WĘŻOPANNA Z WEGI 1

Dla mnie historia ta rozpoczęła się w czasie spaceru nad kraterami Kilimandżaro, od spotkania z Lusinem lecącym na ognistym smoku. Nie lubię latać na smokach, bo trąci mi to starożytną teatralnością, a powolnych pegazów wręcz nie znoszę. Na Ziemi posługuję się zwyczajną wygodną awione-tką, pojazdem niezawodnym. Ale Lusin nie potrafi sobie wyobrazić podróży bez użycia smoka. W szkole, kiedy te cuchnące potwory dopiero wchodziły w modę, Lusin wdrapał się na ćwiczebnym smoku na Czomolungmę. Smok wkrótce zdechł, chociaż był w masce tlenowej, a Lusinowi zakazano przez miesiąc pojawiać się w stajni. Od tego czasu upłynęło czterdzieści trzy lata, ale Lusin nie zmądrzał. Powtarza ciągle, że odzywa się w nim dusza przodków, którzy ubóstwiali te dziwne stworzenia, lecz moim zdaniem zwyczajnie pozuje na oryginała. Zupełnie tak samo jak Andre Szerstiuk. Obaj gotowi są wyleźć ze skóry, aby tylko kogoś czymś zadziwić. Tacy już są. Kiedy więc znad Oceanu Indyjskiego nadleciał skrzydlaty smok otoczony kłębami dymu i językami płomieni, od razu domyśliłem się, kto go dosiada. Istotnie, Lusin krzyknął na powitanie i wylądował na urwistym stoku krateru Kibo. Zatoczyłem kilka kręgów w powietrzu, aby obejrzeć sobie „wierzchowca", po czym również wylądowałem. Lusin podbiegł do mnie i serdecznie uściskał. Nie widzieliśmy się od dwóch lat. Przyjaciel rozkoszował się moim zdumieniem. Smok był duży, miał około dziesięciu metrów długości. Rozciągnął się bezwładnie na kamieniach, zamknął ze zmęczenia wypukłe, zielone oczy, a jego chude boki opancerzone pomarańczową łuską wznosiły się i zapadały. Spotniałe skrzydła zwierzęcia drgały spazmatycznie, nad jego głową kłębił się dym, przy wydechu z paszczy tryskał płomień. Ognistego smoka widziałem po raz pierwszy. — Ostatni model — powiedział Lusin. — Hodowla zajęła mi dwa lata. Koledzy z INF chwalą. Ładny, prawda? Lusin pracuje w Instytucie Nowych Form i nieustannie chełpi się, że syntetyzuje żywe istoty, jakich natura nie zdoła wytworzyć w procesie ewolucji nawet za miliard lat. Coś niecoś, na przykład mówiące delfiny, istotnie mu się udało. Ale smok dymiący jak wulkan nie wydał mi się piękny. — Masz zamiar straszyć nim dzieci? — zapytałem. Lusin czule poklepał smoka po jednej z jego dwunastu żabich nóg. — Efektowny. Zawieziemy na Orę. Niech oglądają Drażni mnie, jeśli ktoś mówi o Orze. Połowa moich przyjaciół tam leci, a mnie się nie udało. Złości mnie nie ich szczęście, lecz to, że w najwyższym stopniu interesujące spotkanie z mieszkańcami innych światów przekształcają w

prymitywną wystawę zabawek. Czego też oni na tę Orę nie zabierają! — Brednie! Nikt tam nawet nie spojrzy na twoje wykopalisko. Każdy Niebianin jest stokroć bardziej niezwykły niż wszystkie wasze cudactwa razem wzięte. Sądzę, że maszyny będą ich ciekawić przede wszystkim. — Maszyny tak! Zwierzęta również! Wszystko! — I ty również! — rzuciłem ze złością. — Piękny okaz człowieka piątego wieku: rudowłosy, żółtooki, wzrost metr dziewięćdziesiąt dwa, wiek pod sześćdziesiątkę, samotny. Żeby tylko nie zakochała się tam w tobie jakaś myśląca ropucha! Nawet na swoim smoku nie uciekniesz! Lusin uśmiechnął się i pokiwał głową. — Zazdrościsz, Eli. Odwieczne uczucie. Starsze od smoków. Rozumiem. Sam bym na twoim miejscu. Przyzwyczailiśmy się do stylu Lusina, ale nieznajomi czasami nie mogą go zrozumieć. Nie lubi zresztą rozmawiać z nieznajomymi. Jego wyrzuty zdenerwowały mnie. Oburzony odwróciłem się. Lusin położył mi rękę na ramieniu. — Spytaj jak? — poprosił smutnym głosem. — Ciekawe. Skinąłem głową, aby nie sprawić mu zawodu swoją obojętnością. Z jego opowiadania dowiedziałem się, że w żołądku potwora syntetyzują się substancje palne i że samego smoka ani to ziębi, ani grzeje. Lusin pracuje nad tematem: „Materializacja potworów ze starożytnych podań". Smok ziejący ogniem jest czwartym jego tematem, a potem zamierza stworzyć skrzydlate asyryjskie lwy i pła-zopodobne egipskie sfinksy. — Chcę boga Hora z sokolą głową. Jeszcze nie zatwierdzony. Mam nadzieję —powiedział Lusin. Przypomniałem sobie, że Andre wiezie na Orę swoją symfonię „Harmonia gwiezdnych sfer" i że prawykonanie tego utworu odbędzie się dziś wieczorem w Kairze. Powątpiewam co prawda w talenty muzyczne Andrć, ale wolę już muzykę niż dymiące smoki. Lusin poderwał się. — Nie wiedziałem. Lecimy do Kairu. Ja przodem. Do dworca rakietowego. — Sam się rozkoszuj trującymi wyziewami twojego potwora — powiedziałem. — A ja tradycyjnie: raz, dwa i już przeleciałem sto kilometrów. Udało mi się wyprzedzić Lusina o blisko dwadzieścia minut. Czekając na niego umówiłem się z obsługą stacji, że nakarmią smoka w stajni pegazów. Na każdym dworcu rakietowym jest obecnie zagroda skrzydlatych koni, specjalnie dla turystów. Moja prośba nie wzbudziła wielkiego zachwytu, który zupełnie się ulotnił, kiedy powiedziałem, że smok jest ognisty. Zadziorne pegazy nienawidzą flegmatycznych smoków i kiedy tylko je dostrzegą, natychmiast rzucają się na nie z góry. Oczywiście ani kopyta, ani zęby nie mogą uszkodzić łuski, ale zwariowane konie atakują uparcie aż do całkowitego wycieńczenia. Nie rozumiem zupełnie, czemu Grecy wybrali kiedyś do swych poetyckich lotów to szybko nużące się w powietrzu zwierzę. Wolałbym osobiście wznosić się

ku artystycznym wyżynom na kondorach lub gryfach, które wzlatują wyżej i doskonale szybują nad Ziemią. Pomachałem ręką do wolno zbliżającego się Lusina. — Pospiesz się, bo się spóźnimy! Możesz swojego wulkanopodobnego pieszczocha zostawić tutaj. Obiecano mi, że pegazów do niego nie dopuszczą.

2
Pierwszym znajomym spotkanym w Kairze był Allan Croose, również szkolny kolega. Przyleciał dwie godziny przed nami i szedł właśnie do Izby Tras Gwiezdnych. W ręku niósł walizeczkę jak zwykle pełną książek. Allan ubóstwia te starocie. Pod tym względem podobny jest do Pawła Romero, który także nie odrywa się od książek. Paweł ślęczy nad nimi, bo taki jest jego zawód, Allan natomiast grzebie się w nich dla przyjemności. Pełniej się czuje współczesność, kiedy się trzyma w ręku zetlałe gazety z dwudziestego wieku — mówi ze śmiechem. Allan zawsze albo gniewa się, albo się śmieje. Gniew i radość nie są krańcowymi, lecz sąsiadującymi stanami jego psychiki. Albo jest oburzony, albo pełen zachwytu wywołanego tym tylko, że nie jest oburzony. Dowiedziawszy się, dokąd idziemy, stanął jak wryty. — Tylko po to przyjechaliście do Kairu? Mogliście przecież włączyć salę koncertową i z daleka rozkoszować się muzyką. Pociągnąłem go za rękaw. Nie lubię, kiedy ludzie ni z tego, ni z owego zatrzymują się w pół kroku. — Symfonii Andre należy słuchać w specjalnych halach. Jego muzyka nie jest przyjemnością, lecz ciężką pracą fizyczną. Allan poszedł z nami. — Muszę porozmawiać z Andre — powiedział groźnym tonem. — Natrę mu uszu po koncercie. Ostatni model jego ruchomego deszyfratora jest do niczego. — Zwolnij kroku i nie machaj mi tym kufrem przed nosem. Pewnie masz tam pięćdziesiąt kilogramów? — Sześćdziesiąt trzy. Posłuchajcie, jaka głupia historia przydarzyła się nam na Procjonie przez niedbalstwo Andre. O głupiej historii na Procjonie już słyszeliśmy. Znali ją wszyscy mieszkańcy Ziemi i planet układu. Wyprawa Allana sprawdzała lekki model Gwiezdnego Pługa przystosowanego do szybkich przewozów pasażerskich. W pobliżu Układu Słonecznego rozpędzać się nie wolno, dlatego też jedenaście i pól roku świetlnego przebyli w ciągu trzydziestu dziewięciu dni pokładowych. W gwiazdozbiorze Małego Psa również nie było gdzie się rozpędzić, wobec czego osiągnęli zaledwie stukrotną prędkość światła. Za to właśnie w tym gwiazdozbiorze, w układzie planetarnym Procjona, członkowie wyprawy, sami o tym nie wiedząc, dokonali wreszcie zapowiedzianego pięć wieków temu odkrycia: znaleźli myślące porosty. Na drugiej spośród trzech planet Procjona brakowało światła i ciepła, a skały były pokryte rudym mchem. Astronauci chodzili po mchach, badali je aparatami, ale wykryli jedynie to, że rośliny

braciszkowie! — wykrzyknął i rozejrzał się dokoła. że mieszkają z dala od najbliższych gwiazd.. Nic więc dziwnego. które nadają się tylko do prowadzenia rozmowy z pieskami i ptaszkami. Wysunąłem tylko przypuszczenie. Ruszyliśmy szybciej. my zaś nauczyliśmy się przekształcać własne słowa w takie same fale. rozszyfrował zapisane promieniowanie i stwierdził. Chciałem jeszcze energiczniej pociągnąć go za rękaw. Ogromny Allan wysunął się do przodu. ale uderzył mnie wyraz jego twarzy. kto dostarczył informacji o nowo odkrytych istotach i czym one właściwie przypominają ludzi. Lusin był tego samego zdania. Jeszcze w . że szaleją Wśród nich bratobójcze wojny. że ktoś go podsłucha. — Zupełnie zapomniałem. pogadaliśmy sobie nieźle z inteligentnymi rybami. znacznie groźniejsze od starożytnych wojen na Ziemi. — Tłum! — powiedział Lusin wyciągając palec przed siebie. Wydaje się przy tym. — Wielki Akademicki już drugi dzień analizuje otrzymane informacje. Przecież w owej chwili dokonywał się przełom w całej historii ludzkości. Udało się odczytać kilka zdań: „Kim jesteście? Skąd? Jak wykształciliście w sobie zdolność ruchu?" Nieruchome porosty były najbardziej zdumione tym.. z jaką wówczas słuchaliśmy Allana. do jakich wniosków doszedł komputer. Coś w rodzaju prawdziwych ludzi. W owych miesiącach. bo w naszym rejonie Galaktyki z niczym podobnym dotychczas się nie zetknięto. I taką bezradną maszynę reklamuje się jako ostatni krzyk techniki! Allan nagle przerwał i zatrzymał się znów. Teraz jest to oczywiste dla każdego pierwszoklasisty. Jutro lub pojutrze wszyscy dowiedzą się. Zawsze mówił bardzo głośno. Na przykład na Polluksie. ciągle słyszeliśmy o nowych istotach rozumnych odkrytych przez wyprawy gwiezdne. — Zabraknie miejsc. Dziwna i wręcz niepojęta jest dziś dla mnie obojętność. że jest to mowa. Wielki Akademicki. Koncert Andre pochłaniał go bardziej niż doniesienie o nowych odkryciach. Te zabawne nereidy generowały fale ultradźwiękowe. — Do Izby Tras Gwiezdnych dotarła dziś zadziwiająca wiadomość. Ale w trudnych sytuacjach przyrząd Andrć zawodzi. — Zaczekajmy więc do jutra — rzuciłem niedbale. które poprzedzały naradę na Orze. — Ja osobiście wytrzymam nawet do pojutrza. Pospieszmy się. w Bliźniętach. — Jest wprawdzie lepszy od naręcznych deszyfratorów. Zresztą wiecie o tym z transmisji. — Wszystkiemu winien idiotyczny RD-2! — grzmiał Allan na całą ulicę. Po powrocie na Ziemię centralny komputer. jakby obawiał się. że straciliśmy poczucie niezwykłości. że ludzie potrafią chodzić. — Nie wiem — odpowiedział Allan. ale wtedy Lusin i ja nie zapytaliśmy nawet. Dziwy już nam spowszedniały. że odkryto nowy rodzaj istot rozumnych.. Nikt na razie nie zna szczegółów.. ale pewne jest.wysyłają słabe fale magnetyczne. to fakt.

Dziko zagrzmiała muzyka gwiezdnych sfer. Dziewczyna odwróciła się z oburzeniem. Miała wiotką. Allan przedostał się na czoło. że inni widzowie nie czuli się lepiej. Na sali dwukrotnie wstawałem i rozglądałem się dookoła. że pociemniały z gniewu. 3 — Andre! — powiedział Lusin. lotach i katastrofach. a odpowiedział mu równie gromki śmiech. — Pani też nie nauczono uprzejmości! — odciąłem się. Myślę. Siedzieliśmy nieruchomo w fotelach trzymając się kurczowo oparć. różnobarwne . ale chyba tego nie usłyszała. ruszyliśmy więc tamtędy. Na rozległej. tak mnie zaskoczył jej nieusprawiedliwiony gniew. W pierwszej chwili tak się zmieszałem. wyszedł na scenę. Najpierw zapadaliśmy się. z pewnością zachowałbym się ostrożniej. my zaś. że zakłuło mnie w sercu. Jego krok mierzy metr dwadzieścia. Potem zniknął. że wzmacniacze zostały nastrojone na wszystkie dźwięki z sali.szkole chodził najszybciej ze wszystkich. Nie zdołałem się zatrzymać i wpadłem na nią z rozpędu. Zaczął wygłaszać mowę: coś o Ziemi i gwiazdach. Znajdowaliśmy się bliżej drzwi zachodnich. Zamiast ukazać się na stereoekranie i stamtąd uśmiechnąć się do publiczności. że krzyknąłem: „Dość paplania!" Gdybym wiedział. Stan nieważkości nastąpił tak gwałtownie. równie czarne jak oczy. że wszystko to znalazło odbicie w jego kosmicznej symfonii. Mogę powiedzieć jedno: reakcja nieznajomej zaintrygowała mnie bardziej niż zagadkowa nowina Allana. starając się odnaleźć tę szczupłą dziewczynę. Tuż przy drzwiach zdarzyło się nieprzyjemne zajście. — Gbur! — powiedziała gniewnie niskim. Niebianach i ludziach. które zepsuło mi humor. szczupła dziewczyna gwałtownie odsunęła się z drogi prącego naprzód Allana. posuwaliśmy się za nim. Tak mi się to wreszcie znudziło. Krzyknąłem za nim: — Zajmij dla nas dwa miejsca obok siebie! Do sali koncertowej wlewały się dwa strumienie ludzi. byliśmy już daleko od siebie. Ale wśród dwudziestu ośmiu tysięcy osób wypełniających widownię niełatwo było ją odszukać. Utrzymywał przy tym. Twarz jej szpeciły szerokie brwi. Możliwe zresztą. długą szyję i ciemne oczy. osłonięci jego szerokimi barami. a jednocześnie na łeb. melodyjnym głosem. Później zabrzmiała delikatna melodia. na szyję pędziliśmy w dół. że zapomniałem języka w gębie. w powietrzu zaszybowały klębiaste. Nie speszony Andrć krzyknął wesoło: — Potraktujemy wasze niecierpliwe wrzaski jako uwerturę do symfonii. Jakaś brzydka. — Cóż to za dziwak! Andrć nawet na koncercie nie powstrzymał się od robienia kawałów. Nim zdołałem odpowiedzieć. Mój glos ogłuszająco zahuczał pod stropem. pustej estradzie wyglądał jak krasnoludek.

Nikt nie zdążył się odwrócić ani osłonić twarzy rękami. Powtarzało się to trzykrotnie: purpurowy upał przy akompaniamencie grzmotu trąb i nieważkość. co cię czeka. Chciałem już zdjąć marynarkę. — On zwariował! — oburzał się Allan. błyskawicznie narastający. — Nawet po Andre nie spodziewałem się czegoś podobnego! Po coście mnie tu zaciągnęli? Lusin w milczeniu obserwował zdenerwowanych widzów. Przeciążenie szybko się zwiększało. kolorowe chmurki wypełniły się szalonymi skokami świetlistej zorzy. przeciążenie malało i zmieniało się w nieważkość. że muzykę Andre mogą znieść jedynie atleci. sam tu przyszedłeś. zwiększyło się przyciąganie. — Wyobraźcie sobie cuchnące allegro i wonne adagio! Dla pełni obrazu. samo wlewało się do krtani. w głowie kręciło się od subtelnych dźwięków. — Brakuje tu jeszcze jednego składnika. ani widzów na sali. aromatyczne i kojące. Doskonale też wiedziałeś. lodowaty wicher. ciepła i uczuda lekkości. ja zaś zaoponowałem: — Nikt cię nie ciągnął. Część druga — Ludzie i Niebianie. przenikliwie niebieski ziąb wraz z przeciążeniem i niemal całkowity brak powietrza. zaśpiewały struny. organy elektronowe grzmiały wszystkimi swoimi dwudziestoma czterema tysiącami głosów. — Nie jestem ułomkiem i też nie mogłem wytrzymać! Czyżby i w drugiej części czekał nas taki koszmar? Podałem mu zaproszenie. zapachu — wykrzyknął z gromkim śmiechem. kiedy rozbłysła błękitna błyskawica. w fioletowej mgle zapłonęły pomarańczowe języczki. zadźwięczała miedź i srebro. Znów ryknęły trąby. a w powietrzu popłynęły fale gorąca. runął upał i już zwyczajnie. Później po raz ostatni uderzył mróz. ani sufitów. Skończyła się pierwsza część symfonii. Symfonia na dźwięk. światło. delikatnych barw. Uprzedzałem. słonecznie zalśnił strop sali koncertowej. różnobarwnym deszczu iskier. melodia przyspieszyła rytm. co o tym sądzicie? . Ze wszystkich stron dobiegały okrzyki i śmiech. Dokoła zapłonął złowieszczy fioletowy ogień i na widzów spadł gwałtowny. ciepło. na którym widniał tekst: „Andre Szerstiuk. ktoś masował odmrożone policzki. ktoś gardłował: „Autor! Dajcie mi autora!" Większość widzów spieszyła się do wyjścia. Harmonia gwiezdnych sfer. płucom zaczęło brakować tlenu. Nie było widać ani ścian. ciśnienie i ciążenie. Wówczas światło zaczęło nabierać ciepła. Lodowate tchnienie ustąpiło miejsca falom ciepła. melodyjne ró-żowopomarańczowe odrodzenie owiane ciepłem. Melodia narastała. Zlodowacenie przyszło w świście i brzęczeniu elektronowych głosów. Ktoś postękiwał. Powietrze. Najbliżsi zaś sąsiedzi zmienili się nagle w jakieś pochodnie zimnego płomienia.obłoczki i grawitacja powróciła. Część pierwsza — Wir światów. i wszystko zniknęło w wirującym. Allan parsknął i poweselał. Część trzecia — Wieczne jak życie".

który rozleniwiał. Można ją było znieść. — Na sali pozostała najwyżej jedna trzecia widzów. Allan zachwycał się hałaśliwie. a widzowie dalej siedzieli bez ruchu. że Andre na mnie zaczeka. iż życie nie jest zabawą. Krótko mówiąc ta część symfonii spodobała mi się. —. Ja i Lusin nie spieszyliśmy się zbytnio. Dominowało w tym fragmencie światło: skłębiona zielonkawożół-ta mgła. Niezwykłości najpierw go zaskakują. ciepłym obłoczku. a potem wszystko utonęło w różowym. Symfonia się skończyła. „Wieczne jak życie" mogło każdego wpędzić do grobu. Obojętnych nie ma! — Nie zachwyceni. Przy wschodniej bramie szybko zebrała się grupka przyjaciół. a nie muzyką — poradziłem mu. nie mogąc przyjść do siebie. i trzeba powiedzieć. to zupełnie bycze! W opustoszałej sali rozległ się głos: przyjaciele autora symfonii proszeni są do wschodniego wyjścia. Zajmij się raczej swoimi cudacznymi formami. wijące się fioletowe pasma. że często ma powody do radości. zimno atakowało mniej gwałtownie. Żanna powiedziała głośno: . — Twojego boga Hora z sokolą głową może uda się w dalekich wyprawach wykorzystać do łowów na nietoperze. Możliwe zresztą.— Sukces! — powiedział Lusin. jeżeli Andre uda się cokolwiek. Wiedziałem. Allan popędził wyprzedzając ostatnich wychodzących widzów. że aż się roześmiałem. Wszystkiemu towarzyszyły melodyjne dźwięki elektronicznych głosów. a jaka korzyść z nowego dzieła Andre? 4 Po rozpasanej części pierwszej druga wydała się nam spokojna. Grawitacja i ciśnienie stopniowo narastały. co o dziełach Andre nieczęsto można powiedzieć. Z nim tak jest zawsze. że się już wprawiliśmy. — Poczęstować taką symfonią istoty z Alfy Centauri lub z Syriusza — a nie mają one zbyt wielu kości — i zostanie z nich mokra plama! Nie. Wkrótce zabolała mnie ręka od uścisków. Niektórzy wyglądali na tak wycieńczo-nych. — Nowość. Ona zawsze cieszy się jak dziecko. Andre najwidoczniej chciał dowieść. a zastępujący je upał był mniej palący. ogłuszał i oślepiał co najmniej przez dwadzieścia minut. — Mocna rzecz! — wrzeszczał. Ładniutka Żanna Uspieńska. mroził. to znów zanikały. promieniała. Opalał nas. — Wszyscy są zachwyceni i wstrząśnięci. usypiał myśli i uczucia. a później wprowadzają w stan euforycznej radości. iskry i błyskawice spadające z sufitu niczym kurtyna zorzy polarnej. żona Andre. czerwone rozbłyski. i dopiął swego. lecz przerażeni — poprawiłem. Za to w trzeciej części znów dostaliśmy za swoje. Tym razem mogłaby zachować się trochę powściągliwiej . Nie od razu pojmują.

— Zakochałem się. Słucha tylko brzmienia głosu. moc ośmiu tysięcy albertów. czyś się przypadkiem nie zakochał? Wiedziałem. Eli! Po prostu trudno uwierzyć. że Leonid i Olga. Leonid natomiast z taką silą potrząsnął moją ręką. ale nie dała tego po sobie poznać. jakich to ma przyjaciół. że aż syknąłem z bólu. że mówię. ale już dłużej nie mogę. Znów. — Allan ma ciekawą wiadomość — powiedziałem. jakby plotkował o jakichś głupstwach. czemu mówi tak głośno i bardzo mi się to nie spodobało. Żanna wykrzyknęła i potrząsnęła ufryzowanymi włosami. Eli! — Tak — odpowiedziałem. Nie czytałeś mojej notatki? — Nie. — Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. co oznacza odkrycie na naszych trasach galaktycznych istot równych nam intelektem i potęgą. powtórz z łaski swojej rewelacje o nowych odkryciach. wspominając te dni. tak jasnymi. Odwróciła się do mnie plecami. kapitanowie wielkiej żeglugi kosmicznej. że jesteś taki opalony i sympatyczny. już wówczas cieszyli się sławą doświadczonych astronautów. że nie zastanawiała się w ogóle nad sensem moich słów. Zrozumiała oczywiście aluzję Żanny. a może powiem Andre. że z dala wyglądają jak siwe. Dziś. Groźny Leonid tym razem sprawiał wrażenie niemal wesołego. Żanna tak pragnie się wszystkim podobać. Jest to tym dziwniejsze. Wiesz w kim? W tobie. — Cieszę się. czemu byliśmy wówczas tak nie-wybaczalnie lekkomyślni. I co teraz zamierzasz zrobić? — Zniosę to z pogodą. że Olga utrzymuje go w tym błędzie. Słuchała spokojnie. aby skierować rozmowę na inne tory. — Oczywiście. pewnie o nim słyszałaś. Długo to ukrywałem. Twoje notatki są zbyt uczone dla mnie! Olga nie obraziła się i nie zmartwiła. staram się i nie mogę pojąć. że byłeś na Marsie? — A czego miałbym tam szukać? — odburknąłem. że cię widzę — powiedziała Olga. — Montowaliśmy siódme sztuczne słońce na Plutonie. — Zdaje mi się. Ten olbrzym (dwa metry trzydzieści) wbił sobie do głowy. nikt nie potraktował poważnie nowości Allana. Wszyscy wysłuchali go obojętnie. — Allan. Leonid postąpił jeszcze lekkomyślniej ode mnie. żeby wiedział. Oni w każdym razie powinni byli zorientować się. Jestem pewien. tak samo jak przedtem Lusin i ja. a nie dzielił się najważniejszą informacją otrzymaną kiedykolwiek przez ludzkość. Obawiam się. Zbliżał się do nas Leonid Mrawa z Olgą Trondicke. że w przeciwieństwie do Żanny nie ma w sobie ani odrobiny kokieterii. Obliczyłam niedawno. Olga zaś jak zwykle była zrównoważona i pogodna. kiedy ktoś z tego żartuje.— Zmieniłeś się. że ta moc nie wystarczy do normalnej pracy. nadal pogodna i rumiana. Ta lekkomyślność była tym bar dziej niepojęta. Żóitoczerwony karzeł o zwykłej gęstości. że stoję mu na drodze. Wystarcza jej. Słuchaj. że gniewa się. gdyż po prostu machnął ręką na .

czemu właściwie nie używa się Gwiezdnego Pługa do zapalania sztucznych słońc? Olga ostudziła mój zapał mówiąc rzeczowo. — Znacznie piękniejsze od pożarów. że nieprzytomny z radości pobiegłem im naprzeciw. Eli! — powiedział uroczystym tonem. — Wyraźnie widzę. zupełnie tak samo jak nasi dziadowie dwa wieki temu. Po co? Gwiezdny Pług w ciągu doby zapali dziesięć sztucznych słońc o dowolnych wielkościach i temperaturach.opowieść Allana. — Odpowiedź może dać jedynie doświadczenie. jakie wzniecasz w żołądkach biednych zwierzątek. a ja chciwie im się przypatrywałem. której brakuje ciepła i światła. że jest na odwrót — odparowała Olga. Nie chcecie przecież. Nie trzeba ani montażu. Nasze malutkie sztuczne słońce na Plutonie interesowało go bardziej. Ale ich uruchomienie w okolicach naszego układu planetarnego grozi zakłóceniem równowagi przestrzeni kosmicznej. uśmiechnięci i zadowoleni. ramię przy ramieniu. — Zadziwia mnie wasz konserwatyzm — powiedział. — To pan. — Najpierw montujecie ogromnego satelitę. Możemy w pięć minut utoczyć eleganckie słoneczko i podrzucić je na planetę. a Proksima Centauri zderzyła się ze Słońcem? Leonid zaoponował: — Realność takiego katastroficznego zagrożenia nie została przez nikogo dowiedziona. że ktoś chwali Gwiezdny Pług i zaśmiał się. Stali przede mną. lecz chwyta w objęcia utrzymując.. że taki zwyczaj panował dawniej we wszystkich cywilizowanych plemionach. Z sali koncertowej wyszedł Andrć wraz z Pawłem Romero. Ucieszył się. A propos. Był niezmiernie dumny ze swego statku.. 5 Najpierw potrząsnąłem ręką Andrć i dopiero wtedy wpadłem w objęcia Pawła. mierzyli po metr dziewięćdziesiąt jeden — mniej niż ja i Lusin — barczyści i młodzi: Andrć miał . Obaj byli niewysocy. który natychmiast zapomniał o swoich gwiezdnych nowościach. ani rozgrzewania. chociaż zdaje się istniał kiedyś taki dziwny obrządek. Całe szczęście. bo inaczej nie potrafi: — Tworzenie słońc z pomocą Gwiezdnego Pługa byłoby pewnie łatwiejsze. — Dla nas to zupełny drobiazg. — Bardzo pięknie! Nawet bardzo! Zapalić i dostarczyć! Wspaniale!. Wystarczy rozkaz: zapalić i dostarczyć słońce na miejsce! — Święta racja! — podchwycił Allan. aby Syriusz wpadł na Procjona. — Pięknie! — wykrzyknął Lusin.. Romero po długiej rozłące nie wita się zwyczajnie. — Nikt również nie dowiódł. — Cudownie! — powiedziałem. potem rozpalacie go.. nieudane zaś doświadczenie może sprowadzić nieodwracalną katastrofę. póki nie zamieni się w mikroskopijną gwiazdkę i tracicie na to kilka lat. że przynajmniej nie całuje na powitanie. Zjawienie się Pawła było tak niespodziewane. że to pan.

proste włosy. później pojawiły się pęczki podobne do bagiennych kępek. Na piątym semestrze drugiego kręgu usunął kasztanowate kędziory. W szkole zmieniał włosy częściej niż ubrania. w każdym razie od któregoś z władców przedpotopowych republik. Nawet obejmując mnie nie wypuścił jej z rąk. Jeżeli Romero nie jest podobny do nikogo. kochany. powiedz Eli? — Czy koszmar może się podobać? — Wypowiedziałem tę samą myśl — podchwycił Romero. zaś drutokształtne porosty płonęły malinowoczerwoną barwą. chociaż twierdzi. następnie Andre był zwierciadlanie łysy. — W dodatku tymi samymi słowami. Gdyby nie był genialny. W dodatku dla zabawy nosi wszędzie ze sobą laskę. Na tym kończyło się podobieństwo. to Andre nie bywa długo podobny do samego siebie. a później krucze. a potem znów zaopatrzył się we włosy. że je zapożyczył od jakiegoś rzymskiego cesarza lub amerykańskiego prezydenta. a na gustach i sposobie bycia kończąc. nawet Olga się uśmiechnęła. Andre był przekonany. ale na Szerstiuku dowcipy nie robią wrażenia. że jest zwyczajnie próżny.pięćdziesiąt siedem lat. W trzecim kręgu uwłosienie zmieniało się rokrocznie: gładkie włosy ustępowały miejsca lokom. drogi Andre: pańska symfonia to koszmar! Żanna objęła Andre i pokazała mi język. Co zamierzasz robić?" Jak można poważnie traktować Eliego? Zaśmialiśmy się głośno. — Twoja symfonia o mało mnie nie zwęgliła. którymi obdarzyła go natura. Tym razem Andre miał miękkie kasztanowate kędziory. poczynając od wyglądu i przyzwyczajeń. że z taką iluminacją jest mu do twarzy. Ten dziwak spodziewał się zachwycić cały świat swoją piekielną muzyką. — Opaliłeś się. — Czyżby słońce na Plutonie było tak gorące? — To skutek koncertu — powiedziałem. Kolor włosów również się zmieniał: kędziory były złote. Za każdym naszym widzeniem Andre jest inny i zaskakujący. Romero nie jest podobny do nikogo. równie długie jak włosy Żanny. — Nie martw się. czyli tyle samo co ja i Lusin. Romero zaś był o pięć lat starszy. Poza tym różnili się całkowicie. tak że głowa jarzyła się w świetle niczym głownia. tym razem krótkie i kłujące jak druty. Andre w dalszym ciągu był niepocieszony. Eli! — powiedział to samo co Żanna. i wyhodował czarne. W każdym razie wyglądały lepiej niż malinowe druty. — Nie podobała ci się? Naprawdę ci się nie podobała. Pewien staruszek chwytał się nawet za serce. „Na twoją fryzurę można odbierać transmisje z Fomalhauta" — mówiliśmy. nie pamiętam dokładnie. nawet jego wąsy i hiszpańska bródka w niczym nie przypominają rozłożystych bród i sumiastych wąsów na portretach prehistorycznych królów. powiedziałbym. . Parę minut temu Eli wyznał mi miłość: „Leżę u twoich stóp.

Lusin. — Właśnie dlatego nazywano ich piechurami. — W starożytności filozofowie lubili rozprawiać w czasie przechadzki. — Usiądźmy więc w parku i porozmawiajmy — odpowiedział. Niektóre rzeczy są wprawdzie całkiem niezłe. — Lepiej pospacerujmy po parku — zaproponował Paweł. czym właściwie różniły się zajęcia piechurów i przechadzających się. — Muszę się przyznać. szanowny Mrawo. Zaraz to zrobię. moi mili. — Oni ciebie nie kochają. jak wszystko co . aby odzyskać siły. że wasze przeciążenia. przy lodowatym wietrze i przeciążeniach. Lusin wyrzekł z szacunkiem: — Mrówki. — Ale mylą się i trzeba im przetrzepać skórę. Wytrzymałam twoją symfonię od początku do końca i tylko raz krzyknęłam ze strachu. — Ależ oni mnie kochają! — powiedział energicznie Andre. dobrze! — Nie słuchaj ich! — poprosiła Żanna. — I wiecie. 6 Wzięliśmy się wszyscy pod ręce i ruszyliśmy rzędem — Żanna. Andre. Mogę pana zapewnić. Tylko ja jedna cię rozumiem. równie wspaniałe. — Mnie się podoba jedynie muzyka i barwy — zauważył Romero. nieważkości. — Perypatety karni. Paweł. W dodatku nikt z nas nie miał pojęcia. jak na przykład pewne melodie i efekty świetlne. że przyjemność zamienia się w tortury. Z Pawłem nie warto dyskutować. tak skumulowane. bo wie o starożytności wszystko. — Brakuje zapachu! — powtórzył Allan swój poprzedni zarzut. Leonid. ciśnienia. Olga. Leonid nic nie odpowiedział. co mi się w twoim koncercie nie podoba — powiedziałem. że dzieło sztuki winno dawać rozkosz. Allan.— Mogę wyjaśnić. To było błyskotliwe i natchnione przemówienie. — Zaśmiał się zadowolony z konceptu. czego jeszcze? Wstrząsów elektrycznych! W grzmocie i rozbłyskach. mróz skojarzony z przeciążeniem i upał z nieważkością. Od dzieciństwa nie lubię zastanawiać się nad ich subtelnościami. ja. Po symfonii Andre trzeba zażyć odświeżającej kąpieli promienistej. a nie wytrząsać z człowieka duszę. upały i tym podobne rzeczy zupełnie do mnie nie przemawiają. W starożytności było wiele zadziwiających rzemiosł. to znaczy przechadzającymi się. że piechurzy nie mieli nic wspólnego z filozofią. jakby mrówki biegały szybciutko po całym ciele. Następnie wygłosił mowę. — Ale to zajmie sporo czasu. ale wszystko to podane jest w takich dawkach. Czemu nie skorzystać z ich dobrego przykładu? — Bez chodzenia starożytnym nie wychodziło — potwierdził Leonid. Zacząłem od tego. takie jadowite ukłucia.

robi Andre. Coś niecoś podobało się wam. a jeszcze inny składnik dzieła przeniesie radość przybyszom z Fomalhauta lub utrafi w gust mieszkańców Plejad. że nie może istnieć dzieło sztuki oddziałujące na wszystkie istoty Wszechświata. lecz nierealne — powiedziałem. Obrona symfonii spodobała mi się znacznie bardziej od samej symfonii. iż nawet zupełnie dla nas obcego. Nie przypominam sobie. Właśnie o tym. — Twoje zamierzenia są bardzo piękne. nie. Zachwycony Allan podrzucił kapelusz do góry. by Andrć kiedykolwiek od razu przyznał rację oponentowi. natomiast myślące ryby wymagają czegoś zupełnie innego. o jedności istot rozumnych Wszechświata mówi jego symfonia. Oddajmy człowiekowi co ludzkie. człowiek winien się wstydzić tego. coś innego spodoba się mieszkańcom Wegi. czyż nie jest tysiącami nici powiązany z niezwykłymi istotami innych światów? Nie chodzi tu o wspólność szczegółów i wyglądu zewnętrznego. lecz kosmiczna. Ta symfonia to las rąk wyciągniętych ku przyjaciołom ze Wszechświata. pancerza. W naszej epoce. aby wszystkie te ręce ściskały jedną waszą dłoń. Jeżeli wiele w tym utworze jest trudnego do zniesienia dla człowieka. bo uzewnętrznia filozoficzne podobieństwo wszystkiego co żywe. Pracę można uważać za udaną. bo może to właśnie spodoba się innym istotom myślącym. Nie żądajcie. łap. nie bądźcie chciwi. ważna jest wspólnota żywego rozumu. Zawsze starał się wynaleźć jakiś nieoczekiwany kruczek. jeśli znajdzie oddźwięk w duszy różnych istot. chodzących i latających! Rozkosz dla oczu. to nic nie szkodzi. możliwe. bo harmonia Wszechświata nie ogranicza się do tej. improwizować zawikła-ne dowody wymagające dokładnej analizy i w ten sposób starał się odwlec nieuniknioną porażkę. słyszących. Jego zdaniem zbyt jesteśmy ludźmi i to jest złe. obdarzonych zmysłem dotyku. że uznaje swój mały światek za jedyny możliwy do przyjęcia. uszu. — Niechaj Niebianie sami rozstrzygną nasz spór! Wrócimy do tej dyskusji na Orze! . To nie jest muzyka ziemska. Czy pan pomyślał o tym. — Pierwsza na świecie symfonia dla widzących. Andre? Andrć czekał na moje słowa. Ale czyż człowiek nie odczuwa jedności życia w całym Wszechświecie. ale wszak człowiek nie może pogodzić się z rolą czegoś pośredniego między inteligentną jaszczurką a głupawym Aniołem. — Wydaje mi się. ale nie mogłem też milczeć. skrzeli. Jego ziemskie zwyczaje nadają się jedynie dla niego samego i nie trzeba ich wynosić poza granice Układu Słonecznego. kiedy odkryto mnóstwo plemion różnych pod względem form i sposobów życia. która brzmi w waszych sercach. trąb i przyssawek! Romero uśmiechnął się ironicznie. Nie chciałem go martwić. — Swoim utworem wskazał pan biednemu człowiekowi skromne miejsce należne mu we Wszechświecie.

na co się przydam? — Nie spotkałem jeszcze większego durnia niż ty! — zdenerwował się Andre. jakby nie mógł w to uwierzyć. Przegrałem. Wielki Państwowy trzy miesiące temu rozpoczął analizę danych. Było nas łącznie około sześćdziesięciu milionów osób. Przyda się również znawca starożytności. jak trudno tego człowieka przekonać. a ja nie mogłem spojrzeć na Andre. a niektóre z nich spróbuje sztucznie odtworzyć. co niegdyś panowało na Ziemi? No a ja. — Czy możesz mi przystępnie wytłumaczyć. — Wy polecicie zapoznawać się z Niebianami. Andre marszczył czoło. że Andre zostaje. jak do tego doszło? Odrzekłem. czy niektóre prawa i obyczaje nowo odkrytych społeczeństw nie pokrywają się z tym. — Pogrzebowy ton nie pasuje do twojej ironicznej gęby. Domyślałem się. Wówczas przeprowadzono losowanie. że pierwszą . Allana i Leonida nie można odbywać dalekich wypraw. Romero. bo taka możliwość nie istniała. Ja również byłem wśród nich. W końcu pozostało sto tysięcy osób odpowiadających wszelkim wymaganiom. już dawno powinieneś to zrozumieć! —wykrzyknął Andre. Tylko Żanna ucieszyła się. Lusin też jest potrzebny: zapozna się z różnymi formami życia. — Jeszcze w szkole postanowiliśmy. Ja byłem spokojny. jeżeli trzeba rozszyfrować nieznaną mowę. że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. są wszak inżynierami i kapitanami kosmicznymi. Nasze oburzenie było tym większe. — Czyżbyś nie wiedział — zapytała Olga z wyrzutem w głosie — że Eli nie leci z nami na Orę? 7 Andre tak się zmartwił. Doskonale sobie na moim miejscu poradzi. — Bez Eliego nie pojadę! — powtarzał uporczywie Andre. — Pytam o coś innego: czy starałeś się o udział w wyprawie? Co w tym kierunku zrobiłeś? Wytłumaczyłem mu cierpliwie. bo mało kto może się z nim równać. Bez Olgi. — Eli pojedzie zamiast mnie. że stara się wyszukać jakąś możliwość wznowienia starań o mój udział w wyprawie. Andre również jest niezastąpiony. Kto wie. Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu. Patrzył na mnie tak. że już rok temu zapisałem się na kurs kwalifikacyjny. kiedy wbije sobie coś do głowy. że aż mi go się zrobiło żal. ale po pierwszym odsiewie według kryterium zdrowia i wieku pozostało niepełne cztery miliony. że wiedzieliśmy. jakimi szczycili się moi przyjaciele. ja zaś załatwię na Ziemi swoje sprawy służbowe i wrócę budować sztuczne słońca na firmamentach dalekich planet. W czasie selekcji kandydatów nie mogłem wykazać się takimi zaletami.Wszyscy się zmieszali. Pozostali zgodnie mu wymyślali. — Przeszedłeś do drugiego etapu? — Tak. — Nic na to nie można poradzić — powiedziałem. Ale co mi z tego przyszło? Komputer stopniowo zwężał krąg wybranych. — Zrobimy tak — powiedział Andrć.

Eli. które w pewnych latach szalały na Antarktydzie. Zakończył tę pompatyczną przemowę równie pompatycznym gestem ręki i oddalił się. Jakieś piętnaście lat temu poważnie zastanawiano się. który też miał jakieś pilne sprawy. Lusin przypomniał sobie o smoku i martwił się. że nie chcę się z nim rozstawać! — Masz rację. Teraz w oszołomieniu zaczął wpatrywać się w Olgę. Później odezwała się milcząca do tej pory Olga: — W twoich poczynaniach brak logiki. — Poprosimy Wierę. my zaś krzyczeliśmy i wzajemnie sobie przerywaliśmy. — Jest dziesiąta. . zaplanowane na poszczególne miesiące i tygodnie okresy ciepła i chłodu. Andre wziął mnie pod rękę. Nie chciałem. deszczów i dni bezchmurnych. jak się cieszę. aby pomogła Eliemu. czy los panu sprzyja. Nie słuchaj ich! Zostań. — Ja również nie chcę się z tobą rozstawać. Natura ludzka wymaga zmian i sprzeciwia się jednostajności. — Pospacerujemy jeszcze trochę. Zrozumcie. to i tak będziesz musiał się z nim rozstać. nie zważając na to. — Chciałem ci nawymyślać za deszyfrator. różnice klimatyczne pomiędzy strefami wydatnie się zmniejszyły. Skorzystał z tego Romero. — Wpadł mi do głowy pewien projekt — oświadczył. ale nie znikły zupełnie. kiedy Zarząd Osi Ziemskiej nauczył się zmieniać orientację naszej planety w przestrzeni. Sam jeszcze pamiętam nie kontrolowane burze. — Za pięć minut lecę do Stolicy — powiedział Paweł. kochany! — mówiła pospiesznie Żanna. Obecne. Romero to bardzo zdolny i dobry człowiek. ale będę musiał to odłożyć — powiedział z żalem Allan. ale mówi i zachowuje się niczym starożytny władca Rzymu. Andre. wiatrów i ciszy bardzo mi odpowiadają. Andre i tak nas nie słuchał. z czego bardzo się cieszę. ale wszyscy mnie zakrzyczeli. że może się on zwrócić przeciw niemu. że cię spotkałem. Eli! 8 Lubię kairskie wieczory. czy przypadkiem nie należałoby stworzyć na Ziemi trwale żre jonizowanych stref klimatycznych: wiecznego lata w tropikach i wiecznej wiosny w wyższych szerokościach. Andre poprosił nas do swego hotelu. że biednemu zwierzęciu z pewnością dokuczają pegazy.podróż do innych gwiazdozbiorów odbędziemy razem. a później pójdziemy do mnie. Pomysł ten jednak w końcu odrzucono. Andre często w dyskusjach czepiał się pierwszego z brzegu argumentu. aby zwracał się do Wiery. O jedenastej dowie się pan. Nie masz pojęcia. Oczywiście od czasu. Leonid i Olga spieszyli się do swej bazy galaktycznej. Jeżeli Eli pojedzie zamiast ciebie.

Stopień zdolności poznawczych też nietuzinkowy. Właśnie tak powiedziałem. — Wspaniały chłopak. jaki w swoim czasie wyliczono mnie. Ale zafascynowały mnie nie tyle zdolności przyszłego dziecka. Żanna zerwała krwawoczerwony. podbródek. a to chyba prawda—zaoponował Andre. — Czyż przy urodzeniu nie stwierdzono u niego wielkich zdolności matematycznych? A on nie znosi matematyki! Uwielbia jedynie historię! — Tobie wyliczono. to nic innego jak tylko możliwości: możliwości trzeba jeszcze wykorzystać. i pokazał syntetyczny wizerunek ich przyszłego dziecka.Każde jednak miejsce na Ziemi ma swoje uroki. a to nie jest prosta sprawa! Zestaw wskaźników życiowych wypisanych w świadectwach urodzenia jest pułapem. a następnie obliczył i wydrukował portret synka. Co do Olega. to jestem . o jaki stan chodzi. to muszę ja to zrobić. Na północy świat jest surowszy i jaśniejszy. bo chcemy go nazwać Olegiem — powiedział Andre. jaki wskaźnik aktywności życiowej! Wskaźnik aktywności życiowej malca był o dwadzieścia punktów wyższy od tego. Błękitny. Na razie ludzkość jako całość znajduje się poniżej właściwego jej poziomu. do których przywykłem. sporządzony na podstawie wzorów. Komputer Medyczny po zbadaniu jej ustalił termin porodu. jakimi obdarzają nas przy urodzeniu. odurzająco pachnący amarylis. nie pachną. Wszystkie te wspaniałe liczby. ile jego podobieństwo do Andre. że należałoby to wyrazić inaczej. Nieszczęście polega na tym. przed odlotem na koncert do Kairu. że na razie nie dorośliśmy do samych siebie! — Jaskrawym przykładem nie zrealizowanych możliwości jest Paweł Romero — powiedziałem. nieprawdaż? Jaki stopień zdolności poznawczych. kiedy widziałem ją dwa lata temu. przepojony zapachami południowy wiatr porywa mnie swą muzykalnością. — Romero jest wyjątkiem. że masz umysł krytyczny ze skłonnościami do ironii. gdyż Żanna niewiele się zmieniła od czasu. ale po prostu nie mogę znaleźć innych słów. że oczekują chłopczyka. w wieku dziesięciu lat. że parę haustów powietrza znad jego kielicha wywoływało silne bicie serca. nos. pod zwrotnikami zaś przyroda jest jakby zadumana i subtelniejsza. Zapytałem. Możliwe. iż Żanna jest w czwartym miesiącu i wczoraj. kiedy wraz z Żanna i Andre spacerowaliśmy bulwarem wysadzanym palmami i cyprysami. Okazało się. — Jeżeli Opiekunka nie troszczy się o ciebie. — Spójrz na horoskop genetyczny Olega. że malec ma być aż tak podobny do ojca: te same oczy. Na północy ogrodowe amarylisy. Żadne starania meteorologów nie przydadzą powietrzu Grenlandii i Jakucji południowego aromatu i delikatności. który trzeba dopiero osiągnąć. Ten natomiast roztaczał tak silną woń. W twoim stanie powinnaś zachowywać się ostrożniej. Andre odpowiedział. — Głuptasie! — Andre odebrał Żannie kwiat. Zdumiałem się.

W naturze kobiet jest wiele rzeczy niewytłumaczalnych. Mogłem wprawdzie sam wywołać Wierę. — Z tobą czasem trudno dyskutować.pewien. — Żanna musi bardzo na siebie uważać. a niedbała Opiekunka zbyt rzadko strofuje moją nierozsądną żonę. Taka była zawsze — porywcza. a wtedy zamiast stów będziecie używać w rozmowie liczb i symboli! — Jesteś wstrętny — powiedziała Żanna i objęła mnie. Cieszę się. a nie ciebie. Przestała się uśmiechać. że to ja. ale nie chciałem. że urzeczywistni wszystko. Była dumna z podobieństwa przyszłego syna do ojca bardziej niż z jego wyliczonych zawczasu niezwykłych zdolności. — Poród według przewidywań nie będzie lekki — mówił Andre. że bardzo się zmieniłem — rzuciłem. Widziałem żyrandol i kwiaty po prawej stronie. — A teraz chcesz jechać na Orę? — Czy człowiek nie chce mieć wszystkiego. ogarniając tylko ją samą. ale niezmiernie sprawiedliwa. — Mało się zmieniłeś. kiedy prześwietlano Żannę? Oboje chórem zaprotestowali. — Miałem do załatwienia parę spraw służbowych. co mu przyjdzie na myśl? — Nie wszystkie życzenia dają się urzeczywistnić. aby nie popełnić błędu. nie wiedziałem poza tym. a ty jak zwykle niepotrzebie się niepokoisz. Wcześniej czy później ożenisz się z Olgą. Wydało mi się. — Inni uważają. aby pomyślała. że Opiekunka jak zwykle dobrze wywiązuje się ze swych obowiązków. kiedy w alei zabłysła wideokolumna. a w niej sylwetka Wiery siedzącej na kanapce i uśmiechającej się do mnie. — Bracie — powiedziała Wiera — mógłbyś po przyjeździe na Ziemię pokazać się u mnie. Nie zrobiliśmy jednak nawet trzech kroków. — Jestem przekonany. że Romero obiecał porozmawiać z Wierą. jakby nie wierzyła. że odlatujesz na długo i zostawiasz mnie samą. Dochodziła dwunasta. Po lewej stronie Wiery ktoś stał. — Eli jest dobrym chłopcem i lubię jego. ale Wiera przechwyciła mój wzrok i oświetlona przestrzeń skurczyła się. że to Romero. Wystarczy powiedzieć. . Reszta pomieszczenia rozpływała się we mgle. że chcę ją zanudzać prośbami. że nie sposób tego znieść. — Na razie jest tylko bardziej podobny do ciebie niż ty sam. wpatrywała się we mnie. Czy przypadkiem nie ukryłeś się koło maszyny. Eli — zauważyła. Złośliwość Andre przypomniała mi. Jesteś do takiego stopnia logiczny. że horoskopy genetyczne dziewczynek sprawdzają się znacznie mniej dokładnie niż horoskopy chłopców. Analizowała i rozwa żała coś. gwałtowna. Uważnie. Żanna odęła wargi. bo bardzo lubisz zmieniać powierzchowność. co przepowiada jego horoskop genetyczny. że na waszej zwariowanej Ziemi stało się modne składanie sobie wizyt.

Wkrótce jego twarz przybrała dziwnie uroczysty wyraz właściwy wszystkim. że na Ziemi będzie o dwóch zwariowańców mniej. — Zachwycam się niebem. Wiem doskonale. Później wsłuchała się w siebie. — Często martwiłem się swoim rozsądnym zachowaniem na egzaminach. Rozradowany Andre mocno uścisnął mi rękę. Roześmiała się. — Opiekunka żąda. Naszych przodków-pasterzy ogarniał lęk na widok Wszechświata mrugającego do nich tysiącami nieśmiertelnych oczu. Po przyjściu do hotelu Żanna udała się do sypialni. że rozsądku starczyło ci tylko na zdanie egzaminu. To bzdurna zachcianka i wstyd się do niej przyznawać. Nie rozumiem-czemu. — Nie można cię przegadać. abym się położyła. nie ma jeszcze przecież dwunastej. Powiedziała. Andre. którzy znaleźli się pod wrażeniem majestatu świata. Opiekunka zaś dlatego jest Opiekunką. Nikt nie umie się śmiać tak jak Wiera. to znaczy pewne! Żanna również gratulowała mi. a ona ma dość szaleństw. ile dziesiątków i setek parseków dzieli mnie od każdej z tych jasnych gwiazd. — Jeżeli Wiera mówi możliwe. ale po swojemu. kiedy zostaję sam na sam z gwiaździstym niebem. — Natychmiast do hotelu! Mogę to wytłumaczyć. bracie. Tamci nie przypuszczali nawet. Przyjdź do mnie jutro wieczorem. że twoje życzenie się spełni. tak jak one posyłać we Wszechświat rozmigotane wołanie!. dwunastkę. . tak samo rozjarzać się i zmieniać swój blask. jak niezmiernie wielki jest rozpościerający się dokoła świat.— Już to przerabiałem w ramach wykładów „Granice możliwości" i zdaje się. ale zawsze pragnę wyciągnąć ręce ku dalekim światom. że uzyskałem najwyższą ocenę za rozsądek. ani zapytać dlaczego sytuacja się zmieniła. Andre chwycił nas oboje pod ręce.. również zapatrzył się w gwiazdy. która wówczas jakby rozświetla się wewnętrznie. — Wyglądasz. Lubię jej śmiech. jakbyś zobaczył ducha. Czujesz się dziś gorzej niż zwykle. — A więc jedziesz z nami. Nie zdążyłem ani podziękować. — Co ci jest? — zapytał Andre wychodząc na balkon. a jednak czuli się znikomo maliWbec gwiezdnego majestatu. ale nie wiesz o tym. — Obawiam się. Eli! — Wiera powiedziała tylko: możliwe. ale coś we mnie zamiera. Andre siadł na fotelu i kołysząc się z wolna. Sytuacja się zmieniła i niewykluczone. 9 Może jestem sentymentalny.. bo wideokolumna zgasła. ale nie czuję się przytłoczony ich groźną dalą i ogromem. że wszystko o nas wie. W dole leżał śpiący Kair przykryty gwiezdną północą. nic więcej. a ja wyszedłem na balkon. mnie zaś ogarnia zachwyt.

na wieki już nieosiągalną Ziemię! Obróciłem się ku niemu. Jak musieli cierpieć ci ludzie wspominając malutką. a poniżej. którzy startowali w kosmos przed odkryciem efektu Taniewa. zieloną. Informacja powiedziała nam.. — Może i dziś jeszcze ich statek pędzi jako błądzące ciato kosmiczne. uroczyście wznosił się Krzyż Południa i rozjarzało się purpurowe ognisko Kanopusa. nie o to chodzi! Milczał przez chwilę. — Chcesz powiedzieć. Prosto na mnie patrzyło pomarańczowe oko rozwścieczonego niebiańskiego byka. no! Nigdy bym nie przypuszczał. przyjacielu? — Boję się pozostawić Żannę samą — powiedział chmurnie. — Czterysta dwadzieścia lat temu zagubili się w przestrzeni Robert List i Edward Kamagin wraz z towarzyszami — powiedział w zadumie Andre. a od palącego blasku zerowych i ujemnych bolały oczy. że Andre waha się tylko w wyjątkowych wypadkach.. będziemy tęsknić za rodzinną Ziemią.Sfera niebieska wolno obracała gwiazdy wokół niewidzialnej osi. że byli bohaterami. aby dotknąć gwiazdy. ... a trzeba powiedzieć. Aldebarana. . że łatwo dostrzegałem gwiazdy siódmej wielkości. jakby się wahat. co nas dzieliło. zawsze nieruchome cyprysy nagle zaskrzypiały sztywnymi gałęziami. że odpowiadamy sobie zaledwie w trzydziestu dziewięciu procentach. Gdzieś tam. Andre powiedział cicho: — A tam. w niezgłębionych otchłaniach Wszechświata. Przed ślubem byłeś bardzo ponury. — Przed ślubem spytaliśmy wraz z Żanna Informację o naszą wzajemną przydatność do życia rodzinnego. sześćdziesiąt pięć lat świetlnych. że byli szaleni? — Chcę powiedzieć. — My też się tego nie spodziewaliśmy. Wiesz. w kierunku Aldebarana. Uśmiechnąłem się i zamknąłem oczy. wiedzieli o tym i mimo to parli do przodu. że wystarczy wyciągnąć rękę. Na północy połyskiwała nad horyzontem Wielka Niedźwiedzica. W dole cicho szumiały liście palm i akacji. — Nie. Najwidoczniej byliśmy tak zakochani. Eli. w zenicie płonął olbrzymi Orion. Powietrze było tak przeźroczyste. myślę czasem o ludziach. pamiętam. Atłasowoczarne niebo wisiało tuż nad głową. leciała niewidoczna stąd sztuczna planeta. Żanna płakała. a martwi kosmonauci ściskają rękojeści sterów zetlałymi palcami. zdawało się. również prawie nad horyzontem. Tym niewolnikom żałosnych szybkości podświetlnych nie starczało ich króciutkiego życia na powrót. że nie zauważyliśmy tego. Dzieliło nas dwadzieścia jeden parseków. — Pamiętam. — Cóż za obawy! Nieudane porody już dawno się nie zdarzają!. — No. Byłem zupełnie przybity. buchał promieniami Syriusz. Ora.. — Skąd ten smutek..

gdzie zupełnie wystarczy własny rozum i uczucie? My. Rozumiem oczywiście. a po zgonie zamienili ich w dąb i lipę.. Ale poddawać kontroli komputera te dziedziny. ale niezupełnie. a nie zadręczać się! Na to Andre nie znalazł żadnej odpowiedzi. Ulżyło nam trochę. a nie argument. nie chcę jej tracić. a ja dorzuciłem następny argument. a dawniej ludzie łączyli się przy kilku setnych wzajemnej tolerancji i jakoś żyli!. czy przypadkiem te przeważające złowrogie procenty nie biorą góry nad naszą miłością? Znów zapytaliśmy Informację i wyobraź sobie. aby się tylko nie pokłócić. Patrząc na ciebie cieszę się. Siła naszej miłości będzie wystarczającym miernikiem odpowiedniości. więc wysłuchaj argumentów.. — To złośliwość. a potem przekazał je Informacji do analizy. W dniu. Ale i te brakujące siedem procent bardzo mnie niepokoi. otrzymaliśmy kolejne zawiadomienie: nasza wzajemna zgodność osiągnęła dziewięćdziesiąt trzy procent. będę pieścił ukochaną nie pytając o wzajemną tolerancję. Eli — Andre pokiwał głową z tak smętnym wyrazem twarzy. Naturalnie. że nasza wzajemna tolerancja wzrosła do siedemdziesięciu czterech procent! — Pięknie! — Tak. co chce.. Andre parsknął: . gdybym pozostał na Ziemi. Ludzie na Ziemi zbytnio polegają na maszynowym programowaniu wszelkich przejawów życia. ale przyznaję. Pocałunki zaaprobowane przez maszynę nie budzą we mnie entuzjazmu! Nie jestem Romerem z jego pasją do starożytności. we wszystkim so bie ustępowaliśmy. że gigantycznej pracy sterowania wszystkimi planetami nie można wykonać bez automatów. że nie jestem zakochany. — Dobrze. ale ja nalegałem i musiała ustąpić.. dziwaku! Powinieneś skakać. że z trudem powstrzymywałem się od śmiechu. czyli niemal całkowite zjednoczenie. Odrzekła mi na to. że przodkowie zachowywali się rozsądniej i nie programowali swoich sympatii.. mieszkańcy innych planet. Siedemdziesiąt cztery. Bez względu na to. Zgadnij. Romero zebrał wszystkie dane o Filemonie i Baucis. jaka była wzajemna tolerancja? Osiemdziesiąt siedem. Przez kilka pierwszych tygodni pożycia usuwaliśmy sobie wzajemnie pyłki sprzed stóp. że małżeństwo będzie nieudane! Później powiedziałem do Żanny: niech się dzieje.— Dziwisz się? Wiązać się ze sobą wiedząc. — Wszyscy zakochani są jednakowo głupi. Czy słyszałeś legendę o Filemonie i Baucis? Była to najwierniejsza sobie para małżeńska wśród ludzi i bogowie podarowali im szczęście śmierci tego samego dnia. obywamy się na razie bez Opiekunek i Informacji i jakoś nie giniemy! A kiedy ja się zakocham. Później jakoś oziębliśmy i znów nadszedł lęk. mamy trzydzieści dziewięć procent.. Nie śmiej się. kiedy zapadła decyzja podróży na Orę. że prędko się sobie znudzimy. o sześć procent mniej niż u ciebie. czy nadaję się dla Żanny.

Dochodzi trzecia. Muzyka indywidualna jest akurat tą. Tysiące szczegółowych ograniczeń dawno już przez nas zapomnianych. ale pora już spać. Ta muzyka jest jedynie dla ciebie. gdzie chcą oni. który o ułamki sekundy szybciej myśli i bezwstydnie to wykorzystuje. a wyprzedzaj z lewej. Gdyby Andre dowiedział się. a komputery opiekuńcze i informacyjne jedynie zabezpieczają nas. nie krępując wolności. że nasi przodkowie nie programowali życia społecznego i osobistego? A ich prawa socjalne? Ich prawidła zachowania się? Ich tak zwane normy przyzwoitości? Czyż to nie był program istnienia? Spróbowałbyś przejść się po dowolnym ze starych miast! Przecież każdy krok był zaprogramowany: przechodź ulicę jedynie w wyznaczonych miejscach i tylko przy zielonym świetle. Andre z Żanna odlecieli o świcie. 10 Rano dowiedziałem się. a nie ja. Co do mnie zaś. ale to nieczęsto się zdarza. A ich posiłki na uroczystych wieczorach? To już nie program. Któż ci powiedział. Położę się na łóżku. że nie chcieliśmy cię budzić. . chwytają za kołnierz i ciągną tam. położyłem się na kanapie i zamówiłem u Opiekunki muzykę zgodną z nastrojem. której w danej chwili chcę słuchać. czy sztukmistrze-moderniści Szerstiuk i Gaal tworzą dzieła do odbioru grupowego. chodź po prawej stronie. Zarówno starożytny Bach i Beethoven. mój ty niewydarzony maszynoburco. — Tak mocno spałeś. dobrze? Poszedł do siebie. Trudno mi dyskutować z Andre. jak późniejsi Sie-mienczenko i Krotthus. nie dając czasu na sformułowanie odpowiedzi. Andre uwielbia silne określenia... Kiedy Orion obrócił mi się nad głową. ale czemu niby mam się bać fizjologii? Dopóki żyję. Kiedy podszedłem do hotelowego stereofonu. zacząłby krzyczeć. Czasami nasze pragnienia pokrywają się i wtedy odczuwam rozkosz. Po wizycie u Wiery przyjdź do nas. to uważam wynalazek syntetycznej muzyki do indywidualnego odbioru za największy wytwór geniuszu ludzkiego. nikt inny jej nie może zrozumieć. nie zatrzymuj się na jezdni. — Nic podobnego. Podporządkowują sobie człowieka. — Zboczyliśmy z tematu — powiedziałem. na ekranie pojawił się roześmiany Andre. nie zwalniaj i nie biegnij. a ty na kanapce. Andre nazywa ją fizjologiczną. że nie mam gustu i nie rozumiem wielkich dzieł. co robię. że w umiarkowanych szerokościach odbędzie się dziś święto Wielkiej Burzy Letniej i pospieszyłem do Stolicy. Tak to jest. lecz uświęcony rytuał napojów i zakąsek. zmiany dań i nakryć! Twierdzę coś wręcz przeciwnego niż ty: jesteśmy nieporównanie swobodniejsi od naszych przodków. nic mnie od nich nie uchroni. a ja zostałem na balkonie.— A cóż ty wiesz o starożytności? Jesteś przecież historycznym analfabetą. dopóki biegną procesy fizjologiczne.

Zanim dotarliśmy do dworca. Do Stolicy dotarliśmy o jedenastej i wysiedliśmy na skrzyżowaniu Zielonego Bulwaru z Czerwoną Ulicą. bo chętnie poleciałbym nad Ocean Spokojny obejrzeć. dokąd je zapędzono. Zadziwiła mnie zręczność. Ale i na Czerwonej było wiele ludzi. Wiedziałem. Loty na pegazach i smokach są w Stolicy nadal zakazane. inne rozpościerają się ścianą purpurowego ognia. Na ziemi Kair jest wielobarwny i różnokształtny. że Opiekunki pilnują ich. jakby obcięto ją przy linijce. wyprzedziliśmy co najmniej setkę pegazów i latających smoków. że ma nastąpić coś ważnego. a żaden nie jest podobny do sąsiada. Morze Śródziemne burzyło się. kiedy malcy . Nie chciałem wychodzić na zatłoczony w święta bulwar i skręciłem w Czerwoną. niektóre domy tryskają w górę malinowymi jęzorami. Przejście z ciemności do światła było zupełnie nagłe. Jak zawsze najwięcej zamieszania robiła dzieciarnia. Podoba mi się wyrazistość tej ulicy. że dowiedziałem się o święcie zbyt późno. szumiały skrzydła pegazów. ale lubię ją. Po pewnym czasie pociąg powietrzny skręcił na wschód i wyrwał się pod jasne słońce. trzydziesto. Wiatr miał szybkość około trzydziestu metrów na sekundę. Ale zaskoczyło mnie to. Wskoczyłem do aerobusu lecącego na Dworzec Północny i przyjrzałem się z góry panoramie ogromnego miasta. zwijały się ciała milczących smoków. Niewysokie. że z Atlantyku i Pacyfiku zawczasu wzniesiono do góry tysiące kilometrów sześciennych wody i że całymi tygodniami gromadzono je nad powierzchnią mórz. Kolor czerwony zawiera mnóstwo odcieni i półtonów. jeszcze inne znów przypominają rudopomarańczowe stogi. za to dziś mieszkańcy wylegli w powietrze na awionetkach. Nie jest to najpiękniejsza spośród dwudziestu czterech magistrali Stolicy. W powietrzu mknęły aerobusy i awionetki. której do dokazywania wystarczy najmniejszy pretekst. aby w odpowiednim momencie wysiać nad kontynent.Na ulicach Kairu czuło się. Nad Morzem Śródziemnym wpadliśmy w pierwsze skupisko chmur. a czyż może być pretekst lepszy od Wielkiej Letniej Burzy? Dzieci szaleńczo koziołkowały nad domami i drzewami. Za oknami robi ło się coraz ciemniej.i czterdziestopiętrowe domy górują nad nią sześcianami i ostrosłupami opasanymi werandami wiszących ogrodów i tarasami placyków spacerowych. szybko suną przewidzianymi trasami na przewidziane miejsca. Burza zgodnie z planem zaczynała się o dwunastej. z jaką kształtuje się obecnie transporty obłoków: kilometrowa warstwa chmur pędziła tak równym frontem. że i objęte rezerwatem Morze Śródziemne posłużyło za magazyn obłoków. jak gigantyczne masy chmur sprasowane w dziesięciokilometrową warstwę nagle ruszają z miejsca i opuszczając się z wysokości. Około dwudziestu minut lecieliśmy wzdłuż krawędzi chmur. Na Ziemi wiele się zmieniło w ciągu tych dwóch lat mojej nieobecności. z powietrza natomiast wszystko przytłumiają dwa kolory: zielony i biały. Pożałowałem. Wiedziałem. Ekspresy na północ startowały co minutę. ale robiło mi się nieswojo.

Nie był to wcale oderwany od spraw przyziemnych myśliciel. malec przemknął obok i zawisł o dziesięć metrów dalej. Opiekunka naturalnie w porę skręciła jego awionetkę. Andriej Taniew żył niegdyś i nie był przez nikogo wymyślony. którzy w swych niedoskonałych czasach dorównali nam wielkością". przemawia za innym wizerunkiem. nieważne — dobre czy złe. Człowiek ten długo siedział w więzieniu i swoje badania naukowe prowadził w celi. Przyjeżdżając do Stolicy zawsze odwiedzam Panteon. Odys. To. Don Kichot. on natomiast raduje się. że z chciwością pożarł swoją porcję i że świetnie się wyśpi. Robinson. Zachowały się jego więzienne wiersze: normalny człowiek na jego miejscu prawdopodobnie pogrążyłby się w smutku. które swą działalnością położyły podwaliny pod nasze społeczeństwo. A jednak Taniewowi pierwszemu udało się wyprowadzić wzory przekształcenia przestrzeni w masę i on . Ja natomiast widzę w nim hołd dla najlepszych ludzi przeszłości. Na skrzyżowaniu Czerwonej Ulicy z Zielonym Bulwarem stały wolne awionetki. który odkrył przekształcanie się masy w przestrzeń i przestrzeni w masę. Hamlet. przytuliła się statua Andrieja Taniewa. lecz człowiek wybuchowy. Budda. Wątpliwe. zasłużyły na wieczny szacunek. Ale w jego historii prawda tak pomieszała się z fantazją. Na frontonie budowli umieszczono napis: „Tym. Ja każdemu ucieknę. że popracował na mrozie i zawiei. co wiemy o Taniewie. Andre czasami śmieje się. pod ścianą. że napis jest samochwalny. obok której na chwilę przystanąłem. Szacunek ten okazali im nasi pradziadowie. pragnienie. Przeszedłem aleją wyimaginowanych postaci. Nie opodal. które wywarły wpływ na rozwój duchowy ludzkości: Prome-teusz. Wsiadłem do jednej z nich i rozkazałem w myśli: „Do Dzielnicy Muzealnej". ale potężne umysły i charaktery dawnych wieków.zaczęli współzawodniczyć w upadkach z czterdziestego piętra. niezmiernie kochający życie. Rzeźbiarz przedstawił Taniewa w więziennej kurcie z rękami założonymi do tyłu i z głową wzniesioną ku górze: więzień wpatruje się w nocne niebo. że zadzieramy nosa przed przodkami. że pewne jest tylko jedno: na początku wieku dwudziestego starej rachuby czasu żył człowiek. mały Huck Finn i inni. Jeden z takich dziesięcioletnich akroba-tów z wrzaskiem runął na mnie. — Nie dogoni pan. starając się wstrzymać śmiech. po prostu życie. Obecnie nikogo już się tam nie umieszcza. rozmyśla o gwiazdach i tworzy teońę ich powstawania z „niczego" i przekształcania się w „nic". O jego życiu wiele wiadomo. abyśmy się stali ich godni. aby człowiek cieszący się z takich głupstw bardzo tęsknił do gwiazd. chociaż pozostałe po nim więzienne notatki zostały odnalezione dopiero w dwieście lat po śmierci autora. co później nazwano „efektem Taniewa". bo cię dogonię! — huknąłem. którzy wznieśli Panteon. — Oj. I zaraz drapnął w górę wypatrywać z podniebnej wysokości kolejnej ofiary. W trzy minuty później awionetka wylądowała na placu Panteonu przy pomniku Krowy.

a Ngoro uśmiechał się czarną twarzą wyglądającą tak. Ngoro jest zadziwiająco podobny do Leonida: to samo szerokie jak ściana czoło. lecz nie mógł zapewnić jej nieśmiertelności. śmiała się. że sztuczny krwiobieg mógł prze-dłużyć życie głowy. Centralny. aby się już nie obudzić. — Chmury! Chmury! — krzyczeli ludzie na placu. ze swym niezmiennym. kiedy człowiek będzie niczym Bóg tworzył światy z pustki i poruszał się z szybkością nadświetlną. zaśpiewały trąbki. Umarł w sześćdziesiątym siódmym roku życia. niezmiernie dobry. w którym spoczywa czarna. Pośrodku galerii wznosi się na piedestale kryształowy klosz. Wydaje się żywa i jedynie zamknięte oczy świadczą o tym. Kiedy jeszcze w szkole dowiedzieliśmy się. a czasami kamienieje w skurczu gniewu. że Ngoro uległ wypadkowi i nieporadna ówczesna medycyna zdołała uratować tylko jego głowę oddzieloną od ciała. a głowa Ngoro oddzielona od tułowia zakończyła teorię tworzenia systemów naukowych drogą rozkładu dowolnego faktu doświadczalnego na szereg liczbowy. jest jeszcze stosunkowo niski i nie przekracza sześćdziesięciu pięter. wznosi się tarasowate do wysokości stu pięter.właśnie pierwszy powiedział. wydłużony podbródek. . że głowa później rozmawiała. zawsze budziło we mnie zdumienie to. kędzierzawa głowa Ngoro. I teraz stałem przed wielką głową. 11 Chmury wypłynęły zza horyzontu i szybko pokrywały niebo. Wszystko to można odnaleźć w jego więziennych notatkach. gęste brwi i masywne uszy. to Ngoro jest dobry. że umiera. Ale jeśli wyrazista twarz Leonida jest zawsze chmurna. dobrym uśmiechem zasnął o zwykłej porze na początku nocy. największego matematyka przeszłości. myślała. Zacząłem pospiesznie nabierać wysokości nad wyspą Dzielnicy Muzealnej otoczonej przez trzy pierścienie wysokich domów zasłaniających widoczność. o świcie budziła się — słowem żyła. wieczorem zasypiała. pozdrowił wszystko dobre i rozumne. głęboko. nawet podśpiewywała. trzydziestokilometrowym łańcuchem górskim. Te ogromne gmachy widoczne z każdego punktu miasta stanowią największy zespół mieszkalny Stolicy. Wszystko w tej niezwykle] głowie jest potężne i masywne. jasnowidzący Ngoro! Chciałbym choć trochę być podobny do ciebie! Wtem na zewnątrz zadzwoniły dzwony. wewnętrzny. że ten potężny mózg już nigdy nie ożyje. — Dobry. Pobiegłem do wyjścia polecając Opiekunce wezwać dla mnie awionetkę. Pożegnał się z przyjaciółmi. te same potężne wargi i policzki. co jeszcze zjawi się na Ziemi. i spokojnie. — Ngoro! — powiedziałem. normalnie żyła długie trzydzieści dwa lata! Pewien starożytny muzyk po ogłuchnięciu napisał najpiękniejszą ze swych symfonii. iż nadejdzie czas. opasując całą dzielnicę gigantycznym. Pierwszy pierścień. Wiedział. drugi natomiast. a nie dwieście lat temu. jakby Ngoro usnął dziś w nocy.

Pomachałem do niej ręką i wpadłem w nowy zgęstek po- . że maszyny bezpieczeństwa ochraniają nas. że oni bałwochwalczo padali na kolana przed niebieskim żywiołem. W głębi duszy każdego z nas kryją się dzicy przodkowie. awionetki zwróciły się dziobami w jego kierunku i zakołysały forsując silniki. wszyscy dokoła pędzili w dół. Zwymyślałem się za tchórzostwo i skierowałem awionetkę prosto w splot wyładowań elektrycznych. Wyobraziłem sobie. sam podobny do kulistego pioruna. a w górze nad miastem było ich już tak wiele. Świat nagle rozpadł się na dwie części: jedna czarna i wzburzona wiatrem pożerała drugą. Równolegle do niej trysnęła druga. W pobliżu błyskawica zapłonęła dziesiątkami załamań i rozgałęzień przypominając ogromny korzeń. lecz jej zbliżanie się: wściekły lot chmur i starcie błyskawic. Wszystko zlało się w jeden kłąb ognia. że dostałem się w środek pochodni i zostałem spopielony. a rozbłysk elektrycznego ognia oślepia nawet przez ciemne szkła okularów ochronnych. Fala powietrzna ma tam prędkość eksplozji. spadali na dachy i jezdnie zmieniając się w krwawą masę. a ja chciałbym się zmierzyć z siłami przyrody. Na szczęście na Ziemi nie zdarzają się awarie. roziskrzoną i leniwie spokojną. Gwałtownie nadleciał huragan. Nie widziałem już lecących obok i mnie już nikt nie widział. Rozbłyski światła i łoskot grzmotów wprowadzają mnie w stan podniecenia. To samo pewnie odczuwali także inni. Nawet na tej wysokości było słychać wściekłe wycie burzy. czciciele grzmotu i błyskawicy. a z góry uderzyła trzecia. chociaż inni nazywają takie zmagania z burzą zabawą szaleńców. bo kiedy pierwsza błyskawica rozjaśniła przestrzeń. ale na chwilę zląkłem się i zawróciłem ku miastu. Może się mylę. ogarnęła nas ciemność. W jednym z lądujących aparatów doj rzałem wczorajszą nieuprzejmą dziewczynę o długiej szyi. Zgodnie z planem wyładowania świetlne' miały trwać zaledwie dwadzieścia minut. że Wielki Komputer Państwowy przestanie działać. Wiedziałem. A później gwałtownie. bez żadnego przejścia. na sekundę straciłem przytomność: awionetka runęła w dół i zatrzymała się dopiero tuż nad dachem domu. gdzie gromadzą się wysokie napięcia. Chmury mknęły zwartym frontem i po minucie zakryły połowę nieboskłonu. Pędzę w malutkiej awionetce i wrzeszczę. Różnimy się jedynie tym. Uważam to za sport odważnych. Wydało mi się. że żaden mózg ludzki nie potrafiłby zorientować się w tym tłoku. Uchyliłem okno i uderzenie pędzącego powietrza na chwilę pozbawiło mnie oddechu. ale zdaje mi się. Opiekunki szalejących w powietrzu mieszkańców Stolicy utracą z nimi łączność i wzdrygnąłem się mimo woli: ludzie zderzaliby się ze sobą.Razem ze mną wznosiły się setki innych awionetek. iż w tym letnim święcie najpiękniejsza jest nie sama burza. Oślepiony i ogłuszony. popędziłem więc w kierunku zarodka błyskawicy.

