You are on page 1of 223

Cztery lata ostrego dyżuru Wspomnienia z Pawiaka 1940-1944

Anna Czuperska-Śliwicka

Spis treści
Część pierwsza ......................................................................................................................................... 4 Aresztowanie ....................................................................................................................................... 4 Pierwsze dni na Serbii.......................................................................................................................... 7 Szpital na Serbii ................................................................................................................................. 15 Kolumna sanitarna ............................................................................................................................ 19 Polska służba więzienna .................................................................................................................... 20 Gestapowska służba więzienna ......................................................................................................... 21 Konspiracja ........................................................................................................................................ 24 W celi ................................................................................................................................................. 38 Izolatki ............................................................................................................................................... 41 Funkcje .............................................................................................................................................. 45 Korytarzowe .................................................................................................................................. 45 Kąpielowe ...................................................................................................................................... 45 „Czarna” i „biała” pralnia............................................................................................................... 47 Reperowalnia................................................................................................................................. 48 Szwalnia ......................................................................................................................................... 49 Biblioteka ....................................................................................................................................... 49 Sklepik............................................................................................................................................ 50 „Poczty”, tłumaczki, podwórzowe................................................................................................. 52 Kartoflarnia .................................................................................................................................... 52 Porządkowe szpitala ...................................................................................................................... 54 Spacer, gimnastyka, „udziwienia” ..................................................................................................... 55 Papierosy ........................................................................................................................................... 57 Ostatnie przesłuchania w mojej sprawie .......................................................................................... 58

Matki i dzieci na Serbii ....................................................................................................................... 60 Jaś i Małgosia ..................................................................................................................................... 61 Mateczka ........................................................................................................................................... 63 Ciągły dyżur lekarski .......................................................................................................................... 68 Skazana na karc ................................................................................................................................. 91 Cela funkcyjna nr 52 .......................................................................................................................... 94 Likwidacja Getta ................................................................................................................................ 98 Bestialstwa Gestapo ........................................................................................................................ 102 Egzekucje i transporty ..................................................................................................................... 128 Ucieczki ............................................................................................................................................ 134 Cegła ................................................................................................................................................ 136 Jeńcy ................................................................................................................................................ 139 Internowani ..................................................................................................................................... 139 Dyskusje z Bürcklem ........................................................................................................................ 142 Przepiłowana krata .......................................................................................................................... 144 Przeżyłam własną śmierć................................................................................................................. 145 Cela nr 23-WBT ................................................................................................................................ 150 Noc z 19 na 20 lipca 1944 roku........................................................................................................ 152 Ostatnie dni na Serbii ...................................................................................................................... 156 Część druga .......................................................................................................................................... 165 Kolumna sanitarna .......................................................................................................................... 165 Polska służba więzienna .................................................................................................................. 167 W celi ............................................................................................................................................... 168 Izolatki ............................................................................................................................................. 177 Funkcje ............................................................................................................................................ 190 Korytarzowe ................................................................................................................................ 190 Kąpielowe .................................................................................................................................... 192 „Czarna” i „biała” pralnia............................................................................................................. 193 Reperowalnia............................................................................................................................... 197 Szwalnia ....................................................................................................................................... 198 Biblioteka ..................................................................................................................................... 199 Sklepik.......................................................................................................................................... 200 „Poczt y”, tłumaczki, podwórzowe .............................................................................................. 200 Porządkowe szpitala .................................................................................................................... 201

Matki i dzieci na Serbii ..................................................................................................................... 203 Ciągły dyżur lekarski ........................................................................................................................ 204 Bestialstwa Gestapo ........................................................................................................................ 212 Egzekucje i transporty ..................................................................................................................... 217 Ostatnie dni na Pawiaku .................................................................................................................. 220

Wspomnienia moje poświęcam byłym więźniarkom i więźniom Pawiaka, przede wszystkim zaś pamięci Tych, którzy zginęli.

Część pierwsza
Aresztowanie
Na dwa tygodnie przed aresztowaniem naszej grupy mąż mój, dr Henryk Czuperski, został powiadomiony przez łączniczkę, dr Annę Dydyńską, że powinniśmy się „likwidować”, gdyż na terenie włączonym do Rzeszy - w Toruniu, Grudziądzu i Bydgoszczy - aresztowano sporo osób, które były powiązane z nami. Wiadomość ta spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Natychmiast zameldowaliśmy o tym naszemu szefowi. Był nim major Józef Ratajczak, pseudonim Karolczak, człowiek niezwykle dobry, odważny i mądry; wielokrotnie przemierzał teren Rzeszy, organizując tam ważne punkty oporu i dywersji. Znał doskonale niemiecki, posługiwał się fałszywymi kennkartami i uchodził za reichsdeutscha. Był całkowicie pewny ludzi, których przerzucił do Rzeszy, większość z nich znał dobrze z okresu przedwojennego, z kampanii wrześniowej i obozu jenieckiego w Działdowie (niektórzy przychodzili do naszego punktu), toteż uspokoił nas, że nawet w wypadku aresztowania żaden na pewno nie sypnie. A jednak... Przed miesiącem zgłosił się do nas kurier zapowiedziany przez szefa, przebywającego wówczas w Rzeszy. Józef Olszewski (bo taki był jego pseudonim) podał umówione hasło, był świetnie zorientowany w kontaktach, z których znaliśmy ledwie kilka, i jego zachowanie w czasie trzydniowego pobytu u nas nie wzbudzało żadnych podejrzeń. Uderzył mnie jednak drobny fakt, nad którym później zastanawialiśmy się wspólnie z majorem Ratajczakiem. Otóż kiedy Olszewski wyjeżdżał od nas do Lublina (jak mówił), nie upomniał się o zwrot tajnych i ważnych tylko dla Lublina planów, które dał mi przedtem do schowania. Zabrał je, gdy mu o tym przypomniałam, ale wcale się nie speszył. Może chciał w ten sposób podrzucić nam kompromitujące papiery przed rewizją?

W nocy (z soboty na niedzielę) z 23 na 24 listopada 1940 roku obudził nas długi, alarmujący dzwonek, walenie i kopanie w drzwi. Mąż poszedł otworzyć, a ja - w przeczuciu najgorszego - zdążyłam jeszcze schować pewne kompromitujące dowody (fałszywe kennkarty, adresy i fotografie) w skrytce, z której zabrali je później członkowie naszej organizacji. Przez uchylone drzwi zobaczyłam w przedpokoju gromadę cywilów z rewolwerami w ręku i oficera Gestapo w monoklu. Wszyscy krzyczeli. - Du bist Boleslau!1 - wrzasnął oficer do mojego męża. - Nein, ich bin Heinrich2 - odpowiedział mąż. Wtedy otrzymał pierwszy policzek. Gestapowiec w mundurze wpadł do pokoju, w którym leżałam, i kazał mi się szybko ubierać. Ubierałam się bardzo wolno, aby móc obserwować, co się dzieje w przedpokoju. Ponaglał mnie ostro, nie chciał się odwrócić na moją prośbę. Któryś z cywilów ciągnąc za włosy naszą gosposię, która ani słowa nie rozumiała po niemiecku, łamaną polszczyzną nakazywał jej zbierać się do wyjścia. Kiedy mijałam przedpokój idąc do sąsiedniego pokoju, zatrzymał mnie jeden z cywilów. Ku mojemu przerażeniu poznałam w nim Olszewskiego, który wtedy głośno powiedział, że powinniśmy się przyznać do wszystkiego, że szkoda naszych cierpień, bo „oni” wiedzą wszystko i o nas, i o Karolczaku. Spojrzałam na niego siląc się na obojętność i odpowiedziałam, że nie rozumiem, o co mu chodzi i do czego mamy się przyznawać, a nazwiska podanego nie znam. Zdążyłam równocześnie zauważyć, że wygląda dobrze i nie nosi żadnych śladów pobicia (tylko w tym wypadku mogłabym jakoś zrozumieć jego postępowanie). Przy tej rozmowie było kilku cywilów i gdy weszłam do pokoju, weszli tam za mną. Czesałam się wolno, mimo ponaglań; w dużym lustrze widziałam teraz dokładnie ich twarze, jakby wycięte z albumu przestępców, ze szramami, ze zniekształconymi nosami. Zaczęli rewizję. Jeden pilnował mnie, stojąc z rewolwerem wymierzonym w moje plecy. Z przedpokoju dobiegały odgłosy uderzeń, szamotania, wreszcie nieludzkie krzyki - to krzyczał pod ciosami mój mąż; wkrótce go wyprowadzili. Mnie zaś - po dokonaniu osobistej rewizji i zabraniu pieniędzy z torebki - sprowadziło wraz z gosposią czterech cywilów; kilku innych zostało jeszcze w mieszkaniu. Dozorca otworzył bramę patrząc na nas z przerażeniem. Wyrwali mu klucze i zaczęli okładać go kluczami po głowie, nakazując milczenie o tym, co się działo u nas tej nocy. Na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej czekały samochody. Męża nie widziałam. W samochodzie, do którego wsiadłam z gosposią, była już jakaś kobieta. W świetle ulicznych latarni zorientowałam się, że wiozą nas w kierunku Alei Szucha. W długim, rzęsiście oświetlonym korytarzu, na drugim piętrze Gestapo, stała grupa mężczyzn i kobiet zwróconych twarzami do ściany, z podniesionymi rękoma. Kazano i nam ustawić się w tej pozycji. Stałam tak może godzinę. Raz po raz wzywano kogoś na badanie. Z któregoś pokoju dolatywała skoczna, wesoła muzyka radiowa; to wzmacniano ją, to przyciszano, na jej tle słychać jednak było ryki gestapowców, okrzyki bólu i bełkotliwe słowa katowanych. W pewnym momencie kazano mi się odwrócić. Przede mną stał oficer Gestapo i cywil, ci sami, którzy nas aresztowali. Obok nich Olszewski - i tu, po raz drugi, próbował nakłonić mnie do zeznań
1 2

Jesteś Bolesław! Nie, jestem Henryk.

tłumacząc, że obecnie jestem zwolniona z przysięgi i muszę powiedzieć prawdę. Nie miałam już żadnych wątpliwości co do jego roli. Odrzekłam, że przysięgę składałam dwa razy: po uzyskaniu dyplomu lekarskiego i w kościele biorąc ślub. Z żadnej z nich nie mogę być zwolniona... Kazano mi znowu odwrócić się do ściany. Przerwa w muzyce. Krzyki, wycia torturowanych. Po chwili wprowadzono mnie do pokoju, skąd dochodziły straszliwe jęki. To, co zobaczyłam, było tak przerażające, że rozpacz sparaliżowała mnie na chwilę: w pokrwawionej bieliźnie leżał na podłodze mój mąż; twarz i ręce miał opuchnięte, krwawiące. Próbował jakichś ruchów w moim kierunku - zaczęli go na nowo bić drutami męskiego parasola, który zabrali z naszego domu, fotelem drewnianym, wreszcie odłamaną nogą fotela. Trzymali mnie z tyłu za ręce, a gdy odwracałam się i krzyczałam bliska obłędu, skręcali mi głowę i zmuszali do patrzenia... Grożąc rewolwerami zapowiedzieli, że nas oboje zastrzelą, jeśli nie będę milczeć. Kiedy Henryk zemdlał, wylano na niego kubeł wody; kiedy oprzytomniał, rzucono mu ścierkę, aby wytarł podłogę. Nie miał siły poruszyć się. Byłam już nazbyt otępiała, żeby się bać. Wyrwałam się z rąk gestapowców i chciałam wytrzeć podłogę. Dostałam mocne uderzenie w twarz, raz, drugi, trzeci, wiele razy. Kazano mi się rozebrać, krzesło i druty były już przygotowane. Czułam szum w głowie, w sercu rozpaczliwą, wściekłą bezsilność. Radio podjęło skoczne melodie. Jakże dobrze pamiętam wnętrze tego pokoju: dywan na podłodze, wspaniałe biurko, kluby, obrazy na ścianach, twarze bestii rozwścieczonych nad skatowaną ofiarą. Stałam kamienna - moja mózgowa stacja odbiorcza była tak zszokowana, że nie byłam zdolna do wykonania ich poleceń. Sami zdarli ze mnie płaszcz. Usłyszałam pytanie: - Was ist das Cet-We-Cet? To mnie wyrwało z odrętwienia, bo wymówiony po niemiecku skrót organizacji ZWZ3 brzmiał dziwnie. - Nie wiem - odpowiedziałam. I znowu padło jakieś pytanie, którego nawet nie usłyszałam do końca, jednocześnie bowiem zaczęli walić mnie z obu stron pięściami w skronie. Następne pytania. Szum, gwizd, nic nie słyszę. Wydaje mi się tylko, że moja głowa jest piłką odbijaną tam i z powrotem. Straciłam równowagę, upadłam. Rzucono mi płaszcz. Wstałam. Sprowadzono mnie do celi, w której były poustawiane krzesła jak w tramwaju (stąd jej nazwa „tramwaj”). Umieszczano tam czekających na przesłuchanie lub na transport do więzienia - po przesłuchaniu. Było tu już kilka osób. W krótkim czasie, wyprowadzili nas wszystkich na korytarz. Jakiś ruch, szybka, bezładna bieganina gestapowców, krzyki zwiastujące nową grozę. Na noszach z piętra znoszono kogoś; za noszami ostatkiem sił wlókł się Henryk, któremu tym razem kazali zbadać człowieka zamordowanego podczas śledztwa. Był nim, jak się później dowiedziałam, urzędnik byłego Urzędu Morskiego w Gdyni, Stefan Szczepanowski. Po chwili ukazały się drugie nosze - z Karolczakiem... Budą więźniarską i samochodami osobowymi przewieziono sporą grupę aresztowanych na Pawiak. W kancelarii więziennej, prowadzonej przez administrację polską, spisano nasze personalia, zabrano do depozytu osobiste rzeczy (zegarek, wieczne pióro, obrączkę itp.). Dalsze szykany gestapowców krzyki, wymyślania „verfluchte polnische Banditen”4. Gdy na krótko znikli w sąsiednim pokoju, przechodząca obok strażniczka polska rozejrzała się ostrożnie dokoła, wyciągnęła spod osłony

3 4

Związek Walki Zbrojnej Przeklęci polscy bandyci.

kożucha kubek z wodą i w milczeniu podała go Henrykowi, który ledwo trzymał się na nogach, po czym zniknęła szybko, zabierając kubek. Wrócili gestapowcy. Henryka, który zemdlał, i leżącego na podłodze Karolczaka polecili przenieść do szpitala więziennego na oddziale męskim.

Pierwsze dni na Serbii
W czasie okupacji hitlerowskiej Pawiak - więzienie śledcze Sicherheitspolizei und Sicherheitsdienst5 stał się dla więźniów politycznych miejscem zagłady. Więziono tu członków organizacji podziemnych, zakładników, przedwojennych działaczy politycznych i społecznych, przedstawicieli świata nauki, kultury i sztuki, duchowieństwa, byłych wojskowych, adwokatów, lekarzy, inżynierów, urzędników, młodzież szkolną i młodzież akademicką z tajnych uczelni, wielu pracowników fizycznych i chłopów przeważnie z okolic podwarszawskich. Osadzono tu także ludzi ujętych w łapankach, a nawet czasem jeńców wojennych różnych narodowości. Więźniowie-Żydzi najczęściej nie byli wciągani do rejestrów. Na Pawiaku przebywał również minimalny procent przestępców kryminalnych oraz nieliczni volksi reichsdeutsche. Pawiak był poza tym miejscem czasowego pobytu internowanych. Wszyscy osadzeni na Pawiaku, podlegając wyłącznie Gestapo, pozbawieni byli jakiejkolwiek obrony prawnej. W centrali swej, w gmachu przy Alei Szucha 25, a często i na Pawiaku, gestapowcy przesłuchiwali więźniów, wciąż na nowo umacniając swoją sławę zbirów i oprawców. Więźnia z zasady nie powiadamiano, jaki czeka go los; tylko w sporadycznych wypadkach oznajmiano mu podczas przesłuchania, że będzie rozstrzelany. W początkowym okresie, do 1941 roku, Gestapo inscenizowało rozprawę sądową w dawnej kaplicy męskiego Pawiaka, ale i wtedy nie informowano oskarżonego o wyroku. „Sąd” poprzestawał na sprawdzeniu personaliów. Później i tego poniechano. W zasadzie każdego niemal więźnia czekała egzekucja lub obóz koncentracyjny; minimalnego procentu zwolnionych nie można brać pod uwagę. Od października 1939 roku do 1 sierpnia 1944 roku przeszło przez Pawiak około 100 000 osób. Wśród tej ogromnej rzeszy uwięzionych było wiele nieletnich, nawet małych dzieci, a także ludzi bardzo starych. Budynek oddziału męskiego, czyli właściwy Pawiak, przewidziany był na maksymalną ilość 700 miejsc; oddział kobiecy, zwany Serbią - na maksimum 250 miejsc. W czasie okupacji hitlerowskiej stan ogólny więźniów Pawiaka, kobiet i mężczyzn łącznie, bardzo często - zależnie od nasilenia terroru przekraczał trzykrotnie tę cyfrę; liczba więźniów na Pawiaku dochodziła wtedy do 2 200, na Serbii do 800. Przed każdą planowaną akcją masowych aresztowań lub łapanek Gestapo rozładowywało Pawiak: więźniów wysyłano do obozów koncentracyjnych, dokonywano masowych, grupowych bądź indywidualnych egzekucji.
5

Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa

Gwałtowny wzrost aresztowań w Warszawie przypada na drugą połowę 1942 roku, łata 1943 i 1944; największe nasilenie egzekucji datuje się od połowy 1943 roku i trwa do sierpnia 1944, nasilenie transportów zaczyna się od połowy 1942 roku. Kompleks budynków Pawiaka w północnej dzielnicy Warszawy otoczony był ulicami: Dzielną, Więzienną, Pawią i Smoczą. Wysoki, sześciometrowy mur, uzbrojony dodatkowo drutem kolczastym, strzeżony był przez trzy zwyżki strażnicze: od ulicy Pawiej, na rogu Więziennej i Dzielnej oraz przy Serbii. Główna brama Pawiaka od ulicy Dzielnej oznaczona była numerem 24/26. W potocznym języku warszawiaków Pawiak oznaczał więzienie zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. W istocie jednak do kompleksu budynków więziennych należał i właściwy gmach Pawiaka, gdzie mieściły się oddziały męskie, i tzw. Serbia, czyli więzienie kobiece.

A PAWIAK, B SERBIA (przekrój poziomy przez parter) 1. budki wartownicze; 2. poczekalnia dla więźniów i kancelaria przyjęć; 3. kancelaria z-cy komendanta więzienia; 4. korytarz; 5. magazyn broni; 6. pokój kancelaryjny; 7. pokoje oberwachmajstrów; 8. wartownia niemiecka; 9. fryzjernia wachmajstrów; 10. pokoje przesłuchań; 11. wartownia ukraińska; 12. cele I oddziału; 13. cele II oddziału (pod zakreskowanymi celami znajdowały się cele śmierci VIII oddziału); 14. wejście do trupiarni; 15. ustępy; 16. kojce dla psów; 17. waga węglowa; 18. magazyn żywnościowy i małe warsztaty; 19. zwyżki strażnicze z otworami strzelniczymi; 20. garaże; 21. stajnia; 22. warsztat elektrotechniczny; 23. budynek straży więziennej, później duże warsztaty; 24. hałda żużlu; 25. budynek wartościowych depozytów więźniów; 26. kotłownia; 27. ślusarnia; 28. łaźnia i dezynfektory; 29. duża kuchnia (obok, koło schodów, apteka); 30. mała kuchnia (nad pomieszczeniami 29 i 30 znajdowały się cele szpitalne, gabinety: zabiegowy, lekarski t dentystyczny,. rentgen, salka operacyjna i laboratorium); 31. izba chorych; 32. magazyn ogólny w latach 1941-1942 (sala sypialna więźniów zatrudnionych w warsztatach). Nr 26 - nie używana brama; nr 24 ~ brama prowadząca na teren więzienia; nr 25 i 27 - bramy kamienic przy ul. Dzielnej, gdzie rozstrzeliwano więźniów.

Oto droga, którą każda z aresztowanych musiała przebyć, gdy z wolności prowadzono ją na Serbię: Droga ta wiodła przez potężną bramę główną Pawiaka (pilnowały jej z obu stron budki strażnicze) i po kamiennych schodach na wysoki parter budynku więzienia męskiego, gdzie znajdowała się kancelaria przyjęć. Tu wpisywano aresztowaną do rejestru, odbierano jej dokumenty oraz drobne przedmioty

wartościowe, które często nie trafiały do depozytu więziennego, lecz wprost do kieszeni gestapowców. Dalsza droga wiodła poprzez teren Pawiaka między dwupiętrowym gmachem więzienia męskiego (długości około 150 m) a murem biegnącym wzdłuż ulicy Dzielnej. Mijając po lewej stronie trzy duże klatki z psami policyjnymi (wilczury; Kastor, Rolf i Aras), stojące w pobliżu budek strażniczych, potem wagę węglową, budynek gospodarczy, warsztaty szewskie i zwyżkę strażniczą - przez furtkę w murze przechodziło się z Pawiaka męskiego na podwórze spacerowe Serbii. Wąskie przejście, między gmachem Serbii z lewej a trawnikiem z prawej, wiodło aż do schodków ganku, z którego zwykle pilnowały strażniczki spacerów więziennych. Potężne żelazne drzwi prowadziły z ganku do wnętrza gmachu. Ponieważ dalej schodziło się w dół, niski parter Serbii robił w pierwszej chwili wrażenie piwnic.

SERBIA (przekrój poziomy przez parter) 1. wejście na podwórze spacerowe; 2. ganek i główne wejście do gmachu Serbii; 3. schody wewnętrzne prowadzące w dół na parter i w górę na oddziały (obok schowek gospodarczy); 4. korytarz (przy drzwiach do pokoju administracji polskiej wisiała tablica ze szczegółowym rejestrem więźniarek, który był stale uaktualniany); 5. cela przejściowa (przejściówka); 6. kąpielowy z kotłami dezynsekcyjno-dezynfekcyjnym i parowym; 7. kaplica; 8. mała kotłownia; 9. cele kwarantannowe; 10. cela śmierci; 11. ubikacje; 12. magazyn (później cela dla kobiet-jeńców); 13. cele ogólne; 14. cela funkcyjna dla więźniarek zatrudnionych w reperowalni; 15. kuchnia załogi niemieckiej; 16. dyżurki wachmajstrów i straży więziennej; 17. pokój administracji polskiej; 18. pokoje komendanta więzienia i jego sekretarza; 19. pokój polskiej straży więziennej i ubikacja; 20. podwórze spacerowe z trawnikiem pośrodku; 21. szklarnia (obok ławeczka); 22. pomieszczenie dla kozy; 23. warsztat blacharski (obok pojemniki na śmieci); 24. furta na podwórze gospodarcze; 23, kartoflarnia i wejście na I piętro do „białej” pralni; 26. ”biała” pralnia i dwa karcę z wejściem od podwórza; 27. ”czarna” pralnia; 28. trawnik pośrodku podwórza gospodarczego z drzewkiem akacji i studzienką; 29. budynek dla internowanych; 39. wartownia; 31. okratowane wejście na podwórze spacerowe. Nr 26 - brama nie używana od połowy roku 1940 i zamurowana w roku 1941. Pomieszczenia szpitalne znajdowały się na II piętrze: cela chorych (jedynka) i cela zakaźna nad pomieszczeniami nr 17, 18 i 19; gabinet zabiegowy, gabinet lekarski, dwie cele chorych (czwórka i trójka) oraz cela nr 52 (lekarek funkcyjnych) - nad pomieszczeniami nr 5, 6 i 7.

Tutaj kończyła się wędrówka; w dwupiętrowym gmachu Serbii mieściły się oddziały kobiece. Na podwórzu spacerowym, naprzeciw gmachu Serbii, pod ślepymi ścianami kilkupiętrowych kamienic przy Pawiej, znajdowały się pojemniki na śmieci, warsztat blacharski, zagródka dla kozy, mała

szklarnia, później przerobiona na pomieszczenie, gdzie gestapowcy hodowali króliki oraz drób, i drewniana ławeczka. Część „gospodarcza” Serbii zaczynała się za furtką w murze, który odgradzał podwórko spacerowe od gospodarczego. Podwórze gospodarcze miało kształt czworoboku. W głębi - na prawo od furtki - wznosił się piętrowy budynek. Na parterze były dwa tzw. karce (ciemnice o powierzchni około 1,00×1,75 m), bardzo wilgotne i zimne, zaopatrzone jedynie w wąską betonową ławę i kibel; żelazne drzwi wychodzące na wąski korytarzyk oraz drzwi zewnętrzne miały zakratowane judasze i potężne zasuwy. Rozkaz ukarania karcem wydawali bądź gestapowcy z załogi więziennej, bądź Gestapo na Szucha. Tu, w karcach, esesmani folgowali swoim zbrodniczym instynktom. Tu szczuli swe ofiary psami, tu w roku 1943 powiesili więźniarkę Błaszkiewicz, matkę dwóch nieletnich córek, również więzionych na Serbii. W pewnych okresach, jeśli karć nie był zajęty, umieszczano w nim - z braku właściwych cel - chore na świerzb, nie stosując jednak wobec nich żadnych obostrzeń: mogły mieć siennik, koc i rzeczy osobiste. Drzwi z napisem „Krätze”6, na wpół przymknięte, przepuszczały światło i powietrze. Korytarzowe przynosiły chorym normalny posiłek więzienny, kolumna sanitarna dwukrotnie w ciągu dnia robiła im zabiegi. W sporadycznych wypadkach, pod pretekstem sfingowanego świerzbu, karc był wykorzystywany dla celów konspiracyjnych, na przykład dla ułatwienia spotkań i porozumienia się getrentek, czyli oskarżonych z tej samej sprawy, którym Gestapo zakazywało przebywania w jednej celi, a nawet na tym samym oddziale. Obok karcu, po prawej stronie, znajdowała się na parterze kartoflarnia; na pierwszym piętrze nad karcem i kartoflarnią - „biała” pralnia, pracująca dla potrzeb gestapowców. Dalszą część budynku, parter i pierwsze piętro zajmowała „czarna” pralnia, dla więźniów. Jednopiętrowy budynek naprzeciw (dawniej mieszkania służbowe personelu więziennego) przeznaczono dla internowanych; nie okratowane, normalnej wielkości okna wychodziły na Dzielną i na podwórze gospodarcze. Rosło tu drzewo: samotna zabiedzona akacja. Dwupiętrowe więzienie kobiece dzieliło się na trzy oddziały: na niskim parterze, sprawiającym wrażenie piwnicy - I oddział, na pierwszym piętrze - II oddział i na drugim piętrze - III oddział. Po obu stronach korytarzy, które biegły wzdłuż każdego piętra, znajdowały się cele. Żelazne schody wewnętrzne łączyły wszystkie oddziały. Odcinki schodów, wiodących środkiem gmachu do poszczególnych oddziałów, były zabezpieczone żelazną potężną kratą; naprzeciw niej, w korytarzu każdego oddziału, utrzymywano stały posterunek straży gestapowskiej. Okienka cel w gmachu Serbii oraz celi zakaźnej szpitala, umieszczane pod samym sufitem, uzbrojone były w grube żelazne pręty, na parterze - dodatkowo - w wysokie blaszane kosze, które przepuszczały górą niewiele światła; okna cel szpitalnych - normalnej wielkości, z masywną kratą -- od strony Dzielnej zaopatrzone jeszcze były w drobną drucianą siatkę. WC, które nazywałyśmy „kącikiem” (na końcu każdego korytarza), posiadał cztery „oczka”, w tym tylko jedno obudowane. Na I oddziale Serbii była niewielka kotłownia zastępująca niekiedy celę izolacyjną, cele kwarantannowe oraz cela nr 8, zwana celą śmierci; po przeciwległej stronie - ogólne cele, magazyn odzieży i artykułów gospodarczych, szatnia dla polskiego personelu więziennego, podręczna

6

Świerzb.

kuchenka dla personelu więziennego, pokoje administracyjne straży polskiej, i gestapowskiej. Od strony podwórza spacerowego, w nieczynnej od roku 1940 kaplicy gromadzono często więźniarki przed egzekucją i transportami; dalej znajdowała się łaźnia (prysznice, rozbieralnia, kocioł dezynsekcyjno-dezynfekcyjny, ciasne pomieszczenie dla strażniczki i funkcyjnych więźniarek) oraz przejściówka, to znaczy cela przeznaczona dla nowo aresztowanych. U wylotu tej części korytarza okratowane drzwi prowadziły na podwórze gospodarcze. Na II oddziale (po lewej stronie korytarza, od podwórza) było 9 cel izolacyjnych, po przeciwległej stronie korytarza ogólne cele więzienne, cela dla małoletnich (później zlikwidowana) i tzw. sklepik. Po prawej stronie korytarza mieściły się wśród cel ogólnych 2 cele matek z dziećmi i - od ulicy Dzielnej cele funkcyjne i szwalnia pracująca dla Gestapo. III oddział miał 9 cel izolacyjnych, cele ogólne i funkcyjne oraz - po stronie prawej korytarza --szpital stale zamykany na klucz. Szpital od strony Dzielnej obejmował: 2 cele, od strony podwórza: gabinet zabiegowy, gabinet przyjąć lekarskich, 2 cele szpitalne i celą funkcyjną nr 52 - dla lekarek. Schody obok drzwi wejściowych do szpitala prowadziły na przygórek. Wydaje mi się, że opisałam dość wiernie topografię Serbii. Więziona tu byłam prawie cztery lata i jako lekarz na funkcji miałam możność, co prawda pod nadzorem, poruszania się po więzieniu, dzięki czemu poznałam niemal wszystkie jego pomieszczenia.

Jaśniało już na dworze, gdy konwojowane przez strażniczkę weszłyśmy na teren Serbii i zostałyśmy ulokowane w przejściówce. Zatrzasnęły się za nami drzwi. Dwie drewniane prycze, ławka, stół - oto całe umeblowanie. Ani nasza gosposia, ani ja nie znałyśmy żadnej z towarzyszek niedoli. Były to: Zofia Briesemajster, Zofia Bartoszewicz z matką, Zofią Stefańską, i Wanda Szczepanowska. Około południa (w niedzielę) wprowadzono Irenę Ch., która przychodziła do naszego punktu na spotkania z Karolczakiem. Nie straciła dobrego humoru i przyznać muszę, że wobec nastroju, jaki wśród nas panował, jej niefrasobliwość była irytująca. Z rozmów w celi zorientowałam się, że prawie wszystkie aresztowane tej nocy znają się i zostały zatrzymane pod zarzutem ukrywania ludzi poszukiwanych przez Gestapo. Co chwila otwierały się drzwi, wchodzili gestapowcy, oglądali nas, liczyli, sprawdzali. W poniedziałek po apelu podkomisarz Klunderowa wezwała Wandę Szczepanowską do kancelarii Pawiaka na przesłuchanie. Poszła z nadzieją, że ją zwolnią... Po krótkim czasie wróciła. Zawiadomiono ją, że jej mąż nie żyje (zamordowany w nocy z 23 na 24 listopada w Alei Szucha). Rozpaczliwe, rozdzierające łkanie nieszczęśliwej... Czy Henryk i major Ratajczak-Karolczak przeżyli to potworne katowanie? Myśli kłębią się w mojej głowie. Nie mam możności dowiedzieć się czegokolwiek. Czekam w napięciu, głowa mi pęka od bólu. Pryskają nadzieje na zwolnienie. Po kąpieli i dezynfekcji odprowadzają nas do cel. Zostałam przydzielona do celi nr 32 na III oddziale. Ze względu na powierzchnię była to przed wojną cela trzyosobowa. Zastałam tu 9 więźniarek, z których pamiętam „styczniówki”, aresztowane w styczniu 1940 roku z tzw. sprawy Kotta po wsypie PLAN-u7: Janinę Drewnowską i Julię Lewandowską, obie z zawodu nauczycielki, oraz dwie siostry Emichówny, Marysię (lat 13) i Zosię (łat 15). Była tu także Stanisława Weinzowa aresztowana w lipcu 1940 roku i Maria Heybowicz aresztowana w maju 1940 roku. Przyjęły mnie bardzo serdecznie. Jak
7

Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa.

się później dowiedziałam, od dawna już nosiły w sercach żałobę po swych najbliższych, pomordowanych, wywiezionych do obozów koncentracyjnych lub więzionych jeszcze na Pawiaku8 Wszystkie one, z wyjątkiem Weinzowej, zostały wywiezione do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Gdy zmaltretowana przez oprawców z Szucha, z nieznośnym bólem głowy, wciąż jeszcze pełnej szumu i gwizdów, znalazłam się w tej właśnie celi, wśród kobiet, które z martwym uśmiechem potrafiły opowiadać o swych przejściach, zrozumiałam po raz drugi, że za nimi i za setkami więźniarek z sąsiednich cel, i za mną teraz, krata więzienna zatrzasnęła się na długo, może na zawsze. Janina Drewnowska, Julia Lewandowska i Zosia Emich, pełniące funkcje w bibliotece więziennej, oraz Staszka Weinzowa, pracująca w łaźni, znosiły do celi przeróżne wiadomości. Zaufane oddziałowe polskie i nowo aresztowane więźniarki informowały je o sytuacji na froncie - temat dla nas najważniejszy - o wydarzeniach w więzieniu męskim i kobiecym, o nowo aresztowanych; o tzw. niepewnych osobach i kapusiach, wreszcie o najprzeróżniejszych drobnych i dość błahych ploteczkach więziennych. Chwytałam w ucho to wszystko, obserwowałam, milczałam, a w myśli układałam odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania podczas dalszych przesłuchań. I moje towarzyszki mnie obserwowały. Ich siostrzana opieka i pośrednie rozmowy, które z sobą prowadziły, z wolna utwierdzały mnie w przekonaniu, że znajduję się w gronie kobiet oddanych bez reszty wielkiej sprawie. Strażniczka Stefania Czechowiczowa z III oddziału, ta, która ukradkiem podała Henrykowi wodę w kancelarii Pawiaka, mówiła im o nas, jak się później dowiedziałam. Ale mimo zdwojonej serdeczności moich towarzyszek z celi nie odważyłam się mówić z nimi o przyczynach naszego aresztowania. Od początku gnębiło mnie jedno: jak i przez kogo uprzedzić łącznika, który pod koniec tygodnia miał przyjść do naszego mieszkania? Znałam jego nazwisko i adres, ale co będzie, jeśli informacje te trafią do niewłaściwych rąk? Przed wieczornym apelem wpadła Czechowiczowa pytając, czy chcę kogoś ostrzec. Już miałam na końcu języka „tak”, powiedziałam jednak „nie”. Drzwi zatrzasnęły się. O Boże, co ja zrobiłam! Przecież muszę za wszelką cenę przekazać ostrzeżenie! Staszka Weinzowa, widząc moją źle skrywaną rozterkę, szepnęła: „Może jej pani zaufać, to nasz człowiek podziemia”. Po apelu znów otworzyły się drzwi i strażniczka Czechowiczowa, wykorzystując chwilową nieobecność wachmajstra, w krótkich słowach zreferowała nam sytuację w kraju i na świecie i zaraz po tym cichym głosem zwróciła się do mnie: - Może jednak ma pani jakieś ważne zlecenie?

8

Karol Drewnowski, historyk, wraz z 17-letnim synem Andrzejem, rozstrzelany w Palmirach w czerwcu 1940 roku; Tadeusz Drewnowski, lat 12, więzień Pawiaka, zwolniony w październiku 1940 roku; Tadeusz Emich wraz z żoną Heleną (rodzice Zosi i Marysi) rozstrzelani w Palmirach w 1940 roku; inż. Adam Bekier, brat Weinzowej, wywieziony w styczniu 1941 roku do Oświęcimia i tam rozstrzelany w w marcu 1941 roku; Dydek Lewandowski, więzień z Szucha, rozstrzelany w 1940 roku; Maciej Lewandowski wywieziony do obozu koncentracyjnego.

Tym razem zdecydowałam się szybko. Podałam nazwisko łącznika: Andrzej Wejroch, jego adres, prośbę o uprzątnięcie dokumentów ze skrytki, treść przesłuchania oraz dane o osobach aresztowanych tejże nocy. Ta wspaniała kobieta - strażniczka polska, łącznik organizacji podziemnej - zawiadomiła mnie nazajutrz, że wszystko w porządku: Andrzej ostrzeżony, zlecenia przekazane. Od niej też później otrzymałam wiadomość o „kotle”, urządzonym przez Gestapo w naszym mieszkaniu, o zlikwidowaniu skrytki przez kolegów z organizacji, z pomocą mych szwagrów, Bronisława i Stanisława Czuperskich, o przewróceniu do góry nogami mieszkania w czasie rewizji, o zrabowaniu narzędzi i sprzętu lekarskiego, nawet receptariuszy imiennych, które osobiście później widziałam: robił na nich notatki lekarz Gestapo, dr Scherbel. Jedną z nich udało mi się przechować, przetrwała do dziś. Od strażniczki Czechowiczowe j dowiedziałam się też, że Henryk i Karolczak żyją, przebywają nadal w szpitalu na oddziale męskim, stan ich jest ciężki, ale trzymają się mocno psychicznie; opiekuje się nimi lekarz więzienny, Polak, dr Stefan Baczyński, i lekarz funkcyjny, dr Zygmunt Śliwicki. Wszystkie te wiadomości bardzo podniosły mnie na duchu i dodały mi sił... Czekałam wciąż na dalsze przesłuchania. Strażniczka Czechowiczowa w niedługim czasie została przeniesiona służbowo do więzienia na Daniłowiczowskiej. Dla więźniarek był to prawdziwy cios, a ja straciłam łączność ze światem. Po kilku dniach, wtajemniczona przez towarzyszki z celi, zapisałam się u więźniarki pełniącej funkcję korytarzowej (była nią Władysława Poniecka aresztowana w styczniu 1940 roku) do lekarza jako chora. Przyjęcia zgłoszonych chorych odbywały się w szpitalu kobiecym na III oddziale. Pracował tu polski lekarz, dr Stanisław Babski, i felczerka-położna, Jadwiga Popławska; oboje przychodzili z miasta na kilka godzin. Na funkcji lekarza-więźnia była dr Janina Juraszyńska (znana okulistka), na funkcji pisarza szpitala - Teresa Mycielska; obie aresztowane przed kilkoma miesiącami. Czekając w długim korytarzu na moją kolej do badania, mogłam zamienić kilka zdań z dr Juraszyńską, którą znałam z wolności. W ciepłych, uspokajających słowach powiedziała mi, jak wygląda stan Henryka i Karolczaka z punktu widzenia lekarskiego; przekazała mi ponadto wiadomość, że nie byli ponownie przesłuchiwani, oraz dane uzgadniające dalsze zeznania. Poradziła, abym znów za kilka dni zapisała się do lekarza jako chora. Te wszystkie tak cenne i ważne wiadomości, pochodzące - jak mnie poinformowała dr Juraszyńska - bezpośrednio od dra Zygmunta Śliwickiego, który przebywa na Pawiaku od września 1940 roku, oraz możność dalszego kontaktu ukoiły nieco moją udrękę i podziałały jak najlepszy lek znieczulający ból fizyczny. Gdy weszłam do gabinetu, poprosiłam dra Babskiego o proszki przeciwbólowe i jasno przedstawiłam moją prośbę; nie chodzi mi bowiem o poradę, ale - jeśli to tylko możliwe - o pracę w szpitalu, obojętne w jakim charakterze: lekarki, felczerki, pielęgniarki, sprzątaczki. Dr Babski wysłuchał tego z wielką życzliwością - wiedział o naszych przejściach - i z żalem powiedział, że niestety wszystkie miejsca są zajęte, jeżeli wyłoni się jakaś możliwość i gestapowcy nie zgłoszą sprzeciwu (pewne funkcje wymagały zgody Gestapo), będzie o tym pamiętał. Wróciłam do celi bardzo pokrzepiona na duchu. To nic, że mi pęka od bólu głowa, to nic, że nie mam siennika i śpię na przykrótkim, wąskim stole pod wiszącą szafką, o którą, gdy chcę się jakoś ułożyć, tłukę i tak już obolałą głową, to nic, że nie

mogę dostać „wypiski”9 patronackiej, bo wszystkie pieniądze zabrali mi gestapowcy przy aresztowaniu...

Po kilku dniach nerwowego głodowania wraca chęć do jedzenia. Zaczyna przechodzić przez gardło gliniasty czarny chleb, który popija się równie obrzydliwą kawą, cieczą brunatną i nie słodzoną. Na obiad dostajemy zupę na odrapanych, płaskich, blaszanych talerzach - w niczym nie przypominającą zupy, często nie do spożycia, ze zgniłych cuchnących ryb, lub „berlaj” - klej z czarnej, nie przesianej mąki pół na pół z piachem - i śmierdzącą brukiew; na kolację znów jakaś zupa albo lura kawowa z resztą rannej porcji chleba. Czasami któraś z polskich oddziałowych z wielkim narażeniem podrzuca do naszej celi gryps, a wraz z nim małą paczuszkę żywnościową. Natychmiast dzieli się ją, przede wszystkim z myślą o dziewczynkach, Zosi i Marysi Emich; dla właścicielek i dla reszty zostaje symbolicznie na koniec języka. Natomiast raz w miesiącu „wypiska” to jest już coś! „Wypiski” były w cenie 4, 8 i 12 złotych. Patronat zaopatrywał je w najbardziej odżywcze produkty: cebulę, cukier, sztuczny miód, boczek. Te, które je otrzymywały, dzieliły się z towarzyszkami. W tym czasie obowiązywał zakaz Gestapo przyjmowania paczek żywnościowych z miasta. Krótko pozostawałam w bezczynności, zamknięta w celi. Właściwie nie była to bezczynność. Cela musiała być utrzymana w idealnym porządku; więźniarki, nie wzięte do obierania kartofli, robiły nieprawdopodobne wysiłki, aby nie narazić się na wymyślania gestapowca od „polnische Wirtschaft” czy „polnische Ordnung”10, a często i na uderzenia, gdy spostrzegł najmniejszy bodaj ślad kurzu; o niedokładność zaś było łatwo z powodu braku odpowiedniej ilości wody (konewka na potrzeby własne, na umycie naczyń i przepranie osobistych rzeczy), nie mówiąc już o braku innych pomocniczych środków, jak mydło, proszek, ścierki, szczotki. Gdyby nie pomoc Patronatu, który i o tych szczegółach w miarę możliwości myślał, codziennie długie godziny stałybyśmy bez ruchu, zachowując nieskazitelne „Linie und Reihe”11 lub ćwiczyłybyśmy karne „żabki” (skakanie w przysiadzie). Któregoś dnia Halina Chorążyna-Starczewska, inżynier chemik, nasz opiekuńczy duch, doradziła mi, abym jednak poszła dzisiaj na regulaminowy spacer. Przemogłam się, zebrałam siły. Na podwórzu zobaczyłam w szeregu dr Kononowicz, z którą zaprzyjaźniłam się w okresie studiów. Irena zaczęła lawirować i po chwili znalazła się przy mnie; zamieniłyśmy się parami i okrążając wiele razy trawnik, opowiedziałyśmy sobie nasze ostatnie przeżycia. Nono, bo tak ją tu nazywano, z uśmiechem i przedziwnym humorem opowiadała mi o życiu więziennym (aresztowano ją w październiku) i o towarzyszkach w celi, z którymi bardzo się zżyła. Starała się wyrwać mnie z ponurego nastroju, co jej się zresztą w dużej mierze udało. Strażniczka ogłosiła koniec spaceru. Umówiłyśmy się na dzień następny. I tak było jeszcze kilka razy. Wkrótce jednak zarówno my obie, jak i wiele innych więźniarek, przestałyśmy chodzić na spacery, bo coraz skwapliwiej asystowali przy nim gestapowcy...

9

„Wypiskami” nazywano paczki żywnościowe organizowane przez Patronat Opieki nad Więźniami; więzień, jeśli miał pieniądze w depozycie, mógł raz w miesiącu „wypisać” sobie taką paczkę i nabywał ją w sklepiku więziennym. 10 Polska gospodarka, polski porządek. 11 Linia i rząd.

Od tygodnia pracuję w kartoflami. Robota w żadnym wypadku nie pasjonująca. Na pozór lekka, ale męczy, gdy od 7 rano trwa nieraz do apelu wieczornego. Obieranie kartofli, brukwi, buraków, rzadziej marchewki, połamanymi, tępymi nożami, mnie osobiście szło niezdarnie. Nie miałam wielkiej wprawy i w efekcie z dużym opóźnieniem oddawałam moją miskę z obranymi jarzynami. Gestapowcy nie szczędzili mi przykrych uwag, za wzór stawiali więźniarki kryminalne12, które rzeczywiście pracowały imponująco szybko, ale za to bardzo niedokładnie. Tu chodziło o tempo, nie o stan, w jakim produkty idą do kotła więziennego. Natomiast dla kuchni gestapowskiej jarzyny, zwłaszcza kartofle, były wybierane i musiały być idealnie czyste. Czekałam wciąż na przesłuchanie. Co kilka dni zapisywana do lekarza, często spotykałam w gabinecie zabiegowym dra Śliwickiego. Przychodził tutaj konwojowany przez esesmanów pod różnymi pretekstami natury lekarskiej. Niebawem nawiązałam z nim kontakt konspiracyjny; poinformował mnie, że Karolczak będzie symulował niemotę ruchową i utratę wstecznej pamięci.

Szpital na Serbii
24 grudnia 1940 roku po zwolnieniu około 100 osób, wśród których znalazła się dr Juraszyńska, zostałam wezwana do szpitala, gdzie polski lekarz urzędowy, dr Stanisław Babski, zawiadomił mnie, że uzyskał zgodę referatu Gestapo na zatrudnienie mnie w szpitalu w charakterze lekarza. Spełniło się zatem moje pragnienie: otrzymałam pracę w zawodzie, który tak kochałam, i w dodatku miałam nieść pomoc ludziom najbardziej nieszczęśliwym i najbardziej tego potrzebującym. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z nawału roboty, z tego, że od tej pory moja praca lekarska będzie się łączyć nierozerwalnie z pracą konspiratora. Urzędową opiekę lekarsko-pielęgniarską w szpitalu kobiecym na Serbii w tym okresie sprawowali, jak już wspomniałam, dr Stanisław Babski, internista, i felczerka Jadwiga Popławska; w szpitalu oddziału męskiego na Pawiaku: dr Stefan Baczyński, internista, dr Jan Raczyński, internista, oraz felczerzy: Ignacy Kawecki, Zdzisław Jakubczyk i Stanisław Mastalarczuk. Lekarze przychodzili na kilka godzin, felczerzy zaś poza godzinami pracy pełnili na zmianę dyżury dobowe. Ponadto Zarząd Zakładów Karnych13 zaangażował do pracy na Pawiaku: okulistę dra Szczepana Wacka (od października 1940 roku), chirurga dra Józefa Keniga, Zofię Kleinową, lekarza stomatologa, a po jej zwolnieniu z pracy - lekarza stomatologa Zofię Grzybowską. Dr Raczyński odszedł do Polskiego Zarządu Więziennictwa w połowie 1941 roku. Jesienią 1941 roku na oddziale męskim zostały zorganizowane (przez Zarząd Zakładów Karnych przy wydatnej pomocy Polskiego Patronatu Opieki nad Więźniami): sala operacyjna, sala sterylizacyjna, laboratorium, rentgen, apteka. Równocześnie zaangażowano mgra farmacji Alicję Plaskotę.

12

Więźniarek kryminalnych było na Serbii bardzo niewiele (ledwie kilka czy kilkanaście); umieszczono je w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej (przyp. aut.). 13 Ściśle uzależniony od Justizabteilung (przyp. aut.).

Jesienią 1943 roku odeszła felczerka Jadwiga Popławska. Przez cały czas pracowała z ogromnym oddaniem, kontaktowała się z organizacją podziemną i z rodzinami uwięzionych, przenosiła grypsy i żywność. Felczer Jakubczyk, pracujący w podziemnej organizacji, podejrzewany przez esesmanów o nielegalną robotę, musiał zwolnić się w roku 1941. Dr Stefan Baczyński, aresztowany 17 maja 1943 r., po kilkunastu dniach zwolniony z więzienia, nie wrócił już do pracy. Z dniem 1 kwietnia 1944 roku wszystkich polskich urzędowych lekarzy i felczerów zwolniono na skutek zarządzenia władz gestapowskich. Z odejściem polskiego personelu lekarskiego straciliśmy cenny kontakt konspiracyjny, a jednocześnie rozstaliśmy się z serdecznymi przyjaciółmi. Chociaż istniał urzędowy polski personel lekarski, w pewnych przypadkach, gdy na przykład zabierano więźniów do transportu, decydowało tylko orzeczenie lekarza Gestapo. Początkowo lekarzem Gestapo był untersturmführer dr Scherbel, bezwzględny, wysyłający do obozów koncentracyjnych nawet ciężko chore więźniarki. Przed nim musieliśmy ukrywać chorych na gruźlicę, w obawie, aby ich nie wykończył. Nie miał żadnej etyki ani głębszej wiedzy lekarskiej, był przede wszystkim gestapowcem. Po nim, w 1943 roku, przyszedł dr Bomeier. Sturmbannführer Bomeier był jednak kontrastem swego poprzednika. Jego stosunek do polskiego urzędowego personelu i do funkcyjnych lekarzy więźniów był pozytywny. Widział w nas, i my w nim, człowieka. Szanował naszą pracę, najczęściej zgadzał się z naszym orzeczeniem, skreślał z list transportowych ciężko chore szpitalne, niejednokrotnie nawet interweniował w Gestapo, przyczyniając się do zwolnienia więźniów: staruszki Marii Sagatowskiej, Pelagii Wernerowej i innych, których nazwisk nie pamiętam, a także do przeniesienia do szpitala wolnościowego m. in.: Sławy P. z ciężką schizofrenią i Janiny Tuszko, nosicielki tyfusu brzusznego. W początkach lata 1944 roku, po przeniesieniu dra Bomeiera do Rzeszowa czy Nowego Sącza (gdzie, jak później dowiedzieliśmy się, zginął) przyszedł sturmführer dr Friederick, który pozostał do końca mego pobytu na Pawiaku. W ambulatorium szpitala pracowała lekarz stomatolog Anna Sipowicz-Gościcka, więźniarka na funkcji, która poza tym trzy razy w tygodniu przyjmowała pacjentów-więźniów na Pawiaku. Aresztowano ją 17 V 1941 r. z mężem Witoldem Sipowiczem, który został wywieziony do Oświęcimia w lipcu 1941 roku. Inżynier Sipowicz zginął w obozie w grudniu 1941 roku. W gabinecie zabiegowym szpitala kobiecego pracowała, na funkcji pielęgniarki zabiegowej i pisarki szpitala, studentka medycyny Maria Kopeć (obecnie docent doktor medycyny) od maja 1941 r. do 31 VII 1944 r.; aresztowana 19 II 1941 r. wraz z ojcem, Stefanem Kopciem, profesorem biologii Uniwersytetu Warszawskiego, i z bratem Stanisławem, studentem prawa (obydwaj rozstrzelani w Palmirach 11 III 1941 r.) Na funkcji położnych i pielęgniarek były; w 1941 roku Lucyna, której nazwiska ani losów nie pamiętam, Henryka Prus (obecnie lekarz), wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r., później Stanisława Wójcik do 13 VIII 1944 r. Na funkcji tzw. intendentki szpitala, do której obowiązków należały sprawy porządkowe oraz gospodarcze, pracowała przez kilka miesięcy 1941 roku, do czasu zwolnienia jej z więzienia, Zofia Dobrowolska; po niej, aż do 30 VII 1944 r., Wanda Wilczańska, aresztowana 5 stycznia 1941 roku.

Szpital więzienia kobiecego na Serbii posiadał początkowo 37 łóżek, później dodano jeszcze 2. Składał się z 4 cel: tzw. jedynka miała 18, później 20 łóżek (obok była kuchenka z jednym palnikiem gazowym, prysznic, wanna i „kącik”); trójka i czwórka - po 7 łóżek; cela zakaźna (z osobną umywalką i ubikacją) 5 łóżek. Prócz tego przy szpitalu znajdował się gabinet przyjęć lekarskich i łączący się z nim gabinet zabiegowy (z fotelem ginekologicznym, dentystycznym, kozetką, szafami na leki i narzędzia lekarskie) oraz cela nr 52 dla funkcyjnych: lekarek, intendentki i pielęgniarki. Pomieszczenia szpitalne były jakby przedłużeniem III oddziału i łączyły się z nim drzwiami zamykanymi stale na klucz. Wszystkie cele szpitalne i funkcyjną nr 52 zamykano. Gdy na wiosnę 1942 roku wystąpiły masowe przypadki biegunek głodowych, komendant więzienia zgodził się z konieczności na niezamykanie cel szpitalnych po apelu. Gestapowcy przyzwyczaili się do tego - i tak już pozostało. W pierwszym okresie mojej pracy w szpitalu byłam wyprowadzana z celi - jak wszystkie inne funkcyjne - po rannym apelu; i opuszczałam szpital razem z drem Babskim, po czym znowu wracałam do celi. Robiłam ranny obchód szpitala i referowałam stan chorych drowi Babskiemu. Po przyjęciu ambulatoryjnych chorych, zgłoszonych z cel, ponownie -- asystując drowi Babskiemu - robiłam obchód szpitalny. Ambulatoryjnych chorych było dziennie około 50. Dr Babski, który nie miałby czasu wszystkich przebadać, upoważnił mnie do rozpoczynania przyjęć przed jego nadejściem. Byłam z tego ogromnie zadowolona, bo: 1. zwiększało to zasięg pomocy udzielanej potrzebującym; 2. umożliwiało bezpośredni kontakt z więźniarkami, a tym samym wykonywanie zadań, wypływających z przynależności do konspiracyjnej komórki więziennej; 3. pozwalało mi na pracę samodzielną, co z kolei podnosiło mój autorytet w oczach gestapowców na najniższym szczeblu, ale bardzo niebezpiecznych i podejrzliwych (wachmajstrów, wachmajsterek, Ukraińców). Ponieważ dr Babski nie znał niemieckiego, moja znajomość tego języka okazała się bardzo pomocna podczas rozmów z gestapowcami, zwłaszcza przy reklamowaniu chorych z transportów i przesłuchań. Z czasem załoga gestapowska, przeważnie wachmajsterki, zaczęła przychodzić po porady lekarskie. Było to dla nas nad wyraz męczące, ale nieraz płynęły stąd duże korzyści. Podam dla przykładu: otrzymuję ważną wiadomość ustną lub gryps od łączniczki zewnętrznej dla nowo aresztowanej więźniarki; należy nawiązać szybko kontakt z tą więźniarką, która jeszcze nie zetknęła się z konspiracją więzienną, w dodatku wiadomo, że w jej celi przebywa wtyczka. Kolumna sanitarna ze względu na bezpieczeństwo własne i zainteresowanej, lecz nie wtajemniczonej jeszcze więźniarki, nie może nawiązać z nią kontaktu, zapisuje więc ją, bez jej wiedzy, na listę chorych do ambulatoryjnego przyjęcia lekarskiego w szpitalu. Więźniarka, wywołana przez wachmajsterkę konwojującą zapisane chore do ambulatorium, odmawia pójścia, tłumaczy, że jest zdrowa. Wtedy wachmajsterka, moja „wdzięczna” pacjentka, sprowadza ją do mnie siłą, przekonana, że uchylająca się od badania lekarskiego kobieta ma jakąś podejrzaną chorobę. Tu dopiero oporna więźniarka pojmuje całą grę: po usłyszeniu hasła podaje odzew, przyjmuje ode mnie i z kolei udziela mi wiadomości, które zostają przekazane na wolność lub do getrentek; potem wychodzi ze szpitala, nieraz uradowana, nieraz zgnębiona (zależnie od rodzaju otrzymanych wiadomości), ale zawsze pouczona i pokrzepiona na duchu. „Wdzięczność” pacjentek-wachmajsterek nie trwała jednak długo; szybko w nich brała górę podejrzliwość i często asystowały przy badaniach lekarskich i zabiegach. Zabiegi lekarskie na chorych szpitalnych i zgłoszonych ambulatoryjnych były wykonywane przez urzędową felczerkę Popławską i funkcyjne: Marysię Kopeć, Henrykę Prus i Stasię Wójcik - w różnych okresach. Poważniejsze zabiegi wykonywałam osobiście.

Niekiedy, gdy sytuacja wymagała bezpośredniego kontaktu z więźniarką, sprowadzoną tu pod pozorem zabiegu lekarskiego, wykonywały go również funkcyjne lekarki z kolumny sanitarnej: dr Irena Kononowicz, dr Krystyna Ossowska, dr Ludwika Tarłowska. Przeciętna dzienna ilość zabiegów wynosiła około 70 (zastrzyki, opatrunki, zabiegi okulistyczne, ginekologiczne itp.). Dwa razy w tygodniu przyjmowali w szpitalu polscy lekarze urzędowi, dr Józef Kenig i dr Szczepan Wacek, pracując również w konspiracji, załatwiali oni kontakty organizacyjne, nieraz i grzecznościowe, osobiście lub za pośrednictwem moim czy Marysi Kopciówny. Trzy razy w tygodniu w gabinecie zabiegowym (z braku miejsca na osobny gabinet dentystyczny) przyjmowała (przez krótki okres) dr Kleinowa, później dr Zofia Grzybowska - te dwie wolnościowe lekarki w miarę możliwości również utrzymywały kontakty organizacyjne i grzecznościowe z więźniarkami, bezpośrednio czy za pośrednictwem funkcyjnej lekarki, Ani Sipowicz-Gościckiej. Ania, znana niemal wszystkim więźniom i więźniarkom, udzielała jak najdalej idącej pomocy lekarskiej cierpiącym, była na każde ich zawołanie, o każdej porze, łącząc z tym pracę konspiracyjną. Podobnie jak ja, lecz w stopniu jeszcze większym była wykorzystywana z racji swego zawodu przez wachmajstrów i wyższych rangą gestapowców nawet spoza więzienia. Dyskontując ich „wdzięczność” potrafiła wykorzystać każdą okoliczność, aby niemal na ich oczach załatwiać kontakty organizacyjne czy kontakty między getrentkami. Zamknięte początkowo w różnych celach na oddziałach, później przeniesione do wspólnej celi nr 52 (znajdującej się na terenie szpitala), z czasem, wobec wielkiego nawału pracy, uzyskałyśmy zgodę na przebywanie w szpitalu od rannego do wieczornego apelu, a później nawet po apelu. W celi nr 52, tak zwanej celi lekarek, przebywały prócz mnie: dr Irena Kononowicz, dr Krystyna Ossowska, dr Anna Sipowicz-Gościcka, Maria Kopeć i - na funkcji intendentki szpitala - Wanda Wilczańska. W okresach wielkich aresztowań i przepełnienia w celach ogólnych umieszczano tu również inne funkcyjne z kolumny sanitarnej, porządkowe szpitalne, a często i z innych funkcji. Od lipca 1942 roku pozostało nas już tylko 6 - wyżej wymienione. W początkowym okresie dobowe zmienne dyżury na Pawiaku (o czym już wspomniałam) pełnili polscy urzędowi felczerzy: Popławska (obecnie Iżycka), Kawecki i Mastalarczuk. Byli oni wzywani do nagłych przypadków w celach i do ciężkich szpitalnych. Przy niejasnych nagłych przypadkach na Serbii prosili gestapowców o zezwolenie na moją konsultację. Pomogło mi to w uzyskaniu lepszej pozycji u gestapowców i wkrótce utarło się, że straż polska i gestapowcy zaprzestali wzywać felczerów, natomiast wzywali mnie o każdej porze dnia i nocy. Zwłaszcza w nocy było sporo wezwań. Dzień upływał w nieustannym ruchu i napięciu nerwowym, noce najczęściej zarywałam z powodu wezwań do chorych z cel, dyżurów przy ciężko chorych szpitalnych, pełnionych na zmianę z lekarkamiwięźniarkami: dr Kononowicz i dr Ossowską. Ponadto dość często, przeważnie w nocy (w latach 1943 i 1944), Marysia Kopeć i ja byłyśmy wzywane do asysty przy nagłych ciężkich operacjach. Były to rany postrzałowe, otrzymane w krwawych akcjach towarzyszących aresztowaniu. Zabiegi operacyjne przeprowadzał dr Kenig i więzień dr Loth (nocą wyłącznie Loth), przy asyście dra Śliwickiego, Marysi Kopeć jako instrumentariuszki i mnie jako narkotyzerki. Kilkakrotnie przy operacji asystował dr Witold Szonert, więzień na funkcji, rozstrzelany 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Raz jeden zezwolono na operowanie więźnia docentowi Janowi Zaorskiemu (przebywał krótko na Pawiaku, został zwolniony).

Kolumna sanitarna
W czasie krótkich spotkań z drem Śliwickim, zawsze czymś upozorowanych, łamaliśmy sobie porządnie głowę przez parę tygodni, co zrobić, aby w sposób nie wzbudzający żadnych zastrzeżeń ze strony Gestapo powiększyć personel funkcyjny w sanitariacie więziennym. Poprawiłoby to opiekę zdrowotną i stan sanitarny, wzmocniłoby jednocześnie pracę więziennej komórki konspiracyjnej. Sprawa nie była prosta ani łatwa wobec sprzeciwu Gestapo. Zdawało się, że wręcz niemożliwa. Lecz już w najbliższym czasie rozwiązanie przyszło samo. W marcu 1941 roku, gdy znów na oddziale męskim u nowo aresztowanego więźnia lekarze funkcyjni rozpoznali tyfus plamisty, lekarz urzędowy dr Baczyński w myśl obowiązujących przepisów złożył meldunek drowi Scherblowi. Na gestapowców padł blady strach, panicznie bali się chorób zakaźnych, zwłaszcza tyfusu. W danym przypadku diagnoza została jeszcze dodatkowo potwierdzona przez badanie serologiczne krwi w Zakładzie Higieny. Po złożonym meldunku zjawił się natychmiast w szpitalu męskim dr Scherbel i przeprowadził dochodzenie. Lekarze przedstawili mu wywiad epidemiologiczny wraz z wydanym już zarządzeniem kwarantannowym, uzasadniali potrzebę zorganizowania kolumn sanitarnych dla skutecznego zwalczania chorób zakaźnych i jednocześnie podali schemat organizacyjny tychże kolumn. Lekarz Gestapo, bardzo zdziwiony rozległą wiedzą polskich lekarzy, zaakceptował powyższy plan jedynie w obawie przed epidemią i wydał odpowiednie zarządzenie gestapowskiej administracji więziennej. Tak więc powstały wkrótce nowe placówki: kolumna sanitarna na oddziale męskim i - równolegle do niej - na kobiecym. Było to nie tylko wielkie osiągnięcie z punktu widzenia sanitarno-epidemiologicznego, ale też wydarzenie olbrzymiej wagi dla pracy konspiracyjnej na Pawiaku. Kolumna sanitarna pod pretekstem swych zadań oficjalnych stała się jedną z podstawowych komórek organizacyjnych; było to szczególnie cenne na oddziale męskim. Kolumny sanitarne składały się z ludzi pewnych, odważnych, wytrzymałych, na wysokim poziomie etycznym, fanatyków walki z hitleryzmem; mieli oni pracę bardzo odpowiedzialną i niebezpieczną. Wiele starań należało poczynić, i to nie zawsze z dodatnim wynikiem, aby uzyskać zgodę na zatrudnienie lekarek i pielęgniarek w kolumnie sanitarnej. Z reguły nie można było zatrudnić izolatek bądź getrentek. Ponadto z powodu transportów stale zmieniał się zespół. Zaledwie kilka lekarek-więźniarek dostało zezwolenie Gestapo na funkcję w kolumnie sanitarnej. Do pomocy im przydzielano więźniarki, często podsunięte przez nas, obeznane mniej więcej z zagadnieniem sanitarnym. Zespół kolumny sanitarnej współpracował ściśle ze szpitalem, jako głównym pionem. Do jego oficjalnych obowiązków należały: przeglądy sanitarno-porządkowe wszystkich więźniarek (na zawszenie, czystość, świerzb itp.), dezynsekcja cel, zapisywanie chorych do ambulatoryjnych badań lekarskich, podawanie - w miarę potrzeby - leków zapisanych przez lekarza.

Biały fartuch i tacka z lekami działały na wachmajstrów jak przepustka, na mocy której funkcyjna z kolumny sanitarnej mogła domagać się otwarcia każdej celi. Kolumna sanitarna spełniała jednocześnie ogromnie ważne zadania konspiracyjne, chwytając każdą sposobność, aby nawiązać kontakt z więźniarkami w celach ogólnych, a zwłaszcza izolacyjnych, ostrzegając przed kapusiami, kontaktując wzajemnie getrentki, przenosząc i odbierając grypsy oraz ustne informacje, dostarczając grafitów i bibułek, podrzucając żywność i odzież - słowem, roztaczając wszelakiego typu opiekę nad współwięźniarkami. Dodam jeszcze, że urazy fizyczne doznane w czasie przesłuchiwali, nawet najmniejsze, zauważone lub podane przez izolatkę, były natychmiast meldowane przez funkcyjną nielekarkę z kolumny sanitarnej lekarce z kolumny i bardzo często mnie bezpośrednio. Lekarka zwracała się wówczas do wachmana z prośbą o otwarcie tej czy innej celi. Prawie zawsze trzeba było uciekać się do podstępów, aby uzyskać na to zgodę. Po otwarciu celi udzielano właściwej pomocy lekarskiej, wykorzystując również i tę okazję do kontaktów organizacyjnych. Od chwili zorganizowania kolumny sanitarnej na Serbii do lipca 1941 roku łączyłam pracę w kolumnie z funkcją w szpitalu. Dopiero w lipcu 1941 roku udało się przeforsować u władz gestapowskich zatrudnienie w kolumnie sanitarnej dr Ireny Kononowicz (pracowała na tej funkcji do 30 VII 1944 r.). W grudniu 1941 roku udało się również zatrudnić dr Krystynę Ossowską. Do sierpnia 1944 roku pracowała ona na funkcji kierowniczki kolumny sanitarnej, opiekując się równocześnie dziećmi przebywającymi na Serbii.

Polska służba więzienna
W pierwszym okresie okupacji hitlerowskiej polska straż więzienna i administracja Pawiaka rekrutowały się głównie z pracowników sprzed września 1939 roku. Na zarządzenie władz gestapowskich wszyscy oni musieli pozostać nadal na swoich stanowiskach. Większość funkcjonariuszy straży polskiej od razu włączyła się w nurt konspiracyjnego życia więziennego, niosła więźniom pomoc w miarę swoich możliwości. Niektórzy tylko zachowywali pewną rezerwę, ze strachu bądź z jakichś innych względów, praca konspiracyjna na Pawiaku była bowiem bardzo niebezpieczna i wymagała dużej odwagi. Do nielicznych wyjątków należeli jednak ci, którzy gorliwie wypełniali zarządzenia okupanta albo wręcz starali mu się przypodobać. W latach następnych polski personel więzienny (zwłaszcza straż więzienna) ubywał ciągle na skutek aresztowań lub konieczności „likwidowania się” z pracy na Pawiaku wobec grożącego aresztowania. Jedynie na Serbii uzupełniano go częściowo, przenosząc z innych więzień pracowniczki polskie bądź angażując nowe (wśród nich były nieraz osoby podstawione przez organizacje podziemne). Pamiętam jedno z większych aresztowań w marcu 1942 roku. Ponad 30 mężczyzn i 4 kobiety z personelu więziennego oskarżono wówczas o niesienie więźniom pomocy. Niektórzy zostali wkrótce straceni, innych wywieziono do Oświęcimia, kobiety zaś - do Ravensbrück (30 V 1942 r.). Aresztowanych strażników na męskim oddziale zastąpiono Ukraińcami. Ogółem było wtedy na Pawiaku ponad 40 wachmajstrów ukraińskich. Pozostałych strażników polskich przeniesiono ze

służby na oddziałach do warsztatów (dozorowali tam więźniów zatrudnionych na funkcji szewców, krawców, blacharzy, fryzjerów, ogrodników itp.) albo odkomenderowano do pracy w innych więzieniach. To posunięcie gestapowskie zdezorganizowało kontakty straży polskiej z więźniami na męskich oddziałach Pawiaka. Na Serbii sytuacja przedstawiała się inaczej: prócz wachmajstrów gestapowskich i wachmajstrów ukraińskich, a od jesieni 1942 roku dwóch wachmajsterek niemieckich - Hedwig Hoffmann i Wandy Stalskiej - do wiosny 1944 roku pracowały jeszcze na oddziałach strażniczki polskie. Od końca 1943 roku Gestapo systematycznie powiększało straż niemiecką, zatrudniając volks- i reichsdeutschki. Od wiosny 1944 roku kolejno zwalniano ze służby Polki; nieliczne pozostałe przesunięto z oddziałów do różnych warsztatów na Serbii do dozorowania pracujących tam więźniarek. Polski administracyjny personel więzienny z kancelarii, depozytów itp. miał stosunkowo małe możliwości kontaktowania się bezpośrednio z więźniami. Ja jednak - a wiem, że inne funkcyjne więźniarki także - stykałam się z nim niejednokrotnie. Urzędniczki przychodziły do szpitala najczęściej pod pretekstem zasięgnięcia porady lekarskiej, utrzymując w ten sposób kontakt organizacyjny lub prywatny (osobista pomoc dla więźniarek). Z głębokim wzruszeniem wspominam strażniczki z Serbii. Stosunek ich do więźniarek był od samego początku opiekuńczy i serdeczny. Większość ich należała do organizacji podziemnych i łączności z miastem. Przenosiły grypsy, wiadomości ustne, niekiedy gazetki, bardzo często żywność, papierosy, części garderoby. Pośredniczyły między uwięzionymi i ich rodzinami. Były zawsze w pogotowiu, podchodziły do wizjerek, ilekroć któraś z więźniarek wystukiwała się z celi. Były uprzejme, życzliwe, znakomicie umiały przybierać odpowiednio służbową postawę wobec straży niemieckiej i kapusiów całym sercem oddane służbie w podziemiu polskim.

Gestapowska służba więzienna
Od pierwszych dni okupacji niemieckiej do jesieni 1940 roku Gestapo, chociaż nie zajmowało się bezpośrednio administracją na Pawiaku, sprawowało jednak nad nim ścisły nadzór. Gestapowcy pojawiali się w więzieniu wielokrotnie w ciągu doby, przywożąc nowo aresztowanych ludzi, zabierając więźniów na przesłuchanie w Alei Szucha lub przesłuchując ich na Pawiaku, doprowadzając ofiary po przesłuchaniach (najczęściej zmaltretowane psychicznie bądź fizycznie). Pojawienie się liczniejszej grupy gestapowców zwiastowało brutalne apele i selekcje więźniów skazanych na egzekucję lub przeznaczonych do transportów. W początkach listopada 1940 roku na Pawiaku nastąpiła zasadnicza zmiana. Gestapo przydzieliło tu do służby sporą grupę esesmanów i zorganizowało dwie kancelarie, jedną w gmachu Serbii dla komendanta więzienia (oficera SS) i jego pracowników, drugą w gmachu Pawiaka dla zastępcy komendanta więzienia, podoficerów SS z wieloosobowym personelem pomocniczym. Wszystkie posterunki więzienne zostały obsadzone przez esesmanów. Odtąd na każdym oddziale więzienia męskiego pełnili nieprzerwanie służbę gestapowcy, zwani wachmajstrami. Na Serbię przydzielono dwóch wachmajstrów, zmieniających się kolejno co 24 godziny. O zmianie, która nastąpiła w marcu 1942 roku i wiosną 1944 roku, podaję w rozdziale „Polska służba więzienna”.

Jednocześnie ze zmianami, jakie spowodowało przeniesienie w listopadzie 1940 roku stanowisk Gestapo na Pawiak, nastąpiły zasadnicze zmiany w dotychczasowym trybie życia więziennego.; Gestapowcy bezkarnie zaczęli stosować najbrutalniejsze metody i terror wobec więźniów. Bardzo często wpadali tu na inspekcję z Alei Szucha umundurowani oficerowie wyższych stopni i cywile z charakterystycznym piórkiem przy zielonych kapeluszach. Wśród wrzasków, obelg, popychania i nierzadko bicia nakazywano więźniarkom z poszczególnych oddziałów ustawiać się na długim korytarzu w idealnym szeregu. Liczono je i sprawdzano ich nazwiska, powtarzając tę operację po kilka razy. Przy czytaniu niektórych nazwisk gestapowcy często robili pauzę. Żadnego wniosku nie można było z tego wysnuć. Mogło to wróżyć zarówno egzekucję, jak transport i - niekiedy zwolnienie. Nasilone represje, tak zwany ostry lub zaostrzony kurs wobec więźniów, szły zawsze z głównej siedziby Gestapo w Alei Szucha i z komendantury gestapowskiej na Pawiaku. Odzwierciedlały one niemiecką sytuację wojenną: po zwycięstwach kurs łagodniał na krótko, tzn. gestapowcy mniej wrzeszczeli; po załamaniu się frontu na jakimś odcinku lub po akcjach odwetowych podziemia polskiego (w samej Warszawie lub poza stolicą) kurs zaostrzał się. Nie tylko więc z tajnie przekazywanych wiadomości wnioskowaliśmy o sytuacji na frontach, lecz również z nastroju, który tu, w więzieniu, zmieniał się szybko Jak w kalejdoskopie. Łagodniejszy kurs bynajmniej nie oznaczał, że więźniowie byli lepiej traktowani. Na przesłuchaniach bito i torturowano aresztowanych, miesiącami trzymano ich w podziemiach Gestapo, odbywały się nadal transporty do obozów koncentracyjnych i egzekucje. Gestapowcy z Pawiaka - władcy życia i śmierci więźnia - nieraz prześcigali swych przełożonych. Dając upust zbrodniczym instynktom znęcali się, nad więźniami bez powodu - dla zabawy; dopuszczali się samosądów wieszając, mordując w celach, bijąc pejczami na oślep, często do utraty przytomności ofiary; szczuli na więźniów policyjne psy-wilczury; kazali ludziom czołgać się po rozżarzonym żużlu, wysypanym z kotłowni, co powodowało rozległe oparzenia na ciele „ćwiczących”; pędzili więźniów pod zmienne natryski w łaźni męskiej, to parząc ich ukropem, to mrożąc lodowatą wodą; w najlepszym razie skazywali na karc (ciemnica i głodówka) lub karną gimnastykę. Wiadomości o tych okrucieństwach przenikały przez mury męskiego Pawiaka na Serbię. Represje na oddziale kobiecym miały tę samą intensywność, tyle tylko że zdarzały się rzadziej. Głęboko wryły mi się w pamięć postacie i nazwiska najokrutniejszych oprawców gestapowskich. Oto oni: Oberscharführer Alfred Alberts; obersturmführer Bergh von Trips, ostatni komendant więzienia, ledwie tydzień pozostający na tym stanowisku, lecz znany starym więźniom ze swego okrucieństwa jako komendant oddziałów egzekucyjnych; rottenführer Karl Brockmann, pracujący w kancelarii na Pawiaku; oberscharführer Franz Bürckl, zastępca komendanta, zwyrodnialec i narkoman, postrach więźniów (strzelał i wieszał ludzi w celach, prowadził ćwiczenia na rozżarzonym żużlu, szczuł więźniów psami itp.), pracujący na Pawiaku w latach 1941-1943, dnia 7 IX 1943 r. z wyroku sądu podziemia polskiego zastrzelony przez chłopców z oddziału Kedywu14 na rogu Marszałkowskiej i Litewskiej; Edel, esesman; oberscharführer Fellhaber, pracujący na Pawiaku w latach 1940 i 1941,
14

Kierownictwo Dywersji AK.

zastępca komendanta więzienia, powszechnie zwany przez więźniów Walusiem (od walenia) lub Pręko-Pręko (od ponaglania: „Prędko, prędko!”); scharführer Engelberth Frühwirt, zwany Krzykaczem lub Generałem; sturmscharführer Hiersemann, zastępca komendanta więzienia, najzagorzalszy hakatysta, pracujący na Pawiaku od końca 1941 roku do sierpnia 1943 roku; Krumschmidt, esesman zwany Dusicielem (dusił istotnie więźniów); Albusch Muller, esesman; Karl Tschechowski, zugführer zwany Karolkiem lub Psem z Czarnym Podniebieniem (zginął jesienią 1942 roku w katastrofie samochodowej pod Warszawą); rottenführer Ernst Weffels, zwany przez więźniów Wyłupem (od wyłupiastych oczu), sadysta, pełniący służbę na oddziale kobiecym od 1941 roku do 30 IX 1943 r., zlikwidowany przez Kedyw 1 X 1943 r. na ulicy Koszykowej; SS rottenführer Thomas Wippenbeck, zwany Wieszatielem (wieszał więźniów); oberscharführer Zander... i inni15. Do kategorii tak zwanych lepszych wachmajstrów należeli: Möller, ochrzczony przez więźniów Wujciem lub Złotoustym, i rottenführer Schubert, przezwany Chińczykiem lub Azjatą. Do najbardziej nieludzkich wachmajstrów ukraińskich, których pamiętam, należeli: Iwan Barczenko, Gregorij, Kowalenko, Malowanka (przezwisko), Wiazowski i Iwan Zaporożec. Niejednokrotnie na ochotnika brali oni udział w egzekucjach nad więźniami. W załodze kobiecej były wachmajsterki: Krysta Golos; Hedwig Hoffmann; Krzemińska; wachmajsterka zwana przez Niemców Mutti, kobieta nieprawdopodobnej wprost tuszy; oberwachmajsterka Olga Narewska, reichsdeutschka; Hedwig Podchorodecka, Wanda Stalska i wiele innych. Wanda Stalska okradała nowo aresztowane z biżuterii ocalałej podczas pierwszej rewizji na Pawiaku oraz z zawartości paczek, które otrzymywały więźniarki. Po wojnie odpowiadała za to przed sądem. Jak sobie przypominam, Podchorodecka pełniła służbę na Serbii na przełomie lat 1943-1944. Była to młoda, 19-letnia, krępa blondynka, wiecznie ogryzająca paznokcie. Nie umiała pohamować swych zwyrodniałych, zwierzęcych instynktów. Była bezwzględna zwłaszcza wobec słabych kobiet, kazała im ćwiczyć wyczerpującą „żabkę”, nie oszczędzała nawet więźniarek w zaawansowanej, widocznej ciąży. Bez powodu biła swym nieodłącznym sprężynowym pejczem, kopała, osadzała w karcu na głodówkę. Wzorowała się na Bürcklu i szła w jego ślady. Z wyroku sądu organizacji podziemnej została zastrzelona w drodze do więzienia 29 I 1944 r. przy ulicy Przechodniej, w pobliżu Hali Mirowskiej, na oczach wachmajsterki Hoffmann. Oberwachmajsterka Olga Narewska, inteligentna, na pozór kulturalna, elegancka dama, władająca perfekt językiem polskim, grała podwójną rolę. Udając współczucie i przyjazne nastawienie do Polaków próbowała zdobyć jak najwięcej informacji dla Niemców. Przyczyniła się do śmierci wielu więźniarek, między innymi Peruckiej, nowo aresztowanej, którą podstępnie sprowokowała. Stale zwracała gestapowcom uwagę, że dopóki będą tu polskie strażniczki, dopóty będą istniały potajemne kontakty (informacje te miałam od podkomisarz Sadzińskiej). Narewska została zastrzelona przez żołnierzy Oddziału Dywersyjnego AK wiosną 1944 roku na Kruczej. Strach i zamęt zapanowały wśród wachmajsterek i męskiej załogi gestapowskiej po wykonaniu wyroków sądu podziemia polskiego. Wielu z nich otrzymało imienne ostrzeżenia, grożące wyrokiem śmierci w wypadku, jeśli nie zmienią sposobu traktowania więźniów. Krysta Golos przyszła kiedyś do szpitala, prosząc mnie grzecznie o krople uspokajające. Zapytana o przyczynę zdenerwowania przyznała się, że otrzymała list ostrzegający, tłumaczyła się przy tym głupio, że przecież nie zrobiła
15

Wierne portrety gestapowców dał w swojej książce „Za murami Pawiaka” Leon Wanat (przyp. aut.).

krzywdy żadnej więźniarce i chyba padła ofiarą pomyłki. Z niekłamaną radością patrzyłam, jak trzęsie się jej ręka trzymająca naczynie z kroplami. Doradziłam ludzki stosunek do więźniarek. Psychikę każdego gestapowca poznawałyśmy niezwykle szybko. Okrutni „bohaterowie” na terenie więzienia - kaci bezbronnego więźnia, prowadzący bezowocną walkę, aby zniszczyć jego siłę wewnętrzną i godność osobistą - okazywali się kiedy indziej zwykłymi, pospolitymi tchórzami. Dowiódł tego okres załamywania się frontu pod Stalingradem zimą 1942 roku. Wtedy to nieliczni gestapowcy z załogi więziennej otrzymali przeniesienie na wschodni front. Panicznie się tego bali i, nie ukrywając nawet strachu, otwarcie mówili więźniom, że jadą na śmierć, jeśli nie od kuli, to z głodu i mrozu. Spragnieni otuchy przynosili więźniarkom karty - fabrykowane z pączkowych kartonów i jeszcze tak niedawno konfiskowane - prosząc o kabałę. Nasze „wróżki” chętnie wykorzystywały okazję, aby stawiać gestapowcom ponure horoskopy. Wiedziały, że to ich całkiem zdeprymuje, wobec czego w jeszcze gorszym nastroju pojadą na front. Gestapowcy wierzyli wróżbom, zwłaszcza gdy dziwnym zbiegiem okoliczności, sprawdziła się fatalna przepowiednia, którą otrzymał od jednej z „kabalarek” pewien gestapowiec wyjeżdżający na front; on sam istotnie zginął na Wschodzie, a jego rodzina podczas bombardowania Hamburga.

Konspiracja
Gdy znalazłam się na Pawiaku, od pierwszej chwili miałam konkretne dowody tajnej pomocy ze strony strażniczki Czechowicz owej, która skontaktowała mnie z moją organizacją. W uzgodnieniu zeznań z Henrykiem i mjrem Ratajczakiem pomógł nam funkcyjny lekarz, dr Zygmunt Śliwicki, poprzez dr Janinę Juraszyńską, funkcyjną lekarkę szpitala kobiecego. Wówczas już przekonałam się, iż wewnątrz Pawiaka działa zorganizowana komórka konspiracyjna, mająca łączność z organizacjami na wolności. Ale dopiero kiedy zostałam zatrudniona na funkcji lekarza szpitala kobiecego (w końcu grudnia 1940 roku), wtajemniczyła mnie w szczegóły pracy konspiracyjnej wewnątrz więzienia i kontaktów zewnętrznych więźniarka Halina Chorążyna-Starczewska, pracująca od dłuższego czasu w łączności wewnętrznej. Do listopada 1940 roku kontakty wewnętrzne i zewnętrzne były stosunkowo łatwe, ponieważ służbę więzienną pełnili funkcjonariusze polscy, których większość była powiązana z podziemiem, a gestapowcy nie pełnili stałej służby na Pawiaku. Z chwilą zorganizowania kancelarii gestapowskich oraz sukcesywnego obejmowania straży więziennej przez gestapowców, Ukraińców i wachmajsterki, powstały olbrzymie trudności w nawiązaniu kontaktów i dotychczasowy system łączności oraz metody działania musiały ulec zasadniczym zmianom.

Konspiracyjna siatka więzienna obejmowała: 1. siatkę zewnętrzną działającą na wolności; 2. siatkę wewnętrzną działającą na terenie więzienia.

Działalność konspiracyjna wewnętrzna została oparta na poszczególnych więźniach funkcyjnych, mających kontakt zewnętrzny poprzez pozostałych jeszcze na służbie funkcjonariuszy polskich. Zorganizowane przez lekarzy polskich kolumny sanitarne były podstawowym ogniwem działalności konspiracyjnej tej siatki. Pozostawała ona w ścisłej łączności z siatką zewnętrzną. Trzonem siatki wewnętrznej były szpitale (męski i kobiecy) wraz z kolumnami sanitarnymi i „czarna” pralnia. Poza tym dla łączności pracowała większość więźniów funkcyjnych: pisarze, korytarzowi, korytarzowe, kąpielowe, tłumacze i tłumaczki, kucharze i inni. Sprzyjającą okolicznością dla pracy konspiracyjnej był fakt, że personel szpitala, kolumn sanitarnych i „czarnej” pralni stanowili długoletni więźniowie i więźniarki. Kontaktem tych siatek byli łącznicy w osobach wielu polskich funkcjonariuszy straży więziennej różnych szczebli, lekarzy urzędowych, członków urzędowego personelu sanitarnego i członków Patronatu. Informacje obustronne były przekazywane bądź w grypsach, najczęściej szyfrowanych, bądź - w wyjątkowych sprawach - ustnie. Nierzadko przychodziły również gazetki, żywność, papierosy, leki, nawet części garderoby. Sposobów przemycania grypsów było wiele - decydowała tu inwencja łącznika: - i często je zmieniano w obawie przed zawsze spodziewaną rewizją osobistą. Grypsy były pisane na skrawkach cieniutkich bibułek, najczęściej papierosowych. Codziennie nadchodziła pokaźna ilość grypsów od łączniczek. Przekazywały je centralom siatki konspiracyjnej, że się tak wyrażę, a więc szpitalowi i „czarnej” pralni; centrale rozdzielały je z kolei między funkcyjne więźniarki-łączniczki - do dalszego załatwienia. Tajna poczta wymagała jak najszybszego, a często-- ze względu na wagę sprawy - natychmiastowego doręczenia jej adresatkom. Grypsy z zewnątrz spełniały doniosłą rolę. Podtrzymywały psychicznie uwięzionych, dawały im pewność, że pomimo wpadki i oni, i ich rodziny na wolności otoczeni są nadal opieką; ułatwiały więźniom obronę na przesłuchaniach względnie uzgodnienie zeznań w wypadku większej ilości aresztowanych w tej samej sprawie. Poza tym zawierały pytania, czy wśród nowo aresztowanych znajdują się wymienieni z nazwiska członkowie organizacji podziemnej, których pewnego dnia zabrakło w jej szeregach. Grypsy wychodzące z więzienia, co może było najważniejsze, ostrzegały zagrożone punkty i ludzi organizacji, a tym samym zapobiegały dalszym aresztowaniom. Znane mi są przypadki, że na skutek naszych szybkich ostrzeżeń organizacjom w porę udało się przenieść magazyny z bronią i amunicją, drukarnie, kasy, punkty z gazetkami czy innym materiałem obciążającym, o których dowiedziało się Gestapo stosując w toku przesłuchania wyrafinowane metody. Prawie codziennie siatka wysyłała na zewnątrz raporty imienne o nowo aresztowanych, wzywanych na przesłuchania, torturowanych, wywiezionych do obozów koncentracyjnych i straconych w egzekucjach. Informowała też o innych ważniejszych zdarzeniach w więzieniu. Po tej jakby historii powstania i funkcjonowania siatki więziennej w ogólnym zarysie, podam w skrócie szczegóły dotyczące pracy konspiracyjnej szpitala kobiecego i kolumny sanitarnej. Łączność wewnętrzna z uwięzionymi na Pawiaku i na oddziale kobiecym była utrzymywana przez członków siatki będących na funkcjach w obu szpitalach i obu kolumnach sanitarnych bądź przez

pracujące tam, również na funkcji, osoby zaufane. Trzeba było chwytać się najprzeróżniejszych sposobów, aby dostać się do zamkniętej celi izolacyjnej załatwić kontakt - podać gryps, bibułkę i grafit - pod okiem gestapowca, Ukraińca, wachmajsterki. Wykorzystywane były wszelkie możliwości. Najpierw obmyślało się plan pod kątem możliwości jego wykonania. Należało znać dokładnie charakterystykę gestapowca: Czy służbista, czy leniwy, czy zna język polski, czy tylko udaje, że nie rozumie, czy podejrzliwy, czy na innej zmianie będzie tzw. lepszy. Następnie brało się pod uwagę warunki terenowe (izolacja czy cela ogólna, a jeśli ogólna, to czy nie ma w niej wtyczki, kapusia). Dopiero po tym rozeznaniu można było przystąpić do zadania (podać wiadomości ustnie lub grypsem), oczywiście maksymalnie zapewniając również i własne bezpieczeństwo. Pracując w siatce konspiracyjnej nie można było pozwolić sobie na żaden nieprzemyślany krok. Niedostateczna sprawność któregokolwiek z ogniw tworzących ten wspaniały łańcuch, najmniejsze potknięcie się groziły wsypą, a to pociągało za sobą ciężkie, nawet tragiczne konsekwencje. Za znalezienie grypsu w czasie rewizji strażnicy i strażniczki byli aresztowani, rozstrzeliwani; więźniarki przyłapane z grypsami karano karcem, torturą, w najbliższym transporcie wysyłano je do obozów koncentracyjnych, tam zaś do karnych kompanii. Za znaleziony gryps Bürckl powiesił w karcu więźniarkę Błaszkiewiczową; na skutek donosu kapusia, volksdeutschki Friedy Kopf, rozstrzelana została Gera Sumińska, odważna, ofiarna korytarzowa I oddziału. Nieraz, w czasie pełnienia służby przez gestapowców z tzw. złej zmiany, poza podaniem leku nie można było w ogóle nic zdziałać. Gdy zachodziła bezwzględna konieczność, trzeba było używać różnych forteli, aby osłabić czujność gestapowców. Kierowało się ich uwagę na jakąś inną sprawę, nieraz bardzo błahą - wachmajsterki, szczególnie wrażliwe na pochlebstwa, karmiono tymi pochlebstwami, starano się wzbudzić ich zainteresowanie dla istotnie pięknych robót ręcznych, wykonywanych przez więźniarki, sprowadzano rozmowę na temat chorób lub rodzin wachmajstrów (ich słaby punkt), meldowano o uszkodzeniu (umyślnym) jakiegoś sprzętu w celi, który wymagał natychmiastowej reperacji itp., itp. Bardzo często funkcyjne kolumny sanitarnej zapisywały zdrową więźniarkę jako chorą do lekarskiego badania. Z więźniarką zorientowaną w pracy konspiracyjnej nie było na ogół trudności. W mig pojmowała, o co chodzi. I wtedy, sprowadzona do ambulatorium, w trakcie „badania” lub „koniecznego zabiegu” otrzymywała od nas informacje, instrukcje ustne lub grypsowe, my zaś zdobywałyśmy od niej ważne wiadomości do wysłania na zewnątrz. Ale i tu pilnowane bacznym okiem, zarówno my, jak i więźniarki, szczególnie izolatki, musiałyśmy obmyślać wciąż nowe, nie powtarzające się chwyty, i tak zmylić gestapowców, aby w ich obecności załatwić to, co trzeba. Najlepiej służyły do tego celu momenty rozbierania się przed badaniem lekarskim lub tzw. wstydliwe zabiegi, jeśli na prośbę lekarza czy pielęgniarki gestapowiec łaskawie zechciał się wtedy odwrócić. Ta chwila wystarczała. Potem przepisywałam więźniarce dalsze leczenie, tak aby pociągało to za sobą konieczność sprowadzenia jej w dniach następnych do ambulatorium. Podobny system leczenia, związany z pracą konspiracyjną czy kontaktową osobistą, stosowali niejednokrotnie również lekarze urzędowi: dr Wacek, dr Kenig, dr Babski i felczerka Popławska. Aby nie wzbudzić podejrzeń zbyt częstym odwiedzaniem izolatek, wykorzystywało się krótkie momenty nieobecności wachmajstrów przy zmianie służby (około godziny 14). Wtedy podchodziło się

pod celę i przez judasza telegraficznym stylem nadawało się i odbierało potrzebne informacje i odpowiedzi. Czasami nawet jedno ciepłe słowo rzucone poprzez drzwi znaczyło dla izolatki bardzo wiele. Trudne i mozolne było dotarcie do izolatek zwykłych, a wręcz czasem niemożliwe do tak zwanych „izolatek ostrych”16, których cel polskie strażniczki w ogóle nie miały prawa otwierać nawet podczas krótkotrwałej nieobecności gestapowców. Ale właśnie one wymagały szczególnej opieki, przede wszystkim konkretnej pomocy konspiracyjnej. Z drugiej zaś strony informacje otrzymane od nich decydowały o losach wielu ludzi. Załatwione zlecenia, kontakty, gryps od więźniarki lub ustna wiadomość, zapisana potem w grypsie przez funkcyjną więźniarkę z łączności wewnętrznej, oddawane były centralom, które z kolei rozdzielały je między właściwe skrzynki-łączniczki zewnętrzne. Względna swoboda personelu lekarskiego i pomocniczego, jak również innych funkcyjnych, była warunkiem umożliwiającym działanie konspiracyjne. Mimo kolektywnej pracy żadna funkcyjna prawie nigdy nie wiedziała o zadaniach swych koleżanek. Było to konieczne ze względów konspiracyjnych, aby do minimum zawęzić krąg przy ewentualnej wsypie.

Pozostaje mi jeszcze omówienie sprawy kontaktów między więźniarkami i łączności między oddziałem kobiecym a męskim. Charakter pracy tej pierwszej łączności był właściwie taki sam, jak wyżej opisany. Ogromną wagę miała łączność między Serbią a Pawiakiem. Ta nerwowa, wyczerpująca praca wymagała na oddziale męskim jeszcze większego aktorstwa, zarówno ze względu na sytuację lokalową, jak i na coraz bardziej kruszący się zespół polskich strażników-łączników organizacyjnych z powodu aresztowań i konieczności „likwidowania” się z pracy w więzieniu, co w końcu doprowadziło do zupełnego ich braku na oddziałach. Kontakty na oddziale męskim załatwiane były przez współwięźniów, a przenoszone na zewnątrz w fazie końcowej via szpitale i „czarna” pralnia - przez niewielką już garstkę strażniczek, tym bardziej przeciążonych tą pracą, że w dniu 1 IV 1944 r. zostali zwolnieni wszyscy urzędowi lekarze i felczerzy. Cały ciężar tajnej roboty dźwigali tu dr Zygmunt Śliwicki i dr Anna Sipowicz-Gościcka (pracująca 3 razy w tygodniu po kilka godzin na oddziale męskim), łącznie z drem Felicjanem Lothem, inż. Jerzym Porazińskim na funkcji laboranta w laboratorium więziennym od końca 1941 roku do połowy 1943 roku (zginął w Oświęcimiu), studentem prawa Leszkiem Torchalskim na funkcji aptekarza (aresztowany w czerwcu 1940 r., rozstrzelany w ruinach getta 30 IX 1943 r.). Wielu było więźniów, którzy na swych odcinkach funkcyjnych pracowali ofiarnie w łączności konspiracyjnej. Niezwykłą odwagą i bojowością wyróżnili się: Zbigniew Tomaszewski, członek ZWZ, z kolumny sanitarnej, jak mi wiadomo prawa ręka dra Gliwickiego, oraz mgr Edward Wohlfarth, członek ZWZ (aresztowany 9 IX 1941 r.), korytarzowy specjalnego oddziału ścisłych izolacji na
16

Streng isoliert.

I oddziale męskim, później pracujący na funkcji pisarza jednego z oddziałów (17 I 1943 r. wywieziony na Majdanek). Wielkie usługi siatce więziennej oddawał również Leon Wanat, długoletni więzień na funkcji pisarza w kancelarii niemieckiej. Od niego otrzymywaliśmy nieraz cenne informacje dotyczące transportów i egzekucji, nazwiska szpiclów przebywających w charakterze więźniów oraz nazwiska sypiących. Przekazywał też ważniejsze wiadomości usłyszane w kancelarii. Członkowie wewnętrznej siatki więziennej, bez względu na przynależność organizacyjną, nigdy nie ograniczali się tylko do kontaktów związanych ściśle ze swoim pionem. Wszystkim uwięzionym udzielali pomocy w najszerszym tego słowa znaczeniu, począwszy od opieki moralnej. Bronili współtowarzyszy przed załamaniem, podnosili ich na duchu słowem, uśmiechem, dobrymi wiadomościami z frontu (czasem prawdziwymi, czasem zmyślonymi); nie otrzymującym paczek żywnościowych (zakaz referatu, brak pieniędzy w depozycie w okresie „wypisek” patronackich lub brak zewnętrznych opiekunów, rodzin itp.) podrzucali żywność, ołówki, bibułki grypsowe, różne artykuły pierwszej potrzeby, miski, łyżki, przybory toaletowe itp. Uczyli ich, jak unikać szykan ze strony wachmajstrów; starali się różnymi robótkami ręcznymi zatrudniać więźniarki przebywające w celach ogólnych, a jeśli tylko było to możliwe, również i izolatki. Ponadto, co najważniejsze, załatwiali grypsy, nawet prywatne, oczywiście po uprzednim zebraniu opinii i całkowitym „rozeznaniu” więźniarki w obawie przed ewentualną prowokacją czy też „kapowaniem”, bo i to zdarzało się nierzadko. Każdy otrzymany gryps od łączniczek zewnętrznych, który oddawałam bezpośrednio adresatcewięźniarce lub przekazywałam łączniczkom wewnętrznym - z kolumny sanitarnej, „czarnej” pralni, korytarzowym bądź pracującym na innych funkcjach - jak również każdy gryps otrzymany wprost od więźniarki lub za pośrednictwem wyżej wymienionych, czytałam i uczyłam się na pamięć zawartej w nim treści, nim wręczyłam go łączniczkom zewnętrznym. Robiłam to na wypadek, gdyby okoliczności zmusiły zewnętrznego czy wewnętrznego łącznika do zniszczenia tajnej poczty. Żadna pomyłka w wyborze właściwej skrzynki (lekarz, strażniczka) nie mogła się zdarzyć. Prowadzenie jakichkolwiek notatek było wykluczone; musiałam wszystko wbijać sobie mocno w głowę. Błogosławiona pamięć, która wówczas zdolna była tak szybko zarejestrować i pomieścić tyle nazwisk, tyle zeznań, ostrzeżeń, haseł itp., a która również szybko musiała pozbyć się tego balastu i być znów białą kartą, gotową do nowych zapisów. Wszyscy z siatki byliśmy współuczestnikami coraz to nowych tragedii. Wiedzieliśmy straszliwie dużo, przeżywaliśmy niemalże każdą sprawę na równi ze współtowarzyszkami. Ciężar to był prawdziwie nieludzki. A przecież zasadą konspiracji jest wiedzieć jak najmniej. Umysły nasze musiały więc pracować jeszcze i nad tym, aby zapamiętując nowe sprawy zapominać o starych, wymazywać je. Łączniczkami zewnętrznymi, z którymi kontaktowałam się bezpośrednio, były z załogi więzienia: Wanda Gawryłow (Danusia), podkomisarz; Jadwiga Sadzińska, aspirant, pełniąca służbę komisarki na Serbii po aresztowaniu Gawryłow w maju 1943 roku (przed przejściem na to stanowisko pracowała w kancelarii polskiej na Serbii); Maria Rosłońska (Kaczusia), przodowniczka; Ludwika Uzar-Krysiakowa (Lusia, Myszka), strażniczka; Stefania Czechowiczowa, strażniczka do pierwszych miesięcy 1941 roku, potem przeniesiona do pracy w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej, i Rozalia Łapińska (Łapcia), strażniczka.

Największą ilość spraw kontaktowych organizacyjnych z wolności przekazywały mi: Zofia Döllinger (Pajączek), st. strażniczka od lutego 1943 roku do 31 VII 1944 r.; Maria Górnisiewicz, strażniczka od 1942 roku prawie do końca lipca 1944 roku; Helena Łapińska (Cegła), strażniczka od lutego 1941 roku do 17 X 1943 r., tj. do chwili przymusowej ucieczki z Pawiaka wobec grożącego aresztowania; Janina Szubielska (Mateczka), strażniczka od początku 1941 roku do chwili aresztowania przez Gestapo w lutym 1943 roku; Maria Adamska, strażniczka od 1942 roku do 31 VII 1944 r., główny łącznik dra Zygmunta Śliwickiego i dr Anny Sipowicz-Gościckiej dla kontaktów z oddziałem męskim. Ponadto kontakt organizacyjny utrzymywałam z delegatką Patronatu Opieki nad Więźniami, Heleną Danielewicz - przy każdym jej oficjalnym pobycie na Pawiaku - oraz z mgrem farmacji Stanisławem Bukowskim, opiekującym się apteką więzienną. W roku 1944 Gestapo zabroniło pani Danielewicz wchodzić na teren oddziałów i szpitali więziennych. Sprawy związane z dostarczaniem ściśle określonych dotacji żywnościowych przez Patronat, tolerowane jeszcze przez władze gestapowskie, mogła załatwiać pani Danielewicz jedynie i to zawsze w obecności esesmana w małych warsztatach, mieszczących się na dziedzińcu Pawiaka, tuż za furtką Serbii. W dniach i godzinach wyznaczonych przez komendanta więzienia przychodziła niestrudzenie na Pawiak, wkraczając odważnie w „paszczę lwa”. Pani Danielewicz przynosiła również pewną ilość leków dla szpitala męskiego i kobiecego, które ofiarnie ze swej apteki przekazywał mgr Bukowski, jak również inni właściciele warszawskich aptek. Po odbiór leków wzywał mnie gestapowiec. Przez cały czas przysłuchiwał się pilnie naszej krótkiej, niemal telegraficznej rozmowie, toczącej się wyłącznie na temat leków. Wydawało się wówczas, że w tej sytuacji nic nie będzie można zdziałać. Trzeba było jednak i teraz coś wymyślić, aby nie dopuścić do zerwania tak cennego kontaktu z wolnością. Niemal równocześnie z drem Śliwickim, którego także wzywano po odbiór leków dla szpitala męskiego, wpadliśmy na całkiem oryginalny pomysł. Powszechnie w medycynie używany martwy język Eskulapa - stara, poczciwa łacina - oddał tu niemałe usługi. Odręcznie pisane etykiety lekarskie na opakowaniu leków i nasze kartki z zapotrzebowaniem na nowe, wypisywane systemem receptowym, zawierały wspaniały szyfr. Gestapowiec bacznie nas pilnował, nadstawiał uszu i wreszcie - odczytawszy z całą skrupulatnością niezrozumiałe dla niego słowa i skróty łacińskie - akceptował wszystko. Niezmiernie cenne były kontakty organizacyjne z lekarzami urzędowymi: drem Babskim, drem Baczyńskim, a głównie z drem Kenigiem i drem Wackiem, aż do czasu zwolnienia ich przez Gestapo (30 III 1944 r.) z pracy na Pawiaku. Ponadto utrzymywały konspiracyjny kontakt z Pawiakiem funkcjonariuszki więzienia przy Daniłowiczowskiej: Irena Wirszyłło, podkomisarz, członek zewnętrznej siatki ZWZ-AK (aresztowana jesienią 1943 roku, wywieziona do Oświęcimia, tam zmarła) i Irena Jaszczyńska, podkomisarz, członek ZWZ-AK (aresztowana jesienią 1943 roku, po miesiącu, nie rozkonspirowana przez Gestapo, została zwolniona). Dopiero w wiele lat po wojnie poznałam osobiście szefa zewnętrznej komórki więziennej Komendy Głównej AK, mgra inżyniera Kazimierza Leskiego. W czasie pobytu na Serbii, tylekroć otrzymując od niego (w poczcie między innymi grypsami na mikroskopijnych skraweczkach bibułki) słowa otuchy,

starałam się wyobrazić sobie, jak wygląda ta mityczna dla nas postać. Spotkanie z nim wywarło na mnie wrażenie niezatarte. Wspominaliśmy minione ciężkie lata. Dowiedziałam się wtedy, że komórka łączności z więzieniem nosiła m.in. kryptonim „Kratka 998”... Jestem pełna podziwu dla tego człowieka, dla jego nieprawdopodobnej odwagi i poświęcenia w pracy podziemnej. Podczas rozmowy z inż. Leskim słuchałam go ze zdumieniem, bo trudno mi było uświadomić sobie, że ktoś z wolności mógł tak doskonale i całkowicie orientować się we wszystkim, co dotyczyło Pawiaka. A wtedy wydawało nam się, że nikt na wolności nie potrafi zrozumieć sytuacji w więzieniu. Jak sprawnie pracowała siatka więzienna, stale narażona na niebezpieczeństwo, dowodzi fakt, że przez cały ten czas nie było ani jednej wsypy w siatce wewnętrznej. Chociaż gestapowcy nieprzerwanie inwigilowali funkcyjnych szpitala i kolumny sanitarnej, a w celach umieszczali wtyczki i kapusiów, nie udało się im nigdy przyłapać na gorącym uczynku nikogo z nas. Nigdy nie zdobyli żadnych dowodów sabotażowej akcji, prowadzonej przez konspiracyjną komórkę więzienną. Niemniej jednak stale podejrzewali nas, a zwłaszcza sanitarny personel funkcyjny, o nielegalną robotę, deptali nam po piętach, wymyślali od „Spitalbande” i „Konspirationsklike”. Od łączniczek wewnętrznych nigdy nie usłyszałam: „Boję się, to niemożliwe do wykonania” - a miały prawo się bać, każda już dostatecznie obciążona była sprawą, za którą siedziała; wszystkie chciałyśmy żyć i przeżyć. Śmiało mogę powiedzieć o nich, jak również o zewnętrznych łączniczkach, że byli to nieustraszeni żołnierze. Praca w siatce wewnętrznej i zewnętrznej to przysłowiowy taniec wśród mieczów, i dziś, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, wydaje mi się wręcz nieprawdopodobna. Zachowałam w pamięci wiele faktów, zdarzeń, tragedii i przeżyć poszczególnych więźniarek. Dla ilustracji podaję szczegółowiej kilka przykładów ciężkiej i precyzyjnej działalności konspiracyjnej w komórce więziennej, działalności, która wyczerpywała nie tylko nerwowo, ale i fizycznie, bo od rana aż do wieczornego apelu byłyśmy w nieustannym ruchu.

