You are on page 1of 10

Pijaństwo staropolskie

Wiemy ze żródeł historycznych, że od początku dziejów Polski towarzyszy nam używanie, a w pewnych okresach historii, nadużywanie alkoholu. Wiemy, że pierwszą tego typu używką było piwo. Produkowane dość prymitywną metodą domową osiągało 3 procent mocy. Od Niemców nauczyliśmy się preparowania słodu i używanie chmielu, wtedy to nowsze piwo prawie niczym nie różniło się od dzisiejszego, było dość mocne, miało od 6 do 10 procent alkoholu. Mimo że inne napoje alkoholowe znane były w Polsce, piwo poprzez wieki do dzisiaj jest najpopularniejszym trunkiem. Pito go dużo, bardzo dużo i to codziennie. Szlachcic wlewał w siebie 3 litry tego płynu każdego dnia. Najczęstszym polskim śniadaniem, i to we wszystkich warstwach społecznych, była zalewka piwna - u ludzi biedniejszych to „cienkie” piwo i wdrobione w nie kawałki chleba, u bogatych to bardziej skomplikowany posiłek. Anonimowy kucharz Radziwiłłów poleca by do piwa „wbić cztery żółtka, wlać mleka trochę słodkiego i dodać masła kawalec”. Polska fantazja i w tym wypadku zadziałała: dodawano do tego „posiłku” szereg innych produktów jak korzenie, miód, itd. Dotarłem do ciekawego żródła historycznego: w Krakowie pobierano cło od sprowadzanego do miasta piwa. W ciągu jednego roku w XVI w. oclono ok. 750 tysięcy litrów piwa, co się przekłada na 1750 litrów na głowę każdego mieszkańca miasta, a więc i dzieci, starców, kobiety. Gdyby nawet nie używano innych alkoholi to ta statystyka wystarczy by przypuszczać, że prawie każdy Krakowianin przez całe jego dorosłe życie musiał być permanentnie„zawiany. Dość wcześnie w Polsce zaczęto produkować miód pitny. Produkcja była bardziej skomplikowana i trwała dłużej niż piwa, dlatego tej napój był drogi i i z tego przede wszystkim powodu mniej popularny. Dopiero w XVII w. doprowadzono produkcję miodu pitnego do perfekcji smakowej; dodawano różne przyprawy korzenne i zioła. Najsłynniejszym z tych miodów był produkt zwany lipcem. Miód pitny był niekiedy łączony w owocami, jagodami wiśni, malin i innymi; powstawały wspaniałe wiśniaki, maliniaki, to były małe arcydzieła, więc tajemnicami produkcji nie dzielono się, były to sekrety rodzinne. Najczęściej babcia była najbardziej kompetentną w produkcji tych napojów, więc i dzisiaj, nawet tu w Kanadzie, można na półkach w sklepach alkoholowych znaleźć produkty z dodatkiem słowa „babuni” w nazwie alkoholu.