—Pan zdaje się przekoziołkował od uderzenia pioruna? — Straciłem panowanie nad sterami. — O co chodzi? — krzyknąłem. Ze dwa razy dobrze mną potrząsnęło. Każde miejscowe zakłócenie systemu wyładowań może doprowadzić do rozpadu kontrolowanej masy burzowej. jest po prostu niemożliwe. raz odrzuciło w bok i w sumie miałem nie najgorszą. nerwowej twarzy. czy to nie panią spotkałem niedawno tuż pod chmurami? — Znacznie niżej. wyczuwać ciałem nie osłoniętym skorupą awionetki. Oczywiście trudno jest zmienić kształt głowy. Najwyraźniej od pierwszego wejrzenia nabrała do mnie antypatii. Nie ma sensu dyskutować z Opiekunką. a ja pobiegłem ku stojącemu naprzeciwko domowi. Wytłumaczyła mi dokładnie. Tak mnie zdziwiła jej milcząca niechęć. ma taki wysoki poziom energetyczny. że interweniowała Opiekunka. Kiedy minęło dwadzieścia minut przeznaczonych na wyładowania elektryczne. iż niemal sama wyłamuje się spod kontroli. bo i tym razem jako jedyna ze wszystkich patrzyła na mnie z wrogością. a już na Ziemi. aby utrzymać burzę nai przewidzianej trasie i nie dopuścić do przekroczenia zaplanowanego natężenia. Pod daszkiem stało około dwudziestu osób. Przez drogę solidnie przemokłem. ale później wróciłem w rejon wyładowań. Brwi rzeczywiście miała ciężkie w stosunku do wydłużonej. Urządzenia Zarządu Osi Ziemskiej pracują pełną mocą. Wyłączenie jej jest na wszystkich planetach uważane za poważne przestępstwo. Krzyknąłem z jeszcze większą złością: — Przeliczcie na nową granicę dopuszczalnych działań! Macie tam przecież trzykrotne zapasy bezpieczeństwa! Tym razem beznamiętna maszyna raczyła odpowiedzieć głosem. ale i tak rozkoszowałem się strumieniami światła i rykiem powietrza. Takie brwi byłyby odpowiedniejsze dla mnie niż dla tej dziewczyny. Wylądowałem na placu i wyskoczyłem pod ulewę. — To również widziałam. Nie dbała o swój wygląd. bardzo szczupła i zwinna. Awionetka natychmiast odleciała na postój. Mój widok wywołał śmiech i zdziwienie: byłem ubrany nieodpowiednio na tę pogodę. Tym razem nie udało mi się dotrzeć do centrum wyładowań i awionetka poszła równoległym kursem. W mózgu odezwała się jej milcząca odpowiedź: „Niebezpiecznie". Była niewysoka. że odezwałem się uprzejmie: — Przepraszam. Wśród obecnych znalazła się również moja gniewna dziewczyna.tencjałów. bo deszcze trzeba obserwować z ziemi. Miotałem się więc pod chmurami od błyskawicy do błyskawicy nie zdążając na moment wyładowania. że burza w tym roku jest wyjątkowo silna. Zrozumiałem. ale . chociaż Opiekunkę wystarczy wywołać w myśli. zabawę. niemal nad samą ziemią też — powiedziała chłodno. lunął deszcz i pospieszyłem do miasta. Najwyraźniej chciała mnie obrazić. z jej surowymi przepisami. nieznośnie pan tam pajacowal.

co to znaczy ubierać się odpowiednio do pogody. Na Plutonie nie urządza się ulew i zapomnieliśmy tam już. Potrafi tak ze skrzyżowanymi na karku rękami i twarzą wzniesioną do góry chodzić i stać godzinami. Zaczęto za mną wołać. Siostra wydawała mi się taka sama jak dawniej. Wszedłem do stołówki i nie patrząc nacisnąłem trzy guziki na tablicy jadłospisu. burza kończyła się dokładnie w wyznaczonym terminie. Niecierpliwa i wybuchowa. Dziś miała na sobie zieloną suknię z koronkami przypiętymi broszką. w powietrzu znów pojawiły się awionetki. Wiera zatrzymywała się i zakładała ręce na kark. a ja ponuro odwracałem głowę. lecz lał strumieniami. Dwa inne dania — przesłodzona galaretka i pieróg — były mniej udane. Teraz nie miałem powodu odwracać się. To była stara gra: czy trafi się na coś smacznego? Udało mi się i automat podał mięsne grzybki. ale jej głosu nie usłyszałem i przyspieszyłem kroku. Kiedyś próbowałem postać tak ze trzydzieści minut. Trzeba było wezwać awionetkę i polecieć do najbliższego magazynu.łatwo jest dobrać brwi do twarzy. łomotał po chodnikach i alejach. ale nie potrafiłem. później w nici. Zaskoczyło mnie to tak. Przyglądałem się jej w milczeniu. — Stajesz się mężczyzną. Objęła mnie za ramiona i pochwaliła mój wygląd. z ziemi rozległy się radosne okrzyki — święto trwało nadal. Tak było zawsze. moją ulubioną potrawę. Była godzina szesnasta. dźwięczał w powietrzu. Po dziesięciu minutach wyszedłem na deszcz w stroju Ziemianina. inne kobiety z pewnością by to zrobiły. Do pięćdziesiątego roku życia byłeś chłopakiem. O naszych poczynaniach na Plutonie wiedziała tyle samo co ja. ale czułem tę przemianę. Słupy padającej wody zmieniły się najpierw w pręty. To było nieprzyjemne i Opiekunka poradziła zmienić odzież na nieprzemakalną. Zimna woda płynęła po ciele. jaką wszyscy noszą na Ziemi. a ja się o to na nią złościłem. surowo traktowała moje „przewiny". Deszcz już nie padał. ale nie udało mi się nawiązać swobodnej rozmowy. i to w dodatku wcale nie przykładnym. Na ulice i do parków wyległa dzieciarnia. abym wracał. prawie uciekłem spod daszka. jak ktoś się na mnie bezmyślnie gapi — powiedziała i odwróciła się tyłem. co się w niej zmieniło. w oknach zaczęły powiewać flagi. Eli. Zaczęły wyłaniać się sylwetki domów i wieże lądowisk. że nie potrafiłem nic odpowiedzieć i wyszedłem. ale zgodnie z zasadami gry zjadłem je również. a ja siedziałem. To jej ulubiona poza. Deszcz wycofywał się na wschód. które następnie rozpadły się na strzępy i krople. Nie mogłem określić. czerwono-żółtą żmijką z przydymionego . Po pewnym czasie czerń chmur zblakła i dzień z wolna wyparł sztucznie wywołaną noc. Ona beształa mnie za psikusy. huczał potokami wody na jezdniach. Słońce trysnęło gorącymi promieniami. a jednocześnie inna. Pora była iść do Wiery. — Nie lubię. 12 Wiera spacerowała po pokoju.

że wznawiasz starania o wyjazd na Orę. Każda nasza rozmowa nieodmiennie przekształcała się w sprawdzian tego. Ale teraz nie tylko wiedziałem. — Zakończyłeś już swoje sprawy służbowe na Ziemi? — zapytała po chwili odwracając się ku mnie. Roześmiałem się. Regularnie słucham transmisji z Ziemi. lecz również widziałem. że kończyło się wszystko na psikusach. Zamierza się nawiązać Sojusz Gwiezdny . jest taka. przedostać się po kryjomu do rakiety międzyplanetarnej — pamiętasz? Nie odpowiedziała. Nie musiałem jej ponaglać. Zmieniła się nie ona. Zbieracie na Orze mieszkańców sąsiednich układów gwiezdnych. O jej piękności wiedziałem już dawniej. który zginął w katastrofie na Merkurym. droga siostro. że jesteś ładna. „Pańska siostra to grecka bo gini" — mówił Romero. — Jeszcze nie zdążyłem. co pasjonuje innych. Dostrzegałem dziś to. Dawniej żyłeś jedynie własnymi pasjami. co wiem i umiem. aby zapoznać się z ich potrzebami i możliwościami. czego dawniej nie zauważałem. Wiera zapytała ze zdziwieniem: — Czemu mi się tak przyglądasz? Przyznałem się z uśmiechem: — Odkryłem. Co według was świadczy o tym. — Nie odpowiadasz na moje pytanie. Dostaliśmy wszystkie potrzebne nam maszyny i urządzenia. Wiero. że Romero ma rację. przygotować loty międzygwiezdne. czy dobrze rozumiesz zadania. Dla mnie była dotychczas jedynie starszą siostrą. siostrą surową i władczą. jakie stawiamy sobie na Orze. Zatrzymała się przy oknie i patrzyła na miasto. Wiera lubi broszki. — Czy przypadkiem nie zakochałeś się w kimś? — Żanna zapytała mnie o to samo. Przyznasz sama. nawiązać z nimi przyjazne kontakty. co się w niej zmieniło. a o konferencji na Orze mówi się w nich bez przerwy. czasami zakłada bransolety i to zamiłowanie do ozdób jest chyba jedyną jej słabością. Wreszcie zrozumiałem. lecz moje spojrzenie na nią. Czemu chcesz dostać się na konferencję gwiezdną? Nie jestem pewna. która zastąpiła mi wcześnie zmarłą matkę i ojca. Usposobienie Wiery nie zmieniło się w ciągu tych dwóch lat. — Załatwiłem i to bardzo pomyślnie. że Wiera jest niezwykle piękna. — Pasyjkami. bo i tak powie. siostro. nie zastanawiałem się więc nad jej wyglądem. że jestem zakochany? — Tylko jedno: zacząłeś zwracać uwagę na otoczenie. po co mnie do siebie wezwała.neptuńskiego kamienia. Postanowiłem za żadną cenę nie oblać dzisiejszego egzaminu. Nagle pojąłem. Dotychczas bywałeś obojętny wobec tego. A odpowiedź. zorganizować wymianę towarów i wiadomości. Ja również zamilkłem. — Paweł powiedział mi. Pobiegać samemu po pustyni lub Himalajach. — Nie taki znów obojętny. chociaż zewnętrznie wydała mi się inna. Eli. wszyscy mi to bowiem ciągle powtarzali. Wiero.

. Ale odkrywając kolejne wspólnoty gwiezdne i przekonując się. że konferencje na Orze zwołujemy właśnie my. nasz kierownik na Orze. Mieszkańcy Aldebarana i Capelli. a nie ktokolwiek z nich. Ale nawet tego. — Wydało mi się. z peryferyjnych gwiazd w Hiadach. Czy już otrzymaliście ostateczne wyniki? — Ostateczny wynik będzie znany jutro. świadczy o szczególnej pozycji człowieka wśród mieszkańców gwiazd.. Aniołokształtne z Płomienistej B widzą w swoich snach istoty mało różniące się .. aby mieć powód do niepokoju. abyśmy kiedykolwiek mogli takie wnioski wyciągnąć. że się wahasz. bardzo cię proszę. Poziom życia społecznego jest tam niski: prymitywna kultura materialna. — Allan wspominał. Altairu i Fo-malhauta. wyliczyłeś ściśle. — To nie jest żadna tajemnica i zaraz wszystkiego się dowiesz. Nowe dane spadły na nas tak nieoczekiwanie. nie mówiąc już o niezliczonych plemionach Aniołów z Hiad. że zbadaliśmy jedynie malutki wycinek Galaktyki. Wiero? — Zawsze się spieszysz. a jednocześnie zupełnie błędnie. których do tej pory nie znaliśmy. — Po prostu zastanawiam się.. Dokładnie to powtarzam? Wiera zastanawiała się nad mymi słowami albo może myślała o czymś innym. Ale zapis ich fal mózgowych w czasie snu ujawnił fakty. od czego zacząć. Wszystkie planety są zamieszkałe przez dwu-i czteroskrzydłe Anioły... oczywiście.. — Widzisz. czy będziemy je realizować.. że wszystkie stoją na niższym poziomie technicznym i socjalnym niż społeczeństwo ludzkie. — Nie rozumiem cię. — A nowe dane z hukiem zburzyły wasz zmodyfikowany wariant antropocentryzmu naszych przodków? Człowiek wcale nie jest pępkiem świata i najdoskonalszym wytworem natury? Czy dobrze cię zrozumiałem. wszyscy ustępują człowiekowi. Również i to. zadania Ory. Była zatroskana. Marcin Spychalski. wystarczy. czy mi powiedzieć. teraz widziałem to wyraźnie. Kilka słów o tej gwieździe. dostarczył zapisy snów aniolokształ-tnych zamieszkujących układ jednej. zaledwie kilka tysięcy sąsiednich gwiazd i nie czas jeszcze na wyciąganie ostatecznych wniosków. że nasi bezpośredni sąsiedzi gwiezdni są prymitywnie j si od nas. ma klasę F-8.. — Dokładnie... nawet Wegańczycy.łączący wszystkie istoty rozumne z naszego rejonu Galaktyki. Faktem jest. — Wiero. Zdawaliśmy sobie oczywiście sprawę. — Chodzi właśnie o to — potwierdziła Wiera. że informacje są analizowane... Płomienistej B. a wątpliwe też. Jest nieco gorętsza od naszego Slońca. wzajemna wrogość plemion. utwierdziliśmy się jakoś w przekonaniu o swej wyjątkowości. brak alfabetu i maszyn.. dziewięć planet również mało różniących się od Ziemi. z którymi wszyscy się zgadzamy. czego dowiedzieliśmy się wczoraj i dzisiaj. Odkryto wiele nieoczekiwanych faktów. Ale nie jestem pewna. Przypomniałem sobie i powtórzyłem słowa Allana o istotach podobnych do nas i równych nam potęgą.

Ciekawe. A zresztą. Ciekawe. Jutro obejrzysz na stereoekranie. — Jak widzę. Wygląda na to. — Twardy to musi być orzech. — Jaka głupia nazwa! Ma w sobie coś infantylnego. to znaczy tworzą substancję z unicestwionej przez siebie przestrzeni. ^ Wzdrygnąłem się. cóż to jest „bitwa bogów"? Obecna potęga człowieka znacznie przewyższa możliwości przypisywane kiedyś bogom. że czuwające Anioły tłumaczą swoje sny jako odbicie znanych im baśni o jakichś istotach przewyższających je rozumem i potęgą. Ale pamiętasz. skoro nawet superpotężny Komputer Państwowy nie mógł go rozgryźć. Anioły nadały groźnym istotom walczącym z Galaktami miano „Zływrogów". mówiłam. są uboższe od snów. bo inaczej nie można „zacieśniać" światów. należy się tylko cieszyć. wiesz o tym? . że WKP nie bez powodu wybrał to słowo spośród tysięcy innych. że jest to niemal poza zasięgiem naszego zrozumienia. postaramy się też odszukać je i nawiązać kontakt. że nowe odkrycia wywołują niepokój? Chodzi o to. Obiektami zniszczenia w tej wojnie nie są już istoty lub mechanizmy. — Powtarzam ci treść rozszyfrowanych zapisów. To jeszcze nie wszystko. no i w rezultacie w przestworzach międzygwiezdnych szaleje wojna. A propos. Wątpię. jak to wygląda. aby ktoś sto lat temu wpadł na pomysł takiej rozrywki. Moim zdaniem niezbyt przypomina termin naukowy. że na pytanie o wygląd zewnętrzny Zływrogów WKP odpowiedział: „nie wiadomo". Na drugim miejscu maszyna wymieniła termin „Niszczyciele". że Galaktowie mają potężnych wrogów. lecz ciała niebieskie i całe układy planetarne. Promień światła pozostaje daleko w tyle za naszymi statkami galaktycznymi — czy to w dawnych wiekach nie wydawałoby się nadnaturalne? W czasie dzisiejszej burzy ścigałeś się z błyskawicami. a nie bogami. że istoty podobne do ludzi przyleciały na Hiady z daleka. Widocznie określa ono najdokładniej ich zachowanie się. jak w starożytnych walkach ludzkich. Z tego. — Sądzę. Widzą je w sytuacjach doprawdy tragicznych. że gdzieś we Wszechświecie są istoty podobne do nas. nadal jednak jesteśmy ludźmi. z którymi prowadzą wojnę kosmiczną na tak ogromną skalę. Galaktowie przeszkadzają im w tym. Wydaje się. a nie „Niebianie" jak zwykle. — Najwidoczniej brakuje mu danych. — „Zływrogi"! — wykrzyknąłem. — A może to naprawdę baśnie? Coś w rodzaju ludzkich legend o siłaczach i czarodziejach? — Baśnie też zanotowano. WKP przetłumaczył ich nazwę „Galaktowie". nic więcej.od ludzi. — To przypomina opowieści o tytanicznych bitwach bogów. że Zływrogi opanowały odwrotną reakcję Taniewa. Z nazwą „Niszczyciele" kojarzą się rozszyfrowane pojęcia: „unicestwiać życie" i „zacieśniać światy".

że gdzieś w dalekich układach gwiezdnych mieszkają te istoty? Wychodzimy po raz pierwszy w historii na trasy galaktyczne. — Czy to znaczy. zresztą nie ma tam Opiekunki. Mówiąc ogólnie jest to pomocnik. Chcę cię tam wziąć jako sekretarza. Już teraz jest oczywiste. — Ja również tak sądzę.— Obserwowalam cię. czy nie należy więc przeznaczyć ich na budowę urządzeń obronnych? Może trzeba będzie wznieść wokół Układu Słonecznego pierścień sztucznych planet-twierdz? O tym wszystkim należy pomówić. aby wyszukał mi na sekretarza człowieka odważnego. czy Galaktowie i Zływrogi istnieją nadal. Dlaczego? Czy istnieniu ludzkości nie zagraża fakt. dysponującym pełnym zespołem cech prawdziwego narwańca. Jesteś w Stolicy. Jak ci wiadomo. Nie wiadomo dlaczego uważasz to miasto za najlepszy teren do robienia psikusów. że dasz sobie radę. czy też informacja na ich temat to pozostałość kataklizmów sprzed wielu milionów lat? Kto z nich zwyciężył w kosmicznej batalii? A może obie strony wyginęły w swoich potwornych starciach? Co wspólnego z ludźmi mają tak zadziwiająco podobni do nas Galaktowie? Jeżeli zaś obie rasy jeszcze istnieją. ważnych problemów! Niektóre z nich będziesz musiał rozwiązać ty. z których każdy wymaga szybkiego rozwiązania. wtedy zadecydujemy. Eli! Mamy ogromne zasoby. Eli — przy naszej pomocy. mnóstwo nieprzewidzianych. jakie wnioski wyciągacie z informacji o Galaktach i Zływrogach? — Jutro zbiera się Wielka Rada. że wyłoniły się dziesiątki problemów ogromnej wagi. więc należy oczekiwać ryzykownych dziwactw. Poprosiłam. z czym zetkniemy się w dalekich światach — i Wielki sam cię zaproponował. czy te trasy są dla nas bezpieczne? Planujemy utworzenie Międzygwiezdnego Sojuszu Istot Rozumnych. — Sekretarza? Cóż to takiego? Nigdy nie słyszałem tego słowa. zdecydowanego na wszystko. czy nie za wcześnie? Może powinniśmy zasklepić się całkowicie w światku planet słonecznych? Głosi się takie poglądy. umiejącego w razie potrzeby ryzykować nawet życie. — Bardzo się cieszę! — wykrzyknąłem z podnieceniem. Moim zdaniem należy bezwzględnie spotkać się z mieszkańcami innych światów. Sądzę. — W starożytności istniał taki zawód. czy nadaję się na sekretarza? — Wielki już wybrał. Trzeba odpowiedzieć. przeprowadzenie narady na Orze powierzono mnie. co robić. to jakie okolice zamieszkują? Na planetach Układu Słonecznego nie ma śladów ich bytności. . Muszę stwierdzić ze smutkiem. Na Plutonie zachowywałeś się znacznie spokojniej. Powiedz mi. Będziesz chyba musiała zapytać komputer. że pojadę z wami na Orę. czy też będę miał inne zadanie? — Niebianie już zjeżdżają się na Orę. — Na Plutonie nie miałem czasu na zabawy. proszę. że jesteś jedynym Ziemianinem. oczywiście. Słowem. szybkiego w działaniu. lubiącego przygody i w ogóle nieznane — nikt bowiem nie wie.

W szkołach uczy się. Ani piramidy. Ja cieszyłem się jak dziecko. centrum Stolicy. Eli! — powiedziała. jak długo siedziałem i o czym dumałem. ale lepiej obywać się bez zła. ani Kremł. 13 Wszystkie domy w Stolicy są co piąte piętro opasane werandami. — Bardzo się cieszę. ani bazylika Świętego Piotra. bardzo jestem rada. paryska Notre Damę. co udato się rozszyfrować. — I chociaż dziś mam więcej powodów do niepokoju niż do radości. tylko oczywiście jest posprzątany. wystarczyło ją pocałować. Rozbiegane myśli kłębiły mi się w głowie — byłem jednocześnie szczęśliwy i zatroskany. Chociaż Stolica jest miastem niemłodym (wkrótce minie czterysta lat od jej założenia) i skupiskiem wielkich gmachów zbudowanych na skrawku ziemi. czego już dawno się nie robi. Punktualnie o dziesiątej. — Pora spać.Rzuciłem się jej na szyję. ludzie zakładają wieczorem specjalne okulary noktowizyjne. ani świątynie egipskie i asyryjskie. Już w dzieciństwie odkryłem. — Możliwe. Jeszcze jedna sprawa. Wiera najpierw broniła się ze śmiechem. Pojechałem windą do góry i usiadłem w ogrodzie na osiemdziesiątym piętrze. Dzielnicy Muzealnej. Nasze mieszkanie znajduje się na siedemdziesiątym dziewiątym piętrze Zielonego Bulwaru. doskonale. Wiera stawała się wówczas wesoła i skora do rozmowy. Nie pamiętam już.. kiedy odleciałeś na Plutona. że pojedziesz. Jedynie niechęć do lizusostwa i czułych słówek przeszkadzała mi wykorzystywać tę zabawną cechę jej charakteru. czarną dolinę parku zamkniętą równoległymi liniami oświetlonych pięter Pierścienia Wewnętrznego. że starożytne miasta były zalane blaskiem reflektorów i latarń jarzeniowych. a co dwadzieścia pięter mają tarasy z ogrodami. ale te nie najlepsze cechy mojego charakteru mogą się przydać w innych światach. ani też żadne inne pomniki minionych wieków odtworzone na niewielkiej wyspie. Bądź jutro w Zarządzie Komputerów Państwowych. to pod innymi względami jest miastem nowoczesnym. Połyskliwy łańcuch górski Pierścienia Centralnego rozpływający się w oddali. wewnętrznej strony Pierścienia Centralnego. Nocą magistrale są ciemne i ciche. Lubię nocne kontrasty Stolicy: ciemne ulice i bulwary obrzeżone świetlistymi wstęgami domów. nie było widać. że kiedy nawet bardzo się gniewała. Posiedzę w ogrodzie. — Nie chce mi się spać. Pokażą nam. które pozwalają doskonale orientować się w ciemności. — Zło także można wykorzystać w dobrych celach. nie spóźnij się! — Podniosła się z fotela. . że były gwarne. koloński i mediolański gotyk. Wiero — powiedziałem po chwili. aby po minucie złość minęła bez śladu. że na Ziemi sprawiam wrażenie narwańca. a potem gorąco mnie ucałowała. Aby nie zapalać oświetlenia ulicznego. — No cóż. a na ulicach nieustannie przelewały się tłumy przechodniów. Twój pokój nie zmienił się od czasu.

widoczne dniem, nie wyłaniały się z ciemności. Jedynie czerwona półkula na centralnym placu miasta, siedziba Zarządu Komputerów Państwowych, tonęła w potokach światła. Na Ziemi każdemu człowiekowi wolno wchodzić, dokąd zechce: do fabryk, laboratoriów czy pałaców publicznych i tylko ten jeden gmach jest objęty zakazem. Każdy z nas setki razy widział na stereoekranie wszystkie pokoje i korytarze tej sławnej „fabryki myślenia i kierowania", jak niektórzy go nazywają, ale tylko nieliczni szczęśliwcy mogą się pochwalić, że byli w nim osobiście. Trzy najważniejsze urządzenia: Wielki Komputer Państwowy, Wielki Komputer Akademicki i Informacja nieustannie, dniem i nocą, nie zatrzymując się ani na sekundę pracują tam już od nieomal dwóch wieków. Patrzyłem na czerwony budynek i myślałem, że dziś rozwiązuje się w nim jedną z najtrudniejszych zagadek, jakie stanęły przed ludzkością i że cała przyszłość Ziemi zależy być może od tego, czy maszyny rozwiążą prawidłowo tę zagadkę. Myślałem również o tym, że będę musiał znaleźć się daleko od tego miejsca, gdzie wśród stu miliardów elementów Wielkiego znajduje się mój „prywatny" frag-mencik złożony z milionów komórek — moja Opiekunka, mądry i beznamiętny nauczyciel i przewodnik. Nieraz kłóciłem się z Opiekunką, beształem ją, nazywałem bezduszną i niepotrzebną, chwaliłem się nawet swym ironicznym stosunkiem do maszyn kierujących. Ale prawdę mówiąc jestem do niej przywiązany tak, jak trudno się przywiązać do żywego człowieka. Któż jak nie ona odsuwa ode mnie niebezpieczeństwo, stara się strzec przed chorobami, powstrzymuje przed nie przemyślanymi postępkami? Zapragnąłem po raz ostatni wypróbować potęgę obsługujących nas maszyn i poleciłem Opiekunce dowiedzieć się, co to za dziewczyna dwukrotnie mnie zwymyślała. W mózgu rozjarzyła się odpowiedź: „Zbyt mało danych, by udzielić odpowiedzi". Oparłem głowę o pień oleandra i zacząłem przypominać sobie spotkania z tą dziewczyną: tłok przed salą koncertową, nieprzyjemną rozmowę pod daszkiem, gdzie schroniliśmy się przed deszczem. Miałem ją przed oczyma, zagniewaną, ciemnowłosą, z delikatną twarzą, smukłą szyją i szerokimi brwiami... — Teraz danych wystarczy — zabrzmiał głos Opiekunki. — Dziewczyna nazywa się Mary Glann, pochodzi ze Szkocji, studiowała na Marsie, dokąd pojechała z ojcem. Ma czterdzieści trzy lata, sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, waży siedemdziesiąt pięć kilogramów, niezamężna. Najważniejsze zainteresowania — hodowla form roślinnych dla planet z wysoką grawitacją i twardym promieniowaniem. — Czy ta Mary Glann ma narzeczonego? — spytałem. — Nie jest i nie była zakochana. Kontynuowałem grę w „narzeczonego i narzeczoną", jak tę zabawę nazywa się w szkołach. W tym okresie młodzież zasypuje Informację pytaniami na temat wzajemnej tolerancji,

zwłaszcza dziewczęta bardzo się tym pasjonują. Zwykle sprawdzają w ten sposób kilka setek „narzeczonych", a wychodzą za mąż najczęściej nie za tego, którego im polecała Opiekunka. — A czy ja bym jej odpowiadał? Jaki jest stopień naszej wzajemnej tolerancji? Tym razem Opiekunka przekazała odpowiedź Informacji dopiero po jakichś czterech sekundach. Wyobrażam sobie, jaki ogrom czułości, namiętności, uścisków, kłótni, przeprosin, nieporozumień, klęsk, krzywd, radości i zachwytów zmodelowała w ciągu tego czasu. Usłyszałem nagle pogardliwy głos Romera: „Nie wydaje się panu przypadkiem, drogi przyjacielu, że technika maszynowa naszych czasów przerosła samą siebie? Dawniej takie zjawiska określano zwrotem: «Ma nie po kolei w głowie»". Głos zadźwięczał tak realnie, że odwróciłem się odruchowo. Paweł nie mógł zresztą podsłuchać moich pytań, bo tajemnice myśli są bardzo surowo chronione. Informacja wreszcie odezwała się: — Wasza wzajemna tolerancja wynosi dziesięć i trzy dziesiąte procent. Jej indywidualna przydatność do tego związku — siedemnaście i dwie dziesiąte procent, twoja — dwa i osiem dziesiątych. Rozwód prawdopodobny w pierwszym miesiącu pożycia, a nieunikniony w połowie drugiego. Przypomniałem sobie śmieszną historię opowiedzianą przez Romera. Znalazła się dwójka romantycznie usposobionych młodych, mężczyzna i kobieta, którzy tak dalece uwierzyli w nieomylność Informacji, że całkiem serio polecili jej znaleźć sobie partnerów. Informacja wybrała spośród wszystkich mieszkańców Ziemi właśnie ich, jako maksymalnie przydatnych do wspólnego życia. Teraz pozostawało tylko poznać się i pokochać. Młodzi spotkali się i poczuli do siebie wzajemną odrazę. Niespodziewanie dla samego siebie poczułem się dotknięty i zapytałem brutalnie: — Ta, jak jej tam, Mary, nie pytała przypadkiem o mnie? Opiekunka przemawia zwykle miłym kobiecym głosem, rzadziej opryskliwym starczym tenorkiem, a jeszcze rzadziej po prostu zapala w mózgu swoje odpowiedzi. Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale przypuszczam, że konstruktorzy nie chcieli, aby ludzie przywiązywali się do maszyn jak do człowieka. Jeśli sprawy tak się rzeczywiście miały, to ich ostrożność okazała się niezbyt skuteczna. W mózgu zamigotał zimny, zielonkawy napis: „Niegrzecznie. Nie przekazuję pytania Informacji". Przeciągnąłem się i wstałem. Na świecie nie było dziewczyny, która mniej by mnie obchodziła niż ta arogancka Mary. Zresztą mówiłem już Andre, że gdy się zakocham, nie będę prosił Informacji o radę. Poszedłem spać.

14

Nazajutrz rano nic w mieście nie świadczyło o tym, że wczoraj było święto. Gdyby w Stolicy zjawił się człowiek, który nigdy w niej poprzednio nie był, nie uwierzyłby, iż mieszka w niej piętnaście milionów osób, tak mato było przechodniów na ulicach: dzieci jeszcze wczoraj odwieziono do podmiejskich szkól i przedszkoli, a dorośli byli w fabrykach i laboratoriach. Gdy na ulicach pojawiają się ludzie nie spieszący się, rozglądający się dookoła, to od razu wiadomo, że to turyści. Szczególnie wielu turystów spotyka się w Dzielnicy Muzealnej. Zanim dotarłem do Zarządu Komputerów Państwowych, wyminąłem co najmniej dziesięć grup wycieczkowych, nie licząc zwiedzających w pojedynkę. Przy wejściu do gmachu spotkałem Romera i Andre. — Nie przyszedłeś do nas — powiedział Andre — a Żanna czekała. — Miałem bardzo ważną rozmowę z Wierą. Andre wyniki tej rozmowy znal już od Romera. Obaj pogratulowali mi nominacji na Orę. Zarówno Andre, jak i Romero sprawiali wrażenie zaniepokojonych. Allan, Olga i Leonid, którzy dołączyli do nas w hallu, również byli zasępieni. Zniknę! a bez śladu lekkomyślna beztroska, z jaką dwa dni temu wysłuchaliśmy pierwszej wiadomości o Galaktach. Jedynie Lusin był spokojny. Jego obchodzą tylko dziwaczne zwierzęta. — Kto z was już tu kiedyś był? — zapytał Andre. — Ja po raz pierwszy. Romero oprowadził nas po gmachu. Wszystkie trzy wielkie Komputery zmontowane są w wielopiętrowych piwnicach i tam nie poszliśmy, bo to nic ciekawego: stojaki z milionami komórek roboczych i rezerwowych, miliardy działających elementów i zagadkowy dla laika gąszcz przewodów. Obejrzeliśmy za to sale posiedzeń. Tu wszystko było pełne wzbudzającego szacunek majestatu. Wielka Rada zbiera się w Sali Błękitnej, której strop imituje gwiaździste niebo. Nas zaproszono do Sali Pomarańczowej, pomieszczenia roboczego Wielkiego Komputera Akademickiego. Sala obliczona jest na pięć tysięcy osób i wszystkie te miejsca były zajęte już o dziesiątej. Naszej siódemce dano lożę. Przed oczami mieliśmy pusty sześcian stereoekranu. Wszystko, co się na nim pojawi, przekazywane będzie na ziemskie stereofony. Dzisiejszej naradzie przypisywano tak wielką wagę, że miano ją transmitować również na planety Układu Słonecznego. Punktualnie o dziesiątej w zamglonym wnętrzu stereoekranu pojawił się człowiek o dużej głowie, nieco wytrzeszczonych oczach, rumianych policzkach i siwych wąsach. — Marcin Spychalski — szepnął Andre. Wpatrywałem się z ciekawością w postać słynnego astronauty. Jego statki dotarły najdalej w głąb gwiezdnych przestworzy, on sam był w miejscach, w których nikt przed nim ani po nim nie bywał. Jak na swoje sto czterdzieści dziewięć lat trzymał się doskonale, nawet głos miał młodzieńczo dźwięczny.

Patrzyły na nas spokojnie ogromne oczy. rzadko które większe zebranie odbywa się u nich bez rękoczynów. bo Anioły budują tam do odpoczynku i do snu komunalne pałace z szerokimi portalami wejściowymi. Krajobraz był tak złowieszczy. wynosił dwa metry siedemdziesiąt centymetrów. tak że dwa palce były wyciągnięte do przodu. Postać wypływała ze skłębionej mgły przedsnu i rozjarzała się w miarę tego. Wzrost Galakta. Na sali podniósł się gwar: Galakt o pół metra przewyższał rosłego człowieka! Obejrzawszy go dokładnie przekonałem się. Rzeczywiście przypominali wyobrażenia starożytnych na temat aniołów. krzycząc i zrywając się. że to ten sam . że to równocześnie człowiek i nieczłowiek.Opowiedział o wyprawie na Płomienistą B i pokazał nam kolejno dziewięć planet układu tej gwiazdy. jakie można spotkać na każdym niemal kroku. Podrapał się w brodę jednym z tych ruchliwych palców i położył rękę na piersi. A już ich mieszkania na planetach tej . Wkrótce stało się jasne. Na skałę wszedł Galakt otoczony skrzydlatymi mieszkańcami planety. jak te istoty śpią — pokotem na podłodze w ciemności i ścisku. W układach planetarnych centralnych gwiazd w Hiadach mieszka się wygodniej. Anioły z Płomienistej B mało się zresztą różnią od skrzydlatych istot zaludniających planety pozostałych stu trzy dziestu gwiazd zgrupowanych w Hiadach. Długie loki spadały na ramiona. tak jest. Wszystkie Anioły są wybuchowe i skore do bitki. że skóra mi ścierpła. dlatego tak ich też nazwali odkrywcy Charles Wingdock i Zofia Kogut. trzy zaś wygięły się do tyłu ku grzbietowi dłoni. a nie poruszało. Galakt podniósł rękę. może są odrobinę niżsi i mniej wśród nich osobników czteroskrzydłych. że w uszach dzwoniło. że pokazują nam po prostu jedną z planet Płomienistej B. łopot byt tak głośny. lecz wpełzają z podkulonymi skrzydłami. i nie od razu pojąłem. Ale skrzydlaci mieszkańcy układu wywołali szepty i śmiech na sali. Ręce wywarły na mnie jeszcze większe wrażenie niż twarz. jak sen się pogłębiał. Był od nich prawie dwukrotnie wyższy. wiło się. Na drugim obrazie był krajobraz — malinowoczerwone skały i tak samo jaskrawoczerwony płyn uderzający o nie falami (grzbiety fal były zielonkawe ) oraz ogromne błękitnozielone stonce wschodzące nad malinowym płynem. że biedne Anioły nie wlatują do nich. Później zapłonęły rozszyfrowane obrazy snów. kiedy opanują je senne majaki.dalekiej gwiazdy zupełnie nami wstrząsnęły: ubogie parterowe baraki o tak niskich i wąskich drzwiach. Pokazano nam również. jak zakomunikowała maszyna. a właściwie wlotowymi. na której wito się pięć palców. pełne rozumu i dobroci. Pokazano nam bójkę na placu ich miasta — puch ze skrzydeł przesłonił wszystko jak mgła. Sama gwiazda i jej planety były nie wyróżniającymi się niczym ciałami niebieskimi. Najpierw ujrzeliśmy postać z oddali zaskakująco podobną do człowieka. ktoś słabszy i jednocześnie silniejszy od człowieka.

ani przedmiotów. — Fotonowy statek kosmiczny — skomentował WKA — konstrukcja podobna do budowanych przez naszych przodków cztery wieki temu. a drugą przyjacielsko poklepywał po ramionach tłoczące się wokół niego cztero. jedynie mgliste pasma i świecący pył. Z części dziobowej statku wystrzeliła rakietka i pomknęła w ciemne niebo. — Pierwszy stopień techniki kosmicznej! — mruknął Allan. — Żadnych śladów Niszczycieli". i podszedł do pierwszego. — Kolejny zapis pochodzi z ósmej planety tego samego układu. Dopiero po chwili pojąłem. Wyglądało na to. który wkrótce zapełnił całe wnętrze stereoekranu. wznosiła się wieża z obrotowym reflektorem. Nie opodal. — Zapisano na czwartej planecie Płomienistej B — zakomunikował WKA. starzec z siwą brodą i siwymi włosami. że obie kule eksplodowały od . niejasno połyskujące kule. Na powierzchnię planety opuszczał się cyga-rowaty statek rzucający snopy zielonkawego światła. ale tym razem był to pejzaż szary. lewa dopędzała ją. W następnym obrazie statek fotonowy leżał na powierzchni gruntu. który bez przerwy obmacywał niebo. „Niszczyciele są podstępni i zjawiają się zawsze niespodzianie — odrzekł na to starzec. Galaktowie poruszali się szybko. — Bądźmy ostrożni". słowem. osłaniając jedną ręką oczy przed jaskrawymi promieniami pełznącej ku górze gwiazdy dziennej. Wpatrzyli się w milczeniu w czerwone morze. Spoza skał pojawił się drugi Galakt.i dwuskrzy-dłe karzełki. Odniosłem wrażenie. Również ten obraz zaczął się od widoku krajobrazu. Galaktowie trzymali w rękach skrzynki podobne do pradawnych aparatów spawalniczych.osobnik. Nie dowierzając obrotowemu oku na wieży przerywali pracę i wpatrywali się w gwiazdy połyskujące mętnie na czarnym nieboskłonie. swobodnie spływające z ramion płaszcze. W tym pyle pojawiły się dwie zbliżające się do siebie. Po chwili całą przestrzeń zalało błękitne światło i w szalonym rozbłysku pochłonęło obie kule. spieszyli się. „Co nowego?" — zapytał starzec. że WKA tłumaczył na nasz język senne widzenia Aniołów. Galakt rozglądał się. niemal czarny: jednostajnie pagórkowata równina. Ze skrzynek tryskały płomienie i iskry. a ja zdumiałem się. Nie było w nich ani ludzi. że mówi ludzkim językiem. Obaj byli ubrani w stroje podobne do starożytnych okryć ludzkich: jaskrawozielone. pracowali nerwowo. Zbliżanie się kuł wyglądało na pogoń i ucieczkę: prawa kula odchylała się ku krawędzi ekranu. A kiedy i ten obraz zblakł. którego widzieliśmy w pierwszym obrazie. a wokół niego krzątali się Galaktowie i Anioły. pojawiły się zapisy dostarczone z dziewiątej. że Galaktowie czegoś się obawiali. matowe gwiazdy na ciemnym niebie. — Nie najlepszy sprzęt mają ci gwiezdni pielgrzymi. Obraz zaczął blednąc. zewnętrznej planety układu.. na wzgórzu.. „Wroga nie ma — odpowiedział młody.

Skupisko dzieliło się na dwie niemal jednakowe części. Nigdy nie zapomnę jego twarzy. język mu drętwiał. W jego szyi ziała szeroka rana. twarz bladła i tylko ogromne. nieludzkie oczy nadal błagały o pomoc. iż widziadło przedstawia zderzenie dwóch. Mgławica miała dziwaczny kształt. — Planeta czwarta. podobną do zaciśniętej gwiezdnej pięści wymierzającej potężny cios drugiej grupie. już zawczasu wyszukiwaliśmy je w każdym obrazie. młodej. z której tryskała krew na ręce i ziemię. Dziwne było co innego. właśnie padał. WKA potwierdził. . To był obraz najbardziej dramatyczny spośród wszystkich pokazanych nam przez WKA. Później leżąc już. Jedna połowa wyglądała na bardziej skoncentrowaną.zetknięcia się ze sobą. Próbował czołgać się z podniesioną głową. WKA poinformował. Ta obfitość ciał niebieskich nie była niczym nadzwyczajnym. rozpaczliwie bił nogami i rozdrapywał ziemię swoimi ruchliwymi palcami. jakby w ten sposób chciał zrzucić z siebie okowy śmierci. Galakt krzyczał i bez przekładu WKA każdy z nas rozumiał jego krzyk. która odlatywała i rozsypywała się na setki pojedynczych gwiazd. Allan pokręcił z niedowierzaniem głową. skupioną. Pełzł w naszym kierunku. Prawdopodobnie wiedząc. Andre utrzymywał później. na razie nie zidentyfikowanych ciał niebieskich. Był to wizerunek skupiska gwiezdnego. zeszpeconej bólem i strachem. chociaż w snach skrzydlatych mieszkańców dziewiątej planety często się powtarza jego odbicie. raczej rozproszonego niż kulistego. Znam wprawdzie sytua cje. Do demonstracji wybrano najwyraźniejszą taśmę. a nie upadł. Galakt jak podcięty padał na ziemię. Inni też to odczuli. W Galaktyce jest pod dostatkiem wielogwiezdnych rojów. — Wątpię — powiedział. — Ostatni zapis — zakomunikowała maszyna. z wieloma tysiącami gwiazd w każdej z nich. Wreszcie młody Galakt zamknął powieki i tylko słabe drgawki przebiegały po jego ciele. sprawiała na mnie wrażenie czegoś groźnego. — Na miłość boską. że skupiska nie udało się zidentyfikować. kiedy światło zdaje się krzyczeć. Drugi obraz kosmiczny przedstawiony w stereoekranie już nie przypominał wybuchu. że słyszał krzyk bólu dobiegający z drugiego roju. siódma i dziewiąta. Widzenie powtarza się w majakach wielu skrzydlatych. ale tym razem głosu rozpaczy nie słyszałem. ratunku!" Potem w ostatnim wysiłku wyciągnął ku nam ręce. „Ratunku! —wołał przerażony młodzieniec. pięknej. że czeka nas widok potwornych gwiezdnych bitew. Przez salę przetoczyło się westchnienie: tysiące wstrzymujących oddech ludzi jednocześnie wciągnęło powietrze. — W każdym razie nie wyglądało mi to na naturalną anihilację materii. żądały pomocy. — Przypuszczalnie katastrofa kosmiczna — zakomunikował WKA. bo senne widziadło zaczynało się w chwili jego upadku.

nie pomyślał pan o tym. Znów odezwał się Wielki Komputer Akademicki. jak się okazało. Wystraszone Anioły najpierw poukrywały się w jaskiniach i lasach. a potem się zastanawia. młodzieniec jest czarujący. Chwycił mnie za rękę i wparł we mnie pobielałe z gniewu oczy. w jaki sposób doznane niegdyś silne wrażenia są przekazywane potomkom przez mechanizmy dziedziczności. zanim trafił do ust. Galaktowie uważali się jednak za gości. oceniał stopień wiarygodności rozszyfrowanych obrazów. choć niestety nie po bosku śmiertelny. po ziemi pełzały drapieżne gady. W tym prymitywie Anioły żyły niezmiernie długo i nic się nie zmieniało przez całą otchłań czasu. Lata. — Cóż to ma znaczyć. z pazurów do pazurów. że przylot Galaktów nie przyniósł zła. Teraz oszołomiony zagapił się na Romera. przekazali im sztukę budowania kamiennych domów. — Trzeba się zemścić. Skrzydlaci mieszkańcy Płomienistej B nie mogli. Pokój i porządek zapanowały z wolna na satelitach Płomienistej B. Eli! Jeden tylko Romero nie stracił głowy. Przybysze przekopali kanały. wytłumaczyć wielu rzeczy. zupełnie zmieniły wygląd całego układu planetarnego. Galaktowie zamknęli zabijaków na swoich statkach i na wszystkich planetach zakazali wojen. Skrzydlate ludy żyły we wzajemnej wrogości. że w dawnych czasach ich planety były mroczne i nie zagospodarowane. Nieustannie obserwowali niebo . które Galaktowie spędzili u nich. że to było przestępstwo. Jak na akademicką maszynę przystało beznamiętnie demonstrował i opisywał aparaturę do zapisu marzeń sennych. urządzając przy okazji gwałtowne bójki pomiędzy sobą. zarośla przekształcili w ogrody. Podanie o przybyszach z kosmosu znają jedynie Anioły z tego układu planetarnego. Chaotyczna dzikość pierwotnego bytowania ustąpiła miejsca uporządkowanemu życiu. wysypały się w powietrze i z łopotem szybowały nad przybyszami.— O. Przedmiotem krwawych bójek było wszystko: gleba i powietrze. nauczyli Anioły różnych rzemiosł. — Na kim się zemścić? Za co? Jesteście pewni. które pojawiały się w ich snach. a w powietrzu. pokarm i siedliska. do pioruna!? — Zemścić się! — ryknął wściekle Leonid. Nie mieli na przykład najmniejszego pojęcia o statkach fotonowych i aparatach spawalniczych. a nie mieszkańców planet Płomienistej B. aż pewnego razu z nieba opuściły się statki. niech to diabli! — klął na głos blady Andre. wręcz bosko piękny. a z nich wyszli Galaktowie. przelatywały z rzadka dzikie Anioły. mój impulsywny Mrawo? Leonid najpierw działa. WKA opowiedział. Ale może widzieliśmy tu wydarzenie sprzed milionów lat. a później powtórzył baśnie o Galaktach i Niszczycielach żyjące w tradycji mieszkańców planet Płomienistej B. Skąpa natura rodziła mało. kryjąc się przed sąsiadami. a później przekonawszy się. Sprowadzają się one pokrótce do tego. rośliny i odzież. a nie wypadek? Zgoda. każdy kęs sto razy przechodził ze skrzydeł do skrzydeł.

co myślimy. — Nie trać więc czasu na pytania. — Jesteśmy w jakimś stopniu spokrewnieni. zobaczyły potworny obraz zniszczeń. że Andre jest pochłonięty jakimiś niezwykłymi pomysłami. Ani Galaktów. Hipoteza. Słuchamy cię. w których się ukryty. — Moim zdaniem. — Technika maszynowa Galaktów jest mniej doskonała od naszej — zauważyła Olga. aby zaczekać na Wierę. z tym że oni wcześniej od nas osiągnęli wysoki stopień cywilizacji. Zresztą na wyspie jest wiele rzeczy zaskakujących. WKA tak skomentował legendy skrzydlatych: — Za orbitą dziewiątej planety odkryto dwa obłoki pyłowe krążące wokół Płomienistej B. sady. Awionetkami polecieliśmy nad dzielnice Mezopotamii i Egiptu i wylądowaliśmy na górnym tarasie Wieży Babel przy świątyni Molocha. ze złotym posągiem potwornego bóstwa. 15 Widać było. Pod nami szumiały cyprysy i eukaliptusy. zaskakujące w krajobrazie Stolicy. Wiek szczątków zawiera się między dwustu tysiącami a milionem lat według ziemskiej rachuby czasu. otwierał się wspaniały widok na Dzielnicę Muzealną: piramidy po lewej i antyczne świątynie po prawej. . co tobie samemu przyszło do głowy — zaoponowałem. miasta i kanały. ani drudzy nie pojawili się na planetach układu Płomienistej B. interesuje cię raczej nie to. Wyszliśmy. — Powiedzcie więc. Niebo zmieniło się w otchłań spopielającego płomienia. Na pozostałych planetach unicestwiono zasiewy. Uwielbia starożytną egzotykę. Na tym kończyła się informacja przysłana przez Spychalskiego. ale to. Było tam przytulnie i zielono. że nasze podobieństwo do Galaktów nie jest dziełem przypadku — oświadczył Andre. że decyzje Wielkiej Rady będą bezpośrednio dotyczyć astronautów.obawiając się napadu stamtąd. Kiedy wiele miesięcy po bitwie uratowane od ognia i głodu Anioły wydostały się na powierzchnię z jaskiń. gdzie założono ogrody. Skrzydlate ludy zostały znów cofnięte do stanu pierwotnego bytowania. Dwie zewnętrzne planety zde-rzyły się i eksplodowały. przyjaciele. Na wszystkich planetach układu stwierdzono ślady zniszczeń i pożarów ukryte pod późniejszymi nawarstwieniami. ani napastników-Zływrogów nigdzie nie było i więcej ani ci. Aż wreszcie Anioły stały się świadkami bitwy kosmicznej. Po stworzonej przez Galaktów cywilizacji nie pozostało śladu. Zeszliśmy na środkowy taras. rozgorzałej między Galaktami a ich wrogami. — Twierdzę. gdyż spodziewali się. Romero zaprosił nas do wiszących ogrodów Semiramidy. jest bardzo prawdopodobna. że są to pozostałości zniszczonych niegdyś planet. co o tym wszystkim myślicie? — zapytał Andre. Allan i Leonid zaproponowali. Członków Wielkiej Rady poproszono do Sali Błękitnej. Siedliśmy na ławce przy barierze.

że ludzkość zetknie się oko w oko z Niszczycielami i sama z kolei zostanie unicestwiona. Obrazy pokazane nam w Sali Pomarańczowej wstrząsnęły nim. żądam nawet. to jaką techniką niszczenia dysponują dziś? Zwracam waszą uwagę na fakt. — W każdym razie tak się rysują w przesądnych wierzeniach ludów pierwotnych. W każdym razie wydaje mi się ona naturalniejsza niż projektowane braterstwo z Aldebarańczy-kami. pomyślcie. czy też rozwijaliśmy się niezależnie od siebie. Dla mnie Galaktowie są takimi samymi istotami jak my sami. aby odszukać ich i zaofiarować sojusz. Uważam. Nie bez znaczenia był tu pełen pasji ton jego przepowiedni. jaka jest dziś. Jeżeli wrogowie Galaktów już milion lat temu potrafili pokonywać przestrzenie międzygwiezdne i zderzać ze sobą planety. pomyślcie o tym! Zupełnie więc możliwe. Beznamiętnego wieszcza nikt by nie chciał słuchać. zasępionej twarzy.— Była. Wtedy zresztą była dostatecznie wysoka. Do dyskusji włączył się Romero. zwłaszcza prorocy zguby. Zresztą wszyscy prorocy są namiętni. Tak też powiedziałem Romerowi i poradziłem mu nie straszyć nas i uspokoić się samemu. którym przydarzyło się nieszczęście. doprowadzi jedynie do tego. oto widowisko godne bogów! — powiedziałem z przekąsem. Proponuję więc. — Z panem dyskutować nie będę — zwrócił się do . Proroctwa działają raczej na uczucia niż na rozum. — Człowiek pomaga bogom. nierozważni ślepcy. co my w gruncie rzeczy wiemy o Galaktyce? Dopiero co wypełzliśmy poza opłotki naszego ziemskiego domku. aby Galaktowie musieli się wydać naiwnym Aniołom co najmniej bogami. — Ścigani po świecie i w dodatku śmiertelni bogowie — rzuciłem ironicznie. iż Galaktowie już dawno zostali unicestwieni przez swych wrogów. — Tak. iż ludzkości grozi niebezpieczeństwo. jaki przełom się w nim dokonuje. Tego dnia nawet w przybliżeniu nie domyślałem się. na co nalega Andre. A jeżeli Galaktowie nadal prowadzą wyczerpującą wojnę z wrogami. — Nie ma żadnego znaczenia. a wokół nas rozpościera się ogromny świat pełen niespodzianek! Nie mogę powiedzieć. ścigani bogowie! — wykrzyknął. Romero zaczął mówić nieco spokojniej. aby jego złowieszcza przemowa nie wywarła na nas wrażenia. czy jesteśmy z nimi spokrewnieni. które z pewnością dotrą w końcu również do nas. dwieście tysięcy lub milion lat temu. Sama natura stworzyła nas do współpracy. Nie wiemy natomiast. — Spieracie się o głupstwa — powiedział. że nazywają ich Niszczycielami — „Zływrogi" to jedynie pogardliwy epitet — i nie jest to nazwa przypadkowa. a poszukiwanie gwiezdnych braci. ponieważ wychodzimy teraz w przestrzenie galaktyczne. Wywnioskowałem to z jego chmurnej. mamy obowiązek przyjść im z pomocą. Zastanówcie się. Ważne jest co innego: gdzieś w kosmosie szaleją wyniszczające wojny.

w swym naturalnym otoczeniu i nawet z góry nie sprawia to wrażenia gmatwaniny różniących się stylem gmachów. a ja zapatrzyłem się na Partenon. Ostrożność i odwaga. Radzę jednak nie wpadać w dumę. iż znajdujemy się w punkcie zwrotnym historii ludzkości i każdy nieostrożny krok może spowodować niepowetowane szkody. myśl o współpracy z Galaktami i twoja. Siostra jest tak dokładna. że powinienem raczej zwrócić się do całej ludzkości i przestrzec ją. bo lepiej orientuje się w sferze przedmiotów niż w świecie myśli. każda poważniejsza myśl jest przede wszystkim pretekstem do dowcipkowania. Dopiero po tym oświadczeniu zaczęła mówić o uchwałach Rady. Wiera uśmiechnęła się rozbawiona naszą niecierpliwością. że każda świątynia i pałac stoi oddzielnie. Chcecie dowiedzieć się. — Powzięliśmy niezmiernie ważną decyzję — powiedziała. będziemy musieli określić naszą politykę gwiezdną na cale wieki. — I nasze zdanie także ma jakąś wagę. że nigdy nie zacznie od końca. nie podobały się proroctwa Romera. gdyż on we wszystkim nieznanym doszukuje się materiału do niezwykłych hipotez. Postanowiliśmy odprężyć się nieco i poprosiliśmy o przekąskę. Nie chcę też sprzeczać się z Andre. podobnie jak mnie. Później przyleciała Wiera. ale nie chciał wszczynać dyskusji. — Wielki nieustannie informował nas o ważnych myślach rodzących się w umysłach ludzi. Wśród nich była pańska. W najbliższych latach. Ale bezczynność również jest niedopuszczalna. Nie wiem czemu. — Muszę wam pogratulować. Postanowiono również zdobyć możliwie wyczerpujące informacje o Galaktach i ich . co działo się na posiedzeniu Rady? Naturalnie poprosiliśmy o szczegółowe sprawozdanie z przebiegu narady. Andre.mnie. mój przyjacielu Eli. oto czego dzisiejsza sytuacja wymaga od wszystkich. Jemu. Sądzę. — Dla pana. ale grecki antyk przemawia do mnie najbardziej. Sławna świątynia wznosiła się o jakieś dwieście metrów od nas i z tej odległości była jeszcze bardziej harmonijna niż z bliska. a może miesiącach. przyjaciele — powiedziała zwracając się do Andre i Romera. o możliwych niebezpieczeństwach kryjących się w rejonach Galaktyki. Była podniecona i bardzo z czegoś rada. Pawle. Budowniczowie Dzielnicy Muzealnej rozmieścili wielkie pomniki starożytności tak. Później Olga zaczęta opowiadać o swoich udoskonaleniach statków kosmicznych. Posiłek dostarczono nam na taras. — My również jesteśmy cząstką ludzkości — wymamrotał z chmurnym wyrazem twarzy Leonid. — Wszyscy uważają. Zalecono dokładne zbadanie możliwości utworzenia Sojuszu Międzygwiezdnego mieszkańców naszego zakątka Galaktyki. Konferencja gwiezdna na Orze została ostatecznie zatwierdzona. dla wszystkich naszych potomków. gdyż dokładnie tak samo myślały tysiące innych ludzi. jakie powzięto decyzje. ale najpierw chcieliśmy dowiedzieć się.

z kim można się przyjaźnić. że nie może dłużej zostać. W kabinie planetolotu wkrótce zapomniałem o Ziemi. kiedy polecimy na Orę. Zostanie zwiększona obronność Ziemi i planet Układu Słonecznego. Zastanawiano się również nad neutralnością Ziemi w sporach nie przez nią rozpoczętych. że przygotowania do wyprawy potrwają jeszcze około miesiąca. Merkury będzie specjalizował się w produkcji substancji aktywnej do anihilatorów Taniewa. a z kim trzeba walczyć. że takie niebezpieczeństwo nie istnieje. Wiero? — zapytał Romero. Na trapie Wiera pomachała Ziemi ręką. — Zaaprobowano pani pomysł. W myślach byłem już na Plutonie. Oto najważniejsze zalecenia Rady. I jeszcze jedna przyjemna nowość: dowództwo pierwszej galaktycznej eskadry zostanie powierzone pani. Dawniej. Ludzkość winna być dobrze przygotowana na wszelkie niespodzianki.przeciwnikach. bardzo mnie to denerwowało. — Jak zawsze. Niszczycielach. 16 Wiera. Zanim wsiedliśmy do międzyplanetarnego ekspresu. Wobec tego postanowiono jedną z planet przekształcić w wyspecjalizowaną bazę rakietową. ustali się. — Ale zbuduje się nie dwa eksperymentalne egzemplarze. bracie. ale z wiekiem pogodziłem się z tym. Następnie przeprosiła. — Czy mogę ci towarzyszyć. które po zatwierdzeniu przez ludzkość staną się prawem. bo ma do załatwienia pilne sprawy. Wiera odpowiedziała. . Olgo. jak pani proponowała. Allan i Leonid zapytali. Ty. Dopiero po wszechstronnym zapoznaniu się z tymi nieznanymi narodami i ich konfliktami zostanie określona szczegółowa polityka galaktyczna. że niebezpieczeń stwo z odległych rejonów Galaktyki rzeczywiście nam zagraża. Cieszyłem się naprawdę. ale kapitanowie Gwiezdnych Pługów wylecą na Plutona wcześniej. Wszystkie te wielkie problemy czekają jeszcze na rozstrzygnięcie. ja zaś puściłem tylko oko do naszej staruszki. kiedy bytem młodszy. oczywiście — odpowiedziała. Zachwycałem się nią i Słońcem. Wolny czas na Ziemi Wiera spędzała z Romerem. — Tak. Rada zaleca rozpoczęcie budowy Wielkiej Floty Galaktycznej. ale nie ma też pewności. Wybór padł na Plutona. Romero i ja odlecieliśmy z Ziemi 15 sierpnia roku 563 wraz z ostatnią grupą. Ziemia była piękna. Nie dowiedziono. że rozstaję się z nimi na długo. dotyczący statków dziesięciokrotnie większych od istniejących krążowników gwiezdnych — powiedziała Wiera. Pawle. bo wiedziałem. odbyliśmy przejażdżkę nad Ziemią. również powinieneś się cieszyć — zwróciła się do mnie. że Romero zaniedbuje dla niej przyjaciół. bo byłem dumny z Plutona. lecz serię liczącą setki sztuk. — Gigantycznych krążowników nie można ze względów technicznych budować na Ziemi.

Nie ma nic nudniejszego od rejsowych statków międzyplanetarnych, staroświeckich rakiet-rydwanów z napędem fotonowym. Nawet ich kształt — długie, niezgrabne cygaro — nie zmienił się od trzech wieków. W dodatku wloką się z prehistoryczną szybkością: droga na Księżyc zajmuje im pięć minut, do Marsa dobę, a na podróż do Plutona tracą cały tydzień. Żaden z tych „ekspresów" nie rozwija prędkości większej niż czterdzieści tysięcy kilometrów na sekundę, a na domiar złego nie na wszystkich statkach grawitatory dobrze działają, tak że czasami odczuwa się niewielkie przeciążenia. Jedynie z nieważkością dobrze sobie radzą, ale trudno to uważać za sukces, bo likwidacja nieważkości jest sprawą śmiesznie łatwą. Prosiłem Wierę, aby zamówiła międzyplanetarną torpedę z anihilatorami Taniewa, która osiąga Plutona w ciągu ośmiu godzin, ale odpowie działa na to, że nie musimy się spieszyć i wszyscy się z nią zgodzili. Od dzieciństwa drażni mnie swoista doskonałość Wiery. Najważniejsze w jej słowach jest to, iż są to jej słowa. Te same myśli, lecz wypowiedziane przeze mnie, nie robią na słuchaczach żadnego wrażenia. — W dawnych czasach sekretarze nie krzyczeli na swoich zwierzchników, Eli — skarciła mnie, kiedym jej powiedział, co myślę o jej decyzji. — Powiesz mi jeszcze, że zwierzchnicy krzyczeli na swych sekretarzy, a ponieważ to będzie twoja myśl, nawet Romero uzna ją za prawdę. Romero istotnie potwierdził. W starożytności szefowie nie patyczkowali się z podwładnymi — powiedział. — A pewien rosyjski car w rozmowie z ministrami nierzadko używał kija. Szczególnie dostawało się jego ulubieńcom, gdyż w owym czasie chłosta uchodziła za jedną z form zachęty. Używano wówczas powszechnie wyrażeń: „Przerzucić na odpowiedzialne stanowisko", „Wlepić (lub wrzepić, historycy różnią się tu w opiniach) naganę", „Uderzeniem miecza pasować na rycerza". Wszystkie te sformułowania były synonimami awansu jednostki. Nie sądzę jednak, aby rycerzy przy wyznaczaniu na odpowiedzialne stanowiska dosłownie gdzieś przerzucano lub rąbano mieczami. Nasi przodkowie uwielbiali hiperbole językowe. Moim zdaniem w opisanych przez Romera barbarzyńskich czynnościach kryją się typowe dla owej epoki obyczaje religijne i obrzędy magiczne. — Weźmy chociażby tak rozpowszechniony wówczas termin jak „rzucono towar na sklepy"! — wykrzyknąłem zapalając się do dyskusji. — Zwykły człowiek uzna za bezsens, aby wyprodukowane z trudem towary beztrosko rzucano, i to w dodatku na dach jakiegoś pomieszczenia. Ale życie społeczne owych czasów było pełne sprzeczności. Wiemy dziś, że zebranymi z trudem plonami kawy lub kukurydzy palono czasem pod kotłami parowymi lub topiono je w morzu, a buty zaraz po zejściu z taśmy kierowano na inną taśmę, gdzie krojono je na części. Jeśli nie zgodzicie się ze mną, że to wszystko robiono ze względów rytualnych,

nie zaprzeczycie przynajmniej, że te dziwne terminy odzwierciedlały całkiem realne sytuacje? A w ogóle, moi złoci, logika nie była najmocniejszą stroną naszych przodków. Przeglądaliśmy kiedyś na Plutonie starożytny film. Okazuje się, że dawniej wszyscy ludzie cierpieli na wysięk z nosa, jak zdarza się to obecnie chorym. I wyobraźcie sobie, że zbierali tę bezużyteczną wydzielinę niczym największy skarb. Mało tego, niektórzy te uperfumowane i ozdobione w dodatku koronkami szmatki nosili w kieszeniach w ten sposób, aby koniuszek wystawał na zewnątrz... Nie ukrywali choroby, lecz chwalili się nią! Romero patrzył na mnie ze zdumieniem. Odniosłem wrażenie, iż oryginalność moich poglądów pozbawiła go na moment daru mowy. — Pańska wiedza historyczna jest wręcz zdumiewająca — powiedział niezmiernie uprzejmym tonem. — A ponieważ tak śmiało przenika pan tajemnice przeszłości, sądzę, że nie powinno pana dziwić pokrzykiwanie przełożonego, choć zdrowy ludzki rozsądek uzna za naturalniej sze pokrzykiwanie podwładnych na szefów, gdyż przełożonym nie wypada wykorzystywać swojej przewagi, a czegóż ma się krępować podwładny? Trochę racji w tym bez wątpienia było.

17
Za Uranem ekspresy rozpędzają się i nawet nasz wehikuł zdobył się na jedną dziesiątą szybkości światła. Pluton skrząc się w iluminatorach zmieniał się z ziarnka grochu w jabłko, a z jabłka w dużą piłkę, wokół niego śmigały malutkie sztuczne słońca. Na biegunach wznosiły się sztuczne protuberancje — wytwórnie pary wodnej i syntetycznej atmosfery ruszyły niedawno pełną mocą i produkowały teraz dziesięć milionów ton wody i dwa miliardy ton mieszanki azotowo-tlenowej na godzinę. Przytoczyłem te liczby Romerowi i Wierze z pamięci. — Wody na razie brakuje, atmosfera zaś jest już porównywalna z ziemską, oddycha się jak u nas w górach — powiedziałem. — Wydaje mi się, że najciekawszą rzeczą na Plutonie są te fabryki powietrza — powiedziała Wiera. — Od ich pracy zależy teraz powodzenie projektu przebudowy Plutona i organizacja stoczni galaktycznych. Nie odezwałem się, byłem bowiem przekonany, że na Plutonie jest wiele rzeczy znacznie ciekawszych niż te ponure automatyczne fabryki przerabiające glebę planety na wodę i powietrze. Są niewątpliwie potrzebne, ale zachwycać się nimi? Zawiadomiono nas, że przyjaciele na Plutonie chcą z nami mówić. Wkrótce na stereoekranie pojawił się Andre z Żanna, Lusin, Leonid, Olga i Allan. Mimo opóźnienia światła wyczuwalnego przy takiej odległości ich głosy docierały do nas stwarzając pełną iluzję bliskości. — Hura, bracia! — wrzeszczał Allan. — Do góry ich! — Lecicie — mówił jak zwykle urywkami zdań Lusin. — Pokazaliście się. Dobrze.

Wykrzykiwaliśmy w odpowiedzi powitania. Dzieliło nas jakieś półtora miliarda kilometrów. W pobliżu Plutona Wierę zainteresowało skupisko gigantycznych brył krążące nad planetą. Jeden z głazów wyróżniał się spośród pozostałych niczym góra otoczona pagórkami. Powiedziałem bardzo uroczystym tonem, jak przystało w takiej chwili: — Baza Gwiezdnych Pługów. Ten ogromny, to „Pożeracz Przestrzeni", statek flagowy floty galaktycznej. Tu ostatecznie pożegnamy się z rakietami fotonowymi.

18
Przygotowanie każdej wyprawy galaktycznej to sprawa bardzo skomplikowana, a nasza ekspedycja miała w dodatku szczególny charakter i wymagała ogromnych ilości substancji aktywnej, grającej rolę zapalnika przy wybuchowej zamianie masy w przestrzeń. Aktywną substancję przywozi się z Merkurego. Gwiazdoloty krążyły więc nad Plutonem czekając na ostatnią partię paliwa. Wiera zwiedzała planetę, a ja byłem jej przewodnikiem. Uchwała Wielkiej Rady w sprawie przekształcenia Plutona w bazę opierała się na wynikach wieloletniej pracy człowieka na tej planecie. Spośród wszystkich planet Układu Słonecznego Pluton jest najlepiej wykorzystany i tu mieści się jedyny na razie port galaktyczny. Niegdyś w dalekie rejsy statki kosmiczne startowały z Marsa, a nawet z Ziemi, lecz później ludzie zrozumieli, że takie chałupni cze metody zagospodarowania kosmosu są niedopuszczalne. Do budowy Ory zmobilizowano wszystkie rezerwy ludzkości. Pluton nie może jeszcze równać się z Ora, ale mimo wszystko w okolicach Słońca nie ma równie wielkiej budowy jak nasza! Najpierw zwiedziliśmy jedną z wytwórni atmosfery. Urządzenie szerokości kilometra i długości ponad dwóch poruszało się z wolna po powierzchni planety zbierając warstwę gruntu. Kiedy podjeżdżaliśmy do fabryki, jej ściana tnąca zbliżała się do granitowego wzgórza. Pagórek zapadał się w oczach i tajał jak w ogniu. Wkrótce nie zostało po nim nawet śladu, a wytwórnia popełzła dalej. W miejscu, gdzie przeszła fabryka, czerniała warstwa sztucznej gleby wbogaconej nawozami i zasianej trawą i kwiatami. Nad urządzeniem przetwórczym hulały wiatry: tysiące ton wytworzonego powietrza ulatywały co sekundę do atmosfery. Starałem się trzymać Wierę z dala od wirów powietrznych, ale mimo to huragan zerwał jej z głowy kapelusz. Wtedy omal nie wydarzyło się nieszczęście. Romero pobiegł za kapeluszem, ale strumienie powietrza przewróciły go i trzeba było spieszyć na pomoc. Leonid i ja wczepiliśmy się w Pawła, pomógł nam również Allan i we trzech wyrwaliśmy Romera z szalejącej powietrznej otchłani. — Gdyby nie wy, leciałbym teraz pod obłokami — powiedział z bladym uśmiechem.

Aby odwrócić uwagę przyjaciół od wschodzącego pomarańczowego słońca. — To na razie zaledwie trawa i kwiaty. że teraz byłby pan przerabiany na tlen i azot — zaoponowałem. aż przeszedł na ich pokarm. które wówczas wisiało nieruchomo nad półkulą północ ną i tylko oświetlony przez nie region nadawał się do życia. Jedno stało w zenicie. Smok. — Braciszkowie. bo chciałem. Smakuje. dwa czerwone podtrzymują umiarkowaną temperaturę w ciągu szesnastogodzinnej nocy. są już od dawna nie do pomyślenia. — Wszystkie fabryki atmosfery zmontowane są w pustych okolicach. stworzyć rozżarzone jądro jak na Ziemi. — Soczysta. — Nie ja. Dlaczego wokół wytwórni nie ma zabezpieczeń? — zapytała Wiera. a Ziemia nie zezwala na wycieczki na Plutona. Bardzo. Sztuczne słońca ogrzewają jedynie powierzchnię. Należy rozpalić wnętrze planety. Pegazy. To białożóite w zenicie sporządzono pięćdziesiąt lat temu i dlatego już prawie się wypaliło. — I nie zezwoli. — Próbowałeś? — zapytał Allan i klepnął się z uciechy rękami po kolanach. krążących po niskich orbitach i napromieniowujących jednorazowo niewielki wycinek planety. — A za jakieś pięć minut moglibyśmy panem oddychać. Powiedziałem swym towarzyszom. jedno zaś. a trzecie wschodziło. jest jednym z nowych. Zamiast tego zwróciłem uwagę Wiery na zieleń pokrywającą grunt planety. Dalekie ziemskie Słońce również błyszczało. Po wystrzeleniu trzeciego słońca również i to pierwsze zostało włączone do wspólnego obiegu.— Myślę. aby ono samo przemówiło. Pierwsi plutońscy koloniści pracowali w blasku tego jednego słońca. Oczywiście nie powiedziałem jej. zwiastuje odpoczynek wieczorny. Lusin je trawę! Tak długo obcował ze swoimi syntetycznymi zwierzętami. Wtedy gleba będzie ogrzewana . aby zmagać się ze sztuczną burzą. jaki o mało nie przytrafił się Pawłowi. teraz zachodzące. Wschodziło pomarańczowe słońce. — Tu nie ma ludzi — wyjaśniłem. — Fioletowobłękitne. ale wkrótce będziemy mieć tu prawdziwe lasy jak na Ziemi. że nieraz lataliśmy awionetkami w pobliżu wytwórni. drugie zachodziło. Równina była oświetlona trzema roboczymi słońcami. — Na Ziemi takie wypadki. — Zieleń smaczna — poparł mnie Lusin. — Tak jak prawdopodobnie oddychamy moim biednym kapeluszem. Jak na Ziemi. ale jego maleńka tarczka ginęła obok sztucznych gwiazd. zacząłem mówić o bilansie cieplnym Plutona. Obecnie harmonogram obiegu słońc przedstawia się następująco: cztery gorące słońca tworzą ciepły dzień trwający szesnaście godzin. pomarańczowe. że na Plutonie działa siedem roboczych słońc. póki nie skończycie montażu swojego Komputera Państwowego z co najmniej 18 milionami Opiekunek — potwierdziła Wiera. zamilkłem więc.

od środka. wielkich prac. braciszku? — Tak — odpowiedziałem. były nie oświetlone. Kiedy anihilatory zostają uruchomione. aby przynajmniej jadło na Plutonie wydawało się niezdarną kopią ziemskich przysmaków. spacerowałem ulicami osiedla mieszkaniowego. gdzie można zmagazynować następne miliardy ton towarów. jakie to piękne! —zachwycała się Wiera. — To siódme słońce. — Kosztowało mnie trochę pracy. urządzili na niej bazę przeładunkową i cieszą się jak dzieci. bardzo niskie. — W ciągu godziny można załadować na statki sto tysięcy ton frachtu i paliwa. ale nie znaczy to. a to po prostu cudowne! —. również jakby rozjarzone własnym blaskiem. — Tamte słońca są wspaniałe. Blask był tak głęboki i jaskrawy. — Dobrze! Bardzo! — Eli! — Wiera obróciła się ku mnie. odwiedziłem wytwórnie produkujące dowolne wyroby z dowolnych surowców. że tak im się wspaniale udało.. co znajduje się na Ziemi i czym rzeczywiście można się zachwycać. — Zawiadomcie o swojej propozycji Wielką Radę — powiedziała Wiera.Eli robił — powiedział Lusin. bo chcieliśmy. — Popatrzcie tylko. silna. jakby wszystkie przedmioty płonęły wewnętrznym żarem. młoda zieleń i konstrukcje wytwórni atmosfery zalewało pomarańczowe lśnienie. że właśnie ten glob wybrano na miejsce nowych. trylionów kilometrów ścieśnia się lub rozszerza przestrzeń międzygwiezdna. Dokładnie zbadałem konstrukcję Gwiezdnych Pługów: byłem w magazynach przechowujących miliony ton zapasów i w komorach. aby nie tylko przynosiło bezpośrednią korzyść. — Boże. Nad nimi rozpościerało się żółtobrunatne niebo. Czy to nie przesada? Mieszkać na stałe tu nie można. 19 Na razie nie miałem najmniejszego pojęcia. lecz rozjarzone. abym leniuchował. A na razie jest to tylko niezdarna kopia znikomej części tego. a nie puste i zwiewne jak na Ziemi. Romero zgasił ogólne zachwyty: — Grubo ciosana. jakie to piękne! Skały i dolinki. — Port jest doskonale obsługiwany — dodała Olga. . sekcji anihilatorów Taniewa.. lecz również upiększało naszą młodą planetę. wspaniała. Mówiąc to zajadał pierożki z syntetycznym mięsem i popijał je sokiem owocowym. Najwyżej popracować dwa do trzech lat. ale jakież pole do popisu! Cieszę się. nie sądzę więc. Przy kolacji Wiera powiedziała: — Grubo ciosana i silna planeta. najniezwykłejszej fabryki świata wytwarzającej substancję z pustej przestrzeni i pustą przestrzeń z masy. niemal dotykalne. dotarłem do serca statku. dokoła w promieniu wielu lat świetlnych. Życie tu na razie niezbyt wygodne. na czym polega funkcja sekretarza. co pozwoli zastąpić czerwone słońce kilkoma zimnymi księżycami. Znaleźli w oceanie kosmicznym kamienistą wysepkę.

Słuchała mnie i uśmiechała się. ale nie starczy jej na głębokie przeniknięcie w Galaktykę. Żanna wraz z nami. A co do Zływrogów. co nas tam czeka: przyjaciel czy wróg. sam to czytałem w prognozie. Jej złociste włosy zawsze są równiutko uczesane.. mogłaby tak słuchać i uśmiechać się godzinami. Pradawny obrzęd pożegnania postanowiono odbyć na powierzchni planety. a policzki pokrywa jakiś swoisty. Olga nie pojęta. W południe ze wszystkich statków pomknęły na Plutona rakiety z odprowadzającymi i . Gwiazdoloty istotnie mają niemałą moc. bardzo spokojny. Gdybym to ja został dowódcą floty galaktycznej. Nawet dziesięciominutowa rozmowa z nią wyprowadza mnie z równowagi. Z tym swoim usposobieniem nadaje się jednak na swoje wysokie stanowisko admirała flotylli statków międzygwiezdnych. tak mi się wtedy wydawało.. Poród został wyznaczony na 27 lutego i odbędzie się normalnie. to jak uzbrojony? Nie jest wykluczone. Ale Andre niezbyt w tę prognozę wierzy. która wywarła na mnie szczególne wrażenie: moc anihilatorów Taniewa w najmniejszym z Gwiezdnych Pługów dochodzi do dwóch milionów albertów. Podzieliłem się swymi zachwytami z Olgą.Przytoczę tylko jedną liczbę. a w „Pożeraczu Przestrzeni" przekracza pięć milionów! Wszystkie elektrownie na Ziemi w końcu wieku dwudziestego starej ery miały moc niecałych trzech albertów. może w pełni zasilić anihilatory napędowe. — Wielki Akademicki projektuje obecnie statki o mocy trzystu milionów albertów — kontynuowała Olga. — Nawet na twoich słabiutkich stateczkach jakoś dotrzemy do Ory. Z Olgą można pracować. Ale te statki będą nieprędko. co najmniej przez dwa dni chodziłbym ze szczęścia na głowie. Żanna zrobiła się już tak tęga. — Zbyt się zapalasz. to krążą słuchy. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. że wymarli milion lat temu. że z niej żartuję. Mieszkamy na statku już trzeci dzień. Eli. — Na takim gwiazdolocie czułabym się trochę spokojniej. wówczas błyskawicznie przemówią inne anihilatory i w starym kosmosie pojawi się nowa przestrzeń w miejsce spopielonej substancji! Nigdy dotąd nie istniały mechanizmy tak doskonałe i potężnie uzbrojone jak nasze statki galaktyczne. Najsympatyczniejszym rozmówcą byłby dla niej chyba robot cybernetyczny. Ale gdy jakaś nieprzewidziana przeszkoda stanie nagle na drodze statku. — Nie martw się — poradziłem. lekki rumieniec. Nie wiemy w dodatku. Gdybym nie odszedł. że stało się to widoczne nawet dla postronnych. A ona nawet się nie ucieszyła! 20 Andre większość czasu spędza z Żanna. że technika tajemniczych Niszczycieli stoi wyżej od naszej. a jeżeli wróg. ale nie sposób rozmawiać. Rozłąka przychodzi im bardzo ciężko. Ta gigantyczna moc może być całkowicie zamieniona w szybkość nadświetlną. jasne oczy zawsze promienieją dobrocią.

ale my wraz z Romerem weszliśmy w kamieniste piargi. ja natomiast chciałem jeszcze raz stanąć na twardym gruncie. że słyszeliśmy całą rozmowę. Jedną ręką nie można uchwycić dwóch przedmiotów. Romero wskazał laseczką na Andre i Żannę stojących przy trapie. — Proszę mi powiedzieć. — Zmęczyło mnie to ciągłe żegnanie się z tobą. straciłem humor. Nie mogę zaspokoić pańskiej ciekawości. odprowadzających jest co najmniej drugie tyle. że ktoś mnie na Plutonie zastąpi i ósme. Nikt nie odchodził daleko od rakiet. Stanęliśmy tak blisko. Nie odpowiedziałeś mi. gdzie przysie-dliśmy na niewielkim wzgórku. Pragniemy nowego i jednocześnie boimy się utracić stare. chociaż wiedzieliśmy zawczasu. kiedy wschodziło już pomarańczowe słońce. jak mawiano w . który nie przepuści żadnej podobnej okazji. — A ty nie choruj i nie zalecaj się do pięknych dziewczyn z innych gwiazd. a sami też nie są skorzy do zwierzeń. na Orze nie będzie ludzi. Na Orę leci osiemset osób. łzami i smutkiem? Na myśl. najpiękniejsze słońce powstanie beze mnie. — Posiłki. jaki oni mają stopień wzajemnego przystosowania? — zapytał Paweł. — Ciekawe. jeśli takie napotkasz. a jednak w gruncie rzeczy zawsze do tego dążymy. że znajdziemy się na planecie na początku dyżuru siódmego słońca. i to mnie niepokoi! — Uspokój się. — Wielki nie zdradza tajemnic osobistych. Byłem w rakiecie razem z Romerem. oczywiście że nie! Kiedy wracaliśmy. ale zrobiło mi się smutno. Wziąłem Romera pod rękę i poszedłem z nim do rakiety. Andre. — Zazdrość to przeżytek z najgorszych czasów historii ludzkości. Człowiek to jednak dziwne stworzenie. Będziemy świadkami czułych wyznań. Czy nie stąd przypadkiem wywodzi się obrzęd pożegnania. — Nie odstępuj od zaleceń lekarskich! — nastawał Andre. praca. Niczego tak nie pragnąłem jak podróży na Orę. Romero uznał to za dobry omen. W blasku pomarańczowego słońca równina płonęła jak rozżarzona.odjeżdżającymi. — Pożegnanie Hektora z Andromachą. Romero. przechadzki. Do diabła. Wylądowaliśmy w porcie. z jego objęciami. Po powrocie zażądam sprawozdania. — Dla mnie to nie jest przeżytek. iż żegnamy się z tym miejscem na zawsze? — Dlaczego. a nie zamierzam zakochiwać się w jaszczurkach lub anielicach. jedną nogą nie da się stąpnąć w dwa miejsca naraz. Jestem zazdrosna. — Moglibyście już odjechać! — powiedziała Żanna. sen — zgodnie z przepisanym planem. kiedy patrzyłem przez okno rakiety na oddalającego się Plutona. — Przecież od trzech lat nie odstępują jedno od drugiego. Eli — zapytał Romero — czy nie ma pan uczucia.

proszę spojrzeć. jak się tym ciągle chwalimy. on ciągle jeszcze żegna się. W środku hali wisi na polach siłowych pięć foteli swobodnie obracających się na rozkaz myślowy w dowolnej płaszczyźnie. po jej tarczy toczyły się trzy słońca. W burcie statku galaktycznego rozwarł się wylot tunelu kosmodromu i rakieta wylądowała. czemu nie możemy być wszechobecni? Co przeszkadza nam zostać wszechobecnymi? Niski poziom techniki. Oprzytomniałem. Przy każdym z foteli znajduje się obrotowa lorneta o gigantycznym powiększeniu. W centralnym fotelu siedziała Olga. jednocześnie być obecnym i nieobecnym. ale pozostawić siebie. czy po prostu to. Tylko z wielkiej odległości można było ogarnąć wzrokiem te ogromy. że urządziliśmy swoje życie nie tak znów wygodnie. A propos. Odwróciłem się od Plutona. — Rozstanie Andre i Żanny naprowadziło mnie na myśl. mieszając dla większego wrażenia potrzeby z pragnieniami. W sali było ciemno. Oczywiście ziemski Księżyc jest większy od każdego z tych statków. że nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym problemem? Czemu każdy z nas jest jednym. które z oddali wydawały się jaskrawsze niż były w istocie. nie na darmo Andre utyskuje. zachowując przepisową odległość. stąd kieruje się lotem statku. trzeci komponuje. drugi pieści swoją Żan-nę. wisiały pozostałe statki galaktyczne. że pan fantazjuje na jakiś niebywały temat — powiedział Romero. — Pragnienia zawsze wyprzedzają możliwości. Ma ona kształt wydrążonej kuli pokrytej na całej powierzchni wklęsłymi ekranami. po bokach jej pomocnicy: Leonid i siwiutki staruszek Osima. Andre w czterech osobach: jeden buduje nowe deszyfratory. ale dla mnie Olga zrobiła wyjątek. . to byłoby wspaniałe! — Założę się. ośmiu Romerów. jedynym? Lusin tworzy od niechcenia nowe zwierzęta oddziałując na kwasy nukleinowe zarodków. Przed nami wyrastał podobny do gigantycznej soczewki „Pożeracz Przestrzeni".starożytności. stworzyć kilka identycznych „egzemplarzy" tego samego człowieka? Dwie Wiery. czwarty poszukuje Galaktów! Odjechać. — Jutro w południe przechodzimy z napędu fotonowego na anihilację przestrzeni — powiedziała wkrótce po starcie. ale całą Stolicę wraz z jej piętnastomilionową ludnością można by swobodnie zmieścić we wnętrzu gwiazdolotu. 21 W drugim dniu lotu odwiedziłem halę dowódczą. Planeta zmniejszała się. Andre nie odstępował od okna. — Bądź o ósmej przy wejściu do sterówki. a obok niego. czyż więc tak trudno zdublować się. że połowa jego potrzeb nie jest zaspokojona. Pasażerowie nie mogą tu wchodzić.