Od końca sierpnia 1942 roku w izolatce II przebywała przez długie miesiące Wanda Ossowska, jedna z licznych ofiar zdrady Ludwika Kalksteina. Kilkadziesiąt razy wzywana na przesłuchanie w Alei Szucha, najczęściej wracała ciężko pobita. Oprócz innych więźniarek funkcyjnych, które w miarę możności opiekowały się Wandą, miałam z nią i ja kontakt osobisty. Po wieczornym apelu (zazwyczaj po powrocie z przesłuchania) wystukiwała się z celi jako chora. Wachmajster czy wachmajsterka, którzy mnie do niej wzywali, i pilnie nas strzegli. Wanda głównie skarżyła się na bóle brzucha. W stanie, w jakim przywożono ją z przesłuchania, miała prawo skarżyć się na różne dolegliwości, ale wybrała te, które wymagały rozbierania się przed badaniem. W krótkiej chwili, gdy poproszony o to wachmajster odwracał się, a niekiedy nawet wychodził z celi zostawiając drzwi otwarte, Wanda mnie lub ja jej przekazywałyśmy sobie ustnie potrzebne wiadomości. Aby potwierdzić konieczność pomocy lekarskiej, wracałam do apteczki szpitalnej po leki, doraźne i ogólnie wzmacniające, które zanosił Wandzie wachmajster. Mimo potwornych tortur w Gestapo Wanda z całym heroizmem wytrzymywała śledztwo. Któregoś dnia, wykorzystując moment nieobecności straży gestapowskiej, podeszłam do judasza jej celi. Wanda była krańcowo wyczerpana nerwowo, bała się następnych przesłuchań, prosiła o truciznę.

Uspokajałam ją, jak mogłam, szybko, nieskładnie, że tyle przeszła... że wytrzyma... Wierzyłam istotnie w wielką wytrzymałość Wandy, wiedziałam na pewno, że nie sypnie, bałam się, żeby zbyt pochopnie nie pozbawiła się życia. Trucizna dla niej nadeszła. Miała jej być podana we właściwym czasie przez funkcyjną więźniarkę, z którą kontaktowała się częściej, ja zaś miałam być o tym powiadomiona, aby na wszelki wypadek przygotować jakieś tłumaczenie. Trucizna podana została rzeczywiście w odpowiedniej chwili, ale ja nie zostałam powiadomiona o tym przez funkcyjną z siatki. Może zapomniała, może zrobiła, to z rozmysłem, wiedziała bowiem, że staram się oddalić tę ostateczność. Tego dnia, gdy Wandę wezwano na Szucha, około południa przyszedł do szpitala scharführer Frühwirt i kazał mi iść z sobą do pustej celi Wandy. Tu czekało dwóch nie znanych nam oficerów Gestapo. Nie rozumiałam jeszcze, po co mnie Frühwirt sprowadził. Gestapowcy zaczęli ostro indagować: czy przychodziłam do tej celi? Przytaknęłam. Zorientowałam się, że mogą wiedzieć o tym od wachmajstra Ukraińca, który w tej chwili też miał służbę i był obecny przy rozmowie. Następne pytanie: po co? - Wzywana przez wachmajstra jako lekarz - powiedziałam. - Na co chorowała, na co się skarżyła? - Na bóle brzucha, miała wymioty, biegunkę, bóle głowy. Zapytano, jakie lekarstwa jej podawałam. Wyjaśniłam, że krople przeciwbólowe i wzmacniające granulki (puste opakowanie znaleziono w celi), które podawał jej wachmajster. Czy, kiedy badałam ją, byłam sama w celi? - Nie, nigdy. Zawsze był obecny któryś z wachmajstrów i spojrzałam na Ukraińca (rozumiał po niemiecku), w którego oczach zobaczyłam przerażenie, gdy usłyszał pytanie, i błysk zadowolenia po mojej odpowiedzi. W przyszłości miałam w nim już jak gdyby sprzymierzeńca. Ukraińcy, inaczej niż my, ale bali się ogromnie gestapowców i wiedzieli, co im grozi za uchybienie w regulaminie służbowym lub najmniejsze bodaj sprzyjanie więźniarkom. Nieliczni spośród nich, tacy na przykład jak Miluszko czy Lissowski - innych nazwisk nie pamiętam - zachowywali się wobec więźniów przyzwoicie, o tyle naturalnie, o ile pozwalały na to okoliczności. Od nich dowiadywałyśmy się nieraz o łosie zabieranych z cel więźniarek, o straconych w egzekucjach; podawali nam miejsce i metody straceń, sposoby pozbywania się zwłok itp. Ci nienawidzili gestapowców. Ponieważ wydarzenia więzienne, stawały się niemal błyskawicznie wszystkim znanej zwłaszcza funkcyjnym, rozeszła się szybko wiadomość o moim przesłuchaniu w celi Wandy Ossowskiej. Funkcyjna więźniarka (spoza kolumny sanitarnej) powiedziała mi, że tego ranka na korytarzu, tuż przed wyjściem z Serbii wsunęła Wandzie truciznę. Zrozumiałam teraz przyczynę mojego przesłuchania. Gdy tego dnia i następnych Wanda nie wracała z Alei Szucha, nie miałam już żadnych wątpliwości, Wszelkie i podejrzenia jej referentów skierowane były na mnie - wiedzieli od wachmajstrów, że ją leczyłam i podawałam pośrednio przez wachmajstrów leki, a więc mogłam podać truciznę. Przez tych kilka wlokących się i niespokojnych dni dręczyła mnie myśl, że ta dzielna dziewczyna nie żyje. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam ją znowu. Pod pozorem bólu zęba zjawiła się u Ani Sipowicz, konwojowana przez wachmajstra, który w pewnej chwili wyszedł z gabinetu. Uściskałyśmy się serdecznie. Opowiedziała mi szybko, że maltretowana, w krzyżowym ogniu pytań, w obawie, by

nikogo nie wydać, podczas przerwy w przesłuchaniu wyprowadzona do ubikacji, zażyła tam truciznę i straciła przytomność - śmierć jednak nie przyszła, zbyt długo przechowywana trucizna uległa rozkładowi. Kiedy odzyskała przytomność, zorientowała się, że jest nadal w Gestapo pod opieką niemieckiej pielęgniarki. Stopniowo wracała do sił. Na następnym przesłuchaniu zapytano, skąd miała truciznę. Tłumaczyła się, że od głównego referenta, bo sam ją oddał wraz z innymi drobiazgami, o które kiedyś na przesłuchaniu poprosiła. Rozszerzonymi jeszcze źrenicami, słabo reagującymi na światło, spojrzała mi prosto w oczy mówiąc: „Nie gniewaj się, byłam u kresu wytrzymałości”. Z głębokim wzruszeniem zapewniłam ją, że wierzyłam i wierzę w jej siłę, dzielność i że teraz na pewno przeżyje to piekło. Przeżyła gehennę w Gestapo, przeżyła własną śmierć, Pawiak, ciężkie lata obozów koncentracyjnych na Majdanku, później w Oświęcimiu i wreszcie w Ravensbrück.

W drugiej połowie grudnia 1942 roku w grupie około 200 nowo aresztowanych znalazła się Sabina Bykowska. Wspominam o niej, bo jest to nietypowa sylwetka więźniarki; w okresie prawie rocznego pobytu Sabiny w więzieniu poznałyśmy jej dwie skrajnie różne osobowości. Aresztowana w ciężkiej sprawie, głośnej w więzieniu jako tzw. sprawa Kalksteina, długi czas pociągająca za sobą coraz to nowe aresztowania, Bykowska zachowywała się w pierwszych miesiącach z pełną godnością.. przekazywałam jej osobiście grypsy z miasta: wnioskowałam z ich treści, że Sabina jest wartościową i oddaną sprawie bojowniczką organizacji podziemnej. Z odpowiedzi grypsowych, które mi dawała do dalszego przekazania, wynikało, że nie sypnęła nikogo, co zresztą potwierdzały wspólniczki sprawy. W celi była bardzo łubiana; uczynna, pogodna, podnosiła na duchu towarzyszki. Jak inne więźniarki chodziła do pracy w kartoflami, sprzątała podwórze, chodziła ze śmieciami na męski Pawiak. Minęły miesiące. Sabina Bykowska została sprzątaczką dyżurki wachmajstrów na Serbii. Ogromnie się z tego ucieszyłam, miałam jak dotychczas bardzo dobrą opinię o Sabinie i byłam przekonana, że pracując na tej funkcji będzie mogła nam dostarczać wiele cennych wiadomości. Korzystając teraz z dużej swobody poruszania się po wszystkich oddziałach, często wpadała do szpitala po wzmacniające leki, mówiła mi głównie o wachmajstrach, o nowo przyjętych do służby, sygnalizowała tych, którzy wyjechać mają na front itp. Stopniowo nabierała coraz większej pewności siebie, mało przebywała w celi, wracała późno po apelu. Zaczęła zwracać szczególną uwagę na swój wygląd zewnętrzny. Teren swobodnego; poruszania się bez konwojentów nie ograniczał się do Serbii, ale sięgał do głównej kancelarii gestapowskiej na Pawiaku i kuchni gestapowskiej, skąd przynosiła posiłki dla wachmajstrów i dla siebie. Przestała dzielić się czymkolwiek ze współtowarzyszkami. Zaokrągliła się, na twarzy jej zakwitły rumieńce, oczy odzyskały, blask. Do szpitala przychodziła obecnie bardzo rzadko, spotkana: przypadkiem na którymś z oddziałów starała się wyraźnie mnie omijać. Zresztą pomocy lekarskiej i tak nie potrzebowała, była w znakomitej kondycji. Tym dziwnym, zmienionym zachowaniem! wzbudziła nieufność towarzyszek z celi i funkcyjnych. W miarę możności próbowałyśmy ją obserwować, śledzić Jej kroki, Ale do dyżurki gestapowskiej nie miałyśmy dostępu. Sabina Bykowska

opiekowała się wszystkimi wachmajsterkami i wachmajstrami, a zwłaszcza Weffelsem-Wyłupem, który darzył ją wyraźną sympatią. Jaskrawym tego przykładem (jak opowiadała funkcyjna z jej celi) był pewien wieczorny apel, który Odbierał Wyłup. W meldunku o stanie liczbowym celi, który musiał brzmieć: „Zelle nr ... mit... Häftlingen belegt, alle da”17 - starościna wymieniła Bykowską jako nieobecną. Wyłup wściekł się nagle i wrzasnął: - Das ist meine Sabina, niemand darf hier nichts zu sprechen!“18 Tak zaczęła się rozszyfrowywać długo niepokojąca nas zagadka. Dalsze, konkretniejsze potwierdzenie tej wzajemnej adoracji uzyskałyśmy pewnego wieczoru, gdy po apelu Wyłup przyprowadził Sabinę do szpitala i zwrócił się do mnie że słowami: „Meine Sabina ist krank”19 wskazując na jej palec. Stwierdziłam lekkie, powierzchowne zadraśnięcie. Tym razem wściekłość ogarnęła i mnie, i Marysię Kopciównę, która z całą ceremonią musiała nakładać opatrunek. Wyłup głaskał dłoń Sabiny, uspokajał ją i pytał nas, kiedy się palec zagoi. Odpowiedziałam, ze to głupstwo, nie wymaga leczenia, ale może się pokazać jutro lub pojutrze; Sabina nie przyszła już. To śmieszne, drobne skaleczenie nie wymagało nawet zmiany opatrunku. Zdawałam sobie sprawę, że w tym wszystkim kryje się jakieś niebezpieczeństwo. Istotnie nastąpiło tor co przeczuwałam. Po kilku dniach, gdy byłam zajęta segregowaniem leków świeżo nadesłanych drogą urzędową przez Patronat, weszła do gabinetu lekarskiego Sabina. W wielkiej „tajemnicy” oznajmiła mi, że Wyłup wie, bo sam jej to powiedział, iż szpital i kolumna sanitarna przemycają grypsy; groził, że zrobi z tego użytek. Przyznam się, że ścierpła mi skóra. Sabina przecież miała mnie w ręku. Jakże często przeze mnie otrzymywała przed kilkoma miesiącami grypsy! Natychmiast, zdecydowanie i spokojnie, śmiejąc się powiadomiłam ją, że i ja, i funkcyjne szpitalne, i te z kolumny sanitarnej jesteśmy starymi więźniarkami, orientujemy się zatem, czym może grozić zajmowanie się podobnymi sprawami, a przecież każda z nas chce wyjść na wolność. Poza tym wszystkie jesteśmy tak przeciążone pracą z racji naszych funkcji, że na podobne bzdury nawet czasu nam brak. Wyszła nic nie odpowiadając. Po dwóch dniach zjawiła się ponownie i powtórzyła to samo, tym razem jednak ze sposobu jej zachowania się odgadłam, że to właśnie ona jest informatorką Wyłupa. Może mimo wszystko gdzieś w głębi sumienia odczuwała skrupuły i przyszła mnie ostrzec. Wyłup od dłuższego czasu był wyjątkowo źle nastawiony do szpitala i całego sanitariatu na Serbii, śledził nas skradając się na palcach, cichutko otwierał z klucza drzwi szpitalne, wpadał - bądź do cel szpitalnych, bądź do naszej celi, asystował często przy badaniu i zabiegach w ambulatorium, nie szczędził gróźb i wymysłów. Miałyśmy jednak tak wyostrzony słuch, wzrok i wyczucie, że zawsze udawało nam się załatwiać wszystkie kontakty, i jego próby przyłapania nas spełzały na niczym- Was ist das wyup?20- zapytał kiedyś Anię i mnie na korytarzu szpitalnym. Zaskoczone tym pytaniem, natychmiast, jakbyśmy się umówiły, wybuchnęłyśmy śmiechem i niby speszone zaczęłyśmy mówić obie na raz: - Panie wachmajstrze... jakby to przetłumaczyć...? To wielki komplement... Na przykład pan... Pan ma piękne, duże, bardzo duże oczy...

17 18

Cela nr … tyle a tyle więźniarek, wszystkie obecne. To jest moja Sabina, nikt nie ma nic do gadania. 19 Moja Sabina jest chora. 20 Co to jest wyup?

- Und Ania ist auch wyłup...21 - dorzuciłam. Spojrzał na nas rybimi oczyma, które zrobiły się jeszcze bardziej wyłupiaste. W swej głupocie i próżności uwierzył wówczas w niecodzienną urodę swych oczu. Nazajutrz po bytności Sabiny u mnie przyszedł do szpitala Wyłup. Przebiegł wszystkie cele, wpadł do gabinetu lekarskiego, rozsiadł się w fotelu, utkwił we mnie wyłupiaste, złe oczy i rozkrzyczał się na dobre, że skończy z całą szpitalbandą... konspirationskliką... że wie, iż szpital i kolumna sanitarna przenoszą „kasiba”... i że on o tym doniesie zaraz naszemu szefowi z Alei Szucha. Był nim wtedy obersturmführer Bomeier. Kiedy się już wykrzyczał, zapytałam z głupia frant: - Was ist das Kasiba? Wiedziałam doskonale, że w niemieckiej gwarze więziennej „kasiba” znaczy gryps. - Ha, ha, Quatsch, das wiessen sie nicht?... Das sind solche kleine Briefchen!22 - zawołał. Odpowiedziałam mu, że owszem, przecież zgodnie z zezwoleniem władz piszemy i otrzymujemy raz w miesiącu listy czy karty pisane po niemiecku. Czy teraz już nie wolno? Rozjątrzyło to Wyłupa jeszcze bardziej, zachłystywał się wprost własnym krzykiem, tłumacząc dokładnie, o co mu chodzi. Jak zwykle w takich wypadkach, nie zawiodło mnie opanowanie biorące się nie wiadomo skąd. Zapytałam spokojnie, kto rzucił takie oszczerstwo i oskarżenie graniczące z podłością i świństwem; wszystkie funkcyjne szpitala i kolumny sanitarnej to stare więźniarki, świadome, co je czeka za podobne wykroczenie, my zaś chcemy żyć i wyjść na wolność. Zresztą, zatrudnione na funkcji nie nadążamy nieraz z wykonaniem pracy w ciągu dnia, kiedy zatem... i, biorąc go pod włos, dorzuciłam: - Pan wachmajster jest człowiekiem sprawiedliwym i zna naszą pracę, jestem pewna, że krzywdy nikomu nie chciałby zrobić. Kiedy skończyłam to dość długie przemówienie, Wyłup namyślał się chwilę, nie krzyczał już, ale na zakończenie oznajmił: - Trotzdem werde ich zum Obersturmbannführer gehen und mit ihm sprechen.23 I poszedł istotnie złożyć na nas donos w Gestapo, poszedł walczyć o wolność dla Sabiny, która wtajemniczyła go w arkana wielkiej gry, zapominając, że dzięki tej grze ona sama przed kilkoma miesiącami ocalała od tortur w czasie przesłuchiwań, może nawet od śmierci, w każdym razie na pewno od transportu. W kilka dni potem w godzinach rannych przyszedł do szpitala kobiecego na Serbii sturmbannführer dr Bomeier ze swym felczerem, oberscharführerem Lindnerem. Sądziłam, że to zwykła inspekcja, ale nie przywitali się ze mną, jak to zawsze robili.
21 22 23

Ania jest także wyłup. Bzdura, nie wiecie?... To są takie małe liściki!
Pomimo to pójdę do Obersturmbannführera i z nim pogadam.

Zachowywali się bardzo urzędowo. Dr Bomeier polecił wezwać jeszcze dr Ossowską i Marię Kopeć. Dr Śliwicki, którego przyprowadzili z sobą, wyglądał na bardzo przygnębionego, bruzda między jego oczami jakby się pogłębiła. Niema, krótka wymiana spojrzeń - i od razu domyśliłam się celu tej wizyty. Wyłup dotrzymał słowa. Dr Bomeier siadł za biurkiem, obok felczer Lindner; my stałyśmy przed nimi, tym razem w roli oskarżonych. - Mam meldunek, że szpital i kolumna sanitarna zajmują się grypsami - zaczął głośno, ostrym tonem dr Bomeier. - Ostrzegam was po raz pierwszy i ostatni. Jeśli się to powtórzy, cały personel lekarski i pomocniczy zostanie wysłany do Oświęcimia z odpowiednią adnotacją. Z jaką, tego chyba nie muszę wam mówić. Reklamowałem was wiele razy z transportów. Na wasze miejsce nikt nie przyjdzie. Chore zostaną bez pomocy lekarskiej. Będziecie odpowiadać jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Z tej ostrej przemowy dra Bomeiera w mig pochwyciłam zdanie: „Ich wahrne Sie”24 - groźne ostrzeżenie, ale tylko ostrzeżenie. Nie należało się nawet tłumaczyć. Dr Bomeier wykorzystał doniesienie i przyszedł nas ostrzec. Milczałyśmy. Po krótkiej chwili wstał zza biurka i każdą po kolei zaczął pytać o bliższe dane personalne, czy jesteśmy zamężne, gdzie są nasi mężowie, czy Marysia ma rodziców i gdzie. Nasze odpowiedzi mówiły aż nazbyt jasno o naszych tragediach. Mąż Krysi był od kilku lat w Oświęcimiu; ojciec Marysi i brat zostali rozstrzelani w Palmirach; mój mąż zginął w Oświęcimiu. Zdeprymowany tym i jakby zażenowany, gdy żegnał się podając nam rękę, przeprosił, że swymi pytaniami odnowił nasz ból. Sabinę zwolniono wkrótce z więzienia. Na wolności była inwigilowana przez organizację podziemną i rozszyfrowana. Z wyroku sądu podziemia polskiego Sabina Bykowska i wachmajster Weffels zostali zastrzeleni, ona - 5 X 1943 r., on – 1 X 1943 r. Wśród wielu pełnych nerwowego napięcia sytuacji, związanych z załatwianiem kontaktów organizacyjnych z więźniarkami, przypominam sobie pewne wydarzenie jakby nieco odprężające. Dwa razy w tygodniu w gabinecie lekarskim na Serbii udzielał porad z zakresu swej specjalności okulista dr Wacek - przyjmował zapisane przez kolumnę sanitarną więźniarki: i te naprawdę chore (pojedyncze przypadki jaglicy, dużo przypadków zapalenia spojówek i inne), i te rzekomo chore, które były zgłaszane do dra Wacka „dla kontaktów”. Dr Wacek, pracujący w organizacji podziemnej AK, dostarczał mnie i Marysi Kopciównie grypsy lub częściej ustne szyfrowane wiadomości dla więźniarek. Załatwiałyśmy tajną pocztę osobiście bądź przez którąś z łączniczek z kolumny sanitarnej. Pewnego dnia otrzymałam od dra Wacka ustnie podane hasło i zaszyfrowany tekst dla izolatki, której gestapowcy nie zezwolili na wizytę u okulisty. Dr Wacek zaznaczył, że sprawa jest pilna i wymaga załatwienia jeszcze przed jego wyjściem. Hasło i tekst przekazałam funkcyjnej z kolumny sanitarnej, Helenie Biegańskiej (ps. Agnieszka). Dotarcie do izolatki, jak już wspomniałam, było najtrudniejsze. Należało się przede wszystkim pozbyć w ten czy inny sposób pilnującego wachmajstra. Agnieszka,

24

Ostrzegam was.

obdarzona niezwykłą inwencją, wywiązywała się zawsze doskonale z każdej ciężkiej misji. Poradziła sobie i teraz, wykorzystując odpowiedni moment, aby dotrzeć pod drzwi celi izolacyjnej. Tym razem jednak wróciła do mnie wyraźnie zgnębiona, meldując, że izolatka nie odpowiada na hasło. Obie byłyśmy tym bardzo zdenerwowane. Poprosiłam Agnieszką, aby powtórzyła dokładnie hasło. Powtórzyła. Okazało się, że Agnieszka w zmęczonej, przeładowanej pamięci przeinaczyła hasło. Powinno ono było brzmieć: „Ojciec kulawego zapytuje, gdzie są kamyki”. Agnieszka natomiast podała: „Ojciec kulawy zapytuje, gdzie są kamyki”. Pomyliła się więc tylko w jednym słowie. Zrozumiałyśmy, natychmiast, dlaczego izolatka nie zareagowała. Z ulgą roześmiałyśmy się głośno. Pozostawało ledwie 30 minut do odejścia dra Wacka, gdy Agnieszka znowu stanęła pod judaszem izolatki, pokonując ogromne trudności. Na poprawne hasło otrzymała tym razem odpowiedź: „Na strychu”. I cenna wiadomość została w porę przekazana na wolność przez dra Wacka. W tym wypadku chodziło o usunięcie obciążającego materiału i przeniesienie broni. Za przykład niesłychanie sprawnej działalności zewnętrznej komórki więziennej może posłużyć choćby sprawa nawiązania kontaktu z aresztowanymi (dnia 28 V 1942 r.) członkami AK. W grupie tej znalazły się: Janina Dąbkowska, Maria Jasińska, Halina Turkiewicz, Anna Zahorska, literatka, Zofia Kreczmar, aresztowana pod nazwiskiem Zofia Kowalska, oraz mężczyźni: Kazimierz Ganszer i Józef Weber. Aresztowano ich w sklepie konfekcyjnym firmy „Kazimierz Ganszer”, róg Marszałkowskiej i Kredytowej; skutych w kajdany przewieziono do Gestapo na Szucha, skąd po spisaniu personaliów przetransportowano wszystkich na Pawiak... Pamiętam, że dnia 29 V 42 r., jeszcze przed rannym apelem strażniczka Helena Łapińska (Cegła) umówionym szyfrem wy pukała mnie pod zamknięte drzwi szpitala i przez szparę wsunęła alarmujący gryps, który wzywał do nawiązania łączności z wyżej wymienioną grupą. Natychmiast po rannym apelu (godz. 6) pobiegłam na dół pod drzwi przejściówki i zapytałam o nazwiska znajdujących się w niej kobiet. Istotnie, kobiety, o które dopytywała się komórka zewnętrzna, były w przejściówce. Bezpośredni kontakt nawiązałam z Haliną Turkiewicz w kąpielowym, a następnie - poprzez Anię i łączność dra Śliwickiego - z Weberem i Ganszerem. Tą drogą zostały uzgodnione zeznania między obu grupami. Konieczność błyskawicznego . niemal uzgodnienia zeznań między Weberem, Ganszerem i Haliną Turkiewicz była sprawą życia i śmierci ze względu na bardzo poważne dowodowe obciążenie głównie tych trzech osób (prasa podziemna, pieniądze, skrytki itp.). Z relacji Haliny Turkiewicz, którą konfrontowano z Ganszerem i Weberem, wynikało, że obaj pomimo tortur nic nie wydali. Wszyscy troje byli działaczami KG ZWZ. W toku kilkakrotnych przesłuchiwań w Gestapo nikt z aresztowanych nie ujawnił ani nazwisk, ani adresów lokali konspiracyjnych, co znajdowało potwierdzenie w tym, że nie było dalszych aresztowań w tej sprawie. Dnia 24 lub 25 sierpnia kobiety z tej grupy, z wyjątkiem Zofii Kowalskiej, wywieziono do Oświęcimia. Zofia Kowalska-Kreczmar, będąca w piątym miesiącu ciąży, została wyreklamowana z transportu; po rocznym pobycie na Serbii - w pięć miesięcy po porodzie - wraz z dzieckiem wyszła na wolność. Anna Zahorska zginęła śmiercią męczeńską w Oświęcimiu. Józef Weber i Kazimierz Ganszer, wysłani w lipcu 1942 roku do Oświęcimia, w sierpniu tegoż roku zostali obaj rozstrzelani w obozie.

O przydzieleniu do transportu w dniu 15 IV 1943 r. znakomitej powieściopisarki Poli Gojawiczyńskiej dowiedziałam się od dr Kononowicz, w chwili gdy Pola znajdowała się już w kąpielisku. Na Serbię przybyła w styczniu 1943 roku. W związku ze schorzeniem pęcherzyka żółciowego przebywała dłuższy czas w szpitalu. Kiedy poczuła się lepiej, prosiła o wypisanie ze szpitala, tłumacząc, że chce poznać życie więźniarki w celi, aby w przyszłości - o ile dożyje - móc je opisać. Mówiła, że lada dzień spodziewa się zwolnienia, co sygnalizowała jej z wolności córka Wanda. Ze szpitala przeniesiono Polę do celi nr 46 na III oddziale. Tymczasem zamiast zwolnienia przydzielona została do transportu. Krótką chwilę naradzałam się z dr Kononowicz, jak ją przed tym ratować. Uzgodniłam z Nono, że Pola zemdleje i wtedy zostanę do niej wezwana; da mi to pretekst - nie wzbudzający podejrzeń gestapowców - do zejścia na dół. Na dole, w kąpielowym, znajdowały się prócz Poli inne więźniarki przydzielone do transportu, poddawane kąpieli i dezynfekcji. Wszystko poszło według planu. Wezwana do Poli zabrałam z sobą podręczne leki. „Zemdloną” wyniosłyśmy na korytarz; z dr Ossowską i dr Kononowicz, które jako kolumna sanitarna miały prawo znajdować się w kąpielowym, „usiłowałam” doprowadzić Połę do przytomności. „Nie uzyskując rezultatu”, zwróciłam się do Wyłupa - który asystował przy interwencji lekarskiej - aby zezwolił w związku z ciężkim stanem chorej zabrać ją do szpitala i tam dokonać odpowiedniego zabiegu. Molestowany, po dłuższym wahaniu zezwolił. We trzy przeniosłyśmy na rękach „zemdloną” do gabinetu zabiegowego. Tu za zgodą Poli zdecydowałyśmy - Krysia Ossowska i ja - podać jej środek nasenny w odpowiedniej dawce. Pola zapadła w głęboki sen. I wtedy rozpoczął się na dobre bój z gestapowcami. Co jakiś czas wpadał Wyłup i wachmajsterka Stalska z żądaniem, aby Pola zeszła do celi transportowej. Widząc ją wciąż nieprzytomną, Weffels wpadał w coraz większą furię. Transport miał odjechać o świcie dnia następnego do Oświęcimia. Z początku Wyłup nie zezwolił na przeniesienie Poli do celi szpitalnej, dopiero gdy wyjaśniłam, że jest to przypadek bardzo ciężki prawdopodobnie wstrząs mózgu na skutek uderzenia głową o podłogę przy omdleniu, ewentualnie nawet może wylew mózgowy - wyraził zgodę na umieszczenie jej w szpitalu na jedynce. Zdawało się, że na tym poprzestanie. Śpiącej Poli bez przerwy kontrolowałam serce i ciśnienie krwi, które utrzymywały się w stanie nie budzącym żadnych obaw. Około drugiej w nocy wpadł znów Wyłup i pomimo nalegań i tłumaczeń, że stan chorej pogarsza się, zażądał ubrania jej i ułożenia na noszach w korytarzu szpitalnym, aby była gotowa do odjeżdżającego wkrótce transportu. Krysia, Nono i ja musiałyśmy wykonać to polecenie. Zdenerwowanie nasze doszło do szczytu. Ani na chwilę nie odchodziłam od Poli. Byłam bliska obłędu; zdałam sobie nagle sprawę, że chroniąc ją przed transportem możemy przyczynić się do jej zguby, nie ulegało bowiem najmniejszej wątpliwości, że w takim stanie nie będzie włączona do transportu, lecz przypuszczalnie o parę kroków dalej, za murami Pawiaka - stracona. Pomimo tych strasznych myśli, głęboko wierzyłam, że jednak Połę uratujemy. Tuż przed świtem znowu zjawił się Weffels pytając ostro, jaki jest stan chorej. Odpowiedziałam krótko: bez zmian... Zaklął ze złością, machnął ręką, ale kazał zostawić ją na korytarzu. Wkrótce usłyszałyśmy hałas - to wychodziły więźniarki, a potem warkot zapuszczanych silników odjeżdżał transport. Pola została... Odetchnęłyśmy... Dopiero po rannym apelu Wyłup pozwolił

przenieść Połę z powrotem do celi szpitalnej. Stan jej był dobry. Około trzeciej po południu obudziła się. I w ten sposób ocalała ta niezwykła kobieta, którą tak bardzo pokochałyśmy. Niezadługo, bo 15 V 1943 r., wyszła na wolność.

Jak już wspominałam, lekarz stomatolog Ania Sipowicz-Gościcka leczyła zęby także wachmajstrom, którzy wbrew zakazowi leczenia się u lekarzy polskich korzystali nieraz z jej pomocy. Ażeby ci nieoficjalni pacjenci nie zajmowali czasu przeznaczonego dla więźniów, Ania umawiała ich po godzinach przyjęć. Nie skarżyła się na tę dodatkową pracę, mówiła zwykle, że wypływa stąd podwójna korzyść: po pierwsze, w pewnym sensie zobowiązywała swoich straszliwych pacjentów do mniej brutalnego traktowania więźniów w jej obecności; po drugie, udawało jej się czasem wyciągnąć z nich pewne wiadomości, które niejednokrotnie okazywały się bardzo cenne. Na przykład: Jesienią 1943 roku leczył się u Ani wachmajster z Alei Szucha nazwiskiem Han. Pewnego dnia, gdy Ania założyła mu arsen i wyznaczyła następną wizytę za dwa dni, powiedział, że niestety musi wyjechać na trzy dni. Na pytanie, dokąd jedzie na tak krótki urlop, odparł po namyśle, że wyjeżdżają ciężarowymi samochodami na obławę w Łowickie, gdzie odbywają się ćwiczenia młodych polskich żołnierzy. Po wyjściu gestapowca Ania natychmiast podzieliła się z nami tą niezmiernie ważną informacją, która niezwłocznie została przekazana na wolność przez aspiranta Jadwigę Sadzińską i Lusię Uzarównę. Obława gestapowcom nie udała się. Wachmajster nie wiedział, że przez swoje gadulstwo uratował życie młodych żołnierzy polskiego podziemia. Było to jeszcze jedno wielkie, radosne osiągnięcie w naszej działalności konspiracyjnej. Jak później dowiedzieliśmy się, istotnie w tym czasie miały być prowadzone koło Łowicza ćwiczenia tajnej podchorążówki. Ostrzeżenie z Pawiaka przyszło w samą porę.

W celi
Dręczy mnie myśl, że tak niewiele potrafię napisać o współwięźniarkach stłoczonych w celach ogólnych. Były one w sytuacji zupełnie innej niż funkcyjne, którym dzień wypełniała praca, i ta narzucona przez władze więzienne, i ta z dobrej woli podjęta, konspiracyjna, wymagająca skupienia, męstwa, szybkiego refleksu i napięcia uwagi. „Kącik”, kąpielowy, niekiedy podwórze spacerowe - oto miejsca, gdzie nam, pracownikom sanitariatu, udawało się nawiązać błyskawiczny, często grożący niebezpieczeństwem kontakt z celami ogólnymi. Dłuższe i trwalsze - jeśli się tak można wyrazić kontakty nawiązywałyśmy poprzez szpital i ambulatorium oraz wtedy, gdy wzywano nas do nagłych przypadków w celach ogólnych. Kontakty owe były oficjalne lub półoficjalne, czyli aranżowane przez siatkę konspiracyjną pod pozorem konieczności udzielenia pomocy lekarskiej. Przedsionkiem więzienia były cele przeznaczone na kwarantannę, ongi trzyosobowe, w okresach nasilenia aresztowań mieszczące 16 i więcej kobiet. Łatwo sobie wyobrazić fizyczne i psychiczne cierpienia nowo aresztowanych, niepewnych swego losu, przerażonych, częstokroć w złym stanie fizycznym i psychicznym po przebytych już badaniach w Gestapo. Warunki, w jakich odbywała się ta kwarantanna, wymagały niezwykłej dyscypliny wewnętrznej, aby nie poddać się apatii bądź nie popaść w histerię. Wskutek ciasnoty, ogólnego przygnębienia, różnicy usposobień itp. najmniejszy

drobiazg wywoływał niewspółmiernie silne reakcje. Pewnym odprężeniem, a nawet rozrywką stawały się spacery więzienne, gdzie czasem można było przekazać sobie jakieś wiadomości czy uzgodnić przyszłe zeznania. Jeszcze większe możliwości pod tym względem dawały „wizyty” w ambulatorium czy u lekarza... Cele ogólne, do których nowo aresztowane przechodziły po dwóch tygodniach kwarantanny, były znacznie obszerniejsze, ale niemniej zatłoczone. Na około 20 metrów powierzchni przypadało ponad 30 więźniarek. Do dwóch ścian - na lewo i na prawo od wejścia - przymocowane były prycze metalowe, opuszczane na noc, jednoosobowe, choć więźniarki sypiały na nich zazwyczaj po dwie, nieraz po trzy. W wypadkach większego zagęszczenia opuszczano na noc tylko część prycz, aby rozłożyć na podłodze sienniki. Sienniki były papierowe, skąpo napełnione słomą startą na sieczkę. W ciągu dnia lokowano je pod ścianami - jeden na drugim. Pośrodku celi stał stół, wynoszony wieczorem na korytarz. Prócz tego znajdowało się tam kilka stołków, dwie miednice, dwa albo trzy dzbanki na wodę, kilka wąskich, żelaznych, wysokich szafek na ubrania i kubeł zwany kiblem lub parachą. Przy drzwiach wisiały półki, gdzie lokowano przybory do mycia, kubki, miseczki i łyżki (nóż, jeśli był, należało skrzętnie chować przed okiem wachmajstrów). Chociaż małe zakratowane okienko było stale otwarte, w celi panował nieznośny zaduch, w okresach mrozów - dokuczliwy chłód i równie dokuczliwy upał w miesiącach letnich. Mimo raz po raz przeprowadzanych dezynsekcji dawały się tu we znaki pchły i pluskwy. Niezależnie od możliwości, a może raczej na przekór możliwościom, cela musiała być utrzymywana we wzorowej czystości, podłoga co dzień szorowana, paracha i miski musiały błyszczeć, bo gestapowiec ręką w białej rękawiczce sprawdzał, czy aby nie ma gdzieś odrobiny pyłu. W przeciwnym razie odpowiadała starościna celi lub cała cela, którą pozbawiano spacerów i posiłków, nie mówiąc już o innych szykanach ani „udziwieniach”, specjalności oberscharführera Bürckla. Dzień więzienny zaczynał się o godzinie 6. Na ostry dźwięk dzwonka - zimą poza tym we wszystkich celach zapalało się światło - więźniarki zrywały się na równe nogi, w pośpiechu podnosiły prycze, układały pod ścianami sienniki, myły się, ubierały, biegły do „kącika” nadzorowane przez wachmajsterkę lub strażniczkę, podczas gdy dyżurne wynosiły kibel, dostarczały wody i robiły porządek w celi. Przy tej ilości osób załatwienie tych wszystkich spraw przed apelem wymagało nie lada pośpiechu. Po godzinie 6 zarządzano apel - rodzaj zbiórki w szeregu na baczność. Do celi wchodził wachmajster w asyście przodowniczki straży więziennej i przyjmował meldunek starościny o stanie liczebnym więźniarek. Meldunek musiał być wypowiedziany w bezbłędnej niemczyźnie, ale od czasu do czasu władze wprowadzały pewne drobne innowacje do sakramentalnej formułki. Wkrótce po apelu korytarzowe zaczynały roznosić śniadanie: lurowatą kawę w kotłach oraz dzienne porcje chleba. Nie wszystkie jednak miały czas zjeść ten nader skromny posiłek, bo już wywoływano na przesłuchania. Między 7.30 a 8 kolumna sanitarna zapisywała chore do lekarza i na zabiegi; rozdawała leki. Do obiadu, czyli do godziny mniej więcej 12, odbywało się wynoszenie śmieci na teren męskiego

Pawiaka, spacer, zabiegi i przyjęcia ambulatoryjne, ewentualnie kąpiel, która przypadała co dwa tygodnie na każdą celę. Więźniarki wezwane rano na przesłuchania wracały około godziny 12 i zaraz potem wywoływano następną partię „zum Verhör”25. W godzinach poobiednich robiono zbiórki kobiet zapisanych do dentystki - z reguły 3 razy w tygodniu - i do urzędowych lekarzy specjalistów, którzy przyjmowali raz lub dwa razy w tygodniu. Trzeci i ostatni posiłek podawano o godzinie 17. W tym czasie więźniarki wracały z przesłuchań popołudniowych. Po kolacji znów wypuszczano do „kącika”, potem był apel wieczorny o godzinie 18, o godzinie 19 wygaszano światła i aż do rana obowiązywała cisza. Tak wyglądał więzienny rozkład dnia na Serbii. W celach ogólnych i kwarantannowych kobiety, zdane na męczącą bezczynność, ustawicznie obserwowane przez wizjerkę, siedziały w kucki na siennikach; o swobodnym poruszaniu się nie mogło być mowy, a leżeć zabraniano nawet słabym staruszkom. Z największą niecierpliwością wyglądano w celi wizyty kolumny sanitarnej. Wtedy to można było załatwić różne kontakty konspiracyjne, przekazać lub odebrać gryps czy wiadomości ustne, co nieraz stanowiło o życiu ludzi - i tych w więzieniu, i tych na swobodzie. Nastrój celi zależał w dużej mierze od starościny. Jeśli miała dość inwencji, energii i zmysłu organizacyjnego, pobyt w więzieniu stawał się mniej koszmarny. Wspólnie z koleżankami z celi starościna układała program zajęć. (Już samo planowanie przyczyniało się w poważnym stopniu do odprężenia nerwowego, przede wszystkim bowiem chodziło o to, by zaprzątnąć czymś myśl i osłabia deprymujący wpływ więzienia.) Repertuar był urozmaicony: pogadanki naukowe i dydaktyczne, recytacje wierszy, inscenizacja fragmentów sztuk teatralnych, komponowanie opowiadań, lekcje języków obcych, streszczanie przeczytanych książek i oglądanych kiedyś filmów... Pomysłów nie brakowało. Dużą rolę odgrywały też robótki ręczne, wykonywane przez nie które kobiety po mistrzowsku. Cela zżywała się, ustawały sprzeczki, znikała niechęć wzajemna. Więźniarki dochodziły do wniosku, że tylko w atmosferze serdeczności i przyjaźni człowiek może przetrwać więzienie. Każdą otrzymaną paczką dzielono się z tymi, które były ich pozbawione z tych czy innych powodów. W okresach głodu kiedy: władze wstrzymywały dostarczanie paczek z miasta - w celach nie wolno było rozmawiać o niczym, co kojarzyło się z jedzeniem, aby nie podrażniać komórek smakowych. Ale ów temat tabu wracał ciągle w rozmowach... Przed snem kobiety nieraz odmawiały wspólnie modlitwę; niewierzące milczały pełne skupienia. Gdy do zatłoczonej celi przybywała nowa, starano się łagodnie oswoić ją z rygorem więziennym. Gdy Gestapo przydzielało do celi kapusia, więźniarki w porę otrzymywały ostrzeżenie od korytarzowych, od kolumny sanitarnej bądź jakąś inną drogą i natychmiast podejmowały konieczne środki ostrożności, ale sama obecność wtyczki paraliżowała życie w celi. Maksimum serdeczności, i troski okazywano skatowanym w czasie przesłuchań i załamanym, psychicznie. Wpływ ogólnego nastawienia dokonywał prawdziwych cudów. Nawet jednostki słabszeumiały zapanować nad rozpaczą, zdławić w zarodku strach i ze spokojem stawić czoło gestapowcom, aby nie dać im najmniejszego powodu do satysfakcji. Zdarzało się nieraz, że kobiety prowadzone na

25

Na przesłuchanie.

rozstrzelanie szły uśmiechnięte, z wysoko podniesioną głową. Jestem głęboko przekonana, że robiło to wrażenie na zezwierzęconych oprawcach. Dbałość o wygląd zewnętrzny, jak już wcześniej wspomniałam, poprawiała samopoczucie więźniarki, nie mniej chyba niż nikotyna. Ponieważ posiadanie tytoniu było wzbronione, każdy zdobyty nielegalnie papieros wypalany był w ukryciu. „Kącik” służył za więzienne foyer. Papieros, podawany z ust do ust, był swoistą fajką pokoju, a ryzyko, pośpiech i specyfika miejsca stwarzały niejednokrotnie tragikomiczne sytuacje... Korespondencja z wolnością, dozwolona raz w miesiącu, skąpa i z konieczności monotonna, paczki i wreszcie święta należały do momentów bardzo upragnionych. Rokrocznie obchodzono uroczyście Boże Narodzenie. Dzięki staraniom Loli Danielewicz z Patronatu na każdym oddziale pojawiała się choineczka i symboliczny kawałek opłatka w paczkach. W roku 1944 dostałyśmy na Wielkanoc pisanki - niektóre zdobiła maleńka kotwica, znak Polski Walczącej, co przyprawiło nas o zrozumiałe, wzruszenie. Święta narodowe obchodziły więźniarki w tajemnicy i dopiero po apelu wieczornym. Uświetniały je recytacje, piosenki, wspominki: więzienie było wtedy rozszeptane do późnej nocy.

Te spośród dwudziestu tysięcy kobiet, które przeżyły i pamiętają Serbię, na pewno zgodzą się ze mną, że kiedy wspominamy tamte dni, myślimy nie tylko o cierpieniach i dramatach, ale i o krzepiącym uczuciu wspólnoty, solidarności i przyjaźni, jakże potrzebnych w walce o życie własne i życie naszego narodu.

Izolatki
Odrębny rozdział należy poświęcić więźniarkom, zwanym w języku więziennym izolatkami od pojedynczych cel izolacyjnych. Do początku 1941 roku izolatek było stosunkowo niewiele. Umieszczano je w małych celach II i III oddziału. Planowe wydzielanie cel izolacyjnych rozpoczęło się mniej więcej w połowie 1941 roku, w okresie wzmagającego się terroru i nasilonych represji. Więźniarki, stłoczone po 10-14 w małych celach przeznaczonych przed wojną dla jednej, trzech osób, przeniesiono wówczas do większych cel, również przepełnionych, leżących po prawej stronie korytarza II i III oddziału - okna ich wychodziły na Dzielną. W ten sposób „wygospodarowano” po 9 cel izolacyjnych na każdym oddziale. Jeśli wszystkie były zajęte, zastępowała je ciemnica lub kotłownia na I oddziale, pomieszczenie bardzo duszne, ciasne i przegrzane. W pierwszej od schodów celi izolacyjnej II oddziału była dyżurka wachmajstrów ukraińskich. W celi nr 8, i niekiedy 9, na I oddziale umieszczano te kobiety, których Gestapo oskarżało o niearyjskie pochodzenie. Nie figurowały one w ewidencji więziennej. Po kilku lub kilkunastu godzinach, czasem po kilku dniach, brano je na rozstrzelanie. Były wśród nich nawet dzieci. Zdarzało się, że w celach tych lokowano także Aryjki przed egzekucją. W wypadkach dużego przepełnienia dawna kaplica na Serbii służyła również jako miejsce izolacyjne dla Żydówek. Działo się to głównie w latach 1942-1944.

Skazanie na samotność w ciągu długich tygodni czy miesięcy łączyło się z zakazem otrzymywania paczek żywnościowych, prawie zawsze korespondencji, a w wielu wypadkach zabraniano udzielać izolatkom pomocy lekarskiej. Niejednokrotnie pozbawiane były spacerów lub połowy i tak już głodowej porcji jedzenia. Izolatki były wyjątkowo pilnie strzeżone przez dozorców niemieckich. Do tych cel, które na drzwiach miały napis: „Streng isoliert”, dostęp mieli wyłącznie wachmajstrzy niemieccy i ukraińscy oraz wachmajsterki. Nakaz izolacji przychodził z centrali Gestapo w Alei Szucha. Dotyczył więźniarek obarczonych ciężkimi dowodowymi sprawami bądź takich, które Gestapo podejrzewało o kierowniczą rolę w organizacji podziemnej. Gdy żadna z zastosowanych dotychczas metod śledczych nie dawała spodziewanych rezultatów, gestapowcy liczyli na załamanie się ofiary w samotności. A metody śledcze były różne... Natalia Hiszpańska, na przykład, po każdym z licznych przesłuchań w Gestapo wracała z rozległymi siniakami na całym ciele i śladami po uderzeniach narzędziem o śrubowatych skrętach. Hiszpańska, instruktorka harcerstwa, działaczka KG ZWZ-AK, aresztowana w maju 1943 roku, z nieprawdopodobną odwagą i godnością znosiła tortury. W czerwcu 1943 roku poddano ją „topieniu”. Polegało to na wlewaniu dużej ilości wody do nosa ofiary, którą trzymano w pozycji leżącej z zakneblowanymi ustami. Twarz nieszczęsnej przypominała maskę koloru granatowego, powieki, nos, wargi miała obrzękłe i krwawiące. O przeniesieniu Tali do szpitala nie było mowy zabiegi na miejscu, w celi izolacyjnej, to wszystko, na co Gestapo zezwoliło. Przez cały okres pobytu w więzieniu Tala ani na moment nie załamała się psychicznie, a z krótkich informacji ustnych, które przekazywała na wolność, wynikało, że nikogo nie obciążyła; nikt w jej sprawie dodatkowo nie był aresztowany. W sierpniu 1943 roku została wywieziona do Oświęcimia, gdzie zginęła 14 II 1944 r. Małgorzatę Fornalską katowano w sposób niemniej bestialski. Znana działaczka PPR (ps. Jasia), aresztowana pod nazwiskiem Maria Jasińska w dniu 14 XI 1943 r., przez kilka tygodni więziona była w Gestapo, po czym osadzona na Serbii. Trzymana przez parę miesięcy w ścisłej izolacji w celi nr 13 na II oddziale, była wielokrotnie przesłuchiwana w Gestapo, bardzo bita i torturowana: przypiekano jej stopy i łydki rozpalonym żelazem. Potem wywieziono ją do więzienia w Radomiu, a po kilku miesiącach znów przywieziono na Serbię, gdzie ponownie zamknięto w izolacji III oddziale i poddawano straszliwym przesłuchaniom w Alei Szucha. 26 VII 1944 r. stracono Małgorzatę Fornalską w ruinach wraz z Pawłem Finderem. Przez cały czas w więzieniu zachowywała postawę niezłomnego, wspaniałego konspiratora, co kontrastowało z jej delikatnym wyglądem. Była uosobieniem łagodności i bezpośredniości. Wszystkie funkcyjne więźniarki i strażniczka Döllinger otaczały ją szczególnie serdeczną opieką. Cudem wprost uzyskane zezwolenie na pomoc lekarską było wykorzystywane w większości wypadków przez dr Tarłowską i kilka razy przeze mnie. Z trudem też, ale udało nam się dotrzeć do wyjątkowo brutalnie skatowanej Eugenii Szczukówny. Magister farmacji, Eugenia Szczukówna, lat około 30, członek ZWZ, aresztowana została w 1942 roku, a razem z nią szwagier Halik i narzeczony Sawik (obaj wywiezieni później do obozu koncentracyjnego, gdzie Halik zginął zamordowany). Bita i torturowana w Gestapo, Szczukówna wróciła po jednym z przesłuchań z połamanymi żebrami, rozległym przesiękiem opłucnowym i zmiażdżonymi opuszkami palców. Zabroniono umieszczenia jej w szpitalu na Serbii. Gdy 23 V 1942 r. znów wezwano

Szczukównę na śledztwo do niemieckiej kancelarii na Pawiaku, reklamowaliśmy ją jako niezdolną w takim stanie do przesłuchań, co nie zostało jednak przez referentów sprawy uwzględnione. Było to jej ostatnie przesłuchanie: nie opuściła już kancelarii, zmarła tam na skutek tortur. Dwudziestoparoletnią Zofię Bronikowską, aresztowaną na przełomie lat 1941-1942, przez parę miesięcy trzymano w izolacji, potwornie torturując w Gestapo prądem elektrycznym. Bronikowska nie załamała się. Dalszych jej losów nie pamiętam. Doktor Izabelę Łopuską, która usiłowała w Gestapo popełnić samobójstwo przez zażycie trucizny, przyniesiono na noszach, w stanie nieprzytomnym, do szpitala na Serbii, ale już po kilku dniach zamknięto w celi „streng Isolation”. Tu, na miejscu, dręczono Izę częstymi przesłuchaniami. W początkach czerwca zabrano ją do Gestapo i w końcowej fazie wyrafinowanych tortur poddano „słupkowi” (wieszanie za ręce). Wróciła z Szucha 26 VII 1944 r. znów do izolacji, skąd po paru godzinach wyprowadzono ją i rozstrzelano w ruinach getta. Dla gestapowców wiek nie grał żadnej roli: w izolacji zamykano niemal dzieci. Maria Mackiewicz miała 15 lat, gdy w sierpniu 1942 roku przyniesioną na noszach, nieprzytomną, umieszczono ją w ścisłej izolacji na III oddziale Serbii. Konwojujący Masię gestapowiec nakazał mi opiekować się jej zdrowiem. Nikomu poza mną nie wolno było do niej wejść. Co dwie godziny i dniem, i nocą zabierał mnie gestapowiec do jej celi. Stan Masi (siniaki na całym ciele, pośladki zgorzelinowe) był bardzo ciężki. O przeżyciach dziewczynki poinformowali nas wcześniej dr Śliwicki i dr Loth, bo przebywała ona poprzednio w ścisłej izolacji na oddziale męskim. Masię aresztowano wraz z matką, Alicją Mackiewicz, na ulicy w czerwcu 1942 roku. Znaleziono przy nich materiał dowodowy w walizce: aparat stacji nadawczej. Obie, katowane podczas pierwszego przesłuchania w Alei Szucha, nie wydały nikogo. Przywieziono je na Pawiak i osadzono w ścisłej izolacji na oddziale męskim. Matka - po jednym z przesłuchań, obawiając się, że nie przetrzyma tortur i zdradzi współtowarzyszy - odebrała sobie życie przez powieszenie. Gestapowcy nie powiedzieli o tym Masi i szantażowali ją twierdząc, że matka wyjawiła im wszystko, wobec czego i ona nie ma powodu milczeć. Masia jednak dowiedziała się na oddziale męskim o śmierci matki od dra Śliwickiego i dra Lotha, którzy jednocześnie prosili ją, by nadal - udając, że nic o tym nie wie - nie zmieniała poprzednich zeznań. Był to dla niej jedyny sposób obrony, ponieważ matka, główny świadek, nie żyła. Masia, wracając do zdrowia, zdawała sobie sprawę, że czeka ją seria przesłuchań i nowych tortur. Zdecydowana popełnić samobójstwo, zaczęła gromadzić środki nasenne, podrzucane jej przez korytarzowych-więźniów. Lekarze funkcyjni wezwani do nieprzytomnej udzielili jej pomocy w celi, a gestapowcy bojąc się sabotażu na oddziale męskim przenieśli dziewczynkę na oddział kobiecy do izolacji. Rozpaczliwy stan Masi wymagał nie tylko opieki lekarskiej, lecz i stałej opieki pielęgniarskiej. Z trudem zdołano uzyskać na to zezwolenie gestapowców. Odtąd mogły się nią również opiekować - na zmianę - dwie lekarki: dr Irena Kononowicz i dr Krystyna Ossowska, a w charakterze pielęgniarek: Maria Kopeć i Stanisława Wójcik - również na zmianą. Prawie codziennie odwiedzali izolatkę referenci, chcąc wydobyć z niej zeznania i dowiedzieć się, kto podał jej truciznę, Masia, tak jak jej sugerowałam,

tłumaczyła, że zbierała proszki od bólu głowy, które przynosili jej również wachmajstrzy i które wreszcie zażyła w większej ilości. Ta mała dziewczynka o tragicznym wyrazie niebieskich oczu trzymała się nad podziw dzielnie, wzbudzając współczucie i nawet pewnego rodzaju uznanie gestapowców. Rany zaczęły się goić, Masia dość szybko wracała do sił. Na następnych przesłuchaniach nie była już bita. Przemyślany i podany jej przez polskich lekarzy sposób obrony przekonał ostatecznie gestapowców, że Masia istotnie nic nie wie o sprawach organizacji. Dnia 17 I 1943 r. wywieziono dziewczynkę na Majdanek. Do zestawu tortur fizycznych, wśród których najpospolitszą było bicie ofiary, dorzucali gestapowcy równie bogaty zestaw tortur moralnych. Podwójnie udręczone izolatki, przebywające długi czas w samotności, tęskniły bodaj za dobrym słowem rzuconym poprzez drzwi celi, wypatrywały życzliwego oka w wizjerce, wyczerpane nerwowo po bezsennych nocach i wlokących się dniach, dręczone oczekiwaniem na dalszy ciąg śledztwa, na transport czy na egzekucję. Toteż otaczane były najserdeczniejszą i najtroskliwszą opieką wszystkich funkcyjnych więźniarek (z kolumny sanitarnej, szpitala, z innych funkcji) i tych z konspiracyjnej siatki więziennej, i tych nie związanych z nią, oraz polskiej straży więziennej i personelu sanitarnego z miasta. Przeróżnymi, najbardziej wymyślnymi podstępami myląc czujność podejrzliwych esesmanów, szybko nawiązywano kontakt z izolatkami przekazując im i odbierając od nich ustne informacje, hasła, grypsy, podrzucając bibułki i grafity ołówków, żywność, leki itp. Miało to doniosłe znaczenie dla całej sprawy, z którą związana była izolatka, umożliwiało uzgodnienie zeznań współoskarżonych oraz ostrzeżenie zagrożonych osób i punktów konspiracyjnych na wolności. Ponadto osamotniona fizycznie izolatka, mając konkretne dowody opieki, nie była już tak opuszczona. Nieraz, jeśli dostatecznie wcześnie byłyśmy poinformowane o rodzaju sprawy, udawało się nam skontaktować z izolatką prawie natychmiast po jej przybyciu na Serbię. Kiedy w nocy z 23 na 24 kwietnia 1942 roku przywieziono dr Janinę Węgierską, zabraną z dyżuru na oddziale położniczym Szpitala Dzieciątka Jezus, i osadzono w celi izolacyjnej nr 15, Nono już w czasie przeglądu sanitarnego tej celi nawiązała z nią łączność. Uzyskała ważne informacje, związane z momentem aresztowania, podając jednocześnie izolatce wskazówki dotyczące dalszych przesłuchań. Gdy po kilku dniach wezwano dr Węgierską w Aleję Szucha, pouczona, jak zeznawać, przygotowana na najgorsze, zabezpieczona w tabletki przeciwbólowe, szła odważnie. Przez długi czas na drzwiach pustej celi izolacyjnej nr 15 widniał napis: „Zum Verhör”. Gdy po 6 tygodniach Jasia wróciła na Serbię, umieszczono ją w celi nr 17, jako „ostrą izolatkę”. Wychudzona, zmaltretowana, zmieniła się tak bardzo, że w pierwszej chwili nie mogłyśmy jej poznać. Pilnie strzeżona przez straż gestapowską, która wszędzie i zawsze węszyła spisek, wymagała szczególnej opieki. Funkcyjne z siatki więziennej robiły co mogły, żeby jej pomóc. Korytarzowe, sklepik, kolumna sanitarna; Maria Maniak i Nono, Ania Sipowicz, szpital - każda na swój sposób - musiałyśmy się dobrze gimnastykować, aby niepostrzeżenie omijać barierę surowych zarządzeń niemieckich. Udawało się tak podejść wachmajstrów, że sami kilkakrotnie sprowadzali ją jako ciężko chorą do badania lekarskiego bądź z ostrym bólem zęba do dentystki. Ania przekazywała jej grypsy od brata więzionego na Pawiaku: po prostu wkładała je w usta pacjentki, zawinięte w ligninę. Dr Węgierska w grypsach przesyłanych na wolność streszczała przebieg bestialskich badań w Gestapo. Wielokrotnie wzywana we dnie i w nocy, była bita do utraty przytomności. Wtedy oprawcy cucili ją, polewali wodą, podnosili za włosy i znów zaczynali bić. Z celi izolacyjnej w podziemiach Gestapo słyszała z sąsiednich

boksów krzyki i jęki torturowanych. Pewnego dnia rozpoznała głos brata Kazimierza. Zmasakrowany, skuty, przebywał w jednej z pobliskich cel. Dr Węgierska pozostawała w celi nr 17 do dnia 24 lub 25 sierpnia 1942 roku, tego dnia wywieziono ją do Oświęcimia. Kazimierz Węgierski, również wywieziony do Oświęcimia, w niedługim czasie został tam zamordowany. Siostra dr Węgierskiej, Wanda Węgierska, kurier ZWZ, aresztowana na trasie do Berlina, krótko była więziona w warszawskim Gestapo; wyrokiem niemieckiego sądu wojennego ścięto ją w Berlinie w czerwcu 1943 roku. Ojciec zginął w maju 1940 roku w Oranienburgu, matka była więziona w Łodzi, bratowa, Antonina Węgierska, na Pawiaku.

Teraz, gdy po tylu latach opisuję w słowach jakże nieudolnych dzieje więźniarek-izolatek, czuję w sercu ten sam bolesny skurcz i najgłębszy podziw dla tych kobiet, które zmuszone były wezwać na pomoc wszystkie siły ducha i ciała, aby nie załamać się, nie zdradzić swoich towarzyszy walki i własną godność przeciwstawić hańbie ludzkości, jaką były zbrodnie Gestapo.

Funkcje
Korytarzowe

Skazane na odosobnienie izolatki nie były jednak samotne. O istnieniu, tuż za drzwiami ich zamkniętych cel, świata ludzi przyjaznych i współczujących mówił im odgłos kroków więźniarek funkcyjnych, które sprzątały korytarz i roznosiły posiłki. Gdy korytarzowe oddziałów stawały w progu celi izolacyjnej, przyoblekały twarz w pogodę i beztroskę, witały izolatkę uśmiechem, który znacznie bardziej pokrzepiał niż słowa. Nalewając zupę z kotła wyławiały dla izolatek cenniejsze ingrediencje, nieraz wrzucały do misek z zupą grypsy owinięte szczelnie w celofan, nieraz, jeśli nadarzała się sposobność, przemycały paczuszki żywnościowe. Na funkcji tej więźniarki zmieniały się dość często wskutek transportów, egzekucji i, niekiedy, zwolnień.

Kąpielowe

Prawie każda z przybyłych na Serbię, przed umieszczeniem w celach stałych, bardziej lub mniej przeludnionych, przechodziła kilka kolejnych etapów. Zarówno przejściówka, jak i cele przeznaczone na dwutygodniową kwarantannę na niskim parterze Serbii robiły wrażenie suteren, były ciemne i wilgotne. Warunki jak najbardziej sprzyjające mnożeniu się insektów i robactwa. Przeprowadzana w miarę możności dezynsekcja skutkowała na krótko. Z kątów i szpar wypełzały stonogi i karaluchy, po ścianach spacerowały pluskwy. Wzięte bezpośrednio z przejściówki, więźniarki poddawane były dezynfekcji i kąpieli. Szybka wspólna kąpiel wśród tłoku nagich ciał, w kłębach dusznej pary, była przykrą koniecznością dla nowo przybyłych. Odzież więźniarek, dotąd jeszcze względnie przyzwoita,

po wyjęciu z komór dezynsekcyjno-dezynfekcyjnych była wilgotna, pognieciona, często zmieniała barwę, niejednokrotnie kurczyła się i wyglądała na właścicielce jak z młodszej siostry. Obsługa łaźni składała się z więźniarek funkcyjnych i dość często zmieniała się na skutek egzekucji i transportów. Tu, w łaźni, wyciągała się pierwsza przyjazna ręka do nowo aresztowanej, zastraszonej lub zmaltretowanej biciem w Alei Szucha. Tu doświadczała ona pierwszej opieki ze strony towarzyszekwięźniarek i strażniczek polskich, członkiń bądź współpracujących z ruchem oporu; tu nabywała większej odporności psychicznej. Tu często uwalniano ją od kompromitującego materiału, udzielano jej wskazówek, jak ma się zachować na przesłuchaniu i w celi, ostrzegano przed kapusiami itp. Stąd sygnalizowano mi do szpitala przybycie pobitych i storturowanych w Alei Szucha, które najczęściej udawało się umieścić w szpitalu. Stąd nowo przybyłe kierowano do cel kwarantannowych. W pamięci utkwiła mi pewna scena, która rozegrała się w kąpielowym dnia 20 I 1942 r. po bezsennej, ciężkiej nocy. Niemal do rana warczały bez przerwy silniki podjeżdżających pod Pawiak bud ciężarowych z nowymi więźniami; dochodziły do nas krzyki niemieckie i odgłosy pośpiesznych kroków. Przywieziono ponad 200 więźniów, w tym 56 kobiet aresztowanych z listy. Według informacji jednej z nich (znanej mi osobiście sprzed wojny) to masowe aresztowanie było następstwem zdrady jednego z członków podziemnej organizacji Stronnictwa Pracy, Jana Smugi, którego (jak się później dowiedziałam) w niedługim czasie spotkała zasłużona kara; zginął z wyroku sądu podziemia. W kąpielowym, wśród gromady wykąpanych kobiet czekających na ubrania, spostrzegłam zaprzyjaźnioną ze mną w latach szkolnych Kazimierę Sokół. Z miejsca uderzyło mnie jej dziwne zachowanie. Stojąc w pobliżu stołu wpatrywała się uparcie w stertę porcji chleba więziennego. Niespokojna i zdenerwowana, wyraźnie szukała czegoś wzrokiem. Gdy wreszcie udało mi się do niej podejść, poznała mnie od razu i ucieszyła się na mój widok tak bardzo, że aż mnie to speszyło. Bądź co bądź spotykała mnie w więzieniu. Ale wkrótce wyjaśnił się powód jej zdenerwowania i jej radości. Z przerażeniem w oczach, szeptem zwierzyła mi się ze strasznego kłopotu. Zdołała ukryć przed gestapowcami i przemycić na Serbię dwie fiolki cyjanku; nosiła je zawsze przy sobie i teraz nie zdecydowała się zniszczyć trucizny z uwagi na jej ewentualną przydatność, nie miała zresztą żadnej innej możliwości pozbycia się tego niebezpiecznego ładunku. Kiedy przed kąpielą wszystkie więźniarki otrzymały po kawałku dziennej porcji chleba, Kazia wpadła na wspaniały, jak jej się zdawało, pomysł i ukryła fiolki w swoim chlebie; aby go rozpoznać, odłożyła na róg stołu, z dala od reszty. Ale podczas gdy była w kąpieli, ktoś zgarnął wszystkie kawałki na jedną kupkę i teraz w żaden sposób nie mogła odszukać swojego. Przerażenie jej było najzupełniej uzasadnione, bo gdyby chleb z cyjankiem dostał się w niepowołane ręce, mógłby się stać przyczyną groźnych następstw. Istotnie, w sytuacji, w jakiej znalazła się Kazia - nowicjuszka - nic sama nie mogła i nie umiała zdziałać. Dlatego powitała mnie z taką radością. Dziwnym zrządzeniem losu właśnie na ten moment weszłam do kąpielowego. Przy pomocy koleżanki - funkcyjnej, współpracującej z siatką więzienną - odnalazłyśmy chleb Kazi ze śmiercionośnym farszem. Całą grupę kobiet, aresztowanych tamtej nocy z 19 na 20 stycznia 1942 roku, nazywałyśmy „podpalaczkami”, bo tegoż wieczoru podpalone zostały niemieckie magazyny na, Pradze. Przylgnęła do nich ta nazwa, mimo że z wywołaniem pożaru żadna z nich nie miała nic wspólnego. 30 V 1942 r. prawie wszystkie „podpalaczki” wywieziono w dużym transporcie (ponad 250 więźniarek Serbii) do

Ravensbrück. Niemała grupa więźniów „podpalaczy” została stracona w marcu 1942 roku pod Warszawą i w maju 1942 roku w lasach sękocińskich koło Magdalenki; resztę wysłano do Oświęcimia.

Chociaż wspomnienie tej pierwszej kąpieli na Serbii nie było przyjemne, więźniarki z upragnieniem czekały później na swoją kolejkę do łaźni, przypadającą raz na dwa tygodnie. Spośród strażniczek pełniących służbę w kąpielowym pamiętam: Józefę Bielakową, aresztowaną i wywiezioną 30 V 1942 r. do Ravensbrück; Zofię Döllinger (Pajączek), starszą strażniczkę, łącznika organizacji podziemnej, najdłużej tu pracującą, i Eugenię Zawidzką, która zwolniła się w roku 1942, nie wytrzymując nerwowo atmosfery na Pawiaku.

„Czarna” i „biała” pralnia

„Czarna” pralnia zatrudniała kilkadziesiąt więźniarek. Cały dzień huczały tu kotły i bębny, unosiły się kłęby gorącej pary. Praca przy praniu i reperowaniu bielizny więźniów całego Pawiaka była nad wyraz ciężka, ale więźniarki wykonywały ją sumiennie i chętnie. I tutaj, jak w szpitalu więziennym, w kąpielowym czy w kolumnie sanitarnej, funkcyjne stykały się z namacalnymi dowodami bestialskiego znęcania się nad aresztowanymi; bielizna przynoszona z męskiego Pawiaka była porwana, zakrwawiona, z przylepionymi kawałkami ciała i skrzepami krwi. Przy liczeniu jej wiele kobiet słabło, mdlało z wrażenia. I tu, w „czarnej” pralni, obok ciężkiej i przygnębiającej pracy szła robota podziemna: nawiązywano łączność z więźniami, znoszącymi worki z bielizną bądź wzywanymi do naprawy rzekomo uszkodzonych maszyn, i z kolumną sanitarną męską. Wśród więźniów męskiej kolumny sanitarnej i obsługi aparatu dezynfekcyjnego zjawiał się Zbigniew Tomaszewski (aresztowany po raz drugi w styczniu 1942 roku) zawsze, ilekroć w przyniesionej bieliźnie znalazła się wesz; wesz specjalnie podrzucano wtedy, gdy chodziło o szybkie skontaktowanie się za pośrednictwem Zbyszka z oddziałem męskim. „Czarna” pralnia utrzymywała kontakt organizacyjny głównie przez strażniczki polskie. Były to: Maria Górnisiewicz; Weronika Karlson, aresztowana wiosną roku 1942 i wywieziona do Ravensbrück; Maria Mossakowska, pełniąca okresowo służbę w „białej” pralni i na oddziałach, zwolniona z pracy w połowie 1944 roku, wywieziona w czasie Powstania Warszawskiego do Ravensbrück, gdzie zginęła; Celina Olkówna; Maria Sułkowska, aresztowana pod koniec 1943 roku, stracona w ruinach getta; Zawidzka, niedługo pracująca w pralni, oraz inne strażniczki dozorujące ten odcinek pracy w okresie krótszym lub dłuższym. Funkcyjne z „czarnej” pralni, należące do organizacji podziemnych, utrzymywały stały kontakt ze szpitalem i kolumną sanitarną kobiecą.

Oprócz „czarnej” była na Serbii „biała” pralnia, zatrudniająca na funkcjach 20-25 więźniarek. Obsługiwała całą załogę gestapowską z Pawiaka i Alei Szucha, a niejednokrotnie po kryjomu prała i prasowała odzież więźniarek.

Po egzekucjach gestapowcy często oddawali do prania odzież rozstrzelanych. Kobiety z „białej” pralni nieraz rozpoznawały tu sukienki czy bluzki, które niedawno jeszcze nosiły ich towarzyszki niedoli. Były to świadectwa dokonanych zbrodni. Pamiętam, jak któraś z praczek pokazała mi letnią suknię w kwiaty, którą przyniósł Franz Bürckl po egzekucji z 28 VIII 1943 r. Poznałam ją, należała do Jadwigi Kocan, siostry Wandy Zieleńczyk (Dziuli). Obie aresztowano w lipcu 1943 roku. Dziula przebywała pewien okres w szpitalu z powodu rozległych kontuzji, odniesionych podczas przesłuchań w Gestapo. Jadzia Kocan, z którą byłam zaprzyjaźniona w latach studenckich, bardzo często przychodziła na leczenie do ambulatorium szpitalnego. Siostry trzymały się bardzo dzielnie, zachowując do końca pogodę ducha. Dnia 28 VIII 1943 r. zostały razem z matką rozstrzelane w ruinach getta. Pełniące tu służbę strażniczki polskie - Rozalia Łapińska, Maria Mossakowska, Eugenia Radzikowska, Halina Jarosz, Eleonora Ciuksza, Felicja Sobczak (albo Sobek), zwana Krzykaczką, i inne - były często zmieniane.

Reperowalnia

Jesienią 1940 roku w celi nr 11 na I oddziale Serbii założono reperowalnię. Historia jej powstania była dość niecodzienna. Pomysł założenia tej nowej funkcyjnej celi podsunęła więźniarka Karolina Olszyńska, aktywistka KOP26, aresztowana 2 IX 1940 r.; wykonaniem zajęła się podkomisarz straży więziennej Irena Wirszyłło, ofiarny konspirator podziemia polskiego, działacz zewnętrznej komórki więziennej ZWZ (pracowała początkowo na Pawiaku, później w więzieniu przy ulicy Daniłowiczowskiej; aresztowana przez Gestapo w 1943 roku, wywieziona do Oświęcimia, tam zginęła). Ona to - mając na względzie przede wszystkim powiększenie zasięgu konspiracyjnej łączności wewnętrznej, a ponadto konserwację odzieży i bielizny więziennej - zwróciła się z podstępnie przemyślanym planem do ówczesnej komisarz Serbii, Klunderowej. Przedstawiła jej w bardzo niekorzystnym świetle więźniarki, które nic nie robią, tylko próżnują i które należałoby zapędzić do pracy przy naprawianiu starzyzny. Wrogo nastawiona do więźniarek Klunderowa (mówiono, że podpisała volkslistę), widząc w tym jeszcze jedną okazję do gnębienia kobiet, uzgodniła sprawę z gestapowcami i zaaprobowała w całej rozciągłości chytry plan komisarz Wirszyłło. I tak powstała jeszcze jedna, bardzo ważna placówka wzajemnej pomocy więźniarskiej; kierowniczką jej była Karolina Olszyńska. Wykonywana tu praca, aczkolwiek ciężka, przynosiła jednak dużą satysfakcję wielu więźniarkom. Cierpliwe, niestrudzone ręce kobiet doprowadzały do stanu użyteczności bieliznę i odzież więzienną, mocno już nadwątlone, poszarpane, prawie bezwartościowe. Stąd też wychodziło mozolne artystyczne rękodzieło: mereżki, hafty, koronki, roboty szydełkowe i na drutach, pantofle, torebki, kwiaty, korale, paski z papierowych kolorowych sznurków. Ofiarny Patronat Opieki nad Więźniami, który za pośrednictwem głównej delegatki, pani Heleny Danielewicz, pilnie wypatrywał nie kończące się braki, dostarczał potrzebnych materiałów: nici, igieł, sznurków, płótna, włóczki, drutów itp.

26

Komenda Obrońców Polski.

Zgrany zespół - wyżywając się we właściwej robocie pod pokrywką swych funkcji pracował z niezwykłą odwagą w konspiracyjnej łączności wewnętrznej na Serbii.

Szwalnia

Gestapo z Szucha zorganizowało na II oddziale Serbii dużą szwalnię. Podlegała ona kierownikowi warsztatów gestapowskich, Schokalli. Za całość wykonywanej pracy uczynił Schokalla odpowiedzialnym mistrza krawieckiego, którego do połowy 1942 roku przyprowadzano z getta, zanim osadzono na Pawiaku. Początkowo był to jedyny odcinek pracy w więzieniu, przed którym broniły się więźniarki, nie należało bowiem do przyjemności szyć ubranie, bieliznę i inne rzeczy dla Gestapo. Mimo to ktoś musiał tu pracować. Sami gestapowcy wybierali i przydzielali do szwalni te więźniarki, o których na podstawie danych personalnych wiedzieli, że są obeznane z fachem. Zatrudniano tu kilkanaście kobiet. Gestapowcy, dbając o ciągłość pracy w warsztacie, niejednokrotnie sami reklamowali szwaczki z transportu. Więzienna komórka konspiracyjna w szybkim czasie doszła do wniosku, że szwalnia może stać się schronem dla kobiet oskarżonych o najcięższe sprawy, jak przynależność do organizacji, posiadanie broni czy niearyjskie pochodzenie. Należy tu podkreślić cenną współpracę więziennej komórki konspiracyjnej z grupą wtajemniczonych Polek ze służby więziennej: podkomisarz Janiną Krzeczkowską, podkomisarz Wandą Gawryłow-Jankowską, podkomisarz Jadwigą Sadzińską, przodowniczką Marią Rosłońską oraz z innymi. Do szwalni więc kierowały one siłą rzeczy więźniarki, które nie miały pojęcia o kroju i szyciu. Praca tam , nie była łatwa, stwarzała jednak znośniejsze warunki bytowania. Szwaczki, dobre i uczynne dla koleżanek, pomagały im jak mogły: potajemnie przerabiały i naprawiały zniszczoną odzież, służyły i pomocą w wewnętrznej łączności więziennej. Przez zatrudnione w szwalni Żydówki, którym gestapowcy zezwolili na korzystanie z porad lekarskich, mogłyśmy przemycać leki innym Żydówkom, w stosunku do których mieliśmy ostry zakaz udzielania jakiejkolwiek pomocy. Na krótko przed likwidacją Pawiaka pracowało w szwalni 15 Żydówek; pamiętam niestety tylko Annę Margulies, adwokatkę Zylberową i Helenę Rosner, zwaną Tajojką (obecnie Renata Lubińska), aresztowaną w Wielki Piątek w 1943 roku. Rankiem 31 VII 1944 r. gestapowcy wyprowadzili wszystkie funkcyjne Żydówki do obozu koncentracyjnego dla Żydów przy ulicy Gęsiej. W czasie Powstania Warszawskiego zostały one odbite (5 VIII 1944 r.) w tym obozie przez żołnierzy batalionu „Zośka”. Jak już wspomniałam, więźniarki ze szwalni dość często reklamował z transportów sam kierownik Schokalla. Niemała jednak grupa szwaczek nie uniknęła transportów do obozów koncentracyjnych; wiele z nich zostało straconych w egzekucjach.

Biblioteka

Do wiosny 1942 roku pewną ulgę w znoszeniu ciężkich warunków więziennych dawała lektura książek wypożyczanych z bibliotek na oddziale męskim i kobiecym, bogatych w książki nawet zakazane. Biblioteka na Serbii mieściła się w celi na II oddziale.

Wymiana książek następowała nie tylko między więźniem a biblioteką, lecz również między bibliotekami. Co pewien czas do biblioteki kobiecej więźniowie Pawiaka (oczywiście pod konwojem) przynosili książki do wymiany. Tu odbywały się niekiedy tajne spotkania żony z mężem, brata z siostrą, syna z matką; tu rozwiązywano wiele poważnych spraw, uzgadniano zeznania. Te przypadkowe, krótkotrwałe spotkania były sprytnie reżyserowane przez zaufaną straż polską i głównie - przez funkcyjne bibliotekarki. W sporadycznych wypadkach książka spełniała jeszcze jedną doniosłą rolę: gdy nie było innej możliwości skontaktowania się z więźniem lub więźniarką, w wypożyczonej książce na różnych stronach czytelnik-nadawca „zorganizowanym” ołówkiem (więzień funkcyjny mający prawo do posiadania ołówka podrzucał go w razie potrzeby współwięźniom) podkreślał odpowiednie słowa, które następnie czytelnik-odbiorca układał w zdania zawierające szyfry, wskazówki itp. Książka po odbyciu tej skomplikowanej wędrówki i spełnieniu zadania wracała do biblioteki, gdzie ją dokładnie przeglądała funkcyjna bibliotekarka, starannie wycierając gumką wszystkie podkreślenia. Cała ta akcja prowadzona była z niesłychaną ostrożnością i precyzją, tylko w środowisku tzw. ludzi pewnych. Niedługi był żywot orzeźwiającego źródła, jakim była książka, niejednokrotnie już czytana na wolności, książka jako tajny listonosz. W początkach 1942 roku z polecenia miejscowych władz gestapowskich biblioteka została zamknięta. Książki złożono w magazynie, pewną ich część z ostrym zakazem wypożyczania zostawiano na II oddziale w małej celi funkcyjnych więźniarek, u Hanki Grzelińskiej i Heleny Dąbrowskiej. Po jakimś czasie wszystkie książki zmagazynowano w budynku dla internowanych, a w 1943 roku na zarządzenie zastępcy komendanta więzienia, sturmscharführera Hiersemanna, spalono je w kotłowni.

Sklepik

Sklepik (ta nazwa utarła się w związku z prowadzoną przez Patronat - od 1940 do 1942 roku - akcją „wypisek”) mieścił się w obszernej celi na II oddziale Serbii. Poza „wypiskami” żywnościowymi, które nabyć mogła więźniarka posiadająca pieniądze w depozycie więziennym, można było na przestrzeni lat 1940-1942 nabyć „wypiski higieniczne” (lignina, papier toaletowy itp.), a w latach następnych - do lipca 1944 roku - koszt ich pokrywano z dotacji Patronatu. W rzeczywistości jednak sklepik nie był sklepikiem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Był on przede wszystkim punktem rozdzielczym paczek żywnościowych i odzieżowych, przesyłanych przez rodziny, bardzo często finansowanych przez organizacje podziemne i Patronat. W pierwszym okresie okupacji więźniowie Pawiaka tylko w wyjątkowych wypadkach mogli otrzymywać paczki żywnościowe z wolności (w święta Bożego Narodzenia ewentualnie Wielkanocy). Wskutek pojawienia się masowych biegunek głodowych wśród więźniów, które spowodowały wypadki śmiertelne (głównie na męskim oddziale), polscy lekarze więzienni i Patronat wszczęli starania u władz gestapowskich, aby te zezwoliły na przesyłanie paczek z wolności i dożywianie w ten sposób więźniów. W wyniku długich, mozolnych starań pod koniec marca 1941 roku Gestapo zezwoliło na przysyłanie paczek żywnościowych najpierw funkcyjnym więźniom, a w czerwcu 1941 roku wszystkim więźniom Pawiaka. Mogli oni raz w miesiącu otrzymać paczkę dwu lub

trzykilogramową, zależnie od zarządzeń gestapowskich. W roku 1943 Patronat uzyskał zgodę Gestapo na dostarczanie co niedziela każdemu więźniowi bochenka chleba. Od połowy 1943 roku nastąpiła pewna poprawa w żywieniu więźniów. Zwiększono dzienną rację chleba do 250-300 gramów, zupy były treściwsze. Stało się to za sprawą Delegatury Rządu, która wspierała Patronat poważnymi dotacjami pieniężnymi. Patronat dokonywał istnych cudów, aby zakupione produkty przekazać na Pawiak, nad tym zaś, by w większości trafiały one do ogólnego kotła więziennego, czuwała w superdyplomatyczny sposób delegatka Patronatu, pani Lola Danielewicz, i polski administracyjny komisarz straży więziennej, Jan Wacek.

Każda paczka była dokładnie ważona przez gestapowców w chwili składania jej w punkcie prowadzonym przez Patronat w VII komisariacie policji przy Krochmalnej, następnie kontrolowana w sklepiku na Serbii. Gestapowcy sprawdzali według listy, czy adresatka nie jest objęta zakazem otrzymywania paczek, a przed wydaniem badali szczegółowo ich zawartość: rozrywano torebki z cukrem czy solą, krojono takie produkty jak: słonina, smalec, kiełbasa, boczek. Niejednokrotnie złośliwi gestapowcy mieszali całą zawartość paczki; w latach 1943 i 1944 konfiskowali leki, przekazując je czasem do apteki szpitalnej. Paczki żywnościowe, przesyłane funkcyjnym więźniarkom, niczym nie mogły różnić się od innych, prócz tego, że mogły zawierać papierosy. Do oficjalnych czynności funkcyjnych sklepiku należało: przenoszenie paczek (zwożonych przez Patronat na Pawiak) spod bramy więzienia na Serbię, prowadzenie ewidencji paczek oraz pomoc przy wydawaniu ich w obecności gestapowca. W zasadzie raz w miesiącu wydawano paczki z żywnością, a z odzieżą od czasu do czasu. Bywało jednak, że przez dłuższy okres Gestapo zabraniało doręczania żywności którejś z więźniarek lub którejś celi; bywało też, iż zakaz ten obejmował cale więzienie (zwłaszcza wiatach 1941-1942). Poza wyżej wymienionymi czynnościami funkcyjne w sklepiku utrzymywały łączność więzienną; większość ich pozostawała w ścisłym kontakcie z siatką wewnętrzną. Często z tego powodu spotykałam się z Kazimierą Wagnerową. Kazia, członek ZWZ, aresztowana została dnia 13 XI 1940 r. Jakby przeczuwając wpadkę, „oczyściła” dom z materiału konspiracyjnego. Nie mogła jednak opuścić mieszkania ze względu na liczną rodzinę: troje nieletnich dzieci i niewidomy, mąż. W Alei Szucha przeszła wyjątkowo ciężkie przesłuchanie; sypnął ją denuncjator, który na szczęście nic nie wiedział o rodzaju jej pracy konspiracyjnej i stopniu zaangażowania; podczas, konfrontacji na Szucha Kazia mimo bicia nie przyznała się do znajomości z nim ani do pracy w konspiracji. Trzykrotnie wożono ją na przesłuchania do Gestapo; maltretowana, nie wydała najmniejszej tajemnicy konspiracyjnej, czego dowodem było, że nikogo już w tej sprawie nie aresztowano. Od marca 1941 roku do września 1942 roku Wagnerowa pracowała z zapałem na funkcji w sklepiku i równocześnie jako łącznik wewnętrznej siatki więziennej. Z pełnym poświęceniem i odwagą opiekowała się izolatkami, zwłaszcza skazanymi na głodówkę. Przy noszeniu im „wypisek higienicznych” i przy każdej innej okazji przemycała do tych cel żywność. We wrześniu 1942 roku, przyłapana przez gestapowca w momencie przygotowywania paczuszki żywnościowej dla jednej z izolatek, została natychmiast zdjęta z funkcji i przeniesiona z celi funkcyjnych nr 46 na III oddziale do celi ogólnej nr 16 na II oddziale. Dnia 23 XII 1942 r zwolniona z więzienia, nadal utrzymywała kontakt z naszą celą lekarek poprzez strażniczkę Lusię Uzarówmę

(Myszkę). Na pamiątkę wspólnie przeżytych dni przesyłała w dniu imienin każdej z nas niklowane bransoletki w kształcie podkowy, z naszymi inicjałami, które z prawdziwym kunsztem wykonywał jej syn Jerzy (zginął w Powstaniu Warszawskim). Mąż Kazi, Edwin Wagner, major WP, prezes Związku Inwalidów Wojennych, były prezes Międzynarodowej Organizacji Kombatanckiej, aresztowany po raz pierwszy w 1941 roku, po kilku tygodniach (cały ten czas przebywał na izbie chorych oddziału męskiego) został zwolniony i aresztowany przez Gestapo po raz drugi w styczniu 1944 roku. Po-paru tygodniach oznajmiono mu, że jest wolny. Wydano mu w kancelarii dokument zwolnienia, po czym gestapowcy wyprowadzili go za bramę Pawiaka i zamordowali w ruinach getta.

„Poczty”, tłumaczki, podwórzowe

„Pocztą” nazywano więźniarkę funkcyjną, która zajmowała się korespondencją swych towarzyszek niedoli. Więźniarkom posiadającym zezwolenie Gestapo na korespondencję, a nie znającym języka niemieckiego, „poczta” pisała raz w miesiącu kartki do rodzin, ewentualnie tłumaczyła treść kartek otrzymywanych z wolności. Do zadań „poczty” należało też, oczywiście i przede wszystkim, roznoszenie poczty. Nieoficjalnie zaś były to pracowniczki łączności więziennej, z całym oddaniem kolportujące grypsy, wiadomości ustne itp.

Tak zwane tłumaczki wyznaczano spośród więźniarek znających doskonale język niemiecki. Z tytułu tej umiejętności służyły one jako tłumaczki więźniarce zmuszonej porozumieć się z gestapowcami w sprawach administracyjnych oraz - co zdarzało się niezmiernie rzadko - podczas przesłuchań w kancelarii komendanta Serbii. Zasadniczo miejscem pracy i pobytu tłumaczek w ciągu dnia była kancelaria niemiecka komendanta lub wachmajstrów na I oddziale. Od większości funkcyjnych tłumaczek otrzymywałyśmy informacje dotyczące rozkładu służby gestapowców, niekiedy ich charakterystykę, dane o zmianach personalnych, a niejednokrotnie wiadomości zasługujące na szczególną uwagę (planowane transporty, aresztowania itd.).

Do oficjalnych obowiązków podwórzowych należało sprzątanie podwórza spacerowego i podwórza gospodarczego Serbii Ponieważ praca ta dawała możność dłuższego przebywania w ruchu na powietrzu, polska administracja w osobach: podkomisarz Gawryłow, podkomisarz Sadzińśkiej i przodowniczki Rosłońskiej - współpracująca z wewnętrzną siatką konspiracyjną, starała się przydzielać na tę funkcję więźniarki młodociane.

Kartoflarnia

Do obierania kartofli i jarzyn oddziałowe polskie zabierały początkowo kobiety z cel ogólnych. W ten sposób zespół zmieniał się bardzo często i w zasadzie każda więźniarka mogła do niego należeć, bo funkcja kartoflarki była jedyna, która nie wymagała zezwolenia Gestapo. Z biegiem czasu wydzielono na Serbii dwie cele dla stałych funkcyjnych kartoflarek.

Patronat z dużym wysiłkiem regulował dostawy ziemniaków i jarzyn na Pawiak, lecz większość zabierali gestapowcy do swojej kuchni, jak zresztą niemal całe mięso przeznaczone dla więźniów. Pani Maria Łepkowska (Czeszka z pochodzenia), zatrudniona z ramienia Patronatu i za zgodą władz niemieckich jako kierowniczka kuchni na Pawiaku, bardzo odważnie i sprytnie przerzucała produkty z kuchni gestapowskiej do kotła więziennego. Zastępczynią jej była pani Nadzieja Worobieew, również z Patronatu. Rezultat ogromu starań Patronatu i zabiegów pani Łepkowskiej był kroplą w morzu potrzeb wobec stanu więźniów, który wahał się od 2 500 do 3 000. Ciepła strawa, nędzna i w nie wystarczającej ilości, spożywana tylko z głodu i z nakazu rozsądku, była jedynym środkiem podtrzymania siły żywotnej więźniów w okresie, kiedy zabraniano przysyłania paczek żywnościowych. Jeżeli czasem udawało się wyłowić z zupy kartofel, to krajało się go na cienkie plasterki i jako najwspanialszy przysmak kładło na kawałek chleba (porcja dzienna: 120 g). Po paru miesiącach zniknęły zupełnie kartofle. Zastępowała je (przez blisko dwa lata) gotowana brukiew; często przegniła, zupa z cuchnących suchych ryb i „berlaj”, w którym tworzyły się kluski trzeszczące pod zębami, „padalce” - jak je nazywałyśmy. Te głodowe racje (500-800 kalorii dziennie) od 1941 roku do końca roku 1942 doprowadzały do poważnych schorzeń. Masowo pojawiały się ciężkie awitaminozy, ostre nieżyty przewodu pokarmowego, biegunki imitujące czerwonkę (przeprowadzone badania bakteriologiczne wykluczyły jednak czerwonkę) i obrzęki głodowe. Pracowałam już wtedy na funkcji lekarza w szpitalu kobiecym; ponad 75% więźniarek zgłaszało się do nas z początkowymi lub ostrymi objawami nieżytów jelitowych. Szpital kobiecy, dysponujący 37 łóżkami, nie mógł pomieścić wszystkich wymagających hospitalizacji. Sytuacja było rozpaczliwa. Z powodu ostrej biegunki głodowej zmarły dwie kobiety. Przypominam sobie tylko jedną z nich: Irenę, córkę właściciela firmy „Deva”; nie miała jeszcze dwudziestu lat, zmarła w roku 1941. To samo działo się na męskim oddziale... Zwróciliśmy się do miejscowych władz gestapowskich, aby chorym więźniarkom - po przedłożeniu zaświadczenia lekarskiego - pozwolono leżeć w celach i aby wypuszczano je do ubikacji; ilekroć się wystukują. Uzyskaliśmy na to zgodę. Pewną ulgę odczuły zwłaszcza chore z zatłoczonych cel, w których przebywało cztero i pięciokrotnie więcej więźniarek, niż przewidywały normy. Dotychczas nie wolno im było położyć się na sienniku ani używać w ciągu dnia kibla; wypuszczane do „kącika” tylko trzy razy dziennie, po rannym apelu, w południe i przed apelem wieczornym - przechodziły katusze. Chorym ze szpitala i z cel ogólnych, cierpiącym na schorzenia przewodu pokarmowego, lekarz urzędowy zapisywał dodatkowo „szpitalkę”: niewielkie porcje kleiku z kaszy jęczmiennej lub pęczaku. Produktów, stale zresztą podkradanych przez gestapowców, dostarczał Patronat, który wyjednał w komendanturze Gestapo (na podstawie wniosku lekarzy polskich) zgodę na wydawanie pewnej ilości „szpitalek”. Po pewnym czasie zezwolenie cofnięto. Gdy po kilkunastu miesiącach zobaczyłyśmy więźniów dźwigających ciężkie worki z kartoflami, zapanowała ogólna radość. Niestety, przedwczesna. Gestapowcy nie pozwolili na obieranie kartofli. Płukano je tylko bardzo powierzchownie i szybko w olbrzymich kadziach. Po ugotowaniu miały smak obrzydliwy. Wyławiałyśmy je i obierałyśmy czym się dało, najczęściej palcami. Praca w kartoflami, jak każda inna w więzieniu, nawet pucowanie do połysku żelaznych schodów i szorowanie ubikacji, była błogosławieństwem dla więźniarek. Tu można było spotkać się z getrentką i uzgodnić zeznania; za pośrednictwem więźniów noszących worki z jarzynami można było nawiązać

kontakt z oddziałem męskim, dowiedzieć się o losie bliskich, o szczegółach przesłuchania. Więźniowie i więźniarki potrafili wykorzystać każdy sprzyjający moment, aby przemycić grypsy i ustne wiadomości. Zależało to też w dużej mierze od tego, jaka strażniczka pełni służbę i jaki wachmajster konwojuje więźniów.

Porządkowe szpitala

Na terenie szpitala, jak w całym więzieniu, musiał panować wzorowy porządek i czystość. Sprawa ta jednak, szczególnie w pierwszych miesiącach mojej tu pracy, nastręczała nam wiele poważnych trudności. Była tylko jedna porządkowa (więźniarka kryminalna); sprzęt i środki gospodarczej natury (szczotki, ścierki, proszek, mydło, pasta do podłogi itp.) były skąpo przydzielane. Owa „dbałość” gestapowców o czystość była również jednym ze sposobów szykanowania więźniów. Najmniejszy ślad kurzu, drobny pyłek na śnieżnobiałej rękawiczce kontrolującego esesmana rozpętywały szaloną burzę. I wówczas mnie, którą zwykli nazywać „Chefärztin”27, czynili za wszystko odpowiedzialną, mimo że de facto naczelnym lekarzem na oddziale kobiecym był z urzędu dr Babski. Z nieistotnych, błahych powodów robili ordynarne uwagi: „Polnische Wirtschaft, polnische Schweinerei”28, grozili karcem, zdjęciem z funkcji, karną gimnastyką itp. Wszelkie próby wyjaśnienia przyczyny niedociągnięć zamykało wrzaskliwie rzucone zdanie: „Quatsch, Ordnung muss sein”29. Połykałam te gorzkie piguły, które z czasem stały się moim chlebem powszednim. Na prośby o pomoc w tej sprawie - jak zresztą w innych, poważniejszych - pierwsza komisarz Serbii, Klunderowa, pozostawała głucha jak pień. Oschła i opryskliwa, odnosiła się do więźniarek politycznych wrogo, z pogardą, nie szczędząc im ostrych uwag na każdym kroku. Toteż doznałyśmy prawdziwej ulgi, gdy w początkach 1941 roku odeszła i na jej miejsce przyszła Wanda Gawryłow (Danusia). W walce o zaspokojenie narastających potrzeb i tym razem dopomógł administracji i magazynowi więziennemu, a przede wszystkim więźniom, nieoceniony, ofiarny Polski Patronat Opieki nad Więźniami. Przestał istnieć problem, co z osobistej, już dobrze nadwątlonej garderoby przeznaczyć na szmaty, skąd zdobyć „glinkę” (mydło) czy szczotkę do zamiatania. Ponieważ jedyna porządkowa w szpitalu była przeciążona pracą, zwróciłam się do dra Babskiego i komisarz Gawryłow z prośbą o zwiększenie liczby funkcyjnych porządkowych oraz stworzenie jeszcze jednej funkcji tzw. intendentki szpitala, która czuwałaby nad sprawami związanymi z utrzymaniem właściwej czystości, nad bielizną szpitalną itp. Prócz poprawy stanu sanitarno-czystości owego szpitala wzięłam również pod uwagę inne, bardzo zasadnicze względy. Już samo wyciągnięcie z cel więźniarek na funkcję stwarzało im siłą rzeczy lepsze warunki, zaś pewna swoboda poruszania się poza celą ułatwiała kontakty z uwięzionymi i ponadto zapewniała lepszą obsługę ciężko chorych. Dr Babski i komisarz Wanda Gawryłow przychylnie odnieśli się do mego projektu. Realizacja zależała jednak wyłącznie od zgody niemieckich władz więziennych. Kilkakrotne interwencje u komendanta nie odniosły skutku. Komisarz Gawryłow nie rezygnowała i pewnego dnia, trafiając na jego lepszy humor, uzyskała wreszcie zgodę. Natychmiast powiększono liczbę porządkowych, na funkcję pierwszego intendenta szpitala przydzielono więźniarkę Zofię Dobrowolską. Była to osoba bardzo
27 28 29

Naczelna lekarka. Polska gospodarka, polskie świństwo.
Bzdura, porządek musi być.

dobra i ofiarna, wespół z porządkowymi dbała o chorych, o maksymalną czystość i porządek, W końcu października 1941 roku wyszła na wolność. Wakujące miejsce objęła ostatnia intendentka szpitala, Wanda Wilczańska, kobieta młoda, o delikatnych rysach twarzy, choć ostrym, energicznym profilu. Aresztowana w styczniu 1941 roku, przez 7 tygodni więziona w Alei Szucha, dręczona ciężkimi przesłuchaniami, przyszła na Serbię blada, umęczona, ale nieugięta. Po pewnym czasie w związku ze swoją funkcją została przeniesiona do celi lekarek. Organizacyjnie związana z Delegaturą Rządu, utrzymywała zewnętrzny kontakt konspiracyjny głównie poprzez łączniczkę zewnętrzną, strażniczkę Lusię Uzar-Krysiakową (Myszkę), Wewnętrzne kontakty konspiracyjne Wanda załatwiała bądź sama bezpośrednio, bądź też, mając jednak ograniczoną swobodę poruszania się, za pośrednictwem Innych dróg wewnętrznej komórki więziennej. Wanda robiła w miarę możliwości wszystko, aby szpital utrzymać w należytej czystości i porządku. Niezależnie od tych zajęć, dobra i uczynna dla chorych, zajmowała się sprawami „kulinarnymi”; przygotowywaniem diet (jeżeli było z czego), odgrzewaniem posiłków, parzeniem ziółek dla chorych szpitalnych i dla chorych na oddziałach. Więźniarki na funkcjach porządkowych szpitala zmieniano często w związku z wysyłkami do obozów koncentracyjnych, z rzadka ze zwolnieniem (mawiałyśmy wówczas, że jest to funkcja wiodąca czasem na wolność). Porządkowe, niesłychanie dzielne kobiety, pełne poświęcenia dla chorych więźniarek, tworzyły doskonały zespół. Zawsze znajdowały uśmiech dla cierpiących. Zawsze gotowe do usług, wykonywały tutaj najczarniejszą robotę. Ich czujne oko potrafiło wypatrzyć każdy brak w garderobie i w aprowizacji chorych koleżanek. Niejednokrotnie uzupełniały te braki w dyskretny sposób z własnego lub współwięźniarek „majątku”. Na kuchence szpitalnej gotowały kleiki dla chorych na oddziałach, podgrzewały zupy. Pomagały w noszeniu do cel na oddziałach produktów przysyłanych oficjalnie przez Patronat dla kobiet ciężarnych, a po kryjomu podrzucały żywność kobietom cierpiącym na przewlekłe schorzenia (jak np. gruźlica, której nie można było ujawniać), przemycały odważnie grypsy i tajne informacje. Pracowały tu na równi kobiety młode i starsze, z wykształceniem l bez wykształcenia, z różnych zawodów i bez zawodów.

Spacer, gimnastyka, „udziwienia”
Pewnym relaksem w życiu więziennym były spacery na podwórku Serbii, trwające od 15 do 20 minut pod okiem stojącej na wysokim ganku strażniczki polskiej. Więźniarki początkowo chętnie chodziły na to spacery. Długim sznurem, parami, w odpowiednich odstępach okrążały kilkanaście razy trawnik pośrodku podwórka, łapczywie wdychając ożywcze powietrze. Powszechną uwagę zwracała ich schludność i dbałość o wygląd zewnętrzny. Poprawiało to samopoczucie więźniarki i dodawało jej postaci jakiegoś smutnego uroku, co z kolei drażniło gestapowców, którzy dopatrywali się w tym jedynie polskiej dumy, a nie rozumieli, że jest to jeszcze jeden wyraz protestu przeciw poniewieraniu godności ludzkiej. Podczas spaceru podawano sobie grypsy, ustalano zeznania, wymieniano wiadomości. Zręcznie wyreżyserowane zamieszanie, jakieś sfingowane zasłabnięcie ułatwiało niedozwolone kontakty. Prowadząca spacer strażniczka albo istotnie togo nie spostrzegała, albo udawała, że nie spostrzega. Podnosiła na nas głos tylko wtedy, gdy widziała zbliżające się niebezpieczeństwo: esesmana. Natychmiast zalegała na podwórku cisza l podejmowano miarowy marsz. Izolatki wypuszczano osobno; musiały spacerować w dużej odległości jedna od drugiej.

Nam, funkcyjnym sanitariatu, praca nie pozwalała na spacery. Ale i wówczas, gdy byłam w celi ogólnej, rzadko korzystałam ze spaceru - był mimo wszystko zbyt dla mnie męczący. W roku 1941 spacery stały się poza tym dość niebezpieczne: na podwórzu zjawiali się gestapowcy i za przyłapanie którejś więźniarki na rozmowie, a najczęściej bez żadnego powodu zaczynali stosować karną gimnastykę z osławionymi „żabkami”. Wiosną 1942 roku ilość spacerujących powiększyła się znowu. Zwabiła je perspektywa lekkich ćwiczeń gimnastycznych, prowadzonych przez Haliną Wohlfarth, studentkę Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego. Zgodę na te ćwiczenia uzyskała komisarz Wanda Gawryłow od komendanta więzienia, obersturmführera Junka. Ta lekka, prowadzona partiami i fachowo gimnastyka odprężała znużone mięśnie, rozpraszając złe myśli. Odświeżone, wracały więźniarki do dusznych, zatłoczonych cel. Niedługo jednak trwała ta sielanka. Pewnego dnia w czasie gimnastyki jeden z esesmanów Pawiaka (o ile sobie przypominam, Brockmann) zbliżył się do Haliny, zdjął swoją gestapowską czapkę i włożył na jej śliczne złote włosy, nakazując, by nie przerywała ćwiczeń. Halina błyskawicznym ruchem zrzuciła czapkę, która potoczyła się na dziedziniec. Esesman kazał ją podnieść. Odmówiła. Rozwścieczony polecił strażniczce odprowadzić więźniarkę do celi i zdjąć ją z funkcji. Czapkę podniosła strażniczka Uzarówna, pragnąc jakoś rozładować sytuację. Halina Wohlfarth, członek ZWZ, kolporterka „Dnia”, aresztowana 9 IX 1941 r., została wkrótce potem, 30 V 1942 r., wysłana do Ravensbrück i tam 5 I 1945 r. rozstrzelana. Gimnastykę przerwano, wróciły regulaminowe spacery. Na podwórzu raz po raz zjawiał się wraz ze swym nieodłącznym wilczurem oberscharführer Bürckl, jeden z największych sadystów na Pawiaku, i sam zaczął prowadzić gimnastykę z bykowcem w ręku: szybkie biegi, przysiady, podnoszenie się na rękach, „żabki”. Rzucał ostre, wrzaskliwe komendy po niemiecku. Bardzo wyraźnie utkwił mi w pamięci ten obraz. Zza okratowanych okien szpitalnych widziałam, jak nieludzko znęcał się nad starszymi bądź słabymi, wyczerpanymi więźniarkami. Za karę po źle wykonanym „ćwiczeniu” kazał pewnego razu stać wszystkim na podwórzu aż do swego powrotu. Przez furtkę w wysokim murze, oddzielającym Serbię od Pawiaka, przeszedł na oddział męski. Długo nie wracał. Kobiety stały kilka godzin na chłodzie, mżącym deszczu i wietrze. Patrzyły w nasze okna. Zrzucałyśmy im kubraki „mamrackie”; na migi pokazałyśmy, żeby mdlały, i w parę minut ambulatorium było zatłoczone. Dyżurna oddziałowa, Celina Olkówna, sprowadziła tu sporą gromadę starszych wiekiem więźniarek. Nagle, znienacka jak zwykle, z psem i z bykowcem w ręku wpadł do szpitala Bürckl, który zauważył przerzedzone szeregi na dziedzińcu. Zimnymi, okrutnymi oczyma spojrzał na przerażone kobiety i utkwił wzrok we mnie. Śliniąc się, z twarzą wykrzywioną wściekłością groził swoją gimnastyką całemu szpitalowi, z ciężko chorymi włącznie. Nigdy nie było wiadomo, co może mu istotnie strzelić do głowy. Opanowując zdenerwowanie - bardzo bałam się o moje pacjentki - tłumaczyłam, że sprowadzone tu kobiety są chore na serce i nie wytrzymują żadnych większych wysiłków fizycznych, których następstwem bywa omdlenie. W tej pełnej napięcia chwili przyszła mi w sukurs dr Anna Sipowicz-Gościcka i jak gdyby nigdy nic poprosiła Bürckla na fotel dentystyczny, oznajmiając, że rozpoczęte leczenie jego zęba wymaga dalszego zabiegu. Jak automat, jak potulny pacjent Bürckl usiadł na fotelu, gdzie tym razem on postękiwał z bólu, gdy mu Ania z całą premedytacją borowała dziurę w zębie. A tymczasem powoli i po cichu wyślizgiwały się z gabinetu zabiegowego więźniarki uratowane od nie wiadomych konsekwencji. Od tej pory, ilekroć Bürckl pełnił służbę, tylko znikoma ilość kobiet brała udział w spacerach.

