dotkliwie brak zrozumienia tego, czego historycy zaniedbali naród nauczyć, że nieprowadzenie wojny w chwili pomyślnej koniunktury jest błędem bodaj czy nie większym od prowadzenia jej w koniunkturze niepomyślnej. Niestety Polska nie chciała bić się będąc silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą.

III. Z wybuchem wojen kozackich, a potem szwedzkich i tureckich, zaczyna zagrażać cykl koniunktur niepomyślnych. Jednocześnie przejawia się rozprzężenie wewnętrzne, które na razie nie mści się, gdyż najpoważniejszy sąsiad, Rzesza Niemiecka, po wojnach religijnych i pokoju westfalskim jest równie jak my bezsilna. W miarę walk Polski z Kozakami, Szwedami i Turkami zaczyna się wzrost siły Moskwy i Prus. W okresie tym, trwającym do wybuchu wojny północnej, Polska jest raz zajęta w całości przez Szwecję, a raz uznaje się niejako lennem sułtana. Okres tych walk nie przynosi żadnej postaci dyktatorskiej, która by pozwoliła ratować kraj od nierządu, a jednocześnie unowocześnić naszą strategię, taktykę i uzbrojenie armii. Jeżeli Polska przebyła szczęśliwie ten okres, to przede wszystkim nie tyle dlatego, że sama była dość silna, że obywatele byli patriotycznie i bohatersko nastrojeni itd., ale dlatego, że w ówczesnej koniunkturze międzynarodowej miała zawsze sprzymierzeńców: Rzeszę przeciw Szwedom, Moskwę przeciw Turcji. Tym niemniej niebezpieczeństwo tureckie było równie wielkie, jak późniejsze niebezpieczeństwo koalicji trzech mocarstw. Rozpowszechnione zdanie naszej historiografii, jakoby Sobieski pobłądził dążąc pod Wiedeń, pochodzi stąd, że historycy ci nie robią wysiłku, by spojrzeć na sytuację tak, jak ona się wtedy przedstawiała. Niebezpieczeństwo tureckie zostało zażegnane i Austria mogła wziąć udział w rozbiorach, ale gdyby zażegnane nie było, aneksji mogła dokonać Turcja sama. Przyznać jednak musimy, że różnica między naszą siłą wojenną a siłą naszych sąsiadów pogłębiała się ciągle, nie dosięgając jeszcze najniższego poziomu, jaki miała np. w czasie konfederacji barskiej. IV. Następuje okres królów saskich, dno upadku Polski pod względem moralnym, administracyjnym, skarbowym, wojskowym i politycznym. August II próbuje kilkakrotnie ratować siłę państwa, nawet za cenę jego całości. Zdemoralizowana szlachta uniemożliwia mu przy pomocy cara Piotra Wielkiego to dzieło. W tym samym czasie Moskwa i Prusy, dzięki królom samowładnym, dochodzą do wielkiej siły militarnej. Moskwa nie może zbyt wiele sił poświęcić ekspansji w stronę Polski, będąc zaabsorbowaną od południa. Dzięki temu i dzięki wojnie siedmioletniej Polska przebyła nienaruszona pierwszą połowę XVIII wieku, mimo że okres ten zaznaczył się katastrofalnie zarówno dalszym osłabieniem państwa, jak i wzrostem sił dwu sąsiadów. Teraz wejdziemy w okres właściwego upadku, w okres rozbiorczy. Ale mylne byłoby - to jest oczywiste - szukać przyczyn upadku Rzeczypospolitej w tym jedynie 30-letnim okresie, skoro Polska wchodzi weń po stu latach anarchii, bez silnego rządu, bez skarbu, bez armii, a co najgorsze, z warstwą przodującą w stanie głębokiej demoralizacji, sobkostwa i ciemnoty, warstwą gotową raczej życie poświęcić, niż dopuścić do poprawy ustroju, do powiększenia armii, do nowych podatków. Do tego stanu doprowadziły nas błędy ustrojowe - najgłębsza więc przyczyna upadku. Błędy tak wielkie, uważane przez ogół szlachty za szczyt mądrości - były w rzeczy samej apogeum głupoty. Wszystko, co walczyło z tragicznie anarchicznym ustrojem, było mądre, wszystko co go petryfikowało - głupie. Walkę tych dwu kierunków śledzić będziemy z tego naczelnego kryterium. Ale - i to „ale” należy w naszej książce do uwag najważniejszych w chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta już sama walka o ustrój nie mogła uratować państwa, gdyż było ono pod protektoratem Rosji i pod czujną, choć czysto negatywną kuratelą Prus. Odtąd mogła je tylko uratować niezmiernie ostrożna polityka zagraniczna. Omijanie wszelkich zaburzeń i walk z mocarstwami sąsiednimi. Wykorzystywanie wszelkich koniunktur pomyślniejszych dla stopniowego wzmacniania ustroju i armii - ciągłe podnoszenie oświaty. Tu bardziej niż w ustroju samym w ciągu

ostatnich lat trzydziestu rozegrała się walka między rozumem a głupotą w Polsce. Śladami tej właśnie walki będą iść czytelnicy w rozdziałach, poświęconych epoce rozbiorowej. V. Z chwilą ukończenia wojny siedmioletniej Moskwa pod Katarzyną II może uważać Polskę formalnie niepodległą - za swoje faktyczne lenno. Ma tam swoje stronnictwo, wprowadza sobie oddanego człowieka na króla. Jednocześnie jednak nie możemy myśleć o formalnej aneksji Polski, zarówno lękając się trudności wewnętrznych, jak i zaburzeń w polityce międzynarodowej, tj. oporu ze strony Austrii i Prus. Mając poważne zadania, szczególnie wobec Turcji, Katarzyna II pragnie mieć od swoich zachodnich sąsiadów dogodną zaporę polską, chroniącą ją od napadów, a jednocześnie oddaną, podległą i mogącą być przydatnym sprzymierzeńcem. Już pierwsze lata panowania Stanisława Augusta pokazują jednak, że Moskwa nie może liczyć na Polskę jako na sprzymierzeńca. Odmowa Czartoryskich przystąpienia do sojuszu zraża Katarzynę do przyjaźniejszej polityki. Jednocześnie Prusy zaczynają prowadzić zabiegi dyplomatyczne w celu osiągnięcia zgody Rosji na rozbiór Polski. Skoro wybucha i utrzymuje się konfederacja barska, skierowana przeciw niej, skoro wszystkie próby likwidacji jej siłami polsko-rosyjskimi zawodzą, Katarzyna zgadza się, acz niechętnie, na propozycję, po czym i Austria przystępuje do spółki rozbiorców. Rosja zgodziła się na pierwszy rozbiór pod grozą sojuszu turecko-austriackiego i szantażu ze strony Prus, które oferując rozbiór, mogły jednocześnie, w razie odmowy, grozić przystąpieniem do bloku antyrosyjskiego. Akcja przeciwpolska była cementem łączącym oba mocarstwa, cementem poszukiwanym skrzętnie przez słabsze z tych dwu mocarstw. Polityka polska nie zdołała nigdy zupełnie jasno sformułować sobie zadania rozbicia tego cementu drogą ścisłego porozumienia z mocniejszym, a więc nie poszukującym, mocarstwem. Może najjaśniej wyraził to Stanisław August. Potem Czartoryski, Lubecki i Wielopolski, wreszcie Dmowski, szukali rozbicia sojuszu rosyjskoniemieckiego, dokonanego na podstawie akcji antypolskiej, przez oparcie się o Rosję, Piłsudski - przez oparcie o Prusy względnie Austrię. Ale, z wyjątkiem epoki Dmowskiego, olbrzymia większość oświeconego społeczeństwa polskiego nie tylko nie popierała tych zamierzeń, ale kwalifikowała je jako zbrodnię i zdradę. Utarło się, że nie wolno inaczej walczyć o odbudowę państwa, jak tylko ze wszystkimi zaborcami jednocześnie. Hasło to wyraził i sformułował Kościuszko w 1800 roku, potem powtarza się stale przy wszystkich akcjach powstańczych do 1846 roku, kiedy to w Krakowie oddział złożony z 600 ludzi wypowiedział jednocześnie wojnę Rosji, Prusom i Austrii - ówczesnym trzem największym mocarstwom świata. Dzięki temu systemowi polityka polska, miast przyspieszać, uniemożliwiała konflikt rosyjsko-germański. Źródło tego szaleństwa - źródło niszczące nie tylko nasze szanse międzynarodowe, ale i pchające nasz naród do powstań, organizowanych zawsze przy beznadziejnym stosunku sił - leżało na pewno w dwu kompleksach psychicznych, z których niezmiernie trudno było naszym przodkom wyzwolić się: w kompleksie nie uzasadnionej wyższości z jednej strony, w kompleksie nie uzasadnionej obawy - z drugiej. Celem naszej polityki poro zbiorowej miało być umożliwienie dogodnych koniunktur zagranicznych oraz wzmacnianie sił własnych. Kompleksy powyższe będą nam psuć koniunkturę i podcinać siły. Kompleks nie uzasadnionej wyższości przeszkadzał nam powiedzieć sobie w okresie od roku 1775 do 1918: jesteśmy narodem małym i słabym w stosunku do sąsiadów dużych i silnych. Kompleks wyższości prowadził nas do powstań, bo wydawało się Polakom, po pierwsze, że potrafią pokonać i wyrzucić z kraju rozbiorców, a po drugie, że to wyrzucenie wystarczy, żeby i nadal utrzymać istnienie niepodległego państwa. Obie te iluzje były - aż do roku 1918, kiedy to koniunktura na 10 lat doznała odwrócenia - rażąco naiwne.

Kompleks niższości polegał na tym, że sądziliśmy, iż bez własnego, niepodległego państwa lub beznadziejnych prób jego odbudowania z bronią w ręku przestaniemy być narodem. Długo, bo aż do roku 1864, nie potrafiliśmy sobie powiedzieć: nie posiadamy już więzi państwowej i nie mamy danych na to, żeby ją wkrótce odzyskać. Ale posiadamy więź narodową i nie ma najmniejszej obawy, żebyśmy ją zatracili, chyba że sami doprowadzimy do samobójstwa, prowokując rozbiorców, by nas rozproszyli lub wytępili. Przeceniliśmy znaczenie siły zbrojnej, nie doceniliśmy znaczenia oświaty. Doświadczenia poszczególnych dzielnic wykazały, że nie powstania, lecz oświata i propaganda podtrzymywały ducha narodowego. VI. Na razie za cenę pierwszego rozbioru Rosja ujęła znowu hegemonię w Polsce. Ambasador Stackelberg wraz z królem wprowadził szereg zmian ustrojowych i stworzyli pierwszy jako tako pracujący rząd pod nazwą „Rady Nieustającej”. W następnych 16 latach Polska wzmocniła się pod każdym względem. Okres upadku był prawie przezwyciężony. Zmiana koniunktury nadchodziła. Rosja, mimo olbrzymiego wzrostu potęgi, była rozdarta buntami i zaplątana w nową wojnę turecką. W tajnej konwencji między Stanisławem Augustem a Katarzyną król uzyskał za cenę przymierza ustępstwa w organizacji ustroju i wzmocnieniu rządu. Potem Stackelberg za samą neutralność zgadzał się na powiększenie armii i zelżenie gwarancji, pod rygorem których Moskwa rządziła w Polsce. Rozpoczynała się rewolucja francuska, która potem przekształcona w imperium Napoleona, miała zniszczyć na całe lata siłę Prus i wstrząsnąć Austrią. Ale Sejm Czteroletni, powodując się momentami irracjonalnymi, odrzucił propozycje rosyjskie, prowokował wprost Rosję, jednostronnie pozbył się gwarancji i w ten sposób zamanifestował wolę polityki antymoskiewskiej. Jednocześnie poszedł na lep propozycji pruskiej, zawierając z Prusami sojusz, skierowany przeciw Rosji. Dopiero na długo po tych nierozważnych krokach zaczęto myśleć o armii i z możliwie największą niedbałością brać się do zbrojeń. Epizod sojuszu pruskiego jest ważny dlatego, że dał tu arcyjasny dowód rzeczowy na potwierdzenie tezy logicznej: polityka polska wymagała od chwili powstania koncepcji prusko-rosyjskiej, skierowanej przeciw nam, szukania porozumienia z jednym z zaborców, i to z tym, który był mocniejszy, który był agresorem wobec drugiego. Inaczej słabszy sprzedałby chętnie silniejszemu polskiego sojusznika, byleby za tę cenę uzyskać porozumienie z agresorem. Tak postąpiły Prusy w r. 1791. Zdrada Prus, tak szybko po uroczystej proklamacji sojuszu, a niedługo potem nieoczekiwane skutki przyjaźni Napoleona, wywołały w Polsce ugruntowanie się zupełnie innej zasady: otóż powszechnie przyjęto, że wszelkie porozumienie z którymkolwiek zaborcą jest albo skrajną głupotą, albo zdradą, że albo lud polski ma powstać sam, albo też należy szukać oparcia wyłącznie w mocarstwach zachodnich, przede wszystkim we Francji. Ta ostatnia teoria stała się podstawą całej polityki Hotelu Lambert 1832-1864, a potem odżyła i stała się wszechmocną w dwudziestoleciu Polski odrodzonej. Po krótkiej kampanii, której dobry polityk mógł z łatwością uniknąć, a którą dobry wódz mógł z trudnością wygrać, nastąpił drugi rozbiór. Polska po drugim rozbiorze pozostała jako bardzo małe państewko, większe jednak jeszcze od późniejszego Księstwa Warszawskiego. Na Zachodzie wykuwała się już potęga militarna francuska. Żywot potężnej Katarzyny II dobiegał końca i miał dać miejsce słabemu Pawłowi I. Ale patrioci polscy nie mieli czasu. Polegając na złudnych, może prowokacyjnych obietnicach, tym razem francuskich, powstał Kościuszko jednocześnie przeciw Rosji i Prusom. Nastąpił trzeci rozbiór i naród polski utracił własną państwowość.

Epizod rozbiorów zajął nieproporcjonalnie dużo miejsca w tym, co miało być skrótem cyklów koniunktur międzynarodowych, w jakich żył naród polski. W tym jednym krótkim okresie historycy nasi zdołali nazbierać taką masę frazesów, mistyfikacji i fałszów, że nie tylko obraz prawdziwych przyczyn i skutków został bez reszty zatarty, ale nawet wymalowany został ku ogłupieniu narodu obraz przyczyn i skutków wprost odwrotny. Przeciętny Polak przez 150 lat dałby się zabić za to, że to konfederacja barska, Sejm Czteroletni i Kościuszko ratowali, a Stanisław August i późniejsi ugodowcy ją zgubili, ergo, że naśladując tych „patriotów” barskich, działało się na korzyść Polski, a naśladując mądrego króla, na jej szkodę. Tak to u nas historia była „vitae magistra”. Okres Polski mocarstwowej w XVI i XVII wieku stawiał przed polityką polską zadanie ubezpieczenia swojej siły przez niedopuszczenie do rozwoju zbyt silnych sąsiadów. Okres upadku wewnętrznego, przy dość pomyślnej jeszcze koniunkturze zagranicznej, od Sobieskiego do 1759 roku, wymagał usilnej poprawy wewnętrznej. Okres rozbiorczy 1759-1794 winien był się charakteryzować ochroną postępującej wreszcie naprawy, drogą najbardziej ostrożnej i unikającej zawikłań polityki. Wszystkie te okresy miały jeden cel wspólny: utrzymanie i wzmocnienie naszej więzi państwowej. Wchodzimy w okres porozbiorowy od 1794-1914 roku. Celem polityki polskiej w tym okresie miało być odzyskanie własnej państwowości. Cel ten nie mógł być osiągnięty - ze względu na stosunek sil naszych do sił trzech rozbiorców - inaczej, jak tylko w następstwie głębokiej, od nas niezależnej zmiany geopolitycznej w środkowej i wschodniej Europie. Zmiana taka mogła najłatwiej powstać przez konflikt między zaborcami i wzajemne ich osłabienie. Wszystko, co konflikt ten przyspieszało, leżało w interesie polskiej racji stanu. Wszystko, co konflikt odwlekało, co przyjaźń pruskomoskiewską kleiło, oddalało nasze odrodzenie. Nie czyniąc więc nic dla zbliżenia tych elementów, a wszystko dla ich poróżnienia, należało doprowadzić do chwili lepszej koniunktury geopolitycznej nasze siły narodowe możliwie najmniej uszczuplone, możliwie najbardziej wzmocnione. VII. W traktacie, który ostatecznie przypieczętował rozbiory, była rzucona (forsowana przez Prusy, które użyły znów straszaka Dąbrowskiego) myśl stałego sojuszu rozbiorców dla tłumienia polskich ruchów wolnościowych. W tej koniunkturze zaprawdę politycy polscy nie mogli widzieć żadnych dróg już nie odbudowy, ale nawet poprawy położenia - wówczas rozpoczęła się rzecz najdziwniejsza w świecie, która miała duże konsekwencje zarówno bezpośrednio w życiu, jak i za pośrednictwem wpływu, jaki wywarła na polską psychologię. Pewna ilość rozbitków z armii kościuszkowskiej, zaciągnąwszy się ochotniczo do wojsk Napoleona, tak silnie odznaczyła się w różnych bojach odwagą, że Napoleon po pogromie Prus 1805 r. utworzył pod własnym protektoratem Księstwo Warszawskie, niejako ośrodek podzielonej Polski. Ten zdumiewający fakt odzyskania kawałka wolnej ziemi pod słońcem, nie tylko bez pomocy żadnego z trzech rozbiorców, ale wbrew wszystkim trzem, utwierdził nieszczęsne mniemanie manifestu kościuszkowskiego: Polska może powstać tylko przez walkę ludu z trzema zaborcami, a zginąć tylko przez... politykę i dyplomację. To przeklęte psychologiczne dziedzictwo epoki Legionów istniało przez 100 lat, a tliło się jeszcze w dwudziestoleciu Polski odrodzonej. Znaczenie pozytywne Legionów polegało nie tylko na odrodzeniu narodowym ani, jak się często sugeruje, na obudzeniu ducha nacjonalistycznego, ale na wprowadzeniu do polityki czynnika polskiego, jako elementu, który może się okazać dla ewentualnych sprzymierzeńców pożytecznym. Polacy wykazali, że umieją i chcą się bić, a więc egzystują, tak jak w XVIII wieku wykazali, że nie chcą i nie umieją się bić, a więc nie są pełnowartościowym partnerem. W dziedzinie naszej psychologii narodowej, przede wszystkim samopoczucia narodowego, odegrała epopeja napoleońska bardzo dużą rolę. Nie mniej silnie zaważyła na następnym półwieku naszej

polityki zagranicznej. Tyle bowiem lat, do samego 1870 roku, ogromna większość społeczeństwa polskiego wierzyła głęboko, że odbudowanie Polski kosztem trzech rozbiorców leży w interesie i w możliwościach Francji. A przecież walki napoleońskie były tylko epizodycznym wybuchem sił, prowadzonych przez genialnego człowieka, ale sił ani liczebnością, ani jakością nie wystarczających do hegemonii nad całą Europą. Wybuch ten stał się możliwym dzięki długowiecznej słabości narodu niemieckiego, który od wojny trzydziestoletniej pozostawał podzielony na szereg partykularnych, luźnie z sobą i z cesarstwem Habsburgów związanych państewek. Z końcem XVIII wieku zaczyna ciążyć nad tymi państewkami wpływ i hegemonia Rosji, która z chwilą zaniku Polski staje się coraz bardziej aktualna. Przegrana Napoleona to przegrana Francji w walce z Rosją o hegemonię nad Niemcami. Francja, obawiając się ciążenia Niemców do Rosji, stwarza Księstwo Warszawskie, jako próbę bezwzględnie wiernej bariery, mającej oddzielać ujarzmione, ale niechętne państwa niemieckie od wpływu carów. Chęć hegemonii nad Europą nie znajduje usprawiedliwienia w siłach Francji. Stworzenie Księstwa Warszawskiego, przy nieubłaganej walce Anglii, nie znajduje usprawiedliwienia we francuskiej racji stanu. Znacznie dalej na zachód przeciągnięta granica wpływów franko-moskiewskich byłaby może uratowała Napoleona od udziału Rosji w koalicjach Europy przeciw niemu. Groźba odbudowy Polski nie połączonej z Rosją, lecz walczącej z Rosją, wystarczała, żeby pchnąć cara na czoło koalicji, stała się przeszkodą nie do przebycia w rokowaniach pokojowych. Z chwilą upadku Napoleona i utworzenia Świętego Przymierza między Rosją, Austrią i Prusami pozostaje jeszcze możliwość odegrania się Francji kosztem Niemiec, przy pomocy poparcia roszczeń Rosji do wszystkim ziem polskich lub słowiańskich. Nie ma natomiast już możliwości walki Francji z Rosją i odbudowania Polski przez Francję. Wówczas nawet, gdyby odbudowanie to leżało w możliwościach francuskich, w najmniejszej nawet mierze nie leżało w linii interesów francuskich. W roku 1815 koncepcja polsko-rosyjska znajduje swoje znakomite jakościowo, choć nie terenowo, rozwiązanie. Na podstawie unii personalnej z Rosją powstaje Królestwo Polskie, teoretycznie niezależne od Rosji. Po pierwszych latach bezładu Lubecki odbudowuje gospodarkę. Samo istnienie Królestwa jest poręką nieprzyjaźni Rosji z Prusami i Austrią, jest wieczną groźbą oderwania od tych państw germańskich reszty ziem polskich, może i reszty ziem słowiańskich. Jest to drogi sen carów rosyjskich. Niestety, w przeddzień niemal jego urzeczywistnienia kilku młodych ludzi powodując się zadrażnieniami, a więcej jeszcze irracjonalną ambicją narodową, ogłasza powstanie. Reszta narodu idzie za hasłem kilku podchorążych. Wszystkie szanse są znowu przez nas samych przekreślone. Nawet w razie zwycięstwa czeka nas nowy rozbiór przez trzy państwa sąsiednie. Ale zwycięstwa nie ma, bo Rosja znowu zwycięża i Królestwo Polskie przestaje istnieć, staje się prowincją rosyjską, zachowując ledwie ślady odrębności. VIII. I wtedy zaczyna się najzupełniej umykający analizie rozumowej i logicznej fenomen. Psychologia polska, rozbudzona epoką Legionów - cudownego odzyskania niepodległości - potem przybita upadkiem powstania, zaczyna oddalać się od wszelkiego myślenia, pada łupem psychozy zbiorowej, którą nazwano „mesjanizmem”. Polacy wierzą głęboko, że ich naród jest Chrystusem narodów, że cierpi niewinnie za inne ludy, że im więcej cierpi, tym lepiej, że zmartwychwstanie w danej chwili za sprawą cudu Bożego i ogólnej rewolucji. Najwięksi polscy poeci: Mickiewicz, Słowacki, Krasiński hołdują częściowo tej aberracji. Rozwija się ona często na emigracji, która, zamiast osiąść w Ameryce i utworzyć tam samodzielną kolonię - co przy jej wpływach i potencjale ludzkim nie było niemożliwe zatapia się w kłótniach i oczekiwaniu powszechnej rewolucji ludów, jak lewica, w oczekiwaniu interwencji mocarstw zachodnich, jak Adam Czartoryski. Oczywiście koncepcja agresji rosyjskiej przeciw Prusom lub Austrii jest przez powstanie listopadowe i działania emigracji zupełnie

przekreślona. Dopiero Wielopolski podnosi dawną myśl. Mając przeciw sobie wszystkich polityków rosyjskich i wszystkich polityków polskich, umie nakłonić Aleksandra II do odbudowania stopniowo Królestwa Polskiego. Pierwsze kroki są zaczęte. Wówczas istniała możliwość, konieczność nawet, porozumienia rosyjsko-francuskiego przeciw Prusom i zniszczenia potęgi pruskiej. Ale wybucha powstanie 63 roku. Młody minister pruski Bismarck podchwytuje w lot możliwość. Przesadzając znaczenie straszaka polskiego (a namawiając sam powstańców do akcji), umie doprowadzić - zamiast nieprzyjaźni - do sojuszu z Rosją o ostrzu antypolskim. Ten mistrzowski rzut, to wykorzystanie błędu polskiego jest podstawą całego dzieła życia Bismarcka, jest kamieniem węgielnym pod niesłychaną potęgę Niemiec, która niedługo zagrozi całej Europie, prawie całemu światu. Powstanie jest krwawo zgniecione, ale możliwość porozumienia francusko-rosyjskiego przeciw Prusom jest przekreślona także. Czego nie zrobili polscy powstańcy, to udało się zrobić polskim politykom: doprowadzili do słownej interwencji Francji, Anglii i Austrii przeciw Rosji. Możliwość porozumienia z Rosją na długo zanikła1. Następuje wojna prusko-austriacka, w której Rosja Austrii nie broni. Austria jest rozgromiona przez Prusy pod Sadową. W 1870 r. wojna prusko-francuska, Francja pada pod ciosami Prus-Rosja pozostaje neutralna - ciągle Europa zbiera przeklęte owoce powstania polskiego! Bismarck tworzy nowe cesarstwo niemieckie i tam, gdzie istniało państewko mocne, militarne, ale zawsze państewko, teraz jest mocarstwo równorzędne niemal z Rosją i Austrią. Możliwość starcia tych państw, z powodu ich ogromu i prawie idealnej równowagi, zmniejsza się. Następuje długi okres 50 lat, w którym żadnej szansy poważnej poprawy nie ma. Represje rosyjskie wskutek interwencji nie tylko nie zelżały, ale nawet ta właśnie interwencja stała się dopiero początkiem i powodem całego długoletniego systemu ucisku i rusyfikacji, i nienawiści narodu rosyjskiego ku nam. Tak bowiem jak sto lat przedtem nieostrożne poniżanie ambicji Katarzyny II wzbudziło w niej niechęć i zemstę do Polski, tak teraz nieoględna propaganda, która doprowadziła do postawienia pod pręgierz Europy rzekomej czy prawdziwej dzikości Rosji, wywołała tym razem w całym narodzie rosyjskim nienawiść i chęć poniżenia Polaków. IX. Rok 1863 jest słupem granicznym w historii - tak ważnych dla nas - stosunków polsko-rosyjskich. Nie sprowadził on żadnej zmiany sił jednej ani drugiej strony; zmiana dotyczyła wyłącznie kierunku polityki carów i, co ważniejsze, nastawienia psychiki narodu rosyjskiego do sprawy polskiej. Oto, w sam raz przez sto lat od wstąpienia na tron Stanisława Augusta do powstania styczniowego, rządy rosyjskie czyniły szereg prób, co prawda niezręcznych, zgodnego współżycia z podległą, potem podbitą Polską. Od faktycznego lenna Katarzyny II, poprzez unię dynastyczną Aleksandra I, statut organiczny Mikołaja I i szeroką autonomię Aleksandra II, wszyscy carowie szli po linii absorpcji dynastycznej, nie zaś państwowej ani tym bardziej narodowej. Linia ta była przerywana szereg razy, zawsze niemal przez stronę polską. Motywy przerywania były różne, zawsze jednak towarzyszyła im kultywowana pracowicie i rozdmuchiwana do najwyższych granic irracjonalna nienawiść do Moskwy. Od roku 1863 sytuacja się zmienia. Rosja i jej carowie przestają szukać dróg do współżycia z narodem

1

Ustalenie tych następstw powstania styczniowego dla naszej opinii jest zasługą Juliana Klaczki i Stanisława Koźmiana: „Rzeczy o roku 1863”. Powtórzył je i wyciągnął z nich ostateczne konsekwencje Roman Dmowski. Oto co pisze w „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” (Pisma, t. V, Częstochowa 1937, s. 43): „Rosję dzieliły z Niemcami szerokie interesy polityki mocarstwowej i przeciwieństwo tych interesów prowadziło do starcia. Jednocześnie sprawa polska była węzłem, który ją z Niemcami łączył. Nasza polityka porozbiorowa ten węzeł zacieśniała, a powstanie 63 roku nawiązało go wtedy, kiedy się już zrywał, i zdobyło sobie wielkie znaczenie historyczne, sprowadzając do Europy okres bismarckowski, dla Polski zaś dobę najstraszniejszego ucisku i poniżenia”.

polskim. Zmiana ta, sięgająca daleko głębiej niż polityka danego męża stanu czy cesarza, bo sięgająca w głąb psychiki, narodowej rosyjskiej, przypisana jest przez Koźmiana nie tyle odepchnięciu przez Polaków reform Wielopolskiego, nie tyle wybuchowi powstania, ile przede wszystkim naszej propagandzie zagranicznej, która przesadnie i nieraz kłamliwie przedstawiając rzekome okrucieństwa rosyjskie w Polsce doprowadziła tym do zohydzenia Rosji w całym kulturalnym świecie. X. I wtedy, wtedy dopiero, jakby spełniając złowrogą klątwę Stanisława Augusta rzuconą narodowi sto lat wcześniej na sejmie Czaplica: „Może nieszczęścia, które ściąga na siebie, nauczą prędzej ten naród rozsądku, niżbym ja tego dokazał kazaniami w spokojniejszym czasie!” - wtedy dopiero, gdy już nie ma pola do polityki, ożywa rozum polski! Po krwawej łaźni 1863 roku, w okresie między 64 a 70 rokiem, Polacy przestali powoli, ale jakże powoli, wierzyć w to, że są zbiorowym Chrystusem, że cierpienie jest celem polityki polskiej, że powstania nie były i nie są szaleństwem, że Polska nie upadła wskutek win własnych. Pierwszy poważny głos, jaki to oznajmił Polakom, był Kalinki w 1868 roku. „Deklaracja ta wymagała w owym czasie odwagi cywilnej” - pisze o tym Smoleński („Stanowisko Kalinki w historiografii polskiej”, s. 26) i dodaje... że jego samego dopiero Kalinka przekonał. W każdym razie w okresie, w którym, zdawać by się mogło, było najmniej szans rozwoju narodowego, dzięki rozumowi politycznemu zyskano w Galicji pod zaborem Austrii niemal pełnię tego rozwoju. Zawdzięczamy to Gołuchowskiemu i szkole historycznej i politycznej stańczyków, którzy, propagując lojalność wobec rządów, uzyskali w zamian pełne nauczanie w języku polskim, polonizację urzędów, miejsca w rządzie, uniwersytety i nieograniczoną niemal możność wydawniczą. W Kongresówce, bez tych sukcesów, tę samą politykę lojalności przeforsował później twórca stronnictwa narodowodemokratycznego Dmowski. Niedługo stańczycy doczekali się miana zdrajców, a Dmowskiemu nieraz stawiano podobny zarzut Zdecydowany upadek koncepcji powstańczych od razu stworzył potencjalne możliwości walki między rozbiorcami, skoro już ci, którzy tej walki nie chcieli, nie mogli straszyć drugich polskim powstaniem. W Prusach, mimo silnych prześladowań, nie ma reakcji irracjonalnej, a naród, odepchnięty od wykształcenia i zawodów humanistycznych, zwraca się do pomnażania majątku, dochodząc tu do wybitnych rezultatów. W ten sposób wszyscy trzej zaborcy są niejako uśpieni lojalizmem swoich polskich obywateli. W tym okresie, od 1870 do 1914 r., zaznacza się silny wzrost sił Francji i Anglii. Bez szkód ze strony patriotów polskich dochodzi tym razem do skutku podział mocarstw rozbiorczych na dwa bloki: Rosja, Francja i Anglia z jednej strony, Austria i Niemcy z drugiej. Rozłam ten nie napotkał, jak pisaliśmy, na żadne przeszkody ze strony Polaków. Co więcej, zarówno jeden, jak i drugi blok otrzymały propozycję pomocy zbrojnej legionów polskich, oba zadeklarowały chęć odbudowy Polski w takim czy innym związku z sobą. Nastąpił nowy cykl: koniunktura pomyślna. XI. Jakby w nagrodę za długich pięćdziesiąt lat beznadziejnego, cierpliwego oczekiwania, przy braku jakichkolwiek widoków, teraz pomyślność koniunktury wzrastała w tempie nieprawdopodobnym. Pod ciosami państw centralnych armie rosyjskie zostały pobite i wybuchła w tym kraju rewolucja, która w ciągu dwu lat doprowadziła olbrzymie państwo carów do stanu najzupełniejszego rozprzężenia i bezsiły. Zaraz potem prezydent Ameryki Północnej, Wilson, działając pod wpływem haseł wolnościowych, proklamował jako jeden z celów wojny aliantów odbudowę Polski niepodległej i zjednoczonej. Toteż, gdy po rewolucji rosyjskiej z kolei nastąpiła kapitulacja Austrii i Niemiec, znikły wszystkie przeszkody do odbudowy Polski.

Z trzech mocarstw, które Polskę anektowały, Austria rozpadła się zupełnie. Rosja zdawała się pogrążona na długi czas w zupełnym chaosie. Natomiast Niemcy, wprawdzie pobite i obarczone słabym rządem parlamentarnym, zdołały utrzymać całość swego organizmu państwowego. Zresztą jednym z pierwszych aktów sowieckiej Rosji było proklamowanie przez Lenina zasady Polski niepodległej. W pierwszym dziesięcioleciu po wojnie światowej Polska, dysponująca wojskiem dowolnej wielkości, oparta jeszcze o zwycięską Francję, ma nie najgorszą pozycję między rozbitymi wewnętrznymi kłótniami Niemcami i spustoszoną Rosją sowiecką. Ale czas mijał i pracował na rzecz ogromnych, o tyle większych od nas sąsiadów. Rośli oni obaj w siłę, podczas gdy nasze siły wzrastały słabo albo też nie wzrastały wcale. Jednocześnie zaczęto obserwować upadek Francji i zdecydowany pacyfizm i niechęć do mieszania się do walk europejskich Anglii. W chwili, gdy wzrost sił naszych sąsiadów zaczął dorównywać naszym, stanęło przed Polską pytanie, czy nie należy wojną prewencyjną pozbawić siły jednego z naszych sąsiadów - Niemcy. Leżało to w granicach naszych możliwości, zwłaszcza przy oparciu się o drugiego sąsiada. Tych możliwości nie wykorzystaliśmy. XII. Z punktu widzenia koniunktur geopolitycznych sytuacja, jaka zaistniała po 1933 roku, zaczęła przypominać najgorsze okresy XVIII wieku, jeżeli idzie o położenie międzynarodowe. Z obu stron Polski zaczęły róść w siłę niepokojąco potężne mocarstwa. Aby zawrzeć sojusz z jednym z nich, trzeba jednak było wyrzec się albo ziem na wschód od Bugu, bez ekwiwalentu na zachodzie, albo Pomorza, dostępu do Gdańska i suwerenności. W tej sytuacji każda polityka zagraniczna była kwadraturą koła. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej powstały warunki dla ścisłego sojuszu ze Związkiem Radzieckim, a to wskutek przyjęcia na wschodzie granicy na Bugu, przy jednoczesnym odzyskaniu na zachodzie terytoriów nad Odrą i Nysą.

Skałkowski
Wszystkie niemal tezy wygłoszone w naszych artykułach mają swoje źródło w rzeczach profesora Skałkowskiego. Nie wszystkie jednak są wypowiedziane w ten sam sposób i nieraz u nas konsekwencja jest dalej, aż do ostatecznych granic posunięta tam, gdzie Skałkowski ledwie drogę postępowania zaznacza. Toteż w niniejszym rozdziale, poświęconym jego referatowi na V Zjeździe Historyków, uwag krytycznych będzie mało, natomiast cytatów dużo. Jedyna zasadnicza krytyka nasza - to zarzut błędnego popierania tezy „legionowej”. Skałkowski uważał, że Polska miała szanse zmartwychwstania przez walki u boku mocarstw zachodnich, nie zaś mocarstw rozbiorczych. Tezę tę krytykujemy w jednym passusie „Koniunktur geopolitycznych”, zastrzegając się tu, że Skałkowski dla swojej bystrości i jasności sądu, a przede wszystkim dla swojej odwagi, mimo błędów ma bardzo wysoką rangę między nielicznymi głupoty polskiej pogromcami. Tytuł referatu brzmiał: „Uwagi o usiłowaniach niepodległościowych na przełomie XVIII i XIX wieku”. Śpieszmy się, żeby oddać samemu historykowi głos: Na dzieje nasze porozbiorowe istniały dwa główne poglądy: hiperkrytyczny i hiperentuzjastyczny w stosunku do usiłowań niepodległościowych. Ten drugi jest teraz

w modzie... niejednego pesymistę przerobił w optymistę, powiada się mniej więcej tak: „było źle, ale jest dobrze”. Nasze nieszczęśliwe powstanie to były poszczególne bitwy przegrane, ale oto w ostatecznym wyniku wojna stulecia zakończyła się wygraną2. Jak to, z klęsk wynika triumf? Jakże tam z logiką? Przegrane były tylko materialne, duchem zawsze zwyciężaliśmy. Nie. - Duch i materia w historii nie są tak zupełnie rozdzielone. Może też dużo prościej będzie stwierdzić, że w naszych dziejach porozbiorowych obok upadków były i wzniesienia, żebyśmy nie lecieli ciągle w dół, ale utrzymywaliśmy się i odrabiali niepowodzenia... Dlatego pomimo klęsk, do których trzeba się przyznać, których nie należy dziwacznie podawać za triumfy, dzisiaj jesteśmy znowu na górze. I nie dajmy się zepchnąć, pognębić, zniszczyć. W tym sens życiowy badań nad dziejami porozbiorowymi, aby wyciągnąć naukę z nich, jak się mamy bronić, bronić nie tylko przed wrogiem zewnętrznym, ale i przed własnym szaleństwem. W tym celu Skałkowski wzywa do dokonania przeglądu epoki porozbiorowej. Przegląd odbędzie się drogą znaną, utartą, ale: idźmy raz sami, nie w towarzystwie miłej i pięknej frazeologii, szanowanej ideologii, poczciwego patriotyzmu. Wystarczy nam zdrowy rozsądek. Nie wdając się w żadne zawiłe kwestie, rzućmy okiem nieuprzedzonym na wstępne pięćdziesięciolecie naszych dążeń niepodległościowych, stosując do nich kryterium jasne: o ile osiągnęły cel zamierzony, nie jakieś kryterium dwuwykładne, ale wyraźne, kryterium powodzenia, nie lekceważąc zresztą i korzyści - choćby pośrednich, idealnych. Nasze walki niepodległościowe datują się pospolicie od konfederacji barskiej. Tu Skałkowski powołuje się na studia Konopczyńskiego, by dowieść, że myśl o niepodległości kiełkuje w głowach konfederatów wolno. Tę powolność tłumaczy Skałkowski nie tym, że głowy były słabe, ale że wyrosła konfederacja na pniu radomskim. Był (ruch barski) reakcyjny w stosunku do dzieła Czartoryskich. Powodowała nim często podła lub zaślepiona intryga. Jego motyw religijny lub bohaterski wybija się wprawdzie niekiedy silnie, ale nie może zmienić zdania naszego o nim jako o akcie zgubnym, prawie samobójczym. Tak go osądził Stanisław August, a nie dlatego, jakoby nie mógł zrozumieć poświęceń dla oswobodzenia kraju. Sam przecież dwa lata wcześniej to hasło propagował (1766) i gotów był może podjąć walkę z Rosją, ale z myślą o istotnej naprawie Rzeczypospolitej. Gotów był także poprzeć konfederatów barskich (może z poświęceniem korony), kiedy zapowiedź wojny turecko-rosyjskiej otwierała jakieś widoki dla usiłowań wyzwoleńczych Polski. Dzika nienawiść partyjna i bezrozum zniweczyły wszelkie próby ratowania kraju. Jego straszliwe spustoszenie w ciągu kilku lat zawieruchy i pierwszy rozbiór, to są skutki bezpośrednie konfederacji barskiej. Zaiste, kiełki niepodległości nie równoważą tych strat okropnych. Skałkowski dowodzi, że można było osiągnąć to samo za pomocą propagandy (książki, jak mówi). Nawet owo kiełkowanie, zdaniem mówcy, przeszło niepostrzeżenie. Nawet biskup Krasiński, mózg powstania, godził się częściowym rozbiorem opłacać pomoc obcą. Natomiast Stanisław August był, jak powiedział Konopczyński, „integralności Rzeczypospolitej nieposzlakowany obrońca” - kwalifikacja
2

Jak dalece apostrofa Skałkowskiego była potrzebna, niech na to będzie dowodem mowa Kutrzeby na otwarciu VI Zjazdu Historyków. Wszystko jedno, co kto mówił – wywodził Kutrzeba – skoro mamy państwo!

tym ważniejsza, że nie pochodzi od przyjaciela. Poruszywszy zastanawiający brak kultu Poniatowskiego, Skałkowski skarży się na brak opracowań późniejszego okresu, na brak monografii targowiczan, patriotów trzeciomajowych itd. Przy tej okazji atakuje Kazimierza Sapiehę za niedbalstwo, wykazane na stanowisku generała artylerii litewskiej. Nie mniej ostro kwalifikuje patriotów z Sejmu Czteroletniego: Czteroletnia agitacja z doby pamiętnego sejmu niewątpliwie rozwinęła w narodzie patriotyzm i podniosła poziom myślenia politycznego, lecz było to przecież jedynie przyspieszeniem tempa tej roboty, którą wytrwale prowadził Stanisław August od ćwierćwiecza. Tętno wzmogło się aż do gorączki. Organizm, który z wolna nabierał sił i wracał do zdrowia, został przez obcych szalbierzy, niedoświadczonych polityków, zadufanych w czystych swoich zamiarach, i różnych zapaleńców rzucony w odmęt, w którym uległ po paru latach zmagań się krwawych. Polityki przymierza pruskiego nie można obronić, skoro doprowadziła do katastrofy. Sejm wyzywał Rosję, a nie przysposobił armii. Pamflet pt. „O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3-o maja”, który urabiał zapatrywania wielu pokoleń, nie ma już dla nas mocy przekonywającej. Dzisiaj już nie da się przerzucać odpowiedzialności na króla. Na fundamencie kadr wojskowych i sprzętu wojennego z okresu rządów Stanisława Augusta pod imieniem Rady Nieustającej sejm wzniósł budowlę armii sześćdziesięciotysięcznej, która sama, bez oparcia o sprzymierzeńca, nie mogła sprostać zadaniom obrony granic wschodnich. Przestańmy... szaty rozdzierać z powodu akcesu króla do Targowicy, a tym bardziej biadać, że Targowica była możliwa. Tylko histeryczne damy w rodzaju Izabelli Czartoryskiej mogły się oburzać i dziwić. Sejm rządzący powinien był przewidzieć i wojnę z Rosją, i reakcję staroszlachecką, i przymierze tych czynników, z natury swej przeciwnych ustrojowi pomajowemu. A kiedy stronnicy reform po zawodzie ze strony Prus (co do zachowania się których tylko bardzo naiwni mogli mieć jakieś wątpliwości) uznali sprawę za przegraną, wtedy obłudą z ich strony, albo czczą manifestacją dla gawiedzi ulicznej były protesty przeciw próbom przejednania carowej, chociażby przy pośrednictwie targowiczan. Dla historii protesty te mają podobne znaczenie, co gest Piłata Ponckiego. - Prawda, Stanisław August nie zdołał obronić Polski przed nowym rozbiorem ani ocalić wielu reform. Czyliż jednak jego zgoda na zjazd grodzieński była podłością?... Drugi sejm rozbiorowy odbył się w warunkach analogicznych jak pierwszy. Mniejsza o to, że Poniatowski przy tej sposobności rosyjskimi pieniędzmi opędzał swoje potrzeby i starał się uregulować swoje długi. To jest szczegół przykry, ale bez istotnego znaczenia. Nie trzeba też przywiązywać zbytniej wagi do różnych gestów szlachetnych rozmaitych aktorów sceny grodzieńskiej... Król zanadto dobrze znał się na rzeczy, aby się roztkliwiać. Był już zmęczony, sterany i grę przeciw mocarstwom podziałowym i rodzimym szkodnikom nie z tą, co przed laty dwudziestu, prowadził energią. Przecież jego zasady, taktyka i stawki były na ogół podobne, tylko szanse dla nieszczęsnego króla już prawie żadne. Nie sposób było rozszczepić zaborców. Poskromił jedynie tych, co pod targowickim znakiem pozostawali już bez innego programu, jak tylko, by swym łotrostwom zapewnić bezkarność. Wytyczna polityki Stanisława Augusta w tym okresie końcowym, to zachowanie szczątków Polski, chociaż pod okupacją moskiewską. Prawie wszyscy historycy, aby usprawiedliwić insurekcję, twierdzą, że pozostały pod imieniem Rzeczypospolitej szmat ziemi nie miał już warunków istnienia i nie przedstawiał wartości dla przyszłości narodu. Jestem odmiennego zdania, a moim sprzymierzeńcem jest sam Kościuszko, który realnie

zmierzał właśnie do tego, aby w granicach wytkniętych drugim rozbiorem utrzymać niepodległość. W dyskusji zabrał m.in. głos prof. Józef Feldman, który dowodził, że obecne studia nad okresem rozbiorów dają większe pole do optymizmu: Należy tu przede wszystkim wymienić niezniszczalność sprawy polskiej jako czynnika polityki międzynarodowej oraz ciągłość wysiłków społeczeństwa w kierunku odzyskania niepodległości. Sprawa polska odgrywała w pewnych momentach nierównie większą rolę w polityce europejskiej, aniżeli dawniej przypuszczano... w społeczeństwie zaś nie zamarła ani na chwilę myśl o konspiracji i walce orężnej. Powstanie Polski nie jest zatem wynikiem przypadkowych okoliczności, jak usiłuje dowieść historiografia obca (Recke), lecz organicznie tkwi korzeniami w przeszłości... Naiwność tego rozumowania bije w oczy. Wprost niepodobna dociec, na jakiej logicznej podstawie Feldman daje swoje „zatem”. Widocznie sam sobie zdawał sprawę z naciągania tezy, skoro zamiast wyłożyć, jaki związek miały konspiracje z odbudową Polski, rzuca frazes o „głębokich korzeniach” - po drodze zaś straszy ewentualnych przeciwników... zgodnością ich stanowiska z historiografią obcą. Potępienie tego chwytu, który jest zwykłym szantażem, będzie jedną z największych zasług Górki na następnym zjeździe. W rzeczywistości iunctim między konspiracją czy poruszaniem sprawy polskiej na forum międzynarodowym w epoce wczesnobismarckowskiej a odbudową 1918 roku jest żadne. Naród polski nie przestał być ani na chwilę zdolny do utworzenia własnego państwa, nie dzięki, ale mimo konspiracji i klęsk moralnych i materialnych, jakie „idea niepodległości” nań sprowadziła. Wszak jednakową zdolność okazali Czesi, Litwini, nie mówiąc już o Finlandii, która nas znacznie przewyższyła pod każdym względem, a to mimo zupełnego braku: 1) poruszania swojej sprawy na forum międzynarodowym, 2) powstań niepodległościowych. Przeciwnie, Finowie prowadzili rozsądną politykę ugodową i dlatego zasób ich sił moralnych i materialnych był relatywnie nieskończenie wyższy od naszego. W końcu Feldman zastrzega się przeciw sugestii, jakoby Czartoryscy i król siali ziarna niepodległości, skoro to oni sami zawezwali wojska rosyjskie w 1764 roku. Znowu bolesne potknięcie się historyka, który nie uświadomił sobie kryteriów naczelnych: o niepodległość walczy ten, kto podnosi swój naród w hierarchii narodów - bez względu na drogi, którymi do tego dąży. Francja też wezwała podczas wojny światowej wojska angielskie i amerykańskie na swoje terytorium, ale tylko dzięki temu niepodległość uratowała. Ratunek Polski nie mógł przyjść od wyrzucenia czy nawet unikania wojsk rosyjskich w 1764 roku, ale od jak najdłuższego lojalnego wytrwania w sojuszu z Katarzyną II.

Górka

Na VI, ostatnim przed wojną, Zjeździe Historyków Polskich rewelacją był referat prof. Olgierda Górki na temat „Optymizm i pesymizm w historiografii polskiej. Odwrócenie pojęć”. Zasadniczą tezą Górki było, że przypisywanie upadku „winie obcej” nie tylko nie jest optymizmem i nie może krzepić sił narodu, ale jest właśnie pesymizmem, bo określa nasze losy jako zupełnie niezależne od własnych wysiłków. Natomiast teza stańczyków - winy własnej - jest optymistyczna, bo przez zwalczenie w sobie tych win odzyskać możemy wolność i potęgę. Tak też się stało, wywodzi dalej Górka, dzięki naszemu odrodzeniu moralnemu odzyskaliśmy państwowość. Ten ostatni „sprawdzian” nie jest, jak zobaczymy, zbyt przekonywający, ale Górka przynosi w swoim wystąpieniu tak ogromny zapas myśli i wniosków nowych i płodnych, że jak najbaczniejsza uwaga jego „Odwróceniu pojęć” się należy. Górka wydał referat drukowany, a potem wygłosił doń ustny komentarz. Referat jest właściwie dyspozycją, treścią do dyskusji. Podzielony jest na półstronicowe kapitele. Pierwszy kapitel zawiera jedynie postulat odwrócenia pojęć i zerwania z hasłem Długosza, przyjętym przez całą polską historiografię: by pisać to, co czytelnicy mają wiedzieć, a nie to, co było naprawdę. Drugi kapitel zawiera dyspozycję całego zagadnienia, podajemy go tu poniżej in extenso: Istota zagadnienia „optymizmu” i „pesymizmu” - poglądy na upadek Polski. Olbrzymia literatura. Możność uwzględnienia jej tylko incydentalnie, z zacieśnieniem do najnowszej. Zarys tendencji rozwiązania pytania od Towarzystwa Demokratycznego i mesjanizmu po czasy ostatnie. Tzw. szkoła krakowska, finalne stwierdzenie Bobrzyńskiego. Poglądy tzw. szkoły krakowskiej i jej zwolenników, na ogół za szerokie w czasie, ale za wąskie w zakresie, przez zacieśnienie do spraw ustroju. Bezsporne ustalenie terminu pesymizmu dla tych poglądów, nie kwestionowane nawet przez Bobrzyńskiego. Przeciwnicy tzw. szkoły krakowskiej, tzw. szkoła warszawska, pewni historycy lwowscy, gros historyków późniejszych krakowskich, wreszcie Askenazy i Balzer. Askenazego teoria upadku, leżącego na linii dążeń ówczesnej Europy, pochodność winy własnej. Balzer późniejszy, jako przeciwnik Balzera poprzedniego („nie mogło być gorzej”), później teza „tak jak wszędzie, nawet lepiej”. Opinie historyków literatury itd. wyznaczających zwrot całej historiografii polskiej od „Zagadnień ustrojowych” Balzera. Częściowe wycofanie się Balzera, ostrożność ankiety pt. „Przyczyny upadku Polski”, próby rozstrzygania pół na pół, wedle faktycznego materiału (źródeł i argumentów) negującego Balzera - z drugiej zaś strony obawa (tzw. fałszywie) „pesymizmu” - niemniej przewaga niemal bezwzględna - poza Bobrzyńskim i Zakrzewskim poglądu balzerowskiego. Ostatnio powszechność tezy „z winy obcej”, podkreślona przez O. Haleckiego nazwaniem „winy własnej” - hipotezą, która nie utrzymała się w nauce. Trzeci kapitel Jest nie mniej ważny, jest to opis atmosfery, która się przyczyniła do ogłupienia narodu polskiego przez jego własnych historyków. Nastawienie psychiczne ogółu polskiego, a w ślad historyków i intelektualistów - odruchowa niechęć do ocen krytycznych i trzeźwych, entuzjazm dla każdej gloryfikacji. Szereg przykładów na przyjmowanie gloryfikacji bez względu na prawdę i logikę, przykład najjaskrawszy: entuzjazm dla tezy Chołoniewskiego o upadku Polski wskutek wyższości ustroju. W stosunku do Chołoniewskiego dowód per reductio ad absurdum. Zasadnicza walka logiki i metody z potrzebami i tendencjami emocjonalnymi. Stylistyka oświadczeń przeciw krytykom przeszłości, czyli tzw. spotwarzanie narodu. Buszczyński, demoralizowanie

pesymizmem, Smoleński itd. Terror psychiczny zarzutu zgodności z sądami wrogów. Sądy „wrogie” mogą być słuszne lub fałszywe, tak jak sądy własne. Dalej Górka prezentuje własną tezę: w upadku Polski nie było nic fatalistycznego. Przypisywać upadek tylko „winie obcej”, z pominięciem czynnika własnego, to właśnie znaczy być skrajnym pesymistą, bo wszak na obce instynkty ani siły wpływu mieć nie możemy, jeno na własne. Górka dowodzi, że upadku swego nie tylko jesteśmy winni, ale po trzykroć winni. Łączy tę tezę jak najściślej z odrodzeniem państwa. Jeśli upadliśmy - rozumuje - wyłącznie z winy własnej, to -skoro teraz powstaliśmy - stać się to musiało z własnej zasługi. Sofizmat tego „nieodpartego” - jak pisze Górka - rozumowania polega na tym, że Górka nie definiuje albo definiuje w sposób oczywiście mylny pojęcie „upadek państwa”. Gdybyśmy przez upadek Polski rozumieli fakt tak wyłącznie zależny od czynnika własnego, jak np. u jednostki samobójstwo, wówczas sprawdzian Górki byłby z punktu widzenia logiki formalnej słuszny. Mogłoby to mieć miejsce, gdyby Polska np. była położona na dalekiej wyspie i upadek państwa nastąpił, powiedzmy, drogą rozpadu na szereg samodzielnych, niepodległych gmin albo miast. Polska wówczas upadłaby z własnej jedynie winy i gdyby te gminy potem się skleiły, nastąpiłoby to jedynie z własnej zasługi. W tych warunkach, w których Polska istniała, „upadek” miał zupełnie inne znaczenie, o czym poniżej dyskutować będziemy. Argumentacji swojej tezy poświęca Górka następne kapitele drukowanej dyspozycji referatu. Pozostawimy je, żeby przejść do jego ustnej mowy, gdzie te same rzeczy szerzej wykładał. W referacie ustnym jeszcze raz nawraca Górka do Balzera i cytuje jego rozstrzygające zdanie: ...właściwą rozstrzygającą przyczyną upadku naszej państwowości, istotną causa efficiens tego zdarzenia, jest pożądliwość złączonych, a więc przemożnych, na zgubę Polski sprzysiężonych sąsiadów. Górka przeczy wprost tej tezie. Jego zdaniem zawinił przede wszystkim ustrój, a następnie brak człowieka, który by uratował państwo „chociażby zmniejszone bądź to w oparciu o Rosję, bądź to w walce z nią”. W tym zdaniu pośrednio Górka dopuszcza przyczyny z zakresu polityki zagranicznej, ale ich bliżej nie porusza. Bardzo ostro rozprawia się z psychozą, wymagającą optymizmu od historyka, i tej psychozie przypisuje błędy naszej historiografii: Wszystkie te poglądy, które mam odwagę wypowiadać, idą zbyt przeciw psychicznym nastawieniom większości, przeciw szkodliwemu, moim zdaniem, nurtowi emocjonalnemu, bym dla swych racji mógł się spodziewać czego innego, jak odruchowego sprzeciwu. To wielkie społeczeństwo intelektualne Polski, w którym nawet tego rodzaju pomysły jak A. Chołoniewskiego „Duch dziejów Polski” spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem i wyrazami uznania ze strony tak poważnych uczonych... nie może mieć... chociażby nawet zrozumienia dla tego, cui bono takie rzeczy są na świat wyprowadzane. Górka uważa, że to błędna definicja stworzyła zaporę psychiczną, która nie pozwala naszym historykom wypowiadać w dziełach syntetycznych tego, co znajduje się w sposób oczywisty w materiałach i faktach. Zmusza ich do tego ciągła pogoń za „pokrzepianiem”, za optymizmem. Dalej powtarza za drukowanym referatem argumenty, dla których tezę winy obcej należy nazywać pesymistyczną, a winy własnej optymistyczną. Cytuje Haleckiego, który powiedział („Przegląd Powszechny”, grudzień 1934, s. 305), że teza winy własnej nie utrzymała się w nauce, i odpowiada, że

nie tylko utrzymała się, ale nawet nigdy nie została poważnie zakwestionowana. Co więcej, nawet Konopczyński w paraleli polsko-szwedzkiej (s. 25) i Bujak w ankiecie „Przyczyny upadku Polski” (s. 105) uznają ją. Wreszcie przychodzi do własnego „sprawdzianu”, o którym mówi, że jest bardziej przekonywający niż wszystkie książki, jest to sprawdzian odbudowy i utrzymania państwa polskiego. Rekapitulując wykład, Górka stawia dwie tezy: I. Upadku. II. Odrodzenia. Teza druga brzmi: W rezultacie przebudowy polskiego charakteru narodowego i odrodzenia psychicznego... powstaliśmy do bytu państwowego z własnej zasługi, wytworzywszy zarówno przez walki niepodległościowe, jak nabycie poziomu intelektualnego i kulturalnego, elementy zdolne do walki, działania i ofiarności dla idei państwa polskiego. Teza ta wykazuje nadzwyczaj poważne braki, jak tylko ją konfrontujemy z faktami. Walki niepodległościowe prowadziliśmy w latach 1768, 1792,1794, 1800-1812, 1831, 1863 - niesposób twierdzić, jakoby wówczas, zwłaszcza w XIX wieku, elementy, o których pisze Górka, występowały mniej wyraźnie niż w r. 1918, tj. wtedy właśnie, kiedy powstaliśmy. Polska powstała właśnie po najdłuższej pauzie w walkach niepodległościowych - wystarczy znać zupełnie powierzchownie dzieje odrodzenia, żeby zaręczyć z całą pewnością, że ani „walka”, ani działanie, ani ofiarność nie były większe jak w czasie powstań, natomiast z gruntu inne były warunki zewnętrzne, po prostu wskutek pomyślnego przebiegu wielkiej wojny i rewolucji wszystkie trzy mocarstwa rozbiorowe rozsypały się w gruzy, najzupełniej bez naszego udziału. Cały szereg państw powstało jednocześnie bez jakichkolwiek walk niepodległościowych albo zalet nadzwyczajnych i zasług. Wracając jednak do wysiłku w roku 1921, nie można zaprzeczyć Górce słuszności, gdy mówi, że gdybyśmy się bili w roku 1792 tak jak w 1921, bylibyśmy wtedy wygrali - a gdyby w 1921 jak w 1792, to bylibyśmy i teraz stracili niepodległość. Oprócz zupełnej odmiany na korzyść polskiej wojskowości nastąpiła -co nie ulega wątpliwości - duża zmiana na korzyść pod względem patriotyzmu, moralności obywatelskiej, dyscypliny i umiejętności administracyjnych. Nie ulega więc wątpliwości, że gdyby nasz stan był gorszy, niż nim był naprawdę po wojnie światowej, nie bylibyśmy niepodległości utrzymali. Nie zmienia to ani na jotę faktu, że warunki umożliwiające w ogóle to odzyskanie przyszły najzupełniej niezależnie od nas i trudno sobie wyobrazić w XX wieku aż taki postęp Polski, by mogła sobie wywalczyć wolność bez tak pomyślnej koniunktury jak ta, którą widzieliśmy. Ta niezależność odzyskania wolności od działań naszych skierowanych przeciw rozbiorcom, a natomiast zależność utrzymania wolności od naszej wewnętrznej poprawy, pracy nad samym sobą, wykazuje aż nadto wyraźnie wiekowy błąd całej „idei powstańczej”, a daje głośno i wyraźnie słuszność teorii „pracy organicznej”. Okazuje się, że należało czekać na pomyślną koniunkturę, a wszystkie starania obracać na wzmożenie sił własnych. Przez niezwykłą mistyfikację, w czasie całego okresu Polski odrodzonej, Polacy byli najmocniej przekonani, że było wprost odwrotnie! Dalej Górka wymienia trzy czynniki, od których w literaturze i w rzeczywistości zależeć może byt państwa: i. ii. iii. Pożądliwość sąsiadów. Warunki geograficzne. Wartość człowieka w Polsce.

O polityce zagranicznej ani słowa, być może jednak, że zawiera ją Górka w III punkcie. Przechodząc kolejno przez trzy punkty i zwalczając tezę „winy obcej” przez wyciągnięcie z niej ostatecznych konsekwencji, mówił Górka: ...odnośnie do pożądliwości sąsiadów, jako do przyczyny upadku Polski, to przede wszystkim... musimy skonstatować, że jest to przyczyna stała, niezmienna, która oczywiście nigdy nie przestanie działać. Ergo, jeśliby ta właśnie pożądliwość sąsiadów miała być tą decydującą causa efficiens, to w zasadzie nigdy nie mieliśmy... i nie mamy obecnie uzasadnienia, by istnieć jako państwo. Jeśliśmy zaś faktycznie zaistnieli, przez zbieg okoliczności na tle chwilowego osłabienia wrogów, to w konsekwencji działania tej efficiens rozstrzygającej a stałej przyczyny, musimy bezpośrednio upaść jako państwo. Rozumowanie to nastręcza szereg zastrzeżeń. Siła sąsiadów, element, który powinno się wymieniać zamiast „pożądliwości”, ulega stałym zmianom, zależnie od koniunktur, podczas gdy „pożądliwość” potencjalnie zmianom nie ulega, a reguluje ją tylko koniunktura. Otóż w 1918 roku siły naszych sąsiadów były równe zeru i dlatego mogliśmy łatwo powstać, bez względu na to; z jakiego powodu upadliśmy półtora wieku temu - czy z naszej winy, czy i bez niej - skoro element konieczny do pojęcia „upadku” państwa (siła sąsiadów) przestał istnieć. Z biegiem czasu siła ta może wzrosnąć tak, że wszelka obrona będzie niemożliwością i Polska musi znowu upaść, tym razem bez swojej winy albo z własnej winy, to już będzie zależne od stosunku sił naszych do sąsiednich i od tego, jak poprowadzimy politykę w przyszłym okresie. W koniunkturze, jaka powstała po ukończeniu wojny siedmioletniej, istnienie Polski jako niezależnego mocarstwa mogło być tylko z największą trudnością możliwe, jak to wyjaśniliśmy w artykule wstępnym, i wówczas należało przeczekać złą koniunkturę w postaci państwa lennego, przynajmniej pod względem faktycznym, jeśli nie formalnym. Ten przykład wskazuje na to, jak niebezpieczne jest szermowanie w polityce pojęciami czysto abstrakcyjnymi i skrajnymi. Są wszędzie cienie i odcienie, są rozwiązania kompromisowe, których zaniedbanie narazić może naród na klęski najgorsze. Może się zdarzyć, że elementy od nas niezależne uwarunkują rezygnację z pewnego stopnia naszej niepodległości, a nasze własne błędy zamienią tę rezygnację w niewolę bez żadnych praw, a nawet w fizyczne wytępienie narodu. Polemizując z tezą Askenazego, według której główna przyczyna upadku nie tkwiła w Rzeczypospolitej, miała siedlisko w Europie ówczesnej, natomiast współdziałał w znacznej mierze czynnik pochodny: niedostateczna odporność Rzeczypospolitej - Górka cytuje Fryderyka II, który walczył 7 lat z Francją, Austrią i Rosją, i potem, wracając do sytuacji z r. 1935, pisze, że rozbiory zostały dokonane bez wystrzału, dziś trzeba by na to miliona trupów. Przechodząc do czynnika II: położenia geograficznego, cytuje Górka przykłady Portugalii i Węgier jako państw, które umiały mimo fatalnego stosunku sił utrzymać niepodległość, i pisze dalej: Stwierdźmy oto spokojnie fakt, że pod tym względem mamy dziś, a nie w XVIII wieku, najgorsze warunki na całym świecie. Jesteśmy narodem wtłoczonym bez jasnych i obronnych granic etnograficznych między dwa największe bloki geograficzne świata. Dla pierwszego rozbioru Górka ocenia ludność Polski na 12 mln, Prus na 4, Rosji na 26. Stosunek 1:2. Na rok 1930 stosunek ten wynosi 1:8.

Czynnik III. Człowiek. Górka kładzie tu duży nacisk i pisze, że w dyskwalifikacji człowieka, tj. szlachcica z XVIII wieku, idzie znacznie dalej od innych historyków. Bobrzyński pytał, czy szlachcic płacił podatki, Bujak i Rutkowski rozwodzą się nad jego egoizmem ekonomicznym, Górka zaś dyskwalifikuje jego walory militarne. 13 tysięcy wojska rosyjskiego trzymało 12-milionowe państwo, w tym milion szlachty, jak chciało przez pół wieku. „Stosunek gorszy niż angielskich wojsk kolonialnych do Murzynów”. Kończąc mowę Górka twierdzi: „Odrodziliśmy się w wartościach militarnych już od Legionów Dąbrowskiego, odrodziliśmy się intelektualnie od Stanisława Augusta”. Nie pisze, że nie odrodziliśmy się bardzo długo politycznie i zapewne dlatego tamte odrodzenia tak długo dały czekać na rezultaty pozytywne. Powaliliśmy w Radomiu Czartoryskich, w Sejmie Czteroletnim i insurekcji - Stanisława Augusta, w nocy listopadowej - Lubecki ego, w styczniowej Wielopolskiego, Dmowski i Piłsudski zaparli się sami swego geniuszu! W ciągu szeregu pokoleń zawsze brał górę frazes, poezja, romantyzm, a przez to szaleństwo i samobójstwo. Polityka leży w rękach ludzi nie posiadających żadnych danych, informacji, żadnego rozsądku ani daru przewidywania. Rozum traktowaliśmy jako zdradę, zbrodnię i głupotę - jako bohaterstwo. Czyżby tu leżał jakiś brak psychiczny narodu polskiego? Bynajmniej. Wykażemy dalej, że jest to tylko deformacja wywołana szeregiem konkretnych przyczyn: świadomego lub bezwiednego okłamywania lub mistyfikowania narodu przez historyków. Jeśli nie mamy ze szczętem wyginąć, to z tym trzeba skończyć, radykalnie i na zawsze. *** W dyskusji zaznaczymy tylko ciekawy zarzut, jaki Tymieniecki postawił Górce. Otóż nawiązując do jego słów, protestujących przeciw pragmatyzmowi i nawołujących do obiektywizmu, Tymieniecki stwierdził, że sam Górka, przykładając tyle wagi do pojęcia pesymizmu i optymizmu, jest pragmatystą i opiera swoje tezy na zarzucie, jakoby teoria „winy cudzej” była defetyzmem. Ten zarzut, zupełnie słuszny w odniesieniu do referatu Górki, wymaga, żebyśmy w tym miejscu jasno rozstrzygnęli kwestię pragmatyzmu. Czy historycy mają ukazywać narodowi dzieje tak, jak były naprawdę, czy tak, jak to będzie dla narodu pożyteczne? Czym jest w największym skrócie historia? Opisem szeregu ważnych dla losów zbiorowiska działań ludzkich, warunków, w jakich powstały, i skutków, które przyniosły. Działań, które przyniosły ze sobą jako konsekwencje pewne sytuacje i pewne działania nowe. Narody i ich przywódcy błądzą i wtedy ponoszą tych błędów konsekwencje. Postępują mądrze i dzielnie i wtedy zbierają tego owoce. Historyk stwierdza, że pewne działanie ludu czy jego przywódców pociągnęło za sobą upadek państwa. Historyk jest zdania, że przyznanie się do winy jest ujmą dla narodu, przyprawi go o przygnębienie, o defetyzm. I w imię tych racji historyk wmawia w swój naród, że jest bez winy, że to, co uczynił, było dobre. Tłuszcza popularyzatorów, dziennikarzy, poetów, romansopisarzy podchwytuje tezę i szerzy ją. Naród zachłystuje się z dumy, widzi w błędach i szaleństwach zasługę i mądrość, w rozsądku zdradę i podłość. Ale czas nie stoi, historia idzie naprzód Naród staje znowu przed dwiema drogami: drogą rozumu i siły - z jednej, frazesu i szaleństwa - z drugiej strony. I oto

skutkiem wychowania przez historyków naród brnie dalej w te same błędy, które sprowadziły nań upadek i klęski... i oczywiście sprowadza na siebie klęski coraz większe3. Oto mamy rozwiązanie zagadnienia pragmatyzmu. Tylko historia, która mówi zupełną i bezwzględną prawdę, może być pożyteczna dla narodu. Szkodliwą i zgubną może być tylko wtedy, jeżeli zbytnio pragmatystyczny historyk opuści drogę prawdy i zacznie szukać w fantazjach tego, co uważa za „pożyteczne”. Wówczas omyłka może przynieść klęski gorsze niż przegrana bitwa lub utracona prowincja. Dzieje Polski są tego dowodem. Narodowi, który znajduje się w trudnym położeniu geopolitycznym, prawda może tylko pomóc, a nic w dziejopisarstwie prócz fałszu nie może mu zaszkodzić.

Zakrzewski i Balzer
Ani Zakrzewski, ani Balzer nie zajmowali się stale epoką upadku Polski, która poprzez te pamflety i przypiski stanowi przedmiot niniejszej książki. Balzer jednak przez swoją broszurkę z 1915 r. pt. „Z zagadnień ustrojowych Polski” odegrał kapitalną rolę w długoletniej dyskusji o przyczynach upadku Polski. Przez swój wielki autorytet i naukowe ujęcie problemu dał on pseudogranitową podstawę pod tezę „winy obcej”. Zakrzewski specjalizował się w epoce pierwszych Piastów. Ale gdy Balzer, Kutrzeba i Chołoniewski wystąpili z książkami gloryfikującymi polski bezład epoki upadku i odsądzali „szkołę krakowską” od czci i wiary za jej krytycyzm, Zakrzewski ujął się śmiało za nią i umieścił w „Kwartalniku Historycznym” dwa artykuły, w których jest dużo słusznych i płodnych uwag o problemie upadku Polski. Przeprowadzimy najpierw analizę „Zagadnień ustrojowych Polski” Balzera. Już na samym początku znajdujemy wyraźne zdumienie z powodu przypisywania ustrojowi polskiemu udziału w przyczynach upadku (s. 5-6): Najdziwniejsze to, że nawet w grupie historyków z zawodu, którzy wypadki i stosunki dzisiejsze ocenić winni z perspektywy dziejowej, przedmiotowo i krytycznie, ten głos potępienia dawnych naszych właściwości ustrojowych nie tylko jest dość pospolity, ale czasem nawet szczególnie donośny: że w tych wadach naszego ustroju niektórzy upatrują

3

Parę lat po napisaniu powyższej apostrofy przeczytałem wspomnienia Lloyda George’a z okresu pierwszej wojny światowej, kiedy to autor był rzeczywistym dyktatorem i kierownikiem walczącego na śmierć i życie narodu brytyjskiego. W przedmowie zwróciłem uwagę na zdania, które dają praktyczny, z życia wzięty dowód, potwierdzający wywód, który logicznie powyżej wyprowadziłem. Oto Lloyd George stwierdza, że „zapoznanie się z historią tych wysiłków (podczas wojny dokonanych) jest niezbędne dla każdego, kto chce się dowiedzieć, jakie są najlepsze metody organizowania narodu, zarówno podczas wojny, jak w czasie pokoju”. „Niezależnie jednak od tego, czy chodzi o sprawozdanie z faktów, o potępienie czy o pochwalę, muszę podkreślić doniosłość tej reguły: że wszelkie opinie tego rodzaju mogą być pożyteczne tylko wtedy, jeśli są prawdziwe. Jeżeli z szacunku dla czczonych wspomnień albo drogich nam iluzji ukryjemy prawdę i przysłonimy defekty laurami gloryfikacji, nie nauczymy się niczego i następnym razem możemy już nie uniknąć katastrofy, tak jak uniknęliśmy jej wtedy, to znaczy niemal o włos” (Lloyd George: „Wspomnienia wojenne”, Warszawa 1938, s. 8).

wprost - jeśli nie wyłączną, to przynajmniej najgłówniejszą przyczynę upadku Rzeczypospolitej. Balzer uważa takie stanowisko jako błędne i postanawia odpowiedzieć na pytanie: „...czy w tym samym czasie urządzenia takie same lub podobne nie istniały także i w ustroju innych państw ościennych?” (s. 9). Jeżeli - wywodzi - urządzenia takie znajdziemy i gdzie indziej, tedy „krytyka ustroju Rzeczypospolitej w XVIII wieku będzie niesprawiedliwą” i nie można winić Polski o to, że nie wyprzedziła innych. Aby znaleźć odpowiedź na swoje pytanie, Balzer dyskutuje kolejno poszczególne składniki naszego ustroju. 1. Sejm walny (s. 10). Przyznaje, że była to instytucja sui generis, różna zupełnie od innych sejmów europejskich. Dyskutuje jednak jedynie zarzut stanowości, jakby to było właśnie największe zło, jakie mu historia zarzucała. Otóż „nawet” ten zarzut, jak pisze Balzer, jest zupełnie niesłuszny, gdyż w owym czasie wszystkie sejmy były stanowe. Metoda tej dyskusji urąga wszelkiej ścisłości. Autor przytoczył jeden tylko, drugorzędny i nader słaby zarzut, zbił go łatwo i uważa tym samym instytucję sejmu za obronioną. O zarzucie, iż sejm nasz, nie dopuszczając do stworzenia rządu królewskiego, sam też nie potrafił rządu stworzyć - nie czytamy u Balzera ani słowa. 2. Miasta i brak ich wpływu na rządy. Twierdzi, że wprawdzie na Zachodzie miasta miewały reprezentacje, ale wpływ ich był prawie żaden, rezultat więc ostateczny był ten sam, co i u nas. 3. Liberum veto. „Najboleśniejszy wrzód naszego sejmowania, którego ujemny wpływ na rozwój życia publicznego w Polsce dostatecznie jest znany” (s. 12). Po tej wstępnej konstatacji Balzer cytuje następujące argumenty pro: Liberum veto opierało się na prastarym słowiańskim poglądzie prawnym. Na 30 lat przed ostatnim rozbiorem zostało ono poważnie osłabione. W Konstytucji 3 maja zniesiono je zupełnie. Bezpośrednio po tym ostatnim twierdzeniu pisze autor (s. 14): I tak, kiedy nadeszła chwila, że Polska miała być wykreślona z karty Europy, schodziła ona z niej bez grzechu liberi veto, bez owego defektu, który w dociekaniach historycznych nieopatrznie rozciąga się czasem do ostatniej jakoby chwili istnienia Rzeczypospolitej, upatrując w nim jeden z najważniejszych rzekomych dowodów jej niezdolności do samodzielnego życia i rozwoju państwowego. Następnie przechodzi do innego tematu i dopiero w konkluzji książki (s. 71), w międzyczasie nic nowego o sprawie veta nie powiedziawszy, pisze Balzer: Czy zgubiło Polskę liberum veto, to samo liberum veto, które jej nie zgubiło w czasie największego swego rozkwitu, w dobie zrywanych ciągle sejmów, a na trzydzieści bez mała lat przed ostatecznym upadkiem Polski do tego stopnia stępiło swoje ostrze, iż przez cały okres stanisławowski nie tylko już nie bruździ prawidłowej działalności sejmów, ale może nawet przeszkodzić jej pełnemu... rozwojowi i znowu przechodzimy do następnego tematu.

Jak widzimy, jest tu użytych parę argumentów. Najpierw, jeżeli odliczymy argument o prasłowiańskim pochodzeniu, do którego sam autor nie przywiązuje wagi, mamy argumenty polegające na skasowaniu instytucji liberum veto. Rzecz prosta, argumenty te absolutnie nie mogą przeczyć tezie, iż instytucja ta była przyczyną upadku, bo mogła osłabić państwo tak bardzo, że potem 30 lat naprawy już pomóc nie mogło. Dlaczego więc autor argumenty te cytuje? Otóż boli go nie tylko to, że historycy zarzucają ustrojowi, że był przyczyną upadku Polski, ale i to, że na podstawie tegoż ustroju odmawia się Polsce „zdolności do życia”, żywotności. Co ta żywotność ma oznaczać? Jak ustrój może być żywotny, a jednocześnie doprowadzać państwo do zguby? Balzer jednak pomieszał te oba zagadnienia. Fakt naprawy ustroju dowodzi, że Polska była zdolna do tej naprawy, a więc jego zdaniem „żywotna”. Ale ta sama już konstatacja, którą przy wszystkich bez wyjątku składnikach ustrojowych powtarza, cytując reformy Sejmu Czteroletniego jako argument żywotności, dowodzi, że te właśnie składniki były złe, skoro trzeba było je poprawiać i skoro za tak wielki tryumf uważa Balzer ich poprawę nawet poniewczasie, tak że one wszystkie razem, jak to odpowiedzieli Balzerowi Bobrzyński i Zakrzewski, mogły stać się przyczyną naszego upadku, mimo że można się doszukać odpowiednika każdego z nich w jakiejś obcej konstytucji. Dopiero w jedynym zdaniu w konkluzji broszury Balzer sięga do argumentów nie przeciw temu, że liberum veto było dowodem malej „żywotności” Polski, ale na to, że przyczyniło się do jej upadku. Argumenty te nader krótko przez Balzera potraktowane dadzą się ująć jak następuje: a. że liberum veto, stosowane w okresie potęgi Polski, nie zgubiło jej wówczas, b. że zostało zniesione przed rozbiorami i nie przeszkodziło wówczas odrodzeniu wewnętrznemu. Na argumenty te odpowiadamy to, co zaznaczyliśmy już powyżej, że w okresie „potęgi” Polski liberum veto, stosowane wówczas nie tak często, osłabiało państwo i doprowadziło je ostatecznie do zupełnej utraty sił na początku XVIII wieku. W okresie stanisławowskim Polska była już tak słaba i skrępowana czujną kuratelą zagraniczną, że mimo zahamowania fatalnego działania veta, uratować się już nie mogła. Konopczyński wydał w 1918 roku, a więc w dwa lata po ukazaniu się broszury Balzera, obszerną monografię pt. „Liberum veto”. Zaczerpniemy z niej parę cytatów, które nam wyjaśnią działanie tej ustawy. Za Jana Sobieskiego, na ogólną liczbę 11 sejmów pospolitych, zostało zerwanych 6. Za Augusta II na 13 - 9. Za Augusta III na 13 - wszystkie. Przypomnijmy sobie, że tylko sejm mógł nałożyć podatki, zaciągnąć wojska, wysłać posłów, to zrozumiemy, dlaczego liberum veto zgubiło Polskę. Co do skutków liberum veto, Konopczyński zgadza się zupełnie w ocenie położenia wewnętrznego z ponurą oceną Konarskiego. Skutki w polityce zagranicznej sam podaje (s. 333) i nic lepszego nie możemy zrobić, jak ów ustęp w całości zacytować: Skutki na zewnątrz dotkliwe i jasne już dla współczesnych, ale w całej grozie widoczne dopiero w świetle historii. Gdyby nie Siciński, nie padłaby na Polskę najkrwawsza klęska pod Batohem (1652) i według wszelkiego prawdopodobieństwa nie zwaliłaby się na Litwę i Ruś -

Moskwa. Gdyby nie zepsuty sejm w r. 1654, nie ruszyłby się Karol Gustaw. Na wieść o tych popisach złotej wolności rodziły się wielkie plany aneksyjne: szwedzkie, moskiewskie, kozackie, siedmiogrodzkie - potem pierwszy plan rozbioru Rzeczypospolitej. Karą za dwa sejmy zerwane w r. 1672 była utrata Kamieńca. To samo w wieku XVIII. Gdyby nic odgłos bezmyślnych hałasów na jałowych sejmach epoki saskiej, nie oswoiłaby się Europa z myślą, że Polska, jej lud i ziemie stanowią własność niczyją, dojrzałą do rozbioru. Liberum veto w r. 1688, 1689 i 1693 zmarnowało wyniki pięciu kampanii wojennych Sobieskiego. W r. 1719 i 1720 zniweczyło wyborną sposobność do strząśnięcia z Polski w przymierzu z Austrią i Anglią rosyjskiego protektora. W roku 1744, 1746 i 1748 udaremniło ostatnie okazje do bezpiecznego przeprowadzenia reform. Veto sparaliżowało dyplomację polską... Rzeczpospolita w stosunkach międzynarodowych stała się nicością, pośmiewiskiem. Wielki Wezyr Ali Pasza miał rację, gdy pytał wzruszając ramionami (1743 r.): „Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiej bądź rzeczy trzeba wprzódy trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką”. „To są wszystko rzeczy powszechnie znane” - konkluduje Konopczyński. Widać nie tak powszechnie, jak mu się zdawało, skoro historyk prawa polskiego, zażywający wielkiej sławy i mający autorytet pierwszorzędny, dwa lata przedtem zaprzeczył wpływowi tej kapitalnej instytucji na dzieje upadku Polski. Skoro już jesteśmy przy temacie liberum veta, rzućmy okiem na dzieje opinii, jaką ta instytucja cieszyła się w społeczeństwie polskim. W okresie saskim była ona wprost ubóstwiana, uważano ją za „źrenicę wolności”, od Konarskiego datuje się renesans rozumu i walka Polaków nowoczesnych z tą zakałą naszego ustroju. Dopiero jednak na Sejmie Czteroletnim zostaje liberum veto zniesione i większość narodu zdaje sobie sprawę z jego szkodliwości - jest to owoc prac tegoż Konarskiego, Staszica, Kołłątaja, Naruszewicza i innych. W XIX stuleciu spotykamy olbrzymie dzieło historiozoficzne Lelewela, który nie wiadomo skąd doszedł do tezy, że początki ustroju Polski, a więc i źródło jej dawnej potęgi, leżały w „gminowładztwie”, którego cechą istotną było liberum veto. Teza ta, rozszerzona przez Moraczewskiego, doczekała się apologii w trzytomowym dziele Wróblewskiego (wydanym pod pseudonimem Koronowicza) w r. 1858 pod tytułem: „Słowo dziejów polskich”4. Wyraz „słowo” ma oznaczać to, co Chołoniewski nazwie „ideą wolnościową”, rzekomą demokratyczną misję dziejową naszego narodu. Oto pouczający cytat z Wróblewskiego: karty, na których szkicuje on obronę liberum veto (t II, s. 698): Nikt tego przed sobą nie taił, że i nieprzyjaciele dobra publicznego będą nim dokazywać w sejmach na przeszkadzanie uchwałom dla kraju pożytecznym, ale widziano tu przede wszystkim stanowczą obronę wolności, i nie wahano się ją przyswoić pospolitemu prawu. Przy powszechnym przekupstwie lub odurzeniu odwołano się jeszcze do cnoty i odwagi jednego... I wolno mówić przeciw temu, co się podoba, a wyczerpywać cały arsenał komunałów na dowiedzenie niedorzeczności, ba, nawet szaleństwa prawa „liberum veto”,
4

Byłoby pożądane, żeby ktoś opracował wpływ i znaczenie Wróblewskiego na naszą opinię w okresie przedstyczniowym. W każdym razie Adamus w swoich studiach historiograficznych (J. Adamus: „St. Zakrzewski wobec ideologii ustrojowej”. Odbitka z „Przewodnika Historyczno-Prawnego”, rocznik V, Lwów 1937) wymienia z całą powagą dzieło Wróblewskiego, jako jedną z wielkich syntez dziejów polskich ubiegłego wieku, obok Schmitta i Szujskiego.

zawsze jednak pozostanie faktem niezbitym, że w okolicznościach, w jakich się wówczas znajdowała Rzeczpospolita, przy psowaniu przez władzę uczciwości publicznej, ono jedno skutecznie wolność narodową obronić mogło i obroniło. Kiedy przeciwnie bez niego, przy zaćmiewającym się coraz świetle publicznym, byłaby ona bez pochyby zginęła. Prawidło w takich razach ogólne następujące: gdzie nie ma oświeconego, a misternego kunsztu przyrodzonych geniuszowi narodu instytucji, tam jeszcze obronić je można poczciwym, choć ślepym do niej przywiązaniem... Polacy republikanie widzieli, że Senat i Izbę można przemówić obietnicami lub datkiem w ich znakomitej większości, były na to sposoby w ręku króla, postanowili odwołać się do odwagi jednego choćby cnotliwego męża, który by wtenczas prawnie wyrażał wolę narodu -poza Senatem i Izbą - niepokalanie istniejącą. Żadne tym sposobem zasadzki na wolność, pokrywane, jak to umie władza, projektami na pozór dla dobra publicznego niezbędnymi, ostać się nie mogły. Ślepy, namiętny, wcale nie statysta, ale zakochany w Rzeczypospolitej poseł od razu je niweczył swoim wszechwładnym veto. Kraj cierpiał od nieprzyjęcia środków, częstokroć pożytecznych, ale koniec końców, gdy środki były zespolone śmiertelną szkodą wolności, nie wahano się je odrzucić, pocieszając się tym, że wolna Rzeczpospolita była ocalona, a z nią słowo i powołanie narodu... Konopczyński w swojej kapitalnej monografii o „Liberum veto” cytuje Mickiewicza (Wykłady o literaturze słowiańskiej) i Słowackiego (List do ks. Adama Czartoryskiego 1846), po czym pisze: Z prawdziwym też zadowoleniem możemy stwierdzić, że dziejopisowie romantycznego pokolenia: Lelewel, Moraczewski, Koronowicz i Schmitt nie pokusili się o dotrzymanie lotu współczesnym poetom (s. 352). Zdanie to, co najmniej jeśli idzie o Lelewela i Koronowicza- Wróblewskiego, jest zbyt pochlebne. Smoleński, który nie może być posądzony o przyjazne uczucia względem stańczyków, podkreśla łączność Lelewela z Wielhorskim, nieszczęsnej pamięci sprawcą wywrócenia reform Czartoryskich na sejmie Czaplica 1766 roku („Szkoły historyczne w Polsce”, 1898, s. 67). Istotną przyczyną upadku Polski (wg Lelewela) było sprzeniewierzenie się narodu leżącym w duchu tego, a urzeczywistnionym w zupełności raz tylko w pierwotnej Słowiańszczyźnie zasadom równości wszystkich i wolności. Poglądy lelewelowskie niczym innym nie były, jak wznowieniem teorii Wielhorskiego i republikanów z doby Sejmu Wielkiego. Pomimo różnicy w szczegółach, nieskończonej wyższości Lelewela pod względem materiału dowodowego i ścisłości argumentacji niepodobna zaprzeczyć wspólnego punktu wyjścia w poglądzie na przeszłość u dwu generacji, przedzielonych szkołą monarchiczną (Naruszewicza). Jak Wielhorski, tak i Lelewel „pierwiastkową ustawę” republikańską poczytuje za podwalinę bytu i zboczeniu od niej przypisuje anarchię i ostateczną ruinę, tylko że pierwszy zawarł swój ideał politycznospołeczny wyłącznie w szlachcie, gdy drugi podniósł go do rozmiarów żywiołu plebejskiego, powiększył o ogrom ludu. Nawiasem zaznaczmy, że podział na szkoły: demokratyczną i monarchiczną, nie jest celowy, z powodu małej roli, jaką w praktyce w dziejach naszych od 200 lat odgrywa ten problem, w porównaniu do zagadnień polityki zagranicznej: powstańczość czy ugoda?

Jeśli się kiedyś znajdzie kilku młodych adeptów polityki jako sztuki, wspólnie studiujących tę książkę, polecamy im rozbiór krytyczny powyższego cytatu metodą, którą my stosujemy. Sami zwrócimy jedynie uwagę na karykaturalne, ale stokroć bardziej logiczne od Balzera, doprowadzenie kryterium „wolnościowego” do ostatecznych konsekwencji. Pozwolimy sobie również podać za Konopczyńskim wykaz tych „ślepych, namiętnych, ale zakochanych w Rzeczypospolitej” - poczciwych, jak pisze gdzie indziej, wyrazicieli „niepokalanej woli narodu”. Konopczyński zadał sobie trud zbadania, kto i z jakich motywów, czyli za jakie pieniądze zrywał sejmy. Oto wynik jego badań; aby nie nużyć, cytujemy tylko zrywaczy ostatnich kilku sejmów: (s. 328 i nast.) Sejm Grodzieński 1744 zniszczyli Potoccy w porozumieniu z Francją i Prusami. Głównym reżyserem był Antoni Potocki, wojewoda bełzki... Sejm r. 1748 zniszczyli po 6 tygodniach syzyfowej pracy Potoccy z pomocą podskarbiego koronnego, Sedlnickiego, a za podszeptem pruskim i francuskim... Sejm nadzwyczajny 1750, zwołany umyślnie dla naprawy trybunałów, zerwał... Antoni Wydżga, poseł bełzki... jawnym inspiratorem Wydżgi był Józef Potocki, hetman w. koronny, tajnym Antoni, wojewoda bełzki, największy niszczyciel sejmów, jakiego znają dzieje Polski. Obaj służyli Prusom i Francji. Sejm Grodzieński 1752 zagwoździli dwaj brasławianie, Świdziński i Chojecki... Winowajcy pośredni ci sami, co w r. 1748. Sejm r. 1754 rozbił się o sprawę ordynacji ostrogskiej. Zgubę gotowali mu z jednej strony uczestnicy rozdrapania ordynacji, z drugiej Francja i Prusy.. Sejm z r. 1756 nie doszedł do skutku z powodu zatrzymania Augusta III w obozie pod Pirmą, oblężonym przez Prusaków. Sejm r. 1758 zerwał 7 października Mikołaj Podhorski, poseł wołyński. Służył on Janowi Klemensowi Branickiemu, hetmanowi w. koronnemu, i Potockim, których popierały Prusy i Francja. Sejm r. 1760 zerwał zaraz pierwszego dnia 6 października Franciszek Leżeński, poseł podolski, kupiony przez dwór za pośrednictwem Potockich, a na żądanie Rosji, zgodnie z uboczną zachętą Prus. Sejm nadzwyczajny r. 1761, jedyny od 1752, jaki naprawdę przed sobą miał pozytywne zadanie - reformę monetarną, zerwało czterdziestu posłów zbiorowym manifestem... Opozycję prowadzili Czartoryscy, J. KI. Branicki i J. Małachowski. Z boku dybał na tenże sejm poseł pruski. Sejm r. 1762 zakłócony został wnet po zagajeniu... zerwał obrady Michał Szymanowski, poseł ciechanowski, 6 października. Wynajęli go w tym celu minister Augusta III Brühl oraz rezydent rosyjski. Ze swej strony współdziałały Prusy. Teraz parę słów o sprawcach zagranicznych i domowych. Z mocarstw europejskich najwięcej zniszczyły u nas sejmów Prusy. Od czasów Sobieskiego niewiele było sejmów, na które by Berlin nie knuł zguby. Największe zasługi mają na tym polu posłowie Hofman i Benoit. Drugie skrzypce gra Rosja (1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760, 1762). Głównymi jej działaczami Grzegorz i Wasyl Dołgoruki tudzież Michał Bestużew. Trzecie miejsce należy się Francji (1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754, 1758). Wśród polskich rodów magnackich rekord ustanowili w dziejach liberum veto Potoccy - owi Potoccy, co to zdaniem Staszica „nigdy swej pysze nie poświęcili kraju”. Poświęcili go owszem w r. 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758, 1760.

Sapiehowie bruździli głównie w latach 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729, 1730. Lubomirscy w r. 1664, 1665, 1666 (dwukrotnie), 1754. Przypuszczamy, że ten cytat wystarczy, by raz na zawsze przestano pisać u nas o „wyrazicielach niepokalanej woli narodu” w postaci zrywaczy sejmów! Dodajmy jedną uwagę metodyczną: ustawienie obok siebie tez Wróblewskiego i analizy Konopczyńskiego jest niesłychanie jaskrawą ilustracją dwu metod, można powiedzieć: dwu epok naszej historiografii. Wróblewski, według Comte’a, epoka metafizyczna, kiedy to ludzie już nie szukając motoru wszelkich zdarzeń w zarządzaniu sił nadprzyrodzonych, wynajdują a priori różne zasady i z nich dopiero wyprowadzają interpretację faktów. Konopczyński - to metoda pozytywistyczna: wychodzi z faktów, bada je i na podstawie ich analizy dopiero stawia prawo ogólne. Dodać trzeba, że Konopczyński nareszcie wyjaśnił i genezę liberum veta. Nie była to wcale własność prasłowiańska, polska, gminowładcza, ale powszechna cecha pierwotnych wieców europejskich. Wszędzie ta niepraktyczna zasada istniała, wszędzie została porzucona wcześnie. Nasi zacofani politycy szlacheccy zachowali ją ku uciesze sąsiadów do końca XVIII wieku. Wracajmy do morfologii liberum veta w opinii polskiej. Po powstaniu 63 roku Kalinka otwiera w r. 1868 swoimi „Ostatnimi latami panowania Stanisława Augusta” epokę szkoły krakowskiej. Szujski, a nade wszystko Bobrzyński, dając nam nareszcie ściśle naukowe analizy naszych dziejów, z przerostem nawet historii ustroju, umiejscowili dokładnie rolę wolnego „nie pozwalam” w dziejach naszego upadku. Ale oto przychodzi reakcja: Balzer, Kutrzeba, naukowcy, zastrzegający się, sumitujący, ale w końcu usprawiedliwiający liberum veto, dają materiał Chołoniewskiemu do powtórzenia dosłownie niemal bredni, którymi rozbrzmiewały sejmy epoki saskiej, a potem karty dzieła Wróblewskiego. Dopiero w r. 1918 wychodzi spod prasy dzieło Konopczyńskiego pt. „Liberum veto”, które oby było ostatnim etapem w tym boju groteskowym, ale nader pouczającym dla każdego, kto śledzi walkę rozumu z głupotą w Polsce. 4. Władza królewska. Autor wykazuje, że ta dziedzina naszego ustroju - dzięki temu, że król nie jest stroną w stosunku do stanów, ale ich częścią organiczną - wykazuje analogię „do dawniejszego angielskiego, a przez to dzisiejszego europejskiego” ustroju oraz że „wykazuje (sejm) ważne znamię charakterystyczne, poczytywane za wysoką zaletę dawniejszego parlamentaryzmu angielskiego”. Znowu poważne nieporozumienie. Balzer nie podaje kryterium, na podstawie którego dany ustrój jest „poczytywany za zaletę”. Można sądzić, że ma tu na myśli sprawdziany z punktu widzenia prawa konstytucyjnego, stosunku obywatela do rządu, obrony jego indywidualnych interesów, co kto chce, tylko nie z punktu widzenia kryteriów siły organizmu państwowego. I znowu pomija tu milczeniem brak rządu, mniejsza o to, czy przy królu (jak we Francji i gdzie indziej), czy przy parlamencie (jak w Anglii). 5. Następuje długi rozdział o sejmikach, w którym Balzer udowadnia, że takie same sejmiki jak w Polsce były i w innych państwach. 6. Zarzut anarchii. Balzer protestuje przeciw ocenianiu społeczeństwa według jego braków, a nie według jego osiągnięć. Inne przejawy bezrządu zwala na wojny, które toczyły się na naszym terytorium.

Można ubolewać - pisze (s. 24) - że geograficzne położenie Polski nastręczało sposobności tak częstego przenoszenia walk na teren Rzeczypospolitej. Można winić dyplomację naszą, że nie potrafiła skutecznie zażegnać grożących wojen. Można żałować, że skarb Polski nie posiadał odpowiednich środków, żeby stworzyć większe wojsko, które by wystarczało do odparcia zapędów nieprzyjacielskich. Można nawet podnieść zarzuty przeciw gospodarce skarbowej polskiej, że nie obmyśliła środków zwiększenia dochodów państwowych i stworzenia potężnej armii. Nie można jednak winić o to wszystko naszych stosunków ustrojowych. Zdanie powyższe jest szczytem zakłamania. Nie można „ubolewać” obłudnie ani nad naszą sytuacją geograficzną, bo, jak słusznie wytknął Zakrzewski, sytuacja Prus była znacznie gorsza, ani też nie można winić naszej dyplomacji, skoro nie wolno było rządowi bez sejmu wysłać jakiegokolwiek poselstwa ani zawrzeć jakiegokolwiek traktatu, a sejm był na łasce każdego posła czy mocarstwa, które przekupiwszy go, mogło jednym tylko głosem sejm zerwać i wszystkie, nawet poprzednie jednomyślne, uchwały unieważnić. Nie można żałować, że skarb nie posiadał odpowiednich środków ani że „gospodarka skarbowa” nie „obmyśliła” środków zwiększenia dochodów, skoro wiemy, że nawet za czasów saskich mało który sejm nie zawierał na porządku dziennym sprawy uporządkowania skarbu i armii, ale można i trzeba winić właśnie nasz ustrój, który przez zniweczenie władzy królewskiej, przez brak regulaminu i przez liberum veto jakąkolwiek poprawę czynił niemożliwą. Oczywiście nie wini się tu jakiegoś pojęcia oderwanego, ale ludzi, którzy reformę ustroju uniemożliwiali. Anarchię Polski, polegającą na braku wędzidła państwowego dla obywateli, przeciwstawia Balzer „anarchii od góry”, jak nazywa brak ograniczeń monarchy wobec poddanych w krajach ościennych. Przyznaje też pośrednio wyższość anarchii polskiej, zapominając o tym, że to bezpieczeństwo od rzekomych zakusów własnych królów trzeba było okupić brakiem silnego państwa, a co za tym poszło, niewolą najsroższą, „anarchią od góry” najbardziej nieograniczoną, tylko że doznaną od władców obcych. 7. Przechodząc do absolutyzmu, Balzer znowu zaczyna od obłudnych ubolewań (s. 26): „Można ubolewać - pisze - nad tym, że Polska w XVI-XVIII wieku nie przetworzyła się w państwo absolutne, o silnej, militarnej organizacji, byłaby bowiem snadniej potrafiła stawić czoło grożącym jej niebezpieczeństwom”. Twierdzi jednak zaraz na usprawiedliwienie tego stanu rzeczy, że ówcześni ludzie tego związku nie mogli spostrzec i że nie można ich o to winić. Teza ta nie da się utrzymać. Klęski państwa, płynące ze słabości władzy i braku absolutyzmu, były widoczne jak na dłoni, oczywiste dla obcych, wytykane często przez królów, ustami podkanclerzych i przez światlejsze umysły polskie, od Skargi do Konarskiego i Naruszewicza. Trzeba podziwiać nonszalancję Balzera, kiedy pisze swoje: „...można ubolewać...” nad formą ustrojową, która atomizowała siły narodowe i nie pozwalała ich skupić inaczej, jak tylko dla negacji zbawczych planów naszych królów elekcyjnych. 8. Elekcyjność. Balzer przyznaje, że była ona „żywiołem rozstroju życia państwowego”, ale - ponieważ egzystowała także i w Czechach i na Węgrzech - przeto nie była ani przeszkodą we wprowadzeniu absolutyzmu, ani też czynnikiem decydującym o „nieżywotności”. Niestety Balzer nie dyskutuje poszczególnych elekcji, nie śledzi za rozwojem „pacta conventa”, w których .królowie nasi, za cenę zdobycia korony, coraz to więcej ze swej władzy ustępowali na rzecz sejmu; bierze elekcję, elekcyjność jako pojęcie teoretyczne, oderwane, nie zaś elekcję polską, i dlatego omija zarzut, powszechny w naszej historiografii, że bez elekcji, przy tronie dziedzicznym, władza nie byłaby nigdy upadła tak nisko.

9. Ustrój władz i urzędów. Najpierw znajdujemy twierdzenie, że ustrój władz to „była sprawa finansowa” i że „na takie obciążenie (jak biurokracja w XIX wieku) nie mogła się zdobyć nie tylko Polska, ale nawet najdostatniejsze państwo zachodnie” (s. 32). Zdanie to jest o tyle niepotrzebne, że takiego znów rozrostu nikt nigdy od naszych przodków nie wymagał, a Balzer sam przyznaje, że współcześnie aparat urzędniczy w innych państwach był jednak bardziej od naszego rozbudowany, jest jednak skłonny zarzut ten bagatelizować. Za rzecz natomiast zasadniczą uważa zbyt luźny związek urzędników z władzą monarszą. Starostowie z urzędników królewskich w wiekach średnich stali się potem zupełnie niezależnymi urzędnikami ziemskimi. „Byłoby błędem nie doceniać ujemnej strony naszego dawnego ustroju” - przyznaje Balzer i czytelnik ma nadzieję, że może przynajmniej tu nie ukryje wady wśród powodzi sztucznie skonstruowanych komplementów. Ale nic z tego. Trzeba - pisze dalej autor - zastanowić się nad genezą tego stanu rzeczy. Geneza ta leży w opisanym już braku dualizmu: król - stany, i w tym, że obie te siły są w Polsce zespolone. Ponieważ zaś ta cecha jest właśnie „szczególnie cenną cechą ustrojów współczesnych”, przeto jasne jest, że Polska nie tylko nie została w tyle za innymi państwami, ale nawet wyprzedziła je. Sofizmat tego rozumowania nietrudno przyłapać. Zamiast od faktu: luźnego związku króla z urzędnikami - który to fakt i jego ujemne znaczenie sam stwierdził - iść w górę do jego genezy i genezę tę ocenić na podstawie realnych i stwierdzonych konsekwencji, Balzer, wygłosiwszy niekorzystny sąd o stanie faktycznym, nagle odrywa się od niego, przechodzi wprost do źródła tego faktu, źródło to nazywa - nie wiadomo na podstawie jakich kryteriów - „cechą szczególnie cenną” i potem już na tej podstawie rozgrzesza z lekkim sercem anarchię urzędów polskich. Tu, a nie gdzie indziej, w tego rodzaju dialektyce, która tak czy inaczej na każdej stronie broszury zaciemnia prawdę, leży cała geneza słynnej książki Chołoniewskiego „Ducha dziejów Polski”, której poświęcimy osobny rozdział i która u progu dwudziestolecia Polski Odrodzonej zatruła cały nasz sposób myślenia o dziejach Polski5.

5

Tę genealogię Chołoniewskiego tam, gdzie wywodzi się on od Balzera, wyprowadził z właściwą sobie niezawodną jasnością i precyzją Bobrzyński w zakończeniu II tomu swoich „Dziejów” (wyd. IV, s. 320 i nast.). Oto linie, które poświęca obu autorom, zaczynając od epoki tryumfu szkoły krakowskiej: „Utarło się już w dziejopisarstwie naszym spostrzeżenie i przekonanie, że zgubił nas nierząd wewnętrzny i że wina leży w nas samych. Tylko publicyści, goniący za tanią popularnością, występowali z apologią złotej wolności, a upadek przypisywali wyłącznie przemocy sąsiadów. Przyszła jednak wielka wojna światowa, która wstrząsnęła umysłami u nas więcej niż gdzie indziej, bo z nią łączyliśmy wszystkie nasze obawy i wszystkie nadzieje. Historycy mniej niż ktokolwiek uchronili się od jej wpływu. Wydało się niejednemu, że potępienie dawnego ustroju Rzeczypospolitej i przypisanie upadku nam samym wyzyskane będzie przeciw naszej zdolności rządzenia się i wskrzeszenie państwa utrudni. Dlatego sprawę jego upadku poddano rewizji, a w rozbiorze tego pytania niemal wszyscy historycy wzięli udział. Drogę otwarł im Balzer rozprawą: «Z zagadnień ustrojowych Polski», wydaną w r. 1915, w której wykazał łatwo, że wszystkie niemal wady naszego ustroju można znaleźć w tym lub innym państwie współczesnym, które jednak przez to nie upadło, a stąd wysunął wniosek, że «pogląd, jakoby w niedostatkach naszego ustroju tkwiła istotna przyczyna upadku Polski, okazał się błędny, a więc właściwą, rozstrzygającą przyczyną upadku naszej państwowości jest pożądliwość złączonych, więc przemożnych, na zgubę Polski sprzysiężonych sąsiadów». Wystarczyły te słowa ze strony badacza tej miary co Balzer, aby echo tryumfu nad szkołą historyczną i opartą na niej polityczną krakowską odezwało się w obozie politycznym, który głosi kult skrajnego nacjonalizmu. Pochwycili też publicyści słowa Balzera, że «ustrój Polski był spółcześnie wartością na ogół dodatnią», i chociaż słowa te odnosiły się do Konstytucji 3 maja, odnieśli je do całego poprzedniego ustroju, którego wady i błędy Balzer stwierdzał, i przedstawili rozprawę jego jako apologię złotej wolności. Jeden z tych publicystów, Chołoniewski, w głośnej broszurze: «Duch dziejów Polski», wydanej w r. 1917, przyczynę upadku znalazł w tym, że państwa sąsiadujące z Polską, absolutnie rządzone, nie mogły ścierpieć ideału wolności, który przedstawiała Polska i którym wyprzedzała inne narody, a który był dla nich niebezpieczny.