Odbyto się to tak. promieniujących światło widzialne. Na razie nie widziałem zmian w rysunku gwiazdozbiorów. Punktualnie o ósmej drzwi rozwarły się i coś z nieodpartą siłą wessało mnie w ciemność. Olga roześmiała się. Nikt na mnie nie czekał. Z boku. Gwiazdy były nade mną i przede mną. które nie przeszkadzają w widzeniu przedmiotów odległych. Pole siłowe zaś stwarza w każdej pozycji wrażenie. Fotel wykonał półobrót. ale nikt nie odpowiedział .Za dwie ósma podszedłem do zamkniętych drzwi. Zaraz też z zimną krwią obróciła się do góry nogami. Na jednej były naniesione szybkości podświe-tlne osiągane przy . jakby góra i dół zamieniły się miejscami: moje ciało nadal ściśle przylegało do fotela. Odpowiedział mi Osima. podobne do kłębka promienistej wełny. Nigdy nie czułem się tak dobrze. na granicy widoczności świeciły Hiady. z przodu i za plecami! Usłyszałem spokojny głos Olgi: — Zdaje się. — Moglibyśmy obracać gwiezdną sferę — zauważyła Olga — ale wówczas wszyscy obserwatorzy widzieliby ten sam obraz. a to zbyt mało. płonęły Plejady. Od Plutona dzieli nas zaledwie jakieś dziesięć miliardów kilometrów. Normalnie na zwykłych meblach przez chwilę usada-wiamy się. Eli? Z największym wysiłkiem opanowałem drżenie głosu. iż głowa znajduje się u góry. że jęknąłeś. Zorientowałem się w tym wszystkim znacznie później. Poszedłem za jej przykładem i ta część nieba. — Jesteś niecierpliwy. Krzyknąłem z nagłego przestrachu i Wtedy poczułem. że siedzę w wygodnym fotelu. Teraz przede mną błyszczał gwiazdozbiór Byka. wszystkie kierunki są równoprawne. — W jaki sposób określić kierunek lotu? Przecież tu jest ciemno i gwiazdy otaczają nas zewsząd. rozróżniałem siedzącego obok mnie Osimę i nie zmienione gwiazdy na sferycznych ekranach. aby gwiazdozbiory zmieniły się. widziałem go w takiej postaci tysiące razy. zastukałem więc. — Zapragnij zobaczyć i zobaczysz. tutaj natychmiast linie pola wybrały mi najwygo-dniejszą pozycję. jak mierzy się szybkość statku. U nas każdy bada swój odcinek nieba nie przeszkadzając pozostałym. Lecimy niecałą dobę. Wytłumacz. zwane też Stożarami. Zapytałem. W ciemności rozjarzyły się widmowo dwie skale. — To z zachwytu. Olga wyjaśniła mi. że w sali nie ma dołu ani góry. która była pode mną. a w nim dziko połyskiwało pomarańczowe oko Aldebarana i widmowo. a na razie nie mogłem wyzbyć się przerażenia: poczułem się jakby wyrzucony na zewnątrz. w bezmiar kosmosu. z prawej i lewej. znalazła się nad ciemieniem. co tu do czego służy. Szybkość gwiazdolotu określano według paralaksy jasnych gwiazd w stosunku do kulistych rojów na granicach Galaktyki. Poszukałem oczami Wielkiej Niedźwiedzicy: wóz wyglądał zwyczajnie. Miałem już wtedy na twarzy infraczerwone okulary transformujące do bliskich obserwacji. i to w dodatku z napędem fotonowym.

Na pierwszej skali drgała jaskrawa plamka — szliśmy z jedną trzecią szybkości światła. — Cóż robić. Dobiegł mnie stłumiony głos Osimy: — Za dziesięć minut startują anihilatory przestrzeni.. że mnożniki fotonowe. lecz gęściejszą: migające gwiazdy wydawały się czerwieńsze i bardziej matowe. którego podstawowe mechanizmy znajdują się we wnętrzu statku. Co prawda gwiazdy na kursie jakby pokryły się mgiełką. Instrument optyczny jedynie zbiera światło gwiazd. — Wtedy jedynym środkiem koordynacji lotu będzie zawczasu przygotowany wykres szybkości. bo tak nazywają się te kosmiczne teleskopy. W gruncie rzeczy to nie jest aparat.. Eli! Gwiazdoloty pędzą kilkaset razy szybciej niż światło. Na oślep!. Obróciłem się do tylu. — Tak. — Lecieć nie widząc się nawzajem. ani błysków i przeciążeń. Na jakiś czas pochłonęła mnie zabawa z lornetą. Osima powiedział. Zażądałem w myśli odpowiedniego powiększenia (maksi mum milion razy) i natychmiast je otrzymałem. widzę — odpowiedziała Olga. aby popatrzeć na pozostałe statki. Nie było wstrząsów ani łoskotu. w jaki sposób posługiwać się lornetą. w uszach nie zaszumiało. Szukałem potężnych efektów świetlnych. co i w przedzie. bez możliwości przekazywania koniecznych informacji!. Olga pokazała mi. Przyrząd działa na innej zasadzie niż teleskop. — Kiedy przejdziemy w obszar nadświetlny. w ogóle przestaniemy je widzieć — powiedziała Olga.napędzie fotonowym. — Tam łatwiej znajdziesz coś nowego. pomnaża liczbę złowionych fotonów. ale i to trwało zaledwie chwilę. W sali nikt i nic nie zmieniło swego wyglądu. Lorneta przy fotelu jest zaledwie niewielkim ułamkiem urządzenia. To była nowa substancja wytworzona przez . — Odwróć się do tyłu — poradziła Olga. druga zaś określała szybkości nadświetlne i działała przy włączonych ani-hilatorach Taniewa. ale nie znalazłem nawet punkcików. Był to dystans bezpieczeństwa. lecz optyczno--kwantowa fabryka przetwarzająca skąpą informację zewnętrzną w bogate obrazy łatwe do obserwacji. a nie znamy innego naturalnego nośnika informacji poruszającego się z prędkością naszych statków. lecz unicestwiał ją przed sobą. natomiast mnożnik wzmacnia. Teraz widziałem wszystkie nasze gwiazdoloty lecące wachlarzem w odległości około stu milionów kilometrów.. Później zauważyłem za statkiem tę samą mgiełkę. zostały wynalezione niedawno i na ich gwiazdolocie zainstalowano egzemplarz próbny. Wszystko odbyło się zwyczajnie i bez zakłóceń. Większe zbliżenie mogło utrudnić manewrowanie międzygwiezdnej flotylli.. Jednak i z tyłu nie odkryłem nic szczególnie zaskakującego. Przez taki instrument można by z Plutona rozróżnić wszystkie miasta i większe rzeki Ziemi. których akurat nie należało oczekiwać. Krew nie napłynęła mi do twarzy. „Pożeracz Przestrzeni" już nie leciał w przestrzeni.

trzeba więc spieszyć się. W kosmosie obowiązuje inna skala niż w życiu codziennym. Po raz pierwszy poruszałem się z taką prędkością. Ten drobiazg. w jaki dostałem się do środka. Osiem punktów rorzuconych wachlarzowato za nami zniknęto. Chmura pyłowa z tyłu zagęszczała się. Wznosiłem mnożnik do góry i znów go opuszczałem. obłok pyłowy „stworzony z niczego". przekształcała się w obłok pyłowy. — Miałem zezwolenie — powiedziałem. sześćdziesiąt lat świetlnych. spotkanie z Leonidem. „Daliśmy nurka w niewidzialność" — powiedziałem w duchu.gwiazdolot. — Nasz surowy admirał ma dla ciebie wiele względów. Musimy tam dotrzeć w ciągu trzech miesięcy. ani w dalekim gwiezdnym świecie. co się dokonuje. zostałem wyssany na zewnątrz w ten sam sposób. przez który tak obłędnie pędziliśmy. Pięć lub sześć lotów takiej armady gwiazdolotów — myślałem — a w Galaktyce ubędzie spory szmat przestrzeni i w zamian przybędzie nowe ciało kosmiczne. Kosmiczna pustka spalona w anihilatorach Taniewa zyskiwała namacalny kształt. nasza szybkość w przestrzeni. że uruchamianie anihilatorów Taniewa w obrębie Układu Słonecznego jest zabronione. na drugim natomiast plamka minęła dwadzieścia jednostek świetlnych. Olga dorzuciła: — Do Ory mamy dwadzieścia parseków. Nic więc dziwnego. obrotowe fotele. Chociaż nie wyczuwałem zmian ani w sobie. na myśl o tym. stały się większe i jaśniejsze. Wkrótce potem wskaźnik pierwszego paralaksometru potoczył się ku zeru. Na pierwszym paralaksometrze widniała nadal jedna trzecia prędkości światła. — Nie wątpię — odparł zimnym głosem. większą od sterówki. Nawet ogrom jest tam więcej niż skromny. że nawet przy tak wielkiej prędkości nie mogliśmy w ciągu paru godzin pokonać wielkich odległości. Plamka świetlna paralaksometru dotarła do liczby pięćdziesiąt. Dla pasażerów urządzono salę obserwacyjną. którego ponure oczy rozbłysły niedobrym światłem. jak powiedzieliby nasi przodkowie. Teraz posuwaliśmy się do przodu jedynie kosztem unicestwionej przestrzeni. . My sami również staliśmy się niewidoczni dla innych gwiazdolotów. Przy wejściu spotkałem się z Leonidem. Kiedy zakończył się dyżur Olgi. zrobiło mi się niewyraźnie na duchu. że gwiazdy przed nami przybliżyły się. Zapytałem: — Do jakiej wartości będzie wzrastać prędkość? — Wzrasta nieustannie — wyjaśnił Osima. porządnie zwarzył mi humor. pole siłowe. ale według tego samego planu: nieważkość. a potem osiągniemy dwieście. sam zaś aparat zblakł i zniknął w ciemności. Ale później zrozumiałem. ani w otaczających przedmiotach. Czasami wydawało mi się. Eli. lornety mnożnika. tak gwałtownie anihilatory pożerały przestrzeń. — Dziś ograniczymy się do stu jednostek.

zwyczajne słońce. A później Ora zaczęła rosnąć i dowództwo nad nami przejęła dyspozytorka portu międzygwiezdnego. Jedynym wyczuwalnym dowodem przebycia ogromnej drogi jest zmiana rysunku gwiazdozbiorów. piękna wprawdzie. pojawiły się natomiast błądzące gwiazdy. Po pewnym czasie w przestrzeni otaczającej Orę pojawiły się ślady życia. tylko obserwowałem. w innych zaś wypadkach cumują do . Sądząc po głosie była to surowa i energiczna dziewczyna. a następnie sam gwiazdozbiór skurczył się i przesunął. Najpierw przeobraził się Orion. Z bliska nie jest tak piękny jak z oddali. Mijał dzień za dniem. Dyspozytorka poleciła nam zmienić szyk: jako pierwsze miały lądować na Orze małe statki. a potem zawrócił i zaczął się zmniejszać. Pozostawiamy go z boku. ale i w sterówce nie dowodziłem. Nagle ruszył z miejsca Syriusz. wyzbył się swego lśniącego otoczenia: Capelli. Zbliżaliśmy się do węzłowej stacji kosmicznej zbudowanej na skrzyżowaniu tras galaktycznych. w ogóle się nie zmieniała. gigantyczna rzeka światów. Później wszystko zaczęło się gwałtownie tasować: jedne gwiazdy blakły.Stamtąd wprawdzie nie można kierować urządzeniami statku.. Olga wyłączyła anihilatory Taniewa i od tej chwili znów przeszliśmy na napęd fotonowy. Syriusza. nic nadzwyczajnego. szybko niczym planety przemieszczające się po nieboskłonie. ot. Polluksa. Sławna sztuczna planeta pojawiła się w lornecie mnożnika jako drobniutka plamka. Po dalszym miesiącu podróży dziwiliśmy się: czyżby ta skromna gwiazdka. a plamka nie zwiększała się. . miała być najcudowniejszą z gwiazd ziemskiego nieba? Nareszcie za Syriuszem poruszyła się uroczyście zimna Wega. która opuściła gwiazdozbiór Lutni i podążyła ku Wężowi i Skorpionowi. „Pasażer" widocznie bardzo się spieszył. Za to Aldebaran zajmował w polu widzenia lornety niemal pół nieba. gdyż Ora leży o jakieś trzy parseki w prawo. drugie rozjarzały się i jedynie Droga Mleczna. O jakieś trzy miliony kilometrów od nas przemknął pasażerski statek kosmiczny używany do przewozów między planetami. Pozostałe statki eskadry wynurzyły się z obszaru nadświetlnego i stały się widoczne w lornecie. 22 Orę zobaczyliśmy w czterdziestym ósmym dniu podróży. który początkowo leciał po naszej lewej stronie. „Pożeracz Przestrzeni" zaś szedł w ariergardzie. bo urody i teraz nie straciła. gdyż tu statki lądują na powierzchni planety. Wielka Niedźwiedzica nie zmieniła się wyraźnie. Tak będzie do końca lotu. bo nie odpowiedział na nasze sygnały. Nigdzie lądowanie nie jest tak skomplikowane jak na Orze. Ora nagle urośnie do wielkich rozmiarów.Będę korzystał z sali obserwacyjnej" —postanowiłem. Statki uchwycone polem siłowym planety kolejno wędrowały na wyznaczone miejsca. zmieni się z maleńkiej drobinki zawieszonej w przestrzeni w ogromne ciało niebieskie. Gwiezdny świat staje się nieznany i ta jego obcość ciągle się pogłębia.

który oczywiście jako pierwszy spoważniał. Żadna planeta naturalna. w naszym 563 roku. Przed nami. a na niego Wiera i Paweł.. aby nas zbyt silnie nie napromieniowało. Ora była od początku pomyślana jako największy hotel galaktyczny. na którą przyleciały. — mówiła Wiera. Będąc dziećmi marzyliśmy o niej. muszę opisać ją samą. gdy dorośliśmy. rysunkiem. Eli! — A tu najwyraźniej nie lubią żartów! — zauważył Romero. Byliśmy na Orze! 23 Zanim opowiem o wydarzeniach na Orze. Ora najpierw była ideą.sztucznych satelitów i same stają się sztucznymi satelitami planety. Nie czekałem. Ogromne lądowisko przeznaczone dla wielkich gwiazdolotów przypominało górzystą krainę: dokoła wznosiły się zakotwiczone statki. nie nadawała się do tego celu. Tylko niektóre z nich nadają się do zamieszkania i na każdej rozwija się jedynie ta szczególna forma życia. Planet kulistych lub nieregularnych nie brakuje w kosmosie. gdyż niewidzialne ręce bezpardonowo rzuciły nami w różne strony. Ludzkość sto cztery lata żyła myślami o Orze. Zachowuję się jak mała dziewczynka!. „Pożeracz Przestrzeni" kołysał się w polu siłowym zbliżając się wolno do wyznaczonego miejsca postoju. Nasza zabawa nie spodobała się dyspozytorce portu. które lądowały przed nami. a potem delikatnie opuściły na ląd. Nie ma tematu równie pasjonującego. najwspanialszego z cudów dokonanych przez ręce i umysł człowieka! Statek znieruchomiał osadzony pewnie w polu hamującym i ku jego wrotom zbliżał się półprzeźroczysty trap utkany z linii pola siłowego. — Co ty z nami wyprawiasz. — Zupełnie jak mała dziewczynka!. pracowała dla niej. Ora nie jest planetą pokrytą . zbudowali ojcowie. śpiewała o niej i marzyła. jako miejsce przydatne dla wszystkich form życia.. a potem nieodparcie pociągnęło ku powierzchni sztucznego ciała niebieskiego. lecz projektowanie jej.. Z góry spadł na mnie śmiejący się w głos Andre. To było pierwsze wielkie ciało niebieskie uprzednio do kładnie obliczone i zaprojektowane. a prawie połowę tego stulecia zajęła nie budowa planety. Wymyślili ją nasi pradziadowie. rozpościerała się powierzchnia sztucznej planety. — Powitano nas niezbyt uprzejmie. Wyminęliśmy sztuczne słońce. przez kilka sekund potrzymały w powietrzu. staraliśmy się na nią dostać. które przygaszono.. której sprzyjają miejscowe warunki. Obecnie. potem stała się rzeczywistością. aż zostanę wyssany na zewnątrz niczym piórko i z wrzaskiem potoczyłem się po liniach siłowych. W końcu pozostaliśmy tylko my i pole siłowe zacisnęło nas niczym w kleszczach. jak okiem sięgnąć. ale czegoś równie bliskiego każdemu człowiekowi już chyba nigdy nie będzie. bez względu na jej wyposażenie. potrafimy wznieść budowlę znacznie wspanialszą niż Ora.

że zawiera oprócz odurzających zapachów również odżywcze kalońe. Oczywiście znasz swoje obowiązki? . podobnych do uruchomionych na Plutonie. Nie przeszkodziło to jednak w urządzeniu prawidłowego następstwa dnia i nocy. Jest to również pierwsze w historii ludzkości ciało niebieskie stworzone z pustki. a pod nią znajdują się dziesiątki pięter urządzeń i maszyn wytwarzających na poszczególnych obszarach żądane warunki życia. w samym centrum naszego rejonu gwiezdnego. Obecnie Ora przypomina ogromny talerz. która ma wiele wad: praktycznie rzecz biorąc wykorzystuje się tylko powierzchnię kuli. słońce znów zapala się. Umieszczono ją w takiej odległości od Ziemi. Później pyt skupiono. gdzie stoi zawsze w zenicie. Oddychanie na Orze to nie konieczność. aby była możliwie blisko naszych gwiezdnych sąsiadów. gazy i wodę. Początkowo w trakcie budowy była kulą. Flotylle Gwiezdnych Pługów całymi latami przeorywały i zagęszczały przestrzeń w tym zakątku Wszechświata. świtów i zmierzchów. Atmosferę tworzono na wzór ziemskiej. wzgórz. wkrótce po zmierzchu. lecz rozkosz. a wieczkiem tym jest mieszkalna powierzchnia planety. Taka jest Ora. domów. zasysano do fabryk umieszczonych na statkach. Ze słońc obrotowych. Jedyne w swoim rodzaju jest słońce Ory. I wreszcie powietrze! Nigdzie nie ma takiego powietrza jak na Orze. Niezwykły jest również kształt Ory. Warstwa gruntu ma kilka metrów grubości. zrezygnowano właśnie dlatego. a w innych okolicach jest widziane pod stałym kątem. którą następnie rozwinięto i niczym gigantyczny dywan rozścielono w kosmosie. metal. przetworzono na minerały. Pełny cykl aktywności słońca wynosi dwadzieścia cztery godziny. lecz mechanizmem wyrosłym do wielkości planety. Ora jest płaszczyzną. Osiągnięto to przez regulację jego natężenia i temperatury oraz barwy światła: w nocy. Mógłbym przysiąc. Konstruktorzy zrezygnowali z formy kulistej.mechanizmami. zawieszone nieruchomo nad środkiem planety. aby ludzie nie musieli rezygnować z przyzwyczajeń wyniesionych z dzieciństwa. z „niczego" według terminologii starożytnych. Kiedyś spróbuję żywić się samym tutejszym powietrzem. ale już zimnym. skąd wychodził w postaci gotowych materiałów na budowę równin. 24 Następnego dnia Wiera powiedziała: — Zaczynamy pracę. W starożytności żartowano: „Odżywia się samym powietrzem". księżycowym blaskiem. Można też określić to inaczej: Ora jest skrzynką wypełnioną mechanizmami i przykrytą wieczkiem. łatwo i radośnie. aż pył kosmiczny utworzył między Bykiem a Hiadami nową mgławicę. ale na staruszce Ziemi nigdy nie oddychałem tak lekko. że Ora jest płaszczyzną. przy czym promieniują jedynie fragmenty jego tarczy zgodnie z kolejnymi kwadrami. a nie kulą.

— Będziecie mogli z nim porozmawiać. Na początek miałem chodzić wszędzie z Wierą i pomagać jej. Sekretarzowanie okazało się nietrudne. W konkluzji Spychalski zaproponował nowo przybyłym. to wszystkie zostały wykonane. Do ludzi odnosi się z szacunkiem. Spychalski przyjął nas w gmachu Zarządu Ory. a co się tyczy pomocy. odległość rośnie wzdłuż wszystkich osi współrzędnych. Wiera wytłumaczyła. który zamelduje. Po otrzymaniu polecenia z Ziemi Spychalski rozesłał specjalne wyprawy we wszystkie okolice kosmosu. . właśnie to. w Hiadach zaś ekspedycje nic nowego nie wykryły. nie zaś na odwrót. — Oddalają się od Słońca i zbliżają się do innych gwiazd. — Zaczniemy od zapoznania się z mieszkańcami gwiazd — powiedziała Wiera. to dotychczas ona pomagała mnie. bo z zapałem tłumaczył coś Lusinowi. Anioł zaczął się awanturować i został oddzielony od współbraci. że Hiady oddalają się od otaczających je gwiazd. — Chce pan powiedzieć. — Na Orę przywieziono z dziewiątej planety układu Płomienistej B pewnego czteroskrzydłego osobnika. Niebian zakwaterowano w hotelach zapewniających warunki. którego nawiedzają wyraźne sny o Galaktach — powiedział Spychalski. odkryliśmy na Hiadach ciekawe zjawisko astrofizyczne: Hiady oddalają się od innych gwiazd. Spojrzałem na Andre i spostrzegłem.Oczywiście ich nie znałem. tak przynajmniej uważaliśmy do tej pory. jak wykonał polecenie Wielkiej Rady. że Andre już stworzył teorię całkowicie tłumaczącą powody. aby sami spróbowali szczęścia w wyprawach poszukiwawczych. że Hiady generują wokół siebie nową przestrzeń? — Tak. Nie wątpiłem. że tak będzie nadal. Niestety nic pocieszającego nie mógł nam zakomunikować. Marcinie Julianowiczu? Przecież już nasi przodkowie wiedzieli. Co zaś się tyczy poprzednich zadań. Ale na gwiazdach zewnętrznych o Galaktach nie słyszano. który z powątpiewaniem kręcił głową. ale ta ją poruszyła wyraźnie. A propos. Na Orę zaproszono przedstawicieli gwiezdnych ludów zamieszkujących układy otaczających Słońce gwiazd. — Teraz pójdziemy na naradę do Spychalskiego. gdzie było już pełno pracowników planety. dla których Hiady wypadają z otaczającego je świata. A nowe odkrycie sprowadza się do tego. że jest podniecony. ale swoich nie znosi. czego ode mnie oczekuje. Przypuszczalnie pewna część masy w Hiadach ulega anihilacji. — Jakiż to nowy fakt. Olga wszystkie wiadomości przyjmuje z niezmąconym spokojem. Chodzę dobrze. że Hiady oddalają się od Słońca! — Od Słońca tak — zaoponował Spychalski. do których przywykli. Przyczyny i mechanizm tego zjawiska nie są na razie ustalone. Sądzę zresztą.

Na Orze wszyscy otrzymują takie pola. ostatni wariant tego DP-2. nie krępuj się. Twierdzę. Andre złagodniał i z zapałem wyłożył mi swoją hipotezę. Zabieraj to i zmykaj! Wyraziłem życzenie. że znów wymyśliłeś coś oszałamiającego — powiedziałem. Trzeba poprosić Wielką Radę o skierowanie do Hiad ekspedycji. mów! —— Pewnie. który takiego figla splatał Allanowi na Małym Psie. energicznym głosem. Każdy dureń spojrzawszy na tablicę rozdzielczą potrafi porozumieć się z dowolnym rozumnym Niebianinem. — Nawet z daleka widać. odwrotna natomiast — zamiana substancji w przestrzeń — trwa nadal i w rezultacie Hiady z wolna pogrążają się w wytworzonej niegdyś kosmicznej jamie. . — A ja poproszę cię o deszyfrator. Jedna z walczących stron unicestwiała przestrzeń. zwykłą i odwrotną. — Nazwa oddaje istotę urządzenia. iż oddalanie się Hiad od wszystkich ciał niebieskich jest skutkiem szalejącego niegdyś w tym roju gwiezdnym starcia Zływrogów z Galaktami. W pokoju Andre spojrzałem z powątpiewaniem na potężną walizę. jak uginam się pod ciężarem deszyfratora. — Ta jama pogłębia się do dziś! — zakończył Andre. że i mnie ona wciągnęła. Zwykła dawno już się zakończyła. Muszę przyznać. — Twój uśmieszek mnie nie speszy! Pamiętaj. w skrócie DUM — powiedział Andre — rozumiesz? — Tu nie chodzi przecież o nazwę. że nie jest to zwykły pył. może mi się uda coś zrozumieć. zderzając ze sobą i spopielając planety. Krótko mówiąc uruchomiono jednocześnie obie reakcje Taniewa. Wózek z aparatem płynął za mną na wysokości ramienia. to malowniczością. weź sobie. że oszałamiające! — wykrzyknął Andre zapalczywie. który pozostał po eksplozji planet. Podszedłem do Andre. Chcę odwiedzić tego skrzydlatego awanturnika. jeśli nie swym prawdopodobieństwem. że tylko głupcy wyśmiewają się z tego. aby nie pozwolić planetom wpadać na siebie. — Cały zamieniam się w słuch. Pójdziesz do Niebian? — Będę zdobywał wiadomości o Galaktach. spotkania dyplomatyczne nie interesują mnie. Andre uważał. — Przygotuj deszyfrator. a nie przenośny. która sprawdziłaby moją hipotezę! — W porządku. lecz substancja anihilizująca. — Przestrzeń powstaje obecnie z pyłu. — No. o czym nie mają najmniejszego pojęcia! Postarałem się przybrać poważny wyraz twarzy. druga natomiast niszczyła masę. Deszyfrator jest w moim pokoju.— Za godzinę odwiedzimy Niebian — zwróciła się do mnie Wiera. Andre natomiast zaśmiewał się patrząc. aby kłótliwy Anioł wytargał Andre za kędziory. — Teraz nazywa się „Mały Uniwersalny". holowany moim indywidualnym polem. proś! — zezwoliłem mu. Wezwałem więc awiowózek i oddaliłem się bez pośpiechu.

kto jest najbardziej interesujący—odparłem. albowiem pole siłowe nie pozwala zejść z miejsca. zresztą sam pan zobaczy. W autobusie Spychalski powiedział: — A więc. ciążenie większe od ziemskiego. ale odrzuciło mnie z powrotem. choć można swobodnie poruszać rękoma.Wiera wraz z Romerem już mnie oczekiwali w pokoju hotelowym. usiana węźlastymi roślinami podobnymi do rąk przytulonych do ziemi. — Dla mnie wszyscy są ciekawi. którego zobaczyłem w naturze. najbliższym hotelem będzie „Gwiazdozbiór Byka i Woźnicy". który wezwał autobus i zapytał. każde z nas otrzymało ruchomy fotel z grawita-torem. Wewnątrz budynku rozpościerała się kamienista równina. Były to istoty rozpłaszczone przez grawitację. Usiadłem i dla sprawdzenia szarpnąłem się w bok. a drugi opuścił się. tak wyglądało pomieszczenie Aldebarańczyków. tak że jeden wąs powędrował mu w górę. niskim budynku przypominającym skorupę żółwia.. Sądzę. lecz dopiero po jakimś czasie. szanowni Ziemianie. że poruszały się przelewając całe ciało. Przy ruchu przybierał kształt przypominający niedźwiedzie cielsko. Ale wypaść z fotela można by jedynie w wypadku powszechnej katastrofy na Orze. Życie osiągnęło stosunkowo wysoki poziom jedynie w układach Aldebarana i Capelli. Kształtem swym przypominała . A co pana bardziej interesuje. Są już uprzedzeni o waszej wizycie i oczekują jej z niecierpliwością. młodzieńcze. W hotelu. W tym gmachu człowiek mógł czuć się normalnie jedynie siedząc w fotelu. A przy tym były to istoty rozumne. umiejące odpowiadać na pytania. Miękkie. rozum czy piękno? Rozumnie j si od nas nie są. — Tego. aby znali uczucie tak ludzkie jak niecierpliwość. Wkrótce ujrzeliśmy ich samych: trzy rude cielska niespiesznie przelewające się ze wzgórka w dolinkę. że będziecie zaskoczeni wyglądem mieszkańców tego zakątka Wszechświata. ja się roześmiałem. wyrażany barwami leżącymi niemal całkowicie w zakresie promieniowania widzialnego. Język mają prosty. Mieszkańców Aldebarana i Capelli widzieliśmy na Ziemi w setkach transmisji. Jeden z Aldebarariczyków popelznął w naszym kierunku. a co do piękna. Nie sądzę. To był pierwszy Niebianin. bo procesy życiowe mają zwolnione. Na ulicy spotkaliśmy Spychalskiego. Romero uśmiechnął się. podobne do ogromnych rudawych kropli. zostałby momentalnie zmiażdżony przez potworną grawitację. prawie pozbawione kości ciało opinała mocna skóra. Szczególnie godne uwagi są oczy Aldebarariczyków: szeroka. również masę miał równą niedźwiedziej. kogo najpierw zamierzamy odwiedzić. biała wstęga oczu opasująca ciało niemal w połowie jego wysokości. Podobieństwo tym większe. głową i tułowiem. Górna część tułowia — nad oczami — była organem ich języka barw. Mowę ich rozszyfrowano jako jedną z pierwszych. Gdyby wypadł z niego. Spychalski uśmiechnął się krzywo.. Planety są tam wielkie. a nie w stereoskopie. Wiera nic nie odpowiedziała.

W odpowiedzi zaświeciła się „czapka" Aldebarańczyka. Spychalski ironicznie wykrzywił twarz w swoim dziwnym uśmiechu. łącznie z ludźmi. Jeszcze nigdy tak świetnie nie spałem. Wkrótce przypełzli inni Aldebarańczycy i rozmowa stała się ogólna. niż sami pytali. lecz sen. jak się nazywasz. że jest to mowa.czapkę. Powitaliśmy gościa na Orze. ale wystarczająca.. jak się to dzieje u większości Niebian. on podziękował nam za miłe przyjęcie. — Jakaś abrakadabra — powiedział Romero.. do którego ciągle nie mogłem przywyknąć. która znajdowała się z naszej strony. język barw" i uniosłem urządzenie nadawczo-odbiorcze — kulę z rękojeścią. lecz nie mogą zasnąć. że te istoty nie odznaczają się ciekawością. Zasypiają jedynie w silniejszym polu grawitacyjnym. grawitacja wzrasta w czasie snu. — Nazywam się Wian — odparł Aldebarańczyk. udają się więc na wypoczynek do głębokich jaskiń. Spychalski opowiedział następnie. to nie dawali tego po sobie poznać: mieszkańcy Aldebarana częściej odpowiadali na nasze pytania. iż do nas przyjechaliście? — Wśród ludzi czujemy się dobrze. W naszej delegacji nie ma młodych staruszków. że dla Aldebarańczyków najważniejszym problemem życiowym nie jest zdobywanie pokarmu. a następnie rozpoczęły się rzeczowe pertraktacje. Jeśli nawet oczekiwali nas z niecierpliwością. Aldebarańczyk natychmiast skierował na kulę tę połowę swojej wstęgi ocznej. — A czy wiecie coś na temat istot podobnych do was? Nie wiem. Różnica ciężkości pomiędzy powierzchnią gruntu i dnem groty jest wprawdzie niewielka. przyjacielu?. najlepiej dziecko. że nie zauważyliśmy najmniejszego opóźnienia. że grawitacja w czasie snu zwiększa się. Bez tylu oczu Aldebarariczycy nie mogliby rozmawiać. błękitnie i żółto. — Dziękuję — powiedział Aldebarańczyk.. Trzeba o to zapytać młodszego staruszka. gdyśmy się z nimi pożegnali. Zresztą już wcześniej wiedzieliśmy. maszynowy głos. Przy normalnej w ich warunkach grawitacji Aldebarańczycy pracują. Pomyślność społeczeństwa zależy od możliwości zorganizowania odpoczynku. Kula nadajnika zabarwiła się kolejno na malinowe. Informacje otrzymane od Niebian zamieniały się w ludzkie słowa z szybkością taką. W kuli zabrzmiał głuchy. — Jak się pan tu czuje? — zapytała Wiera. Ponieważ Aldebarańczycy nie mogliby o . Podczas gdy Aldebarariczyk zbliżał się. — Dzieci-staruszkowie. wprowadziłem do deszyfratora program: „Rejon Byka i Woźnicy. — Czy podobają się wam ludzie? Nie żałujecie. gdybym nie wiedział o tym wcześniej. — Czy pańskim zdaniem jedynie ludzkie obyczaje mają jakiś sens? Ich informację są w pełni logiczne. — To bardzo miłe. gdyż mowa ich jest mało wyrazista. — O istotach podobnych do nas niczego nie wiem.. ale barwy były bledsze niż na kuli i nie domyśliłbym się.

mokra. Młodzi natomiast operują wiedzą znacznie swobodniej. Podjechałem do jeziora i nachyliwszy się dotknąłem wody. Aldebarańczyk radził zwrócić się po informacje do młodych staruszków dlatego. Zresztą te istoty widzą na wszystkie strony i niewykluczone. Kiedy jednak zdecydował się mówić. Przy wyjściu Romero powiedział: . Okazało się. Sam Wian nie podejrzewa nawet. a na starość. Natomiast jezioro jako całość było niezwykłe: bez fal. Ci uczeni Aldebarańczycy zwolnieni są z wszelkiej innej pracy. W jaskiniach przebywali goście z Capelli. Ogromna siła ciężkości nie wpływała na właściwości wody. iż tylko uprzejmość obowiązująca gościa powstrzymywała go od odwrócenia się tyłem. Pod koniec życia przekazują nagromadzoną wiedzę nowym strażnikom doświadczeń. Woda była zwyczajna. Słowo „staruszek". Zaświecił na ciemieniu kombinacją barw oznaczającą.wtasnych siłach wydostać się z dna groty. równie masywni i niezgrabni jak Aldebarańczycy. że jego imię tak dla nas brzmi. Na Orze natomiast urządzono specjalne altany do snu. Realnym imieniem Aldebarańczyka jest kombinacja barw. które deszyfrator przetłumaczył na postać dla nas zrozumiałą. wobec tego inne osobniki wspólnymi siłami wyciągają ich na pomostach zawieszonych na pasach. jezioro ze skalistymi brzegami. Poznaliśmy jednego z nich i z wielkim trudem wyciągnęliśmy od niego kilka słów. okazało się. ale jeszcze mniej rozmowni. a nawet najdrobniejszych zmarszczek na powierzchni. — Posłuchajcie teraz. Niektóre osobniki od dzieciństwa specjalizują się w zapamiętywaniu. że można tu żyć i odpełzł do pieczary. gdy do wiadomości zasłyszanych dodadzą własne doświadczenia. że od początku był zwrócony do nas plecami. że od leciwych mędrców niełatwo się czegokolwiek dowiedzieć — na starość kostnieją i niezwykle powoli uruchamiają swoją bibliotekę wspomnień. które nawinięte są na kołowroty. Kiedy ktokolwiek wpełza tam. — Czy coś oznacza? — Takie połączenie dźwięków w rzeczywistości nie istnieje. Capellańczyk podejrzliwie wpatrywał się w nas wstęgą oczu i odniosłem wrażenie. jedyne pomieszczenia mieszkalne na tej ponurej pustyni. Ryb w tym jeziorze też naturalnie nie było. natychmiast wzrasta pole siłowe i Aldebarańczyk słodko zasypia ukołysany potężniejącą grawitacją. W nadbrzeżnych skałach znajdowały się pieczary. Wszystkich uczonych (młodych i starych) Aldebarańczycy z czułością nazywają staruszkami. znaczy u nich tyle co „mądry". kim są ci młodzi staruszkowie — powiedział Spychalski złośliwie. Za pofałdowaną równiną Aldebarańczyków ukazała się druga strefa hotelu. że Aldebarańczycy nie piszą książek i całą wiedzę przekazują „ustnie". — Wian to bardzo dziwne imię — powiedziałem. stają się prawdziwymi skarbnicami mądrości. że ma wyrazisty język i jasne myśli.

promieniowanie przenikliwe". Jeśli nie uzna ich pan za nadludzi. Za hallem znajdowała się wysoka. Wolę również dwoje niebieskich oczu od czterdziestu ośmiu bezbarwnych. Altair jest gwiazdą klasy A z temperaturą powierzchni około 9000 stopni. — Aktywne życiowo jedynie w strumieniu twardego promieniowania. Otaczają was sympatyczni Altairczycy tęskniący do rozmowy z ludźmi. to nie wiem. od nieprzenikliwej masywności. — Pająkokształtne z gwiazdozbioru Orła—powiedziała Wiera. niczego nie rozumiem. Altairczycy krążyli wokół Wiery zasypując ją pytaniami i odpowiadając na jej pytania.— Nie wiem. choć przypominały koszmarne widziadła: ni to gigantyczne pająki. Jedyną jej ozdobą. a Spychalski opowiadał mnie i Romerowi o ich życiu. nawet półprzezroczystość. W przedsionku ubraliśmy się w przezroczyste i elastyczne skafandry. — Jedyna różnica. szepnął mi na ucho: — Te istoty są chyba bardziej przejrzyste od naszych meduz. starając się cokolwiek dostrzec w otaczającej pustce i wreszcie powiedział: — Poddaję się. Pas reflektorów rozjarzył się blado i momentalnie wokół nas zapłonęły półprzeźroczyste sylwetki. ni to kule najeżone sztywną szczecinką. 25 Po takim wstępie oczekiwałem z niecierpliwością na spotkanie z Altairczykami. — Co dla pana jest oznaką człowieczeństwa? — zapytał Spychalski Romera. i to na ich korzyść. ale wdzięku mają chyba mniej od nich. sprawiającym wrażenie skrzyni ustawionej na ziemi. Romero nieco zmieszany.. Spychalski patrzył na nas z ironicznie-triumfalnym uśmiechem. zielone i fioletowe. — Skąd ten brak uprzejmości. aż wreszcie otaczała nas cała chmura tych istot. jak dalece te istoty są rozumne. Zjawy odbijały się od podłogi pajęczymi nóżkami i grupowały dokoła. że nie walczą ze sobą. — Teraz odwiedzimy wysłanników Altairu. polega na tym. Hotel „Gwiazdozbiór Orła" był niewielkim metalowym budynkiem bez okien. uprzedzając złośliwe komentarze Spychal-skiego.. Romero ze zdumieniem rozejrzał się dokoła. Jego widmo . — Lepsza jest bladość. jak panu dogodzić. — Szczupła talia i blada cera?. Spychalski z zadowoleniem pokiwał głową. Przestawiłem deszyfrator na program „Rejon Orła. a wy nabraliście wody w usta! — powiedział . jeśli można to uznać za ozdobę. Szczupła talia też mi bardziej odpowiada niż zwaliste cielsko. pusta sala. — Życie społeczne mieszkańców Aldebarana i Capelli przypomina zwyczaje prymitywnych plemion ludzkich — zauważyła Wiera. drodzy Ziemianie. ale w każdym razie nie mają za grosz człowieczeństwa. był pas reflektorów otaczający pomieszczenie tuż poniżej stropu. lecz nadal zadziorny. To były niewątpliwie żywe istoty.

Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Wiery z Altairczykami. Wiera obiecała przystać im partię tych urządzeń. w pozostałych zaś radiacji nie ma i pająkoksztattne zasypiają. Zabawny jest sposób życia tych niebezpiecznych dla nas. Altairczycy są zresztą również świetnymi malarzami. jak nazywali promienniki gamma. Każda z otaczających nas istot jest sama źródłem promieniotwórczości. Na Orze w określonych godzinach Altairczyków napromieniowuje się. Sojusz Północny i Południowy. wojują. w południe ich aktywność życiowa osiąga maksimum. Altairczycy są doskonałymi budowniczymi: wznoszą domy. spojrzałem więc z przerażeniem na Spychalskiego. Mają dwa państwa. Ich słońca też nie wzbudzają sympatii. ale i zachwytu Wiery również nie pojmowałem. — Ale te dobroduszne istoty prowadzą wyniszczające wojny. gdy niczym chmura różnokolorowych zjaw wirowali nad jej głową. . — Powiedział pan. których nie znoszę. czy rzeczywiście ich hotel jest tworem sztucznym i czy nie mogliby zabrać na Altair wspaniałego płomienia przenikającego członki. ale malują nie farbami. lecz substancjami promieniotwórczymi. a pod wieczór. — Do widzenia. oczy jej radośnie błyszczały. przyjaciele! — powiedziała Wiera z żalem w głosie i długo machała im ręką. Zwracała się to do jednego. Komórki organizmów Altairczyków zaczynają funkcjonować dopiero pod wpływem twardego promieniowania wysyłanego przez gwiazdę. Naszych gości z gwiazdozbioru Orła interesowało. budują kanały. Organizmy białkowe na planetach układu Altairu zginęłyby natychmiast pod wpływem radiacji. że są dobroduszni —powiedział Romero. — To prawda. wcale się nie zachwycam tymi nitkowatymi rozbójnikami z Altairu ani hipopotamami z Aldebarana i Capelli. Budzą się i stają się widzialni po wschodzie Altairu. Za halą mieszkalną rozpościera się placyk wypełniony tworami ich „rąk". Wstręt Romera do tych dziwnych gwiezdnych istot wydał mi się nieco udawany. Jego krzywy uśmieszek niczego dobrego nie wróżyt. Romero powiedział półgłosem: — Nie. — Chodźmy teraz do hotelu „Gwiazdozbiór Lutni" w odwiedziny do myślących węży z układu planetarnego Wegi — zaproponował Spychalski. co niosło mu śmierć. Zatroszczono się również o zajęcie dla nich. z której może ich wyprowadzić jedynie dawka promieni gamma. gdyż inaczej nie mogliby oglądać swoich dzieł.zawiera znacznie więcej promieniowania twardego niż Słońce. Minęła co najmniej godzina. stają się ospali i ogarnia ich śpiączka. ale dobrodusznych z usposobienia widziadeł. to do drugiego Altairczyka starając się natychmiast odpowiedzieć każdemu. a lawina spadających na nią pytań bynajmniej nie słabła. Węże są jedynymi istotami. I oto dokonał się cud przystosowania: życie na Altairze oparło się na tym. Siostra zaróżowiła się. kiedy strumień promieni rentgenowskich słabnie.

wielkiego ogrodu przykrytego kopułą. Wydało mi się. nieco tylko krótszymi i cieńszymi od naszych. młodzieńcze? Proszę nastroić deszyfrator na mowę dźwiękowo-barwną. Później dojrzałem. Dzięki temu pole siłowe w jakimś stopniu zastępuje dobre ziemskie Opiekunki. kiedy stali tuż obok i witali nas głosem i blaskiem. Szepnąłem nawet Romerowi na ucho: — Dla takiego zwierzyńca nie warto było chyba organizować konferencji międzygwiezdnej. że pole siłowe reaguje nie tylko na właściwości przedmiotów. jej promieniowanie zawiera jeszcze więcej twardej radiacji. rozwinęły się do rangi istot myślących. skoro Altairczycy są tak straszni? Dziś niepokój. Próbował objąć wloskowatymi kończynami. Oczarowany nie mogłem oderwać od nich wzroku. Początkowo nie widziałem tego. Wega jest gorętsza od Altairu. że smagnął mnie zimną nóżką po twarzy.Kiedy już byliśmy przy wyjściu. Spostrzegłem ich dopiero wtedy. Okazało się. że nie mają nóg: ich tułów kończy się pojedynczą stopą. blade jak wszystko w tym mrocznym ogrodzie. 26 I oto weszliśmy do trzeciego hotelu. nie zauważyłem nawet. Stałem wtedy na skrzyżowaniu dróg życiowych. Wegańczycy mieli wężowo giętki korpus uwieńczony ludzką twarzą i rękami. Poruszają się wirując na tej stopie tak szybko. Rozejrzałem się dokoła. Płomyki szybko przesuwały się na tle drzew. Przenieśliśmy się w inny świat. Mimo woli drgnąłem. Takie same twarze widniały z boków i z tyłu. Altairczyk zaś zniknął niczym zdmuchnięty wiatrem. Początkowo było ciemno. ale nie to rzucało się w oczy. co wywołuje strach lub odrazę. że wyglądają jak połyskliwa kolumna. Nagle wszędzie zamigotały pomarańczowe ogniki. Marcin Spychalski powiedział głośno: — O czym pan myśli. gęste zarośla krzewów i korzennie pachnące kwiaty. Wokół mnie uwijał się jaskrawozielony Altairczyk. nie mogłem przemówić słowa z zachwytu i zdumienia. Otaczały nas istoty tak nieprawdopodobnie ludzkie. który mnie wówczas ogarnął. Patrzyła na mnie ludzka twarz. . zaszło wydarzenie świadczące o dalekowzroczności konstruktorów Ory. lecz również na odczucia właściciela i momentalnie odrzuca to. które gdzieś na dalekiej gwieździe. Coś mnie ścisnęło za gardło. wydaje mi się proroczy. z jakim nieprzyjemnym uczuciem przekraczałem próg gmachu. jak wewnętrznie kurczyłem się na myśl o zetknięciu ze śliskimi gadami. niemal tulił się do skafandra. że omal nie krzyknąłem z przestrachu. jednej z najpiękniejszych gwiazd ziemskiego nieba. Pamiętam. Wprawdzie przypominały czymś węże. że zbliżają się wirując. ale nie uświadamiałem sobie tego. Dokoła wznosiły się jedynie rośliny: wysokie drzewa. jakimi więc potworami muszą być mieszkańcy jej układu planetarnego.

oczy. W oczach dziewczyny również zamigotał błękitnoróżo-wy śmiech. zarys głowy. Nie. — Chciałabym się dowiedzieć. wspaniałych brwiach i długich rzęsach. Nawet wśród pięknych Wegan dziewczyna wyróżniała się niezwykłą urodą. a nie literami. rozbłyskujące i gasnące. Kula zamigotała i rozśpiewała się. że aż nieprawdopodobne. — Fiola. lecz patrzyłem tylko na Fiolę. standardowe pytanie. wygłosił nieco ochrypłym. polały się z niej kaskady dźwięków i barw. mówię o głupstwach. Wykrzyknąłem: — Fiola! Cóż za piękne imię! Wszyscy roześmiali się. nieustannie zmieniające barwę. Deszyfrator przełożył jego mowę na ludzki. jednakowe we wszystkich gwiezdnych światach podziękowanie: — Czujemy się tu cudownie. gdyż była to dziewczyna. jak czują się nasi goście? Choć to było zwykłe. Jeden z przybyszów z Wegi. Ale czas wrócić d0 rozmów. Ziemska królowa piękności nawet nie może marzyć o takiej matowej. suknie czy też płaszcze. — Czyżbym źle wymawiał? — Fiola — zaskrzypiał maszynowy głos deszyfratora. i jest to prawda. — Niech będzie Fiola — powiedziała Wiera. usta i nos są identyczne z naszymi.. Ogólny kształt twarzy. Eli. nie mogłem oderwać się od Fioli. ręce mi zadrżały. że ich twarze przypominają ludzkie. Nie.Powiedziałem. Opowiemy naszemu ludowi o tym. Ona również patrzyła tylko na mnie.. szary język. nawet Wiera się uśmiechnęła.. — Jak się nazywasz? — zapytałem. — Fiola — powtórzyłem w zmieszaniu. rozmawiała ze mną rozbłyskującymi i gasnącymi. zmieniającymi barwę oczami. lecz niepełna. Wiera nie była jeszcze w połowie swoich rozmów i pytań. A w odpowiedzi jeden z Wegan zaśpiewał i zamigotał oczami. Weganie ubrani są w różnobarwne. To było tak piękne. z którym rozmawiała Wiera. Ja też nie spuszczałem z niej wzroku. atłasowo gładkiej cerze policzków. kiedy unosiłem deszyfrator. jacy ludzie są dobrzy i potężni. — Imię równie piękne jak dziewczyna. również nie o to chodzi! Naj niezwykle j sze są ich oczy. półprzeźroczyste szaty.. Zaśpiewała swoje imię subtelnym głosem przypominającym dźwięki fletu i możliwym do oddania jedynie nutami. staraj się nie rozpraszać! Ale nie potrafiłem się skupić i chociaż byłem ciekaw. Ale wszystko to składa się na całość bez porównania bardziej harmonijną i delikatną. z zaciekawieniem wpatrywała się we mnie. a ja już nauczyłem się rozumieć ten zachwycająco malowniczy język. Zbliżyłem kulę deszyfratora do tego Weganina. a właściwie jedna. Mieszkańcy układu Wegi mówią blaskiem swoich oczu! — Zaczynamy! — powiedziała Wiera. takich różowych wargach. ludzkim głosem uprzejme. Zresztą nie to jest ważne. Równocześnie jej oczy rozbłysły fioletowym ogniem. czego potrzebują i do czego dążą te wspaniałe istoty. Dziękujemy za gościnę. nie mogłem odpowiadać takim samym .

tak czule patrzysz na mnie. czy Ziemianie mogą odwiedzać ten hotel? Jego twarz znów wykrzywiła się w uśmiechu i nagle pojąłem. Chwyciłem rękę Fioli i zajrzałem w jej oczy. — Ocknij się. nie lękaj się. drżę z radości. Spostrzegłem też. podczas gdy ja sam byłem już w nowym. — Fiolo! — powiedziałem zapominając o deszyfra-torze. niejaką Ewę. kiedy patrzysz na mnie swoimi wspaniałymi oczami! Tak. że tu zamieszkamy? Obróciłem się ku Spychalskiemu.. bardzo chcę zostać z tobą. że mogą istnieć takie istoty. oczywiście — odpowiedziałem — to znaczy wręcz przeciwnie. ja chcę. że zapragnęłam. że wąż skusił pramatkę ludzi. Fio-lo!. ale ty jesteś najsilniejszym z Ziemian. Patrzyłem na niego w milczeniu. będę patrzył i ty patrz na mnie. nieśmiałonamiętne wyznania. — Rozmowa skończona. Romero opierał się na idiotycznej laseczce.. najprawdopodobniej po prostu gapiłem się głupio na Fiolę. —Ja tu jeszcze przyjdę. Czemu tak się gapiłeś na tę biedną dziewczynę? — Zachwycałem się nią. Za bramą hotelu Wiera udzieliła mi nagany. Czekaj na mnie! Powtarzałem: „Ja tu przyjdę". abyś objął mnie swoimi wielkimi rękoma. Eli. — Trzeba już iść? Naprawdę musimy już iść? — A ty myślałeś. Biedny Eli dał się chyba uwieść pięknej i podstępnej wężycy. wcale nie jestem najsilniejszy i najpiękniejszy. Jesteście zadziwiającymi stworzeniami — mówiła Fiola — a ty jesteś najpiękniejszym z ludzi. nawet nie przypuszczałem. Wszyscy macie wielkie.blaskiem oczu. aby zadurzyć się w pierwszej napotkanej Niebiance. gdzie na ludzi nie czyhają żadne niebezpieczeństwa prócz urody jego mieszkańców. Romero powiedział z przekąsem: — W starych podaniach mówi się. że jego krótka . Romero pociągnął mnie za sobą. Ileż to razy słyszałem w dzieciństwie ten surowy głos! — Jestem z ciebie niezadowolona. . jesteś zgrabny i piękny. Eli — powiedziała Wiera. po prostu wpatrywałem się w nią pełen zachwytu! — Odtrącać wszystkie ziemskie dziewczyny. zostanę. Masz dobrą twarz. Były ciemne. — Marcinie Julianowiczu!. — Ten hotel jest jedynym miejscem. póki czarne oczy Fioli nie zapłonęły barwą morskiej wody rozświetlonej słońcem. silne ręce. Eli? — Najważniejsze. Tak.. ja i piękny. Słyszałem głos dobiegający z mego starego świata. Wiero.. wyniosły i pyszałkowaty. abym ja uwierzył! — mruknąłem. nie odejdę od ciebie. Nie chciałem jej peszyć. jakby po raz pierwszy. ale Fiola pojmowała moje milczące. że jest to dobry człowiek. że Paweł bardzo dba o swą urodę. Rozumieliśmy się bez słów. uśmiać się można! Ale za to ty jesteś cudowna. kto w to uwierzy.

Pióra lecą z nich niczym puch z topoli. 27 — Teraz Anioły z Hiad — powiedziała Wiera. na skrzyżowaniach wznoszą się amfiteatry z ekranami. Wyglądają imponująco. — powtórzył z powątpiewaniem Spychalski. Nawet młodzi mają pokryte zmarszczkami twarze i każdy wygląda jak postarzałe dziecko. proszę mnie zastąpić przy deszyfratorze — poprosiłem Romera. Kiedy przedarliśmy się przez skrzydlaty tłum. aby się z każdym przywitać. — Pawle. co się dzieje. Skrzydlaci łatwo przystosowują się do każdych parametrów grawitacyjnych i temperaturowych. W jaskiniach Aniołów pachnie chyba nie lepiej niż w stajniach pegazów.. Twarze Aniołów są z gruba ciosane i bezwłose. szerokie potężne skrzydła zabarwione na wszystkie kolory tęczy.. Radosny pisk i uderzenia piór ściągnęły następne. Prawdopodobnie dzięki temu właśnie tak szeroko zasiedlili odmienne w charakterze planety.broda jest pieczołowicie pielęgnowana. W latającym tłumie więcej było dwuskrzydłych. bo Anioły uwielbiają ruchome obrazy. Popatrzylibyście. — Rozumne plemię?. a nawet majestatycznie: białe ciało. dojrzałem stojących na uboczu Andre i Lusina. Żadne z rozumnych plemion tak się nie rozmnożyło. Między nami coś się zerwało.. Żaden z nich nie ma gładkiej cery. Trafiały się skrzydła różowe. Klepałem je po skrzydłach. Warunki w hotelu są zbliżone do ziemskich. Ten budynek wielkości całego miasta pełen jest zieleni i światła. prostokąty domów tworzą ulice. Romero przestał być moim przyjacielem. ale było ich zbyt wiele. Trzy uradowane Anioły natychmiast rzuciły się na nas z szatańskim łopotem skrzydeł.. W milczeniu dolecieliśmy do hotelu „Hiady". złote włosy. — Każdego dnia wszczynają bójki. Wrażenie to potęguje jeszcze ich zachowanie. W każdym razie bardzo głodne plemię. ale przeważały różnobarwne. co uważać za rozum. Czteroskrzydłych najwyżej dziesięć procent. prawie czterysta miliardów. czarne (zwłaszcza u czteroskrzy-dłych). . sto siedem gęsto zamieszkałych planet. pomarańczowe. fioletowe. — W społeczeństwie tych skrzydlatych istot zachowały się antagonistyczne klasy. hałaśliwe i rozbrykane.. — Jest ich bardzo dużo. Na domiar złego Anioły rzadko się myją i po prostu cuchną. dwadzieścia trzy zaludnione układy. — Niedorzeczny ludek — potwierdził Spychalski.. Wiera zamyśliła się. kiedy rozlega się sygnał na posiłki. Anioły mają w sobie coś wzbudzającego antypatię. Po chwili w powietrzu za-kłębił się cały skrzydlaty tłum. Mnie nie opuszczał obraz Fioli. za to każdy z nich miał siły za trzech. — To zależy.

Bezczelnie roześmiałem mu się w twarz. a my bez kłopotu rozszyfrowujemy znacznie trudniejsze rzeczy! I nie zwlekając. Kiedy przyszli do izolowanego czteroskrzydłego. Dalej też nie było niczego nowego.. Jedynie własne doznania. Wpatrywałem się w nią z wysiłkiem. jaskrawe gwiazdy. Andre nie czekając na przebudzenie Anioła natychmiast zmaterializował jego sny na wielkim deszyfratorze. zniżający się cygarowaty statek. Anioły mają cienkie głosiki i mówiąc zawsze dławią się z pośpiechu. Jakiś rozbawiony Aniołek rzucił się na mnie z rozpostartymi skrzydłami. — Ja również — odezwał się milczący dotychczas Lusin. co to znaczy? — Rozumiem. że chcę zamienić kilka słów z Andre. o groźnym pysku i potężnych skrzy dłach. — No to co. — Kopia. Paweł wziął deszyfrator. że już widzieliście? Ważne jest jedno: gwiezdne widzenia nawiedzają naszego czteroskrzydłowego bardzo często. wyblakła kopia zapisów Spychal-skiego. — Pójdę z wami. na ulicy. — Teraz idziesz przesłuchiwać tego Anioła i wyjaśnić. czy prawidłowo tłumaczysz jego sny? — Jakbyś zgadł. czarne jezioro..Romero zdziwił się: czyżby aż tak podobali mi się krzykliwi lotnicy. — Mylicie się! — wykrzyknął radośnie Andre. a nie dziedziczność może dać tak wyraziste obrazy. w pełnym słońcu wezwał wideokolumnę. które demonstrowano już na Ziemi: skały. — Allan dopiero na Ziemi zdołał odczytać mowę jakichś zde chłych mchów. aby zobaczyć. Anioł sam widział Galaktów. Zobaczyłem te same obrazy. — To jest deszyfrator! — triumfował Andre. a potem ci pokażę. Czteroskrzydły awanturnik był ogromnym. Ogarnęło mnie zdumienie. Już widzieliśmy. ci sami Galaktowie. — Milcz i słuchaj! — wykrzyknął Andre. że chcę porozmawiać z nimi na osobności? Wyjaśniłem. Mówię ci. a ja ruszyłem w kierunku Lusina i Andre. — Nowe informacje o Galaktach. skoro zapisaliśmy je już w trakcie pierwszego badanego snu. zwalistym Anieliskiem. Anioł spał. wieża z obrotowym okiem. — No? — zapytał Andre. milcz! Uzyskaliśmy wspaniały zapis snów tego czteroskrzydłego. Ten natomiast . tak że w każdym ich zbiorowisku panuje hałas i pisk. — Najpierw wysłuchaj. Andre patrzył na nas z triumfem. — Rozumiesz. ale zdołałem mu umknąć. Czemu machasz rękami? — Bo kazałeś mi milczeć! —wrzasnąłem i dodałem spokojnie: — Pokaż zapisy. gdyż światło zewnętrzne było silniejsze od wewnętrznego blasku wideokolumny. Wlepił w nas mętne ślepska i coś warknął. jak wali się z trzaskiem twoja kolejna teoria. miał koszmary i jego mózg intensywnie promieniował. Lusin i Andre mieli szczęście.

czemu w największym stopniu odpowiada „książę" i „diabeł". Kiedy szczególnie mocno uderzyłem go polem. Andre nastawił deszyfrator i powiedział uprzejmie: — Pozwoli pan. czemu z całego bogactwa języka ludzkiego deszyfrator spożytkował jedynie tę starzyznę.. Lusin zasapał i odwrócił się. — Wyższe istoty! — Wstań i przestań być księciem! —powiedziałem. że w owej chwili brutalny Anioł wydał mu się czymś w rodzaju jego łagodnych smoków lub cudacznego boga Hora z sokolą głową. nie piszczał. rozłożył skrzydła i zabulgotał. że zadam mu kilka pytań? — Na kolana! — ryknął Anioł. „pochodzę od bogów". że wybuchnęliśmy śmiechem. — Wyższe istoty! — wymamrotał Anioł roztrzęsionym głosem. Deszyfrator przetłumaczył odpowiedź Anioła: — Pochodzę od bogów. że nasz jeniec miał na myśli coś. Przerażony i bezsilny nie próbował się nawet podnieść.głos miał dopasowany do postury. Nie rozumiałem. Anioł groźnie pochylił byczą głowę. Anioła tak trzasnęło. Wówczas ja zwróciłem się do Anioła: — Dlaczego pan uważa się za księcia? — Nalecę i rozdepczę! — powiedział swarliwie Anioł. który go jeszcze bardziej rozzłościł. Skrzydlatym „księciem" rzucało w powietrzu. żeby DUM kłamał — zaoponował Andre. choć rozpaczliwie bił skrzydłami starając się wyrwać z niewidzialnych rąk. czy przypadkiem nie widział Galaktów i ich wrogów. „książę" zbyt przypominały ziemskie pojęcia i porzekadła. że osobiste pole ochronne ludzi na Orze reaguje na emocje. to znaczy. — Nie sądzę. skoro więc wybrał księcia i diabła.. . Jestem przekonany. Andre opowiedział Aniołowi jego sny i zapytał. co mogę powiedzieć potężnym istotom. Jestem księciem. Zwroty „wynoście się do diabła". Podobał mi się. — Na kolana albo wynoście się do diabła! Jego wściekłość była tak niedorzeczna i gwałtowna. lecz grzmiał basem. — Nie znoszę durniów! Pytają cię jak kogo dobrego. Wywołałem więc w sobie gniew. aby były prawdopodobne. — Ludzie nie mają takiego zwyczaju. — To są legendy — mamrotał Anioł. że wrzasnął z przestrachu. Kolejno rozszerzałem i zmniejszałem pole. — Pamięć ma dosyć obszerną: czterysta tysięcy słów i sto milionów pojęć. Anioł ryknął basem: — Ratunku! Ratunku! Cofnąłem pole i czteroskrzydły runął na ziemię. Zwątpiłem w prawidłowość przekładu. — Po co mamy klękać? — zapytał Andre. a ty zachowujesz się po chamsku! — Pytajcie! — skwapliwie odpowiedział Anioł. „na kolana". W dzieciństwie słyszałem o nich bajki. Przypomniałem sobie. lecz pełzł rozpostarłszy skrzydła w uniżonym geście. — Choć nie wiem. — Nikt nie widział Galaktów. — Na kolana albo śmierć.

pięć silnych czarnych palców z pazurami. 28 Wrażenia wyniesione z pozostałych hoteli zlały się w nieuchwytne uczucie czegoś nużącego. pozostałe zaś są raczej dodatkowymi lotkami. Nie lubię dwuskrzydłych. Takie podania mają wszystkie narody. Jak się nazywasz? — Wołają na mnie Trub — odpowiedział. — Interesują nas Galaktowie. gdzie pracowite istoty dają się osiodłać pasożytom. ale ludzie nie pozwalają ich bić... że ludzka dwunoga i jednoglowa forma ciała jest zaledwie jedną z możliwych powłok rozumnego życia. a nasza wiedza o nich nie wzbogaciła się. Czule rozwichrzyłem mu pióra. — To żadna nowość — odparłem. Przecież w końcu był dziecięciem swego niedoskonałego społeczeństwa. natomiast dwuskrzydli są gatunkiem miejscowym. aby się nad tobą znęcać jak nad gorszym. — Nie pasożyt.Spojrzałem wymownie na Andre. Andre próbował usprawiedliwić się ze swej nieudanej teorii. — Mimo wszystko czegoś nowego się dowiedzieliśmy — powiedział. Nowe pomysły zbyt łatwo przychodzą mu do głowy. i byłem przygotowany na wszelkie niespodzianki. Wszystko jest możliwe. Chcę. a jakim . że czteroskrzydtych przywieźli ze sobą gwiezdni tułacze. Chciałem im tu wytłumaczyć. Najsilniejszy ze wszystkich Aniołów. Po wyjściu z anielskiej celi podsumowaliśmy informacje uzyskane od Truba. — I nigdy nie pozwolimy — potwierdziłem.. że najlepszą metodą usprawiedliwienia własnego lenistwa jest tłumaczenie go przez boską naturę? — Trub dobry — powiedział zmartwiony Lusin. W naturze istnieje nieodparty pęd do poznania samych siebie. — Myślę o podaniach dotyczących pochodzenia czteroskrzydłych. W zagięciu dużych skrzydeł znajduje się uwstecz-niona ręka. abyście mnie polubili. Nie dziwiłem się nawet. że aż mi się go żal zrobiło. — Postaram się. Zresztą nie bardzo przejął się fiaskiem swojej teorii.. jedwabiste. że są nędznymi podistotami. Piękny. Rozumiem. pokryte lśniącofioletowymi piórami. Był tak poniżony. a nawet nie pomyśli.. — Jest podanie mówiące. — Zakazujemy także uważać ich za istoty niższe. silne. Nie chciałbym bez swego pola ochronnego znaleźć się w zasięgu tych paluszków. Bardzo silny. kiedy rozmawialiśmy z istotami składającymi się w trzech czwartych z metali czy też z galaretowatymi myślącymi kryształami ginącymi od światła. — Co znaczą te brednie? Anioł opuścił skrzydła i głowę. Właściwie ten czteroskrzydły ma tylko dwa prawdziwe skrzydła. który postarał się nie zauważyć mojego wzroku. Każdy z nas jest o wiele potężniejszy od ciebie.. Czyżbyś nie wiedział. Skrzydła miał wspaniałe. — A czemu chwalisz się swym boskim pochodzeniem? — spytałem Anioła.

Wiele mi się w Niebianach nie podobało. że rozumne życie może równie dobrze występować w formach pięknych. Wszystkie bogactwa Ziemi zapewniają luksusowe warunki pająkom i hipopotamom! Gwiezdny Pług wysłany na Wegę zużył cały zapas substancji . moralnych i fizycznych potworków. Nieruchome słońce utraciło już swe dzienne gorąco i pobladło. a z potworkami nie chcę mieć nic wspólnego. uczciwie odpowiedzieć. jak i odrażających. kiedy tak oburzająco obojętnie przyznaje. że warunki czasem układają się dziwacznie. czy to. jest sprawą warunków i przypadku. jakie myśli przyszły mi do głowy w czasie zapoznawania się z Niebianami. gotowy poświęcić wszystkie siły grzebaniu w idiotycznych myślach prymitywnych jak debile Aniołów. Znajomość z Niebianami przekonała mnie. ale pod koniec obchodu poczułem się zupełnie rozbity. Taki pogląd pomagał mi zachować spokój przy nowych znajomościach. we dnie niosące daleko każdy dźwięk. zmieniając się w księżyc. — Kryterium jest prawidłowe i nikt nie zamierza go obalać. Nie należy się dziwić. przyjacielu! Wsparł się na lasce i przemówił uroczyście: — Nasz sojusz przeciwstawi się poświęcaniu interesów człowieka dla dobra pótzwierząt. zamieniało w szumy i szmery. Dopiero teraz pojąłem całą głębię kryterium „Wszystko dla dobra ludzkości i człowieka". Nie pamięta o nich Wiera planując szeroką pomoc dla setek układów gwiezdnych. teraz ich ubóstwiam. Rozmaitość form życia zebranych na Orze była przytłaczająca.. Wieczorem spacerowałem wraz z Romerem po planecie. co się dzieje na Orze. Zawiążmy więc przyjacielski sojusz skierowany przeciw jej niebezpiecznym fantazjom. Romero wymachiwał laseczką. — Już się o nich zapomina. aby ich znienawidzić. Dawniej niezbyt się zachwycałem ludźmi. Andre. — Myli się pan — odrzekł Romero ponurym głosem. — Głupstwa opowiadasz. Zapomina pan. Wiera jest droga nam obu. teraz go tłumiło. Pan jest zdziwiony? Proszę mnie wysłuchać uważnie. że człowiek jest najwyższą formą życia rozumnego. Romera oburzyła moja tolerancja. Woń kwiatów wywoływała lekki zawrót głowy. Powietrze. ale nie na tyle.. Zapominają też tysiące. a ja opowiadałem. — Pańskim zdaniem niebezpieczeństwo zapomnienia o interesach ludzkości jest realne? — Tak! — odpowiedział. za to zapachy stawały się intensywniejsze. Chcę coś zaproponować. — Nie podobają mi się nastroje pańskiej siostry. a tym bardziej oburzać. ba. miliony podobnych do was fantastów i szaleńców. był nów.konkretnym sposobem to samopoznanie się realizuje. nie świadczy o uszczuplaniu interesów ludzkości. wężoludzie i półprzejrzyste pająki są tylko potworkami. Odraza zeszpeciła mu twarz. Trzy czwarte tarczy w ogóle zgasło. mój drogi! Wszystkie te anielskie gęby. Proszę mi odpowiedzieć.

Przede mną wylądowała awionetka. Nawet w ciągu dnia wszystko rozpływało się tu w półmroku. pan czy pańscy antagoniści. co się ze mną dzieje?" — „Nic szczególnego. szanowny przyjacielu. W parku lśniło to samo przytłumione do księżyco wego blasku słońce. że trzeba się w nich kochać. wszystko byłoby proste. 29 Przekroczyłem próg hotelu „Gwiazdozbiór Lutni" i zatrzymałem się zmieszany. a co dopiero w nocy! . choć ta planeta uchodziła za cud techniki. kto ma rację. Gdyby była Opiekunka. — Pozwoli pan. Dobranoc. Jeżeli do tej pory milczałem. Po co tu przyszedłem? Jeśli nawet Romero przesadza w swojej antypatii do Niebian. A człowiek? Człowieka odsuwa się na dalszy plan. kaprys pozorowany chęcią poznania nowego" albo: „Przydarzyło się nieszczęście. Bylo mi smutno. nie omieszkam zastosować się do niej. obdarzasz ziemskim uczuciem miłości mieszkankę gwiazd. Tak wygląda nasza troska o innych. Brakowało mi na Orze ziemskich wygód. jeżeli dobrze zrozumiałem. „Powiedz. Uświadomiłem sobie. a po jego twarzy przemknął niedobry uśmieszek. to teraz milczeć nie będę. Wszedłem do kabiny i pomyślałem: „Do Fioli". Pawle? Proszę zapytać MUK. która o podobnym uczuciu nawet nie słyszała". co już mówiłem na Ziemi. — Dzięki za dobrą radę.aktywnej na budowę sztucznego słońca dla kochanych wężyków. A więc. iż nasza wieloletnia przyjaźń w tak niedługim czasie rozpadła się w proch. i wszystko stanie się jasne. Ze spuszczoną głową wlokłem się pustynną aleją bulwaru. Roześmiałem się. mój młody przyjacielu. Powtarzam to. uniósł kapelusz i oddalił się. — Nie rozumiem. wyłącznie o sobie! Żadnej dobroczynności kosztem interesów człowieka! Ostatnie słowa krzyknął w takt uderzeń laski. Nad ludzkością zawisło wielkie niebezpieczeństwo i obecnie musimy myśleć tylko o sobie. nie odpowiada panu proponowany przeze mnie sojusz? — W ogóle nie widzę potrzeby zawiązywania podobnego sojuszu. że ocenę potrzeby tego sojuszu wezmę na siebie. Na naszej wypielęgnowanej Ziemi maszyny zbyt troskliwie nas piastują! Wszedłem do parku. gdyż takie poglądy odpowiadały moim ówczesnym nastrojom. Teraz. nie znaczy to jeszcze. według starożytnych wzorów. stałem się inny. Romerowi z wolna wracał jego zwykły ironiczno-wyniosły wygląd. A ja nie pozwolę człowieka krzywdzić. Ceremonialnie. po spotkaniu z Fiola. Z ciężkim sercem popatrzyłem za nim. że mimo woli zażądałem jakiegoś wehikułu. co i na zewnątrz. Jeszcze niedawno nie widziałbym w jego wypowiedzi niczego niemożliwego do przyjęcia. po co ten patos.