Wódkę domową metodą produkowano chyba jeszcze przed przyjęciem chrześcijaństwa w Polsce. Mocniejsze wódki około siedemdziesięcioprocentowe nazywano okowitami (od łacińskiego wyrażenia aqua vitae - woda życia), lżejsze, takie jakie dziś pijemy, po prostu wódkami, słabe 15-20 procentowe, „prostkami”. Do produkcji wódek dodawano często orzechy, anyż, kminek i inne tego typu produkty. Orzechówki, kminkówki, a szczególnie anyżówki traktowano jako lekarstwo, trzymano je pod kluczem z innymi drogimi produktami jak rodzynkami, droższymi przyprawami np. szafranem, który i kiedyś i dzisiaj jest droższy od złota. Najdroższą i najbardziej znaną wódką, nie tylko w granicach Polski, była wódka gdańska – to mocna anyżówka z cienkimi blaszkami złota w butelce. Im bardziej produkcja tego alkoholu stawała się skomplikowaną, tym szybciej wzrastała jego cena na rynku. Nie pito go na codzień, na codzień zalewano się gorzałą i nawet obcokrajowiec Ulrych Wardum zauważył, że i arystokraci nie gardzili nią: ”wożą ją ze sobą w swych puzderkach i muszą się jej napić nawet co godzinę”. Powstał w Polsce zwyczaj, że z okazji urodzin dziecka beczułkę wódki zakopywano lub trzymano w piwnicach aż do czasów jego ślubu. Była to tzw. starka. Dzisiaj w Polsce jedna mała firma prywatna w Szczecinie ją produkuje. W czasie mego pobytu w Polsce kilka lat temu obiegłem całą Warszawę by zdobyć butelkę tego trunku. Nadaremnie. Dopiero w Lublinie znalazłem starkę, ale tylko piętnastoletnią. Zapłaciłem dużo, nawet nie chcę sobie wyobrażać ile kosztowałaby mnie pięćdziesięciolatka - na szczęście dla mego portfela nie znalazłem jej na półkach. Nawet ten tak stosunkowo młody produkt jest wspaniały. Kolorem (bo leżakuje w beczkach dębowych) i nawet trochę smakiem przypomina dojrzały koniak. Polacy mieli więc własny „koniak”, nie musieli wydawać kroci za produkt francuski. ”Napój pański” - wino - znane było w Polsce już w X wieku, ale najpopularniejsze stało się dopiero w wiekach XVI i XVII. Ocieplenie klimatyczne w Polsce w tym czasie i trochę wcześniej pozwalało na uprawę szczepów winnych szczególnie w okolicach Zielonej Góry. Produkowane tu wina były tańsze i używali je ci z mnieszymi trzosami. Król, arystokracja, a potem bogatsza szlachta delektowali się rieslingami, ale przede wszystkim winami z Węgier zwanymi węgrzynami, najbardziej cenionym węgrzynem był wtedy i jest dzisiaj tokaj. Zapotrzebowanie było tak ogromne, że niekiedy na pniu zamawiano z góry całą produkcję roczną Węgier, a gdy nawet i to nie wystarczało na zaspokojenie rynku polskiego, bogatsi arystokracji wykupywali tam winnice, by dostawa na ich stół była zapewniona. W okresie kiedy wino stało się najbardziej popularne na

stołach bogaczy pito go dużo. Lekarz niemiecki J.J. Kausch podaje, że Polak potrafi w ciągu dnia, poczynając od południa, wypić 10 do 12 kwart (prawie tyle samo litrów) „nektaru węgierskiego”. Znane jest w ekonomii prawo popytu i podaży: w dawnej Polsce popyt na alkohol był ogromny; nie było innej opcji, i podaż musiała mu dorównywać. W dawnej Polsce arystokracja, wyższe duchowieństwo i bogata szlachta niewiele mieli do roboty, szczególnie w okresie pokoju. Czas zapełniali wszelkiego rodzaju rozrywkami. Okazjami były uroczystości rodzinne, wydarzenia roku kościelnego, tradycyjne, często jeszcze pogańskie obyczaje. Korzystano z każdej okazji, nawet pogrzebów, by świętować – jeden z Radziwiłłów wyprawił taki pogrzeb ojcu że wydatki równały się wartości kilkunastu wiosek. Najczęstszym sposobem „zabicia” czasu były bale, a okazji do nich było co nie miara. I im Polska stawała się krajem słabszym, uzależniającym się coraz bardziej od sąsiadów, tym huczniejsze były bale, tym wystawniejsze uczty. Osiągnęły swój zenit w czasach panowania w Polsce dwóch Sasów, czyli w XVIII w. Każdy historyk sięgający do tego okresu nie pomija nigdy dwóch niedokończonych dzieł niejakiego Jędrzeja Kitowicza: Pamiętnik, czyli Historia Polski (obejmuje lata 1743-1798) i jeszcze ważniejszego żródła historycznego Opis obyczajów za panowania Augusta III. Autor był mieszczaninem. Celowo wybrał stan duchowny, bo mu dawał szanse życiowe, ale już po roku pobytu w seminarium duchownym musiał je opuścić. Służył jako pisarz lub sekretarz u kilku notabli świeckich i duchownych. Teraz już nie było problemu spełnić swoje marzenia przy takiej protekcji. Bez studiów zostaje księdzem. Pod koniec życia będąc już proboszczem w swej posiadłości w Rzeczycy pisze te dzieła, Nie znany powodów dla których ich nie dokończył. Opis obyczajów kończy się na wstępnym rozdziale o obyczajach stanu chłopskiego – ten brak dalszego ciągu to wielka strata dla nas, bo na ten temat wiemy bardzo mało z innych żródeł. Tekst tych dzieł nie jest tekstem literackim, co nie przeszkadza historykom, ale bardzo raduje językoznawców, bo to niejako okno na świat języka potocznego, jakim w wyższych sferach posługiwano się w owych czasach. Język Kitowicza rozmija się często z gramatyką, jest dosadny, niekiedy rubaszny. Teksty są jednak krytyczne, podają masę szczegółów obyczajowych: po prostu prawdziwa kopalnia żródłowa.