Bürckl znalazł sobie rychło nowy rodzaj zabawy, tak zwane „udziwienia”. Polegało to na tym, że nieoczekiwanie zjawiał się na Serbii z grupą więźniów, najczęściej Żydów. Kobiety wypędzał na korytarz, a więźniom nakazywał wyrzucić w ciągu paru minut z cel na korytarz wszystkie koce, sienniki, przeważnie napełnione sieczką, nie słomą, paczki żywnościowe i rzeczy osobiste więźniarek. Więźniarki zaś, również w ciągu paru minut, musiały uprzątnąć cały ten bałagan wśród tumanów kurzu i wrzasków Bürckla. Błyskawicznie przywracano pozorny ład, ale nieprędko wracały rzeczy do właścicielki - było to niemożliwe przy tak pospiesznym sprzątaniu, a wysypana i zdeptana żywność nie nadawała się już do spożycia.

Papierosy
Papierosy, których znaczenia pominąć nie sposób, dostawały się na Pawiak wieloma nielegalnymi kanałami, obowiązywał bowiem zakaz palenia. Do wiosny 1941 roku przemycała je polska straż więzienna, lekarze urzędowi i felczerzy. Po długich staraniach Patronatu, wczesną wiosną 1941 roku, Gestapo zezwoliło więźniom i więźniarkom funkcyjnym na palenie papierosów w miejscu zatrudnienia, a równocześnie zabroniło surowo palić w celach. Od połowy maja 1941 roku więźniarki funkcyjne mogły więc otrzymywać bardzo niewielką ilość papierosów w paczkach żywnościowych. Każdą nadwyżkę konfiskował gestapowiec przy kontrolowaniu paczek. Ale głównym dostawcą były nadal organizacje podziemne działające za pośrednictwem funkcjonariuszek straży więziennej, łączniczek siatki zewnętrznej. Papierosów dostarczał poza tym Patronat via sklepik i nieoficjalnie przez panią Helenę Danielewicz oraz - w pewnym okresie - przez panią Jadwigę Żochowską. Wszyscy wiemy, czym jest dla palacza długotrwały brak papierosa. Toteż zaopatrywanie poszczególnych więźniarek w papierosy, zapałki i draskę, a także pouczanie ich, jak się z tego korzysta w specyficznych warunkach więziennych, należało do codziennych tajnych obowiązków wszystkich funkcyjnych. Nie zawsze jednak więźniarki-palaczki umiały zachować zalecaną ostrożność. A każda nieostrożność groziła nawet bardzo ciężkimi konsekwencjami, jak ostre dochodzenie, skąd pochodzą papierosy, zakaz otrzymywania paczek żywnościowych i korespondencji, skazanie na karc. Niekiedy przyspieszało to wywózkę do obozu koncentracyjnego; na oddziale męskim był nawet wypadek kary śmierci. Więźniarka funkcyjna, przyłapana na podaniu papierosa więźniarce lub zasypana przez nią (co zdarzało się niezmiernie rzadko), była z punktu zdejmowana z funkcji, karana jak wyżej i bardzo często kierowana najbliższym transportem do obozu koncentracyjnego. Ja osobiście, do chwili aresztowania i przez długi okres w więzieniu, nie paliłam; nie znosiłam nawet dymu papierosa i w związku z tym początkowo nie doceniałam ważności tej sprawy, urastającej do poważnego problemu. Było to na początku 1941 roku, wkrótce po przydzieleniu mnie na funkcję lekarza w szpitalu. Do gabinetu lekarskiego wszedł wachmajster Joseph (nazwiska nie pamiętam) i oznajmił Teresie Mycielskiej, że jako funkcyjnej pisarce szpitala zezwolono jej na palenie papierosów. Zaznaczył, że i ja, jako funkcyjna, mogę palić... Palnęłabym wówczas straszne głupstwo - na końcu języka miałam już

dumną odpowiedź; „Dziękuję, nie palę” - gdyby nie błyskawiczny refleks... Udałam, że się cieszę, i podziękowałam za zezwolenie. Kiedy więc otrzymałam to zezwolenie, paliłam na niby, żeby nie budzić podejrzeń gestapowców. Początkowo każdy papieros sprawiał mi tyleż przykrości, co jego brak palaczom. Dla zachowania pozorów przetrzymywałam w ustach dym, niejednokrotnie dostawałam od tego zawrotów głowy i mdłości. Ale dzięki temu papierosy mogły swobodnie leżeć na biurku podczas moich przyjęć ambulatoryjnych, a więźniarka, której udzielałam porady lekarskiej, mogła palić bez obawy. Nikogo by nie zaskoczył widok popielniczki i papierosa, skierowanego ustnikiem w moją stronę. Oczywiście działo się to tylko pod nieobecność wachmajstra czy wachmajsterki. Przeszło dwa lata markowałam palenie, aż wreszcie nauczyłam się palić. Uległa temu nałogowi i Ania Sipowicz-Gościcka, która z racji wykonywanej funkcji, mając szeroki kontakt z więźniami i więźniarkami, była ich „traficzką”. Udawanie palaczki w wielu wypadkach okazało się pożyteczne. Wiosną 1941 roku zdarzyło się na przykład, że gdy wieczorem robiłam obchód w szpitalu, wbiegła przerażona Marysia Emich, prosząc, bym ratowała panią Janinę Drewnowską, którą Karl Tschechowski skazał na karc za palenie papierosa. Tschechowski był jednym z okrutniejszych esesmanów, nazywano go Karolkiem lub Psem z Czarnym Podniebieniem. Z chaotycznych informacji zdenerwowanej Marysi wywnioskowałam, że sprawa wygląda groźnie; Karolek wpadł znienacka do naszej celi, zastał tylko trzynastoletnią Marysię i panią Janinę, poczuł dym i zagroził winowajczyni karcem. Natychmiast przerwałam obchód i biegnąc do celi szukałam w myślach sposobu obrony pani Drewnowskiej. W celi zastałam Karolka: plecami odwrócony do drzwi ryczał wściekle, a pani Janina słuchała tego w milczeniu, przeraźliwie blada. - Panie scharführerze - odezwałam się cicho tuż za plecami gestapowca - to ja, nie ona... zapaliłam papierosa w celi, ale zaraz wyszłam... Karolek odwrócił się, był wyraźnie zaskoczony i moim widokiem, i moim wyjaśnieniem. Przerwał nagle potok wymysłów i przekleństw, mówiąc zupełnie spokojnie, że powinnam pamiętać o zakazie, który nie pozwala nawet na zapalenie papierosa w celi. Szczęśliwie udało mi się zatem wybronić panią Drewnowską, a to, że i mnie ominęła kara za „przestępstwo”, należy chyba przypisać wykrętnemu tłumaczeniu. Małą Marysię, którą paru Janina kochała jak rodzoną córkę, musiałyśmy długo uspokajać...

Ostatnie przesłuchania w mojej sprawie
W początkach 1941 roku, w niedługich odstępach czasu byłam dwukrotnie wzywana na przesłuchanie do kancelarii gestapowskiej na Pawiaku. Tu przynoszono na noszach mego męża i majora RatajczakaKarolczaka. Nie bili już nikogo. Karolczak bardzo umiejętnie symulował utratę ruchową mowy. Na pytania referentów odpowiadał pisząc na podanych kartkach papieru. Odpowiedzi te referenci nam odczytywali. Nie przyznawał się, że należy do ZWZ ani do jakiejkolwiek innej organizacji (był komendantem ZWZ okręgu Toruń). Znajomość z nami tłumaczył tym, że leczył się u nas (zniekształcony gościec stawowy - miał wyraźne, widoczne zmiany). Uprzednio wspólnie uzgodniwszy zeznania za pośrednictwem dra Śliwickiego, mówiliśmy to samo, nie dając się zaskoczyć

podchwytliwym, wiele razy powtarzanym pytaniom, groźbom, krzykom. O Olszewskiego nie pytali. Konfrontacji i nim nie mieliśmy. Podejrzenia nasze co do jego roli potwierdziły się raz jeszcze: szczegółowe poszukiwania na oddziale męskim nie dały wyniku - nie było go wśród więźniów. Na zakończenie drugiego przesłuchania oficer Gestapo podał nam do wiadomości, że wszystkich nas czeka kara śmierci i że zaraz będziemy przewiezieni do Berlina na sąd. Henryka i Karolczaka zabrano na noszach; mnie jeszcze zatrzymali; z rozmowy, którą prowadzili między sobą, zorientowałam się, że czekają na orzeczenie urzędowego lekarza więziennego. Jeden z referentów przyniósł wreszcie ze szpitala opinię negatywną - transport do Berlina został odroczony (zresztą i w przyszłości nie został zrealizowany). W końcu listopada 1940 roku zwolniono panią Zofię Stefańską, matkę Zosi Bartoszewicz, oraz Zofię Briesemajster. W lutym 1941 roku zwolnione zostały z naszej sprawy następujące osoby: Zofia Bartoszewicz i jej brat Alfons Stefański, Wanda Szczepanowska ze swoją gosposią i nasza gosposia, Leokadia (nazwiska nie pamiętam). Pozostała nadal Irena Ch., która przez krótki okres pracowała w „białej” pralni, potem na funkcji tłumaczki w kancelarii komendanta na Serbii. Kilkakrotnie wyjeżdżała samochodem w towarzystwie rottenführera Günthera, wracała z kwiatami, uśmiechnięta. Celu tych „wypadów” nigdy nie zdradziła przed więźniarkami ani przede mną, chociaż dość często przychodziła do szpitala w charakterze tłumaczki z Walusiem-Fellhaberem lub z komendantem, wesoło przy tym dowcipkując. Mimo że na ogół darzona była dotąd sympatią przez więźniarki, powtarzające się wyjazdy do miasta bez urzędowych wezwań z Szucha i powroty z kwiatami zrodziły ogólną nieufność i podejrzenia. Irena unikała mnie i wszelkie moje próby dociekania prawdy zbywała uśmiechem. Pewnego dnia została wezwana na przesłuchanie do Gestapo. Po powrocie przyszła do szpitala po dawnemu uśmiechnięta, ale - jak mi się wydało - trochę zdenerwowana. Chciałam wyciągnąć od niej jak najwięcej szczegółów z przebiegu śledztwa. Dowiedziałam się niewiele, ale za to rzeczy najważniejszych. W zeznaniach mianowicie podała, że nas zna, że przychodziła do naszego mieszkania i tu spotykała się z Karolczakiem i że fałszywa kennkarta na nazwisko Krauze, którą znaleziono w jej mieszkaniu, należy do Karolczaka. Było to jeszcze jedno obciążenie naszej trójki, nie wymuszone żadnym biciem. Przyszła chyba do mnie, aby się trochę usprawiedliwić. (Mnie na przesłuchaniach nigdy nie pytano o nią.) W kilka miesięcy potem zwolniono ją z więzienia. Przyszła pożegnać się ze mną. Choć słowa z trudem przechodziły mi przez gardło, prosiłam, aby wychodząc obronną ręką z beznadziejnej, jak mi się wówczas wydawało, i dla niej sytuacji, wykorzystała swoje chody i już nie od więzienia, ale od śmierci ratowała mego męża i Karolczaka. Przyrzekła, ale żadnego kontaktu już nie nawiązała. Henryk i Karolczak, skatowani bestialsko, przez cały czas pobytu na Pawiaku przetrzymywani byli w jakiś cudowny sposób w szpitalu więziennym, później na izbie chorych, wielokrotnie reklamowani z transportu przez lekarzy oddziału męskiego. Do samego końca Karolczak symulował niemotę, o czym wiedział tylko dr Śliwicki. Dnia 28 V 1942 r. zabrano Karolczaka ze szpitala na noszach i rozstrzelano w lasach sękocińskich koło Magdalenki. Henryk długi czas po torturach nie mógł zupełnie chodzić ani stać, cierpiał na silne zaburzenia równowagi. Objawy te, które powoli zaczęły się cofać, były i musiały być jeszcze agrawowane przed lekarzem Gestapo. Będąc już na funkcji, kilkakrotnie w potajemnych spotkaniach z mężem w szpitalu Pawiaka (z całą precyzją wyreżyserowanych przez dr Sipowicz-Gościcką i dra Śliwickiego) mogłam z nim zamienić parę słów. Inwencji i odwadze dra Śliwickiego zawdzięczam też króciutką chwilę

pożegnania z Henrykiem na parę godzin przed zabraniem go ze szpitala do celi „transportowej”. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to nasze ostatnie spotkanie; trwało ono ledwie ułamek sekundy. Mimo usilnej reklamacji lekarzy, mąż mój został 18 VIII 1942 r. włączony do transportu kilkuset więźniów. W Oświęcimiu, oznaczony nrem 60111, przebywał kilka tygodni w szpitalu na bloku 21a. W końcu września 1942 roku zginął w egzekucji na 11 bloku. Dowiedziałam się o tym po wojnie od byłych więźniów Oświęcimia: prof. dra Włodzimierza Ławkowicza, dra Rudolfa Diema i mgra praw Feliksa Kowalewskiego. W końcu października 1942 roku zostałam wezwana przez zastępcę komendanta Pawiaka do spraw politycznych, sturmscharführera Hiersemanna. Nie wróżyło to nic dobrego. Konwojowana przez wachmajsterkę do kancelarii gestapowskiej, rozmyślałam w napięciu nad przyczyną wezwania. Najbardziej bałam się zawsze wsypy grypsowej. Droga prowadząca z Serbii do kancelarii gestapowskiej na Pawiaku była dość długa; teraz chciałam, aby była jeszcze dłuższa, żeby mi starczyło czasu na przygotowanie obrony. Tłumaczenie okazało się niepotrzebne. Hiersemann wezwał mnie, aby powiadomić o śmierci Henryka w Oświęcimiu; podał datę 25 września 1942 roku. Zszokowana tą wiadomością, opanowałam się ostatnim wysiłkiem woli, żeby nie wybuchnąć płaczem. Usłyszałam jeszcze końcowe jego słowa, pełne ironii: „Krieg ist Krieg, Kopf hoch, die Opfern müssen sein”30. Po chwili milczenia zapytałam o przyczynę śmierci męża. Odpowiedział, że serce. Oświadczyłam, że nie wierzę w śmierć naturalną, bo jestem lekarzem i wiem, że nigdy na serce nie chorował. Wściekły wstał zza biurka i zapytał, jak ma to rozumieć? Jeszcze raz powtórzyłam to samo. Hiersemann, chociaż twarz miał wykrzywioną ze złości, nie zareagował gwałtowniej na moje wyraźne oskarżenie. Może był zaskoczony moim opanowaniem w tak tragicznej dla mnie chwili. Nie czekając na zezwolenie wyszłam z jego gabinetu, za mną wachmajsterka. Nie wiem, jak doszłam do celi; tu dopiero rozpłakałam się. Byłam bliska załamania. W nieustannej jednak pracy nie mogłam poddać się dławiącej rozpaczy, dopiero noc, i to nie każda, pozwalała na osobiste myśli i przeżycia. Wielokrotnie przeżywałam z więźniarkami ich dramaty, gdy z rozdzierającym płaczem wracały z kancelarii Pawiaka, powiadamiane o śmierci najbliższych. Hiersemann robił to z całą satysfakcją, sadyzmem i uśmiechem, który pojawiał się na jego złych, zaciętych ustach tylko wtedy, gdy widział budy załadowane więźniami, zwłaszcza wywożonymi na egzekucje, lub gdy zawiadamiał kogoś o śmierci.

Matki i dzieci na Serbii
Do końca 1941 roku - gdy ciężarne więźniarki (w ostatniej fazie ciąży) kierowano na poród do szpitala wolnościowego, skąd wraz z niemowlętami wracały po pewnym czasie na Serbię - podziemiu polskiemu udało się w paru wypadkach zorganizować ucieczkę ze szpitala wolnościowego. Od roku 1942 Gestapo nie zezwalało już na kierowanie ciężarnych do szpitali wolnościowych i wszystkie porody odbywały się w szpitalu więziennym na oddziale kobiecym. Rozwiązania następowały przeważnie nocą - wtedy żadna z nas w celi nr 52 nie spała. Z radosnym niepokojem czekałyśmy na jasny promyk rodzącego się za kratami życia, które w wielu wypadkach
30

Wojna jest wojną, głowa do góry, ofiary muszą być.

chroniło matkę-więźniarkę od egzekucji czy od transportu. Pierwszy krzyk małej istotki przyprawiał nas zawsze o radosny wstrząs i rozrzewnienie. Nono, Stasia Wójcik i Marysia Kopeć żwawo uwijały się podejmując pierwsze zabiegi i czynności przy niemowlęciu. Wyprawka, przesłana przez Patronat, upiększona haftami przez matkę lub współtowarzyszki celi, czekała już na nowego obywatela. Otoczona troskliwą opieką przez zespół funkcyjnych szpitalnych i chore, dokarmiana w okresie ciąży specjalnymi dotacjami żywnościowymi Patronatu, matka najczęściej przez dłuższy czy krótszy okres mogła karmić swoje dziecko piersią. Bywało, że te, które miały nadmiar mleka, dokarmiały inne niemowlęta; odciągniętym z piersi mlekiem podkarmiało się też niektóre izolatki. Matka z niemowlęciem, kiedy mogła już opuścić szpital, przechodziła do celi matek na II oddziale. Po usilnej interwencji komisarz Gawryłow u komendanta więzienia zostały wydzielone dwie cele dla matek z dziećmi, urządzone przez Patronat jak żłobek. Tu pod czułą opieką lekarską dr Krysi Ossowskiej rosły i rozwijały się niemowlęta - piękne, smutne kwiaty Serbii. Dzieci na Serbii było ponad trzydzieścioro. Przeważały niemowlęta urodzone w więzieniu. Ale zdarzało się też, że na Serbii przebywały dzieci-więźniowie, nawet poniżej 10 lat, wzięte w charakterze zakładników za rodziców, którzy w porę ostrzeżeni o grożącym aresztowaniu nie powrócili do domu bądź którym udało się w momencie krytycznym zbiec. Jesienią 1940 roku Gestapo wzięło jako zakładniczki dwie dziewczynki w wieku lat 8 i 10. Umieszczono je w celi ogólnej. Macierzyńska opieka więźniarek łagodziła w pewnym stopniu tęsknotę dzieci za rodzicami. Wychodziły na spacery więzienne, bawiły się lalką, którą z sobą zabrały. Poszukiwanie przez Gestapo rodziców dziewczynek nie dało żadnego rezultatu. Po pewnym czasie obie zwolniono. W 1943 roku zdarzył się fakt zasługujący na szczególną uwagę. Gestapo aresztowało półrocznego chłopczyka imieniem Januszek, w zastępstwie rodziców (niestety nie pamiętam ich nazwiska), którym udało się szczęśliwie uciec z domu przez okno. Na opiekunkę niemowlęcia wzięto babkę. Januszek i jego babcia zostali umieszczeni w celi matek. Najbardziej osobliwe było to, że niemowlę traktowano jako więźnia, podczas gdy jego babka nie figurowała w kartotece więziennej. Po krótkim czasie Januszka zwolniono; opuścił więzienie wraz z babką, chociaż rodziców Gestapo nie zdołało ująć.

Jaś i Małgosia
Każdy odbywający się w więzieniu poród był dla nas głębokim przeżyciem. Ale chyba najmocniej przeżywałyśmy przyjście na świat bliźniąt Marysi Rutkiewiczowej (jedyna ciąża bliźniacza na Serbii). Marysia przebywała długie miesiące w izolacji. Obciążona poważną sprawą - aresztowana po ciężkim wstrząsie, który wywołało niedawne uwięzienie męża (Wincenty Rutkiewicz, tak jak i Maria, był działaczem PPR), bita i szantażowana na przesłuchaniach w Gestapo - potrafiła mimo to zachować niezwykły spokój i pogodę ducha. Od pierwszej chwili otoczyły ją szczególnie serdeczną opieką więźniarki funkcyjne, między innymi dr Kononowicz i dr Ludka Tarłowska z kolumny sanitarnej. Z iście siostrzaną troskliwością czuwała nad Marysią jej przyjaciółka i wspólniczka sprawy, Renia Hulewicz, pracująca na funkcji porządkowej szpitala. Renia, drobna, ruchliwa, wykorzystywała każdą sposobność, by dotrzeć pod wizjerkę izolatki. Zdawałyśmy sobie sprawę, jak silnie na psychikę Marysi musiała podziałać świadomość, że nosi w łonie dwa istnienia (co potwierdziło już zdjęcie

rentgenowskie). Wspólnie i Ludką i Nono obmyśliłyśmy całą taktykę; trzeba było podstępnie i możliwie szybko wyrwać Marysię z izolacji. Zdecydowałyśmy, że jedyną szansę może stworzyć fingowanie przedwczesnego porodu. Należało więc pouczyć Marysię, jak ma udawać bóle porodowe, a przede wszystkim nakłonić ją do tego. Ludka i Nono mają trudne zadanie. Marysia nie umie udawać, opiera się, nie chce narażać lekarekprzyjaciółek na groźne konsekwencje. Wreszcie uspokajające i rzeczowe argumenty przekonują Marysię. Nadszedł dzień, którego oczekiwałam z wielką niecierpliwością. Wachmajster wzywa mnie do izolatki nr 39. Marysia kurczy się w bólach - udaje znakomicie - w oczach jej widzę smutek i przerażenie. Po krótkim wywiadzie lekarskim i badaniu stwierdzam „prawdopodobieństwo rozpoczynającego się porodu” i w związku z tym konieczność natychmiastowego przeniesienia izolatki do szpitala. Proszę o to i grzecznie ponaglam wachmajstra Krügera vel Kriegera, który jest wyraźnie niezadowolony z mego oświadczenia; decyzja zależy przecież wyłącznie od władz z Alei Szucha! W bardzo krótkim czasie przyjechał stamtąd dr Bomeier, który otrzymał już meldunek z niemieckiej kancelarii na Pawiaku. Zdawałam sobie aż nadto sprawę, że muszę mu zreferować tak przekonująco stan izolatki, aby całkowicie uwierzył w moją diagnozę. Dla udokumentowania tego wyjątkowego przypadku pokazałam mu zdjęcie rentgenowskie. Dr Bomeier został przekonany... Żywo zainteresował się bliźniaczą ciążą. Udał się ze mną do celi Marysi, przychylił się do mojej prośby i nawet bez badania zgodził się na przeniesienie „rodzącej” do szpitala. Podstęp udał się znakomicie, ale sytuacja wyglądała dość paradoksalnie. W ciągu dnia, ponieważ znienacka wpadali do szpitala gestapowcy, Marysia musiała leżeć wbrew wszelkim wskazaniom przy jej faktycznym stanie, do porodu bowiem było jeszcze całe cztery tygodnie. Dopiero kiedy cisza nocna zalegała w murach więzienia, Marysia mogła bezpiecznie przechadzać się po długim szpitalnym korytarzu, aby nadrobić to, co traciła w ciągu dnia. Po wielotygodniowym milczeniu i samotności Marysia była oszołomiona nowymi warunkami. Ta młodziutka, ładna kobieta, tak dzielnie zachowująca się w izolatce, robiła tu wrażenie zagubionego, onieśmielonego dziecka. Bała się mówić. Długa samotność wycisnęła piętno na jej wrażliwej psychice. W otoczeniu życzliwych, a co najważniejsze godnych zaufania towarzyszek celi szpitalnej, powoli wyzbywała się urazów. 16 II 1944 r. Od południa szpital na Serbii żyje w ogromnym napięciu. Dr Feluś Loth i Stasia Wójcik przygotowali już wszystko do odebrania porodu. Marysia uśmiecha się, jest spokojna. Niesfornie opadające, złociste loki dodają jej twarzy jakiegoś smutnego uroku. Pod drzwiami ambulatorium czatuje Renia Hulewicz, niezwykle podniecona. Wszyscy czekają na dwa nowe życia, które niebawem powitamy za kratami więzienia. Przed wieczornym apelem przychodzi na świat pierwsze z bliźniąt: dziewczynka, po apelu - drugie: chłopiec. Parę niemowląt jednogłośnie nazwaliśmy Jaś i Małgosia. Z Małgosią - żwawą, dorodną dziewczynką - dr Krysia Ossowska nie miała potem większego kłopotu, natomiast z Jasiem ogromny. Niemowlę, o słabej kondycji i niesłychanej wrażliwości, było trudne do prowadzenia w sensie lekarskim.

Ta chwilowa wygrana - wyrwanie Marysi z izolacji do szpitala i późniejsze jej przejście do celi matek nie gwarantowało jej dalszego bezpieczeństwa. W 1943 roku Gestapo wydało bowiem zarządzenie, że Patronat ma się zająć przekazaniem odchowanych dzieci na wolność, do rodzin lub do żłobków. Wiedziałyśmy, że wówczas los matek będzie uzależniony wyłącznie od biegu ich spraw. Patronat Opieki nad Więźniami, zwłaszcza pani Helena Danielewicz, główna delegatka na Pawiak, prowadziła usilne starania o cofnięcie tego zarządzenia. Helena Danielewicz, nieoceniona opiekunka więźniów, kobieta niezwykle odważna, po długich i mozolnych trudach, bezustannie narażając się, przekupiła zastępcę komendanta Pawiaka, sturmscharführera Vohsberga, i ostatecznie uzyskała pożądany skutek. Należy również podkreślić przychylne stanowisko dra Bomeiera, który osobiście interweniował w Gestapo o nierozdzielanie dzieci od matek, zdając sobie sprawę, że to może uratować życie matki. Dzieci, które udało się zatrzymać, uchroniły w wielu wypadkach swoje matki od transportów, a w kilku wypadkach nawet od egzekucji. Marysię Rutkiewiczową podczas przesłuchania w Gestapo powiadomiono, że czeka ją kara śmierci. Wiadomość o gestapowskich zakusach odbierania matkom dzieci pogrążyła ją w głębokiej rozterce: czy zatrzymać maleństwa przy sobie i skazać je na niepewny los, czy też odesłać na wolność do rodziny, która sygnalizowała jej, że Jaś i Małgosia będą otoczeni najczulszą opieką. Rozważaliśmy ze wszech stron sprawę naszych bliźniąt, przede wszystkim zaś matki. Naradzałyśmy się z obu lekarzami oddziału męskiego i po rozmowie dra Śliwickiego z drem Bomeierem (który obiecał w razie potrzeby, ze względu na bliźnięta, interweniować w Gestapo) wszyscy - jakby wiedzeni instynktem - zdecydowaliśmy za Marysię, że dzieci zostaną przy niej. Mieliśmy nadzieję, że to ją ocali. I tak się też istotnie stało. Podczas likwidacji Pawiaka 31 VII 1944 r. Marysia wyszła na wolność z Małgosią i Jasiem, wraz z innymi matkami, przy których pozostały dzieci.

Mateczka
Polski personel urzędowy, przychodzący do pracy w więzieniu czy wychodzący z pracy, był często poddawany rewizji na posterunku niemieckim lub w kancelarii więzienia. Zawsze bałyśmy się godzin ich przychodzenia i wychodzenia, ponieważ dzień w dzień, bez przerwy, nasze łączniczki przemycały grypsy. Oddychałyśmy z ulgą, gdy szczęśliwie przeszły przez rewizję. Bibułki grypsowe były coraz mniejsze. Prosiłyśmy, aby nie przynosiły już prasy podziemnej, której format był za duży, trudny do ukrycia, zniszczenia, zjedzenia. Wiadomości z frontów i z miasta ustnie przekazywały nam łączniczki w skrótach, jak tam która potrafiła. Dokładnymi informatorami byli lekarze urzędowi: dr Wacek, dr Kenig, dr Baczyński, dr Babski, często też komisarz Wanda Gawryłow, a ponadto lekarze więźniowie: dr Śliwicki i dr Loth, którzy - wykorzystując nieobecność gestapowca w dyżurce przy szpitalu męskim słuchali tam potajemnie radia względnie dostawali wiadomości od kolegów więźniów reperujących radia gestapowców.

W lutym 1943 roku prawie wszystkiej więźniarki przeżyły potężny wstrząs. Przeprowadzono rewizję u straży polskiej na posterunku niemieckim i aresztowano strażniczkę Janinę Szubielską, zwaną przez więźniarki Mateczką. Już samo to określenie, tak bardzo trafne, mówi o stosunku Szubielskiej do więźniarek. Był to duży cios dla mnie. Mateczka należała do moich łączniczek organizacyjnych. W codziennej tajnej poczcie, brawurując, przynosiła niekiedy gazetki, za co bardzo gniewałam się i wręcz zabraniałam jej tego. Ogromnie się wówczas tłumaczyła, że... powoduje nią chęć, abyśmy dostawały wiadomości bezpośrednio ze źródła. Przy gruntownej rewizji na posterunku znaleziono przy niej grypsy i niestety także gazetkę. Dowiedziałam się o tym od strażniczek, które były świadkami rewidowania Mateczki. Mateczka została osadzona w izolacji na Serbii. W pierwszej chwili o żadnym kontakcie nie było mowy - celi jej strzegli wachmajstrzy - należało zaczekać do pory obiadowej. Głowa pękała mi od myśli, robiłam tysiączne przypuszczenia. Dla kogo była przeznaczona tajna poczta? Jaką treść zawierała? Kogo ostrzec przed ewentualnym przesłuchaniem? W związku z tym przypominam sobie ciężkie perypetie z panią T., starszą wiekiem, chorą na serce, aresztowaną w poważnej sprawie. Znałam ją bliżej, gdyż przebywała na leczeniu w szpitalu więziennym. Była załamana i w tym okresie dała mi gryps do przekazania na miasto, aby dowiedzieć się o losie syna, który pracował także w konspiracji i po aresztowaniu matki musiał się ukrywać. Mimo że był to gryps o treści rodzinnej, przyjęłam go, mając na względzie jej stan psychiczny. Krytycznego dnia więźniarka T. była już niestety wypisana ze szpitala. Obawiając się, że przy Mateczce mogli również znaleźć gryps dla pani T., wezwałam ją - za pośrednictwem Agnieszki z kolumny sanitarnej - na rzekome badanie lekarskie. Powiedziałam jej o wpadce łączniczki i o tym, że wśród grypsów mogła być i odpowiedź dla niej. Pouczyłam, że w razie takiej ewentualności ma się do niczego nie przyznawać, o niczym nie wiedzieć i w ogóle nie rozumieć, co to są grypsy. Zdawało się, że pojęła. Nie minęło jednak pół godziny, gdy zobaczyłam ją znowu w szpitalu, konwojowaną przez wachmajsterkę Stalską, której podawała, że się bardzo źle czuje. Zauważyłam tymczasem, że po terenie szpitala kręci się więźniarka Wanda Wacławiak (Gertruda), będąca na funkcji w kancelarii komendanta i wachmajstrów. Znała perfekt język niemiecki. W tym okresie już wyraźnie sprzyjała gestapowcom - należało się jej strzec na każdym kroku. Teraz co chwila zaglądała do gabinetu zabiegowego, do gabinetu przyjęć. Wreszcie gdzieś zniknęła. Wachmajsterka czekała na korytarzu. Pani T. oświadczyła mi zdenerwowana, że bardzo się boi przesłuchań i jeśli ją zapytają, przyzna się, że tylko ten jeden raz gryps wysłała. Byłam przerażona. Będzie sypać. Wpadłam. Zaaplikowałam jej środek uspokajający i spróbowałam z innej beczki, perswadując cierpliwie, że takie zeznania zaszkodzą nie tylko Mateczce i mnie, ale przede wszystkim jej samej, bo gestapowcy nigdy nie uwierzą, że zdarzyło się to naprawdę tylko raz, zresztą i ten jeden raz dostatecznie ją obciąża. Znowu przyrzekła, znowu powtórzyła wszystkie wskazówki na wypadek obrony i wydawało mi się, że ją wreszcie przekonałam. Nie minęła jednak godzina, gdy zostałam wezwana przez wachmajsterkę do jej celi. Wacławiak znów pilnie węszyła kręcąc się po szpitalu i po III oddziale. Kiedy ją mijałam, rzuciła pytanie: „Cóż to się dzieje dzisiaj z panią T.?”. Wytłumaczyłam jej, że to starsza osoba, chora na serce, nerwowa, ja zaś w tej chwili nie mam wolnego łóżka w szpitalu (wszystkie łóżka były rzeczywiście zajęte, żadna z chorych nie kwalifikowała się do wypisania - to był dodatkowy pech)... Na szczęście wachmajsterka Stalska, zajęta

czymś innym, nie weszła ze mną do celi pani T. Pani T. zaczęła od nowa, że boi się, że przyzna się, że nie umie kłamać itd. Użyłam ostatniego „strzału” mówiąc, że skoro prócz grypsów znaleziono u Mateczki gazetkę, gestapowcy na pewno będą przekonani, że była ona także dla niej przeznaczona. Gryps i ulotka zgubią ją samą ostatecznie. Chwyciło. Pani T. przeraziła się tą możliwością i w końcu doszła do wniosku, że jedyna droga ratunku to nie przyznawać się do niczego. Ale jej chwiejna postawa nie dawała mi już żadnej pewności. Wyszłam z celi spocona. Dodam, że tylko łaskawy los uchronił od strasznych konsekwencji i Mateczkę, i mnie, i więźniarkę T., tego dnia bowiem nie było dla niej grypsu. Podaję ten fakt, aby podkreślić, że w pracy siatki więziennej niebezpieczeństwo czyhało zewsząd, nie tylko ze strony gestapowców, ale również naiwnych koleżanek. Postać wyżej opisana nie była niestety wyjątkiem... Tymczasem Mateczka, osadzona w izolacji, od razu obmyśliła sposób porozumienia się z nami. W porze obiadowej na spodzie miski, którą przy wachmajstrze oddała z prośbą o umycie zaufanej korytarzowej, napisała (cudem ocalonym ołówkiem), że niczego z niej nie wydobędą, że dobrze zatarła bibułki. Korytarzowa, z głową otwartą, szybko zrozumiała, że w prośbie Mateczki, której wachmajster jakoś nie oponował, musi się coś kryć. W „kąciku” obejrzała miskę ze wszystkich stron, odczytała napisane słowa, dokładnie umyła, oddała Mateczce, a mnie przekazała natychmiast treść miskowego grypsu. Może w godzinę potem Mateczkę wezwano do kancelarii komendanta więzienia na Serbii, obersturmführera Graberta, który prowadził wstępne dochodzenia. Czekałyśmy w napięciu, ale nie było absolutnie żadnych możliwości, żeby się czegoś dowiedzieć. Dopiero wieczorem po apelu wpadła nieoczekiwanie do naszej celi Wanda Wacławiak i „ogromnie” współczując Mateczce oznajmiła, że czytała i tłumaczyła komendantowi grypsy znalezione u niej. Jednego w ogóle nie mogła odczytać, bo był całkiem zamazany, z pozostałych dwóch odcyfrowała tylko fragmenty zdań. W jednym: „Córka skończyła 10 lat i jest zdrowa”, w drugim: „... podobają ci się czerwone pantofle”. Do kogo były te grypsy skierowane, nie wiadomo, nazwiska bowiem zupełnie się zatarły. Nie miałyśmy do Wacławiak zaufania, wręcz strzegłyśmy się jej, niemniej wdzięczne byłyśmy teraz za wspaniałą naiwność, z jaką podała nam tych kilka słów - tak bardzo ważnych szyfrów. Mateczka przed aresztowaniem pełniła służbę w szpitalu. Zdałam sobie sprawę, że gestapowcy wiążą te grypsy ze szpitalem i że odczytane zdania szyfru mogą wziąć w ich dosłownym znaczeniu. Natychmiast po wyjściu Wacławiak zrobiłyśmy - Nono, Marysia, Krysia, Ania, Wanda i ja - dyskretny przegląd pantofli wszystkich chorych szpitalnych. Czerwonych nie było. Ostrożnie, w serdecznych rozmowach przeprowadziłyśmy wywiad z chorymi, czy posiadają dzieci i w jakim wieku. Dwie miały córki w wieku lat 10. Z tymi więźniarkami mogłam mówić otwarcie, naturalnie dość ogólnikowo. Powiedziałam im, że gdyby pytano o wiek córek, jedna z nich ma podać o 2 lata mniej, druga o 2 lata więcej. Spokojne, opanowane, nie pytały nawet o przyczynę. Nagle przypomniałam sobie, że ja mam czerwone pantofle, skórkowe, na obcasach. Przesłane w paczce odzieżowej przez teściową, leżały od pół roku w szafce, zapomniane. Nie lubiłam ich, raziła mnie jaskrawa barwa w szarym, smutnym życiu więziennym. Teraz należało szybko pozbyć się pantofli, bo można się było spodziewać szczegółowej rewizji. Pozbyć się - ale jak? To nie takie proste. Nie było gdzie schować. Zniszczyć? Pociąć na kawałki? Nie było gdzie wyrzucić. Spalić? Nie było możliwości. Próbowałam z pomocą Ani zamalować je ciemnym atramentem - ściekał ze śliskiej skóry. Tyle zmartwienia i kłopotu narobiły te pantofle... Po tym koszmarnym dniu na próżno próbowałam

zasnąć. Myśli tłoczyły się do głowy, spędzały sen z powiek. Moje towarzyszki celi także nie spały. Wtem usłyszałam ciche skrobanie w drzwi szpitalne (cela nasza była blisko tych drzwi). Ktoś otwierał je ostrożnie, bez zgrzytu: to przyszła nasza kochana Łapcia, strażniczka Rozalia Łapińska, jakby w przeczuciu, że jest bardzo potrzebna. Nie mogąc zasnąć wymyśliłam bowiem, że najlepiej przemalować pantofle farbą do malowania skór, wilbrą. Poprosiłam więc męża opatrznościowego Łapcię, żeby zaraz z rana po nocnej służbie kupiła wilbrę, obojętnie w jakim, byle bardzo ciemnym kolorze, żeby ją przelała do buteleczki z etykietką lekarską i przesłała mi przez strażniczkę Helenę Łapińską, Cegłę. Cegła, która przyszła na następną zmianę wyjątkowo wcześnie, przyniosła wilbrę, trochę zdziwiona tym nagłym zapotrzebowaniem na jakieś dziwne, śmierdzące lekarstwo. W szpitalu nie można było dokonać zabiegu z pantoflami z dwóch powodów: po pierwsze, stale ktoś niepowołany wpadał do nas; po drugie, charakterystyczny zapach wilbry mógł się wydać podejrzany. Postanowiłam dokonać tego w „czarnej” pralni, gdzie mdły, przykry zaduch od brudnej i wyciąganej z kotłów bielizny neutralizował w pewnym stopniu zapach wilbry. Przeniosłam do pralni czerwone pantofle, opakowane w więzienny kubrak wraz z buteleczką wilbry, i tu wtajemniczona Stasia Kiesłowska przemalowała je na okropny kolor ciemnofioletowy. Gdzieniegdzie jednak prześwitywała czerwień. I dopiero teraz, w tej nowej szacie, pechowe pantofle pokrajane i w szczątkach wyniesione na śmieci - zniknęły bez śladu. Miałam znowu dużo szczęścia... Tego dnia, tuż przed wieczornym apelem, do szpitala przyszedł zastępca komendanta, sturmscharführer Hiersemann, z sekretarzem kancelarii niemieckiej Sawitzkim i z Wyłupem. O nic nie pytając i nic nie mówiąc zaczęli przeprowadzać rewizję w całym szpitalu i w naszej celi, zwłaszcza w wąskich, żelaznych szafkach i... pod łóżkami. Przekomicznie wyglądał Wyłup, kiedy kucał i podczołgiwał się pod łóżka w poszukiwaniu łupu. Prócz odrobiny kurzu na podłodze nic nie znalazł. W celach szpitalnych Hiersemann pytał każdą chorą, czy ma córkę i w jakim wieku. Nie było córek w wieku lat dziesięciu... Szukanie śladów w szpitalu spaliło na panewce. Dochodzenie komendanta w sprawie Mateczki trwało nadal. Znowu przyszła do naszej celi Wacławiak i oznajmiła, że była tłumaczką na przesłuchaniu Mateczki i że Mateczka przyznała się komendantowi do przynoszenia grypsów, które mnie oddawała. Wstrętna, grubymi nićmi szyta prowokacja pomyślałam. Zareagowałam na to bardzo ostro, mówiąc, że Mateczka plecie beznadziejne bzdury, że wszystko to jest nieprawdą i że najlepsza byłaby konfrontacja, bo wykazałaby jej kłamstwo. Sprawa Mateczki została przekazana do głównej komendy Gestapo w Alei Szucha. Kilkakrotnie przewożono ją tam na przesłuchanie. Również w związku z jej sprawą była przesłuchiwana w Gestapo Cegła; obie strażniczki mieszkały razem i miały wspólnego szefa siatki zewnętrznej. Na przesłuchaniu Cegła zrobiła z Mateczki kobietę „do trzech nie umiejącą zliczyć”, dbającą tylko o własną wygodę i o to, aby było co do garnka włożyć. Mateczka poinformowana przez łączniczkę-korytarzową o tej „opinii”, od razu dostosowała do niej swój wygląd zewnętrzny i sposób bycia. Spuściła grube, do kolan sięgające warkocze i odpowiednio do nowej sylwetki umiejętnie zgrywała naiwną... Z izolacji przysłała mi krótką wiadomość, z której wynikało, że potrafiła zwekslować całą sprawę, a potwierdzeniem tego było to, że ani ja, ani żadna z funkcyjnych więźniarek nie byłyśmy przesłuchiwane. Później, po zdjęciu izolacji, Mateczka znalazła się na krótko w celi ogólnej, przyszła do szpitala jako „chora” i zdała mi szczegółową relację. Ujęta na posterunku niemieckim, nie tracąc

przytomności umysłu zdążyła grypsy mocno zgnieść w palcach, żeby zatrzeć pismo, co istotnie w dużej mierze się udało: nazwiska adresatek stały się całkiem nieczytelne. Ale tych kilka pozostałych słów starczyło, aby gestapowcy objęli dochodzeniem szpital. Już na posterunku, a potem w czasie przesłuchiwań u komendanta i w Gestapo tłumaczyła się bardzo sprytnie i rozsądnie, że jakaś nieznajoma kobieta, tuż przed wachą, wcisnęła jej przemocą pieniądze i małą paczuszkę. Łakomiąc się na pieniądze (szczęśliwie miała przy sobie własne), które jakby z nieba jej spadały na wykupienie deputatu węglowego, wzięła również malutką paczuszkę, którą miała zniszczyć nie oglądając zawartości. A więc nie ją, lecz tamtą kobietę powinni byli aresztować, żeby i na inne strażniczki nie sprowadziła wielkiego nieszczęścia. Naiwnie, lecz w bardzo przekonujący sposób, zdziwiona, że takie podejrzenia mogły powstać w głowach jej referentów, przypominała im, jak wygląda służba strażniczki polskiej na Serbii. „Otóż tak to się przedstawia - mówiła - wysoko stoi wachmajster niemiecki, nieco niżej wachmajster ukraiński lub wachmajsterka, a dopiero całkiem nisko strażniczka polska. Przy otwieraniu drzwi do cel czy do szpitala zawsze jest obecny wachmajster, wachmajsterka, często i Ukrainiec, jakże zatem można cokolwiek nielegalnego zrobić? Gdybym nawet chciała, byłoby to zupełnie niemożliwe.” Na pytanie, czy często przenosiła komunikaty, odparła, że nie jest godna nosić komunikantu... to może przenosić jedynie osoba duchowna. Opowiadałam Mateczce o próbie sprowokowania nas przez Wandę Wacławiak. Okazało się, że Mateczka była podobnie prowokowana. U komendanta Wacławiak powiedziała Mateczce, że ja się jej przyznałam do dawania i otrzymywania od Mateczki grypsów. Mateczka oburzyła się wtedy tak bardzo, że aż zażądała natychmiastowej konfrontacji ze mną. Nasza identyczna reakcja była przekonująca i wytrąciła z rąk Gertrudy, a także gestapowców, broń wymierzoną przeciwko nam obu. Mateczka trzymała się przez cały czas bardzo dzielnie, mimo podstępnych pytań i prowokacji nie dała się chwycić na żadnym słowie. Zachowała piękną postawę nie tylko jako strażniczka-łącznik, ale jako prawdziwa dobra Mateczka wszystkich więźniarek i wreszcie jako więźniarka. Dnia 12 V 1943 r. została wywieziona w transporcie do Oświęcimia. Przeżyła. Poszlakowa sprawa grypsowa na skutek donosu Sabiny Bykowskiej, który wachmajster Weffels złożył u dra Bomeiera, oraz zatrzymanie strażniczki z grypsami zdecydowały, że dwukrotnie w tych gorących okresach zwróciłam się do zewnętrznej siatki konspiracyjnej poprzez zewnętrzną łączniczkę, strażniczkę Döllinger-Pajączka (która przenosiła najbogatszą w najcięższe sprawy tajną pocztę), aby na przeciąg paru dni przerwać łączność gryps ową i ograniczyć się jedynie do ustnych wiadomości, najważniejszych i najpilniejszych. Kierowała mną obawa zarówno o łączniczki zewnętrzne z różnych pionów konspiracyjnych, jak i o łączniczki siatki wewnętrznej, będące pod stałą, ścisłą inwigilacją gestapowców. Istotnie, pierwszego dnia otrzymałam przez Pajączka wiadomości ustne, lecz już nazajutrz zaczęły napływać liczne ładunki grypsowe. Nie było rady. Wymagały załatwienia. Początkowo odczuwałam pewien żal, że wolność nie rozumie groźnej sytuacji w więzieniu, że może niezbyt dokładnie zdaje sobie sprawę, jak ryzykowną i trudną mieliśmy pracę, ale nie był to czas na rozważania. Sprawy nagliły. Łączność: wolność-więzienie, więzienie-wolność, nie mogła pozostawać ani na chwilę w zawieszeniu.

Należało więc jeszcze bardziej wzmóc czujność wszystkich zmysłów i pracować jeszcze ostrożniej.

Ciągły dyżur lekarski
Moja prawie czteroletnia praca na funkcji lekarza w szpitalu kobiecym na Pawiaku - od 24 XII 1940 r. do 31 VII 1944 r. - to lata długie, ciężkie, tragiczne, lata najmocniejszych przeżyć w moim życiu. To blisko czteroletni nieprzerwany ostry dyżur lekarski w miejscu zagłady i jednocześnie ostre pogotowie konspiracyjne. Lata, przez które w szybkim, nieubłaganym tempie przewijało się tysiące wspaniałych, tragicznych postaci kobiet i mężczyzn. Wielu z nich po ciężkich torturach, skatowanych nieludzko w czasie przesłuchań, przebywało na leczeniu szpitalnym i gdy uratowani od śmierci powracali do sił, wyrywano ich życiu i mordowano w egzekucjach. Następstwem brutalnych, a zarazem wyrafinowanych tortur (jak „topienie”, „słupek”, przypalanie ciała tlącymi się papierosami bądź rozżarzonym żelazem, duszenie pod maską gazową, miażdżenie palców, zrywanie paznokci, upajanie alkoholem itp.) były: rozległe krwiaki, ropnie, martwice, oparzenia, rany cięte i tłuczone, złamania kostne oraz wszelkiego typu obrażenia wewnętrzne i zewnętrzne. Perwersyjne nękanie moralne, szantaż, groźba aresztowania rodzin, pokazywanie zwłok zamordowanych najbliższych osób lub katowanie ich w obecności więźniarki powodowały niejednokrotnie ciężki szok nerwowy, tym trudniejszy do zlikwidowania, że nie wolno nam było zabrać tych chorych z izolacji do szpitala, a niekiedy nawet zakazywano udzielania im jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Zakazy te dotyczyły również więźniarek przebywających w celach ogólnych, więźniarek, od których w czasie przesłuchań Gestapo nic nie wydobyło. Krańcowo różna w swej perfidii była gestapowska metoda w stosunku do więźniarek usiłujących popełnić samobójstwo (przez otrucie czy podcięcie żył), do rannych przy aresztowaniu, a także w stosunku do nieludzko skatowanych, Gestapowcy, prowadzący śledztwo, najczęściej osobiście przewozili te aresztowane wprost do szpitala więziennego i kategorycznie żądali od lekarzy, aby przywrócić je do przytomności. Oczywiście wyłącznie po to, żeby wydobyć z nich zeznania. Okrutna śmierć stawała się wtedy sojusznikiem bohaterskich członków ruchu oporu. Gdy zaś śmierć nie nadeszła i wbrew prawom natury ponownie zatętniło życie... przychodziły dalsze przesłuchania. Gdy i te nie dawały pożądanych przez gestapowców rezultatów, ofiary ginęły w egzekucjach, do końca świadome swego losu. Zakazem leczenia i udzielania najprostszej pomocy lekarskiej w latach 1942-1944 były objęte więzione Żydówki, najczęściej umieszczane w tak zwanych celach śmierci - nr 8 i 9 - skąd po kilku lub kilkunastu godzinach wyprowadzano je na egzekucję. Mała grupa Żydówek pracowała w szwalni niemieckiej na Serbii, i tym jedynie można było oficjalnie pomóc. W takich warunkach praca lekarzy, wczuwających się w beznadziejne położenie współtowarzyszy, była zaciętą i ryzykowną walką. Musieliśmy używać różnych sposobów, aby choć częściowo ulżyć cierpieniom tych ludzi. Często sami, bardzo często przez funkcyjne z kolumny sanitarnej czy korytarzowe, przemycaliśmy im leki, przede wszystkim środki uspokajające i przeciwbólowe; idącym na przesłuchanie dawaliśmy ponadto ukradkiem tabletki podnoszące samopoczucie i pewność siebie. Po powrocie z przesłuchania więźniarki wyrażały nam wdzięczność za tę profilaktykę.

Mniej więcej do końca 1941 roku o przyjęciu do szpitala więziennego (jeśli wolne łóżka na to pozwalały) decydowali lekarze urzędowi podczas godzin pracy, a po ich wyjściu - lekarze funkcyjni. W końcu 1941 roku Gestapo wydało ostre zarządzenie, że każde przyjęcie do szpitala wymaga akceptacji zastępcy komendanta Pawiaka. Obowiązywało to zarówno polskich lekarzy urzędowych, jak i lekarzy-więźniów. Wobec powyższego przed umieszczeniem chorej więźniarki w szpitalu musiałam każdorazowo zwracać się osobiście do zastępcy komendanta, pełniącego służbę w gestapowskiej kancelarii na męskim Pawiaku, który wyrażał na to zgodę, a w wielu wypadkach sprzeciw. Sporządzona w języku niemieckim lista chorych, kwalifikujących się do leczenia szpitalnego, musiała być bardzo dokładna, zawierała imię, nazwisko, wiek i rozpoznanie. W kancelarii, nie szczędząc złośliwych uwag na temat chorych, zastępca komendanta skrzętnie sprawdzał symbol referatu więźniarki, od czego zasadniczo zależała zgoda na umieszczenie jej w szpitalu. Dla wyjaśnienia podaję, że każdą sprawę - zależnie od „rodzaju przestępstwa” - centrala Gestapo w Alei Szucha przydzielała do odpowiednich referatów. Numeracja i znakowanie odnośnego referatu odnotowywane były w aktach każdego więźnia w Gestapo, w kartotece na Pawiaku i na tzw. celkówkach, czyli indywidualnych kartach zawierających dane personalne więźnia, oraz na oficjalnej prywatnej korespondencji więźnia (pocztówka raz w miesiącu). Podaję poniżej kryptonimy poszczególnych referatów, opierając się na książce Leona Wanata31: Referat IV A 1 - sprawy przynależności do PPR, PPS, komunistyczne, pomocy udzielanej jeńcom i sprawy „band” leśnych; Referat IV A 2 - posiadanie broni; Referat IV B 1 - przynależność do tajnej organizacji podziemnej, kolportaż i czytanie ulotek, posiadanie radia; Referat IV B 2 - przynależność do tajnej organizacji podziemnej, kolportaż i czytanie ulotek, posiadanie radia; Referat IV B 3 - przynależność do tajnej organizacji podziemnej, kolportaż i czytanie ulotek, posiadanie radia; Referat IV B 4 - sprawy pochodzenia żydowskiego i wyznaniowe; Referat IV E 1 - wywiad, sprawy szpiegowskie i oficerów; Referat IV E 2 - ucieczka z robót w Niemczech; Referat IV S - sprawy specjalnej wagi; Referat V - przestępstwa kryminalne (Kripo), napady, rabunek, zawodowi przestępcy itd.

31

Leon Wanat „Za murami Pawiaka” (Warszawa 1958)

„Znaki referatów co jakiś czas zmieniały się - pisze Wanat. Robiło to Gestapo w tym celu, aby nie można się było w nich zorientować. Tak na przykład referat III/II C 3 zmieniono na III B 3, później na IV A 3c, a w końcu na IV b 3.” Nie miałam kłopotu z rozpoznaniem uzasadniającym konieczność leczenia. Było ono albo zgodne ze stanem faktycznym, albo - co się często zdarzało - fikcyjne. W wypadku znacznych uszkodzeń cielesnych, doznanych w czasie przesłuchania, nie mogłam ze względu na wiadomą reakcję gestapowców stawiać rozpoznania zbyt wyraźnego. Pisałam więc przeważnie: „Herzmuskelschwache nach der Kontusion”32; jeśli chodzi o osoby młodsze lub chore na gruźlicę, podawałam wręcz rozpoznanie fikcyjne. W nielicznych tylko przypadkach udało mi się, jak już wspomniałam, uzyskać zgodę na leczenie szpitalne izolatek. Rotacja chorych szpitalnych była bardzo różna w różnych okresach. Mała ilość łóżek: 37, powiększona zaledwie do 39, nie pozwalała na przyjęcie wszystkich wymagających leczenia szpitalnego, przy przeciętnym stanie 600 więźniarek na Serbii. Sytuacja taka zmuszała jedynie do leczenia ambulatoryjnego wielu ciężej chorych. O przyjęciu do szpitala decydował zasadniczo stan fizykalny chorej, często nabyty jeszcze na wolności. Przede wszystkim umieszczane tu były więźniarki torturowane, bite na przesłuchaniu, z uszkodzeniami cielesnymi lub ranami postrzałowymi, które otrzymały w czasie aresztowania, ponadto więźniarki bardzo wyczerpane psychicznie po ciężkich przejściach w Gestapo, więźniarki w bardzo podeszłym wieku, nawet z niewielkimi niedomaganiami - jeśli, oczywiście, były wolne miejsca w szpitalu. Oprócz wyżej wymienionych przypadków chorobowych, nieraz wbrew przysiędze Hipokratesa musiałam ze zdrowych robić chore. Zmuszała mnie do tego konieczność obrony współwięźniarek przed transportem lub przesłuchaniem. Lekarze funkcyjni w roku 1941 parę razy wywoływali sztucznie tyfus brzuszny, częściej tyfus plamisty. Przed każdym sztucznym zakażeniem tyfusem plamistym zabezpieczano więźniów szczepiąc im oryginalną szczepionkę Weigla (dostarczoną z miasta pod umówioną nazwą leku). Zakażenia dokonywano kałem wszy lub nawet wszą zakażoną tyfusem, zależnie od sytuacji (od możliwości dostępu do celi). Materiału dostarczała każdorazowo organizacja. Akcja taka pociągała za sobą wielorakie następstwa. Lekarze urzędowi składali na ręce lekarza Gestapo meldunek o chorobie wraz z wywiadem epidemiologicznym, wyjaśniającym źródło zakażenia, i w ten sposób od lekarza Gestapo uzyskiwało się zgodę na skierowanie więźniarki do szpitala wolnościowego. Ponadto - w związku z wydanym zarządzeniem o kwarantannie, którą w umiejętny sposób przedłużaliśmy - blokowany był dany oddział, a to z kolei automatycznie zmniejszało pojemność więzienia i bodaj na pewien czas hamowało przypływ nowo aresztowanych oraz uniemożliwiało wysyłanie transportów do obozów koncentracyjnych, nie mówiąc już o tym, że z danego oddziału nie wzywano w tym okresie na przesłuchania, bo gestapowcy panicznie bali się chorób zakaźnych.

32

Osłabienie mięśnia sercowego po kontuzji.

Niezależnie od wyżej wymienionych skutków na oddziałach kwarantannowych bezkarnie mogła wtedy „grasować” kolumna sanitarna (w poszukiwaniu wszawicy czy nowych przypadków zachorowań), wypełniając swobodnie zadania konspiracyjne. Zakaźnie chorzy więźniowie byli przewożeni z Pawiaka na oddziały zakaźne szpitali wolnościowych. Tę sytuację wielokrotnie wykorzystywały organizacje podziemne dla fingowania zgonu (podstawianie zwłok) bądź dla odbijania więźniów. W tym właśnie celu w grudniu 1941 roku Nono i ja zakaziłyśmy tyfusem plamistym Stanisławę Weinzową, wielomiesięczną więźniarkę, obarczoną bardzo ciężką dowodową sprawą. Nie było wątpliwości, że czeka ją kara śmierci, bo na ostatnim przesłuchaniu gestapowcy powiadomili ją o wydanym wyroku. Staszka Weinzowa, przewieziona do szpitala zakaźnego przy Wolskiej, „zmarła” tam w pierwszych dniach lutego 1942 roku - i dzięki temu żyje do dnia dzisiejszego. Już po jej sfingowanej śmierci - w nocy z 27 na 28 maja 1942 roku - gestapowcy szukali jej na Pawiaku, aby włączyć do grupy transportowej... która szła na egzekucję w lasach sękocińskich... Przypominam sobie również przypadek zakażenia tyfusem brzusznym izolatki Zofii Gapińskiej. Wysłana do szpitala zakaźnego na Wolską, po dłuższym pobycie tam wróciła na Pawiak z nie znanych mi przyczyn - podobno nie chciała uciekać. Cały wysiłek uratowania jej był daremny. Dnia 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück, gdzie zmarła. Oczywiście tylko niewielka ilość przypadków tyfusu była naszym dziełem. Zapadały na tyfus więźniarki aresztowane w okresie inkubacji choroby. Niestety, od wiosny 1942 roku, na skutek ucieczek i odbijania więźniów przez organizacje, gestapowcy zabronili kierować zakaźnie chorych do szpitali wolnościowych: sporadyczne przypadki były leczone w celi zakaźnej szpitala więziennego. Zasługuje na uwagę fakt, że na Serbii był tylko jeden przypadek śmierci na tyfus plamisty: w styczniu 1944 roku zmarła starsza wiekiem kobieta nazwiskiem Burczak, która przybyła do więzienia w okresie inkubacji choroby. Należy tu dodać, że na Pawiaku-Serbii wszyscy uwięzieni podlegali ochronnemu szczepieniu przeciw tyfusowi brzusznemu. Poza tym od końca 1942 roku, jeśli w pewnych okresach dysponowaliśmy przemyconą z wolności szczepionką Weigla, sami dokonywaliśmy tajnych szczepień, najczęściej przed spodziewanym transportem do obozów, zwłaszcza do Oświęcimia, gdzie tyfus plamisty dziesiątkował ludzi. Polakom za posiadanie tej niezwykle cennej szczepionki Weigla groziła nawet kara śmierci. Dostarczały nam jej - przez łączniczki siatki więziennej - organizacje podziemne, które zaopatrywała komórka konspiracyjna pracująca w warszawskim Zakładzie Higieny (PZH). Ilość szczepionek była siłą rzeczy bardzo ograniczona. Ażeby zapobiec wysyłaniu więźniarek do obozów, stosowaliśmy też zabiegi operacyjne w wypadku przewlekłych schorzeń, nabytych jeszcze na wolności. Były to i mniejsze zabiegi chirurgiczne, i poważniejsze operacje, uzgadniane uprzednio z pacjentkami, a dokonywane przez dra Keniga i dra Lotha. Wywołaną na transport Halinę Hiszpańską, która w porozumieniu ze mną symulowała atak wyrostka robaczkowego, natychmiast operował dr Loth. W dwa tygodnie później (1 X 1943 r.) Halina wyszła na

wolność dzięki staraniom rodziny. Co zaś najdziwniejsze, w parę dni po zwolnieniu nazwisko jej znalazło się na październikowej liście transportowej do Oświęcimia. Zawiadomiona o tym przez Cegłę, musiała się ukrywać. Zabieg chirurgiczny ocalił też między innymi Kazimierę Zasztowt, która przez długi czas pracowała w łaźni na Serbii, oddając ogromne usługi łączności konspiracyjnej. W listopadzie 1943 roku przeżyła tragedię osobistą: rozstrzelano jej młodociane dzieci, Alinę i Janusza. Celny gestapowski strzał ciężko zranił serce matki. Ta niezwykle dobra i pogodna kobieta z wielkim trudem starała się podźwignąć, otoczona siostrzaną opieką strażniczki Zofii Döllinger i zaprzyjaźnionych więźniarek. Długie miesiące przebywała w szpitalu. Aby ją tu jeszcze przetrzymać i mieć podstawy do reklamowania z transportów, do których kilkakrotnie już była wyznaczana, uzgodniwszy sprawę najpierw z nią, potem z drem Kenigiem i drem Lothem, poddaliśmy Kazię Zasztowt zabiegowi operacyjnemu wycięcia wola. Dnia 31 VII 1944 r., podczas likwidacji Pawiaka, w grupie 200 więźniów została zwolniona. Przed kilkoma laty zmarła. W czerwcu 1943 roku w sali operacyjnej szpitala męskiego dr. Kenig i dr Loth operowali Stasię Kiesłowską. Dla całego zespołu funkcyjnych lekarek i kolumny sanitarnej z siatki konspiracyjnej był to wyjątkowo gorący okres z powodu oskarżenia nas przez wachmajstra Weffelsa o przemycanie grypsów. Pokaźny ładunek z codziennej tajnej poczty łączniczek zewnętrznych trzymałam w różnych skrytkach: na rezerwuarze w „kąciku”, pod spodem biurka i szaf, przylepiony leukoplastem. W momencie największego zagrożenia wszystkie te schowki wydały mi się nie dość bezpieczne, ulokowałam więc grypsy w ligninie na brzuchu świeżo zoperowanej Stasi, opatrując ją dodatkowo grubą warstwą papierowych bandaży. To była najbezpieczniejsza „skrytka”. Konspiratorka Stasia nie dociekała, dlaczego w ciągu dnia zmieniam jej bandaże, choć są jeszcze zupełnie czyste, lub dlaczego doklejam wciąż leukoplast... A ja przecież musiałam sięgać do „skrzynki”. Stanisława Kiesłowską, aresztowana w sierpniu 1940 roku z mężem Stefanem (majorem WP), Stanisławem Dubois, z siostrami: Haliną Staniszewską i Jadwigą Ostróżkową, ponad trzy lata pracowała w „czarnej” pralni. Przez cały ten czas (z pewnymi przerwami, gdy stan zdrowia wymagał leczenia szpitalnego) prócz wykonywanej funkcji pracowała niestrudzenie w konspiracyjnej łączności więziennej na równi z niemniej odważnymi koleżankami z „czarnej” pralni. We wrześniu 1942 roku otrzymała wiadomość, że jej mąż został rozstrzelany w Oświęcimiu. Nie żył także Stanisław Dubois rozstrzelany 21 VIII 1942 r. Po tym okrutnym ciosie, który zniszczył wszystkie jej marzenia i nadzieje, Stasia załamała się psychicznie. W warunkach względnego spokoju i ciszy szpitalnej mocowała się ze swoją tragedią. Przez kilka dni niezdolna była przełknąć pokarmu, jej oczy, zawsze tak pełne wyrazu, patrzyły nieprzytomnie; leżała bez słowa, nie płakała, była jakby z kamienia. Po pewnym czasie wróciła do „czarnej” pralni, żeby znaleźć choć trochę zapomnienia w wirze codziennej ciężkiej pracy i niebezpiecznej działalności konspiracyjnej. Dość często dostawała grypsy od rodziny, która starała się drogą wykupu uwolnić ją z więzienia. Stasia zaczęła teraz żyć myślą, że lada dzień wyjdzie na wolność - zwierzała mi się z tego. Kiedyś, uradowana, dała mi do przeczytania gryps: „Już niedługo... pamiętaj, jak wyjdziesz, weź dorożkę...”. Nie umiałam się z nią cieszyć, bo od wielu miesięcy otrzymywała grypsy tej treści. Miały one zapewne podtrzymać ją na duchu. Te obietnice i zapewnienia wydawały mi się dość bezpodstawne, w tymże okresie bowiem nazwisko Stasi kilkakrotnie znalazło się na listach transportowych i tylko dzięki wyczuciu i przypadkowi, że była wtedy w szpitalu, udało się ją wyreklamować.

W maju 1943 roku, w dniu, w którym otrzymała gryps z wiadomością, że „już, już... za parę dni będziesz wolna”, znów wyznaczono Stasię do transportu. Przyjęłam ją wtedy do szpitala pod fałszywym rozpoznaniem: zapalenie wyrostka robaczkowego. Po operacji pobyt Stasi w szpitalu przedłużył się aż do sierpnia z powodu odoskrzelowego zapalenia płuc. Upragniona wolność niestety nie nadeszła. Stasia przestała się łudzić i zrozumiała, że dalsze reklamowanie z transportu do obozu koncentracyjnego może skończyć się egzekucją w ruinach getta, gdzie teraz co dzień ginęli ludzie. W dniu 5 X 1943 r. w grupie około 250 więźniarek została wywieziona do Oświęcimia. Epidemia tyfusu plamistego w Oświęcimiu zdziesiątkowała tę grupę. Wśród niewielu, które pozostały przy życiu, szczęśliwie ocalała Stasia. Siostry jej: Halina Staniszewska, wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, została tam w lipcu 1942 roku rozstrzelana, Jadwiga Ostróżkowa w marcu 1941 roku wyszła na wolność.

Pierwszy lekarz Gestapo, untersturmführer dr Scherbel, wpadał dość często do szpitala kobiecego. Już sam wygląd Scherbla napawał więźniarki strachem. Ubrany zawsze w skórzany czarny płaszcz, z chudą, wyblakłą twarzą, o złych, tępych oczach, pokazywał w ironicznym uśmiechu rząd srebrnych zębów górnej i dolnej szczęki, co przedziwnie harmonizowało z trupią główką na gestapowskiej czapce. Na inspekcję szpitala przychodził w asyście oberscharführera Fellhabera (Walusia), zastępcy komendanta, znanego wszystkim więźniom z okrucieństwa. Te bardzo groźne wizyty najczęściej miały na celu skontrolowanie lekarzy polskich oraz chorych szpitalnych. Dr Scherbel dokładnie rozpytywał, kto, na co i jak długo choruje. (Lekarz Gestapo wydał zarządzenie, że okres pobytu chorej więźniarki nie może przekraczać 2 tygodni.) W wypadku dłuższego, a nieraz bardzo długiego pobytu chorej, zarówno dr Babski, jak i ja musieliśmy się gęsto tłumaczyć, mając zresztą z góry przygotowane mocne argumenty w postaci szczegółowego opisu choroby w karcie badania i karty gorączkowej, do której Scherbel przywiązywał najwięcej wagi. Wykresy na kartach gorączkowych, a często i rozpoznania nie zgadzały się przeważnie ze stanem faktycznym. Ponadto inspekcje owe wróżyły na najbliższy okres transport do obozu koncentracyjnego. Dr Scherbel sprawdzał niejednokrotnie osobiście stan zdrowia więźniarek, nie zadając im żadnych pytań; badał je powierzchownie i z reguły uznawał za zdrowe. Przypominam sobie bardzo jaskrawy przykład takiego badania. Irena Jaworska, lat 35, z ciężką sprawą nowotworową narządów kobiecych i gruźlicą krtani, prawie od początku przebywała w szpitalu więziennym, wielokrotnie reklamowana z transportów. Przed aresztowaniem leczyła się w Instytucie Onkologicznym na Wawelskiej. Następna seryjna kuracja radem miała być przeprowadzona w pierwszej połowie 1941 roku. Aresztowana w bardzo poważnej sprawie, trzymała się dzielnie mimo potwornych bólów, które nie zawsze można było uśmierzyć dawką narkotyku. Kiedy napisała podanie do Gestapo o czasowe przeniesienie jej do Instytutu Onkologicznego na kurację radem, przybył zbadać ją dr Scherbel i orzekł, że żadnej kuracji nie wymaga, że jest zdrowa i zdolna do transportu. Uzasadnienia lekarskie, moje nalegania i prośby padały w próżnię. Ciężko chora, ze złą prognozą, zniesiona na noszach, wyjechała 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, gdzie wkrótce zmarła. Tym samym transportem (pierwszy transport kobiet do Ravensbrück) w grupie ponad 250 więźniarek została

zabrana ze szpitala na noszach - reklamowana przez dra Babskiego i przeze mnie, a badana przez dra Scherbla i uznana za zdrową, zdolną do transportu - staruszka, lat około 75, Maria Terlecka, nie obciążona poważniejszymi zarzutami. Ten sam los spotkał w końcu maja 1942 roku młodocianą Janinę Ryczko, Walentynę Biedrzycką, lat 70, Michalinę Gołaszewską, lat ponad 70, Amelię Schönborn i inne. Marię Klim, chorą na gruźlicę kości piętowej i cały czas leżącą w szpitalu więziennym, mimo ciężkiego stanu, z nogą w gipsie wywieziono indywidualnym transportem w niewiadomym kierunku. I nie pomogły żadne reklamacje... Mimo surowych nakazów i bezwzględnej kontroli lekarzy Gestapo udawało się zawsze lekarzom urzędowym i lekarzom funkcyjnym na Serbii i na Pawiaku wyreklamować pewien procent ludzi z transportu. Wszelkie próby reklamacji na Serbii mogły odnosić się tylko do chorych przebywających w szpitalu, do kobiet ciężarnych lub po niedawno odbytym porodzie. Nieraz tylko dopuszczali gestapowcy do reklamowania skatowanych z cel izolacyjnych, a już bardzo rzadko z cel ogólnych. Ostateczny głos miał jednak zawsze lekarz Gestapo. Szczęśliwie wyreklamowanych więźniarek nawet o tym nie informowałam, aby oszczędzić im nowego wstrząsu; bałam się poza tym, że mogą wygadać się niechcący. Zdarzało się, że te same chore udawało się wyreklamować z szeregu następnych transportów; bywało i tak, że gdy w pewnych trudnych okresach szły egzekucje, nie ponawialiśmy reklamacji w obawie, by nazwiska uratowanych od transportu nie znalazły się na listach egzekucyjnych. W wielu wypadkach więźniarki same prosiły, aby zaprzestać reklamacji, bo chciały znaleźć się jak najdalej od Alei Szucha i widma tortur... Jakże ciężkie były moje zmagania wewnętrzne, gdy zastanawiałam się, czy i kiedy ulec takiej prośbie... Trudno tu było cokolwiek odgadnąć lub przewidzieć. Wszystko na przykład wskazywało na to, że Danusia Terlikowska przeżyje obóz. Nie miała jeszcze lat dwudziestu, pełna energii, pogodna i dzielna, a przy tym śliczna i tak bardzo kochająca życie mimo grozy, która nad nim zawisła. Aresztowano ją w styczniu 1941 roku za posiadanie broni. Wsypał ją kolega, który, jak mówiła, wiedział, że ona i jej przyrodni brat ukrywają broń z kampanii wrześniowej. Bita, znieważana na pierwszym przesłuchaniu - milczała. Potem, w nadziei, że ocali brata, wzięła winę na siebie. Przez pewien czas przebywała w szpitalu, później jako funkcyjna w kolumnie sanitarnej pracowała bardzo ofiarnie i szybko zdobyła sympatię koleżanek. I ona, i jej współtowarzyszki z wyraźną ulgą przyjęły w 1942 roku wywołanie na transport sierpniowy do Oświęcimia. Danusia sądziła, że przetrwa obóz, że uniknie śmierci. Wyrok Gestapo, niestety, i tam ją dosięgnął: zginęła w parę miesięcy później uśmiercona zastrzykiem dosercowym z fenolu. Reklamacje, jak już wspomniałam, dotyczyły również przesłuchań. Chore szpitalne czy izolatki, reklamowane nieraz kilkakrotnie, były jednak niekiedy przesłuchiwane w celach szpitalnych lub izolacyjnych. Czasem referenci odnosili się do przesłuchiwanych „w rękawiczkach” i z udanym współczuciem pytali, jak się czują i kto je tak „urządził”. Innym razem, lekceważąc moje próby reklamacji, grożąc i wymyślając zabierali więźniarki lub polecali znieść je na noszach - najczęściej na przesłuchanie w kancelarii niemieckiej Pawiaka.

Przypominam sobie dwie skatowane w Alei Szucha kobiety, które w początkach 1941 roku gestapowcy przesłuchiwali w celi szpitalnej nr 4. Obie - Jadwiga Szymborska i Ludwika Plater - miały powyżej 50 lat. Referenci, zanim przystąpili do przesłuchania, wezwali mnie pytając o stan ich zdrowia. Przedstawiłam go w najczarniejszych barwach, utrzymując, że obie chore wymagają leczenia narządu krążenia po doznanym szoku. W odpowiedzi usłyszałam, że to „niebezpieczne bandytki” i takich nie wolno leczyć. Poprzestałam więc na krótkim stwierdzeniu, że jako lekarz muszę postępować zawsze i wyłącznie zgodnie z obowiązkiem niesienia pomocy cierpiącym. Gdy chciałam chorym podać krople nasercowe, kazali mi wyjść. Jeden z referentów, gruby, tryskający zdrowiem oficer w mundurze gestapowskim, wydał mi się znajomy, nasze spojrzenia spotkały się i... zdrętwiałam. Był to mój starszy o rok kolega z warszawskiego uniwersytetu, Paweł Drath. Natychmiast odwrócił się do mnie tyłem. Drath brał udział w towarzyskim życiu studenckim, robił wrażenie elegancika, nauka nie szła mu najlepiej, po kilku latach zrezygnował z dalszych studiów i wyjechał do Wiednia, gdzie jakoby przerzucił się na ekonomię; słuch o nim zaginął, zapomnieliśmy o nim. Dopiero gdy przypadkowo zobaczyłam go tu w mundurze gestapowca, zrozumiałam, jaką rolę odgrywał w Polsce i na czym polegały jego studia w Wiedniu. Od tej pory nie spotkałam już Dratha na Pawiaku. Rozpoznany i poszukiwany przez podziemną organizację, znikł z Warszawy. Prawdopodobnie postarał się o przeniesienie. Obie więźniarki przesłuchiwano około 2 godzin. Kiedy zasłabła Szymborska, gestapowcy wezwali mnie, abym udzieliła jej pomocy lekarskiej. Drath cały czas stał odwrócony plecami. Jadwiga Szymborska i Ludwika Plater w grupie ponad 250 więźniarek zostały 22 IX 1941 r. wywiezione do Ravensbrück.

W tej samej celi szpitalnej referenci z Alei Szucha przesłuchiwali Irenę Maternowską z ZWZ, profesora weterynarii Uniwersytetu Warszawskiego, aresztowaną 24 IV 1941 r. z gruźlicą rozpadową płuc. Postać profesor Maternowskiej utkwiła mi głęboko w pamięci. Wiele opowiadała mi o swej sabotażowej pracy na wolności. Od dawna zdając sobie sprawę ze stanu zdrowia, świadomie poświęcała tej pracy ostatnie siły. Na podstawie przemycanych z zewnątrz informacji wiedziała, że robota na zorganizowanym przez nią odcinku idzie dalej, i to podtrzymywało ją na duchu. Wielokrotnie reklamowałam profesor Maternowską jako „zum Verhör unfähig”33. Mimo to pewnego dnia przyszli znów referanci, by przesłuchać... umierającą. Nie powiedziała nic, nie wydała nikogo. Zmarła 4 VI 1941 r. w szpitalu na Serbii. W lutym 1941 roku do szpitala na Serbii przywieźli gestapowcy pobitą w Alei Szucha więźniarkę Marię Horodyską, łączniczkę ZWZ, przystojną, młodą dziennikarkę. Stwierdziłam rozległe siniaki z obrzękami, szczególnie na grzbiecie, pośladkach i kończynach dolnych, z podejrzeniem o złamanie kości ogonowej, co później potwierdziło badanie chirurgiczne dra Lotha. Referenci, przesłuchujący ją nazajutrz w celi szpitalnej nr 1, przynieśli jej pomarańczę. Horodyską odmówiła. Długi czas pozostawała w leczeniu szpitalnym. Pisała wiersze. Parę z nich, przesłanych na wolność, zachowało się; cytuję jeden, poświęcony ciężko chorej więźniarce, Irenie Jaworskiej.

33

Niezdolna do przesłuchania.

CZEKANIE 17 V 1941 r. Wyrwano mnie z życia jak bezbarwny kwiat I zniszczono mi całe młode szczęście moje, Rzucono mnie w odrębny, taki inny świat, Gdzie się żyje udręką, bólem, niepokojem. I choć powrotu droga jest bardzo daleka, Czekam... W sercu umilkł radości bujny, mocny śpiew, Bije teraz powoli i dziwnie boleśnie I jędrnym rytmem zdrowia już nie tętni krew, Dawne życie powraca do mnie tylko we śnie. I choć łez buntu nie ma na powiekach, Czekam... W dzień, nie myślę, nie czuję, lecz gdy przyjdzie noc I jak w płaszcz miękki spowija mnie w ciszę, Do głowy mi uderza różnych myśli moc. Jakieś głosy, wołania z tamtej strony słyszę, I by mi powrócono znów godność człowieka, Czekaniem przeogromnym Czekam, czekam, czekam...

W sierpniu 1941 roku Horodyska nieoczekiwanie została zwolniona z więzienia. Wiosną 1941 roku oficerowie Gestapo przywieźli Annę Stulgińską z ZWZ, aresztowaną pod nazwiskiem Malinowska; pobitą w bestialski sposób, nieprzytomną polecili umieścić w szpitalu i szybko doprowadzić do takiego stanu, aby mogli ją przesłuchać. Skóra skatowanej była jednym wielkim siniakiem, z ubytkami, krwawiąca, z wyraźnymi śladami po uderzeniach skrętów śrubowatych i tępych narzędzi. Z trudem zdołałyśmy wydobyć nieszczęsną z szoku. Po dwóch dniach zjawili się ci sami referenci, polecili Annę ubrać, głaskali ją swymi łapami po twarzy. Siląc się na dobroduszność powiedzieli, że tu, przy takim marnym żywieniu, nie może w pełni wrócić do zdrowia i dlatego ją zabierają do swojego szpitala. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć jej przerażonych oczu wpatrzonych we mnie. Wszelkie moje prośby i tłumaczenia, że obecnie każdy najmniejszy ruch zagraża jej życiu, nie odniosły skutku. Po uporczywych naleganiach zezwolili na zrobienie Stulgińskiej zastrzyku i podanie tabletek przeciwbólowych. Nie pozwolili znieść jej na noszach. Z wielką „pieczołowitością” i „troską” ujęli ją z obu stron pod ręce - nie miała siły zrobić jednego kroku na bezwładnych nogach. Patrzałam bezsilna, jak dwóch oprawców wlecze swoją ofiarę przez długi korytarz szpitalny. „Leczenie szpitalne” w Gestapo - ta wyrafinowana katownia - położyła kres mękom i życiu Anny. Nazajutrz, kiedy przenosiłyśmy do kostnicy zmarłą w szpitalu więźniarkę (nazwiska jej nie pamiętam), zobaczyłam tam zmasakrowane zwłoki Anny Stulgińskiej (Malinowskiej). Zginęła podczas przesłuchania na oczach męża.

W celi szpitalnej nr 3 przesłuchiwana była Irmina Krupowicz, aresztowana 28 VII 1942 r. w Józefowie z grupą polskich skoczków spadochronowych ze Związku Radzieckiego: kapitanem Mikołajem Arciszewskim (Kolą), aresztowanym pod nazwiskiem Jan Borowski, i kapitanem Jerzym Mickiewiczem, aresztowanym pod nazwiskiem Krupowicz. Gestapo po wykryciu nadawczej stacji radiowej otoczyło krytycznego dnia willę. Doszło do zbrojnego starcia. Irmina i Arciszewski otrzymali ciężkie rany postrzałowe, Mickiewicz, widząc beznadziejność sytuacji, ostatnią kulę skierował do siebie (dane powyższe otrzymałam od dra Śliwickiego i strażniczki Döllinger). Rannych w ciężkim stanie przywiozło Gestapo na Pawiak. Irminie, rannej w brzuch w okolicy wątroby, udzielił pierwszej pomocy dr Loth w szpitalu męskim, stamtąd przeniesiono ją na noszach do szpitala na Serbii. Referenci, nie zważając na nic, starali się wydobyć z niej zeznania, co im się jednak nie udało. Pewnego dnia zabrano ją ze szpitala i osadzono w izolacji, a 17 I 1943 r. wywieziono transportem na Majdanek. Kapitan Mikołaj Arciszewski (Jan Borowski), dowódca grupy spadochronowej „Michał”, ciężko ranny w udo, umieszczony w izolacji na I oddziale, rozstrzelany został 11 V 1943 r. w getcie; kapitan Jerzy Mickiewicz (Jerzy Krupowicz) usiłował popełnić samobójstwo, raniąc się w głowę, operowany w szpitalu więziennym wrócił do zdrowia i 17 I 43 r. został przewieziony na Majdanek, potem do Buchenwaldu i wiosną 1944 roku tamże rozstrzelany. W szpitalnej celi nr 3 była przesłuchiwana Anna Krajewska - w styczniu 1944 roku, dr Łopuska (Marta Schulz) i Jadwiga Kubiak - w maju 1944 roku oraz Iwona Krugłowska (Iwa) - w czerwcu 1944 roku. Bliższe szczegóły o nich podaję w następnych rozdziałach książki. Reklamowanie więźniarek z przesłuchań (takiego terminu używało się wówczas) było sprawą pierwszorzędnej wagi nie tylko ze względu na stan ciężko chorych i storturowanych, co zrozumiałe jest samo przez się, ale i że względu na konieczność przesunięcia śledztwa. Takie przesunięcie o dzień czy bodaj o godzinę decydowało nie jednokrotnie o losach ludzkich i wtedy musieliśmy się uciekać do różnych wybiegów, aby nasza reklamacja odniosła skutek. Najczęściej stosowanym wybiegiem była fałszywa diagnoza. Pewnego dnia w początkach 1944 roku przybiegła do mnie dr Ludka Tarłowska m kolumny sanitarnej, wstrząśnięta i zgnębiona. Wśród nowo aresztowanych spotkała w kwarantannie swoją siostrę Martę Tarłowską, studentkę wydziału chemii, aktywistkę ZWM pracującą w „Technice”. Zarzuty, które Marcie stawiano, były bardzo poważne. Należało ratować ją przed rychłym przesłuchaniem, skontaktować z wolnością i umożliwić jej uzgodnienie zeznań. Pobyt w kwarantannie utrudniał grę na zwłokę. Zdałam sobie sprawę, że trzeba działać szybko. Marta musi symulować ciężką chorobę i musi mieć wysoką gorączkę, jedyny atut wobec gestapowców, którzy tylko wówczas nie będą sprzeciwiać się zabraniu z kwarantanny nowo aresztowanej więźniarki do szpitala. Podsunęłam dr Ludce mój plan, który ją nieco uspokoił. Zeszła na swój oddział, a ja czekałam, kiedy wezwie mnie wachmajsterka do celi Marty. Wezwanie przyszło w samą porę, bo jednocześnie z wezwaniem Marty na przesłuchanie... Dr Ludwika urzędowo zreferowała mi stan chorej w obecności wachmajsterki Stalskiej. Marta leżała na pryczy przykryta płaszczem. Wypieki sprawiały wrażenie, że jest istotnie chora. Przy badaniu stwierdziłam lekki nieżyt oskrzeli. Założyłam Marcie termometr uprzednio nabity do 39° C. Stalska ponaglała, gdyż miała odprowadzić Martę wraz z innymi więźniarkami na przesłuchanie do kancelarii Pawiaka. Wyjęłam termometr, dałam do

odczytania wachmajsterce, mówiąc, że podejrzewam chorobę zakaźną i że w związku z tym chora, jako niebezpieczna dla otoczenia, nie powinna iść na Pawiak. Stalska z przerażeniem odsunęła się od leżącej Marty i przestała nalegać, a ja niezwłocznie udałam się do kancelarii niemieckiej uzyskując tam zgodę na umieszczenie ciężko chorej w szpitalu. W ten sposób Marta znalazła się w celi zakaźnej, gdzie w okresie, kiedy nie było chorób zakaźnych, umieszczałam po dezynfekcji chore getrentki z kwarantanny. Do drzwi tej celi i do drzwi szpitala miałam dorobione klucze, które dostarczyła mi strażniczka Döllinger. Codziennie do szpitala przychodzili gestapowcy wzywając Martę na śledztwo. Przez 10 dni wysłuchiwałam ich gróźb i wrzasków. Wreszcie skapitulowali, gdy poinformowałam ich, że w związku ze stwierdzoną u Marty chorobą zakaźną została zarządzona kwarantanna. Meldowałam im, że stan chorej stale się pogarsza, przedstawiłam ich laickim oczom ważny dokument chorobowy: kartę gorączkową z wykresem fałszywej krzywej, wahającej się w granicach 39,0° - 39,5° C. Ta akcja sabotażowa wstrzymała na kilka tygodni tok przesłuchań więźniarek z celi zakaźnej i kwarantannowej, w której przebywała Marta. Marta i Ludka zdążyły tymczasem nawiązać kontakt z wolnością i uzgodnić obronę. W parę tygodni później Marta „wyzdrowiała” i poszła odważnie na przesłuchanie, które odbyło się dość spokojnie. Wobec stałych egzekucji zaniechałyśmy - po naradzie z dr Tarłowską i drem Śliwickim - dalszego reklamowania Marty. W tym okresie i z taką sprawą lepiej było znaleźć się daleko od Alei Szucha. W czerwcowym transporcie 1944 roku wywieziono ją do obozu w Ravensbrück, który szczęśliwie przeżyła. Teren szpitala, po którym chore mogły poruszać się dość swobodnie, ułatwiał nieraz krótkie kontakty osobiste. Kiedy przywieziono z Gestapo po ciężkim badaniu Zofię Gumióską (aresztowaną wraz z synem 21 IV 1941 r. w poważnej sprawie), postarałyśmy się natychmiast o łączność z synem Jerzykiem, aby zapobiec rozstrojowi nerwowemu matki, która drżała o życie szesnastoletniego jedynaka. Jerzyk, uroczy chłopiec, próbował wszelkich sposobów, by dotrzeć pod mury Serbii i bodaj z daleka zobaczyć w oknie matkę. Wraz z innymi więźniami przenosił na swych chłopięcych barkach potężne worki z jarzynami do obieralni na Serbię, aby matka mogła na własne oczy stwierdzić, że jej syn trzyma się dobrze i jest mocny. Oboje czule uśmiechali się do siebie, łykając łzy. Po jakimś czasie gestapowcy wzięli Jerzyka do zamiatania kancelarii niemieckiej; wprowadzano tam więźniów wywożonych i przywożonych z przesłuchań i nowo aresztowanych. Niepozorny mały zamiatacz okazywał im znaczną pomoc: odbierał od nich kompromitujące papiery i różne drobiazgi, wymiatając wszystko, co należało wymieść. W czasie remontu celi szpitalnej na Serbii Jerzyk znalazł się w ekipie więźniów-malarzy, zatrudniony przy noszeniu kubłów i narzędzi. Krótkie, tajnie organizowane spotkania matki z synem opromieniały smutne życie w więziennych murach. Jerzyka wysłano w marcu 1942 roku do Oświęcimia, gdzie zginął. Matkę wywieziono 30 V 1942 r. w transporcie do Ravensbrück. Kiedy myślę o spotkaniach w szpitalu, mimo woli przypominam sobie Jadwigę Jędrzejowską i matkę jej, Zofię Praussową, które tu, w więzieniu, jakby się na nowo odnalazły. Obie, pochłonięte pracą konspiracyjną i zawodową, niewiele miały dla siebie czasu na wolności. Długie miesiące, które

spędzały obecnie razem w celach więziennych i w szpitalu, odnowiły wzajemne uczucia tych kobiet o silnej, może nieco odrębnej indywidualności. Zofia Praussowa, b. działaczka polityczna, aresztowana 11 XI 1942 r., mimo podeszłego wieku promieniowała zapałem młodzieńczym, zwłaszcza gdy wspomnieniami wracała do dawnych lat, kiedy była posłanką na Sejm. Żywa z usposobienia, przeciwniczka - jak mawiała - bierności, zawsze gotowa do „buntu”, planowała też między innymi głodówkę. Rychło jednak sama z tego pomysłu zrezygnowała, dochodząc do wniosku, że byłoby to raczej na rękę esesmanom jako pretekst do wzmożenia represji. Bardzo dobra i ofiarna, ciepłym słowem łagodziła cierpienia skatowanych. Niewyczerpana w swej pomysłowości - dla poprawienia nastroju po masowych aresztowaniach w styczniu, łapankach i pierwszym ogromnym transporcie na Majdanek - późno po apelu wieczornym zorganizowała w naszej celi seans spirytystyczny z latającym spodkiem. Gdy wywołane przez nią duchy nie zjawiały się, niezadowolona pani Zofia stwierdziła, że żadna z nas nie nadaje się na medium. Na przeprosiny zapaliłyśmy fajkę pokoju - papierosy. Ich brak był udręką dla pani Zofii, nałogowej palaczki. Gdy tonęła w niebieskich kłębach papierosowego dymku, nieco lżejsze wydawało się jej życie. Dnia 25 III 1943 r. tę umęczoną, dzielną starą kobietę zabrano w trzecim transporcie na Majdanek. Przewieziona do Oświęcimia, umarła tam w przededniu ostatecznej klęski Hitlera. W szpitalu nie zawsze byłyśmy wśród swoich. I tu często trzeba się było mieć na baczności nawet wobec chorych więźniarek, które jednak jako wtyczki czy „osoby niepewne” szybko dawały się poznać. Tak na przykład było z Florczak, przebywającą na rekonwalescencji po grypie w celi szpitalnej nr 3. Kilkakrotnie złapano ją na podsłuchiwaniu rozmów i skradaniu się pod sąsiednie cele, chociaż starała się zachowywać ostrożność. Wypisana ze szpitala w dobrym stanie, poskarżyła się w czasie wieczornego apelu Wyłupowi, który sam sprowadził ją do szpitala, ostro nakazując mi przyjąć „chorą” ponownie. Wkrótce potem zjawił się lekarz Gestapo dr Scherbel na inspekcję, aby stwierdzić, czy za długo nie przetrzymuję chorych. Jako argument, że tak nie jest, dr Babski nieopatrznie, bez cienia złej woli i w mojej obronie, wskazał na Florczak, którą sam wachmajster kazał przyjąć z powrotem. Dr Scherbel polecił wypisać zdrową Florczak, podkreślił, że tylko lekarze mają prawo decydować, kogo należy przyjąć do szpitala, równocześnie jednak zaczął dopytywać o nazwisko wachmajstra. Oczywiście nie mogłam nawet wspomnieć o Weffelsie i tłumaczyłam się wykrętnie, że nie pamiętam. Ale dr Scherbel uparł się i w kancelarii wachmajstrów na Serbii zażądał wyjaśniającego meldunku. To z kolei rozwścieczyło podejrzanych gestapowców: Krügera i Wyłupa, pełniących na zmianę służbę na Serbii. W kilkanaście minut po wyjściu dra Scherbla, gdy w szpitalu był jeszcze dr Babski, wywołał mnie z gabinetu Krüger. Ścierpłam zobaczywszy w korytarzu rottenführera Wippenbecka-Wieszatiela, który tylko w wyjątkowych wypadkach zjawiał się na Serbii, a nam był znany ze słyszenia jako jeden z najokrutniejszych esesmanów, wieszający więźniów za najbłahsze uchybienia. Krüger sprowadził go, aby mu dać nową ofiarę - przemknęło mi błyskawicznie przez myśl. Nastąpiło krótkie, ostre przesłuchanie; powiedziałam, że dr Scherbel chyba źle zrozumiał tłumaczenie słów dra Babskiego, bo nie było powodu do skargi na wachmajstrów, tym bardziej na niego. Uratował mnie widocznie tylko przysłowiowy łut szczęścia; gestapowcy zrezygnowali z dalszego dochodzenia. Dr Babski, gdy wróciłam, był blady jak papier i dygotał, w oczach miał łzy. Uścisnął mnie serdecznie, przepraszając za

niezręczną, choć w najlepszych intencjach podjętą obronę, której następstwa mogły okazać się tragiczne. Stary doktor nękany najgorszymi przeczuciami opuszczał tego dnia szpital więzienny; wiedział, że czeka mnie przeprawa z Wyłupem, który obejmował służbę po Krügerze. Istotnie Wyłup, właściwy winowajca, rozpoczął z miejsca śledztwo, opierając się na pisemnym meldunku dra Scherbla. Powtórzyłam to poprzednie wyjaśnienie. Wyłup szalał, pienił się, groził, że i ja, i szpital popamiętamy go i że sobie z nami „potańczy”. Od tej chwili nie dawał nam spokoju, szykanował, czepiał się byle drobiazgu, usiłował złapać personel szpitalny na akcji konspiracyjnej, o którą Gestapo zawsze nas podejrzewało. 24-godzinna służba Wyłupa na Serbii - raz na dwie doby - stała się zmorą, zwłaszcza dla szpitala. Nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdyby go polskie podziemie nie zlikwidowało. Nie mniejsze kłopoty miałyśmy z Wandą Wacławiak, którą Niemcy nazywali Gertrudą. Podawała się za Polkę, była więziona na Pawiaku w latach 1942-1943. Za co - trudno było stwierdzić, przyczynę aresztowania podawała bowiem w rozmaitych wersjach. Początkowo, a nawet w późniejszych czasach, gdy już pracowała na funkcji porządkowej, odnosiła się do innych więźniarek życzliwie. Jako tłumaczka komendanta więzienia obersturmfuhiera Junka (w 1942 roku) i obersturmführera Graberta (w 1943 roku) starała się być nadal koleżeńska, ale zmieniała się stopniowo i niebawem straciła resztę zaufania więźniarek. Umocniwszy swoją pozycję zrobiła się personą ważną i zaskarbiała sobie względy komendanta, nieraz posuwając się nawet do - niezręcznego zresztą - prowokowania koleżanek. Doświadczyłam tego na własnej skórze w związku z aresztowaniem Mateczki Szubielskiej i przy innych okazjach. Mając poparcie komendanta, tupetem, pewnością siebie i lekceważeniem niższych funkcjonariuszy Gestapo naraziła się również wszystkim wachmajstrom, którzy bali się jej teraz i chętnie podstawiliby jej nogę. Wachmajstrzy zwracali się do niej per Gertrud. Od samego początku wyraźnie zabiegała o sympatię lekarek i lekarzy-więźniów; stwarzała pozory serdeczności. Miała dużą swobodę poruszania się bez konwoju o każdej porze dnia po całym więzieniu. Od czasu do czasu napomykała, że bardzo chciałaby poleżeć w szpitalu, bo nie czuje się dobrze. Zbadałam ją przesadnie szczegółowo i nie stwierdziwszy żadnych odchyleń od normy zaleciłam, by więcej siedziała i odpoczywała w celi, zamiast latać cały dzień, jak do tej pory. Gertruda jednak nie ustępowała. Poskarżyła się komendantowi i na jego polecenie musiałam ją przyjąć. Przez tydzień leżała uczciwie, ale wkrótce zaczęła znowu biegać po całym Pawiaku. Do szpitala wpadała jak gość do hotelu, dwa, trzy razy dziennie, i wracała późno po wieczornym apelu. Zwróciło to uwagę wachmajstrów; zarzucili mi, że przetrzymuję w szpitalu zdrową więźniarkę. Tłumacząc się musiałam użyć wyższej dyplomacji, gdyż bogata w poprzednie doświadczenie i pomna na perypetie z wachmajstrem Weffelsem i z Florczak bałam się niebezpiecznych komplikacji z komendantem i Gertrudą, ale z drugiej strony nie mogłam dopuścić do osłabienia własnego autorytetu lekarza. Kilkakrotne próby wypisania Wacławiak spełzły na niczym. Robiła się na poczekaniu ciężko chora, dostawała ataków, zasłaniała się osobą komendanta. Tendencyjnie przez długie tygodnie blokowała miejsce w szpitalu, a wszędzie jej było pełno. Istna klęska: dysponowałam skromną ilością łóżek przy bardzo dużym zapotrzebowaniu.

Wacławiak wszelkimi sposobami próbowała zjednać sobie więźniarki z celi lekarek; przesiadywała u nas narzucając nam swoje towarzystwo. Biadała, że jesteśmy takie wychudzone, i wreszcie postanowiła nas dokarmiać. Dwa razy przyniosła sporą kość z kawałkami mięsa, wyjaśniając, że wykradła ją z kuchni gestapowskiej, i zapraszała się na wspólną ucztę. Nie można jej było odmówić, z taką należało żyć w zgodzie. Kość nie mieściła się w naczyniu do zaparzania ziółek, jedynym garnku, którym rozporządzała nasza intendentka Wanda Wilczańska. Wówczas Gertruda, obdarzona zaiste niezwykłą siłą, złamała kość z taką łatwością, jakby to była zapałka. Duma ją rozpierała, że może nam wreszcie czymś zaimponować. Znosiła bzdurne plotki, to znów opowiadała o sobie, o świetności swego mieszkania, siliła się na górnolotny styl, wtrącała słowa, których znaczenia nie rozumiała. „Mam mieszkanie urządzone na wysoką skalę... w pokoju na kominku stoją stare lalki mantyki w kreolinach... W Gdańsku jest fabryka ososi” - mówiła. Pocieszała Anię i mnie: „Nie martwcie się, wasi mężowie na pewno żyją i wrócą, to dopiero będzie prawdziwe rozczarowanie”. Musiałyśmy się trzymać w ryzach, aby jakąś nieopatrzną uwagą albo śmiechem nie rozdrażnić tej „edukowanej” osoby. Nadszedł wreszcie dzień, w którym ostatecznie wyszła ze szpitala - chyba znudziła się już i nie oponowała. W jesieni 1943 roku, pewnego wieczoru, gdy komendant opuścił więzienie, wachmajstrzy, którym widocznie mocno dała się we znaki, dopisali jej nazwisko na liście wywożonych do Oświęcimia. Na przełomie 1943-44 i w 1944 roku bardzo dotkliwie dawała się we znaki więźniarkom i polskiemu personelowi więziennemu volksdeutschka Frieda Kopf. Miała ona pełną swobodę poruszania się po całej Serbii. Znając dobrze i polski, i niemiecki szpiclowała wszędzie, gdzie mogła. Wielka zażyłość Friedy Kopf z niemiecką załogą rzucała się wszystkim w oczy. Frieda, choć więźniarka jak inne, cieszyła się tak dużym zaufaniem wachmajsterek i wachmajstrów, że wyręczali się nią chętnie w pracy; dawali jej nawet klucze od krat oddziałowych i cel, które mogła sama otwierać. Widywałyśmy ją często w korytarzu, ucztującą wraz z gestapowcami. Lubiła leczyć się i w różnych porach dnia wyrastała jak spod ziemi w szpitalu - chuda, antypatyczna, skradająca się bezszelestnie w miękkich pantoflach. Niby przez zwykłą ciekawość wpadała do cel szpitalnych i do ambulatorium, zaglądała do szaf, puszek z narzędziami lekarskimi, do szafek z lekami. Słowem, węszyła wszędzie. Bacznie też obserwowała nas wszystkie, zwłaszcza Anię. Gdy Ania dźwigając pudełka i puszki z narzędziami dentystycznymi wychodziła na oddział męski, Frieda unosiła serwetkę przykrywającą narzędzia i pytała od niechcenia: „A cóż to pani tam niesie?”. Przechytrzałyśmy jednak Friedę: wszystkie nielegalne rzeczy chowałyśmy i przenosiłyśmy tak zręcznie, że nigdy nas na tym nie przyłapała. Frieda Kopf całymi dniami myszkowała po Serbii, aby przysłużyć się gestapowcom. Pewnego razu dopięła swego. Na korytarzu I oddziału prócz korytarzowej Gery Sumińskiej i strażniczki Marii Sułkowskiej nie było nikogo. Nagle, jak kot na miękkich łapach, dopadła do nich Frieda, przychwytując obie na gorącym uczynku, czyli w momencie gdy Gera podawała gryps strażniczce. Frieda Kopf natychmiast doniosła o tym komendantowi, który po brutalnym przesłuchaniu kazał aresztować strażniczkę i zdjąć z funkcji korytarzową; w niedługim czasie Gerę Sumińską i Marię Sułkowską rozstrzelano w getcie.

Znienawidzona przez nas donosicielka, współdziałająca w zbrodniach gestapowskich, chełpiła się swym czynem i z dumą mówiła, że wkrótce będzie zwolniona i zostanie wachmajsterką na Serbii. Gdy wiosną 1944 roku ciężko zachorowała, więźniarki-nie potrafiły zdobyć się wobec niej na najmniejsze bodaj współczucie. Frieda leżała w szpitalu na jedynce, odwiedzali ją esesmani i wachmajsterki troszcząc się o nią jak o najbliższą koleżankę. Gdy po kilku dniach zmarła, cała Serbia doznała ogromnej ulgi, natomiast przy łóżku zmarłej rozgrywały się ohydne sceny; wachmajsterki, w ukryciu jedna przed drugą, niby hieny czyhały na zdobycz. Był nią złoty pierścionek Friedy, którego nie mogły jej zdjąć z palca... Smarowały palec mydłem i talkiem, jak w obłędzie powtarzały błagalnie: „Frieda, gib mir dein Ring ... Frieda, gib mir dein Ring34... Frieda... Frieda...”.