Potem rozpłomienił się drugi i zniknął. Pohukiwałem dla dodania sobie animuszu i rwałem do przodu odrzucając na boki wszystko. Zabrzmiał cichy śpiew. znów podrywa łem. wpadając na drzewa. Nie mogłem utrzymać się na nogach.. Pienia umilkły wkrótce. Spadła na mnie dławiąca ciemność wypełniona sennym szelestem liści i niespokojnym pomrukiem moich własnych myśli. — Fiolo! — ryczałem. potykałem się. — Fiolo! Z czerni krzewów znów wychynął w przelocie lśniący wir. Byłem zwyciężony. że uciekają nie pytając. to ja również nie muszę się nimi krępować. zaschło mi w gardle. Coś zastąpiło mi drogę. I znów nikt mi nie odpowiedział. co mnie do nich sprowadza. Ja.. Wyszedłem na drogę. Parłem w czujną. Korony drzew łączyły się nad moją głową tak. usiłując określić kierunek. — Fiolo! — szeptałem. ukazując niebo z gasnącym księżycem. dumny ze swego rozumu człowiek. co mi przeszkadzaio. Zacząłem głośno tupać nogami. Wpatrywałem się w gwałtownie wirującą pochodnię ginącą za drzewami i wsłuchiwałem się w śpiew. lecz w domu gości przekonanych o potędze i dobroci człowieka! Co oni teraz o nas pomyślą? — Wybaczcie. Nie było łączności z tym ogrodem. jak nieoczekiwanie pojawiała się awio-netka i wezwałem w myśli dyspozytornię planety. odepchnąłem to coś. W głowie mi huczało. Nagle wpadłem w gniew. W oddali pojawił się i przemknął różowy słup czy wicher. Jeśli są na tyle nieuprzejmi. W oszalałym biegu wśród krzewów zapędziłem się zbyt daleko.—Fiolo!. Ruszyłem wybierając drogę na los szczęścia. krzew lub istota. Doznałem zawrotu głowy. Pienia nasilały się. — Fiolo!—wrzasnąłem. że nie widziałem nieba. Ogarniał wstyd. jedynie w oddali zapalały się i gasły rozjarzone świetliście słupy. przyjaciele! — powiedziałem. — Fiolo! — zawołałem półgłosem. — Wybaczcie. To chyba silna woń nieznanych kwiatów tak mnie oszołomiła. aby zaniepokoić Wegan. dźwięczał w nich niepokój ustępujący miejsca dyskusji lub .Szedłem po omacku. Cisza dzwoniła w uszach. chcąc się zorientować. Przypomniałem sobie. W jakimś zakątku ogrodu przewróciłem się i już tak pozostałem. bojaźli-wą ciszę. nikt nie odezwał. Tam znów usłyszałem śpiew i przez chwilę stałem. — Fiolo! Podniosłem się z trudem. a potem bezceremonialnie wtargnąłem pomiędzy krzewy. Chciałem zrobić jak najwięcej hałasu. Wkrótce drzewa rozstąpiły się. — Fiolo! Runąłem do przodu. Nikt się nie zjawił. Teraz myślałem tylko o jednym: jak najprędzej wydostać się z milczącego ogrodu. z którego dobiegał. Leżałem popłakując z wściekłości i poczucia bezsiły. przewracałem. każda komórka ciała dygotała jak w febrze. I to w dodatku nie wśród ludzi. Zatrzymałem się. zachowałem się jak dziki zwierz lub nieokrzesany barbarzyńca gotowy bić i tratować. kopałem nogami krzewy i biegłem dalej. jaskrawy i nieuchwytnie szybki. w jakim miejscu się znajduję.

aby przeciwstawić się im. — Fiolo. lecz znów coś ją powstrzymało. co robić. Pospiesznie cofnąłem pole. co za dnia wydawało się zabarwieniem ich odzieży. zabrzmiał głośniej. lecz chyba słabszymi. Pogładziłem ją po włosach. słabych fizycznie. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. że to była Fiola. Nie zdążyłem ochłonąć po spotkaniu z dziewczyną. wszechpotężnego i nieubłaganego. Teraz widziałem. wielekroć potężniejsza od mojej. jednakże dwukrotnie szybciej od ludzkiego biegu. wybuchnąłbym śmiechem. — Fiolo. Uspokoiłem się i zacząłem chłodno rozumować. smutny nawet dla ludzkiego ucha. pomiędzy drzewami zamigotały ogniki. znów pogładziłem włosy Fioli i podałem . najwidoczniej uznali mnie za potwora. choć były przekonane. że idą na śmierć. Jakaś siła. Weganie nie tylko rozjaśniali ciałami ciemność. atakowali nim mnie i Fiolę. Posuwali się ostrożnie. odrywała mnie od Fioli. ale oburzali się tym jarzeniem. To było gniewne światło. że świecą nie tylko ich oczy. Zorientowałem się. Gdybym nie był tak zdenerwowany. lecz znów zaczęli zbliżać się do nas. na co liczyłem. kiedy Weganie rozpierzchli się niczym zdmuchnięci i zaczęli gasnąć ze strachu. co się dzieje? — wykrzyknąłem zapominając. Wybrawszy odpowiednią chwilę uchwyciłem ją obiema rękami i natychmiast przywołałem pole. — Głuptasy! — powiedziałem.. Z przestrachu blask ich oczu przygasł. Nasze dłonie rozwarły się i Fiola wyślizgnęła się z mych objęć. lecz silnych duchem istot.. Nie od razu spostrzegłem. światłem znacznie jaskrawszym niż za dnia. Trzymałem ją w objęciach. — Fiolo! — powiedziałem. aby „wyzwolić" swoją siostrę. Fiola tuliła się do mnie. Weganie nie rozbiegli się. czynili gwałtowne wyrzuty. W jej śpiewie zabrzmiał szloch. które zbliżały się do mnie dźwięcząc w wysokich rejestrach. Ledwie utrzymałem się na nogach i objąwszy Weganina zawirowałem wraz z nim. Później z krzewów wytrysnął słup tę czowego blasku i jak wicher pomknął ku mnie. a już byłem otoczony tłumem Wegan. Rzuciła się ku mnie. Uchwyciła mój wzrok i głęboko westchnęła. Drżała. ale również całe ciało. wolnymi obrotami ciał. Te istoty najwyraźnie dysponowały polami ochronnymi. a ku nam ze wszystkich stron pędzili jej świetliści współbracia. — Czemu wy się mnie boicie? Śpiew umilkł. Uśmiechnąłem się. za to śpiew. aby nie porozbijali się o drzewa. To. okazało się ich własnym blaskiem swobodnie przenikającym przez szaty.nawet kłótni. I nagle park rozświetlił się. Weganie starali się zrozumieć moje słowa. a jednocześnie nie odrzucić Fioli wraz z innymi. Ogarnęła mnie fala czułości dla tych wrażliwych. podobnymi do mojego. Oczy miała ciemne. gdyż dopiero wspólnym wysiłkiem tłumu były zdolne oddziaływać na mnie. Widziałem w ich twarzach przerażenie. że nie rozumie języka ludzi. tak jak u nas bywa gniewny glos. które odważnie zbliżały się ku mnie. tak że w parku stało się tak jasno jak w pełnym słońcu.

iż chyba mnie zrozumieli — powiedziałem. a głosy stały się bardziej zróżnicowane: dyskutowali między sobą. Zrozumiałem. który zadźwięczał w odpowiedzi. oczy im rozbłysły.Mam nadzieję. Przypomniałem sobie. „Czemu nie odchodzicie?! — oburzała się. że i ty mnie rozumiesz. niepojętego parku. że on nam trochę pomoże. Nie bałem się już jednak. Otaczali mnie ciasnym kręgiem. popartą zimnym blaskiem oczu. A jednak nie mogli się zdecydować na pozostawienie nas samych. Eli. Rozumiałem wszystko. I wtedy znów włączyła się Fiola. niż wyrządził. nie usiłowali oderwać mnie od Fioli. Powtórzyłem łagodnie: — Fioli nic złego się nie stanie. Uśmiechała się i ja się uśmiechnąłem do niej. podźwiękiwali słabiutkimi głosikami. każdą nutkę. ale śpiew. Rozumiałem każdy jej rozbłysk. nie był już tak beznadziejnie smutny. proszę was!" Dopiero kiedy kilkakrotnie powtórzyła swoje żądanie. w głosie odezwał się gniew. — Czy nie pojmujesz — zadźwięczała Fiola — że nauczyłam się twego języka jeszcze w ciągu dnia. Między drzewami zamigotały oddalające się świetliste kolumny. który przemienił się w purpurę. W moich uszach zabrzmiał chór srebrnych dzwonków powtarzających dwukrotnie tę samą frazę muzyczną. Była tak piękna. ale nie ruszali się z miejsca. zło Fioli lub któremuś z was. — Obejdziemy się już bez tego aparatu. tłum powoli zaczął się rozpraszać. Równocześnie dziewczyna zaśpiewała. Nie wiem. Oczy rozbłysły jej fioletowym płomieniem. nie domyślałem się. Weganin pospiesznie odskoczył. W oczach Fioli zapłonęły zimne płomienie. dławiąca się własnymi woniami ciemność obcego. na kilka sekund wszystko znów rozjarzyło się niezwykłymi ogniami. Weganie znów rozjarzyli swoje ciała. czy mnie zrozumieli. że dech mi w piersi zaparło. ale pozostali zachowywali się już inaczej. a później w błękit opalizujący wszystkimi barwami i odcieniami. Spojrzała na mnie filuternie. atramentowoczarna. aż wreszcie stopniowo rozproszyli się pozostali. Jarzyli się. za nim odsunął się w ciemność jego sąsiad.rękę jednemu z nich. — Teraz jestem tego pewien. że nie mogłem wykrztusić słowa. a teraz zrozumieli go także moi przyjaciele? — Mnie również wydawało się. Mam rację? . Najpierw zawirował ktoś na skraju. że rozkazuje swym pobratymcom: „Odejdźcie! Odejdźcie!" Weganie przygaśli. lecz już nie nacierali. Byłem tak zdumiony. — Nie trzeba! — roześmiała się Fiola. — Wierzcie mi — mówiłem — że prędzej bym się zabił. lecz rozumiałem każdy dźwięk i każdą barwę jej mowy. że jesteśmy przecież dla siebie niemi i chwyciłem za zapomniany deszyrrator w nadziei. gdyż obok mnie była Fiola. przekonywali się o czymś nawzajem. które zgasły po chwili i dokoła zapanowała nieprzenikniona. —. — Odejdźcie. zamilkli i z napięciem wpatrywali się we mnie i w Fiolę.

Opanowałem się. Żaden cud się nie zdarzył. Nasz mózg też jest przecież deszyfratorem, słowa jedynie towarzyszą bezpośredniemu przekazywaniu myśli, tu zaś myślom pomagały nie tylko dźwięki, lecz również i barwy. Ale nawet po zrozumieniu tego zjawiska nie przestałem się dziwić. — Nasz język jest uboższy od waszego — powiedziałem. — Na Ziemi nie tylko ludzie, ale także niemal wszystkie zwierzęta komunikują się ze sobą przy pomocy dźwięku, tak już jesteśmy zbudowani. Wyjdźmy na otwartą przestrzeń. To może śmieszne, ale wydaje mi się, że wasze drzewa zamiast liści mają łapy. — Fantazjujesz! Drzewa są naszymi obrońcami. Ich liście ekranizują promieniowanie krótkofalowe naszej gwiazdy dziennej. Nikt z nas w ciągu całego dnia nie wyjdzie na nie osłoniętą przestrzeń. Spacerujemy tylko nocą. Przypomniałem sobie, że piękna Wega jest gorętsza nawet od Altairu, temperatura jej wynosi około 15000 stopni. W promieniach takiego słońca trudno spacerować. Nie ulega wątpliwości, że świecący i rozmawiający błyskami światła Weganie są po prostu stworzeni do życia nocnego

30
Wyszliśmy na polanę i siedliśmy na ławeczce. Chodzić -z Fiola było mi dosyć trudno, bo dziewczyna nie potrafiła wlec się w ludzkim tempie, a ja znów nie mogłem za nią nadążyć. Za to dobrze się z nią siedziało. Promieniuje od niej przyjemne ciepło, gdyż Weganie również są ciepło-krwiści. Nad polaną otwarło się nocne niebo. Księżyc zgasł, a gwiazdy płonęły czysto i jaskrawo. Na Orze ciśnienie powietrza jest równe ziemskiemu, ale grubość atmosfery znacznie mniejsza, a więc i gwiazdy świecą jaśniej. Fiola patrzyła na Wegę. Na Ziemi często podziwiałem piękny blask tej gwiazdy, tutaj wpadłem wręcz w zachwyt nad jej wspaniałością. Fiola poprosiła, abym pokazał jej nasze Słońce, ja zaś zapytałem, który gwiazdozbiór najbardziej się jej podoba. Z niepokojem czekałem na odpowiedź. Gwiazdozbiory widziane z Ory nie są podobne do ziemskich, ale Wielka Niedźwiedzica, Kasjopeja i Orion także i tutaj są bardzo piękne. Jednak Fiola zwróciła płomienne oczy na równoległobok ograniczony przez Fomalhaut, Altair, Syriusza i Capellę, w środku którego połyskiwały trzy maleńkie, trudne do odnalezienia, lecz drogie memu sercu gwiazdki: Polluks, Alfa Centauri i Słońce. — Dobrze wybrałaś — powiedziałem. — jesteśmy stamtąd, Fiolo. — Wskazałem na Słońce. Zdziwiła się, że Słońce jest takie małe. Odpowiedziałem, że jest po prostu bardzo odległe. Fiola zamyśliła się. — Jesteście potężni, wy, ludzie — powiedziała (a raczej zabłysła i zaśpiewała). — Kiedy wylądowaliście na naszej planecie, niektórzy myśleli, iż jesteście bóstwami, bo wasze pojawienie wydawało się im nadnaturalne. — Teraz już chyba wiecie, że jesteśmy zwykłymi istotami, nie lepszymi od was?

Pokręciła głową, a oczy jej zabłysły matowo i wilgo-tnie. W zamyśleniu przypominała smutne dziecko i chciało się ją pocieszyć, oderwać od złych myśli przynoszących troski. — Pod wieloma względami jesteście nawet gorsi od nas, a jednocześnie niezmiernie nas przewyższacie. Prosiłem o wyjaśnienie. Rozumieliśmy się już tak dobrze, że mogliśmy rozmawiać na dowolny temat, choć łatwo pojmowałem jedynie proste pojęcia, a bardziej złożone myśli Fiola powtarzała mi kilkakrotnie, nim je wreszcie przyswoiłem. Rozpoczęła od tego, że w pierwszej chwili ludzie wydają się słabi i bezsilni. — Jesteście niezręczni i wolno myślicie, nie umiecie ani poruszać się szybko, ani podejmować błyskawicznych decyzji. Wreszcie rzecz chyba najważniejsza: możecie utrzymać się przy życiu jedynie w bardzo wąskim zakresie warunków i nawet niewielka ich zmiana nieuchronnie zabija was. Nie znosicie upału, ani mrozu, ani rozrzedzonego powietrza, ani wielkich ciśnień, ani przenikliwych promieniowali, ani długotrwałego głodu, ani pragnienia, ani przeciążeń. Co by się stało, gdyby kogokolwiek z was wyrzucono nagiego, bez narzędzi i maszyn, w zewnętrzny świat? Nawet środki porozumiewania się macie niedoskonałe: mowa prymitywna i powolna, a bezpośrednio nie potraficie przekazywać myśli. Przedział istnienia ludzi jest tak wąski, że wręcz tragicznie przypomina linię, na której życie ludzkie wisi jak na włosku. Jesteśmy pod wieloma względami doskonalsi od was. Wprawdzie chronimy się przed twardym promieniowaniem naszej gwiazdy, ale rów nie łatwo oddychamy przy jednym i czterdziestu procentach tlenu w powietrzu; znosimy stustopniowy upał i stu-stopniowy mróz, porozumiewamy się bez dźwięków i świateł, dźwięki i barwy jedynie towarzyszą bezpośredniej mowie naszych myśli; nie toniemy w wodzie; miesiącami żyjemy bez pokarmu i napoju; nie umieramy, jeśli przez tydzień musimy czuwać. Każdy z nas przechowuje w swoim mózgu całą wiedzę zgromadzoną przez społeczeństwo, nie potrzebujemy więc maszyn informacyjnych do uruchomienia naszych wiadomości. Oto jacy jesteśmy i jacy jesteście wy. Już przy pierwszym zetknięciu się z wami uderza fakt, że wy, tacy słabi, nie wyginęliście jeszcze w zaraniu waszej historii. — To dlatego, że zmusiliśmy własne braki, aby nam służyły. Nasza potęga jest odwrotną stroną naszych słabości. — Tak — powiedziała Fiola. — Wasza wielkość jest przedłużeniem tych słabości. To druga rzecz, która w was zdumiewa. Szkodzą wam wahania temperatury, bronicie się więc przed nimi odzieżą, budynkami, generatorami ciepła i chłodu. Spadek ciśnienia powietrza i zawartości tlenu w atmosferze jest dla was zabójczy, wobec tego wymyśliliście skafandry. Nie możecie żyć bez jadła i napoju, zabieracie więc z sobą ich zapasy i umiecie sporządzać pokarm i napój z dowolnych substancji. Od przeciążeń chronią was pola sitowe, te same pola pokonują nieważkość, tworząc specyficzne, jedynie wam odpowiadające i nader rzadko spotykane we Wszechświecie, warunki ciążenia. Macie niewielką pamięć, ale

bezgranicznie poszerzyliście ją za pomocą urządzeń zapamiętujących. Macie słabe mięśnie,'lecz posługujecie się niezmiernie potężnymi maszynami. Myśl wasza jest powolna, sposób wyrażania jej słowami prymitywny, nie potraficie też bezpośrednio chwytać cudzych myśli, macie za to deszyfratory, które kompensują te wasze wrodzone braki. I choć sami nie możecie się szybko poruszać na swoich słabych, źle przez naturę zbudowanych nogach, to skonstruowaliście aparaty kosmiczne łatwo wyprzedzające najszybszego biegacza Wszechświata — światło. I tak jest ze wszystkim, Eli! Wyszukujecie swoje słabe punkty, wzmacniacie je mechanizmami i wasze niedoskonałości stają się zaletami. Bez swoich wynalazków jesteście żałośnie mali, lecz wraz z nimi — nieprawdopodobnie wielcy. Niemoc w obliczu każdego z żywiołów skompensowaliście tak, że sami staliście się najpotężniejszą z sił natury. We Wszechświecie nie ma sił potężniejszych od was — malutkich, nieruchawych ludzi. — Pięknie — odparłem. — Podoba mi się twój wykład na temat braków i zalet ludzkich. Ale jeśli nie nasza potęga, to co wywołuje największe wasze zdumienie? — Od razu widać, że jesteś człowiekiem i że ludzie są prymitywni. Chociaż macie mętne oczy i wasze twarze nie odbijają waszych myśli, to teraz oczy ci zabłysły i twarz masz pełną uwagi. A wszystko dlatego, że jesteś próżny. Zawczasu cieszysz się, że zostaniesz pochwalony, nieważne za co, byle tylko pochwała była gorąca. To było bezlitosne, tak celne, że poczerwieniałem. Fiola patrzyła na mnie z uśmiechem. Jej oczy oświetlały mnie i rozpraszały mrok parku. Gdybyśmy nie rozmawiali na poważne tematy, wydałoby mi się, że jestem zakochany. Miłość moim zdaniem wymaga specjalnych warunków, które tu właśnie byty spełnione: ciepła, przesycona zapachami noc, wspaniały, baśniowy park i wreszcie, co najważniejsze, bosko piękna dziewczyna. Ta boska piękność była piekielnie mądra i to mnie trzeźwiło. Nie była też człowiekiem, a mnie ogarniało ludzkie, nazbyt ludzkie uczucie! Ziemskie dziewczyny obejmuje się i całuje, szepcze się im czułe słowa, bo taka jest ludzka miłość, prymitywna jak my sami. A czego oczekują doskonale mieszkanki gwiazd?... Fiola zrozumiała powód mego milczenia, pojęła chyba lepiej ode mnie. W jej oczach barwy zmieniały się szybko, głos śpiewał dźwięcznie i melodyjnie. Gdybym nie starał się rozszyfrować sensu tej muzyki, rozkoszowałbym się nią po prostu jak cudowną pieśnią. Wspomniałem swoje zamiłowanie do muzyki indywidualnej. To było znacznie prostsze, bo nie trzeba było łowić znaczenia każdego tonu. — Czemu zamilkłeś? — spytała Fiola. — Czyżby cię nie interesowało, co jest waszą najbardziej zdumiewającą cechą? — Ależ tak, oczywiście że interesuje! Czym więc was tak bardzo zadziwiamy?

że przylecieliście na inną planetę. że na świecie jesteście wy. będzie tłumaczyć się z tego na Ziemi. że ludzie są kochani. że ludzie przybyli do nas jedynie po to. Nic nie może się równać z waszą dobrocią i wyrozumiałością. W układzie Wegi życie nie jest lekkie. Załoga gwiazdolotu wysłanego na Wegę zużyła na to całą rezerwę substancji aktywnej i ponieważ nie było to przewidziane w programie lotu. gdyż oczekiwaliśmy zguby. Nam wszystkim jest dobrze przy ludziach.. Mógłbym wprawdzie wiele opowiedzieć o wypadkach. mój miły człowieku. Czyż to nie zadziwiające? W trakcie przelotu na Orę ludzie mówili: „Tu wszystko jest dla was". Gwiazda jest obojętna. ale nie chciałem..— Waszą dobrocią. co jest wam potrzebne. Eli. Nabrałem nieco otuchy. pomogli uchronić się przed straszliwymi mrozami w zimie. lecz nieżyciodajna gwiazda. do wszystkiego można się przystosować. Jesteście rozbrajająco dobrzy. Nasza rozmowa byłaby wtedy bardziej interesująca. chciano nas rozdzielić. Nie marzniemy też. Pomyśl. nawet do najgorszych warunków bytowania.) inne. ludzie! Fiola jarzyła się w uniesieniu. a zabij. oczywiście. Wspomniałem z oburzeniem. Na Orze ciągle się nam powtarza: „Żądajcie wszystkiego. Ludzie natomiast naruszają to prawo. W oddali błyszczała niebieskawobiała Wega. Pomyłka Fioli sprawiała mi przyjemność. że zawsze troszczylibyśmy się przede wszystkim o siebie. kiedy bywamy źli. że ich przylot nie miał innego celu. Wielu myśli. Ich potęga ni<-jest ślepa. byłem dumny. Weganie przystosowali się więc kosztem . Tak. ogarnęło nas przerażenie. nam uporać się z letnim nadmiarem promieniowania. — Nie wiem. Dziewczyna powróciła do naszej potęgi. — A czy sami nie postąpilibyście tak samo? — zaoponowałem. To cudowne. jak Romero mówił z pogardą o sztucznym słoń cu. że swoimi promieniami podtrzymuje życie jednych istot. Zbudowali pomieszczenia ekranizujące i obecnie w upal nie musimy chować się w krzewach i pod drzewami. ponieważ burzy i tworzy planety w imię życia. — Powiedzmy. Kiedy pierwsi ludzie wylądowali u nas. Ale siedzę teraz z tobą i jest mi dobrze. ciemną i mroźną zimą. Wyobraziłem sobie planetę Fioli — latem spaloną nieubłaganym żarem. — Potęga przeważa nad małostkowością. dekoracyjna. a nie o ludziach. aby nam pomóc. nie wzrusza jej to. kiedy nasza planeta oddala się zimą od Wegi: ogrzewa nas sztuczne stonce. śpiew jej chwytał za serce. Wolałbym rozmawiać o Fioli i jej pobratymcach lub o noc) i naszym spotkaniu. bo takie jest prawo natu ry. Naszym obowiązkiem jest stworzyć wam najlepsze warunki". Przyszedłeś nocą bez uprzedzenia i już zaczęło się zamieszanie. a kiedy zbliżyłam się do ciebie. Ale ludzie pomógł. a mechanizmów podobnych do waszych nie mamy. Obawiam się. wielkość jest ponad dokuczliwe drobiazgi. Wszyscy zlękli się ciebie. Czułem się w tej chwili przedstawicielem ludzkości. za które Weganka dziękowała ludziom.

gdyż muzyka winna przynosić radość. przyglądając mi się uważnie. — Spędziłem noc z Fiola w parku. Wezwałam cię.niewyobrażalnych cierpień i męczarni. — Ja również nie spałam. że krytykowałam niesfornych ludzi? — Nie. a nie przytłaczały. a skute mrozem schrony osłonili przed zabójczymi promieniami letniego światła. Gwiazdy blakły i niknę-ły. Andre zamierzał przygotować salę Narad Galaktycznych do swego koncertu. Rzadko zdarzało mi się widzieć Wierę tak zmęczoną. którzy w lodowatą ciemność posiali falę ciepła. Dyskusje ożywiały. Wiera siedziała przy stole. Zjadłem śniadanie i poszedłem do Andre. spory. Eli. Przed wejściem do hotelu zabłysła wideokolumna. —— Co było w niej najpiękniejsze i najlepsze. — Nie było cię w domu. — Nadchodzi dzień. — Nasz wiek jest tragiczny! — wykrzyknął Andre... który stawał się coraz jaśniejszy i gorętszy.. Dziewczyna dźwięcząc i połyskując pomknęła \v głąb parku. uznają bezinteresowną ludzką pomoc za karygodną rozrzutność.. — Weź natrysk radiacyjny i nie myśl o czyimś braku serca. Zresztą było mi dobrze nawet bez pocałunków. a ja powlokłem się do wyjścia. Niektórzy ludzie zupełnie nie mają serca! Zorientowałem się. że byłeś tej nocy ze mną. dodawały energii. Między nią a Romerem musiało zajść coś bardzo ważnego. że Niebianie odniosą się do jego koncertu nie lepiej niż ludzie. Idiotyczna noc: dyskusje. Fiolo. — Ja ci również dziękuję. — Tak. Eli? To. Spotkałem u niego Lusina. — I ty odejdziesz. Nie ulega jednak wątpliwości. jeżeli dotknie wielu ludzi. że znajdą się ludzie. nie chciałem jej mówić.. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Dawniej spory mobilizowały ją. czuliśmy swoją wspólnotę. 31 Wybierałem się właśnie do Wiery. — Nie spałeś dziś. dzień — odezwała się. że ludzie bywają różni. Zapewniłem go. Nie mogłem jednak powiedzieć tego Fioli. gdy ona sama mnie wezwała. Chciałem ją pocałować. Zaproponowałem im wyprawę po informacje na temat Galaktów. ale nie myśleć o ludziach bez serca nie potrafię. Ofiarowałaś mi najpiękniejszą noc w życiu. że mówi o Romerze. Fiola przytuliła się do mnie. Na czarnej zasłonie nieba zabłysnął krąg. bracie? — zapytała. aby zwolnić na dziś z obowiązków. którzy poprą Romera. Fiolo. — Natrysk wezmę.. Rozum i serce kazał mi być razem z nimi i z tymi. Dziękuję. a nie męczarnie. kłótnie. Dzień pracy — powiedziałem. Oschłość może stać się groźna. To. ale nie wiedziałem. czy na Wędzę jest podobny zwyczaj. Tymczasem zgasły księżyc zaczął odradzać się słońcem. — Popatrz na niebo: ileż tam nieszczęść! I jeszcze na domiar . że siedzieliśmy razem i choć odmienni.

że rozpierała mnie ciekawość. — Żyć tutaj to sztuka. Pomysł szukania informacji o Galaktach u Altairczyków przyszedł mi do głowy jeszcze wczoraj. Po jej zgaszeniu z wolna nikły. ale odwróciłem się od niego i powtórzyłem propozycję Lusinowi. ani jednej roślinki. Gotów był wywołać gwałtowną dyskusję. określały głębię. że jego wymówki są śmieszne. przemykający się między przedmiotami. Przypomniała mi się matematyczna krzywa Peana. Weszliśmy do jednego z sześcianów i zapaliliśmy latarki. Świeciliśmy na wszystkie strony. Spychalski tak je zachwalał. kamienie. odtwarzały powietrze i przedmioty. Rysunki zmieniały barwę i natężenie. lecz pełne kontury. piasek i budowle. W przedsionku włożyliśmy skafandry i otrzymaliśmy latarki gamma do oświetlania niewidzialnych mieszkańców układu Altairu.. Wielka. Zdecydowane. Dwóch Altairczyków walczyło z sobą. skalne pudełka ciągnące się rzędami aż do horyzontu. — Żyć się odechciewa! Lusin i tym razem nie stracił kontenansu.złego ci człekokształtni z ich zagadkowymi wrogami. W odległym końcu sali rozpoczynał się tunel. Serce ścisnęło mi się na widok krajobrazu. tylko nieznośny biały kamień. pola. my natomiast musimy zastanowić się nad sensem istnienia. — Ładny widoczek — powiedziałem. Lusina łatwiej jest przekonać niż Andre. W tym krajobrazie byli umieszczeni Altairczycy — nitkonodzy. Linie Altairczyków były podobne: zapełniały całą przestrzeń. Ani jednej trawki. Bo czyż po to przyjechał na Orę. Malowidła sprawiały dziwne wrażenie: same dziwacznie pogmatwane linie. Na ścianach zapłonęły obrazy namalowane farbami luminescencyjnymi. aby spełniać zachcianki pegazów i smoków? Tym można równie dobrze zajmować się na Ziemi. Na ciemnym niebie wisiała białobłękitna kula imitująca Altair. Przed jednym z obrazów stałem dłuższą chwilę. Nasi przodkowie mogli prymitywnie cieszyć się nie wiadomo z czego. gdy tylko poruszyło się promieniem latarki. Wszystko wściekle błyszczało. skrzypiący biały piasek i kurz unoszący się spod nóg. Wściekle splatali kończyny i przepychali się tułowiami.. Artysta wspaniale oddał . który rozpościerał się na zewnątrz budynku: to samo palące słońce. Chciałem też zapoznać się z ich malarstwem. ale nikogo nie mogliśmy znaleźć. Wkrótce napotkaliśmy budowle Altairczyków: kamienne sześciany bez okien. Lusin początkowo odmówił pod pozorem nawału pracy w stajni. który rozpościerał się dokoła. Nie urywane kreski. W hali było pusto. — Nieźle! — rzekł. faliste. lecz wypełniająca sobą dowolną brytę. Zabraliśmy ze sobą przenośny deszyfrator i pojechaliśmy do hotelu „Gwiazdozbiór Orla". Widziałem na obrazach ten sam pejzaż. pająkowaci. którym przedostaliśmy się na plac roboczy. ale przekonałem go. miękkie. linia bez szerokości i grubości.

— Bardzo się nam podobały wasze obrazy. usta wykrzywiał grymas. co to znaczy? Po każdym nowym odkryciu tajemniczy Niszczyciele stają się jeszcze bardziej zagadkowi. Kula zastępująca Altair świeciła w zenicie i pająko-wate istoty jarzyły się w niewidzialnych promieniach. „Teraz rozumiem ich dziwaczną manierę malarską" — pomyślałem. Poszukajmy. Zwróciłem się do Altairczyka wyglądającego nieco mniej wiotko niż jego pozostali współbratymcy. — Najwidoczniej to nie Altairczycy. Może jeszcze jeden obraz? Przechodziliśmy z jednego pustego budynku do drugiego. bo oni sami zdają się umierać z przerażenia. Oczy umierającego były zamknięte. Szedłem wzdłuż jednej ze ścian. Nagle krzyknął: — Eli. zarysy ciał. Na obrazie byli Galaktowie. lecz rzemieślnicy biegli. Z takim zapałem cisnęli się ku nam. Jedną rękę bezsilnie odrzucił w bok. Każda linia ich ciała krzyczała cierpieniem. Te dobre istoty w zamian życzyły. Pod naszymi latarkami rozjarzały się coraz nowe obrazy. — A gdzie są ci. Na kamieniu leżał umierający brodaty Galakt w czerwonym płaszczu i krótkich spodniach.ich wściekłość. Artysta z taką samą przerażającą wiernością oddał męki konającego i milczącą rozpacz trzech jeńców. . starając się objąć nas włoskowatymi nóżkami. którzy pojmali Galaktów? — zastanawiałem się. — Jedynie oni potrafią wyjaśnić zagadki własnych rysunków. które potem nieśli do wznoszonych budynków. gdzie je po raz pierwszy zobaczyliśmy. że musieliśmy wzmocnić pole ochronne. Najwidoczniej sen był u nich czymś wzbudzającym lęk. przyjaciele. Dokoła były jedynie milczące cienie i sylwetki. jeśli zamiast dwóch rąk ma się dwadzieścia giętkich i silnych kończyn. Trzeba szukać. Malarz z równym mistrzostwem ukazał rozterkę mieszkańców Altai-ru. że przytrafiło mu się coś złego. abyśmy nigdy nie zasypiali. tu zaś podobieństwo do widziadeł było wręcz uderzające. a nie same ciała. Nietrudno zresztą być zręcznym. Uregulowałem odpowiednio de-szyfrator i życzyłem im zdrowia. Wyrąbywali i obciosywali kamienie. drugą przyciskał do piersi. Praca była uciążliwa. A nad nimi przelatywali Altairczycy. Opodal stało trzech Galaktów ze skutymi rękami (na wizerunku dokładnie widać było łańcuch krępujący ich ręce wykręcone do tyłu). Galaktowie nie patrzyli na widza. Lusin pokazywał palcem na rysunek. chodź tutaj! Szybciej! Rzuciłem się ku niemu myśląc. głowy mieli opuszczone z bezwolną pokorą. chociaż słabiej niż w hali. żadnej poszlaki wskazującej na Zływrogów! Rozumiesz. a Lusin oglądał przeciwległą. Altairczycy zauważyli nas i porzucając pracę pobiegli naprzeciw. Tam były półprzeźroczyste. chęcią niesienia pomocy i bezsiłą. — Chodźmy. szybkość i energię ruchów. — Zagadka. Ten obraz też był rysowany liniami. ale nie było wśród nich wizerunku Galaktów. Przechodząc rozżarzoną pustynią natknęliśmy się wreszcie na tłum zaciekle pracujących Altairczyków. Żadnego śladu. — Trzeba poszukać Altairczyków — powiedziałem.

Komu na Orze potrzebne są twoje prymitywne twory? — Nie mów tak — mamrotał Lusin. że zamarli z wytrzeszczonymi oczami. do Romera nie chciałem iść. Siostra niespokojnym krokiem spacerowała po pokoju. — Zagadka. — Nie zrozumieli. powiedziałbym. Poszedłem do siebie i pospałem godzinkę nadrabiając bezsenną noc. bo deszyfrator nie przekazał nam ani jednego dźwięku. nie mieliśmy więc z kim podzielić się nowym odkryciem i nową zagadką. tak! — wykrzykiwali chórem. widnieją na jednym z waszych obrazów. — Ładna historia! Czy ty coś z tego rozumiesz? — Rozumiem — odparł Lusin. bo dwa najspokojniejsze nawet pegazy. — Co się tam może stać? Pegazy biją się ze sobą. czasami brała jakiś przedmiot do ręki i po chwili kładła go z powrotem na biurko. Kiedy deszyfrator przetłumaczył moje pytanie i wypromieniował je w postaci wiązki radiacji gamma. zabawnego jego zdaniem. Z taką szybkością oddalili się od nas. książek z pierwszego wieku. aby trafiły w paszczęki smoków. Kiedy Wiera denerwuje się. — Wygląda na to. Kiedy wreszcie nabrałem odwagi i powtórnie poprosiłem o wyjaśnienie. Solidnie zbudowany Altairczyk odskoczył gwałtownie. kogo przedstawia obraz. jakie to istoty. ale była najwyraźniej podniecona. — No to znikaj — powiedziałem. zamęczą każdego smoka.— Tak. czy nie powiem czegoś równie okropnego. Ucieczka odbywała się w zupełnej ciszy. — Chcielibyśmy dowiedzieć się. oni zaś tak samo milcząco czekali. a Spychalski zajmował się sprawami swego ogromnego gospodarstwa. Odpoczęła już i nie wyglądała teraz na zmęczoną. Gdyby mieli oczy. Przez kilka chwil nie mogłem zdecydować się na powtórzenie pytania i Altairczycy powoli uspokajali się. znów ogarnęła ich panika. Teraz miała bardzo ciemne. Altair czycy jakby skamienieli. podobne do nas. — Powtórz! — poradził Lusin. — Nie trzeba. Życzę twoim pegazom. oczy jej ciemnieją. Patrzyłem na nich w milczeniu. — Co się z nimi dzieje? — zapytałem Lusina. grzebyków. miniaturowych lampek. że po sekundzie zostaliśmy sami. a smoki żują trawę. Miał rację. Dobre. Potem przez pierścień otaczających nas istot przebiegło drżenie: tłum zaczął rozpraszać się w popłochu. — Znudziłeś mi się. 32 Andre nie znaleźliśmy. jeśli im na to pozwolić. Uszczęśliwiony Lusin długo zaśmiewał się z mego. Zawsze ma wiele drobiazgów i bibelotów — kryształków z zapisami. Obróciłem się ku Lusinowi. Obudziło mnie wezwanie Wiery. że zlękli się pytania. . zawsze rysujemy. Lusin zaraz po wyjściu z hotelu „Gwiazdozbiór Orła" zatęsknił do swych potworów. lusterek. — My rysujemy. życzenia.

choć śmiercionośnych Altairczyków. Dawniej nie ustępowała. Dlaczego ich nie ma na obrazie? Nie są przecież chyba duchami! Wiera poleciła. — Potrafił zręcznie wykorzystać ostatnie dane. czemu on ich tak nienawidzi. To. — Tak. Radząc Romerowi. nawet do gadatliwych. — To szalenie ważne — powiedziała Wiera. o czym na Ziemi mówiliśmy jako o teoretycznej możliwości. kim są Niszczyciele lub Zływrogi. — To znaczy o Romerze? Wiera znów zaczęta nerwowo chodzić po pokoju. Zrozumiała od razu. że ją znam. Teraz znaleźliśmy ich ślady na Altairze. że pomocy dla Niebian nie da się pogodzić z zasadą. byłem przekonany. Eli. Wydawało mi się dotychczas. Podniósł krzyk. że Galaktowie wraz ze swoimi wrogami mogą pojawić się w Układzie Słonecz nym. Eli? — widać było. Ale na czym polega to zagrożenie? Nadal nie wiemy. że Galaktowie pojawiali się na pewnej odległej gwieździe w Hiadach. Wprawdzie nie zawiera całej wiedzy Wielkiego. Poderwałem się z miejsca. Nie rozumiem. Patrzyłem na Wierę nie wierząc własnym uszom. cuchnących. — Czy potrafisz wytłumaczyć ucieczkę Altairczyków? Rozłożyłem ręce. Trzy godziny temu zapytaliśmy wraz z Romerem MUK. o Romerze. stało się realnym zagrożeniem. że maszyna odrzuci jego poglądy. A teraz pomówmy o czymś innym. — Twoje odkrycie wskazuje na to. Poczułem się dotknięty w swoich uczuciach do pięknych Wegan. . aby wszystkie obrazy Altairczyków zostały sfotografowane i powróciła do rozmowy o naszym odkryciu. Dotychczas było wiadomo. Maszyna odpowiedziała. Jeżeli już się w nim nie pojawili. którzy pojmali Galaktów. Krzyknąłem: — Maszyna skłamała! Na Ziemi zapytamy Wielki Komputer. Polegać w poważnych sprawach na opinii takiego maleństwa! Wiera niecierpliwie machnęła ręką. Była nawet niedelikatna. że z największym wysiłkiem zmusza się do słuchania. co robi —powiedziała siostra. — Jeszcze jedna zagadka! Ale chyba potrafimy ją jakoś rozwiązać. a to wszystko po to. ale podstawowe zasady tłumaczy prawidłowo.— No i co nowego znalazłeś. — Romero wiedział. że dokonaliśmy odkrycia.. Ledwie panowała nad sobą. że ludzkości grozi bez mała zguba. że ma rację. Jednak już po moich pierwszych słowach na temat obrazu z Galaktami przeobraziła się zupełnie. — Maszynie można wierzyć. iż wszystko dokonuje się dla dobra ludzkości i człowieka. o 150 lat świetlnych od Słońca. lecz na swój sposób sympatycznych Aniołów. aby zwrócił się z tym pytaniem do MUK. aby zrzucić z Ziemian odpowiedzialność za naszych gwiezdnych pobratymców. w naszym najbliższym gwiezdnym otoczeniu. jeśli wiedziała.. kto z nas ma rację. Taką samą odpowiedź da Wielki. dobrych.

Chcę zadać ludzkości pytanie: czy nie pora już rozszerzyć zasady naszego ustroju społecznego? Zasady te istnieją od pięciuset lat bez żadnych zmian i nadszedł chyba już czas na ich dalsze rozwinięcie. to się z powrotem. Pomyliłeś się w jego ocenie. Odeszła od okna. ale tego słuchałem z największą uwagą. jak ja to sobie wyobrażam. Przygotowuję właśnie poświęcony tej sprawie raport dla Wielkiej Rady. w innej formie. Widziałem tylko jej profil — prosty nos. można doznać zawrotu głowy: w trakcie tysiącleci poprzedzających nową erę istnienia ludzkości nie . Romero nie jest mądry. — Szybko się jednak wycofałaś.. Nie ma się czemu dziwić. Wśród dzikusów też zdarzają się inteligentne istoty. że zapędza się zbyt daleko. znalazł sprytne posunięcie. odbiera. Od tej chwili minęło bez mała pięćset lat i przez te wszystkie lata ludzkość doskonaliła się. Wiero! Zbyt szybko. należy więc walczyć z nim jego własną bronią: poszukać jeszcze sprytniejszego sformułowania. od urzeczywistnienia zasady: „Społeczeństwo istnieje dla dobra człowieka. w jakim dotyczył ludzi. pozostały świat interesował ją tylko w tym stopniu. Wiera i dawniej lubiła opowiadać przyjaciołom to... Romero jest niegłupi.. Każdemu według jego potrzeb. Cóż to jest maszyna? Mechanizm informacyjny przystosowany do robót obliczeniowych. Co się w nią włoży. delikatne brwi. potrzebne są pięści. prawdziwa historia ludzkości zaczęła się od narodzin nowego społeczeństwa. Zaczynam walkę. Gdy spojrzeć wstecz. że skoro nad ludzkością zawisło widmo zagłady. kiedy to ludzkość zjednoczyła się w jedno społeczeństwo i na kuli ziemskiej nastał wreszcie koniec waśni narodowych. klasowych i państwowych. W początkowych latach zasada ta była jedynie pragnieniem. od każdego według jego możliwości". Należało dopiero uczynić wielką ideę oczywistym prawem. Doskonaliła się i była zapatrzona w siebie. Ale nie z maszyną. Podeszła do okna i założyła ręce na kark. Rok zjednoczenia stał się pierwszym rokiem nowej ery. automatyczny sługa.czemu jest tak nieludzki? Nasze maszyny socjalne oczywiście powielą jego wersję. wysokie czoło i pełne wargi odcinające się jaskrawo od matowej cery. Nie znosiłem jej długich przemówień. że się wycofałam? — Chciałbym. — Z nim należy walczyć otwarcie i bezpośrednio. Eli. Posłuchaj. w przekonaniu. aby mi się tylko wydawało. lecz prymitywny. Miała w sobie znacznie więcej piękności niż siły. z czym później występowała na posiedzeniach Rady. Jest inteligentny. Pomyślałem. A kiedy trwa walka. Wystarszy inaczej sformułować pytanie i maszyna da inną odpowiedź. — Nie wycofuję się. to trzeba myśleć jedynie o człowieku. — Wydaje ci się. maszyny muszą myśleć mechanistycznie. Wiera zaczęła od pamiętnego roku. bo myśli siostry wydały mi się mymi własnymi myślami.

że przeczy ona zasadzie: „Społeczeństwo żyje dla dobra człowieka. które nam ulegają? Nie! Nikt nie opanował przyrody. Ludzkość poznała wreszcie swoje miejsce we Wszechświecie. Niemal pięć stuleci żyliśmy zgodnie z tym hasłem. Obecnie to zadanie stoi jedynie przed nami. „Człowiek człowiekowi wilkiem!". Stare.. stało się zbyt wąskie. zaprogramowane w pamięci maszyny.uczyniono dla człowieka tyle dobrego. W tym miejscu przerwałem Wierze: — To nie dotyczy Galaktów. czy go przekroczyły? Czy udało się im zawładnąć potężnymi siłami. Światopogląd dziecka jest z natury rzeczy egocentryczny. Taka jest dzisiejsza ludzkość. w centrum Wszechświata znajduje się ono. pochodzące z dwudziestego wieku starej ery pojęcie „potrzeby". Staje się silniejsze i mądrzejsze. Rozejrzała się wokoło i zobaczyła. aby pomagać społeczeństwom na niskim stopniu rozwoju. mówiła dalej. Ze wszystkich sił walczą o istnienie. wszystko pozostałe obraca się wokół niego. Możliwe. bowiem nie znaliśmy nikogo innego poza ludźmi. Ale twierdzę. że formy życia rozumnego są nieskończenie różnorodne. by nadać tej formule postać: „Człowiek przyjacielem wszystkiego co dobre i rozumne we Wszechświecie!" Tymczasem Romero oświadcza... „Padającego popchnij!" — oto okrutne symbole wiary owych dalekich czasów.. — Na razie wiemy o nich bardzo mało. Czy możemy przejść obojętnie wobec rozumnych istot cierpiących z braku ciepła. że nad Altairczykami i Aldebarańczykami musiała nawet usilniej pracować. skoro inaczej nie umiecie. a my sobie. Ludzkość zaczynała od zaciekłej wzajemnej nienawiści. Nadchodzi jednak czas." A ponieważ zjawiły się . Obecnie człowiek stanął twarzą w twarz z innymi światami. pokarmu i światła? Czy potrafimy im powiedzieć: „Wy sobie. gdyż tam trzeba było pokonać znacznie więcej barier na drodze rozwoju rozumu. Przypominam sobie. Możliwe. ale z pępka świata zmienia się w jego cząstkę. że kiedyś zawrzemy z Galaktami sojusz. Maszyna go popiera. Ale na tym zakończyło się zaledwie jego niemowlęctwo i nic więcej. gdyż Niebian nie znano. każdemu według jego potrzeb". aby zdobyć odrobinę ciepła i strawy. towarzyszem i bratem!". miejsce bardzo skromne. ciężko pracują na to tylko. Natura nie wyczerpała swoich możliwości na człowieku. Co zastąpiło je. natura całkowicie panuje nad nimi. Wówczas do potrzeb zaliczano zorganizowanie dostatniego. Odkryliśmy inne społeczeństwa i co w nich znaleźliśmy? Czy osiągnęły nasz poziom życiowy. kiedy ludzkość osiągnęła jedność? Dumna formuła: „Człowiek człowiekowi przyjacielem. jak zmieniały się stosunki między ludźmi. I oto nastaje próba rzeczywistej wartości człowieka. że po przyjęciu proponowanej przeze mnie poprawki zasada: „Każdemu według jego potrzeb" pozostanie nie naruszona. ile dokonano w ciągu tych pięciu wieków. cierpcie. kiedy dziecko poznaje swoje prawdziwe miejsce w świecie. sprawiedliwego życia człowieka wśród innych ludzi. Obecnie nadszedł czas. którzy mają rozwiniętą cywilizację maszynową.

niewątpliwie usłyszę to. Milczałem chwilę. czemu więc mamy zachowywać się tak. który twierdzi. To zwaliło się na mnie tak nieoczekiwanie. mówię to w imieniu twoich oponentów. Tymczasem nasze maszyny państwowe zastygły na poziomie czasów.nowe obowiązki. Powiedziałam. Czy siostra nie usłyszy w odpowiedzi. Do tej pory nie rozmawialiśmy nigdy o jej sprawach osobistych. Krzyczał na mnie. — Myślałam. — Mnie też się tak wydawało — odparta z goryczą. na tym polega cały kłopot — powiedziałem. aby się uspokoił? — Wypędziłam go. Są wyrazem naszego niemowlęctwa.. że nie chcę go widzieć. Wczoraj w nocy zrozumiałam. że nie ma człowieka bliższego mi niż on. Wątpię.. zanim zadałem Wierze pytanie. — Poprosiłaś. Wiero. Musiałem jednak wskazać kilka słabych punktów jej argumentacji. lecz tysiące gwiazd będą tworzyć niezniszczalną zaporę na drodze nieznanego napastnika. Rozumiesz. poza tobą oczywiście. A nawet już usłyszałam. Czyż po zjednoczeniu nie staniemy się silniejsi? Przecież wówczas nie jeden układ planetarny.. staną się naszymi wrogami? Całkowicie zgadzam się z Andre. Wszystko znów sprowadzało się do problemu Galaktów. — Zasoby. Kto dowiódł.. tupał nogami. że między wami istnieje całkowita jedność ducha. Wytężymy wszystkie siły i dowiemy się. aby Romero mógł długo triumfować. tak podobni do nas.. Od Romera! Ale mam na to odpowiedź. najuprzejmiejszy!. jeżeli gdzieś w przestrzeniach międzygwiezdnych szaleją okrutne wojny i wojny te mogą nas dotknąć. że wzbudza we mnie wstręt. my zaś stajemy się dorośli. musimy zawczasu zjednoczyć się z gwiezdnymi sąsiadami dla odparcia ataku wrogów. Poza tym nie należy wpadać w panikę! Przez miliony lat te tajemnicze istoty nie odwiedzały naszego układu i tylko na niektórych gwiazdach przetrwały podania na ich temat. kiedy ludzkość znała tylko siebie. że nic nas nie łączy. Poglądy Wiery bardzo mi odpowiadały. wynikły również nowe potrzeby: powinniśmy stać się godnymi samych siebie. — A co z Romerem? Czy twoje argumenty nie wywarły na nim wrażenia? Zawsze mi się zdawało. i to jest najważniejsze. co nas czeka jutro? — Tak. Najprawdopodobniej zwyczajnie przymykałam oczy na wiele jego wad. lecz zmienić ich program — oto mój plan. że niebezpiecznie jest zaczynać przeobrażenia kosmiczne w chwili. jakie realne niebezpieczeństwo kryje się w informacji o Galaktach... — Zasoby ludzkości są ograniczone. . Przecież Paweł jest z nas wszystkich najbardziej opanowany.. Nie poddawać się decyzji komputerów. że będą jedynie przeciwnicy? Czyż Galaktowie. jakbyśmy jutro oczekiwali napadu? Przecież to niegodne trząść się ze strachu przy pierwszej niejasnej wiadomości o czymś zupełnie na razie nieznanym! Wreszcie. wymyślał. kiedy nie wiemy. że najpewniej będą naszymi przyjaciółmi.

Mam rację i to jedynie jest ważne! Ale kiedy on wyszedł. Ty tego nie zrozumiesz. 33 Andre oczywiście nie uwierzył. — Ode mnie uciekali jeszcze szybciej niż od was. Ale czy pojmujesz. dla którego nikt ich dotychczas nie widział. Jeszcze nie jest za późno na poprawę. o co tu chodzi? — O ile rozumiem. Chwycił więc deszy-frator i popędził z nim do hotelu „Gwiazdozbiór Orła". bo nikogo jeszcze nie kochałeś!. wydało mi się. Kiedy jednak powiedziałem. że Niszczyciele są niewidzialni. dlaczego on? Gdyby to był ktoś inny. — Odkrytego przez was obrazu już nie ma — dodał Andre — Altairczycy starli go do czysta. siostro. Pomyśl o tym w chwili wolnej od innych zajęć. że jest nowe. że próbuje rozwiązać jedną zagadkę przez wprowadzenie innej. kto ma rację. — Masz rację. Sekret polega na tym. argumenty i propozycje.—Zawsze byłaś gwałtowna. Około południa spotkałem go w stołówce. Wyglądała obecnie na jeszcze bardziej zmęczoną niż rankiem. Wszystko co nowe odpycha cię tylko dlatego. — Te piekielne istoty są tchórzliwsze od zajęcy!— złościł się Andre. pochwyciwszy mój wzrok. W głowach Altairczyków panował kompletny chaos i urządzenie nie potrafiło uchwycić sedna ich myśli. — Niewątpliwie uzyska poparcie. kiedy wykładała mi swoje teorie. Andre z zimną krwią zniósł moje niebotyczne zdumienie. różni ludzie trafiają się przecież. Eli. Oczekuję przełomu. — Miałam rację. Dlaczego akurat Romero? Powiedz. wygasł. że Andre zawczasu nastroił deszyfrator na odbiór fal mózgowych Altairczyków i nagrał ich reakcje w chwili ucieczki. że głowa mi pęka. że panicznie bali się samego słowa „Galakt". że Altairczycy uciekają słysząc pytanie na temat Galaktów. Ale Paweł! Wierzyłam w niego jak w siebie.. nie wiedząc co powiedzieć. Zalała mnie gorąca fala współczucia i miłości do niej. Okazało się.. Coś jednak zdołałem zapisać.. Uśmiechnęła się smutnie. — Prawdopodobnie nie zobaczyliśmy ich z tego samego powodu. gdzie z ponurą miną żuł syntetyczne mięso. ale prawda jest po mojej stronie.. Wreszcie wydusiłem: — Jak wyobrażasz sobie walkę z Romerem? Paweł znajdzie wielu zwolenników. Po powrocie na Ziemię zwrócimy się do ludzi z prośbą o rozsądzenie. wiem natomiast. . Zapał ogarniający ją. — Co o tym myślisz? — Nic nie myślę. byłam z niego dumna. jeśli wierzyć zapisom na Płomienistej B. Zespołowy rozum ludzki i wola większości będą naszą najwyższą instancją. rzucił pogardliwie: — Jesteś pedantem i konserwatystą. stworzyłeś swoją kolejną błyskotliwą teorię? — W każdym razie prawdopodobną. Odnosiło się jednak wrażenie. czemu nie zobaczyliście Niszczycieli obok zakutych w kajdanych Galaktów. Milczałem. jeszcze trudniejszej do wyjaśnienia. zniosłabym to.

— Nie myślałem o tym. rozkoszowałem się jej widokiem. — Jak się czujesz^ Trub? Koszmarne sny cię nie męczą? — Nie chcę tu dłużej być! — ryknął. — Nie wszystkie Anioły są dwuskrzydłe. Opowiadała mi o ich życiu. o rejsach gwiezdnych i innych rzeczach. Awanturniczego Anioła dniem wypuszczano na zewnątrz. Naturalnie oczy ludzkie nie mogą równać się z waszymi. — Nie wiem — odparł niemal uprzejmie. — Konferencja mnie nie interesuje. w jego oczach zjawił się niemal ludzki smutek. Słowem. — Nie wiedziałem o tym. Wydało mi się. Kiedy wstałem. a potem do domów! Gdyby miał ręce. — Głupi jesteś. Wlepił tylko we mnie swe ponure ślepi-ska i coś warknął. Lubił przerywać dyskusje w ten sposób. Przychwyciła mnie na tym. Czemu się rumienisz? . aby ostatnie słowo przynajmniej pozornie należało do niego. Trub! — powiedziałem serdecznie. Czekałem na odpowiedź z taką powagą. chociaż nie zdradził tego najmniejszym nawet ruchem skrzydeł. Zdarzają się i czteroskrzydłe. Weganie już nie rozbiegali się w przerażeniu. Porozmawiamy o formach współżycia. — Przygotowujemy konferencję gwiezdną.Skinął mi ręką i pobiegł kończyć przygotowania do swego koncertu. — Odeślijcie mnie do. Milczał i w podnieceniu stroszył skrzydła. — Tych też nienawidzę. kiedy się zamyślasz. też. Dwuskrzydłe piszczą o handlu międzygwiezdnym. Zamiast tego majestatycznie otulił się skrzydłami. I oczy ci mętnieją.domu! Nienawidzę nędznych dwuskrzydłych. Poklepałem go po ramieniu i pogładziłem wspaniałe skrzydła. Wszystkich nienawidzę. skrzyżowałby je dumnie na piersiach. człowieku. — Macie za to cudowny uśmiech. Mamy jeden kolor na całe życie. — Czemu patrzysz tak na mnie.. że ucieszyły go moje odwiedziny. nie słuchając zbyt uważnie. kiedy się uśmiechasz. Serce mi bije. Wieczór spędziłem u Fioli. Po tej utarczce odwiedziłem Truba. — I twoi koledzy.. a ja. kiedy odwieziecie mnie z powrotem. — A siebie lubisz? Zagapił się na mnie jak na idiotę. a najbardziej oczywiście Fiola. ale powiedział ze zwykłą arogancją: — Nie odpowiedziałeś. Nie cierpię kramarzy! Już stojąc w drzwiach spytałem: — Mnie znosisz? Odwiedzać cię? — Przychodź! — burknął chmurnie. że wreszcie zmieszał się. To był rasowy egzemplarz prawdziwie bojowego Anioła.. Eli? — Czyżbym patrzył? — Tak. którym się podlizujecie. kiedy przychodziłem. ale urządził na placu kolejną bójkę i Spychalski polecił umieścić go w poprzednim miejscu.. nieciekawe oczy. Interesowali mnie coraz bardziej.

W zamyśleniu stawała się jeszcze piękniejsza. Zstąpiliście z nieba do naszych serc. myślę o tobie. że ktoś jest zły. Będę za tobą tęsknił. co dyktuje .. U nas to się niezbyt często zdarza. często pragniecie rzeczy niemożliwych. Według ziemskich pojęć jesteś i równocześnie cię nie ma. — Można być piękną i upragnioną. to milczymy. Oczy jej nabierały barwy delikatnego seledynu z rozjarzającymi się w głębi iskierkami. jeżeli dowie się. Przytuliłem się do jej ramienia. jeżeli ich pragniesz. nieopanowany lub ponury. — Niedługo skończą się te przykrości. — Tak. aby pocałunki były przyjemne — odparła na to. — No wiesz! Na Ziemi nawet maszyna nie cieszy się. — Ale postaram się je znieść. z ciemności wyłaniały się przedmioty oświetlone jej wzrokiem. Macie taką dziwną właściwość. zapytała bardzo poważnie: — Czemu to robisz? Co mogłem jej odpowiedzieć? Powiedziałem. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. piękną i nieosiągalną.— Jesteś szalenie bezpośrednia. — Będzie mi cię brakowało. to stara się zaraz mu o tym powiedzieć. Jesteś upragniona i nieosiągalna. — Pewnie dlatego. Ten ktoś powinien się cieszyć. . Kiedy obracała głowę. Ale zdaje się mówiłem już o tym. bo jedno nie wyklucza drugiego. bo wtedy będzie mógł się poprawić. — Martwi cię to? — Tak. — Co to znaczy bezpośrednia? — Jak by ci to wytłumaczyć? Jeśli ktoś z nas myśli. — U nas też tak jest. — Nie mogę powiedzieć. że ktoś drugi jest dobry. Eli — powtórzyła. Kiedy ciebie nie ma. Takie rozmowy mogliśmy prowadzić godzinami. że jest zły. — Ja również. żeby się tamten ucieszył. jeżeli się jej wymyśla. a kiedy musnąłem ustami jej wargi. żeby mu nie robić przykrości. — Wkrótce zaczną was rozwozić po domach i rozstaniemy się — powiedziałem. że wy. — Mnie i teraz ciebie brakuje. że jestem piękna — przypomniała mi. ludzie. że takie dotknięcie nazywa się pocałunkiem.. Zresztą mamy jeszcze wiele podobnych nielogiczności.— Dawniej mówiłeś. — No widzisz! Ale jeśli sądzimy. Pragnienie też czasem bywa niedostępne. — Czyżby piękność była nieosiągalna? Nie spuszczasz ze mnie oczu. Nikt z nas nie chce rozstawać się z ludźmi. Fiola zastanawiała się. A my pragniemy jedynie tego. — Tego nie rozumiem. — Mamy wiele dziwnych cech. a więc ją widzisz.

— Biedacy! Pewnie przeklinacie cały świat. i od tej myśli robi mi się ciepło na sercu. ale kochanie się w nich jest sprzeczne z naturą. — Myślę w ciągu dnia. a nie na przykład z Lusinem? — Jesteś mi sympatyczniejszy — przyznała się. . Jaja z zarodkami składają.. że nie robię nic innego tylko czekam na dębie. — Może istotnie przylecę. Na Ziemi przed rozstaniem zawsze się chwilę milczy. bo u nas każdy odnosi się do wszystkich jednakowo przyjaźnie. którzy nie znają miłości. lepiej nie mów. że miłość jest dziwna. co to znaczy. Nie mamy rzeczy nieosiągalnych i niedostępnych.. Obiecaliście przecież gościć nas u siebie. I jeśli nie zauważamy. — A u nas stosunek do niektórych jest inny niż do pozostałych. można się z nimi przyjaźnić. że wieczorem zobaczę cię. — Wszystkie zjawiska mają wewnętrzną logikę. bowiem nie staramy się posiąść nieosiągalnego... że jesteście dziwni. Na przykład narodziny nowych ludzi. Może chciała zrobić mi przyjemność. — Powinniście uczyć się od nas. zbyt ludzką. a może jej samej spodobał się taki sposób okazywania sympatii. który by się choć raz nie zakochał. Ale jest to logika innego rodzaju. czemu tu siedzisz ze mną? — Rozmawiam z tobą. Dlaczego ze mną. Nie rozumiem. Milczeliśmy. — Przecież powiedziałam.. — Fiolo. Będziesz na mnie czekał? — Oczywiście — powiedziałem z westchnieniem. że ją ma. ani zbliżyć się do niedostępnego. to tylko dlatego. aby przenosić ją w inne światy. Nie ma chyba człowieka. Nazywamy ten szczególny stosunek miłością i nie wymagamy. — Wydaje mi się. kiedy zwali się na was takie nieszczęście? — Wręcz przeciwnie. Bez miłości się to nie zdarza. Można współpracować z Niebianami. ale ty wolisz spotykać się ze mną. Wszystko co najlepsze w człowieku związane jest z miłością... Wszystko. błogosławimy ją jak święty dar. Wszystko jest proste i racjonalne.rozsądek. ja wproszę się na Ziemię. Fiola tuliła się do mnie. — Inni ludzie mówiliby ciekawiej ode mnie... Od tych myśli zrobiło mi się smutno na duszy. — Jeśli ty nie przylecisz. — Co mianowicie? — Jak by ci to wytłumaczyć?. Miłość jest rzeczą ludzką. Tym. — Ludzie umarliby z nudów.. pomagać im.. korzystać z ich doświadczeń. że jest wśród nas bardzo rozpowszechniona. — Przyleć do nas — powiedziała Fiola. Opowiadasz wiele ciekawych rzeczy.. gdyby byli tak trzeźwi jak wy. Nie wiem. bo nie pytałem. przekazywać naszą wiedzę. — Spodoba ci się na naszej planecie. — Wytłumacz mi więc. aby miłość była logiczna. — Oczywiście. musi więc mieć ją i miłość. może się ona wydawać szaleństwem.

— To niezbyt logiczne. Ogromna sala przyjęć galaktycznych została podzielona na sektory. — Masz rację. Chciałem w czasie narady siedzieć razem z Fiola. gładziłem je. Trąciłem łokciem zachmurzonego Andre. gdyż ten ludek świetnie przystosowywał się do każdych. ale Wiera poleciła mi. Zawstydziłem się. grupami drzew lub trawnikami — każdemu ludowi zapewniono otoczenie takie. Wiedziałem. 34 Konferencja Niebian udała się doskonale. bo konstruktorzy z Ory przewidzieli tyle różnych wariantów życia. Jeszcze więcej było gości. — Pocałuj mnie — prosiła samym tylko blaskiem swoich oczu. Fiolo. Aldebarańczycy mieli ogromną grawitację. Po co? — Upragniona i nieosiągalna! — szeptałem patrząc. Ludzie. Fiola z napięciem wsłuchiwała się w moje słowa. tłumaczące dowolne formy mowy na zrozumiałe dla danego odbiorcy. że będzie później powtarzać je w duchu. będzie wzywać mnie śpiewem i światłem. abym zjawił się w sektorze Słońca. Lusina i Leonida. Chcę cię widzieć bardziej niż kogokolwiek innego z ludzi. do jakiego przywykł. Przed nami i za nami zajęli miejsca pracownicy Ory wolni od dyżurów przy urządzeniach sztucznej planety. Usiadłem między Romerem i Andre.— Przyjedź koniecznie. będzie starała się pojąć ich znaczenie. Przy oświetlonym stoliku w centrum sali zasiedli Wiera ze Spychalskim — przewodniczącym dzisiejszej narady mieszkańców naszej Galaktyki. Czemu zaszczepiam ludzki niepokój w spokojną duszę dalekiej od człowieka istoty? Czemu narzucam jej nasze namiętności? Przecież ona potrafi zrozumieć nasze niepokoje i cierpienia. Będzie potem w rozpaczy krążyć po mrocznych lasach. pozostali nawiązywali kontakty przy pomocy różnorodnych rodzajów promieniowania. Sektory wznosiły się amfiteatralnie ku górze rzędami foteli. że połowy tych hipotetycznych form istnienia nie zdołano jeszcze odkryć. Altairczycy twarde promieniowanie swojej rozpalonej gwiazdy. . Pocałowałem ją i rzekłem smutnym głosem: — Upragniona i niedostępna. Wiele sektorów świeciło pustką. jak znika w głębi parku. Trzymałem ją za ręce. w pobliżu Olgi. Allana. a nie dane jej będzie zaznać rozkoszy i szczęścia. Przed fotelami i wszelkiego rodzaju „siedziskami" znajdowały się wideofony. Wewnątrz sektorów stworzono warunki odpowiednie dla poszczególnych istot. Anioły i częściowo Weganie korzystali z języka dźwięków. Jedynie Aniołom z Hiad nie stwarzano szczególnych warunków. gdzie zebrali się ludzie. Weganie intymny półmrok i wspaniałe rośliny. zwłaszcza Aniołów. zaraziłeś mnie swoimi dziwactwami. Ludzi było wiele.

Andre był zdania. Obrócił się ku nam. położył ręce na rękojeści i z obojętną pogardą oglądał salę. Ale niechaj i gwiezdni braciszkowie zakąszą rękawy. nie sądzisz? Andre w ciągu ostatnich dni nie dojadał i nie dosy-piał. po jednym przedstawicielu z każdego gwiazdozbioru.. Spychalski zaproponował Wierze. — Nie jestem specjalistą od prezydiów. Wielka Loża Niebian-Spryciarzy. Po wczorajszej teorii sądziłem. żadnej myśli? — Po raz setny mówię ci.. że Wiera stara się przedstawić współpracę międzygwiezdną w zbyt różowych kolorach. że ciążenie wzrosło do tego stopnia. która wydaje mi się zdrowa. że pan już skończył się jako myśliciel. czy to nie on przypadkiem napisał niedawno symfonię o harmonii gwiezdnych światów. — Ani słowa? — Przecież ci mówię! A może przynieść deszyfra-tor. Pochwycił jednak sedno naszej cichej rozmowy. Bez zwiększenia grawitacji nie zasypiają w ogóle. a ich sny są pozbawione obrazów i przedstawiają jakieś barwne pasma. Wiera w swojej mowie proklamowała początek nowej ery kosmicznej. drogi Andre. nie chrząknął i trwał w niezmiennej pozie z rękami skrzyżowanymi na lasce i z arogancką nudą na twarzy. Nadal więc wypytywałem Andre: — Po odwiedzinach u Aniołów chodziłeś do mieszkańców Aldebarana i Capelli. krzątał się wśród Aniołów. początek okresu współpracy wewnątrzgalaktycznej. To znaczy nic. Zapomniałeś. Zapytałem go z wyrzutem. jakie lubili przodkowie. iż nie mogą oddychać. Paweł ustawił laskę pomiędzy nogami. — Zwróć się do Romera — burknął.— Warto było wybrać prezydium. którzy niewątpliwie zataili ważne informacje o kosmicznych podróżnikach. — To pierwsza pańska idea. — Bractwo spadających z nieba syntetycznych gołąbków. że nic! Aldebarańczycy starają się myśleć jak najmniej. że ja również słuchałem wykładu Spychalskiego o życiu na Alde-baranie i Capelli! Póki rozmawiałem z Andre. . Do Romera się nie zwróciłem. żebyś mógł sam porozumieć się z przyjaciółmi? — Żadnego snu. aby powiedziała kilka słów na temat zadań pierwszej narady międzygwiezdnej. — I nadal jestem zwolennikiem współpracy kosmicznej. Nie udało mu się też nic wyciągnąć z lękliwych Altairczyków. W ciągu godziny nie odwrócił głowy. Romero zdawał się słuchać tylko Wiery. — Wszechświatowe towarzystwo charytatywne — powiedział ziewając. — Dziękuję za informację. — Mają ciężki sen w dosłownym znaczeniu tego słowa. Co opowiadają? — To samo. Ironia Andró bardzo mnie dotknęła. — Ja — odparł Andre obojętnie. Może im się śni. ale niczego nowego nie zdołał się dowiedzieć.

że normalni ludzie nie zachwycają się podobną sztuką. a ja wiedziałem. Muzyka wprawiła ją w zdumienie. następną. — No więc tak — powiedziałem później Andre. — Drobiazg — rzucił lekko Andre. Słuchałem koncertu siedząc obok Fioli w jej sektorze.. a jeżeli zdarzają się dziwacy w rodzaju Andre. że to wyjaśnienie zadowoliło ją.. — Nazwał ją bredniami. miły Andre. dla Aldebarańczyków jest zbyt lekka. że symfonia jest zbyt pastelowa. — MUK odrzucił moją hipotezę — powiedział niechętnie Andre. jaką MUK dał pańskiej interesującej teorii. Powiedział to z taką złością w głosie. W instytucie Lusina wytwarza się pegazy i smoki. W przerwie dla chętnych wykonano symfonię Andre. Po wystąpieniu Wiery zrobiono przerwę. zawiera zbyt mato promieni rentgenowskich. Postarałem się również poznać opinie innych Niebian. Kompozytor opowiedział o swym utworze. Co zaś do mnie. że to przypuszczenie doskonale tłumaczy wiele zagadek. Dźwięki są wulgarne — powiedziała — a efekty barwne prymitywne. Czy o tę zabawną hipotezę na temat niewidzialności nieznanych wrogów Galaktów? — Nie. Andre milczał ponuro. — Ponieważ pan już zaczął. — Altairczycy uważają. Niczego podobnego Andre mi nie mówił. Wydaje mi się. Co poza tym? Ludzie . kwasach nukleinowych i kodach genetycznych. że niegdyś na Ziemi wylądowali Galaktowie i trochę poeksperymentowawszy z kodem genetycznym małp. skąd się wziął jego zły nastrój. — Uznał ją za nienaukową.Zaciekawiłem się. wynik analizy jednego z teoretycznych możliwych przypuszczeń. to uważam. Weganom prymitywna i monotonna.. więc proszę dokończyć. to bywają zwykle wyśmiewani. Czyżby ludzie zachwycali się czymś równie bezsensownym? Zapewniłem ją. stworzyli ludzi podobnych do siebie. Zgodzicie się. Mam na myśli ocenę. którzy po skonstruowaniu porzucili nas na Ziemi ze względu na naszą całkowitą nieprzydatność. Nasz przyjaciel Andre jest generatorem nowych pomysłów działającym w sposób ciągły. że słówko „brednie" zawiera więcej treści niż wszystkie inne wasze uczone rozważania o Galaktach i ludziach. aby goście mogli przemyśleć jej słowa. Nie dalej jak wczoraj przekonywał mnie. że zrobiło mi się nieprzyjemnie. Wybrał właśnie to słowo do precyzyjnej kwalifikacji pańskiego kolejnego dzieła naukowego. — Hipoteza równie dobra jak każda inna. czemu więc człowiek nie miałby być wynikiem eksperymentów genetycznych na małpach? Zadanie przy obecnym stanie wiedzy zupełnie możliwe. po prostu nikt się nim nie zajmował. działając na genetyczne kwasy nukleinowe koni i jaszczurek. — Przypuszczenie czy fantazja? — zapytał Romero.. Założyłem więc. Aniołom wydaje się zimna i pusta. o którą teorię Andre mu chodzi. Potem zabrzmiała mechaniczna muzyka. że człowiek jest czymś w rodzaju sztucznego tworu zaprojektowanego w niepamiętnych czasach przez Galaktów.

jeżeli nie dowiemy się. Wyprawa na Orę miała dwa zadania. Straciłbym dla siebie szacunek. Obiecałem mu cicho przeżywać tę radość. ale jako przedstawiciel ludzkości na wysuniętej gwiezdnej placówce. Ale widzę. gdybym nie .nadal mają zbyt wąskie spektrum warunków życiowych. „Pożeracz Przestrzeni" ma zadanie szczególne: zwiad na terytorium wroga. kto wygrał zakład? — nalegałem. Dokąd skierować statki w ich poszukiwaniu? Skąd Galaktowie przylecieli do gwiazdozbioru Hiad i na Altair? Najprawdopodobniej z Plejad. dlaczego penetracji gwiezdnych głębi nie można odłożyć na później. Podejrzewam. — Niebianie mają jeszcze mniej poczucia estetyki niż ludzie. jeśli cię można prosić. Wiera wytłumaczyła. — Miałem nadzieję. nie tańcz i nie krzycz na całą Orę. — Ja lecę „Pożeraczem Przestrzeni" — zakończyła Wiera. sprawa może posunąć się szybko naprzód. czy projektowanej organizacji nie zagraża niebezpieczeństwo. Spychalski uśmiechnął się niewesoło. więc dla nich jest zabójcza. Jak na mój gust cieszysz się zbyt hałaśliwie. o którym nie dowiedzieliśmy się niczego. zabierzecie ze sobą w daleki rejs. będzie naszym kolejnym zadaniem. Kto wygrał? — Idź do diabła! — powiedział Andre pogodnie. na której nie było gwiezdnych gości. wysoko rozwinięty naród Galaktów. Rozkoszuj się swoją fizjologiczną papką muzyczną. staruszka. — Nie powiedziałeś. Po zakończeniu narady spytałem Romera: — Pan z nami. że trzeba będzie dożyć ostatnich lat jako dozorca tej planetki. postanowiono. z których jedno — stworzenie podstaw organizacyjnych przyszłego Sojuszu Międzygwiezdnego — wykonano. Pawie. Na jednej z narad u Spychalskiego. że przewidywał fiasko i zabiegał o urządzenie koncertu jedynie po to. Cała praca nad tworzeniem sojuszu mieszkańców gwiazd stanie pod znakiem zapytania. że dwa największe statki galaktyczne: „Pożeracz Przestrzeni" i „Sternik" powinny kontynuować podróż w głąb Galaktyki. dokąd ludzie jeszcze nie docierali. 35 Ostatnie dni pobytu na Orze były wypełnione naradami. czy na Ziemię? — W starożytności — odparł sucho — za główną cnotę mężczyzny uważano umiejętność walki z wrogiem. — Ty — przyznał niechętnie. jeżeli nie rozumiesz arcydzieł. — Ewakuacji gości z Ory i wysłania statków na Ziemię podejmie się szanowny Marcin Julianowicz. A my będziemy kontynuować pańskie poszukiwania. Ludzi pomiędzy sobą i ludzi z grupami Niebian. I na odwrót. że i mnie. które są skupiskiem gwiezdnym położonym najbliżej Hiad. aby spełnić warunki zakładu. — Jednakże — mówiła Wiera — gdzieś wśród gwiazd mieszka podobny do nas. — Ale. — Nie jako dozorca. jeżeli zapewnimy sobie pomoc Galaktów. Tak więc skok w Plejady.

Aldebarana. Krzyczał nie wiadomo dlaczego tylko do mnie: . że nie mogą mieć wspólnego potomstwa. Noc przed rozstaniem z Fiola spędziłem w jej parku pod smętnym blaskiem sztucznego księżyca. że mój smutek zamienił się w rozpacz. Załadunek skrzydlatych odbywał się przy akompaniamencie krzyków. Poszedłem tam z Lusinem i stałem na uboczu. Czy takie dwie istoty mają prawo kochać się? Lusin rozumiał mnie znacznie lepiej. — Obiecałeś przyjechać — przypomniała. Fomalhaut. Po jej odlocie chodziłem długo po Orze wraz z Lusinem. To była pierwsza noc. Capellę.. Dziś obce. ani o kosmos. Tak się zaczynało. Wieczorem do bazy gwiazdolotów zajeżdżały kolejno autobusy. uroczyste światło. — Wiesz. Będzie inaczej. — Tak. Wyższe stadium. Przed świtem Fiola wstała. wyższej formy uczucia: jedności pokrewnych dusz Wszechświata. niż mogłem przypuszczać. — Zapala się słońce. że miłość jest jednym z bodźców do przedłużenia gatunku. Kolejno odlatywały statki na Altair. — Jutro będzie twój kopalny bóg z głową sokoła — powiedziałem ze złością. Czy może istnieć miłość. czy też statki gwiezdne. Znajome Anioły rzucały się nam na szyje. — Miłość — przedłużenie gatunku. Przeważnie milczeliśmy. — Na nic więcej wasza biologia się nie zdecyduje. Miłość — wspólnota dusz. Zobaczymy się w porcie kosmicznym. płynące z ciał mieszkańców Wegi. — Okazuje się — powiedziałem gorzko — że stałem się przypadkiem pionierem nowej. Eli. prawdziwa noc zakochanych. z których wypryskiwały świecące kolumny Wegan. Intymnie głupia noc. Przytłumione. zalało cały port. Pierwsze kroki. aż wreszcie nastała kolej na odlot mieszkańców Wegi. — A jeżeli nie będę mógł. Mnie pierwszemu przypadło w udziale pokochać istotę biologicznie obcą. Następnego dnia flotylla trzech statków odlatywała z Aniołami na Hiady. Eli. Jutro zwykłe. W tym milczeniu było coś tak lirycznie ziemskiego. Wielu Wegan poznawało mnie i powitalnie błyskało oczami. Potem zjawiła się Fiola. a ona błyskawicznie przypłynęła do mnie. Ruszyłem ku niej. przyjedziesz ty. łopotu skrzydeł i skowytów. tak. że mógłby powiedzieć to samo mniej zawiłym stylem.. w czasie której Fiola nie wypytywała mnie ani o naukę. — Jesteś biologiem — powiedziałem. potęgując zamieszanie swymi płaczami i narzekaniami. Muszę iść. kiedy o tym bodźcu nie może być mowy? Jeżeli dwie istoty tak różnią się od siebie. ani też o nasze porządki społeczne. Nagle w skrzydlatym tłumie pojawił się Trub i roztrąciwszy pobratymców pomknął ku nam z rykiem.wykorzystał możliwości wykazania się odwagą godną mężczyzny! Wydaje mi się.

Gdyby nasze zasługi ograniczały się tylko do trylionów kilometrów pozostawionych za rufą statku. jak wielka jest potęga osiągnięta przez inne istoty rozumne. — Jestem twoim niewolnikiem — powiedział. — Możecie zabrać Truba — powiedziała Wiera i wyłączyła się. o potężny. Trub natychmiast uniósł się w górę.— Eli! Eli! Eli! Objął mnie skrzydłami i zabulgotał straszliwym głosem: — Nie pojadę! Chcę z ludźmi. — Wszystko. co się dzieje. a od siebie dodał. ale Trub krzyczał coraz głośniej: — Pojadę z ludźmi! Nie chcę do siebie! Lusin miał łzy w oczach i czule gładził lśniące pióra krzykacza. Byliśmy uczestnikami najtrudniejszej z dotychczasowych wypraw kosmicznych i całkowicie spełniliśmy swój ludzki obowiązek. jak nikt przed nami. Spychalski wywołał Wierę. Przekazał jej życzenie Truba i nasze. Chodzi oczywiście nie o to. jak wielkie jest dobro i zło walczące ze sobą w galaktycznej wojnie i jak nieubłaganie to wszystko zmusza człowieka do ingerencji w konflikty nie przez niego wywołane. — Wykąp się i zmień odzież... weź co najmniej tuzin na zapas. Jestem szczęśliwy. — Proszę na niego spojrzeć — powiedziałem. Eli! — Jesteś moim adiutantem — odparłem. Najlepszy. gdyż poza nim nikt nie . W magazynach jest wiele anielskich szat. — Przecież to piękny okaz. ogarnia mnie złożone uczucie żalu z powodu poniesionych strat. że choć nie przeniknęliśmy do osłoniętego ciemnymi mgławicami centrum Galaktyki. tylko z ludźmi! Andre próbował przemówić do rozsądku awanturującemu się Aniołowi. Rejs Gwiezdnego Pługa 1 Kiedy spoglądam na przebytą przez nas drogę. pomieszanego z dumą. — Chcecie wziąć Anioła z sobą? A na diabła wam Anioł? — zdumiał się Spychalski. Jakie on wrażenie wywrze na Ziemi! Zresztą przywiązał się do nas nie mniej niż my do niego. — Niewolnikiem na wieki. Na prawach przyjaźni poproszę cię o jedną drobną przysługę. że sprawa załatwiona. — Adiutant jest kimś w rodzaju przyjaciela. — Dobry—szeptał. że w ciągu dwóch ziemskich lat przebyliśmy dziesięć tysięcy lat świetlnych i nie o to. Trub ma piekielnie mocne skrzydła i mało mi nie połamał kości. to przynajmniej wdarliśmy się w gwiezdne głębie tak daleko. co zechcesz. Pomknąłem ku swoim krzycząc już z daleka. nie byłoby żadnych powodów do dumy. że prosi o to samo. —Cudowny. Dowiedzieliśmy się jednak. Jak na swoją ogromną wagę latał wspaniale. Odszukałem Spychalskiego i powiedziałem. Ponadto nie cierpi swoich pobratymców.

Wiero! To się nie zdarzy! — Odejdź! — wyrywała się Wiera. lecz na mnie. a nie armią ludzkości. Dowódcą pierwszego była Olga. którzy budowali swój malutki dobrobyt na wielkich nieszczęściach innych. — Nie. ale byłem tak zaskoczony. a za nim „Sternik". Oczywiście nie osiągnęliśmy całkowitego zwycięstwa. której pomagali Leonid i Osima. I skończmy już z tym. — Damy zrywające ze swymi . — W starożytności istniał niegłupi zwyczaj — powiedział wreszcie ochrypłym głosem. Wiera wyrywała się trzymającemu ją za ramiona Romerowi. wiemy. mięśnie szczęk dygotały. że na wieść o naszym wyjściu we Wszechświat tysiące zamieszkałych światów z błaganiem i nadzieją wyciągają ku nam ręce. — Nie chcę na ciebie patrzeć! Puść. Drugim statkiem dowodził Allan. Powinienem się był wyłączyć. osłoniłbym siostrę. „Nasz wiek jest tragiczny" — często powtarzał biedaczysko Andre i dowiódł tego własnym życiem. — Czemu stoisz? Powtarzam: wyjdź. że siostra kłóci się z Romerem. od gwiazd ku człowiekowi! 2 W przedzie leciał „Pożeracz Przestrzeni". ale wydało mi się. że siostra jest w niebezpieczeństwie i nie wygasiłem ekranu. Potknął się przy tym i popatrzył wściekły na podłogę. Starał się uspokoić. Andre i ja. Romero. Paweł ciężko dyszał. Od człowieka z taką twarzą nie można oczekiwać niczego dobrego. Gdybym był z nimi w pokoju. Powinienem był oczywiście przerwać połączenie. Wiemy jednak teraz. Musieliśmy natomiast bić ciężką pięścią ludzkiej potęgi tych. Obok burt naszego statku przemknęły tysiące układów gwiezdnych i na żadnym z nich nie znaleźliśmy cukierkowego raju spokoju i błogości. Milczał. — Nie! — syczał wściekłym głosem. Wiera poprawiła koronkowy kołnierzyk. że wkrótce nadejdzie czas. — No. Któregoś dnia połączyłem się z jej pokojem i ujrzałem. tak jest lepiej. Oprócz niej byli na nim: Lusin. oczy błyszczały mu nieprzytomnie. Uderzać złem w zło jest także dobrem. Zapamiętałem dobrze ten wzrok człowieka nienawidzącego nawet przedmiotów.może ich ostatecznie rozwikłać. Jestem przekonany. najważniejszą trasę Wszechświata — od człowieka ku zamieszkałym gwiazdom. że po prostu o tym zapomniałem. to boli! Romero cofnął się na środek pokoju. kiedy przetarta przez nas ścieżka w kosmosie zamieni się w szeroką drogę. pozwoliła więc mi komunikować się ze sobą bez uprzedzania. Nie mógł wiedzieć o mej niewidzialnej obecności. Spojrzał nie na nią. Pawle. Codziennie przez wiele godzin ślęczałem wraz z Wierą nad jej raportem dla Ziemi. byliśmy wszak tylko zwiadowcami. kogo popieramy i kto jest naszym wrogiem. Jego ściągnięte brwi jakby uderzały jedna o drugą. bo mój postępek zakrawał na podglądanie. lecz obrócił się ku mnie. Wiera wybrała „Pożeracza Przestrzeni".