Na pozostałych stronach (38 do 60) autor ocenia nasze stosunki społeczne, operując tu już wyłącznie zdemaskowaną powyżej metodą dialektyczną. Najpierw przyznaje z reguły, że stan rzeczy był u nas zły, potem porównuje poszczególne składniki do zagranicy i najczęściej konkluduje już pochwałami dla naszych dziejów, dlatego wyłącznie, że w różnych krajach i czasach różne instytucje, przejawiające się u nas i łącznie, i stale, dadzą się odkryć. Nie potrzeba dodawać, że opinia taka jest fałszywa. Monografiści naszych stosunków społecznych, od Staszica do Świętochowskiego, są zgodni w tym, że szlachta była u nas bardziej niezależna i samowładna, miasta biedniejsze i bardziej upośledzone, chłopi o parę wieków zacofani w porównaniu z krajami Europy zachodniej. W ostatecznej konkluzji Balzer stwierdził, że ustrój Polski był „wartością na ogól dodatnią, a przez to dziś... winien nam pozostać szacowną, czcigodną pamiątką przeszłości naszej” (s. 75). Upadku naszego zaś „właściwą, rozstrzygającą przyczyną, istotną «causa efficiens», jest... pożądliwość złączonych, więc przemożnych, na zgubę Polski sprzysiężonych sąsiadów” (s. 75). W następnej swej pracy Balzer zrewidował częściowo to ostatnie, zbyt apodyktycznie wypowiedziane zdanie. Ograniczając sąd własny do ustroju, wzywa historyków, by przeszli szczegółowo trzy grupy możliwych przyczyn: 1. Położenie geograficzne. 2. Niezdolność do silnego ustroju. 3. Błędy polityczne i militarne. Ujęcie jest nasze. Poniżej rzucamy parę ramowych uwag nad tymi trzema grupami przyczyn Balzerowskich. 1. Położenie geopolityczne: istnienie samo i siła sąsiadów. Polska mogła tę grupę przyczyn swego upadku usunąć dość łatwo: jeżeli idzie o Rosję w XV wieku, potem na początku XVII w. okresie Smuty, w ciągu XVII przez unię z Kozaczyzną i skierowanie jej ekspansji przeciw Moskwie. Jeżeli idzie o Prusy, możność tę miała w epoce sekularyzacji w XVI wieku. Od początku XVIII wieku do dzisiaj Polska nie miała możności, leżących w granicach prawdopodobieństwa, zmiany swego położenia geopolitycznego. Nie ulega jednak wątpliwości, że sąsiedzi, nie mając aż bezwzględnie przygniatającej przewagi w owej epoce ani nie będąc jednym organizmem, lecz trzema, nie mieli 100% szans rozbioru. 2. Siła wewnętrzna. Tu konieczny dalszy podział, ciągle z punktu widzenia czasokresu i prawdopodobieństwa zmiany własnymi siłami: a. upadek moralności obywatelskiej i patriotyzmu. Na wyleczenie się z tego trzeba było jednej generacji, generację tę wychowali Konarski, Stanisław August i jego pomocnicy, b. rozstrój władzy ustawodawczej i wykonawczej. Mógł być usunięty albo zamachem stanu, albo stopniowymi reformami, c. brak poczucia dyscypliny, niezależny od braku patriotyzmu. Tu także zamach stanu i krwawy terror mógł być skutecznym lekarstwem.
Gorszym objawem było, że już nie tylko za sprawą Balzera, lecz wprost za trującym haszyszem Chołoniewskiego oświadczyli się niektórzy historycy, a jeden z nich, Konopczyński, ujrzał w nim «zwycięstwo nad ciężką zmorą, szkołą krakowską»”

3. Polityka zagraniczna. W istniejących stosunkach geopolitycznych i wewnętrznych jedyna droga do utrzymania państwa na okres czasu potrzebny do wzmocnienia wewnętrznego i do doczekania się zmiany konstelacji leżała w ostrożnej i trafnej polityce zagranicznej. Istniały nader duże możliwości utrzymania państwa, nawet przy tych sąsiadach i w tym stanie rozkładu, drogą zainteresowania jednego z mocarstw sąsiednich w utrzymaniu jego całości, drogą przyjęcia faktycznego lenna i podniecenia konfliktów między sąsiadami, i wykorzystania każdego dla własnego wzmocnienia. Była to polityka Stanisława Augusta - wystarczyło mu nie przeszkadzać - Polska byłaby uratowana! Inaczej analizuje zdanie Balzera Zakrzewski (op.cit. 16): Doszedł autor do tego poglądu mimo wszystko dzięki rozważaniom nie tylko cech ustrojowych, ale pewnej argumentacji politycznej. Mieści się ona w uwadze o „złączonych, a więc przemożnych” sąsiadach. O tej przemożności złączonych sąsiadów Fryderyk II innego był zdania, czego dowiódł podczas wojny siedmioletniej. Innego też była zdania Polska, jeszcze za czasów Jana Kazimierza, broniąc się do upadłego, mimo walki na wszystkie fronty. Teza ta o przemożności złączonych sąsiadów prowadzi wprost do uznania zasady fatalizmu. Ileż więcej tkwi słuszności w surowym sądzie Bobrzyńskiego: „nie granice i nie sąsiedzi, tylko nieład wewnętrzny przyprawił nas o utratę politycznego bytu”. Mimochodem zaznaczmy, że w tym zdaniu Zakrzewskiego leży zalążek całej tezy Górki ze Zjazdu Historyków w roku 1935. Jeżeli jednak idzie o porównania, to nie są one szczęśliwie dobrane, gdyż Fryderyk Wielki dysponował wspaniałym aparatem wojskowym i administracyjnym, a Jan Kazimierz nie był atakowany ze wszystkich stron i miał paru nader wartościowych sprzymierzeńców. Bobrzyński niewątpliwie ma rację, że Polska obdarzona od dziesiątków lat silnym rządem, armią i polityką zagraniczną, niezależną od sejmu, nie byłaby upadła, choćby dlatego, że każdy rząd byłby wykorzystał którąkolwiek z nadarzających się pomyślnych koniunktur walk między sąsiadami w XVIII wieku. Na dnie rozbiorów leżało przekonanie, że Polska nie będzie nigdy aktywnym sprzymierzeńcem któregokolwiek z państw. Ten sam motyw dokładnie sformułowany we francuskiej korespondencji dyplomatycznej był powodem, dla którego trudno zdecydować się mocarstwom zachodnim na wydatną pomoc dla Polski. Sama reforma ustroju mogła Polskę uratować do końca XVII wieku. Potem ratować mogła już tylko niezależnie od ustroju - ostrożna i zręczna polityka zagraniczna, zdecydowana nawet na czasowy protektorat rosyjski. W ten sposób wszyscy mają swoją część racji. I Balzera „pożądliwi sąsiedzi”, ale tylko jako tło wypadków historycznych. Pożądliwość silnych sąsiadów jako cecha zmienna, lecz długoterminowa, była nieodzownym warunkiem rozbiorów, tak jak pożądliwość tygrysów byłaby na pewno warunkiem zagłady myśliwego, który pozbył się swojej amunicji w dżungli indyjskiej. Anarchia ustrojowa była warunkiem o tyle, że przy silnym rządzie i armii upadek zupełny Polski był trudnym do pomyślenia, tak jak trudno było przypuścić śmierć myśliwego, gdyby nie wyrzucał amunicji. Ale - i to jest zdobycz najważniejsza prof. Skałkowskiego - nawet przy tej pożądliwości i nawet w tym ustroju można było państwo uratować pod warunkiem prowadzenia trafnej polityki zagranicznej. Tak

jak - to całe porównanie jest już nasze - myśliwy miał szanse uratować się, gdyby czekał na drzewie przybycia pomocy, miast rzucać w tygrysy kamykami i grozić im nie nabitym karabinem. Zakrzewski jest innego zdania. Po wyszydzeniu „pożądliwości zjednoczonych sąsiadów” i wykazaniu naszych błędów ustrojowych pisze dalej (s. 13): Czy można z tego faktu (dyskwalifikacji ustroju) wyprowadzać nieuchronność upadku Polski? Nie. Byłby to taki sam błąd naukowy, jak rozgrzeszenie starego ustroju Rzeczypospolitej. Źródła odrodzenia państwa i społeczeństwa leżały jeszcze przed nami szeroko otwarte i tkwiły znowu nie w stosunkach zewnętrznych, ale w nas samych, choć nie godzi się lekceważyć tych czynników zewnętrznych. Hipertrofia ustrojowości w historii upadku Polski, przeciw której powstał Zakrzewski, miała ten fatalny skutek, że umykały nasze winy spod ścisłego ujęcia. Jak twierdził Brzeski, cechy ustrojowe nie dadzą się uogólnić, a więc oderwać od zdarzeń konkretnych. Mimo to Balzer wybrał wszystkie polskie ujemne cechy ustroju i znalazł w dziejach innych krajów wypadki, że każda z tych poszczególnych cech (np. liberum veto) nie przyniosła wcale upadku. I cóż stąd, jeśli - jakeśmy już rzekli - przez 40 lat to właśnie liberum veto niewątpliwie - co przez wszystkich jest uznane - przeszkodziło wykonaniu jakiegokolwiek pociągnięcia w dziedzinie polityki i wojskowości? I cóż stąd, że liberum veto nie zaszkodziło innym, kiedy w całym szeregu wypadków przyniosło nam szkody zupełnie konkretne i uniemożliwiło odrodzenie u nas?

Balzerowskie kryterium żywotności
Jeżeli w dotychczasowych wywodach natrafiamy u Balzera co krok na zdania najzupełniej sprzeczne z naszym punktem widzenia, to dlatego, że Balzer nie tylko nie uznaje naszego kryterium: siły państwa i stanowiska narodowej społeczności w hierarchii innych narodów, ale i stawia - zwłaszcza w drugiej broszurze - własne kryterium „żywotności”. To jest w ustroju polskim pochwały godne, co świadczy o żywotności narodu, a potępienia godne, co żywotność osłabia. Szukajmy najpierw definicji lub przynajmniej bliższego określenia tego pojęcia żywotności. Znajdujemy je ujęte w następujące zdania na s. 103-104: (Brak żywotności okaże się)... jeżeli Rzeczpospolita w czasie rozbiorów była w istocie w stanie tego rodzaju rozkładu, który sam przez się, dla braku żywotności, uniemożliwiał dalszy jej byt... (będzie można rozbiory usprawiedliwić)... jako akty zaboru dokonane na organizmie, który i tak już dalej istnieć nie mógł. Do określenia, co uważa za żywotność, powraca Balzer na s. 106: ...Zauważę przede wszystkim... że między zagadnieniem żywotności państwa a jego w danej chwili czy w danym okresie stanem osłabienia i brakiem odporności wobec gwałtów z zewnątrz wychodzących nie ma związku koniecznego. Mogą istnieć państwa materialnie, a zwłaszcza militarnie najpotężniejsze, przeżarte jednak do cna rdzą rozkładu, zatem pozbawione żywotności. Przykładów dostarczą tu, żeby nie sięgać w przeszłości, gdzie ich

także nie brak, teraźniejsze losy Austrii i Rosji. Wystarczyła wielka zawierucha wojenna, żeby obie monarchie militarnie potężne... rozpadły się w strzępy. A rozpadły się nie wskutek zaboru sąsiadów, jeno dla braku żywotności, w jaką wtrąciły. Austrię chybiona doszczętnie struktura państwowa, obliczona na wyzyskiwanie podległych jej narodów na rzecz... mniejszości niemieckiej, a Rosję bezmierny ucisk narodowościowy i despotyzm carski, wraz z koniecznym odpowiednikiem: duchem anarchii w społeczeństwie. Na odwrót znowuż nie brak państw zdolnych w pełni do życia, w których dla jakichkolwiek przyczyn zapanują... krótsze czy nawet dłuższe okresy osłabienia. Cytaty powyższe wyjaśniają nader ściśle, co Balzer rozumiał przez żywotność. Można je ująć w następujące dwa punkty: i. Żywotność jest siłą, która się przejawia tym, że dany organizm państwowy nie zanika, tj. nie rozpada się sam, bez obcej ingerencji. ii. Żywotność nie ma nic wspólnego z odpornością militarną przeciw zakusom, a brak żywotności ze słabością. Można by sądzić przez chwilę, że żywotność nie oznacza nic innego, jak tylko to, co w naszej terminologii nazwaliśmy „więzią ofiarności”, a co można też nazwać patriotyzmem, łączącym jednostki danego zbiorowiska, w tym wypadku państwowego, w jedną całość, bez względu na siłę więzi państwowej, czyli na siłę „więzi dyscypliny”. Przykłady Austrii i Rosji, w opisie upadku których można by, zamiast słów użytych przez Balzera, z wielką korzyścią dla jasności dać: „zanikła więź ofiarności” - zdawałyby się potwierdzać to przypuszczenie, Dopiero dalej przytoczone przykłady Szwajcarii i Belgii pozwalają wyrazić powątpiewanie, czy może Balzer przyjmuje za żywotne państwa, które oprócz wysokich cech cywilizowanych byłyby pozbawione nie tylko silnej armii, ale nawet więzi ofiarności. Tę samą myśl potwierdza dalszy tekst Balzera, gdzie potępia tezę, jakoby: kwestia upadku i bytu państwa, to kwestia stosunku jego sił do sił sąsiadów, bo między państwami, jak między zwierzętami, ma prawo do życia tylko to, co zdoła się obronić. Jak zobaczymy, prawo dwu więzi zostanie przez nas sformułowane przy określaniu źródeł siły danych zbiorowisk. Otóż Balzer zdaje się stawiać kryteria prawne czy moralne pisząc o „prawie do życia”, w którym, rzecz prosta, siła nie odgrywa żadnej roli. Analiza powyższa wykazała, że Balzer jako kryteriów, z jakich sądził ustrój Polski, nie przyjął ani zagadnienia siły faktycznej, ani też nawet siły fizycznej, gotowości poświęcenia się obywateli dla istnienia państwa. Nie interesowało go, czy dane formy ustrojowe tu czy tam działały wzmacniająco, czy też osłabiająco. Wynalazł pojęcie „żywotności” najzupełniej abstrahujące od kwestii siły i odporności państwa na zakusy zewnętrzne. Kolejno przeszedł wszystkie ważniejsze składniki dawnego ustroju, stwierdził tryumfalnie, że odpowiadały one jego pojęciu „żywotności”, i dlatego należy ustalić, że Polska upadła wyłącznie z powodu żarłoczności sąsiadów. Wyraża nawet zdumienie, że historycy szkoły krakowskiej „nie zwrócili uwagi na samo zagadnienie żywotności”. W tym pomyśle Balzera jest jakieś monstrualne i niezmiernie niebezpieczne nieporozumienie, które trzeba koniecznie wyjaśnić. Oto naród polski stracił w XVIII wieku więź państwową i dostał się w wiekową niewolę. Stało się to przez zabór trzech sąsiadów, którym Polska nie potrafiła stawić czoła. Wielu historyków analizowało przyczyny upadku i doszło do przekonania, że upadek, brak sił

obronnych nastąpił z powodu wad ustroju, które to wady uniemożliwiły przejawienie się siły zbiorowej (więź posłuszeństwa), albo przez upadek patriotyzmu (więź ofiarności). Balzer pisze dwie rozprawy o wpływie ustroju na upadek Polski. Kolejno analizuje każdy składnik ustrojowy i stwierdza, że nie był on dowodem braku żywotności. Na końcu oświadcza, że żywotność ta „nie ma związku koniecznego... ze stanem osłabienia czy brakiem odporności”. Dodaje, że brak żywotności byłby się przejawił wówczas tylko, gdyby się Polska była sama, bez ingerencji sąsiadów, rozpadła. Ponieważ aż tak złego ustroju Polska nie miała, mamy więc już prawo do obrony i chwalenia go, miast potępiania... Trzeba powiedzieć z naciskiem, gdyż tu zdaje się leży źródło całego nieporozumienia, że nie było poważnego historyka polskiego, który by dowodził, że ustrój Polski byłby doprowadził do upadku Rzeczpospolitą i bez ingerencji sąsiadów. Argumentacja Balzera przechodzi więc obok istoty zagadnienia. Wszyscy bowiem historycy krakowscy twierdzili, że ustrój - dokładnie: brak rządu uniemożliwił nam obronność, że nas osłabił, że tylko dzięki temu udało się naszym sąsiadom pozbawić nas wolności. Tezę tę podejmie Balzer w dyskusji dopiero na końcu drugiej broszury. W międzyczasie daje on nam całą swoją koncepcję metody badania przyczyn upadku Polski. Metoda ta zyskała ogromny poklask w opinii historyków i publicystów i należy przeprowadzić jej analizę krytyczną.

Problem przyczynowości w historii
I. W parę lat po ukazaniu się pierwszych „Zagadnień ustrojowych Polski” wydał Balzer drugą rozprawę pod tym samym tytułem, opatrzonym dodatkiem „Nowe spostrzeżenie i uwagi”. Większą część broszury zajmuje polemika z niemieckim profesorem Leonhardem, która niewiele nowego przynosi do naszego tematu. Bardziej interesujące są wywody poświęcone krytykom polskim, a zwłaszcza Zakrzewskiemu i Bobrzyńskiemu. Górka powiedział na V Zjeździe Historyków Polskich, że Balzer w drugiej broszurze wycofał się z zajętego poprzednio stanowiska. Określenie to jest słuszne tylko z formalnego punktu widzenia, gdyż Balzer przypomniał z naciskiem warunkową formę swego konkludującego zdania poprzedniej rozprawy: „...zbliża się chwila, w której trzeba będzie może stwierdzić...”, iż causa efficiens rozbiorów polskich była wyłącznie przemożna zachłanność mocarstw sąsiednich. Forma ta jednak nic a nic nie może ująć z meritum całego jego rozumowania, z którego ostatnie zdanie, i to w formie wcale nie warunkowej, jest koniecznym logicznym wnioskiem końcowym. W drugiej broszurze, mimo formalnego wycofania się, Balzer zbiera nowe argumenty na poparcie tej samej tezy poprzedniej. Jednym z jego argumentów jest przeniesienie punktu ciężkości dyskusji na „żywotność”, co poddaliśmy krytyce w rozdziale poprzednim. Drugim jest dyskusja formalna przyczynowości w upadku Polski. Z największą tylko niechęcią przystępujemy do tej dyskusji, gdyż nie sądzimy, żeby dialektyka mogła dać tu jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie. Może i musi natomiast podważyć i zniweczyć rozumowania zbyt kruche, i na to tylko jest tu użyta. II. Metodę swoją określił Balzer w następującym passusie swojej drugiej rozprawki na s. 101-102:

...Zaznaczę przede wszystkim, że jako „causa efficiens” pewnego zjawiska dziejowego uważam tę przyczynę, której ono jest bezpośrednim następstwem: ostatecznie bowiem przede wszystkim ona jest momentem, który wywołał zaistnienie tego zjawiska. W tym właśnie rozumieniu zestawiłem w tezie końcowej, obok łacińskiego, określnik polski: „przyczyna rozstrzygająca”. Oczywiście przyczyna owa, jako pewien stan czy fakt, ma znowuż inną dla siebie samej przyczynę wcześniejszą, która ów stan czy fakt bezpośrednio wywołała, zatem znowuż osobną causa efficiens. Idąc coraz dalej wstecz, znajdziemy dla każdej tego rodzaju przyczyny wcześniejszej inną jakąś, przed tym jeszcze działającą, bezpośrednią przyczynę wcześniejszą. Łańcuchowy związek bezpośrednio warunkujących się przyczyn bezpośrednich wobec zjawiska badanego, już zawsze tylko pośrednich, o ile sięgać będziemy coraz dalej wstecz, jest ściśle rzecz biorąc, nieskończony albo, co właściwie wychodzi na jedno, prowadzi do jakiejś pierwotnej wszechprzyczyny wszystkich na ogól zjawisk życia ludzkiego czy nawet kosmicznego. Przy tego rodzaju badaniu wstecznych przyczyn pośrednich nasuwają się skutkiem tego niemałe trudności, o ile chodzi o ściśle określony, naukowy pogląd na istotę i charakter zjawiska, a zwłaszcza o uchwycenie właściwego wątku przyczynowego: w zasadzie wątek ten nawiązany zostanie zawsze tylko gdzieś w dalszym ciągu łańcucha i, jak co do ostatniej bezpośredniej, tak co do jakiejkolwiek poprzedniej pośredniej, rodzić się będzie stale powrotne pytanie co do innych, bardziej jeszcze wstecz cofniętych przyczyn. Dalej Balzer wprawdzie nie odradza badania tych przyczyn wstecznych - pośrednich, ale twierdzi, że najważniejszą rzeczą jest ustalenie przyczyny najbardziej bezpośredniej. O możliwości istnienia przyczyn pośrednich współczesnych, nie zaś wstecznych, w ogóle nie wspomina. Rozwijając już tylko koncepcję przyczyny rozstrzygającej, Balzer podaje, że zasadniczo istnieć mogą w danym wypadku tylko dwie możliwe przyczyny praktyczne upadku państwa: 1)wskutek braku żywotności, bez obcej ingerencji, 2)wskutek przemocy użytej przez sąsiadów. Dopuszcza wprawdzie możliwość kombinacji obu przyczyn, ale tej możliwości ani jednym zdaniem nie rozwija. Całe dowodzenie Balzera stoi dalej pod znakiem „winy obcej” i „winy własnej”, przy czym wina w znaczeniu przyczyny zależnej od czynów narodu miesza się nieraz z pojęciem winy czysto moralnym. W rezultacie Balzer dochodzi do przekonania, że ewentualność druga, gwałt zadany przemocą sąsiadów, jest oczywiście zawiniona przez obcych. Natomiast, gdybyśmy ustalili ewentualność pierwszą, tj. brak żywotności czy też osłabienie - bo tu znów uczony, w przeciwieństwie do tego, co widzieliśmy w poprzednim rozdziale, miesza te oba pojęcia i uważa je za równoznaczne był także „zawiniony”, a to przez narzucanie nam przez dwieście lat wojen, które w rezultacie doprowadziły do osłabienia państwa. Wprawdzie Balzer cytuje tę tezę jako możliwość, ale potem na jej podstawie już dalej snuje rozumowania i konkluzje ogólne. III. Dyskusję trzeba rozpocząć od podstawowego zagadnienia przyczynowości w historii Wszystko, co filozofowie powiedzieli o przyczynowości, odnosi się tylko do zjawisk niezmiernie prostych, rzec można, do doświadczeń i zjawisk fizycznych. Mamy więc teorię Locke’a o czysto spostrzegawczej genezie przyczynowości. Również Hume definiował przyczynę jako fakt tak złączony następstwem z drugim faktem, że obecność pierwszego zawsze przywodzi na myśl drugi. Krytycy zarzucali tym obu filozofom pomieszanie pojęcia przyczyny z następstwem. Stuart Mili określił przyczynę jako fakt stale

i bez względu na warunki sprowadzający dany skutek. Kant uważał przyczynowość nie jako pojęcie czysto empiryczne, lecz raczej jako twór naszego umysłu, ale rodzący się z okazji spostrzeżeń empirycznych. O przyczynowości w wypadkach bardziej złożonych, a co dopiero w historii, filozofowie nigdy nie mówili; można sądzić, że nawet o niej nie zechcieliby słyszeć, nie mogąc jej teoretycznie uzasadnić. A jednak przyczynowość istnieje i w zjawiskach złożonych. Gdyby myśliwy nie był wyrzucił amunicji w dżungli, nie zostałby pożarty przez tygrysa. Gdyby bakcyl Kocha nie dostał się do płuc dziecka, gdyby nie żyło ono w suterenach i nie było źle odżywione, nie dostałoby suchot. Myśliwy, który był przyjął - w braku filozoficznego ujęcia przyczynowości - że wyrzucenie amunicji nie ma nic wspólnego z pożarciem przez tygrysa, i pozbawił się z tego powodu nabojów, zginąłby w dżungli na pewno. Rodzice dziecka, którzy by zaniedbali jego odżywianie, dlatego że uczeni nie są zgodni co do związku kilku elementów ze skutkiem, mieliby życie dziecka na sumieniu. Czego to dowodzi? Dowodzi to, że samo życie, sam - horribile dictu - zdrowy rozsądek narzuca istnienie, a więc także zastosowanie, i dalej jeszcze studiowanie przyczyn w nieskończonej liczbie dziedzin - mimo że nikt dotąd dobrze nie potrafił powiedzieć, co to jest przyczyna ani w jaki sposób ona działa! IV. Wzięliśmy powyżej pierwszy lepszy przykład z dziedziny medycyny, gdyż istnieje tu pewne pokrewieństwo zarówno w skomplikowaniu faktów biologicznych, jak i w historii rozwoju pojęcia przyczynowości w tej nauce. Uwagi poświęcone tym czynnikom mogą być przydatne i dla naszego problemu. Oto medycyna, jak i wiele innych gałęzi wiedzy ludzkiej, całe wieki szukała przyczyn i operowała pojęciem przyczyn całkiem pewno znanych, mimo że jeszcze nie było ustalone, co to jest przyczyna i na podstawie jakich praw ogólnych dana przyczyna działa. Żeby wziąć przykład najprostszy, lekarze zdawali sobie zawsze sprawę z tego, że trucizna sprowadza chorobę lub śmierć, choć nieprędko - w niektórych wypadkach dotąd nawet nie zdołano zbadać, w jaki sposób trucizna odpowiednia działa. Toteż medycyna przeprowadziła na własną rękę podział przyczyn chorób na grupy, które poniżej tytułem przykładu zacytujemy. Około połowy XIX wieku Chomel zaproponował podział przyczyn na determinujące, predysponujące i przypadkowe. W przykładzie, który cytowaliśmy powyżej, zespół przyczyn działałby w sposób następujący: 1. Przyczyna determinująca: bakcyl Kocha dostał się do płuc dziecka i zaraził je suchotami. 2. Przyczyny predysponujące: dziecko pochodziło od rodziców suchotników, złe odżywianie i brak powietrza predysponowały je do infekcji. 3. Przyczyna przypadkowa. Dziecko, będąc spocone, zamokło na deszczu, dostało kaszlu, co umożliwiło infekcję. Korzyść ugrupowania, już tak niedoskonałego nawet, przyczyn rzuca się w oczy, jeżeli idzie o możliwą analogię z fenomenami politycznymi. Nie można się oprzeć wrażeniu, że metodą zbliżoną do metody Chomela można by ugrupować nierównie słuszniej przyczyny upadku państwa niż Balzerowskim łańcuchem przyczyn bezpośrednich, który pomija zupełnie możliwość wielu przyczyn działających równolegle, bez wpływania jedna na drugą. A jednak, choć schemat Chomela był znany pół wieku przed publikacją Balzera, nikt nie wskazał na pożyteczność porównania obu metod. Metoda Balzerowska zyskała sobie u nas powszechny poklask, jako dernier cri naukowości i metodyczności w tak ważnym zagadnieniu. Medycyna nowoczesna dzieli grupy przyczyn jak następuje:

1. Przyczyny integralne. Są to przyczyny, które same jedne decydują o powstaniu choroby. Np. zażycie trucizny samo jedno sprowadza zatrucie. 2. Przyczyny współdziałające, to jest te przyczyny, które wprawdzie chorobę wywołują, ale tylko w połączeniu jednych z drugimi. Tu jest dalszy podział: a. na przyczyny współdziałające równorzędne, o ile są wszystkie w jednakowym stopniu potrzebne do wywołania choroby b. współdziałające nierównorzędne, o ile w różnym stopniu przyczyniają się do skutku. Oto schematy, które należałoby przestudiować przed rozpoczęciem pracy nad metodą badań przyczyn upadku Polski. Powstaje teraz pytanie, dlaczego skrupuły filozoficzne nie przeszkodziły lekarzom badać śmiało przyczyn chorób, podczas gdy teoretycy historii odżegnują się nieraz panicznie od wszelkiej ingerencji do nie filozoficznego i nie naukowego przybytku przyczynowości? Zapewne dlatego, że nikt nigdy nie zaryzykował tezy, jakoby medycyna nie miała znaczenia praktycznego, podczas gdy znaczenie praktyczne nauki historii jest - również na podstawie spekulacji czysto abstrakcyjnej - ogólnie zaprzeczane. My jednak stanęliśmy na innym stanowisku. V. To samo prawo, w imię którego medycyna zajmuje się rozlicznymi przyczynami chorób i ich klasyfikacją praktyczną, rekwirujemy i dla zjawisk historycznych, dla działań zbiorowiskowych. Bez balastu dialektycznego i filozoficznego, bez ambicji wynalezienia jakichkolwiek praw ogólnych ani istoty związków przyczynowych, branych abstrakcyjnie, będziemy dążyć, bo musimy dążyć, do czystego, praktycznego, ściślejszego niż dotąd określenia przyczyn upadku państwa i wykazywać będziemy potrzebę nowego podziału tych przyczyn na grupy. Sądzimy, że studium to nie jest mniej potrzebne niż studia analogiczne w medycynie, a to z powodu znaczenia przejawów politycznych dla dobrej i złej doli ludzkości. Czy kiedyś może nie będzie można ustalić praw rządzących działaniami zbiorowisk ludzkich czy też działaniami jednostek, mających wpływ na zbiorowiska, to inna sprawa. Na razie stwierdźmy po prostu, że w żadnej gałęzi wiedzy uogólnienie i wydobycie praw wspólnych nie poprzedziło badań praktycznych ani konkretnych. Ludzkość przez wieki wiedziała, że skutkiem włożenia ręki w ogień jest poparzenie, nim się dowiedziała, że ogień jest fenomenem towarzyszącym szybkiemu utlenianiu się. W zakresie działań zbiorowych to, co trzeba dzisiaj dowieść, to ledwie to, iż w palącym się drzewie nie ma żadnego zaklętego bóstwa, które chce nam zaszkodzić6. VI. Powracając do causa efficiens Balzera, opowiadamy się za zarzuceniem badań w kierunku przez tego uczonego proponowanym. Raczej trzeba postawić tezę, iż każdy wypadek polityczny złożony jest następstwem całego szeregu elementów przyspieszających i szeregu innych elementów
6

Komu wydaje się ryzykowne twierdzenie, jakoby umiejętności polityczne były u nas w tym stadium, w jakim były fizyczne, gdy ludzkość sądziła, że to nie ogień parzy, lecz zły duch ukryty w drzewie - kto ma zamiar temu zaprzeczać, niech najpierw zechce przypomnieć sobie trzydziestoletni okres naszych dziejów 1832-1864, w którym elita umysłowa Polski była przekonana, że cierpi niewolę nie z powodu nierozsądnej polityki, lecz dla odkupienia win całego świata, że jest Chrystusem narodów! Comte podzielił rozwój każdej nauki na trzy okresy: teologiczny, w którym jako źródło wszelkich zjawisk uważa się bóstwa; metafizyczny, w którym tworzy się prawa a priori, mające wyjaśniać zjawiska, i trzeci pozytywistyczny, w którym dopiero na podstawie obserwacji konkretnych faktów możemy drogą indukcji dojść do prawd ogólnych. Do bardzo niedawna Polska była zdecydowanie w dziedzinie polityki w pierwszym, teraz znajduje się w drugim okresie. Stąd waga każdej konkretyzacji, każdej analizy zwykłych, realnych faktów i zjawisk.

opóźniających jego powstanie. Bezpośredniość nie jest też tym sprawdzianem metodycznym, według którego należy badać przyczyny. Sprawę bezpośredniości ujmujemy w rozlicznych analizach faktów historycznych i ich przyczyn pod nazwą mechanizmu działania. Z powodów czysto praktycznych można by zaproponować przyjęcie jako kryterium kolejności badanych przyczyn: łatwość działania danej przyczyny oraz stopień, w jaki zbiorowisko studiowane może swoimi własnymi środkami wpłynąć na zaistnienie lub zanik danej przyczyny. Sprawdzian łatwości przyjąć należy z powodu groźby zbyt licznej grupy przyczyn, np. negatywnych, które by mogły być lansowane i nawet przyjęte. W naszym przykładzie myśliwego mógłby on dowodzić, że jest atakowany przez tygrysy nie dlatego, że wyrzucił amunicję, ale dlatego, że jego przyjaciele nie pochwycili tygrysów, kiedy były młode, i nie pozbawili ich zębów i pazurów. Nikt nie będzie w stanie udowodnić teoretycznej różnicy między tą przyczyną a wyrzuceniem amunicji do rzeki Jedyną różnicą, rzucającą się w oczy, jest nierównie większa łatwość zachowania amunicji niż łapania młodych tygrysów celem wyrwania im kłów i pazurów. Postulat łatwości nie jest wcale podyktowany li tylko teoretycznymi niebezpieczeństwami metodycznymi. W praktyce nieraz brak uświadomienia go sobie sprowadził naszą historiografię na manowce, po których błądząc wydała mnóstwo pracy i środków na marne. I tak przez pewien czas ogólne mniemanie przypisywało upadek Rzeczypospolitej - uciskowi chłopów. Nie da się z góry zaprzeczyć, iż gdyby Polska XVIII wieku dysponowała liczną warstwą bogatych i wykształconych, a więc i patriotycznych włościan, możliwości obrony przed zaborcami byłyby nierównie większe, może podobne do tych, które wyzyskała współcześnie Francja rewolucyjna. Przeszkodą w umieszczeniu tej przyczyny w rzędzie naczelnych przyczyn upadku Polski jest trudność i długotrwałość zabiegów, które musiałyby być stosowane, aby takie podniesienie masy ludu na koniec XVIII wieku uzyskać. Jeśliby kto postawił tezę, że dla uratowania Polski wystarczała bardziej ostrożna polityka Sejmu Czteroletniego wówczas - rzecz prosta, o ile by dowiódł prawdopodobieństwa swojej tezy - trzeba by przyjąć tę przyczynę jako niesłychanie wyższą w hierarchii łatwości. Dopiero gdyby się udało dowieść, że nic prócz podniesienia ludu nie mogło Polski uratować, należałoby się nad tą przyczyną głębiej zastanowić. (Porównać na s. 170 przykłady zupełnie humorystycznych przyczyn upadku Polski, które jednak długi czas posiadały liczne rzesze najpoważniejszych zwolenników!). Pochodną już tylko tego kryterium łatwości i jego naturalnym rozwinięciem jest zależność przyczyny od woli zbiorowiska, którego losów skutek danej przyczyny ma dotknąć. Jest to punkt nader silnie atakowany przez Balzera, który żąda rozpatrywania z daleko większą pilnością elementów przyczynowych, zależnych tylko od obcych, a więc na które - w wypadku rozbioru Polski - nasz naród nie miał żadnego wpływu. Schemat jego rozumowania w wielkim skrócie przedstawia się jak następuje: przypuśćmy, że mamy do wyboru dwie przyczyny upadku Rzeczypospolitej: najazd sąsiadów i warcholstwo szlachty. Studiując i kładąc nacisk na warcholstwo szlachty, dajemy zagranicy atut polityczny w rękę, dowodząc sami własnej winy (w znaczeniu moralnym) upadku. Natomiast poświęcając uwagę wyłącznie najazdowi sąsiadów, wykazujemy niesprawiedliwość nam zdziałaną i możemy się przyczynić do jej naprawienia. Oto passus (s. 142-143), w którym, przy okazji polemiki z Bobrzyńskim, Balzer tę swoją myśl rozwija: ...(Bobrzyński) stwierdza... iż teza, że upadek nasz był zasłużony, a rozbiory uprawnione, jest twierdzeniem wysuwanym często przez naszych wrogów. Nie co innego jednak głoszą ci,

którzy wskazując na zawinienia nasze jako na rozstrzygającą przyczynę upadku, wysuwają stąd nauki owiane myślą uzdrowienia teraźniejszych pokoleń narodu. Rzeczowo stają oni w jednym szeregu z Hüppem czy Kariejewem, czy obecnie także z Leonhardem. Różnią się tylko intencjami takiego postępowania: kiedy tamci wrogowie wysuwają stąd wniosek trwałej niezdolności narodu polskiego do życia państwowego, u nich przeciwnie, stwierdzenie tych rzeczy służyć ma za środek regeneracji społeczeństwa. Żeby się tu ograniczyć do rozważenia samych tylko praktycznych następstw takiego stanowiska, stwierdzić tedy trzeba, iż pogląd taki jest mieczem obosiecznym. Da się on dostosować do celów pedagogii politycznej, ale da się użyć także najpoważniej – np. naszą szkodę. Nie da się zaś to jego użycie ograniczyć do jednego tylko z wskazanych dwu celów, do tego mianowicie, który ma dobro nasze na oku. Zastrzeżenie autora (Bobrzyński ego), że przy rozpatrywaniu sprawy naszego upadku nie powinny odgrywać roli jakiekolwiek względy na zagranicę, jeno momenty dostarczające nauki nam samym - nie da się tedy utrzymać. Cokolwiek rozbiór taki ustali, z tego ze względu na to, że prawda jest jedna i dla wszystkich, w równej mierze i pełną dłonią z niej korzystać będą mogli zarówno patrioci, jak i zawistni nam wrogowie. Zysk praktyczny z dostosowania tej prawdy dla celów pedagogiki politycznej zmniejszy się niepomiernie przez wyzyskanie jej w kierunku dla nas nieprzyjaznym, a może nawet nie dorówna szkodzie, jaką poniesiemy. Błąd powyższego rozumowania Balzera leży po pierwsze w przecenianiu szkód, jakie nam mogą przynieść dyskusje historyczne za granicą, po drugie w niedocenianiu korzyści wykazywania błędów popełnionych własnemu narodowi. W rzeczywistości reminiscencje historyczne grają w polityce praktycznej minimalną wprost rolę. Wytrawny polityk Bobrzyński miał tu własne, rozstrzygające doświadczenia i pod tym względem przewyższał uczonego książkowego, jakim był zawsze Balzer. O roli wychowawczej historii mówiliśmy obszernie w rozdziale o Górce i powrócimy do niej jeszcze w rozdziale następnym. Bez tych dwu błędnych założeń, które wytknęliśmy Balzerowi, jego rozumowanie w ogóle nie istnieje i można jego tezie końcowej z całym spokojem wprost zaprzeczyć. Podstawą tego zaprzeczenia jest właśnie wyłącznie praktyczność i celowość historii, tak jak ją pojmujemy. Sytuacje, w których własne działania narodu, tj. jego przywódców, nie mogą w niczym wpłynąć na jego losy, są niezmiernie rzadkie i zazwyczaj istnieje cała gama możliwości, łatwiejszych i trudniejszych do wygrania, które mogą obcą inicjatywę przekreślić lub też ją wzmóc. Ustalenie ich i ich stopni możliwości jest pierwszorzędnym obowiązkiem historyka dziejów danego zbiorowiska. VII. Pozostaje odpowiedź na trudność, jaką Balzer widzi w granicy, na jakiej miałaby się zatrzymać analiza dalszych przyczyn, o ile nie ma dojść do „wszechprzyczyny kosmicznej”, jak ją nazywa. Dla nas granica przyczyn, które należy badać, leży w tym miejscu, gdzie mamy świadomą decyzję powziętą przez przywódców narodu, po rozpatrzeniu elementów, które na ową ich decyzję wpływały. Historia jest według nas analizą działalności mających wpływ na losy danego zbiorowiska. Działalność ta jest w największej ilości wypadków działalnością ludzką, i to nie „ludzi” jako czegoś zbiorowego, a chętnie personifikowanego, ale po prostu działalnością przywódców, którzy za sobą pociągają innych ludzi. Pewne działalności tych ludzi przyniosły skutki korzystne, inne szkodliwe. W miejscu, gdzie jako przyczyny szkody lub korzyści znajdzie się decyzja męża stanu, analiza jest skończona i decyzja otrzymuje taką lub inną kwalifikację. Metodycznie rzecz biorąc, należy zacząć od momentu upadku, tj. od rozbiorów, od aneksji części Polski przez sąsiadów. Każdy historyk, który pragnie wykazać jakąkolwiek inną przyczynę czy grupę

przyczyn upadku, jest nieodparcie obowiązany wykazać możliwie najściślej mechanizm, za pomocą którego jego grupa przyczyn wpłynęła na przeprowadzenie rozbiorów przez państwa ościenne. Jak słusznie ustalił Brzeski („Teoria przyczyn upadku Polski”, „Kwartalnik Historyczny”, 1918 r., s. 178 i nast.), rozbiory były akcją dwustronną i wszystko, co zwiększyło siłę rozbiorców i co zmniejszyło siłę Polski, może tu być brane w rachubę. Oczywiście na to, aby przyczyna mogła być uznana za wystarczającą, musi wpływać na siły tak dalece, żeby zmienić ich stosunek. Dalej przyjąć musimy nie tylko fakty pozytywne, ale i negatywne jako przyczyny. Nie tylko to, co wpłynęło na wzrost sąsiadów, ale - rzecz prosta - i to, co mogło siły te umniejszyć, a nie zostało przez nas zastosowane, stanowi przyczynę rozbiorów. Tak samo to wszystko, co przeszkodziło Polsce we wzmacnianiu, musi być poczytywane za jedną z przyczyn upadku. Najbardziej bezpośrednimi przyczynami aneksji były przyczyny z grupy polityki zagranicznej i wojskowej. Dlatego to przyczyny z grupy ustrojowej czy moralnej rozpatrywać musimy tylko o tyle, o ile da się ustalić ściśle ich wpływ na fakty z dziedziny polityki zagranicznej i wojskowości. Tę tezę w formie ogólniejszej wygłosił Brzeski (niestety jego artykuł jest tak ciężko napisany, że jest dla czytelnika wprost nie do przełknięcia), tu więc będzie miejsce dla wykazania nader łatwego tej roli, jaką liberum veto odegrało w mechanizmie upadku. Balzerowską „pożądliwość sąsiadów” pozostawiamy na boku, zlokalizowawszy ją za Górką jako warunek stały, niejako tło, na którym cała historia każdego kraju się toczy. Kończąc ten rozdział, zwrócimy uwagę na wzajemny stosunek błędów polityki zagranicznej i wojskowej. To badanie jest konieczne, dlatego że szereg historyków, z Askenazym i Studnickim na czele, definiuje przyczyny upadku jako pożądliwość sąsiadów na tle upadku militaryzmu polskiego. W ostatniej instancji, w chwili bitwy pod Maciejowicami, żaden ustrój, żaden polityk ani dyplomata, żadna cnota pomóc nie mogła. Tam mógł pomóc tylko wódz genialny. Ale geniusze nie rodzą się w takt zamachów nieprzyjacielskich i liczyć na to, a zaniedbywać normalne środki bezpieczeństwa, byłoby ciężką zbrodnią przeciw ojczyźnie. Problem wodza jako element przypadku wyeliminujemy z tych rozważań. Inaczej będzie z korpusem oficerskim i podoficerskim, który od lat, a nawet wieków, był już wyrabiany i we Francji, i w Rosji, a przede wszystkim w Prusach. Na to już można i trzeba było zaradzić; ten zarzut obejmiemy pod wspólną nazwą „upadku militaryzmu” polskiego. Przyjąwszy ten ustrój i tę politykę zagraniczną, którą Polska prowadziła, liczniejszej armii wystawić nie mogliśmy. Czy armia o tej liczbie i o takich kadrach, jakie byłyby do dyspozycji, mogła wygrać kampanię 1792 albo 1794 roku - oto pytanie, od którego zależy rozstrzygnięcie kwestii: czy upadek militaryzmu był najistotniejszą przyczyną niewoli Rzeczypospolitej? Polityka zagraniczna, nawet przy tym stanie armii, jaki był, i przy tym ustroju, jaki był, mogła kilkakrotnie uratować Polskę jeszcze w czasie panowania Stanisława Augusta. Ostatni raz przez stanowisko neutralne, zamiast sojuszu pruskiego, za czasów Sejmu Czteroletniego. Potem może jeszcze spokój i polityka prorosyjska po sejmie grodzieńskim. Polityka oparcia o Rosję w 1789 r. byłaby nawet poprawiła i ustrój i powiększyła armię pewniej, niż to uczynił Sejm Czteroletni Ustrój - a pod ustrojem nie rozumiemy szerokiego ruchu socjalnego, który też nie mógł dać owoców z powodu zbyt słabego poczucia narodowego i stanu oświaty wśród chłopów - otóż ustrój mógł

uratować Polskę, gdyby był poprawiony jeszcze za Augustów albo za czasów wojny siedmioletniej. Potem już tylko przy wykorzystywaniu dogodnych koniunktur można było ustrój poprawić. Ażeby zilustrować wzajemny wpływ i przeciwieństwo rozmaitych elementów, które wpłynęły na naszą zgubę lub mogły wpłynąć na nasze wybawienie, damy poniżej krótką analizę tendencji targowiczan, wraz z próbą kwalifikacji ich dla dziejów upadku Polski. 1. Ustrój. Targowiczanie byli zwolennikami zupełnej prawie anarchii (Branicki nieszczerze); czy to byliby w razie zwycięstwa przeprowadzili, jest wątpliwe, gdyż krótki okres panowania Targowicy należał do najbardziej absolutystycznych w dziejach Polski. Na dłuższą metę wychowawczo ich tendencje ustrojowe były fatalne. Realnie należy sądzić, że nie byłyby zaważyły niekorzystnie na szali wypadków. 2. Cnota obywatelska. Zawiązanie konfederacji pod opieką rosyjską, mimo dużej części narodu, w chwili rozpoczęcia walki zbrojnej osłabiło niewątpliwie w najwyższej mierze obóz patriotyczny. Tu, a nie gdzie indziej, leży też największa wina targowiczan, jeśli przyjmiemy, że w razie jednomyślności Polska miała szanse zwycięstwa albo przynajmniej nierozegranej. 3. Polityka zagraniczna. Jeśli idzie o okres do Konstytucji 3 maja, to nie ulega wątpliwości, że ich linia (oparcia o Rosję aż do sojuszu) była stokroć słuszniejsza od polityki sojuszu pruskiego. Można bez obawy omyłki powiedzieć, że gdyby w Sejmie Czteroletnim Szczęsny Potocki miał tylu zwolenników, ilu ich miał jego kuzyn Ignacy, i gdyby był umiał porozumieć się z królem, Polska nie byłaby upadła! W tych punktach zawierają się już i pochwały, i nagany dla stronnictwa patriotów. Patrioci mieli dobrą (na dłuższą metę) politykę ustrojową i fatalną politykę zagraniczną. Dobrą prasę, jaką mieli 151 lat i mają dotąd, można przypisać jedynie hipertrofii ustrojowości w dziejopisarstwie polskim i skrajnemu zaniedbaniu dziejów polityki zagranicznej. Nie potrzeba chyba dodawać, że dobrą politykę ustrojową i dobrą politykę zagraniczną (lepszą od targowiczan!) łączył jedynie i tylko król Stanisław August i jego najwierniejsi współpracownicy.

Przyborowski
I. Walery Przyborowski był z zawodu powieściopisarzem dla młodzieży, przy czym powieści jego były przeważnie patriotyczne i militarystyczne. Napisał jednak „Historię dwu lat” i „Dzieje 1863 r.”, dzieła będące nader cennym przyczynkiem do dziejów czasów powstaniowych. Obecnie będziemy zajmowali się książką pt. „Przyczyny upadku Polski”, wydaną w Warszawie w 1909 roku. Jest to dzieło raczej publicystyczne niż historyczne. We wstępie, któremu poświęcimy więcej uwagi, dyskutuje Przyborowski liczne, powszechnie wymieniane przyczyny upadku Rzeczypospolitej i stwierdziwszy, że są one dlań nieprzekonywające, szuka innych. Taką inną - jedyną jego zdaniem - przyczyną jest brak geniuszu wojennego u któregokolwiek z naszych wodzów w jednej z czterech ostatnich kampanii polskich: 1768, 1792, 1794 i 1831 roku. Analizie tych wojen i błędów popełnionych przez naszych wodzów poświęcona jest cała dalsza treść książki. Niepodobna nie uznać w niej wielkiej śmiałości przekonań, nieliczenia się z utartymi tezami historycznymi, dalej rzutu oka ogólnego, którym często

dyletanci przewyższają zawodowych dziej opisów, niepodobna wreszcie nie stwierdzić, że Przyborowski ma styl niezwykle lekki, potoczysty, obrazowy i przykuwający czytelnika. Niestety, w ostatnim rozdziale styl ten przekracza już wszystkie tamy stawiane przez ścisłość i staje się szkaradnym barokiem, mogącym chyba służyć jako przykład odstraszający dla zbyt swobodnych artystów pióra7. II. Zakończenie książki jest charakterystyczne, zawiera ono niezłe streszczenie wywodów autora, a ponadto kryteria i cele pracy - podajemy je więc poniżej w całości: (s. 265) Skończyliśmy nasze smutne i bolesne rozważania. Staraliśmy się w nich dowieść, że w cało wiekowym periodzie naszych walk o niezawisłość polityczną naród dał dowody wielkich poświęceń, wielkiej wytrwałości, większej jeszcze ofiarności, a co za tym idzie, także żywotności, a wszystkie te jego przymioty i ofiary zmarnowane zostały przez wodzów nieudolnych. Ani jeden z nich nie wyszedł ponad mierność, a jeżeli, jak Chłopicki, obdarzony był geniuszem wojskowym, to za to nie posiadał duszy polskiej, którą zatracił w swej kilkunastoletniej tułaczce poza krajem. Nie rozstrój więc wewnętrzny, nie deprawacja moralna, nie rozbieżność społeczna i prywatna, o co nas oskarżają nieprzyjaciele, pogrążyła kraj w przepaść, ale to, że przegraliśmy cztery wielkie wojny, a przegraliśmy dlatego, że nie mieliśmy wielkich wodzów, genialnych hetmanów i statystów. Zdaje się nam, żeśmy tego założenia naszego dowiedli, i sądzimy, że dla dusz wątpiących o wartości narodowej, a takich jest wiele dzisiaj dzięki pesymistycznej literaturze historycznej doby ostatniej, praca nasza będzie pociechą, ukojeniem i otuchą, ożywi serca, wypleni zwątpienie... O to nam też tylko chodziło. W rozdziale tym interesujące jest podanie celu książki, którym jest wyłącznie pocieszanie narodu. Jaki ma być dalszy cel tego ożywiania, jakie konsekwencje, gdyby pierwszy cel udało się osiągnąć, nad tym Przyborowski się nie zastanowił. A przecież można by wiele nauk z dziejów polskich wyciągnąć, z momentów, kiedy takie intensywne „ożywianie” bywało przeprowadzane. Nauki te nie przemawiałyby za korzyścią stosowania tego zabiegu, wprost przeciwnie, poznawanie własnych win, trzeźwość, zwrot od frazesu do rozsądku zawsze dawały Polsce renesans. Nietrudno ustalić mechanizm działania zarówno bezkompromisowej prawdy, jak i „ożywczego” frazesu. III. Z innych myśli autora zawartych w „Zakończeniu” pochwycimy tylko, bez obszerniejszych wywodów, dziwne określenie „żywotności” narodu, jako sumy ofiarności i wytrwałości. Zalety te są
7

Oto parę zdań z tego rozdziału (s. 246): „Jednakże, gdyby tego samego dnia, o godz. 5 wieczorem, gdy nawet ogień działowy z obu stron ustal i nieprzyjaciel, znużony wysiłkiem krwawym, ciężko oddychał, liżąc swe rany i zbyt szczodrze wypróżnione jaszczyki artyleryjskie z parków rezerwowych pod Soplicami nowym oddechem kartaczowym zapełniał - gdyby, powiadamy, o tej godzinie, a lepiej jeszcze nazajutrz, o wczesnym świcie, nadbiegła odsieczna poręka Ramorina i debuszując z rogatki Mokotowskiej, a trafniej i skutecznie z Jerozolimskiej, bagnetami dwudziestu czterech świeżych batalionów i druzgocącym wymiotem czterdziestu dział wszyła się w drzemiące zmorzonym snem szeregi nieprzyjaciół i krając je na pół zachodziła lewym ramieniem naprzód, by w uścisk serdeczny przyjąć i Kreutza, Szachowskiego, i Pahlena, zmorzonych bojem wczorajszym i okaleczonych mocno; gdyby Bem, zrestaurowawszy na folwarku Świętokrzyskim swe skołatane wczoraj doszczętnie 50 dział, poparł ten atak choćby najryzykowniejszym użyciem swej broni, dopierożby tryumf wczorajszy wyszedł wrogowi na niewynagrodzoną niczym klęskę”. - Rzecz prosta, tak pisać o wydarzeniach historycznych nie wolno. Wygląda to tak, jakby nawałem słów chciano wynagrodzić braki faktów i logiki. Jest tu echo askenazizmu, wywoływania za pomocą opisu wrażeń, które by z faktów nie powstały.

bez wątpienia ważne, ale (nawet gdyby cecha wytrwałości była nam słusznie przypisana) bez poczucia dyscypliny, bez rozumu politycznego i instynktu samozachowawczego nie da się wyczerpać ani w części pojęcia żywotności narodowej. Dalej - pominięcie wśród zarzutów stawianych nam przez historiografię zagraniczną zarzutu braku rozsądnej polityki, zarzutu bezprzykładnej lekkomyślności i gorączkowych, szaleńczych wybuchów nie w porę. Dlaczego to przemilczanie, zresztą nie u jednego Przyborowskiego stosowane, skoro ani jeden bodaj z obcych pisarzy, dotykających sprawy upadku Polski, tej oczywistej prawdy nie przeoczył - oto ciekawe dla charakterystyki psychiki polskiej pytanie. Wreszcie zaznaczmy jedno zdumiewające słowo: oto wśród „wielkich wodzów” i „genialnych hetmanów” wymienia Przyborowski i... „statystów”. Czyżby? Wszak wyraz ten oznaczał zawsze polityka, męża stanu i nie miał nic wspólnego z rzemiosłem wojennym. Czyżby tym jednym wyrazem Przyborowski stał się prekursorem naszej tezy, czyżby dojrzał i ocenił znaczenie tak silne czynnika politycznego? Niestety, w całej książce nie ma innego śladu, by przypuszczenie to miało być słuszne. IV. W swym słynnym referacie o „pesymizmie i optymizmie w historiografii polskiej” Górka zwraca uwagę, by nie pomijać Przyborowskiego w rozważaniu przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Można też sądzić, że tezy tego autora wywarły pewien wpływ i na sam referat, tam mianowicie, gdy jako trzecią grupę przyczyn Górka wymienia: „Brak człowieka”. Naszym zdaniem, mimo jasności spojrzenia i łatwego pióra, wywody Przyborowskiego same w sobie nie posiadają żadnej wartości dla omawianego zagadnienia. Natomiast przedyskutowanie ich jest nadzwyczaj pożyteczne, bo zmusza do umiejscowienia grupy przyczyn militarnych, które, zdaniem Askenazego i Studnickiego, grały zupełnie pierwszorzędną rolę w naszych winach. Nim przystąpimy do tej dyskusji, pójdźmy możliwie wiernie za tokiem myśli autora, zawartych w przedmowie do jego książki. Najpierw czytamy, że lepsze umysły polskie zastanawiały się od stu lat nad przyczynami upadku Rzeczypospolitej sądząc, że może usunięcie przyczyny mogłoby nam powrócić niepodległość(?). Rządy zaborcze wzięły też udział w tych poszukiwaniach, by zrzucić winę z siebie. One to postawiły tezę, że „niemoc własna, brak rządu, skarbu, wojska, anarchia zupełna... zepsucie wśród szlachty, brak stanu trzeciego, ucisk chłopa” były przyczyną upadku Polski. Co gorsza, te mniemania „przekradły się do nas, zatruły nasz organizm, odebrały wiarę w siebie i jadem swym siłę naszą skrępowały”. Tymczasem - ciągnie dalej autor - w tezach tych „nie ma ani krzty prawdy albo jest bardzo niewiele”. Warstwa przodująca „w przeddzień upadku, w czasie rozbiorów i po rozbiorach, wbrew twierdzeniu naszych nieprzyjaciół, jakoby była do gruntu zdemoralizowana, okazała, przeciwnie, wielką tęgość ducha i wysoki jego nastrój, który może być tylko własnością serc i głów moralnie zdrowych. Przez sto lat... walk krwawych i heroicznych usiłowała ona odbudować upadłą politycznie ojczyznę...”. Tu następuje krótki opis męczeńskiej epopei polskiej. W powyższym passusie widzimy jeden chwyt dość gruby, nie przynoszący zaszczytu autorowi: oto pod płaszczykiem okresu porozbiorowego, kiedy nastąpiło rzeczywiste odrodzenie warstw przodujących, włącza okres rozbiorczy, kiedy odrodzenie było co najwyżej częściowe, a także okres przed rozbiorami, co już jest wyraźnym fałszem i przeczy wszystkim bez wyjątku źródłom i opracowaniom dotyczącym epoki saskiej. Następują słowa, które cytujemy w całości i które należy sobie dobrze zapamiętać (s. 3): Przypuśćmy, że te wszystkie jej czyny (bohaterskie czyny szlachty) nie miały w sobie cechy rozumnej, że nie nosiły znamion praktyczności mieszczańskiej, że nie były obrachowane z góry i nie liczyły się z rzeczywistością: że jednym słowem były rzeczą niemądrą, ale ze

stanowiska moralnego nikt nie może odmówić tym ludziom wysokich, podniosłych uczuć i heroizmu, który może być przymiotem ciał rześkich i pełnych żywotności. Na zdania te zwracamy uwagę dlatego, że mamy tu wprost wyrażone to, co wielu innych pisarzy wyznaje, ale nie wypowiada: jakoby mógł istnieć organizm zbiorowy, żywotny, mimo że pozbawiony zupełnie praktyczności, zdolności obliczenia następstw swoich czynów, „jednym słowem niemądry”, jak pisze Przyborowski, względnie jakoby klasa przodująca, pozbawiona tych zalet, a dysponująca li tylko podniosłymi uczuciami, mogła jakąkolwiek korzystną rolę w dziejach spełnić. Niestety, jest wprost odwrotnie. Tylekroć w dziejach naszego narodu mogliśmy doświadczyć, jak podniosłe uczucia przy zupełnym braku obrachunku doprowadzają naród jedynie do coraz większych klęsk i coraz haniebniejszej niewoli. Dlaczego historycy nasi nie powiedzieli tego wprost narodowi? Dlaczego wskutek rozgrzeszającego milczenia lub potakiwania (postawa np. Smoleńskiego) historyków publicyści, tacy jak Przyborowski, mogli odurzać naród i dalej utwierdzać go na katastrofalnej drodze frazesu - zastępowania rozsądku entuzjazmem? V. Następuje szereg krótkich dyskusji nad - rzekomymi zdaniem autora - przyczynami upadku Polski. Dla większej przejrzystości opatrzymy je kolejnymi numerami: 1. Moralność szlachty. Na podstawie pamiętników dowodzi, że szlachta w życiu rodzinnym była na ogół moralna i zdyscyplinowana. Dodajmy tu od siebie, że konstatacja ta może być uważana dla ustalenia stopnia winy upadku Polski między wadami moralnymi, jak chcą starsi historycy, np. Schmitt, a wadami ustroju, jak tego dowodzi Bobrzyński. W domu i w szkole szlachcic był nawykły do dyscypliny i ślepego posłuszeństwa. Wynika stąd, że anarchiczność tej warstwy objawiała się jedynie na gruncie złego ustroju względnie propagandy tego ustroju i można było wziąć szlachtę w karby bez obawy konfliktu z istotnymi cechami jej charakteru. 2. Przekupstwo. Jest to najsilniej umotywowany rozdział. Autor zasypuje, zdaje się na podstawie Kalinki i Askenazego, przykładami większych nierównie objawów korupcji w ówczesnej Europie niż u nas. Naszym zdaniem, punkt ciężkości tego zagadnienia leży w konkretnym zbadaniu, który fakt przekupstwa zaciążył na losach Rzeczypospolitej? Oczywiście, na ogół biorąc, państwo, którego rząd jest przekupywany przez rządy sąsiednie, nie może korzystnie spełniać swoich obowiązków. Toteż w czasach saskich można by zacytować szereg zerwanych sejmów za pieniądze zagraniczne. Natomiast w okresie decydującym Sejmu Czteroletniego największe błędy nie tylko nie powstały z przekupstwa, ale nawet dzięki przekupstwu mogły być ominięte. 3. Brak stanu trzeciego. Przyborowski nader mocno atakuje ten punkt widzenia, nie stara się jednak wyjść naprzeciw wszystkim argumentom przeciwników. I tak nie jest dyskutowany czynnik zimnego, „mieszczańskiego”, jak sam pisał powyżej, obrachunku, który by przez sfery kupieckie i przemysłowe mógł łatwiej się objawić niż wśród drobnych suwerenów, szlacheckich jaśniepanów. Dalej, możność zwiększenie władzy królewskiej przez oparcie się na mieszczaństwie przeciw szlachcie, jak to stało się w Szwecji. 4. Uciemiężenie chłopów. Również nie mamy tu wyczerpującej dyskusji. 5. Anarchizm i liberum veto. Autor twierdzi, że sejm polski nie był gorszy od współczesnych (1900) parlamentów, gdzie obstrukcja gra rolę naszego liberum veto. Jest to bardzo dowolna i duża przesada. Słuszniejszy już byłby argument, że w ostatnim, rozstrzygającym o naszym istnieniu okresie

trzydziestoletnim panowania Stanisława Augusta ani jeden sejm nie został zerwany, co jednak Polski nie uratowało. Tym niemniej, jako pośrednia przyczyna upadku Polski, liberum veto posiada jedno z miejsc najbardziej zapewnionych, jak dowiedliśmy tego w rozdziale o Balzerze. Instytucja ta bowiem przeszkodziła nie raz zupełnie konkretnie wzmocnieniu państwa i była wówczas jedyną wzmocnienia tego przeszkodą. Potem, za ostatniego króla, mocarstwa sąsiednie gwarantowały słabość rządu, niedostatek skarbu i wojska, i wtedy już tylko bardzo ostrożna i zręczna polityka mogła te braki usunąć. VI. Rozprawiwszy się tak z przyczynami wewnętrznymi rozbiorów, Przyborowski przechodzi do wygłoszenia tezy własnej. Jego zdaniem „zawsze (w historii) ostateczną i główną przyczyną upadku (wielu państw) jest najazd obcy”. Tak samo Polska upadła wyłącznie dlatego, że najazdu obcego ze swych granic wyrzucić nie potrafiła i że w wojnach z nim zawsze bywała pokonaną. „Pokonaną zaś była nie dlatego, by sił i zasobów odpowiednich nie posiadała, ale że wodza i naczelnika zdolnego i energicznego nie miała”. Tyle tylko czytelnik nasz dowie się o książce Walerego Przyborowskiego. Dalszych 200 stron druku daje jednostronną, choć nieraz porywającą analizę „czterech wojen polskich”. Wyróżnić by tu można odbrązowienie księcia Józefa, dokonane już po dziele Askenazego, wytknąć niesłychanie wyraźną sprzeczność między kwalifikacją gen. Ponińskiego w tekście książki (s. 108) a wprost odwrotną, podaną na tejże stronie w przypisku. Ale mniejsza o to. Powróćmy do zasadniczej tezy Przyborowskiego i przedyskutujmy ją raz jeszcze. Przede wszystkim winniśmy ustalić rolę walk zbrojnych w dziejach rozbiorowych. Pozornie na korzyść rozstrzygającego znaczenia tych walk przemawia fakt, iż wszystkie trzy rozbiory zostały dokonane po okupacji całego terytorium i unicestwieniu naszych sił zbrojnych. Okupacja wszystkie trzy razy nastąpiła po walce zbrojnej. Stąd oczywisty wniosek, że gdyby Polska w jednej z tych walk zwyciężyła, rozbiory prawdopodobnie nie byłyby nastąpiły. Ta konstatacja, mimo wszystkich zastrzeżeń, jakie poniżej damy, daje już teraz jedną pewną konsekwencję, że odwrócić należy sztucznie rozdmuchaną uwagę narodu od sejmów rozbiorczych, jako od elementów najzupełniej drugorzędnych w tragedii upadku Polski. Należy dalej na właściwym miejscu ulokować zasługę Rejtana i jemu podobnych. Z chwilą, gdy wojna była przegraną i cała Polska zajętą, protestowanie przeciw drugiemu, a zwłaszcza pierwszemu rozbiorowi mogło ojczyźnie bardzo zaszkodzić, trudno zaś zrozumieć, jak miało jej pomóc. VII. Gdyby Polska była wygrała wojny - twierdzi Przyborowski - nie byłaby upadła. Stąd jego zdaniem przegrana militarna stała się ostateczną przyczyną upadku. Jeżeli jednak - co jest jeszcze kwestią Przyborowski ma rację dowodząc, że wygrać mogła, mając jedynie genialnego wodza, to możliwość tę musimy uznać za niezmiernie trudną do osiągnięcia, posiadanie bowiem genialnych wodzów nie da się uskutecznić żadnym innym sposobem, jak tylko przypadkiem. Teza, że Polska upadła wyłącznie z powodu braku pomyślnego przypadku, mogłaby być broniona tylko wtedy, gdybyśmy udowodnili, że żaden inny czynnik, nie przypadkowy, ale zależny od wolnej woli narodu lub jego przywódców, nie mógł Polski i bez tego geniusza uratować. Ostatecznie bowiem, kiedy byśmy się raz puścili na doszukiwanie się genezy faktów historycznych w przypadkach albo raczej w braku pomyślnych przypadków, które by mogły genezie faktu przeszkodzić, stanęlibyśmy na zupełnym bezdrożu. Każde państwo, które przegrało bitwę morską, mogłoby się pocieszyć, że stało się to „wyłącznie” dlatego, że nie zjawiła się burza, która by flotę wrogą rozpędziła. Jeśliby już pozostać przy grupie przyczyn

wojskowych, co, jak zaraz zobaczymy, nie jest konieczne, należałoby wymienić przyczyny klęski mniej przypadkowe, a więc brak tradycji wojskowych, brak wojen przez sto lat, bez czego zapewne mielibyśmy zastęp wodzów, może nie genialnych, ale na ówczesnym poziomie europejskim, dalej liczebność wojska, posiadanie fortec, elementy, które mogłyby brak wodza złagodzić. W dalszej filiacji przyczyn idą te wszystkie elementy, które wpłynęły na pacyfizm i słabość armii, a więc znów słaba władza, liberum veto, egoizm szlachty. Do tej grupy przyczyn należą też przyczyny społeczne. Czy wielki zryw społeczny, jaki widzieliśmy współcześnie; we Francji, był u nas możliwy ze względu na nieliczne mieszczaństwo i niski stan materialny i oświatowy ludu wiejskiego, oto pytanie, które należałoby wyjaśnić. VIII. Fakt, że Przyborowski poświęcił całą książkę dowodzeniu, że Polska upadła jedynie wskutek gry przypadku, zmusza nas do przypatrzenia się bliżej problemowi przypadku w historii. Byłoby - rzecz prosta - szaleństwem chcieć ten problem wyczerpująco lub choćby nawet tylko z grubsza określić i ująć. Wszak istnienie przypadków w dziejach jest tą największą przeszkodą, dla której nikt nie może pokusić się o określenie praw rządzących historią. Tym niemniej - skoro spostrzegliśmy, że naród nasz często podejmował sprawy, licząc na pomoc szczęśliwego przypadku, skoro wybitny publicysta tylko przypadkowi przypisuje największe klęski, jakie nas w ubiegłych dwu wiekach spotkały - jest obowiązkiem naszym odpowiedzieć przynajmniej w przybliżeniu na następujące pytanie: w jakiej mierze podejmując wojnę, wchodząc w nową politykę, liczyć można na szczęśliwy przypadek? W jakiej mierze przypadki - to jest okoliczności zupełnie nie przewidziane i nie podlegające woli kierowników zdarzeń - wpłynęły na rozstrzygnięcie różnych problemów historycznych? W bardzo dużej - odpowie każdy czytelnik. W rzeczywistości, po pierwsze, przypadki takie nieraz istniały, a po drugie, jako coś nieoczekiwanego, niemal cudownego, były szerzej i lepiej opracowane przez historyków, szerzej i z większą pilnością studiowane przez czytelników. Stąd każdy łatwiej wymieni szereg rozstrzygnięć cudownych, a trudniej mu przyjdzie wyliczyć rozstrzygnięcia nieprzypadkowe, wynikające ze stosunku sił i lepszego przygotowania. Chcielibyśmy jednak mieć referat, traktujący o stosunku cyfrowym wyników osiągniętych przypadkami do wyników osiągniętych solidną robotą, dzielnością i przewagą. Wówczas przekonalibyśmy się, że te drugie wyniki są nierównie częstsze od pierwszych. Dwa są rodzaje przypadków, które musimy wymienić - skoro już rozpatrujemy ten problem, którego istotą jest, że jest mało uchwytny - przypadek, którym jest genialny wódz lub wynalazca, i przypadek, którym jest bieg wydarzeń od nas niezależny i który się nie da przewidzieć. Do pierwszej kategorii przypadków należą wszystkie wyczyny Aleksandra Wielkiego, Napoleona i wielu innych wodzów, przerastających swoich współczesnych przeciwników. Do drugiej nagłe zmiany w krajach wrogich, jak np. zmiana tronu w Rosji w czasie wojny siedmioletniej lub w krajach własnych niespodziewane kataklizmy przyrody - wypadek często odgrywający dużą rolę w dawnych bitwach morskich. Elementem nieprzypadkowym, podlegającym ściśle obliczeniom, jest liczebność narodu i jego wojska oraz uzbrojenie takowego. Czynnik dzielności grał olbrzymią rolę w starożytności, widzieliśmy na porządku dziennym zwycięstwa i podboje dokonywane przez mniejsze liczebnie, ale silniejsze duchem i dzielnością wojska - bądź greckie, bądź zwłaszcza rzymskie. Olbrzymia rola, jaką ten czynnik odgrywał, zmniejszała znaczenie czynników innych, a więc liczebności i uzbrojenia, to jest czynników podlegających kontroli. Czy stąd powstać mogła teoria nieobliczalności wszelkiej wojny w ogóle? Być może. Można by znaleźć, jak sądzimy, wiele dowodów na to, że do czasów niedawnych ogólnie było

przyjęte, że wojny z reguły rozstrzyga przypadek lub też ingerencja Boska, co jednak było sugestią świecką dość dowolną, nigdzie nie usprawiedliwioną przez naukę Kościoła katolickiego. Powiedzieliśmy powyżej, że na przypadek można liczyć w razie równości sił i że bywają różnice tak duże, że trudno przytomnie spodziewać się tego, żeby przypadek mógł braki liczbowe wyrównać. Otóż należałoby zbadać, w jakiej mierze ta prawda była w rozmaitych epokach uznawana i czy przypisywanie przesadnej roli w planach polskich przypadkowi nie było czasem reminiscencją z okresów, kiedy dzielność była tak górującym elementem, że czynniki materialne usuwały się z pierwszego planu. W późniejszych wiekach, już po wynalazkach broni palnej i dalekonośnej, wojny przybrały charakter manewrów, w których zdolność wodza, a także błędy przeciwników grać mogły rolę decydującą, element zaś przewagi materialnej i uzbrojenia - rolę podrzędną. W tej właśnie epoce nastąpiły nasze walki niepodległościowe za czasów Stanisława Augusta, walki napoleońskie i powstanie 1830 r. Wojny ówczesne przypominały nieco grę w szachy, w której, rzecz prosta, liczba figur gra doniosłą rolę, ale w której pewne błędy popełnione przez przeciwnika mogły nawet słabszemu materialnie przeciwnikowi zapewnić zwycięstwo. Błędy takie - jego przeciwników - leżały u podstaw wszystkich zwycięstw Napoleona. Epoka ta przedłużyła znacznie żywotność przekonania o roli przypadku w wojnach. Dla nas przypadek nie był w tych okresach łaskawy. Mimo bardzo dużych błędów przeciwników Kościuszki i wodzów 1831 roku, obie kampanie skończyły się zwycięstwem przewagi liczebnej. Jednakże udział w zwycięstwach napoleońskich nauczył nas gruntownie lekceważyć siły materialne, a całą wiarę pokładać w przypadkach. Faktem jest niezbitym, że w dawniejszych czasach każdy naród miał w swoich dziejach wielkie zwycięstwa i sukcesy, odniesione dzięki ingerencji czynników nieobliczalnych, niematerialnych, dzięki przypadkowi. Sukcesy te, nadmiernie studiowane i popularyzowane, mszczą się zawsze niemal w późniejszych dziejach narodu. Oto z biegiem czasu, z polepszeniem techniki uzbrojenia, zwłaszcza z wydoskonaleniem dalekonośnej broni palnej, liczebność i technika zaczęły wypierać elementy dzielności i pomniejszać element wodza. Zaczęły dawać przewadze materialnej znaczenie większe, niż było dawniej, kiedy rozstrzygała walka z bliska, często na białą broń. Wówczas narody, które zbyt szczyciły się z dawnych zwycięstw, cudownych, przypadkowych lub odniesionych dzielnością porywały się bez obrachunku i padały zdruzgotane, nie rozumiejąc, dlaczego nie uśmiecha się do nich szczęście ich przodków. Jest pewne, że Francja za niesłychane, niemal cudowne zwycięstwa Napoleona zapłaciła Sedanem i klęską 1870 roku: prawie wszystkie nieostrożności jej rządu miały swe źródło w przekonaniu, że armia francuska jest najdzielniejsza, a więc niepokonana! Niemcy miały okazję żałować zwycięstw i nadludzkiej wytrzymałości, a wreszcie przypadkowego korzystnego rozwiązania wojny siedmioletniej, prowadzonej przeciwko koalicji, przewyższającej ich wielokrotnie liczebnością i siłami. Powstało u nich wskutek wspomnienia tej wojny przekonanie, że walka choćby w najbardziej beznadziejnych warunkach rozpoczęta, zakończyć się może dzięki przypadkowi i dzielności - zwycięstwem. W dziejach Polski, jak już pisaliśmy, cudem prawdziwym, przypadkiem niesłychanym, który zaciążył nad naszą psychiką przez cały XIX wiek i sprowadził na nas wszystkie nieszczęścia, jakich wówczas doznaliśmy, było utworzenie Księstwa Warszawskiego na skutek dzielnej postawy Legionów Dąbrowskiego, walczących przy boku Napoleona. Trafnie tę rolę Księstwa ujął Bülow („Deutsche Politik” 1916, cyt. przez Kukiela i Feldmana: „Dzieje polskiej myśli politycznej”, 1933, s. 4). Co jest tylko zastanawiające, to fakt, iż polityk niemiecki traktuje Księstwo jako przyczynę powstań –

nieszczęść Polski, a obaj historycy polscy cytują to samo Księstwo jako przyczynę tych samych powstań, ale... powstań - sukcesów! Rozważania powyższe nie pozwoliły nam teorii przypadku w dziejach rozwinąć, lecz w toku myślenia udało się nam dodać do niej skromny przyczynek, w postaci określenia pochodu zmniejszającego się znacznie przypadku w przebiegu nowoczesnych wojen, i pewną formułkę dydaktyczną, a mianowicie zalecenie, by się wystrzegać zbyt pilnych studiów przypadkowych sukcesów i zakładać, że przedsięwzięcia, które podejmujemy, będą mieć powodzenie na podstawie danych, do których ani przypadku, ani ingerencji Pana Boga nie zaliczymy. O ile w okresie 1830-1864 zasada ta była wykonywana, o tym będziemy mieli możność przekonać się później. Niczego nie jesteśmy tak pewni jak tego, że powyższa teza dydaktyczna jest stara jak świat. O niej myślał Arystoteles, gdy mówił, że przezorność jest wyłącznym obowiązkiem kierowników, o niej przypomina w paraboli Pismo Święte, gdy zapytuje, który wódz mając 10 000 ludzi, a widząc zbliżającego się nieprzyjaciela z 20 000, pójdzie z nim bój toczyć, miast zacząć układy. Jedno chyba tylko jest jeszcze pewniejsze, a mianowicie to, że teza ta nie tylko nie miała nigdy u Polaków powodzenia, lecz nawet nader często jej odwrotność była podawana jako wzór do naśladowania. Obecnie powracamy do toku myśli Przyborowskiego. IX. Piętą Achillesa tezy Przyborowskiego jest, metodycznie biorąc, trudność doszukiwania się konsekwencji braku jakiegoś faktu. Można twierdzić i ustalić, że liberum veto przeszkodziło powiększeniu wojska, gdyż jest to fakt pozytywny. Trudniej przeprowadzić dowodzenie, że niedołęstwo wodzów sprowadziło przegranie bitew i że inni wodzowie byliby zawsze słusznie postępowali. Dalej, w wypadku wojen polskich, trzeba mieć na uwadze, że przy kampanii 1794 roku mieliśmy przeciw sobie siły dwu mocarstw, z których każde było od nas dużo silniejsze. Wreszcie - i tu dochodzimy do naszego najpoważniejszego zastrzeżenia, a jednocześnie do pozytywnego rezultatu, jaki osiągamy dzięki przemyśleniu tezy Przyborowskiego: konkretne badanie dziejów wykazuje, że ani pierwsza, ani druga, ani trzecia walka (w latach 1768, 1792 i 1794) nie została wywołana zamierzeniami rozbiorczymi i nie była obroną przed rozbiorami. Co więcej, można powiedzieć, że przy pierwszym i trzecim rozbiorze dopiero wywołanie tych walk przez nas, a przy drugim zerwanie jednostronne traktatu i prowokacyjne wystąpienie przeciw jednemu z mocarstw rozbiory wywołały, a w każdym razie je urealniły. Tylko dzięki tym zaczętym przez Polskę walkom mocarstwa, które były rozbiorom niechętne, na nie przyzwoliły; to zaś, które do nich dążyło, potrafiło je osiągnąć. Ta filiacja przyczyn jest dowiedziona. Jedyną odpowiedzią apologetów naszych poczynań nierozważnych, z Konopczyńskim i Askenazym na czele, jest twierdzenie, że „i tak” rozbiory byłyby nastąpiły, ale skoro po wszystkich wojnach plany rozbiorowe zostały wprowadzone w życie, a w okresach naszego spokoju nie mniej liczne plany spełzły na niczym, przeto musimy opinie tych historyków nazwać gołosłownymi. Ciekawe jest, że Feldman, wierny chorąży szkoły historycznej warszawskiej8, uczeń Askenazego i Konopczyńskiego, w swojej krytyce wydania IV „Dziejów Polski w zarysie” Bobrzyńskiego („Przegląd
8

U kolebki nowoczesnej historiografii polskiej jest szkoła Lelewela i Mochnackiego, gloryfikująca powstanie i nie stawiająca kryteriów rozumowych. Dopiero po 1863 roku, jako reakcja przeciw tej nauce, powstaje „szkoła krakowska” albo „stańczyków” - z Kalinką, Szujskim i Bobrzyńskim na czele, która postawiła dobro narodu jako kryterium i powstania potępiła. Z kolei reakcja na nią nosiła nazwę „szkoły warszawskiej”, z powodu swoich przywódców: Smoleńskiego, Korzona, a potem Askenazego, a wreszcie „neo-krakowskiej” z powodu

Powszechny”, 1.1 78, s. 240) zgadza się z naszą filiacją przyczyn i skutków najzupełniej, przynajmniej jeśli idzie o dwa ostatnie rozbiory. Co do pierwszego, będziemy mieli jeszcze okazję polemizować z jego tezą. Wiadomo - pisze Feldman - że drugi rozbiór był odpowiedzią na ustawę rządową 3 maja, trzeci zaś bezpośrednim następstwem insurekcji... Państwa ościenne, w szczególności Rosja, respektowały całość Rzeczypospolitej, jak długo trwała ona w marazmie, z chwilą natomiast, gdy się przebudziła do niepodległości i reform, ukarały ją rozbiorem. Wniosek Feldmana z tych konstatacji jest następujący: Rozbiorom są winne mocarstwa sąsiednie, a nie Polska, bo rozbiory następowały, gdy wyłamywaliśmy się spod lenna i wprowadzaliśmy reformy ustrojowe, zabronione gwarancjami. Nasze zdanie, oparte na identycznych faktach historycznych: Rozbiorom jesteśmy winni my sami, bo skoro rzeczy tak się działy, trzeba było czekać w „marazmie” do chwili poprawy koniunktury międzynarodowej. Dodajmy jeszcze, że alternatywa „marazm i protektorat rosyjski” albo „reformy, powstania i utrata państwowości” jest przedmiotem ciekawego ataku Balzera na szkołę krakowską („Z zagadnień ustrojowych Polski. Nowe spostrzeżenia i uwagi”, s. III): Kiedy wreszcie - pisze Balzer - w dobie stanisławowskiej mimo wszystkie... przeszkody dokonał się samorzutnie proces... przyrostu sił narodowych... kiedy Polska podjęła wreszcie próbę zrzucenia z siebie przygniatających wpływów rosyjskich i wszechstronnego umocnienia się na zewnątrz, stało się, że wypadki te przyspieszyły właśnie ostatnie dwa rozbiory. Patrząc na tę rzecz pod kątem widzenia odpowiedzialności dziejowej, stajemy wobec osobliwego dylematu. Miałaż Polska dla przedłużenia swego bytu państwowego znosić dalej jarzmo ograniczeń ze strony Rosji czy Prus, tzn. utrzymać w dalszym ciągu dawny stan niemocy? Wtedy spotka ją znany zarzut zawinienia. Ale czy oszczędzi się go jej także wobec okoliczności, że przez podjętą akcję wzmocnienia się wywołała ostateczną katastrofę?... Tak, jak w przekonaniu pesymistów (tj. szkoły krakowskiej) rzecz stoi obecnie, zda się, jak gdyby Polskę winić należało niezależnie od tego, czy w niemocy trwała, czy się też z mej wyzwalała, i nie wiadomo naprawdę, co ostatecznie miała uczynić, żeby ją nareszcie z wysokiego trójkąta krytyki dziejowej wspaniałomyślnie rozgrzeszyć raczono. Fakt, iż takie zdania mogły się pojawić w XX wieku pod piórem znakomitego historyka i w książce, która miała niebywałe powodzenie nawet w sferach naukowych, jest przerażającym dowodem lenistwa umysłowego, w jakie wpadła nasza historiografia w okresie reakcji przeciwstańczykowskiej. Niczym innym nie można wytłumaczyć sobie braku umiejętności rozstrzygnięcia - czy dla Polski korzystniej było stracić państwo i narazić się na wiekową niewolę, czy też przyjąć na jakiś czas koniunkturalny protektorat rosyjski. Można by zaznaczyć nawiasem, że 1) jest faktem historycznym, iż protektorat nie wykluczał wcale poprawy wewnętrznej - czasem nawet protektorat narzucał poprawę wbrew woli

Konopczyńskiego i Feldmana, profesorów wykładających w ostatnim dwudziestoleciu w Krakowie. Przed samą wojną 1939 roku uwidocznił się drugi renesans racjonalizmu, Skałkowskiego i Górki.

„niepodległościowców” (epoka stackelbergowska); 2) jest nader łatwo stwierdzić, że szkoła krakowska, a zwłaszcza jej arcymistrz Bobrzyński, nie waha się nigdy jasno stwierdzić, które wyjście było dla Polski lepsze. Właśnie ten fakt wybierania i dyskusji rozmaitych ewentualności zarzucono Bobrzyńskiemu i musiał się przed tym zarzutem bronić. Zarzut przeciwny, potępienia Polski przyjmującej protektorat, stawiany przez szkołę krakowską, jest niemożliwy do obronienia. Kto odmawia dokonania wyboru, to Lelewel, ale ten przecież raczej do wszystkiego może być zaliczony niż do stańczyków. Wreszcie ironiczny zwrot o krytyce dziejowej, która pozwala sobie wspaniałomyślnie rozgrzeszać lub potępiać - stwierdźmy, iż jest on przejawem tendencji zabraniającej naszym historykom wyrażania swego zdania o skutkach danych decyzji, tendencji, której rezultatem były dwa powstania i niebywałe zacofanie polityczne naszego narodu w XX wieku. Z powyższych rozważań wynika wniosek, że ostrożna polityka przy oparciu o Rosję, przy powolnej poprawie, która wówczas była już widoczna, mogła przynieść ocalenie. Przyborowski cytuje motto z Napoleona: „Gwałt zadany siłą tylko siłą da się odeprzeć”. W dziejach upadku Polski wszystko redukuje się do oceny zagadnienia siły. Nie było przejawem siły wywoływanie gorączkowe powstań i wojen, ale praca nad uzbrojeniem i wzbogaceniem, która by pozwoliła przeciwnikowi w dogodnej koniunkturze stawić czoło. Słuszność naszej tezy wydaje się tu dość jasno zestawiona, choć nie możemy oprzeć jej na żadnej formułce logicznej. Przyborowski ze swoją tezą o braku genialnego wodza jako przyczyną upadku Polski podobny jest bankrutowi, który przegrał majątek w karty i dowodzi, że wyłącznie dlatego jest zrujnowany, że nie wygrał losu na loterii. A więc błędna, nieoględna polityka zagraniczna i wszystko, co ją spowodowało, ma naszym zdaniem bliższą może nawet filiację przyczynową z upadkiem Polski niż grupa przyczyn wojskowych. Bobrzyński nie odrzuca również tej tezy: Porozumienie się mocarstw sąsiednich na nasz rozbiór - pisze w „Dziejach” (wyd. IV, t. II, s. 304) - nie przyszło do skutku łatwo i od razu. Zręczna z naszej strony polityka i dyplomacja byłaby może - jak to przypuszcza Kalinka - wystarczyła na to, aby go udaremnić. Dalsze przyczyny, które właśnie takie postępowanie za sobą pociągnęły, są już po części specjalne. I tak pierwsze walki konfederacji barskiej przypisać należy w dużej mierze agitacji religijnej, fanatyzmowi i nietolerancji szlachty. Wspólnym źródłem tych, jak i dwu następnych walk była słabość władzy królewskiej i znowu wszystko to, co ją osłabiało9. Ale stałym źródłem tych wystąpień zbrojnych była też nieszczęsna, nieopanowana propaganda entuzjazmu, frazesów, lekceważenia doświadczenia i rozsądku, nadmierne liczenie na pomoc Francji, na siły nie uzbrojonych rodaków. Ten brak dyscypliny politycznej, zamiłowanie do fraz, to wady nie tyle naszego charakteru, ile naszego przyzwyczajenia i musimy z nimi stoczyć decydującą walkę, jeżeli nie ma nas prędzej czy później spotkać los narodu żydowskiego.

9

Sadzę, ze można by wprowadzić graficznie rozmaite grupy przyczyn upadku i tak przedstawić wyraziście ich miejsce i znaczenie.

Chołoniewski
Uzasadnienie potrzeby napisania swojej książki o „Duchu dziejów Polski”10 rozwinął Chołoniewski we wstępie. Stwierdza, że od roku 1870 sprawa polska znikła ze stołu obrad międzynarodowych, gdyż odtąd „tylko silnym, rozporządzającym opancerzoną pięścią, przyznano prawo bytu i głosu...”. Autor dodaje parę rzewnych, tęsknych zdań o czasach, w których mówiono o Polsce w Izbie Gmin i w parlamencie francuskim, i sugeruje, jakoby utrata tej koniunktury była ciężką klęską: Starsi spośród nas, którzy za lat młodzieńczych z bijącym sercem nadsłuchiwali, co o nas powie w senacie książę Ludwik Napoleon, lub czy w Izbie Gmin odezwie się za nami lord Russell, i jak przyjmie kanclerz rosyjski zbiorową interwencję za Polską połowy Europy, doczekali się chwili, w której pojawienie się nazwy Polski na ustach szanującego się dyplomaty byłoby uznane za objaw niepoczytalności. Obiektywnie biorąc, ustęp ten zawiera same ścisłe dane. Po okresie, w którym sprawa polska zaprzątała kancelarie dyplomatyczne mocarstw, nastąpiło jej wycofanie, spowodowane szukaniem ze strony Francji, głównej promotorki interwencji, pomocy w Rosji przeciw młodemu cesarstwu niemieckiemu. Ale tego szczegółu Chołoniewski już nie podaje. Nie pisze też, że polityka ta, o ile by się udała, musiała doprowadzić do kłótni i walki między dwoma głównymi rozbiorcami, Niemcami i Rosją, czyli automatycznie do zmiany koniunktury na naszą korzyść. Tak też się stało. Powstanie 1863 roku dało wprawdzie „interwencję zbiorową połowy Europy” i szereg mów w parlamentach mocarstw zachodnich, ale dało też konwencję Alvenslebena, pozwoliło Bismarckowi skleić sojusz prusko-rosyjski i stworzyło właśnie koniunkturę dla nas najgorszą. Interwencje mocarstw, za którymi Chołoniewski zdaje się wzdychać, koniunkturę tę jeszcze pogarszały, bo wpychały Moskwę głębiej w ramiona Berlina. Natomiast okres ciszy po roku 1870 dał nam właśnie wojnę światową i odrodzenie Polski. Są to fakty ponad wszelką wątpliwość ustalone jeszcze przez Klaczkę, Koźmiana i historyków zagranicznych i dlatego już na samym wstępie trzeba zapytać, dlaczego Chołoniewski uważa za klęskę koniunkturę po roku 1870, w której - miast krzykactwa i protestów papierowych - przyjść musiała jedyna rzecz ważna, do której Polska winna była dążyć od stu lat wszystkimi siłami - a do której naprawdę dążyć zaczęli dopiero stańczycy i Dmowski - rzeczą tą było starcie zbrojne między rozbiorcami i klęska przynajmniej jednego z nich. Chołoniewski brnie dalej. Po przedstawieniu w dramatycznym tonie upadku interwencji maluje jego konsekwencje: Ostatnie światła pogasły. Zostaliśmy sam na sam z przemocą, która szła ku nam pijana zemstą... Wyświecona ze wszystkich dziedzin publicznego życia Polska skurczyła się jak ślimak w skorupie w ciasnych granicach ogniska domowego i w ciasnym kole zabiegów o chleb. Wydana na łaskę i niełaskę bezmiernej pychy zwycięzcy, ubezwładniona i bezsilna, ujęta w potworną kuratelę gwałtu, smagana biczem prześladowań i upokorzeń, ścigana i szczwana jak osaczone zwierzę, zżyta z tym, że można się nad nią pastwić bezkarnie, stoczyła się w oczach pozostałej Europy tak nisko, że przestała budzić jakiekolwiek zainteresowanie.

10

Antoni Chołoniewski, „Duch dziejów Polski”, wyd. IV, 1933; pierwsze wydanie ukazało się w roku 1917.

Istotną konstatacją, którą można by z powyższego passusu wydobyć, jest ta, że wzmożenie prześladowań i klęsk nie doprowadza samo przez się do żadnego zainteresowania i interwencji Europy i dlatego niepodległościowcy, głoszący, że „im gorzej, tym lepiej”, nie mieli racji. Ale myśl ta, zresztą ukryta, nie równoważy jeszcze wystrzelonego ładunku bezmyślności, jaki tych parę zdań zawiera. Bezmyślna jest sugestia, jakoby prześladowania i dążenie mocarstw do asymilacji wynikały z braku protestów czy mów na Zachodzie. Klęski spadły na nas dlatego, że wskutek sojuszu Alvenslebena nie byliśmy już nikomu potrzebni, a przy tym stosunek sił zmieniał się stale na naszą niekorzyść i nic nie robiliśmy, aby stosunek ten poprawić. Przeciwnie, posiadając w roku 1830 w Polsce centralnej szeroką autonomię, rząd i armię, zaryzykowaliśmy ich istnienie dla trudnych do uchwycenia korzyści - i straciliśmy je. Mając do roku 1848 Kraków względnie autonomiczny, wydaliśmy wariata, który, zebrawszy 600 ludzi, wypowiedział wojnę Austrii, Rosji i Prusom i tym zapewnił upadek „Rzeczypospolitej Krakowskiej”. Mając w tymże roku możność zdobycia sobie szerokiej autonomii w Poznańskiem, uczyniliśmy, cośmy mogli, by ją zmienić w represje i germanizację. Wreszcie, gdy w r. 1861 Aleksander II pod wpływem Wielopolskiego wkroczył na drogę poważnego wzmocnienia sił polskich, naród powstał i zmusił Rosję do krwawych prześladowań. Dopiero od roku 1863 polityka polska, najpierw w Galicji, potem w Królestwie, weszła na drogę polskiej racji stanu i odtąd siły narodu, zamiast upadać wskutek obłędnych wyskoków, wzrastały nieprzerwanie do 1914 i 1918 roku i pozwoliły na odrodzenie państwa. Bobrzyński wprost za jedyną zasługę poczytuje powstaniu 63 roku to, że pchnęło społeczeństwo na drogę wzmożenia sił. Otóż tego zwrotnego punktu z roku 1864 i stałego odtąd ruchu wzwyż nie dostrzega autor, twierdząc odwrotnie, bardziej poetycznie niż prawdziwie: Na obszarach naszej ojczyzny rozwlokła się beznadziejność najsmutniejszego okresu, jaki wypadło nam kiedykolwiek od rozbiorów przeżyć. Inaczej też niż tytan naszej historiografii: Bobrzyński, ocenia nasz autor (Chołoniewski) wpływ tego okresu na siły polskie: Pod wpływem tego okresu zaszły w psychice polskiej głębokie zmiany. Opuściło nas tak niedawno jeszcze dumne poczucie zajmowania w świecie określonego i obdarzonego prawami stanowiska. Zwężył się i aż do ziemi przybliżył horyzont naszych aspiracji. Gdy jeszcze ojcom naszym, których myśl kształtowała się pod bezpośrednim tchnieniem wielkiej emigracji, Polska przedstawiała się jako dążenie ducha ludzkiego wzwyż, jako potężna, ujarzmiona idea, to dla nas, ogłuszonych codziennie spadającymi ciosami, zaatakowanych u samego korzenia bytu, stawała się coraz bardziej już tylko terenem zoologicznej walki o zachowanie gatunku. Dusza polska straciła swój lot prometejski. Wyrobiła w sobie samozachowawczą przebiegłość właściwą niewolnikom. Z powodzi słów i frazesów niech czytelnik uczyni ze mną wysiłek, by wydobyć i zdefiniować prawdziwą, istotną myśl autora. Według jakich kryteriów osądza on myśl polityczną polską? Jak uzasadnia wyższość tej myśli sprzed 1870 roku? Wydaje się, że jako podstawową zaletę polskiej psychiki uważa autor prometejski lot, czyli - jak mówi - ideę wolnościową. Nie określa wprawdzie zbyt ściśle, co ona oznacza, ale zarówno z opisu stanu sprzed, jak i po 1870 roku można w pewnym przybliżeniu „myśl” tę określić. Jednym z jej składników jest wysokie poczucie dumy narodowej, poczucie noszenia potężnej idei, poczucie posiadania w Europie miejsca określonego prawami i uznaniem dla tej właśnie polskiej wolnościowej idei. Kryterium takie jest - ze stanowiska polityki

narodowej - nader niebezpieczne. Oddaje ono bowiem umysły, siły moralne, a co za tym idzie i materialne, w służbę w hierarchii narodów, nie liczącej się z siłami własnymi i wrogimi, nie pracującej ani nad wzmożeniem sił własnych, ani nad osłabieniem obcych, abdykującej dobrowolnie i niepotrzebnie z arsenału doświadczenia, obliczeń, informacji i działań rozumowych - arsenału najsilniejszego, jaki nam po upadku naszej siły zbrojnej pozostał. W świetle kryterium Chołoniewskiego za klęskę należy uważać prowadzenie „zoologicznej walki o zachowanie gatunku”, mimo że prowadzenie tej właśnie walki w rozmaitych jej aspektach i stadiach jest warunkiem sine qua non istnienia i rozwoju każdego narodu - potępiać należy „samozachowawczą przebiegłość”, pogardliwie przypisując ją „niewolnikom”. A przecież każde mocarstwo ma z tej samej „samozachowawczej przebiegłości” wykuty pancerz! Nie jest więc ona tak bardzo cechą niewolniczą. Kto wie, może właśnie niewolnicy są niewolnikami tylko dlatego, że im tej „samozachowawczej” cechy brakowało... W każdym razie Dmowski, już 11 lat przed wydaniem broszury Chołoniewskiego, widzi w braku polityki samozachowawczej jeden z głównych braków polskiej psychologii.11 Powyżej cytowane zdania Chołoniewskiego dotyczą trzech problemów, których znaczenie i skutki można analizować oddzielnie: 1)międzynarodowego znaczenia sprawy polskiej, 2)zmiany warunków bytu narodowego Polaków po roku 1863, 3)wpływu tych zmian na psychikę polską. Pierwszy z tych problemów nie może być rozważany inaczej jak na podstawie korzyści, które sprawie polskiej i położeniu naszego narodu przynieść mogły i przynosiły interwencje zagraniczne. Otóż historia stwierdziła niezbicie, iż skutek tych interwencji był albo żaden, albo szkodliwy. Te interwencje, które przynieść mogły pożytek, były prowadzone w ciszy gabinetów i zostały dopiero długo po tym opublikowane. Występy krasomówcze i prasowe, częstokroć wywoływane staraniem naszej emigracji, miały, jak to wykażemy w rozdziałach poświęconych powstaniu, wpływ jak najgorszy na nasze losy. Problem warunków bytu i rozwoju narodowego pod wpływem powstania jest z daleka najważniejszy, choć jemu Chołoniewski najmniej poświęca miejsca. Rzeczywiście wskutek klęski styczniowej Polska straciła nie tylko nadzwyczaj cenne reformy, które Aleksander II wprowadzał już w życie za pomocą Wielopolskiego, nie tylko minimum odrębności, które pozostały i bez tych reform po katastrofie listopadowej, ale i całą niemal możność utrzymania wpływu i rozwoju na wielkich obszarach kresowych, równających się trzykrotnej przestrzeni Królestwa. Tu, jak i w konstelacji mocarstw, była prawdziwa głęboka różnica stanu sprzed i po powstaniu, tu społeczeństwo powinno było jej poszukać i poszukało. Problem trzeci, konsekwencje psychiczne, były, jak to wykazaliśmy, raczej korzystne. Po odjęciu praw po 1863 roku nie pozostawało już narodowi nic innego, jak tylko zwarte mieszkanie, ziemia, religia i nieco dóbr kulturalnych i materialnych. Nie ulega wątpliwości, że bez nawrotu od mistyki do rozsądku, bez upadku „ideologii powstańczej” bylibyśmy i to ostatnie minimum utracili.
11

„Myśli nowoczesnego Polaka”, wyd. IV, s. 12. „Poglądy polityczne naszego oświeconego ogółu tym są niezwykłe, tym różnią się polityki innych narodów, że brak im podstawy wszelkiej zdrowej polityki: mianowicie narodowego instynktu samozachowawczego”.

Zastanówmy się głębiej nad problemem kryteriów, według których należy osądzać wielkie prądy psychiki polskiej, gdyż mylne wytyczenie tych kryteriów nie pozwoliłoby już nam oprzeć naszego rozumowania na solidnej, pewnej i powszechnie przyjętej prawdzie. A więc pierwsze pytanie: Czy wolno Polakowi mieć inne kryteria, jak niepodległościowe? Czy naród, który popadł w nieprawdopodobną niewolę w okresie, który należy do najszczęśliwszych w dziejach ludzkości, może - czy ma prawo - hołdować mitom innym, jak odzyskanie należnego mu miejsca do życia i rozwoju pod słońcem? Hołdować mitom, to znaczy tworzyć ideę, walczyć i posyłać na śmierć tysiące najlepszych synów za nią. Nie, oczywiście nie. Ale czyżby Chołoniewski nie hołdował naszemu mitowi, nie służył mu lepiej swoim talentem jak ktokolwiek inny? Analizujmy bliżej jego stanowisko. Jak dotąd, wykazał on tylko dziwne uwielbienie dla „potężnej, ujarzmionej idei”, dziwną pogardę dla „samozachowawczej przebiegłości” i dla „walki o zoologiczne utrzymanie gatunku”. Pereat Polonia - fiat libertas, już w tym rozdziale można czytać między liniami. Ale w dalszym rozdziale o „Upadku Polski” wypowiedział się on nierównie jaśniej: Państwo polskie upadło. Dla ludzi, co wartości czynów i zasad mierzą doraźnym powodzeniem, wystarczy to, by potępić linię rozwoju Polski. Lecz „zegar dziejów nie według ludzkiej nastawiony miary”, a ustrój polityczny, który przez wieki dawał szczęście i wysoki poziom kulturalny wielkiemu narodowi, idea wolności i godności ludzkiej, która pokolenia wśród bezprzykładnych cierpień i prześladowań zagrzewała ogromem patriotyzmu i która dotychczas przyświeca dążeniom narodów - nie mogłaby być potępiona nawet wówczas, gdyby istotnie sprowadziła na przeciąg stu lat niedolę i cierpienie (s. 147). Tym razem niezaprzeczone piękno toczonego okresu stylistycznego oddaje jasno myśl autora. Stawia on trzy tezy: 1) Potępia ludzi, którzy mierzą wartość zasad i czynów doraźnym powodzeniem - przy czym wyraz „doraźny” oznaczać może okres powyżej stu lat. 2) Wierzy, że dzieje nie toczą się tak, jak nimi ludzie pokierują, lecz że są prowadzone osobiście i wyłącznie przez Boga. 3) Wreszcie stwierdza, że nie wolno potępiać pewnych rzeczy, nawet jeżeli one się stały przyczyną upadku naszego państwa i narodu. Sytuacja jest jasna. Pereat Polonia - fiat idea wolnościowa. Nienawiść do „samozachowawczej przebiegłości” staje się zrozumiałą wobec negowania wprost celowości „zasad i czynów” przynoszących doraźne powodzenie, wobec apoteozy innych zasad i czynów, nawet wówczas, jeśli one staną się przyczyną - stuletniej niewoli. W imię jakich zasad autor wygłasza tak fatalny sprawdzian dla polityki swego narodu? W imię idei wolnościowej. Jak to? Więc mimo że idea wolnościowa (jak ją nazywa Chołoniewski, a anarchia egoizmu szlacheckiego, jak ją nazywają monografiści i badacze epoki) doprowadziła do największej niewoli, najcięższych upokorzeń, zacofania i ciemnoty, ma ona mieć prym nad normalnym chronieniem swojej niepodległości, nad linią rozumu i racji stanu? Tak, zapewnia autor, gdyż ona doprowadzi cały świat do zbawienia. Więc czemuż nie iść do tego zbawienia razem z innymi, z całym światem, tak jak reszta świata poprzez wolność i siłę, lecz przez słabość i poddaństwo? Na to pytanie nie pozostaje już Chołoniewskiemu żadna odpowiedź, chyba tylko mesjanizm. Ze Polska jest

Chrystusem narodów, że cierpi dla zbawienia innych, że im więcej cierpi, tym lepiej, bo tym bliższe ono zbawienie. Z tym zbrodniczym obłędem nie zamierzamy już polemizować, nie precyzuje go zresztą Chołoniewski nigdzie, wynika on tylko jako jedyne już usprawiedliwienie jego tezy, jako jedyne uzasadnienie frazesu o „zegarze dziejów”, którego nie nastawiła ręka ludzka... Pomińmy mnóstwo drobnych fałszów mieszczących się w cytowanym passusie: jakoby Polska miała w XVII i XVIII wieku linię „rozwoju”, jakoby ustrój nasz dał nam „wieki” szczęścia i „wysokiego” poziomu. Są to rzeczy oczywiście nieprawdziwe. Pomińmy je. Zapamiętajmy, że Polak wybiera dla dziejów swego narodu kryterium, którym nie jest wielkość, wolność i szczęście swego narodu, którym nie jest jego miejsce w hierarchii politycznej narodów, ale którym jest jakaś fantazja poetycka, mająca kiedyś sprowadzić powszechny raj na ziemi, a na razie mogąca przynieść nam wiele klęsk, niewolę, upokorzenia, utratę sił materialnych i duchowych, zacofanie i ciemnotę. Nie fakt, że Polak wyznający te tezy napisał książkę, ale że książka ta miała popularność i prasę, jaką miał „Duch dziejów” - oto nad czym trzeba będzie się zastanowić. No dobrze - powiedzą może czytelnicy - ale czyżby kryteria wolnościowe rzeczywiście nie miały największego znaczenia?! Czyż wolność przekonali, sumienia i wolność wypowiadania swego zdania, te najcenniejsze zdobycze kultury zachodniej, nie są warte i najcięższych ofiar? Czyż życie doczesne bez nich posiada jeszcze jakikolwiek cel i urok? Zapewne, odpowiadamy, rzeczy te można i trzeba uważać za nader ważne. Droga do ich utrwalenia nie prowadzi jednak i nigdy nie prowadziła inaczej, jak przede wszystkim przez utworzenie organizmu silnego, nie mogącego być anektowanym lub podbitym za każdą zachcianką sąsiednich, a wcale nie demokratycznych krajów. Inaczej każda zdobycz wolnościowa byłaby krokiem wprost do niewoli, nieskończenie cięższej od tych ograniczeń, które by dla wzmocnienia własnego organizmu państwowego przyjąć należało.

Dygresja o Arturze Górskim
Tezy podobne do tez Chołoniewskiego, jeżeli idzie o kryteria sądu i o apoteozę przeszłości Rzeczypospolitej szlacheckiej, rozwija p. Artur Górski w wydanej w r. 1918 książce pt. „Ku czemu Polska szła?” Książka ta była prawdziwą ewangelią myślących kół prawicowej młodzieży w dwudziestoleciu Polski odrodzonej. Górski zwalcza wprost kryterium potęgi narodowej i przeciwstawia mu nadzwyczaj mętne pojęcie misji dziejowej (s. 8). Narodowość jest dla nas niczym innym, jak tylko człowieczeństwem, które spełnia swoje (podkr. Górskiego) przeznaczenie. Bo zadań do spełnienia w życiu stoi przed duszą człowieka ogrom. Każdy naród jak karawana ciągnie ku celom wspólnym, jedna niosąc wonną mirrę, inna lotne kadzidło, ci złoto lub gronostaje, tamci księgi lub święte zaśpiewy. Każdy z głębokiego morza bytu wyławia skarby inne. Ale wszystkie skarby one są skarbami duszy człowieczej i należą tym samym do wszystkich, i wszystkie są tylko językami, którymi duch ludzki rozmawia z bytem, a co człowieczeństwa tego jest niegodnym, to odrzuci dusza po drodze, jako obłęd swój, jako obniżenie swojej części. Czy może być tedy coś bardziej przeciwnego sobie, jak narodowość wyzbywająca się człowieczeństwa dla wzrostu swojej

narodowości? (podkr. nasze). Bo widzieć w innych zawsze swoich wrogów, a w sobie wroga innych, marzyć o cudzej szkodzie dla własnego pożytku i dążyć do tego, by jeśli nie zapełnić sobą całego świata, to przynajmniej zamienić innych w gromadę niższego rzędu, jest to stanowisko zoologiczne. Ludy stojące na tym stanowisku marnieją z czasem zdławione nienawiścią, jaką wytwarzają z siebie i jaką też otrzymują w zamian. Oto credo Górskiego. Pozwoliliśmy sobie podkreślić zdanie, w którym wprost porusza on sprawę kryteriów polityki narodowej. Zamiast walki o możliwie najlepsze stanowisko w rodzinie narodów, wymienia cały szereg celów, ukrytych jednak nader głęboko pod kwiecistymi wyrazami, jak „mirra”, „lotne kadzidło”, „złoto i gronostaje” itd., co jednak wszystko razem ma oznaczać nic innego, jak tylko ideę wolnościową. Tak przynajmniej zdaje się świadczyć całość książki. Narody, które prekonizowaną przezeń drogą nie idą, straszy „zmarnieniem” wywołanym nienawiścią. Na razie stwierdźmy spokojnie, że jednym z narodów, jak najbardziej i najmocniej zmarniałym i zdławionym nienawiścią, był właśnie nasz własny, a więc ten, który zdaniem Górskiego wypełniał obowiązki człowieczeństwa, miast prowadzić walkę „zoologiczną”. Co do przyszłości polityki polskiej, autor ten miał nader jasno określone stanowisko (s. 10). Jakże tedy będziemy się budować na nowo? Budując państwo urzędników, dyplomatów, militarystów? Ciągnąc za sobą grzechy Europy: krzyczącą nierówność, władztwo pieniądza, niewiarę w wyższe siły bytu? Nie. Chcemy budować w sobie, w narodzie, nowe świata sumienie (podkr. Górskiego). A wówczas zbudujemy państwo, państwo, które będzie rosnąć wtedy, gdy stare będą się łamać! Zwycięża zawsze najgłębsza idea moralna... Powyższe zdania są rzadko spotykaną esencją fałszu i dziwactwa. Do rzadko spotykanego dziwactwa zaliczyć musimy zdanie, jakoby mogło istnieć i jeszcze rozwijać się w połowie XX wieku w naszym położeniu państwo bez „urzędników i dyplomatów”, bowiem nikt nie wie, co oznacza wyraz: bez „militarystów”. Nonsensem wydaje się zdanie, że będziemy rosnąć wtedy, kiedy stare państwa będą upadać, a to dlatego, że normalnie państwa rosną, kiedy inne upadają, ale na to potrzeba właśnie dobrych dyplomatów, urzędników i karnego wojska. Niestety, to właśnie inne państwa wzrosły, kiedy myśmy upadli, a to z braku, a nie nadmiaru dyplomacji u nas... Wreszcie zwyczajnym fałszem historycznym jest zdanie: „zwycięża zawsze najgłębsza idea moralna”. Zdanie to jest równie fałszywe, jak niebezpieczne. Wierząc w nie można by zaniedbać i rozum, i siły, gdyż „najgłębsza idea moralna” tak czy owak - „zawsze zwycięża”. Lloyd George opisuje w swoich pamiętnikach moment, w którym opuszczał Paryż w towarzystwie innego swego kolegi ministerialnego z rządu Anglii oraz sędziwego ministra spraw zagranicznych Balfoura. Dygnitarz francuski, który ich odprowadzał na dworzec kolejowy, pan Combes, wypowiedział długą mowę, na końcu której zawołał: „Sprawiedliwość, równość, wolność - oto co nam da zwycięstwo”. Gdy pociąg ruszył, przez chwilę panowało w przedziale milczenie. Potem Balfour powiedział: „Dziwne ma pojęcie o historii ten pan, jeśli sądzi, że wolność, równość i sprawiedliwość zapewnić mogą zwycięstwo!” Arcydziwne wyobrażenie o historii ma pan Górski, gdy wypowiada słowa: „Zwycięża zawsze najgłębsza idea moralna”. Zamiast tego gołosłownego, a tak sensacyjnego wykrzyknika chcielibyśmy, żeby autor dał analizę wszystkich zwycięstw odniesionych w dziejach ludzkości i wykazał, iż należały one do „najgłębszej idei moralnej”!