Na przeciąg kilku miesięcy w latach 1940 i 1941 wydzielono dla Niemek i volksdeutschek osobną celęna III oddziale. Była to duża izba z drzwiami opatrzonymi napisem kredą; „Gute Behandlung” 35. Ten sam napis figurował na celkówkach tych więźniarek i ich kartach szpitalnych. Karty szpitalne (Gesundheitskarte) wszystkich nowo aresztowanych zawierały dane personalne i stanowiły dla nas żywą kartotekę. Po pewnym czasie gestapowcy zabronili przesyłania tych kart z kancelarii Pawiaka do szpitala. „Gute Behandlung” - zalecenie raczej dość rzadko tu stosowane - wymownie nas ostrzegało przed taką więźniarką. Celę volksdeutschek, otwartą przez cały dzień, zajmowały wówczas 4 więźniarki. Jedną z nich była Łopacińska (imienia nie pamiętam), volksdeutschka, aresztowana-w kwietniu 1940 roku. Młoda i tryskająca zdrowiem, stale zabiegała o dostanie się do szpitala, co jej się wreszcie powiodło, gdy na początku 1941 roku uległa typowemu atakowi histerii i została umieszczona w szpitalu z polecenia wachmajstra. Przyczyną owego ataku histerii była nieudana prowokacja Łopacińskie j w stosunku do ZahorskiejPauly. Helena Zahorska-Pauly, aresztowana w 1940 roku, znana aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie, wysoka brunetka odznaczająca się wybitną urodą, umilała więźniarkom ze swojej celi monotonne godziny po wieczornym apelu, śpiewając, recytując dawne role i różne okolicznościowe wierszyki, które sama układała. Dobrze pamiętam jeden z jej najpopularniejszych wierszy, zatytułowany „Dokument”, kończący się zwrotką:

Gnani, ścigani, jak zwierz zaszczuty, W kraty Pawiaka, w obozów druty Myśmy się wpili, by nasze jęki Przerodziły się w piosenki dźwięki, Co „nie zginęła!”, pókiśmy żywi, Chociaż męczeni, choć nieszczęśliwi 34 35

Frieda, daj mi swój pierścionek. Dobre traktowanie.

By naszym życiem dokument dać, Że Polska w nas trwa i będzie trwać!

Nie ten wiersz jednak stał się przyczyną ataku histerii Łopacińskiej, lecz parafraza satyryczna tanga „Gdy wrócisz”. Piosenka, szybko wędrując po Serbii, dotarła niestety i do celi volksdeutschek. Łopacińska zapisała sobie tekst kulawą polszczyzną i oskarżyła autorkę przed scharführerem z kancelarii niemieckiej. Pewnego dnia, kiedy robiłam obchód wieczorny, do celi nr 1, gdzie leżała Zahorska cierpiąca na serce, wpadł scharführer z wachmanem Josephem nakazując Zahorskiej „sofort zum Dunkelzelle”36. Helena uniosła się na łóżku i - blada, przerażona - patrzała na nich. Ciemnica miała być karą za wiersz, który scharführer zaczął odczytywać z kartki, wolno, sylabizując, z całą powagą i tłumioną wściekłością:

Gdy wyjdziesz, trzaśnie za tobą brama I powędrujesz sama, Jak gdyby nigdy nic. Gdy wrócisz, zastaniesz dom bez gratów, Bez larów i penatów, Jak gdyby nigdy nic. Zrozumiesz, że tu Gestapo było, Zabrało, wykończyło, Jak gdyby nigdy nic.

Lary i penaty poplątały się Łopacińskiej z laurami i piernatami i w tej wersji odczytał je scharführer. Musiałyśmy się dobrze opanować, aby w tej dramatycznej chwili nie parsknąć śmiechem. Gdy scharführer skończył recytację, Zahorska, już opanowana, wyjaśniła rozsądnie, że jest aktorką, że wierszy, zwłaszcza tak idiotycznych, nie układa i że poza tym jest ciężko chora. Natychmiast ją poparłam opisując jej stan zdrowia, bezwzględnie wymagający leżenia. Wyszli zapowiadając, że wrócą po apelu. Obmyśliłyśmy tymczasem dalszą obronę. Po apelu wachmajster zabrał Zahorską na przesłuchanie do gabinetu lekarskiego. Mnie kazał wyjść. Trwało to około 15 minut. Uważałam, że już czas na interwencję i weszłam do gabinetu niby po jakiś lek z apteczki podręcznej. Przesłuchanie miało charakter spokojny. Zanim wachmajster, który znał język polski, zdążył wyjść, Helena z doskonale po aktorsku odegranym humorem powiedziała do mnie głośno, że autorką głupiego wierszyka jest zapewne jakaś złośliwa donosicielka, i pięknym matowym altem odśpiewała właściwe słowa tanga „Gdy wrócisz”. Na tym szczęśliwie skończyła się cała sprawa. Zahorska uniknęła ciemnicy, tylko nie zabawiała już nas satyrycznymi wierszykami własnego pomysłu. W kilka tygodni potem odzyskała wolność. „Złośliwa donosicielka”, czyli volksdeutschka Łopacińska, była w szpitalu dość krótko. Musiała przecież węszyć po innych celach. Razem ze swoją wspólniczką od „kapowania”, volksdeutschką Miedzińską, która także krótko przebywała w szpitalu, wyszła niezadługo na wolność.

36

Natychmiast do ciemnicy.

Trzecia volksdeutschka z ich celi (nazwiska nie pamiętam), stara kobieta, kryminalistka, zadręczała nas ustawicznym wzywaniem pomocy lekarskiej. Aby dostać się do szpitala, udawała, że połknęła to łyżkę, to szpilki do włosów, czego zdjęcie rentgenowskie nie wykazywało. Wyszła, jak dwie poprzednie, na wolność. Reichsdeutschka Charlotte Przywieczerska jaskrawo odbijała od trzech współlokatorek celi. Była kulturalna, wyglądała sympatycznie, a przede wszystkim, odnosiła się przyjaźnie do Polek. We wrześniu 1940 roku Gestapo aresztowało ją wraz z mężem, Jerzym Przywieczerskim, oficerem WP, byłym redaktorem „Kuriera Warszawskiego”. Charlotte bardzo kochała swego męża i pomagała mu w pracy konspiracyjnej w ZWZ, tłumacząc z polskiego na niemiecki ulotki dywersyjne, adresowane do żołnierzy z frontowych oddziałów niemieckich. Na zorganizowanym przez panią Janinę Drewnowską (funkcyjną biblioteki) spotkaniu Charlotty z Jerzym w bibliotece na Serbii małżonkowie uzgodnili zeznania: Charlotta miała mówić, że nic nie wie o konspiracyjnej działalności Jerzego. Przesłuchanie Charlotty w Gestapo przeszło dość spokojnie. Chociaż kuszono ją szybkim wypuszczeniem na wolność, nie zdradziła polskiej organizacji podziemnej; milczała nawet wówczas, gdy pokazano jej skatowanego męża w kajdanach. O wspaniałej i dumnej postawie Charlotty w Gestapo mówił sam Jerzy Przywieczerski do dra Śliwickiego i prosił go o przekazanie tej opinii zaufanym więźniarkom na Serbii. Charlotte zachorowała. Stare, nie leczone dolegliwości przybrały ostrą formę. Wzięta do celi szpitalnej nr 3, usługiwała chorym i storturowanym Polkom. Tu spotykała się z namacalnym dowodem zbrodni, co jeszcze bardziej spotęgowało jej bunt przeciw Trzeciej Rzeszy. Wstydziła się za swych rodaków spod znaku swastyki i głośno o tym mówiła. Wysoko nad drzwiami celi szpitalnej wisiał krzyżyk, ulepiony z głodowej porcji chleba ręką nieznanej więźniarki. Więźniom nie wolno było mieć żadnych dewocjonalii; były one konfiskowane, ośmieszane, niszczone. Coraz częściej powtarzały się rewizje w celach w poszukiwaniu najmniejszego bodaj symbolu wiary. Pewnego dnia do celi nr 3 wszedł wachmajster (nazwiska nie pamiętam, nie popasał długo na Pawiaku, przezwano go Krzyżakiem, bo niszczył wszystkie krzyże w celach) i zauważył na ścianie mały krzyżyk. Nie potrzebował się wspinać, był bardzo wysokiego wzrostu; zdjął krzyżyk, rzucił go na podłogę i podeptał. Charlotte nie wytrzymała, zerwała się z łóżka, pozbierała szczątki rozkruszonego krzyża i z całą powagą rzekła: „Ten czyn jest niegodny Niemca, dla więźniarek był to wielki symbol”. Krzyżak zaniemówił. Wyleciał z celi jak oparzony. Charlotte, o którą bałyśmy się bardzo, nie poniosła jednak żadnych konsekwencji. Szczątki krzyża schowała do swoich rzeczy, mówiąc, że staną się dla niej najdroższą pamiątką, bo jej Jureczek gorąco wierzył w Boga. Po pewnym czasie zabrano ją w indywidualnym transporcie do Berlina. Wkrótce dostałam od niej stamtąd oficjalną kartę, w której dziękowała mi za opiekę lekarską i wyrażała niepokój o męża. Była już na wolności. Jerzy Przywieczerski wywieziony najpierw do Oświęcimia, potem do Neugamme, został latem 1942 roku rozstrzelany. Wśród nielicznych cudzoziemek doskonale pamiętam przemiłą Francuzkę, Lidkę Mrowiec, aresztowaną w początkach 1941 roku z mężem Polakiem. Lidia - żywa, drobna, o niezwykle ujmującej powierzchowności - odznaczała się dużym poczuciem humoru. Serdecznie zaprzyjaźniona z Polkami, uczyła się z zapałem naszego języka, żeby mężowi, gdy spotkają się znów na wolności, zrobić

przyjemną niespodziankę. Biedna Lidia. Kiedy Gestapo zawiadomiło ją, że mąż nie żyje, poddała się bezsilnej rozpaczy. Niewiele jej można było pomóc. Zabrałyśmy ją do szpitala, aby tu, w spokojniejszych warunkach, mogła odzyskać równowagę ducha. Dnia 22 IX 1941 r. została wywieziona do Ravensbrück. W dwa lata później zdobyła naszą sympatię inna Francuzka, Alice Sbarbori. Miała i ona ogromne trudności w przyswajaniu sobie języka polskiego. Nie potrafiła na przykład wymówić poprawnie słowa „rozwałka”, którym określaliśmy egzekucje, i mówiła „rozpałka”. Na nic się nie zdały nasze cierpliwe wyjaśnienia, jak ogromna jest różnica znaczeniowa między tymi dwoma wyrazami. Po którejś z kolei egzekucji, roztrzęsiona, z przerażeniem w oczach wołała: „W następnej rozpałce pójdę ja!”. Specyficzne dowcipy Alice, wypowiadane zadziwiającą gwarą polsko-francuską, poprawiały nastrój w celi szpitalnej nr 4. Tutaj, będąc świadkiem cierpień i udręki współwięźniarek, jeszcze goręcej pokochała swoją drugą ojczyznę. W furażerce, na której widniały barwy Francji, ze wzruszeniem żegnała nas i my ją bojowym pozdrowieniem: „Vive la Pologne, vive la France!”37, gdy 21 VII 1944 r. wyjeżdżała do Ravensbrück.

Atmosfera Serbii - ustawiczne zabieranie na egzekucję i częste transporty - odbijała się na systemie nerwowym więźniarek, może niemniej fatalnie niż potworne przesłuchiwania w Alei Szucha. Zdarzały się też ciężkie przypadki chorobowe. U Jadwigi Litwinowicz, śpiewaczki aresztowanej w 1941 roku, po kilku tygodniach wystąpiły objawy ostrej psychozy reaktywnej: przestała jeść, schudła, ledwie trzymała się na nogach. W szpitalu doszła do pewnej równowagi psychicznej, stan ogólny poprawił się. Moje usilne prośby, żeby pozostała tu dłużej, zlekceważyła domagając się wypisania. Chciała wrócić do swych przyjaciółek z celi. Wkrótce doszło do nawrotu psychozy w jeszcze większym nasileniu. Jadwiga odmawiała leczenia, stała się agresywna wobec towarzyszek, wreszcie zwymyślała wachmajstra, który umieścił ją w osobnej celi na I oddziale. Śpiewała tam pełnym, pięknym głosem hymn polski, „Rotę” i „Warszawiankę”. Słowa odbijane przez echo docierały na dziedziniec Serbii i do cel więziennych. Głośne, zjadliwe uwagi pod adresem führera, przywódców niemieckich i Gestapo (jakże wspaniałe!) trafiały niestety nie tylko do naszych, lecz i do gestapowskich uszu. Z każdym dniem rosło niebezpieczeństwo. Lekarze urzędowi, dr Babski i dr Baczyński, i lekarze funkcyjni robili usilne starania u dra Scherbla o przeniesienie Jadwigi do szpitala wolnościowego. Dr Scherbel, któremu pacjentka ubliżyła w przykry sposób, zemścił się konstatując, że jest zdrowa i zdolna do transportu. Nie poskutkowały już żadne interwencje lekarskie. Dnia 22 IX 1941 r. w grupie ponad 250 więźniarek wywieziono ją do Ravensbrück, gdzie zginęła w egzekucji. Więźniarki starały się na ogół zachować równowagę psychiczną. Jeśli nie znajdowały dość sił wewnętrznych, chwytały się różnych metod i sposobów, aby odegnać złe myśli, których ani ciężka praca fizyczna, ani pełna niebezpieczeństw praca konspiracyjna nie mogły zagłuszyć. Natalia Milicer-Tołłoczko - (Toto), plastyczka, aresztowana 9 I 1942 r. zatrudniona w „czarnej” pralni i okresowo przebywająca w szpitalnej celi nr 3 - nie zarzucała i tutaj pracy artystycznej. Jej twórczość miała charakter odmienny od najczęściej tu spotykanej, cieszącej oczy barwą i żywym, pogodnym
37

Niech żyje Polska, niech żyje Francja!

ujęciem. Kukiełki robione przez Toto oddawały cały tragizm więźniów i więźniarek. Najlepszym jej dziełem były dwie kukiełki: „czarna” praczka niosąca stos brudnej bielizny i więzień uginający się pod ciężarem worka z kartoflami. Obie symboliczne lalki otrzymał za pośrednictwem felczerki Jadwigi Popławskiej-Iżyckiej mgr Stanisław Bukowski w podzięce za dobroć, trud i mobilizację leków dla Pawiaka. Toto wywieziono do Oświęcimia, później do Ravensbrück. Przed kilkoma laty zmarła we Wrocławiu. Podobnie jak Toto, artystka malarka Jadwiga Tereszczenko (aresztowana w listopadzie 1940 roku) starała się wyrazić w dziele sztuki koszmarną rzeczywistość więzienną. Bardzo wrażliwa i wątłej kondycji opadła z sił pracując dłuższy czas na funkcji w „czarnej” pralni i wymagała leczenia szpitalnego. Leżała w jedynce. Do późnej nocy wpatrywała się w światełka getta przez okna wychodzące na Dzielną, zakratowane i opatrzone dodatkowo drucianą siatką. Przeżywała wówczas godziny marzeń, tęsknot i niepokoju o synka Jasia zostawionego na wolności. Kreślone przez Jadzię szkice i sceny z życia więziennego, sylwetki udręczonych ludzi i zbrodniarzy gestapowców były wstrząsające w swym realizmie. We wrześniu 1941 roku zwolniono Jadwigę Tereszczenko z więzienia. Wanda Jewniewicz, również artystka malarka, znana dekoraktorka Teatru Polskiego w Warszawie, aresztowana w 1943 roku, odznaczała się wielką dbałością o swój wygląd zewnętrzny. Przez cały czas pobytu w więzieniu i szpitalu robiła sobie, zwłaszcza przed snem, bardzo dyskretny makijaż kosmetykami przemycanymi przez strażniczki. Nie odstąpiła od tego zwyczaju nawet po zabiegu operacyjnym, co nas zadziwiło. Ta dostojna, mądra kobieta w najmniejszym stopniu nie powodowała się próżnością. Zapytana, odpowiedziała mi z całą powagą, że każdej chwili musi być przygotowana, bo kiedy przyjdą zabrać ją na „rozwałkę”, nie będzie już na to czasu, a idąc na śmierć trzeba ładnie wyglądać nie tylko wewnętrznie, ale i zewnętrznie „na złość i na przekór naszym katom”... Zrozumiałam jej indywidualną i może słuszną filozofię. Wywołanie swego nazwiska z listy transportowej do obozu koncentracyjnego przyjęła Wanda jakby z ulgą, gdyż cały czas oczekiwała egzekucji. Prosiła, żeby jej już nie reklamować, bała się dalszego pobytu na Pawiaku w okresie, gdy nieustannie zabierano na „cichy transport” - na rozstrzelanie. Chyba ostatni raz na drogę do Oświęcimia zrobiła swój upiększający zabieg. Epidemia tyfusu plamistego w Oświęcimiu, która zmiotła wiele setek więźniów, zgasiła i jej życie. Aleksandra Nostitz-Jackowska, mająca za sobą wiele lat pracy w laboratorium firmy Pulsa, gdzie nauczyła się kosmetyki lekarskiej, często ofiarowywała swe usługi w tej dziedzinie koleżankomwięźniarkom. Wachmajsterka Hoffmann, podpatrzywszy przez wizjerkę te delikatne i fachowo robione zabiegi, zażądała ich dla siebie. Ilekroć miała służbę, przychodziła do celi nr 46 na masaż twarzy. Gładka, brzoskwiniowa cera pani Oleńki była dla niej żywą reklamą. Z wielką niechęcią i odrazą, ale za to z odpowiednią ceremonią przystępowała pani Oleńka do masażu. Robiła to jednak wręcz niefachowo, długo i mocno biła po gębie znienawidzoną wachmajsterkę, ku własnej satysfakcji i uciesze więźniarek i, o dziwo, ku zadowoleniu pacjentki. Czerwone policzki wachmajsterki nabrzmiewały od tego masażu. Owe zabiegi kosmetyczne stały się znakomitym parawanem dla Agnieszki Biegańskiej, funkcyjnej z kolumny sanitarnej, i Marysi Zdrójkowskiej z kąpielowego, które wykorzystując unieruchomienie i autokontemplację wachmajsterki, oddawały się w tym czasie działalności konspiracyjnej.

Wiosną 1944 roku, gdy ponownie przywieziono na Serbię panią Zofię Kossak-Szczucką, słuchałyśmy często w szpitalu jej mówionych powieści. Natchniona, z przymkniętymi oczyma opisywała nam piekło oświęcimskie, gdzie rządziły bestie-übermensche. Wchłaniałyśmy każde zdanie, każde słowo znakomitej pisarki, każdą jej filozoficzną uwagę. Pani Zofia, aresztowana w końcu września 1943 roku pod fałszywym nazwiskiem Śliwińska, została wywieziona po 10 dniach pobytu na Serbii w dużym transporcie do Oświęcimia. Wróciła teraz w stanie dużego wycieńczenia, z awitaminozą i czyrakami na całym ciele. Bezpośrednio z kąpielowego zabrałam panią Kossak-Szczucką do szpitala i tu z każdym dniem przybierała coraz bardziej ludzki wygląd. Intensywne leczenie ogólnie wzmacniające, produkty żywnościowe z paczek, które otrzymywała, bogate w witaminy i wszelkie składniki potrzebne do odbudowy komórek, zlikwidowały wreszcie obrzęki, awitaminozę i czyraczność. Główną i najtroskliwszą „karmicielką” Cioci Zosi, jak nazywałyśmy panią Kossak-Szczucką, była spokrewniona z nią Wanda Wilczańska. Widmo codziennych egzekucji zagrażało również Cioci Zosi. Kamień spadł nam z serca, gdy wreszcie 29 VII 1944 r. została wywołana na wolność. Wiele dobrych chwil w szpitalu zawdzięczałyśmy naszej uroczej, kochanej Babuni. Babunia - 85-letnia działaczka społeczna Maria Sagatowska, aresztowana w początkach 1943 roku - cały czas przebywała w szpitalu. Delikatna, krucha, odznaczająca się niezwykłą pogodą ducha i pełnią władz umysłowych, wzbudzała ogólny podziw. Po wieczornym apelu opowiadała nam wspomnienia z dawnych lat, gdy współpracowała i przyjaźniła się ze Stefanią Sempołowską, znaną działaczką społeczną i opiekunką więźniów z X Pawilonu Cytadeli podczas rewolucji 1905 roku. W lipcu 1944 roku Babunia - po skutecznej interwencji lekarzy-więźniów u lekarza Gestapo - została zwolniona w grupie kilkunastu więźniów w podeszłym wieku. Ewakuowana z Warszawy w czasie Powstania, umieszczona w szpitalu na oddziale wewnętrznym w Tworkach, zmarła tam w początkach 1945 roku. Irena Kosmowska natomiast nie lubiła opowiadać o sobie. „Matka Ludu Polskiego”, jak ją nazywano, z wielką ochotą i wzruszeniem mówiła o swych wychowankach i ludziach związanych z jej pracą społeczno-polityczną. Irenę Kosmowską poznałyśmy jednak bliżej z opowiadań jej współpracowniczek: Mariana, czyli Marysi Maniakówny, i Stasi Wójcik. Mimo wieku (63 lata) i słabego zdrowia, od pierwszych dni okupacji hitlerowskiej stanęła w szeregach konspiracyjnego ruchu ludowego, jako doświadczony, czołowy organizator walki ludu wsi polskiej z najeźdźcą. Walczyła o każde zagrożone życie. Uciekinierów i działaczy konspiracyjnych z terenów wcielonych do Rzeszy lokowała po wsiach podwarszawskich, lubelskich, puławskich, w górach na Zabłociu; udzielała im wszelkiej pomocy. W pierwszym okresie brała czynny udział w przerzucaniu ludzi do Szwecji. W mieszkaniu swym - Nowogrodzka 42 - na tajnych zebraniach skupiała działaczy konspiracyjnych. Gestapo aresztowało ją 18 VII 1942 r. wraz z mieszkającymi u niej osobami. Wśród nich znalazła się również dzielna łączniczka i sanitariuszka Batalionów Chłopskich, jedna z licznych wychowanek Kosmowskiej, młodziutka Stasia Wójcik. Pracująca wówczas w kolumnie sanitarnej i w siatce więziennej Marysia Maniak (Zawadzka), pierwsza z „wiciarek” koła akademickiego, wychowanka Kosmowskiej, powiadomiła mnie, że wśród nowo aresztowanych znajduje się pani Irena Kosmowska w stanie ciężkiego wyczerpania fizycznego i psychicznego. W krótkim czasie, jeszcze z kwarantanny, udało mi się przenieść ją do szpitala.

W Gestapo, w toku badań, Irena Kosmowska dowiedziała się od swych referentów, że wiedzą wszystko o jej działalności polityczno-społecznej w okresie przedwojennym. Poddano ją niezwykle męczącym przesłuchaniom. Zachowała postawę nieugiętą. Nadszedł koniec września 1942 roku i dzień, w którym gestapowcy przyszli do szpitala po Irenę Kosmowską. Czuła się tego dnia znacznie gorzej. Na skutek zmian miażdżycowych miewała niekiedy krótkotrwałe zamroczenia. Uzgodniłam z nią uprzednio, że w chwili przyjścia gestapowców straci przytomność, co da konkretną podstawę do reklamowania jej z transportu. Tak się też stało. Gestapowcy zawahali się oznajmiając w końcu, że w tym wypadku musi zadecydować tylko lekarz Gestapo. Ale ten, mimo że stwierdził ciężki stan chorej, kazał jej podać środki na odzyskanie przytomności i reklamacji nie uwzględnił. Patrzyłam bezradnie, jak gestapowcy wyprowadzali ją pod ręce ze szpitala. Została wywieziona w indywidualnym transporcie do więzienia w Berlinie. O dalszym jej losie dowiedziałam się dopiero po wojnie. Długie miesiące przebywała w berlińskim więzieniu przy Alexanderplatz. Podczas bombardowania miasta, w czerwcu 1944 roku, ciężko ranna w prawe udo (uszkodzenie spowodowało w następstwie trwałe kalectwo) została wyniesiona z płonącego budynku przez strażaka i umieszczona w szpitalu, gdzie przeleżała długi czas. 21 VIII 1945 r. zmarła na zawał mięśnia sercowego. W styczniu 1961 roku sprowadzone do Polski prochy Ireny Kosmowskiej spoczęły w Alei Zasłużonych na Powązkach w Warszawie. Mnie osobiście bardzo umacniał i koił na Serbii śpiew. Pamiętam, jak nieraz po wieczornym apelu, gdy byłam zmęczona lub gdy nawiedzała mnie chandra, siadałam w milczeniu przy łóżku Elżbiety Makowskiej, mojej przyjaciółki z lat dziecinnych, a Ela natychmiast odgadywała, jakiego leku potrzeba mi w takich chwilach... Zaczynała śpiewać swoim cichym, dźwięcznym głosem. Repertuar miała bogaty. Były w nim piosenki bliskie naszym sercom i rzewne, wyciskające łzę w oku, i moje dwie najbardziej ulubione: „Rozszumiały się wierzby płaczące” i „Polesia czar...”. Ela przebywając w szpitalu zaprzyjaźniła się z Wandą Rusiecką i przez pewien czas te dwie urocze, pogodne kobiety niby dobre duchy opiekuńcze troszczyły się o ciężej chore koleżanki. Elę Makowską, członka PPR, aresztowano 7 VI 1944 r., w cztery miesiące po aresztowaniu jej męża Wacława, działacza „Wyzwolenia”, członka PPR i Krajowej Rady Narodowej. Z okien szpitala Ela na migi porozumiewała się z Wackiem, który - zawsze uśmiechnięty - przynosił wraz z innymi więźniami worki kartofli do obieralni na Serbię. 4 VII 1944 r. Wacława Makowskiego wywieziono do Groß Rosen, Elżbietę - 21 VII 1944 r. do Ravensbrück. Maria Janiszewska, aresztowana w maju 1943 roku, choć sama wyczerpana fizycznie i nerwowo i wskutek tego kilkakrotnie przebywająca w szpitalu, usiłowała rozproszyć ogólne przygnębienie opowiadając stare lub wymyślane na poczekaniu kawały. Gdy czuła się lepiej, usługiwała obłożnie chorym. Kiedyś zauważyła, że mamy już mocno sfatygowane kitle i oto po paru dniach przodowniczka Maria Rosłońska przyniosła mi cztery nowiutkie fartuchy wyjawiając źródło ich pochodzenia: to Maria wysłała w tej sprawie gryps do Szpitala Przemienienia Pańskiego w Warszawie, gdzie pracowała jako urzędniczka przed aresztowaniem. Pomóc kolegów z wolności, troska Marii i życzliwość przodowniczki Rosłońskiej wzruszyły mnie do głębi. Maria pracowała z całym oddaniem na funkcji w

„czarnej” pralni. Więziona była na Pawiaku aż do 21 VIII 1944 r. W grupie 5 więźniarek wywieziono ją do Włoch pod Warszawą, skąd zdołała uciec.

Nieprzerwany ostry dyżur w szpitalu więziennym to nieprzerwane wysiłki i zabiegi o ratowanie ludzkiego życia. I jakże często tragiczny splot wypadków niweczył te trudy, podejmowane wciąż na nowo przez cały personel szpitalny i związaną z nim siatką konspiracyjną! Do ostatniej chwili mieliśmy zawsze nadzieję, że walkę o życie wygramy. Do ostatniej chwili myśleliśmy, że ocalimy Basię. Zjawiła się wśród nas miła, pogodna, drobna, z okrągłą dziecinną buzią, wyglądająca na lat 18, choć miała już 26. Gestapo zabrało Basię Skibniewską 15 XII 1942 r. z domu, a razem z nią brata Kazimierza i serdecznego przyjaciela obojga rodzeństwa, Michała Różyckiego. Basia krótko była na funkcji w „czarnej” pralni, bo męczyła ją nawet lekka praca, którą jej tam przydzielono. Nadal jednak pozostała w celi funkcyjnej. Zwierzała się towarzyszkom ze swych trosk, z lęku o brata i Michała Różyckiego (należeli do „Szarych Szeregów”). Wiedziała, że brat - lekarz, asystent prof. Orłowskiego - po kilkotygodniowej izolacji, mimo usilnych starań lekarzy-więźniów nie dostał zezwolenia Gestapo na pracę w kolumnie sanitarnej. Dla zdobycia lepszej kondycji Basia chodziła niekiedy na spacery i zgodnie z zaleceniem lekarza siedziała na jedynej ławce stojącej pod ślepymi murami. Zawsze wyrywała się, aby znaleźć się w grupie więźniarek, wyznaczonych do wynoszenia kubłów ze śmieciami na śmietnisko w głębi dziedzińca Pawiaka. Zarówno dla niej, jak i dla wielu więźniarek stało się to szczytem marzeń i tęsknot. Szły z nadzieją, że w którymś z zakratowanych okien posępnego gmachu Pawiaka, zobaczą z daleka, choćby na moment, drogą twarz. Uczynne, dobre koleżanki rezygnowały ze swej kolejki, byle umożliwić Basi spacer na śmietnisko... Wiośniana, lekka, jakby nie czuła swej słabości, dźwigała z drugą więźniarką kubeł ze śmieciami. Wracała szczęśliwa i ożywiona, gdy z Kazikiem wymieniła oczyma pozdrowienie, a smutna i zgnębiona, gdy się to nie udało. W kolumnie sanitarnej III oddziału pracowała dr Irena Kononowicz. Nono, uśmiechnięta blondynka z krótkimi warkoczykami, w za obszernym płaszczu lekarskim (celowo taki wybrała, aby móc pod nim ukrywać przeróżne rzeczy: grypsy, żywność, papierosy itp.), często wpadała służbowo do cel swego oddziału, wnikając w najdrobniejsze braki i potrzeby więźniarek. Baczne jej oko potrafiło wykryć każdą, najbardziej nawet błahą dolegliwość fizyczną. Pewnego dnia, w początkach lutego 1943 roku, zwróciła uwagę, że z Basią jest coś nie w porządku i przyprowadziła ją do szpitala. Przy badaniu zauważyłam na podudziach i udach Basi kilka świeżych sińców wielkości złotówki. Sądziłam, że to ślady gestapowskich metod. Zaprzeczyła; od dość dawna nie była na przesłuchaniach, a na ostatnim nie bili jej. Ze względu na krańcowe wyczerpanie Basi zdecydowałam się zatrzymać ją w szpitalu. Wtedy rozpłakała się prosząc, abym jej nie zabierała z celi, bo będzie pozbawiona okazji wychodzenia ze śmieciami. Tłumaczyła, że przy rozstawianiu pryczy uderzyła się i stąd te siniaki. Otrzymała więc leki do celi, z zastrzeżeniem, że nazajutrz musi przyjść do kontroli.

Nazajutrz Basia, mimo że nadal oponowała, została umieszczona w szpitalu. Nie skarżyła się na żadne dolegliwości prócz osłabienia. Stwierdziłam świeże wylewy krwawe na skórze i nieco powiększoną śledzionę. Badania pomocnicze, między innymi krwi, wykazały rzadką stosunkowo chorobę Werlhofa w ostrej formie. Po konsultacji z innymi lekarzami postanowiliśmy dokonać transfuzji krwi, pobierając ją od brata Basi. Dr Śliwicki potajemnie pobrał od niego krew, określił grupę i zrobił próbę krzyżową. Wynik pozwalał na transfuzję. Lekarze wystąpili do Gestapo z prośbą o zgodę na ten zabieg i otrzymali ją po mozolnych staraniach. Powiadomiona o tym Basia ucieszyła się ogromnie, że nareszcie zobaczy ukochanego brata. Należy wspomnieć, że dr Kenig przynosił dla Basi własne leki, wśród nich również witaminę K, której nie było w aptece więziennej. Transfuzja została wyznaczona na dzień następny. Niestety... tego dnia we wczesnych godzinach rannych dr Kazimierz Skibniewski został rozstrzelany w lasach chojnowskich w Stefanowie pod Piasecznem, w grupie ponad 70 mężczyzn. Tego samego dnia, 12 II 1943 r., w godzinach wieczornych zmarła Basia.

Wiele setek więźniarek przewinęło się przez szpital więzienny na Serbii. Prowadziłam ścisłą i dokładną dokumentację chorych. Sterty kart zajmowały całe półki szaf w gabinecie lekarskim. Grube księgi zawierały alfabetyczny spis chorych, ich dane personalne, daty aresztowań, rozpoznanie chorobowe, okres pobytu w szpitalu, adnotację o dalszym losie. Wszystko to było przechowywane, strzeżone przed zniszczeniem jako cenny dokument historyczny. Niestety, nie zostało nic. Na krótko przed Powstaniem Warszawskim, w lipcu 1944 roku gestapowcy z oddziału męskiego zjawili się w gabinecie prowadząc kilku więźniów z Pawiaka. Po dokładnej rewizji szaf wyrzucono z nich wszystkie karty chorobowe, księgi, zeszyty ze spisami kobiet ciężarnych, matek z dziećmi itd. i zapakowano w rozłożone na podłodze koce. Ten sam los spotkał karty gorączkowe wiszące na łóżkach szpitalnych, które w ogromnym podnieceniu i pośpiechu zrywali własnoręcznie gestapowcy. Gdy się temu usiłowałam sprzeciwić, otrzymałam odpowiedź, że robią to dla naszego dobra, gdyż bolszewicy są bardzo blisko i jeśli w ich ręce wpadną nazwiska więźniów, niechybnie będzie im grozić ponowne aresztowanie. Tą obłudną troską o nasz los przyznali się mimo woli do spodziewanej klęski, co nas bardzo pokrzepiło na duchu. Ponieważ zabronili prowadzenia wszelkiej dokumentacji chorych, od tej pory prowadziłam historie choroby potajemnie na małych kartkach i odtwarzałam spisy chorych z oddziałów. Wobec częstych niespodziewanych inspekcji lekarza Gestapo, komendanta więzienia czy gestapowców z Szucha, a nawet esesmanów z więziennej załogi, musiałam mieć zawsze w pogotowiu stan liczbowy i stan chorobowy więźniarek szpitalnych, stan liczbowy matek z dziećmi, ciężarnych i chorych z oddziałów. Akcja konfiskowania dokumentów szpitala odbywała się w niesłychanym popłochu: gestapowcy mieli pietra. Ponaglali, ale nie krzyczeli. Zabrane dokumenty palono w kotłowni. W tym bałaganie udało mi się ocalić jedną tylko księgę ze spisem alfabetycznym chorych i rozpoznaniem chorobowym; ukryłam ją pod wanną w szpitalu. Niestety i to również przepadło podczas wysadzania w powietrze budynków Pawiaka.

Skazana na karc
Przed zarządzeniem oberscharführera Bürckla z lipca 1942 roku było nas w celi nr 52 dziesięć - cztery lekarki i sześć nielekarek (Maria Kopeć, Wanda Wilczańska, jedna funkcyjna z kolumny sanitarnej i trzy porządkowe). Rozbicie tej naszej niewielkiej rodziny przeżyłyśmy wszystkie bardzo boleśnie. Pamiętam, że lipiec tego roku był wyjątkowo upalny. 20 lipca przed wieczornym apelem wpadł do naszej celi Bürckl, zziajany i półprzytomny z podniecenia. Stanął na środku celi i rozejrzał się błędnym wzrokiem dookoła, jakby szukał nowej ofiary. Bürckl często kontrolował szpital i naszą celę; doskonale znał jej stan liczbowy i orientował się, jakie funkcje pełni każda z nas. Tego dnia wyraźnie mu się jednak nie spodobało, że oprócz lekarek znajdują się tu inne funkcyjne. Przyczepił się do tego i mimo naszych wyjaśnień obstawał przy swoim z prawdziwym uporem maniaka. W końcu kazał pięciu nielekarkom (pomijając Marysię Kopeć) opuścić natychmiast celę i przejść do oddziałowych cel funkcyjnych. Gdy już wyszedł na korytarz, zdołałam tylko wywalczyć zgodę na pozostawienie Wandy Wilczańskiej, mówiąc, że jako intendentka jest ona nieodzownie i stale potrzebna w szpitalu. Ale w ustępstwie Bürckla kryła się jakaś groźba. W opustoszałej celi zrobiło się nagle cicho i smutno; z przykrością i niemal ze wstydem myślałyśmy o naszej uprzywilejowanej sytuacji mieszkaniowej, podczas gdy koleżanki skazane zostały na przebywanie w zatłoczonych i dusznych celach oddziałów. Tymczasem nowe wydarzenia poza Pawiakiem i wewnątrz więzienia toczyły się jak kula śniegowa, która urasta w pędzie do olbrzymich rozmiarów. Nadszedł dzień 22 lipca, początek masowego wysiedlania Żydów z getta. Gestapowcy na Pawiaku byli w swoim żywiole, szaleli. To, co widziałyśmy z okien szpitala wychodzących na Dzielną, przejmowało nas grozą. Długie kolumny ludności żydowskiej, otoczone kordonem żandarmów, przesuwały się ulicą Dzielną. Z opuszczonymi głowami szli starcy, młodzież i dzieci, mężczyźni i kobiety, z pięcioramiennymi gwiazdami na piersi lub ramieniu. Niektórzy wieźli rzeczy na wózkach, inni nieśli toboły na plecach. Posuwali się w milczeniu, popychani i popędzani przez żołdaków. Niespokojne o los dzieci patrzyłyśmy na sierociniec znajdujący się naprzeciw Serbii. Od wysokiej drucianej siatki, która otaczała ogród i budynki sierocińca, dzieliły nas tylko mury więzienia i szerokość ulicy. Od miesięcy codziennie w chwilach wolniejszych obserwowałyśmy z góry, z drugiego piętra życie po tamtej stronie. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni spacerowały i bawiły się tam gromadki dużych i małych dzieci. Znałyśmy ich wychudzone postaci. Do uszu naszych dochodziło czasem głośniejsze gaworzenie, bardzo rzadko beztroski śmiech. Sporo dzieci leżało na leżakach. Inne posuwały się wolno na cienkich jak patyczki nogach, brzuszki miały obwisłe. Jak milczące cienie krążyli wśród nich opiekunowie i wychowawcy. Kiedy rozpoczęła się deportacja ludności żydowskiej, wzmogła się fala aresztowań i łapanek w dzielnicy aryjskiej. Na Pawiak przyjeżdżały budy z nowymi więźniami. Dzień w dzień z celi do celi przerzucano więźniarki, dołączając wciąż nowe. W zamkniętych celach oddziałowych panował coraz większy ścisk i zaduch, który w upalne dni lipcowe stwarzał warunki wprost nie do zniesienia. Kobiety mdlały. Oddziałowe polskie, mimo prawdziwego współczucia, niewiele mogły pomóc więźniarkom. Komisarz Wanda Gawryłow, która zawsze starała się ulżyć ich doli, była w takich razach bezsilna. W tej sytuacji, ku naszej radości, do celi nr 52 wróciły po dwóch dniach koleżanki wyrzucone przez Bürckla. Przyprowadził je scharführer Weffels, czyli Wyłup.

Radość w naszej celi trwała jednak tylko półtorej doby. Już nazajutrz podczas wieczornego apelu, który odbierali wachmajster i polska przodowniczka Tarachowa, zjawił się oberscharführer Bürckl. Zauważył zagęszczenie w celi, uśmiechnął się ironicznie i wyszedł bez słowa. W parę minut potem wróciła Tarachowa oświadczając, że Bürckl wydał jej polecenie, aby mnie natychmiast sprowadziła do ciemnicy... Spytałam przodowniczkę, za co mnie spotyka ta kara. Ale Tarachowa - zdenerwowana i zaskoczona rozkazem Bürckla niemniej niż my - nie umiała wyjaśnić przyczyny. Trudno... wyrok zapadł i polska przodowniczka musiała go wykonać. Zezwoliła, aby w drodze do karcu towarzyszyły mi Ania i Marysia, które przemyciły papierowy siennik i jakąś przygotowaną naprędce wałówkę. Usłyszałam trzask potężnych drzwi karcu, zgrzyt klucza i zasuwy. W ciemności potykając się o kubeł, wymacałam „katafalk”, czyli pryczę. Siadam na niej i zastanawiam się gorączkowo: za co?... dlaczego?... może wpadł jakiś gryps, może ktoś sypnął?... zarządzenie z Szucha?, zemsta Bürckla?... W ogromnym napięciu przypominam sobie kolejno i analizuję ostatnie kontakty z więźniarkami, obmyślam obronę, układam odpowiedzi na przypuszczalne zarzuty. Znużona chaosem natrętnych myśli i oczekiwaniem na najgorsze, próbuję zasnąć. Na próżno... o tym, że rozpoczął się już dzień, powiadomił mnie hałas puszczonych w ruch bębnów elektrycznych w „białej” pralni. Nieznośny, świdrujący mózg huk tych maszyn tuż nad moją głową nie pozwalał mi zmrużyć oka, ale był dla mnie zegarem, który wskazywał początek i koniec dnia pracy i krótkie przerwy w porze więziennych posiłków. W dzień, który tutaj był nocą, daremnie starałam się wychwycić jakieś inne odgłosy. Wszystko zagłuszały dokuczliwe maszyny. Funkcyjna więźniarka, pilnowana przez gestapowca, przynosiła posiłki, których nie mogłam przełknąć. Minęły dwie doby, nim zaczęłam odczuwać brak powietrza i dusić się; wciąż rozmyślałam, wciąż czekałam, pragnęłam, żeby to, co ma się stać, stało się jak najprędzej... Rankiem następnego dnia drzwi karceru otworzył ukraiński wachmajster Miluszko i zezwolił, abym szybko na parę minut wyszła na podwórze gospodarcze. Bürckl, jak mi powiedział, jest akurat na śniadaniu. Jaskrawy blask słońca oślepił mnie, przymknęłam oczy. Chwiejnym krokiem zbliżyłam się do kranu studzienki. Zimna woda i świeże powietrze orzeźwiły mnie, wyzwalając dziecinny odruch: jak pies spuszczony z łańcucha obiegłam dookoła podwórko i zmęczona, zdyszana wróciłam do karcu. Kiedy Bürckl miał służbę na Serbii, żadna z mych towarzyszek celi nie mogła do mnie przyjść. W pozostałe dni, gdy Bürckla zastępował Wyłup, wpadała ukradkiem Ania lub Marysia; w dalszym ciągu nie można się było niczego w mojej sprawie dowiedzieć. Mówiły, że Bürckl mnie pilnuje, prawie bez przerwy siedzi na ławeczce pod drzwiami karcu, który Wyłup dziwnie omija. Chyba w godzinach południowych drugiej doby otworzyły się raz jeszcze drzwi karcu i wszedł komendant więzienia, obersturmführer Junk, za nim podkomisarz Wanda Gawryłow i więźniarka zatrudniona w kancelarii komendanta, Wanda Wacławiak. Popatrzyli i wyszli bez słowa. Na moment udało mi się zatrzymać Wandę Wacławiak (wtedy jeszcze okazywała więźniarkom dużo życzliwości) i poprosić ją, aby dowiedziała się, za co tu siedzę. Obiecała i tegoż dnia przyniosła mi wiadomość, że w książce kar więźniów wyczytała meldunek podpisany przez Bürckla: zostałam skazana na 5 dni ciemnicy „za niewykonanie poleceń władz niemieckich”. Podniosło mnie to bardzo na duchu - odpadły najgorsze przypuszczenia. Teraz, gdy wyjaśniło się wszystko, zrozumiałam, że odpowiedzialność za dwa

sprzeczne zarządzenia władz niemieckich spadła na mnie. Bürckl kazał wykwaterować więźniarki z naszej celi, a Weffels dokwaterował je z powrotem. I karę za to poniosłam ja. Tego dnia nie wiedziałam, kiedy skończyła się noc, kiedy zaczął się dzień. Na górze panowała cisza i wywnioskowałam stąd, że to chyba niedziela. Nie kończącą się noc przerwała wizyta Ani i Zygmunta, którzy wpadli na chwilę, aby mi złożyć życzenia imieninowe we własnym i pozostałych przyjaciół imieniu. Byłam ogromnie wzruszona ich serdeczną pamięcią. Musieli pokonać nie byle jakie trudności, aby dotrzeć do mnie, a tymczasem ja sama zupełnie zapomniałam o imieninach. Uściskałam Anię, z kolei składając jej życzenia. Treść ich była niezmienna, powtarzająca się rokrocznie: szybkiego końca wojny i wolności. Ania w krótkich słowach opowiedziała mi na wesoło o przeprawie, jaką miała rano z Bürcklem, który tego dnia po skończonej służbie został jeszcze kilka godzin na Serbii. Ania i Marysia zeszły do jego kancelarii i prosiły, aby mnie zwolnił z karcu, i ze względu na Ani i moje imieniny, i ze względu na to, że siedzę niewinnie. Na to oświadczenie Bürckl, który leczył u Ani zęby, wściekł się i ryknął, że i ona, jeśli chce, może iść do sąsiedniego karcu, bo właśnie jest wolny. Szczęśliwie skończyło się na pogróżkach. „Wiesz, Haniu, jeszcze gdyby nas posadził razem, nie byłoby tak całkiem źle, ale siedzieć osobno to żadna frajda” - zakończyła śmiejąc się Ania. Mógł być wczesny ranek następnego dnia, bo jeszcze bębny nie zaczęły warczeć, gdy zza drzwi, jakby z bardzo daleka, usłyszałam krzyki niemieckie, płacz i wołanie dzieci. Opadły mnie ponure myśli: czyżby to dzieci z sierocińca? O Boże! Wkrótce potem znów nastała cisza... Przed wieczorem, może na trzy godziny przed upływem piątej doby, zostałam zwolniona, tylko dlatego że karc był potrzebny dla nowych ofiar: Marii Wasiak i Gutowskiej, strażniczek polskich, aresztowanych tego właśnie dnia. Wróciłam do celi i do pracy szpitalnej, witana serdecznie przez więźniarki. Przyjaciółki celi opowiadały o potwornych scenach wysiedlania dzieci z sierocińca. Oglądały to z okien. A więc płacz i wołanie, które słyszałam w karcu, dochodziły z sierocińca. Podeszłam do okna w jedynce - z rozległego ogrodu powiało pustką. Nigdy już nie odezwą się tam głosiki dzieci. Nazajutrz dr Babski i Jadzia Popławska powitali mnie z wyraźną ulgą, chodziły bowiem słuchy, że mam być zdjęta z funkcji. Wyłup omijał szpital, nie zatrzymywał się tu dłużej, niż tego wymagała służba. Bürckl również przez parę dni nie pojawiał się w szpitalu. Znalazł nową atrakcję i zaspokajał gdzie indziej swoje nienasycone instynkty zbrodnicze: jak wielu innych gestapowców z załogi więziennej pomagał z zapałem hitlerowskiej Sonderkommando przy deportacji Żydów; akcja ta trwała prawie do połowy września 1942 roku. W ciągu tego okresu wysiedlono ponad 300 000 osób, które, jak wkrótce dowiedzieliśmy się, wywożono do obozów zagłady, m.in. do Treblinki. Rabowane w getcie mienie gestapowcy gromadzili częściowo na Pawiaku. Dawna kaplica na oddziale męskim przeobraziła się w ogromny skład leków z aptek żydowskich. Przywożono tu w worach wszelkiego rodzaju odzież, futra, kożuchy. Po wypraniu w „białej” pralni i dezynfekcji w komorach więziennych wysyłano je na wschodni front. Drapieżni gestapowcy z załogi więziennej (każdy na własną rękę) wykradali co wartościowsze rzeczy dla swych rodzin w Rzeszy, zaś funkcyjne więźniarki i więźniowie w dużej mierze przyczynili się do tego, aby Niemcy nie mieli żadnej korzyści z wypranych i odkażonych rzeczy. Wielka partia futer i kożuchów została tak dokładnie zdezynfekowana, że z komór wychodziły szczelnie zawiązane wory, twarde jak kamień. My zaś, funkcyjni lekarze,

zwłaszcza z oddziału męskiego, przyczyniliśmy się walnie do uszczuplenia zasobu cennych leków, zrabowanych przez Gestapo z aptek getta. Dr Śliwicki w przemyślny sposób rozpoczął tę wspaniałą akcję, która na długo umożliwiała nam pełne i odpowiednie leczenie chorych. Getto, do niedawna jeszcze tak ruchliwe i tętniące życiem, robiło teraz wrażenie martwego miasta. Od czasu do czasu w głębi ulic majaczyły jeszcze jakieś postacie ludzkie. Niekiedy mała grupka Żydów z opaskami na ramionach, z łopatami, konwojowana przez policję żydowską i żandarmerię niemiecką przechodziła pod murami Serbii ulicą Dzielną. Na wiele miesięcy przed ewakuacją getta gestapowcy przyprowadzali stamtąd na Pawiak fachowców: blacharzy, stolarzy, ślusarzy, szewców, krawców itp., zatrudniając ich w warsztatach więziennych. Wykorzystywali wysokie kwalifikacje tych ludzi dla swoich celów. (W warsztatach tych zatrudniana była również bardzo znikoma ilość więźniów, na przykład w szwalni niemieckiej na Serbii pracowało około 20 kobiet.) Po pracy robotnicy z getta wracali do swych domów. Widywałyśmy ich prawie każdego ranka z okna celi, wychodzącego na podwórze spacerowe. Byli wtedy jeszcze pogodni, rozmowni. Często wpatrywali się w ponure okna Serbii. Pewnego wrześniowego ranka w 1942 roku zobaczyłam ich znowu, ale jakże zmienionych! Siedzieli na dziedzińcu Serbii z twarzami ukrytymi w dłoniach. Milczeli, czasem któryś ocierał oczy płakali. Wkrótce dowiedziałyśmy się, że tego dnia wywieziono ich rodziny. Jak dobrze rozumiałyśmy ich rozpacz. Nadal jeszcze przez parę dni przychodzili do pracy na Pawiak. Potem gestapowcy zatrzymali na Pawiaku całą dużą grupę majstrów i robotników żydowskich. Po pewnym czasie, późną jesienią 1942 roiku, większość ludzi z tej grupy stracono w bramie przy ulicy Lubeckiego (róg Pawiej). Pozostałych oraz kilku Żydów-więźniów na innych funkcjach i więźniarki-Żydówki ze szwalni niemieckiej wyprowadzili gestapowcy 31 VII 1944 r. w godzinach rannych do obozu koncentracyjnego przy Gęsiej. Dnia 5 VIII 1944 r. cały obóz zagłady, zwany przez nas Gęsiówką, liczący już wówczas niewiele ponad 300 osób, został odbity przez oddziały powstańcze AK.

Cela funkcyjna nr 52
A zatem w końcu lipca 1942 roku, na skutek zarządzenia oberscharführera Bürckla, funkcyjne z kolumny sanitarnej nielekarki oraz porządkowe szpitala zostały przeniesione z celi nr 52 do cel funkcyjnych na oddział. W celi nr 52 było nas teraz sześć. Dr Krystyna Ossowska, pediatra i rentgenolog, opiekowała się noworodkami i dziećmi, niejednokrotnie prześwietlała więźniów, ponadto była na funkcji kierowniczki kolumny sanitarnej. Dr Irena Kononowicz (Nono), funkcyjna kolumny sanitarnej, niby prawdziwy pasterz czuwała nad zdrowiem swych „owieczek”, więźniarek. Dr Anna Sipowicz-Gościcka, doskonały fachowiec stomatolog, złote serce i nieoceniony konspirator siatki więziennej. Studentka medycyny Maria Kopeć na funkcji pisarki, pielęgniarki szpitala i ambulatorium, opiekuńcze ręce, czułe przy zabiegach, zręczne przy przemycaniu grypsów. Wanda Wilczańska-Bieńkowska na funkcji intendentki szpitala, sprawująca nadzór nad stanem sanitarnoporządkowym, była skrzynką konspiracyjną Delegatury Rządu. Przechowywała hostie do komunii świętej, które przynosiła z wolności strażniczka Lusia Uzar-Krysiakowa (Myszka) dla więźniarek łaknących pociechy religijnej, udzielanej, oczywiście, w największej tajemnicy. No i ja na funkcji głównego lekarza szpitala i ambulatorium, sprawująca również nadzór sanitarny nad oddziałem kobiecym, byłam skrzynką konspiracyjną ZWZ, później AK.

Mimo że nie wszystkie wymienione były z zawodu lekarkami, celę nr 52 nazywano powszechnie celą lekarek. Stanowiłyśmy dobrze zgrany zespół. Każda na swoim odcinku miała pełne ręce roboty - do zajęć wypływających z funkcji dochodziła praca konspiracyjna. W ciągu dnia spotykałyśmy się na krótko przy śniadaniu, nieraz przy obiedzie zjadanym w pośpiechu. Nie było czasu na swobodną rozmowę czy pogawędkę. Do tego raczej służyły późne wieczory, noce, niedziele i święta. Wtedy to dość często zdarzało się, że mogłyśmy wspólnie spokojnie zjeść wieczorny posiłek: produkty z paczek żywnościowych, jeżeli były, a jeżeli nie, to więzienną strawę, którą na swój tajemnicą osłonięty sposób przyprawiała smakowicie Wanda; nieraz raczyłyśmy się wspaniałą jak na ówczesne warunki zupą, zwaną „franusiówką” od imienia ojca Nono. W niemniej tajemniczy sposób preparowała ją Nono z kawałków jarzyn „zorganizowanych” przez kartoflarki. Do końca 1941 roku żyłyśmy nadzieją na odzyskanie wolności. Chociaż rok już minął, odkąd mnie aresztowano, i chociaż gestapowcy na przesłuchaniu oznajmili mi, że naszą trójkę - mego męża, majora Ratajczaka i mnie - czeka kara śmierci, chciałam i wolałam łudzić się, że to tylko pogróżka. Ale w początkach 1942 roku przekonałam się ostatecznie, że zapowiedź referentów Gestapo całkowicie odpowiada rzeczywistości. Wtedy to nie tylko ja, ale cała szóstka z naszej celi i przyjaciele więźniowie z męskiego szpitala, wszyscy dowiedzieliśmy się, że mamy wyroki śmierci. Dr Zygmunt Śliwicki i Helenka Dąbrowska przypadkowo zdobyli tę wiadomość z samego źródła. Pewnego dnia do kancelarii niemieckiej na Pawiaku, gdzie Helenka pracowała jakiś czas na funkcji tłumaczki, przyszedł Zygmunt po zezwolenie na przyjęcie chorych więźniów do szpitala; kiedy gestapowcy wyszli, zostawiając ich na chwilę samych, dorwali się do papierów leżących na biurku. Przerzucając je w gorączkowym pośpiechu, bo lada moment gestapowcy mogli wrócić, natrafili wśród kartotek na swoje, nasze, dra Felicjana Lotha i Leszka Torchalskiego. Wszystkie opatrzone były adnotacją: „SS Standgericht, Todesurteil”38. W pierwszej chwili wiadomość ta, podana nam przez przyjaciół, nie podziałała krzepiąco. Patrzyliśmy na siebie jak na duchy... obleczone w ciało. Ale uświadomienie sobie całej beznadziejności sytuacji podnieciło nas do jeszcze zaciętszej walki z wrogiem na każdym odcinku i obudziło w nas jeszcze silniejszą potrzebę niesienia pomocy współuwięzionym. Stykając się niemal co dzień ze zbrodnią, stworzyłyśmy sobie własną filozofię. „Nasze głowy nie są ani gorsze, ani lepsze od tych, których już nie ma lub nie będzie” - mówiłyśmy albo: „Bez woli Boga nawet włos nam z głowy nie spadnie”. Co każdy czuł w głębi serca, to już sprawa inna. Ale nasza filozofia była tarczą chroniącą nas przed załamaniem, a może przed wybuchem zbiorowej histerii. Nie mogłyśmy przecież żyć wizją koszmarnej perspektywy. Uzbroiłyśmy się w kamienny spokój, włożyłyśmy maskę uśmiechu, aby w niczym nie zdradzić się przed gestapowcami, bo więźniom nie wolno było wiedzieć o czekającym ich losie. Każdy dzień w więzieniu był odfajkowany jako przeżyty. Na pozór wszystkie dnie były jednakowe, ale w istocie każdy był inny, niepowtarzalny, bogaty w straszliwe emocje i wrażenia, które wywoływały całą gamę uczuć ludzkich: strach przed możliwością załamania się w decydującej chwili, rozpacz z powodu własnej bezradności, mękę czekania na znany i nieznany bieg wypadków, tęsknotę za wolnością i bliskimi, obawę o ewentualną, zawsze możliwą wsypę konspiracyjną, lęk o zdrowie i życie każdego współwięźnia, głęboką wiarę w ostateczne zwycięstwo, zawziętość, satysfakcję, ilekroć udało się nam pokrzyżować zamiary wroga, żal życia, ulgę, z jaką przyjmowałyśmy każde wywołanie współwięźniarek na wolność, długotrwałe
38

Doraźny sąd SS, wyrok śmierci.

uczucie głodu i krótkotrwałe radości (jeśli można to radością nazwać), kiedy otrzymywałyśmy paczki żywnościowe czy dotacje patronackie. Uczucia te splatały się z sobą, choć były tak krańcowo różne. W myśl ogólnych zasad konspiracji współmieszkanki naszej celi na ogół nie zwierzały się ze swej pracy łącznościowej, mimo że darzyły się wzajem całkowitym zaufaniem. Bywało, że niektóre sprawy wiązały się z sobą i niejednokrotnie wymagały wspólnej narady. Obiektywne uwagi i sprzeczne poglądy były wtedy skrupulatnie rozpatrywane. Z czasem i nasze łączniczki zewnętrzne (strażniczki) i łączniczki wewnętrzne (kolumna sanitarna, korytarzowe, porządkowe szpitalne, funkcyjne z pralni, kąpielowego i inne) same dekonspirowały się przed nami, gdy w sytuacji przymusowej wpadały do naszej nie zamkniętej celi lekarek, aby porozumieć się ze swoją konspiracyjną skrzynką, to znaczy z którąś z nas. Ale chociaż potwierdzały się w ten sposób wzajemne domysły, poszczególna skrzynka zachowywała nadal tajność sprawy. Każda, przeciążona nadmiarem cudzych spraw, wolała siłą rzeczy jak najmniej wiedzieć o tym, co robi druga. I opierałyśmy się na tej nie wypowiadanej głośno umowie. W ciągu tych tragicznych, wyczerpujących nerwowo lat między uwięzionymi ludźmi wytworzyło się coś, co łączyło ich nierozerwalnie. Z każdym dniem, miesiącem, rokiem coraz trwalsza i silniejsza stawała się ta spójnia. Nie znaczyło to, że zawsze wszystko idealnie grało. Zdarzało się, że nasze dość skrajne indywidualności były przyczyną różnych błahych nieporozumień. Nie obywa się przecież bez nich nawet w zgodnej i kochającej się rodzinie, cóż dopiero w większym gronie przyjaciół skazanych na długie obcowanie z sobą! Na szczęście żadna z nas nie była ani zacięta, ani pamiętliwa, toteż szybko zażegnane incydenty przemijały nie pozostawiając najmniejszego zgrzytu. Przeżywałyśmy wspólnie osobiste tragedie. Każda z nas była wielokrotnie przydzielana i w ostatniej chwili wycofywana z transportu przez lekarza Gestapo, jako „jeszcze potrzebna” w więzieniu. Nie wyobrażałyśmy sobie, jak to będzie, gdy którejś nagle zabraknie wśród nas. Wiedząc już o wyrokach śmierci, pragnęłyśmy zginąć razem. Mimo to uparcie odpędzałyśmy te czarne myśli, starając się utrzymać równowagę ducha, i wciąż podświadomie żyłyśmy nadzieją wolności, która wielkimi krokami oddalała się od nas. Z czasem przestała nam się marzyć wolność nawet we śnie. Mówiłyśmy o niej jak o czymś świętym, nierealnym - dla nas istniał podział na Tamten i Ten Świat. W godzinach wytchnienia - przed zaśnięciem, w święta lub niedziele - toczyłyśmy dyskusje na różne tematy dla odprężenia zmęczonych mózgów. Nono dowcipnymi opowiastkami rozpraszała smutny nastrój i cichutko, przecudownie gwizdała. Zasypiałyśmy spokojniej słuchając tych jej gwizdanych „kołysanek”. Marysia, beniaminek celi, ciepłym altem nuciła stare i nowe piosenki, a w okresach inwazji pcheł i pluskiew zawzięcie na nie polowała, jako że cieszyła się ich wyraźną sympatią. Krysia, „niepoprawny” naukowiec, lubiła dzielić się wiadomościami wyczytanymi z przeróżnych tłumaczeń (książki przemycano z wolności). Wanda, młoda małżonka per procura, planowała nowe życie. Ania barwnie przedstawiała swoją rodzinę. A ja mimo natłoku przeżyć często wracałam myślą do mojego rodzeństwa. O braciach, Janie i Władysławie Kraweckich - lekarzach wojskowych, dziś już nieżyjących - wiedziałam niewiele od początku kampanii wrześniowej. Siostra, mgr farmacji Maria Krawecka (Pokoniewska), współpracująca z nami, na krótko przed naszym aresztowaniem przeniosła się do Krakowa i tylko dzięki temu uniknęła naszego losu. Najmłodszy brat Jerzy, student prawa, z żoną Zofią został w porę uprzedzony o najściu Gestapo na nasz dom. Sięgając pamięcią do lat minionych, spędzonych w ciepłej atmosferze domu rodzinnego, który naprawdę pełen był słońca i miłości, przywoływałam twarze

nieżyjących rodziców... Widziałam jak na ekranie obrazki z tamtych dobrych dni. Krzepiło mnie to i dodawało sił do przetrwania. W naszych rozważaniach w celi najdłużej zatrzymywałyśmy się nad problemem cierpienia ludzkiego. Wskutek codziennych kontaktów ze skatowanymi ofiarami zastanawiałyśmy się, gdzie leży granica psychicznej i fizycznej wytrzymałości na ból u istoty tak wrażliwej jak człowiek - granica nie znana nawet medycynie. Czy można powiedzieć, że w obliczu codziennych egzekucji współtowarzyszy oswoiliśmy się ze śmiercią? Przenigdy... Każda śmierć była dla nas nowym wstrząsem i za każdym razem trzeba było wynajdywać nowe sposoby, aby odzyskać utraconą równowagę duchową. Straszliwą zagadką była dla nas psychika gestapowców. Trudno było dociec, jak to się dzieje, że na przykład ten sam Bürckl, który z czułym uśmiechem oprowadzał po celach jedno z naszych więziennych dzieci, potrafił chwytać niemowlę za nóżki i roztrzaskiwać mu główkę o mur, czego świadkiem była kiedyś Ania Sipowicz. Często, zamieniając się w strategów wojskowych, bardzo szybko kładłyśmy kres wojnie, lecz Hitler, tyle razy przez nas pobity, żył wciąż i niszczył systematycznie ludzkość. Gdy już omówiłyśmy różnorakie zagadnienia, gdy wzajem wysłuchałyśmy naszych zwierzeń i udzieliłyśmy sobie pociechy, zasypiałyśmy zmęczone. Wśród nocy często wzywano nas do chorych. Kilka godzin snu, który albo odgradzał nas od więziennego świata, albo stanowił jego dalszy ciąg, przerywał o świcie ostry dzwonek na ranny apel. Chociaż jasno zdawałyśmy sobie sprawę, jak ważne ze względów zdrowotnych są spacery więzienne, nawał pracy nie pozwalał nam brać w nich udziału. Wyczerpane fizycznie, oczekiwałyśmy wieczoru, aby trochę wypocząć. Ze zdrowiem naszym było coraz gorzej. Cierpiałyśmy - jak wszyscy na PawiakuSerbii - na ostre awitaminozy, bóle głowy, schorzenia przewodu pokarmowego itp. Wiosną rozczulał nas do głębi widok rozwijających się liści i pąków akacji, która stała samotnie na podwórzu gospodarczym, krzewów i drzew w ogrodzie sierocińca naprzeciw Serbii. Wzruszała nas świeża zieleń trawy wschodzącej pośrodku dziedzińców Serbii. Najpiękniejszą muzyką był szczebiot ptasi, ćwierkanie wróbli, gruchanie gołębi. Serdecznie i radośnie witałyśmy każdą wizytę tych najbardziej oczekiwanych gości. Ptaki nadlatywały gromadnie i trzepocząc skrzydełkami siadały na wąskich parapetach okien, jak gdyby je nęciło jadło ze stołu więźniarskiego. Ten cudowny drobiazg, okruch niczym nie skalanej, żywej natury, budził w nas taką tęsknotę za wolnością, że aż czułyśmy bolesny skurcz w gardle. Marzyły się nam skrzydła, które bodaj na chwilę pozwoliłyby odlecieć z tego piekła. Ale przecież: Myśmy zostali, aby tu trwać, Aby tym trwaniem dokument dać..: - jak mówi Zahorska-Pauly w swoim wierszu. Pewnego wieczoru, na przełomie lat 1943-1944, byłyśmy w wyjątkowej depresji. Nie mogłyśmy nawet rozmawiać jak zwykle. Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to po którymś z kolei „cichym transporcie” - tak nazywałyśmy wywożenie więźniów politycznych Pawiaka na rozstrzelanie. „Ciche transporty” należały do najcięższych przeżyć więziennych i na długo spędzały wszystkim sen z powiek. Nazajutrz rankiem wśród przedłużającego się milczenia usłyszałyśmy nagle głos Krysi: „I znowu, gdy

otworzę oczy, te same twarze koło mnie. Kiedy to się wreszcie skończy!”. Zaskoczyła nas i zaniepokoiła ta dziwna uwaga. Przecież z Krysią żyłyśmy w serdecznej przyjaźni. Nie miałyśmy ani czasu, ani nastroju rozmyślać teraz nad tą wypowiedzią. Ale przez cały dzień w wirze pracy wracały do mnie te pełne goryczy słowa. Zastanawiałam się z Anią, co było ich przyczyną. Dopiero po wieczornym apelu spotkałyśmy się z Krysią i wyrzuciłyśmy z siebie to, co nas nurtowało, bo zawsze trzeba było jak najszybciej wszystko wyjaśnić i dopowiedzieć. Krysia otrząsnęła się już nieco z przygnębienia i od razu z pomocą psychologii rzecz się wyjaśniła. Rozumiałyśmy uczucie izolatek, które tęsknią do widoku jakiejś życzliwej twarzy, a teraz uświadomiłyśmy sobie w pełni, jak bardzo więźniarki stłoczone w celach ogólnych marzą bodaj o chwili samotności fizycznej i psychicznej, zazdroszcząc poniekąd izolatkom. Przecież i kiedyś na wolności niejedna z nas doznawała potrzeby krótkiego rozstania nawet z osobami najbliższymi, aby z radością wrócić do nich po całkowitej regeneracji swego „ja”. Tak też było i z nami: w ciągu kilku lat wspólnej udręki pragnęłyśmy odrobiny samotności. Nie oznaczało to, że obojętniejemy wobec siebie, w żadnym zaś wypadku nie oznaczało, że odczuwamy do siebie jakąś niechęć. Przeanalizowanie tego problemu jeszcze bardziej zbliżyło nas na dalsze długie miesiące, które nie poskąpiły nam przeżyć, i to najcięższych. Więźniarki z celi lekarek zawdzięczają przede wszystkim doktorowi Śliwickiemu wielokrotne reklamowanie ich u lekarza Gestapo. Uniknęłyśmy transportu do obozów koncentracyjnych, a także śmierci, jak to było w moim wypadku. Zarówno dr Śliwicki, jak dr Loth w miarę swych możliwości ratowali nie tylko więźniów przebywających w szpitalu i w izbie chorych, ale także wielu, wielu innych. Posługując się fałszywą diagnozą przetrzymywali chorych szpitalnych, reklamowali z przesłuchań i transportów, stosując przy tym rozmaite podstępy, kruczki i nieraz bardzo ryzykowne posunięcia. Tę paradoksalnie szczęśliwą sytuację wytworzyło umiejętne postępowanie dra Śliwickiego z lekarzami Gestapo. Dr Śliwicki, nie rezygnując nigdy z upartej walki i zachowując nieugięty spokój, budził wśród gestapowców-medyków nie skrywany podziw i uznanie dla swej wiedzy lekarskiej. Pomimo to lekarze Gestapo nie złagodzili mu wyroku. Odraczali tylko termin wykonania, bo - jak to sami mówili głośno. „mieli jeszcze czas”. Dr Śliwicki był ze 20 razy reklamowany z transportów. Dr Felicjan Loth przyjął podobną zasadę postępowania w stosunku do gestapowców. Lekarzewięźniowie wyrobili sobie autorytet i opinię dobrych fachowców. Gestapowcy nieraz podkreślali, że sądząc po pracy lekarzy funkcyjnych - medycyna w Polsce stoi na wysokim poziomie.

Likwidacja Getta
Pod koniec marca 1943 roku więźniów Pawiaka zaczął ogarniać coraz większy niepokój. Chociaż żyliśmy tu zawsze w nerwowym napięciu i niepewności, teraz mieliśmy prawie pewność, że stanie się coś niezwykłego. Gestapowcy, wyraźnie zdenerwowani, lustrowali oddziały i cele Serbii, zwłaszcza te, których okna wychodziły na Dzielną. Urzędowy personel sanitarny i oddziałowe polskie mówili nam, że wzmocnione przez wojsko i żandarmerię posterunki przy wejściu do getta legitymują wszystkich z największą dokładnością. Wszystko to wróżyło, że coś się zacznie dziać. Może na mieście? Może wewnątrz Pawiaka?

W pierwszym dniu Wielkiego Tygodnia (19 IV 1943 r.) jeszcze przed rannym apelem obudziły nas strzały, świst kul, głuche detonacje i serie z karabinów maszynowych. Zaczęło się... Rzuciłyśmy się do okna - wychodziło na dziedziniec więzienia. W pośpiechu naciągnąwszy kitle pobiegłyśmy do cel szpitalnych, których okna wychodziły na Dzielną. Kraty, opatrzone dodatkowo drucianą siatką, ograniczały pole widzenia. Z unoszących się chmur ciemnego dymu, poprzedzonych przez potężne wybuchy, wywnioskowałyśmy, że gdzieś blisko w getcie toczy się akcja zbrojna. Z cel szpitalnych dużo wyraźniej słychać było strzelaninę, która to przycichała, to rosła. Chore zaczęły modlić się żarliwie, śpiewać pieśni religijne i patriotyczne, głośno rozprawiały, biegały po celach. A nam zaświtała myśl: odbijają Pawiak... Tego dnia poranny apel odebrała polska przodowniczka. Gestapowcy z Ukraińcami i wachmajsterkami przebiegali cele szpitalne i z nie ukrywanym rozdrażnieniem powiedzieli nam, że getto, które zmagazynowało broń i zaatakowało Niemców, zostanie doszczętnie zniszczone; Z informacji małej grupki funkcjonariuszy z miasta, którzy w tym dniu przedostali się jeszcze na Pawiak, dowiedzieliśmy się, że uzbrojone po zęby oddziały niemieckie otaczają getto i są na jego terenie. Zrozumieliśmy, że osaczone getto broni się i walczy. Przez następnych kilka dni żaden z pracowników polskich nie został dopuszczony do więzienia. Na Pawiaku szalał terror. Zamknięto wszystkich więźniów w celach, zabroniono zbliżać się do okien. Przerwano spacery. Więzienne posiłki przychodziły nieregularnie. Niekiedy na kratach okien więziennych z przeraźliwym piskiem siadały spłoszone ptaki. Wiadomość o powstaniu w getcie przyjęli więźniowie z bolesnym wzruszeniem; nie mogło to budzić naszej radości, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że mimo posiłków udzielanych przez AK i GL (o czym donosili nam lekarze i strażniczki) los walczących jest przesądzony. Ścierali się przecież z regularnym wojskiem, dysponującym najnowocześniejszą bronią lądową i powietrzną. Był to wielki bohaterski zryw straceńców walczących o wolność; i godność człowieka. Po paru dniach na Pawiaku pozornie wszystko wróciło do dawnego stanu: zjawił się polski personel, więźniów przewożono budą na przesłuchania w Gestapo, przybywali wciąż nowo aresztowani, nielicznych -wywoływano na wolność, nadchodziły paczki żywnościowe. Święta Wielkanocne, które jak wszystkie inne uroczyste święta niosły z sobą zawsze wiele wzruszeń, teraz minęły prawie nie zauważone. Docierały do nas straszliwe wieści o znęcaniu się Niemców” nad ludnością żydowską. W większych i mniejszych grupach przyprowadzali gestapowcy na Pawiak wynędzniałe widma ludzkie. Jednych rozstrzeliwano od razu, nad innymi najpierw znęcano się, a potem rozstrzeliwano ich nasyciwszy się widokiem męki. Dwanaście dni trwała zażarta walka. Nad gettem krążyły z przeraźliwym warkotem samoloty niemieckie; ostrzeliwały teren z broni pokładowej i rzucały bomby. Nasilały się; to znów słabły echa strzałów wymiennych i pękających granatów, huk dział, szczekanie karabinów maszynowych, odgłosy potężnych detonacji, gdy wysadzano w powietrze różne obiekty. Niebo gorzało od łun, bomby zapalające wzniecały gigantyczne pożary. Z dala dochodziły rozpaczliwe krzyki i jęki, niewyraźne słowa niemieckiej komendy.

Bez przerwy, w ponurym milczeniu wsłuchujemy się w te odgłosy. Mamy tak wyostrzony słuch, że potrafimy niemal odróżnić, kiedy strzelają nasi, a kiedy Niemcy o ironio! - gestapowcy usiłują uspokajać nas, abyśmy się nie bały, bo oni nas obronią. Wzmocniona przez oddziały Schutzpolizei załoga gestapowców zamieniła na parę dni Pawiak w twierdzę. W oknach korytarzy na oddziałach Serbii, a także w oknie korytarza szpitalnego ustawiono erkaemy... Widziałyśmy potężne kamienice walące się jak domki z kart, widziałyśmy nieprawdopodobnie wielkie pożary. Czułyśmy zapach palących się ciał. Byłyśmy świadkami mrożącej krew w żyłach sceny, gdy z okien męskiego szpitala patrzyłyśmy, jak żywcem płoną ludzie, którym hitlerowcy kazali skakać w ogień. Prawie cała dzielnica żydowska stanęła wkrótce w płomieniach, wróg ogniem niszczył zaciekły opór getta. Pawiak stał się wysepką na morzu płomieni i dymu. Wiatr przeniósł ogień na dachy gospodarczych budynków Serbii. Zaalarmowani gestapowcy wezwali straż ogniową, która ugasiła pożar. Wozy strażackie stały od tej pory dniem i nocą na Dzielnej pod murami więzienia. Widziałyśmy je z okien Serbii, pokazywali je nam gestapowcy, zapewniając nas, że oni czuwają i nie dopuszczą, abyśmy się spalili. W celach więziennych brakło powietrza. Nie można było wietrzyć, bo z zewnątrz buchał żar nie do zniesienia. Iskry, żrący dym i-sadze przenikały nawet przez zamknięte okna. Bürckl szalał zafascynowany tym zbrodniczym żywiołem. W śnieżnobiałych rękawiczkach, z nieodłącznym wilczurem wpadał znienacka do szpitala na inspekcję czystości, której mimo największego wysiłku Wandy Wilczańskiej i funkcyjnych porządkowych nie sposób było utrzymać. Sprawdzał czystość ławki stojącej w korytarzu pod wysoko umieszczonym okienkiem, potem stawał na niej i przesuwał dłoń po parapecie okna. Biała rękawiczka przybierała brudnoszary kolor. Wzywał wtedy mnie, Wandę i wszystkie porządkowe, wymyślał nam i groził. Któregoś dnia przyszedł znowu - wezwał mnie, podprowadził pod okno – stwierdził, że parapet jest pokryty sadzą, wlepił we mnie przekrwione, tępe oczy; z wykrzywionych ust ściekała mu ślina. Zabrudzoną rękawiczkę wytarł z rozmachem o moją twarz. Sprężyłam się cała w sobie i już, już miałam go spoliczkować, kiedy w ostatniej chwili pohamowałam ten odruch, za który niewątpliwie by mnie zastrzelił. Napięcie moje było tak wielkie, że straciłam poczucie rzeczywistości. Bezwiednie, z całej siły zacisnęłam pięści. Dotkliwy ból wyrwał mnie z krótkotrwałego oszołomienia. Bürckla już nie było. Rozwarłam pięści: na dłoniach pozostały krwawiące ślady. Gdy znalazłam się w gabinecie, otoczyły mnie przyjaciółki i dwie więźniarki świadkowie tej sceny; - starały się mnie uspokoić i pocieszyć niezgrabnymi, ciepłymi słowami, które rozkleiły mnie zupełnie. Rozpłakałam się jak bezsilne, skrzywdzone dziecko. Wstydziłam się później tej słabości, której w kręgu drogich i bliskich mi ludzi nie umiałam opanować... Któregoś dnia w celi naszej zastałyśmy rzadkiego już wtedy gościa. Drobny, wynędzniały wróbelek dziobał okruchy chleba na nie sprzątniętym stole. Gdy nas zauważył, nie uciekał - nią mógł. Daremnie próbował biec i fruwać. Ania ujęła go delikatnie w rękę; miał zranioną nóżkę i skrzydełko. Ostrożnie zrobiłyśmy opatrunek, naklejając skraweczek leukoplasta. Napoiłyśmy ptaszka wodą, ułożyłyśmy w wyścielonym watą pudełku, wsypałyśmy tam okruchy. Był bardzo znużony i zasnął. Po kilku godzinach nasz chory skrzydlaty przyjaciel z wolności obudził się dużo żwawszy. Trzymał się pewniej na nóżkach i z wielkim apetytem dziobał okruchy. Poruszał się swobodnie i raźno, przygotowując skrzydełka do lotu. Gdy wypróbował swych sił, zaćwierkał wesoło i... odleciał na wolność. W początkach maja walka wyraźnie osłabła, choć wciąż trwała. Długo jeszcze słychać było odgłosy sporadycznych potyczek. W nocy z 13 na 14 maja zbudził nas szum i warkot eskadry samolotów.

Zerwałyśmy się na równe nogi. Syreny wyły już na alarm. Słyszałyśmy bezładną bieganinę i krzyki Niemców, trzaskanie żelaznych krat: to esesmani uciekali do schronów. Stałyśmy przy oknie. Naraz zrobiło się bardzo jasno - na firmamencie nieba ukazały się pęki rakiet, które wyglądały jak zawieszone w powietrzu choinki. W świetle łun i rakiet dokładnie widać było czerwone gwiazdy na skrzydłach lecących nisko samolotów. Z ziemi odezwały się działa przeciwlotnicze. Wisiałyśmy uczepione u krat okiennych. Wkrótce nadleciały bombowce z charakterystycznym głuchym jękiem. Był to potężny nalot, trwał około 2 godzin. Padały bomby burzące i zapalające. W pewnym momencie wstrząs wskutek silnego podmuchu wyrwał mi spod nóg krzesło i przez chwilę wisiałam w powietrzu, trzymając się kurczowo krat, dopóki przy czyjejś pomocy nie wylądowałam na podłodze. Wszystko wskazywało na to, że bomba padła na teren Pawiaka. Zapanował niesłychany popłoch, który trudno było opanować. Prysnął dotychczasowy względny spokój chorych więźniarek; rozległy się krzyki, płacz, histeryczny śmiech, głośne modlitwy. W korytarzu napotkałam gromadkę chorych i moje przyjaciółki z celi, które do tej pory z-innych „stanowisk” także obserwowały działania powietrzne. Rozbiegłyśmy się po celach szpitalnych usiłując opanować panikę i nie dopuścić do zbiorowej histerii. Bałyśmy się wszystkie, na pewno niemniej niż nasze chore. Byłyśmy przecież zamknięte i zdane całkowicie na pastwę losu. Znajdowałam się w największej celi, w jedynce. Nie pamiętam, która-z koleżanek była tu razem ze mną. Wiem tylko, że chore skupiły się ciasno wokół nas, że niektóre kurczowo czepiały się naszych rąk i kitlów. Wyprowadziłam wszystkie na wewnętrzny korytarz między cele szpitalne i aby im dodać otuchy, wyznaczyłam miejsce w kącie przy zamkniętych, wiodących na oddział drzwiach, jako schron całkiem „bezpieczny”. Nie wiadomo dlaczego, ale to wyraźnie poskutkowało. Chore uspokajały się z wolna. Sytuacja była opanowana. Ten sam prawdopodobnie system obrały moje współtowarzyszki celi, bo korytarz szpitalny zapełnił się chorymi. W ciszy nasłuchiwałyśmy odgłosu padających bomb. Usiłowałyśmy odgadnąć, co dzieje się na Pawiaku. Od strony więzienia męskiego absolutna cisza. Odetchnęłyśmy: to jeszcze nie w nas, ale tuż... tuż. Tego dnia rankiem dowiedziałyśmy się od felczerki wolnościowej Jadzi Popławskiej, że istotnie na jezdni ulicy Dzielnej, koło bramy Pawiaka leży ogromny niewypał. A jak opowiadali nam dr Śliwicki, dr Loth i Leszek Torchalski, podmuch wywalił drzwi ich celi na oddziale męskim. Gestapowcy z załogi więziennej nie przyglądali się bezczynnie zagładzie getta. Widziałyśmy, jak skradali się pod murami ocalałych kamienic na Dzielnej, aby je zniszczyć. Zander, Alberts, Brockmann, Weffels, Bürckl, Ukraińcy: Barczenko, Zaporożec i inni... Zaczynali od wybijania resztek okiennych szyb, do wnętrz wrzucali najpierw kawałki drzewa polane płynem łatwopalnym, potem zapalone głownie, które natychmiast wzniecały wysokie słupy ognia. Z zastraszającą szybkością zmieniał się obraz getta w polu naszego widzenia. Były tam już tylko szkielety domów, gruzy i rumowiska, a wśród nich jakimś cudem ocalały kościół Św. Augustyna ze strzelistą wieżą. Dalej, za cmentarzyskiem gruzów, ukazały się naszym oczom budynki na Lesznie. Na pobojowisku sterczały obumarłe kikuty drzew; umilkł bezpowrotnie śpiew ptaków. Odgłosy walki przycichły, ale przez długie miesiące odzywały się jeszcze słabe, coraz słabsze detonacje. I wreszcie walka zamarła. Tragiczne miasto w mieście przestało istnieć. Zginęło w nim około 70 tysięcy ludzi. Znikomy tylko procent wyprowadzonych i ci, którzy przedostali się kanałami poza getto, uniknęli zagłady.

Teren zniszczonego getta stał się później grobem dla tysięcy; więźniów Pawiaka traconych w egzekucjach. Po zagładzie ludności getta wzmogła się akcja wyniszczania narodu polskiego.

Bestialstwa Gestapo
Osobny rozdział poświęcam ofiarom okrutnych przesłuchań, odbywających się w Gestapo w Alei Szucha lub niejednokrotnie w kancelarii Pawiaka - kobietom-więźniarkom, których nie zdołały załamać bestialskie tortury gestapowskie. Przesłuchiwania prowadzili referenci spraw, gestapowcy mundurowi i cywilni, oraz ich pomocnicy, fachowcy od zadawania tortur. Aby zmusić aresztowanych do mówienia, maltretowali ich psychicznie i fizycznie, co niejednokrotnie powodowało śmierć ofiary. Postępowali tak wobec ludzi ujętych z dowodowym materiałem konspiracyjnym, jak i wobec Bogu ducha winnych, przypadkowo zatrzymanych lub tylko podejrzanych. Większość kobiet, wracających z Alei Szucha na Pawiak, wyglądała przerażająco; twarze opuchnięte, poznaczone czerwonymi pręgami, pełne ran szarpanych i krwiaków, wybite zęby, włosy posklejane skrzepłą krwią, podarta i skrwawiona odzież - wszystko to mówiło dostatecznie o ich męczarniach. Niezmiernie rzadko w tej gestapowskiej kaźni pojawiał się na twarzy więźnia uśmiech, wywołany nadzieją na odzyskanie wolności. Jakże często więźniarki wywożone rano lub w południe na przesłuchanie, młode, zdrowe i pełne energii, wracały na Serbię nie do celi, lecz wprost do szpitala więziennego (jeśli nie były to izolatki), zmasakrowane, przypominające już tylko kawał mięsa broczącego świeżą krwią. Gestapowcy niejednokrotnie w ogóle przestawali się nimi interesować. Niejednokrotnie jednak i ten żałosny, potwornie okaleczony strzęp ciała ludzkiego, z resztkami ledwie tlącego się życia, niesiony na noszach przedstawiał jeszcze dla nich dużą wartość; nakazywali wtedy doprowadzić nieszczęsną do przytomności, żeby móc nadal pastwić się nad nią. My zaś - ponaglani krzykiem i pogróżkami, widząc, jak z umęczonego ciała ucieka życie, i słysząc szept błagający o truciznę - popadaliśmy często w konflikt z naszym lekarskim sumieniem: czy należy ratować to ciało, aby wydarte śmierci znów było poddane torturom przechodzącym wszelką ludzką wytrzymałość? Na naszych oczach umierały kobiety, których nazwisk często nam nie ujawniano. Były to bojowniczki tajnych organizacji. Przywożono je z ciężkimi ranami postrzałowymi, wiele skatowanych na śledztwie, nieprzytomnych, w stanie beznadziejnym. W więzieniu lekarze i pielęgniarki toczyli nieprzerwany bój ze śmiercią. Wszystkie chore były bardzo troskliwie pielęgnowane. Z pełnym oddaniem opatrywały im ropiejące rany i nekrozy Marysia Kopciówna, Henia Prus, Stasia Wójcik, Jadzia Popławska, wolnościowa felczerka. Stosowałyśmy ciepłe kąpiele w roztworze nadmanganianu potasu w jedynej wannie szpitalnej; chore z rozległymi krwiakami, przenoszone tu na prześcieradłach, doznawały pewnej ulgi. Przy ciężko chorych i nieprzytomnych pełniły samorzutnie dyżury dzienne i nocne wszystkie

więźniarki pracujące na funkcjach lekarskich. Poza mną więc dyżurowały: dr Irena Kononowicz, dr Krystyna Ossowska, dr Anna Sipowicz-Gościcka, a także intendentka szpitala Wanda Wilczańska, nielekarz. Ogromna ilość skatowanych przeszła przez leczenie szpitalne. Mniejsze uszkodzenia z braku miejsc w szpitalu były leczone ambulatoryjnie lub w celach. Wiele spośród nieludzko skatowanych zginęło w barbarzyńskich egzekucjach, nieliczne targnęły się na życie, a tych, które potem przeżyły obozy koncentracyjne, jest bardzo niewiele.

O każdej prawie akcji zbrojnej, podejmowanej przez organizacje podziemne na wolności, dowiadywaliśmy się niemal natychmiast w szpitalu... pośrednio lub bezpośrednio. Dnia 26 III 1943 r. „pod Arsenałem”, na rogu Długiej i Bielańskiej, oddział szturmowy „Szarych Szeregów” zaatakował budę, którą przewożono więźniów po przesłuchaniu z Alei Szucha na Pawiak. Chodziło o odbicie znajdującego się wśród nich druha Janka Bytnara - Rudego z „Małego Sabotażu”. Pragnę przy sposobności wspomnieć o znacznej roli, jaką odegrała tu łączność więzienna. Leon Wanat, znakomicie wykorzystujący swoją funkcję pisarza w kancelarii niemieckiej, w przeddzień wywiezienia Rudego na przesłuchanie powiadomił o tym dra Śliwickiego, ten z kolei przekazał natychmiast meldunek pani Danielewicz z Patronatu, a pani Lola niezwłocznie zaalarmowała dowództwo „Szarych Szeregów”. Odbici więźniowie znaleźli się na wolności. Dla Janka Bytnara, niestety, nie było już ratunku. Skatowany w bestialski sposób w Gestapo, ukryty w bezpiecznym miejscu przez swych przyjaciół, umarł po kilku dniach mimo najtroskliwszej opieki lekarskiej. Podczas starcia żołnierzy „Szarych Szeregów” z konwojentami zostało zabitych kilku gestapowców i ciężko ranny kierowca. Niestety, były też ofiary wśród więźniarek: zginęła Siemieńska, Obórko dostała postrzał w ramię, a Maria Schiffers w nogę. Na drugi dzień dowiedziałyśmy się bliższych szczegółów od Obórko. Podawała, że obawiając się następstw dla rodziny więzionej na Pawiaku, zgłosiła się sama do Gestapo. Przywieziono ją na Serbię ze skierowaniem do szpitala. Powierzchowna rana postrzałowa ramienia szybko zagoiła się. Po pewnym czasie Obórko wywieziono do Oświęcimia, gdzie wkrótce zmarła. Ranną w nogę Marię Schiffers „zamachowcy” umieścili w lecznicy dra Webera przy ulicy Chmielnej. Była to młoda, bardzo przystojna blondynka, aresztowana na przełomie lat 1942-1943, podejrzana o szpiegostwo (referat S). Gestapo, ścigające odbitych więźniów, w niedługim czasie na skutek donosu trafiło do lecznicy. Schiffers umieszczono w celi izolacyjnej szpitala męskiego. O tym, a także o kwiatach, które codziennie przynosili jej gestapowcy z Szucha, dowiedziałam się od kolegów lekarzy. Pewnego dnia zostałam do niej wezwana przez gestapowca. Gdy tam weszłam, byłam przykro zaskoczona i jednocześnie trochę wzruszona: na stoliku przy łóżku Marii stał szklany wazon z pięknym bukietem świeżych, wonnych róż. Nie mogłam oderwać od nich oczu, urzekały mnie wprost te kwiaty, od łat wykreślone z naszego życia.

Ranna była jak zawsze pogodnie uśmiechnięta i zadbana. Zbadałam ją w obecności gestapowca i wyszłam zgnębiona, całkiem nie rozumiejąc jej obecnej roli. Po kilku tygodniach Maria Schiffers wróciła na Serbię do szpitala. Chodziła o kuli. Opisywała mi perwersyjne metody gestapowców, którzy usiłowali zjednać ją sobie i dodatkowo wyciągnąć z niej nazwiska „zamachowców”. Marysia istotnie nic nie wiedziała, a w swojej sprawie podtrzymywała poprzednie zeznania. Późną wiosną 1943 roku została rozstrzelana w grupie 40 więźniarek. W tzw. akcji majowej - 17 maja 1943 roku i w nocy z 17 na 18 - aresztowano w Warszawie około 600 osób; całą noc bez przerwy trwały na Pawiaku przesłuchiwania. Wśród ujętych była dziennikarka Bronisława Janina Sokopp-Daniłowicz, łączniczka ZWM, przydzielona do grupy „Feliksa”. Nina, jak ją nazwałyśmy, wielokrotnie przesłuchiwana, powiadomiona o wyroku śmierci, mimo potwornych tortur nie zdradziła tajemnic konspiracyjnych; świadczyły o tym grypsy kontaktujące ją z wolnością i aresztowanymi wspólnikami z jej sprawy. Po siódmym z kolei przesłuchaniu została przyniesiona na noszach do szpitala na Serbię w stanie ciężkiego zatrucia alkoholowego, z rozległymi siniakami na całym ciele, ze zwichniętą szczęką, naderwanym językiem i szarpanymi ranami warg. Rozpaczliwy był stan tej młodej kobiety. Dr Kenig udzielił jej natychmiastowej pomocy chirurgicznej. Po długiej interwencji lekarskiej Nina, dająca słabe oznaki życia, odzyskała wreszcie przytomność. Przez kilka dni nie mogła mówić ani przyjmować pokarmów. Była sztucznie odżywiana, mogła leżeć tylko na brzuchu. Przenosiłyśmy ją na prześcieradłach do ciepłej kąpieli w wannie szpitalnej. Bardzo mężnie znosiła cierpienia. Gdy wróciła do sił, opowiedziała mi, co przeżyła w kaźni na męskim Pawiaku. Przez radomskie Gestapo została poddana wyrafinowanej metodzie badania. Oprawcy przywiązali jej ręce i nogi do drąga i zawiesili ją między dwoma biurkami. Tak unieruchomionej zaczęli wlewać do ust spirytus szklanką, którą nadgryzła kalecząc sobie wargi. Kiedy wypluwała alkohol i zaciskała szczęki, rozwierano je lewarem, wreszcie założono jej sondę gumową do przełyku, przez którą wlewano spirytus. Lecz i ten bestialski sposób nie dał pożądanego rezultatu: Nina straciła przytomność. W tym stanie przyniesiono ją do szpitala na Serbię. Wielokrotnie reklamowałam Ninę z dalszych przesłuchań i transportów. 26 VI 1943 r. zginął w egzekucji jej szwagier Zdzisław Sokopp, aresztowany nocą z 17 na 18 maja i straszliwie katowany. Gdy nazajutrz Nina została przydzielona do dużego transportu, zarówno ona jak i ja zdałyśmy sobie sprawę, że reklamowanie jej teraz może skończyć się egzekucją. Żegnając ją przed ciężką, niepewną drogą wierzyłam, że ocaleje. Wyjeżdżała 28 VI 1943 r. w niezbyt dobrej formie, ale pod opieką dobrych, serdecznych koleżanek. Szczęśliwie przeżyła Oświęcim.

18 marca 1943 roku był dniem, który wcześniej wstrząsnął całym więzieniem. Wiadomość o straszliwym wydarzeniu rozeszła się - jak zazwyczaj w nieuchwytny dla nas sposób - lotem błyskawicy po wszystkich celach oddziałów Serbii. Swoisty spokój popołudniowych godzin został nagle zakłócony niezwykłym ruchem, szybkim tupotem ciężkich butów po żelaznych schodach, szczękiem otwieranych i zatrzaskiwanych krat oddziałów, niewyraźnymi odgłosami komendy niemieckiej. Z hałasem otwarły się drzwi szpitala. Weszła gromada obcych gestapowców i paru naszych wachmajstrów. Za nimi ukazało się dwóch więźniów

dźwigających nosze, które z widoczną ostrożnością ustawili w ambulatorium. Na noszach leżała młoda, śmiertelnie blada dziewczyna z zamkniętymi oczyma. Gestapowcy oświadczyli mi, że jest ranna, i zażądali, aby ją natychmiast doprowadzić do przytomności, bo musi złożyć zeznania. Mając za sobą kilkoletnie doświadczenie, zorientowałam się od razu, że nowo aresztowana musi być wybitną działaczką konspiracyjną, skoro na jej zeznaniach tak bardzo zależy gestapowcom. Wraz z Nono i Krysią Ossowską przystąpiłam do badania. Ranna, zszokowana, nie reagowała żadnym widocznym odruchem przy badaniu ani przy zabiegach, O resztkach życia mówiły tylko ledwie słyszalne, nierytmiczne tony serca, nitkowate tętno i słaby, powierzchowny oddech. Bandaże oraz opatrunki, nałożone zapewne w punkcie pierwszej pomocy, były obficie przesiąknięte skrzepami i świeżą krwią. Stwierdziłyśmy, że dziewczyna ma rany postrzałowe brzucha i klatki piersiowej, z wewnętrznym krwotokiem i następową niewydolnością krążenia. Chociaż zdawałyśmy sobie jasno sprawę, że wszelka walka o uratowanie nieszczęsnej jest daremna, zwróciłam się do rozjuszonych gestapowców z żądaniem natychmiastowej konsultacji ze specjalistą chirurgiem, więźniem drem Lothem. W ciągu kilku minut gestapowcy przyprowadzili Felusia, który po zbadaniu rannej potwierdził bardzo ciężki stan, nie zezwalający, niestety, na zabieg operacyjny. Gestapowcy, poinformowani przez lekarzy o agonalnym stanie rannej, tkwili jednak uparcie nad swoją ofiarą, nawet teraz nie rezygnując z nadziei wydobycia z niej zeznań. Bez przerwy ponaglając nas krzykiem, przeszkadzali nam w czynnościach lekarskich. Domagali się, aby na chwilę bodaj przywrócić konającej przytomność, zamiast - jak powiedzieli nie szczędząc nam pogróżek - „bawić się w jakieś tam opatrunki”. Opanowując z trudem zdenerwowanie, w milczeniu kontynuowałyśmy zabiegi. Zręczne ręce Marysi Kopciówny kończyły nakładanie opatrunków. Gdy po kolejnym zastrzyku wyjmowałam igłę z ciała rannej, ta drgnęła lekko, pojękując cichutko, i zauważyłam, że na moment odzyskała świadomość. Gestapowcy rozwścieczeni, zajęci ponaglaniem nas wśród wrzasków, przegapili ten tak ważny i cenny dla nich moment... Zwróciłam się do nich prosząc, by zezwolili przenieść ranną do celi szpitalnej. Dość długo naradzali się między sobą i wreszcie wyrazili zgodę. Wypełniając kartę szpitalną, zapytałam gestapowca o nazwisko nowo przybyłej. Na chwilę jakby się zawahał, ale podał personalia więźniarki: Anna Krystyna Sawicka, lat 25. Jak wkrótce dowiedzieliśmy się, ofiarą kul gestapowskich była czołowa działaczka ZWM, Hanka Sawicka. Po przeniesieniu Hanki do celi szpitalnej straż gestapowska nie odstępowała jej ani na chwilę. Nie spuszczali oka z rannej, śledząc jednocześnie każdy nasz ruch. Co pewien czas zniecierpliwieni i wściekli wychodzili na korytarz, pozostawiając szeroko otwarte drzwi celi, po czym znowu wracali. Hanka kilkakrotnie odzyskiwała przytomność. Wykorzystywałam te krótkie chwile i nieobecność gestapowców, aby powiedzieć jej, że znajduje się na Pawiaku wśród swoich, że jesteśmy więźniarkami-Polkami. Zapytałyśmy, czy chce nadać jakąś wiadomość względnie ostrzeżenie. Otwierała oczy, a na bezkrwistej twarzy pojawiał się nikły uśmiech, nie skarżyła się, że cierpi, i jakby rozumiejąc nasz wysiłek w walce o jej życie powiedziała cicho: „Nie ratujcie mnie... nie chcę zeznawać... nie boję się śmierci”...

Stan Hanki pogarszał się z minuty na minutę. Aby ulżyć jej mękom, stosowałyśmy środki przeciwbólowe, zwilżałyśmy jej spieczone usta. Po raz ostatni, gdy otwarła zasnute mgłą oczy, wyszeptała z ogromnym wysiłkiem: „Służyłam ludziom i dla ludzi umieram”. To były jej ostatnie słowa, które przetrwały do dnia dzisiejszego w mojej i innych więźniarek pamięci. Delikatne, niemal dziecinne, a zarazem mocne rysy twarzy, okolonej rozrzuconymi zwojami ciemnych włosów, zaostrzyły się jeszcze bardziej. Zbliżająca się śmierć rzeźbiła na niej wieczny, kamienny spokój... Skonała na naszych rękach. Chore, niemi świadkowie toczącego się dramatu, płakały bezgłośnie. Głęboką ciszę przerwało znowu brutalne wejście gestapowców. Złorzecząc śmierci, która wyrwała im z rąk cenną zdobycz i nie ujawnione tajemnice, wyszli. Zibę Jaguczańską, młodą, szczupłą szatynkę, jeszcze jedną z wielu ofiar gestapowskich zbrodni, przyniesiono do szpitala na Serbię w początkach roku 1943 w stanie nieprzytomnym. Gestapowcy z Szucha, konwojujący nosze, zażądali, abym czym prędzej doprowadziła ją do przytomności, zaznaczając, że zaraz zabiorą ją do celi izolacyjnej. Ziba, poza ciężkim szokiem, miała plecy, pośladki, ręce i nogi pokryte rozległymi siniakami, licznymi czerwonymi pręgami o charakterystycznych śrubowatych skrętach (od uderzeń zadanych specjalnymi narzędziami zbrodni), ranami szarpanymi, obficie krwawiącymi. W trakcie zabiegów i badania skatowanej w obecności gestapowców myśl moja gorączkowo pracowała nad sposobem uratowania Ziby przed izolacją. Wiedziałam, że gdy wyciągniemy ją z szoku, nie będzie zdolna wskutek krańcowego wyczerpania i bólu wykonać samodzielnie najprymitywniejszych nawet ruchów. Szpitalne cele były jak zawsze przepełnione. Zwolnienie któregoś łóżka równało się wypisaniu ze szpitala i przeniesieniu na oddział chorych oraz tych kobiet, które próbowałam reklamować z przesłuchań czy transportów. W danej chwili było to niemożliwe, a ogólnie rzecz biorąc wysoce niedyplomatyczne. Natychmiast bowiem zrodziłoby się podejrzenie, że przetrzymuję więźniarki nie wymagające leczenia szpitalnego. Od dłuższego czasu gestapowcy kontrolowali stan chorych i musiałam się niejednokrotnie bardzo tłumaczyć, dlaczego ta czy inna więźniarka jest jeszcze w szpitalu. Rozważając intensywnie wszystkie ewentualności, doszłam do wniosku, że jednak istnieje pewna możliwość... Cela zakaźna, która dopiero poprzedniego dnia została zdezynfekowana, była na razie wolna. Zwróciłam się więc do gestapowców z prośbą o umieszczenie tam chorej, motywując to jej ciężkim stanem zagrażającym życiu. Po dłuższych debatach i naradach gestapowcy - jak się potem okazało, referenci sprawy Ziby - udzielili na to zezwolenia, ostro nakazując wachmajstrowi, by wyjątkowo sumiennie pilnował celi i skrupulatnie zamykał ją stale na klucz. Zabiegi i wizyty lekarskie miały się odbywać tylko w obecności straży niemieckiej.