Uczty, zawsze mocno zakrapiane, odbywały się często przed dniem otwarcia obrad sejmów i sejmików. Możni zawsze mieli jakieś sprawy do załatwienia na sejmie dlatego karmili darmowo i rozpijali każdego kto nosił szablę, bo zależało im na ich „kreskach”, czyli głosach. Gdzieś na błoniach pod Warszawą czy w innych miejscach były to niesamowite widowiska tysięcy pijanych, dymiących głów. Szlachta zjeżdżała się na te spotkania wcześnie, nawet na kilka tygodni przed rozpoczęciem sejmu, by jak najwięcej skorzystać z darmochy. Ten czas to był swego rodzaju okresem przedwyborczym z tą różnicą, że kiedyś coś dawano, dzisiaj się tylko obiecuje. Uczty w rezydencjach z jakiegokolwiek powodu, czy nawet bez powodu, zaczynały się po południu. Często uczestniczyło w nich już nie dziesiątki, ale setki osób. To był ściśle ustalony i uświęcony tradycją ceremoniał. Na stole był zawsze obrus nie dla dekoracji, ale by było czym wycierać ręce upaprane tłuszczem. Nakrycie stołu zależało od zamożności gospodarza oraz okazji i statusu społeczego gości. Były to srebra, ale często używano naczyń cynowych, glinianych, a nawet drewnianych. O sztućce nie dbano. Każdy szlachcic wyjeżdzając z domu wkładał za pas łyżkę, a gdy jej zapomniał zabrać ze sobą, pożyczał łyżkę od sąsiada, lub robił ją sobie ze skórki chleba. „Widełki” czyli widelce, choć znane były w Polsce od początku XVII w., zaczęto je używać dopiero jakieś sto lat póżniej. Pokarmy były tłuste i pikantne, zawsze jakoś przyozdobione. Niekiedy na stoły wjeżdżały całe pieczone dziki czy inne zwierzaki. Były też poza mięsami ryby, bigosy, sosy, zupy. Pokarm rwano i nabierano rękami, tylko gdy rękami nie dało się coś ściągnąć na swą michę, sięgano najczęściej do łyżek. Nikt nie dbał nawet o podstawową higienę, nikt nie mył rąk, bo od tego był obrus czy wierzchnie odzienie ucztującego. Przestrzegano jednej zasady: pokarmy brano prawą ręką, bo lewa była zarezerwowana do ocierania nosa. Kości i niedojedzone resztki rzucano po prostu pod stół gdzie krążyły psy. Było dużo służby do obsługi, najwięcej tych co pilnowali by kielichy ucztujących nie były puste, bo przecież gdyby ktoś trzeźwy wyszedł z uczty to prawdziwa hańba dla domu. Gdy ktoś musiał wcześniej wyjść, musiał wypić strzemiennego, czy wiele strzemiennych w różnych intencjach. Po tym już przeważnie wychodził nie o własnych siłach. Najczęściej kończono ucztę zwalając się pod stół. Psy znając swoje w czasie uczty obowiązki wylizywały reszki tłustości z twarzy i rąk delikwenta. Uczta kończyła się