Sekret poglądów historycznych Górskiego wyjaśnia się nam, gdy czytamy na s. 5 dzieła jego stosunek do historii: ...nie jestem historykiem - pisze autor - nie znam dziejów, jak je zna i znać powinien uczony, co więcej, nie czuję do nich pociągu... Potem dodaje: Tak też uczyłem się dziejów naszych nie z książek... ale patrząc na to, z czym się oko spotyka za żywa. Widziałem je w murach starodawnych rodzinnego miasta Krakowa, w świetle witraży Mariackich, w zarysie wzgórza Wawelu, w linii biegnącej od kopca Krakusa na Krzemionkach po kopiec Kościuszki, widziałem je dalej w obrazach Matejki... oglądałem dziejów tych zaczątki w starodawnej obyczajowości naszego ludu, w święcie nowego chleba... itd., itd. Przypuszczamy, że powyższy cytat wystarczy, aby wykazać, jak daleko metoda Górskiego odbiega od naszej. Jest to najzupełniej zasadnicza różnica punktu patrzenia na historię, niejako dwie odrębne nauki historii, jak to wykażemy gdzie indziej, pisząc o Seignobos i o metodyce historii. Metoda jednak pana Górskiego nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek nauką w ogóle, jest sposobem ujmowania zjawisk, który August Comte nazwał „metafizycznym”, a nawet teologicznym, to jest sposobem, w którym nie idziemy od faktów od ich prawa ogólnego, lecz przypisujemy te fakty działalności jakiegoś czynnika nadnaturalnego albo też jakiejś idei ustalonej a priori. W tego rodzaju metodzie brak źródeł jest wynagradzany stylem kwiecistym i dużą pewnością siebie w wygłoszonych tezach. Metodę tę będziemy nieraz demaskowali u apologetów naszych błędów dziejowych. Na s. 307, po spisie rzeczy, Górski podaje wykaz literatury, z której głównie korzystał. Mamy tu tylko następujące nazwiska: Brücknera, Korzona, Kubali, Szujskiego, Wiszniewskiego, Kochanowskiego J. K. i Starczewskiego. Razem 7 tylko nazwisk, czterech literatów lub historyków literatury, trzech historyków, i to przestarzałych. Nie dziw, że jadąc z tak lekkim bagażem książkowym, autor zaleciał w wysokie regiony, gdzie rozum nie sięga i gdzie można bezkarnie wypisywać, bez obawy kontroli ścisłej, najbardziej szkodliwe i bezmyślne wskazania polityczne.

Chołoniewskiego ciąg dalszy
Powróćmy do „wstępu” Chołoniewskiego. Po odmalowaniu w najczarniejszych barwach epoki po 1863 roku autor pisze, że „pojawiła się historyczna doktryna krakowska” o źródłach upadku Polski. Szkoła ta potępiała „rozwój” ustroju polskiego. I odtąd do końca wstępu mamy jeden wielki atak na szkołę krakowską. Autor ani słowem nie porusza zagadnienia kryteriów - gdyby je poruszył, okazałoby się, że zgadza się ze szkołą krakowską, a przynajmniej jej nie przeczy, gdyż i on zgadza się na to, że złota wolność przyczyniła się do rozbiorów, tylko że uważa ją mimo to za dobrą, godną pielęgnowania i naśladowania na przyszłość, a stańczycy uważali ją za złą samą w sobie i w skutku, jakim był upadek Polski. Na piedestale - pisze on na s. 8 - postawiono zwycięską siłę, skrępowanie jednostki postrachem bezwzględnym państwa, podporządkowanie się uległe każdej władzy, choćby

legitymującej się jedynie zbrojnym przymusem - cnoty, do których nie umieliśmy się nigdy nagiąć, a w których celowali właśnie nasi prześladowcy. Jak się przedstawia w rzeczywistości stosunek szkoły krakowskiej do siły? Nikt nam lepiej tego nie powie, jak arcymistrz tej szkoły, Michał Bobrzyński, gdy przystępuje do kapitalnego zagadnienia przyczyn upadku Polski. Skorośmy cytowali dosłownie i obszernie Chołoniewskiego, dajmy teraz głos pierwszemu filarowi kierunku, który broszura Chołoniewskiego podciąć pragnęła i w szerokich masach rzeczywiście podcięła. Oto jak Bobrzyński ujmuje w par. 94 swoich „Dziejów” sytuację w okresie 1726-1773 pod tytułem „Obraz upadku”: Z początku XVIII wieku ujrzały już wszystkie państwa Europy wiekowe swoje usiłowania uwieńczone pomyślnym skutkiem. Wszędzie dokonała się ostateczna budowa władzy rządowej w nowy sposób pojętej. Wszędzie rząd skupił w swoich rękach władzę, ale zarazem wszystkie siły i zasoby narodu, rozległa administracja zapewniła mu szybkie i stanowcze wykonywanie rozkazów, a wyćwiczone stałe armie popierały jego politykę zagraniczną swoim zbrojnym naciskiem. Tak zorganizowały się wówczas trzy państwa sąsiadujące z Polską: Austria, Prusy i Rosja. Dalej następuje krótki opis ewolucji w kierunku mocarstwowym każdego z tych trzech państw. Chołoniewski może zasypywać stekiem obelżywych frazesów historiografię stańczyków. Ale Bobrzyński nie używa frazesów, każde jego słowo zawiera pewne ściśle określone i odmierzone pojęcie, pewien fakt, pewną informację, każde zdanie - część logicznej budowy całości. I na to nic obelgi ani frazesy nie pomogą. Niepodobna, żeby Polak, godny tej nazwy, dysponujący zdrowym rozumem i uczuciem narodowym, nie westchnął, nie z dumy, jak chce Chołoniewski, ale z żalu: dlaczego wśród tak opisanych przez Bobrzyńskiego mocarstw nie było i Polski? Na tezę „winy własnej” Chołoniewski we wstępie mobilizuje cały arsenał argumentów, które Górka wyliczył w swoim referacie „O pesymizmie i optymizmie” na VI Zjeździe Historyków. Mamy więc zarzut zgodności z historiografią obcą, zarzut „podcięcia siły duchowej”, zarzut defetyzmu. Przejdziemy je po kolei. Zarzut zgodności z historiografią obcą trafia w próżnię, nie świadczy i świadczyć nie może o błędach tezy - wszak obca historiografia może czasem mieć rację i być obiektywną, tak jak i własna może się mylić... Zarzut „podcięcia siły duchowej” narodu. Szkoła krakowska stała się rzekomo straszną nauczycielką całego jednego pokolenia polskiego - „uleciała cała twórcza dusza narodu” - dziw, że to właśnie pokolenie podniosło Polskę w dziedzinie kultury umysłowej i politycznej tak wysoko, jak nigdy od XVI wieku nie stała! Zarzut defetyzmu. Czegóż właściwie - wola Chołoniewski - broniliśmy się dotąd z takim uporem?! Tak, jakby każdy naród nie bronił swojej odrębności narodowej i swojego miejsca w hierarchii narodów, lecz tylko jakiejś „misji dziejowej”. Słusznie Górka odwrócił pojęcia dowodząc, że właśnie pesymizmem jest zrzucenie całej winy naszego upadku na obcych - bo wtedy wszak my sami nie możemy nań już wpłynąć - a optymizmem przypisywanie klęsk własnym winom, skoro uleczywszy je, możemy znowu się dźwignąć.

Dopiero na ostatniej stronie wstępu autor dopuszcza półgębkiem „praktyczne błędy i grzechy dawnej Rzeczypospolitej”, w które nie chce wchodzić twierdząc, że są one podrzędne wobec „duszy politycznej” i jej zasług. „Polska nie napastowana z zewnątrz byłaby uleczyła z łatwością swoje niedomagania” - deklamuje naiwnie niepoprawny optymista, odpowiadając tu nieświadomie na zarzut, jakoby to te właśnie przyznane „praktyczne” błędy spowodowały upadek Polski. Piętą Achillesową tego dowodzenia jest przemilczenie faktu, iż napastowanie przez sąsiadów jest elementem stałym w dziejach ludzkości i żaden naród nie może sobie pozwolić na „błędy praktyczne”, w nadziei, że sąsiedzi poczekają, aż się z tych błędów wydobędzie. Mówiąc o innym historyku, rzucimy porównanie, które tu pozwolimy sobie powtórzyć, gdyż wyjaśnia ono lepiej niż długie wywody istotę nieporozumienia. Myśliwy w dżungli wyzbył się lekkomyślnie amunicji i tygrysy go pożarły. Wśród jego przyjaciół powstaje polemika. Jedni twierdzą, że winę katastrofy ponosi sam myśliwy, gdyż wyrzucił naboje. - Ależ gdzież - wołają inni - przecież amunicję byłby z czasem znowu nabył. Winne są tylko tygrysy. Polemiści przeciwni szkole krakowskiej są podobni tym ostatnim. Winią „pożądliwość” sąsiadów, nie bacząc na to, że jest ona cechą stałą w dżungli polityki światowej. Biada myśliwym, którzy zapomną o jej prawach! Tu raz jeszcze zacytujemy głos najmłodszego bodaj, ale już sławnego chorążego szkoły warszawskiej, Józefa Feldmana, wypowiedziany w jego ostrej krytyce IV wydania „Dziejów polskich w zarysie” Bobrzyńskiego („Przegląd Powszechny”, t. I 78, s. 240). Feldman chce walczyć z tezą autora, że „nie sąsiedzi i granice, tylko nieład wewnętrzny przyprawił nas o utratę politycznego bytu”. Nie zadawszy sobie trudu ustalenia pojęć „winy” i „przyczyny”, oto jak przekonuje Bobrzyńskiego: Wreszcie rzecz zasadnicza. Wiadomo dziś niezbicie, na podstawie szczegółowych studiów, że pierwszy rozbiór spadł na Polskę nie dlatego, że pozostała w nierządzie, ale dlatego, że postanowiła się z nierządu dźwignąć wbrew wysiłkom Katarzyny. Wiadomo, że drugi rozbiór był odpowiedzią na ustawę rządową 3 Maja, trzeci zaś bezpośrednio następstwem insurekcji. Obowiązkiem uczonego, bez względu na jego ostateczny sąd o upadku Polski, było stwierdzenie tego zjawiska, że państwa ościenne, w szczególności Rosja, respektowały całość Rzeczypospolitej, jak długo trwała ona w marazmie, z chwilą natomiast, gdy się przebudziła do niepodległości i reform, ukarały ją rozbiorem. W paraboli naszej, która znakomicie przyspiesza zrozumienie przyczyn upadku przez szkołę krakowską i przez jej przeciwników, głos Feldmana brzmiałby jak następuje: „Rzeczywiście myśliwy zawinił początkowo, że pozbył się amunicji. Ale w chwili, gdy pożarły go tygrysy, nie tylko rozumiał dobrze, że popełnił błąd, ale nawet biegł już do domu po nowy zapas nabojów. Póki siedział na drzewie, tygrysy go tolerowały. Gdy zaczął biec po amunicję i chciał z kijem w ręku przebić się przez tygrysy, ukarały go pożarciem. Widzicie więc, że myśliwy nie był winien. Winne były tylko tygrysy!” Teraz rozumiemy jasno, że fakty naprowadzone przez Feldmana nawet tam, gdzie są zgodne z prawdą, nie naruszają ani na jotę tezy Bobrzyńskiego. Jeśliby można mówić o jakiejś winie moralnej z punktu widzenia etyki, to oczywiście, że rozbiory, jak tu tygrysy, byłyby winne. O tym jednak ani

Bobrzyński, ani żaden inny przytomny historyk mówić nie może, dla okresu, w którym ani etyka międzynarodowa nie była skodyfikowana, ani nie było trybunału, który by winy zbiorowe sądził, ani egzekutywy, która by wyroki te wykonywała. Pozostaje więc zamiast „winy” - „przyczyna”. Zwalenie przyczyny politycznej na sąsiadów, zamykanie umyślnie oczu na własne błędy - ten fatalny kierunek, który zapoczątkował u nas Hoffmann, a który udało się stańczykom opanować, póki nie odrodził go Askenazy i jego epigoni - otóż kierunek ten, jak słusznie powiedział Górka, jest najgorszym pesymizmem, gdyż uniemożliwia szukanie dróg ratunku, skoro przyczyna zła leżała rzekomo w całości poza nami. Historia polski, pojęta jako szereg win obcych, przy założeniu, że Polska nie mogła sobie nigdy pomóc (gdyż tylko tak da się obronić teza, że przodkowie nasi za klęski nie odpowiadają), odejmuje w naszych oczach całkowity interes wykładowi naszych dziejów i pozbawia nas bezcennych doświadczeń. Zdanie to nie jest czystą teorią: między latami 1864 a 1914 doświadczenia dziejowe i porzucenie własnych błędów posłużyły do stworzenia warunków na odrodzenie kulturalne, oświatowe i polityczne Galicji, a potem na odbudowę całego państwa. *** Po wypowiedzeniu na wstępie swego credo Chołoniewski przystępuje do jego szczególnego rozbioru. Poświęca temu szereg rozdziałów, w których omawia: ideę życia zbiorowego, stosunek do króla, problem szlachty, unie, tolerancję wyznaniową, stosunki prawne, kwestię militaryzmu i wreszcie przyczyny upadku i przyszłość Polski. Niektóre z apologetycznych twierdzeń, wygłaszanych tu przez autora, odnoszą się tylko do Polski XVI wieku, ale są zręcznie generalizowane na cały okres dziejów Rzeczypospolitej szlacheckiej. Mamy tu więc kwestię unii z Litwą, dobrobytu miast i tolerancji wyznaniowej. Jakaż szkoda, że Chołoniewski nie użył swego niezrównanego pióra, by - nie ograniczając się do tych niewątpliwych pomników naszej świetlanej, choć odległej przeszłości - naszkicować ich powolny upadek w XVII wieku i niemal zupełny zanik w XVIII i wskazać narodowi drogi powrotu na wielki szlak politycznego rozumu! Jedynie w sprawie stosunku do Kozaczyzny Chołoniewski, po pochwale unii hadziackiej, znajduje słowa rozumne. Zacytujemy je tu jako wyjątek: Polityka wobec Kozaczyzny i w ogóle szyzmatyckiej Rusi, przypadająca na czasy upadku naszej myśli politycznej, upadku tolerancji i zdolności łączenia żywiołów różnorodnych, była jednym z największych błędów i jedną z największych win, jakie obarczają naszą przeszłość. Polska odstąpiła tu od zasad, którym zawdzięczała pomyślność wewnętrzną i siłę na zewnątrz, i odstępstwo to zemściło się na niej. Nie wiadomo tylko, dlaczego na tejże stronie 58 zrzuca winę zniweczenia ugody hadziackiej na Moskwę, a potem na s. 143 cytuje opinię prof. Zakrzewskiego o niej, gdzie czytamy m.in.: „Był to jednym słowem olbrzymi wyraz ewolucji historycznej, który współcześnie nie ma przykładu w dziejach”. Powtarzanie tak pochlebnej opinii, bez wspomnienia choć jednym słowem, jak ugoda hadziacka została pogrzebana, a jej twórca Wyhowski przez nas rozstrzelany, jest jednak świadomą mistyfikacją i fałszowaniem historii! Pisząc o miastach, również napomyka o tym, że „upadek ekonomiczny mieszczaństwa naszego, którego przyczyną stały się zarówno długoletnie wojny, jak szkodliwe... prawa szlachty, przyszedł w połowie XVII stulecia i trwał niewiele dłużej niż jedno fatalne stulecie...”. Opatruje jednak to zdanie tyloma zastrzeżeniami, topi je w takiej powodzi pochwał i dytyrambów, że wywołuje w rezultacie

wrażenie, jakoby miastom polskim działo się lepiej niż zagranicznym. Znowu fałsz i znowu naciąganie, np. tam, gdzie zarzuca zagranicy poddanie miast pod ścisły nadzór monarchy. Właśnie istnienie silnej, absolutnej władzy nadrzędnej, nie mającej wszak sprzecznych interesów z miastami, stanowiło z punktu widzenia interesów mieszczaństwa wyraźną wyższość nad Polską, gdzie o wszystkim decydował ciemny, krótkowzroczny, egoistyczny, konkurencyjny stan szlachecki! Jeszcze obronną ręką wychodzi spod pióra Chołoniewskiego prawda, gdy pisze o tolerancji wyznaniowej. Tu oczywiste jest, że fanatyzm religijny - w swoich przejawach praktycznych - był mniejszy niż za granicą. Ale jeśli idzie o „zasadę”, o ideę tak drogą autorowi, to ekskluzywizm i fanatyzm był wcale silny. Tak więc metoda autora, polegająca na bagatelizowaniu praktycznego wykonania i na zwracaniu całej uwagi na teorię, zwraca się tu przeciw niemu. Jeśli w tych dziedzinach: federacji, dobrobytu miast i tolerancji wyznaniowej, Chołoniewski niewątpliwie hołduje zasadom, które i nam są wspólne, jeśli tu popiera - może z przyczyn moralnych ale w każdym razie popiera kierunki, które szły do wzmocnienia i potęgi naszego narodu, o tyle w kwestiach ustroju i polityki militarnej stawia dla Polski ideały, wzory czerpane z przeszłości i jego zdaniem pożądane na przyszłość, które oczywiście przyczynić się muszą do upadku i niewoli każdego państwa pragnącego je wprowadzić w życie. Wystarczy powiedzieć, że Chołoniewski prezentuje się jako wróg silnej władzy, militaryzmu, wojen zaczepnych, a obrońca anarchii szlacheckiej i pacyfizmu... Okazawszy w jak najciemniejszym świetle rzekomą dekadencję ustroju Francji i innych krajów zachodnich w XVII wieku, pisze: W Polsce rzeczy przybrały inny obrót. Obok Anglii ona jedna, a na kontynencie europejskim jedyna - potrafiła nie tylko obronić i utrzymać przez cały czas swego państwowego bytu, ale i rozwinąć przekazaną przez średniowiecze zasadę udziału społeczeństwa we władzy... Tu przy ciągłym przesuwaniu się władzy w ręce narodu wytwarza się typ wolnego obywatela, który stosunek swój do państwa określa dumną, a co najważniejsza, słuszną zasadą: „Nic o nas bez nas”. To tylko próbka stylu, którym na kilkudziesięciu stronach Chołoniewski pieje hymny na cześć Polski szlacheckiej. Kolejne streszczanie i zbijanie bzdurstw tu napisanych jest ponad siły przytomnego czytelnika. Ustrój, w którym cała władza przeszła w ręce narodu w tym stopniu, że w ogóle jakąkolwiek władzą być przestała, w którym sejm takimi prawami obdarzony, przez niemal sto lat nie mógł bez pomocy obcych bagnetów nie tylko powziąć jakiejkolwiek uchwały, ale nawet uchwalić sobie elementarnego regulaminu obrad - ustrój taki był ustrojem haniebnym, plamą najczarniejszą na naszych dziejach! W sumie ostatnie sto lat przedrozbiorowych - to sto lat bezustannych walk królów o możliwość ratowania kraju, o wydobycie się spod tyranii „udziału społeczeństwa”. Nie ma Polaka godnego tej nazwy, czytającego naszą historię, który by z rozpaczą i współczuciem w sercu nie szedł śladami tych walk, nie złorzeczył i nie przeklinał w duchu temu ustrojowi i tym szlacheckim ustroju wykonawcom, którzy tyle okazji ocalenia pogrzebali. I oto teraz, u wrót zmartwychwstania i odrodzenia, przychodzi publicysta pełen talentu i śpiewa hymn pochwalny na cześć tego samego ustroju i tej samej szlachty, która tak dzielnie wprowadzała w życie „dumną, a co najważniejsza, słuszną zasadę: nic o nas bez nas!” Doprawdy, podobne musiało być serce Chołoniewskiego do serc tych wymownych i uczciwych, choć beznadziejnie szkodliwych obrońców „złotej wolności”, do których zawołał kanclerz Andrzej Zamoyski na sejmie 1763 roku: „Wzrusz, Boże, serce wolnego narodu, zrzuć zasłonę z jego oczu, aby widział, że wolność źleczynienia jest znakiem niedoskonałości

rządu, a nie prerogatywą wolności!” Już Sejm Czteroletni poszedł za tą inwokacją, ale Chołoniewski w sejmie tym chwali poprawę losu innych klas, nie zaś zmianę ustroju. Mimochodem zaznaczamy, że fałszem jest apoteoza rzekomej praworządności i równości socjalnej w obrębie warstwy szlacheckiej w czasach Rzeczypospolitej. Jednym z nieszczęść Polski był głęboki upadek sądownictwa i nie wolno twierdzić, że było wprost odwrotnie. Równość szlachty „bodaj w teorii”, jak pisze Chołoniewski, szła w parze - w praktyce - z dominacją magnatów i służalstwem szaraczków, których mienie i los niczym nie były chronione przed siłą pięści tychże magnatów. Ale najgroźniejszą jest Chołoniewskiego apoteoza pacyfizmu polskiego. Przede wszystkim jakie jest stanowisko obiektywne polityki polskiej wobec pacyfizmu? Opierając się na dwu liniach zasadniczych, które przyjęliśmy jako kryteria naczelne dla naszej pracy: nacjonalizmie, pojętym jako dążenie do poprawy naszego położenia w hierarchii międzynarodowej, i racji stanu, pojętej jako wyzyskiwanie zmian koniunktur geopolitycznych, Polska musiała na całej niemal przestrzeni swoich dziejów posiadać obok rozumnej głowy (polityki zagranicznej) także potężne ramię (państwo i armię). Dzięki słabości cesarstwa niemieckiego w paru wiekach i dzięki unii z Litwą stała się Rzeczpospolita na pewien czas mocarstwem decydującym na całym wschodzie Europy. Elementarnym obowiązkiem polityki polskiej było wówczas nie dopuścić do rozrostu zbytnich potęg w najbliższym sąsiedztwie: Turcji i carskiej Moskwy. Z tych dwu mocarstw mniej groźną okazała się Turcja, państwo, które już przebyło zenit swej wielkości i chyliło się wnet do upadku. Natomiast młody, prężny i drapieżny organizm moskiewski - a także rodzący się pruski - rosnące dopiero, a więc unikające zwad z potężniejszym wówczas państwem polskim, winny być unieszkodliwione. Dokonać tego można było jedynie za pomocą wojen zaczepnych. Chołoniewski apoteozuje w rozdziałach „Wojny polskie” (s. 95) i „Typ bohaterski” (s. 118) pacyfizm i niezdolność do wojen zaczepnych. Zapomina o tym, że państwo, które prowadzi tylko wojny obronne, zawsze daje przeciwnikowi wybór momentu wybuchu walki. Wskutek tego - rzecz prosta walczy wtedy, kiedy samo jest słabe, a przeciwnik jest silniejszy. Rosja nie napadła na Polskę w okresie „wielkiej smuty” ani podczas wojen ze Szwecją i Turcją, ani nawet w chwili rewolucji bolszewickiej. Polska mogła drogą potężnego wysiłku zniszczyć mocarstwo moskiewskie przez wojnę zaczepną w tych okresach. Nie uczyniła tego i Rosja z kolei atakowała nas w okresie rewolucji kozackiej i po zawarciu pokoju z Turcją i Szwecją w 1792 r. Jeśli są dwa państwa, z których jedno zawsze atakuje, kiedy jest silne, a drugie nigdy nie atakuje sąsiada, gdy jest on słaby, wówczas to drugie państwo stać się musi wasalem albo prowincją pierwszego. Ale cóż to może obchodzić naszego natchnionego publicystę? „Nawet gdyby to miało doprowadzić do przejściowego upadku” pochwali on głupotę, anarchizm, warcholstwo. Pochwali też pacyfizm, dyktowany często brakiem ducha poświęcenia i tchórzostwem. „Polska wyrosła szybko z barbarzyńskiego zamiłowania w wojnach... od wyjścia zaś z młodzieńczego okresu naszych dziejów przez pięć ostatnich wieków państwowego bytu ojczyzna nasza nie prowadziła nigdy wojen zaborczych. Zbójecki najazd na cudzą własność, choćby przystrojony płaszczem racji stanu, uważany był... za rzecz nikczemną”. Oto epitety, jakimi Chołoniewski obrzuca militaryzm i imperializm. Nie mogą one materialnie osłabić ani jednego faktu, ani jednej sceny naszych dziejów, które właśnie w ciągu ostatnich paru wieków - z wyjątkiem panowania Batorego - były jednym ciągiem klęsk, u źródeł których była niechęć do „zbójeckich” wojen. Czyżby jednak w tym pacyfizmie Chołoniewskiego i jemu podobnych poetów

i publicystów, w tej hipertrofii nie spotykanej i nie stosowanej nigdy i nigdzie moralności międzynarodowej była tylko wysublimowana kwintesencja głupoty? Nie można tak sądzić. Szukając uparcie wytłumaczenia tak dziwacznych koncepcji, musimy zatrzymać się na następującej hipotezie: ultramoraliści, nie widząc dla Polski drogi ratunku w jej atutach politycznych, z rozpaczy zwrócili się do jej atutów moralnych. Ponieważ Polska była oczywiście pokrzywdzona, przeto wykombinowali sobie - może podświadomie - że gdy wszystka krzywda zaniknie na świecie, wówczas i Polska na tym skorzysta. Stąd krucjata w obronie cnoty, stąd apoteoza słabości. Ta naiwna i żałosna kampania nie poprawiła świata, ale przyczyniła się do dalszego rozbrojenia moralnego naszego narodu. Powiedzieliśmy powyżej, że apoteoza pacyfizmu pociąga za sobą pochwałę tchórzostwa. Oto trudne do zrozumienia zdania na s. 99: „Szlachta zwalczała namiętnie ideę znaczniejszej armii stałej, nie zamierzając prowadzić wojen zaczepnych, a oceniając trafnie, że stała armia prowadzi do absolutyzmu, co doświadczenie dziejowe wszędzie potwierdziło”. Niestety! był też jeden taki wypadek, w którym doświadczenie dziejowe potwierdziło coś wręcz odwrotnego. Oto brak silnej armii stałej doprowadził do absolutyzmu najbardziej potwornego i upadku wolności najgłębszego. Tylko że absolutnym stał się monarcha ościenny, a niewolnikiem cudownie mądry i cnotliwy szlachcic polski! Niedźwiedzią przysługę oddaje Chołoniewski Kościuszce, stwierdzając z dumą, że ten nieszczęśnik napisał kiedyś memoriał „przeciw armii stałej”. W wywody niesamowite, pod względem właśnie moralnym zagmatwane, brnie Chołoniewski, gdy przechodzi do tematu wypowiadania wojen i zwoływania pospolitego ruszenia. Fakty, będące najciemniejszym wspomnieniem egoizmu i sobkostwa szlachty, cytuje z nie udanym i szczerym tryumfem w głosie. Jest tu nieszczęsne „nihil novi” i pierwsze pacta conventa. „Decyzja narodowa stanowiła hamulec, który utrudniał państwu popadanie w konflikty” (s. 101). Szkoda, że hamulec ten nie podziałał i na innych, wtedy, gdy konfliktu zapragnęły sąsiednie mocarstwa. Z całym spokojem, jaki daje doktrynerom poczucie ich rzekomej słuszności, zaznacza autor: „Wobec ogólnego zmilitaryzowania Europy i drapieżnych zapędów innych państw, wysokie to moralne stanowisko zemściło się potem strasznie na Rzeczypospolitej”. Pociesza go to, że wojna światowa jeszcze gorsze cięgi zadała Europie (sic!). W rozdziale pt. „Typ bohaterski” Chołoniewski zestawia jako naprawdę polskie typy: Żółkiewskiego, Kościuszkę i Traugutta - trzech rycerzy klęski i męczeństwa. W konkluzji Chołoniewski stwierdza, że Polska upadła, gdyż: była doskonalsza od innych państw (s. 151). „Zginęła, gdyż przy całym chwilowym załamaniu się swej siły duchowej, była utworem politycznym doskonalszym i niewspółcześnie wysoko rozwiniętym w zestawieniu z tym, co ją otaczało. To była «causa prima» zniknięcia gwałtownego Polski z karty świata”. Powyżej zestawiliśmy bieg myśli autora i nasze doń krytyczne ustosunkowanie. Autor tej krytyki jest zamiłowanym polemistą i nie potrafi wziąć pióra do ręki, jak tylko po to, by czyjeś myśli zwalczać. Ale tu staje zniechęcony, bez sił do zreasumowania swoich wywodów. Walka jest zbyt łatwa, przeciwnik zbyt bezbronny. To tylko ogromna, amorficzna masa głupoty, która się wali na słabe głowy i nie pozostawia w nich nic oprócz spustoszenia. „Śmiertelna, przerażająca pustka myśli wieje z tych kart, po których jeden lśniący komunał goni za drugim, a którego treścią nie duma i nie cześć wobec przeszłości, lecz bezgraniczne bałwochwalstwo i pochlebstwo wobec ustroju” - napisał o niej

Zakrzewski („Ideologia ustrojowa”, „Kwartalnik Historyczny” 1918, s. 31). „Trującym haszyszem” nazwał tę broszurę Bobrzyński w zakończeniu swoich „Dziejów Polski” (wyd. IV, t. II, s. 322). Uwiecznił w ten sposób nazwisko Chołoniewskiego, bo długo jeszcze Bobrzyński będzie czytany i dyskutowany, kiedy słuch cały o „Duchu dziejów” zaginie. Pamiętam jednak sam lata, w których było inaczej: Bobrzyńskiego nikt nie czytał, a Chołoniewskim zachłystywał się i upajał cały naród. Wpływ jego na opinię, a nawet na historiografię naszą był bardzo wielki. Narzucił on po prostu pewien terror świętości nietykalnej przeszłości polskiej, której prócz Zakrzewskiego i Bobrzyńskiego długo nikt nie śmiał obalać. Kto wie, czy gdyby ten złotousty stylista nie był poświęcił swego pióra propagandzie racji stanu i rozsądku zbiorowego, tak jak my go pojmujemy, czyby losy naszego państwa nie były się potoczyły inną koleją? W życiorysie jego w „Polskim Słowniku Biograficznym” napisano, że jego tezy nie przyjęły się w nauce, ale naród zachował go we wdzięcznej pamięci. Czas wreszcie otoczyć wdzięczną pamięcią narodu tych pisarzy, którzy wskazywali twardą drogę prawdy i poprawy, a nie pobłażania dla swoich win i apoteozy swojej słabości.

I Konopczyński
Nicią przewodnią „Dziejów Polski nowożytnej” (1936) jest hipoteza narodowa. Dla Konopczyńskiego, tak jak dla Lelewela, a potem Korzona, istniała w historii jakaś oderwana wartość przejawiająca się w woli zbiorowej naszego narodu. Inni nazywają to duchem narodowym lub instynktem narodowym. Dla Konopczyńskiego wszystko, co było z tą wartością zgodne, było dobre i pochwały godne; wszystko jej przeciwne - złe i zbrodnicze. Oczywiście Konopczyński nigdzie nie stara się zdefiniować lub przynajmniej określić tego ducha. Można jednak z wielu zdań „Dziejów” wywnioskować, iż za główną jego cechę poczytuje walkę z cudzoziemszczyzną, wszystko jedno, czy cudzoziemszczyzna ta przejawiała się w supremacji politycznej, dążącej wprost do rozbiorów, jak pruska, czy protektoratu, jak rosyjska, czy ogranicza się do wpływów kulturalnych podnoszących oświatę, jak francuska, czy wreszcie do reformy ustroju, jak saska za Augusta II. Dobro narodu, interes narodu ówczesny i przyszły, dążność do wzniesienia się w hierarchii międzynarodowej, ten cel nacjonalizmu nie jest dla Konopczyńskiego jasnym sprawdzianem, według którego osądzać należy naszą politykę wieków ubiegłych. Dla niego ważne jest, czy dane pociągnięcie było „narodowe”, czy „nienarodowe”, czy było skierowane przeciw obcym, czy też nie. I dlatego, gdy staje wobec oczywistego wyboru między uznaniem za słuszną walki z obcymi, która musi doprowadzić do degradacji narodu z jednej strony, a uległością dla obcych, która musi dać wzrost sił i wzniesienie w hierarchii - Konopczyński popada w sprzeczność albo w fałsze. Silnym przejawem sprzeczności jest jego stanowisko wobec walki Augusta II ze szlachtą. Jak wiadomo, król ten dążył uparcie do reformy ustroju, do odebrania władzy - tytularnej, bo nie wykonywanej - z rąk sejmu i przeniesienia jej na króla. Tak były rządzone wówczas wszystkie państwa otaczające Rzeczpospolitą, zarówno na wschodzie jak i na zachodzie, na południu jak i na północy, państwa o ludności pochodzenia germańskiego, romańskiego czy słowiańskiego. Państwa zarówno posiadające kulturę starszą od naszej, jak i znacznie młodszą, stan oświecony liczny, jak też szczupły,

państwa bogate i państwa ubogie (Bobrzyński). Nie da się w żaden sposób przypuścić, aby przeniesienie ośrodka dyspozycji z rąk zdegenerowanego tłumu szlacheckiego w ręce monarchy i jego ministrów nie miało dać w rezultacie wzmocnienia więzi państwowej i odrodzenia nowych klas socjalnych, na których prędzej czy później, w walce ze szlachtą, musiałaby się monarchia oprzeć. Oczywiście dawne nawyki wolnościowe i anarchiczne wywoływałyby reakcję, jakiej w państwach o wykształconej dyscyplinie feudalnej może by nie było w tym stopniu, ale walki wewnętrzne mieliśmy i tak w XVIII wieku, tylko że walki te nie były owocem reformy. Pytanie, czy lepiej było nie mieć ani reformy ustroju, ani walki, czy też jedno i drugie? Pytanie to musi rozstrzygnąć każdy historyk opisujący czasy saskie. Konopczyński miast jasnej odpowiedzi popada w sprzeczność. Zna on lepiej niż ktokolwiek wartość „narodu” szlacheckiego za Sasów; oto własne jego słowa o tym przedmiocie: Przysłowiowe „czasy saskie” ze wszystkimi znamionującymi je objawami zwyrodnienia nastały na dobre dopiero po r. 1717... może nawet po 1720 r., po upadku „emancypacyjnej próby” polityki augustowskiej. Cechą ich prywata, bezmyślność i deprawacja moralna: „o wykrzywieniu pojęć politycznych tu nie mówimy, bo jest ona, jak wiemy, o wiele starszej daty...” a dalej: „Starsi i młodsi przesyceni wolnością, przejęci tylko jedną troską, żeby ich nikt nie turbował w domowym groszoróbstwie i pasibrzuchostwie, bez pędu twórczego, bez głębszej samowiedzy moralnej...” (t. II, s. 182, 183). Lepiej, bardziej wstrząsająco niż w tych zdaniach syntetyzuje Konopczyński możliwości regeneracyjne narodu, gdy opowiada perypetie reformy Augusta z roku 1719. Był to okres, gdy wzrost potęgi Piotra Wielkiego zrodził na Zachodzie potężną koalicję antyrosyjską z udziałem Anglii i cesarstwa (traktat wiedeński, styczeń 1719 r.). Szwecja i Turcja przystępowała, Kozacy obiecywali powstanie. Jak Polska Polską, nigdy jeszcze żadnemu jej królowi nie udało się uzyskać tak potężnej, tak szczerej pomocy zachodu przeciw Moskwie (s. 178)... było więc na kim się opierać. Europa utworzyła silny łańcuch przeciw Moskwie: zająć tylko swoje miejsce w tym łańcuchu, okazać zrozumienie własnego interesu i nieco męskiej determinacji, a car, wyczerpany dwudziestoletnią wojną, jak trudno było wątpić, ustąpi na całej linii. Na tej samej stronie czytamy o likwidacji tej koniunktury: Narodowi zabrakło energii czynu, zdrajcom hetmanom nie zabrakło bezczelności. Sejm warszawski, który miał zadecydować o zbawieniu Rzeczypospolitej, ani myślał zatwierdzać traktatu wiedeńskiego... a względem wojny nawet przyjaciele dworscy okazywali niedwuznacznie, że jej nie chcą... Zwracamy uwagę czytelników na ten fakt dziejowy i na wagę, jaką ma nawet w oczach Konopczyńskiego. Czynimy to dlatego, że kwestionując sądy o rozmaitych rzekomych przyczynach upadku Polski, zadawać będziemy pytanie: jaki był mechanizm działania, według którego dana przyczyna doprowadzić miała do upadku Polski? Otóż sami wskazując na pewne przyczyny, a będzie wśród nich władza sejmu miast króla, korzystamy z okazji, by podkreślić, że cudzymi, a chyba kompetentnymi słowami ukazaliśmy właśnie mechanizm w konkretnym swoim działaniu. Wracajmy do tematu.

„Zbawienie” - według Konopczyńskiego - widział i tworzył więc król. On okazał właśnie „męską determinację” i „zrozumienie interesu”. Chyba jest rzeczą oczywistą, że gdyby w roku 1719 król posiadał władzę, byłby wraz z Zachodem pokonał carską Moskwę. Wynika to ze słów samego Konopczyńskiego ponad wszelką wątpliwość. A teraz czytajmy, jak parę stron wcześniej ten sam autor kwalifikuje wysiłki króla, dokonywane właśnie w celu ujęcia tej władzy, i jak ocenia konfederację tarnogrodzką, która te wysiłki pokrzyżowała: W takiej chwili, kiedy tylko zupełna solidarność dążeń króla i narodu mogła ocalić wspólną niezawisłość, odżyły w duszy Wettyńczyka dawne pokusy, by wreszcie spełnić marzenie swego żywota, swój wielki zamach stanu. Trzymał pod ręką w Polsce nowe pułki, myślał, że ma przed sobą społeczeństwo zupełnie wyczerpane, z wyraźną lojalną większością, podległe wpływom senatu świeżego powołania. Rozważano dawny program działania... polegający na tym, by sprowokować szlachtę do wybuchu żołdackimi nadużyciami, potem wdać się między nią i wojsko saskie w roli rozjemcy i z pomocą wiernych panów podyktować pokój, przeprowadzając zarazem zmianę formy rządów. Zniesiona miała być władza prawodawcza sejmu, zachowany tylko samorząd sejmowy, na czele rządu umieszczona biurokratyczna rada tajna. Tak wyglądał szczyt mądrości reformatorskich, na jaki zdobyli się u nas ówcześni Sasi... (s. 168). Łaskawszy jest Konopczyński dla drugiej strony: Do czego ruch ten zmierzał, tego nie wiedział ani dwór, ani może nawet sam wódz, Ledóchowski. W każdym razie znając wysoką inteligencję podkomorzego kamienieckiego, wiedząc skądinąd, że ten trybun okaże się wnet przezornym wrogiem Rosji, nie można kłaść konfederacji tarnogrodzkiej w jednym szeregu z późniejszą radomską lub targowicką (s. 171). Wyśmiewany „szczyt mądrości” saskiej mógł dać jednak Polsce jedyną rzecz, która mogła ją jeszcze uratować: silny rząd. Natomiast wysoka inteligencja Ledóchowskiego nie przeszkodziła mu wezwać pośrednictwa Piotra Wielkiego i najzupełniej oddać Polskę pod jego hegemonię. Teraz trzeba rozstrzygnąć pytanie, czy nie ma sprzeczności między obrazem narodu, takim jakim go nam przedstawia Konopczyński, a postulatem tegoż samego Konopczyńskiego, odnoszącym się do tej samej epoki, postulatem żądającym „zupełnej solidarności króla z narodem”? Rozstrzygnięcie tego pytania pozostawiamy czytelnikom. Przejdźmy do paru uwag ogólnych na temat sił narodowych. Upadek moralny i polityczny narodu był faktem stwierdzonym i niewątpliwym. Krótkotrwałe reakcje (np. z r. 1719 spowodowana wyłącznie niszczeniem majątków szlacheckich przez wojska moskiewskie) nie mogą w niczym uszczuplić tej prawdy. Współpraca z takim narodem była więc fikcją, tak jak fikcją była jakakolwiek pozytywna siła narodu. Siłą narodu jest zawsze tylko zdolność wspólnego podporządkowania się jego racji stanu, zdolność poświęcenia doraźnych interesów dla pozyskania lepszego miejsca w hierarchii międzynarodowej. Siłę taką może dać patriotyzm, ofiarność, duch poświęcenia. Skoro - obojętnie dlaczego - cnoty te zanikną, siłę narodowi dać może tylko, i jedynie posłuszeństwo. Można i trzeba było w początkach XVIII wieku pracować nad odrodzeniem ofiarności i oświaty. Słusznie Konopczyński ubolewa, że tylko jeden raz Lagnasco w otoczeniu Augusta troskę o to wykazał.

Ale trzeba sobie powiedzieć, że akcja taka nie mogła dać rezultatu prędzej niż w przeciągu lat trzydziestu. Siłę narodowi zaraz - mogło dać tylko posłuszeństwo. Rozumiał to Flemming i jego plan mógł i musiał odrodzić siłę polskiej więzi państwowej. Jeżeli w 200 lat później historyk nie chce tego rozumieć, to dlatego, że nikt dotąd nie pracował dostatecznie nad definicją, formułowaniem, a choćby wyjaśnieniem pojęcia siły narodowej, nad skonfrontowaniem go z faktami uznanymi z jednej strony, ze sprawdzianami naszych dziejopisów - z drugiej. Niektórzy historycy czy publicyści, nie rozporządzając jasnym kryterium nacjonalistycznym ani pojęciem racji stanu, przyjęli, w braku lepszego, kryterium bezinteresowności. Można by tu zaliczyć tezę Lelewelowską: „Kto prawą kroczy drogą, nie bacząc na skutki” - nie ma odpowiadać za klęski, które jego postępowanie sprowadzi. Natomiast kto widząc swój interes łącznym z racją stanu państwa, walczy o niego, gotów być potępionym, tylko dlatego, że jego walka była połączona w zamiarach z własną korzyścią, a nie z apoteozowaną ofiarą. Jest w traktowaniu historii polskiej jakaś czułostkowość, jakieś zakłamanie, konwencja milczenia i konwencja ubolewania, która nie pozwala u królów polskich pochwalić identycznie tego samego, co każdy z historyków polskich chwali bez zająknienia u Ludwika XIV, Gustawa szwedzkiego czy Piotra Wielkiego. Doprawdy cisną się na usta słowa nieśmiertelnego Dmowskiego: „Iluż to jest ludzi, którzy mówiąc o obcych krajach powołują na mężów stanu, dziejopisarzy, przytaczając fakty i cyfry, gdy zaś zaczepimy ich o najistotniejsze zagadnienia własnego bytu narodowego, nie umieją wybrnąć poza Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego” („Myśli nowoczesnego Polaka”, wyd. IV, s. 27, 28).

II Konopczyński – Giertych
W roku 1936 Jędrzej Giertych, jeden z czołowych uczniów Romana Dmowskiego, wydał książkę pt. „Tragizm losów Polski”. Giertych właśnie z Dmowskim prowadził długie, wielogodzinne rozmowy i po nich pisał swoje dzieło. Stąd waga tez Giertycha, w których z całą pewnością znajdujemy wiele myśli jego wielkiego nauczyciela. „Tragizm losów” jest, podobnie jak nasza praca, interpretacją polityczną dziejów Polski. Razi w niej niezwykle uboga erudycja, ograniczająca się - jakeśmy to już wytknęli poprzednio - do cytowania jednej zazwyczaj monografii i paru artykułów o danym okresie. Poza tym czytelnik ma uzasadnione podejrzenie, iż autor przy swojej pracy, obejmującej bądź co bądź syntezę dziejów Polski nowożytnej, nie posługiwał się ani Bobrzyńskim, ani innym poważnym podręcznikiem, lecz tylko Smoleńskim. Błędem dyskwalifikującym całą pracę jest przypisywanie wszelkich klęsk, a potem upadku naszego - masonerii i innym tajnym związkom oraz wpływom żydowskim, w czym autor opierał się na K. M. Morawskim, którego dzieła wielokrotnie cytuje. Natomiast niemal wszędzie, gdzie Giertych nie przypisuje przyczyny złego masonom, umysł polityczny jego lub jego mistrza znajduje rozwiązania niezmiernie logiczne i słuszne, które też będziemy w analizach danych okresów cytować na poparcie naszych twierdzeń. Naczelną zaletą tych rozwiązań jest wielka odwaga cywilna w przeciwstawieniu się powszechnie panującej w chwili publikacji metodzie apoteozy naszej przeszłości porozbiorowej. Giertych we wszystkich prawie swoich ocenach przyjmuje stanowisko, które na przeszło pół wieku przed nim ustalili wielcy stańczycy. Jednak oprócz Kalinki nie cytuje

żadnego z nich i daje czasem dowód tak szczupłego oczytania, iż nasuwa się czytelnikowi poważna wątpliwość, czy czytał w ogóle Koźmiana, Tarnowskiego, a nawet Bobrzyńskiego. Pisząc zaś o polskiej polityce porozbiorowej, nie znając Koźmiana, jest tym samym, co dać wykład strategii bez przeczytania Clausewitza. Poniżej podajemy cały passus odnoszący się do charakterystyki Augusta II. Da on od razu miarę Giertycha i dowód katastrofalnej jednostronności jego poglądów (s. 52 i nast.): Wybór Augusta II Sasa na tron polski był wielkim zwycięstwem tajnych związków. Wśród kontrkandydatów jego najodpowiedniejszym był królewicz Jakub Sobieski, mający dostateczne osobiste zalety dla objęcia tronu, a reprezentujący kierunek narodowy. Popierało go poważne stronnictwo, pragnąc z domu Sobieskich utworzyć nową dynastię narodową - ale stronnictwo to zostało w walce wyborczej pokonane. Akcja wyborcza Augusta II była finansowana i popierana przez Żydów. Funduszów dostarczyli bankierzy żydowscy z Wiednia - Samson Wertheimer, jego wuj Samuel Oppenheimer oraz niejaki Lehmann. Rola tych bankierów nie ograniczała się tylko do dawania pieniędzy: agenci ich działali na rzecz Sasa bezpośrednio na polu elekcyjnym. Między innymi agentem Wertheimera na miejscu był wpływowy żydowski lekarz, Emanuel de Jona vel Simcha Menachem, do niedawna lekarz nadworny króla Jana (posądzony o jego otrucie, czego mu jednak w wytoczonym procesie nie zdołano udowodnić). Osadzenie Augusta Sasa na tronie polskim było dziełem Żydów i tajnych związków. Pochodził on z rodu ściśle związanego z tajnymi związkami. Długi szereg jego przodków i krewniaków uprawiał kabalistykę i alchemię, należał do Zakonu Palmowego i do Różokrzyżowców, trudnił się okultyzmem. Sam on osobiście trudnił się alchemią i otaczał się alchemikami licznymi. Odbywał również seanse kabalistyczne i: „hołdował... praktykom kabalistycznym. Jako też adepta tej hebrajskiej wiedzy tajnej witali go zapewne Żydzi lipscy w roku 1727 przy przejeździe Augusta z Polski horoskopami kabalistycznymi” (Tu pierwszy cytat z K. M. Morawskiego, w powyższym alinea są trzy odsyłacze do Morawskiego). August Mocny jest w ogóle jednym z najbardziej praktykujących kabalistów na tronach europejskich. Otacza się alchemikami, utrzymuje kontakt z kabalizującym światem żydowskim, słucha wróżb astrologicznych i geomantycznych, liczy się poważnie z zapowiedziami rękopisu Grebnerowskiego. Jeżeli dodamy do tego wielką zależność jego od kapitałów finansjery obcej - wszakże elekcja jego została jawnie niemal sfinansowana przez domy bankowe Berenda, Lehmanna i Wertheimera - to otrzymamy nową sylwetkę władcy, tak niebezpiecznego dla interesów Polski. Konsekwencje skomplikowanej psychiki Augustowskiej dojrzewały w ciągu całego panowania, a objawiły się pod koniec morderczym dla Polski planem. Zamachy króla na całość terytorialną Polski były już znane i badaczom dawniejszym, uszedł przecież ich uwagi szczegół nader ważny, a ujawniony nie tak dawno przez jednego z badaczy saskich. Okazało się, że w okresie dojrzewania królewskiego planu rozbiorowego między Saksonią a Prusami i wtedy, kiedy polityka zagraniczna sasko-polska koncentrowała się faktycznie w ręku jednego z najprzedniejszych ówczesnych masonów, premiera Manteuffla, powstała na początku 1720 r. w Dreźnie loża dworska, która zarazem otworzyła filię swoją i w Berlinie. Loża ta, do której należeli i August Mocny, i Fryderyk Wilhelm I, i późniejszy Fryderyk II, i Manteuffel, miała charakter niektórych innych wczesnych lóż masońskich, a rytuał, podobnie jak i w

Zakonie Palmowym, żartobliwie pijacki, dla którego to powodu nosiła miano: „Sociéte antisobre”. Owemu „Bractwu wrogów wstrzemięźliwości” poświęcona jest właśnie monografia K. M. Morawskiego, którą tu niejednokrotnie cytujemy. Bractwo to, mimo żartobliwych form zewnętrznych, miało zgoła nie żartobliwe cele. „Za całą tą swawolą - pisze saski wydawca materiałów o tym bractwie, Bescherner - kryla się powaga życia politycznego”. Dojrzewał wielki „plan” (grand dessin) „panowania augustowskiego” dodaje Morawski. Ów „grand dessin” - to był plan rozbioru Polski. August II wstępował na tron z tą samą myślą, z którą inny członek tajnych związków, Karol Gustaw szwedzki, około czterdzieści lat wcześniej wjeżdżał do Polski na czele najezdniczych hufców: z myślą o rozbiorze Polski. Po raz drugi w dziejach wychodził ze strony tajnych związków najzupełniej realnie pomyślany plan rozbiorów. Nie wiem, czy czytelnicy wybaczą nam tak długi cytat. Rzecz w tym, że nie zamierzamy dłużej dyskutować żadnej z tez w powyższym kontekście. Nie zasługują one na to, są jedynie komicznym, może tragikomicznym dowodem na katastrofalny upadek, w jaki wpada nasza myśl polityczna i historyczna z powodu braku wszelkiej ścisłości, braku wszelkiego ścisłego badania mechanizmu rzekomych przyczyn klęsk, które nas spotkały. Jedynie więc nawiasem w tym miejscu, raz na całą naszą pracę, pragniemy rozprawić się z tezą o rozstrzygającym znaczeniu masonerii w genezie upadku Polski w ostatnich wiekach. Teza ta, głoszona przez wszystkich, zwłaszcza młodszych, adeptów potężnego stronnictwa narodowego, była panująca dla wielkiej części opinii naszej w dwudziestoleciu Polski odrodzonej. Naukowe podstawy dał jej K. M. Morawski, drukując szereg prac o tych samych związkach i przynależności wielu historycznych osób do nich. Ani Morawski jednak, ani nikt inny nie zdołał znaleźć żadnego śladu, by żydostwo lub jakiś tajny związek postawił za cel szkodzenie Polsce albo też by działał na jej szkodę. Praca nasza ma charakter pragmatyczny. Ma odpowiedzieć na pytania: jakich czynności trzeba zaniechać lub jakie przedsięwziąć, by uniknąć potwornych klęsk, w jakie popadliśmy? Jako drogowskaz w wyborze tych elementów, wpływających na losy naszego zbiorowiska, ustaliliśmy widzialność mechanizmu działania, przy użyciu którego element wpływał na klęskę, oraz stopień łatwości, z jaką można było danego elementu uniknąć względnie go pozyskać. Na naczelne miejsce wśród elementów szkodliwych wydobyliśmy w toku analizy poszczególnych epok brak rozumu politycznego. Stwierdzamy, że mechanizm, za pomocą działalności którego masoneria lub Żydzi mieli Polsce zadać klęski, nie został nigdzie jeszcze ujawniony. Ale nawet gdyby pewne przyczynki w tym kierunku znaleziono, pytanie - które w myśl założenia naszej pracy trzeba sobie postawić - jest następujące: Czy przy większym rozumie przywódców narodu masoneria i Żydzi byliby nas doprowadzili do klęsk, których doznaliśmy? Albo - czy głupota nasza i bez masonerii byłaby nas doprowadziła do tych upadków, któreśmy przeżyli? Odpowiedź na to pytanie jest zupełnie jasna i nic innego nie daje im równie dobitnego świadectwa, jak chociażby tekst Giertycha, wszędzie tam, gdzie nie pisze o masonach i Żydach. A więc skoro głupota i brak rozsądku naszej polityki - elementy tak bardzo od nas zależne - były nieskończenie ważniejszą przyczyną naszych klęsk od działań masonerii i Żydów - elementów obcych, trudnych do

zbadania i unicestwienia - to odwracanie uwagi od przyczyn ważniejszych i kierowanie całego niemal wysiłku umysłowego na zarzuty pod adresem czynników drugorzędnych było dalszym ogłupianiem narodu, a co za tym idzie, przygotowaniem go do popełniania błędów i narażania się na nowe klęski. Tak też się stało. Naród nasz, ogłupiany konsekwentnie, z jednej strony apologią ruchów powstańczych i potępieniem myśli politycznej przez piłsudczyków, z drugiej - gołosłowną tezą wyłączności „winy” masonów i Żydów przez dmowszczyków - po dwudziestu latach tego makabrycznego kontredansu fałszów runął podczas drugiej wojny światowej w przepaść nowych spisków, mesjanizmu, apolityczności. Można by zauważyć, przechodząc teraz do cytowanego powyżej tekstu Giertycha, iż finansowanie przez banki żydowskie rozmaitych przedsięwzięć różnych władców nie świadczy jeszcze o tym, żeby owe przedsięwzięcia miały być przez te banki dyktowane i żeby miały być popierane w celu innym niż tylko zdobycie tłustych procentów lub zastawów. Finansowania takie były wówczas na porządku dziennym i wypadek elekcji Augusta nie miał w sobie absolutnie nic niezwykłego. Znacznie gorsze były elekcje inne, które były finansowane wprost przez kasy mocarstw ościennych, mających interesy wcale nie finansowe, lecz na pewno polityczne w forsowaniu danego kandydata. Nie ulega wątpliwości, że i August II mógł z łatwością znaleźć sobie dużo tańszy - w znaczeniu pieniężnym kredyt u dworów, które go popierały. Jeżeli nie uciekł się do tego i korzystał z pomocy bankierów wiedeńskich, to znajdujemy w nim rys jego polityki, który będzie się przewijał przez cały ciąg jego 30letniego panowania: dążenie do utrzymania się na równym parytecie z mocarstwami, obrona przed hegemonią rosyjską nad Polską. Jeżeli linii tej nie potrafił utrzymać do samego końca, to tylko dlatego, że prześladował go los - i głupota szlachty polskiej. Dalej trzeba stwierdzić, że wprawdzie August II był niedowiarkiem i kpił sobie zarówno z religii protestanckiej, jak i katolickiej, ale syna wychował niezwykle konsekwentnie w duchu katolickim, i to nawet przez oddanie go w ręce jezuitów. Zrobił to wbrew woli królowej, zaciekłej protestantki. Gdyby tajne związki rzeczywiście miały na celu tylko pognębienie katolicyzmu i wzmocnienie protestantyzmu, a to mogłoby być jedynym bodźcem do rzekomego ich działania na szkodę Polski, gdyby - dalej - August Mocny rzeczywiście tak tym związkom ulegał, wówczas jest rzeczą pewną, że wychowanie późniejszego Augusta III byłoby poszło inną drogą. Bo, o ile rzeczą jeszcze wcale nie dowiedzioną jest, że wstępował Sas na tron w celu podziału Polski, to jest rzeczą niezbitą i przyjętą przez całą naszą historiografię, że celem działania jego ostatnich lat życia było zapewnienie sukcesji w Polsce swemu synowi. Po trzecie nadmienimy, że otaczanie się alchemikami, wiara w kabałę i w astrologów nie może być cytowana jako argument na to, że król był narzędziem w ręki jakichś potężnych ukrytych związków masońskich, działających na naszą, a więc i na jego - zgubę. Może to być najwyżej chwyt pisarski użyty dla urobienia uczuć czytelnika w pewnym kierunku. A teraz wyrzućmy na światło łańcuch sugestii Giertycha, który doprowadza do konkluzji, iż August wstąpił na tron z myślą o podziale. Pierwsze ogniwo, to zapewnienie Beschernera, że pod pokrywką pijacką kryła się w Bractwie powaga działań politycznych. Drugie - dodatek Morawskiego, że dojrzewał (chyba tam?) „wielki plan”. Trzecie i ostatnie, to wniosek Giertycha, że „wielki plan” to był rozbiór Polski i że August wstępował z tą myślą na tron. Przeciw takiemu interpretowaniu, takiemu tworzeniu historii trzeba zaprotestować z całą stanowczością. Nic dziwnego, że zawodowi historycy odsądzają od czci i wiary wszelkich syntetyków

i politycznych analityków dziejów, skoro książka, pisana przez ucznia najpoważniejszego umysłu politycznego, pracuje powyżej zdemaskowaną metodą i dochodzi do tak absurdalnych wniosków. W rzeczywistości „wielki plan” Augusta był przede wszystkim planem wprowadzenia absolutnej i dziedzicznej monarchii w Polsce. Odstąpienie pewnych dzielnic Rosji i Prusom było tylko środkiem koniecznym dla uzyskania pomocy lub zgody sąsiadów na tę rewolucję. Pisanie w syntezie dziejów o tym planie i wymienianie środowiska, nie wspominając wcale o istotnym celu, wydaje się być grubym fałszerstwem, które by zdyskwalifikowało najzupełniej autora w każdym, bardziej niż nasze wykształconym społeczeństwie. Wreszcie wniosek, iż August II przyjechał do Polski na koronację już w celu podziału, jest nonsensem i nie ma najmniejszej nawet podstawy w faktach. August II wszystko, co czynił, czynił w swoim i swojej dynastii interesie, tak zresztą, jak to czynili wszyscy monarchowie dziedziczni na całym świecie. Najpierw pragnął wzmocnić władzę i tym samym wzmocnić i Polskę, i siebie. Potem, gdy ujrzał, że egoizm i zaślepienie szlachty do tego nie dopuści drogą reformy legalnej, zaczął robić plany przewrotu przy pomocy wojsk saskich i mocarstw sąsiednich, za cenę cesji pewnych ziem. Można by sądzić, że udanie się tego planu i unia z Saksonią byłaby nas ocaliła od późniejszych rozbiorów, zdławiła możność rozwoju Prus i doprowadziła w szybkim tempie nie tylko do odzyskania strat, ale i do dominującej pozycji na wschodzie Europy. Giertych, tak jak i wszyscy niemal Polacy, dlatego być może nie widzi tej oczywistości, że dla narodu na tym stopniu wychowania politycznego, jak my jesteśmy, i o tak spaczonych kierunkach w tym wychowaniu, uznanie może znaleźć tylko reforma połączona z jakimś cierpiętnictwem, z jakąś bezinteresownością. A jednak wszyscy wielcy monarchowie tworzyli mocarstwa z narodów, którym przewodzili, nie dzięki bezinteresowności, ale właśnie dzięki wielkim ambicjom i dążeniom do własnej potęgi i sławy właśnie tym dwóm motorom, które przyświecały Augustowi, gdy przyjeżdżał do Polski. Nie mogło być przytomnego człowieka obejmującego wówczas tron polski, który by nie miał zamiarów wzmocnienia władzy i wprowadzenia dziedziczności tronu. Zamiary te nie były obce żadnemu z jego poprzedników ani następców, ani też współzawodnikowi jego, Stanisławowi Leszczyńskiemu. Wszystko, co potem czynił, znajduje doskonałe wytłumaczenie w jego osobistych i dynastycznych interesach, nie ma więc najmniejszego powodu szukania przyczyny tych poczynań we wpływie tajnych związków masońskich lub Żydów. Niech przydługi cytat z Giertycha, na tle naszkicowanej obok rzeczywistości, będzie przestrogą przed badaniem dziejów bez ścisłej analizy mechanizmu przy użyciu którego proponowana przyczyna przyniosła domniemany skutek.

III Właściwe miejsce mitów historycznych
W pół wieku po 1720 r. Stanisław August, znowu tak jak każdy nasz król elekcyjny, stanął przed problemem dobycia z topieli anarchii polskiej więzi państwowej, wbrew samemu narodowi. Ale wtedy sytuacja była już o tyle jasna, że sąsiedzi otwarcie stawiali veto przeciw sile przez posłuszeństwo. Pozostawała jedyna droga siły przez ofiarność, ofiarności przez wychowanie. To wychowanie, tę ofiarność, tę siłę stworzył ostatni, najmądrzejszy z naszych królów. Stanisław August tworzył nowe pokolenie najzupełniej świadomie. W pamiętnikach swoich zaznacza, że postanowił po

objęciu tronu podnieść Polskę dwoma sposobami: po pierwsze - szerzeniem oświaty, po drugie wysuwaniem na stanowiska dygnitarskie tylko ludzi naprawdę godnych tego. „Najbardziej ufam temu żniwu - pisał w r. 1783 do Ogrodzkiego - które choć po mojej śmierci kto inszy zbierać będzie, z mego jednak posiewu. Gdy przez poprawioną teraz dzieci edukację znajdzie pod ręką swoją kilkadziesiąt tysięcy obywateli oświeconych i od przesądów oddalonych, inaczej do wszelkiego użycia usposobionych, niżelim ja ich znalazł” (cytat z Morawskiego „Ignacy Potocki”, s. 17). Ale brak posłuszeństwa i brak rozumu był tak wielki, że puszczone w ruch siły patriotyczne przewaliły się ponad głową króla i zatopiły polską więź państwową. Potem te same fale ofiarności źle zastosowanej zatopią jeszcze parę razy udane próby odbudowy własnego państwa. Dlaczego przed Skałkowskim dziejopisarstwo nasze nie doszło do powyższej formuły, która była znana i przyjęta przez historiografię obcą? Wielu wiele przeszkadzało. Konopczyńskiemu, temu człowiekowi benedyktyńskiej pracy i kolosalnej erudycji, odbierają wszelką wartość jako syntetykowi - mity: mit godności narodowej, urobiony na epoce największej potęgi Rzeczypospolitej, mit walki o niepodległość, tak powszechny u przeciwników szkoły krakowskiej, wreszcie mit Polski narodowej jego już własna niezbyt szczęśliwa kreacja. Kreacja dziwna, aż czasem dziwaczna. Analiza jej przejawów - bo definicji jej nie czytamy - wskazuje na wiarę w instynkt narodowy, rzekomo nieomylny. Zasługą jest popieranie tego instynktu, zbrodnią walka z nim. Oczywiście wpada wodzony tym mitem autor tyle razy w sprzeczność z oczywistą prawdą, ile razy olbrzymia większość narodu wykazuje tendencje szkodliwe lub samobójcze. Mity takie to pozostałości nacjonalizmu XIX wieku. Teoria nacjonalizmu nowoczesnego doszła do jasnego określenia celu wszelkich przeszłych, obecnych i przyszłych dążeń; celem tym jest wznoszenie narodu polskiego w hierarchii międzynarodowej. Stopień uświadomienia sobie tego kryterium, umiejętność i sprawność dążenia doń, osiągnięcia w granicach możliwości i uczciwego przygotowania - oto sprawdziany, według których chwalić lub potępiać będzie nasza historiografia przeszłość. W ramach kryterium nacjonalistycznego będzie można dopiero rozstrzygnąć wszystkie wielkie, wiekowe już spory naszej historiografii. W ramach też tego kryterium znajdą swoje odpowiednie miejsca inne mity forsowane przez tych lub innych naszych dziejopisów, przez te czy inne szkoły dziejopisarskie. Zależeć to będzie od roli, jaką dany mit odgrywał jako pochodna, dążąca do wzmocnienia czy osłabienia pozycji naszej w hierarchii międzynarodowej. Teza ustrojowa monarchistyczna: słuszna dla okresu upadku moralności, ofiarności i rozumu obywatelskiego w takim stopniu, że więź posłuszeństwa stawała się już ostatnim i jedynym sposobem ratunku państwa. Kult siły: kryterium zasadnicze Bobrzyńskiego, słuszne dla każdej sytuacji, w której dane państwo ma szanse na walkę z sąsiadami. Zgubne w nielicznych, ale nader konkretnych wypadkach, kiedy to właśnie słabość i brak roszczeń, przy protekcji silniejszego, daje możność utrzymania się w danej niekorzystnej koniunkturze (np. Belgia 1830-1914 r.). Teza demokratyczna, nie mniej słuszna w okresach innych, gdy naród dzięki oświacie czy dopływom elit nowych mógł być mocny cnotami obywatelskimi, dobrowolnie mógł wytworzyć władzę mocną, ale działającą w obrębie praw demokratycznych.

Mit rewolucji społecznej - konieczny, gdy warstwa rządząca jest zdegenerowana i warstwy nowe gotowe są już do kierowania narodem, szkodliwy - gdy położenie międzynarodowe nie pozwala na wstrząs, jaki rewolucja wywoła. Mit postawy moralnej, tak częsty u naszych historyków jako kryterium naczelne, dopuszczalny jako dążenie do stworzenia kodeksu wzajemnie zabezpieczającego ludzi i narody przed skrajnymi przejawami walki. Ale też znaczenie to określa stopień, w jakim kodeks ten można rozszerzać, by przerost kodeksu nie zniweczył i celu, i tej lichej moralności, którą polepszyć zamierzał. Jest miejsce i dla mitu narodowego Lelewela, Korzona, Konopczyńskiego, Sobieskiego, jeśli z mitu tego wysegregujemy surowo tylko niewątpliwie pozytywne tradycje i nie zawahamy się przed potępieniem innych. Mit integralności - przewijający się najbardziej u wszystkich niemal naszych historyków ex re Rejtana czy też projektów „podziałowych” Augusta II; mit, który ocenia rozrost terytorialny zawsze jako sukces, stratę - jako bezbrzeżną katastrofę. A jednak jeśli sobie dobrze uprzytomnimy cel ogólny: postęp w hierarchii narodów - to przyjdzie nam teraz powiedzieć, że zniszczenie stanowiska sąsiada lub pozyskanie sprzymierzeńca może być stokroć większym zwycięstwem, choćby nie towarzyszyła mu żadna zdobycz, choćby towarzyszyła utrata. (Tezę tę rozwinął Adolf Bocheński w swoich studiach w „Polityce”). Mit samodzielności niebezpieczny przez to, że zawsze niemal opinia miesza go z pojęciem niepodległości czy suwerenności. Samodzielność jest wtedy tylko celem, do którego wolno dążyć, o ile nie ma lepszej drogi do kroczenia po stopniach hierarchii międzynarodowej. Utrata samodzielności węgierskiej przez unię z Austrią, polskiej przez unię z Litwą, były nie klęską, lecz najwyższym dosięgalnym szczeblem mądrości i postępu w myśl kryterium nacjonalistycznego. Mit suwerenności czy niepodległości niebezpieczny tym znowu, że po jego osiągnięciu generacja, która tego doznała, staje bez potężnego motoru, jakim dotąd było dążenie do jej zdobycia. Stokroć niebezpieczniejszy dlatego, że po jego utracie w psychologii narodowej tworzy się tak wielka przepaść między celem, jakim jest odzyskanie go, a wszystkimi innymi celami (z pomnożeniem sił własnych włącznie), że wszystkie, nawet najgłupsze, nawet najbardziej beznadziejne działania, byle miały na celu odzyskanie suwerenności, otrzymują placet narodowe, wszystkie zaś działania inne, tej suwerenności na celu natychmiast nie mające, są potępiane jako zdrada. Tworzy się błędne koło: naród nie chce prowadzić mądrej polityki, bo to nie daje natychmiast suwerenności - naród nie odzyskuje suwerenności, bo nie chce prowadzić mądrej polityki. A przecież suwerenność jest tylko jednym z etapów rozwoju miejsca narodu w licznej rodzinie narodów innych. Ani dążenie narodu nie wygasa w chwili, gdy nie ma on żadnych szans na osiągnięcie suwerenności i gdy wskutek tego dążyć doń przestaje, ani w chwili, gdy suwerenność jest osiągnięta i zabezpieczona. W wielkim filmie przekształceń nie ma tak niskiego punktu ani też tak wysokiego, z których nie można by zrobić kroku naprzód albo kroku w tył. Tym bardziej motor działania - cel najwyższy - nie wygasa, gdy wchodzimy w epokę, w której suwerenność zanika, jako cecha każdej narodowości, na rzecz więzi nadrzędnej, religijnej, rasowej czy geograficznej. Żadna z tych więzi nie może wstrzymać narodu w pracy nad polepszeniem swego bytu, ale zmiana epoki pociągnąć musi zmianę metod walki i porzucenie, gdy tego będzie potrzeba, narzędzia suwerenności jako celu doraźnego. Celem nadrzędnym suwerenność nigdy być nie może.

Kryteria nacjonalistyczne w polityce zostały już nieraz jasno określone, jeszcze przez Dmowskiego. Te kryteria brzmiące jako truizm były jednak negowane przez parę generacji polityków polskich, którzy zakładali śmierć bohaterską narodu jako cel sam w sobie. Kryteria nacjonalistyczne w dziejach naszych nie zostały jeszcze nigdy ściśle przez nikogo zastosowane. Ogromny, przełomowy krok na drodze uzdrowienia z frazesu uczynił Skałkowski, uczeń Dmowskiego. Rzecz dziwna, że inny oficjalny dziejopis obozu Dmowskiego, Konopczyński, zatracił sprawdzian zdrowego egoizmu narodowego na rzecz niepojętego mitu narodowego, polegającego na walce z obcymi wpływami, bez względu na reperkusje tych wpływów na możliwości wznoszeń lub odpływów stanowiska Polski w hierarchii międzynarodowej.

IV Problem elekcji z 1733 roku Tadeusz Wojciechowski
Teza „narodowa” Konopczyńskiego wyłazi na wierzch w sposób rażący i tendencyjnie zmieniający prawdziwy bieg dziejów w opisie bezkrólewia 1733 roku, po śmierci Augusta II. Po niekorzystnej charakterystyce tego monarchy oto zdanie, jakim Konopczyński zamyka cały rozdział obejmujący jego panowanie: „Podstawową ideę, którą przywiózł do Polski - myśl unii osobistej z Saksonią - tak skompromitował całym swym panowaniem, że jeszcze ciało jego nie ostygnie, a już z milionów piersi wyrwie się westchnienie: «Dość saskich rządów. Trzeba nam króla rodaka»„. Następne zdania polityczne „Dziejów Polski nowożytnej” czytamy w rozdziale XXIV pod tytułem: „Wolna elekcja pogwałcona”, w kapitelu z nagłówkiem: „Prąd narodowy górą”. Już wiemy, gdzie sympatie autora. Ale oto pierwsze zdania: „Od pierwszych dni bezkrólewia wiedziano powszechnie, że dwory cesarskie gwałtownie zwalczać będą Leszczyńskiego. To przekonanie przyśpieszyło zgodę między zwalczającymi się nawzajem stronnictwami: Czartoryscy, widząc prymasa na dobrej drodze, poddali się jego politycznemu kierownictwu... Sędziwy prymas pokierował obradami konwokacji z młodzieńczym ogniem i porywem: ogłoszono ekskluzję cudzoziemskich kandydatów, złożono jednomyślnie solenny jurament, że wszyscy oddadzą swe głosy na Piasta... Słowem, uczyniono wszystko, by przygotować tę jednoduszność na polu elekcyjnym, której brakowało w r. 1697: kto zwycięży w sercach braci szlachty, tego - zdawało się - bramy piekielne nie zepchną z tronu”. Chyba nikt wątpić nie może, że Konopczyński wpłynął tu na szerokie wody swojej tezy narodowej. Śmierć Augusta wywołała w „narodzie” słuszne oburzenie przeciw obcym rządom. Naród postanowił mieć rodaka na tronie. Czartoryscy, widząc przeciwników na tej zbawiennej drodze, zaniechali kłótni. Naród, naród, naród był jednomyślny, wiedział, czego chciał: Piasta. Historyk wie, dlaczego chciał Piasta: z powodu słusznego prądu narodowego. Niestety, historyk ten nie zacytował wśród źródeł rozprawy Tadeusza Wojciechowskiego (drukowanej w „Kwartalniku Historycznym”, r. II, 1887, s. 531554, pt. „O powtórnej elekcji Stanisława Leszczyńskiego 1733 r.”). Rozprawa ta rzuca pewne cienie na tak jasny obraz jednomyślności narodowej. Przede wszystkim Wojciechowski przeczy niepopularności Augusta II. Był to - pisze - pierwszy król polski, który nie sprzedawał urzędów ani starostw. Energiczną, a może bardziej gorączkową niż energiczną akcję za królem rodakiem tłumaczy wcale innymi, a bardziej poziomymi przyczynami.

Powtórna elekcja Sasa, groźba zasiedzenia dynastii była także groźbą wzmocnienia rządu, choćby przy pomocy wojsk saskich. Król rodak, zwłaszcza ubogi i stosunkowo skromnego pochodzenia, Leszczyński, musiał być bardziej dogodnym narzędziem magnatów od elekta saskiego. Stąd ten zapał, ta agitacja i na koniec ta przysięga wykluczająca obcokrajowców. Wojciechowski przypomina, że po śmierci Sobieskiego wykluczono właśnie Piasta. Oczywiście, dowodzi - i rozumowanie jego zdaje się być nader trafne - że ani tam nie było nienawiści do rodaka, ani tu do cudzoziemca. Po prostu i w r. 1697, i w 1733 oligarchia pragnęła eliminować... królewiczów. Brać się na takie taktyczne gierki, przywiązywać do nich etykietę „narodową”, sławić i jako wzór stawiać, oto czego by się dopuścił Konopczyński, gdybyśmy tezy Wojciechowskiego przyjęli jako słuszne. Dotąd była mowa o intencjach stronnictwa Potockich, forsujących Stanisława. Bobrzyński, który w przeciwieństwie do Konopczyńskiego cytuje Wojciechowskiego, nie przyznaje jednak temu ostatniemu racji. Oto zdania, które arcymistrz historii polskiej poświęcił tej smutnej elekcji (wyd. IV, t. II, s. 232, 233): Pierwsza z myślą podźwignięcia kraju wystąpiła można rodzina Potockich... na czele której stali Józef wojewoda kijowski i Teodor prymas. Imponując społeczeństwu szlacheckiemu swoją tradycją i niezmiernym majątkiem, pragnęli odegrać większą polityczną rolę. Opierając się na szerokiej popularnej podstawie, uderzyli na zawisłość polityczną, w którą popadło państwo, zamierzali ją zrzucić, nie pytając się zaś, czy ten zamiar się da przeprowadzić z tym ustrojem politycznym i społecznym, jaki naród posiada, i nie czekając na jego wewnętrzne odrodzenie, porwali się do czynu. Śmierć Augusta II, która w dniu 1 lutego 1733 wyrwała go z pełni zamiarów zaprowadzenia w Polsce absolutnej monarchii i zapewnienia dziedzicznego tronu synowi, dała im ku temu pożądaną sposobność. Wystąpiwszy stanowczo, zjednawszy sobie poparcie innych możnych rodzin, które się ostatnimi laty dźwignęły, mianowicie Stanisława Poniatowskiego i Czartoryskich, postanowili nie dopuścić do tronu dynastii saskiej i żadnego kandydata popieranego przez obce dwory, lecz obrać królem Piasta w osobie popularnego i szlachetnego Stanisława Leszczyńskiego i elekcję tę przeprowadzić z użyciem siły przeciw możliwym zamachom państw ościennych, w stosunki polskie się mieszających. Jak widzimy, Bobrzyński bez żadnych frazesów narodowych potwierdza jednak zamiary niepodległościowe Potockich. Gdybyśmy przyjęli mit niezależnościowy i narodowy Konopczyńskiego jako główne kryterium, należałoby przed stanisławowcami pochylić głowy i żałować tylko, że mając zamiar walczyć przeciw dwu sąsiednim mocarstwom, zaczęli od... redukcji niewielkiego wojska polskiego (Wojciechowski, op. cit.). Ale jest jeszcze inny problem. Oto Wojciechowski twierdzi, że nie tylko elekcja Piasta nie była tak popularna, jak to się apologetom partii Potockich zdaje, ale że była obiektywnie z punktu widzenia kryteriów nacjonalistycznych - szkodliwa. Wojciechowski kryteriów naszych nie formułuje, ale jest jasne, że przyjmuje dobro i interes państwa jako kryterium najwyższe. Otóż Wojciechowski jest zdania, że wybór Sasa dawał możliwość korzystnej zmiany ustroju, a w każdym razie chronił przed rozbiorem, który w razie prawdziwej jednomyślności za Leszczyńskim byłby mógł wówczas pod wpływem Prus nastąpić. Różnica między kryterium narodowo-niepodległościowym Konopczyńskiego a kryterium nacjonalistycznym Wojciechowskiego jest ta, że Konopczyński samą już jednomyślność narodową - z jednej strony, samo zaś wystąpienie przeciw zależności od obcych - z drugiej, uważa za wystarczający

powód do bezwzględnego uznania i chwalby. Cóż dopiero, gdy w 1733 roku oba te objawy - rzecz niezmiernie rzadka - wystąpiły razem. Bodaj nawet czy to nie pierwszy i ostatni raz, że i Czartoryscy, stronnictwo reform, i Potoccy, stronnictwo złotej wolności, iść zapragnęli ręka w rękę, i to wspólnymi siłami, przeciw zagranicy. Takiemu wspaniałemu obrazowi oprzeć się nie mógł historyk idei narodowej. Nie szukając więc dalej, przyznaje stanisławowcom rację i uznanie, zwolennikom Sasa miano zdrajców. Inaczej już Bobrzyński. Dla Bobrzyńskiego nie wystarcza samo poczciwe zamierzenie, „nie bacząc na skutki”, mówiąc słowami Lelewela. Bobrzyński żąda także, prócz słusznej celowości, by ci, którzy sobie cel ten postawili, zapytali się samych siebie, czy zamiar ten da się przeprowadzić. Przy końcu opisu wojny sukcesyjnej tak rekapituluje jej wyniki: Elekcja Leszczyńskiego, jakkolwiek pod pięknym podjęta hasłem, okazała się krokiem niepolitycznym. Trzy mocarstwa sąsiednie połączyły się już ze sobą w trwały związek, który do uporządkowania stosunków polskich miał nie dopuścić. Wojna domowa, którą ta elekcja wywołała, dała im pożądaną sposobność do ponownego wmieszania się w nasze sprawy wewnętrzne. August III zasiadł na tronie wskutek obcej pomocy i przemocy i przeszedł zupełnie, a z nim Polska, pod obcą zależność (t. III, s. 235). Jeszcze dalej idzie Wojciechowski. Dla Wojciechowskiego i dla nas także ani król rodak, wybrany jednomyślnością, ani werbalna chęć uwolnienia się od zależności zagranicznej sama w sobie ostatecznym celem być nigdy nie może. Celem jest tylko postęp w hierarchii międzynarodowej. Fatalne ówczesne położenie Rzeczypospolitej w tejże hierarchii miało swoje źródło w upadku władzy wykonawczej, w wadach ustrojowych, w płynących stąd brakach militarnych. W tych warunkach elekcja Piasta, niezależność od zagranicy były tanim frazesem, którego rezultatem koniecznym musiała być agresja i wzmocnienie zależności w razie elekcji podwójnej, może i rozbiór w razie upierania się przy jednomyślności. Oto różnice płynące z braku jasnych sprawdzianów. Jak wynika z powyższego, Wojciechowski nie ogranicza się do zarzutu umyślnej gry na wybór najsłabszego króla przez oligarchię magnatów, w czym odmówił mu racji Bobrzyński. Wojciechowski idzie dalej i stwierdza explicite, że nawet w razie jednomyślności prawdziwej, płynącej nie z propagandy magnackiej, ale z pragnień narodowo-niepodległościowych narodu szlacheckiego, wówczas nawet - gdzie już krytycyzm Konopczyńskiego się kończy - wybór jednomyślny byłby katastrofą. Nie byle jakie świadectwo przywołuje na pomoc swojej tezie, bo samego Fryderyka II. „To jest najgorsza sprawa - lamentował Fritz - jaka się nam przydarzyła od lat 30. Mówił mi to tysiąc razy mój wierny Ilgen, że gdyby Polska, w zamian za nasze przyzwolenie na sukcesję saską, ustąpiła nam na zawsze całą Warmię i Pomorze z Gdańskiem i Marienburgiem, to jeszcze można by wątpić, czy to będzie korzystne dla Prus, bo kiedy Sas uczyni się w Polsce suwerenem, to wszystkie te nabytki nie wystarczą nam, aby mu stawić czoła” (op. cit., s. 542). Sas dostał koronę Rzeczypospolitej, ale suwerenem w niej nie był. Ile w tym było winy stanisławowców, oto kwestia, która narzuca się po przeczytaniu rozprawy Wojciechowskiego. Może nie wszyscy współcześni widzieli - pisze - ale dla nas jest widoczne, że jeżeli miało być jeszcze dane Polsce podnieść się przez dziedziczność tronu i reformę wewnętrznego nieładu, to jedyna ku temu sposobność była - przy pomocy domu saskiego. Od połowy 17 wieku dosyć było projektów naprawy i pełno o tym książek, listów, rozmów itp. Jeżeli jednak nie było

żadnego praktycznego rezultatu, to dlatego, że w gruncie rzeczy nie była to kwestia legislacyjna, lecz sprawa potencji i mocy wewnątrz Rzeczypospolitej (op. cit., s. 541). Można się sprzeczać co do znaczenia formy prawnej liberum veto, ale nie można odmówić Wojciechowskiemu niezwykle głębokiego sądu i trafności rzuconych przezeń myśli. Niepojęte jest, iż dziejopisarstwo nasze nie zwróciło na tę koniunkturę baczniejszej uwagi. W każdym razie śladu z tego nie ma w Konopczyńskim. Przyjęta a priori teza narodowa sprowadza różne drobne nieścisłości. I tak przemilcza Konopczyński zastrzeżenia złożone przez senatorów przy przysiędze, sugeruje, jakoby przysięga ta nie była wymuszona („...ośmielili się piętnować przysięgę konwokacyjną jako wymuszoną...” op. cit., s. 206). Gdzie indziej daje tylko upust pasji pseudopatriotycznej: „z chwilą proklamacji Leszczyńskiego obóz augustowski stawał się bezradną kupą, czas było i należało znieść go doszczętnie” (op. cit., s. 207). Niestety, obóz Leszczyńskiego w świetle prawdy dziejowej był kupą bardziej jeszcze bezładną. Tezy Wojciechowskiego co do możliwości Sasa wydać się mogą zbyt optymistyczne, jeśli na nie spojrzymy ex posteriori, po stwierdzeniu faktu, że jednak Sas tron osiągnął i nic z tego dobrego dla Rzeczypospolitej nie wynikło. Tak, ale już Bobrzyński słusznie wytknął, że elekcja Leszczyńskiego i wojna domowa odjęła Augustowi III wszelkie atuty, które musiałby mieć przy innym przebiegu elekcji. Elekcja zgodna z zamierzeniami Rosji mogła dać wzmocnienie Polski. Elekcja z nią sprzeczna musiała przynieść przegraną wojnę i dalszy upadek. Ci Polacy, którzy parli do elekcji przeciw Moskwie, powinni byli zapytać sami siebie, czy Polska jest gotowa do wojny i czy wygrać ją może? Jak daleko pójdą sojusznicy w udzieleniu pomocy, co jest istotnym motorem działania we Francji? Elekcja przeprowadzona bez głębokiej analizy tych dwu podstawowych pytań była po prostu wplataniem Polski w wojnę z ogromnie przeważającymi siłami przeciwnymi, w wojnę, do przygotowania której nie poczyniono najmniejszych przygotowań. I to jest dla historyka tej elekcji problemem pierwszorzędnej wagi, od roztrząsania którego uchylić mu się nie wolno. A Konopczyński, zapchawszy głęboko głowę w piasek entuzjazmu dla „narodowego” wyboru, o istnieniu tego problemu zupełnie zapomina.

V
Okres dwunastolecia 1736-48 zatytułował Konopczyński „Próby ratowania Rzeczypospolitej”. Rozdział ten zawiera wiele konstatacji i myśli ogólniejszych, wart jest więc szczegółowego zbadania. W kapitelu 8 pt. „Zwiastuny odrodzenia” nasz historyk omawia występy zarówno publicystów, jak i czynnych polityków, zdążających do ratowania państwa. Ogólny jego osąd tych poczynań jest pozytywny. Porównuje je nieomal do epoki stanisławowskiej, a w każdym razie stwierdza, że wszystkie późniejsze prądy reformatorskie wówczas się rodziły. Że nie doszły do skutku, tłumaczy to Konopczyński następującym zdaniem (s. 220): Nieszczęściem wodzów postępu politycznego było to, że nie umieli rozsadzić stłoczonych zewsząd trudności zewnętrznych, zbyt wiele poświęcili dla chwilowej koniunktury międzynarodowej, a za mało wierzyli w naród, w jego zdolność do przełamania przesądów.

Ta synteza, podyktowana oczywiście postawioną a priori zasadą „narodową” (możemy ją nazwać śmiało pseudonarodową), przeczy zarówno faktom, jak i jasno wypowiedzianym kilka stron dalej poglądom tegoż samego autora. W każdym razie teza, jakoby ktokolwiek z polityków polskich przywiązywał za dużą wagę do koniunktur międzynarodowych, jest zaprzeczaną na każdej stronie naszej pracy i gdzie indziej będziemy z nią polemizowali. Zdaniem naszym, istotne trudności naprawy leżały: 1. w formach ustrojowych, przede wszystkim w liberum veto, 2. w ciemnocie i głupocie „narodu” szlacheckiego. A więc teza wprost odwrotna do twierdzenia Konopczyńskiego. W następnym 9 kapitelu pt. „Sprawa reformy skarbowo-wojskowej” Konopczyński czyni dalsze rozpaczliwe próby walki z tezą szkoły krakowskiej o nadrzędności win ustrojowych w procesie słabości i upadku Polski. Próba jest tak ciekawa, że warto ją dosłownie przytoczyć (s. 220): Państwa upadające albo spóźnione w rozwoju, dążąc do zrównania się w sile z niebezpiecznymi sąsiadami, zwykły zaczynać pracę nad odrodzeniem od ulepszeń wojskowości i finansów, potem dopiero pod osłoną armat i bagnetów przeprowadzały one reformy społeczno-państwowe. Tak postępowała Rosja za Piotra Wielkiego, tak samo w XIX wieku Turcja i Japonia. Mogli sobie myśliciele i publicyści z Konarskim na czele glosie, że bez tych czy innych reform konstytucyjnych, zwłaszcza bez uzdrowienia sejmu, żaden postęp nic będzie możliwy, i mieliby oni słuszność, gdyby Rzeczpospolita miała czas na czekanie i gdyby nad jej naprawą czuwał jakiś władczy geniusz, narzucający swą wolę setkom tysięcy. Lecz tutaj dach się palił nad głową, a przy ustroju sejmikowym ratunek zależał właśnie od woli setek tysięcy. Nic dziw, że społeczeństwo wzięło do serca postulat, który Stanisław Szczuka głosił w „Eclipsis Poloniae” (aukcję wojska). W zdaniach powyższych znajduje się, być może, między liniami myśl, iż należało przy pomocy wojska narzucić narodowi zmianę ustroju. Ponieważ jednak nie została ona nigdzie jasno wyrażona i ponieważ przeczy jaskrawo ciągłym odwoływaniom się Konopczyńskiego do rzekomo patriotycznego i mądrego stanowiska narodu szlacheckiego, przeto nie będziemy z tym domysłem polemizowali i przyjmiemy tekst tak jak tu jest podany, tj. w myśli, że można było wojsko i skarb uzdrowić bez naprawy ustroju, a potem przy pomocy wojska osłonić przed zagranicą naprawę ustroju. Tezą naszą jest, że w tym okresie nie można było naprawić skarbu i wojska bez naprawy ustroju. Tezę tę uzasadniamy faktem, że aukcja wojska nie schodziła z obrad sejmowych od 1733 do 1748 roku (słowa Konopczyńskiego, s. 211). Jeżeli nie została przeprowadzona, to nie z powodu braku inicjatywy ani z powodu braku większości, ani legalnej drogi, ale tylko i wyłącznie z powodu zrywania względnie przegadania sejmów, czyli z powodu braku reformy ustrojowej. Konopczyński, ratując ustrój przed potępiającym werdyktem stańczyków, zażądał przede wszystkim aukcji wojska, dowodząc, że była ona możliwa i przy liberum veto. Na s. 221, omówiwszy perypetie prób aukcyjnych, pyta, dlaczego się one nie udały? I odpowiada: Owóż, nie szukając żadnych kozłów ofiarnych, należy jeszcze przyznać, że sprawa aukcji, niezależnie od błędów taktycznych tego lub owego magnata-ministra, była przedsięwzięciem

niesłychanie trudnym, wymagała wielkich wysiłków i ofiar i udać się mogła tylko przy współudziale mnóstwa ludzi dobrej woli, a skoro się tylokrotnie rozbiła, to znaczy, że jej naród nie umiał chcieć. Jest to więc konkluzja wprost sprzeczna z założeniem na s. 210, kiedy to Konopczyński pisał, że wodzowie polityczni dlatego nie potrafili uratować Polski, że „zbyt wiele poświęcali dla chwilowej koniunktury międzynarodowej, a za mało wierzyli w naród, w jego zdolność do przełamania przesądów”. Tak sprzeczne zdania wypowiedziane na przestrzeni kilku stron, w tej samej niesłychanie ważnej sprawie, dyskwalifikują najzupełniej podręcznik uniwersytecki Konopczyńskiego i są smutnym dowodem na degradację, w jaką popadła nasza wiedza historyczna w ciągu dwudziestolecia Polski odrodzonej. W rzeczywistości ani kwestia prymatu aukcji wojska przed naprawą ustroju, ani kwestia rzekomych dobrych chęci szlachty nie nadają się nawet do poważnej dyskusji. Można jedynie dyskutować nad zagadnieniem, czy więcej zawiniło liberum veto, czy ciemnota szlachty. W tym wypadku votum nasze obciąża bardziej ustrój niż szlachtę. Rzeczywiście, można i trzeba wymagać, żeby większość szlachty przez swoich reprezentantów uchwalała ciężary podatkowe dla powiększenia wojska. Ale domagać się stałej jednomyślności wszystkich posłów, dzielnic i sejmików na podwyższenie podatków, to chyba wymaganie ideału, do którego nie doszedł żaden naród w żadnej epoce. Jeżeliby dyskusja ta nie była jeszcze zupełnie dla czytelnika przekonywająca, gdyby były wątpliwości co do znaczenia ustroju dla upadku Polski, to „świadczę Baconem przeciw Baconowi” na s. 271 tegoż dzieła napisał Konopczyński: „Gdyby ktoś spytał, jaka była najważniejsza społeczna i najważniejsza konstytucyjna przyczyna upadku Polski, można by odpowiedzieć krótko: bezwzględne warcholstwo szlachty i liberum veto”.

Polityka Stanisława Augusta w świetle jego pamiętników
Pierwsze księgi pamiętników są tak osobiste i bezpośrednie, że trzeba sądzić, iż motyw ich powstania był ten sam, który tylu pamiętnikarzy przed królem i po nim pchnął do tego najciekawszego bodaj rodzaju literackiego: chęć utrwalenia swoich przeżyć, dla siebie i dla swoich czytelników, bez względu na jakiś specjalny interes. Ta część pamiętników jest par excellence dziełem politycznym i literackim i jako taka posiada dużą wartość. Na dowód, jaki był wpływ pamiętników, zacytujemy poniżej zdanie Szujskiego z r. 1866 w czwartym tomie „Dziejów” (s. 396), a potem tegoż samego autora w rok później, po przeczytaniu pamiętników („Przegląd Polski”, 1 IV, 1867). Szujski w „Dziejach”: W Stanisławie Auguście wchodził istotnie nowy typ, niestety, typ przejściowy, a więc bez gruntu i bez hartu - na tron Polski. Syn ambitnej matki i ojca dorobkiewicza, wychowany przez cudzoziemskich szarlatanów, otarty w zagranicznych salonach, bez gruntu moralnego, bez wiedzy prawdziwej, miłośnik obcej mody, obyczaju i zbytku, był Stanisław August człowiekiem płytkim, próżnym i zniewieściałym, który lekkomyślnie i bezsumiennie

przyjąwszy na siebie ciężar panowania, podołać mu nie potrafił... w stanowczej epoce, którą sam wdarciem się na tron sprowadził, był Poniatowski pierwszym i najważniejszym z nieszczęść narodowych... Szujski w rok później: Powtarzaliśmy tylekroć oklepane komunały o słabości, niedołężności, ba, nawet moralnej nikczemności króla, wystawialiśmy go sobie w teatralnej pozie lichego aktora, sądziliśmy go ryczałtowo, bez względu na trzydziestolecie jego przejścia - że jeżeli co, to taki żywy pomnik jego ducha musi każdego zastanowić, musi nas przyprowadzić do przekonania, że go bardzo mało, bardzo powierzchownie znamy. Część pamiętników ogłoszona... zmusza tylko do uznania, że kto w ten sposób znal i sądził świat i ludzi, nie mógł być zerem lub maszyną nakręcaną przez drugich, ale musiał być samodzielną indywidualnością. Konopczyński w przedmowie do polskiego częściowego wydania, mimo surowego na ogół sądu, przyznaje królowi z daleka pierwsze miejsce wśród pamiętnikarzy współczesnych. Ostatnie znowu rozdziały są - jak to już zostało zauważone - raczej protokołami z posiedzeń sejmowych, Rady Nieustającej czy rozmów dyplomatycznych niż pamiętnikiem. W każdym razie charakterystyczna jest znikoma ilość miejsca, jakie autor poświęcił przyczynom klęsk Rzeczypospolitej i obronie swego udziału w tych klęskach. Dodać trzeba, że w chwili, gdy je pisał, nie zdawał sobie zapewne sprawy z tego, że przez blisko sto lat Polska będzie jego właśnie i jego politykę obarczała całą niemal odpowiedzialnością za rozbiory. Ani razu, czytając pamiętniki, nie spotykamy się ze zdaniem, które by pozwoliło przypuszczać, że królowi takie posądzenie przyjść mogło na myśl. A nie jest to poza, bo tam, gdzie czuł się oskarżonym (np. w sprawie porwania czterech senatorów przez Repnina), broni się z dużym nakładem tekstu i pracowitości. Nie pozuje król również na nieomylnego. Wprost przeciwnie, lubi niemal oskarżać się o błędy i wykazywać, co powinien był w danym wypadku uczynić. Nie będąc więc apologetą, jest jednak król obiektywnym i krytycznym obrońcą swojej polityki zagranicznej i wewnętrznej. Jest nieszczęściem, że obrona ta, zwłaszcza o ile dotyczy polityki zagranicznej, nie została udostępniona społeczeństwu polskiemu jednocześnie z oskarżeniem, jakie rzucili nań twórcy Konstytucji 3 maja. Być może, że byłaby ona oszczędziła naszej polityce porozbiorowej wielu głupstw i niepowodzeń. Ponieważ nieliczne passusy poświęcone przez króla polityce są rozsiane wśród 1300 stron druku, uważaliśmy za pożyteczne zebrać je tu w streszczeniach lub cytatach. Na początku piątej księgi daje Stanisław August rzut oka na stan Polski, na jej położenie zarówno międzynarodowe, jak wewnętrzne, tak jak je widział w chwili objęcia tronu. Kapitalny - dla zrozumienia polityki królewskiej - obraz wymaga dokładnego przejrzenia. Za największego wroga Polski uważał król zawsze i niezmiennie Prusy. W zapatrywaniu tym nie ma ani śladu jakiejś predyspozycji ani filozofii dziejowej, ani tym mniej - jak go o to oskarżano w Berlinie osobistej nienawiści do Fryderyka Wilhelma II. Nie pasowałoby to do pozbawionego wszelkich namiętności politycznych, zwłaszcza daru nienawiści, króla. Po prostu konstatował w całym okresie czasu, do roku 1763, stałą chęć osłabienia Polski ze strony naszego dawnego lennika pruskiego. W obrazie Polski wymienia Prusy na pierwszym miejscu wśród sąsiadów, stwierdzając, iż zajęte wojną siedmioletnią zadowalały się niedopuszczaniem do powiększenia armii polskiej, o co było nader łatwo przy pomocy regularnego zrywania sejmów za pomocą liberum veto lub też przedłużania debat aż do

terminu sześcioniedzielnego, poza który sejm trwać nie mógł. Bardziej ciekawe jest w oczach króla stanowisko Moskwy: Piotr I potrafił w roku 1717 zredukować stopę liczebną naszego wojska do cyfry 18 000, co w proporcji do obszaru kraju jest niczym. Jednocześnie przeprowadził jako ustawy wszystkie zasadnicze wady naszego ustroju - te zwłaszcza, które najbardziej przyczyniały się do wiecznej słabości państwa i które zagradzały drogę odrodzeniu. Odtąd Polska stała się dla Rosji niejako wielkim przedpolem, oddzielającym ją od wszystkich państw bardziej południowych, przedpolem służącym w walce przeciw innym, ale pozwalającym jej samej zawsze na swobodny przemarsz... Passus ten, stanowiący credo zapatrywań króla na stosunek Rosji do Polski, pociągnął za sobą parę konsekwencji. Jedna z najważniejszych - to przekonanie, iż w interesie Rosji leży całość dzierżaw polskich. Żeby ten punkt widzenia dobrze zrozumieć, trzeba sobie przede wszystkim jasno uprzytomnić, że ekspansja Rosji kierowała się wówczas wyłącznie niemal w kierunku Turcji i że za cel życia Katarzyna postawiła sobie zdobycie Bizancjum i koronowanie swego wnuka Konstantego cesarzem. Będziemy mieli okazję jeszcze do tego założenia powrócić. W każdym razie teza króla nie zawierała nic oryginalnego. Według tychże samych pamiętników stanowiła ona podstawę polityki zagranicznej stronnictwa „patriotycznego”, które było przekonane, że „Polska nierządem stoi” i że rywalizacja sąsiadów nigdy na rozbiór nie pozwoli. Ta sama logika zabraniała wujom królewskim, starym Czartoryskim, uwierzyć w groźbę rozbioru, gdy nią Repnin, a nawet sam król straszyli, pragnąc ich skłonić do konfederacji przeciw barszczanom. Ja i każdy dobry Polak jest i być musi właśnie przez patriotyzm przyjacielem Moskwy raczej niż jakiegokolwiek innego sąsiada, gdyż jesteśmy przekonani, że jest prawdziwym interesem Rosji nie działać na naszą szkodę i przeszkodzić przed zamachami na nas z innej strony... Tak król streszcza stały refren swoich rozmów ze Stackelbergiem, który zamęczał go podejrzeniami o zdradzie, mniej lub więcej cichej, sojuszu z Katarzyną. I cytuje z uznaniem zdanie Chreptowicza do tegoż Stackelberga wypowiedziane: „Jestem dobrym moskalofilem, gdyż jestem przekonany, że bez pomocy Rosji moja ojczyzna stałaby się ofiarą sąsiadów”. (Tu trzeba zaznaczyć, że tekst francuski zdania Chreptowicza brzmi: „Je suis bon Russe...” co wówczas miało takie potoczne znaczenie, jakie mu nadajemy. Dosłowny przekład brzmiałby: „Jestem dobrym Rosjaninem...”). Jakże jednak Stanisław August, który lepiej niż ktokolwiek zdawał sobie sprawę i ze szkodliwości ustroju, i z wagi, jaką Rosja przywiązuje do jego utrzymania, mógł być długoletnim wyznawcą i kierownikiem obozu rosyjskiego w Polsce? Wyjaśnia on nam to, wymieniając motywy forsowania projektu Rady Nieustającej przez Panina. Jako pierwszą przyczynę uważa ciasnotę wykształcenia ministra rosyjskiego, o którym parokrotnie pisze ironicznie, że poza Szwecją nigdzie nie był i uważał ustrój, jaki narzucił w Szwecji, za najlepszy dla państw, gdzie Rosja pragnęłaby dzierżyć hegemonię. Drugi motyw, bardziej polityczny, brzmi jak następuje: Ponieważ zasady rosyjskie od Piotra I dążyły zawsze do utrzymywania Polski w stanie inercji, chciano przeto stale w Petersburgu zachować rozprzężenie sejmów. Skoro jednak nicość sejmów i bezsiła prawie zupełna władzy wykonawczej w przerwach dwuletnich między sejmami doprowadziła do niemożności wykonywania nawet niektórych żądań rosyjskich, przeto Rosja zapragnęła, by powstała Rada Nieustająca...