Była to już połowa wygranej; mając podrobiony klucz do tej celi, dostarczony mi przez strażniczkę Döllinger, mogłam w pewnych chwilach tajnie kontaktować się z Zibą. Oczywiście nadal zachowując wszelkie pozory, prosiłam wachmajstrów każdorazowo o otwarcie drzwi, ale tylko przy podawaniu leków, posiłków i przy mierzeniu temperatury. Ziba Jaguczańska była adiutantem pułkownika WP, Zygmunta Cetnarowskiego, szefa kolejnictwa Komendy Głównej AK, aresztowanego z żoną Ireną i nieletnią córką Danusią. Gestapo w czasie przeprowadzania bardzo szczegółowej rewizji w mieszkaniu Jaguczańskiej (zdzierano tapety ze ścian, zrywano deski podłogi, rozbijano meble) znalazło skrytki, a w nich spory zapas broni, w tym dwa karabiny maszynowe, których części Ziba przenosiła i chowała u siebie. Mimo strasznego torturowania w czasie przesłuchań Ziba nie wydała nikogo, ochraniając przede wszystkim szefa i jego żonę. W mieszkaniu Cetnarowskich Gestapo żadnego materiału obciążającego nie znalazło, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności w dniach poprzedzających aresztowanie Ziba zabrała broń i teraz całą sprawę wzięła na siebie. Przez Zofię Döllinger przekazałam na wolność grypsy Ziby z treścią przesłuchań, adresami punktów, nazwiskami osób, które musiały się natychmiast likwidować. Przez dra Śliwickiego szły meldunki Ziby do płka Cetnarowskiego. Łączność między Ireną Cetnarowską a Zibą była względnie łatwa. Ziba-izolatka przebywała wiele tygodni w szpitalnej celi, wielokrotnie reklamowana z przesłuchań. Po ustąpieniu szoku i uporczywych wymiotów, dokarmiana czym się dało z naszych paczek i dotacji Patronatu, wracała stopniowo do zdrowia. Delikatne, wprawne ręce Marysi Kopeć wydobywały w czasie punkcji ogromne ilości płynu surowiczo-krwistego z rozległych krwiaków na pośladkach i udach skatowanej. Jakże dzielnie i pogodnie znosiła Ziba te zabiegi; otrzymywane tajną pocztą wiadomości o zabezpieczeniu punktów i ludzi konspiracji na wolności podnosiły ją na duchu. W rozmowach ze mną nieustannie pytała o więzionego szefa i jego rodzinę. Była z nimi serdecznie zaprzyjaźniona, nade wszystko zaś przywiązana do pułkownika Cetnarowskiego; ceniła go wysoko, nie tylko jako bezpośredniego szefa, lecz również bojowego, odważnego konspiratora. Obarczona ciężkimi dowodami rzeczowymi, zbyt dobrze wiedziała, co jej grozi. Już na pierwszym straszliwym badaniu w Gestapo odparła wszelkie insynuacje, które miały na celu powiązanie jej sprawy z płkiem Cetnarowskim. Wyparła się jakichkolwiek kontaktów z rodziną Cetnarowskich poza zwykłą przedwojenną znajomością. Dość częste reklamowania Ziby z przesłuchań były przez długi czas uwzględniane przez gestapowców. Pewnego przedpołudnia jednak, wzywając ją po raz ostatni na Szucha, nie chcieli słuchać o reklamacji; kazali jej się ubrać i zabrali ją z sobą. Na próżno czekałyśmy przez kilka następnych dni... Wracające z przesłuchań więźniarki nie umiały nic o niej powiedzieć. W rejestrze uwięzionych, przy apelach, figurowała adnotacja: „Na przesłuchaniu”. A więc żyje... ale jak długo jeszcze? Czy wytrzyma tortury?... Czy wróci do nas? Zadręczały nas te myśli. Wreszcie po pięciu dniach, w godzinach rannych dotarła pierwsza wiadomość o Zibie. Przyniosła ją wachmajsterka Stalska. Uśmiechając się ironicznie powiedziała mi, że więźniarka zabrana przed kilkoma dniami ze szpitala wróciła na Serbię, jest chora i wzywa mojej pomocy. Zerwałam się na

równe nogi, ale Stalska, wciąż ironicznie uśmiechnięta, powstrzymała mnie uwagą, że nikogo do niej nie wolno wpuszczać, nawet lekarza, bo jest w celi nr 8, nazywanej przez nas celą śmierci. Z tej celi było tylko jedno wyjście - prowadziło na rozstrzelanie w ruinach getta. Niekiedy więźniarki-Aryjki, a z reguły Żydówki, ocalałe cudem po spaleniu getta, schwytane pojedynczo lub grupami wraz z dziećmi w ruinach, umieszczano w celi nr 8 (czasem w dawnej kaplicy na Serbii lub w celi nr 9). Po kilku godzinach wyprowadzano je, a wkrótce potem salwy i zapach palonego ciała potwierdzały nasze tragiczne przypuszczenia. Cele te miała prawo otwierać wyłącznie załoga niemiecka; oddziałowym polskim za jakąkolwiek pomoc bądź otwarcie drzwi groziła kara śmierci. Wiadomość, że Ziba wzywa pomocy lekarskiej z celi nr 8, mając mi zapewne do przekazania ważne sprawy, zmusiła mnie do opanowania bezsilnej rozpaczy. Myślę - chaotycznie i gorączkowo - tylko o jednym: muszę dotrzeć do Ziby. Szybko omawiam z Nono ryzykowny plan... Przez oddziałowe polskie i Agnieszkę Biegańską, nieocenioną łączniczkę wewnętrzną z kolumny sanitarnej, zasięgamy języka, czy i gdzie jest obecnie Stalska. Dostajemy „cynk”, że prowadzi na ganku 20-minutowy spacer więźniarek. Na I oddziale jest tylko polska strażniczka Piątkowa. Ukrywam pod lekarskim płaszczem proszki przeciwbólowe, żywności ile się da, garść czereśni z paczki Marysi Kopeć, i z Nono co tchu zbiegam na I oddział. Nalegamy, prosimy Piątkową, aby wpuściła mnie do celi nr 8. Nono ma stać na straży i umówionym znakiem sygnalizować oddziałowej każde zbliżające się niebezpieczeństwo. Piątkowa jest przerażona, nie chce się zgodzić, boi się, za to grozi przecież kara śmierci. Stawiamy więc sprawę ostrzej, bo czas ucieka... próbujemy ją trochę zastraszyć, apelujemy do sumienia. Jak rwący potok płyną nieskładne zdania: „Pani oddziałowo, nasze głowy i pani są jednakowe... wzywa chora... w sytuacji takiej może każdej chwili znaleźć się i pani... będzie pani wzywała pomocy... a co jeśli nadaremnie...? Wpuści mnie pani na parą minut, zatrzaśnie za mną celę, gdyby mnie nakryli, proszę zrzucić wszystko na mnie, że napadłam, przewróciłam panią... wyrwałam klucze... zresztą proszę mówić o mnie jak najgorzej, wszystko, co pani zechce... Doktor Nono będzie na czatach... ostrzeże w porę... proszę się nie bać”. Rozmowa prowadzona z oddziałową stylem telegraficznym trwała ledwie parę sekund, ale to wystarczyło, by uczynna i dobra strażniczka otwarła celę i wpuściła mnie do środka. Nie słyszałam trzaśnięcia drzwi za mną ani szczęku zasuwy i klucza przekręcanego w zamku. Może Piątkowa zrobiła to istotnie cicho, a może to ja ogłuchłam wskutek napięcia nerwów? Byłam przecież w celi śmierci, z której, jeśli Nono nie zdąży w porę ostrzec strażniczki, wydostanę się razem ze wszystkimi jej mieszkankami w jedyną, im jeszcze nie znaną, ale mnie dobrze wiadomą drogę. Pod oknem stało kilka zastraszonych, zmęczonych kobiet. Pośrodku kilkuletnia dziewczynka, śliczna, ze złotymi lokami na ramionach, bawiła się laleczką i szczebiotała wesoło. W kącie przy drzwiach leżała na podłodze skulona Ziba w porwanej sukience więziennej, wycieńczona do ostatnich granic. Podałam jej garść czereśni, tabletkę przeciwbólową. Przełknęła z trudem proszek i jedną czereśnię. Na widok owoców podbiegła dziewczynka, której Ziba oddała resztę czereśni, mówiąc z wielkim wysiłkiem; „Mnie to już niepotrzebne, ty tak dawno tego nie jadłaś”. W radosnej, uszczęśliwionej buzi dziecka zniknęła ostatnia czereśnia. Wyjęłam ukrytą pod kitlem żywność, a z kieszeni lekarstwa. Nieśmiało wyciągnęły się ku nim ręce wygłodzonych kobiet. Ramiona złotowłosej dziewczynki oplotły mi szyję, smutne kobiety otoczyły mnie całując i ściskając - dziękowały tak bez słów, w pośpiechu, i jakby rozumiejąc cel mojej wizyty, odsunęły się zaraz pod okno. Do głębi wstrząśnięta, klękłam przy Zibie. Była wzruszona, w oczach miała łzy; spieczone gorączką usta uśmiechały się, szybko, z trudem wyszeptała kilka słów dotyczących ostatniego przesłuchania,

niezmiernie cennych dla wolności. Zakończyła przysięgą, że nic i nikogo nie wydała. Rozpięła porwaną, skrwawioną sukienkę. To, co zobaczyłam na jej wychudzonym ciele, było przerażające: skóra klatki piersiowej, ramion, brzucha i nóg była pokryta licznymi poparzeniami I, II i III stopnia i świeżymi siniakami. Gestapowcy gasili palące się papierosy na skórze swej ofiary, a jednak nie zmusili jej do mówienia. Ziba nie skarżyła się już na nic. Kłamałam, niezdarnie zapewniając, że wkrótce dostanę zezwolenie i umieszczę ją w szpitalu. Uśmiechnęła się znowu, wskazała na łańcuszek, opasujący jej nogę powyżej kostki, szepnęła: „Wiem, umrę, powiedzieli, że zdechnę jak pies... poznacie po tym łańcuszku, że to byłam ja...”. W tej chwili otwarły się drzwi celi i oddziałowa Piątkowa, blada jak płótno, drżącym głosem ponagliła mnie do wyjścia. W milczeniu wymieniłyśmy gorące, ostatnie, pożegnalne spojrzenie. Wyszłam z celi jak z grobu, krańcowo wyczerpana, z koszmarnym obrazem Ziby i jej współtowarzyszek. W korytarzu minęłam Piątkową, która ochłonęła już z wrażenia i uśmiechnęła się do mnie; tuż przy schodach nie zauważona przeszłam obok wachmajsterki Stalskiej. Na uginających się nogach doszłam wreszcie do naszej celi i rzuciłam się w objęcia Nono czekającej niecierpliwie na mój powrót z celi śmierci. Po dwóch godzinach otwarła się ta cela i wyprowadzono z niej więźniarki. Z okien szpitala widziałyśmy Zibę, podtrzymywaną przez inne, i maleńką złotowłosą dziewczynkę, która podskakując beztrosko, cieszyła się ostatnimi blaskami słońca. Gestapowcy konwojowali swe „zbrodniarki”. Potem usłyszałyśmy kilka salw karabinowych, potem poczułyśmy zapach palonych ciał. Tak bohatersko chroniony przez Zibę płk Cetnarowski nie został zdekonspirowany. Po wielokrotnych przesłuchaniach i torturach w Gestapo wywieziono go do obozu koncentracyjnego. Irena Cetnarowska i Danusia zmarły-na tyfus plamisty w Oświęcimiu. W grudniu 1943 roku otrzymałam od łączniczki zewnętrznej siatki więziennej, Zosi Döllinger, gryps z zapytaniem, czy wśród nowo aresztowanych znajduje się na Serbii Hanka Krajewska, a na Pawiaku męskim - Pawłowicz i Świerczewski. Natychmiastowe poszukiwania poprzez siatkę więzienną zarówno na oddziale kobiecym, jak i na męskim nie potwierdziły obecności żadnej z wyżej wymienionych osób. Ale już następnego dnia na liście chorych więźniarek z I oddziału, zgłoszonych przez dr Ossowską z kolumny sanitarnej do ambulatoryjnych przyjęć lekarskich, pojawiło się nazwisko Krajewskiej. W długim korytarzu szpitalnym czekała gromada więźniarek sprowadzonych do lekarza przez oberwachmajsterkę Olgę Narewską. Gdy przyszła kolej na Hankę, weszła z nią do gabinetu Narewska i na dobre rozsiadła się w fotelu, całkowicie uniemożliwiając nam wszelkie porozumienie. Hanka, blada, wyczerpana, przemilczając potworne katowanie ubiegłej nocy w Alei Szucha, mądrze precyzowała swoje dolegliwości, skarżąc się na ból serca i wątroby. Narewska jak wmurowana siedziała w fotelu. Umyślnie przedłużałam wywiad lekarski, po czym oświadczyłam oberwachmajsterce, że muszę zbadać chorą w pozycji leżącej na kozetce, która stała w sąsiednim gabinecie zabiegowym. Gabinet był jeszcze zajęty przez Marysię Kopciównę, kończącą zabiegi przy chorych więźniarkach wprowadzonych przez Narewską. Musiałam więc trochę poczekać z dalszym badaniem Hanki. Kiedy gabinet zabiegowy był wolny, Narewska poszła odprowadzić

więźniarki do cel. Korzystając z tej znakomitej okazji, szybko wymieniłam z Hanką hasła oraz informacje. Przy badaniu stwierdziłam siniaki na pośladkach, plecach i udach, liczne czerwone pręgi od uderzeń śrubowatych skrętów pejcza gestapowskiego. Mimo wielkich cierpień fizycznych Hanka trzymała się niezwykle dzielnie, pamiętając jedynie o sprawie i o ludziach z nią związanych. Ponieważ obie byłyśmy pilnowane przez Narewską, nie chcąc wzbudzać żadnych podejrzeń i opozycji z jej strony, pouczyłam Hankę, jak ma zemdleć, gdy przyjdzie Narewska, by ją sprowadzić na oddział. Narewska ponaglała do pośpiechu. Hanka wstała, zrobiła parę kroków i zachwiała się; „mdlejącą” powstrzymałam przed upadkiem. Po dłuższych targach Narewska zezwoliła na przyjęcie Hanki do celi szpitalnej nr 3. Szybko skontaktowałam się z drem Śliwickim, który powiadomił mnie, że tego dnia przywieziono skatowanego w bestialski sposób mjra Pawłowicza. Dr Śliwicki nawiązał już z nim łączność i przekazał mi ważne dla wolności i dla Hanki informacje. Poszukiwany Eugeniusz Świerczewski nadal nie figurował w rejestrach nowo aresztowanych. Wiadomość o tym zaskoczyła Hankę i równocześnie kazała jej się zastanowić nad przyczyną wsypy. Krajewska była najbliższą łączniczką majora Pawłowicza, skoczka spadochronowego, pracownika sieci wywiadu ofensywnego na kraj i tereny Rzeszy przy Komendzie Głównej AK. Świerczewski, od kilku lat podwładny majora Pawłowicza, sporo wiedział o działalności obojga. Hanka jednak zwierzyła mi się, że Świerczewskiemu - wiedziona jakimś dziwnym instynktem - nigdy zbytnio nie dowierzała. Gdy próbowała przed nim ostrzegać, składano to na karb jej przewrażliwienia i zmęczenia, Świerczewski bowiem pracował chętnie i z zadań wywiązywał się dobrze. Hanka, gdy ochłonęła nieco po ostatnich przeżyciach, dzieliła się ze mną dręczącymi ją myślami. Zaczęła analizować fakt po fakcie przebieg całego zajścia, od momentu, gdy na ulicy Hożej, tuż przed wejściem do cukierni, w której miało odbyć się spotkanie i do której zbliżali się wszyscy troje - ona, Pawłowicz i Świerczewski - zostali znienacka otoczeni i zatrzymani przez cywilnych i umundurowanych gestapowców, a potem przewiezieni do Gestapo w Alei Szucha. Na przesłuchaniu nie konfrontowano Hanki ze Świerczewskim i pytano ją głównie o dawne kontakty z wybrzeżem (w sprawach tych czynny udział brał właśnie Świerczewski i znał je dobrze), natomiast tylko ogólnikowo o bieżące sprawy konspiracyjne. Fakt, że Świerczewski, zatrzymany wraz z nimi, nie znajdował się na Pawiaku, nasuwał jej najgorsze podejrzenia. Hanka nabrała teraz pewności, że Świerczewski oddał w ręce Gestapo i ją, i majora Pawłowicza: zatrzymanie go wtedy na Hożej było tylko upozorowane. Po każdym powrocie z Gestapo Hanka przekazywała bardzo cenne, wyczerpujące informacje w grypsach. Wyrażała w nich troskę i obawę nie o siebie, lecz o szefa i o pozostałych na wolności działaczy konspiracyjnych, zwłaszcza tych, których znał Świerczewski. Bezustannie alarmowała i prosiła o dalsze obserwowanie Świerczewskiego, który na razie przepadł bez wieści. Przez kilka dni zostawiano Hankę w spokoju, uwzględniając reklamowanie jej z przesłuchań. Pewnego dnia przyszli gestapowcy z Szucha i kazali jej ubrać się natychmiast. Tłumaczenie moje, że jest chora na serce, że nie może chodzić, nie odniosło tym razem skutku.

Nazajutrz przyniesiono ją na noszach. Zszokowane, dające słabe znaki życia, niemiłosiernie skatowane ciało było pokryte, nie wyłączając głowy, siniakami broczącymi krwią, z dużymi ubytkami tkanek, szczególnie na pośladkach. Wymioty, czkawka, krwiomocz uzupełniały wyobrażenie o przebytych przez nią torturach. Długie godziny trwała walka o życie Hanki. Wydobycie jej z szoku, powikłanego po kontuzjach przez zatrucie mocznicowe, nie było proste ani łatwe. Konsultacje z lekarzami urzędowymi i potajemne z lekarzami szpitala męskiego, leki przesłane przez zawsze ofiarnego mgra Bukowskiego, zmobilizowane dyżury dobowe lekarek z naszej celi, troskliwa opieka pielęgniarek, funkcyjnych porządkowych i współtowarzyszek z celi szpitalnej, a ponadto młody organizm Hanki - wszystko to sprawiło, że udało się wyrwać ją z niemal beznadziejnego stanu. Prawie codzienne punktowanie rozległych krwiaków zapobiegało ropieniu, delikatne, ciepłe kąpiele przyśpieszały wsysanie się wylewów. Rany powoli zaczęły ziarninować. Po paru tygodniach zjawili się w szpitalu gestapowcy z Szucha, referenci sprawy Hanki. Weszli do celi i stanęli przy łóżku Hanki; wielce zatroskani dopytywali się o jej zdrowie i... z ohydną czułością głaskali ją po twarzy, zapewniając, że dzięki tak dobrej opiece niedługo pewnie całkiem wydobrzeje. Hanka odwróciła twarz wykrzywioną bolesnym skurczem. Wyszli nie zadając jej żadnych pytań. Miała najgorsze przeczucia i kilkakrotnie zwierzała mi się z tego. Gdy usiłowałam przeczyć, uspokajała mnie prosząc, abym się nie martwiła. Nie myliła się, tak jak my wszystkie, które przeżyłyśmy tyle tragicznych wydarzeń. Kiedy przyszli po nią, wiedziałyśmy, w jaką drogę idzie. Jeszcze próbowałam ją reklamować tłumacząc, że jest niezdolna do przesłuchania... Odpowiedzieli, że to transport. Prosiłam, aby pozwolili jeszcze przez jakiś czas... Niestety, od tego transportu nie było reklamacji. Zabrano ją na noszach - nie wróciła. Celkówkę opatrzono potem literą „U” - Überführung. Została stracona w ruinach getta. Majora Pawłowicza po pewnym czasie wywieziono w niewiadomym kierunku - do innego więzienia. Alarmowe meldunki Hanki Krajewskiej nie pozostały na wolności bez echa: zdrajcę Eugeniusza Świerczewskiego, jak się później, jeszcze na Pawiaku dowiedziałam, dosięgła zasłużona kara za te i inne haniebne czyny.

W początkach 1944 roku, tuż przed apelem wieczornym, więźniowie w asyście gestapowców przynieśli na noszach do gabinetu zabiegowego młodą, przystojną blondynkę. Była nieprzytomna. Nosze ustawiono na podłodze. Gestapowcy podniesionym głosem domagali się, abym czym prędzej doprowadziła ją do przytomności, gdyż zaraz musi być przeniesiona do izolacji. Klękłam przy noszach i zaczęłam ją badać. Stwierdziłam brak tętna, osłuchowo ledwo słyszalne tony serca. Na grzbiecie, pośladkach, udach rozległe siniaki. Interwencja lekarska, jak zawsze w podobnych przypadkach, tak i teraz miała podwójne oblicze: z jednej strony stosowało się wszystko, aby ratować życie ofiary, z drugiej zaś strony robiło się wszystko, aby jak najdłużej ukryć przed okiem katów, że ofiara odzyskuje przytomność.

Gestapowcy bacznie obserwowali nasze poczynania. Marysia Kopeć wstrzykiwała zalecone środki nasercowe. Odstąpiłam od noszy oświadczając, że stan więźniarki jest bardzo ciężki i wymaga stałej opieki lekarskiej. Wściekłość gestapowców nie miała granic, ponaglali mnie wciąż krzykiem i w pewnej chwili kazali mi zapytać nowo aresztowaną, jak się nazywa. Nie mogąc zrozumieć sensu tego bzdurnego żądania, znów przyklękłam obok noszy. Akcja serca uległa znacznej poprawie, twarz zaróżowiła się nieco j wiedziałam, że dziewczyna odzyskuje przytomność. I gdy w myślach usilnie szukałam sposobu wyrwania jej z izolacji, gestapowiec stojący nade mną rzucił ostro: „Fragen sie einige Mal, wie heißt sie!”39. Nie wstając z klęczek, bardzo głośno zapytałam : „Jak się pani nazywa?”, a po cichu, udając, że powtarzam to samo pytanie, powiedziałam: „Niech się pani nie odzywa”. Dziewczyna nie zareagowała. Powtórzyłam tę grę jeszcze kilka razy. Milczenie więźniarki upewniło gestapowców, że nadal jest nieprzytomna, mnie zaś - że zostałam przez nią zrozumiana. Rozzłoszczeni, bełkocąc coś między sobą wyszli, uprzednio surowo nakazując, by więźniarki nigdzie nie przenosić z gabinetu zabiegowego; decyzja, gdzie ją umieścić, miała nadejść z Gestapo w Alei Szucha. Natychmiast po ich wyjściu chora otworzyła oczy, uśmiechnęła się i zapytana podała swoje nazwisko: Irena Grabowska. Słyszała i zrozumiała dobrze wszystko, co do niej mówiłam. Wyczuwając, że waha się, czy podać informacje dotyczące jej sprawy, powiedziałam krótko, że obie ryzykujemy jednakowo, bo się nie znamy, ale obie jesteśmy więźniarkami-Polkami, czasu nie ma, gestapowcy mogą zaraz wrócić. Obrzuciła mnie zmęczonym spojrzeniem, uśmiechnęła się z ufnością i podała adresy punktów, które należało ostrzec. Była nadal „nieprzytomna”, gdy wrócił wachmajster przynosząc zezwolenie na przyjęcie chorej do szpitala oraz jej dane personalne. Irena Grabowska z każdym dniem nabierała sił i zdrowia. Po tygodniu przyszli ją przesłuchać referenci. Trwało to krótko, około 15 minut. Potem już nie była przesłuchiwana. Dostawała grypsy; zaniepokoiłam się treścią jednego z nich, w którym rodzina zapewniała, że niedługo dzięki dużemu okupowi zostanie zwolniona... Ileż to razy zapewnienia tego rodzaju poprzedzały transport... egzekucję... Bałam się bardzo o Irenę, a ona z każdej takiej zapowiedzi czerpała na nowo radość życia i snuła projekty dalszej pracy konspiracyjnej w kontakcie z nami. Co dzień oczekiwała wolności. Przyszła jednak, jak mawiałyśmy, wolność wieczna... Któregoś dnia, w końcu kwietnia 1944 roku, wpadł do szpitala wachmajster Krüger z celkówką Ireny, kazał jej ubrać się i zabrać wszystkie rzeczy. Nie krzyczał, nie ponaglał, jak to zwykle robili gestapowcy. Zachowanie się wachmajstra wskazywało, że chodzi tym razem o zwolnienie. Kiedy ściskała mnie na pożegnanie, starałam się z nią cieszyć, ale nie potrafiłam: przeczuwałam, że biorą ją na rozstrzelanie. Po kilku godzinach dowiedziałyśmy się, że istotnie została stracona w ruinach getta. Na celkówce jej jak na tylu innych celkówkach - dopisano niewinną literę „U”. W szpitalu więziennym na Serbii Irena Grabowska, z zawodu dziennikarka, pisała wiersze. Jeden z nich, ofiarowany mi i pisany jej własną ręką, ocalał wśród niewielu pamiątek z Pawiaka:

Zgubiłam tu serce gorące,
39

Proszę kilkakrotnie pytać, jak się nazywa!

Na pewno jest ono wśród Was. Anioły białe, Siostry w mamrackich kubraczkach, Gwiazdy świecące nieznużenie nocą i dniem, Kwiaty kwitnące w murach, Klejnoty najcenniejsze w depozycie naszym, Miłuję Was za to - za co tu jesteście, Miłuję Was za to - że długo tu jesteście, Miłuję Was za to - czym tu jesteście: Oczami, które dojrzą każdy ból i każdą łzę, Uszami, które słyszą każdy jęk i każdą skargę, Ustami, które szepczą słowa pociechy i otuchy, Rękami matki, siostry, przyjaciółki najczulszej, Rękami, które opatrują, koją i pomoc niosą. Kocham Was, bo od dawna nie widziałyście: Osób sercu najbliższych i domu własnego, Sadów kwitnących wiosną, Łanów zbóż wyzłoconych słońcem, Łąk haftowanych kwieciem różnobarwnym, Lasu wymalowanego jesienią, Strugi przezroczystej, niebo odbijającej, i Grodu Syreniego, najpiękniejszego w świecie. Kocham Was, bo od dawna nie słyszałyście: Szumu lasu przed burzą i szmeru deszczu wśród liści, Kos dzwoniących w żniwa i przekomarzań żab w stawie, Rozhoworów ptasich i szczebiotu dzieci wolnych, Wieści codziennych, które obiegają miasto jak mewy okręt, Piosenek tkliwych a śmiałych z ust na usta przenoszonych, Tętna ulic „miasta i serc mieszkańców w jedno złączonych. Kocham Was, bo od dawna, od dawna: Ramiona Wasze nie objęły innych kochanych, Oczy nie utonęły w innych najpiękniejszych, Usta nie złączyły się z innymi najsłodszymi. Siostry z czerwonym krzyżem na sercu, Siostry spod znaku Orła Białego, Nie odstępujcie nas, Wspierajcie nas, Potrzebujemy Was.

Do dziś mam wyraźnie przed oczyma dwie postacie „ścisłych izolatek”: Jadwigi Kubiak (ps. Kuba) z celi nr 17 i dr Izabeli Łopuskiej, aresztowanej z fałszywą kennkartą jako Wolhyniendeutsche Marta Schulz, osadzonej w celi nr 18.

Obie aresztowano 15 V 1944 r. w punkcie kontaktowym VII oddziału Komendy Głównej AK, w mieszkaniu Janiny Walewskiej (ps. Hanka Gradomska) przy ulicy 6-go Sierpnia. W lokalu tym prócz wyżej wymienionych Gestapo aresztowało tego dnia także Hankę Gradomską, profesora SGH Andrzeja Bieńka (ps. Krawczyk), Jadwigę Kruszewską (ps. Wiga) i młodą dziewczynę zwaną Lalą. Marta Schulz i Kuba obarczone dowodową sprawą, znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, przywiezione do Gestapo w Alei Szucha targnęły się na życie zażywając truciznę: dobrze ukrytą nosiły ją zawsze przy sobie. Przewieziono je nieprzytomne do ambulatorium oddziału męskiego na Pawiaku; gestapowcy polecili lekarzom-więźniom ratować ich życie. Po udzieleniu pierwszej pomocy denatki - wciąż jeszcze nieprzytomne - przeniesiono na noszach do ambulatorium na Serbię. Dokładnie pamiętam dzień i porę tego dnia. Było to tuż przed wieczornym apelem, w dniu imienin pani Kossak-Szczuckiej, która w tym czasie przebywała w szpitalu. Gestapowcy - oficerowie wyższych rang - z niepohamowaną złością powiadomili mnie, że przepłukano denatkom żołądek, że Kubiak połknęła chyba cyjanek, gdyż z popłuczyn wydzielał się zapach migdałów, a Marta Schulz jakąś inną truciznę, bo żadnego zapachu nie było. Podali celkówki z nazwiskami. Teraz rozpoczęły się ostre, natarczywe ponaglania gestapowców. Stan obu, zwłaszcza Marty Schulz, był bardzo ciężki. Charczący oddech, słabo wyczuwalne, szybkie tętno, ledwie słyszalne tony serca. Gestapowcy nie odstępowali nas ani na chwilę, kontrolowali każdą ampułkę leku. Stan nie ulegał poprawia Oświadczyłam, że słaba jest nadzieja na uratowanie ich życia, i z całą premedytacją podkreśliłam, że w najlepszym wypadku - nawet gdyby zostały odratowane - mogą wystąpić różne komplikacje. Gestapowcy (jak się potem okazało, główni referenci sprawy) byli tak rozwścieczeni, że nawet między nimi doszło do gwałtownej wymiany zdań. Po chwili opuścili ambulatorium. Natomiast co kilkanaście minut wpadał tu będący na służbie wachmajster Schubert, przezwany Chińczykiem z powodu skośnych oczu. Schubert miał składać do Gestapo meldunki o stanie zdrowia obu aresztowanych. Całą noc bez przerwy dyżurowałyśmy na zmianę przy nieprzytomnych: Nono, Krysia Ossowska, Ania Sipowicz-Gościcka, i ja. Podczas mojego dyżuru przyszedł Chińczyk pytając o działanie i stosowanie przyniesionych leków, które skonfiskował z paczek więźniarskich. Dawałam mu wyjaśnienia w przystępnych, zrozumiałych dla niego słowach, odczytując etykiety leków w słabym blasku małej lampy i obserwując jednocześnie denatki. Nagle, w tym półmroku, ku memu przerażeniu poznałam w leżącej na kozetce i zwróconej do mnie profilem Marcie Schulz moją przyjaciółkę ze studiów, dr Izabelę Łopuską. Ani ja, ani Nono, ani Krysia, które także ją pamiętały, w pierwszych godzinach nie poznałyśmy jej, tak bardzo była zmieniona, my zaś tak bardzo pochłonięte myślą o ratowaniu człowieka i zyskaniu na czasie, żeby rozwikłać przyczynę tragedii i pomóc aresztowanym. Wstrząśnięta do głębi, z trudem maskując niepokój, tłumaczyłam dalej Chińczykowi sposób używania leków. Nareszcie wyszedł. Wpadłam do naszej celi, zbudziłam Krysię i Nono, prosząc, aby przyjrzały się dokładnie Marcie - teraz i one nie miały żadnych wątpliwości.

Dr Izabela Łopuska, świetnie zapowiadający się chirurg, pracowała pod kierunkiem dra Walca, ordynatora oddziału chirurgicznego Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie. W pierwszych dniach okupacji przystąpiła do pracy konspiracyjnej. W 1939 roku wielokrotnie przechodziła przez zieloną granicę na Węgry i już w początkach 1940 roku, po aresztowaniu dra Antoniego Motza (znany chirurg Szpitala Dzieciątka Jezus, niesłychanie odważny i bojowy konspirator, rozstrzelany 17 IX 1940 r. w Palmirach), poszukiwana przez Gestapo, zmuszona była ukrywać się i porzucić ukochany zawód; poświęciła się jedynie pracy w podziemiu. Kilka miesięcy ukrywała się u kolegi dra Natana (o czym mi później opowiadała). Gdy dr Natan, sam w ciężkich opałach, nie mógł jej dłużej u siebie trzymać, przeniosła się w początkach maja 1940 roku do mojego mieszkania przy ulicy Nowogrodzkiej. Tu, nie meldowana z przyczyn wiadomych, ukrywała się pod nazwiskiem Maria Kwiecińska, zmieniła częściowo wygląd zewnętrzny, z brunetki stała się platynową blondynką i zaczęła ubierać się, dla odmiany, bardzo jaskrawo. Oboje z mężem od dawna już siedzieliśmy po uszy w robocie konspiracyjnej. Mieszkanie firmowane przez nas, lekarzy, stanowiło świetnie zamaskowany lokal konspiracyjny, nie zwracało uwagi ani lokatorów domu, ani dozorcy, nawet wtedy, gdy wzmagała się przelotowość tzw. pacjentów, czyli członków organizacji. Z chwilą gdy na czas nieokreślony przyjęliśmy „spaloną” Izę pod nasz dach, zdwoiliśmy czujność i ostrożność. Po pewnym czasie powierzono Izie bardzo odpowiedzialne zadanie organizacyjne w środowisku wiejskim na terenie Rzeszy. O wyjazd do Niemiec na roboty musiała starać się przez Arbeitsamt. Przez wiele dni uparcie szturmowała biura Arbeitsamtu, którego polscy urzędnicy zawsze jak mogli chronili i ratowali każdego rodaka przed wyjazdem do Niemiec. Zdziwieni i zaskoczeni prośbą Izy, odradzali jej całym sercem wyjazd, proponując pracę w kraju; odrzucała każdą ofertę, wreszcie - grając znakomicie, iście po aktorsku swoją rolę - zaczęła ze łzami skarżyć się, że jest głodna, samotna jak palec, bez zawodu, ale za to silna i zdrowa, więc u bauera przez jeden rok dożywi się i nieźle zarobi. Takiego argumentu nawet życzliwi urzędnicy nie zdolni byli obalić. Po niesłychanych perypetiach w Arbeitsamcie uzyskała w końcu skierowanie do pracy u bauera i w przebraniu chłopki, objuczona bańkami z mlekiem i kobiałkami ze sprytnie w nich ukrytym materiałem konspiracyjnym, w lipcu 1940 roku wyjechała na roboty do Niemiec. Miała wrócić po 6 miesiącach do Warszawy, znów do nas. Z Niemiec napisała pocztówkę umówionym szyfrem. Tymczasem 24 XI 1940 r. ja i mój mąż zostaliśmy aresztowani. Pomijając cały dramat naszej sprawy, męczyła nas dodatkowo myśl o zbliżającym się powrocie Izy z Niemiec. Przez 3 miesiące mieszkanie nasze było pod stałą obserwacją Gestapo, o czym informowano mnie z zewnątrz. Nie znajdowałam sposobu ostrzeżenia Izy, nie znałam jej adresu w Niemczech, poza tym nie wiadomo było, czy i kiedy uda się jej wrócić z robót, co przecież nie należało do rzeczy prostych ani łatwych. Opatrzność tylko sprawiła, że po wykonaniu zadania przyjechała do Warszawy w lutym 1941 roku i szczęśliwie zatrzymała się u naszej wspólnej przyjaciółki, dr Janiny Szper-Kozłowskiej, która mieszkała bliżej dworca niż my. Od niej także dowiedziała się Iza o naszym losie. Wiadomość o pomyślnym powrocie Izy i o bezpiecznym miejscu jej pobytu przekazała mi już na drugi dzień Jasia Kozłowska przez zawsze ofiarną i uczynną felczerkę wolnościową, Jadwigę Popławską.

Przez długie lata w więzieniu miałam od Izy skąpe wiadomości, przysyłane w mikroskopijnych grypsach. Jak tysiące nieugiętych bojowników organizacji podziemnych, wiecznie tropionych przez Gestapo, nie miała ani swego nazwiska, ani zawodu, ani stałego dachu nad głową, a często też musiała „zmieniać” narodowość. Noc z 15 na 16 maja 1944 roku przypieczętowała nękające mnie stale obawy o Izbę. Przed świtem pierwsza odzyskała przytomność Kuba i można było częściowo nawiązać z nią kontakt. Niezadługo potem Marta miała krótką chwilę świadomości. Korzystając z tego, chciałam bodaj zorientować się, czy mnie poznaje. Zalotnie uśmiechnęła się (wpływ trucizny) i rzekła: „Aha, Hanka”. Gdy znowu uniosła powieki, zapytałam: „Czy wiesz, gdzie jesteś?”. „Tak” - odpowiedziała krótko, z pełną świadomością, i oczyma wskazała zakratowane okno naprzeciw. Stan fizykalny obu nie budził już obaw. Uratowane życie to największy sukces lekarza, ale czy również sukces w tak tragicznej sytuacji jak ta? Dziwne się to może wydawać, ale teraz, gdy wygrałam walkę ze śmiercią, nie odczuwałam tego jako zwycięstwa. Myśli kłóciły się z sobą i plątały krążąc dokoła ich niepewnego jutra, to znów wokół planów i możliwości dalszego ratowania nieszczęśliwych. Razem ze mną czuwała od kilku godzin Ania Sipowicz, najlepszy, najbliższy druh; jej obecność jak balsam koiła moją udrękę. Ania odgadła widocznie moje myśli i obie - zgnębione i milczące do tej pory - niemal równocześnie ocknęłyśmy się, aby bez słowa przystąpić do działania. Czasu było mało, zaraz rozlegnie się ostry dzwonek na ranny apel. Należało wydobyć maksimum wiadomości od Kuby i Marty, żeby przesłać je na wolność za pośrednictwem nocnej strażniczki Zosi Döllinger. Ania zbierała podawane w skrótach cenne informacje od bardzo wyczerpanej Kuby. Gorzej było z Martą. Podczas krótkich przebłysków jej świadomości uzyskałam ostrzeżenie dla punktów konspiracyjnych na zewnątrz i najważniejsze pierwsze informacje, wśród nich jedną ogromnie niepokojącą, która podważała zaufanie do młodej dziewczyny Lali, aresztowanej wraz z nimi. Kuba, przytomniejsza, od której można było dowiedzieć się więcej, podawała, że dziewczyna niestety nie znana jej z nazwiska - pełniąca dotychczas bez zarzutu funkcję „obstawy” jednej z łączniczek przenoszących zrzuty, widocznie „załamała się” od razu i zapewne zdradziła tajemnice konspiracyjne, na co wskazywało zachowanie się gestapowców podczas pierwszego przesłuchiwania Kuby. Ponadto dobre i grzeczne traktowanie Lali w Gestapo wyraźnie kontrastowało z brutalnością wobec pozostałych. Aby zyskać na czasie dla nawiązania kontaktu z wolnością i ostrzeżenia zagrożonych ludzi, należało za wszelką cenę odwlec przesłuchanie. Zaleciłam więc obu, by nadal były „nieprzytomne” przez 2, 3 dni. Dwie pary umęczonych oczu, w których od niespełna 2 godzin ponownie zatliło się życie, spoglądały na mnie z bezgraniczną ufnością; Kuba i Marta zasnęły spokojnie, tylko ich chrapliwe oddechy zakłócały ciszę. Wachmajster odbierający ranny apel wszedł z hałasem. Przeniesienie obu chorych z ambulatorium do szpitala mogło nastąpić - jak powiedział - dopiero po uzyskaniu zgody w Gestapo, i to z zastrzeżeniem, że będą umieszczone każda w innej celi szpitalnej. W godzinach rannych do szpitala przyszli gestapowcy - ci sami referenci - aby przesłuchać Kubę i Martę. Wyrazili niezadowolenie, gdy oświadczyłam im, że obie nadal są nieprzytomne. Nie drgnęły nawet, gdy gestapowcy wzywali je po nazwisku, szarpiąc brutalnymi łapami - blade, z zamkniętymi oczyma leżały nieruchomo, wzorowo „nieprzytomne”. Do następnego dnia zostawiono je w spokoju.

Nazajutrz powtórzyła się równie brutalna wizyta gestapowców. Ale już poprzedniego dnia poszły na wolność nowe, bardziej wyczerpujące informacje od Kuby i Marty. Wracały teraz do sił nad podziw szybko... Analizując i odtwarzając kolejno wszystkie fakty, przebieg aresztowania i pierwsze śledztwo w Gestapo, uzyskały całkowitą pewność, że bliższe szczegóły z ich sprawy wydała Lala, chociaż nie była bita. Obarczone materiałem dowodowym, rozszyfrowane, uznały dalszą obronę za niemożliwą i aby zamknąć krąg dochodzeń, usiłowały popełnić samobójstwo, co niestety zbyt wcześnie dostrzegli gestapowcy. Informacje dotyczące Lali spadły na nas jak grom z jasnego nieba. W ciągu długich lat więzienia dobrze poznałyśmy odwagę wspaniałych młodych i małoletnich więźniarek i więźniów, zrzeszonych w najróżnorodniejszych podziemnych organizacjach. W przeważającej części była to młodzież na pewno przedwcześnie dojrzała, rozumiejąca konieczność walki z wrogiem, niezwykle patriotyczna, bojowa, nie wahająca się przed największą ofiarą. Ujęci przez Gestapo młodzi zadziwiali nawet wroga swą nieugiętą postawą i nieraz wręcz heroicznym znoszeniem tortur. W odpowiedzi na stawiane im zarzuty milczeli lub uparcie negowali. W ogniu krzyżowych pytań nie dawali się zaskoczyć ani złapać na lep „dobrodusznych” obietnic (wolność za przyznanie się lub ujawnienie tajemnicy konspiracyjnej)... a w ostatnich chwilach swego życia z podniesionym czołem szli na śmierć. Cóż dziwnego, że byłyśmy teraz wstrząśnięte tym rzadkim przypadkiem zdrady?... Grypsy przyniesione w rannej poczcie przez Pajączka zawierały wiadomości o likwidacji „spalonych” lokali i ostrzeżeniu zagrożonych ludzi, argumenty obrony dla uwięzionych oraz prośbę o dalszą obserwację Lali i bliższe dane o jej zachowaniu się na Pawiaku. Tymczasem tego dnia koło południa przyszedł do szpitala wachmajster Rührenschopf (zwany przez więźniów Mussolinim z powodu wyraźnego podobieństwa do Duce), żądając, abym przygotowała łóżko w dużej celi szpitalnej nr 1. Nie podał nazwiska kandydatki na wolne łóżko, zaznaczył tylko, że ma ona „gute Behandlung”, że nie potrzebuję jej badać ani wciągać na listę chorych, bo pozostanie tu ledwie kilka dni. Było to wystarczająco jasne. Chodziło o umieszczenie wtyczki w szpitalu, gdzie leżały Marta i Kuba. Ale zapowiedziana osoba nie przyszła ani tego, ani następnych dni, a przygotowanego łóżka nadal nie wolno mi było oddać żadnej innej chorej. Po dwóch dniach Kuba i Marta, otrzymawszy dodatkowe instrukcje z wolności, zdecydowały, że dłużej nie mogą udawać nieprzytomnych. Dalsze reklamowanie z przesłuchań - mówiły - może przeciągnąć strunę, doprowadzić do wybuchu wściekłości zniecierpliwionych gestapowców, mnie zaś narazić na niebezpieczeństwo. Znalazłam się i ja w bardzo trudnej sytuacji; chciałam je chronić jak najdłużej przed przesłuchaniem, ale z drugiej strony obawiałam się, by gestapowcy, jak się to nieraz zdarzało, nie zabrali ich stąd na tzw. leczenie w Alei Szucha, po którym więźniarki najczęściej nie wracały. Pierwsze przesłuchanie Kuby w celi nr 3, a następnie Marty w celi nr 4 odbyło się „w rękawiczkach”.

Nazajutrz rankiem wpadli znowu do szpitala ci sami oficerowie Gestapo nakazując Kubie i Marcie ubrać się natychmiast. Tym razem byli rozjuszeni. Jeden z referentów, ponaglając zwłaszcza Martę, wrzeszczał jak szalony, że zakpiła sobie z nich, bo pod wskazanym przez nią adresem na Nowym Świecie znaleźli zwaliska gruzu, a kennkarta Wolhyniendeutsche budzi podejrzenia i zapewne okaże się, że jest fałszywa. Sytuacja Marty, już i tak dramatyczna w momencie aresztowania, skomplikowała się dodatkowo. Marta nie mogła podać prawdziwego miejsca zamieszkania. Była tam zameldowana pod innym nazwiskiem i od dłuższego czasu ukrywała wspomnianą już przyjaciółkę, lekarkę dr Janinę SzperKozłowską. Z całą świadomością i odrobiną nadziei, że może w stosunku do Wolhyniendeutsche Gestapo nie będzie zbyt dociekliwe, wymieniła pierwszy lepszy dom zbombardowany we wrześniu 1939 roku. Teraz zdała sobie sprawę, że wpadła w matnię. Dostrzegłam w jej oczach błysk przerażenia, które jednak natychmiast stłumiła. Na próżno oponowałam mówiąc, że nie można zabierać chorych ze szpitala w tak ciężkim stanie, wymagającym opieki lekarskiej. Krzycząc oświadczyli mi, że obie „bandytki” muszą być trzymane w ścisłej izolacji, ale nie będą pozbawione pomocy lekarskiej, której mam im w dalszym ciągu udzielać. To już było coś: oficjalny, przez gestapowców-referentów potwierdzony nakaz opieki lekarskiej nad izolatkami. Konwojowane przez wachmajsterkę zaniosłyśmy na noszach Kubę do celi izolacyjnej nr 17, Martę - do nr 18 na II oddziale. Drzwi tych cel opatrzone były napisem kredą „streng Isolation”. I teraz rozpoczęły się karkołomne sztuki z nawiązaniem konspiracyjnego kontaktu z celami 17 i 18, do których jako lekarz mogłam wchodzić oficjalnie dwa, a nawet trzy razy w ciągu dnia. Tu na krok nie odstępowała mnie straż gestapowska, najczęściej wachmajsterki asystujące przy badaniach, zabiegach lekarskich i przy czynnościach higienicznych (mycie, czesanie itp). Kuba po kilku dniach zdolna już była umyć się samodzielnie i uczesać. Marta, aczkolwiek słabsza od niej, symulowała i agrawowała zanik pamięci wstecznej. W kartach chorobowych kontrolowanych przez gestapowców opisywałam z całą skrupulatnością ten sfingowany stan. Prócz zaburzeń w systemie nerwowym odnotowałam powikłania nerkowe, na co wskazywała analiza moczu (fałszywa) dołączona wraz z innymi wynikami badań dodatkowych. Obie izolatki były co dzień wzywane do Gestapo. Co dzień też reklamowałam je jako niezdolne do przesłuchania. Pomimo to pewnego dnia zabrano Kubę. Z Gestapo wróciła potwornie zbita, z rozległymi siniakami na całym ciele. Wkrótce potem gestapowcy, nie wydobywszy z niej torturami pożądanych zeznań, umieścili w jej celi wtyczkę. Tego dnia wachmajsterka nie weszła ze mną do celi Kuby. Radość, że nareszcie swobodnie przekażę Kubie, a ona mnie, ważne informacje, szybko prysła z boku przy drzwiach siedziała młoda, ładniutka, na pozór bardzo sympatyczna blondynka lat około dwudziestu, schludnie ubrana, beztrosko zajadająca jakieś smakołyki z dużego kartonu rozłożonego na kolanach. Kuba, kiedy robiłam jej zastrzyk w udo, wskazała mi spojrzeniem młodą dziewczynę. Domyśliłam się, że to Lala. Nazajutrz zastałam ją w celi Marty. Ubrana w jasną, idealnie wyprasowaną bluzeczkę, ze starannie uczesanymi loczkami, jeszcze świeższa, jakby pachnąca wolnością, udawała, że grzebie w pudle z przysmakami, a jej niespokojne, ładne oczka zerkały ukradkiem to na mnie, to na

Martę. Tego dnia świadomie przedłużałam badanie lekarskie i zabiegi higieniczne, aby zdobyć konkretne dane, że chodzi tu istotnie o Lalę. W pewnej chwili, kiedy młoda osóbka podeszła do okna, odwracając się do nas plecami, a ja właśnie osłuchiwałam serce Marty, ta nachyliła się do mego ucha i szepnęła: „Uważaj, Lala”. Miałam więc ostateczne potwierdzenie moich domysłów. Sprawa porozumienia się z izolatkami stawała się coraz bardziej nagląca i coraz trudniejsza. Podanie czy odebranie grypsowych lub nawet ustnych informacji wydawało się wręcz niemożliwe. Ale właśnie teraz, tak jak to bywa podczas niebezpiecznej gry obfitującej w momenty ryzykowne, z niebywałą szybkością rodziły się nowe pomysły. Obu izolatkom stosowałam iniekcje z ogólnie wzmacniających leków. Kubie, która powoli zaczynała wstawać, przekazywałam grypsy, bibułkę i grafit wsunięte między płatki ligniny, znacząco i mocno przyciskając je w miejscu ukłucia. Odwrotną „pocztę” Kuba wrzucała szybko i zręcznie do kieszeni mego fartucha, w chwili gdy pochylałam się nad nią przy zabiegu. „Wrażliwa” na ból wachmajsterka odwracała wtedy głowę na ułamek sekundy. W wypadku Marty, niestety, nie mogłam tego zastosować, bo nadal była leżącą chorą (tak sama zdecydowała chcąc nabrać jak najwięcej sił). Gestapowcy bez przerwy obserwowali ją przez wizjerkę; w pozycji leżącej nie mogła zatem ani odczytać, ani napisać grypsu. Każdy drobny, nieopatrzny ruch mógł ją zdradzić. Należało więc obmyślić jakąś inną taktykę. Udając naiwną, zwróciłam się do wachmajstra, żeby drugiej funkcyjnej więźniarce zezwolił pomóc mi przy czynnościach nielekarskich (mycie, czesanie, podnoszenie chorych, słanie pryczy itp.) motywując to tym, że nie mam dość siły; istotnie, bardzo opadłam z sił, a obie izolatki, zwłaszcza Marta, tęga i dobrze zbudowana, ciężkie były do udźwignięcia. Wachmajster, widząc moje wysiłki (celowo w tym przesadzałam), długo opierał się, aż wreszcie pozwolił wziąć do pomocy Jadwigę Jędrzejowską z kolumny sanitarnej. Teraz rozpoczęła się wielka gra pełna napięcia i wymagająca od nas całego sprytu. W czasie moich czynności lekarskich Jadzia chytrze odciągała uwagę dozorców gestapowskich, to zachwycając się urodą wachmajsterek, to znów czule wypytując czubaryków i wachmanów o zdrowie, o rodziny itp. Ja zaś - gdy ona z kolei zajęta była toaletą chorych - zabawiałam ich najczęściej tematyką lekarską. W sprzyjającym momencie któraś z nas błyskawicznie przekazywała lub odbierała ustne czy grypsowe informacje od izolatki. Przez krótki okres, dopóki w celach izolacyjnych przebywała wtyczka, wszystkie zabiegi i czynności przy chorych wykonywałam z Jadzią Jędrzejowską pod nieobecność wachmajsterki. Lala, której nie udało się sprowokować ani obu izolatek, ani mnie i Jadzi, zniknęła nagle po kilku dniach z więzienia. Należało przypuszczać, że albo ją zwolniono, albo - po wydobyciu z niej cennych informacji - stracono. Gestapo nieraz pozbywało się w ten sposób niepotrzebnych już, a niewygodnych świadków. Rozwiązanie tej zagadki nie było łatwe. W ciągu tych niespełna dwóch tygodni Lala najczęściej przebywała poza więzieniem, na Serbii była właściwie tylko „gościem”, nie figurowała w spisie aresztowanych, nie włączono jej do stanu liczbowego więźniarek. Zdecydowałyśmy, że najlepiej zasięgnąć języka u samego źródła. Zapytałam więc wachmajsterkę, niby w trosce o los młodej więźniarki, którą widziałyśmy w celach izolatek, i otrzymałam suchą odpowiedź, że z braku dowodów winy została zwolniona. Było to dla nas ostatecznym potwierdzeniem, że odzyskała wolność w nagrodę za udzielone informacje, które wkrótce spowodowały kolejne aresztowanie Iwy Krugłowskiej z rodziną.

Jadzia i ja nadałyśmy meldunek na wolność, że Lali nie ma już na Pawiaku, oraz wiadomość uzyskaną podstępnie od wachmajsterki i powtórny opis zachowania się Lali na Serbii. Wiedziałam, że Marta i Kuba podczas swej ustawicznej, nerwowej pracy na wolności wypijały, jak to się mówi, morze kawy i brak jej tutaj odczuwały bardzo dotkliwie. Aby ulżyć im bodaj w części, pod pretekstem braku kofeiny w aptece na Serbii, zaparzałyśmy obu izolatkom pół czarnej. Kawę w niewielkiej ilości przemycały łączniczki zewnętrzne: Döllinger, Górnisiewicz i Adamska, a przede wszystkim Lola Danielewicz z Patronatu; dla zalegalizowania uzupełnianych braków przechowywałam podpisane przez komendanta Pietscha w 1943 roku zezwolenie na jednorazowe przesłanie przez Patronat kilograma kawy jako leku dla chorych. Strzegłam tego dokumentu jak oka w głowie. Aby nie wywołać sprzeciwu wrogich wachmajsterek, łakomie wciągających w nozdrza zapach kawy, przekupywałyśmy je dużo gorszą, małą porcyjką. Przez blisko dwa tygodnie Kuba i Marta były wzmacniane kawą, która narobiła też nie byle jakiego bigosu. Jedna z wachmajsterek „podkarmianych”, a raczej, „podpajanych” kawą (widocznie zbyt słabą) doniosła o tym rottenführerowi Rührenschopfowi. Pewnej pięknej czerwcowej niedzieli wezwał mnie Mussolini do gabinetu lekarskiego, gdzie już siedział władczo rozparty w fotelu za biurkiem. Kiedy stanęłam przed nim, chwilę patrzył na mnie groźnie i wreszcie ostro przystąpił do rzeczy: czy chodzę do izolatek nr 17 i 18 i czy podaję im kawę? Przytaknęłam, w głębi ducha oddychając z ulgą. Szybko i wyraźnie jak na ekranie filmowym zobaczyłam wszystkie sceny związane z kawą i równie szybko nasunął mi się plan obrony. Następne pytanie Mussoliniego brzmiało: skąd mam kawę? Wyjęłam z biurka dokument podpisany przez komendanta. Roześmiał się złośliwie, gdy spojrzał na datę sprzed roku. Był przekonany, że złapał mnie na gorącym uczynku. Nie dałam się zaskoczyć i spokojnie, choć szczerze mówiąc byłam bardzo zdenerwowana, wyjaśniłam mu, że dla lekarza kawa jest przede wszystkim lekiem, „zawiera bowiem kofeinę, której niewiele mam w innej postaci... musiałam bardzo oszczędnie gospodarować aż do teraz...”. Niezadowolony, ale już trochę przekonany, nie zaprzestał dalszych dochodzeń - zasypał mnie podchwytliwymi pytaniami: dlaczego odwiedzam izolatki kilka razy dziennie, czyżbym miała w tym jakiś ważny cel...? Aby wyrwać się ostatecznie z kręgu jego słusznych zresztą podejrzeń, przestałam udawać spokój i zareplikowałam gwałtownie, że jeśli ma jakieś zastrzeżenia w stosunku do mnie, to od dzisiejszego dnia noga moja więcej tam nie postanie, lecz muszą być o tym powiadomieni gestapowcy z Szucha, referenci sprawy obu izolatek, którzy nakazali mi opiekować się ich stanem zdrowia. Chwyciło. Mussolini, pokonany moim oświadczeniem, zaczął się wycofywać i w końcu orzekł, iż wobec tego muszę nadal czuwać nad izolatkami i mogę stosować według swego uznania wszystko, co trzeba. Wspólnie z Jadzią już bez większej obawy stosowałyśmy „co trzeba”. Kuba kilkakrotnie była wzywana w Aleję Szucha. Determinacja tej ładnej, młodej kobiety, z której ani okrutne tortury, ani obietnice wolności nic nie wydobyły, doprowadzała oprawców do szału. Martę parokrotnie reklamowałam jako niezdolną do przesłuchania. Każdy dzień spokoju stanowił dla niej poniekąd pewną wygraną. Był koniec maja 1944 roku i rosły nadzieje na bliską i ostateczną klęskę hitlerowską, gdy pewnego dnia zostałam wezwana wraz z Martą, niesioną na noszach, do kancelarii Pawiaka. Mnie pierwszą wzięto na przesłuchanie. Tonem ostrym i pełnym pogróżek pytano o Martę: dlaczego nie wyzdrowiała i czym się truła? Posługując się umyślnie językiem fachowym, powiedziałam, że w

żadnym wypadku nie potrafię stwierdzić, jaki to był środek, ale spowodował zaburzenia układu nerwowego z następowym zanikiem wstecznej pamięci oraz powikłanie nerkowe. W krótkich słowach opisałam stan Marty, dodając, że nie mogę z pacjentką nawiązać żadnego kontaktu, nie pamięta bowiem, jak się nazywa, ani ile ma lat i gdzie mieszka, nie wie także, gdzie się teraz znajduje. Wreszcie z całą stanowczością oznajmiłam, że stosowane leki na pewno wkrótce przyczynią się do wyraźnej poprawy jej stanu ogólnego, zwłaszcza psychicznego. Po tym wyjaśnieniu kazali mi opuścić pokój. Marta wniesiona na noszach zachowywała się zgodnie z moją diagnozą. Gestapowcy zapowiedzieli, że zabiorą ją do swego szpitala. Po 10-minutowym przesłuchaniu przeniosłyśmy Martę z powrotem do celi nr 18. W kilka godzin później przyjechał z Gestapo dr Bomeier i po zbadaniu Marty poparł moją hipotezę. Marta jasno zdawała sobie sprawę, że sytuacja przedstawia się groźnie, zwłaszcza po częściowym udowodnieniu jej fałszywych zeznań. Wiedziała, że ją czekają niewątpliwie ciężkie przesłuchania. Pozostawiona w samotności, świadoma swego losu, zmieniła się w ciągu kilku godzin. Jej czarne jak węgiel, żarzące się oczy odzwierciadlały całkowite przeobrażenie wewnętrzne. Z dziwnym spokojem i w wielkim napięciu nerwów czekała na ponowne wywołanie. Nie potrafię opisać, co przeżywałam patrząc na nią i wiedząc, że w niczym już nie mogę jej pomóc. Pewnego dnia zabrano Martę na noszach do Gestapo. Przez długie tygodnie na drzwiach jej pustej celi widniały kredą napisane słowa: „Zum Verhör” - na przesłuchaniu. Dnia 24 VII 1944 r. w godzinach rannych gestapowcy przyszli po Kubę - Jadwigę Kubiak rozstrzelano w ruinach getta. Traciłyśmy nadzieję, że Marta wróci, że żyje, gdy nagle, 26 VII 1944 r. około godziny 9 rano, wpadła z radosną wiadomością Jadzia Jędrzejowska: Marta wróciła z Gestapo i jest w celi ogólnej na II oddziale! Co tchu pobiegłam do niej. Zobaczyłam cień człowieka. Chuda, szara, przygarbiona - straciła chyba około 20 kilogramów. W skrócie telegraficznym rzuciła kilka zdań: „Tu jak w domu, tam strasznie, wieszali za ręce; podaj, że nic nie wydałam, uspokój wolność... boję się o was. Mówili, że dostawałam grypsy... Strzeżcie się...”. (Gestapowcy, licząc na załamanie więźniów, bardzo często wmawiali im to, aby wyśledzić drogę grypsów.) Nie dokończyła... Z hałasem otworzyły się drzwi celi, weszła wachmajsterka, która, jak się okazało, przez omyłkę umieściła Martę w celi ogólnej, i ryknęła: „Jak się nazywasz?”. Marta, jeszcze bledsza, wstała i zameldowała głośno: „Schulz Marta... dr Łopuska Izabela”. Zamarłam na dźwięk jej prawdziwego nazwiska. Marta-Iza została ponownie osadzona w celi nr 18. Jeszcze raz, podczas krótkotrwałej nieobecności wachmajsterki udało mi się dotrzeć pod wizjerkę celi Marty. Usłyszałam wtedy do końca jej relację z ostatniego przesłuchania: powieszona za ręce i godzinami poddawana tym nieludzkim torturom, nie wytrzymała wreszcie i sypnęła - samą siebie. - Tylko siebie... - mówiła - daj znać, żeby byli spokojni... boję się o was... powiedz, co z Kubą?... prawdę, co z nią?

Skłamałam bez zająknienia: - Jest... trzyma się dzielnie, wciąż pyta o ciebie. Odskoczyłam od wizjerki. Stojąca na czatach Jadzia sygnalizowała zbliżanie się gestapowca. W godzinę potem widziałam jeszcze raz Izę z okna szpitala. W grupie 6 kobiet szła ostatnia, tuż za Marią Jasińską - Małgorzatą Fornalską. Wraz z nimi została rozstrzelana w gruzach getta. Zdrada Lali przyniosła dalsze ofiary. Janinę Walewską, ps. Hanka Gradomska, aresztowano z ciężkim dowodowym materiałem (w czasie szczegółowej rewizji w mieszkaniu Gestapo znalazło broń, pieniądze w „młynarkach” i obcej walucie, głównie ze zrzutów). Na Szucha usiłowała popełnić samobójstwo. Osadzona w Gestapo w celi izolacyjnej, potwornie torturowana w czasie przesłuchań, została zamordowana, o czym poinformowały mnie jej współtowarzyszki. Profesor SGH Andrzej Bieniek, ps. Krawczyk, katowany w bestialski sposób na Szucha, został 26 VII 1944 r. rozstrzelany w ruinach getta. Z grupy niezwykle wartościowych bojowników podziemia, aresztowanych 15 V 1944 r., jedynie Jadwiga Kruszewska, ps. Wiga, uniknęła tragicznego losu. Ocalenie jej należy przypisać wyjątkowym okolicznościom: dowody rzeczowe (tajne notatki, komunikat radiowy), znakomicie ukryte w torebce Wigi pod podszewką, nie zostały zauważone przez gestapowców przeprowadzających rewizję jeszcze w mieszkaniu Janiny Walewskiej. Swą obecność tam Wiga tłumaczyła bardzo prawdopodobnie, że przyszła do Walewskiej jako do poleconej krawcowej. „Kompromitującego” materiału pozbyła się z torebki dopiero w Gestapo. Stojąc w szeregu więźniów na długim korytarzu znalazła się obok Izy, która korzystając z zamieszania wzięła od niej komunikat radiowy, mówiąc, że jeden dowód więcej i tak już nie zmieni jej sytuacji, a Wigę może to uratować. Część pozostałych papierów obciążających Kruszewska zdążyła zjeść, te, których nie mogła przełknąć (na skutek emocjonalnej suchości jamy ustnej), zniszczyła w ubikacji. Również tylko przypadek sprawił, że Wiga - mając dłuższą przerwę w pracy konspiracyjnej z powodu ciężkiej choroby i śmierci ojca - nie była „sypana” przez Lalę, która pełniła funkcję obstawy łączniczki i nie wiedziała nic o jej poprzedniej „robocie”. Ponadto należy podkreślić, że żadna ze współaresztowanych mimo okrutnych przesłuchań nie wmieszała Wigi do sprawy i nie przyznała się do znajomości z nią. Jadwiga Kruszewska, po odbyciu kwarantanny zatrudniona na funkcji w kąpielowym, pracowała z całym zapałem i dużą odwagą, wykorzystując kontakt z więźniarkami. Wielokrotnie odbierała i niszczyła materiał obciążający nowo aresztowane. Dnia 22 VII 1944 r. została zwolniona z więzienia. Aresztowanie Iwony Krugłowskiej (z domu Rosen, ps. Iwa), działaczki VII Oddziału Komendy Głównej AK, wiąże się z poważną wsypą, która miała miejsce 15 V 1944 r. przy ulicy 6-go Sierpnia; wówczas to właśnie aresztowano również Lalę. Jak już wspomniałam, informacje zdobyte 16 maja o świcie od półprzytomnych, tragicznych denatek Kuby i Marty przez Anię Sipowicz-Gościcką i przeze mnie, przesłane jako alarmowe ostrzeżenie za

pośrednictwem Zosi Döllinger na wolność, w znacznej mierze przyczyniły się do ocalenia pozostałych członków organizacji, magazynów broni i sum pieniężnych (pochodzących głównie ze zrzutów), które wpadłyby w ręce Gestapo. Odważni i bojowi ludzie podziemia zdołali w samą porę przenieść broń, amunicję i pieniądze w bezpieczne miejsce. Niestety, tak się stało, że Iwa Krugłowska, która również dostała ostrzeżenie od swych władz organizacyjnych, w tak niesłychanie krótkim czasie nie zdążyła, ze względu na liczną rodzinę i lokatorów, opuścić mieszkania. Wyniosła jedynie ze skrytek pieniądze zrzutowe, tajną korespondencję i inne ważne dokumenty. O przybyciu Iwy Krugłowskiej na Serbię powiadomiła mnie Zosia-Pajączek, pełniąca służbę w łaźni. Wykorzystałam sposobną chwilę, aby dotrzeć do kąpielowego. Iwa, drobna brunetka o skupionej, kamiennej, szaroziemistej twarzy, wyglądała żałośnie. Liczne czerwone pręgi i siniaki na jej wątłym ciele świadczyły o pierwszym, brutalnym przesłuchaniu. Iwa podała, że 18 V 1944 r. przyszło do jej mieszkania przy ulicy Piusa Gestapo w towarzystwie Lali aresztowanej trzy dni przedtem. „Sypnięta” przez nią Iwa powiedziała, że jej nie zna (znały się dobrze z pracy konspiracyjnej). Była bardzo bita, jeszcze w mieszkaniu, zwłaszcza gdy przy szczegółowo prowadzonej rewizji znaleziono w meblach opróżnione już skrytki. Prócz Iwy aresztowano wszystkie osoby znajdujące się w domu: matkę, przyrodnią siostrę, ojczyma oraz dwie lokatorki. Z całej rodziny ocalał jedynie przyrodni brat Iwy, Olgierd Sawicki, który w krytycznej chwili był poza domem. Mimo fatalnej sytuacji Iwa trzymała się nad podziw dzielnie. Zdawałam sobie sprawę, że w najbliższych dniach wezwą ją na Szucha. Ze względu na jej stan fizyczny chciałam ją niezwłocznie przenieść do szpitala, co ułatwiłoby reklamowanie z przesłuchań. Wyjaśniłam jej wszystko, prosiłam, nalegałam, ale Iwa, choć szczerzy wzruszona, stanowczo odmówiła. Bała się o matkę i siostrę, pragnęła być razem z nimi. Umieszczona w jednej z cel kwarantanny pod troskliwą opieką lekarską dr Ludki Tarłowskiej, została na rozkaz Gestapo odizolowana jako getrentka od matki i siostry. Spotykała je na spacerach, wtedy ukradkiem mogła z nimi porozmawiać i pocieszyć je. Tajną drogą przez Pajączka natychmiast wyszły z więzienia na wolność meldunki o okolicznościach aresztowania Iwy i o toku przesłuchań; z wolności odwrotną pocztą przyszły wskazówki oraz ważne i pokrzepiające informacje. Prawie codziennie Iwę wożono do Gestapo. Po każdym badaniu wracała jeszcze bardziej zmaltretowana. W krzyżowym ogniu pytań, znosząc nieludzkie tortury, tłumaczyła się rozsądnie, że meble kupiła od handlarza na Bagnie, a o skrytkach dowiedziała się dopiero od gestapowców, którzy je znaleźli... Wyczerpana fizycznie i nerwowo, uległa wreszcie moim prośbom; bezpośrednio z kwarantanny udało mi się przenieść ją do szpitala. Tu była reklamowana wielokrotnie z przesłuchań; w atmosferze względnego spokoju, troskliwej pielęgnacji i więźniarskiej życzliwości stopniowo odzyskiwała dawny hart, siły i odwagę. Tajnie kontaktowała się z matką i siostrą, które jako chore sprowadzane były przez kolumnę sanitarną na badania lekarskie do szpitala. Pewnego dnia, niby uosobienie furii, wpadła do szpitala wachmajsterka z celkówką Iwy, aby ją zabrać na przesłuchanie. Żadne nasze reklamacje ani prośby nie zostały tego dnia uwzględnione. Późno po wieczornym apelu przyniesiono na noszach Iwę w stanie szoku, ciężko pobitą, z obrzękłą, pokrwawioną twarzą, z rozległymi siniakami, ranami tłuczonymi i szarpanymi na grzbiecie i udach.

Podczas tego ostatniego badania, gdy biciem nic z niej nie mogli wydobyć, użyli gestapowscy kaci perfidnej tortury. Zakładali jej maskę przeciwgazową ze złym pochłaniaczem, potem puszczali przez ciało ofiary prąd elektryczny, a kiedy dusząc się, nieprzytomna spadała z krzesła, polewano ją wodą, kopano, bito i znowu duszono. Lecz i ta metoda nie odniosła żadnego skutku. Iwa straciła przytomność... nie wydała żadnej tajemnicy. Potwierdzał to fakt, że nie było nowych aresztowań w jej sprawie. Nieszczęsna mogła leżeć tylko na brzuchu. Stasia Wójcik, Marysia Kopeć i Nata Filipińska przenosiły ją ostrożnie na prześcieradłach do ciepłej kąpieli, która koiła bóle i ułatwiała wsysanie wylewów krwawych. W czasie tych zabiegów Iwa czytała przychodzącą do niej tajną pocztę, pisała grypsy. Grypsy jej zawierały bardzo wyczerpujące informacje z przesłuchań, wyrażały niepokój o rodzinę, lęk o konspiracyjnych przyjaciół z wolności, zwłaszcza o tych, których znała Lala. Grypsy Iwy były zawsze pogodne, uspokajające, Do swej konspiracyjnej przyjaciółki Ireny Weberowej pisała słowa pełne otuchy: „Wy tam, na wolności, nie macie pojęcia, na jakiej płaszczyźnie są tu nasze przeżycia. Nie żałuję, że tu jestem...”. Między Iwą i mną rychło nawiązała się serdeczna przyjaźń. Może nic tak nie łączy ludzi, jak wspólnie przeżyte chwile grozy i cierpień. Wieczorem po apelu, do późnej nocy, gdy Iwa nie mogła zasnąć, siedziałam przy jej łóżku i prowadziłyśmy szeptem nie kończące się rozmowy. Zwierzała mi się, że tęskni do pracy w podziemiu, której bez reszty była oddana, że wierzy w nadchodzącą jutrzenkę Wolnej Polski - tak bardzo pragnęła jej doczekać. Otwarcie jednak mówiła, że nie ma złudzeń, że nie weźmie już udziału w budowie szczęśliwego jutra. Duchowo przygotowana do rozstania się z życiem, ze stoickim spokojem przyjęła ostatnie wezwanie z Gestapo, przed którym już ani zły stan zdrowia, ani reklamacje lekarskie nie zdołały jej ochronić. W drugiej połowie lipca 1944 roku zabrano ją ze szpitala na noszach i rozstrzelano w ruinach getta. (Halinę Sawicką, matkę Iwy, zwolniono 31 VII 1944 r.; zginęła pod gruzami w czasie Powstania. Joannę Sawicką, siostrę przyrodnią Iwy, wywieziono ostatnim transportem z Pawiaka 30 VII 1944 r. do Ravensbrück, gdzie zmarła. Lech Sawicki, ojczym, wywieziony do Groß Rosen, zmarł. Dwie lokatorki, aresztowane w mieszkaniu Iwy, po przesłuchaniu zostały zwolnione.) Dwudziestoletnią Krystynę Matysiak aresztowało Gestapo w końcu czerwca 1944 roku w Salomei pod Warszawą, wraz z matką Adelą i ojcem Józefem. Józef Matysiak został zastrzelony podczas próby ucieczki przy aresztowaniu. W mieszkaniu Matysiaków wykryto podsłuchem z samolotu radiową stację nadawczo-odbiorczą, którą obsługiwała jako radiotelegrafistka Krysia Matysiak. W czasie wielokrotnych badań w Gestapo męczono ją i bito. Po jednym z przesłuchań - w okrutny sposób zmaltretowana i wyczerpana krańcowo - została przyniesiona na noszach do szpitala na Serbię. Stan młodziutkiej, drobnej dziewczyny, jak wszystkich w takich razach, był tragiczny. Rozległe siniaki, krwawiące rany, powstałe na skutek użycia wyrafinowanych narzędzi tortur, świadczyły o nieugiętości więźniarki. Mimo reklamacji lekarskiej w dalszym ciągu zabierano ją do Gestapo, skąd wracała z nowymi dowodami bestialskich badań. Po pewnym czasie Gestapo przestało wzywać Krysię. W tym okresie powoli wracała do równowagi fizycznej, zachowując niezwykłą pogodę ducha; na ładniutkiej dziewczęcej buzi zakwitł jasny, promienny uśmiech. Na tajnie w szpitalu zorganizowanych spotkaniach z matką,

która zdawała sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazły się obie, Krysia pocieszała ją i podnosiła na duchu. Dnia 26 VII 1944 r. Krysia i jej matka, która w ogóle nie była przesłuchiwana, zostały rozstrzelane w ruinach getta. Jak się później dowiedziałam, Krysia od chwili powstania PPR była jej czynnym członkiem; przeszkolenie radiotelegrafistki przeszła pod kierunkiem Marysi Rutkiewicz. Dr med. Janina Kuhmajer-Węgrzynowska, ofiarny lekarz i społecznik, była aresztowana wiosną 1941 roku pod bardzo ciężkim zarzutem. Katowana w Alei Szucha zachowała mocną, godną postawę. Po zakończonym śledztwie robiliśmy usilne starania o zatrudnienie dr Kuhmajer na funkcji lekarza, na co Gestapo nie udzieliło zgody. 22 IX 1941 r. została wywieziona do Ravensbrück. Janinę Śledziewską aresztowano wiosną 1944 roku. Po przesłuchaniu w Gestapo została przyniesiona na noszach do szpitala. Stan jej był przerażający. Na skórze nie było wolnego miejsca od pobicia. Pośladki wyglądały jak masa krwawego mięsa. Leżała w potwornych cierpieniach na brzuchu, podpierając się łokciami. Zmasakrowane tkanki ulegały zgorzeli. Wychudła, szara, jakby zamknięta w sobie, cierpiała bardzo. Wzbudzała ogólny podziw, gdy bez jęku znosiła bolesne, długo trwające opatrunki. Powoli narastała świeża bliznowata tkanka, zniekształcając nieodwracalnie ciało ludzkie. Zupełnie nieoczekiwanie, 31 VII 1944 r., podczas likwidacji Pawiaka została zwolniona. Helena Wądołowska, bardzo dzielna, młodociana więźniarka, nie załamała się na przesłuchaniach w Gestapo pomimo ciężkich tortur. Wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r., tam została rozstrzelana. W drugiej połowie stycznia 1944 roku zostały aresztowane dwie siostry Fok-Dobrowolskie: Jadwiga, zwana Dzidzią, lat 23, i Zofia, lat 20; obie łączniczki Oddziału Dywersyjnego AK, batalionu „Baszta”. Sprawa miała charakter poszlakowy. W czasie szczegółowej rewizji w ich mieszkaniu przy ulicy Śniadeckich Gestapo nie znalazło żadnego materiału dowodowego. Pomimo to od razu na miejscu rozpoczęło się ostre przesłuchanie trwające kilka godzin. Na obie siostry posypały się razy gestapowskie, zwłaszcza znęcano się nad Jadwigą. Gdy zmaltretowana zwaliła się na podłogę, pastwili się nad nią dalej, w nieludzki sposób, kopali w głowę, a potem unosząc ją za szyję tłukli głową o deski podłogi. Po pewnym czasie gestapowcy wprowadzili dwóch młodych chłopców. Jeden z nich słaniał się, ale wszedł jeszcze o własnych siłach, drugiego wlekli gestapowcy i rzucili bezwładnego na stojącą opodal kanapę. Był potwornie zbity, krew ciekła mu z twarzy i rąk. Siostry poznały, że jeden z chłopców był u nich niedawno. Przyniósł wtedy jakąś paczkę w zastępstwie umówionego łącznika, który nie mógł przyjść sam. Nieufne i ostrożne, widząc nie znanego i nie sygnalizowanego osobnika, odmówiły przyjęcia paczki, którą też zabrał odchodząc. Nastąpiła konfrontacja. Żadna ze stron nie przyznała się do znajomości. Zaprzeczyli kategorycznie, że się kiedykolwiek widzieli. Chłopców wyprowadzono; dalsze ich losy nie są wiadome, siostry bowiem nie znały ich nazwisk. Dzidzia i Zosia, przewiezione na Pawiak, trzymały się niezwykle dzielnie. Zosia, urocza blondynka, bardzo żywa, szybko wróciła do zdrowia. Dzidzia, sympatyczna ciemna szatynka, przybyła w dużo

gorszym stanie, z posiniaczoną obrzękłą twarzą; była poważna, skupiona wewnętrznie. Długie tygodnie przeleżała w celi szpitalnej nr 1. Cierpliwie, bez skarg znosiła dokuczliwe bóle głowy i kręgosłupa, zwłaszcza odcinka szyjnego, wynikłe z powodu doznanych obrażeń. Następne, a zarazem ostatnie przesłuchanie, które odbyło się w dawnej kaplicy na męskim Pawiaku, miało charakter dużo łagodniejszy - mimo gróźb i krzyków; już ich jednak nie bito. Młode, pełne wdzięku, zahartowane przez tamte ciężkie doświadczenia, nabywszy jeszcze większej odporności psychicznej w więzieniu, odważnie zeznawały i zdecydowanie zaprzeczały stawianym im zarzutom. Z przesłuchania wróciły uśmiechnięte. Obie były z siebie zadowolone, ponieważ w czasie męczących, podchwytliwych badań gestapowcy nic z nich nie wydobyli i niczego im nie udowodnili. Dnia 16 III 1944 r transportem do Ravensbrück w grupie ponad 60 więźniarek wywieziono Zosię. Dzidzię, przebywającą jeszcze w szpitalu, udało mi się wyreklamować. Nie powiodły się już dalsze reklamacje. Dnia 6 IV 1944 r. z grupą ponad 50 więźniarek wysłano ją do Ravensbrück. Obie przeżyły szczęśliwie obóz. Wandę Zieleńczyk (Dziulę), aktywistkę PPR i ZWM, aresztowało Gestapo latem 1943 roku w domu przy ulicy Koszykowej, wraz z matką, ojcem Adamem Zieleńczykiem, profesorem filozofii Wolnej Wszechnicy w Warszawie, i siostrą Jadwigą Zieleńczyk-Kocan, mgr praw - również aktywnymi członkami tajnej organizacji PPR. Dowiedziawszy się o nowo aresztowanych, natychmiast skontaktowałam się z Jadzią Kocan, którą znałam, z lat studenckich. Na tym pierwszym, trwającym ledwie minutę spotkaniu Jadzia w kilku słowach przekazała mi najważniejsze informacje dla wolności. Prócz rodziny Zieleńczyków Gestapo aresztowało grupę aktywistów PPR. Wśród nich znalazły się Maria Jaszczuk i dr Alina Tetmajer, o których wspominam w rozdziale „Izolatki”. Przez łączniczki funkcyjne z kolumny sanitarnej, Agnieszkę Biegańską, Jadwigę Jędrzejowską i szpital uzgodnione zostały zeznania współaresztowanych, a przez łączniczkę zewnętrzną informacje od nich poszły na wolność. Jadzia Kocan, zapisywana niemal codziennie przez funkcyjną z kolumny sanitarnej jako chora do lekarza, powiadamiała mnie o toku przesłuchań w Gestapo. Żyła w ogromnym niepokoju o los najbliższych, zwłaszcza o młodszą siostrę Dziulę, wzywaną bardzo często do Gestapo. Dziula, poddana pewnego dnia okrutnym badaniom gestapowskim, wróciła na Serbię nieludzko pobita. Umieszczona w szpitalu, wielokrotnie była reklamowana z przesłuchań. Była bardzo dzielna, cierpienia fizyczne znosiła z wielką pogodą, krzepiąc dobrymi słowami i matkę, i siostrę, którym organizowałyśmy tutaj tajne spotkania. Odzyskawszy siły, śpiewem umilała smutne życie chorych więźniarek. Śpiewała kujawiaki i partyzanckie piosenki, których wielu była autorką. Jej ładny, dźwięczny głos przenikał do sąsiednich cel. Dnia 28 VIII 1943 r. zabrano ją ze szpitala i umieszczono w celi śmierci, gdzie znajdowały się już jej matka i siostra, wszystkie dodatkowo „obciążone niearyjskim pochodzeniem”. Po paru godzinach matkę i córki gestapowcy wyprowadzili z celi śmierci. Echa salw doszły nas z głębi ruin getta...

W październiku 1943 roku gestapowcy przyprowadzili na Serbię młodą, niezwykłej urody dziewczynę, Sławę P. Bezpośrednio po przywiezieniu z Szucha umieszczono ją w celi izolacyjnej najpierw na III, później na II oddziale. Po paru dniach wystąpiły u Sławy typowe objawy schizofrenii. Mimo usilnych starań lekarzy nie uzyskaliśmy zgody komendanta Pawiaka na przeniesienie jej do szpitala więziennego. Stan psychiczny chorej pogarszał się w szybkim tempie. Skakała do wysokiego okienka, czepiała się krat, wyczerpana fizycznie padała na podłogę, tłukąc się niemiłosiernie. Gestapowcy, obserwujący ją przez wizjerkę, śmieli się do rozpuku i ustawicznie ją drażnili; sprowadzali też wilczura i mieli zabawę patrząc, jak ta chora, udręczona kobieta broni się przed kłami psa, który na jedno słowo swych panów: „Häftling”40 gotów był rozszarpać człowieka. Pewnej nocy od strony podwórza spacerowego usłyszałyśmy warczenie, ujadanie psów i nieludzki krzyk kobiety. Dopadłam do okna i zobaczyłam Sławę szamoczącą się z psem oraz kilku gestapowców. Przez furtkę weszli na dziedziniec gospodarczy i po chwili usłyszałam huk żelaznych drzwi; wywnioskowałam z tego, że Sławę zamknięto w karcu. Następnego dnia, gdy wachmajster wpuścił mnie do karcu, Sława w postrzępionej i pokrwawionej odzieży robiła wrażenie zdziczałej. Szarpała mundur wachmajstra Ukraińca, łapczywie porwała posiłek, który jej przyniosłam, i rzuciła nim w wachmana - szczęściem był to Miluszko, jeden z nielicznych ludzkich wachmajstrów wśród załogi Ukraińców (był medykiem, jak podawał) i zbagatelizował jej wyczyn. O tym, co zaszło tej nocy, opowiedziałam drowi Śliwickiemu. Długo nalegaliśmy, nim nareszcie gestapowcy zezwolili na zabranie Sławy do szpitala. W dalszym ciągu była w stanie silnego podniecenia. Na leki uspokajające reagowała słabo. Trzeba było wciąż ją pilnować, ani na chwilę nie zostawić samej, bo w mgnieniu oka zrywała się z łóżka, zaczynała biegać, skakała rzucając się do krat okienka, przewracała się i tłukła, nie pozwoliła nikomu zbliżyć się do siebie, pluła, gryzła. Chorym w takim stanie zakłada się w szpitalu kaftan bezpieczeństwa... Owszem, kaftan taki, dobrze ukryty przez polską służbę więzienną, był na Serbii, ale nawet w tym koniecznym przypadku nie mógł być użyty. Gdyby gestapowcy dowiedzieli się o jego istnieniu, używaliby go na pewno do swoich celów. Sławę należało chronić nie tylko przed gestapowcami, ale i przed krzywdą, jaką mogła samej sobie wyrządzić. Musiałyśmy ją obezwładnić i przywiązać do łóżka. Zrobiłyśmy szerokie, długie szarpie z mocnego płótna, których dostarczyła nam pani Danielewicz, i metodą opasania przez łóżko przewiązałyśmy ręce i nogi chorej. Początkowo próbowała się wyrwać, wypluwała podawany jej posiłek, prowadziła urojone rozmowy po francusku; po chwilach pozornego uspokojenia przychodziły dużo cięższe napady. Prężąc się w pozycji leżącej, donośnym głosem, jakby składała meldunek stojąc na baczność, wymieniała różne imionapseudonimy, wśród których najczęściej powtarzało się imię Józef. Na sam dźwięk tego imienia przestawała być agresywna, zaczynała jeść i przyjmować leki, pozwalała się umyć, można było ją wtedy oswobodzić z szarpi. Pytała o Józefa i składała meldunki nie tylko którejś z nas, ale również wachmajstrom. Gestapowcy, zawsze ogromnie podejrzliwi, nie wierzyli w jej chorobę i próbowali wyciągnąć od Sławy bliższe szczegóły o osobach wymienianych przez nią. Musiałyśmy się dobrze gimnastykować, aby przede wszystkim nie dopuścić do ewentualnych dalszych wypowiedzi Sławy. Prześcigając się w pomysłach kierowałyśmy rozpoczętą rozmowę na tematy lekarskie, kładąc wszystko na karb istotnej choroby. Chyba wreszcie uwierzyli, ale przychodzili nadal często; pozbawieni wszelkich uczuć ludzkich, zrobili sobie widowisko z cudzego nieszczęścia. Choroba psychiczna Sławy, poza tym, że sama w sobie stanowiła dramat, mogła mieć groźne następstwa dla
40

Więzień.

wielu osób. Dowiedziałyśmy się bowiem, że Sława była zaangażowana w robocie podziemnej i wymieniane przez nią pseudonimy istniały rzeczywiście. Żyłyśmy w nieustannej obawie o zdekonspirowanie ludzi. Mimo że meldunki wysyłane na wolność zawierały ostrzeżenia dla zagrożonych, niepokoiłam się ogromnie, że pewnego dnia w nieświadomych wypowiedziach chorej pojawią się nowe nazwiska... nowe adresy. Toteż, z uwagi na bezpieczeństwo ludzi jeszcze wolnych oraz ciężki stan chorobowy Sławy, zaproponowałam urzędowemu lekarzowi więzienia, drowi Babskiemu, aby zwrócił się do lekarza Gestapo z prośbą o wywiezienie Sławy do szpitala wolnościowego. Po kilku dniach przyszedł dr Bomeier z drem Śliwickim. W czwórkę z drem Babskim udaliśmy się do celi Sławy. Tego dnia była nieco spokojniejsza. Dr Bomeier usiadł obok na drugim łóżku. Sława, uśmiechając się do niego kokieteryjnie, wyciągnęła rękę po binokle dra Bomeiera i chciała mu je zdjąć, prosząc po francusku: „Donne-moi ça”. Zmieszał się, ledwo zdążył cofnąć głowę, stanął w nogach łóżka i obserwował ją dość długo. Sława tymczasem przymrużyła oczy i spoglądając na dra Bomeiera zaczęła pięknie gwizdać... „Mazurka Dąbrowskiego”. Dr Bomeier nie przeszkadzał, wciąż ją obserwując. Parę chwil panowała taka cisza, jak podczas najpiękniejszego koncertu. Po wyjściu z celi dr Bomeier powiedział, że poprze nasze podanie złożone w Gestapo, i dopiero teraz przyznał się, że zna melodię i wie, że to narodowy hymn Polski. Dowiedzieliśmy się od niego o pewnych szczegółach aresztowania Sławy. Według akt Gestapo zgłosiła się sama na Szucha, oskarżyła się o pracę w podziemiu i podała kilka pseudonimów. Wszczęte dochodzenia zostały jednak wstrzymane na skutek przekonującej perswazji dra Bomeiera, który stwierdził, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zgłosiłby się dobrowolnie do Gestapo, a więc samooskarżenia o przynależność do konspiracji nie należy brać poważnie. Wystąpienie ostrych objawów psychicznych u więźniarki oraz złożone podanie do Gestapo były mu na rękę jako widomy dokument jego twierdzeń. Zaznaczył, że natychmiast wystąpi do Gestapo z wnioskiem o przeniesienie Sławy do szpitala wolnościowego dla psychicznie chorych. Odetchnęłyśmy z prawdziwą ulgą, gdy już następnego dnia Sławę wywieziono do Szpitala Bonifratrów. Do kwietnia 1944 roku nieraz dostawaliśmy od dra Józefa Keniga wiadomości o stanie jej zdrowia.

Wiosną 1944 roku byłyśmy świadkami wstrząsającej tragedii pięknej, młodziutkiej dziewczyny, przyniesionej na noszach do ambulatorium szpitala na Serbii. Konwojent, gestapowiec SchubertChińczyk, milczał. Dziewczyna była nieprzytomna. Przy badaniu stwierdziłam, że ciało ma potwornie zmasakrowane. Z ust jej wydzielał się zapach cyjanku. Nie było już dla nieszczęsnej żadnego ratunku konała. W momencie śmierci jej piękna twarz nabrała nieziemskiego wyrazu. Stałyśmy oniemiałe. Gestapowiec Schubert zdjął czapkę. Nazwisko młodej dziewczyny nie zostało nam ujawnione.

Egzekucje i transporty
Z przepełnionych cel Pawiaka gestapowcy wysyłali więźniów na egzekucje i do obozów koncentracyjnych:, aby zrobić miejsce dla nowych ofiar. W miarę wzmagania się terroru hitlerowskiego rosła ilość egzekucji i transportów do obozów koncentracyjnych.

Do maja 1943 roku egzekucje na więźniach Pawiaka odbywały się głównie w okolicach i na przedmieściach Warszawy. Okres największego nasilenia datował się od jesieni 1943 roku i trwał nieprzerwanie do sierpnia 1944 roku. W tym czasie egzekucji dokonywano w ruinach getta, a od października 1943 roku również na ulicach Warszawy. Kiedy gestapowcy wywoływali więźniów z listy zawierającej kilka, kilkanaście lub nawet kilkaset nazwisk, my, starzy, doświadczeni więźniowie, Zawsze orientowaliśmy się, czy chodzi tu o transport do obozu, czy o śmierć. O ile W większości wypadków mogłam wyreklamować chore z transportu albo przesłuchania podając różne, coraz to nowe argumenty, o tyle bezsilna byłam, jak wszyscy polscy lekarze urzędowi i funkcyjni, w reklamowaniu z egzekucji. Wywołaniu na egzekucję towarzyszyły prawie zawsze krzyki gestapowców, brutalne ponaglania i bicie. Więźniarek tych nigdy nie poddawano kąpieli. Wyrywane pojedynczo czy gromadnie z cel, były albo natychmiast wyprowadzane z Serbii, albo na pewien czas (nieraz na dzień, niekiedy na kilka godzin) osadzane w uprzednio opróżnionych celach lub w dawnej kaplicy na I oddziale Serbii. Cele te były pilnowane wyłącznie przez straż gestapowską, która nie pozwalała ani podać izolowanym żadnego posiłku, ani nawet zbliżyć się do ich cel. Młodociany czy podeszły wiek, a nawet zaawansowana ciąża nie chroniły więźniarek przed egzekucją. Pamiętam trzy kobiety ciężarne stracone w egzekucji: Penszyńską w 9 miesiącu ciąży i Jadwigę Borzęcką w zaawansowanej ciąży - obie zginęły w 1943 roku; Michalinę (lub Zofię) Wiśniewską, w 9 miesiącu ciąży, rozstrzelano w kwietniu 1944. Do maja 1943 roku Gestapo dokonywało masowych egzekucji w różnych miejscowościach podwarszawskich: najczęściej w Palmirach, w lasach sękocińskich koło Magdalenki, w lasach kabackich, w lasach chojnowskich koło Piaseczna i wielu innych. Mniejsze grupy więźniów Pawiaka ginęły na ulicach Warszawy, rozstrzeliwane lub wieszane; pojedynczych więźniów rozstrzeliwano za bramą Pawiaka, w bramach lub na podwórzach sąsiednich domów; wielu stracono w siedzibie Gestapo na Szucha. Pamiętam dzień 11 III 1941 r., kiedy stracono w Palmirach około 20 więźniów Pawiaka, wśród nich ojca Marysi Kopciówny, profesora biologii Stefana Kopcia, i brata, Stanisława Kopcia, oraz profesora historii Kazimierza Zakrzewskiego. Dnia 12 VI 1941 r. w Palmirach rozstrzelano około 30 więźniów, wśród których znajdowało się 14 kobiet aresztowanych w 1940 roku, głównie oskarżonych o przynależność do KOP i ZWZ. Dnia 17 VII 1941 r. stracono w Palmirach ponad 30 więźniów, wśród nich było także kilka kobiet.

Najgłębiej wryła mi się w pamięć noc z 27 na 28 maja 1942 roku. Późno, po wieczornym apelu, nasza cela lekarek zaczęła układać się do snu. Długo nie mogłyśmy zasnąć - noc była duszna, parna. Gdy wreszcie znużone zasnęłyśmy, obudził nas jakiś niesamowity ruch i bezładna bieganina. W chwilę potem rozległy się wrzaski gestapowców i padły pojedyncze nazwiska więźniarek z III oddziału. Wrażenie, że dzieje się coś niezwykłego i groźnego, spotęgowała gwałtowna burza, która niemal równocześnie rozszalała się nad Warszawą. Błyskawice, pioruny i ulewny deszcz jakby zwiastowały, że stanie się coś strasznego.

Wkrótce usłyszałyśmy tupot ciężkich kroków pod drzwiami szpitala i zgrzyt klucza w zamku. Z dwoma gestapowcami weszła strażniczka polska i Helenka Dąbrowska, więziona na Serbii od stycznia 1940 roku, funkcyjna tłumaczka na Pawiaku. Gestapowcy wyczytali z listy nazwiska: Janina Kardej-Zamajska i Janina Górska (aresztowane w 1940 roku). Obie leżały od dłuższego czasu w szpitalu więziennym. Kardej-Zamajska w celi nr 4, po niedawnej operacji pęcherzyka żółciowego, Janina Górska chora na zapalenie surowicówek (z wysoką gorączką). Przedstawiłam gestapowcom ciężki stan obu kobiet, niezdolnych do poruszania się, lecz prośby i przedłożone motywy nie miały żadnego znaczenia. Kazali je znieść na noszach. Obie więźniarki, choć zdawały sobie sprawę, co je czeka, zachowywały się po bohatersku. Helenka Dąbrowska, blada i zdenerwowana, zdążyła nam szepnąć, że to zły transport, że około 20 więźniarek wybrano z cel i zamknięto w dawnej kaplicy i... że sama boi się o siebie, gdyż są tam także stare więźniarki, przywiezione w styczniu 1942 roku z Ravensbrück. Z kaplicy mieszczącej się na tym samym pionie, co nasza cela, usłyszałyśmy po chwili pieśń „Pod Twoją Obronę” i pojedyncze słowa „Warszawianki”. To śpiewał chór zamkniętych w kaplicy więźniarek. Nad samym ranem Bürckl i Frühwirt osobiście doprowadzili do transportu Helenkę Dąbrowską. Pełną wdzięku, młodziutką Helenkę, harcerkę z Łodzi, dobrą, ofiarną towarzyszkę więzienną, pamięta do dziś każda więziona w tamtym okresie. Helenka w pierwszych miesiącach po aresztowaniu (trzymano ją do kwietnia na Mokotowie) przeżyła tragedię osobistą. Mąż jej, adwokat Juliusz Dąbrowski, aresztowany w kilka godzin po niej (18 I 1940 r.) jako główny oskarżony (był jednym z przywódców podziemnej organizacji młodzieżowej PLAN) został w kwietniu 1940 roku zamordowany w Alei Szucha. Ojciec Helenki, Józef Wiernik, zginął w Oświęcimiu. 28 maja w godzinach rannych więźniarki zostały wywiezione z Pawiaka.

Przed wieczornym apelem przyszli do szpitala brudni, zgrzani, pijani Ukraińcy i razem z nimi Bürckl. Przynieśli nosze... Igliwie sosny i grudki świeżej ziemi na noszach kazały przypuszczać, że zbrodni dokonano w lesie... w lasach sękocińskich koło Magdalenki. Tego dnia stracono tamże 200 więźniów Pawiaka. Dnia 15 X 1942 roku rozstrzelano w egzekucji publicznej na ulicach i peryferiach Warszawy ponad 40 więźniów Pawiaka. Wśród nich trzy więźniarki: Marię Makowską, Marię Różyc i Klarę Rutkowską. Nazajutrz, 16 października, na peryferiach i w podmiejskich okolicach Warszawy Gestapo dopuściło się haniebnej zbrodni: powieszono 50 więźniów. Pewnego dnia, jesienią 1942 roku, Ania Sipowicz, Marysia Kopeć, Feluś Loth, Zygmunt Śliwicki i ja byliśmy świadkami nowej potworności. Z okna szpitala męskiego zobaczyliśmy na podwórzu Pawiaka gromadę gestapowców w hełmach, uzbrojonych po zęby, i budę samochodową, do której wchodzili kolejno więźniowie-Żydzi. Przed wejściem kazano im rozebrać się, a w samochodzie położyć się musieli jeden na drugim. Naładowana buda wyjechała z Pawiaka. Przeszliśmy do apteki więziennej, skąd w lusterkach, stojąc z daleka od okien, zobaczyliśmy, że buda zatrzymuje się przed pierwszą bramą domu przy ulicy Lubeckiego. Więźniów, grupami po pięciu, wprowadzali gestapowcy do

bramy. Za każdym razem słyszeliśmy serię strzałów. Zdrętwieliśmy z przerażenia. I gdy nareszcie zaległa cisza, wiadomo było, że zlikwidowano wszystkich. Buda wróciła po następne ofiary. Ruiny zlikwidowanego getta, graniczące z Pawiakiem, stały się również miejscem ostatniego spoczynku tysięcy więźniów. Tu od maja 1943 roku urządzano masowe egzekucje (grupy liczące po kilkuset więźniów), tu rozstrzeliwano także mniejsze grupy. Często tracono ludzi tuż przy Pawiaku, w bramach budynków 25 i 27 przy ulicy Dzielnej, na terenie obozu koncentracyjnego przy ulicy Gęsiej, w ogrodach i na boiskach sportowych. Od tej pory dzień w dzień dochodziły do nas z ruin getta pojedyncze strzały lub długo szczekające serie z broni maszynowej. Liczba salw odpowiadała liczbie straconych istnień ludzkich. Wkrótce potem dolatywał stamtąd swąd palonych ciał. Gestapowcy polewali je środkami łatwopalnymi benzyną czy naftą - dorzucali kawałki drzewa i słomy i wszystko razem palili zacierając ślady swych zbrodni. Prochy tragicznych ofiar rozwiewał wiatr po Warszawie. W egzekucjach więźniów brali udział: sturmscharführer Vohsberg, zastępca komendanta Pawiaka; obersturmführer Bergh von Trips, komendant plutonu egzekucyjnego, później komendant Pawiaka, oraz: Alberts, Bürckl, Wippenbeck i Zander. Prócz nich wielu innych gestapowców i wachmajstrów ukraińskich, jak Barczenko, Gregorij i Kowalenko. Dnia 12 II 1943 r. w lasach chojnowskich koło Stefanowa pod Piasecznem gestapowcy rozstrzelali przeszło 70 więźniów Pawiaka. Dzień 29 maja 1943 roku był dniem koszmarnym. Przez kilka godzin bez przerwy warczały silniki bud wywożących więźniów i znów wracających po następne grupy. Przez kilka godzin nie milkły strzały w ruinach getta. Stracono tego dnia ponad 600 więźniów, w tym 26 kobiet. W drugiej połowie lipca 1943 roku zginęło kilkuset więźniów w egzekucjach na terenie spalonego getta. Od jesieni 1943 roku do końca istnienia Pawiaka szły systematycznie, niemal dzień po dniu, transporty śmierci. W ruinach getta rozstrzeliwano więźniów pojedynczo bądź grupami liczącymi po kilkadziesiąt, nawet po kilkaset osób. Okres rządów generała Kutschery, dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski, od jesieni 1943 roku do 1 lutego 1944 roku był koszmarem dla mieszkańców Warszawy i jej okolic oraz dla więźniów Pawiaka. Do niebywałych rozmiarów dochodzący terror gestapowski nękał umęczone miasto, wzmogła się fala aresztowań, coraz częściej powtarzały się obławy na ludzi i publiczne egzekucje. Bruki Warszawy spływały krwią rozstrzeliwanych więźniów Pawiaka. W tym okresie stracono na gruzach getta około 2 000 osób. Dnia 12 XI 1943 r. w egzekucjach publicznych w Warszawie rozstrzelano 60 więźniów - wśród nich Janusza Zasztowta, syna więzionej na Pawiaku Kazimiery Zasztowt; Andrzeja Wejrocha, kierownika jednej ze skrzynek łączności zewnętrznej ZWZ-AK z Pawiakiem; Mariana Kwiatkowskiego, lat 22, łącznika AK, syna z pierwszego małżeństwa Mateczki Szubielskiej. Tegoż dnia w spalanym getcie stracono około 250 więźniów. Dnia 9 XII 1943 r. rozstrzelano 31 kobiet i ponad 40 mężczyzn; nazwisk, niestety, nie pamiętam.

Dnia 2 II 1944 r. rozstrzelano w ruinach getta ponad 200 więźniów Pawiaka w odwet za Franza Kutscherę, który zginął 1 II 1944 r. w zamachu zorganizowanym przez oddział dywersyjny AK. Dnia 10 II 1944 r. dokonano jednej z największych zbrodni tego roku, stracono około 500 więźniów; ponad 100 osób na ulicach Warszawy, pozostałych w getcie. Spośród 50 rozstrzelanych tego dnia więźniarek przypominam sobie tylko dwie: Henrykę Orlicką i jej córkę, Wandę Poniatowską. O świcie 11 II 1944 r. przy ulicy Leszno, na wprost gmachu Sądów powieszono 27 więźniów. W ruinach getta rozstrzelano 34 więźniarki. Wśród straconych były: Ewa Pohoska i młoda łączniczka Komendy Głównej AK, Hanna Czaki. Dnia 5 I 1944 r. Gestapo aresztowało Hankę Czaki na ulicy z obciążającym materiałem prasowym wraz z drugą łączniczką Komendy Głównej, Zofią Warzyńską (z kennkartą na nazwisko Pawlisiak). Po przewiezieniu do Gestapo Hanka, katowana w nieludzki sposób, nie wydała nikogo. Jednocześnie z aresztowaniem Hanki Gestapo przeprowadziło rewizję w domu rodziców, u których mieszkała. W tym czasie odbywał się tam wykład socjologii dla studentów tajnych kompletów uniwersytetu. Gestapo aresztowało rodziców Hanki, profesora Władysława Okińskiego oraz grupę studentów, wśród których znajdowała się Ewa Pohoska, córka byłego wiceprezydenta Warszawy Jana Pohoskiego, rozstrzelanego w grupie ponad 350 więźniów Pawiaka w Palmirach w czerwcu 1940 roku. Ojciec Hanki, Tytus Czaki, i profesor Okiński zostali rozstrzelani w styczniu 1944 roku w ruinach getta; matka, Jadwiga Czaki, zginęła w grupie kilkunastu kobiet w lutym 1944 roku. W marcu 1944 roku w getcie stracona została również łączniczka Zofia Warzyńska. W ciągu następnych miesięcy terror niemiecki nie tracił na sile. Nie potrafię dziś ustalić ani liczby dokonanych wówczas egzekucji, ani ilości straconych więźniów Pawiaka. Co miesiąc ginęły ich setki.

Równolegle do egzekucji szły ustawiczne transporty do licznych obozów zagłady, jak Oświęcim, Dachau, Majdanek, Ravensbrück, Oranienburg (Sachsenhausen), Mauthausen, Gross-Rosen, Stutthof, Buchenwald i inne. Liczebność transportów wahała się od 1 do około 1600 osób. Transporty męskie były z reguły znacznie liczniejsze niż kobiece, częstotliwość ich zależała od stopnia nasilenia terroru hitlerowskiego. Przed transportem do obozów koncentracyjnych przyjeżdżali na Pawiak gestapowcy z Alei Szucha z gotowymi spisami nazwisk. Zaostrzony reżim więzienny, tak zwana „szpera” (zamknięcie wszystkich warsztatów pracy, oddziałów i cel, łącznie z celami funkcyjnych) i pojawienie się w szpitalu lekarza Gestapo - który kontrolował, czy chore wypisane na jego liście zdolne są do transportu - były wyraźnym sygnałem, że w najbliższym czasie przygotowuje się transport. Przy akompaniamencie wrzaskliwych ponaglań gestapowców sprowadzano wszystkie więźniarki, prócz chorych szpitalnych i izolatek, na podwórze spacerowe Serbii i tu odbywał się kilkugodzinny apel z liczeniem, sprawdzaniem danych personalnych i z segregacją; po lewej i prawej stronie tworzono grupy. Na razie nie można się było zorientować, którą z nich przeznacza się do transportu. Najbliższe godziny rozwiewały tę niepewność. Wybrane do transportu więźniarki umieszczano w osobnych, zatłoczonych celach. Niekiedy poddawano je szybkiej kąpieli i dezynfekcji, zezwalano im wziąć rzeczy osobiste i żywność, niekiedy zaś znienacka, w pośpiechu, bez apelu izolowano wyczytane więźniarki

w celach, z zakazem zabierania czegokolwiek. Najczęściej wywożono je nocą lub o świcie w budach (samochody ciężarowe kryte plandeką) pod silną eskortą esesmanów i żandarmów. Wywożenie pojedynczych więźniarek do innych więzień, na przykład do Berlina, odbywało się spokojnie. Więźniarki te, zgodnie z zarządzeniem Gestapo, musiały być przedtem wykąpane; ubrania ich dawano do dezynfekcji. Nieraz, gdy zachodziła obawa przeniesienia choroby zakaźnej, nakazywano badanie lekarskie. W pierwszym indywidualnym transporcie do Ravensbrück została wywieziona 3 V 1941 r. Maria Dydyńska, aresztowana w 1940 roku. W dwóch pierwszych dużych transportach do Ravensbrück (22 IX 1941 r. i 30 V 1942 r.) wywieziono ponad 500 więźniarek. Następne transporty do Ravensbrück zaczęły się od marca 1944 roku. Wtedy to w 3 grupach wywieziono łącznie około 200 kobiet. W kwietniu ponad 100, w maju około 120, w czerwcu 60, w lipcu ponad 100 kobiet i w ostatnim transporcie (30 VII 1944 r.) około 400. Pierwszy transport kobiecy z Pawiaka do Oświęcimia odszedł 24 lub 25 VIII 1942 r. i od tej pory prawie do końca 1943 roku wywożono tam więźniarki bez przerwy, niemal co miesiąc, a bywało, że i dwa razy w miesiącu. Ilość kobiet w transporcie wahała się od kilku i kilkudziesięciu do ponad 250 (5 X 1943 r.). W roku 1942 hitlerowcy zorganizowali nowy obóz koncentracyjny na Majdanku (peryferie Lublina), do którego w roku 1943 zostały skierowane 3 transporty z Pawiaka: 17 stycznia ponad 300 kobiet, 15 i 25 marca łącznie około 400. Zimą 1942-43 roku dotarły do nas wiadomości o barbarzyńskim wysiedlaniu i niszczeniu ludności Zamojszczyzny. Prowadzono tę akcję nieubłaganie i konsekwentnie, o czym byliśmy, dokładnie informowani przez polskich wolnościowych pracowników Pawiaka. W pierwszej połowie stycznia 1943 roku, po ogłoszeniu nakazu reichsführera Himmlera, który żądał szybkiego aresztowania wszystkich podejrzanych o działalność przeciw Trzeciej Rzeszy, w Warszawie rozpoczęło się polowanie na ludzi. W osławionych brutalnych łapankach na ulicach, dworcach, w tramwajach, sklepach itd. chwytali Niemcy tysiące ludzi. Wielu przywożono w budach na Pawiak i wpychano do przepełnionych cel. W ogromnym napięciu nerwowym żyliśmy oczekiwaniem na coś, co stać się musi. Najmniej jednak spodziewaliśmy, się, że w niedzielę (niedziele na ogół mijały w więzieniu bez specjalnych emocji) będziemy świadkami nowego wydarzenia. Była to niedziela 17 I 1943 r. Zza drzwi, dzielących szpital od korytarza III oddziału, doszły nas rankiem odgłosy bieganiny, szybkie, hałaśliwe otwieranie i zamykanie cel, wrzask gestapowców: „Los, aber sofort!”41. Wyraźnie usłyszałyśmy pierwsze wywołane nazwisko: Albrecht Wanda. Za nim posypała się lawina nazwisk. Przez dziurkę od klucza zobaczyłyśmy gromadę kobiet stojących w szeregu na długim korytarzu. Domyśliłyśmy się, że formują transport. Czekałyśmy i my na naszą kolej. Nie wywołano nas. Cegła, której udało się wpaść na chwilę do szpitala, potwierdziła nasze przypuszczenie (transport formowano również na męskim Pawiaku), lecz bliższych szczegółów nie znała. Gestapowcy, jak mówiła, nie zezwolili więźniarkom nawet na włożenie ciepłej odzieży i spędzili wszystkie na podwórze spacerowe. Widziałyśmy je z okien. Ponad 300 kobiet drżało na przejmującym chłodzie podczas kilkugodzinnego apelu. Gestapowcy z nausznikami, w futrach, zabezpieczeni przed mrozem, jakby
41

Szybko, ale to już!

umyślnie przedłużali apel sprawdzając nazwiska nieskończoną ilość razy. Około południa po dokonanej selekcji więźniarki wróciły na krótko do cel. Wypuszczono funkcyjne z kolumny sanitarnej i korytarzowe. Cegła otworzyła szpital. Zima tego roku była Wyjątkowo ostra, mróz dochodził do trzydziestu stopni. Wiele więźniarek, przydzielonych do transportu, nie miało cieplej bielizny ani okryć. Koleżanki, nie włączone do grupy transportowej, oddawały im swoje ubrania. Tego dnia również cała nasza cela pozbyła się wszystkich ciepłych rzeczy. W godzinach popołudniowych zawarczały silniki samochodowe. W gorączkowym pośpiechu pod silną eskortą esesmanów wyprowadzono więźniarki z Serbii. Do późnego wieczora słyszałyśmy z daleka niemieckie przekleństwa, komendy i głuchy warkot bud. Wywieziono ponad 1 800 więźniów politycznych z Pawiaka: ponad 300 kobiet i około 1500 mężczyzn. Jak wkrótce dowiedziałyśmy się, był to pierwszy transport z Warszawy do nowo powstałego obozu na Majdanku. Jednocześnie wywieziono tam kilka tysięcy ludzi schwytanych podczas obław i łapanek.