Wiera zmęczonym ruchem opadła na tapczan i zamknęła oczy. Wątpię jednak. całował twoją suknię — powiedział gorzko Paweł. jak nienawidzę! Wiera podeszła do niego. Wiem w końcu.. — Nareszcie. co przestało się im podobać w porzucanym kawalerze. ponieważ nie szanuję. jaki prezydent mógł się pochwalić taką armią lokajów? A wśród tej otchłani kilowatów ani jednego gorącego.. Mam nadzieję. że chodzi o gwiezdnych niby-ludzi? O hipopotamy z Aldebarana. Milczał chwilę. a sług każdy z nas ma pod dostatkiem.. wyjdź! Czyżbyś nie rozumiał. aby cię kochano?. za jakiego się uważasz. Zląkłem się. że każdym twym słowem wzmagasz moją odrazę do ciebie? Duma walczyła w nim z namiętnością. Stanąłem w obronie człowieka i w rezultacie utraciłem jedyne ludzkie uczucie. — Nie wiesz? To niezwykłe u tak przenikliwego człowieka. pająki z Altaira. Tym razem wystarczy?. Nadal nie domyślała się. węże z Wegi. oddanego ludzkiego serca! Ludźmi jesteście czy automatami. — Byłbym dumny z roli twego sługi. twojego niewolnika nawet. Paweł w swym szaleństwie mógł podnieść na nią rękę. że ją obserwuję. a nie podpatrywać! — Czołgałbym się przed tobą na kolanach. że miłość rodzi się z nienawiści?! Paweł obrzydliwie zaklął.. ale nie tego! — No dobrze.wielbicielami mówiły. A więc nie kocham cię. odwrócił się i poszedł ku drzwiom. Wszystkiego spodziewałem się po wyprawie na Orę. Zaciskałem bezsilnie pięści. Ale dlaczego? Wytłumacz mi po ludzku. — Tak. Tylko to chcę wiedzieć. z kim mam do czynienia — z uosobieniem nienawiści! I ty chcesz. niech to diabli! Osiemnaście miliardów kilowatów na człowieka. jeszcze raz proszę cię. czemu znika. że ona pierwsza go uderzy. nie byłbym tak zaskoczony!. dwieście miliardów egipskich niewolników! Jaki faraon. Pawle! Długo oczekiwałam takiego wyznania. Sądzisz. mechanicznych! Mechanicznych. jakie nas łączyło — miłość! — Pawle. głupcze. gdybyś choć w najmniejszym stopniu tego potrzebowała. co się stało. by cię zadowoliła odpowiedź w tym stylu. przysięgam ci! Gdyby dach zwalił mi się na głowę. Nie kocham cię. Jeszcze bardziej zląkłem się o Wierę. Powinienem osłaniać ją własną piersią.. że nie okażesz się mniej uprzejma niż twoje lekkomyślne poprzedniczki? — Chcesz powiedzieć. a potem zaczęła płakać.. senną galeretę z Arktura i tępe Aniołki z Hiad? Są dla ciebie drożsi ode mnie.. apostołowie powszechnej pomocy? Jak ja was nienawidzę. dlaczego? — Mogłabym odpowiedzieć twoim ulubionym porzekadłem: nie wiadomo. To wystarczy? — To wiem. wy. czemu miłość przychodzi. — To znaczy. nie wiadomo. Siedziała tak kilka minut. — Wiero. Płakała . że jestem lekkomyślna? — Chcę wiedzieć.. — Niewolników nie potrzebuję.

że prędko się to nie zdarzy. że zapomnisz o komputerowym horoskopie małego! Przed odjazdem podarowano mi album Żanny we wszystkich dniach ciąży. pięć i pół kilograma uśmiechów i krzyku! Zainteresowałem się. dwóch i dziesięciu lat. — Mam nadzieję. zaopatrz się w taki sam album. Wydobył z szuflady grubą księgę. ale jeszcze więcej umyślnych starań: jednakowe loki sięgające ramion. Na każdej stronie widniała fotografia Żanny. złamanie nogi. Wiele w tym jest naturalnego podobieństwa. odczuwać bicie jej serca i ciepło rąk!. — Nie sądziłem. nic więc nie powiedziałem. notatka o jej samopoczuciu oraz przepisany jej na tę dobę rozkład snu. zwłaszcza u kobiet. Poza tym możliwe są nieprzewidziane wypadki — upadek. Co o tym sądzisz? . że bardziej przypominają brata i siostrę niż małżeństwo. — Galeria rodzinna — powiedziałem. że z daleka trudno małżonków rozróżnić. Sądzę. kiedy spodziewać się czułości. trzy horoskopowe fotografie chłopaka w wieku jednego. że do tego czasu podobne prognozy staną się rzeczą powszechną. Andre przypatrywał się z zachwytem fotografiom żony. identyczne pochylenie głowy. Szarooki i rumiany grubas.najpierw cicho. Dopiero wtedy życie rodzinne zyska trwały fundament. 3 Lusin ze swym nowym ulubieńcem Trubem przesiaduje ciągle gdzieś we wnętrzu statku i prawie go nie widujemy. pewnie oboje się o to starają i skutek jest taki. kto do kogo się upodabnia. Żanna jest do niego tak podobna. chłopie? — Dziś urodził się Oleg — odpowiedział Andre uroczystym tonem.. Jeśli jednak to nastąpi. taki sam krój odzieży. — Kiedy nareszcie zwrócisz uwagę na ziemskie kobiety. Nie wiem. Andre spojrzał na mnie z oburzeniem. zaopatrzę się w prognozę nastroju żony na każdy dzień w roku i będę wiedział. w jaki sposób wiadomość z Ziemi pokonała dzielące nas wówczas czterysta lat świetlnych. Anioł uczy się jeżyka ludzkiego. Często natomiast odwiedzam Andre. posiłków i przechadzek. data. Sześćdziesiąt trzy centymetry. Przejrzałem album. kłótnia z przyjacielem. a kiedy awantur. W jego kajucie stoi na biurku zdjęcie Żanny. Wyłączyłem ekran. — O dziesiątej rano według miejscowego czasu ziemskiego. Będziesz daleko od ukochanej i jednocześnie obok niej! Będziesz wiedzieć o niej wszystko. Pewnego razu na biurku Andre pojawił się również jego przyszły synek.. Komputerowe prognozy medyczne sprawdzają się niezbyt dokładnie. prawie bezdźwięcznie.. Później nasilające się tkania wstrząsnęły jej ciałem i runęła twarzą na poduszkę. — Stęskniłeś się.. aby móc rozmawiać z nami bez deszyfratora. Nie chciałem jednak denerwować Andre swoimi wątpliwościami.

daleka ojczyzno! — wykrzyknąłem. — Chodźmy do sali obserwacyjnej. — Widzę układ planetarny. Od tej chwili inaczej tego pyłu nie nazywaliśmy. czemu cię przyjaciele lubią? — Są minimalistami. Twój ojciec i twój przyjaciel ślą ci pozdrowienia z gwiezdnej głębi! Andre. Szybkość gwiazdolotów wynosiła trzy tysiące jednostek świetlnych. Andre schował album. Zewnętrzne gwiazdy skupiska były puste i o niewielkiej jasności. a mrowie mniejszych gwiazdek tworzyło świetlistą mozaikę. Przez dwa miesiące podróży w kierunku Plejad gwiazdozbiór zupełnie się nie zmieniał. Nie czekając na zgodę popchnąłem fotel Andre. który przyszedłeś dziś na świat. Andre uregulował mnożnik fotonowy i przełączył obraz na ekran zewnętrzny. gwiazdozbiór zaczął się rozszerzać i napełniać blaskiem. abyśmy obaj widzieli ten sam wizerunek. Przeorywaliśmy przestrzeń z wielkim impetem. ale Atlanta. — Witaj. Zarówno z Ziemi. synu! Cudownie potańczyliśmy na twoją cześć — powiedział Andre i zajął się Plejadami. Kiedy do roju pozostało niewiele parseków. ale było to oczywiście złudzenie optyczne. Najpierw zalśnił rów-noległobok Worka Słonecznego. — Nie rozumiem. jak i z Ory Plejady sprawiały wrażenie kosmicznej paję-czynki zawisłej między wielkimi gwiazdami. że rozróżniamy obiegające je planety. Proponuję potańczyć i pokrzyczeć. aż zmęczeni obróciliśmy fotele do odległego Słońca. Szerstiuk poleciał głową w dół. zmiany wywołane obecnością Gwiezdnych Pługów byłyby jeszcze znaczniejsze. ale go wyprzedziłem. W mnożniku rój rozpadł się na pojedyncze gwiazdy. Zagubione światy ożyły. Gdyby zakłócona przez nas geometria tego odcinka Wszechświata nie wyrównywała się kosztem nienaruszonych obszarów światowej pustki. że niczego dobrego nie można ode mnie oczekiwać. Słońca większe od naszego Syriusza połyskiwały różnobarwnymi ogniami. . Wiedzą. jak uczcimy jego narodziny? Dawniej przy podobnych okazjach upijano się. — Do widzenia. Chciałbym urodziny syna uczcić jakimś niezłym odkryciem. Statki już trzeci miesiąc z rzędu szły kursem na Plejady. Andre rozpędził się. człowieku imieniem Oleg. Wspaniałe skupisko jaskrawych gwiazd rozpalało się na niebie. Jeszcze przez chwilę po barbarzyńsku hasaliśmy w ciemności przenikniętej światłem gwiazd.— Po mistrzowsku potrafisz zepsuć najlepszy nastrój — powiedział ze złością. Gwiezdny Wszechświat zawirował. Pomknąłem za nim. olbrzym stokroć jaskrawszy od Słońca. Wyrwaliśmy z kosmosu kłąb pustki wystarczający do utworzenia średniej wielkości gwiazdy. a potem zapłonęło samo Słońce: Wydało się nawet. ciała niebieskie zbliżały się i oddalały. — Witaj. Eli! — powiedział wkrótce Andre. i zadowalają się złym. „Popiół przestrzeni kosmicznej" — powiedział kiedyś Andre patrząc na tworzony przez nas pył.

miała satelity: trzy ciemne globy. ale teraz nie mogłem się od nich oderwać. z którego gwiazdy rozlatywały się na zewnątrz niczym odłamki. Na niektórych z planet automaty wykryły atmosferę z zawartością tlenu oraz umiarkowane pola grawitacyjne. Przede mną rozbłysły dwa rozproszone skupiska gwiezdne — Psi i Chi Perseusza. — Co z miastami? — Miast stąd nie sposób wykryć. z Plejad. Tak to sobie tłumaczyłem w duchu. że ich orbity musiały się przecinać. Nagle przypomniałem sobie. Chwyciłem Andrć za ramiona i potrząsnąłem tak. że głowa mu się zakołysała. Wokół Altiona i Mai krążyło po sześć planet i to tak blisko gwiazd. — Znudziła mi się twoja Elektra. Andre skierował mnożnik na Elektrę. Nocne oświetlenie miast na Ziemi daje podobny efekt. Tam niemal każda gwiazda miała swój układ pla netarny. W ich rysunku było coś znajomego. Olga już wiedziała o układach planetarnych w Plejadach. Z coraz większym napięciem wpatrywałem się w dwie błyszczące grupki gwiazd. a potem stopniowo przygasające. lecz także nikt z ludzi nie obserwował jeszcze tych skupisk w takiej projekcji. Nie tylko ja. — Co się z tobą dzieje? — zapytal Andre. ale nie mogłem się pozbyć tego uczucia. — Na drugiej spośród czterech jej planet zauważono sztuczne świecenie rozbłyskujące po zachodzie Elektry. gdzie trzeba. Rozumiałem. że stąd. Wywołałem sterówkę. Były niemal równe co do wielkości. a zęby mimo woli szczęknęły. — Duszę ze mnie wytrzęsiesz! Jacy oni? Co tu ma do rzeczy Perseusz? . Jedna przypominała zaciśniętą pięść bijącą w środek drugiego skupiska. Rzeczywiście widać sztuczne światło nad jedną z planetek. a potem przesunęliśmy się ku centrum gwiazdozbioru. — Popatrz na Elektrę. ale jedna z nich wydawała mi się bardziej zwarta — wiele tysięcy słońc skupionych na malej przestrzeni. Było to tym dziwniejsze. a więc nie mogły mi być znane. Pozostawiłem Plejady w spokoju i odsunąwszy się nieco od ekranu skierowałem mnożnik w bok. że jest to zwyczajne złudzenie. bo oni są na Perseuszu! — Puść mnie! — błagał Andre. gdzie widziałem ten obraz. — Ale miasta! — wykrzyknął Andre. — Oni są na Perseuszu! — wrzasnąłem. Wkrótce znaleźliśmy krążące wokół niej cztery planety. że na Elektrze żyją istoty o wysokiej cywilizacji — dorzuciła Olga. dalekie roje Perseusza widoczne były pod innym kątem niż z Ziemi lub z Ory. Nigdy nie interesowały mnie zbytnio. Oglądaliśmy je przez chwilę.. próbując stłumić narastające zdenerwowanie. — Odczep się! — burknąłem. ale nie mogliśmy nic dostrzec na ich powierzchni. Z Ziemi i Plutona często oglądałem te dwie zwarte grupy gwiazd odległych od nas o cztery tysiące lat świetlnych. — Wydaje się.. — Nie tam lecimy.

Chciałem już wstać. „Pożeracz Przestrzeni" nadał sygnały wywoławcze. iż natura wyznaczyła ci rolę poważniejszą niż mo notonna błazenada. przyjacielu.. później powiększył się do rozmiarów małego strączka grochu. zdążymy. Ogłaszam alarm ogólny.. A teraz biegiem do Wiery. Strefa niebieska pokryła się mgiełką.— Zływrogi! — powiedziałem. Andre zaczął dowodzić. Nie mogę sterować. Pospiesznie opowiedziałem jej o swoich spostrzeżeniach na temat Perseusza. — Nie ma chwili do stracenia. Może to gwiazdolot? Po pewnym czasie analizatory zameldowały: — Przed nami statek fotonowy z unieruchomionymi silnikami. To nie jest meteoryt. Nieznani astronauci przy pomocy starego alfabetu Morse'a starali się porozumieć z nami po rosyjsku i angielsku. — Zawsze byłem przekonany. dokonałeś wielkiego odkrycia . punkcik.. że aż stracił głos. Eli — powiedziała siostra. Kamagin. Kiedy do statku pozostało około miliona kilometrów. Obok mnie usiadła Wiera. Groman. Czy to nie są te same gwiazdy? Pytam cię. Gwiazdolot «Men-delejew».... — Przed nami w prawo od kursu ciało kosmiczne idące z szybkością przyświetlną. — Polecimy automatom sprawdzić twoją obserwację. z jego pokładu odezwała się radiostacja niewielkiej mocy. Gratuluję ci. kiedy zapłonęły sygnały awaryjne i zawyły syreny. Andre i ja chwyciliśmy za lornety mnożników. nieznajomy statek nie odpowiedział. — Eli. W ciągu następnych paru minut do sali obserwacyjnej nieustannie przybywali członkowie załogi. 4 Czarny statek kosmiczny pojawił się w mnożniku jako świecący. są na Perseuszu? Teraz on ciągnął mnie i popychał. gdzie gnieżdżą się Niszczyciele! Andre zdenerwował się tak. Po cóż nam Plejady. Wydało mi się nieprawdopodobne. Rozróżnialiśmy dysze rufowe i okna pozbawione osłon pancernych. — Przypomnij sobie. — Wiem teraz. że to „Mendelejew" Roberta Lista. jakie to ciało mknie z szybkością przyświetlną. gwiazdy zakołysały się i zgasły. — Po co? Nie ma gwałtu.. Wychodzimy z obszaru nadświe-tlnego. Rozległ się spokojny głos Olgi. Dokładnie dobiegły do nas słowa: „Ziemia. To była metalowa rakieta. czy to nie jest dokładnie ten sam widok? Andre oderwał się wreszcie od lornety mnożnika. skoro ci. — To bardzo ważne. Musimy natychmiast zmienić kurs...." . jak przekonywałeś nas. Ale teraz ciekawi mnie. Porusza się siłą bezwładności. że słyszałeś krzyk bólu dobiegający z roju gwiezdnego. zagubiony w przestrzeni międzygwiezdnej pięćset lat temu. — Przypomnij sobie zapisy pokazywane w Sali Pomarańczowej — mówiłem. Andre uruchomił deszyfrator na wszystkich zakresach.— powiedział uroczystym tonem. aby pojazd z martwą załogą mógł błądzić nie uszkodzony w kosmosie przez pięć wieków. których szukamy.

że jesteście zdrowi? Jeśli nie. który jako jedyny wśród nas znał starożytne języki. gdzie stały operacyjne gwiazdoloty. Na trap wyszło dwóch niziutkich młodzieńców. trzy lata temu — odpowiedział Groman. a nie ludzie! Drugi wykrzyknął z zapałem: — Słuchaj. planetoloty i awionetki. W przestrzeń pobiegły fale radiowe naszego statku. Luków bez mojej komendy nie otwierać". Wyrzucone na zewnątrz pole płynnie wciągało „Mendele-jewa" do wnętrza naszego statku. ziomkowie. o einsteinowskim spowolnieniu czasu — powiedział wesoło Kamagin. Kiedy opuszczaliśmy Ziemię. — Dodał po chwili drżącym głosem: — Czemu nie zjawiliście się miesiąc temu. Później nastąpiła chwila ciszy i usłyszeliśmy pierwsze słowa kosmonautów z rakiety. tym wolniej biegł nasz czas pokładowy. — Jesteśmy zdrowi — odpowiedział pierwszy. Wyhamuję i doprowadzę do zetknięcia własnymi polami. Zaczęliśmy bić im brawo. Na powitanie nieoczekiwanych gości zebrała się cała załoga. — Boże. Luk rakiety otworzył się i wysunęła się z niego drabinka. — Jest nas dwóch: ja. — Im bardziej spieszyła nasza rakieta. „Słyszę was dobrze — dyktowała Olga.— Tym razem zgadłeś — zwróciłem się do Andre. — Czy nie zechce pan łaskawie nam powiedzieć. Uścisnął każdemu z nich rękę i pogratulował pomyślnego lądowania. niedawno zginęli w katastrofie. był rok czterdziesty pierwszy nowej ery. później wyprowadziło go na platformę postojową. — Tu gwiazdolot typu Pług Gwiezdny z Ziemi. — Zapominacie. można w naszych czasach obejrzeć jedynie w muzeum.. Nasi koledzy. jakie stulecie dziś mamy? Romero odpowiedział: — Dziś jest dziesiąty kwietnia roku pięćset sześćdziesiątego trzeciego nowej ery! . — Pierwsze powodzenie po wielu klęskach. na statku znajdą się leki na wszelkie dolegliwości. przyjaciele? — Niezbyt dawno. zastępca kapitana. Rakieta wyglądała obok Gwiezdnego Pługa jak drobinka. — To przecież olbrzymy. Brak sterowania nie ma dla mnie znaczenia. Na platformie rozległ się nagły gwar. oni mają normalne ciążenie! Tu nasze magnetyczne buty są niepotrzebne! Podszedł do nich Romero. popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo.. jacy oni są wysocy! — powiedział jeden z nich po rosyjsku. Rakiety podobne do tej.. — Mam nadzieję. Później „Pożeracz Przestrzeni" zawisł nad fotonowym gwiazdolotom i oświetlił go swoimi reflektorami. tylko miesiąc temu? Paweł zapytał przyjaźnie: — Jak dawno wystartowaliście z Ziemi. Chłopcy zerwali z siebie hełmy i pomachali nimi w powietrzu.. jaką przycumowaliśmy. Edward. — Popatrzył na Romera. Edward Kamagin i nawigator Wasilij Groman.

szczęście statek podzielony był szczelnymi grodziami i ludzie nie ucierpieli. Gwiazdolot „Mendelejew" został zbudowany do wypraw galaktycznych. że z nich żartujemy. długogłowego. że wewnątrz gwiazdolotu oprócz maszyn znajduje się jeszcze prawdziwe miasteczko z parkami i basenami kąpielowymi. okrągły na twarzy. szybki w ruchach i słowach bardzo różnił się od flegmatycznego. a obaj w jeszcze większym stopniu różnili się od każdego z nas. Ten najdoskonalszy statek owych czasów wystartował z Ziemi w piątek 13 sierpnia roku 41 nowej ery z załogą składającą się z czternastu inżynierów i dwóch kapitanów: Roberta Lista i Edwarda Kamagina. Zachwycali się wszystkim. W pierwszych miesiącach rejsu minęli Układ Słoneczny i zagłębili się w przestrzenie międzygwiezdne idąc kursem na Syriusza.. i równie łatwo tworzymy gigantyczne pustki ze zniszczonych ciał materialnych. to uznali. „To nie statek. zaskoczeni tym. na czym polega efekt Taniewa.5 Wszystko zdumiewało tych wspaniałych chłopaków. A później przyszła katastrofa — uderzenie błądzącego meteorytu i wybuch. Na nas patrzyli z przestrachem. w których była zmagazynowana antymateria. Kiedy już nasi młodzi „przodkowie" wypoczęli. Na pokładzie znajdowały się zapasy żywności i paliwa rakietowego (w tym antymaterii) obliczone na pięćdziesiąt lat podróży. w ciała materialne. Nasz wzrost wywierał na nich chyba jeszcze większe wrażenie niż rozmiary statku. lecz już . Czarnowłosy.. że nasi potomkowie pójdą daleko naprzód — powiedział Groman. lecz latająca wyspa!" — mówili. że poruszamy się w obszarze nad-świetlnym i przekształcamy przestrzeń w masę. Zniszczone segmenty gwiazdolotu zostały zablokowane. Na. opowiedzieli nam o swej przedłużającej się podróży. Przedziały. Rejs miał trwać dwadzieścia pięć lat ziemskich. którzy pięćset dwadzieścia dwa lata temu wystartowali w kosmos i wkrótce zagubili się w jego przestrzeniach. A kiedy dowiedzieli się. — Ale taki przeskok!. płowego Kamagina. Od bariery świetlnej dzieliło ich zaledwie trzy tysiące kilometrów na sekundę. Statek uzyska} w czasie'wybuchu dodatkowe przyspieszenie i nadal mkną} do przodu. Zaczęły działać efekty przyświetlne: zwiększenie masy statku i spowolnienie czasu pokładowego. co widzieli i o czym słyszeli. — Wiedzieliśmy. a zwłaszcza mniejszego jej składnika. Celem wyprawy było zbadanie tej podwójnej gwiazdy. wraz z jej niezrozumieniem materialnoś-ci przestrzeni i demonizowaniem niewytłumaczalnie granicznej dla wszystkich ciał prędkości światła. zostały zniszczone. Fizyka dwudziestego wieku starej ery. białego karła o gęstości czterdzieści tysięcy razy przewyższającej gęstość wody. Wkrótce po wyjściu z Układu Słonecznego rozpędzili gwiazdolot do szybkości przyświe-tlnej. jak mówino w ich czasach. Groman usiłował nawet dyskutować. utkwiła w ich mózgach niczym gwóźdź i nie mogliśmy jej stamtąd wyciągnąć. kiedy wytłumaczono mu.

a osłabione urządzenia napędowe doprowadzili do stanu używalności. zielonkawa kula. bo nie działały urządzenia napędowe z powodu braku paliwa fotonowego. przekonywał. Nie zdążył zdjąć palców z pulpitu. mówił. czy to statek. Robert List. Przyszła kolej na paliwo i kosmonauci liczyli już dni do uruchomienia silników." To były jego ostatnie słowa. Gdy już nieco przyszedł do siebie. kiedy wydarzyła się następna katastrofa. Wywołane później zdjęcia również pokazały jej nagle zniknięcie. laboratoria i materiały. na jakim latali pierwsi kosmonauci. jakby wyskoczyła z niebytu. a jednak kula zaczęła dopędzać statek. Kula pojawiła się nagle.. W przestrzeni. wystarczy jedynie zmienić jej kierunek. Edward wlał mu do ust trochę wody i położył na fotelu. „Edward. spróbujemy więc naprawić uszkodzenia.. Kamagin skupił uwagę na Aldebaranie. Kamagin i Groman dyżurowali tego dnia w kabinie nawigacyjnej i jedynie oni ocaleli. a w pole widzenia wskoczyła jaskrawo świecąca. Jest źle. Uszkodzenia załatali. a nam udzieliło się jego zdenerwowanie. Nikogo nie udało się uratować. pierwszy otrząsnął się z niemocy i zażądał od innych członków załogi. kuli już nie było. Dowódca. Szybkość mamy gigantyczną. a nie zbliżyła. — Ciekaw jestem. trzeba było codziennie fotografować gwiazdozbiory.nie w kierunku Syriusza. ale kursem na gwiazdozbiór Byka ku rozproszonej mgławicy Plejad. Nie mogli zmienić kursu. Kiedy Kamagin się ocknął. Kamagin uruchomił nadajnik i panoramiczne urządzenie rejestrujące. kiedy uda się statek zawrócić. znów skok w niebyt. Czasu jest pod dostatkiem — cale życie — są też mechanizmy. Jeszcze wrócimy na Ziemię. powtarzał. aby ustalić kurs powrot ny. jaką ze sobą przyniosła. aby również wzięli się w garść. ale jeszcze nie zginęliśmy i to już dobrze. oczywiście nie fotonowego. Na podłodze leżały skrwawione ciała towarzyszy: niektórzy umarli od przeciążenia. Kamagin krzyknął i cała załoga rzuciła się do ilu-minatorów. a według ziemskiego ponad cztery stulecia. kiedy straszliwy ciężar wtłoczył mu ręce w klawiaturę. Tracąc przytomność od przeciążenia słyszał jęki konających towarzyszy. nadaj nasz znak rozpoznawczy! — rozkazał List. . lecz zwykłego. „Mendelejew" mknął tuż pod barierą świetlną. Edward Kamagin wspominając zjawienie się błyszczącej kuli mocno zbladł. inni zaś zostali przygnieceni spadającymi z góry sprzętami. czy ciało kosmiczne. i to była pierwsza zagadka. gdy nagle gwiazda zamigotała i znikła. obaj udali się do laboratorium. Kula zniknęła bez śladu! Koło Kamagina leżał jęczący Groman. właśnie pojawiła się. ale trzeba od razu zawinąć rękawy! Zabrali się do pracy trwającej według ich czasu pokładowego około trzech lat. gdzie Słońca już od dawna nie było widać. wyprodukować pewną ilość paliwa. a wtedy uda się zawrócić statek.

Wszystko wskazuje na nich. krążownikiem wojennym. jakby wi dział Niszczycieli przy sterach i spustach dział grawitacyjnych. Fale grawitacyjne wstrząsające gwiazdolotem świadczą o tym. czy to byli Niszczyciele. że Niszczyciele opanowali mechanikę pól grawitacyjnych. Kula jest więc mechanizmem. Oczywiście to. — Jest faktem. musiało się wydać cudem kosmonautom z pierwszego wieku. że w kuli znajdowali się Niszczyciele. Przekonał mnie. a w jej wnętrzu siedzą tajemniczy Niszczyciele zwani także Zływrogami. Następnego dnia przenieśliśmy szczątki kosmonautów na nasz cmentarz w parku. — Błony ze zdjęciami kuli przechowujemy w kasie pancernej.. gdzie w neutralnej atmosferze zwłoki trwać będą wiecznie. a zbudowana jest z nieznanego tworzywa sztucznego. a później zapytała: — Uderzenie grawitacyjne spadło natychmiast po tym. Nie wiemy jednak. iż ma kształt idealnie kulisty. kiedy zdecydowanie odrzucił myśl o naturalnym ciele kosmicznym. Oczekiwaliśmy od niego czegoś niezwykłego. Ciała naturalne o nienaturalnych właściwościach są cudem. Analizatory ustaliły. Ciała przebywające poza barierą świetlną są niewidzialne. gdyż wyprzedzają światło. Po zakończeniu pogrzebu oglądaliśmy na stereoekranie fotografie katastrofy. że kula porusza się z regulowaną prędkością i zadała cios grawitacyjny — powiedziała. Przy takich możliwościach technicznych musieli rozszyfrować informację radiową. Przypuśćmy. — Wniosek Andre jest logiczny: regulowały szybkość i strzelały istoty rozumne. Przekonaliśmy się jednak.— Złożyliśmy ich do lodowni — zakończył Kamagin swą smutną opowieść. a po rozpoczęciu hamowania nagle pojawiają się jak z niebytu. Rozbrzmiewała muzyka żałobna z dwudziestego wieku. napastliwy naród pozbawiony nawet problematycznej dobroci kłótliwych Aniołów z Hiad. Dlaczego? . Powierzchnia całkowicie gładka bez wklęśnięć i występów świeci światłem monochromatycznym o długości fali 560 milimikronów. Odpowiedzieli na nią śmiercionośną salwą. Ich nieoczekiwane zjawienie się z „niczego" i nagły skok w „nic" można bez trudu wytłumaczyć.. Olgę również. Andre jak zwykle chciał się wypowiedzieć pierwszy. jak tylko gwiazdolot nadał swój sygnał wywoławczy. jeśli się przyjmie. że istnieje jakiś rozwinięty technicznie. Andre tak mówił o okrętach wojennych. co nam obecnie wydaje się zwykłą rzeczą. średnica jej wynosi osiemnaście i sześć dziesiątych kilometra. nad zmarłymi pochylał się sztandar Wyzwolonej Ludzkości przyniesiony z pokładu „Mendelejewa". Kula istotnie ukazywała się i znikała nagle. że podobnie jak my poruszają się w obszarze nadświetlnym. co i wcześniej było wiadome. a cudów w przyrodzie nie ma. które przypadkowo pojawiło się obok gwiazdolotu. nie zdziwiliśmy się więc. do mauzoleum z przezroczystymi' sarkofagami. Wiera zamilkła na chwilę.

Znaleźliśmy się w obszarze kosmicznych pobojowisk i chcąc nie chcąc staliśmy się stroną walczącą. jeżeli mam rację! Powiedział to tak przejętym głosem. — Czemu jesteś taki chmurny. Po naradzie wziąłem Andre pod rękę. dopóki się sami nie ujawnią! Mój niepokój wywarł chyba na nim wrażenie. Analizatory potwierdziły. bałaga-niarskiego Andre widziałem na co dzień.— Wojna! — odparł Andre. Obecnie nikt by mu się nie ośmielił przeciwstawić. Wszyscy się z nią zgodzili. To było właśnie to. Dokoła nas tryliony kilometrów przezroczystej przestrzeni. ale nie o to przecież chodzi. Chciałbym się mylić. To straszne. będziemy kontynuować badanie Plejad. Moim zdaniem nie trzeba zmieniać kursu. — Nadal podtrzymujesz swą hipotezę? — Nie wiem. Spojrzałem na Pawła. że mają przed sobą ludzi. nie mogę się wyzbyć myśli. Przybliżaliśmy się do centrum gwiazdozbioru. — Po raz drugi dzisiaj miałeś rację. — Ale to. ale jednak nie bliżej niż o rok świetlny. ale Andre lękającego się czegoś nie znałem. który widzimy stąd w Perseuszu. Był zasępiony i milczący. zanim powiedział: — Niepotrzebnie mnie chwaliłeś. Eli? — Dziwisz się? Idziemy niczym ślepcy. że Andre już wówczas niejasno przeczuwał katastrofę. Do skupisk Perseusza mamy ponad cztery tysiące lat świetlnych. Skoro w okolicach Plejad odkryliśmy Niszczycieli. Pod tym względem my również jesteśmy niewidzialni. że istnieją i że są agresywni. ani o ustroju społecznym tych istot — kontynuowała Wiera. myślę. Żartowałem z twojej teorii o niewidzialności wrogów. Wokół nas świecą setki jaskrawych słońc. Po wydarzeniu. bo myślał przez długą chwilę. niespokojnego. Wówczas nikt się z nim nie zgodził. ale zdaje się. iż nie na żarty się przeraziłem. — Nic nadal nie wiemy ani o naturze. że oni są realnie niewidzialni. Trzeba się mieć na baczności. osobniczej niewidzialności Niszczycieli. Zapalczywego. jakie zaszło na Plejadach. natychmiast wypowiedzieli ludzkości wojnę i próbowali unicestwić pierwszych jej wysłanników. . że oni sami ją potwierdzili. — Po ustaleniu. Nie. Myślałem o jednostkowej. Idziemy nadal kursem na Elektrę. Popatrzył na mnie uważnie. Kosmicznej pustki jednak jest pod dostatkiem: gwiazdy odległe są od siebie wprawdzie nie o dziesiątki lat świetlnych jak u nas. co Romero przepowiadał nam na Ziemi. niestety prawie nie ulega wątpliwości. że rój gwiezdny ze snów Aniołów pokrywa się z tym. a nie o znikaniu ich krążowników w obszarze nadświetlnym. a w tej rzekomej przejrzystości mogą się kryć niewidzialni wrogowie! Niczym ich nie można wykryć. 6 Z tyłu pozostał rozproszony gwiezdny welon Stożarów.

Popatrzcie sami. Druga planeta jej układu miała z pewnością rozumnych mieszkańców. że odpowiedź była jasna bez słów. Spotkanie gwiazdolotów nastąpiło w pobliżu Elek-try. nic się w ciągu pięciu wieków nie zmieniliście. Z ostrożności Olga nie zbliżała się do żadnej gwiazdy oczekując na przybycie „Sternika". W ostatnich pismach raport rządowy komunikował o fiasku prób nawiązania łączności z zaginionym gwiazdolotem. że przez chwilę nie mogli słowa wydusić. komunikat o utraceniu łączności ze statkiem i zmianie jego kursu. który leciał w obszarze nadświetlnym i był na razie niewidzialny. Zawiadomiono go o spotkaniu z „Mendelejewem" i o tajemniczej kuli. — Dawajcie ich tutaj. pisma i monografie z pierwszego wieku. chociaż nas już widział. Tam również zamieszczono wspomnienia i artykuły przyjaciół i uczonych. — Zupełnie jak na fotografiach. W pobliżu Elektry statek przeszedł na szybkości podświetlne i znów zaczęły nas obowiązywać prawa mechaniki relatywistycznej. że rozróżnia miasta i kanały. Będzie zwiadowcą. — Przygotowuję Anioła do lotów. — Gdzie przodkowie? — grzmiał. „Sternik" położył się na kurs równoległy do naszego i wystrzelił planetolot. Zbliżaliśmy się do Elektry obchodząc inne gwiazdy bokiem i lawirując po skomplikowanej krzywej. Andre chwalił się. przez co nie mogliśmy już być niewidzialni. mam rację? Wyjął z walizki książki. Żaden z nich nie sięgał Allanowi do ramion. Nazwaliśmy planetę Sigmą. — To tacy jesteście! — huczał Allan. Wkrótce zaczęły napływać sygnały ze „Sternika". Z kart książek i czasopism patrzyli na gości oni sami wraz z ich zmarłymi towarzyszami: reportaże z kosmodromu. Obserwator wyposażony w dobre przyrządy mógł nas teraz wykryć. obu naraz. Spowolnienia czasu pokładowego uniknęliśmy oddzielając się od bariery świetlnej wystarczającym interwałem szybkości. Miał przy sobie swoją nieodstępną walizeczkę podróżną. Przewodniczy jej Andre. Włączono do niej także Kamagina i Gromana.Na pokładzie statku zawiązała się grupa badawcza. druga zaś wycelowana była w Elektrę. smutne niczym epitafia: . Spytałem kiedyś Lusina: — Jak się miewa Trub? Nie wyrywa się na zewnątrz? Twarz Lusina tak się rozpromieniła. jak przed kosmonautami z „Mendele-jewa" wynurzył się krążownik wrogów. ja natomiast widziałem tylko nocne zarzewie pojawiające się tuż po zachodzie miejscowego słońca. Wypłynęliśmy na zewnątrz z drugiego świata tak samo. Jedna grupa automatów wyszukiwała w przestrzeni sztuczne ciała. muszę ich ucałować! Allan tak ścisnął Kamagina i Gromana. To Allan zostawiwszy statek pod opieką zastępcy udawał się do nas. a ja jestem jego zastępcą.

na jakiej to kosmicznej łajbie poniosło was z Ziemi na Plejady. Ten dzień w kalendarzu mego serca zabarwiony jest na czarno. ponieważ mnie powierzono dowództwo grupy zwiadowczej. Pewnie lękają się nieoczekiwanych przybyszów. pięć wieków temu rozstali się z życiem i nawet pamięć o nich pozostała jedynie na pożółkłych papierowych kartkach. odległe od Elektry bardziej niż Pluton od Słońca. bracia-pionierzy. dyskutować i ramię przy ramieniu walczyć ze wspólnym wrogiem. zwiadowcy otchłani galaktycznej. nie zainteresowała nas. pomyśleliśmy. — Właśnie! Wasza przyszłość—zaśmiał się Allan. że krewni i znajomi kosmonautów. Dwie planety zew-wnętrzne również nie były zachęcające. stali obok nas. Groman także wzruszył się oglądając fotografie dawno zmarłych kolegów i krewnych. — To dopiero podarunek! — powiedział później Kamagin. Poszedł z kosmonautami oglądać ich gwiazdolot. lasy i rzeki. Natomiast Sigma. I tu — wierzę. tak że te wydarzenia dopiero dla was nastąpią. Jedno nas tylko zaskoczyło: zbliżanie się do planety sygnalizowaliśmy falami radiowymi i światłem. — Najnowsze pisemko wydano w dwadzieścia lat po waszym odlocie. oceany lawy i chmury siarkowodoru nad nimi. No a teraz pokażcie. Na Sigmie były miasta. Tu zobaczyłem podłość tak kosmicznie wielką. których zgon opłakiwali. rozpalająca się wieczorami różowawym zarzewiem. z którymi będziemy jeszcze pracować. A ci. W skali kosmicznej były to zaledwie podłostki: wojny między malutkimi państewkami. Uprzedzam wypadki. wyzyskiwanie przez jednych pracy i zdolności innych. a ja zacząłem się przygotowywać do desantu na Sigmę. dalecy nasi przodkowie. która już dawno stała się przeszłością. gdyż po naszym wylądowaniu już nie istniały.zaginął wspaniały statek. że myśli mi się w głowie mieszały. Było coś dziwnego i zaskakującego w fakcie. iż przejściowo — utraciłem najbliższego mi człowieka. jak z oddali badaliśmy cztery satelity Elektry. Kamagin ze łzami w oczach objął uśmiechającego się Allana. rozpaczający po ich zgubie. Żadne formy życia nie mogły istnieć w tym piekle. przystojni. Pierwsza. Właśnie były. była podobna do Ziemi: oceany. zginęli nasi odważni towarzysze. sami dawno. góry. ale odpowiedzi nie otrzymaliśmy. . 7 Wylądowaliśmy na planecie 8 maja roku 563. ludzkie kłótnie. Globy te. Zdrowi. Była to ognistodymna kula. były pokryte ogromnymi warstwami kopalnego lodu. Powinienem zacząć od tego. a przecież według kalendarza pokładowego „Mendelejewa" minęło od startu zaledwie trzy lata. najbliższa jej powierzchni planeta. — Najdroższy i najbardziej nieoczekiwany: spojrzenie w nieznaną nam przyszłość. W szkole zapoznawano mnie z podłościami zamierzchłych wieków ludzkości.

wąską. Od Ziemi różniła się przede wszystkim tym. Potem runął jak kamień na ziemię. — Przypominają z pewnością naszego Truba. Najpierw okrążyliśmy Sigmę. niemal ludzką twarzą. ale wkrótce pozostał z tyłu i Lusin wziął zawstydzonego Anioła do swojej awionetki. Kiedy zacząłem gramolić się do wyjścia. z czterema giętkimi kończynami i pionowo ustawioną. że łańcuchy górskie rozciągały się wśród oceanów. Pod nami leżały precyzyjnie rozplanowane skrzynki ślepych budynków tworzące ulice. powiedziałbym. co tam zobaczysz. Wsiedliśmy do awionetek i bez pośpiechu polecieliśmy w kierunku miasta. — Wsuń no. żaden nie oddychał. a ku jej powierzchni wystartował planetolot ze mną. Andre. . Leżeli pod ścianą. Chociaż gwiazdolot jest obszerny. Podskoczył do góry i zaczął koziołkować w powietrzu nieznanej planety niczym rozbrykany chłopak w awionetce. Staliśmy przed nimi w milczeniu. lądy zaś stanowiły gładką równinę pokrytą lasami i łąkami. zielonych. Andre wybrał leśną polankę w pobliżu miasta. Wkrótce ujrzeliśmy grupę takich świerszczy wzrostu naszych dziesięcioletnich dzieci. skrwawieni.Oba gwiazdoloty zawisły nad planetą. Trub pomknął do przodu usiłując nas wyprzedzić. — Założę się. To była doskonale zagospodarowana planeta. ani maszyn nie zobaczyliśmy.. przyjacielu. Bądź co bądź byty tu domy — skrzynki bez okien i drzwi z jakimiś otworami pod dachem. wylądował i pierwszy wyszedł na zewnątrz. W trakcie oblotu zauważyliśmy cztery miasta i oko ło dziesięciu osiedli. jak i ulice były puste. Wszyscy byli martwi. Znając już jaskiniowe siedliska Aldebarańczyków i ochronne zarośla Wegan nie zdziwiliśmy się widokiem tego osiedla. Anioł z hałasem wyskoczył na łączkę. Ale gospodarze tej ziemi przypominali raczej koniki polne niż Anioły. Zarówno place. niskie. bionoskrzydłych. Lusinem i Trubem na pokładzie. które z kolei wbiegały na place. że przypominają mieszkania Altairczyków. Trub podfrunąi do jednego z górnych otworów i zniknął w nim na jakieś dwie minuty. Gdyby nie ogromne rozmiary budowli. ponure i niezmiernie długie (niektóre ciągnęły się na kilometr i więcej). rozpłaszczeni i żadnemu z nich nie biło serce. opuściliśmy pojazdy i poszliśmy pieszo ulicami miasta.. jedynie Trub ze świstem wymachiwał skrzydłami. głowę w którąś z tych dziurek i powiedz. że tutejsi mieszkańcy są skrzydlaci — powiedział Andre. — Nie ma pokoju pod gwiazdami — rzekł chmurnie Andre i przywołał gestem Truba. ale ani mieszkańców. przezroczystych. — Chodźmy szukać mieszkańców — zaproponował Andre. wyprzedził mnie Trub. Po jakimś czasie wylądowaliśmy. Z ostrożności postanowiono nie posyłać na zwiad zbyt wielu ludzi. to jednak tu czuł się swobodniej.

niepodobny zupełnie do zimnego marmuru naszych pomników. — Wszyscy zabici! Skinąłem na Anioła. Znów byłem pod wrażeniem ogromnych oczu Galakta. Nikt nie podniósł głowy. Gdy świerszcze tylko się cieszyły. Działo się to zupełnie niedawno. — Zszedł z nieba. ukazującego. — Galakt — powiedział Andre. Przed nami była ściana przegradzająca ulicę. a nie z ciałem. W ogromnej kamiennej stodole leżały zwały martwych świerszczy o ludzkich twarzach. nie mogłem więc równie łatwo prze-leźć na drugą stronę. Ziemscy rzeźbiarze nie potrafią tak prawdziwie oddać twarzy. wytworny kamień. tak żywą. stała grupa z trzech figur. może kilka dni lub godzin temu. Jestem od niego szerszy w ramionach. Trub pociągnął mnie za nogi i pochwycił w locie. — Zwłoki są tak samo zmiażdżone? — zapytał Andre wskazując na trupy leżące pod ścianą. jaka z nich tryskała. Anioł piorunem przedostał się przez inny otwór i podleciał do mnie od wewnątrz budynku. Wysoki człowiek obejmował dwa człekogłowe świerszcze. — Chyba pobojowisko. zawsze w ich rzeźbach pozostaje coś martwego. Galakt jednocześnie radował się i niepokoił. Wsunąłem nogi do wnętrza i siadłem chwyciwszy rękami za brzegi otworu. skręciliśmy więc w biegnący w lewo zaułek. Oczekuje innych. Cała trójka śmiała się unosząc uradowane twarze ku górze. To skrzydlate chłopisko jest silne jak byk i z łatwością uniosło mnie do otworu. — Rozpłaszczone. Artysta doskonale oddal tę wesołość z odcieniem niepokoju. Tu mieliśmy żywą twarz. Trub! — powiedziałem. Widok był straszliwy. Mieszkańcy miasta chronili się za ścianami i śmierć ich tam dopadła. — Spotkanie przyjaciół — rzekł Lusin. Lusin nagle rzucił się do przodu z krzykiem: — Człowiek! My! Taki sam! Pospieszyliśmy za nim. Wyprzedził nas lecący z łopotem skrzydeł Trub. Te niemal kwadratowe oczy zajmowały prawie połowę twarzy i one przede wszystkim nadawały jej wyraz.— Śmierć! — wychrypiał zdenerwowanym głosem. że mamy do czynienia z kamieniem. iż chciało się odpowiedzieć uśmiechem na jej uśmiech. . Nie mogłem się od figury Galakta oderwać. Trub z gotowością podstawił ramiona. Na malutkim placyku. Najpewniej salwa z dział grawitacyjnych. Trub ciężko machając skrzydłami poleciał w koniec hali i wrócił do mnie: wszędzie leżały trupy. — Leć do środka. utworzonym przez szczyty trzech stodołowatych domów. kiedy wydostaliśmy się z Trubem na zewnątrz. same trupy. Żółty. nikt nie poruszył błoniastym skrzydłem. wskazując na wygięte we wszystkie strony palce centralnej postaci. — Zaraza czy pobojowisko? — zapytał Andre. . podkreślał jeszcze nastrój radości. Objąłem go za szyję i zapaliłem kieszonkowy reflektor.

na którą wściekle się rzucał. — Czy to przypadkiem nie Niszczyciel? — zapytał Andre bez zwykłej pewności siebie. to opadając w dół. że ze wszystkich sił rzuciliśmy się ku niemu. — To znaczy. Pospiesznie cofnąłem pole. Eli. Jesteście chronieni potężnymi polami. to czemu wznoszą pomniki wrogom swych przyjaciół? Czemu składają im hołd? — Pomniki stawia się nie tylko jako wyraz czci. W tym wszystkim tkwi wielka zagadka. że na gwiazdolotach również wszyscy go obserwują i podobnie jak my starają się pojąć. bo najwidoczniej nie tylko radosnych wieści oczekiwał wpatrując się w niebo. lecz wściekłość Truba. Andre. lecz także kamień. na końcu której znajdowało się zgrubienie podobne do wielkiego ogórka lub ananasa. Rozumiałem więc Truba. ale jakby złożonym z tysięcy kłujące jaskrawych ostrzy. To może być ostrzeżenie: nie zapominajcie o tym. Wierę i Leonida. — Wróg! — ryczał Trub znów rzucając się na bryłę. Wokół nas latał Trub. Przypomniałem sobie.. ni to spęczniały żółw. Anioła oderwało od bryły. że zgrubienie jest inkrustowane drogimi kamieniami. — Nie obawiaj się — powiedziała Wiera. W wyglądzie dziwnej konstrukcji było coś złowieszczego. Później opowiedział. lecz nie ciągłym. Wywołałem w myśli Wierę. Anioł krzyczał tak straszliwie. że Trub nie potrafi posługiwać się polami siłowymi. co wam grozi. Posługujcie się nimi. — A ten ogórek na szyjce to oczy lub peryskop. — Raczej ich pojazd bojowy — wtrąciłem. — Taka mianowicie: jeżeli mieszkańcy Sigmy tak cieszą się na widok Galaktów. co mu się przydarzyło. — Jedna — powtórzyłem. Ze środka kamiennej narośli tryskała w górę giętka jak ciało żmii rurka. promieniował światłem. że jakaś niezwykła siła chwyciła go za włosy i powlokła do tyłu. Na wypolerowanym cokole wznosiło się jakieś niepodobne do niczego straszydło: ni to bryła ziemi.był szczęśliwy i czujny. których każda grań błyszczy osobno. — Podły! Ale nie była to żywa istota. — Chyba tak — potwierdził Lusin. „Ananas" błyszczał. to wznosząc się do góry. — Obserwujemy was. Nagle pomknął w bok i wkrótce rozległ się jego rozpaczliwy krzyk. Zdawało się.. co to jest. i otoczyłem go własnym. ni to rycerski hełm z ziemskich muzeów. Trub nie pojął. który rzucał się na nią z taką pasją. jakie daje lampa. W milczeniu staliśmy przed monumentem. . W rozjarzonej wideokolumnie ujrzałem sterówkę i siedzących w fotelach Olgę. — Trzeci! — krzyknął Lusin rzucając się w przejście między domami. — Jedna? Naliczyłem ich co najmniej tysiąc. którego przekonał nie Andre. o czym to świadczy? — Tak. Wiedzieliśmy. co wynika z pierwszej rzeźby. — Pierwszorzędny Zływrogi Galakt również!. że widzieliście okropności tego miasta umarłych i wiecie.

natychmiast sparowane uderzenie. Słowo „wspaniała" odnosi się do mistrzostwa wykonania.Trzecia grupa postaci istotnie była wspaniała. Mam na myśli groźną teorię o niewidzialności Niszczycieli. Mimo przeżytego wstrząsu utrzymałem się na nogach. walczyli z własnymi ciałami. oplatały mieszkańców Sigmy. słyszałem. która mnie cieszy — powiedziałem w chwilę później. jak ja sam się z tego cieszę! — wykrzyknął Andre z ulgą. Krzyczał we mnie wściekły głos Leonida: „Pole stożkowe. takie same łańcuch. nasze pola ochronne zostały spłaszczone i jedynie osłabiły nacisk walącego się na nas tysiąctonowego ciężaru. a nie zjawa. — I ja sądzę. a w centrum i na drugim skraju stało dwóch Galaktów i ośmiu mieszkańców Sigmy. Wydało mi się. widziałem. odrzucałem — wszystko naraz. Po raz drugi (pierwszy raz na zniszczonym później obrazie Altairczyków) ujrzeliśmy okropną scenę wzięcia do niewoli. aby nie stracić przytomności i nie stać się łupem . reagowałem na nie.. Zamilkliśmy i zamarli przed rzeźbą. Na skraju cokołu spoczywało takie samo kamienne cielsko z połyskliwą naroślą. niemal zmiażdżeni. To była procesja jeńców. Natychmiast po tym zobaczyłem sinych. Nasze indywidualne pola. ale jest to ciało. Kiedy więc wróg zadał swój zabójczy cios. że gdyby przyjaciele na statku nie obserwo wali nas. Andre? Teraz możemy spokojnie odłożyć do lamusa jedno z twoich odkryć. W chwilach wielkiego napięcia myśli i uczucia biegną setki razy szybciej. Teraz zdaję sobie sprawę. — Wiesz co. były zbyt słabe. który oddalony o tysiące kilometrów walczył razem z nami. — Ratunku! — krzyknął przeraźliwie Andre. lecz przerwałem w pól zdania. których przeciwstawny impuls zneutralizował uderzenie. a straszliwa siła rzuciła na ścianę budynku. widziałem wykrzywioną twarz samego Leonida. — Nie masz pojęcia. tracących oddech Andre i Lusina. wyczuwałem dziesiątki ważnych obrazów. bylibyśmy zniszczeni już pierwszym wystrzałem grawitacyjnym wroga. aby przeciwstawić się wysyłanym przez Niszczycieli potężnym impulsom grawitacyjnym. — zacząłem. a nie do treści. — Ta pancerna ropucha wygląda obrzydliwie. a połyskujący okiem czy peryskopem Niszczyciel był najwidoczniej ich nadzorcą.. Równocześnie odbierałem i przetwarzałem informacje płynące z różnych stron. Na szyjach Galaktów wisiały łańcuchy. Główna fala przeciążeń spadla na nich i wtłoczeni w ścianę. — A jednak jest w tych potwornościach jedna rzecz. Na pomoc pospieszyły nam automaty gwiazdolotu. że dostałem się pod prasę i zostałem zmiażdżony. jak się potem okazało. Eli! Pole stożkowe!". Oszałamiająco jaskrawe światło uderzyło nam w oczy. 8 Trwało to chyba nie dłużej niż setne ułamki sekundy: błyskawiczne. kwalifikowałem.

co wówczas zrobiło na mnie większe wrażenie: widok umierającego Andre i Lusina. Wszystkie moje pragnienia skoncentrowały się na jednej tylko myśli: „Przebić! Przebić!" Całym wysiłkiem woli skupiłem swoje pole ochronne w wąską niczym promień wiązkę i pchnąłem nim wroga jak szpadą. — Eli! — jęknęła siostra. a postrzępione pióra chmurą zawirowały w powietrzu. — Awionetki zostały zniszczone przez Niszczycieli! — krzyknął. — Otaczają was! Pojawił się Leonid. Zapłonęła wideokolumna. kamień ekranuje fale grawitacyjne! . jakbym już był martwy. bracia! — Ile mamy czasu? — zapytałem. Lusin szybciej przyszedł do siebie. Trzymajcie się. wyrzucił swe pole do góry i Trub nawet nie krzyknąwszy odleciał na bok. oczy miał zamknięte. którego nie potrafiłyby już odbić dalekie automaty statku. Nigdy nie zapomnę strachu na twarzy Wiery. Wszystko to utrwaliło się w mojej pamięci jako jeden obraz.atakującego nas złoczyńcy. słup ognia i dymu. Wezwałem awionetki. kilkadziesiąt razy silniejszego ciosu. bo w gruncie rzeczy było jednym obrazem. Doskonale pamiętam swój ówczesny stan. — Trub chyba zginął! — krzyknąłem. Ryknąłem z wściekłości. gdyż odbyło-się w ułamku sekundy: pojawienie się wroga. że Trubo-wi udało się skrobnąć pazurami po peryskopie. Patrzyła na mnie tak. — Planetolot jest uszkodzony. błyskawiczny atak Truba i mój potężny cios. nie pękł jak bańka mydlana uderzona kijem. chwiał się na nogach. Niszczyciel wypełzł zza ściany i szybko się zbliżał. W tej samej chwili zadałem Zływrogów! śmiertelny cios. Celował w oko Niszczyciela i napad był widocznie tak zaskakujący. Wybuch. Zobaczyłem też wroga. ale nie mógł jeszcze mówić. który również się nie odezwał. Zakląłem i wywołałem planetolot. ale nie zjawiły się. spieszymy na pomoc. — Minuty? Sekundy? — Najwyżej trzy minuty! Ukryjcie się za ścianami. Andre był blady. W waszym kierunku pełznie co najmniej pół setki tych stworów. Lusin nie mógł go sam unieść i poprosił mnie o pomoc. Nie wiem dziś. Nie wiedziałem wówczas. Istota atakująca nas została zamieniona na odłamki i strzępy. że jest to jedyna forma śmierci Zływroga. Lusin trzymając się ściany poszedł chwiejnym krokiem w kierunku Anioła. Wróg przechylił szyję. Skrzydła miał połamane. ogromny ziemisty pęcherz z długą szyją i połyskującym na niej straszliwym okiem. spadające odłamki i krople — oto wszystko. Cuciłem wtedy Andre. szykując się do nowego. Niszczyciel nie upadł zalany krwią. Jego wyrazista twarz płonęła gniewem. który otworzył już oczy. Trub leżał pod ścianą. Odważny Aniot z rykiem spadł na wroga z góry wyciągając ku niemu swe straszliwe pazury. Rzuciłem się ku Lusinowi i Andre. groźny wygląd atakującego Zływroga czy bezsilny upadek Truba. Wzmocniliśmy wasze pola do maksimum.

Andre. Pełzli ze wszystkich stron naraz. słyszysz! Otaczają nas Zływrogi. Rozszyfrowałem . nie ruszaj się. Zostawiłem go i zająłem się Trubem. wytaczali się zza ścian i niezręcznie maszerowali ulicą poprzedzani mrocznym lśnieniem swoich oczo-głów. Trzeba maksymalnie skoncentrować pola. bo patrzyłem tylko na wrogów. Aby nie oślepnąć. Cały byłem pochłonięty oczekiwaniem walki. pomagając sobie ułomkami skrzydeł. a Trub w żaden sposób nie potrafił pojąć. wrzeszcz na głos. aż znaleźliśmy się jakby w centrum pchanego wiatrem pożaru. Z Aniołem sprawa wyglądała gorzej. tak potężne i złowieszcze było wysyłane przez nich promieniowanie. że oni rozmawiają ze sobą i że blask ich głów jest z tym związany. bić ciałem! — nie zgadzał się ze mną i w zdenerwowaniu usiłować wstać. opuściliśmy filtry na hełmach skafandrów. — A jeżeli nie potrafisz w duchu. ale źle operował polem. Odważny. Andre drgnął i usiadł. Zbierało się ich coraz więcej. jego zdaniem. To było jednak dzielne chłopisko! Rozejrzałem się wokoło. Byłem teraz spokojny o Andre. Niszczyciele ustawili się w półkole i bez pośpiechu zbliżali się do nas. czego nie można dotknąć. Dla Anioła istnieje jedynie świat widzialny i wyczuwalny. wiedziałem jednak. Jestem przekonany. po co? — szepnąłem. umiejętnie uderzał swym ciężkim ciałem. Nie miałem pew ności. Brzmiał we mnie pełen niepokoju głos Olgi: „Trzymajcie się. pomoc wkrótce nadejdzie!" Możliwe. rozjaśniały się stopniowo. Oprzytomniał.Zostawiłem Andre pod ścianą i pomknąłem do Lusina. że sama chęć obrony już jest obroną. że nie mógł poruszać palcami. Wtedy pojawili się Niszczyciele. że tanio swego życia nie sprzedamy. — Oszalałeś. Razem z nim przeniosłem Truba do Andre. po prostu nie ma. rozumiesz? — tłumaczyłem mu. że odeprzemy atak. to również podziała. Purpurowe płomienie miotały się pomiędzy ścianami budynków. Żadnego odpowiedniego schronu w pobliżu nie było. — Ocknij się. Nie wiem. Nie mógł się jednak na nich utrzymać i z jękiem znów opadał na ziemię. Potrząsnąłem Andre za ramię. Biedny Anioł był tak rozbity. nie mogłem się rozglądać. resztki piór na złamanych skrzydłach wściekle mu się zjeżyły. otworzył walizeczkę deszyfratora i uruchomił go na wszystkich zakresach. który już ostatecznie przyszedł do siebie. Poczucie niebezpieczeństwa i konieczność włączenia się do wspólnych wysiłków jest najlepszym lekarstwem dla takich jak on. — Ich trzeba szarpać zębami. Głowa bezsilnie chwiała mu się z boku na bok. bo kiedy przechodziliśmy obok strzępków Zływroga. — Nie zaszkodzi. iż gdzieś w powietrzu zapłonęła wideoko-lumna z nią i z Wierą. — Kiedy przyjdą. ale naiwny chłopak. ale krzycz na nich: do tyłu! do tyłu! Krzycz w duchu. Trub świetnie walczył skrzydłami i pazurami. ale grała w nim jeszcze bitewna pasja. Mam zupełnie inne usposobienie niż Andre. Tego. Pole uruchamia się myślą i odczuciami.

Mieliśmy nad nimi przewagę w postaci naszego szybkiego biegu i postanowiłem tę przewagę wykorzystać. Anioł wściekle warczał ukazując kły i nawet Andre się uśmiechał. że poczułem do nich . które starały się zajść z boków i stamtąd zmiażdżyć nas między wystrzelanymi naprzeciw siebie polami. nasiliły i tak już potężne światło głów do tego stopnia. Lusin śmiał się i tupał nogami. Jego strzępy jeszcze sypały się na ziemię. Andre i Lusin podbiegli. Środek szyku poruszał się ostrożniej niż skrzydła. Siła ich pól grawitacyjnych jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości. — Na atomy! — wrzeszczał Lusin. Najwidoczniej zamierzali nie atakując z daleka metodycznie zacieśniać pierścień tak długo. — Skoncentrujcie na mnie swoje pola. który wypełzł nieco z szeregu i zapłacił za swą nieostrożność życiem. Dusiła mnie wściekłość na te bestie atakujące bez najmniejszego powodu i musiałem ją z siebie wyrzucić w potężnym pchnięciu pola. Nie wiem czemu. a później błyskawicznie skoncentrować wysiłki i zadać decydujący cios. — W strzępy! Tak trzeba! Andre uspokoił się pierwszy. zmniejszając ją więc dwukrotnie mogli uderzyć cztery razy silniej. kiedy moje sztyletowe pole przebiło sąsiada.ten nieskomplikowany plan. Gdybym natomiast znów wyrwał się do przodu. — Ale nie bój się. Zrozumiałem. skoncentrujemy! Wówczas runąłem na najbliższego. że ich blask raził oczy nawet przez ciemne filtry.Eli! — powiedział Lusin. Szczęki prasy zaciskały się i natychmiast cofały. zaciskały i wreszcie osłabły: Zływrogi biły mnie impulsami grawitacyjnymi. spokojnie wycofaliby się z centrum szyku i bez trudu rozprawili z mymi przyjaciółmi pozbawionymi osłony z flanki. Plan obliczony był na tak głupiego przeciwnika. dopóki na to pozwoli opór naszych pól ochronnych. a przyjaciele odpierali ciosy swoimi polami. Nie zdarzało się nam — nie mówię oczywiście o Aniele — nigdy przedtem walczyć na śmierć i życie i pierwsze powodzenie zawróciło nam w głowach. — Oni powtarzają atak — powiedział. Chroniony z boków przez przyjaciół skupiłem swoje pole w wąskie pasmo i rozciąłem Niszczyciela jak mieczem. że zmienili plan natarcia. Niszczyciele znów napierali na nas półkolem. Moje ciało zacisnęła niewidzialna prasa i zacząłem tracić oddech z bólu. Zachwiałem się tracąc przytomność i zanim upadłem. zdążyłem jeszcze wysadzić w powietrze następnego Niszczyciela. kiedy rzucę się do przodu! — rozkazałem. który pozornie został wiele pokoleń wstecz wytrzebiony ze świadomości ludzkiej. — Zaraz pokażę tym świecącym żółwiom. zrobią z nas mokrą plamę. że daleko im do ludzi! — Uważaj . a oni szybko odnieśli mnie pod osłonę ściany. że jeśli nie pomieszamy im szyków. Zływrogi cofnęły się. ale byłem przekonany. Upadłem im na ręce. W każdym obudził się instynkt wojownika.

Andre jeszcze niezupełnie doszedł do siebie po napadzie pierwszego Niszczyciela. Jedynie Lusin przebił jednego Niszczyciela i sam . ale tym razem inaczej — powiedziałem. Obecnie więc szły trzema zwartymi grupami po jakieś dwadzieścia sztuk w każdej. — My również powtórzymy napad. Czułość okazana temu dziwnemu stworzeniu niemal pogodziła je z nadchodzącą śmiercią. przyjaciele! — zwrócił się do nas. nie udało nam się niczego dokonać. Pole bitwy usiane było szczątkami zniszczonych wrogów i zalane ciemną cieczą. Uścisnęliśmy się i ucałowali. bo nauczone doświadczeniem Zływrogi nie wyrywały się pod ogień pól sztyletowych. przez co osłabialiśmy jego uderzenie. Powtórnie schroniliśmy się w cieniu ściany. Mój plan opierał się na szybkości i zgraniu naszej akcji. gdyż skuwające nas łańcuchy przeciążeń były zbyt silne. Wszystko było drobiazgowo wyliczone i doskonale się udało. Nigdy jeszcze nie słyszałem tego gorącego. Krótkim wypadem również i tę formację zmusiliśmy do wycofania się. Dałem znak i wszyscy rzuciliśmy się na centralną grupę wroga. Tym razem działając czterema zwartymi polami unicestwiliśmy sześciu Niszczycieli i zmusiliśmy ich do ucieczki całą lewą flanką. i nacierały z rozwagą. że atakując tyralierą jedynie narażają się na ciosy naszych siłowych szpad. z centrum szyku można się było chwilowo nie liczyć. ich krwią. nawet najszybszym wypadem. nie mogliśmy stłumić tak silnego. W tej sytuacji czas naszego życia zależał jedynie od szybkości ruchu wrogów. skoncentrowanego siłowego strumienia. co ma na sercu. Andre wywołał statek. Te piekielne stworzenia szybko jednak uczyły się na błędach. my. Kiedy Niszczyciele dostatecznie się zbliżyli. — Za dwie minuty już mnie nie będzie. Kocham was! Bądźcie szczęśliwi! — Obejmijmy się. Zrozumiały. Żadnym. — A potem zaatakujemy ich po raz ostatni. Nie ma sensu ciągnąć tego dalej. zwarte w pięść pole — teraz obracali przeciwko nam. bo trzeba było obrócić się ku centrum i prawemu skrzydłu. cielsko przy cielsku. porywcze-go człowieka mówiącego tak spokojnie i rzeczowo. Nie zdołaliśmy nawet skupić swych pól w jedno ostrze. czym odparliśmy ich drugi atak — wielokrotnie wzmocnione. zwarci w pięść — trzech ludzi z przodu i kulejący Anioł z tyłu — uderzyliśmy na ich lewe skrzydło. Napadając na lewe skrzydło jednocześnie oddalaliśmy się od prawego. lecz był zupełnie spokojny. że nigdy nie należy uważać wroga za durnia. Nie mogliśmy ich ścigać. że im już nie umkniemy. Nie wiedziałem jeszcze wtedy. To samo. — Zdążysz jeszcze wywołać gwiazdolot i nagrać pożegnanie — powiedziałem i odwróciłem twarz. — Żanno! Olegu! — dyktował.pogardę. Zływrogi nie spieszyły się. bo wiedziały. oko przy oku. Tak jak się tego obawiałem. Trub przytulił się do mego ramienia i łkał jak człowiek. Popatrzyłem nań i domyśliłem się.

Leonidzie! —podtrzymał mnie Andre. Ponieważ w tym dalekim gwiazdozbiorze zetknęliśmy się z okrutnym narodem. a Zływróg. Nie chciałem krzyczeć ani wołać o pomoc. Po bokach osłaniali go Allan i Andre. — Panu oczywiście najwięcej się dostało. Podtrzymał mnie Romero. — Sądzę. Zrobiłem krok i poczułem. okrzyki i wreszcie widok Kamagina i Gro-mana biegnących na pomoc pierwszej grupie dodały mi sił. — Nie trzeba ich niszczyć. nieprawdaż. że udało mi się rozłożyć pańskiego przeciwnika na atomy. przodkowie? Kosmonauci potwierdzili. Nasze krzyki nie zdążyły jeszcze umilknąć zdławione śmiercionośnymi oplotami wrogich pól siłowych. Obok mnie krzyczał Andrć. — A to niby czemu? Nie odejdziemy stąd. — Skoncentrujcie się na mnie! — rozległ się dziki ryk Leonida. wdrapywanie się po tak zwanej drabinie służbowej i inne dzikie czyny wymagające chytrości i krwi. — Tu zostało jeszcze z dziesięć tych potworków. że nie mogę poruszać się o własnych sitach. . ale jęk rozpaczy mimo woli wydarł mi się z piersi. chętnie opisywali rozmaite okropności: kradzieże. ale zachowały się podania na ich temat. morderstwa. Poza tym czytali o tym w książkach. — Nie zostawaj w tyle. Chwyciłem go za rękę. a przed nim rozpadali się i znikali. bo oni chcieli wykończyć pana w pierwszej kolejności. Literaci. — Czekaj! — szepnąłem. że zdobywanie języka i obcinanie skalpów było ważną operacją w każdej cywilizowanej wojnie. do czego jesteś zdolny! Namowy. W ich czasach wojen już nie było. ale nie wolno się poddawać. pogoń za zyskiem i sławą. — Racja! — zawołał Allan. w którego centrum celowałem. choć już dawno nikt na Ziemi nie walczył i nie umierał gwałtowną śmiercią. gdy z góry coś runęło i wszystko cudownie się przeobraziło: nagle osłabł sku-wający nas uścisk grawitacji. lecz nie dosięgnąłem. Niszczyciele. póki chociaż jeden wróg jeszcze się rusza. — Daj spokój. — Naprzód! — krzyknął Leonid skinąwszy mi głową. z tyłu podtrzymując się nawzajem dreptali Lusin i Trub. Skupmy teraz pola i udajmy się za naszym wodzem! 9 Leonid rwał do przodu. jakby unoszeni wiatrem. — Niezłe uderzenie. mój dzielny Eli? — zapytał z uśmiechem. zdradzanie żon i mężów. odwagi! — dodawał mi ducha Romero. — Zwrócił się do Kamagina i Gromana: — Tak to było. — Przynajmniej jednego trzeba wziąć żywcem. — Pokaż im. — Naprzód! Naprzód! Zachwiałem się.natychmiast upadł. również i my powinniśmy zapoznać się z obyczajami tych wojowniczych czasów. Eli! — pokrzykiwał Allan. trysnął w górę słupem płomieni i kurzu. zgasło przenikliwe jarzenie oczodołów. Proszę zewrzeć pole i od razu będzie łatwiej iść. — Przywlec takiego potwora na Ziemię! Dawniej nazywało się to: „brać języka". — Odwagi. Szedłem coraz pewniej i po kilku minutach dopędziliś-my Leonida.

Pół żywy.Andre wskazał na resztki: — Spójrzcie! To nie istoty. lecz precyzyjnym opisem śmierci Niszczyciela. Istoty zdegradowane do mechanizmów musiały utracić wrodzoną dobroć. Określenie „rozbryzgany" nie było przenośnią. — To całkiem prawdopodobne — zgodziłem się. lecz maszyny! Na jego dłoni leżał zwilżony ciemnym płynem zespół elementów układu elektronicznego: półprzewodników. — Albo istoty żywe odkryty sposób mistrzowskiego zastępowania swych niedoskonałych narządów sztucznymi organami i w ten sposób w połowie się zmechanizowały. stworzone przez kogoś mechanizmy nauczyły się wbudowywać żywe tkanki i awansowały w ten sposób do stopnia półorganizmów. Dla mnie mieszana natura Zływrogów stanowiła wyjaśnienie ich zaskakującego okrucieństwa. — Przy rozpadzie tkanki ciała mieszały się z fragmentami mechanizmu i dały taki obraz. — Wszystko. W obu wypadkach mamy do czynienia z obiektami wysokiej kultury materialnej. To właśnie miałem na myśli. gdy po jakimś czasie zebraliśmy z dziesięć fragmentów ciał Niszczycieli. — Na poły organizm. — Tak — przyznał. na kondensatorze zaś pozostały nerwy i włókien-ka mięśni. co wiemy o Zływrogach. Patrzcie! To był kawałek żywej tkanki: plecionka nerwów. a nie mechaniczne sąsiedztwo żywego i martwego. ścięgien i kości. oporników i kondensatorów połączonych ze sobą przewodami. — Zapominacie o jeszcze jednej możliwości: żywy Zływróg siedzący w maszynie — zaoponowałem. jak wielkie siły rozrywały porażonych wrogów. pół sztuczny. — Organizm. a my we trójkę myszkowaliśmy po terenie niedawnej bitwy. świadczy o ich niezwykłym okrucieństwie. — Nie mechanizm. na poły mechanizm. Andre obracał strzęp w ręku brudząc sobie palce lepką pokrywającą go cieczą. — Są dwie możliwości — ciągnął Andre. Ale jeśli to naprawdę są automaty zmontowane z elementów organicznych. Prawda? — Tak. jedno było przedłużeniem drugiego: z kości wyrastał przewód i platynowy opornik. Andre ułożył szczątki rzędem. Nasi wybawiciele poszli dalej zabierając ze sobą Truba. — Wydaje mi się. Czy normalne istoty mogłyby być takie? — Nie — powiedział Lusin podnosząc z ziemi inny fragment ciała Niszczyciela. Jeszcze raz przekonałem się. to skąd biorą potrzebne im żywe . mięśni. albo na odwrót. Było to bez wątpienia urządzenie sztuczne. To było harmonijne połączenie. że dziwna forma unicestwienia stanowi klucz do zagadki ich życia — powiedziałem. Nic wam to nie mówi? — Rozumiem — odparł Lusin. — Spójrzcie: sześć kawałków żywej tkanki i cztery ułomki sztucznych urządzeń. — No to popatrz na ten fragmencik! Strzępek istotnie był interesujący: żywa tkanka przenikała się ze sztuczną strukturą.

. Operację tę powtórzyłem trzykrotnie.. a ty obserwuj reakcję. Niszczyciel uderzył okiem w ciało. a świecenie tym impulsom tylko towarzyszy.. Kamaginem. Gromanem i Trubem. W kącie utworzonym przez załamanie ściany siedziało trzech Niszczycieli ściśniętych naszymi polami. Było jasne.. skoncentrowawszy na sobie trzy pola.. ale oni popełniają samobójstwo. uderzyłem niezbyt silnie polem i znów się cofnąłem. Romero. Porzuciłem to zajęcie. Znów. metodycznie odrywał jednego Zływroga od dwóch pozostałych. Spojrzał na nas tak. — Wie pan. Znów ten sam. Ze dwa razy wystawiłem też w ich kierunku rozcapierzone palce. Tymczasem Kamagin. — Rozpadają się jak bańki mydlane. że deszyfrator niektóre szczegóły źle zrozumiał. — Chodźmy. kiedy sytuacja jest już bez wyjścia! — Buch łbem o ciało i koniec! —powiedział Allan. Podrażnię ich trochę. a wysyłane od czasu do czasu impulsy grawitacyjne utraciły dawną moc... — To chyba mowa świetlna. Z taką formą mowy stykam się po raz pierwszy. Pozostały przy życiu trzy sztuki. Później okazało się. Andre westchnął. Nadają słabo modulowane fale grawitacyjne. Ja . a potem zacząłem ostrożnie rozsuwać wrogów.. — Klucz! Klucz! Gdybym mógł odczytać przynajmniej jeden sygnał.. — Teraz chyba rozszyfrujemy ich mowę. Rozsuwa. nie powinieneś mieć trudności z odczytaniem. że nie udało się żywcem wziąć Zływrogów. Dwa pozostałe potwory przywarły do siebie jeszcze silniej. — Kłopot polega właśnie na tym.. — Gołymi rękami chwytać je za te łby. Zływrogi były wyczerpane: ich oczy ledwie świeciły.. przywołał mnie gestem. aby dzięki ich tkankom zapewnić sobie istnienie? — Wołają nas — powiedział Lusin.. to bardzo ciekawe. Andre uruchomił deszyfrator. Kiedy pomiędzy nimi utworzyła się szczelina. czemu ani jednego nie wzięliśmy żyw cem? Niewiarygodne. Rozległ się wybuch i do góry trysnęły kłęby wilgotnego dymu.. Ich głowy gorączkowo migotały. blokując wrogów z Allanem. — I tak wszystkie! — powiedział ze złością Leonid. aby znów przejść do uderzeń. ale sedno przekazał prawidłowo: „Ten sam. Ciosy były słabe.. że to nie jest mowa świetlna.. pozostali zginęli. Słuchajcie. zabójca pierwszego.. — Nasi przeciwnicy to samoeksplodujące konstrukcje.tkanki? Może polują na istoty w kosmosie. czy co? — Jak tam u ciebie? — spytałem Andre. Każcie ekranowanym. jakbyśmy również należeli do gatunku gtowookich. Sześćdziesiąty trzeci zadał sobie śmierć. raczej poklepywania niż pchnięcia. Wysunąłem się do przodu. — Starczy! — powiedział Andre radośnie. 10 Leonid z zasępioną twarzą przechadzał się pod ścianą budynków. Tylko oni. — Zaraz dam ci klucz. Na planecie jest dwóch.

— Ich grawitacja słabnie — powiedział Andre.. — Pomoc dla nich przyjdzie dopiero w nocy — powiedział Leonid. — Co znaczy to dziwne zdanie? Dlaczego nie odebraliśmy impulsów ich rozmówców? — Rozmówcy są daleko — odparłem. Wszędzie spotykaliśmy okropne ślady pogromu.. Andre ma rację. — My tymczasem poszukamy mieszkańców planety — oświadczył Leonid. Powinniśmy być przygotowani na nowy atak. Zamocowawszy głowę tak. które wyglądały jak kopie pierwszego. — Deszyfrator nie odbiera żadnych sygnałów. aby przypadkiem nie upadła na ciało. — Zostanę tu — powiedział Andre — i postaram się zbadać budowę ciała oraz fizjologię naszych przeciwników. pozostawiliśmy Niszczyciela w jego tymczasowym więzieniu. — Albo po prostu odciąć im peryskopy płaskim polem. Uderzę głową.. — Deszyfrator nie uchwycił ich słabych sygnałów. niepotrzebnie zostaliśmy. Odpowiadam: oni są inni. co mu się wydawało najbardziej ważne.słabnę. Wysłaliśmy wszystko. — Nie — zaoponowałem.. Usztywnijmy ich między polami i przenieśmy w takim stanie do komory ciśnieniowej . Planeta. przecież są bliżej?.. — Może nie wszyscy zginęli. — Planeta niepotrzebna — wymamrotał Lusin.. Niszczyciel wyraźnie słabł. — Ale oni zapominają o naszych gwiazdolotach. kiedy umieściliśmy potwora w komorze ciśnieniowej planetolotu. głowa przestała się poruszać i zgasła. Planeta wydawała się po dawnemu martwa. Planeta nie jest już potrzebna. Tym pieczołowiciej obchodziliśmy się z ostatnim.. — Wtedy rozsypią się na kawałki. Zielone jeszcze rankiem lasy i łąki . Trzeba mu zapobiec.. że wielkie ciążenie wskrzesi Niszczyciela. z którą rozmawiali.. kamiennopalczaści... Wzmocniliśmy ciśnienie w komorze i uruchomiliśmy pokładowy grawitator w nadziei. że coś ważnego związane jest z faktem słabnięcia ich grawitacji. Oblecieliśmy miasto i skierowaliśmy się ku innym osiedlom.. Dlaczego dopiero pod wieczór. — Powinniśmy więc uporać się z nimi przed wieczorem. — Niepotrzebna.. Do wieczora nie utrzymam się. Zniszczą? — W tej chwili najważniejsza jest groźba: „Uderzę głową" —powiedział Kamagin. — Chyba umarł —powiedział Andre. —Jest to niewątpliwie zapowiedź samobójstwa. Ekranowanych. Później każdy z nas zaczął mówić o tym. Brakuje mi grawitacji. — O jakich ekranowanych mowa? Przed czym ekranowanych? Przed działaniem naszych pól? — zapytałem... jego impulsy stawały się nieczytelne.. ściskając oddzielnymi polami tułów i głowę.. Wtedy jeden z nich zdołał jednak jakoś uderzyć się głową." Przez kilka sekund zastanawialiśmy się nad rozszyfrowanym tekstem. Nieśliśmy go do planetolotu. tylko jak? — Unieruchomić tym stworom głowy! — huknął Allan.. Najwidoczniej gdzieś w pobliżu była ich baza. Nie wytrzymam. Unieruchomione Zływrogi zostały wkrótce rozdzielone.