Stanisław August, którego nawet wielki jego krytyk prof. Konopczyński nazwał nieposzlakowanym obrońcą integralności Rzeczypospolitej (Pamiętnik V Zjazdu Historyków Polskich, Lwów 1930, s. 473), przede wszystkim utrzymywał lenno rosyjskie, gdyż w razie przeciwnym widział pewny upadek państwowości przez rozbiór lub aneksję ze strony Prus. Ale poza tym nie rezygnował bynajmniej z pogodzenia interesu rosyjskiego z postulatem odrodzenia wewnętrznego. Stworzył nawet całą teorię tego odrodzenia na podstawie: 1) podniesienia oświaty, 2) stworzenia elity dygnitarzy. A więc założeniem naczelnym polityki królewskiej była opieka rosyjska. Nabytki terytorialne, jakie Rosja mogła poczynić kosztem Polski, były wszak w stosunku do jej wielkości nieduże, natomiast dzielnice, które by musiała oddać Austrii, a zwłaszcza Prusom, powiększały te państwa niewspółmiernie. Logika tego rozumowania była bez zarzutu. W interesie Rosji nie leżał rozbiór Polski, lecz aneksja lub protektorat nad całością. Dzieje wykazały, iż Stanisław August miał rację. Nabytki dokonane przez Prusy były ostatecznie niewspółmiernie duże z zaborem rosyjskim. Ale logika Rzeczypospolitej nie ocaliła. Streściwszy analizę położenia i drogę wytyczoną tak, jak to przedstawia w swoich pamiętnikach król, przejdźmy z kolei do opisu jej realizacji. Sejm koronacyjny, dokonany jeszcze pod egidą Czartoryskich, był dla ustroju Polski rewolucyjnym. Zreformowano obrady sejmowe, zniesiono liberum veto i masową elekcję, naprawiono sądownictwo. Ani jedna dziedzina nie pozostała nietknięta - mówi z żalem Lelewel. Już przy forsowaniu tych reform król natrafił na opozycję Kajzerlinga. Przypadek jednak zrządził, że właśnie Kajzerling, stary przyjaciel Familii, był dawnym nauczycielem młodego Poniatowskiego w dziedzinie... logiki. Toteż tu po raz pierwszy, i niestety ostatni, Stanisław August słowem pokonał siłę, zmusił jego własnymi sylogizmami starego Kajzerlinga do kapitulacji. Ustawę ubrano w taką formę, by ambasador mógł się tłumaczyć, że go wyprowadzono w pole... Pierwsze lata panowania Poniatowskiego stały pod znakiem godności królewskiej i emancypacji króla spod zbyt ciasnej kurateli moskiewskiej. Kierunek ten jednak nie odpowiadał ani sytuacji Polski, ani polityce zasadniczej, jaką powyżej Stanisław August przedstawił jako jedynie trafną. I to właśnie w pamiętnikach swoich król nie waha się nazwać pierwszą i zasadniczą przyczyną upadku Polski. Repnin, który objął ambasadę po Kajzerlingu, nie mogąc doczekać się ustępstw zwraca się do stronnictwa Potockich, podnosi sprawę dysydentów, potem obala wszystkie reformy Czartoryskich i w konsekwencji powstaje konfederacja barska i pierwszy rozbiór. Ochłodzenie stosunków polskorosyjskich gra więc w tym łańcuchu przyczyn pierwszorzędną rolę. Oto jak król maluje genezę tego błędu: Przede wszystkim Rosja zaczęła zdawać sobie odtąd (sejm 1764 r.) sprawę z tego, że Stanisława Augusta znajduje mniej uległym, niż byli nimi Augustowie II i III. Widziała upozorowanie zwlekania, przez które oddalono ze strony polskiej działania uchwały sejmu koronacyjnego, na mocy której miała powstać komisja, która miała i mogła doprowadzić do ciaśniejszego scementowania porozumienia polsko-rosyjskiego. To ochłodzenie stosunków ze strony polskiej nie miało innego źródła jak tylko rady wojewody ruskiego, który bezustannie sugerował, jakoby kraj uważał zawsze jako nikczemne odwdzięczanie się Rosji za koronę, wszelkie chociażby ograniczające się do pozorów oznaki porozumienia z Rosją. Król, dbały o swoją reputację, przywiązywał za dużo wagi do tych podszeptów. Wpłynęły one na jego linię postępowania w większej mierze, niżby to nakazywał rozsądek. Bo przecież póki

Rosja nie domagała się niczego krzywdzącego czy szkodliwego dla Polski, należało właśnie z nakazu patriotycznego utrzymywać i pielęgnować z największą starannością jak najlepsze z nią stosunki. Mamy tu więc oskarżenie wprost skierowane przeciw Czartoryskim. Powtarza je król jeszcze przed tym, gdy opisuje pytanie, jakie mu zadał w okresie bezkrólewia Kajzerling: czy nie byłoby lepiej dla kraju, żeby królem został wojewoda ruski lub książę Adam? Po trzech dniach namysłu, łudząc się nadzieją małżeństwa z Katarzyną, król utrzymał swoją kandydaturę. „W 8 lat później - pisze król żałowałem gorzko tej decyzji, byłbym oszczędził sobie wszystkich strapień, a mojej ojczyźnie wszystkich nieszczęść, które - jak zobaczymy w dalszym ciągu tych pamiętników - jako pierwsze źródło miały to, iż mój wuj nigdy mi nie przebaczył, że to nie on został królem”. Tu trzeba zaznaczyć ogólnikowo, że pamiętniki mniej jasno oddają perypetie polityczne panowania niż drogę, jaką ex post autor poleca jako jedynie zbawienną. Wyjątkiem jest problem ochłodzenia stosunków króla z Familią. Sprawa ta zajmuje sporo miejsca, widać leżała królowi na sercu. Czy zachował tu równie królewski obiektywizm jak w stosunku do innych swoich wrogów, trudno to orzec. Nigdy w każdym razie nie pomija sposobności, by podkreślić, o ile starzy Czartoryscy przewyższali całą resztę ówczesnej elity politycznej Polski. Ale może tym bardziej ma im za złe kłody, które mu konsekwentnie i bez powodu rzucali pod nogi. Jeśli idzie o stosunki Czartoryskich z Repninem, to Stanisław August sugeruje, jakoby Czartoryscy, kierując jego samego na drogę opozycji antyrosyjskiej, sami nie tylko szukali zbliżenia do Moskwy, ale i oskarżali go przed ambasadorem o brak lojalności moskalofilskiej. Natomiast pomija najzupełniejszym milczeniem ofertę przymierza antytureckiego i podniesienia wojska do 50 000 ludzi, która została przez kanclerza litewskiego odrzucona. Równie szybko i pobieżnie przechodzi nad innymi historycznymi zdarzeniami między rokiem 1765 a 1768. Uchwałom sejmu Czaplica, niszczącym całe dzieło reform - uchwałom, które potem będzie dziesiątki razy wspominał jako jedno ze źródeł trudności i słabości Rzeczypospolitej - poświęca zaledwie parę stron. Nie daje nam swego punktu widzenia ani na sesję z 20 i 22 listopada, ani na zakulisowe rozmowy, które wszak być musiały między nim, Czartoryskimi i Repninem. Nie usprawiedliwia odstępstwa Czartoryskich od reform i unosi się oburzeniem, pisząc, że wojewoda ruski, który nigdy w życiu nie napisał dłuższego votum niż paroliniowe, wówczas nie wstydził się odczytać trzech stron pisma, popierającego lex WielhorskL A przecież okólnik, który król zredagował i rozpuścił anonimowo wśród posłów w nocy po wystąpieniu Repnina i który cytuje w całości, także nie doradza odrzucania żądań Repninowskich. Jak sobie Czartoryscy i król wyobrażali dalsze reformy trudno to orzec. W każdym razie pamiętniki stwierdzają, że Czartoryscy poszli na kompromis z Repninem za cenę swoich reform, natomiast król temu odmówił. Czartoryscy wyparli się swego dzieła reformistycznego z obawy o całość państwa. Oto w przeddzień głosowania posłowie Prus i Rosji zagrozili wojną w razie odrzucenia lex Wielhorski. Król był wówczas skłonny ryzykować wojnę i całość, byle naprawić ustrój. Porównać stanowisko stronnictwa patriotycznego przed 3 maja, kiedy to wszyscy bez wyjątku dyplomaci zagraniczni przestrzegali przed pochopną uchwałą jako mogącą wywołać wojnę i upadek Rzeczypospolitej. Patrioci woleli ryzykować upadek, niż pozostawać w jarzmie. Podczas sejmów rozbiorczych król, nauczony doświadczeniem, prowadził już inną, bardziej ostrożną politykę, nie przez zrzucanie protektoratu w danym ustroju, co uważał za niemożliwe, ale przez wzmocnienie wewnętrzne nawet przy protektoracie. Łatwiej zlikwidować anarchię przy protektoracie niż protektorat przy anarchii, oto formułka, która by pasowała do całej jego linii

politycznej. Historia przyznała mu rację. Próby wydobycia się spod jarzma wasalnego przy braku rządu, skarbu, moralności obywatelskiej, oświaty, armii okazały się niemożliwością. Natomiast podniesienie kraju dokonane mimo jarzma, a częściowo przy jego pomocy, dało wyniki powolne, ale i bezcenne, i gdyby gorączka nie była poniosła „niepodległościowców” w czasie Sejmu Czteroletniego, byłaby Polska co dzień wzmacniająca się doczekała się śmierci Katarzyny, panowania Pawła, wojen napoleońskich, tego wszystkiego, co niszczyło fatalną koniunkturę geopolityczną, w jakiej znaleźliśmy się w okresie między wojną siedmioletnią a wojnami napoleońskimi. Genezę sprawy dysydentów, którą uważa za bezpośrednią przyczynę pierwszego rozbioru, widzi król zarówno w ambicjach wolteriańskich Katarzyny II, która pragnęła sobie zdobyć aureolę pogromczyni przesądów, jak i w celach politycznych, a mianowicie w dążeniu do opanowania dwu milionów dyzunitów zamieszkujących dzielnice polskie. Co do Prus, to zarzuca im wprost dążenie do wywołania zamieszania i wojny domowej w Polsce dla aneksji Pomorza, podczas gdy przypuszcza, iż Petersburg łudził się nadzieją pokojowego przeprowadzenia swoich postulatów. Także Prusom przypisuje inicjatywę w obaleniu ustaw sejmu koronacyjnego. Omawiając porwanie czterech senatorów, król zrzuca winę za pomoc okazaną Repninowi w tym dziele na Podoskiego i Brzostowskiego. Poza tym jednak ogranicza się do dość pobieżnej kroniki konfederacji radomskiej. Więcej znacznie szczegółów, i to sensacyjnych, znajdujemy w pamiętnikach o stosunku króla do konfederacji barskiej. Konfederację barską założyli radomianie, Potoccy, jednym słowem ci wszyscy, którzy nienawidzili Stanisława Augusta i Czartoryskich i nie kryli się z zamiarem detronizacji króla na rzecz księcia saskiego. Wszak obietnicą tej detronizacji zwabił ich Repnin do Radomia, za cenę tej obietnicy, obok przywrócenia anarchii sejmowej, wyrzekli się oni programu antymoskiewskiego... Gdy Repnin nie zdetronizował króla, a co więcej, zmusił radomian do uchwał będących w ich oczach prześladowaniem religii katolickiej, wybuchła reakcja w postaci konfederacji barskiej. Była ona więc skierowana przeciw Moskwie, przeciw dysydentom, a także przeciw domniemanym moskiewskim sojusznikom: królowi i Czartoryskim. Zła wiara przywódców, ciemnota tłumów, brak propagandy strony przeciwnej sprawiły, że konfederaci nie zdawali sobie sprawy z tego, że Repnin poniżył króla i Czartoryskich gorzej jeszcze niż samo stronnictwo Potockich i że mogliby w stronnictwie wrogim znaleźć łatwo najlepszego sprzymierzeńca. Trzeba jednak orzec, że woleliby szukać sprzymierzeńca w Moskwie, byleby uwierzyli w to, że Moskwa zerwie z królem. Wybuch konfederacji był Czartoryskim bardzo na rękę. Przystępować do niej od razu nie mieli zamiaru, nie wierzyli w jej powodzenie militarne. Była ona natomiast namacalnym potwierdzeniem przestróg przed lekkomyślnością i gwałtowną polityką Repnina, była, z chwilą zwłaszcza wybuchu wojny turecko-rosyjskiej, potężnym argumentem, który można było wygrywać w Petersburgu przeciw Repninowi. Gorszą była dla króla, gdyż w razie zwycięstwa konfederacji nic dobrego spotkać go nie mogło, w razie zaś pacyfikacji dokonanej siłami rosyjskimi stawał się zupełnym już wasalem carowej. Najgorzej na konfederacji mógł wyjść Repnin. On był odpowiedzialny za spokojne przeprowadzenie żądań rosyjskich, a tymczasem nadmiarem gwałtowności i bezceremonialnym oszukiwaniem obu stronnictw wywołał zbrojną konfederację, a potem nawet wplątał Rosję w wojnę turecką, której Petersburg wcale sobie nie życzył. Toteż zdawało się Repninowi, iż jak najszybsze opanowanie sytuacji, i to o ile możliwe siłami wyłącznie polskimi, jest dla niego kwestią jego kariery. Mnożył

w nieskończoność starania o odrodzenie stronnictwa prorosyjskiego, groził rozbiorem, obiecywał koncesje. Jednak ani król, ani Czartoryscy nie zgadzali się na to. Stosunek króla do konfederacji barskiej jest nadzwyczaj ciekawy. Jest dokumentem jego obiektywizmu i rzadkiej zalety doszukiwania się dobrych stron u przeciwników. Cele jej oczywiście były najzupełniej obce jego linii politycznej. Jej wartość militarną ocenia nadzwyczaj nisko, jako rezultat działań stwierdza jedynie wyniszczenie kraju i rozbiór. Osobiście uważał konfederację za skierowaną wprost przeciw sobie, dybiącą na jego życie i w każdym razie pustoszącą regularnie jego dobra i pozbawiającą go na przeciąg paru lat dochodów. A jednak nie pomija nigdy okazji, by podkreślić wzniosłe motywy tych działań, które określa jako „chęć pozbycia się niesprawiedliwego jarzma moskiewskiego” lub po prostu jako „patriotyzm”. Sam opis kapitalnego błędu związania za wczesnego konfederacji wobec zamierzonego wymarszu wojsk rosyjskich daje poznać między liniami żal i gniew z powodu takiego zmarnowania dogodnej okazji: W rzeczywistości rozkazy odmarszu były już wydane i niektóre oddziały rosyjskie były już w drodze do granicy, tak że gdyby odwleczono zawiązanie konfederacji o dwa miesiące, nie byłoby już się znalazło ani jednego żołnierza rosyjskiego w całej Polsce, by z nią walczyć, byłaby się szybko rozprzestrzeniła na całym obszarze królestwa i nabrałaby od początku sił, których potem nigdy nie osiągnęła. Zdając sprawę z oporu, jaki stawił propozycjom Repnina, król wcale nie twierdzi, by kroczył wówczas dobrą drogą. Wprost przeciwnie, gdy po wybuchu wojny tureckiej Repnin proponuje królowi objęcie naczelnego dowództwa nad armią rosyjską (sic) i sam obiecuje mu służyć w charakterze adiutanta i gdy król odrzuca tę propozycję, motywując to po pierwsze - niemożnością legalizacji wojny bez sejmu, a po drugie - smutną rolą, którą by odgrywał wśród obcych sobie wojsk, pisze co następuje: Książę Repnin nie uzyskał nic ponadto od króla. Nie wyznał mu król prawdziwej racji swojej odmowy. Było nią przekonanie, iż to dobycie oręża przez Turcję jest jedyną okazją, daną Polsce przez Opatrzność dla pozbycia się jarzma, które jej Moskwa niedawno narzuciła... A jednak, gdy od tej krytycznej chwili przeglądamy wszystkie pro i contra, możemy powątpiewać, czy ta odmowa ze strony króla nie była błędem kapitalnym i nieodwołalnym. Była to jedyna chwila, gdy Rosja uważała jeszcze, że może potrzebować pomocy króla i jemu ją zawdzięczać. Następnie dowodzi, że udział w tej wojnie byłby wskrzesił militaryzm polski, nauczył Polaków nowoczesnego sposobu wojowania, dał pewne korzyści kosztem Turcji i, co najważniejsze, pozwolił na reformy ustroju. Gdy już Czartoryscy za pomocą Salderna wywalili Repnina z Warszawy i gdy zastępował go Wołkoński, Familia dalej odmawiała rekonfederacji. Pamiętniki poczytują to za błąd: Gdyby (Czartoryscy) oświadczyli wprost Wołkońskiemu: „Zgadzamy się utworzyć rekonfederację z królem na czele, wciągniemy do niej naszych przyjaciół, ale pod warunkiem, że Rosja zwolni nam czterech senatorów i że w paru punktach cofnie gwarancje” - jest prawdopodobne, zwłaszcza na początku ambasady, iż byliby otrzymali to, czego pragnęli Mogli w ten sposób pociągnąć za sobą wielką część narodu... i w końcu byliby odwrócili

zgubny rozbiór Polski, który król i wielu Polaków i obcych im przepowiadało, ale w który nie chcieli nigdy wierzyć. Od końca czwartej księgi pamiętniki nie zawierają już myśli syntetycznych dotyczących polityki zagranicznej. Są tylko uwagi o sprawach wewnętrznych, które referowaliśmy poprzednio. Prokonsulat Stackelberga czyniący życie króla jednym pasmem udręczeń zajmuje cztery następne księgi. Parę tylko razy na marginesie tych starć powtarza król porównanie, które po raz pierwszy zanotował przy sejmie radomskim: król jest jednym z tych malowanych władców Wschodu, obok których prokonsulowie rzymscy dzierżyli całą władzę i dysponowali wszystkimi, nawet najdrobniejszymi sprawami państwowymi. To poddaństwo - pisze król - obniżało króla tak w oczach Europy, jak i jego własnego narodu. A jednak trzeba było królowi je znosić dla dobra tegoż właśnie narodu, gdyż byłby on na pewno jeszcze bardziej nieszczęśliwy, gdyby dwór carski mógł mieć zarzuty pod adresem króla polskiego. Pamiętniki króla, pisane po francusku, leżały w rękopisie w Petersburgu do 1921 roku, kiedy instytucje naukowe Związku Radzieckiego wydały ich kompletny, oryginalny tekst. Odtąd każdy historyk polski w każdej większej bibliotece naukowej Związku Radzieckiego, i w niektórych bibliotekach krajowych, może zaznajomić się z tym tekstem. Minęło 60 lat i wyższe uczelnie wykształciły tysiące i dziesiątki tysięcy historyków, utrzymywanych przez społeczeństwo po to, by poznawali dzieje i przekazywali ich znajomość kolejnym rocznikom młodzieży wszystkich zawodów. Ani jeden z tych historyków nie uznał za stosowne przetłumaczyć i wydać w Polsce pamiętnika najbardziej inteligentnego z naszych królów.

Lelewel
Gdy na V Zjeździe Historyków Polskich w Poznaniu prof. Górka zażądał nawrotu do naszego dziejopisarstwa wstecz od Lelewela począwszy, zabrał głos pan Adamus, członek zjazdu, i zaprotestował przeciw wyłączeniu Lelewela. Nie tylko przyznawał mu miejsce równorzędne z późniejszymi historykami, ale wprost stawiał go na czele naszej historiografii. Powiedział ni mniej, ni więcej, jak tylko że polska historiografia nigdy nie przekroczyła osiągnięć Lelewela i że wszystko, co po nim napisano, w nim ma swe źródło. Sąd ten wydaje się nam nieco zbyt pochlebny. Lelewel jest jedynym wprawdzie historykiem polskim, który ma swoje nazwisko w historiografii europejskiej, ale to zawdzięcza swoim pracom na polu mediewistyki, geografii i numizmatyki. Wpływ jego u nas polityczny i wychowawczy, tym silniejszy, że poparty autorytetem zdobytym w dziełach ściśle naukowych, przejawiał się w trzech dziedzinach: 1. Teza o gminowładztwie słowiańskim, apologia (rzekomo dawnego) anarchicznego ustroju polskiego, stąd potępienie prób późniejszego wzmocnienia rządów i przypisanie upadku wprowadzonym reformom. Tą tezą stał się Lelewel ojcem myślowym romantyków-mesjanistów, z trzema wieszczami na czele, a potem apologetów anarchii, jak Wróblewski i Koronowicz. Teza ta,

obalona przez ścisłą analizę dziejową szkoły historycznej krakowskiej, odrodziła się niespodziewanie w XX wieku w rzeczach Balzera i Chołoniewskiego. Krytyka tej tezy przez Bobrzyńskiego drukowana na wstępie jego „Dziejów Polski w zarysie” (wyd. IV, s. 11-14) należy do najlepszych rzeczy, jakie wyszły spod pióra historyka polskiego. 2. Teza o odbudowaniu Polski drogą zbrojnego powstania, głoszona w jego broszurze pt. „Polska odradzająca się”, dała podkład pod rozwój zasady powstań permanentnych poprzez koncepcję Mierosławskiego i Mochnackiego, wprost aż do powstania styczniowego, którego jednym z protoplastów duchowych był niewątpliwie Lelewel. 3. Teza o nieodpowiedzialności dziejowej, którą w niniejszym artykule przedyskutujemy. Wyrażona ona została w „Panowaniu Króla Polskiego St. Augusta Poniatowskiego”, dziełku o 171 stronach, które stanowi ciąg dalszy popularnej „Historii polskiej, którą stryj synowcom opowiadał”. „Panowanie” jest podzielone na krótkie zatytułowane kapitele, obejmujące pół do jednej strony druku. Pierwszy kapitel pt. „Klęski i ciemnota” daje nam parę słów o epoce upadku, obejmującej według Lelewela okres od 1648 do 1717 roku. Jako przyczyny osłabienia Polski wymienia: utratę prowincji, utratę Kozaczyzny, ludności protestanckiej, odebranie praw różnowiercom, zubożenie, upadek oświaty. O rozprzężeniu ustroju, polityki zagranicznej i armii nie pisze tu ani słowa. W kapitelu pt. „Protektorat Rosji” czytamy: Dwór petersburski nie przestawał się oświadczać, jak dalece się interesuje bezpieczeństwem króla i wolnością Rzeczypospolitej. W dowód przyjaźni zapowiada, że nie ścierpi, aby jakiejkolwiek ujmy doznać mogła... Mamy więc tu implicite potępienie „złotej wolności”. Cóż, kiedy na następnej stronie (13) w kapitelu „Podróżujący przynoszą pojęcia zagraniczne”, po nieżyczliwie malowanym obrazie ustroju monarchii absolutnej we Francji, tak uzasadnia możność szerzenia się jej zasad w Polsce: Opinie nawet francuskie, tak dalece monarchiczne, swobodnie się między krajowcami szerzyły, bo gmin szlachty w podupadłej oświacie narodowej odrętwiały, nie stawiał żadnej przeszkody i swojej Rzeczypospolitej i onej potrzeb nie znał. Jest tu więc znów potępienie szlachty za to, że „odrętwiała” nie broniła republiki, co jako żywo nie zgadza się ani z konfederacją radomską, ani barską, ani... targowicką. Wszystkie te ruchy, wprawdzie poczęte z najgłębszych mroków ciemnoty szlacheckiej, były właśnie dlatego żywiołowym protestem przeciw „opiniom monarchicznym”. Dziw, że w liczbie ich apologetów pośrednich znajdujemy nagle Lelewela. Znowu na s. 14 w kapitelu o Konarskim, wyraźnie pochlebnym, pisze na końcu, że wskutek czerpania z dziel francuskich oświata szerzyła idee monarchiczne. Nader charakterystyczny jest przypisek do tego kapitelu. Cytując Coxe’a, który wyróżnia Leszczyńskiego i Konarskiego za dążenia do naprawy ustroju i ubolewa, że dążenia te nie miały szans wobec wściekłości partyjnej, warcholstwa szlachty i intryg mocarstw, Lelewel pisze: Warcholska szlachta nie wdawała się w te intrygi mocarstw. Miłowali je ci, co się najgłośniej przeciw zepsuciu ustroju oświadczali.

Lelewel wyznając dwa zasadnicze i podstawowe dla swego sądu kryteria: walkę o niepodległość i ustrój republikański, stworzył sobie następujący obraz wewnętrznych stosunków Polski stanisławowskiej: Z jednej strony obrońcy niepodległości, a jednocześnie dawnego wolnościowego ustroju stronnictwo hetmańskie. Z drugiej reformatorzy, monarchiści, a jednocześnie sprzedający Polskę zagranicy - król i Czartoryscy. Rzecz prosta, ten schemat prawie równie fałszywy, jak osławione „gminowładztwo” piastowskie, jest co krok dementowany przez oczywiste fakty. Niemniej przetrwał on poprzez całą plejadę historyków wszystkich niemal poza stańczykami i odrodził się w najgorszej możliwie postaci w podręczniku uniwersyteckim Konopczyńskiego. Ale wracajmy do perypetii tej tezy u Lelewela. Już na stronie 16 staje przed jednym z najdonioślejszych zamierzeń naszej historii: reformami Czartoryskich 1764 roku. Oto jak streszcza te usiłowania: ...przedsięwzięli (Czartoryscy) zdziałać wielkie Rzeczypospolitej przeistoczenie, zamieniając ją w rządną monarchię, w czym zdawało się im, że znajdą najskuteczniejsze środki do podźwignięcia kraju z ohydnego poniżenia... Nie ustając w przedsięwzięciu, dawali szczególniejsze naukom i światłu protekcje, co niezmiernie do ich widoków umysły przesposobić mogło. A więc odwrotnie do tezy ze s. 13, gdzie właśnie ciemnota pozwalała się szerzyć ideom monarchicznym. Kapitel 13 „Sejm Konwokacyjny zerwany”. Mocno nieprzychylny opis działań Czartoryskich. Ton niezadowolenia nie opuszcza go nawet przy wyliczaniu dokonanych reform, które kwalifikuje jako „niesłychane” dodając, że „nie było władzy, nie było urzędu, który by nimi dotknięty nie został” (s. 23). Równie niekorzystny, a nawet wrogi sąd o tych reformach wypowiedział historyk w rozprawie pt. „Trzy konstytucje”, wydanej w 1830 r. Oto passus dotyczący uchwał Sejmu Konwokacyjnego (s. 191): Kiedy Stanisław August został naczelnikiem Rzeczypospolitej, Michał i August Czartoryscy oraz Adam syn Augusta, mniemając, że już nadeszła pora do podniesienia monarchii na roztłuczonej Rzeczypospolitej, udali się błagać wsparcia Rosji i ściągnęli jej wojska na kark ojczyzny, a zamiast ustalenia nowego rządu, zrządzili rozstrojenie żywiołów krajowych w czasie, kiedy naród najwięcej potrzebował energii do odparcia napaści nieprzyjaciela. Oni pierwsi wprowadzili mundury, ordery... Dalej Lelewel rozwodzi się już tylko o tytułach i szambelanach, jakby to właśnie w tej krytycznej epoce miało jakąkolwiek wagę. Wracajmy do „Panowania Króla Stanisława Augusta”. W kapitelu 18 pt. „Nieukontentowanie” dość mglisto przedstawia genezę upadku reform Czartoryskich, prawdopodobnie z powodu ówczesnego braku źródeł. Dziwne jest natomiast, że teraz znów zdaje się je pochwalać. W konkluzji rozdziału (Konfederacja Czartoryskich) raz jeszcze daje ponury obraz położenia zawinionego rzekomo przez Familię... „a na sprowadzone wojska cudzoziemskie poczciwość najbardziej się oburza, niepodległość

narodu i miłość ojczyzny najwięcej przerażone”. Dzieje konfederacji radomskiej wskazują, że powyższe zdanie to mocne koloryzowanie, jakiego wyraźniejsze dowody otrzymamy niebawem. W historii konfederacji barskiej nie spotykamy rażących, jak na epokę, w której rzecz była pisana, sprzeczności. Sejm rozbiorowy 1773 r. przedstawia nieco zanadto tragicznie, przypisując mu zbytnie znaczenie. „Jest to chwila dziejów Polski najbezecniejszej barwy, odsłaniająca bezczelne zepsucie i poniżenie najohydniejsze”. W konkluzjach jednak, w nauce niejako, jaką Lelewel z tego okresu poleca, znajdujemy słowa zasługujące na najbaczniejszą uwagę: ...niemniej zastanowić powinny sposoby ulegnienia konieczności, udowadniające, ile w najcięższym poniżeniu człowiek nie upada na sercu, nie traci swej godności, pamięta o bycie swoim i resztę tego bytu uzacnić pragnie. Niebywałe, zastanawiające, szkoda, że żadnej absolutnie konsekwencji w dalszym pisaniu nie pociągające wyznanie. Gdyby ktoś chciał koniecznie, to mógłby w tych paru słowach znaleźć hasło i pochwałę wszystkiego, co w dziejach porozbiorowych było rozsądkiem i zrozumieniem racji stanu, a co było zawsze nie zrozumiane i potępiane przez obóz rzekomo niepodległościowy, wywodzący się w prostej linii od Lelewela. Niedługo potem spotykamy się z największym Lelewela dziwactwem: obroną liberum veto. Oto dosłownie co pisze jeszcze o sejmie rozbiorowym: Jest to drugi przykład sejmu, który przed zawiązaniem się podeptał wszelkie formy i przepisy od wieków szanowane. Konfederacja Czartoryskich pierwsza zgwałciła veto, a konfederacja Ponińskiego, idąc w te ślady, już nie ma potrzeby trwożenia się vetem, gwałci opozycję, wdziercy poniewierają dostojnością, głosami narodu powołaną, narzucają narodowi swoją własną wolę. Dziwnie ujmował położenie Lelewel, jeśli sądził, że jedno tylko veto mogła ją od rozbiorów ocalić. Ciekawe byłoby bardzo dowiedzieć się, z jakimi uczuciami historyk nasz opisał list targowiczan do Katarzyny II, w którym jego własnymi słowami: „...Dziękowali jej, że obaliła monarchię i stawiła zaporę postępowi ducha monarchicznego...” (s. 128). Czy i wtedy łączył reformistów z moskalofilami? Wiele braków Lelewela kładziemy na karb braku źródeł. To, że jeszcze w sto lat po nim Konopczyński robi te same błędy, to raczej przemawia przeciw Konopczyńskiemu niż za Lelewelem. To, czego Lelewelowi darować nie można, to sprzeczności i fatalna tendencja historiozoficzna, z którą się niebawem zapoznamy. W zakończeniu pierwszego okresu panowania Stanisława Augusta czytamy u Lelewela: W początkach, przy elekcji, niewiele panów o naprawie Rzeczypospolitej przemyśliwało... z wolna upragnienie i wzruszenie stawały się w konfederacji radomskiej powszechniejsze, ale w odmęcie, bez pewnego celu, uwikłane w obce wpływy żadnego nie wydały owocu, oprócz odmiany i nadwerężenia poprzednio dokonanej naprawy. W wojnie na ostatek o niepodległość walczyła szlachta dawnym sposobem, dała dowody, że uczucia jej po długim odrętwieniu odżyły, że w jej piersiach tchnie staropolska dzielność. Ale że jęła naród niemoc, z której powstając że nie od razu wigor odzyskać może i gdy tymczasem sąsiednie mocarstwa

potężnie w siłę i działalność wzrosły, a ręce na jego zgubę sprzymierzone podając sobie, nieprzerwanym go opasały łańcuchem. Przerażający to jest widok, wszelako naród się nie trwoży i oczekuje nowej do działania pory. Na powyższy kapitel należy zwrócić uwagę. Jest on jednym z prawzorów i arcywzorów fałszowania historii dla „pokrzepienia dusz” i dla pogrzebania rozumów. Konfederację radomską, która była reakcją ciemnoty i anarchii przeciw reformistom (słowa Lelewela; tym razem dla odmiany nazywa dzieło Familii... naprawą), przedstawia się jako upowszechnienie ich zamysłów. Konfederację barską, która ujawniła najgorsze cechy epoki saskiej, brak planowania, brak kultury militarnej, tchórzostwo, przedstawia się jako odrodzenie dawnego militaryzmu. Sytuację międzynarodową, która dawała pole do lawirowania, utrzymania integralności i powolnej odbudowy sił, przedstawia się jako łańcuch sprzysiężony na zgubę niewinnej polskiej ofiary. A naród nasz? „nie trwoży się” - to racja, bo sabotuje wytrwale dążenia króla do powiększenia armii. „Oczekuje nowej do działania pory”...-do działania czy raczej do gadania? Do werbalnego i niepotrzebnego wypowiedzenia gwarancji czy do spokojnego i solidnego wzmocnienia państwa? Historia dała nam na to pewne, nie podlegające dyskusji odpowiedzi. Dzieje polityczne następnego, po pierwszym rozbiorze następującego okresu panowania rozpoczyna Lelewel inwokacją, która od razu zaznacza kierunek, w jakim zrzuci odpowiedzialność za nastąpić mające klęski: ...im więcej do zacniejszego życia przychodzi! naród i więcej pragnął i dążyć poczynał do ulepszeń, tym więcej ocknęli się podli ludzie, przesądem lub interesem własnym powodowani, do intryg pochopni, wichrzyć a sprawę powszechną zdradzać gotowi... W ten sposób z góry rozgrzesza zbyt gorączkowe, nie przemyślane, szaleńcze działania tzw. patriotów, a zrzuca winę na garść zdrajców, których rola ograniczała się wyłącznie do upozorowania działań mocarstw ościennych, działań, których istota nie byłaby nic a nic różna i bez tych pozorów. Jeszcze się sejm grodzieński agitował, gdy uczucia narodu w poniżeniu swoim, żarliwym patriotyzmem powodowane, przemyśliwały o podźwignięciu się. Prawe uczucie nie widzi niebezpieczeństw i niepodobieństwa, tam spieszy, gdzie mu obowiązek nakazuje, a często staje się swej cnoty ofiarą. Tą koleją szli gorliwi patrioci... Maksyma ta obok dalszej, o nieoglądaniu się na skutki, zawiera nić przewodnią historiozofii Lelewela. Konsekwencją jej apoteoza wystąpień i czynów dyktowanych przez uczucia, bez względu na „niebezpieczeństwa, niepodobieństwa... i na skutki”. Punktem błędnym jest tu brak jasnego zdefiniowania pojęcia „obowiązek”. Kiedy za obowiązek należy poczytywać zbrojne wystąpienie? Czy zawsze? Czy i wówczas, gdy wystąpienie to przerywa bieg przygotowań, gdy jest dokonane bez jakiegokolwiek obliczenia szans, bez jakiejkolwiek znajomości przeciwnika i sytuacji międzynarodowej? Według zdania Lelewela - tak. Jeśli Lelewel był nauczycielem narodu, a wiemy, że nim stał się, to zaprawdę - źle naród uczył. Tezy powstańcze wielkiej emigracji, rok 48, 63, tromtadracja niepodległościowa, okres Polski odrodzonej, to wszystko oprzeć by się mogło, jak i o

manifest Kościuszki, tak i o te nieszczęsne nie zdefiniowane i nie określone maksymy. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby historyk był wówczas, w 1830 roku, i potem powiedział: „Obowiązkiem nie jest obłędne prowokowanie przemocy, ale wykuwanie miecza, gotowanie sił do walki toczyć się mającej w takiej chwili i z takimi siłami, by przemocy u wroga nie było, a przynajmniej by była jakaś szansa zwycięstwa u nas lub u naszych sprzymierzeńców. Postępki z tą zasadą sprzeczne, dyktowane li tylko uczuciem, są zbrodnią”. Może po jednomyślnym takim nauczaniu historii Polacy nie byliby podstawili nogi ani Lubeckiemu w 1830 roku, ani Wielopolskiemu -o jedną generację później i Polska nie byłaby w hierarchii narodów spadła do tego poziomu, na jakim dziś się znajduje. Dalsze uwagi historiozoficzne znajdujemy w „Zamknięciu” (s. 164): Oczywistą przemocą w tej ostatniej dobie i nieodzowną prawie przyszłości wróżbą nie był odstręczony naród od dopełnienia obowiązku, od zapróbowania sam przez się sił swoich. Objawił światu, że zbliżając się do upadku, odzyskiwał po długim odrętwieniu życie, które go do coraz powszechniejszego i coraz zgodniejszego usposobiało poruszenia. Znowu mętne, a gdybyśmy je sprecyzowali, to tragicznie mylne pojęcie obowiązku. Niebezpieczna rezygnacja z odrodzenia państwa, za cenę „zamanifestowania przed światem” takiej czy innej szumnej deklaracji czy uchwały, która miała pozostać na papierze. Mamy tu, obok cnoty, drugie już Lelewelowskie kryterium rozgrzeszające polityków z fatalnych skutków ich pociągnięć. Otóż wolno im wszystko robić, co tylko będzie manifestacją odrodzenia. A przecież właśnie rozgłos, szum wkoło tej naprawy były jedną z okoliczności utrudniających niezmiernie, jeśli nie uniemożliwiających poprawę ustroju skuteczną, choć cichą - z jednej strony, a jałową, ale rozgłośną - z drugiej, Lelewel przechyliłby się na stronę tej drugiej. „Nieodzowną prawie przyszłości wróżbę” można też inaczej tłumaczyć. Lelewel w „Historycznej paraleli Hiszpanii z Polską” ukazuje się jako fatalista dziejowy. Upadek Polski był dziejową koniecznością po okresie jej potęgi, niezależną od działań ludzkich. Według tej tezy Polska szła ku rozbiorom pchana siłą wyższą. Ludzie nie mogli jej na tej drodze zatrzymać. Lepiej więc, że walczyli i ginęli, tak ocalili przynajmniej imię Polski. Rozumowanie to, do którego zaraz powrócimy, nie podaje jednego szczegółu. Czy ludzie, którzy tak walczyli i walką swoją upadek przyspieszyli, wierzyli w zwycięstwo, czy byli zarówno jak ich dziejopis przekonani o „nieodzownej przyszłości wróżbie”? Jeśli nie dostrzegali fatalnego położenia i niewielkich szans na zwycięstwo, oskarżyć ich trzeba o niedbałe obliczenie sił i planowanie. Jeśli widzieli upadek nieuchronny, tedy winni byli lojalnie ustąpić pola działania tym politykom, którzy szanse ratunku nie tylko widzieli, ale którzy je już realizowali. Takim politykiem był w ciągu swego trzydziestoletniego panowania król Stanisław August. Fatalizm, podobny do Lelewelowskiego, znajdujemy i w czasach najnowszych, np. u jednego z epigonów Dmowskiego: Mosdorfa. Adepci takiego fatalizmu muszą sobie jednak postawić pytanie, po cóż jakiekolwiek działanie, skoro na losy kraju ono wpłynąć nie może? Po co zwłaszcza te działania, które bezpośrednio i natychmiast klęski dla narodu przynoszą? Górka rozprawił się z naszym fatalizmem. Fatalizm urąga zresztą i nauce historii któregokolwiek kraju i epoki. Fatalizm w ujęciu Lelewela zastępowałby kryterium skuteczności przez kryteria wyłącznie moralne albo nawet estetyczne. Absurdalność teoretyczna tej tezy, jeśli idzie o przeszłość, jest zupełnie oczywistą. Wychowawcze jej działanie jest rozkładowe. Jest to szkoła „nieodpowiedzialności historycznej”, używając słów Górki, szkoła, w której się uczy, że cokolwiek ludzie zrobią - naród

niezależnie od tego będzie zwycięski lub pokonany, wolny lub ujarzmiony, bogaty lub nędzny. W praktyce zrobiono Sejm Czteroletni dla „zamanifestowania”, a powstanie styczniowe dla „obudzenia opinii świata”, i tymi estetycznymi pociągnięciami zepchnięto naród polski na jedno z najniższych stanowisk między narodami. W przedostatnim kapitelu pt. „Sprzeczne o Stanisławie Auguście zdania” pisze Lelewel: Księga dziejów szuka przyczyn, patrzy na przeszłość, na to, co było, ocenia skutki, nie dopuszcza domysłów, co by to było, gdyby było inaczej. Jeżeli jednak ma być nad Polską jakakolwiek warunkowa rozwaga, jakie bądź przypuszczenia dozwolone, trudno by było z nich pomyślne wyprowadzić rokowanie. Jarzmo lub upadek. Gdyby naród innym szedł trybem, gdyby król inaczej postępował, bez wątpienia byłoby inaczej, a w skutkach zawsze mogło być nie najlepiej. Człowiek prawą postępujący drogą, nie oglądający się na skutki, nie odpowiada za nie w obliczu dziejów, bo nie chybił i zostaje czysty. Lecz zważający jedynie na skutki, opuszczający dlatego prawe koleje i obowiązki swoje, krętą idący ścieżką, by do zamierzonego celu swego doszedł, gdy go nie dopnie, gdy wypadek z drożności jego nie uwieńczy, do ciężkiej jest pociągany odpowiedzialności. W tym kapitelu Lelewel precyzuje już dobitnie to, co przed tym między liniami jego można było wyczytać. Najpierw zastrzega się przeciw szukaniu tego, co by było, gdyby było... zagadnienie po dziś dzień żywotne i dyskutowane w historiografii. Naszym zdaniem zastrzeżenie Lelewelowskie jest niesłuszne. Historyk opisując decyzje męża stanu - a historia składa się z decyzji mężów stanu - musi odpowiedzieć, jakie on miał drogi przed sobą, jakie plusy dla jego polityki przedstawiała jedna, a jakie - druga. Gdyby się zrzekł konstatacji rezultatów przypuszczalnych drogi nie obranej, nie mógłby w ogóle ocenić jakiegokolwiek pociągnięcia politycznego. Gdyby jednak, pisze Lelewel, można raz jeden spojrzeć na różne ewentualności Polski stanisławowskiej, to okazałoby się, że nie było w ogóle drogi ratunku. Jarzmo lub upadek. Co znaczy „jarzmo”? co - „upadek”? Czy w znaczeniu losów czekających naród jarzmo nie jest upadkiem, a upadek może być czym innym, jak jarzmem? Tłumacząc na język realny można przyjąć na pewno, że Lelewel uważał za jarzmo stosunek faktycznego lenna do Rosji (polityka Stanisława Augusta), a za upadek - rozbiory (polityka patriotów). Obie ewentualności wydają się historykowi tak straszne, że odmawia dokonania wyboru między nimi. A przecież gdyby je poddał ściślejszej nieco definicji, spostrzegłby, że jest między tymi alternatywami tylko różnica ilościowa: upadek, tj. rozbiory, to było także jarzmo, tylko jarzmo stokroć gorsze i trudniejsze do zrzucenia od jarzma przyjętego przez ostatniego króla polskiego. Dylemat, jaki stał przed politykami stanisławowskimi, był rozmaicie sądzony przez naszą historiografię. Po Lelewelu przyszła do głosu jego szkoła historyczna (Schmitt, Mochnacki) gloryfikująca ruchy powstańcze. Od 1868 roku powstaje szkoła krakowska, która zajmuje odmienne stanowisko. Po szkole krakowskiej albo stańczykowskiej, która pierwsza założyła rozumowaną historiografię polską, po upadku jej kierunku zmiecionego przez propagandę niepodległościowców (szkoła warszawska i neokrakowska, Askenazy, Konopczyński i inni), po drugim renesansie racjonalizmu, dość wątłym ilościowo (Skałkowski, Górka), dopiero w roku 1936 Giertych w „Tragizmie losów Polski” postawił jasne kryterium dla naszych ostatnich 200 lat dziejów: co było pożyteczne dla Polski i co

wówczas z tego punktu widzenia należało zrobić? Co byłby uczynił obóz narodowy? - jak dość naiwnie pisze. Oto odpowiedź Giertycha na dylemat Lelewelowski: „Jarzma lub upadku” (s. 135). Żaden Polak, mający jakie takie poczucie dumy narodowej, nie może bez rumieńca wstydu myśleć o tym, że Polska doznała takiego ograniczenia swojej suwerenności, jakim była gwarancja jej urządzeń wewnętrznych przez obce mocarstwo. Ale jeszcze gorszym i powodującym jeszcze większy wstyd upokorzeniem były rozbiory. Gwarancję trzeba było się starać zrzucić - ale nie wolno było tego czynić w sposób tak nieudolny, by dostać się z deszczu pod rynnę i zamiast zrzucenia gwarancji osiągnąć - obalenie państwa.- Nad usunięciem takich rzeczy, jak obca gwarancja, rozbiory itp., z chwilą gdy się raz dopuściło do nich, pracować trzeba następnie umiejętnie, wytrwale i przede wszystkim cierpliwie. Wybuchy zniecierpliwienia, gwałtowne szamotania się, nigdy tu celu nie osiągną - raczej położenie pogorszą. Pamiętając o okresie „gwarancji” w Polsce, pamiętać musimy zarazem, że takie same okresy przeżyły i niektóre inne państwa... (tu Giertych cytuje Szwecję, Węgry i Niemcy) Gwarancja obcego państwa jest rzeczą krępującą i upokarzającą. Ale ostatecznie nie tylko jedna Polska przeżyła w swych dziejach takie skrępowanie i upokorzenie. Lecz jedna tylko Polska poradziła sobie z tym upokorzeniem w ten sposób, że rzuciła się na oślep, z prawdziwie histeryczną nierozwagą w wir wydarzeń, rzekomo mającą ją od tego upokorzenia uwolnić, a w rzeczywistości będącą prostą drogą do daleko większego upokorzenia, jakiego żaden inny wielki naród prócz Polski nic doznał: blisko półtorawiekowych rozbiorów... Lelewel odmawia wyboru między lennem a rozbiorami. A przecież odmówić wyboru nie wolno było ludziom, których Bóg wówczas powołał na czoło narodu. Wyboru dokonać musieli i dokonywali go co dzień. Skoro tak było, nie wolno historykowi uwolnić się od tego obowiązku, nie wolno odwrócić głowy od swych bohaterów, nie iść za ich myślami do końca, wycofać się z pola, tak jak to czynił był Andrzej Zamoyski, wielki kanclerz koronny. Ludzie, których Bóg postawił na czele narodu, dokonać wyboru musieli i wyboru dokonali. Król wybierał jarzmo, konfederaci, Sejm Czteroletni, Kościuszko wybrali upadek. Król wybrał dobrze, przeciwnicy ile. Dlaczego? Dlatego, że król obliczał stosunek sił i możliwości międzynarodowe. Król wiedział, że wybiera pewien okres istnienia pod hegemonią Rosji, ale wiedział też, że za cenę tej hegemonii utrzyma integralność granic i zyska czas do naprawy ustroju, oświaty, skarbu, wojska, tego wszystkiego, bez czego i w najlepszej koniunkturze geopolitycznej państwo istnieć długo nie może, a co posiadając, przy zmianie koniunktury, łatwo mu przyjdzie lenna się pozbyć. Wszystko, co król przewidział, zamierzył, obliczył, okazało się trafne. Podniósł oświatę, polepszył ustrój, zaopatrzył skarb, dał podstawę pod wojsko. Nie Moskwa przeszkodziła mu ostatecznie w tych zamiarach. Przeszkodzili mu „patrioci”, „bohaterzy” - jak sami się nazwali i jak ich potem przez 150 lat dzięki fałszom historycznym nazywano. W najlepszym razie szaleńcy, jak ich nazwie przyszłość. Król naprawiał Polskę. Nie w epoce Sejmu Czteroletniego, który dzieło jego zdezorganizował, ale przedtem. Ten fakt nie ulega najmniejszej wątpliwości i jest uznany przez całą nowoczesną naszą historiografię. Nie pozostawało już nic innego, jak tylko czekać cierpliwie na pomyślniejszą koniunkturę międzynarodową. Mądry król wiedział, że chwila taka przyjść musi. Nieroztropni opozycjoniści sądzili zawsze, że chwila działania już nadeszła. Historyk wie dobrze, że król miał rację, że przewidywał trafnie. Zmiana położenia przyszła już w 1787 ze zjazdem w Kaniowie, potem

z rokiem 1796 ze śmiercią Katarzyny i nastaniem panowania Pawła, z wojnami napoleońskimi. Polska odradzająca się w tym tempie jak od 1773, gdyby nie przerwał wszystkiego sejm - zwany wielkim stałaby w obliczu nowych burz (które miały wyczerpać jej sąsiadów) niebywale wzmocniona. Niepodległościowcy, patrioci, opozycja wybrali źle, bo najzupełniej fałszywie ocenili prawdziwe przesłanki koniunktury zagranicznej, najzupełniej źle ocenili własne siły, własne położenie, kierunek rozwoju sił polskich i obcych. Zbyt wcześnie zapragnęli podłożyć ogień pod stos, na który kto inny drwa nosił (Czartoryski August - patrz „Słownik Biograficzny”). Stos zmarnowali, a płomień okazał się słaby i zimny. Że uczyniła tak konfederacja, to mniej dziwne. Była to sama esencja saskiego kołtuństwa, wszystko to, co walczyło z duchem postępu, z duchem reform. Ale sejm, Sejm Czteroletni! Jedna i druga droga była niedobra, mówi Lelewel - jarzmo lub upadek. Jakże więc rozgrzeszyć jednych, a potępić drugich? Żeby móc to zrobić, odkrywa historyk wreszcie swoje kryteria, miarę, według której ma sądzić ludzi i czyny. Kto idzie za obowiązkiem, za cnotą, nie bacząc na skutki (sic), ten jest nieodpowiedzialny, chociażby wskutek swych działań zgubił ojczyznę. Pereat Polonia, fiat virtus. Kto „kręci”, bacząc na skutki, i ich nie osiągnie, tego historia potępi. Pereat Polonia, fiat virtus. To hasło, pozwalające na rozdzielenie pojęcia obowiązku i cnoty od ojczyzny i narodu, hasło rzucone w połowie ubiegłego wieku przez człowieka, który stał się wychowawcą wielu pokoleń młodzieży, tłumaczy dużą część głupstw popełnionych przez nasz naród i nieszczęść, które wskutek tego nań spadły. Czyż jest dla przywódcy narodu obowiązek inny, jak baczyć na skutki swoich czynów, na skutki ponoszone przez miliony ludzi przez dziesiątki, a może przez setki lat? Naprawdę, po stokroć rację miał Górka, gdy w sto lat po Lelewelu rzuci pod adresem dziejopisarstwa polskiego straszne oskarżenie: „Poza szkołą krakowską, historia nasza jest historiografią nieodpowiedzialności narodowej”. I dopiero w sto lat po Lelewelu Dmowski i Skałkowski, powracając do zasad stańczykowskich, ustalą kryterium wprost odwrotne od tego wyrodnego ojca polskiej historii; według nich jedynym właśnie kryterium dla historyka jest skutek osiągnięty przez człowieka lub jego czyn. W międzyczasie hasła lansowane przez historyków szły coraz głębiej w naród i przygotowywały szereg klęsk i tragedii. Gdzie indziej może będziemy dyskutowali i ze Skałkowskim. Ale to, co Polsce przez 200 lat groziło i co ją zabijało, to nie nadmiar oportunizmu, ale jego niedostatek.

Henryk Schmitt
Kalinka wydał „Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta” w roku 1868, Szujski IV tom swoich „Dziejów Polski” i Henryk Schmitt „Dzieje Polski XVIII i XIX stulecia” równocześnie w 1866 r. Stąd niemożność czerpania przez obu z Kalinki i handicap na korzyść wszystkich innych historyków polskich. Tym niemniej w chwili, gdy pisarze ci przygotowywali swoje dzieła, były już ogłoszone publikacje zagraniczne, dokumentujące aż nadto jasno rolę działań dyplomatycznych przy pierwszym rozbiorze (Fr. Smitt). Naszym zdaniem zdolności Henryka Schmitta są nie docenione w historiografii polskiej. Jest to autor, który posiada duży dar budowy i opisu, dużą erudycję i chęć znalezienia

prawdy. Gdyby był zakończył swoje „Dzieje panowania Stanisława Augusta” lub „Rys dziejów narodu polskiego”, można by go zaliczyć do najzupełniej czołowych naszych dziejopisów. Później poniosła go żyłka polemiczna i być może niechęć do szkoły krakowskiej, która nie doceniła jego prac. Ale prace te pozostały i niezależnie od tez autora i jego kryterium będą na zawsze dobrze świadczyć o jego talencie i pracowitości. Tu zajmiemy się tylko jego poglądami na przyczyny upadku Polski, wyrażone w „Dziejach Polski XVIII i XIX stulecia”. I. Na s. 125, po opisie przegadanego sejmu 1738 roku, Schmitt czuje się w obowiązku dać analizę źródła zła, które gnębiło Rzeczpospolitą: ...Nie przeczę, że ustawy nasze co do czasu i trybu sejmowania jako przestarzałe były złe i niepraktyczne, lecz ludzie, którzy je wyzyskiwali na szkodę Rzeczypospolitej, byli stokroć gorsi... Zepsucie obyczajowe, które zawładnęło gdyby zaraza coraz bardziej Rzeczpospolitą, spowodowało upadek cnót obywatelskich, na których wszystko wyłącznie u nas polegało. Gdy bowiem w państwach rządzonych z mniejszymi lub większymi ograniczeniami samowładnymi, gdzie posłuszeństwo wymuszone siłą zbrojną i systemem rządowym trzyma wszystkich bez wyjątku na wodzy, a stojące w ciągłej gotowości wojennej wojsko zastępuje, a nawet przewyższa pod wielu względami zbrojne zastępy obywateli zwoływane w razie niebezpieczeństwa ku obronie ojczyzny - gdy mówię, w takich razach demoralizacja nie znosi ani nie zmniejsza ich siły zaczepnej ani odpornej, następuje przeciwnie w Rzeczypospolitach z upadkiem cnót obywatelskich bezsilność, ponieważ tu wytwarza się siła ze zbiorowego jedynie i dźwięcznego współdziałania, a oraz poświęcenia wszystkich wysiłków obywateli, co znów wyłącznie z cnót wywiązuje się obywatelskich. Jeżeli się zaś obyczaje skaziły, musiały się zachwiać i cnoty obywatelskie. Zdania powyższe zawierają nader trafną myśl, która urasta nawet do rozmiarów prawidła ustrojowego. Skoro siłę narodowi czy innej zbiorowości państwowej dać może tylko wspólne działanie, przeto pierwszorzędne znaczenie ma zagadnienie, jakie mają być urządzenia wspólność tę klejące? Historia wskazuje nam dwie więzie: więź dobrowolnego poświęcenia i więź posłuszeństwa obwarowanego prawem lub nakazem. Skoro tego drugiego w Polsce nie było, najzupełniej słusznie Schmitt pisze, że „na cnotach obywatelskich wszystko u nas polegało”. Są historycy, a Schmitt do nich się skłania, którzy upadkowi moralności z tej właśnie przyczyny nakreślają pierwsze miejsce w rzędzie przyczyn upadku Polski. Metodycznie biorąc, błąd czyni nasz historyk, gdy po wygłoszeniu powyżej cytowanych zdań, miast rozwijać dalej mechanizm działania upadku więzi państwowej na losy Rzeczypospolitej oraz usiłowania odbudowy tej więzi - rozwodzi się nad objawami pijaństwa i rozpusty w Polsce saskiej. Rozważanie jego również wymaga następującego uzupełnienia. Skoro więź jest dla istnienia państwa nieodzowna, zapytać się trzeba, która z dwu dróg wiodła szybciej i pewniej do jej odbudowania: droga naprawy obyczajów czy droga naprawy ustroju i posłuszeństwa? Wydaje się nam być rzeczą oczywistą, że tylko i jedynie naprawa ustroju mogła dać w tym przeciągu czasu, który był do dyspozycji, tj. poniżej generacji - więź między obywatelami, a co za tym idzie i siłę państwową dla obrony całości i niepodległości. Naprawa moralności, nieodzowna na dłuższą metę, ale wymagająca też czasokresu przynajmniej jednej generacji, którą trzeba było wychować, nie mogła nawet przy nadludzkim umoralnieniu

narodu dać zupełnego wyniku, skoro ustrój pozwalał jednej choćby najmniejszej frakcji albo jednostce uniemożliwić uchwały, których chciał i pragnął cały naród. Dalszym wnioskiem z tego rozważania jest zarzut przeciw naszym historykom-moralistom następujący. Ich żądanie, by społeczeństwo polskie XVIII wieku doszło nagle do takiej moralności, w jakiej ustrój Polski mógł dobrze funkcjonować, było nie do wykonania, jeśli nie jakościowo, to w każdym razie ilościowo. Co można i trzeba było szybko naprawić, to ustrój, więź ustawową, tak by w jej ramach sama moralność obywatelska większości społeczeństwa mogła znaleźć drogę do poprawy. Na wstępie II tomu „Dziejów Polski XVIII i XIX wieku” (tom ten poświęcony jest panowaniu Stanisława Augusta) daje Schmitt syntetyczny rzut oka na przyczyny ówczesnego upadku Polski. Przede wszystkim wymienia upadek władzy wykonawczej. Błąd ten, zdaniem jego, sięga wprawdzie czasów dawniejszych, ale wówczas nie był groźnym, gdyż „cnoty obywatelskie” kładły granice nadużyciom. Dopiero gdy duch walk religijnych doprowadził do zakładania szkół jezuickich, nastąpił upadek oświaty. Stąd 1) wątlenie ducha obywatelskiego, 2) podkopanie wolności sumienia. Mechanizmu, za pomocą którego nietolerancja wpłynęła na upadek patriotyzmu, Schmitt w ogóle nie wykazuje. Wystarcza mu zupełnie wyraz „za to”: Szkoły zaczęły dostarczać żarliwych przeciwników innowierstwa, którzy z sejmików i sejmu przemocą rugowali niekatolików, lecz za to spostrzegamy coraz mniej obywateli dbałych o dobro własnej ojczyzny... Ten nieszczęsny zwrot, pisze dalej Schmitt, ujawnił się już w połowie XVII wieku, lecz dobili Rzeczpospolitą królowie sascy „spiskujący z obcymi na upośledzenie Rzeczypospolitej”. Szczególnie fatalny wpływ przypisuje Augustowi II, mimo że cały następny rozdział wykazuje niezbicie, że właśnie ten król wiele pracował nad uniezależnieniem od Moskwy, a naród hegemonię tę właśnie na złość królowi utrzymywał. Przechodząc do Leszczyńskiego pisze Schmitt, że myśl powołania króla-Piasta łączyła się u szlachty z nadzieją zrzucenia tej hegemonii, że trzeba mu przyznać (stronnictwu Leszczyńskiego) „dążenia prawdziwie narodowe”. W okresie panowania Augusta III mamy znowu zarzuty pokornego stosunku dworu do carów, potępienie za to, że król „nie zdobył się na odwagę stawienia oporu i ledwo w drodze dyplomatycznej odważył się na pokorne przedstawienia”. Reasumując tę epokę pisze Schmitt: „Wolno więc twierdzić, że obaj Sasi, którzy na nieszczęście nasze panowali razem 66 lat blisko, doprowadzili Polskę stopniami do zupełnej zależności od Moskwy, a zdradzając niemal naród, chcący się wydobyć z tak ohydnego stosunku, uścielili mu drogę do nieuniknionego upadku”. Na s. 7 znajdujemy zdania, dotyczące wpływu dworu Leszczyńskiego na umysły w Polsce; w zdaniach tych między liniami można czytać inny znów - daleki zwłaszcza od Lelewelowskiego odrzucania francuszczyzny i cudzoziemszczyzny - ton krytycznego stosunku do własnego polskiego ustroju Rzeczypospolitej. Podkreślamy ten passus, bo frazes „swojszczyzny”, zrzucanie na obce wzory przyczyny wszystkiego złego, odżyje znowu u Korzona i ciągnąć się będzie w czołowym orszaku najszkodliwszych naszych historycznych zakłamań aż po wrzesień 1939 r. ... Wszyscy ci (odwiedzający Nancy) patrzyli za powrotem z pewnym niesmakiem na to, co się działo w ojczyźnie, a przesiąkłszy za granicą zasadami monarchizmu, szerzyli i w kraju

przekonanie, że tylko silny rząd monarchiczny może ocalić Rzeczpospolitą. Lecz przekonania te, wstrętne ziemianom... nie zyskiwały zwolenników. Każdemu prawie szlachcicowi zdawało się niepodobnym, by na całym świecie mogło istnieć coś doskonalszego nad ich Rzeczpospolitą, i dlatego sądziła przeważna większość, że byle ponaprawiać to, co się z biegiem czasu zepsuło, wszystko pójdzie najwyborniej. Było to niewątpliwie uprzedzenie szkodliwe, lecz dokąd istniało, rozbijały się o nie wszelkie projekty i plany naprawy gruntownej czy też odmiany powypaczanych i przestarzałych urządzeń społecznych. II. Schmitt jest pośrednim ogniwem między Lelewelem a stańczykami. Jego analiza historyczna jest bez porównania głębsza i erudycja bogatsza od Lelewela. Stąd też sprzeczności między faktami, które konstatuje, a ideami a priori, na których się opiera, są bardziej jeszcze rażące. Skonstatowawszy, że brak władzy wykonawczej był przyczyną upadku Polski, zaczyna Schmitt błądzić, gdy tylko wyrusza w podróż w poszukiwaniu źródeł tego braku. Wymienia tu na pierwszym miejscu „upadek cnoty obywatelskiej”, choć w pierwszym tomie swego dzieła postawił niesłychanie trafne odróżnienie więzi (między obywatelami) dokonanej za pomocą silnej władzy od tej, która pochodzi z patriotyzmu i cnoty. Skoro więc przyjął już potem, że brak silnej władzy był jednak przyczyną upadku, nie powinien się cofać w pogoni za cnotą, lecz szukać - jak to piszemy powyżej - przyczyn upadku władzy. Wszak silna władza nie musi wcale iść w parze z cnotami ani z wysokim stanem moralności. Autor jednak, idąc za swoją ulubioną myślą przewodnią, szuka przyczyn osłabienia cnót i widzi tu dwa główne źródła złego: 1) upadek oświaty, 2) nietolerancja religijna. O ile oświata, a może raczej wychowanie - najbardziej zaś styczność z wzorami zachodnimi - mogła podnieść poziom życia politycznego, o tyle - jak już pisałem - mechanizm, za pomocą którego nietolerancja miała się przyczynić do upadku patriotyzmu, ofiarności albo władzy wykonawczej, w żaden sposób nie da się ustalić, a nawet pomyśleć. „Nie zrozumiem nigdy - pisał Rembowski do Sobieskiego - w jaki sposób jezuici mieli być przyczyną upadku Polski” (list cyt. w przypisach dzieła „Król i car”). Ta pułapka jezuicka, w którą wpadł nawet Jowisz naszych historyków - Bobrzyński - jest jednym z najsilniejszych dowodów na niebezpieczeństwo konwencjonalnego frazesu w historiografii, jednym z jaskrawych przykładów na to, jak ciągle i jak ściśle trzeba konfrontować idee ogólne z faktami rzeczowymi i jak trzeba się zmuszać co krok do rysowania mechanizmu, za pomocą którego jakieś ogólne działania przynieść miały przypisywane im konkretne skutki. Dzieje konfederacji barskiej wykazują, że - odwrotnie do tego, co pisze Schmitt - nietolerancja religijna nie tylko nie szła w parze z obojętnością na dobro publiczne, ale nawet była jedynym niemal źródłem patriotycznej ofiarności. Co więcej, przez hipertrofię nierozsądnego patriotyzmu ta właśnie nietolerancja stała się w konfederacji barskiej bezpośrednią przyczyną pierwszego rozbioru. Tą konkretną - lecz jakże daleką od szlaku myślowego naszych dziejopisów - drogą trzeba by szukać złych konsekwencji działania jezuitów. Frazes antyjezuicki znalazł cały zastęp epigonów, wśród których Stachniuk ze swoją „grupą Zadrugi” doszedł do jego ostatecznych konsekwencji. Upatruje on w katolicyzmie wszystkie bez wyjątku nieszczęścia, jakie w ciągu wieków spotkały Polskę, sukcesy zaś widzi tylko w walce z nim. Rzecz prosta - szkoła Stachniuka, zupełnie apriorystyczna, ani razu nie trudzi się ścisłym przeprowadzeniem związku między tym, co uważa za przyczynę, a tym, co mieni być skutkiem, i służyć może jako ostateczna karykatura niechlujstwa myślowego i metodycznego, jakiego pierwszymi nauczycielami byli Lelewel i Schmitt.

Pokolenie z pierwszej połowy XX wieku nie powinno zbyt się dziwić swoim dziadkom, że uwierzyli naiwnie, jakoby jezuici byli przyczyną upadku Polski. Przecież w ciągu dwudziestolecia Polski odrodzonej wszystkie szkoły polskie uczyły zupełnie na serio niezliczone rzesze uczniów, że Polska upadła z powodu... braku dostępu do morza. Uczniacy wierzyli święcie w tę naukę; nad mechanizmem, w jaki sposób brak morza miał sprowadzić rozbiór, nikt się nie zastanawiał. Jeszcze inną ciekawą przyczynę upadku Polski podaje p. Mejbaum w broszurze pt. „Podstawy narodowego myślenia i narodowej polityki”, Lwów 1926. Oto co pisze (s. 12): Przyczyną upadku Polski była zła, bo przeciwna naturze (!) droga historycznego rozwoju, jaką naród nasz obrał z końcem wieku XIV (1385) i na jakiej ostatecznie się ustalił z początkiem XVI stulecia, przez definitywne w unii mielnickiej zjednoczenie państwa z całym, ogromnym państwem litewsko-ruskim. Autor, który pisał te słowa, był także sam historykiem i nawet debiutował studiami z epoki króla Stanisława - był więc jednym z tych, którzy mogli rękę włożyć do rany... Ale dziwaczność i znaczenie tezy polega na tym, że genealogia jej sięga nie gdzie indziej, jak tylko do Szujskiego, a potem do wielkiego Bobrzyńskiego, który twierdzi dosłownie, że przyczyną upadku była emigracja lepszych sił na wschód, tak że pozostałe siły drugorzędne silnej władzy już ustanowić nie mogły. Tezę tę obalili w zupełności Kariejew, Dmowski i Brzeski, cytując przykłady Anglii i Rosji, gdzie ekspansja na większą nierównie miarę spowodowała tylko wzmocnienie, nie zaś upadek społeczeństwa. Pozostaje zdumienie, że autor, który tyle elementów do podania prawdy tak jasno i głęboko ujął, w tym jednym zdaniu przyjął tak lekkomyślną tezę. Skoro jesteśmy niejako w gabinecie dziwactw, zacytujemy tezę Iłowajskiego o przyczynach upadku Polski, ogłoszoną w jego przedmowie do „Sejmu Grodzieńskiego”. Przyczyny te leżały, zdaniem, historyka rosyjskiego: 1) w sprowadzeniu Zakonu Krzyżackiego do Prus, 2) w tolerancji dla Żydów. W ten sposób od XIII względnie XIV wieku Polska już miałaby być skazana na upadek w wieku XVIII. Ostatnim cytatem z tej grupy będzie zdanie dr K. M. Morawskiego, który przypisuje winę rozbiorów organizacjom wolnomularskim. Autor znalazł mianowicie dowody na to, że postanowienia dotyczące akcji antypolskiej zapadły na zebraniach masońskich. W ten sam sposób, gdyby pewne decyzje polityczne zostały przyjęte w czasie obiadów, można by winić za ich skutki... kucharzy. III. Inna przyczyna upadku Rzeczypospolitej u Schmitta, to królowie sascy, którzy rzekomo dobili Polskę. Pomijamy tu ten problem. Zastanowimy się tylko nad drobną, ale wyraźną sprzecznością, jaka wynika z sądu historyka o propozycji Augusta II „rozbioru” Polski za cenę wzmocnienia władzy królewskiej. Schmitt stwierdza, że Piotr Wielki odrzucił tę propozycję, gdyż było dlań bardziej wygodne, a dla Polski gorsze, by miała obszar większy, a anarchię nie mniejszą. Mimo to, rzecz dziwna, Schmitt, a po nim także szereg innych historyków - z Askenazym na czele - potępiają jako zbrodniarza Augusta II za tę właśnie propozycję. Można by się więc tu zastanowić, czy Piotr Wielki, czy August II działał na szkodę Polski, ale w jednym i tym samym zdaniu potępiać jednego za to, że chciał widzieć Polskę mniejszą, ale silniejszą, a drugiego, że to odrzucił i wolał większą, ale słabszą, to urąga najbardziej elementarnej logice. Żeby nikt nie myślał, że naciągamy tekst, byle tylko znaleźć nonsens, cytujemy inkryminowane zdanie w całości. Brzmi ono jak następuje:

Król ten (August II) bowiem zaszczepił w Polsce zarazę obyczajową, wzniecił w zamiarach samowładnych wojnę ze Szwecją i zaczął pierwszy wchodzić w tajemne sojusze z carem moskiewskim, Piotrem, któremu chciał część dzierżaw Rzeczypospolitej oddać, aby tylko zapanować z jego pomocą w reszcie jako monarcha dziedziczno-samowładny. Lecz car, marzący o rozszerzeniu własnego państwa i o przyszłej przewadze tegoż w Europie, nie życzył sobie bynajmniej w Polsce króla samowładnego, który rozporządzając wielką siłą zbrojną, mógłby pokrzyżować jego plany i zamiary zdobywcze. Nikt teraz nie wie, czy Piotr, czy August działał na naszą szkodę? Pewne jest tylko, że mit integralności granic zagłusza tu najzupełniej jasne kryterium nacjonalistyczne, którym jest wznoszenie narodu w hierarchii międzynarodowej. Brak jasnego kryterium wywołuje dziwolągi i sprzeczności, od jakich roi się nasza historiografia. Stanowisko pełne oburzenia przeciw jednemu i drugiemu jednocześnie sposobowi wyjścia z danej sytuacji przejawia się dość często u naszych historyków. Nie potrzeba dodawać, jak fatalnym pedagogicznie jest ten sposób pisania. Jest to metoda wykręcania się za pomocą frazesu z problemu politycznego: potępić jednych i drugich, nie wskazać, jakie było wyjście słuszne. A przecież politycy ani wtedy, ani dzisiaj, ani jutro - gdy problem się powtórzy, a problemy tak zasadnicze powtarzają się zawsze - nie będą mogli wykręcić się frazesem. Będą musieli wybrać albo jedną, albo drugą drogę. Obowiązkiem historyka jest wykazywać, które wyjście było lepsze, a które gorsze, kształcić kryteria, kształcić decyzję, poczucie odpowiedzialności, a nie rozwijać systemu gołosłownych protestów przeciw wszystkiemu i przeciw wszystkim.12 Następuje apologia stanisławczyków, kwalifikująca ich jako „prawdziwie narodowe” stronnictwo. Co to znaczy? To znaczy, że chcieli wprowadzić na tron króla, przeciw któremu była Rosja i Austria, i mieli
12

Jak metoda potępienia najbardziej sprzecznych możliwości jest droga naszym historykom, niech będzie na to dowodem następujący cytat z Konopczyńskiego „Genezy Rady Nieustającej” - nawiasem mówiąc - najlepszej rzeczy tego autora. Cytat odnosi się do decydującego momentu, gdy z jednej strony ambasador króla pruskiego w Petersburgu hr. Solms finalizował rokowania nad pierwszym rozbiorem, z drugiej - Saldern w Warszawie robił rozpaczliwe, choć niezgrabne wysiłki dla spacyfikowania Rzeczypospolitej i uratowania jej całości za cenę ścisłego związku z Rosją (s. 147): „Chodziło (Rosji) o stworzenie zastępu własnych kreatur, które by wszystko zawdzięczały Rosji i służyły jej równie dobrze do zneutralizowania sił polskich jak... król August III. Najpierw tedy Repnin, potem Wołkoński, Weymarn, Saldern biedzili się nad ukręceniem bicza z piasku na Polskę - daremnie. Jałowy piasek rozsypywał się za lada podmuchem. Bezduszną «Radę Patriotyczną» rozpędził sam ambasador Saldern, poznawszy jej lichotę. Było to na wiosnę 1771 r., kiedy konfederatów prowadził do ofensywy Dumouriez, a Austria wobec wojny rosyjsko-tureckiej przybierała groźną postawę. Sprawa rosyjskiej hegemonii nad Polską zawisła na włosku. Fryderyk dobijał w Petersburgu targu o Prusy Zachodnie, dawny program Piotra Wielkiego musiał runąć, jeżeliby się nie znalazł w Rzeczypospolitej żywioł, godny rosyjskiego zaufania, a zdolny do uspokojenia kraju pod znakiem gwarancji praw dysydenckich i nierządu. Saldernowi udało się chwilowo uwieść króla i pchnąć na konfederatów wojsko Ksawerego Branickiego: nie udało się z Czartoryskimi. Solms w Petersburgu zwyciężył. Ambasador ujrzał się bez najmniejszego punktu oparcia, półwiekowe wpływy rosyjskie zrujnowane...” Dziwność tego passusu polega na tym, że Konopczyński sypie inwektywy na ewentualnych sprzymierzeńców rosyjskich (zastęp własnych kreatur... bicz z piasku na Polskę... żywioł godny rosyjskiego zaufania... pod znakiem... nierządu), a potem pisze o pozyskaniu króla: „udało się uwieść”, a jednocześnie w tychże samych zdaniach stwierdza zupełnie wyraźnie, że właśnie wskutek niepowodzeń Salderna w Polsce i braku tych sprzymierzeńców Prusy zwyciężyły, co znowu zdaje się ganić - i nastąpił pierwszy rozbiór. Otóż naszym zdaniem historyk powinien tu był albo pisać bez tendencji, albo już powiedzieć, czy lepiej było pomóc Saldernowi i przez to ratować całość Polski, czy też nie - tak jak Schmitt powinien był orzec, czy August II, czy Piotr Wielki naprawdę Polsce zaszkodził, działając jeden dla wzmocnienia władzy królewskiej, drugi dla jej osłabienia?

rzekomo nadzieję, że król ten ocali niezależność Polski O tym, że zależność jest funkcją nie tego czy innego króla ani jego zamiarów, ale siły państwa, jego siły zbrojnej i administracyjnej, że siły te uzyskać można szybciej znacznie, mając na tronie dynastę saskiego niż szlachcica wielkopolskiego, o tym ci „narodowcy”, którzy zaczęli działalność od zniesienia korpusu kadetów założonego przez Augusta II i od redukcji wojska - nie pomyśleli. Toteż kwalifikacja ich, tak jak i wszystkich potem, niestety, tak licznych potomków duchowych „patriotów”, musi być niekorzystna. Od tej chwili nieprzerwanie bowiem aż po Sejm Czteroletni, a potem po rok 186313, cechy istotne i niezmiennie się powtarzające tych pseudopatriotów są następujące: 1) Niezdolność do przewidywania, brak przewidywania skutków swoich pociągnięć - i niechęć do pracy etapami 2) Skrajna naiwność i brak przewidywania reakcji poszczególnych mocarstw. 3) Nieliczenie się ze stosunkiem sił własnych do sił przeciwnika. 4) Charakterystyczna wiara w „wierność” Francji 5) Stąd idące zaniedbanie gotowania sił własnych. 6) Fatalnie wybrany moment rozprawy. 7) Na końcu apoteoza bohaterstwa wyczynów swego obozu w przeszłości i negowanie jakichkolwiek nawet najbardziej oczywistych doświadczeń, płynących ze stałego powtarzania tych samych błędów. Ostatni z powyższych punktów wymaga zasadniczego komentarza. Poprzednie bowiem punktacje biją oczywiście wyłącznie w przywódców danego kierunku politycznego; wykonawców ani bojowników niższych rangą wcale nie dotyczą. Ostatni punkt natomiast mógłby wywołać pewne wątpliwości: czyżbyśmy negowali lub umniejszali bohaterstwo naszych żołnierzy-powstańców? Bynajmniej. Tu trzeba wyjaśnić stanowczo i raz na zawsze, że cała cześć, jaka się należy tym dzielnym, częstokroć bohaterskim ludziom, pozostać musi w tradycjach narodu i utrzymać należne sobie miejsce. Co jest niedopuszczalne i co piętnujemy tu z naciskiem, to stała praktyka naszych przywódców powstańczych - mam na myśli przywódców politycznych, nie zaś wojskowych - zakrywania swoich błędów tak szczelnie obrazem bohaterstwa szeregowców, że ich naród w końcu wcale nie dostrzega. Najbardziej nawet szaleńcze poczynania mogły ujść na sucho, byleby zdołano pchnąć jakiś oddział do jakiegoś zwycięskiego lub przynajmniej bohaterskiego starcia. Rozdymano wówczas tak potężnie to bohaterstwo, zasłaniano się nim tak dokładnie, że kapitalne błędy, których skutkiem było niepotrzebne zacofanie narodu i upadek na długie lata, dały się upiec bezkarnie, a nawet jeszcze gloryfikować ochłapem sławy - wykradzionej poległym bohaterom. Sytuację tę kapitalnie ujął jasny jak zwykle umysł Dmowskiego: „Mówiąc o powstaniach - pisze w «Polityce polskiej i odbudowaniu państwa», gdzie potępił powstania - mówię o czynach ludzi, którzy robili politykę powstańczą. Nie mówiąc o tych, którzy się bili: to żołnierze, do których polityka nie należy. Z chwilą, kiedy poszli za wezwaniem do walki o wolność czy niepodległość Polski, za wezwaniem tych, którym zaufali, ich rzeczą było dobrze bić się, być dobrymi żołnierzami, nic więcej...” A dalej: „Żołnierz jest odpowiedzialny tylko za to, czy jest dobrym żołnierzem, za swą odwagę, wierność, obowiązkowość. Dowódca jest odpowiedzialny za to, jak tym żołnierzem kieruje. Polityk jest odpowiedzialny za samo użycie wojska. Mnie tu obchodzą tylko politycy, tylko organizowanie zbrojnych poczynań. I od początku tylko nimi się zajmuję.”
13

Rozdział ten był pisany przed powstaniem warszawskim.

Dalej poszedł nie mniej znakomity teoretyk polityki polskiej, Koźmian, w swej „Rzeczy o 1863 roku”, gdy pisze, że szereg naszych świetnych potyczek i bitew w powstaniu listopadowym przyniosło skutek szkodliwy, gdyż następne pokolenie widziało w pojęciu „powstania” tylko sławę wojskową, nie zaś ważniejszy nade wszystko problem polityczny. Tu teza nasza zbliża się bardzo do głosu Koźmiana, jest może tylko doprowadzeniem jej do ostatecznych konsekwencji. No dobrze - odpowiedzą czytelnicy - ale czy nie jest słuszne obarczać odpowiedzialnością przywódców patriotycznych za część następstw ich kierownictwa, to jest za klęski i niewolę, a nie sławić ich za drugą część następstw ich działalności: blask, jakim okryły walki powstańcze oręż polski? Wszak gdyby powstań nie wywoływali, tych walk zwycięskich by nie było. Na to zastrzeżenie odpowiedzieć trzeba, że po pierwsze: wprawdzie walki bohaterskie wypłynęły wskutek wywołania walk i bez nich nie miałyby miejsca, ale walki staczał kto inny, a plany powstań robił kto inny. W tym podziale pracy, jak słusznie podniósł Dmowski, wojsko robiło swoje - politycy nie. Po drugie, a to drugie jest i najważniejsze, nie ma równowagi między korzyściami moralnymi z powodu walk bohaterskich a szkodami moralnymi i materialnymi, poniesionymi wskutek nierozsądnie rozpętanych powstań. Zasadniczo biorąc, w historycznej ocenie ludzi i obozów idzie nie tylko o ich cel, ale i o celowe działanie, o porządną robotę informacyjną i przygotowawczą i o wyzyskanie maksimum możliwości powodzenia. U stanisławczyków i ich licznych epigonów nie ma tego ani śladu. Wyprzedzili oni genialną formułkę naszego poety: „rozumni szałem”. Innego rozumu jak szał ci konsekwentni grabarze Polski nigdy nie mieli. IV. W opisie sejmu konwokacyjnego Schmitt przybiera postawę wroga Familii, choć wielokrotnie na innych miejscach przypisuje im właśnie zasługę poczynań reformatorskich. Odtąd spada na nich (tj. na Czartoryskich) - pisze Schmitt - cała odpowiedzialność za wszystko, co się później stało, a żadne wykręty nie uwolnią ich od tej odpowiedzialności wobec Boga, świata, narodu i potomności. Jeżeli bowiem sami dobrowolnie wzięli na swoje barki ciężar odrodzenia Rzeczypospolitej i postawienia jej w możności utrzymania nadal bytu niepodległego, jeżeli uciekali się do nieprawych a nawet gwałtownych środków i obce do kraju sprowadzili wojsko, aby tylko zgnieść przeciwników, zmusić ich do przyjęcia wszystkiego, co im będzie narzucone, jeżeli z zajadłością prześladowali przeciwników... ustaw... odpowiadają sami wyłącznie za wszystkie niepowodzenia, nieszczęścia i klęski, które wskutek ich wystąpienia i wskutek ich reform spłynęły na ojczyznę. Nie tłumaczy ich wymówka, że mogli się pomylić... ponieważ pomyłka w polityce jest zbrodnią, jeżeli staje się powodem tak strasznej katastrofy, jaką była i jest dla narodu zagłada Rzeczypospolitej... (t. II, s. 65). Zaraz potem przyznaje, że przy liberum veto „wszelka naprawa była bezwzględnie niepodobna”, lecz dowodzi, że trzeba było działać stopniowo i łagodnie. Gdy zaś Czartoryscy narzucili się na sterowników pod opieką Moskwy, a miast ocalić ojczyznę, przyspieszyli jej upadek, ściągnęli tym samym odpowiedzialność na siebie za wszystkie wynikłości i skutki następne.

Pokrewieństwo z Lelewelem przejawia się nagle i silnie tam, gdzie by się go można najmniej spodziewać. W naganie mianowicie Czartoryskich za formalne przekroczenia na sejmie konwokacyjnym: Wystąpienie ich w dniu otwarcia sejmu było jawnym pogwałceniem ustaw, na co nie ma żadnego usprawiedliwienia. Strona zaś hetmańska nie w tym pobłądziła, że wydała manifest przeciw gwałtom i obecności wojska obcego, ale że zamiast gwałt siłą odeprzeć, dała się wypłoszyć ze stolicy i kraju. Ta niechęć do łamania prawa, nawet tam, gdzie prawo to jest powszechnie uznane jako zgubna i przestarzała formalność, dziwi u autora, który w tymże tomie (s. 22) taki zarzut stawia Wacławowi Rzewuskiemu: ...lecz był więcej teoretykiem niż mężem stanu, który by nie oglądając się na formy i nie oddając im czci bałwochwalczej, gotów był je przełamać, byle dojść do celu zamierzonego... W sumie duży talent Schmitta został - z powodu braku jasnych kryteriów i wpływu Lelewela zupełnie zmarnowany dla kształcenia naszej myśli historycznej.

Szujski
I. Poglądy Szujskiego na przyczyny upadku Polski i na rozwój wypadków w XVIII i XIX wieku ulegały pewnej ewolucji. W „Dziejach Polski podług ostatnich badań” (Lwów 1866) zajmuje stanowisko, które stanowi pewien postęp w stosunku do Lelewela i Schmitta, ale które nie zbliża się jeszcze nawet do Kalinki. Potem pod wpływem Kalinki i stańczyków dojrzewał myślowo i brał najwalniejszy udział w dyskusjach historycznych w ich właśnie szeregu. Wpływ Szujskiego był bardzo duży. Szujski był poetą i był także mistrzem prozy, największym talentem literackim wśród historyków obok Askenazego. Na s. 375, gdy sygnalizuje pogorszenie się naszej sytuacji międzynarodowej po ukończeniu wojny siedmioletniej, rzuca po raz pierwszy zagadnienie winy upadku Polski. Passus ten należy przeczytać dosłownie: Uratowanie Polski zależało od wewnętrznego przeobrażenia, od moralnego stanu i politycznej dojrzałości narodu z jednej strony, od uczciwej polityki ościennych mocarstw z drugiej. Pierwszy warunek podrósł silnie w ciągu trzydziestolecia, drugiego nie było. Przeciwnie, w miarę podrostu pierwszego polityka ościenna... wystąpiła z miedzianym czołem bezwstydnego gwałtu, zdrady i grabieży. Ten fakt niezaprzeczony zdejmuje odpowiedzialność za upadek narodu wobec Europy, a ładuje ją na barki tych, co go dokonali, na system polityczny, który go wywołał. Nie dekretem prawa narodów, ale dekretem prawa pięści upadła Polska ostatecznie. Zaczynając od warunku „uczciwej polityki mocarstw” powiedzmy po prostu za Górką, że gdyby przyjąć ten postulat jako warunek sine qua non istnienia Polski, skazywałby on nas na nieistnienie.

„Pożądliwość” bowiem, według terminologii Balzera, a „nieuczciwość” wedle Szujskiego, w gruncie rzeczy synonimy, są cechami nader częstymi polityki międzynarodowej. Prędzej państwo może rozstać się ze swoją potęgą lub niepodległością, niżby pominęło drogi Racji Stanu i odwrotnie; ledwo które państwo wyzbywa się rozumu politycznego, już może się stać ofiarą sąsiadów, którzy dzioba i pazurów do lamusa nie chowają. Rzeczywiście sytuacja geopolityczna Polski była taka, że istnieć jako mocarstwo zupełnie niezależne nie mogła. Dokładne powtórzenie tej sytuacji będziemy mieli w dziesięcioleciu 1930-1940. Teoretyczną możliwością w XVIII wieku było zniszczenie jednego z ramion kleszczy zwierających się nad Rzeczpospolitą. W praktyce droga ta nie istniała, gdyż Rzeczpospolita wychodziła z okresu głębokiego upadku ustrojowego, wojskowego, gospodarczego, a przede wszystkim moralnego i politycznego, i siły jej, niedostateczne do obrony, były niezdolne marzyć o pogromie Prus lub Moskwy takim, jak by to zrobił Batory, jak o tym jeszcze zamyślał Sobieski. Czyżby więc ratunku nie było? Nie było, jeśli pod wyrazem Polska rozumiemy mocarstwo zupełnie samodzielne i niezależne. Jarzmo lub upadek - wołał Lelewel w chwili jasnowidzenia w koniunkturze i w prądach ekspansji ówczesnych sił europejskich. Ale „jarzmem” Lelewelowskim mogła być niepodległość, przy utracie jedynie samodzielności. Mogła nią być unia dynastyczna z Rosją albo Prusami, albo i z Austrią. Lepszego wyjścia jak to nie było. Historia wykazała, że były wyjścia gorsze. Czartoryscy zdawali sobie chwilami sprawę z tego, że Polsce grozi rozbiór, już od 1731 r. (patrz „Słownik Biograficzny”: Michał Czartoryski). Choiseul liczył się z tą możliwością w r. 1762 (Instrukcja do Paulmy, cyt. Szujski, t IV, s. 352). Hasłem do rozbioru musiałaby być wszelka próba zupełnej samodzielności i każdy objaw anarchii. Przyjęcie protektoratu przy silnej pracy nad formami wewnętrznymi, to było jedyne wyjście przy danej koniunkturze. Naszym zdaniem koncepcja taka nie kolidowała wcale z ideą Polski. Przeciwnie, jeżeli celem polityki polskiej jest zdobycie coraz wyższego szczebla w hierarchii narodów, to tylko wyjście reformistów odpowiadało mu w zupełności. Dawało najlepsze położenie osiągalne na teraz, najlepsze widoki na przyszłość. Ratowanie Polski do przetrwania koniunktury. Oto było hasło Czartoryskich i króla. Ich przeciwnicy, do których oni sami potem doskoczyli, stronnictwo hetmańskie najpierw, patriotyczne potem, potrafiło pogrążyć sprawę Polski tak, że cały szereg doskonałych koniunktur już nie pomagał. Zjawiali się wtedy zawsze nowi „patrioci” i pogrążali naród w coraz gorsze klęski. Dopiero Dmowski w jakże ciężkich warunkach wziął się do odrabiania złego. Drugim, a raczej według historyka pierwszym warunkiem ratunku było „wewnętrzne przeobrażenie”. Oczywiście, jeżeli przeobrażenie to nic a nic nie mogło pomóc w owej fatalnej koniunkturze, to jednak bezeń nie można było marzyć i o etapie następnym, tj. o zwycięskiej akcji w lepszej aurze międzynarodowej. Przeobrażenie wymagało czasu. Czas wymagał protektoratu. Rozumieli to w początkach panowania Poniatowskiego Czartoryscy, nie rozumieli tego „patrioci”. Ich hasłem była „samodzielność” i „złota wolność”. Konfederacja radomska okazała, że dla zachowania „złotej wolności” poświęcili samodzielność i gotowi byli poświęcić integralność Polski. Stwierdzając, że pierwszy warunek, tj. reformy, został częściowo dokonany, ale że Polska upadła ostatecznie „dekretem prawa pięści”, traci Szujski logiczną podstawę do apelu nad podniesieniem narodu, który umieszcza zaraz po cytowanym na s. 1 passusie. Słusznie nazwał Górka historiozofię „winy obcej” pesymistyczną. Jeżeli bowiem Polska upadła wyłącznie dekretem prawa pięści, to co

pomóc może praca nad odrodzeniem wewnętrznym. Sylogizm Górki jest błędny z powodu braku definicji pojęcia „upadła”, jak to wyjaśnimy obszernie na stronach poświęconych Górce. Tu sformułujemy raz jeszcze, w przeciwstawieniu do Szujskiego, tezę własną, tezę koniunktur. 1. Polska musiała stracić samodzielność w danej koniunkturze i na to żadna reforma wewnętrzna nie mogła pomóc. Mogła natomiast, pomnażając siły narodowe, dać nam w epoce lennej lepsze warunki. 2. Ze zmianą koniunktury geopolitycznej Polska mogła odzyskać i samodzielność, i dalszego istnienia i potęgi gwarancję w postaci hegemonii na wschodzie. Ale na to były konieczne siły wewnętrzne, do których dojść można było tylko drogą głębokich reform - i społecznych, i ustrojowych. Zdanie swoje o zdjęciu odpowiedzialności i przerzuceniu jej na barki tych, co rozbioru dokonali, osłabił znacznie Szujski, pisząc w zakończeniu (s. 723): „Do tych prawd należy uznanie, któremu największego rozpowszechnienia życzymy, że upadek Rzeczypospolitej spowodowała własna nasza kilkuwiekowa wina”. II. Na s. 376 w paragrafie 132 zatytułowanym „Przegląd i podział trzydziestolecia panowania Stanisława Augusta” daje Szujski następującą syntezę pierwszego ośmiolecia tego panowania: Bogata (epoka) we wszystkie objawy długoletniego złego, zdrajcze i polityczno-głupie konszachty z nieprzyjacielem... przekupstwo obok prywaty i dumy magnackiej, bogata w gwałty opiekuńczej Moskwy. Stronnictwo reformistów pobite ustępuje z pola, oligarchia magnatów zaprzedanych Moskwie zwycięża. Dodatni biegun narodu niepodległości pragnący zrywa się do walki przeciw Moskwie i nowemu porządkowi w konfederacji barskiej. Dzieje się to z całą nieudolnością starej polityki, rachującą na stanowczą pomoc postronną, i krzykliwością sejmikową wśród społeczeństwa ociężałego i zepsutego. Konfederacja oprócz zamieszania nic nie sprawia, ginie. Moskwa, Prusy i Austria korzystając z zamętu przystępują do pierwszego rozbioru. Synteza powyższa zawiera pewien postęp w stosunku do Lelewela, polegający na prawdziwym ocenianiu konfederacji barskiej. Natomiast najzupełniej fałszywy jest passus następujący: „Stronnictwo reformistów pobite ustępuje z pola, a zwycięża oligarchia magnatów zaprzedanych Moskwie” oraz że „dodatni biegun zrywa się do walki” z Rosją. Do zdania tego trzeba dodać następujący komentarz faktyczny. Oligarchii magnatów zaprzedanych Moskwie w tej epoce wcale nie było. Z Moskwą trzymali właśnie reformiści. Po kapitulacji reformistów doszło do głosu stronnictwo „złotej wolności”, a nie „oligarchia zaprzedanych magnatów”, i za cenę obalenia reform i detronizacji króla oddało się carowej. Gdy Repnin obietnic nie dotrzymał, a ponadto zmusił sejm do uchwał na rzecz dysydentów, toż samo stronnictwo, które zwyciężyło po ustąpieniu reformistów - a nie żaden „dodatni biegun” - teraz założyło konfederację barską. Rzadko w paru słowach można zamieścić taki ogrom fałszywych, wprost odwrotnych do rzeczywistości obrazów, jak to uczynił Szujski.

Jak powiedzieliśmy, mimo kwalifikacji konfederacji barskiej jako dodatniej, przypisuje jej Szujski pośrednią winę pierwszego rozbioru. Kalinka pójdzie tu jeszcze dalej i nazwie konfederację bezpośrednią przyczyną rozbioru. Dopiero Konopczyński podejmie zupełnie gołosłowną próbę jej rehabilitacji. Jakkolwiek tę sprawę rozstrzygniemy, jedno jest pewne, a mianowicie, że ostatnie z cytowanych zdań Szujskiego: „Moskwa, Prusy i Austria, korzystając z zamętu, przystępują do pierwszego rozbioru” nie odpowiada prawdzie ani nawet ówczesnemu stanowi badań historycznych. Moskwa wcale nie korzystała z zamętu, przeciwnie, lękała się zamętu, robiła, co mogła, by mu zapobiec, właśnie dlatego, aby rozbioru nie było. Rzeczpospolita była jej faktyczną domeną lenną i rozbiory nie leżały w jej interesie. Czy czytać ten sąd będzie naszym rodakom przyjemnie, czy nie, trzeba się zdecydować wreszcie uznać go za nie ulegający żadnej wątpliwości. Z chwilą gdy postanowiliśmy zrzucić z historyków naszych płaszcz frazesu i tromtadracji, w jaki się szczelnie otulali, zakrywając prawdę i wykolejając rozumowanie - nie widzimy powodu, dlaczego mielibyśmy tu na fałsz zamknąć oczy. III. W tejże samej syntezie panowania Poniatowskiego Szujski tak określa okres Rady Nieustającej: Zmniejszonemu i zmordowanemu krajowi narzuciła opieka moskiewska rząd najwygodniejszy dla siebie, rząd oligarchiczny, Radę Nieustającą. Kierunki dodatnie przeobrażenia wewnętrznego i odzyskania niepodległości mają czas rozwinąć się i zmocnieć, szerząca się oświata dodaje im zdrowia i siły. Od 1776 do 1788 widać organiczny postęp. Prawdą jest, że Rada Nieustająca była najwygodniejszą dla Moskwy, ale niemniej prawdą jest także, że była stokroć pożyteczniejszą dla Polski, nie tylko od rządów poprzednich, ale i od... następnych. Był to bez względu na swoją genezę pierwszy rząd w Polsce o charakterze europejskim. Ale idźmy dalej za Szujskim: Wojna Moskwy z Turcją i przyjaźń Prus i Anglii ku Moskwie podaje wreszcie sposobność urzeczywistnienia zamiarów reformy. Rozpoczyna się Sejm Czteroletni, owoc naszego życia i naszej oświaty... (tu następuje pochlebny opis dzieł sejmu). Opinia przeważnej części narodu wspiera go, obrażana ambicja, kołowacizna dawnej nierządnej wolności, poszkodowana chciwość i potępiona sprzedajność podnoszą na dzieło sejmu mściwą rękę w konfederacji targowickiej, popartej pomocą Moskwy... Wtedy rozpada się nagle podbudowany dopiero gmach przyszłości... wojnę o niepodległość paraliżuje przejście króla do Targowicy, aliant zdradza. Mistyfikacja Szujskiego jest tu przejrzysta. Apoteozuje on bez zastrzeżeń dzieło Sejmu Wielkiego, winę upadku Polski przypisuje Targowicy. Tym dziwniejsze, że w szczegółowym opisie działań sejmu wylicza się jego błędy. Ale dopiero Kalinka ustalił z naciskiem, że sejm najpierw prowokował Rosję, a potem dopiero, na długo potem, zajął się na serio odbudową skarbu i wojska; że uchwałę o armii 100-tysięcznej zredukowano potem do 60 000 - do tylu prawie, ile sam Repnin proponował w 1766 roku, przeszło dwadzieścia lat wcześniej. Skałkowski rehabilitując Kalinkę zajmie wreszcie, ale dopiero w drugim dziesięcioleciu Polski odrodzonej, wobec Sejmu Czteroletniego stanowisko zupełnie konsekwentne. Zapyta po prostu: czy sejm ten swoją prowokacyjną postawą i nieprzebranym gadulstwem nie zakorkował i nie storpedował potem całkiem naprawy stopniowej i solidnej prowadzonej przez króla? Sam Bobrzyński za Kraszewskim jeszcze cofnął się przed sformułowaniem tak krytycznego zdania wobec aktu, dokoła którego ogłupione tłumy naszych rodaków paliły kadzidła i wyładowywały chorobliwą potrzebę samochwalstwa. Fakt pozostanie faktem, że nikt

Skałkowskiemu nigdy żadnego poważnego argumentu nie przeciwstawił. Ponieważ przy sądzie o Sejmie Czteroletnim będzie jedna z najrzadszych różnic zdań między nami a Bobrzyńskim, rzecz przedyskutujemy obszernie.

Kalinka
I

I. Kalinka jest najlepszym, największym z polskich historyków. Wiele naszych głupstw i nieszczęść w epoce dwudziestolecia Polski odrodzonej poszło stąd, że odsunięto od wszelkiego udziału w rządach stańczyków galicyjskich generację wychowaną na Kalince. Gdy czytamy jego „Sejm Czteroletni”, widzimy dopiero, ile dawnych błędów powtarzaliśmy bezwiednie w nowym sejmie. Przede wszystkim odrodził się nietknięty kult frazesu. Kalinka, jak to jeszcze powiemy, bije wszystkich historyków naszych głęboką znajomością polityki międzynarodowej. Nim Kalinka stał się historykiem, był nie tylko publicystą, ale i agentem Hotel Lambert. Miał dobrą szkołę polityczną i żywy kontakt z arkanami dyplomacji europejskiej. Miał dostęp do wszystkich większych archiwów i umiał z nich korzystać. A co ważniejsza, Kalinka miał odwagę cywilną pisania rzeczy niepopularnych. Trwałą zasługą Kalinki jako historyka XVIII wieku jest zerwanie z przedstawieniem schematu upadku jako znęcania się niedobrych sąsiadów nad niewinną i bezbronną Polską. Schemat bajeczkowy, doskonały dla epoki przedhistorycznej, legendarnej, jednak uświęcony opinią nie tylko Mickiewicza, ale i pierwszych rzeczy Szujskiego, Kalinka obalił. Przedstawił on szereg faktów, dowodzących niezbicie, że nie wszyscy sąsiedzi działali planowo w kierunku osłabienia i rozbioru Polski. Zwłaszcza Rosja (ten wróg nr 1 na skutek teorii naszych romantyków) nie tylko do rozbiorów nie dążyła, ale i była im wprost przeciwna. Jeżeli mimo to rozbiory przeprowadziła, to stało się to nie tyle na skutek genialnej taktyki Prus, ile z powodu samobójczych, rozpaczliwie bezrozumnych wyskoków naszych własnych. Teza o wrogim nastawieniu Katarzyny II do idei rozbiorów Polski jest zbyt ważna i płodna w konsekwencje, byśmy nie mieli się nad nią trochę dłużej zastanawiać. Została ona udowodniona przez Fryderyka Smitta i Sołowiewa i do nich odsyłamy czytelników, którzy by chcieli zgłębić to zagadnienie od strony źródeł. Sybel rozgłosił tezę o niemożności istnienia jednoczesnego silnej Polski i silnych Prus o dziejową alternatywę: Polska albo Prusy - tezę, którą Fryderyk II już dawno ustalił. Za tym przykładem poszli słowianofilscy publicyści, a po nich i historycy rosyjscy. Utrzymywali oni, że Rosja zajmowała się przez wieki konsekwentnym „zbieraniem ziem” ruskich i słowiańskich i że pojedynek śmiertelny o te ziemie musiał być między Moskwą a Polską rozegrany. Tylko że jeśli teza Sybela znajduje aż nadto potwierdzeń ze strony rządów pruskich, to teza słowianofilska spotyka się wprost przeciwnie co krok z dementi tajnych działań Katarzyny. Rosja nie widziała w XVIII wieku korzyści w rozbiorach, nie dążyła do rozbiorów. Oto co ukazał Polsce po raz pierwszy i z wielką siłą Kalinka.

Do czasów Kalinki historiografia, a z nią cała opinia polska, była głęboko przekonana, że to Rosja była autorem i inicjatorem rozbiorów. „Te są charaktery rozbioru Polski - pisze Mochnacki w «Powstaniu» (s. 128):-polityka gabinetu berlińskiego ciemna, akces Austrii mimowolny - rzeczywiście samej tylko Moskwy postępowanie w tym rozboju niesie na sobie cechę wielkiej konsekwencji i rozumnej przewrotności, na ostatek zgody z naturą tego mocarstwa i jego rozległymi widokami”. Mochnacki był nie tylko ojcem powstania 1830 roku, ale i protoplastą w prostej linii powstania 1863 r. Przekonanie o winie Rosji w rozbiorach było jedną z walnych przyczyn jego i jego towarzyszy spisku, nastawienia antymoskiewskiego. Chciałbym jak największy nacisk położyć na powyższe zdania. Dzisiaj, 75 lat po ukazaniu się dzieła Kalinki, gdy całe nasze dziejopisarstwo przyjęło jego tezę i już tylko krętymi drogami odgrzewa się pretensje do Rosji za pierwszy rozbiór (patrz niżej notatkę o Feldmanie), zaciera się doniosłość dokonanego wówczas przewrotu. Trzeba dobrze pamiętać, że Mochnacki był - jak to poświadcza Tokarz („Wojna 1831”) - wychowawcą wielu pokoleń naszej młodzieży. Na tezie o winie Rosji w organizacji rozbioru i na tezie o winie jej w powtórzeniu rozbioru na kongresie wiedeńskim (Hoffmann i znów Mochnacki) jak na dwu filarach opierała się potężna i fatalna dla naszej przyszłości propaganda antyrosyjska, szerzona przez naszych dziejopisów. Tu wyraźniej niż kiedykolwiek będziemy mogli obserwować olbrzymi wpływ historiografii na losy narodu i, co za tym idzie, złowrogie skutki podawania fałszów jako prawdy przez historię. W rozdziale II „Ostatnich lat” (Stanisław August i Katarzyna II), po wyjaśnieniu charakteru króla, pisze Kalinka (s. 104-105): Jestże prawdą - jak mówiono, że Katarzyna takie już miała pojęcie o Polsce i że poznawszy charakter młodego Poniatowskiego wcześnie go wybrała za narzędzie do swych zaborczych widoków? Nam się to nie zdaje i owszem, sądzimy, że ani ona, ani żaden minister w Moskwie nie przypuszczał wówczas, iżby Polskę można było podbić albo rozdzielić i z liczby państw żyjących wymazać. Powiedzmy więcej, nikt podówczas w Moskwie do tego nie dążył. Tezę tę potwierdzają liczne, najbardziej poufne wypowiedzi i instrukcje, dalej fakty tak niezbite, jak misja Salderna w 1771 r. Jeżeli jednak przyjmiemy tę tezę, to patrząc z punktu widzenia całości Polski przyjąć musimy wszystkie jej konsekwencje. Bo jeśli Rosja była przeciwna rozbiorom, tedy wszelka walka przeciw Rosji, a więc i konfederacja barska, i potem Sejm Czteroletni, były walką przeciw wrogowi... urojonemu. Gdyby historyk nie bał się położyć kropki nad i, mógłby powiedzieć, że były to walki toczone przeciw faktycznemu sprzymierzeńcowi, a dla faktycznego wroga, dla Prus. Rosja była przeciwna rozbiorom, gdyż pragnęła zawładnąć całą Polską - oto utarta odpowiedź, jaką historycy i publicyści nasi z Szujskim na czele wygłosili, gdy opublikowano dokumenty jaskrawo przeczące złej woli Katarzyny przed pierwszym rozbiorem. Zasadzka tej tezy kryje się jak zwykle w braku definicji jednego z zasadniczych pojęć wygłaszanego zdania. Idzie tu o pojęcie „zawładnąć”. Jeżeli bowiem „zawładnąć” oznacza związać państwo ścisłym sojuszem, posiadać w nim własną klikę, króla oddanego własnym widokom, jednym słowem stan faktycznego lenna, to teza ta jest słuszna. Jeżeli „zawładnąć” znaczy anektować czy inaczej związać ścisłym węzłem prawno-państwowym oba państwa, to jest ona mylna.

Katarzyna nie popierała Stanisława Augusta, by Polskę anektować lub ją podzielić, lecz by mieć króla zawsze Rosji oddanego. Identycznie w tym samym celu popierała i Czartoryskich. Nie dążyła również do ustroju dla Polski najgorszego - dowodem era Stackelberga. Pozostawiała też Polakom możność pewnych reform - pod warunkiem, żeby ich sami zechcieli. Kluczem do zrozumienia stosunku Katarzyny do Polski, kluczem, którego nie posiadła, niestety, jeszcze w pełni nasza historiografia, a co dopiero publicystyka, jest zrozumienie faktu, iż głównym celem życia Katarzyny było pogromienie Turcji i zdobycie Bosforu (Dembiński „Polska na przełomie”). Wszelkie złe czy dobre perypetie polityki Katarzyńskiej w Polsce były tylko wtórnym epizodem raczej niż zasadniczą linią polityczną. Ważność tej hierarchii polega na tym, że znając ten punkt wyjścia, można było ze strony polskiej znacznie łatwiej wyzyskać rozmaite koniunktury w walkach rosyjskotureckich, dla własnego wzmocnienia się w porozumieniu z Rosją, niż byłoby to możliwe, gdyby w Polsce leżały główne linie polityki moskiewskiej. Ta konstatacja Dembińskiego znajduje jaskrawe potwierdzenie w każdoczesnym polepszaniu się stosunku Katarzyny do Polski w chwilach, gdy decydowała się walka jej z Turcją. No dobrze - odpowiedzą czytelnicy - ale czy sojusz z Moskwą, naszym gnębicielem, przeciw Turcji, naszej jedynej możliwej sojuszniczce, nie był pomysłem potwornym i sprzecznym z elementarną racją stanu? Jest to problem, który z wielką siłą swojej retoryki postawi Askenazy omawiając plan takiegoż sojuszu przeciwtureckiego z 1789 r. Otóż zasadniczą przesłanką, którą trzeba sobie uświadomić, aby nie zabrnąć w błąd Askenazego, to ówczesna absolutna słabość i brak sił wojennych Polski. Polska nie była żadnym sojusznikiem dla Turcji, póki nie wzmocniła swoich sił. Droga do jakiegokolwiek sojuszu i jakiejkolwiek gry politycznej prowadziła przede wszystkim przez wzmocnienie ustroju, skarbu, wojska i nie można było się obawiać zbytnich ofiar z formalnej niezależności, byle to wzmocnienie uzyskać. Po przeforsowaniu swego króla i sobie oddanego stronnictwa na czoło Rzeczypospolitej Rosja, zagrożona wojną turecką, zapragnęła zbierać owoce swego dzieła. Miał nim być sojusz zaczepnoodporny, skierowany przeciw Turcji, przy powiększeniu armii polskiej do 50 000 ludzi. Projekt ten był przez rok przeszło odwlekany i sabotowany przez króla i Czartoryskich. To niechętne, a potem wręczę odmowne stanowisko przyjaciół rosyjskich musiało wreszcie zastanowić Katarzynę. Okazało się, że stronnictwo moskalofilskie nie jest stronnictwem moskalofilskim i przyjęło wprawdzie z ręki Rosji tron, pognębienie wrogów wewnętrznych, reformy ustrojowe, władzę w formie konfederacji, ale w zamian dać nie chciano nawet sojuszu. Ten psychologiczny punkt w zmianie nastrojów Moskwy jest obok sprawy dysydenckiej pierwszorzędnej wagi dla zrozumienia dziejów pierwszego rozbioru. Polityk nie może przeprowadzać jakiejkolwiek akcji na terenie międzynarodowym lub wewnętrznym, jeżeli nie zrobi wysiłku, by spojrzeć na sytuację z punktu widzenia partnera. Nic nie może uwolnić od tego obowiązku i historyka, który jest z konieczności sędzią - jeśli nie wotującym, to w każdym razie przynajmniej śledczym w stosunku do polityków przeszłości. II. Katarzyna ujrzała się nagle oszukaną. Była bez stronników w Polsce. Bardzo jasno ten moment ujmuje Morawski. Oto co pisze po tryumfalnym opisie niepowodzeń sojuszniczych Moskwy („Dzieje narodu polskiego”, wyd. II, t. V, s. 36): „Katarzynie, po wszystkich zabiegach i wyłożeniu dwu milionów rubli, zostawała jedynie uciecha, iż narzuciła króla Polakom”. Gdy król zamierzał po cichu dalszą poprawę ustroju, kazała czym prędzej Repninowi szukać porozumienia z opozycją. Rzecz doszła

łatwo do skutku, za cenę obietnicy detronizacji i obalenia wszystkich reform Czartoryskich. Może tu jest miejsce na polemikę ze zdaniem Józefa Feldmana o pierwszym rozbiorze (bo co do dwu następnych jesteśmy z nim w zgodzie) z jego krytyki Bobrzyńskiego w „Przeglądzie Powszechnym”, 1.178, s. 240. „Wiadomo dziś niezbicie - pisze Feldman - na podstawie szczegółowych studiów archiwalnych, że pierwszy rozbiór spadł na Polskę nie dlatego, że pozostawała w nierządzie, lecz dlatego, że postanowiła się z nierządu dźwignąć, wbrew wysiłkom Katarzyny”. Wielka szkoda, że Feldman nie podał studiów archiwalnych, które te sensacyjne fakty odkryły. Należałoby mu dowieść co następuje: a. że Rzeczpospolita postanowiła się z nierządu dźwignąć - bo wszak dotąd było wiadome, że na sejmach Czaplica i radomskim jednogłośnie potępiła reformy Czartoryskich i powróciła do ideałów anarchicznej „złotej wolności”. O zdecydowanych planach reform u konfederatów barskich głucho. Woleli nawet rozbiór i Moskwę niż króla i jego plany. b. że Rosja przystąpiła do rozbioru wskutek tego rzekomego postanowienia, że jej kolejne ambasady podczas konfederacji starały się pogłębiać anarchię, nie zaś kraj uspokoić, i że zgoda na rozbiór nie była po prostu wynikiem niemożności znalezienia sobie jakiegoś mocnego stronnictwa w Polsce. Póki Feldman tez tych nie dowiedzie, musimy trzymać się starych źródeł: uchwał sejmowych, manifestów konfederackich, korespondencji dyplomatycznej i prywatnej, żeby stwierdzić, jakie były tendencje ustrojowe Rzeczypospolitej z jednej strony, jakie zaś motywy zgody na rozbiór - z drugiej. Wówczas wypłynęła sprawa dysydentów. W rękach Prus była na pewno wyłącznie narzędziem do osłabienia Polski. Natomiast dla Katarzyny II była to raczej przede wszystkim zabawa w liberalizm, chęć zdobycia za jednym zamachem opinii oświeconej Zachodu i miłości prawosławnych w Polsce. Na próżno Repnin przestrzegał, że równouprawnienia drogą legalną nie da się osiągnąć. Katarzyna była zbyt ambitna, aby ustąpić. Za cenę obietnicy detronizacji udało się Repninowi utworzyć przez opozycję (stronnictwo Potockich) konfederację radomską. Drogą terroru i porwania czterech senatorów udało mu się zmusić konfederację do żądanych uchwał. Ale jak krótkowidztwo Czartoryskich i króla pozbawiło Rosję jednych stronników, tak gwałty Repnina pozbawiły ją drugich. Stronnictwo Potockich utworzyło konfederację barską i weszło na drogę walki zbrojnej z Rosją. Wybuch konfederacji zdawał się początkowo rzeczą błahą. Gdy jednak z biegiem czasu Turcja wypowiedziała Rosji wojnę z tego powodu, okazało się najzupełniejsze bankructwo polityki polskiej Katarzyny II. Bankructwo to dotykało w najwyższym stopniu Repnina osobiście. Wszak był odpowiedzialny za stosunek Polski do Rosji, wiedział, że Katarzyna nie życzy sobie ani wojny z Polską, ani tym mniej z Turcją. Toteż ambasador ujrzał nagle całą swoją karierę zagrożoną. Stąd rozpaczliwe jego wysiłki, by króla i Czartoryskich znowu dla polityki rosyjskiej pozyskać i w ten sposób Polskę spacyfikować. Gdy groźby rozbioru nie skutkowały, Repnin zaproponował nowy sojusz wojskowy przeciw Turcji i naczelne dowództwo sił zbrojnych rosyjskich i polskich Stanisławowi Augustowi. Król odrzucił tę niepoważną propozycję, ale pozostanie ona dowodem na to, jak bardzo zależało

Repninowi i Rosji na formalnym chociażby zadokumentowaniu swego wpływu w Polsce. Był to bowiem okres, w którym zamysły pruskie mające rozbiór na celu były już w toku14. Wybuch konfederacji i rozmiary, jakie przybrała po przystąpieniu Turcji i Francji do walki, to nie był sukces dla króla, gdyż istotnym hasłem Baru było: nawet i z Moskwą, byle przeciw Poniatowskiemu. Ale pod względem stosunku do Rosji rozwój konfederacji był wielkim sukcesem Czartoryskich. Okazało się, że wskutek opuszczenia Familii i szukania oparcia w opozycji republikańskiej Potockich Moskwa wplątała się w ciężką kabałę nie tylko w Polsce, ale i na terenie międzynarodowym. Katarzyna II wyciągnęła z tej lekcji doświadczenie. Repnin został odwołany i w boju z Turkami szukał rehabilitacji. Nastąpiły misje Wołkońskiego, a potem Salderna, z instrukcją pacyfikacji drogą ugody z Familią za wszelką cenę. Katarzyna zgadzała się nawet na ograniczenie praw dysydentów i na cofnięcie gwarancji liberum veto. W zamian żądała konfederacji z udziałem króla i Czartoryskich. Jakie były motywy skłaniające carową do tak pełnego odwrotu? Długowieczność konfederacji tłumaczy to tylko do połowy. Bardziej jeszcze zmuszała ją do kroków ostatecznych sytuacja międzynarodowa. W pełnym trakcie wojny z Turcją zagroziło Rosji zbliżenie austro-pruskie w Polsce. Rosja pod wpływem szantaży pruskich stanęła przed alternatywą: utrata hegemonii w całej Polsce albo zgoda na rozbiór z możliwością utwierdzenia hegemonii na pozostałym obszarze Rzeczypospolitej. Misja Salderna to była ostatnia próba powrotu do stanu sprzed 1766 roku: wyłączność wpływu przy nienaruszonych granicach Polski. Pertraktacje ambasadora szły nader wolno i ciężko. Król i Czartoryscy bojąc się odium walki z konfederacją, ciągle marząc o istotnej niezależności, zapominając, że nie ma warunków po temu, domagali się dodatkowo przypuszczenia Austrii do gwarancji. Był to ulubiony system Familii, system kunktatora, polegający na odwlekaniu wszystkiego i wykręcaniu się od decyzji. Teraz metoda ta miała przynieść skutki fatalne. Wołkoński i Saldem, a za nimi ministerium rosyjskie, nabrali głębokiego przekonania, że zła wola Familii leży u źródła wszystkich nieszczęść Rosji w Polsce. Prusy działały w Petersburgu znacznie sprężyściej i zręczniej. Długotrwałość konfederacji była pierwszorzędnym atutem w ich ręku: „Przecież tego kraju nikt nigdy spokojnymi środkami nie spacyfikuje”. Oto musiał być argument znajdujący aż nadto oparcie w doświadczeniach dyplomacji carskiej. Izolacja w Polsce mogą stać się izolacją w Europie, gdy Austria zawarła sojusz z Turcją. Teraz już Rosja nie mogła pozwolić sobie na lekceważenie pruskiego alianta. Trzeba go było sobie zdobyć, a zdobyć można było jedynie na cenę rozbioru. Ewolucja stanowiska Rosji, choć tak jasno zarysowująca się podczas konfederacji barskiej, bywa przemilczana lub nawet negowana przez naszych współczesnych historyków z doby reakcji przeciwstańczykowskiej. Oto np. zdanie Feldmana z „Dziejów polskiej myśli politycznej” 1664-1914, wydanej przez Państwowy Instytut Badania Najnowszej Historii Polskiej (!) w 1933 r. (s. 2):
14

Staranie Moskwy o spacyfikowanie konfederacji barskiej nie ulega najmniejszej wątpliwości. A jednak i niech to będzie dowodem, jak wysoko sięga w dziejopisarstwie naszym tendencja mistyfikowania - Askenazy jeszcze w roku 1918 („Napoleon a Polska”, t. I, s. 22) o stosunku Rosji do konfederacji nie potrafił napisać ani słowa więcej jak tylko: „W istocie, wśród pewnych wpływowych żywiołów petersburskich, politycznych, a zwłaszcza wojskowych, mile patrzano na barskie zarzewie: nie życzono sobie przedwczesnego jego stłumienia; życzono owszem rozdmuchnięcia go w pożogę o tyle właśnie znaczną, aby był tytuł do przygaszenia jej przez podział”. - Do zdania tego nie ma żadnego źródłowego odsyłacza. - Być może, że tendencje powyższe istniały. Wspominanie ich jednak, bez jednego słowa o usilnej odwrotnej polityce oficjalnej Petersburga, w książce przeznaczonej dla szerokich warstw czytelników zakrawa na mistyfikację i umyślną insynuację - sprzeczną ze stanem faktycznym.