Ucieczki
Radosny oddźwięk wśród więźniów wywoływała każda udana ucieczka z Pawiaka czy Serbii, z Alei Szucha, szpitala wolnościowego czy transportu. Każdy więzień zdawał sobie dokładnie sprawę z trudności związanych z organizowaniem ucieczki. Wydostać się z Pawiaka, bacznie strzeżonego przez liczną straż gestapowską i psy policyjne, pokonać dalsze przeszkody, ażeby nie mając dokumentów wyjść poza teren getta itp., było nie lada wyczynem. Zdarzały się jednak od czasu do czasu ucieczki - i to udane. „Styczniówki”, z którymi przez długie miesiące dzieliłam celę, opowiadały mi o pewnym więźniu aresztowanym wiosną 1940 roku za posiadanie broni. Gdy znalazł się w przepełnionej więźniami kancelarii Pawiaka, wykorzystał chwilę zamieszania, wyszedł z gmachu i pewnym krokiem doszedłszy do bramy „zaheilował” pełniącemu wówczas służbę strażnikowi polskiemu. Ten, przypuszczając, że ma do czynienia z cywilnym agentem Gestapo, otworzył bramę... i więzień znalazł się na wolności. Ale to mogło zdarzyć się tylko w 1940 roku. W rok potem stałam się przypadkowym świadkiem ucieczki zorganizowanej przez więźniów. Była to piękna, słoneczna niedziela pod koniec sierpnia. W godzinach południowych na podwórzu gospodarczym odbywał się spacer funkcyjnych. Gestapowcy, opuściwszy Serbię, udali się na obiad. W tym czasie segregowałam w ambulatorium narzędzia i leki. Co chwila przerywałam pracę i podchodziłam do okna. Lubiłam patrzeć na zalane słońcem podwórze spacerowe i dostępny dla oka odcinek podwórza gospodarczego. Przez furtkę prowadzącą z podwórza spacerowego na gospodarcze weszło 4 więźniów z aparatami dezynsekcyjnymi i butlami; za nimi - konwojujący ich polski strażnik. W momencie gdy wszyscy znaleźli się na podwórzu gospodarczym, więźniowie rzucili się na strażnika, obezwładnili go, związali i zakneblowali mu usta. Obserwując walkę z góry, miałam wrażenie, że strażnik podczas szamotania się z więźniami broni się bez zapału. „Napastnicy” wyrwali mu klucze od bramy wiodącej z podwórza gospodarczego na Dzielną, otworzyli ją i uciekli. Wkrótce dowiedziałam się, że w tej brawurowej ucieczce brali udział więźniowie aresztowani w 1940 roku, obarczeni ciężkimi dowodowymi sprawami - Mieczysław Wierciński z ZWZ, zatrudniony w kolumnie sanitarnej oddziału męskiego; Jan Cybulski z ZWZ; Władysław Kamysz z ZWZ i Anatol Tomaszewski funkcyjni z kuchni ogólnej, z magazynów żywnościowego i odzieżowego.

Dzięki umiejętnemu tłumaczeniu się w Gestapo strażnik Jankowski uniknął groźnych konsekwencji. W następstwie tej ucieczki zlikwidowano bramę wychodzącą z Serbii na Dzielną, i tak już nie używaną od połowy 1940 roiku. Na jej miejscu stanął wysoki mur opatrzony dodatkowo drutem kolczastym. Strażnik Jankowski, aresztowany w innej sprawie w marcu 1942 roku, został wywieziony do Oświęcimia, gdzie zginął. Dnia 16 I 1942 r. w godzinach wieczornych nastąpiła brawurowa ucieczka 3 młodych kobiet z Serbii. Udział w niej brały: Elżbieta Kwiatkowska, Ewa Dreżepolska i Teofila Ullowa - wszystkie obciążone ciężkimi sprawami. Elżbieta Kwiatkowska (prawdziwe nazwisko Zofia Sroczyńska, obecnie Przybytkowska), członek KOP, aresztowana 7 III 1941 r., podczas przesłuchań w Gestapo była straszliwie katowana. Przydzielona na funkcję korytarzowej I oddziału, pracowała z pełnym oddaniem jako łączniczka wewnętrznej konspiracyjnej komórki więziennej. Ewa Dreżepolska i Teofila Ullowa, obie z Agencji Radiowej, przydzielone po pewnym czasie do „czarnej” pralni, pracowały również w łączności więziennej. Ucieczka tych trzech odważnych kobiet wywołała niebywałą radość więźniarek i szaloną wściekłość gestapowców, gdy odkryli drogę ucieczki. Więźniarki dostały się na I piętro pustego budynku dla internowanych (na podwórzu gospodarczym Serbii), do którego dostarczyła im dorobiony klucz strażniczka Pawlakówna, i stąd uciekły przez nie okratowane okno po linie zrobionej z mocnych sznurów, przemyconych przez strażniczkę Rozalię Łapińską. W tej wspaniale zorganizowanej ucieczce pomagały zewnętrzne organizacje podziemne i wyżej wymienione strażniczki polskie. Poddano ostremu przesłuchaniu dyżurną przodowniczkę Rosłońską oraz oddziałową „czarnej” pralni, Werę Karlson. Zarzuty, które im stawiano, były ciężkie i uratował je tylko fakt, że wachmajster, zwany Guciem, podczas apelu wieczornego i rannego przyjął meldunek starościny celi bez liczenia obecnych. Wysłano go później na front wschodni, gdzie zginął - tak przynajmniej mówili wachmajstrzy na Serbii.

Było sporo udanych ucieczek z męskiego oddziału Pawiaka. Odważne i przemyślane ucieczki więźniów w pojedynkę lub częściej grupami (po kilku, nawet kilkunastu) odbywały się najróżnorodniejszymi drogami, a więc: przez dach warsztatów (w 1941 roku), przez zwyżki strażnicze (w 1942 roku), przez mur okalający Pawiak (w 1943 roku), przez okno warsztatów krawieckich po przepiłowaniu kraty (w 1944 roku) i przez kanały (w 1944 roku). Duże wrażenie na wszystkich wywarły trzy ucieczki, o których bliższe szczegóły znane mi są z opowiadań kolegów więźniów. Dnia 3 III 1942 r. uciekło 4 więźniów: Henryk Borucki z KOP, funkcyjny pisarz III oddziału; major Dobrski z KOP; Filipowicz z Komendy Głównej ZWZ i Szpotański z Delegatury Rządu, b. wiceprezydent Warszawy, trzymany w izolacji. Uciekli oni przez zwyżkę strażniczą, korzystając z pomocy polskich strażników: Kuczorskiego i Jankowskiego. W roku 1942 więzień Henryk Gaczyński (kapitan WP, Roman Kizny) wywołał prawdziwą sensację swoją ucieczką. Obarczony ciężką sprawą, przebywał wiele miesięcy w izolacji. Po zwolnieniu z izolacji pracował na funkcji pisarza szpitala męskiego i utrzymywał łączność z dr Anią Sipowicz-Gościcką, która kontaktowała go z jego łączniczką więzioną na Serbii, Barbarą Romanowską (prawdziwe nazwisko Zybert, obecnie Klukowska), a ta z kolei przekazywała wiadomości na zewnątrz poprzez

Mateczkę. Łączność ta pozwoliła mu zapewnić sobie pomoc organizacji podziemnej i uzgodnić z nią termin ucieczki. Wieczorem 11 września Gaczyński przecisnął się między murem a pierwszym prętem kraty w oknie pokoju lekarskiego na parterze, które wychodziło na (wykorzystując tu nieco szerszą przestrzeń) Pawią. O całkowitym powodzeniu tej ucieczki zadecydowały więc... mała głowa i szczupła postać Gaczyńskiego. Pod koniec listopada 1943 roku próbowało ucieczki 7 więźniów z kotłowni. Po obezwładnieniu i związaniu dozorującego ich strażnika Aleksandrowicza wydostali się z Pawiaka; niestety, strażnik, który za wcześnie uwolnił się częściowo z więzów i zaalarmował gestapowców, spowodował natychmiastowy pościg z psami policyjnymi. Czterech uciekinierów pochwycono na terenie getta. Pastwiono się nad nimi bestialsko. Jeden, potwornie skatowany, wkrótce zmarł. Trzech pozostałych powieszono z polecenia Gestapo na podwórzu Pawiaka, dnia 6 XII 1943 r., w miejscu widocznym: na drągu ciężarowej wagi. Los reszty uciekinierów był równie tragiczny: dwóch gestapowcy zastrzelili w getcie, trzeci popełnił samobójstwo. Ucieczkę Leona Wanata, więzionego ponad 4 lata na Pawiaku, pracującego na funkcji pisarza w kancelarii niemieckiej, przeżywaliśmy szczególnie radośnie. Byliśmy z nim w serdecznej przyjaźni i wielokrotnie w naszej tajnej pracy korzystaliśmy z cennych informacji, jakich nam zawsze w miarę możliwości dostarczał. Gestapowcy z Pawiaka i Alei Szucha zwrócili uwagę na piękne kaligraficzne pismo Leona i z tego powodu zatrudnili go w kancelarii, gdzie prowadził rejestry więźniów i więźniarek oraz uaktualniał je bez przerwy w związku z bardzo częstymi transportami i egzekucjami. W ostatnim okresie istnienia Pawiaka, w roku 1944, gestapowcy parokrotnie zabierali Leona do Gestapo w Alei Szucha, gdzie przepisywał skorowidz więźniów. W niedzielę, 16 VII 1944 r., gestapowcy wywieźli Leona do Gestapo, skąd już nie wrócił na Pawiak. Nazajutrz w godzinach południowych dowiedzieliśmy się od rozwścieczonych esesmanów, że Leon uciekł rankiem 17 lipca. W organizowaniu tej wspaniałej ucieczki, której przebieg opisuje Leon Wanat w swojej książce „Za murami Pawiaka”, brała między innymi udział Maria Borowa, polska urzędniczka z depozytów więziennych.

Cegła
Strażniczka Helena Łapińska, zwana Cegłą, do czasu aresztowania Mateczki mieszkała z nią i jej synem Marianem Kwiatkowskim w domu przy ulicy Ciepłej. Obie były moimi łączniczkami zewnętrznymi. Wiedziałam, że mają wspólnego szefa konspiracyjnego, Andrzeja Wejrocha. Wejroch, student IV roku medycyny, był jedną ze skrzynek AK w łączności, organizacyjnej z Pawiakiem. Znałam go, bo należeliśmy do tej samej grupy konspiracyjnej. Wówczas, w listopadzie 1940 roku, ostrzeżony natychmiast po naszym uwięzieniu, uniknął naszego losu... Zdarzało się, że Mateczka lub Cegła, pełniące często w różnych porach służbę na Serbii, jedna przez drugą przekazywały mi od swego szefa tajną pocztę alarmową. Dlatego domyślały się, że jestem ich skrzynką więzienną... Pewnego dnia milczącej zwykle i bardzo zdyscyplinowanej Cegle zebrało się na gadanie. W ogromnej tajemnicy zwierzyła mi się, że Mateczka i ona nie mogą zrozumieć, jak to się dzieje, że nigdy nie pomylę się, jaki gryps i komu oddać, a przecież - chociaż one wiedzą tylko o sobie

- przypuszczają, że na pewno inne strażniczki także załatwiają tę sprawy, bo stale któraś z nich przychodzi do szpitala i czegoś ode mnie chce. Uśmiechnęłam się słysząc te głośne rozmyślania Cegiełki. W głębi duszy byłam zadowolona, że o innych strażniczkach-łączniczkach nie wie nic pewnego. Ucięłam więc krótko jej domysły i zbagatelizowałam całą rozmowę. Cegła nigdy już do tych tematów nie powracała. Dnia 17 X 1943 r. w godzinach przedpołudniowych Marysia Kopciówna wracała z apteki szpitala męskiego dźwigając materiał opatrunkowy i leki. Na podwórzu Serbii miały spacer izolatki. Wśród kroczących wolno, w pewnych odstępach jedna za drugą izolatek Marysia rozpoznała swoją dawną koleżankę, studentkę stomatologii Marię Wejroch. Tamta również zauważyła i poznała Marysię, a widząc ją w lekarskim kitlu domyśliła się widocznie, że pracuje w szpitalu, bo natychmiast po skończonym spacerze wystukała się z celi, podając wachmajsterce, że czuje się źle i prosi o pomoc lekarską. Wachmajsterka nie oponowała, więźniarka była bowiem w zaawansowanej ciąży. Przyprowadziła ją do szpitala i nic nie podejrzewając wyszła. Maria Wejroch podała Marysi Kopciównie niesłychanie cenną informację, która zaważyła na losie Cegły i być może innych z siatki więziennej zewnętrznej i wewnętrznej. Marię Wejroch aresztowało Gestapo nocą wraz z mężem Andrzejem. Podczas rewizji w ich mieszkaniu prócz materiału obciążającego Andrzeja znaleziono również nazwisko i adres jego łączniczki, Heleny Łapińskiej. W chwili gdy Marysia Kopciówna przekazywała mi otrzymaną wiadomość, Cegła, pełniąca służbę w szpitalu, poszła umyć się w łaźni, korzystając z wolnego czasu. Ponura wiadomość o aresztowaniu Andrzeja Wejrocha i groźba nowego niebezpieczeństwa zadecydowała; Cegła musiała natychmiast zniknąć z Pawiaka. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności miała tego dnia służbę przodowniczka Maria Rosłońska (Kaczusia), odważna i ofiarna konspiratorka, na której pomoc zawsze można było liczyć. Skontaktowałam się z nią niezwłocznie, prosząc, aby ze względów na bezpieczeństwo Cegły zwolniła ją natychmiast ze służby, pozorując to koniecznością wykupienia deputatu węglowego czy kartoflanego. Przodowniczka Rosłońska, uprawniona w takich razach do wydawania strażniczkom przepustek, zaczerwieniona ze zdenerwowania, nie wahając się ani ćwierć sekundy powiedziała, żeby Cegła zgłosiła się do niej po przepustkę. Rozmowa z Cegłą nie poszła jednak gładko. Wyciągnięta mimo oporu z wanny przez Nono, przyszła do szpitala z mokrą, zaróżowioną twarzą. Spojrzała na mnie brzydko, wymawiając mi, że przeszkodziłam jej w kąpieli. Ale nie czas było na dąsy. Pokrótce powiadomiłam ją o grożącym jej niebezpieczeństwie w związku z wsypą skrzynki kontaktowej. Poleciłam jej natychmiast opuścić Pawiak, ukryć się przed Gestapo w bezpiecznym miejscu, ale tak, żebym wiedziała gdzie, i ostrzec Mariana, syna Mateczki Szubielskiej, który także musi się ukryć. Przyrzekłam, że zawiadomię organizację, aby udzielono im wszelkiej dalszej pomocy. Gdy w największym napięciu nerwowym kończyłam plan pośpiesznego działania, usłyszałam flegmatyczne zapytanie Cegły: „A czy to konieczne?”. Zrozumiałam, że ta skądinąd doskonała konspiratorka nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa - czuła się tu bardzo potrzebna i trudno jej było rozstać się z nami. Mocne nerwy Cegły doprowadziły mnie do gniewu i może za słabo przedstawiłam jej grozę chwili. Zmuszona byłam po raz pierwszy uciec się do formy rozkazu: „Proszę wykonać moje polecenie, nie dyskutować, nie ma chwili do stracenia, przez Kaczusię dalszy kontakt z nami...”. Poskutkowało: nie oponowała już. Gdy opuściła Pawiak, była godzina 12.30. Oficjalnie kończyła służbę o 16. Inne strażniczki Serbii - z wyjątkiem tej ze szpitala - miały zmianę o godzinie 14. Powiadomiłam o wszystkim Pajączka, która kończyła służbę w kąpielowym o 14, polecając jej przekazać jak najszybciej informacje odpowiedniej zewnętrznej komórce konspiracyjnej wraz z prośbą o roztoczenie opieki nad „spaloną” łączniczką i Marianem.

Gdy pełna niepokoju o dalszy los Cegły rozmyślałam, czy zdąży na czas opuścić Serbię i czy dokładnie wykona polecenie, wybuchła nowa bomba. Dowiedziałyśmy się, że około godziny 16 przyjechali na Pawiak gestapowcy z Szucha, aby aresztować Łapińską. Na Serbii pracowały dwie strażniczki o tym nazwisku: wyżej wymieniona Helena i prawie o 20 lat od niej starsza Rozalia, zwana Łapcią. Tak się złożyło, że tego dnia przed godziną 16 przyszła do pracy Rozalia zastępująca chorą koleżankę że szpitala kobiecego. Przy bramie więziennej gestapowcy, sprawdzający dokumenty strażniczek, zatrzymali oddziałową Rozalię Łapińską i, nie wchodząc w szczegóły personaliów, z punktu ją aresztowali. Zatrzymanie Rozalii Łapińskiej, co niewątpliwie było dla niej silnym przeżyciem, w znacznej mierze przyczyniło się do odwleczenia niemal o całą dobę poszukiwań właściwej osoby. Potwierdzało ponadto prawdziwość; informacji podanych przez Marię Wejroch oraz słuszność profilaktyki zastosowanej wobec Cegły. Dziwnym może się wydać, że zatrzymanie Rozalii nie wstrząsnęło nami tak, jak poprzednie aresztowanie pracowników polskiej służby więziennej. Byłyśmy wyjątkowo spokojne, że nic złego; nie spotka naszą kochaną Łapcię, że Gestapo zwolni ją, stwierdziwszy jej tożsamość i miejsce zamieszkania. Tak się też stało. Przed rannym apelem, gdy było jeszcze zupełnie ciemno, zjawiła się w naszej celi Łapcia. Przyszła jak zwykle na swój dyżur, zmęczona, blada po nieprzespanej nocy, ale uśmiechnięta. Uściskałyśmy serdecznie naszą bohaterkę, która z zadowoleniem i satysfakcją opowiadała o swojej „przeprawie”. Aresztujących ją gestapowców zaskoczył spokój, z jakim odpowiedziała na pytanie, czy się ich nie boi: „Kogóż to i dlaczego mam się bać?”. Po przywiezieniu do Gestapo sprawdzono jej personalia, które zupełnie nie zgadzały się z personaliami poszukiwanej strażniczki o tym samym nazwisku. Przeprosili ją grzecznie za pomyłkę, a ponieważ było Już po godzinie policyjnej, zatrzymali na noc, polecając, aby u nowo aresztowanych więźniarek przeprowadziła dokładną rewizję. Łapcia mówiąc o tym zaczęła się głośno śmiać. Akurat tej nocy na Szucha, kiedy - oczyszczonej już z zarzutów - kazano jej przeprowadzić rewizję u nowo aresztowanych, Miała obfite żniwo: ulotki, komunikaty radiowe, notatki z adresami itp. Wszystko to zniszczyła, podarła na kawałeczki i spuściła z wodą w dyskretne nurty Wisły. Zawdzięczając tylko niezwykłym, iście cudownym splotom wydarzeń, Cegła umknęła, jak to się mówi potocznie, pięć minut przed dwunastą. Jak nam doniosła przodowniczka Rosłońska, uzbrojeni w pepesze gestapowcy obstawili nazajutrz dom przy ulicy Ciepłej, przeszukali mieszkanie strażniczki Łapińskiej i sąsiednie; nie znaleźli jej i odjechali. Cegła, która ukryła się u koleżanki mieszkającej na innej klatce schodowej w tym samym domu, zza firanki widziała przez okno gestapowców i uwierzyła nareszcie, jak bliska była swojej własnej tragedii. Wieczorem opuściła Ciepłą i otrzymawszy najdalej idącą pomoc ze strony ludzi podziemia, „przerobiona” na zupełnie inną osobę, z nową kennkartą opuściła Warszawę. Natomiast dzielny, 19-letni łącznik, Marian Kwiatkowski, syn aresztowanej Mateczki, nie dowierzał chyba zbytnio ostrzeżeniu Cegły. Opuścił co prawda mieszkanie, ale udał się do pracy, gdzie został aresztowany i przywieziony na Pawiak. Zginął w egzekucji 12 XI 1943 r. Dzięki ofiarnej pomocy ludzi podziemia eks-strażniczka Pawiaka, Helena Łapińska, przeżywszy koszmar okupacji żyje do dnia dzisiejszego. Jej imienniczka, stara Łapcia, pracowała prawie do końca lipca 1944 roku. Nieraz myślę o niej i widzę wyraźnie przed oczyma jej zgarbioną, drobną, szczupłą postać. Gdy przychodziła do naszej celi, kształty jej były nieraz zaokrąglone, zwłaszcza biust. Po wyładowaniu produktów, zaopatrzonych w szyfrowane adresy więźniarek, figura Łapci wracała do stanu normalnego. Bałyśmy się zawsze, że

kiedyś wpadnie przy rewizji, ostrzegałyśmy ją, ale dobra Łapcia, wiecznie niepoprawna, mawiała: „Paniusie drogie, wiecie dlaczego Pan Bóg tak skąpo ulepił moje ciało? Bo wiedział, że gdy zajdzie potrzeba, będę je mogła sztucznie powiększyć”.

Jeńcy
Należy podkreślić osobliwy stosunek Niemców do jeńców wojennych różnych narodowości: Polaków, Anglików, Francuzów, obywateli Związku Radzieckiego i innych. Już przez sam fakt wtrącania do więzień jeńców wojennych i brutalnego ich traktowania łamali międzynarodowe prawo wojenne. Cóż dopiero mówić o rozstrzeliwaniu jeńców! Latem 1943 roku przywieziono na Serbię 3 spadochroniarki radzieckie: Wierę, zestrzeloną nad Lwowem, stracono w ruinach getta; Nataszę, która była oficerem, skoczkiem spadochronowym z Moskwy, trzymano w izolatce na II oddziale i wywieziono jakoby do Berlina. Chodziły jednak słuchy, że stracono i ją w ruinach getta. Nazwiska obu dziewcząt wyleciały mi, niestety, z pamięci. Trzecia młodziutka Lena Bondarenko - zginęła rozstrzelana w getcie. Tym kobietom-jeńcom zdarto dystynkcje wojskowe, pozostawiono jednak mundury. Gestapowcy, zwłaszcza niektórzy wachmajstrzy ukraińscy, traktowali je równie brutalnie jak więźniów. A one nie pozostawały im dłużne: wytykały Ukraińcom służalczość wobec Niemców i zdradę własnego narodu. Wczesną wiosną 1944 roku przyprowadzono na Serbię dwadzieścia kilka kobiet radzieckich w mundurach oficerskich, podoficerskich i żołnierskich. Na okres kwarantanny zostały umieszczone na I oddziale, w ciasnym, opróżnionym magazynie, gdzie nie było prycz, tylko długie piętrowe police. Po skończonej kwarantannie zostały przeniesione do celi nr 21 na II oddziale, z zakazem kontaktowania się z Polkami. Grupa spacerujących kobiet w mundurach i z dystynkcjami - z dowódcą, kapitanem Jelcową na czele - budziła wielką sensację w więzieniu. Godną postawą wobec esesmanów i Ukraińców oraz życzliwym stosunkiem do więźniarek szybko zyskały sympatię wśród Polek. Przez cały okres ich pobytu na Serbii najwięcej opiekowała się nimi strażniczka polska Zofia Döllinger. Wielokrotnie przyprowadzała je do szpitala pod pozorem choroby, mimo że młode, czerstwe dziewczęta, przeważnie Gruzinki, cieszyły się dobrym zdrowiem. Wśród nich było kilka lekarek. Nie otrzymywały, rzecz prosta, ani korespondencji ani paczek żywnościowych - dokarmiane przez funkcyjne więźniarki, nigdy nie były głodne. Zofia Döllinger przemycała im „sało”, bieliznę osobistą i maliny, które tak lubiły. W celi śpiewały pięknym chórem piosenki radzieckie. Latem 1944 roku prawie cała grupa została przewieziona do obozu koncentracyjnego (podobno do Oświęcimia). Na oddział męski przywożono też pojedynczo jeńców polskich, angielskich, duże grupy jeńców radzieckich, których los zwykle kończył się w ruinach getta... albo w celi, gdzie ich wieszano.

Internowani

W pewnych okresach przebywali na Pawiaku internowani: w roku 1941 (po napadzie Niemców na Związek Radziecki) - obywatele Związku Radzieckiego; w początkach roku 1942 - ponad 100-osobowa grupa obywateli różnych państw. Pod koniec roku 1942 Niemcy przywieźli na Pawiak przeszło 200 internowanych, w większości obywateli Stanów Zjednoczonych, przeważnie polskiego pochodzenia. Do kobiet z tej grupy przylgnęła nazwa „Amerykanki”; w lipcu 1943 roku przywieziono na Pawiak z Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej ponad 400 internowanych Żydów. Wszystkie internowane kobiety i niektóre grupy mężczyzn umieszczano w jednopiętrowym budynku o nieokratowanych oknach stojącym na podwórzu gospodarczym Serbii - w związku Z czyni utarła się w więzieniu nazwa: „budynek internowanych”. W myśl umowy międzynarodowej, dotyczącej traktowania internowanych osób, Niemcy odnosili się do pierwszych 3 grup i przez krótki czas do ostatniej grupy (lipiec 1943 roku) rzeczywiście zgodnie z literą prawa i nawet z pewną uprzejmością. Internowani mieli dużą swobodę poruszania się po wyznaczonych przez Gestapo odcinkach więzienia. Wybierali swego delegata, który załatwiał im wszystkie sprawy na mieście. Każdy z internowanych, domagający się konsultacji lekarskiej u profesorów na mieście, mógł także wyjść z Pawiaka po otrzymaniu na to zgody lekarza niemieckiego, który sam osobiście nie badał go, tylko podpisywał przepustkę opierając się na diagnozie lekarzy-więźniów. Wizyty u lekarzy wolnościowych ustalał delegat grupy z lekarzami funkcyjnymi, bo wśród internowanych znajdowały się również wtyczki gestapowskie. Wtyczki te nigdy nie dostawały takich wniosków (zgodnie z cichą umową między nami a delegatem, który jednocześnie podawał nam - nazwiska „niepewnych”). Należy dodać, że wśród internowanych bardzo wielu było ludzi zaangażowanych w polskim podziemiu, nieraz nawet na szczeblach wyższych; znali oni charakter pracy lekarzy-więźniów na Pawiaku i nasze nazwiska. To rozeznanie ułatwiało nam współpracę. Ponadto internowani mogli porozumiewać się telefonicznie z miastem i otrzymywać dowolną ilość paczek żywnościowych; zostawiano im wszystkie kosztowności, kufry, walizy, rzeczy osobiste; mieli prawo leczyć się u więziennego lekarza urzędowego, u lekarzy funkcyjnych i lekarza stomatologa na funkcji, o każdej porze dnia i nocy; mogli również korzystać z leków apteki więziennej. O powyższych przywilejach dla internowanych urzędowo zawiadamiali nas gestapowcy. Jak mówiły mi pacjentki-z gmachu dla internowanych, które przychodziły do ambulatorium lub do których byłam wzywana, Niemcy zapewniali je, że po przejściu dłuższej kwarantanny na Pawiaku zostaną odstawione najpierw do Vittel42 i dopiero stamtąd będą mogły jechać do swego kraju. Internowani szybko zorientowali się w sytuacji więźniów. Za głównych informatorów służyli im właśnie lekarze-więźniowie, którzy podczas udzielania pomocy lekarskiej mówili, o metodach barbarzyńskich przesłuchań w Gestapo, okrucieństwach wachmajstrów, transportach do obozów koncentracyjnych, egzekucjach itp., w nadziei, że wiadomości te zostaną przekazane poza granice Europy. Oczywiście, rozmawialiśmy o tym wyłącznie, z ludźmi zaufanymi, co do których mieliśmy pełne rozeznanie. Wśród „Amerykanek”, przeważnie pochodzenia polskiego, spotykało się wiele niezwykle wartościowych kobiet z organizacji podziemnych. Z prawdziwym wzruszeniem wspominam, nieraz

42

Miejscowość we Francji, w departamencie Vosges, gdzie był obóz dla internowanych.

Jadwigę Gruberską, Kilińską, Wandę Lisiecką (operowaną w owym czasie na wyrostek robaczkowy), Olejarczyk, Martę Williams i Laurence Loth. „Amerykanki” przychodziły dość często po „poradę lekarską”; najpierw pojedynczo, później masowo zaczęły „chorować”. Przypominam sobie, jak internowane siostry zakonne, felicjanki, z matką generalną, Marią Simplicitą, na czele, w okresie Bożego Narodzenia 1942 roku zgłosiły się do ambulatorium jako chore, i gdy eskortujący je gestapowiec wyszedł, zaczęły spod obszernych habitów wyładowywać kilogramy słoniny, boczków, strucli itp. Maria Sokołowska i Wiktoria Krysiak (rodzina strażniczki Uzarówny), i mne (niestety, nie pamiętam ich nazwisk) przemycały żywność, dostarczaną przez Delegaturę Rządu dla więźniów. Szczęśliwie przemycone produkty, odebrane przez Wandę Wilczańską i dr Kononowicz, podzielone na porcje wędrowały do najbardziej potrzebujących: za pośrednictwem dr Kononowicz, dr Ossowskiej i innych funkcyjnych - na oddział kobiecy, a za pośrednictwem dr Ani Sipowicz-Gościckiej i Marysi Kopeć - na oddział męski. Zaprzyjaźnione „Amerykanki” przyszły po raz ostatni do ambulatorium wieczorem 17 I 1943 r., aby pożegnać się z nami. Rankiem 18 stycznia wyjechały do obozu internowanych w Vittel, zabierając z sobą obraz potwornego transportu więźniów na Majdanek, oglądany w przeddzień na własne oczy. Stosunek gestapowców do ostatniej dużej grupy internowanych w lipcu 1943 roku był zgoła inny niż do grup poprzednich. Przez kilka pierwszych dni traktowali oni tę grupę istotnie jak internowanych, co zresztą podkreślali na każdym kroku. Pewnego dnia Wyłup przyprowadził do szpitala internowaną z niewielkim ropniem na udzie i zaznaczył, że ma być ulokowana w osobnej celi, aby więźniarki nie mogły się z nią kontaktować. Drzwi jej celi, tak zwanej zakaźnej, były wbrew nakazowi tylko przymknięte. Toteż chora pod nieobecność gestapowców mogła swobodnie poruszać się po całym szpitalu. Jej piękna, luksusowa bielizna rażąco kontrastowała z koszulami i szarymi, połatanymi szlafrokami więziennymi. Początkowo odnosiła się do nas pogardliwie, chociaż była obsługiwana na równi z wszystkimi chorymi, a porządkowe szpitalne zjawiały się na każde jej wezwanie. Któregoś ranka przy apelu poskarżyła się Wyłupowi, że jest źle traktowana, że dostaje posiłki za mało podgrzane... Dobrze wtedy oberwałam od Wyłupa, który wrzeszcząc i grożąc przypomniał nam, że „to jest internowana”, nie więźniarka, trzeba ją obsługiwać w pierwszej kolejności i o każdej porze, zawsze, ilekroć tego zażąda. Głęboko oburzona słuchałam ze zdziwieniem wymysłów wachmajstra, bo nie mieściło mi się w głowie, aby człowiek wolny, mający tyle żywności, że aż wyrzuca do śmieci zepsute produkty, na których widok cieknie nam ślinka, może zdobyć się na oskarżenie więźniarek przed gestapowcem. No cóż... zarówno porządkowe, jak intendent szpitala Wanda Wilczańska musiały na każde zawołanie chorej podgrzewać dla niej posiłki na jedynym palniku gazowym, który obsługiwał wszystkie chore. Zamknęły się serca nasze dla niej, lecz mimo to w miarę skromnych możliwości zaspokajałyśmy w pełni każde jej życzenie. Po paru dniach zmienił się gestapowski front w stosunku do wszystkich internowanych. Cofnięto im przywileje, nie mogli wychodzić na miasto, telefonować i otrzymywać paczek. Zastosowano wobec nich ostry rygor więzienny; jedzenie wyłącznie z kotła, regulaminowy spacer, zamykanie cel, trzykrotne w ciągu dnia wypuszczanie do „kącika”.

Nasza internowana chora przeraziła się nie na żarty, gdy tak dotychczas „troskliwy” Weffels, zamiast wysłuchać nowych petycji, ze złością zatrzasnął jej przed nosem drzwi celi i potraktował ją, jak zwykł traktować nas od lat... Dopiero wtedy zrozumiała. Przepraszała nas za wyrządzoną krzywdę, tłumaczyła, że nie wiedziała, kim jesteśmy. Przyjęłyśmy ją teraz do naszego więźniarskiego grona z otwartym sercem. Przypominam sobie nasze wspólne wieczorne pogawędki. Niby prorok przepowiadała, że „już za pięć dwunasta; Hitler, likwidując w Polsce ostatnich Żydów, niebawem wykończy ostatnich policjantów, którzy jeszcze są potrzebni Niemcom... a zapewne i nas, internowanych... lecz wkrótce nadejdzie dwunasta, a wraz z nią koniec Hitlera”... Byłyśmy teraz w przyjaźni. Internowana, pragnąc w jakiś sposób wynagrodzić nam wyrządzoną krzywdę, próbowała raz po raz ofiarować nam cos ze swoich kosztowności i luksusowej odzieży, której miała całe kufry. Nie mogła zrozumieć, dlaczego odmawiamy. Mnie na przykład chciała dać wspaniałą kolię, broszkę i bransoletkę z granatami, później usiłowała wmówić bodaj pończochy prześliczne, gazowe. Roześmiałam się i wreszcie wytłumaczyłam jej wprost, że najcenniejsze klejnoty, pieniądze czy luksusowe szmatki od lat straciły dla nas wszelkie znaczenie; jedyne wartości, jakie uznajemy, to człowiek, jego życie, zdrowie i praca dla niego. Speszona i przekonana tym argumentem, nie robiła nam już żadnych propozycji. Niezadługo, bo w lipcu, gestapowcy zarządzili apel internowanych. Podając jako pretekst wyjazd do Vittel, zgromadzili wszystkich na podwórzu Pawiaka, uprzednio ograbiwszy ich z mienia. Na apel doprowadzono również dwie chore; tę, o której wspomniałam, i drugą, po świeżym poronieniu, żonę reżysera filmowego. W godzinę później gestapowcy odesłali je z powrotem do szpitala. Ale żadna z nich nie chciała rozstawać się z bliskimi. Uspokajałam je, prosiłam, aby się położyły, lecz prośby i perswazje nie docierały do nich. Zwlokły się z łóżka i osłabione, trzymając się ścian korytarza spieszyły się, aby zdążyć na transport... transport śmierci w ruiny getta. Z grupy kilkuset internowanych Żydów ocalało ponad 150. Zostali wywiezieni do obozu w Niemczech. Pozostałych stracono w ruinach getta w lipcu 1943 roku.

Dyskusje z Bürcklem
Jak nadmieniłam, Bürckl, pochłonięty akcją wysiedlania mieszkańców getta, niewiele miał czasu na swą straszliwą działalność w więzieniu. Wraz z jego powrotem do codziennej służby wróciła na Pawiak zmora. Znienacka, cichutko, skradając się wpadał do szpitala na Serbii z pejczem w ręku, z nieodłącznym wilczurem przy nodze, bardzo często pijany. Biegał po szpitalu jak szaleniec, czepiał się byle błahostki, obrzucał chore ordynarnymi wyzwiskami, zdzierał karty gorączkowe z łóżek, wygrażał, że sam wkrótce wszystkie pacjentki wyleczy. Wygląd i zachowanie tego niebezpiecznego psychopaty budziły powszechny strach. Nawet jego duży wilczur szczerzący groźnie, zęby i łypiący złymi oczami wydawał się przy nim uosobieniem łagodności. Innym razem przychodził osowiały pod działaniem jakiegoś narkotyku; robił wtedy wrażenie manekina. Przemierzając cele szpitalne to przyspieszał kroku, to zwalniał, to znów przystawał, oczy miał jakby nie widzące, wymachiwał rękoma, bełkotał coś i wreszcie wychodził.

Pewnego upalnego dnia zastał mnie w ambulatorium przy -segregowaniu leków nadesłanych przez Patronat. Jak dziki zwierz rzucił się na butelki z jecorolem. Policzył wszystkie i jedną zatrzymał dla siebie. Zażądał trochę wody, wlał do niej całą zawartość butelki i wypił łapczywie znakomity roztwór, który nazwał lemoniadą. To samo powtórzyło się nazajutrz, z tą tylko różnicą; że znacznie bardziej się obłowił. Otworzył podręczną szafę apteczną i gdy stwierdził brak kilku butelek, przekazanych dr Krysi Ossowskiej dla dzieci, rozzłościł się, chwycił wszystkie pozostałe i rozpoczął ucztę. Był nienasycony, opijał się jecorolem pół na pół z wodą. Zlany potem, zadowolony z siebie spoglądał na mnie badawczo. Zdawało się, że za chwilę pęknie, ale wciąż żądał nowej lemoniady. Byłam przerażona tym nieprawdopodobnym łakomstwem, a jeszcze bardziej utratą jecorolu. Ten cenny lek, przeznaczony dla naszych więziennych maluchów, musiałam w przyszłości dobrze ukrywać. Bürckl sprawdzał nawet paczki patronackie, zawzięcie poszukując jecorolu. Uprzedzeni o tym koledzy lekarze ze szpitala męskiego brali od nas ten syrop na przechowanie i przynosili go pod nieobecność Bürckla. Któregoś popołudnia wszedł do naszej celi Bürckl. Tak się złożyło, że byłyśmy w komplecie. Powiódł po nas błędnym wzrokiem, z ust ściekała mu ślina, ręce wykonywały jakieś nie skoordynowane ruchy. Rozsiadł się na krześle i zażądał swojej lemoniady. Tego dnia lepiej, było nie odmawiać mu, otrzymał więc lemoniadę. Ujął kubek trzęsącą się ręką i niosąc go do ust rozlewał płyn po stole. Wolniutko, małymi łykami popijał lepką, ciemnowiśniową ciecz, która ściekała mu z warg. Gdy wreszcie wysączył ostatnie krople, wcale nie miał zamiaru odejść. Obserwował nas, a my jego. Oczekując, co też jeszcze wymyśli, milczałyśmy jak zwykle. Pod tym ostrzałem spojrzeń Bürckl nieoczekiwanie zaczął wywody polityczne i między innymi stwierdził, że właściwie Polski nie było, nie ma i nigdy nie będzie, ani za rok, ani za sto lat. Nie mogąc się powstrzymać zapytałyśmy go wprost, czy wolno nam zabrać głos w tej sprawie. Zgodził się, a nawet zaznaczył, że chętnie porozmawia na ten temat. Rozpoczęła się więc dyskusja. Nie oponował zbytnio, gdy historycznie udowodniłyśmy istnienie Polski, odrzucał jednak ewentualność, że kiedykolwiek kraj nasz będzie suwerenny, a jako argument podawał aktualny stan faktyczny, będący wynikiem dotychczasowej polityki führera, jego ludzi i Gestapo. Plan Hitlera - ciągnął Bürckl przewiduje ostateczną likwidację Żydów, potem Polaków i wreszcie wszystkich Słowian. Gestapo konsekwentnie, planowo i aż do skutku będzie niszczyć Polaków poprzez aresztowania, łapanki, obławy, obozy koncentracyjne itp. Dodał, że przecież my, inteligentki, tak długo tu przebywające, widzimy chyba, kogo oni aresztują; teraz przede wszystkim działaczy politycznych, gospodarczych, społecznych, profesorów, nauczycieli, byłych oficerów WP, intelektualistów, prawników, lekarzy, inżynierów i wysoko kwalifikowanych rzemieślników. W następnej kolejności pójdą robotnicy, chłopi i inni. Z całym cynizmem dodał, że wobec tego nie ulega wątpliwości, iż Polska nigdy nie powstanie. Żądał i czekał, abyśmy przyklasnęły jego obłędnym wywodom. Na to jednak nie mogłyśmy się zdobyć. Głos zabrała Krysia. Bürckl, który do tej pory trzymał się form dyskusji, nagle poczerwieniał, nabiegłe krwią oczy Wlepił w Krysię i bełkocząc z wściekłości zagroził, że tak jak Gestapo niszczy cały nasz naród, tak on zlikwiduje teraz Krysię i nas wszystkie... Prawą rękę wolno przesuwał w kierunku pasa z rewolwerem i zaczął otwierać kaburę. „Nie wierzycie?” - wrzasnął i nieprzytomnie spojrzał kolejno na nas wszystkie, zatrzymując wzrok na Krysi. Ułamki sekund potwornego napięcia - jeszcze moment, a padnie strzał; zastrzeli Krysię, potem nas. Ale równocześnie opanowanie Krysi i pozostałych doszło do szczytu. Przeraźliwie blada, lecz najspokojniej w świecie Krysia wyjaśniła, że to była tylko dyskusja, my zaś zdajemy sobie sprawę, że on jest w tej chwili panem naszego życia i śmierci; wiemy, że może z nami zrobić, co zechce. Bürckl zapiął kaburę, zsunął rękę z rewolweru. Zadowolił się widać tą odpowiedzią, bo z szaleńczym śmiechem wyszedł szybko z celi. Pełna buty i grozy „dyskusja” Bürckla była nie tylko propagandą

potęgi Rzeszy, lecz przede wszystkim recytacją dobrze wyuczonej lekcji o planach Hitlera i tajnej policji niemieckiej, o ich metodach i sposobach prowadzących do dalszej systematycznej zagłady biologicznej całego narodu polskiego.

Przepiłowana krata
We wrześniu i październiku 1943 roku - okresie obfitującym w ciężkie więzienne przeżycia - grupa lekarska na Pawiaku i Serbii wystawiona została dodatkowo na trudną próbę... W połowie września władze organizacji podziemnej zawiadomiły naszą celę o przygotowywaniu ucieczki dla nas i kolegów lekarzy ze szpitala męskiego; szczegóły miały być podane później. Na razie przemycono do więzienia oryginalne „angielskie włosy” do piłowania krat i polecono nadpiłować kratę okna w aptece przy szpitalu męskim, które wychodziło na ulicę Pawią - tędy miała wieść droga na wolność. Dalsze dyrektywy mieliśmy otrzymywać stopniowo. W aptece pod stałą zmienną strażą dra Śliwickiego i Leszka Torchalskiego (więźnia na funkcji aptekarza) nasz dzielny chirurg Feluś Loth w pocie czoła dokonywał bez szmeru niecodziennego zabiegu: misternie podpiłowywał jeden z prętów kraty okiennej. Po paru dniach „ciężkiej operacji” gruba żelazna sztaba trzymała się, można rzec, na włosku. Wystarczyło jedno lekkie szarpnięcie, żeby ją obalić. Początkowo była mowa o ucieczce 9 więźniów. Po bliższym rozpatrzeniu możliwości i na naszą prośbę powiększono tę grupę o 11 osób. Na razie tajemnica nie mogła wyjść poza celę lekarzy. Opuszczenie gmachu przez 20 ludzi miało trwać najwyżej 2 minuty. Biorąc pod uwagę kondycję więźniów, muszę przyznać, że byłby to wyczyn nie lada. Ukradkiem improwizowałyśmy próbne ćwiczenia, które, choć powtarzane wielokrotnie, nie szły za dobrze. Ale stokroć gorsza była gimnastyka myśli: czy mimo polecenia władz organizacyjnych z zewnątrz mamy prawo opuścić chorych, osamotnić ich, może nawet pozbawić wszelkiej opieki lekarskiej? Czy uratowanie naszych głów od śmierci nie spowoduje groźnych represji gestapowców w stosunku do chorych i pozostałych więźniów? Czy nici pracy konspiracyjnej wewnętrznej - nagle zerwane w jej głównym pionie - będzie można powiązać od nowa? Na te pytania znajdowaliśmy tylko jedną odpowiedź: nie. Ale trudno też obronić się przed natarczywą myślą, że przecież od 1940 roku prawie wszyscy żyjemy na kredyt, że lada dzień mogą wykonać na nas wyrok śmierci. Każdy więzień polityczny ma prawo do ratowania się ucieczką, nie istnieje na świecie siła, która by mu tego zakazała, tym bardziej że my dostaliśmy teraz wyraźne polecenie. Wszystkie żywe stworzenia walczą do ostatniej chwili o swoje życie, jeśli mają bodaj iskierkę nadziei. A oto wolność otwiera się przed nami... Ale zaraz potem nadchodziły refleksje i sprzeciwy - i tak w kółko.

Z tej wewnętrznej rozterki zwierzam się Ani, która stacza z sobą podobne boje. Postanawiamy nie dzielić się tą udręką z naszymi współtowarzyszkami w celi ani z kolegami ze szpitala męskiego, którzy na pewno przeżywają to samo. Zdajemy sobie sprawę, że ujawnienie chęci wycofania się z tej akcji teraz lub w chwili realizowania jej - może utrudnić ucieczkę naszym przyjaciołom, pokrzyżować plany działania organizatorom z zewnątrz, kto wie - może nawet zepsuć całą akcję?... I w tej dyskusji z własnym sumieniem należy też rozważyć sprawę odpowiedzialności za zaprzepaszczenie jedynej szansy ratunku, jaką stwarza nam wspaniała gotowość kolegów z podziemia. W dodatku, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, rozumiemy, że jeśli obie w ostatniej chwili zrezygnujemy z ucieczki i zostaniemy tutaj, czeka nas tylko szybsza śmierć. Więc jaka z tego korzyść? Jaki to ma sens? Intensywna praca myśli szarpie zmęczony mózg, utrudnia logiczne rozumowanie... Z zewnątrz, z wolności, bez żadnych sugestii z naszej strony przychodzi niebawem... odwołanie ucieczki. Dowództwo dochodzi do wniosku, zresztą chyba słusznego, że nasza ucieczka z więzienia spowoduje zniszczenie tak dobrze zorganizowanej siatki konspiracyjnej. Odwołani niemal od progu wolności, pozostajemy na polu podziemnej walki w więzieniu. Przepiłowana krata okna w aptece staje się naszą zmorą. Nie sposób jej „zszyć”. Tu nawet Feluśchirurg niewiele mógł zdziałać. Zakleił ją plasteliną, pomalował olejną farbą... Drżałyśmy co dzień, prawie przez rok, o naszych chłopców ze szpitala. Oni i my, gdy przychodziliśmy do apteki, odwracaliśmy się od „chorego” pręta, eks-zwiastuna wolności, aby oczyma nie sprowokować gestapowców, którzy lubili chwytać się rękoma krat. Chyba tylko opatrzność czuwała nad nami. Dobrze się jednak stało, że nie powiadomiliśmy przedwcześnie pozostałych koleżanek i kolegów desygnowanych do ucieczki. Uniknęli bowiem tych wstrząsów i zawodu, które były naszym udziałem.

Przeżyłam własną śmierć
Od długich miesięcy łączna ilość więźniów na Pawiaku wynosiła ponad trzy tysiące. Baliśmy się tej liczby, gdyż wiadomo było, że i tak już przepełnione cele więzienne nie są zdolne pomieścić więcej osób. Co prawda hamowało to na krótki okres przypływ nowych więźniów, lecz jednocześnie przyśpieszało transporty do obozów koncentracyjnych i doraźne wyroki śmierci. Szły większe i mniejsze transporty do obozów, odbywały się masowe i grupowe egzekucje w ruinach getta. Zmniejszony wskutek tego stan liczbowy więźniów na Pawiaku utrzymywał się nieraz parę dni, a czasami ledwie parę godzin. Cele równie szybko zapełniały się, jak opróżniały. Luksusowe limuzyny lub olbrzymie budy więzienne nieustannie przywoziły imiennie aresztowanych i - okresowo, wielkimi falami - ludzi ujętych w Warszawie w masowych łapankach i obławach jako element niebezpieczny i podejrzany o udział w „bandach”. Na Serbię przywożono chłopki dostarczające dla wygłodzonej Warszawy żywność z okolic Ostrowia, Siedlec i innych, podmiejskich. Na podwórzu Serbii w niezliczonych koszach i koszykach gdakały kury, popiskiwały kurczęta, gęgały gęsi, kwakały kaczki. Gestapowcy zabierali kobietom cały „dobytek”, niektóre zwalniali, większość najbliższym transportem wywozili do obozów koncentracyjnych. Ludzi z łapanek traktowano różnie; jednych kierowano na Skaryszewską (punkt rozdzielczy do obozów pracy w Niemczech), innych zatrzymywano

na Pawiaku i po zniszczeniu ich kennkart czy zaświadczeń z zakładów pracy wywożono - często bez przesłuchań - do obozu koncentracyjnego; wielu tracono w egzekucjach. Bardzo rzadko zdarzały się wypadki zwolnień. Od połowy września 1943 roku większość nowo aresztowanych czy ujętych w łapankach przesłuchiwało Gestapo w dawnej kaplicy na oddziale męskim Pawiaka. Ażeby pomóc warszawskiemu Gestapo w szybkim likwidowaniu nowych, a także starych spraw, ściągnięto Gestapo radomskie, równie sprawne w okrucieństwie. Ta czcza formalność, zwana przesłuchaniem, odbywała się codziennie od wczesnego ranka do późnego wieczora i najczęściej kończyła się tak samo: nazajutrz między godziną 9 a 10 rano prowadzono więźniów na egzekucję w ruiny getta.

Dnia 30 IX 1943 r. około godziny 13 do naszej celi wszedł wachmajster Krüger. W ręku trzymał duży arkusz papieru; wyczytał moje nazwisko i kazał mi iść z sobą na przesłuchanie, jak powiedział. Gdy odwrócony do mnie plecami przeglądał listę, zdążyłam rzucić na nią okiem i zauważyłam - wśród wielu innych - nazwiska Ani i Marysi, podkreślone czerwonym ołówkiem... Trwało to ułamek sekundy, ale Krüger widocznie zorientował się, że podglądam listę, bo odwrócił się nagle i wyprowadził mnie z celi. W drodze do kancelarii Pawiaka usiłuję przypomnieć sobie ostatnie kontakty: może jakaś wsypa, może przychwycony gryps? Obmyślam ewentualne tłumaczenie i odpowiedzi, równocześnie staram się o wszystkim „zapomnieć”. Śledztwo w mojej sprawie już dawno zakończone... w październiku 1942 roku sturmscharführer Hiersemann urzędowo powiadomił mnie o śmierci mego męża w Oświęcimiu. Czyżby dalsze konsekwencje donosu, który unterscharführer Weffels złożył u dra Bomeiera w związku z „akcją grypsową”?... Boże, dlaczego nazwiska Ani i Marysi podkreślono czerwonym ołówkiem? A lista zawierała jeszcze tyle nazwisk... Co to wszystko znaczy? Idę w milczeniu dobrze mi już znaną drogą, staram się podtrzymywać w sobie słabą iskierkę nadziei, że wszystko dobrze się skończy, odpycham natrętne pytania, które, jakby przeciwko mnie sprzysiężone, wracają tłumnie... Wchodzimy na korytarz kancelarii. Jest tu kilka więźniarek - nowe, żadnej nie znam. Gestapowcy spisują dane personalne, datę, miejsce aresztowania. Gdy z kolei podaję moje, gestapowiec z nagłą złością przerywa i krzycząc wmawia we mnie, że byłam aresztowana w Grudziądzu (tu muszę wyjaśnić, że cenzura odnotowywała numer referatu na legalnej korespondencji od i do więźnia; na moich kartach prócz numeru referatu IV A 3c figurował dopisek: Stapo Graudenz)... Bronię się tłumacząc, że nigdy nie byłam w Grudziądzu, że aresztowano mnie w Warszawie... i zaczyna mi się pomału wszystko wyjaśniać: obcym referentom, którzy nie dysponują całością akt naszej sprawy (dawno przesłano je do Berlina) wszystko się poplątało. Dowodzi tego następne pytanie: „Przyczyny aresztowania?”. Odpowiadam bez zająknienia: „Zostałam niesłusznie oskarżona”. Obrzucają mnie stekiem wyzwisk. Prowadzą nas po schodach do dawnej kaplicy na oddziale męskim. Byłam tu jeden jedyny raz z Zygmuntem i Marysią Kopeć, gdy legalnie „wykradaliśmy” najlepsze leki, zmagazynowane przez gestapowców po zrabowaniu aptek w getcie. Jakże inaczej teraz wygląda ta duża sala dawnej kaplicy! Przypomina halę biurową: nieskończona ilość biurek, tłum siedzących i stojących gestapowców wyższej i niższej rangi, cywilów o twarzach okrutnych, z piórkami przy zielonych kapeluszach, sekretarki piszące coś na maszynach. Hala rzęsiście oświetlona, ale mroczno w niej od dymu cygar i papierosów. Niesamowity ruch, podniecenie, pośpiech,.. Stoję druga w szeregu. Oficer Gestapo

siedzący obok sekretarki przy biurku, pochylony nad stertą papierów, pyta pierwszą więźniarkę o personalia. Szybko je sprawdza i ryczy: „Raus, aber schnell!”43. Teraz moja kolej. Podaję nazwisko, imię, datę aresztowania: 24 XI 1940 r. Ciszę, która panowała przez sekundę po mojej odpowiedzi, przerywa potężne uderzenie pięścią w biurko i wściekły wrzask gestapowca, którego oczy raczyły mnie teraz zauważyć: „Was machst du noch hier? Lebst du noch?”44. Muszę przyznać, że to pytanie zaskoczyło mnie chyba tak samo, jak gestapowca moja odpowiedź: „Właśnie nie wiem, ale jeszcze żyję”... Widząc mnie w lekarskim fartuchu, którego ponaglana przez Krugera nie zdążyłam zdjąć, zapytał mnie o zawód. Odpowiedziałam, że jestem lekarzem i pracuję w szpitalu kobiecym... I znowu krótka cisza, jakieś szepty, narady wśród gestapowców, wreszcie podniesiony głos: „Los, rrraus!”. Konwojowana przez wachmajstra z powrotem na Serbię, usiłowałam cośkolwiek wywnioskować z tego przesłuchania, które było krótkim sprawdzeniem personalii. Dlaczego rozwścieczył ich fakt, że ośmieliłam się jeszcze istnieć? W celi opowiedziałam o wszystkim koleżankom nie wspominając jednak, że nazwiska Ani i Marysi figurują na liście... I one również nie mogły zrozumieć sensu i celu niezwykłego przesłuchania. Należało czym prędzej powiadomić o tym kolegów lekarzy ze szpitala męskiego i zaczerpnąć stamtąd wiadomości. Wzięłam jako „kartę wstępu” kilka butelek z moczem do badania i udałam się do laboratorium analitycznego przy szpitalu męskim. Przechodząc przez ambulatorium szpitala męskiego zastałam tam Zygmunta i Felka. Zaskoczyło mnie, że siedzą bezczynnie, milczący i przygnębieni, podczas gdy w najgorszych okresach zachowywali zawsze pogodę ducha i uśmiech. Aby wprawić ich w lepszy nastrój, silę się na humor i pytam: - Co się z wami dzieje? Chandra? Tęsknota? Na twarzy Zygmunta pojawia się wreszcie tak charakterystyczny dla niego, nikły uśmiech; oczy obu pozostają jednak smutne. Pokrótce dowiaduję się, że w godzinach rannych wachmajster Brockmann z kancelarii niemieckiej Pawiaka zabrał Leszka Torchalskiego; dołączyli go do licznej grupy więźniów przeznaczonych na egzekucję w ruinach getta. Poprzedniego dnia, 29 IX 1943 r., w godzinach południowych wezwano Leszka na przesłuchanie w kaplicy, gdzie sprawdzono tylko jego personalia i datę aresztowania (5 V 1940 r., w ciężkiej sprawie). - Czy jesteście pewni, że Leszka...? - pytam zdruzgotana. Może jest na jakimś oddziale? Może zwolniony? - Sprawdziliśmy, nie ma go... Na celkówce w kancelarii litera „U”… To dostateczny dowód, że Leszka rozstrzelano - mówi cichym głosem Zygmunt. W milczeniu przeżywamy cios, który uderzył w naszą najbliższą konspiracyjną rodzinę pawiacką... A więc zaczęło się, wykonują dawno wydane wyroki. Czy im powiedzieć, że i ja...? Na razie nie mam odwagi, może później. W laboratorium odwirowuję kilka osadów, manipuluję mikroskopem - tak na wszelki wypadek, gdyby weszli gestapowcy na kontrolę. Często, gdy tu przychodziłam, wyrastali jak spod ziemi i niby interesując się preparatami wlepiali oko w mikroskop i porywali się na naukowe dyskusje. Robota mi nie idzie, raz po raz z brzękiem spada szkiełko rozbijając się w drobne kawałki. Zła czy dobra wróżba? Człowiek staje się przesądny. Czy i jak im powiedzieć o moim przesłuchaniu? Dochodzę do wniosku, że powinnam... oni też muszą być na to przygotowani. Słyszę kroki na
43 44

Precz i to szybko! Co tu jeszcze robisz? Żyjesz jeszcze?

schodach do laboratorium. To, na szczęście, nie gestapowcy. Do laboratorium wchodzą Zygmunt i Feluś. Wydaje się, że postarzeli nagle o wiele lat. Z trudem, ale powiedziałam im wszystko. Do dzisiejszego dnia pamiętam słowa Zygmunta: „A więc i ty też...”. Na roztkliwianie się nie ma czasu, nie mogę tu za długo siedzieć, lada chwila może wejść gestapowiec. Jeszcze mobilizuję siły, aby trzymać fason... Już w progu słyszę, jak któryś z nich mówi: „Skoro tak być musi, to niech nas wszystkich razem... Co dzień kogoś... to ponad siły...”. Doznałam wówczas uczucia, którego nie da się opisać. W odrętwieniu i obojętna na wszystko, jakby to już nie ja, wracałam na Serbię. Moje towarzyszki z celi zrozumiały sytuację. Aż nazbyt wyraźnie wyczytałam w ich oczach lęk i rozpacz na wieść o losie Leszka, a jednocześnie niepokój o mnie. Nie próbowały mnie ani uspokajać, ani pocieszać - byłam nazbyt spokojna, nie umiałam rozpaczać, nie zdobyłam się na łzy, ale coś we mnie zamarło. Niemal mechanicznie pożegnałam się z drem Wackiem. Dotarła do mnie świadomość, że on już wie... Podczas gdy asystowałam przy ambulatoryjnych przyjęciach jego pacjentów, zauważyłam, że nie jest pogodny jak zwykle. Chcę tu dodać, że dr Szczepan Wacek należał do tych ludzi, których można by nazwać „rozumnie dobrymi”, a ponadto umiał przekazywać innym własną pogodę ducha. Nie opuszczała go ona w chwilach bardzo trudnych, które często mu się zdarzały, bo nigdy nie unikał ryzyka w swojej odważnej działalności konspiracyjnej... A gdy dzisiaj mnie żegnał, wszystko, co myślał, wypowiedział spojrzeniem. Było to prawdziwie ciepłe i serdeczne pożegnanie - bez słów. Wróciłam do celi. Weszła Jadzia Jędrzejowska. Mówiła coś... potem cichutko wyszła... Nieco później Agnieszka Biegańska, przyjaciółka z kolumny sanitarnej, zapytała, czy może mi postawić kabałę. „Jak chcesz, Agnieszko...”. Agnieszka skwapliwie rozłożyła karty, a gdy je odczytywała, myślami byłam gdzie indziej. Nie słyszałam, co mówi. Ocknęłam się dopiero wtedy, kiedy już kończyła kabałę wskazując na układ kart, który w tłumaczeniu więziennym miał oznaczać powrót do domu. Uśmiechnęłam się, aby ją upewnić, że wierzę w te optymistyczne horoskopy. Jakże drogie i bliskie były mi koleżanki prześcigające się w tych niezręcznych kłamstwach, przeświadczone, że mi to potrzebne! Jakże kochana była Agnieszka, która wzięła na siebie trudną rolę dobrej wróżki i zagrała ją z wielkim przekonaniem!... Przy wieczornym obchodzie zastałam idealny porządek w szpitalu. Chore leżały w łóżkach, panowała absolutna cisza, żadne - nawet ciężko chore - nie uskarżały się na nic, a gdy pytałam, czy im czegoś nie trzeba, mówiły, że nic, że czują się dobrze. Było to na pewno robione w najlepszej intencji, ale ja wolałabym, aby było jak zawsze, jak jeszcze dziś rano, kiedy to każda, byle zatrzymać mnie przy sobie, skarżyła się na różnorakie dolegliwości i braki. Dziwny smutek dawał się odczuć we wszystkich celach... Odniosłam wrażenie, że patrzą na mnie jak na kogoś z tamtego świata. Wachmajster Weffels, odbierający ode mnie codzienny meldunek o stanie celi nr 52 przy apelu wieczornym, prawie go nie słuchał, szybko przebiegł cele szpitalne... Po apelu napisałam gryps do mego rodzeństwa i teściów. Zawierał parę słów pożegnania. Oddałam go Ani z prośbą o przekazanie gdy mnie zabiorą z celi - przodowniczce Rosłońskiej (Kaczusi), która od czasu do czasu kontaktowała się z moją rodziną.

Noc spędziłam bezsennie, wśród majaków; rozmyślałam o minionym życiu; żegnałam się z bliską, a tak daleką rodziną... próbowałam oswoić się ze śmiercią, przygotować się duchowo na moment egzekucji. Ranna pobudka przywołała mnie do codzienności. Wyłup znów przebiegł szybko przez szpital, nie odbierając meldunku z naszej celi. Rano, jak co dzień, robię obchód szpitala i - jak wczoraj - żadnych skarg, wszystkie chore czują się dobrze, tylko ich twarze bledsze niż zazwyczaj i zmęczone oczy mówią mi o nieprzespanej nocy... Przyjmuję chore zgłoszone z oddziałów. Spoglądam na zegarek: ósma. Jakże wlecze się czas! Niechby się to już stało jak najprędzej... Pracuję, a właściwie zmuszani się do pracy, napięcie dochodzi do szczytu. Czekanie na śmierć, gdy się wie, że musi ona nastąpić, nie jest łatwe. Przychodzi tylko jedno pragnienie: aby to czekanie trwało krótko. Więźniarki, nie znające wielu podstępnych metod gestapowskich, były na pewno w lepszym położeniu. Te nowo aresztowane wczoraj, wezwane ze mną na przesłuchanie, nie wiedziały, co je czeka. Minęła godzina 8.30, 9.00, 9.30. Zadaję sobie niesłychany przymus i badam bez przerwy zgłaszające się chore. Wciąż patrzę na zegarek, nie rozumiem pytań, skarg, próśb; to znów chwytam się na tym, że działam jak automat. Przytomnieję na krótko, uświadamiam sobie, że one przecież żyją i cierpią, a ja... ja czy tylko moje ciało, od którego duch już się oddzielił? Dlaczego nie zabierają? Prędzej... prędzej... Wraca obłędna myśl... o godzinie 9.50 drzwi gabinetu otwierają się. Jestem gotowa... idę... Ale cóż to znaczy?... Gdzie gestapowiec?... Nie wiem, może to znowu majaki? Przede mną stoi Zygmunt. Uśmiecha się. Czuję dotyk przyjaznej ręki. I szybko przemyka myśl: „Jeszcze jedno pocieszenie? Ostatnie?”. Uśmiech przyjaciela działa kojąco jak balsam na mózg skołatany oczekiwaniem końca... Zygmunt prosi, abym na chwilę przerwała badanie chorych. Mówi łagodnie: - Bądź spokojna... - Przecież widzisz, że jestem spokojna - przerywam, ale słyszę własny głos: jest stłumiony. - Pracuj normalnie, nic ci w tej chwili nie grozi, wszystko załatwione. – I w krótkich słowach opowiada, w jaki sposób ocaleliśmy i ja, i reszta przyjaciół z funkcyjnego personelu lekarskiego i kolumny sanitarnej... Powrót do życia... w tamtej chwili było to chyba jeszcze trudniejsze niż pogodzenie się z nie dokonaną, ale psychicznie przeżytą śmiercią. I dopiero teraz spłynęły łzy. Wydać się może paradoksem, że niewykonanie na mnie wyroku śmierci zawdzięczam interwencji więźnia, dra Zygmunta Śliwickiego. Ale tak było. Krytycznego dnia dr Śliwicki poprosił o przyjazd lekarza niemieckiego, dra Bomeiera, motywując to pilną konsultacją lekarską w szpitalu więziennym. Dr Bomeier natychmiast zjawił się na Pawiaku ze swym felczerem Lindnerem. Zygmunt przedstawił mu naszą sytuację z całą odwagą i szczerością. Na zakończenie krótkiej rozmowy wyraził ostatnią prośbę: aby wyroki śmierci wykonano jednocześnie na wszystkich, łącznie z nim... Sturmbannführer dr Bomeier otrzymawszy od Zygmunta dokładne informacje o Leszku, o mnie i następnych kandydatkach: Ani i Marysi, był zirytowany. Niezwłocznie udał się z felczerem Lindnerem do kancelarii niemieckiej na Pawiaku, domagając się, aby - nim wróci z Alei Szucha - bez jego wiedzy nie wyprowadzono za bramę więzienia żadnego funkcyjnego więźnia z sanitariatu, szpitala i kolumny sanitarnej. W kancelarii zostawił Lindnera, który miał czuwać nad wydanym

rozkazem. Po półtoragodzinnej nieobecności dr Bomeier wrócił z Gestapo. Powiadomił Zygmunta, że na razie sprawa moja i reszty zagrożonych z sanitariatu jest wycofana i chwilowo nic nam nie grozi. Była to nie pierwsza i nie ostatnia skuteczna interwencja dra Bomeiera, który odnosił się przychylnie do więźniów i w bardzo wielu wypadkach pomagał, w miarę swych możliwości, nie tylko członkom sanitariatu, lecz również innym więźniom bez względu na ich narodowość i stawiane im zarzuty.

Cela nr 23-WBT
Nie zdążyłyśmy ochłonąć po ostatnich mocnych wrażeniach, gdy niebawem przyszły nowe. Trudno nawet dziś z perspektywy czasu ocenić, które z nich były silniejsze. W pierwszych dniach października 1943 roku na Pawiaku zaczął się niezwykły ruch. Od Leona Wanata dowiedzieliśmy się, że w kancelarii niemieckiej dniem i nocą wre praca, napływają wciąż zlecenia z Szucha, bo przygotowuje się duży transport. Gestapo działa szybko. 3 października na dziedzińcu spacerowym Serbii trwają od rana jakieś przygotowania. Ustawiono tam stoły z maszynami do pisania i krzesła; wstrzymano codzienny ruch więźniów. Nie ma przyjęć ambulatoryjnych, na próżno chore wystukują się z cel. Kolumna sanitarna zamknięta w celach, szpital zamknięty, funkcyjne nie idą do pracy. We wszystkich warsztatach cisza. Oczekiwanie, które wydaje się wiekiem, przerywa głośne trzaskanie krat oddziałów i drzwi cel. Pada ostra komenda niemiecka: „Alle raus, aber schnell!”45. Słychać tupot szybkich kroków więźniarek, które schodzą po żelaznych schodach. Z okien szpitala przy pomocy ustawionych lusterek obserwujemy, co się dzieje: na dziedzińcu komendant więzienia, tłum esesmanów i cywilów, kilkaset kobiet spędzonych z wszystkich cel, przy maszynach siedzą sekretarki, kręcą się wachmajstrzy niemieccy i ukraińscy. Większość więźniarek lekko ubrana. W pośpiechu nie zdążyły włożyć cieplejszych okryć. Otwierają się drzwi szpitala. Gestapowcy wywołują nas kolejno z celi nr 52 i wyprowadzają na dziedziniec. W szpitalu zostały tylko chore. Rozpoczyna się wielogodzinny apel. Liczą nas, sprawdzają nazwiska, segregują nas i ustawiają po prawej i lewej stronie. Znowu liczą, znowu sprawdzają, lewą grupą więźniarek przerzucają na prawo, te z prawej - na lewo. Maszyny wystukują dyktowane zlecenia. Nieustannym wrzaskiem gestapowcy popędzają nas, przesuwają jak przedmioty z miejsca na miejsce. Wreszcie zostajemy podzielone na 3 grupy. Zdenerwowane więźniarki nie wiedzą, która z wydzielonych grup jest „lepsza”. Długie stanie na dokuczliwym chłodzie potęguje niepokój. Lewa i prawa grupa są prawie równe. W każdej ponad dwieście kilkadziesiąt kobiet. Trzecia grupa środkowa - liczy 21 więźniarek. W tej grupie znalazły się wszystkie moje współtowarzyszki z celi nr 52: Ania Sipowicz-Gościcka, Marysia Kopeć, Krysia Ossowska, Irena Kononowicz, Wanda Wilczańska i ja, oraz funkcyjne: Jadzia Jędrzejowska, Genia Górska (Alina Szemińska), Stasia Wójcik, Irena Kryst-Niewiarowska, siostry Gela i Inka Guzy, Dietrich i inne. Zwróciło naszą uwagę, że selekcja odbywa się teraz inaczej niż dotychczas. Poprzednio przy podobnych apelach dzielono więźniarki na 2 grupy i wkrótce po ukończonym apelu wiadomo było, która grupa zostaje w więzieniu, która idzie w transport. Dziś podzielono nas na 3

45

Wychodzić wszyscy, prędko!

grupy - dość szybko wyjaśnił się los lewej i prawej: pierwszą przeznaczono do transportu, druga miała pozostać jeszcze w więzieniu. My, w naszej grupie środkowej, otrzymałyśmy rozkaz przeniesienia naszych rzeczy osobistych do celi nr 23 na II oddziale, i tu nas zamknięto. W szpitalu chore zostały bez opieki lekarskiej... Spora gromadka „starych” więźniarek obsiadła pryczę, komentując ściszonym głosem przedziwne zarządzenie, które zdaniem naszym nie mogło wróżyć nic dobrego. Pozostałe więźniarki rozlokowały się na sąsiednich pryczach: wśród nich, prócz kilku Żydówek, są więźniarki obarczone bardzo ciężkimi sprawami. Aresztowano je niedawno za posiadanie broni. Wszystkie są zdenerwowane, rozmawiają głośno, w podnieceniu. Po krótkiej wzajemnej obserwacji nawiązujemy z nimi serdeczny kontakt. W tym ogólnym zamęcie z ust pewnej bardzo przygnębionej więźniarki wymyka się niezbyt pokrzepiająca uwaga pod naszym adresem: - Oj, źle z wami, że jesteście razem z nami, mamy gardłową sprawę... Pojedziemy na jednym wózku... Próbujemy wystukać się z celi. Zza drzwi dochodzi ostry głos: „Ruhe!”46... Słyszymy otwieranie cel sąsiednich. Korytarzowe roznoszą zupę obiadową. Naszą celę pominięto. Posiłku nie dostajemy. W pewnej chwili ktoś cichutko odsłania wizjerkę w drzwiach naszej celi. To dobra Łapcia, strażniczka Rozalia Łapińska. Zgnębiona, gorączkowym szeptem powiadamia nas, że ma ostry zakaz otwierania celi i podawania posiłku i że na drzwiach naszej celi wypisano kredą wielkimi literami: WBT... Ten szyfrowany skrót nic nam nie mówi. Pełne niepokoju gubimy się w domysłach, staramy się rozwikłać tajemnicę. WB - czyżby to Wiederstandbewegung, ruch oporu? T - transport? Nie, bo byłybyśmy w grupie 250-ciu. Tod - śmierć? Możliwe. Zagadką jest, że oprócz nas - ze szpitala i kolumny sanitarnej oraz innych funkcyjnych - są również więźniarki nie pełniące żadnej funkcji. Sprawy niektórych znamy dobrze, ale sporo jest zupełnie świeżych i bardzo ciężkich... Skupione, przestrojone wewnętrznie, spokojnie czekamy na najgorsze. Mijają długie godziny. Znowu podnosi się zasuwka wizjerki - tym razem strażniczka Lusia Uzarówna wzywa Wandę Wilczańską. Coś jej szepcze. Wanda uśmiecha się i przekazuje nam krótką informację Myszki: „Jesteście pilnowane bardzo” i zalecenie: „Trzymajcie się”, i zapewnienie: „Będzie dobrze...”. Zawsze ufałyśmy Lusi, ale teraz zaczęłyśmy podejrzewać, że dobra Myszka chce nam tylko dodać otuchy. Odezwał się dzwonek na apel wieczorny. Nie otworzono naszej celi; od rana nie dostałyśmy nic do jedzenia. Wkrótce po apelu wywołał mnie wachmajster i poprowadził na III oddział do szpitala. Polecił udzielić pomocy chorym, które wystukiwały się, i zaznaczył, że niezadługo po mnie wróci. Gdy znalazłam się znowu wśród moich chorych, nie umiałam się oprzeć głębokiemu wzruszeniu. Jedne uśmiechały się, inne ocierały ukradkiem łzy, dotykały mnie, ściskały, całowały. Dwie młodziutkie więźniarki z celi nr 4 leżały krzyżem na intencję, aby Bóg ocalił ich opiekunki-lekarki. Bez przerwy chodziłam od łóżka do łóżka, to znów wracałam do naszej opustoszałej celi nr 52, Zamknięta teraz w szpitalu, stwierdziłam nagle, że czuję się bezgranicznie samotna, oderwana od mojej małej więziennej rodziny. Jakże pragnęłam być z nią razem w celi nr 23!

46

Spokój!

Czekałam długie godziny. Wachmajster nie nadchodził... O północy zupełnie nieoczekiwanie otwarły się drzwi szpitala. Wachmajster przyprowadził wszystkie moje współtowarzyszki - nasza cela znowu ożyła - reszta kobiet z tajemniczej celi WBT została rozlokowana po innych celach. Funkcyjne wróciły do pracy. Jak wspomniałam, dnia 3 X 1943 r. uformowano duży transport. 5 października przed świtem rozpoczęła się wywózka. Zawarczały silniki, rozległy się wrzaski Niemców. Z okien szpitala obserwowałyśmy przejeżdżający sznur ciężarówek, osłoniętych szczelnie brezentem od góry i po bokach; tylko wejścia były odkryte. W oświetlonym wnętrzu widziałam stłoczone więźniarki. Przy wejściu siedzieli żandarmi uzbrojeni w pistolety maszynowe, wycelowane w gromadę bezbronnych kobiet. Budy transportowe otaczała ze wszystkich stron eskorta: motocykle i samochody z uzbrojonymi esesmanami i żandarmami. Transport liczący około 250 więźniarek Serbii został skierowany do Oświęcimia. Wywieziono tam prawie połowę oddziału kobiecego Pawiaka - niemal wszystkie funkcyjne z „czarnej” i „białej” pralni, z kartoflami, kąpielowego, kilka izolatek i wiele więźniarek aresztowanych we wrześniu, niektóre w ogóle bez przesłuchania. Wywieziono wtedy dr Marię Werkenthin, znanego rentgenologa, aresztowaną w końcu września 1943 roku - zginęła tragicznie w Oświęcimiu; Marię Strońską z AK, niestrudzoną działaczkę niosącą pomoc więźniom, aresztowaną we wrześniu pod nazwiskiem Wiśniewska - zginęła tragiczną śmiercią w Oświęcimiu; Zofię Kossak-Szczucką, znakomitą pisarkę, aresztowaną pod nazwiskiem Śliwińska, i wiele, wiele innych, których zapamiętane nazwiska podałam w poprzednich rozdziałach. Dodam jeszcze, że w istocie z wydzielonej celi nr 23 - której drzwi opatrzone były w tajemniczy skrót WBT żadna więźniarka nie została włączona do tego transportu. A zatem litera T nie oznaczała transportu, mogła natomiast oznaczać śmierć. Pozostałe w niej więźniarki - prawie wszystkie - stracono.

Noc z 19 na 20 lipca 1944 roku
Wczesną wiosną 1944 roku wśród załogi niemieckiej Pawiaka zapanował dziwny nastrój, którego nie potrafili ukryć przed naszym wyostrzonym zmysłem obserwacji. Gdy front coraz bardziej przybliżał się ku Warszawie, gdy coraz częściej nadlatywały bombowce radzieckie niszcząc obiekty niemieckie, dawna buta i wściekłość gestapowców Ustępowała przed strachem. Esesmani hamowali nieco swą brutalność w stosunku do więźniów, aby przy lada okazji z furią wyrównać tę „łagodność”. Życie więzienne przebiegało także w niezwykłym podnieceniu: wierzyliśmy niezłomnie, że wkrótce nienawistni mordercy milionów ludzi utoną we własnej krwi; że pomszczone zostaną ofiary pochłonięte przez gestapowskie więzienia, obozy koncentracyjne, krematoria, oflagi, obozy pracy; że cierpienia, męka i śmierć, jedyne przywileje przyznane narodowi polskiemu przez Gestapo, znajdą końcowy odwet; że hasło, pojawiające się coraz częściej na ulicach Warszawy: „Pawiak pomścimy”, zostanie wreszcie zrealizowane. Wspaniałe, pełne brawury akcje sabotażowe podziemia polskiego, AK i Gwardii Ludowej, dezorganizowały plany Niemców i niszczyły wroga na każdym możliwym odcinku.

Kotwica, symbol „Polski Walczącej”, malowany na murach kamienic i na płotach rękami żołnierzy „Szarych Szeregów”, godziła w butę niemiecką, a umęczonej ludności dawała nowy zastrzyk sił do przetrwania długoletniej, nieustającej walki. O tym wszystkim wiedzieliśmy od nieprzerwanie napływających nowo aresztowanych i przez kontakty zewnętrzne. O ile w niższych pionach załogi gestapowskiej na Pawiaku-Serbii widoczne było okresowe załamanie, o tyle centrala Gestapo na Szucha pracowała nadal z niesłabnącą energią. Odbywały się gromadne, szybkie przesłuchania na Szucha, w kancelarii Pawiaka, nawet w celach izolacyjnych. Dzień po dniu wybierano z cel więźniów na tzw. „ciche transporty” - „Überführungi nach Himmel”, jak mawiałyśmy, transporty -do nieba. Echo salw i odór palonych ciał, unoszący się w powietrzu, świadczyły konkretnie o dokonywanych zbrodniach. W krótkich odstępach czasu powtarzały się upiorne wysyłki do obozów koncentracyjnych. Wywożono i tracono nawet nie przesłuchanych więźniów. A więźniowie pozostający na Pawiaku codziennie czekali na swoją kolejkę, na podróż w nieznane. Bez cienia załamania, lecz z uczuciem spełnionej największej powinności wobec Ojczyzny i z okruchem nadziei na dotknięcie stopą wolnej ziemi po tamtej stronie murów więziennych... Dnia 19 VII 1944 r. tuż przed godziną 14 wpadł nieoczekiwanie do szpitala na Serbię dr Zygmunt Śliwicki. Był przerażony. W telegraficznym skrócie podał ponurą wiadomość, którą zdobył dosłownie przed chwilą: podobno w dniu dzisiejszym ma nastąpić odbicie Pawiaka z zewnątrz, przy pomocy więźniów III oddziału męskiego, o czym, niestety, poinformowani są szczegółowo gestapowcy, którzy przygotowują już specjalne oddziały bojowe w terenie do kontrakcji; III oddział męski jest pilnie obserwowany. W związku z tym Zygmunt przedstawił swój punkt widzenia: jeśli otrzymana wiadomość o odbiciu Pawiaka jest prawdziwa, to wydaje się wprost niewiarygodne, że my, jako wewnętrzna siatka konspiracyjna, nie otrzymaliśmy od siatki zewnętrznej żadnego zawiadomienia, nie mówiąc już o dokładnych instrukcjach. Tragizm sytuacji potęguje dodatkowo fakt, że nie znając nazwisk więźniów z III oddziału, wtajemniczonych w planowaną akcję, nie można nawiązać z nimi kontaktu i ostrzec ich. Ponadto zaś po godzinie 14 nie sposób bez uprzedniego wezwania dostać się na któryś z oddziałów męskich, zwłaszcza na oddział III obserwowany tego dnia przez gestapowców w sposób szczególny. Niemniej Zygmunt polecił przesłać natychmiast alarmowy meldunek do siatki zewnętrznej. Musimy wziąć pod uwagę - dodał jeszcze - że wojska radzieckie prą już na Warszawę, podczas gdy Niemcy wyraźnie szykują się do ucieczki, i w związku z tym należy ze względów taktycznych zachować wobec gestapowców spokój i podtrzymać wśród koleżanek nastrój jak największego spokoju, aby nie dać tym zbirom żadnego pretekstu do wymordowania więźniów Pawiaka. Alarmowy meldunek został wysłany natychmiast, bo akurat o godzinie 14 schodziła ze służby strażniczka-łącznik zewnętrzny, Maria Adamska, której Ania Sipowicz powierzyła tę niezmiernej wagi misję... Odbicie Pawiaka! Odbicie Pawiaka marzyło nam się dniami i nocami jako zorganizowana, przemyślana w szczegółach akcja zewnętrzna z udziałem wszystkich więźniów. I dziś marzenie to ma być zniweczone?! Przecież ani jedna z komórek siatki zewnętrznej nie sygnalizowała nam w ostatnich dniach żadnych poczynań zmierzających do odbicia Pawiaka... Co to wszystko znaczy? Jak do tego doszło? Niepokój gwałtownie podnieca wyobraźnię, której wodze trudno już utrzymać, choć rozsądek nakazuje zachować pozory kamiennego spokoju...

Codzienna praca, łącząca się z pokonaniem najprzeróżniejszych trudności i niezmiernie wyczerpująca, stała się tego pamiętnego dnia wyjątkowo ciężka. Dopiero gdy wracamy do naszej celi, możemy zrzucić maskę pogodnego uśmiechu. Myśli krążą uparcie wokół jednego tematu. Spodziewamy się, że lada moment coś zacznie się dziać. Gdy mury więzienia okrywa zmierzch, całą siłą woli zwalczamy złowrogi niepokój i chyba przysłowiowym siódmym zmysłem wyczuwamy, że ta noc będzie gorąca... Podczas wieczornego obchodu proszę chore, aby zachowały ciszę i jak najwcześniej postarały się zasnąć. Motywuję to złym stanem jednej z chorych. W trakcie wieczornego apelu uderza mnie dziwne zachowanie wachmajstra, który wyraźnie podminowany przebiega cele szpitala i, jak nigdy dotąd, dłużej zatrzymuje się w pustym gabinecie lekarskim i ambulatorium, a potem zgasiwszy wcześniej niż zwykle światło w celach i na korytarzu szpitalnym odchodzi bez słowa. Tego wieczoru dość wcześnie ułożyłyśmy się do snu. W całym więzieniu zapanowała, zdawać by się mogło, idealna cisza, przerywana niekiedy ujadaniem psów gestapowskich. Jestem piekielnie wyczerpana i znużona, daremnie staram się zasnąć, aby choć na chwilę zapomnieć, uwolnić się od koszmarnych myśli. Było już bardzo późno, gdy wreszcie zmorzył mnie sen. Trudno powiedzieć, jak długo spałam, może godzinę, może parę minut. Zbudził nas odgłos bliskich strzałów. Zrywamy się na równe nogi i zastygamy w przerażeniu: pojedyncze zrazu strzały przeradzają się w potworną kanonadę, która z każdą sekundą przybiera na sile. Szczekają zajadle erkaemy, pękają granaty, huk wystrzałów potęguje echo odbite o mury więzienia. Dochodzą do nas jakieś niewyraźne krzyki i gdy wytężając słuch staramy się wychwycić bodaj jedno słowo, słyszymy ostrą, krótką komendę... niestety, niemiecką. Wyraźnie już rozróżniamy, że odgłosy strzelaniny nadchodzą z zewnątrz... Jak młoty walą serca, z niepomierną szybkością pulsuje krew w skroniach, nieznośny ból rozsadza czaszkę, pod którą bombardowany mózg musi pamiętać o zachowaniu spokoju. I w pewnej chwili nogi, które ciążą jak kłody, podrywają mnie. Biegnę szybko do chorych, za mną któraś z, koleżanek. W celach szpitalnych zrozumiały ruch i podniecenie. Nieliczne zaczynają ubierać się pośpiesznie... są pewne, że nasi odbijają Pawiak. A tymczasem z zewnątrz, od ulicy Dzielnej dochodzą krzyki niemieckie: „Schutzpolizei!”, i w świetle reflektorów na gruzach ulic getta widzę po zęby uzbrojonych Niemców w samochodach i maszerujących dużą kolumną w kierunku Pawiaka męskiego. Chociaż jestem potwornie zdenerwowana, wiem, że należy szybko opanować niebezpieczną w skutkach panikę. Zduszonym szeptem proszę, błagam kobiety, żeby się rozebrały i położyły, zaklinam, aby nam zaufały. Mówię, że ta chwila grozy wymaga najwyższego opanowania, absolutnej ciszy i spokoju. Żadna nie zawiodła - wszystkie położyły się do łóżek, kilka jednak w ubraniach. Wróciłyśmy do naszej celi. Mimo upalnej nocy lipcowej jesteśmy skostniałe z zimna. Zrzucamy kitle, kładziemy się, każda na swoim miejscu, i wsłuchujemy się znowu w odgłosy strzelaniny, która stopniowo rzednie i zanika. Po paru minutach słyszymy znowu bardzo bliskie, jakby z murów oddziału męskiego idące, pojedyncze wybuchy granatów, strzały, krzyki niemieckie i... wkrótce potem w zupełnej ciszy słyszymy już tylko bicie własnych serc. Wytężamy słuch - czyjeś kroki cichutko skradają się pod szpital, prawie bezszelestnie przekręca się klucz w zamku, uchylają się drzwi szpitala i do naszej celi wpada jasna smuga światła z korytarza. W progu ukazuje się wachmajster Rührenschopf-Mussolini z wachmajsterką i czubarykiem, wachmajstrem ukraińskim. Wszyscy troje wyraźnie zdenerwowani. Badawczy wzrok przesuwają po naszych wzorowo leżących postaciach. Są tym, zdaje się, bardzo zaskoczeni... Mussolini wywołuje

mnie. Narzucam pośpiesznie kitel lekarski i biegnę za nimi. Już są w oświetlonej (lampą reflektorową) celi nr 1 - tu zatrzymują się dość długo, podchodzą do okien, żeby sprawdzić siatki druciane i kraty, po czym udają się do następnych cel. Wszędzie panuje spokój, chore w łóżkach, zalęknione. Dokładnie przeglądają każdy kąt i resztę pomieszczeń szpitala, gabinet lekarski, ambulatorium, łazienkę, prysznic i „kącik”. Dobrze zdaję sobie sprawę, że przyszli na lustrację szpitala i uspokoili się zastając w nim idealny porządek. Przez cały czas nie rozmawiają z sobą, o nic mnie nie pytają, nawet nie krzyczą. I gdy z zachowania ich nic nie mogę wywnioskować, zdobywam się na odwagę i nie ukrywając już własnego zdenerwowania pytam, co się stało? Dostaję krótką odpowiedź Mussoliniego: - Bandyci napadli na Pawiak, ale już są ujęci, nie bójcie się, mamy pięciuset ludzi z załogi Szupo i wojska, którzy obronią, wszystkich więźniów. Wyszli. Odpowiedź Mussoliniego powtórzyłam w celi moim współtowarzyszkom. Po dramatycznej nocy spodziewamy się ciężkich represji w więzieniu. Od strażniczki Marii Górnisiewicz, której jakimś cudem udało się wpaść do szpitala, dowiadujemy się, że rozwścieczeni gestapowcy biegają jak szaleńcy, krzyczą, zapowiadają zemstę, chcą rozstrzelać wszystkich więźniów; w całym więzieniu odbywa się szczegółowa rewizja w poszukiwaniu broni. Wczesnym rankiem wpadają gestapowcy i przeprowadzają wyjątkowo skrupulatną rewizję w celach szpitalnych i w naszej, w szafach, w biurku lekarskim, w ambulatorium, w każdym pudle z lekarstwami, nawet w sterylizatorach, w puszkach z narzędziami dentystycznymi. Dokonują osobistej rewizji każdej z nas. Padają od lat słyszane słowa: „Politische Bande, Konspirationsklike”. W żadnej celi na Serbii rewizja nie była tak dokładna i szczegółowa. Nocna lustracja i teraz ta ostra rewizja w szpitalu jeszcze raz potwierdziły, ze gestapowcy mają najwięcej podejrzeń w stosunku do sanitariatu. Na całym oddziale kobiecym zarządzono „szperę” zamknięcie Wszystkich oddziałów i warsztatów pracy. To samo działo się na oddziale męskim. Stanęła praca w pralniach, kartoflami, łaźni, kolumnie sanitarnej. Go chwila do szpitala zagląda ktoś z niemieckiej czy ukraińskiej załogi i szybko znika. Chociaż jeszcze nic się nie dzieje, z każdą godziną rosną nasze obawy. W głowie roi się od myśli i różnych najgorszych domysłów... Około południa usłyszałyśmy kilka bliskich salw Jak później dowiedziałyśmy się, rozstrzelano 7 spiskowców z III oddziału męskiego. ; Nazajutrz, 21 lipca, w godzinach rannych zelektryzował nas odgłos licznych strzałów... seria za serią z głębi ruin getta. Więc to już koniec? Najpierw mężczyźni... potem my. Ileż to już razy przeżywaliśmy śmierć współtowarzyszy i czekaliśmy na własną? Tragizm i powaga tych groźnych chwil zostały przypieczętowane godną postawą uwięzionych. Zapanowała niesamowita cisza i spokój, żadnych lamentów, żadnych aktów rozpaczy... Wkrótce, gdy zamilkły strzały, jak spod ziemi wyrasta Zygmunt. Jest bardzo zmieniony, wiele siwych włosów oszroniło jego głowę. Szybko i zwięźle opowiada: przez kilka godzin w Gestapo na Szucha ważyły się losy Pawiaka; wszyscy więźniowie i więźniarki mieli być rozstrzelani; poprzestano na straceniu więźniów III oddziału męskiego; bez żadnych dochodzeń i przesłuchań rozstrzelano przeszło stu pięćdziesięciu ludzi. Pozostali przy życiu jedynie: więzień na funkcji pisarza III oddziału, adwokat Frank, którego starsi więźniowie nie darzyli zaufaniem ze względu na jego podejrzane kontakty

z gestapowcami; więzień volksdeutsch (nazwiska nie pamiętam) oraz dwaj lekarze, dr Felicjan Loth i dr Zygmunt Śliwicki, którzy zajmowali pierwszą z brzegu celę na III oddziale, mieszczącym się na I piętrze. Zygmunt i Feluś zawdzięczali życie dwom zapewne powodom. Po pierwsze: gdy w ich obecności gestapowcy pytali Franka, czy są oni wtajemniczeni w akcję III oddziału, ten odpowiedział przecząco (istotnie było to zgodne z prawdą). Po drugie: na początku strzelaniny gestapowcy, chcąc zapewnić sobie ewentualną pierwszą pomoc lekarską, kazali więźniowi-ślusarzowi otworzyć celę lekarzy i wyprowadzili obu (z rękami podniesionymi do góry, w samych koszulach) na dół, gdzie umieścili ich w pokoju przesłuchań obok kancelarii niemieckiej. Drowi Lothowi polecono opatrzyć dwóch rannych Ukraińców. Potem dopiero on i Zygmunt otrzymali zezwolenie na pójście do pracy w szpitalu. Nie uniknęliby śmierci, gdyby dłużej pozostali w swej celi, bo wchodząc na III oddział opancerzona grupa Ukraińców wrzucała do cel granaty bądź na oślep strzelała do więźniów, z których kilku zostało zabitych. Zygmunt przekazał nam też pewne dane o przebiegu wypadków tragicznej nocy. Przywódcą akcji był adwokat Frank, więzień na funkcji pisarza III oddziału, organizatorem i dostawcą broni - wachmajster ukraiński Petrenko; 6 więźniów-spiskowców z tegoż oddziału miało dostarczoną broń. Krytycznej nocy spiskowcy nie otworzyli wszystkich cel III oddziału (między innymi i celi lekarzy). Rozpoczęta akcja została więc podjęta tylko przez wyżej wymienionych, chociaż wachmajster Petrenko miał klucze do wszystkich cel tego oddziału. Spiskowcy zeszli z pierwszego piętra na parter, ażeby zdobyć kancelarię niemiecką oraz magazyn-broni i amunicji. Na widok otwieranych przez gestapowca drzwi kancelarii niemieckiej i na hasło do odwrotu rzucone przez Franka, pośpiesznie wycofali się na III oddział, zatrzaskując za sobą kratę i tym samym odcinając sobie drogę do wszelkiej akcji. Jak pośpieszna była ucieczka spiskowców, świadczy choćby to, że wybuch granatu rzuconego z kancelarii niemieckiej nie dosięgnął żadnego z nich. Granat ten cisnął Kurt Nowottnik, Niemiec, więzień kryminalny, który miał całkowitą swobodę ruchów na Pawiaku i cieszył się pełnym zaufaniem gestapowców. Po wycofaniu się spiskowców na III oddział Frank schronił się w dyżurce wachmanów na tymże oddziale, skąd sprowadzono go do kancelarii niemieckiej. Pozostałych sześciu pod dowództwem wachmajstra Petrenki zaczęło ostrzeliwać z okien cel niemieckie oddziały idące na Pawiak; a gdy wyczerpała się im amunicja, przeszli na koniec korytarza do ubikacji i tam wszyscy popełnili samobójstwo. 20 lipca, podczas apelu III oddziału na podwórku więziennym, Frank wskazał siedmiu innych więźniów-spiskowców, których gestapowcy rozstrzelali. Tegoż dnia wywieziono Franka samochodem osobowym z Pawiaka i już więcej go tutaj nie widziano.

Ostatnie dni na Serbii
I znowu powróciło codzienne, ale jakże teraz zmienione życie na Pawiaku. Coraz częściej, uczepione krat okiennych, oglądałyśmy zawieszone na niebie „choinki”, oświetlające ciemną otchłań nocy. Gdy zaczynały wyć syreny, cała załoga naszych „odważnych” opiekunów umykała w popłochu do schronów, a my swobodnie mogłyśmy obserwować, co dzieje się wysoko na niebie.