Wstrząsające wrażenie robiła ta wspaniała iluminacja w królestwie śmierci i chaosu. — Wsiadać! — zakomenderował Leonid. Elektra zaszła za horyzont i nastąpił zmierzch. Deszyfrator wykazywał obecność trzech żywych istot. Rośliny na planecie były całkowicie zniszczone. Spojrzałem na niebo. — Dwóch jeszcze żyje — odpowiedziałem. Nawet teraz. a później przeniosły do planetolotu również same postumenty. — Tam są ich całe setki — powiedział Kamagin — ale wszyscy martwi. ale można przez jakiś czas podtrzymywać gasnący płomyk życia. Nastroiłem deszyfrator na dowolne fale jeszcze pracującego mózgu. że nie ma nadziei na jego powrót do zdrowia. Weźcie bioskop. We dwójkę wydobyli na zewnątrz konającego sześcioskrzydłego. co się wtedy stało. ale otwór był dla mnie zbyt wąski i do środka wpełzł Kamagin. Peleng falowy doprowadził nas do podziemnego kanału czy też rury kanalizacyjnej zagubionej wśród lasu. Poprosił o pomoc i za nim udał się również szczupły Groman. — Wracamy do gwiazdolotu. kiedy go wynoszono na zewnątrz. dysponującym potężnymi środkami technicznymi . ale jego mózg jeszcze pracował z gorączkową szybkością. Próbowałem przedostać się do wnętrza rury. Nad miastem zapłonęło tysiące latarń.żółkły i więdły. One jedne nadal działały. Zbliżał się wieczór. — Nadal brak sygnałów statku idącego wrogom na pomoc — powiedział Andre. Przede wszystkim nie rozumiem siebie. Jeden skonał. Wejście do kanału było zasłonięte trawą i krzewami. drugi żył jeszcze kilka minut i mogłem zapisać promieniowanie jego umierającego mózgu. że walczymy z podstępnym. Dwóch wydobytych mieszkańców planety było w jeszcze gorszym stanie niż pierwszy. przekonałem się. Rozumny świerszcz nie odpowiadał na pytania. Zająwszy się pierwszym. kiedy przekonaliśmy się. 11 Teraz przechodzę do tragedii Andre i na myśl o niej rozpacz ściska mnie za gardło. Po godzinie poszukiwań odebraliśmy słabe impulsy i polecieliśmy w kierunku ich źródła. oddzielony od owego strasznego dnia latami i jeszcze straszliwszymi wydarzeniami. podobnie jak uprawiające je rozumne świerszcze z niemal ludzkimi głowami. — Zabierzemy pomniki — zaproponował Leonid. Automaty zdjęły rzeźby z cokołów. nie poruszał się i prawie nie oddychał. — Jego milczenie działa mi na nerwy. Jak mogłem okazać się tak lekkomyślny? Czemu wszyscy zachowywaliśmy się jak stado cieląt? Wszak już wtedy wiedzieliśmy. nie pojmuję do końca tego. — Przyrząd odbiera prądy czynnościowe ich mózgów. że na planecie nie ma już żywych istot. Z aparacikiem wykrywającym ślady życia wrócili do kanału.

że mam rację. elementarnych wręcz środkach ochronnych? Wróg sam oświadczył. od razu nabraliśmy do nich pełnej zadufania pogardy i nawet nie próbowaliśmy się dowiedzieć. Nie dojrzałem go. Nie zdołałem zewrzeć jeszcze całkiem pola. wiedzieliśmy też. Nad ciem ną ziemią jaskrawo połyskiwały gwiazdy. że ze wszystkich możliwych znaczeń zagadkowego słowa „ekranowany" wybrałem najdalsze od prawdy i nie tylko pomyliłem się. — Eli! Eli! Rzuciłem się ku niemu. wściekle wierzgające i zadające komuś ciosy. wiedziałem. Od okrutnego ciosu dzieliły nas minuty. Dusili go. który tak przenikliwie domyślił się niewidzialności naszych przeciwników. że jest równie niebezpieczne dla Andre. ale ciągle jeszcze widzę ten obraz: same tylko zawieszone w powietrzu. I Andre! Biedny Andre. Ekranowani wrogowie już wisieli nad nami. nie zdając sobie nawet sprawy. Widać było tylko nogi! Na miejscu. walczące nogi Andre. powietrze było spokojne i przejrzyste. dlaczego nie pomyśleliśmy o najprostszych. — Nawet ta automatyczna iluminacja nie tłumi blasku gwiazd. Dlaczego zlekceważyliśmy jego groźby? Czytając po raz któryś z rzędu zapis rozmowy Zływrogów ze swą bazą. lecz również przekonałem wszystkich. Ruszyłem ku planetolotowi i wtedy usłyszałem krzyk Andre. gdzie powinien być tułów i głowa. przekonałem się ostatecznie. Moje uderzenie odrzuciło któregoś z atakujących go Niewidzialnych. iż wróg ten pod wieloma względami nas przewyższa. a my spokojnie zachwycaliśmy się gwiazdami Plejad. Na Sigmie zapadała noc. czemu nasze oczy zaćmiła ślepota wówczas. ochrypły i przerywany. kiedy zadałem nowy cios. Powietrze było niezwykle przejrzyste. Wiedziałem. jak i dla napastników. Słyszałem go zupełnie dokładnie. Znów pytam się. kiedy potrzebna była cała ostrość wzroku? Czy to dlatego. ciesząc się z łatwego zwycięstwa! — Tu są piękne noce! — powiedziałem do Andre. że ujrzawszy jak brzydcy i niezdarni są nasi przeciwnicy i jak łatwo rozprawiamy się z nimi naszymi słabymi polami. czy wszyscy są tacy sami? „Dlaczego nie możecie być przed nocą?" — wołał do swoich ostatni Zływróg. a on się wściekle wyrywał. — Pospieszcie się! — krzyknął gniewnie Leonid. pomóż! — krzyczał Andre. Dlaczego. — Eli. Andre uniósł głowę i przez chwilę patrzył w niebo. że mu kneblują usta. że zamierza nas pokonać. a my beztrosko paplaliśmy. że koledzy spieszą już na . Posłana przez wrogów pomoc już zbliżała się do planety. — Tylko na was czekamy. Czułem pulsację jego pola. a on się wyrywa i znów krzyczy: — Eli! Eli! Na pomoc! — Niewidzialni! — wrzasnąłem i rzuciłem swoje pole w kierunku krzyku. W powietrzu nagle zjawiły się nogi Andre.wrogiem. Gdzieś obok mnie dławił się i wołał o pomoc Andre. też z ulgą zrezygnował ze swego odkrycia. spokojnie świeciły gwiazdy. Od tej pory minęło wiele lat. Wtedy zobaczyłem Andre po raz ostatni.

— Strzeżcie się. czasu na przyglądanie mu się. ale chybiłem. że z boku dobiega jęk i odgłos przerywanego oddechu. a kiedy już nie mogłem wytrzymać. Osaczający mnie przeciwnicy najwidoczniej nie oczekiwali takiego uderzenia i zostali odrzuceni jak piórka. do granic możliwości napiąłem swoje pole i zatrzymałem wznoszenie. że stałem się niewidzialny. W dole zobaczyłem biegnących ludzi kierujących się na krzyk Andre. Wyrwałem się i krzyknąłem: — Koncentrujcie na mnie swoje pola! Andre unoszą do góry! Tym razem dźwignie ścisnęły moją głowę i szyję tak silnie. lecz nieustępliwie ciągnięto go do góry. ale żaden z nas niczego nie wykrył. Powoli. wypadł z niewidzialności i runął obok mnie na ziemię. lecz trochę jeszcze opierałem się. Niemal traciłem już przytomność z braku powietrza. szarpnąłem się ze wszystkich sił.pomoc i najważniejszą rzeczą w tej. — Zgodzi się pan. Leonid zatrzymał się pode mną i uniósł głowę do góry. ale nie straciłem jasności myśli. . Romero czynił to samo. ale wydało mi się. zupełnie porażony ciosem pola.. że usłyszymy jeszcze krzyki Andre. Jakaś nowa siła podrzuciła mnie w powietrze. Obok wznosiła się ku górze awio-netka Romera. jak napełnia się silą moje słabnące pole. nie dając się wlec do góry. oni są niewidzialni! — krzyknąłem i usłyszałem jeszcze. Rozejrzałem się i pojąłem. Rzuciłem się w kierunku tych odgłosów walki. Romero także znieruchomiał w powietrzu. Wzniosłem się do góry i zatrzymałem awionetkę. Nie znalazłem swojego tułowia i nóg. — Gdzie jesteście? Nie widzę was! Coś wstrętnie szorstkiego i zimnego zakryło mi usta. ale jego głuchy. Andre nadal krzyczał. Poderwałem się na nogi i wezwałem awionetkę. aby nie dać się pokonać.. Nie użyłem pola natychmiast. Choć zaskoczony. Przed oczami zamigotały czerwone kręgi. Ja sam napinając maksymalnie pole. Jeden. Wsłuchiwaliśmy się w ciszę. zanim reszta ludzi nie włączy się do walki. które szybko oddalały się i nikły w ciemnościach nocy. pierwszej minucie bitwy było nie pozwolić wciągnąć Andre w całkowitą niewi-dzialność. Chciałem całkowicie odkryć Andre. w nadziei. Głosów nie usłyszałem. ale równocześnie poczułem. walczyłem w milczeniu. Nie traciłem. że miotanie się na oślep. Teraz kołysałem się o jakieś pięć metrów nad gruntem. — Gdzie jesteście? — krzyczał zatrwożony. że Leonid polecił uruchomić lokato-ry planetolotu. Widziałem przez swoje ciało kamyki i trawki na ziemi. Jakieś elastyczne pęta wiązały mi ręce i ciągnęły ku górze. — Trzeba jakoś zracjonalizować nasze poszukiwania — powiedział Romero zbliżając się do mnie. Znów byt całkowicie niewidoczny. obmacując przezroczyste powietrze liniami pola siłowego. przerywany glos dobiegał gdzieś z wysoka. że płucom zabrakło oddechu.

jeżeli dostaną się w jego ręce. Gdybyśmy dokładnie wiedzieli. kto z tobą walczył —powiedział wskazując na skrzynię stojącą obok planetolotu. wprawdzie dobrze uzbrojeni. gdyż w gruncie rzeczy nie było to żadną niespodzianką (wszak w swych rozważaniach dopuszczaliśmy niewidzialność Niszczycieli). Wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. a statki znajdowały się w odległości mniejszej niż sto tysięcy kilometrów. abyśmy zaprzestali poszukiwań. że dobrze się stało. co nam grozi. Pytanie. Znów podleciał do mnie Romero. ..— Oni go uniosą ze sobą! — mówiłem nie słuchając go. niemal na pewno nie odważylibyśmy się tak ryzykować. ale nawet śladu Zływrogów nie wykryły. Nie mogłem tłumaczyć się przed sobą nagłością napadu niewidzialnych. Wszystko na próżno. Nie pamiętam. Możliwe zresztą.. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas. Cztery skrzyżowane pola siłowe obmacywały każdą drobinę powietrza. gdzie czekał na mnie przygnębiony Leonid. ale nikt nie zdawał sobie sprawy z wielkości tego nieszczęścia. że wykrywają przedmiot wielkości guzika z odległości stu tysięcy kilometrów. jakie środki techniczne będą do tej walki potrzebne. że przed porwaniem Andre tylko mnie wołał na pomoc. Obecnie każdy rozumie. — Spójrz. jak tego później dowiedliśmy. że przyjąłem to bez protestu. Na statkach już wiedziano o nieszczęściu Andre. — Oni już porwali Andre. niech pan to zrozumie!. Byliśmy podobni do ślepego giganta rzucającego się wściekle na widzących wrogów. gdzie się ukryli? Szukamy ich nad polem walki. — Porwą i uniosą. Czułość tych urządzeń jest taka. jak długo trwała ta szamotanina nad planetą. że wszelkie typy lokatorów są bezsilne wobec ich urządzeń ekranujących. Wylądowałem koło planetolotu i powlokłem się do wejścia. Byłem wtedy już tak zmęczony i zobojętniały. Andre i jego porywacze byli więksi od guzika. którzy oczywiście będą mieli za swoje. Dygotałem z rozpaczy i wiedziałem jedynie to. Skuteczne środki walki z niewidzialnymi należało dopiero wynaleźć. Nieszczęście — porwanie Andre — już nas dotknęło. a oni mogli już dawno opuścić planetę. że nierozważnie uwikłaliśmy się w walkę. jakie stały się naszym udziałem. Trzeba wezwać gwiazdoloty.. jak ryzykowaliśmy i nie osiągnęlibyśmy takich sukcesów. Ja najmniej ze wszystkich pojmowałem daremność naszych ówczesnych poszukiwań.. jeżeli się dostaną!. Dają nam kwadrans na powrót. — Ze statku przekazano polecenie. Nakładały się na nie potężne pola lokacyjne gwiazdolotów i szerokie stożki siłowe planetolotów. a ja mu tej pomocy nie udzieliłem. Lokatory pokładowe przeszukiwały przestrzeń wokół planety. ale nie mając zupełnie pojęcia. Do mnie i Romera dołączyli Lusin i Allan.

Stawy szkieletu. Byłem tak pewny. Patrzyłem na niego tępym wzrokiem. Wycofujemy się do bazy. — Deszyfratory przechwyciły gra-wigram niewidzialnych. że nawet nie dopuszczałem dla nich innej formy zgonu. Na szczęście złamaliśmy ich kod i odczytaliśmy tę wiadomość. jakimi straszyli swoich pobratymców starożytni rzeźbiarze abstrakcjoniści. dwie ręce. Andre na planecie już nie ma. Nie miałem pojęcia. hodował przecież swoich ptasiogiowych bogów i cudaczne zwierzaki. Natura się postarała. Niezawodna konstrukcja.. To był szkielet istoty. Dla nas kości są rusztowaniem. Podniósł teraz złamaną przy wyjściu z niewidzialności i upadku na ziemię kość nogi. ile miliardów lat? Sto milionów nie wystarczy na pewno. co widzę. Lusin był bardziej obyty z takimi istotami. 12 Droga do gwiazdolotu zabrała nam kilka minut. — Wiecie.. wytrzymałego i giętkiego. Kiedy planetolot zniknął we wnętrzu „Pożeracza Przestrzeni". Niszczyciel numer sto trzydzieści zginął. Eli.W skrzyni leżały szczątki mojego wroga. — Ludzików ze stali zbrojeniowej i złomu. oba statki szybko oddaliły się od Sigmy. Możliwe są wszelkie niespodzianki. że uwidoczniony niewidzialny wróg już dawno rozproszył się na powierzchni planety. że jeśli nawet mam przed sobą Niszczyciela. Potem zrozumiałem. Natychmiast zabierzcie nas. zginały się łatwiej niż ludzkie. a nie istota. Sądząc z doniesienia... a teraz martwa narośl. Twarz Wiery zapuchła od płaczu. Lepsza od ludzkiej. gdyż widziała na ekranie naszą walkę z niewidzialnymi. . Mięśnie i nerwy też. nie zdając sobie sprawy z tego. — Gwiazdoloty znów nas popędzają! — powiedział Leonid. czemu zakazano nam dalszych poszukiwań. to niewiele był podobny do tych. Zapytałem. że wszystkie umierające Zły wrogi rozpadają się na strzępy. — Popatrz. — Zabieramy skrzynkę i odlatujemy. dwie nogi. skoro porzuciliśmy Andre na pastwę losu! — Przestrzeń pełna jest zakłóceń grawitacyjnych — odpowiedziała Wiera. Istota spoczywająca w skrzynce składała się z samych kości lub prętów: kolumna centralna. gdzie ludzie mają biodra. że kiedykolwiek żyli tacy rzeźbiarze i nigdy nie widziałem ich prac. kogo mi przypomina ten potworek? — wyszeptał zdumiony Romero. „Wzięliśmy jednego kamiennopalczastego. Tylko w gorączkowym śnie można zobaczyć takiego mieszkańca zaświatów. Pora już skończyć z planetą". Ciekawe. Tylko wewnątrz. Obróciłem się w milczeniu ku Romerowi. i zamiast głowy znana już nam połyskliwa. dwa pierścienie o grubości naszej szyi umieszczone tam. O nic nas nie pytała. Dla nich powłoką. tak mi się przynajmniej wydawało. Nie wątpiłem. z którymi walczyliśmy poprzednio. Musiało się wydarzyć coś okropnego.

że ich statek jest zdolny do podobnych działań. kiedy jej lot przekształcił się w grawitacyjny atak na planetę. jak to opisywali kosmonauci z „Mendeleje-wa". — Eli. Krążownik wroga skrył się za krawędzią Sigmy i przeorywał z kolei jej odwrotną stronę. Nie wiedzieliśmy przecież rzeczy najważniejszej: gdzie jest Andrć! Może gdzieś w pobliżu. Ciężkie chmury pyłu zasnuły unicestwianą planetę. że jego anihilatory czekają tylko na rozkaz. pamiętajcie. — Nie spodziewaliśmy się. co się na niej znajdowało — miasta.. lecz fala twardej masy planetarnej. — Nie. a w kuli lub w jej pobliżu jest Andre. — Uspokój się. Atak na nas nie wyjdzie bandycie na zdrowie. Wszystko. Milczeliśmy czekając na nowe wiadomości. że na tamtym statku jest Andre. Zapamiętaj to. Eli — powiedziała Wiera. Ja również nie chciałem nic mówić. kiedy nas zauważył. Na Sigmie podnosiła się ogromna fala przypływowa. kochany — powiedziała Olga. Zatrzymaj ich siłą! — Nie! — krzyknąłem. — Porwanie — odparłem. skał i gruntu. Wyskoczyła z niebytu i zwalniając stopniowo bieg pomknęła ku powierzchni Sigmy. Słowa nie mogły pomóc ani pocieszyć. Pojawiła się dokładnie tak. zanim Sigma znów będzie nadawać się do życia. z tym tylko. Nie wszystko jeszcze stracone i możemy go uratować! — Zresztą już za późno na pomoc dla Sigmy — dorzucił Leonid. niewidzialny i niedostępny? Zacisnąłem zęby z wściekłości i rozpaczy. Niewykluczone. Natychmiast zawrócił . jakby przeorane gigantycznym pługiem.Wszyscy członkowie załogi wolni od wachty byli w sali obserwacyjnej. równiny — nagle poderwało się do góry. — Nie trzeba tak rozpaczać. Allan donosi. żadna eksplozja atomowa nie spowodowałaby takich potwornych zniszczeń. która przekazała dowództwo Leonidowi na czas jego wachty. — Jeżeli trzeba będzie walczyć. Statek wrogów wynurzył się zza tarczy Sigmy i już kładł się w powrotny kurs. to potworne! Kula leciała teraz nad powierzchnią Sigmy. — Leonidzie! — krzyczała Wiera. Wiero! Na Sigmie nie ma już życia. lasy. która zdołała się opanować. Obok mnie usiadła Wiera.. I wtedy pojawiła się kula Niszczycieli. lecz został porwany. Nikt nie zauważył. — Jesteście gotowi do odparcia ataku? — spytała Wiera. Olgo. — Żądam interwencji!. że nie była to fala oceaniczna. — Co oni robią! — wykrzyknęła po chwili Wiera. — Gotowi.. Taka okropna śmierć. Potem przysiadła się do nas Olga.. — Andre nie zginął. — Musimy im przeszkodzić. — Wszyscy cierpimy. jak jeden oblot groźnej kuli wokół planety. Żaden wybuch wulkanu. Olga nic na to nie odparła. Wstrzymaliśmy oddech i nie odrywaliśmy od niej wzroku. Musi minąć wiele tysięcy lat. że z nami spróbują postąpić tak samo.

Nie było to na razie potrzebne.. iż w rzeczywistości nie zamierzaliśmy nawet ruszać z miejsca. aby wejść w stożek ciosu". zdążymy zawsze realnie uciec nie wdając się w walkę. że postanowiono odszukać tajemniczą eskadrę wrogów. MUK rozszyfrował kolejny meldunek: „Atak się nie powiódł. nie mogliśmy być pewni skuteczności obrony anihilacyjnej. że nasze statki dysponujące przewagą szybkości uciekały co sił przed pościgiem. o ile wyprzedza światło. gdzie się znajduje. Razem z nim zniknęła ostatnia nadzieja na wyzwolenie Andre. Statek Zływrogów mógł się przebić w takiej sytuacji przez tarczę nieustannie generowanej pustki. Substancja aktywna zamieniła się w przestrzeń. ani Leonid z ostrożności nie włączyli otaczających nas ciał kosmicznych do reakcji rozkładu masy. Ani Allan. że niczego nie osiągną. Mogło się pozornie wydawać. — Niech przechodzą — odezwał się Leonid. a po jej wykryciu działać zależnie od okoliczności. Nie podzielałem optymizmu Leonida. Razem z Lusinem cały ranek spędziliśmy na bada- . Jeżeli naturalnie jeszcze żył. Leonid i Allan uruchomili anihilatory masy. Oba gwiazdoloty szły w obszarze nadświetlnym kursem niewidzialnej kuli. i po zahamowaniu znów stali się widzialni. MUK rozszyfrował grawigram krążownika: „Widzę obcy statek. że nie zdołał się przez nią przebić. że zasnąłem w fotelu. z ciężkim sercem uświadomiłem sobie.i począł się do nas zbliżać. Po zniknięciu Andre cała jego praca przypadła na mnie. nawet nie wiedząc. Atakować z wielkiej odległości nie mogę. lecz również umknął spod naszej kontroli. Na razie nie widzę zbytniego niebezpieczeństwa. Jeżeli Niszczyciele sami nie opanowali techniki anihilacji substancji. tym energiczniej ich odrzucamy. jak się pojawił. Przemyślawszy wszystko. Nie mogę się do niego zbliżyć. Przechodzę w nadświetlną. — Im szybciej rwą się ku nam. Zaraz po tym krążownik zniknął równie nagle. nie zbliżał się do nas nawet o kilometr. A jeżeli się zbliży. Przyśnił mi się Andre i obudziłem się z krzykiem. Leonid mnie uspokoił: — Odrzucimy go. lecący z szybkością niemal świetlną. Nie wiedząc. Dowiedziałem się. 13 Byłem tak zmęczony. to nie mogli się domyślić. Wytwarzaliśmy taką ilość pustki kosmicznej. Wkrótce Niszczyciele pojęli. Krążownik po przejściu do obszaru nadświetlnego stał się nie tylko niewidoczny. który unoszony przez kosmicznych zbójców mknął do wnętrza Plejad. gdzie stacjonowała ich eskadra. bo wrogi krążownik. Zabieram bazę ekranowanych i wracam do eksadry".. — Przechodzą w nadświetlną! — krzyknęła Wiera. że nie ma prawie szans na uratowanie Andre.

sama zaś łączność odbywa się za pomocą jakiegoś innego. W południe ostatni mieszkaniec nieszczęsnej Sigmy zmart. rozmyślałem. aby ludzkość mogła współistnieć z tymi potworami. Przeżywał nasze wspólne nieszczęście otwarcie. jego depesze grawitacyjne zaczęły do nas dochodzić. że kiedy Niszczyciel rozmawiał ze swoim krążownikiem mknącym w obszarze nadświetlnym. Nagle. Umieściliśmy jego zwłoki w środowisku konserwującym. że mają jakiś sposób porozumiewania się w obszarze nadświetlnym. Jego przyjazne współczucie wracało mi siły. — Na oślep — mruknął Lusin ponurym tonem.. A oni? Ja również niemal bez przerwy o tym myślałem. — Bitwy jeszcze będą — pocieszyłem go. Już Andre był zaskoczony. Pracowałem z pasją. — Stoimy? — zapytał. co znalazło się w polu widzenia. Pola grawitacyjne jedynie towarzyszą ich dalekiej łączności. postaci. Zgodnie z prognozą skrzydła ci odrosną lepsze od starych.niu szczątków obu wrogów i rozszyfrowywaniu nagrań prądów mózgowych sześcioskrzydłych. — Czy nasi wczorajsi przeciwnicy podobni są do tych. ale sprawiał wrażenie gotowego do nowego boju. gdyż wyprzedzał swoje fale grawitacyjne rozchodzące się z prędkością światła. że to oni. Obraz składał się z chaotycznie pojawiających się i niknących strzępków akcji. zaciemniając wspaniały dzień. Znajdowało się w nim wszystko to. Wygląda na to. zunifikowani i jak maszyny nieubłagani. aby nabrać sił do walki. w sam środek Plejad. — Wątpię. Na stereoekranie płonęło białawe niebo Sigmy. skuteczniejszego sposobu. To było zrozumiałe. — Oni nie są ślepi. Poruszał się z trudem. — Tak — powiedziałem z westchnieniem. a grawitacyjny transporter wysysał z planety do wiszącej nad nią . jego grawigramy rozszyfrowywaliśmy. aby przywieźć je na Ziemię w nienaruszonym stanie. Wieczorem przedstawiliśmy załodze rozszyfrowane majaczenia zmarłego mieszkańca Sigmy. i wszystko stanowiło akt oskarżenia przeciwko agresorom. ale odpowiedzi statku nie mogliśmy pochwycić. — odparł i cały się najeżył. od razu. którzy zwalczali Galaktów przebywających niegdyś na waszej planecie? — zapytałem. Wówczas Lusin delikatnie pociągał mnie za rękaw lub gładził po ramieniu. nad planetą zawisła zielonkawa kula. Elektra stała w zenicie. W przerwie odwiedziliśmy Truba. — Od razu pojąłem. Dopiero kiedy krążownik wyhamował w przestrzeń podświetlną. miast i nieba planety. Musisz się teraz leczyć. nie kryjąc się z tym tak jak my. — Nie widzimy. — Gdzie jesteśmy? — Idziemy kursem na Maję. Po niewidzialnych grawitacyjnych schodach wdarli się na planetę flibustierzy kosmosu. rwały grawitacyjne haki. pętały je grawitacyjne łańcuchy. Od razu. Anioł popłakiwał i wycierał oczy szczątkami skrzydeł.. Na bezbronne istoty spadały grawitacyjne ciosy. ale czasami dosłownie sztywniałem gubiąc myśli i tracąc orientację.

kuli. Tysiące słabiutkich mieszkańców Sigmy wymachiwały rozpaczliwie skrzydłami i płakały. Jaki los czekał ich w ładowniach krążownika? Mieli zostać pokarmem dla nienasyconych gardzieli, czy rezerwą tkanek dla starzejących się mechanizmów oprawców? Nikt tego nie wiedział. Widzieliśmy natomiast, jak rozprawiano się z tymi, którzy próbowali się ukryć. Grawitacyjne ciosy spadały na zbiegów, nie oszczędzano nikogo, nikt się nie uratował. Patrzeliśmy w przygnębieniu na pociemniały stereoekran. Odczuwaliśmy strach i wstyd, że coś podobnego dokonuje się we Wszechświecie, w którym my, ludzie, żyjemy w szczęściu i dobrobycie. Prześwietlenie ciat ujętych przez nas wrogów potwierdziło ich dwoistą strukturę anatomiczną: żywe tkanki sąsiadowały ze sztucznymi, kable były przedłużeniem nerwów, a kondensatory i oporniki wrastały w kości. Płyn o szczególnych właściwościach mało przypominających krew płynął sztucznymi rurkami i kapilarami. Natomiast mózg u obu form Niszczycieli byt pochodzenia biologicznego i mieścił się u pierwszych w środku ciała, u drugich zaś w górnym pierścieniu. Najdziwniejszym narządem tych „żywych mechanizmów" było serce — miniaturowy grawitator wielkiej mocy. U niewidzialnych grawitator znajdował się w drugim pierścieniu, a u pojmanego „żółwia" w górnej części cielska. Ten aparacik potrafił indukować krótkotrwałe, miejscowe pole grawitacyjne równoważne przyciąganiu powierzchniowemu kilkuset planet typu Ziemi. Najwidoczniej któryś z ich organów wymagał dla podtrzymania działalności potężnych impulsów grawitacyjnych. Serce pracowało z oszałamiającą prędkością kilku tysięcy uderzeń na sekundę. Ale to jeszcze nie wszystko. Grawitacyjne serce Niszczyciela generowało w przestrzeni ukierunkowane fale, było więc urządzeniem bojowym. Jedynym sposobem unicestwienia wroga mógł być cios w serce. Co do oczu, to wykryliśmy w nich substancję radioaktywną wywołującą świecenie. Narośl na szyi jednocześnie oświetlała, wypatrywała i raziła zdobycz. Przy sprzyjających okolicznościach Zływróg mógł zabić ofiarę wiązką światła, a w każdym razie łatwo oślepić. — Wyjaśniliśmy również mechanizm samobójstwa — powiedziałem, kończąc raport z badania ciał przeciwników. — Kiedy oko uderza w ciało, serce ulega chwilowemu paraliżowi. Siły grawitacyjne już nie przeciwdziałają panującemu wewnątrz ciała wysokiemu ciśnieniu. Następuje eksplozja. W komorze ciśnieniowej utrzymujemy ciśnienie ośmiu tysięcy atmosfer, aby siły wewnętrzne nie rozpryskały martwego ciała wroga. Wynika z tego zresztą, że Niszczycieli łatwiej razić strumieniami promieniowania przenikliwego i korpuskularnego niż polami siłowymi. Potężne źródło promieniowania gamma lub protonów będzie dla nich zabójcze. Zapoznajcie się teraz z zapisami działalności ich mózgów. Zapobiegliwość Andre, który przed walką uruchomił deszyfrator na wszystkich zakresach, okazała się uza-

sadniona. Zobaczyliśmy teraz nas samych, bladych, przypartych do ściany, lecz odważnie walczących. Znów biegłem z wściekle wykrzywioną twarzą na centrum wrogiej formacji. Z nieba spadał Leonid i Allan, Romero zadawał ciosy. Przerażeni i umierający Niszczyciele uważali nas raczej za potwory. Ta część zapisu nie przyniosła żadnych rewelacji, była po prostu powtórzeniem tego, co sami wiedzieliśmy. Natomiast myśli Niszczyciela ujętego żywcem i zmarłego w kleszczach naszych pól daty coś nowego. Niegdyś wierzono, że przed oczami umierającego przesuwa się całe jego życie. Badanie czynności mózgu umierających wykazało, że ich myśli są rozmyte i pozbawione logiki. Jednak ten konający Niszczyciel przed śmiercią wspominał, jeśli nie całe swe życie, to przynajmniej znaczną jego część. Ukazała się nam na ekranie dzika planeta, sprawiająca wrażenie ulepionej z ołowiu i złota: metalowe góry ustępowały miejsca metalicznym polom, w metalowych sadach rosły metaliczne kryształy traw i krzewów. Pod koronami metalowych drzew kryły się metalowe budowle. I wszędzie były Zływrogi, tłumy i chmary ślepiących oczogtowami, rojących się, pełzających, obrzydliwie identycznych... Nad ich przerażającym światem wznosiła się ogromna, ze trzydzieści razy większa od Słońca, mętnawa gwiazda. Jeszcze jedna rzecz zaskakiwała: jak daleko sięgał wzrok, ciągnęły się metalowe góry, pola i budowle, chciałoby się rzec do horyzontu, ale horyzontu nie było — planeta była znacznie większa od Ziemi. Po zakończeniu demonstracji Wiera zapytała mnie: — Zwróciłeś uwagę, że drugi Niszczyciel nie pozostawił śladów ani w mózgu pobratymców, ani w mózgu mieszkańców Sigmy? — To naturalne, gdyż w normalnych warunkach jest niewidzialny. Dopiero po ciężkiej walce udało się nam wyrwać go z niewidzialności. — A jaki jest mechanizm tej niewidzialności? — Nie wiem, Wiero. Nie zdołaliśmy tego rozszyfrować. — Wydaje mi się, że właśnie niewidzialni są ich żołnierzami — powiedziała Wiera. — W Hiadach, gdzie toczyli walki z Galaktami, nie zachowały się dane o ich wyglądzie i to świadczy na korzyść tej tezy. Te żótwiokształ-tne natomiast są raczej robotnikami i nadzorcami niewolników. Żaden nie uszedł z życiem. Niewidzialni walczyli inaczej: jedno ich życie kosztowało jedno nasze. — Andre nie zginął, lecz zniknął — powiedziałem sucho. — To są różne rzeczy, Wiero. Nie należy go grzebać przed czasem. — Niektóre z zagadkowych postępków i właściwości Niszczycieli dają się wytłumaczyć — wtrąciła Olga. — Na przykład ich niewidzialność. Odnoszę bowiem wraże nie, iż nasi przeciwnicy głębiej od nas wniknęli w naturę grawitacji. Olga zrobiła nam cały wykład. Zaczęła od poglądów najdawniejszych uczonych — Newtona, Einsteina i Ngoro. Ich

wzory opisywały jedynie stacjonarne pola grawitacyjne, to znaczy ustalone raz na zawsze ciążenie. Tymczasem realne procesy przyrodnicze są z reguły chwiejne. Niszczyciele wspaniale operują polami zmiennymi, których nie sposób ująć we wzory Newtona, Einsteina ani nawet uogólnione szeregi Ngoro. Umiejętność posługiwania się szybkozmiennymi polami ciężkości daje przeciwnikom wielką przewagę nad nami. Gdyby cios grawitacyjny zadany Sigmie przybrał charakter zrównoważonego pola jednakowo przyciągającego krążownik do planety i planetę do krążownika, to w rezultacie statek runąłby na powierzchnię Sigmy, która ma nieporównywalnie większą masę. Tymczasem krążownik przekształcił powierzchnię planety w otchłań gruzów i spokojnie oddalił się nawet nie czując jej przyciągania. W boju spotkaniowym Zływrogi zawsze nas pokonają, a więc nie należy dopuszczać do walki na bliskie dystanse. Taki jest pierwszy wniosek. Wniosek drugi stanowi uzupełnienie pierwszego. Oni także potrafią zamieniać przestrzeń w masę, lecz nie posługują się reakcją odwrotną — zamianą masy w przestrzeń. Najwidoczniej jeszcze jej nie odkryli. Jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, gdyż rozszerzanie przestrzeni prowadzi do osłabienia pól ciężkości, które Niszczyciele starają się wzmocnić. — Wytwarzanie przestrzeni jest niezawodną bronią przeciwko nim — zakonkludowała Olga. — Niestety nie mamy zbyt wielkich zapasów substancji anihilującej i nie wytrzymamy wielokrotnych starć kosmicznych. Teraz o naturze ich niewidzialności. Również i tu, moim zdaniem, rozwiązanie zagadki kryje się w umiejętności wytwarzania przez nich nie znanych nam rodzajów pól o wielkiej intensywności. Nazwijmy je umownie mikrograwitacyjnymi. Widziałam zwłoki niewidzialnego. Budowa ciała jest wspaniale przystosowana do pełnienia funkcji niewidzialnego żołnierza. Serce-grawitator wytwarza wokół ciała stożek zakrzywionej przestrzeni. Promień światła padającego na ten stożek nie przenika go i nie odbija się, lecz ugina się i wychodzi po drugiej stronie dokładnie na przedłużeniu swej pierwotnej drogi. Wszystko, co znajduje się wewnątrz stożka — i on, i jego tup — jest oczywiście niewidzialne i niedostępne dla zwykłych lokatorów. Zapytałem: — Nie wydaje ci się, Olgo, że ich łączność jest doskonalsza od naszej? Moim zdaniem wykryli oni jakiś momentalnie rozchodzący się czynnik i modulując go doskonale porozumiewają się między sobą w obszarze nadświe-tlnym. — Tak, to jest możliwe — przyznała Olga. — Stąd wynika jeszcze jeden wniosek: w obszarze nadświetlnym należy unikać spotkania. Wątpliwe, aby ich flotylla poruszała się na oślep, jak to, niestety, my musimy robić. Jest jednak pewna sprzyjająca nam okoliczność. Fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, wobec czego Niszczyciele mogą nas atakować jedynie w przestrzeni optycznej, gdyż w przeciwnym wypadku wyprzedziliby swe własne ciosy. Innymi słowy, przed atakiem musimy ich zobaczyć.

a potem w gwiazdolocie zapanowała pełna napięcia cisza. — Jestem przekonany. Paweł gniewnie ściskał rękojeść swojej laseczki. że glos mi zadrży. — Widzi pan teraz. Wraz ze mną biegli na swoje stanowiska alarmowe inni członkowie załogi. jaką stosowano w lochach starożytnych władców Ziemi. a nawet dla tak przez pana ukochanych półrozumnych gwiezdnych zwierzaków. Myślałem o losie oczekującym Andre. a wam jeszcze tego mało? — Andre został porwany — powiedziałem. Moje stanowisko bojowe znajdowało się przy pulpicie wielkich deszyfratorów MUK. Pawle? — Całkowicie. gdzie się naradzaliśmy. z jakim potężnym przeciwnikiem świadomie nas skłócacie? Andre już zginął. — Moje ucho nie słyszy wołań. Ciągle pan powtarza. zabrzmiał władczy glos Leonida: — Wszyscy na miejsca! Statki wroga w przestrzeni optycznej! Alarm bojowy! 14 Alarm! Alarm! Alarm! — huczał statek. iż Andre żyje. Jeżeli Niszczyciele znają chociażby taką technikę przesłuchań. Mity i genialny. Hałas trwał jeszcze parę chwil. — Czy pan zdaje sobie sprawę z tego.. Romero powiedział: — A propos naszego nieszczęśliwego przyjaciela Andre. że nie możemy stać z boku? Ich zbrodnie wołają o pomstę. Dlaczego on. sądziłem bowiem. z jaką ulgą i radością bym to uczynił! Po statku przetoczył się ryk syreny. że chętnie oddałbym własne życie. „Eli! Eli!" — krzyczał znikając. jeśli został przy życiu. czemu nie ja! Gdyby mi pozwolono zamienić z nim losy. do sali obserwacyjnej. Serce zabiło mi mocno. . gdyż rozlegają się zbyt daleko od Układu Słonecznego. to byłoby lepiej dla nas i dla całej ludzkości. fizyczne i moralne.. Pan mnie rozumie? Na to również nie odpowiedziałem. gdyż stamtąd miałem najlepszą łączność z deszyfratorami. Ale jeśli mam być szczery. co pan mówi. Nie wie natomiast. Sądzę. nie wiadomo dlaczego i po co.. że wizerunki na stereoekranie wywarły na nim jakieś wrażenie. Byliśmy gotowi do walki. rozpieszczony i miękki Andre najmniej z nas wszystkich zdolny był znieść gwałt i cierpienie. czym są tortury. aby go uratować. gdyby Andre zginął w walce z niewidzialnym. Andre zbyt wiele wie na temat osiągnięć ludzkości. Romero spojrzał na mnie wyniośle. że nie zginął. bałem się.. iż nikt nie wątpi. Wypadłem z klubu. Któż zresztą woła? Kogo bierzecie w obronę? Do pająków i węży dodajecie świerszcze i dla nich gotowiście ryzykować istnieniem ludzkości! Czyżbyście nie pojmowali.Zwróciłem się do Romera. lecz został porwany.

co Olga mówi na temat niebezpieczeństwa bliskich ciosów grawitacyjnych. Ale ujawnili się o jakieś dziesięć milionów kilometrów od nas. Tym razem Niszczyciele się przeliczyli. że lecąc w przestrzeni dla nas niewidzialnej sami nas doskonale widzieli. poważnych i wesołych stało się nagle jednym organizmem. . jak mówili nasi przodkowie walczący jedynie w przestrzeni dwuwymiarowej. mogło wytłumaczyć ten nierozważny krok. czym jest wojna. zrównoważonych i porywczych. Wyhamowawszy z obszaru nadświetlnego w zwykłą przestrzeń wrogie statki wyskoczyły z pseudoniebytu w świat normalnych ciał i wielkości. piętnastego już z kolei pokolenia nie znającego wojny. Ludzie mego pokolenia. Znów zagrały anihilatory Taniewa przekształcone w bateńe zaporowe. Naliczyłem szesnaście kuł mknących ku nam ze wszystkich kierunków. lecz natychmiast po utworzeniu szyku zaatakowali. badać naszych zamiarów. że pozbyliśmy się nawet instynktu walki. Na statku panowała cisza pełna pasji i napięcia. nie byliśmy zniewieściali. Zwyczajem wszystkich piratów nie próbowali nawet pertraktować z nami. byłoby nam znacznie trudniej. MUK nieustannie sumował nasze myśli oraz odczucia i niezwłocznie meldował je dowódcy statku: były niemal identyczne. Bez względu na to. główne zagrożenie kryło się w niespodziewanym pojawianiu się wrogów. duch nasz nie osłabł. podobnie jak my lecąc w obszarze nadświetlnym widzimy ciała kosmiczne. Urodziliśmy się w pokoju i w wiecznym pokoju powinniśmy umrzeć. do których się zbliżamy. starych i młodych. Siła nie stanowiła już na Ziemi argumentu i byliśmy szczerze przekonani. Ze swymi osiemnastoma krążownikami przeciwko dwóm naszym statkom Niszczyciele mogli liczyć na łatwe zwycięstwo. Gdyby skrycie podlecieli bliżej. abyśmy nie uciekli. Całkowicie o nim przekonani troszczyli się głównie o to. Po prostu od dawna zapomnieliśmy. w milczeniu oczekując na atak. Wróg w swym szaleństwie napadł na nas i musi być surowo ukarany — myślał każdy z nas. ożywianym nieugiętą wolą i wspólnym rozumem. Około setki kobiet i mężczyzn. Jedynie przekonanie o własnej potędze. która do tej pory nie napotykała godnego siebie przeciwnika. Skupieni trwaliśmy na swych stanowiskach bojowych. lecz nie stała już za nim rzecz najważniejsza — działanie. jak temat do uczonej rozprawy o przeszłości. które pozostały w tyle za głównym szykiem. Istniało jeszcze w języku jako słownikowe kuriozum. Byliśmy gotowi do walki! Wtedy zobaczyliśmy krążowniki przeciwnika. Zamknęli nas w sferę — pierścień. Błąd tym dziwniejszy.Do walki! Przez niemal pięćset lat ludzkość nie używała tego słowa w jego pierwotnym znaczeniu. O nie. Później dołączyły do nich jeszcze dwa statki. tak nam się przynajmniej wydawało. Ale okrutne okoliczności narzuciły nam walkę i w każdym z nas natychmiast obudził się wojownik. utracili wojowniczość.

Ale zbyt wcześnie triumfowałem. Nie mogłem wyzbyć się poczucia bezsilności. Deszyfratory milczały. — Tym razem też nic nie wskórają. lecz doświadczenie jest kijem o dwóch końcach. że Leonid otrzymuje bezpośrednio wszystkie dane z maszyn. Kiedy mnożnik wykrył pojawienie się kuł na granicy widzialności. odlatując coraz dalej. kiedy utraciłem z oczu okręty wroga. Teraz nawet najgłupsi z nich powinni się zorientować. błędu już nie będzie można naprawić. aby nie zużywać bez potrzeby zapasów substancji aktywnej. mogłyby mi się one wydać nawet w jakimś stopniu zabawne.Gdybym potrafił oglądać te sceny wzrokiem postronnego. lecz po prostu nie pozwalamy zbliżyć się do siebie: gdybyśmy uciekali przed jednymi. jeżeli Leonid i Allan pomylą się i szybkość zbliżania się przekroczy intensywność „puchnięcia" przestrzeni? Jeżeli wrogie okręty pożerające pustkę wezmą górę nad naszymi statkami. Jeden z krążowników był. że nie uciekamy. kule jedna za drugą nurkowały w niewidzialność. Co się stanie. kamień spadł mi z serca. Po odparciu pierwszego ataku krążowników i odrzuceniu ich tak daleko. Leonid i Allan zatrzymali anihilatory bojowe. Ich dowódca zamierzał teraz przebić się przez zwały pustki na szybkościach ponadświetlnych. musielibyśmy zbliżać się do innych. Wokół nas rozpościerały się miliardy kilometrów przestrzeni i w tej rozjarzonej gwiazdami pustce mknęło ku nam osiemnaście niewidzialnych. Znów usiłowałem rozwiązać dręczącą mnie zagadkę. a deszyfrator wreszcie wychwycił grawigra-my rozmów między statkami przeciwnika. — Raz już próbowali się przebić na nadświetlnej i nic im nie wyszło — odparł Leonid. Wiedziałem. beznamiętnego obserwatora. Zbliżywszy się na wystarczający ich zdaniem dystans. Zasypywano go pytaniami. Generowana przez dwa gwiazdoloty przestrzeń utworzyła w kosmosie jamę. spowodowała nieciągłość w jego metryce i kule szamotały się na granicy nieoczekiwanie rozwartej przepaści. Błyskawicznie rosnące kule nagle odskoczyły. okrętem flagowym. ale na wszelki wypadek powtórzyłem mu tę informację. We wściekłym wirze rozrywanej przestrzeni zaplątywały się i rwały najpotężniejsze fale grawitacyjne. Jeśli zwróci się przeciwko nam. że nawet nastawiony na maksymalne powiększenie mnożnik z trudnością je identyfikował. niż . Niszczycieli oszołomiła nasza umiejętność generowania przestrzeni i na razie nie potrafili znaleźć sposobów walki z tym zjawiskiem. rozrzucającymi pustkę dokoła siebie? Odpowiedź może dać jedynie doświadczenie. śmiercionośnych kuł. Niszczyciele okazali się inteligentniejsi. Krążowniki nadal pędziły ku nam ze wszystkich kierunków gwiezdnej sfery i na wszystkich osiach gwiezdnych odległość między nami rosła. jak się okazało. Po pewnym czasie kule znów ukazały się w strefie widzialności. a on wydawał rozkazy.

że na jednym z nich może znajdować się nasz porwany towarzysz. Nie wiedzieli jednak. którego centrum stanowiły nasze dwa statki. dopóki nie wyczerpie się ich możliwość wytwarzania przestrzeni". .przypuszczałem. że generacja przestrzeni odbywa się kosztem zapasów uprzednio zgromadzonej materii. Znaleźli jedyny skuteczny sposób walki: narzucili nam wielokrotne starcia. że jesteśmy gotowi przyjąć walkę. Pierwsza: przebić się z okrężenia i pozostawiając Plejady wrogowi uciekać w kierunku Słońca. że wyrwiemy się bez unicestwiającego starcia. jaką należy podjąć decyzję. aby znaleźć się jednocześnie w naszym pobliżu. Aparaty rozszyfrowały rozkaz statku flagowego: „Atakować na zwykłych szybkościach. I znów. już po raz ostatni. oni zaś nurkowali w niewidzial-ność i przebijali się na szybkościach nadświetlnych. któremu przydarzyło się nieszczęście. Każdy z nas myślał w owej groźnej chwili o Andre. że w końcu „wezmą nas na muszkę". Jestem pewien. zgłaszali swoje propozycje za pośrednictwem MUK. że nie ma przeciwnych ani wstrzymujących się. że uda się zanihilować kilka krążowników wroga. Ale nie chcieliśmy również uchylać się od odpowiedzialności za śmierć naszego przyjaciela. Później MUK zakomunikował. Wszystko teraz zależało od tego. Teraz hamowali tak blisko. ale nikt nie spieszył się z jej wypowiedzeniem. Ich ataki stawały się coraz niebezpieczniej sze. aby. I tak powtarzało się kilkakrotnie: odrzucaliśmy ich wytwarzając przestrzeń. Doskonale zrozumieli. w tym również ich okręty. — Mamy dwie możliwości wyjścia z walki. Leonid poprosił wszystkich członków załogi obu gwiazdolotów. zaczęły więc wyhamowywać i ustawiać się w szyku sferycznym. co odkryliśmy w dalekich rejonach Galaktyki. że potrafimy wtaczać do reakcji niszczenia masy także ciała znajdujące się na zewnątrz statku. Trzeba przyjąć bój. Mieliśmy do spełnienia ważny obowiązek: musieliśmy wrócić na Ziemię i opowiedzieć o tym. Wiem. że jedynie użycie pełnej mocy wszystkich anihilatorów ratowało nas przed grawitacyjną salwą. Od salwy wszystkich dział grawitacyjnych Niszczycieli dzieliły nas minuty. Nie mogę gwarantować. Możliwe też. że należy atakować. Złowieszczy blask eskadry napastników gasił światło otaczających nas gwiazd. Nie spieszyliśmy się z podjęciem decyzji. jak wkrótce tego dowiódł przebieg wydarzeń. iż wróg będzie nas ścigał i narzuci decydującą walkę. który nam narzucono. po prostu nie mogliśmy się od niej uchylać! Wiedzieliśmy. Po chwili okręty Zływrogów wyrównały swoje wzajemne szybkości tak. Wrogowie nie wątpili. a zapasy muszą się w końcu wyczerpać. Druga: przejść z obrony do natarcia. kto pierwszy zdoła zadać cios. Krążowniki przeciwnika zorientowały się. na wszystkich osiach gwiezdnej sfery pojawiło się osiemnaście rozpędzonych kuł. jakich długo wytrzymać nie mogliśmy. ale mimo to sądzę.

— Proszę mi wierzyć. bo nie wierzył. a nie anihilacji! Romero długo patrzył na mnie bez słowa. rozpraszały się i nikły — wszechświatowa pustka wzbogaciła się o cztery nowe otchłanie. Ogarnęła ich panika. że my sami zaczęliśmy się gwałtownie zbliżać. które natychmiast zgasły tworząc mgliste obłoki. Na tych planetach. że odległość między nimi a nami maleje we wszystkich kierunkach. — Chociaż. że do ostatniej chwili Niszczyciele obawiali się zwykłego zderzenia z nami. Dla niego istniała tylko jedna możliwość: Andre dawno zginął. 15 Plejady zostały za nami. znalazło się w zasięgu naszego działania. ani Leonid nie czekali na przedśmiertną salwę ginących piratów. gwałtownie oderwały się od swoich. Na gwiaździstym niebie oślepiająco zapłonęły cztery purpurowe słońca. Musiałem mu rzucić moją radość w twarz jak gryzący wyrzut. Ani Allan. bo zderzycie się z nimi!" Roześmiałem się triumfalnie: wrogowie nawet w ostatniej chwili swego życia nie domyślali się. Teraz Zływrogi poznały całą moc ludzkiej potęgi. Rozszyfrowaliśmy ich rozpaczliwe depesze: „Pomóżcie.. było wspaniałe. co zobaczyliśmy i co niewątpliwie ujrzeli pozostali przy życiu wrogowie. z czego tu się cieszyć?. nie molekułami. lecz kule przeszły w obszar nadświetlny. nie gazem. Dzień za dniem i tydzień za tygodniem oblatywaliśmy kolejne układy gwiezdne. jaki los ich czeka. milionami kilometrów pustego „nic"! Pozostałe okręty wroga rzuciły się do ucieczki. że Andre mógł pozostać przy życiu i nie wydać naszych sekretów. Złowieszcze krążowniki stały się kilometrami. Zdołaliśmy jednak przedtem odebrać rozkaz nadany z pokładu flagowca Niszczycieli: „Natychmiast opuścić gromadę gwiezdną! Wszystkie okręty opuszczają gromadę gwiezdną!" Pobiegłem do Romera. Nienawidziłem go. gdzie istniały warunki do powstania życia i gdzie jeszcze niedawno życie kwitło. nie osiągnąwszy jeszcze sfery własnego skutecznego ognia. Cztery z osiemnastu krążowników wroga. Allan i Leonid równocześnie uruchomili anihilatory trakcyjne unicestwiające przestrzeń. nie atomami nawet. Pawle! Z rozkazu admirała wynika jasno. To. spostrzegli bowiem. teraz życia nie było. że cieszę się wraz z panem — powiedział zmęczonym głosem. Zauważyłem nagle. — Andre niczego nie powiedział. Wrogowi mogło się wydawać. . Leonid próbował je gonić. Pyłowe chmury wirowały. zagarnięte stożkami znikającej przestrzeni. To była bardzo smutna podróż. straciliśmy sterowność!" i paniczne rozkazy flagowca: „Dajcie całą wstecz i bijcie z dział grawitacyjnych. że zgarbił się i postarzał. lecz milionami kilometrów bezcielesnej przestrzeni.Kiedy osiemnaście statków wroga. Ale Niszczyciele nie dali się oszukać.. prawdę mówiąc.

tworzące wojowniczy naród o wysokiej kulturze technicznej — mówiła. Kolejnym obiektem zwiadu powinno być chyba skupisko gwiezdne w Perseuszu. To jeszcze należy wyjaśnić. jasnej gwiazdy.. nikt na Ziemi nie będzie mógł żyć w spokoju. Spróbowaliśmy wylądować na jednej ze zniszczonych planet..Zjawiliśmy się w Plejadach zbyt późno. ale nie widzieliśmy ich żywych. W niedalekiej przeszłości z pewnością niczego tam nie brakowało. że istnieją w tym samym świecie co my. zjawiało się zło. wody i zieleni. W smutnej teraźniejszości był kurz. Po co dokonują swych niszczycielskich napadów? Gdzie mieszkają podobne do nas istoty? Widzieliśmy je w sennych majakach Aniołów. Nad planetą kłębiły się czarne chmury delikatnej zawiesiny.. Dopóki nie dowiemy się. aby zatrzymać agresorów. Wyprawa do tego roju potrwa co najmniej kilka lat. Jednocześnie pora już wracać na Ziemię. Zdziwiłem się. Musieliśmy wrócić. Teraz ze wzrastającą wściekłością przekonywałem się o precyzji przekładu. domyślaliśmy się ruin miast pod górami popiołu. nic poza pyłem. na obrazach Altairczyków i w rzeźbach mieszkańców Sigmy. minerałów i strawy. było pod dostatkiem światła i ciepła. Było to w układzie Aicjony. wspaniałej. Ale nie wszystko jeszcze jest jasne. Pewnego wieczoru w klubie pokładowym Wiera zapytała nas. Wpatrywaliśmy się w powierzchnię globu. Trzeba zapoznać całą ludzkość z zebranymi informacjami. gdzie oni mają swoją bazę. drugi zaś będzie kontynuował poszukiwanie gwiezdnych siedlisk wykrytych nieprzyjaciół i nieznanych sprzymierzeńców. kiedy WKA tłumacząc nazwę dziwnych istot używał infantylnego słowa „Zływrogi". budziła odrazę. powietrza. Po wylądowaniu omal nie utonęliśmy w pyle podobnym do sproszkowanego grafitu. od którego dzieli nas cztery tysiące lat świetlnych. że staliśmy się świadkami ostatniej fazy kosmicznej wojny między Niszczycielami i pokojowo usposobionymi Niebianami. gdzie ukryła się flotylla wroga. że w Galaktyce buszują dziwne pół istoty. Wiemy teraz. Tam. Nie wiemy. Wiera zaproponowała podzielić flotyllę. co robić dalej. Nawet myśl o tym. Nie chodziło już o to. Dotarliśmy do przestrzeni galaktycznych i przekonaliśmy się. Trzeba ich po prostu zniszczyć. że są opanowane przez piratów. który ciekł niczym woda. gdzie pojawiali się oni. W ciągu kilku miesięcy oddaliliśmy się od Słońca o pięćset lat świe tlnych i wtargnęliśmy w Plejady. . lądy wymieszane z oceanami w jedną grząską masę.. ale jest niezbędna. w której zginęli wszyscy przeciwnicy Zływrogów. pół mechanizmy. aby jej decyzje były obiektywne. Może ten naród naszych potencjalnych przyjaciół już nie istnieje? Nie jest wykluczone. Jeden gwiazdolot weźmie kurs na Ziemię. znaleźć i unicestwić! Dzień za dniem i tydzień za tygodniem w lornetach mnożników i na stereoekranach ukazywały się te same widoki: gęste chmury popiołu i pyłu kłębiące się nad planetami.

jeżeli zawrócę? Łączy mnie z Fiola jedynie czcze pragnienie jedności. dlaczego: trzeba pokonać izolacjonistów. Romero i Lusin postanowili wrócić na Ziemię. ale i bez Plutona mogłem żyć. — Trzy lata temu. Może też uda mi się rozwikłać niektóre zagadki Zływrogów. Zabierali ze sobą Truba. wabił mnie raczej Pluton. Myślałem o Ziemi i Orze. niż nam przypadło w udziale.— Wracam na Ziemię — zakończyła Wiera. o gwiazdach rozsianych wokół nich. — Wiero. byli również wzruszeni. Natomiast tam. jest przedwczesna. Weźmiemy część zapasów substancji aktywnej ze „Sternika". Przed nią nie musiałem ukrywać smutku. Mogę cię o tym zapewnić. Później nadszedł dzień rozstania. błękitnawobiatej Wędzę. jakby chodziło o podróż z Ziemi na Syriusza lub Alfę Centauri. — Niewiele się przez ten czas zmieniliśmy. Gdzieś tam jest mój przyjaciel. — Jestem gotowa lecieć dalej — oświadczyła Olga. Inni nie spieszyli z odpowiedzią. — „Pożeracz Przestrzeni" jest lepiej przystosowany do dalekich podróży niż „Sternik". pięknej. Ale cóż się zmieni. — Ludzie pomogą wszystkiemu co dobre. wszystkimi argumentami rozumu. — A wam życzymy dobrego spotkania z Ziemią — odparłem. gdzie nigdy nie byłem i chyba nie będę. Nic mnie szczególnie nie ciągnęło na Ziemię. Odważni kosmonauci. — Zapamiętaj moje ostatnie życzenie: Romera trzeba pokonać. na wiecznie młodej kolebce ludzkości! — Masz tu podarunek na drogę — powiedział Allan i dał mi największy swój skarb. co choć trochę wiązało mnie z przeszłością. czy ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę. którzy zgłoszą się na ochotnika. Powiedziała to tak spokojnie. rozumne i wymagające pomocy. będą niegodni siebie. Ostatni żegnali się ze mną Groman i Kamagin. Jeżeli ludzie nie przyjdą z pomocą Niebianom. Patrzyła na mnie przez łzy. książki i czasopisma z dwudziestego wieku. Wiera objęła mnie i ucałowała. Wprawdzie na dalekiej Wędzę. Pożegnanie było smutne. bo gdzie szukać ich rozwiązania. pięćset dwadzieścia lat planetarnych. rwę się całą pasją swojej duszy. jeśli nie wśród przeciwników? — Lecę do Perseusza — powiedziałem. — Wiecie. . nasi przodkowie. Z całego serca życzę wam w dalekiej podróży większego szczęścia. — I dobrego nowego życia na naszej zielonej staruszce. do dalekiego Perseusza. Załogę skompletujemy z tych. choć Ziemia i ludzie zmienili się nie do poznania. jak to uczucie określił Lusin. Nasza miłość nie ma sensu. w tak dalekiej podróży wszystko może się zdarzyć — powiedziałem. Nie wiedziałem. który wzywał mnie na pomoc w chwili niebezpieczeństwa. pozostało to. rozstaliśmy się z Ziemią — powiedział Kamagin.

pobłażliwie akceptowaliśmy genialne wizje i czuliśmy się pewni i . Ciągle od nowa badałem promieniowanie mózgu Zływrogów nagrane przez Andre i grawigramy atakujących nas krążowników. Dawniej Andre wszystko robił sam. Teraz miałem własny fotel w sterówce obok dyżurnego dowódcy. my zaś tylko mu pomagaliśmy. Zwykle dyżurowałem wraz z Olgą. ja zaś. ale nie wiem. Deszfratory łowiły każdą falę i impuls. że nam się to uda. jak bezdennie pusty jest Wszechświat. gdyż ciała niebieskie zbliżały się i oddalały. Poczułem się tak. Zawarte w nich informacje trafiały do komputera. a impulsy odebrane przez deszyfratory przekazywałem do analizy komputerowi pokładowemu. Milczeliśmy wówczas godzinami. strumienie cząstek. Tchnienie ogromnej pustki dosięgło nas w locie do Plejad: mijał dzień za dniem. — Dotychczas Allan nas hamował — dowodził Leonid — bo jego statek jest znacznie wolniejszy. ale Leonid i Osima byli pewni. Popatrzyłem na nią ze zdumieniem. Wszyscy wiedzą. na jaki wygląda z Ziemi. Podobnych szybkości nikt przed nami nie osiągał. Po wejściu w obszar nadświetlny Leonid dał upust swoim zamiłowaniem do pędu. Co innego jednak wiedzieć. — Mogę lecieć chociażby na tamten świat. a na zewnątrz statku wszystko pozostawało bez zmiany. a co innego czuć. — No i zostaliśmy sami — powiedziałem.Siedzieliśmy wraz z Olgą w sali obserwacyjnej. W czasie przelotu z Ziemi na Orę nie poczułem pustki. wpatrując się w gwiaździste niebo i rozmawiając w myślach z podległymi nam maszynami. Uruchamiałem mechanizmy. Już po tygodniu wspaniała gromada gwiezdna przekształciła się w taki sam kłębuszek waty. Uważałem tę pracę za swe naczelne zadanie. Żartowaliśmy z jego tworzonych na kolanie teorii. Codziennie zjawiałem się w laboratorium grawitacyjnym. jakbym zrobił coś złego i w zmieszaniu znów obróciłem się ku gwiazdom. obserwując nieustanną pracę badawczą. że przestrzenie galaktyczne są puste. zmieniał się też kształt gwiazdozbiorów. chociaż Allan włączył wszystkie reflektory statku. który wydawał rozkazy automatom. pola elektryczne i grawitacyjne. tydzień za tygodniem. dawałem mechanizmom dodatkowe zadania. pędziliśmy tysiąckrotnie szybciej od światła. Olga uśmiechała się do mnie. 16 Zgodnie z programem opracowanym przez MUK mieliśmy do rojów gwiezdnych w Perseuszu lecieć ponad rok z szybkością równą pięciu tysiącom prędkości świetlnych. — Jak długo potrwa ta samotność? — Nie boję się samotności — odparła Olga. gdzie tamten świat się znajduje. Kontury „Sternika" szybko nikły na tle gwiazd i wkrótce nie można było go dostrzec gołym okiem. Dopiero jednak po wyjściu z Plejad zrozumiałem.

długo słuchała nie przerywając mi. po cóż więc mieliśmy się trapić? Teraz Andre nie było. Jego impulsy grawitacyjne biegły z normalną szybkością światła. Można było według czasu dzielącego pytania i odpowiedzi obliczyć odległość dzielącą Sigmę od krążownika śpieszącego na pomoc. nieustannie rodzący błyskotliwe idee. Poprosiłem Olgę do siebie. Nie miałem nawet odrobiny owej natchnionej lekkości Andre. Krótko mówiąc operujemy stanami krańcowymi — niszczeniem i tworzeniem. Rozwiązanie było tak proste. „Jak to było możliwe? — pytałem w duchu. z tą samą prędkością przychodziły odpowiedzi. Zniknął genialny generator nowych pomysłów. Później skinęła głową i zaczęła rozwijać moją hipotezę: — Nauczyliśmy się przekształcać masę w przestrzeń i znów otrzymywać z niej masę. lecz nieustannie. a potem powiedziała: — Uważasz więc. Andre chciwie rzucał się na każdą zagadkę i nie spoczywał. Znalazłem się na właściwej drodze. jest sama przestrzeń? — Tak. a właściwie drgania gęstości przestrzeni. że hipoteza jest niesprzeczna i może być przyjęta za punkt wyjściowy do dalszych rozważań. co można zrobić. uparcie myślałem — chciałem pracowitością zrekompensować jego intuicję. Ile dni lub tygodni świetlnych miał do pokonania? Tymczasem Zływróg rozmawiał z okrętem tak. że jedynie zmiany stanu przestrzeni mogą rozchodzić się w niej z szybkością nadświetlną. może równie ważnych jak . — Co może poruszać się w przestrzeni z szybkością nadświetlną nie unicestwiając tej przestrzeni?" Nawet we śnie próbowałem rozwikłać tę zagadkę.bezpieczni: Przy nas gorzał ogromny rozum. zamykałem oczy i po tysiąc kroć wracałem myślami do tej samej sceny. Zacisnęliśmy polami osłabłego oczoglowa. A krążownik zawiadamiał.. Siadałem na kanapce. który po analizie zawiadomił mnie. Wreszcie z wolna zacząłem dostrzegać zarysy rozwiązania. Ale wszystkie drogi wiodły do tego samego punktu. że nawet lecąc z szybkością nadświetlną nie zdoła dotrzeć do celu przed nocą. który rozpaczliwie wzywał pomocy na falach grawitacyjnych. że między nimi zawiera się całe spektrum stanów przejściowych. lecz wiedziałem. jakby stał obok niego. Wszystko. że do niego dotrę. robił znacznie lepiej od kogokolwiek z nas. że początkowo nie uwierzyłem w jego prawidłowość. Trzeba go było zastąpić chociażby częściowo. Do celu było wprawdzie jeszcze bardzo daleko. Przyszła do laboratorium. sama przestrzeń. póki jej nie rozwiązał.. że tym zagadkowym nośnikiem łączności momentalnie przenikającym przestrzeń. Olga zastanawiała się przez chwilę. Doszedłem do wniosku. Przekazałem swoje domysły komputerowi. Tymczasem okazuje się. Kiedyś przez nieuwagę nie wyłączyłem na noc deszyfratora nastrojonego na promieniowanie mojego mózgu i urządzenie zarejestrowało moje sny. wszystkie nici logicznie zapętlały się w jeden węzeł.

usłyszałem krzyki małp. — Nie gniewaj się — powiedziałem ze skruchą. — Czy nie zauważyłeś. Dostrzegłem mknące po niebie postrzępione chmury. a ja przypominałem sobie wciąż nowe. Patrzyłem na niego z bólem: Andre znalazł się w niebezpieczeństwie. a nie ona. Już nie dyskutowałem z Andre. Był jak zawsze odrobinę śmieszny i bardzo miły. Znów zamknąłem oczy. Starzec jest .punkty graniczne. Było ich tak wiele. aby go lepiej widzieć i słyszeć. że godziny biegły. Rzadko zasługiwałem na jego pochwały. a ja nie mogłem mu pomóc. nieznane mechanizmy. Nabrałem teraz do niej wielkiej sympatii także dlatego. Dowcipkowałeś na temat każdego mojego pomysłu. Eli. aby dokładniej widzieć napływające pod powieki obrazy. — Krytycyzm i ironia łączą się w twoim mózgu z niezłą dawką tępoty. Nie powinienem był tego robić. — Bądź sprawiedliwy. Z radości ucałowałem Olgę w oba policzki. skrzynie. Przyjaciel pochwaliłby mnie za odkrycie fal przestrzeni. Ujrzałem dzikie. Musimy ich szukać. musimy szukać wszyscy. że Paweł z taką zaciekłością się na nią rzucił. — Wcale się nie gniewam — odparta smutnym głosem. Andre. Na szczyt wzgórza wspina się starzec (widziałem go już kiedyś na stereoekranie w Sali Pomarańczowej). że nie potrafię się na ciebie gniewać? 17 Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć. pradawny statek kosmiczny leżący na boku u stóp wzgórza. Z rozdartego wnętrza gwiazdolotu wysypały się beczki. kiedy byliśmy jeszcze razem. dawno już nie istniejące lasy. Zacząłem przypominać sobie jego idee i teorie. tak nieubłaganie skrytykowaną przez Romera. do czego sam z takim trudem doszedłeś. Gdybym powiedział to. poczułem wilgotny upał wiszący w powietrzu nad wyimaginowanym przeze mnie zakątkiem Ziemi. Andre stal przede mną. czyż nie mam racji?" „Nie masz — broniłem się. Zamykałem oczy. bo lepiej niż ktokolwiek inny potrafiłby ocenić wagę tego odkrycia. na wszelki wypadek wyśmiałbyś mnie. Pod koniec nocy wspomniałem jego teorię pochodzenia ludzi. ale teraz by mnie pochwalił. Słyszałem jego glos. jestem tego pewien. Eli — mówił Andre gniewnym tonem. chociaż winny byłem ja. Przyjaciel chodził po kajucie. Myślałem o Andre. Olga zmieszała się jak mała dziewczynka zaskoczona przy niedozwolonej zabawie. byłem gotów przyjąć każdą hipotezę tylko dlatego. trapy. a nie tylko ty. — Nie chciałem ci zrobić przykrości. że on był jej autorem. Wiele idei akceptowałem od razu". „Ciężko myślisz. Powróciłem na Ziemię i cofnąłem się w jej głęboką przeszłość. potrząsał ekstrawaganckimi kędziorami i spierał się ze mną... i pogrążyłem się w półsen przypominający gorączkowe majaczenia.

Starzec ich uspokaja. Nie domyśla się naturalnie. kędzierzawy i prostowłosy. — Jest nas dwudziestu. pazurów. Już sam fakt. Nie od razu udaje się wyhodować istoty podobne do siebie. pracują. „Będziemy się spieszyć. „Ale wpadliśmy! — mówi pierwszy młodzieniec. fabryki można zbudować. Udało się wybrać planetę ze znośną temperaturą. rogów. wymyśliłem go. Jedni szukają rud. oczywiście prymitywne. „I to ma być człowiek? — oburza się jeden z nich. Na papierze istota rozumna. ale fabryki zostały w domu". „Musimy znaleźć pomocników — mówi drugi. dostatkiem wody i zieleni. a tutejsze istoty żywe potrafią na razie tylko skakać z gałęzi na gałąź. — Spójrzcie na projekt i jego realizację. pomyśl! — mówi drugi. Laboratoria zabraliśmy ze sobą. kłów. Dlaczego nie moglibyśmy przyspieszyć ich ewolucji?" „Ile to zajmie lat. Pierwszego również widziałem w Sali Pomarańczowej. Niebiańscy przybysze zawijają więc rękawy i pracują. Połowa z nas umrze tutaj". ale wy opuścicie tę planetę". a w rzeczywistości zwierzę. „Bez pomocy?" — przerywa mu pierwszy. ich dyskusje na naradzie produkcyjnej. Wreszcie zjawia się prawdziwy człowiek. Biorą się do pracy. Protestuję przeciwko takiemu brakoróbstwu!" „Konkretniej! — mówi przewodniczący. Kiedyś zaczęliśmy się rozwijać z podobnych zwierzaków. „Znajdziemy pomocników.wysoki. Nie podoba mu się okolica. Rozgląda się dokoła z dezaprobatą. — Jakie macie zarzuty?" „Tysiące zarzutów! Absolutne nieprzystosowanie do życia. nie po ludzku promienne oczy. Zdobywają pokarm pożerając się nawzajem. zmieniają kody genetyczne. ale za grosz rozumu". Mają potężne zęby. Ja pewnie nie dożyję startu. pigmej i gigant. że można chodzić bez skafandrów ochronnych. w której znalazł się statek. Drugiego nie znam. bardzo wiele znaczy. — Nie jesteśmy nieśmiertelni. Nie jest tak źle — mówi. Jak to stworzenie . Zresztą podobny jest do zabitego z obrazu Altairczyków. Do starca zbliżają się dwaj młodzieńcy. że przyjdzie mu zginąć w innym miejscu. — Że też musieliśmy się tak rozbić! Naprawa potrwa ze dwa tysiące miejscowych lat. bo trudno w ciągu jednego pokolenia zmienić małpę w herosa. Spójrzcie na te ogoniaste istoty hałasujące w koronach drzew. ma wielkie. Pewne rzeczy się udają. inni jeszcze łowią małpy i eksperymentują z ich zarodkami. pracują. Po jakichś pięciuset milionach tutejszych lat ogoniaści staną się rozumnymi istotami. znów fiasko! Słyszę głosy Galaktów. Czyżby tym razem powodzenie? Nie. zdumiony spokojem starca. ale niepowodzeń jest znacznie więcej. szczupły i siwy. drudzy łatają wyrwy w poszyciu i naprawiają urządzenia wewnątrz statku. Brak sierści. to zbyt mało. od razu we wszystkich wariantach: biały i czarny. A fabryki? Cóż.

. Spójrzcie na wykres zdolności opracowany przez maszynę. kły. jak wiele szlachetnych cech wkonstruowano do ludzkiego mózgu. Jakie wymagania ma spełnić nowy model. Potrzebujemy nie nadzwyczajnych zdolności. Jeśli zdolność samodoskonalenia się psa przyjąć za jedność. Otrzymali wiele i wiele mogą osiągnąć". — Kto jest za odrzuceniem człowieka i kontynuacją? Kto przeciw? Kto się wstrzymuje? A więc człowiek został odrzucony wszystkimi glosami poza jednym wstrzymującym się. Jak nazwiemy model?" „Mamy wolną literę «d» — odzywa się jakiś głos z kąta. to nie ma zwierzęcia. który zamierzacie opracować? Słucham".ma zdobywać pokarm. — Proszę zapisać: następny model zaopatrzyć w sierść. — Podobna. — Uruchamiamy więc produkcję diabła biorąc za podstawę nieudany model człowieka. pazury. Proponuję odrzucić zademonstrowany nam model człowieka i kontynuować badania". I to ma być istota stworzona na nasz obraz i podobieństwo?" „A jednak jest podobna do nas — mówi starzec. Pozostaje ostatni problem: co robić ze stworzonymi ludźmi?" „Zanihilować! — krzyczy zapalczywy glos. że ma jakiekolwiek zdolności. Niechaj więc ludzie żyją.. aby mógł w maksymalnym stopniu przystosować się do dowolnych warunków życiowych". że nie należy upierać się przy zewnętrznym podobieństwie do nas. To warto było zobaczyć! Upłyną miliony lat. niech brną trudną drogą samodoskonalenia się.." „Diabeł brzmi nieźle — stwierdza przewodniczący.. rogi i kopyta. — Może więc diabeł ?.. Co jeszcze?.. że stworzyliśmy cud rozumu!" „Na razie jest to cud głupoty i nieprzystosowania! — krzyknął ktoś gniewnie. a on tylko ślepia rozdziawiał i skomlał. oczy jak szparki. A tymczasem u człowieka wynosi on 1395 660 800! Rozumiecie? Miliardy razy więcej niż u dowolnego zwierzęcia! Setki razy więcej niż u nas! Uważam. poruszać się i bronić? Palce jak sęki. Ogon do czepiania się gałęzi. Aha. choć nieidentyczna. lecz realnej żywotności. szybkiej reakcji i sprytu! Proponuję nowy model opracować tak. — Do piachu! Nie ma sensu płodzić bezbronne potworki". . gdyż nie jest ono w praktyce osiągalne i przekształca się w kalectwo. „Proszę głosować — powiedział przewodniczący. że człowiek ma potencjalnie nieograniczone możliwości.. Znów wstaje pierwszy: „Sądzę. Starzec znów protestuje. zanim wasz cud natury domyśli się. u którego ten wskaźnik przekroczyłby dziesięć.. „Są jakieś inne propozycje? Nie? A więc wniosek przyjęto — mówi przewodniczący. — Wasz rozumny człowiek jest debilem! Próbowałem wpoić temu dzikusowi elementarne pojęcia z dziedziny mechaniki grawitacyjnej i przestrzennej. Wówczas zaprowadziłem go do koryta z żarciem. Zapominacie o rzeczy najważniejszej: o tym... Przypomina.