najczęściej nad ranem gdy większość gości spoczywało już pod stołem, a ci bohaterzy z „mocniejszą głową” którzy jeszcze byli w pozycji stojącej zabierali się do demolowania miejsca. Jeden z badaczy obyczajów staropolskich Zbigniew Kuchowicz tak opisuje ich wyczyny: „Ci co jeszcze trzymali się na nogach urządzali nieopisany harmider. W alkoholowym zamroczeniu tłukli szyby, szklanki, gasili świece, porywali się czasem do szabel i obuchów, płazowali służbę, wyrywali włosy z czupryn, pojedynkowali się”. Nic dziwnego że z takich uczt wracało się niekiedy bez nosa, ucha, z guzami. Wchodziło się wtedy automatycznie w kilkudniowy czy kilkutygodniowy okres rekonwalescencji, aż do następnej uczty. Na bogatych ucztach staropolskich nie tylko jedzono i pito. Była tu orkiestra domowa lub wypożyczana na tę okazję. Funkcjonowali na galerii czy ganku, a gdy dla muzyków nie było takich miejsc, budowano im na sali przyjęć na wyniesieniu coś w rodzaju balkoniku zbudowanego tylko na daną uroczystość. Tańczono tańce przeważnie francuskie, włoskie i rodzime, wynajmowano kuglarzy, niespici jeszcze uczestnicy balu popisywali się zręcznością szczególnie z użyciem szabli, jakiś stary bajarz opowiadał niestworzone historie, wymyślano też zabawy ad hoc np. szybkie dotykanie różnych części ciała po każdym łyku trunku poczynając od jednego włosa brody czy wąsów, potem trzeba było szybko powtórzyć te czynności dwa razy w tej samej kolejności. Kto się pomylił był „karany” ekstra kielichem trunku. Gdy kielichy potłuczono, pito z pantofelków dam czy nawet z obuwia oficjałów. W czasie uczt żołądek trzeba było „podbudować” jadłem przed wielkim pijaństwem. Podawano najpierw lżejsze kalorycznie dania, a po nich lżejsze alkohole w małych kieliszkach. Zaczęło się witanie gości, ważniejsze figury na stojąco, mniej ważne już na siedząco. To była prawdziwa zaprawa fizyczna, tych wstawań i siadań było dziesiątki i to nie raz, ale wiele razy w trakcie uczty. Tylko osoby chore, bardzo stare, czy wielcy oficjele nie musieli wstawać. Kitowicz pisze:” Więc gdy jedni drugich zdrowie pili, robił się hałas do kościelnego podobny, kiedy lud za plebanem mówi spowiedź powszechną”. Po tym wstępnym ceremoniale podawano drugie danie - pieczyste - kielichy zmieniono na duże (przeważnie półlitrowe). Następował kluczowy punkt uczty – toasty tym razem za nieobecnych. Na pierwszy ogień szedł zawsze król jegomość, póżniej prymas, potem w kolejności królowa, następnie kilku

innych ważniejszych urzędników państwa czy terenu, na którym odbywała się uczta. Potem pito „ichmościów dam, ichmość duchowieństwa, ichmć wojskowych, prześwietnej palestry, ichmć obywatelów, a na ostatku, żeby nikomu krzywdy nie było, całej kompanii zdrowie”. (Kitowicz). Ważniejsze osobistości honorowane były specjalnym dla każdej osoby kielichem, który szedł w obroty. Nalewano do nich najlepszy trunek jaki gospodarz miał w domu. Ktoś z gości, by zwrócić na siebie uwagę, lub przypodobać się jakieś ważniejszej personie, o swój ogolony łeb rozbijał ów kielicz, a to znaczyło, że osoba której zdrowie się piło jest tak znakomita, że nie wypada, by z tego kielicha ktokolwiek kiedykolwiek jeszcze pijał. Za szkodę trzeby było póżniej gospodarzowi zapłacić jedną czy dwiema wioskami. Gdy zabrakło toastów pito „ w ręce”, np. „W ręce Waszmości”, „w ręce WMPana”, „ w ręce Mci Panie Wojewodo”, itd. Niektórzy o słabszych głowach (czy raczej wątrobach) mieli koło siebie wiernego sługę, który w zamieszaniu niezauważony wypijał puchar pański, a gdy i on miał dość, dyskretnie wylewał jego zawartość do nierzucającego się w oczy pojemnika. Gospodarz musiał utrzymać trzeźwość, musiał funkcjonować do czasu, gdy już wszyscy byli spici, powaleni pod stołem, czy w miejscu dokąd zaniosły ich nogi. Chwytał się najczęściej różnych fortelów: udawał na przykład tylko że pije, lub wypijał minimalne ilości trunku, nikt nie zaglądał mu do kielicha, dolewano mu do kielicha niewiele, choć wytrenowany sługa, prawdziwy artysta w swym fachu, zręcznie udawał, że leje dużo. Najczęstszym fortelem było kolorowanie wody, tak żeby nie różniła się wyglądem od wina (piwo trudniej było podrobić ze względu na piankę) i picie jej, a zawiane towarzystwo myślało, że pan gospodarz tak jak oni oddaje się pijaństwu. Kacowi trzeba było jakoś pomóc. Najskuteczniejszym był tzw. „kaliszanin”, czyli mieszanka piwa, francuskiego wina, soku cytrynowego, cukru i utartego chleba. Mam wątpliwości czy to komukolwiek w czymkolwiek mogło pomóc, wierzyli w ten lek przepici i to było najważniejsze. Zakończę tę część artykułu słowami gawędziarza nad gawędziarze, wspomnianego Kitowicza - zrobi to dużo lepiej ode mnie: „To było największym zamiarem owego traktamentu i ukontentowaniem gospodarza, kiedy słyszał nazajutrz od służących, jako żaden z gości trzeźwo nie odszedł, jako jeden, potoczywszy się,

wszystkie schody tocząc się kłębem przemierzył; jako drugiego zaniesiono do stancji jak nieżywego; jak ów zbił sobie róg głowy o ścianę; jak tamci dwaj, skłóciwszy się, pyski sobie powycinali; jako nareszcie ten jegomość, chybiwszy krokiem, upadł w błoto, a do tego ząb sobie o kamień wybił”.

Przeglądając żródła historyczne na ten “ekscytujący” temat znalazłem życiorysy kilkunastu denatów. Ale w żadnym żródle nie znalazłem tak zwariowanych typów jak u nieocenionego Kitowicza. Wybrałem dla czytelnika trzech, dwóch z Królestwa, jednego z Litwy. Wszystkie cytaty w cudzysłowach będą z jego słynnego dzieła o obyczajach w czasach króla Augusta III Sasa. Zacznijmy od bardzo pobożnego pijaka. Mowa tu o Piotrze Borejce kasztelanie zawichostskim. Był to silny, zdrowy, wysoki mężczyzna. Co jakiś czas, gdy go napadał szał picia, rozpisywał listy do sąsiednich klasztorów, by mu przysłano po dwóch braciszków dla zaspokojenia jego potrzeb duchowych. Przełożeni klasztorów wiedzieli o jakie potrzeby chodzi, wysyłali zakonników z najmocniejszymi głowami i o niezniszczonych jeszcze wątrobach. Borejko w swym zamku przygotowywał otwarcie w kilku pokojach „klasztoru” i „oznajmiał domownikom swoim, że to jest klasztor do którego po zamknięciu nikogo nie wpuszczano, ani z gości, ani domowych, ani żony, ani żadnej kobiety, choćby nie wiedzieć jaka była potrzeba”. Następowała kilkudniowa pijatyka. By oszczędzić zakonnikom trudu wdrapywania się na łóżka podłogę wyścielono kobiercami i słomą. Z góry wyznaczono zakonnika ze święceniami kapłańskimi do odprawienia następnego dnia Mszy św., odcinano go od alkoholu na godzinę przed północą, tak na wszelki wypadek gdyby zegar nie pokazywał właściwego czasu i przez nieumyślne przeciągnięcie picia poza północ nie obrazić Pana Boga (wiadomo że przed Mszą trzeba było pościć i nic nie popijać, z wyjątkiem wody od północy - dawano sobie jedną godzinę tak na wszelki wypadek). Żadnych obowiązków zakonnych nie zaniedbywano, przy głównych drzwiach tego „klasztoru” był nawet dzwon zakonny nawołujący do odpowiednich pobożnych funkcji. „Wszakże przy tym wszystkim (to jest pijaństwie) pacierze kapłańskie musiały być we swoich godzinach odbyte i pan Borejko sam ich z kapłanami odprawował”. „Klasztor” trwał od 3 do 5 dni, a długość tego czasu zależała od „panującej w pijakach dewocji”. Zakonnicy

ledwo żywi po takich doświadczeniach wracali do swych klasztorów szczodrze obdarowani; przeorowie nie palili się jednak, mimo bogatych darów, do wystawiania swych podwładnych na podobne doświadczenia. W takiem sytuacji gdy nie udawało się zorganizować następnej sesji klasztornej Borejko miał w zanadrzu plan B. Na rozstajach dróg wybudował kapliczkę św. Jana Nepomucena i w przy niej czekał „aż ktoś nadjedzie, albo nadyńdzie z podróżnych: ksiądz, braciszek, kwestarz, szlachcic, mieszczanin, chłop, Żyd, dziad zgoła, byle człowiek”. (Nie ma mowy o kobietach: chyba Borejko nie zaliczył ich do kategorii „byle człowiek”). W tak zebranym towarzystwie urządzał solidną, ale pobożną popijochę, bo przecież pod czujnym okiem świętego. Dwaj inni pijusy to już nie dziwaczne religijne typy, to niebezpieczni przestępcy powodujący śmierć ludzi przymuszanych do pijaństwa. Jednym z nich był Adam Michałowski, krajczy koronny. W swej pijackiej norze w Bąkowej Górze częstował kompanów trunkiem serwowanym w półgarncowym (dwulitrowym) kielichu nazwanym z fantazją „corda fidelium” (serca wiernych). Nie tylko trzeba było wypić jego zawartość, ale wypić duszkiem. Nie każdemu udawało się to zrobić, więc kielich znowu wypełniano i ofiarę przymuszano by pił duszkiem i tak aż do utraty przytomności. Niektórzy wychodzili z tego obronną ręką, inni umierali. Nikt nie traktował tego jako zabójstwa nieboszczyk sam sobie zawinił, a faktycznie zawiniła „słaba głowa”,więc tak mu było pisane. Wreszcie znalazł się ktoś, kto upokorzył butnego magnata; był to braciszek kwestarz z pobliskiego klasztoru. Przeor wyznaczał młodych silnych braciszków za kwestarzy, bo chodząc po prośbie na rzecz zakonu najskuteczniejszą bronią by nakłonić do hojności było upicie darczyńcy. Przy takiej okazji trzeba było samemu zdrowo wypić. Taki to braciszek zjawił się pewnego dnia w Bąkowej Górze. Nie było mowy o jakimś datku dla klasztoru dopóki nie zamoczył swych ust w alkoholu z corda fidelium. Braciszek udawał niedoświadczonego, wzbraniał się, ale gdy przyłożył usta do pucharu widać było że jest zawodowcem w tym fachu. Pod koniec wysuszania kielicha łapał oddech, dolewano płynu, powtórzyła się ta sama historia aż sześć razy, a ten ciągle okazywał chęci kontynuowania. Jak i gdzie w sobie umieścił aż 12 litrów alkoholu, tego historia nie podaje. Wreszcie pan krajczy uświadomił sobie, że brzuch pobożnego braciszka to studnia bez dna, przepędził go z pałacu, zabronił mu się kiedykolwiek

pojawiać w pobliżu, no ale honor nie pozwolił mu zapomnieć o hojnym datku dla klasztoru. Najniebezpieczniejszym pijakiem, który zabijał kompanów już nie tylko alkoholem ale bronią był Karol książę Radziwiłł, wojewoda wileński, znany bardziej z przydomku „Panie Kochanku” (bo tak się do każdego rozmówcy zwracał), niż z imienia. ”Nic to było u niego strzelić w łeb człowiekowi” informuje nas Kitowicz. Ponieważ był wielką figurą w państwie i był bardzo hojny, uchodziło mu to na sucho. W czasie uczt szalał: Oto co dalej pisze Kitowicz: „Mazał się przyrodzeniem (publicznie się onanizował) ... Prócz takiej rozpusty drugą zabawą pijaństwa były żarty...skropić kijem z tyłu, ...pijącemu przybić kielich do gęby aż do zachłystnienia, nalać z tyłu za kołnierz wina leniwie pijącemu, dwom rozmawiającym z sobą z bliska zetnąć głowy silnie aż do wytryśnięcia guzów na czołach, wyrządzać figle sztuczne z obrazą wstydu białej płci (chyby to były dość wstrętne figle, jeśli ich opis nie nadawał się do upublicznienia) - to było najmilszą zabawą Radziwiłła”. Najsłynniejszym tego typu wyczynem była sprawa ze swym najbliższym kompanem od kielicha Pacem, pisarzem wielkim litewskim. Kiedyś tak bardzo dokuczył Pacowi, że ten go wyzwał na pojedynek. Radziwiłł zamiast przyjąć wyzwanie, zakuł kompana w kajdany, rzucił do lochu, po kilku dniach kazał go wyprowadzić na plac publiczny na ścięcie. Wszystko się rozwijało według dość skomplikowanego ceremniału egzekucji, był kat, był spowiednik, byli przy Pacu wszyscy oficiele tej ceremonii. Radziwiłłowi padali do nóg wszyscy uczestnicy jego balów i sam Pac z prośbą by mu darował życie, Radziwiłł ciągle udawał zagniewanie. Dopiero gdy Pac poprosił o „poprawienie” spowiedzi (widocznie nie spowiadał się dokładnie i szczerze, gdy jego życie nie było zagrożone), wtedy wojewoda powiedział, że to wszystko komedia. Nastąpiła wielka pijatyka z Pacem ciągle w „koszuli śmiertelnej”. Wojewoda go hojnie obdarował, niestety obdarowany nie miał czasu by się nacieszyć podarunkami, bo „śmiercią zmięszany, a potem nagłą radością przejęty, przymuszony ... do pijatyki, wpadł w chorobę i trzeciego dnia umarł”. (Pijaństwo staropolskie, Alkohole strapolskie, Słynni pijacy, Piotr Borejko; Adam Michałowski, Karol Książe Radziwiłł, Panie Kochanku, Pac, Władysław Pomarański)