Zauważyłyśmy wyraźne rozprężenie dyscypliny gestapowskiej. Wystraszeni Ukraińcy i wachmajsterki zdradzali się przed nami, że otrzymali służbowe przeniesienie i wyjeżdżają do Łowicza. Co dzień zmniejszała się ilość Ukraińców i wachmajsterek, które wyjeżdżały ze swymi rodzinami. Na ich miejsce nie przyszli nowi. Jasne było dla nas, że w związku ze zbliżaniem się frontu gestapowcy przystąpili do częściowej ewakuacji swych pracowników, rozpoczynając od mniej pewnych, czyli od Ukraińców i wachmajsteręk-volksdeutschek. Na całym oddziale kobiecym w ostatnich dniach lipca 1944 roku tylko dwaj gestapowcy pełnili na zmianę służbę, przez 24 godziny każdy. Siłą rzeczy, wobec braku swoich ludzi, pozostawiono jeszcze na Serbii polską służbę więzienną: podkomisarkę Sadzińską, dwie przodowniczki, Rosłońską i Tarachową, oraz kilka strażniczek. W tym czasie Gestapo na Szucha pracowało ze wzmożoną szybkością i okrucieństwem. Nadal codziennie, a nawet kilka razy w ciągu dnia przywożono nowo aresztowanych, dzień w dzień odbywały się egzekucje. Zdawaliśmy sobie sprawę, że wkrótce muszą rozstrzygnąć się losy więźniów Pawiaka. Ale na którą stronę przechyli się szala? Co nas czeka? Obóz koncentracyjny czy... egzekucja? Nastrój staje się podniosły. Bliski front niesie zwycięstwo, zwycięstwo niesie wolność... może i dla nas? Tak bardzo pragniemy przetrwać, tak bardzo chcemy dożyć tej Wielkiej Chwili. Niepewność uwięzionych przeradza się w przedziwne, aż bolesne pragnienie, by wyrwać się z Pawiaka, miejsca zagłady, zbrodni i gwałtu, by znaleźć się jak najdalej od kaźni na Szucha, choćby w obozie, bo może tam istnieją większe szanse przetrwania. Zastanawia nas fakt, że gestapowcy kazali zapakować sprzęt szpitalny, zestaw laboratoryjny i operacyjny, aparat rentgenowski, wyposażenie apteki itp. Magazyny również przygotowuje się do ewakuacji. Jest już 28 lipca... Jeden z gestapowców, Bawarczyk, wygadał się, że sanitariat więzienny mają wywieźć do Berlina. Dawał do zrozumienia, że lepiej w drodze skorzystać z jakiejś możliwości ucieczki, bo wiadomo, co nas czeka w berlińskim więzieniu. Dnia 29 VII 1944 r. około południa przybył na Serbię lekarz Gestapo dr Friederick, następca Bomeiera. Przyniósł z sobą plik papierów - były to pisane na maszynie wykazy nazwisk wszystkich więźniarek Serbii - i zarządził zbiórkę, kolejno według oddziałów. Lekarz Gestapo po raz pierwszy i ostatni odbył na Serbii masowy przegląd lekarski. Mimo że tak nazwano to nie notowane dotąd wydarzenie, było ono właściwie defiladą więźniarek przed lekarzem Gestapo, który na podstawie zewnętrznego wyglądu i spisanych personalii orzekał o zdolności „badanych” do transportu. Z postępowania dra Friedericka wywnioskowałam, że szykuje się duży transport. O ile poprzednio prawie wszystkie więźniarki chciały być wyreklamowane z transportu, o tyle teraz prawie wszystkie chciały jechać. Tylko bardzo nieliczne wolały tu jeszcze zostać. Ów przegląd lekarski trwał około półtorej godziny i mimo ogólnego podniecenia przebiegał względnie spokojnie. Kilka więźniarek wyreklamowało się bezpośrednio u dra Friedericka podczas „defilady”. Przypominam sobie Marię Herburt, którą to zgubiło, bo 13 VIII 1944 r. zginęła w ostatniej egzekucji więźniów Pawiaka. Poza tym lekarz Gestapo skreślił z listy transportowej wszystkie chore przebywające w szpitalu, staruszki, kobiety w ciąży i matki z dziećmi. Nie wiedziałyśmy jeszcze, jaki będzie los naszej celi i funkcyjnych z kolumny sanitarnej. Tego dnia, wkrótce po wieczornym apelu, od strony podwórza i w gmachu Serbii rozległy się krzyki Niemców, trzaskanie krat, hałas otwieranych drzwi cel. Gestapowiec wpada do szpitala, wyczytuje nasze nazwiska i pośpiesznie sprowadza nas na podwórze spacerowe. Zebrała się tu już chmara gestapowców w pobliżu ustawionego stołu, przy którym siedzą maszynistki. Spędzono z oddziałów

wszystkie więźniarki prócz chorych ze szpitala. Rozpoczyna się selekcja; liczą, sprawdzają, segregują, wywołują i wydzielają wreszcie dwie grupy. Matki, ciężarne, jeszcze kilkanaście kobiet z oddziałów i cztery z naszej celi: Krysia, Ania, Marysia i ja - to grupa mniejsza. Apel kończy się późną nocą, spędzają z powrotem wszystkie więźniarki do cel. Wiemy już, że około 400 więźniarek przeznaczono do transportu. Los pozostających na Pawiaku jest nadal wielką niewiadomą. Następnego ranka, w niedzielę 30 VII 1944 r., znowu spędzono grupę transportową na podwórze Serbii. W ogromnym pośpiechu wśród wrzasków i złorzeczeń sprawdzono obecność więźniarek, przeliczono je i czwórkami wyprowadzono poza bramę Serbii. Rozstałyśmy się z długoletnimi przyjaciółkami: z Ireną Kononowicz, Ludką Tarłowską, Jadwigą Jędrzejowską, Wandą Wilczańską... Równolegle do wydarzeń na Serbii toczy się akcja na oddziale męskim, gdzie przebiega znacznie ostrzej i brutalniej. Dnia 30 VII 1944 r. odchodzi transport około 1 400 więźniów. Były to dwa ostatnie transporty więźniów z Pawiaka. Kobiety zostały wywiezione do Ravensbrück, mężczyźni do Groß Rosen. Po raz pierwszy cele potężnego gmachu Pawiaka są puste. Gestapo gorączkowo, niemal w panice pozbyło się setek swoich więźniów. Opustoszały cele Serbii. Na oścież rozwarte drzwi cel I oddziału to widok niesamowity. Na II oddziale pozostały jedynie matki z dziećmi. Na III oddziale zgrupowano więźniarki w dwóch celach; tylko w szpitalu pozostał prawie nie zmieniony skład personelu i chorych. Życie więzienne, do niedawna jeszcze tętniące okrutnym rytmem, zamarło. Z niepohamowaną zmiennością i szybkością kształtują się krzywe nastroju wśród pozostałych na Pawiaku więźniów. Wraz z hukiem dział na przedpolach Warszawy umacnia się wiara w bliskie odzyskanie wolnej Ojczyzny, a także w nasze cudowne ocalenie. Tak bardzo chcemy żyć, tak bardzo nam śpieszno do tego życia. A gdy cisza zawisa w powietrzu, czujemy się jak rozbitkowie w drobnej łupince na rozszalałym morzu, zdani na łaskę żywiołu, który może nas lada chwila rzucić w otchłań. Staczamy istny bój z własną wyobraźnią, najwyraźniej pracującą przeciwko nam. Szybko jednak udaje się nam ją opanować i zmusić do stawiania życzliwszych horoskopów; na nowo ożywa wysychające źródło nadziei. Aby skompensować ubytek sił fizycznych, mobilizujemy siły psychiczne, chcemy do ostatka utrzymać się z godnością na tej niepewnej powierzchni. Zatopione w rozmyślaniach, nie zauważamy nawet gestapowca wchodzącego do celi. Zaskakuje nas swoim zachowaniem. Z niezwykłą uprzejmością zwraca się do nas, prosząc, by mu odgrzać lurę więzienną, w niczym nie przypominającą kawy. Wyjaśnia grzecznie, że wobec dezorganizacji kuchni niemieckiej wskutek wywózki więźniów nie miał od rana nic w ustach, jest głodny. Zajada przyniesiony z sobą suchy prowiant, popija kawą, prosi, aby nie zdradzić go przed kolegami, znowu grzecznie dziękuje i wychodzi. Około południa „składają nam wizyty”, kolejno i w wielkiej tajemnicy, inni gestapowcy - znów powtarza się ta sama ceremonia. Aż dziw, jak złagodnieli nasi esesmani, prawdziwe z nich baranki; gdzie się podziały dawna buta i pewność siebie, chamstwo, brutalność i okrucieństwo? Stają się sentymentalni i romantyczni, dużo i chętnie mówią o tęsknocie za heimatem, za rodzinami. Są smutni, zatroskani o swój los. Tchórzem podszyci, nie potrafią ukryć lęku, przeklinają wojnę i wyrażają zdumienie, że my jesteśmy tak spokojne i opanowane. 30 i 31 lipca nie ma na Serbii wieczornego ani rannego apelu. Wśród gestapowców coraz większy popłoch, każdy myśli o ratowaniu własnej skóry, prawie nie interesują się nami, nawet drzwi szpitala zostawiają nie zamknięte. Bez żadnych trudności możemy schodzić na II oddział do otwartych cel

matek. Nieopisany lęk o życie tych małych, najdroższych istot utrudnia matkom panowanie nad sobą. Schylam się nad śpiącym Mareczkiem Danusi Gawryłow-Jankowskiej - ma sześć miesięcy, nad Jasiem i Małgosią Marysi Rutkiewiczowej - to nasze najmłodsze, pięciomiesięczne bliźniaki. Czuję ucisk w sercu, gdy patrzę na smutne, zastygłe w bólu matki, na ich i nasze maleńkie kruszyny, które szczęśliwie nic nie wiedzą i nic nie rozumieją. Dodajemy matkom otuchy, tak jak umiemy, ale z ich twarzy łatwo odgadnąć, że niezbyt wierzą naszym słowom. Krysia Ossowska zatrzymuje się tu dłużej. Krążymy nieustannie pod drzwiami dwóch cel na III oddziale. Zamknięto tutaj pięć kobiet ciężarnych, wśród nich dwie w ostatnich dniach ciąży. Wszystkie trzymają się nad podziw dzielnie. Naprędce robię to, czego zakazali surowo gestapowcy w połowie lipca 1944 roku: spisuję nazwiska, imiona i numery cel wszystkich więźniarek - osobno chore szpitalne, matki z dziećmi, kobiety ciężarne - kartki te chowam głęboko między leki w szafie. Strażniczki-łączniczki, Marysia Adamska, Zosia Döllinger, Marysia Górnisiewicz, przodowniczka Rosłońska, bardzo zaniepokojone o nasz los przynoszą dokładne wiadomości ze świata i stolicy. Ten codzienny pokarm najskuteczniej działa na wzmocnienie naszych sił żywotnych. Zygmunt i Feluś kilkakrotnie, na zmianę lub razem, przedostają się do szpitala kobiecego. Dzielimy się najświeższymi wiadomościami, komentujemy sprzeczne wypowiedzi gestapowców co do naszych dalszych losów. Wywózka, rozwałka, wolność - ustawiczna huśtawka nerwów. My jednak, aczkolwiek bez głębszego przekonania, wciąż mówimy o naszej wolności i z prawdziwie wisielczym humorem planujemy pierwsze kroki na swobodzie uzyskanej jakimś cudem. Będzie jak w bajce... Prawie wszyscy „bezdomni” zostają serdecznie zaproszeni przez Anię do jej domu przy Złotej; tam przygarnie nas jej mama, tam poznamy jej braci, Mundka i Stefana, oraz kuzynkę Ewę. Natychmiast układamy menu, a wymagania mamy nie najskromniejsze. Schaboszczaki, powinny być tak duże, żeby aż zwisały z talerzy. Po tylu latach raz przecie trzeba najeść się do syta! A później rozmowy, rozmowy, rozmowy... przede wszystkim o dalszej walce z hitlerowcami. Marzenia nasze przerywa wejście gestapowców. Wachmajster Hölscher przyprowadza swego kolegę, nie znanego nam gestapowca, z bolącym zębem. Prosi Anię o zatrucie. I tak urywa się bajka... Nadchodzi wieczór i wraz z nim narasta gorączkowe napięcie. Cisza nocy obejmuje mury więzienia, a w więzieniu zdumiewający spokój. Od czasu do czasu z celi matek dochodzi słabe kwilenie niemowlęcia. Ze snu, a raczej z majaków sennych, budzi nas mocne walenie w drzwi na III oddziale. Podbiegam pod zamkniętą celę, podnoszę zasuwkę wizjerki: kobiety sygnalizują, że jedna z ciężarnych dostała bólów porodowych. Chwytam z celi nr 52 mój płaszcz lekarski, zawiadamiam współtowarzyszki, przede wszystkim Stasię Wójcik, funkcyjną położną, i co tchu pędzę na dół. Na schodach spotykam strażniczkę Adamską. Usłyszała wystukiwanie i biegnie, by otworzyć celę; zabieramy rodzącą do ambulatorium. Stasia Wójcik, Marysia, Krysia i Ania krzątają się przygotowując wszystko do odebrania porodu. W tej chwili ogólna dramatyczna sytuacja przestaje istnieć, usuwa się na plan dalszy. Cała nasza uwaga skupiona jest na rodzącej kobiecie, której trzeba natychmiast pomóc. Po pewnym czasie strażniczka Adamska sprowadza drugą rodzącą, młodziutką Krysię Sal (Wituską), aresztowaną 10 grudnia ubiegłego roku. Układamy ją na kozetce w ambulatorium. Dwoimy się i troimy przygotowując się do odebrania drugiego porodu. Stasia Wójcik biega od jednej do drugiej rodzącej. Obydwie kobiety rodzą po raz pierwszy, wiją się w bólach, odpoczywają w przerwach. Robimy, co możemy, aby im ulżyć, dodać

odwagi, podtrzymać na duchu. Trudno przewidzieć, kiedy nastąpią rozwiązania, ale emocja wskutek ostatnich wydarzeń może je przyśpieszyć. Koło południa do szpitala wpada wachmajster z listą i wywołuje nasze nazwiska: Ossowska, Kopeć, Sipowicz-Gościcka, Wójcik, Czuperska. Odrywają nas od rodzących i sprowadzają na korytarz II oddziału. Tu czeka grupa gestapowców: obersturmführer Witossek, jeden z kierowników policji bezpieczeństwa, sturmführer dr Friederick, lekarz Gestapo, felczer oberscharführer Lindner, obersturmführer Bergh von Trips, od tygodnia komendant Pawiaka, oraz kilku wachmajstrów i nie znanych nam esesmanów. Każą nam ustawić się w szeregu jak do apelu: ja, Krysia, Ania, Marysia i Stasia. Obersturmführer Witossek oznajmia, że zamiary w stosunku do nas były zupełnie inne, ale władze Gestapo ze względu na sytuację ogólną i naszą długoletnią dobrą pracę - mimo że pracowałyśmy dla swoich - wspaniałomyślnie zwalniają nas, z tym, że dr Ossowska i Wójcik, chociaż są także zwolnione, zostaną jeszcze, by opiekować się chorymi, dopóki i chore nie dostaną zwolnienia. Słowa te nie od razu dotarły do naszej świadomości. Zaskoczone stoimy wciąż w milczeniu, bez cienia radości. Nasza niema reakcja zaskoczyła z kolei gestapowców. Ocknęłyśmy się dopiero wtedy, gdy padło pytanie któregoś z nich: „Jak to, nie cieszycie się?”. Należało więc zdobyć się na wyrażenie radości, że oczywiście, ogromnie... Wyobrażam sobie, jak głupio musiałyśmy wyglądać w oczach gestapowców. Ale po głowie kołatała jedna tylko myśl: „Co z pozostałymi?”. Na pytanie to dostaję odpowiedź od komendanta, że w najbliższym czasie reszta będzie także zwolniona. Wprost nie do wiary, jak gestapowcy troszczą się teraz o nas! Dają nam dobre rady: po wyjściu stąd powinnyśmy natychmiast opuścić Warszawę, bo wkrótce zostanie z niej kupa kamieni. Stoimy ciągle w szeregu, jesteśmy bardzo poruszone, ale na żadnej twarzy nie dostrzegam entuzjazmu; a przecież otrzymałyśmy wolność, ziściły się marzenia długich lat. Ale w tych najśmielszych marzeniach widziałyśmy zawsze bramę więzienną, otwierającą się naraz przed wszystkimi. Męczy mnie myśl, że ja... a Krysia i Stasia zostają same... dwie kobiety przecież rodzą, w szpitalu są moje chore, na dole matki z dziećmi... Szeptem zwracam się do stojącej obok Krysi: „Zostanę z wami”. Odpowiada cichutko: „Pleciesz! Nie zezwolą...”. Przerywa nam dr Friederick, wtedy proszę go, aby pozwolił mi jeszcze zostać, bo w szpitalu jest dużo chorych, którymi chcę się aż do ich zwolnienia opiekować; tłumaczę, że jestem internistką, a Krysia pediatrą i rentgenologiem; że mamy dwa porody. „Sind Sie vielleicht verrückt? Sie verstehen gar nichts was Sie sagen!”47 - woła lekarz Gestapo. Nie ustępuję i ponawiam prośbę. Do rozmowy wtrąca się komendant Bergh von Trips - odmawia mi używając niemal tych samych słów, a gdy nie przestaję nalegać, wyraźnie zniecierpliwiony ucina krótko, że ma rozkaz zwolnienia nas i nie może mnie zatrzymać, bo na to musiałby mieć specjalne upoważnienie. Musiałam zrezygnować. Dali nam godzinę czasu na tzw. spakowanie się. Komendant oświadczył, że nas wywiezie osobiście z więzienia. Ten „zaszczyt” spada na nas tak znienacka, że aż budzi podejrzenia. Wracamy do szpitala i teraz następuje najcięższa chwila: trzeba pożegnać chore, zostawić długoletni plac boju, rozstać się z Krysią i Stasią - ale one przecież także są zwolnione. Czuję na policzku gorące łzy radości i smutku, gdy obejmują mnie ramiona moich chorych, gdy słyszę ich prośby, zlecenia, adresy. Do głębi wstrząśnięte, Ania, Marysia i ja, kilkakrotnie powtarzamy to wszystko, aby utrwalić w pamięci, o niczym nie

47

Pani chyba zwariowała? Całkiem nie wie pani, co mówi!

zapomnieć, nic nie pomylić. Godzina to tak dużo i tak straszliwie mało. Nie wiem po raz który, ale jeszcze raz ogarniam spojrzeniem cele. Każdą wydeptaną deskę w podłodze... Tego dnia już nie przyszli koledzy ze szpitala męskiego i nie wiemy, co się u nich dzieje. Tymczasem wpada unterscharführer Frühwirt i wzywa mnie do gabinetu. Ma z sobą listę. Poleca mi zapisać nazwiska więźniarek, które wyczyta, i postawić przy nich literę E. Rozumiem: „entlassen”48. Dla ułatwienia sobie sprawy wyciągam ukrytą listę, którą sporządziłam wczoraj. Rozdrażniony Frühwirt zwraca mi w dość ostrej formie uwagę, że był wyraźny zakaz prowadzenia jakichkolwiek rejestrów, ale szybko hamuje gniew, gdy mu wyjaśniam, że zrobiłam to z konieczności, aby móc szybciej udzielić informacji władzom niemieckim zapytującym raz po raz o różne więźniarki. Frühwirt zaznacza, że w tej chwili na Serbii nie ma ani jednego gestapowca, bo wszyscy zajęci są „innymi sprawami”, i w związku z tym poleca mi zawiadomić wyczytane przez niego więźniarki o zwolnieniu. Zapytałam go, co będzie z resztą. Odpowiedział, że zostanie zwolniona, gdy przyjdą dalsze zlecenia z Szucha. Tym razem Frühwirt, który swoim zwyczajem zawsze krzyczał na mnie, odzywa się grzecznie, łagodnym tonem. Na pożegnanie wyciąga rękę i przeprasza, że był „niedobry” dla mnie i innych więźniarek, ale powinnam go zrozumieć: „Dienst war Dienst”49. Wszystko to razem wydaje się nierealne. Mąci mi się w głowie, jak w kalejdoskopie przesuwają się coraz to nowe obrazy. Gestapowcy, którzy przez tyle lat mordowali, bili, gnębili, na każdym kroku deptali godność człowieczą, dziś zwalniają, udzielają wskazówek, stają się uprzejmi, ba, nawet przepraszają za złe traktowanie więźniów. I oto ja więźniarka - z powodu braku wachmajstrów mam zawiadomić o zwolnieniu moje koleżanki... Radość nie do opisania wśród zwolnionych i tym głębszy smutek wśród nie wyczytanych. Po raz ostatni wysilam się na słowa otuchy i powtarzam zapewnienia gestapowców, że wszystkie będą zwolnione. Wpadam jeszcze do rodzących, przy których czuwa Stasia Wójcik, potem - do moich chorych. Jakże trudno stąd odejść... Zbliża się godzina 13. Za chwilę nas wyprowadzą. W korytarzu szpitala gwarno; zwolnione są radosne, pozostające koleżanki przybite. Wyrywam się z ciasnego kręgu, chcę jeszcze zajrzeć do celi matek. Niestety nie zdążyłam - na schodach spotykam Mussoliniego, i ten zawraca mnie na III oddział. Przyszedł zabrać z Serbii zwolnione. Ostatnie, szybkie pożegnania - słowa więzną w gardle, wzruszenie odbiera mowę. Ktoś mnie całuje, twarz moja robi się mokra - to wierny przyjaciel, Maria Janiszewska, która zostaje, płacze, szczęśliwa naszym szczęściem i zgnębiona własną dolą; wpycha mi w ręce węzełek z moim „dobytkiem” - są tu najdroższe pamiątki z Pawiaka, ofiarowane mi i wykonane przez te, których od lat już nie ma, i te, które przetrwały. Krysia i Stasia przesyłają nam ostatni uśmiech. Około 50 więźniarek - wśród nich Ania Sipowicz-Gościcka, Marysia Kopeć, Kazia Zasztowt, Jadwiga Steinowa, Janina Śledziewska i ja - konwojowanych przez Mussoliniego, opuszcza mury Serbii. Milczymy zstępując po żelaznych schodach; słychać tylko stukot naszych kroków i bicie naszych serc... Mussolini przeprasza za złe traktowanie, prosi, byśmy o tym zapomniały, na dobitkę życzy nam wszystkiego dobrego. Mijamy podwórze spacerowe Serbii, przez furtkę w murze wchodzimy na obszerny dziedziniec Pawiaka i tutaj zatrzymujemy się koło Izby Chorych. Na dziedzińcu czeka już około 150 więźniów; dowiadujemy się, że również zwolnionych. Wszędzie pełno nie dopalonych dokumentów z kancelarii (w ten sposób gestapowcy zacierali po sobie ślady); depczemy po

48 49

Zwolnione. Służba była służbą.

rozrzuconych, poszarpanych pismach i książkach. Najbardziej kompromitujące akta wywieziono w drewnianych skrzyniach z kancelarii przyjęć Pawiaka do Gestapo na Szucha. W głębi dziedzińca kręcą się esesmani z bronią w ręku. Stoimy tak przeszło godzinę; oddzielnie kobiety, oddzielnie mężczyźni. W pewnej chwili, gdy obok nas wolno przejeżdża jakiś samochód, dostrzegamy w nim dra Friedericka i naszych przyjaciół: dra Śliwickiego i dra Lotha. Wkrótce dowiadujemy się od znajdującej się w tym momencie na dziedzińcu Pawiaka pani Loli Danielewicz, że naszych kolegów wywożą do Gestapo na Szucha. Dr Śliwicki zdążył jeszcze przekazać tę wiadomość pani Loli. Mżawka przechodzi w deszcz, chłodzi gorączkę, którą powoduje napięcie nerwowe i to przewlekłe czekanie. Nikt z nas nie dostaje depozytu ani dokumentów osobistych, ani entlassungscheinu, urzędowego zwolnienia z Pawiaka. Migawki zdarzeń, o których słyszymy i które widzimy, to przerażają, to radują. Strażniczka Döllinger, przechodząc obok „służbowo”, mówi, że w szpitalu męskim gestapowcy uśmiercili zastrzykami fenolu około 10 więźniów, wśród nich znajdowali się ranni członkowie podziemnej grupy „Osjan”, ujęci pamiętnej nocy z 19 na 20 lipca 1944 roku (m.in. Horodyski). Rozlega się komenda: „Achtung!”. Do zebranych zaczyna przemawiać komendant więzienia Bergh von Trips, tłumacz przekłada na język polski jego słowa: „Dostąpiliście wielkiej łaski Himmlera, jesteście zwolnieni. Ale pamiętajcie o jednym: władze nasze znać będą każdy wasz krok i dosięgną was wszędzie. Ostrzegam, że gdy znowu dostaniecie się w nasze ręce, to skończy się źle, a jak, to sami wiecie, bo już nas znacie...”. Na dziedziniec wjeżdża zaprzężona w konie platforma patronacka. Zatrzymuje się. Następuje wyładunek prowiantu dla kuchni więziennej. I znowu widzimy drobną, zgrabną postać pani Loli Danielewicz, gdy podniecona i jak zawsze uśmiechnięta kręci się wśród gestapowców i o czymś z nimi rozprawia; wskazuje na platformę i na więźniów. Domyślamy się: pani Lola walczy, by uzyskać zgodę na zabranie więźniów. Po dłuższych targach pozwolili jej wywieźć tylko chorych i najbardziej wyczerpanych. Platforma z więźniami, którym - ku naszemu zdziwieniu - pomaga przy wsiadaniu kilku gestapowców, opuszcza Pawiak. Reszta więźniów i więźniarek moknie na deszczu i czeka; zupełnie nie rozumiemy, dlaczego wciąż nas tu jeszcze trzymają. Około godziny 15 pada rozkaz: ustawić się w ósemki. Marysia, Ania i ja jesteśmy w ostatniej ósemce kobiet. Idziemy w kierunku bramy więzienia. Za nami kroczy w szeregach po ośmiu kolumna mężczyzn. W pewnej chwili jakaś więźniarka z poprzedzającej nas ósemki wyrywa mi z rąk tobołek chce mi pomóc, nie pozwala, abym go sama niosła... Mijamy klatki wilczurów gestapowskich, zbliżamy się do szeroko rozwartej, potężnej, żelaznej bramy Pawiaka, spoza której rozciąga się widok na rumowisko getta. Po obu stronach bramy i naprzeciw niej, na schodach wiodących do głównego gmachu Pawiaka, tłum gestapowców. Jest również komendant więzienia, Bergh von Trips. Spoglądam ukradkiem w jego stronę. Marysia, Ania i ja kulimy się, chcemy zmaleć, aby nas nie dostrzegł. Niestety, zauważył i zatrzymuje nas wołając ostrym tonem: „Zurück, ja was odwiozę...”. Sekunda wahania, certujemy się nieco, że owszem, ale nie, że pójdziemy same... Zawraca nas. Wychodzimy z ósemki, a ja przypominam sobie o tobołku. Koleżanka, która go niosła, już wyszła. Mówię o tym gestapowcowi. Pozwala mi wyjść - jestem już za bramą... Wolna! Gestapowiec jednak czeka uparcie. Odbieram pakunek i zawracam. Wychodzi ostatnia ósemka więźniów i znowu ciężka brama zamyka

się za mną, odgradzając mnie od wolności. Długo, bardzo długo stoimy w korytarzu przed kancelarią niemiecką. Kręcą się tu jacyś esesmani, są podnieceni, zupełnie nie interesują się nami. Nie czujemy głodu, tylko ogromnie chce się nam pić, ale o tym nie ma co marzyć. Mniej więcej po godzinie zjawia się komendant Bergh von Trips. Zabiera mnie z sobą na Serbię. Po drodze oznajmia, że matki z dziećmi zostają zwolnione, a ponieważ ja znam je wszystkie, będę mu potrzebna. Omal mi serce nie wyskoczyło z radości. Pytam, proszę, nalegam... Chodzi mi o resztę. Odpowiada, że na razie będą zwolnione matki z dziećmi i że na pewno z Szucha przyjdą dalsze zwolnienia. Jestem znowu na Serbii. Kobiety w celi matek nie wierzą jeszcze swemu szczęściu, kurczowo tulą do siebie maleństwa, niektóre pośpiesznie układają je na wózkach. Jeszcze raz widzę Krysię Ossowską. Chcę wpaść do szpitala, ale komendant nie zezwala... Matki i ich dzieci – wolne! - opuszczają gmach Serbii. Na podwórzu męskim czeka już platforma Patronatu z niestrudzoną panią Lolą Danielewicz. Wracam znowu na Pawiak do Ani i Marysi, które stoją wciąż w korytarzu przed kancelarią. Tracimy wiarę w prawdziwość naszego zwolnienia, tym bardziej że już wiemy o przewiezieniu na Szucha naszych kolegów lekarzy. Koło godziny 17 syreny ogłaszają alarm lotniczy. Gestapowcy pędzą do schronów. Zostajemy same, zamknięte. Nalot trwa krótko, esesmani wracają; mija nas unterscharführer Frühwirt, udając wielkie zdziwienie, że jeszcze tutaj jesteśmy. Podchwytujemy to natychmiast i prosimy, aby załatwił naszą sprawę u komendanta: nie chcemy mu zabierać czasu, po co ma się trudzić i osobiście nas wywozić... niechby zezwolił wyjść nam samym. Frühwirt wszedł do gabinetu komendanta zostawiając drzwi uchylone. Wyraźnie słyszymy jego meldunek... potem cisza, potem trzask nakręcanej tarczy telefonu. Komendant podaje nasze nazwiska, pyta, co ma z nami zrobić? Po kilku minutach wraca Frühwirt i lakonicznie oznajmia, że Gestapo z Szucha zezwala nam odejść. W tym samym czasie - jak dowiedziałyśmy się w kilka godzin później - dzięki poparciu felczera Gestapo Lindnera i życzliwej postawie dra Friedericka, po ciężkich i długich tarapatach zostali zwolnieni dr Śliwicki i dr Loth, i to dopiero zadecydowało o naszym zwolnieniu. Około godziny 17.30 Ania, Marysia i ja przekraczamy bramę więzienia Wachmajster Hölscher z karabinem na ramieniu, niosąc mój tobołek, konwojuje nas do granicy getta, gdzie stoi warta. Idziemy jakby przełęczą wśród wysokich gór, wśród tragicznych ruin getta. Nie sposób rozpoznać, jaka przebiegała tu ongi ulica, pełna gwaru i ruchu. Żadnego domu, same gruzy... gruzy... przerażające zwały gruzów. Po raz pierwszy patrzymy z bliska na ten monumentalny dowód zbrodni. Wachmajster Hölscher przerywa nasze milczenie; żali się, ubolewa nad sobą, przeczuwa, że nie dożyje końca wojny, nie wróci do swej rodziny, mówi, że cieszy się naszym zwolnieniem i że my teraz na pewno przeżyjemy wojnę. Dochodzimy do wachy na rogu Leszna i Karmelickiej. Tłum zalega ulice. Widocznie wiadomość o wypadkach na Pawiaku obiegła Warszawę lotem błyskawicy i odważna ludność, która nigdy nie zawiodła, przyszła, by naocznie stwierdzić fakt, wyrazić radość, zabrać swych najbliższych, dowiedzieć się o losie tych, których wśród nas zabrakło. Gdy odszedł wachmajster Hölscher, otoczyła nas gromada obcych ludzi. Pytają - odpowiadamy. Jedni cieszą się, twarze innych powleka głęboki smutek... Jesteśmy naprawdę wolne, ale rozglądamy się ostrożnie, bo wciąż nam się zdaje, że za naszymi plecami stoi gestapowiec. Widzimy gromadę więźniów przed małą knajpką na rogu Leszna; niektórzy są całkiem oszołomieni, bezradni, nie wiedzą, co z sobą począć. Wchodzę z Anią i Marysią do lokalu, bo dostrzegamy tam nasze byłe współtowarzyszki, współtowarzyszy. Właściciele knajpy, którzy już wysupłali się ze swych zapasów, i inni dobrzy ludzie biegną po prowiant do sąsiednich sklepów, rozdają go więźniom,

częstują gorącą herbatą. Powoli pustoszeje knajpa, raz po raz ktoś zjawia się i zabiera z sobą ekswięźniów. Jak spod ziemi wyrasta Lola Danielewicz. Patronat Opieki nad Więźniami, który zapisał się złotymi zgłoskami w sercach wszystkich więźniów, jest i teraz w pełni gotów nieść dalszą pomoc. Nie kryjemy łez szczerego wzruszenia, Lola całuje nas i ściska serdecznie, zatrzymuje mnie, bo jeszcze jestem potrzebna. Proszę Anię i Marysię, żeby już poszły - przecież czeka na nie matka Ani. Umawiam się, że wkrótce i ja przyjdę na Złotą. Zostaję sama wśród garstki więźniów i więźniarek. Zza zakrętu od strony Pawiaka, przy posterunku żandarmerii, ukazuje się karetka pogotowia, z której wyskakuje niespożyta w energii i działalności Lola Danielewicz - zapytuje mnie, do którego szpitala przewieźć położnicę Krysię Wituską, która przed pół godziną urodziła synka. Peszy mnie pytanie Loli, bo zupełnie nie wiem, czy dawne adresy szpitali położniczych są nadal aktualne, ale szybko wymieniam: Św. Zofii, klinika na Karowej, Szpital Ubezpieczalni. Lola pozdrawia mnie ręką, przynagla już do odejścia, karetka odjeżdża... Przeszłam parę kroków do przystanku tramwajowego. Brzęczą dzwonki nadjeżdżających i odjeżdżających tramwajów. Do żadnego nie mam odwagi wsiąść - nie mam grosza przy sobie. Zapomniałam, jak się chodzi po szerokich ulicach... i która z nich prowadzi na Złotą? Ponadto czuję brak sił. Zastanawiam się, dokąd skierować kroki? Wiem jedno, że nie mogę wrócić do mego mieszkania przy ulicy Nowogrodzkiej, bo jest zajęte przez granatowego policjanta, który wyrzucił moją teściową i ostrzegł, że jeżeli jeszcze raz się pokaże, doniesie o tym do Gestapo... Gdy tak rozmyślam, co z sobą zrobić, słyszę z tyłu radosny okrzyk: „Nareszcie odszukałyśmy panią doktor”. Odwracam się: przede mną stoi Marysia Borowa, urzędniczka z depozytów Pawiaka (obecnie żona Leona Wanata) i jedna z pań z Patronatu. Witają mnie serdecznie. Zatrzymują rikszę, wsiadamy i znów przypominam sobie, że nie mam pieniędzy. Zakłopotana mówię o tym moim konwojentkom. Wybuchają śmiechem, który mnie ogromnie peszy; widzę, że i one mają teraz niewyraźne miny. Przepraszają mnie za ten śmiech, zapewniając, że jestem ich najdroższym gościem. Kompletnie oszołomiona ruchem i gwarem ulic, wciąż niezbyt dobrze rozumiem, co się wokoło mnie dzieje. Wszystko miga mi w oczach. Dojeżdżamy do domu, w którym mieszka rodzina Ani. Marysia Borowa odprowadza mnie pod same drzwi. Dziękuję jej serdecznie za pomoc i rozstajemy się. Drżącą ręką naciskam dzwonek. Otwierają się drzwi. Wpadam w ramiona mamy Ani, która obejmuje mnie jak własną córkę. Poznaję teraz osobiście Mundka i Stefana, Ewę, bliższą i dalszą rodzinę, którą tak dobrze znam z opowiadań Ani na Pawiaku. Jestem bardzo wzruszona ich serdecznością, Marysia, Zygmunt i ja znaleźliśmy się w domu gorących serc, które roztapiają wszystkie lody. Bez przerwy dźwięczy dzwonek u drzwi i telefon. Co chwila ktoś wchodzi, przynosi bukiety i kosze kwiatów na powitanie Ani. Nie do pojęcia gwar i chaos, mnóstwo pytań, pytań, nie kończących się pytań. Z dalekiego Grochowa przyjechali moi teściowie i szwagier, radości nie ma końca. Łzy wzruszenia zraszają ofiarowany mi pęk biało-czerwonych goździków... Stół pięknie zastawiony smakołykami. Głodomorów czeka prawdziwa uczta, i jak w tamtej pawiackiej bajce zjawiają się również schaboszczaki, olbrzymie, wonne, gorące. W pewnej chwili Mundek, Stefan i Zygmunt znikają z pokoju i zaraz wracają rozgorączkowani, z wypiekami na policzkach. Prowadzą mnie do kuchni, pokazują zapasy żywności w workach... Zygmunt zachęca, abym obejrzała je dokładniej. Dotykam ręką: tak, to kartofle. Mundzio rozwiązuje jeden z worków - na wierzchu warstwa ziemniaków, pod nimi... granaty. Cały wór granatów. Prowadzą mnie do pokoju - w kanapach i fotelach dużo krótkiej broni palnej, a to wszystko czeka na godzinę „W”. Wzruszeni, w podniosłym nastroju, wśród potopu

pytań i odpowiedzi nie mamy nawet czasu na rozkoszowanie się wspaniałą ucztą. I schaboszczaki, o których marzyliśmy na Pawiaku, pozostały prawie nie napoczęte. A nazajutrz dalsza walka w szeregach powstańczych, w IV zgrupowaniu AK „Gurt”.

Część druga
Od chwili zakończenia wojny niejednokrotnie próbowałam odtworzyć czteroletni okres mego pobytu na Pawiaku i za każdym razem, nie czując się na siłach, rezygnowałam z tego zamiaru. Robiłam jednak notatki, przypominałam sobie zdarzenia, sprawy, daty, prowadziłam na ten temat rozmowy z koleżankami i kolegami. „Chyba łatwiej poecie opisać wymyślone piekło, nawet tak genialnie jak to zrobił Dante, niż nam przedstawić w rzeczywistych barwach i proporcjach piekło Pawiaka” powiedział mi ktoś ze współwięźniów. Dziś, gdy po dwudziestu latach nakazałam sobie powrót do tego piekła, rozpoczęłam trudną walkę z własną pamięcią: otoczył mnie tłum postaci, tłum twarzy, wśród nich te, które widywałam co dzień, i te, które ledwie się ukazały, już nikły mi sprzed oczu. Uświadomiłam sobie, że nie zdołam wszystkiego o wszystkich powiedzieć, że nieraz, przekazując nazwisko, nie mogę już skojarzyć go z osobą i - odwrotnie - dobrze pamiętając czyjąś postać, nie mogę przypomnieć sobie nazwiska. A przecież obowiązkiem tych, którzy jak ja przeżyli, jest wydobyć z mroków niepamięci bodaj nazwiska... Wszystkie zatem nazwiska, które zdołałam zapamiętać lub zebrać po wojnie, oraz znane mi bądź zrekonstruowane z fragmentów koleje losu współwięźniarek podaję w drugiej - tak ważnej dla mnie - części tej książki. Mam przy tym nadzieję, że po opublikowaniu tych wspomnień napłyną na adres Klubu b. Więźniów Politycznych Pawiaka pewne uzupełnienia lub sprostowania.

Kolumna sanitarna
Prócz lekarek wymienionych w części pierwszej pracowały:

Dr Janina Krzyżanowska (ps. Josek, obecnie Adamczewska) - lekarz stomatolog; pracowała w kolumnie przez kilka miesięcy w roku 1942; zwolniona została w grudniu 1942 roku. Dr Hanna Rohnowa - aresztowana jesienią 1942 roku, pracowała bardzo krótko w kolumnie: z nieznanych powodów gestapowcy zdjęli ją z tej funkcji; w kwietniu 1943 roku została zwolniona z więzienia. Dr Ludwika Tarłowska - pracowała od końca grudnia 1943 roku do 30 VII 1944 r., to jest do dnia wywiezienia jej do Ravensbrück.

W kolumnie sanitarnej poza lekarkami pracowały:

Halina Chorążyna-Starczewska - inż. chem.; aresztowana w 1940 roku, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Nina Kijewska - pracowała kilka miesięcy, zwolniono ją z więzienia wiosną 1943 roku. Adela Lapko - aresztowana w 1941 roku, wysłana na Majdanek 17 I 1943 r. Maria Maniakówna (Zawadzka, Marian) - aresztowana 2 X 1941 r., torturowana w czasie przesłuchania na Szucha; po zdjęciu izolacji, w której przebywała około 2 miesięcy, od początku 1942 roku pracowała w kolumnie sanitarnej aż do czasu wywiezienia jej, 24 VIII 1942 r., w pierwszym transporcie kobiet z Serbii do Oświęcimia. Wanda Orlicz-Dreszerowa – aresztowana w 1941 roku, wysłana w transporcie do Ravensbrück 30 V 1942 r. Henryka Prus - pielęgniarka (obecnie lekarz medycyny Stanecka); aresztowana 4 IX 1941 r., wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Danuta Terlikowska - aresztowana w początkach stycznia 1941 roku, wywieziona do Oświęcimia 24 VIII 1942 r. i w obozie jesienią 1942 roku uśmiercona zastrzykiem fenolu.

Najdłużej w kolumnie sanitarnej pracowały:

Mgr Helena Biegańska (ps. Agnieszka) - pracowała w kolumnie sanitarnej od grudnia 1942 roku do 1 X 1943 r. (aresztowana 31 X 1942 r., zwolniona z więzienia 1 X 1943 r.). Pomimo zwolnienia była tego miesiąca wywołana na transport do Oświęcimia. Powiadomiona o tym przez strażniczkę Helenę Łapińską musiała się ukrywać. Mgr Jadwiga Jędrzejowska - po przebytej operacji w szpitalu więziennym pracowała od kwietnia 1943 roku do 30 VII 1944 r. Była aresztowana 13 XI 1942 r. W ostatnim transporcie (ok. 400 kobiet) przy likwidacji Pawiaka została wywieziona do Ravensbrück.

Ponadto w pewnych okresach pracowały:

Danuta Hołownia - lat 22; aresztowana w 1941 roku, katowana w Gestapo; wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, gdzie w marcu 1943 roku została rozstrzelana. Aniela Jordan (Nika) - bliższe szczegóły podaję w rozdziale o izolatkach i sklepiku. Krystyna Karier - stud.; wywieziona w 1942 do Ravensbrück.

Maria Kopeć - studentka medycyny; pracowała początkowo przez kilka miesięcy w kolumnie sanitarnej, a następnie, jak już podałam, funkcji w szpitalu więziennym do czasu zwolnienia w dniu 31 VII 1944 r. Irena Rylska - więziona prawie rok na Serbii, zwolniona w końcu marca 1941 roku. Zofia Słowikowa - pielęgniarka; aresztowana w 1941 roku, torturowana na przesłuchaniach w Gestapo; 30 V 1942 r. wywieziona do Ravensbrück, stamtąd do Oświęcimia, gdzie zmarła. Olga Węglarz - nauczycielka; aresztowana w 1942 roku, katowana w Gestapo; wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r. Halina Wohlfardt - stud.; rozstrzelana w Ravensbrück. Stanisława Wójcik - później pracująca w szpitalu na Serbii. Irena Zapolska - zwolniona z więzienia w 1941 roku.

Polska służba więzienna
Maria Borowa - urzędniczka pracująca w depozytach. Maria Dąbrowska i Anna Kraska - strażniczki pracujące w depozytach więziennych, a w 1944 roku na oddziałach kobiecych. Wanda Gawrylow (Danusia) - podkomisarz. Jadwiga Jezierska - urzędniczka z depozytów (od jesieni 1942 roku), zewnętrzny łącznik AK; aresztowana w 1943 roku, wywieziona w transporcie październikowym tegoż roku do Oświęcimia. Janina Krzeczkowska - podkomisarz, pracująca w kancelarii; aresztowana w marcu 1942 roku, wysłana w transporcie do Ravensbrück 30 V 1942 r. Wanda Maciejko - starsza strażniczka, pracująca w magazynie; aresztowana również w marcu 1942 roku, wysłana do Ravensbrück 30 V 1942 r. Jadwiga Sadzińska - aspirant, pracująca w kancelarii polskiej; od drugiej połowy maja 1943 roku na stanowisku podkomisarki polskiej kobiecej straży więziennej. Jadwiga Szlagowska - urzędniczka kancelarii polskiej na Serbii.

Prócz wyżej wymienionych było jeszcze kilka innych, równie odważnych i wartościowych.

Oto nazwiska tych spośród funkcjonariuszek straży więziennej, których bohaterstwa byłam niejednokrotnie świadkiem:

Maria Adamska - strażniczka od lata 1942 roku do 31 VII 1944 r. Maria Bilska - strażniczka od marca 1943 roku; zwolniona w połowie 1944 roku. Stefania Czechowiczowa - strażniczka od 1940 roku do pierwszych miesięcy roku 1941. Zofia Döllinger (Pajączek) - starsza strażniczka od 1 III 1943 r. do 31 VII 1944 r. Halina Fronczak - strażniczka od marca 1943 roku; zwolniona w połowie 1944 roku. Maria Górnisiewicz - strażniczka od 1942 roku do 31 VII 1944 r. Weronika Karlson - pracująca od 1940 roku; aresztowana 14 III 1942 r., wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Zofia Koyro - strażniczka w 1941 roku. Helena Łapińska (Cegła) - strażniczka od lutego 1941 roku do 17 X 1943 r.; tego dnia musiała „zlikwidować” się z pracy w więzieniu. Rozalia Łapińska (Łapcia) - strażniczka od 1939 roku do połowy 1944 roku. Maria Mossakowska (Kosia-Mosia) - strażniczka od 1940 roku do połowy 1944 roku; wywieziona w czasie Powstania Warszawskiego do Ravensbrück; tam zmarła. Celina Olkowna - strażniczka od 1940 roku do połowy 1943 roku. Stanisława Pawlakówna - strażniczka od 1940 roku do czasu aresztowania (14 III 1942 r.); wysłana do Ravensbrück 30 V 1942 r. Maria Rosłońska (Kaczusia) - przodowniczka straży, pracowała w więzieniu od początku okupacji niemieckiej do 31 VII 1944 r. Janina Szubielska (Mateczka) - strażniczka od wiosny 1941 roku; aresztowana w lutym 1943 roku, wywieziona 12 V 1943 r. do Oświęcimia. Tkaczykowa. Ludwika Uzar-Krysiakowa (Lusia, Myszka) - strażniczka od 1940 roku do 31 VII 1944 r.; zginęła w czasie Powstania Warszawskiego. Maria Wasiak - strażniczka aresztowana w lipcu 1942 roku; wywieziona do obozu koncentracyjnego.

W celi

Przez cele ogólne Serbii przeszła - w okresie całej okupacji - blisko dwudziestotysięczna rzesza kobiet. Te, które pamiętam i wymieniam poniżej, stanowią zatem bardzo znikomy procent ogólnej liczby więźniarek.

Maria Adamczyk - lat około 20; aresztowana wiosną 1942 roku, wywieziona 13 XI 1942 r. do Oświęcimia. Hanna Agopsowicz - wywieziona do Oświęcimia w maju 1943 roku. Wanda Albrecht - młodziutka łączniczka aresztowana z matką, Anną; dotkliwie bita podczas przesłuchań w Gestapo, nie ujawniła żadnej tajemnicy konspiracyjnej; 17 I 1943 r. wywieziona na Majdanek. Adela Antosiewicz - aresztowana w 1941 roku, zwolniona po 9 miesiącach. Bajkowska - staruszka, aresztowana w Ząbkach pod koniec 1942 roku lub w początkach 1943 roku; w mieszkaniu jej znaleziono podczas rewizji flagę narodową; wysłana 13 V 1943 r. do Oświęcimia. Janina Balcerzak (ps. Ewa) - wybitna działaczka ZMW; aresztowana z matką Heleną (1 IX 1943 roku ) w okresie nasilenia fali aresztowań; cele więzienne nie mogły już pomieścić wszystkich, umieszczono więc nowo przybyłe w kaplicy na Serbii; po kilku tygodniach zwolniono Janinę Balcerzak i jej matkę. Maja Berezowska - znana malarka, rysowniczka i ilustratorka; aresztowana pod koniec stycznia 1942 roku, wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Wanda Biała - wysłana we wrześniu 1941 roku do Ravensbrück, następnie do Oświęcimia; zginęła w komorze gazowej. Janina Bonder - wywieziona 22 IX 1941 r., rozstrzelana w marcu 1943 roku w Ravensbrück. Janina Borkowska - wywieziona 22 IX 1941 r., rozstrzelana we wrześniu 1942 roku w Ravensbrück. Maria Bortnowska - wywieziona do więzienia w Berlinie. Halina Brejnak - -przywieziona w 1944 roku z Oświęcimia. Danuta Brzosko - członek ZWZ; aresztowana latem 1942 roku, wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Stefania Brzostek - aresztowana w lutym 1944 roku, wywieziona w kwietniowym transporcie do Ravensbrück. Zofia Brzywczy - inż.; aresztowana w 1942 roku, wysłana 17 I 1943 r. na Majdanek. Czesława Cetnarowicz - wywieziona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück w marcu 1944 roku. Zofia Chełchowska - aresztowana w 1943 roku, wywieziona do Oświęcimia. Helena Cieślak - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w kwietniu 1943 roku.

Zofia Ciołkówna - małolatka; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück (obecnie Łotocka, mgr farmacji). Janina Czajkowska - wywieziona 22 IX 41 r. do Ravensbrück. Halina Czarnocka - wywieziona do Oświęcimia w maju 1943 r. Stanisława Czech - lat 22; wysłana w transporcie 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w lipcu 1942 roku. Eugenia Dawidowska - aresztowana w maju 1944 roku z dwoma synami; 21 VII 1944 r. wywieziona do Ravensbrück; synowie zginęli w obozie koncentracyjnym. Janina Dawidowska-Sagatowska - inż.; aresztowana w 1942 roku, wywieziona na Majdanek w 1943 roku; syn jej Aleksy (Alek) Dawidowski, lat 23, żołnierz grupy szturmowej „Szarych Szeregów”, w czasie akcji zbrojnej pod Arsenałem, w dniu 26 III 1943 r” został śmiertelnie ranny; 30 III 1943 r. zmarli obaj bohaterscy druhowie: Alek i Janek Bytnar. Małgorzata Dembowska - lat 20; aresztowana z matką Henryką, wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück; obie rozstrzelane we wrześniu 1942 roku. Irena Dobiecka - żona urzędowego lekarza więzienia przy ulicy Daniłowiczowskiej 7; aresztowana 21 X 1941 r., zwolniona w lutym 1942 roku. Janina Dowgirdowa - wywieziona w listopadzie 1942 roku do Oświęcimia; tam zmarła. Maria Drągowska - wywieziona 22 IX 1941 r., rozstrzelana w październiku 1942 roku w Ravensbrück. Irena Dudnik - wysłana w transporcie wrześniowym 1941 roku do Ravensbrück, rozstrzelana w październiku 1942 roku. Walentyna Dunin-Karwowska - lekarz stomatolog; aresztowana w 1943 roku, po pewnym czasie zwolniona. Halina Duracz - córka Teodora Duracza (prawnika, zasłużonego obrońcy więźniów politycznych, członka KPP i w okresie okupacji jednego z twórców PPR, zamordowanego w maju 1943 roku przez Gestapo); aresztowana 13 III 1943 r. w Otwocku; po 2 miesiącach wywieziona do Oświęcimia, gdzie zmarła w kwietniu 1944 roku. Romana Duracz - żona Duracza, działaczka lewicowa, dziennikarka; aresztowana 13 III 1943 r., wywieziona w maju tegoż roku do Oświęcimia. Izabela Dybowska - wywieziona do Oświęcimia w 1942 roku; tam zmarła. Maria Emmerling - wywieziona w roku 1941 we wrześniowym transporcie do Ravensbrück. Ewa Falkowska - lat około 30; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w lipcu 1943 roku. Barbera Fariaszewska - aresztowana z matką, wiosną 1943 roku; wywiezione do Oświęcimia w sierpniu, obie po kilku miesiącach zmarły na tyfus.

Irena Fedorowicz i jej dwie siostry - wywiezione w sierpniu 1942 roku do Oświęcimia; tam zmarły. Halina Filip (obecnie Prodanowa) - aresztowana w drugiej połowie października 1943 roku, wywieziona w marcu 1944 roku do Ravensbrück. Zofia Filipiak - wywieziona do Ravensbrück we wrześniu 1941 roku; zmarła w obozie. Regina Gabruk - studentka medycyny; aresztowana w kwietniu 1943 roku; po kilku tygodniach wywieziona do Oświęcimia. Helena Gall - aresztowana w 1942 roku, wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r.; tam zginęła. Halina Gawłowska - aresztowana w 1941 roku, po pewnym czasie zwolniona. Helena Gębska i jej siostra Józefa - łączniczki; aresztowane w 1941 roku, wywiezione 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Agnieszka Glinka - przywieziona w maju 1941 roku z więzienia radomskiego; po krótkim pobycie na Serbii wywieziona do innego więzienia. Halina Głowacka - aresztowana 20 V 1943 r., po 2 tygodniach wywieziona do Oświęcimia. Józefa Górzyńska - aresztowana w lutym 1944 roku, bita na przesłuchaniach w Gestapo; wywieziona do Ravensbrück w kwietniu 1944 roku. Józefa Gradomska (Mamcia) - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Wiesława Grzegorzewska - należąca do „Szarych Szeregów”; aresztowana jesienią 1942 roku, wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Aniela i Maria Gut - wywiezione do Oświęcimia w listopadzie 1942 roku. Irena Hołownia - aresztowana z matką Wiesławą w 1942 roku; obie wywieziono na Majdanek, gdzie zginęła Wiesława Hołownia; Irenę przewieziono do Oświęcimia. Anna Hübner - małolatka; wywieziona w sierpniu 1942 roku do Oświęcimia; tam zmarła. Zofia Hübner - wywieziona w majowym transporcie 1942 roku do Ravensbrück, rozstrzelana w marcu 1943 roku. Aleksandra Imach - aresztowana we wrześniu 1942 roku, wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Stefania Jachimowicz - lat 30; wywieziona we wrześniu 1941 roku do Ravensbrück, rozstrzelana we wrześniu 1942 roku. Alina Janowska (obecnie znana aktorka) - aresztowana wiosną 1942 roku, po pewnym czasie zwolniona. Hanna Jaraczówna - córka wywiezionego do Oświęcimia Stefana Jaracza, aktorka; aresztowana 15 III 1941 r., w tydzień po zlikwidowaniu przez polskie podziemie szpiega niemieckiego, aktora Igo Syma, co pociągnęło za sobą liczne aresztowania w świecie aktorskim. Hanka Jaraczówna została po pewnym czasie zwolniona.

Janina Jędrzejczak - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück; rozstrzelana w lipcu 1942 roku. Irena Jundziłł - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Kazimiera Kaczyńska - malarka; wywieziona w 1943 roku do Oświęcimia; tam zmarła. Zofia Karpowicz - opiekunka celi małolatek; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Maria Karska - wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Józefa Kęszycka - lat 20; aresztowana w listopadzie 1940 roku, wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück; rozstrzelana w lipcu 1942 r. Lucyna Kiepus - lat 19; wywieziona 22 I 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w lutym 1943 roku. Antonina Kijko - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Aniela Kisielewska - wywieziona 2 IX 1941 r. rozstrzelana w lipcu 1942 roku. Wiktoria Klimaszewska (Wika) - działaczka ZHP; aresztowana z synem Konstantym, studentem, w drugiej połowie września 1942 roku; wywieziona do Oświęcimia w listopadzie 1942 roku. Konstanty zginął w Oświęcimiu, Chociaż Wika była na Serbii ledwie kilka tygodni, dzięki cennym zaletom swego charakteru pozostała na zawsze w pamięci tych, którzy ją znali. Bronisława Kłopocka-Kłopotowska - weteranka walk rewolucyjnych w 1905 roku (matka więźniarki Haliny Głowackiej); aresztowana z siostrą, Aleksandrą Ogonowską, 5 V 1943 r.; obie zwolnione w listopadzie 1943 roku. Jadwiga Kobierska - lekarz; wywieziona do Oświęcimia. Janina Kocowa - nauczycielka, aresztowana wiosną 1944 roku, wywieziona do Oświęcimia. Felicja Kołacińska-Musielak - aresztowana wiosną 1941 roku, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Felicja Konopska - aresztowana w listopadzie 1941 roku, wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Krystyna Korybut-Daszkiewicz - wywieziona do Ravensbrück w marcu 1944 roku. Stanisława Kowalczyk - aresztowana z mężem Marianem, mgrem prawa, pod koniec stycznia 1942 roku; wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Marian Kowalczyk został stracony w Magdalence 28 V 1942 r. Helena Kowalska - aresztowana w 1941 roku, po pewnym czasie wywieziona do innego więzienia. Kamila Kozakiewicz - aresztowana dwukrotnie; po raz pierwszy w 1940 roku i zwolniona w grudniu tegoż roku; aresztowana po raz drugi, została wywieziona do obozu koncentracyjnego. Lena Kozakiewicz - wywieziona w maju 1943 roku do Oświęcimia. Stanisława Kraskowska - aresztowana w lutym 1942 roku, wywieziona w 1943 roku na Majdanek.

Wanda Kulczyk - młodociana; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück; w obozie operowana doświadczalnie. Halina Kurek - aresztowana w czerwcu 1944 roku, wywieziona w ostatnim transporcie z Serbii, dnia 30 VII 1944 r., do Ravensbrück. Jadwiga Lalko - aresztowana z córką Lilianą i synem Wojciechem w 1944 roku, wywieziona do Ravensbrück 30 VII 1944 r., syn rozstrzelany w lipcu w ruinach getta. Wanda Lipińska - aresztowana w sierpniu 1942 roku z synową Sabiną; obie wywieziono 17 I 1943 r. na Majdanek. Anna Lisowska - bardzo dzielna małolatka; wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Zofia Łada-Bieńkowska - zginęła w Oświęcimiu. Wanda Łempicka - lekarz; wywieziona do Oświęcimia w 1943 roku. Helena Łukasiewicz - aresztowana w 1942 roku, wywieziona na Majdanek w 1943 roku. Halina Łuszczewska - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Wanda Macińska - aresztowana wiosną 1944 roku, wywieziona w czerwcu 1944 roku do Ravensbrück. Janina Malinowska - nauczycielka, aresztowana jesienią 1943 roku; wywieziona do Oświęcimia, zmarła tam w niedługim czasie. Irena Malkiewicz-Domańska - aktorka; aresztowana 15 III 1941 r., zwolniona po 2 tygodniach. Zofia Małynicz - znakomita aktorka scen polskich; aresztowana 15 III 1941 r., zwolniona 9 IV 1941 r. Maria Mankiewicz - z Centralnej Techniki PPR; aresztowana w początkach 1943 roku, została wysłana do obozu koncentracyjnego. Martensowie (babka, matka, ojciec i nieletnia córka) - aresztowani w 1941 roku, po kilku miesiącach zwolnieni. Anna Matyjanka - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w marcu 1943 roku. Wanda Mersz - aresztowana latem 1942 roku, wywieziona do obozu koncentracyjnego. Janina Misiewicz - doktor medycyny, dyrektor Szpitala Wolskiego (po wojnie profesor Akademii Medycznej); aresztowana w 1944 roku, po krótkim pobycie na Serbii zwolniona. Zofia Mittelstaedt - młodociana; urocza blondynka więziona na Serbii w 1941 roku lub w 1942 roku; wywieziona do obozu koncentracyjnego; ojciec jej był wywieziony do Oświęcimia. Joanna Myszkowska - małolatka, pełna osobistego wdzięku (obecnie lekarz); wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Janina Napiórkowska - wywieziona 22 XI 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w grudniu 1942 roku.

Janina Niczewska - aktorka; aresztowana 15 III 1941 r., zwolniona 9 IV 1941 r. Sabina Niemiec - wysłana do Ravensbrück, stamtąd wywieziona w niewiadomym kierunku. Antonina Niszczyńska - lekarz; aresztowana w 1942 roku, wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r. Okoniewska - więziona na Serbii w 1944 roku. Maria Anna Olszewska - aresztowana z siostrą Krystyną i ojcem Antonim 17 V 1943 r.; siostry wywieziono do Oświęcimia; ojciec został rozstrzelany 29 V 1943 r. Zofia Olszewska - przemiła małolatka; aresztowana 13 I 1942 r. z matką Marią; obie wywiezione 17 I 1943 r. na Majdanek. Helena Pacocha - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w lipcu 1942 roku. Wanda Pałęcka - wywieziona do więzienia w Berlinie. Alina Parandowska - aresztowana latem 1942 roku, wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Maria Pawlata-Fijołkowa - aresztowana z Rozalią Pawlatą i Stanisławą Wojciechowską; przewiezione z więzienia w Łowiczu na Pawiak w końcu grudnia 1943 roku, w marcu 1944 roku zostały wywiezione do Ravensbrück. Irena Perkowska-Szczypiorska - (autorka wydanego w 1962 roku „Pamiętnika łączniczki”) - działaczka lewicowa; aresztowana wiosną 1943 roku, wywieziona w maju 1943 roku do Oświęcimia. Hanna Piasecka - wywieziona do Ravensbrück w maju 1942 r. Barbara Pietrzyk - lat 15; wywieziona do Ravensbrück we wrześniu 1941 roku; w obozie operowana doświadczalnie; zmarła przed kilkoma laty. Anna Pioterczyk - młodociana; łączniczka Gwardii Ludowej, aresztowana jesienią 1942 roku, wywieziona do Oświęcimia. Irena Plutecka-Levitoux - lekarz stomatolog; aresztowana 22 XII 1942 r., wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r. Maria Polkowska - nauczycielka, harcerka; wywieziona do obozu koncentracyjnego. Maria Poniecka - aresztowana z nieletnią córką Władysławą w styczniu 1940 roku; obie wywiezione 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Irena Prosińska - lekarz stomatolog; zwolniona w 1941 roku. Jadwiga Pruszkowska-Zarembska - wywieziona w maju 1943 roku do Oświęcimia. Irena Przybysz - mgr farmacji; wywieziona wiosną 1943 roku do Oświęcimia. Anna Przysiecka - aktorka; wywieziona do Ravensbrück w marcu 1944 roku.

Henryka Pych - nauczycielka; aresztowana z mężem Stanisławem, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Stanisław Pych został wywieziony do Oświęcimia. Józefa Remiszewska - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w styczniu 1945 roku. Wiktoria Ryczko - aresztowana z nieletnią córką Janiną, wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Janinę wywieziono w maju 1942 roku; zmarła w obozie na gruźlicę. Helena Rydel - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, rozstrzelana wiosną 1943 roku. Anna Ryglewicz - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana jesienią 1942 roku. Ksawera Rytlowa - nauczycielka; aresztowana w styczniu 1943 roku, po 2 miesiącach wysłana do Oświęcimia; zmarła w obozie. Wanda Sawicka - inż. architekt; aresztowana 13 IV 1944 r. z dwiema siostrami, Stanisławą i Wiesławą (w kilka godzin potem aresztowano ich matką Stanisławę); trzy siostry, przewiezione bezpośrednio do Gestapo, były poddane ciężkim, nękającym przesłuchaniom; 9 VI 1944 r. Wanda została wywieziona z siostrą Stanisławą do Ravensbrück; zmarła w obozie 7. II 1945 r. (zob. rozdział „Izolatki”). Wiesława Sawicka - absolwentka WSH; aresztowana, jak już podałam, 13 IV 1944; była główną oskarżoną w sprawie Sawickich, podejrzewaną o szpiegostwo; znała perfekt język niemiecki, przed wojną była pracownikiem fabryki Cegielskiego w Poznaniu; do Warszawy przeniosła się w październiku 1939 roku. Osadzona na kilkanaście dni w izolacji w Gestapo, przechodziła szczególnie ciężkie przesłuchania; mężnie odpierała zarzuty referentów, a gdy pewnego dnia zaproponowali jej współpracę za cenę wolności dla niej i pozostałej rodziny, ostro odmówiła; 27 V 1944 r. została rozstrzelana w ruinach getta. Helena Sawicz - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w 1943 roku. Janina Scicińska-Kossak - wywieziona z córką Janiną 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Krystyna Sendek - małoletnia; aresztowana z matką; wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück (obecnie lekarz). Izabela Sicińska - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Irena Smoleńska - architekt, aresztowana w listopadzie 1942 roku z ojcem Kazimierzem, profesorem Politechniki Warszawskiej, i bratem Andrzejem; wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Profesor Smoleński został rozstrzelany w maju 1943 roku, Andrzeja wywieziono do Oświęcimia. Stanisława Sobolewska - aresztowana w czerwcu 1941 roku z mężem Stefanem, kasjerem Dworca Głównego w Warszawie, członkiem AK; 30 V 1942 r. wywieziono Sobolewską do Ravensbrück, a męża jej do Oświęcimia, gdzie zmarł w lutym 1942 roku. Antonina Sokolicz-Merklowa - działaczka lewicowa, literatka, lat około 60; wielkiej dobroci i mądrości kobieta; aresztowana w kwietniu 1942 roku, w listopadzie wywieziona do Oświęcimia, gdzie w niedługim czasie zmarła.

Irena Sokołowska - lat około 20; wywieziona w majowym transporcie 1942 roku do Ravensbrück, rozstrzelana w styczniu 1945 roku w obozie. Helena Starczewska - aresztowana z córką Janiną, obie wywiezione do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Leokadia Szczedrakowska - wywieziona w maju 1944 roku do Ravensbrück. Krystyna Szylagyi - małolatka; wywieziona do Oświęcimia w drugiej połowie 1942 roku. Wanda Ślusarczyk (obecnie Burakiewicz) i jej matka Janina - aresztowane w 1942 roku, wywiezione na Majdanek 17 I 1943 r. Wanda Terlecka - wywieziona do Ravensbrück w marcu 1944 roku. Zdzisława Tkaczyk - wysłana w transporcie 30 V 1942 r. do Ravensbrück; zmarła w obozie. Tołowińska - lat około 70, b. dyrektorka gimnazjum żeńskiego w Warszawie, aresztowana z dwiema córkami w 1944 roku. Maria Tomicka - aresztowana z małoletnią córką Alicją; obie zwolnione latem 1942 roku. Irena Totleben i jej córka Teresa - po krótkim pobycie na Serbii wywiezione 17 I 1943 r. na Majdanek. Helena Trzeciak - wywieziona we wrześniowym transporcie 1941 roku do Ravensbrück; zmarła w obozie. Czesława Trzeszczkowska - więziona w latach 1940 i 1941. Halina Turyczyn - małolatka; więziona w 1941 roku. Barbara Tylińska-Janiszek - łączniczka AK; aresztowana jesienią 1942 roku, wywieziona na Majdanek w 1943 roku. Ewa Urbanowicz - lat 16; wywieziona do Oświęcimia w listopadzie 1942 roku. Teresa Werner - urzędniczka Państwowego Monopolu Spirytusowego; aresztowana 13 IV 1944 r. z matką Janiną; przez tydzień trzymano ją w izolacji na Szucha; ciężkie przesłuchania nie zdołały jej załamać; 9 czerwca została wywieziona do Ravensbrück. Zofia Węglińska - zamordowana w początkach czerwca 1942 roku na Szucha. Maria Wigura - wywieziona do Oświęcimia w maju 1943 roku. Krystyna Wigura-Kobyłecka - dziennikarka, córka Marii; dotkliwie bita podczas przesłuchań w Gestapo, zachowała dzielną postawę; wywieziona została do Oświęcimia w maju 1943 roku. Jadwiga Wilgocka (Wiga) - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w styczniu 1942 roku. Jadwiga Wołkowicz (obecnie Śliwa) - więziona na Serbii w latach 1942 i 1943 w poważnej sprawie; Jadźka Bolszewik, jak mawiała o sobie, przez nas zwana Kajtkiem, wątła i schorowana, często leczyła

się w szpitalu. Wisielczy humor i pogoda ducha nie opuszczały jej nigdy; wykonywała z chleba przepiękne figurki i kwiaty, pisywała okolicznościowe wiersze. Jadwiga Wolska - wywieziona w maju 1942 roku do Ravensbrück, rozstrzelana w lutym 1943 roku. Franciszka Wronowska - małolatka; aresztowana w 1940 roku, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Lidia Wysocka - aktorka; aresztowana 15 III 1941 r., zwolniona 9 IV 1941 r. Anna Zboromirska - aresztowana w listopadzie 1941 roku, zwolniona po kilku miesiącach. Zielińska - żona oficera WP; więziona na Serbii w 1943 roku. Karolina Zienkiewicz (Kari) - aresztowana w ciąży jesienią 1943 roku; była starościną w celi praczek do lutego 1944 roku. Ludwika Zyskowska - aresztowana z mężem Wincentym jesienią 1943 roku; w marcu 1944 roku została wywieziona do Ravensbrück; męża jej wywieziono 30 VII 1940 r. do Groß Rosen. Janina Żbik - aresztowana w początkach 1941 roku, wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Anastazja Żuk (obecnie Janina Szczęsna) - lat 13; aresztowana 27 III 1940 r. z matką Anną (obecnie Anastazja Nestiur); dziewczynka została zwolniona w grudniu 1942 roku, matkę jej w końcu 1942 roku wywieziono do obozu pracy. Karolina Żurowska - wielkiej szlachetności kobieta; aresztowana w końcu 1942 roku z mężem, przemysłowcem, córkami Marią, Klementyną i Hanną; wszystkie zostały wywiezione na Majdanek w 1943 roku. Hanna zginęła w obozie; Romana Żurowskiego zamordowano w Gestapo na początku roku 1943. Krystyna Żywulska (autorka wydanej w 1950 roku książki „Przeżyłam Oświęcim”) - aresztowana wiosną 1943 roku, wywieziona do Oświęcimia.

Izolatki
Odtwarzając poniższy wykaz, jak zresztą inne wykazy, korzystałam w niektórych przypadkach z pomocy koleżanek, byłych więźniarek Serbii, zwłaszcza: dr Anny Sipowicz-Gościckiej, dr Ireny Kononowicz, mgr Heleny Biegańskiej, mgr Jadwigi Jędrzejowskiej, mgr Wandy Kiedrzyńskiej, mgr Marii Maniakówny oraz byłej strażniczki Zofii Döllinger.

Anna Białokurowa - członek ZWZ, nauczycielka gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, prowadząca tajne komplety; aresztowana w kwietniu 1942 roku wraz z mężem, drem Franciszkiem Białokurem, emerytowanym generałem brygady. W Gestapo małżonkowie byli potwornie torturowani. Po przewiezieniu na Pawiak Annę umieszczono w celi izolacyjnej na Serbii. Z uwagi na jej

ciężki stan Gestapo - na skutek usilnej interwencji lekarzy - zezwoliło przenieść ją z izolacji do szpitala więziennego. Dr Białokur zmarł na Pawiaku. Profesor Białokurowa otrzymała z Gestapo zawiadomienie o śmierci męża i w parę dni potem, w Zielone Świątki, wykorzystując nocą głęboki sen towarzyszek w celi, popełniła samobójstwo wieszając się w ubikacji szpitala. Jadwiga Bobińska - członek ZWZ, inż. chemik; aresztowana wiosną 1943 roku z materiałem dowodowym bardzo obciążającym; po dłuższym pobycie w izolacji została w grupie około 30 więźniarek rozstrzelana w ruinach getta. Jadwiga Boska - aresztowana w 1941 roku, katowana na przesłuchaniach w Gestapo, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. i tam rozstrzelana. Lucyna Bracka - aktorka, aresztowana w drugiej połowie 1943 roku; po kilku miesiącach- (23 IV 1944 r.) wysłana do Ravensbrück. Janina Chlebowska - członek ZWZ, lekarz stomatolog; aresztowana wiosną 1941 roku z siostrą Ireną i nieletnią córką Teresą (obie po pewnym czasie zwolniono); skazana na karc i kilkudniową głodówkę, w czasie przesłuchań bardzo torturowana; została zamordowana w Gestapo - o ile pamiętam, w końcu maja 1941 roku. Zofia Chlewicka - lat około 30, członek AK; aresztowana w końcu 1942 roku, obarczona bardzo ciężką sprawą; 17 I 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Chruścielowa - lat powyżej 30, członek AK; aresztowana jesienią 1943 roku. Przebywała około 3 miesięcy w celi izolacyjnej na III oddziale. W Gestapo bardzo torturowana. Pytano ją głównie o męża, ppłka Bronisława Chruściela. Twierdziła uparcie, że mąż jest w oflagu. Raz tylko zezwolono jej na kąpiel w szpitalu, kilka razy przyprowadzano ją do dr Sipowicz-Gościckiej na leczenie zębów. Popełniła samobójstwo wieszając się w celi. Jadwiga Cybulska (ps. Saba) - członek Komendy Głównej AK lat około 25, z zawodu dziennikarka; aresztowana w pierwszej połowie stycznia 1943 roku. Przez sześć tygodni więziona w izolacji na Szucha. Wielokrotne przesłuchania, w czasie których była potwornie torturowana, nie zdołały jej załamać. Bardzo dzielną postawę zachowała również przebywając w izolacji na III oddziale Serbii. Kilkakrotnie udało się zmylić czujność esesmanów, którzy rzekomo chorą Jadzię sami sprowadzali do badania lekarskiego w szpitalu; tu mogła spotkać i porozmawiać, dosłownie w ciągu kilku sekund, ze swoją siostrą Lulą (Heleną Leja), aresztowaną w grudniu 1942 roku pod nazwiskiem Gliwicka. Dnia 25 III 1943 r. Jadwigę wywieziono na Majdanek; zmarła w 1959 roku. Anna Czaki (ps. Helena) - lat 22, łączniczka kierownika Wydziału Informacji BIP KG AK50, aresztowana 5 I 1944 r.; storturowana, przywieziona z Szucha na noszach. Nie wydała nikogo. Osadzona w izolacji; stracona o świcie 11 II 1944 r. w ruinach getta. Irena Czemadurow - aresztowana w początkach 1943 roku, wywieziona w maju 1943 roku do Oświęcimia. Czerwińska - lat około 30; przyprowadzona w nocy wiosną 1941 roku, straszliwie skatowana. Po odejściu gestapowców zostałam wezwana do izolatki przez strażniczkę Stanisławę Pawlakównę. Po
50

Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej.

otrzymaniu pierwszej pomocy Czerwińska poczuła, się lepiej i w zamiarze popełnienia samobójstwa daremnie przeszukiwała podszewkę torebki, pod którą ukryła cyjanek. Strażniczka wyjęła i schowała truciznę w najlepszej intencji, obawiając się, że izolatka zbyt pochopnie użyje. W kilka dni później Czerwińska została ponownie zabrana na Szucha i tam zamordowana. Zofia Dackiewicz - żona płka WP., aresztowana w styczniu 1943 roku, wywieziona w maju tegoż roku do Oświęcimia. Ina Deryngowska - obywatelka radziecka; aresztowana w 1943 roku; wielomiesięczna izolatka, rozstrzelana w ruinach getta w 1944 roku. Nina Despot-Zenowicz - aresztowana w mieszkaniu Wandy Ossowskiej 26 VIII 1942 r. wraz z mężem, majorem WP, szefem „Straganu”51; na Szucha była zakuwana w kajdany, o czym świadczyły charakterystyczne otarcia naskórka i rany na przegubach rąk. Ninę wywieziono na Majdanek 17 I 1943 r.; mąż jej, ujęty pod pseudonimem Boczkowski (prawdziwe nazwisko Stanisław Rogiński), był wiele miesięcy w izolacji na Szucha, potwornie katowany; dalsze jego losy nie są znane. Cezara Dicksteinowa - aresztowana w maju 1942 roku, po dziesięciu dniach zwolniona; drugi raz aresztowana w październiku tegoż roku,- 2 tygodnie zamknięta w izolacji, po czym wywieziona do Berlina. Dojlido - aresztowana w 1944 roku wraz z mężem; kobieta o wyjątkowej urodzie; pomimo ciąży, w bardzo krótkim czasie została rozstrzelana w ruinach getta. Eryka Fichowska - aresztowana w 1941 roku, oskarżona o szpiegostwo; sprawę jej prowadził sąd wojskowy. W początkach 1942 roku została nocą w kajdankach wywieziona w niewiadomym kierunku. Natalia Filińska - członek AK; aresztowana 21 I 1943 r. Podczas rewizji w jej mieszkaniu Gestapo znalazło mundury wojskowe i pieniądze w obcej walucie. Bardzo bita i katowana na przesłuchaniach, przebywała 9 miesięcy w izolacji, przez pierwsze trzy tygodnie jako „streng isoliert” na III oddziale. Zachowywała się bardzo dzielnie. Niezwykle troskliwą opiekę nad nią w tym okresie roztaczała funkcyjna kolumny sanitarnej, Helena Biegańska, łączniczka siatki wewnętrznej (ps. Agnieszka). W trzy miesiące po zwolnieniu Naty z izolacji (pod koniec stycznia 1944 roku) uzyskano zezwolenie na objęcie przez nią funkcji. Była początkowo „w czarnej” pralni, następnie porządkową szpitala. 30 VII 1944 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Zofia Gapińska (ps. Eka Weber) - członek wywiadu ZWZ; aresztowana we wrześniu 1941 roku, osadzona w izolacji; wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r., zmarła tam na gruźlicę. Lena Górnicka - aresztowana 30 VI 1942 r.; bardzo bita w Gestapo, przebywała w izolacji do połowy grudnia 1942 roku; dnia 17 I 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Anna Grzelińska - członek organizacji „Grunwald”, studentka polonistyki; aresztowana 10 X 1940 r., bita i katowana do utraty przytomności w kancelarii Pawiaka. Przez tydzień przebywała w ciemnicy na męskim oddziale więzienia, gdzie nadal była bardzo bita, nawet nocą, przez gestapowca Fellhabera. Przesłuchiwana wielokrotnie w kancelarii na Pawiaku i w Gestapo. W końcu października
51

Wywiad AK.

1940 roku została przeniesiona na oddział kobiecy. Ponownie osadzona w izolacji, przebywała w niej 4 miesiące; mimo potwornych tortur trzymała się bardzo dzielnie. Po zwolnieniu z izolacji przeniesiona do ogólnej celi, pracowała na funkcji w bibliotece na Serbii, przy „wypiskach” patronackich i wydawaniu paczek żywnościowych i odzieżowych w tzw. sklepiku, a przede wszystkim jako niesłychanie odważny i ofiarny łącznik siatki więziennej. W początkach kwietnia 1942 roku została zwolniona z więzienia. Katarzyna Guzy (Inka) - aresztowana z siostrą Gelą (obie niezwykle dzielne i odważne), po zwolnieniu z izolacji pracowała na funkcji jako „poczta”. Więźniarkom, które miały na to zezwolenie Gestapo, pisywała raz w miesiącu listy do rodzin w języku niemieckim, ponadto pomagała przy wydawaniu paczek żywnościowych; ułatwiony w ten sposób kontakt z więźniarkami wykorzystywała na przekazywanie tajnej korespondencji; obie siostry, Inka i Gela, zostały wysłane w transporcie do Ravensbrück dnia 30 VII 1944 r. Janina Herman - była 9 miesięcy w izolacji; w listopadzie 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia, gdzie zginęła. Hieropolitańska - aresztowana w 1942 roku, wysłana w transporcie na Majdanek 17 I 1943 r. Irena Iłłakowicz - aresztowana w październiku 1942 roku, przebywała w izolacji do 17 I 1943 r., w tym dniu została wywieziona na Majdanek. Maria Jaszczuk - działaczka lewicowa; aresztowana latem 1943 roku, przechodziła nękające przesłuchania w Alei Szucha; metody Gestapo nie potrafiły jej załamać, trzymała się niezwykle dzielnie; została wywieziona do Oświęcimia w październiku 1943 roku. Maria Jezierska - studentka UW, członek Związku Odwetu (grupa dywersyjna KG AK); aresztowana 13 VI 1942 r., przebywała w izolacji kilka tygodni, później pracowała w „czarnej” pralni; dnia 13 XI 1942 r., mimo reklamowania jej z transportu w związku z ciężko przebytą żółtaczką, zabrano ją ze szpitala i wywieziono do Oświęcimia. Aniela Jordan (Nika) - członek ZWZ, lat 23; aresztowana 27 XI 1940 r. wraz ze swą siostrą, Mają Poniatowską, po którą z listą imienną przyszło Gestapo. Nika zasadniczo nie miała żadnego oskarżenia; o tym, że była członkiem ZWZ, Gestapo nigdy się nie dowiedziało. Była tylko raz przesłuchiwana w Alei Szucha. Pytania dotyczyły wyłącznie jej siostry Mai. W czasie śledztwa gestapowcy oświadczyli jej, że Maja „wpakowała ją w nieszczęście”. Nika, robiąc z siebie naiwną, nakreśliła sylwetkę Mai, przedstawiając ją jako kurę domową i trochę płochą, ładną kobietę. Przez długi okres Nika pracowała w sklepiku na Serbii. Z racji wykonywanej funkcji pomagała w czym mogła koleżankom; dała się poznać jako odważna łączniczka siatki więziennej, kontaktowała się głównie z izolatkami. Wiosną w 1942 roku z nigdy nie wyjaśnionych powodów niespodziewanie została osadzona w izolacji. Po 2 tygodniach bez żadnych przesłuchań izolację zdjęto. Nika Wróciła na funkcję. 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Ciężkie przeżycia więzienne na Serbii i w obozie koncentracyjnym spowodowały jej przedwczesną śmierć w 1957 roku. Maria Kaczorek - członek KOP; trzymana w izolacji od 17 I 1941 r. około 3 miesięcy; wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r.

Janina Kamińska - profesor tajnego uniwersytetu; ujęta na początku 1943 roku w mieszkaniu aresztowanego Czesława Mankiewicza, głównego organizatora Centralnej Techniki PPR. Długie tygodnie przebywała w izolacji. Przechodziła bardzo ciężkie przesłuchania w Gestapo, zachowując niezłomną postawę. W maju 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia. Jadwiga Kokoszko (ps. Wacław) - działaczka PPR i Gwardii Ludowej, żona Witolda Kokoszki, komendanta Gwardii Ludowej na Pragę, straconego w egzekucji przez powieszenie 16 X 42 r. Jadwiga, aresztowana w 1943 roku, obarczona ciężką sprawą, przechodziła szczególnie wyrafinowane przesłuchania w Gestapo. Umiała się zdobyć na bardzo mocną, dzielną postawę. Jesienią 1943 roku została rozstrzelana. Kotarbińska - młodociana; aresztowana w 1942 roku, straszliwie katowana w czasie przesłuchań w Alei Szucha. Uzyskałam od Gestapo zgodę na leczenie jej wyłącznie w celi oraz na kilka ciepłych kąpieli w szpitalu pod strażą wachmajsterki. W krótkim czasie została rozstrzelana. Zofia Kraczkiewicz - członek AK, lat około 30; przywieziona na Serbię zakuta w kajdany. Przebywała kilka tygodni w izolacji; bita i nękana na przesłuchaniach, do końca zachowała wspaniałą, dumną postawę. Zginęła w 1943 roku. Elżbieta Krajewska (Litka) - bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Bestialstwa Gestapo”. Jadwiga Krasicka - członek AK, pracowała w wywiadzie; aresztowana w roku 1944, osadzona w izolacji na I oddziale więzienia męskiego. Wywieziona w lipcu do Ravensbrück, zmarła tam na dyfteryt. Irmina Krupowicz - aresztowana 28 VII 1942 r. z raną postrzałową brzucha, otrzymaną w czasie aresztowania. Przebywała w szpitalu więziennym do chwili wyleczenia. Po przesłuchaniu w Gestapo została przeniesiona do izolacji na okres 3 miesięcy, potem (17 I 1943 r.) wywieziona na Majdanek. Bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Ciągły dyżur lekarski”. Jadwiga Kubiak (ps. Kuba) - z VII oddziału Komendy Głównej AK; aresztowana 15 V 1944 r., została przyniesiona do szpitala na noszach w stanie nieprzytomnym (usiłowała popełnić samobójstwo przez zażycie trucizny). Po kilkudniowym pobycie w szpitalu referenci sprawy zarządzili natychmiastowe przeniesienie jej do tzw. ostrej izolacji (pod wyłączny nadzór gestapowców). Wielokrotnie przesłuchiwana w Gestapo i katowana, została stracona 24 VII 1944 r. w ruinach getta. Bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Bestialstwa Gestapo”. Janina Kuszłejko - aresztowana pod nazwiskiem Zwolińska; władała kilkoma językami, była kurierką wywiadu AK, kursującą między Berlinem a Warszawą; w czerwcu 1943 roku została zatrzymana w drodze do Berlina z obciążającym materiałem konspiracyjnym. Na Pawiak przywieziona z więzienia w Inowrocławiu, gdzie były sądzone sprawy wywiadu na Niemcy. Poddawana ciężkim torturom, nie wydała nikogo. Przebywała w izolacji przez dłuższy okres, po czym została przeniesiona do celi „białych” praczek i 23 IV 1944 r. wysłana do Ravensbrück. Adela Lapko-Dobrucka - aresztowana w 1941 roku; po zwolnieniu z izolacji pracowała w kolumnie sanitarnej; 17 I 1943 r. została wysłana na Majdanek. Maria Lasocka - członek organizacji konspiracyjnej Stronnictwa Pracy; aresztowana w listopadzie 1941 roku. W czasie przesłuchań w Gestapo katowana w nieludzki sposób, trzymała się bardzo

dzielnie. Zdając sobie sprawę z ciężkiej sytuacji, w obawie, aby nie załamać się przy następnych torturach, usiłowała popełnić samobójstwo przez podcięcie żył na przegubach rąk kawałkiem zbitego lusterka (ukrytego przy rewizji). Uniknęła śmierci tylko dlatego, że lusterko było bardzo tępe. Razem z Marią aresztowano jej siostrę, Jadwigę Lasocką, kolporterkę prasy konspiracyjnej. Były to młode dziewczęta zwracające uwagę swą urodą; obie izolatki wywieziono w dużym transporcie do Ravensbrück dnia 30 V 1942 r. Wanda Lewandowska - członek ZWZ, kolporterka Biuletynu Informacyjnego; aresztowana we własnym mieszkaniu wraz z mężem Stefanem i grupą współpracowników konspiracyjnych w styczniu 1942 roku. W czasie rewizji Gestapo znalazło materiały obciążające. Wanda była bardzo bita na przesłuchaniach, ale trzymała się doskonale. Po zwolnieniu z izolacji pracowała z ogromnym poświęceniem w „czarnej” pralni, a jednocześnie jako łączniczka więziennej siatki konspiracyjnej. W początkach października 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia, który przeżyła mimo ciężkich chorób. Stefan Lewandowski został rozstrzelany w lasach sękocińskich koło Magdalenki w dniu 28 V 1942 r. Irena Lipińska - członek Związku Syndykalistów Polskich; aresztowana w maju 1942 roku, przebywała w izolacji od końca sierpnia 1942 roku prawie do końca 1942 roku. Po zwolnieniu z izolacji przeniesiono ją do celi ogólnej; pracowała na funkcji korytarzowej oraz w więziennej łączności wewnętrznej. Dnia 25 III 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Jadwiga Litwinowiczowa - aresztowana w 1941 roku, osadzona w izolacji na krótko przed wywiezieniem do Ravensbrück, gdzie została rozstrzelana 29 IV 1943 r. Katarzyna Łaniewska - doktor medycyny; aresztowana wiosną 1943 roku. Po pewnym okresie pobytu w izolacji, gdzie zachowywała piękną, mocną postawę, została wywieziona do innego więzienia, a później do Oświęcimia. Alicja Mackiewicz (matka Masi) - z ZWZ; nieludzko torturowana w Gestapo, zamknięta w izolacji na męskim oddziale Pawiaka; popełniła samobójstwo wieszając się w celi izolacyjnej. Maria Maniakówna - długoletnia działaczka „Wici” i Stronnictwa Ludowego, członek Komendy Głównej Batalionów Chłopskich; aresztowana z obciążającym materiałem dnia 2 X 1941 r., pod nazwiskiem Zawadzka. Torturowana w czasie przesłuchań na Szucha, trzymana 2 miesiące w izolacji, zachowała niezłomny hart ducha. Po zwolnieniu z izolacji pracowała z całym oddaniem w kolumnie sanitarnej i konspiracyjnej siatce więziennej. Dnia 24 VIII 1942 r. wywieziono ją w pierwszym transporcie kobiet z Serbii do Oświęcimia. Janina Marciniewska - członek ZWZ; aresztowana 21 VI 1941 r., przez 4 miesiące więziona w izolacji, bita i maltretowana w Gestapo, zachowała nieugiętą, piękną postawę. Po zwolnieniu jej z izolacji została zatrudniona na funkcji w „czarnej” pralni. Wypełniała z pełnym poświęceniem zadania konspiracyjne, zdobyła sobie duże uznanie i przyjaźń współtowarzyszek. Znana była na Serbii jako wykonawczyni pięknych figurek z chleba. 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Wanda Moraczewska - nauczycielka gimnazjum im. Słowackiego w Warszawie; aresztowana w kwietniu 1942 roku, przez kilka miesięcy przebywała w izolacji; w Gestapo była bardzo torturowana. Wysłana do Oświęcimia, zmarła tam na tyfus plamisty w końcu 1942 roku.

Barbara Nalewajko (ps. Grażyna) - lat 19, członek ZWM; brała udział w akcji na Café Club. Aresztowana w jesieni 1943 roku, przez 2 miesiące trzymana w Gestapo na Szucha, przechodziła tam bardzo ciężkie przesłuchania, Nie załamała się, choć była świadoma swego losu. Zabrana z izolacji rozstrzelana w getcie. Natasza (nazwiska nie pamiętam) - oficer radziecki, skoczek spadochronowy z Moskwy; schwytana przez Niemców i przywieziona na Pawiak w sierpniu 1943 roku, była - wbrew przepisom konwencji genewskiej - traktowana jak zwykły więzień. Jawnie okazywała swą pogardę wachmanom ukraińskim, którzy odnosili się do niej bardzo wrogo. Pod koniec 1943 roku wywieziono Nataszę do Berlina (według innej wersji: rozstrzelano w getcie). Maria Magdalena Nejmark - mgr praw, pracująca w prasie podziemnej Stron. Dem.; aresztowana we wrześniu 1942 roku i osadzona w izolacji; wywieziona do Oświęcimia w listopadzie 1942 roku. Ragna Neuman - członek ZWZ; aresztowana jesienią 1941 roku, przebywała kilka miesięcy w izolacji. Przeniesiona do celi ogólnej, pracowała dorywczo w sklepiku. Odznaczała się niezwykłą odwagą: ilekroć miała kontakt z więźniarkami, przemycała grypsy, tajne wiadomości itp. Dnia 30 V 1942 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Olga Nider - aresztowana 19 VII 1941 r., na dwa dni przed aresztowaniem matki Marii i siostry Jadwigi. Przechodziła ciężkie, nękające przesłuchania. Matka i obie siostry zostały wywiezione do Ravensbrück dnia 22 IX 1941 r. Halina Nieniewska - członek AK, nauczycielka gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, prowadziła tajne komplety; aresztowana w kwietniu 1942 roku. Bestialsko katowana w Gestapo; 21 V 1942 r. zamordowana na Szucha. Inga Obuchowicz - Niemka; aresztowana pod koniec 1943 roku, przebywała prawie 9 miesięcy w izolacji. Według jej relacji: przed wojną, po uzyskaniu rozwodu z pierwszym mężem, oficerem niemieckim, wyszła za mąż za Polaka, oficera WP; została aresztowana w czasie podróży pociągiem z walizką zawierającą broń. W końcu lipca 1944 roku w indywidualnym transporcie została wywieziona w niewiadomym kierunku. Wanda Ossowska - członek AK; aresztowana 26 VIII 1942 r. wraz z mieszkającymi u niej osobami (siostrą, Heleną Ossowską-Maszczykową, Niną Despot-Zenowicz i jej mężem, szefem „Straganu”); podczas rewizji znaleziono materiał dowodowy: listy, pseudonimy, obcą walutą itp. Od 26 VIII 1942 r. do grudnia 1942 roku trzymano Wandę na Szucha, zakutą w kajdany. Kilkadziesiąt razy wzywana na przesłuchania, potwornie bita i katowana, nie załamała się. Dnia 17 I 1943 r. wysłano ją na Majdanek. Helenę Maszczykową wywieziono w kwietniu 1943 roku do Oświęcimia, gdzie zmarła na tyfus plamisty. Jadwiga Owsiana - członek AK; aresztowana 23 IX 1943 r. razem z siostrą, Marią Rutkowską. Po trzydniowym pobycie w Alei Szucha przewieziono ją na Serbię do izolacji, w końcu października przeniesiona została do celi ogólnej i pracowała w „czarnej” pralni. Kiedy zachorowała, przeniesiono ją do szpitala, skąd została odtransportowana do więzienia w Inowrocławiu, a następnie do Ravensbrück.

Janina Palmowska - członek ZWZ-AK; przywieziona na Pawiak 9 V 1943 r. Z przesłuchań w Gestapo, w czasie których była bardzo bita, wracała ogromnie zmaltretowana. Wątła postać tej delikatnej blondynki utkwiła mi w pamięci. Ukrywała swe cierpienia. Żywo interesowała się izolatkami z sąsiednich cel, zwłaszcza Talą Hiszpańską. Trzymała się bardzo dzielnie, mimo że w listopadzie 1942 roku przeżyła dramat osobisty, związany z aresztowaniem jej męża Tadeusza. Niepokoiła się bardzo o maleńkiego, półtorarocznego synka Wojtusia, pozostawionego na wolności. 24 VIII 1943 r. została wywieziona do Oświęcimia. Tadeusz Palmowski, wywieziony 17 I 1943 r. na Majdanek, zginął w obozie. Irena Pannenkowa - dr filozofii, publicystka, przez dwa lata wydawała konspiracyjne pismo Stronnictwa Pracy „Głos Warszawy”; aresztowana w końcu listopada 1941 roku, przebywała w izolacji do marca 1942 roku. Bita na pierwszym przesłuchaniu na Pawiaku, następnie na Szucha. Wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Janina Peretjatkowicz - nauczycielka geografii; aresztowana 28 XI 1941 r. za pracę w PPS (WRN). Katowana w Gestapo na przesłuchaniach, nie załamała się. Siedziała kilka miesięcy w izolacji. Wywieziono ją do Ravensbrück 30 V 1942 r. Jadwiga Piwowarczyk - aresztowana w początkach czerwca 1942 roku, łączniczka ZWZ-AK, opiekunka punktu konspiracyjnego na Bemowie (willa gen. Tokarzewskiego), w którym m. in. znajdowała się radiostacja nadawcza. Przeszło pół roku trzymana była w ścisłej izolacji na I oddziale męskim, potem krótki czas w celi „czarnych” praczek. W roku 1943 wywieziono ją na Majdanek. Maja Poniatowska (ps. Ewa) - członek TAP52, kierownik kolportażu pisma „Znak”; aresztowana 27 XI 1940 r. z dowodowym materiałem konspiracyjnym; przez 5 tygodni więziona w podziemiach Gestapo. Przewieziona na Serbię, przez 7 miesięcy (do końca lipca 1941 roku) trzymana w izolacji, zachowała dzielną postawę i wyjątkową pogodę ducha mimo ciężkich, nękających przesłuchań w Gestapo. Po zwolnieniu z izolacji przebywała przez pewien okres w szpitalu więziennym, potem pracowała dorywczo w bibliotece na Serbii i dłuższy czas w szpitalu jako porządkowa. Podczas wykonywania funkcji załatwiała konspiracyjne kontakty z więźniarkami. Wywieziono ją 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Maria Rosner - aresztowana w 1942 roku, osadzona w izolacji; 17 I 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Maria Rutkiewicz (autorka wydanej w 1964 roku książki „Granica istnienia”) - członek grupy inicjatywnej PPR, skoczek spadochronowy; aresztowana 14 IX 1943 r. w czasie pełnienia obowiązków organizacyjnych przy radiostacji odbiorczo-nadawczej w Miedzeszynie pod Warszawą. Łączyła w sobie urok łagodnej kobiecości, podkreślonej jeszcze bardziej jej stanem (była w ciąży), z zaletami nieugiętego konspiratora. Pomimo wielokrotnych przesłuchań oraz szantażowania jej przez gestapowców zachowała niezłomną postawę zarówno w okresie izolacji, jak i później, w szpitalu więziennym, i wreszcie w celi matek. Urodziła bliźnięta, Jasia i Małgosię. Była otaczana serdeczną opieką przez funkcyjne więźniarki, zwłaszcza przez porządkową szpitala, Reginę Hulewicz-Domańską. Podczas likwidacji Pawiaka wraz z grupą innych matek z dziećmi została zwolniona 31 VII 1944 r. Mąż

52

Tajna Armia Polska.

Marii, Wincenty Rutkiewicz, działacz PPR, aresztowany 22 VII 1943 r., wywieziony do Oświęcimia, a następnie do Oranienburga, zginął tam w kwietniu 1945 roku. Maria Rutkowska - członek ZWZ-AK; aresztowana z siostrą, Jadwigą Owsianą, 23 IX 1943 r. Przechodziła ciężkie przesłuchania w Gestapo. Po zwolnieniu z izolacji była przydzielona do „czarnej” pralni, gdzie bardzo ofiarnie i z dużą odwagą pracowała w łączności konspiracyjnej komórki więziennej; 27 V 1944 r. wywieziona do Ravensbrück. Stanisława Sawicka - znany historyk sztuki UW, kobieta wielkiego charakteru i nieprzeciętnej wiedzy; aresztowana 13 IV 1944 r. Nękające przesłuchania w Gestapo nie zdołały jej załamać. 13 maja została skazana na izolację, a w trzy dni po przejściu do celi ogólnej (9 czerwca) wywieziono ją do Ravensbrück w transporcie liczącym ponad 50 więźniarek. Maria Schiffers - aresztowana na przełomie lat 1942-1943, podejrzana o szpiegostwo, trzymana w izolacji na Pawiaku, w szpitalu męskim; odbita podczas akcji pod Arsenałem, ranna, aresztowana ponownie, rozstrzelana w maju 1943 roku - bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Ciągły dyżur lekarski”. Julia Seredowska - aresztowana w początkach 1941 roku, poddawana ciężkim przesłuchaniom w Alei Szucha, bardzo bita. Wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r., w obozie rozstrzelana wiosną 1943 roku. Halina Seydowa - prokurent Powszechnego Banku Związkowego w Warszawie, inicjatorka i kierowniczka Agencji Radiowej, od października 1939 roku wydawała komunikaty radiowe; 4 II 1944 r. zatrzymana ze swą współpracowniczką, Zofią Mamaładze, na ulicy Warszawy. Znaleziono przy niej dowodowy materiał (pisma konspiracyjne, komunikaty radiowe). Storturowaną w Gestapo przewieziono ją na Serbię i osadzono w izolacji. 28 II 1944 r. została rozstrzelana w ruinach getta. Zofię Mamaładze wywieziono do Ravensbrück 16 III 1944 r Zofia Sikorska - aresztowana w 1943 roku, bardzo katowana w czasie przesłuchań na Szucha. Po powrocie z jednego z przesłuchań, krańcowo udręczona, usiłowała nocą popełnić samobójstwo przez przecięcie żył łokciowych kawałkiem szkła. Dzięki wcześnie udzielonej pomocy lekarskiej została uratowana. W sierpniu 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia, gdzie zginęła. Halina Skierska - członek AK; aresztowana w styczniu 1944 roku. Ciężkie przesłuchania, połączone z torturami, znosiła niesłychanie dzielnie. Jej wygląd zewnętrzny - drobna, delikatna, młodziutka kobieta - ostro kontrastował z wielkim hartem ducha i opanowaniem. Wczesną wiosną 1944 roku rozstrzelano ją w ruinach getta. Aleksandra Słojewska (obecnie Fijałkowska) - lat około 20; aresztowana wraz z matką, Janiną Bartosińską, w początkach 1941 roku. W czasie przesłuchań w Gestapo była bardzo bita i maltretowana moralnie, ale zachowała godną postawę i wielki hart ducha. Przebywała w izolacji do czasu wywiezienia do Ravensbrück, 22 IX 1941 r. Janinę Bartosińską wywieziono tym samym transportem do Ravensbrück. Adela Stadnicka - instruktorka-pielęgniarka; aresztowana w kwietniu 1942 roku, trzymana ponad 4 miesiące w ścisłej izolacji, zaostrzonej ciemnicą stosowaną przez wiele tygodni oraz zmniejszeniem o 50% racji żywnościowych. Podczas wielokrotnych przesłuchiwań w Gestapo była w bestialski sposób

bita do utraty przytomności. Mimo ciężkiego stanu gestapowcy nie zezwolili na umieszczenie jej w szpitalu, wydając zakaz udzielania pomocy lekarskiej. Zaledwie jeden raz mogłam udzielić jej pomocy w celi bezpośrednio po przywiezieniu jej w stanie rozpaczliwym (ciężkie zszokowanie). Po zdjęciu izolacji i przeniesieniu do ogólnej celi umieszczona została w szpitalu więziennym. W listopadzie 1942 roku wywieziono ją do Oświęcimia. Maria Stpiczyńska - szef oddziału kobiecego KOP; aresztowana w ostatnich dniach czerwca 1942 roku. W Gestapo poddawana ciężkim, męczącym badaniom. Powiadomiono ją, że wyrokiem sądu została skazana na śmierć. Mimo tych gróźb i szantażów nie załamała się. Przebywała w celi izolacyjnej nr 13 na II oddziale, z zakazem spacerów, do końca grudnia 1942 roku. Dnia 17 I 1943 r. wywieziono ją na Majdanek. Teofila Suchanek - aresztowana 5 VI 1943 r. w kościele Św. Aleksandra w Warszawie w parę minut po zawarciu związku małżeńskiego z Mieczysławem Uniejewskim (porucznik Marynarki Wojennej, podczas okupacji oficer oddziału dywersyjnego „Osy-Kosy” AK). Teofilę Suchanek przyprowadzono na Pawiak w jasnopopielatym kostiumie z pękiem herbacianych róż. Gestapo aresztowało w kościele liczną grupę zaproszonych na ślub gości - ponad 50 osób, przeważnie członków AK. Wśród nich dwie młodziutkie łączniczki oddziału „Osy-Kosy” z fałszywymi kennkartami volksdeutschek na nazwiska: Ewi Keller (właściwe nazwisko Aleksandra Sokalówna, ps. Władka) i Krystyna Milli. Po pewnym czasie Teofilę Suchanek wraz z rodzicami wywieziono do Oświęcimia. Obie łączniczki stracono we wrześniu 1943 roku, a wkrótce potem Mieczysława Uniejewskiego, którego aresztowano pod nazwiskiem Ludwik Raczyński. Maria Sułkowska - strażniczka więzienna; aresztowana w końcu 1943 roku za kontakty z więźniarkami, zadenuncjowana przez volksdeutschkę Friedę Kopf. Osadzono ją w izolacji na oddziale męskim Pawiaka i wkrótce potem rozstrzelano w ruinach getta. Krystyna Szczepanek - należała do ZWZ, odznaczała się wielką bojowością. Aresztowana w 1941 roku, przeszła tortury w Gestapo i kilka dni obostrzonej ciemnicy na Serbii. Po zdjęciu izolacji przeniesiono ją do szpitala więziennego. Wywieziona do Ravensbrück dnia 30 V 1942 r., tam zmarła. Wanda Szczęsna - członek ZWZ, pracowała przy radiostacji; około 2 miesięcy trzymano ją w celi izolacyjnej, torturowano na przesłuchaniach. Trzymała się bardzo dzielnie. Dnia 22 IX 1941 r. wywieziono ją do Ravensbrück, gdzie rozstrzelano 18 III 1943 r. Janina Szubielska (Mateczka) - polska strażniczka więzienna, łącznik zewnętrzny AK; aresztowana w lutym 1943 roku; w izolacji przebywała około 3 miesięcy; dnia 12 V 1943 r. wywieziona została do Oświęcimia. Piszę o niej w rozdziale „Mateczka”. Janina Szugajew - aresztowana w 1942 roku, po kilku miesiącach izolacji wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Halina Szynkiewicz (obecnie Sawicka) - członek ZWZ-AK; aresztowana 26 X 1943 r., bardzo bita i maltretowana w czasie przesłuchań w Gestapo; przebywała około 3 miesięcy w izolacji. Trzymała się bardzo dzielnie i mocno. Po zwolnieniu z izolacji pracowała na funkcji korytarzowej I oddziału (kwarantanna) do kwietnia 1944 roku, tj. do czasu wywiezienia do Ravensbrück. Pracując na funkcji, oddawała cenne usługi w pracy konspiracyjnej, zwłaszcza przy uzgadnianiu zeznań nowo aresztowanych.

Teresa Śmielecka (obecnie Śliżewicz, lekarz stomatolog) - lat 16, uczennica tajnych kompletów gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Warszawie; aresztowana 11 XII 1942 r. w domu przy Emilii Plater wraz z rodzicami: matką Czesławą, ojcem Romanem, inżynierem, i 19-letnim bratem Januszem. Wszyscy byli członkami Organu Konfederacji Narodu. Podczas rewizji znaleziono w mieszkaniu pistolety i tajną prasę. Pierwsze przesłuchanie odbyło się na miejscu: Janusz został bestialsko skatowany, Teresę dotkliwie bito po głowie. Terenię, drobniutką blondynkę z długimi warkoczami, wyglądającą na lat 11, osadzono w celi izolacyjnej III oddziału. Mimo dotkliwych cierpień, spowodowanych pourazowym stanem zapalnym ucha, trzymała się niezwykle dzielnie. Kilkakrotnie udało się sprowadzić ją do szpitala na leczenie. Po zdjęciu izolacji przeniesiona do celi małolatek na II oddziale, dwukrotnie była przesłuchiwana w Gestapo. Miała referat IVa 3c. Referenci, zmyleni jej dziecinnym wyglądem, uwierzyli chyba w zmyślone przez nią tłumaczenie, przy którym obstawała od początku, bo już jej nie bili. Podawała, że nielegalne obciążające ją dowody dał jej jakiś nieznajomy osobnik. Dokładnie określała przy tym jego wygląd. Za przenoszenie tych papierów otrzymywała od nieznajomego słodycze, które ogromnie lubiła. Wersji tej trzymała się uparcie, płacząc przy tym głośno i rozpaczliwie. 17 I 1943 r. wraz z matką została wywieziona na Majdanek, stamtąd w kwietniu 1944 roku do Ravensbrück. Dnia 17 I 1943 r. zostali również wywiezieni na Majdanek jej ojciec i brat, gdzie obaj w bardzo krótkim czasie zginęli w komorze gazowej, jak podawali współtowarzysze. Ludwika Tarłowska - członek PPR, lekarz onkolog; aresztowana 15 IX 1943 r., przebywała około 3 miesięcy w izolacji, trzymając się bardzo mocno. Po zwolnieniu jej z izolacji udało się dzięki naszym staraniom uzyskać zgodę Gestapo na zatrudnienie Ludwiki w kolumnie sanitarnej, w której pracowała ofiarnie jako lekarz i odważnie jako łącznik konspiracyjny. 30 VII 1944 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Alina Tetmajer - członek PPR, lekarz, chirurg dziecięcy; aresztowana 15 VII 1943 r. po uprzednim aresztowaniu męża jej Michała, inż. architekta. Tetmajerowie zostawili na wolności dwoje małych dzieci. Alina bardzo niepokoiła się o ich los. Mężnie znosiła ciężkie, nękające przesłuchania w Gestapo. W październiku 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia. Janina Tołowińska - członek AK; izolatka na Pawiaku męskim w 1944 roku. Rozstrzelana. Regina Tygier (ps. Alicja Sikorska) - członek ZWZ; aresztowana w lutym 1942 roku, stracona w egzekucji latem 1942 roku. Henryka Unkiewicz - studentka UW; aresztowana wiosną 1942 roku, wywieziona 13 XI 1942 r. do Oświęcimia, gdzie po paru miesiącach zmarła na tyfus. Zofia Wacławik (z domu Krukowska) - szczuplutka blondynka, lat 20; organizacyjnie związana z Batalionami Chłopskimi; aresztowana 30 X 1943 r. w mieszkaniu Marii Zalewskiej przy ul. Promenady (wówczas dzielnica niemiecka). Mieszkanie Zalewskich było lokalem konspiracyjnym, w którym pracowała centralna radiostacja nadawczo-odbiorcza Batalionów Chłopskich „82”, wykryta przez podsłuch niemiecki i znaleziona w czasie wielogodzinnej, szczegółowej rewizji gestapowskiej. Po dwóch dobach ciężkich przesłuchań w Gestapo Zosię przewieziono na Serbię, gdzie została umieszczona w izolacji III oddziału na okres 6 miesięcy. Bita i znieważana w czasie przesłuchania, zachowała mężną i godną postawę. Nie wyjawiła tajemnic organizacyjnych. W dniu 22 IV 1944 r. bezpośrednio z izolacji została dołączona do transportu do Ravensbrück.

Aleksandra Walewska - aresztowana w 1943 roku, przebywała w izolacji III oddziału; w maju 1943 roku wywieziono ją do Oświęcimia. Wasilewska - bardzo młoda kobieta, izolatka I oddziału męskiego, aresztowana w początkach 1944 roku z bronią i adresami Niemców, katowana w nieludzki sposób w Gestapo. Pewnej nocy po powrocie z przesłuchania, krańcowo zmaltretowana fizycznie i psychicznie, popełniła samobójstwo przez powieszenie. Maria Wejroch - stud. stomatologii; aresztowana jesienią 1943 roku wraz z mężem Andrzejem, który prowadził jedną ze skrzynek zewnętrznych siatki więziennej AK. Pomimo osobistej tragedii, potęgowanej jej szczególnym stanem (była w ciąży), oraz nękającymi przesłuchaniami, nadała wiadomość za pośrednictwem funkcyjnej więźniarki Marysi Kopeć (znały się przed aresztowaniem) i ostrzegła, że Gestapo wykryło działalność strażniczki Heleny Łapińskiej (Cegły), organizacyjnej łączniczki jej męża. Po kilku miesiącach Marię Wejroch zwolniono z więzienia. Mąż jej został stracony w publicznej egzekucji 12 XI 1943 r. w grupie ponad 50 więźniów na ulicach Warszawy (przy Nowym Świecie lub przy Kępnej). Wiśniewska - członek AK; aresztowana w 1944 roku. Wzięta została z domu w nocy, gestapowcy nie pozwolili się jej nawet ubrać. Przebywała bardzo krótko w izolacji; stracono ją w ruinach getta. Krystyna Wituska - aresztowana 10 XII 1943 r. pod nazwiskiem Sal. Była w ciąży. Przebywała krótko w izolacji, potem pracowała w kartoflami. W kilka godzin po urodzeniu syna Mariusza (31 VII 44 r.) została zwolniona z więzienia razem z wszystkimi matkami. Krystyna Wituska - lat około 20, członek wywiadu AK; aresztowana 5 X 1942 r., niezwykle dzielnie znosiła ciężkie badania na Szucha. Po krótkim pobycie w izolacji na Serbii została wywieziona do więzienia w Berlinie, a w czerwcu 1944 roku ścięta w Halle nad Saale. Stanisława Woźniak - aresztowana w 1941 roku, przez kilka tygodni przebywała w izolacji; 22 IX 1941 r. wywieziona do Ravensbrück i w obozie rozstrzelana 11 II 1943 r. Ludwika Woźnicka - lat 16, członek AK; aresztowana 8 VI 1942 r. z matką, ciotką i siostrą, Martą Jędrzejewską, która była w ciąży. Ta młodziutka dziewczynka z warkoczykami, już na pierwszym przesłuchaniu w Gestapo, w obawie o swych najbliższych (wiedziałam to od jej matki i siostry) wzięła na siebie ciężar całej sprawy. Bardzo katowana, bita bykowcami, nie załamała się wyprowadzając w pole referentów zmyśloną dziecinną historyjką. Przez 2 miesiące była w izolacji, potem pracowała w „czarnej” pralni. W początkach października 1943 roku została wywieziona do Oświęcimia, gdzie zginęła. Wanda Wróblewska (obecnie mgr historii sztuki) - członek ZWZ-AK; aresztowana 21 III 1943 r., przez miesiąc więziona w Gestapo, przez 12 miesięcy w izolacji na Serbii; wielokrotnie przesłuchiwana, potwornie bita; kilkakrotnie gestapowcy prowadzili ją do bardziej uczęszczanych kawiarni warszawskich obiecując wolność za wskazanie znanych jej członków organizacji. Nie załamała się, nikogo nie wydała. Urocza, młoda, rwąca się do życia, trzymana ponad rok w izolacji (był to najdłuższy okres izolacji w historii Serbii), potrafiła zachować równowagę ducha, co nam wydawało się wręcz nadludzkie. 22 IV 1944 r. wywieziono ją do Ravensbrück.