Chociaż dożyłem do startu naszego statku.. jaką robiliśmy z innych ciał. Kiedy więc Galaktowie usunęli wreszcie uszkodzenia statku. podczas gdy tamte dysponowały milionami albertów. jeśli natomiast górę wezmą wady wynikające z naszej niedbałej pracy. byłem pochłonięty badaniem właściwości przestrzeni. to człowiek zwycięży w ciężkiej walce o przetrwanie. Przecieram czoło i wywołuję MUK. które trzęsły się na myśl o tym. nurkuje w wodzie i wciska się w ziemne szczeliny. Ogoniasta i rogata istota jest nader wszechstronna: biega. MUK odpowiedział jednym słowem: — Brednie. prawdziwy sługa swojego boga. człowieku. Moje malutkie aparaciki nie rozwijały bowiem nawet miliarda kilowatów. aby przepędzić z głowy kłębiące się w niej obrazy. 18 Przez cały rok.. w którym małpę przemieniono w człowieka. Ten nowy model udał się nad podziw. może być nie jednym słowem — powiedziałem. Zamiast niego pojawi się udoskonalony model: mądry. że inny komputer. którzy niegdyś przekonstruowali małpę w człowieka. na Orze. z raju. I oto ludzi wygnano z obozu awaryjnego niebiańskich przybyszów. naśmiewa się z pechowych wygnańców skazanych na samodzielne życie. a ja uśmiecham się do niego i otwieram oczy. Tym razem MUK odpowiedział następująco: — Pseudohipoteza nadająca się jedynie na temat do powieści fantastyczno-naukowej. zręczny. Nie chciałem.„Racja — powiedział przewodniczący. Jeśli rozwiną się ich dobre cechy. zabrali ze sobą stworzone przez siebie diabły. sprawdzić wszystkie obrazy pojawiające się w moim mózgu i ocenić je. — Proszę zanalizować myśli na temat Galaktów. „Zegnaj. na pewno nie doczekam twojego rozkwitu. Przypomniałem sobie. w pocie czoła pracował na chleb i cierpiał choroby. — No dobrze. Żyj więc i doskonal się!" Dobry starzec macha mi ręką. że mogą pozostać sam na sam z nieudanym ludzkim plemieniem. pracowity diabeł. Usłużny diabeł. to zguba tego modelu nie zmartwi nas zbytnio". — Jestem pewien. Odtąd będzie się on rodził w mękach. a ludzie szczerze go za to nienawidzą. póki lecieliśmy ku podwójnemu skupisku Perseusza. dzika planeto! — mówi uroczystym głosem starzec. Tylko jednym słowem. skacze z gałęzi na gałąź. Urządzenia laboratoryjne różniły się od anihilatorów napędowych i bojowych jedynie mocą. bo nie lubię tych waszych — z jednej strony. Moje mechanizmy nie unicestwiały . — Nie warto ludzi unicestwiać. z drugiej strony. niemal identycznie ocenił tę ideę Andre i uspokojony zasnąłem. aby przez mą nieostrożność nasz gwiazdolot sam zamienił się w taką przestrzenną jamę. Przebudowane laboratorium po pewnym czasie zamieniło się w niewielką fabrykę. że posiane przez nas ziarno rozumu wyda owoce.

fale te mianowicie rozchodziły się zawsze z prędkością nadświetlną. Samo światło było szczególnym. Olga marzyła o zorganizowaniu służby dyspozycyjnej żeglugi międzygwiezdnej. Odtąd już Zływrogi nie mogły się do nas niepostrzeżenie podkraść. że wahania gęstości przestrzeni podlegają prawom mechaniki falowej. Wkrótce to się zmieni.przestrzeni. Niepowodzenia i sukcesy zostały zanotowane w pamięci komputera i tam odsyłam zainteresowanych.. granicznym rodzajem fal przestrzennych i to tłumaczyło jego zagadkową dotąd stabilność w poruszających się układach. jaka odległość go od niego dzieli. — Widzieć Ziemię! Zawsze być razem z Ziemią! 19 . O ile piękniejsze byłoby jego życie. Jedno tylko prawo ruchu drgającego nie sprawdzało się w wypadku fal gęstości przestrzeni. nie znany jeszcze na Ziemi świat! Kiedy odkrycie zostało wszechstronnie zbadane i sprawdzone. Dyspozytor na Orze będzie wiedział wszystko o każdym statku bez względu na to. gdyż mogliśmy ich obserwować w obszarze nadświetlnym na falach przestrzennych. Czyż to nie wspaniałe? A ja wspominałem Andre tęskniącego za Żanna i nigdy nie widzianym Olegiem. że ich serce było nie tylko grawitatorem i bronią grawitacyjną. Otrzymywaliśmy fale kuliste. Wydawać rozkazy gwiazdolotom znajdującym się na przeciwległym krańcu Wszechświata i natychmiast uzyskiwać odpowiedzi! W głowie się kręci. stożkowe i cylindryczne w postaci wąskiego promienia przebijającego przestrzeń. Zdjęcia anatomiczne ciał przekonały nas. gdyby nie czuł się od nich odcięty. zamknięty w obcym świecie. I znów wprawiła mnie w zdumienie świetna konstrukcja zagadkowych istot zwanych Zływrogami lub Niszczycielami. rozchodzących się z szybkościami równymi miliardowym wielokrotnościom szybkości światła. Przestała nam grozić walka na oślep z widzącym przeciwnikiem. Wkroczyliśmy w niezwykły. kiedy fala przestrzenna o niskim poziomie energetycznym była o krok od zamiany na światło. — Obecnie zaraz po starcie statek niknie w obszarze nadświetlnym i nie ma z nim żadnego kontaktu. kiedy to przestrzeń koncentruje się w masę. gdyby mógł komunikować się z ukochanymi. odbiorników i deszyfrato-rów depesz nadawanych na tych falach.. Ważne jest jedno: niezliczone eksperymenty dowiodły. lecz także doskonałym nadajnikiem fal przestrzennych. a masa rozpada się na przestrzeń. Teraz mogliśmy notować dowolne zakłócenia poczynając od przyświe-tlnych. lecz zmieniały jej gęstość operując daleko od stanów granicznych. Nie będę tu szczegółowo opisywał doświadczeń. zmontowaliśmy zespół nowych maszyn: generatorów fal przestrzennych. aż do hi-perprędkich. Czyż możliwość natychmiastowego pokonywania niewyobrażalnych przestrzeni nie jest urzeczywistnieniem odwiecznych ludzkich marzeń o wszechobecności? — Słuchać Ziemi! — powiedziałem.

kiedy cała przednia półkula pokryła się słońcami Perseusza i tylko z tyłu zostały gwiazdy z innych gromad. abyśmy się do nich maksymalnie zbliżyli. wyraźnie rozpadającego się na dwa zespoły ciał. Chciałem już nawiązywać łączność. Wokół wielu słońc obracały się planety. Ich broń działa na niewielkie dystanse. oddzielające te zespoły od siebie.Później nastąpiło to. a mimo to za każdym razem zaskakiwało majestatem i pięknem. że bez trudu rozróżniałem litery na formularzach obserwacyjnych. Dyżurujący w owej znamiennej godzinie Osima zaczął zmniejszać prędkość. rozpelzało się jaskrawymi gwiazdami. Nie wiemy. że zdołamy porozumieć się z nieznanymi istotami wysyłającymi sygnały przestrzenne. Podwójna gromada gwiezdna Chi i Psi Perseusza. matowa mgiełka od roku nie zmieniająca ani kształtu. kto szuka z nami kontaktu. ogromniało. Niebo obu skupisk płonęło tak jaskrawym światłem. Skupisko zmieniało się w oczach. którzy starają się poznać nasze tajemnice. tablicy pierwiastków. Stało się jasne. Kod niewiele się różnił od dotychczas używanych przez nasze maszyny. przekonaliśmy wątpiących. jednak słońc w tym „ciemnym" paśmie było znacznie więcej niż w najjaśniejszym wycinku ziemskiego nieboskłonu. Później odbiorniki fal przestrzennych zarejestrowały słabe impulsy. Z ostrożności lecieliśmy w równikowej strefie ciemności. Kilka dni minęło bez niespodzianek: żadna gwiazda nie sygnalizowała swojej obecności. pęczniało. Niebo wzdłuż równika sfery gwiezdnej przecinało ciemniejsze pasmo. że to może być prowokacja przeciwników. my sami też nikogo nie zauważyliśmy. gdyż o to właśnie powinni przede wszystkim zapytać nieznani korespondenci. Wtargnęliśmy do jednego z największych skupisk gwiezdnych Galaktyki. ale nie mogą to być wrogowie! Jako podstawy naszego kodu użyliśmy. postarają się więc. Deszyfratory. W Perseuszu nie ma nigdy naprawdę ciemnych nocy. Założyliśmy. Miałem inne zdanie i wraz z Leonidem. że jest to pytanie: „Kim jesteście?". Potem również i one zniknęły. podobnie jak nasi poprzednicy przy spotkaniach z istotami rozumnymi. który się ze mną zgadzał. Okresowo dobiegające do nas zgę-szczenia i rozrzedzenia przestrzeni układały się w ciągle to samo zdanie. Zływrogi nie będą przed czasem pokazywać. sporządziły wstępny kod. nagle ożyła i zaczęła rosnąć. wziąwszy za podstawę taki odczyt. ani wielkości. co już wielokrotnie zdarzało się w trakcie naszej kosmicznej odysei i co od dawna winno spowszednieć. lecz znajdowały się one bardzo daleko od nas. nie wychodząc z obszaru nadświetlnego. że nas zauważyły — mówiliśmy. Większość załogi ją poparła. ale Olga obawiała się. ani jasności. Znaleźliśmy się wewnątrz gwiazdozbioru. W następnych dniach generatory fal przestrzennych nadawały je we wszystkich kierun . Nastała wreszcie chwila.

powtarzając w swoim języku naszą niedawną transmisję. w normalnych warunkach docierające jedynie do sterówki. Leonid był ponury. Od tej chwili mieliśmy wspólny język. ale spokojny. Natychmiast po wyłączeniu naszych nadajników w przestrzeni pojawiły się nowe fale. Wdzieraliśmy się w głąb skupiska stokrotnie wyprzedzając światło. — Będziemy badać skupisko Chi. przekazuje się wszystkim członkom załogi. Nasi korespondenci wyliczali pierwiastki. Deszyfratory przekształciły wstępny szkic kodu w precyzyjny słownik. — zacząłem wreszcie.kach. Ryknęła syrena alarmu bojowego. Korespondenci przekazali lakoniczny tekst: „Zrozumieliśmy. że po zakończeniu tej transmisji zaczną nadawać obcy. a MUK nie zaprzeczał tej możliwości). Zajęliśmy swoje miejsca i Osima powiedział : . W takich chwilach dowódcą staje się zespół ludzki i nominalny dowódca dysponuje władzą jedynie w takim zakresie. Byliśmy wraz z Olgą w laboratorium fal przestrzennych. Podyktowałem telegram zaaprobowany przez całą załogę: „Lecimy z daleka. a dokoła niespokojnie pulsowała przestrzeń. — Tajemnicze rozmowy trwają. Tego dnia Niebianie ponownie zwrócili się bezpośrednio do nas. — Skręcamy w lewo — powiedziała któregoś dnia Olga. Zapisujemy zakłócenia gęstości przestrzeni i po rozszyfrowaniu języka zdołamy odczytać treść transmisji. lecz raczej jakieś rozmowy wewnętrzne. Byłem przekonany. Spojrzałem wstrząśnięty na pobladłą Olgę. w której jego osobista wola spełnia rolę ważną. o czymś się nawzajem przekonywały (tak przynajmniej mi się wydawało.. Nieznane istoty pytały i odpowiadały. ale nie. Grozi wam zguba. Widzieliśmy potworne zniszczenia układów planetarnych. zdołałem skończyć. Leonid i Osima wzywali nas do sterówki. W Plejadach zaatakowało nas osiemnaście statków kosmicznych. Osima wyglądał na zdenerwowanego.. zastanawiając się. Nie mogłem wydusić z siebie słowa. w czasie naszego wspólnego dyżuru. Uciekajcie pełną mocą silników". 20 Po ogłoszeniu alarmu bojowego informacje o sytuacji wokół statku. z jakich docierały do nas sygnały. a MUK nieustannie sumuje i uogólnia ich opinie. Czy masz jakieś nowe wiadomości? — Na razie nie — odparłem. Zrozumiałem to natychmiast po przejrzeniu zapisu. które zawiera więcej gwiazd niż skupisko Psi. Niosły one jednak nie wiadomość przeznaczoną dla nas. lecz nie decydującą. kiedy nadeszła nowa depesza. Nie pomyliłem się. kim jesteśmy. jaki niezbędny jest do realizacji kolektywnej woli załogi. Niezwłocznie zawracajcie. — Co to znaczy?. Deszyfratory Niebian pracowały nie gorzej od naszych. gdzie dawniej kwitło życie rozumne".

Na Ziemi nie zrozumiano by zresztą takiego postępowania. Wrogowie ścieśniają świat — przypomniałem sobie komunikat przekazany przez Spychalskiego na Ziemię. sami postaramy się zrozumieć. — Trzeba będzie zmieniać prędkości. Nadałem tylko naszą odpowiedź: „Kontynuuję rejs. Na rubieży stokrotnej prędkości światła pojawiły się oznaki zewnętrznej ingerencji. Proponuję kontynuować rejs. MUK zawiadomił. Nie zaobserwowaliśmy dodatkowej anihilacji przestrzeni. — Zwolnijmy teraz o te same trzydzieści jednostek. Rozkazałem automatom zmniejszyć prędkość o dwadzieścia procent. Wygrzebują własną przestrzeń gwiezdną. Ryzykują równowagę kosmiczną swojego światka. — Anihilatory napędowe stop! — powiedziała Olga. bo mkniecie ku zgubie!" nie zmienił naszej decyzji.— Szliśmy z prędkością stu dziesięciu jednostek. aby podprowadzić nas na dystans ciosu grawitacyjnego. a więc ktoś dodawał nam piętnaście jednostek. Ale czemu ktoś przyspiesza nasz lot. myślałem. aby tylko zniszczyć przeciwnika. natomiast prędkość sumaryczna wynosiła siedemdziesiąt pięć jednostek świetlnych. Po wyhamowaniu okazało się. że załoga popiera Leonida. Nawet nowy telegram naszych zagadkowych korespondentów: „Macie jeszcze czas na ratunek! Wracajcie. że szybkość wynosi nie osiemdziesiąt dziewięć. czy też wycofać się. Oto ich ścieśnianie świata. Na czym polega niebezpieczeństwo?" — Póki będą się zastanawiać. ale etapami — rozkazała Olga. Przykro było po długiej podróży uciekać przed nie wiadomo czym. Przez jakiś czas lecieliśmy z tą prędkością. — Nie jestem przekonany. a gwiazdolot pędził naprzód z prędkością dwudziestu pięciu jednostek świetlnych. Zagłębiać się nadal w skupisko gwiezdne. Jeśli poprzednio ktoś starał się przyspieszyć nasz lot. to obecna prędkość mu odpowiadała. Szybkość własna statku zmniejszyła się do sześćdziesięciu jednostek. nie zmniejszaliśmy własnej i nie dodawano nam zewnętrznej. W miarę hamowania ta ingerencja nasilała się. lecz dziewięćdziesiąt sześć jednostek. Ktoś intensywnie pochłaniał leżącą na naszej drodze przestrzeń. jak radzą nieznani przyjaciele? — Lub wrogowie — zaoponował Leonid. Tajemnicze niknięcie przestrzeni mogło mieć związek z odebranym przez nas groźnym ostrzeżeniem. że depesza pochodzi od przyjaciół. — Wyhamować lot swobodny! Wkrótce nie wydatkowywaliśmy na ruch ani jednego alberta. skoro i tak idziemy w obszarze nadświetlnym? — Musimy zdecydować — powiedziała wreszcie — co teraz robić. co się dzieje — powiedziała Olga. Olga zamyśliła się. . Wokół nas samorzutnie znika przestrzeń w tempie około siedmiu jednostek świetlnych. Po wykonaniu przez automaty rozkazu mieliśmy sto dwadzieścia jednostek. Na początek dodamy ze trzydzieści jednostek.

okrutni. a ja sam na wiele miesięcy stanę się inwalidą. Leonid uruchomił anihilatory.. czego się boisz? — powiedział Leonid ze złością.. „Wpadliście do stożka ścieśnienia. przebijemy się przez ich osłonę jak nosorożec przez ściankę namiotu! Nalegam na kontynuowanie wyprawy. Wrócić tu zawsze zdążymy. W starożytności byłby zapewne wodzem bitnego plemienia. Jeśli zginiemy. my zaś rozwijamy pięć tysięcy jednostek! Jeśli zajdzie potrzeba. Ale póki do walki nie doszło. Zresztą w tym wypadku stałem po jego stronie. Pojawiły się zakłócenia. Zawsze też wybiera spośród wielu możliwości tę. jego rady trzeba traktować z wielką ostrożnością. — Wróg przyciągający nas do siebie zakłóca transmisję. razem z nami przepadnie nasze odkrycie. anihilacja do trzydziestu dwóch świetlnych.... niestety bezsilni. tak potrzebne ludzkości. aby rady przyjaciół do nas nie dotarły — dodałem. Olga zwróciła się do mnie: — Eli. uciekajcie pełną mocą...." — Jasne — powiedziała Olga. wracajcie. Nie przypuszczałem wtedy nawet. jedna fala nakładała się na drugą.. oczy robią się całkiem białe. niż tego sobie życzy wróg — kontynuowała Olga. że maksymalne ścieśnienie przestrzeni wynosi trzydzieści dwie jednostki świetlne. Tym razem trudno go było rozszyfrować. która daje najwięcej szans na bójkę. — W tej sytuacji należałoby chyba jednak wycofać się na razie ze skupiska. — Sądzę. że nasze ryzyko jest szaleńcze? — Jestem za kontynuowaniem wyprawy. — Nie rozumiem. — Radzą uciekać. Ile czasu minie. — Niechaj więc znów MUK się wypowie — powiedziała Olga. kiedy ktoś mu się opiera. jeszcze czas.. Byłem jednak wówczas w . peryferie. że trzeba postępować odwrotnie. — W depeszy powiedziano. Na razie nie widzę powodów do paniki. wszyscy zaś pozostali członkowie załogi żądają kontynuowania rejsu. że jedynie dowódca nalega na powrót. spod uchylonych warg ukazują się zęby. Jego czarna skóra szarzeje. póki mamy jeszcze czas i starcza nam mocy. kiedy wtargnęliśmy w gęstwę ogromnego zbiorowiska gwiezdnego. gdyż na razie żadne z jej zadań nie zostało wykonane! Leonid łatwo wpada we wściekłość.. co ją niepokoi. że nasz ryzykowny wypad omal nie zakończy się tragicznie dla gwiazdolotu.. 21 Doskonale pamiętam swoje odczucia. a fale przestrzenne? Wiedziałem... — Muszę się więc podporządkować większości — powiedziała Olga z troską w głosie. MUK oświadczył.. zanim inni na nie natrafią? Czy wobec tego mamy prawo poddawać szalonemu ryzyku jej dobro? Ale któż dowiódł.Odbiorniki pochwyciły nowy komunikat..

Znosi nas na nie przy całkowicie wyłączonych anihilatorach.kiepskim nastroju. Z zadumy wyrwał mnie głos Osimy: — Trajektoria statku wiedzie ku gwieździe widocznej obecnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni. — Niewątpliwie ich wiadomość odnosi się do tej gwiazdy — odezwała się Olga. za nim Olga i Osima. . lecz ziarenkami grochu błyszczącymi jak malutkie księży če. — Nie zamierzałem wcale lecieć kursem ku tej gwieździe. Okazało się. nieznani wrogowie energicznie temu przeciwdziałają — powiedziałem. Analizatory określiły ich skład. Siedziałem na zewnętrznym fotelu. wyrównał kurs. Spoglądałem na płonącą gwiezdną sferę i wszystko mi w duszy aż drżało z niepokoju. Ale cały ten majestat był groźny. Dzieliło nas od niego kilka lat świetlnych. zbliżając się do nieznanego punktu. do jakiej przywykliśmy w okolicach Układu Słonecznego. słabsze gwiazdki. przekonawszy się. Gwiazdy były już nie punkcikami. Leonid. że MUK się nie mylił. MUK ustalił. W przestrzeni działy się niezwykłe rzeczy. że nasi wrogowie swobodnie ją regulują. obok Leonid. że przed nami pojawiła się grupka gwiazd. Świetnie ten stan pamiętam. Był to typowy czerwony superol-brzym. Zakrzywienie przestrzeni zmienia się i wygląda na to. gdyż zbyt silnie błyszczały. Oglądałem gwiazdę przez lunetę mnożnika. rozdrażniony Leonid spierał się z Osima. Teraz Groźna zaczęła się oddalać. lecz jego jasność absolutna była wyższa od wszystkich znanych mi dotychczas gwiazd. czerwonych i białych olbrzymów równie jasnych jak Groźna. a ktoś ostrzega. Ktoś nieustannie nadawał fale. Planety były metalowe. emanowało zeń tajemnicze niebezpieczeństwo. Jesteśmy na nią znoszeni. że nie wolno tam lecieć. Okrążały ją trzy planety. Z niewyobrażalnego chaosu udało się jedynie wydobyć wielokrotnie powtarzane słowa: „Nie wolno!" — Nieznani przyjaciele ze wszystkich sił starają się przekazać nam jakąś wiadomość. W pobliżu świeciły inne. jeśli nie tysiące razy przewyższała tę. Gęstość gwiazd setki. Wskazał mi ciało niebieskie połyskujące w bok od kursu. gdyż przestrzeń przed nami jest gwałtownie niszczona. — Nazwijmy ją Groźną. — Mamy ją już pod kątem trzydziestu pięciu stopni do kursu. Kiedy obudziłem się. że znaleźliśmy się w obszarze przestrzeni o wysokim stopniu zakrzywienia i poruszamy się po krzywej geodezyjnej. Wszystkie trzy wydawały mi się dziw ne. Zdrzemnąłem się w fotelu. Szczególnie jasne gwiazdy otoczone byty koronami. ktoś inny natychmiast je gasił. Deszyfratory nie potrafiły sobie poradzić z plątaniną informacji i zakłóceń. Czerwony gigant pozostanie z boku. Prędkość statku wzrastała i wszystko dokoła nieuchwytnie się zmieniało. — Komputerowi coś się pomyliło — odezwał się Leonid.

z naszymi możliwościami technicznymi. Zamilkł i wbił ponury wzrok w ekrany. Sztuczna krzywizna przestrzeni została rozerwana przez anihilatory gwiazdolotu. — Minie wiele godzin. sam wiedziałem. Leonid powiedział: . skąd uciekliśmy. i po prawej. — Dlaczego? Czy potrafisz wytłumaczyć dlaczego? — W każdym razie domyślam się. Na ekranach widniało czarne niebo rozpłomienione wielkimi gwiazdami. że przestrzeń na nowej trasie mało różni się od euklidesowej. że nie wszechświatowej. gdzie on przejdzie. Wiedziałam wprawdzie. Poszliśmy do jadalni. Nasz statek nie na darmo nazywano Gwiezdnym Pługiem! Wszystkie konstrukcje i struktury przestrzeni. My. Nawet Leonid się przeraził. Jedliśmy w milczeniu. Szczerząca na nas zęby grupka gwiazd — nazwałem ją Niedobrą — potoczyła się w prawo. powiedzmy. trzeszczą i rozpadają się tam. Olga spojrzała na mnie z wyrzutem i pokręciła głową. Olga zirytowała się: — Wcale nie jestem przekonana. lecz na razie własnej przestrzeni międzygwiezdnej — zaoponowałem. że krzywiznę przestrzeni my zniszczyliśmy! — Ależ to oczywiste. nie możemy na razie nawet o tym marzyć. że potrafią zmieniać metrykę przestrzeni wszechświatowej. że bez szczególnego trudu można wytworzyć dowolną krzywiznę w dowolnym punkcie. Manewr Leonida udał się. Takie samo niebo było po lewej. stanowi dla mnie niespodziankę. Wyobraź sobie. a tymczasem Olga kontynuowała: — Znaleźliśmy się chyba w trudnej sytuacji. Przy naszym stoliku usiadło dwóch mechaników z anihilatorni. nie mamy innego wyjścia jak tylko gwałtownie zmienić kurs — powiedziała Olga. ale masz rację. gdzie została Groźna. abyśmy wpadli w pułapkę. wrogowie zaprzestaną prób dyktowania nam kierunku lotu. Olgo! — Nic podobnego.— Trzeba zawrócić i wyrwać się poza krzywiznę — nalegał Leonid. Zakłócenia metryki przestrzennej wywoływane są przez jakiś supergigantyczny mechanizm. zatopieni w niewesołych myślach. zanim wyjaśni się. co nas czeka na nowej drodze. Zawróciliśmy akurat w tę stronę. że Zływrogi lepiej od nas poznały naturę przyciągania. Nie musiała tego robić. Eli. Leonid i Osima wydali odpowiednie rozkazy. Analizatory doniosły. — No. ale fakt. — Kiedy rozniesiemy w strzępy ich krzywoliniową metrykę. i teraz wystarczy prosta droga. że nie doceniasz ich możliwości. zwane metryką. — Obawiam się. aby nie wpaść w gwiazdozbiór Niedobrej. że nie mam racji. — Idźcie odpocząć — powiedziała Olga do Leonida i do mnie. Leonid triumfował. — W ich malowniczym skupisku jest tak wiele materii i tak mało pustki. że po naszej zmianie kursu mechanizm ten został unieruchomiony. w którą nas się zwabia.

prawdziwa ziemska wiosna. Olga poprosiła o zgodę na zmianę kursu. duszący aromat znikł. aby mu się dobrze odpoczywało. Nawet optymiści pojęli. niż sądziłem. Sala obserwacyjna była pełna wolnych od wachty astronautów. Drugi z mechaników. tak doskonale . iż wywoła kłótnię. wszystko dokoła zakołysato się. że protestuję. — Podejmowaliście decyzję razem ze mną — rozzłościł się Leonid. Po prostu myślę o przyszłości. wśród białych kwiatów wiśni i moreli miarowo brzęczały pszczoły. głosu nie zabierał. chłopcy — odpowiedziałem na grad pytań sypiących się ze wszystkich stron. Siedem pór roku przeminęło od chwili. Obecni na sali obserwacyjnej milczeli. W parku była wiosna. tak bardzo zmieniłem się wewnętrznie. można było pomylić drzewa z działającym anihilato-rem. — Poparliśmy pańską decyzję dowódcy. — Zmuszą nas do szybkiego zużycia wszystkich zapasów substancji aktywnej — zauważył jeden z mechaników. Zaledwie siedem pór. a wydało mi się. Trzecia zmiana kursu podziałała na wszystkich przygnębiająco. — Znacie sytuację. że dzieje się coś niedobrego. którzy w każdej przygodzie widzą jedynie jej dobrą stronę. z gatunku tych. cierpkiego zapachu brzózki i silnej woni bzów nad stawem. Wietrzyk nadleciał szumiąc w gałęziach i trawie.— Te diabelskie Zływrogi są sprytniejsze. Miałem prawo wstępu do sterówki. że obawiałem się. Wątpię. W koronie niziutkiej jabłoni. że zgadza się z kolegą. Zacząłem zaglądać kolejno do wszystkich pomieszczeń statku. Nade mną kwitła brzózka. że przeszły stulecia. Odbiorniki fal przestrzennych nadal zapisywały nie rozszyfrowany chaos informacji i zakłóceń. z wielkim nosem i cienkimi wargami. a więc ponosiłem odpowiedzialność za to. niecałe dwa lata. Leonid poszedł do swojej kabiny. Poszedłem do parku i siadłem na ławce. chudy. który wydaje taki sam brzękliwy pomruk. MUK po zsumowaniu naszych myślowych opinii zameldował. Zawołano mnie. co się tam działo. Otworzyłem oczy i wpatrzyłem się w maleńki światek parku. kiedy wylądowałem na rakietodro-mie tego statku. Analizatory sygnalizowały znikanie przestrzeni na trasie i znaczne zakrzywienie jej metryki. ponury. — Zbyt często zmienialiśmy dziś szybkości i kursy. młody i wesoły. Znów byliśmy znoszeni na jedną z takich grupek. Był tak zdenerwowany. z jej liści spadały lepkie krople spadzi. Poprosiłem w myśli o wietrzyk. MUK zażądał nowej decyzji. Zrobiło mi się duszno od nieruchomego aromatu kwitnących drzew. Gdy się zamknęło oczy. że załoga zgadza się z dowódcą. Proszę nie myśleć. — Kręcimy się między tymi diabelskimi gwiazdami i nie możemy się wyrwać. Wokół pnia utworzył się wilgotny krąg. ale było jasne. Wielotysięczne skupisko Chi składało się z mnóstwa małych gromadek liczących po dziesięć do dwudziestu gwiazd.

imitujący daleką Ziemię. Z dziwnym uczuciem czytałem o trudnościach i obawach kosmonautów z dwudziestego pierwszego wieku. jeśli o miliard kilometrów nie połyskiwała gościnna planetka ze stacją kosmiczną. jaki widzieliśmy przelatując po raz pierwszy obok Groźnej. pędzimy prosto na nią. brzęczące jak anihilatory Taniewa. ich anihilatory nas nie zatrzymają — powiedział Leonid.W ciągu kilku dni spędzonych w Perseuszu wychudł tak. Zbudził mnie sygnał wywołania. W obszarze nadświetlnym przestrzeń była czysta. że ktoś przed nami niszczył przestrzeń.. Każda epoka ma swoje problemy i swoje bohaterskie czyny. z godziny na godzinę zmieniać swoją metrykę. W kabinie zacząłem przeglądać pisma ofiarowane mi przez Allana. jak w starożytności ludzie chudli w czasie choroby. W rezultacie kurs został przymusowo zniekształcony i zamiast pozostawić Groźną daleko po prawej. Jeśli nawet Zływrogi przygotowywały napad. — Trzeba zawracać — powiedział Leonid. Zdrzemnąłem się nad czasopismami. że na dyżurze Olgi i Osimy przestrzeń znów zaczęła się zakrzywiać. a potem będziemy decydować — powiedziałem i przesuwając lornetą po gwiezdnej sferze. Mknęli w wielkiej ciszy kosmosu czując się niezmiernie samotnie. że tak myślę. Od jaskrawej gwiazdy znów dzieliły nas miesiące światła. W pierwszej chwili zrozumiałem tylko. Jaki zresztą niezmierny wydawał im się ten żałosny miliard kilometrów! Nie. Później zawstydziłem się. Wzdrygnąłem się. że Leonid jest szalenie zdenerwowany i że w tym stanie nie powinien dowodzić statkiem. wlecimy prościutko do układu planetarnego Groźnej. to najwyraźniej się z nim nie spieszyły. lecz raczej tego. Boimy się dzisiaj nie pustki i milczenia. — Jeśli dam całą wstecz. Za jakieś trzy doby. Tylko te pszczoły. Leonid zastopował anihilatory napędowe. Głos mu drżał z wściekłości: — Znów nas niesie na Groźną! Zrobiliśmy w tym piekielnym skupisku zamkniętą pętlę! 22 Sens jego słów nie od razu do mnie doszedł. . — Zastanówmy się. dzisiejsze trudności nie dadzą się porównać z ówczesnymi. Leonid wzywał mnie do sterówki. — Mamy czas do namysłu. Wstałem i poszedłem do siebie. umyślnie nie spieszyłem się z wnioskami. jeżeli nic się nie zmieni.. — Do gwiazdy jest jeszcze daleko — zauważyłem. że kosmos jest gęsto zaludniony niebezpiecznymi istotami. Od tej chwili lecieliśmy jedynie dlatego. W mnożniku ukazał się obraz podobny do tego. Leonid byt aż szary z podniecenia. Na wszelki wypadek należy się przygotować do odparcia ataków grawitacyjnych. aby dać mu czas na uspokojenie. — Dokąd zawracać i co to da? Jak długo będziemy błądzić? Opowiedział mi następnie.

Przez chwilę wisieliśmy nieruchomo. czym ona w końcu jest. — Automaty zarejestrowały wszystko. — Trochę to niebezpieczne. Przy biegu wstecznym powrócimy do centrum skupiska. trzecia zaś. a na razie tylko miotamy się bez sensu i celu. Dwie wewnętrzne były z ołowiu.— Nikt nas nie będzie zatrzymywał. Obserwowałem przez mnożnik metalowe planety. — W obszarze nadświetlnym ich nie ma. — Ich plan jest oczywisty — powiedziała Olga. Zapominasz jeszcze o jednym. ale potrafią zmieniać metrykę przestrzeni i zadawać miażdżące ciosy grawitacyjne. ale musimy spróbować.. Anihilatory mają wprawdzie słabsze od naszych. aby dowiedzieć się o nim możliwie najwięcej. Policzyłem je: krążowników było dziesięć. Nikt nas na razie nie atakuje. a o to im chodzi. Znacznie uważniej niż w Złotą wpatrywałem się w dwie planety wewnętrzne. gdyby planeta składała się całkowicie ze złota: jej jądro najwidoczniej zawierało supergęstą plazmę. — Przecież dzieli nas od nich około trzech tygodni świetlnych. Nie obawiaj się. co można dojrzeć. Sytuacja była zbyt groźna. Przez całą noc i połowę następnego dnia gwiazdolot z wyłączonymi anihilatorami mknąt ku złowieszczej gwieździe. Pole ciężkości -wokół Złotej było tysiąckrotnie większe od tego. gdzie one teraz naprawdę są? — powiedziała Olga. które zaatakowały nas w Plejadach. błyszczała powłoką ze złota. Może nawet Andre jest wśród nich. Obrazy tych globów Andre rozszyfrował w przedśmiertnych widzeniach głowo-okiego. — Przybyliśmy do Perseusza. „W przestrzeni optycznej zewnętrznej planety krążowniki przeciwnika" — zameldował w południe komputer. Widzimy wizerunek przeszłości. aby przestrzegać kolejności dyżurów. póki nie wyczerpiemy zapasów substancji aktywnej. pokonując siły zasysające nas ku Złotej. Pora zawracać — powiedział Leonid. Pola grawitacyjne pozostałych planet nie odbiegały od normy. gdyż właśnie na niej znajdowały się urządzenia ni . Leonidzie. Smętna metalowa równina. metalowe góry i metalowe konstrukcje podobne do budynków. Jeżeli zastosują te obie możliwości naraz. na zdrowie nam to nie wyjdzie! W sterówce zjawiła się Olga wraz z Osima. Nie różniły się niczym od tych... na martwych ołowianych polach. Znałem je. — Będą nas rzucać od gwiazdy do gwiazdy. bo przyrządy niczego nie wykazują. Spróbujmy kontynuować kurs na Groźną i dowiedzieć się. to i my nie musimy się gorączkować — zauważyłem. zewnętrzna. Olgo. — Ciekawe. w głębi ołowianych gór cierpią więźniowie. Okręty przeciwnika krążyły wokół Złotej po orbitach sztucznych satelitów. Gdzieś tam. jakie powinno działać.. Uruchomił wsteczny ciąg anihilatorów. Wówczas bez trudu naprowadzą nas pod salwę grawitacyjną z jakiegoś układu planetarnego. — Jeśli oni się nie spieszą.

że wśród gęsto rozsianych gwiazd takie tempo jest niebezpieczne. — Zapytajmy o zdanie załogę. a później wyrwaliśmy się z przepaści. gdy MUK zawiadomił o gwałtownie narastającej krzywiźnie.szczące przestrzeń. bo porwano go nie po to. to było oczywiste! Kąt kursowy w stosunku do Groźnej powiększał się. ale może znajdować się na każdej z tysięcy planet i nie wiadomo na której. Leonid poweselał i zawrócił w kierunku Groźnej. Zaschło mi w gardle. bo kurs statku zaczął się odchylać w tamtą stronę. Przeskakiwaliśmy obok niej z rekordową szybkością sześciu tysięcy jednostek świetlnych. Jeden gwiazdolot nie zdoła walczyć ze wszystkimi planetami naraz. za którą rozpościera się pusty kosmos. Z przodu pojawiła się nowa grupka gwiazd. — Według mnie najlepszym wyjściem jest rejon Groźnej. Natychmiast przystąpił do spełniania swego zamiaru. Trzeba uciekać jak najdalej od tych metalowych gwiazd i w ogóle z tego skupiska! — Jeszcze niedawno rwałeś się tu ze wszystkich sił — przypomniała Olga. A jak ty uważasz. Olga zwróciła mu uwagę. Groźna. połyskiwała z lewej. Załoga poparła decyzję Olgi. Za nami ciągnął się szeroki woal mgławicy gazo-wo-pyłowej. „Pożeracz Przestrzeni" jeszcze nigdy nie pochłaniał jej tak gwałtownie. serce głośno biło. On oczywiście żyje. a potem czterech i pięciu tysięcy jednostek świetlnych — Leonid dotrzymywał słowa. teraz już ogromna. że nie jesteśmy przygotowani do podróży po tym niebezpiecznym rejonie. ale wszystko to odbywało się wewnątrz niepojętej dla nas metryki. Zwyciężaliśmy. a potem pomyślimy. że nadzieja na łatwe znalezienie Andre w gwiezdnym legowisku naszych wrogów była co najmniej naiwna. Z każdą chwilą zakrzywienie się zwiększało. — Zamierzam pobić teraz wszystkie własne rekordy prędkości. aby od razu zabić. Leonid odwarknął: — Od najbliższej gwiazdy dzielą nas miesiące świetlne. W czasie. nie zdoła nawet dotrzeć do każdej z nich! — Głosuję za powrotem — rzekłem. Tylko Olga w milczeniu wpatrywała się w nadlatującą na nas z boku Groźną. zamieniając ją na pyły i gaz. w którą chciano nas zepchnąć. Anihilatory napędowe ruszyły jeden za drugim. gwiazda oddalała się w bok. — Wreszcie zrozumiałeś. Już byłem gotów krzyczeć „Hura!". Eli? Pomyślałem. oddalaliśmy się od metalowych planet. że Zływrogi nawet nie zdążą mrugnąć swymi gtowooczami — powiedział z zapałem. na której też nas chyba oczekiwano. Statek nadal unicestwiał miliony kilometrów sześciennych pustki. — Tak szybko przemkniemy obok tej paskudnej planety. Wbrew prawom geometrii euklidesowej nie . jaką drogą uciekać — powiedziała Olga. skąd przybyliśmy. Paralaksometry wykazywały prędkość trzech. Nawet opanowany zwykle Osima wykrzykiwał coś w podnieceniu. Leonid nieustannie zwiększał prędkość i wkrótce mieliśmy tysiąc jednostek świetlnych. kiedy MUK ankietował członków załogi.

— Sytuacja skomplikowała się. Za to inne gwiazdy ruszyły z miejsc. — Oni są silniejsi! — wrzasnął. To. że potrafi się zdenerwować. powtórnie mknął ku gromadce Niedobrej. Nie ulegało wątpliwości. Rozwścieczony Leonid uderzył pięścią w oparcie fotela. Ale były też i inne słońca. Wkrótce okazało się. ale równie dobrze mogło to być złudzenie optyczne. do którego dążyliśmy wyrywając się na zewnątrz. co nie udało się koło Groźnej. Nowy plan ucieczki wyglądał następująco: najpierw wymacywanie zapór na małych szybkościach. Olga skierowała statek w prawo od tej grupki słońc. ale nie jest beznadziejna. Wydawało mi się nawet. Z niektórych tryskał stożek anihilowanej przestrzeni i te aktywne ciała skwapliwie omijaliśmy. a na planetach krążowniki przeciwnika. lecz ostro skręcaliśmy zgodnie z podyktowanym nam torem. że nie wszystkie gwiazdy nas przyciągały.wydostawaliśmy się na zewnątrz. kiedy wokół jednej z gwiazd odkryliśmy układ takich samych metalowych planet. skąd pospiesznie uciekaliśmy. Punkt. Pozostała nam jeszcze jedna możliwość: przebijać się w walce! Gwiazdolot. trzeba więc będzie działać możliwie sprytnie. Między Groźną a Niedobrą płonęły gęsto rozsiane gwiazdy. — Musimy się przebijać w rejonie jednej z gwiazd nieaktywnych — zdecydowała Olga. Komputer przekazał jej słowa wszystkim członkom załogi. które nie emitowały stożków pustki. Obawa przed nimi zamieniła się w prawdziwy lęk. może udać się w innym rejonie. lecz planety przypominały nasze słoneczne i nie miały nic wspólnego ze złotymi globami Zływrogów. Gwiazdy te również miały układy planetarne. znalazł się za naszymi plecami. jak i dokoła Groźnej. Prawie wszyscy straciliśmy głowy: jeszcze nigdy dotąd nie forsowaliśmy tak anihilatorów. a potem przebijanie bariery z pełną mocą napędu. Zatoczyliśmy wokół Groźnej gigantyczne półkole i ponownie znaleźliśmy się w centrum skupiska. Cała sfera niebieska zawirowała. a i to nie pomogło. okrążywszy Groźną. Wokół gwiazd nieaktywnych trudniej jest zakrzywić przestrzeń niż w rejonie . — Wstydź się! Natychmiast przestań histeryzować! Oni nie są silniejsi od nas. że na jednej z nich dostrzegłem miasta. aby z bezpośredniej odległości zadać cios grawitacyjny. po prostu zmieniono kurs! — Proszę o całkowity spokój! — powiedziała stanowczo Olga. Do owej chwili nawet nie przypuszczałem. Groźna nadal cofała się do tyłu i była teraz na prostopadłej do osi lotu. że chciano nas przyciągnąć. Nawet nie fatygowano się nas odrzucić. — Są silniejsi od nas! Olga chwyciła go za ramię. lecz my jesteśmy szaleni! 23 Jej okrzyk otrzeźwił nie tylko Leonida. — Postarają się nam w tym przeszkodzić.

Jeszcze nie przemyślałam wszystkich szczegółów. Nawet nie pozwolili nam zbliżyć się do nieaktywnych gwiazd. jak tylko zamienić ciało niebieskie w jamę pustej przestrzeni i przez tę wyrwę przedrzeć się na zewnątrz. że ograniczy się do wydania bitwy . mówiła Olga.. a następnie. Wrogowie doskonale orientowali się. aby nabrali przekonania. a więc najwidoczniej ist nieje realna szansa przebicia się w tym rejonie. Przeraziłem się. Zapory. jedyny. Ataki były coraz słabsze. Oddaliwszy się od gromadki Niedobrej. Do gwiazd aktywnych przyciągają nas teraz bez szczególnej energii.. ostrzelać ją z anihilatorów bojowych. Raz za razem próbowaliśmy się przebić i zawsze na naszym kursie wyrastała złowieszcza aktywna planeta. Musimy skorzystać z tego i obrócić ich plan na swoją korzyść. Zmieniali metrykę przestrzeni z niezwykłą łatwością i energią. ale Olga mnie uspokoiła.. otoczona wianuszkiem metalowych okrętów zacumowanych na jej powierzchni. — Wkrótce ci powiem. już z najmniejszej odległości. Trzeba więc lecieć w stożek unicestwianej przestrzeni. To ostateczność. Wiedziałem. Czekają pewnie. Jedną z transmisji udało się nam częściowo rozszyfrować: „Kontynuujcie. niesionych przez fale przestrzenne. ograniczoną trwałość. co chcemy osiągnąć.. Chciałabym. a wewnątrz skupiska rozwijaliśmy kilkaset jednostek. zaatakowaliśmy serię nieaktywnych gwiazd położonych w pobliżu. Nasi przyjaciele nie wiedzieli.. Po szeregu nieudanych prób przebicia się Olga powiedziała: — Oni nader zdecydowanie przegradzają nam drogę ku nieaktywnym gwiazdom. tryskający z metalowej planety. Po pewnym czasie gwiazdolot zaczął zmniejszać szybkość. że musimy oszczędzać paliwo. Wtedy Olga ujawniła nam swój plan: Zływrogi zakrzywiają przestrzeń. Eli.. póki nie zużyjemy wszystkich zapasów substancji aktywnej. Jeśli poprzednio krzywizny przestrzeni atakowaliśmy przy pięciu lub sześciu tysiącach jednostek świetlnych. że jesteśmy bezsilni. że Olga ma jakiś śmiały pomysł. lecz nie pozostało nam nic innego.." Tę depeszę odebraliśmy w czasie atakowania krzywizny w rejonie jednej z nieaktywnych gwiazd. ale nie przeszkadzają w zbliżaniu się ku nim. przypuszczałem jednak. Chwycili nas w gwiezdną pułapkę i nie zamierzali z niej wypuszczać. wobec czego będziemy starać się przerwać ich zapory w najsłabszym miejscu. Odbiorniki nadal wychwytywały strzępki informacji.. — Niechaj wrogowie odniosą takie samo wrażenie jak i ty. kiedy staramy się przemknąć obok gwiazd aktywnych.planet zamieszkanych przez Zływrogów. po prostu przegrodzili wszystkie wiodące tam drogi. że istotnie zapasy substancji aktywnej już się kończą. to obecnie nasza prędkość była wyższa od szybkości światła zaledwie kilkadziesiąt razy. — Co zamierzasz zrobić? — spytałem.

pustą skorupę miotaną bezwolnie we wszystkie strony. W tym mieliśmy już pewne doświadczenie. potrafimy więc w razie konieczności unicestwić całą flotyllę. nawet nie usiłując skręcić w bok. Odpocznijcie. Zniszczyć ciało niebieskie wyposażone we własne mechanizmy obronne i strzeżone przez całą flotę okrętów bojowych! Olga spokojnie odparowała sypiące się ze wszystkich stron wątpliwości. lecz Olga ciągle zmniejszała prędkość. ale nie potraficie skutecznie walczyć. Budowa niewielkiej Ory zajęła dwa pokolenia. przekształcić statek w zwykłe materialne ciało. lecz wlekliśmy się na samej granicy obszaru nadświetlnego. Jesteście na to zbyt niezrównoważeni i gorąco-krwiści. W tej chaotycznej pozornie miotaninie był jednak narzucony z zewnątrz system: krzywizna przestrzeni sama kierowała nas ku Groźnej. jak mawiali przodkowie. że stara się w ten sposób . — Jeszcze z dziesięć okrążeń skupiska gwiezdnego. Już nie mknęliśmy. zmiatając przestrzeń na swej drodze. Pomyślałem nawet. — Powtarzam. a znaleźlibyśmy się po drugiej stronie bariery. Myliłem się. Zapasów substancji aktywnej wystarczy na zburzenie dowolnej planety bez względu na jej masę. Po nieudanym ataku na rejon Groźnej stracił nieco pewność siebie. Trzeba jedynie maksymalnie zbliżyć się do celu. Allan i Leonid zniszczyli cztery okręty przeciwnika. Ludzkość potrafiła tworzyć planety z „niczego". Nie chcę obrażać mężczyzn. nie mamy innej szansy przebicia się na zewnątrz! — powiedziała Olga. Ale o to już zatroszczą się sami wrogowie. 24 Każdy z nas w myśli starał się przyspieszyć starcie z wrogiem. Wtedy powiedziała: — Sama będę dowodzić statkiem w czasie szturmu. trwało to jednak długo i kosztowało wiele wysiłku. Dla obserwatora z zewnątrz nasz gwiazdolot stanowił teraz grudkę zmaterializowanej rozpaczy. czeka was ciężka próba. Po raz trzeci zbliżaliśmy się do tej gwiazdy. Olga jednogłośnie otrzymała żądane pełnomocnictwa na czas bitwy kosmicznej. Odniosłem wrażenie. że nie on będzie dowodził statkiem w czasie bitwy. jeszcze kilka ciosów w zapory przestrzenne i zupełnie bezbronni staniemy się łatwą zdobyczą bandytów.. Wystarczyło lekko zahamować. podlegające prawom mechaniki elementarnej. Ale zanihilować planetę!. Wiedzieliśmy oczywiście. kierując nas wprost w otwartą paszczę. Niechaj każdy spełni swój obowiązek. iż Leonid z radością przyjął wiadomość. Jakieś gigantyczne mechanizmy tasowały metrykę kosmosu. Plan jest całkowicie realny. że Olga chce wyjść w przestrzeń optyczną. Olga pokornie wiodła statek po narzuconej drodze. Teraz mieliśmy w ułamku sekundy zniszczyć metalowy glob o średnicy pięciokrotnie i masie tysiąckrotnie większej od Ziemi.krążownikom wroga..

a kiedy upłynęły. Za kilka minut przekonają się. Lorneta mnożnika pokazywała jeszcze okręty przeciwnika krążące czujnie wokół planety. kiedy zakrzywienie przestrzeni ustąpiło. Natychmiast chwycono nas w kleszcze geometrii nieeuklidesowej. wystawiano nas pod salwę jej mechanizmów grawitacyjnych.. Wszystkie rekordy ustalone poprzednio przez Leonida zostały pobite. Na Złotej. a zaczęło się unicestwianie samej przestrzeni. niepodzielnie rządziła nami obca wola. — Wkrótce ruszą.. poza Niszczycielami. Wreszcie nastała chwila. Gwiazdolot jakby ocknął się i skoczył do tyłu. a w teraźniejszości dziesięć krążowników. W obszarze nadświetlnym pojawiło się dziesięć mknących naprzeciw nam punkcików. bo i tak im się nie wymkniemy. ze względu na panującą tam wysoką grawitację nie mogły bytować żadne istoty żywe. Walka wobec tego będzie uczciwa. starając się odwlec zgubę — takie to powinno sprawiać wrażenie na obserwatorze. Złota zmniejsza anihilację. — Nadal te same krążowniki. Znów z układu planetarnego Groźnej trysnął stożek anihilowanej pustki. który zaczął nas wsysać.. ale rzeczywistość była inna. Kierując pracą wszystkich urządzeń statku nie miała czasu na obserwacje. bazy krążowników przeciwnika. dziesięć. Te minuty ciągnęły się bardzo długo. na co tak czekaliśmy i czego tak bardzo się lękaliśmy. Groźna coraz bardziej odchylała się od osi lotu: przyciągano nas do Złotej Planety. Olga uruchomiła anihilatory i Gwiezdny Pług runął wprost na Złotą Planetę. że Niszczyciele pojęli wreszcie swój błąd. — Nie lecą nam naprzeciw? — Nie. Zływrogi doszły widocznie do wniosku.zmylić wroga. obszar nadświetlny jest pusty. beznadziejnie walczyliśmy. ale każdemu było ciężko na duszy. Walczyliśmy. wróg przeciw Wrogowi. nie było więc tam z pewnością więźniów zagarniętych do niewoli. jak bardzo się pomylili. Olga w ciągu niewielu sekund rozpędziła statek do siedmiu tysięcy jednostek świetlnych i przy tej szybkości zaatakowała! Wtedy spostrzegliśmy. to coś podobnego do ulgi odczułem. Przestrzeń optyczna z jej wolno biegnącym światłem dawała wizerunek przeszłości. później dwadzieścia. Jeśli można było mówić w owych ciężkich chwilach o uldze. Obserwowałem dwa różne obrazy. Eli? — zapytała. gdy widział. pochłaniało dzielącą nas . zaczęło się to. — Co tam widać. Olga oderwała mnie od lornety mnożnika.. Za każdym razem wróg działał pewniej. niczym sfora psów. Wkrótce nie mieliśmy już szybkości własnej. że nie muszą się spieszyć. a nasz opór słabł. kiedy statkowi zabrakło mocy na wyrwanie się ze stożka wciągającej go pustki. Bezwładny lot statku trwał do chwili. piętnaście. którą teraz mieliśmy bezpośrednio na kursie. jak nieubłaganie olbrzymieje złowieszczy glob Groźnej. Z generowanych przez wrogów trzydziestu jednostek świetlnych neutralizowaliśmy początkowo ruchem wstecznym dwadzieścia cztery jednostki.

Flota wroga przestała istnieć. Teraz widzieliśmy w przestrzeni optycznej jedynie wolno rosnącą. Wtedy Leonidowi z kolei nerwy odmówiły posłuszeństwa. Wspominając teraz przebieg wydarzeń. — Zrozum. — Doprowadzisz nas do zguby! — Za wcześnie! — powiedziała. — Jestem takim samym dowódcą jak i ty! Słyszysz? Nie pozwolę nas zgubić! Wyrwała mu się i powiedziała ostrym tonem: — Rozkazuję zachować spokój i milczenie! Nie wolno mi przeszkadzać. Zdumiała mnie odwaga naszych wrogów. starając się ocalić pobratymców na planecie. nienawiść i unicestwienie. Znajdowały się od nas o godziny biegu światła i sekundy zaledwie naszego piorunującego pędu. i dostrzegliśmy w urządzeniach optycznych dziesięć jaskrawych rozbłysków. Nasze generatory fal przestrzennych wykryły to bez trudu. Krążowniki Niszczycieli pędząc ku nam wyprzedziły bowiem znacznie własne ciosy. Nie zrobiły tego. to pogarda. tolerować i szanować. które spadną na nas później! — Grawitatory je zamortyzują! Nie mogę zbyt wcześnie atakować. zaledwie tysięczne ułamki sekundy dzieliły ich od sukcesu. że to właśnie Złota zagradza nam drogę ku wolności! Nasza prędkość sumowała się z prędkością krążowników i punkciki widoczne w obszarze nadświetlnym błyskawicznie powiększały się. co mówię. co niegdyś było okrętami. Ciała widoczne na ekranach lokatorów fal przestrzennych momentalnie rozpadły się. Załogi krążowników miały dosyć czasu i wystarczającą szybkość. to trzeba im przyznać. Leonid stracił zupełnie opanowanie. że ich szaleńczy plan się nie powiódł. Chwycił Olgę za ramiona i zaczął potrząsać. bo zboczę z bezpośredniego kursu na planetę. Nie. Eli! — Atakuj! — błagałem pełen strachu. Każda chwila zwłoki oznacza nowe fale przeciążeń. zamieniały w kule. skazaną na zagładę Złotą Planetę. tu chodzi o życie nas wszystkich! Znów przez parę chwil panowała pełna napięcia cisza. Zapomniałem w owej chwili o wystrzelonych przez wrogów salwach grawitacyjnych. Zła nie można akceptować. lecz wybrały śmierć. atakuj! — krzyknąłem. że oni wyprzedzają własne salwy grawitacyjne. — Za wcześnie! — odparła. — Za wcześnie. aby uratować własne skóry. — Olgo. gorączkowo . nie przestaję się dziwić. Jedyne. nie przestałem ich nienawidzić! Skoncentrowali w sobie całe zło kosmosu. Krążowniki galaktyczne przeciwnika byty już wyraźnie widoczne. Olgo! — krzyknął ochryple. Ale Niszczyciele byli odważni. Mogli przecież uciec od skazanej na zgubę planety. Pamiętaj. Na widok tych pędzących ku nam punkcików ogarnęła mnie panika.pustkę. na co zasługuje. przestała nam zagrażać. Byli wszak o krok od jego urzeczywistnienia. — Dłużej nie wolno czekać. wypełniona ciężkim pulsowaniem krwi w żyłach. Wtedy Olga włączyła anihilatory bojowe. Przemknęliśmy przez to. zamieniły w połyskliwą plamę.

Olga precyzyjnie obliczyła salwę i wystrzeliła ją w odpowiedniej chwili. Leonid stracii przytomność. Obok jęczał Osima. chciałem powiedzieć. przyjaciele. że żyję. połyskującego dalekimi gwiazdami. charkot. Dzisiaj. który spadł zbyt późno. Ta fala przeciążeń była najsłabsza. Jedynie Olga. Zaraz ich zniszczymy! Trzecia fala przeciążeń runęła na nas w chwili. jęknąłem z bólu. że moja świadomość ledwie się tliła na pograniczu jawy i . zamienionej w czerwony punkcik Groźnej na tle czystego nieba. jak mi się wydawało. Eli! — krzyknęła tracąc oddech. by po chwili zamienić się w mgławicę. że musi być przytomna i zachowała przytomność. ale wszystko pozostałe jest w porządku! — chciałem odkrzyknąć temu głosowi. jak wykazały potem rejestratory. unicestwić nas i siebie w zderzeniu czołowym. Na jej miejscu rozwarła się nowa jama w pustce. — Trzymaj się. — Olgo! — wychrypiałem starając się unieść. ochronne pola grawitacyjne. Okropna planeta. a Leonid klął. nic się nie stało. trzeciego uderzenia. Ostatnią rzeczą. kiedy rozpadła się przeklęta planeta. z jego ust wydobywał się przedśmiertny. — Olgo. wczepiwszy się w poręcze fotela. W przestrzeni optycznej zobaczyliśmy gigantyczną eksplozję. Wszystko skończyło się w ułamku sekundy. dziura w przestrzeni kosmicznej. — Eli! Eli! Chciałem się odezwać. że zabrakło mi powietrza w płucach nawet na jęk. gejzer płomieni tryskający z wnętrza planety. zanim straciłem przytomność od trzeciego ciosu grawitacyjnego. Jestem przekonany. zagradzająca nam swymi gigantycznymi mechanizmami grawitacyjnymi wyjście ze skupiska gwiezdnego. które omal nie stało się naszym grobem. aby uratować Niszczycieli.wysyłającą. Wiedziała. Dostrzegłem jeszcze wspanialszą Drogę Mleczną. Ogromna tarcza rozjarzyła się w obszarze nadświetlnym i natychmiast rozprysnęła na strzępy. „Zdaje się. potrafiła ustrzec się przed omdleniem. jaką ujrzałem. — Zaraz wstanę. Potężna siła zmiażdżyła mi klatkę piersiową. że myślę sprawnie i precyzyjnie. że oni sami wiedzieli o wyczerpaniu zasobów energii grawitacyjnej i starali się po prostu nas staranować. że słyszę. że nasze grawitatory nie potrafią całkowicie jej zneutralizować. przestała istnieć. byt obraz odrzuconej daleko w bok. że oślepłem.. nie wołaj mnie tak rozpaczliwie. przeglądając zapisy pracy mózgu. Druga fala przeciążeń była za to tak potężna. Zrozumiałem. — Trzymajcie się.. Później znaleźliśmy się w strefie salwy unicestwionych okrętów i okazało się. Ziemia 1 — Eli! — dźwięczał mi w uszach głos. krążowniki wyemitowały ją tuż przed zniszczeniem i najwidoczniej ich działa nie miały już wtedy pełnej mocy. widzę. Zostaw mnie na chwilę w spokoju!" Wydawało mi się wówczas. że uciekliśmy z gwiezdnego więzienia.

Wzruszało mnie to. jeść. To była trudna nauka.. Nie mogłem jednak. W ten sposób rozpoczęła się moja rekonwalescencja. Olga wychudła.. ale jednocześnie irytowało. Dziesięć razy umierałem i dziesięć razy przywracano mnie do życia. że od Perseusza dzieli nas trzy tysiące lat świetlnych i znów straciłem przytomność. 2 Uczyłem się być żywym: otwierać oczy. — A więc gdzie jesteśmy? — zapytałem. odpowiadać na pytania.gorączkowych majaków. krzyczący. zanim sam nie zacząłem o to życie walczyć.. niespokojny świat. — Nie wolno ci się ruszać. Przypomniałam sobie. Trzecia fala przeciążeń narobiła wiele szkód. Osima również wycierał łzy. Koło łóżka siedzieli Olga i Osima... spokojną Olgę.. tak wiele wysiłku kosztowało mnie ich dźwiganie. . zanim znów stałem się podobny do innych ludzi. — Eli! —wołano. — Nic nie zobaczysz. ale tylko mnie porozrywała tkanki i zmiażdżyła kości. Chciałem widzieć przy sobie nie roztrzęsioną. abym natychmiast zniszczyła krążowniki wroga. W ciemnym zewnętrznym świecie nie było nic prócz niego. W parku rozkwitły bzy. była blada i nieśmiała. — Ja również zemdlałam — mówiła Olga. bo znów wypełnił mnie głos krzyczący: „Eli! Eli!" Jęknąłem. Pachniała ziemia. gdy gwiazdolot wyrwał się na otwartą przestrzeń. w jakim stanie ty. straciło na krótko przytomność i ocknęło się. kiedy zobaczyłam. Nareszcie zdecydowałem się spełnić prośbę głosu. —Eli! Eli! Głos nie pozostawiał mnie w spokoju. trzecie wiosenne bzy w czasie naszej wyprawy. iż oddalamy się od straszliwego skupiska Chi w Perseuszu. Musiałem się przekonać. — Leż! — rozkazała Olga. wspominającą straszliwe przeżycia. — Stało się to wtedy. Siedziałem w wózku-awionetce. Byliśmy w parku. słuchać. — Przyjaciele! — powiedziałem i spróbowałem się podnieść. Upłynęło wiele miesięcy. Przekonałem się. — Leż! — powtarzała Olga gładząc mi ręce. Olga płakała. jak bardzo prosiłeś. Przypomniałem sobie krwawą czerwień Groźnej. Ogarnęło mnie przerażenie. a wśród nich Leonid. Miałem pecha: ucierpiałem więcej od innych. — Przestań! — wyszeptałem i znów otworzyłem oczy. cały świat był tym głosem. Ciasny. — Odzyskuje przytomność! — powiedziała Olga szeptem. że potrafi płakać. Jesteśmy bardzo daleko od tego miejsca. Otworzyłem oczy. Potem doszła do tego nauka wielkiej sztuki chodzenia. Ciążyły mi tak bardzo. a Olga stała obok mnie. Wpatrywali się we mnie. — Ile czasu upłynęło od bitwy? Zdążyłem usłyszeć. Powieki znów mi opadły. lecz dawną rozsądną i beznamiętną. Osiem osób. że musiałem trochę odpocząć.

— Za miesiąc Ora. Myślę. że moglibyśmy powrócić. Pamiętasz nieaktywne gwiazdy. że Andre jeszcze żyje? Niczego się o nim nie dowiedzieliśmy i nie zdołaliśmy pomóc.a jeszcze chętniej taką. Niestety nasze odbiorniki są zbyt słabe. — Chcesz tutaj. od których Zływrogi odrzucały nas tak energicznie? — A więc Galaktowie zamieszkują układy tych gwiazd? To jest pewne? — Sam się o tym przekonasz.. nie można być niczego pewnym. tak jakoś samo przyszło na myśl. Eli. że chce ze mną porozmawiać.. trzeba więc było wracać. Ora za miesiąc. czy wolisz pójść do mojej kabiny? — Lepiej do ciebie. aby utrzymywać dalekosiężną łączność na falach przestrzeni. — Mówisz o Galaktach? — Właśnie o nich. że rozmowa mnie zmęczyła. Inaczej unikaliby zbliżenia z naszym gwiazdolotom. jaki będzie temat tej rozmowy. Olga przez chwilę myślała. za trzy miesiące Ziemia — powiedziałem wskazując na wykres.. W kajucie wisiał na ścianie wykres powrotu: świecą ca linia i pełznący po niej czerwony punkcik — nasza droga na Ziemię i statek. do czego jesteśmy zdolni. Przyjaznych gwiazd jest w skupiskach Perseusza więcej niż zasiedlonych przez Zływrogów. Przecież ty sam w Perseuszu głosowałeś za powrotem.. że sytuacja się zmieniła? Udałem. — Skąd ta obojętność? — Doskonale wiesz o co chodzi. że całe to wstrętne skupisko gwiezdne drży na myśl o tym. . Nie chciałem ujawniać tego. — Dlaczego nazywasz to skupisko wstrętnym? Czyżbyś nie zachwycał się dawniej jego pięknością? Zresztą nie wszyscy jego mieszkańcy myślą ze strachem o naszym powrocie. którymi oni całkowicie władają. kiedy jak zwykle usiłowałem spacerować po parku. Od gwiezdnych skupisk Perseusza dzieliło nas bez mała pięć tysięcy lat świetlnych. Nie dotyczy to przestrzeni międzygwiezdnych. — Uważasz. jaka była w Perseuszu: odważną i przewidującą. Zanim nie przybędziemy na Ziemię.. Ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia. — Wrogowie do końca nie wiedzieli. Przypomniałem jej bitwę ze Złotą Planetą. Ziemia za trzy.. a potem zapytała ostrożnie: — Czemu o tym wspominasz? — Nie wiem. co mnie niepokoiło. kiedy zapoznasz się z danymi przetworzonymi przez komputer. — Sądzisz. Domyśliłem się.. 3 Któregoś dnia. Przez dwie trzecie przebytej drogi byłem nieprzytomny. — Wówczas nie mogliśmy pomóc. aby nikt nie przeszkadzał. Czerwony punkcik zbliżał się do końca linii. — Tak. Leonid powiedział. Zażartowałem: — W każdym razie postąpiliśmy ze Zływrogami nader zływrogo.. Mamy tam przyjaciół.

a Olga zasługiwała na wielką miłość — doskonale to pojmowałem. przyjmować jej pomoc. iż w tobie skupiły się wszelkie ludzkie zalety. pomagać jej. lecz prośby. Co mi na to odpowiesz? Wskazałem mu na ścianę.. ponieważ oczekiwałem od ciebie nie pytań. całymi dniami i nocami siedziała przy twoim łóżku. Ani on. Ledwie nad sobą panował. jak bardzo pragnę być na Ziemi! Objął mnie i wyszedł nie powiedziawszy ani słowa. Chodzi o Olgę. co mam mu odpowiedzieć. co się we mnie dokonywało. Powiedziałem więc: — Milczę. że trudno mi było w nie patrzeć. Nie wolno ci się nad nią tak znęcać! Dlaczego milczysz? Czemu nie odpowiadasz? Zastanawiałem się. — Oczekiwałeś więc prośby. Nawet nie podejrzewasz. Oni są normalni. że powiesz: Eli. Mój zimny ton przyprawił go o wściekłość. Ja za to nie znam innej radości. że nie dasz jej szczęścia. ani Olga nie zrozumieliby tego. Ty zostaniesz z Olgą. bo przy mnie Olga potrafi dać z siebie wszystko. iż powiedziałem ci to wszystko własnymi słowami. bo chyba w ogóle nikomu szczęścia dać nie możesz.. że nie masz serca. a ja nie. Źrenice mu się rozszerzyły. jak tylko być zawsze razem z nią. Olga nie dostrzega. wykluczało jakąś dodatkową namiętność. — Nie ma w tym nic dziwnego! Jeżeli nie masz serca. jakiej prośby oczekiwałeś? — Spodziewałem się. takiej prośby. Wiemy także. Co mi chcesz o niej powiedzieć? Leonidowi zszarzała twarz. Ta mądra i przenikliwa kobieta myli się tylko w jednym: w ocenie ciebie.. — Wiesz doskonale. Ale wiemy obaj — czekałem. Nie mogłem sobie pozwolić nawet na malutką miłostkę. co w niej najlepszego. — Za miesiąc znajdziemy się na Orze i tam się po żegnamy. a ja muszę lecieć na Ziemię. — Nie! — krzyknął. że mi to powiesz. To. iż będzie to również jej szczęście. w ogóle nie widzi żadnej z twoich wad. bo wydaje się jej. ja odejdę.. ale postanowił za wszelką cenę zachować spokój. Tłumaczyć to Leonidowi nie miało sensu. w odpowiedzi na którą mógłbym ci tylko uścisnąć rękę i powiedzieć: masz rację. — I jakie wnioski z tego wyciągasz? — zapytałem. Ale przypuśćmy. Kiedy chorowałeś. jak ona się do ciebie odnosi.— Naturalnie. — To nieprawda.. — Czemu się z nią nie ożenisz? — Dziwią mnie takie rady słyszane od ciebie. Leonidzie — że jesteś człowiekiem bez serca i niegodnym jej. a nie pytań. Powiedz mi wobec tego.. . gdzie czerwony punkcik wolno — zaledwie z tysiąckrotną prędkością światła — pełzł po świetlistej linii. Leonidowi tak rozbłysły oczy. nie mam żadnych kontrargumentów. czym obecnie żyłem. zaniedbywała statek... Będziecie pokonywać kosmiczne przestrzenie. że jest ci obojętna.

dawno się już wszystko uspokoiło. Dla mnie Allan zrobił wyjątek. My natomiast widzieliśmy sztuczną planetę. Zaśmiał się triumfalnie. jak Ora wygląda obecnie. Różnicy nie było. dobrzy przodkowie. . że wejdzie w obszar nadświetlny. opowiadajcie: gdzie? co? jak? Zaprowadziliśmy go do klubu. Wielki Komputer Akademicki również przyznał mu rację. dlaczego mu nie przerywamy. A propos. małych. Allan przekazał dowodzenie zastępcy i przyleciał do nas. pytał. Allan już z daleka zasypał nas powitalnymi depeszami. nieustannie zbliżając się ku teraźniejszości. Wkrótce przekonaliśmy się. Z taką pasją bronił starych zasad społecznych. informacyjnych i akademickich. że to był „Sternik". Z radości nieco przesadził. którym nadal dowodził Allan. tu zaś było na odwrót — przeszłość stawała się teraźniejszością. Nawet Leonid postękiwał wyrwawszy się z jego objęć. aby szybciej się z nami spotkać. o potomkach. — Jaki spór? Drobiazg. Dopiero wówczas nas wykryto. Romero hałasował we wszystkich głośnikach i błyszczał we wszystkich wi-deokolumnach. Wprawdzie coś tam było i ludziska wiecowali niczym starzy. Allan nie zrozumiał. Krzyczał o przodkach. który postanowiono przeprowadzić. Zadumałem się nad tym przez chwilę: zwykle teraźniejszość odsuwa się od nas i staje się przeszłością. Na spotkanie pomknął jeden z gwiazdolotów. chociaż i tak wszyscy wiedzieli. gdzie zebrała się cała załoga. Olga odpowiedziała: „Wchodź! I tak będziemy widzieć twój stateczek". W klubie wisiała kamienna cisza. baliśmy się nawet spojrzeć na siebie. o komputerach wielkich. — Gdzieście się podziewali przez ponad dwa lata? Opowiadajcie. Cieszył się z naszego niepokoju o ziemskie sprawy. Niepokoiła nas tylko jedna sprawa: co słychać na Ziemi i jak zakończył się spór Wiery z Romerem? Allan rozsiadł się w fotelu i popatrzył na nas rozpromienionym wzrokiem. Zagroził. co się wydarzyło w rejsie i czy uzyskaliśmy jakieś wiadomości o Andre. — Ach wy włóczęgi! — wrzeszczał po chwili. Kiedy statki położyły się na równoległe kursy. o nas. traktując mnie jak chorego. Na to ostatnie pytanie odpowiedzieliśmy niezwłocznie. że łzy z oczu wyciska}. kończył się trzeci rok naszej kosmicznej odysei. bo nie mógł pojąć całej głębi naszej rozterki. o Niebianach. natomiast resztę obiecaliśmy opowiedzieć osobiście. a właściwie oglądaliśmy jej przeszłość. Szliśmy w obszarze nadświetlnym i na Orze nas nie widziano. O dobę świetlną przed Ora „Pożeracz Przestrzeni" wynurzył się z obszaru nadświetlnego i już jako zwykłe ciało materialne kontynuował podróż w nie naruszonej przestrzeni. o Zływrogach. Ale nadszedł dzień plebiscytu. jaki będzie jego wynik.4 Kiedy w przestrzeni optycznej ukazała się Ora. Lokatory pracujące na falach przestrzennych przekazywały również.

a jednak urodzili się ponad czterysta lat temu — moim zdaniem to kobiety najbardziej pociąga. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent z ułamkami zgadzało się z Wierą. że na razie nie ma jeszcze konkretnego planu pracy dla „Zakładów Budowy Planet". Wielki uznał własną klęskę i zażądał uaktualnienia swych własnych podstawowych programów. że postronnemu obserwatorowi włosy by się zjeżyły na głowie. „Wszyscy do walki o najwyższą planetność gwiazd naszego rejonu Galaktyki!". a nie tylko rozumem pojąć. ale kiedy występowałem. młodsi od każdego z nas. znalazł upust w praktycznym działaniu. mogliśmy do końca. ludzie wyłączali transmisje Pawła.— Ludzkość zwariowała! — krzyczał radośnie. Nie dacie wiary. jakie ważne prace rozpoczęto ostatnio na Ziemi. Zacznijmy od tego. Śmierć kosmonautów i niszczenie planet w Plejadach doprowadzały ludzi do wściekłości. Utworzono przedsiębiorstwa: „Zakłady Budowy Gwiazdolotów" z bazą na Plutonie i „Zakłady Budowy Planet". — Jak się czują na Ziemi kosmonauci i Anioł? — zainteresowała się Olga. że uległem szaleństwu. Podbiegliśmy do Allana i z radością zaczęliśmy podrzucać go pod sufit. które trudno nazywać przedsiębiorstwami. którzy zachowali rozsądek do końca i głosowali za Romerem? — Ja? — zdziwił się Allan. To się już robi. że małe dzieci trochę się go boją. Słowo daję. dzieci i obsługa ziemskich fabryk. ile się w nich dziewcząt zakochało! Wspaniali chłopcy. Romero uzyskał poparcie niecałych trzech dziesiątych procent ogółu. — Doskonale! Trub jest szczęśliwy i jedyną jego troską jest to. Eli. A Trub latał nad tłumem i dziko wrzeszczał archanielskim głosem. powiedziałem ironicznie: — Ty oczywiście znalazłeś się między tymi. Nastolatki urządzają z nim wyścigi na awionetkach. Zapytałem. jak dalece słusznie postąpiła ludzkość. To właśnie mnie oskarżył Romero. całym sercem. Jednym z proponowanych kierunków działalności jest wznoszenie nowych planet wokół samotnych gwiazd sąsiadujących ze Słońcem. gdyż połowa ludzkości w nich pracuje. — To było masowe szaleństwo. Budowa przebiega pod hasłami: „Precz z pustymi gwiazdami!". Bałaganu i zamieszania jest na razie tyle. Na zielonej Ziemi pozostali jedynie starcy. że tak było! Kamagin z Gromanem i nasz Trub również dolewali oliwy do ognia. Kosmonauci przekwalifikowują się na nawigatorów gwiazdolotów i opędzają się od kandydatek na żony. mówię wam. który ogarnął Ziemię. Nie jestem takim mówcą jak on. bo nie potrafi cicho latać. „W układzie każdej gwiazdy planety przydatne dla każdej formy życia!" i tak . którzy poznaliśmy pułapki Perseusza i ogień walki z Groźną. no i oczywiście wygrywają. Jedynie my. wszyscy są uczestnikami i każdy w miarę własnych sił stara się bałagan pogłębić. Allan odpowiedział mi na to całą przemową. — Chyba zwariowałeś. Kiedy podniecenie trochę opadło. ale obserwatorów nie ma. Entuzjazm.

W myśl tego projektu na stworzone od podstaw uniwersalne planety z pełną automatyzacją produkcji i usług należy stopniowo przenieść wszystkich Niebian. Na gwiezdnych trasach dzieją się okropne rzeczy! W drodze na Orę nasz „Sternik" o mało nie wleciał do obszaru kompleksowego zniszczenia: przed nami rozpadała się jakaś zbędna gwiazda z kategorii czarnych karłów. Ale już teraz. Rejon budowy już wybrano: okolice Syriusza i jego sąsiada. przestrzeń kosmiczna trzeszczy w szwach. Popatrzył na nas roześmianymi oczami i zakończył: — Tak wyglądają nasze ziemskie sprawy. przy-tosować ją do naszych wymagań. i tak dalej. ale też i bez porównania ciekawsze. Plakaty i transparenty z tymi złotymi myślami spotyka się na wszystkich zaludnionych planetach. powolnych statków przestarzałej konstrukcji. . jakby już pustki zabrakło. ale włażą ludziska do rezerwatów. a potem zaczyna się popłoch i szturmowszczyzna: Gwiezdne Pługi chodzą z maksymalnymi. Przykładem takiej wszechstronnie przemyślanej planety może być Ora.dalej. Trzeba bowiem ustalić rozmiary globów. U nas tak zawsze. rodzaj pomieszczeń mieszkalnych i pokarmu. temperaturę słońc. długość dnia i nocy. że droga jest wprawdzie najłatwiejsza. Nie wiadomo którędy lecieć. Nie wznosić rojów planet wokół gotowych gwiazd. białego karła — zwarty wycinek kosmosu między Orionem a Wielkim Psem o objętości około tysiąca parseków sześciennych. Najpierw całymi miesiącami nie możemy podjąć decyzji. przestanę latać i pójdę budować planety. co wieziecie ze sobą z Perseusza? — Zaraz ci pokażemy na stereoekranie coś ciekawego — odparł Leonid. którym jest ciasno i niewygodnie w domu. a po bokach przestrzeń zamieniano na pierwotny pył budowlany. flotylla Gwiezdnych Pługów. bo zespoły wydelegowane dla uzgodnienia warunków życiowych z przyszłymi mieszkańcami jeszcze wędrują po gwiazdozbiorach. Na razie jest to pieśnią przyszłości: plany poszczególnych planet są jeszcze w stadium szkiców. —. aby zamiast przysposabiać się do natury. Minął czas romantyki międzygwiezdnej. nie sposób przed nimi uciec. kiedy zbiera się te wszystkie dane. gdzie by nie kipiała robota. A teraz mówcie. Do Aldebarana w jedną stronę i gdzieś poza Krzyż Południa w drugą nie ma gwiazdy.prędkościami. braciszkowie. To jest oczywiście znacznie trudniejsze. Chociaż sprawa jest aż nazbyt prosta — wrzeszczał Allan — bałaganu i tam nie brakuje. lecz mało skuteczna. Ale ostat nio słyszy się głosy. lecz zbudować cały obszar planetarny dla wszystkich wyobrażalnych form życia i zaopatrzyć go w odpowiednie sztuczne słońca. skład atmosfery i siłę ciążenia. Jeśli tak dalej pójdzie. że wybrano nieodpowiedni kierunek inwestycji. na każdym kroku obłoczki pyłowe! Niby określono granice. orze kosmos w pobliżu Oriona i wytwarza mgławice pyłowe do dalszej przeróbki na planety lub słońca. niby wydano instrukcje. Z wolna coraz więcej entuzjastów zyskuje idea.