Z jednej trony skrystalizował się program oparcia o Rosję, który mając na widoku w pierwszym rzędzie ochronę całości Rzeczypospolitej przed obu dworami germańskimi, spodziewa się pod jej protektoratem przeprowadzić najniezbędniejsze reformy. Opracowany przez statystów Familii, wcielony został w życie przez Stanisława Augusta, zarazem jednak doznał już wówczas zasadniczego załamania: okazało się, że Katarzyna II bez skrupułów poświęciła w r. 1772 integralność Rzeczypospolitej, następnie zaś nie dopuściła do jej wzmocnienia i usunięcia głównych wad ustroju. Główny fałsz - bo są w tym tekście i drobne fałsze - tej tezy bije w oczy. Powód tej mistyfikacji jest łatwy do odkrycia. Oto pewni historycy założyli z góry, że jedynie racjonalny był program walk niepodległościowych. Gromadząc argumenty na jego poparcie, nie wahali się przypisać programowi ugody tych klęsk, które właśnie ich teza powstańcza była na nas sprowadziła. W ten sposób zohydzając u czytelników i uczniów system ugody, wskazywali na walkę zbrojną jako jedyne już pozostające wyjście z sytuacji. Następne zdanie Feldmana dowodzi, że taki był właśnie cel mistyfikacji: Orientacji współdziałania z Rosją i przebudowy wewnętrznej przeciwstawił się kierunek niepodległościowo-powstańczy, którego pierwszą myślą było wstrząśnienie jarzma zależności od wschodu. Metodą działania tego obozu była walka zbrojna, zorganizowana w starodawnej formie konfederacji, główną dźwignią - pomoc Francji... i dalej o metodach i planach tego kierunku. O jego wynikach - ani słowa. Feldman ujmuje więc w dwu zdaniach dwa programy: jeden protektoratu moskiewskiego, który „załamał” się w roku 1772, drugi walki niepodległościowej, który... który co? Nie wiadomo. Konkluzja dotycząca systemu protektoratu rosyjskiego jest jasno wyrażona. Jest ona niekorzystna. Konkluzji niekorzystnej dla systemu walk zbrojnych Feldman nie daje. Przez kontrast narzuca się czytelnikowi przekonanie, że ten system załamania nie doznał, lecz dał korzyści, zwycięstwo. Wiemy, że było odwrotnie. III. Powyższe rozważania miały być rzutem oka na stosunki polsko-rosyjskie z punktu widzenia Moskwy. Można, przenosząc ciężar przyczyn rozbioru na działania dyplomatyczne, zlekceważyć fatalną rolę, jaką odegrała konfederacja. Ale nie można zaprzeczyć, że Repnin prosząc, Saldern grożąc, czynili to nie dla dokonania rozbioru, ale dla odwrócenia go. Pewne jest również, że nie udało im się pozyskać w Polsce nikogo poważnego, że ostatecznie Rosja sprzedała Prusom wroga, nie zaś przyjaciela. Tu ostrzej niż kiedykolwiek maluje się wielki błąd Czartoryskich z okresu pokoronacyjnego, załamanie się ich linii, odrzucenie sojuszu i aukcji wojska. Zamiast kleić nie przemyślanymi ruchawkami sojusz prusko-moskiewski, Polska mogła Rosji zastąpić Prusy. Niestety, nie tylko błąd został popełniony, co jest rzeczą ludzką, ale i nie wyciągnięto zeń u nas żadnej lekcji. Po raz drugi udało się Prusom wyzyskać nasz tromtadracki „patriotyzm” w dobie Sejmu Czteroletniego, po raz trzeci w 1863 roku. Wszystkie te ruchawki były ciężkimi kamieniami grobowymi na trumnie Polski, potężnymi podwalinami pod gmach potęgi niemieckiej. Kalinka związku tych fenomenów nie podał. Ale Kalinka zebrał elementy do poznania prawdy i najlepszej drogi, jaka stała przed Polską w latach 1764-1772. Dopiero Bobrzyński w magistralnym opisie pierwszego rozbioru ulokował wszystkie elementy polityki wewnętrznej i zagranicznej na miejscach właściwych.

Rozdział III swego dzieła „Król i opozycja w stosunkach z Rosją” kończy Kalinka słowami: „Konfederacja barska była ostatnią i bezpośrednią przyczyną pierwszego podziału Polski”. W roku 1936 Konopczyński zarzucił wprost, że zdanie to jest mylne. Na czym sąd swój gruntował, zobaczymy w analizie jego książki.

II

Zarzut zlekceważenia problemu - odrzucenia sojuszu 1764-1766 przez Czartoryskich - wysuwamy przy każdym historyku. Czas już dać elementy własnej konstrukcji, powiedzieć to, co tytułem przykładu na tym fragmencie chcielibyśmy widzieć u naszych dziejopisów Polski przedrozbiorowej. Oto zagadnienia, na które każdy historyk tej epoki powinien był dać wyczerpującą odpowiedź: 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. Charakterystyka Katarzyny II i jej planów w stosunku do Rzeczypospolitej. Tradycyjna polityka Moskwy w stosunku do Polski. Plan Katarzyny Północnego Koncertu i przebieg jej usiłowań dla jego urzeczywistnienia. Próby Repnina w Warszawie w tym kierunku. Rozwój linii politycznej Czartoryskich i króla w latach 1764-1766. Rozwój opinii publicznej w Polsce w tym okresie. Przyczyny uchylania się Czartoryskich od współpracy z Moskwą. Reakcja Moskwy na odrzucenie sojuszu. Stosunek sprawy sojuszu do sprawy dysydentów i reform. Znaczenie i konsekwencje odmowy Czartoryskich.

W 75 lat po ukazaniu się dzieła Kalinki nie sposób jeszcze na podstawie polskich materiałów drukowanych wypełnić ten kościec jakimikolwiek kształtami. Monografia Waliszewskiego, która nie przekroczyła połowy XVIII wieku, jest parodią pracy historycznej i mało daje materiałów archiwalnych. Kisielewski, równie ubogi, doszedł tylko do 1764 roku. Na pierwsze trzy punkty podane wyżej daje nam wyczerpującą odpowiedź sam Kalinka. Pozostałych siedem spoczywa w cieniu zapomnienia lub konwencjonalnego frazesu. A przecież dla dziejów naszych ważniejsze jest chyba rozstrzygnięcie tych kwestii niż pasjonujące naszych historyków zagadnienie: do kogo była adresowana bulla papieża Paschalisa II z 1295 roku? Problem załamania się linii Czartoryskich to problem: czy Polska mogła rozwijać swe siły pod protektoratem rosyjskim? Obszernie i dokładnie, jasno widząc i malując tragiczne tego kroku konsekwencje, podaje oddalenie się Rzeczypospolitej od Moskwy Stanisław August w swoich pamiętnikach. Teza jego jednak, jakoby Czartoryscy doradzali królowi tę linię z samej li tylko złośliwości, sami starając się utrzymać jak najlepsze z Repninem stosunki, nie da się utrzymać ani w świetle minimum prawdopodobieństwa, ani oczywistych współczesnych faktów. I tak np. musi król przemilczać zupełnie mowę księcia kanclerza, w której opowiada się przeciw sojuszowi, co przecież było niepołączalne z jego rzekomą przyjaźnią z Repninem. Pamiętniki Stanisława Augusta były już Kalince znane. Z historyków polskich przed Kalinką trzeba wyliczyć Lelewela, Szujskiego i Schmitta. Lelewel w ogóle nie wypowiada się o upadku reform

Czartoryskich i reform tych nie pochwala („Panowanie Króla Polskiego St. Augusta” w zbiorze „Polska, dzieje jej i rzeczy”, Poznań, t. IV, s. 27). Szujski wprost pochwala załamanie się linii Czartoryskich („Dzieje Polski”, t. IV, s. 397, 398). Schmitt rozgrzesza odrzucenie sojuszu („Ks. kanclerz... nie mógł przecież na podobny przystać wniosek...” „Dzieje Polski XVIII i XIX w.” t. H, s. 103). Wszyscy trzej natomiast ubolewają wyraźnie i obszernie nad tym, że Czartoryscy nie szukali zgody narodowej. W tym stadium historiografii polskiej pisał Kalinka. Mimo całej przejrzystości i jasności patrzenia Kalinki, co sprawia, że odeń, jako od najsilniejszego, najwięcej się domagamy, trzeba jednak liczyć się z tym bagażem przeszłości, który nad nim ciążył. Kalinka pierwszy raz dotyka spraw sojuszu w rozdziale II „Ostatnich lat” (s. 108). Opisawszy tradycyjną politykę Moskwy i dowody ugodowości Katarzyny w stosunku do reform, pisze Kalinka: Być może, że Stanisław w istocie spieszył się zanadto, a Czartoryscy zbyt prędko może pokazali, że od Rosji chcą się odsunąć, nie zapewniwszy sobie wprzódy skądinąd poparcia, a prócz tego, co najważniejsze, wiedząc o tym, że im swoi nie przebaczyli jeszcze otrzymanego zwycięstwa. W rozdziale III („Król i opozycja w stosunkach z Rosją” 1764-72) po magistralnie skreślonym obrazie zasług Czartoryskich, pełnym nowych, niezwykle głębokich i trafnych myśli, przechodzi autor do momentu oferty sojuszu. Ale już parę stron przed tym, gdy szkicuje stosunek starych Czartoryskich do króla, rzuca dygresję, nad którą musimy się mimochodem zastanowić: Czartoryscy spostrzegli się niebawem, że przymieszała się do ich kombinacji jakaś siła natrętna, jakieś złe, którego od razu dobrze ocenić nie mogli, choć z nim od razu rachować się musieli, złe, które z czasem zdobywając sobie coraz więcej miejsca dla siebie zgłuszyło w końcu ich siew mozolny. Tym złem, powiedzmy już tutaj, nie była tak dalece przemoc Rosji, przez którą Stanisław osiągnął koronę... Złe tkwiło głównie w owym stosunku do Katarzyny, któremu Stanisław zawdzięczał swoje wyniesienie, i w długim szeregu nieuchronnych jego następstw; w przesadzonych wymaganiach z jednej strony, w osobistej uniżoności z drugiej... (s. 136, 137). Jeżeli sąd powyższy podamy w formułce politycznej, pozbawionej balastu frazeologicznego i pewnego posmaku drastycznego, to otrzymamy zdanie, że w okresie tym pokrzyżowała plany Czartoryskim zbytnia uległość króla dla carowej. Ciekawe jest, że wprost odwrotnego zdania o przyczynach nieszczęść Polski jest sam król, który w pamiętnikach swoich przyznaje wprawdzie, że wujowie doradzali mu stałość i nieugiętość wobec żądań moskiewskich, ale dowodzi, że właśnie posłuszeństwo, które im okazał, doprowadziło potem do katastrofy. Cokolwiek by się rzekło, jest faktem niezbitym, że w tych latach król nie szedł na pasku Moskwy, sojuszu nie forsował, i że stąd poszedł Radom, Bar i pierwszy rozbiór. Dopiero po misji Branickiego w Petersburgu król powrócił szczerze do linii oparcia się o Rosję, dla ratowania tego, co jeszcze można było uratować. Ale powróćmy do tematu.

Na s. 140, po opisie zbawiennych rezultatów reformy 1764 r., Kalinka wydaje wreszcie swój osąd o odrzuceniu sojuszu: Tego stanowiska (międzynarodowego) nie spuszczali z oka Czartoryscy, szli oni ręka w rękę z Rosją, ale nie myśleli zajść dalej, niż tego interes i godność Rzeczypospolitej wymagały... gdy chodziło o jakiś akt międzynarodowy, mający oznaczyć trwały obu państw stosunek, Czartoryscy niezmiernie byli skąpi i ostrożni. W chwili gdy Stanisław August przywdziewał koronę, Katarzyna, chcą niejako głośny dać dowód, że monarchę bronić będzie w potrzebie wszystkimi siłami swego imperium, proponowała Czartoryskim zawarcie z Rzeczpospolitą przymierza zaczepnego i odpornego i zezwalała pod tym warunkiem na powiększenie armii do 50 000. Propozycja mogła doprawdy ujmować i dawać do myślenia, etat wojska według uchwały 1717 roku ograniczony był do liczby 24 000 ludzi, a ta uchwała zapadła była przy pośrednictwie moskiewskim. Ale Czartoryscy, jakkolwiek gorąco pragnęli zwiększenia armii, widzieli jasno, że: takie zaczepne i odporne związanie się z Rosją wciągnęłoby Polskę nieuchronnie do wszystkich planów ambitnej imperatorowej i słabszego sprzymierzeńca zmieniłoby niejako w wasala Moskwy...15. Wszakże oceniając mądrość polityczną i otrzymane przez nich rezultaty, historyk nie może stłumić w sobie żalu, że po dokonanym zwycięstwie Czartoryscy twardszymi byli dla swych przeciwników, niż tego wymagał rozum stanu... Oto wszystko, co Kalinka umie powiedzieć o tym fatalnym manewrze. Nie wiąże go tu z Koncertem Północy Katarzyny, nie snuje tak ulubionych przypuszczeń, co by było, gdyby... Nie pyta też, czy starzy, mądrzy książęta nie zdawali sobie jasno sprawy z tego, że lepiej mieć 50 000 wojska i dobry rząd z sojuszem niż 24 tysiące, anarchię i... papierową niezawisłość? Czy właśnie nie obawa o swoją popularność nie stała się dla nich głównym motywem odmowy sojuszu, tak jak stała się przyczyną odmowy w sprawie dysydentów? Na żadnej stronie swego dzieła Kalinka nie dyskutuje zamiarów Rosji w owym momencie. Zamiarami tymi było jednak wzmocnienie Rzeczypospolitej. Przecież w rozdziale II, w głębokiej i udokumentowanej analizie polityki rosyjskiej, Kalinka sam dowiódł, że rozbiory ani aneksja nie leżały wówczas w planach ani imperatorowej, ani jej ministrów. Pochwała więc odrzucenia możności oparcia się o Rosję, pochwała na wywołanie uczucia zemsty, które było zawsze jednym z naczelnych motorów działania Katarzyny, zdaje się być jednym z ciężkich zarzutów, które musimy postawić Kalince. Ostatecznie Rosja była wówczas w Polsce wszechwładna. Dzięki temu udało się reformistom poprawić ustrój. Sojusz, i to jeszcze za cenę podwojenia armii, nie był doprawdy ceną wygórowaną za to. Polityk, który uznaje zasadę do ut des, historyk, który sądzić musi polityków według jej stosowania, powinien to przyznać. A jednak pierwszym i ostatnim, który to u nas uczynił, był Bobrzyński w roku 1880.
15

Dosłownie niemal za swoim wielkim antagonistą przejął sąd o odrzuceniu przymierza i Smoleński w swoich „Dziejach narodu polskiego”, książce, która się stała podręcznikiem dla nauczycieli i uczniów szkól średnich w pierwszych latach po odrodzeniu Polski 1918 roku (wyd. IV, s. 274). „Na sejmie koronacyjnym Rosja śmielej niż na konwokacyjnym odsłoniła przyłbicę: proponowała Polsce przymierze zaczepno-odporne, zezwalając pod tym warunkiem na powiększenie armii do 50 000 głów. Obok tego domagała się ulg dla dysydentów. Czartoryscy, chociaż pragnęli gorąco powiększenia armii... zrozumieli, że wiązanie się zaczepno-odporne z Rosją wciągnęłoby Polskę do wszystkich ambitnych planów imperatorowej i słabszego sprzymierzeńca zmieniłoby niejako w wasala strony potężniejszej... Z tych względów... propozycje zostały odrzucone. Po takiej porażce, widząc, że Czartoryscy zamierzają wyemancypować się spod wpływu i stanowią zawadę w przeprowadzeniu planów imperatorowej, wypowiedziała im walkę”. Jak zaraz zobaczymy, podręczniki nie tylko gimnazjalne lekceważą lub błędnie naświetlają ten kapitalny zakręt naszych dziejów.

III

Kalinka jest jedynym historykiem polskiej polityki zagranicznej. Nie formułuje on co prawda nigdzie jasno tezy, że Polska uległa rozbiorom z powodu błędów tej właśnie polityki, przeciwnie, kładzie nacisk na wady charakteru i ustroju, które - zdaniem jego - trafną politykę zewnętrzną uniemożliwiały. A jednak z całego toku „Ostatnich lat” znaczenie polityki zagranicznej wynika niezbicie. Jest to jedyne polskie dzieło, które rysuje przebieg koniunktur międzynarodowych w drugiej połowie XVIII wieku i stosunek Polski do tych koniunktur. Inni historycy zazwyczaj zakładają u swoich czytelników doskonałą znajomość wszystkich zakamarków historii współczesnej, w czym się grubo mylą. Dodajmy, że Kalinka rozporządzał erudycją w znajomości stosunków państw obcych, o jakiej nie mogli marzyć ani Szujski, ani Schmitt, ani nawet Bobrzyński - a będziemy mieli znaczenie Kalinki w naszym dziejopisarstwie. Przerzućmy się teraz do roku 1936, w 66 lat po Kalince - i oddajmy glos Konopczyńskiemu, autorowi jedynego w naszym dwudziestoleciu podręcznika uniwersyteckiego historii politycznej polskiej (t II, s. 293): Carowa zaraz po koronacji ofiarowała Stanisławowi ścisłe przymierze przeciw Turcji, pozwalając nawet w tym razie na aukcję wojska do pięćdziesięciu tysięcy. Czartoryscy z trudem uchylili tę propozycję, jako prowadzącą do zupełnego uzależnienia się Polski od Rosji, choć nie mogli jej przeciwstawić innego systemu przymierzy. Bo też w ich oczach wyzwolenie pozorne niewielką miało wartość, póki zdezorganizowane państwo nie posiadło w swych urządzeniach rękojmi prawdziwej niezależności. Konopczyński, po przeszło półwiekowej pracy historycznej, po wydrukowaniu dużej ilości materiałów i prac, powtarza słowo w słowo tę samą opinię, którą przed nim wygłosili: Schmitt, Szujski i Kalinka. Rzecz tym dziwniejsza, że gdzie indziej Konopczyński sam rzuca śmiałą tezę, że Polska winna była najpierw powiększyć wojsko, potem zaś dopiero myśleć o naprawie ustroju (s. 220). Cała ta teza stoi w rażącej sprzeczności z pochwałą Czartoryskich za odrzucenie sojuszu. Nikt bardziej od Konopczyńskiego nie powinien był ocenić wagi oferty moskiewskiej - wszak opisując odrzucenie w 17 lat później oferty identycznego sojuszu, tym razem oferowanego przez Polskę, pisze ten sam autor: Owóż królestwo, mianowicie polskie, carowa miała już do dyspozycji, mogła je zawsze skonfederować, zmusić, pociągnąć za sobą, więc formalnego sojuszu nie potrzebowała. Sytuacja była identyczna jak w roku 1764. Cały pierwszy okres panowania Stanisława Augusta do roku 1768 zatytułował Konopczyński: „Dola i niedola Czartoryskich”. Tytuł niezmiernie trafny. Wtedy bardziej jeszcze niż kiedykolwiek przedtem i potem rozgrywała się w postaci usiłowań Czartoryskich decydująca szansa odrodzenia politycznego Polski. Program Czartoryskich, uznany już przez całą naszą historiografię jako jedynie zbawienny w swoim dziale reform wewnętrznych, jest jeszcze dyskutowany zawzięcie, jeżeli idzie o taktykę przeprowadzenia i politykę zagraniczną: w oparciu o Rosję. Rzecz dziwna, przewaga zdań potępia Czartoryskich za nawiązanie sojuszu moskiewskiego, nie zaś za jego definitywne uchylenie. A przecież jest oczywiste, że innego sposobu przeprowadzenia reform nie było. Niektórzy historycy, pragnąc się

popisać większym od Czartoryskich patriotyzmem, stoją na stanowisku, że lepiej było nie robić reform, jak robić je wraz z Rosją. Tym trzeba odpowiedzieć, że ingerencja Rosji była zawsze rzeczą nieuchronną. Można było wybierać, czy ingerencja będzie użyta, jak to zrobili Czartoryscy z Kajzerlingiem, król ze Stackelbergiem, w celu poprawy ustroju, czy też jak patrioci w Radomiu lub targowiczanie w Moskwie - dla jego zniszczenia. W każdym razie sojusz z Moskwą, ścisła współpraca z nią na długi czas była warunkiem sine qua non powodzenia dzieła reform. Nie wolno, z jednej strony, chwalić planów i działań Czartoryskich ratowania ustroju, a z drugiej pochwalać ich zerwanie z Rosją, które doprowadzić musiało do pogrzebania tych reform. Nie można też lekceważyć chwili, w której poważne rysy na sojuszu Czartoryskich z Petersburgiem pojawiać się zaczęły. A właśnie momentem takim, decydującym obok sprawy dysydentów, było odrzucenie sojuszu i aukcji wojska. Odrzucenie możliwości powiększenia sił zbrojnych było zwykłym samobójstwem. Pamiętamy wszak, że aż 20 lat wysiłków i pracy trzeba było, by Sejm Czteroletni, niestety, za cenę wojny i rozbioru, przeprowadził aukcję do 60 000 - prawie to, co można było uzyskać już w roku 1764, bez wojny, bez rozbioru, za cenę podpisania formalnego sojuszu, który był już dawno istniejącym sojuszem, a ostatnio protektoratem de facto. Wspólna walka z Turcją byłaby wreszcie pozwoliła wojskom polskim powąchać proch, zobaczyć nowoczesne zdobycze sztuki wojennej, odświeżyć tradycje męstwa, przede wszystkim wyszkolić aparat oficerski to wszystko, w zamian za co konfederacja barska dała nam tylko początek złowrogiej nauki cierpiętnictwa. Odrzucenie aukcji było samobójstwem, ale gorszym jeszcze samobójstwem było oddalenie się od Rosji, wzbudzenie przekonania, że Polska jest partnerem niebezpiecznym i że wskutek tego należy dążyć nie do jego wzmocnienia, jak się na to przez sekundę carowa decydowała, ale do osłabienia za wszelką cenę. Szybkie i niechętne pomijanie tego momentu przez naszych historyków: Schmitt i Szujski ledwo o nim wspominają, oczywiście z pełnym uznaniem dla Czartoryskich - jest poważnym nieporozumieniem. Jedynie niezawodny Bobrzyński poświęca większą, jak na swój system skracania problemów politycznych, uwagę temu kapitalnemu i tragicznemu błędowi Familii: Jakże na to żądanie odpowiedzieli król i Czartoryscy? Polityka ich dotychczasowa w tym tylko mogła znaleźć usprawiedliwienie, że rozpaczliwymi środkami, przyzwaniem obcej pomocy i poddaniem się jej wpływowi nie tylko dźwigała kraj wewnętrznie, ale zapobiegała niebezpieczeństwu podziałów. Nie wyłączała możebności zajęcia samoistniejszego stanowiska, wyzwolenia się spod obcego wpływu, ale mogło to nastąpić dopiero po zupełnym odrodzeniu wewnętrznym, wśród pomyślnych wyjątkowo okoliczności. A jednak Czartoryscy, odważywszy się na tak wiele, nie mieli teraz odwagi stawić czoła opozycji, nie umieli wytrwać w bezwzględnej uległości dla Rosji, która była okupem za udzielone poparcie... Wzmocniwszy zaledwie trochę rząd, pragnęli to zaraz przeciw Rosji wyzyskać i samoistną politykę zagraniczną rozpocząć („Dzieje Polski”, t. II, s. 224-225). W dziele Konopczyńskiego dziejopisarstwo polskie retrograduje od nieocenionych, jedynych zdobyczy jasnego rzutu oka Bobrzyńskiego do pełnego sprzeczności i frazesów stanowiska poprzednich historyków. Wielkość Kalinki odbija się od tła polskiej historiografii tym bardziej, że nie miał on nie tylko poprzedników, ale i naśladowców. Po Kalince przyszedł Bobrzyński, który - jak to słusznie powiedział Zakrzewski - rozpoczął erę hipertrofii ustroju w historii polskiej. To zboczenie przejęli od niego nawet

najbardziej zażarci jego przeciwnicy. Znaczenie, jakie mimo wszystko posiadają Konopczyński i Askenazy, wynika stąd, że poświęcają oni znacznie więcej miejsca polityce. Ale Konopczyński nie daje w swoim podręczniku uniwersyteckim rzeczy nawet zupełnie podstawowych. Nie wymienia np. powodów popierania przez Francję Leszczyńskiego czy konfederacji barskiej. Być może, że słuchacze historii muszą wiedzieć o tym skądinąd, jeśli znajomość obcych języków jest tam obowiązkowa. Ale cóż mają począć ci liczni Polacy, którzy chcą albo muszą poznać ABC dziejów naszej polityki zagranicznej, a nie mają możności ani czasu studiowania całej biblioteki obcojęzycznej?! Dlaczego żaden z historyków naszych nie pomyślał o tym, żeby dać wykład kompletny działań polityki polskiej na tle koniunktur międzynarodowych, choćby dla użytku dziennikarzy? Bo potem, jeśli ci dziennikarze uczą codziennie naród fałszów oczywistych, jeżeli politycy prowadzą kraj w te same przepaści, które tylekroć już z własnej naszej winy stawały przed nami to trzeba zapytać, czy duża bardzo część winy nie spada tu na nasze dziejopisarstwo? Lekceważenie polityki zagranicznej jest odtąd regułą w polskiej historiografii. Smoleński w r. 1887 w swojej broszurze polemizującej z Kalinką stwierdza, że problemy dotyczące zagadnień międzynarodowych są mniej ważne od ustrojowych i moralno-społecznych; Balzer już w XX wieku, w swoich „Zagadnieniach ustrojowych Polski. Nowe spostrzeżenia i uwagi”, pisze o błędach naszej polityki, które wszak miały nas kosztować państwo i wolność: ...trzeba tu oczywiście przypisać Polsce winę pod tym względem, ale jakże inaczej w świetle tamtych poglądów będzie się ona przedstawiała co do charakteru i treści. Błędy w polityce zagranicznej zdarzają się wszędzie, nawet w państwach o bardzo wydoskonalonej dyplomacji i pod jakimkolwiek względem przodujących, w żadnym jednak razie nie można ich poczytać za świadectwo braku wewnętrznej żywotności tegoż państwa. Czytelnicy pamiętają nasz rozdział o „żywotności” Balzerowskiej. Teraz mamy już „wewnętrzną żywotność”, tak ważną, że nawet jeśli błędy dyplomacji Polskę zgubiły, można się z tego cieszyć, skoro ta „żywotność” nie wchodziła w grę. Pereat Polonia, fiat żywotność - oto do jakiego paradoksalnego wyniku doprowadził słynnego uczonego brak jasnych kryteriów. Tokarz wydając w r. 1930 swoją kapitalną „Wojnę polsko-rosyjską 1830 i 31 roku”, mimo że opisuje położenie ekonomiczne i wewnętrzno-polityczne, o położeniu międzynarodowym nie wspomniał, jakby ono wcale nie istniało. Dopiero w miarę wchodzenia w grę czynników dyplomatycznych rejestruje je, ale widoku ogólnego nie ma. Już po skończeniu drugiej wojny światowej, kiedy to właśnie czynniki polityczne dały światu jedne z największych klęsk i zwycięstw, jakie były w ogóle odniesione, w roku 1945 prof. Józef Feldman w odczycie w Krakowie zażądał dalszego ograniczenia wykładów historii politycznej na korzyść elementów gospodarczych, socjalnych, ustrojowych itp. Książka niniejsza ma jako jeden z celów właśnie ukazanie w pełnym świetle wagi polityki w naszych losach. Sądzimy, że rzecz jest tak oczywistą, że choćbyśmy na żadnym innym punkcie opinii polskiej nie przekonali, tu sprawa jest tak dobra, że sama odniesie zwycięstwo. Tym bardziej bolesne i wobec wartości Kalinki rażące są błędy zasadnicze i sporadyczne, które czynią jego niezastąpiony podręcznik słabszym, niż być powinien, i słabszym, niż mógł być. Do wad zasadniczych, wykrzywiających realizm dziejowy, zaliczyć musimy u Kalinki przede wszystkim jego

kryteria umoralniające, brak poczucia nadrzędności interesu państwowego u naszych sąsiadów. Kryteria moralne Kalinki zostały już wytknięte zgodnie przez wszystkich jego krytyków. Tu trzeba zaznaczyć, że Kalinka z prawdziwym zamiłowaniem snuje fantazje na temat: co by było, gdyby dane mocarstwo ratowało Polskę bezinteresownie? Rozważania takie, na paru stronach, poświęcił najpierw Kaunitzowi i Marii Teresie (s. 35-36), a potem Francji, Anglii i... Hiszpanii (s. 55), wreszcie zaś Rosji (s. 123-125). Rozdziały te, zwłaszcza ostatni, są prawdziwymi arcydziełkami budowy, stylu, a nawet argumentów. Autor doszukuje się oczywiście nieraz w tej wymarzonej przezeń pomocy interesu i dla pomagających, ale tu właśnie rozumowanie jego odrywa się od właściwego mu realizmu i wykonuje akrobacje, za którymi z trudnością tylko nasza wiara da się pociągnąć. W tych bowiem fantazjach brak uwzględnienia podstawowego prawa stosunków międzynarodowych: do ut des. Brak uwzględnienia tejże zasady doprowadził Kalinkę do bagatelizowania - co już potem przyjęli milcząco wszyscy nasi historycy - stosunku Rzeczypospolitej i Czartoryskich do Moskwy w przełomowych latach 1764-66 r.

Sejm Czteroletni Kalinka, Smoleński, Askenazy
Nie ma problemu w naszej historiografii, który byłby dłużej i bardziej zawzięcie dyskutowany od polityki zagranicznej Sejmu Czteroletniego. Już w dwa lata po upadku konstytucji majowej ukazała się w Metzu książka pt. „O ustanowieniu i upadku Konstytucji Polskiej 3 Maja 1791”. Wydana anonimowo, była to książka pióra Kołłątaja, Ignacego Potockiego i ich współpracowników. Przeprowadzała ona bezwzględną apologię przywódców stronnictwa patriotycznego, winę niepowodzenia zrzucała na podstęp Prus i zdradę targowiczan oraz odstępstwo króla. Wydawało się, że nikt chyba nie może być bardziej uprawniony do skreślenia dziejów słynnej ustawy jak sami jej twórcy, toteż tezy książki „O ustanowieniu...” przetrwały nietknięte niemal sto lat. Oto, tytułem przykładu ich wpływu, kwalifikacja obu obozów, rusofilskiego i prusofilskiego, przez Szujskiego według jego „Dziejów” wydawanych jeszcze w latach 1862-64 („Pisma”. Seria II, t. IV, s. 647) a więc zaledwie cztery lata przed ukazaniem się „Ostatnich lat” Kalinki: Wybiła stanowcza dla Polski godzina, w której mogła i powinna była przypomnieć się światu, wyjść z bezwładności i haniebnej opieki rosyjskiej. Współzaborca Prusak pokłócił się z Austrią i Rosją, poszkodowane mocarstwa Turcja i Szwecja podnosiły dłoń do walki... Otwierały się. dwie drogi: jedna przymierza z Rosją, przyprzęgnięcia się do tryumfalnego wozu Katarzyny i wysłużenia u niej pewnych politycznych korzyści, druga zwrócenia się przeciw Rosji, korzystania z chwili zamętu w celu odzyskania niezawisłości politycznej i przeprowadzenia reform potrzebnych. Pierwsza sprowadzała naród do roli dorabiającego się wyzwolenia niewolnika, szła wbrew wiekowym krzywdom, wbrew uczuciu sponiewieranej godności narodowej, przyprzęgała naród do rydwanu szyzmy i zaboru, słowem, nie wychodziła poza małoduszny program tych, którzy nie wierząc w możność rozbudzenia sił narodowych grzęźli w ślepym przekonaniu niepokonalności Rosji, a poczuciu własnej słabości. Na drugą garnęli się instynktownie wszyscy ci, którzy w ciągu lat pokoju i bezwładności nie strawili strasznych

upokorzeń, nie zapomnieli o krzywdzie narodowi przez swoich i obcych wyrządzonej, którzy w ciągu lat na strawie lepszej oświaty i zagranicznej wiedzy wyrośli, pragnęli zdobycze swoje w Polsce zastosować, którzy wreszcie pojmowali, że... żadnej reformy korzystnej za pomocą gospodarzącej od tylu lat Rosji przeprowadzić się nie da... Drogę pierwszą obrał król w nadziei powiększenia swojej władzy, z głębokiego poczucia słabości kraju i doświadczonej tylekroć potęgi Rosji. Konwencja kaniowska była przestrychnięciem się jego w starożytnego „amicus et socius” Rosji, przyjęciem roli zależnego królika, który z jenerałami mocarza ugania się o lepsze w oddaniu usług zaborczej potędze. Dalej następują jeszcze ostre osobiste kwalifikacje członków obozu rusofilskiego, którym autor zarzuca interesowność. Natomiast pisze (s. 652), że brak organizacji u przywódców w stronnictwie patriotycznym pociąga nas ku niemu „nieprzezwyciężoną sympatycznością”. Wprawdzie ich „zapał i wiara może aż do lekkomyślności posunięta, ale szlachetna, bo przy świętej stojąca idei. Program przeciwników pochodził z braku wiary, z braku sumienia obywatelskiego. Sytuacja polityczna roku 1788 stała się probierczym kamieniem moralności obywatelskiej i poprawy narodowej”. Przeprowadźmy krótką analizę tez zawartych w powyższym kontekście. Można je ująć, pozbywając się balastu frazeologii, jak następuje: Z dwu programów, które stały przed Rzeczpospolitą, określa kwalifikacje rzeczowe programu rusofilskiego. Program prusofilski kwalifikuje Szujski krótko, natomiast obszernie opisuje motywy jego członków. Zarzuty przeciw programowi rusofilskiemu są następujące: 1. Dosługiwał się korzyści politycznych. Oznacza to prawdopodobnie, że obóz króla dążył do otrzymania w zamian za pomoc zbrojną powiększenia armii i poprawy ustroju. 2. Nie odpowiadał godności narodowej, gdyż przyjmował, zresztą po to, żeby wyjść z niego, stan zależności (Położenie niewolnika dorabiającego się wyzwolenia). Zapomniał o doznanych krzywdach. Uznawał pierwszy rozbiór. 3. Stanowił przymierze z państwem szyzmatyckim. 4. Fałszywie (bo chyba to ma oznaczać wyraz „ślepo”) oceniał siłę Rosji, którą przesadzał, i siłę własną, której nie doceniał. 5. Program był podjęty bez sumienia, tj. poczucia odpowiedzialności. Samo już uszykowanie i wyrażenie polityczne zarzutów ukazuje ich nicość tak wyraźnie, że i pisać o tym ledwie warto. A więc nie winą, lecz zasługą planu królewskiego było to, że pragnął w zamian za pomoc otrzymać korzyści, gdyż w ten sposób korzyści te mieliśmy bez żadnego ryzyka. Nie winą, lecz zasługą było to, że przyjmował stan faktyczny zależności, już dawniej istniejący, i pragnął z niego się wydobyć bez starcia orężnego. Zamykanie oczu na hegemonię Rosji i pobrzękiwanie bronią, której jeszcze nie było, nazwać trzeba w porównaniu z polityką królewską nieodpowiedzialnym szaleństwem. Dalej uznanie rozbioru nastąpiło już na sejmie rozbiorczym i teza niezawierania nigdy żadnego sojuszu z żadnym z rozbiorców byłaby skazaniem Polski na zupełną izolację i nowy rozbiór. Szlachetni patrioci Szujskiego, przeciwnicy króla, też tego nie chcieli, doradzali tylko sojusz z Prusami, nie orientując się równie dobrze jak król w istotnych intencjach germańskich. Jeszcze dalej zarzut zawierania sojuszu z państwem o innej wierze jest wprost humorystyczny.

Ocena sił rosyjskich była nie ślepotą, lecz właśnie jasnowidztwem, skoro okazało się, że Rosja pobiła przeciwników. Niska kwalifikacja sił naszych była również trafna, bo siły te mimo całej agitacji sejmowej nie były dość wielkie, by samej tylko Rosji stawić czoło. Wreszcie frazes o braku moralności i sumienia nie oznacza nic w ogóle i jest tylko jaskrawym dowodem na lekceważenie określeń, słów, sądów i pojęć w naszej historiografii przed szkołą krakowską. Z drugiej strony przyznanie się, że stronnictwo patriotyczne było szlachetne, ale lekkomyślne i źle zorganizowane, kwalifikuje je już z politycznego punktu widzenia dostatecznie. Czyżby Szujski sądził jeszcze po 63 roku, że samą szlachetnością i lekkomyślnością można prowadzić losy wielkiego zbiorowiska narodowego inaczej, jak wpychając je w coraz większe klęski, poniżenia i niewolę?! Dalsza analiza kontekstu Szujskiego mogłaby zająć więcej jeszcze miejsca. Pozostawiamy ją czytelnikom, streszczając wytyczne naszego systemu: przede wszystkim polega on na przetłumaczeniu tez autora finalizowanego na język pozbawiony kwiecistych ozdób i epitetów. Najczęściej, jak powyżej lub w tekstach Askenazego, okazuje się, że to już wystarczy osiągnąć przekaz o znaczeniu wprost odwrotnym od tego, który przejawiał się w powodzi frazesów. Następnie przeprowadzamy konfrontację oczyszczonych już twierdzeń autora między sobą i z ustalonymi przez monografie faktami Wtedy wiemy już, co myśleć o autorze i o jego tendencji. W cytacie z Szujskiego konfrontacja tez autora ze sobą da już wynik dość nieoczekiwany. Oto cel wewnętrzny polityki rusofilskiej, dosłużenia się pewnych „politycznych koncesji”, jest zupełni identyczny z „przeprowadzeniem reform potrzebnych”. Jedno i drugie oznaczało wzmocnienie władzy i powiększenie armii. A jednak Szujski przedstawia to samo raz jako coś haniebnego i niepożądanego, drugi raz - jako wzniosły cel. Niech powyższe rozważania uświadomią nas, jaki był poziom naszego dziejopisarstwa przed powstaniem szkoły krakowskiej. Już sam Smoleński, choć wróg jej w założeniach, jednak naśladowca w metodzie, o ileż będzie się różnił od pierwszej historii polskiej Szujskiego. Ale nie potrzeba Smoleńskiego. Tenże sam Szujski, który stał się w międzyczasie filarem stańczyków, jakże inaczej traktuje ten sam okres, gdy w 1880 roku, to jest w 17 lat później, ogłasza swoją ”Historii Polskiej treściwie opowiedzianej Ksiąg XII” (Pisma S., II, t. IX, s. 382): Dla samej Polski otwierała się droga korzystania z zawikłań, aby się dźwignąć z dotychczasowej zależności i upadku, a to za pomocą przeprowadzenia mniejszej lub większej reformy wewnętrznej, wzmocnienia sił wojennych i zapomożenia skarbu i zajęcia krzepkiego stanowiska po jednej lub drugiej stronie. O zużytkowaniu położenia w związku z Rosją myślał król i partia królewskorosyjska... za uśmiechnięciem się Prus stanęła partia, na poparciu Prus opierająca swoje widoki, mogąca też najłatwiej na powszechną liczyć popularność. Przejdźmy teraz do Kalinki i polemiki z nim przez Smoleńskiego. Nawet Kalinka za młodu uważał politykę trzeciomajową za szczyt rozumu politycznego. Potem zaczął studiować dzieje sejmu szczegółowo i wydal monografię pt. „Sejm Czteroletni”. Pierwszy tom ukazał się w r. 1880, następne w latach 1884-86. Nie dokończył jednak dzieła i dociągnął je tylko do dnia 3 maja 1791 roku. Kalinka postawił w swojej monografii tezę, że Sejm Wielki poprowadził niezwykle lekkomyślną politykę zagraniczną, zawierając przymierze z Prusami i prowokując niepotrzebnie Rosję, miast dotrzymać neutralności i szukać zbliżenia z Austrią. Również krytycznie ocenił działalność wewnętrzną sejmu,

która polegała na zburzeniu całej konstrukcji Rady Nieustającej i oddaniu władzy w niedołężne ręce sejmowe. Tezy Kalinki zostały przyjęte przez szkołę historyczną krakowską, w szczególności przez Bobrzyńskiego, ale odrzucone przez tzw. szkolę warszawską, której twórcą był Smoleński. Już w r. 1887 Smoleński wydaje broszurkę polemiczną pt. „Stanowisko Kalinki w historiografii polskiej”, w której zaprzecza tezom Kalinki, a nawet odmawia mu miana historyka. Jeszcze dalej poszedł Askenazy, wydając w roku 1900 „Przymierze polsko-pruskie”. Jest to stuprocentowa, namiętna apologia polityki sejmowej i potępienie obozu moskalofilskiego. Z tą chwilą tezy Kalinki zostały porzucone przez publicystów i historyków poruszających daną epokę. Dopiero Skałkowski, po Dembińskim, w szeregu recenzji i dzieł zaznaczył, że zdanie Kalinki jeszcze nie zostało pokonane argumentami, i poszedł w potępieniu polityki prusofilskiej znacznie dalej od swego poprzednika. W niniejszym artykule przedyskutujemy główne tezy Smoleńskiego i Askenazego.

I

Zaletą Smoleńskiego jest dar obiektywnego referowania dzieł przeciwnika. Metodą jego - obsypanie tego przeciwnika tak wielkimi komplementami, że czytelnik nabiera przekonywającego wrażenia o obiektywizmie autora. Wtedy w jednym tylko, ale w najważniejszym punkcie podaje w wątpliwość tezę oponenta, potem już zawsze pisze o niej tak, jakby była zupełnie obalona. Efekt tej metody, zwłaszcza wobec tych czytelników, którzy nic nie mają przeciw temu, żeby być przez „optymistów” przekonanymi, musiał być kolosalny. Dla przykładu zacytujemy ostatnie słowa „Stanowiska Kalinki” (s. 43): Należy Kalinka niezaprzeczenie nie tylko do najpiękniejszych w literaturze talentów, ale i do najlepszych głów naszych. Umysł miał mało filozoficzny, ale rozważny i jasny, wyćwiczony nie tyle studiami teoretycznymi, ile praktyką w zawodzie publicznym. Pierwszorzędny pomiędzy publicystami, historykiem według wymagań nauki nie był... a dalej: ...Szukał prawdy, lecz jej nie znalazł, konkluzji, którą uważał za główną zdobycz swoich badań, nie dowiódł. Życzyć należy literaturze polskiej jak najwięcej głów takich i talentów, jak Walerian Kalinka, lecz najmniej zwolenników jego historiografii. Spójrzmy teraz na przesłanki, na których Smoleński opiera swój tak mocno wyrażony osąd. Analizując najpierw „Ostatnie lata” pisze (s. 16): Nie mógł też (Kalinka) sympatyzować z historiozofią, którą rozwijali i w naród wpajali poeci. Ubierając przeszłość w blaski idealne, a zapominając o cieniach, znajdowali w niej cnoty „nadeuropejskie”, usprawiedliwiali liberum veto i elekcję, zajazdy i swawolę szlachty; przyczynę upadku zwalali na obcych, to głosili, że „nie mogąc z całym światem wytrzymać zbrodni wspólnictwa, sama święta i niepokalana Polska w wieku XVIII dobrowolnie zstąpiła do «grobu»„. Nazwawszy Polskę „Chrystusem narodów”, nie tylko apoteozowali przeszłość, lecz twierdzili, że powołaniem naszego narodu jest odrodzenie ludzkości przez objawienie nowej religii. Tchnęli owi historiozofowie duchem konspiracyjnym, w gotowości i zapale narodu dostateczną znajdowali podstawę do zrealizowania swych marzeń.

Opinie takie dowodzące usposobień rewolucyjnych, stwierdzonych w końcu wypadkami r. 1863, sprzeciwiały się zasadniczo programowi politycznemu Kalinki. Wstrząśnięty ostatnią katastrofą, rzucił narodowi wyzwanie; ogłoszone w r. 1868 „Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta” miały wbrew opiniom poetów wykazać na podstawach historycznych, „że upadku swego Polacy sami są sprawcami i że nieszczęścia, które na nas spadły wówczas lub później, zasłużoną są przez naród pokutą”. Za główny błąd Kalinki uważa smoleński przerost zagadnień polityki zagranicznej oraz opisów walk wewnętrznych: Nie ma w nim przedstawionej pracy wewnętrznej: szkolnictwa, literatury, sztuki, przemysłu, handlu, wojskowości, słowem, tego, co odzwierciedla siłę narodu (s. 23). a także brak analizy stanu moralnego społeczeństwa. Oto co pisze na ten temat (s. 24): Stanowi to zasadniczy błąd Kalinki, że przyjąwszy za podstawę sądu historycznego kryterium etyczne, demoralizację narodu w XVIII wieku poczytuje na pewnik nie potrzebujący dowodzeń. Zaznaczane na każdej karcie: burzliwość, niekarność, duch niezgody, ambicja niepohamowana itp. są właściwie dedukcją, znajdującą stwierdzenie w postępkach takich indywiduów, jak prymas Podoski, hetman Branicki, Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski, biskup Sołtyk, Karol Radziwiłł, podskarbi Wessel, Poniński, lecz nie w świadomym działaniu narodu. Już w 1854 głosił Kalinka za prawdę „niezawodną”, że ci, co w jakiejkolwiek epoce stoją na czele narodu, są jego wyrazem, tj. sumą jego wad i cnót: zgodnie z tym przeświadczeniem w „Ostatnich latach panowania Stanisława Augusta” za zbrodnie przywódców przywołuje do odpowiedzialności naród. Naszym zdaniem w twierdzeniu owym prawdy „niezawodnej” nie ma. Naród nie był takim opojem jak Radziwiłł, wariatem jak Sołtyk, złodziejem jak Poniński, nikczemnikiem jak Branicki, pyszałkiem jak Szczęsny Potocki, intrygantem jak Podoski, nie takim jak oni, lecz tylko był głupim. Szedł za nimi nie dlatego, żeby w nich czuł „sumę” swoją, leczące przez ciemnotę, przez nierozumienie sprawy publicznej dał się okłamać i uwieść. Z osiemdziesięciu tysięcy szlachty, kładącej w r. 1767 podpisy na akcie konfederacji przeciwko królowi, mały zaledwie procent mógł rozumieć i podzielać pobudki przywódców. Zastrzegając się co do miejsca, jakie w hierarchii zagadnień zajmować winna polityka zagraniczna, przyznajemy, że Smoleński zarzuca słusznie Kalince, że nie przeprowadza analizy moralnej społeczeństwa - słusznie również stwierdza, że nie zawsze przywódcy stanowią sumę wad i cnót społeczeństwa. Tym niemniej nie podaje ani jednego poważnego argumentu w obronie moralności szlachty za czasów stanisławowskich. Pijaństwo szlachty malują nam zgodnie wszyscy pamiętnikarze ówcześni - teza przeciwna, jakoby szlachta miała być trzeźwą, jest nie do obronienia. Sołtyk był popularnym nie tylko wówczas, gdy oszalał, lecz i przedtem, w pełni sił umysłowych, a tym niemniej był wówczas, i to właśnie wówczas, niezmiernie szkodliwy. Wreszcie opinia sejmowa nie da się podciągnąć zawsze pod głupotę i ciemnotę, lecz często bardzo była owocem demoralizacji, w której wówczas sejmy tonęły. A właśnie opinia większości posłów obaliła reformy Czartoryskich, utrudniła królowi naprawę w 1775 roku, nurzała się w sprawach Dogrumowej i Sołtyka w okresie Stackelberga, odrzucała jednogłośnie kodeks Zamoyskiego i nowe podatki. Rzeczy te, robione przez posłów, a więc przez dobrą przeciętną masy szlacheckiej, nie przez jej przywódców, którzy ostatecznie mieli na gros posłów tylko taki wpływ, jaki mogli osiągnąć swoimi argumentami lub swoim przekupstwem, są

niezbitym faktycznym dowodem niskiego stanu moralnego ówczesnego społeczeństwa. Ale nawet gdybyśmy tego sejmowego dowodu nie mieli, gdyby Smoleński nie mylił się, pisząc, że zawsze i wszędzie tylko ciemnota i głupota były powodem powodzenia zdemoralizowanych przywódców szlacheckich - to i wówczas nawet Kalinka mieć będzie rację. O co bowiem idzie? Nie o terminologię ani o teoretyczny stopień umoralnienia szlachty. Idzie tylko o moralność faktyczną, tak jak się ona wyrażała w faktach, w historii. Jeśli przez 30 lat stale masa szlachty popiera obcych ambasadorów i warchołów przeciw własnemu, na korzyść państwa pracującemu królowi, jeśli obala najbardziej pożyteczne wnioski, to jest mniej więcej obojętne, czy będzie to skutkiem nikczemności, czy głupoty. Skutek jest jeden i wina narodu jest jedna i taka sama. Argument więc Smoleńskiego mija się, jak zwykle u niego, z głębszą istotą zagadnienia. O tym, że Smoleński uważa głupotę jako składnik charakteru bardziej pozytywny od pijaństwa, złodziejstwa, intryganctwa i pychy, że traktuje ją pobłażliwie jako wytłumaczenie innych wad - to należy sobie zapamiętać.

II

Drugi zarzut - lżejsze) natury w oczach Smoleńskiego, lecz cięższej w naszych - dotyczy oceny Kalinki polityki zagranicznej w epoce rozbiorowej. Idąc naszym zwyczajem oddajemy Smoleńskiemu głos: Jak wmawianie w naród demoralizacji, tak zaszkodziła dziełu i gotowa opinia, którą Kalinka pracę swoją zabarwił: nie pozbywać się nieprzyjaciela, lecz przede wszystkim podnosić się, urządzać, siły gromadzić! Kierując się taką teorią, łatwo jest niedołęstwo, brak determinacji i poczuć podciągnąć pod program, rozpaczliwe o byt wysiłki nazwać szaleństwem. Zdanie to doprowadza tezę Kalinki ad absurdum. Teoretycznie jest ono słuszne. W tym wypadku zastosowane, musi się liczyć z tym, że historia pozwoliła ustalić niezbicie, kiedy pokojowość wobec Rosji była „niedołęstwem, brakiem determinacji i uczuć” - mianowicie za Sasów, kiedy się trwało w wasalstwie i nic dla poprawy nie robiło - kiedy zaś programem: za Stanisława Augusta, który system ten szczegółowo i, jak przyszłość okazała, trafnie opracował. Nie ma żadnej podstawy do odmawiania temu systemowi nazwy programu. Szczegóły podaliśmy w rozdziale poświęconym pamiętnikom króla. Co do różnicy między „rozpaczliwym o byt wysiłkiem” a „szaleństwem”, to należałoby ściślej te oba pojęcia zdefiniować. Zdaje się, że walka może być nazwana „rozpaczliwym o byt wysiłkiem” tylko wtedy, kiedy byt ten jest czymkolwiek zagrożony. Otóż w konfederacji barskiej i Sejmie Czteroletnim, gdy rozpoczynała się walka, byt nasz nie tylko nie był gorszy, jak poprzednio, ale zawsze wykazywał tendencję do poprawy. „Rozpaczliwy wysiłek” nie miał więc na celu utrzymanie bytu, ale tylko wydobycie się spod hegemonii Rosji. Otóż jasne jest, że na takie przedsięwzięcie trzeba było zebrać więcej sił niż te, którymi dysponowaliśmy w chwilach, gdy prowokowaliśmy walkę z potężnym sąsiadem. Przyjęcie tej tezy jako podstawy dla czasów rozbiorowych nie tylko nie zdaje się dziełu historyka szkodzić, ale nawet jest zasadą rozumiejącą się samo przez się, bez której nie można danego okresu sumiennie przedstawić.

III

Przechodząc do monografii Sejmu Czteroletniego, Smoleński daje kapitalne résumé z tych części dzieła, które się odnoszą do polityki zagranicznej, po czym przystępuje do krytyki. Opuszczając zdania poświęcone sprawom społecznym, podamy poniżej krytykę Smoleńskiego dosłownie (s. 37): Wydobyliśmy z książki Kalinki tę stronę działalności Sejmu Wielkiego, na której autor oparł swój sąd o osobach, stronnictwach i całym pracy kierunku. „Zerwanie z Rosją, a oparcie bezpieczeństwa na Prusach było wielką z naszej strony niedorzecznością, było polityką awanturniczą” - oto rdzeń i sens dzieła, zabarwiający pogląd nie na same sejmu czynności, ale na wartość narodu... (tu o stronie społecznej) ...W „Ostatnich latach” zaznaczył, że „tylko zbrojąca się neutralność była jedyną polityką mogącą pogodzić i uczucia narodowe, i rozum stanu, była jedyną dla państwa drogą zbawienia”. Nie utrzymał Sejm Wielki neutralności, istniejący porządek wywrócił, zawarł z Prusami przymierze, nie poszedł drogą, którą wykombinował sobie Kalinka, musiał więc sympatie przezornego oportunisty utracić... ...Same zapatrywania polityczno-społeczne źle usposabiały Kalinkę dla sejmu; bardziej jeszcze zaważył na szali sądu zgromadzony przez autora materiał. Zbadał go głównie z tajnych archiwów wiedeńskiego i berlińskiego, dotarł do instrukcji dawanych posłom, raportów i depesz: pochwycił cały wątek niecnych króla Fryderyka Wilhelma względem Polski zamiarów. Zbadawszy intrygę, której nikt w Rzeczypospolitej podczas Sejmu Czteroletniego nie domyślał się, powziął żal do stronnictwa patriotycznego, że poszło za radami przewrotnego gabinetu pruskiego. Stąd potępienie patriotów, bez względu na to, że następstw przyjaźni pruskiej przewidzieć nie mogli; admiracja Stanisława Augusta i prymasa za dążność utrzymania dobrych stosunków z gwarantką, bez względu na to, że możliwe rezultaty ich programu opiera Kalinka na domysłach raczej, na uzasadnionej zresztą nienawiści ku dyplomacji berlińskiej, niż na istotnym rzeczy zgłębieniu. Archiwów rosyjskich Kalinka nie poznał, na urojeniach przeto osnuł przezorność polityczną obozu Stanisława Augusta. Jak nikt dzisiaj dzięki badaniom Kalinki nie ma wątpliwości co do wartości przyjaźni z Prusami, tak z drugiej strony nikt nie może zasadnie przeciwstawić stronnictwu patriotycznemu - obozu królewskiego, bez informacji źródeł rosyjskich. Może by po ich zbadaniu zrównoważyły się szanse stronnictw, a wtenczas i opinia o patriotycznym, tak niedorzecznym wobec opromienionego iluzją obozu Stanisława Augusta wypadłaby inaczej. Jak widać z powyższego, Smoleński nie neguje złej woli Prus - ważna konstatacja, gdyż niezadługo Askenazy zajmie stanowisko wręcz odwrotne - a całą krytykę i odrzucenie tezy Kalinki opiera wyłącznie na dwu przesłankach: 1. Stronnictwo patriotyczne nie mogło przewidzieć zdrady Prus, której w Warszawie nikt nie mógł się domyślać. 2. Nikt nie ma prawa twierdzić, że polityka neutralności lub oparcia o Rosję była ostrożna, bez zbadania archiwów rosyjskich. Zacząwszy od tego ostatniego punktu, trzeba powiedzieć, że jeśli idzie o kwalifikację ostrożności, można ją wydać bez jakichkolwiek badań ex post. Wszak politycy, którzy podejmują decyzje, nie mają do swojej dyspozycji ani tajnych depesz, ani raportów innych kancelarii. O tym, czy dana polityka jest ostrożna, czy nie, decyduje tylko sytuacja bieżąca. Otóż jaka była sytuacja? Po pierwszym rozbiorze

Rosja obroniła Polskę przed zakusami Prus, które pociągnęły kordon daleko poza pierwszy dział rozbiorczy. Następnie pod swoją gwarancją Rosja utrzymała rząd, który wprawdzie był wykonawcą jej woli, ale przy tym niezaprzeczenie przeprowadził w licznych dziedzinach postęp i porządek. Rosja była sprzymierzona z Austrią, która prowadziła tradycyjną politykę przyjaźni z Polską, mimo że okoliczności zmusiły ją do wzięcia udziału w pierwszym rozbiorze. Z drugiej strony Prusy, nierównie od Rosji słabsze, ale za to konsekwentnie osłabiające nasz ustrój, niszczące majątek, dybiące na zdobycze terytorialne od Polski, które stanowiły jedynie możliwe i konieczne ze względów geograficznych uzupełnienie ich dzierżaw. Rosja jest wplątana w ciężką wojnę z Turcją, ale nie tylko przewyższa ją siłami, ale i ma potężnego sprzymierzeńca austriackiego, tak że ostateczne zwycięstwo dworów cesarskich zdaje się nie ulegać wątpliwości. W tym położeniu, a powyżej podane linie są najbardziej elementarne i znane wszystkim ówczesnym politykom polskim, wydaje się być oczywiste, że politykę dalszego porozumienia z Rosją nazwać może kto chce błędną, ale nie sposób nazwać jej nieostrożną. O tym, czy była ta polityka trafną, czy błędną, będziemy mówić poniżej. Tymczasem jeszcze rozpatrzmy zarzut drugi: rzekomo nikt w Warszawie nie mógł domyślać się zdrady Prus. Postulat neutralności i utrzymywania dobrych stosunków z Rosją jest „drogą, którą wykombinował sobie Kalinka” - w ten sam ton uderza Askenazy („Przymierze polsko-pruskie”, s. 34), pisząc: „pod adresem przeciwników przymierza (nie jest przekonywająca) żadna dzisiejsza hiperkrytyka dziejopisarska, żadne dziejopisarskie esprit d’escalier, żadne niewczesne spóźnione rekryminacje...” Trzeba więc dowieść, że podejrzenia co do złej wiary Prus nie były wytworem kombinacji Kalinki ani jego esprit d’escalier. Na to twierdzenie odpowiedź może być tylko jedna: dowieść, że już wtedy, podczas dyskusji nad decyzją zrywającą gwarancję moskiewską, były głosy, które to samo mówiły, co Kalinka w sto lat później. „Wiem, że wam niemiło słuchać o gwarancji i o Moskwie. Ale że obie jeszcze existunt, trzeba więc nie drażnić Moskwy, bijąc na gwarancję. Mówię ja każdemu: pamiętajcie, co was i całą ojczyznę kosztować może zerwanie z Moskwą!... Ale nie słuchają tego i wzięli na kieł, ile że poduszczani nadzieją (której lubo szefowie opozycji nie bardzo wierzą, ale dependentom wierzyć każą), że król pruski z całą potęgą swoją stanie przy nas dla oswobodzenia nas od Moskwy, do ewakuowania zupełnego z kraju naszego wojsk moskiewskich i austriackich i do obronienia nas od przechodu wszelkich wojsk zagranicznych. A nie chcą uważać, że ten nowy protektor, czyli przyjaciel, będzie znowu naszym opressorem, a probabiliter chciwszym niż Moskwa i ziem, i ludzi...” (Kalinka, „Sejm Czteroletni”, t. I, s. 201). Tak pisano z Warszawy w samym ogniu dyskusji o gwarancji, a pisał nie jakiś nieznany i ukryty partykulariusz, ale król polski Stanisław August, przywódca potężnego stronnictwa, które liczyło większość senatorów i dużą ilość posłów. Czyż potrzeba lepszego dowodu na to, że to nie Kalinka ex post skonstruował tezę o konieczności trzymania się gwarancji moskiewskiej i o niepewności sojusznika pruskiego? Król nie robił sekretu ze swego zdania. Powtórzył je zresztą w słynnej swej mowie sejmowej 6 listopada 1789: ...pamiętajmy, że tej siły jeszcze nie mamy i że dobrowolności innych narodów nie zyskamy, jeżeli nie będziemy strzec zawarowanych obowiązków. Pamiętajmy, jaka była postać kraju naszego, gdy stał się teatrem wojny, do którego wnijście zewsząd otwarte, gdzie w poddanych własnych najłatwiej możemy, strzeż Boże, doznać nieprzyjaciół najsroższych: jak łatwo obcej zmowy stać się możemy łupem... Nie obrażajmy żadnego z sąsiadów, jest

jednak wskazówka nieomylna dla narodów, pochodząca z sytuacji ich właściwej. Mówię wyraźnie i głośno (i tu głos jeszcze więcej podniósł), że nie masz potencji żadnej, której by interesa mniej się spierały z naszymi jak Rosji. Wszak Rosji winniśmy, że nam wróciły się niektóre części już zabranego kraju... Otwarciej trudno było napiętnować Prusy, przestrzec przed drugim rozbiorem, wskazać na drogę przyjaźni z Rosją. Pozostaje zdumienie: jak Smoleński, a także mimochodem Askenazy, mogli prześlepić tak wyraźne u Kalinki stwierdzenie stanowiska obozu królewskiego i przypisywać koncepcję moskalofilską kombinacji ex post? Na ogół, jak widzimy, argumenty Smoleńskiego są równie płytkie jak i jego erudycja. Jest to jeden z najsłabszych historyków polskich. Jego jednak „Historia Polski”, nie zaś Bobrzyńskiego, stała się podręcznikiem szkolnym w Polsce odrodzonej po 1920 roku...16

Sejm Czteroletni Kalinka, Askenazy, Dembiński
Sejm Czteroletni - jego polityka zagraniczna w szczególności - stal się areną, na której zmierzyli się dwaj sławni nasi historycy: Kalinka i Askenazy. Walka ta była właściwie jednostronna, bo Kalinka dawno już nie żył, kiedy Askenazy przedsięwziął w roku 1900 w książce „Przymierze polsko-pruskie” podważyć jego tezy. Kalinka był obdarzony dobrym piórem - ale Askenazy był wielkim talentem pisarskim, był to Macaulay polski: jego proza to była proza poetycka, poezja nieledwie. Askenazy siłą słowa i obrazu narzucał czytelnikom swoje zdanie bardziej, niż mógłby to uczynić samym ciężarem swoich argumentów. Jego styl, pełen przymiotników, jego obrazowość i odwoływanie się do uczuć czytelnika-Polaka często szkodzi ścisłości danych i wniosków, i trzeba się nieraz dobrze namęczyć, by odkryć i na proste i ścisłe wyrazy myśl autora przetłumaczyć. Ale wtedy ogarnia nas zdumienie - tak inaczej myśl ta wygląda pod kobiercem kwiecistych słów i określeń.17
16

Broszura Smoleńskiego wyszła w 1887 roku. Prawie w 40 lat potem, po dyskusji Askenazy-Dembiński, która powtórnie wykazała naiwność patriotów sejmowych i rozum króla, ukazywały się kolejno wydania „Dziejów narodu polskiego” Smoleńskiego, służące już jako podręcznik szkół średnich. Oto zdania, którymi autor kształtuje pogląd młodych pokoleń Polski wobec dwóch programów, między którymi Polska wybierała w 1788 roku (wyd. VI, s. 333;. Król ani myślał korzystać z kłopotów Rosji i kusić się o wyzwolenie państwa spod jej wpływu, zamierzał na sejmie konfederackim, oprócz przymierza i aukcji wojska, przeprowadzić naprawę wewnętrzną państwa, bez nadwyrężenia głównych zasad konstytucji 1775 r. ... (s. 340 o obaleniu Komisji): „Wyzwoliła się Rzeczpospolita spod rządu, narzuconego przez Rosję, ciążącego nad nią przez lat dwanaście... Aby jednak ogłupić gimnazistów do reszty, daje i przeciwną opinię, gdy cytuje notę Stackelberga grożącą represjami wobec zerwania traktatu gwarancyjnego: (s. 339) „Nota ambasadora najfatalniejsze ściągnęła skutki, pchnęła bowiem opozycję do ściślejszego niż dotąd związku z Prusami.” Tu więc Smoleński, znanym torem naszych mistrzów historii, potępia i protektorat rosyjski, i sojusz z Prusami neutralności zaś w ogolę jako poważnego wyjścia nie bierze w rachubę! 17 Bardzo ciekawym przyczynkiem do genezy kwiecistego stylu Askenazego jest recenzja z jego pierwszej pracy, mianowicie tezy doktorskiej: „Die letzte polnische Königswahl” - przez Korzona. Korzon domaga się energicznie

W 13 lat po wydaniu książki Askenazego ukazał się gruby tom prof. Bronisława Dembińskiego pt. „Polska na przełomie”. Tytuł właściwy brzmieć powinien: Polska polityka Prus w czasie Sejmu Czteroletniego. Temu bowiem wyłącznie tematowi poświęcił Dembiński 500 stron bitego druku i kilkadziesiąt lat badań. Dembiński umarł, zanim wydał drugie dzieło, do którego zebrał mnóstwo materiałów: „Polska między I i II rozbiorem”. Ale i „Polska na przełomie” jest owocem tak wielkiej erudycji i znajomości przedmiotu, iż stanowi niedościgły, przynajmniej pod tym względem, ideał dziejopisarski. Rzecz dziwna jednak: monografie Kalinki i Askenazego wychowały całe generacje, dokonały obie zdecydowanego przewrotu zarówno w opinii dziejopisarstwa, jak i publicystyki, a to mimo rzeczowych tytułów i skromnej szaty zewnętrznej. Dzieło Dembińskiego, które miało do pozyskania historyków kolosalny aparat naukowy, dla publiczności wspaniałą oprawę, bardzo ładne reprodukcje portretów i wreszcie popularny tytuł, nie wpłynęło w żadnej mierze ani na jednych, ani na drugich. O zdaniach fachowych historyków będziemy mieli okazję pisać później. Tu wspomnijmy, że Giertych pisząc o Sejmie Czteroletnim, cytując całymi stronicami Kalinkę, zwalcza Askenazego, o istnieniu Dembińskiego w ogóle nie wie. Prawdopodobnie zapomnienie Dembińskiego, a sława obu jego poprzedników poszła stąd, że historyk ten dysponuje stylem pisarskich arcytrudnym, a konstrukcja jego jest nieudolna. Tym niemniej Dembiński, który pisał w 13 lat po Askenazym, przynosząc o wiele mniej bagażu apriorystycznego i więcej naukowego, rozstrzygnął właściwie spór swoich sławnych poprzedników. Toteż będziemy cytowali naprowadzone przezeń fakty lub też jego własne zdanie, nie przemilczając pewnych błędów w dziedzinie kryteriów - jako ostateczny sąd w dyskusji na temat polityki zagranicznej Sejmu Czteroletniego. Kalinka w „Sejmie Czteroletnim” (1880) potępił ówczesny sojusz polsko-pruski. Dowodził on, że Prusy zawarły go li tylko w celu wyrwania Polski spod hegemonii rosyjskiej na to, aby ją potem za udział w rozbiorach z powrotem Rosji odsprzedać. Dzięki zerwaniu z Rosją nastąpił drugi rozbiór i potem upadek Polski. Askenazy zaprzeczył wprost założeniom tych twierdzeń, osądził politykę przymierza pruskiego jako jedynie racjonalną ze stanowiska polskiego, jako szczerze prowadzoną ze strony Prus, a niepowodzenia późniejsze złożył na zmiany koniunktury, której nikt przedtem przewidzieć nie mógł. Dyskusję tę streścimy w niniejszym rozdziale. Okres, jaki nastąpił po pierwszym rozbiorze (1775 do 1788), należy do najbardziej pozytywnych w dziejach ostatnich dwu stuleci. Polska, znajdująca się pod władzą Rady Nieustającej, po raz pierwszy, od dziesiątek lat była naprawdę rządzoną. Bezpieczeństwo, ekonomia, oświata, prawo, wojsko, wszystko to było w trakcie odbudowy i rokowało najlepsze nadzieje na przyszłość. Jedna była na tym rozjaśniającym się horyzoncie naszym chmura: było to pognębienie polskiej dumy narodowej przez ambasadora Rosji Stackelberga, który będąc właściwym władcą Polski, dawał zbyt odczuć swoją wszechmoc. Stąd reakcja przeciw Rosji, tlejąca jeszcze w duszach, grożąca załamaniem całego gmachu odbudowy państwowej. I jeszcze jeden niebezpieczny element, zbyt mały autorytet króla Stanisława Augusta wobec magnatów, którzy nie przestali roić o polityce zagranicznej na własną rękę, opartej o dwory obce, a skierowanej przeciw dworowi własnemu. Położenie międzynarodowe poprawiło się o tyle, że zbliżenie austro-rosyjskie, dokonane w r. 1782 przez Józefa II i Katarzynę II, położyło kres zgubnemu dla nas współdziałaniu rosyjsko-pruskiemu. Z trzech otaczających nas mocarstw tylko Prusy prowadziły stale politykę opartą na aksjomacie: siła Prus wymaga słabości Polski, silna Polska to zguba Prus. Austria przez samą nienawiść do Prus starała
od młodego historyka... stylu bardziej przystępnego dla szerokiej publiczności. Może ta anegdota posłuży recenzentom za przestrogę, by nigdy nie wywoływali wilka krasomówstwa z lasu literatury polskiej!

się utrzymać możliwie najsilniejszą Polskę i w żadnym wypadku nie dopuścić do zwiększenia się Prus naszym kosztem. Rosja osiągnęła po pierwszym rozbiorze zupełną hegemonię w Warszawie i choć obawiała się zbytniego wzmocnienia Polski i utracenia tej hegemonii, jednak nie dążyła ani do dalszego osłabienia, ani do uszczuplenia jej granic. Cementem, który skleił sojusz austro-rosyjski, sojusz dworów cesarskich, jak go wtedy nazywano, był plan wspólnej wojny z Turcją. Oba państwa obiecywały sobie stąd duże korzyści terytorialne. Wojna jednak nie miała być wcale łatwą. Turcja wystawiła 250-tysięczną armię i miała wszystkie dane po temu, by zwycięsko stawić czoło Rosji. W każdym razie Rosja zaangażowała się w tę wojnę tak bardzo, że należało spodziewać się możliwości polepszenia położenia Polski albo drogą porozumienia i zelżenia kurateli rosyjskiej dla powiększenia armii i polepszenia ustroju, albo też drogą walki z nią i zadania jej ostatecznego ciosu. Dyskusja Askenazy contra Kalinka to dyskusja, którą z tych dwu dróg pójść należało. Zagadnienie dzieli się na dwie części: i. ii. Czy należało się nadal trzymać sojuszu z Moskwą, Czy też przyjąć ofertę sojuszu ze strony Prus.

Oba te zagadnienia zbadamy kolejno.

I. Sojusz moskiewski
W roku 1787 w czasie zjazdu w Kaniowie król Stanisław August wystąpił wobec Katarzyny II z projektem przymierza przeciw Turcji. Koncepcja ta, przynajmniej w tej formie, jaką jej nadawał król, znajduje gorącego obrońcę w Kalince („Sejm Czteroletni”, t. I, s. 52). Jakiekolwiek - pisze on - zdanie można by mieć o tym przymierzu z Rosją, zaprzeczyć się nie da, że myśl pociągnięcia Rzeczypospolitej do wojny była w zasadzie zbawienną. Od 70 lat z górą Rzeczpospolita żadnej wojny regularnej nie prowadziła, duch rycerski przygasł w narodzie i nie mogła go naprawdę odżywić konfederacja barska, która z małymi wyjątkami nic więcej prócz nieporządnej ruchawki nie wydała. Wraz z duchem wojennym zginął i zmysł polityczny; przewaga na sejmiku i w trybunale, chwytanie starostw i urzędów, pieniactwo i przekora, oto co stanowiło sprawy publiczne przez pół wieku z górą. „To naród adwokatów” - pisywał nieraz Stackelberg. Wszystko zdrobniało i zgnuśniało za ostatniego Sasa, lecz i w późniejszych czasach niewiele się polepszyło. Przypomnijmy sobie; jakie to sprawy w epoce, która nas zajmuje, roznamiętniały cały naród na sejmie i poza sejmem. W roku 1782 nie było ważniejszego pytania nad to, czy Sołtyk oszalał albo nie, w roku 1785 proces nikczemnej intrygantki Dogrumowej rozdzielił naród na dwa nienawistne obozy; w rok później dekret marszałkowski w tymże procesie wydany i nazwisko Branickiego w nim zamieszczone stały się pierwszorzędną kwestią stanu w gabinetach, na sejmikach i w sejmie, a im lichsze były sprawy, z tym większą zapalczywością walczono o nie, marnując siły, które sfornie i roztropnie użyte, mogły były dźwignąć kraj. W tak opłakanym rozstroju ukazać narodowi jakiś wyższy cel mogło już samo przez się stać się ratunkiem. Wojna ma w sobie coś poważnego, coś lojalnego, narody przez nią zazwyczaj oczyszczają się, dźwigają. Umysły

Polaków sławą wojenną podnieść i zapalić, wyrwać je z kłótliwej opozycji i rozdarcia, do którego sama bezczynność przywodzić musiała, i korzystać z okazji, jaką wojna podaje, aby władzę wojskową wzmocnić, powiększyć armię, zahartować ją w boju, zdobyć na nowo jakieś uznanie i poszanowanie imienia polskiego w Europie, wprowadzić Rzeczpospolitą do traktatów europejskich i w końcu odzyskać, o ile to podobna, część utraconych prowincji lub jakieś za nie wynagrodzenie, te były aż nadto usprawiedliwione powody owych dążeń królewskich. A choćby i do wojny nie przyszło, jeszcze z przymierza można było wyciągnąć znaczną korzyść, ubezpieczenie Rzeczypospolitej przed zaborczością pruską, grożącą nieustannie i która każdemu cokolwiek z polityką obznajomionemu dobrze była wiadoma. Jak widzimy, przewaga argumentów Kalinki przemawia za wojną w ogóle. Specjalnie za sojuszem z Rosją przemawia ubezpieczenie od Prus. Warunki przymierza podane przez króla dadzą się ująć jak następuje: 1. Wzajemna gwarancja posiadłości, wzajemna pomoc ponad 12 tys. ludzi w razie wojny. 2. Subwencja rosyjska 300 000 dukatów. 3. Przywrócenie rozdawnictwa urzędów przez króla, prawo odwoływania ministrów, prawo veta ustawodawczego. 4. Udział w zdobyczach terytorialnych. 5. Zgoda na konfederację i sejm nadzwyczajny. 6. Korpus posiłkowy polski w czasie wojny będzie utrzymywany przez Rosję. Kontrpropozycje rosyjskie, zawarte w instrukcji dla Stackelberga, wyglądały jak następuje: 1. Traktat odporny na lat osiem z wzajemną gwarancją posiadłości europejskich, pomoc wzajemna 10 tys. ludzi ze strony rosyjskiej, 12 tys. ze strony polskiej pod dowództwem generałów strony żądającej pomocy. 2. Subwencja 300 000 dukatów w sześciu ratach rocznych po 50 tysięcy, uzbrojenie i utrzymanie polskiego korpusu posiłkowego na koszt Rosji. 3. O ile możności Stackelberg ma uchylić reformy ustrojowe. 4. Dopuszczenie do zdobyczy terytorialnych, bez ich wymieniania. 5. Zgoda na konfederację i sejm. 6. Korpus posiłkowy ma być podzielony na 3 części pod dowództwem: ks. Stanisława Poniatowskiego, hetmana Branickiego i Szczęsnego Potockiego. 7. Tam, gdzie Polska nie ma przedstawiciela dyplomatycznego, zastępuje ją Rosja. Katarzyna zgadzała się na powiększenie armii, ale raczej ilości żołnierzy niż kadr oficerskich i podoficerskich. Kalinka, po zacytowaniu zasad odpowiedzi rosyjskiej, zmienia zdanie i uważa odtąd, że sojusz zawarty na podstawie kontrpropozycji nie dawałby już żadnych korzyści. Potrzebaż dodawać, - pisze na s. 83 - że przymierze takie nie pożytkiem, ale szkodą było dla Polski? - Uzasadnienie tego zdania spotykamy dopiero na s. 94... - Sojusz ten byłby w końcu zaciągnął Rzeczpospolitą w większą jeszcze od Moskwy zależność. Kiedy słaby chce się posługiwać mocniejszym, wbrew swojej woli jemu służyć musi. Jeżeli Fryderyk II, jeśli cesarz Józef, związani z Katarzyną przymierzem, mimo całej swej potęgi musieli nieraz więcej dla niej świadczyć, niżeli sami chcieli, niżeli na to ich własny interes pozwalał, jakżeż bezsilna

i poniżona Rzeczpospolita mogła się spodziewać, iż swoje interesy, swoją godność i resztki niezawisłości w tym sojuszu ubezpieczy? Dość było, i aż nadto złego, że Rosja pozyskała tak wiele wpływu na sprawy wewnętrzne Polski, potrzebaż było jeszcze zaprzęgać dobrowolnie Rzeczpospolitą do moskiewskiej zagranicznej polityki? Widzieliśmy, jakie Katarzyna postawiła żądanie. Państwo tak słabe, że ci nawet, którzy go potrzebują, mogą podobne kłaść mu wymagania, nie ma widocznie niezbędnych warunków, aby bez narażenia swojej przyszłości do rozległych, europejskich mieszać się kombinacji. Jest mądrość polityczna w tym przysłowiu: „według stawu grobla”; tej mądrości życzyć by należało narodowi w każdym położeniu i w każdym czasie. Zamiary królewskie za szeroką stawiały groblę na nasz staw... Argumenty Kalinki nie są zbyt przekonywające. Polemizuje on tu z wygłoszonymi przez siebie i cytowanymi powyżej tezami, nie zwalcza jednak wprost ani jednej wygłoszonej przesłanki, przytacza tylko szereg czynników przemawiających przeciw sojuszowi, niejako milcząco podtrzymuje nadal tamte, przemawiające z innych powodów za sojuszem. Pozostaje więc tylko zważyć, czy ważniejsze były korzyści, czy szkody mogące z zawarcia sojuszu wyniknąć. Otóż ze szkód konkretnych wymienia Kalinka tylko rozciągnięcie hegemonii rosyjskiej i na polską politykę zagraniczną. Trzeba się dobrze zastanowić, czy wzmocnienie armii i władzy króla, powąchanie prochu przez żołnierza, oderwanie obywatela od kłótni domowych przez stworzenie nareszcie jakiegoś problemu politycznego nie równoważyłoby formalnego uzależnienia naszej polityki zagranicznej od Moskwy. W rzeczywistości wówczas już Polska nie mogła nie tylko zawrzeć żadnego układu ani wysłać żadnego poselstwa bez zgody ambasadora rosyjskiego, ale nawet zwołanie sejmu nadzwyczajnego i mianowanie senatorów było faktycznie odeń zależne. W tym położeniu nie widać wprost żadnej konkretnej szkody, jaką miałby sojusz przynieść. Teza, jakoby nadmierna słabość kazała trzymać się z dala od polityki międzynarodowej, nie jest możliwa do obronienia. Wprost przeciwnie, Polska jako obiekt ani na chwilę nie przestawała interesować kancelarii dyplomatycznych Europy. Jeżeli nie znajdowała często obrońców, to dlatego, że nie chciała i nie mogła (ale nie tylko ze względu na siły, więcej ze względu na ustrój) brać czynnego udziału w systemie sojuszów i wynikających stąd wojen. Wprowadzenie Polski w ten świat żywych walk, przy wzmocnieniu armii, ustroju, mogło wzbudzić przekonanie, że Polska może być także pożytecznym sprzymierzeńcem, i polepszyć raczej, jak osłabić jej położenie międzynarodowe.

Askenazego dyskusja sojuszu moskiewskiego

A teraz co mówi o projekcie sojuszu Askenazy. Zacytujemy tu całych 5 stron bez żadnych opuszczeń (28-33) nie dlatego, żeby każde zdanie miało być ważne, ale dlatego, żeby dać czytelnikowi od razu możliwie obszerny materiał do pojęcia mistrzostwa stylu Askenazego. Mistrzostwa, które czasem staje się jednak mistrzostwem mistyfikacji. Podzieliliśmy cytat na numerowane kapitele, dla ułatwienia dyskusji.

I

Polskę wojna turecka rzuciła między młot i kowadło. Raz już, przed laty pięćdziesięciu, w położeniu arcypodobnym była znalazła się Rzeczpospolita. Jak teraz przez sprzymierzoną wyprawę turecką Katarzyny i Józefa, podobnie wtedy, w 1738 r., była na sztych wystawiona przez sprzymierzoną wyprawę turecką Karola VI i Anny Iwanowny. Wtedy już opozycja krajowa, z prymasem i hetmanem Potockim na czele, stawała się związkiem z Portą, Szwecją, Francją i Prusami. I wtedy również król August III pociągany był do związku z dworami cesarskimi przez widoki udziału w łatwych na Porcie zdobyczach, w bliskich korzyściach od strony Chocimia, Budziaku, Multan i Wołoszy. Teraz podobnie w tych dwu przeciwległych kierunkach rozeszli się król i opozycja. Rozeszli się podobnie, bo teraz, tak samo jak wówczas, rozejść się musieli, bo tak wymagała ta sama niezmienna logika rzeczy. Zmieniło się tylko tyle, że teraz opozycja ciągnąć musiała do związku z Portą, Szwecją, Anglią i Prusami. Zmieniło się tyle, że miejsce Francji zajęła Anglia i w tej zmianie istotnie objawiła się wyższa konieczność dziejowego przeobrażenia, bo tymczasem był zaszedł ten niesłychanie doniosły przewrót dziejowy, iż w miejscu, opróżnionym przez Francję, która w paktach belgradzkich po raz ostatni broniła była Wschodu, odtąd na wschodzie, naprzeciw Rosji, podniosła się Anglia. Reszta tła ściśle politycznego, w rysach zasadniczych, pozostała jak była. Pozostał król, wówczas dużo lepszy (!), choć zgoła nie osobliwy, teraz po prostu tytularny, lecz ostatecznie i tam, i tutaj, przez jednakową fatalność związany z potęgą, która go wyniosła; pozostała opozycja, wówczas wskroś licha, teraz stokroć nieskończenie zacniejsza, choć pełna win i błędów, lecz ostatecznie i tutaj i tam wcielająca ducha niepodległości narodowej. Głęboka analogia przyczyn, bez względu na wartość ani nawet wolę ludzi, musiała sprowadzić konieczną analogię skutków dziejowych.

II

Polityka zagraniczna ostatniego króla polskiego w długim, trzydziestoletnim okresie jego rządów pozostała prawie zupełnie nieznana. Powód najprostszy. W rzeczywistości nie było jej wcale, bo być nie mogło. Były tylko przygodne, rwące się natychmiast próby bez konsekwencji i znaczenia. Te pozorne próby emancypacji, kruche jak nici pajęcze, te potajemne konszachty zagraniczne prywatnego człowieka raczej niż monarchy, na które po wielekroć natrafialiśmy w naszych poszukiwaniach, nawiązywane były przez króla dla pobudek najbłahszych, przy lada okazji, przez lada jakich pośredników i również łatwo jak napoczęte, były odstępowane; zaś najczęściej nie miały innego celu, jak ten, aby przypomnieć, aby podbić w cenie wartość zbyt już lekceważonych, bo zbyt przymusowych usług królewskich dla Rosji. Związek z Rosją dla Stanisława Augusta w sprawach zagranicznych, tak samo jak w sprawach wewnętrznych, był punktem wyjścia kardynalnym, skąd on mógł zbaczać pozornie, lecz dokąd go nawracała nieodparcie fatalność jego położenia i charakteru. W jaką stronę obrócić ten związek, raczej którędy za nim się obrócić, to już było dla króla rzeczą drugorzędną. Takim to sposobem ostatnio jeszcze w r. 1778, podczas zatargu między Austrią a Prusami o Bawarię, kiedy jeszcze Rosja trzymała z Prusami, Stanisław August nosił się z zamiarem wprowadzenia Polski do rosyjsko-prusko-saskiej koalicji przeciw Austrii; on to wówczas prowadził rokowania z Berlinem, on zamyślał o wtargnięciu do Galicji, lecz te usiłowania po dziś dzień okryte tajemnicą, prawie nieznane,

a ściśle związane z planami ówczesnymi Hertzberga, rozwiały się rychło wskutek pacyfikacji cieszyńskiej. Z odmianą stanowiska Rosji wobec Prus, z chwilą dojścia przymierza rosyjskoaustriackiego z 1781 roku, natychmiast odmienił swoje projekty Stanisław August. Uchwycił się oburącz myśli przystąpienia do sojuszu obu dworów cesarskich przeciw Turcji Wystąpił z nią już w roku 1782 wnet po zawarciu tamtego sojuszu, kiedy przesilenie z powodu zaboru Krymu przez Rosję zdawało się zapowiadać wojnę niechybną. Wystąpił ponownie w r. 1787, w przededniu rzeczywistego wybuchu. Wiosną tego roku nareszcie doczekał się upragnionego, wymarzonego od dawna spotkania z cesarzową. Zjechał naprzeciw niej do Kaniowa. „Stracił trzy miesiące i trzy miliony - według trafnej uwagi naocznego świadka Ligne’a - aby ją widzieć przez trzy godziny”. Tutaj, w Kaniowie, osobiście przedstawił swój projekt polsko-rosyjskiego przymierza Potiomkinowi, kanclerzowi Bezborodce i samej cesarzowej, z którą zresztą nawet rozmówić się w tej sprawie nie zdążył, bo mu nie pozwolono...

III

Ofiarował korpus sprzymierzeńczy do trzydziestu tysięcy za umowę - względem żołdu. Żądał w zamian dla Rzeczypospolitej, z przyszłych na Porcie zaborów, przyłączenia Besarabii i części Mołdawii aż do Seretu. Nie napomniał o sobie. W całym tym projekcie, pozorowanym wobec kraju fałszywymi widokami sławy, zdobyczy i jakichś mniemanych reform, spodziewanych rzekomo pod skrzydłem przymierza, nie o sławę, zdobycze ani reformy chodziło naprawdę królowi, lecz o realne korzyści osobiste. Takich korzyści, rzeczy namacalnych żądał dla siebie; rozszerzenia swego przywileju szafunku urzędów, znacznego pieniężnego subsydium, dopominał się też sukcesji dla swego synowca

IV

Spotkanie kaniowskie Stanisława Augusta z Katarzyną II po ćwierci wieku niewidzenia, spotkanie tych dwojga ludzi po tylu nadzwyczajnych przejściach, a w przededniu równie nadzwyczajnego zakończenia; spotkanie króla z cesarzową, która go zrobiła królem, której nie widział od dawnych młodych czasów, kiedy jeszcze królem nie był, kiedy on był tylko stolnikiem litewskim, ona wielką księżną, a której nie ujrzy więcej nigdy, kiedy już z jej woli królem być przestanie; jedyne spotkanie między tęczową baśnią Peterhofu a beznadziejną samotnością Grodna; wieleż tutaj niepowszednich nasuwa się refleksji. Lecz tym upokarzającym refleksjom chętnie schodzimy z drogi. Ograniczamy się do prostego rozważenia i oceny propozycji sprzymierzeńczej Stanisława Augusta.

V

Należy dojrzale zastanowić się nad tą propozycją królewską. Po przerwie blisko stuletniej miała ona znowu wtrącić Rzeczpospolitą do sprawy wschodniej w charakterze zaczepnym, zdobycznym, pospołu z Rosją. Wracała, śród jakże zmienionych warunków, do starych wojowniczych tradycji, wracała oraz do tradycji paktu grzymułtowskiego. „Uważawszy dobro całego chrześcijaństwa, a życząc narody pod bisurmańskim jarzmem jęczące z tak ciężkiej wyswobodzić niewoli, mahometańskie obrzydliwości wyrzuciwszy” - tak brzmiały założenia owego nieszczęsnego paktu z 1686 roku między królem Janem a carem Piotrem, opłaconego stratą Kijowa i Smoleńska. Teraz czyniono wszystko, aby do tych tradycji nawrócić opinię publiczną, która przez całe stulecie zrozumiała nareszcie - po doświadczeniach Leszczyńskiego i Baru -iż w półksiężycu posiada nie wroga naturalnego, lecz naturalnego sprzymierzeńca. Owóż teraz uczyniono wszystko, aby te ciężkie, drogo opłacone doświadczenia co rychlej puścić w niepamięć. Jeszcze J. J. Rousseau, życzliwy, ale ślepy doktryner, był zalecał Polakom: „skoro przyjdzie znowu do wojny między Osmanami a Moskwą, a ta was wezwie do pomocy, nie wahajcie się, idźcie naprzód, a nie traćcie takiej sposobności dla spełnienia w kraju pożądanej naprawy”. Teraz w tym samym duchu urabiali zdanie narodu najbliżsi zausznicy wojowniczego króla, który niedawno obchodził z wielką pompą stulecie odsieczy Wiednia, stawiał na moście w Łazienkach posąg Sobieskiego zwycięzcy, a sam jeździł do Kaniowa po przyszłe trofea tureckie i po wcześniejsze dukaty. Obliczał w „Tauryce” przyszłe zdobycze Polski Naruszewicz. „Polska, po tylekroć najechana, zburzona... izaliżby nie miała prawa do Tatarów perekopskich, aby z nichże część nagrody strat swoich otrzymać mogła?” Trembecki zapalał się na myśl wspólnych ze sprzymierzoną Rosją tryumfów. „Wkrótce zwartymi krzepcy siłami, rozbiwszy kratne haremy, ze zwolnionymi słońca córami hasać w Stambule będziemy”. Winszował królowi dobroczynnych skutków kaniowskiego spotkania i projektowanego sojuszu... „Przynosisz nam otuchę nieprzerwanej zgody, jaka zdobić powinna pokrewne narody”. Ogromne plany tureckie i greckie cesarzowej Katarzyny, łaskawie przypuszczającej do nich sprzymierzoną Rzeczpospolitą, uskrzydlają polskiego wieszcza do najwyższych uniesień lirycznych. „Pod jej władaniem szczytu Rosyanin dopnie, gdzie prowadzą najwyższe pomyślności stopnie, zapalonej Syryi niesie pomoc w wojnie, Arkadyjskie siedliska już nawiedza zbrojnie, z nią się Wenet spodziewa odzyskiwać siły, Francuz chce się podobać przez nowe traktaty, Anglik spuszcza z uporu, - my nadzieje mamy, że nam od niej kojące popłyną balsamy, barbarzyńskim tyranom podpory obcięte, cnotliwym berła dane, a szkodliwym wzięte”. Tak głosiła poezja. Cóż na to mówiła rzeczywistość?

VI

Marny jednego tylko kompetentnego do tych rzeczy sędziego - dziejopisa. Wyrozumiałego sędziego na króla. Przyznaje ksiądz Kalinka, iż „propozycja sojuszu wyszła od Stanisława Augusta”. Przyznaje, że myśl uskutecznienia reformy pod osłoną tej wojny nie odgrywała tu roli, gdyż była niewykonalną. „Cóżkolwiek bądź - przyznaje pisarz «Ostatnich lat» - nie zdaje się nam, żeby te zamierzone poprawy coś stanowczego zawierały; chodziło mu głównie o prawo nominacji wszystkich urzędników, które wedle Pactów Conventów do króla należało. Dalej nie szedł”. A jednak zdeklarowany apologeta Stanisława Augusta i na tym punkcie

zmodyfikował, złagodził swój pogląd i sąd pierwotny, zapomniał o własnych zastrzeżeniach pierwotnych przeciw fatalnym sprzymierzeńczym zamysłom królewskim i koniec końcem, już jako pisarz „Sejmu Czteroletniego”, doszedł do zupełnej niemal aprobaty tych zamysłów. „Zaprzeczyć się nie da - taka jest ostateczna konkluzja Kalinki - że myśl pociągnięcia Rzeczypospolitej do wojny była w zarodzie zbawienną. Wojna ma w sobie coś poważnego, coś lojalnego, narody przez nią zazwyczaj oczyszczają się i dźwigają”. Z tego stanowiska okazuje się jakoby, iż „powody owych działań królewskich - w przedmiocie sojuszu - były aż nadto usprawiedliwione „. Niepodobna żadną miarą zgodzić się z tezą, postawioną i uzasadnioną sposobem zgoła dowolnym i opacznym. Zagadnienie stawia się po prostu tak. Dwa mocarstwa, które podzieliły Rzeczpospolitą polską, Austria i Rosja, przystępują do podziału Porty otomańskiej. Rodzi się pytanie: czy mogły istnieć jakiekolwiek pobudki, które by Rzeczypospolitej pozwalały przyłożyć się, cóż dopiero samej się zaofiarować, do udziału w ryzyku i zyskach tego przedsięwzięcia? Z najogólniejszego stanowiska, zarówno z jak najszczegółowszego rozważenia okoliczności współczesnych, twierdzić dzisiaj wolno i należy, iż pobudek takich być nie mogło. Przede wszystkim stwierdzić należy stanowczo i bezwarunkowo, że kraj, że Rzeczpospolita od projektowanego sojuszu nie mogła oczekiwać korzyści zgoła żadnych, ani nabytków terytorialnych, ani naprawy rządu, ani nawet podniesienia ducha wojennego narodu pod narodową komendą. Mamy obecnie ujawnione ze źródeł rosyjskich świadectwa decydujące, które pod tym względem nie pozostawiają żadnych absolutnie wątpliwości. Mamy mianowicie zasady kontrprojektu rosyjskiego na projekt sprzymierzeńczy Stanisława Augusta. Obniżona tutaj nasamprzód siła korpusu posiłkowego polskiego z 30 000 do dwunastu tysięcy ludzi, to jest do znikomego ułamku pośród stutysięcznych armii rosyjskich i austriackich. „Życzenie królewskie względem własnej komendy - czytamy tutaj dalej - będzie można oddalić”. Oficerów polskich należy oddać pod komendę naczelnego wodza rosyjskiego. „Na ogół cały projekt polski jest to sztuczka królewska, aby pochwycić jakiś przyrost swej władzy, ale jest łatwy sposób zapobieżenia temu, zastrzegłszy w trakcie przymierza, że wszelkie uchwały dotyczące rządu polskiego wymagają gwarancji naszej, Wiednia i Berlina, a zatem wszelkie znaczniejsze zmiany są niedopuszczalne... Królowi należy dać wszelkie sposoby do przyjemnego życia, lecz żadną miarą nie należy mu dać władzy: już i teraz za daleko go puszczono”. Co się wreszcie tyczy żądanego dla Polski udziału w zdobyczach tureckich, to „projektowany artykuł, gdzie żądana Besarabia i Mołdawia do Seretu, żadną miarą przyjęty być nie może. Byłby on zupełnie zepsuł umowę, już zawartą z cesarzem Józefem. Wymogliśmy na cesarzu, iż gotów jest zadowolić się z Mołdawii samym Chocimiem, zaś z Wołoszczyzny Benatem krajowieckim i wyraża zgodę na to, aby w pomyślnym wypadku stworzyć z Mołdawii, Besarabii i Wołoszczyzny dzielnicę niezależną, pod panowaniem osoby tamtejszego wyznania. Jeśliby Besarabia oraz Mołdawia do Seretu miała przypaść Polsce, to cóż wypadałoby zrobić z pozostałą częścią Dacji, od Seretu do Ołty? chyba podarować ją Austrii! Dlatego też należy wybić Polakom wszelką myśl o takim nabytku, a można im obiecać zyski wedle targu (po torhu) na równi z nami i Austrią albo zresztą wynagrodzenie pieniężne”. A zatem naprawdę, w szczególności, w ostatecznym wyniku, ze wszystkich „zbawiennych” pomysłów sprzymierzeńczych Stanisława Augusta nie należało oczekiwać literalnie niczego, prócz chyba pieniędzy. A cóż w zamian dać było potrzeba? Są rzeczy, których się nie daje, których dać nie wolno, a jeśli nawet niekiedy wolno temu, co potężny i fortunny, przecież nie wolno nigdy temu, co nieszczęśliwy i bezsilny. Zaś właśnie

taką trzeba było poświęcić w tym wypadku. Trzeba było prowadzić samotrzeć wojnę zdobywczą przeciw bezbronnej Porcie, a prowadzić do spółki z dwoma mocarstwami rozbiorowymi. Cóż w takiej wojnie mogło być „lojalnego”, jakiż mógł być jej wpływ „oczyszczający”, uzdrawiający dla narodu? Jakiż mógł być jej powód, jakiż chociażby pozór, po stuletnim, niezmąconym pokoju, wbrew nienaruszonym paktom karłowickim, które były powróciły Kamieniec, Ukrainę, Podole? A jakąż byłaby odpłata za schronienie i pomoc, udzieloną wygnanym Leszczyńskiego stronnikom, udzieloną tak niedawno towarzyszom broni Pułaskiego? Krótko rzekłszy: udział Rzeczypospolitej w rozbiorze Turcji byłby najdoskonalszą sankcją własnego jej rozbioru.

Dyskusja argumentów Askenazego

Przejdźmy do analizy kolejnej poszczególnych alineów powyższego cytatu. W ustępie pierwszym mamy obraz rzekomo analogii między kierunkiem dworu i opozycji w latach 1738 i 1788. Cała ta dygresja najzupełniej zbyteczna, nic a nic nowego, żadnych argumentów do dyskusji sojuszu rosyjskiego nie wnosi. Służy tylko na to, żeby móc napisać gołosłownie: że król „przez jednaką fatalność związany z potęgą, która go wyniosła” i opozycja i tutaj i tam „wcielająca ducha niepodległości”. W następnym rozdziale czytamy, że polityka zagraniczna króla Stanisława Augusta jest nieznana, gdyż wcale jej nie było. „Związek z Rosją dla Stanisława Augusta... był punktem wyjścia kardynalnym, skąd on mógł zbaczać pozornie, lecz dokąd nawracała go nieodparcie fatalność jego położenia i charakteru”. Ta z góry naszkicowana kwalifikacja czy raczej dyskwalifikacja polityki prorosyjskiej króla jest ważna, bo raz ją ustaliwszy, już na jej podstawie może autor obrzucać podobną anatemą wszystkie jej pochodne posunięcia. Trzeba więc na tym miejscu powiedzieć z naciskiem, że kwalifikacja ta jest błędna i niczym nie uzasadniona. Jeżeli polityk kierujący państwem prowadzi pewną linię polityczną, to nie można twierdzić, że prowadzi ją wyłącznie z powodu swego osobistego położenia, charakteru czy korzyści, póki się nie ustali, czy prowadzić jej nie był winien w interesie kraju. Askenazy nie pyta, jakiej polityki wymagała sytuacja Polski. Od razu, doszukawszy się interesu króla w polityce prorosyjskiej, zarzuca jej motywy osobiste. W każdym razie w polityce tej „fatalności” nie było żadnej. Był okres - między koronacją a sejmem Czaplica i drugi podczas konfederacji barskiej - kiedy król odstrychnął się od ambasadora rosyjskiego. Okresy te dały mu bogate doświadczenia i odtąd rzeczywiście król popierał związek z Rosją. Nie skłoniła go więc do tego żadna fatalność, ale proste rozumowanie, które nadzwyczaj jasno i mocno wyłożył w swoich pamiętnikach. Zagadkowo brzmi twierdzenie Askenazego, jakoby oparcie o Rosję nie zasługiwało w ogóle na nazwę polityki zagranicznej. Zdawać by się mogło, że do licznych słów, których zdefiniowania zażądaliśmy w pierwszych rozdziałach tej książki, trzeba by dodać jeszcze... politykę zagraniczną. Rozdział następny, opatrzony przez nas cyfrą III, relacjonujący warunki Stanisława Augusta, zawiera prawie tyle fałszów, ile zdań. Żądaniom: 1) dystrybucji urzędów, 2) subwencji 300 000 dukatów, 3) elekcji ks. Stanisława za życia króla, żeby już nie mówić o powiększeniu wojska - odmawia Askenazy miana innego, jak „osobistych korzyści namacalnych” króla. Naciąganie jest tu nadzwyczaj widoczne. Przede wszystkim trzeba stwierdzić z naciskiem, że dożywotność i niemożność odwoływania przez królów dygnitarzy jest jedną z najpoważniejszych wad naszego ustroju i uznana jest jako taka przez

całą naszą historiografię. Wytworzyła ona z czasem warcholstwo i nieodpowiedzialność magnatów oraz wszystkie klęski, jakie nas kosztowała niczym nie poskromiona władza hetmańska. Nawet Henryk Schmitt, chyba nie mogący uchodzić za skrajnego obrońcę silnej władzy, wymienia dożywotność urzędów jako drugą, obok liberum veto i odpowiedzialności króla przed szlachtą, przyczynę anarchii w Polsce („Rozbiór krytyczny pomysłów Walewskiego”, s. 139). Dalej przypomnijmy, że dystrybucja urzędów nigdy nie była przez króla wykorzystywana w celach korzyści osobistych, co więcej, był on jednym z niewielu królów elekcyjnych, którzy nigdy urzędów nie sprzedawali. Prawo nominacji uważał zawsze za naczelne narzędzie w tworzeniu nowej elity polskiej i gdy na sejmie rozbiorczym ofiarowano mu w zamian za to prawo kolosalną listę cywilną, król odmówił. 2) Subwencja 300 000 dukatów była jedynym sposobem urealnienia aukcji wojska. Askenazy, który gdzie indziej nazywa uchwałę o armii 100 000 „zbawczą”, tu potępia króla za znalezienie środka, przy pomocy którego można było główną przeszkodę - niechęć szlachty do podatków - ominąć. 3) Elekcja księcia Stanisława czy kogokolwiek innego za życia króla, uniknięcie elekcji i interregnum po jego śmierci, była jednym z zasadniczych momentów utrzymania państwa na przyszłość - tak jak zgoda z Rosją na teraźniejszość. Figuruje w ustępie, który opatrzyliśmy nr IV, zdanie, iż należy „upokarzającym refleksjom” zejść z drogi Mimo to cały ten ustęp tym właśnie refleksjom poświęcony i nim zejdą one z drogi, stoją wyraźnie czarno na białym wydrukowane i usposabiają czytelnika wrogo do koncepcji sojuszu, dlatego że król był przed laty kochankiem Katarzyny, a będzie niebawem przez nią detronizowany! W ustępie V Askenazy opisuje propagandę królewską przeciw Turcji, prawdopodobnie w celu ośmieszenia tej koncepcji. Dopiero w następnym, VI, nastawiwszy już czytelnika wrogo do sojuszu nader bogatym arsenałem środków pisarskich, przystępuje do dyskusji przymierza. Najpierw cytuje zdanie Kalinki, wybrane może nieco tendencyjnie, gdyż opuszcza rację najważniejszą: powiększenie wojska i ochrona od Prus. Następnie twierdzi, że Polska nie mogła oczekiwać od sojuszu: 1. 2. 3. 4. ani korzyści żadnych, ani nabytków terytorialnych, ani naprawy rządu, ani nawet podniesienia ducha.

Dlaczego jednak korzyści tych nie mieliśmy odnieść, to już jest mniej jasno wyrażone. Askenazy stwierdza tylko, że korpus polski miał liczyć jedynie 12 000 ludzi, i cytuje instrukcję Katarzyny niechętną nabytkom polskim, ale dozwalającą pewne korzyści pospołu z Rosją i Austrią. Wszystkie te trzy punkty naszym zdaniem mogły ewoluować - i niektóre z nich ewoluowały rzeczywiście (jak stanowisko Stackelberga wobec reform. Porównaj też list Katarzyny do Potiomkina z 12 XI 1790. Kalinka, t. III, s. 2-4 i 12) wraz z rozwojem wypadków. Znaczniejsza liczebność korpusu polskiego, wobec niepowodzeń dworów cesarskich i wojny szwedzkiej, z niepotrzebnej byłaby się stała nader pożądaną dla Rosji. Już większą przeszkodą, jeśli idzie o reformy ustroju i o sojusz w ogóle, było stanowisko Prus, do czego jeszcze powrócimy. Najwięcej argumentów znajdujemy u Askenazego przeciw moralnemu podniesieniu Polski przez ową zamierzoną wojnę. Oto przesłanki naszego historyka:

Miała to być wojna zdobywcza przeciw bezbronnej Porcie, prowadzona do spółki z dwoma rozbiorczymi mocarstwami, nie było powodu ani pozoru do jej rozpoczęcia, byłaby to niewdzięczność za schronienie Leszczyńskiego i konfederatów. W rezultacie wojna ta byłaby sankcją pierwszego rozbioru. Wszystkie te argumenty, z wyjątkiem twierdzenia o bezbronności Porty, są faktycznie prawdziwe, tym niemniej opieranie na nich sądu politycznego jest niezmiernie niebezpieczne. Na ich podstawie można by potępić sojusz z Rosją tylko wtedy, gdybyśmy przyjęli ogólną zasadę, iż niedopuszczalna jest wojna zaczepna prowadzona przeciw państwu, które dawało azylum wygnańcom (zbadać jeszcze problem prawny stosunku tych wygnańców do ówczesnego rządu polskiego!), i w sojuszu z mocarstwami, które brały udział w rozbiorach. W myśl tej zasady Polska musiałaby ciągle utrzymywać stan wojny lub przynajmniej izolacji wobec wszystkich silnych sąsiadów i, co za tym idzie, zmuszać ich niejako ciągle do sojuszu i nowych zaborów. Ze Askenazy tej swojej „najdoskonalszej sankcji” rozbioru nie bierze na serio, tego dowodzi fakt, iż sam w tej książce kruszy kopię za sojuszem pruskim, mimo że Prusy były także współuczestnikiem, a nawet inicjatorem rozbioru. Konopczyński w swym odczycie w cyklu „Przyczyny upadku Polski” (Kraków 1918) wykosił tezę, że pierwszy rozbiór był w świadomości rozbiorców tylko wstępem do dalszych. Teza ta, naszym zdaniem trudna materialnie do uzasadnienia, zawiera jednak pewną głębszą myśl nadzwyczaj interesującą. Otóż po dokonaniu pierwszego rozbioru niewątpliwie samo już istnienie Rzeczypospolitej stanowiło dla wszystkich zaborców potencjalną groźbę odwetu i odebrania przywłaszczonych dzielnic. Nie potrzeba dodawać, jak rozpowszechnienie tego poczucia musiało być dla polityki polskiej niebezpieczne, wszak groźba ta nie dawała się radykalnie usunąć inaczej, jak tylko dalszym, zupełnym rozbiorem reszty Polski. Toteż wszystkie wysiłki nasze musiały iść świadomie i wytrwale w kierunku wyrobienia u rozbiorców przekonania, że Polska nie chce i nie może odbierać działów z 1772 roku. Dopiero po wywalczeniu tego przekonania liczyć można było na zmianę koniunktury i na poróżnienie trzech mocarstw - co rzeczywiście nastąpiło. Widać teraz, że frazes o rzekomej „sankcji pierwszego rozbioru” jest jedynie wyrazem głębokiej naiwności politycznej Askenazego. Dodajmy moment zupełnie kapitalny dla tego problemu, choć przez historyków naszych z reguły zbyt pobieżnie traktowany: stosunek Austrii do Polski w epoce Sejmu Czteroletniego. Wiemy już, że założeniem polityki austriackiej było utrzymanie integralnej i silnej Polski, tak jak założeniem polityki pruskiej było zaokrąglenie się jej kosztem i utrzymywanie jej w stanie największego możliwie rozkładu. Jak dalece popieranie Polski było zasadą systemu Kaunitza, na to dowód w stanowisku jego w rokowaniach z Rosją. Oto przy zawieraniu sojuszu 1787 roku Austria zażądała nowego, bezwzględnego zagwarantowania całości Polski przeciw roszczeniom Prus i tak stanowczo przy tym obstawała, iż 10 maja tegoż roku otrzymała deklarację potwierdzającą żądaną gwarancję. Deklaracja ta pozostała tajną. Czy opublikowanie jej wpłynęłoby na ostudzenie gorących głów patriotów od siedmiu boleści, z Ignacym Potockim na czele? Można tak sądzić, choć z drugiej strony faktem jest, iż gdy w przeddzień podpisania traktatu z Prusami Austria zaproponowała posłowi polskiemu Woynie zawarcie identycznego układu, sejm postanowił nie tylko odrzucić ofertę, ale i zachować ją w tajemnicy, i brnął dalej w pułapkę pruską. Odrzucenie sojuszu z mocarstwem mającym jako założenie polityki popieranie nas, by zawrzeć takież przymierze z mocarstwem niezmiennie dybiącym na naszą całość i wolność, oto co przeprowadził Ignacy Potocki, „wielki mąż stanu”, jak go nazywają - nikt nie wie na jakiej podstawie - Askenazy i jego uczniowie. (Porównaj Kukiela opis delegacji do Napoleona w „Polsce, dziejach jej i kulturze”).

Jak widać z powyższych wywodów, ani Kalinka, ani Askenazy nie przeciwstawili ani jednego poważnego argumentu planowi sojuszu polsko-moskiewskiego. Wszystkie tezy króla, wyłożone przez Kalinkę, pozostają nietknięte. Po tych argumentach sądząc, sojusz z Moskwą, wspólna wojna z Turcją mogła dać Polsce decydujący krok do wydobycia z wiekowego upadku - szkód żadnych przynieść nam nie mogła. Jest natomiast jeden poważny argument, przez historyków tych nie cytowany, który pozwala sądzić, że czynne wystąpienie po stronie Moskwy mogłoby być dla nas klęską, gdyby się była znalazła za nim większość w sejmie i gdyby Katarzyna nie była odeń odstąpiła. Argumentem tym plan pruski stworzenia u nas rekonfederacji przez Prusy i wywołania wojny domowej przy udziale armii pruskiej. Urzeczywistnienie tego planu wisiało na włosku i tylko dzięki ciągłym ustępstwom strony rosyjskiej do katastrofy nie doszło18.

Groźby Potiomkinowskie

Ukończyliśmy dyskusję obszernego cytatu Askenazego, od s. 28 do 33. Będziemy nadal analizować przesłanki i wnioski tego autora. Po zacytowaniu argumentów, którymi zajmowaliśmy się powyżej, czuł widocznie historyk, że jednak nie wystarczą one do przekonania o szkodliwości zamierzeń królewskich, gdyż po krótkim, ale charakterystycznym ustępie, gdzie gołosłownie stawia alternatywę: albo wojna w sojuszu z Rosją, albo wojna w sojuszu z Prusami, i potępia, nie wiadomo czemu, jedynie racjonalne stanowisko przyjaznej neutralności dla Rosji, wraca znowu do tematu sojuszu moskiewskiego i na sześciu stronach (36-41) maluje w przerażających barwach klęski, jakie miały Rzeczpospolitą spotkać (w razie podpisania sojuszu) - z ręki Potiomkina. Cały ten kapitalny rozdział chciałoby się dosłownie cytować, tak w nim przejawia się mistrzostwo stylu, ale i rozmiary dowolności dobyte przez autora dla osiągnięcia u czytelnika pożądanego efektu. Mamy jednak nadzieję, że nasi czytelnicy zawierzą nam na słowo lub też sprawdzą rzecz w pierwszej lepszej bibliotece, my zaś, by nie przedłużać tekstu, damy krótkie i treściwe zestawienie myśli, zawartych w poszczególnych częściach tego rozdziału. Oto one:

18

Na wieść o propozycji sojuszu pisał Fryderyk Wilhelm II do Buchholza 16 września 1788 (cyt. Kalinka, t. I, s. 89): „Bądź co bądź muszę alians ten wywrócić albo zawrzeć osobne przymierze z tą częścią narodu, która się przy mnie skonfederuje. Zaprosisz hr. Ogińskiego, aby bezzwłocznie przybył do Warszawy, i obaczysz, czy wypada go zrobić naczelnikiem naszego obozu. Książę Radziwiłł, wojewoda wileński, ofiarował mi swoją gotowość przez dworzanina swego Petersona. Spodziewam się, że potrafisz zniewolić na naszą stronę „ (tu szereg nazwisk magnatów i wybitnych ziemian). 29 października pisze Buchholz (Kalinka, 1.1, s. 183): „Już teraz upewnią mnie patrioci, że jeżeli król wygra przez swoje intrygi i za pieniądze rosyjskie to oni siądą na koń i skonfederują się”. Twierdzi jednak, ze nikt z wybitnych ludzi nie chce do niej przystąpić. Większe sukcesy miał nowy poseł pruski, margrabia Lucchesini. Donosi, że Kazimierz Nestor Sapieha zgadza się stanąć na czele rekonfederacji. „Tymczasem ci, którzy się do mego (tj. do związku) gotują, pracują w cichości. Byłem obecny na ich tajnym posiedzeniu i zwierzyli mi się, że chcą prosić WKMość, żeby korpus pruski zbliżył się pod Warszawę i zajął Kraków” (29 października 1788, cyt. Kalinka, t. I, s. 184). 1 listopada znowu pisze Lucchesini do Hertzberga: „...miałem z mmi schadzkę tajemną (trzecią), na której się upewniłem, ze jeśli kroi polski weźmie górę w sprawie komendy nad wojskiem, znaczna liczba posłów i senatorów, nie bacząc na karę wyznaczoną na reprezentantów narodu za przyzwanie zagranicznej pomocy, zdecydowana jest posłać do Berlina...z adresem... Żądają wkroczenia wojsk pruskich, by pod ich osłoną... mogli się skonfederować.” Na skutek tej depeszy jen. Usedom otrzymał zaraz nakaz, aby jego korpus, stojący na pograniczu, na każde wezwanie z Warszawy wkroczył do Polski (Kalinka, t. I, s. 187-188).

I. Potiomkin pragnął najpierw korony polskiej, ale potem dążył już tylko do udzielnego księstwa na terenie dzisiejszej Rumunii. Do tego chciał przyłączyć Ukrainę prawobrzeżną i w tym celu skupywał ziemie od polskich magnatów. Pchał do wojny z Turcją i przymierza z Polską, aby otrzymać pod swoją komendę wojsko polskie, dostać w swoje ręce nasze punkty obronne i przez działanie wreszcie ustawodawcze, np. zrównania szlachty rosyjskiej w prawach z polską, przygotować sobie zabór. II. Równocześnie Potiomkin robił tajne plany z opozycją moskiewską: Branickim i Szczęsnym Potockim, by województwa południowo-wschodnie na własną rękę zawiązały konfederacje, weszły do wojny z Turcją, a wewnątrz doprowadziły do ustroju prowincjonalnego i federacyjnego. III. Potiomkin dążył do podniesienia nowego buntu kozackiego i wyrżnięcia szlachty na Ukrainie.

W tych zdaniach da się streścić wiernie całość rzekomej groźby Potiomkinowskiej, na wypadek przystąpienia Polski do sojuszu dworów cesarskich. Wszystkie naprowadzone fakty odpowiadają ściśle prawdzie historycznej, znane też były wszystkim historykom, nowe jest tylko u Askenazego wprowadzenie iunctim między tymi zamierzeniami Potiomkina a przystąpieniem Polski do sojuszu moskiewskiego. Otóż iunctim tego Askenazy w najmniejszej nawet mierze dowieść nie potrafił. I tak nie wiadomo co wojna z Turcją miałaby polepszyć w zamierzeniach aneksyjnych Potiomkina, jeśliby carowa na plany te się nie zgodziła, ani co by im miała pomóc, gdyby carowa dała swoje placet. Można sądzić wprost odwrotnie, że łatwiej byłoby Potiomkinowi zdobyć Ukrainę na Polsce wrogiej Rosji niż jej sprzymierzonej. Dalej można postawić znak zapytania nad korzyściami, które by Potiomkin odniósł z systemu federacyjnego, przy czym na Ukrainie do władzy doszedłby niewątpliwie nie on, lecz popierany przez Katarzynę Szczęsny Potocki. Punkt trzeci, bunt na Ukrainie i wyrżnięcie szlachty, miał związek z sojuszem, ale nie z tym, o który pomawia go Askenazy. Otóż plan podniesienia Kozaczyzny, lansowany przez Potiomkina, został zatwierdzony przez Katarzynę, ale z tym zastrzeżeniem, że wykonanie go nastąpi dopiero po czynnym wystąpieniu Polski po stronie Prus albo też po skończeniu wojny z Turcją i Szwecją, dla ukarania Polaków. Tak przynajmniej podaje Kalinka. Czy Askenazy temu zaprzecza? Bynajmniej! Na s. 162 omawianej książki, po streszczeniu obszernego reskryptu Katarzyny II, potwierdzającego plan buntu kozackiego, pisze nasz autor dosłownie: „Ale to wszystko postawione było w zależności od jednego kardynalnego warunku: polsko-pruskiej zaczepki, zbrojnej napaści na Rosję”. Czemu więc Askenazy to, co ma na s. 162 określa jasno jako ewentualny skutek sojuszu z Prusami, przedstawia na s. 39 jako pochodną groźbę sojuszu moskiewskiego? Zapewne, aby natłoczyć przed oczy czytelnika możliwie najwięcej przerażających obrazów (bunt chłopstwa) i związawszy je z programem prorosyjskim, zohydzić go w ten sposób do reszty. Nie wyjaśniony tylko pozostaje problem, jak pisarz naciągający fakty jak Askenazy mógł tak długo nie tylko w oczach gawiedzi, lecz i fakultetów uniwersyteckich uchodzić za równego, a nawet wyższego od Kalinki.

Rekapitulacja polskiej polityki 1788 roku

Przedyskutowaliśmy powyżej za Kalinką i Askenazym zarzuty przeciw sojuszowi w jego koncepcji petersburskiej. Dyskusja ta jest czysto teoretyczna, gdyż po groźnym wystąpieniu Prus (12 X 1788 r.)

Rosja natychmiast propozycję wycofała. Ale pozostaje kwestia stosunku do Rosji, kwestia, który mogła i bez sojuszu być rozwiązaną albo w duchu przychylnej neutralności, jak tego żądał wówczas król i opozycja moskalofilska, a w historiografii jak tego broni Kalinka - albo też w duchu wrogim, jak to zrobił sejm, a pochwalił Askenazy. Aby tę kwestię rozstrzygnąć, wystarczy wymienić krótko elementy ówczesnej polityki polskiej wobec Rosji i innych sąsiadów. Otóż Polska w roku 1788 była jeszcze państwem bezsilnym, którego całość trzymała się tylko dzięki kurateli moskiewskiej. Na całość tę czyhały stale Prusy. Wzmocnienie państwa następowało powoli: aby je przyspieszyć, należało przeprowadzić szereg reform ustrojowych, skarbowych i wojskowych, na które Rosja nie pozwalała. Oddalenie się Rosji od Prus i wplątanie się jej w ciężką wojnę turecką, a od lipca 1788 i szwedzką, dało możność Polsce uzyskania korzyści, których jej dotąd hegemonia rosyjska zabraniała, bez utraty korzyści, które nam hegemonia ta dawała. Jak rzekliśmy powyżej, korzyścią hegemonii była gwarancja całości państwa. Złą stroną hegemonii rosyjskiej była słabość władzy rządowej i słabość armii. Rosja zgadzała się na wzmocnienie władzy i wzmocnienie armii, nadal gwarantując dotychczasowe korzyści - najpierw za sojusz, a potem na cenę zwykłej neutralności. Polska jednak nie poszła na sojusz i nie poprzestała na neutralności. Sejm jednostronnie zerwał sankcję ustrojową, spowodował usunięcie wojsk i etapów rosyjskich walczących przeciw Turcji, wreszcie zawarł sojusz z Prusami i tysiącznymi sposobami prowokował zarówno rząd rosyjski, jak i cesarzową Katarzynę. Po zakończeniu wojny ze Szwecją i z Turcją Rosja wkroczyła do Polski i do spółki z Prusami przeprowadziła drugi rozbiór. Oto wszystko, co mamy sami do powiedzenia o sojuszu polsko-rosyjskim. A teraz przypomnijmy sobie, jak jedyny wielki talent polityczny wśród naszych historyków, Michał Bobrzyński, ujmuje ówczesny błąd sejmu, polegający na zerwaniu z Rosją („Dzieje Polski w zarysie”, wyd. IV, t. II, s. 267): Korzystniej o wiele od sojuszu z Prusami przedstawiało się przymierze Polski z Rosją, bo jedna Rosja miała w tym żywotny interes, ażeby do powiększenia się Prus i Austrii kosztem Polski nie dopuszczać. Przymierze to, połączone oczywiście z wyrzeczeniem się zupełnym ze strony polskiej samoistnej polityki zagranicznej, utrwalało zależność jej od Rosji, ale zabezpieczało granice i spokojnej reformie wewnętrznej otwierało pole. Wzmacnianiu się zależnej zresztą Polski nie mogła się Rosja sprzeciwiać, bo w ten sposób zdobywała sobie w niej straż od zachodu w chwili, w której do rozwiązania wielkiej kwestii wschodniej wszystkie wytężała siły. Mniej treściwie i głęboko, ale znacznie mocniej kwalifikuje błąd sejmu publicysta Jędrzej Giertych, o którym już parę razy mieliśmy okazję wspomnieć („Tragizm losów Polski”, s. 120): Gdyby polityka jego (króla) nie napotkała przeszkody w postaci polityki stronnictwa patriotycznego na Sejmie Czteroletnim i gdyby sejm ów był przeszedł tak, jak to sobie Stanisław August planował - kto wie, czy nie wielbilibyśmy dziś w nim tego, który podźwignął Polskę z upadku. Niestety, dzieło Stanisława Augusta, owoc długoletnich, mozolnych

wysiłków, załamało się całkowicie. Zniweczył je Sejm Czteroletni, którego polityka zaprowadziła Polskę prostą drogą do grobu. Szeroki ogół polski w swych pojęciach o Sejmie Czteroletnim ogranicza się do tego tylko, by widzieć w nim twórcę Konstytucji 3 maja. W istocie uchwalenie tej konstytucji to jest w polityce tego sejmu tylko fragment - fragment, który można zrozumieć jedynie na tle całokształtu ówczesnego systemu politycznego. Rzecz główna w tym, co sejm ten, a raczej rządzące w sejmie stronnictwo patriotyczne zdziałało - to nie są fakty z polityki wewnętrznej, lecz podstawowy fakt z dziedziny polityki zagranicznej, to jest odwrócenie przymierzy. Polska ówczesna była na tyle słaba, że pozwolić sobie, by mieć już nie walkę, ale choćby tylko nieprzyjazne stosunki na dwa fronty, nie mogła. Koniecznością nieodzowną było dla niej oprzeć się o jednego z sąsiadów i ułożyć z nim swe stosunki w sposób kompromisowy, na to, by zyskać więcej niezależności wobec sąsiada drugiego. System polityczny Stanisława Augusta polegał na tym, by oprzeć się o Rosję. Sejm Czteroletni system ten obalił i na jego gruzach stworzył system nowy, polegający na opieraniu się o Prusy19.

II. Sojusz pruski
Pierwsza faza polityki pruskiej

Do chwili ukazania się Askenazego „Przymierza polsko-pruskiego” (1900) przyjęta była w dziejopisarstwie polskim teza Kalinki, którą tak formułuje uczeń Askenazego, Kukiel („Szymon Askenazy”, s. 9): „Tezom Kalinki, potępiającego stronnictwo patriotyczne za lekkomyślne rzucenie Polski w ramiona Prus, czyhających na moment zerwania między Polską a Rosją, by wskrzesić własny sojusz z Rosją na trupie Polski... przeciwstawił Askenazy tezę wręcz odwrotną”. Zdaniem jego, traktat polsko-pruski z r. 1790 nie tylko nie był szalbierstwem ze strony pruskiej, a co za tym idzie, błędem ze strony polskiej, ale nawet był zupełnie uczciwą i solidnie przemyślaną koncepcją ze strony Prus, a co za tym idzie, korzystnym pociągnięciem ze strony Polski. Że Askenazy taką właśnie, a nie inną tezę wygłasza, tego dowiedziemy za pomocą licznych cytatów. Tymczasem przeprowadzimy dalszą analizę jego książki, omawiając dalej kolejno pierwszy rozdział książki pt. „Geneza”. Badać będziemy przede wszystkim politykę pruską. Uważamy bowiem, że jeśli się okaże, że Prusy świadomie oszukiwały Polskę, to będzie również dowiedzione, iż naiwna wiara w te oszustwa nie była dobrą polityką Rzeczypospolitej.

19

Może jest ciekawostką dodać, że Kalinki, który wywarł tak kolosalny wpływ na Giertycha, mistrz tego ostatniego, Roman Dmowski, wcale nie czytał, przynajmniej do roku 1903. W tym bowiem roku wydane „Myśli nowoczesnego Polaka” wywodzą genealogię własnego Stronnictwa Narodowego właśnie wprost ze stronnictwa patriotycznego w Sejmie Czteroletnim. Niestety. Giertych sam czytał mało co więcej niż „Sejm” Kalinki, bo nie czytał jego „Ostatnich lat”, o ileż ważniejszych dla analizy okresu stanisławowskiego. Toteż gdy tylko opuszcza Kalinkę, Giertych wpada w trudne do zrozumienia pomysły. Np. po drugim rozbiorze prekonizuje poddanie się Rosji, a jednocześnie „przygotowanie dyplomatyczne” dla wydobycia się z ciężkiego położenia! Jeszcze dziwniejsze są jego koncepcje wypowiedzenia wojny wszystkim trzem zaborcom w 1830 i 1848 roku.

Na s. 24 swojej książki Askenazy kończy analizę osób i kierunków politycznych w gabinecie berlińskim. Opisuje z jednej strony „wielki plan” zamienny Hertzberga, z drugiej - kierunek prusko-angielski pod egidą księcia Brunświckiego. Oba te plany dadzą się ująć jak następuje: 1. Plan Hertzberga. Austrię, wplątaną w wojnę turecką, zmusić do oddania Polsce Galicji za dawne nabytki tureckie. W zamian za Galicję uzyskać od Polski Gdańsk, Toruń i część Wielkopolski. Rosję ugłaskać za pomocą skąpych nabytków kosztem Turcji. To wszystko spodziewał się Hertzberg załatwić bez wojny, jedynie za pomocą negocjacji i zbrojnego pogotowia. 2. Plan sfer militarnych - raz tylko Askenazy obszerniej go określa, na s. 24: „...przemyśliwa (ks. Brunświku) o wielkich rzeczach, o wyparowaniu już nie tylko Austrii, ale zarazem i Francji i Rosji, o podniesieniu (?) całej Polski pod egidą (?) pruską, o utworzeniu hegemonii pruskiej od Renu do Niemna”. Ile z tej fantazji przejawiło się w planach realnych, to się potem okaże. Askenazy kładzie nacisk na to, że koncepcja ta dążyła do wojny nie tylko z Austrią, ale i z Rosją. Strony od 24 do 41 poświęcił autor wyłącznie projektom sojuszu polsko-moskiewskiego, o czym pisaliśmy już w pierwszej części artykułu. Na s. 41 relacjonuje wystąpienie króla pruskiego, Fryderyka Wilhelma II, wraz z Anglią i Holandią, z propozycją mediacji w wojnie wschodniej i jednocześnie sprzeciw październikowy (1788) w Warszawie przeciw sojuszowi z Rosją. Dalej parę stron o układzie stronnictw w Sejmie Czteroletnim, a potem o stosunku klik pruskich do polskich usiłowań reformistycznych (s. 45). Znajdujemy tu ciekawe i godne zapamiętania określenie polityki pruskiej w myślach wówczas w Berlinie rządzącej kliki hertzbergowskiej: Czy będzie chodziło w najbliższej przyszłości o wojnę z Rosją, czy tylko o wywarcie na nią nacisku, czy wreszcie o powrót do dawnych z nią przyjacielskich stosunków, zawszeć oderwana od niej i w kuratelę pruską wzięta Rzeczpospolita bądź jako broń, bądź jako groźba, bądź jako okup oczywiście będzie mogła użyteczne oddać usługi. Natomiast reformy ustrojowe mogły liczyć tylko na poparcie partii wojennej, spotykały zaś niechęć i sprzeciw Hertzberga. Po opisaniu wielkiego wrażenia protestu pruskiego w Warszawie, po charakterystyce Rady Nieustającej i walki, jaką sejm toczył z tą instytucją, wraca Askenazy do polityki pruskiej. Na s. 50 i 51 czytamy, że Hertzberg, oderwawszy Polskę od Rosji, ...więcej nie chciał, nie chciał mianowicie ani naprawy rządu, ani sojuszu, ani wojny, po prostu odosobniwszy z tej strony Rzeczpospolitą a Rosję, chciał na tej zasadzie negocjować z cesarzową Katarzyną, kosztem odosobnionej Polski, a w interesie swoich planów zamiennych. Dodaje, że wpływ Hertzberga w radzie królewskiej chwilowo się wzmocnił i że nastąpiło na wiosnę w 1789 parę miesięcy wahań w stosunku do dalszego postępowania z Polską. Jak wiemy, założeniem Askenazego jest uczciwość Prus w stosunku do Polski. Jak dotąd, do drugiej połowy 1789 roku, Askenazy ani razu nie sugeruje, jakoby stronnictwo wojenne, rzekomo Polsce przyjazne, doszło u króla do głosu. Wprost przeciwnie, wszystko, co dotąd zdziałały Prusy - a zdziałały to, że sejm wkroczył na drogę jednostronnego zerwania umów z Rosją i szeregu prowokacji przeciw

temu mocarstwu - zdziałane było za sprawą Hertzberga i w myśl jego planów. Plany te, to zdaniem historyka „odosobnić Polskę i potem negocjować jej kosztem”. Wprawdzie Askenazy pisze, że później stronnictwo wojenne uzyskało przewagę, ale, rzecz prosta, wówczas jeszcze ani w Polsce, ani w Prusach nie można było sądzić na pewno, że to nastąpi. Stwierdźmy więc po prostu, że cały pierwszy okres prowokacji antyrosyjskiej w Sejmie Czteroletnim, okres, za który przyjdzie zapłacić wojną 1792 roku i drugim rozbiorem, wywołany został u nas przez wiarę w Prusy, które wówczas dążyły li tylko do odosobnienia nas i sprzedaży za cenę rozbioru z powrotem Rosji! Mimo to okres tej naszej polityki zaznacza się szeregiem zachwytów w książce Askenazego. Pomińmy je, idźmy dalej, by nie przerywać toku polityki pruskiej. Na stronach 51-55 mamy charakterystykę Lucchesiniego, którego już poprzednio przedstawił Askenazy jako „jednego z najruchliwszych przedstawicieli czynnego, przedsiębiorczego, wojowniczego kierunku polityki berlińskiej”, oraz „jednego z najbardziej przekonanych przeciwników biernej dyplomacji Hertzberga” (s. 47). Teraz podaje w paru liniach resume polityki Lucchesiniego, a więc stronnictwa wojennego, różnic między nim a kliką Hertzberga i wreszcie wniosków, jakie Polska z tych różnic wyciągnąć miała (s. 54): ...dla Rzeczypospolitej nie żywił nowy poseł żadnych uczuć bezinteresownych... Miał... na oku bezpośredni Prus pożytek, spekulował i on na późniejszą sposobność otrzymania bądź Gdańska, bądź nawet części Wielkopolski, lecz nie pragnął, bo nie spodziewał się zeskontować tych zysków za darmo, za puste słowa, bez ryzyka i bez czynu, lecz za realne wysługi, za rzeczywisty sojusz, kosztem wspólnej wojny. Od sojuszu, od wojny nie odżegnywał się jak Hertzberg, lecz owszem wbrew niemu parł ze szczerym przekonaniem w tym właśnie kierunku. Ten zaś kierunek był najwidoczniej w owej chwili jedyną drogą wyjścia dla Rzeczypospolitej, która tym sposobem, o ile winna była wystrzegać się jak ognia zdradliwych i niepochwytnych kuszeń Hertzbergowskich, o tyle miała obowiązek, unikając przedwczesnego wyzysku, sama wyzyskać pożyteczną dla siebie stronę zaczepnych dążeń pruskich, reprezentowanych przez Lucchesiniego. Passus powyższy zawiera najpierw krótką analizę polityki Lucchesiniego i partii wojennej i wreszcie w konkluzji tych dwu sprzecznych kierunków wniosek dla Polski, iż powinna była cala siłą poprzeć zamierzenia Lucchesiniego i jego przyjaciół. Jeżeli przesłanki są słuszne, jeżeli rzeczywiście polityka tych ostatnich miała być dla Rzeczypospolitej o tyle korzystniejsza od Hertzbergowskiej, to (o ile Polska miałaby tylko te dwa wyjścia do wyboru, co nie jest nigdzie dowiedzione) należałoby rzeczywiście pójść za podszeptami Lucchesiniego. Zarzucamy jednak tezom Askenazego brak uzasadnienia, na czym polegała wyższość planów Lucchesiniego nad Hertzbergowskimi z punktu widzenia polskiej racji stanu. Wytyczne planu zamiennego Hertzberga są przez historyka jasno wyłożone: pozyskanie dla Prus niektórych dzielnic Polski w zamian za oddanie Polsce wymuszonej na Austrii Galicji. Natomiast znacznie mniej wyraźnie widać w powyżej podanym cytacie, jak i w całej książce Askenazego, cele stronnictwa wojennego. Wprawdzie raz pisząc o księciu Brunświckim podał, że marzył on o hegemonii Prus „od Renu do Niemna”, ale poda to też tylko jako marzenie i nigdzie już potem mimo częstych wzmianek o polityce kliki wojennej w Berlinie - nie wspomina, jakoby marzenie to weszło w jakikolwiek sposób w czyjekolwiek plany. Dlaczego? Rzecz prosta, dlatego, że (pominąwszy już wątpliwe korzyści, jakie by Polska odniosła przechodząc spod hegemonii rosyjskiej pod pruską) żaden na świecie polityk, a najmniej już ostrożny król Fryderyk Wilhelm II, który sam rozstrzygał

o polityce zagranicznej, nie mógł ani na chwilę przyjąć koncepcji, mającej poróżnić Prusy na stałe nie tylko z Austrią, ale i równocześnie z Rosją i Francją i w zamian nie dać żadnych większych zysków konkretnych. Askenazy, mimo że napina strunę nieprawdopodobieństwa do ostatnich granic, nie zrywa jej jednak nigdy - i nigdzie arcyostrożnej polityce gabinetu berlińskiego nie sugeruje takiego samobójczego powrotu do koniunktury z wojny siedmioletniej. Ile razy mówi o polityce przeciwników Hertzberga, o planach kliki wojennej, wymienia zawsze jako cel „sojusz, czyn, wojnę”. Pomińmy słowo „czyn”, które w polityce w ogóle nic nie oznacza, ale które zrobiło w Polsce kolosalną, a złowrogą karierę - ale w jakim celu sojusz i w jakim celu wojna? Oto kapitalne pytanie, konieczne do ustalenia prawdziwego stosunku partii wojennej do Polski. Pytanie, na które Askenazy nie daje nigdzie odpowiedzi, ale na które my się pokusimy odpowiedzieć. Siła realna Prus w stosunku do współzawodniczących mocarstw, siła ludnościowa nie była wielka. Położenie geograficzne, jak wskazuje na to odpowiednia mapa, było wprost rozpaczliwe. Prusy musiały koniecznie zaokrąglić granicę wschodnią i oczywiście mogły tego dokonać li tylko kosztem Polski. Rozumiały to wybornie wszystkie kliki pruskie, zarówno Lucchesini jak Hertzberg, i Askenazy to przyznaje. Po cóż więc stronnictwo wojenne chciało wojny z Rosją, skoro nic na niej zdobyć nie można było, a istnieć bez jej poparcia było nader trudno? Po to, żeby wymusić na niej zaokrąglenie ze strony Polski i odzyskać jej przyjaźń za sprzedaż reszty Polski, pod formą hegemonii czy też podziału. Tak, a nie inaczej rozumieli cele wojny z Rosją zarówno Lucchesini, jak i król pruski. Polska była nieoficjalnym lennem Rosji i bez faktycznej zgody Rosji dysponowanie naszą ziemią nie było możliwe. Celem wojny z Rosją mogło być tylko uszczuplenie Polski. Rozumiano to doskonale i w Rosji. „Będziemy walczyć 6 miesięcy, a potem podzielimy Polskę” - mówił zawsze Potiomkin, ile razy mu wspominano o groźbie wojny z Prusami. Oto dlaczego Askenazy nie idzie nigdy poza „sojusz, czyn, wojnę”, gdy mówi o celach polityki pruskiej po upadku Hertzberga. A przecież nikt bez celu wojny nie prowadzi! W Prusach ważyły się dwa kierunki: Hertzberg dążył do tego, żeby Polsce odebrać Gdańsk, Toruń i część Wielkopolski, a w zamian dać Galicję. Lucchesini chciał zabrać to samo lub więcej, a w zamian dawał „sojusz, czyn i wojnę”... z Rosją. Askenazy próbuje wmówić w czytelników (i jego czarodziejski talent pisarski sprawia, że mu się to udaje), że plan Hertzberga była dla nas zgubny, a Lucchesiniego korzystny! Gdy mój przyjaciel Piotr Dunin-Borkowski czytał w rękopisie pierwsze sto stron tej pracy, zganił w niej jednostajność i ubóstwo arsenału polemicznego. „Nie posługujesz się nigdy ironią - mówił - boisz się, że czytelnik tego nie zrozumie. Cymbał, dureń, bałwan, to uważasz za znacznie wyraźniejsze określenie swego stanowiska”. Przyznałem mu rację, ale zmienić metodę jest ponad moje siły. Takich słów np. użyć, żeby określić sugestię Askenazego, jakoby zamiana prowincji miała być dla nas zgubą, a udział w wojnie z mocarstwem, pod którego hegemonią pozostawaliśmy, w wojnie toczonej na to, żeby nas odsprzedać lub podzielić - sukcesem?! Raz jeszcze przejdziemy krótko wytyczne polityki pruskiej od września 1788 do schyłku 1789, tj. do zachwiania wpływów Hertzberga. Prusy, widząc dwa największe mocarstwa sąsiednie, z których jedno było ich tradycyjnym wrogiem, wplątane w ciężką wojnę turecką, postanowiły skorzystać z okazji, by zaokrąglić swoje dzierżawy od strony Polski, Polsce wynagrodzić to oddaniem Galicji, a Austrii zwrot Galicji nabyciem Multan i Wołoszy od Turcji. Rosja oderwana od Austrii miała powrócić do systemu sojuszu z Prusami i otrzymać pewne ściśle oznaczone przez Prusy i ich sprzymierzeńca

angielskiego skrawki tureckie. W tym celu Prusy pomagały Szwecji atakować Rosję, a Polskę oderwały od niej. Jeśliby kto wątpił w gruncie rzeczy w pokojowe tendencje w stosunku do Rosji i w chęć powrotu do sojuszu z nią, do czego miały ją zmusić wszystkie budowane na jej drodze przeszkody, niech przejdzie z nami parę cytatów z Dembińskiego „Polski między I i II rozbiorem” albo „Polski na przełomie”. Wykazują one jasno, że pożegnanie Polski, zarówno stosowane przez Hertzberga, jak i Lucchesiniego, miało na celu tylko odzyskanie przyjaźni rosyjskiej i zysk terytorialny na Polsce. 3 września 1788, w przeddzień otwarcia sejmu, pisał król Fryderyk Wilhelm II do posła pruskiego w Warszawie Buchholza: „Ponieważ wiem, że większość narodu polskiego zapaliła się do projektu pomnożenia wojska, nie trzeba zatem projektowi temu wprost się sprzeciwiać, ale interes mój wymaga, aby nieznacznie i po cichu nie dopuścić do takiego powiększenia, bo zawsze by mogła być dla mnie taka armia niebezpieczna... Równie ważne jest pytanie - czy przyszły sejm ma być wolny, czy skonfederowany? Jest w moim interesie, aby by wolnym i aby w razie potrzeby można go zerwać...” 18 października 1788, po pierwszej deklaracji pruskiej przeciw sojuszowi polsko-rosyjskiemu (deklaracja 12 paźdz.), instrukcja dla Buchholza, o której pisze Dembiński: „Patrioci mieli zwrócić się do Prus z prośbą o pomoc przeciw uciskowi i jarzmu Rosji. Buchholz miał wytężyć całą energię w tym kierunku, a gdyby nie mógł przeszkodzić aukcji wojska, to przynajmniej powinien wszystko, co tylko można, uczynić, aby władza królewska, Rada Nieustająca i wszelka jej dyspozycja nad wojskiem została ograniczona. Bez wątpienia byłoby jednak lepiej, gdyby aukcja wojska mogła być całkiem usunięta i gdyby w ogóle sejm się skończył, zanimby zapadła jakakolwiek ważna uchwała” („Polska na przełomie”, s. 114). 21 października 1788 Lucchesini do króla Fryderyka Wilhelma II: „Tylko z bronią w ręku wydrze się znaczną część Wielkopolski”. Dembiński: „Była to zapowiedź doraźnego przecięcia skomplikowanego węzła, zapowiedź polityki bez skrupułu, gotowej załatwiać najżywotniejsze interesy polskie - bez Polski” (s. 130). 27 października 1788. Po uchwale o aukcji wojska Hertzberg i Finckenstein w piśmie do króla Fryderyka Wilhelma wyrażają nadzieję, że uchwala pozostanie na papierze, i każą Buchholzowi paraliżować jej wykonanie (s. 115). 5 listopada 1788. Po uchwale sejmowej znoszącej departament wojskowy Lucchesini pisze, że osłabienie władzy będzie oznaczać powrót do anarchii saskiej, ale wyzwoli Polskę spod wpływu Rosji. Od czasu powierzenia wojska komisji „formacja wojska będzie bardzo błędną, a skutki jej mało niebezpieczne” (s. 148). O tej depeszy pisze Dembiński: „Polityka pruska stawała zawsze przed tym samym dylematem od Fryderyka II: czy iść stanowczo i szczerze przeciw Rosji, czy też szukać z Rosją porozumienia i stąd ciągnąć zyski. Lucchesini, obeznany z różnymi koniunkturami swego mistrza Fryderyka II, męczył się tym rdzennie pruskim zagadnieniem... znamienne są tu słowa (depeszy z 5 XI 1788), aby Rosji nie zostawiać powodu do zemsty, z czego wynikało, że należy szukać z nią zgody, oczywiście korzystnej. Z politycznych kombinacji wyłaniał się z daleka najbardziej konkretny plan prusko-rosyjskiego porozumienia kosztem Wielkopolski” (s. 149). Dembiński daje wyższość dla Polski planowi Hertzberga nad planem Lucchesiniego: „Nawet na wypadek wojny z Rosją przyświecała Prusom, jak tęcza po burzy, zgoda z Rosją” (s. 150). 17 listopada 1788. Depesza króla pruskiego do hr. Kellera, posła w Petersburgu: „Jak długo Rosja zechce kierować sprawami w porozumieniu z Prusami, jak to czyniła za Fryderyka II, tak długo będzie

ją król (pruski) podtrzymywał i wtedy dwór rosyjski będzie miał przeważający wpływ w Polsce...” Dembiński: „Instrukcja była wyrazem żywej pruskiej tradycji, utrzymującej się mimo chwilowego oburzenia na Katarzynę II, pomimo porywczego i dorywczego działania przeciw Rosji” (s. 165). 20 listopada 1788. Prusy po ostrym proteście Stackelberga i mowie króla ogłaszają drugą deklarację, jeszcze dalej idącą od pierwszej w uznaniu niepodległości i podtrzymywaniu przeciw Moskwie. Dembiński: „Głos tak stanowczy, uznający w całej pełni prawa narodu, nie odezwał się już od dziesiątek lat, od szeregu pokoleń. Wywarł też silne wrażenie i rozpraszał podejrzenia, budząc ufność do «wspaniałomyślnego» Fryderyka Wilhelma II”. „A jednak ten ważny, decydujący glos pruski był z gruntu nieszczery, miał ująć wrażliwy naród polski, aby obcej influencji pruskiej szeroko otworzyć w Polsce wrota. Powtórna deklaracja pruska zwrócona przeciw nocie rosyjskiej, rzekomo przeciw gwarancji, była tylko dyplomatycznym manewrem. Motywy jej skryte zadawały kłam uroczystym słowom, przyjętym z dobrą wiarą” (s. 157). Dembiński twierdzi, że kroki pruskie były czynione w nadziei, że Rosja i król uczynią kontrkonfederację i wywołają wojnę domową, z której Prusom uda się coś uszczknąć. Dowody na to znajduje Dembiński w liście Hertzberga do Finckensteina z 12 listopada 1788. Hertzberg przewiduje, że „dwór rosyjski nie mogąc utrzymać gwarancji i departamentu wojskowego, zerwie sejm, co dla interesów króla (Fr. Wilhelma) zdawało się również najlepszym wyjściem. Należało przeto pośrednio do tego przyłożyć rękę, ale w ten sposób, aby zarzuty zerwania sejmu spadły na stronnictwo królewskie (St. Augusta)” (s. 158). Prusy „oddawały się nadziei, że Katarzyna II i Stanisław August zamącą ją (falę patriotyzmu) i nie pozwolą jej potoczyć się własnym narodowym korytem. Prusy liczyły na Rosję po cichu, mimo że głośno przeciw niej się zwracały...” (s. 161). Koniec listopada 1788. Buchholz pisze: „Gdyby patrioci mogli nas podejrzewać, że pragniemy końca sejmu i upadku aukcji wojska, której wykonanie jest jeszcze tak wątpliwe, ani jeden patriota nie myślałby zwrócić się ku Prusom”. Dembiński: „Jest to niewątpliwie chlubne świadectwo dla szlachetnego usposobienia patriotów i dla jasnego zrozumienia wewnętrznych kardynalnych potrzeb państwa, ale mniej pochlebne dla przenikliwości politycznej w zewnętrznych sprawach istotnie bardzo skomplikowanych” (s. 172). Ostatni kwartał 1788 bilansuje Dembiński jak następuje: „Polityka Prus wobec Polski była w tym okresie demonstracją, która miała Rosję zniewolić do przyjęcia pruskiego systemu, dawnego, dla Polski nieszczęsnego systemu. Obrona Polski była pozorna, a realną chęć porozumienia się z Rosją. Nie zmieniły się cele pruskiej polityki, zmieniła się tylko jej taktyka. W końcu objawiło się w Berlinie szczere zdanie, że interesy Prus i Rosji w sprawie polskiej są zgodne” (s. 187). Początkowe miesiące 1789 r. upływają w Berlinie na oczekiwaniu, czy przyjazd Potiomkina do Petersburga nie przyniesie pożądanego zwrotu polityki rosyjskiej w ich stronę. Dembiński: „Miesiące całe od początku 1789 wytężała się dyplomacja pruska, aby jawnie bronić Polskę przed Rosją, a skrytymi drogami trafić do imperatorowej, zatrzeć złe wrażenie wywołane popieraniem Rzeczypospolitej” (s. 207). 21 lutego 1789 Lucchesini snuje rozważania o wojnie i następującym po niej pokoju w liście do króla: „Los Polski zależeć będzie od tego, jaki pokój stanie między mocarstwami; król mógłby wtedy

zdecydować, czy bardziej mu dogadza mieć w Polsce słabego sąsiada, czy sprzymierzeńca, który by był zdolny do stawiania oporu” (s. 215). 10 maja 1789. Instrukcja gabinetu berlińskiego dla nowego posła w Petersburgu, Goltza: „Ile razy wspomina o sprawach polskich, zawsze nadmienia, że zależy tylko od Rosji, żeby w tej dziedzinie dojść do pełnego porozumienia” (Dembiński: „Źródła”, s. 208-214). Obraza Prus na Rosję pochodziła z zawarcia przymierza z Austrią, zasadniczym i nieubłaganym wrogiem pruskim, oraz z odrzucenia propozycji mediacji, z którą Fryderyk Wilhelm II się narzucał. Duma zabraniała Katarzynie II przyjmować tę mediację, zwłaszcza że łatwo było przeczuć chęć pruską obłowienia się na Polsce. Wojna turecka zabraniała jednak Katarzynie odpowiedzieć Prusom tak, jak by miała na to ochotę. Stąd dążenie do odwlekania ze strony rosyjskiej, żeby zyskać na czasie, Prusy zwodzić, a tymczasem uzyskać jakieś większe zwycięstwa na placu boju.

Druga faza polityki pruskiej

Rzeczywiście wkrótce początkowe sukcesy tureckie zamieniają się w porażkę. Przed Berlinem staje widmo pokoju na wschodzie, nim negocjacje przyniosą jakiekolwiek wyniki. Następuje zjazd króla z Lucchesinim i Jacobim, posłem w Wiedniu, na Śląsku (druga połowa sierpnia 1789) i zapada decyzja odwleczenia pokoju za wszelką cenę do wiosny następnego roku, kiedy to Prusy wystąpić mają do walki. Oczywiście do walki z Austrią, w celu wymuszenia na niej pokoju z Turcją i oddania Polsce Galicji. Askenazy przedstawia jednak zaostrzenie linii w sierpniu 1789 jako skierowane przeciw Rosji, a na benefis Polski. Opisuje odrzucenie planu Hertzberga, polegającego na natychmiastowym okupowaniu Gdańska, Torunia i Wielkopolski, i przejście do koncepcji wojennej jak następuje (s. 56): zrozumiano, że tym sposobem (okupacją) rzucono by tylko Rzeczpospolitą z powrotem w ramiona Rosji, zniweczono by całą dotychczasową w Warszawie robotę, zboczono by zupełnie z wielkiego szlaku wielkiej europejskiej polityki, wskazanej Prusom przez wielkie europejskie przesilenie, i tanią, pozorną i haniebną wygraną wypadałoby niebawem odpokutować przez niechybny a haniebny odwrót... (pozwoliliśmy sobie podkreślić parę wyrazów w tym zdaniu. Podkreślenia uwypuklają charakterystyczny dla Askenazego styl. Oto trzy razy używa przymiotnika „wielki” dla określenia koncepcji, którą popiera, a dwa razy w tym samym zdaniu „haniebny” - dla kierunku zwalczanego. Jest to próba sterroryzowania sądu czytelników). Posłuchajmy z kolei zdania Dembińskiego w dyskusji: przeciw komu Prusy zbroił się po zjeździe śląskim w jesieni 1789 roku? Zdania tym bardziej dla nas interesującego, że nie jest ono pozbawione pewnej małej dozy sprzeczności. Oto kontekst historyka (s. 260): król Fryderyk Wilhelm II oburzył się i zagniewał, ale nie na Katarzynę II, tylko na Józefa II, i całą żółć wylał na Austrię. Utwierdzał się w postanowieniu, aby czekać przez zimę i pozwolić cesarskim dworom (tj. Rosji i Austrii) upajać się sukcesami, a na przyszłą wiosnę rzucić się na nie, nawet gdyby Austria zawarła pokój. Osłabioną militarnie i pieniężnie Austrię chciał uderzyć w samo serce.

W pruskiej polityce dadzą się wyraźnie rozróżnić znamienne odcienie w stosunku do dworów cesarskich. Król liczył na wyczerpanie Rosji, uważał za zapowiedź zbliżenia się Rosji do Prus... Jeżeli Katarzyna II chciała „głaskać” króla pruskiego, to ten nie myślał jej drażnić i zaczepiać... Sprzeczność polega na tym, że najpierw Dembiński pisze, że król pruski chciał rzucić się „na nie”, co oznacza wyraźnie oba dwory cesarskie, a potem dowiadujemy się, że tenże król „nie myślał... zaczepiać”... Katarzyny. Całość kontekstu jest jednak tak jasna, że możemy z całym spokojem przyjąć, iż właściwą myślą autora była ta ostatnia, a „na nie” zaliczyć jako lapsus, do którego wolno nie przywiązywać wagi. Dembiński odegrał w naszej historiografii i opinii zbyt małą rolę, a raczej wywarł zbyt mały wpływ, byśmy poświęcili osobne uwagi jego kryteriom. Zaznaczamy tu tylko, że wyznaje on tezę narodową Konopczyńskiego, wyznaje kult instynktu narodowego, co daje się zauważyć z łatwością, gdy czyta się jego zdanie o ogłoszeniu Konstytucji 3 maja. Od Askenazego przejął bałwochwalczy stosunek do „czynu” - nazwą tą określa on najpierw wojnę, a potem ogłoszenie konstytucji. Są to rzadkie rysy na ciężkiej całości pracowicie zlepionej z samych faktów i źródeł. W każdym razie nici wiążące Dembińskiego z Askenazym, mimo że jego rzeczowe tezy zwalcza, są widoczne. Ze światopoglądem Kalinki Dembińskiego nic nie łączy. Askenazy pisze dalej: Postanowiono wziąć się niezwłocznie do wypełnienia wielkiego projektu wielkiej koalicji, uplanowanej jeszcze przed rokiem przy zawarciu traktatów z Anglią i Holandią. W tym celu postanowiono poprzeć energicznie sprawę związków sprzymierzeńczych ze Szwecją, Turcją, Polską, które od początku miano na widoku, lecz dotychczas, według Hertzbergowskiej taktyki wyczekującej, rozmyślnie zaniedbywano. W zdaniach powyższych mieści się insynuacja, jakoby plan wielkiej koalicji istniał był od początku i miał realizować jakieś wielkie, choć nie sprecyzowane cele, a tylko zły i głupi Hertzeberg wykonanie odwlekał dla forsowania swego planu zamiennego. Naszym zdaniem walka między kliką wojenną a Hertzbergiem polegała na tym, że przeciwnicy Hertzberga nie wierzyli po prostu w realizację jego planu bez wymuszenia go siłą, żadnych innych zasadniczych różnic tu nie było. Koalicja sama w sobie, ani tym mniej wojna sama w sobie, celem dla nikogo być nie mogła. Postanowił wprawdzie król pruski zawrzeć sojusz z Turcją, ale wyłącznie dlatego, że król obawiał się już w zimie zawarcia pokoju na wschodzie - sojusz miał podtrzymać w Turkach chęć do walki aż do wiosny, kiedy to Prusy miały wyjść w pole i zbierać owoce konfliktu. Zgodzono się również - podkreślamy wyraz: zgodzono - na sojusz z Polską, ale wyłącznie dlatego znowu, że obawiano się powrotu Polski do systemu dwu cesarzy - przedwczesnego, bez korzyści dla Prus, gdy miano zamiar nas odsprzedać za nabytki terytorialne. Dotrzymywać sojuszów ani z Turcją, ani z Polską nikt nie myślał na serio - oprócz Hertzberga - i dlatego może Hertzberg był tak przeciwny zawieraniu tych sojuszów. Po prostu on jeden wstydził się może roli, jaką Prusy zamierzały odegrać wobec swych dwu nowych „sprzymierzeńców”. Askenazy brnie jednak dalej w swoje peany na cześć „rzetelnej” polityki berlińskiej (s. 57): Fryderyk Wilhelm II natychmiast, z początkiem grudnia, pospieszył posłać pod adresem Lucchesiniego do Warszawy najkategoryczniejsze oświadczenie swojej szczerej zgody na

rzetelne przymierze ze wzmocnioną i zdolną do wspólnej akcji Rzeczpospolitą, a więc zarazem i na sojusz, i na reformę rządu. Poszedł nawet tym razem tak daleko, iż samo zawarcie umowy sprzymierzeńczej uczynił zawisłym od szybkiego uchwalenia tak pożądanych w Warszawie reform ustawodawczych. Passus powyższy zawiera naszym zdaniem jedną z największych mistyfikacji, jaką kiedykolwiek historyk polski popełnił. Bardzo obciążającą okolicznością jest gruntowna znajomość danej epoki przez autora oraz poprzednie wyraźne i kompletne wyjaśnienie tej kwestii przez Kalinkę. Idzie o cel, jaki miały Prusy na oku, gdy zażądały uchwalenia konstytucji przed podpisaniem sojuszu. Askenazy dowodzi, że król pruski postawił to żądanie dlatego, że chciał mieć rzetelny sojusz ze wzmocnioną ustrojowo Polską. Kalinka twierdzi, że król z jednej strony nie chcąc się spieszyć z podpisaniem przymierza, a z drugiej bojąc się, że wprost proponowana zwłoka zrazi Polskę i przedwcześnie skieruje ją z powrotem w ramiona Rosji, przyjął skwapliwie projekt zyskania na czasie Lucchesiniego: zgodzić się na podpisanie sojuszu, ale żądać uprzednio uchwalenia konstytucji! Przystępujemy do zbadania argumentów Kalinki. W dniu 18 listopada donosi królowi Lucchesini, że w sejmie panują silne obawy o los Rzeczypospolitej w razie dalszego odwlekania sojuszu i że już miano zażądać przez posła polskiego w Berlinie, księcia stolnika Czartoryskiego, kategorycznego wyjaśnienia. Lucchesini jest zdania, że trzeba koniecznie sprawę sojuszu przyspieszyć. Odpowiedź Berlina jest jednak właściwie odwlekająca, a jednocześnie przychodzi do Warszawy depesza Czartoryskiego donosząca, że Prusy przed wiosną sojuszu podpisać nie chcą. Oto odpowiedź Lucchesiniego do króla, datowana 26 listopada, według Kalinki (t. I, s. 552): „List księcia Stolnika chciano odczytać na sejmie, co byłoby dla nas bardzo nieprzyjemne, zaledwiem wymógł, że schowano to pismo. Umysły zatrwożone drażni nasza niedecyzja, zaufanie do naszego Dworu stygnie, z czego skorzystają bez wątpienia król polski i Stackelberg, aby większość sejmową przeciągnąć na swoją stronę... Rzecz to jest pewna, Naj. Panie, że jeżeli Turcy zawrą pokój bez interwencji WKMości i pierwej, zanim tu nasze zaczną się układy, Polacy wymkną się nam z rąk i to na zawsze!...” Już pierwej (w październiku) Potoccy dali mu do zrozumienia, że jeżeli król pruski odmówi swego przymierza, to oni przejdą na stronę moskiewską; „jakiś czas można było głaskać i powstrzymywać tych ludzi ogólnikowymi nadziejami, ale dziś to nie wystarcza...” Lucchesini wykłada następnie powody, dla których gabinet berliński może od razu nakłonić się do żądania Polaków bez szkody dla siebie: „Dopóki trwają w Deputacji narady nad formą rządu, a potrwają do Nowego Roku, trudności nie będzie, zwłokę naszą każdy zrozumie. Po skończeniu tej czynności nadejdą kontakty dubieńskie, a to nas doprowadzi aż do lutego. Cały ten miesiąc i część marca zejdzie na dyskusji w Izbie nad prawami Kardynalnymi... Zdaje mi się przeto, że WKMość nic nie ryzykujesz, oświadczając księciu Czartoryskiemu przed wyjazdem jego z Berlina, że gotów będziesz zacząć z Polakami układy od chwili, gdy Rzeczpospolita, mając już nowy rząd, da rękojmię tej stałości, bez której umowy z mocarstwami nie byłyby możliwe.” W odpowiedzi na ten list król Fryderyk Wilhelm II „pospieszył posłać (mówiąc teraz słowami Askenazego) pod adresem Lucchesiniego do Warszawy najkategoryczniejsze oświadczenie swojej

szczerej zgody na rzetelne przymierze ze wzmocnioną Rzeczpospolitą” i poszedł tak daleko, jak się zachwyca nasz historyk, że zażądał poprzedniego „szybkiego” uchwalenia konstytucji. Dembiński idzie jeszcze dalej od Kalinki i sugeruje, że Lucchesini robił, co mógł, żeby uchwale nowej konstytucji przeszkodzić („Polska na przełomie”, s. 254-255): Patrioci pragnęli szczerze i gorąco warunku dopełnić, bo to odpowiadało w pełni głównemu programowi sejmu, to była istota i rdzeń upragnionej zbawczej reformy... Patrioci uważali... nową formę rządu jako kamień węgielny przymierza, jako przyspieszenie dzieła, a pruscy politycy widzieli w niej właśnie szkopuł, rzucali kamień na drogę, która miała prowadzić do utrwalenia spodziewanych i obiecanych związków. Lucchesini zabrał się zaraz do roboty, aby przeszkodzić dopełnieniu postawionego warunku, psuć pracę deputacji... Tak też rozumiał i tak samo cenił pruską politykę Stanisław August... Między stronami 57 a 61 mamy opis starań o odwleczenie podpisu, starań prowadzonych z innych pobudek przez Hertzberga ze strony pruskiej, przez Stanisława Augusta z polskiej. Pominiemy jeszcze jedno, nieprawdopodobnie fałszywe ujęcie motywów i czynności króla. Na s. 63 kończy Askenazy ten rozdział, relacjonując przebieg posiedzenia sejmowego z 27 marca 1790 roku: Jeden tylko podniósł się odosobniony i nieszczery głos protestu, pokryty zasłużonym szyderstwem powszechnym. Król teraz stanowczo i niedwuznacznie oświadczył się za prostym uchwaleniem projektu. Szczęśliwie uniknięto zwykłej, a tym razem zupełnie niepożądanej, trzydniowej zwłoki ad deliberandum. Natychmiast na tym samym tajnym posiedzeniu, projekt przymierza pruskiego w całości i bez zmian przyjęty przez aklamację. Dwa dni później instrument urzędowy przymierza przez obustronne pełnomocne podpisy dopełniony i uświęcony. O mistrz nad mistrze! - chciałoby się krzyknąć po przeczytaniu tego passusu. Bez nawału przymiotników, bez żadnej argumentacji, samym tylko układem słów, samym rytmem zdań wpaja autor w czytelnika swoją radość i tryumf z powodu podpisania przymierza. I gdybyśmy tyle tylko czytali w konkluzji, już mielibyśmy prawo pociągnąć dzieło do odpowiedzialności za pochwałę traktatu, który Kalinka zaliczył do wielkich błędów naszej historii. Ale Askenazy miał tę samą wadę, jaką i mnie zarzuca mój przyjaciel. Nie lubił poprzestawać na niedopowiedzeniach, na odcieniach i domysłach, chętnie dawał kropki nad i. Toteż po napisaniu powyższego ustępu zaczął nowe alinea: Traktat został zawarty. Zawarty przez Rzeczpospolitą w dobrze zrozumianym interesie własnym. Zawarty przez Prusy nie dla pustego brzmienia, lecz z istotnej potrzeby w chwili krytycznej dla nieodwołalnego czynu... A 110 lat wcześniej nie obeschniętym jeszcze piórem po podpisaniu tego traktatu pisał margrabia Lucchesini, jego inicjator, twórca i orędownik, do swego władcy, króla Fryderyka Wilhelma II: Teraz, kiedy już mamy w ręku tych ludzi i kiedy przyszłość Polski jedynie od naszych kombinacji zawisła, kraj ten posłużyć może WKMości za teatr wojny i zasłonę od wschodu dla Śląska albo też będzie w ręku WKMości przedmiotem targu przy rokowaniach pokojowych. Cala sztuka z naszej strony jest w tym, aby ci ludzie niczego się nie domyślali...

Depesza ta znana była Askenazemu. Wydrukował ją Kalinka na s. 62-63 t. I swego dzieła. *** Dembiński w „Polsce na przełomie” (s. 310) tak ujmuje stanowisko Prus w chwili podpisania przymierza: Linia pruskiej polityki nie załamała się nagle, ukryła się tylko w podziemiach... Zawarcie przymierza było w tych warunkach, jak to później określił stary i wytrawny minister pruski Finckenstein, „chwilową sprawą” - une affaire momentannée - manewrem potrzebnym do szachowania mocarstw, które wykluczały pruską mediację... Prusy zbliżały się do Polski ze skrytymi zastrzeżeniami, zbliżały się dlatego, żeby w niej wyłączny mieć wpływ i jej wyłącznie do swych wpływów użyć, czy to do politycznych demonstracji, czy do wojennej imprezy. Dokumenty objaśniające najszczersze wynurzenia tak króla, jak dyplomatów prowadzą z nieubłaganą logiką do takiego wniosku... *** Po przeczytaniu powyższego rozdziału narzuca się czytelnikowi pytanie, po co tyle miejsca poświęcono stosunkowo drobnym sprawom, kiedy inni historycy mniej zostali uposażeni w marginesy, choć traktowali o rzeczach nieporównanie ważniejszych, choćby o zasadniczych kryteriach naszej historiografii? Oto wpływ Askenazego na współczesnych, a i następnych, był niezmiernie wielki. Słusznie mówi o nim Kukiel jego własnymi słowami (zastosowanymi do Rankego): „Dzieje tego znakomitego umysłu uzupełniają w pewnym stopniu genezę Polski dzisiejszej”. Tak samo Feldman w swoich „Dziejach polskiej myśli politycznej” przypisuje Askenazemu dużą rolę w odrodzeniu ideologii niepodległościowej w XX wieku (s. 340). W historiografii - pisze - po przezwyciężeniu poglądu na upadek Polski w epokowych badaniach Korzona, wystąpił Askenazy z szeregiem studiów, w których pokolenie współczesne wyczytać mogło podstawową, a zapomnianą w latach ubiegłych prawdę, że sprawa polska stanowi integralny składnik stosunków europejskich, który wypływa na powierzchnię przy każdym silniejszym wstrząsie, wojna zaś na ziemiach polskich narzuca narodowi konieczność czynnego ustosunkowania się do niej. Studnicki, główny ideolog obozu Piłsudskiego przed 1914 rokiem, był najwierniejszym uczniem Askenazego i na jego właśnie dziełach oparł swoją „Sprawę polską”, która była elementarzem historyczno-politycznym obozu, który w dziesięć lat później miał objąć niepodzielne rządy nad Polską zjednoczoną i odrodzoną. Za najlepsze dzieło Askenazego Studnicki uważał „Łukasińskiego”. Posłuchajmy jednak, co pisze w „Sprawie polskiej” o interesującym nas temacie (s. 72): Przymierze polsko-pruskie nas zawiodło... nasuwało to przypuszczenie, że zawierając to przymierze, Prusy miały na celu oderwanie Polski od Rosji, dla łatwiejszego jej rozbioru. Przypuszczenie to kursowało częstokroć jako fakt w naszej historii, póki go nie obalił prof. Askenazy w jednej z najcenniejszych prac swoich: „Przymierze polsko-pruskie”.

W historiografii tezy Askenazego, a co najważniejsze jego autorytet, przyjęty jest niemal powszechnie. I tak pisze Korzon: „Szymon Askenazy obalił powagę Kalinki «Przymierzem polskopruskim» w dziale spraw zagranicznych” („Listy, mowy, rozprawy”, t II, s. 115). Tego samego zdania jest Tokarz (w odczycie swoim w cyklu „Przyczyny upadku Polski”, Kraków 1918), który nie dyskutuje nawet przymierza z Prusami, tylko krótko stwierdza, że Askenazy dowiódł, że nie było w tym żadnego błędu. Ciekawe jest zdanie Balzera („Z zagadnień ustrojowych”, 1916, s. 74), który pisze, że wprawdzie pewien historyk (sic) twierdził, że błędy naszej polityki zagranicznej przyczyniły się do upadku państwa, ale „tezę tę zwalcza bezwzględnie historyk inny, mniemając, że sojusz ów był właśnie dowodem politycznego rozumu, rzeczą pod każdym względem zbawienną i wskazaną. I tak konkludował znakomity historyk prawa - chwieją się i coraz bardziej rozpływają wniwecz przesłanki, na których opiera się pogląd o przyczynach upadku Polski, tkwiących w niej samej...” Charakterystyczne jest, że żaden z tych historyków nie powtórzył argumentów Askenazego, wystarczyło jego nazwisko lub nawet anonimowe stwierdzenie, że ktoś tego „dowiódł”. Tezy Askenazego bezpośrednie, analizowane przez nas w niniejszej pracy, mniej złego zrobiły niż jego dzieło negatywne: pogrzebanie w opinii historyków i inteligencji szkoły krakowskiej, jako rzekomo błędnie ujmującej zagadnienia konkretne, a dalej stworzenie własnej szkoły pisarskiej, nie pracującej kategoriami racji stanu, nie pracującej żadnymi kategoriami rozumowymi w ogóle, lecz posługującej się frazesami i nic nie znaczącymi kwiecistymi zdaniami. „Historiografia nasza - powiedział Górka - jest poza szkołą krakowską historiografią nieodpowiedzialności narodowej”. Wyrok ten do nikogo nie może być równie dobrze zastosowany, jak do Askenazego i jego epigonów. Upadek w opinii polskiej autorytetu Kalinki nastąpił nie tylko dzięki Askenazemu i związanemu z nim odłamowi powstańczo-niepodległościowemu, który potem przybrał miano „obozu piłsudczyków”. Przyczyniło się też niemało (choć bez Askenazego nie byłby się ten upadek powiódł) stanowisko Dmowskiego i pochodzącego odeń odłamu „narodowego”. Narodowcy wypowiedzieli ze względów taktycznych zaciekłą walkę konserwatystom krakowskim, nie bacząc, że tą drogą podcinają w opinii jedyną dotąd istniejącą, poważną szkołę myślenia politycznego. Zohydzono i ośmieszono w opinii wszystko, co było konserwatywne, a z tym i Kalinkę, którego, jak pisaliśmy, nie czytał sam Dmowski przynajmniej do 1904 roku, i Koźmiana, którego nie czytał nawet Giertych. Z biegiem lat w stosunku do Kalinki zrehabilitował się „obóz narodowy” cytowaną już parę razy przez nas książką Giertycha „Tragizm losów Polski”. Oto passus dotyczący wpływu Kalinki, a bliźniaczo podobny do naszego stanowiska (s. 132): Jeśli chodzi o dzieło Kalinki, dzieło druzgocące, bo oparte na niezwalczonych dowodach... jest ono prawie całkiem przemilczane. Pogląd ogółu na epokę Sejmu Czteroletniego kształtuje się w ciągu tych pięćdziesięciu lat od wydania tego dzieła tak, jakby ono wcale nie było napisane, podręczniki szkolne przechodzą nad ustalonymi przez nie faktami do porządku dziennego, publicystyka polityczna z doświadczeń i nauk historycznych w dziele tym zestawionych wcale nie korzysta. A na użytek tych nielicznych, którzy z literaturą historyczną obeznani są bliżej, nauka, reprezentująca tendencję masońską, spreparowała replikę, która w sposób wprawdzie całkiem gołosłowny, ale za to pewny siebie wysuwa tezę, że polityka stronnictwa patriotycznego, choć zakończyła się katastrofą drugiego rozbioru, była polityką w założeniu słuszną. Tą repliką jest szeroko rozreklamowane, wydawane w kilku kolejnych wydaniach

dzieło znanego żydowskiego historyka, Szymona Askenazego: „Przymierze polsko-pruskie”. Dzieło to przygłuszyło „Sejm Czteroletni” Kalinki. Przeciętny wykształcony Polak, interesujący się historią ojczystą, dzieło Askenazego zwykł czytać, ale o dziele Kalinki wie niewiele ponad to, co się z ostrych przeciw temu dzieł wycieczek w dziele Askenazego dowiedział. Dalej zaręcza Giertych, że tezy Askenazego są „gołosłowne”, i zaleca czytelnikom porównanie obu tych książek. Metoda ta nie wydaje się nam skuteczną. Gdyby zwykłe przeczytanie obu dzieł wystarczało, nie byłby Askenazy po roku 1900, kiedy jeszcze Kalinka był znany, obalił jego autorytetu. Doświadczenie wskazuje, że żadna teza, mająca autorytet naukowy, nie może być obalona li tylko gołosłownym zarzutem, wysuniętym przez publicystę. Tak jak bez Askenazego nikt nie byłby w stanie pognębić Kalinki, tak też Askenazego nie byłaby obaliła teza Giertycha - mimo że miał naukową podporę - mianowicie w Dembińskim, ale z niej nie korzystał. Przedsięwzięliśmy skreślić dzieje walki rozumu z głupotą w Polsce. Wyznaczyliśmy Kalince i jego przyjaciołom miejsce pierwszorzędne wśród krzewicieli rozumu polskiego. Wiadomo, że fale frazesów Askenazego ową wyspę rozsądku zalały. Jak to się stało, ile pod tymi potokami słów było myśli i argumentów, jaki był dokładnie mechanizm działania i jaka sztuka przekonywania uruchomiona przez Askenazego, oto co chcieliśmy w tym rozdziale przedstawić. Dlatego to rozrósł się on tak bardzo, mimo że poświęcony jest sprawom mniej zasadniczym, przy badaniu których jednak udało się nam kryteria i metody autora zdemaskować.

Tokarz
Kapitulacja przed Targowicą
W roku 1915 ukazała się słynna broszurka Balzera pt. „Z zagadnień ustrojowych Polski”, gdzie cieszący się wielkim autorytetem naukowym autor dowodził, że ustrój Polski był nie gorszym, ale lepszym od innych ustrojów współczesnych, a przyczyną rozbiorów była jedynie przemoc sąsiadów. Rok potem A. Chołoniewski ogłosił swego „Ducha dziejów polskich”, książkę apologetyczną, o niesłychanie doniosłym, choć katastrofalnym, jeśli idzie o kierunek, wpływie na psychikę naszego społeczeństwa. Popularność „Ducha dziejów” była bardzo duża. Ona to może, jak i poprzednie tezy Balzera, natchnęła Krakowskie Koło Historyków do zorganizowania w dniach 21 do 30 kwietnia 1917 roku cyklu odczytów na temat „Przyczyn upadku Polski”. Odczyty te w rok potem zostały wydane drukiem. „Przyczyny” obejmują 10 odczytów, siódmy został napisany ex post i włączony do dzieła drukowanego. Oto lista autorów i tematów: 1. 2. 3. 4. Fr. Papée: „Zapatrywania dotychczasowe”. Eugeniusz Romer: „Warunki geograficzne”. Oskar Halecki: „Ekspansja i tolerancja”. Franciszek Bujak: „Siły gospodarcze”.

5. 6. 7. 8. 9. 10.

St. Kutrzeba: „Siły państwowe”. Józef Kallenbach: „Siły moralne i umysłowe”. Władysław Konopczyński: „Polityka zagraniczna”. Wł. Konopczyński: „Pierwszy rozbiór”. Wacław Tokarz: „Dwa ostatnie rozbiory”. Ignacy Chrzanowski: „Zakończenie”.

Ponieważ inni autorzy przynoszą mało nowych myśli i nie wypowiadają jednolitych poglądów, przeto nie będziemy omawiali tych odczytów łącznie. Zaznaczamy tylko mimochodem, że z daleka najlepszym jest odczyt prof. Bujaka. Układem, logiką, choć i nieznajomością rzeczy odznacza się jeszcze „Zakończenie” prof. literatury Chrzanowskiego. Odczyt Tokarza należy do najsłabszych, teza jego jest jednak typowa dla ogólnego poglądu naszej inteligencji na epokę rozbiorów i zawiera szereg interesujących argumentów. Jednym słowem, mało warta sama przez się, zmusza jednak do myślenia i przez reakcję tworzyć może wartości. Zajmiemy się więc jej analizą. Tokarz specjalizował się w historii wojskowości polskiej; głównym dziełem jego życia jest historia kampanii 1831 roku, o której będziemy pisali w swoim czasie. W cyklu „Przyczyny upadku Polski” miał odczyt na temat dwu ostatnich rozbiorów. Na wstępie odczytu prof. Tokarz poczuł się do obowiązku, mimo że pisał w dwa lata po Balzerze, a w dziewięć po Przyborowskim, raz jeszcze wyliczyć uznawane dotąd przyczyny upadku Rzeczypospolitej i w paru słowach wykazać ich nicość. Najpierw więc wylicza stanowość Polski szlacheckiej i odpowiada argumentem trudnym do zaprzeczenia, że cała ówczesna Europa była stanowa i szlachecka. Dalej uważa za rażąco niesprawiedliwe twierdzenie o osłabieniu życia mieszczańskiego, niestety tylko w okresie ostatnich rozbiorów. Dowodząc zaraz potem, że zarówno Sejm Czteroletni, jak i powstanie kościuszkowskie podnosiło miasta, zapomina Tokarz całkiem o tym, że przez 100 lat nie miały miasta warunków rozwoju, co mogło osłabić państwo do tego stopnia, że potem renesans w ciągu lat pięciu, i to z przerwami, nie mógł już przecież sytuacji poprawić. Stale powtarzający się u naszych historyków argument naprawy złego ustroju Rzeczypospolitej na Sejmie Czteroletnim wywołuje w umyśle czytelnika nie dające się odepchnąć przekonanie, że historycy ci uważają nasze wady niejako za grzechy, za które sprawiedliwą karą były rozbiory. Ponieważ w ostatniej chwili przed zgonem nawróciliśmy się i wyraziliśmy, a nawet wprowadziliśmy - choć na krótko - w życie mocne postanowienie poprawy, nie pojmują oni, w jaki sposób mimo to rozbiory mogły stać się następstwem owych odwołanych w Sejmie Czteroletnim błędów. Wszak oczywistym wydaje się, że błędy nasze były błędami dlatego, że wywoływały pewne osłabienie państwa, i równie oczywistym jest, że nagłe naprawienie błędów nie mogło równie szybko podciągnąć państwa po stu latach straconych w wyścigu pracy. Po co więc oburzać się na tezę, że mimo naprawy zaniedbań na 4 lata przed ostatnim rozbiorem, upadek był właśnie tymi zaniedbaniami spowodowany. Dość interesująca jest dyskusja sprawy włościańskiej jako przyczyny upadku Rzeczypospolitej. Stwierdziwszy najpierw, że los chłopów w Polsce był lepszym niż w Rosji carskiej, czego dowodem masowe zbiegostwa chłopów do nas, zwraca się autor do metody, której zastosowania na szerszą skalę myśmy zażądali: bada mechanizm, przy użyciu którego poddaństwo chłopów miało doprowadzić do upadku państwa. Oto co pisze (s. 240): Najważniejszą jednak rzeczą w sprawie tego zarzutu jest stwierdzenie faktu, że stan sprawy włościańskiej nie miał u nas żadnego prawie wpływu na upadek Rzeczypospolitej. Chłop nasz

nie wziął niewątpliwie w walce o niepodległość kraju takiego udziału, jak chłop z Wandei w walkach o swoją religię; jednak taki udział mas ludowych jest zawsze czymś wyjątkowym w historii, a u nas wykluczał go przede wszystkim charakter naszego chłopa i warunki terenu. Natomiast obowiązki swoje wobec ojczyzny w granicach maksymalnych chłop nasz ówczesny spełniał bez zarzutu. Poddał się on bez oporu obowiązkowi służby wojskowej, zaprowadzonemu przez Sejm Czteroletni, poddał następnie znacznie uciążliwszym poborom z czasów powstania 1794 roku. Dostarczył on nam... wybornego materiału żołnierskiego... Dalej Tokarz dyskutuje upadek moralny i gospodarczy, co jest tym bardziej zdumiewające, że w tym samym cyklu odczytów działy te omawiali już specjaliści: profesorowie Kallenbach i Bujak. Nie dość na tym. Po dyskusji, mieszczącej się w paru zdaniach, dochodzi do rezultatów wprost odwrotnych od swoich kolegów. Wreszcie równie szybko załatwia się z upadkiem wojskowości stwierdzając, że i tu nie było upadku zbyt głębokiego, po czym dochodzi do ogólnej konkluzji (s. 224): Jednym słowem z szablonowymi zarzutami przeciw Rzeczypospolitej dwu ostatnich rozbiorów można sobie poradzić bardzo łatwo: zbyt zacięta walka z nimi przypominałaby nawet bój wiatrakowy rycerza z La Manchy. Zrodziła je nie nauka, lecz polityka... Łatwość, z jaką prof. Tokarz zwalczył rzekome wiatraki oskarżycieli polskiego niedołęstwa, zawdzięcza on mistyfikacji której użyli już przed nim Korzon i Przyborowski: otóż Polskę mogło zgubić i zgubiło niedołęstwo stuletnie, którego rezultatem/było niebywałe zacofania na polu moralności, rozumu, oświaty, gospodarstwa, skarbu, wojskowości, a nade wszystko ustroju. W ostatnich 4 latach naszego istnienia już marazmu, który ów upadek spowodował, nie było. Ale zaległości nie dały się tak prędko odrobić i mimo postępu oświatowego trwało wstecznictwo, mimo uchwal podatków - pustki w skarbie, mimo poboru - brak oficerów, dowódców, fortec. Są to fakty i wykazuje je historia, nie zaś polityka. A jednak cytowane zdanie Tokarza zrobiło karierę. Przytoczył je Balzer w swoich „Nowych zagadnieniach ustrojowych” broszurze, która odegrała dużą rolę w naszej opinii historycznej. Po odrzuceniu przyczyn „szablonowych”, jak je nazywa, Tokarz wykłada swoje własne zdanie. Podamy je, streszczając krótko dyspozycje poszczególnych alineów następującego ustępu jego pracy (s. 251-256). s. 251, alinea I: Można było ocalić Rzeczpospolitą, gdyby u steru byli ludzie zdolni porwać za sobą naród. Naród był już dość ofiarny, byłby poszedł do walki i mógł ją wygrać. s. 252, alinea II: Analiza położenia międzynarodowego. Autor przyjmuje tezę Askenazego, że sojusz pruski nie był błędem. Błędem natomiast było cofnięcie się Polski w momencie, gdy Prusy chciały wojny. s. 252, alinea III: Polska cofnęła się, gdyż przywódcy trzeciomajowi woleli trzymać się neutralności, ufali, że Rosja nie będzie z nami walczyć i uzna reformy ustrojowe.

s. 252, alinea IV: Drugą tragedią Rzeczypospolitej było złożenie broni w 60 000 ludzi w roku 1792, podczas gdy Kościuszko zaczął w 1794 w 5 tysięcy. Był to błąd nie do darowania patriotów sejmowych, gdyż zdemoralizował zupełnie naród. Uważali oni wojnę 1792 za demonstrację, pragnęli układów i odrzucili myśl generalicji: walki do ostatka. Tymczasem sytuacja, aczkolwiek poważna, nie była beznadziejna. s. 254, alinea V: Walka zbliżała się do dzielnic przywiązanych do konstytucji 3-majowej. Od Austrii nic nie groziło, Prusy też pewnie nie byłyby wystąpiły przeciw nam. s. 254, alinea VI: Tokarz zarzuca Kościuszce, że przeforsował odłożenie insurekcji z 93 na 94 rok. s. 255, alinea VII: Błędy przywódców sejmowych wypływały z jednego źródła: nie wierzyli oni w siły moralne narodu. Program Stanisława Augusta „czekać i reformować” był niewykonalny, gdyż: 1) wymagał wstrzymania tętna życia politycznego Europy, które było gorączkowe, 2) trzeba się było oprzeć o Rosję, a Rosja nie pozwalała na reformy ustroju, 3) rządów rosyjskich naród nie był w stanie znosić. Ostatecznie Stanisław August mógł jeszcze próbować tego systemu, gdyż zgadzał się on na stosunek wasalny do Rosji. Patrioci, którzy wybrali program niepodległości i wielkości, powinni byli kapitulować dopiero po wyczerpaniu wszystkich środków obrony. s. 256, alinea VIII: Ostatnie alinea podajemy dosłownie: „Tym winom swoich polityków, ich niemocy zdobycia się na postanowienie większej miary, na wzięcie na siebie większej odpowiedzialności, ich wierze w to, że nie trzeba dowodów siły, nie trzeba ognia walki, gdyż z każdego położenia wychodzi się przez kompromis, że każdy odwrót do Rosji spotka się tam z przyjęciem biblijnego syna marnotrawnego, zawdzięcza Polska wyłącznie i jedynie zmarnowanie okazji Sejmu Czteroletniego, a przez to swój drugi i trzeci rozbiór”. W jednym tylko zdaniu, zawierającym co prawda aż trzy argumenty, rozprawia się autor artykułu z zagadnieniem potrzebności i konieczności dwu ostatnich wojen z Rosją: mówi, że czekać i reformować było niepodobieństwem. Argument pierwszy: czekać, co znaczyło wstrzymać tętno polityczne Europy - jest dość niejasny. Prawdopodobnie oznacza on, że i bez zaczepek ze strony Polski byłoby doszło do drugiego rozbioru. Otóż teza ta jest zupełnie gołosłowna i póki nie będzie poparta jakimikolwiek argumentami uprawdopodobniającymi, nie mamy co się nad nią zastanawiać. Przesłanka druga: niemożność reformowania z powodu veta Rosji, nie wydaje się być słuszną. Właśnie protektorat rosyjski dał nam Radę Nieustającą, a i w przeddzień Sejmu Czteroletniego, podczas tego sejmu nawet, było możliwe otrzymać zgodę Rosji na dalsze poprawy ustroju. Możliwościom tym poświęciliśmy już przypisek w rozdziale o Askenazym.

Przesłanka trzecia jest najciekawsza. Podaje niemożność strawienia hegemonii rosyjskiej dla polskiej ambicji narodowej. Niejeden historyk niewątpliwie podzielał ten punkt widzenia. Tokarz jednak ma zasługę, iż punkt ten podaje wyraźnie i zmusza do dyskusji na ten temat.

Problem ambicji narodowej
Problem wpływu polskiej ambicji i godności narodowej na walki w okresie rozbiorowym i porozbiorowym nie był jeszcze przez nas dotąd rozpatrywany. A przecież można na pewno powiedzieć, że odegrał on dużą rolę. Jeżeli stwierdzimy wpływ naszych historyków i pisarzy na stanowisko społeczeństwa wobec zaborców, a z drugiej strony jeżeli widzimy, jak dalece ci historycy są powodowani sami przez ambicję narodową, to jasne się stanie, że uczucie to posiada wpływ na nasze dzieje. Staszic w przedmowie do „Uwag” - książki, która zadecydowała o nastrojach Sejmu Czteroletniego - kładzie na pierwszym planie godność narodową. Z nowszych historyków wymieńmy tu prof. Konopczyńskiego, który na wstępie „Konfederacji barskiej” pisze parę stron, podyktowanych li tylko przez poczucie obrażonej dumy staropolskiej. Być może, że strony te są potrzebne, by potem siły z nich czerpane pozwoliły autorowi przebyć duże przestrzenie bez czerpania kryteriów z krynicy rozumu. Problemu godności narodowej nie mamy możności zbadać w całej jego głębi. Możemy jedynie przynieść pewne elementy do roztrząsania tego zagadnienia. W stosunkach między indywiduami jest ono rozstrzygnięte w sposób jasny i prosty: należy iść zawsze za nakazem honoru. Tak jak w stosunkach kupieckich uczciwość jest największym sprytem, tak w stosunkach osobistych poczucie honoru jest najwyższym rozsądkiem. Człowiek, który dla uniknięcia zatargu, rany czy śmierci daje sobą bezkarnie poniewierać, dochodzi szybko do tego, że staje się celem obelg ze strony tych wszystkich, licznych zawsze bliźnich, których tylko strach powstrzymuje od napastowania ludzi. W dalszym rozwoju wypadków człowiek znoszący cierpliwie obelgi musi stracić swoich przyjaciół i jego położenie staje się coraz gorsze. Ponieważ stosunki towarzyskie i przynależność do środowiska stanowi ważny punkt w życiu jednostki, przeto podcięcie tych stosunków przynieść może za sobą zupełną degradację i załamanie człowieka. Inna grupa reperkusji obelg, puszczonych bezkarnie, zawiera te, które działają na psychikę własną człowieka obrażonego. Człowiek obrażony bez reakcji dewaluuje się w swoim własnym mniemaniu, traci ufność w swoje siły i wreszcie w swoją wartość. Na przyszłość będzie unikał wszystkiego, co tylko będzie mogło go dotknąć, będzie szedł po linii skrajnego oportunizmu i, jeśli go nie zabije pogarda socjalna, to zginie od autopogardy. Następstwa te rzadko muszą być brane pod uwagę, tak głęboko instynkt honoru jest w ludziach wrodzony i tak automatycznie następuje w naszej epoce i pod naszą szerokością geograficzną reakcja na obelgę. W tej mierze, w której reakcja ambicji narodowej następuje równie automatycznie i równie szybko, rzecz prosta, żadne rozumowanie nie jest w stanie nic do problemu dodać ani ująć. Zazwyczaj jednak reakcje obrażonej godności zbiorowej nie następują równie szybko, jak to jest w stosunkach między indywiduami, i zawsze niemal przechodzą przez filtr rozsądku. Z tą chwilą wolno i nam zająć się tym problemem.

Dopóki stosunki między zbiorowiskami ludzkimi redukowały się do stosunków między ich władcami, póty reakcje ambicji były podobne do tych, które i dziś obserwujemy między jednostkami. Inaczej jest w państwach nowożytnych, gdzie albo nie ma trwałego i personalnego symbolu zbiorowiska, albo też nie gra on w nim decydującej roli. Wydaje się, że nowoczesne zbiorowości państwowe są mniej wrażliwe na obelgi od swoich feudalnych poprzedników. Pewne jest, że pierwsza grupa opisanych reperkusji, tj. utrata stosunków socjalnych, nie wchodzi tu w grę i ważne jest jedynie, by nie doprowadzić do załamania zdrowej dumy narodowej. W każdym razie tam, gdzie następują ostre reakcje państw nowoczesnych na obrazy, można się zawsze łatwo doszukać i motywu rozumowego, który jest tylko pokryty dla lepszego pobudzenia swoich tłumów do boju pretekstem obrażonego honoru. W innych wypadkach, tam gdzie Racja Stanu nie wymaga reakcji albo na nią nie pozwala, wydaje się, że obecnie obelgi międzynarodowe bywają przyjmowane znacznie spokojniej. W konkluzji można by zaproponować formułkę, według której wskazane jest wyleczenie się ze zbytniej drażliwości, która w gruncie rzeczy jest często tylko przejawem kompleksu niższości, i jak najostrożniejsze obliczanie konsekwencji zbiorowych reakcji uczuciowych. Inny aspekt tego zagadnienia i porównania między reakcją indywidualną a zbiorową, to problem stosunku sił. W zatargach indywidualnych, dzięki formom uświęconym przez tradycję, różnic prawie że nie ma. Inaczej w konfliktach między zbiorowościami. Tu znalezienie rozwiązania stawiającego obie strony w jednakowym położeniu nie jest nawet nigdy brane pod uwagę, stąd więc konieczność różniczkowania reakcji i nienaśladowania ślepo stopnia drażliwości, przyjętego w stosunkach między indywiduami. Jest rzeczą jasną, że innych honorów wymaga dla siebie Imperium Brytyjskie, innych mała Bułgaria czy Grecja. W stosunkach polsko-rosyjskich uderza dziwny fenomen. Równolegle do wybujałej szeroko drażliwości narodowej własnej szło w parze zupełne lekceważenie poczucia godności strony moskiewskiej. Przypominamy bolesne wyprowadzenie w pole Katarzyny w okresie pokoronacyjnym Stanisława Augusta. Potem w ciągu Sejmu Czteroletniego Katarzyna stała się celem szyderstw i obelg większości sejmu, a jednak ta kobieta, niezwykła w każdym razie, posiadała poczucie dumy nader wysoko rozwinięte i umiejętne wyzyskanie tej cechy psychologicznej, a przynajmniej ostrożność w zadawaniu jej ran, mogła przynieść nam duże korzyści polityczne. Historycy nasi zwracają - poza Kalinką - zbyt mało uwagi na jej psychologię. W jej analizie znajdziemy dowody na to, że Polska lojalnie uznająca stan zależności od Rosji byłaby utrzymała całość i doszła do powolnego, ale zupełnego odrodzenia w epoce napoleońskiej. Katarzyna bowiem była równie wdzięczna, jak mściwa i nie sposób sobie jej wyobrazić w roli sprzedającej Prusom właśnie sprzymierzeńca czy wasala. Równie niepojęty brak znajomości psychologii Mikołaja I wykazał Polak, który go znał bodaj najlepiej: Lubecki. Jego największy, decydujący błąd historyczny, utrzymanie przy życiu wybuchającego powstania w dniu 30 listopada, kiedy je mógł jeszcze z łatwością zdusić, powstało stąd, iż sądził, że Mikołaj zechce się układać z powstaniem zbrojnym, mającym swój początek w spisku szkoły podchorążych... Potem, gdy obok carów i naród rosyjski zaczyna brać udział w przejawach działań zbiorowiskowych, zapoznanie i lekceważenie elementu dumy narodowej rosyjskiej staje się decydującym, a fatalnym dla nas błędem i przyczyną najgłębszego upadku zaboru rosyjskiego. Oto naród rosyjski, najmłodszy w rodzinie europejskiej, pozbawiony łacińskiej kultury, tradycji, wolności i dobrobytu, całą swoją miłość ojczyzny, całą siłę swojej psychiki skupił na drażliwości swojej godności międzynarodowej, na

marzeniu o dorównaniu i przewyższeniu narodów zachodnich. Stąd po wybuchu powstania listopadowego tak mocne zszeregowanie się narodu przy Mikołaju I. Stąd powstanie styczniowe, nadeszłe w momencie niebywałego zachwiania ustroju Rosji, przeszkodziło głębokim wstrząsom wewnętrznym tego kolosa i wszystkie siły psychiczne, już rozbudzone przez Hercena i przygotowane do stoczenia walki z caratem, skupiło na dążeniach do wynarodowienia narodu polskiego. Pierwsze źródło tej katastrofy leżało niewątpliwie w lekceważeniu psychiki przeciwnika. Zamiast „za naszą wolność i waszą” należało wypisać hasło: „Za naszą wolność i waszą potęgę”. Dążenie do wolności u Rosjan było połączone z niezadowoleniem ze zbyt małej siły i małego autorytetu na zewnątrz. W dalszych dziejach stosunków polsko-rosyjskich przesadne, a może tylko zbyt niewolniczo wzorowane na stosunkach jednostkowych, poczucie honoru odegrało nieraz rolę fatalną. Brak tradycji politycznych, brak zajmowania się polityką, tak jak ją rozumiały wszystkie dojrzałe państwa europejskie już od początku XVIII wieku, sprawił, że ludzie nie orientowali się u nas w tym, czym jest operowanie zbiorowiskami, i nie byli w stanie odczuwać i reagować na podniety dotyczące losów zbiorowych, jak reagowaliby na wypadki osobiste. Nieodpowiedzialna historiografia Lelewela i nasza poezja romantyczna powiększyła jeszcze grozę, jaka wynikła już z naszego niedorozwoju praktyki politycznej i dyplomatycznej. Zacytujemy tu Gillera, który pisze, że po ogłoszeniu poboru wojskowego w 1862 roku, czyli tzw. „branki”, Polacy sądzili, że honor im zabrania przyjąć ten pobór bez poprzedniego rozlewu krwi (?). Inny wypadek opowiada Mierosławski. Bitwa pod Grochowem 25 lutego 1831 roku, wydana przez nas, z Wisłą na bliskim zapleczu i jednym tylko mostem do ewentualnego odwrotu, była zwykłym samobójstwem. Przyjęto ją u nas dlatego, jak twierdzi Mierosławski, że honor zabraniał cofnięcia się bez walki. „Na takie pojedynki - pisze - pięknie jest narażać się zakochanemu ułanowi, ale armia, ale zbrojna reprezentacja narodu nie jest obowiązana kierować się obyczajami pojedynkowymi” („Powstanie narodu pilskiego”, Paryż, 1.1, s. 266). Mierosławski, który w dziedzinie polityki stał się jednym z głównych winowajców klęski 1863 roku, daje tu kapitalne ujęcie różnicy między jednostkową a zbiorową reakcją; ujęcie, które z dziedziny wojskowości mogłoby nieraz być przyjęte w dziedzinę stosunków międzynarodowych. Zrozumienie prawdziwej wartości sił własnych niewątpliwie działałoby ostudzająco na wyskoki nasze, powodowane zadrażnieniami ambicji. Często jednak, zwłaszcza w epoce porozbiorowej, Polacy przeceniali swoje siły i aby móc to czynić, stworzyli sobie niemożliwe do ścisłego obliczenia pojęcie „siły moralnej”, którą rzekomo przewyższali mocarstwa i która pozwalała nam mieć ambicje równe największym państwom. Punkt ten jest silnie zaznaczony w dziele najgłębszego polskiego teoretyka politycznego Stanisława Koźmiana, gdy pisze, że Polska powinna była raczej wzorować się na postępowaniu Rumunii niż Włoch („Rzecz o roku 1863”, wyd. II, t. II, s. 121). Temu (skromnemu porównaniu) stała na przeszkodzie wrodzona Polakom próżność, rozwinięta przesadnym wyobrażeniem o ich historycznej przeszłości i poetycznym posłannictwie. Próżność jest najkosztowniejszą z wad, tak dla ludzi, jak dla narodów, tak w prywatnym, jak publicznym życiu. W świetle tej surowej zasady Koźmianowskiej teza Tokarza, nawet gdyby była prawdziwą, nie byłaby dostatecznym usprawiedliwieniem polityki antyrosyjskiej. Wygórowana ambicja i próżność, nie stojąca w proporcji do stosunku sił, powinna była być przez przywódców narodu powściągnięta, nie zaś rozdmuchana.

Istnieje opowieść z pierwszych czasów istnienia Rzymu, w której problem godności narodowej, własnej czy wrogiej, znalazł nadzwyczaj bogate oświetlenie. Zapomnienie studiów klasycznych w naszych szkołach każe nam opowieść tę pokrótce przytoczyć. Oto Samnitom, słabszym wrogom Rzymu, udało się wprowadzić armię rzymską w zasadzkę w górach pod Caudium, gdzie została ona tak zupełnie otoczona i zamknięta, że nie było widoków nie tylko na wydobycie się z pułapki, ale i na jakąkolwiek sensowną walkę. Samnici nie wiedzieli, co ze złapanymi zrobić. Pontius Herennius doradził wypuścić ich wolno. Na okrzyk zaprzeczenia i oburzenia odparł: „Jeżeli tego nie chcecie, to zamordujcie ich wszystkich, inaczej bowiem Rzymianie nigdy wam porażki tej nie zapomną i zemszczą się na nas na pewno”. Samnici jednak wybrali drogę pośrednią: obiecali puścić Rzymian pod warunkiem, że złożą broń i przejdą wszyscy zgięci wpół pod ustawionym jarzmem. Wiadomość o tych warunkach wprawiła Rzymian w bezgraniczną rozpacz. Projekty masowych samobójstw lub równych temu prób walki obiegały obóz. Wtedy zabrał glos Lentullus i powiedział słowa, które dotąd tchną niesłychaną aktualnością: „Nie ulega wątpliwości, że pięknie jest umrzeć za ojczyznę, ale tu ofiara z waszego życia byłaby jej zupełnie niepotrzebna. Poświęćmy naszą dumę, a zachowajmy nasze życia dla zemsty”. Rzymianie usłuchali - i po następnej wojnie zhołdowali sobie Samnitów. Trzeba by zapytać Polaków, wychowanych na naszej nieszczęsnej historiografii frazesowej jak byliby ocenili radę Lentullusa. Znaczenie powyższego wycinka dziejów rzymskich jest ważne dlatego, że z jednej strony wskazuje na fatalne skutki polityki Samnitów: poniżania godności przeciwnika; z drugiej - słuszność polityki rzymskiej: umiejętność poniesienia ofiary z miłości własnej dla wyższego interesu zbiorowiska narodowego. Co do nas, celowaliśmy zarówno w poniżaniu godności narodowej wroga, jak w przesadnych ofiarach dla zachowania swojej własnej.

Definicja głupoty
Tym, którzy by nam zarzucili nieaktualność cytowania tak zamierzchłych czasów w studium o polityce współczesnej, odpowiemy, że problem tu poruszony dotyczy wyłącznie psychologii, to jest uczuć i myślenia ludzi. Zmiana warunków technicznych nic a nic świeżości temu zagadnieniu nie ujęła. Rzecz prosta, błędy w tej dziedzinie popełniały i popełniają nadal ciągle i inne narody i państwa, nie tylko Polska. Wszystkie w ogóle rysy postępowania nazwane u nas „głupotą”, a dające się określić jako działanie oczywiście zdążające do skutku innego od tego, jaki był zamierzony, lub też niezdawanie sobie jasno sprawy z celu, do którego dążyć należy, znajdujemy i u obcych i nie ma poważnych przeszkód, poza technicznymi, które by mi przeszkodziły w napisaniu po paru latach studiów „Dziejów głupoty we Francji” albo „w Hiszpanii” czy gdziekolwiek indziej. W Polsce skutki głupoty były tylko bardziej rażące, gdyż położenie było cięższe i wyskoki szaleństwa były luksusem, na który mniej nas było (i mniej nas jest) stać niż na przykład Anglię. I tam jednak lekceważenie cudzej godności przychodzi nieraz ciężko odpokutować. Lloyd George opisuje w swoich pamiętnikach incydent anglo-irlandzki, spowodowany tak drobną na pozór rzeczą, jak sprawa chorągwi dla dywizji irlandzkiej. Jak wiadomo, stosunki irlandzko-angielskie nie należały przed pierwszą wojną światową do najlepszych - można je nawet nazwać bardzo naprężonymi. Znalazł się jednak pewien zdolny polityk irlandzki, który w imię ideałów ogólnoludzkich potrafił natchnąć swoich rodaków do współdziałania z Anglikami tak daleko idącego, że Irlandczycy wystawili nawet dywizję ochotniczą do walki z Niemcami. Braterstwo broni, popularność dywizji i

Redmonda (bo tak się nazywał ów polityk) mogły stać się punktem zwrotnym w stosunkach obu ludów i przynieść po wojnie odprężenie zamiast powstania, które w rzeczy samej wybuchło. Oddajmy jednak glos Lloydowi George’owi („Wspomnienia wojenne”, Warszawa 1938, t. I, s. 284): Kulminacyjny incydent w tej sprawie odegrał, niestety, wybitną rolę w tragicznej historii stosunków anglo-irlandzkich. Nacjonalistki irlandzkie, pełne entuzjazmu dla nowej irlandzkiej dywizji, dla Redmonda i dla sprawy, którą się głęboko przejęły, uszyły dla dywizji jedwabną chorągiew z wyhaftowanym godłem Irlandii: harfą. Jednocześnie patriotyczne panie z Ulsteru (angielska prowincja w Irlandii) wyszyły swoje godło: czerwoną rękę, którą ofiarować miały dywizji ulsterskiej. Obydwie chorągwie zostały wręczone odpowiednim dywizjom, ale tylko jedna została przyjęta. Kiedy lord Kitchener dowiedział się o zielonym sztandarze z harfą, kazał go zabrać z dywizji. Ale sztandar ulsterski powiewał swobodnie nad głowami oranżystów z protestanckiej Północy. Irlandia była głęboko dotknięta. Brutalny postępek uraził głęboko jej dumę i zabił w niej entuzjazm dla świętej wojny przeciw dyktaturze militarnej w Europie... John Redmond był zupełnie złamany. Powinien był odwołać się do parlamentu, ale zapewne słusznie uważał, że jest za późno, aby naprawić zło, które się stało. Od tej chwili wysiłki nacjonalistów irlandzkich, zmierzające do pogodzenia Irlandii z Anglią i zjednoczenia obu narodów we wspólnej walce o wolność innego narodu, były już bezowocne. Nieszczęsny rozkaz lorda Kitchenera otwierał nowy rozdział w historii Irlandii. Wróćmy teraz do Sejmu Czteroletniego i do problemów Herenniusa i Lentullusa. Było do wyboru, jak pisał Czartoryski, Rosji nie poniżać albo ją zwalczyć: problem Herenniusa. Ale był też problem drugi: przejść pod jarzmem czy rzucić się do walki samobójczej. Wybraliśmy to ostatnie, choć król radził inaczej. Pozostaje zapytać, o ile uczucie obrażonej godności polskiej odegrało rolę w rozbiorze Rzeczypospolitej? O ile uczucie to, jak twierdzi Tokarz, czyniło znoszenie hegemonii rosyjskiej nie do przełknięcia? Już współcześni zdawali sobie sprawę z trudności położenia. Stanisław August poświęca mu najbardziej gorzkie linie swoich pamiętników. Gdzie indziej przypisuje wybuch konfederacji barskiej znieważeniu Pułaskiego przez Repnina. Jeszcze ważniejsze jest zdanie Potiomkina: „Nie pochwalam - mówił do posła pruskiego hr. Kellera - postępowania naszych ambasadorów w tym kraju. Wszyscy, oprócz księcia Wołkońskiego, pozwalali sobie na represje oburzające” (Dembiński, „Źródła do II i III rozbioru Polski”, s. 179). Cała historiografia nasza zgadza się na to, że nietakty i obelgi Stackelberga stanowiły jeden z powodów szybkiego upadku stronnictwa moskalofilskiego w 1788 roku. Nie ulega wątpliwości, że tak być musiało. Zagadnienie, które jednak postawimy, będzie brzmiało: czy reakcja antyrosyjska płynęła naprawdę z głębi polskiego uczucia obrażonej godności narodowej, czy też była wynikiem powierzchownej, wcale głęboko nie odczutej drażliwości, rozpalonej do stanu gorączkowego przez zręczną propagandę? Dlaczego stawiamy tak to zagadnienie? Dlatego, że o ile mielibyśmy do czynienia z powstaniem spontanicznym masy szlachty polskiej, wówczas ruch ten umykałby spod analizy „Dziejów głupoty”. Można by nad nim ubolewać, nie można by go studiować ani potępiać, gdyż brak byłoby w arsenale środków politycznych antidotum na tę chorobę. Łatwość usunięcia go byłaby minimalna. Inaczej, jeżeli tłum nie odczuwał tej obrazy, lecz była ona rozdmuchana przez przywódców. Jak to - zapytają czytelnicy - czyżby przywódcy narodowi mieli mieć mniej wyostrzone poczucie godności, czyżby im nie wolno było poddać się uczuciu świętego gniewu i zemsty na widok

poniewieranej godności narodowej i czy w imię tego uczucia nie wolno im było przelać go na tłumy? Nie, odpowiemy, przywódcom nie wolno żywić takich uczuć, a jeśli je żywią, jeśli uczucia te są u nich mocniejsze od rozumu, winni złożyć przodujące stanowisko na tak długo, póki nie będą znowu w stanie obiektywnie i chłodno obejrzeć sytuacji. Naród bowiem, prowadzony uczuciem nie kontrolowanym rozsądkiem, może łatwo popaść w najgorsze klęski. Tak jak się wymaga od lekarza operującego chorego, by nic poza wiedzą i ścisłością naukową nim w chwili operacji nie rządziło, jakby się go odsunęło np. od chorego własnego dziecka operowanego, gdyby mu z powodu nadmiaru miłości rodzinnej drżała ręka, tak należy odsunąć od steru rządów każdego patriotę, któremu miłość ojczyzny mąci rozum i wykrzywia obraz położenia. Wydawać by się mogło, że przynajmniej to zdanie, ten truizm, rozumie się u nas sam przez się i dlatego tylko nie był nigdy jeszcze głoszony, ale w każdym razie nie był zaprzeczany. Nic z tego jednak. Oto co czytamy w pewnej książce:. ...niektórzy mówią: niech lepiej Polską leży w niewoli, niż gdyby się zbudzić miała według arystokracji, inni: niech lepiej leży, niż gdyby się zbudzić miała według demokracji, a inni: niech lepiej leży, niż gdyby miała granice takie, a inni: owakie. Ci wszyscy są lekarzami, nie synami, i nie kochają matki-ojczyzny. W zdaniu tym meritum potępiające ludzi, nie stawiających odzyskania państwa bez względu na warunki na pierwszym miejscu, jest najzupełniej słuszne. Co zdumiewa, to wstręt okazany „lekarzom” matki-ojczyzny, wyrażone explicite zdanie, jakoby jej więcej potrzeba było miłości synowskiej niż umiejętności lekarskiej, a więc teza wprost odwrotna do naszej. Ale - zapytają czytelnicy - cóż to za książka? Skąd to cytat? Nie z byle czego. Książka miała tytuł „Księgi, Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego”, autorem był Adam Mickiewicz. Znakomity krytyk Brückner mówi, że książka „wcale nie okolicznościowa, godna przetrwać wieki, dla nauk i przestróg, jakie zawiera...” W czasie, kiedy się ukazała (1833), zyskała nieskończenie wielu wielbicieli, wszyscy uczyli się jej na pamięć. Można powiedzieć, że wychowało się na niej pokolenie, które zrobiło powstanie 1863 roku. W dwudziestoleciu Polski odrodzonej, kiedy to nie darowano żadnemu nonsensowi przeszłości, żeby go nie wydobyć na powierzchnię i szukać w nim natchnienia, „Księgi” znalazły nową falangę zwolenników i propagatorów. Tyle, żeby wykazać, jak trzeba na każdym kroku kłaść nacisk na najbardziej nawet oczywiste wskazania rozsądku. W wypadku reakcji antyrosyjskiej wszystko przemawia za tym, że prawdziwego, potężnego uczucia antyrosyjskiego, jakie objawiło się potem w powstaniu kościuszkowskim, nie było początkowo ani wśród tłumu, ani wśród przywódców, jeśli do przywódców nie zaliczymy histerycznej księżny Izabeli Czartoryskiej. Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że obelżywe panoszenie się ambasadorów rosyjskich w Polsce datowało się od Repnina. Wiadomo, ile jego bezceremonialne wyprowadzenie w pole radomian i porwanie czterech senatorów przyczyniło się do wybuchu konfederacji barskiej. Było to jednak 20 lat przed Sejmem Czteroletnim. Stan zależności od ambasadorów rosyjskich mógł być dla polityków polskich przykry, ale był zastarzały, raczej łagodniejący, jak zaostrzający się, i przed Sejmem Czteroletnim nic ze strony Rosji nie przyspieszało ani nie wywoływało wybuchu. Dalej, gdybyśmy mieli do czynienia z uczuciem prawdziwym, głębokim i powszechnym, to byłoby się ono wyraziło w chęci walki, objawionej nie tylko w Warszawie, lecz i gdzie indziej, choćby tak, jak to było w czasie konfederacji barskiej, od czasu której niewątpliwie uczucia narodowe stały się żywsze. Tymczasem, wbrew twierdzeniu Tokarza, nie widać było przejawów takiej chęci do walki, a co za tym

idzie i nienawiści do Moskwy, i reakcja na jej hegemonię nie musiała być ostrą, jak to historyk imputuje. Ten sam wynik otrzymujemy z analizy charakterów ówczesnych przywódców stronnictwa patriotycznego. Decydowali o jego nastrojach (wyłączywszy, jak już powiedzieliśmy, Izabelę Czartoryską, którą Skałkowski nazwie histeryczką) Ignacy Potocki, marszałek sejmu Małachowski i Kołłątaj. Otóż u żadnego z tej trójcy nie spostrzegamy motywów ani przejawów potężnej i ślepej nienawiści do Rosji. Ignacy Potocki wszak starał się sam o łaski Katarzyny i podróżował do Petersburga, intrygując przeciw królowi. Źródło jego uczuć antyrosyjskich mogło leżeć raczej w obrażonych ambicjach osobistych, jak w obrażonej ambicji narodowej. Małachowski, człowiek z gruntu uczciwy, był jednak marionetką w ręku Potockiego. Wreszcie Kołłątaj był sprytnym oportunistą i nienawiść lub też zbytnia drażliwość mało do jego postaci pasuje. Czyżby więc może ci przywódcy szli za podmuchem dołów szlacheckich? Zapewne prąd ogólny szedł w kierunku antyrosyjskim. Wiele jednak przywódcy czynili, żeby prąd ten wzmocnić, nie zaś osłabić. Stojąc bowiem na czele stronnictwa antyrosyjskiego, zyskiwali tylu zwolenników, ilu ich zyskiwał kierunek, który reprezentowali. Im zaś zwolennicy tego kierunku byli bardziej zapaleni, tym zupełniej oddanych mieli do swojej dyspozycji sympatyków. Stąd usilna agitacja dla rozszerzenia i rozżarzenia nastrojów antymoskiewskich. Kalinka w „Sejmie Czteroletnim” poświęcił kilka stron metodom tej propagandy. Wymienił teatr, w którym klient Czartoryskich, Niemcewicz, dawał sztuki podnoszące temperaturę patriotyczną, prasę, w której także młodopatrioci podburzali opinię, trybunę sejmową, z której ostrzono sobie języki na Rosji i jej groźnej władczyni, wreszcie arbitrów sejmowych i damy warszawskie, które po salonach wyróżniały tylko stronników pruskich i niemało się przyczyniały do sterroryzowania moralnego stronnictwa królewskiego. Doszło to tego, że ściągnięto z okolic Warszawy wiele kalek i żebraków i kazano im na rogach ulic udawać ofiary barbarzyństwa moskiewskiego z czasów konfederacji barskiej! W rezultacie trzeba powiedzieć, że jeśli nastroje antyrosyjskie zwyciężyły w Sejmie Czteroletnim, to stało się to nie tylko dzięki dawniejszym prowokacjom i obelgom Stackelberga, ale i więcej jeszcze dzięki usilnej i gorączkowej agitacji przywódców, którzy miast powstrzymywać reakcję obrażonej godności narodowej, podniecali ją jeszcze. Wytworzyło się błędne koło: przywódcy podniecali opinię, a potem opinia zmuszała przywódców do dalszego postępowania po błędnej drodze. Korzon w swojej recenzji z „Sejmu Czteroletniego” Kalinki, drukowanej w „Ateneum” w r. 1881, za „źródło natchnień” sejmowych poczytuje książkę, mianowicie „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego” Staszica, wydane w r. 1785. Korzon ma tu na myśli natchnienia pozytywne, ale i ducha. W tejże samej recenzji Korzon stara się osłabić tezę Kalinki o tyranii opinii publicznej, pisząc, że tam przecież nie było żadnej gilotyny, więc o terrorze nie może być mowy. Uwagi te są nieprzekonywające. W społeczeństwie polskim zawsze łatwo jest tyranizować za pomocą propagandy i opinii. Tyle co do tezy Tokarza o niemożności prowadzenia polityki królewskiej: „czekać i reformować!” Jeśli idzie o dwie pierwsze przesłanki (dążenia Europy i wstręt Rosji do reform), to rozpatrujemy je gdzie indziej. Tu zastanowiliśmy się nad trzecią niemożnością - pogodzenia ambicji narodowej z hegemonią Rosji. Najpierw analizowaliśmy ogólnie problem ambicji państw i narodów, potem rzeczywiste źródła nienawiści do Moskwy w okresie Sejmu Czteroletniego. Teraz przejdziemy do innych alineów Tokarza.

Stosunek sił polsko-rosyjskich w 1792 roku
Wyeliminujemy alinea IV i VI w tym, w czym dotyczą one Kościuszki, gdyż powstanie kościuszkowskie nie ma nic wspólnego z wojną 1792 r. To, że Kościuszko potem powstał w 5000 ludzi, nie może być argumentem przeciw kapitulacji przedtem w 60 000, trzeba by przedtem dowieść, że Kościuszko miał szanse wygrania kampanii. Tezy Tokarza zawarte w alinea II, dowodzące, że przymierze z Prusami nie było błędem, byty już rozpatrywane w artykule o Askenazym, pozostawimy je więc teraz na boku. Pozostaje główna, zasadnicza teza Tokarza: Polska upadła, gdyż przywódcy trzeciomajowi, zamiast walczyć do upadłego, kapitulowali przed Targowicą. Rzecz jasna, autor jest tego zdania dlatego, że uważa, iż Polska miała dość sił na to, by zwyciężyć. Innymi słowy: stosunek sił polskich do sił wrogich, Rosji (a zapewne, w co Tokarz nie wierzy, ale co było prawdopodobnym: i Prus), był taki, że można było myśleć o zwycięstwie. Argumentów ścisłych Tokarz nie cytuje. Uważa tylko, że 60 000 regularnego wojska było bardzo dużo i że walka zbliżała się w chwili kapitulacji do dzielnic, które się opowiedziały za konstytucją. Ten punkt dyskusji nasunąć może czytelnikowi od razu poważną wątpliwość metodyczną. Czy można ze stosunku sił wnosić o możliwości zwycięstwa z jednej, a przegranej z drugiej strony? Czy nie mamy wielu przykładów w historii (pomijając już historię polską, w której tyle legend o rozbiciu w puch dziesięciokrotnej przewagi, vide Górka), powiedzmy Fryderyka Wielkiego w czasie wojny siedmioletniej lub króla Gustawa szwedzkiego w tymże samym czasie trwania Sejmu Czteroletniego przykładów zwycięstw odnoszonych siłami oczywiście mniejszymi i klęsk ponoszonych przez mocarstwa znacznie silniejsze? Zapewne, obiekcja ta byłaby zupełnie słuszna. Z samej różnicy sił na czyjąś niekorzyść nie można już wnosić o niemożności obrony i konieczności kapitulacji. Aliści między wieloma pojęciami ścisłymi, które w historii potocznej obejmujemy ogólnym określeniem „zły stosunek sił”, istnieć mogą nader wielkie różnice ilościowe. Otóż twierdzimy, że przy aż tak niekorzystnym stosunku sił, jaki był wówczas między Polską a Rosją, kapitulacja wobec Targowicy była bardziej wskazaną od dalszej walki, a najbardziej byłoby wskazanym nie zrywać bez potrzeby z mocarstwem o wiele silniejszym. Powyższą tezę musimy udowodnić. Uczynimy to przechodząc kolejno siły materialne i moralne stron obu. I. Siły materialne. W tymże tomie „Przyczyn upadku Polski”, w którym znalazł się odczyt Tokarza, umieścił prof. Bujak swoją pracę pt. „Siły gospodarcze”. Na s. 104 książki czytamy co następuje: Dochody państwa pruskiego w roku 1740, liczącego 2,2 miliony ludności, wynosiły 7 milionów talarów, w czasie wojny siedmioletniej, przy 3,7 milionach mieszkańców, 24,8 milionów... w r. 1772 armia stała wynosiła 186 000 ludzi, a dochody państwa 23 miliony talarów... Rosja wykazuje dochodu w r. 1701 prawie 3 miliony rubli, w r. 1724 - 8,5 miliona, w roku 1764 -19,4 miliona. Armia rosyjska w końcu panowania Piotra Wielkiego liczyła około 220 000 ludzi, przy końcu wojny siedmioletniej 350 000, w roku 1791 dochodzi do 400 000 ludzi. Były

to więc potęgi przerastające Polskę tak dalece, że każda z nich z osobna była w stanie pokonać Polskę z największą łatwością, a cóż dopiero, gdy się z sobą porozumiały. Dla Polski nie było ratunku, uległa przemocy, bo nie miał jej kto bronić, nie było czym jej bronić. Dodajmy, że według tychże obliczeń Bujaka, dochody Polski doszły chwilowo - po długim wyczerpaniu skarbu - do 7 milionów talarów, wojsko - jak wiemy - również nagle powiększono do 60 tysięcy, choć cyfry tej nigdy nie dosięgło. Cyfry te, aczkolwiek arcyniekorzystne, nie usprawiedliwiałyby może szybkiej kapitulacji, gdyby nie szereg okoliczności, zarówno wojskowych, jak politycznych i moralnych, które położenie nieskończenie pogarszały. Do rzędu okoliczności wojskowych trzeba zaliczyć brak kadr oficerskich i żołnierskich w Polsce. Sytuacja była tu odwrotnością tego, co miał Fryderyk Wielki. Jego ojciec całe panowanie ćwiczył i przygotowywał armię, miał cały szereg wybitnych generałów, w każdym zaś razie doskonałych fachowców w rzemiośle wojennym. To samo było we Francji, gdzie rewolucja mogła się oprzeć i rzeczywiście oparła się na kadrach licznych podoficerów i niższych oficerów armii królewskiej. U nas brak było zarówno kadr żołnierskich, jak i oficerskich, jak i generalicji. Brak było fabryk broni i sprzętu wojennego, nawet namioty trzeba było z Prus sprowadzać, bo ich w wojsku brak było. Jeżeli Polska doszła do 60 000 wojska, to nie jest to dowodem, że mogła tę cyfrę przekroczyć ani też po porażkach taką samą bodaj armię drugi raz wystawić. Zbyt mało - naszym zdaniem - historycy polscy zwracają uwagi na brak fortec, które wszak w ówczesnych wojnach tak wielką rolę odgrywały. Porównując jednym tchem możliwości wojenne Polski do Turcji czy Szwecji, Francji lub Prus, nie powinno się zapominać, że wszystkie tamte państwa zaopatrzone były w łańcuch fortec, które powstrzymywały agresję nieprzyjaciela nieraz całymi miesiącami. Brak jakichkolwiek fortec musiał w niezwykle silnej mierze osłabiać naszą i tak niewielką odporność bojową. II. Siły moralne. Czynnikiem moralnym, który pogarszał nasze szanse walki, był brak jednomyślności w narodzie. Tokarz zakłada, że naród chciał się bić, a tylko zawinili przywódcy, że tego świętego ognia entuzjazmu nie wykorzystali. Pozwolimy sobie zakwestionować to zdanie, ile że nie poparte żadnymi dowodami. W tym samym tomie, gdzie Tokarz daje swój odczyt, pisał na s. 279 Chrzanowski: „...nie wolno zapominać, że - jak to wykazał Smoleński - konfederacja targowicka miała wśród tłumów szlacheckich większą popularność niż Konstytucja 3 maja”. Robiony entuzjazm Warszawy nie może zrównoważyć ech prowincji. Trzeba raczej założyć, że współcześni mężowie stanu o tym pokroju, co Ignacy Potocki, byliby na pewno kontynuowali walkę, gdyby nic to, że widzieli niechęć opinii do niej.

Alternatywa ks. Adama Czartoryskiego
Zbliżoną do Tokarza tezę wypowiedział ks. Adam Czartoryski w pisanym na emigracji „Żywocie Niemcewicza”, gdzie oskarża śmiało Sejm Czteroletni na długo jeszcze przed Kalinką, zarzucając mu lekkomyślność. Dowodzi, że sejm, w którym tak dużą rolę odegrał jego ojciec, Adam Czartoryski, generał ziem podolskich, powinien był uderzyć na Rosję wówczas jeszcze, kiedy była związana ciężkimi walkami ze Szwecją i Turcją, albo też nie drażnić jej bezmyślnymi prowokacjami, tj. wytrwać

w neutralności. Teza ta jest tak logiczna, że narzuca się wprost każdemu czytelnikowi naszej historii. Druga część alternatywy Czartoryskiego: jeżeli nie mieliśmy z Rosją wojować, to nie trzeba było jej prowokować, nie nastręcza żadnych wątpliwości. Nic nigdy nie zdoła usprawiedliwić tej kampanii szyderstw i obelg, którymi sejm zasypywał Katarzynę wcześniej, nim zaczął na serio wzmacniać swoje siły wojenne. I ten wybuch głupoty znalazł jednak swego apologetę. P. Karol Zbyszewski w książce pt. „Niemcewicz z przodu i tyłu” z prawdziwą lubością i nie bez pochwał wyszczególnia kampanię szykan prowadzonych wówczas przez sejm przeciw Rosji! Książka Zbyszewskiego była wydana w roku 1938, miała olbrzymie powodzenie i doskonale odpowiada ówczesnym poglądom naszej inteligencji na epokę stanisławowską. Inaczej z pierwszą alternatywą: albo uderzyć na Rosję jeszcze w r. 1789, kiedy była związana walkami z Turcją i Szwecją. Postulat ten na pozór logiczny nie mógł być spełniony zarówno z powodów politycznych, jak i wojskowych. Przyczyną polityczną było stanowisko Prus, które w tym okresie nie życzyły sobie wojny z Rosją, przeciwnie, wytrwale dążyły do odnowienia z nią sojuszu, choćby kosztem Polski. Prusy były odwiecznym wrogiem Polski i nie mogły się wzmocnić bardziej, jak tylko zaokrągleniem się kosztem naszych dzielnic. Wojna polsko-rosyjska, gdyby miała być wojną na serio i dla nas zwycięską, nie mogła zakończyć się inaczej, jak nowym porozumieniem prusko-rosyjskim z rozbiorem Polski jako celem. Było to w tym okresie marzeniem Prus, a Rosja wzbraniała się z przyjęciem oferty, zwlekając z odpowiedzią, póki szczęście wojenne nie zacznie jej sprzyjać. Rozumieli tę sytuację zasadniczą przywódcy sejmowi i dlatego nikt nie wyobrażał sobie wojny z Rosją bez poważnego zaangażowania się Prus. Przyczyną wojskową była niezmierna słabość Rzeczypospolitej; parę słów na ten temat powiedzieliśmy powyżej. W konkluzji trzeba stwierdzić, że jedynie koncepcja neutralności w oparciu się o Rosję mogła nam dać w ówczesnym stanie naszej polityki wewnętrznej i zewnętrznej utrzymanie, a nawet wzmocnienie naszej organizacji państwowej.

Sobieski
Nie ma lepszego przeglądu naszej wiedzy historycznej - w tym, czym jest ona nauczycielką korygującą nasze błędy i wyrabiającą nasze zalety - jak protokoły ze zjazdów historyków polskich. Pierwszy z tych zjazdów, tzw. długoszowski, odbył się jeszcze w 1889 r., potem, po odrodzeniu Polski, odbywają się one w różnych miastach polskich co 5 lat. Słowa i myśli, które tu padały, były tymi, które wychowywały elitę narodu - studentów uniwersytetów. Z kolei ci studenci, jako profesorzy gimnazjów czy dziennikarze, czy autorzy, czy mówcy, wpływali na cały naród i jego przekonania. Poziom i kierunki naszej wiedzy historycznej, pojętej jako kryteria polityczne, znajdą tu swoje dokładne odbicie. Zwłaszcza ciekawe były zjazdy: IV z roku 1925, V z 1930 r. i VI z 1935 r. Na każdym

z tych zjazdów był referat, poświęcony przyczynom upadku Polski, w którym i kryteriologia, i historiozofia miały swoje miejsce zarówno w referacie, jak i w dyskusjach. Na IV Zjeździe Historyków tytuł referatu prof. Sobieskiego brzmiał: „Zagadnienie kościuszkowskie”. Na wstępie referent podniósł pozytywne rezultaty obchodów rocznicowych. Obchód w 1894 r. dał - na podstawie zamówienia muzeum w Raperswilu - dzieło Korzona o Kościuszce. Papée przedstawił je w „Kwartalniku Historycznym” jako naukową monografię, referat jednak zarzuca mu tendencyjność. Według Korzona, upadek Polski został spowodowany przez cudzoziemszczyznę, oderwanie się od swojszczyzny. Tezę tę rozwinął w monografii, czyniąc w niej Kościuszkę bohaterem tej swojszczyzny i przeciwstawiając mu legiony. Legiony potępił, jako gorsze od zdrad w czasie wojen szwedzkich. Jako reakcja powstała szkoła Askenazego we Lwowie, której wódz wystąpił na II Zjeździe Historyków. W roku 1905 wyszła monografia Askenazego o księciu Józefie i Skałkowskiego o Dąbrowskim. Już wtedy Skałkowski wystąpił jako weredyk. W recenzjach Korzon atakował obu, broniąc Kościuszkę. W r. 1912 Skałkowski wydał „O kokardę Legionów”, gdzie wprost potępił Kościuszkę jako niedołęgę, defetystę i abdykanta władzy moralnej. Korzon w recenzji („Kwartalnik Historyczny” 1912) rzucił się znów na Dąbrowskiego. W tymże roku Askenazy w „Bibliotece Warszawskiej” roztrząsał sprawę przysięgi Kościuszki. Wreszcie w r. 1913 Skałkowski w dziele jubileuszowym znowu powtórzył swoją dyskwalifikację Kościuszki. W roku 1917 Korzon wydaje „Vademecum kościuszkowskie”, gdzie jest znowu apologia Naczelnika. To samo czyni Koneczny w tymże roku. Na to występuje Skałkowski z recenzją („Kwartalnik Historyczny” 1917, s. 525), w której reasumuje swoje zarzuty. Jako nowość Skałkowski zrywa tu z uświęconą tradycją i wykazuje zgubne skutki Sejmu Wielkiego i insurekcji. Jedyne ciepłe słowa znajdujemy tu dla społecznego znaczenia Kościuszki (kosynierzy - ale i tych skrytykował - „Przegląd Warszawski” 1924). Ostatnio Skałkowski po recenzji z Tretiaka „Finis Poloniae”, gdzie wytyka Kościuszce defetyzm („Kwartalnik Historyczny” 1922), wydaje pracę „Kościuszko w świetle nowych badań”, gdzie raz jeszcze rozprawia się ze swoim bohaterem. Charakterystyczne jest, że za zarzut „najcięższego kalibru” Sobieski uważa nie zgubne skutki powstania, ale tytuł „count”, którym rzekomo Kościuszko się podpisywał, zdradzając w ten sposób demokrację. W konkluzji Sobieski uważa, że po śmierci Korzona krytyka Kościuszki poszła za daleko. Prócz referatu wygłosił Sobieski na tym zjeździe przemówienie poświęcone polemice ze Skałkowskim. Uważa, że należy problem Kościuszki rozbić na dwa zagadnienia: 1. wojskowe, 2. moralno-społeczne. W ten sposób pomija jedynie istotne, ważne zagadnienie - „sferę działania”, jak mówi, polityczną. Ubolewa nad tym, że w referatach widzi przewagę elementu wojskowego. Przecież sama sztuka militarna, bez zapału, bez sztandaru społecznego, nie może dać rezultatu. Kościuszko był sztandarem, był pierwszym powstańcem-demokratą.

Szkoda, że Sobieski nie zaznaczył, że ani sztuka wojskowa, ani zapał, ani sztandar nie mogą dać owoców, gdy ów człowiek-chorągiew domaga się, by lud powstał jednocześnie przeciw 3 mocarstwom najlepiej uzbrojonym i przygotowanym do wojny. Innymi słowami szkoda, że Sobieski tak konsekwentnie przemilcza czynnik polityki zagranicznej, czynnik racji stanu. Dalej twierdzi, że Polska w niewoli potrzebowała idei demokratycznych i że „idee te... w wojnie światowej doszły wreszcie w środkowej i wschodniej Europie do kresu i zaspokojenia, burząc wrogie cesarstwa i resztę starej Europy. Europa runęła... i Polska też zmartwychwstała. Czyż więc ci Polacy, co pracowali nad obaleniem starej Europy, nie pracowali dla Polski? Tak by logicznie wynikało”. Naszym zdaniem słaba to logika. Państwa zaborcze rzeczywiście runęły, przy akompaniamencie rewolucji, ale odrodzenie Polski powstało nie tyle wskutek rewolucji, ile wskutek tych właśnie klęsk i osłabienia militarnego mocarstw. Jest rzeczą oczywistą, że Polska powstała dlatego, że Rosję carską pokonali Niemcy, a potem Niemców - koalicja. Trudno wymagać, aby rewolucje były przyjaźnie do Polski usposobione tam, gdzie interes ich tego nie wymagał. Niech dowodem na to będzie stosunek terroru francuskiego do insurekcji kościuszkowskiej, kapitalnie zestawiony przez Askenazego („Napoleon a Polska”, t. I, s. 59-69). Askenazy daje dowody na to, że insurekcja była świadomie sprowokowana przez Komitet z zamiarem opuszczenia nas po wybuchu. Pozorem tu była rzekomo mała rewolucyjność powstańców. Jednak - pisze Askenazy „gdyby wszystka Polska wtedy z samych najczystszych składała się jakobinów, gdyby w Warszawie powstańczej proklamowano najdosłowniej ostatnią ortodoksyjną konstytucję republikańską paryską, a na Placu Zamkowym wystawiono najdoskonalej funkcjonującą gilotynę, nie wpłynęłoby to ani na jotę na zmianę obojętnej, odmownej polityki polskiej robespierrowskiego Komitetu”. Sobieski mógłby się uratować jedynie następującym sylogizmem: Demokracje osłabiają mocarstwa przez rewolucje. Powstańcy pracowali nad rewolucją i demokracją, a więc powstańcy pracowali nad osłabieniem mocarstw, osłabienie zaś mocarstw było jednoznaczne ze zwiększeniem szans polskich. Teza taka byłaby obiektywnie słuszną. Niestety, subiektywnie i jej musimy odmówić naszym powstańcom. Żaden z nich, propagując idee demokratyczne czy rewolucyjne, nie czynił tego świadomie dla osłabienia obcych mocarstw. Dowodem, że przede wszystkim chcieli rewolucji i demokracji w Polsce, a przecież życzyli sobie wzmocnienia, a nie osłabienia własnej ojczyzny. Prawda była inna. Nasi powstańcy rewolucjoniści myśleli naiwnie, że „ludy”, gdy raz dojdą do głosu w państwach rozbiorczych, same oddadzą nam wolność naszego narodu. Powtarzamy, że nie idee były causa efficiens upadku mocarstw zaborczych, lecz była nią wojna, rozpad konstelacji „świętego przymierza”. Irredenta polska, a także irredenta społeczna, była właśnie cementem klejącym i utrzymującym to zabójcze przymierze - i wojnę odkładała. Dopiero gdy osłabienie ostrza społecznego i powstańczego, dzięki reakcji po 63 roku i dzięki Dmowskiemu, pozwoliło tym państwom na ryzyko wojny między sobą-Polska zyskała szanse zmartwychwstania. Oddajmy dalej głos Sobieskiemu: Skałkowski w Kw. Hist. 1917 r. potępił całą ideę powstańczą, a przeciwstawił jej legionową. Jego zdaniem Polska nie mogła o własnych siłach dać rady państwom zaborczym, więc myśl powstańcza była beznadziejną, a tylko myśl tworzenia legionów przy państwach walczących

z zaborcami miała sens. Na tej podstawie prof. Skałkowski, depcząc tradycję, oświadcza, że Sejm Czteroletni zgubił Polskę, że 3 maj Polski wcale nie odrodził, bo prądy reform socjalnych obudziły się w Polsce już dawniej, że więc tylko niepotrzebnie „przyspieszył tempo” tego odrodzenia, że więc niesłusznie zrzucili twórcy majowej ustawy brzemię odpowiedzialności na targowiczan - jednym słowem, tak wojna 1792, jak i całe następne powstanie kościuszkowskie były jednym „wielkim, nieszczęsnym szaleństwem”, „beznadziejnym przedsięwzięciem”. „Szaleństwem było podnosić oręż” przeciw trzem zaborcom. Na ten skrót myśli Skałkowskiego Sobieski tak ripostuje: Jeśli tak, to nie tylko insurekcja kościuszkowska, lecz wszystkie nasze powstania były beznadziejną, zbrodniczą lekkomyślnością... Ten argument wydaje się być bardzo słaby. Sobieski chce doprowadzić tezę Skałkowskiego ad absurdum, uważając za taki absurd potępienie powstań XIX wieku. Niestety, Sobieski zapomina, że te właśnie powstania dawno już były dyskutowane i potępione, nawet wówczas, gdy jeszcze kościuszkowskie cieszyło się powszechnym uznaniem. To raczej udowodnienie słuszności insurekcji mogłoby służyć za usprawiedliwienie walk późniejszych. Nigdy odwrotnie. Następuje szereg argumentów per analogiam: zmartwychwstanie Włoch szło przez same klęski, Ameryka stała się wolną dzięki przelanej krwi, Francja dzięki Joannie d’Arc, Hiszpania dzięki gerylasom. Irlandia, Bułgaria także. Czechy się nie liczą, gdyż są małym narodem. Rozpatrzmy te dowody kolejno. Włochy zjednoczone zostały nie dzięki klęskom, ale dzięki geniuszowi „posła” Cavoura, znienawidzonego przez swój własny lud. Wystarczy wspomnieć, że właśnie Cavour wszedł w sojusz z dwoma „rozbiorcami” i podpisał im wieczną cesję dzielnicy, to jest popełnił zbrodnię, nie tylko kwalifikowaną jako taką przez naszych bohaterów ideologii powstańczej, ale i karaną przez kodeks karny Polski odrodzonej - jako zbrodnię! Amerykanie szli do wolności w dobie największego rozkwitu, a nie upadku. Hiszpania utrzymała się dzięki pomocy angielskiej i zaabsorbowaniu Napoleona gdzie indziej. Bułgaria dzięki komplikacjom i rozkładowi Porty Otomańskiej, Irlandia właśnie dlatego, że tam większość narodu była zawsze usposobiona pozytywnie do „ugody”. Przykład Czechów posiada duży ciężar gatunkowy. Referent rozgrzesza ich z braku powstańczości, dlatego, że byli narodem małym. Czyżby naród wielki miał się prędzej zasymilować, prędzej stracić ducha narodowego niż naród mały? Dalej mówi Sobieski: Program powstań polskich, program walk orężnych z przemocą wymagał, aby na czoło wysunął się wódz, nie poseł, nie pisarz, ale generał. Pomińmy już sugestię, jakoby Polska musiała zawsze walczyć „z przemocą”, co oczywiście zazwyczaj doprowadza prostą drogą do przegranej - ważniejsze jeszcze, iż nasz historyk uważa, że w tym decydującym, arcytrudnym momencie niepotrzebny był „poseł”, który by broń wykuł i warunki zwycięstwa przygotował, lecz generał, który potrafi tylko w najbardziej nieodpowiednim momencie dać hasło do walki i wskutek błędów politycznych walkę tę przegrać. Tak było w 1768, poprzez 1792, 1794, 1830, 1863, aż po 1914 i 1918, kiedy to Polska powstała dlatego właśnie, że nie żaden generał,

ale „poseł” Dmowski potrafił poprowadzić naród drogą nie będącą zwykłym szaleństwem. Ale i wtedy obóz legionowy, pragnąc dać podstawę moralną pod dążenie do swej władzy, a jednocześnie schlebiając dumie narodowej, potrafił wmówić w Polaków, że wolność zawdzięczają nie niezwykłej koniunkturze dziejowej, ale walkom garstki legionistów po stronie państw centralnych. Słusznie natomiast podkreśla Sobieski demokratyzm Kościuszki, jako bodziec do narodowego przebudzenia się klas pracujących. Czy jednak bodziec ten naprawdę sam przez się działał, a nie tylko dzięki zręcznej późniejszej propagandzie, w której można by znaleźć i odmalować i innych w braku Kościuszki bohaterów ludowych? Wszak jeszcze w 1863 r. niektórzy chłopi wydawali powstańców Moskalom. Różnicę między istotną wartością bohaterów i ich wyczynów a ich znaczeniem legendarnym czy, drastyczniej mówiąc, propagandowym doskonale ujął Skałkowski pisząc: „Artysta, znawca sztuki może w jakimś czczonym wizerunku świętego dostrzegać tylko mizerny pędzel czy dłuto nieumiejętne i sąd jego może być zupełnie słuszny, co nie wyklucza tej drugiej prawdy, że z tego lichego obrazu wypływają łaski na dusze wierzących...” („Kwartalnik Historyczny”, rocznik XLVII, t. II, s. 122). Jest to charakterystyczne dla rewizjonizmu Skałkowskiego podejście od strony moralnej wartości bohatera. My podchodzimy do niego wyłącznie z punktu widzenia jego zasług dla Polski. Tak biorąc „cudowny obraz” Kościuszki miał wartość tylko w kampanii o unarodowienie mas polskich. Politycznie był on niezmiernie szkodliwym. Nareszcie Sobieski rzuca w obronie idei powstańczej ostatni, jakże wymowny cios: „...szalona odwaga chrześcijan dowiodła światu, że chrześcijaństwo istnieje: «Sanguis martyrorum, semen christianorum»„. A więc męczeństwo jako droga do odbudowania państwa! Tu Sobieski abdykuje ze stanowiska historyka, staje się mistykiem. Dalsza polemika Sobieskiego poświęcona była trzeciorzędnemu z naszego punktu widzenia problemowi: czy Kościuszko tytułował się hrabią, czy nie? Ta epokowa sprawa zabiera w przedmowie tyle w sam raz miejsca, ile zagadnienia, czy Sejm Czteroletni i insurekcja zgubiły Rzeczpospolitą, czy ją ratowały. W dyskusji należy zwrócić uwagę na głos Próchnika, z którego poglądów korzystamy w przypisach do tez Balzera i do ech, które ta teza wywołała. Tu Próchnik dzieli zarzuty Skałkowskiego przeciw Kościuszce na trzy części: 1. dotyczące jego wychowania, 2. polityki, 3. wartości militarnej. Zarzut bezczynności popowstańczej - mówił Próchnik - polega na niezrozumieniu tego, że Kościuszko pozostał do końca życia symbolem idei całkowitej niepodległości, nie chciał obniżać sztandaru dla cząstkowych poczynań, że była to logika rzeczy, która wszystkich wodzów 1794 roku usunęła od czynnego życia (a więc i Potockiego, i Kołłątaja, wbrew jego woli). W pierwszej chwili po przeczytaniu tego zdania czytelnik staje zdumiony tą cenną definicją ideologii niepodległościowej, tą „logiką rzeczy”. Cóż to za logika, jakie są jej przesłanki? Dopiero rzut oka na zarzuty Skałkowskiego nadaje logice Próchnika rumieńce życia i wartości. Rzeczywiście, jeżeli przyjmiemy tezę Skałkowskiego, że Sejm Wielki i insurekcja zgubiły Polskę, że bez tych bezmyślnych

poczynań Polska „cząstkowa” byłaby przetrwała złą koniunkturę i odrodziła się po śmierci Katarzyny jako państwo naprawdę niepodległe i, jeśli idzie o Polskę sprzed drugiego rozbioru, silne, to staje się zrozumiała postawa wodzów 1794 r. Logika polega na tym, że ludzie ci w swoim sumieniu przyznawali się do pogrzebania Polski takiej, jaką mieliśmy po pierwszym rozbiorze i drugim rozbiorze. A skoro pogrzebali Polskę o tyle większą, bo była im za mała, to jakże mieli pracować przy odbudowie o tyle mniejszego Księstwa Warszawskiego lub Królestwa Kongresowego? Jedyną ich ucieczką i racją bytu stał się maksymalizm, nieledwie mistyczny, i weń jak w piasek schował głowę Kościuszko, by nie widzieć małych, ale realnych możliwości ratunku. To jest właśnie znaczenie krótkiego zdania Próchnika, to jest jego „logika” rzeczy. Można temu stanowisku Kościuszki zarzucić wszystko... oprócz logiki. Ale gdzież logika i konsekwencja tych, którzy uznają jak Mosdorf za bohaterów i Kościuszkę, i Poniatowskiego, i Dąbrowskiego? Którzy nie potępiają ani Kościuszki za pogrzebanie Polski słabej, ani legionów za odbudowę jeszcze słabszej? Także zabrał głos w dyskusji Skałkowski. Na początku powiedział, że legenda Kościuszki może mieć znaczenie wychowawcze, ale to nie może historykom zabronić walczyć o jego miejsce w panteonie. Bagatelizuje sprawę tytułów itd., ale żąda od przeciwników argumentów. Podkreśla wagę sprawdzianu powodzenia. Stwierdza, że przeceniono znaczenie Targowicy. „Kwestionuję, czy przeobrażenia wewnętrzne narodu musiały pociągać klęski narodu coraz głębsze. Mniemam, że sympatie opinii świata kupiono za drogo, płacąc wysiłkami powstań beznadziejnych...”

Ks. Adam Czartoryski 1796-1815
I. We wszystkich artykułach pracy niniejszej zwracamy najpilniejszą uwagę na położenie międzynarodowe w odnośnych okresach. W lekceważeniu tego położenia dopatrujemy się najcięższych błędów naszych ówczesnych polityków. W takim samym lekceważeniu, przemilczeniu lub fałszywym przedstawieniu go przez naszą historiografię widzimy źródło upadku naszej myśli politycznej i coraz nowszych, coraz cięższych uchybień naszej politycznej praktyki. Dzisiaj, przystępując do epoki Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, zaczniemy wykład od krótkiego rzutu oka na ówczesną sytuację międzynarodową i miejsce, jakie sprawa polska zajmowała w owym całokształcie. Początek wieku XIX, który miał być najbardziej przerażającym wiekiem naszych dziejów, zastał Europę pod znakiem walki Francji z Anglią. Armie francuskie pod wodzą genialnego wodza, wkrótce cesarza, Napoleona, nie znalazły na kontynencie równego sobie przeciwnika. Tym niemniej nie mogła Francja dosięgnąć Anglii. W pojedynku tym niezmiernie ważne było stanowisko Rosji. Gdy zdawało się, że już dojdzie do porozumienia między Napoleonem a carem Pawłem I, został on 29 III 1801 roku zamordowany przez reprezentantów oligarchii urzędniczej rosyjskiej, która doszła do przekonania, że nie ma żadnego innego sposobu uratowania Rosji od jego szkodliwej i szaleńczej polityki. Klika morderców wprowadziła na tron najstarszego syna Pawła, Aleksandra I. Cały ciąg panowania Aleksandra I do roku 1825 to walka jego z oligarchią rosyjskich wielmożów, walka, która się znaczy szeregiem klęsk cara i ustępstw dla polityki oligarchów. W pierwszym okresie tego panowania oligarchia wywiera stały nacisk na cara w kierunku wałki przeciw Francji napoleońskiej.

W okresie tym polityka polska idzie dwoma torami: szukanie oparcia o Napoleona - jest to polityka legionów, a potem Księstwa Warszawskiego i księcia Józefa Poniatowskiego, i polityka oparcia o Rosję - polityka Czartoryskiego, a potem Lubeckiego. II. Zanim przejdziemy do pobieżnej analizy obu tych wytycznych kierunków, musimy nadmienić, że okres ów, rozpoczęty traktatem mocarstw rozbiorczych w 1795 r. - wymazującym imię Polski na zawsze i gwarantującym wzajemną pomoc mocarstw w celu pognębienia ewentualnych prób odbudowy - zakończył się traktatem wiedeńskim 1815 roku, mocą którego nie tylko z centrum Polski utworzone zostało Królestwo Polskie, wprawdzie pod berłem cara, ale obdarzone najliberalniejszą konstytucją w Europie, ale i zostały wyraźnie zastrzeżone wszystkie prawa kulturalne i gospodarcze naszego narodu, i to w granicach sprzed pierwszego rozbioru! Jakim sposobem nastąpiła tak wielka i tak korzystna zmiana? Jakie były czynniki istotne, które wpłynęły na jej spowodowanie? Musimy wyliczyć trzy główne grupy przyczyn, a mianowicie: 1. Udział legionów w wojnach ówczesnych - wzbudzenie przekonania, że armia polska może być cennym sprzymierzeńcem. 2. Imperializm cara Aleksandra I, dążącego do zjednoczenia całej Polski pod swoim berłem wpływ Czartoryskiego, który zamierzenie to ugruntował. 3. Przesunięcie sił na niekorzyść Prus, a na korzyść Austrii i przede wszystkim Rosji. Jaka była wzajemna waga tych czynników, w jakiej mierze były one nieodzowne dla zaistnienia pomyślnej koniunktury z 1815 roku? Opinia ogólna naszych historyków, zbyt płytko rzecz ujmujących, ogranicza się zazwyczaj do podkreślenia pierwszego punktu, przesadnie pojmując znaczenie odrodzenia militaryzmu polskiego. Trzeba powiedzieć, że zamysł odbudowy Polski w granicach 1772 roku pod berłem cara zrodził się w Petersburgu, między Aleksandrem a Adamem, nim jeszcze zasłynął oręż nasz w służbie. Bonapartego. Dlatego to można przyjąć, że nawet w braku całej epopei napoleońskiej mogła powstać i byłaby zapewne powstała konstelacja rosyjsko-polska przeciw Prusom albo Austrii, albo przeciw obu tym mocarstwom jednocześnie, i była możliwość odbudowania całej Polski jako wynik walki między rozbiorcami. Wojny z Napoleonem raczej wzmacniały, niż osłabiały związek rozbiorców i trzeba było całej woli imperialistycznej Rosji, żeby nazajutrz po zwycięstwie już być zdecydowanym - tak jak Rosja była zdecydowana - na nową wojnę dla zjednoczenia Polski. Druga więc grupa czynników przyczynowych, tenże imperializm rosyjski, wcielony w zamysły Aleksandra, był częścią najzupełniej istotną stanu po kongresie wiedeńskim. Wszak nic łatwiejszego, jak wyobrazić sobie ekspansję Moskwy rozwijającą się w inną stronę i wrogie nastawienie do wszelkich prób odrodzenia militaryzmu czy też państwowości polskiej, tym bardziej że dziwnym zbiegiem okoliczności - dziwnym i fatalnym, bo rodzącym późniejszy kompleks antymoskiewski odrodzenie to dokonywało się pod hasłem walki z Rosją i z jej carem. Wówczas pokonanie Napoleona przyniosłoby jedynie wzmocnienie traktatu z r. 1795 i bardziej niż kiedykolwiek zdecydowane ostrze antypolskie, którego straszaka wszak Prusy mogły silniej niż kiedykolwiek przed oczy cara podsuwać, tak jak czyniły to podczas całego okresu panowania Katarzyny II, a potem w czasie całego okresu rządów Bismarcka. Fakt, iż to im się nie udało, nie był wcale przypadkowym. Złożyły się nań dwie walne przyczyny: po pierwsze, przekonanie cara, iż Polacy potrafią być dlań lojalni - skutek roboty Czartoryskiego, Lubeckiego i innych, po drugie, brak możności przekonania, że Polacy będą zawsze przeciw niemu - element, który w 50 lat potem przewróci starania Aleksandra II i Wielopolskiego. Tyle razy wyskoki głupoty niszczyły najlepsze dla nas koniunktury, że brak tych wyskoków musi

historyk podkreślić jako ewenement nadzwyczaj korzystny i ważny w hierarchii przyczyn umożliwiających. Była zresztą próba Buyny w tym kierunku, na szczęście zdławiona wcześnie przez Czartoryskiego. Trzecia grupa przyczyn: wzmocnienie Rosji i zniszczenie sił pruskich przez Napoleona, była tylko elementem drugiego rzędu. Powróćmy teraz do analizy dwu wielkich kierunków naszej polityki: oparcia o Napoleona i oparcia o Rosję. III. Polityka polska oparcia się o Napoleona nie powstała na podstawie żadnej spekulacji myślowej. Ponieważ doprowadziła mimo wszystko do stworzenia Księstwa Warszawskiego, tj. do odbudowy, co prawda w bardzo małej skali, polskiej więzi państwowej, przeto stała się później powodem niesłychanie silnej i szkodliwej zasady politycznej, jakoby należało szukać i nadał ratunku z niewoli z dala od wszelkiego myślenia, na drodze „czynu”, to jest walczenia, obojętnie właściwie z kim. Na razie, w chwili stworzenia legionów i pierwszych ich bojów, nikt na serio nie przypuszczał, żeby mogło powstać państwo polskie bez związku z którymkolwiek z zaborców, w oparciu li tylko o Napoleona. Legioniści szukali koncepcji oparcia o konstelację: Francja - Prusy lub Francja - Austria. Kościuszko widział przyszłość w generalnym powstaniu przeciw wszystkim trzem zaborcom jednocześnie. Jak bardzo w legionach zdawano sobie sprawę z szaleństwa tej koncepcji, niech na to będzie dowodem fakt, iż Kniaziewicz i Barss, a więc dwaj ludzie czołowi i rozumiejący znakomicie, lepiej jak wszyscy inni, jeśli idzie o Barssa, znaczenie Kościuszki - zerwali z nim zupełnie po dyskusji na ten temat. Dla Napoleona sprawa polska była zawsze kulą u nogi i stała się w końcu przyczyną jego zguby, gdy już prestiż nie pozwala mu na odstąpienie jej Rosji. Początkowo, aby się pozbyć legionów, z którymi nie wiedział, co robić, posłał je na San Domingo, gdzie rzeczywiście jedna legia wyginęła niemal doszczętnie. Później, po pogromie Prus 1806 roku, gdy zjechał się z carem Aleksandrem w Tylży, proponował mu koronę polską. Dopiero gdy car stanowczo odmówił, był niejako zmuszony utworzyć Księstwo Warszawskie. Celowość jednak tego państewka była wątpliwa. Realna pomoc była niewielka, a możliwość utracenia przez nie przyjaźni rosyjskiej nader prawdopodobna. Ostatecznie nawet w czasie wojny 1812 roku, gdy już armie napoleońskie zajęły całą Litwę, Napoleon nie myślał na serio o stworzeniu Polski. Rosja bowiem, Austria i Prusy istniałyby nadal i po największych zwycięstwach i Polska musiałaby prędzej czy później upaść pod ich ciosami, bez żadnej korzyści dla Francji, a z widoczną szkodą, którą by było sklejenie sojuszu trójrozbiorowego. Dlatego to Napoleon wolał znacznie oddać Polskę carowi, dzięki czemu zyskałby w nim może potencjalnego sprzymierzeńca przeciw Austrii albo ewentualnie Prusom. Jeszcze w roku 1811, przed samą wojną 1812 r., zgadzał się na oddanie korony polskiej carowi, byleby to nie było wymuszone na nim, tylko doszło do skutku na podstawie dwustronnego układu - i zapewne sojuszu. Napoleon nie taił wcale niemożności stałej opieki wojskowej dla Polaków. „Nie można bez narażenia się (na poważne niebezpieczeństwo) -pisał przed kampanią 1812 roku w instrukcji dla Pradta (cyt. Studnicki „Sprawa polska”, s. 132) - wyprawiać wojsko o 500 mil od własnego kraju. Polska powinna raczej polegać na własnych siłach niż na pomocy cesarza. Jeżeli dojdzie do wojny, powtarzam, że Polacy powinni uważać tę pomoc jedynie tylko jako wzmocnienie własnych zasiłków i środków działania”.

Nonsens położenia Księstwa i polityki pronapoleońskiej wyłazi po przeczytaniu tego zdania w całej pełni. Aleksander I ofiarował kilkakrotnie proklamowanie Polski pod swoim berłem - Rosja gotowała się do wojny z Francją o hegemonię nad Europą środkową. Napoleon był przeświadczony, że nie ma interesu w stałym bronieniu Księstwa, że zresztą nie ma do tego sił potrzebnych. Z jednej strony mieliśmy więc powrót pod hegemonię rosyjską, ale w o ile lepszych warunkach od czasów Stanisława Augusta, z drugiej - kurczowe trzymanie się Napoleona, który nam zjednoczenia zdobytego siłami francuskimi nie obiecywał, który nadto nieraz oferował carowi hegemonię nad Polską. Odrzucając więc, z jednej strony, nieuchronne dostanie się pod hegemonię rosyjską, ale w postaci całego zjednoczonego państwa z Romanowymi na tronie - wybieraliśmy małe państewko, wasalne w stosunku do Francji i ciążące w gruncie rzeczy temu suwerenowi, a więc przeznaczone prędzej czy później na sprzedaż carowi. Dziwaczny ten wybór niewątpliwie miał swoje źródło w kompleksach psychicznych antyrosyjskich, stworzonych lub rozdmuchanych propagandą jeszcze Sejmu Czteroletniego. IV. Powyższy wielki skrót polityki polskiej oparcia się o Francję ma znaczenie kapitalne, gdyż wyjaśnia w całej pełni wszystkie niepowodzenia, tak niesłychanie doniosłe w skutkach, naszych przymierzy formalnych lub też niepisanych z Francją w okresie 1830 do 1864 i z Anglią w okresie wojny krymskiej czy też w okresie drugiej wojny światowej. Schemat możliwości oparcia o mocarstwa zachodnie jest taki: nie mając wprost zainteresowania w obszarze zajmowanym przez Polskę, może być ona poszukiwana przez nie jako sprzymierzeniec tylko w razie ich konfliktu bądź to z Rosją, bądź z Niemcami. Wówczas jednak warunkiem jakiejkolwiek trwałości tego oparcia jest postulat, by Polska była znacznie potężniejsza od tego mocarstwa rozbiorczego, przeciw któremu nie walczy Anglia czy Francja. Inaczej bowiem interesy nasze będą, rzecz prosta, poświęcone temu drugiemu sąsiadowi, skoro można za cenę sojusznika słabszego zyskać silniejszego. Również trwałość tych konfliktów wydaje się być tak niestała, iż zawsze istnieje poważna obawa, żebyśmy po odegraniu swojej roli nie zostali sprzedani wczorajszemu potężnemu wrogowi. Nie potrzeba dodawać, że ten schemat rozpoznany już przez Dmowskiego, a potem z wielką jasnością wyłożony w książce Adolfa Bocheńskiego pt. „Między Niemcami i Rosją”, nie został nigdy przyjęty przez naszą historiografię oficjalną ani tym mniej popularną. Przeciwnie, stosunek polityczny franko-polski w okresie napoleońskim był przedstawiany zawsze z niesłychanym bagażem zakłamania, który stał się powodem wielu fatalnych błędów i wynikłych zeń klęsk naszego narodu w XIX i XX wieku. Według jego koncepcji Polska była rezerwatem Rosji i nie było powodu dzielić jej z innymi państwami. Katarzyna II starała się linię tę kontynuować. Przeszkody jednak, jakie napotkała ze strony polskiej, zmusiły ją do zgody na pierwszy, a potem na dwa ostatnie rozbiory. Aleksander I - obojętne z jakich powodów - powrócił nader ostro do koncepcji Piotra Wielkiego. Pragnął odbudować Polskę i związać ją z Rosją węzłem unii dynastycznej. Starsza generacja oligarchów z epoki Katarzyny II nie byłaby temu przeciwna. W młodszej generacji miał Aleksander kilku tylko przyjaciół, z którymi snuł swoje liberalne plany, zarówno decentralizacji Rosji, jak i odbudowania Polski20. Pierwszorzędną rolę wśród nich grał książę Adam Czartoryski, wnuk ks.
20

Fakt, iż Aleksander byt agresorem, wystarczy dla całkowitego odrzucenia obaw wyrażonych przez Studnickiego („Sprawa polska”, s. 127), żeby car nie dal Napoleonowi adresu Księstwa, po który Czartoryski pojechał w 1811 roku do Warszawy. Wydanie takie, stosowane nieraz na mniejszą skalę, mogło następować wtedy tylko, kiedy danemu rozbiorcy zależało na dobrych stosunkach z tym, któremu zgłoszenia polskie wydawano. W tym wypadku Aleksander był zmuszony przez położenie wewnętrzne do wojny, której właśnie

Augusta, jednego z dwu starych książąt autorów reformy z 1764 roku, syn Izabeli Czartoryskiej, która wywarła tak wielki wpływ na uchwały Sejmu Wielkiego i wybuch powstania kościuszkowskiego. Adam Czartoryski jest tym Polakiem, który w dziejach naszych XIX wieku odegrał - przez wszystko, co robił, i przez to, czego nie robił - z daleka największą rolę. Był to człowiek obdarzony wielkimi zdolnościami, bystrą inteligencją, od wczesnej młodości głęboko wykształcony w rzeczach dotyczących działań zbiorowisk, w rzeczach politycznych. Jego zalety, patriotyzm, szlachetność i bezinteresowność czynią zeń postać niemal plutarchowską. Wszystkie te dane razem, a nade wszystko osobista przyjaźń cara, sprawiały, że posiadał on przez przeszło pół wieku tak wielki autorytet u wszystkich rządów europejskich, jakiego długo przed nim, a po nim do dziś dnia żadnemu Polakowi nie udało się zdobyć. Wadą jednak jego był brak silnego charakteru. Widział jasno, co należy robić, pod tym względem przewyższał wszystkich innych. Ale podobnie jak wuj jego Stanisław August Poniatowski, nie umiał wbrew wszystkim i wszystkiemu wziąć na siebie odpowiedzialności za realizację swego zdania, nie umiał wytrwać w obranej słusznej linii, gdy wypadki zdawały się ją podważać. Jak zobaczymy, w rezultacie jego koncepcje były najsłuszniejsze, ale jego czyny, dzięki zboczeniom z tych koncepcji, przyniosły niemało klęsk i nieszczęść na Polskę. Ostatnich 30 lat swego życia na emigracji oddał w usługi koncepcji z gruntu błędnej i skazanej na niepowodzenie: szukania odbudowy Polski przy pomocy Francji i Anglii. Przez dziwne odwrócenie pojęć, właściwe naszej polityce i naszej historiografii, właśnie za te lata, w których stawał się przyczyną niepowodzeń i klęski, doczekał się apoteozy (Handelsman), a za tamte, w których tworzył możliwości renesansu, został niemal potępiony. V. Inaczej zupełnie przedstawiała się możliwość oparcia się o jedno z państw rozbiorczych, a w szczególności o najsilniejsze z nich. Wyróżnienie to jest konieczne, gdyż państwo rozbiorcze słabsze nieraz podniecało fermenty niepodległościowe w zaborze silnego sąsiada, by potem za cenę ich opuszczenia pozyskać sobie sojusz tego potężnego mocarstwa. W szczególności system ten został wyspecjalizowany przez Prusy, zarówno w epoce Sejmu Czteroletniego, jak potem w czasie powstania 1863 roku. Natomiast mocarstwo rozbiorcze silniejsze, nie potrzebując szukać pomocy słabszych, przeciwnie, dążąc do ich dalszego osłabienia i rozszerzenia ich kosztem, natrafiało po drodze na sprawę polską i mogło, drogą zjednania sobie Polaków, zyskać przez odbudowanie Polski w takim czy innym związku ze sobą całość rozległych polskich dzielnic. Ten schemat był wygrywany przez Rosję jeszcze od r. 1764 w całym pierwszym okresie XIX wieku, potem zaś jednocześnie przez Rosję i przez koalicję austro-pruską w czasie pierwszej wojny światowej. Jeśli idzie o Rosję, twórcą tej koncepcji, choć w innym wariancie, był jeszcze Piotr Wielki. VI. Adam Czartoryski został ministrem spraw zagranicznych Rosji w styczniu 1804 r. Był już poprzednio serdecznym przyjacielem młodego cara jako następcy tronu, w tym stopniu, że car nie miał wówczas dla niego sekretu. Będąc z natury pełnym zaufania do ludzi, wierzył Czartoryski w dobrą wolę Aleksandra odbudowania Polski pod swoim berłem. W koniunkturze międzynarodowej, która wówczas istniała, jest rzeczą oczywistą, że był to szczyt marzeń, do którego polityka polska winna była wytrwale dążyć. Toteż, wyzyskując przymierze franko-polskie, Czartoryski projektował w 1805 roku atak na Prusy, odebranie im zaboru polskiego, przyłączenie doń Litwy i Rusi, które były zaborem rosyjskim, i koronowanie cara królem polskim.

Napoleon chciał uniknąć. Nie było więc możliwości zdrady w tej chwili ze strony Aleksandra, gdyż nie było widać celowości takiej zdrady.

Żeby dać miarę orientacji naszej historiografii w dwudziestoleciu Polski odrodzonej, pozwalamy sobie przytoczyć poniżej passus „Dziejów Polski” Sobieskiego, poświęcony koncepcji Czartoryskiego. Ukazały się one w r. 1938 już jako dzieło pośmiertne autora, który był profesorem uniwersytetu w Krakowie. Wydawcami byli trzej uczeni, a wśród nich prof. Konopczyński, najwybitniejszy z żyjących wówczas naszych historyków. Nic nie pozwala w przedmowie książki przypuszczać, żeby miała ona być ultrapopularna, co by jej zresztą nie zwalniało od przedstawienia zdarzeń w świetle prawdziwym, a co najwyżej pozwalało na bardziej przystępną treść. Cytat pochodzi z tomu II, s. 116, kapitelu pod tytułem „Antypruski plan Czartoryskiego”: Na kresach car związał się z polską arystokracją, która mu się odwzajemniała życzliwością. W granicach państwa Aleksandra nie było rdzennego ludu polskiego, który by dążył do zrzucenia jarzma. Na tym tle zaczęła się wśród pańskich rodów szerzyć orientacja rosyjska myśl, aby Aleksandra ozdobić koroną polską, myśl, która po latach (1815) doprowadzi do utworzenia Królestwa Polskiego. Ks. Adam Czartoryski już w roku 1803 rzucił tego rodzaju pomysły przed Aleksandrem, proponując zjednoczenie Polski pod berłem cara albo utworzenia secundogenitury pod jego bratem. Gdy Napoleon od r. 1804 porzucił sprawę Polski... zawiedzeni w swych nadziejach Polacy zaczęli roić o unii Polski z Rosją... Ponieważ po stronie Napoleona stawały niby Prusy, obowiązując się przez swe terytoria w razie wojny nie przepuszczać wojsk rosyjskich, więc program Czartoryskiego nabierał tła walki z prusactwem, tła „słowiańskiego”. Aleksander, chytry i fałszywy, wstępując w ślady swej babki Katarzyny II okazał się do śmierci najwierniejszym przyjacielem Prus, mimo to udatnie bałamucił i kokietował panów kresowych. Ks. Adam, mianowany przez Aleksandra rosyjskim ministrem spraw zagranicznych, postanowił zadać cios Prusom, tak zwany przez nich „Mordplan”... Królem Polski ukoronuje się Aleksander, unia personalna połączy Rosję z Polską, Galicję odda Austria dobrowolnie, natomiast rozbije się Turcję i podzieli między Austrię i Rosję. Car zapanuje w Konstantynopolu jako władca świata słowiańskiego. Wojnę wypowie się Prusom i ukarze się je za związki z Francją, oderwie się od nich polskie ziemie nad Wisłą i Niemnem. W Niemczech hegemonię da się Austrii nad Prusami. Już myślano, że rosyjskie wojska wpadną do Prus. Pod koniec września 1805 r. Aleksander przybył do Czartoryskich do Puław, gdzie arystokracja polska zjechała się tu ze wszystkich zaborów i składała Aleksandrowi hołdy jako królowi polskiemu. Polacy w zaborze pruskim gotowali się do powstania, a car miał wydać manifest przeciw Prusom, wzywając Polaków z armii pruskiej, aby stworzyć legiony, na czele których miał stanąć ks. Józef Poniatowski, najpiękniejszy wyraziciel wielkopańskich porywów. Magnateria miała zbawić Polskę... Jak wiadomo, w ostatniej chwili Aleksander zmienił postanowienie i wprost z Puław udał się do Berlina, gdzie zawarł przymierze z Prusami. Również trzeba stwierdzić, że wszystkie fakty podane w powyższym cytacie odpowiadają ściśle prawdzie. Tym niemniej stosunek Sobieskiego do usiłowań Czartoryskiego, jego ironia, jeżeli nie szyderstwo, budzi najgłębsze zastanowienie. Czyż naprawdę takim powinien być stosunek historyka Polaka do najpoważniejszego wysiłku odbudowy Polski zjednoczonej, w jej przedrozbiorowych granicach - najpoważniejszego na przestrzeni dziejów porozbiorowych? I czyż można się dziwić, że generacje wychowane na takiej interpretacji naszej historii popełnią wszystkie szaleństwa, jakie odtąd stały się udziałem Polaków? Przez chwilę można by sądzić, że Sobieski lub jego wydawcy obracają w szyderstwo plany Czartoryskiego ze względów społecznych, czyli aby wykazać, że arystokracja zawsze Polsce szkodziła, a tylko „lud dążący do zrzucenia jarzma” był ratunkiem narodu. Pochlebna jednak analiza działalności oświatowej tegoż

Czartoryskiego, umieszczona zaraz obok, uchyla częściowo tę ewentualność. Pozostaje ona jednak jako jeden z czynników, który skłonił Sobieskiego do tak pogardliwego potraktowania orientacji moskalofilskiej. Drugim, może decydującym czynnikiem była chęć dowiedzenia, że wszystkie próby oparcia o sąsiadów, zwłaszcza o Rosję, muszą chybić i trzeba wracać do hasła Kościuszki: zupełnej niepodległości, w razie potrzeby - walki ze wszystkimi zaborcami na raz. Rezultatem katastrofalne wykolejenie polskiej myśli politycznej, zabicie w niej realizmu, przekarmienie frazesami, jednym słowem wychowanie Polaków tak, aby zawsze przy każdym problemie wybrali drogę najmniej rozsądną. Powyżej przytoczone zdanie Sobieskiego nie jest bynajmniej jedyne ani też najbardziej wyraźnie i skrajnie potępiające wszelkie próby odbudowy Polski w związku z Rosją w XIX wieku, jakie czytaliśmy w okresie dwudziestolecia Polski odrodzonej. Wprost przeciwnie, można by cytować dużą ilość zdań nader podobnych lub gorszych jeszcze. Jeżeli wybraliśmy Sobieskiego, to dlatego, że firma była tu najpoważniejsza, a także data wydania książki najpóźniejsza. Jeśli bowiem tak pisali profesorowie uniwersytetu i członkowie Akademii, cóż dopiero musieli mówić profesorowie gimnazjalni, szkół powszechnych, cóż musieli pisać dziennikarze? VII. Całokształt stosunków politycznych rosyjsko-polskich, a raczej może przegląd perypetii koncepcji polsko-rosyjskiej w okresie 1803-1815 przedstawił Stanisław Smolka w swojej „Polityce Lubeckiego” wydanej w 1908 roku, w szkicu pt „Przed Kongresem Wiedeńskim”. Tezą Smolki jest, ze polityka polska wymagała w owym okresie oparcia o Rosję, że car Aleksander miał szczery zamiar odbudowania państwa polskiego w szerokich granicach z Litwą łącznie, w unii dynastycznej z Rosją, że uskutecznieniu tego zamiaru przeszkodziło w dużej mierze wahanie i niezdecydowanie lub też wyraźna niechęć Adama Czartoryskiego. Czartoryski był sam ojcem koncepcji russo-polskiej i autorem projektu utworzenia państwa polsko-litewskiego z prowincji należących wówczas do Rosji, tj. z Litwy i Rusi, pod berłem cara. W miarę upływu lat chłódł jednak jego zapał dla tej koncepcji, aż w chwili decydującej oświadczył się wprost przeciw niej. Chwile decydujące upływały w latach 1810-1812, kiedy to obie strony, Napoleon i car Aleksander, przygotowywali się już do walnej rozprawy i starali się z obu stron pozyskać czynnik polski, a ewentualnie stutysięczną armię polską dla swojej strony. Napoleon miał wówczas w sferze swoich wpływów Księstwo Warszawskie. Ale Aleksander miał Wilno i Litwę i dzięki ustrojowi gospodarczemu, samorządowemu, a od roku 1803 dzięki systemowi oświaty wprowadzonemu przez Czartoryskiego, Litwa była wówczas niemal bardziej polską od samej rdzennej Polski i nie było wątpliwości, że los Polaków i polskości jest nie mniej dobrze zagwarantowany w obrębie wpływów cara niż cesarza Francuzów. Poza tym każdego rozsądnego polityka polskiego mogła niepokoić niepewna trwałość systemu napoleońskiego, opartego bardziej na geniuszu jednego człowieka niż na dalekosiężnym interesie Francji. Projekt utworzenia państwa litewskiego pod berłem Aleksandra był rzucony w okresie, gdy sfery rządzące Rosji, a zwłaszcza młody car i jego otoczenie, przeniknięci byli myślą o przekształceniu cesarstwa na państwo zdecentralizowane. Obowiązkiem każdego Polaka, już niezależnie od koniunktury międzynarodowej i olbrzymich możliwości, które stawały otworem w razie przyszłej wojny i ewentualnego przyłączenia Księstwa do już utworzonej Litwy - było korzystać z tych tendencji dla stworzenia form, które by lepiej odpowiadały możliwościom rozwojowym narodu. Tak uczynili wówczas Finowie. W dniu 11 grudnia 1811 r. zostało proklamowane Wielkie Księstwo Finlandzkie i ta właśnie proklamacja, przy dalszej rozsądnej polityce przywódców tego małego narodu, pozwoliła mu

przetrwać bez większych strat materialnych i moralnych okres związku z Rosją i odrodzić się w r. 1918, w stanie nierównie lepszym, niż to się stało naszym udziałem. Czartoryski odmówił w 1810 roku współpracy przy utworzeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego i odradził carowi jego proklamację. Nowsza historiografia dwudziestolecia Polski odrodzonej oczywiście przyklaskuje temu stanowisku. Oto linie, które w „Polskim Słowniku Biograficznym” Handelsman poświęcił całej koncepcji russo-polskiej z tego okresu: W lipcu 1809 udał się do Petersburga (Czartoryski), by bronić rodaków spod zaboru rosyjskiego od prześladowań za udział w kampanii austriackiej, by raz jeszcze podnieść przed cesarzem projekt odbudowy Polski przez Rosję albo co najmniej spolszczenia prowincji zabranych. Łudził się, że może teraz uda mu się rozwiązać swój stosunek z Aleksandrem. Niczego nie uzyskał. Cesarz, jak zawsze nieuchwytny, raczej zaciskał więzy, a wzywając do siebie w kwietniu 1810 r., nie precyzując, podsuwał myśli, które mogły wydawać się projektami. Książę przez Wilno powracał do Księstwa, jedno Wilno mu pozostawało, a i tam zjawiał się kryzys w związku z zatargiem o Czackiego, prowadzący prawie do dymisji księcia. Powstawały jakieś projekty organizacji Litwy przy Rosji. Inni ludzie byli na widowni: Ogiński, Lubomirski, Plater - Czartoryski jest poza tym wszystkim. Nagle w styczniu 1811 r. został wezwany przez Aleksandra do wielkiej, ryzykownej akcji dywersyjnej. Przygotowując się do ataku na Napoleona, Aleksander pragnął pozyskać społeczeństwo polskie i armię Księstwa dla siebie. Chciał ją pchnąć w pierwszych szeregach na Francję. Od Czartoryskiego żądał informacji, jemu polecał wybadanie czynników miarodajnych w Warszawie. Mimo śliskości gruntu tej sprawy, książę Adam podjął się tej sprawy. Dnia 15 II widział się z ks. Józefem. Książę Józef odepchnął propozycję bez wahania... Ks. Adam z ulgą przyjął odmowę ks. Józefa, o negatywnym wyniku misji doniósł Aleksandrowi. Oto wszystko, co ostatnie słowo historiografii polskiej przed 1939 r. potrafiło powiedzieć o tym okresie. Narzuca się tu kilka pytań, na które by trzeba odpowiedzieć, żeby po prostu zorientować się w tym, co autor miał zamiar powiedzieć. A więc: co miał znaczyć projekt „spolszczenia Litwy” Czartoryskiego z r. 1809 i czym się on różnił od „jakiegoś projektu organizacji Litwy czy Rosji” z r. 1810? Faktem jest, że oba te określenia, tak diametralnie różne w ujęciu „Słownika”, w rzeczywistości historycznej znaczyły jedno i to samo: proklamowanie Wielkiego Księstwa Litewskiego pod berłem Aleksandra. Dalej, jakie były warunki, które car ofiarował Księstwu Warszawskiemu w zamian za porzucenie Napoleona? Czy obiektywizm historyczny nie wymagał, żeby historyk napisał, że car oferował natychmiastowe proklamowanie całego i zjednoczonego państwa polskiego w unii dynastycznej z Rosją? Wreszcie trzeba by zapytać, dlaczego właściwie Handelsman wyraża mniej lub więcej wyraźnie zawsze swoją radość z krytycznej postawy Czartoryskiego wobec projektów cara, a niechęć z postawy pozytywnej? VIII. Handelsman poświęcił wiele pracy biografii Adama Czartoryskiego w okresie popowstaniowym. Najwybitniejszym dziejopisem okresu napoleońskiego w dwudziestoleciu Polski odrodzonej był profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, generał, a potem minister na wygnaniu, Marian Kukiel. Przytoczmy jego zdanie wypowiedziane w monumentalnej „Polsce, jej dziejach i kulturze”, gdzie Kukiel opracował ową epokę (t. III, s. 77):

W początkach 1811 roku zawiodły próby pozyskania Księstwa i w następstwie książę Adam Czartoryski odsunął się od współudziału w rozbijaniu narodu. Innych, mniej rozważnych lub mniej skrupulatnych pomocników znalazł sobie na Litwie i na Rusi. Wznawiając z modyfikacjami plany z r. 1807 zapowiadał (car) wskrzeszenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, ze staropolskimi urządzeniami i konstytucją odrębną: zapalił tą ideą exrepublikanta Michała Ogińskiego, wciągnął do konfederacji i narad szereg innych, wśród nich byłego naczelnika Tomasza Wawrzeckiego i księcia Konstantego Lubeckiego. A chociaż z prac przygotowawczych żaden czyn nie wypłynął, chociaż większość wybitnych przedstawicieli szlachty litewsko-ruskiej oglądała się niedwuznacznie na Warszawę, osiągnięty był cel negatywny, rozstrzelone widoki społeczeństwa i jego dążności, energia czynna rozproszona, Litwa i Ruś w przededniu wielkiej wojny utrzymane w bezwładzie... kraj pogrążony był w rozterce i w z bezwładzie... Tezy powyższe byłyby słuszne, gdybyśmy jako „energię czynną” uznali jedynie jej wyładowanie w kierunku pronapoleońskim, gdyż Ogiński i jego przyjaciele dążyli także do stworzenia energii, ale przeciw Napoleonowi. Trzeba by więc dowieść najpierw, że energiczne popieranie Napoleona miało sens jakikolwiek, a energiczne zwalczanie go sensu nie miało. Dopiero zależnie od rozstrzygnięcia tego zagadnienia można by rzec, czy zaszkodził bardziej bezwład wywołany paraliżowaniem zamiarów Napoleona na Litwie, czy też bezwład wywołany odmową księcia Józefa w Warszawie? Kukiel potępia następców Czartoryskiego we współpracy z carem, pochwala wraz z Handelsmanem, Sobieskim, Bobrzyńskim sabotaż tej współpracy przez księcia Adama. W cytacie powyższym widzieliśmy, że ten osąd jest oparty li tylko na tym, iż Aleksander ostatecznie Polski nie proklamował, Wielkiego Księstwa Litewskiego nie utworzył, a więc osiągnął tylko „cel negatywny”. Wydanie takiego osądu wydaje się być jednak ciężkim błędem z punktu widzenia obowiązków historyka. Wolno historykom takim, którzy tylko badają przesłanki, a syntezy nie robią, żadnego osądu nie wydawać. Skoro jednak już kwalifikują dane decyzje mężów stanu, to winni odpowiedzieć na pytanie: czy należało dążyć do osiągnięcia celu pozytywnego, unii z Rosją, nie zaś potępiać tych, co doń dążyli, za to, że cel nie został z winy Czartoryskiego osiągnięty. W następnym kapitelu zreferujemy inny sposób patrzenia Smolki. Kukiel dezawuuje tezę Smolki wcale z nią nie polemizując. Czyni to w dziele „Wojna 1812 r.” (Kraków 1937) na s. 104 w przypisku - więcej nigdzie o Smolce ani słowa. Oto cały tekst przypisku: Smolka, „Polityka Lubeckiego”, gdzie w ogóle pełna aprobata polityki zrywającej unię Litwy z Koroną na korzyść nowej z Rosją, a potępienie Czartoryskiego za to, że nie chciał wnosić „autel contre autel”, oraz zachwyt nad „obiecującymi słowami” Aleksandra do Lubeckiego etc... Czy Ogiński i jego towarzysze zrywali unię, czy raczej byli jedynymi jej ratownikami, to każdy czytelnik osądzi sam po przeczytaniu listu Platera do Czartoryskiego z 25 X 1811 r. Ale czy Kukiel sam jest wszędzie równie pewny o nicości obietnic Aleksandra? Oto co w tejże samej „Wojnie 1812 r.” na s. 21 pisze o propozycji tegoż cara, propozycji, z którą wysłał Czartoryskiego do Warszawy listem z 12 lutego 1811 roku: Od stanowiska Polaków, od ich natychmiastowego przejścia na stronę rosyjską uzależniał (car) wystąpienie. Stawia ich wobec alternatywy: jeżeli staną przy Napoleonie, to albo do wojny nie dojdzie i wyzwolenie Polski odwlecze się na czas nieograniczony, albo Napoleon

wystąpi zaczepnie i ogłosi odbudowanie Polski, a wtedy zacznie się dopiero walka o prowincje do Rosji należące i zamieni ziemie polskie w pustynie - jeżeli zaś pójdą z Rosją, wojna, wręcz przeciwnie, zacznie się odbudowaniem Polski, przyłączeniem prowincji rosyjskich... argumenty te były potężne... Tyle co do metodycznej strony tezy Kukiela. Trzeba przejrzeć także i meritum. Czy sojusz z Francją mógł nam dać jakiekolwiek trwałe korzyści? Nie da się zaprzeczyć, że epoka napoleońska dała nam u szeregu narodów europejskich dowody niezwykłego wysiłku, dzięki którym narody te odzyskały zagrożoną niepodległość lub stanowisko mocarstwowe. Nie wspominając nawet o Rosji, która zwycięstwo zawdzięczała sile ducha swego cara, ani o Anglii, której wysiłki leżały w ciągu długiej wojny z Napoleonem przeważnie w dziedzinie gospodarczej, można wymienić Hiszpanię, Francję i Prusy, które w tej samej epoce wypruwały z siebie ostatek sił, żeby je rzucić na ołtarz wojny - i które właśnie dzięki tym ofiarom potrafiły niepodległość swoją utrzymać, stając się walnym czynnikiem zwycięstwa nad Napoleonem, tak jak Hiszpania i Prusy, bądź otoczyć ojczyznę takim blaskiem oręża, że mimo klęski wzbudzała poszanowanie, jak Francja. Nie da się zaprzeczyć, że wysiłek dokonany przez Polskę, zwłaszcza w roku 1812, nie dorównywał wysiłkom tamtych państw, chociaż nie mamy jeszcze dokładnego obrazu statystyki porównawczej tych kilku narodów, co byłoby bardzo interesujące. Zagadnienie jednak nie leży w tym, czy Polska mogła, czy nie dać z siebie więcej, niż dała, lecz czy wysiłek taki byłby celowy? Różnica położenia Polski w stosunku do Hiszpanii i Prus polegała na tym, że tamte państwa miały jednego tylko wroga: Francję, podczas gdy Polska, o ile miałaby powstać w całości, musiałaby nie tylko odebrać dzielnice: pruską i austriacką, co już stało się przez utworzenie Księstwa Warszawskiego, ale i pokonać Rosję, która jeszcze posiadała całą część wschodnią dawnej Rzeczypospolitej. Wysiłek, nawet gdyby był doprowadził, jak tego chce Bobrzyński, do pokonania Rosji i zgody jej na ustąpienie tej części wschodniej, pozostawiał na przyszłość położenie groźne. Groźba polegała na nieuchronnym powtórzeniu się sojuszu prusko-rosyjskiego przeciw Polsce i na braku widoków na pozyskanie jakiegokolwiek sprzymierzeńca przeciw temu sojuszowi. Każde z tamtych państw miało potężne oparcia. Polska, o ile walczyła z Rosją, nie mogła mieć żadnych stałych widoków w tym kierunku. Na to, żeby Francja mogła nas stale ratować przed tym sojuszem, musiała mieć w tym interes i musiała mieć możność dokonania tego. Interesu w stałej walce przeciw Rosji i Prusom w obronie Polski, ani możności, Francja nie miała. Wymagałoby to stałej hegemonii nad wszystkimi państwami niemieckimi oprócz Austrii, co było na dłuższą metę oczywistym niepodobieństwem. Nikt jaśniej nie zdawał sobie z tego sprawy, jak Napoleon, gdy dyktował cytowaną instrukcję do Pradta. A właśnie Napoleon by jedynym człowiekiem na świecie, który dzięki swemu geniuszowi wojskowemu mógł, na krótko zresztą, narzucić Niemcom tę hegemonię i dzięki temu wejść w konflikt z Rosją. Normalną koleją rzeczy w interesie Francji był właśnie sojusz z Rosją, celem niedopuszczenia do zbytniej potęgi Austrii lub też Prus. Sojusz taki wymagał połączenia Polski albo z Rosją, albo z Prusami i dlatego to w tym właśnie kierunku nawracały stale koncepcje Napoleona. Równie korzystnym był projekt Talleyranda z czasów kongresu wiedeńskiego podziału Polski między trzech zaborców, gdyż wtedy powstawały wspólne granice

i jabłko niezgody, które prędzej czy później doprowadzić musiało mocarstwa rozbiorcze do konfliktu. Jedno tylko mogło te przewidywania pokrzyżować, a mianowicie tak silna irredenta polska, że rozbiorcy musieliby się łączyć dla wspólnego jej tłumienia. Była to konstelacja „świętego przymierza”, którą Bismarck wygrał tak znakomicie w 1863 roku i dzięki któremu stworzył wielkość światową Prus i jej bezwzględną hegemonię w Niemczech. Dlatego to koncepcja polsko-rosyjska, oparcie się o Rosję, ułatwione możnością zawarcia z nią unii dynastycznej, przewyższało nieskończenie ze względu na przyszłość naszą koncepcję napoleońską. Zasługą koncepcji napoleońskiej mogło być co najwyżej umożliwienie powstania koncepcji rosyjskiej, gdyby nie fakt, iż data powstania tej koncepcji (1796 r.) przeczy tej nawet jej zasłudze. IX. Smolka zupełnie inaczej niż tamci czterej historycy interpretuje ową epokę. Podkreślając, że Adam Czartoryski był sam autorem koncepcji proklamowania Wielkiego Księstwa Litewskiego, opisuje jego uchylanie się od współdziałania, a nawet usilne odradzanie wprowadzenia w życie tej koncepcji, i sugeruje, że Czartoryski wycofał się z braku cywilnej odwagi, z obawy o swoją popularność wśród Polaków. Czartoryskiemu - pisze na s. 79 t. I relacjonując odmowę - nie zabrakło odwagi wypowiedzieć te słowa do Aleksandra (że raczej woli stracić swoje dobra i zostać rozstrzelanym, niż zmienić nieprzychylną opinię o proklamacji W. Ks. Litewskiego) w styczniu 1810 roku, jak w 21 lat potem nie wahał się podpisać detronizacji Mikołaja I - rzucił fortunę na pastwę konfiskaty. Nie miał jednak odwagi w 1831 r. objawić głośno publicznie tych dwu słów, które powiedział szeptem po podpisaniu aktu: „Zgubiliście Polskę”. Miejsce, opróżnione przy Aleksandrze przez Czartoryskiego, zajął Ogiński - o ileż gorzej uzbrojony od swego potężnego poprzednika! przy nim paru młodych, choć nadzwyczaj utalentowanych ludzi, jak Ludwik Plater i Ksawery Lubecki. Oni to wypracowali projekt konstytucji Wielkiego Księstwa Litewskiego, które miało być proklamowane jednocześnie z Finlandią. Jakimi pobudkami rządzili się ci ludzie, jak znakomicie mierzyli wielkość odpowiedzialności, jaka na polityce polskiej wówczas ciążyła, nie tylko za to, co przywódcy robili, ale i za to, czego zaniedbali, niech o tym świadczy list Platera z 25 X 1811 r. do Czartoryskiego, w którym młody adept przypierał znakomitego dyplomatę do muru: 1. Czy Książę myśli - pisał Plater - że w chwili, w której się znajdujemy, moglibyśmy postąpić w naszych zamiarach, o ile byśmy dla Polaków pod panowaniem rosyjskim uzyskali korzyści które jednocześnie wzmocnią ich narodowość i powiększą ich przywiązanie do Rosji? 2. Czy Książę sądzi, że łatwiej dojdziemy do połączenia podzielonych dzielnic naszego kraju w oparciu o Napoleona czy też występując przeciw niemu? 3. Czy Książę sądzi, że możemy rychło spodziewać się uzyskania niepodległości zupełnej? Jeśli nie, to jaka zależność byłaby dla nas najkorzystniejsza? Następują dwa pytania dotyczące personalnej polityki księcia, po czym mamy rozumowanie, o ocenę którego Plater prosi: Jeżeli Rosja nada Litwie narodową organizację i urządzenia reprezentacyjne, rzecz sama przez się będzie niemałym zyskiem, naród polski w całej swej niemal rozciągłości odzyska ojczysty język, prawa krajowe, urzędników-rodaków.

W razie wojny, ktokolwiek w niej zwycięży, Rosja czy Francja - czy Litwa będzie przyłączona do Księstwa Warszawskiego, czy na odwrót Księstwo do Litwy, w każdym razie ostoi się narodowość i więcej będzie na przyszłość widoków na zupełną niezależność... ...Wreszcie - cokolwiek nastąpi skutkiem obecnego przesilenia, jeśli Rosja przyzna większej części narodu byt narodowy i wszelkie należne mu prawa, może to wszystko z czasem rozciągnąć na resztę ziem polskich... Tezy zawarte w tym liście, a także sposób ich ujęcia, są warte najbardziej usilnego podkreślenia i zapamiętania. Jest nadzwyczaj rzadkim fenomenem, by Polak potrafił tak politycznie myśleć i myśl swoją w tak skończenie logiczne formuły ubrać, jak to uczynił Plater. Głęboka racja jego i jego przyjaciół rozumowania polegała przede wszystkim na tym, że proklamacja odrębności Litwy usuwała z dziejów cały drażliwy problem prowincji zabranych, z powodu których potem Polska tak boleśnie pokutowała. Było stokroć łatwiej przyłączyć Księstwo Warszawskie do Litwy niż Litwę do Księstwa. Gdyby polityce polskiej było się udało przeforsować utworzenie Litwy - a zależało to wyłącznie niemal od dobrej woli i charakteru Czartoryskiego - byłoby powstanie listopadowe albo o wiele silniejsze, albo - co najprawdopodobniejsze - nie byłoby nigdy wybuchło i naród nasz nie byłby stoczył się w drugiej połowie XIX wieku na samo dno klęsk i poniżenia (Giertych). Obok tego problemu wyłania się zawsze tak mocno przez Smolkę nakreślona walka carów z oligarchią rosyjską (szkic pt. „Podpory tronu”), która najzupełniej uniemożliwiała jakiekolwiek późniejsze koncesje dla Królestwa Kongresowego. Wówczas, w 1810 i 1812 roku, żelazo było gorące, należało je kuć. To rozumieli Lubecki i Plater, tego pojąć nie chciał Adam Czartoryski. A teraz komentarz Smolki do listu Platera (s. 122): To polityczne wyznanie wiary - nie osobiste Ludwika Platera, ale całego grona dzielnych, niepospolitych ludzi, co w tym brzemiennym, epokowym momencie stanęli przed Ogińskim. Garnęli się do niego, pomimo niedostatków jego temperamentu i charakteru, bo nie było innego pośrednika między Litwą a tronem, nie szczędzili zabiegów, żeby ks. Adama pchnąć do działania, skupić się pod przewodem Czartoryskiego - nadaremnie. Podstawą ich politycznego stanowiska było silne, głębokie przeświadczenie, że w takiej chwili nie wolno stać z założonymi rękoma... Bywają długie szare okresy, gdzie nie ma większej cnoty i roztropności nad cierpliwe, spokojne wyczekiwanie przy ciężkiej taczce codziennych obowiązków. W roku 1811 na Litwie, na Wołyniu, jeśli w kimś tlała iskra uczuć obywatelskich, chcąc nie chcąc musiał zrywać się do działania... wytrawniejszym, starym i młodym... najbystrzejszemu z nich wszystkich Lubeckiemu pilno było do wyciosania, sklecenia ochronnej arki, zanim przyjdzie kataklizm, który mógł znieść, zagrzebać ostatnie resztki niepodległego bytu. Byle na czas zbudować arkę, kataklizm przejdzie, fale potopu opadną, arka osiądzie na jakiejś wyniosłości, tu czy tam znajdzie grunt, punkt oparcia. Arką, którą budowała grupa Ogińskiego, miały być formy i swobody narodowe w dzielnicy, która ich dotąd nie miała. Nie da się zaprzeczyć, że rozciągnięcie wolności formalnej, panującej już w Księstwie Warszawskim, na zabór rosyjski musiało być sukcesem polskim, bez względu na wynik przyszłej wojny. Przez fakt, że Plater i jego przyjaciele to rozumieli, że prowadzili grę prorosyjską analizując jej korzyści, orientując się w jej korzyściach nawet na wypadek przegranej rosyjskiej, mimo że dążenia ich nie zostały uwieńczone skutkiem, zyskują na porównaniu nie tylko z aktywistami z 1916 roku i Dmowskim, którzy mieli możność formułowania planów polityki w nowym starciu dwu potęg -

i którzy nie szli nigdy myślą poza ciasną pewność zwycięstwa tej strony, którą popierali. Cóż dopiero w porównaniu do naszych kierowników narodowych z 1830 i 1863 roku, którzy dwie okazje starcia międzyrozbiorczego unicestwili nieprzemyślanymi wybuchami. A jednak historiografia nasza nie znalazła dla tych ludzi innego wspomnienia jak epitet: „Ludzie mniej rozsądni lub mniej skrupulatni”. Jurgieltnicy” - powie nawet Studnicki („Sprawa polska”, s. 138). W miarę zbliżania się starcia rosła wartość czynnika polskiego, tak jak w rok potem, w miarę likwidacji zatargu, w miarę zaniku sił Napoleona wartość nasza malała. Poprzednio, nawet po nieudaniu się misji księcia, już w kwietniu 1812 roku Aleksander jest zdecydowany uczynić choćby najdonioślejszy krok w sprawie polskiej. W liście do Czartoryskiego z 1 IV zadaje mu następujące pytania: 1. Jaka chwila jest najstosowniejsza do proklamowania odbudowanej Polski? 2. Czy w momencie zerwania z Napoleonem? 3. Czy dopiero po znaczniejszym zwycięstwie? Jeśli tak, to co lepiej: czy utworzyć tymczasowe Wielkie Księstwo Litewskie i dać mu konstytucję, czy uczynić wszystko na raz w chwili odbudowania całej Polski? 4 VI książę Adam odpisuje przez Nowosilcowa i odradza zarówno Wielkie Księstwo Litewskie, jak i proklamację Polski Zjednoczonej. Radzi się wstrzymać do chwili zajęcia Księstwa Warszawskiego przez armie rosyjskie. Zapomniał, że wówczas już pomoc Polski nie będzie Rosji potrzebna i oligarchia petersburska, którą znał tak dobrze, nie pozwoli Aleksandrowi na realizację jego zamierzeń! Jakie jednak były motywy, które tak wytrawnego i zdolnego bądź co bądź polityka skierowały na drogę negacji? Oto pytanie, któremu należy poświęcić chwilę rozmyślania. W okresie od 1810 do 1813 Czartoryski jest w stałej opozycji do projektów realizacyjnych swojej własnej dawnej polityki russo-polskiej. Od 1813, to jest od chwili zdecydowanego pokonania Napoleona, nawraca i aż do podpisania konstytucji Królestwa Kongresowego staje się najbardziej oddanym i zdecydowanym bojownikiem tej właśnie polityki. Wynika z tego niezbicie, że wszystkie jego zastrzeżenia i niechęci pochodziły z powątpiewania w szanse zwycięstwa cara Aleksandra, z obawy, czy realizacja koncepcji moskalofilskiej nie zaszkodzi Polsce w spodziewanym pogromie rosyjskim. W listach do cara tłumaczy swoje stanowisko li tylko zdaniem większości Polaków w Księstwie Warszawskim21. Ale w liście do Matuszewicza, który to list pozostanie na zawsze jednym z arcydzieł naszej sztuki epistolarnej, tłumaczy się i poczuwa do obowiązku tłumaczenia się z czego innego, a mianowicie z tego, że wraz ze swoim ojcem i całą Polską nie idzie w szeregach Napoleona, że pozostaje wiernym carowi. Otóż w liście tym ani na chwilę nie przypuszcza tego, co przyświecało jednak i Ogińskiemu, i Wawrzeckiemu, i ich młodym pomocnikom: że zwycięstwo może przypaść Rosji i byłoby lekkomyślnym nie asekurować się poważnie na ten wypadek. Wprost odwrotnie. Właśnie z olbrzymiej przewagi Napoleona, z widma grożącej carowi klęski czerpie szlachetny umysł Czartoryskiego usprawiedliwienie dla swojej wierności. Oto nie wolno mu zdradzać przyjaciela i suwerena, który znajdzie się niebawem w tak tragicznym położeniu. List ten, niewątpliwie szczery,
21

„Lojalność, wdzięczność, ufność, obawa”, pisał 12 marca 1811 roku po sondowaniu opinii Warszawy Czartoryski do cara, wymieniając tak powody, które przeszkadzają Polakom odstąpić Napoleona. Ani lojalność, ani wdzięczność, ani ufność nie była motorem Czartoryskiego, gdy paraliżował konsekwentnie zamiary wskrzesicielskie cara. Wierzył w gwiazdę Napoleona, w jego sukces orężny, bal się, by wystąpienie po stronie, która wydaje się być skazaną na zagładę, nie skompromitowało szans polskich w przyszłym układzie Europy. Taką samą mniej więcej opinię o motorze działania Czartoryskiego wyraża Smolka: „Polityka Lubeckiego”, t. II, s. 79.

bo zgodny ze wszystkimi odruchami księcia, znanymi nam z jego przydługiej kariery publicznej, tłumaczy bez reszty rezerwę jego stosunku do planów realizacyjnych Aleksandra. Czartoryski mógł przewidywać zwycięstwo Napoleona i obawiał się w tym wypadku narażać Polskę wystąpieniem po stronie cara. Mógł też, nawet na wypadek ostatecznego zwycięstwa cara, przewidywać chwilową okupację Litwy i masowy akces Litwinów do Napoleona. Otóż akces taki byłby łatwiejszy do przebaczenia po powrocie Moskwy - i rzeczywiście stał się łatwiejszym - bez aktu poprzedniego ze strony Aleksandra niż po tym akcie. Wreszcie mógł przewidywać, że akt nie wywoła w ogóle reakcji polskiej, spali na panewce i w ten sposób zrazi cara raz na zawsze do jego polskich projektów. Oto wszystkie zastrzeżenia, które skłoniły ostatecznie księcia Adama do bierności. Ale cóż! - samymi zastrzeżeniami nie można było wyjść z tragicznej sytuacji, w jakiej Polska znalazła się po rozbiorach. Tu potrzeba było decyzji i dlatego musimy przyznać za Smolką bezwzględnie pierwszeństwo Ogińskiemu i jego grupie. Wszystko rzucili oni na kartę rosyjską - i karta ta wygrała. Karta Napoleona nawet w razie zwycięstwa nie dawała jasnego obrazu możliwości utrzymania na dłuższy okres Polski zupełnie niepodległej - i w tym leżała wyższość, już nie realizacyjna, ale nawet teoretyczna, działalności Ogińskiego nad Czartoryskim. X. Brak jasnej koncepcji Polski, brak dyskusji możności istnienia tego państwa niepodległego, nawet po pokonaniu Rosji przez Francję w 1812 roku, oto główny zarzut, który trzeba postawić Bobrzyńskiemu w jego zdaniach poświęconych tej epoce. Ale są i liczne drobniejsze zarzuty, które wypowiemy poniżej. Na ogół Bobrzyński w III tomie „Dziejów Polski w zarysie” jest słabszy logicznie i bardziej rozwlekły niż w dwu poprzednich. Nie można zapominać, że pisał go będąc już starcem 81letnim, podczas gdy tomy poprzednie wydał mając 30 lat. Oto najpierw osąd Bobrzyńskiego projektów litewskich Aleksandra I (s. 54): Doniosłe w skutkach swoich mogło być takie zorganizowanie Wielkiego Księstwa Litewskiego, bo ludność jego, a w szczególności szlachta, zadowolona ze swego losu, nie miałaby powodu zazdrościć rodakom swoim z Warszawskiego Księstwa. Byłoby się pomiędzy dzielnicami polskimi oboma wytworzyło dążenie do połączenia się, ale wojna pomiędzy nimi wydawała się wyłączona. Napoleon, wypowiadając wojnę Rosji, nie miałby za sobą Litwy, a może także i Warszawy, i na wojnę w tych warunkach, nauczony doświadczeniem Tylży (?), nie byłby się odważył. Prędzej można pomyśleć, że Aleksander dla uzyskania Księstwa Warszawskiego w dogodnej chwili byłby się zdecydował na połączenie obu dzielnic za ich zgodą i królem polskim ogłosił, jak o tym myślał i wcale się z tym nie taił. Mieli to także na myśli Polacy, nawet z Księstwa Warszawskiego, którzy coraz więcej zrażali się samolubnym postępowaniem Napoleona i wyzyskiem i wiarę do niego tracili. A jednak Aleksander na podpisanie gotowego ukazu i ogłoszenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, póki był czas, nie zdobył się, biorąc na ten lep Polaków, o tym serio nie myślał... O tym, co Aleksander myślał, a czego nie myślał, dyskutować nie można, skoro nie ma dotąd sposobu odcyfrowania myśli ludzkiej, zwłaszcza ludzi już nieżyjących. Smolka jednak postawił tezę wprost sprzeczną z Bobrzyńskim. Twierdzi na podstawie korespondencji z Czartoryskim, że Aleksander był zdecydowany Litwę proklamować, a tylko wrogie stanowisko Czartoryskiego go od tego odwiodło. Bezpośrednio potem pisze dalej Bobrzyński:

Tymczasem wojna z Napoleonem zbliżała się z elementarną koniecznością i Aleksander oświadczył Polakom, że pokonawszy Napoleona, już nie Księstwo Litewskie, ale Polskę całą odbuduje. Nie zawahał się też odezwać się z tym do poufnych wysłanników i do obywateli Księstwa, żeby ich do odstąpienia Napoleona nakłonić. Dał się użyć do tego i Czartoryski, ale ks. Józef, do którego się z tym zwrócił, odepchnął od siebie pokusę zdrady. Społeczeństwo polskie w Księstwie nie dało się użyć obcemu monarsze, chociaż obcym monarchom niegdyś tak chętnie ulegali polscy magnaci. Był to postęp w uzdrowieniu narodu, na który złożyła się nowożytna organizacja rządu i stałej armii. Ks. Józef udał się do Paryża, aby Napoleona przed grożącą wojną przestrzec... Na marginesie tego kontekstu należy zaznaczyć, że w okresie przedrozbiorowym magnaci dawali się używać jako narzędzia obce przeciw własnym interesom polskim, a propozycja Aleksandra szła jedynie przeciw drugiemu obcemu mocarstwu, Francji, i leżała w interesie Polski, skoro car ofiarował w zamian jej odbudowanie. Nie było tu mowy o żadnej akcji niezależnej. Był to wybór między dwoma suwerenami, panującymi w Polsce, niejako będącej ich wasalem: między Francją i Rosją. Ks. Józef czynnie, ks. Adam biernie - wybrali Francję, prawdopodobnie dlatego, że sądzili, iż Napoleon wygra wojnę. Postęp w polityce polskiej polegał nie na tym, że „politycy polscy nie dali się użyć obcemu monarsze”, gdyż same słowa Bobrzyńskiego opisujące jazdę ks. Józefa do Paryża świadczą, że tak nie było, lecz właśnie na tym, że w tym momencie nie wyskoczył nikt z koncepcją Polski „niezależnej”, tj. walczącej i z Napoleonem, i z carem - tak jak to często w innych koniunkturach przedtem i potem bywało. Dowód, że ludzie ci dlatego odrzucili oferty cara, że sądzili, iż Napoleon wygra, leży niezbicie w tym, że w rok potem, w 1813 roku, ci sami politycy, zarówno ks. Józef, jak i Czartoryski, jak i rząd Księstwa Warszawskiego, przyjmowali już porozumienie z Rosją. Rzecz prosta, było jednak już za późno, by dostać tak dobre warunki, jakie można było uzyskać przed rozgrywką! Inaczej niż na szczerość Aleksandra zapatruje się nasz wielki historyk na Napoleona (s. 56): Myślał wówczas Napoleon o odbudowaniu Polski, o to z Austrią się układał i 12 grudnia 1811 roku zgodę na jej odstąpienie Galicji w zamian za Ilirię uzyskał. Gdy jednak w roku 1812 z armią przeszło półmilionową... wstąpił w śmiertelny bój z Rosją, nie ogłosił wskrzeszenia Królestwa Polskiego, nie chciał taką proklamacją w pertraktacjach pokojowych przy zakończeniu wojny się skrępować, nie chciał budzić zawczasu niechęci sprzymierzonej z nim teraz Austrii i Prus i pozostawił Polakom inicjatywę wskrzeszenia Polski historycznej... a potem po cytacie z odezwy Napoleona mianej w Wilnie: - powiedział... prawdę, kładąc nacisk na jednomyślność Polaków, zachwianą przez ich dwie orientacje, o których wiedział. Czegóż więcej mogli żądać od niego słusznie Polacy? Szedł im z armią półmilionową na pomoc, wzywał ich, żeby się wybili. Odbudowanie Polski zależało od pokonania wroga. W razie przegranej żadne zobowiązanie się Napoleona do odbudowania Polski nie mogło się utrzymać. Trudno też przyznać słuszność tym, którzy twierdzili, że Polacy do wytężenia wszystkich sił swoich potrzebowali takiego zobowiązania... Dalej o sytuacji podczas kampanii 1813 roku pisze na s. 60: Los śmiertelnego boju leżał może w rękach narodu, który dwa razy potem zrywał się do bezowocnych walk, oczekując francuskiej pomocy. Teraz Napoleon z nową armią stał u jego granic w Saksonii i oczekiwał od Polaków, że na tyłach wojska rosyjskiego podniosą powstanie. Kiedyż dla polskiego powstania przyjaźniejsze istniały widoki? Kiedyż własnymi

siłami łatwiej mogli sobie zdobyć niepodległość? Ale na taki poryw mógł się zdobyć tylko naród, który wszystkie swoje siły w jednym tylko kierunku zdolen był skupić i rzucić na szalę swojego losu. Nie dojrzał do tego, wydobywając się powoli z upadku, naród polski, podzielony na dwie orientacje, zniechęcony zbyt prędko do dalszej wojny. Utraciwszy wiarę w Napoleona, rząd Księstwa obawiał się, że Napoleon nawet w razie zwycięstwa pokój odstąpieniem Polski bez wahania okupi. Otóż to, ale ta obawa, że Napoleon okupi pokój sprzedaniem Polski, nie jest u Bobrzyńskiego ani u innych historyków będących tego samego zdania ani jednym słowem dyskutowana. Argumentów za tą tezą aż nadto, sam Bobrzyński je wymienia, gdy pisze, że Bonaparte nie chciał się krępować sprawą polską idąc na Moskwę 1812 r. Jest rzeczą prostą, iż Napoleon po zniszczeniu wielkiej armii byłby jeszcze skłonniejszy do zawarcia pokoju za cenę Polski - skoro już przewidywał tę możliwość mając tę niebywałą potęgę w ręku. Nie można zapominać, że wojna 1812 roku została narzucona Francji przez Rosję, że nikt na Zachodzie, a najmniej Napoleon, jej nie pragnął. Jak zapatruje się na ten problem Smolka (t. I, s. 17): Napoleon... wkraczał z tą myślą (wskrzeszenia Polski) w dawne granice Polski, ale bez entuzjazmu dla podjętego dzieła, raczej z niechęcią, z tym samym wstrętem, z jakim zaczynał kampanię, nie mogąc odżałować zerwanego przymierza. Nie przestał do niego tęsknić. Przeszedłszy Niemen na czele największej armii w historii wojen, nie mógł sobie wystawić cenniejszej, droższej zdobyczy nad przywrócenie przymierza z Rosją... Gdy przyszła rozstrzygająca chwila, gdy powstającej Polsce wypadło wyrzec napoleońskie: Fiat - nie miał odwagi palić za sobą mostów. Wolał się obejść bez entuzjazmu polskich żołnierzy i tym ziem polskich, do których wkraczał... Wolał to wszystko niż jedno stanowcze słowo, magiczny wyraz, który między władcami Francji i Rosji musiał wyżłobić... wieczną przepaść. Reasumując sytuację ówczesną Polski, trzeba powiedzieć wyraźnie, że nie była ona różną od tej, która istniała od czasów Piotra Wielkiego. Nawet po zwycięstwie nad Rosją - nawet gdyby zostało ono odniesione, przypuśćmy tę niemożliwość, siłami polskimi, bez woli Napoleona - z matematyczną pewnością można było oczekiwać momentu, że Francja, nie posiadając żadnego interesu w zwalczaniu Rosji, przeciwnie, potrzebując walnie jej pomocy przeciw Anglii, zawrze z nią sojusz i wówczas Polska zostanie znów sam na sam wobec konstelacji prusko-rosyjskiej. Napoleon tylko wówczas popierał Polskę, gdy Rosja nie chciała jej od niego kupić. A wobec owej konstelacji i sił, jakimi ona dysponowała w stosunku do sił naszych, jedyną racjonalną polityką było ścisłe oparcie lub związek dynastyczny z Rosją. Wielką okazję, jaką nam dzieje dały do realizacji tego wyjścia dzięki epopei napoleońskiej, Polacy zmarnowali dzięki błędom Czartoryskiego. Trzeba przyznać, że poniewczasie zrozumiawszy błąd, uratował w 1815 resztki tego, co stracił w 1810 i 1811. XI. Oto krótki kalendarzyk chronologiczny, który nam da pojęcie o wpływie Czartoryskiego, na zaniechanie projektów Aleksandra I odbudowy Polski, a w każdym razie proklamacji Wielkiego Księstwa Litewskiego: 1807. Zjazd Napoleona z Aleksandrem I w Tylży, utworzenie Księstwa Warszawskiego, przyjaźń dwu cesarzy.

1808. Zjazd cesarzy w Erfurcie. Ochłodzenie przyjaźni. Napoleon nie uzyskuje wspólnego działania prewencyjnego przeciw Austrii. Aleksander żąda i otrzymuje ewakuację wojsk francuskich z Księstwa Warszawskiego i Prus. 1809. Wojna franko-austriacka. Rosja zajmuje stanowisko neutralne, potajemnie przychylne Austrii. 14 października. Pokój, powiększenie Księstwa Warszawskiego o część Galicji. Listopad. Rozmowa Aleksandra z Czartoryskim. Czartoryski projektuje proklamację Królestwa pod berłem wielkiego księcia lub cara. Napoleon ubiega się usilnie o ratowanie sojuszu z Rosją. Wypiera się jakichkolwiek zamiarów wskrzeszenia Polski. Stara się o rękę w. ks. Anny. Car proponuje konwencję, w której by Napoleon gwarantował, że nie dopuści do odbudowania Polski. 1810. 4 stycznia. Ambasador francuski Caulaincourt podpisuje żądaną konwencję. Napoleon odmawia ratyfikacji, wycofuje się z konkurów. 7 stycznia. Car wzywa Czartoryskiego, omawia możliwość proklamacji Polski Zjednoczonej w razie nowej wojny austro-francuskiej, tymczasem zaś utworzenia autonomicznego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czartoryski odradza. Marzec. Nowa rozmowa cara z Czartoryskim. Car pyta, czy może liczyć na wierność Polaków z zaboru rosyjskiego, o ile się będzie proklamował królem. Czartoryski odpowiada wymijająco, otrzymuje zlecenie opracowania memoriału w tych sprawach. 4 kwietnia. Czartoryski składa memoriał, w którym przekreśla wszystko. 13 grudnia. Wybuch konfliktu franko-rosyjskiego o Oldenburg. 13 XII. Ukaz cara otwierający Rosję dla importu angielskiego. 1811.6 stycznia. List cara do Czartoryskiego, zapowiadający wojnę i proklamację Królestwa. 30 I Sceptyczna odpowiedź Czartoryskiego. 12 lutego. Drugi list cara: zapewnia Polskę Zjednoczoną po Dźwinę, Berezynę, Dniepr w zamian za unię personalną i ogólny akces Polaków przeciw Napoleonowi. Misja Czartoryskiego do Warszawy. 12 marca. Odpowiedź Czartoryskiego po powrocie z Warszawy. Nie widzi możności realizacji planu Aleksandra. Kwiecień - grudzień. Działania Ogińskiego i jego towarzyszy w Petersburgu. Czartoryski wydaje złą opinię o Ogińskim i o jego projekcie konstytucji dla Wielkiego Księstwa Litewskiego. Car powierza przygotowanie projektu Armfletowi i Rosenkampfowi. 11 listopada. Proklamuje Wielkie Księstwo Finlandzkie. 1812. 14 marca. Traktat austro-francuski. Napoleon przewiduje w nim zamianę Galicji za Ilirię, którą odstępuje Austrii. 1 kwietnia. List Aleksandra do Czartoryskiego; pyta, kiedy proklamować Królestwo Polskie, kiedy zaś Wielkie Księstwo Litewskie.

Armie napoleońskie nad Odrą i Wisłą. 7 maja. Ambasador francuski w Petersburgu prosi o paszporty. 4 czerwca. Odpowiedź Czartoryskiego: odradza wszelkie awanse Polakom. 22 czerwca. Napoleon proklamuje „drugą wojnę polską”. 24 czerwca. Zaczyna przeprawę przez Niemen. XII. Powyżej przytoczyliśmy opinie kilku wybitnych naszych dziejopisów o koncepcjach napoleońskiej i rosyjskiej naszej polityki w zaraniu XIX wieku. Zacytowaliśmy Sobieskiego, Bobrzyńskiego, Handelsmana i Kukiela, jeżeli idzie o sąd potępiający dążności oparcia o Rosję. Może będzie interesujące zebrać w jedno zdanie motywy potępienia wydane przez tych czterech sławnych bądź co bądź i przodujących historyków. Kukiel zarzuca orientacji moskalofilskiej podział sił narodu na dwie części i uniemożliwienie im jednolitego poparcia Napoleona. Nie przeprowadza jednak dowodu na to, że takie jednolite poparcie było pożyteczne, nie zaś szkodliwe dla naszego interesu narodowego. Bobrzyński zarzuca tymże moskalofilom, że byli dalszym ciągiem warcholstwa magnackiego z XVIII wieku, szukającego oparcia u obcych przeciw własnemu rządowi: pośrednio sugeruje, jakoby Napoleon miał większe możliwości i szczersze chęci odbudowy Polski od cara Aleksandra. Sobieski wyszydza starania oparcia Polski o Rosję, bez podania racji. Handelsman uważa upadek koncepcji moskalofilskiej z 1811 roku za nasz sukces, także bez przytoczenia żadnego argumentu. Wszystkie te opinie zostały wydane w latach między 1926 a 1938. Wszystkie w dwadzieścia prawie lat po ukazaniu się dzieła Smolki, które nigdzie, chyba tylko u Askenazego, nie znalazło wprost zaprzeczenia. Ale Askenazy także nie przeciwstawił Smolce żadnego argumentu, żadnego faktu, żadnego dowodu. Można sądzić, że ukrytym motywem sądu naszej historiografii o polityce polskiej w okresie wojen napoleońskich było przekonanie, iż przejście do obozu rosyjskiego byłoby niehonorowe. Ogólne rozważania na temat roli i znaczenia honoru i poczucia godności w polityce zagranicznej daliśmy w rozdziale o Tokarzu. Tu damy jeszcze parę zdań Smolki rzucających światło na uchwałę rządu Księstwa Warszawskiego w r. 1813, przyłączającą się do koncepcji moskalofilskiej („Polityka Lubeckiego”, t. II, s. 200): Był moment rozstrzygający: epigonom Sejmu Wielkiego, legalnym przedstawicielom narodu nie wolno było w końcu 1812 roku patrzeć na byt ojczyzny pod kątem sentymentu, drażliwości honoru. Zrozumieli, że Polska zginie lub odrodzi się w dawnych, szerokich granicach, a na nich, na ich sumieniu, odwadze, rozumie politycznym, ciąży odpowiedzialność, jaka nigdy nie ciążyła na przywódcach ojczyzny... Powinni byli mieć jedno przekonanie wytykające drogę w ciemności: kryzys minie tak czy inaczej, pozostawi po sobie ruinę jednej czy drugiej strony albo pojedna dwu zapaśników: tek czy inaczej zapewne kosztem Polski, jeżeli ona sama nie zabezpieczy swojego bytu, dopóki pora. O to chodziło:

dopóki pora. Póki postawa Polaków była języczkiem europejskiej wagi. Ten moment chwycić, jedyny przełomy moment, sprzedać się drogo za cenę ustalenia losów ojczyzny: to wielkie, o przyszłości rozstrzygające zadanie polityczne przenikliwości spadło na barki warszawskich mężów stanu pod koniec 1812 roku. Komu sprzedać się? Temu, kto z obu zapaśników dawał pewniejsze, większe rękojmie. Tak kazał rozum. Sumienie zostawiało pełną swobodę. Honor wojskowy wzdrygał się tylko na porzucenie napoleońskich orłów: sumienie nie miało prawa oglądać się na punkt honoru, dźwigając w brzemiennej chwili całą odpowiedzialność za los narodu, za dobro przyszłych pokoleń. (Tu Smolka wylicza winy Napoleona wobec Polski i okazaną przez nas już poprzednio wdzięczność za otrzymaną pomoc). Ono (cesarstwo) na wiosnę przeszkodziło jej (Polsce) połączeniu z Litwą, ono mirażem odbudowanej Polski wyrwało Litwie gotowe ustalenie bytu narodowego. Wolnoż było znów ofiarować ojczyznę nienasyconym wymaganiom honoru, jeśli po drugiej stronie widniała bezpieczna przystań? Po dwu latach, w Paryżu, w Wiedniu, Polska zdana była na łaskę i niełaskę „wielkodusznych intencji” Aleksandra, w grudniu 1812 r. w początku następnego roku mogła traktować. Przyjrzyjmy się teraz dalszym faktom decydującym dla losów naszego narodu u schyłku epopei napoleońskiej. 1812. 19 października. Armie napoleońskie opuszczają Moskwę. 21 listopada. Rząd Księstwa Warszawskiego uchwala zwrócić się do Rosji za pośrednictwem Czartoryskiego z prośbą o rokowania w celu przejścia z obozu Napoleona do obozu cara. Smolka zapewnia, że ks. Józef musiał dać zgodę swoją na ten krok. Askenazy zaręcza, że nie dał. W braku dokumentów nie da się tezy Smolki pozytywnie udowodnić. Grudzień. Aleksander w Wilnie ogłasza amnestię, jednocześnie zaczyna zabiegi o pozyskanie innego, poważniejszego od Polski, sojusznika napoleońskiego, Prus. 30 grudnia zdrada gen. Pruskiego Yorcka, który proklamuje swoją neutralność, car zostawia mu broń. 1813. Styczeń. Napoleon w liście do cesarza austriackiego Franciszka I nie upiera się przy integralności Księstwa Warszawskiego. W rozmowie z ministrami pruskimi obiecuje część Księstwa. Książę Józef reorganizuje armię w Krakowie. 14 lutego mowa Napoleona gwarantująca integralność wszystkim sprzymierzeńcom. 28 lutego traktat kaliski cara Aleksandra z królem pruskim, Rosja gwarantuje Prusom wielkość poprzednią. 17 marca Prusy wypowiadają wojnę Francji. Marzec 1813. Pierwsze oferty Austrii, która była także sprzymierzeńcem Napoleona, pośredniczenia pokojowego. Wśród warunków Metternich wymienia podział Księstwa między trzech rozbiorców. Napoleon proponuje podział Prus między Austrię i Saksonię, a połączenie reszty z częścią Księstwa, dla utworzenia państwa polsko-pruskiego. 30 marca przyjeżdża dopiero Czartoryski do kwatery cara z propozycjami, oczywiście bez skutku. Kwiecień 1813. Austria ogłasza zbrojną mediację, tj. grozi wystąpieniem przeciw temu z walczących, kto jej warunków nie przyjmie. 15 kwietnia wymusza na królu saskim zrzeczenie się Księstwa Warszawskiego. 17 kwietnia Napoleon zabrania Poniatowskiemu złożenia broni i daje rozkaz, w razie niemożności przedostania się do

głównej kwatery armii, wywołać powstanie w Polsce. Generał rosyjski Sacken żąda od Poniatowskiego złożenia broni. 2 maja. Zwycięska dla Napoleona bitwa pod Lützen. 6 maja Poniatowski wyrusza z Krakowa do wielkiej armii. 16 maja Napoleon w rozmowie z posłem austriackim Bubną zgadza się zrezygnować z Księstwa. 4 czerwca. Podpisanie zawieszenia broni do 10 sierpnia. 15 czerwca umowa w Reichenbachu między Rosją, Prusami i Austrią, gwarantująca przywrócenie Prusom ich siły realnej sprzed 1805 roku. 9 września. Traktat w Toeplitz potwierdzający poprzednie porozumienie kaliskie i reichenbachowskie, ale już przyrzekający Prusom stan terytorialny podobny do posiadanego w 1805 r. Następuje szereg perypetii towarzyszących osaczaniu Napoleona przez koalicję, powiększoną już nie tylko o Prusy, ale i Austrię. 19 października 1813 r. bitwa pod Lipskiem i śmierć ks. Józefa. 4 kwietnia 1814 r. abdykacja Napoleona. Wreszcie 15 sierpnia 1814 zebranie kongresu wiedeńskiego. Jak słusznie napisał Smolka, w miarę postępów koalicji, w miarę przesuwania się teatru wojny z terenów Polski na zachód, bladło znaczenie czynnika polskiego i już Aleksander nie kwapił się do proklamacji Polski Zjednoczonej. Smolka przypisuje to fatalne opóźnienie niedbalstwu i niedołęstwu Czartoryskiego. Jednocześnie z rozwojem kampanii w kierunku zachodnim staje się bardziej aktualne stanowisko Prus, a potem Austrii, i następują trzy traktaty pomiędzy rozbiorcami: w Kaliszu, Reichenbachu i Toeplitz, w których jest trzykrotnie powtórzona zasada powrotu do stanu sił sprzed 1806 roku, to jest do stanu, jaki zapanował po trzecim rozbiorze.

Karol Boromeusz Hoffmann
I „Zwolennicy powstań przemawiali jak mistrze...” - napisał kiedyś Dmowski. Rzeczywiście, gdyby pisarzy politycznych dzielić według kryteriów lekkiego pióra, toby chyba propagatorowie szaleństwa zajęli wszystkie pierwsze miejsca. Rzecz dziwna, że wśród tych pierwszych do najpierwszych zaliczymy Karola Boromeusza Hoffmanna. Z zawodu dyrektor banku, poczuł w sobie powołanie polityczne i literackie w czasie wielkiego powstania 1831 roku. Napisał wówczas „Rzut oka na stan polityczny Królestwa Polskiego pod panowaniem rosyjskim 1815-1830”. Broszura ta stała się na V Zjeździe Historyków Polskich przedmiotem apologii Handelsmana, profesora historii na Uniwersytecie Warszawskim. Handelsman w referacie na temat „O nasz dzisiejszy stosunek do historii porozbiorowej” dzieli historiografię naszą na dwie wielkie szkoły: obie wyprowadza z emigracji polistopadowej. Jedna - to szkoła demokratyczna, i ta rzecz prosta wywodzi się od Lelewela, druga jest monarchistyczną i ojcem jej ma być właśnie Karol Boromeusz Hoffmann. Wprawdzie pisał on jeszcze rozprawy na temat ustroju w dawnej Polsce i tam niewątpliwie polemizował z Lelewelem, tu jednak ograniczymy się do krótkiej analizy jego broszury o Królestwie Kongresowym. Problem bowiem ustrojowy stracił całą swoją ważność praktyczną z chwilą trzeciego rozbioru. Nawet tendencje anarchistyczne - ten tak zaciekle atakowany, a także zaciekle broniony punkt w naszych dawnych dziejach - nie odegrały większej roli, skoro żaden wielki autorytet nigdy nie podniósł głosu

przeciw fatalnym błędom popełnionym w czasach porozbiorowych, a jeśliby szło o autorytety literackie, to nawet błędom tym przodowały. Jeśli więc warcholstwo i anarchia niewątpliwie przyczyniły się do utraty naszej więzi państwowej w XVIII wieku, to jednak nie wpłynęły one ani trochę na dalszy upadek, w jaki staczaliśmy się samobójczo w ciągu wieku XIX. Broszura, którą się dzisiaj zajmiemy, pt. „Rzut oka”, jest nadzwyczaj wysoko oceniona przez Handelsmana. Hoffmann, jak twierdzi ów uczony („Pamiętnik V Zjazdu Historyków Polskich”, s. 450), był człowiekiem Czartoryskiego, reprezentował jego poglądy, na co dowód w tym, że Czartoryski dawał mu dokumenty dotyczące kongresu wiedeńskiego. Hoffmanna z kolei radził się stale, już na emigracji, Mochnacki. „Rzut oka” jest pracą obiektywną, prawie naukową, a jego rozdział dziejów Królestwa Kongresowego na trzy okresy przyjęło cale dziejopisarstwo. A teraz oddajmy głos Hoffmannowi; oto początek dzieła: Kiedy z kolei wieków Europa po tylekroć zmieniała swą postać polityczną i geograficzną, kiedy tyle krajów przechodziło spod jednego berła pod drugie, kiedy wszystkie te zmiany uświęciło po większej części piętno niedługiego czasu, czemuż Polska, ujarzmiona tak dawno, nie może dotrwać w nowym swoim przeistoczonym kształcie, czemuż nie przestaje wzbudzać ku sobie interesu wszystkich gabinetów, współczucia wszystkich ludów, wszystkich opinii i stronnictw. Sześćdziesiąt lat cierpień i ucisku nie przedawniło politycznej zbrodni, którą na niej spełniono. W jej więc podziale musi być inna kwestia, nie prosta kwestia granic. Istniało niegdyś potężne i świetne w rzędzie mocarstw europejskich państwo, przedmurze ucywilizowanego świata, przodkując oświacie zachodu, spoglądało na wschód, grubą powleczony pomroką, jak owa strażnica morska, co rzuca dalekie światło na ciemne oceanu płaszczyzny, by ostrzegać spokojnych mieszkańców o napaści chciwych łupiestwa korsarzy... Trzeba przyznać, że „Rzut oka” był pisany i drukowany w czasie powstania, w ogniu niejako bitwy, i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że celem jego musiało być zagrzanie i wzmocnienie ducha do walki z Rosją. Z tego punktu widzenia biorąc, jako broszurę propagandową, można i trzeba rozgrzeszyć zarówno kwiecistość i obrazowość stylu, jak i niezbyt ścisłą logikę autora. Czy jednak broszura, której inwokację powyżej czytaliśmy, zasługiwała na dalsze wydanie w Paryżu, na tłumaczenie na obce języki, wreszcie na to, żeby w sto lat po jej ukazaniu się poważny historyk nazwał ją kamieniem węgielnym jednej z dwu szkół historycznych w Polsce, i to szkoły monarchistycznej, do której zaliczył potem stańczyków - to wydaje się mocne. Dlaczegóż więc, jeśli „Rzut oka” był tylko broszurą propagandy wojennej, poświęcamy mu mały rozdział na równi z Lelewelem lub Askenazym? Dlatego, że bez względu na brak wszelkiej wartości naukowej i obiektywnej, broszura ta uzyskała wielki wpływ na naszą opinię i naszą politykę w smutnej pamięci okresie międzypowstaniowym i z tego tytułu obowiązani jesteśmy wykazać ojcostwo Hoffmanna paru tezom, które potem będą długo pokutować w naszej literaturze i za które naród w końcu drogo odpokutuje także. Przyczynę zainteresowania gabinetów losami Polski dostrzega Hoffmann w tym, że zdaniem jego rozbiory sprowadziły szereg klęsk na Europę (s. 3): Wiadomym jest wszystkim szereg niegodziwości, który zrządził to niesłychane w dziejach cywilizowanego świata zjawisko; nie jest zamiarem naszym takowe rozbierać: dość powiedzieć, że podział Polski, gwałcąc najświętsze zasady sprawiedliwości, niwecząc wszelką ufność narodów w traktaty, przyrzeczenia i przysięgi, wypędzając wszelką moralność i wstyd

z gabinetów europejskich, dwa sprowadził rezultaty polityczne: obalił jedyną obronną Europy warownię i zachwiał tronów potęgę. Zdanie powyższe zawiera podwójne twierdzenie, które będzie całe dziesiątki łat krzewić się w mózgach polskich i zagłuszać wszelkie możliwości racjonalnej pracy nad podniesieniem i uwolnieniem narodu. Pierwsza jego część sugeruje, że rozbiory Polski były zbrodnią obcą, a nie skutkiem niedołęstwa własnego, druga, że rozbiory stały się niemal takim samym nieszczęściem dla Europy, jeśli nie większym, co dla Polski. Tezami tymi zajmiemy się później. Tymczasem na stronie 7, odpierając zarzut lekkomyślnego popierania przez Polaków Napoleona, Hoffmann daje pewne myśli ogólne o polskiej polityce porozbiorowej: Nieprzyjaciele Polaków obwinili ich o lekkomyślność, niespokojność i łatwowierność, z jaką biegną na połysk zwodniczej nawet nadziei - niepomni, że Polacy w tej mniemanej lekkomyślności, niespokojności i łatwowierności okazują najlepszy dowód, iż są godnymi odzyskać byt potężnego i niepodległego narodu. Naród nie zrodzony do niewoli niełatwo w tym stanie zasypia, naród nie zrodzony do niewoli chętnie poświęca całe swoje mienie za łada iskierką wolności, bo cóż może mieć za wartość życie, majątek, spokojność familijna, kiedy takowe zostawić lub odjąć zależy od łaski zwycięzcy. Polacy w stanie niewoli będą i muszą być łatwowiernymi, cały ciąg niewolniczej ich egzystencji będzie i być musi szeregiem doznawanych i niesionych na przemian klęsk i poświęceń, radości i ofiar - z tym samym zapałem, z którym pochwycili za oręż pod cnotliwym Kościuszką, stawali pod zwycięskimi sztandary Wielkiego Napoleona, dali wiarę obłudnym słowom Aleksandra, podali wreszcie dłoń braterską 200 bohaterom, którzy rozpoczynając bój ostatni z zapamiętałym wrogiem odkryli epokę, w której los zawistny cierpieniem Polski koniec naznaczył. Passus powyższy domaga się bliższej analizy. Pisany z natchnieniem, zawiera bowiem szereg tez równie zaraźliwych, ile niebezpiecznych. Pierwszą jest teza, że w „lekkomyślności, niespokojności i łatwowierności” Polacy dają dowód, że są godni odzyskać państwowość. Przede wszystkim należałoby stwierdzić, co autor uważa przez okazanie się godnym być narodem niezależnym. Przypuścić wolno, że rozumowanie istotne Hoffmanna brzmiało jak następuje: Polacy upadli przez brak patriotyzmu, teraz okazując gotowość do ofiar, nawet przy najdrobniejszej okazji poświęcenia się za ojczyznę, dają dowód, że są godnymi odzyskać państwowość. Na to rozumowanie należałoby odpowiedzieć, po pierwsze, że nie jest pewne, że Polska upadła przez brak więzi ofiarności; po drugie, że nawet jeżeli się coś straciło przez brak ofiarności, to nie zawsze ofiarność wystarczy, by to odzyskać; po trzecie, że nawet gdyby dotąd autor miał rację, to przejawienie tej ofiarności w sposób lekkomyślny, a to właśnie jest zalecone, nie tylko może nie przynieść wolności - choć tego Hoffmann nie sugeruje - ale też na pewno naraża przyszłość narodu na niezmiernie ciężkie warunki, w których już wydobycie się na powierzchnię będzie nierównie bardziej utrudnione niż przed okazaniem „lekkomyślności, łatwowierności i niespokojności”. W głębi tej tezy tkwi niezmiernie niebezpieczne dążenie do ryzykowania tego, co naród jeszcze posiada, dla „dania dowodu, dla zamanifestowania przed światem” itd. Dążenie to, rozpoczęte Konstytucją 3 maja, a skończone nocą styczniową, było odwróceniem tego, czego sytuacja wymagała od polityki polskiej. Miast lekkomyślności postulowała ona powagę, miast niespokojności - zimną krew, miast łatwowierności - najdalej posunięty sceptycyzm. Tak dopiero uzbrojony nasz naród przez stańczyków w Galicji, przez Dmowskiego pod zaborem rosyjskim, przez społeczeństwo w Poznańskiem odrobił część doznanych przez politykę

Hoffmanna ciosów i przygotował Polskę do jakiego takiego stanu rozwoju w chwili poprawy koniunktury. Druga teza jeszcze bardziej niebezpieczna jest swoim fatalizmem. Przede wszystkim wolno przywódcom żądać od obywateli poświęcenia majątku i życia dla zbiorowiska tylko wówczas, kiedy ofiara ta może przynieść zbiorowisku jakąkolwiek poprawę. Twierdzenie, że mienie i życie jest nic niewarte, bo może być odebrane, spotkać się powinno z odpowiedzią, że stan ten może się pogorszyć jeszcze w ten sposób, że wolność, majątek i życie nie „będą mogły” być odebrane, lecz „będą musiały” być odebrane. Był to zaś stan, jaki sprowadziliśmy na wielką połać Polski (kresy wschodnie) wyłącznie za pomocą „chętnego poświęcania” stanu poprzedniego. Fatalizm leży w zapewnieniu, że cały ciąg naszej niewolniczej egzystencji jest i być musi pasmem klęsk i ofiar. Jest to złowroga szkoła walczenia bez względu na warunki, na siły własne, na broń, na sprzymierzeńców, na przeciwnika, na moment wybuchu. Naród posiadający swoje państwo, wychowywany w tym duchu może i musi niemal je utracić. Ale naród pozbawiony państwa, prowadzący politykę tu poleconą, uznający fatalizm i nieodwracalność walki bez względu na stosunek sił i możność zwycięstwa, musi doprowadzić do zupełnego wytępienia swoich synów przez wroga. A jednak teza ta rzucona przez Hoffnanna przyjęła się w całej niemal literaturze emigracyjnej przez lat trzydzieści, hołdowali jej zarówno wielcy poeci, jak i wielcy politycy i wybitni wojskowi. Przyniosła nam ona tylko samobójczy wyskok 1863 roku. Po nim dopiero znalazł się człowiek, który potrafił rzucić i przeprowadzić w życiu hasło: „Zawsze i wszędzie robić to, co się da w istniejących warunkach i otaczających okolicznościach, w przekonaniu, że zawsze coś zrobić da się, ale robić tylko to, co się da” („Koźmian. Rzecz o r. 1863”, t. III, s. 322). Ostatni piękny okres o powstaniach ubiegłych i o 200 „bohaterach” Nocy Listopadowej pomijamy, gdyż był to po prostu okrzyk bojowy raczej niż myśl polityczna. Ale była w tym już rodząca się gloryfikacja sprawców wybuchu jeszcze za ich życia, jeszcze nim zebrano owoce ich czynu. Dalej Hoffmann przystępuje do przedstawienia Rosji w powstaniu Królestwa, w historii kongresu wiedeńskiego. Jest to moment najciekawszy, bo tu Hoffmann rzucił historyczne podstawy pod drugi po tezie o inicjatywie Rosji w rozbiorach - filar, na którym opierała się nasza ideologia antyrosyjska. Filarem tym - utrącenie przez Rosję odbudowania Polski, co zamierzały rzekomo mocarstwa zachodnie. Oba te filary podtrzymywały walnie gmach nienawiści do Rosji i przekonanie, że cokolwiek się stanie, jakakolwiek będzie koniunktura, Rosja pozostanie naszym „śmiertelnym” wrogiem. Przekonanie to nie dopuszczało ani na chwilę możliwości zgodnego kierunku interesów Rosji i Polski. Spójrzmy na zdania, w których Hoffmann rysuje postępowanie cara Aleksandra na kongresie. Po zacytowaniu na s. 31-33 artykułu jakiegoś pisma angielskiego, z którego jasno wynikało, że autor widzi tylko dwie realne koncepcje dla kongresu wiedeńskiego: albo Polska pod berłem Aleksandra, albo powrót do granic 3 rozbioru, ale z którego Hoffmann wydobywa wniosek o chęci Anglii odbudowania Polski niepodległej - znajdujemy sugestię, jakoby rzekome intencje odbudowawcze mocarstw zachodnich płynęły z ich rozbudzonego... sumienia. „Otóż - pisze Hoffmann na s. 34 - jak wielkich doznawało trudności pogodzenie widoków względem biednej naszej krainy, bo ciężki jest do strawienia owoc zbrodni, kiedy przemawiać zacznie głos sumienia i prawdy”. Niesłychanie niebezpieczne i mszczące się potem, jeszcze aż do noty Traugutta z 1864 roku, przekonanie o sile zasad sumienia i sprawiedliwości, działających samo przez się dla ukarania zbrodni.

Rzecz tedy aż nadto udowodniona - pisze gdzie indziej - że Europa przybyła na kongres wiedeński z odmiennymi wcale intencjami względem Polski niż Aleksander. Wszyscy wspólnie czuli niegodziwość haniebnego jej podziału i niepodobieństwo utrzymania nadal Polaków w stanie niewoli. Lecz Europa chciała Polski całej, samoistnej i niepodległej, Aleksander chciał Polski całej, ale z Rosją pod jedną dynastią połączonej. Na s. 39: Naród polski, który po trzecim rozbiorze wymazanym został z rzędu państw europejskich, w r. 1815 stał się znowu narodem. A lubo upór Aleksandra wbrew życzeniom innych mocarstw nie dozwolił mu istnieć oddzielnie i niepodległe, wszelako potrafiono wyjednać... (tu Hoffmann wymienia ulgi dla Polaków pozostałych pod obcym panowaniem). Cytaty powyższe wystarczą, by pojąć, że Hoffmann w 15 lat po upływie kongresu wiedeńskiego wierzył głęboko w dobre dla nas intencje „Europy”, a w zawistne i szkodliwe stanowisko cara Aleksandra. Teza ta została przyjęta przez całą naszą historiografię i publicystykę emigracyjną w okresie międzypowstaniowym. Pierwszym i najpotężniejszym propagatorem tezy Hoffmanna stał się Mochnacki. Ten mistrz prozy polskiej w swoim „Powstaniu narodu polskiego” (Paryż), które stało się ewangelią narodu, w generacji, która wywołała rok 1863, przyjmuje najzupełniej jako fakt nie ulegający żadnej dyskusji dobrą wolę Europy na kongresie wiedeńskim - i niepowodzenie odbudowania Polski li tylko wskutek torpedowania projektu przez cara Aleksandra. Mochnacki podkreśla rolę, jaką takie pojmowanie działań cara i mocarstw zachodnich na kongresie odegrało w wybuchu powstania listopadowego: Zapewne, gdyby rewolucja 29 (listopada) potrzebowała usprawiedliwienia, mogłaby je znaleźć najpierw w złej wierze, chytrości i obłudzie tego cara, mogłaby je znaleźć w samym tworze Królestwa Polskiego. Tego samego zdania był Lelewel, który twierdzi wprost, że utworzenie Królestwa Polskiego przez kongres było „szóstym rozbiorem Polski” („Trzy konstytucje”, wyd. Turowskiego), i przy opisie akcji Buyny, do której jeszcze powrócimy, chwali tendencje antyrosyjskie w roku 1815: „Konfederować się było okazaniem niepodległości i samowładności narodowej; zmienianie przez doprosy pana (tj. króla saskiego na cara) stawało się wówczas przeniewierstwem”. Henryk Schmitt w roku 1869 („Dzieje Polski XVIII i XIX wieku”, s. 693) pisał: Przeciw projektowi prusko-moskiewskiemu oświadczyły się Austria, Anglia i Francja, które obstawały na razie za odbudowaniem Polski w całości, a które uznawszy następnie z powodu oporu stanowczego Moskwy i Prus niewykonalność takiego jej odbudowania, były za podziałem Księstwa. Smoleński, jeden z najpopularniejszych naszych historyków, w r. 1898, pod pseudonimem Grabieński („Dzieje narodu polskiego”, t.II, s. 212): Cesarz Aleksander jako główny pogromca Napoleona rościł sobie pretensje do całego Księstwa Warszawskiego. Prusy i Austria domagały się zwrotu ziem, jakich pozbawiły je traktaty tylżycki i wiedeński. Prusy gotowe były uznać pretensje Aleksandra, byleby...

otrzymały Saksonię. Francja, Austria i Anglia zawarły potajemne przymierze w celu pohamowania chciwości Prus i Rosji. Studnicki, którego „Sprawa polska” wydana w 1910 roku jest bogato dokumentowanym, choć nader tendencyjnym podręcznikiem stosunków polsko-rosyjskich, wije się w sprzecznościach i gmatwa jasny zazwyczaj wykład (s. 141): Królestwo Polskie było kompromisem między doszczętnym rozbiorem i zagładą imienia polskiego a niepodległością Polski z drugiej, było kompromisem między zagarnięciem wszystkich ziem polskich przez Rosję a koncepcją rozbiorową, traktatem 1795 r. zakończoną... Studnicki nie jest pewny, która z tych dwu ostatnich koncepcji leżała w naszych interesach: Projekt - pisze na s. 143 - odpowiadający interesom Prus i Rosji, napotkał na solidarne przeciwdziałanie Anglii, Francji i Austrii... o interesach Polski ani słowa. Sam nawet Bobrzyński jeszcze w 1930 r. w III tomie „Dziejów” sugeruje, że opozycja mocarstw zachodnich pragnęła szczerze utworzenia zjednoczonej Polski (s. 63): Francja zaś i Anglia, rozumiejąc, że mimo wszelkich gwarancji konstytucyjnych Królestwo Polskie postawi Rosję w środku Europy, oświadczyły gotowość zgodzenia się na utworzenie Królestwa Polskiego pod berłem carów tylko pod warunkiem, jeżeli będzie naprawdę samodzielne, a więc powstanie w swoich granicach historycznych. To, co o kongresie wiedeńskim podaje urzędowy, obowiązujący w szkołach średnich podręcznik Lewickiego i Friedberga (wydanie trzynaste z 1929 r.), mogłoby stanąć do najcięższego konkursu zaciemniania historii i miałoby wielkie szanse, nawet w naszej historiografii, na pierwszą nagrodę. O sprawie polskiej dużo mówiono i radzono na kongresie, ale Polaków o zdanie nie pytano. Różni dyplomaci wyrażali Polsce platoniczne współczucie, przyznawano, że rozbiory były krzywdą, ale ostatecznie car postawił na swoim. Słowa te wyraźnie zdają się sugerować, że car zajmował stanowisko dla Polski niekorzystne. Wyraz jednak „platoniczne”, dla charakterystyki mocarstw użyty, odbiera całą wartość stanowisku poprzedniemu. W rezultacie uczeń nie może mieć najdalszego choćby wyobrażenia o istotnych rozgrywkach interesów na kongresie 1815 roku. Nieco dalej podręcznik zapewnia, jakoby stanowisko wojska polskiego po stronie Rosji miało rozstrzygnąć spór mocarstw, ale zdaje się potępiać to właśnie stanowisko. Pomijamy tu na razie inne tezy Hoffmanna, tezę o potrzebności Polski dla Europy i tezę o sile rzeczy, działającej w kierunku zniweczenia Królestwa - tezy brzemienne w klęskowe dla umysłów i dla sił polskich następstwa - i przeprowadzimy krótką analizę pertraktacji kongresowych takich, jakimi były w rzeczywistości. Opracował je dokładnie w specjalnej monografii Wawrzkowicz („Anglia a sprawa polska na kongresie wiedeńskim”, Kraków 1919). Nie wiem na pewno, kiedy historiografia zagraniczna ustaliła ów stan faktyczny. W każdym razie Thiers w r. 1862 w wydanym odnośnym tomie swojej „Histoire du Consulat et de l’Empire” już opowiedział dzieje kongresu obszernie i zgodnie

z późniejszą pracą Wawrzkowicza, a więc sprzecznie z sugestiami powyżej cytowanych, arcypoważnych i arcypopularnych naszych historyków. Profesor Hubert, który czytał artykuł niniejszy, nim go wydałem w książce, zapytał, na jakich przesłankach opieram sąd, który pozwala mi przyjąć, że wszystko, co pisał Wawrzkowicz, to prawda, a co pisali wyżej cytowani historycy - to błąd albo też fałsz? Odpowiadam, że Wawrzkowicz nie pisał syntezy historycznej, nie opracowywał w oderwaniu od faktów wielkich linii naszych dziejów podczas kilku wieków, czerpiąc jedynie z drugiej ręki, z monografii już istniejących lub co gorsza z własnej fantazji. Wawrzkowicz postawił sobie za zadanie zbadać dzień za dniem, dokument za dokumentem, wszystko, co znajduje się w źródłach pisanych o sprawie polskiej na kongresie wiedeńskim. Badał archiwa zagraniczne i polskie, opublikował wyniki i wyciągi. Rzecz prosta, mam prawo w momencie, gdy sąd Wawrzkowicza jest sprzeczny z Bobrzyńskim, Smoleńskim, Mochnackim czy Studnickim, przyjąć sąd Wawrzkowicza jako słuszny. Cóż dopiero, kiedy historiografia zagraniczna jeszcze ustami Thiersa sąd ten w zupełności potwierdza. Oto jak przedstawiało się położenie polityczne na kongresie. Inicjatywę przy rokowaniach dyplomatycznych, które miały urządzić nową Europę po zaburzeniach napoleońskich, wziął w swoje ręce car Aleksander I. Pragnął on stworzyć możliwie największą Polskę, obdarzyć ją liberalną konstytucją i stać się jej królem konstytucyjnym, pozostając jednocześnie despotycznym władcą Rosji. Smolka, a za nim nowsza historiografia („Słownik Biograficzny”), dopuszcza myśl, iż Aleksander sądził, że w zatargach z oligarchią rosyjską, która zamordowała jego ojca Pawła I i częstokroć dyktowała mu politykę nie całkiem po jego myśli, byłoby dobrze mieć po swojej stronie państwo polskie. Poza tym potężnym motorem czynności cara były jego idee liberalne, którym nie mógł dotąd dać wyrazu z powodu zbyt niskiego stanu Rosji carskiej i braku przygotowania tego narodu do rządzenia samym sobą. Trudno było być jednocześnie liberałem i najbardziej despotycznym władcą. Posiadanie monarchii konstytucyjne; wypełniałoby tę bolesną lukę. Te wszystkie powody doprowadziły do tego, że Aleksander przyjechał na kongres wiedeński silnie zdecydowany utworzyć Królestwo Polskie pod swoim własnym berłem. Wydawało się, że trudność grozić może jedynie ze strony Austrii, a przede wszystkim Prus, bo z ich dzielnic przednapoleońskich miała być utworzona nowa monarchia Romanowów. Kiedy rok wcześniej szło o pozyskanie tych obu państw, które wszak były jeszcze w 1812 sprzymierzeńcami Napoleona, nie zawahał się Aleksander w traktatach kaliskim, reichenbachskim i toeplitzkim zagwarantować powrotu do stanu sprzed 1805 roku, to jest do stanu wyznaczonego trzecim rozbiorem. Trudność tę udało się w zupełności carowi przezwyciężyć. Związawszy się ścisłą przyjaźnią osobistą z królem Prus Fryderykiem Wilhelmem, obiecał mu przeprowadzić na kongresie inkorporację całej Saksonii w zamian za cesję pretensji do ziem polskich. Austria miała dostać nie tylko Ilirię, ale i północne Włochy z Wenecją włącznie. Dzięki tym zabiegom zdawało się, iż plan cara nie napotka na żadne większe trudności. Stało się jednak inaczej. Przeciw konstelacji Rosja-Prusy, konstelacji, która rzecz dziwna po raz pierwszy i ostatni w dziejach powstała dla naszej korzyści, a nie dla naszej zguby, zbudziła się opozycja austro-anglo-francuska. Jakie były elementy polityki ówczesnej tych trzech mocarstw?

Austria, której dyplomacja była prowadzona mistrzowską ręką Metternicha, nie mogła patrzeć bez wielkiej troski i niepokoju na powiększenie Prus o całą Saksonię, a dzierżaw Romanowów o całą Polskę. Dodając do tego powiększenia ścisły sojusz i usunięcie płaszczyzny tarcia, którą w innym razie stałyby się dzielnice podzielonej Polski, projekt urządzenia tej części Europy przedstawiał dla Austrii jak największe niebezpieczeństwo i gdyby miał być przyjętym, rzeczywiście oznaczałby, że mocarstwo to wychodzi z wojen napoleońskich nie tylko nie w położeniu lepszym, lecz nawet znacznie gorszym, niż było poprzednio. Iliria, którą już był Napoleon obiecał Austrii w zamian za Galicję, a nawet Tyrol i Wenecja, choć były to bardzo poważne nabytki, nie równoważyły w oczach genialnego polityka i jego rozumnego władcy Franciszka I strat, które mogły powstać w przyszłości z powodu pogorszenia sytuacji geopolitycznej. Z całym naciskiem zwracamy uwagę czytelnika polskiego na ową chwilę. Tu jaśniej niż kiedykolwiek możemy obserwować na przykładzie postępowania Metternicha rolę, jaką w polityce międzynarodowej gra obszerność dzierżaw, a jaką gra siła sąsiadów. Lekcja po stokroć potrzebna dla naszego narodu, gdzie tyle przesadnej uwagi poświęca się rozciągłości terytorium (kompleks Rejtana, kompleks Gdyni, itd.), a tak mało naszej sytuacji geopolitycznej. Austria była zdecydowana nie dopuścić ani Prus do granic czeskich, ani Rosji nad Wartę. Postanowienie jej było tak silne, że doszło nawet później do zawarcia tajnego sojuszu austro-anglofrancuskiego, stypulującego wspólną wojnę przeciw Rosji i Prusom, o ile by nie porzuciły swoich planów. Na razie Metternich, pozostając sam w cieniu, wysunął na pierwszy plan delegata Anglii, lorda Castlereagh. Podstawą ówczesnej polityki angielskiej była obawa przed powtórzeniem się napoleońskiej „blokady kontynentalnej” i starania o możliwie najmocniejsze obwarowanie niepodległości Holandii (połączonej z Belgią pod berłem domu Orańskiego). Do tego celu miało służyć odbudowanie Królestwa Hanowerskiego, a także jak najściślejszy sojusz z Prusami, gdyż to dopiero dawało zdaniem Anglików dostateczne oparcie tak ważnym Niderlandom. Toteż Anglia nie miała nic przeciwko temu, by Prusy połknęły całą Saksonię, co dawałoby im niewątpliwie więcej siły niż posiadanie tylu milionów niezbyt pewnych, a raczej zupełnie niepewnych i wrogo usposobionych Polaków. Natomiast druga część planu Aleksandra, objęcie tronu przezeń nad Polską zjednoczoną, nie była możliwa do przyjęcia dla polityki angielskiej. Uważano, że Rosja ostatnio zyskała i tak zbyt wiele na Turcji, że poza tym wychodzi z wojen napoleońskich jako zbyt wielka potęga, by pozwolić jej jeszcze na unię dynastyczną z całą Polską. Ponieważ zaś obie części planu były z sobą ściśle związane i odmawiając Aleksandrowi Polski, jednocześnie lord Castlereagh odmawiał Prusom Saksonii - dając im za to ich dawny dział porozbiorowy przeto jego właśnie wybrał Metternich do wysunięcia sprzeciwu wobec Aleksandra. Przedstawmy parę dowodów działalności Anglii na kongresie, cytując wprost Wawrzkowicza: (s. 84) W naradach koalicji w styczniu 1814 Castlereagh, minister angielski, oświadczył za poduszczeniem hr. Stadiona, że nie należy dopuścić ani do Królestwa, ani do Księstwa Polskiego oddzielnego, ani też rzeczywistego, ani formalnego, w żadnej formie jawnej czy ukrytej. (s. 86) Castlereagh oświadcza Czartoryskiemu, w marcu 1814, że nie ma żadnej nadziei na utworzenie Polski, gdyż Austria nigdy się nie zgodzi na koronowanie cara królem, z obawy przed utraceniem w przyszłości swego zaboru.

(s. 88) Gabinety austriacki, pruski i angielski zamierzały przed podpisaniem traktatu pokojowego z Francją porozumieć się względem Polski z Aleksandrem, a po długich rozprawach ułożył Hardenberg obszerny memoriał zatytułowany „Plan sur l’arrangement futur de l’Europe”, w którym zaproponowano sprawę polską załatwić w drodze podziałowej, bez żadnej wzmianki o odnowicielskich zamierzeniach Aleksandra. (s. 110) Sierpień 1814: rozmowa ambasadora austriackiego w Londynie, hr. Merveldta, z lordem Castlereaghem: „...minister angielski wychodząc ze swej biernej roli oświadczył, iż najpewniejszym sposobem uwolnienia się od przykrej z Rosją dyskusji w sprawie polskiej jest zaproponować odbudowanie niepodległego Królestwa Polskiego, co by nie tylko Polaków, ale i całą Europę postawiło po ich (tj. Anglii i Austrii) stronie. Gdy hr. Merveldt zaczął biadać nad ew. utratą całej Galicji, Castlereagh uspokoił go, tłumacząc, że projekt ten znalazłby taką opozycję nawet w Rosji, że cesarz Aleksander nigdy by się nie odważył sprawy tej poruszyć, sądził więc, że można by tym sposobem uniknąć jej w ogóle”. (s. 112) Rozmowa Talleyranda z sir Charlesem Stuartem, posłem angielskim w Paryżu, w lecie 1814. Talleyrand dowodził, że „choć bezpośrednie interesy francuskie domagałyby się tego, aby król saski został królem polskim, atoli niezgoda, która w nieuniknionej konsekwencji wynikłaby z utworzenia Królestwa Polskiego, nawet tak nieznacznego, byłaby tak groźną dla innych państw, że nie waha się nalegać na dotrzymanie starego układu, o wiele lepiej wykombinowanego dla zachowania pokoju, jaki istniał przed wojną 1805 r., nie zgadzając się pod żadnym warunkiem na modyfikację, i mniemał rozbiór Polski „istotnym elementem politycznym stosunków europejskich”. (s. 121) Plan Aleksandra odbudowania Polski w unii z Rosją był w oczach rządzącego wówczas Anglią gabinetu zamachem, zamachem na przyszły spokój Europy, gdyż Księstwo Warszawskie, którego się cesarz domagał, wydawało się Anglii, gdyby zostało połączone z Rosją, awangardą rosyjską skierowaną na zachód, wbijającą się klinem w środkowe Niemcy i otwierającą tym sposobem nową drogę dla ambitnych dążeń rosyjskich. (s. 124) Na poufnej naradzie gabinetu angielskiego przed wyjazdem Castlereagha na kongres uchwalono przeciwstawić projektowi Aleksandra kontrpropozycję Polski zupełnie niepodległej, w tej oczywiście intencji, aby podobną niewygodną argumentacją sprowadzić niefortunnego protektora sprawy polskiej na drogę podziałową, poza tym głównie w tym celu, żeby zasłonić się - tego rodzaju oficjalną, wyrażoną w formie jakiejś noty propozycją przed ewentualną krytyką opozycji w parlamencie. (s. 130) Dnia 26 września pierwsza rozmowa Aleksandra z Castlereaghem. Na propozycję unii Aleksandra „Castlereagh przeciwstawił się tym restytucyjnym, choć połowicznym, lecz w każdym razie rzeczywistym zamierzeniom. Jeśli sprawa polska ma być w ogóle poruszana, winno się ją wziąć pod rozwagę sposobem liberalnym i obszernym... Rząd angielski widziałby z wielkim zadowoleniem przywrócenie Polsce narodowej niepodległości... gdyby można tego dokonać za zgodą i za poparciem sąsiednich mocarstw”. Jeśli nie proponuję cesarzowi czegoś podobnego, tłumaczył się Castlereagh, to ze wstrętu, jaki ma ks. Regent do przedkładania swoim sprzymierzeńcom takich propozycji, które by uważali ze wezwanie do nierozsądnych ofiar... Aleksander przyznał, że i on sam nie mógłby takiej ofiary zrobić, ale zapewnił, że jego koncepcja unii personalnej nie zagrażałaby w niczym sąsiadom. Na to Castlereagh odpowiedział, że jeśli Polacy w Królestwie będą naprawdę zadowoleni, to tym bardziej niezadowoleni będą Polacy pod zaborem pruskim i austriackim i będą dążyć do przyłączenia

się do Królestwa. „Stwierdził z zupełną pewnością, że Polacy uważać będą wprawdzie odbudowanie przy Rosji jako urządzenie tymczasowe i przejściowe, więc gdyby ich patriotyzm obudzony został do wszystkich wysiłków... które by poprowadzić ich mogły do tego naturalnego i ostatecznego ich celu, dziesięć milionów Polaków trzymających z Rosją miałoby we wszystkich wojskowych celach podwójną wartość po stronie rosyjskiej, podczas gdy pięć milionów podległych Austrii i Prusom... objęłoby... niezadowolenie...” Taki stan rzeczy musiałby doprowadzić nieuchronnie do wojny. Castlereagh zaręczył, że cała Europa jest jednomyślnie przeciwna takiemu rozwiązaniu. Naród polski, otrzymawszy małe tylko jądro obdarzone formą państwową i wojskiem, musiał siłą rzeczy dążyć do zjednoczenia innych dzielnic, będących pod obcymi zaborami. W którą stronę pójdzie ekspansja polska? Castlereagh uważał za najzupełniej pewne, że pójdzie ona w stronę Prus lub Austrii. Rzeczywiście najmniejszy konflikt Rosji z jednym z tych państw dawał Polsce pewność niemal powiększenia się o dzielnicę tegoż państwa. Ręka w rękę ze sprzymierzeńcem rosyjskim, przy oparciu powstania lub choćby biernej przychylności nadgranicznych ziem polskich, jakaż siła byłaby powstrzymała Polaków Królestwa w zdobyciu Poznańskiego lub Galicji? Taki rozwój wypadków wydawał się zdrowemu rozsądkowi Anglika oczywistym. Nie potrzeba dodawać, że leżał on jak najbardziej na linii polskiej racji stanu, czyli polskiego interesu narodowegoAleksander nie miał nigdy w myśli przywrócenia całej Polski niepodległej i od berła swego niezawisłej. Ze zaś przywrócenie całej Polski pod berłem Rosji napotkałoby zawsze na opór innych mocarstw europejskich, polska więc kwestia już wówczas zredukowana była na to smutne dilemma: że albo by nam należało w ciągłej trzech mocarstw niewoli nadal pozostawać, albo dla interesu Rosji, całości naszej przeciw całej Europie, dobijać się orężem (s. 17). Zastanówmy się przez chwilę, co Hoffmann chciał tu powiedzieć. Albo zwycięży koncepcja mocarstw europejskich: podział Polski między trzech rozbiorców, według wzoru z 1795 roku, albo utworzenie Królestwa Romanowów z części Polski. Ale wówczas czekają nas wojny o zjednoczenie, prowadzone przeciw Austrii lub Prusom czy też przeciw obu tym państwom jednocześnie. Hoffmann dodaje, że ta druga ewentualność nastąpiłaby „dla interesu Rosji”. Należy sądzić, że miał tu rację o tyle, że istotnie można było pogodzić interes Rosji - zniszczenia państw germańskich - z taką wojną polską i, co za tym idzie, można było uzyskać od niej pomoc. Co jest niesłychane, to fakt, iż autor zestawia obie ewentualności jako równoznaczne i „smutne dilemma”. Zupełny rozbiór, brak państwa i wojska, wymazanie imienia Polski z języka dyplomatycznego (bo tak stanowił układ petersburski 1795 roku) i posiadanie małego, lecz silnego ośrodka własnego. Dlaczego i to drugie wyjście miałoby być smutne? Może dlatego, że walka o przyłączenie innych dzielnic nie była możliwą? Bynajmniej. Właśnie dlatego, że były widoki na taką walkę i że leżałaby ona... w interesie Rosji. Można się domyślać, znając szał bezinteresowności naszej literatury, że Hoffmann uważałby wojnę taką za nader korzystną, gdyby w interesie Rosji nie leżała. Z chwilą, gdy inne mocarstwo było w niej zainteresowane, gdy więc mogliśmy liczyć na sprzymierzeńca, już zaczynano biadania. Kto wie, czy nie byłoby lepszym wyjściem męczeństwo i nowy rozbiór zupełny. A teraz wracajmy do Wawrzkowicza.

Nazajutrz po rozmowie cara z Castlereaghem Nesselrode sonduje możliwość otrzymania większego udziału w ziemiach Polski, bez proklamowania Królestwa. Castlereagh odmawia. (s. 135) W przeddzień kongresu Metternich zgadza się na odstąpienie większego obszaru, byleby car odstąpił od tytułu królewskiego. (s. 136) 4 października nowy memoriał angielski, powołując się na traktaty kaliski, reichenbachski i toeplitzki, odrzuca plan unii polsko-rosyjskiej i dowodzi, że jeśli car chce rzeczywiście coś dla Polski uczynić, niech zgodzi się na państwo rzeczywiście niepodległe i zjednoczone. (s. 137) 13 października druga rozmowa cara z lordem Castlereaghem. Pada groźba wojny ze strony cara, gdyby mocarstwa nie zgodziły się na jego żądania. (s. 140) 20 października Castlereagh powołuje się na traktat petersburski mocarstw rozbiorowych z 25 stycznia 1797, w którym zagwarantowano, że nigdy Polska nie będzie wskrzeszona. 23 X. Kontrpropozycje angielskie: 1) Odbudowanie Polski w granicach 1772 roku, pod berłem monarchy neutralnego, albo 2) w granicach i z konstytucją 1791 roku, albo: 3) podział zupełny w myśl umowy reichenbachskiej. (s. 163) Wawrzykowicz ex re noty premiera angielskiego Liverpoola: „Porównując oba pisma (z notą Castlereagha z 23 X)... poza zgodnym na ogół opozycyjnym charakterem wobec propozycji Aleksandra, zasługują na szczególną uwagę obydwie kontrpropozycje odbudowania Polski jako państwa zupełnie niezawisłego. Niepodobna ich w żaden sposób brać zupełnie dosłownie na serio i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że były to po prostu argumenty ad invidiam, wysunięte w zamiarze pobicia Aleksandra jego własną bronią. Doskonale wiedziano o tym, że cesarz nigdy się na tego rodzaju propozycje nie zgodzi, chciano więc... skłonić go do najbardziej wygodnego dla gabinetów załatwienia sprawy, w drodze prostego podziału... (s. 171) Dnia 7 listopada: memoriał ministra pruskiego Hardenberga popiera stanowisko rosyjskie. (s. 181) Aleksander przesyła 21 listopada notę pisaną przez Capo d’Istria, gdzie upiera się przy swoim stanowisku. (s. 187) Castlereagh wycofuje się z mediacji, którą obejmuje Hardenberg. Z tą chwilą Austria jest za słaba, by sama stawiać czoło Aleksandrowi, i cała rzecz jest przesądzona w myśl jego żądań. Natomiast zaczynają się uparte targi o granice i szczegóły konstytucyjne. (s. 152) Obecność księcia Adama na kongresie była niezmiernie ważna, gdyż szło przecież o to, czy cesarz wytrwa w tej ogniowej próbie, kiedy cała sprawa polska najgwałtowniej zaatakowana została przez wszystkie większe gabinety europejskie, którym niezmordowanie sekundowali w tej robocie reprezentanci wrogiej opinii publicznej rosyjskiej, znajdujący się w orszaku cesarskim. Chyba dość, aby przekonać czytelnika, jak inaczej Wawrzkowicz patrzył na podział ról na kongresie. U Hoffmanna i jego licznych epigonów mamy cały koncert mocarstw europejskich, dążący rzekomo uparcie do odbudowania Polski, i samego cara, który niweczy cne zamiary Europy. W rzeczywistości był to koncert mocarstw, ale dążący do powtórzenia najgorszego dla Polski rozwiązania rozbiorczego z 1795 roku i pragnący cel ten osiągnąć za pomocą sprytnie wysuniętego, niemożliwego do spełnienia postulatu odbudowy Rzeczypospolitej w granicach 1772 roku. Decyzja wisiała na włosku nie, jak pisze Studnicki, między zupełną niepodległością a zupełnym rozbiorem, ale między zupełnym rozbiorem

a unią dynastyczną z Rosją. Wygrała ta ostatnia koncepcja, dzięki uporowi Aleksandra, dzięki decyzji tego jednego człowieka. Ile było w podtrzymaniu tej decyzji udziału Czartoryskiego, tyle zasługi jego dla narodu polskiegoNie było również tak, jak pisze Mochnacki, że mocarstwa szukały w Polsce przedmurza przeciw Rosji. Hoffmann pisze nawet - i tu specjalnie dotkliwie w jego terminologii przejawia się ironia naszej ignorancji i samouwielbienia - że gabinety uważały za chimerę myśl o porządku europejskim bez Polski. W rzeczywistości wyraz „chimera” był często w rozmowach kongresowych używany przez dyplomatów, ale właśnie jako określenie koncepcji stworzenia z Polski państwa-bariery. Nie obstawały też, jak tego chce Schmitt, mocarstwa wprzód przy odbudowie Polski zjednoczonej, a potem dopiero, z powodu oporu Rosji, zażądały podziału. Właśnie na to żądały Polski niepodległej, aby doprowadzić do podziału, i jeśli do podziału nie doszło, to wyłącznie z powodu stanowiska Rosji. Rzecz niebywała, że w gronie fałszerzy i tendencyjnych historyków jest tu i Bobrzyński - rzadki wypadek, że wraz ze swoim antagonistą Smoleńskim broni jednej i tej samej, złej tym razem, sprawy. Tu też należy Tarnowski, chociaż należał był do czołowych pogromców fałszów i frazesów w naszej literaturze („Nasze dzieje w ostatnich stu latach”). Honoru obiektywizmu i prawdomówności historiografii naszej broni tym razem dziwna kompania: Sobieski, Kukiel, najwierniejszy uczeń Askenazego, którego wszystkie niemal złe cechy kontynuował w swoich dziełach, i Limanowski, historyk i apologeta ruchów niepodległościowych. ...(Car) ostatecznie zdobył na Kongresie dla siebie największy kawał Polski - główną część Księstwa Warszawskiego. Tego zjednoczenia się Polski pod egidą Aleksandra zlękła się Anglia i na kongresie zwalczał bezwzględnie ten plan lord Castlereagh, dążąc do rozbicia Księstwa Warszawskiego, czyli do rozbioru (W. Sobieski, „Dzieje Polski”). A więc ultrapopularność tej książki jednak nie zabroniła w tym miejscu powiedzieć prawdy. Aby jednak ani jednej okazji nie stracić dla ogłupienia czytelników i wrażenia im w mózgi, że politykę robi się nawet w Anglii nie rozsądkiem, lecz uczuciami, zaraz potem dodał: Anglia, która jeszcze nie ochłonęła z zażartych bojów z Napoleonem, nie chciała darować Polsce polityki legionów - oddanych jemu bezwzględnie. Tym dziwniejsze było, że zdanie Anglii w zupełności podzielała Francja, itd. Prawdzie dostała się wątła, rzadko błyskająca świeczka. Fałsz musiał być natychmiast przebłagany potężną pochodnią. Równie ciężko przychodzi się pogodzić z prawdą Askenazemu. Europa, z którą obecnie szedł ramię w ramię Aleksander przez pobojowisko lipskie do zdobytego Paryża, a z którą zarazem miał targować się o Polskę na kongresie wiedeńskim, to była Europa stara, zaprzepaszczona, zmartwychwstająca na gruzach rewolucyjnej i napoleońskiej. Nie zapomniała ona niczego, nie nauczyła się niczego, żyła starym trupim duchem zaprzeszłowiecznym, toteż w sprawie polskiej dopominała się wręcz powrotu do uświęconej zasady podziałowej i sprzeciwiała się stanowczo tamtej, odnowicielskiej koncepcji

(Aleksandra). Sprzeciwiała się przez ślepotę, obawę, chciwość, nienawiść... („Założenie Królestwa Polskiego”). Czytelnicy, którzy przebrnęli przez rozdziały poświęcone wyłącznie Askenazemu, wiedzą już, co myśleć o Askenazym jako historyku i o jego kwiecistym stylu. Tu zaznaczamy tylko zdumiewającą próbę szukania wyjaśnienia przez szczere uczucia tego, co było tylko po prostu dobrze zrozumianym interesem politycznym. Zaznaczamy jednak zarazem, że Askenazy wydał w serii swoich monografii nowożytnych Wawrzkowicza, i to jest jego wielką zasługą. Kukiel (w zbiorowym dziele pt. „Polska, jej dzieje i kultura”) pisze: ...Żądania te (Aleksandra) spotkały się z opozycją nie tylko Austrii, która... szczególnie gwałtownie sprzeciwiała się oddaniu Saksonii Prusom. Z memorandum bardzo podstępnym przeciw koncepcji polsko-rosyjskiej wystąpił Castlereagh w imieniu Anglii. Potężnie poparł ich zaś... Talleyrand, Najuczciwiej postawił sprawę Limanowski: Aleksander, popierany przez ks. Czartoryskiego, upierał się na kongresie wiedeńskim 1815 roku wbrew nawet przedstawieniom dyplomatów rosyjskich przy tym, ażeby Księstwo Warszawskie w całości, jako osobne Królestwo Polskie z własną konstytucją, zostało połączone z Rosją pod jednym monarchą. Byłby to rezultat dla Polaków najlepszy, jaki mógł nastąpić na takim monarchiczno-reakcyjnym kongresie jak wiedeński. Jeżeli Metternich i pozyskani przezeń dyplomaci mówili o odbudowaniu całej Polski, to chcieli tylko zmusić przez to Aleksandra do podziału Księstwa. To samo jeszcze wyraźniej w „Historii demokracji w Polsce”. Na zakończenie rozważmy jedno ciekawe zagadnienie. Jak tak fałszywa teza mogła być lansowana przez Hoffmanna i Mochnackiego bez dementi, a może nawet z cichym czy wyraźnym przyzwoleniem Czartoryskiego? Wszak Czartoryski musiał, jak to stwierdził Handelsman na zjeździe historyków, udzielić Hoffmannowi dokumentów dyplomatycznych, które autor „Rzutu oka” umieścił w swojej broszurze. Teoretycznie są możliwe dwie tylko ewentualności: albo Czartoryski nie wiedział o faktycznym położeniu na kongresie i dał się wziąć na lep podstępnych deklaracji mocarstw, albo też zdawał sobie doskonale sprawę z sytuacji, lecz dopuścił świadomie do fałszerstwa, aby podniecić nienawiść do Rosji. Wszystko przemawia za drugą ewentualnością, choć przeciwnicy jej mogliby cytować fakt niewątpliwy, że książę Adam był wyjątkowo łatwowiernym jak na dyplomatę. Oprócz częstych rozmów i ścisłej współpracy z carem i z innymi delegatami na kongres, mamy tu jako dowód niechybny stłumienie akcji niepodległościowej Buyny. Fragment to niezwykle ciekawy naszych dziejów. Szkoda, że wszyscy niemal historycy nasi milczą o nim. Nawet „Słownik Biograficzny” nie dał życiorysu Buyny. Wszystko, co o tym wiemy, to przypisek na s. 28 „Polski odradzającej się” Lelewela. Cytujemy go poniżej w całości: Z podniety Czartoryskiego nagle zwołano rady departamentowe, aby chciały wygotować adresa submisji Aleksandrowi Zastępca prefekta dep. siedleckiego, Ludwik Buyno, w skok zebrawszy radę przedłożył jej wezwanie i propozycję odpowiedzi, w której rada oświadcza, że

naród obowiązany od króla księcia, od niego nie uwolniony, nie mając nic przeciw niemu, wyrzekać się go nie może, zostaje wierny. Tę odpowiedź przyjęto, rozesłano do wszystkich departamentów tak na czas, że wszystkie w tymże sensie odpowiedziały. Przywołany Ludwik Buyno do Warszawy stawił się (tu opis przyjęcia przez szefa rządu tymczasowego Łanskoja, który go wprowadził do Czartoryskiego. Szedł tedy do niego). Książę wpadł w niezwykłą furię: ze słowem, mówił mi Buyno, docisnąć się nie mogłem, zdumiony usunąłem się, unikając na zawsze spotkania z nim. Konfederować się było okazaniem niepodległości i samowładności narodowej: zmienianie przez doprosy pana stawało się wówczas przeniewierstwem. Ciekawy, jakże pouczający moment naszych dziejów. Car sam jeden niemal, mając przeciw sobie nie tylko wielkie mocarstwa zachodnie, ale i Rosję, walczy w Wiedniu o byt państwa polskiego. Potrzeba mu oparcia. Posyła księcia Adama po głos narodu polskiego. Jeżeli walka się nie uda - to powrót do najgorszej konstelacji porozbiorowej, do skrajnych prześladowań. Jeżeli wygra, ośrodek Polski ocalony, widoki skupienia innych dzielnic niemal pewne. Chyba nigdy gra tak wielka, a zarazem tak niebezpieczna w dziejach naszych porozbiorowych nie szła i potem już nie pójdzie. Czartoryski zwołuje rady departamentowe, wierne odbicie opinii narodowej, i oto powstaje pan Buyno, by zaprotestować i żądać powrotu króla saskiego. Można sobie wyobrazić furię Czartoryskiego. I to ludzkie uczucie zbliża go do piedestału, na którym go potomność i współczesność niezasłużenie postawiła. Ale żeby na widok Buyny wpaść w furię, trzeba było wierzyć Aleksandrowi, nie dać się wziąć na plewy deklaracji zachodnich. A więc książę Adam wiedział... Natomiast opis tej sceny u Lelewela, który potępia Czartoryskiego i chwali Buynę, jest jednym jeszcze dowodem tragicznej pedagogii, stosowanej przez naszych dziejopisów. Rezultatem jej było wykoślawienie na długie lata charakteru, zabicie w narodzie elementu rozumu przez kult urojeń i fikcji.

Margrabia Wielopolski
Ciosy, jakie nam zadali Rosjanie na skutek powstania listopadowego, były wielokrotnie podawane i opisywane przez historyków i innych pisarzy - zawsze jednak na uzasadnienie tezy „jacy oni niedobrzy”, nigdy prawie - jacy my byliśmy głupi. Oto wykaz niektórych klęsk polistopadowych, pióra zdecydowanego zwolennika powstań i wroga ugody, Bolesława Limanowskiego: Ministerium oświecenia zwinięto. I po cóż ono miało istnieć, kiedy zadaniem rządu było obniżyć poziom oświaty i przeszkadzać szerzeniu się onej? Uniwersytet Warszawski zamknięto. Liczbę gimnazjów (szkół średnich) zniżono z 11 na 9, a z tych 7 zamieniono w niższe gimnazja. Opłatę szkolną podwyższono w trójnasób. Cenzura wyjałowiła myśl polską... ...Biblioteka publiczna przy Uniwersytecie Warszawskim, mająca przeszło 200 000 dzieł, szczególnie bogata w dziale rzeczy słowiańskich, została zrabowana. Pozwolono zostawić tylko dzieła teologiczne, medyczne i astronomiczne. Towarzystwo Przyjaciół Nauk rozwiązano, a zbiory wywieziono... (t. I, s. 299).

Ukazem z dnia 9 listopada 1831 ograniczono działanie statutu litewskiego. Język rosyjski stawał się językiem urzędowym (na wschód od Bugu). Dawna obieralność urzędów zmieniła się w czynownictwo mianowane przez rząd (s. 294). Uniwersytet Wileński, który przyczynił się wiele do podniesienia oświaty i rozszerzenia humanitarnych poglądów nie tylko na Litwie i Rusi, ale w pewnej mierze w samej Rosji, zamknięto. 28 maja 1832 roku z pięciu jego wydziałów pozostawiono dwa: teologiczny i medyczny. Z biblioteki pozabierano oprócz dzieł teologicznych i medycznych wszystkie inne... Zamknięto także Liceum Krzemienieckie, a bibliotekę i zbiory przeniesiono do Uniwersytetu Kijowskiego... któremu nadano charakter całkowicie rosyjski. Szkoły pod rozmaitymi pozorami pozamykano i z liczby 394 zostało tylko 92. Dzieci nieszlacheckich wcale nie przyjmowano do szkół. Cenzura tłumiła wszelką myśl swobodniejszą. Z ośmiu pism periodycznych, które wychodziły w Wilnie, postał tylko „Kurier Wileński”... (s. 295). ...Usiłowano (w Królestwie) z jednej strony wstrzymać rozwój przemysłu fabrycznego przez nakładanie wysokiego cła na wysyłane do Rosji wytwory fabryczne, a z drugiej strony... zapewniono ukazem z 11 marca 1832 znaczne przywileje tym przemysłowcom, którzy przeniosą się do Rosji (s. 300). ...Statut Organiczny odbierał bardzo wiele. Nie tylko ograniczał wolność polityczną, ale znosił w sądownictwie gwarancje bezpieczeństwa osobistego. Sędziowie utracili niezależność. Zaprowadzono wysyłanie na Sybir i konfiskatę majątków. Wywracał równość społeczną, ustanawiając różnice stanowe. W 30 lat po klęsce listopadowej margrabia Aleksander Wielopolski przedsięwziął odbudować to, co powstanie nam zabrało. Na przełomie lat 1861/62 przedłożył carowi Aleksandrowi II memoriał, uzasadniający przywrócenie Królestwu oświaty i autonomii i tą drogą pozyskanie Polaków. Dalszym celem Wielopolskiego było odebranie przez Rosję zaborów pruskiego i austriackiego i odbudowa państwowości polskiej pod berłem cara. Wielopolski miał przeciw sobie wielu nadzwyczaj wpływowych ministrów i urzędników rosyjskich i nie mniej niestety wpływowych działaczy polskich, na emigracji i w kraju. Mimo to dzięki swej potężnej indywidualności, a także logice swych propozycji, pozyskał dla nich cara. Otrzymał szerokie pełnomocnictwa i zaczął z błyskawiczną szybkością realizować liberalizację polityki rządowej w Królestwie, polonizację administracji, samorządy, a przede wszystkim oświatę. Historycy nasi nieraz negują dzieła, które powstanie styczniowe 1863 roku przekreśliło, tak jak dzieło Czartoryskiego, Staszica, Lubeckiego i ich przyjaciół przekreśliło listopadowe. Trzeba więc przypomnieć parę liczb i faktów. W zakresie szkolnictwa wyższego Wielopolski stworzył Uniwersytet w Warszawie, któremu brak było tylko nazwy: zamiast Uniwersytetem zwał się Szkołą Główną. Miał cztery wydziały: lekarski, matematyczno-fizyczny, prawno-administracyjny i filologiczno-historyczny. Dalej utworzył w Puławach Instytut Politechniczny i parę innych szkół wyższych. W zakresie szkół średnich podniósł liczbę gimnazjów z 7 do 13 i założył 5 szkół pedagogicznych. W zakresie szkolnictwa powszechnego podniósł liczbę szkół z 1114 do 3000. Kto miał możność widzieć, jak trudno założyć szkołę teraz, po kilkudziesięciu latach intensywnego kształcenia kadr

i kumulacji dochodu narodowego przez aparat państwowy, pojmie, jakim dziełem było utworzenie i finansowanie tylu szkół wówczas w ciągu 2 lat. W dziedzinie samorządu Wielopolski utworzył szeroki system samorządu i decentralizacji oraz spolszczył administrację. W zakresie politycznym wprowadził równouprawnienie Żydów. W zakresie rolnym przeprowadził dekret o zniesieniu pańszczyzny i oczynszowaniu chłopów, przy czym jego ustawa była korzystniejsza dla włościan od projektu Towarzystwa Rolniczego. „Reformy Wielopolskiego - pisze Kieniewicz, który tuż obok atakuje go bezmyślnie - były poważnym krokiem naprzód w porównaniu z paskiewiczowskim systemem krępowania i wynaradawiania szkolnictwa”. Oczywiście, były nieskończenie już lepszym stanem od tego, jaki zapanował po powstaniu 1863 roku. Wydaje się, że analogie między programem Wielopolskiego a osiągnięciami stańczyków są tak frapujące, że przyjąć można, iż nie słabość Austrii i siła Rosji stały się powodem innych losów rozwojowych obu dzielnic, tylko w Królestwie powstanie rozwój przerwało, a w Galicji nie. Jak teraz wygląda „brudny układ”, który Wielopolski zawarł dla utrzymania systemu wynaradawiania.

O intencjach Wielopolskiego
Ale - odpowie może czytelnik - intencje Wielopolskiego szły tylko po linii ciasnych interesów klasowych. To wciąż m.in. powtarza Jerzy Łojek, historyk wyjątkowo zaciekły w gloryfikacji powstań i zohydzaniu w opinii publicznej polityki ugodowej. Odpowiadam, że intencje człowieka trudno zbadać inaczej, jak sądząc po jego czynach. Nawet człowiek sam swoje intencje nie zawsze zdolny do głębi rozplątać - co dopiero cudze. Intencje ugodowców są do zbadania najtrudniejsze. Myśl o niepodległości, jeżeli istniała - nie mogła być odsłonięta nawet w najpoufniejszych rozmowach czy pismach. Pod deklaracjami lojalności domyślać się więc można marzeń niepodległościowych nawet tam, gdzie nie są wypowiedziane. To samo dotyczy wszelkiego postępu socjalnego w epoce reakcji. Występując wobec dworu carskiego i rządu petersburskiego, Wielopolski mógł wyrażać tendencje reakcyjne, nawet gdy sam wyznawał dążenia postępowe. Nieraz było to nieodzowne. Natomiast nikt nie może mu zarzucać reakcyjności, gdy wyraża dążenia postępowe. Osłabiały one bowiem jego sytuację i musiały być bardzo ostrożnie miarkowane, aby nie dać broni w ręce jego licznych i potężnych przeciwników. Kto sam musiał dobierać słów, gdy bronił liberalizmu, zdaje sobie sprawę z tego. Otóż w memoriale złożonym na przełomie 1861 i 62 roku w Petersburgu dla cara i rządu Wielopolski nie wahał się pisać dosłownie: „Te dwie warstwy (Żydzi i chłopi), dotąd w poniżeniu zostające, przeznaczone są na to, aby społeczeństwo odrodzić, ograniczając i równoważąc przewagę żywiołu szlacheckiego...” Wydaje się, że argument ogólnikowy, jakoby magnaci postępowali zawsze tak, jak im dyktuje osobisty interes, jest wynikiem tego, co marksiści nazywają naiwnym materializmem, a co polega na niebywałym uproszczeniu zasady materializmu dziejowego: prymatu bazy przed nadbudową. Toteż miesięcznik „Nowe Drogi” w numerze 2 z 1958 roku znacznie oględniej traktuje sprawę motywów

poszczególnych przedstawicieli polityki ugodowej. Nawiasem mówiąc artykuł „Nowych Dróg” potępiał z całą bezwzględnością politykę ugody i wzywał do kultu niepodległościowców. Zgoda na to ostatnie - odpowiadamy. Byle nie czcić jednocześnie jaskrawych wad w obliczaniu sił i przygotowaniu walki. Teoria motywów ludzkich działań jest dziwnie słabo opracowana zarówno w filozofii marksistowskiej, jak i w innych. Wydaje się, że pęd do bogacenia się nie jest w każdej epoce i u każdego człowieka równie silnym motorem działania. Co do mnie, do 40 roku życia spotykałem wkoło siebie znacznie więcej ludzi trwoniących świadomie i stale majątki niż powiększających je. Wydaje mi się, że czyny ludzkie są dyktowane szeregiem głęboko wrodzonych, podświadomych skłonności, o zmiennym natężeniu zależnie od wieku i warunków. To, co się na zewnątrz przejawia, zdaje się być wypadkową tych sprzecznych nieraz sił psychofizycznych. Bardzo poważną rolę gra między nimi skłonność, którą nazwałem zgodnie z pewnym znaczeniem potocznym „ambicją”, dla której nader często inny głęboki motor - pęd do bogacenia się - bywa poświęcany. Również skłonność do uzyskania wolności i bezpieczeństwa narodowego bywa czasem determinantą przemożną, wobec której bledną inne, nawet instynkt samozachowawczy, co dopiero interes materialny. Nie jest to zresztą nic bardzo nowego i każdy obserwując siebie czy innych znajdzie potwierdzenie tych sformułowań. Sądzę dalej, że rozumowanie gra rolę narzędzia w realizacji skłonności tam, gdzie podświadomy odruch już nie wystarczy. Mniejsza o to. Ważne jest to, że nie można w działaniach polityków dopatrywać się zawsze chęci bezpośredniego czy pośredniego wzbogacenia się, bo nieraz wyznawany kierunek polityki prowadzić musi i bezpośrednio, i pośrednio do zubożenia danej osoby i jej klasy. Jeżeli idzie o politykę szlachty polskiej w XIX wieku, bardzo trudno przyjąć, jakoby powodowała się ona wyłącznie interesem materialnym, z tego prostego powodu, że przedstawiciele jej zasilali wszystkie kierunki. Za udział w powstaniu skonfiskowano w zaborze rosyjskim przeszło 3000 majątków. Przypominam, że reforma rolna 1944 roku objęła w całej Polsce 9327 obiektów. Przy Lubeckim nie widzimy dosłownie ani jednego magnata. W 1863 roku szlachta podzieliła się na dwa odłamy. Część poparła powstanie, część zachowała się biernie. Przy Wielopolskim i przy rozsądku, przeciw porywom, stanowczo i bezwzględnie nie opowiedział się żaden ród magnacki, żadna grupa ziemiaństwa. Stąd wniosek, że albo szlachta nie rozumiała swego interesu, albo Wielopolski działał wbrew interesowi klasy. Moim zdaniem, zaistniało jedno i drugie.

Polityka polska a odrodzenie 1918 roku
Poza centralną kwestią konsekwencji polityki racjonalnej i powstańczej pozostają pochodne tezy wyrażone w dyskusji nad powstaniami, powtarzane z tak wielką miarą i pewnością siebie, brzemienne w tak doniosłe konsekwencje na przyszłość, że zatrzymać nad nimi należy uwagę czytelników, i to z całym największym naciskiem. Weźmy, tytułem przykładu, przekonanie wyrażone w „Kierunkach” przez p. Gawrońskiego, jakoby powstania polskie przyczyniły się decydująco do odzyskania niepodległości w 1918 roku („Kierunki”, nr 86):

Chyba nikt nie zaprzeczy, że niepodległa Polska powstała w roku 1918 nie w wyniku rozumowanej polityki ugody, ale całkiem wyraźnie wbrew tej polityce i jako skutek tego niepoczytalnego romantyzmu, który prowadzi od Racławic i rzezi Pragi, poprzez oba powstania, do szubienic Murawiewa i katorgi sybirskiej. Wyrok historii jest tu całkiem niedwuznaczny i powinien przeciąć dalsze na ten temat dyskusje. Na przestrzeni ostatnich lat 150 historia przyznała palmę zwycięstwa nie wyznawcom polityki realnej, ale - jasno i niedwuznacznie - wyznawcom niepoczytalnej walki o honor i niepodległość narodu. Teza ta powtórzona została przez paru dyskutantów, wszędzie jako kanon nie ulegający najmniejszej wątpliwości. A przecież teza ta nie jest oparta na niczym, absolutnie na niczym. Nikt nigdy nie dał najmniejszego dowodu na jakikolwiek związek między naszymi powstaniami 1830 i 1863 roku a odrodzeniem państwowości w 1918 r. Ponieważ idzie o tezę pozytywną - ciężar dowodzenia leży na tych, którzy ją głoszą. Mimo to, aby nie pominąć tak ważnego momentu naszej polityki porozbiorowej, zajmiemy się krótko analizą przyczyn odrodzenia 1918 r. i wpływu, jaki mogły mieć nań powstania. Wydaje się, że aby powstał pewien organizm państwowy, przedtem podzielony między inne, potrzebne są elementy z dwu oddzielnych dziedzin: po pierwsze zgoda dawnych zaborców, po drugie wola ludności. Rzecz prosta „wola” jest określeniem za słabym. Nie wystarczy wola, potrzebna ofiarność: chęć walki, ofiar, zdolność do posłuchu wobec rodaków, co czasem trudniejsze, jak wobec zaborców. Kolejno zbadajmy wpływ polskiej polityki w okresie rozbiorczym na obie te dziedziny. 1. Jeżeli idzie o zgodę byłych zaborców, to przyszła ona w rezultacie I wojny światowej. Austria przestała istnieć, Niemcy były zdruzgotane. W Związku Radzieckim proklamacja niepodległości Polski była wprawdzie konsekwencją nie wojny, lecz rewolucji, ale rewolucja nie byłaby tak pewnie zwyciężyła, gdyby wojna nie była odsłoniła słabości socjalnej imperium carskiego. Czy polityka polska umożliwiała, czy utrudniała wybuch I wojny światowej? Wydaje się, że sojusz trzech mocarstw: Romanowów, Habsburgów i Hohenzollernów mógł w ogóle utrzymać się sto lat tylko dzięki obawie przed odrodzeniem Polski. Tłumienie irredenty polskiej zostało wprost sformułowane jako cel przymierza z 26 stycznia 1797 roku. Później, wskutek powstania 1863 roku, Bismarckowi udało się skleić ów sojusz, mocno już nadwątlony, na powrót. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, powstania polskie nie były dla Rosji carskiej bagatelą. Mogły być nawet bardzo niebezpieczne, gdyby Niemcy i Austria udzieliły im poparcia. Ale co z tego? Raz odbudowana Polska w granicach Królestwa Kongresowego stanowiłaby z kolei stałą groźbę oderwania Galicji, Poznańskiego, a może i Prus od mocarstw germańskich. Stąd oczywisty ich interes w popieraniu Rosji carskiej, gdy tłumiła polską irredentę. Stąd też postulat nadrzędny dla polityki carskiej zabiegania o przyjaźń Niemiec i Austrii. Ten punkt jest tak ważny dla oceny realizmu obu kierunków polskiej polityki XIX wieku, że nie waham się poświęcić mu więcej uwagi. Spójrzmy nań oczyma profesora Józefa Feldmana, jednego z najwybitniejszych i najbardziej zdecydowanych przeciwników dziejopisarstwa Bobrzyńskiego, a zwolenników powstań.

Bismarck wobec sprawy polskiej
Z zagadnieniem (polskim) zmierzył się Bismarck bezpośrednio w czasie swego posłowania w Petersburgu, w latach 1859-1862. Społeczeństwo rosyjskie znajdowało się wówczas w okresie zapędów liberalno-reformatorskich. Absorbujące powszechnie umysły zagadnienie reformy wewnętrznej spychało na dalszy plan poczucie antagonizmu polsko-rosyjskiego. Z przerażeniem stwierdził ambasador pruski, że szlachta rosyjska z sympatią wita ustępstwa na rzecz Kongresówki... Odkrycie to wstrząsnęło Bismarckiem. Ustępliwość rządu i sympatie społeczeństwa rosyjskiego wobec Polaków były w jego oczach niepojętym zboczeniem godzącym w bezpieczeństwo obu państw współrozbiorczych. Jasnym jest jak na dłoni - cytuje Feldman - że Polska ograniczona nawet do czysto polskiego żywiołu będzie zawsze gotowym i żądnym zdobyczy sprzymierzeńcem każdego wroga Rosji i Prus, sąsiadem nie do zniesienia, który ambicją swą sięgać będzie w kierunku odzyskania piastowskich granic polskich. Zapomina się, że chodzi tu w najściślejszym słowa znaczeniu o to, czy mamy być młotem, czy kowadłem? Z całą namiętnością zwalcza Bismarck ustępstwa, zachęca do represji „...Wybuchło powstanie styczniowe. Bismarck spieszy natychmiast w imię wspólnych interesów i wspólnego niebezpieczeństwa ofiarować, a raczej narzucić Rosji pomoc... Tak stanęła 8 lutego 1863 roku słynna konwencja Alvenslebena, normująca współdziałanie wojskowe obu państw w tłumieniu powstania... Rachuby te (wojskowe) zawiodły, natomiast w każdym innym względzie osiągnął Bismarck zamierzone cele. Konwencja Alvenslebena okazała się «najpłodniejszym czynem całej jego działalności»„ (Matter, „Bismarck et son temps”). Z pobojowisk powstania styczniowego wiedzie prosty szlak pod Sadową i Sedan. I oto, jak gdyby dla zadokumentowania tego związku, nazajutrz po stworzeniu nowego cesarstwa (1871 r.) spieszy Bismarck rozproszyć ewentualne obawy Rosji uderzając znów w najczulszą strunę polską. „Twierdzenie, jakoby ze wzrostu naszego ojczystego państwa powstać musiała nieodzownie rozbieżność, a nawet diametralne przeciwieństwo interesów politycznych Rosji i Prus, jest bezpodstawną insynuacją francuską. Interesy te, wbrew insynuacji, uważać należy jako ściśle związane po wsze czasy, a to na mocy konstelacji, która w pełni zachowała swoją wartość i zachowa ją też w najdalszej przyszłości. Jest nią silne i niezachwiane stanowisko, które zarówno Prusy, jak i Rosja zająć muszą ze względu na swe najważniejsze interesy żywotne, przeciw wszelkim planom, zakusom i intrygom zmierzającym ku wskrzeszeniu dawnego państwa polskiego... Lepszej podstawy dla dobrych stosunków między dwoma sąsiadującymi państwami niepodobna wymyślić...” Wyobraźmy sobie teraz inny, bardziej racjonalny kierunek polityki polskiej. Co się dzieje? Z chwilą, gdy zamiast grozy oderwania prowincji polskich powstaje u zaborcy nadzieja przyłączenia innych prowincji polskich, wówczas tak jak dawniej trwała licytacja w tępieniu polskości, teraz powstać może licytacja w staraniach o pozyskanie jej sobie. Otóż jest faktem historycznym, że taka polityka polska po roku 1870 powstała, że rozwinęła się bardzo silnie, że ogniska oporu wygasły i w razie konfliktu zbrojnego rywale mogli liczyć raczej na pomoc niż na powstanie polskie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ten stan rzeczy umożliwił wybuch 1914 roku i utrudnił wczesne zawarcie pokoju.

Rzecz prosta, sprawa polska nie była jedyną determinantą polityki zaborców. Istniało wiele innych elementów skłaniających je do zgody lub wojny. Dla każdego jednak z trzech mocarstw nie mogło być ani na chwilę obojętne pytanie: w razie wojny między nami co uczynią Polacy? Dla żadnego nie było drugorzędnym zagadnieniem postępowanie dwu innych sąsiadów - zaborców. Kolejne dzieje sojuszów i zatargów tych trzech państw w okresie 1815-1914 świadczą o tym dowodnie. Powyżej przedstawiony schemat polityki polskiej, widziany przez okulary carskiej Rosji względnie Prus i Austrii, wydaje się rażący nawet dla tych, którzy widzą korzystne strony politycznego racjonalizmu. Wycieniujmy ten pogrubiony rysunek, gdyż wnet przejdziemy do woli narodu odzyskania niepodległości. Teraz jeszcze parę słów o „klimacie” w Europie, który miał, rzekomo z powodu polityki powstańczej, umożliwić odbudowanie Polski. Teza, jakoby uznanie przez mocarstwa zachodnie spowodowane było pamięcią świata o naszych walkach powstańczych, mogłaby się utrzymać, gdyby nie to, że świat ten z równym zapałem przyjął i podtrzymał niezależność narodów, które nigdy ani w najmniejszej mierze nie mnożyły ofiar męczeńskich w XIX w. jak my. Na przykład: Finlandii i Czech. Możemy więc spokojnie przyjąć, że skoro te narody odzyskały niepodległość bez olbrzymich ofiar powstańczych, tym bardziej odzyskałby ją naród znacznie większy, np. Polska. Druga dziedzina, w jakiej powstać musiały elementy umożliwiające odzyskanie niepodległości, to wola narodu. Tu zahaczamy o problem nadzwyczaj poważny, nie tylko dla losów narodu polskiego. Jest to problem wynarodowienia. Zdaniem gloryfikatorów powstań, gdyby nie szaleńcza hekatomba co pokolenie - naród polski uległby wynarodowieniu. Zatrzymajmy się nieco nad tą tezą. Wynarodowienie jest zjawiskiem niezwykle ciekawym i Polacy mogliby o nim powiedzieć więcej niż jakikolwiek inny naród, gdyż więcej jak inni byli przedmiotem i podmiotem procesów asymilacyjnych. Już w XVI wieku Polska asymilowała szlachtę litewską, a potem w dużej mierze ruską. Zaraz po rozbiorach zaczął się dziwny na pozór fenomen: Niemcy osiadający w Galicji nie tylko stawali się Polakami, ale i wykazywali skrajny polski patriotyzm. Zbliżone zjawiska można było obserwować na ziemiach położonych na wschód od Bugu. W późniejszych latach staliśmy się znowu przedmiotem asymilacji. Na wschodzie posuwała się rusyfikacja, pod zaborem pruskim postępy poczyniła germanizacja. To samo, dawniej już, na Śląsku. Jakie są istotne motory tych zjawisk, co je przyspiesza, co opóźnia? Aby zacząć od założeń najprostszych, stwierdźmy od razu, że asymilacja jest zjawiskiem socjalnym i klasowym. Dorożkarz nie może asymilować arystokraty ani arystokrata dorożkarza. Asymilacja powstaje wówczas, gdy asymilowany wchodzi w klasę czy przynajmniej krąg towarzyski asymilującego. Na to, aby przyjął jego wierzenia, mowę i uczucia, musi porzucić swoje dawne. Aby to uczynił, nowy, asymilujący krąg socjalny musi być wyższym ekonomicznie i socjalnie kręgiem niż dawny. Wypróbujmy wartość tego sformułowania, konfrontując je z faktami z naszych dziejów. Dzieci urzędników niemieckich w Galicji asymilowały się do polskości, gdyż wychowywały się w kręgu dzieci polskiej szlachty, która i ekonomicznie, i kulturalnie, i socjalnie przewyższała owych Niemców. Proces ten był, rzecz prosta, nieświadomy, ale w swej istocie mógł polegać na ambicji dostania się i zajęcia dobrego miejsca w społeczeństwie asymilującym przez przyswojenie sobie i wyolbrzymienie cech tego społeczeństwa. Najzupełniej podobny mógł być proces asymilacji litewskiej szlachty pogańskiej

w XV i XVI wieku lub tez pewnych elementów rosyjskich po zaborach. Jeszcze w roku 1861 Władysław Mickiewicz wspomina w swoich pamiętnikach, że w Żytomierzu nie tylko w domach polskich, ale i rosyjskich - mówiono po polsku. Przyjmijmy teraz na chwilę, że sytuacja jest odwrotna. Szlachty i mieszczaństwa ani urzędników polskich nie ma, brak wszelkich możności życia kulturalnego polskiego. Nie ma polskiej literatury, polskich szkół. Jest tylko bezwzględna bieda ludu i jedyna droga do wydobycia się z niej - asymilacja do niemieckości. Nie potrzebujemy sobie stanu takiego wyobrażać. Istniał on realnie w niektórych dzielnicach polskich, np. na Śląsku. Tam każde przejście do klasy specjalnej wyższej, mieszczaństwa czy inteligencji, musiało być poprzedzone asymilacją. Toteż polskość traciła wówczas poważną ilość rdzennych Polaków asymilujących się wskutek bogacenia lub wykształcenia. Jak wynika z powyższego, przyjąć możemy, że brak własnego szkolnictwa, kultury literackiej i samorządu jest czynnikiem umożliwiającym w ogóle wynarodowienie. Dlaczego? Dlatego, że w braku szkolnictwa rodzimego każdy awans socjalny do klasy wykształconej, do inteligencji grozi wynarodowieniem. Z braku samorządu każda wartościowa ambicja pracy politycznej czy publicznej musi iść w parze z wynarodowieniem. Dlatego to dzieci naszych obecnych emigrantów skazane są nieodwołalnie na wynarodowienie. Dlatego też, gdyby udało się polskim zwolennikom polityki racjonalnej XIX wieku uzyskać szkoły, kulturę i samorząd, przekreślałoby to obawy o wynarodowienie. Dobrze - odpowie może czytelnik - ale gdyby tak było, to jak uzasadnić fakt, iż setki lat lud pozbawiony wyższych szkół, jak w Irlandii czy na Litwie, nie wynarodowił się, lecz pozostał przy języku ojców? To właśnie - odpowiadam - jest najlepszym poparciem powyższej formuły. Wynarodowienie grozi przy przejściu z jednego kręgu kulturalnego do drugiego. Jeżeli pozostaje ten sam, to ze szkołą niższą czy bez szkoły asymilacja nie grozi. Ale trudno, aby rozwój szkół nie szedł w parze z rozwojem liczebnym inteligencji. Dlatego okres rozpowszechnienia szkolnictwa był tak ważny w życiu narodów europejskich. On to dał odrodzenie narodowości takich, jak Czesi, Irlandczycy i wiele innych. Dlatego tak ważny, arcyważny dla przyszłości narodowej był moment wyzwolenia z pańszczyzny ludu polskiego. Moment ten, opóźniony w Królestwie przez fatalne skutki powstania listopadowego, nadszedł w 1860 roku i zrównał się z momentem wzrostu ogólnego zrozumienia dla oświaty powszechnej. Przejdźmy teraz do zagadnienia, jakie stanowi istotną treść dyskusji: wynarodowienie a polityka zaborców, wynarodowienie a polityka polska: a) romantyczna, b) racjonalna.

Czy polityka eksterminacji była koniecznością?
Przede wszystkim czy eksterminacja, czyli wynarodowienie, było zawsze celem rządów zaborczych i czy beznadziejne powstania były nań jedynym wskazanym lekarstwem? Oto, jak tę kluczową swoją tezę formułuje typowy obrońca polityki powstańczej, Jerzy Łojek: ...cel... eksterminacji kultury i zupełnej asymilacji pozostawał i leżał zawsze u podstaw wszelkiej polityki każdego państwa zaborczego wobec kraju podbitego. Otóż polska

„polityka” ugodowa polegała na bezwarunkowym akceptowaniu istniejącego status quo w Królestwie i w Galicji... przy czynnym popieraniu założeń państwa zaborczego. Istotnym założeniem polityki ugodowej w Królestwie była zgoda na polityczne, kulturalne i biologiczne (?) zasymilowanie społeczeństwa polskiego. Podobny aksjomat przyjął Łojek za podstawę swych wywodów w artykule rozpoczynającym dyskusję (nr 83 „Kierunków” z 1968 r.): W połowie XIX wieku gabinet petersburski dochodzić z Polską do zgody nie zamierzał po prostu dlatego, że dla potężnego imperium carskiego współdziałanie Polski było absolutnie niepotrzebne; a uzyskanie tej współpracy najmniejszym choćby kosztem nie opłacało się wcale... carat potrzebował wiernych poddanych, a nie reprezentantów polskich interesów, i takich poddanych, z Wielopolskim na czele, miał... Na tak jasno sformułowane podstawowe aksjomaty trudno by znaleźć gdziekolwiek lepiej wyrażoną odpowiedź, jak w tejże replice, pióra tegoż samego Jerzego Łojka. Oto jakie, jego zdaniem, powinny być cele polityki zaborczej: Jeżeli władza zaborcza rezygnuje z represji i nie prowadzi polityki wynaradawiania, to osiąga niezawodną korzyść: brak konspiracji i powstań - gdyż, energia polityczna i ambicja niezależności społeczeństwa wyładowuje się w akcji legalnej. Carscy ministrowie... tego nie rozumieli... Jak widać, autor przyznaje, jak dalece błędna była myśl, jakoby korzyść zaborcy, a więc cel jego polityki, polegał zawsze na wynaradawianiu, jakoby ugoda nie mogła być dla zaborcy korzystna. Odpadają więc puste frazesy przeciw tezie, iż ugoda mogła być korzystna i dla Rosji carskiej, i dla narodu polskiego. Bo przecież jasne jest w świetle cytowanych zdań Jerzego Łojka, że drogą polityki racjonalnej naród polski mógł uniknąć wynaradawiania - a więc, że polityka taka mogła być dlań korzystna. Pozostaje drobne zastrzeżenie, które ratować ma autora przed podejrzeniem o sprzeczność. Oto interesu imperium carskiego rzekomo nie rozumieli ci głupi ministrowie rosyjscy. Zapewne. Nasi szanowni polemiści przewyższają, jak sądzę, rozumem i doświadczeniem niejednego polityka carskiego. Ale żeby wszystkich? Żeby przez sto lat ani jeden z ministrów, choć byli to ludzie obeznani z problemami politycznymi teoretycznie i praktycznie - żeby nie znalazł u Monteskiusza albo sam nie doszedł do tej prostej prawdy, odkrytej dziś i ujawnionej przez Jerzego Łojka? Trudno, bardzo trudno w to uwierzyć. Ale żarty na bok. Dowodem na to, że carscy ministrowie nie byli głupsi od nas, że rozumieli dobrze, jak szkodliwa dla nich jest polityka wynaradawiania, jest fakt, iż nie stosowali jej nigdy przed, ale zawsze po wybuchach powstańczych XIX wieku. Powtarzam, że w świetle dwu zdań wyżej zacytowanych wydaje się równie oczywiste, że polityka ugodowa mogła być korzystna i dla Polski, skoro uniemożliwiała rządom carskim politykę wynaradawiania. Ten drugi wniosek, choć niezbicie wypływający z przesłanek Jerzego Łojka, a także potwierdzony w zupełności przez cały ciąg dziejów polityki stańczyków w Galicji, jest jednak negowany, i to nie tylko przez Jerzego Łojka.

O pozytywnym znaczeniu ofiar
Przypuścić można, że waga, jaką dyskutanci przywiązują do wpływu ofiar i męczeństwa, ma dwa źródła. Pierwsze, to obawa, że brak kultu poległych w walce czy w obronie narodu i sprawiedliwości społecznej osłabi gotowość do ofiar w przyszłości. Drugie, to niewątpliwy fakt wpływu przykładów historycznych na świadomość następnych pokoleń. Zatrzymajmy się nad obu tymi punktami. 1. Jeżeli idzie o pierwszy, wychowawczy aspekt zagadnienia, to nie można mu odmówić głębokiej racji. Bez zdolności do najwyższej ofiary, do ofiary z życia swoich synów, żaden naród nie może utrzymać wolności, żadna rewolucja nie może osiągnąć zwycięstwa. Toteż nigdy nie zdarzyło mi się zabrać głos w sprawach wychowania narodowego, by nie domagać się głośno i wyraźnie, może głośniej i wyraźniej jak ktokolwiek współczesny - niczym nie kwestionowanego kultu dla naszych bohaterów. Przypomniałem o tym przed laty w „Tygodniku Powszechnym” w dwu artykułach na temat Monte Cassino. Potem wystąpiłem też przeciw tezie, jakoby celem nadrzędnym podczas wojny było ratowanie własnego życia. Wreszcie kiedyś miałem okazję wyrazić moje osobiste zdanie o filmie „Eroica”. A więc co nas różni? Różni nas to, że nie przyjmuję i nigdy nie przyjmę konieczności łączenia kultu dla bohaterów niepodległości i postępu z kultem dla decyzji politycznych nie przemyślanych, nie opartych na rzetelnym przygotowaniu informacyjnym i materialnym. 2. Jeżeli idzie o wpływ wzorów poświęcenia na świadomość narodową i rewolucyjną, trudno zaprzeczyć, iż wpływ taki istnieje. Wątpliwość tylko budzi pytanie, postawione przez Skałkowskiego,. czy cenę, jaką powstania kosztowały, mianowicie likwidacja samorządu, oświaty i kultury i zwiększone wynarodowienie, wyrównał wzrost świadomości płynący z wielkich wzorów męczenników sprawy? Jest faktem historycznym, że po powstaniach świadomość cofała się, a nie wzrastała. Jeżeli dodamy do tego likwidację oświaty i utratę wszelkich narzędzi propagandy narodowej, będziemy musieli uznać, że pojedyncze ofiary, bez całopalenia aktywu, samorządu i szkolnictwa, mogły dać nie tylko te same, ale i znacznie lepsze dla rozbudzenia ducha narodowego rezultaty. Polemiści odrzucają porównanie zaboru austriackiego i rosyjskiego pod pozorem, że Austria była słaba, a Rosja silna. Zarzut ten jednak może stosować się tylko do pytania, czy w interesie Rosji carskiej leżał samorząd i autonomia, a tym samym rozwój narodowy, czy nie? Punkt ten przy pomocy cytatu z artykułu p. Łojka już został rozwiązany. Natomiast siła zaborcy nie może wpływać na takie czy inne rozwiązanie problemu: czy oświata (jak w Galicji), czy powstania (jak w Królestwie) przyniosły większy rozwój świadomości i kultury narodowej? Pytanie to historia rozstrzygnęła na korzyść oświaty. Może byłoby inaczej, gdyby w ogóle upowszechnienia oświaty i propagandy nie brać pod uwagę. Gdyby tradycje ustne były jedynym sposobem utrzymania ducha narodowego. W XIX wieku już tak nie było.

O sile patriotyzmu

Czytelnicy zapytać mogą: jak też się to stało, że skoro w okresie 1870-1914 Polacy we wszystkich trzech zaborach stosowali politykę racjonalną, już w cztery względnie w dwadzieścia lat później byli tak przejęci polityką kompletnej niezależności - podczas gdy współzależność była istotnym kanonem polityki współczesnej. Odpowiadam, że w pytaniu tym mieszczą się dwa problemy, co prawda pokrewne, jeden, to jak polityczny pozytywizm początków XX wieku przerodził się w niezłomną wolę niepodległości? Drugi jak ta właśnie wola mogła się tak wyrodzić, by umożliwić nawet późniejszą katastrofę? Jeżeli idzie o zmianę nastrojów polskich, to wystarczy, że przypomnę, co mówiliśmy o różnicy między siłą uczuć patriotycznych a decyzją polityka. Pierwsze są istotnym, głęboko wrodzonym każdemu człowiekowi - byle miał pod nogami kawał gruntu ojczystego, a wkoło gromadę rodaków instynktem, jak miłość, głód, instynkt macierzyński. Drugie - decyzją pod wpływem zimnej kalkulacji dyktowaną przez aparat rozumowy kontrolujący drogi, jakimi zaspokajamy nasze głęboko wrodzone skłonności. Podkreślam - po pierwsze trudność, z jaką umysły nie wdrożone w reguły polityki przyjmują wędzidła kalkulacji na wrodzonych skłonnościach, po drugie łatwość, z jaką wędzidła te zrzucają, aby znowu dać upust nie kontrolowanej rozumowo oczywistej skłonności do przejaskrawiania patriotyzmu. Stąd konieczność głębokiego zastanowienia się nad łatwą kapitulacją przed „ustalonym obrazem przeszłości” lub też „jednomyślną wolą narodu”, które zdają się być nadrzędnym kryterium zwolenników powstań. Tu także odpowiedź na najpoważniejszy argument przeciwników polityki liczenia się z faktycznymi możliwościami: jakoby groziła ona zatratą patriotyzmu, wynarodowieniem, jeżeli nie kulturalnym, to politycznym. Skłonności tak mocno wrodzonych nie traci się ani szybko, ani łatwo. Stracić ich nie sposób, gdy bronią ich szkoły i piśmiennictwo. Piśmiennictwo, to znaczy praca i literatura.

Czy dyskutować realizm Wielopolskiego?
Zatrzymajmy się teraz chwilę nad tezami autorów, którzy włączyli się później do dyskusji i przynieśli pewne nowe myśli w sukurs cytowanemu już prof. Jerzemu Łojkowi. Ograniczymy się do dwu kapitalnych wypowiedzi: po pierwsze, jakoby zasadnicza linia Wielopolskiego była słuszna, ale taktyka zła, wskutek czego należy przyjąć, iż był on politykiem nierealnym i potępienia godnym; po drugie, jakoby opieranie polityki na uczuciach było jakimś nieodwracalnym fatalizmem dla narodu polskiego. Co na temat potępienia ze strony zwolenników zasadniczej taktyki Wielopolskiego powiedzieć należy? Wydaje mi się, że ich rozumowanie jest obiektywnie słuszne. W niektórych momentach, jak po zamachu na wielkiego księcia Konstantego, Wielopolski przy większej zręczności i elastyczności mógł skupić wkoło siebie część szlachty i bogatego mieszczaństwa, które przedtem i potem darzyły go bezbrzeżną nienawiścią. Waga tej prawdy obiektywnej jest duża, gdy na placu są już dwa obozy, gorącego uczucia i zimnej kalkulacji, i starać się już można i trzeba tylko o uniknięcie katastrofy. Natomiast waga tej samej prawdy blednie i zanika w tych rzadkich chwilach w naszych dziejach współczesnych, gdy fala uczuć nie wzbiera ponad groble rozumu, gdy katastrofa nie grozi i gdy czas jeszcze zawołać: Niech młodzież myśli jak chce - ale niech myśli. Dodaję: Nie tylko młodzież.

Przypuśćmy, że nieświadomi młodzieńcy dorwali się do steru i spowodowali rozbicie statku. Odpowiada, rzecz prosta, sternik. On kierował statkiem, jak Wielopolski kierował tym, co do powstania było resztką państwa polskiego. Ktoś może sądzić, że mógł ich jakoś ugłaskać, uzyskać od nich, by na skały okrętu nie kierowali. Ale też można było młodzieży wytłumaczyć wcześniej, żeby bez poważnej praktyki i namysłu za stery się nie brała. Skoro już gromada idzie - krytycy Wielopolskiego mają rację: trzeba zręczności i wymowy, aby ich odwieść od niebezpiecznego kierunku. Ale w tej chwili jeszcze okręt z dala od skał. Zamiast zastanawiać się, jak ugłaskać i młodzież, proponuję, aby zrobić mały kurs pilotażu i nawigacji. Nie uczyć romantyzmu. Szukam przykładu bardziej drastycznego, aby na nim wykazać przepaść, jaką dostrzegam między wagą dyskusji nad jedną czy drugą linią zasadniczą, strategiczną, a taką czy inną taktyką. Oto przykład, który mi przychodzi na myśl. Rzecz prosta analogia dotyczy tylko przepaści, jak rzekłem, między wagą obu zagadnień, t Przypuśćmy, że dzieci naprószyły ognia i pali się dom. Schody już w płomieniach, ojciec przystawia drabinę i pnie się do okna. „Zdrajca i zbrodniarz - ryczy żona - na drabinie połamiemy sobie przecież wszyscy nogi, a tak zjedziemy bezpiecznie po smudze dymu...” „Cichoj, babo - odpowiada chłop - bo cię oćwiczę” - i pnie się dalej. Baba z dziećmi drabinę zrzuciła, mąż nogi połamał, dzieci spłonęły. Parę lat później w sąsiedniej kamienicy dyskusja na temat: kto zawinił? Chłop - mówią sąsiedzi - bo gdyby zamiast rózgi obiecał czekoladkę, byłby rodzinę uratował. „Być może - odpowiada nauczyciel - ale póki wasze dzieci od rana do wieczora uczą się, że na smugach dymu można zjechać z piętra na ziemię - odmawiam dyskusji na temat: czekoladka czy szpicruta. Fumologia - oto wróg. A więc dzieci - do nauki!” Tym razem każdy czytelnik zrozumie, dlaczego nie zgadzam się na to, by w paru zdawkowych linijkach pomijać niebezpieczeństwo polityki uczuć, a w całych artykułach rozwodzić się nad brakiem zdolności Wielopolskiego do realnej polityki. On jeden krzyczał, że smuga dymu nie da ratunku, on jeden drabinę znalazł i przyłożył do okna. Mierzyć go można tylko i wyłącznie na tle Zamoyskiego czy romantycznych przywódców, którzy prostych i prawdziwych założeń jego albo nie rozumieli, albo zaślepieni niechęcią pomijali. Potępiać go w żadnym już wypadku nie powinni ludzie, którzy byli w wieku dojrzałym, gdy wybuchło powstanie warszawskie - i wybuchowi temu nie starali się przeszkodzić. Co, co się starali, wiedzą, że nie zawsze argument pomoże, gdy polityk odmawia kryteriów rozumowych.

Analiza polityki romantycznej
Fumologia - cóż to znaczy? Czy to nie frazes, ta smuga dymu, wyraz bez pokrycia, chwyt, jaki właśnie zarzucamy obrońcom polityki uczuć? Przecież nie sama zasada walki zbrojnej jest przez nas potępiana. Zasady tej broniliśmy wielokrotnie - ostatnio, gdy była mowa o partyzantce na Zamojszczyźnie podczas II wojny światowej. Więc czy naprawdę powstanie 63 roku było gruntowane na romantyzmie, a nie na mocnej kalkulacji? Trzeba nam dać odpowiedź na to pytanie. Wydaje się rzeczą pewną, że aby działanie wojenne było dobrze przygotowane, winno być poprzedzone m.in. możliwie dokładnym rozeznaniem elementów następujących: siły własne, siły wroga, siły sojusznicze.

Zaczynając od tych ostatnich powołujemy się na to, co mówiliśmy poprzednio o koniecznej pomocy Prus i Austrii dla Rosji carskiej, o niebezpieczeństwie, jakie każda Polska niepodległa, złożona z ziem zaboru rosyjskiego, a co dopiero Polska rewolucyjna, dla tych mocarstw reprezentowała. Rzecz prosta i Prusy, i Austria łudziły nieraz powstańców obietnicą neutralności czy pomocy, by wymusić na Rosji te czy inne ustępstwa dla siebie. Elementarne jednak zrozumienie podstawowych zasad już nie tylko polityki, ale wręcz żywotnych interesów mocarstw germańskich wskazywało na to, że nawet w razie powodzenia walki z Rosją mieć będziemy przeciw sobie potęgę Prus i Austrii. To już przesądzało, naszym zdaniem, każdą polską inicjatywę w Królestwie, nie opartą o porozumienie ze wschodnim mocarstwem. Z kolei ta sama konstelacja sprawiała, że dla Francji wszelki ruch polski, niweczący antagonizmy i klejący „sojusz trzech orłów”, w szczególności Rosji i Prus, był szkodliwy i Francja dążyć musiała do niwelacji sprawy polskiej, tak aby nie przeszkadzała już w konflikcie zaborców. Rozumiał to wszystko Kościuszko, gdy w roku 1800 wydał swe słynne dziełko, które na dziesiątki lat stało się biblią polskich romantyków. Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość? - Tak, odpowiadał Kościuszko, ale tylko wbrew wszystkim trzem mocarstwom rozbiorczym i tylko w oparciu o rewolucję ludową. I tu dochodzimy do drugiego, węzłowego punktu wszelkiej kalkulacji politycznej. Jakie były siły własne? Siły dzielić trzeba na moralne i materialne. Dlaczego najpierw moralne? Bo jeżeli siłą materialną broń i zaopatrzenie, to żołnierz musi najpierw chcieć broni tej użyć - i pójść na kule. Inaczej broń na nic. Kościuszko sądził, że walkę zbrojną z zaborcami może wygrać tylko powstanie całego ludu polskiego. 80 lat po roku 63, podczas okupacji niemieckiej, lud stanął zwarcie przeciw okupantowi. Ale było to po okresie paru dziesiątków lat intensywnego rozwoju oświaty, kultury, życia politycznego centralnego i samorządowego. Powstanie 63 roku przyszło po okresie absolutnie niedostatecznego uświadomienia narodowego, ciemnoty (80 procent analfabetów - na wsi pewnie więcej), odsunięcia od życia politycznego i od dwu lat zaledwie trwającej propagandy. Tak jak w roku 1846 w Galicji, tak w roku 1863 w Królestwie przywódcy powstania z niebywałym romantyzmem i brakiem realizmu oceniali stosunek ludu do powstania. Zresztą nie wszyscy. Niektórzy orientowali się w sytuacji - i ci głosowali przeciw wybuchowi. A więc mamy już dwa rozstrzygające elementy kalkulacyjne zlekceważone przez polityków: i stanowisko innych mocarstw, i siły moralne własne. Dodajmy do tego absolutnie niedostateczne przygotowanie broni i brak dostatecznej kadry oficerskiej i podoficerskiej, a będziemy mieli najważniejsze przyczyny, dla których uznać musimy przeciwników margrabiego w 1863 roku w Królestwie za nierealnych romantyków. Tu narzucają się dwa zastrzeżenia: czy zbrojne powstania nie mogą być niezbędne, nawet jeżeli siły ich będą nierówne, a po drugie: czy rzeczywiście kalkulacja w polityce jest elementem rozstrzygającym? A. Na pierwsze odpowiadam, że powstania mogą być potrzebne i korzystne, nawet beznadziejne. Wtedy, kiedy wróg czyni położenie tak dla nas groźne, że lepsza przegrana i hekatomba, jak cierpliwe znoszenie ciosów. Niezwykle jaskrawym przykładem takiej decyzji była partyzantka na Zamojszczyźnie podczas II wojny światowej. W zasadzie była wygrana. Ale nawet skazana na przegraną była koniecznym aktem politycznym narodu, który stał przed możliwą eksterminacją. Natomiast powstanie 1863 roku przyszło właśnie w chwili znacznego polepszenia możliwości rozwojowych, w niczym nie mogło ich poprawić, bo maksimum tego, na co pozwalała sytuacja

międzynarodowa, Wielopolski osiągał. Mogło nam tylko perspektywy rozwoju odebrać i rzeczywiście odebrało. B. Drugie zastrzeżenie jest nie mniej ważne. Czyżby kalkulacja była jedynym warunkiem powodzenia w polityce? Nie, rzecz prosta. Polityka jest sztuką, a nie nauką ścisłą, i nic nie potrafi zastąpić wrodzonej intuicji, wrodzonego geniuszu - za dużo jest bowiem przed każdym politykiem danych niewiadomych. Tak, ale konieczność interwencji intuicji nie może nam przekreślić nie mniej ważnej konieczności szukania danych ścisłych, tam gdzie nie ma niewiadomych, tylko są dane dobrze wiadome. I gdy one przesądzają o warunkach walki, jak w 1863 r. przesądzały, odpowiedzialny i realny polityk bez względu na intuicję wydać musi decyzję negatywną.

Czy będziemy zawsze romantykami?
Inna teza to fatalizm irracjonalizmu w narodzie polskim. Teza ta mogłaby być słuszna, gdybyśmy nie mieli bogatych materiałów na dowód intensywnej pracy prowadzonej z wielkim nakładem sił, zdolności i pieniędzy dla podtrzymania i rozwoju uczuciowości jako naczelnego kryterium inteligencji polskiej. Każde powstanie było poprzedzone usilnym ruchem propagandowym - żadne w tej mierze jak powstanie styczniowe 1863 roku. „Zwolennicy powstań przemawiali jak mistrze” - napisał Dmowski - i nie ulega wątpliwości, że tak było. Mieli za sobą geniusz Mickiewicza, który wołał „rozumni szałem”, i Słowackiego, który natrząsał się w doskonałym wierszu z obrzydliwych Poznańczyków, zastanawiających się, gdy mowa o poparciu powstania, skąd wziąć broń? Myśleć o porządnym uzbrojeniu - wielki poeta uważał za zdradę. Jeszcze podczas dwudziestolecia 1920-39 minister oświaty na Zjeździe Pedagogicznym wzywał expressis verbis nauczycielstwo, by rozwijało uczucia kosztem intelektu. Z tego nasienia wyrosła generacja historyków typu Kieniewicza. „Furia odwetu - mówił jeszcze w 1944 roku pułkownik «Monter» na naradzie wojennej, która zdecydowała wybuch powstania - zastąpi nam broń”. A więc lekkomyślność przywódców, nie fatalizm narodowy pchał nas do zguby. Prawdą jest, że skłonność do ofiar dla dobra narodu jest cechą nadzwyczaj cenną, bez której żaden naród nie może zachować wolności ani prowadzić jakiejkolwiek polityki. Zbyt często wypowiadałem i uzasadniałem tę zasadniczą prawdę, by do niej wracać. Prawdą jest również, że Polacy posiadają cechę tę nadzwyczaj głęboko zakorzenioną, choć historia świadczy o tym, że Rosjanie i Niemcy ponoszą ofiary z życia i mienia nie mniej często. Ponieważ irracjonalny patriotyzm jest uczuciem silniejszym i łatwiejszym do wzbudzenia jak rozumowanie, przeto rola propagandy powstańczej była łatwiejsza od propagandy polityki racjonalnej. Wszystko to prawda. Tym niemniej wydaje się, że w dużej mierze winę ponosi brak odwagi cywilnej naszych historyków i polityków, którzy zdają sobie doskonale sprawę z oczywistych nakazów rozsądku, ale wolą tego nie mówić, aby się nie narazić na epitety, jakich nawet poważny naukowiec, jak Korzon, nie oszczędza Stanisławowi Augustowi. Podczas wojny jedna z moich siostrzenic, studentka czy absolwentka historii na uniwersytecie, czytała rękopis „Dziejów głupoty”. Była zdumiona różnicą tez, jakie tam znalazła, a tym, czego ją uczono, a co Jerzy Łojek nazwał „ustalonym obrazem przeszłości”. Pobiegła do profesora Kolankowskiego zapytać,

kto miał rację w ocenie polityki porozbiorowej? „Rację mieli stańczycy - odpowiedział Kolankowski ale nie radzę pani nigdy tego mówić”. Skoro Quislingiem, agentem, autorem brudnych ugód był Wielopolski - jakież epitety groziły bezbronnej, choć bardzo ładnej studentce! Wydaje mi się, że podbudowę - pseudonaukową - rzekomego fatalizmu naszego romantyzmu zdemaskowałem rzeczowo gdzie indziej. Że nauka myślenia nic a nic nie zmniejszy patriotyzmu, o tym świadczą i dzieje Rzymu, i Anglii, a z narodów małych - Finlandii. Kult bohaterstwa nie tylko nie jest sprzeczny, ale nawet jest nieodłączny od kultu dyscypliny. Niestety, w tej chwili olbrzymia część prasy polskiej lekceważy i obniża w masach jedno i drugie.

Zakończenie
Resztę moich krytycznych rozmyślań chcę poświęcić wyłącznie dwu ostatnim sugestiom Jerzego Łojka z jego artykułu w „Kierunkach”. Jedna, to rzekoma obraza młodzieży polskiej przez nawoływanie do myślenia, druga, przejawiająca się poza tym nieraz, a tu pełniąca funkcję końcowego akordu repliki, to przestroga, by politycy polscy nie postępowali nigdy wbrew opinii i woli narodu. 1. Jeżeli idzie o rzekomą obrazę, to czytałem z ciekawością wywód szanownego Polemisty na ten temat, oczekując po wyrazach oburzenia jakiegoś uzasadnienia. Ze zdziwieniem znalazłem następującą konkluzję: że smutne to nawoływanie (do myślenia i nauki) ze strony starszego pokolenia, które zdaje sobie sprawę z tego, że przyszłość jest zawsze kształtowana przez młodzież, że to entuzjazm i wiara młodzieży nadaje sens i rozmach wszystkim ideom i programom. Wydaje mi się, że powyższe zdanie jest nową kapitulacją przeciwnika, gdyż stanowi najlepszy dowód na to, jak bardzo potrzebne jest nawoływanie do myślenia i kontroli intelektualnej. Wszak zdanie wyżej cytowane przy pobieżnej już analizie okazać się musi jaskrawym dowodem, jak łatwo pięknie brzmiącym frazesem ukryć parę błędów. Widzimy trzy takie, których można było uniknąć - myśląc. Przyszłość nie jest zawsze kształtowana przez młodzież - czasem jest kształtowana przez ludzi dojrzałych - pierwszy błąd. Przyszłość może być lepsza albo gorsza od teraźniejszości, więc nawet gdyby młodzież zawsze kształtowała przyszłość, to jeszcze nie byłby powód, by jej nie nawoływać do większej rozwagi i mniejszej uczuciowości w działaniach politycznych - drugi błąd. Wreszcie entuzjazm i wiara rzeczywiście nadać mogą rozmach programowi, ale bardzo rzadko nadać mu mogą sens - trzeci błąd. Częściej prowadzą do nonsensów. Sens programowi nie nadaje ani entuzjazm, ani wiara, tylko solidne studiowanie elementów niezbędnych do nakreślenia programu, analiza sił własnych oraz spodziewanych trudności. Gdy raz ta praca dokonana, wtedy wiara, entuzjazm i wytrwałość są rzeczywiście nieodzownym warunkiem sukcesu. Ale bez tamtej istotnej fazy kalkulacyjnej, im więcej entuzjazmu i zaciekłości, tym bardziej katastrofalne rezultaty. Dlatego młodzież, nie wyrzekając się sił właściwych swemu etapowi dojrzewania, winna je oddać na realizację programu wypracowanego przez ludzi, którzy nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie zapoznali się z dziedziną polityki, z mechanizmem powstawania decyzji, za które potem odpowiadają miliony ludzi przez dziesiątki lat. Lektura wierszy ani frazesów nie stanowi wystarczającego przygotowania. 2. Ostatnie słowa Jerzego Łojka poświęcone są nawoływaniu, żeby nigdy nie iść wbrew narodowi, nie ratować go wbrew jego własnej woli. Odpowiadamy, że naród polski, tak jak i każdy inny, nie jest

obdarzony darem nieomylnej oceny sił przeciwnika ani uzbrojenia własnego, ani też darem nieomylnego przewidywania przyszłości. Opinia społeczeństwa polskiego, wola tego społeczeństwa, tak jak i każdego innego, jest wynikiem pewnego działania - ściśle mówiąc, w warunkach nowoczesnej techniki, wynikiem nauki, propagandy, której dyspozycja leżała od półtora wieku w ręku przodujących umysłów i pisarzy. Wielu z nich, często nawet najlepsi autorzy, najwięksi historycy, a co dopiero dziennikarze, przesłaniali, choć w najlepszej wierze, bo sądząc, że tym oddadzą narodowi przysługę, fakty i cyfry. W szczególności - ukrywali złą wolę mocarstw zachodnich pseudosojuszniczych, ukrywali rozmiar klęsk, jakie nam przyniosły nieprzemyślane zrywy zbrojne, wyolbrzymiali siły własne, lekceważyli siły sąsiadów. Ludzie w podeszłym wieku pamiętać mogą potęgę propagandy przedwojennej, która kazała nam wierzyć, że Hitler ma czołgi z kartonu, że nasza armia jest najsilniejsza na świecie, czy też propagandę w latach 1943-44, kiedy to już polski rząd emigracyjny wiedział doskonale, jaki będzie podział wpływów w Europie, a mimo to podtrzymywał w masach polskich hasło walki na dwa fronty. Ludzie starsi pamiętają więcej zwrotów tego, co nasz polemista zwie wolą narodu, jednomyślną opinią narodu. Przestrzega on przed głoszeniem prawd innych niż te, które wyznaje opinia. Ja przestrzegam przed ślepym bałwochwalstwem dla opinii powszechnej.

Czytelnik Warszawa 1988 Okładkę i kartę tytułową projektował Władysław Brykczyński © Copyright by Aleksander Bocheński Warszawa 1947, 1983, 1988 ISBN 83-07-01605-3 „Czytelnik”, Warszawa 1988. Wydanie III. Nakład 40 000 egz. Ark. wyd. 19,4; ark. druk. 15,5 A1. Papier offset, kl. III, 65 g, 70X100. Skład wykonała Drukarnia im. Rewolucji Październikowej w Warszawie. Druk z gotowych diapozytywów i oprawa - Zakłady Graficzne w Toruniu Zam. wyd. 184; druk. 153. P-44. Printed in Poland