Maria Zalewska - lat około 56; aresztowana 30 X 43 r. wraz ze Stefanem Wańkowskim (Markiem) w mieszkaniu własnym przy ul. Promenada, które było lokalem konspiracyjnym Batalionów Chłopskich (w czasie rewizji Gestapo znalazło w nim stację radiową nadawczo-odbiorczą „82”, wykrytą przez aparaty podsłuchowe). W czasie badań w Alei Szucha poddawana była specjalnie wyrafinowanym torturom, m. in. podważano jej paznokcie. Mimo to i chociaż miała ciężką dowodową sprawę, nie zdradziła nikogo. Prawie pół roku przebywała w izolacji. W początkach 1944 roku rozstrzelano ją w ruinach getta. Maria Żelechowska - studentka SGGW, łączniczka i kolporterka Komendy Głównej BCh; aresztowana 2 X 1941 r. Osadzona w izolacji 7 XII 1941 r., przetrwała tam 7 miesięcy, zachowując wielką pogodę ducha. Zwolniona z więzienia na skutek starań organizacji 12 VIII 1942 r. Maria Żelkowska - żona oficera WP, zrzutka spadochronowego z Anglii; aresztowana w roku 1942, poddawana była wyjątkowo ciężkim torturom psychicznym, m. in. sprowadzona została przez referentów do kostnicy na Pawiaku w celu rozpoznania zwłok męża. Ujrzawszy je potrafiła opanować szok, choć nie była uprzedzona o męża śmierci. W ten sposób zamknęła łańcuch dalszych aresztowań. W grudniu 1942 roku została wywieziona do Oświęcimia. Izolatka X (nazwiska nie znam) - aresztowana w listopadzie 1943 roku, osadzona w izolacji w celi nr 36 III oddziału. W nocy popełniła samobójstwo przez podcięcie żył. Izolatka Y (nazwisko nie figurowało w spisie więźniarek na Serbii ani na Pawiaku) - Żydówka, młoda, przystojna blondynka; przychwycona z dowodami pracy konspiracyjnej latem 1943 roku. Osadzona w ścisłej izolacji w kotłowni na I oddziale Serbii. Tylko raz przyprowadzona była do szpitala przez wachmajstra; skuta w kajdany, wychudzona i pobita, trzymała się bardzo dzielnie. W krótkim czasie została stracona w ruinach getta.

Dnia 14 III 1942 r. Gestapo aresztowało cztery kobiety z polskiej załogi więziennej: podkomisarz Janinę Krzeczkowską, st, strażniczkę Wandę Maciejko oraz dwie oddziałowe, Weronikę Karlson i Stanisławę Pawlakównę. Będąc przed wojną pracowniczkami więzienia, od pierwszych chwil okupacji nadal pełniły służbę na Pawiaku. Wszystkie cztery, jak i wiele innych oddziałowych, zapisały się chlubnie w pamięci więźniarek z tego okresu. Pracowały ofiarnie dla ogółu więźniarek, starając się na swym odcinku pracy jak najbardziej ulżyć im w ciężkiej doli. Odważnie przenosiły tajną pocztę i wiadomości. Kontaktowały się z rodzinami uwięzionych, przemycały w ciężkim okresie głodowym żywność, papierosy, leki itp. W czasie śledztwa w Gestapo poddane nękającym przesłuchaniom i torturom, zachowały niezłomną, twardą postawę, nie ujawniwszy żadnej tajemnicy. Najmocniej utkwił mi w pamięci obraz Wandy Maciejko, gdy po powrocie z przesłuchania została przyprowadzona przez wachmajstra do szpitala. Głowa z twarzą obrzękniętą, sinoczerwoną, wyglądała jak duża bania; czapka służbowa robiła przy tym wrażenie nakrycia głowy małego dziecka. Wszystkie cztery, mimo że razem umieszczone w osobnej celi na II oddziale, były ściśle odizolowane od innych więźniarek, z zakazem korespondencji, otrzymywania paczek żywnościowych i na dłuższy okres pozbawione możliwości spaceru. W izolacji przebywały do 30 V 1942 r., do czasu wywiezienia ich do Ravensbrück.

Funkcje
Korytarzowe

W pamięci więźniarek chlubnie zapisało się wiele korytarzowych. Wśród nich:

Maria Bielicka - dwudziestoparoletnia studentka SGH; korytarzowa II oddziału, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Irena Bielicka-Dzwonkowska - aresztowana w 1943 roku, wywieziona do Ravensbrück w czerwcu 1944 roku. Marta Birkówna - lat 20, łączniczka KOP; przenosiła broń i tajna prasę „Polska Żyje”; aresztowana 22 VI 1940 r.; do połowy lipca więziona w Gestapo przy Alei Szucha, poddawana ciężkim przesłuchaniom, bardzo bita, nie załamała się i nie ujawniła żadnej tajemnicy konspiracyjnej; przywieziona na Serbię, po pewnym czasie dostała się na funkcję korytarzowej II oddziału; 22 IX 1941 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Wanda Błaszczyk - lat ok. 25, mgr SGH; aresztowana w 1941 roku; korytarzowa II oddziału; 22 IX 1941 wysłana do Ravensbrück. Halina Brzosko - wysłana w lipcu 1944 roku do Ravensbrück. Halina Ernest - pracowała przez krótki okres na funkcji korytarzowej; wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r., została rozstrzelana w obozie w kwietniu 1943 roku. Wanda Górecka - wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Lena Górnicka - korytarzowa III oddziału w roku 1942; przeniesiona później do „czarnej” pralni. Danuta Hołownia - lat 21; aresztowana w 1941 roku, bita w czasie przesłuchania na Szucha, przez pewien okres korytarzowa” III oddziału, później funkcyjna kolumny sanitarnej; wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, gdzie w marcu 1943 roku została rozstrzelana. Danuta Juchniewicz - korytarzowa III oddziału w latach 1942-1943r później pracując w „czarnej” pralni, była jedną z ofiarnych i odważnych łączniczek więziennej komórki konspiracyjnej. Dobra i uśmiechnięta, szybko nawiązywała kontakt z więźniarkami. Elżbieta Kwiatkowska (Zofia Sroczyńska) - z KOP; korytarzowa I oddziału, której udało się wraz z dwiema towarzyszkami uciec z Pawiaka 16 I 1942 r. Irena Lipińska - wspominam o niej w rozdziale „Izolatki”. Maria Mazurkiewicz - aresztowana 12 I 1943 r.; korytarzowa II oddziału; w transporcie 110 kobiet i około 800 mężczyzn wywieziona 29 IV 1943 r. do Oświęcimia; siostra jej, Irena Mazurkiewicz,

aresztowana 11 I 1943 r., pracowała w kartoflami; wywieziona razem z Marią do obozu w Oświęcimiu, tam zginęła. Franciszka Meca - członek TAP; aresztowana 27 XI 1940 r.; pracowała przez pewien okres w „czarnej” pralni, następnie jako korytarzowa; 30 V 1942 r. wywieziona do Ravensbrück. Anna Michalewska - aresztowana w maju 1942 roku, wysłana w sierpniu 1942 roku do Oświęcimia. Zofia Onichimowska (obecnie Dziurda) - w kwietniu 1943 roku wywieziona do Oświęcimia. Maria Pągowska (Isia) - aresztowana 22 IV 1944 r. wraz z matką Ludwiką i siostrą, Zofią RomanowiczPągowską; pracowała na funkcji korytarzowej I oddziału, siostra jej - na funkcji w kąpielowym; obie wywieziono do Ravensbrück w czerwcu 1944 roku. Matka, Ludwika Pągowska, została 31 VII 1944 r. zwolniona przy likwidacji Pawiaka w grupie około 200 więźniów. Rybicka - prócz nazwiska żadnych bliższych danych nie znam. Wanda Samardak (obecnie Konarska) - korytarzowa II oddziału w 1942 roku. Danuta Scheitz - korytarzowa III oddziału, aresztowana w początkach 1943 roku; po blisko półrocznym pobycie na Pawiaku została wywieziona do Oświęcimia. Zofia Sokołowska - korytarzowa I oddziału; 30 V 1942 r. wywieziona w transporcie do Ravensbrück. Gera Sumińska - korytarzowa I oddziału, niezwykle dzielna i ofiarna; szczególnie szykanowana przez więźniarkę Niemkę, Friedę Kopf. W 1943 roku przyłapana z grypsem i wydana przez Friedę gestapowcom, została zdjęta z funkcji i wkrótce rozstrzelana w getcie. Alina Szemińska - psycholog; aresztowana pod nazwiskiem Eugenia Górska 13 II 1943 r. Pracując na funkcji korytarzowej II oddziału od maja 1943 roku do października 1943 roku, pomagała z niebywałą odwagą w utrzymywaniu tajnej łączności między więźniarkami. Przyłapana na błahym przewinieniu przez zawsze podejrzliwego, najgorszego z wachmajstrów, Weffelsa-Wyłupa, została zdjęta z funkcji i ukarana jedną dobą karcu. W miesiąc później - w listopadzie 1943 roku - wysłano ją do Oświęcimia. Halina Szynkiewicz (obecnie Halina Sawicka) - wspominam o niej w rozdziale „Izolatki”. Emilia Vogel - aresztowana przez Gestapo wraz z całą rodziną; z mężem Ryszardem, znanym adwokatem łódzkim, dwiema córkami, 20-letnią Natalią i 15-letnią Hanną, oraz z synem Jerzym. Przyczyną aresztowana rodziny Voglów była ich uparta odmowa podpisania volkslisty. Przez cały okres przebywania na Pawiaku - mimo dalszych namów i presji ze strony gestapowców - cała rodzina Voglów zachowała mocną, niezachwianą postawę prawdziwych Polaków. Toteż współwięźniowie otaczali ich szczególną sympatią i serdecznością. Emilia Vogel pracowała na funkcji korytarzowej II oddziału. W lipcu 1943 roku wywieziono Voglów do Oświęcimia. Janina Wiszniewska (obecnie Kowalska) - lat 20; aresztowana w pierwszej połowie 1940, wysłana 22 IX 1941 r. do Ravensbrück.

Kąpielowe

Leokadia Antoniewska-Raczyńska - później „czarna” praczka. Anna Buyno-Bisping - po operacji brzusznej, dokonanej w szpitalu więziennym, pracowała na funkcji w kąpielowym do czasu wywiezienia (9 VI 1944 r.) do Ravensbrück. Mieczysława Dąbrowska - więziona na Serbii w 1942-1943 r. Gabriela Jędruszko - 20-letnia harcerka; aresztowana w początkach 1944 roku, wiosną 1944 roku rozstrzelana w gruzach getta. Wiesława Korabińska - wywieziona do Ravensbrück ostatnim transportem 30 VII 1944 r. Jadwiga Kruszewska - aresztowana 15 V 1944 r. Krystyna Pokorska - żona Jana Pokorskiego (aresztowany jako Bolesław Borowski, powieszony został na Pelcowiźnie 16 X 1942 r. w grupie 50 więźniów); wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Zofia Romanowicz-Pągowska - aresztowana 21 IV 1944 r. wraz z matką i siostrą. Maria Rostafińska-Jurasz - wysłana w 1944 do Ravensbrück. Rybicka. Salusia - której tylko imię i pełną oddania pracę na tym odcinku pamiętam, wywieziona do Oświęcimia. Helena Szeszko - dyplomowana pielęgniarka; aresztowana 13 IX 1943 r., wywieziona do Ravensbrück 6 IV 1944 r.; w tydzień potem wyczytano jej nazwisko z listy zabieranych na egzekucję. Halina Wasilewska - wysłana do Ravensbrück 6 IV 1944 r. Stanisława Weinzowa (obecnie Pliszka) - piszę o niej w rozdziałach „Pierwsze dni na Serbii” i „Ciągły dyżur lekarski”. Kazimiera Zasztowt - aresztowana w lutym 1943 roku, więziona prawie półtora roku na Serbii, przy likwidacji Pawiaka zwolniona (zmarła przed kilku laty); w pół roku po jej uwięzieniu aresztowano córkę Alinę, studentkę medycyny, i syna Janusza, studenta prawa. Kazia to piękna sylwetka więźniarki ofiarnej, zawsze pogodnej i uczynnej, jedna z wielu cierpiących matek; przeżyła na Pawiaku śmierć swoich dzieci rozstrzelanych jesienią 1943 roku. Maria Zdrójkowska - dzielna łączniczka wewnętrznej komórki więziennej; wywieziona w transporcie do Oświęcimia w październiku 1943 roku, nie dojechała do miejsca zagłady zmarła w drodze.

Krócej lub dłużej pracowały tu także inne, równie dzielne, koleżeńskie i ofiarne więźniarki. Nie pamiętam już ich nazwisk.

W grupie „podpalaczek” prócz Kazi Sokół były m.in.:

Halina, Irena i Janina Hajduk, Władysława Jaroszek, Liliana i Wanda Jatczyk, siostry, Emilia, Halina i Karolina Leończuk, Jadwiga Mierzejewska-Frankiewicz - choreograf, aresztowana z mężem Feliksem (prof. gimn. im. Rejtana), którego rozstrzelano 2 III 1942 r. Izabela Sicińska, Aniela Tołłoczko.

„Czarna” i „biała” pralnia

Więźniarek zatrudnianych kolejno w „czarnej” pralni było znacznie więcej; poniższa lista obejmuje tylko znikomy procent nazwisk.

Julia Aksamitowska - wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Leokadia Antoniewska-Raczyńska - aresztowana 17 V 1941 r., wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Malina Bielicka - śpiewaczka; aresztowana 1942 roku, wysłana 17 I 1943 r. na Majdanek. Wanda Borowska - wywieziona w październiku 1943 roku do Oświęcimia, gdzie zginęła. Irena Czekalska - wywieziona do Ravensbrück w maju 1942 r. Elżbieta Danielewicz (Halszka) - aresztowana w styczniu 1940 roku, wysłana 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, ponownie przywieziona na Pawiak w styczniu 1942 r.; rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich koło Magdalenki. Anna Demidecka - wysłana do Ravensbrück we wrześniu 1941 roku. Anna Derecka - wywieziona 22 IX 1941 r” po ponownym przewiezieniu na Pawiak rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Ewa Dreżepolska i Teofila Ullowa - historię ich udanej ucieczki z Serbii w dniu 16 I 1942 r. opisuję w rozdziale „Ucieczki”. Wiktoria Dunajewska - aresztowana pod nazwiskiem Krystyna Majewska, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück.

Alina Dziama - więziona w 1941 roku. Zyta Dziekońska. Alicja Dzierżanowska - studentka medycyny; wysłana w listopadzie 1942 roku do Oświęcimia, gdzie zginęła. Lucyna Dzwonkowska, Zofia Uhma, Stefania Wiewiórowska - wysłane do Ravensbrück 30 V 1942 r. Maria Fikusowa - aresztowana w kwietniu 1941 roku, wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück. Helena Górnicka - pracowała w „czarnej” pralni w 1942 roku. Emilia Grocholska - wysłana w 1942 roku do Oświęcimia. Zofia Gumińska - aresztowana w 1941 roku, wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück. Janina Heybowicz - aresztowana z niemowlęciem w 1940 roku, wysłana w dwa lata później do Oświęcimia, gdy dziecko było już oddane rodzinie przebywającej na wolności. Halina Hiszpańska - zwolniona w październiku 1943 roku. Stefania Hulewicz - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Zofia Hübnerowa - wysłana do Ravensbrück w maju 1942 roku i tam rozstrzelana. Wacława Jacuńska - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Antonina Jasieńska-Szperlingowa - aresztowana 30 VI 1942 r., wysłana 17 I 1943 r. na Majdanek. Danuta Juchniewicz - aresztowana w grudniu 1942 roku, zwolniona w kwietniu 1943 roku. Sława Kamińska - młodociana, wywieziona do Oświęcimia. Aldona Kempiners - aresztowana w 1941 roku, wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Wanda Kiedrzyńska (autorka książki „Ravensbrück”) - doktor historii, członek ZWZ; aresztowana wraz z mężem, oficerem WP, Karolem, 20 XI 1941 r.; wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Jedna z tych szlachetnych, ofiarnych kobiet, które się zawsze pamięta. Skatowany w czasie przesłuchania Karol Kiedrzyński, wywieziony w kwietniu 1942 roku do Oświęcimia, zmarł po paru miesiącach w obozie. Stanisława Kiesłowska - długoletnia więźniarka Serbii, aresztowana w sierpniu 1940 roku z mężem Stefanem, majorem WP, rozstrzelanym później w Oświęcimiu, i z dwiema siostrami została wywieziona do Oświęcimia 5 X 1943 r.; Wanda Lewandowska - aresztowana w styczniu 1942 roku, torturowana na przesłuchaniach, wysłana w transporcie do Oświęcimia w październiku 1943 roku obie niesłychanie odważne, stale zaabsorbowane „przemytem”, zwłaszcza na oddział męski (grypsy, żywność, papierosy itp.). Inka Kłosowska - wywieziona 5 X 1943 r. do Oświęcimia.

Jadwiga Kopijowska - aresztowana pod nazwiskiem Szałan wiosną 1941 roku; torturowana w Alei Szucha na przesłuchaniach, w maju 1942 roku wywieziona do Ravensbrück. Zofia Kownacka - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, tam zginęła. Wanda Krąkowska - rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Elżbieta, Irena i Janina Kulińskie - siostry; wywiezione do Oświęcimia w sierpniu 1942 roku. Hanna Lebenstein - wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück, następnie przewieziona do Oświęcimia; tam zginęła. Helena Leja (Gliwicka, Lula) - wywieziona do Oświęcimia w roku 1943. Halina Lewandowska - aresztowana 16 IX 1940 r., wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Zofia Lipińska - adwokat, właściwe nazwisko Szulc; wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. i tamże rozstrzelana 5 I 1945 r. Teresa Łubieńska - wywieziona w 1943 roku do Oświęcimia. Teresa Madejska - aresztowana w październiku 1942 roku, wywieziona 12 V 1943 r. do Oświęcimia. Maria Makowska - stracona 15 X 1942 r. w egzekucji na ulicy Warszawy w grupie 41 więźniów Pawiaka; jej maleńki synek Wojtuś, urodzony na Pawiaku, wydany został opiekunom na wolność. Zofia Malewska - aresztowana w początkach 1942 roku, wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück; tam zmarła. Janina Marciniewska - aresztowana 21 V 1941 r., wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Maria Masło - wywieziona 13 V 1943 r. do Oświęcimia; tam zmarła. Natalia Milicer-Tołłoczko - aresztowana 9 I 1942 r., wywieziona do Oświęcimia; zmarła przed kilku laty we Wrocławiu. Maria Mirecka - aresztowana w maju 1942 roku, wywieziona do obozu koncentracyjnego. Zofia Mroczkowska (Supeł) - więziona około roku, wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück. Jadwiga Mroczkówna - nauczycielka; aresztowana jesienią 1940 roku, rozstrzelana 12 VI 1941 r. w Palmirach. Felicja Musielak-Kołacińska - wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück. Nawrocka z córką Ireną - obie stracone w Palmirach 17 VII 1941 r. Jadwiga Ostróżkowa - siostra Kiesłowskiej i Haliny Staniszewskiej; aresztowana w 1940 r., zwolniona w marcu 1941 roku. Irena Palczewska - wysłana w końcu maja 1942 roku do Ravensbrück i tam rozstrzelana. Felicja i Genowefa Panakówny - siostry; wywiezione 22 IX 1941 r. do Ravensbrück.

Hanna Pawełczyńska - młodociana; aresztowana w 1942 roku; wywieziona do Oświęcimia w maju 1943 roku. Elżbieta Płaskowicka - wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Kazimiera Poznańska (Kaja) - aresztowana w 1941 roku, wysłana transportem do Berlina jesienią 1943 roku. Magdalena Radłowska - aresztowana w lipcu 1942 roku i po roku zwolniona. Maria Rutkowska - aresztowana we wrześniu 1943 roku, wywieziona 26 V 1944 r. do Ravensbrück. Aleksandra Rybska - aresztowana w maju 1941 roku, wysłana 30 V 1942 r. do Ravensbrück. Marcela Skrzypińska - wywieziona do Oświęcimia w 1943 r. Anna Skuratowicz - rozstrzelana 12 VI 1941 r. w Palmirach. Halina Staniszewska - aresztowana w sierpniu 1940 roku; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück i tam rozstrzelana. Maria Stefaniak - niezwykle wartościowy człowiek, robotnica; wywieziona w maju 1942 roku do Ravensbrück. Eliza Sulińska - aresztowana w styczniu 1941 roku, wysłana w maju 1942 roku do Ravensbrück; bardzo uczynna i bardzo lubiana. Barbara Szajer - aresztowana w 1941 roku, wysłana w sierpniu 1942 roku do Oświęcimia, gdzie zmarła. Stefania Szonert i jej siostra Stanisława Kotecka - wysłane do Ravensbrück we wrześniu 1941 roku. Teofila Swiątorzecka (Babcia) - aresztowana w 1941 roku, wysłana 30 V 1943 r. do Ravensbrück; zwolniona z obozu. Eliza Temler - inż., aresztowana wiosną 1943 z synami: 18-letnim Janem i 14-letnim Ryszardem; wszyscy wysłani w maju 1943 do Oświęcimia. Ryszard, ponownie sprowadzony na Pawiak i pracujący jako porządkowy w izbie chorych, został w 1944 rozstrzelany. Jadwiga Tereszczenko - artystka malarka; więziona na Serbii od końca listopada 1940 roku do września 1941 roku; zwolniona. Zofia Trzcińska - czternastolatka; aresztowana w 1943 roku z rodzicami, dwiema siostrami i bratem. Całą rodzinę wywieziono do Oświęcimia. Zosia po miesięcznym pobycie w obozie została ponownie w czerwcu przywieziona na Serbię. W 1944 roku wywieziono ją do Ravensbrück. Elżbieta Zającowa - chłopka z Mazowsza; niezwykle ofiarna i uczynna; wywieziona do Ravenbrück 30 V 1942 r.

Anna Zaturska - członek TAP; więziona na Pawiaku od lipca 1941 roku, wywieziona w maju 1942 roku do Ravensbrück; mąż jej, major Eugeniusz Zaturski, działacz TAP, został rozstrzelany w 1943 roku w Oświęcimiu. Kamila Żukowska - rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich.

Spośród funkcyjnych „białej” pralni pamiętam ledwie kilka więźniarek. Są to:

Zofia Godlewska - wywieziona do Oświęcimia w 1943 roku. Angelika Guzy (Gela) - wywieziona 30 VII 1944 r. do Ravensbrück. Wanda Jakubowska - wywieziona do Oświęcimia. Halina Krajewska i Stefania Przyszlak - obarczone ciężkimi zarzutami; uczynne „praczki” fartuchów lekarskich. Zofia Pienkiewicz (obecnie Malanowska) - aresztowana 18 IV 1944 r., wywieziona 21 VII 1944 r. do Ravensbrück. Irena Sendlerowa - zwolniona w listopadzie 1943 roku. Janina Zwolińska (Kuszłejko) - aresztowana w czerwcu 1943 roku (bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Izolatki”).

Reperowalnia

Do zespołu tego należały m.in.:

Stanisława Czech - Wywieziona 22 IX 1941 r. w transporcie do Ravensbrück i tam rozstrzelana w lipcu 1942 roku. Halina Ernestowa - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, rozstrzelana w kwietniu 1943 roku. Stefania Hulewicz - wywieziona 30 V 1942 r. w transporcie do Ravensbrück; przetrwała obóz. Maria Jarosówna - wywieziona 22 IX 1941 r. w transporcie do Ravensbrück; wróciła z obozu. Maria Kamińska - wywieziona 22 IX 1941 r. w transporcie do Ravensbrück razem z córką Haliną, studentką medycyny; obie przeżyły obóz; dr Halina Kamińska-Gontowa zmarła w 1963 roku. Mieczysława Kieszkowska - członek KOP; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, przywieziona w styczniu 1942 roku ponownie na Pawiak; 28 V 1942 r. stracona w lasach sękocińskich.

Anastazja Księżopolska - wywieziona 22 IX 1941 r. w transporcie do Ravensbrück, ponownie przywieziona na Pawiak w styczniu 1942 roku, rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Wacława Łagodzińska - wywieziona 22 IX 1941 r. w transporcie do Ravensbrück, rozstrzelana w grudniu 1942 roku. Karolina Olszyńska - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück. Janina Różańska - wywieziona 30 V 1942 r. w transporcie do Ravensbrück, tamże rozstrzelana. Siostra jej, Irena Palczewska, wywieziona tym samym transportem, rozstrzelana została w grudniu 1942 roku. Jadwiga Simon-Pietkiewicz - artystka malarka; wywieziona w transporcie 22 IX 1941 r. do Ravensbrück; przetrwała obóz, zmarła ma wolności. Aniela Tołłoczko - wywieziona 30 V 1942 r. w transporcie do Ravensbrück; należała do grupy „podpalaczek”. Halina Wohlfarth - aresztowana 9 IX 1941 r., wywieziona 30 V 1942 r. w transporcie do Ravensbrück; rozstrzelana w obozie w styczniu 1945 roku.

Szwalnia

Spośród licznej grupy szwaczek pamiętam tylko osiemnaście nazwisk:

Aleksandra Baranowicz - rozstrzelana w lasach sękocińskich 28 V 1942 r. Aleksandra Biernacka - wywieziona do Oświęcimia, tam zginęła. Maria Dąbrowska - krawcowa; rozstrzelana w lasach sękocińskich 28 V 1942 r. Anna Gize - rozstrzelana w lasach sękocińskich 28 V 1942 r. Zofia Głowacka - robotnica zakładów „Gerlach”; rozstrzelana 21 VI 1941 r. w Palmirach. Janina Kardej - Zamajska - rozstrzelana w lasach sękocińskich 28 V 1942 r. Marta Lewandowska - członek ZWZ; aresztowana w połowie 1940 roku, rozstrzelana w maju 1943 roku w ruinach getta. Maria Mazur - wywieziona do Oświęcimia. Leokadia Myślińska - rozstrzelana 12 VI 1941 r. w Palmirach. Krystyna Niemirycz - lat 19; wywieziona w transporcie 22 IX 1941 r. do Ravensbrück i tam rozstrzelana w lipcu 1942 roku.

Marzenna Piotrowska - studentka Akademii Sztuk Pięknych, wywieziona do Oświęcimia, gdzie zginęła. Jadwiga Pobiedzińska - wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, tam rozstrzelana w grudniu 1942 roku. Władysława Skowrońska - rozstrzelana 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Zofia Skórska - wywieziona do Oświęcimia. Kamila Skwarowa - członek ZWZ; aresztowana z mężem Józefem, krawcem z zawodu, w lipcu 1940 roku; wywieziona transportem październikowym w 1943 roku do Oświęcimia. Barbara Starzewska - aktywistka KOP; poszukiwana przez Gestapo jako Barbara Grosiakówna, aresztowana w początkach listopada 1940 roku, nie rozkonspirowana przez gestapowców, zwolniona w czerwcu 1942 roku. Maria Winogrońska - nauczycielka, w czasie okupacji brała udział w tajnym nauczaniu; wywieziona do Oświęcimia. Maria Wojcieszko - z KOP; aresztowana z mężem w 1940 roku, wywieziona do Oświęcimia; tam zmarła. Mąż jej Władysław został zamordowany w czasie przesłuchania.

Biblioteka

Bibliotekarkami na funkcji były:

Janina Drewnowska - aresztowana w styczniu 1940 roku, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Zofia Emich - aresztowana w styczniu 1940 roku, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Anna Grzelińska - aresztowana w październiku 1940 roku. Julia Lewandowska - aresztowana w styczniu 1940 roku, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Maja Poniatowska - aresztowana 27 XI 1940 r., wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. (bliższe szczegóły o niej podają w rozdziale „Izolatki”). Halina Starczewska-Chorążyna - inż. chemik; aresztowana w 1940 roku, wywieziona do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Eliza Sulińska - wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. Jadwiga Szałan-Kopijowska - wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r. (bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Ciągły dyżur lekarski”).

Sklepik

Funkcyjnymi w sklepiku były więźniarki:

Ewa Dąbrowska - aresztowana w połowie 1940 roku, zwolniona latem 1941 roku. Anna Grzelińska (poza funkcją w bibliotece pracująca również dorywczo w sklepiku), Inka Guzy, Aniela Jordan - trzy łączniczki siatki wewnętrznej, o których piszę w rozdziale „Izolatki”. Antonina Marzec i Władysława Poniecka - dwie młodziutkie „styczniówki”, aresztowane w styczniu 1940 roku, wywiezione do Ravensbrück 22 IX 1941 r. Irena Moyseowicz - aresztowana we wrześniu 1940 roku, zwolniona pod koniec 1941 roku. Teofila Swiętorzecka - żona pułkownika WP; aresztowana w 1941 roku, wywieziona do Ravensbrück 30 V 1942 r.; zmarła w kilka lat po zakończeniu wojny.

„Poczt y”, tłumaczki, podwórzowe

Obowiązki „poczty” pełniły m.in.:

Katarzyna Guzy (Inka) - pracująca jednocześnie w sklepiku. Wanda Moszczeńska - znany naukowiec historyk; tzw. pani poczta; aresztowana w marcu 1942 roku, wywieziona do Oświęcimia 13 V 1943 r. Irena Wasiutyńska - mgr fizyki; aresztowana w lipcu 1940 roku, zwolniona w końcu lipca 1941 roku. Teresa Zanowa - aresztowana w 1941, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, gdzie zmarła.

Tłumaczkami funkcyjnymi były m.in.:

Elida Maria Blüth-Szarota - aresztowana we wrześniu 1940 roku, zwolniona w początkach czerwca 1941 roku. Helena Dąbrowska - piszę o niej w rozdziale „Egzekucje i transporty”. Irena Kryst-Niewiarowska - aresztowana w sierpniu 1942 roku, wywieziona w ostatnim transporcie więźniarek Serbii 30 VII 1944 r. do Ravensbrück.

Izabela Szpranger-Zbierzchowska - pewne szczegóły o niej podaję w podrozdziale „Porządkowe szpitala”.

Spośród młodocianych podwórzowych dobrze pamiętam:

Danutę Cichawą - wywiezioną 17 I 1943 r. na Majdanek, gdzie zginęła. Lenę Bondarenko - młodziutką spadochroniarkę radziecką, aresztowaną latem 1943 roku, straconą w ruinach getta.

Do najdzielniejszych podwórzowych, które jednocześnie były łączniczkami wewnętrznej siatki konspiracyjnej, należały:

Stefania Błędzka - lat 28; wywieziona 22 IX 1941 r. do Ravensbrück, gdzie w kwietniu 1943 roku została rozstrzelana. Halina Sielska - wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück.

Porządkowe szpitala

Oto porządkowe szpitala, których nazwiska i dzieje pamiętam:

Maria Bujalska - profesor historii w gimnazjum im. Słowackiego w Warszawie, aresztowana 8 I 1942 r. wraz z mężem, drem Jerzym Bujalskim, dyrektorem Szpitala Ubezpieczalni Społecznej, który we wrześniu tegoż roku zginął w komorze gazowej Oświęcimia; w dwa tygodnie po aresztowaniu małżonków Bujalskich aresztowano brata doktora, Mieczysława, inżyniera, który został rozstrzelany w lutym lub w marcu 1942 roku w grupie 50 więźniów, a syn jego, Janusz, aresztowany w 1943 roku i wysłany do Oświęcimia, zmarł tam na gruźlicę w rok później; profesor Maria Bujalska pracowała krótko w „czarnej” pralni, od lutego zaś na funkcji porządkowej szpitala, skąd zabrano ją 30 V 1942 r. i wywieziono do Ravensbrück. Zofia Chlewicka - lat około 30, członek AK; aresztowana w bardzo ciężkiej sprawie, w końcu 1942 roku. Na funkcji porządkowej była krótko. 17 I 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Natalia Filińska - członek ZWZ; bliższe szczegóły o niej podaję w rozdziale „Izolatki”. Regina Hulewicz (obecnie Domańska) - członek PPR; aresztowana 14 IX 1943 r. w związku z wykryciem przez podsłuch Gestapo radiostacji nadawczo-odbiorczej w Miedzeszynie. Wielokrotnie

była wożona w Aleje Szucha na przesłuchania, podczas których bito ją i znieważano. Nic z niej nie wydobyli. Jako porządkowa w szpitalu pracowała przez pół roku. 7 III 1944 r. została wywieziona do Ravensbrück w grupie 70 więźniarek z Serbii. Anna Klewinowa - plastyk; aresztowana w lipcu 1942 roku razem z mężem Jerzym, adwokatem; z tzw. sprawy szwedzkiej. Pracowała około 9 mies. na funkcji porządkowej. W maju 1943 roku została zwolniona z więzienia. Adwokata Klewina wywieziono do Oświęcimia. Maria Majewska - wywieziona do obozu koncentracyjnego. Irena Miłaszewska - aresztowana w lutym 1943 roku razem z mężem, drem Januszem Miłaszewskim, chirurgiem, i z matką, Wandą Le Brun. 23 VII 1943 r. w grupie 200 więźniów Pawiaka został rozstrzelany dr Miłaszewski. W sierpniu 1943 roku wywieziono Irenę do Oświęcimia. Matka jej przez dłuższy okres przebywała w szpitalu na Serbii i 30 IX 1943 r. została stracona w ruinach getta. Zofia Orlicka - pielęgniarka dziecięca, członek „Grunwaldu” i łączności zewnętrznej z Pawiakiem; aresztowana 7 X 1942 r. w Warszawie ze swym szwagrem Hilarym Kryszkiewiczem, urzędnikiem BGK, i gosposią Jadwigą Delgiado. Na funkcji porządkowej pracowała około 2 miesięcy. 17 I 1943 r. została wywieziona w pierwszym transporcie z Pawiaka na Majdanek w grupie ponad 300 kobiet z Serbii i około 1500 mężczyzn z Pawiaka; Hilary Kryszkiewicz zmarł na Majdanku po kilku tygodniach; Jadwiga Delgiado została wywieziona drugim transportem na Majdanek w marcu 1943 roku. Zofia Orłoś - pielęgniarka; aresztowana w 1942 roku, pracowała przez dłuższy czas na funkcji porządkowej. 17 I 1943 r. została wywieziona na Majdanek. Wanda Moszczyńska - aresztowana razem z synem Tadeuszem; na funkcji porządkowej pracowała do chwili wywiezienia do Ravensbrück, tj. do 30 V 1942 r. Syna wysłano również do obozu koncentracyjnego. Aleksandra Nostitz-Jackowska - wywieziona na Majdanek; piszę o niej bardziej szczegółowo w rozdziale „Ciągły dyżur lekarki”. Maja Poniatowska - szczegóły o niej podaję w rozdziale „Izolatki”. Kazimiera Rak - aresztowana latem 1943 roku; po kilku miesiącach, w końcu grudnia 1943 roku, została zwolniona z więzienia. Anna Roemer - młodociana; aresztowana razem z matką i ojcem w lipcu 1942 roku, pracowała przez długi okres jako porządkowa. W maju 1943 roku wyszła z matką na wolność. Anna Rostafińska - młodociana; aresztowana wraz z matką, Marią Rostafińską-Jurasz. Obie zostały wywiezione do Ravensbrück w lipcu 1944 roku w grupie 50 więźniarek z Serbii. Helena Słomińska-Kurcjuszowa - inż. architekt; aresztowana w październiku 1942 roku, wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r. (córka inż. Zygmunta Słomińskiego, b. prezydenta Warszawy). Izabela Szpranger (obecnie Zbierzchowska) - aresztowana w 1941 roku, pracowała na funkcji tłumaczki, następnie porządkowej szpitala; w 1942 roku wyszła na wolność. Eugenia Szulc - aresztowana z matką; obie wywiezione do obozu koncentracyjnego.

Krystyna Tarnowska (znana obecnie czytelnikom polskim jako świetna tłumaczka literatury pięknej) aresztowana razem z mężem w lipcu 1942 roku w głośnej sprawie, tzw. szwedzkiej. Pracowała około 9 mies. jako porządkowa szpitala; w maju 1943 roku wyszła na wolność; adwokat Kazimierz Tarnowski został wywieziony do Oświęcimia. Wacława Wasilewska - urzędniczka; aresztowana w lutym 1943 roku, po kilku miesiącach odzyskała wolność. Maria Wilkońska - aresztowana w 1941 roku; mąż jej został zamordowany w chwili ujmowania. Marysia przechodziła bardzo ciężkie przesłuchania; pewnego dnia wróciła z powybijanymi zębami. W 1942 roku została wywieziona do obozu koncentracyjnego. Izabela Wiśniewska - miała 18 lat, gdy ją aresztowało Gestapo; pracowała długo na funkcji porządkowej. Została zwolniona z więzienia w 1944 roku. Krystyna Zańska (obecnie Rapacka) - aresztowana w początkach 1943 roku, zwolniona po 2 miesiącach więzienia. Barbara Zybert-Klukowska - aresztowana pod nazwiskiem Romanowska w październiku 1942 roku; przez wiele miesięcy pracowała na funkcji porządkowej. W listopadzie 1942 roku została wywieziona do Oświęcimia.

Matki i dzieci na Serbii
Dziś mogę wyliczyć zaledwie niektóre z nich:

Anuszewski - syn chłopki, Anuszewskiej, więzionej w 1943 roku pod zarzutem udzielania pomocy jeńcom radzieckim. Benita - syn aktorki Iny Benity, zwolnionej w czasie likwidacji Pawiaka 31 VII 1944 r. Brodowska-Hickmann - córka Julii i angielskiego spadochroniarza, powieszonego na Pawiaku w końcu grudnia 1943 roku; po urodzeniu dziecka matka została zwolniona z więzienia. Jan Heybowicz - niemowlę zabrane do więzienia z aresztowaną w 1940 roku matką Janiną, wywiezioną w 1942 roku do Oświęcimia; dziecko zostało zabrane przez krewnych na wolność. Marek Jankowski - syn uwięzionej 17 V 1943 r. Wandy Gawryłow-Jankowskiej (Danusi), podkomisarz Serbii, zwolnionej z dzieckiem 31 VII 1944 r. Stefan Jędrzejewski - syn Marty aresztowanej 8 VI 1942 r; w styczniu 1944 roku dziecko zostało oddane rodzinie na wolności. 30 VII 1944 r. w ostatnim transporcie więźniarek Serbii Marta, pracująca w „czarnej pralni”, została wywieziona do Ravensbrück. Jodko-Narkiewicz - córka więzionej lekarki Jodko-Narkiewicz.

Koczanowicz - syn Haliny, aktorki, aresztowanej w 1942 roku, zwolnionej z więzienia. Wojciech Kowalski - syn Zofii Kreczmar (obecnie Leśkiewicz), aresztowanej w maju 1942 roku pod fałszywym nazwiskiem Kowalska i po rocznym pobycie na Pawiaku zwolnionej z więzienia. Janina (Asia) Kuk - niemowlę zabrane do więzienia z aresztowanymi pod Warszawą (w początkach roku 1940) matką Heleną Kuk i babką Wawer, oskarżonymi o udzielanie pomocy i przechowywanie żołnierzy polskich. W końcu listopada 1941 roku Gestapo poleciło komisarce Serbii odesłać dziecko z więzienia. Dwuletnia Asia nie miała nikogo na wolności i wtedy przyszła jej z pomocą felczerka więzienna, Jadwiga Popławska. Popławska, która zawsze wczuwała się w dramatyczne położenie więźniarek, zwróciła się do dr Zofii Marii Jastrzębskiej (dermatolog) z prośbą o zaopiekowanie się dzieckiem. Dr Jastrzębska przyjęła propozycję z wielką gotowością. Zimą 1941-42 roku mała Asia została wyniesiona z więzienia przez Popławską i oddana pod opiekę dr Jastrzębskiej. Matkę i babkę Asi rozstrzelano w grupie 22 więźniarek Serbii 28 V 1942 r. w lasach sękocińskich. Kaj - niemowlę zabrane do więzienia z matką, Ireną Kryst-Niewiarowską, w lipcu 1942 roku; dziecko zmarło w więzieniu; matkę wywieziono do Ravensbrück 30 VII 1944 r. Wojciech Makowski - syn Marii straconej w egzekucji publicznej na ulicy Warszawy 15 X 1942 r. Malinowska - córka więźniarki Malinowskiej. Maria Milczarek - córka Stanisławy aresztowanej w 1942 roku, wywiezionej do obozu koncentracyjnego. Mrozowski - syn Mrozowskiej aresztowanej w 1943 roku, zwolnionej z więzienia. Barbara Pasińska - urodzona na Pawiaku. Małgorzata i Wincenty Jan Rutkiewiczowie - urocza para bliźniąt Marii Rutkiewiczowej (zob. rozdział „Jaś i Małgosia”). Stachura - córka Stachury aresztowanej w 1942 roku. Mariusz Wituski - urodzony 31 VII 1944 r. na Serbii; syn więźniarki aresztowanej pod nazwiskiem Krystyna Sal (zob. rozdział „Izolatki”). Krystyna Wróblewska - urodzona na Serbii w lutym 1943 roku, córka Romany WróblewskiejZagórskiej, aresztowanej wraz z matką, Janiną Wróblewską; w maju 1943 roku Romana z niemowlęciem wyszła na wolność; Janina Wróblewska została wywieziona na Majdanek 17 I 1943 r. Marek Żurawski - syn Marii wywiezionej w maju 1944 roku do Ravensbrück.

Ciągły dyżur lekarski
Niektóre nazwiska moich chorych koleżanek, przebywających w szpitalu, podałam już w poprzednich rozdziałach, inne - stanowiące ledwie drobny fragment zniszczonych rejestrów - wymieniam poniżej:

Zofia Bartoszewicz (obecnie Kubikowska) - aresztowana 24 XI 1940 r. z matką, Zofią Stefańską (lat 70), i bratem, Alfonsem Stefańskim. Matka została po trzech dniach zwolniona. Zosia Bartoszewicz przechodziła nękające przesłuchania w Gestapo. W szpitalu przebywała przez kilka tygodni z powodu choroby uczuleniowej. W lutym 1941 roku została zwolniona z więzienia razem z bratem. Maria Błońska - aresztowana w początkach listopada 1942 roku z mężem Edwardem, krawcem, córką Stefanią i synem Janem. Podczas rewizji w ich mieszkaniu znaleziono broń i materiały wybuchowe. Śledztwo w Alei Szucha i potworne katowanie nie załamało ich - nie wydali nikogo. Maria przebywała dwukrotnie w szpitalu; po raz pierwszy z powodu kontuzji odniesionych w czasie przesłuchania i po raz drugi, gdy poddała się zabiegowi operacyjnemu (amputacja piersi z powodu nowotworu). Późną wiosną 1943 roku, bardzo jeszcze osłabioną, zabrano ją ze szpitala i rozstrzelano w pobliżu Pawiaka. Mąż Marii zginął w egzekucji 12 II 1943 r. w Stefanowie koło Piaseczna w grupie około 70 więźniów. Syn Błońskich, Jan, skatowany w Alei Szucha, zmarł na Pawiaku wskutek obrażeń narządów wewnętrznych; córka Stefania została wywieziona 17 I 1943 r. na Majdanek. Teresa Bogusławska - lat 13, harcerka z „Małego Sabotażu”; aresztowana w 1943 roku, bita na przesłuchaniach w Gestapo; dziewczynka nie załamała się, ale stan jej zdrowia budził poważne obawy. Parę tygodni była leczona w szpitalu więziennym. Zwolniono ją po kilku miesiącach, wolnością jednak cieszyła się bardzo krótko: skutkom ciężkich przesłuchań nie dało się już zapobiec, Tereska w niedługim czasie zmarła. Janina Czarkowska - plastyk; aresztowana w 1941 roku; w związku ze zmianami gruźliczymi płuc była przetrzymywana w szpitalu przez kilka miesięcy (oczywiście pod innym rozpoznaniem). Dzięki temu uniknęła obozu koncentracyjnego i szczęśliwie została zwolniona. Huberta Czernikowa - aresztowana pod panieńskim nazwiskiem Nowak, razem z bratem Maciejem we wrześniu 1942 roku, obciążona poważnymi zarzutami. Dr Krzyżanowska (ps. Josek) z kolumny sanitarnej, zawsze uczynna, wrażliwa na cierpienia ludzkie, zorientowała się podczas przeglądu higienicznego w przejściówce, że Huberta jest chora i natychmiast mnie o tym zawiadomiła. Dzięki szczęśliwie uzyskanemu zezwoleniu w kancelarii niemieckiej udało się przenieść chorą wprost z przejściówki do szpitala. Pogodne usposobienie Busi - jak ją nazywałyśmy - zyskało jej sympatię towarzyszek niedoli. Busia była wielokrotnie reklamowana z przesłuchań. Czuła się znacznie lepiej, gdy zabierano ją pewnego dnia na śledztwo. Wtedy właśnie, aby jej dodać odwagi, zdążyłam szepnąć w przelocie: „Jesteś Polką”. Te dwa słowa, jak mi później mówiła, dźwięczały jej w uszach przez cały czas trwania bardzo nękających przesłuchań i dodały sił do przeciwstawienia się zarzutom. W dobrym nastroju ducha wracając na Serbię, zerwała pelargonię rosnącą na podwórzowym trawniku. Wachmajster, który Busię konwojował, ukarał ją za to surowo: musiała stać dwie godziny w korytarzu z podniesionymi do góry rękoma. Kiedy Busia wróciła do szpitala, wydobyła spod bluzki ukryty kwiatek i wręczyła mi ten nieco już przywiędły dar. Nie muszę mówić, jak bardzo mnie tym wzruszyła. W końcu grudnia 1942 roku Huberta i jej brat zostali wypuszczeni na wolność. Janina Dąbrowska - profesor anatomii patologicznej; aresztowana wiosną 1944 roku. Niesłychanie dobra, ofiarna, pogodna. Przez cały okres okupacji prowadziła wykłady na tajnych kompletach studentów medycyny UW. Po 6-tygodniowym pobycie została zwolniona z więzienia 28 VII 1944 r.

Sabina Dembowska - dr med., znakomity ginekolog, wielkiej dobroci i ofiarności człowiek; służyła nam potajemnie radą i doświadczeniem w swojej specjalności. Gestapo nie pozwoliło zatrudnić jej na funkcji. Po 8 miesiącach więzienia wyszła na wolność w 1943 roku. Anna Demidecka - funkcyjna w „czarnej” pralni; przyłapana przez gestapowca Tschechowskiego na pisaniu grypsu, szykanowana w sposób niezwykle wyrafinowany, wreszcie osadzona w izolacji. Podczas drugiej zmiany gestapowskiej wezwał mnie wachmajster do jej celi. Stwierdziłam „zapalenie płuc” i po dłuższych targach uzyskałam zgodę na umieszczenie chorej w szpitalu. Wrześniowym transportem 1941 roku wywieziono ją do Ravensbrück. Janina Dunin-Wąsowicz - aresztowana w kwietniu 1944 roku wraz z mężem Władysławem (publicysta, major w stanie spoczynku, członek Tajnej Organizacji Zawodowej Dziennikarzy i wykładowca na tajnych kursach dziennikarskich) i z synami: Krzysztofem, studentem tajnego uniwersytetu, żołnierzem batalionu „Baszta” AK, i Markiem, uczniem. Pani Janina z powodu znacznego wyczerpania nerwowego, została umieszczona w szpitalu; wraz z mężem zwolniona w końcu lipca 1944 roku. Obaj synowie bohatersko znieśli bardzo ciężkie przesłuchania w Gestapo (zwłaszcza Krzysztof był potwornie skatowany), zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Stutthofie w transporcie majowym w 1944 roku. Izabela Dybowska - wysłana w 1942 roku do Oświęcimia; tam zmarła. Alicja Dzierżanowska - studentka medycyny tajnych kompletów UW, o wielkim uroku osobistym i pełna zapału młodzieńczego; wiele miesięcy będąc na funkcji w „czarnej” pralni pracowała również w łączności konspiracyjnej. W szpitalu na Serbii przeszła paratyfus. W listopadzie 1942 wywieziona do Oświęcimia, tam zginęła. Eryka Fichowska - przed umieszczeniem jej w izolacji, o czym już pisałam, przebywała dłuższy czas w szpitalu z powodu niedokrwistości wtórnej. W początkach roku 1942 zabrano ją nocą z izolacji i zakutą w kajdany wywieziono w indywidualnym transporcie - podobno do Berlina. Zofia Garlicka - znany specjalista ginekolog; aresztowana w 1942 roku wraz z córką Zofią Jankowską za ukrywanie angielskich spadochroniarzy. W Gestapo poddana bardzo ciężkiemu przesłuchaniu zażyła truciznę. Przywieziona do szpitala więziennego w stanie nieprzytomnym, cudem wyrwana śmierci, powoli wracała do sił. Wybitny lekarz, mądra, dzielna, wielkiego serca kobieta, nie wymagała niczego dla siebie. Matka i córka wywiezione do Oświęcimia zmarły tam na tyfus plamisty. Róża Gąssowska - z wadą serca; prawie przez cały okres więzienia jej na Pawiaku przebywała w szpitalu. Chociaż reklamowaliśmy ją z transportu, 5 X 1943 r. została wywieziona do Oświęcimia. Michalina Gołaszewska (Babunia) - staruszka przeszło siedemdziesięcioletnia, aresztowana w 1940 roku; przebywała prawie 2 lata w szpitalu. Mimo reklamowania jej z transportu przez lekarzy została wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, gdzie w niedługim czasie zginęła. Emilia Grocholska - lingwistka; aresztowano ją w początkach 1942; schorowana, reklamowana kilkakrotnie z transportów, w grudniu 1942 została wywieziona do Oświęcimia, gdzie zginęła.

Karolina Gruszczyńska - młoda, miła więźniarka z celi małolatek; w 1943 długi czas leczona w szpitalu. Parokrotnie udało mi się wyreklamować ją z transportów. Jesienią 1943 została zwolniona z więzienia. Maria Herburt - aresztowana w końcu 1943 roku, została rozstrzelana 13 VIII 1944 r. Germaine Heybowicz (właściwie d'Auguste Heybowicz) - aresztowana w grudniu 1940 roku, przez kilka tygodni więziona w Alei Szucha, dręczona przez nieustanne przesłuchania; przeżycia w Gestapo i aresztowanie bliskich jej osób, a w 4 miesiące potem jej męża Władysława Heybowicza, odebrały Germaine spokój i równowagę ducha, które próbowała odzyskać w żarliwej modlitwie. Na ładnej twarzy tej niespełna dwudziestoletniej zgrabnej brunetki nie widziałam nigdy uśmiechu... Dnia 22 IX 1941 r. wywieziono Germaine do Ravensbrück; jej mąż Władysław został stracony w Oświęcimiu latem 1942 roku. Dzieje rodziny Heybowiczów były szczególnie tragiczne. Teściową Germanine, Marię Heybowicz, aresztowaną w maju 1940 roku, wywieziono do Ravensbrück dnia 22 IX 1941 r. Szwagra Marii, inżyniera Bolesława Heybowicza lat około 60, wywiezionego do Oświęcimia w połowie listopada 1941 roku, rozstrzelano w obozie; drugiego syna Marii, Bolesława, oficera lotnictwa WP, aresztowano w listopadzie 1940 roku razem z żoną Janiną i maleńkim synkiem Jasiem; Bolesław wywieziony do Oświęcimia zmarł tam w początkach 1942 roku; Janinę wywieziono w 1942 roku także do Oświęcimia, a maleńkiego Jasia przekazano dalszym krewnym na wolności. Stefania Hulewicz (obecnie Przypkowska) - żona literata i redaktora konspiracyjnego pisma „Polska Żyje”, straconego 12 VI 1941 r. w Palmirach. Dnia 30 V 1942 r. wywieziono Stefanię do Ravensbrück. Zofia Hübner - aresztowana w połowie 1941 roku, wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück i tam rozstrzelana w marcu 1943 roku. Jadwiga Jędrzejowska - magister geologii; poważna, jasnooka, raczej zamknięta w sobie, małomówna. Zawsze opanowana, uczynna, ujmującym uśmiechem zdobywała zaufanie towarzyszek. W szpitalu więziennym przebyła ciężki zabieg operacyjny. Od kwietnia 1943 roku jako funkcyjna kolumny sanitarnej i członek wewnętrznej siatki konspiracyjnej pracowała z całym oddaniem, zapałem i odwagą. Docierała niejednokrotnie do bardzo pilnowanych więźniarek. Tęskniła za nieletnią córką Haneczką. Przez okna wychodzące na Dzielną, skąd widać było dalekie domy na Lesznie, wypatrywała Miejskiego Domu Kobiety - ukochanej placówki, którą kierowała od lat i którą prowadziła po niej Hanna Czyńska. Pani Czyńska z całym poświęceniem pracowała w tajnej organizacji. Przez nieustraszoną strażniczkę Marię Mossakowską i skrzynką Kosi-Mosi na Serbii, Jadwiga Jędrzejowską, kontaktowała się z siatką więzienną. Dnia 30 VII 1944 r. Jadwiga Jędrzejowska w transporcie około 400 kobiet została wywieziona do Ravensbrück. Krystyna Karier (Kici) - studentka UW; aresztowana jesienią 1940 roku za kolportaż tajnej prasy, po roku zachorowała na wysiękowe zapalenie opłucnej. Wiele tygodni przeleżała w szpitalu więziennym. Uczynna i dobra dla wszystkich, najbardziej interesowała się młodocianymi. Kilka miesięcy przebywała w celi dla małolatek (wydzielonej przez komisarz Wandę Gawryłow na II oddziale) jako ich opiekunka. Dnia 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Maria Klim - w połowie 1941 roku aresztowana z mężem Janem pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Związku Radzieckiego. Mimo najtroskliwszej opieki lekarskiej, stale postępujące zmiany chorobowe (gruźlica kości) i związane z tym dokuczliwe bóle oraz nękające przesłuchania najpierw w Gestapo,

później w celi szpitalnej - niszczyły systematycznie jej organizm. Klimowie sądzeni byli przez Sąd Wojenny. Jana skazano na karę śmierci, Marysię na 10 lat więzienia. Wielokrotnie reklamowana z transportów, w 1943 została wywieziona w niewiadomym kierunku. Od Stasi Kiesłowskiej dowiedziałam się po wojnie, że Marysia Klim zmarła w 1944 roku w Oświęcimiu. Aleksandra Kostecka - przebywała przez długi okres w leczeniu szpitalnym z powodu awitaminozy z komplikacjami (czyraczność). Z gałganków, z różnych skrawków robiła piękne egzotyczne laleczki; we wrześniu 1941 roku została wywieziona do Ravensbrück. Zofia Kownacka - członek ZWZ; aresztowana w początkach 1941 roku z mężem, adwokatem Piotrem Kownackim. Wywieziona do Ravensbrück pierwszym dużym transportem z Pawiaka 22 IX 1941 r., tam zmarła. Halina Krajewska - członek PPR; kobieta młoda, pogodna, uśmiechnięta. Pracowała na funkcji w „białej” pralni z większymi przerwami; okresowo leczona w szpitalu, z powodu zapalenia szpiku kostnego kości piętowej, była wielokrotnie reklamowana z transportu. Po zlikwidowaniu przetoki prosiła z powodu częstych rozstrzeliwań na Pawiaku o zaprzestanie dalszych reklamacji z transportu. W 1943 roku wywieziono ją do obozu koncentracyjnego. Aniela Kuśmierkowa - aresztowana w 1941 roku; artystka malarka, o ujmującej powierzchowności. Mimo nękających przesłuchań w Gestapo, które doprowadziły ją do wyczerpania nerwowego, umiała zachować piękną postawę. W szpitalu, gdy czuła się lepiej, robiła miniaturowe portreciki koleżanek. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ocalał mi portret wykonany przez nią. 30 V 1942 r. została wywieziona w grupie około 250 więźniarek do Ravensbrück. Halina Kwiatkowska - łączniczka AK; aresztowana pod koniec 1943 roku z matką, Czesławą IwanickąDrobik. Obie wywiezione do obozu w Ravensbrück wiosną 1944 roku. Leokadia Laudańska - ta wartościowa i pełna dobroci kobieta była aresztowana z bardzo dzielną, nieletnią córką Ireną w początkach kwietnia 1943 roku. Obie zostały wkrótce wywiezione do Oświęcimia. Wanda Le Brun - aresztowana w lutym 1943 roku wraz z córką, Ireną Miłaszewską, i zięciem, drem Januszem Miłaszewskim. Długi czas przebywała w szpitalu. Dnia 30 IX 1943 r. zabrano ją ze szpitala i rozstrzelano w ruinach getta. Irena Miłaszewska została wywieziona do Oświęcimia. Dra Janusza Miłaszewskiego rozstrzelano w lipcu 1943 roku w ruinach getta. Helena Leja (ps. Iwo, przybrane nazwisko Gliwicka) - pracowała w Komendzie Głównej AK; Gestapo aresztowało ją w domu przy ulicy Belgijskiej. Tego dnia (17 XII 1942 r.) w punkcie konspiracyjnym przy ulicy Wspólnej zatrzymano również jej męża, oficera WP (przybrane nazwisko Michał Radecki), także członka Komendy Głównej AK. Prócz tych dwojga Gestapo ujęło większą grupę ludzi z tego samego pionu, wśród nich Zbigniewa Surówkę, inżyniera elektryka. Aresztowania w dniu 17 XII 1942 r. - jak się później okazało - były wynikiem działalności konfidenta Gestapo, Ludwika Kalksteina. W związku ze stanem pourazowym stawu kolanowego udało się Lulę (tak ją nazywałyśmy) zabrać z przejściówki do szpitala, gdzie niezwłocznie założono jej opatrunek unieruchamiający. Kilka tygodni pozostawała w szpitalu. Po wyleczeniu, przeniesiona do celi funkcyjnej nr 46, pracowała z pełnym poświęceniem na funkcji w „czarnej” pralni. Dnia 15 IV 1943 r. wywieziono ją do Oświęcimia. Adam Leja, torturowany w czasie przesłuchań, był trzymany kilka tygodni w izolacji na Szucha, a następnie około

2 miesięcy w niemieckiej izolacji na I oddziale Pawiaka; w maju 1943 roku wywieziono go do Oświęcimia, gdzie pewien czas był w kompanii karnej. Z Oświęcimia przewieziony został do Neuengamme pod Hamburgiem. Dnia 3 V 1945 r. zginął razem z innymi więźniami na statku „Cap Arcona” w Neustadt pod Lubeką. Inż. Surówka, więziony przez 4 miesiące w izolacji na Szucha, był potwornie katowany; w maju 1943 roku wywieziono go do Oświęcimia, stamtąd do Neuengamme, a następnie do Löbesitz, gdzie zginął. Wiadomości powyższe otrzymałam po wojnie od Heleny Lei. Julia Lewandowska - z zawodu nauczycielka; aresztowana w styczniu 1940 roku z tzw. sprawy Kotta, po którego ucieczce z Alei Szucha Gestapo kazało rozlepić na murach Warszawy plakaty obiecując wysoką nagrodą za pomoc w schwytaniu zbiega. Rozpacz po stracie syna i tragiczne przejścia zrujnowały jej zdrowie. Pani Julia pracowała w bibliotece więziennej na Serbii, gdzie niejednokrotnie kontaktowała między sobą więźniarki. Dorota Lewandowska - młodociana; córka Julii, aresztowana również w styczniu 1940 roku. Przewieziona do szpitala wolnościowego na zabieg operacyjny wyrostka robaczkowego, po kilku miesiącach wróciła na Pawiak. Wraz z matką została wywieziona do Ravensbrück we wrześniu 1941 roku. Marta Lewandowska - członek ZWZ; aresztowana w połowie 1940 roku z mężem i dwoma synami, Jerzym i Stanisławem, mimo tragedii osobistej (mąż i obaj synowie zginęli w egzekucji) pracowała z pełnym poświęceniem w łączności wewnętrznej. Gdy została przydzielona na funkcję do szwalni niemieckiej na Serbii, pomagała więźniarkom reperując i przerabiając ukradkiem ich zniszczoną odzież. Wyczerpana nerwowo przeżyciami ponad ludzką wytrzymałość, mizerna, wychudzona, dostała się do szpitala. Dokuczliwe szykany oberscharführera Bürckla, od kiedy przyłapał ją na modlitwie, znosiła z wielką godnością i opanowaniem. Była świadoma, co ją czeka, wiedziała, że podzieli los swych najbliższych. Robiła wrażenie bardzo spokojnej, tylko jej piękne oczy wyrażały cały ogrom bólu. Zginęła w egzekucji wiosną 1943 roku w ruinach getta. Stanisława Ładna - lat 44, z zawodu krawcowa; aresztowana w końcu października 1942 roku. Oskarżenie (jak później podawała) dotyczyło niearyjskiego pochodzenia; bita i maltretowana w czasie pierwszego przesłuchania w Gestapo, kategorycznie zaprzeczyła stawianym jej zarzutom. Przebywając w celi kwarantannowej na Serbii, zamknięta w sobie, nie dzieliła się swymi przeżyciami z nikim. Wielokrotnie była wzywana na przesłuchania, podtrzymując niezmiennie pierwsze zeznanie. Po odbyciu kwarantanny przeniesiono ją do celi stałej na II oddziale. Tu zaprzyjaźniła się z więźniarką Marią Błońską i po paru dniach opowiedziała o przykrym wypadku, który zdarzył się jej w Gestapo, prawdopodobnie podczas pierwszego badania: gdy bita i nie zdolna do karnych ćwiczeń („żabka”, przysiady itp.) upadła półprzytomna na podłogę, wbiła się jej w klatkę piersiową igła odłamana od broszki. Brak igły przy broszce zaczepionej o szlafrok oraz ślad ukłucia na skórze zauważyła dopiero po pewnym czasie. Przywieziona na Pawiak była do tego stopnia zastraszona i bezradna, że na razie bała się komukolwiek o tym mówić, ukrywała swe dolegliwości i taiła niepokój. Dopiero serdeczność Marii Błońskiej rozwiązała jej język. Błońska powiadomiła mnie pośrednio o tym niezwykłym przypadku. Więźniarka Ładna, niezwłocznie przyjęta do celi nr 4 szpitala więziennego, została poddana badaniu i konsultacji chirurgów, lekarza urzędowego dra Keniga i lekarza-więźnia dra Lotha. Zdjęcie rentgenowskie istotnie wykazało obecność igły w okolicy serca. Było zatem względne wskazanie do zabiegu operacyjnego. W związku z tym zwróciliśmy się do dra Bomeiera z prośbą o przesłanie jej na zabieg do szpitala wolnościowego, motywując to niemożliwością dokonania

operacji w specyficznych warunkach więziennych. Dr Bomeier doradził, aby więźniarka złożyła podanie do Gestapo. Ładna napisała podanie i w efekcie, aczkolwiek po dłuższym czasie, w maju 1943 roku została zwolniona z więzienia. W roku 1963, gdy spotkałam przypadkiem panią Stanisławę Ładną, pokazała mi ona zaświadczenie lekarskie z dokonanej w październiku 1943 roku operacji usunięcia igły. Zofia Malewska - członek ZWZ, wdowa po generale WP; aresztowana w pierwszej połowie 1941 roku; osłabiona i wyczerpana przebywała na leczeniu szpitalnym przez długi okres. 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Malinowska (imienia nie pamiętam) - z PPS; przed wojną posłanka na Sejm; aresztowana w 1942 roku, starsza pani, bardzo łagodna, nie absorbująca nikogo swoją osobą, z wyrozumiałością słuchała każdej skargi. Przez pewien czas była funkcyjną w „czarnej” pralni, gdzie otrzymała lekką pracę. Cieszyła się z niej, ponieważ bezczynność męczyła ją - jak zresztą wiele więźniarek w celi. Przy nadarzającej się okazji, biorąc pod uwagę wiek pani Malinowskiej, umieściłam ją na kilka tygodni w szpitalu. Anna Margulies - młoda nauczycielka, aresztowana w 1943 roku. Strażniczka Zofia Döllinger (chodziła kiedyś z Anką do tej samej szkoły) poleciła ją gestapowcowi, kierownikowi szwalni niemieckiej, jako wybitną specjalistkę w tej dziedzinie i Anka została tam zatrudniona. Ten szczęśliwy zbieg okoliczności, w porę dokonany zabieg operacyjny i umieszczenie Anki pod fałszywym rozpoznaniem w szpitalu - ocaliły jej życie. W dniu 31 VII 1944 r. wraz z uwięzionymi Żydówkami i Żydami, pracującymi w szwalni niemieckiej i innych warsztatach rzemieślniczych, Anka Margulies została przerzucona do obozu koncentracyjnego przy ulicy Gęsiej. Obóz ten został utworzony przez gestapowców na przełomie lat 1942-1943. Użyli oni więźniów do budowy prymitywnych baraków, w których umieszczano tysiące Żydów zwożonych z różnych podbitych krajów, głównie z Grecji i Węgier, z góry skazanych na zagładę. Dnia 5 VIII 1944 r. pozostałych przy życiu więźniów „Gęsiówki” odbiły powstańcze szturmowe oddziały Armii Krajowej, batalionu „Zośka”. Aleksandra Nostitz -Jackowska - aresztowana w 1942 roku; młoda, pełna pogody wewnętrznej i dobroci, darzona szczególną sympatią przez towarzyszki z celi funkcyjnej nr 46; często przebywała w szpitalu, cierpiała na ciężkie ataki migreny. Wywieziona została na Majdanek. Danuta Onichimowska (obecnie Suchowiak) - z zawodu dziennikarka; aresztowana w połowie lutego 1943 roku. Młodziutka więźniarka, o bardzo wątłej kondycji fizycznej, przez pewien okres była leczona w szpitalu. Po czterech miesiącach zwolniono ją z więzienia. Ludwika Pągowska - blisko sześćdziesięcioletnia, schorowana kobieta; aresztowana wraz z córkami Marią i Zofią w kwietniu 1944 roku; córki wywieziono w czerwcu 1944 roku do Ravensbrück, matkę udało się wyreklamować. Dnia 31 VII 1944 r. w grupie 200 więźniów została zwolniona. Zofia Piekarska - aresztowana w lipcu 1941 roku; przebywała pewien czas w szpitalu w okresie pojawienia się epidemii biegunek w więzieniu. Dnia 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Hanna Rajko (obecnie Janiszewska-Kosińska) - lat około 20; aresztowana w roku 1942, obarczona bardzo poważną sprawą; wiele miesięcy przebywała w szpitalu na Serbii: chorowała na dur brzuszny, później przeszła operację wyrostka robaczkowego.

Stanisława Sawicka (z domu Szuszkiewicz) - lat 72, wdowa po profesorze honoris causa Wydziału Lekarskiego UW; aresztowana w kilka godzin po aresztowaniu 3 córek: Stanisławy, Wandy i Wiesławy (zob. „Izolatki”, „Ciągły dyżur lekarski”, „W celi”). Zastępca komendanta więzienia zezwolił na przeniesienie pani Stanisławy do szpitala bezpośrednio z kwarantanny. Na decyzji tego gestapowca zaważył nie wiek, lecz stan chorobowy więźniarki (sprawa pourazowa podudzia). W szpitalu można było zorganizować tajne, króciutkie spotkania matki i córek. Schorowana staruszka żyła w ustawicznym lęku o swoje córki. Gdy stracono Wiesławę (27 V 1944 r.), i siostry, i my kłamałyśmy matce, mówiąc, że wywieziono ją do obozu. Dobrą i szlachetną panią Stanisławę, reklamowaną niejednokrotnie z transportu, zwolniono z Pawiaka na 3 dni przed Powstaniem. Sokołowska (obecnie Maria Woźniak) - aresztowana 5 III 1943 r.; przystojna, o pięknych wijących się blond włosach, młoda kobieta pracująca w szeregach AK; w chwili aresztowania była ciężko chora. Nie rozkonspirowana przez Gestapo, po kilku miesiącach została zwolniona drogą wykupu. Jadwiga Steinowa - nauczycielka gimnazjalna; aresztowana wiosną 1944 roku. Prócz pracy konspiracyjnej w AK prowadziła tajne komplety nauczania. Schorowana i wyczerpana fizycznie, przebywała długi czas w szpitalu, gdzie z niesłychaną cierpliwością i dobrocią opiekowała się chorymi towarzyszkami. Dnia 31 VII 1944 r. w grupie 200 więźniów została zwolniona. Irena Szydłowska - lat około 50; aresztowana w poważnej sprawie w początkach 1941 roku. Przechodziła ciężkie, nękające przesłuchania w Alei Szucha. Krańcowo wyczerpana nerwowo, w obawie przed załamaniem usiłowała popełnić samobójstwo przez zażycie trucizny w drodze powrotnej na Pawiak. Gestapo nie dowiedziało się o tym, gdyż straciła przytomność dopiero na Serbii. Natychmiastowa pomoc lekarska uratowała jej życie. 22 IX 1941 r. - mimo reklamowania jej z listy transportowej przez lekarzy - została wywieziona do Ravensbrück. Teofila Świętorzecka - lat około 70, członek ZWZ, wdowa po pułkowniku WP; aresztowana w 1941 roku. Mimo podeszłego wieku ofiarnie pracowała w „czarnej” pralni, w sklepiku przy „wypiskach” i dorywczo w bibliotece więziennej. Wyczerpana fizycznie, uległa namowom i przyszła na kurację do szpitala. Dnia 30 V 1942 r. mimo reklamacji wywieziono ją do Ravensbrück. Irena Wasiutyńska - lat około 60, pracownik naukowy, fizyk, aresztowana w początkach lipca 1940 roku, chora na serce, przebywała długo w szpitalu. Po roku została zwolniona z więzienia. Wanda Wąssocka - aresztowana w grudniu 1943 roku z dwiema siostrami: Eugenią Lubrycką i Janiną Rucińską. Po dłuższym pobycie w szpitalu została zwolniona w 1944 roku, szczęśliwie unikając losu swych dwóch sióstr, wywiezionych do Ravensbrück w kwietniu 1944 roku. Pelagia Werner-Jasieńska - aresztowana 30 VI 1942 r. z córką, Antoniną Jasieńską-Szperlingową; mimo podeszłego wieku (72 lata) pracowała w łączności AK, odważnie przenosząc radiowe aparaty nadawcze z centrum miasta na Żoliborz; poddana bardzo męczącym badaniom w Gestapo, nie przyznała się do niczego. Wiele miesięcy leżała w szpitalu. Była dobra, skromna, nie wymagająca dla siebie niczego. Dnia 1 VI 1943 r. odzyskała wolność. Do zwolnienia jej i kilku innych starszych wiekiem więźniarek przyczynił się w dużej mierze dr Bomeier, u którego interweniowali lekarze funkcyjni. Janina Wernerowa (z domu Hulanicka) - aresztowana 13 IV 1944 r. z córką Teresą; ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta, odznaczająca się wielką prawością charakteru, cieszyła się głębokim

szacunkiem współwięźniarek; przez cały czas przebywała w szpitalu, kilkakrotnie reklamowana z transportów. Zwolniono ją na kilka dni przed likwidacją Pawiaka. Jadwiga Włodarkiewicz - pisarka i działaczka społeczna; aresztowana latem 1942 roku; przypominała dostojną matronę z dawnych portretów. Ta dzielna kobieta, która przekroczyła już sześćdziesiąty rok życia, z wielką godnością znosiła ciężkie przesłuchania w Gestapo. Żyła w ustawicznym niepokoju o los syna Józefa, działacza TAP i „Wachlarza”, którego ujęto w lipcu 1942 roku. Bezgranicznie smutna, ale spokojna, wątła i schorowana przebywała najpierw w celi nr 46 pod serdeczną opieką funkcyjnych więźniarek z tej celi, a następnie w szpitalu. Ania Sipowicz i dr Śliwicki przekazywali jej potajemnie słowa otuchy od syna. Dnia 7 V 1943 r. ugięła się pod obuchem nieszczęścia: Józef został rozstrzelany w ruinach getta; w kilka miesięcy później - 30 IX 1943 r. - od zbrodniczej gestapowskiej kuli zginęła także pani Jadwiga w ruinach getta. Maria Zakrzewska - pielęgniarka, aresztowana 11 VI 1942 r.; bita w Gestapo; leczona w szpitalu (paratyfus); wysłana 13 X 1942 r. do Oświęcimia. Teresa Zanowa - lat 58, członek ZWZ, aresztowana w 1941 roku; zawsze służyła wszystkim radą i pomocą. Pracowała jako „poczta”. Wywieziona 30 V 1942 r. do Ravensbrück, tam zmarła. Alina Zasztowt - studentka medycyny na tajnym uniwersytecie, córka Kazimiery; aresztowana wiosną 1943 roku z bratem Januszem, studentem prawa. W październiku, gdy przez wysoko umieszczone okno chciała zobaczyć odjeżdżające budy z wywożonymi więźniami, tak niefortunnie spadła ze stołków, że złamała nogę. Po krótkim pobycie w szpitalu została zabrana na egzekucję w początkach listopada 1943 roku. Dnia 12 XI 1943 r. w publicznej egzekucji na ulicach Warszawy w grupie 50 więźniów został stracony Janusz. Irena Zieleniewska (obecnie Bellert) - aresztowana 26 XI 1940 r., tego samego dnia co jej siostra, obecnie Maria Ginterowa. Obie małolatki, pełne wdzięku, ładniutkie, krańcowo różniące się temperamentem, były getrentkami. Irka, niewiele starsza od Marysi, poważna i zdyscyplinowana, w połowie grudnia zachorowała na wysiękowe zapalenie opłucnej. Długie miesiące (do maja 1941 roku) przebywała w celi szpitalnej nr 1. Marysia, czyli Isia - żywe srebro, niespokojny duch, pełna młodzieńczych pomysłów, nasze kochane „utrapienie” - kręciła się wszędzie, w trosce o siostrę, wyrastała jak spod ziemi w szpitalu, przyczyniając nam sporo kłopotu, zwłaszcza gdy zjawiał się gestapowiec. Ta dziewczyna, istny kozak, zdradzała duży talent rzeźbiarski. W przepięknych figurkach, lepionych w chleba, „ujarzmiła” konie, swoich ulubieńców z czasów wolności. Sprytnie nabiwszy sobie gorączkę dostała się do szpitala, aby razem z Ireną spędzić tu święta Bożego Narodzenia. Nie przeszkodziliśmy jej w tym, ani dr Babski, ani ja, choć wydawało się jej, że nas nabrała (obok Irki było akurat wolne łóżko, bo przed świętami wypuszczono z więzienia około 100 osób, w tym kilka kobiet ze szpitala). W połowie lipca 1941 roku obie siostry zwolniono.

Bestialstwa Gestapo
O tych bohaterskich, umęczonych kobietach wspominam w innych rozdziałach, zwłaszcza w rozdziale „Izolatki”; tu chciałabym jeszcze podać zapamiętane nazwiska więźniarek, które po torturach przebywały w szpitalu.

Zofia Bartoszyńska - aresztowana wiosną 1942 roku, bita na przesłuchaniach w Gestapo; 17 I 1943 r. wywieziona na Majdanek. Walentyna Biedrzycka - nauczycielka lingwistka, staruszka ponad siedemdziesięcioletnia; aresztowana w dużej grupie w listopadzie 1941 roku wraz z mężem Władysławem (lat 84); łączniczka tajnej organizacji Stronnictwa Pracy. Na Szucha nie szczędzili jej gestapowcy bicia i kopania. Trzymała się bardzo dzielnie, nie wydała nikogo, co potwierdzali inni, aresztowani w związku z jej sprawą. Staruszka usiłowała ukryć rozległe siniaki, zwłaszcza na części grzbietowej, ale nie uszły one uwagi Staszki Weinzowej z kąpielowego, która natychmiast mi to zasygnalizowała. Biedrzycka oponowała, gdy brałam ją do szpitala, mówiąc, że czuje się dobrze i że siniaki „zagoją się”. W szpitalu zachowywała się jak doświadczony konspirator, nie wyjawiając swej sprawy innym chorym. Nigdy niczego dla siebie nie wymagała. Wkrótce nabrała zaufania do „białych fartuchów” i zaprzyjaźniła się z nami. Dyskretnie podrzucałyśmy jej coś do jedzenia. Była bardzo wygłodzona, ale uparcie twierdziła, że i na wolności nie odczuwała głodu, bo zaspokajała go wodą, herbatą lub namiastką kawy, oszukując w ten sposób żołądek upominający się o swoje prawa. Żyła w ciągłej udręce, niepokojąc się o los męża. Odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się od Ani, że jest na izbie chorych pod dobrą opieką lekarską. O tym, że 2 III 1942 r. został rozstrzelany, nie dowiedziała się nigdy. Wielokrotnie była reklamowana z transportów do obozów koncentracyjnych. Dalsze reklamowanie jej (30 V 1942 r.) nie zostało uwzględnione; tego dnia wysłano ją do Ravensbrück, gdzie zmarła. Jadwiga Buniewicz - aresztowana w końcu 1941 roku z siostrą, Marią Masło; po ciężkim skatowaniu podczas przesłuchania w Gestapo, umieszczona w szpitalu więziennym, przebywała w nim kilka tygodni. Dnia 30 V 1942 r. została wywieziona do Ravensbrück. Maria Masło zginęła w Oświęcimiu. Wiktoria Ciecimirska - członek AK; aresztowana wiosną 1942 roku, przeszła ciężkie przesłuchanie w Alei Szucha; do szpitala została przyjęta z rozległymi siniakami; w listopadzie 1942 roku wywieziono ją do Oświęcimia. Eugenia Giebartowska - lekarz stomatolog; aresztowana w końcu sierpnia 1942 roku; katowana w Gestapo, nie ujawniła żadnej tajemnicy konspiracyjnej. Przez wiele tygodni przebywała w szpitalu, znosząc mężnie cierpienia po kontuzjach będących wynikiem bestialskich metod śledczych. Dnia 17 I 1943 r. wywieziono ją na Majdanek. Danuta Grzeszkiewicz - młodziutka łączniczka i sanitariuszka oddziału partyzanckiego; przebywała kilka tygodni w szpitalu z ciężkimi kontuzjami odniesionymi podczas przesłuchania. Wywieziono ją do obozu koncentracyjnego. Helena Janiszewska - kierownik łączności organizacji wojskowej „Wilki”; aresztowana w sierpniu 1942 roku z obciążającym materiałem dowodowym, w drodze na Pawiak usiłowała popełnić samobójstwo przez zażycie trucizny; przewieziona na Serbię w stanie nieprzytomnym, została odratowana w szpitalu. W listopadzie 1942 roku wysłano ją do Oświęcimia. Antonina Jasieńska-Szperlingowa - pracująca w komórce łączności i obsłudze stacji nadawczej AK; aresztowana w końcu czerwca 1942 roku, doznała ciężkich kontuzji podczas śledztwa w Gestapo; przez długi okres była w szpitalu. Zachowała piękną, mocną postawę. Odzyskawszy siły fizyczne była

na funkcji w „czarnej” pralni pracując tam w łączności konspiracyjnej. Dnia 17 I 1943 r. wywieziono ją na Majdanek. Władysława Kogucińska - członek AK; aresztowana pod nazwiskiem Władysława Bielicka wraz z mężem, również członkiem AK. Przesłuchiwania obojga miały bardzo ciężki przebieg. (Rozległe krwiaki na ciele Kogucińskiej, zwłaszcza na głowie, świadczyły o rodzaju tortur, które jednak nie zdołały jej załamać.) Za pośrednictwem m. in. Zbyszka Tomaszewskiego z męskiej kolumny sanitarnej utrzymywałyśmy ogromnie cenny kontakt z oddziałami męskimi. (Zbyszek był niezwykle ofiarnym i odważnym łącznikiem więziennej siatki konspiracyjnej, przez niego niejednokrotnie uzgadniane były zeznania między mężczyznami a kobietami aresztowanymi w tej samej sprawie.) Pewnego dnia Zbyszek przekazał mi z Pawiaka wiadomość, że mąż Władki zginął w egzekucji. Tragiczna śmierć najbliższych osób była jednym z najbardziej druzgoczących ciosów, po którym niełatwo i nie zawsze można się było podźwignąć. Zataiłyśmy więc tę prawdę przed Władką. W takich wypadkach nieraz kłamałyśmy z czystym sumieniem. Gdy prosiła o dalszy kontakt z mężem, powiedziałam, że został wywieziony. Pełna nadziei wyjeżdżała 9 III 1944 r. do Ravensbrück. Przeżyła. Jadwiga Kopijowska - członek ZWZ, aktorka, obecnie dziennikarka; aresztowana wiosną 1941 roku pod nazwiskiem Szałan. Po jednym z przesłuchań, w czasie których była potwornie katowana, wróciła jakby o wiele lat postarzała, z opuchniętą, szarą, zakrwawioną twarzą, z podbitym okiem i rozległymi siniakami. Jakże dzielnie i teraz trzymała się ta młoda, pełna temperamentu kobieta! Prosiła o pozostawienie jej w celi wśród zaprzyjaźnionych więźniarek. Nie wydała nikogo. Po pewnym czasie, gdy poczuła się lepiej, dostała się na funkcję w „czarnej” pralni, gdzie pracowała przy maglu. Przeliczyła się jednak z siłami. Bóle krzyża, urazy doznane w czasie przesłuchań odezwały się dotkliwie. „Uparta” Jadzia musiała poleżeć przez kilka tygodni w szpitalu. Nie wróciła już do magla, pracowała na funkcji w bibliotece na Serbii, zawsze pogodna, dobra, uczynna, koleżeńska. Dnia 30 V 1942 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Mieczysława Korompay - z pochodzenia Węgierka; aresztowana w 1942 roku. W Gestapo na Szucha przeżyła gehennę. W styczniu 1943 roku prowadzona przez gestapowców do „tramwaju”, spotkała w korytarzu swoją nieletnią córkę Elżunię (ps. Grażyna), harcerkę, zakutą w kajdany, potwornie skatowaną, ledwie trzymającą się na nogach. Matkę po kilku godzinach wezwano ponownie na przesłuchanie do pokoju, w którym leżały zwłoki bestialsko zamordowanej córki. Bliska obłędu, mimo tortur i bicia nie załamała się; prowadzący śledztwo gestapowcy nic z niej nie wydobyli. Po ciężkim wstrząsie psychicznym długo przebywała w szpitalu. Wielokrotnie była reklamowana z transportów. Wywieziona do Oświęcimia w 1943 roku, tam zmarła. Elżbieta Krajewska (Litka) - ujęta wczesną wiosną 1943 roku pod koszarami niemieckimi w czasie rozrzucania dywersyjnych ulotek, przeznaczonych dla żołnierzy. Wszechstronnie utalentowana (rzeźba, malarstwo, literatura), śliczna młodziutka więźniarka staje przed mymi oczami niby postać nieziemska - skupiona, bez słowa skargi znosiła fizyczne cierpienia po okrutnych torturach w czasie przesłuchań w Gestapo. W przepięknej, wstrząsającej modlitwie „Droga krzyżowa więźniów” wyraziła głębię nieskalanych uczuć, przeżycia ludzi Polski Walczącej na drogach cierpień i męki. Wysłana do Oświęcimia w 1943 roku, tam zmarła na tyfus plamisty. Karolina Krassowska (z domu Bieńkiewicz) - lat około 40; przyniesiona do szpitala na noszach, zszokowana, skatowana w niemiłosierny sposób, dawała słabe oznaki życia. Natychmiastowa

interwencja lekarska okazała się, niestety, bezskuteczna. W chwilach odzyskiwanej świadomości powtarzała wciąż: „Szłam do adwokata... szłam do adwokata...”. Zmarła po kilku godzinach. Eugenia Lubrycka i Janina Rucińska - aresztowane w grudniu 1943 roku, nieludzko katowane w Alei Szucha, zachowały niezwykły hart ducha. Zdawały sobie sprawę, że w najlepszym wypadku czeka je obóz koncentracyjny. W początkach kwietnia 1944 roku wywieziono obie do Ravensbrück. Zofia Maszewska (z domu Ziepult) - lat 23; inwigilowana przez agenta Gestapo, ujęta w drugiej połowie 1943 roku i przywieziona na Pawiak z porażeniem kończyn górnych w następstwie postrzałów, odniesionych w czasie aresztowania. Ta bohaterska, młodziutka, o cygańskiej urodzie kobieta, na wpół bezwładny kadłub, otoczona była szczególnie troskliwą opieką. Krótko przebywała w szpitalu na Serbii; stracono ją w ruinach getta. Mąż jej, inż. Zdzisław Maszewski, członek polskiego wywiadu na teren Niemiec, aresztowany we Wrocławiu, został zamordowany w więzieniu berlińskim. Na miesiąc przed aresztowaniem Zofii Maszewskiej Gestapo aresztowało jej szwagierki, siostry Zdzisława: Jadwigę Lenkiewicz, lat około 40, żonę oficera WP, zabrano z mieszkania przy ulicy Puławskiej, Leonardę Jeleńską - z fabryki cukierków. Obie, poddane ciężkim przesłuchaniom, nie załamały się jednak, zachowując wspaniałą postawę. Jadwigę Lenkiewicz wywieziono do Moabitu w Berlinie. Leonarda Jeleńska, wywieziona również do więzienia w Berlinie, po pewnym czasie odzyskała wolność. Alicja Matysiak (Maria Poznańska) - członek Związku Syndykalistów Polskich; aresztowana w początkach grudnia 1943 roku. Po przesłuchaniu w Gestapo przybyła na Serbię w bardzo ciężkim stanie, z obrażeniami całego ciała. Przez wiele tygodni w szpitalu więziennym zachowywała mocną postawę. Pracowała krótko w „czarnej” pralni.. W kwietniu 1944 roku została wywieziona do Ravensbrück w transporcie liczącym około 60 kobiet. Helena Mężyńska (ps. Bogna) - żona lekarza; aresztowana w początkach lipca 1944 roku w lokalu konspiracyjnym AK, z materiałem obciążającym, wraz z najbliższymi współpracowniczkamiłączniczkami: Jadwigą Pankowską (ps. Jolanta) i Czesławą Aleksandrowicz (ps. Lilka). W czasie badania w Gestapo Mężyńska wzięła całą sprawę na siebie w nadziei, że ocali swe łączniczki; zeznawała, że w lokalu jej znalazły się przypadkowo. Torturowana w nieludzki sposób, symulowała zanik pamięci, milczała. Po jednym z przesłuchań wróciła na noszach, nieprzytomna, zbroczona krwią, z rozległymi siniakami, ubytkami tkanek na pośladkach. Odzyskawszy przytomność pocieszała swoje towarzyszki z konspiracji. Tęskniła za mężem, zwłaszcza za maleńkim synkiem; gdy mówiła o nich, jej drobniutka, niemal dziecinna twarz, jakby jeszcze bardziej malała. Gestapo nie wydobyło z niej żadnej tajemnicy konspiracyjnej. 26 VII 1944 r. zabrali ją na noszach ze szpitala na rozstrzelanie. Męczeństwem swym nie zdołała ocalić najbliższych współpracowniczek. Tego samego dnia w ruinach getta stracono młodziutką łączniczkę Czesławę Aleksandrowcz i śliczną Jadwigę Pankowską. Anna Musielska - aresztowana z dziewiętnastoletnią córką Wandą w 1943 roku. Zachowały obie niezłomną postawę mimo ciężkich tortur w czasie przesłuchania. W końcu maja 1944 roku zostały wywiezione do Ravensbrück. Jadwiga Owsiana - lat 23; aresztowana z siostrą, Marią Rutkowską, 23 IX 1943 r. Obie pracowały w AK. Jadwiga, więziona przez kilka dni w podziemiach Gestapo, była dotkliwie bita podczas przesłuchań. Na Serbii umieszczono ją w izolacji i nadal często wzywano na przesłuchania; wracała

udręczona, z ciężkimi urazami. Po zwolnieniu z izolacji przebywała w szpitalu. W niedługim czasie w indywidualnym transporcie wywieziono ją do więzienia w Inowrocławiu. Zmarła w 1959 roku. Jadwiga Pobiedzińska - aresztowana z 16-letnią córką Kazimierą w początkach 1941 roku. Bardzo bita, torturowana w czasie przesłuchań na Szucha, nie załamała się. 22 IX 1941 r. została wysłana z córką do Ravensbrück i rozstrzelana w grudniu 1942 roku. Jolanta Poszepczyńska - aresztowana w 1942 roku, potwornie katowana na przesłuchaniach w Alei Szucha. Dość długo leżała w szpitalu, bardzo mężnie znosiła cierpienia. Pewnego dnia wywołana przez gestapowców, poszła spokojna, w pełni świadoma, co ją czeka. Została rozstrzelana. Janina Rudzińska - aresztowana w drugiej połowie maja 1943 roku, przez pewien czas przebywała w szpitalu na skutek odniesionych kontuzji podczas badania w Gestapo. W połowie lipca 1943 roku wywieziono ją do obozu koncentracyjnego. Regina Rzeźnicka - pielęgniarka; aresztowana w początkach września 1941 roku. Po ciężkich kontuzjach, odniesionych w czasie śledztwa w Gestapo, wymagała długiego leczenia szpitalnego. Była bardzo mężna. Dla Reny, getrentki Heni Prus (funkcyjnej pielęgniarki w szpitalu na Serbii), nawet po zakończeniu śledztwa nie uzyskałam zgody Gestapo na zatrudnienie w szpitalu, natomiast zezwolono jej pracować w „czarnej” pralni. 30 V 1942 r. wywieziono ją do Ravensbrück. Zmarła przed 3 laty. Elżbieta Scheing - urocza, 18-łetnia łączniczka, aresztowana w kwietniu 1944 roku. Torturowana w czasie przesłuchań, nie zdradziła nikogo. Zaledwie miesiąc była więziona. 27 V 1944 r. rozstrzelano ją w ruinach getta. Zofia Słowikowa - pielęgniarka, członek ZWZ; aresztowana w połowie 1941 roku w poważnej sprawie, była wielokrotnie przesłuchiwana w Gestapo; któregoś dnia wróciła w strasznym stanie po nieludzkim katowaniu. Wiele tygodni była leczona w szpitalu. Jako wypróbowany i mocny człowiek, gdy wróciła do sił, po uzyskaniu zgody Gestapo na jej zatrudnienie, pracowała przez kilka miesięcy w kolumnie sanitarnej, oddając wielkie usługi siatce więziennej. 30 V 1942 r. wywieziono ją do Ravensbrück, a stamtąd do Oświęcimia, gdzie zmarła. Nika Soldenhoff - aresztowana w 1944 roku, młodziutka, pełna wdzięku, błękitnooka, z długimi blond warkoczami, pochodziła z rodziny baronów kurlandzkich, którą hitlerowcy prześladowali za obstawanie przy narodowości polskiej. Kilku krewnych Niki aresztowało i zamordowało Gestapo. Dzielna dziewczynka nie załamała się ani na chwilę, nawet okrutne bicie w Alei Szucha nie zmusiło jej do wyrzeczenia się polskości. W ostatnim transporcie z Pawiaka wywieziono ją do Ravensbrück. Barbara Szayer - aresztowana w 1941 roku; na Szucha w czasie badań bardzo bita, zachowała twardą postawę; wywieziono ją w sierpniu 1942 roku do Oświęcimia. Krystyna Szczepanek - niezwykle bojowy i odważny członek ZWZ; aresztowana w 1941 r. Po zniesieniu izolacji przez długi czas była leczona w szpitalu, ponieważ odniosła ciężkie kontuzje podczas badania w Gestapo. 30 V 1942 wywieziona do Ravensbrück, tam zmarła. Grażyna Szczęsna - młoda dziewczyna, aresztowana z dwoma braćmi w początkach 1944 roku. W niemiłosierny sposób katowana w Alei Szucha, wracała z rozległymi siniakami i pręgami na całym

ciele; bardzo mężnie znosiła potworne cierpienia. Przebywała bardzo krótko w szpitalu. Pewnego wieczoru zabrana przez gestapowca nie wróciła już. Została stracona w ruinach getta.

Egzekucje i transporty
Do obozów koncentracyjnych wywieziono z Pawiaka łącznie około 60 000 osób; w egzekucjach stracono około 37 000 osób.

Dnia 12 VI 1941 r. w Palmirach zostały rozstrzelane m.in.: Zofia Głowacka. Zofia Matjaszewska. Krystyna Mincberg - harcerka, kolporterka tajnego organu „Polska Żyje”. Jadwiga Mroczkówna - harcerka, nauczycielka. Leokadia Myślińska. Jadwiga Przybylska - nauczycielka, harcerka. Janina Rudnicka. Anna Skuratowicz - harcerka, ujęta z tajnym materiałem prasowym („Polska Żyje”).

W grupie mężczyzn straconych tego dnia był dziennikarz Witold Hulewicz, aresztowany we wrześniu 1940 roku, mąż więźniarki Stefanii Hulewiczowej.

Spośród straconych dnia 17 VII 1941 r. w Palmirach pamiętam:

Gawrońską, Nawrocką i jej córkę Irenę, Gabrielę Polkowską.

W grupie rozstrzelanych 28 V 1942 r. znajdowały się więźniarki:

Aleksandra Baranowicz Helena Dąbrowska Maria Dąbrowska Anna Gize Janina Górska Janina Kardej-Zamajska Helena Kuk

oraz długo więzione na Pawiaku, następnie wywiezione do Ravensbrück 22 IX 1941 r. i ponownie przywiezione stamtąd na Pawiak w styczniu 1942 roku:

Halina Czyżewska Elżbieta Danielewicz (Halszka) Anna Derecka Halina Kauczew vel Kautschew Mieczysława Kieszkowska Wanda Krąkowska Władysława Krupska Anastazja Księżopolska Zofia Kwiecińska Helena Rywczak Władysława Skowrońska Natalia Stefańska Maria Tokarska Maria Wawer Kamila Żukowska

Dnia 12 II 1943 r. w lasach chojnowskich pod Piasecznem rozstrzelani zostali w grupie 70 więźniów:

Edward Błoński, mąż więźniarki Marii Błońskiej. Kazimierz Skibniewski - brat Basi (zob. rozdział „Ciągły dyżur lekarski”). Zygmunt Słomiński - ojciec więzionej na Serbii inż. arch. Heleny Kurcjuszowej, były prezydent Warszawy.

Wśród straconych znalazła się także duża grupa aresztowanych dnia 6 II 1943 r. w domach przy ulicy Długiej, sąsiadujących z nrem 46, gdzie Gestapo wykryło tajną drukarnię „Szaniec”.

Z tych 26 kobiet rozstrzelanych w ruinach getta dnia 29 V 1943 r., pamiętam jedynie:

Ike-Dunikowską, Jadwigę Jaxa-Bykowską z nieletnią córką Hanką, Weronikę Kaleńską, Michalinę Wojciechowską - komisarkę straży więziennej na Mokotowie.

Tegoż dnia zginęli in. in.:

Gustaw Kaleński, prof. Czesław Jaxa-Bykowski i Lucjan Rościszewski, naczelny redaktor organu konspiracyjnego „Znak”.

W drugiej połowie lipca 1943 roku zostali straceni m.in.:

Janusz Miłaszewski - chirurg, mąż więźniarki Ireny Miłaszewskiej. Jan Mokrzycki - lekarz, mąż więźniarki Janiny Mokrzyckiej i Antoni Mokrzycki - lekarz stomatolog, ojciec Jana.

Prócz nazwisk, które już podałam w poszczególnych rozdziałach, pamiętam jeszcze nazwiska kobiet straconych w latach 1943-1944.

Czesława Aleksandrowicz - rozstrzelana w lipcu 1944 roku. Janina Bier - rozstrzelana latem 1944 roku. Zofia Brodzikowska - dziennikarka; rozstrzelana w styczniu 1944 roku. Zofia Chojnacka - nauczycielka; aresztowana w początkach 1942 roku, zamordowana w czasie przesłuchania na Pawiaku. Maria Ciętuszewicz - rozstrzelana w 1944 roku. Natalia Darnikiewicz - aresztowana w 1943 roku, w punkcie AK z radiostacją; stracona w początkach 1944 roku. Maria Dworakowska - młoda łączniczka, rozstrzelana w czerwcu 1944 roku. Jadwiga Dybowska - rozstrzelana w roku 1943. Wiktoria Dybowska - rozstrzelana w maju 1943 roku. Mira Floryńska - lat 30; aresztowana w styczniu 1944 roku, torturowana na przesłuchaniach, zabrana na egzekucję z kwarantanny. Stefania Fuksowa - rozstrzelana w 1943 roku. Janina Grójecka - rozstrzelana w 1943 roku w ruinach getta. Zofia Grudzińska - lat 18; katowana w Gestapo, rozstrzelana w połowie 1944 roku. Felicja Grunwaldowa i Aleksandra Antoniak - nauczycielki, przywiezione na Pawiak w kwietniu 1943 roku z więzienia w Siedlcach, gdzie były torturowane; obie rozstrzelano w maju 1943 r. Helena Gutowska - lat 18, uczennica; aresztowana w styczniu 1944 roku, rozstrzelana po tygodniu w grupie 6 kobiet. Alicja Hübner - lat 19; rozstrzelana w końcu marca 1944 roku. Krystyna Idzikowska - łączniczka Komendy Głównej Batalionów Chłopskich; zamordowana w Gestapo w 1944 roku. Maria Jenorowska - rozstrzelana w maju 1944 roku. Gabriela Jędruszko - lat 20, harcerka; rozstrzelana w połowie 1944 roku. Krystyna Kalusińska - kolporterka tajnej prasy; aresztowana 31 XII 1943 r.; rozstrzelana w lutym 1944 roku. Janina Konopczyńska - rozstrzelana w 1943 roku. Halina Kowalczewska - nauczycielka rytmiki; rozstrzelana w maju 1944 roku. Anna Koźmińska (ps. Basia) - łączniczka AK; rozstrzelana we Wrześniu 1943 roku. Kuberskie - dwie siostry; aresztowane pod koniec grudnia 1943 roku razem z ojcem i kuzynką; po dwóch tygodniach wszyscy zostali rozstrzelani. Michalczyk - młodociana; aresztowana w kwietniu 1943 roku w Siedlcach z rodzicami i braćmi; całą rodzinę, oskarżoną o przynależność do AK, stracono 23 V 1943 r. - z wyjątkiem matki i nieletniego brata.

Halina Miller - Żydówka, lat około 22; aresztowana pod nazwiskiem Maria Balsam, w jesieni 1943 roku będąc na Serbii pracowała w „czarnej” pralni. W niedługim czasie została stracona. Maria Mizger - aresztowana w marcu 1944 roku, rozstrzelana w kwietniu. Stefania Olszowska - administratorka domu nr 46 przy ulicy Długiej, gdzie Gestapo wykryło tajną drukarnię „Szańca”; aresztowana 6 II 1943 r., w trzy tygodnie potem została zastrzelona na Pawiaku przez Bürckla. Jadwiga Pankowska - rozstrzelana w lipcu 1944 roku. Papuzińska - rozstrzelana wiosną 1944 roku. Krystyna Pawłowska - konduktorka; w mieszkaniu jej znaleziono broń; rozstrzelana w czerwcu 1944 roku. Perucka - rozstrzelana w 1944 roku. Halina Pipiórska - aresztowana w drugiej połowie 1943 roku z dowodem rzeczowym (tajna radiostacja); rozstrzelana w grudniu 1943 roku (pracowała przez krótki czas jako porządkowa szpitala w październiku 1943 roku). Elżbieta Scheing (ps. Ciareczka) - rozstrzelana w getcie 27 V 1944 r. Irena Schönborn - lekarz stomatolog. Halina Sotomska - aresztowana w końcu 1943 roku; przy rewizji znaleziono w mieszkaniu tajną drukarnię. Rozstrzelana w początkach lutego 1944 roku. Krystyna Stalińska - łączniczka GL; aresztowana z bronią w sierpniu 1943 roku; rozstrzelana we wrześniu. Stypułkowska. Zofia Wądrychowska - pracownik Biblioteki Publicznej; rozstrzelana w 1944 roku. Aniela Załęska - studentka tajnego uniwersytetu; rozstrzelana w maju 1944 roku. Stanisława Maria Zybert (ps. Jagoda) - pracująca w łączności AK, siostra Barbary Zybert (ps. Romanowska), wywiezionej do Oświęcimia. Była aresztowana 19 XI 1943 r.; po kilku dniach zabrano ją z celi kwarantannowej i rozstrzelano (25 XI 1943 r.). Gestapo aresztowało również jej szefa organizacyjnego, Wojciecha Liliensterna (ps. Wiktor) - zginął w egzekucji jesienią 1943 roku.

Ostatnie dni na Pawiaku
Po naszym wyjściu zostało na Pawiaku ponad 70 uwięzionych; w grupie tej znajdowało się 27 kobiet, wśród nich 18 chorych i 3 ciężarne. Tego dnia, tj. 31 VII 1944 r., Gestapo przywiozło jeszcze ponad 30 nowo aresztowanych. Według informacji pozostałej na Pawiaku więźniarki, Marii Janiszewskiej, wszystkich (prócz 9 kobiet) stracono dnia 13 VIII 1944 r. w ruinach getta. Wśród straconych byli:

Maria Herburt. Marian Korzybski - porządkowy szpitala męskiego na Pawiaku. Ksiądz Krupiński. Majewicz - aresztowany pod nazwiskiem Józef Fuziński, major, zrzutek spadochronowy; porządkowy szpitala męskiego na Pawiaku. Władysław Markowski - major. Dwie matki z kilkudniowymi noworodkami.

Załogę gestapowską Pawiaka wzmocnił w sierpniu oddział Wehrmachtu. Kilkakrotne próby odbicia więzienia spełzły na niczym - oddziały powstańcze nie mogły sforsować pawiackiej twierdzy.

Dnia 18 VIII 1944 r. rozstrzelano 2 kobiety:

Irenę Anioł - powinowatą Marii Curie-Skłodowskiej, matkę zamordowanego na Szucha Janusza (lat 20). Halinę Tulińską - żonę majora WP; w 7 miesiącu ciąży.

Ocalało 7 kobiet, między nimi:

Halina Cybula. Maria Janiszewska - urzędniczka Szpitala Przemienienia Pańskiego. Krystyna Ossowska - lekarz. Stanisława Wójcik - położna.

Dnia 21 VIII 1944 r. gestapowcy wysadzili Pawiak w powietrze.

Portret autorki, wykonany na Serbii w roku 1943 przez współwięźniarkę, dekoratorkę Teatru Polskiego W Warszawie, Wandę Jewniewicz.

„Czytelnik . Warszawa 1965. Wydanie I. Nakład 20 280 egz. Ark. wyd. 20,75. Ark. druk. 23,25. Papier druk. m/gł. kl. V, 70 g, 86X122 z Częstochowy. Oddano do składania 10 marca 1965. Podpisano do druku 24 lipca 1965, Druk ukończono w sierpniu 1965. Zakłady Graficzne w Toruniu Zam. nr 769 - G-12 - Cena zł 20.Printed In Poland Opracowanie graficzne Tadeusz Michaluk Szkice sytuacyjne Pawiaka (na podstawie książki L. Wanata „Za murami Pawiaka”) i Serbii (według wskazówek autorki) wykonał Zdzisław Topolewski