Tęskniłem do niej i bałem się jej. Eli! — No i cóż z tego? Spodobało ci się to. Do mnie powiedział: — Panu podziękuję osobno. Trudno mi opisać zachwyt Spychalskiego. na „Sternika" odlatującego na Ziemię. Jeszcze przed startem „Sternika" na Ziemię pomknął kurier z wiadomością o naszym powrocie z Perseusza. W trakcie mojej wielomiesięcznej choroby na statku zbudowano trzy urządzenia do generacji i odbioru fal przestrzeni. Musiałem myśleć o Ziemi. a nie o Wędzę. Staruszek rozpłakał się obejmując nas wszystkich po kolei. w co ją chcę zmienić. Proszę przyjąć w re-wanżu malutki prezencik. Zobaczyłam nagle. lecz u siebie! „Eli. chcę cię zobaczyć!" Zrobiło mi się smutno. aby zrozumieć jego stan. aby przekazać gwiazdolot nowemu dowódcy. aby poddać je kontroli na wielkich maszynach. aby w samotności przeżyć spotkanie z dziewczyną. mój Eli! — śpiewała i jarzyła się Fiola. które takie usługi oddało nam w gwiezdnym skupisku. całe życie strawić na lotach bez widoczności. zwróciłem się do Olgi: — Czemu spoglądałaś na mnie co chwila w czasie opowiadania Allana o Ziemi? Patrzyłaś na mnie. Poszedłem do swego pokoju. czy zechce być tym. Trzeba. że bardzo się zmieniłeś. do czego służy to urządzenie. 5 Na Orze przeniosłem się z „Pożeracza Przestrzeni". bo załoga „Pożeracza Przestrzeni" musiała jakiś czas pozostać na Orze. który oddano do dyspozycji Spychalskiego. To była Fiola u siebie w domu. nie pośród cudów stworzonych przez człowieka. podobnie jak on. Sympatyczny. a potem nieoczekiwanie zyskać wzrok. obiecałeś przyjechać. kiedy dowiedział się. drugą przeznaczyliśmy dla Plutona. Fiola. że na moment wydata mi się ważniejsza od teraźniejszości. — Śmiałeś się po raz pierwszy od dwóch lat. . Nazwaliśmy te machanizmy SFP-1. Przeszłość ogarnęła mnie z taką siłą. Później schowałem taśmę. zapłonęła w półmroku tajemniczych lasów planety krążącej wokół białej Wegi. rozświetlona i piękna. Zdumiałam się. zabrałem ze sobą. W całym Wszechświecie istniało dla mnie jedno tylko pociągające miejsce — maleńka i potężna Ziemia. niewiele różniące się od tego. ale cieszyłem się. — Czekam. to znaczy stacja fal przestrzennych model pierwszy. Leciałem sam. wykonanymi w czasie rejsu. Jedną SFP-1 przekazaliśmy Spychalskie-mu. aby często jej nie wyjmować. — Dziś się śmiałeś — odpowiedziała. a nie geometryczny środek świata. że mnie chce zobaczyć. czy przeraziło? — Sama nie wiem. prawdziwy. że nie mogłem udać się do niej. jakbyś była czymś zaskoczona.Kiedy Leonid przygotowywał pokaz. Nie bytem pewien. prawda? Podarkiem okazała się taśma z zapisem listu Fioli. ostatnią natomiast wraz ze wszystkimi notatkami i obliczeniami.

nawet ocean. skąd rozsyła się je po całej planecie do fabryk. którzy powierzając sterowanie automatom nie odchodzą od nich na krok. z którym wybrałem się awionetką na oblot globu. gdyż na jego miejscu rozciągały się zautomatyzowane hale produkcyjne. oczywiście. — Niezła gwiazdka. Allan należy do tego gatunku astronautów. całe setki i tysiące kilometrów fabryk. pokrytych ogromnymi iglicami gwiazdolotów gigantycznej floty galaktycznej zajętej ostatnimi robotami wykończeniowymi przed startem w otwarty kosmos. Spotykałem go tylko w jadalni. Chcesz zobaczyć nowe gwiazdoloty? — Naturalnie. Na Biegunie Południowym przelecieliśmy nad obszarem równym co do wielkości Europie — to właśnie był magazyn wyrobów gotowych. — Nie — odparłem. jaki poleci do gwiazdozbioru Lutni.. Surowce wyładowuje się na Biegunie Północnym. Na Plutonie zatrzymałem się dwa dni. Nazywaliśmy Plutona pracowitą planetką. Dziś należałoby go nazwać „huczącą planetą". Tysiące kilometrów kwadratowych. — Tak. sady i parki zasadzono. — Trzeba wracać — powiedział Allan po pewnym czasie. jaki nie zdarza się nawet w czasie trzęsienia ziemi.Napisałem odpowiedź na list Fioli i przekazałem Spychalskiemu. — To się nazywa rozmach.. — Główne warsztaty Sojuszu Gwiezdnego. a gdzie to można zrobić lepiej niż na staruszce Ziemi? On też zupełnie mnie nie rozumiał! Następnego ranka wystartowaliśmy na Ziemię. — Statki są na Biegunie Południowym.. Wszędzie panował taki harmider. co? — krzyknął do mnie Allan. — Przyznaj się. 6 Nie mogę sobie teraz przypomnieć tygodnia spędzonego na pokładzie „Sternika". że nie oczekiwałeś czegoś podobnego!. ale oceanu nie było.. — A sam pan przypadkiem nie zechce się przespacerować na Wegę? — zapytał z uśmiechem. w głębi skat i w strato-sferze. że nie. a potem już w postaci gotowych gwiazdolotów trafiają właśnie na Biegun Południowy. Nie poznałem planety: w starym projekcie planowaliśmy wspaniałą atmosferę nie gorszą od ziemskiej. Godzinami siedziałem na fotelu ustawionym w parku i drzemałem. Nawet jedyny w swoim rodzaju do niedawna „Pożeracz Przestrzeni" wydałby się karzełkiem w porównaniu z tymi ogromami. — Oczywiście. Powinien się pan podleczyć. — Muszę lecieć na Ziemię. Łoskot rozlegał się wzdłuż równika i pod biegunami. w magazynie wyrobów gotowych. Atmosferę zdążono wytworzyć. .. bezludne fabryki. który obiecał przesłać ją dziewczynie z pierwszym kurierem. rozlegle lasy..

ale ty. przez okrągłą dobę panował dzień i planeta nie znała odpoczynku. Zresztą jeszcze niecałkowicie wylizałem się z ran.. Nawet słońca świeciły inaczej! Jedna gwiazda sztuczna dopędzała drugą. ale nigdzie nie mogłem znaleźć zapamiętanych widoków. ściskałem dłonie. co tu zobaczyłem. to w każdym razie większość z nich przypadła w udziale mnie jednemu. Wreszcie poznałem prawdziwą harmonię gwiezdnych sfer! Oddalając się już od Plutona w kierunku Ziemi. który znałem: statecznie pracujący i równie statecznie odpoczywający po pracy. Nie minęły nawet pełne trzy lata od mego rozstania z tymi okolicami. Leciałem spokojnie po prostej i pogrążałem się w rozmyślaniach. bo zdaje się lubisz tę zabawę. ale niczego równie potężnego. twórczy łoskot. Na Plutonie już zainstalowano własny Wielki Komputer. dzienna ustępowała miejsca wieczornej. Lubiłem muzykę klasyczną. bo teraz strzegła mnie Opiekunka.. Przed kosmodromem zatrzymałem awionetkę w powietrzu i zamknąwszy oczy wsłuchałem się w łoskot planety. już nie obawiałem się spotkania z Ziemią. 7 Lecąc ku Ziemi spodziewałem się wszystkiego. Górskie szczyty gwiazdolotów odpływały do tylu i zapadały się poza horyzont. Długo krążyłem nad równinami Plutona. Po tym. Poczynając od Marsa naszemu gwiazdolotów! towarzyszyła honorowa eskorta kosmiczna. Niegdyś były to różne słońca o odrębnej charakterystyce. ale po szamotaninie w nieeuklidesowych sieciach Perseusza straciłem zapal do psot. nigdy przedtem nie doznałem. sprzyjające pracy lub odpoczynkowi. tu zaś natchniona praca. — Ja się jeszcze trochę powłóczę nad planetką. lecz o Ziemi. na razie tylko na dziesięć milionów Opiekunek. przed snem zamawiałem sobie indywidualne melodie zgodne z nastrojem. podobnego do uczucia. a za nią wytaczała się nocna. — Możesz nawet pokoziołkować. nadal czułem w sobie ten potężny. Dziś wszystkie błyszczały jednakowo jasno. Ten hałaśliwy. gdyż transmitowano je na wszystkie planety Układu Słonecznego. do której wszyscy tęskniliśmy. Tam była miarowa robota. że zgotują mi uroczyste powitanie. rozpasany Pluton nie znający snu i wypoczynku podobał mi się bardziej niż dawny. Przez trzy godziny kłaniałem się.— Wracaj sam — odparłem. — Co mówisz! To wielka wygoda.. jak wszyscy kosmonauci. Nie będę opisywał scen powitania na kosmodromie. . Myślałem nie o Plutonie. tylko nie tego. Rozpędziłem awionetkę do maksimum. Wspomnienia tłoczyły mi się w mózgu. z pewnością skorzystam z okazji.. wytrzymałem nawet „Harmonię Gwiezdnych Sfer" Andre. jesteś w nim zdublowany. Mogłem poszaleć w powietrzu. jakie wywołał we mnie grzmot tego kosmicznego warsztatu. Wróciłem najwcześniej i zapłaciłem za to: jeśli nie wszystkie należne nam hołdy.

Najpierw odpoczywał co dwadzieścia pięter w parkach. Mnie stan własnego zdrowia nie kłopotał. — Czuję się tak. Zdyszał się. Byłem zaskoczony i oszołomiony. Trub sam rozumiał. Anioł postawił jednak na swoim. że nawet zaniedbał swój projekt ptasiogłowego bożka. — To znaczy. Nasz Wielki. później co piąte piętro na werandach. Przyznam się. wiedząc już z doświadczenia. — A ciebie witano nie tylko jako członka wyprawy. Na jutro jesteś zaproszony na posiedzenie Wielkiej Rady. Spotkanie z przyjaciółmi i radosna wiadomość o przyjęciu projektu podziałały na mnie lepiej od najskuteczniejszego lekarstwa. że mu nie uwierzyłem: Trub waży około stu kilogramów. Mimo wszystko ziemskie mieszkanie. że na Plutonie zainstalowano Komputer Państwowy? Spacerowałeś nad planetą. że samodzielnie wleci na siedemdziesiąte dziewiąte piętro. bo jeszcze z nikim swymi myślami się nie dzieliłem. iż natychmiast przesłała je na Ziemię. aż wreszcie zwaliłem się z nóg ze zmęczenia. Trub stopniowo przyzwyczaja się do ziemskich warunków. — Powitamy ich równie gorąco — pocieszyła mnie Wiera. Natomiast kategorycznie odmówił korzystania z windy i oświadczył. które uznała za tak ważne. przekazał je każdemu człowiekowi. ale dotarł do mego mieszkania. Mam przyjemną wiadomość: twój projekt przekształcenia Ziemi w ucho. ale nawet przy najlepszych chęciach każdemu jego poruszeniu . Szczególnie wiele miejsca zajmował Trub. Poza tym przed urzeczywistnieniem projektu mu sisz się podleczyć. Ale naturalnie będziesz musiał odpowiedzieć na szereg pytań. i starał się zachowywać spokojnie. że latać w nich nie można. spocił i był niesłychanie z siebie dumny. Dopiero wchodziłeś na Plutonie na pokład gwiazdolotu. lecz stara się zawsze chodzić własnymi drogami. — Czyżby ci nie mówiono. gdzie będziesz referował swoje propozycje. oko i głos Wszechświata został zatwierdzony. Poparli go w zasadzie wszyscy. że projekt nie został jeszcze zatwierdzony? — zapytałem. także niezwłocznie. w starym mieszkaniu na Zielonym Bulwarze. do tego stopnia. Na kosmodromie razem z nami wtłoczył się do aerobusu. a Opiekunka zapisywała twoje myśli. Dopiero w domu. Lusin jest w nim dosłownie zakochany. nie nadają się dla Aniołów. gdy tu ludzie już dyskutowali nad twoją ideą. a zwłaszcza kobiece pokoje.uśmiechałem się i powiewałem kapeluszem. mogłem odetchnąć z ulgą w otoczeniu przyjaciół. nigdy bym sam nie przyleciał. że te aparaty latają znacznie szybciej niż Anioły. — Nic podobnego. — Gdybym wiedział. bo stan twego zdrowia wzbudza niepokój w Komputerze Medycznym. jakbym okradł kolegów — poskarżyłem się. a do pokonania miał około trzystu metrów wysokości. — Z dala od Ziemi zapomniałeś o naszych zwyczajach — powiedziała Wiera z uśmiechem. Duży pokój Wiery ledwo pomieścił wszystkich zebranych.

nie walczyliby z nim. że oni lepiej dbają o jego zdrowie. Zapytałem o nią. Wpatrywałem się w nią z niepokojem. Bardzo się zmieniła. Romero uważa. wybierałem słowa. a nie Romera. Ze sto razy ćwiczyłem w myśli spotkanie z Żanna. jakie zawsze może grozić w czasie walki. Wśród gości nie było Żanny. mówił.lub drgnięciu skrzydeł towarzyszył łoskot jakiegoś przedmiotu spadającego ze ściany lub mebli. bo chociaż Niszczyciele byli wówczas jeszcze bardzo pewni siebie. Żył. Nikt prócz mnie nie wierzy. niż ty sama potrafiłabyś to zrobić! — Zniszczyliście cztery krążowniki przeciwnika. że tylko całym wysiłkiem woli zmusiłem się. Teraz wszystko zapomniałem. iż widzę malutkiego Andre. że przed śmiercią krzyknął „Eli!". Po pewnym czasie. kiedy go już całkowicie spętali.. Wiem. aby go wyzwolić lub chociażby odszukać jego ślady. głęboko przeżywającego człowieka. Mogli liczyć na zwycięstwo. że Andrć żyje. że zrobiliście wszystko. rozumnymi oczami i tak podobnym do ojca. pozostawiwszy Olega gościom. Wiem nawet. Wiera odpowiedziała. poszliśmy z Żanna do mego pokoju. który nie potrafił się pogodzić ze swoim nieszczęściem. Spojrzała na mnie tak zrozpaczonym wzrokiem. kokieteryjnej. ale śmierć mu nie groziła i nie zamierzał się z tobą żegnać. — Andre nie mogło być na żadnym z nich. jeszcze nie wszystko przepadło. — Codziennie słucham jego głosu. Romero pewnie ci mówił. i wyraz twarzy. lecz został porwany. Co im da unicestwienie pojedynczego człowieka? Jestem przekonany. Żanna położyła mi głowę na ramieniu i rozpłakała się. jaką znałem. ale ją musiałem przekonać. Z innymi mogłem się liczyć. jego pożegnania ze mną i Olegiem przed napadem Zływrogów. aby nie odwrócić oczu.. jaki przybiorę. że nie poniosą . Żanna przyszła razem z Olegiem. Dlatego właśnie wołał mnie. — Posłuchaj teraz mnie. Andre nie zginął. ale nie na to. Znalazł się wprawdzie w niebezpieczeństwie. Gdyby Niszczyciele chcieli Andre zabić. iż Andre nie żyje. mało w niej zostało z tej przystojnej. a nie ciebie. Miałem przed sobą poważnego. że wydało mi się. Andre mógł być na każdym z nich. — Przed zniknięciem. Żanno. a nie „Żanno!". Ma dla nich nieocenioną wartość jako jedyny przedstawiciel najpotężniejszych w ich historii wrogów. zupełnie już go nie widząc? — Tak. — Opowiedziano mi wszystko o Andre — odezwała się wreszcie. ładniutkim trzyletnim chłopczykiem z żywymi. że mi nie wierzy. Później wymamrotałem: — Wierz mi. że słyszeliśmy jego wołanie o pomoc. iż Żanna zjawi się później. — Właśnie dlatego. które jej powiem. — Czemu tak sądzisz? Widziałem. z pewnością nie narażali jeńca na przypadkowe niebezpieczeństwo. Objąłem ją w milczeniu. starając się wziąć żywcem. dosyć lekkomyślnej kobiety.

a nie mam podstaw sądzić. — Andre został porwany! Spojrzała na mnie z przestrachem. że to z powodu choroby tak się zmieniłeś. — Kochałaś Andre — powiedziałem dobitnym szeptem. Zastanawiałam się już poważnie nad tym. Eli. bo to byłoby potwierdzeniem tego. Czyżbym powiedziała inaczej? Ale jeśli Andre żyje. Uśmiechnąłem się z wysiłkiem. Nie mogłem i nie chciałem jej pocieszać. czasami nawet byłam o ciebie zazdrosna. Chodziłem po pokoju i samemu chciało mi się płakać. Obudziłem w niej nadzieję. — Muszę już wracać z Olegiem do domu.. a siostra chodziła od drzwi do okna i z powrotem. — Nie poznaję cię. czy warto żyć.żadnych strat. lękając się równocześnie. Ale teraz. Dziękuję ci! Dziękuję! Zawsze byłeś serdecznym przyjacielem Andre. Trochę się ciebie boję.. 8 Po wyjściu gości zostaliśmy we dwoje z Wierą. Sądziłam początkowo. że Andre uda się uratować? — W każdym razie będziemy próbować. że niczego nie. skoro Andre zginął. Gdyby nie Oleg. To przecież prawda? Ogarnęła mnie wściekłość. Żanna zamyśliła się. — Porwaniu — powiedziałem z pasją w głosie. Wstała. po jego śmierci. jakbyś to wszystko widział na własne oczy.. z którą nie chciała się już rozstawać. Rozumiesz mnie. Przyjaciele nie muszą się mnie lękać. że wrogowie starali się wydobyć z niego nasze tajemnice. to czy istnieje najmniejsza nawet szansa wyzwolenia go z niewoli? Wkrótce do Perseusza uda się nowa wyprawa Floty Galaktycznej. zanim nie zbadamy każdej. — Niepotrzebnie. Siedziałem w jej pokoju. że wrogowie są głupsi od nas. że Andre nie żyje. Żanno! — Tak. Ale to coś innego. został porwany. że nie rozumiałaś własnego męża? Żanna znów się rozpłakała. Nagle powiedziała: — A czy za śmiercią Andre nie przemawia to. Opanowawszy się Żanna powiedziała: — To wszystko jest tak okropnie trudne. Jedno mogę ci obiecać: nie wrócimy z Perseusza. i na pewno natychmiast po wzięciu do niewoli umieścili Andre w bezpiecznym miejscu. że nadzieja się nie spełni. — Znałaś go lepiej od nas wszystkich. ale najwyraźniej niczego się nie dowiedzieli. — Po prostu sam bym tak postąpił. Żanno! Jak śmiesz tak o nim mówić? Czyżbyś była na tyle ślepa. .. Chwyciłem przestraszoną Żannę za ramiona i zajrzałem jej w oczy.. — Mówisz tak. nie potrafiłabym znieść takiego nieszczęścia. Eli! Romero uważa. — Został porwany. Sądzisz. nie przeszukawszy jej cal po calu.. nawet najmniejszej planetki.

że cierpi tylko z powodu urażonej dumy. Wojna kończy się zwycięstwem. — To jedno i to samo. — Mylisz się.. w związku z realizacją twego planu.. jego punkt wyjściowy. gdybym utrzymywała znajomość z człowiekiem. Nie zapominaj. — Pomówmy lepiej o czymś innym — powiedziała Wiera. których skali nawet po powrocie z Perseusza nie potrafimy sobie wyobrazić. Czekają nas gigantyczne bitwy. — Wytłumacz mi. Wszystko pozostało po staremu. — Wiero — zapytałem — nie pogodziłaś się z Pawłem? — Nie kłóciliśmy się przecież. — Bolejesz nad tym? — Byłoby mi trudniej.. Prawdziwym sukcesem będzie dopiero . lecz po prostu odpowiednio przygotowana. — Zbudowaliśmy wielką Flotę Galaktyczną — powiedziała w zadumie Wiera. Romero nie chciał zerwania.Pamiętałem jeszcze z dzieciństwa. jaką mi się zawsze wydawała. że siostra wcale nie jest starą kobietą. po prostu zrozumieliśmy.. wojna nie rozwiązuje wszystkich problemów. że jesteśmy sobie obcy. wyprawa zostanie na pewien czas wstrzymana. Każdy z nich jest silniejszy od całej eskadry „Pożeraczy Przestrzeni". kocha!. Zmieniła się Wiera. Wiero. zatrzymując się czasami przy oknie i patrząc w milczeniu na miasto. że przeciwnicy znają teraz naszą potęgę i nie zasypiają gruszek w popiele! — Dlatego wszyscy tak gorąco cię poparli — zauważyła Wiera. który stał mi się obcy. Romero jest istotnie dumny. że Wiera osiągnęła wiek dla kobiety przełomowy: rozkwit bezpośrednio poprzedzający powolne więdnięcie. Teraz. Dziś zobaczyłem. — Wielki Komputer tak zinterpretował twój plan: najpierw trzeba zmienić Ziemię w gigantyczny nadajnik fal przestrzennych. nieco tylko starszą ode mnie. nic więcej.. Zapadła już decyzja wysłania tej floty do Perseusza. Te trzy ubiegłe lata musiały ją wiele kosztować. to są różne rzeczy. — Doskonale zaprojektowałeś wojnę. że potrafiła tak spacerować godzinami. — No cóż. starcie na pył ich potęgi wojskowej nie stanowi rozwiązania problemu? — To tylko początek rozwiązania. a zrujnowana miłość nic go nie obchodzi.. — A Paweł? Czy nadal cię kocha? — Kocha. a teraz trzeba zaplanować pokój. Jestem przekonana. a dopiero później rozpoczynać poważne batalie.. — Widzisz. a zwycięstwo jest początkiem pokoju. — Zupełnie słusznie. — A czyż ja chciałam? Zerwanie nastąpiło niezależnie od naszych pragnień. — Twoim zdaniem pokonanie wrogów. Tak było i teraz.. A jednak wszystko się zmieniło. — Nie wstrzymana. —. — Widziałeś statki na Plutonie. lecz młodą dziewczyną.. Trzy lata temu odkryłem ze zdumieniem.Jeśli dobrze pamiętam. Romero kocha przede wszystkim siebie. bo nie rozumiem.. zmieniłem się ja.

tak zwanej decydującej bitwie i zostawić potomkom w spadku niebezpieczeństwo całkowitej zagłady — nie. że perswazjami nic się nie wskóra. w których wprawdzie nie produkowano gwiazdolotów. wzbudzano potężne pola grawitacyjne. zamieniania jej w „nic".. początek. wyniszczającą wojnę. Zływrogi mogą być wszędzie.. że prześcigną ludzi jak niegdyś prześcignęli Galaktów. Nie możesz też zaręczyć. Ale kiedy określa się politykę na całe tysiąclecie. nie głosowałabym za budową floty wojennej. Nie można ich przecież wszystkich zbadać po kolei!. nie uciekną do innych galaktyk i tam wrogowie nie udoskonalą się tak dalece. Sam . a następnie stopniowo wciągniemy do stowarzyszenia rozumnych i wolnych istot Galaktyki. że już teraz gdzieś w odległych rejonach gwiezdnych nie ma ich kolonii. — Tak. Popatrzyłem na siostrę z niedowierzaniem. która może się spełnić. a poza jej granicami istnieje niezliczone mrowie innych galaktyk. Ile tysięcy takich planet stoi naprzeciw jednego naszego Plutona? Na ilu tysiącach takich globów przeklęte głowookie stwory usiłują przejąć naszą umiejętność rozpylania materii. jak my przejęliśmy od nich sztukę zmiany gęstości tego światowego „nic"? Przy ich talencie technicznym zadanie nie jest zbyt trudne. do tego nie można dopuścić! Słuchając jej przeniosłem się myślą do Perseusza.wprowadzenie naszych przeciwników na tory życia pokojowego. — Nie możemy jej utracić. — To po prostu niemożliwe. Czy możesz zagwarantować. a Zływrogi przy tym bardzo się spieszą. Trzeba ich pokonać. Nie gorzej od ciebie rozumiem. Najpierw zmusimy ich siłą do zaniechania okrucieństw. Chodzi jednak o to. że rozmowy pokojowe z tymi piekielnymi istotami dadzą jakiekolwiek rezultaty? — Gdybym nie miała nadziei na pokojowe rozwiązanie konfliktu. że to jedynie hipotetyczna możliwość. należy brać pod uwagę wszystkie możliwości.. W czymś przypominała Plutona — takie same kosmiczne warsztaty. jeśli nasza flotylla natknie się na ogień zaporowy nowo zbudowanych anihilatorów masy? — Na razie mamy nad nimi wielką przewagę — powiedziała Wiera. — Zwariowałaś?! Istotnie spodziewasz się. że nasi wrogowie tam nie dotarli? — Nie mogę. Znów ujrzałem Złotą Planetę. że pojedyncze statki Niszczycieli. Zwyciężyć w jednej. Powiesz. W samej tylko naszej Galaktyce jest sto pięćdziesiąt miliardów gwiazd. nawet najmniej prawdopodobne. lecz za to zmieniano krzywiznę otaczającego świata. zamieniano przestrzeń w materię. Nie można przecież mieć pewności. zawczasu lub po bitwie. aby oczyścić z nich skupiska Perseusza. — I wszystkich wyniszczyć. Co będzie. — Powiedziałaś. — To znaczy wygrać jedną bitwę i później wplątać się w nie kończącą się. że zwycięstwo w wojnie to dopiero początek..

kur i kaczek prowadzono na ubój. Czy sumienie pozwoli nam na zawsze odsunąć taki naród od współpracy międzygwiezdnej? — Nie widzę możliwości współpracy z nimi.. — Już ci powiedziałam. Jeżeli Zływrogi zostały przestępcami. Może znajdziemy inne sposoby ich zaspokojenia. . że u źródeł polityki leżą potrzeby gospodarcze.. z jakich wyrastało. Pośrodku pokoju stał Romero opierając się na swojej nieodłącznej laseczce. aby człowiek miał mięso. wprawdzie nierozumnych. Zapłonęła wideokolumna. korzenie mogą wypuścić nowe pędy. Całe stada krów. że są pracowici i odważni.. to znaczy. Czy przypadkiem coś podobnego nie zachodzi u Zływrogów? Zaczęli uciskać sąsiadów. że mają ogromne osiągnięcia techniczne. gdybyśmy od razu wszystko wiedzieli. Zło ma pędy i korzenie. Niewolnictwo nie staje się moralnie bez zarzutu tylko dlatego.mówiłeś. — Do niedawna nie wiedziałeś nawet o ich istnieniu. Poszedłem do siebie i zmieniłem ubranie. Nasi wielcy przodkowie uczyli. gdyż znaleźli łatwy sposób zaspokajania własnych potrzeb. Zrozumieć — nie znaczy usprawiedliwić. a do tego należy wykryć korzenie. że mówiąc o potrzebach. Nie wierzę zresztą w przestępstwa popełnione z samej tylko miłości do zła. — Powiem tylko. w czym chętnie im pomożemy. mogą zająć się hodowlą syntetycznych tkanek i narządów. w jakimś stopniu usprawiedliwiasz postępowanie Zływrogów!. jeżeli oczywiście te potrzeby są życiowo uzasadnione? — Wydaje mi się. Warto się starać. owiec. cała ludzkość jeszcze długo żyła kosztem innych. że przestępstwa przynoszą im korzyści. sztuczne mleko lepsze od krowiego. — Zamierzasz znaleźć inny sposób zaspokojenia ich potrzeb? — Przypomnij sobie: po zjednoczeniu Ziemi. Ale musimy się tym zająć. gdyby nawet dopiero wnuki doczekały się wyników. Jeżeli zetniemy pień nie karczując korzeni. że niewolnik przynosi wlaścicielowi korzyść. Jeśli Zływrogom na przykład do podtrzymywania własnego istnienia potrzebne są żywe tkanki. Syntetyczne mięso z naszych fabryk jest smaczniejsze od zwierzęcego. Nie byłoby rozwoju. kiedy żaden człowiek już nie wyzyskiwał drugiego.. — Podobnie jak nauczanie Aniołów ludzkich zwyczajów. aby nasze pokolenie doczekało rezultatów tych wysiłków. — Mylisz się. że opracowujemy politykę na całe tysiąclecia. Siłą zmusimy Zływrogów do zaprzestania rozbojów i uwolnimy ich niewolników — zrąbiemy pień wyhodowanego przez nich zła. — Wątpię. istot. że przekształcenie diabłów w anioły nie jest rzeczą prostą. Nie potrzebujemy produktów organizmów żywych i nikt już nie hoduje zwierząt na pokarm. Później trzeba wykluczyć samą możliwość odrodzenia się zła.

W czasie swych podróży zdążyłem zapomnieć. — Bo pan nazywa się Eli Gamazin. Wczoraj byłam wśród witających na kosmodromie. Jutro w porze obiadowej będę u pana. Pawle. że nie obraził się pan za to. ale wieczór mam zajęty. Mam nadzieję. aby odczuć. czy też. 9 Przez cały ranek włóczyłem się po ulicach Stolicy.. pomknęła na jakąś nową budowę? Ktoś usiadł na tej samej ławce. prawda? — Dzień dobry! — odparłem. Poczułem się głupio. — Tak. że na Ziemi działają Opiekunki. Eli! — powiedziała dziewczyna. Gdyby moje spotkanie z Mary uznać nawet za cud. to był to cud wytlumaczalny i dobrze zorganizowany. wyprawiałem się na okoliczne pola i do lasów. a pani. To była Mary Glann. — Witam pana. która wówczas stała obok i wymyślała mi. wśród witających były osoby. wzlatywałem w awionetce nad jej spiętrzonymi domami. — Cóż za przypadek — powiedziałem. jestem Eli Gamazin.. dobrych czasów. jak wychodziłem z wody: był już listopad.— Gratuluję szczęśliwego powrotu. — Proszę sobie wyobrazić. że przed chwilą myślałem o pani! — Pan uważa to za przypadek? Po prostu chciałam się z panem spotkać i poprosiłam Opiekunkę. Mary Glann. jeśli się nie mylę. — Rozumiem. Romero zniknął. Wspomniałem nieznajomą dziewczynę o długiej szyi i szerokich brwiach. drogi przyjacielu! Proszę nie wstawać. że zrazu nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. Co się teraz z tą nieznośną Mary dzieje? Czy jest jeszcze w stolicy. Trzeba na trzy łata zagubić się w kosmicznych przestworzach. Przysiadłem na ulicznym skwerku. . aby naprowadziła pana na myśl o mnie. Początkowo nie zwracałem na sąsiada uwagi i dopiero po dłuższej chwili obróciłem się ku niemu. Jestem oczekiwany o tej porze w Wielkiej Radzie. Zechce mi pan uczynić ten zaszczyt i spotkać się ze mną jutro. Jej zjawienie się tak mnie zaskoczyło. Naprzeciw wznosił się dom z daszkiem otaczającym parter. jak dobrze jest w domu! Później wróciłem do miasta. a wreszcie wykąpałem się w kanale. nazywa się Mary Glann? Nie zdziwiła się i spokojnie skinęła głową. Posiedzimy ra zem przy stole jak za starych. Chłopcy z mieszczącego się po sąsiedzku internatu patrzyli z szacunkiem. jak wszyscy. — W takim razie w porze obiadu. Pod tym właśnie daszkiem w czasie poprzedniego pobytu na Ziemi chroniłem się przed deszczem. a uścisnąć sobie dłoni i tak nie będziemy mogli. że nie byłem na spotkaniu? Rozumie pan. doskonale pana widzę. Przechodniów było niewielu. — Chętnie. Ulice były puste.

Zachowywał się tak swobodnie. skoro nasze życzenia się spełniły? Nie spieszyła się z odpowiedzią. Dokąd pójdziemy. — Chciałem już lecieć po pana — powiedział Paweł serdecznie mnie obejmując. więc Mary nie mogła się dowiedzieć. Ale najpierw poleciał pan na Orę. No więc. Po sromotnej klęsce Romerowi było chyba nieprzyjemnie wracać do naszych dawnych sporów. wrócił pan i przepraszam! Wstała. Cóż więc teraz powiemy sobie. Jadąc na dach budynków. ale ją zatrzymałem. — Zawiniłam wobec pana — powiedziała wreszcie Mary. Siedziałem na ławce i patrzyłem. że nie nadajemy się dla siebie. — Chodźmy na szczyt Pierścienia Centralnego. że uważa swe dawne poglądy za sprawę niebyłą. Skłamała. Zastanawiała się nad czymś. Wiem również i to. — Tak. przyglądałem mu się ukradkiem. Postanowiłam pana za to przeprosić przy najbliższej okazji. że przed odlotem pytałem Informację o naszą wzajemną odpowiedniość? Mary zupełnie się nie speszyła. Nie śmiałem jej dłużej zatrzymywać. a potem w Plejady i do Perseusza. ale mimo to spóźniłem się do Romera o pół godziny. jak gdybyśmy się nigdy nie kłócili. iż zwracałem się do Informacji. Opiekunki nie zdradzają osobistych tajemnic. Najwidoczniej sama pytała o naszą odpowiedniość i stąd wie. Zapamiętałem ją jako bardzo brzydką..— A więc chciała się pani ze mną spotkać i przygotowała to spotkanie? Nadal jednak utrzymuję. Wezwana awionetka pojawiła się natychmiast. jak odchodzi. wiem. zamyślone oczy. że zamyślił się pan na jednym ze stołecznych placów.. Miałem ochotę zażartować. Szczególnie podobały mi się jej ciemne. że czeka na pana przyjaciel — powiedziała Opiekunka głosem staruszka. — Nie wiem czemu byłam taka opryskliwa w Kairze i na tym placu. gdzie może pani być. mój młody nieszczęsny Odysie? Do obiadu mamy jeszcze około dwóch godzin. Chętnie podtrzymywałem ten ton. że pod żadnym względem do siebie nie pasujemy. Powodzenia. zastanawiałem się. a ja się jej przyglądałem. — Przypominam. . — Informacja podała mi. że często jej się to zdarzało. jeśli oczywiście nie chce się pan wcześniej czymś posilić. Wszyscy moi znajomi bardzo się zmienili i jeszcze nie przywykłem do ich nowego wyglądu. a nawet trochę z nich pokpiwa. Zorientowała się. Spędziłem z Pawłem dwie godziny i przekonałem się. chcę stamtąd popatrzeć na Stolicę. — A czy wie pani. że myślałem o pani niezależnie od tego. że mogę domyślić się jej małego sekretu i odeszła. Mary była zdecydowanie ładna. Eli. ale to nie była prawda. Później przekonałem się. — Doskonale.

O jednym z takich drobiażdżków chciałbym opowiedzieć. — W historii Stolicy jest to oczywiście najbardziej istotne.. ile stara się wyrzucić z siebie nagromadzoną gorycz. — Zaledwie dwa i pół roku. mój miody przyjacielu. — Wiem tylko. Kiedy ostatnio Wielki Komputer doniósł o pańskich oszałamiających odkryciach w Perseuszu. — Nie zamierzam nikogo przekonywać. A propos. — Nazywa pan to przewrotem? — A pan uważa. ja. natomiast naszpikowany faktami rozciąga się niepomiernie. z czystym sumieniem głosowałem za projektem pozbawienia Ziemi resztek samodzielności. ale tylko dlatego. Ale poza sprawami zasadniczymi każda wiedza obfituje w interesujące drobiazgi. — Jedyne miasto na Ziemi. — Zostawmy ten temat — powiedział. ale jego opinia o mym rodzinnym mieście do głębi mnie oburzyła. Nie zmniejsza to zresztą wagi dokonanego przewrotu. — Nie zna pan historii Stolicy? — zdziwił się Paweł. — Umierające miasto — odparł Romero. Rachubę czasu należy prowadzić według wydarzeń. — Nie. Wiedziałem. będzie tydzień zastanawiał się. niewątpliwie korzystne dla ludzkości. Wprawdzie władza nie przeszła w ręce innej klasy. powitaliśmy drugi. Wkrótce po zjednoczeniu ludzkości — zaczął Paweł — rozpoczęto poszukiwania wszystkich wybitnych idei. jeśli pan pozwoli. Chodzi- . że nie tyle usiłuje sprowokować mnie do sporu. jak to zdarzało się u przodków. — Wieczne miasto — powiedziałem wskazując na rozpościerającą się u naszych stóp Stolicę. — Będzie stało jeszcze w tysiąc lat po naszej śmierci jako pomnik naszych idei i dokonań.. czy nie przyniesie ono szkody któremuś z gwiezdnych narodów. a teraz zanim Wielki zaaprobuje jakiekolwiek przedsięwzięcie. — Była rewolucja. Czas niczym nie wypełniony wydaje się krótki. które zaczęło umierać już przed swymi narodzinami. że klasy nie istnieją. a nie według godzin. że do wszystkich jej dotychczasowych potrzeb doszła i potrzeba pomocy innym narodom. Rozmowa ta odbywała się już na dachu setnego piętra Pierścienia Centralnego. całą epokę. Po prostu ludz kość tak się rozwinęła. że nie mam racji? Dotychczas żyliśmy jedynie dla siebie. — Nazwałbym to inaczej.— Dawno się nie widzieliśmy — powiedział Romero z uśmiechem. Rozstaliśmy się z jednym układem społecznym. przyjacielu. że dla zgrabnego kalamburu Romero gotów jest nie szczędzić niczego. podobnie jak pozostali ludzie. które utalentowani ludzie wymyślili w epoce rozbicia klasowego i których wówczas nie można było urzeczywistnić. Pawle. — Wydarzeń istotnie było wiele... — Zrozumiałem od razu. że było to pierwsze miasto zwycięskiego komunizmu.

Nikt nie chciał wlec się po szosie. Niektóre ze zwolnionych pomieszczeń Stolicy zajęty instytuty naukowe. Stało się oczywiste. ostatnie ze skoncentrowanych osiedli ziemskich. I choć już wtedy było oczywiste. w innych urządzono zimowe ogrody i parki — ulubione miejsca odpoczynku i staruszków. wielkich robót budowlanych.. Na zewnątrz powstały tarasowe masywy mieszkalne poprzedzielane zgodnie z projektem parkami.. a nocą wznosił na papierze niemożliwe do realizacji miasta. że idea koncentracji wielkiej liczby ludzi na niewielkiej powierzchni przeżyła się ostatecznie. Zatrzymaliśmy się przy barierze. Wkrótce stanie się pustym miejscem. architekta projektującego domy mieszkalne. skoro całkowicie bezpiecznie mógł latać w powietrzu. Z purpury więdnących klonów. Bory s był najwidoczniej jednym z tych. obumarły więc trolejbusy i elektromobile. W dole. znów wyrwały się na zewnątrz. ludzkość postanowiła wznieść Stolicę. Stolica zieje kawernami. Zautomatyzowane. jakimi dysponował pierwszy wiek komunizmu. Wśród jego wspaniałych fantazji znalazło się również miasto na dwieście tysięcy mieszkańców — jeden wysokościowy dom otoczony parkiem. że miasta-giganty przeżyły się. Dniem opracowywał rysunki standardowych pomieszczeń mieszkalnych. dające mieszkańcom wszystkie wygody. Ale wszystkich pomieszczeń nie zdołano zagospodarować. Wewnątrz pierścieniowych gmachów rozmieszczono fabryki i magazyny oraz miejskie trasy komunikacyjne.. a wśród nich wielkich zamysłów architektonicznych. ukryte w luksusowych niczym pałace tunelach. a jeszcze po jakimś czasie — miastem niepotrzebnym. Dom-mia-sto mógł być łatwo wzniesiony za pomocą środków. Zautomatyzo wano je do tego stopnia.. lip i dębów tryskał w górę łańcuch górski Pierścienia Wewnętrznego. — Na razie jest to jeszcze wielka metropolia. jakie tylko mogli sobie wymarzyć. Najpierw zbędne okazały się wspaniałe autostrady biegnące wewnątrz każdego budynku co dwadzieścia pięter. fabryki w pobliżu mieszkań straciły rację bytu. Ale skoro robotnik przestał być potrzebny. przekształcenia przyrody. Zjawiły się centralne maszyny bezpieczeństwa i Opiekunki. zamierzano skrócić drogę robotnika do pracy. Ktoś odkrył album rysunków dawno już wówczas nieżyjącego Borysa Landa. Stolica była nie . Trzech czwartych jej kubatury nie można spożytkować.Io tu o projekty maszyn. bezludne wytwórnie zaczęto budować na pustyniach. Życie i ruch. Następnie przyszła kolej na fabryki. miasto-pomnik i miasto pracujące. hale sportowe i stadiony. W pierwszym miesiącu rekrutacji ochotników na nowe budowy kosmiczne opuściło Stolicę trzy czwarte jej mieszkańców — zakończył Romero. i dzieci. między Aleją Wielkich Przodków a Aleją Zieloną rozpościerał się rozległy park. Budując zakłady produkcyjne wewnątrz gmachów mieszkalnych. że przy całych kilometrach linii produkcyjnych trudno było spotkać jednego człowieka. Zalety projektu wkrótce stały się jego wadami. których w owej epoce nazywano „utalentowanymi pechowcami".

gdzie skoncentrowano całą naszą mądrość. Wstawałem o świcie i nie zdążyłem się nawet obejrzeć..tylko wielkim miastem. Pawle? Również zamierza pan porzucić Stolicę jako miasto niepotrzebne? —Ja? Skąd ten pomysł. Stolica nie umarła i jeszcze nie czas jej grzebać. Pawle. a najwygodniej robić to właśnie w Stolicy. że brak mu słów na wyrażenie swego uznania. kiedy następował wieczór. Dlaczego pan to uczynił? Zdawał pan sobie oczywiście sprawę. Zrobił wszystko. Chodźmy na obiad. najpiękniejszym z miast zbudowanych kiedykolwiek przez ludzi. Nie. aby nie rzec akademicka. kiedy wszyscy dokoła poszaleli? — Spodziewałem się poważniejszej odpowiedzi. Pawle. — Dobre i to! — powiedziałem wesołym tonem. że użyję tego archaicznego zwrotu. Należy wszak podnosić szanownych gwiezdnych pobratymców do poziomu kultury ludzkiej. Romero zdjął kapelusz i złożył mi ceremonialny ukłon. że Ziemia przejdzie w ten sposób na służbę całego Sojuszu Międzygwiezdnego.. dając w ten sposób do zrozumienia. Spieszyłem się.. Cała ta robota spadła na mnie. — Jeszcze jedno pytanie. Skoro już wplątaliśmy się. Dziś poproszę Wielką Radę. aby jego milczenie było wymowne. cała Ziemia się spieszyła. Statki trzeba było wyposażyć w superdalekosiężne lokatory. że poparł mój projekt przekształcenia Ziemi w galaktyczny generator fal przestrzennych. — A pan.. Znudziło mi się płynąć pod prąd. 10 Dni nie biegły.. Była pięknym. po prostu chciałem pana poprzeć.. lecz pędziły. Wkrótce kawerny znikną. bo stracimy najlepszą porę na posiłek. — Sądzę.. to należy prowadzić ją na odpowiednią skalę!.. — Cóż mogę odpowiedzieć? No. Jak panu zapewne wiadomo. Po dokonanym przez pańską siostrę przewrocie socjalnym sytuacja zmieniła się również w tej dziedzinie. szanowny przyjacielu? Urodziłem się w Stolicy i tu wyciągnę kopyta. w taką wielką wojnę. Powiedział pan. zajmuję się historią odkryć technicznych. Doglądałem projektowania gigantycznego nadajnika fal przestrzennych SFP-3 i kierowałem produkcją urządzeń . że znajdziemy wspólny język także w pozostałych sprawach. Dlaczego ja jeden mam być rozsądny. Nie oczekiwał takiego pytania i nieco się zmieszał.. Kompletujemy obecnie informacje o naszej kulturze i osiągnięciach technicznych i tłumaczymy je na języki nowych przyjaciół. Dotychczas była to nauka dosyć oderwana. gdyż Wielka Flota Galaktyczna po opuszczeniu Plutona już skoncentrowała się w pobliżu Ory.. bo obecnie bez nich nie można było nawet myśleć o wyprawianiu się w przestworza kosmiczne. aby w wolnych pomieszczeniach miasta zainstalowano doświadczalną stację fal przestrzennych. i zaraz idziemy. Pawle. mimo moich przestróg. — Poważniejszej? Proszę bardzo! Do pańskiego projektu od razu przekonał mnie jego rozmach.

Zajmująca dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych SFP-3 miała według założeń działać w promieniu dziesięciu tysięcy lat świetlnych. Wszystkie wolne pomieszczenia w Stolicy zostały oddane nowej wytwórni. Właśnie taką potężną stację SFP-3 instalowaliśmy obecnie na Ziemi. nie sięgaliśmy. Pobierana przezeń energia — pięć miliardów albertów — wielokrotnie przewyższała wydajność urządzeń energetycznych działających na Ziemi. ale powierzchni produkcyjnej zabrakło i z miasta trzeba było wysiedlić kilka instytutów oraz usunąć magazyny. Badania przeprowadzone na Ziemi wykazały. bardzo szybko straciliśmy kontakt z Galaktami. Za pierwszym razem zdarzyło się to wtedy. Męczące mnie do tej pory poczucie winy znikło. gdyż z trudem wykrywa obiekty leżące zaledwie o dwadzieścia lat świetlnych. Pracę tę przerwałem tylko dwukrotnie. Natomiast model SFP-2 łatwo lokalizował ciała odległe o sto lat świetlnych. Poza tym SFP-2 doskonale podtrzymywały dwustronną łączność telewizyjną w promieniu tych samych stu lat świetlnych. nie dalej. Mówię to na podstawie doświadczeń z naszej wyprawy. Do centrum Galaktyki. których w Galaktyce dotychczas nie było. która stała się jedynym wielkim przedsiębiorstwem na Ziemi. Podstawowe budynki i urządzenia stacji postanowiono umieścić na dawnej pustyni Saharze. SFP-1 nadawała się jedynie do przeczesywania bliskiej przestrzeni w rejsach ze Słońca ku Syriuszowi lub gwiazdom Centaura. Gwiazdoloty wyposażone w takie mechanizmy już nie traciły się nawzajem z oczu i nie lękały się napadu ze strefy niewidzialności. aby umożliwić montaż i uruchomienie SFP3. Żaden gwiazdolot nie pomieściłby podobnie wielkiego urządzenia. ale skupiska gwiezdne Perseusza. Mogła też nawiązywać łączność na dalekie dystanse jedynie z potężnymi nadajnikami fal przestrzennych. kiedy to oddalając się od Perseusza. Wszystkie planety pracowały. a ja tymczasem pracowałem w doświadczalnej fabryce mieszczącej się wewnątrz Pierścienia Centralnego Stolicy.pokładowych typu SFP-2. z silniejszymi zaś stacjami mogły porozumiewać się na znacznie większe odległości. Sprawdzałem wraz z pomocnikami obliczenia całości i składałem najważniejsze podzespoły nadajnika. Wielka Rada uznała instalację SFP-3 za najważniejszą budowę Sojuszu Międzygwiezdnego. kiedy na Ziemię powróciła załoga „Pożeracza Przestrzeni". Już niebawem miała nastąpić chwila. który tak wielkie usługi oddał nam w skupiskach Perseusza. Hiady i Plejady znalazły się w strefie działania stacji. że jego zasięg jest zbyt mały. Nigdy jeszcze za mojej pamięci Stolica nie żyła w tak wytężonym tempie. Olgę i jej towarzyszy witano znacznie uroczyściej . w rejon Strzelca i Wę-żownika. Generatory pokładowe różniły się znacznie od tego. kiedy błyskawicznie działająca łączność scementuje wszystkie słońca Sojuszu Międzygwiezdnego w jedną całość. Na Saharze budowano gmachy i montowano wielkie konstrukcje.

który także przyjechał na kosmo-drom. pozostają poza zasięgiem meteorologów. Szedłem Gwiezdną Aleją i cieszyłem się.niż mnie. Chociaż Zarząd Osi Ziemskiej na wszelkie sposoby reklamuje swoją władzę nad klimatem i rzeczywiście potrafi zgodnie z uprzednio sporządzonym planem zapewnić dni słoneczne i słotne. cieniutkim głosikiem poświstywała trawa. Nie puści mnie. a klangor żurawi nabierze szczególnej dźwięczności". mrozy i odwilże. dopóki nie zbadamy wszystkich zakątków Perseusza. — Może pan iść — zezwolił łaskawie Romero salutując laseczką. — Wygląda pan nieźle. Pożegnanie z przyjaciółmi wybiło mnie z rytmu pracy. a kiedy nadlatywał silny poryw wichru. a później będzie pogoda słoneczna i bezwietrzna". kiedy Wiera. Zresztą i wy nie wyruszycie w daleką drogę. Pokryte chmurami niebo nad samą głową. Na zakręcie Alei o mało nie zderzyłem się z Mary i Romerem. Subtelne odcienie pogody. Przechodniów nie spotykałem. a cóż dopiero mówić o kształtowaniu jej piękna! Przyroda swe piękno tworzy sama. że nie pozostaniesz na Ziemi zbyt długo? — powiedziała Wiera przy pożegnaniu. które stanowią o jej uroku. drogi przyjacielu? — zapytał Paweł. Wiero. wiatr szumiał w gałęziach drzew i krzewów. — Zawsze był pan niesłychanie punktualny. to jego możliwości kończą się na przygotowaniu zjawisk atmosferycznych. białowłosy inżynier. W gruncie rzeczy zaledwie dajemy sobie radę z żywiołowymi siłami natury. Oddalając się. — To on mnie tu trzyma. a kiedy po chwili ochłonąłem i chciałem pójść dalej. wesoły. — Bez ciebie jakoś nie wypada wyruszać na dalekie wyprawy. Zatrzymałem się zaskoczony. Drugą pauzę zrobiłem sobie. ale się spieszę. że wokół jest tak cudownie. nie narzekam na zdrowie. kierował montażem urządzeń na Saharze. Uśmiechnąłem się i wskazałem na mego pomocnika Alberta Byczachowa. a tego roku była wręcz piękna. usłyszałem jeszcze głos Mary. . huraganowe wiatry i nieruchomą ciszę. zapragnąłem więc pospacerować opustoszałymi alejami Stolicy. 11 Jesień w Stolicy jest zawsze ładna. — Mam nadzieję. Ziemia była samotna i odświętna. zanim nie zakończymy swej pracy. Tego rodzaju komunikaty były na porządku dziennym. Przepraszam. Lusin (oczywiście wraz z Trubem) i wielu innych moich kolegów odlatywało na Orę. — Jak się pan czuje. powietrze będzie przejrzystsze o 24 procent. ale nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć prognozy: „Tegorocznej jesieni jaskrawość czerwieni liści klonowych przekroczy średnią wieloletnią o 18 procent. — Dziękuję. „Jutro między 10 a 14 spadnie czterdzieści osiem milimetrów deszczu. Albert. musiałem więc i ja poświęcić na nie przynajmniej dwa dni. przystanęli oni. Obchody na ich cześć trwały cały tydzień.

lekki wiatr przeczesywał trawę. że z Mary będzie szczęśliwszy niż z Wierą. przeżywałem obce cierpienia. Przedstawienie tak mnie podnieciło. Czy warto mówić o tym Wierze? Lepiej nie. czy wolę stałe miejsce. że Mary nazywa Romera Pawłem. że nie mam stałego miejsca i niech mi wobec tego wskaże jego zdaniem najodpowiedniejsze. że Romero zna Mary. płaszcz zaś włożyłem na siebie. co mi może zaproponować na popołudnie.. że od powrotu nie zmieniałem wierzchniej odzieży. Ale tu. Zdziwiłem się jednak. że już od dwóch przeszło stuleci nic się w nim nie zmieniło. najstarszy z teatrów Stolicy. Powiedziałem. W kombinacie było równie pusto jak na ulicach. czy też takie. kiedy nagle zawróciłem i . Zaprowadził mnie do piątego fotela w trzynastym rzędzie i poprosił o wybranie indywidualnego mikroklimatu. Paweł opuścił Ziemię jedynie na rok. garniturów i nakryć głowy mojego rozmiaru. Zamówiłem temperaturę osiemnastu stopni. Dawano jakąś sztukę z dwudziestego pierwszego wieku. Nie ma nic dziwnego w fakcie. siostra jest już daleko stąd i nie ma sensu jej martwić. Szumiały lipy i dęby. klęski i radości niczym swoje własne. Gdybym spotkał jej bohaterów na ulicy. która już się nieco zniszczyła i stała się niemodna. Pawle? Odpowiedzi Romera już nie zrozumiałem. Dewiza teatru brzmiała: „Przedstawienie zaczyna się tuż za drzwiami wejściowymi". dumny ze swej staroświeckości i z tego. lekki wietrzyk i zapach świeżo skoszonej łąki nagrzanej słońcem. Oddałem płaszcz robotowi i trafiłem pod natrysk radiacyjny wywołujący krótkotrwały dobry nastrój — naiwna gwarancja. Nowe okrycie było ładniejsze. pełną naiwnej romantyki i nieznośnego patosu. Zapytałem Informację. Przenośnik podał mi trzydzieści modeli płaszczy. pięćdziesięcioprocentową wilgotność. Wyszedłem zadowolony. ale nie tak wygodne jak stary płaszcz. a ja rozmyślałem o różnych wydarzeniach. Zawsze czułem się nieprzytulnie w nowym ubraniu. Inny robot zapytał. Wycieczek nie znoszę od czasów szkoły. Przechodząc obok kombinatu usługowego przypomniałem sobie. Długo spacerowałem Aleją Gwiezdną. że znów nie mogłem myśleć o pracy. które obiektywnie najbardziej mi odpowiada. aby wysłano mi go do domu. że pozbyłem się starej odzieży. Nie przeszedłem jeszcze stu kroków.— Eli mógłby chyba wybrać się razem z nami na tę wycieczkę? Jak pan sądzi. Staroświeckością tchnęło na mnie już w westybulu. kiedy nas nimi zamęczano. w swoim indywidualnie klimatyzowanym fotelu. Do jednego z garniturów włożyłem swój adres. wyśmiałbym ich pewnie za sztuczność i nieumiarkowanie w okazywaniu uczuć. a pozostały czas spędził w Stolicy. Zdecydowałem się na stereoteatr. Później usiadłem zmęczony na ławce i znów się poderwałem. że dowolny program się spodoba. Iść do pracy nadal nie miałem ochoty.. i trochę jej żałując. Miejmy nadzieję.

Dyżurny automat spytał. Ze swojej strony zapraszam panią i Pawła na próbne uruchomienie stacji dalekiej łączności kosmicznej. — Rozumiem. aby mogło mnie tam cokolwiek zaciekawić. aby połączyła mnie z Mary Glann. — Przy takiej wspólnocie zainteresowań ziemskich pani jest chyba bliższa Pawłowi niż ja — odparłem sucho. Czekam! — powiedziała i znikła. Włożyłem odzyskany płaszcz i uciekłem. Wspaniała odzież.wszedłem do kombinatu. jeszcze jest na taśmie. — A ponieważ nie ciekawi pani uruchomienie łączności galaktycznej. Ale przyzwyczaiłem się do starego płaszcza. Wątpię.. Nie.. a później po chwili wahania poprosiłem Opiekunkę. Powinno to panią zainteresować. o czym pani mówi? —• No więc tak: zbliża się Święto Pierwszego Śniegu. jeżeli jeszcze nie został pocięty na szmaty. Paweł ręczy za autentyczność obrzędów. Nie potrzebowałem niczego konkretnego. — Proszę powiedzieć. Chcę. — Zbieramy się przy Krowie. czego potrzebuję. . To niezdrowa tendencja. jeśli pani sobie tego życzy. a ja tam nikogo znajomego nie mam. Wszystko będzie tak jak w starożytności. — Przypisuje pan innym swoje pragnienia — zaoponowała. zdaje się. swych gwiezdnych przyjaciół. zżyłem się z nim. aby pan mi towarzyszył. abyście mi zwrócili stary płaszcz. Mary ukazała się natychmiast po wywołaniu. Jak by to powiedzieć. — Chętnie. a przywiązanie do starych rzeczy wzrosło o dwadzieścia jeden procent. — Ma pan tam. — Nie rozumiem. — Wszystko się podoba. W ciągu ostatniego roku zapotrzebowanie na nowości spadło o czternaście procent. — Nie podobają się panu nasze wyroby? — obojętnym głosem zapytała maszyna. ale nie mogłem sobie znaleźć miejsca. dziękuję. które szeleściły mi pod nogami. — Życzę sobie. Posiedziałem trochę. Wiatr nadal kołysał konarami drzew i strącał żółte liście. — Ma pan wiele zimnej krwi — powiedziała. Zgoda? — Naturalnie. co panu nie odpowiada. Siedziała z podkurczonymi nogami na kanapie i patrzyła na mnie ironicznym wzrokiem. — Witam panią — odparłem. Będziemy ją zwalczać przez powszechne polepszenie jakości. Podobnie jak pański przyjaciel Romero jestem przywiązana do Ziemi. a tu do orientacji wystarczy Opiekunka. Usiadłem na ławeczce i zapytałem samego siebie. to wykonamy indywidualne zamówienie. Nowe okrycie również pan zabierze ze sobą? Może wysłać do domu? — Nie. czego sobie życzę. Pański przyjaciel Romero zamierza je uczcić ucztą przy ognisku. — Oczekiwałam wywołania znacznie wcześniej...

Albert. nie świąteczne. wystosował wielki protest: Ludzkość nie ma obecnie czasu na świętowanie poza najwyżej kilkoma wesołkami. że trzeba się ciepło ubrać. Nikt już od dawna nie pije krowiego mleka. — Nasi przyjaciele spóźniają się — powiedział do mnie i znów pogrążył się w obliczeniach. W chmurach było piekielnie zimno. zwykłe jeszcze. Z niskiego cokołu wykonanego z czerwonej granitowej bryły wpatrywał się we mnie wypukłymi oczyma posąg rogatej krowy. Ochłodziło się i na kałużach zaczęły się tworzyć skorupki lodu. Przesilenie Letnie. Chmury śniegowe jak zwykle przygotowano zawczasu nad północnym akwenem Oceanu Spokojnego. jedynie wysokie piramidalne dęby nie chciały rozstać się z porudziałym listowiem. Opiekunka uprzedziła mnie. Z ciekawości poleciałem tam rakietą dalekiego zasięgu. którzy pozostali. że Pierwszy Śnieg się nie uda. ale zlekceważyłem jej radę. To miejsce przed Panteonem jest ulubionym miejscem spotkań. . mieli zbyt wiele zajęcia z uruchomieniem stacji superdalekosiężnej łączności kosmicznej. czy to nie rozrzutność? Na to Wielki odpowiedział: „Każdy człowiek ma prawo do tego. Nad kamienną czerwono-czarną krową niespiesznie przesuwały się chmury. Zaprosiłem Alberta na Święto Pierwszego Śniegu za zgodą Mary i Romera. do czego ma prawo cała ludzkość". Nawet gdyby na Ziemi pozostał jeden człowiek chętny do zabawy. który nie wiadomo dlaczego zawsze mnie rozczula: „Swojej karmicielce — wdzięczna ludzkość". czego później żałowałem. Albert już siedział na jego stopniach i coś liczył. Gdy zjawiłem się przy pomniku Krowy. Usiadłem obok niego. widząc rozmach przygotowań. Kasztanowce i klony stały obnażone. że chmury śniegowe składają się z drobniutkich kryształków lodu. Poza tym potowa ludności planety wyjechała na budowy kosmiczne. Ale Zarząd Osi Ziemskiej wykonał swoje zobowiązanie co do joty. a na Kamczatce przesiadłem się do awionetki. które później rosną i zamieniają się w gotowe śnieżynki. ale człowiek nie zapomina o swej przeszłości. Moim zdaniem jest to całkowicie słuszne. Uroczystość wymagała zbyt wiele energii. Poza uroczyście obchodzonymi rocznicami wielkich dat wyzwolenia ludzkości od niesprawiedliwości społecznej na Ziemi obchodzi się święta związane ze zjawiskami natury: Przesilenie Zimowe. wszystkie ustalone święta zorganizuje się dla tego jednego. Wielka Odwilż. Po raz chyba tysięczny przeczytałem napis. a całe zasoby Ziemi oddano na budowę SFP-3. W tym roku wszyscy byli przekonani. Wielka Burza Letnia. Nie wiedziałem przedtem. a ci.12 Było to ostatnie wielkie święto roku. Po takiej odpowiedzi Albert zapomniał o protestach i nawet włączył do swego harmonogramu kilka godzin poświęconych na obchody święta. Pierwszy Śnieg.

Kabina pojazdu była zastawiona pakunkami i zawiniątkami. Mary. metalowe noże i widelce. Niepraktyczny zwykle Romero energicznie komenderował uczestnikami wycieczki. Gdyby nie Albert. których nie sporządziły automaty. podnieśliśmy na sygnał Romera kielichy do góry. Wypiliśmy wino. Korki skamieniały i zassały się w szyjkach tak. Wylądowaliśmy na polance. powiedziała gniewnie: — Nie spełnia pan obietnic. — W muzeum. nie patrząc na mnie. Jeśli się przyjęło zaproszenie.. — Gdzie pan zdobył takie starocie. Za kwadrans czwarta Romero rozdał kieliszki i zaczął otwierać butelki... Dziś wielu z was prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu skosztuje jadła i napojów. że trzeba je było po prostu utrącać. Nie mogę powiedzieć. Skrzywiłem się i powiedziałem półgłosem do siedzącej w pobliżu Mary: .Na placu wylądowała awionetka Romera.. Z muzeum pochodzą jedynie wina. Wino wydzielało silny aromat na poły przyjemny. iż miałem rację. a kobiety rozpakowywały zawiniątka i wydobywały z nich niezwykłe nakrycia — porcelanowe talerze. Zuży-jemy ten czas na rozpalenie ogniska i przygotowanie posiłku. — Zima idzie. Paweł pomachał nam ręką. Tymczasem wylądowało jeszcze kilka awionetek z przyjaciółmi Romera. aby mi smakowało. zrobiłbym to na pewno. — Sądziłem. — Śnieg zacznie padać o szesnastej. kryształowe kieliszki i obrusy z dziwnej tkaniny. Ja wraz z Albertem zbierałem chrust. Wreszcie ukazała się jego awionetka poprzedzająca pojazd Mary. Było cierpkie i paliło w ustach niczym kwas. Eli. należałoby wstąpić po mnie. które jeszcze wczoraj biegało po muzealnym parku!. że zrobi to Paweł i okazało się. że wino im starsze. Polecieliśmy na północ. Romero kierował się ku łukowi rzeki. że zaczynałem się już zastanawiać. choć i one nie liczą sobie pięciuset lat. przyjaciele! Za dobrą zimę! Zaczął padać gęsty śnieg. zaraz ją sprowadzę. Tak mnie zmroziła swoim zachowaniem. czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Opiekunka przekazała każdemu uroczyste bicie zegara. Przysłuchując mu się w milczeniu. tym lepsze. która tworzyła w tym miejscu zarośnięty drzewami półwysep. czyli za cztery godziny. Sprawdzimy. — Mary jeszcze nie ma? To nic. Poza tym poczęstuję was szaszłykiem z prawdziwego jagnięcia. Pawła ciągle nie było. — Mam nadzieję. na poły odpychający. że pokarm nie pochodzi z muzeum? Nie miałbym ochoty jeść kotletów przygotowanych pięćset lat temu! — Proszę się nie obawiać. — Zaczynajmy! — powiedział Romero. czy mieli rację. Przodkowie uważali. inni mężczyźni oczyszczali miejsce pod ognisko. Pawle? — zapytałem.

kiedy i awionetka Alberta zniknęła w padającym śniegu. karabiny.. czy nie żartuje. rozterkę. — Uważaj! — To tak! — syczał Romero. musi pan zażyć jakieś lekarstwo. ale pili paskudztwo! Mary pracowicie żująca kawałeczek szaszłyka.. no — szarpnąłem się. gdzie dognał nas ciężko dyszący Paweł. że mi jest nudno — zaoponowałem z niezwykłym podnieceniem w głosie. — Chodźmy lepiej do domu.. co nasi przodkowie jedli. — Źle się pan czuje? — zapytał z niepokojem Albert.. Był nieprzytomny z gniewu. Chwycił mnie za ramię i potrząsnął tak. — Jaki wniosek zamierza pan wyciągnąć z dzisiejszego wydarzenia. Mnie również znudziły się te smętne barbarzyńskie obrządki. Pawle? — Był kiedyś dobry zwyczaj — odparł Romero — że kiedy między dwoma mężczyznami stanęła kobieta.. — Osobiście wolałbym pojedynek na anihilatory. a ja tu trochę jeszcze zostanę.. Popatrzyłem uważnie w jego rozwścieczoną twarz. Ja także milczałem. — Nie pozwolę!. Broń wypożyczymy z muzeum. — Wcale nie mówiłem.. — Obróciłem się ku Mary i Albertowi. Godzę się na każdy wariant — szpady. — Ale moim zdaniem później będzie jeszcze nudniej. Eli?.. — W porządku. posiedźmy jeszcze trochę — zgodził się Albert. Chwyciłem Mary za rękę i krzyknąłem: — Wstawaj! Idziemy stąd! — Co się z panem dzieje? — zapytała z przestrachem.. pijane twarze mężczyzn i kobiet. Pojmuje pan... Mam do pogadania z mym starym przyjacielem Pawłem. . konkurenci sami rozstrzygali swój spór. że ledwie utrzymałem się na nogach. — Czyżby tak źle na pana podziałało wino? Eli. — No. — Przyszła mi natomiast do głowy inna myśl. nagle ze wstrętem wypluła go na ziemię: — Jedzenie też jest obrzydliwe! Siedziałem patrząc w milczeniu na ogień. — Nie jestem takim miłośnikiem starożytności jak pan — odparłem... — To się kiedyś nazywało podrywaniem dziewczyn kolegom! A mnie. Przeraziłem się. — zaczął Romero. — Teraz możemy się nie krępować — powiedziałem. nareszcie zdecydowaliście się! Zuchy! Popędziliśmy do awionetek. pistolety. pańskim zdaniem nie należy pytać o zdanie? — Nie należy — odparłem.— Nie wiem. — Ja przeżywam. — Czekamy na pana! — krzyknęła Mary i odleciała.. Zdrzemnąłem się... ale stałem między nim a awionetkami. — Do diabła z lekarstwem! Idziemy do domu! Siadaj do awionetki! Podskoczył do nas uradowany Albert. — Lećcie do domu. starając się zorientować. Popatrzyłem na tępe. Obudził mnie śpiew siedzących przy ognisku ludzi. — No. zamilkł więc wpatrując się w moją twarz.

— No to co? — Przecenia pan moją wytrzymałość nerwową. a pan nie pozwala mi wrócić do domu. ale wszystko widziałem.. Szedł szybko i lekko.. Wreszcie odezwał się: — No cóż. jak daleko mogę się posunąć. jak bardzo pokłóciliśmy się jeszcze wtedy. — Mogę więc panu powiedzieć. przyjacielu — warknął Romero. Ja chcę spać. na Plutona codziennie startują trzy ekspresy. Odwracając się stracił równowagę. 13 Rankiem obudził mnie Albert. nacierając na niego ciałem. że czekają na mnie goście.. — Stój! — powiedziałem wściekłym głosem.. że mogę złapać za klapy i wybić szanowną osobą dziuplę w jednym z tych dębów? Teraz on wpatrywał się w moją twarz. — Z Wierą nic nas nie łą czy. do głowy. że nikt jeszcze nie zdobył serca kobiety tchórzostwem.. mój drogi przyjacielu — odparł Romero dawnym ironicznym tonem. Podtrzymałem go. — Zdaje się zapomniał pan. — Jak samopoczucie po wczorajszej wyprawie? Mary i ja czujemy się doskonale.. Najwidoczniej upiłem się... na statku. ale jeśli pan nalega... — Nie — powiedziałem. bo tak samo jak i pan po raz pierwszy spróbowałem starego wina. Popatrzyłem za nim. Pawle. mężny rycerzu.— Krótko mówiąc odmawia pan z tchórzostwa! — rzucił mi wyniosłym tonem.. — A teraz muszę wracać do gości. że tam jest Wiera. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem neandertalskich metod. — Ma pan oczywiście większe doświadczenie. taki zdobywca serc. — A więc widział pan. — W naszych czasach serca kobiety nie zdobywa się pięściami. jak mnie z zimną krwią wygnała? Pańskim zdaniem to można znieść?. — Tak? — spytałem. włączyłem się przypadkowo. — Czy nie czas porozmawiać jak przyjaciel z przyjacielem? Dlaczego jesteś tutaj. Ale czy nie przyszło ci. jakby wcale nie był pijany. Gdyby pan wiedział.-nalega. — Zastanowię się — odpowiedział. a nie na Orze? — Dziwne pytanie — odparł wzruszając ramionami. Życzę dobrych snów.. gołymi rękami też walczono. — Głupcze! Po pańskim wyjściu Wiera płakała jak szalona. Proszę się wreszcie obudzić! . — Widziałem waszą kłótnię. starając się dociec. Dumnym gestem odsunął moją rękę. zdążysz jeszcze na nocny. — To pari. Jego uśmiechnięta twarz promieniała w wideokolumnie. Dziewczyna pozdrawia pana. Poza tym zapomniałem. — Proszę się ocknąć! — krzyczał mój pomocnik. Ale moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu! — Ma pan rację.

Meldujemy: znaleźliśmy się w waszej wiązce. — A nasz wczorajszy gospodarz Romero? — Myślę. to i tak byłby to wielki sukces. Obiecałem jej to. Przed nami ciemniała obszerna skrzynia podobna do głębokiej sceny teatralnej — sześcian odbiorczy stacji. że się myliłem — odparłem. W sześcianie odbiorczym płynął samotny. Zresztą już je zaprosiłem. na Orze zaś wysłana tam uprzednio SFP-2. zdolny w innej postaci rozpylić bez śladu dowolne ciało niebieskie.— Co się stało? — zapytałem zrywając się na równe nogi. — Na połowie drogi do Ory. a wśród nich Żanna. a wśród nich Wierę. Wszystko było już przygotowane do uruchomienia łączności. Zaprowadziłem ją do sali i usiadłem obok niej. Gości było niewielu. cieszę się. że w przestrzeń kosmiczną pomknął strumień energii o nie znanej dotąd mocy i koncentracji. Ujrzeliśmy Salę Gwiezdną wypełnioną tłumem ludzi. Ale każdy z nas wiedział. że zaraz po zakończeniu święta Paweł odleciał na Orę? — Martwi to panią? — Czy wyglądam na zmartwioną? Pan zdaje się myślał. Eli? Wie pan. . że jest w drodze na Plutona. — W wiązce Ora! — krzyknął Albert wyprzedzając automat. Z naszej strony miała pracować SFP-3. abym w czasie prób zademonstrował okolice. Później włączył się jej własny nadajnik. Ora leciała ku nam. — Fala w przestrzeni — powiedział Albert punktualnie o dwunastej. Później przyszła Mary i z uśmiechem uścisnęła mi rękę. Olgę. który po chwili zniknął. Szybko ubrałem się i poleciałem na dworzec aero-busów kursujących na Saharę. Gdyby nasze wysiłki doprowadziły jedynie do sterowanej emisji takich ogromnych strumieni energii. — Skąd taki pośpiech? — Czyżby pan zapomniał. który zasiadł w specjalnej kabinie zainstalowanej w sali poza naszymi plecami. — Gwiazdolot w wiązce — zameldował po kilku minutach automat. że jestem w nim zadurzona? — No cóż. Prosiła mnie. Kogo z pańskich przyjaciół zaprosić? — Żannę i Mary. Allana i Marcina Spychalskiego. że dziś uruchamiamy łączność z Ora? Jestem już na Saharze. w których toczyły się starcia ze Zływrogami. Wszystko odbyło się bez żadnych efektów zewnętrznych: Ziemia nie zatrzęsła się i nawet fotele nie drgnęły. — Co pan zrobił z Romerem. Spychalski odchrząknął i powiedział uroczystym tonem: — Rozpoczynamy pierwszy seans dalekosiężnej łączności galaktycznej. Stację miał uruchomić Albert. ciemny punkcik. Widzieliśmy na razie nasze impulsy odbite od powierzchni sztucznej planety. szybko zwiększając się w mgiełce stereoprzestrzeni odbiorczej.

Jak się czujesz? — Cudownie! — zawołałem. Mary popatrzyła na mnie z oburzeniem. Potem zwróciła się do mnie: — Na ciebie też czekamy. którzy nas w owej chwili słuchali i oglądali na Ziemi: — Ziemia gorąco wita was i pozdrawia! Spychalski zameldował. — Niestety na więcej nie starcza nam energii!" A później ukazała się Fiola. Gdzie zogniskować obraz? Spojrzałem nań ze zdziwieniem i powiedziałem spokojnie: — Nie mam żadnych tajemnic. . Zamierzała powiedzieć coś bardzo złośliwego. że byłeś chory. — Już niedługo. Teraz trzeba było sprawdzić. przyjedź do mnie! Trzy minuty dobiegały końca i zdążyłem tylko krzyknąć. Roześmiałem się głośno. Albert nieoczekiwanie zwrócił się do mnie: — Uruchomiliśmy jeszcze jeden kanał łączności z Ora. — Witaj. proszę przekazać swojej wężycy ukłony od ziemskich dziewcząt. Chciałabym cię zobaczyć. — Fiolo! — krzyknąłem zachwycony i wyciągnąłem ku niej ręce. Kiedy Fiola wyłączyła się. Pierwsza łączność była z konieczności krótka i nieco odświętna. Później przeszedł do spraw bieżących: — Potrzebujemy jeszcze co najmniej ze dwadzieścia Gwiezdnych Pługów. — Kończymy przygotowania do wyprawy — powiedziała siostra. ale wtedy w przestrzeni odbiorczej pojawiła się Wiera. Tamtejsza stacja zgłasza pilną rozmowę z panem. W wideokolumnie zobaczyłem inżyniera z Ory. który pozdrowił mnie i zakomunikował. i pobliskimi gwiazdami. że na pewno przyjadę. Wyglądasz wspaniale. — Już niedługo — odparłem. aby przyspieszyć syntezę materii dla nowych planet i polepszyć komunikację w naszym rejonie. choć wiem. Meldujemy Wielkiej Radzie. ale wygląd ma niezbyt ludzki.Odpowiedziałem w imieniu wszystkich znajdujących się na saharyjskiej stacji i wszystkich. — Już prawie na wszystkich statkach zainstalowano lokatory fal przestrzennych. jak daleko sięgają fale naszego urządzenia. Stała wraz z przyjaciółmi w mrocznym parku. — A ty? — Też wspaniale. że Flota Galaktyczna czeka na rozkaz startu w kierunku Perseusza. do którego nawet w południe nie przenikał promyk światła. Mary powiedziała zimnym tonem: — Pańska przyjaciółka jest bezsprzecznie malownicza. —Widzę cię na dalekiej Ziemi. Albert wyłączył Orę. „Tylko trzy minuty — uprzedził. proszę więc zogniskować w zwykłą wideokolumnę. Kiedy pan będzie na Wędzę. bracie. Eli! — śpiewała dziewczyna. że urządzenie SFP-2 zostało już wcześniej wypróbowane i w łączności ze statkami w locie. że przełącza kanał na Wegę.

Czekajcie na nas!" — Nadaję apel na drugim kanale — zameldował Albert. czy obliczenia były prawidłowe. nie wykazywało najmniejszych przejawów życia. a druga z siedmiu krążowników. Krążowniki wroga szły nie zmienionym kursem i nic nie wskazywało na to. — To zdarzyło się tam — zwróciłem się do Żanny. — Spróbujmy teraz dotrzeć do Perseusza — poprosiłem Alberta. że odebrały transmisję. W stereoprzestrzeni odbiorczej zapłonęły gwiazdy w Plejadach. Kilka minut przeszło w milczącym oczekiwaniu. aby nie stracić z oczu planet majaczących w stereoprzestrzeni. Pierwsza grupa składała się z pięciu. Zobaczyliśmy punkciki wolno przesuwające się w mglistym wnętrzu stereoprzestrzeni odbiorczej. Nie pocieszałem jej. W przestrzeni nie było ani jednego statku. — W obszarze nadświetlnym dwie flotylle gwiazdolotów — zameldował beznamiętnym głosem automat.. czy też nasze wysiłki zakończyły się fiaskiem. Ukazywały się nam kolejno układy planetarne gromady gwiezdnej. Nastąpiła decydująca próba urządzenia. Byliśmy teraz gdzieś w okolicy Groźnej.. wszystkie jego gwiazdy milczały. przedyskutowany i zaaprobowany przez całą ludzkość.. przez okrągły rok oglądałem go codziennie w sterówce gwiazdolotu mknącego ku Perseuszowi. gwiazdy rozbiegały się na boki — wiązka fal przestrzennych znalazła się w centrum gwiazdozbioru. — Idą równoległymi kursami z szybkością nie przekraczającą stu jednostek świetlnych. Wspaniała gromada gwiezdna była pusta. Centrum skupiska. Żanna cicho płakała nie wycierając płynących łez. Za chwilę miało się okazać. Oba skupiska Perseusza. pierwsze posłanie człowieka skierowane do całego Wszechświata: „Mówią ludzie. Niesiemy pokój i dobrobyt wszystkiemu co rozumne i sprawiedliwe. gdyż mnie samego ogarnęło silne wzruszenie.— Kieruję wiązkę na Hiady — powiedział Albert. Plejady były puste. nie odpowiadały.. Odbiorniki rejestrowały zmiany gęstości przestrzeni. Skupisko olbrzymiało. gdzie rozegrała się bitwa naszej eskadry z flotyllą gwiezdną wroga. Słuchajcie nas. Mimochodem zobaczyliśmy też cztery nasze statki znajdujące się w tym rejonie przestrzeni kosmicznej. Później w stereoprzestrzeni rozbłysło najpiękniejsze skupisko gwiezdne naszej Galaktyki. Ziemia wysyłała swoje potężne promienie na odległość pięciu tysięcy lat świetlnych. ale byty to . odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych. Dokąd zmierzały? Ku zablokowanym planetom Galaktów? A może po prostu patrolowały należącą do nich przestrzeń kosmiczną? — Proszę nadać wiadomość — poleciłem Albertowi. — Trzeci kanał włączyłem na odbiór wszystkich zakresów fal przestrzennych. Niebianie. Znałem ten obraz. Później Albert przesunął wiązkę i zwiększył moc nadajnika. By} to krótki apel.

ale tak byłeś zaabsorbowany tymi okrętami. czy uda mi się w najbliższym czasie odwiedzić Wegę. — Wieczorem będzie za późno. proszę przekazać. że nasz apel dotrze do niego i Andre zrozumie. Eli? — Wręcz przeciwnie — odparłem wesoło. — Widziałaś miejsce. Opiekunka znalazła ją na jednym z miejskich bulwarów. Później zwróciłem się do Alberta: — A więc rozruch mamy za sobą. Na kosmodromie zjawiliśmy się jednocześnie... Rzeczy były już wcześniej zapakowane i oczekiwały mnie na kosmodromie. — Twoja znajoma wyszła. Potem rzuciła niechętnie: — Dobrze. — Żałuję bardzo. Uśmiechnąłem się. żeby pani niezwłocznie przyleciała do mnie. co było można dostrzec nawet w wideokolumnie. Patrzyła w bok. Lecimy do Perseusza. Martwi cię jej ucieczka.. gdzie jest dziś więziony — powiedziałem. Życzę powodzenia. że zgodziłam się odprowadzić pana!.. Do startu wieczornego ekspresu na Plutona miałem trzy godziny. — Wobec tego wzywam awionetkę. Muszę panią zobaczyć. idziemy go wyzwalać! Żanna wycierała zaczerwienione oczy.. Zrozumiała.tylko zwykłe szumy galaktyczne. gniewna i zapłakana. Mary. już przygotowani. iż my. Milczenie kosmosu nie miało znacze nia. Wywołałem Mary. Chciałam ci powiedzieć. Spojrzała mi zaskoczona w oczy. gdzie zniknął Andre i okolice.. Albercie. że wkrótce przemówi. że nie żartuję. kiedy pojawił się Perseusz — odezwała się Żanna. Chcę. Odwróciłem się do Mary. 14 Teraz pozostało niewiele do zrobienia.. Drgnęła. Jeśli będę miała ochotę na spotkanie z panem. wieczorem. Zgodnie z decyzją Wielkiej Rady jestem od tej chwili wolny. — Bardzo cieszy. widziałem to po jej oczach. bo nie miałem wątpliwości. aby pani leciała razem ze mną. ale przerwałem jej: — Nie wiem. Mary. — Kiedy dotrze pan na Wegę. Mieszkańcy gwiazd muszą mieć czas na zastanowienie się nad naszym posłaniem! — Przełączam lokatory. — zaczęła. Mary nie podała mi ręki i najwidoczniej zamierzała na pożegnanie powiedzieć mi kilka złośliwości. Mary szła do domu.. . — Nie lubię głupich żartów! — powiedziała z oburzeniem. Odlatuję dziś na Orę.. — Nie jest wykluczone. nadajniki i odbiorniki na zapis automatyczny — powiedział Albert i zapalił światło w sali. — Próbowała pani uciec — powiedziałem — ale znalazłem panią i chcę. — Cichutko wstała i wyszła. kiedy nieoczekiwanie zaświeciłem się przed nią. Mary nie było.. Wyciągnąłem ręce ku Żannie i objąłem ją.

wysłuchiwać złośliwości!. W jej oczach znów pojawiły się łzy. Dotychczas myślał pan przeważnie o sobie. Poza tym mężczyźni są większymi egoistami od kobiet... mając panią obok siebie. Jestem zbyt wielkim egoistą. naszą.. martwić się czy pani przypadkiem nie zakochała się w kimś lub nie zachorowała? Będę znacznie spokojniejszy. Eli. tę pańską piękną wężycę. co jest dla mnie dobre... Mary. Chodźmy. Ale teraz wszystko się zmieni. że pan zaczął się zastanawiać nad tym. — Ale uprzedzam. obiecuję. Jestem przekonany. że do tej pory częściej przebywałem z samym sobą niż z innymi. Eli. co niezbędne do dalekiej podróży... Przerwałem jej wesoło: — Naszą. Pozostawić panią na Ziemi i później nie zaznać chwili spokoju. Bardzo proszę. że serdecznie się z Fiola zaprzyjaźnicie. — Postanowił pan wyrzec się swego męskiego egoizmu? — Nie. Mary. Co panią trzyma na Ziemi? A ze mną będzie pani dobrze. Móc do woli patrzeć w oczy. . a co złe. — Nic w tym dziwnego. mówić. Pozostało kilka minut do odlotu. aby przegapić własne szczęście. pragnę go zaspokoić.. Popatrzyła na mnie z wahaniem. — Wygląda na to.. — Dziwię się — powiedziała wolno. tak przynajmniej utrzymywali przodkowie.. spełniać kaprysy... — Wcale nie żartuję.Zatrzymałem ją. Na Plutonie można zaopatrzyć się we wszystko. — To dlatego. Mary. Ruszyła w kierunku statku i zatrzymała się. — To bardzo dziwny egoizm.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful