You are on page 1of 196

WĘŻOPANNA Z WEGI 1

Dla mnie historia ta rozpoczęła się w czasie spaceru nad kraterami Kilimandżaro, od spotkania z Lusinem lecącym na ognistym smoku. Nie lubię latać na smokach, bo trąci mi to starożytną teatralnością, a powolnych pegazów wręcz nie znoszę. Na Ziemi posługuję się zwyczajną wygodną awione-tką, pojazdem niezawodnym. Ale Lusin nie potrafi sobie wyobrazić podróży bez użycia smoka. W szkole, kiedy te cuchnące potwory dopiero wchodziły w modę, Lusin wdrapał się na ćwiczebnym smoku na Czomolungmę. Smok wkrótce zdechł, chociaż był w masce tlenowej, a Lusinowi zakazano przez miesiąc pojawiać się w stajni. Od tego czasu upłynęło czterdzieści trzy lata, ale Lusin nie zmądrzał. Powtarza ciągle, że odzywa się w nim dusza przodków, którzy ubóstwiali te dziwne stworzenia, lecz moim zdaniem zwyczajnie pozuje na oryginała. Zupełnie tak samo jak Andre Szerstiuk. Obaj gotowi są wyleźć ze skóry, aby tylko kogoś czymś zadziwić. Tacy już są. Kiedy więc znad Oceanu Indyjskiego nadleciał skrzydlaty smok otoczony kłębami dymu i językami płomieni, od razu domyśliłem się, kto go dosiada. Istotnie, Lusin krzyknął na powitanie i wylądował na urwistym stoku krateru Kibo. Zatoczyłem kilka kręgów w powietrzu, aby obejrzeć sobie „wierzchowca", po czym również wylądowałem. Lusin podbiegł do mnie i serdecznie uściskał. Nie widzieliśmy się od dwóch lat. Przyjaciel rozkoszował się moim zdumieniem. Smok był duży, miał około dziesięciu metrów długości. Rozciągnął się bezwładnie na kamieniach, zamknął ze zmęczenia wypukłe, zielone oczy, a jego chude boki opancerzone pomarańczową łuską wznosiły się i zapadały. Spotniałe skrzydła zwierzęcia drgały spazmatycznie, nad jego głową kłębił się dym, przy wydechu z paszczy tryskał płomień. Ognistego smoka widziałem po raz pierwszy. — Ostatni model — powiedział Lusin. — Hodowla zajęła mi dwa lata. Koledzy z INF chwalą. Ładny, prawda? Lusin pracuje w Instytucie Nowych Form i nieustannie chełpi się, że syntetyzuje żywe istoty, jakich natura nie zdoła wytworzyć w procesie ewolucji nawet za miliard lat. Coś niecoś, na przykład mówiące delfiny, istotnie mu się udało. Ale smok dymiący jak wulkan nie wydał mi się piękny. — Masz zamiar straszyć nim dzieci? — zapytałem. Lusin czule poklepał smoka po jednej z jego dwunastu żabich nóg. — Efektowny. Zawieziemy na Orę. Niech oglądają Drażni mnie, jeśli ktoś mówi o Orze. Połowa moich przyjaciół tam leci, a mnie się nie udało. Złości mnie nie ich szczęście, lecz to, że w najwyższym stopniu interesujące spotkanie z mieszkańcami innych światów przekształcają w

prymitywną wystawę zabawek. Czego też oni na tę Orę nie zabierają! — Brednie! Nikt tam nawet nie spojrzy na twoje wykopalisko. Każdy Niebianin jest stokroć bardziej niezwykły niż wszystkie wasze cudactwa razem wzięte. Sądzę, że maszyny będą ich ciekawić przede wszystkim. — Maszyny tak! Zwierzęta również! Wszystko! — I ty również! — rzuciłem ze złością. — Piękny okaz człowieka piątego wieku: rudowłosy, żółtooki, wzrost metr dziewięćdziesiąt dwa, wiek pod sześćdziesiątkę, samotny. Żeby tylko nie zakochała się tam w tobie jakaś myśląca ropucha! Nawet na swoim smoku nie uciekniesz! Lusin uśmiechnął się i pokiwał głową. — Zazdrościsz, Eli. Odwieczne uczucie. Starsze od smoków. Rozumiem. Sam bym na twoim miejscu. Przyzwyczailiśmy się do stylu Lusina, ale nieznajomi czasami nie mogą go zrozumieć. Nie lubi zresztą rozmawiać z nieznajomymi. Jego wyrzuty zdenerwowały mnie. Oburzony odwróciłem się. Lusin położył mi rękę na ramieniu. — Spytaj jak? — poprosił smutnym głosem. — Ciekawe. Skinąłem głową, aby nie sprawić mu zawodu swoją obojętnością. Z jego opowiadania dowiedziałem się, że w żołądku potwora syntetyzują się substancje palne i że samego smoka ani to ziębi, ani grzeje. Lusin pracuje nad tematem: „Materializacja potworów ze starożytnych podań". Smok ziejący ogniem jest czwartym jego tematem, a potem zamierza stworzyć skrzydlate asyryjskie lwy i pła-zopodobne egipskie sfinksy. — Chcę boga Hora z sokolą głową. Jeszcze nie zatwierdzony. Mam nadzieję —powiedział Lusin. Przypomniałem sobie, że Andre wiezie na Orę swoją symfonię „Harmonia gwiezdnych sfer" i że prawykonanie tego utworu odbędzie się dziś wieczorem w Kairze. Powątpiewam co prawda w talenty muzyczne Andrć, ale wolę już muzykę niż dymiące smoki. Lusin poderwał się. — Nie wiedziałem. Lecimy do Kairu. Ja przodem. Do dworca rakietowego. — Sam się rozkoszuj trującymi wyziewami twojego potwora — powiedziałem. — A ja tradycyjnie: raz, dwa i już przeleciałem sto kilometrów. Udało mi się wyprzedzić Lusina o blisko dwadzieścia minut. Czekając na niego umówiłem się z obsługą stacji, że nakarmią smoka w stajni pegazów. Na każdym dworcu rakietowym jest obecnie zagroda skrzydlatych koni, specjalnie dla turystów. Moja prośba nie wzbudziła wielkiego zachwytu, który zupełnie się ulotnił, kiedy powiedziałem, że smok jest ognisty. Zadziorne pegazy nienawidzą flegmatycznych smoków i kiedy tylko je dostrzegą, natychmiast rzucają się na nie z góry. Oczywiście ani kopyta, ani zęby nie mogą uszkodzić łuski, ale zwariowane konie atakują uparcie aż do całkowitego wycieńczenia. Nie rozumiem zupełnie, czemu Grecy wybrali kiedyś do swych poetyckich lotów to szybko nużące się w powietrzu zwierzę. Wolałbym osobiście wznosić się

ku artystycznym wyżynom na kondorach lub gryfach, które wzlatują wyżej i doskonale szybują nad Ziemią. Pomachałem ręką do wolno zbliżającego się Lusina. — Pospiesz się, bo się spóźnimy! Możesz swojego wulkanopodobnego pieszczocha zostawić tutaj. Obiecano mi, że pegazów do niego nie dopuszczą.

2
Pierwszym znajomym spotkanym w Kairze był Allan Croose, również szkolny kolega. Przyleciał dwie godziny przed nami i szedł właśnie do Izby Tras Gwiezdnych. W ręku niósł walizeczkę jak zwykle pełną książek. Allan ubóstwia te starocie. Pod tym względem podobny jest do Pawła Romero, który także nie odrywa się od książek. Paweł ślęczy nad nimi, bo taki jest jego zawód, Allan natomiast grzebie się w nich dla przyjemności. Pełniej się czuje współczesność, kiedy się trzyma w ręku zetlałe gazety z dwudziestego wieku — mówi ze śmiechem. Allan zawsze albo gniewa się, albo się śmieje. Gniew i radość nie są krańcowymi, lecz sąsiadującymi stanami jego psychiki. Albo jest oburzony, albo pełen zachwytu wywołanego tym tylko, że nie jest oburzony. Dowiedziawszy się, dokąd idziemy, stanął jak wryty. — Tylko po to przyjechaliście do Kairu? Mogliście przecież włączyć salę koncertową i z daleka rozkoszować się muzyką. Pociągnąłem go za rękaw. Nie lubię, kiedy ludzie ni z tego, ni z owego zatrzymują się w pół kroku. — Symfonii Andre należy słuchać w specjalnych halach. Jego muzyka nie jest przyjemnością, lecz ciężką pracą fizyczną. Allan poszedł z nami. — Muszę porozmawiać z Andre — powiedział groźnym tonem. — Natrę mu uszu po koncercie. Ostatni model jego ruchomego deszyfratora jest do niczego. — Zwolnij kroku i nie machaj mi tym kufrem przed nosem. Pewnie masz tam pięćdziesiąt kilogramów? — Sześćdziesiąt trzy. Posłuchajcie, jaka głupia historia przydarzyła się nam na Procjonie przez niedbalstwo Andre. O głupiej historii na Procjonie już słyszeliśmy. Znali ją wszyscy mieszkańcy Ziemi i planet układu. Wyprawa Allana sprawdzała lekki model Gwiezdnego Pługa przystosowanego do szybkich przewozów pasażerskich. W pobliżu Układu Słonecznego rozpędzać się nie wolno, dlatego też jedenaście i pól roku świetlnego przebyli w ciągu trzydziestu dziewięciu dni pokładowych. W gwiazdozbiorze Małego Psa również nie było gdzie się rozpędzić, wobec czego osiągnęli zaledwie stukrotną prędkość światła. Za to właśnie w tym gwiazdozbiorze, w układzie planetarnym Procjona, członkowie wyprawy, sami o tym nie wiedząc, dokonali wreszcie zapowiedzianego pięć wieków temu odkrycia: znaleźli myślące porosty. Na drugiej spośród trzech planet Procjona brakowało światła i ciepła, a skały były pokryte rudym mchem. Astronauci chodzili po mchach, badali je aparatami, ale wykryli jedynie to, że rośliny

. — Zupełnie zapomniałem. że jest to mowa. do jakich wniosków doszedł komputer.wysyłają słabe fale magnetyczne. Przecież w owej chwili dokonywał się przełom w całej historii ludzkości. rozszyfrował zapisane promieniowanie i stwierdził.. że odkryto nowy rodzaj istot rozumnych. Po powrocie na Ziemię centralny komputer. — Zaczekajmy więc do jutra — rzuciłem niedbale. że straciliśmy poczucie niezwykłości. W owych miesiącach. ale pewne jest. Dziwy już nam spowszedniały. Wydaje się przy tym. Koncert Andre pochłaniał go bardziej niż doniesienie o nowych odkryciach. z jaką wówczas słuchaliśmy Allana. Ogromny Allan wysunął się do przodu. Zawsze mówił bardzo głośno. znacznie groźniejsze od starożytnych wojen na Ziemi.. Zresztą wiecie o tym z transmisji. — Do Izby Tras Gwiezdnych dotarła dziś zadziwiająca wiadomość. to fakt. bo w naszym rejonie Galaktyki z niczym podobnym dotychczas się nie zetknięto. — Wielki Akademicki już drugi dzień analizuje otrzymane informacje. — Ja osobiście wytrzymam nawet do pojutrza. Lusin był tego samego zdania. — Zabraknie miejsc. — Tłum! — powiedział Lusin wyciągając palec przed siebie. które nadają się tylko do prowadzenia rozmowy z pieskami i ptaszkami. pogadaliśmy sobie nieźle z inteligentnymi rybami. my zaś nauczyliśmy się przekształcać własne słowa w takie same fale. ale uderzył mnie wyraz jego twarzy. Na przykład na Polluksie. — Jest wprawdzie lepszy od naręcznych deszyfratorów. Wielki Akademicki. które poprzedzały naradę na Orze. że mieszkają z dala od najbliższych gwiazd. że ludzie potrafią chodzić. Jutro lub pojutrze wszyscy dowiedzą się. Chciałem jeszcze energiczniej pociągnąć go za rękaw. ale wtedy Lusin i ja nie zapytaliśmy nawet. jakby obawiał się. w Bliźniętach. — Wszystkiemu winien idiotyczny RD-2! — grzmiał Allan na całą ulicę. że szaleją Wśród nich bratobójcze wojny. Ale w trudnych sytuacjach przyrząd Andrć zawodzi. Coś w rodzaju prawdziwych ludzi. Nic więc dziwnego. kto dostarczył informacji o nowo odkrytych istotach i czym one właściwie przypominają ludzi. ciągle słyszeliśmy o nowych istotach rozumnych odkrytych przez wyprawy gwiezdne. braciszkowie! — wykrzyknął i rozejrzał się dokoła.. I taką bezradną maszynę reklamuje się jako ostatni krzyk techniki! Allan nagle przerwał i zatrzymał się znów. Wysunąłem tylko przypuszczenie. Dziwna i wręcz niepojęta jest dziś dla mnie obojętność. Jeszcze w . — Nie wiem — odpowiedział Allan. Ruszyliśmy szybciej. Udało się odczytać kilka zdań: „Kim jesteście? Skąd? Jak wykształciliście w sobie zdolność ruchu?" Nieruchome porosty były najbardziej zdumione tym. Pospieszmy się. Teraz jest to oczywiste dla każdego pierwszoklasisty. Te zabawne nereidy generowały fale ultradźwiękowe. Nikt na razie nie zna szczegółów. że ktoś go podsłucha.

my zaś. — Pani też nie nauczono uprzejmości! — odciąłem się. osłonięci jego szerokimi barami. Tuż przy drzwiach zdarzyło się nieprzyjemne zajście. Jego krok mierzy metr dwadzieścia. Krzyknąłem za nim: — Zajmij dla nas dwa miejsca obok siebie! Do sali koncertowej wlewały się dwa strumienie ludzi. Dziko zagrzmiała muzyka gwiezdnych sfer. że krzyknąłem: „Dość paplania!" Gdybym wiedział. Allan przedostał się na czoło. melodyjnym głosem. szczupła dziewczyna gwałtownie odsunęła się z drogi prącego naprzód Allana. ruszyliśmy więc tamtędy. Ale wśród dwudziestu ośmiu tysięcy osób wypełniających widownię niełatwo było ją odszukać. które zepsuło mi humor. byliśmy już daleko od siebie. z pewnością zachowałbym się ostrożniej. że zapomniałem języka w gębie. starając się odnaleźć tę szczupłą dziewczynę. Miała wiotką. 3 — Andre! — powiedział Lusin. Siedzieliśmy nieruchomo w fotelach trzymając się kurczowo oparć. ale chyba tego nie usłyszała. w powietrzu zaszybowały klębiaste. Zamiast ukazać się na stereoekranie i stamtąd uśmiechnąć się do publiczności. Nim zdołałem odpowiedzieć. W pierwszej chwili tak się zmieszałem. wyszedł na scenę.szkole chodził najszybciej ze wszystkich. Później zabrzmiała delikatna melodia. Dziewczyna odwróciła się z oburzeniem. Twarz jej szpeciły szerokie brwi. a odpowiedział mu równie gromki śmiech. że zakłuło mnie w sercu. Możliwe zresztą. że inni widzowie nie czuli się lepiej. Znajdowaliśmy się bliżej drzwi zachodnich. Na rozległej. lotach i katastrofach. równie czarne jak oczy. posuwaliśmy się za nim. — Cóż to za dziwak! Andrć nawet na koncercie nie powstrzymał się od robienia kawałów. długą szyję i ciemne oczy. Najpierw zapadaliśmy się. Mój glos ogłuszająco zahuczał pod stropem. Na sali dwukrotnie wstawałem i rozglądałem się dookoła. Myślę. a jednocześnie na łeb. Zaczął wygłaszać mowę: coś o Ziemi i gwiazdach. różnobarwne . Nie zdołałem się zatrzymać i wpadłem na nią z rozpędu. Jakaś brzydka. na szyję pędziliśmy w dół. — Gbur! — powiedziała gniewnie niskim. tak mnie zaskoczył jej nieusprawiedliwiony gniew. Niebianach i ludziach. pustej estradzie wyglądał jak krasnoludek. Tak mi się to wreszcie znudziło. Stan nieważkości nastąpił tak gwałtownie. że pociemniały z gniewu. że wszystko to znalazło odbicie w jego kosmicznej symfonii. Nie speszony Andrć krzyknął wesoło: — Potraktujemy wasze niecierpliwe wrzaski jako uwerturę do symfonii. Mogę powiedzieć jedno: reakcja nieznajomej zaintrygowała mnie bardziej niż zagadkowa nowina Allana. Utrzymywał przy tym. że wzmacniacze zostały nastrojone na wszystkie dźwięki z sali. Potem zniknął.

Symfonia na dźwięk. lodowaty wicher. Część pierwsza — Wir światów. runął upał i już zwyczajnie. ktoś masował odmrożone policzki. Powtarzało się to trzykrotnie: purpurowy upał przy akompaniamencie grzmotu trąb i nieważkość. ciepło. i wszystko zniknęło w wirującym. światło. zadźwięczała miedź i srebro. sam tu przyszedłeś. Później po raz ostatni uderzył mróz. Doskonale też wiedziałeś. organy elektronowe grzmiały wszystkimi swoimi dwudziestoma czterema tysiącami głosów. zwiększyło się przyciąganie. — Nawet po Andre nie spodziewałem się czegoś podobnego! Po coście mnie tu zaciągnęli? Lusin w milczeniu obserwował zdenerwowanych widzów. Nikt nie zdążył się odwrócić ani osłonić twarzy rękami. co o tym sądzicie? . Nie było widać ani ścian. Melodia narastała. — Nie jestem ułomkiem i też nie mogłem wytrzymać! Czyżby i w drugiej części czekał nas taki koszmar? Podałem mu zaproszenie. delikatnych barw. — On zwariował! — oburzał się Allan. ani widzów na sali. Uprzedzałem. kiedy rozbłysła błękitna błyskawica. że muzykę Andre mogą znieść jedynie atleci. Część druga — Ludzie i Niebianie. przenikliwie niebieski ziąb wraz z przeciążeniem i niemal całkowity brak powietrza. Przeciążenie szybko się zwiększało. a w powietrzu popłynęły fale gorąca. Lodowate tchnienie ustąpiło miejsca falom ciepła. Skończyła się pierwsza część symfonii. samo wlewało się do krtani. zapachu — wykrzyknął z gromkim śmiechem. aromatyczne i kojące. Najbliżsi zaś sąsiedzi zmienili się nagle w jakieś pochodnie zimnego płomienia. Powietrze. melodia przyspieszyła rytm. Harmonia gwiezdnych sfer. Dokoła zapłonął złowieszczy fioletowy ogień i na widzów spadł gwałtowny. przeciążenie malało i zmieniało się w nieważkość. Ktoś postękiwał. ja zaś zaoponowałem: — Nikt cię nie ciągnął. ciśnienie i ciążenie. Część trzecia — Wieczne jak życie". ktoś gardłował: „Autor! Dajcie mi autora!" Większość widzów spieszyła się do wyjścia. zaśpiewały struny. ciepła i uczuda lekkości. błyskawicznie narastający. Allan parsknął i poweselał. melodyjne ró-żowopomarańczowe odrodzenie owiane ciepłem. na którym widniał tekst: „Andre Szerstiuk. płucom zaczęło brakować tlenu. Znów ryknęły trąby. ani sufitów. kolorowe chmurki wypełniły się szalonymi skokami świetlistej zorzy. Wówczas światło zaczęło nabierać ciepła. słonecznie zalśnił strop sali koncertowej. — Wyobraźcie sobie cuchnące allegro i wonne adagio! Dla pełni obrazu. Chciałem już zdjąć marynarkę. Ze wszystkich stron dobiegały okrzyki i śmiech. — Brakuje tu jeszcze jednego składnika.obłoczki i grawitacja powróciła. co cię czeka. w fioletowej mgle zapłonęły pomarańczowe języczki. Zlodowacenie przyszło w świście i brzęczeniu elektronowych głosów. różnobarwnym deszczu iskier. w głowie kręciło się od subtelnych dźwięków.

Przy wschodniej bramie szybko zebrała się grupka przyjaciół. Wiedziałem.— Sukces! — powiedział Lusin. Krótko mówiąc ta część symfonii spodobała mi się. mroził. — Nowość. czerwone rozbłyski. Wszystkiemu towarzyszyły melodyjne dźwięki elektronicznych głosów. — Twojego boga Hora z sokolą głową może uda się w dalekich wyprawach wykorzystać do łowów na nietoperze. jeżeli Andre uda się cokolwiek. Niezwykłości najpierw go zaskakują. Andre najwidoczniej chciał dowieść. Opalał nas. — Na sali pozostała najwyżej jedna trzecia widzów. —. Tym razem mogłaby zachować się trochę powściągliwiej . Obojętnych nie ma! — Nie zachwyceni. że Andre na mnie zaczeka. zimno atakowało mniej gwałtownie. Wkrótce zabolała mnie ręka od uścisków. Możliwe zresztą. — Wszyscy są zachwyceni i wstrząśnięci. a widzowie dalej siedzieli bez ruchu. usypiał myśli i uczucia. Ładniutka Żanna Uspieńska. żona Andre. to zupełnie bycze! W opustoszałej sali rozległ się głos: przyjaciele autora symfonii proszeni są do wschodniego wyjścia. a zastępujący je upał był mniej palący. Nie od razu pojmują. a nie muzyką — poradziłem mu. iż życie nie jest zabawą. Ona zawsze cieszy się jak dziecko. Niektórzy wyglądali na tak wycieńczo-nych. Grawitacja i ciśnienie stopniowo narastały. co o dziełach Andre nieczęsto można powiedzieć. Allan popędził wyprzedzając ostatnich wychodzących widzów. nie mogąc przyjść do siebie. Z nim tak jest zawsze. Można ją było znieść. ciepłym obłoczku. Symfonia się skończyła. że aż się roześmiałem. Allan zachwycał się hałaśliwie. że często ma powody do radości. to znów zanikały. lecz przerażeni — poprawiłem. który rozleniwiał. wijące się fioletowe pasma. i dopiął swego. Żanna powiedziała głośno: . iskry i błyskawice spadające z sufitu niczym kurtyna zorzy polarnej. a potem wszystko utonęło w różowym. Dominowało w tym fragmencie światło: skłębiona zielonkawożół-ta mgła. — Poczęstować taką symfonią istoty z Alfy Centauri lub z Syriusza — a nie mają one zbyt wielu kości — i zostanie z nich mokra plama! Nie. „Wieczne jak życie" mogło każdego wpędzić do grobu. ogłuszał i oślepiał co najmniej przez dwadzieścia minut. promieniała. — Mocna rzecz! — wrzeszczał. a później wprowadzają w stan euforycznej radości. a jaka korzyść z nowego dzieła Andre? 4 Po rozpasanej części pierwszej druga wydała się nam spokojna. że się już wprawiliśmy. Ja i Lusin nie spieszyliśmy się zbytnio. i trzeba powiedzieć. Zajmij się raczej swoimi cudacznymi formami. Za to w trzeciej części znów dostaliśmy za swoje.

że w przeciwieństwie do Żanny nie ma w sobie ani odrobiny kokieterii. Leonid postąpił jeszcze lekkomyślniej ode mnie. aby skierować rozmowę na inne tory. Leonid natomiast z taką silą potrząsnął moją ręką. Długo to ukrywałem. Twoje notatki są zbyt uczone dla mnie! Olga nie obraziła się i nie zmartwiła. Eli! Po prostu trudno uwierzyć. że Leonid i Olga. Wiesz w kim? W tobie. Obliczyłam niedawno. Żanna tak pragnie się wszystkim podobać. a nie dzielił się najważniejszą informacją otrzymaną kiedykolwiek przez ludzkość. że nie zastanawiała się w ogóle nad sensem moich słów. — Zdaje mi się. Jestem pewien. Jest to tym dziwniejsze. że jesteś taki opalony i sympatyczny. I co teraz zamierzasz zrobić? — Zniosę to z pogodą. że byłeś na Marsie? — A czego miałbym tam szukać? — odburknąłem. Eli! — Tak — odpowiedziałem. kiedy ktoś z tego żartuje. — Zakochałem się. wspominając te dni. Żóitoczerwony karzeł o zwykłej gęstości. jakich to ma przyjaciół. że stoję mu na drodze. pewnie o nim słyszałaś. że aż syknąłem z bólu. — Montowaliśmy siódme sztuczne słońce na Plutonie. — Allan ma ciekawą wiadomość — powiedziałem. Ten olbrzym (dwa metry trzydzieści) wbił sobie do głowy. Groźny Leonid tym razem sprawiał wrażenie niemal wesołego. ale już dłużej nie mogę. że z dala wyglądają jak siwe. Dziś. żeby wiedział. Obawiam się. ale nie dała tego po sobie poznać. Znów. czemu mówi tak głośno i bardzo mi się to nie spodobało. — Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Słucha tylko brzmienia głosu. Olga zaś jak zwykle była zrównoważona i pogodna. że mówię. Oni w każdym razie powinni byli zorientować się. — Allan. Ta lekkomyślność była tym bar dziej niepojęta. że gniewa się. powtórz z łaski swojej rewelacje o nowych odkryciach. Słuchała spokojnie. nikt nie potraktował poważnie nowości Allana. nadal pogodna i rumiana. Nie czytałeś mojej notatki? — Nie. jakby plotkował o jakichś głupstwach. że ta moc nie wystarczy do normalnej pracy.— Zmieniłeś się. czemu byliśmy wówczas tak nie-wybaczalnie lekkomyślni. — Oczywiście. tak jasnymi. Zrozumiała oczywiście aluzję Żanny. Zbliżał się do nas Leonid Mrawa z Olgą Trondicke. moc ośmiu tysięcy albertów. — Cieszę się. czyś się przypadkiem nie zakochał? Wiedziałem. Odwróciła się do mnie plecami. już wówczas cieszyli się sławą doświadczonych astronautów. że Olga utrzymuje go w tym błędzie. Żanna wykrzyknęła i potrząsnęła ufryzowanymi włosami. a może powiem Andre. Wszyscy wysłuchali go obojętnie. kapitanowie wielkiej żeglugi kosmicznej. Wystarcza jej. staram się i nie mogę pojąć. gdyż po prostu machnął ręką na . że cię widzę — powiedziała Olga. Słuchaj. co oznacza odkrycie na naszych trasach galaktycznych istot równych nam intelektem i potęgą. tak samo jak przedtem Lusin i ja.

że przynajmniej nie całuje na powitanie. Nie trzeba ani montażu. — Zadziwia mnie wasz konserwatyzm — powiedział. aby Syriusz wpadł na Procjona. czemu właściwie nie używa się Gwiezdnego Pługa do zapalania sztucznych słońc? Olga ostudziła mój zapał mówiąc rzeczowo. potem rozpalacie go. zupełnie tak samo jak nasi dziadowie dwa wieki temu. Zjawienie się Pawła było tak niespodziewane.opowieść Allana. — Wyraźnie widzę. Stali przede mną. — Nikt również nie dowiódł. — Bardzo pięknie! Nawet bardzo! Zapalić i dostarczyć! Wspaniale!.. — Dla nas to zupełny drobiazg. Całe szczęście. Eli! — powiedział uroczystym tonem. że to pan. że ktoś chwali Gwiezdny Pług i zaśmiał się. chociaż zdaje się istniał kiedyś taki dziwny obrządek. a ja chciwie im się przypatrywałem. której brakuje ciepła i światła. nieudane zaś doświadczenie może sprowadzić nieodwracalną katastrofę. Z sali koncertowej wyszedł Andrć wraz z Pawłem Romero. że jest na odwrót — odparowała Olga.. mierzyli po metr dziewięćdziesiąt jeden — mniej niż ja i Lusin — barczyści i młodzi: Andrć miał . uśmiechnięci i zadowoleni. który natychmiast zapomniał o swoich gwiezdnych nowościach. — Odpowiedź może dać jedynie doświadczenie. Nasze malutkie sztuczne słońce na Plutonie interesowało go bardziej. póki nie zamieni się w mikroskopijną gwiazdkę i tracicie na to kilka lat. — Znacznie piękniejsze od pożarów. ani rozgrzewania. Był niezmiernie dumny ze swego statku. bo inaczej nie potrafi: — Tworzenie słońc z pomocą Gwiezdnego Pługa byłoby pewnie łatwiejsze. a Proksima Centauri zderzyła się ze Słońcem? Leonid zaoponował: — Realność takiego katastroficznego zagrożenia nie została przez nikogo dowiedziona. — Pięknie! — wykrzyknął Lusin. Możemy w pięć minut utoczyć eleganckie słoneczko i podrzucić je na planetę. — Cudownie! — powiedziałem. Obaj byli niewysocy.. że taki zwyczaj panował dawniej we wszystkich cywilizowanych plemionach. jakie wzniecasz w żołądkach biednych zwierzątek. Nie chcecie przecież. Po co? Gwiezdny Pług w ciągu doby zapali dziesięć sztucznych słońc o dowolnych wielkościach i temperaturach. — Najpierw montujecie ogromnego satelitę. Romero po długiej rozłące nie wita się zwyczajnie. Ucieszył się. lecz chwyta w objęcia utrzymując.. 5 Najpierw potrząsnąłem ręką Andrć i dopiero wtedy wpadłem w objęcia Pawła. Ale ich uruchomienie w okolicach naszego układu planetarnego grozi zakłóceniem równowagi przestrzeni kosmicznej. że nieprzytomny z radości pobiegłem im naprzeciw. A propos. Wystarczy rozkaz: zapalić i dostarczyć słońce na miejsce! — Święta racja! — podchwycił Allan. ramię przy ramieniu. — To pan.

— W dodatku tymi samymi słowami. Parę minut temu Eli wyznał mi miłość: „Leżę u twoich stóp. Pewien staruszek chwytał się nawet za serce. W szkole zmieniał włosy częściej niż ubrania. Poza tym różnili się całkowicie. drogi Andre: pańska symfonia to koszmar! Żanna objęła Andre i pokazała mi język. następnie Andre był zwierciadlanie łysy. Andre w dalszym ciągu był niepocieszony. chociaż twierdzi. Kolor włosów również się zmieniał: kędziory były złote. ale na Szerstiuku dowcipy nie robią wrażenia. a na gustach i sposobie bycia kończąc. Za każdym naszym widzeniem Andre jest inny i zaskakujący. że z taką iluminacją jest mu do twarzy. Nawet obejmując mnie nie wypuścił jej z rąk. — Twoja symfonia o mało mnie nie zwęgliła. — Czyżby słońce na Plutonie było tak gorące? — To skutek koncertu — powiedziałem. Co zamierzasz robić?" Jak można poważnie traktować Eliego? Zaśmialiśmy się głośno. to Andre nie bywa długo podobny do samego siebie. — Opaliłeś się. w każdym razie od któregoś z władców przedpotopowych republik. nie pamiętam dokładnie. tak że głowa jarzyła się w świetle niczym głownia. a potem znów zaopatrzył się we włosy. W trzecim kręgu uwłosienie zmieniało się rokrocznie: gładkie włosy ustępowały miejsca lokom. Na piątym semestrze drugiego kręgu usunął kasztanowate kędziory. Ten dziwak spodziewał się zachwycić cały świat swoją piekielną muzyką. kochany.pięćdziesiąt siedem lat. Eli! — powiedział to samo co Żanna. W dodatku dla zabawy nosi wszędzie ze sobą laskę. Romero nie jest podobny do nikogo. proste włosy. Tym razem Andre miał miękkie kasztanowate kędziory. Gdyby nie był genialny. nawet jego wąsy i hiszpańska bródka w niczym nie przypominają rozłożystych bród i sumiastych wąsów na portretach prehistorycznych królów. równie długie jak włosy Żanny. i wyhodował czarne. poczynając od wyglądu i przyzwyczajeń. nawet Olga się uśmiechnęła. Jeżeli Romero nie jest podobny do nikogo. Na tym kończyło się podobieństwo. czyli tyle samo co ja i Lusin. „Na twoją fryzurę można odbierać transmisje z Fomalhauta" — mówiliśmy. powiedziałbym. zaś drutokształtne porosty płonęły malinowoczerwoną barwą. powiedz Eli? — Czy koszmar może się podobać? — Wypowiedziałem tę samą myśl — podchwycił Romero. . że je zapożyczył od jakiegoś rzymskiego cesarza lub amerykańskiego prezydenta. tym razem krótkie i kłujące jak druty. później pojawiły się pęczki podobne do bagiennych kępek. — Nie martw się. — Nie podobała ci się? Naprawdę ci się nie podobała. że jest zwyczajnie próżny. Romero zaś był o pięć lat starszy. którymi obdarzyła go natura. Andre był przekonany. W każdym razie wyglądały lepiej niż malinowe druty. a później krucze.

bo wie o starożytności wszystko. że wasze przeciążenia. co mi się w twoim koncercie nie podoba — powiedziałem. — Muszę się przyznać. — Brakuje zapachu! — powtórzył Allan swój poprzedni zarzut. — Ależ oni mnie kochają! — powiedział energicznie Andre. czym właściwie różniły się zajęcia piechurów i przechadzających się. Lusin. aby odzyskać siły. — Zaśmiał się zadowolony z konceptu. W starożytności było wiele zadziwiających rzemiosł. że przyjemność zamienia się w tortury. Z Pawłem nie warto dyskutować. a nie wytrząsać z człowieka duszę. jakby mrówki biegały szybciutko po całym ciele. Leonid. że piechurzy nie mieli nic wspólnego z filozofią. Paweł. moi mili. Leonid nic nie odpowiedział. upały i tym podobne rzeczy zupełnie do mnie nie przemawiają. Wytrzymałam twoją symfonię od początku do końca i tylko raz krzyknęłam ze strachu. ale wszystko to podane jest w takich dawkach. To było błyskotliwe i natchnione przemówienie. Po symfonii Andre trzeba zażyć odświeżającej kąpieli promienistej. tak skumulowane. jak wszystko co . czego jeszcze? Wstrząsów elektrycznych! W grzmocie i rozbłyskach. przy lodowatym wietrze i przeciążeniach. — I wiecie. nieważkości. Następnie wygłosił mowę. szanowny Mrawo. Zaraz to zrobię. — W starożytności filozofowie lubili rozprawiać w czasie przechadzki. — Oni ciebie nie kochają. Zacząłem od tego. równie wspaniałe. — Lepiej pospacerujmy po parku — zaproponował Paweł. W dodatku nikt z nas nie miał pojęcia. Od dzieciństwa nie lubię zastanawiać się nad ich subtelnościami. ja. — Perypatety karni. 6 Wzięliśmy się wszyscy pod ręce i ruszyliśmy rzędem — Żanna.— Mogę wyjaśnić. Tylko ja jedna cię rozumiem. — Usiądźmy więc w parku i porozmawiajmy — odpowiedział. Mogę pana zapewnić. Niektóre rzeczy są wprawdzie całkiem niezłe. mróz skojarzony z przeciążeniem i upał z nieważkością. ciśnienia. że dzieło sztuki winno dawać rozkosz. — Właśnie dlatego nazywano ich piechurami. jak na przykład pewne melodie i efekty świetlne. Andre. — Ale mylą się i trzeba im przetrzepać skórę. Lusin wyrzekł z szacunkiem: — Mrówki. — Ale to zajmie sporo czasu. takie jadowite ukłucia. Allan. Czemu nie skorzystać z ich dobrego przykładu? — Bez chodzenia starożytnym nie wychodziło — potwierdził Leonid. dobrze! — Nie słuchaj ich! — poprosiła Żanna. — Mnie się podoba jedynie muzyka i barwy — zauważył Romero. to znaczy przechadzającymi się. Olga.

natomiast myślące ryby wymagają czegoś zupełnie innego. To nie jest muzyka ziemska. Ale czyż człowiek nie odczuwa jedności życia w całym Wszechświecie. Pracę można uważać za udaną. Andre? Andrć czekał na moje słowa. bo harmonia Wszechświata nie ogranicza się do tej. Coś niecoś podobało się wam. uszu. pancerza. Nie przypominam sobie. bo uzewnętrznia filozoficzne podobieństwo wszystkiego co żywe. Jeżeli wiele w tym utworze jest trudnego do zniesienia dla człowieka. która brzmi w waszych sercach. Ta symfonia to las rąk wyciągniętych ku przyjaciołom ze Wszechświata. ale wszak człowiek nie może pogodzić się z rolą czegoś pośredniego między inteligentną jaszczurką a głupawym Aniołem. czyż nie jest tysiącami nici powiązany z niezwykłymi istotami innych światów? Nie chodzi tu o wspólność szczegółów i wyglądu zewnętrznego. możliwe. bo może to właśnie spodoba się innym istotom myślącym. — Niechaj Niebianie sami rozstrzygną nasz spór! Wrócimy do tej dyskusji na Orze! . łap. ale nie mogłem też milczeć. by Andrć kiedykolwiek od razu przyznał rację oponentowi. Obrona symfonii spodobała mi się znacznie bardziej od samej symfonii. skrzeli. Jego zdaniem zbyt jesteśmy ludźmi i to jest złe. improwizować zawikła-ne dowody wymagające dokładnej analizy i w ten sposób starał się odwlec nieuniknioną porażkę. aby wszystkie te ręce ściskały jedną waszą dłoń. a jeszcze inny składnik dzieła przeniesie radość przybyszom z Fomalhauta lub utrafi w gust mieszkańców Plejad. Właśnie o tym. — Swoim utworem wskazał pan biednemu człowiekowi skromne miejsce należne mu we Wszechświecie. Nie żądajcie. o jedności istot rozumnych Wszechświata mówi jego symfonia. Oddajmy człowiekowi co ludzkie. iż nawet zupełnie dla nas obcego. nie. lecz kosmiczna. Jego ziemskie zwyczaje nadają się jedynie dla niego samego i nie trzeba ich wynosić poza granice Układu Słonecznego. — Wydaje mi się. Zachwycony Allan podrzucił kapelusz do góry.robi Andre. kiedy odkryto mnóstwo plemion różnych pod względem form i sposobów życia. obdarzonych zmysłem dotyku. Nie chciałem go martwić. to nic nie szkodzi. nie bądźcie chciwi. trąb i przyssawek! Romero uśmiechnął się ironicznie. coś innego spodoba się mieszkańcom Wegi. jeśli znajdzie oddźwięk w duszy różnych istot. człowiek winien się wstydzić tego. że uznaje swój mały światek za jedyny możliwy do przyjęcia. lecz nierealne — powiedziałem. ważna jest wspólnota żywego rozumu. — Twoje zamierzenia są bardzo piękne. Czy pan pomyślał o tym. W naszej epoce. — Pierwsza na świecie symfonia dla widzących. chodzących i latających! Rozkosz dla oczu. słyszących. że nie może istnieć dzieło sztuki oddziałujące na wszystkie istoty Wszechświata. Zawsze starał się wynaleźć jakiś nieoczekiwany kruczek.

Ja byłem spokojny. Wówczas przeprowadzono losowanie.Wszyscy się zmieszali. Lusin też jest potrzebny: zapozna się z różnymi formami życia. Ja również byłem wśród nich. Tylko Żanna ucieszyła się. — Zrobimy tak — powiedział Andrć. Nasze oburzenie było tym większe. — Jeszcze w szkole postanowiliśmy. Andre marszczył czoło. że aż mi go się zrobiło żal. Romero. Kto wie. — Pytam o coś innego: czy starałeś się o udział w wyprawie? Co w tym kierunku zrobiłeś? Wytłumaczyłem mu cierpliwie. kiedy wbije sobie coś do głowy. Przyda się również znawca starożytności. ale po pierwszym odsiewie według kryterium zdrowia i wieku pozostało niepełne cztery miliony. Było nas łącznie około sześćdziesięciu milionów osób. — Bez Eliego nie pojadę! — powtarzał uporczywie Andre. a ja nie mogłem spojrzeć na Andre. że Andre zostaje. Bez Olgi. — Wy polecicie zapoznawać się z Niebianami. Przegrałem. Domyślałem się. że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. — Przeszedłeś do drugiego etapu? — Tak. — Pogrzebowy ton nie pasuje do twojej ironicznej gęby. jakimi szczycili się moi przyjaciele. czy niektóre prawa i obyczaje nowo odkrytych społeczeństw nie pokrywają się z tym. — Czyżbyś nie wiedział — zapytała Olga z wyrzutem w głosie — że Eli nie leci z nami na Orę? 7 Andre tak się zmartwił. jakby nie mógł w to uwierzyć. Pozostali zgodnie mu wymyślali. na co się przydam? — Nie spotkałem jeszcze większego durnia niż ty! — zdenerwował się Andre. Przez jakiś czas szliśmy w milczeniu. W końcu pozostało sto tysięcy osób odpowiadających wszelkim wymaganiom. że już rok temu zapisałem się na kurs kwalifikacyjny. Allana i Leonida nie można odbywać dalekich wypraw. jak trudno tego człowieka przekonać. że pierwszą . — Czy możesz mi przystępnie wytłumaczyć. są wszak inżynierami i kapitanami kosmicznymi. bo mało kto może się z nim równać. Patrzył na mnie tak. jeżeli trzeba rozszyfrować nieznaną mowę. — Eli pojedzie zamiast mnie. a niektóre z nich spróbuje sztucznie odtworzyć. już dawno powinieneś to zrozumieć! —wykrzyknął Andre. Andre również jest niezastąpiony. ja zaś załatwię na Ziemi swoje sprawy służbowe i wrócę budować sztuczne słońca na firmamentach dalekich planet. Wielki Państwowy trzy miesiące temu rozpoczął analizę danych. co niegdyś panowało na Ziemi? No a ja. że stara się wyszukać jakąś możliwość wznowienia starań o mój udział w wyprawie. bo taka możliwość nie istniała. że wiedzieliśmy. Ale co mi z tego przyszło? Komputer stopniowo zwężał krąg wybranych. jak do tego doszło? Odrzekłem. — Nic na to nie można poradzić — powiedziałem. Doskonale sobie na moim miejscu poradzi. W czasie selekcji kandydatów nie mogłem wykazać się takimi zaletami.

Nie masz pojęcia. O jedenastej dowie się pan. Lusin przypomniał sobie o smoku i martwił się. my zaś krzyczeliśmy i wzajemnie sobie przerywaliśmy. Pomysł ten jednak w końcu odrzucono. Teraz w oszołomieniu zaczął wpatrywać się w Olgę. Zakończył tę pompatyczną przemowę równie pompatycznym gestem ręki i oddalił się. które w pewnych latach szalały na Antarktydzie. — Pospacerujemy jeszcze trochę. aby pomogła Eliemu. różnice klimatyczne pomiędzy strefami wydatnie się zmniejszyły. Jeżeli Eli pojedzie zamiast ciebie. kochany! — mówiła pospiesznie Żanna. — Ja również nie chcę się z tobą rozstawać. Obecne. Andre wziął mnie pod rękę. wiatrów i ciszy bardzo mi odpowiadają. Andre poprosił nas do swego hotelu. z czego bardzo się cieszę. Eli. Zrozumcie. Później odezwała się milcząca do tej pory Olga: — W twoich poczynaniach brak logiki. deszczów i dni bezchmurnych. Nie słuchaj ich! Zostań. ale wszyscy mnie zakrzyczeli. że cię spotkałem. . kiedy Zarząd Osi Ziemskiej nauczył się zmieniać orientację naszej planety w przestrzeni. ale mówi i zachowuje się niczym starożytny władca Rzymu. że biednemu zwierzęciu z pewnością dokuczają pegazy. że nie chcę się z nim rozstawać! — Masz rację. czy los panu sprzyja. ale będę musiał to odłożyć — powiedział z żalem Allan.podróż do innych gwiazdozbiorów odbędziemy razem. — Poprosimy Wierę. Sam jeszcze pamiętam nie kontrolowane burze. Andre często w dyskusjach czepiał się pierwszego z brzegu argumentu. a później pójdziemy do mnie. Nie chciałem. czy przypadkiem nie należałoby stworzyć na Ziemi trwale żre jonizowanych stref klimatycznych: wiecznego lata w tropikach i wiecznej wiosny w wyższych szerokościach. nie zważając na to. aby zwracał się do Wiery. Andre i tak nas nie słuchał. Jakieś piętnaście lat temu poważnie zastanawiano się. Oczywiście od czasu. który też miał jakieś pilne sprawy. Eli! 8 Lubię kairskie wieczory. — Wpadł mi do głowy pewien projekt — oświadczył. Romero to bardzo zdolny i dobry człowiek. Leonid i Olga spieszyli się do swej bazy galaktycznej. ale nie znikły zupełnie. Natura ludzka wymaga zmian i sprzeciwia się jednostajności. — Chciałem ci nawymyślać za deszyfrator. zaplanowane na poszczególne miesiące i tygodnie okresy ciepła i chłodu. że może się on zwrócić przeciw niemu. Skorzystał z tego Romero. Andre. to i tak będziesz musiał się z nim rozstać. — Jest dziesiąta. jak się cieszę. — Za pięć minut lecę do Stolicy — powiedział Paweł.

gdyż Żanna niewiele się zmieniła od czasu. kiedy widziałem ją dwa lata temu. jaki wskaźnik aktywności życiowej! Wskaźnik aktywności życiowej malca był o dwadzieścia punktów wyższy od tego. o jaki stan chodzi. bo chcemy go nazwać Olegiem — powiedział Andre. że malec ma być aż tak podobny do ojca: te same oczy. — Spójrz na horoskop genetyczny Olega. Wszystkie te wspaniałe liczby. Możliwe. że parę haustów powietrza znad jego kielicha wywoływało silne bicie serca. Błękitny. — Głuptasie! — Andre odebrał Żannie kwiat. odurzająco pachnący amarylis. jakimi obdarzają nas przy urodzeniu. który trzeba dopiero osiągnąć. Andre odpowiedział. ale po prostu nie mogę znaleźć innych słów. przepojony zapachami południowy wiatr porywa mnie swą muzykalnością. jaki w swoim czasie wyliczono mnie. Ale zafascynowały mnie nie tyle zdolności przyszłego dziecka. — Czyż przy urodzeniu nie stwierdzono u niego wielkich zdolności matematycznych? A on nie znosi matematyki! Uwielbia jedynie historię! — Tobie wyliczono. przed odlotem na koncert do Kairu. a następnie obliczył i wydrukował portret synka. nie pachną. Żadne starania meteorologów nie przydadzą powietrzu Grenlandii i Jakucji południowego aromatu i delikatności. w wieku dziesięciu lat. że na razie nie dorośliśmy do samych siebie! — Jaskrawym przykładem nie zrealizowanych możliwości jest Paweł Romero — powiedziałem. Co do Olega. iż Żanna jest w czwartym miesiącu i wczoraj. Właśnie tak powiedziałem.Każde jednak miejsce na Ziemi ma swoje uroki. Zapytałem. do których przywykłem. Ten natomiast roztaczał tak silną woń. że masz umysł krytyczny ze skłonnościami do ironii. kiedy wraz z Żanna i Andre spacerowaliśmy bulwarem wysadzanym palmami i cyprysami. Na północy świat jest surowszy i jaśniejszy. a to chyba prawda—zaoponował Andre. Zdumiałem się. to muszę ja to zrobić. Na północy ogrodowe amarylisy. a to nie jest prosta sprawa! Zestaw wskaźników życiowych wypisanych w świadectwach urodzenia jest pułapem. — Romero jest wyjątkiem. podbródek. Nieszczęście polega na tym. Na razie ludzkość jako całość znajduje się poniżej właściwego jej poziomu. — Jeżeli Opiekunka nie troszczy się o ciebie. to nic innego jak tylko możliwości: możliwości trzeba jeszcze wykorzystać. to jestem . Stopień zdolności poznawczych też nietuzinkowy. sporządzony na podstawie wzorów. że należałoby to wyrazić inaczej. pod zwrotnikami zaś przyroda jest jakby zadumana i subtelniejsza. Żanna zerwała krwawoczerwony. że oczekują chłopczyka. W twoim stanie powinnaś zachowywać się ostrożniej. nieprawdaż? Jaki stopień zdolności poznawczych. Okazało się. ile jego podobieństwo do Andre. — Wspaniały chłopak. nos. Komputer Medyczny po zbadaniu jej ustalił termin porodu. i pokazał syntetyczny wizerunek ich przyszłego dziecka.

— Jestem przekonany. że chcę ją zanudzać prośbami. Dochodziła dwunasta. Taka była zawsze — porywcza. Nie zrobiliśmy jednak nawet trzech kroków. a wtedy zamiast stów będziecie używać w rozmowie liczb i symboli! — Jesteś wstrętny — powiedziała Żanna i objęła mnie. że bardzo się zmieniłem — rzuciłem. co mu przyjdzie na myśl? — Nie wszystkie życzenia dają się urzeczywistnić. jakby nie wierzyła. — Żanna musi bardzo na siebie uważać. że urzeczywistni wszystko. Uważnie. a niedbała Opiekunka zbyt rzadko strofuje moją nierozsądną żonę. bo bardzo lubisz zmieniać powierzchowność. że nie sposób tego znieść. że horoskopy genetyczne dziewczynek sprawdzają się znacznie mniej dokładnie niż horoskopy chłopców. Jesteś do takiego stopnia logiczny. Przestała się uśmiechać. W naturze kobiet jest wiele rzeczy niewytłumaczalnych. Widziałem żyrandol i kwiaty po prawej stronie. że Romero obiecał porozmawiać z Wierą.pewien. Analizowała i rozwa żała coś. Wydało mi się. Cieszę się. ale Wiera przechwyciła mój wzrok i oświetlona przestrzeń skurczyła się. — Inni uważają. że to ja. Po lewej stronie Wiery ktoś stał. Wystarczy powiedzieć. a nie ciebie. a w niej sylwetka Wiery siedzącej na kanapce i uśmiechającej się do mnie. co przepowiada jego horoskop genetyczny. — Poród według przewidywań nie będzie lekki — mówił Andre. Reszta pomieszczenia rozpływała się we mgle. że na waszej zwariowanej Ziemi stało się modne składanie sobie wizyt. kiedy prześwietlano Żannę? Oboje chórem zaprotestowali. — A teraz chcesz jechać na Orę? — Czy człowiek nie chce mieć wszystkiego. aby nie popełnić błędu. Wcześniej czy później ożenisz się z Olgą. Mogłem wprawdzie sam wywołać Wierę. — Bracie — powiedziała Wiera — mógłbyś po przyjeździe na Ziemię pokazać się u mnie. — Z tobą czasem trudno dyskutować. wpatrywała się we mnie. Żanna odęła wargi. . że Opiekunka jak zwykle dobrze wywiązuje się ze swych obowiązków. — Na razie jest tylko bardziej podobny do ciebie niż ty sam. że to Romero. Złośliwość Andre przypomniała mi. nie wiedziałem poza tym. kiedy w alei zabłysła wideokolumna. ale niezmiernie sprawiedliwa. Czy przypadkiem nie ukryłeś się koło maszyny. Była dumna z podobieństwa przyszłego syna do ojca bardziej niż z jego wyliczonych zawczasu niezwykłych zdolności. ogarniając tylko ją samą. Eli — zauważyła. — Mało się zmieniłeś. — Eli jest dobrym chłopcem i lubię jego. aby pomyślała. ale nie chciałem. — Miałem do załatwienia parę spraw służbowych. że odlatujesz na długo i zostawiasz mnie samą. gwałtowna. a ty jak zwykle niepotrzebie się niepokoisz.

Andre. bo wideokolumna zgasła. Nikt nie umie się śmiać tak jak Wiera. mnie zaś ogarnia zachwyt. dwunastkę. abym się położyła. również zapatrzył się w gwiazdy. Wkrótce jego twarz przybrała dziwnie uroczysty wyraz właściwy wszystkim. ale nie czuję się przytłoczony ich groźną dalą i ogromem. Później wsłuchała się w siebie. Tamci nie przypuszczali nawet. jakbyś zobaczył ducha. ale nie wiesz o tym. że rozsądku starczyło ci tylko na zdanie egzaminu. a ona ma dość szaleństw. — Obawiam się. To bzdurna zachcianka i wstyd się do niej przyznawać. nic więcej. Przyjdź do mnie jutro wieczorem. ale coś we mnie zamiera. Nie zdążyłem ani podziękować. Sytuacja się zmieniła i niewykluczone.— Już to przerabiałem w ramach wykładów „Granice możliwości" i zdaje się. nie ma jeszcze przecież dwunastej. Andre chwycił nas oboje pod ręce. ale zawsze pragnę wyciągnąć ręce ku dalekim światom. Naszych przodków-pasterzy ogarniał lęk na widok Wszechświata mrugającego do nich tysiącami nieśmiertelnych oczu. — Zachwycam się niebem.. Czujesz się dziś gorzej niż zwykle. — Co ci jest? — zapytał Andre wychodząc na balkon. — Natychmiast do hotelu! Mogę to wytłumaczyć. kiedy zostaję sam na sam z gwiaździstym niebem. — Często martwiłem się swoim rozsądnym zachowaniem na egzaminach. — Nie można cię przegadać. bracie.. Powiedziała. że na Ziemi będzie o dwóch zwariowańców mniej. Lubię jej śmiech. że uzyskałem najwyższą ocenę za rozsądek. — Jeżeli Wiera mówi możliwe. która wówczas jakby rozświetla się wewnętrznie. Rozradowany Andre mocno uścisnął mi rękę. ile dziesiątków i setek parseków dzieli mnie od każdej z tych jasnych gwiazd. ani zapytać dlaczego sytuacja się zmieniła. W dole leżał śpiący Kair przykryty gwiezdną północą. Andre siadł na fotelu i kołysząc się z wolna. którzy znaleźli się pod wrażeniem majestatu świata. Po przyjściu do hotelu Żanna udała się do sypialni. że wszystko o nas wie. 9 Może jestem sentymentalny. . Wiem doskonale. jak niezmiernie wielki jest rozpościerający się dokoła świat. — Wyglądasz. a ja wyszedłem na balkon. Opiekunka zaś dlatego jest Opiekunką. — Opiekunka żąda. a jednak czuli się znikomo maliWbec gwiezdnego majestatu. Roześmiała się. ale po swojemu. tak samo rozjarzać się i zmieniać swój blask. Nie rozumiem-czemu. Eli! — Wiera powiedziała tylko: możliwe. — A więc jedziesz z nami. że twoje życzenie się spełni. tak jak one posyłać we Wszechświat rozmigotane wołanie!. to znaczy pewne! Żanna również gratulowała mi.

— No. Prosto na mnie patrzyło pomarańczowe oko rozwścieczonego niebiańskiego byka. co nas dzieliło.Sfera niebieska wolno obracała gwiazdy wokół niewidzialnej osi. Żanna płakała.. nie o to chodzi! Milczał przez chwilę. — Może i dziś jeszcze ich statek pędzi jako błądzące ciato kosmiczne.. a poniżej. a od palącego blasku zerowych i ujemnych bolały oczy. będziemy tęsknić za rodzinną Ziemią. w niezgłębionych otchłaniach Wszechświata. na wieki już nieosiągalną Ziemię! Obróciłem się ku niemu. Byłem zupełnie przybity. Uśmiechnąłem się i zamknąłem oczy. Andre powiedział cicho: — A tam. a martwi kosmonauci ściskają rękojeści sterów zetlałymi palcami. że byli szaleni? — Chcę powiedzieć. buchał promieniami Syriusz. a trzeba powiedzieć. zdawało się. — Nie. Ora. Dzieliło nas dwadzieścia jeden parseków. Jak musieli cierpieć ci ludzie wspominając malutką. że nie zauważyliśmy tego. zawsze nieruchome cyprysy nagle zaskrzypiały sztywnymi gałęziami.. Aldebarana. sześćdziesiąt pięć lat świetlnych. Najwidoczniej byliśmy tak zakochani. leciała niewidoczna stąd sztuczna planeta. . myślę czasem o ludziach. Eli. zieloną. Informacja powiedziała nam. Przed ślubem byłeś bardzo ponury. — Czterysta dwadzieścia lat temu zagubili się w przestrzeni Robert List i Edward Kamagin wraz z towarzyszami — powiedział w zadumie Andre. w zenicie płonął olbrzymi Orion. — Chcesz powiedzieć. że wystarczy wyciągnąć rękę.. że Andre waha się tylko w wyjątkowych wypadkach. Powietrze było tak przeźroczyste. pamiętam. Wiesz. — Przed ślubem spytaliśmy wraz z Żanna Informację o naszą wzajemną przydatność do życia rodzinnego. Gdzieś tam. Tym niewolnikom żałosnych szybkości podświetlnych nie starczało ich króciutkiego życia na powrót. aby dotknąć gwiazdy. że odpowiadamy sobie zaledwie w trzydziestu dziewięciu procentach.. że łatwo dostrzegałem gwiazdy siódmej wielkości. którzy startowali w kosmos przed odkryciem efektu Taniewa. — Pamiętam. Atłasowoczarne niebo wisiało tuż nad głową. — Skąd ten smutek. wiedzieli o tym i mimo to parli do przodu. przyjacielu? — Boję się pozostawić Żannę samą — powiedział chmurnie. w kierunku Aldebarana. — My też się tego nie spodziewaliśmy.. Na północy połyskiwała nad horyzontem Wielka Niedźwiedzica. uroczyście wznosił się Krzyż Południa i rozjarzało się purpurowe ognisko Kanopusa. również prawie nad horyzontem. . — Cóż za obawy! Nieudane porody już dawno się nie zdarzają!. jakby się wahat. że byli bohaterami. W dole cicho szumiały liście palm i akacji. no! Nigdy bym nie przypuszczał.

Romero zebrał wszystkie dane o Filemonie i Baucis. Zgadnij. że nie jestem zakochany. Ulżyło nam trochę. Odrzekła mi na to. obywamy się na razie bez Opiekunek i Informacji i jakoś nie giniemy! A kiedy ja się zakocham. jaka była wzajemna tolerancja? Osiemdziesiąt siedem. aby się tylko nie pokłócić. Naturalnie. że prędko się sobie znudzimy. Rozumiem oczywiście. więc wysłuchaj argumentów. ale ja nalegałem i musiała ustąpić.. Nie śmiej się... Siedemdziesiąt cztery. Ale poddawać kontroli komputera te dziedziny. mieszkańcy innych planet.— Dziwisz się? Wiązać się ze sobą wiedząc. że z trudem powstrzymywałem się od śmiechu. Bez względu na to. ale przyznaję. Przez kilka pierwszych tygodni pożycia usuwaliśmy sobie wzajemnie pyłki sprzed stóp. czy nadaję się dla Żanny. że małżeństwo będzie nieudane! Później powiedziałem do Żanny: niech się dzieje. Siła naszej miłości będzie wystarczającym miernikiem odpowiedniości. a potem przekazał je Informacji do analizy. ale niezupełnie. — Wszyscy zakochani są jednakowo głupi.. że przodkowie zachowywali się rozsądniej i nie programowali swoich sympatii. będę pieścił ukochaną nie pytając o wzajemną tolerancję. o sześć procent mniej niż u ciebie. we wszystkim so bie ustępowaliśmy. a po zgonie zamienili ich w dąb i lipę.. że nasza wzajemna tolerancja wzrosła do siedemdziesięciu czterech procent! — Pięknie! — Tak. a ja dorzuciłem następny argument. — To złośliwość. dziwaku! Powinieneś skakać. Eli — Andre pokiwał głową z tak smętnym wyrazem twarzy. a dawniej ludzie łączyli się przy kilku setnych wzajemnej tolerancji i jakoś żyli!. nie chcę jej tracić. Ludzie na Ziemi zbytnio polegają na maszynowym programowaniu wszelkich przejawów życia. W dniu. kiedy zapadła decyzja podróży na Orę. mamy trzydzieści dziewięć procent. co chce. gdybym pozostał na Ziemi. Ale i te brakujące siedem procent bardzo mnie niepokoi. Czy słyszałeś legendę o Filemonie i Baucis? Była to najwierniejsza sobie para małżeńska wśród ludzi i bogowie podarowali im szczęście śmierci tego samego dnia. Andre parsknął: . czyli niemal całkowite zjednoczenie. czy przypadkiem te przeważające złowrogie procenty nie biorą góry nad naszą miłością? Znów zapytaliśmy Informację i wyobraź sobie. Patrząc na ciebie cieszę się. a nie zadręczać się! Na to Andre nie znalazł żadnej odpowiedzi. a nie argument. Pocałunki zaaprobowane przez maszynę nie budzą we mnie entuzjazmu! Nie jestem Romerem z jego pasją do starożytności. otrzymaliśmy kolejne zawiadomienie: nasza wzajemna zgodność osiągnęła dziewięćdziesiąt trzy procent.. — Dobrze. że gigantycznej pracy sterowania wszystkimi planetami nie można wykonać bez automatów. gdzie zupełnie wystarczy własny rozum i uczucie? My. Później jakoś oziębliśmy i znów nadszedł lęk.

co robię. Podporządkowują sobie człowieka. Ta muzyka jest jedynie dla ciebie. a ja zostałem na balkonie. a komputery opiekuńcze i informacyjne jedynie zabezpieczają nas. zmiany dań i nakryć! Twierdzę coś wręcz przeciwnego niż ty: jesteśmy nieporównanie swobodniejsi od naszych przodków. nikt inny jej nie może zrozumieć.. chodź po prawej stronie. . a nie ja. nie dając czasu na sformułowanie odpowiedzi.— A cóż ty wiesz o starożytności? Jesteś przecież historycznym analfabetą. Czasami nasze pragnienia pokrywają się i wtedy odczuwam rozkosz. Kiedy podszedłem do hotelowego stereofonu. Któż ci powiedział. której w danej chwili chcę słuchać. nie krępując wolności. a ty na kanapce. Muzyka indywidualna jest akurat tą. że nasi przodkowie nie programowali życia społecznego i osobistego? A ich prawa socjalne? Ich prawidła zachowania się? Ich tak zwane normy przyzwoitości? Czyż to nie był program istnienia? Spróbowałbyś przejść się po dowolnym ze starych miast! Przecież każdy krok był zaprogramowany: przechodź ulicę jedynie w wyznaczonych miejscach i tylko przy zielonym świetle. że nie chcieliśmy cię budzić. mój ty niewydarzony maszynoburco. ale pora już spać. dobrze? Poszedł do siebie. czy sztukmistrze-moderniści Szerstiuk i Gaal tworzą dzieła do odbioru grupowego. Andre uwielbia silne określenia. ale to nieczęsto się zdarza. — Nic podobnego. Po wizycie u Wiery przyjdź do nas. Andre z Żanna odlecieli o świcie. nie zatrzymuj się na jezdni. — Zboczyliśmy z tematu — powiedziałem. który o ułamki sekundy szybciej myśli i bezwstydnie to wykorzystuje. A ich posiłki na uroczystych wieczorach? To już nie program. chwytają za kołnierz i ciągną tam. nie zwalniaj i nie biegnij. Położę się na łóżku. a wyprzedzaj z lewej. Trudno mi dyskutować z Andre. lecz uświęcony rytuał napojów i zakąsek. zacząłby krzyczeć. to uważam wynalazek syntetycznej muzyki do indywidualnego odbioru za największy wytwór geniuszu ludzkiego. 10 Rano dowiedziałem się. gdzie chcą oni. Gdyby Andre dowiedział się. Tysiące szczegółowych ograniczeń dawno już przez nas zapomnianych. dopóki biegną procesy fizjologiczne. jak późniejsi Sie-mienczenko i Krotthus. Kiedy Orion obrócił mi się nad głową. Co do mnie zaś. że nie mam gustu i nie rozumiem wielkich dzieł. nic mnie od nich nie uchroni. Tak to jest. że w umiarkowanych szerokościach odbędzie się dziś święto Wielkiej Burzy Letniej i pospieszyłem do Stolicy. Dochodzi trzecia. Andre nazywa ją fizjologiczną. ale czemu niby mam się bać fizjologii? Dopóki żyję. położyłem się na kanapie i zamówiłem u Opiekunki muzykę zgodną z nastrojem.. Zarówno starożytny Bach i Beethoven. — Tak mocno spałeś. na ekranie pojawił się roześmiany Andre.

szybko suną przewidzianymi trasami na przewidziane miejsca. Zanim dotarliśmy do dworca. aby w odpowiednim momencie wysiać nad kontynent. Na Ziemi wiele się zmieniło w ciągu tych dwóch lat mojej nieobecności. że i objęte rezerwatem Morze Śródziemne posłużyło za magazyn obłoków. że Opiekunki pilnują ich. za to dziś mieszkańcy wylegli w powietrze na awionetkach. Nad Morzem Śródziemnym wpadliśmy w pierwsze skupisko chmur. Około dwudziestu minut lecieliśmy wzdłuż krawędzi chmur. Do Stolicy dotarliśmy o jedenastej i wysiedliśmy na skrzyżowaniu Zielonego Bulwaru z Czerwoną Ulicą. Pożałowałem. Wiatr miał szybkość około trzydziestu metrów na sekundę. Morze Śródziemne burzyło się. jak gigantyczne masy chmur sprasowane w dziesięciokilometrową warstwę nagle ruszają z miejsca i opuszczając się z wysokości. Niewysokie. Za oknami robi ło się coraz ciemniej. dokąd je zapędzono. Kolor czerwony zawiera mnóstwo odcieni i półtonów. Wiedziałem. Ale i na Czerwonej było wiele ludzi. Nie jest to najpiękniejsza spośród dwudziestu czterech magistrali Stolicy. kiedy malcy .Na ulicach Kairu czuło się. że z Atlantyku i Pacyfiku zawczasu wzniesiono do góry tysiące kilometrów sześciennych wody i że całymi tygodniami gromadzono je nad powierzchnią mórz. Ekspresy na północ startowały co minutę. inne rozpościerają się ścianą purpurowego ognia.i czterdziestopiętrowe domy górują nad nią sześcianami i ostrosłupami opasanymi werandami wiszących ogrodów i tarasami placyków spacerowych. bo chętnie poleciałbym nad Ocean Spokojny obejrzeć. której do dokazywania wystarczy najmniejszy pretekst. wyprzedziliśmy co najmniej setkę pegazów i latających smoków. Nie chciałem wychodzić na zatłoczony w święta bulwar i skręciłem w Czerwoną. a żaden nie jest podobny do sąsiada. że dowiedziałem się o święcie zbyt późno. niektóre domy tryskają w górę malinowymi jęzorami. zwijały się ciała milczących smoków. że ma nastąpić coś ważnego. ale lubię ją. jeszcze inne znów przypominają rudopomarańczowe stogi. Na ziemi Kair jest wielobarwny i różnokształtny. Po pewnym czasie pociąg powietrzny skręcił na wschód i wyrwał się pod jasne słońce. szumiały skrzydła pegazów. Podoba mi się wyrazistość tej ulicy. Wskoczyłem do aerobusu lecącego na Dworzec Północny i przyjrzałem się z góry panoramie ogromnego miasta. Burza zgodnie z planem zaczynała się o dwunastej. Ale zaskoczyło mnie to. Wiedziałem. Zadziwiła mnie zręczność. jakby obcięto ją przy linijce. a czyż może być pretekst lepszy od Wielkiej Letniej Burzy? Dzieci szaleńczo koziołkowały nad domami i drzewami. Loty na pegazach i smokach są w Stolicy nadal zakazane. z jaką kształtuje się obecnie transporty obłoków: kilometrowa warstwa chmur pędziła tak równym frontem. Przejście z ciemności do światła było zupełnie nagłe. z powietrza natomiast wszystko przytłumiają dwa kolory: zielony i biały. ale robiło mi się nieswojo. W powietrzu mknęły aerobusy i awionetki. trzydziesto. Jak zawsze najwięcej zamieszania robiła dzieciarnia.

rozmyśla o gwiazdach i tworzy teońę ich powstawania z „niczego" i przekształcania się w „nic". on natomiast raduje się. co później nazwano „efektem Taniewa". Ale w jego historii prawda tak pomieszała się z fantazją. Andriej Taniew żył niegdyś i nie był przez nikogo wymyślony. I zaraz drapnął w górę wypatrywać z podniebnej wysokości kolejnej ofiary. — Nie dogoni pan. Na skrzyżowaniu Czerwonej Ulicy z Zielonym Bulwarem stały wolne awionetki. pragnienie. Wsiadłem do jednej z nich i rozkazałem w myśli: „Do Dzielnicy Muzealnej". którzy w swych niedoskonałych czasach dorównali nam wielkością". Szacunek ten okazali im nasi pradziadowie. ale potężne umysły i charaktery dawnych wieków. który odkrył przekształcanie się masy w przestrzeń i przestrzeni w masę. Opiekunka naturalnie w porę skręciła jego awionetkę. Zachowały się jego więzienne wiersze: normalny człowiek na jego miejscu prawdopodobnie pogrążyłby się w smutku. które swą działalnością położyły podwaliny pod nasze społeczeństwo. chociaż pozostałe po nim więzienne notatki zostały odnalezione dopiero w dwieście lat po śmierci autora. Ja natomiast widzę w nim hołd dla najlepszych ludzi przeszłości. Odys. niezmiernie kochający życie. że popracował na mrozie i zawiei. którzy wznieśli Panteon. To. Robinson. abyśmy się stali ich godni. starając się wstrzymać śmiech. że zadzieramy nosa przed przodkami. bo cię dogonię! — huknąłem. Rzeźbiarz przedstawił Taniewa w więziennej kurcie z rękami założonymi do tyłu i z głową wzniesioną ku górze: więzień wpatruje się w nocne niebo. Człowiek ten długo siedział w więzieniu i swoje badania naukowe prowadził w celi. że z chciwością pożarł swoją porcję i że świetnie się wyśpi. które wywarły wpływ na rozwój duchowy ludzkości: Prome-teusz. nieważne — dobre czy złe.zaczęli współzawodniczyć w upadkach z czterdziestego piętra. mały Huck Finn i inni. Nie był to wcale oderwany od spraw przyziemnych myśliciel. Don Kichot. lecz człowiek wybuchowy. Ja każdemu ucieknę. malec przemknął obok i zawisł o dziesięć metrów dalej. Nie opodal. zasłużyły na wieczny szacunek. Jeden z takich dziesięcioletnich akroba-tów z wrzaskiem runął na mnie. A jednak Taniewowi pierwszemu udało się wyprowadzić wzory przekształcenia przestrzeni w masę i on . O jego życiu wiele wiadomo. co wiemy o Taniewie. przemawia za innym wizerunkiem. obok której na chwilę przystanąłem. że pewne jest tylko jedno: na początku wieku dwudziestego starej rachuby czasu żył człowiek. Andre czasami śmieje się. Wątpliwe. Obecnie nikogo już się tam nie umieszcza. pod ścianą. — Oj. W trzy minuty później awionetka wylądowała na placu Panteonu przy pomniku Krowy. Na frontonie budowli umieszczono napis: „Tym. że napis jest samochwalny. Przyjeżdżając do Stolicy zawsze odwiedzam Panteon. aby człowiek cieszący się z takich głupstw bardzo tęsknił do gwiazd. Przeszedłem aleją wyimaginowanych postaci. Hamlet. przytuliła się statua Andrieja Taniewa. Budda. po prostu życie.

niezmiernie dobry. Umarł w sześćdziesiątym siódmym roku życia. a czasami kamienieje w skurczu gniewu. zawsze budziło we mnie zdumienie to. Zacząłem pospiesznie nabierać wysokości nad wyspą Dzielnicy Muzealnej otoczonej przez trzy pierścienie wysokich domów zasłaniających widoczność. wydłużony podbródek. Pierwszy pierścień. aby się już nie obudzić. Centralny. kędzierzawa głowa Ngoro. dobrym uśmiechem zasnął o zwykłej porze na początku nocy. opasując całą dzielnicę gigantycznym. co jeszcze zjawi się na Ziemi. — Ngoro! — powiedziałem. Pożegnał się z przyjaciółmi. Ngoro jest zadziwiająco podobny do Leonida: to samo szerokie jak ściana czoło. — Chmury! Chmury! — krzyczeli ludzie na placu. największego matematyka przeszłości. Wszystko w tej niezwykle] głowie jest potężne i masywne. o świcie budziła się — słowem żyła. Wszystko to można odnaleźć w jego więziennych notatkach. wieczorem zasypiała. — Dobry. że głowa później rozmawiała. Ale jeśli wyrazista twarz Leonida jest zawsze chmurna. trzydziestokilometrowym łańcuchem górskim. gęste brwi i masywne uszy.właśnie pierwszy powiedział. Te ogromne gmachy widoczne z każdego punktu miasta stanowią największy zespół mieszkalny Stolicy. że umiera. Wydaje się żywa i jedynie zamknięte oczy świadczą o tym. te same potężne wargi i policzki. nawet podśpiewywała. wewnętrzny. Pobiegłem do wyjścia polecając Opiekunce wezwać dla mnie awionetkę. a głowa Ngoro oddzielona od tułowia zakończyła teorię tworzenia systemów naukowych drogą rozkładu dowolnego faktu doświadczalnego na szereg liczbowy. to Ngoro jest dobry. myślała. kiedy człowiek będzie niczym Bóg tworzył światy z pustki i poruszał się z szybkością nadświetlną. jakby Ngoro usnął dziś w nocy. że Ngoro uległ wypadkowi i nieporadna ówczesna medycyna zdołała uratować tylko jego głowę oddzieloną od ciała. Wiedział. że sztuczny krwiobieg mógł prze-dłużyć życie głowy. 11 Chmury wypłynęły zza horyzontu i szybko pokrywały niebo. a nie dwieście lat temu. i spokojnie. Kiedy jeszcze w szkole dowiedzieliśmy się. że ten potężny mózg już nigdy nie ożyje. lecz nie mógł zapewnić jej nieśmiertelności. . pozdrowił wszystko dobre i rozumne. I teraz stałem przed wielką głową. a Ngoro uśmiechał się czarną twarzą wyglądającą tak. drugi natomiast. Pośrodku galerii wznosi się na piedestale kryształowy klosz. głęboko. wznosi się tarasowate do wysokości stu pięter. zaśpiewały trąbki. normalnie żyła długie trzydzieści dwa lata! Pewien starożytny muzyk po ogłuchnięciu napisał najpiękniejszą ze swych symfonii. jest jeszcze stosunkowo niski i nie przekracza sześćdziesięciu pięter. ze swym niezmiennym. iż nadejdzie czas. śmiała się. jasnowidzący Ngoro! Chciałbym choć trochę być podobny do ciebie! Wtem na zewnątrz zadzwoniły dzwony. w którym spoczywa czarna.

Na szczęście na Ziemi nie zdarzają się awarie. gdzie gromadzą się wysokie napięcia. Uchyliłem okno i uderzenie pędzącego powietrza na chwilę pozbawiło mnie oddechu. W jednym z lądujących aparatów doj rzałem wczorajszą nieuprzejmą dziewczynę o długiej szyi. Wszystko zlało się w jeden kłąb ognia. że żaden mózg ludzki nie potrafiłby zorientować się w tym tłoku. Świat nagle rozpadł się na dwie części: jedna czarna i wzburzona wiatrem pożerała drugą. Zwymyślałem się za tchórzostwo i skierowałem awionetkę prosto w splot wyładowań elektrycznych. że maszyny bezpieczeństwa ochraniają nas. Rozbłyski światła i łoskot grzmotów wprowadzają mnie w stan podniecenia. Opiekunki szalejących w powietrzu mieszkańców Stolicy utracą z nimi łączność i wzdrygnąłem się mimo woli: ludzie zderzaliby się ze sobą. ale zdaje mi się. że Wielki Komputer Państwowy przestanie działać. Uważam to za sport odważnych. bez żadnego przejścia. na sekundę straciłem przytomność: awionetka runęła w dół i zatrzymała się dopiero tuż nad dachem domu. czciciele grzmotu i błyskawicy. wszyscy dokoła pędzili w dół. sam podobny do kulistego pioruna. Pomachałem do niej ręką i wpadłem w nowy zgęstek po- .Razem ze mną wznosiły się setki innych awionetek. awionetki zwróciły się dziobami w jego kierunku i zakołysały forsując silniki. lecz jej zbliżanie się: wściekły lot chmur i starcie błyskawic. W głębi duszy każdego z nas kryją się dzicy przodkowie. spadali na dachy i jezdnie zmieniając się w krwawą masę. popędziłem więc w kierunku zarodka błyskawicy. Fala powietrzna ma tam prędkość eksplozji. W pobliżu błyskawica zapłonęła dziesiątkami załamań i rozgałęzień przypominając ogromny korzeń. roziskrzoną i leniwie spokojną. Chmury mknęły zwartym frontem i po minucie zakryły połowę nieboskłonu. Równolegle do niej trysnęła druga. Nawet na tej wysokości było słychać wściekłe wycie burzy. Zgodnie z planem wyładowania świetlne' miały trwać zaledwie dwadzieścia minut. Nie widziałem już lecących obok i mnie już nikt nie widział. bo kiedy pierwsza błyskawica rozjaśniła przestrzeń. a w górze nad miastem było ich już tak wiele. a ja chciałbym się zmierzyć z siłami przyrody. A później gwałtownie. a z góry uderzyła trzecia. Pędzę w malutkiej awionetce i wrzeszczę. chociaż inni nazywają takie zmagania z burzą zabawą szaleńców. Wiedziałem. Wydało mi się. To samo pewnie odczuwali także inni. Gwałtownie nadleciał huragan. Oślepiony i ogłuszony. a rozbłysk elektrycznego ognia oślepia nawet przez ciemne szkła okularów ochronnych. że oni bałwochwalczo padali na kolana przed niebieskim żywiołem. że dostałem się w środek pochodni i zostałem spopielony. ogarnęła nas ciemność. Różnimy się jedynie tym. Może się mylę. ale na chwilę zląkłem się i zawróciłem ku miastu. iż w tym letnim święcie najpiękniejsza jest nie sama burza. Wyobraziłem sobie.

Tak mnie zdziwiła jej milcząca niechęć. ale później wróciłem w rejon wyładowań. że burza w tym roku jest wyjątkowo silna. Awionetka natychmiast odleciała na postój. Najwyraźniej od pierwszego wejrzenia nabrała do mnie antypatii. Ze dwa razy dobrze mną potrząsnęło. Nie ma sensu dyskutować z Opiekunką. chociaż Opiekunkę wystarczy wywołać w myśli. ale . Nie dbała o swój wygląd. nieznośnie pan tam pajacowal. czy to nie panią spotkałem niedawno tuż pod chmurami? — Znacznie niżej.tencjałów. Urządzenia Zarządu Osi Ziemskiej pracują pełną mocą. Była niewysoka. Zrozumiałem. Takie brwi byłyby odpowiedniejsze dla mnie niż dla tej dziewczyny. niemal nad samą ziemią też — powiedziała chłodno. bo i tym razem jako jedyna ze wszystkich patrzyła na mnie z wrogością. ale i tak rozkoszowałem się strumieniami światła i rykiem powietrza. Wytłumaczyła mi dokładnie. Pod daszkiem stało około dwudziestu osób. wyczuwać ciałem nie osłoniętym skorupą awionetki. a ja pobiegłem ku stojącemu naprzeciwko domowi. Każde miejscowe zakłócenie systemu wyładowań może doprowadzić do rozpadu kontrolowanej masy burzowej. Miotałem się więc pod chmurami od błyskawicy do błyskawicy nie zdążając na moment wyładowania. zabawę. Brwi rzeczywiście miała ciężkie w stosunku do wydłużonej. Mój widok wywołał śmiech i zdziwienie: byłem ubrany nieodpowiednio na tę pogodę. bo deszcze trzeba obserwować z ziemi. nerwowej twarzy. Tym razem nie udało mi się dotrzeć do centrum wyładowań i awionetka poszła równoległym kursem. jest po prostu niemożliwe. iż niemal sama wyłamuje się spod kontroli. aby utrzymać burzę nai przewidzianej trasie i nie dopuścić do przekroczenia zaplanowanego natężenia. Wyłączenie jej jest na wszystkich planetach uważane za poważne przestępstwo. — To również widziałam. Oczywiście trudno jest zmienić kształt głowy. — O co chodzi? — krzyknąłem. że odezwałem się uprzejmie: — Przepraszam. Wśród obecnych znalazła się również moja gniewna dziewczyna. lunął deszcz i pospieszyłem do miasta. Krzyknąłem z jeszcze większą złością: — Przeliczcie na nową granicę dopuszczalnych działań! Macie tam przecież trzykrotne zapasy bezpieczeństwa! Tym razem beznamiętna maszyna raczyła odpowiedzieć głosem. że interweniowała Opiekunka. Kiedy minęło dwadzieścia minut przeznaczonych na wyładowania elektryczne. z jej surowymi przepisami. W mózgu odezwała się jej milcząca odpowiedź: „Niebezpiecznie". Przez drogę solidnie przemokłem. Wylądowałem na placu i wyskoczyłem pod ulewę. bardzo szczupła i zwinna. a już na Ziemi. ma taki wysoki poziom energetyczny. Najwyraźniej chciała mnie obrazić. —Pan zdaje się przekoziołkował od uderzenia pioruna? — Straciłem panowanie nad sterami. raz odrzuciło w bok i w sumie miałem nie najgorszą.

Niecierpliwa i wybuchowa. czerwono-żółtą żmijką z przydymionego . Dziś miała na sobie zieloną suknię z koronkami przypiętymi broszką. moją ulubioną potrawę. Teraz nie miałem powodu odwracać się. huczał potokami wody na jezdniach. w powietrzu znów pojawiły się awionetki. prawie uciekłem spod daszka. Wszedłem do stołówki i nie patrząc nacisnąłem trzy guziki na tablicy jadłospisu. Deszcz wycofywał się na wschód. Potrafi tak ze skrzyżowanymi na karku rękami i twarzą wzniesioną do góry chodzić i stać godzinami. To jej ulubiona poza. lecz lał strumieniami. ale zgodnie z zasadami gry zjadłem je również. jaką wszyscy noszą na Ziemi. Słońce trysnęło gorącymi promieniami. Zaskoczyło mnie to tak. To było nieprzyjemne i Opiekunka poradziła zmienić odzież na nieprzemakalną. Tak było zawsze. co to znaczy ubierać się odpowiednio do pogody. a jednocześnie inna. abym wracał. Siostra wydawała mi się taka sama jak dawniej. co się w niej zmieniło. — Stajesz się mężczyzną. a ja ponuro odwracałem głowę. 12 Wiera spacerowała po pokoju. ale nie potrafiłem. w oknach zaczęły powiewać flagi. ale jej głosu nie usłyszałem i przyspieszyłem kroku. Zimna woda płynęła po ciele. dźwięczał w powietrzu. Na Plutonie nie urządza się ulew i zapomnieliśmy tam już. Pora była iść do Wiery. Eli. Na ulice i do parków wyległa dzieciarnia. a ja siedziałem. inne kobiety z pewnością by to zrobiły. Trzeba było wezwać awionetkę i polecieć do najbliższego magazynu. Przyglądałem się jej w milczeniu. Wiera zatrzymywała się i zakładała ręce na kark. Do pięćdziesiątego roku życia byłeś chłopakiem. Ona beształa mnie za psikusy. Zaczęły wyłaniać się sylwetki domów i wieże lądowisk. łomotał po chodnikach i alejach. Deszcz już nie padał. Po dziesięciu minutach wyszedłem na deszcz w stroju Ziemianina. Zaczęto za mną wołać. później w nici. — Nie lubię. Kiedyś próbowałem postać tak ze trzydzieści minut. Była godzina szesnasta.łatwo jest dobrać brwi do twarzy. To była stara gra: czy trafi się na coś smacznego? Udało mi się i automat podał mięsne grzybki. z ziemi rozległy się radosne okrzyki — święto trwało nadal. ale nie udało mi się nawiązać swobodnej rozmowy. Objęła mnie za ramiona i pochwaliła mój wygląd. ale czułem tę przemianę. surowo traktowała moje „przewiny". Dwa inne dania — przesłodzona galaretka i pieróg — były mniej udane. Słupy padającej wody zmieniły się najpierw w pręty. Po pewnym czasie czerń chmur zblakła i dzień z wolna wyparł sztucznie wywołaną noc. i to w dodatku wcale nie przykładnym. Nie mogłem określić. O naszych poczynaniach na Plutonie wiedziała tyle samo co ja. które następnie rozpadły się na strzępy i krople. a ja się o to na nią złościłem. burza kończyła się dokładnie w wyznaczonym terminie. że nie potrafiłem nic odpowiedzieć i wyszedłem. jak ktoś się na mnie bezmyślnie gapi — powiedziała i odwróciła się tyłem.

aby zapoznać się z ich potrzebami i możliwościami. czy dobrze rozumiesz zadania. Czemu chcesz dostać się na konferencję gwiezdną? Nie jestem pewna. Usposobienie Wiery nie zmieniło się w ciągu tych dwóch lat. Zbieracie na Orze mieszkańców sąsiednich układów gwiezdnych. Wreszcie zrozumiałem. — Paweł powiedział mi. co się w niej zmieniło. Dostaliśmy wszystkie potrzebne nam maszyny i urządzenia. wszyscy mi to bowiem ciągle powtarzali. Zamierza się nawiązać Sojusz Gwiezdny . — Nie odpowiadasz na moje pytanie. jest taka. Zmieniła się nie ona. Roześmiałem się. droga siostro. — Nie taki znów obojętny. przedostać się po kryjomu do rakiety międzyplanetarnej — pamiętasz? Nie odpowiedziała. Ale teraz nie tylko wiedziałem. Dostrzegałem dziś to. Przyznasz sama. A odpowiedź. że Wiera jest niezwykle piękna. O jej piękności wiedziałem już dawniej. Nagle pojąłem. który zginął w katastrofie na Merkurym. Regularnie słucham transmisji z Ziemi. nie zastanawiałem się więc nad jej wyglądem. Eli. Nie musiałem jej ponaglać. Dla mnie była dotychczas jedynie starszą siostrą. siostrą surową i władczą. Wiera zapytała ze zdziwieniem: — Czemu mi się tak przyglądasz? Przyznałem się z uśmiechem: — Odkryłem. Wiero. że jestem zakochany? — Tylko jedno: zacząłeś zwracać uwagę na otoczenie. Wiera lubi broszki. że jesteś ładna. — Załatwiłem i to bardzo pomyślnie. co wiem i umiem. przygotować loty międzygwiezdne. — Pasyjkami. Wiero. Zatrzymała się przy oknie i patrzyła na miasto. — Zakończyłeś już swoje sprawy służbowe na Ziemi? — zapytała po chwili odwracając się ku mnie. Dotychczas bywałeś obojętny wobec tego. Każda nasza rozmowa nieodmiennie przekształcała się w sprawdzian tego. Postanowiłem za żadną cenę nie oblać dzisiejszego egzaminu. Ja również zamilkłem. że Romero ma rację.neptuńskiego kamienia. chociaż zewnętrznie wydała mi się inna. lecz moje spojrzenie na nią. Co według was świadczy o tym. — Czy przypadkiem nie zakochałeś się w kimś? — Żanna zapytała mnie o to samo. Dawniej żyłeś jedynie własnymi pasjami. czasami zakłada bransolety i to zamiłowanie do ozdób jest chyba jedyną jej słabością. — Jeszcze nie zdążyłem. po co mnie do siebie wezwała. „Pańska siostra to grecka bo gini" — mówił Romero. czego dawniej nie zauważałem. co pasjonuje innych. nawiązać z nimi przyjazne kontakty. siostro. że wznawiasz starania o wyjazd na Orę. a o konferencji na Orze mówi się w nich bez przerwy. że kończyło się wszystko na psikusach. Pobiegać samemu po pustyni lub Himalajach. lecz również widziałem. zorganizować wymianę towarów i wiadomości. jakie stawiamy sobie na Orze. która zastąpiła mi wcześnie zmarłą matkę i ojca. bo i tak powie.

wszyscy ustępują człowiekowi. — Wiero. Dokładnie to powtarzam? Wiera zastanawiała się nad mymi słowami albo może myślała o czymś innym. Ale zapis ich fal mózgowych w czasie snu ujawnił fakty.. — A nowe dane z hukiem zburzyły wasz zmodyfikowany wariant antropocentryzmu naszych przodków? Człowiek wcale nie jest pępkiem świata i najdoskonalszym wytworem natury? Czy dobrze cię zrozumiałem.. nie mówiąc już o niezliczonych plemionach Aniołów z Hiad.. że się wahasz. Ale nie jestem pewna. abyśmy kiedykolwiek mogli takie wnioski wyciągnąć. zadania Ory. Marcin Spychalski. dostarczył zapisy snów aniolokształ-tnych zamieszkujących układ jednej. ma klasę F-8. brak alfabetu i maszyn. czego dowiedzieliśmy się wczoraj i dzisiaj. — Dokładnie. Kilka słów o tej gwieździe.łączący wszystkie istoty rozumne z naszego rejonu Galaktyki. wyliczyłeś ściśle. Ale odkrywając kolejne wspólnoty gwiezdne i przekonując się. czy będziemy je realizować. Nowe dane spadły na nas tak nieoczekiwanie. — Widzisz. — Chodzi właśnie o to — potwierdziła Wiera. — Nie rozumiem cię. — To nie jest żadna tajemnica i zaraz wszystkiego się dowiesz.. Zdawaliśmy sobie oczywiście sprawę. świadczy o szczególnej pozycji człowieka wśród mieszkańców gwiazd. Płomienistej B. od czego zacząć. oczywiście. czy mi powiedzieć. Była zatroskana. Mieszkańcy Aldebarana i Capelli. Poziom życia społecznego jest tam niski: prymitywna kultura materialna. Jest nieco gorętsza od naszego Slońca. Wiero? — Zawsze się spieszysz. — Allan wspominał. wystarczy.. Ale nawet tego. — Wydało mi się. aby mieć powód do niepokoju. że zbadaliśmy jedynie malutki wycinek Galaktyki.. Odkryto wiele nieoczekiwanych faktów. że informacje są analizowane. a jednocześnie zupełnie błędnie. teraz widziałem to wyraźnie. Wszystkie planety są zamieszkałe przez dwu-i czteroskrzydłe Anioły.. Czy już otrzymaliście ostateczne wyniki? — Ostateczny wynik będzie znany jutro. zaledwie kilka tysięcy sąsiednich gwiazd i nie czas jeszcze na wyciąganie ostatecznych wniosków. a wątpliwe też.. z peryferyjnych gwiazd w Hiadach. że nasi bezpośredni sąsiedzi gwiezdni są prymitywnie j si od nas. z którymi wszyscy się zgadzamy.. Również i to. Przypomniałem sobie i powtórzyłem słowa Allana o istotach podobnych do nas i równych nam potęgą.. Faktem jest. bardzo cię proszę.. utwierdziliśmy się jakoś w przekonaniu o swej wyjątkowości. że konferencje na Orze zwołujemy właśnie my. że wszystkie stoją na niższym poziomie technicznym i socjalnym niż społeczeństwo ludzkie. nawet Wegańczycy. dziewięć planet również mało różniących się od Ziemi. których do tej pory nie znaliśmy. wzajemna wrogość plemion. Altairu i Fo-malhauta. a nie ktokolwiek z nich.... Aniołokształtne z Płomienistej B widzą w swoich snach istoty mało różniące się . nasz kierownik na Orze. — Po prostu zastanawiam się.

a nie bogami. Galaktowie przeszkadzają im w tym. Jutro obejrzysz na stereoekranie. że gdzieś we Wszechświecie są istoty podobne do nas. Obiektami zniszczenia w tej wojnie nie są już istoty lub mechanizmy. że jest to niemal poza zasięgiem naszego zrozumienia. nic więcej. Ciekawe. że WKP nie bez powodu wybrał to słowo spośród tysięcy innych. są uboższe od snów. Widocznie określa ono najdokładniej ich zachowanie się. skoro nawet superpotężny Komputer Państwowy nie mógł go rozgryźć. że czuwające Anioły tłumaczą swoje sny jako odbicie znanych im baśni o jakichś istotach przewyższających je rozumem i potęgą. aby ktoś sto lat temu wpadł na pomysł takiej rozrywki. WKP przetłumaczył ich nazwę „Galaktowie". A zresztą. Wątpię. cóż to jest „bitwa bogów"? Obecna potęga człowieka znacznie przewyższa możliwości przypisywane kiedyś bogom. że istoty podobne do ludzi przyleciały na Hiady z daleka. że Zływrogi opanowały odwrotną reakcję Taniewa. Wygląda na to. Na drugim miejscu maszyna wymieniła termin „Niszczyciele". — „Zływrogi"! — wykrzyknąłem. że nowe odkrycia wywołują niepokój? Chodzi o to. postaramy się też odszukać je i nawiązać kontakt. — Powtarzam ci treść rozszyfrowanych zapisów. ^ Wzdrygnąłem się. Ciekawe. Anioły nadały groźnym istotom walczącym z Galaktami miano „Zływrogów". — Jaka głupia nazwa! Ma w sobie coś infantylnego. jak to wygląda. jak w starożytnych walkach ludzkich. Moim zdaniem niezbyt przypomina termin naukowy. Z tego. Wydaje się. — A może to naprawdę baśnie? Coś w rodzaju ludzkich legend o siłaczach i czarodziejach? — Baśnie też zanotowano. należy się tylko cieszyć. To jeszcze nie wszystko. — Jak widzę. Ale pamiętasz. to znaczy tworzą substancję z unicestwionej przez siebie przestrzeni. a nie „Niebianie" jak zwykle. Z nazwą „Niszczyciele" kojarzą się rozszyfrowane pojęcia: „unicestwiać życie" i „zacieśniać światy". że Galaktowie mają potężnych wrogów. z którymi prowadzą wojnę kosmiczną na tak ogromną skalę. — To przypomina opowieści o tytanicznych bitwach bogów. wiesz o tym? . Promień światła pozostaje daleko w tyle za naszymi statkami galaktycznymi — czy to w dawnych wiekach nie wydawałoby się nadnaturalne? W czasie dzisiejszej burzy ścigałeś się z błyskawicami. lecz ciała niebieskie i całe układy planetarne. — Twardy to musi być orzech. nadal jednak jesteśmy ludźmi. że na pytanie o wygląd zewnętrzny Zływrogów WKP odpowiedział: „nie wiadomo". mówiłam. A propos. Widzą je w sytuacjach doprawdy tragicznych. no i w rezultacie w przestworzach międzygwiezdnych szaleje wojna. — Najwidoczniej brakuje mu danych.od ludzi. — Sądzę. bo inaczej nie można „zacieśniać" światów.

lubiącego przygody i w ogóle nieznane — nikt bowiem nie wie. proszę. z których każdy wymaga szybkiego rozwiązania. zdecydowanego na wszystko. Muszę stwierdzić ze smutkiem. Będziesz chyba musiała zapytać komputer. z czym zetkniemy się w dalekich światach — i Wielki sam cię zaproponował. Eli — przy naszej pomocy. Na Plutonie zachowywałeś się znacznie spokojniej. oczywiście. Jak ci wiadomo. Słowem. Nie wiadomo dlaczego uważasz to miasto za najlepszy teren do robienia psikusów.— Obserwowalam cię. umiejącego w razie potrzeby ryzykować nawet życie. że wyłoniły się dziesiątki problemów ogromnej wagi. jakie wnioski wyciągacie z informacji o Galaktach i Zływrogach? — Jutro zbiera się Wielka Rada. czy nadaję się na sekretarza? — Wielki już wybrał. czy nie należy więc przeznaczyć ich na budowę urządzeń obronnych? Może trzeba będzie wznieść wokół Układu Słonecznego pierścień sztucznych planet-twierdz? O tym wszystkim należy pomówić. że pojadę z wami na Orę. — W starożytności istniał taki zawód. Chcę cię tam wziąć jako sekretarza. czy też będę miał inne zadanie? — Niebianie już zjeżdżają się na Orę. Sądzę. ważnych problemów! Niektóre z nich będziesz musiał rozwiązać ty. — Na Plutonie nie miałem czasu na zabawy. — Czy to znaczy. Już teraz jest oczywiste. — Bardzo się cieszę! — wykrzyknąłem z podnieceniem. mnóstwo nieprzewidzianych. wtedy zadecydujemy. czy też informacja na ich temat to pozostałość kataklizmów sprzed wielu milionów lat? Kto z nich zwyciężył w kosmicznej batalii? A może obie strony wyginęły w swoich potwornych starciach? Co wspólnego z ludźmi mają tak zadziwiająco podobni do nas Galaktowie? Jeżeli zaś obie rasy jeszcze istnieją. że gdzieś w dalekich układach gwiezdnych mieszkają te istoty? Wychodzimy po raz pierwszy w historii na trasy galaktyczne. aby wyszukał mi na sekretarza człowieka odważnego. przeprowadzenie narady na Orze powierzono mnie. Mówiąc ogólnie jest to pomocnik. czy te trasy są dla nas bezpieczne? Planujemy utworzenie Międzygwiezdnego Sojuszu Istot Rozumnych. . czy Galaktowie i Zływrogi istnieją nadal. Trzeba odpowiedzieć. Moim zdaniem należy bezwzględnie spotkać się z mieszkańcami innych światów. Poprosiłam. że dasz sobie radę. że jesteś jedynym Ziemianinem. Jesteś w Stolicy. szybkiego w działaniu. co robić. Powiedz mi. — Sekretarza? Cóż to takiego? Nigdy nie słyszałem tego słowa. dysponującym pełnym zespołem cech prawdziwego narwańca. Dlaczego? Czy istnieniu ludzkości nie zagraża fakt. więc należy oczekiwać ryzykownych dziwactw. zresztą nie ma tam Opiekunki. to jakie okolice zamieszkują? Na planetach Układu Słonecznego nie ma śladów ich bytności. czy nie za wcześnie? Może powinniśmy zasklepić się całkowicie w światku planet słonecznych? Głosi się takie poglądy. — Ja również tak sądzę. Eli! Mamy ogromne zasoby.

ani też żadne inne pomniki minionych wieków odtworzone na niewielkiej wyspie. — No cóż. Jeszcze jedna sprawa. że kiedy nawet bardzo się gniewała. Wiera stawała się wówczas wesoła i skora do rozmowy. co udato się rozszyfrować. Punktualnie o dziesiątej. ale te nie najlepsze cechy mojego charakteru mogą się przydać w innych światach. — Możliwe. Chociaż Stolica jest miastem niemłodym (wkrótce minie czterysta lat od jej założenia) i skupiskiem wielkich gmachów zbudowanych na skrawku ziemi. — I chociaż dziś mam więcej powodów do niepokoju niż do radości. czego już dawno się nie robi. Rozbiegane myśli kłębiły mi się w głowie — byłem jednocześnie szczęśliwy i zatroskany. wewnętrznej strony Pierścienia Centralnego. — Bardzo się cieszę. kiedy odleciałeś na Plutona. Pojechałem windą do góry i usiadłem w ogrodzie na osiemdziesiątym piętrze. Posiedzę w ogrodzie. W szkołach uczy się. to pod innymi względami jest miastem nowoczesnym. Połyskliwy łańcuch górski Pierścienia Centralnego rozpływający się w oddali. Eli! — powiedziała. ani świątynie egipskie i asyryjskie. paryska Notre Damę. Nie pamiętam już. które pozwalają doskonale orientować się w ciemności. — Pora spać. Twój pokój nie zmienił się od czasu. aby po minucie złość minęła bez śladu. wystarczyło ją pocałować. a na ulicach nieustannie przelewały się tłumy przechodniów. Pokażą nam.Rzuciłem się jej na szyję. a potem gorąco mnie ucałowała. Wiero — powiedziałem po chwili. Lubię nocne kontrasty Stolicy: ciemne ulice i bulwary obrzeżone świetlistymi wstęgami domów. Ja cieszyłem się jak dziecko. nie było widać. tylko oczywiście jest posprzątany. Aby nie zapalać oświetlenia ulicznego. Już w dzieciństwie odkryłem. — Zło także można wykorzystać w dobrych celach. Nasze mieszkanie znajduje się na siedemdziesiątym dziewiątym piętrze Zielonego Bulwaru. Wiera najpierw broniła się ze śmiechem. doskonale. centrum Stolicy. ani bazylika Świętego Piotra. nie spóźnij się! — Podniosła się z fotela. że pojedziesz. ale lepiej obywać się bez zła. ludzie zakładają wieczorem specjalne okulary noktowizyjne. a co dwadzieścia pięter mają tarasy z ogrodami. bardzo jestem rada. czarną dolinę parku zamkniętą równoległymi liniami oświetlonych pięter Pierścienia Wewnętrznego.. Dzielnicy Muzealnej. 13 Wszystkie domy w Stolicy są co piąte piętro opasane werandami. Ani piramidy. koloński i mediolański gotyk. . że na Ziemi sprawiam wrażenie narwańca. jak długo siedziałem i o czym dumałem. Jedynie niechęć do lizusostwa i czułych słówek przeszkadzała mi wykorzystywać tę zabawną cechę jej charakteru. Bądź jutro w Zarządzie Komputerów Państwowych. że starożytne miasta były zalane blaskiem reflektorów i latarń jarzeniowych. Nocą magistrale są ciemne i ciche. ani Kremł. — Nie chce mi się spać. że były gwarne.

widoczne dniem, nie wyłaniały się z ciemności. Jedynie czerwona półkula na centralnym placu miasta, siedziba Zarządu Komputerów Państwowych, tonęła w potokach światła. Na Ziemi każdemu człowiekowi wolno wchodzić, dokąd zechce: do fabryk, laboratoriów czy pałaców publicznych i tylko ten jeden gmach jest objęty zakazem. Każdy z nas setki razy widział na stereoekranie wszystkie pokoje i korytarze tej sławnej „fabryki myślenia i kierowania", jak niektórzy go nazywają, ale tylko nieliczni szczęśliwcy mogą się pochwalić, że byli w nim osobiście. Trzy najważniejsze urządzenia: Wielki Komputer Państwowy, Wielki Komputer Akademicki i Informacja nieustannie, dniem i nocą, nie zatrzymując się ani na sekundę pracują tam już od nieomal dwóch wieków. Patrzyłem na czerwony budynek i myślałem, że dziś rozwiązuje się w nim jedną z najtrudniejszych zagadek, jakie stanęły przed ludzkością i że cała przyszłość Ziemi zależy być może od tego, czy maszyny rozwiążą prawidłowo tę zagadkę. Myślałem również o tym, że będę musiał znaleźć się daleko od tego miejsca, gdzie wśród stu miliardów elementów Wielkiego znajduje się mój „prywatny" frag-mencik złożony z milionów komórek — moja Opiekunka, mądry i beznamiętny nauczyciel i przewodnik. Nieraz kłóciłem się z Opiekunką, beształem ją, nazywałem bezduszną i niepotrzebną, chwaliłem się nawet swym ironicznym stosunkiem do maszyn kierujących. Ale prawdę mówiąc jestem do niej przywiązany tak, jak trudno się przywiązać do żywego człowieka. Któż jak nie ona odsuwa ode mnie niebezpieczeństwo, stara się strzec przed chorobami, powstrzymuje przed nie przemyślanymi postępkami? Zapragnąłem po raz ostatni wypróbować potęgę obsługujących nas maszyn i poleciłem Opiekunce dowiedzieć się, co to za dziewczyna dwukrotnie mnie zwymyślała. W mózgu rozjarzyła się odpowiedź: „Zbyt mało danych, by udzielić odpowiedzi". Oparłem głowę o pień oleandra i zacząłem przypominać sobie spotkania z tą dziewczyną: tłok przed salą koncertową, nieprzyjemną rozmowę pod daszkiem, gdzie schroniliśmy się przed deszczem. Miałem ją przed oczyma, zagniewaną, ciemnowłosą, z delikatną twarzą, smukłą szyją i szerokimi brwiami... — Teraz danych wystarczy — zabrzmiał głos Opiekunki. — Dziewczyna nazywa się Mary Glann, pochodzi ze Szkocji, studiowała na Marsie, dokąd pojechała z ojcem. Ma czterdzieści trzy lata, sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, waży siedemdziesiąt pięć kilogramów, niezamężna. Najważniejsze zainteresowania — hodowla form roślinnych dla planet z wysoką grawitacją i twardym promieniowaniem. — Czy ta Mary Glann ma narzeczonego? — spytałem. — Nie jest i nie była zakochana. Kontynuowałem grę w „narzeczonego i narzeczoną", jak tę zabawę nazywa się w szkołach. W tym okresie młodzież zasypuje Informację pytaniami na temat wzajemnej tolerancji,

zwłaszcza dziewczęta bardzo się tym pasjonują. Zwykle sprawdzają w ten sposób kilka setek „narzeczonych", a wychodzą za mąż najczęściej nie za tego, którego im polecała Opiekunka. — A czy ja bym jej odpowiadał? Jaki jest stopień naszej wzajemnej tolerancji? Tym razem Opiekunka przekazała odpowiedź Informacji dopiero po jakichś czterech sekundach. Wyobrażam sobie, jaki ogrom czułości, namiętności, uścisków, kłótni, przeprosin, nieporozumień, klęsk, krzywd, radości i zachwytów zmodelowała w ciągu tego czasu. Usłyszałem nagle pogardliwy głos Romera: „Nie wydaje się panu przypadkiem, drogi przyjacielu, że technika maszynowa naszych czasów przerosła samą siebie? Dawniej takie zjawiska określano zwrotem: «Ma nie po kolei w głowie»". Głos zadźwięczał tak realnie, że odwróciłem się odruchowo. Paweł nie mógł zresztą podsłuchać moich pytań, bo tajemnice myśli są bardzo surowo chronione. Informacja wreszcie odezwała się: — Wasza wzajemna tolerancja wynosi dziesięć i trzy dziesiąte procent. Jej indywidualna przydatność do tego związku — siedemnaście i dwie dziesiąte procent, twoja — dwa i osiem dziesiątych. Rozwód prawdopodobny w pierwszym miesiącu pożycia, a nieunikniony w połowie drugiego. Przypomniałem sobie śmieszną historię opowiedzianą przez Romera. Znalazła się dwójka romantycznie usposobionych młodych, mężczyzna i kobieta, którzy tak dalece uwierzyli w nieomylność Informacji, że całkiem serio polecili jej znaleźć sobie partnerów. Informacja wybrała spośród wszystkich mieszkańców Ziemi właśnie ich, jako maksymalnie przydatnych do wspólnego życia. Teraz pozostawało tylko poznać się i pokochać. Młodzi spotkali się i poczuli do siebie wzajemną odrazę. Niespodziewanie dla samego siebie poczułem się dotknięty i zapytałem brutalnie: — Ta, jak jej tam, Mary, nie pytała przypadkiem o mnie? Opiekunka przemawia zwykle miłym kobiecym głosem, rzadziej opryskliwym starczym tenorkiem, a jeszcze rzadziej po prostu zapala w mózgu swoje odpowiedzi. Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale przypuszczam, że konstruktorzy nie chcieli, aby ludzie przywiązywali się do maszyn jak do człowieka. Jeśli sprawy tak się rzeczywiście miały, to ich ostrożność okazała się niezbyt skuteczna. W mózgu zamigotał zimny, zielonkawy napis: „Niegrzecznie. Nie przekazuję pytania Informacji". Przeciągnąłem się i wstałem. Na świecie nie było dziewczyny, która mniej by mnie obchodziła niż ta arogancka Mary. Zresztą mówiłem już Andre, że gdy się zakocham, nie będę prosił Informacji o radę. Poszedłem spać.

14

Nazajutrz rano nic w mieście nie świadczyło o tym, że wczoraj było święto. Gdyby w Stolicy zjawił się człowiek, który nigdy w niej poprzednio nie był, nie uwierzyłby, iż mieszka w niej piętnaście milionów osób, tak mato było przechodniów na ulicach: dzieci jeszcze wczoraj odwieziono do podmiejskich szkól i przedszkoli, a dorośli byli w fabrykach i laboratoriach. Gdy na ulicach pojawiają się ludzie nie spieszący się, rozglądający się dookoła, to od razu wiadomo, że to turyści. Szczególnie wielu turystów spotyka się w Dzielnicy Muzealnej. Zanim dotarłem do Zarządu Komputerów Państwowych, wyminąłem co najmniej dziesięć grup wycieczkowych, nie licząc zwiedzających w pojedynkę. Przy wejściu do gmachu spotkałem Romera i Andre. — Nie przyszedłeś do nas — powiedział Andre — a Żanna czekała. — Miałem bardzo ważną rozmowę z Wierą. Andre wyniki tej rozmowy znal już od Romera. Obaj pogratulowali mi nominacji na Orę. Zarówno Andre, jak i Romero sprawiali wrażenie zaniepokojonych. Allan, Olga i Leonid, którzy dołączyli do nas w hallu, również byli zasępieni. Zniknę! a bez śladu lekkomyślna beztroska, z jaką dwa dni temu wysłuchaliśmy pierwszej wiadomości o Galaktach. Jedynie Lusin był spokojny. Jego obchodzą tylko dziwaczne zwierzęta. — Kto z was już tu kiedyś był? — zapytał Andre. — Ja po raz pierwszy. Romero oprowadził nas po gmachu. Wszystkie trzy wielkie Komputery zmontowane są w wielopiętrowych piwnicach i tam nie poszliśmy, bo to nic ciekawego: stojaki z milionami komórek roboczych i rezerwowych, miliardy działających elementów i zagadkowy dla laika gąszcz przewodów. Obejrzeliśmy za to sale posiedzeń. Tu wszystko było pełne wzbudzającego szacunek majestatu. Wielka Rada zbiera się w Sali Błękitnej, której strop imituje gwiaździste niebo. Nas zaproszono do Sali Pomarańczowej, pomieszczenia roboczego Wielkiego Komputera Akademickiego. Sala obliczona jest na pięć tysięcy osób i wszystkie te miejsca były zajęte już o dziesiątej. Naszej siódemce dano lożę. Przed oczami mieliśmy pusty sześcian stereoekranu. Wszystko, co się na nim pojawi, przekazywane będzie na ziemskie stereofony. Dzisiejszej naradzie przypisywano tak wielką wagę, że miano ją transmitować również na planety Układu Słonecznego. Punktualnie o dziesiątej w zamglonym wnętrzu stereoekranu pojawił się człowiek o dużej głowie, nieco wytrzeszczonych oczach, rumianych policzkach i siwych wąsach. — Marcin Spychalski — szepnął Andre. Wpatrywałem się z ciekawością w postać słynnego astronauty. Jego statki dotarły najdalej w głąb gwiezdnych przestworzy, on sam był w miejscach, w których nikt przed nim ani po nim nie bywał. Jak na swoje sto czterdzieści dziewięć lat trzymał się doskonale, nawet głos miał młodzieńczo dźwięczny.

Krajobraz był tak złowieszczy. jakie można spotkać na każdym niemal kroku. rzadko które większe zebranie odbywa się u nich bez rękoczynów. wynosił dwa metry siedemdziesiąt centymetrów. Pokazano nam również. że skóra mi ścierpła. Anioły z Płomienistej B mało się zresztą różnią od skrzydlatych istot zaludniających planety pozostałych stu trzy dziestu gwiazd zgrupowanych w Hiadach. Na sali podniósł się gwar: Galakt o pół metra przewyższał rosłego człowieka! Obejrzawszy go dokładnie przekonałem się. Wkrótce stało się jasne. Później zapłonęły rozszyfrowane obrazy snów. lecz wpełzają z podkulonymi skrzydłami. A już ich mieszkania na planetach tej . że pokazują nam po prostu jedną z planet Płomienistej B. na której wito się pięć palców. Najpierw ujrzeliśmy postać z oddali zaskakująco podobną do człowieka. wiło się. łopot byt tak głośny. że to równocześnie człowiek i nieczłowiek. może są odrobinę niżsi i mniej wśród nich osobników czteroskrzydłych. Postać wypływała ze skłębionej mgły przedsnu i rozjarzała się w miarę tego. Ręce wywarły na mnie jeszcze większe wrażenie niż twarz. że to ten sam . tak że dwa palce były wyciągnięte do przodu. Rzeczywiście przypominali wyobrażenia starożytnych na temat aniołów. kiedy opanują je senne majaki.dalekiej gwiazdy zupełnie nami wstrząsnęły: ubogie parterowe baraki o tak niskich i wąskich drzwiach. ktoś słabszy i jednocześnie silniejszy od człowieka. bo Anioły budują tam do odpoczynku i do snu komunalne pałace z szerokimi portalami wejściowymi. że w uszach dzwoniło. W układach planetarnych centralnych gwiazd w Hiadach mieszka się wygodniej. Długie loki spadały na ramiona. a nie poruszało. trzy zaś wygięły się do tyłu ku grzbietowi dłoni. tak jest. Pokazano nam bójkę na placu ich miasta — puch ze skrzydeł przesłonił wszystko jak mgła. Na skałę wszedł Galakt otoczony skrzydlatymi mieszkańcami planety. i nie od razu pojąłem. pełne rozumu i dobroci. Wzrost Galakta.Opowiedział o wyprawie na Płomienistą B i pokazał nam kolejno dziewięć planet układu tej gwiazdy. Galakt podniósł rękę. jak te istoty śpią — pokotem na podłodze w ciemności i ścisku. że biedne Anioły nie wlatują do nich. jak sen się pogłębiał. Był od nich prawie dwukrotnie wyższy. dlatego tak ich też nazwali odkrywcy Charles Wingdock i Zofia Kogut. Sama gwiazda i jej planety były nie wyróżniającymi się niczym ciałami niebieskimi. Podrapał się w brodę jednym z tych ruchliwych palców i położył rękę na piersi. Na drugim obrazie był krajobraz — malinowoczerwone skały i tak samo jaskrawoczerwony płyn uderzający o nie falami (grzbiety fal były zielonkawe ) oraz ogromne błękitnozielone stonce wschodzące nad malinowym płynem. jak zakomunikowała maszyna. Ale skrzydlaci mieszkańcy układu wywołali szepty i śmiech na sali. krzycząc i zrywając się. Patrzyły na nas spokojnie ogromne oczy. Wszystkie Anioły są wybuchowe i skore do bitki. a właściwie wlotowymi.

Dopiero po chwili pojąłem.. Z części dziobowej statku wystrzeliła rakietka i pomknęła w ciemne niebo. starzec z siwą brodą i siwymi włosami. Również ten obraz zaczął się od widoku krajobrazu. „Co nowego?" — zapytał starzec. zewnętrznej planety układu. Nie dowierzając obrotowemu oku na wieży przerywali pracę i wpatrywali się w gwiazdy połyskujące mętnie na czarnym nieboskłonie. Po chwili całą przestrzeń zalało błękitne światło i w szalonym rozbłysku pochłonęło obie kule. — Fotonowy statek kosmiczny — skomentował WKA — konstrukcja podobna do budowanych przez naszych przodków cztery wieki temu.. pracowali nerwowo. A kiedy i ten obraz zblakł. niejasno połyskujące kule. a wokół niego krzątali się Galaktowie i Anioły. ale tym razem był to pejzaż szary. który wkrótce zapełnił całe wnętrze stereoekranu. W tym pyle pojawiły się dwie zbliżające się do siebie. — Bądźmy ostrożni". że WKA tłumaczył na nasz język senne widzenia Aniołów. — Kolejny zapis pochodzi z ósmej planety tego samego układu. Ze skrzynek tryskały płomienie i iskry. że Galaktowie czegoś się obawiali. Zbliżanie się kuł wyglądało na pogoń i ucieczkę: prawa kula odchylała się ku krawędzi ekranu. i podszedł do pierwszego. — Pierwszy stopień techniki kosmicznej! — mruknął Allan. którego widzieliśmy w pierwszym obrazie. matowe gwiazdy na ciemnym niebie. — Żadnych śladów Niszczycieli". Wpatrzyli się w milczeniu w czerwone morze. Na powierzchnię planety opuszczał się cyga-rowaty statek rzucający snopy zielonkawego światła. swobodnie spływające z ramion płaszcze. Wyglądało na to. Nie opodal. na wzgórzu. Galaktowie trzymali w rękach skrzynki podobne do pradawnych aparatów spawalniczych. „Niszczyciele są podstępni i zjawiają się zawsze niespodzianie — odrzekł na to starzec. „Wroga nie ma — odpowiedział młody. — Nie najlepszy sprzęt mają ci gwiezdni pielgrzymi. Obraz zaczął blednąc. — Zapisano na czwartej planecie Płomienistej B — zakomunikował WKA. ani przedmiotów. lewa dopędzała ją. wznosiła się wieża z obrotowym reflektorem. niemal czarny: jednostajnie pagórkowata równina. W następnym obrazie statek fotonowy leżał na powierzchni gruntu. pojawiły się zapisy dostarczone z dziewiątej.osobnik. Obaj byli ubrani w stroje podobne do starożytnych okryć ludzkich: jaskrawozielone. że obie kule eksplodowały od . a drugą przyjacielsko poklepywał po ramionach tłoczące się wokół niego cztero. jedynie mgliste pasma i świecący pył. Nie było w nich ani ludzi. osłaniając jedną ręką oczy przed jaskrawymi promieniami pełznącej ku górze gwiazdy dziennej.i dwuskrzy-dłe karzełki. słowem. który bez przerwy obmacywał niebo. że mówi ludzkim językiem. a ja zdumiałem się. Spoza skał pojawił się drugi Galakt. Galakt rozglądał się. Odniosłem wrażenie. Galaktowie poruszali się szybko. spieszyli się.

pięknej. Nigdy nie zapomnę jego twarzy. zeszpeconej bólem i strachem. Pełzł w naszym kierunku. właśnie padał. która odlatywała i rozsypywała się na setki pojedynczych gwiazd. nieludzkie oczy nadal błagały o pomoc. W jego szyi ziała szeroka rana. WKA poinformował. Allan pokręcił z niedowierzaniem głową. Był to wizerunek skupiska gwiezdnego. — W każdym razie nie wyglądało mi to na naturalną anihilację materii. ale tym razem głosu rozpaczy nie słyszałem. rozpaczliwie bił nogami i rozdrapywał ziemię swoimi ruchliwymi palcami. „Ratunku! —wołał przerażony młodzieniec. . już zawczasu wyszukiwaliśmy je w każdym obrazie. kiedy światło zdaje się krzyczeć. Dziwne było co innego. W Galaktyce jest pod dostatkiem wielogwiezdnych rojów. ratunku!" Potem w ostatnim wysiłku wyciągnął ku nam ręce. Ta obfitość ciał niebieskich nie była niczym nadzwyczajnym. raczej rozproszonego niż kulistego. siódma i dziewiąta. iż widziadło przedstawia zderzenie dwóch. Próbował czołgać się z podniesioną głową. Prawdopodobnie wiedząc. Skupisko dzieliło się na dwie niemal jednakowe części. skupioną. Później leżąc już. Przez salę przetoczyło się westchnienie: tysiące wstrzymujących oddech ludzi jednocześnie wciągnęło powietrze. — Ostatni zapis — zakomunikowała maszyna. żądały pomocy. że słyszał krzyk bólu dobiegający z drugiego roju. że skupiska nie udało się zidentyfikować. Galakt jak podcięty padał na ziemię. Jedna połowa wyglądała na bardziej skoncentrowaną. To był obraz najbardziej dramatyczny spośród wszystkich pokazanych nam przez WKA. język mu drętwiał. bo senne widziadło zaczynało się w chwili jego upadku. — Planeta czwarta.zetknięcia się ze sobą. Wreszcie młody Galakt zamknął powieki i tylko słabe drgawki przebiegały po jego ciele. podobną do zaciśniętej gwiezdnej pięści wymierzającej potężny cios drugiej grupie. Drugi obraz kosmiczny przedstawiony w stereoekranie już nie przypominał wybuchu. Andre utrzymywał później. a nie upadł. że czeka nas widok potwornych gwiezdnych bitew. Mgławica miała dziwaczny kształt. jakby w ten sposób chciał zrzucić z siebie okowy śmierci. młodej. — Przypuszczalnie katastrofa kosmiczna — zakomunikował WKA. z wieloma tysiącami gwiazd w każdej z nich. — Na miłość boską. — Wątpię — powiedział. Znam wprawdzie sytua cje. na razie nie zidentyfikowanych ciał niebieskich. Widzenie powtarza się w majakach wielu skrzydlatych. twarz bladła i tylko ogromne. Do demonstracji wybrano najwyraźniejszą taśmę. Galakt krzyczał i bez przekładu WKA każdy z nas rozumiał jego krzyk. Inni też to odczuli. chociaż w snach skrzydlatych mieszkańców dziewiątej planety często się powtarza jego odbicie. z której tryskała krew na ręce i ziemię. sprawiała na mnie wrażenie czegoś groźnego. WKA potwierdził.

Ale może widzieliśmy tu wydarzenie sprzed milionów lat. a w powietrzu. a z nich wyszli Galaktowie. WKA opowiedział. kryjąc się przed sąsiadami. Galaktowie uważali się jednak za gości. oceniał stopień wiarygodności rozszyfrowanych obrazów. Skąpa natura rodziła mało. Chwycił mnie za rękę i wparł we mnie pobielałe z gniewu oczy. do pioruna!? — Zemścić się! — ryknął wściekle Leonid. Teraz oszołomiony zagapił się na Romera. niech to diabli! — klął na głos blady Andre. aż pewnego razu z nieba opuściły się statki. nauczyli Anioły różnych rzemiosł. wytłumaczyć wielu rzeczy. Galaktowie zamknęli zabijaków na swoich statkach i na wszystkich planetach zakazali wojen. że przylot Galaktów nie przyniósł zła. Znów odezwał się Wielki Komputer Akademicki. a potem się zastanawia. a nie wypadek? Zgoda. pokarm i siedliska. W tym prymitywie Anioły żyły niezmiernie długo i nic się nie zmieniało przez całą otchłań czasu. Skrzydlaci mieszkańcy Płomienistej B nie mogli. Przybysze przekopali kanały. z pazurów do pazurów. wręcz bosko piękny. mój impulsywny Mrawo? Leonid najpierw działa. Jak na akademicką maszynę przystało beznamiętnie demonstrował i opisywał aparaturę do zapisu marzeń sennych. w jaki sposób doznane niegdyś silne wrażenia są przekazywane potomkom przez mechanizmy dziedziczności. Lata. zupełnie zmieniły wygląd całego układu planetarnego. Pokój i porządek zapanowały z wolna na satelitach Płomienistej B. młodzieniec jest czarujący. które pojawiały się w ich snach. Eli! Jeden tylko Romero nie stracił głowy. Podanie o przybyszach z kosmosu znają jedynie Anioły z tego układu planetarnego. Nieustannie obserwowali niebo . a nie mieszkańców planet Płomienistej B. wysypały się w powietrze i z łopotem szybowały nad przybyszami.— O. że w dawnych czasach ich planety były mroczne i nie zagospodarowane. które Galaktowie spędzili u nich. choć niestety nie po bosku śmiertelny. nie pomyślał pan o tym. a później przekonawszy się. zarośla przekształcili w ogrody. że to było przestępstwo. każdy kęs sto razy przechodził ze skrzydeł do skrzydeł. — Na kim się zemścić? Za co? Jesteście pewni. Nie mieli na przykład najmniejszego pojęcia o statkach fotonowych i aparatach spawalniczych. Skrzydlate ludy żyły we wzajemnej wrogości. przekazali im sztukę budowania kamiennych domów. Chaotyczna dzikość pierwotnego bytowania ustąpiła miejsca uporządkowanemu życiu. — Trzeba się zemścić. zanim trafił do ust. rośliny i odzież. — Cóż to ma znaczyć. przelatywały z rzadka dzikie Anioły. po ziemi pełzały drapieżne gady. a później powtórzył baśnie o Galaktach i Niszczycielach żyjące w tradycji mieszkańców planet Płomienistej B. urządzając przy okazji gwałtowne bójki pomiędzy sobą. Przedmiotem krwawych bójek było wszystko: gleba i powietrze. jak się okazało. Sprowadzają się one pokrótce do tego. Wystraszone Anioły najpierw poukrywały się w jaskiniach i lasach.

Na wszystkich planetach układu stwierdzono ślady zniszczeń i pożarów ukryte pod późniejszymi nawarstwieniami. Zresztą na wyspie jest wiele rzeczy zaskakujących. ale to. — Technika maszynowa Galaktów jest mniej doskonała od naszej — zauważyła Olga. interesuje cię raczej nie to. Na pozostałych planetach unicestwiono zasiewy. rozgorzałej między Galaktami a ich wrogami. Kiedy wiele miesięcy po bitwie uratowane od ognia i głodu Anioły wydostały się na powierzchnię z jaskiń. Wiek szczątków zawiera się między dwustu tysiącami a milionem lat według ziemskiej rachuby czasu. że nasze podobieństwo do Galaktów nie jest dziełem przypadku — oświadczył Andre. Romero zaprosił nas do wiszących ogrodów Semiramidy. gdyż spodziewali się. Siedliśmy na ławce przy barierze. ani napastników-Zływrogów nigdzie nie było i więcej ani ci. Członków Wielkiej Rady poproszono do Sali Błękitnej. WKA tak skomentował legendy skrzydlatych: — Za orbitą dziewiątej planety odkryto dwa obłoki pyłowe krążące wokół Płomienistej B. Hipoteza. Aż wreszcie Anioły stały się świadkami bitwy kosmicznej. Pod nami szumiały cyprysy i eukaliptusy. Skrzydlate ludy zostały znów cofnięte do stanu pierwotnego bytowania. z tym że oni wcześniej od nas osiągnęli wysoki stopień cywilizacji. gdzie założono ogrody. zobaczyły potworny obraz zniszczeń. Ani Galaktów. Uwielbia starożytną egzotykę. Allan i Leonid zaproponowali. 15 Widać było. — Jesteśmy w jakimś stopniu spokrewnieni. miasta i kanały. Wyszliśmy. Po stworzonej przez Galaktów cywilizacji nie pozostało śladu. jest bardzo prawdopodobna. . — Nie trać więc czasu na pytania. — Moim zdaniem. Słuchamy cię. otwierał się wspaniały widok na Dzielnicę Muzealną: piramidy po lewej i antyczne świątynie po prawej. że decyzje Wielkiej Rady będą bezpośrednio dotyczyć astronautów. że Andre jest pochłonięty jakimiś niezwykłymi pomysłami.obawiając się napadu stamtąd. Zeszliśmy na środkowy taras. co o tym wszystkim myślicie? — zapytał Andre. zaskakujące w krajobrazie Stolicy. że są to pozostałości zniszczonych niegdyś planet. Awionetkami polecieliśmy nad dzielnice Mezopotamii i Egiptu i wylądowaliśmy na górnym tarasie Wieży Babel przy świątyni Molocha. Było tam przytulnie i zielono. co myślimy. ze złotym posągiem potwornego bóstwa. Na tym kończyła się informacja przysłana przez Spychalskiego. — Twierdzę. przyjaciele. ani drudzy nie pojawili się na planetach układu Płomienistej B. sady. Niebo zmieniło się w otchłań spopielającego płomienia. — Powiedzcie więc. co tobie samemu przyszło do głowy — zaoponowałem. aby zaczekać na Wierę. Dwie zewnętrzne planety zde-rzyły się i eksplodowały. w których się ukryty.

czy jesteśmy z nimi spokrewnieni. Wywnioskowałem to z jego chmurnej. — W każdym razie tak się rysują w przesądnych wierzeniach ludów pierwotnych. nierozważni ślepcy. Dla mnie Galaktowie są takimi samymi istotami jak my sami. ścigani bogowie! — wykrzyknął. zasępionej twarzy. Proroctwa działają raczej na uczucia niż na rozum. Beznamiętnego wieszcza nikt by nie chciał słuchać. zwłaszcza prorocy zguby. mamy obowiązek przyjść im z pomocą. jaki przełom się w nim dokonuje. — Nie ma żadnego znaczenia. Wtedy zresztą była dostatecznie wysoka. — Z panem dyskutować nie będę — zwrócił się do . Romero zaczął mówić nieco spokojniej. Uważam. którym przydarzyło się nieszczęście. — Spieracie się o głupstwa — powiedział. Nie bez znaczenia był tu pełen pasji ton jego przepowiedni. ponieważ wychodzimy teraz w przestrzenie galaktyczne. Proponuję więc. aby Galaktowie musieli się wydać naiwnym Aniołom co najmniej bogami. Tak też powiedziałem Romerowi i poradziłem mu nie straszyć nas i uspokoić się samemu. W każdym razie wydaje mi się ona naturalniejsza niż projektowane braterstwo z Aldebarańczy-kami. że ludzkość zetknie się oko w oko z Niszczycielami i sama z kolei zostanie unicestwiona. to jaką techniką niszczenia dysponują dziś? Zwracam waszą uwagę na fakt. a wokół nas rozpościera się ogromny świat pełen niespodzianek! Nie mogę powiedzieć. Jeżeli wrogowie Galaktów już milion lat temu potrafili pokonywać przestrzenie międzygwiezdne i zderzać ze sobą planety. aby odszukać ich i zaofiarować sojusz. jaka jest dziś. Zresztą wszyscy prorocy są namiętni. które z pewnością dotrą w końcu również do nas. Obrazy pokazane nam w Sali Pomarańczowej wstrząsnęły nim. a poszukiwanie gwiezdnych braci. pomyślcie. — Ścigani po świecie i w dodatku śmiertelni bogowie — rzuciłem ironicznie. Tego dnia nawet w przybliżeniu nie domyślałem się. że nazywają ich Niszczycielami — „Zływrogi" to jedynie pogardliwy epitet — i nie jest to nazwa przypadkowa. Nie wiemy natomiast. Zastanówcie się. pomyślcie o tym! Zupełnie więc możliwe. iż Galaktowie już dawno zostali unicestwieni przez swych wrogów. żądam nawet. doprowadzi jedynie do tego. — Tak. co my w gruncie rzeczy wiemy o Galaktyce? Dopiero co wypełzliśmy poza opłotki naszego ziemskiego domku. iż ludzkości grozi niebezpieczeństwo. — Człowiek pomaga bogom. na co nalega Andre. Do dyskusji włączył się Romero.— Była. Sama natura stworzyła nas do współpracy. dwieście tysięcy lub milion lat temu. oto widowisko godne bogów! — powiedziałem z przekąsem. aby jego złowieszcza przemowa nie wywarła na nas wrażenia. A jeżeli Galaktowie nadal prowadzą wyczerpującą wojnę z wrogami. Ważne jest co innego: gdzieś w kosmosie szaleją wyniszczające wojny. czy też rozwijaliśmy się niezależnie od siebie.

Posiłek dostarczono nam na taras. o możliwych niebezpieczeństwach kryjących się w rejonach Galaktyki. — Wszyscy uważają. Dopiero po tym oświadczeniu zaczęła mówić o uchwałach Rady. Konferencja gwiezdna na Orze została ostatecznie zatwierdzona. Nie chcę też sprzeczać się z Andre. Radzę jednak nie wpadać w dumę. każda poważniejsza myśl jest przede wszystkim pretekstem do dowcipkowania. ale najpierw chcieliśmy dowiedzieć się. jakie powzięto decyzje. Wiera uśmiechnęła się rozbawiona naszą niecierpliwością. — Muszę wam pogratulować. Nie wiem czemu. Postanowiono również zdobyć możliwie wyczerpujące informacje o Galaktach i ich . a może miesiącach. w swym naturalnym otoczeniu i nawet z góry nie sprawia to wrażenia gmatwaniny różniących się stylem gmachów. że powinienem raczej zwrócić się do całej ludzkości i przestrzec ją. Pawle. dla wszystkich naszych potomków. co działo się na posiedzeniu Rady? Naturalnie poprosiliśmy o szczegółowe sprawozdanie z przebiegu narady. Była podniecona i bardzo z czegoś rada. Wśród nich była pańska. że każda świątynia i pałac stoi oddzielnie. Sławna świątynia wznosiła się o jakieś dwieście metrów od nas i z tej odległości była jeszcze bardziej harmonijna niż z bliska. nie podobały się proroctwa Romera. przyjaciele — powiedziała zwracając się do Andre i Romera. gdyż on we wszystkim nieznanym doszukuje się materiału do niezwykłych hipotez. mój przyjacielu Eli. Andre. Ostrożność i odwaga. Chcecie dowiedzieć się. podobnie jak mnie. ale grecki antyk przemawia do mnie najbardziej. — Wielki nieustannie informował nas o ważnych myślach rodzących się w umysłach ludzi. oto czego dzisiejsza sytuacja wymaga od wszystkich. gdyż dokładnie tak samo myślały tysiące innych ludzi. że nigdy nie zacznie od końca. Budowniczowie Dzielnicy Muzealnej rozmieścili wielkie pomniki starożytności tak. — I nasze zdanie także ma jakąś wagę. Zalecono dokładne zbadanie możliwości utworzenia Sojuszu Międzygwiezdnego mieszkańców naszego zakątka Galaktyki. Sądzę. iż znajdujemy się w punkcie zwrotnym historii ludzkości i każdy nieostrożny krok może spowodować niepowetowane szkody. — My również jesteśmy cząstką ludzkości — wymamrotał z chmurnym wyrazem twarzy Leonid. Postanowiliśmy odprężyć się nieco i poprosiliśmy o przekąskę. ale nie chciał wszczynać dyskusji. będziemy musieli określić naszą politykę gwiezdną na cale wieki. myśl o współpracy z Galaktami i twoja. W najbliższych latach. Później Olga zaczęta opowiadać o swoich udoskonaleniach statków kosmicznych.mnie. Siostra jest tak dokładna. a ja zapatrzyłem się na Partenon. Później przyleciała Wiera. Jemu. Ale bezczynność również jest niedopuszczalna. bo lepiej orientuje się w sferze przedmiotów niż w świecie myśli. — Powzięliśmy niezmiernie ważną decyzję — powiedziała. — Dla pana.

Wobec tego postanowiono jedną z planet przekształcić w wyspecjalizowaną bazę rakietową. 16 Wiera. bo wiedziałem. Na trapie Wiera pomachała Ziemi ręką. Wszystkie te wielkie problemy czekają jeszcze na rozstrzygnięcie. Zastanawiano się również nad neutralnością Ziemi w sporach nie przez nią rozpoczętych. Olgo. Allan i Leonid zapytali. I jeszcze jedna przyjemna nowość: dowództwo pierwszej galaktycznej eskadry zostanie powierzone pani. W myślach byłem już na Plutonie. a z kim trzeba walczyć. które po zatwierdzeniu przez ludzkość staną się prawem. bo ma do załatwienia pilne sprawy.przeciwnikach. odbyliśmy przejażdżkę nad Ziemią. że nie może dłużej zostać. — Jak zawsze. Dawniej. — Czy mogę ci towarzyszyć. kiedy polecimy na Orę. Zachwycałem się nią i Słońcem. bracie. Niszczycielach. Następnie przeprosiła. — Ale zbuduje się nie dwa eksperymentalne egzemplarze. — Gigantycznych krążowników nie można ze względów technicznych budować na Ziemi. ustali się. oczywiście — odpowiedziała. jak pani proponowała. że Romero zaniedbuje dla niej przyjaciół. — Tak. Zostanie zwiększona obronność Ziemi i planet Układu Słonecznego. Zanim wsiedliśmy do międzyplanetarnego ekspresu. Wybór padł na Plutona. ja zaś puściłem tylko oko do naszej staruszki. Nie dowiedziono. Pawle. że przygotowania do wyprawy potrwają jeszcze około miesiąca. . Romero i ja odlecieliśmy z Ziemi 15 sierpnia roku 563 wraz z ostatnią grupą. że takie niebezpieczeństwo nie istnieje. z kim można się przyjaźnić. że niebezpieczeń stwo z odległych rejonów Galaktyki rzeczywiście nam zagraża. Wolny czas na Ziemi Wiera spędzała z Romerem. Oto najważniejsze zalecenia Rady. bardzo mnie to denerwowało. W kabinie planetolotu wkrótce zapomniałem o Ziemi. — Zaaprobowano pani pomysł. Ludzkość winna być dobrze przygotowana na wszelkie niespodzianki. kiedy bytem młodszy. Wiera odpowiedziała. ale kapitanowie Gwiezdnych Pługów wylecą na Plutona wcześniej. Dopiero po wszechstronnym zapoznaniu się z tymi nieznanymi narodami i ich konfliktami zostanie określona szczegółowa polityka galaktyczna. dotyczący statków dziesięciokrotnie większych od istniejących krążowników gwiezdnych — powiedziała Wiera. Ziemia była piękna. Cieszyłem się naprawdę. Rada zaleca rozpoczęcie budowy Wielkiej Floty Galaktycznej. również powinieneś się cieszyć — zwróciła się do mnie. Merkury będzie specjalizował się w produkcji substancji aktywnej do anihilatorów Taniewa. lecz serię liczącą setki sztuk. Ty. że rozstaję się z nimi na długo. ale nie ma też pewności. bo byłem dumny z Plutona. ale z wiekiem pogodziłem się z tym. Wiero? — zapytał Romero.

Nie ma nic nudniejszego od rejsowych statków międzyplanetarnych, staroświeckich rakiet-rydwanów z napędem fotonowym. Nawet ich kształt — długie, niezgrabne cygaro — nie zmienił się od trzech wieków. W dodatku wloką się z prehistoryczną szybkością: droga na Księżyc zajmuje im pięć minut, do Marsa dobę, a na podróż do Plutona tracą cały tydzień. Żaden z tych „ekspresów" nie rozwija prędkości większej niż czterdzieści tysięcy kilometrów na sekundę, a na domiar złego nie na wszystkich statkach grawitatory dobrze działają, tak że czasami odczuwa się niewielkie przeciążenia. Jedynie z nieważkością dobrze sobie radzą, ale trudno to uważać za sukces, bo likwidacja nieważkości jest sprawą śmiesznie łatwą. Prosiłem Wierę, aby zamówiła międzyplanetarną torpedę z anihilatorami Taniewa, która osiąga Plutona w ciągu ośmiu godzin, ale odpowie działa na to, że nie musimy się spieszyć i wszyscy się z nią zgodzili. Od dzieciństwa drażni mnie swoista doskonałość Wiery. Najważniejsze w jej słowach jest to, iż są to jej słowa. Te same myśli, lecz wypowiedziane przeze mnie, nie robią na słuchaczach żadnego wrażenia. — W dawnych czasach sekretarze nie krzyczeli na swoich zwierzchników, Eli — skarciła mnie, kiedym jej powiedział, co myślę o jej decyzji. — Powiesz mi jeszcze, że zwierzchnicy krzyczeli na swych sekretarzy, a ponieważ to będzie twoja myśl, nawet Romero uzna ją za prawdę. Romero istotnie potwierdził. W starożytności szefowie nie patyczkowali się z podwładnymi — powiedział. — A pewien rosyjski car w rozmowie z ministrami nierzadko używał kija. Szczególnie dostawało się jego ulubieńcom, gdyż w owym czasie chłosta uchodziła za jedną z form zachęty. Używano wówczas powszechnie wyrażeń: „Przerzucić na odpowiedzialne stanowisko", „Wlepić (lub wrzepić, historycy różnią się tu w opiniach) naganę", „Uderzeniem miecza pasować na rycerza". Wszystkie te sformułowania były synonimami awansu jednostki. Nie sądzę jednak, aby rycerzy przy wyznaczaniu na odpowiedzialne stanowiska dosłownie gdzieś przerzucano lub rąbano mieczami. Nasi przodkowie uwielbiali hiperbole językowe. Moim zdaniem w opisanych przez Romera barbarzyńskich czynnościach kryją się typowe dla owej epoki obyczaje religijne i obrzędy magiczne. — Weźmy chociażby tak rozpowszechniony wówczas termin jak „rzucono towar na sklepy"! — wykrzyknąłem zapalając się do dyskusji. — Zwykły człowiek uzna za bezsens, aby wyprodukowane z trudem towary beztrosko rzucano, i to w dodatku na dach jakiegoś pomieszczenia. Ale życie społeczne owych czasów było pełne sprzeczności. Wiemy dziś, że zebranymi z trudem plonami kawy lub kukurydzy palono czasem pod kotłami parowymi lub topiono je w morzu, a buty zaraz po zejściu z taśmy kierowano na inną taśmę, gdzie krojono je na części. Jeśli nie zgodzicie się ze mną, że to wszystko robiono ze względów rytualnych,

nie zaprzeczycie przynajmniej, że te dziwne terminy odzwierciedlały całkiem realne sytuacje? A w ogóle, moi złoci, logika nie była najmocniejszą stroną naszych przodków. Przeglądaliśmy kiedyś na Plutonie starożytny film. Okazuje się, że dawniej wszyscy ludzie cierpieli na wysięk z nosa, jak zdarza się to obecnie chorym. I wyobraźcie sobie, że zbierali tę bezużyteczną wydzielinę niczym największy skarb. Mało tego, niektórzy te uperfumowane i ozdobione w dodatku koronkami szmatki nosili w kieszeniach w ten sposób, aby koniuszek wystawał na zewnątrz... Nie ukrywali choroby, lecz chwalili się nią! Romero patrzył na mnie ze zdumieniem. Odniosłem wrażenie, iż oryginalność moich poglądów pozbawiła go na moment daru mowy. — Pańska wiedza historyczna jest wręcz zdumiewająca — powiedział niezmiernie uprzejmym tonem. — A ponieważ tak śmiało przenika pan tajemnice przeszłości, sądzę, że nie powinno pana dziwić pokrzykiwanie przełożonego, choć zdrowy ludzki rozsądek uzna za naturalniej sze pokrzykiwanie podwładnych na szefów, gdyż przełożonym nie wypada wykorzystywać swojej przewagi, a czegóż ma się krępować podwładny? Trochę racji w tym bez wątpienia było.

17
Za Uranem ekspresy rozpędzają się i nawet nasz wehikuł zdobył się na jedną dziesiątą szybkości światła. Pluton skrząc się w iluminatorach zmieniał się z ziarnka grochu w jabłko, a z jabłka w dużą piłkę, wokół niego śmigały malutkie sztuczne słońca. Na biegunach wznosiły się sztuczne protuberancje — wytwórnie pary wodnej i syntetycznej atmosfery ruszyły niedawno pełną mocą i produkowały teraz dziesięć milionów ton wody i dwa miliardy ton mieszanki azotowo-tlenowej na godzinę. Przytoczyłem te liczby Romerowi i Wierze z pamięci. — Wody na razie brakuje, atmosfera zaś jest już porównywalna z ziemską, oddycha się jak u nas w górach — powiedziałem. — Wydaje mi się, że najciekawszą rzeczą na Plutonie są te fabryki powietrza — powiedziała Wiera. — Od ich pracy zależy teraz powodzenie projektu przebudowy Plutona i organizacja stoczni galaktycznych. Nie odezwałem się, byłem bowiem przekonany, że na Plutonie jest wiele rzeczy znacznie ciekawszych niż te ponure automatyczne fabryki przerabiające glebę planety na wodę i powietrze. Są niewątpliwie potrzebne, ale zachwycać się nimi? Zawiadomiono nas, że przyjaciele na Plutonie chcą z nami mówić. Wkrótce na stereoekranie pojawił się Andre z Żanna, Lusin, Leonid, Olga i Allan. Mimo opóźnienia światła wyczuwalnego przy takiej odległości ich głosy docierały do nas stwarzając pełną iluzję bliskości. — Hura, bracia! — wrzeszczał Allan. — Do góry ich! — Lecicie — mówił jak zwykle urywkami zdań Lusin. — Pokazaliście się. Dobrze.

Wykrzykiwaliśmy w odpowiedzi powitania. Dzieliło nas jakieś półtora miliarda kilometrów. W pobliżu Plutona Wierę zainteresowało skupisko gigantycznych brył krążące nad planetą. Jeden z głazów wyróżniał się spośród pozostałych niczym góra otoczona pagórkami. Powiedziałem bardzo uroczystym tonem, jak przystało w takiej chwili: — Baza Gwiezdnych Pługów. Ten ogromny, to „Pożeracz Przestrzeni", statek flagowy floty galaktycznej. Tu ostatecznie pożegnamy się z rakietami fotonowymi.

18
Przygotowanie każdej wyprawy galaktycznej to sprawa bardzo skomplikowana, a nasza ekspedycja miała w dodatku szczególny charakter i wymagała ogromnych ilości substancji aktywnej, grającej rolę zapalnika przy wybuchowej zamianie masy w przestrzeń. Aktywną substancję przywozi się z Merkurego. Gwiazdoloty krążyły więc nad Plutonem czekając na ostatnią partię paliwa. Wiera zwiedzała planetę, a ja byłem jej przewodnikiem. Uchwała Wielkiej Rady w sprawie przekształcenia Plutona w bazę opierała się na wynikach wieloletniej pracy człowieka na tej planecie. Spośród wszystkich planet Układu Słonecznego Pluton jest najlepiej wykorzystany i tu mieści się jedyny na razie port galaktyczny. Niegdyś w dalekie rejsy statki kosmiczne startowały z Marsa, a nawet z Ziemi, lecz później ludzie zrozumieli, że takie chałupni cze metody zagospodarowania kosmosu są niedopuszczalne. Do budowy Ory zmobilizowano wszystkie rezerwy ludzkości. Pluton nie może jeszcze równać się z Ora, ale mimo wszystko w okolicach Słońca nie ma równie wielkiej budowy jak nasza! Najpierw zwiedziliśmy jedną z wytwórni atmosfery. Urządzenie szerokości kilometra i długości ponad dwóch poruszało się z wolna po powierzchni planety zbierając warstwę gruntu. Kiedy podjeżdżaliśmy do fabryki, jej ściana tnąca zbliżała się do granitowego wzgórza. Pagórek zapadał się w oczach i tajał jak w ogniu. Wkrótce nie zostało po nim nawet śladu, a wytwórnia popełzła dalej. W miejscu, gdzie przeszła fabryka, czerniała warstwa sztucznej gleby wbogaconej nawozami i zasianej trawą i kwiatami. Nad urządzeniem przetwórczym hulały wiatry: tysiące ton wytworzonego powietrza ulatywały co sekundę do atmosfery. Starałem się trzymać Wierę z dala od wirów powietrznych, ale mimo to huragan zerwał jej z głowy kapelusz. Wtedy omal nie wydarzyło się nieszczęście. Romero pobiegł za kapeluszem, ale strumienie powietrza przewróciły go i trzeba było spieszyć na pomoc. Leonid i ja wczepiliśmy się w Pawła, pomógł nam również Allan i we trzech wyrwaliśmy Romera z szalejącej powietrznej otchłani. — Gdyby nie wy, leciałbym teraz pod obłokami — powiedział z bladym uśmiechem.

To białożóite w zenicie sporządzono pięćdziesiąt lat temu i dlatego już prawie się wypaliło.— Myślę. dwa czerwone podtrzymują umiarkowaną temperaturę w ciągu szesnastogodzinnej nocy. Jak na Ziemi. które wówczas wisiało nieruchomo nad półkulą północ ną i tylko oświetlony przez nie region nadawał się do życia. — Braciszkowie. a trzecie wschodziło. Oczywiście nie powiedziałem jej. — A za jakieś pięć minut moglibyśmy panem oddychać. Równina była oświetlona trzema roboczymi słońcami. są już od dawna nie do pomyślenia. ale wkrótce będziemy mieć tu prawdziwe lasy jak na Ziemi. jest jednym z nowych. Pierwsi plutońscy koloniści pracowali w blasku tego jednego słońca. — Próbowałeś? — zapytał Allan i klepnął się z uciechy rękami po kolanach. Jedno stało w zenicie. Dlaczego wokół wytwórni nie ma zabezpieczeń? — zapytała Wiera. — Nie ja. — Wszystkie fabryki atmosfery zmontowane są w pustych okolicach. krążących po niskich orbitach i napromieniowujących jednorazowo niewielki wycinek planety. Aby odwrócić uwagę przyjaciół od wschodzącego pomarańczowego słońca. Lusin je trawę! Tak długo obcował ze swoimi syntetycznymi zwierzętami. jedno zaś. Sztuczne słońca ogrzewają jedynie powierzchnię. Powiedziałem swym towarzyszom. że teraz byłby pan przerabiany na tlen i azot — zaoponowałem. jaki o mało nie przytrafił się Pawłowi. drugie zachodziło. aby zmagać się ze sztuczną burzą. teraz zachodzące. ale jego maleńka tarczka ginęła obok sztucznych gwiazd. Po wystrzeleniu trzeciego słońca również i to pierwsze zostało włączone do wspólnego obiegu. pomarańczowe. że nieraz lataliśmy awionetkami w pobliżu wytwórni. Smok. zwiastuje odpoczynek wieczorny. — Tak jak prawdopodobnie oddychamy moim biednym kapeluszem. Należy rozpalić wnętrze planety. Obecnie harmonogram obiegu słońc przedstawia się następująco: cztery gorące słońca tworzą ciepły dzień trwający szesnaście godzin. — I nie zezwoli. Smakuje. Pegazy. Wtedy gleba będzie ogrzewana . zacząłem mówić o bilansie cieplnym Plutona. póki nie skończycie montażu swojego Komputera Państwowego z co najmniej 18 milionami Opiekunek — potwierdziła Wiera. a Ziemia nie zezwala na wycieczki na Plutona. — Tu nie ma ludzi — wyjaśniłem. zamilkłem więc. — To na razie zaledwie trawa i kwiaty. — Na Ziemi takie wypadki. bo chciałem. aż przeszedł na ich pokarm. Dalekie ziemskie Słońce również błyszczało. — Zieleń smaczna — poparł mnie Lusin. — Fioletowobłękitne. że na Plutonie działa siedem roboczych słońc. Zamiast tego zwróciłem uwagę Wiery na zieleń pokrywającą grunt planety. — Soczysta. Bardzo. Wschodziło pomarańczowe słońce. stworzyć rozżarzone jądro jak na Ziemi. aby ono samo przemówiło.

lecz rozjarzone. jakby wszystkie przedmioty płonęły wewnętrznym żarem. były nie oświetlone.. ale nie znaczy to. niemal dotykalne. braciszku? — Tak — odpowiedziałem.. Przy kolacji Wiera powiedziała: — Grubo ciosana i silna planeta. — Kosztowało mnie trochę pracy. odwiedziłem wytwórnie produkujące dowolne wyroby z dowolnych surowców. spacerowałem ulicami osiedla mieszkaniowego. . Czy to nie przesada? Mieszkać na stałe tu nie można. lecz również upiększało naszą młodą planetę. Dokładnie zbadałem konstrukcję Gwiezdnych Pługów: byłem w magazynach przechowujących miliony ton zapasów i w komorach. aby przynajmniej jadło na Plutonie wydawało się niezdarną kopią ziemskich przysmaków. — Tamte słońca są wspaniałe.Eli robił — powiedział Lusin. ale jakież pole do popisu! Cieszę się. najniezwykłejszej fabryki świata wytwarzającej substancję z pustej przestrzeni i pustą przestrzeń z masy. młoda zieleń i konstrukcje wytwórni atmosfery zalewało pomarańczowe lśnienie. Najwyżej popracować dwa do trzech lat. że tak im się wspaniale udało. również jakby rozjarzone własnym blaskiem. Życie tu na razie niezbyt wygodne. trylionów kilometrów ścieśnia się lub rozszerza przestrzeń międzygwiezdna. 19 Na razie nie miałem najmniejszego pojęcia. abym leniuchował. jakie to piękne! —zachwycała się Wiera. dokoła w promieniu wielu lat świetlnych. Znaleźli w oceanie kosmicznym kamienistą wysepkę. a nie puste i zwiewne jak na Ziemi. wielkich prac. — Popatrzcie tylko. Mówiąc to zajadał pierożki z syntetycznym mięsem i popijał je sokiem owocowym. — W ciągu godziny można załadować na statki sto tysięcy ton frachtu i paliwa. — Port jest doskonale obsługiwany — dodała Olga. dotarłem do serca statku. silna. nie sądzę więc. Nad nimi rozpościerało się żółtobrunatne niebo. bardzo niskie. — Boże. — Dobrze! Bardzo! — Eli! — Wiera obróciła się ku mnie. Romero zgasił ogólne zachwyty: — Grubo ciosana. na czym polega funkcja sekretarza. Kiedy anihilatory zostają uruchomione. Blask był tak głęboki i jaskrawy.od środka. urządzili na niej bazę przeładunkową i cieszą się jak dzieci. sekcji anihilatorów Taniewa. co znajduje się na Ziemi i czym rzeczywiście można się zachwycać. — To siódme słońce. bo chcieliśmy. gdzie można zmagazynować następne miliardy ton towarów. A na razie jest to tylko niezdarna kopia znikomej części tego. co pozwoli zastąpić czerwone słońce kilkoma zimnymi księżycami. a to po prostu cudowne! —. jakie to piękne! Skały i dolinki. — Zawiadomcie o swojej propozycji Wielką Radę — powiedziała Wiera. że właśnie ten glob wybrano na miejsce nowych. wspaniała. aby nie tylko przynosiło bezpośrednią korzyść.

. że stało się to widoczne nawet dla postronnych. Nawet dziesięciominutowa rozmowa z nią wyprowadza mnie z równowagi. Nie wiemy w dodatku. — Wielki Akademicki projektuje obecnie statki o mocy trzystu milionów albertów — kontynuowała Olga. Gdybym nie odszedł. a jeżeli wróg. A ona nawet się nie ucieszyła! 20 Andre większość czasu spędza z Żanna. to krążą słuchy. — Nawet na twoich słabiutkich stateczkach jakoś dotrzemy do Ory. Ale Andre niezbyt w tę prognozę wierzy. może w pełni zasilić anihilatory napędowe. Rozłąka przychodzi im bardzo ciężko. która wywarła na mnie szczególne wrażenie: moc anihilatorów Taniewa w najmniejszym z Gwiezdnych Pługów dochodzi do dwóch milionów albertów. wówczas błyskawicznie przemówią inne anihilatory i w starym kosmosie pojawi się nowa przestrzeń w miejsce spopielonej substancji! Nigdy dotąd nie istniały mechanizmy tak doskonałe i potężnie uzbrojone jak nasze statki galaktyczne. co najmniej przez dwa dni chodziłbym ze szczęścia na głowie. tak mi się wtedy wydawało. Z Olgą można pracować. ale nie starczy jej na głębokie przeniknięcie w Galaktykę. Słuchała mnie i uśmiechała się. Z tym swoim usposobieniem nadaje się jednak na swoje wysokie stanowisko admirała flotylli statków międzygwiezdnych. Eli. co nas tam czeka: przyjaciel czy wróg. Jej złociste włosy zawsze są równiutko uczesane. — Zbyt się zapalasz. a policzki pokrywa jakiś swoisty. Najsympatyczniejszym rozmówcą byłby dla niej chyba robot cybernetyczny. Żanna zrobiła się już tak tęga. Gdybym to ja został dowódcą floty galaktycznej. Poród został wyznaczony na 27 lutego i odbędzie się normalnie. Olga nie pojęta. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. — Nie martw się — poradziłem. Podzieliłem się swymi zachwytami z Olgą. W południe ze wszystkich statków pomknęły na Plutona rakiety z odprowadzającymi i . bardzo spokojny. że z niej żartuję. Mieszkamy na statku już trzeci dzień. że wymarli milion lat temu. że technika tajemniczych Niszczycieli stoi wyżej od naszej. to jak uzbrojony? Nie jest wykluczone. a w „Pożeraczu Przestrzeni" przekracza pięć milionów! Wszystkie elektrownie na Ziemi w końcu wieku dwudziestego starej ery miały moc niecałych trzech albertów.. Gwiazdoloty istotnie mają niemałą moc. Ta gigantyczna moc może być całkowicie zamieniona w szybkość nadświetlną. Pradawny obrzęd pożegnania postanowiono odbyć na powierzchni planety. mogłaby tak słuchać i uśmiechać się godzinami.Przytoczę tylko jedną liczbę. ale nie sposób rozmawiać. — Na takim gwiazdolocie czułabym się trochę spokojniej. Ale gdy jakaś nieprzewidziana przeszkoda stanie nagle na drodze statku. sam to czytałem w prognozie. Żanna wraz z nami. lekki rumieniec. Ale te statki będą nieprędko. A co do Zływrogów. jasne oczy zawsze promienieją dobrocią.

ale my wraz z Romerem weszliśmy w kamieniste piargi. Nikt nie odchodził daleko od rakiet. najpiękniejsze słońce powstanie beze mnie. — Dla mnie to nie jest przeżytek. Do diabła. Jedną ręką nie można uchwycić dwóch przedmiotów. — Zmęczyło mnie to ciągłe żegnanie się z tobą. sen — zgodnie z przepisanym planem. Czy nie stąd przypadkiem wywodzi się obrzęd pożegnania. Stanęliśmy tak blisko. iż żegnamy się z tym miejscem na zawsze? — Dlaczego. — Moglibyście już odjechać! — powiedziała Żanna. gdzie przysie-dliśmy na niewielkim wzgórku. — Nie odstępuj od zaleceń lekarskich! — nastawał Andre. — A ty nie choruj i nie zalecaj się do pięknych dziewczyn z innych gwiazd. ja natomiast chciałem jeszcze raz stanąć na twardym gruncie. oczywiście że nie! Kiedy wracaliśmy. — Proszę mi powiedzieć. Jestem zazdrosna. Byłem w rakiecie razem z Romerem. Wziąłem Romera pod rękę i poszedłem z nim do rakiety. straciłem humor. jak mawiano w . Romero. Wylądowaliśmy w porcie. Nie odpowiedziałeś mi. Będziemy świadkami czułych wyznań. — Wielki nie zdradza tajemnic osobistych. z jego objęciami. który nie przepuści żadnej podobnej okazji. W blasku pomarańczowego słońca równina płonęła jak rozżarzona. Andre. na Orze nie będzie ludzi. Pragniemy nowego i jednocześnie boimy się utracić stare. kiedy wschodziło już pomarańczowe słońce. i to mnie niepokoi! — Uspokój się. Romero uznał to za dobry omen. ale zrobiło mi się smutno. Po powrocie zażądam sprawozdania. — Przecież od trzech lat nie odstępują jedno od drugiego. że ktoś mnie na Plutonie zastąpi i ósme. łzami i smutkiem? Na myśl. że słyszeliśmy całą rozmowę.odjeżdżającymi. że znajdziemy się na planecie na początku dyżuru siódmego słońca. a sami też nie są skorzy do zwierzeń. chociaż wiedzieliśmy zawczasu. Romero wskazał laseczką na Andre i Żannę stojących przy trapie. jeśli takie napotkasz. przechadzki. — Zazdrość to przeżytek z najgorszych czasów historii ludzkości. a jednak w gruncie rzeczy zawsze do tego dążymy. — Ciekawe. odprowadzających jest co najmniej drugie tyle. a nie zamierzam zakochiwać się w jaszczurkach lub anielicach. Na Orę leci osiemset osób. Niczego tak nie pragnąłem jak podróży na Orę. — Posiłki. jaki oni mają stopień wzajemnego przystosowania? — zapytał Paweł. jedną nogą nie da się stąpnąć w dwa miejsca naraz. kiedy patrzyłem przez okno rakiety na oddalającego się Plutona. — Pożegnanie Hektora z Andromachą. Człowiek to jednak dziwne stworzenie. Nie mogę zaspokoić pańskiej ciekawości. Eli — zapytał Romero — czy nie ma pan uczucia. praca.

— Pragnienia zawsze wyprzedzają możliwości. po bokach jej pomocnicy: Leonid i siwiutki staruszek Osima. które z oddali wydawały się jaskrawsze niż były w istocie. że urządziliśmy swoje życie nie tak znów wygodnie. W burcie statku galaktycznego rozwarł się wylot tunelu kosmodromu i rakieta wylądowała. trzeci komponuje. Oprzytomniałem. czwarty poszukuje Galaktów! Odjechać. Oczywiście ziemski Księżyc jest większy od każdego z tych statków. nie na darmo Andre utyskuje. — Rozstanie Andre i Żanny naprowadziło mnie na myśl. zachowując przepisową odległość. drugi pieści swoją Żan-nę.starożytności. że pan fantazjuje na jakiś niebywały temat — powiedział Romero. stąd kieruje się lotem statku. to byłoby wspaniałe! — Założę się. on ciągle jeszcze żegna się. a obok niego. Andre nie odstępował od okna. że połowa jego potrzeb nie jest zaspokojona. że nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym problemem? Czemu każdy z nas jest jednym. Ma ona kształt wydrążonej kuli pokrytej na całej powierzchni wklęsłymi ekranami. — Bądź o ósmej przy wejściu do sterówki. W środku hali wisi na polach siłowych pięć foteli swobodnie obracających się na rozkaz myślowy w dowolnej płaszczyźnie. po jej tarczy toczyły się trzy słońca. czyż więc tak trudno zdublować się. Przed nami wyrastał podobny do gigantycznej soczewki „Pożeracz Przestrzeni". ale pozostawić siebie. Odwróciłem się od Plutona. czy po prostu to. Pasażerowie nie mogą tu wchodzić. Andre w czterech osobach: jeden buduje nowe deszyfratory. . ale całą Stolicę wraz z jej piętnastomilionową ludnością można by swobodnie zmieścić we wnętrzu gwiazdolotu. proszę spojrzeć. 21 W drugim dniu lotu odwiedziłem halę dowódczą. — Jutro w południe przechodzimy z napędu fotonowego na anihilację przestrzeni — powiedziała wkrótce po starcie. W sali było ciemno. Przy każdym z foteli znajduje się obrotowa lorneta o gigantycznym powiększeniu. stworzyć kilka identycznych „egzemplarzy" tego samego człowieka? Dwie Wiery. W centralnym fotelu siedziała Olga. jedynym? Lusin tworzy od niechcenia nowe zwierzęta oddziałując na kwasy nukleinowe zarodków. jak się tym ciągle chwalimy. Tylko z wielkiej odległości można było ogarnąć wzrokiem te ogromy. wisiały pozostałe statki galaktyczne. A propos. Planeta zmniejszała się. czemu nie możemy być wszechobecni? Co przeszkadza nam zostać wszechobecnymi? Niski poziom techniki. ale dla mnie Olga zrobiła wyjątek. jednocześnie być obecnym i nieobecnym. mieszając dla większego wrażenia potrzeby z pragnieniami. ośmiu Romerów.

co tu do czego służy. jakby góra i dół zamieniły się miejscami: moje ciało nadal ściśle przylegało do fotela. U nas każdy bada swój odcinek nieba nie przeszkadzając pozostałym. Odbyto się to tak. z prawej i lewej. Odpowiedział mi Osima. — W jaki sposób określić kierunek lotu? Przecież tu jest ciemno i gwiazdy otaczają nas zewsząd. Olga wyjaśniła mi. Normalnie na zwykłych meblach przez chwilę usada-wiamy się. Szybkość gwiazdolotu określano według paralaksy jasnych gwiazd w stosunku do kulistych rojów na granicach Galaktyki. że siedzę w wygodnym fotelu. Zorientowałem się w tym wszystkim znacznie później. Od Plutona dzieli nas zaledwie jakieś dziesięć miliardów kilometrów. że jęknąłeś. ale nikt nie odpowiedział . W ciemności rozjarzyły się widmowo dwie skale. Lecimy niecałą dobę. na granicy widoczności świeciły Hiady. — Jesteś niecierpliwy. Na razie nie widziałem zmian w rysunku gwiazdozbiorów. Na jednej były naniesione szybkości podświe-tlne osiągane przy . Poszukałem oczami Wielkiej Niedźwiedzicy: wóz wyglądał zwyczajnie. znalazła się nad ciemieniem. promieniujących światło widzialne. widziałem go w takiej postaci tysiące razy. Nikt na mnie nie czekał. jak mierzy się szybkość statku. wszystkie kierunki są równoprawne. Fotel wykonał półobrót. i to w dodatku z napędem fotonowym. rozróżniałem siedzącego obok mnie Osimę i nie zmienione gwiazdy na sferycznych ekranach. iż głowa znajduje się u góry. zastukałem więc. Eli? Z największym wysiłkiem opanowałem drżenie głosu. Pole siłowe zaś stwarza w każdej pozycji wrażenie. Gwiazdy były nade mną i przede mną. Punktualnie o ósmej drzwi rozwarły się i coś z nieodpartą siłą wessało mnie w ciemność. tutaj natychmiast linie pola wybrały mi najwygo-dniejszą pozycję. podobne do kłębka promienistej wełny. a to zbyt mało. Wytłumacz. — To z zachwytu. — Zapragnij zobaczyć i zobaczysz. Zaraz też z zimną krwią obróciła się do góry nogami. w bezmiar kosmosu. Nigdy nie czułem się tak dobrze. a na razie nie mogłem wyzbyć się przerażenia: poczułem się jakby wyrzucony na zewnątrz. która była pode mną. Krzyknąłem z nagłego przestrachu i Wtedy poczułem. — Moglibyśmy obracać gwiezdną sferę — zauważyła Olga — ale wówczas wszyscy obserwatorzy widzieliby ten sam obraz. a w nim dziko połyskiwało pomarańczowe oko Aldebarana i widmowo. które nie przeszkadzają w widzeniu przedmiotów odległych.Za dwie ósma podszedłem do zamkniętych drzwi. zwane też Stożarami. Miałem już wtedy na twarzy infraczerwone okulary transformujące do bliskich obserwacji. z przodu i za plecami! Usłyszałem spokojny głos Olgi: — Zdaje się. Z boku. Teraz przede mną błyszczał gwiazdozbiór Byka. Olga roześmiała się. Poszedłem za jej przykładem i ta część nieba. płonęły Plejady. Zapytałem. aby gwiazdozbiory zmieniły się. że w sali nie ma dołu ani góry.

których akurat nie należało oczekiwać. ale i to trwało zaledwie chwilę. Lorneta przy fotelu jest zaledwie niewielkim ułamkiem urządzenia. Później zauważyłem za statkiem tę samą mgiełkę. — Kiedy przejdziemy w obszar nadświetlny. Przyrząd działa na innej zasadzie niż teleskop. Na oślep!. — Lecieć nie widząc się nawzajem. Olga pokazała mi. Eli! Gwiazdoloty pędzą kilkaset razy szybciej niż światło... natomiast mnożnik wzmacnia. Instrument optyczny jedynie zbiera światło gwiazd. a nie znamy innego naturalnego nośnika informacji poruszającego się z prędkością naszych statków. druga zaś określała szybkości nadświetlne i działała przy włączonych ani-hilatorach Taniewa. bo tak nazywają się te kosmiczne teleskopy. Obróciłem się do tylu. — Wtedy jedynym środkiem koordynacji lotu będzie zawczasu przygotowany wykres szybkości. ale nie znalazłem nawet punkcików. pomnaża liczbę złowionych fotonów. Na jakiś czas pochłonęła mnie zabawa z lornetą. Teraz widziałem wszystkie nasze gwiazdoloty lecące wachlarzem w odległości około stu milionów kilometrów.napędzie fotonowym. Przez taki instrument można by z Plutona rozróżnić wszystkie miasta i większe rzeki Ziemi. W gruncie rzeczy to nie jest aparat. — Tam łatwiej znajdziesz coś nowego. Był to dystans bezpieczeństwa. w jaki sposób posługiwać się lornetą. Co prawda gwiazdy na kursie jakby pokryły się mgiełką.. W sali nikt i nic nie zmieniło swego wyglądu. — Tak. Dobiegł mnie stłumiony głos Osimy: — Za dziesięć minut startują anihilatory przestrzeni.. lecz gęściejszą: migające gwiazdy wydawały się czerwieńsze i bardziej matowe. aby popatrzeć na pozostałe statki. Zażądałem w myśli odpowiedniego powiększenia (maksi mum milion razy) i natychmiast je otrzymałem. bez możliwości przekazywania koniecznych informacji!. — Cóż robić. „Pożeracz Przestrzeni" już nie leciał w przestrzeni. Nie było wstrząsów ani łoskotu. Osima powiedział. Wszystko odbyło się zwyczajnie i bez zakłóceń. — Odwróć się do tyłu — poradziła Olga. w ogóle przestaniemy je widzieć — powiedziała Olga. którego podstawowe mechanizmy znajdują się we wnętrzu statku. Krew nie napłynęła mi do twarzy. w uszach nie zaszumiało. Szukałem potężnych efektów świetlnych. lecz optyczno--kwantowa fabryka przetwarzająca skąpą informację zewnętrzną w bogate obrazy łatwe do obserwacji. Na pierwszej skali drgała jaskrawa plamka — szliśmy z jedną trzecią szybkości światła. zostały wynalezione niedawno i na ich gwiazdolocie zainstalowano egzemplarz próbny. że mnożniki fotonowe. ani błysków i przeciążeń. Większe zbliżenie mogło utrudnić manewrowanie międzygwiezdnej flotylli. lecz unicestwiał ją przed sobą. To była nowa substancja wytworzona przez . co i w przedzie. Jednak i z tyłu nie odkryłem nic szczególnie zaskakującego. widzę — odpowiedziała Olga.

gwiazdolot. na drugim natomiast plamka minęła dwadzieścia jednostek świetlnych. tak gwałtownie anihilatory pożerały przestrzeń. Wznosiłem mnożnik do góry i znów go opuszczałem. Dla pasażerów urządzono salę obserwacyjną. że nawet przy tak wielkiej prędkości nie mogliśmy w ciągu paru godzin pokonać wielkich odległości. zrobiło mi się niewyraźnie na duchu. a potem osiągniemy dwieście. . Pięć lub sześć lotów takiej armady gwiazdolotów — myślałem — a w Galaktyce ubędzie spory szmat przestrzeni i w zamian przybędzie nowe ciało kosmiczne. ale według tego samego planu: nieważkość. Po raz pierwszy poruszałem się z taką prędkością. Zapytałem: — Do jakiej wartości będzie wzrastać prędkość? — Wzrasta nieustannie — wyjaśnił Osima. — Dziś ograniczymy się do stu jednostek. W kosmosie obowiązuje inna skala niż w życiu codziennym. co się dokonuje. zostałem wyssany na zewnątrz w ten sam sposób. Czasami wydawało mi się. — Nie wątpię — odparł zimnym głosem. trzeba więc spieszyć się. lornety mnożnika. przekształcała się w obłok pyłowy. Ten drobiazg. ani w otaczających przedmiotach. sześćdziesiąt lat świetlnych. Nic więc dziwnego. Chmura pyłowa z tyłu zagęszczała się. nasza szybkość w przestrzeni. My sami również staliśmy się niewidoczni dla innych gwiazdolotów. Chociaż nie wyczuwałem zmian ani w sobie. że gwiazdy przed nami przybliżyły się. sam zaś aparat zblakł i zniknął w ciemności. — Miałem zezwolenie — powiedziałem. porządnie zwarzył mi humor. stały się większe i jaśniejsze. Osiem punktów rorzuconych wachlarzowato za nami zniknęto. Nawet ogrom jest tam więcej niż skromny. Olga dorzuciła: — Do Ory mamy dwadzieścia parseków. obłok pyłowy „stworzony z niczego". Plamka świetlna paralaksometru dotarła do liczby pięćdziesiąt. Wkrótce potem wskaźnik pierwszego paralaksometru potoczył się ku zeru. Kosmiczna pustka spalona w anihilatorach Taniewa zyskiwała namacalny kształt. przez który tak obłędnie pędziliśmy. Musimy tam dotrzeć w ciągu trzech miesięcy. na myśl o tym. obrotowe fotele. że uruchamianie anihilatorów Taniewa w obrębie Układu Słonecznego jest zabronione. Ale później zrozumiałem. ani w dalekim gwiezdnym świecie. większą od sterówki. Na pierwszym paralaksometrze widniała nadal jedna trzecia prędkości światła. — Nasz surowy admirał ma dla ciebie wiele względów. Teraz posuwaliśmy się do przodu jedynie kosztem unicestwionej przestrzeni. jak powiedzieliby nasi przodkowie. pole siłowe. Przy wejściu spotkałem się z Leonidem. którego ponure oczy rozbłysły niedobrym światłem. spotkanie z Leonidem. „Daliśmy nurka w niewidzialność" — powiedziałem w duchu. Kiedy zakończył się dyżur Olgi. Eli. w jaki dostałem się do środka.

Pozostawiamy go z boku. „Pasażer" widocznie bardzo się spieszył. Ora nagle urośnie do wielkich rozmiarów. zmieni się z maleńkiej drobinki zawieszonej w przestrzeni w ogromne ciało niebieskie. który początkowo leciał po naszej lewej stronie. nic nadzwyczajnego. a plamka nie zwiększała się.Będę korzystał z sali obserwacyjnej" —postanowiłem. w ogóle się nie zmieniała. bo nie odpowiedział na nasze sygnały. Gwiezdny świat staje się nieznany i ta jego obcość ciągle się pogłębia. ot. wyzbył się swego lśniącego otoczenia: Capelli. Z bliska nie jest tak piękny jak z oddali. drugie rozjarzały się i jedynie Droga Mleczna. w innych zaś wypadkach cumują do . Sławna sztuczna planeta pojawiła się w lornecie mnożnika jako drobniutka plamka. Po pewnym czasie w przestrzeni otaczającej Orę pojawiły się ślady życia. Sądząc po głosie była to surowa i energiczna dziewczyna. szybko niczym planety przemieszczające się po nieboskłonie. Nagle ruszył z miejsca Syriusz. Dyspozytorka poleciła nam zmienić szyk: jako pierwsze miały lądować na Orze małe statki. ale i w sterówce nie dowodziłem. . Zbliżaliśmy się do węzłowej stacji kosmicznej zbudowanej na skrzyżowaniu tras galaktycznych. Wielka Niedźwiedzica nie zmieniła się wyraźnie. Najpierw przeobraził się Orion. Mijał dzień za dniem. Za to Aldebaran zajmował w polu widzenia lornety niemal pół nieba. pojawiły się natomiast błądzące gwiazdy. a potem zawrócił i zaczął się zmniejszać. Jedynym wyczuwalnym dowodem przebycia ogromnej drogi jest zmiana rysunku gwiazdozbiorów. która opuściła gwiazdozbiór Lutni i podążyła ku Wężowi i Skorpionowi. tylko obserwowałem. Statki uchwycone polem siłowym planety kolejno wędrowały na wyznaczone miejsca. a następnie sam gwiazdozbiór skurczył się i przesunął. Syriusza. O jakieś trzy miliony kilometrów od nas przemknął pasażerski statek kosmiczny używany do przewozów między planetami. Pozostałe statki eskadry wynurzyły się z obszaru nadświetlnego i stały się widoczne w lornecie. gigantyczna rzeka światów. Tak będzie do końca lotu. bo urody i teraz nie straciła.Stamtąd wprawdzie nie można kierować urządzeniami statku. Później wszystko zaczęło się gwałtownie tasować: jedne gwiazdy blakły. Nigdzie lądowanie nie jest tak skomplikowane jak na Orze. gdyż tu statki lądują na powierzchni planety. Olga wyłączyła anihilatory Taniewa i od tej chwili znów przeszliśmy na napęd fotonowy. 22 Orę zobaczyliśmy w czterdziestym ósmym dniu podróży. piękna wprawdzie. miała być najcudowniejszą z gwiazd ziemskiego nieba? Nareszcie za Syriuszem poruszyła się uroczyście zimna Wega. zwyczajne słońce. A później Ora zaczęła rosnąć i dowództwo nad nami przejęła dyspozytorka portu międzygwiezdnego. „Pożeracz Przestrzeni" zaś szedł w ariergardzie. Polluksa. gdyż Ora leży o jakieś trzy parseki w prawo.. Po dalszym miesiącu podróży dziwiliśmy się: czyżby ta skromna gwiazdka.

Obecnie. a potem nieodparcie pociągnęło ku powierzchni sztucznego ciała niebieskiego. Ora najpierw była ideą. staraliśmy się na nią dostać. które przygaszono. jak okiem sięgnąć. gdy dorośliśmy. a prawie połowę tego stulecia zajęła nie budowa planety. rozpościerała się powierzchnia sztucznej planety. a potem delikatnie opuściły na ląd. Nasza zabawa nie spodobała się dyspozytorce portu. — mówiła Wiera. lecz projektowanie jej. w naszym 563 roku. potrafimy wznieść budowlę znacznie wspanialszą niż Ora. której sprzyjają miejscowe warunki. bez względu na jej wyposażenie. aby nas zbyt silnie nie napromieniowało. Zachowuję się jak mała dziewczynka!. To było pierwsze wielkie ciało niebieskie uprzednio do kładnie obliczone i zaprojektowane. „Pożeracz Przestrzeni" kołysał się w polu siłowym zbliżając się wolno do wyznaczonego miejsca postoju. aż zostanę wyssany na zewnątrz niczym piórko i z wrzaskiem potoczyłem się po liniach siłowych.. Byliśmy na Orze! 23 Zanim opowiem o wydarzeniach na Orze. Będąc dziećmi marzyliśmy o niej.sztucznych satelitów i same stają się sztucznymi satelitami planety. W końcu pozostaliśmy tylko my i pole siłowe zacisnęło nas niczym w kleszczach. jako miejsce przydatne dla wszystkich form życia.. Ogromne lądowisko przeznaczone dla wielkich gwiazdolotów przypominało górzystą krainę: dokoła wznosiły się zakotwiczone statki. ale czegoś równie bliskiego każdemu człowiekowi już chyba nigdy nie będzie. Tylko niektóre z nich nadają się do zamieszkania i na każdej rozwija się jedynie ta szczególna forma życia. śpiewała o niej i marzyła. — Powitano nas niezbyt uprzejmie. Nie czekałem. Żadna planeta naturalna. Eli! — A tu najwyraźniej nie lubią żartów! — zauważył Romero. na którą przyleciały. nie nadawała się do tego celu. potem stała się rzeczywistością. Wyminęliśmy sztuczne słońce. rysunkiem. gdyż niewidzialne ręce bezpardonowo rzuciły nami w różne strony. Wymyślili ją nasi pradziadowie. pracowała dla niej. Ludzkość sto cztery lata żyła myślami o Orze. przez kilka sekund potrzymały w powietrzu. które lądowały przed nami. Planet kulistych lub nieregularnych nie brakuje w kosmosie. — Co ty z nami wyprawiasz.. Nie ma tematu równie pasjonującego. Ora nie jest planetą pokrytą . a na niego Wiera i Paweł. muszę opisać ją samą. Przed nami. zbudowali ojcowie. — Zupełnie jak mała dziewczynka!. Ora była od początku pomyślana jako największy hotel galaktyczny.. Z góry spadł na mnie śmiejący się w głos Andre. który oczywiście jako pierwszy spoważniał. najwspanialszego z cudów dokonanych przez ręce i umysł człowieka! Statek znieruchomiał osadzony pewnie w polu hamującym i ku jego wrotom zbliżał się półprzeźroczysty trap utkany z linii pola siłowego.

ale już zimnym. metal. Jedyne w swoim rodzaju jest słońce Ory. przetworzono na minerały. Kiedyś spróbuję żywić się samym tutejszym powietrzem. że Ora jest płaszczyzną. Można też określić to inaczej: Ora jest skrzynką wypełnioną mechanizmami i przykrytą wieczkiem. Pełny cykl aktywności słońca wynosi dwadzieścia cztery godziny. Flotylle Gwiezdnych Pługów całymi latami przeorywały i zagęszczały przestrzeń w tym zakątku Wszechświata. ale na staruszce Ziemi nigdy nie oddychałem tak lekko. Osiągnięto to przez regulację jego natężenia i temperatury oraz barwy światła: w nocy. w samym centrum naszego rejonu gwiezdnego. Później pyt skupiono. W starożytności żartowano: „Odżywia się samym powietrzem". słońce znów zapala się. Konstruktorzy zrezygnowali z formy kulistej. wzgórz. gazy i wodę. zasysano do fabryk umieszczonych na statkach. przy czym promieniują jedynie fragmenty jego tarczy zgodnie z kolejnymi kwadrami. aby była możliwie blisko naszych gwiezdnych sąsiadów. Ora jest płaszczyzną. Atmosferę tworzono na wzór ziemskiej. wkrótce po zmierzchu. I wreszcie powietrze! Nigdzie nie ma takiego powietrza jak na Orze. zrezygnowano właśnie dlatego. a wieczkiem tym jest mieszkalna powierzchnia planety. Jest to również pierwsze w historii ludzkości ciało niebieskie stworzone z pustki. Oczywiście znasz swoje obowiązki? . podobnych do uruchomionych na Plutonie. którą następnie rozwinięto i niczym gigantyczny dywan rozścielono w kosmosie. a nie kulą. że zawiera oprócz odurzających zapachów również odżywcze kalońe. Nie przeszkodziło to jednak w urządzeniu prawidłowego następstwa dnia i nocy. Umieszczono ją w takiej odległości od Ziemi. Taka jest Ora. lecz mechanizmem wyrosłym do wielkości planety. Oddychanie na Orze to nie konieczność. księżycowym blaskiem. Warstwa gruntu ma kilka metrów grubości.mechanizmami. gdzie stoi zawsze w zenicie. z „niczego" według terminologii starożytnych. Mógłbym przysiąc. 24 Następnego dnia Wiera powiedziała: — Zaczynamy pracę. domów. a w innych okolicach jest widziane pod stałym kątem. Ze słońc obrotowych. aby ludzie nie musieli rezygnować z przyzwyczajeń wyniesionych z dzieciństwa. która ma wiele wad: praktycznie rzecz biorąc wykorzystuje się tylko powierzchnię kuli. skąd wychodził w postaci gotowych materiałów na budowę równin. Obecnie Ora przypomina ogromny talerz. Początkowo w trakcie budowy była kulą. świtów i zmierzchów. Niezwykły jest również kształt Ory. zawieszone nieruchomo nad środkiem planety. aż pył kosmiczny utworzył między Bykiem a Hiadami nową mgławicę. a pod nią znajdują się dziesiątki pięter urządzeń i maszyn wytwarzających na poszczególnych obszarach żądane warunki życia. lecz rozkosz. łatwo i radośnie.

Spychalski przyjął nas w gmachu Zarządu Ory. Niebian zakwaterowano w hotelach zapewniających warunki. Nie wątpiłem. Olga wszystkie wiadomości przyjmuje z niezmąconym spokojem. Do ludzi odnosi się z szacunkiem. w Hiadach zaś ekspedycje nic nowego nie wykryły. — Teraz pójdziemy na naradę do Spychalskiego. Spojrzałem na Andre i spostrzegłem. . Na początek miałem chodzić wszędzie z Wierą i pomagać jej. Po otrzymaniu polecenia z Ziemi Spychalski rozesłał specjalne wyprawy we wszystkie okolice kosmosu. Wiera wytłumaczyła. jak wykonał polecenie Wielkiej Rady. dla których Hiady wypadają z otaczającego je świata. Przypuszczalnie pewna część masy w Hiadach ulega anihilacji. A propos. że Hiady oddalają się od Słońca! — Od Słońca tak — zaoponował Spychalski. ale swoich nie znosi. Ale na gwiazdach zewnętrznych o Galaktach nie słyszano. — Będziecie mogli z nim porozmawiać. nie zaś na odwrót. odległość rośnie wzdłuż wszystkich osi współrzędnych. Przyczyny i mechanizm tego zjawiska nie są na razie ustalone. Na Orę zaproszono przedstawicieli gwiezdnych ludów zamieszkujących układy otaczających Słońce gwiazd. Marcinie Julianowiczu? Przecież już nasi przodkowie wiedzieli. Chodzę dobrze. to wszystkie zostały wykonane.Oczywiście ich nie znałem. W konkluzji Spychalski zaproponował nowo przybyłym. że tak będzie nadal. — Oddalają się od Słońca i zbliżają się do innych gwiazd. — Zaczniemy od zapoznania się z mieszkańcami gwiazd — powiedziała Wiera. Anioł zaczął się awanturować i został oddzielony od współbraci. bo z zapałem tłumaczył coś Lusinowi. gdzie było już pełno pracowników planety. aby sami spróbowali szczęścia w wyprawach poszukiwawczych. który zamelduje. Sądzę zresztą. Niestety nic pocieszającego nie mógł nam zakomunikować. który z powątpiewaniem kręcił głową. — Na Orę przywieziono z dziewiątej planety układu Płomienistej B pewnego czteroskrzydłego osobnika. że jest podniecony. — Chce pan powiedzieć. a co się tyczy pomocy. to dotychczas ona pomagała mnie. tak przynajmniej uważaliśmy do tej pory. czego ode mnie oczekuje. że Hiady generują wokół siebie nową przestrzeń? — Tak. odkryliśmy na Hiadach ciekawe zjawisko astrofizyczne: Hiady oddalają się od innych gwiazd. ale ta ją poruszyła wyraźnie. że Andre już stworzył teorię całkowicie tłumaczącą powody. A nowe odkrycie sprowadza się do tego. do których przywykli. że Hiady oddalają się od otaczających je gwiazd. — Jakiż to nowy fakt. którego nawiedzają wyraźne sny o Galaktach — powiedział Spychalski. Sekretarzowanie okazało się nietrudne. Co zaś się tyczy poprzednich zadań. właśnie to.

Wezwałem więc awiowózek i oddaliłem się bez pośpiechu. — A ja poproszę cię o deszyfrator. W pokoju Andre spojrzałem z powątpiewaniem na potężną walizę. — Przygotuj deszyfrator. spotkania dyplomatyczne nie interesują mnie. weź sobie. lecz substancja anihilizująca.— Za godzinę odwiedzimy Niebian — zwróciła się do mnie Wiera. Wózek z aparatem płynął za mną na wysokości ramienia. holowany moim indywidualnym polem. Deszyfrator jest w moim pokoju. — No. jeśli nie swym prawdopodobieństwem. to malowniczością. może mi się uda coś zrozumieć. że i mnie ona wciągnęła. Chcę odwiedzić tego skrzydlatego awanturnika. Trzeba poprosić Wielką Radę o skierowanie do Hiad ekspedycji. . energicznym głosem. — Ta jama pogłębia się do dziś! — zakończył Andre. proś! — zezwoliłem mu. iż oddalanie się Hiad od wszystkich ciał niebieskich jest skutkiem szalejącego niegdyś w tym roju gwiezdnym starcia Zływrogów z Galaktami. aby nie pozwolić planetom wpadać na siebie. Podszedłem do Andre. Jedna z walczących stron unicestwiała przestrzeń. Andre złagodniał i z zapałem wyłożył mi swoją hipotezę. że tylko głupcy wyśmiewają się z tego. że oszałamiające! — wykrzyknął Andre zapalczywie. w skrócie DUM — powiedział Andre — rozumiesz? — Tu nie chodzi przecież o nazwę. że nie jest to zwykły pył. że znów wymyśliłeś coś oszałamiającego — powiedziałem. Andre natomiast zaśmiewał się patrząc. — Nazwa oddaje istotę urządzenia. o czym nie mają najmniejszego pojęcia! Postarałem się przybrać poważny wyraz twarzy. który pozostał po eksplozji planet. — Nawet z daleka widać. Zabieraj to i zmykaj! Wyraziłem życzenie. druga natomiast niszczyła masę. Pójdziesz do Niebian? — Będę zdobywał wiadomości o Galaktach. Muszę przyznać. zwykłą i odwrotną. mów! —— Pewnie. — Teraz nazywa się „Mały Uniwersalny". Każdy dureń spojrzawszy na tablicę rozdzielczą potrafi porozumieć się z dowolnym rozumnym Niebianinem. Na Orze wszyscy otrzymują takie pola. jak uginam się pod ciężarem deszyfratora. Twierdzę. Andre uważał. — Przestrzeń powstaje obecnie z pyłu. Krótko mówiąc uruchomiono jednocześnie obie reakcje Taniewa. który takiego figla splatał Allanowi na Małym Psie. aby kłótliwy Anioł wytargał Andre za kędziory. a nie przenośny. która sprawdziłaby moją hipotezę! — W porządku. odwrotna natomiast — zamiana substancji w przestrzeń — trwa nadal i w rezultacie Hiady z wolna pogrążają się w wytworzonej niegdyś kosmicznej jamie. — Cały zamieniam się w słuch. zderzając ze sobą i spopielając planety. ostatni wariant tego DP-2. nie krępuj się. Zwykła dawno już się zakończyła. — Twój uśmieszek mnie nie speszy! Pamiętaj.

choć można swobodnie poruszać rękoma. Jeden z Aldebarariczyków popelznął w naszym kierunku. Wewnątrz budynku rozpościerała się kamienista równina. ale odrzuciło mnie z powrotem. że poruszały się przelewając całe ciało. rozum czy piękno? Rozumnie j si od nas nie są. W hotelu. Są już uprzedzeni o waszej wizycie i oczekują jej z niecierpliwością. Życie osiągnęło stosunkowo wysoki poziom jedynie w układach Aldebarana i Capelli. — Dla mnie wszyscy są ciekawi. którego zobaczyłem w naturze. Były to istoty rozpłaszczone przez grawitację. niskim budynku przypominającym skorupę żółwia. najbliższym hotelem będzie „Gwiazdozbiór Byka i Woźnicy". — Tego. prawie pozbawione kości ciało opinała mocna skóra. kto jest najbardziej interesujący—odparłem. głową i tułowiem. usiana węźlastymi roślinami podobnymi do rąk przytulonych do ziemi. W autobusie Spychalski powiedział: — A więc. aby znali uczucie tak ludzkie jak niecierpliwość. A co pana bardziej interesuje. A przy tym były to istoty rozumne. Mieszkańców Aldebarana i Capelli widzieliśmy na Ziemi w setkach transmisji. Ale wypaść z fotela można by jedynie w wypadku powszechnej katastrofy na Orze. Przy ruchu przybierał kształt przypominający niedźwiedzie cielsko. Sądzę. Górna część tułowia — nad oczami — była organem ich języka barw. szanowni Ziemianie. młodzieńcze. ja się roześmiałem. tak wyglądało pomieszczenie Aldebarańczyków.. Miękkie. Planety są tam wielkie. biała wstęga oczu opasująca ciało niemal w połowie jego wysokości. bo procesy życiowe mają zwolnione. Szczególnie godne uwagi są oczy Aldebarariczyków: szeroka. każde z nas otrzymało ruchomy fotel z grawita-torem. kogo najpierw zamierzamy odwiedzić. Język mają prosty. Spychalski uśmiechnął się krzywo. zostałby momentalnie zmiażdżony przez potworną grawitację. umiejące odpowiadać na pytania. a co do piękna.. ciążenie większe od ziemskiego. tak że jeden wąs powędrował mu w górę. że będziecie zaskoczeni wyglądem mieszkańców tego zakątka Wszechświata. zresztą sam pan zobaczy. Nie sądzę. albowiem pole siłowe nie pozwala zejść z miejsca. Kształtem swym przypominała . który wezwał autobus i zapytał. Mowę ich rozszyfrowano jako jedną z pierwszych. Romero uśmiechnął się. Wiera nic nie odpowiedziała. a drugi opuścił się. lecz dopiero po jakimś czasie. Na ulicy spotkaliśmy Spychalskiego. W tym gmachu człowiek mógł czuć się normalnie jedynie siedząc w fotelu.Wiera wraz z Romerem już mnie oczekiwali w pokoju hotelowym. a nie w stereoskopie. To był pierwszy Niebianin. Usiadłem i dla sprawdzenia szarpnąłem się w bok. również masę miał równą niedźwiedziej. wyrażany barwami leżącymi niemal całkowicie w zakresie promieniowania widzialnego. Wkrótce ujrzeliśmy ich samych: trzy rude cielska niespiesznie przelewające się ze wzgórka w dolinkę. podobne do ogromnych rudawych kropli. Podobieństwo tym większe. Gdyby wypadł z niego.

że dla Aldebarańczyków najważniejszym problemem życiowym nie jest zdobywanie pokarmu. — Dziękuję — powiedział Aldebarańczyk. gdyśmy się z nimi pożegnali. W kuli zabrzmiał głuchy. — Nazywam się Wian — odparł Aldebarańczyk. lecz sen. Jeszcze nigdy tak świetnie nie spałem. Spychalski ironicznie wykrzywił twarz w swoim dziwnym uśmiechu. która znajdowała się z naszej strony. W odpowiedzi zaświeciła się „czapka" Aldebarańczyka.. Spychalski opowiedział następnie. Różnica ciężkości pomiędzy powierzchnią gruntu i dnem groty jest wprawdzie niewielka.. Pomyślność społeczeństwa zależy od możliwości zorganizowania odpoczynku. Bez tylu oczu Aldebarariczycy nie mogliby rozmawiać. że grawitacja w czasie snu zwiększa się. on podziękował nam za miłe przyjęcie. iż do nas przyjechaliście? — Wśród ludzi czujemy się dobrze. do którego ciągle nie mogłem przywyknąć.. Zresztą już wcześniej wiedzieliśmy. — To bardzo miłe. Zasypiają jedynie w silniejszym polu grawitacyjnym. — A czy wiecie coś na temat istot podobnych do was? Nie wiem. lecz nie mogą zasnąć. a następnie rozpoczęły się rzeczowe pertraktacje. to nie dawali tego po sobie poznać: mieszkańcy Aldebarana częściej odpowiadali na nasze pytania. że te istoty nie odznaczają się ciekawością. Przy normalnej w ich warunkach grawitacji Aldebarańczycy pracują. jak się to dzieje u większości Niebian.. W naszej delegacji nie ma młodych staruszków. wprowadziłem do deszyfratora program: „Rejon Byka i Woźnicy. Podczas gdy Aldebarariczyk zbliżał się. przyjacielu?. Powitaliśmy gościa na Orze. — Czy podobają się wam ludzie? Nie żałujecie. niż sami pytali. Jeśli nawet oczekiwali nas z niecierpliwością. Wkrótce przypełzli inni Aldebarańczycy i rozmowa stała się ogólna. — Jak się pan tu czuje? — zapytała Wiera. Trzeba o to zapytać młodszego staruszka. język barw" i uniosłem urządzenie nadawczo-odbiorcze — kulę z rękojeścią. udają się więc na wypoczynek do głębokich jaskiń. Kula nadajnika zabarwiła się kolejno na malinowe. — Czy pańskim zdaniem jedynie ludzkie obyczaje mają jakiś sens? Ich informację są w pełni logiczne. maszynowy głos. Aldebarańczyk natychmiast skierował na kulę tę połowę swojej wstęgi ocznej. Informacje otrzymane od Niebian zamieniały się w ludzkie słowa z szybkością taką. najlepiej dziecko. gdybym nie wiedział o tym wcześniej. ale wystarczająca. że nie zauważyliśmy najmniejszego opóźnienia. łącznie z ludźmi. — O istotach podobnych do nas niczego nie wiem. Ponieważ Aldebarańczycy nie mogliby o . grawitacja wzrasta w czasie snu. — Dzieci-staruszkowie. ale barwy były bledsze niż na kuli i nie domyśliłbym się. — Jakaś abrakadabra — powiedział Romero. że jest to mowa. błękitnie i żółto. jak się nazywasz. gdyż mowa ich jest mało wyrazista.czapkę.

że można tu żyć i odpełzł do pieczary. okazało się. ale jeszcze mniej rozmowni. — Posłuchajcie teraz. Ci uczeni Aldebarańczycy zwolnieni są z wszelkiej innej pracy. Przy wyjściu Romero powiedział: . że jego imię tak dla nas brzmi. — Wian to bardzo dziwne imię — powiedziałem. jezioro ze skalistymi brzegami. Pod koniec życia przekazują nagromadzoną wiedzę nowym strażnikom doświadczeń. równie masywni i niezgrabni jak Aldebarańczycy. iż tylko uprzejmość obowiązująca gościa powstrzymywała go od odwrócenia się tyłem. Słowo „staruszek". Niektóre osobniki od dzieciństwa specjalizują się w zapamiętywaniu. że ma wyrazisty język i jasne myśli.wtasnych siłach wydostać się z dna groty. gdy do wiadomości zasłyszanych dodadzą własne doświadczenia. które nawinięte są na kołowroty. Ryb w tym jeziorze też naturalnie nie było. że Aldebarańczycy nie piszą książek i całą wiedzę przekazują „ustnie". kim są ci młodzi staruszkowie — powiedział Spychalski złośliwie. Aldebarańczyk radził zwrócić się po informacje do młodych staruszków dlatego. mokra. które deszyfrator przetłumaczył na postać dla nas zrozumiałą. wobec tego inne osobniki wspólnymi siłami wyciągają ich na pomostach zawieszonych na pasach. Za pofałdowaną równiną Aldebarańczyków ukazała się druga strefa hotelu. Zaświecił na ciemieniu kombinacją barw oznaczającą. Kiedy ktokolwiek wpełza tam. — Czy coś oznacza? — Takie połączenie dźwięków w rzeczywistości nie istnieje. W jaskiniach przebywali goście z Capelli. Wszystkich uczonych (młodych i starych) Aldebarańczycy z czułością nazywają staruszkami. Natomiast jezioro jako całość było niezwykłe: bez fal. Ogromna siła ciężkości nie wpływała na właściwości wody. że od początku był zwrócony do nas plecami. W nadbrzeżnych skałach znajdowały się pieczary. natychmiast wzrasta pole siłowe i Aldebarańczyk słodko zasypia ukołysany potężniejącą grawitacją. znaczy u nich tyle co „mądry". Poznaliśmy jednego z nich i z wielkim trudem wyciągnęliśmy od niego kilka słów. Okazało się. Na Orze natomiast urządzono specjalne altany do snu. Realnym imieniem Aldebarańczyka jest kombinacja barw. Kiedy jednak zdecydował się mówić. a na starość. Podjechałem do jeziora i nachyliwszy się dotknąłem wody. stają się prawdziwymi skarbnicami mądrości. Sam Wian nie podejrzewa nawet. a nawet najdrobniejszych zmarszczek na powierzchni. jedyne pomieszczenia mieszkalne na tej ponurej pustyni. że od leciwych mędrców niełatwo się czegokolwiek dowiedzieć — na starość kostnieją i niezwykle powoli uruchamiają swoją bibliotekę wspomnień. Woda była zwyczajna. Capellańczyk podejrzliwie wpatrywał się w nas wstęgą oczu i odniosłem wrażenie. Zresztą te istoty widzą na wszystkie strony i niewykluczone. Młodzi natomiast operują wiedzą znacznie swobodniej.

drodzy Ziemianie. — Szczupła talia i blada cera?. starając się cokolwiek dostrzec w otaczającej pustce i wreszcie powiedział: — Poddaję się. aż wreszcie otaczała nas cała chmura tych istot. Zjawy odbijały się od podłogi pajęczymi nóżkami i grupowały dokoła. Jedyną jej ozdobą. W przedsionku ubraliśmy się w przezroczyste i elastyczne skafandry. Altairczycy krążyli wokół Wiery zasypując ją pytaniami i odpowiadając na jej pytania. to nie wiem. To były niewątpliwie żywe istoty. — Skąd ten brak uprzejmości. Romero nieco zmieszany. Za hallem znajdowała się wysoka. Przestawiłem deszyfrator na program „Rejon Orła. a wy nabraliście wody w usta! — powiedział . Pas reflektorów rozjarzył się blado i momentalnie wokół nas zapłonęły półprzeźroczyste sylwetki. polega na tym. jak panu dogodzić. — Teraz odwiedzimy wysłanników Altairu. Jego widmo . pusta sala. 25 Po takim wstępie oczekiwałem z niecierpliwością na spotkanie z Altairczykami. uprzedzając złośliwe komentarze Spychal-skiego. Altair jest gwiazdą klasy A z temperaturą powierzchni około 9000 stopni. choć przypominały koszmarne widziadła: ni to gigantyczne pająki. — Co dla pana jest oznaką człowieczeństwa? — zapytał Spychalski Romera. szepnął mi na ucho: — Te istoty są chyba bardziej przejrzyste od naszych meduz.. Spychalski z zadowoleniem pokiwał głową. jeśli można to uznać za ozdobę. niczego nie rozumiem. i to na ich korzyść. sprawiającym wrażenie skrzyni ustawionej na ziemi. Otaczają was sympatyczni Altairczycy tęskniący do rozmowy z ludźmi. nawet półprzezroczystość. że nie walczą ze sobą. Hotel „Gwiazdozbiór Orła" był niewielkim metalowym budynkiem bez okien.. ni to kule najeżone sztywną szczecinką. od nieprzenikliwej masywności. — Życie społeczne mieszkańców Aldebarana i Capelli przypomina zwyczaje prymitywnych plemion ludzkich — zauważyła Wiera. Spychalski patrzył na nas z ironicznie-triumfalnym uśmiechem. promieniowanie przenikliwe". był pas reflektorów otaczający pomieszczenie tuż poniżej stropu. Szczupła talia też mi bardziej odpowiada niż zwaliste cielsko. ale wdzięku mają chyba mniej od nich. jak dalece te istoty są rozumne. a Spychalski opowiadał mnie i Romerowi o ich życiu. — Pająkokształtne z gwiazdozbioru Orła—powiedziała Wiera. lecz nadal zadziorny. — Jedyna różnica. Jeśli nie uzna ich pan za nadludzi. zielone i fioletowe. ale w każdym razie nie mają za grosz człowieczeństwa. Romero ze zdumieniem rozejrzał się dokoła. — Lepsza jest bladość. — Aktywne życiowo jedynie w strumieniu twardego promieniowania. Wolę również dwoje niebieskich oczu od czterdziestu ośmiu bezbarwnych.— Nie wiem.

Zatroszczono się również o zajęcie dla nich. lecz substancjami promieniotwórczymi. z której może ich wyprowadzić jedynie dawka promieni gamma. Zabawny jest sposób życia tych niebezpiecznych dla nas. Zacząłem przysłuchiwać się rozmowie Wiery z Altairczykami. ale dobrodusznych z usposobienia widziadeł. budują kanały. Minęła co najmniej godzina. Naszych gości z gwiazdozbioru Orła interesowało. ale i zachwytu Wiery również nie pojmowałem. gdy niczym chmura różnokolorowych zjaw wirowali nad jej głową. jak nazywali promienniki gamma. Węże są jedynymi istotami. gdyż inaczej nie mogliby oglądać swoich dzieł. — Chodźmy teraz do hotelu „Gwiazdozbiór Lutni" w odwiedziny do myślących węży z układu planetarnego Wegi — zaproponował Spychalski. to do drugiego Altairczyka starając się natychmiast odpowiedzieć każdemu. co niosło mu śmierć. przyjaciele! — powiedziała Wiera z żalem w głosie i długo machała im ręką. Wiera obiecała przystać im partię tych urządzeń. Zwracała się to do jednego. I oto dokonał się cud przystosowania: życie na Altairze oparło się na tym. a lawina spadających na nią pytań bynajmniej nie słabła. których nie znoszę.zawiera znacznie więcej promieniowania twardego niż Słońce. oczy jej radośnie błyszczały. Komórki organizmów Altairczyków zaczynają funkcjonować dopiero pod wpływem twardego promieniowania wysyłanego przez gwiazdę. Każda z otaczających nas istot jest sama źródłem promieniotwórczości. — Ale te dobroduszne istoty prowadzą wyniszczające wojny. Romero powiedział półgłosem: — Nie. spojrzałem więc z przerażeniem na Spychalskiego. wcale się nie zachwycam tymi nitkowatymi rozbójnikami z Altairu ani hipopotamami z Aldebarana i Capelli. Sojusz Północny i Południowy. kiedy strumień promieni rentgenowskich słabnie. Siostra zaróżowiła się. Organizmy białkowe na planetach układu Altairu zginęłyby natychmiast pod wpływem radiacji. że są dobroduszni —powiedział Romero. w południe ich aktywność życiowa osiąga maksimum. Budzą się i stają się widzialni po wschodzie Altairu. Altairczycy są doskonałymi budowniczymi: wznoszą domy. czy rzeczywiście ich hotel jest tworem sztucznym i czy nie mogliby zabrać na Altair wspaniałego płomienia przenikającego członki. Za halą mieszkalną rozpościera się placyk wypełniony tworami ich „rąk". Ich słońca też nie wzbudzają sympatii. — Do widzenia. w pozostałych zaś radiacji nie ma i pająkoksztattne zasypiają. a pod wieczór. — Powiedział pan. . ale malują nie farbami. Altairczycy są zresztą również świetnymi malarzami. stają się ospali i ogarnia ich śpiączka. Wstręt Romera do tych dziwnych gwiezdnych istot wydał mi się nieco udawany. Jego krzywy uśmieszek niczego dobrego nie wróżyt. Na Orze w określonych godzinach Altairczyków napromieniowuje się. wojują. — To prawda. Mają dwa państwa.

Płomyki szybko przesuwały się na tle drzew. Szepnąłem nawet Romerowi na ucho: — Dla takiego zwierzyńca nie warto było chyba organizować konferencji międzygwiezdnej. skoro Altairczycy są tak straszni? Dziś niepokój. rozwinęły się do rangi istot myślących. ale nie uświadamiałem sobie tego. że nie mają nóg: ich tułów kończy się pojedynczą stopą. blade jak wszystko w tym mrocznym ogrodzie. Oczarowany nie mogłem oderwać od nich wzroku. Marcin Spychalski powiedział głośno: — O czym pan myśli. Patrzyła na mnie ludzka twarz. nie zauważyłem nawet. Poruszają się wirując na tej stopie tak szybko. które gdzieś na dalekiej gwieździe. że pole siłowe reaguje nie tylko na właściwości przedmiotów. Wega jest gorętsza od Altairu. gęste zarośla krzewów i korzennie pachnące kwiaty. Wprawdzie przypominały czymś węże.Kiedy już byliśmy przy wyjściu. 26 I oto weszliśmy do trzeciego hotelu. co wywołuje strach lub odrazę. Przenieśliśmy się w inny świat. Wegańczycy mieli wężowo giętki korpus uwieńczony ludzką twarzą i rękami. który mnie wówczas ogarnął. nieco tylko krótszymi i cieńszymi od naszych. Nagle wszędzie zamigotały pomarańczowe ogniki. . Próbował objąć wloskowatymi kończynami. że wyglądają jak połyskliwa kolumna. zaszło wydarzenie świadczące o dalekowzroczności konstruktorów Ory. z jakim nieprzyjemnym uczuciem przekraczałem próg gmachu. Wokół mnie uwijał się jaskrawozielony Altairczyk. jak wewnętrznie kurczyłem się na myśl o zetknięciu ze śliskimi gadami. jednej z najpiękniejszych gwiazd ziemskiego nieba. Rozejrzałem się dokoła. Okazało się. Mimo woli drgnąłem. Później dojrzałem. Coś mnie ścisnęło za gardło. wydaje mi się proroczy. Altairczyk zaś zniknął niczym zdmuchnięty wiatrem. Stałem wtedy na skrzyżowaniu dróg życiowych. że omal nie krzyknąłem z przestrachu. niemal tulił się do skafandra. że smagnął mnie zimną nóżką po twarzy. Pamiętam. Początkowo było ciemno. że zbliżają się wirując. jej promieniowanie zawiera jeszcze więcej twardej radiacji. jakimi więc potworami muszą być mieszkańcy jej układu planetarnego. młodzieńcze? Proszę nastroić deszyfrator na mowę dźwiękowo-barwną. wielkiego ogrodu przykrytego kopułą. kiedy stali tuż obok i witali nas głosem i blaskiem. ale nie to rzucało się w oczy. Dokoła wznosiły się jedynie rośliny: wysokie drzewa. Spostrzegłem ich dopiero wtedy. Początkowo nie widziałem tego. Takie same twarze widniały z boków i z tyłu. Otaczały nas istoty tak nieprawdopodobnie ludzkie. lecz również na odczucia właściciela i momentalnie odrzuca to. Dzięki temu pole siłowe w jakimś stopniu zastępuje dobre ziemskie Opiekunki. Wydało mi się. nie mogłem przemówić słowa z zachwytu i zdumienia.

— Czyżbym źle wymawiał? — Fiola — zaskrzypiał maszynowy głos deszyfratora. Mieszkańcy układu Wegi mówią blaskiem swoich oczu! — Zaczynamy! — powiedziała Wiera. jacy ludzie są dobrzy i potężni. że aż nieprawdopodobne. nie mogłem oderwać się od Fioli. Eli. Równocześnie jej oczy rozbłysły fioletowym ogniem. — Imię równie piękne jak dziewczyna. lecz patrzyłem tylko na Fiolę. usta i nos są identyczne z naszymi. a nie literami.. Deszyfrator przełożył jego mowę na ludzki. Wykrzyknąłem: — Fiola! Cóż za piękne imię! Wszyscy roześmiali się. Dziękujemy za gościnę.. Nie. i jest to prawda. z zaciekawieniem wpatrywała się we mnie. Ogólny kształt twarzy. Wiera nie była jeszcze w połowie swoich rozmów i pytań. wygłosił nieco ochrypłym. wspaniałych brwiach i długich rzęsach. zmieniającymi barwę oczami. polały się z niej kaskady dźwięków i barw. nawet Wiera się uśmiechnęła. nieustannie zmieniające barwę. suknie czy też płaszcze. że ich twarze przypominają ludzkie. Zresztą nie to jest ważne. nie mogłem odpowiadać takim samym . Zbliżyłem kulę deszyfratora do tego Weganina. Weganie ubrani są w różnobarwne. — Chciałabym się dowiedzieć. — Fiola — powtórzyłem w zmieszaniu. gdyż była to dziewczyna. szary język. a ja już nauczyłem się rozumieć ten zachwycająco malowniczy język. lecz niepełna.. jak czują się nasi goście? Choć to było zwykłe. a właściwie jedna. staraj się nie rozpraszać! Ale nie potrafiłem się skupić i chociaż byłem ciekaw. Ona również patrzyła tylko na mnie. Zaśpiewała swoje imię subtelnym głosem przypominającym dźwięki fletu i możliwym do oddania jedynie nutami. Kula zamigotała i rozśpiewała się. — Jak się nazywasz? — zapytałem. Nie. — Niech będzie Fiola — powiedziała Wiera. A w odpowiedzi jeden z Wegan zaśpiewał i zamigotał oczami. rozbłyskujące i gasnące. To było tak piękne. Nawet wśród pięknych Wegan dziewczyna wyróżniała się niezwykłą urodą. standardowe pytanie. takich różowych wargach. z którym rozmawiała Wiera. mówię o głupstwach. półprzeźroczyste szaty. Ziemska królowa piękności nawet nie może marzyć o takiej matowej. Ale czas wrócić d0 rozmów. atłasowo gładkiej cerze policzków. rozmawiała ze mną rozbłyskującymi i gasnącymi. kiedy unosiłem deszyfrator. czego potrzebują i do czego dążą te wspaniałe istoty. Ale wszystko to składa się na całość bez porównania bardziej harmonijną i delikatną. ręce mi zadrżały.Powiedziałem. Jeden z przybyszów z Wegi. jednakowe we wszystkich gwiezdnych światach podziękowanie: — Czujemy się tu cudownie. Ja też nie spuszczałem z niej wzroku. oczy.. również nie o to chodzi! Naj niezwykle j sze są ich oczy. zarys głowy. ludzkim głosem uprzejme. Opowiemy naszemu ludowi o tym. W oczach dziewczyny również zamigotał błękitnoróżo-wy śmiech. — Fiola.

Romero pociągnął mnie za sobą. — Ten hotel jest jedynym miejscem. czy Ziemianie mogą odwiedzać ten hotel? Jego twarz znów wykrzywiła się w uśmiechu i nagle pojąłem. — Ocknij się. Masz dobrą twarz. Wszyscy macie wielkie. bardzo chcę zostać z tobą.. aby zadurzyć się w pierwszej napotkanej Niebiance. po prostu wpatrywałem się w nią pełen zachwytu! — Odtrącać wszystkie ziemskie dziewczyny. . Eli — powiedziała Wiera. Eli. Patrzyłem na niego w milczeniu. najprawdopodobniej po prostu gapiłem się głupio na Fiolę. Rozumieliśmy się bez słów. Wiero. Za bramą hotelu Wiera udzieliła mi nagany.. że wąż skusił pramatkę ludzi. że jego krótka . — Fiolo! — powiedziałem zapominając o deszyfra-torze. Jesteście zadziwiającymi stworzeniami — mówiła Fiola — a ty jesteś najpiękniejszym z ludzi. Biedny Eli dał się chyba uwieść pięknej i podstępnej wężycy. ale ty jesteś najsilniejszym z Ziemian.blaskiem oczu. Ileż to razy słyszałem w dzieciństwie ten surowy głos! — Jestem z ciebie niezadowolona. Były ciemne. Czemu tak się gapiłeś na tę biedną dziewczynę? — Zachwycałem się nią. nawet nie przypuszczałem. ja i piękny. — Rozmowa skończona. jakby po raz pierwszy. zostanę. Fio-lo!. podczas gdy ja sam byłem już w nowym. jesteś zgrabny i piękny. drżę z radości.. Tak. Chwyciłem rękę Fioli i zajrzałem w jej oczy. Romero powiedział z przekąsem: — W starych podaniach mówi się. nieśmiałonamiętne wyznania. że Paweł bardzo dba o swą urodę. gdzie na ludzi nie czyhają żadne niebezpieczeństwa prócz urody jego mieszkańców. ale Fiola pojmowała moje milczące. Nie chciałem jej peszyć. — Trzeba już iść? Naprawdę musimy już iść? — A ty myślałeś. że mogą istnieć takie istoty. niejaką Ewę. Spostrzegłem też. silne ręce. wyniosły i pyszałkowaty. ja chcę. że jest to dobry człowiek. Słyszałem głos dobiegający z mego starego świata. że zapragnęłam. oczywiście — odpowiedziałem — to znaczy wręcz przeciwnie.. póki czarne oczy Fioli nie zapłonęły barwą morskiej wody rozświetlonej słońcem. Eli? — Najważniejsze. tak czule patrzysz na mnie. wcale nie jestem najsilniejszy i najpiękniejszy. —Ja tu jeszcze przyjdę. Czekaj na mnie! Powtarzałem: „Ja tu przyjdę". uśmiać się można! Ale za to ty jesteś cudowna. kiedy patrzysz na mnie swoimi wspaniałymi oczami! Tak. nie odejdę od ciebie. abym ja uwierzył! — mruknąłem. — Marcinie Julianowiczu!. Romero opierał się na idiotycznej laseczce. będę patrzył i ty patrz na mnie. kto w to uwierzy. nie lękaj się. że tu zamieszkamy? Obróciłem się ku Spychalskiemu. abyś objął mnie swoimi wielkimi rękoma.

dojrzałem stojących na uboczu Andre i Lusina. Żadne z rozumnych plemion tak się nie rozmnożyło. Popatrzylibyście. szerokie potężne skrzydła zabarwione na wszystkie kolory tęczy. złote włosy.. Wyglądają imponująco. Trafiały się skrzydła różowe.. — Pawle.broda jest pieczołowicie pielęgnowana. Anioły mają w sobie coś wzbudzającego antypatię. — W społeczeństwie tych skrzydlatych istot zachowały się antagonistyczne klasy. — Każdego dnia wszczynają bójki. a nawet majestatycznie: białe ciało. prawie czterysta miliardów. Żaden z nich nie ma gładkiej cery. Na domiar złego Anioły rzadko się myją i po prostu cuchną. Klepałem je po skrzydłach. ale było ich zbyt wiele. Między nami coś się zerwało.. Czteroskrzydłych najwyżej dziesięć procent. W milczeniu dolecieliśmy do hotelu „Hiady". prostokąty domów tworzą ulice. co uważać za rozum. W każdym razie bardzo głodne plemię. — Jest ich bardzo dużo. Romero przestał być moim przyjacielem. Pióra lecą z nich niczym puch z topoli. dwadzieścia trzy zaludnione układy.. bo Anioły uwielbiają ruchome obrazy. Kiedy przedarliśmy się przez skrzydlaty tłum. sto siedem gęsto zamieszkałych planet. Radosny pisk i uderzenia piór ściągnęły następne. — To zależy. Prawdopodobnie dzięki temu właśnie tak szeroko zasiedlili odmienne w charakterze planety. Nawet młodzi mają pokryte zmarszczkami twarze i każdy wygląda jak postarzałe dziecko. proszę mnie zastąpić przy deszyfratorze — poprosiłem Romera. aby się z każdym przywitać. Twarze Aniołów są z gruba ciosane i bezwłose. pomarańczowe. W jaskiniach Aniołów pachnie chyba nie lepiej niż w stajniach pegazów.. hałaśliwe i rozbrykane. — Rozumne plemię?. Ten budynek wielkości całego miasta pełen jest zieleni i światła. — Niedorzeczny ludek — potwierdził Spychalski. Skrzydlaci łatwo przystosowują się do każdych parametrów grawitacyjnych i temperaturowych. . fioletowe. Mnie nie opuszczał obraz Fioli. czarne (zwłaszcza u czteroskrzy-dłych). za to każdy z nich miał siły za trzech. Warunki w hotelu są zbliżone do ziemskich. co się dzieje. Wiera zamyśliła się. — powtórzył z powątpiewaniem Spychalski. 27 — Teraz Anioły z Hiad — powiedziała Wiera. W latającym tłumie więcej było dwuskrzydłych. kiedy rozlega się sygnał na posiłki. Trzy uradowane Anioły natychmiast rzuciły się na nas z szatańskim łopotem skrzydeł. Wrażenie to potęguje jeszcze ich zachowanie. Po chwili w powietrzu za-kłębił się cały skrzydlaty tłum. na skrzyżowaniach wznoszą się amfiteatry z ekranami. ale przeważały różnobarwne..

gdyż światło zewnętrzne było silniejsze od wewnętrznego blasku wideokolumny. — Mylicie się! — wykrzyknął radośnie Andre. Andre nie czekając na przebudzenie Anioła natychmiast zmaterializował jego sny na wielkim deszyfratorze. Wpatrywałem się w nią z wysiłkiem. — Najpierw wysłuchaj. Jedynie własne doznania. — Milcz i słuchaj! — wykrzyknął Andre. Kiedy przyszli do izolowanego czteroskrzydłego. — Rozumiesz. które demonstrowano już na Ziemi: skały. Zobaczyłem te same obrazy.. — No? — zapytał Andre. milcz! Uzyskaliśmy wspaniały zapis snów tego czteroskrzydłego. Czemu machasz rękami? — Bo kazałeś mi milczeć! —wrzasnąłem i dodałem spokojnie: — Pokaż zapisy. — To jest deszyfrator! — triumfował Andre. czarne jezioro. a potem ci pokażę. miał koszmary i jego mózg intensywnie promieniował. Jakiś rozbawiony Aniołek rzucił się na mnie z rozpostartymi skrzydłami. Andre patrzył na nas z triumfem. — Nowe informacje o Galaktach. jak wali się z trzaskiem twoja kolejna teoria. a nie dziedziczność może dać tak wyraziste obrazy. ale zdołałem mu umknąć. ci sami Galaktowie. o groźnym pysku i potężnych skrzy dłach. Bezczelnie roześmiałem mu się w twarz. Dalej też nie było niczego nowego. Lusin i Andre mieli szczęście. skoro zapisaliśmy je już w trakcie pierwszego badanego snu. — Kopia.Romero zdziwił się: czyżby aż tak podobali mi się krzykliwi lotnicy. że chcę porozmawiać z nimi na osobności? Wyjaśniłem. jaskrawe gwiazdy. czy prawidłowo tłumaczysz jego sny? — Jakbyś zgadł. a my bez kłopotu rozszyfrowujemy znacznie trudniejsze rzeczy! I nie zwlekając. zniżający się cygarowaty statek. a ja ruszyłem w kierunku Lusina i Andre. wieża z obrotowym okiem. co to znaczy? — Rozumiem. że chcę zamienić kilka słów z Andre. aby zobaczyć. w pełnym słońcu wezwał wideokolumnę. wyblakła kopia zapisów Spychal-skiego. zwalistym Anieliskiem. Wlepił w nas mętne ślepska i coś warknął. Anioły mają cienkie głosiki i mówiąc zawsze dławią się z pośpiechu. — Allan dopiero na Ziemi zdołał odczytać mowę jakichś zde chłych mchów. tak że w każdym ich zbiorowisku panuje hałas i pisk. Anioł sam widział Galaktów. na ulicy. Paweł wziął deszyfrator. — Pójdę z wami. Już widzieliśmy. Anioł spał.. że już widzieliście? Ważne jest jedno: gwiezdne widzenia nawiedzają naszego czteroskrzydłowego bardzo często. Czteroskrzydły awanturnik był ogromnym. Ten natomiast . — Teraz idziesz przesłuchiwać tego Anioła i wyjaśnić. — No to co. — Ja również — odezwał się milczący dotychczas Lusin. Ogarnęło mnie zdumienie. Mówię ci.

Nie rozumiałem.. Jestem przekonany. że osobiste pole ochronne ludzi na Orze reaguje na emocje. czemu z całego bogactwa języka ludzkiego deszyfrator spożytkował jedynie tę starzyznę. lecz grzmiał basem. czemu w największym stopniu odpowiada „książę" i „diabeł". Anioł ryknął basem: — Ratunku! Ratunku! Cofnąłem pole i czteroskrzydły runął na ziemię. że nasz jeniec miał na myśli coś. że zadam mu kilka pytań? — Na kolana! — ryknął Anioł. „na kolana". Zwroty „wynoście się do diabła". „książę" zbyt przypominały ziemskie pojęcia i porzekadła. choć rozpaczliwie bił skrzydłami starając się wyrwać z niewidzialnych rąk.głos miał dopasowany do postury. Lusin zasapał i odwrócił się. — Wyższe istoty! — Wstań i przestań być księciem! —powiedziałem. że w owej chwili brutalny Anioł wydał mu się czymś w rodzaju jego łagodnych smoków lub cudacznego boga Hora z sokolą głową. — Po co mamy klękać? — zapytał Andre.. — Ludzie nie mają takiego zwyczaju. — Pamięć ma dosyć obszerną: czterysta tysięcy słów i sto milionów pojęć. Andre opowiedział Aniołowi jego sny i zapytał. lecz pełzł rozpostarłszy skrzydła w uniżonym geście. rozłożył skrzydła i zabulgotał. który go jeszcze bardziej rozzłościł. aby były prawdopodobne. Zwątpiłem w prawidłowość przekładu. — Nikt nie widział Galaktów. żeby DUM kłamał — zaoponował Andre. Anioł groźnie pochylił byczą głowę. — Na kolana albo śmierć. co mogę powiedzieć potężnym istotom. „pochodzę od bogów". Podobał mi się. Skrzydlatym „księciem" rzucało w powietrzu. Andre nastawił deszyfrator i powiedział uprzejmie: — Pozwoli pan. Deszyfrator przetłumaczył odpowiedź Anioła: — Pochodzę od bogów. Kiedy szczególnie mocno uderzyłem go polem. — Nie sądzę. nie piszczał. skoro więc wybrał księcia i diabła. Anioła tak trzasnęło. to znaczy. — Wyższe istoty! — wymamrotał Anioł roztrzęsionym głosem. że wybuchnęliśmy śmiechem. Wywołałem więc w sobie gniew. Przerażony i bezsilny nie próbował się nawet podnieść. . a ty zachowujesz się po chamsku! — Pytajcie! — skwapliwie odpowiedział Anioł. — To są legendy — mamrotał Anioł. — Nie znoszę durniów! Pytają cię jak kogo dobrego. Wówczas ja zwróciłem się do Anioła: — Dlaczego pan uważa się za księcia? — Nalecę i rozdepczę! — powiedział swarliwie Anioł. że wrzasnął z przestrachu. — Choć nie wiem. czy przypadkiem nie widział Galaktów i ich wrogów. Jestem księciem. Przypomniałem sobie. — Na kolana albo wynoście się do diabła! Jego wściekłość była tak niedorzeczna i gwałtowna. W dzieciństwie słyszałem o nich bajki. Kolejno rozszerzałem i zmniejszałem pole.

— I nigdy nie pozwolimy — potwierdziłem. Piękny.. Nie lubię dwuskrzydłych. który postarał się nie zauważyć mojego wzroku. i byłem przygotowany na wszelkie niespodzianki. Czyżbyś nie wiedział. abyście mnie polubili. Nie chciałbym bez swego pola ochronnego znaleźć się w zasięgu tych paluszków. aby się nad tobą znęcać jak nad gorszym. Każdy z nas jest o wiele potężniejszy od ciebie. że czteroskrzydtych przywieźli ze sobą gwiezdni tułacze. pięć silnych czarnych palców z pazurami. że aż mi się go żal zrobiło. gdzie pracowite istoty dają się osiodłać pasożytom. Jak się nazywasz? — Wołają na mnie Trub — odpowiedział. natomiast dwuskrzydli są gatunkiem miejscowym. jedwabiste. kiedy rozmawialiśmy z istotami składającymi się w trzech czwartych z metali czy też z galaretowatymi myślącymi kryształami ginącymi od światła. Najsilniejszy ze wszystkich Aniołów. — Co znaczą te brednie? Anioł opuścił skrzydła i głowę. że ludzka dwunoga i jednoglowa forma ciała jest zaledwie jedną z możliwych powłok rozumnego życia. Po wyjściu z anielskiej celi podsumowaliśmy informacje uzyskane od Truba. — Jest podanie mówiące. — Nie pasożyt. silne. że są nędznymi podistotami. Chcę. a nawet nie pomyśli.. — To żadna nowość — odparłem. pozostałe zaś są raczej dodatkowymi lotkami.. Nowe pomysły zbyt łatwo przychodzą mu do głowy. Czule rozwichrzyłem mu pióra. a jakim . a nasza wiedza o nich nie wzbogaciła się. Rozumiem. Chciałem im tu wytłumaczyć. ale ludzie nie pozwalają ich bić. — Postaram się. Skrzydła miał wspaniałe. — A czemu chwalisz się swym boskim pochodzeniem? — spytałem Anioła. Bardzo silny. że najlepszą metodą usprawiedliwienia własnego lenistwa jest tłumaczenie go przez boską naturę? — Trub dobry — powiedział zmartwiony Lusin.Spojrzałem wymownie na Andre. — Myślę o podaniach dotyczących pochodzenia czteroskrzydłych.. — Interesują nas Galaktowie. — Zakazujemy także uważać ich za istoty niższe. W zagięciu dużych skrzydeł znajduje się uwstecz-niona ręka. Andre próbował usprawiedliwić się ze swej nieudanej teorii. Takie podania mają wszystkie narody. 28 Wrażenia wyniesione z pozostałych hoteli zlały się w nieuchwytne uczucie czegoś nużącego.. Zresztą nie bardzo przejął się fiaskiem swojej teorii. W naturze istnieje nieodparty pęd do poznania samych siebie. Przecież w końcu był dziecięciem swego niedoskonałego społeczeństwa. Nie dziwiłem się nawet. Był tak poniżony. Właściwie ten czteroskrzydły ma tylko dwa prawdziwe skrzydła. Wszystko jest możliwe.. pokryte lśniącofioletowymi piórami. — Mimo wszystko czegoś nowego się dowiedzieliśmy — powiedział.

Proszę mi odpowiedzieć. że rozumne życie może równie dobrze występować w formach pięknych. za to zapachy stawały się intensywniejsze. miliony podobnych do was fantastów i szaleńców. uczciwie odpowiedzieć. Romera oburzyła moja tolerancja. Rozmaitość form życia zebranych na Orze była przytłaczająca. zmieniając się w księżyc. teraz ich ubóstwiam. gotowy poświęcić wszystkie siły grzebaniu w idiotycznych myślach prymitywnych jak debile Aniołów. a ja opowiadałem. — Głupstwa opowiadasz. co się dzieje na Orze. Trzy czwarte tarczy w ogóle zgasło. czy to.. jest sprawą warunków i przypadku. ba. Znajomość z Niebianami przekonała mnie. zamieniało w szumy i szmery. — Już się o nich zapomina. Dopiero teraz pojąłem całą głębię kryterium „Wszystko dla dobra ludzkości i człowieka". Odraza zeszpeciła mu twarz. jakie myśli przyszły mi do głowy w czasie zapoznawania się z Niebianami. Zapomina pan.konkretnym sposobem to samopoznanie się realizuje. mój drogi! Wszystkie te anielskie gęby. przyjacielu! Wsparł się na lasce i przemówił uroczyście: — Nasz sojusz przeciwstawi się poświęcaniu interesów człowieka dla dobra pótzwierząt. moralnych i fizycznych potworków. Zawiążmy więc przyjacielski sojusz skierowany przeciw jej niebezpiecznym fantazjom. Zapominają też tysiące. ale pod koniec obchodu poczułem się zupełnie rozbity. ale nie na tyle. Taki pogląd pomagał mi zachować spokój przy nowych znajomościach. Chcę coś zaproponować. Wiera jest droga nam obu. wężoludzie i półprzejrzyste pająki są tylko potworkami. aby ich znienawidzić. — Myli się pan — odrzekł Romero ponurym głosem. Powietrze. a z potworkami nie chcę mieć nic wspólnego. — Nie podobają mi się nastroje pańskiej siostry. był nów. teraz go tłumiło. jak i odrażających. że warunki czasem układają się dziwacznie. nie świadczy o uszczuplaniu interesów ludzkości. we dnie niosące daleko każdy dźwięk. — Pańskim zdaniem niebezpieczeństwo zapomnienia o interesach ludzkości jest realne? — Tak! — odpowiedział. Romero wymachiwał laseczką.. Andre. Wiele mi się w Niebianach nie podobało. Wieczorem spacerowałem wraz z Romerem po planecie. Dawniej niezbyt się zachwycałem ludźmi. Woń kwiatów wywoływała lekki zawrót głowy. Nieruchome słońce utraciło już swe dzienne gorąco i pobladło. — Kryterium jest prawidłowe i nikt nie zamierza go obalać. Nie należy się dziwić. kiedy tak oburzająco obojętnie przyznaje. a tym bardziej oburzać. że człowiek jest najwyższą formą życia rozumnego. Pan jest zdziwiony? Proszę mnie wysłuchać uważnie. Wszystkie bogactwa Ziemi zapewniają luksusowe warunki pająkom i hipopotamom! Gwiezdny Pług wysłany na Wegę zużył cały zapas substancji . Nie pamięta o nich Wiera planując szeroką pomoc dla setek układów gwiezdnych.

Na naszej wypielęgnowanej Ziemi maszyny zbyt troskliwie nas piastują! Wszedłem do parku. Z ciężkim sercem popatrzyłem za nim. wyłącznie o sobie! Żadnej dobroczynności kosztem interesów człowieka! Ostatnie słowa krzyknął w takt uderzeń laski. Powtarzam to. to teraz milczeć nie będę. że mimo woli zażądałem jakiegoś wehikułu. według starożytnych wzorów. Po co tu przyszedłem? Jeśli nawet Romero przesadza w swojej antypatii do Niebian. A człowiek? Człowieka odsuwa się na dalszy plan. Romerowi z wolna wracał jego zwykły ironiczno-wyniosły wygląd. Brakowało mi na Orze ziemskich wygód. 29 Przekroczyłem próg hotelu „Gwiazdozbiór Lutni" i zatrzymałem się zmieszany. Jeszcze niedawno nie widziałbym w jego wypowiedzi niczego niemożliwego do przyjęcia. Gdyby była Opiekunka. że ocenę potrzeby tego sojuszu wezmę na siebie. pan czy pańscy antagoniści. „Powiedz. gdyż takie poglądy odpowiadały moim ówczesnym nastrojom. kto ma rację. po co ten patos. — Dzięki za dobrą radę. — Pozwoli pan. mój młody przyjacielu. Tak wygląda nasza troska o innych. Bylo mi smutno. Nawet w ciągu dnia wszystko rozpływało się tu w półmroku. Uświadomiłem sobie. — Nie rozumiem. nie omieszkam zastosować się do niej. po spotkaniu z Fiola. Nad ludzkością zawisło wielkie niebezpieczeństwo i obecnie musimy myśleć tylko o sobie. A więc. W parku lśniło to samo przytłumione do księżyco wego blasku słońce. co już mówiłem na Ziemi. stałem się inny. Jeżeli do tej pory milczałem. wszystko byłoby proste. a co dopiero w nocy! . która o podobnym uczuciu nawet nie słyszała". obdarzasz ziemskim uczuciem miłości mieszkankę gwiazd. Wszedłem do kabiny i pomyślałem: „Do Fioli". nie znaczy to jeszcze. szanowny przyjacielu. Pawle? Proszę zapytać MUK. uniósł kapelusz i oddalił się. Roześmiałem się. iż nasza wieloletnia przyjaźń w tak niedługim czasie rozpadła się w proch. że trzeba się w nich kochać. Ceremonialnie. i wszystko stanie się jasne. A ja nie pozwolę człowieka krzywdzić. jeżeli dobrze zrozumiałem. nie odpowiada panu proponowany przeze mnie sojusz? — W ogóle nie widzę potrzeby zawiązywania podobnego sojuszu. choć ta planeta uchodziła za cud techniki. co i na zewnątrz. Teraz. Dobranoc. Przede mną wylądowała awionetka. kaprys pozorowany chęcią poznania nowego" albo: „Przydarzyło się nieszczęście. co się ze mną dzieje?" — „Nic szczególnego.aktywnej na budowę sztucznego słońca dla kochanych wężyków. a po jego twarzy przemknął niedobry uśmieszek. Ze spuszczoną głową wlokłem się pustynną aleją bulwaru.

że uciekają nie pytając. Pienia umilkły wkrótce. jedynie w oddali zapalały się i gasły rozjarzone świetliście słupy. bojaźli-wą ciszę. Nie mogłem utrzymać się na nogach. jaskrawy i nieuchwytnie szybki. co mnie do nich sprowadza. Teraz myślałem tylko o jednym: jak najprędzej wydostać się z milczącego ogrodu. a potem bezceremonialnie wtargnąłem pomiędzy krzewy. chcąc się zorientować. — Fiolo! — zawołałem półgłosem. Chciałem zrobić jak najwięcej hałasu. co mi przeszkadzaio. w jakim miejscu się znajduję. Cisza dzwoniła w uszach. — Fiolo! — szeptałem. W głowie mi huczało. aby zaniepokoić Wegan. kopałem nogami krzewy i biegłem dalej. — Fiolo! — ryczałem. — Fiolo!—wrzasnąłem. przewracałem. Nagle wpadłem w gniew. Spadła na mnie dławiąca ciemność wypełniona sennym szelestem liści i niespokojnym pomrukiem moich własnych myśli. nikt nie odezwał. Doznałem zawrotu głowy. przyjaciele! — powiedziałem. Parłem w czujną. wpadając na drzewa. to ja również nie muszę się nimi krępować. Ja. Ogarniał wstyd. zachowałem się jak dziki zwierz lub nieokrzesany barbarzyńca gotowy bić i tratować.—Fiolo!. Potem rozpłomienił się drugi i zniknął. Coś zastąpiło mi drogę. ukazując niebo z gasnącym księżycem. lecz w domu gości przekonanych o potędze i dobroci człowieka! Co oni teraz o nas pomyślą? — Wybaczcie.. usiłując określić kierunek. że nie widziałem nieba.. krzew lub istota. I znów nikt mi nie odpowiedział. Pohukiwałem dla dodania sobie animuszu i rwałem do przodu odrzucając na boki wszystko. znów podrywa łem. W oddali pojawił się i przemknął różowy słup czy wicher. jak nieoczekiwanie pojawiała się awio-netka i wezwałem w myśli dyspozytornię planety. I to w dodatku nie wśród ludzi. Wkrótce drzewa rozstąpiły się. Jeśli są na tyle nieuprzejmi. zaschło mi w gardle. — Fiolo! Z czerni krzewów znów wychynął w przelocie lśniący wir. Zacząłem głośno tupać nogami. Nikt się nie zjawił. Korony drzew łączyły się nad moją głową tak. Tam znów usłyszałem śpiew i przez chwilę stałem. W oszalałym biegu wśród krzewów zapędziłem się zbyt daleko. Zatrzymałem się. Leżałem popłakując z wściekłości i poczucia bezsiły. To chyba silna woń nieznanych kwiatów tak mnie oszołomiła. Nie było łączności z tym ogrodem. potykałem się. Przypomniałem sobie. Pienia nasilały się. — Fiolo! Runąłem do przodu. Wyszedłem na drogę. z którego dobiegał. Ruszyłem wybierając drogę na los szczęścia. Zabrzmiał cichy śpiew. dźwięczał w nich niepokój ustępujący miejsca dyskusji lub . — Fiolo! Podniosłem się z trudem. W jakimś zakątku ogrodu przewróciłem się i już tak pozostałem. Wpatrywałem się w gwałtownie wirującą pochodnię ginącą za drzewami i wsłuchiwałem się w śpiew. — Wybaczcie. Byłem zwyciężony.Szedłem po omacku. odepchnąłem to coś. każda komórka ciała dygotała jak w febrze. dumny ze swego rozumu człowiek.

Ledwie utrzymałem się na nogach i objąwszy Weganina zawirowałem wraz z nim.. Teraz widziałem. lecz znów coś ją powstrzymało. Pospiesznie cofnąłem pole. Jakaś siła. tak jak u nas bywa gniewny glos. zabrzmiał głośniej. — Czemu wy się mnie boicie? Śpiew umilkł. Uśmiechnąłem się. Z przestrachu blask ich oczu przygasł. To było gniewne światło. odrywała mnie od Fioli. Te istoty najwyraźnie dysponowały polami ochronnymi. co się dzieje? — wykrzyknąłem zapominając. kiedy Weganie rozpierzchli się niczym zdmuchnięci i zaczęli gasnąć ze strachu. podobnymi do mojego. Drżała. znów pogładziłem włosy Fioli i podałem . — Fiolo! — powiedziałem. co robić. na co liczyłem. Wybrawszy odpowiednią chwilę uchwyciłem ją obiema rękami i natychmiast przywołałem pole. wybuchnąłbym śmiechem. że idą na śmierć. lecz silnych duchem istot. aby przeciwstawić się im. Uspokoiłem się i zacząłem chłodno rozumować. za to śpiew. Nasze dłonie rozwarły się i Fiola wyślizgnęła się z mych objęć. a jednocześnie nie odrzucić Fioli wraz z innymi. światłem znacznie jaskrawszym niż za dnia. wszechpotężnego i nieubłaganego. Weganie nie tylko rozjaśniali ciałami ciemność. wielekroć potężniejsza od mojej. pomiędzy drzewami zamigotały ogniki. ale również całe ciało. które odważnie zbliżały się ku mnie. a ku nam ze wszystkich stron pędzili jej świetliści współbracia.nawet kłótni. — Głuptasy! — powiedziałem. Oczy miała ciemne. okazało się ich własnym blaskiem swobodnie przenikającym przez szaty. aby „wyzwolić" swoją siostrę. jednakże dwukrotnie szybciej od ludzkiego biegu. Fiola tuliła się do mnie. To. które zbliżały się do mnie dźwięcząc w wysokich rejestrach. Posuwali się ostrożnie. Gdybym nie był tak zdenerwowany. Ogarnęła mnie fala czułości dla tych wrażliwych. co za dnia wydawało się zabarwieniem ich odzieży. Trzymałem ją w objęciach. czynili gwałtowne wyrzuty. słabych fizycznie. że nie rozumie języka ludzi. — Fiolo. Weganie starali się zrozumieć moje słowa. Weganie nie rozbiegli się. a już byłem otoczony tłumem Wegan. Zorientowałem się. najwidoczniej uznali mnie za potwora. że to była Fiola. smutny nawet dla ludzkiego ucha. ale oburzali się tym jarzeniem. wolnymi obrotami ciał. Nie od razu spostrzegłem.. choć były przekonane. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Uchwyciła mój wzrok i głęboko westchnęła. Pogładziłem ją po włosach. że świecą nie tylko ich oczy. Widziałem w ich twarzach przerażenie. lecz chyba słabszymi. I nagle park rozświetlił się. Nie zdążyłem ochłonąć po spotkaniu z dziewczyną. Rzuciła się ku mnie. lecz znów zaczęli zbliżać się do nas. Później z krzewów wytrysnął słup tę czowego blasku i jak wicher pomknął ku mnie. W jej śpiewie zabrzmiał szloch. atakowali nim mnie i Fiolę. tak że w parku stało się tak jasno jak w pełnym słońcu. gdyż dopiero wspólnym wysiłkiem tłumu były zdolne oddziaływać na mnie. aby nie porozbijali się o drzewa. — Fiolo.

zamilkli i z napięciem wpatrywali się we mnie i w Fiolę. Mam rację? . a teraz zrozumieli go także moi przyjaciele? — Mnie również wydawało się.rękę jednemu z nich. a głosy stały się bardziej zróżnicowane: dyskutowali między sobą. Powtórzyłem łagodnie: — Fioli nic złego się nie stanie. a później w błękit opalizujący wszystkimi barwami i odcieniami. które zgasły po chwili i dokoła zapanowała nieprzenikniona. atramentowoczarna.Mam nadzieję. A jednak nie mogli się zdecydować na pozostawienie nas samych. iż chyba mnie zrozumieli — powiedziałem. za nim odsunął się w ciemność jego sąsiad. Eli. Rozumiałem wszystko. tłum powoli zaczął się rozpraszać. który przemienił się w purpurę. Weganie znów rozjarzyli swoje ciała. W moich uszach zabrzmiał chór srebrnych dzwonków powtarzających dwukrotnie tę samą frazę muzyczną. — Obejdziemy się już bez tego aparatu. Weganin pospiesznie odskoczył. że rozkazuje swym pobratymcom: „Odejdźcie! Odejdźcie!" Weganie przygaśli. „Czemu nie odchodzicie?! — oburzała się. aż wreszcie stopniowo rozproszyli się pozostali. Zrozumiałem. lecz rozumiałem każdy dźwięk i każdą barwę jej mowy. — Czy nie pojmujesz — zadźwięczała Fiola — że nauczyłam się twego języka jeszcze w ciągu dnia. Spojrzała na mnie filuternie. Otaczali mnie ciasnym kręgiem. nie usiłowali oderwać mnie od Fioli. że dech mi w piersi zaparło. ale nie ruszali się z miejsca. że on nam trochę pomoże. zło Fioli lub któremuś z was. ale śpiew. że i ty mnie rozumiesz. Uśmiechała się i ja się uśmiechnąłem do niej. W oczach Fioli zapłonęły zimne płomienie. oczy im rozbłysły. przekonywali się o czymś nawzajem. że jesteśmy przecież dla siebie niemi i chwyciłem za zapomniany deszyrrator w nadziei. lecz już nie nacierali. że nie mogłem wykrztusić słowa. Byłem tak zdumiony. każdą nutkę. I wtedy znów włączyła się Fiola. — Teraz jestem tego pewien. Równocześnie dziewczyna zaśpiewała. na kilka sekund wszystko znów rozjarzyło się niezwykłymi ogniami. Była tak piękna. w głosie odezwał się gniew. który zadźwięczał w odpowiedzi. niepojętego parku. podźwiękiwali słabiutkimi głosikami. gdyż obok mnie była Fiola. — Nie trzeba! — roześmiała się Fiola. ale pozostali zachowywali się już inaczej. Między drzewami zamigotały oddalające się świetliste kolumny. Oczy rozbłysły jej fioletowym płomieniem. Nie wiem. popartą zimnym blaskiem oczu. —. niż wyrządził. Jarzyli się. nie domyślałem się. Najpierw zawirował ktoś na skraju. Przypomniałem sobie. nie był już tak beznadziejnie smutny. dławiąca się własnymi woniami ciemność obcego. — Wierzcie mi — mówiłem — że prędzej bym się zabił. Rozumiałem każdy jej rozbłysk. Nie bałem się już jednak. czy mnie zrozumieli. proszę was!" Dopiero kiedy kilkakrotnie powtórzyła swoje żądanie. — Odejdźcie.

Opanowałem się. Żaden cud się nie zdarzył. Nasz mózg też jest przecież deszyfratorem, słowa jedynie towarzyszą bezpośredniemu przekazywaniu myśli, tu zaś myślom pomagały nie tylko dźwięki, lecz również i barwy. Ale nawet po zrozumieniu tego zjawiska nie przestałem się dziwić. — Nasz język jest uboższy od waszego — powiedziałem. — Na Ziemi nie tylko ludzie, ale także niemal wszystkie zwierzęta komunikują się ze sobą przy pomocy dźwięku, tak już jesteśmy zbudowani. Wyjdźmy na otwartą przestrzeń. To może śmieszne, ale wydaje mi się, że wasze drzewa zamiast liści mają łapy. — Fantazjujesz! Drzewa są naszymi obrońcami. Ich liście ekranizują promieniowanie krótkofalowe naszej gwiazdy dziennej. Nikt z nas w ciągu całego dnia nie wyjdzie na nie osłoniętą przestrzeń. Spacerujemy tylko nocą. Przypomniałem sobie, że piękna Wega jest gorętsza nawet od Altairu, temperatura jej wynosi około 15000 stopni. W promieniach takiego słońca trudno spacerować. Nie ulega wątpliwości, że świecący i rozmawiający błyskami światła Weganie są po prostu stworzeni do życia nocnego

30
Wyszliśmy na polanę i siedliśmy na ławeczce. Chodzić -z Fiola było mi dosyć trudno, bo dziewczyna nie potrafiła wlec się w ludzkim tempie, a ja znów nie mogłem za nią nadążyć. Za to dobrze się z nią siedziało. Promieniuje od niej przyjemne ciepło, gdyż Weganie również są ciepło-krwiści. Nad polaną otwarło się nocne niebo. Księżyc zgasł, a gwiazdy płonęły czysto i jaskrawo. Na Orze ciśnienie powietrza jest równe ziemskiemu, ale grubość atmosfery znacznie mniejsza, a więc i gwiazdy świecą jaśniej. Fiola patrzyła na Wegę. Na Ziemi często podziwiałem piękny blask tej gwiazdy, tutaj wpadłem wręcz w zachwyt nad jej wspaniałością. Fiola poprosiła, abym pokazał jej nasze Słońce, ja zaś zapytałem, który gwiazdozbiór najbardziej się jej podoba. Z niepokojem czekałem na odpowiedź. Gwiazdozbiory widziane z Ory nie są podobne do ziemskich, ale Wielka Niedźwiedzica, Kasjopeja i Orion także i tutaj są bardzo piękne. Jednak Fiola zwróciła płomienne oczy na równoległobok ograniczony przez Fomalhaut, Altair, Syriusza i Capellę, w środku którego połyskiwały trzy maleńkie, trudne do odnalezienia, lecz drogie memu sercu gwiazdki: Polluks, Alfa Centauri i Słońce. — Dobrze wybrałaś — powiedziałem. — jesteśmy stamtąd, Fiolo. — Wskazałem na Słońce. Zdziwiła się, że Słońce jest takie małe. Odpowiedziałem, że jest po prostu bardzo odległe. Fiola zamyśliła się. — Jesteście potężni, wy, ludzie — powiedziała (a raczej zabłysła i zaśpiewała). — Kiedy wylądowaliście na naszej planecie, niektórzy myśleli, iż jesteście bóstwami, bo wasze pojawienie wydawało się im nadnaturalne. — Teraz już chyba wiecie, że jesteśmy zwykłymi istotami, nie lepszymi od was?

Pokręciła głową, a oczy jej zabłysły matowo i wilgo-tnie. W zamyśleniu przypominała smutne dziecko i chciało się ją pocieszyć, oderwać od złych myśli przynoszących troski. — Pod wieloma względami jesteście nawet gorsi od nas, a jednocześnie niezmiernie nas przewyższacie. Prosiłem o wyjaśnienie. Rozumieliśmy się już tak dobrze, że mogliśmy rozmawiać na dowolny temat, choć łatwo pojmowałem jedynie proste pojęcia, a bardziej złożone myśli Fiola powtarzała mi kilkakrotnie, nim je wreszcie przyswoiłem. Rozpoczęła od tego, że w pierwszej chwili ludzie wydają się słabi i bezsilni. — Jesteście niezręczni i wolno myślicie, nie umiecie ani poruszać się szybko, ani podejmować błyskawicznych decyzji. Wreszcie rzecz chyba najważniejsza: możecie utrzymać się przy życiu jedynie w bardzo wąskim zakresie warunków i nawet niewielka ich zmiana nieuchronnie zabija was. Nie znosicie upału, ani mrozu, ani rozrzedzonego powietrza, ani wielkich ciśnień, ani przenikliwych promieniowali, ani długotrwałego głodu, ani pragnienia, ani przeciążeń. Co by się stało, gdyby kogokolwiek z was wyrzucono nagiego, bez narzędzi i maszyn, w zewnętrzny świat? Nawet środki porozumiewania się macie niedoskonałe: mowa prymitywna i powolna, a bezpośrednio nie potraficie przekazywać myśli. Przedział istnienia ludzi jest tak wąski, że wręcz tragicznie przypomina linię, na której życie ludzkie wisi jak na włosku. Jesteśmy pod wieloma względami doskonalsi od was. Wprawdzie chronimy się przed twardym promieniowaniem naszej gwiazdy, ale rów nie łatwo oddychamy przy jednym i czterdziestu procentach tlenu w powietrzu; znosimy stustopniowy upał i stu-stopniowy mróz, porozumiewamy się bez dźwięków i świateł, dźwięki i barwy jedynie towarzyszą bezpośredniej mowie naszych myśli; nie toniemy w wodzie; miesiącami żyjemy bez pokarmu i napoju; nie umieramy, jeśli przez tydzień musimy czuwać. Każdy z nas przechowuje w swoim mózgu całą wiedzę zgromadzoną przez społeczeństwo, nie potrzebujemy więc maszyn informacyjnych do uruchomienia naszych wiadomości. Oto jacy jesteśmy i jacy jesteście wy. Już przy pierwszym zetknięciu się z wami uderza fakt, że wy, tacy słabi, nie wyginęliście jeszcze w zaraniu waszej historii. — To dlatego, że zmusiliśmy własne braki, aby nam służyły. Nasza potęga jest odwrotną stroną naszych słabości. — Tak — powiedziała Fiola. — Wasza wielkość jest przedłużeniem tych słabości. To druga rzecz, która w was zdumiewa. Szkodzą wam wahania temperatury, bronicie się więc przed nimi odzieżą, budynkami, generatorami ciepła i chłodu. Spadek ciśnienia powietrza i zawartości tlenu w atmosferze jest dla was zabójczy, wobec tego wymyśliliście skafandry. Nie możecie żyć bez jadła i napoju, zabieracie więc z sobą ich zapasy i umiecie sporządzać pokarm i napój z dowolnych substancji. Od przeciążeń chronią was pola sitowe, te same pola pokonują nieważkość, tworząc specyficzne, jedynie wam odpowiadające i nader rzadko spotykane we Wszechświecie, warunki ciążenia. Macie niewielką pamięć, ale

bezgranicznie poszerzyliście ją za pomocą urządzeń zapamiętujących. Macie słabe mięśnie,'lecz posługujecie się niezmiernie potężnymi maszynami. Myśl wasza jest powolna, sposób wyrażania jej słowami prymitywny, nie potraficie też bezpośrednio chwytać cudzych myśli, macie za to deszyfratory, które kompensują te wasze wrodzone braki. I choć sami nie możecie się szybko poruszać na swoich słabych, źle przez naturę zbudowanych nogach, to skonstruowaliście aparaty kosmiczne łatwo wyprzedzające najszybszego biegacza Wszechświata — światło. I tak jest ze wszystkim, Eli! Wyszukujecie swoje słabe punkty, wzmacniacie je mechanizmami i wasze niedoskonałości stają się zaletami. Bez swoich wynalazków jesteście żałośnie mali, lecz wraz z nimi — nieprawdopodobnie wielcy. Niemoc w obliczu każdego z żywiołów skompensowaliście tak, że sami staliście się najpotężniejszą z sił natury. We Wszechświecie nie ma sił potężniejszych od was — malutkich, nieruchawych ludzi. — Pięknie — odparłem. — Podoba mi się twój wykład na temat braków i zalet ludzkich. Ale jeśli nie nasza potęga, to co wywołuje największe wasze zdumienie? — Od razu widać, że jesteś człowiekiem i że ludzie są prymitywni. Chociaż macie mętne oczy i wasze twarze nie odbijają waszych myśli, to teraz oczy ci zabłysły i twarz masz pełną uwagi. A wszystko dlatego, że jesteś próżny. Zawczasu cieszysz się, że zostaniesz pochwalony, nieważne za co, byle tylko pochwała była gorąca. To było bezlitosne, tak celne, że poczerwieniałem. Fiola patrzyła na mnie z uśmiechem. Jej oczy oświetlały mnie i rozpraszały mrok parku. Gdybyśmy nie rozmawiali na poważne tematy, wydałoby mi się, że jestem zakochany. Miłość moim zdaniem wymaga specjalnych warunków, które tu właśnie byty spełnione: ciepła, przesycona zapachami noc, wspaniały, baśniowy park i wreszcie, co najważniejsze, bosko piękna dziewczyna. Ta boska piękność była piekielnie mądra i to mnie trzeźwiło. Nie była też człowiekiem, a mnie ogarniało ludzkie, nazbyt ludzkie uczucie! Ziemskie dziewczyny obejmuje się i całuje, szepcze się im czułe słowa, bo taka jest ludzka miłość, prymitywna jak my sami. A czego oczekują doskonale mieszkanki gwiazd?... Fiola zrozumiała powód mego milczenia, pojęła chyba lepiej ode mnie. W jej oczach barwy zmieniały się szybko, głos śpiewał dźwięcznie i melodyjnie. Gdybym nie starał się rozszyfrować sensu tej muzyki, rozkoszowałbym się nią po prostu jak cudowną pieśnią. Wspomniałem swoje zamiłowanie do muzyki indywidualnej. To było znacznie prostsze, bo nie trzeba było łowić znaczenia każdego tonu. — Czemu zamilkłeś? — spytała Fiola. — Czyżby cię nie interesowało, co jest waszą najbardziej zdumiewającą cechą? — Ależ tak, oczywiście że interesuje! Czym więc was tak bardzo zadziwiamy?

Nie marzniemy też. za które Weganka dziękowała ludziom. że ich przylot nie miał innego celu. Tak. lecz nieżyciodajna gwiazda. Pomyłka Fioli sprawiała mi przyjemność. ponieważ burzy i tworzy planety w imię życia. Nabrałem nieco otuchy. że przylecieliście na inną planetę. wielkość jest ponad dokuczliwe drobiazgi. Kiedy pierwsi ludzie wylądowali u nas. kiedy nasza planeta oddala się zimą od Wegi: ogrzewa nas sztuczne stonce. Nic nie może się równać z waszą dobrocią i wyrozumiałością. do wszystkiego można się przystosować. jak Romero mówił z pogardą o sztucznym słoń cu. Nam wszystkim jest dobrze przy ludziach. Przyszedłeś nocą bez uprzedzenia i już zaczęło się zamieszanie. Czułem się w tej chwili przedstawicielem ludzkości. kiedy bywamy źli. Zbudowali pomieszczenia ekranizujące i obecnie w upal nie musimy chować się w krzewach i pod drzewami. a mechanizmów podobnych do waszych nie mamy. a kiedy zbliżyłam się do ciebie. Eli. a nie o ludziach.) inne.. nawet do najgorszych warunków bytowania. ale nie chciałem. Ludzie natomiast naruszają to prawo. Wszyscy zlękli się ciebie. Czyż to nie zadziwiające? W trakcie przelotu na Orę ludzie mówili: „Tu wszystko jest dla was". Gwiazda jest obojętna. że swoimi promieniami podtrzymuje życie jednych istot. że na świecie jesteście wy. byłem dumny. śpiew jej chwytał za serce.— Waszą dobrocią. Na Orze ciągle się nam powtarza: „Żądajcie wszystkiego. co jest wam potrzebne. Dziewczyna powróciła do naszej potęgi. — A czy sami nie postąpilibyście tak samo? — zaoponowałem. ogarnęło nas przerażenie. ciemną i mroźną zimą. pomogli uchronić się przed straszliwymi mrozami w zimie. że ludzie przybyli do nas jedynie po to. — Powiedzmy. Wielu myśli. dekoracyjna. Ich potęga ni<-jest ślepa. Naszym obowiązkiem jest stworzyć wam najlepsze warunki". chciano nas rozdzielić. a zabij. że ludzie są kochani. ludzie! Fiola jarzyła się w uniesieniu. Mógłbym wprawdzie wiele opowiedzieć o wypadkach. Obawiam się. To cudowne.. Wspomniałem z oburzeniem. Wolałbym rozmawiać o Fioli i jej pobratymcach lub o noc) i naszym spotkaniu. Wyobraziłem sobie planetę Fioli — latem spaloną nieubłaganym żarem. będzie tłumaczyć się z tego na Ziemi. oczywiście. Pomyśl. — Nie wiem. W układzie Wegi życie nie jest lekkie. Załoga gwiazdolotu wysłanego na Wegę zużyła na to całą rezerwę substancji aktywnej i ponieważ nie było to przewidziane w programie lotu. nie wzrusza jej to. aby nam pomóc. Ale ludzie pomógł. bo takie jest prawo natu ry. gdyż oczekiwaliśmy zguby. Nasza rozmowa byłaby wtedy bardziej interesująca. — Potęga przeważa nad małostkowością. mój miły człowieku. W oddali błyszczała niebieskawobiała Wega. Ale siedzę teraz z tobą i jest mi dobrze. Weganie przystosowali się więc kosztem . nam uporać się z letnim nadmiarem promieniowania. Jesteście rozbrajająco dobrzy. że zawsze troszczylibyśmy się przede wszystkim o siebie.

dodawały energii. — I ty odejdziesz. Eli. Fiolo. — Weź natrysk radiacyjny i nie myśl o czyimś braku serca. — Nadchodzi dzień. ale nie wiedziałem.. bracie? — zapytała. kłótnie. czy na Wędzę jest podobny zwyczaj. którzy w lodowatą ciemność posiali falę ciepła. To. — Nie było cię w domu. Idiotyczna noc: dyskusje. — Tak. Fiola przytuliła się do mnie. że byłeś tej nocy ze mną. Eli? To. — Ja również nie spałam. — Nie spałeś dziś. przyglądając mi się uważnie. uznają bezinteresowną ludzką pomoc za karygodną rozrzutność. a ja powlokłem się do wyjścia. który stawał się coraz jaśniejszy i gorętszy. Na czarnej zasłonie nieba zabłysnął krąg. że Niebianie odniosą się do jego koncertu nie lepiej niż ludzie. a nie męczarnie. — Ja ci również dziękuję. że ludzie bywają różni. Zapewniłem go. Przed wejściem do hotelu zabłysła wideokolumna. Andre zamierzał przygotować salę Narad Galaktycznych do swego koncertu. Dzień pracy — powiedziałem. Dyskusje ożywiały. — Nasz wiek jest tragiczny! — wykrzyknął Andre.. — Spędziłem noc z Fiola w parku. że krytykowałam niesfornych ludzi? — Nie. gdy ona sama mnie wezwała. Ofiarowałaś mi najpiękniejszą noc w życiu.. Tymczasem zgasły księżyc zaczął odradzać się słońcem. że mówi o Romerze. Wiera siedziała przy stole. Między nią a Romerem musiało zajść coś bardzo ważnego. Dawniej spory mobilizowały ją. a skute mrozem schrony osłonili przed zabójczymi promieniami letniego światła.. — Popatrz na niebo: ileż tam nieszczęść! I jeszcze na domiar . aby zwolnić na dziś z obowiązków. Zaproponowałem im wyprawę po informacje na temat Galaktów. dzień — odezwała się. Spotkałem u niego Lusina. że znajdą się ludzie.. Zresztą było mi dobrze nawet bez pocałunków. spory. 31 Wybierałem się właśnie do Wiery. Dziękuję. Oschłość może stać się groźna. jeżeli dotknie wielu ludzi. — Natrysk wezmę. Zjadłem śniadanie i poszedłem do Andre. czuliśmy swoją wspólnotę. Wezwałam cię. Gwiazdy blakły i niknę-ły. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Rozum i serce kazał mi być razem z nimi i z tymi. Niektórzy ludzie zupełnie nie mają serca! Zorientowałem się. —— Co było w niej najpiękniejsze i najlepsze. ale nie myśleć o ludziach bez serca nie potrafię.. nie chciałem jej mówić. którzy poprą Romera. że siedzieliśmy razem i choć odmienni. Nie ulega jednak wątpliwości. gdyż muzyka winna przynosić radość. Chciałem ją pocałować.niewyobrażalnych cierpień i męczarni. Nie mogłem jednak powiedzieć tego Fioli. a nie przytłaczały. Dziewczyna dźwięcząc i połyskując pomknęła \v głąb parku. Fiolo. Rzadko zdarzało mi się widzieć Wierę tak zmęczoną.

określały głębię. — Żyć się odechciewa! Lusin i tym razem nie stracił kontenansu. — Nieźle! — rzekł. Nie urywane kreski. W przedsionku włożyliśmy skafandry i otrzymaliśmy latarki gamma do oświetlania niewidzialnych mieszkańców układu Altairu. Ani jednej trawki. Zabraliśmy ze sobą przenośny deszyfrator i pojechaliśmy do hotelu „Gwiazdozbiór Orla". Widziałem na obrazach ten sam pejzaż. — Ładny widoczek — powiedziałem. gdy tylko poruszyło się promieniem latarki. który rozpościerał się dokoła. Bo czyż po to przyjechał na Orę. Spychalski tak je zachwalał. pająkowaci. Artysta wspaniale oddał . Wielka. W hali było pusto. odtwarzały powietrze i przedmioty. Chciałem też zapoznać się z ich malarstwem. Malowidła sprawiały dziwne wrażenie: same dziwacznie pogmatwane linie. że rozpierała mnie ciekawość. skalne pudełka ciągnące się rzędami aż do horyzontu. Wszystko wściekle błyszczało. tylko nieznośny biały kamień. Rysunki zmieniały barwę i natężenie. Wściekle splatali kończyny i przepychali się tułowiami. Lusina łatwiej jest przekonać niż Andre. piasek i budowle. Nasi przodkowie mogli prymitywnie cieszyć się nie wiadomo z czego. Pomysł szukania informacji o Galaktach u Altairczyków przyszedł mi do głowy jeszcze wczoraj. ani jednej roślinki. skrzypiący biały piasek i kurz unoszący się spod nóg. Przypomniała mi się matematyczna krzywa Peana. kamienie. Na ciemnym niebie wisiała białobłękitna kula imitująca Altair. aby spełniać zachcianki pegazów i smoków? Tym można równie dobrze zajmować się na Ziemi. lecz wypełniająca sobą dowolną brytę.. faliste. W tym krajobrazie byli umieszczeni Altairczycy — nitkonodzy. Na ścianach zapłonęły obrazy namalowane farbami luminescencyjnymi. Linie Altairczyków były podobne: zapełniały całą przestrzeń. Świeciliśmy na wszystkie strony. lecz pełne kontury. Serce ścisnęło mi się na widok krajobrazu. którym przedostaliśmy się na plac roboczy. Wkrótce napotkaliśmy budowle Altairczyków: kamienne sześciany bez okien. Lusin początkowo odmówił pod pozorem nawału pracy w stajni. ale nikogo nie mogliśmy znaleźć. Zdecydowane. miękkie. Dwóch Altairczyków walczyło z sobą. że jego wymówki są śmieszne. Przed jednym z obrazów stałem dłuższą chwilę. Weszliśmy do jednego z sześcianów i zapaliliśmy latarki. ale odwróciłem się od niego i powtórzyłem propozycję Lusinowi. linia bez szerokości i grubości. który rozpościerał się na zewnątrz budynku: to samo palące słońce. przemykający się między przedmiotami. W odległym końcu sali rozpoczynał się tunel. ale przekonałem go. Po jej zgaszeniu z wolna nikły.. — Żyć tutaj to sztuka. pola.złego ci człekokształtni z ich zagadkowymi wrogami. Gotów był wywołać gwałtowną dyskusję. my natomiast musimy zastanowić się nad sensem istnienia.

a nie same ciała. tu zaś podobieństwo do widziadeł było wręcz uderzające. żadnej poszlaki wskazującej na Zływrogów! Rozumiesz. Nietrudno zresztą być zręcznym. bo oni sami zdają się umierać z przerażenia. — Bardzo się nam podobały wasze obrazy. Może jeszcze jeden obraz? Przechodziliśmy z jednego pustego budynku do drugiego. . Z takim zapałem cisnęli się ku nam. Każda linia ich ciała krzyczała cierpieniem. Żadnego śladu. Ten obraz też był rysowany liniami. usta wykrzywiał grymas. starając się objąć nas włoskowatymi nóżkami. które potem nieśli do wznoszonych budynków. drugą przyciskał do piersi. — Jedynie oni potrafią wyjaśnić zagadki własnych rysunków. Opodal stało trzech Galaktów ze skutymi rękami (na wizerunku dokładnie widać było łańcuch krępujący ich ręce wykręcone do tyłu). Szedłem wzdłuż jednej ze ścian. Galaktowie nie patrzyli na widza. chodź tutaj! Szybciej! Rzuciłem się ku niemu myśląc. Najwidoczniej sen był u nich czymś wzbudzającym lęk. co to znaczy? Po każdym nowym odkryciu tajemniczy Niszczyciele stają się jeszcze bardziej zagadkowi. Altairczycy zauważyli nas i porzucając pracę pobiegli naprzeciw. jeśli zamiast dwóch rąk ma się dwadzieścia giętkich i silnych kończyn. którzy pojmali Galaktów? — zastanawiałem się. a Lusin oglądał przeciwległą. Nagle krzyknął: — Eli. Pod naszymi latarkami rozjarzały się coraz nowe obrazy. głowy mieli opuszczone z bezwolną pokorą. Praca była uciążliwa. Dokoła były jedynie milczące cienie i sylwetki. A nad nimi przelatywali Altairczycy. chęcią niesienia pomocy i bezsiłą. Na obrazie byli Galaktowie. — Chodźmy. że musieliśmy wzmocnić pole ochronne. abyśmy nigdy nie zasypiali. — A gdzie są ci. Malarz z równym mistrzostwem ukazał rozterkę mieszkańców Altai-ru. przyjaciele. Kula zastępująca Altair świeciła w zenicie i pająko-wate istoty jarzyły się w niewidzialnych promieniach. Lusin pokazywał palcem na rysunek. Przechodząc rozżarzoną pustynią natknęliśmy się wreszcie na tłum zaciekle pracujących Altairczyków. zarysy ciał. chociaż słabiej niż w hali. Poszukajmy. Zwróciłem się do Altairczyka wyglądającego nieco mniej wiotko niż jego pozostali współbratymcy. Oczy umierającego były zamknięte. Na kamieniu leżał umierający brodaty Galakt w czerwonym płaszczu i krótkich spodniach. gdzie je po raz pierwszy zobaczyliśmy. — Zagadka. Jedną rękę bezsilnie odrzucił w bok. Uregulowałem odpowiednio de-szyfrator i życzyłem im zdrowia. Trzeba szukać. Tam były półprzeźroczyste. Wyrąbywali i obciosywali kamienie. Te dobre istoty w zamian życzyły. „Teraz rozumiem ich dziwaczną manierę malarską" — pomyślałem. szybkość i energię ruchów. Artysta z taką samą przerażającą wiernością oddał męki konającego i milczącą rozpacz trzech jeńców. — Trzeba poszukać Altairczyków — powiedziałem. że przytrafiło mu się coś złego.ich wściekłość. lecz rzemieślnicy biegli. ale nie było wśród nich wizerunku Galaktów. — Najwidoczniej to nie Altairczycy.

— Powtórz! — poradził Lusin. Kiedy deszyfrator przetłumaczył moje pytanie i wypromieniował je w postaci wiązki radiacji gamma. nie mieliśmy więc z kim podzielić się nowym odkryciem i nową zagadką. Odpoczęła już i nie wyglądała teraz na zmęczoną. — Nie zrozumieli. zabawnego jego zdaniem. że zlękli się pytania. Lusin zaraz po wyjściu z hotelu „Gwiazdozbiór Orła" zatęsknił do swych potworów. a smoki żują trawę. grzebyków. że zamarli z wytrzeszczonymi oczami. Poszedłem do siebie i pospałem godzinkę nadrabiając bezsenną noc. Solidnie zbudowany Altairczyk odskoczył gwałtownie. Obudziło mnie wezwanie Wiery. lusterek. Obróciłem się ku Lusinowi. 32 Andre nie znaleźliśmy. aby trafiły w paszczęki smoków. Ucieczka odbywała się w zupełnej ciszy. Miał rację. miniaturowych lampek. Dobre. — Wygląda na to.— Tak. życzenia. ale była najwyraźniej podniecona. . Uszczęśliwiony Lusin długo zaśmiewał się z mego. — Co się tam może stać? Pegazy biją się ze sobą. — My rysujemy. Z taką szybkością oddalili się od nas. — Ładna historia! Czy ty coś z tego rozumiesz? — Rozumiem — odparł Lusin. tak! — wykrzykiwali chórem. — Nie trzeba. jakie to istoty. Życzę twoim pegazom. kogo przedstawia obraz. Patrzyłem na nich w milczeniu. Altair czycy jakby skamienieli. Kiedy Wiera denerwuje się. Teraz miała bardzo ciemne. — No to znikaj — powiedziałem. a Spychalski zajmował się sprawami swego ogromnego gospodarstwa. Komu na Orze potrzebne są twoje prymitywne twory? — Nie mów tak — mamrotał Lusin. — Co się z nimi dzieje? — zapytałem Lusina. czasami brała jakiś przedmiot do ręki i po chwili kładła go z powrotem na biurko. powiedziałbym. oni zaś tak samo milcząco czekali. że po sekundzie zostaliśmy sami. oczy jej ciemnieją. do Romera nie chciałem iść. zamęczą każdego smoka. Kiedy wreszcie nabrałem odwagi i powtórnie poprosiłem o wyjaśnienie. bo dwa najspokojniejsze nawet pegazy. bo deszyfrator nie przekazał nam ani jednego dźwięku. widnieją na jednym z waszych obrazów. Potem przez pierścień otaczających nas istot przebiegło drżenie: tłum zaczął rozpraszać się w popłochu. Siostra niespokojnym krokiem spacerowała po pokoju. Gdyby mieli oczy. książek z pierwszego wieku. Zawsze ma wiele drobiazgów i bibelotów — kryształków z zapisami. — Zagadka. — Znudziłeś mi się. zawsze rysujemy. jeśli im na to pozwolić. — Chcielibyśmy dowiedzieć się. znów ogarnęła ich panika. podobne do nas. czy nie powiem czegoś równie okropnego. Przez kilka chwil nie mogłem zdecydować się na powtórzenie pytania i Altairczycy powoli uspokajali się.

Polegać w poważnych sprawach na opinii takiego maleństwa! Wiera niecierpliwie machnęła ręką. Krzyknąłem: — Maszyna skłamała! Na Ziemi zapytamy Wielki Komputer. o 150 lat świetlnych od Słońca. Poderwałem się z miejsca. Patrzyłem na Wierę nie wierząc własnym uszom. byłem przekonany. że Galaktowie wraz ze swoimi wrogami mogą pojawić się w Układzie Słonecz nym. w naszym najbliższym gwiezdnym otoczeniu. ale podstawowe zasady tłumaczy prawidłowo. że z największym wysiłkiem zmusza się do słuchania. . Maszyna odpowiedziała. jeśli wiedziała.. Dotychczas było wiadomo. o czym na Ziemi mówiliśmy jako o teoretycznej możliwości. — Potrafił zręcznie wykorzystać ostatnie dane. Dlaczego ich nie ma na obrazie? Nie są przecież chyba duchami! Wiera poleciła. że dokonaliśmy odkrycia. A teraz pomówmy o czymś innym. Eli. o Romerze. Jednak już po moich pierwszych słowach na temat obrazu z Galaktami przeobraziła się zupełnie. kto z nas ma rację. Zrozumiała od razu. — To szalenie ważne — powiedziała Wiera. że Galaktowie pojawiali się na pewnej odległej gwieździe w Hiadach. iż wszystko dokonuje się dla dobra ludzkości i człowieka. aby zrzucić z Ziemian odpowiedzialność za naszych gwiezdnych pobratymców. Ale na czym polega to zagrożenie? Nadal nie wiemy. choć śmiercionośnych Altairczyków. — To znaczy o Romerze? Wiera znów zaczęta nerwowo chodzić po pokoju. że ludzkości grozi bez mała zguba. Poczułem się dotknięty w swoich uczuciach do pięknych Wegan. Wydawało mi się dotychczas. Ledwie panowała nad sobą. co robi —powiedziała siostra. To. — Twoje odkrycie wskazuje na to. Nie rozumiem. że ma rację. Była nawet niedelikatna. Eli? — widać było. Podniósł krzyk. kim są Niszczyciele lub Zływrogi. Taką samą odpowiedź da Wielki. lecz na swój sposób sympatycznych Aniołów. czemu on ich tak nienawidzi. — Maszynie można wierzyć. nawet do gadatliwych. stało się realnym zagrożeniem. Wprawdzie nie zawiera całej wiedzy Wielkiego. dobrych. Jeżeli już się w nim nie pojawili. — Tak. — Czy potrafisz wytłumaczyć ucieczkę Altairczyków? Rozłożyłem ręce. — Romero wiedział. — Jeszcze jedna zagadka! Ale chyba potrafimy ją jakoś rozwiązać. Dawniej nie ustępowała. cuchnących. że pomocy dla Niebian nie da się pogodzić z zasadą. Trzy godziny temu zapytaliśmy wraz z Romerem MUK. aby zwrócił się z tym pytaniem do MUK. a to wszystko po to. Radząc Romerowi. którzy pojmali Galaktów. aby wszystkie obrazy Altairczyków zostały sfotografowane i powróciła do rozmowy o naszym odkryciu..— No i co nowego znalazłeś. że maszyna odrzuci jego poglądy. że ją znam. Teraz znaleźliśmy ich ślady na Altairze.

w przekonaniu. wysokie czoło i pełne wargi odcinające się jaskrawo od matowej cery.. Od tej chwili minęło bez mała pięćset lat i przez te wszystkie lata ludzkość doskonaliła się. Co się w nią włoży. Wiera zaczęła od pamiętnego roku. lecz prymitywny. Wystarszy inaczej sformułować pytanie i maszyna da inną odpowiedź. prawdziwa historia ludzkości zaczęła się od narodzin nowego społeczeństwa. to się z powrotem.czemu jest tak nieludzki? Nasze maszyny socjalne oczywiście powielą jego wersję. Chcę zadać ludzkości pytanie: czy nie pora już rozszerzyć zasady naszego ustroju społecznego? Zasady te istnieją od pięciuset lat bez żadnych zmian i nadszedł chyba już czas na ich dalsze rozwinięcie. Pomyślałem. że się wycofałam? — Chciałbym. odbiera. ale tego słuchałem z największą uwagą. Romero jest niegłupi. Nie ma się czemu dziwić. — Z nim należy walczyć otwarcie i bezpośrednio. kiedy to ludzkość zjednoczyła się w jedno społeczeństwo i na kuli ziemskiej nastał wreszcie koniec waśni narodowych. klasowych i państwowych. Widziałem tylko jej profil — prosty nos. w jakim dotyczył ludzi. — Nie wycofuję się. Gdy spojrzeć wstecz. od każdego według jego możliwości". pozostały świat interesował ją tylko w tym stopniu. Posłuchaj. z czym później występowała na posiedzeniach Rady. bo myśli siostry wydały mi się mymi własnymi myślami. potrzebne są pięści.. Romero nie jest mądry. automatyczny sługa. Jest inteligentny. Eli. Doskonaliła się i była zapatrzona w siebie. Przygotowuję właśnie poświęcony tej sprawie raport dla Wielkiej Rady. Odeszła od okna. Rok zjednoczenia stał się pierwszym rokiem nowej ery. delikatne brwi. Pomyliłeś się w jego ocenie. Podeszła do okna i założyła ręce na kark. Wiera i dawniej lubiła opowiadać przyjaciołom to. Cóż to jest maszyna? Mechanizm informacyjny przystosowany do robót obliczeniowych. że skoro nad ludzkością zawisło widmo zagłady. to trzeba myśleć jedynie o człowieku. — Wydaje ci się. należy więc walczyć z nim jego własną bronią: poszukać jeszcze sprytniejszego sformułowania. Miała w sobie znacznie więcej piękności niż siły. że zapędza się zbyt daleko. Ale nie z maszyną. znalazł sprytne posunięcie. Wśród dzikusów też zdarzają się inteligentne istoty. Należało dopiero uczynić wielką ideę oczywistym prawem. Nie znosiłem jej długich przemówień. Każdemu według jego potrzeb. w innej formie. od urzeczywistnienia zasady: „Społeczeństwo istnieje dla dobra człowieka. Wiero! Zbyt szybko. można doznać zawrotu głowy: w trakcie tysiącleci poprzedzających nową erę istnienia ludzkości nie . W początkowych latach zasada ta była jedynie pragnieniem. aby mi się tylko wydawało. A kiedy trwa walka.. maszyny muszą myśleć mechanistycznie. Zaczynam walkę. jak ja to sobie wyobrażam.. — Szybko się jednak wycofałaś.

Stare. a my sobie. Możliwe. Obecnie to zadanie stoi jedynie przed nami. towarzyszem i bratem!". zaprogramowane w pamięci maszyny. — Na razie wiemy o nich bardzo mało. Co zastąpiło je. Ludzkość poznała wreszcie swoje miejsce we Wszechświecie. pokarmu i światła? Czy potrafimy im powiedzieć: „Wy sobie. cierpcie. miejsce bardzo skromne. jak zmieniały się stosunki między ludźmi. Natura nie wyczerpała swoich możliwości na człowieku. Odkryliśmy inne społeczeństwa i co w nich znaleźliśmy? Czy osiągnęły nasz poziom życiowy.. kiedy dziecko poznaje swoje prawdziwe miejsce w świecie. bowiem nie znaliśmy nikogo innego poza ludźmi. natura całkowicie panuje nad nimi. Nadchodzi jednak czas. każdemu według jego potrzeb". które nam ulegają? Nie! Nikt nie opanował przyrody. że kiedyś zawrzemy z Galaktami sojusz. by nadać tej formule postać: „Człowiek przyjacielem wszystkiego co dobre i rozumne we Wszechświecie!" Tymczasem Romero oświadcza. sprawiedliwego życia człowieka wśród innych ludzi. wszystko pozostałe obraca się wokół niego. pochodzące z dwudziestego wieku starej ery pojęcie „potrzeby". którzy mają rozwiniętą cywilizację maszynową. Ale twierdzę. że przeczy ona zasadzie: „Społeczeństwo żyje dla dobra człowieka. Możliwe. ile dokonano w ciągu tych pięciu wieków. Przypominam sobie. Światopogląd dziecka jest z natury rzeczy egocentryczny. w centrum Wszechświata znajduje się ono. ale z pępka świata zmienia się w jego cząstkę. stało się zbyt wąskie. Taka jest dzisiejsza ludzkość.. kiedy ludzkość osiągnęła jedność? Dumna formuła: „Człowiek człowiekowi przyjacielem. Czy możemy przejść obojętnie wobec rozumnych istot cierpiących z braku ciepła. skoro inaczej nie umiecie. Ludzkość zaczynała od zaciekłej wzajemnej nienawiści. Rozejrzała się wokoło i zobaczyła. Obecnie człowiek stanął twarzą w twarz z innymi światami. ciężko pracują na to tylko. „Człowiek człowiekowi wilkiem!". że formy życia rozumnego są nieskończenie różnorodne.uczyniono dla człowieka tyle dobrego. Obecnie nadszedł czas. Ale na tym zakończyło się zaledwie jego niemowlęctwo i nic więcej.. aby zdobyć odrobinę ciepła i strawy." A ponieważ zjawiły się . W tym miejscu przerwałem Wierze: — To nie dotyczy Galaktów. że nad Altairczykami i Aldebarańczykami musiała nawet usilniej pracować. mówiła dalej. Wówczas do potrzeb zaliczano zorganizowanie dostatniego. Maszyna go popiera. aby pomagać społeczeństwom na niskim stopniu rozwoju. czy go przekroczyły? Czy udało się im zawładnąć potężnymi siłami. Niemal pięć stuleci żyliśmy zgodnie z tym hasłem. gdyż Niebian nie znano. „Padającego popchnij!" — oto okrutne symbole wiary owych dalekich czasów.. I oto nastaje próba rzeczywistej wartości człowieka. że po przyjęciu proponowanej przeze mnie poprawki zasada: „Każdemu według jego potrzeb" pozostanie nie naruszona. Staje się silniejsze i mądrzejsze. Ze wszystkich sił walczą o istnienie. gdyż tam trzeba było pokonać znacznie więcej barier na drodze rozwoju rozumu.

Nie poddawać się decyzji komputerów. Tymczasem nasze maszyny państwowe zastygły na poziomie czasów. że nie ma człowieka bliższego mi niż on.nowe obowiązki. że nic nas nie łączy. Są wyrazem naszego niemowlęctwa. my zaś stajemy się dorośli. — Zasoby ludzkości są ograniczone. — Zasoby. poza tobą oczywiście. kiedy ludzkość znała tylko siebie.. i to jest najważniejsze. że nie chcę go widzieć. — Poprosiłaś. jeżeli gdzieś w przestrzeniach międzygwiezdnych szaleją okrutne wojny i wojny te mogą nas dotknąć. Kto dowiódł. Przecież Paweł jest z nas wszystkich najbardziej opanowany. tupał nogami. Czyż po zjednoczeniu nie staniemy się silniejsi? Przecież wówczas nie jeden układ planetarny. czemu więc mamy zachowywać się tak. że niebezpiecznie jest zaczynać przeobrażenia kosmiczne w chwili... najuprzejmiejszy!. lecz tysiące gwiazd będą tworzyć niezniszczalną zaporę na drodze nieznanego napastnika.. To zwaliło się na mnie tak nieoczekiwanie. aby się uspokoił? — Wypędziłam go. . na tym polega cały kłopot — powiedziałem. co nas czeka jutro? — Tak. wymyślał. staną się naszymi wrogami? Całkowicie zgadzam się z Andre. który twierdzi.. Poza tym nie należy wpadać w panikę! Przez miliony lat te tajemnicze istoty nie odwiedzały naszego układu i tylko na niektórych gwiazdach przetrwały podania na ich temat. Od Romera! Ale mam na to odpowiedź. Rozumiesz. Czy siostra nie usłyszy w odpowiedzi. Wczoraj w nocy zrozumiałam. — Myślałam. jakbyśmy jutro oczekiwali napadu? Przecież to niegodne trząść się ze strachu przy pierwszej niejasnej wiadomości o czymś zupełnie na razie nieznanym! Wreszcie. że będą jedynie przeciwnicy? Czyż Galaktowie. niewątpliwie usłyszę to. że najpewniej będą naszymi przyjaciółmi. lecz zmienić ich program — oto mój plan. Wszystko znów sprowadzało się do problemu Galaktów. Wiero. mówię to w imieniu twoich oponentów. Do tej pory nie rozmawialiśmy nigdy o jej sprawach osobistych. — Mnie też się tak wydawało — odparta z goryczą.. A nawet już usłyszałam. Wątpię. kiedy nie wiemy. Milczałem chwilę.. że między wami istnieje całkowita jedność ducha.. Krzyczał na mnie. Powiedziałam. Musiałem jednak wskazać kilka słabych punktów jej argumentacji. musimy zawczasu zjednoczyć się z gwiezdnymi sąsiadami dla odparcia ataku wrogów. tak podobni do nas. jakie realne niebezpieczeństwo kryje się w informacji o Galaktach. że wzbudza we mnie wstręt. Najprawdopodobniej zwyczajnie przymykałam oczy na wiele jego wad. — A co z Romerem? Czy twoje argumenty nie wywarły na nim wrażenia? Zawsze mi się zdawało. Wytężymy wszystkie siły i dowiemy się. aby Romero mógł długo triumfować. zanim zadałem Wierze pytanie. Poglądy Wiery bardzo mi odpowiadały. wynikły również nowe potrzeby: powinniśmy stać się godnymi samych siebie.

nie wiedząc co powiedzieć. dlaczego on? Gdyby to był ktoś inny. Chwycił więc deszy-frator i popędził z nim do hotelu „Gwiazdozbiór Orła". argumenty i propozycje. Około południa spotkałem go w stołówce. — Ode mnie uciekali jeszcze szybciej niż od was. że Niszczyciele są niewidzialni. Zespołowy rozum ludzki i wola większości będą naszą najwyższą instancją.. — Masz rację. że panicznie bali się samego słowa „Galakt". Odnosiło się jednak wrażenie. Wyglądała obecnie na jeszcze bardziej zmęczoną niż rankiem. Wszystko co nowe odpycha cię tylko dlatego. bo nikogo jeszcze nie kochałeś!. 33 Andre oczywiście nie uwierzył. że Andre zawczasu nastroił deszyfrator na odbiór fal mózgowych Altairczyków i nagrał ich reakcje w chwili ucieczki.. Pomyśl o tym w chwili wolnej od innych zajęć. kto ma rację. że jest nowe. Uśmiechnęła się smutnie. różni ludzie trafiają się przecież.—Zawsze byłaś gwałtowna. Milczałem. Andre z zimną krwią zniósł moje niebotyczne zdumienie. czemu nie zobaczyliście Niszczycieli obok zakutych w kajdanych Galaktów. Ty tego nie zrozumiesz. wiem natomiast. że Altairczycy uciekają słysząc pytanie na temat Galaktów. gdzie z ponurą miną żuł syntetyczne mięso. jeszcze trudniejszej do wyjaśnienia. wydało mi się. Ale Paweł! Wierzyłam w niego jak w siebie. — Prawdopodobnie nie zobaczyliśmy ich z tego samego powodu. byłam z niego dumna. wygasł. kiedy wykładała mi swoje teorie. Ale czy pojmujesz. że próbuje rozwiązać jedną zagadkę przez wprowadzenie innej. Wreszcie wydusiłem: — Jak wyobrażasz sobie walkę z Romerem? Paweł znajdzie wielu zwolenników. stworzyłeś swoją kolejną błyskotliwą teorię? — W każdym razie prawdopodobną. o co tu chodzi? — O ile rozumiem. pochwyciwszy mój wzrok. Zalała mnie gorąca fala współczucia i miłości do niej.. — Miałam rację. siostro. Po powrocie na Ziemię zwrócimy się do ludzi z prośbą o rozsądzenie. Jeszcze nie jest za późno na poprawę. — Niewątpliwie uzyska poparcie. dla którego nikt ich dotychczas nie widział. — Co o tym myślisz? — Nic nie myślę. Dlaczego akurat Romero? Powiedz. Kiedy jednak powiedziałem. jeśli wierzyć zapisom na Płomienistej B. — Odkrytego przez was obrazu już nie ma — dodał Andre — Altairczycy starli go do czysta. że głowa mi pęka. Zapał ogarniający ją. Mam rację i to jedynie jest ważne! Ale kiedy on wyszedł. zniosłabym to. — Te piekielne istoty są tchórzliwsze od zajęcy!— złościł się Andre. Oczekuję przełomu. ale prawda jest po mojej stronie. rzucił pogardliwie: — Jesteś pedantem i konserwatystą. Eli. Coś jednak zdołałem zapisać.. W głowach Altairczyków panował kompletny chaos i urządzenie nie potrafiło uchwycić sedna ich myśli. Okazało się. Sekret polega na tym. .

Naturalnie oczy ludzkie nie mogą równać się z waszymi. Czekałem na odpowiedź z taką powagą. Lubił przerywać dyskusje w ten sposób.. Trub! — powiedziałem serdecznie. — Czemu patrzysz tak na mnie. a ja. że wreszcie zmieszał się. — Nie wszystkie Anioły są dwuskrzydłe. że ucieszyły go moje odwiedziny. Zamiast tego majestatycznie otulił się skrzydłami.. rozkoszowałem się jej widokiem. I oczy ci mętnieją. aby ostatnie słowo przynajmniej pozornie należało do niego. w jego oczach zjawił się niemal ludzki smutek. Interesowali mnie coraz bardziej. — Głupi jesteś. nie słuchając zbyt uważnie. Poklepałem go po ramieniu i pogładziłem wspaniałe skrzydła. To był rasowy egzemplarz prawdziwie bojowego Anioła.domu! Nienawidzę nędznych dwuskrzydłych. — Macie za to cudowny uśmiech. Wlepił tylko we mnie swe ponure ślepi-ska i coś warknął. którym się podlizujecie. Dwuskrzydłe piszczą o handlu międzygwiezdnym. — I twoi koledzy. Kiedy wstałem. też. Weganie już nie rozbiegali się w przerażeniu. Wieczór spędziłem u Fioli. Słowem. Nie cierpię kramarzy! Już stojąc w drzwiach spytałem: — Mnie znosisz? Odwiedzać cię? — Przychodź! — burknął chmurnie. Wszystkich nienawidzę. — A siebie lubisz? Zagapił się na mnie jak na idiotę. — Nie wiem — odparł niemal uprzejmie. kiedy się zamyślasz. Eli? — Czyżbym patrzył? — Tak. Mamy jeden kolor na całe życie. a najbardziej oczywiście Fiola. Opowiadała mi o ich życiu. — Nie wiedziałem o tym. Awanturniczego Anioła dniem wypuszczano na zewnątrz. skrzyżowałby je dumnie na piersiach. człowieku. Po tej utarczce odwiedziłem Truba. Wydało mi się. — Tych też nienawidzę. kiedy odwieziecie mnie z powrotem. Przychwyciła mnie na tym. Czemu się rumienisz? . nieciekawe oczy. ale urządził na placu kolejną bójkę i Spychalski polecił umieścić go w poprzednim miejscu. — Nie myślałem o tym. — Odeślijcie mnie do. Porozmawiamy o formach współżycia. — Jak się czujesz^ Trub? Koszmarne sny cię nie męczą? — Nie chcę tu dłużej być! — ryknął.. — Przygotowujemy konferencję gwiezdną. Milczał i w podnieceniu stroszył skrzydła. kiedy przychodziłem. ale powiedział ze zwykłą arogancją: — Nie odpowiedziałeś..Skinął mi ręką i pobiegł kończyć przygotowania do swego koncertu. — Konferencja mnie nie interesuje. Zdarzają się i czteroskrzydłe. a potem do domów! Gdyby miał ręce. Serce mi bije. chociaż nie zdradził tego najmniejszym nawet ruchem skrzydeł. kiedy się uśmiechasz. o rejsach gwiezdnych i innych rzeczach.

— Mnie i teraz ciebie brakuje. U nas to się niezbyt często zdarza. często pragniecie rzeczy niemożliwych. A my pragniemy jedynie tego. co dyktuje . — Czyżby piękność była nieosiągalna? Nie spuszczasz ze mnie oczu. a więc ją widzisz. Pragnienie też czasem bywa niedostępne. Według ziemskich pojęć jesteś i równocześnie cię nie ma. Fiola zastanawiała się. Będę za tobą tęsknił. Eli — powtórzyła. że jestem piękna — przypomniała mi. — Można być piękną i upragnioną. bo jedno nie wyklucza drugiego. Zresztą mamy jeszcze wiele podobnych nielogiczności. a kiedy musnąłem ustami jej wargi. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. — Wkrótce zaczną was rozwozić po domach i rozstaniemy się — powiedziałem.. — Niedługo skończą się te przykrości. piękną i nieosiągalną. — Ja również. Takie rozmowy mogliśmy prowadzić godzinami. . — Pewnie dlatego. że ktoś drugi jest dobry. Kiedy ciebie nie ma. — U nas też tak jest. że jest zły. Przytuliłem się do jej ramienia. jeżeli się jej wymyśla. — No wiesz! Na Ziemi nawet maszyna nie cieszy się. Oczy jej nabierały barwy delikatnego seledynu z rozjarzającymi się w głębi iskierkami. — Ale postaram się je znieść. — Tak. Ale zdaje się mówiłem już o tym. że wy. — Martwi cię to? — Tak. Ten ktoś powinien się cieszyć. — Będzie mi cię brakowało. W zamyśleniu stawała się jeszcze piękniejsza. Macie taką dziwną właściwość. Kiedy obracała głowę. ludzie. to stara się zaraz mu o tym powiedzieć.— Dawniej mówiłeś. żeby się tamten ucieszył. — Tego nie rozumiem. to milczymy. — Co to znaczy bezpośrednia? — Jak by ci to wytłumaczyć? Jeśli ktoś z nas myśli. myślę o tobie. zapytała bardzo poważnie: — Czemu to robisz? Co mogłem jej odpowiedzieć? Powiedziałem. że takie dotknięcie nazywa się pocałunkiem. żeby mu nie robić przykrości. nieopanowany lub ponury. Zstąpiliście z nieba do naszych serc. jeżeli dowie się. Jesteś upragniona i nieosiągalna.. że ktoś jest zły. — Mamy wiele dziwnych cech.— Jesteś szalenie bezpośrednia. bo wtedy będzie mógł się poprawić. z ciemności wyłaniały się przedmioty oświetlone jej wzrokiem. Nikt z nas nie chce rozstawać się z ludźmi. — Nie mogę powiedzieć. aby pocałunki były przyjemne — odparła na to. jeżeli ich pragniesz. — No widzisz! Ale jeśli sądzimy.

Nazywamy ten szczególny stosunek miłością i nie wymagamy. bo nie pytałem. którzy nie znają miłości. błogosławimy ją jak święty dar.. — Wytłumacz mi więc. korzystać z ich doświadczeń. . Tym. Można współpracować z Niebianami. który by się choć raz nie zakochał. — Jeśli ty nie przylecisz. że wieczorem zobaczę cię. Jaja z zarodkami składają. Nie wiem. musi więc mieć ją i miłość.. Wszystko jest proste i racjonalne.. że nie robię nic innego tylko czekam na dębie. Będziesz na mnie czekał? — Oczywiście — powiedziałem z westchnieniem.. — Może istotnie przylecę. gdyby byli tak trzeźwi jak wy. Fiola tuliła się do mnie. a może jej samej spodobał się taki sposób okazywania sympatii. — Powinniście uczyć się od nas. Opowiadasz wiele ciekawych rzeczy. że miłość jest dziwna. ja wproszę się na Ziemię. ale ty wolisz spotykać się ze mną. przekazywać naszą wiedzę. że ją ma. Od tych myśli zrobiło mi się smutno na duszy. — Wydaje mi się. Ale jest to logika innego rodzaju. lepiej nie mów. Milczeliśmy. — Przyleć do nas — powiedziała Fiola. — A u nas stosunek do niektórych jest inny niż do pozostałych.. Wszystko co najlepsze w człowieku związane jest z miłością. to tylko dlatego.. — Biedacy! Pewnie przeklinacie cały świat. — Myślę w ciągu dnia.rozsądek. — Oczywiście.. Na Ziemi przed rozstaniem zawsze się chwilę milczy. Miłość jest rzeczą ludzką. — Przecież powiedziałam. Nie rozumiem. Obiecaliście przecież gościć nas u siebie. może się ona wydawać szaleństwem. — Ludzie umarliby z nudów.. można się z nimi przyjaźnić. i od tej myśli robi mi się ciepło na sercu. kiedy zwali się na was takie nieszczęście? — Wręcz przeciwnie. ale kochanie się w nich jest sprzeczne z naturą. bo u nas każdy odnosi się do wszystkich jednakowo przyjaźnie. I jeśli nie zauważamy. aby miłość była logiczna. Nie mamy rzeczy nieosiągalnych i niedostępnych.. bowiem nie staramy się posiąść nieosiągalnego. — Co mianowicie? — Jak by ci to wytłumaczyć?. — Spodoba ci się na naszej planecie.. ani zbliżyć się do niedostępnego. że jesteście dziwni.. czemu tu siedzisz ze mną? — Rozmawiam z tobą.. Dlaczego ze mną. — Inni ludzie mówiliby ciekawiej ode mnie. Wszystko. że jest wśród nas bardzo rozpowszechniona. Na przykład narodziny nowych ludzi. co to znaczy. — Wszystkie zjawiska mają wewnętrzną logikę. Nie ma chyba człowieka. a nie na przykład z Lusinem? — Jesteś mi sympatyczniejszy — przyznała się. aby przenosić ją w inne światy. zbyt ludzką. — Fiolo. pomagać im. Może chciała zrobić mi przyjemność. Bez miłości się to nie zdarza.

Wewnątrz sektorów stworzono warunki odpowiednie dla poszczególnych istot. Czemu zaszczepiam ludzki niepokój w spokojną duszę dalekiej od człowieka istoty? Czemu narzucam jej nasze namiętności? Przecież ona potrafi zrozumieć nasze niepokoje i cierpienia. będzie wzywać mnie śpiewem i światłem. Trąciłem łokciem zachmurzonego Andre. Przed nami i za nami zajęli miejsca pracownicy Ory wolni od dyżurów przy urządzeniach sztucznej planety. Przy oświetlonym stoliku w centrum sali zasiedli Wiera ze Spychalskim — przewodniczącym dzisiejszej narady mieszkańców naszej Galaktyki. — To niezbyt logiczne. Zawstydziłem się. Ludzi było wiele. grupami drzew lub trawnikami — każdemu ludowi zapewniono otoczenie takie. Lusina i Leonida. Weganie intymny półmrok i wspaniałe rośliny. gdyż ten ludek świetnie przystosowywał się do każdych. Przed fotelami i wszelkiego rodzaju „siedziskami" znajdowały się wideofony. w pobliżu Olgi. Allana. bo konstruktorzy z Ory przewidzieli tyle różnych wariantów życia. Anioły i częściowo Weganie korzystali z języka dźwięków. gdzie zebrali się ludzie. Ludzie. Fiola z napięciem wsłuchiwała się w moje słowa. — Masz rację. Aldebarańczycy mieli ogromną grawitację. Chcę cię widzieć bardziej niż kogokolwiek innego z ludzi. Fiolo. — Pocałuj mnie — prosiła samym tylko blaskiem swoich oczu. zwłaszcza Aniołów. że połowy tych hipotetycznych form istnienia nie zdołano jeszcze odkryć. a nie dane jej będzie zaznać rozkoszy i szczęścia. ale Wiera poleciła mi. jak znika w głębi parku. Jedynie Aniołom z Hiad nie stwarzano szczególnych warunków. Trzymałem ją za ręce. Pocałowałem ją i rzekłem smutnym głosem: — Upragniona i niedostępna. do jakiego przywykł. Altairczycy twarde promieniowanie swojej rozpalonej gwiazdy. Wiele sektorów świeciło pustką. tłumaczące dowolne formy mowy na zrozumiałe dla danego odbiorcy.— Przyjedź koniecznie. Chciałem w czasie narady siedzieć razem z Fiola. Ogromna sala przyjęć galaktycznych została podzielona na sektory. będzie starała się pojąć ich znaczenie. Będzie potem w rozpaczy krążyć po mrocznych lasach. abym zjawił się w sektorze Słońca. gładziłem je. Jeszcze więcej było gości. Usiadłem między Romerem i Andre. pozostali nawiązywali kontakty przy pomocy różnorodnych rodzajów promieniowania. 34 Konferencja Niebian udała się doskonale. Sektory wznosiły się amfiteatralnie ku górze rzędami foteli. Po co? — Upragniona i nieosiągalna! — szeptałem patrząc. . zaraziłeś mnie swoimi dziwactwami. Wiedziałem. że będzie później powtarzać je w duchu.

— Wszechświatowe towarzystwo charytatywne — powiedział ziewając. czy to nie on przypadkiem napisał niedawno symfonię o harmonii gwiezdnych światów. Nadal więc wypytywałem Andre: — Po odwiedzinach u Aniołów chodziłeś do mieszkańców Aldebarana i Capelli. Ale niechaj i gwiezdni braciszkowie zakąszą rękawy. początek okresu współpracy wewnątrzgalaktycznej. — To pierwsza pańska idea. Zapomniałeś. W ciągu godziny nie odwrócił głowy. Zapytałem go z wyrzutem. nie sądzisz? Andre w ciągu ostatnich dni nie dojadał i nie dosy-piał. jakie lubili przodkowie. drogi Andre. Wielka Loża Niebian-Spryciarzy. Andre był zdania. Obrócił się ku nam.— Warto było wybrać prezydium.. że ja również słuchałem wykładu Spychalskiego o życiu na Alde-baranie i Capelli! Póki rozmawiałem z Andre.. Paweł ustawił laskę pomiędzy nogami. To znaczy nic. Co opowiadają? — To samo. Nie udało mu się też nic wyciągnąć z lękliwych Altairczyków. iż nie mogą oddychać. — I nadal jestem zwolennikiem współpracy kosmicznej. a ich sny są pozbawione obrazów i przedstawiają jakieś barwne pasma. po jednym przedstawicielu z każdego gwiazdozbioru. Romero zdawał się słuchać tylko Wiery. że ciążenie wzrosło do tego stopnia. — Ja — odparł Andre obojętnie. że Wiera stara się przedstawić współpracę międzygwiezdną w zbyt różowych kolorach. nie chrząknął i trwał w niezmiennej pozie z rękami skrzyżowanymi na lasce i z arogancką nudą na twarzy. że pan już skończył się jako myśliciel. Wiera w swojej mowie proklamowała początek nowej ery kosmicznej. aby powiedziała kilka słów na temat zadań pierwszej narady międzygwiezdnej. — Dziękuję za informację. Po wczorajszej teorii sądziłem. Spychalski zaproponował Wierze. — Bractwo spadających z nieba syntetycznych gołąbków. położył ręce na rękojeści i z obojętną pogardą oglądał salę. Bez zwiększenia grawitacji nie zasypiają w ogóle. Może im się śni. — Ani słowa? — Przecież ci mówię! A może przynieść deszyfra-tor. Ironia Andró bardzo mnie dotknęła. żebyś mógł sam porozumieć się z przyjaciółmi? — Żadnego snu. że nic! Aldebarańczycy starają się myśleć jak najmniej. — Zwróć się do Romera — burknął. ale niczego nowego nie zdołał się dowiedzieć. Pochwycił jednak sedno naszej cichej rozmowy. która wydaje mi się zdrowa. . Do Romera się nie zwróciłem. którzy niewątpliwie zataili ważne informacje o kosmicznych podróżnikach. — Nie jestem specjalistą od prezydiów. krzątał się wśród Aniołów. — Mają ciężki sen w dosłownym znaczeniu tego słowa. żadnej myśli? — Po raz setny mówię ci.

Muzyka wprawiła ją w zdumienie. jaką MUK dał pańskiej interesującej teorii. — No więc tak — powiedziałem później Andre. wynik analizy jednego z teoretycznych możliwych przypuszczeń. że słówko „brednie" zawiera więcej treści niż wszystkie inne wasze uczone rozważania o Galaktach i ludziach. Zgodzicie się. — Hipoteza równie dobra jak każda inna. że niegdyś na Ziemi wylądowali Galaktowie i trochę poeksperymentowawszy z kodem genetycznym małp. Wybrał właśnie to słowo do precyzyjnej kwalifikacji pańskiego kolejnego dzieła naukowego.Zaciekawiłem się. Weganom prymitywna i monotonna. Po wystąpieniu Wiery zrobiono przerwę. że to przypuszczenie doskonale tłumaczy wiele zagadek. — Przypuszczenie czy fantazja? — zapytał Romero. — Altairczycy uważają. Nasz przyjaciel Andre jest generatorem nowych pomysłów działającym w sposób ciągły. to uważam. więc proszę dokończyć. o którą teorię Andre mu chodzi. — MUK odrzucił moją hipotezę — powiedział niechętnie Andre. — Nazwał ją bredniami. Powiedział to z taką złością w głosie. że normalni ludzie nie zachwycają się podobną sztuką. Co poza tym? Ludzie . Niczego podobnego Andre mi nie mówił. — Ponieważ pan już zaczął. W przerwie dla chętnych wykonano symfonię Andre. Czyżby ludzie zachwycali się czymś równie bezsensownym? Zapewniłem ją. po prostu nikt się nim nie zajmował. dla Aldebarańczyków jest zbyt lekka. miły Andre. — Drobiazg — rzucił lekko Andre. Co zaś do mnie. Czy o tę zabawną hipotezę na temat niewidzialności nieznanych wrogów Galaktów? — Nie. kwasach nukleinowych i kodach genetycznych. że symfonia jest zbyt pastelowa. Założyłem więc. że człowiek jest czymś w rodzaju sztucznego tworu zaprojektowanego w niepamiętnych czasach przez Galaktów. — Uznał ją za nienaukową. to bywają zwykle wyśmiewani. skąd się wziął jego zły nastrój. Potem zabrzmiała mechaniczna muzyka. Nie dalej jak wczoraj przekonywał mnie. Mam na myśli ocenę. Postarałem się również poznać opinie innych Niebian. stworzyli ludzi podobnych do siebie. Aniołom wydaje się zimna i pusta. czemu więc człowiek nie miałby być wynikiem eksperymentów genetycznych na małpach? Zadanie przy obecnym stanie wiedzy zupełnie możliwe.. a ja wiedziałem. Kompozytor opowiedział o swym utworze. a jeżeli zdarzają się dziwacy w rodzaju Andre.. Dźwięki są wulgarne — powiedziała — a efekty barwne prymitywne.. W instytucie Lusina wytwarza się pegazy i smoki. zawiera zbyt mato promieni rentgenowskich. Andre milczał ponuro. którzy po skonstruowaniu porzucili nas na Ziemi ze względu na naszą całkowitą nieprzydatność. że to wyjaśnienie zadowoliło ją. Słuchałem koncertu siedząc obok Fioli w jej sektorze. że zrobiło mi się nieprzyjemnie. działając na genetyczne kwasy nukleinowe koni i jaszczurek. następną. Wydaje mi się.. aby goście mogli przemyśleć jej słowa.

— Ty — przyznał niechętnie. — Ja lecę „Pożeraczem Przestrzeni" — zakończyła Wiera. nie tańcz i nie krzycz na całą Orę. — Jednakże — mówiła Wiera — gdzieś wśród gwiazd mieszka podobny do nas. gdybym nie . z których jedno — stworzenie podstaw organizacyjnych przyszłego Sojuszu Międzygwiezdnego — wykonano. jeżeli nie rozumiesz arcydzieł. sprawa może posunąć się szybko naprzód. Ale widzę. jeśli cię można prosić. Obiecałem mu cicho przeżywać tę radość. Wiera wytłumaczyła. kto wygrał zakład? — nalegałem. dokąd ludzie jeszcze nie docierali. jeżeli zapewnimy sobie pomoc Galaktów. na której nie było gwiezdnych gości. I na odwrót. Ludzi pomiędzy sobą i ludzi z grupami Niebian. które są skupiskiem gwiezdnym położonym najbliżej Hiad. Pawie. postanowiono. wysoko rozwinięty naród Galaktów. Tak więc skok w Plejady. — Ewakuacji gości z Ory i wysłania statków na Ziemię podejmie się szanowny Marcin Julianowicz. o którym nie dowiedzieliśmy się niczego. Jak na mój gust cieszysz się zbyt hałaśliwie. — Miałem nadzieję. że trzeba będzie dożyć ostatnich lat jako dozorca tej planetki. że dwa największe statki galaktyczne: „Pożeracz Przestrzeni" i „Sternik" powinny kontynuować podróż w głąb Galaktyki. będzie naszym kolejnym zadaniem. Na jednej z narad u Spychalskiego. ale jako przedstawiciel ludzkości na wysuniętej gwiezdnej placówce. Spychalski uśmiechnął się niewesoło. Cała praca nad tworzeniem sojuszu mieszkańców gwiazd stanie pod znakiem zapytania. aby spełnić warunki zakładu. czy projektowanej organizacji nie zagraża niebezpieczeństwo. zabierzecie ze sobą w daleki rejs.nadal mają zbyt wąskie spektrum warunków życiowych. Straciłbym dla siebie szacunek. — Nie jako dozorca. — Niebianie mają jeszcze mniej poczucia estetyki niż ludzie. „Pożeracz Przestrzeni" ma zadanie szczególne: zwiad na terytorium wroga. — Nie powiedziałeś. Dokąd skierować statki w ich poszukiwaniu? Skąd Galaktowie przylecieli do gwiazdozbioru Hiad i na Altair? Najprawdopodobniej z Plejad. więc dla nich jest zabójcza. Kto wygrał? — Idź do diabła! — powiedział Andre pogodnie. Podejrzewam. 35 Ostatnie dni pobytu na Orze były wypełnione naradami. Rozkoszuj się swoją fizjologiczną papką muzyczną. że przewidywał fiasko i zabiegał o urządzenie koncertu jedynie po to. Wyprawa na Orę miała dwa zadania. Po zakończeniu narady spytałem Romera: — Pan z nami. czy na Ziemię? — W starożytności — odparł sucho — za główną cnotę mężczyzny uważano umiejętność walki z wrogiem. A my będziemy kontynuować pańskie poszukiwania. dlaczego penetracji gwiezdnych głębi nie można odłożyć na później. jeżeli nie dowiemy się. staruszka. — Ale. że i mnie.

czy też statki gwiezdne. Muszę iść. uroczyste światło. niż mogłem przypuszczać. ani też o nasze porządki społeczne. — Tak. — Obiecałeś przyjechać — przypomniała. zalało cały port. potęgując zamieszanie swymi płaczami i narzekaniami. że mógłby powiedzieć to samo mniej zawiłym stylem. Krzyczał nie wiadomo dlaczego tylko do mnie: .. Mnie pierwszemu przypadło w udziale pokochać istotę biologicznie obcą.. Intymnie głupia noc. Miłość — wspólnota dusz. Eli. Aldebarana. — Jesteś biologiem — powiedziałem. że miłość jest jednym z bodźców do przedłużenia gatunku. Dziś obce. kiedy o tym bodźcu nie może być mowy? Jeżeli dwie istoty tak różnią się od siebie. Będzie inaczej. Przytłumione. łopotu skrzydeł i skowytów. — Na nic więcej wasza biologia się nie zdecyduje. ani o kosmos. płynące z ciał mieszkańców Wegi. Poszedłem tam z Lusinem i stałem na uboczu. Czy takie dwie istoty mają prawo kochać się? Lusin rozumiał mnie znacznie lepiej. prawdziwa noc zakochanych. Jutro zwykłe. Nagle w skrzydlatym tłumie pojawił się Trub i roztrąciwszy pobratymców pomknął ku nam z rykiem. Przed świtem Fiola wstała. Tak się zaczynało. Po jej odlocie chodziłem długo po Orze wraz z Lusinem.wykorzystał możliwości wykazania się odwagą godną mężczyzny! Wydaje mi się. Wieczorem do bazy gwiazdolotów zajeżdżały kolejno autobusy. w czasie której Fiola nie wypytywała mnie ani o naukę. — Okazuje się — powiedziałem gorzko — że stałem się przypadkiem pionierem nowej. Następnego dnia flotylla trzech statków odlatywała z Aniołami na Hiady. Fomalhaut. przyjedziesz ty. — A jeżeli nie będę mógł. Wyższe stadium. Znajome Anioły rzucały się nam na szyje. — Jutro będzie twój kopalny bóg z głową sokoła — powiedziałem ze złością. Pierwsze kroki. wyższej formy uczucia: jedności pokrewnych dusz Wszechświata. Potem zjawiła się Fiola. tak. że mój smutek zamienił się w rozpacz. Noc przed rozstaniem z Fiola spędziłem w jej parku pod smętnym blaskiem sztucznego księżyca. Wielu Wegan poznawało mnie i powitalnie błyskało oczami. — Miłość — przedłużenie gatunku. Eli. Zobaczymy się w porcie kosmicznym. Czy może istnieć miłość. — Zapala się słońce. a ona błyskawicznie przypłynęła do mnie. Capellę. aż wreszcie nastała kolej na odlot mieszkańców Wegi. że nie mogą mieć wspólnego potomstwa. Ruszyłem ku niej. To była pierwsza noc. Kolejno odlatywały statki na Altair. z których wypryskiwały świecące kolumny Wegan. Załadunek skrzydlatych odbywał się przy akompaniamencie krzyków. W tym milczeniu było coś tak lirycznie ziemskiego. — Wiesz. Przeważnie milczeliśmy.

Trub ma piekielnie mocne skrzydła i mało mi nie połamał kości. Na prawach przyjaźni poproszę cię o jedną drobną przysługę. to przynajmniej wdarliśmy się w gwiezdne głębie tak daleko. weź co najmniej tuzin na zapas. ogarnia mnie złożone uczucie żalu z powodu poniesionych strat. — Chcecie wziąć Anioła z sobą? A na diabła wam Anioł? — zdumiał się Spychalski. Jestem szczęśliwy. że prosi o to samo. — Adiutant jest kimś w rodzaju przyjaciela. — Proszę na niego spojrzeć — powiedziałem. — Wykąp się i zmień odzież. Najlepszy. Gdyby nasze zasługi ograniczały się tylko do trylionów kilometrów pozostawionych za rufą statku. Spychalski wywołał Wierę.. że sprawa załatwiona.. Byliśmy uczestnikami najtrudniejszej z dotychczasowych wypraw kosmicznych i całkowicie spełniliśmy swój ludzki obowiązek. tylko z ludźmi! Andre próbował przemówić do rozsądku awanturującemu się Aniołowi. Trub natychmiast uniósł się w górę. — Możecie zabrać Truba — powiedziała Wiera i wyłączyła się. — Jestem twoim niewolnikiem — powiedział. a od siebie dodał. co zechcesz. pomieszanego z dumą. gdyż poza nim nikt nie . Pomknąłem ku swoim krzycząc już z daleka. Eli! — Jesteś moim adiutantem — odparłem. nie byłoby żadnych powodów do dumy. ale Trub krzyczał coraz głośniej: — Pojadę z ludźmi! Nie chcę do siebie! Lusin miał łzy w oczach i czule gładził lśniące pióra krzykacza. Jak na swoją ogromną wagę latał wspaniale. jak wielkie jest dobro i zło walczące ze sobą w galaktycznej wojnie i jak nieubłaganie to wszystko zmusza człowieka do ingerencji w konflikty nie przez niego wywołane. co się dzieje. o potężny. — Przecież to piękny okaz.— Eli! Eli! Eli! Objął mnie skrzydłami i zabulgotał straszliwym głosem: — Nie pojadę! Chcę z ludźmi. —Cudowny. Odszukałem Spychalskiego i powiedziałem. że choć nie przeniknęliśmy do osłoniętego ciemnymi mgławicami centrum Galaktyki. Ponadto nie cierpi swoich pobratymców. Dowiedzieliśmy się jednak. że w ciągu dwóch ziemskich lat przebyliśmy dziesięć tysięcy lat świetlnych i nie o to. Przekazał jej życzenie Truba i nasze. — Niewolnikiem na wieki. — Dobry—szeptał. Chodzi oczywiście nie o to. W magazynach jest wiele anielskich szat. jak nikt przed nami. Jakie on wrażenie wywrze na Ziemi! Zresztą przywiązał się do nas nie mniej niż my do niego. jak wielka jest potęga osiągnięta przez inne istoty rozumne. — Wszystko. Rejs Gwiezdnego Pługa 1 Kiedy spoglądam na przebytą przez nas drogę.

ale byłem tak zaskoczony. Codziennie przez wiele godzin ślęczałem wraz z Wierą nad jej raportem dla Ziemi. — Czemu stoisz? Powtarzam: wyjdź. — W starożytności istniał niegłupi zwyczaj — powiedział wreszcie ochrypłym głosem. Milczał. Musieliśmy natomiast bić ciężką pięścią ludzkiej potęgi tych. że siostra jest w niebezpieczeństwie i nie wygasiłem ekranu. — Nie chcę na ciebie patrzeć! Puść. Wiera wybrała „Pożeracza Przestrzeni". Któregoś dnia połączyłem się z jej pokojem i ujrzałem. pozwoliła więc mi komunikować się ze sobą bez uprzedzania. osłoniłbym siostrę. Romero. a nie armią ludzkości. Spojrzał nie na nią. lecz obrócił się ku mnie. Drugim statkiem dowodził Allan. mięśnie szczęk dygotały. — No. Powinienem się był wyłączyć. Dowódcą pierwszego była Olga. Starał się uspokoić. bo mój postępek zakrawał na podglądanie. byliśmy wszak tylko zwiadowcami. której pomagali Leonid i Osima. że wkrótce nadejdzie czas. Gdybym był z nimi w pokoju. oczy błyszczały mu nieprzytomnie. Pawle. I skończmy już z tym. Obok burt naszego statku przemknęły tysiące układów gwiezdnych i na żadnym z nich nie znaleźliśmy cukierkowego raju spokoju i błogości. kiedy przetarta przez nas ścieżka w kosmosie zamieni się w szeroką drogę. Zapamiętałem dobrze ten wzrok człowieka nienawidzącego nawet przedmiotów. Andre i ja. „Nasz wiek jest tragiczny" — często powtarzał biedaczysko Andre i dowiódł tego własnym życiem. Wiemy jednak teraz. ale wydało mi się. Wiera wyrywała się trzymającemu ją za ramiona Romerowi. Uderzać złem w zło jest także dobrem. — Nie! — syczał wściekłym głosem. którzy budowali swój malutki dobrobyt na wielkich nieszczęściach innych. wiemy. — Damy zrywające ze swymi . Od człowieka z taką twarzą nie można oczekiwać niczego dobrego. najważniejszą trasę Wszechświata — od człowieka ku zamieszkałym gwiazdom. Oprócz niej byli na nim: Lusin. a za nim „Sternik". lecz na mnie. tak jest lepiej. Jestem przekonany. że siostra kłóci się z Romerem. to boli! Romero cofnął się na środek pokoju. — Nie. kogo popieramy i kto jest naszym wrogiem. Jego ściągnięte brwi jakby uderzały jedna o drugą. Powinienem był oczywiście przerwać połączenie. Wiera poprawiła koronkowy kołnierzyk. Oczywiście nie osiągnęliśmy całkowitego zwycięstwa.może ich ostatecznie rozwikłać. Wiero! To się nie zdarzy! — Odejdź! — wyrywała się Wiera. że po prostu o tym zapomniałem. że na wieść o naszym wyjściu we Wszechświat tysiące zamieszkałych światów z błaganiem i nadzieją wyciągają ku nam ręce. od gwiazd ku człowiekowi! 2 W przedzie leciał „Pożeracz Przestrzeni". Nie mógł wiedzieć o mej niewidzialnej obecności. Potknął się przy tym i popatrzył wściekły na podłogę. Paweł ciężko dyszał.

— To znaczy. oddanego ludzkiego serca! Ludźmi jesteście czy automatami. To wystarczy? — To wiem. Wiera zmęczonym ruchem opadła na tapczan i zamknęła oczy. Płakała . Powinienem osłaniać ją własną piersią. Milczał chwilę. Paweł w swym szaleństwie mógł podnieść na nią rękę. co się stało. A więc nie kocham cię. niech to diabli! Osiemnaście miliardów kilowatów na człowieka. ale nie tego! — No dobrze.. jak nienawidzę! Wiera podeszła do niego. dwieście miliardów egipskich niewolników! Jaki faraon. Pawle! Długo oczekiwałam takiego wyznania.. węże z Wegi. a sług każdy z nas ma pod dostatkiem. czemu znika. że ją obserwuję. odwrócił się i poszedł ku drzwiom. — Nareszcie. a potem zaczęła płakać. Ale dlaczego? Wytłumacz mi po ludzku. że jestem lekkomyślna? — Chcę wiedzieć. Stanąłem w obronie człowieka i w rezultacie utraciłem jedyne ludzkie uczucie.. jeszcze raz proszę cię. — Wiero. jaki prezydent mógł się pochwalić taką armią lokajów? A wśród tej otchłani kilowatów ani jednego gorącego. Siedziała tak kilka minut. z kim mam do czynienia — z uosobieniem nienawiści! I ty chcesz. wy.. ponieważ nie szanuję... Nadal nie domyślała się. że miłość rodzi się z nienawiści?! Paweł obrzydliwie zaklął. apostołowie powszechnej pomocy? Jak ja was nienawidzę. Wszystkiego spodziewałem się po wyprawie na Orę. głupcze. jakie nas łączyło — miłość! — Pawle. Jeszcze bardziej zląkłem się o Wierę. że nie okażesz się mniej uprzejma niż twoje lekkomyślne poprzedniczki? — Chcesz powiedzieć. co przestało się im podobać w porzucanym kawalerze. Zaciskałem bezsilnie pięści. — Nie wiesz? To niezwykłe u tak przenikliwego człowieka. twojego niewolnika nawet.. czemu miłość przychodzi. Zląkłem się. Nie kocham cię.. całował twoją suknię — powiedział gorzko Paweł. że każdym twym słowem wzmagasz moją odrazę do ciebie? Duma walczyła w nim z namiętnością. senną galeretę z Arktura i tępe Aniołki z Hiad? Są dla ciebie drożsi ode mnie. — Niewolników nie potrzebuję. Sądzisz. że chodzi o gwiezdnych niby-ludzi? O hipopotamy z Aldebarana. — Tak. nie byłbym tak zaskoczony!. by cię zadowoliła odpowiedź w tym stylu. nie wiadomo. dlaczego? — Mogłabym odpowiedzieć twoim ulubionym porzekadłem: nie wiadomo. pająki z Altaira. aby cię kochano?. Tylko to chcę wiedzieć. że ona pierwsza go uderzy. za jakiego się uważasz. Tym razem wystarczy?. a nie podpatrywać! — Czołgałbym się przed tobą na kolanach. Mam nadzieję. gdybyś choć w najmniejszym stopniu tego potrzebowała. mechanicznych! Mechanicznych. wyjdź! Czyżbyś nie rozumiał. Wiem w końcu. Wątpię jednak. — Byłbym dumny z roli twego sługi.wielbicielami mówiły. przysięgam ci! Gdyby dach zwalił mi się na głowę.

data. kiedy spodziewać się czułości. Komputerowe prognozy medyczne sprawdzają się niezbyt dokładnie. 3 Lusin ze swym nowym ulubieńcem Trubem przesiaduje ciągle gdzieś we wnętrzu statku i prawie go nie widujemy. Sądzę. — Nie sądziłem. — Stęskniłeś się. Na każdej stronie widniała fotografia Żanny. pewnie oboje się o to starają i skutek jest taki. że prędko się to nie zdarzy. Pewnego razu na biurku Andre pojawił się również jego przyszły synek. Sześćdziesiąt trzy centymetry. Co o tym sądzisz? . Wydobył z szuflady grubą księgę. — Galeria rodzinna — powiedziałem. Przejrzałem album.. nic więc nie powiedziałem. że do tego czasu podobne prognozy staną się rzeczą powszechną. taki sam krój odzieży. notatka o jej samopoczuciu oraz przepisany jej na tę dobę rozkład snu. chłopie? — Dziś urodził się Oleg — odpowiedział Andre uroczystym tonem. zwłaszcza u kobiet. a kiedy awantur.najpierw cicho. Nie wiem. złamanie nogi. — Kiedy nareszcie zwrócisz uwagę na ziemskie kobiety. Andre spojrzał na mnie z oburzeniem. identyczne pochylenie głowy. — Mam nadzieję. Andre przypatrywał się z zachwytem fotografiom żony.. Anioł uczy się jeżyka ludzkiego. prawie bezdźwięcznie. Wyłączyłem ekran. W jego kajucie stoi na biurku zdjęcie Żanny. Będziesz daleko od ukochanej i jednocześnie obok niej! Będziesz wiedzieć o niej wszystko. trzy horoskopowe fotografie chłopaka w wieku jednego. że bardziej przypominają brata i siostrę niż małżeństwo. Później nasilające się tkania wstrząsnęły jej ciałem i runęła twarzą na poduszkę. — O dziesiątej rano według miejscowego czasu ziemskiego. zaopatrzę się w prognozę nastroju żony na każdy dzień w roku i będę wiedział. zaopatrz się w taki sam album.. Poza tym możliwe są nieprzewidziane wypadki — upadek. pięć i pół kilograma uśmiechów i krzyku! Zainteresowałem się. że z daleka trudno małżonków rozróżnić. Wiele w tym jest naturalnego podobieństwa. odczuwać bicie jej serca i ciepło rąk!. ale jeszcze więcej umyślnych starań: jednakowe loki sięgające ramion. kłótnia z przyjacielem.. Dopiero wtedy życie rodzinne zyska trwały fundament. że zapomnisz o komputerowym horoskopie małego! Przed odjazdem podarowano mi album Żanny we wszystkich dniach ciąży. Często natomiast odwiedzam Andre. posiłków i przechadzek. dwóch i dziesięciu lat. Szarooki i rumiany grubas. kto do kogo się upodabnia. Żanna jest do niego tak podobna. Nie chciałem jednak denerwować Andre swoimi wątpliwościami. aby móc rozmawiać z nami bez deszyfratora. w jaki sposób wiadomość z Ziemi pokonała dzielące nas wówczas czterysta lat świetlnych. Jeśli jednak to nastąpi.

Andre rozpędził się. Proponuję potańczyć i pokrzyczeć. Gdyby zakłócona przez nas geometria tego odcinka Wszechświata nie wyrównywała się kosztem nienaruszonych obszarów światowej pustki. „Popiół przestrzeni kosmicznej" — powiedział kiedyś Andre patrząc na tworzony przez nas pył. Wspaniałe skupisko jaskrawych gwiazd rozpalało się na niebie. Andre uregulował mnożnik fotonowy i przełączył obraz na ekran zewnętrzny. Najpierw zalśnił rów-noległobok Worka Słonecznego. ale go wyprzedziłem. Wiedzą. synu! Cudownie potańczyliśmy na twoją cześć — powiedział Andre i zajął się Plejadami. Przeorywaliśmy przestrzeń z wielkim impetem. Twój ojciec i twój przyjaciel ślą ci pozdrowienia z gwiezdnej głębi! Andre. Gwiezdny Wszechświat zawirował. Szerstiuk poleciał głową w dół. Zagubione światy ożyły. Andre schował album. ciała niebieskie zbliżały się i oddalały. człowieku imieniem Oleg. zmiany wywołane obecnością Gwiezdnych Pługów byłyby jeszcze znaczniejsze.— Po mistrzowsku potrafisz zepsuć najlepszy nastrój — powiedział ze złością. Szybkość gwiazdolotów wynosiła trzy tysiące jednostek świetlnych. Kiedy do roju pozostało niewiele parseków. — Nie rozumiem. czemu cię przyjaciele lubią? — Są minimalistami. Jeszcze przez chwilę po barbarzyńsku hasaliśmy w ciemności przenikniętej światłem gwiazd. Wyrwaliśmy z kosmosu kłąb pustki wystarczający do utworzenia średniej wielkości gwiazdy. Eli! — powiedział wkrótce Andre. gwiazdozbiór zaczął się rozszerzać i napełniać blaskiem. W mnożniku rój rozpadł się na pojedyncze gwiazdy. Chciałbym urodziny syna uczcić jakimś niezłym odkryciem. a potem zapłonęło samo Słońce: Wydało się nawet. daleka ojczyzno! — wykrzyknąłem. . a mrowie mniejszych gwiazdek tworzyło świetlistą mozaikę. Przez dwa miesiące podróży w kierunku Plejad gwiazdozbiór zupełnie się nie zmieniał. Od tej chwili inaczej tego pyłu nie nazywaliśmy. aż zmęczeni obróciliśmy fotele do odległego Słońca. olbrzym stokroć jaskrawszy od Słońca. Pomknąłem za nim. abyśmy obaj widzieli ten sam wizerunek. że niczego dobrego nie można ode mnie oczekiwać. Zewnętrzne gwiazdy skupiska były puste i o niewielkiej jasności. — Chodźmy do sali obserwacyjnej. jak i z Ory Plejady sprawiały wrażenie kosmicznej paję-czynki zawisłej między wielkimi gwiazdami. który przyszedłeś dziś na świat. i zadowalają się złym. — Widzę układ planetarny. — Witaj. Zarówno z Ziemi. — Do widzenia. że rozróżniamy obiegające je planety. Statki już trzeci miesiąc z rzędu szły kursem na Plejady. — Witaj. Nie czekając na zgodę popchnąłem fotel Andre. ale było to oczywiście złudzenie optyczne. Słońca większe od naszego Syriusza połyskiwały różnobarwnymi ogniami. ale Atlanta. jak uczcimy jego narodziny? Dawniej przy podobnych okazjach upijano się.

— Ale miasta! — wykrzyknął Andre. — Odczep się! — burknąłem. ale teraz nie mogłem się od nich oderwać. — Popatrz na Elektrę. Na niektórych z planet automaty wykryły atmosferę z zawartością tlenu oraz umiarkowane pola grawitacyjne. a potem przesunęliśmy się ku centrum gwiazdozbioru. Jedna przypominała zaciśniętą pięść bijącą w środek drugiego skupiska. — Co się z tobą dzieje? — zapytal Andre. ale nie mogliśmy nic dostrzec na ich powierzchni. Nagle przypomniałem sobie. Olga już wiedziała o układach planetarnych w Plejadach. Nocne oświetlenie miast na Ziemi daje podobny efekt. Tak to sobie tłumaczyłem w duchu. — Znudziła mi się twoja Elektra. Były niemal równe co do wielkości. — Nie tam lecimy.. — Na drugiej spośród czterech jej planet zauważono sztuczne świecenie rozbłyskujące po zachodzie Elektry. z Plejad. — Co z miastami? — Miast stąd nie sposób wykryć. Było to tym dziwniejsze. — Oni są na Perseuszu! — wrzasnąłem. a więc nie mogły mi być znane. Rzeczywiście widać sztuczne światło nad jedną z planetek. gdzie trzeba. że jest to zwyczajne złudzenie. Andre skierował mnożnik na Elektrę. Nie tylko ja. próbując stłumić narastające zdenerwowanie. Wywołałem sterówkę. a zęby mimo woli szczęknęły. Wokół Altiona i Mai krążyło po sześć planet i to tak blisko gwiazd. Pozostawiłem Plejady w spokoju i odsunąwszy się nieco od ekranu skierowałem mnożnik w bok. — Wydaje się. że ich orbity musiały się przecinać. Nigdy nie interesowały mnie zbytnio. W ich rysunku było coś znajomego.. Oglądaliśmy je przez chwilę.miała satelity: trzy ciemne globy. Rozumiałem. Z coraz większym napięciem wpatrywałem się w dwie błyszczące grupki gwiazd. — Duszę ze mnie wytrzęsiesz! Jacy oni? Co tu ma do rzeczy Perseusz? . że głowa mu się zakołysała. Z Ziemi i Plutona często oglądałem te dwie zwarte grupy gwiazd odległych od nas o cztery tysiące lat świetlnych. że na Elektrze żyją istoty o wysokiej cywilizacji — dorzuciła Olga. a potem stopniowo przygasające. gdzie widziałem ten obraz. Tam niemal każda gwiazda miała swój układ pla netarny. Chwyciłem Andrć za ramiona i potrząsnąłem tak. dalekie roje Perseusza widoczne były pod innym kątem niż z Ziemi lub z Ory. lecz także nikt z ludzi nie obserwował jeszcze tych skupisk w takiej projekcji. Przede mną rozbłysły dwa rozproszone skupiska gwiezdne — Psi i Chi Perseusza. ale nie mogłem się pozbyć tego uczucia. Wkrótce znaleźliśmy krążące wokół niej cztery planety. bo oni są na Perseuszu! — Puść mnie! — błagał Andre. że stąd. z którego gwiazdy rozlatywały się na zewnątrz niczym odłamki. ale jedna z nich wydawała mi się bardziej zwarta — wiele tysięcy słońc skupionych na malej przestrzeni.

Nie mogę sterować. iż natura wyznaczyła ci rolę poważniejszą niż mo notonna błazenada. — Eli. — Zawsze byłem przekonany. — Przypomnij sobie. że słyszałeś krzyk bólu dobiegający z roju gwiezdnego. Groman. Obok mnie usiadła Wiera. — Przypomnij sobie zapisy pokazywane w Sali Pomarańczowej — mówiłem. Nieznani astronauci przy pomocy starego alfabetu Morse'a starali się porozumieć z nami po rosyjsku i angielsku. których szukamy.. Po cóż nam Plejady.. Porusza się siłą bezwładności... punkcik.. nieznajomy statek nie odpowiedział. Rozległ się spokojny głos Olgi. Wychodzimy z obszaru nadświe-tlnego. — Nie ma chwili do stracenia. Rozróżnialiśmy dysze rufowe i okna pozbawione osłon pancernych. z jego pokładu odezwała się radiostacja niewielkiej mocy. Chciałem już wstać. Pospiesznie opowiedziałem jej o swoich spostrzeżeniach na temat Perseusza. dokonałeś wielkiego odkrycia . Ale teraz ciekawi mnie. że to „Mendelejew" Roberta Lista. zagubiony w przestrzeni międzygwiezdnej pięćset lat temu. gwiazdy zakołysały się i zgasły. Gwiazdolot «Men-delejew». później powiększył się do rozmiarów małego strączka grochu. są na Perseuszu? Teraz on ciągnął mnie i popychał. — Po co? Nie ma gwałtu. Może to gwiazdolot? Po pewnym czasie analizatory zameldowały: — Przed nami statek fotonowy z unieruchomionymi silnikami. Andre uruchomił deszyfrator na wszystkich zakresach. aby pojazd z martwą załogą mógł błądzić nie uszkodzony w kosmosie przez pięć wieków. czy to nie jest dokładnie ten sam widok? Andre oderwał się wreszcie od lornety mnożnika. jak przekonywałeś nas. Ogłaszam alarm ogólny. przyjacielu. Andre i ja chwyciliśmy za lornety mnożników. Wydało mi się nieprawdopodobne.. Kamagin. skoro ci. jakie to ciało mknie z szybkością przyświetlną. W ciągu następnych paru minut do sali obserwacyjnej nieustannie przybywali członkowie załogi. Musimy natychmiast zmienić kurs. Kiedy do statku pozostało około miliona kilometrów. 4 Czarny statek kosmiczny pojawił się w mnożniku jako świecący. że aż stracił głos. Eli — powiedziała siostra.. kiedy zapłonęły sygnały awaryjne i zawyły syreny. Andre zaczął dowodzić." . — Polecimy automatom sprawdzić twoją obserwację. zdążymy.— powiedział uroczystym tonem. Dokładnie dobiegły do nas słowa: „Ziemia. Strefa niebieska pokryła się mgiełką. gdzie gnieżdżą się Niszczyciele! Andre zdenerwował się tak. „Pożeracz Przestrzeni" nadał sygnały wywoławcze. — Wiem teraz.. Gratuluję ci... — Przed nami w prawo od kursu ciało kosmiczne idące z szybkością przyświetlną. To była metalowa rakieta. — To bardzo ważne. A teraz biegiem do Wiery. To nie jest meteoryt.— Zływrogi! — powiedziałem. Czy to nie są te same gwiazdy? Pytam cię.

— Czy nie zechce pan łaskawie nam powiedzieć. — Mam nadzieję. jakie stulecie dziś mamy? Romero odpowiedział: — Dziś jest dziesiąty kwietnia roku pięćset sześćdziesiątego trzeciego nowej ery! . Edward. Rakieta wyglądała obok Gwiezdnego Pługa jak drobinka. Luków bez mojej komendy nie otwierać". Uścisnął każdemu z nich rękę i pogratulował pomyślnego lądowania. — Jesteśmy zdrowi — odpowiedział pierwszy. później wyprowadziło go na platformę postojową. Później „Pożeracz Przestrzeni" zawisł nad fotonowym gwiazdolotom i oświetlił go swoimi reflektorami. Luk rakiety otworzył się i wysunęła się z niego drabinka. Nasi koledzy. Kiedy opuszczaliśmy Ziemię. Wyrzucone na zewnątrz pole płynnie wciągało „Mendele-jewa" do wnętrza naszego statku. na statku znajdą się leki na wszelkie dolegliwości.. który jako jedyny wśród nas znał starożytne języki. o einsteinowskim spowolnieniu czasu — powiedział wesoło Kamagin. popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo. „Słyszę was dobrze — dyktowała Olga. gdzie stały operacyjne gwiazdoloty. przyjaciele? — Niezbyt dawno... tylko miesiąc temu? Paweł zapytał przyjaźnie: — Jak dawno wystartowaliście z Ziemi. Na platformie rozległ się nagły gwar. tym wolniej biegł nasz czas pokładowy. — Popatrzył na Romera. ziomkowie. był rok czterdziesty pierwszy nowej ery.. Na powitanie nieoczekiwanych gości zebrała się cała załoga. oni mają normalne ciążenie! Tu nasze magnetyczne buty są niepotrzebne! Podszedł do nich Romero. — Pierwsze powodzenie po wielu klęskach. — To przecież olbrzymy. jaką przycumowaliśmy. Edward Kamagin i nawigator Wasilij Groman. — Jest nas dwóch: ja. Wyhamuję i doprowadzę do zetknięcia własnymi polami. W przestrzeń pobiegły fale radiowe naszego statku.— Tym razem zgadłeś — zwróciłem się do Andre. — Tu gwiazdolot typu Pług Gwiezdny z Ziemi. Na trap wyszło dwóch niziutkich młodzieńców. Zaczęliśmy bić im brawo. Chłopcy zerwali z siebie hełmy i pomachali nimi w powietrzu. że jesteście zdrowi? Jeśli nie. niedawno zginęli w katastrofie. Później nastąpiła chwila ciszy i usłyszeliśmy pierwsze słowa kosmonautów z rakiety. planetoloty i awionetki. — Im bardziej spieszyła nasza rakieta. zastępca kapitana. można w naszych czasach obejrzeć jedynie w muzeum. — Boże. trzy lata temu — odpowiedział Groman. a nie ludzie! Drugi wykrzyknął z zapałem: — Słuchaj. jacy oni są wysocy! — powiedział jeden z nich po rosyjsku. — Zapominacie. Brak sterowania nie ma dla mnie znaczenia. — Dodał po chwili drżącym głosem: — Czemu nie zjawiliście się miesiąc temu. Rakiety podobne do tej.

Rejs miał trwać dwadzieścia pięć lat ziemskich. co widzieli i o czym słyszeli. długogłowego.5 Wszystko zdumiewało tych wspaniałych chłopaków. Na. lecz już . i równie łatwo tworzymy gigantyczne pustki ze zniszczonych ciał materialnych. Gwiazdolot „Mendelejew" został zbudowany do wypraw galaktycznych. że wewnątrz gwiazdolotu oprócz maszyn znajduje się jeszcze prawdziwe miasteczko z parkami i basenami kąpielowymi. Od bariery świetlnej dzieliło ich zaledwie trzy tysiące kilometrów na sekundę. — Ale taki przeskok!. a zwłaszcza mniejszego jej składnika. wraz z jej niezrozumieniem materialnoś-ci przestrzeni i demonizowaniem niewytłumaczalnie granicznej dla wszystkich ciał prędkości światła. Przedziały. Na nas patrzyli z przestrachem. Na pokładzie znajdowały się zapasy żywności i paliwa rakietowego (w tym antymaterii) obliczone na pięćdziesiąt lat podróży. którzy pięćset dwadzieścia dwa lata temu wystartowali w kosmos i wkrótce zagubili się w jego przestrzeniach. szczęście statek podzielony był szczelnymi grodziami i ludzie nie ucierpieli. że z nich żartujemy. Czarnowłosy. Zniszczone segmenty gwiazdolotu zostały zablokowane. w których była zmagazynowana antymateria. Celem wyprawy było zbadanie tej podwójnej gwiazdy. opowiedzieli nam o swej przedłużającej się podróży. A kiedy dowiedzieli się. to uznali. Statek uzyska} w czasie'wybuchu dodatkowe przyspieszenie i nadal mkną} do przodu.. płowego Kamagina. w ciała materialne. Zachwycali się wszystkim. na czym polega efekt Taniewa.. okrągły na twarzy. szybki w ruchach i słowach bardzo różnił się od flegmatycznego. W pierwszych miesiącach rejsu minęli Układ Słoneczny i zagłębili się w przestrzenie międzygwiezdne idąc kursem na Syriusza. Zaczęły działać efekty przyświetlne: zwiększenie masy statku i spowolnienie czasu pokładowego. że poruszamy się w obszarze nad-świetlnym i przekształcamy przestrzeń w masę. Kiedy już nasi młodzi „przodkowie" wypoczęli. „To nie statek. A później przyszła katastrofa — uderzenie błądzącego meteorytu i wybuch. Nasz wzrost wywierał na nich chyba jeszcze większe wrażenie niż rozmiary statku. kiedy wytłumaczono mu. Ten najdoskonalszy statek owych czasów wystartował z Ziemi w piątek 13 sierpnia roku 41 nowej ery z załogą składającą się z czternastu inżynierów i dwóch kapitanów: Roberta Lista i Edwarda Kamagina. a obaj w jeszcze większym stopniu różnili się od każdego z nas. lecz latająca wyspa!" — mówili. Fizyka dwudziestego wieku starej ery. Groman usiłował nawet dyskutować. — Wiedzieliśmy. utkwiła w ich mózgach niczym gwóźdź i nie mogliśmy jej stamtąd wyciągnąć. jak mówino w ich czasach. że nasi potomkowie pójdą daleko naprzód — powiedział Groman. zostały zniszczone. zaskoczeni tym. białego karła o gęstości czterdzieści tysięcy razy przewyższającej gęstość wody. Wkrótce po wyjściu z Układu Słonecznego rozpędzili gwiazdolot do szybkości przyświe-tlnej.

Nie mogli zmienić kursu. Kamagin skupił uwagę na Aldebaranie. Jest źle. gdzie Słońca już od dawna nie było widać. inni zaś zostali przygnieceni spadającymi z góry sprzętami. wyprodukować pewną ilość paliwa. Kamagin i Groman dyżurowali tego dnia w kabinie nawigacyjnej i jedynie oni ocaleli. „Edward. a jednak kula zaczęła dopędzać statek. nadaj nasz znak rozpoznawczy! — rozkazał List. Szybkość mamy gigantyczną. kiedy wydarzyła się następna katastrofa.nie w kierunku Syriusza. spróbujemy więc naprawić uszkodzenia. Kamagin uruchomił nadajnik i panoramiczne urządzenie rejestrujące. Na podłodze leżały skrwawione ciała towarzyszy: niektórzy umarli od przeciążenia. Kiedy Kamagin się ocknął. jaką ze sobą przyniosła. Edward wlał mu do ust trochę wody i położył na fotelu. laboratoria i materiały. Kamagin krzyknął i cała załoga rzuciła się do ilu-minatorów. znów skok w niebyt. Jeszcze wrócimy na Ziemię. kiedy uda się statek zawrócić. ale trzeba od razu zawinąć rękawy! Zabrali się do pracy trwającej według ich czasu pokładowego około trzech lat. Kula pojawiła się nagle. a wtedy uda się zawrócić statek. „Mendelejew" mknął tuż pod barierą świetlną. Przyszła kolej na paliwo i kosmonauci liczyli już dni do uruchomienia silników. Czasu jest pod dostatkiem — cale życie — są też mechanizmy." To były jego ostatnie słowa. Tracąc przytomność od przeciążenia słyszał jęki konających towarzyszy. Dowódca. wystarczy jedynie zmienić jej kierunek. — Ciekaw jestem. bo nie działały urządzenia napędowe z powodu braku paliwa fotonowego. Gdy już nieco przyszedł do siebie. kuli już nie było.. Nie zdążył zdjąć palców z pulpitu.. przekonywał. zielonkawa kula. a według ziemskiego ponad cztery stulecia. czy to statek. a nie zbliżyła. . powtarzał. gdy nagle gwiazda zamigotała i znikła. mówił. Nikogo nie udało się uratować. pierwszy otrząsnął się z niemocy i zażądał od innych członków załogi. i to była pierwsza zagadka. a osłabione urządzenia napędowe doprowadzili do stanu używalności. ale jeszcze nie zginęliśmy i to już dobrze. aby również wzięli się w garść. a nam udzieliło się jego zdenerwowanie. oczywiście nie fotonowego. Edward Kamagin wspominając zjawienie się błyszczącej kuli mocno zbladł. aby ustalić kurs powrot ny. W przestrzeni. Wywołane później zdjęcia również pokazały jej nagle zniknięcie. Uszkodzenia załatali. ale kursem na gwiazdozbiór Byka ku rozproszonej mgławicy Plejad. czy ciało kosmiczne. kiedy straszliwy ciężar wtłoczył mu ręce w klawiaturę. na jakim latali pierwsi kosmonauci. jakby wyskoczyła z niebytu. Kula zniknęła bez śladu! Koło Kamagina leżał jęczący Groman. a w pole widzenia wskoczyła jaskrawo świecąca. trzeba było codziennie fotografować gwiazdozbiory. lecz zwykłego. Robert List. obaj udali się do laboratorium. właśnie pojawiła się.

Ich nieoczekiwane zjawienie się z „niczego" i nagły skok w „nic" można bez trudu wytłumaczyć. Odpowiedzieli na nią śmiercionośną salwą. że kula porusza się z regulowaną prędkością i zadała cios grawitacyjny — powiedziała. że istnieje jakiś rozwinięty technicznie. a później zapytała: — Uderzenie grawitacyjne spadło natychmiast po tym. Przekonaliśmy się jednak. Andre tak mówił o okrętach wojennych. — Jest faktem. Następnego dnia przenieśliśmy szczątki kosmonautów na nasz cmentarz w parku. że podobnie jak my poruszają się w obszarze nadświetlnym. Oczywiście to. — Wniosek Andre jest logiczny: regulowały szybkość i strzelały istoty rozumne. Ciała naturalne o nienaturalnych właściwościach są cudem. Przypuśćmy. krążownikiem wojennym. a zbudowana jest z nieznanego tworzywa sztucznego. — Błony ze zdjęciami kuli przechowujemy w kasie pancernej. kiedy zdecydowanie odrzucił myśl o naturalnym ciele kosmicznym. Powierzchnia całkowicie gładka bez wklęśnięć i występów świeci światłem monochromatycznym o długości fali 560 milimikronów. jakby wi dział Niszczycieli przy sterach i spustach dział grawitacyjnych. jak tylko gwiazdolot nadał swój sygnał wywoławczy. Kula istotnie ukazywała się i znikała nagle.. co i wcześniej było wiadome. Rozbrzmiewała muzyka żałobna z dwudziestego wieku. Fale grawitacyjne wstrząsające gwiazdolotem świadczą o tym. jeśli się przyjmie. a cudów w przyrodzie nie ma. czy to byli Niszczyciele. Przekonał mnie.. gdyż wyprzedzają światło. iż ma kształt idealnie kulisty. co nam obecnie wydaje się zwykłą rzeczą. nie zdziwiliśmy się więc. musiało się wydać cudem kosmonautom z pierwszego wieku. Po zakończeniu pogrzebu oglądaliśmy na stereoekranie fotografie katastrofy. że w kuli znajdowali się Niszczyciele.— Złożyliśmy ich do lodowni — zakończył Kamagin swą smutną opowieść. Andre jak zwykle chciał się wypowiedzieć pierwszy. średnica jej wynosi osiemnaście i sześć dziesiątych kilometra. Oczekiwaliśmy od niego czegoś niezwykłego. Dlaczego? . Nie wiemy jednak. do mauzoleum z przezroczystymi' sarkofagami. Ciała przebywające poza barierą świetlną są niewidzialne. napastliwy naród pozbawiony nawet problematycznej dobroci kłótliwych Aniołów z Hiad. Przy takich możliwościach technicznych musieli rozszyfrować informację radiową. gdzie w neutralnej atmosferze zwłoki trwać będą wiecznie. Wiera zamilkła na chwilę. Olgę również. nad zmarłymi pochylał się sztandar Wyzwolonej Ludzkości przyniesiony z pokładu „Mendelejewa". Kula jest więc mechanizmem. że Niszczyciele opanowali mechanikę pól grawitacyjnych. a po rozpoczęciu hamowania nagle pojawiają się jak z niebytu. Wszystko wskazuje na nich. Analizatory ustaliły. a w jej wnętrzu siedzą tajemniczy Niszczyciele zwani także Zływrogami. które przypadkowo pojawiło się obok gwiazdolotu.

— Nic nadal nie wiemy ani o naturze. Wówczas nikt się z nim nie zgodził. 6 Z tyłu pozostał rozproszony gwiezdny welon Stożarów. Analizatory potwierdziły. że istnieją i że są agresywni. osobniczej niewidzialności Niszczycieli. Moim zdaniem nie trzeba zmieniać kursu. Obecnie nikt by mu się nie ośmielił przeciwstawić. Popatrzył na mnie uważnie. będziemy kontynuować badanie Plejad. nie mogę się wyzbyć myśli. iż nie na żarty się przeraziłem. jakie zaszło na Plejadach. a nie o znikaniu ich krążowników w obszarze nadświetlnym. natychmiast wypowiedzieli ludzkości wojnę i próbowali unicestwić pierwszych jej wysłanników. że mają przed sobą ludzi. Był zasępiony i milczący. Eli? — Dziwisz się? Idziemy niczym ślepcy. zanim powiedział: — Niepotrzebnie mnie chwaliłeś. . Po wydarzeniu. Nie. że Andre już wówczas niejasno przeczuwał katastrofę. Trzeba się mieć na baczności. Skoro w okolicach Plejad odkryliśmy Niszczycieli. Zapalczywego. Pod tym względem my również jesteśmy niewidzialni. Przybliżaliśmy się do centrum gwiazdozbioru. To było właśnie to. Wszyscy się z nią zgodzili. Wokół nas świecą setki jaskrawych słońc. ani o ustroju społecznym tych istot — kontynuowała Wiera. myślę. Dokoła nas tryliony kilometrów przezroczystej przestrzeni. — Po ustaleniu. Myślałem o jednostkowej. ale zdaje się. że rój gwiezdny ze snów Aniołów pokrywa się z tym. Do skupisk Perseusza mamy ponad cztery tysiące lat świetlnych. Po naradzie wziąłem Andre pod rękę. ale jednak nie bliżej niż o rok świetlny. a w tej rzekomej przejrzystości mogą się kryć niewidzialni wrogowie! Niczym ich nie można wykryć.— Wojna! — odparł Andre. że oni sami ją potwierdzili. Spojrzałem na Pawła. bo myślał przez długą chwilę. Znaleźliśmy się w obszarze kosmicznych pobojowisk i chcąc nie chcąc staliśmy się stroną walczącą. dopóki się sami nie ujawnią! Mój niepokój wywarł chyba na nim wrażenie. To straszne. — Ale to. jeżeli mam rację! Powiedział to tak przejętym głosem. który widzimy stąd w Perseuszu. Chciałbym się mylić. ale nie o to przecież chodzi. ale Andre lękającego się czegoś nie znałem. — Po raz drugi dzisiaj miałeś rację. niespokojnego. Żartowałem z twojej teorii o niewidzialności wrogów. bałaga-niarskiego Andre widziałem na co dzień. co Romero przepowiadał nam na Ziemi. Idziemy nadal kursem na Elektrę. niestety prawie nie ulega wątpliwości. — Czemu jesteś taki chmurny. — Nadal podtrzymujesz swą hipotezę? — Nie wiem. że oni są realnie niewidzialni. Kosmicznej pustki jednak jest pod dostatkiem: gwiazdy odległe są od siebie wprawdzie nie o dziesiątki lat świetlnych jak u nas.

— Zupełnie jak na fotografiach. Wypłynęliśmy na zewnątrz z drugiego świata tak samo. smutne niczym epitafia: . komunikat o utraceniu łączności ze statkiem i zmianie jego kursu. — To tacy jesteście! — huczał Allan. Z kart książek i czasopism patrzyli na gości oni sami wraz z ich zmarłymi towarzyszami: reportaże z kosmodromu. mam rację? Wyjął z walizki książki. Druga planeta jej układu miała z pewnością rozumnych mieszkańców. — Dawajcie ich tutaj. Nazwaliśmy planetę Sigmą. Jedna grupa automatów wyszukiwała w przestrzeni sztuczne ciała. — Przygotowuję Anioła do lotów. ja natomiast widziałem tylko nocne zarzewie pojawiające się tuż po zachodzie miejscowego słońca. Zawiadomiono go o spotkaniu z „Mendelejewem" i o tajemniczej kuli. Wkrótce zaczęły napływać sygnały ze „Sternika". W pobliżu Elektry statek przeszedł na szybkości podświetlne i znów zaczęły nas obowiązywać prawa mechaniki relatywistycznej.Na pokładzie statku zawiązała się grupa badawcza. — Gdzie przodkowie? — grzmiał. Włączono do niej także Kamagina i Gromana. Tam również zamieszczono wspomnienia i artykuły przyjaciół i uczonych. Z ostrożności Olga nie zbliżała się do żadnej gwiazdy oczekując na przybycie „Sternika". Żaden z nich nie sięgał Allanowi do ramion. przez co nie mogliśmy już być niewidzialni. Przewodniczy jej Andre. Obserwator wyposażony w dobre przyrządy mógł nas teraz wykryć. pisma i monografie z pierwszego wieku. nic się w ciągu pięciu wieków nie zmieniliście. że rozróżnia miasta i kanały. druga zaś wycelowana była w Elektrę. obu naraz. W ostatnich pismach raport rządowy komunikował o fiasku prób nawiązania łączności z zaginionym gwiazdolotem. jak przed kosmonautami z „Mendele-jewa" wynurzył się krążownik wrogów. Zbliżaliśmy się do Elektry obchodząc inne gwiazdy bokiem i lawirując po skomplikowanej krzywej. Andre chwalił się. Spotkanie gwiazdolotów nastąpiło w pobliżu Elek-try. „Sternik" położył się na kurs równoległy do naszego i wystrzelił planetolot. muszę ich ucałować! Allan tak ścisnął Kamagina i Gromana. Spytałem kiedyś Lusina: — Jak się miewa Trub? Nie wyrywa się na zewnątrz? Twarz Lusina tak się rozpromieniła. że przez chwilę nie mogli słowa wydusić. Popatrzcie sami. który leciał w obszarze nadświetlnym i był na razie niewidzialny. Spowolnienia czasu pokładowego uniknęliśmy oddzielając się od bariery świetlnej wystarczającym interwałem szybkości. To Allan zostawiwszy statek pod opieką zastępcy udawał się do nas. Miał przy sobie swoją nieodstępną walizeczkę podróżną. chociaż nas już widział. Będzie zwiadowcą. a ja jestem jego zastępcą. że odpowiedź była jasna bez słów.

Powinienem zacząć od tego. pomyśleliśmy. zwiadowcy otchłani galaktycznej. była podobna do Ziemi: oceany. odległe od Elektry bardziej niż Pluton od Słońca. zginęli nasi odważni towarzysze. która już dawno stała się przeszłością. Ten dzień w kalendarzu mego serca zabarwiony jest na czarno. a przecież według kalendarza pokładowego „Mendelejewa" minęło od startu zaledwie trzy lata. Właśnie były. jak z oddali badaliśmy cztery satelity Elektry. których zgon opłakiwali. Groman także wzruszył się oglądając fotografie dawno zmarłych kolegów i krewnych. Kamagin ze łzami w oczach objął uśmiechającego się Allana. Pewnie lękają się nieoczekiwanych przybyszów. lasy i rzeki. Na Sigmie były miasta. . Poszedł z kosmonautami oglądać ich gwiazdolot. Zdrowi.zaginął wspaniały statek. Żadne formy życia nie mogły istnieć w tym piekle. W szkole zapoznawano mnie z podłościami zamierzchłych wieków ludzkości. ale odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Globy te. I tu — wierzę. bracia-pionierzy. Natomiast Sigma. Pierwsza. oceany lawy i chmury siarkowodoru nad nimi. pięć wieków temu rozstali się z życiem i nawet pamięć o nich pozostała jedynie na pożółkłych papierowych kartkach. z którymi będziemy jeszcze pracować. Tu zobaczyłem podłość tak kosmicznie wielką. na jakiej to kosmicznej łajbie poniosło was z Ziemi na Plejady. rozpaczający po ich zgubie. Była to ognistodymna kula. stali obok nas. Jedno nas tylko zaskoczyło: zbliżanie się do planety sygnalizowaliśmy falami radiowymi i światłem. ludzkie kłótnie. sami dawno. iż przejściowo — utraciłem najbliższego mi człowieka. Było coś dziwnego i zaskakującego w fakcie. dyskutować i ramię przy ramieniu walczyć ze wspólnym wrogiem. a ja zacząłem się przygotowywać do desantu na Sigmę. — Najnowsze pisemko wydano w dwadzieścia lat po waszym odlocie. najbliższa jej powierzchni planeta. przystojni. A ci. dalecy nasi przodkowie. że myśli mi się w głowie mieszały. że krewni i znajomi kosmonautów. wyzyskiwanie przez jednych pracy i zdolności innych. — Właśnie! Wasza przyszłość—zaśmiał się Allan. Dwie planety zew-wnętrzne również nie były zachęcające. ponieważ mnie powierzono dowództwo grupy zwiadowczej. tak że te wydarzenia dopiero dla was nastąpią. rozpalająca się wieczorami różowawym zarzewiem. — Najdroższy i najbardziej nieoczekiwany: spojrzenie w nieznaną nam przyszłość. W skali kosmicznej były to zaledwie podłostki: wojny między malutkimi państewkami. No a teraz pokażcie. góry. nie zainteresowała nas. Uprzedzam wypadki. 7 Wylądowaliśmy na planecie 8 maja roku 563. były pokryte ogromnymi warstwami kopalnego lodu. gdyż po naszym wylądowaniu już nie istniały. — To dopiero podarunek! — powiedział później Kamagin.

Ale gospodarze tej ziemi przypominali raczej koniki polne niż Anioły. Kiedy zacząłem gramolić się do wyjścia. Najpierw okrążyliśmy Sigmę. wąską. — Założę się. . co tam zobaczysz. jedynie Trub ze świstem wymachiwał skrzydłami. Andre. — Chodźmy szukać mieszkańców — zaproponował Andre. To była doskonale zagospodarowana planeta. Trub podfrunąi do jednego z górnych otworów i zniknął w nim na jakieś dwie minuty. przezroczystych.. Leżeli pod ścianą. — Wsuń no. niskie. Zarówno place. ani maszyn nie zobaczyliśmy. Z ostrożności postanowiono nie posyłać na zwiad zbyt wielu ludzi. że łańcuchy górskie rozciągały się wśród oceanów. jak i ulice były puste. Podskoczył do góry i zaczął koziołkować w powietrzu nieznanej planety niczym rozbrykany chłopak w awionetce. a ku jej powierzchni wystartował planetolot ze mną. Anioł z hałasem wyskoczył na łączkę. Wkrótce ujrzeliśmy grupę takich świerszczy wzrostu naszych dziesięcioletnich dzieci. ale ani mieszkańców.Oba gwiazdoloty zawisły nad planetą. ponure i niezmiernie długie (niektóre ciągnęły się na kilometr i więcej). ale wkrótce pozostał z tyłu i Lusin wziął zawstydzonego Anioła do swojej awionetki. Po jakimś czasie wylądowaliśmy. niemal ludzką twarzą. Wszyscy byli martwi. Znając już jaskiniowe siedliska Aldebarańczyków i ochronne zarośla Wegan nie zdziwiliśmy się widokiem tego osiedla. głowę w którąś z tych dziurek i powiedz. wylądował i pierwszy wyszedł na zewnątrz. Gdyby nie ogromne rozmiary budowli. Potem runął jak kamień na ziemię.. Chociaż gwiazdolot jest obszerny. przyjacielu. zielonych. powiedziałbym. rozpłaszczeni i żadnemu z nich nie biło serce. W trakcie oblotu zauważyliśmy cztery miasta i oko ło dziesięciu osiedli. — Nie ma pokoju pod gwiazdami — rzekł chmurnie Andre i przywołał gestem Truba. lądy zaś stanowiły gładką równinę pokrytą lasami i łąkami. że przypominają mieszkania Altairczyków. wyprzedził mnie Trub. Lusinem i Trubem na pokładzie. że tutejsi mieszkańcy są skrzydlaci — powiedział Andre. skrwawieni. Staliśmy przed nimi w milczeniu. żaden nie oddychał. Andre wybrał leśną polankę w pobliżu miasta. — Przypominają z pewnością naszego Truba. to jednak tu czuł się swobodniej. Wsiedliśmy do awionetek i bez pośpiechu polecieliśmy w kierunku miasta. Trub pomknął do przodu usiłując nas wyprzedzić. Od Ziemi różniła się przede wszystkim tym. bionoskrzydłych. Pod nami leżały precyzyjnie rozplanowane skrzynki ślepych budynków tworzące ulice. z czterema giętkimi kończynami i pionowo ustawioną. opuściliśmy pojazdy i poszliśmy pieszo ulicami miasta. które z kolei wbiegały na place. Bądź co bądź byty tu domy — skrzynki bez okien i drzwi z jakimiś otworami pod dachem.

ukazującego. może kilka dni lub godzin temu. Galakt jednocześnie radował się i niepokoił. Trub! — powiedziałem. To skrzydlate chłopisko jest silne jak byk i z łatwością uniosło mnie do otworu. Te niemal kwadratowe oczy zajmowały prawie połowę twarzy i one przede wszystkim nadawały jej wyraz. Na malutkim placyku. — Wszyscy zabici! Skinąłem na Anioła. Trub pociągnął mnie za nogi i pochwycił w locie. Jestem od niego szerszy w ramionach. — Galakt — powiedział Andre. — Chyba pobojowisko. stała grupa z trzech figur. Gdy świerszcze tylko się cieszyły. Oczekuje innych. Nikt nie podniósł głowy. wskazując na wygięte we wszystkie strony palce centralnej postaci. podkreślał jeszcze nastrój radości. że mamy do czynienia z kamieniem. Artysta doskonale oddal tę wesołość z odcieniem niepokoju. Wsunąłem nogi do wnętrza i siadłem chwyciwszy rękami za brzegi otworu. nikt nie poruszył błoniastym skrzydłem. — Rozpłaszczone. wytworny kamień. Anioł piorunem przedostał się przez inny otwór i podleciał do mnie od wewnątrz budynku. Nie mogłem się od figury Galakta oderwać. Znów byłem pod wrażeniem ogromnych oczu Galakta. Wyprzedził nas lecący z łopotem skrzydeł Trub. Najpewniej salwa z dział grawitacyjnych. Żółty. — Zaraza czy pobojowisko? — zapytał Andre. — Zwłoki są tak samo zmiażdżone? — zapytał Andre wskazując na trupy leżące pod ścianą. — Spotkanie przyjaciół — rzekł Lusin. Trub z gotowością podstawił ramiona. iż chciało się odpowiedzieć uśmiechem na jej uśmiech. W ogromnej kamiennej stodole leżały zwały martwych świerszczy o ludzkich twarzach. Lusin nagle rzucił się do przodu z krzykiem: — Człowiek! My! Taki sam! Pospieszyliśmy za nim. kiedy wydostaliśmy się z Trubem na zewnątrz. a nie z ciałem. jaka z nich tryskała. Przed nami była ściana przegradzająca ulicę. zawsze w ich rzeźbach pozostaje coś martwego. skręciliśmy więc w biegnący w lewo zaułek. tak żywą. Cała trójka śmiała się unosząc uradowane twarze ku górze. Trub ciężko machając skrzydłami poleciał w koniec hali i wrócił do mnie: wszędzie leżały trupy. utworzonym przez szczyty trzech stodołowatych domów. . same trupy. — Zszedł z nieba. Ziemscy rzeźbiarze nie potrafią tak prawdziwie oddać twarzy. . Działo się to zupełnie niedawno.— Śmierć! — wychrypiał zdenerwowanym głosem. Mieszkańcy miasta chronili się za ścianami i śmierć ich tam dopadła. Objąłem go za szyję i zapaliłem kieszonkowy reflektor. Widok był straszliwy. — Leć do środka. niepodobny zupełnie do zimnego marmuru naszych pomników. Tu mieliśmy żywą twarz. nie mogłem więc równie łatwo prze-leźć na drugą stronę. Wysoki człowiek obejmował dwa człekogłowe świerszcze.

W rozjarzonej wideokolumnie ujrzałem sterówkę i siedzących w fotelach Olgę. co to jest. Andre. — Jedna? Naliczyłem ich co najmniej tysiąc. jakie daje lampa. — Raczej ich pojazd bojowy — wtrąciłem. Później opowiedział. że na gwiazdolotach również wszyscy go obserwują i podobnie jak my starają się pojąć. co wynika z pierwszej rzeźby. Nagle pomknął w bok i wkrótce rozległ się jego rozpaczliwy krzyk. — Chyba tak — potwierdził Lusin. że jakaś niezwykła siła chwyciła go za włosy i powlokła do tyłu. Zdawało się. bo najwidoczniej nie tylko radosnych wieści oczekiwał wpatrując się w niebo.był szczęśliwy i czujny. — Trzeci! — krzyknął Lusin rzucając się w przejście między domami. który rzucał się na nią z taką pasją. których każda grań błyszczy osobno. że zgrubienie jest inkrustowane drogimi kamieniami. to opadając w dół. ni to rycerski hełm z ziemskich muzeów. lecz także kamień. Wiedzieliśmy. W wyglądzie dziwnej konstrukcji było coś złowieszczego. . Jesteście chronieni potężnymi polami. ale jakby złożonym z tysięcy kłujące jaskrawych ostrzy. co wam grozi. ni to spęczniały żółw. — Podły! Ale nie była to żywa istota. lecz wściekłość Truba. — Jedna — powtórzyłem. — Taka mianowicie: jeżeli mieszkańcy Sigmy tak cieszą się na widok Galaktów. o czym to świadczy? — Tak. Trub nie pojął. Pospiesznie cofnąłem pole. że widzieliście okropności tego miasta umarłych i wiecie. na którą wściekle się rzucał. To może być ostrzeżenie: nie zapominajcie o tym. W milczeniu staliśmy przed monumentem. Przypomniałem sobie.. to wznosząc się do góry.. promieniował światłem. lecz nie ciągłym. na końcu której znajdowało się zgrubienie podobne do wielkiego ogórka lub ananasa. Wokół nas latał Trub. Wywołałem w myśli Wierę. — Nie obawiaj się — powiedziała Wiera. Eli. Rozumiałem więc Truba. to czemu wznoszą pomniki wrogom swych przyjaciół? Czemu składają im hołd? — Pomniki stawia się nie tylko jako wyraz czci. co mu się przydarzyło. Ze środka kamiennej narośli tryskała w górę giętka jak ciało żmii rurka. — Czy to przypadkiem nie Niszczyciel? — zapytał Andre bez zwykłej pewności siebie. — A ten ogórek na szyjce to oczy lub peryskop. — Obserwujemy was. Na wypolerowanym cokole wznosiło się jakieś niepodobne do niczego straszydło: ni to bryła ziemi. Posługujcie się nimi. — Wróg! — ryczał Trub znów rzucając się na bryłę. Wierę i Leonida. którego przekonał nie Andre. że Trub nie potrafi posługiwać się polami siłowymi. — Pierwszorzędny Zływrogi Galakt również!. — To znaczy. W tym wszystkim tkwi wielka zagadka. Anioła oderwało od bryły. że ze wszystkich sił rzuciliśmy się ku niemu. i otoczyłem go własnym. „Ananas" błyszczał. Anioł krzyczał tak straszliwie.

a nie zjawa. aby nie stracić przytomności i nie stać się łupem . lecz przerwałem w pól zdania. reagowałem na nie. Nasze indywidualne pola. nasze pola ochronne zostały spłaszczone i jedynie osłabiły nacisk walącego się na nas tysiąctonowego ciężaru. Natychmiast po tym zobaczyłem sinych. — A jednak jest w tych potwornościach jedna rzecz. Krzyczał we mnie wściekły głos Leonida: „Pole stożkowe. — Wiesz co. widziałem wykrzywioną twarz samego Leonida. walczyli z własnymi ciałami. słyszałem. Główna fala przeciążeń spadla na nich i wtłoczeni w ścianę. Mimo przeżytego wstrząsu utrzymałem się na nogach. 8 Trwało to chyba nie dłużej niż setne ułamki sekundy: błyskawiczne. ale jest to ciało. których przeciwstawny impuls zneutralizował uderzenie. W chwilach wielkiego napięcia myśli i uczucia biegną setki razy szybciej. Słowo „wspaniała" odnosi się do mistrzostwa wykonania. kwalifikowałem. Mam na myśli groźną teorię o niewidzialności Niszczycieli. jak ja sam się z tego cieszę! — wykrzyknął Andre z ulgą. jak się potem okazało. Teraz zdaję sobie sprawę.. niemal zmiażdżeni. — zacząłem.Trzecia grupa postaci istotnie była wspaniała. który oddalony o tysiące kilometrów walczył razem z nami. tracących oddech Andre i Lusina. odrzucałem — wszystko naraz. natychmiast sparowane uderzenie. Zamilkliśmy i zamarli przed rzeźbą. że dostałem się pod prasę i zostałem zmiażdżony. — I ja sądzę. Wydało mi się. a nie do treści. że gdyby przyjaciele na statku nie obserwo wali nas. a straszliwa siła rzuciła na ścianę budynku.. — Nie masz pojęcia. — Ratunku! — krzyknął przeraźliwie Andre. bylibyśmy zniszczeni już pierwszym wystrzałem grawitacyjnym wroga. Kiedy więc wróg zadał swój zabójczy cios. a połyskujący okiem czy peryskopem Niszczyciel był najwidoczniej ich nadzorcą. Eli! Pole stożkowe!". — Ta pancerna ropucha wygląda obrzydliwie. Oszałamiająco jaskrawe światło uderzyło nam w oczy. Na pomoc pospieszyły nam automaty gwiazdolotu. takie same łańcuch. Andre? Teraz możemy spokojnie odłożyć do lamusa jedno z twoich odkryć. Na skraju cokołu spoczywało takie samo kamienne cielsko z połyskliwą naroślą. widziałem. były zbyt słabe. wyczuwałem dziesiątki ważnych obrazów. Równocześnie odbierałem i przetwarzałem informacje płynące z różnych stron. Na szyjach Galaktów wisiały łańcuchy. oplatały mieszkańców Sigmy. aby przeciwstawić się wysyłanym przez Niszczycieli potężnym impulsom grawitacyjnym. a w centrum i na drugim skraju stało dwóch Galaktów i ośmiu mieszkańców Sigmy. która mnie cieszy — powiedziałem w chwilę później. Po raz drugi (pierwszy raz na zniszczonym później obrazie Altairczyków) ujrzeliśmy okropną scenę wzięcia do niewoli. To była procesja jeńców.

że jest to jedyna forma śmierci Zływroga. błyskawiczny atak Truba i mój potężny cios. Niszczyciel wypełzł zza ściany i szybko się zbliżał. Wzmocniliśmy wasze pola do maksimum. nie pękł jak bańka mydlana uderzona kijem. że Trubo-wi udało się skrobnąć pazurami po peryskopie. W waszym kierunku pełznie co najmniej pół setki tych stworów. Skrzydła miał połamane. Nie wiem dziś. Ryknąłem z wściekłości. Cuciłem wtedy Andre. Lusin szybciej przyszedł do siebie. Wybuch. — Planetolot jest uszkodzony. który również się nie odezwał.atakującego nas złoczyńcy. Wezwałem awionetki. Lusin nie mógł go sam unieść i poprosił mnie o pomoc. Zobaczyłem też wroga. który otworzył już oczy. — Otaczają was! Pojawił się Leonid. Trzymajcie się. — Awionetki zostały zniszczone przez Niszczycieli! — krzyknął. W tej samej chwili zadałem Zływrogów! śmiertelny cios. Nigdy nie zapomnę strachu na twarzy Wiery. słup ognia i dymu. oczy miał zamknięte. którego nie potrafiłyby już odbić dalekie automaty statku. Wróg przechylił szyję. ogromny ziemisty pęcherz z długą szyją i połyskującym na niej straszliwym okiem. kilkadziesiąt razy silniejszego ciosu. spieszymy na pomoc. Wszystko to utrwaliło się w mojej pamięci jako jeden obraz. Celował w oko Niszczyciela i napad był widocznie tak zaskakujący. — Minuty? Sekundy? — Najwyżej trzy minuty! Ukryjcie się za ścianami. chwiał się na nogach. Odważny Aniot z rykiem spadł na wroga z góry wyciągając ku niemu swe straszliwe pazury. Patrzyła na mnie tak. ale nie zjawiły się. Andre był blady. kamień ekranuje fale grawitacyjne! . bo w gruncie rzeczy było jednym obrazem. — Eli! — jęknęła siostra. ale nie mógł jeszcze mówić. spadające odłamki i krople — oto wszystko. Nie wiedziałem wówczas. a postrzępione pióra chmurą zawirowały w powietrzu. Doskonale pamiętam swój ówczesny stan. szykując się do nowego. Lusin trzymając się ściany poszedł chwiejnym krokiem w kierunku Anioła. bracia! — Ile mamy czasu? — zapytałem. Wszystkie moje pragnienia skoncentrowały się na jednej tylko myśli: „Przebić! Przebić!" Całym wysiłkiem woli skupiłem swoje pole ochronne w wąską niczym promień wiązkę i pchnąłem nim wroga jak szpadą. jakbym już był martwy. Istota atakująca nas została zamieniona na odłamki i strzępy. Rzuciłem się ku Lusinowi i Andre. — Trub chyba zginął! — krzyknąłem. Trub leżał pod ścianą. co wówczas zrobiło na mnie większe wrażenie: widok umierającego Andre i Lusina. Niszczyciel nie upadł zalany krwią. groźny wygląd atakującego Zływroga czy bezsilny upadek Truba. Jego wyrazista twarz płonęła gniewem. gdyż odbyło-się w ułamku sekundy: pojawienie się wroga. Zakląłem i wywołałem planetolot. Zapłonęła wideokolumna. wyrzucił swe pole do góry i Trub nawet nie krzyknąwszy odleciał na bok.

po prostu nie ma. Zbierało się ich coraz więcej. że oni rozmawiają ze sobą i że blask ich głów jest z tym związany. — Kiedy przyjdą. To było jednak dzielne chłopisko! Rozejrzałem się wokoło. Biedny Anioł był tak rozbity. Cały byłem pochłonięty oczekiwaniem walki. — Ocknij się. Poczucie niebezpieczeństwa i konieczność włączenia się do wspólnych wysiłków jest najlepszym lekarstwem dla takich jak on. — A jeżeli nie potrafisz w duchu. Pole uruchamia się myślą i odczuciami. bo patrzyłem tylko na wrogów. że tanio swego życia nie sprzedamy. otworzył walizeczkę deszyfratora i uruchomił go na wszystkich zakresach. Głowa bezsilnie chwiała mu się z boku na bok. resztki piór na złamanych skrzydłach wściekle mu się zjeżyły. ale krzycz na nich: do tyłu! do tyłu! Krzycz w duchu. Nie mógł się jednak na nich utrzymać i z jękiem znów opadał na ziemię.Zostawiłem Andre pod ścianą i pomknąłem do Lusina. po co? — szepnąłem. rozumiesz? — tłumaczyłem mu. Mam zupełnie inne usposobienie niż Andre. który już ostatecznie przyszedł do siebie. wiedziałem jednak. Żadnego odpowiedniego schronu w pobliżu nie było. pomoc wkrótce nadejdzie!" Możliwe. Zostawiłem go i zająłem się Trubem. rozjaśniały się stopniowo. Andre drgnął i usiadł. wytaczali się zza ścian i niezręcznie maszerowali ulicą poprzedzani mrocznym lśnieniem swoich oczo-głów. iż gdzieś w powietrzu zapłonęła wideoko-lumna z nią i z Wierą. umiejętnie uderzał swym ciężkim ciałem. bo kiedy przechodziliśmy obok strzępków Zływroga. czego nie można dotknąć. Oprzytomniał. wrzeszcz na głos. że sama chęć obrony już jest obroną. — Oszalałeś. słyszysz! Otaczają nas Zływrogi. ale grała w nim jeszcze bitewna pasja. Byłem teraz spokojny o Andre. Potrząsnąłem Andre za ramię. Nie miałem pew ności. Rozszyfrowałem . pomagając sobie ułomkami skrzydeł. Razem z nim przeniosłem Truba do Andre. — Nie zaszkodzi. Andre. opuściliśmy filtry na hełmach skafandrów. tak potężne i złowieszcze było wysyłane przez nich promieniowanie. aż znaleźliśmy się jakby w centrum pchanego wiatrem pożaru. Dla Anioła istnieje jedynie świat widzialny i wyczuwalny. Z Aniołem sprawa wyglądała gorzej. nie mogłem się rozglądać. Wtedy pojawili się Niszczyciele. że odeprzemy atak. Aby nie oślepnąć. Trub świetnie walczył skrzydłami i pazurami. Trzeba maksymalnie skoncentrować pola. a Trub w żaden sposób nie potrafił pojąć. że nie mógł poruszać palcami. Odważny. Niszczyciele ustawili się w półkole i bez pośpiechu zbliżali się do nas. — Ich trzeba szarpać zębami. Tego. Purpurowe płomienie miotały się pomiędzy ścianami budynków. jego zdaniem. Brzmiał we mnie pełen niepokoju głos Olgi: „Trzymajcie się. Pełzli ze wszystkich stron naraz. ale naiwny chłopak. nie ruszaj się. bić ciałem! — nie zgadzał się ze mną i w zdenerwowaniu usiłować wstać. ale źle operował polem. to również podziała. Nie wiem. Jestem przekonany.

ale byłem przekonany. Zachwiałem się tracąc przytomność i zanim upadłem. — Ale nie bój się. — W strzępy! Tak trzeba! Andre uspokoił się pierwszy. zrobią z nas mokrą plamę. — Oni powtarzają atak — powiedział. Niszczyciele znów napierali na nas półkolem. Gdybym natomiast znów wyrwał się do przodu. że zmienili plan natarcia. — Skoncentrujcie na mnie swoje pola.ten nieskomplikowany plan. kiedy moje sztyletowe pole przebiło sąsiada. zmniejszając ją więc dwukrotnie mogli uderzyć cztery razy silniej. Andre i Lusin podbiegli. Siła ich pól grawitacyjnych jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości. Lusin śmiał się i tupał nogami. Chroniony z boków przez przyjaciół skupiłem swoje pole w wąskie pasmo i rozciąłem Niszczyciela jak mieczem. a później błyskawicznie skoncentrować wysiłki i zadać decydujący cios. — Na atomy! — wrzeszczał Lusin. Anioł wściekle warczał ukazując kły i nawet Andre się uśmiechał. kiedy rzucę się do przodu! — rozkazałem. — Zaraz pokażę tym świecącym żółwiom. W każdym obudził się instynkt wojownika. Moje ciało zacisnęła niewidzialna prasa i zacząłem tracić oddech z bólu. który pozornie został wiele pokoleń wstecz wytrzebiony ze świadomości ludzkiej. Dusiła mnie wściekłość na te bestie atakujące bez najmniejszego powodu i musiałem ją z siebie wyrzucić w potężnym pchnięciu pola. Mieliśmy nad nimi przewagę w postaci naszego szybkiego biegu i postanowiłem tę przewagę wykorzystać. które starały się zajść z boków i stamtąd zmiażdżyć nas między wystrzelanymi naprzeciw siebie polami. że daleko im do ludzi! — Uważaj . dopóki na to pozwoli opór naszych pól ochronnych. Najwidoczniej zamierzali nie atakując z daleka metodycznie zacieśniać pierścień tak długo. zaciskały i wreszcie osłabły: Zływrogi biły mnie impulsami grawitacyjnymi. który wypełzł nieco z szeregu i zapłacił za swą nieostrożność życiem. Nie wiem czemu. spokojnie wycofaliby się z centrum szyku i bez trudu rozprawili z mymi przyjaciółmi pozbawionymi osłony z flanki. a przyjaciele odpierali ciosy swoimi polami. Zływrogi cofnęły się. skoncentrujemy! Wówczas runąłem na najbliższego. Jego strzępy jeszcze sypały się na ziemię. Plan obliczony był na tak głupiego przeciwnika. Nie zdarzało się nam — nie mówię oczywiście o Aniele — nigdy przedtem walczyć na śmierć i życie i pierwsze powodzenie zawróciło nam w głowach. a oni szybko odnieśli mnie pod osłonę ściany. nasiliły i tak już potężne światło głów do tego stopnia.Eli! — powiedział Lusin. Środek szyku poruszał się ostrożniej niż skrzydła. że jeśli nie pomieszamy im szyków. zdążyłem jeszcze wysadzić w powietrze następnego Niszczyciela. Upadłem im na ręce. Zrozumiałem. że ich blask raził oczy nawet przez ciemne filtry. że poczułem do nich . Szczęki prasy zaciskały się i natychmiast cofały.

Dałem znak i wszyscy rzuciliśmy się na centralną grupę wroga. my. lecz był zupełnie spokojny. Mój plan opierał się na szybkości i zgraniu naszej akcji. z centrum szyku można się było chwilowo nie liczyć. przez co osłabialiśmy jego uderzenie. i nacierały z rozwagą. co ma na sercu. porywcze-go człowieka mówiącego tak spokojnie i rzeczowo. Napadając na lewe skrzydło jednocześnie oddalaliśmy się od prawego. Trub przytulił się do mego ramienia i łkał jak człowiek. ich krwią. czym odparliśmy ich drugi atak — wielokrotnie wzmocnione. Andre wywołał statek. Krótkim wypadem również i tę formację zmusiliśmy do wycofania się. Kiedy Niszczyciele dostatecznie się zbliżyli. Żadnym. — Za dwie minuty już mnie nie będzie. Nigdy jeszcze nie słyszałem tego gorącego. bo wiedziały. Zływrogi nie spieszyły się. że atakując tyralierą jedynie narażają się na ciosy naszych siłowych szpad. Obecnie więc szły trzema zwartymi grupami po jakieś dwadzieścia sztuk w każdej. Nie zdołaliśmy nawet skupić swych pól w jedno ostrze. bo trzeba było obrócić się ku centrum i prawemu skrzydłu. Tak jak się tego obawiałem. Wszystko było drobiazgowo wyliczone i doskonale się udało. — My również powtórzymy napad. że im już nie umkniemy. nawet najszybszym wypadem. Nie mogliśmy ich ścigać. — Żanno! Olegu! — dyktował. Nie wiedziałem jeszcze wtedy. Jedynie Lusin przebił jednego Niszczyciela i sam . Popatrzyłem nań i domyśliłem się. Pole bitwy usiane było szczątkami zniszczonych wrogów i zalane ciemną cieczą. Kocham was! Bądźcie szczęśliwi! — Obejmijmy się. Powtórnie schroniliśmy się w cieniu ściany. zwarte w pięść pole — teraz obracali przeciwko nam. Tym razem działając czterema zwartymi polami unicestwiliśmy sześciu Niszczycieli i zmusiliśmy ich do ucieczki całą lewą flanką. nie mogliśmy stłumić tak silnego. że nigdy nie należy uważać wroga za durnia. bo nauczone doświadczeniem Zływrogi nie wyrywały się pod ogień pól sztyletowych. zwarci w pięść — trzech ludzi z przodu i kulejący Anioł z tyłu — uderzyliśmy na ich lewe skrzydło. gdyż skuwające nas łańcuchy przeciążeń były zbyt silne.pogardę. Zrozumiały. — A potem zaatakujemy ich po raz ostatni. Czułość okazana temu dziwnemu stworzeniu niemal pogodziła je z nadchodzącą śmiercią. Te piekielne stworzenia szybko jednak uczyły się na błędach. skoncentrowanego siłowego strumienia. ale tym razem inaczej — powiedziałem. Uścisnęliśmy się i ucałowali. — Zdążysz jeszcze wywołać gwiazdolot i nagrać pożegnanie — powiedziałem i odwróciłem twarz. nie udało nam się niczego dokonać. Andre jeszcze niezupełnie doszedł do siebie po napadzie pierwszego Niszczyciela. przyjaciele! — zwrócił się do nas. W tej sytuacji czas naszego życia zależał jedynie od szybkości ruchu wrogów. To samo. cielsko przy cielsku. oko przy oku. Nie ma sensu ciągnąć tego dalej.

— Daj spokój. bo oni chcieli wykończyć pana w pierwszej kolejności. Szedłem coraz pewniej i po kilku minutach dopędziliś-my Leonida. póki chociaż jeden wróg jeszcze się rusza. Nie chciałem krzyczeć ani wołać o pomoc. — Naprzód! Naprzód! Zachwiałem się. Leonidzie! —podtrzymał mnie Andre. również i my powinniśmy zapoznać się z obyczajami tych wojowniczych czasów. wdrapywanie się po tak zwanej drabinie służbowej i inne dzikie czyny wymagające chytrości i krwi. Chwyciłem go za rękę. — Niezłe uderzenie. okrzyki i wreszcie widok Kamagina i Gro-mana biegnących na pomoc pierwszej grupie dodały mi sił. z tyłu podtrzymując się nawzajem dreptali Lusin i Trub. że nie mogę poruszać się o własnych sitach. — Panu oczywiście najwięcej się dostało. Poza tym czytali o tym w książkach. — Czekaj! — szepnąłem. Niszczyciele. . Skupmy teraz pola i udajmy się za naszym wodzem! 9 Leonid rwał do przodu. — Naprzód! — krzyknął Leonid skinąwszy mi głową. zdradzanie żon i mężów. morderstwa. — Pokaż im. że udało mi się rozłożyć pańskiego przeciwnika na atomy. Nasze krzyki nie zdążyły jeszcze umilknąć zdławione śmiercionośnymi oplotami wrogich pól siłowych. — Skoncentrujcie się na mnie! — rozległ się dziki ryk Leonida. — Racja! — zawołał Allan. — Przynajmniej jednego trzeba wziąć żywcem. ale nie wolno się poddawać. W ich czasach wojen już nie było. Ponieważ w tym dalekim gwiazdozbiorze zetknęliśmy się z okrutnym narodem. odwagi! — dodawał mi ducha Romero. — Przywlec takiego potwora na Ziemię! Dawniej nazywało się to: „brać języka". — Nie trzeba ich niszczyć. Eli! — pokrzykiwał Allan. gdy z góry coś runęło i wszystko cudownie się przeobraziło: nagle osłabł sku-wający nas uścisk grawitacji. że zdobywanie języka i obcinanie skalpów było ważną operacją w każdej cywilizowanej wojnie. Zrobiłem krok i poczułem. choć już dawno nikt na Ziemi nie walczył i nie umierał gwałtowną śmiercią. — Tu zostało jeszcze z dziesięć tych potworków. mój dzielny Eli? — zapytał z uśmiechem. zgasło przenikliwe jarzenie oczodołów. a Zływróg. trysnął w górę słupem płomieni i kurzu. przodkowie? Kosmonauci potwierdzili. Podtrzymał mnie Romero. — Nie zostawaj w tyle. a przed nim rozpadali się i znikali. Proszę zewrzeć pole i od razu będzie łatwiej iść. pogoń za zyskiem i sławą. nieprawdaż. — Sądzę. Po bokach osłaniali go Allan i Andre. do czego jesteś zdolny! Namowy. Literaci. jakby unoszeni wiatrem. w którego centrum celowałem. — Odwagi. — Zwrócił się do Kamagina i Gromana: — Tak to było. — A to niby czemu? Nie odejdziemy stąd. chętnie opisywali rozmaite okropności: kradzieże.natychmiast upadł. ale zachowały się podania na ich temat. ale jęk rozpaczy mimo woli wydarł mi się z piersi. Obok mnie krzyczał Andrć. lecz nie dosięgnąłem.

jak wielkie siły rozrywały porażonych wrogów. Ale jeśli to naprawdę są automaty zmontowane z elementów organicznych. — Organizm. Pół żywy. Jeszcze raz przekonałem się. W obu wypadkach mamy do czynienia z obiektami wysokiej kultury materialnej. — Przy rozpadzie tkanki ciała mieszały się z fragmentami mechanizmu i dały taki obraz. Andre ułożył szczątki rzędem. Czy normalne istoty mogłyby być takie? — Nie — powiedział Lusin podnosząc z ziemi inny fragment ciała Niszczyciela. — Wszystko. Andre obracał strzęp w ręku brudząc sobie palce lepką pokrywającą go cieczą. a my we trójkę myszkowaliśmy po terenie niedawnej bitwy. — Albo istoty żywe odkryty sposób mistrzowskiego zastępowania swych niedoskonałych narządów sztucznymi organami i w ten sposób w połowie się zmechanizowały. gdy po jakimś czasie zebraliśmy z dziesięć fragmentów ciał Niszczycieli. To było harmonijne połączenie. co wiemy o Zływrogach. Istoty zdegradowane do mechanizmów musiały utracić wrodzoną dobroć. — Zapominacie o jeszcze jednej możliwości: żywy Zływróg siedzący w maszynie — zaoponowałem. Było to bez wątpienia urządzenie sztuczne.Andre wskazał na resztki: — Spójrzcie! To nie istoty. mięśni. stworzone przez kogoś mechanizmy nauczyły się wbudowywać żywe tkanki i awansowały w ten sposób do stopnia półorganizmów. — Na poły organizm. Nic wam to nie mówi? — Rozumiem — odparł Lusin. albo na odwrót. lecz precyzyjnym opisem śmierci Niszczyciela. świadczy o ich niezwykłym okrucieństwie. Patrzcie! To był kawałek żywej tkanki: plecionka nerwów. oporników i kondensatorów połączonych ze sobą przewodami. Prawda? — Tak. — Wydaje mi się. — Nie mechanizm. Nasi wybawiciele poszli dalej zabierając ze sobą Truba. na kondensatorze zaś pozostały nerwy i włókien-ka mięśni. że dziwna forma unicestwienia stanowi klucz do zagadki ich życia — powiedziałem. — To całkiem prawdopodobne — zgodziłem się. — Tak — przyznał. a nie mechaniczne sąsiedztwo żywego i martwego. — Spójrzcie: sześć kawałków żywej tkanki i cztery ułomki sztucznych urządzeń. to skąd biorą potrzebne im żywe . — Są dwie możliwości — ciągnął Andre. pół sztuczny. ścięgien i kości. Określenie „rozbryzgany" nie było przenośnią. jedno było przedłużeniem drugiego: z kości wyrastał przewód i platynowy opornik. lecz maszyny! Na jego dłoni leżał zwilżony ciemnym płynem zespół elementów układu elektronicznego: półprzewodników. — No to popatrz na ten fragmencik! Strzępek istotnie był interesujący: żywa tkanka przenikała się ze sztuczną strukturą. To właśnie miałem na myśli. Dla mnie mieszana natura Zływrogów stanowiła wyjaśnienie ich zaskakującego okrucieństwa. na poły mechanizm.

Niszczyciel uderzył okiem w ciało. a ty obserwuj reakcję. Znów ten sam.. — Kłopot polega właśnie na tym. — Starczy! — powiedział Andre radośnie. jakbyśmy również należeli do gatunku gtowookich.. to bardzo ciekawe. metodycznie odrywał jednego Zływroga od dwóch pozostałych. Nadają słabo modulowane fale grawitacyjne. Wysunąłem się do przodu. Ich głowy gorączkowo migotały. Gromanem i Trubem. aby znów przejść do uderzeń. Ze dwa razy wystawiłem też w ich kierunku rozcapierzone palce. aby dzięki ich tkankom zapewnić sobie istnienie? — Wołają nas — powiedział Lusin.. Znów.. — Nasi przeciwnicy to samoeksplodujące konstrukcje.. kiedy sytuacja jest już bez wyjścia! — Buch łbem o ciało i koniec! —powiedział Allan. — I tak wszystkie! — powiedział ze złością Leonid. ale sedno przekazał prawidłowo: „Ten sam. Na planecie jest dwóch.. — Zaraz dam ci klucz. Ciosy były słabe. Porzuciłem to zajęcie. Zływrogi były wyczerpane: ich oczy ledwie świeciły. Podrażnię ich trochę. Tymczasem Kamagin. Z taką formą mowy stykam się po raz pierwszy. Każcie ekranowanym. Kamaginem. Romero.. skoncentrowawszy na sobie trzy pola. że deszyfrator niektóre szczegóły źle zrozumiał. — Wie pan. ale oni popełniają samobójstwo. Kiedy pomiędzy nimi utworzyła się szczelina.... Andre westchnął. nie powinieneś mieć trudności z odczytaniem. Operację tę powtórzyłem trzykrotnie. Ja . zabójca pierwszego. czemu ani jednego nie wzięliśmy żyw cem? Niewiarygodne. Później okazało się. czy co? — Jak tam u ciebie? — spytałem Andre. blokując wrogów z Allanem... Tylko oni. — Teraz chyba rozszyfrujemy ich mowę. Pozostały przy życiu trzy sztuki. Słuchajcie. Andre uruchomił deszyfrator. że nie udało się żywcem wziąć Zływrogów... — To chyba mowa świetlna.. Dwa pozostałe potwory przywarły do siebie jeszcze silniej. Sześćdziesiąty trzeci zadał sobie śmierć. W kącie utworzonym przez załamanie ściany siedziało trzech Niszczycieli ściśniętych naszymi polami. 10 Leonid z zasępioną twarzą przechadzał się pod ścianą budynków. — Klucz! Klucz! Gdybym mógł odczytać przynajmniej jeden sygnał. — Gołymi rękami chwytać je za te łby. Rozsuwa. a wysyłane od czasu do czasu impulsy grawitacyjne utraciły dawną moc. przywołał mnie gestem. pozostali zginęli. Rozległ się wybuch i do góry trysnęły kłęby wilgotnego dymu. raczej poklepywania niż pchnięcia. — Rozpadają się jak bańki mydlane. Było jasne.tkanki? Może polują na istoty w kosmosie. uderzyłem niezbyt silnie polem i znów się cofnąłem. — Chodźmy. a potem zacząłem ostrożnie rozsuwać wrogów.. a świecenie tym impulsom tylko towarzyszy. Spojrzał na nas tak. że to nie jest mowa świetlna.

Planeta nie jest już potrzebna. — Nie — zaoponowałem. Nieśliśmy go do planetolotu. kamiennopalczaści. Planeta. Wzmocniliśmy ciśnienie w komorze i uruchomiliśmy pokładowy grawitator w nadziei. — Powinniśmy więc uporać się z nimi przed wieczorem.. — Ale oni zapominają o naszych gwiazdolotach. kiedy umieściliśmy potwora w komorze ciśnieniowej planetolotu. Nie wytrzymam. Brakuje mi grawitacji. że coś ważnego związane jest z faktem słabnięcia ich grawitacji. które wyglądały jak kopie pierwszego. — Niepotrzebna.. Wszędzie spotykaliśmy okropne ślady pogromu. — O jakich ekranowanych mowa? Przed czym ekranowanych? Przed działaniem naszych pól? — zapytałem. Niszczyciel wyraźnie słabł. Wtedy jeden z nich zdołał jednak jakoś uderzyć się głową. — Albo po prostu odciąć im peryskopy płaskim polem. Powinniśmy być przygotowani na nowy atak. — Deszyfrator nie uchwycił ich słabych sygnałów. Oblecieliśmy miasto i skierowaliśmy się ku innym osiedlom. — Chyba umarł —powiedział Andre. niepotrzebnie zostaliśmy. Tym pieczołowiciej obchodziliśmy się z ostatnim. jego impulsy stawały się nieczytelne. Zniszczą? — W tej chwili najważniejsza jest groźba: „Uderzę głową" —powiedział Kamagin. co mu się wydawało najbardziej ważne.. — Deszyfrator nie odbiera żadnych sygnałów... Zielone jeszcze rankiem lasy i łąki . ściskając oddzielnymi polami tułów i głowę. Trzeba mu zapobiec.. głowa przestała się poruszać i zgasła. — Co znaczy to dziwne zdanie? Dlaczego nie odebraliśmy impulsów ich rozmówców? — Rozmówcy są daleko — odparłem. przecież są bliżej?. Andre ma rację. aby przypadkiem nie upadła na ciało. że wielkie ciążenie wskrzesi Niszczyciela. — Planeta niepotrzebna — wymamrotał Lusin. Później każdy z nas zaczął mówić o tym. Dlaczego dopiero pod wieczór.słabnę..." Przez kilka sekund zastanawialiśmy się nad rozszyfrowanym tekstem. Usztywnijmy ich między polami i przenieśmy w takim stanie do komory ciśnieniowej .. z którą rozmawiali. — My tymczasem poszukamy mieszkańców planety — oświadczył Leonid. — Pomoc dla nich przyjdzie dopiero w nocy — powiedział Leonid. Zamocowawszy głowę tak. Ekranowanych. pozostawiliśmy Niszczyciela w jego tymczasowym więzieniu.. — Wtedy rozsypią się na kawałki..... —Jest to niewątpliwie zapowiedź samobójstwa. Wysłaliśmy wszystko. Odpowiadam: oni są inni. Unieruchomione Zływrogi zostały wkrótce rozdzielone. — Ich grawitacja słabnie — powiedział Andre. — Zostanę tu — powiedział Andre — i postaram się zbadać budowę ciała oraz fizjologię naszych przeciwników. Planeta wydawała się po dawnemu martwa. tylko jak? — Unieruchomić tym stworom głowy! — huknął Allan... Do wieczora nie utrzymam się.. — Może nie wszyscy zginęli. Uderzę głową. Najwidoczniej gdzieś w pobliżu była ich baza..

Zająwszy się pierwszym. Deszyfrator wykazywał obecność trzech żywych istot. przekonałem się. dysponującym potężnymi środkami technicznymi . — Wracamy do gwiazdolotu. Dwóch wydobytych mieszkańców planety było w jeszcze gorszym stanie niż pierwszy. nie poruszał się i prawie nie oddychał. kiedy przekonaliśmy się.żółkły i więdły. — Zabierzemy pomniki — zaproponował Leonid. Z aparacikiem wykrywającym ślady życia wrócili do kanału. Elektra zaszła za horyzont i nastąpił zmierzch. Rośliny na planecie były całkowicie zniszczone. 11 Teraz przechodzę do tragedii Andre i na myśl o niej rozpacz ściska mnie za gardło. — Dwóch jeszcze żyje — odpowiedziałem. ale jego mózg jeszcze pracował z gorączkową szybkością. — Tam są ich całe setki — powiedział Kamagin — ale wszyscy martwi. ale można przez jakiś czas podtrzymywać gasnący płomyk życia. Peleng falowy doprowadził nas do podziemnego kanału czy też rury kanalizacyjnej zagubionej wśród lasu. nie pojmuję do końca tego. Weźcie bioskop. — Wsiadać! — zakomenderował Leonid. oddzielony od owego strasznego dnia latami i jeszcze straszliwszymi wydarzeniami. że na planecie nie ma już żywych istot. co się wtedy stało. że nie ma nadziei na jego powrót do zdrowia. — Jego milczenie działa mi na nerwy. Spojrzałem na niebo. Po godzinie poszukiwań odebraliśmy słabe impulsy i polecieliśmy w kierunku ich źródła. — Przyrząd odbiera prądy czynnościowe ich mózgów. Nawet teraz. Automaty zdjęły rzeźby z cokołów. ale otwór był dla mnie zbyt wąski i do środka wpełzł Kamagin. Zbliżał się wieczór. że walczymy z podstępnym. podobnie jak uprawiające je rozumne świerszcze z niemal ludzkimi głowami. a później przeniosły do planetolotu również same postumenty. Przede wszystkim nie rozumiem siebie. kiedy go wynoszono na zewnątrz. Poprosił o pomoc i za nim udał się również szczupły Groman. Nad miastem zapłonęło tysiące latarń. Nastroiłem deszyfrator na dowolne fale jeszcze pracującego mózgu. Jak mogłem okazać się tak lekkomyślny? Czemu wszyscy zachowywaliśmy się jak stado cieląt? Wszak już wtedy wiedzieliśmy. Rozumny świerszcz nie odpowiadał na pytania. Jeden skonał. Wstrząsające wrażenie robiła ta wspaniała iluminacja w królestwie śmierci i chaosu. We dwójkę wydobyli na zewnątrz konającego sześcioskrzydłego. Wejście do kanału było zasłonięte trawą i krzewami. Próbowałem przedostać się do wnętrza rury. — Nadal brak sygnałów statku idącego wrogom na pomoc — powiedział Andre. drugi żył jeszcze kilka minut i mogłem zapisać promieniowanie jego umierającego mózgu. One jedne nadal działały.

W powietrzu nagle zjawiły się nogi Andre. Od tej pory minęło wiele lat. lecz również przekonałem wszystkich. elementarnych wręcz środkach ochronnych? Wróg sam oświadczył. jak i dla napastników. wściekle wierzgające i zadające komuś ciosy. wiedziałem. ciesząc się z łatwego zwycięstwa! — Tu są piękne noce! — powiedziałem do Andre. dlaczego nie pomyśleliśmy o najprostszych. a my spokojnie zachwycaliśmy się gwiazdami Plejad. Widać było tylko nogi! Na miejscu.wrogiem. Nie zdołałem zewrzeć jeszcze całkiem pola. też z ulgą zrezygnował ze swego odkrycia. Ekranowani wrogowie już wisieli nad nami. że zamierza nas pokonać. Znów pytam się. ochrypły i przerywany. spokojnie świeciły gwiazdy. od razu nabraliśmy do nich pełnej zadufania pogardy i nawet nie próbowaliśmy się dowiedzieć. Andre uniósł głowę i przez chwilę patrzył w niebo. czy wszyscy są tacy sami? „Dlaczego nie możecie być przed nocą?" — wołał do swoich ostatni Zływróg. kiedy potrzebna była cała ostrość wzroku? Czy to dlatego. pomóż! — krzyczał Andre. czemu nasze oczy zaćmiła ślepota wówczas. powietrze było spokojne i przejrzyste. — Eli! Eli! Rzuciłem się ku niemu. — Pospieszcie się! — krzyknął gniewnie Leonid. Na Sigmie zapadała noc. Dlaczego zlekceważyliśmy jego groźby? Czytając po raz któryś z rzędu zapis rozmowy Zływrogów ze swą bazą. nie zdając sobie nawet sprawy. Posłana przez wrogów pomoc już zbliżała się do planety. kiedy zadałem nowy cios. że koledzy spieszą już na . I Andre! Biedny Andre. gdzie powinien być tułów i głowa. ale ciągle jeszcze widzę ten obraz: same tylko zawieszone w powietrzu. a on się wyrywa i znów krzyczy: — Eli! Eli! Na pomoc! — Niewidzialni! — wrzasnąłem i rzuciłem swoje pole w kierunku krzyku. Wiedziałem. Od okrutnego ciosu dzieliły nas minuty. — Tylko na was czekamy. a on się wściekle wyrywał. Dusili go. walczące nogi Andre. Moje uderzenie odrzuciło któregoś z atakujących go Niewidzialnych. iż wróg ten pod wieloma względami nas przewyższa. który tak przenikliwie domyślił się niewidzialności naszych przeciwników. że mu kneblują usta. wiedzieliśmy też. przekonałem się ostatecznie. Dlaczego. Gdzieś obok mnie dławił się i wołał o pomoc Andre. a my beztrosko paplaliśmy. Wtedy zobaczyłem Andre po raz ostatni. że mam rację. Nie dojrzałem go. Czułem pulsację jego pola. że ze wszystkich możliwych znaczeń zagadkowego słowa „ekranowany" wybrałem najdalsze od prawdy i nie tylko pomyliłem się. Słyszałem go zupełnie dokładnie. że ujrzawszy jak brzydcy i niezdarni są nasi przeciwnicy i jak łatwo rozprawiamy się z nimi naszymi słabymi polami. — Nawet ta automatyczna iluminacja nie tłumi blasku gwiazd. — Eli. Powietrze było niezwykle przejrzyste. Ruszyłem ku planetolotowi i wtedy usłyszałem krzyk Andre. Nad ciem ną ziemią jaskrawo połyskiwały gwiazdy. że jest równie niebezpieczne dla Andre.

ale żaden z nas niczego nie wykrył. Wzniosłem się do góry i zatrzymałem awionetkę. zupełnie porażony ciosem pola. czasu na przyglądanie mu się. Jeden. Rzuciłem się w kierunku tych odgłosów walki. Obok wznosiła się ku górze awio-netka Romera.. Przed oczami zamigotały czerwone kręgi. że usłyszymy jeszcze krzyki Andre. — Trzeba jakoś zracjonalizować nasze poszukiwania — powiedział Romero zbliżając się do mnie. że stałem się niewidzialny. — Gdzie jesteście? Nie widzę was! Coś wstrętnie szorstkiego i zimnego zakryło mi usta. ale chybiłem. Osaczający mnie przeciwnicy najwidoczniej nie oczekiwali takiego uderzenia i zostali odrzuceni jak piórka. Powoli. Ja sam napinając maksymalnie pole. że płucom zabrakło oddechu. — Zgodzi się pan. Andre nadal krzyczał. Leonid zatrzymał się pode mną i uniósł głowę do góry. Rozejrzałem się i pojąłem. lecz nieustępliwie ciągnięto go do góry. nie dając się wlec do góry. ale jego głuchy. ale nie straciłem jasności myśli. Nie znalazłem swojego tułowia i nóg. Poderwałem się na nogi i wezwałem awionetkę. Nie użyłem pola natychmiast. — Strzeżcie się. że Leonid polecił uruchomić lokato-ry planetolotu. Głosów nie usłyszałem. Niemal traciłem już przytomność z braku powietrza. w nadziei. oni są niewidzialni! — krzyknąłem i usłyszałem jeszcze.. Nie traciłem. jak napełnia się silą moje słabnące pole. lecz trochę jeszcze opierałem się. Teraz kołysałem się o jakieś pięć metrów nad gruntem. Wsłuchiwaliśmy się w ciszę. Znów byt całkowicie niewidoczny. Jakaś nowa siła podrzuciła mnie w powietrze. że z boku dobiega jęk i odgłos przerywanego oddechu. walczyłem w milczeniu. — Gdzie jesteście? — krzyczał zatrwożony. a kiedy już nie mogłem wytrzymać. Romero czynił to samo. W dole zobaczyłem biegnących ludzi kierujących się na krzyk Andre. przerywany glos dobiegał gdzieś z wysoka. ale równocześnie poczułem. Choć zaskoczony. wypadł z niewidzialności i runął obok mnie na ziemię. ale wydało mi się. Romero także znieruchomiał w powietrzu. które szybko oddalały się i nikły w ciemnościach nocy. szarpnąłem się ze wszystkich sił. pierwszej minucie bitwy było nie pozwolić wciągnąć Andre w całkowitą niewi-dzialność. do granic możliwości napiąłem swoje pole i zatrzymałem wznoszenie. Jakieś elastyczne pęta wiązały mi ręce i ciągnęły ku górze. Chciałem całkowicie odkryć Andre. Wyrwałem się i krzyknąłem: — Koncentrujcie na mnie swoje pola! Andre unoszą do góry! Tym razem dźwignie ścisnęły moją głowę i szyję tak silnie. aby nie dać się pokonać. . Widziałem przez swoje ciało kamyki i trawki na ziemi. obmacując przezroczyste powietrze liniami pola siłowego. że miotanie się na oślep. zanim reszta ludzi nie włączy się do walki.pomoc i najważniejszą rzeczą w tej.

wprawdzie dobrze uzbrojeni. niemal na pewno nie odważylibyśmy się tak ryzykować. niech pan to zrozumie!.. Możliwe zresztą. jak długo trwała ta szamotanina nad planetą. gdzie czekał na mnie przygnębiony Leonid. Na statkach już wiedziano o nieszczęściu Andre.. ale nawet śladu Zływrogów nie wykryły. jeżeli dostaną się w jego ręce. . Trzeba wezwać gwiazdoloty. Obecnie każdy rozumie. jak tego później dowiedliśmy. Wylądowałem koło planetolotu i powlokłem się do wejścia. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas. Nie mogłem tłumaczyć się przed sobą nagłością napadu niewidzialnych. że przyjąłem to bez protestu. a ja mu tej pomocy nie udzieliłem. Andre i jego porywacze byli więksi od guzika. że wszelkie typy lokatorów są bezsilne wobec ich urządzeń ekranujących. Znów podleciał do mnie Romero. że przed porwaniem Andre tylko mnie wołał na pomoc. jakie środki techniczne będą do tej walki potrzebne. którzy oczywiście będą mieli za swoje.. ale nie mając zupełnie pojęcia. Nieszczęście — porwanie Andre — już nas dotknęło. gdyż w gruncie rzeczy nie było to żadną niespodzianką (wszak w swych rozważaniach dopuszczaliśmy niewidzialność Niszczycieli). Byliśmy podobni do ślepego giganta rzucającego się wściekle na widzących wrogów. Cztery skrzyżowane pola siłowe obmacywały każdą drobinę powietrza.— Oni go uniosą ze sobą! — mówiłem nie słuchając go. Byłem wtedy już tak zmęczony i zobojętniały. Skuteczne środki walki z niewidzialnymi należało dopiero wynaleźć. — Ze statku przekazano polecenie. Dygotałem z rozpaczy i wiedziałem jedynie to. Nie pamiętam. Dają nam kwadrans na powrót. co nam grozi. jak ryzykowaliśmy i nie osiągnęlibyśmy takich sukcesów. Czułość tych urządzeń jest taka. ale nikt nie zdawał sobie sprawy z wielkości tego nieszczęścia. że dobrze się stało. Wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. Wszystko na próżno. — Spójrz. jeżeli się dostaną!. — Porwą i uniosą. Ja najmniej ze wszystkich pojmowałem daremność naszych ówczesnych poszukiwań. abyśmy zaprzestali poszukiwań. a statki znajdowały się w odległości mniejszej niż sto tysięcy kilometrów. jakie stały się naszym udziałem. Nakładały się na nie potężne pola lokacyjne gwiazdolotów i szerokie stożki siłowe planetolotów. że nierozważnie uwikłaliśmy się w walkę. Do mnie i Romera dołączyli Lusin i Allan. kto z tobą walczył —powiedział wskazując na skrzynię stojącą obok planetolotu. Pytanie. — Oni już porwali Andre. Lokatory pokładowe przeszukiwały przestrzeń wokół planety.. Gdybyśmy dokładnie wiedzieli. a oni mogli już dawno opuścić planetę. że wykrywają przedmiot wielkości guzika z odległości stu tysięcy kilometrów. gdzie się ukryli? Szukamy ich nad polem walki.

tak mi się przynajmniej wydawało. Niszczyciel numer sto trzydzieści zginął. co widzę. Nie miałem pojęcia. Możliwe są wszelkie niespodzianki. To był szkielet istoty. Patrzyłem na niego tępym wzrokiem. a teraz martwa narośl. czemu zakazano nam dalszych poszukiwań. kogo mi przypomina ten potworek? — wyszeptał zdumiony Romero. Dla nas kości są rusztowaniem. że kiedykolwiek żyli tacy rzeźbiarze i nigdy nie widziałem ich prac. dwie nogi. że uwidoczniony niewidzialny wróg już dawno rozproszył się na powierzchni planety. to niewiele był podobny do tych. dwie ręce. Zapytałem. skoro porzuciliśmy Andre na pastwę losu! — Przestrzeń pełna jest zakłóceń grawitacyjnych — odpowiedziała Wiera. Obróciłem się w milczeniu ku Romerowi. jakimi straszyli swoich pobratymców starożytni rzeźbiarze abstrakcjoniści. Byłem tak pewny. Stawy szkieletu. ile miliardów lat? Sto milionów nie wystarczy na pewno. hodował przecież swoich ptasiogiowych bogów i cudaczne zwierzaki. . Lepsza od ludzkiej. Na szczęście złamaliśmy ich kod i odczytaliśmy tę wiadomość. Sądząc z doniesienia. że wszystkie umierające Zły wrogi rozpadają się na strzępy.W skrzyni leżały szczątki mojego wroga. 12 Droga do gwiazdolotu zabrała nam kilka minut. Ciekawe.. i zamiast głowy znana już nam połyskliwa. dwa pierścienie o grubości naszej szyi umieszczone tam. O nic nas nie pytała. nie zdając sobie sprawy z tego. gdyż widziała na ekranie naszą walkę z niewidzialnymi. Twarz Wiery zapuchła od płaczu. Potem zrozumiałem. z którymi walczyliśmy poprzednio. Musiało się wydarzyć coś okropnego. — Gwiazdoloty znów nas popędzają! — powiedział Leonid. Wycofujemy się do bazy. Niezawodna konstrukcja. — Popatrz. — Deszyfratory przechwyciły gra-wigram niewidzialnych. Kiedy planetolot zniknął we wnętrzu „Pożeracza Przestrzeni". Lusin był bardziej obyty z takimi istotami.. — Ludzików ze stali zbrojeniowej i złomu. że jeśli nawet mam przed sobą Niszczyciela. Nie wątpiłem. Natychmiast zabierzcie nas. Andre na planecie już nie ma.. oba statki szybko oddaliły się od Sigmy. Pora już skończyć z planetą". Natura się postarała. — Wiecie. Istota spoczywająca w skrzynce składała się z samych kości lub prętów: kolumna centralna. Mięśnie i nerwy też. „Wzięliśmy jednego kamiennopalczastego. Tylko wewnątrz.. Podniósł teraz złamaną przy wyjściu z niewidzialności i upadku na ziemię kość nogi. wytrzymałego i giętkiego. Eli. Tylko w gorączkowym śnie można zobaczyć takiego mieszkańca zaświatów. — Zabieramy skrzynkę i odlatujemy. zginały się łatwiej niż ludzkie. gdzie ludzie mają biodra. Dla nich powłoką. a nie istota. że nawet nie dopuszczałem dla nich innej formy zgonu.

skał i gruntu. kiedy nas zauważył. to potworne! Kula leciała teraz nad powierzchnią Sigmy. Zatrzymaj ich siłą! — Nie! — krzyknąłem. Nie wiedzieliśmy przecież rzeczy najważniejszej: gdzie jest Andrć! Może gdzieś w pobliżu. Eli — powiedziała Wiera. z tym tylko. jakby przeorane gigantycznym pługiem.. Allan donosi. kiedy jej lot przekształcił się w grawitacyjny atak na planetę. Ciężkie chmury pyłu zasnuły unicestwianą planetę. — Nie. lasy. co się na niej znajdowało — miasta. — Uspokój się. — Jesteście gotowi do odparcia ataku? — spytała Wiera.. Żaden wybuch wulkanu. Nikt nie zauważył. Wszystko. Niewykluczone. — Leonidzie! — krzyczała Wiera. Wyskoczyła z niebytu i zwalniając stopniowo bieg pomknęła ku powierzchni Sigmy. Słowa nie mogły pomóc ani pocieszyć.. — Jeżeli trzeba będzie walczyć. że ich statek jest zdolny do podobnych działań. lecz fala twardej masy planetarnej. lecz został porwany. I wtedy pojawiła się kula Niszczycieli. Natychmiast zawrócił . a w kuli lub w jej pobliżu jest Andre. — Andre nie zginął. — Wszyscy cierpimy. żadna eksplozja atomowa nie spowodowałaby takich potwornych zniszczeń. że nie była to fala oceaniczna. Na Sigmie podnosiła się ogromna fala przypływowa. Statek wrogów wynurzył się zza tarczy Sigmy i już kładł się w powrotny kurs. Krążownik wroga skrył się za krawędzią Sigmy i przeorywał z kolei jej odwrotną stronę. Wstrzymaliśmy oddech i nie odrywaliśmy od niej wzroku. że jego anihilatory czekają tylko na rozkaz. Olga nic na to nie odparła. Potem przysiadła się do nas Olga. — Porwanie — odparłem. — Nie trzeba tak rozpaczać. równiny — nagle poderwało się do góry. — Nie spodziewaliśmy się. Wiero! Na Sigmie nie ma już życia. że z nami spróbują postąpić tak samo. pamiętajcie.Wszyscy członkowie załogi wolni od wachty byli w sali obserwacyjnej. — Żądam interwencji!. Zapamiętaj to. Taka okropna śmierć. Atak na nas nie wyjdzie bandycie na zdrowie. Olgo. że na tamtym statku jest Andre. Obok mnie usiadła Wiera. — Eli.. która zdołała się opanować. niewidzialny i niedostępny? Zacisnąłem zęby z wściekłości i rozpaczy. — Co oni robią! — wykrzyknęła po chwili Wiera. — Gotowi. która przekazała dowództwo Leonidowi na czas jego wachty. Pojawiła się dokładnie tak. Nie wszystko jeszcze stracone i możemy go uratować! — Zresztą już za późno na pomoc dla Sigmy — dorzucił Leonid. Ja również nie chciałem nic mówić. jak jeden oblot groźnej kuli wokół planety. zanim Sigma znów będzie nadawać się do życia. Milczeliśmy czekając na nowe wiadomości. kochany — powiedziała Olga. jak to opisywali kosmonauci z „Mendeleje-wa". — Musimy im przeszkodzić. Musi minąć wiele tysięcy lat.

ani Leonid z ostrożności nie włączyli otaczających nas ciał kosmicznych do reakcji rozkładu masy. gdzie stacjonowała ich eskadra. Razem z nim zniknęła ostatnia nadzieja na wyzwolenie Andre. — Niech przechodzą — odezwał się Leonid. Po zniknięciu Andre cała jego praca przypadła na mnie. zdążymy zawsze realnie uciec nie wdając się w walkę. nie zbliżał się do nas nawet o kilometr. gdzie się znajduje. Substancja aktywna zamieniła się w przestrzeń. Wytwarzaliśmy taką ilość pustki kosmicznej. Nie mogę się do niego zbliżyć. — Przechodzą w nadświetlną! — krzyknęła Wiera.. Leonid mnie uspokoił: — Odrzucimy go. i po zahamowaniu znów stali się widzialni. że nie zdołał się przez nią przebić. Oba gwiazdoloty szły w obszarze nadświetlnym kursem niewidzialnej kuli. Leonid i Allan uruchomili anihilatory masy. aby wejść w stożek ciosu". że nasze statki dysponujące przewagą szybkości uciekały co sił przed pościgiem. lecący z szybkością niemal świetlną. MUK rozszyfrował grawigram krążownika: „Widzę obcy statek. że zasnąłem w fotelu. Zaraz po tym krążownik zniknął równie nagle. iż w rzeczywistości nie zamierzaliśmy nawet ruszać z miejsca. nie mogliśmy być pewni skuteczności obrony anihilacyjnej. Statek Zływrogów mógł się przebić w takiej sytuacji przez tarczę nieustannie generowanej pustki. a po jej wykryciu działać zależnie od okoliczności. z ciężkim sercem uświadomiłem sobie. A jeżeli się zbliży. Przemyślawszy wszystko.i począł się do nas zbliżać. nawet nie wiedząc. który unoszony przez kosmicznych zbójców mknął do wnętrza Plejad. Mogło się pozornie wydawać. o ile wyprzedza światło.. Ani Allan. Na razie nie widzę zbytniego niebezpieczeństwa. Dowiedziałem się. Wkrótce Niszczyciele pojęli. Przyśnił mi się Andre i obudziłem się z krzykiem. Razem z Lusinem cały ranek spędziliśmy na bada- . 13 Byłem tak zmęczony. Krążownik po przejściu do obszaru nadświetlnego stał się nie tylko niewidoczny. bo wrogi krążownik. że niczego nie osiągną. to nie mogli się domyślić. Atakować z wielkiej odległości nie mogę. że postanowiono odszukać tajemniczą eskadrę wrogów. tym energiczniej ich odrzucamy. lecz również umknął spod naszej kontroli. Jeżeli naturalnie jeszcze żył. Zabieram bazę ekranowanych i wracam do eksadry". jak się pojawił. Nie było to na razie potrzebne. — Im szybciej rwą się ku nam. MUK rozszyfrował kolejny meldunek: „Atak się nie powiódł. że nie ma prawie szans na uratowanie Andre. Nie wiedząc. Jeżeli Niszczyciele sami nie opanowali techniki anihilacji substancji. Nie podzielałem optymizmu Leonida. Przechodzę w nadświetlną.

gdyż wyprzedzał swoje fale grawitacyjne rozchodzące się z prędkością światła. — Czy nasi wczorajsi przeciwnicy podobni są do tych. — Od razu pojąłem. ale sprawiał wrażenie gotowego do nowego boju. Jego przyjazne współczucie wracało mi siły. postaci.. — Stoimy? — zapytał. aby nabrać sił do walki. rwały grawitacyjne haki. To było zrozumiałe. miast i nieba planety. w sam środek Plejad. Umieściliśmy jego zwłoki w środowisku konserwującym. A oni? Ja również niemal bez przerwy o tym myślałem. Na stereoekranie płonęło białawe niebo Sigmy. nie kryjąc się z tym tak jak my. — Tak — powiedziałem z westchnieniem. Pracowałem z pasją. Wieczorem przedstawiliśmy załodze rozszyfrowane majaczenia zmarłego mieszkańca Sigmy. W południe ostatni mieszkaniec nieszczęsnej Sigmy zmart. ale odpowiedzi statku nie mogliśmy pochwycić. pętały je grawitacyjne łańcuchy. — Na oślep — mruknął Lusin ponurym tonem. Musisz się teraz leczyć. Poruszał się z trudem. od razu.niu szczątków obu wrogów i rozszyfrowywaniu nagrań prądów mózgowych sześcioskrzydłych. W przerwie odwiedziliśmy Truba. Od razu. Znajdowało się w nim wszystko to. Wygląda na to. że kiedy Niszczyciel rozmawiał ze swoim krążownikiem mknącym w obszarze nadświetlnym. sama zaś łączność odbywa się za pomocą jakiegoś innego. Pola grawitacyjne jedynie towarzyszą ich dalekiej łączności. Zgodnie z prognozą skrzydła ci odrosną lepsze od starych. zaciemniając wspaniały dzień. Elektra stała w zenicie. Przeżywał nasze wspólne nieszczęście otwarcie. Dopiero kiedy krążownik wyhamował w przestrzeń podświetlną. — odparł i cały się najeżył. Nagle. — Bitwy jeszcze będą — pocieszyłem go. że mają jakiś sposób porozumiewania się w obszarze nadświetlnym. — Oni nie są ślepi. Już Andre był zaskoczony. którzy zwalczali Galaktów przebywających niegdyś na waszej planecie? — zapytałem. ale czasami dosłownie sztywniałem gubiąc myśli i tracąc orientację. skuteczniejszego sposobu. nad planetą zawisła zielonkawa kula. rozmyślałem. zunifikowani i jak maszyny nieubłagani. Po niewidzialnych grawitacyjnych schodach wdarli się na planetę flibustierzy kosmosu. że to oni. co znalazło się w polu widzenia. Na bezbronne istoty spadały grawitacyjne ciosy. Obraz składał się z chaotycznie pojawiających się i niknących strzępków akcji. — Nie widzimy. Wówczas Lusin delikatnie pociągał mnie za rękaw lub gładził po ramieniu.. — Wątpię. aby przywieźć je na Ziemię w nienaruszonym stanie. Anioł popłakiwał i wycierał oczy szczątkami skrzydeł. jego depesze grawitacyjne zaczęły do nas dochodzić. a grawitacyjny transporter wysysał z planety do wiszącej nad nią . jego grawigramy rozszyfrowywaliśmy. i wszystko stanowiło akt oskarżenia przeciwko agresorom. aby ludzkość mogła współistnieć z tymi potworami. — Gdzie jesteśmy? — Idziemy kursem na Maję.

kuli. Tysiące słabiutkich mieszkańców Sigmy wymachiwały rozpaczliwie skrzydłami i płakały. Jaki los czekał ich w ładowniach krążownika? Mieli zostać pokarmem dla nienasyconych gardzieli, czy rezerwą tkanek dla starzejących się mechanizmów oprawców? Nikt tego nie wiedział. Widzieliśmy natomiast, jak rozprawiano się z tymi, którzy próbowali się ukryć. Grawitacyjne ciosy spadały na zbiegów, nie oszczędzano nikogo, nikt się nie uratował. Patrzeliśmy w przygnębieniu na pociemniały stereoekran. Odczuwaliśmy strach i wstyd, że coś podobnego dokonuje się we Wszechświecie, w którym my, ludzie, żyjemy w szczęściu i dobrobycie. Prześwietlenie ciat ujętych przez nas wrogów potwierdziło ich dwoistą strukturę anatomiczną: żywe tkanki sąsiadowały ze sztucznymi, kable były przedłużeniem nerwów, a kondensatory i oporniki wrastały w kości. Płyn o szczególnych właściwościach mało przypominających krew płynął sztucznymi rurkami i kapilarami. Natomiast mózg u obu form Niszczycieli byt pochodzenia biologicznego i mieścił się u pierwszych w środku ciała, u drugich zaś w górnym pierścieniu. Najdziwniejszym narządem tych „żywych mechanizmów" było serce — miniaturowy grawitator wielkiej mocy. U niewidzialnych grawitator znajdował się w drugim pierścieniu, a u pojmanego „żółwia" w górnej części cielska. Ten aparacik potrafił indukować krótkotrwałe, miejscowe pole grawitacyjne równoważne przyciąganiu powierzchniowemu kilkuset planet typu Ziemi. Najwidoczniej któryś z ich organów wymagał dla podtrzymania działalności potężnych impulsów grawitacyjnych. Serce pracowało z oszałamiającą prędkością kilku tysięcy uderzeń na sekundę. Ale to jeszcze nie wszystko. Grawitacyjne serce Niszczyciela generowało w przestrzeni ukierunkowane fale, było więc urządzeniem bojowym. Jedynym sposobem unicestwienia wroga mógł być cios w serce. Co do oczu, to wykryliśmy w nich substancję radioaktywną wywołującą świecenie. Narośl na szyi jednocześnie oświetlała, wypatrywała i raziła zdobycz. Przy sprzyjających okolicznościach Zływróg mógł zabić ofiarę wiązką światła, a w każdym razie łatwo oślepić. — Wyjaśniliśmy również mechanizm samobójstwa — powiedziałem, kończąc raport z badania ciał przeciwników. — Kiedy oko uderza w ciało, serce ulega chwilowemu paraliżowi. Siły grawitacyjne już nie przeciwdziałają panującemu wewnątrz ciała wysokiemu ciśnieniu. Następuje eksplozja. W komorze ciśnieniowej utrzymujemy ciśnienie ośmiu tysięcy atmosfer, aby siły wewnętrzne nie rozpryskały martwego ciała wroga. Wynika z tego zresztą, że Niszczycieli łatwiej razić strumieniami promieniowania przenikliwego i korpuskularnego niż polami siłowymi. Potężne źródło promieniowania gamma lub protonów będzie dla nich zabójcze. Zapoznajcie się teraz z zapisami działalności ich mózgów. Zapobiegliwość Andre, który przed walką uruchomił deszyfrator na wszystkich zakresach, okazała się uza-

sadniona. Zobaczyliśmy teraz nas samych, bladych, przypartych do ściany, lecz odważnie walczących. Znów biegłem z wściekle wykrzywioną twarzą na centrum wrogiej formacji. Z nieba spadał Leonid i Allan, Romero zadawał ciosy. Przerażeni i umierający Niszczyciele uważali nas raczej za potwory. Ta część zapisu nie przyniosła żadnych rewelacji, była po prostu powtórzeniem tego, co sami wiedzieliśmy. Natomiast myśli Niszczyciela ujętego żywcem i zmarłego w kleszczach naszych pól daty coś nowego. Niegdyś wierzono, że przed oczami umierającego przesuwa się całe jego życie. Badanie czynności mózgu umierających wykazało, że ich myśli są rozmyte i pozbawione logiki. Jednak ten konający Niszczyciel przed śmiercią wspominał, jeśli nie całe swe życie, to przynajmniej znaczną jego część. Ukazała się nam na ekranie dzika planeta, sprawiająca wrażenie ulepionej z ołowiu i złota: metalowe góry ustępowały miejsca metalicznym polom, w metalowych sadach rosły metaliczne kryształy traw i krzewów. Pod koronami metalowych drzew kryły się metalowe budowle. I wszędzie były Zływrogi, tłumy i chmary ślepiących oczogtowami, rojących się, pełzających, obrzydliwie identycznych... Nad ich przerażającym światem wznosiła się ogromna, ze trzydzieści razy większa od Słońca, mętnawa gwiazda. Jeszcze jedna rzecz zaskakiwała: jak daleko sięgał wzrok, ciągnęły się metalowe góry, pola i budowle, chciałoby się rzec do horyzontu, ale horyzontu nie było — planeta była znacznie większa od Ziemi. Po zakończeniu demonstracji Wiera zapytała mnie: — Zwróciłeś uwagę, że drugi Niszczyciel nie pozostawił śladów ani w mózgu pobratymców, ani w mózgu mieszkańców Sigmy? — To naturalne, gdyż w normalnych warunkach jest niewidzialny. Dopiero po ciężkiej walce udało się nam wyrwać go z niewidzialności. — A jaki jest mechanizm tej niewidzialności? — Nie wiem, Wiero. Nie zdołaliśmy tego rozszyfrować. — Wydaje mi się, że właśnie niewidzialni są ich żołnierzami — powiedziała Wiera. — W Hiadach, gdzie toczyli walki z Galaktami, nie zachowały się dane o ich wyglądzie i to świadczy na korzyść tej tezy. Te żótwiokształ-tne natomiast są raczej robotnikami i nadzorcami niewolników. Żaden nie uszedł z życiem. Niewidzialni walczyli inaczej: jedno ich życie kosztowało jedno nasze. — Andre nie zginął, lecz zniknął — powiedziałem sucho. — To są różne rzeczy, Wiero. Nie należy go grzebać przed czasem. — Niektóre z zagadkowych postępków i właściwości Niszczycieli dają się wytłumaczyć — wtrąciła Olga. — Na przykład ich niewidzialność. Odnoszę bowiem wraże nie, iż nasi przeciwnicy głębiej od nas wniknęli w naturę grawitacji. Olga zrobiła nam cały wykład. Zaczęła od poglądów najdawniejszych uczonych — Newtona, Einsteina i Ngoro. Ich

wzory opisywały jedynie stacjonarne pola grawitacyjne, to znaczy ustalone raz na zawsze ciążenie. Tymczasem realne procesy przyrodnicze są z reguły chwiejne. Niszczyciele wspaniale operują polami zmiennymi, których nie sposób ująć we wzory Newtona, Einsteina ani nawet uogólnione szeregi Ngoro. Umiejętność posługiwania się szybkozmiennymi polami ciężkości daje przeciwnikom wielką przewagę nad nami. Gdyby cios grawitacyjny zadany Sigmie przybrał charakter zrównoważonego pola jednakowo przyciągającego krążownik do planety i planetę do krążownika, to w rezultacie statek runąłby na powierzchnię Sigmy, która ma nieporównywalnie większą masę. Tymczasem krążownik przekształcił powierzchnię planety w otchłań gruzów i spokojnie oddalił się nawet nie czując jej przyciągania. W boju spotkaniowym Zływrogi zawsze nas pokonają, a więc nie należy dopuszczać do walki na bliskie dystanse. Taki jest pierwszy wniosek. Wniosek drugi stanowi uzupełnienie pierwszego. Oni także potrafią zamieniać przestrzeń w masę, lecz nie posługują się reakcją odwrotną — zamianą masy w przestrzeń. Najwidoczniej jeszcze jej nie odkryli. Jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, gdyż rozszerzanie przestrzeni prowadzi do osłabienia pól ciężkości, które Niszczyciele starają się wzmocnić. — Wytwarzanie przestrzeni jest niezawodną bronią przeciwko nim — zakonkludowała Olga. — Niestety nie mamy zbyt wielkich zapasów substancji anihilującej i nie wytrzymamy wielokrotnych starć kosmicznych. Teraz o naturze ich niewidzialności. Również i tu, moim zdaniem, rozwiązanie zagadki kryje się w umiejętności wytwarzania przez nich nie znanych nam rodzajów pól o wielkiej intensywności. Nazwijmy je umownie mikrograwitacyjnymi. Widziałam zwłoki niewidzialnego. Budowa ciała jest wspaniale przystosowana do pełnienia funkcji niewidzialnego żołnierza. Serce-grawitator wytwarza wokół ciała stożek zakrzywionej przestrzeni. Promień światła padającego na ten stożek nie przenika go i nie odbija się, lecz ugina się i wychodzi po drugiej stronie dokładnie na przedłużeniu swej pierwotnej drogi. Wszystko, co znajduje się wewnątrz stożka — i on, i jego tup — jest oczywiście niewidzialne i niedostępne dla zwykłych lokatorów. Zapytałem: — Nie wydaje ci się, Olgo, że ich łączność jest doskonalsza od naszej? Moim zdaniem wykryli oni jakiś momentalnie rozchodzący się czynnik i modulując go doskonale porozumiewają się między sobą w obszarze nadświe-tlnym. — Tak, to jest możliwe — przyznała Olga. — Stąd wynika jeszcze jeden wniosek: w obszarze nadświetlnym należy unikać spotkania. Wątpliwe, aby ich flotylla poruszała się na oślep, jak to, niestety, my musimy robić. Jest jednak pewna sprzyjająca nam okoliczność. Fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, wobec czego Niszczyciele mogą nas atakować jedynie w przestrzeni optycznej, gdyż w przeciwnym wypadku wyprzedziliby swe własne ciosy. Innymi słowy, przed atakiem musimy ich zobaczyć.

Byliśmy gotowi do walki. czemu nie ja! Gdyby mi pozwolono zamienić z nim losy. Nie wie natomiast. a wam jeszcze tego mało? — Andre został porwany — powiedziałem. a nawet dla tak przez pana ukochanych półrozumnych gwiezdnych zwierzaków. Serce zabiło mi mocno.. Mity i genialny. Romero powiedział: — A propos naszego nieszczęśliwego przyjaciela Andre. Pan mnie rozumie? Na to również nie odpowiedziałem. że chętnie oddałbym własne życie.Zwróciłem się do Romera. bałem się. gdyż rozlegają się zbyt daleko od Układu Słonecznego. „Eli! Eli!" — krzyczał znikając. — Czy pan zdaje sobie sprawę z tego. Jeżeli Niszczyciele znają chociażby taką technikę przesłuchań. jaką stosowano w lochach starożytnych władców Ziemi. co pan mówi. rozpieszczony i miękki Andre najmniej z nas wszystkich zdolny był znieść gwałt i cierpienie. Romero spojrzał na mnie wyniośle. fizyczne i moralne. — Jestem przekonany. Andre zbyt wiele wie na temat osiągnięć ludzkości. Paweł gniewnie ściskał rękojeść swojej laseczki.. nie wiadomo dlaczego i po co. lecz został porwany. Sądzę. do sali obserwacyjnej. że nie zginął. Hałas trwał jeszcze parę chwil.. że nie możemy stać z boku? Ich zbrodnie wołają o pomstę. gdyż stamtąd miałem najlepszą łączność z deszyfratorami. jeśli został przy życiu. iż Andre żyje. Dlaczego on. gdyby Andre zginął w walce z niewidzialnym. zabrzmiał władczy glos Leonida: — Wszyscy na miejsca! Statki wroga w przestrzeni optycznej! Alarm bojowy! 14 Alarm! Alarm! Alarm! — huczał statek. że glos mi zadrży. to byłoby lepiej dla nas i dla całej ludzkości. że wizerunki na stereoekranie wywarły na nim jakieś wrażenie. . — Moje ucho nie słyszy wołań. aby go uratować. z jakim potężnym przeciwnikiem świadomie nas skłócacie? Andre już zginął. Wraz ze mną biegli na swoje stanowiska alarmowe inni członkowie załogi. Ciągle pan powtarza. Któż zresztą woła? Kogo bierzecie w obronę? Do pająków i węży dodajecie świerszcze i dla nich gotowiście ryzykować istnieniem ludzkości! Czyżbyście nie pojmowali. — Widzi pan teraz. z jaką ulgą i radością bym to uczynił! Po statku przetoczył się ryk syreny. czym są tortury. gdzie się naradzaliśmy. Myślałem o losie oczekującym Andre. sądziłem bowiem. iż nikt nie wątpi. Wypadłem z klubu. a potem w gwiazdolocie zapanowała pełna napięcia cisza. Pawle? — Całkowicie. Moje stanowisko bojowe znajdowało się przy pulpicie wielkich deszyfratorów MUK.. Ale jeśli mam być szczery.

Ze swymi osiemnastoma krążownikami przeciwko dwóm naszym statkom Niszczyciele mogli liczyć na łatwe zwycięstwo. poważnych i wesołych stało się nagle jednym organizmem. Tym razem Niszczyciele się przeliczyli. mogło wytłumaczyć ten nierozważny krok. że pozbyliśmy się nawet instynktu walki. Skupieni trwaliśmy na swych stanowiskach bojowych. . Później dołączyły do nich jeszcze dwa statki. byłoby nam znacznie trudniej.Do walki! Przez niemal pięćset lat ludzkość nie używała tego słowa w jego pierwotnym znaczeniu. zrównoważonych i porywczych. w milczeniu oczekując na atak. lecz natychmiast po utworzeniu szyku zaatakowali. jak mówili nasi przodkowie walczący jedynie w przestrzeni dwuwymiarowej. co Olga mówi na temat niebezpieczeństwa bliskich ciosów grawitacyjnych. Wróg w swym szaleństwie napadł na nas i musi być surowo ukarany — myślał każdy z nas. Znów zagrały anihilatory Taniewa przekształcone w bateńe zaporowe. Siła nie stanowiła już na Ziemi argumentu i byliśmy szczerze przekonani. badać naszych zamiarów. które pozostały w tyle za głównym szykiem. Zamknęli nas w sferę — pierścień. jak temat do uczonej rozprawy o przeszłości. Byliśmy gotowi do walki! Wtedy zobaczyliśmy krążowniki przeciwnika. czym jest wojna. Ale okrutne okoliczności narzuciły nam walkę i w każdym z nas natychmiast obudził się wojownik. Wyhamowawszy z obszaru nadświetlnego w zwykłą przestrzeń wrogie statki wyskoczyły z pseudoniebytu w świat normalnych ciał i wielkości. Gdyby skrycie podlecieli bliżej. Urodziliśmy się w pokoju i w wiecznym pokoju powinniśmy umrzeć. Na statku panowała cisza pełna pasji i napięcia. abyśmy nie uciekli. piętnastego już z kolei pokolenia nie znającego wojny. główne zagrożenie kryło się w niespodziewanym pojawianiu się wrogów. lecz nie stała już za nim rzecz najważniejsza — działanie. Po prostu od dawna zapomnieliśmy. MUK nieustannie sumował nasze myśli oraz odczucia i niezwłocznie meldował je dowódcy statku: były niemal identyczne. Naliczyłem szesnaście kuł mknących ku nam ze wszystkich kierunków. Błąd tym dziwniejszy. Całkowicie o nim przekonani troszczyli się głównie o to. do których się zbliżamy. Zwyczajem wszystkich piratów nie próbowali nawet pertraktować z nami. tak nam się przynajmniej wydawało. Ale ujawnili się o jakieś dziesięć milionów kilometrów od nas. która do tej pory nie napotykała godnego siebie przeciwnika. ożywianym nieugiętą wolą i wspólnym rozumem. że lecąc w przestrzeni dla nas niewidzialnej sami nas doskonale widzieli. starych i młodych. Bez względu na to. duch nasz nie osłabł. podobnie jak my lecąc w obszarze nadświetlnym widzimy ciała kosmiczne. Istniało jeszcze w języku jako słownikowe kuriozum. Około setki kobiet i mężczyzn. utracili wojowniczość. O nie. Ludzie mego pokolenia. Jedynie przekonanie o własnej potędze. nie byliśmy zniewieściali.

Po odparciu pierwszego ataku krążowników i odrzuceniu ich tak daleko. że Leonid otrzymuje bezpośrednio wszystkie dane z maszyn. Wokół nas rozpościerały się miliardy kilometrów przestrzeni i w tej rozjarzonej gwiazdami pustce mknęło ku nam osiemnaście niewidzialnych. Deszyfratory milczały. We wściekłym wirze rozrywanej przestrzeni zaplątywały się i rwały najpotężniejsze fale grawitacyjne. Ale zbyt wcześnie triumfowałem. odlatując coraz dalej. aby nie zużywać bez potrzeby zapasów substancji aktywnej. — Raz już próbowali się przebić na nadświetlnej i nic im nie wyszło — odparł Leonid. że nie uciekamy. spowodowała nieciągłość w jego metryce i kule szamotały się na granicy nieoczekiwanie rozwartej przepaści. Leonid i Allan zatrzymali anihilatory bojowe. że nawet nastawiony na maksymalne powiększenie mnożnik z trudnością je identyfikował. a deszyfrator wreszcie wychwycił grawigra-my rozmów między statkami przeciwnika. jak się okazało. śmiercionośnych kuł. Znów usiłowałem rozwiązać dręczącą mnie zagadkę. błędu już nie będzie można naprawić. Krążowniki nadal pędziły ku nam ze wszystkich kierunków gwiezdnej sfery i na wszystkich osiach gwiezdnych odległość między nami rosła. kiedy utraciłem z oczu okręty wroga. Kiedy mnożnik wykrył pojawienie się kuł na granicy widzialności. Jeśli zwróci się przeciwko nam. lecz po prostu nie pozwalamy zbliżyć się do siebie: gdybyśmy uciekali przed jednymi. Co się stanie. okrętem flagowym. Zasypywano go pytaniami. lecz doświadczenie jest kijem o dwóch końcach. jeżeli Leonid i Allan pomylą się i szybkość zbliżania się przekroczy intensywność „puchnięcia" przestrzeni? Jeżeli wrogie okręty pożerające pustkę wezmą górę nad naszymi statkami. Błyskawicznie rosnące kule nagle odskoczyły. Ich dowódca zamierzał teraz przebić się przez zwały pustki na szybkościach ponadświetlnych. ale na wszelki wypadek powtórzyłem mu tę informację. Wiedziałem. kule jedna za drugą nurkowały w niewidzialność. Niszczyciele okazali się inteligentniejsi. a on wydawał rozkazy. kamień spadł mi z serca. Niszczycieli oszołomiła nasza umiejętność generowania przestrzeni i na razie nie potrafili znaleźć sposobów walki z tym zjawiskiem.Gdybym potrafił oglądać te sceny wzrokiem postronnego. Generowana przez dwa gwiazdoloty przestrzeń utworzyła w kosmosie jamę. beznamiętnego obserwatora. rozrzucającymi pustkę dokoła siebie? Odpowiedź może dać jedynie doświadczenie. Po pewnym czasie kule znów ukazały się w strefie widzialności. — Tym razem też nic nie wskórają. Zbliżywszy się na wystarczający ich zdaniem dystans. Jeden z krążowników był. Teraz nawet najgłupsi z nich powinni się zorientować. mogłyby mi się one wydać nawet w jakimś stopniu zabawne. Nie mogłem wyzbyć się poczucia bezsilności. musielibyśmy zbliżać się do innych. niż .

Po chwili okręty Zływrogów wyrównały swoje wzajemne szybkości tak. że potrafimy wtaczać do reakcji niszczenia masy także ciała znajdujące się na zewnątrz statku. Trzeba przyjąć bój. oni zaś nurkowali w niewidzial-ność i przebijali się na szybkościach nadświetlnych. . Leonid poprosił wszystkich członków załogi obu gwiazdolotów. Druga: przejść z obrony do natarcia. Teraz hamowali tak blisko. kto pierwszy zdoła zadać cios. Ich ataki stawały się coraz niebezpieczniej sze. — Mamy dwie możliwości wyjścia z walki. jaką należy podjąć decyzję. Jestem pewien. Złowieszczy blask eskadry napastników gasił światło otaczających nas gwiazd. już po raz ostatni. Wszystko teraz zależało od tego. Możliwe też. jak wkrótce tego dowiódł przebieg wydarzeń. Wiem. jakich długo wytrzymać nie mogliśmy. że generacja przestrzeni odbywa się kosztem zapasów uprzednio zgromadzonej materii. Znaleźli jedyny skuteczny sposób walki: narzucili nam wielokrotne starcia. Nie wiedzieli jednak. w tym również ich okręty. że nie ma przeciwnych ani wstrzymujących się. że należy atakować. zaczęły więc wyhamowywać i ustawiać się w szyku sferycznym. aby. ale mimo to sądzę. iż wróg będzie nas ścigał i narzuci decydującą walkę. Wrogowie nie wątpili. że wyrwiemy się bez unicestwiającego starcia. którego centrum stanowiły nasze dwa statki. dopóki nie wyczerpie się ich możliwość wytwarzania przestrzeni". I znów. Mieliśmy do spełnienia ważny obowiązek: musieliśmy wrócić na Ziemię i opowiedzieć o tym.przypuszczałem. Krążowniki przeciwnika zorientowały się. że uda się zanihilować kilka krążowników wroga. co odkryliśmy w dalekich rejonach Galaktyki. zgłaszali swoje propozycje za pośrednictwem MUK. Pierwsza: przebić się z okrężenia i pozostawiając Plejady wrogowi uciekać w kierunku Słońca. Ale nie chcieliśmy również uchylać się od odpowiedzialności za śmierć naszego przyjaciela. Od salwy wszystkich dział grawitacyjnych Niszczycieli dzieliły nas minuty. że jesteśmy gotowi przyjąć walkę. któremu przydarzyło się nieszczęście. aby znaleźć się jednocześnie w naszym pobliżu. na wszystkich osiach gwiezdnej sfery pojawiło się osiemnaście rozpędzonych kuł. że w końcu „wezmą nas na muszkę". Później MUK zakomunikował. a zapasy muszą się w końcu wyczerpać. że jedynie użycie pełnej mocy wszystkich anihilatorów ratowało nas przed grawitacyjną salwą. I tak powtarzało się kilkakrotnie: odrzucaliśmy ich wytwarzając przestrzeń. po prostu nie mogliśmy się od niej uchylać! Wiedzieliśmy. który nam narzucono. Nie spieszyliśmy się z podjęciem decyzji. że na jednym z nich może znajdować się nasz porwany towarzysz. ale nikt nie spieszył się z jej wypowiedzeniem. Doskonale zrozumieli. Aparaty rozszyfrowały rozkaz statku flagowego: „Atakować na zwykłych szybkościach. Każdy z nas myślał w owej groźnej chwili o Andre. Nie mogę gwarantować.

Musiałem mu rzucić moją radość w twarz jak gryzący wyrzut. Nienawidziłem go. rozpraszały się i nikły — wszechświatowa pustka wzbogaciła się o cztery nowe otchłanie. Teraz Zływrogi poznały całą moc ludzkiej potęgi. lecz milionami kilometrów bezcielesnej przestrzeni. — Proszę mi wierzyć. lecz kule przeszły w obszar nadświetlny. Pyłowe chmury wirowały. nie gazem. prawdę mówiąc. — Chociaż. . że cieszę się wraz z panem — powiedział zmęczonym głosem. Pawle! Z rozkazu admirała wynika jasno. — Andre niczego nie powiedział. Na tych planetach. Na gwiaździstym niebie oślepiająco zapłonęły cztery purpurowe słońca. że do ostatniej chwili Niszczyciele obawiali się zwykłego zderzenia z nami. z czego tu się cieszyć?. Ani Allan.Kiedy osiemnaście statków wroga. To była bardzo smutna podróż. że zgarbił się i postarzał. jaki los ich czeka. Allan i Leonid równocześnie uruchomili anihilatory trakcyjne unicestwiające przestrzeń. co zobaczyliśmy i co niewątpliwie ujrzeli pozostali przy życiu wrogowie. nie atomami nawet. spostrzegli bowiem. było wspaniałe. Złowieszcze krążowniki stały się kilometrami.. nie molekułami. które natychmiast zgasły tworząc mgliste obłoki. Cztery z osiemnastu krążowników wroga. ani Leonid nie czekali na przedśmiertną salwę ginących piratów. Wrogowi mogło się wydawać. gdzie istniały warunki do powstania życia i gdzie jeszcze niedawno życie kwitło. znalazło się w zasięgu naszego działania. bo nie wierzył. że odległość między nimi a nami maleje we wszystkich kierunkach. straciliśmy sterowność!" i paniczne rozkazy flagowca: „Dajcie całą wstecz i bijcie z dział grawitacyjnych. Ale Niszczyciele nie dali się oszukać. Rozszyfrowaliśmy ich rozpaczliwe depesze: „Pomóżcie. Zdołaliśmy jednak przedtem odebrać rozkaz nadany z pokładu flagowca Niszczycieli: „Natychmiast opuścić gromadę gwiezdną! Wszystkie okręty opuszczają gromadę gwiezdną!" Pobiegłem do Romera. zagarnięte stożkami znikającej przestrzeni. że my sami zaczęliśmy się gwałtownie zbliżać. a nie anihilacji! Romero długo patrzył na mnie bez słowa. że Andre mógł pozostać przy życiu i nie wydać naszych sekretów. Dzień za dniem i tydzień za tygodniem oblatywaliśmy kolejne układy gwiezdne. milionami kilometrów pustego „nic"! Pozostałe okręty wroga rzuciły się do ucieczki. Ogarnęła ich panika. Dla niego istniała tylko jedna możliwość: Andre dawno zginął.. Zauważyłem nagle. 15 Plejady zostały za nami. Leonid próbował je gonić. bo zderzycie się z nimi!" Roześmiałem się triumfalnie: wrogowie nawet w ostatniej chwili swego życia nie domyślali się. To. nie osiągnąwszy jeszcze sfery własnego skutecznego ognia. gwałtownie oderwały się od swoich. teraz życia nie było.

Teraz ze wzrastającą wściekłością przekonywałem się o precyzji przekładu. Tam. wody i zieleni. kiedy WKA tłumacząc nazwę dziwnych istot używał infantylnego słowa „Zływrogi". znaleźć i unicestwić! Dzień za dniem i tydzień za tygodniem w lornetach mnożników i na stereoekranach ukazywały się te same widoki: gęste chmury popiołu i pyłu kłębiące się nad planetami. pół mechanizmy. Po wylądowaniu omal nie utonęliśmy w pyle podobnym do sproszkowanego grafitu. Wyprawa do tego roju potrwa co najmniej kilka lat. Po co dokonują swych niszczycielskich napadów? Gdzie mieszkają podobne do nas istoty? Widzieliśmy je w sennych majakach Aniołów. Nie chodziło już o to.Zjawiliśmy się w Plejadach zbyt późno. nikt na Ziemi nie będzie mógł żyć w spokoju. W ciągu kilku miesięcy oddaliliśmy się od Słońca o pięćset lat świe tlnych i wtargnęliśmy w Plejady. ale nie widzieliśmy ich żywych. Wpatrywaliśmy się w powierzchnię globu. Pewnego wieczoru w klubie pokładowym Wiera zapytała nas. Musieliśmy wrócić. Kolejnym obiektem zwiadu powinno być chyba skupisko gwiezdne w Perseuszu. powietrza. Spróbowaliśmy wylądować na jednej ze zniszczonych planet. ale jest niezbędna. To jeszcze należy wyjaśnić. nic poza pyłem. Jeden gwiazdolot weźmie kurs na Ziemię. drugi zaś będzie kontynuował poszukiwanie gwiezdnych siedlisk wykrytych nieprzyjaciół i nieznanych sprzymierzeńców. Było to w układzie Aicjony. Może ten naród naszych potencjalnych przyjaciół już nie istnieje? Nie jest wykluczone. który ciekł niczym woda. minerałów i strawy. Dopóki nie dowiemy się. zjawiało się zło. gdzie oni mają swoją bazę. co robić dalej. że w Galaktyce buszują dziwne pół istoty. . Dotarliśmy do przestrzeni galaktycznych i przekonaliśmy się. jasnej gwiazdy. domyślaliśmy się ruin miast pod górami popiołu. aby jej decyzje były obiektywne. Trzeba ich po prostu zniszczyć. w której zginęli wszyscy przeciwnicy Zływrogów. wspaniałej.. Ale nie wszystko jeszcze jest jasne. Wiera zaproponowała podzielić flotyllę.. Nawet myśl o tym. że są opanowane przez piratów. budziła odrazę. gdzie pojawiali się oni.. Nad planetą kłębiły się czarne chmury delikatnej zawiesiny.. było pod dostatkiem światła i ciepła. Zdziwiłem się. że istnieją w tym samym świecie co my. że staliśmy się świadkami ostatniej fazy kosmicznej wojny między Niszczycielami i pokojowo usposobionymi Niebianami. W niedalekiej przeszłości z pewnością niczego tam nie brakowało. Jednocześnie pora już wracać na Ziemię. Trzeba zapoznać całą ludzkość z zebranymi informacjami. aby zatrzymać agresorów. od którego dzieli nas cztery tysiące lat świetlnych. tworzące wojowniczy naród o wysokiej kulturze technicznej — mówiła. Nie wiemy. na obrazach Altairczyków i w rzeźbach mieszkańców Sigmy. lądy wymieszane z oceanami w jedną grząską masę. gdzie ukryła się flotylla wroga. Wiemy teraz. W smutnej teraźniejszości był kurz.

książki i czasopisma z dwudziestego wieku. pozostało to. wszystkimi argumentami rozumu. — A wam życzymy dobrego spotkania z Ziemią — odparłem. w tak dalekiej podróży wszystko może się zdarzyć — powiedziałem. Nie wiedziałem. Natomiast tam. na wiecznie młodej kolebce ludzkości! — Masz tu podarunek na drogę — powiedział Allan i dał mi największy swój skarb. — Zapamiętaj moje ostatnie życzenie: Romera trzeba pokonać. Odważni kosmonauci. pięknej. co choć trochę wiązało mnie z przeszłością. — Trzy lata temu. Wprawdzie na dalekiej Wędzę. Przed nią nie musiałem ukrywać smutku. Zabierali ze sobą Truba. Nasza miłość nie ma sensu. Gdzieś tam jest mój przyjaciel. pięćset dwadzieścia lat planetarnych. gdzie nigdy nie byłem i chyba nie będę. Może też uda mi się rozwikłać niektóre zagadki Zływrogów. Weźmiemy część zapasów substancji aktywnej ze „Sternika". bo gdzie szukać ich rozwiązania. byli również wzruszeni. Powiedziała to tak spokojnie. jak to uczucie określił Lusin. — Niewiele się przez ten czas zmieniliśmy. jakby chodziło o podróż z Ziemi na Syriusza lub Alfę Centauri. Później nadszedł dzień rozstania.— Wracam na Ziemię — zakończyła Wiera. — Wiecie. Inni nie spieszyli z odpowiedzią. rozumne i wymagające pomocy. rozstaliśmy się z Ziemią — powiedział Kamagin. Załogę skompletujemy z tych. nasi przodkowie. będą niegodni siebie. ale i bez Plutona mogłem żyć. jeśli nie wśród przeciwników? — Lecę do Perseusza — powiedziałem. który wzywał mnie na pomoc w chwili niebezpieczeństwa. Z całego serca życzę wam w dalekiej podróży większego szczęścia. choć Ziemia i ludzie zmienili się nie do poznania. Nic mnie szczególnie nie ciągnęło na Ziemię. Ostatni żegnali się ze mną Groman i Kamagin. — Jestem gotowa lecieć dalej — oświadczyła Olga. — Ludzie pomogą wszystkiemu co dobre. o gwiazdach rozsianych wokół nich. Ale cóż się zmieni. Patrzyła na mnie przez łzy. rwę się całą pasją swojej duszy. — Wiero. niż nam przypadło w udziale. Jeżeli ludzie nie przyjdą z pomocą Niebianom. Wiera objęła mnie i ucałowała. — „Pożeracz Przestrzeni" jest lepiej przystosowany do dalekich podróży niż „Sternik". — I dobrego nowego życia na naszej zielonej staruszce. Mogę cię o tym zapewnić. wabił mnie raczej Pluton. jeżeli zawrócę? Łączy mnie z Fiola jedynie czcze pragnienie jedności. Romero i Lusin postanowili wrócić na Ziemię. błękitnawobiatej Wędzę. którzy zgłoszą się na ochotnika. dlaczego: trzeba pokonać izolacjonistów. do dalekiego Perseusza. Myślałem o Ziemi i Orze. Pożegnanie było smutne. czy ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę. jest przedwczesna. .

gdzie tamten świat się znajduje. chociaż Allan włączył wszystkie reflektory statku. Zawarte w nich informacje trafiały do komputera. Uruchamiałem mechanizmy. Kontury „Sternika" szybko nikły na tle gwiazd i wkrótce nie można było go dostrzec gołym okiem. 16 Zgodnie z programem opracowanym przez MUK mieliśmy do rojów gwiezdnych w Perseuszu lecieć ponad rok z szybkością równą pięciu tysiącom prędkości świetlnych. na jaki wygląda z Ziemi. Wszyscy wiedzą. zmieniał się też kształt gwiazdozbiorów. dawałem mechanizmom dodatkowe zadania. Już po tygodniu wspaniała gromada gwiezdna przekształciła się w taki sam kłębuszek waty. Tchnienie ogromnej pustki dosięgło nas w locie do Plejad: mijał dzień za dniem. obserwując nieustanną pracę badawczą. a co innego czuć. Codziennie zjawiałem się w laboratorium grawitacyjnym. pola elektryczne i grawitacyjne. Co innego jednak wiedzieć. a impulsy odebrane przez deszyfratory przekazywałem do analizy komputerowi pokładowemu. gdyż ciała niebieskie zbliżały się i oddalały. pędziliśmy tysiąckrotnie szybciej od światła. strumienie cząstek. jakbym zrobił coś złego i w zmieszaniu znów obróciłem się ku gwiazdom. że przestrzenie galaktyczne są puste. Dawniej Andre wszystko robił sam. — Dotychczas Allan nas hamował — dowodził Leonid — bo jego statek jest znacznie wolniejszy. Olga uśmiechała się do mnie. Popatrzyłem na nią ze zdumieniem. — Jak długo potrwa ta samotność? — Nie boję się samotności — odparła Olga. wpatrując się w gwiaździste niebo i rozmawiając w myślach z podległymi nam maszynami. który wydawał rozkazy automatom. Podobnych szybkości nikt przed nami nie osiągał. tydzień za tygodniem. ale nie wiem. ja zaś. W czasie przelotu z Ziemi na Orę nie poczułem pustki. jak bezdennie pusty jest Wszechświat. Poczułem się tak. Uważałem tę pracę za swe naczelne zadanie. że nam się to uda. Dopiero jednak po wyjściu z Plejad zrozumiałem. — Mogę lecieć chociażby na tamten świat. pobłażliwie akceptowaliśmy genialne wizje i czuliśmy się pewni i . a na zewnątrz statku wszystko pozostawało bez zmiany. Żartowaliśmy z jego tworzonych na kolanie teorii. Ciągle od nowa badałem promieniowanie mózgu Zływrogów nagrane przez Andre i grawigramy atakujących nas krążowników.Siedzieliśmy wraz z Olgą w sali obserwacyjnej. my zaś tylko mu pomagaliśmy. — No i zostaliśmy sami — powiedziałem. Zwykle dyżurowałem wraz z Olgą. Milczeliśmy wówczas godzinami. Deszfratory łowiły każdą falę i impuls. Po wejściu w obszar nadświetlny Leonid dał upust swoim zamiłowaniem do pędu. ale Leonid i Osima byli pewni. Teraz miałem własny fotel w sterówce obok dyżurnego dowódcy.

uparcie myślałem — chciałem pracowitością zrekompensować jego intuicję. a właściwie drgania gęstości przestrzeni. Trzeba go było zastąpić chociażby częściowo.bezpieczni: Przy nas gorzał ogromny rozum. „Jak to było możliwe? — pytałem w duchu. Doszedłem do wniosku. Krótko mówiąc operujemy stanami krańcowymi — niszczeniem i tworzeniem. Wszystko. Później skinęła głową i zaczęła rozwijać moją hipotezę: — Nauczyliśmy się przekształcać masę w przestrzeń i znów otrzymywać z niej masę. Poprosiłem Olgę do siebie. Ile dni lub tygodni świetlnych miał do pokonania? Tymczasem Zływróg rozmawiał z okrętem tak. że jedynie zmiany stanu przestrzeni mogą rozchodzić się w niej z szybkością nadświetlną. A krążownik zawiadamiał. że między nimi zawiera się całe spektrum stanów przejściowych. że początkowo nie uwierzyłem w jego prawidłowość. Jego impulsy grawitacyjne biegły z normalną szybkością światła. może równie ważnych jak . wszystkie nici logicznie zapętlały się w jeden węzeł. Zacisnęliśmy polami osłabłego oczoglowa.. że tym zagadkowym nośnikiem łączności momentalnie przenikającym przestrzeń. Andre chciwie rzucał się na każdą zagadkę i nie spoczywał. Nie miałem nawet odrobiny owej natchnionej lekkości Andre. Tymczasem okazuje się. Przekazałem swoje domysły komputerowi. Kiedyś przez nieuwagę nie wyłączyłem na noc deszyfratora nastrojonego na promieniowanie mojego mózgu i urządzenie zarejestrowało moje sny. Wreszcie z wolna zacząłem dostrzegać zarysy rozwiązania. długo słuchała nie przerywając mi. że do niego dotrę. zamykałem oczy i po tysiąc kroć wracałem myślami do tej samej sceny. co można zrobić. robił znacznie lepiej od kogokolwiek z nas. że nawet lecąc z szybkością nadświetlną nie zdoła dotrzeć do celu przed nocą. który rozpaczliwie wzywał pomocy na falach grawitacyjnych. póki jej nie rozwiązał. — Co może poruszać się w przestrzeni z szybkością nadświetlną nie unicestwiając tej przestrzeni?" Nawet we śnie próbowałem rozwikłać tę zagadkę. Olga zastanawiała się przez chwilę.. po cóż więc mieliśmy się trapić? Teraz Andre nie było. a potem powiedziała: — Uważasz więc. Do celu było wprawdzie jeszcze bardzo daleko. nieustannie rodzący błyskotliwe idee. Można było według czasu dzielącego pytania i odpowiedzi obliczyć odległość dzielącą Sigmę od krążownika śpieszącego na pomoc. Rozwiązanie było tak proste. lecz nieustannie. Siadałem na kanapce. lecz wiedziałem. Przyszła do laboratorium. że hipoteza jest niesprzeczna i może być przyjęta za punkt wyjściowy do dalszych rozważań. Znalazłem się na właściwej drodze. sama przestrzeń. Ale wszystkie drogi wiodły do tego samego punktu. z tą samą prędkością przychodziły odpowiedzi. jest sama przestrzeń? — Tak. który po analizie zawiadomił mnie. Zniknął genialny generator nowych pomysłów. jakby stał obok niego.

Słyszałem jego glos. Zacząłem przypominać sobie jego idee i teorie. pradawny statek kosmiczny leżący na boku u stóp wzgórza. Wiele idei akceptowałem od razu". Eli. — Czy nie zauważyłeś. Dostrzegłem mknące po niebie postrzępione chmury. że nie potrafię się na ciebie gniewać? 17 Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć. Był jak zawsze odrobinę śmieszny i bardzo miły. Patrzyłem na niego z bólem: Andre znalazł się w niebezpieczeństwie. że Paweł z taką zaciekłością się na nią rzucił. Powróciłem na Ziemię i cofnąłem się w jej głęboką przeszłość. Nie powinienem był tego robić.. dawno już nie istniejące lasy. potrząsał ekstrawaganckimi kędziorami i spierał się ze mną. — Krytycyzm i ironia łączą się w twoim mózgu z niezłą dawką tępoty. — Nie gniewaj się — powiedziałem ze skruchą. Znów zamknąłem oczy. Z rozdartego wnętrza gwiazdolotu wysypały się beczki. Gdybym powiedział to. nieznane mechanizmy. Ujrzałem dzikie. Przyjaciel pochwaliłby mnie za odkrycie fal przestrzeni. byłem gotów przyjąć każdą hipotezę tylko dlatego. tak nieubłaganie skrytykowaną przez Romera. Eli — mówił Andre gniewnym tonem. skrzynie. jestem tego pewien. a ja nie mogłem mu pomóc. ale teraz by mnie pochwalił. — Wcale się nie gniewam — odparta smutnym głosem. a nie ona. aby go lepiej widzieć i słyszeć. a nie tylko ty. bo lepiej niż ktokolwiek inny potrafiłby ocenić wagę tego odkrycia. „Ciężko myślisz. Pod koniec nocy wspomniałem jego teorię pochodzenia ludzi. trapy. Przyjaciel chodził po kajucie.punkty graniczne. musimy szukać wszyscy. Olga zmieszała się jak mała dziewczynka zaskoczona przy niedozwolonej zabawie. Musimy ich szukać. a ja przypominałem sobie wciąż nowe. kiedy byliśmy jeszcze razem. usłyszałem krzyki małp. Zamykałem oczy. Z radości ucałowałem Olgę w oba policzki. do czego sam z takim trudem doszedłeś. czyż nie mam racji?" „Nie masz — broniłem się. Nabrałem teraz do niej wielkiej sympatii także dlatego. Było ich tak wiele. aby dokładniej widzieć napływające pod powieki obrazy. — Bądź sprawiedliwy.. — Nie chciałem ci zrobić przykrości. Starzec jest . że godziny biegły. Rzadko zasługiwałem na jego pochwały. Myślałem o Andre. poczułem wilgotny upał wiszący w powietrzu nad wyimaginowanym przeze mnie zakątkiem Ziemi. chociaż winny byłem ja. Andre. że on był jej autorem. Już nie dyskutowałem z Andre. i pogrążyłem się w półsen przypominający gorączkowe majaczenia. Dowcipkowałeś na temat każdego mojego pomysłu. na wszelki wypadek wyśmiałbyś mnie. Andre stal przede mną. Na szczyt wzgórza wspina się starzec (widziałem go już kiedyś na stereoekranie w Sali Pomarańczowej).

— Jakie macie zarzuty?" „Tysiące zarzutów! Absolutne nieprzystosowanie do życia. ma wielkie. A fabryki? Cóż. Laboratoria zabraliśmy ze sobą. szczupły i siwy. ale wy opuścicie tę planetę". pigmej i gigant. Połowa z nas umrze tutaj". że można chodzić bez skafandrów ochronnych. Pewne rzeczy się udają. „I to ma być człowiek? — oburza się jeden z nich. a tutejsze istoty żywe potrafią na razie tylko skakać z gałęzi na gałąź. że przyjdzie mu zginąć w innym miejscu. dostatkiem wody i zieleni. kłów. Dlaczego nie moglibyśmy przyspieszyć ich ewolucji?" „Ile to zajmie lat. nie po ludzku promienne oczy. Wreszcie zjawia się prawdziwy człowiek. pracują. drudzy łatają wyrwy w poszyciu i naprawiają urządzenia wewnątrz statku. Pierwszego również widziałem w Sali Pomarańczowej. Rozgląda się dokoła z dezaprobatą. „Musimy znaleźć pomocników — mówi drugi. Do starca zbliżają się dwaj młodzieńcy. „Będziemy się spieszyć. — Że też musieliśmy się tak rozbić! Naprawa potrwa ze dwa tysiące miejscowych lat. oczywiście prymitywne. Zdobywają pokarm pożerając się nawzajem. pazurów. Zresztą podobny jest do zabitego z obrazu Altairczyków. Udało się wybrać planetę ze znośną temperaturą. znów fiasko! Słyszę głosy Galaktów. ale fabryki zostały w domu". Jak to stworzenie . Drugiego nie znam. — Nie jesteśmy nieśmiertelni. fabryki można zbudować. Brak sierści. Czyżby tym razem powodzenie? Nie. Już sam fakt. Niebiańscy przybysze zawijają więc rękawy i pracują. Ja pewnie nie dożyję startu. pracują. ale za grosz rozumu". rogów. „Bez pomocy?" — przerywa mu pierwszy. Na papierze istota rozumna. ale niepowodzeń jest znacznie więcej. bardzo wiele znaczy. Protestuję przeciwko takiemu brakoróbstwu!" „Konkretniej! — mówi przewodniczący. to zbyt mało. pomyśl! — mówi drugi. „Ale wpadliśmy! — mówi pierwszy młodzieniec. Nie od razu udaje się wyhodować istoty podobne do siebie. Mają potężne zęby. Nie domyśla się naturalnie. Biorą się do pracy. kędzierzawy i prostowłosy. Starzec ich uspokaja. wymyśliłem go. od razu we wszystkich wariantach: biały i czarny. zdumiony spokojem starca. — Jest nas dwudziestu. bo trudno w ciągu jednego pokolenia zmienić małpę w herosa. — Spójrzcie na projekt i jego realizację. Kiedyś zaczęliśmy się rozwijać z podobnych zwierzaków. Spójrzcie na te ogoniaste istoty hałasujące w koronach drzew. Jedni szukają rud. ich dyskusje na naradzie produkcyjnej. a w rzeczywistości zwierzę. Nie podoba mu się okolica. inni jeszcze łowią małpy i eksperymentują z ich zarodkami. zmieniają kody genetyczne. Nie jest tak źle — mówi. Po jakichś pięciuset milionach tutejszych lat ogoniaści staną się rozumnymi istotami. w której znalazł się statek.wysoki. „Znajdziemy pomocników.

Jakie wymagania ma spełnić nowy model. że nie należy upierać się przy zewnętrznym podobieństwie do nas.. Spójrzcie na wykres zdolności opracowany przez maszynę. pazury.. zanim wasz cud natury domyśli się. Co jeszcze?.. Przypomina. — Proszę zapisać: następny model zaopatrzyć w sierść. — Do piachu! Nie ma sensu płodzić bezbronne potworki". Starzec znów protestuje. Aha. Wówczas zaprowadziłem go do koryta z żarciem. Jak nazwiemy model?" „Mamy wolną literę «d» — odzywa się jakiś głos z kąta. Otrzymali wiele i wiele mogą osiągnąć".ma zdobywać pokarm. — Uruchamiamy więc produkcję diabła biorąc za podstawę nieudany model człowieka.. aby mógł w maksymalnym stopniu przystosować się do dowolnych warunków życiowych". Znów wstaje pierwszy: „Sądzę. choć nieidentyczna.. ... gdyż nie jest ono w praktyce osiągalne i przekształca się w kalectwo. że człowiek ma potencjalnie nieograniczone możliwości. — Wasz rozumny człowiek jest debilem! Próbowałem wpoić temu dzikusowi elementarne pojęcia z dziedziny mechaniki grawitacyjnej i przestrzennej. „Proszę głosować — powiedział przewodniczący. — Kto jest za odrzuceniem człowieka i kontynuacją? Kto przeciw? Kto się wstrzymuje? A więc człowiek został odrzucony wszystkimi glosami poza jednym wstrzymującym się. który zamierzacie opracować? Słucham". „Są jakieś inne propozycje? Nie? A więc wniosek przyjęto — mówi przewodniczący. Ogon do czepiania się gałęzi. kły. poruszać się i bronić? Palce jak sęki. rogi i kopyta. niech brną trudną drogą samodoskonalenia się. Proponuję odrzucić zademonstrowany nam model człowieka i kontynuować badania". to nie ma zwierzęcia. a on tylko ślepia rozdziawiał i skomlał.. Jeśli zdolność samodoskonalenia się psa przyjąć za jedność. że stworzyliśmy cud rozumu!" „Na razie jest to cud głupoty i nieprzystosowania! — krzyknął ktoś gniewnie. u którego ten wskaźnik przekroczyłby dziesięć. że ma jakiekolwiek zdolności. oczy jak szparki. Pozostaje ostatni problem: co robić ze stworzonymi ludźmi?" „Zanihilować! — krzyczy zapalczywy glos. — Może więc diabeł ?. Niechaj więc ludzie żyją. A tymczasem u człowieka wynosi on 1395 660 800! Rozumiecie? Miliardy razy więcej niż u dowolnego zwierzęcia! Setki razy więcej niż u nas! Uważam. szybkiej reakcji i sprytu! Proponuję nowy model opracować tak.. lecz realnej żywotności. I to ma być istota stworzona na nasz obraz i podobieństwo?" „A jednak jest podobna do nas — mówi starzec.. jak wiele szlachetnych cech wkonstruowano do ludzkiego mózgu. Zapominacie o rzeczy najważniejszej: o tym. — Podobna. Potrzebujemy nie nadzwyczajnych zdolności." „Diabeł brzmi nieźle — stwierdza przewodniczący. To warto było zobaczyć! Upłyną miliony lat.

Tylko jednym słowem. a ludzie szczerze go za to nienawidzą. Żyj więc i doskonal się!" Dobry starzec macha mi ręką. Ogoniasta i rogata istota jest nader wszechstronna: biega. sprawdzić wszystkie obrazy pojawiające się w moim mózgu i ocenić je. Moje mechanizmy nie unicestwiały . jeśli natomiast górę wezmą wady wynikające z naszej niedbałej pracy. Tym razem MUK odpowiedział następująco: — Pseudohipoteza nadająca się jedynie na temat do powieści fantastyczno-naukowej. Przebudowane laboratorium po pewnym czasie zamieniło się w niewielką fabrykę. „Zegnaj. byłem pochłonięty badaniem właściwości przestrzeni. bo nie lubię tych waszych — z jednej strony. na pewno nie doczekam twojego rozkwitu. MUK odpowiedział jednym słowem: — Brednie. — No dobrze. Urządzenia laboratoryjne różniły się od anihilatorów napędowych i bojowych jedynie mocą. które trzęsły się na myśl o tym. zręczny. człowieku. naśmiewa się z pechowych wygnańców skazanych na samodzielne życie. podczas gdy tamte dysponowały milionami albertów. że mogą pozostać sam na sam z nieudanym ludzkim plemieniem. Nie chciałem. skacze z gałęzi na gałąź. Moje malutkie aparaciki nie rozwijały bowiem nawet miliarda kilowatów. — Jestem pewien. nurkuje w wodzie i wciska się w ziemne szczeliny. Usłużny diabeł. z drugiej strony. póki lecieliśmy ku podwójnemu skupisku Perseusza. Jeśli rozwiną się ich dobre cechy. jaką robiliśmy z innych ciał. a ja uśmiecham się do niego i otwieram oczy.. dzika planeto! — mówi uroczystym głosem starzec. na Orze. pracowity diabeł. aby przez mą nieostrożność nasz gwiazdolot sam zamienił się w taką przestrzenną jamę. I oto ludzi wygnano z obozu awaryjnego niebiańskich przybyszów. Chociaż dożyłem do startu naszego statku. że posiane przez nas ziarno rozumu wyda owoce. w którym małpę przemieniono w człowieka. aby przepędzić z głowy kłębiące się w niej obrazy. z raju. — Nie warto ludzi unicestwiać. niemal identycznie ocenił tę ideę Andre i uspokojony zasnąłem. że inny komputer. w pocie czoła pracował na chleb i cierpiał choroby.. Przecieram czoło i wywołuję MUK. może być nie jednym słowem — powiedziałem. Kiedy więc Galaktowie usunęli wreszcie uszkodzenia statku. Przypomniałem sobie. to człowiek zwycięży w ciężkiej walce o przetrwanie. zabrali ze sobą stworzone przez siebie diabły.„Racja — powiedział przewodniczący. którzy niegdyś przekonstruowali małpę w człowieka. to zguba tego modelu nie zmartwi nas zbytnio". Zamiast niego pojawi się udoskonalony model: mądry. 18 Przez cały rok. Ten nowy model udał się nad podziw. Odtąd będzie się on rodził w mękach. — Proszę zanalizować myśli na temat Galaktów. prawdziwy sługa swojego boga.

Wydawać rozkazy gwiazdolotom znajdującym się na przeciwległym krańcu Wszechświata i natychmiast uzyskiwać odpowiedzi! W głowie się kręci. zmontowaliśmy zespół nowych maszyn: generatorów fal przestrzennych. Zdjęcia anatomiczne ciał przekonały nas. Jedno tylko prawo ruchu drgającego nie sprawdzało się w wypadku fal gęstości przestrzeni. Wkrótce to się zmieni. Dyspozytor na Orze będzie wiedział wszystko o każdym statku bez względu na to. nie znany jeszcze na Ziemi świat! Kiedy odkrycie zostało wszechstronnie zbadane i sprawdzone. lecz zmieniały jej gęstość operując daleko od stanów granicznych. Samo światło było szczególnym. — Widzieć Ziemię! Zawsze być razem z Ziemią! 19 . aż do hi-perprędkich. — Obecnie zaraz po starcie statek niknie w obszarze nadświetlnym i nie ma z nim żadnego kontaktu. że ich serce było nie tylko grawitatorem i bronią grawitacyjną. I znów wprawiła mnie w zdumienie świetna konstrukcja zagadkowych istot zwanych Zływrogami lub Niszczycielami. gdyby nie czuł się od nich odcięty. Wkroczyliśmy w niezwykły. fale te mianowicie rozchodziły się zawsze z prędkością nadświetlną. jaka odległość go od niego dzieli.. gdyby mógł komunikować się z ukochanymi. że wahania gęstości przestrzeni podlegają prawom mechaniki falowej. Odtąd już Zływrogi nie mogły się do nas niepostrzeżenie podkraść. Teraz mogliśmy notować dowolne zakłócenia poczynając od przyświe-tlnych. a masa rozpada się na przestrzeń. granicznym rodzajem fal przestrzennych i to tłumaczyło jego zagadkową dotąd stabilność w poruszających się układach. stożkowe i cylindryczne w postaci wąskiego promienia przebijającego przestrzeń. Otrzymywaliśmy fale kuliste. O ile piękniejsze byłoby jego życie. Olga marzyła o zorganizowaniu służby dyspozycyjnej żeglugi międzygwiezdnej. Nie będę tu szczegółowo opisywał doświadczeń. Przestała nam grozić walka na oślep z widzącym przeciwnikiem. Czyż możliwość natychmiastowego pokonywania niewyobrażalnych przestrzeni nie jest urzeczywistnieniem odwiecznych ludzkich marzeń o wszechobecności? — Słuchać Ziemi! — powiedziałem. rozchodzących się z szybkościami równymi miliardowym wielokrotnościom szybkości światła. Czyż to nie wspaniałe? A ja wspominałem Andre tęskniącego za Żanna i nigdy nie widzianym Olegiem. kiedy fala przestrzenna o niskim poziomie energetycznym była o krok od zamiany na światło. zamknięty w obcym świecie. lecz także doskonałym nadajnikiem fal przestrzennych. kiedy to przestrzeń koncentruje się w masę. odbiorników i deszyfrato-rów depesz nadawanych na tych falach. Ważne jest jedno: niezliczone eksperymenty dowiodły. Niepowodzenia i sukcesy zostały zanotowane w pamięci komputera i tam odsyłam zainteresowanych..przestrzeni. gdyż mogliśmy ich obserwować w obszarze nadświetlnym na falach przestrzennych.

my sami też nikogo nie zauważyliśmy. nagle ożyła i zaczęła rosnąć. ogromniało. Deszyfratory. matowa mgiełka od roku nie zmieniająca ani kształtu. postarają się więc. wziąwszy za podstawę taki odczyt. kiedy cała przednia półkula pokryła się słońcami Perseusza i tylko z tyłu zostały gwiazdy z innych gromad. pęczniało. Nie wiemy. Skupisko zmieniało się w oczach. ale nie mogą to być wrogowie! Jako podstawy naszego kodu użyliśmy. Zływrogi nie będą przed czasem pokazywać. Potem również i one zniknęły. Znaleźliśmy się wewnątrz gwiazdozbioru. że zdołamy porozumieć się z nieznanymi istotami wysyłającymi sygnały przestrzenne. rozpelzało się jaskrawymi gwiazdami. tablicy pierwiastków. że jest to pytanie: „Kim jesteście?". jednak słońc w tym „ciemnym" paśmie było znacznie więcej niż w najjaśniejszym wycinku ziemskiego nieboskłonu. wyraźnie rozpadającego się na dwa zespoły ciał. sporządziły wstępny kod. że nas zauważyły — mówiliśmy. Chciałem już nawiązywać łączność. że bez trudu rozróżniałem litery na formularzach obserwacyjnych. że to może być prowokacja przeciwników. ale Olga obawiała się. Założyliśmy. którzy starają się poznać nasze tajemnice. Później odbiorniki fal przestrzennych zarejestrowały słabe impulsy. W następnych dniach generatory fal przestrzennych nadawały je we wszystkich kierun . Kilka dni minęło bez niespodzianek: żadna gwiazda nie sygnalizowała swojej obecności. gdyż o to właśnie powinni przede wszystkim zapytać nieznani korespondenci. lecz znajdowały się one bardzo daleko od nas. Większość załogi ją poparła. Niebo obu skupisk płonęło tak jaskrawym światłem. który się ze mną zgadzał. co już wielokrotnie zdarzało się w trakcie naszej kosmicznej odysei i co od dawna winno spowszednieć.Później nastąpiło to. Wtargnęliśmy do jednego z największych skupisk gwiezdnych Galaktyki. abyśmy się do nich maksymalnie zbliżyli. Wokół wielu słońc obracały się planety. Niebo wzdłuż równika sfery gwiezdnej przecinało ciemniejsze pasmo. ani jasności. Stało się jasne. oddzielające te zespoły od siebie. przekonaliśmy wątpiących. kto szuka z nami kontaktu. Podwójna gromada gwiezdna Chi i Psi Perseusza. podobnie jak nasi poprzednicy przy spotkaniach z istotami rozumnymi. Nastała wreszcie chwila. Z ostrożności lecieliśmy w równikowej strefie ciemności. Kod niewiele się różnił od dotychczas używanych przez nasze maszyny. Miałem inne zdanie i wraz z Leonidem. Dyżurujący w owej znamiennej godzinie Osima zaczął zmniejszać prędkość. nie wychodząc z obszaru nadświetlnego. ani wielkości. a mimo to za każdym razem zaskakiwało majestatem i pięknem. W Perseuszu nie ma nigdy naprawdę ciemnych nocy. Okresowo dobiegające do nas zgę-szczenia i rozrzedzenia przestrzeni układały się w ciągle to samo zdanie. Ich broń działa na niewielkie dystanse.

Zapisujemy zakłócenia gęstości przestrzeni i po rozszyfrowaniu języka zdołamy odczytać treść transmisji. — Skręcamy w lewo — powiedziała któregoś dnia Olga. Tego dnia Niebianie ponownie zwrócili się bezpośrednio do nas. Widzieliśmy potworne zniszczenia układów planetarnych. Byłem przekonany. gdzie dawniej kwitło życie rozumne". kiedy nadeszła nowa depesza. ale spokojny. lecz nie decydującą. jaki niezbędny jest do realizacji kolektywnej woli załogi. Ryknęła syrena alarmu bojowego.. Niezwłocznie zawracajcie. o czymś się nawzajem przekonywały (tak przynajmniej mi się wydawało. kim jesteśmy. Niosły one jednak nie wiadomość przeznaczoną dla nas. W takich chwilach dowódcą staje się zespół ludzki i nominalny dowódca dysponuje władzą jedynie w takim zakresie. Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Od tej chwili mieliśmy wspólny język. Leonid był ponury. Deszyfratory Niebian pracowały nie gorzej od naszych. z jakich docierały do nas sygnały. Deszyfratory przekształciły wstępny szkic kodu w precyzyjny słownik. Grozi wam zguba. w normalnych warunkach docierające jedynie do sterówki. przekazuje się wszystkim członkom załogi. Natychmiast po wyłączeniu naszych nadajników w przestrzeni pojawiły się nowe fale. które zawiera więcej gwiazd niż skupisko Psi. a MUK nie zaprzeczał tej możliwości). Korespondenci przekazali lakoniczny tekst: „Zrozumieliśmy. w czasie naszego wspólnego dyżuru. Nieznane istoty pytały i odpowiadały. ale nie. w której jego osobista wola spełnia rolę ważną. W Plejadach zaatakowało nas osiemnaście statków kosmicznych. Byliśmy wraz z Olgą w laboratorium fal przestrzennych. Zrozumiałem to natychmiast po przejrzeniu zapisu. — Tajemnicze rozmowy trwają. Leonid i Osima wzywali nas do sterówki. Czy masz jakieś nowe wiadomości? — Na razie nie — odparłem. Osima wyglądał na zdenerwowanego. lecz raczej jakieś rozmowy wewnętrzne. a MUK nieustannie sumuje i uogólnia ich opinie.kach. — Co to znaczy?. Wdzieraliśmy się w głąb skupiska stokrotnie wyprzedzając światło. Uciekajcie pełną mocą silników". — Będziemy badać skupisko Chi. Nasi korespondenci wyliczali pierwiastki. zdołałem skończyć. powtarzając w swoim języku naszą niedawną transmisję. Podyktowałem telegram zaaprobowany przez całą załogę: „Lecimy z daleka. Spojrzałem wstrząśnięty na pobladłą Olgę. Zajęliśmy swoje miejsca i Osima powiedział : . że po zakończeniu tej transmisji zaczną nadawać obcy.. zastanawiając się. Nie pomyliłem się. — zacząłem wreszcie. 20 Po ogłoszeniu alarmu bojowego informacje o sytuacji wokół statku. a dokoła niespokojnie pulsowała przestrzeń.

Przykro było po długiej podróży uciekać przed nie wiadomo czym. że załoga popiera Leonida. Nawet nowy telegram naszych zagadkowych korespondentów: „Macie jeszcze czas na ratunek! Wracajcie. — Trzeba będzie zmieniać prędkości. Ryzykują równowagę kosmiczną swojego światka. Proponuję kontynuować rejs. W miarę hamowania ta ingerencja nasilała się. Oto ich ścieśnianie świata. Jeśli poprzednio ktoś starał się przyspieszyć nasz lot. jak radzą nieznani przyjaciele? — Lub wrogowie — zaoponował Leonid. ale etapami — rozkazała Olga. Na początek dodamy ze trzydzieści jednostek. nie zmniejszaliśmy własnej i nie dodawano nam zewnętrznej. Zagłębiać się nadal w skupisko gwiezdne. czy też wycofać się. Na Ziemi nie zrozumiano by zresztą takiego postępowania. — Wyhamować lot swobodny! Wkrótce nie wydatkowywaliśmy na ruch ani jednego alberta. że szybkość wynosi nie osiemdziesiąt dziewięć. a więc ktoś dodawał nam piętnaście jednostek.— Szliśmy z prędkością stu dziesięciu jednostek. Olga zamyśliła się. Na rubieży stokrotnej prędkości światła pojawiły się oznaki zewnętrznej ingerencji. Rozkazałem automatom zmniejszyć prędkość o dwadzieścia procent. a gwiazdolot pędził naprzód z prędkością dwudziestu pięciu jednostek świetlnych. że depesza pochodzi od przyjaciół. myślałem. Ktoś intensywnie pochłaniał leżącą na naszej drodze przestrzeń. Wrogowie ścieśniają świat — przypomniałem sobie komunikat przekazany przez Spychalskiego na Ziemię. Tajemnicze niknięcie przestrzeni mogło mieć związek z odebranym przez nas groźnym ostrzeżeniem. Po wyhamowaniu okazało się. aby podprowadzić nas na dystans ciosu grawitacyjnego. . aby tylko zniszczyć przeciwnika. skoro i tak idziemy w obszarze nadświetlnym? — Musimy zdecydować — powiedziała wreszcie — co teraz robić. Wokół nas samorzutnie znika przestrzeń w tempie około siedmiu jednostek świetlnych. sami postaramy się zrozumieć. bo mkniecie ku zgubie!" nie zmienił naszej decyzji. Na czym polega niebezpieczeństwo?" — Póki będą się zastanawiać. Nadałem tylko naszą odpowiedź: „Kontynuuję rejs. MUK zawiadomił. Po wykonaniu przez automaty rozkazu mieliśmy sto dwadzieścia jednostek. Przez jakiś czas lecieliśmy z tą prędkością. co się dzieje — powiedziała Olga. to obecna prędkość mu odpowiadała. Nie zaobserwowaliśmy dodatkowej anihilacji przestrzeni. lecz dziewięćdziesiąt sześć jednostek. natomiast prędkość sumaryczna wynosiła siedemdziesiąt pięć jednostek świetlnych. Wygrzebują własną przestrzeń gwiezdną. — Nie jestem przekonany. Ale czemu ktoś przyspiesza nasz lot. Szybkość własna statku zmniejszyła się do sześćdziesięciu jednostek. — Zwolnijmy teraz o te same trzydzieści jednostek. — Anihilatory napędowe stop! — powiedziała Olga.

. — Muszę się więc podporządkować większości — powiedziała Olga z troską w głosie. wszyscy zaś pozostali członkowie załogi żądają kontynuowania rejsu. MUK oświadczył. zanim inni na nie natrafią? Czy wobec tego mamy prawo poddawać szalonemu ryzyku jej dobro? Ale któż dowiódł. Na razie nie widzę powodów do paniki.. peryferie. anihilacja do trzydziestu dwóch świetlnych. uciekajcie pełną mocą. niestety bezsilni. gdyż na razie żadne z jej zadań nie zostało wykonane! Leonid łatwo wpada we wściekłość. przebijemy się przez ich osłonę jak nosorożec przez ściankę namiotu! Nalegam na kontynuowanie wyprawy... która daje najwięcej szans na bójkę. Pojawiły się zakłócenia. a fale przestrzenne? Wiedziałem.. kiedy ktoś mu się opiera.. my zaś rozwijamy pięć tysięcy jednostek! Jeśli zajdzie potrzeba. — Radzą uciekać. Jego czarna skóra szarzeje.. tak potrzebne ludzkości. Zawsze też wybiera spośród wielu możliwości tę.. że trzeba postępować odwrotnie. a ja sam na wiele miesięcy stanę się inwalidą.. że maksymalne ścieśnienie przestrzeni wynosi trzydzieści dwie jednostki świetlne. 21 Doskonale pamiętam swoje odczucia. że nasze ryzyko jest szaleńcze? — Jestem za kontynuowaniem wyprawy.Odbiorniki pochwyciły nowy komunikat. póki mamy jeszcze czas i starcza nam mocy. — W tej sytuacji należałoby chyba jednak wycofać się na razie ze skupiska. — W depeszy powiedziano. aby rady przyjaciół do nas nie dotarły — dodałem. że nasz ryzykowny wypad omal nie zakończy się tragicznie dla gwiazdolotu... Zresztą w tym wypadku stałem po jego stronie.. — Sądzę.. jeszcze czas. czego się boisz? — powiedział Leonid ze złością. okrutni. W starożytności byłby zapewne wodzem bitnego plemienia. Tym razem trudno go było rozszyfrować. Byłem jednak wówczas w . Olga zwróciła się do mnie: — Eli. wracajcie.. Ale póki do walki nie doszło. spod uchylonych warg ukazują się zęby. Jeśli zginiemy. niż tego sobie życzy wróg — kontynuowała Olga. oczy robią się całkiem białe. co ją niepokoi. — Wróg przyciągający nas do siebie zakłóca transmisję. Leonid uruchomił anihilatory. jedna fala nakładała się na drugą. — Nie rozumiem.. jego rady trzeba traktować z wielką ostrożnością. razem z nami przepadnie nasze odkrycie. Ile czasu minie. Wrócić tu zawsze zdążymy." — Jasne — powiedziała Olga. „Wpadliście do stożka ścieśnienia.. — Niechaj więc znów MUK się wypowie — powiedziała Olga. Nie przypuszczałem wtedy nawet. kiedy wtargnęliśmy w gęstwę ogromnego zbiorowiska gwiezdnego. że jedynie dowódca nalega na powrót.

W przestrzeni działy się niezwykłe rzeczy. a ktoś ostrzega. Prędkość statku wzrastała i wszystko dokoła nieuchwytnie się zmieniało. W pobliżu świeciły inne. gdyż przestrzeń przed nami jest gwałtownie niszczona. Deszyfratory nie potrafiły sobie poradzić z plątaniną informacji i zakłóceń. że nie wolno tam lecieć. Ale cały ten majestat był groźny. — Nazwijmy ją Groźną. Leonid. Okazało się. MUK ustalił. lecz jego jasność absolutna była wyższa od wszystkich znanych mi dotychczas gwiazd. Siedziałem na zewnętrznym fotelu. Wskazał mi ciało niebieskie połyskujące w bok od kursu. że znaleźliśmy się w obszarze przestrzeni o wysokim stopniu zakrzywienia i poruszamy się po krzywej geodezyjnej. Okrążały ją trzy planety. Zakrzywienie przestrzeni zmienia się i wygląda na to. — Komputerowi coś się pomyliło — odezwał się Leonid. obok Leonid. Z niewyobrażalnego chaosu udało się jedynie wydobyć wielokrotnie powtarzane słowa: „Nie wolno!" — Nieznani przyjaciele ze wszystkich sił starają się przekazać nam jakąś wiadomość. Z zadumy wyrwał mnie głos Osimy: — Trajektoria statku wiedzie ku gwieździe widocznej obecnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni. ktoś inny natychmiast je gasił. rozdrażniony Leonid spierał się z Osima. Gęstość gwiazd setki. — Niewątpliwie ich wiadomość odnosi się do tej gwiazdy — odezwała się Olga. — Nie zamierzałem wcale lecieć kursem ku tej gwieździe. gdyż zbyt silnie błyszczały. za nim Olga i Osima. — Mamy ją już pod kątem trzydziestu pięciu stopni do kursu. emanowało zeń tajemnicze niebezpieczeństwo. . wyrównał kurs. Oglądałem gwiazdę przez lunetę mnożnika. przekonawszy się. że nasi wrogowie swobodnie ją regulują. Wszystkie trzy wydawały mi się dziw ne. zbliżając się do nieznanego punktu. Czerwony gigant pozostanie z boku. Gwiazdy były już nie punkcikami. Spoglądałem na płonącą gwiezdną sferę i wszystko mi w duszy aż drżało z niepokoju. Jesteśmy na nią znoszeni. Zdrzemnąłem się w fotelu. Świetnie ten stan pamiętam. Dzieliło nas od niego kilka lat świetlnych. Znosi nas na nie przy całkowicie wyłączonych anihilatorach. Planety były metalowe. czerwonych i białych olbrzymów równie jasnych jak Groźna. Kiedy obudziłem się. że przed nami pojawiła się grupka gwiazd. do jakiej przywykliśmy w okolicach Układu Słonecznego. słabsze gwiazdki. Był to typowy czerwony superol-brzym. jeśli nie tysiące razy przewyższała tę. Ktoś nieustannie nadawał fale.kiepskim nastroju. Teraz Groźna zaczęła się oddalać. że MUK się nie mylił. nieznani wrogowie energicznie temu przeciwdziałają — powiedziałem. lecz ziarenkami grochu błyszczącymi jak malutkie księży če. Analizatory określiły ich skład. Szczególnie jasne gwiazdy otoczone byty koronami.

Olga spojrzała na mnie z wyrzutem i pokręciła głową. trzeszczą i rozpadają się tam. ale fakt. ale masz rację. Zawróciliśmy akurat w tę stronę. Olgo! — Nic podobnego. Jedliśmy w milczeniu. że przestrzeń na nowej trasie mało różni się od euklidesowej. co nas czeka na nowej drodze. abyśmy wpadli w pułapkę. Takie samo niebo było po lewej. sam wiedziałem. stanowi dla mnie niespodziankę. skąd uciekliśmy. lecz na razie własnej przestrzeni międzygwiezdnej — zaoponowałem. Zamilkł i wbił ponury wzrok w ekrany. wrogowie zaprzestaną prób dyktowania nam kierunku lotu. — No. — Obawiam się. Zakłócenia metryki przestrzennej wywoływane są przez jakiś supergigantyczny mechanizm. a tymczasem Olga kontynuowała: — Znaleźliśmy się chyba w trudnej sytuacji. że bez szczególnego trudu można wytworzyć dowolną krzywiznę w dowolnym punkcie. i po prawej. że nie doceniasz ich możliwości. Wyobraź sobie. i teraz wystarczy prosta droga. Na ekranach widniało czarne niebo rozpłomienione wielkimi gwiazdami. że potrafią zmieniać metrykę przestrzeni wszechświatowej. Leonid powiedział: . gdzie on przejdzie. że krzywiznę przestrzeni my zniszczyliśmy! — Ależ to oczywiste. Olga zirytowała się: — Wcale nie jestem przekonana. Sztuczna krzywizna przestrzeni została rozerwana przez anihilatory gwiazdolotu. w którą nas się zwabia. że Zływrogi lepiej od nas poznały naturę przyciągania. że nie wszechświatowej. że nie mam racji. Przy naszym stoliku usiadło dwóch mechaników z anihilatorni. że po naszej zmianie kursu mechanizm ten został unieruchomiony. Leonid triumfował. Nawet Leonid się przeraził. Manewr Leonida udał się. Nasz statek nie na darmo nazywano Gwiezdnym Pługiem! Wszystkie konstrukcje i struktury przestrzeni. Nie musiała tego robić. — Dlaczego? Czy potrafisz wytłumaczyć dlaczego? — W każdym razie domyślam się. Analizatory doniosły.— Trzeba zawrócić i wyrwać się poza krzywiznę — nalegał Leonid. — Minie wiele godzin. — Kiedy rozniesiemy w strzępy ich krzywoliniową metrykę. nie mamy innego wyjścia jak tylko gwałtownie zmienić kurs — powiedziała Olga. powiedzmy. gdzie została Groźna. Wiedziałam wprawdzie. zwane metryką. Leonid i Osima wydali odpowiednie rozkazy. zanim wyjaśni się. My. Szczerząca na nas zęby grupka gwiazd — nazwałem ją Niedobrą — potoczyła się w prawo. Poszliśmy do jadalni. z naszymi możliwościami technicznymi. Eli. aby nie wpaść w gwiazdozbiór Niedobrej. — W ich malowniczym skupisku jest tak wiele materii i tak mało pustki. nie możemy na razie nawet o tym marzyć. — Idźcie odpocząć — powiedziała Olga do Leonida i do mnie. zatopieni w niewesołych myślach.

Sala obserwacyjna była pełna wolnych od wachty astronautów. — Zbyt często zmienialiśmy dziś szybkości i kursy. Odbiorniki fal przestrzennych nadal zapisywały nie rozszyfrowany chaos informacji i zakłóceń. Zaledwie siedem pór. Poprosiłem w myśli o wietrzyk. Obecni na sali obserwacyjnej milczeli. — Zmuszą nas do szybkiego zużycia wszystkich zapasów substancji aktywnej — zauważył jeden z mechaników. Trzecia zmiana kursu podziałała na wszystkich przygnębiająco. MUK po zsumowaniu naszych myślowych opinii zameldował. wszystko dokoła zakołysato się. Siedem pór roku przeminęło od chwili. Gdy się zamknęło oczy. który wydaje taki sam brzękliwy pomruk. — Kręcimy się między tymi diabelskimi gwiazdami i nie możemy się wyrwać. Miałem prawo wstępu do sterówki. że obawiałem się. Znów byliśmy znoszeni na jedną z takich grupek. Wątpię. Wokół pnia utworzył się wilgotny krąg. Zawołano mnie. tak doskonale . można było pomylić drzewa z działającym anihilato-rem. cierpkiego zapachu brzózki i silnej woni bzów nad stawem. niż sądziłem. że dzieje się coś niedobrego. Analizatory sygnalizowały znikanie przestrzeni na trasie i znaczne zakrzywienie jej metryki. że załoga zgadza się z dowódcą. duszący aromat znikł. chłopcy — odpowiedziałem na grad pytań sypiących się ze wszystkich stron. Wielotysięczne skupisko Chi składało się z mnóstwa małych gromadek liczących po dziesięć do dwudziestu gwiazd. Zacząłem zaglądać kolejno do wszystkich pomieszczeń statku. tak bardzo zmieniłem się wewnętrznie. młody i wesoły. kiedy wylądowałem na rakietodro-mie tego statku. głosu nie zabierał. Leonid poszedł do swojej kabiny. MUK zażądał nowej decyzji. iż wywoła kłótnię. Wietrzyk nadleciał szumiąc w gałęziach i trawie. — Podejmowaliście decyzję razem ze mną — rozzłościł się Leonid. Nawet optymiści pojęli. a więc ponosiłem odpowiedzialność za to. a wydało mi się. którzy w każdej przygodzie widzą jedynie jej dobrą stronę. ponury. Zrobiło mi się duszno od nieruchomego aromatu kwitnących drzew. z jej liści spadały lepkie krople spadzi.— Te diabelskie Zływrogi są sprytniejsze. że przeszły stulecia. Po prostu myślę o przyszłości. W parku była wiosna. Nade mną kwitła brzózka. chudy. W koronie niziutkiej jabłoni. Był tak zdenerwowany. prawdziwa ziemska wiosna. aby mu się dobrze odpoczywało. niecałe dwa lata. co się tam działo. Otworzyłem oczy i wpatrzyłem się w maleńki światek parku. Poszedłem do parku i siadłem na ławce. Olga poprosiła o zgodę na zmianę kursu. z gatunku tych. że zgadza się z kolegą. że protestuję. — Znacie sytuację. z wielkim nosem i cienkimi wargami. Drugi z mechaników. ale było jasne. Proszę nie myśleć. — Poparliśmy pańską decyzję dowódcy. wśród białych kwiatów wiśni i moreli miarowo brzęczały pszczoły.

Wzdrygnąłem się. — Jeśli dam całą wstecz. W kabinie zacząłem przeglądać pisma ofiarowane mi przez Allana. W mnożniku ukazał się obraz podobny do tego. a potem będziemy decydować — powiedziałem i przesuwając lornetą po gwiezdnej sferze. brzęczące jak anihilatory Taniewa. dzisiejsze trudności nie dadzą się porównać z ówczesnymi. jak w starożytności ludzie chudli w czasie choroby. z godziny na godzinę zmieniać swoją metrykę. Mknęli w wielkiej ciszy kosmosu czując się niezmiernie samotnie. W pierwszej chwili zrozumiałem tylko. Leonid wzywał mnie do sterówki. Zbudził mnie sygnał wywołania. Tylko te pszczoły. Później zawstydziłem się. jeżeli nic się nie zmieni. pędzimy prosto na nią. jeśli o miliard kilometrów nie połyskiwała gościnna planetka ze stacją kosmiczną. aby dać mu czas na uspokojenie. to najwyraźniej się z nim nie spieszyły.. że na dyżurze Olgi i Osimy przestrzeń znów zaczęła się zakrzywiać. że tak myślę. Leonid byt aż szary z podniecenia. Za jakieś trzy doby. ich anihilatory nas nie zatrzymają — powiedział Leonid. lecz raczej tego. Głos mu drżał z wściekłości: — Znów nas niesie na Groźną! Zrobiliśmy w tym piekielnym skupisku zamkniętą pętlę! 22 Sens jego słów nie od razu do mnie doszedł. wlecimy prościutko do układu planetarnego Groźnej. że kosmos jest gęsto zaludniony niebezpiecznymi istotami. Od tej chwili lecieliśmy jedynie dlatego. jaki widzieliśmy przelatując po raz pierwszy obok Groźnej. Każda epoka ma swoje problemy i swoje bohaterskie czyny. — Dokąd zawracać i co to da? Jak długo będziemy błądzić? Opowiedział mi następnie. Boimy się dzisiaj nie pustki i milczenia.. Z dziwnym uczuciem czytałem o trudnościach i obawach kosmonautów z dwudziestego pierwszego wieku. W rezultacie kurs został przymusowo zniekształcony i zamiast pozostawić Groźną daleko po prawej. — Trzeba zawracać — powiedział Leonid. Od jaskrawej gwiazdy znów dzieliły nas miesiące światła. — Do gwiazdy jest jeszcze daleko — zauważyłem. — Zastanówmy się. — Mamy czas do namysłu. . umyślnie nie spieszyłem się z wnioskami. Na wszelki wypadek należy się przygotować do odparcia ataków grawitacyjnych. W obszarze nadświetlnym przestrzeń była czysta.imitujący daleką Ziemię. Wstałem i poszedłem do siebie. że ktoś przed nami niszczył przestrzeń. Leonid zastopował anihilatory napędowe. Jeśli nawet Zływrogi przygotowywały napad.W ciągu kilku dni spędzonych w Perseuszu wychudł tak. Jaki zresztą niezmierny wydawał im się ten żałosny miliard kilometrów! Nie. Zdrzemnąłem się nad czasopismami. że Leonid jest szalenie zdenerwowany i że w tym stanie nie powinien dowodzić statkiem.

Może nawet Andre jest wśród nich. ale potrafią zmieniać metrykę przestrzeni i zadawać miażdżące ciosy grawitacyjne. co można dojrzeć. póki nie wyczerpiemy zapasów substancji aktywnej. gdyby planeta składała się całkowicie ze złota: jej jądro najwidoczniej zawierało supergęstą plazmę. na zdrowie nam to nie wyjdzie! W sterówce zjawiła się Olga wraz z Osima...— Nikt nas nie będzie zatrzymywał. — W obszarze nadświetlnym ich nie ma. — Trochę to niebezpieczne. aby dowiedzieć się o nim możliwie najwięcej. Pole ciężkości -wokół Złotej było tysiąckrotnie większe od tego.. Nie różniły się niczym od tych. gdyż właśnie na niej znajdowały się urządzenia ni . — Ciekawe. Sytuacja była zbyt groźna. Obrazy tych globów Andre rozszyfrował w przedśmiertnych widzeniach głowo-okiego. Nikt nas na razie nie atakuje. — Będą nas rzucać od gwiazdy do gwiazdy. w głębi ołowianych gór cierpią więźniowie. Przez chwilę wisieliśmy nieruchomo. Wówczas bez trudu naprowadzą nas pod salwę grawitacyjną z jakiegoś układu planetarnego. metalowe góry i metalowe konstrukcje podobne do budynków. trzecia zaś. błyszczała powłoką ze złota. jakie powinno działać. pokonując siły zasysające nas ku Złotej. na martwych ołowianych polach. Nie obawiaj się.. — Przybyliśmy do Perseusza. Zapominasz jeszcze o jednym. Jeżeli zastosują te obie możliwości naraz. zewnętrzna. Anihilatory mają wprawdzie słabsze od naszych. „W przestrzeni optycznej zewnętrznej planety krążowniki przeciwnika" — zameldował w południe komputer. gdzie one teraz naprawdę są? — powiedziała Olga. — Jeśli oni się nie spieszą. Uruchomił wsteczny ciąg anihilatorów. Smętna metalowa równina. Spróbujmy kontynuować kurs na Groźną i dowiedzieć się. Olgo. Przez całą noc i połowę następnego dnia gwiazdolot z wyłączonymi anihilatorami mknąt ku złowieszczej gwieździe. — Automaty zarejestrowały wszystko. Obserwowałem przez mnożnik metalowe planety. Widzimy wizerunek przeszłości. Znacznie uważniej niż w Złotą wpatrywałem się w dwie planety wewnętrzne. Pola grawitacyjne pozostałych planet nie odbiegały od normy. Przy biegu wstecznym powrócimy do centrum skupiska. ale musimy spróbować. czym ona w końcu jest. Leonidzie. — Przecież dzieli nas od nich około trzech tygodni świetlnych. Znałem je. aby przestrzegać kolejności dyżurów. to i my nie musimy się gorączkować — zauważyłem. Okręty przeciwnika krążyły wokół Złotej po orbitach sztucznych satelitów. które zaatakowały nas w Plejadach. — Ich plan jest oczywisty — powiedziała Olga. Pora zawracać — powiedział Leonid. Policzyłem je: krążowników było dziesięć. Gdzieś tam. a o to im chodzi. bo przyrządy niczego nie wykazują. a na razie tylko miotamy się bez sensu i celu. Dwie wewnętrzne były z ołowiu.

— Według mnie najlepszym wyjściem jest rejon Groźnej. a później wyrwaliśmy się z przepaści. — Zamierzam pobić teraz wszystkie własne rekordy prędkości. kiedy MUK ankietował członków załogi. ale wszystko to odbywało się wewnątrz niepojętej dla nas metryki. Statek nadal unicestwiał miliony kilometrów sześciennych pustki. — Zapytajmy o zdanie załogę. oddalaliśmy się od metalowych planet. Z każdą chwilą zakrzywienie się zwiększało. że nie jesteśmy przygotowani do podróży po tym niebezpiecznym rejonie. że wśród gęsto rozsianych gwiazd takie tempo jest niebezpieczne. aby od razu zabić. nie zdoła nawet dotrzeć do każdej z nich! — Głosuję za powrotem — rzekłem. ale może znajdować się na każdej z tysięcy planet i nie wiadomo na której. Trzeba uciekać jak najdalej od tych metalowych gwiazd i w ogóle z tego skupiska! — Jeszcze niedawno rwałeś się tu ze wszystkich sił — przypomniała Olga. Anihilatory napędowe ruszyły jeden za drugim. — Wreszcie zrozumiałeś. Nawet opanowany zwykle Osima wykrzykiwał coś w podnieceniu. Już byłem gotów krzyczeć „Hura!". Zwyciężaliśmy. jaką drogą uciekać — powiedziała Olga. Olga zwróciła mu uwagę.szczące przestrzeń. że nadzieja na łatwe znalezienie Andre w gwiezdnym legowisku naszych wrogów była co najmniej naiwna. A jak ty uważasz. bo kurs statku zaczął się odchylać w tamtą stronę. a potem czterech i pięciu tysięcy jednostek świetlnych — Leonid dotrzymywał słowa. serce głośno biło. że Zływrogi nawet nie zdążą mrugnąć swymi gtowooczami — powiedział z zapałem. to było oczywiste! Kąt kursowy w stosunku do Groźnej powiększał się. On oczywiście żyje. gdy MUK zawiadomił o gwałtownie narastającej krzywiźnie. za którą rozpościera się pusty kosmos. Z przodu pojawiła się nowa grupka gwiazd. Za nami ciągnął się szeroki woal mgławicy gazo-wo-pyłowej. bo porwano go nie po to. połyskiwała z lewej. Załoga poparła decyzję Olgi. W czasie. w którą chciano nas zepchnąć. na której też nas chyba oczekiwano. Eli? Pomyślałem. Wbrew prawom geometrii euklidesowej nie . zamieniając ją na pyły i gaz. Zaschło mi w gardle. Natychmiast przystąpił do spełniania swego zamiaru. Leonid poweselał i zawrócił w kierunku Groźnej. „Pożeracz Przestrzeni" jeszcze nigdy nie pochłaniał jej tak gwałtownie. — Tak szybko przemkniemy obok tej paskudnej planety. Leonid nieustannie zwiększał prędkość i wkrótce mieliśmy tysiąc jednostek świetlnych. skąd przybyliśmy. Jeden gwiazdolot nie zdoła walczyć ze wszystkimi planetami naraz. Paralaksometry wykazywały prędkość trzech. a potem pomyślimy. gwiazda oddalała się w bok. Tylko Olga w milczeniu wpatrywała się w nadlatującą na nas z boku Groźną. Groźna. teraz już ogromna. Przeskakiwaliśmy obok niej z rekordową szybkością sześciu tysięcy jednostek świetlnych. Leonid odwarknął: — Od najbliższej gwiazdy dzielą nas miesiące świetlne.

po prostu zmieniono kurs! — Proszę o całkowity spokój! — powiedziała stanowczo Olga. — Musimy się przebijać w rejonie jednej z gwiazd nieaktywnych — zdecydowała Olga. To. Pozostała nam jeszcze jedna możliwość: przebijać się w walce! Gwiazdolot. do którego dążyliśmy wyrywając się na zewnątrz. powtórnie mknął ku gromadce Niedobrej. Gwiazdy te również miały układy planetarne. Zatoczyliśmy wokół Groźnej gigantyczne półkole i ponownie znaleźliśmy się w centrum skupiska. — Oni są silniejsi! — wrzasnął. Wokół gwiazd nieaktywnych trudniej jest zakrzywić przestrzeń niż w rejonie . Za to inne gwiazdy ruszyły z miejsc. Groźna nadal cofała się do tyłu i była teraz na prostopadłej do osi lotu. Olga skierowała statek w prawo od tej grupki słońc. Wkrótce okazało się. skąd pospiesznie uciekaliśmy. Nowy plan ucieczki wyglądał następująco: najpierw wymacywanie zapór na małych szybkościach. Do owej chwili nawet nie przypuszczałem. Komputer przekazał jej słowa wszystkim członkom załogi. — Są silniejsi od nas! Olga chwyciła go za ramię.wydostawaliśmy się na zewnątrz. — Sytuacja skomplikowała się. ale równie dobrze mogło to być złudzenie optyczne. a na planetach krążowniki przeciwnika. że potrafi się zdenerwować. Obawa przed nimi zamieniła się w prawdziwy lęk. że chciano nas przyciągnąć. Punkt. jak i dokoła Groźnej. Nie ulegało wątpliwości. — Wstydź się! Natychmiast przestań histeryzować! Oni nie są silniejsi od nas. — Postarają się nam w tym przeszkodzić. lecz ostro skręcaliśmy zgodnie z podyktowanym nam torem. które nie emitowały stożków pustki. co nie udało się koło Groźnej. aby z bezpośredniej odległości zadać cios grawitacyjny. ale nie jest beznadziejna. że nie wszystkie gwiazdy nas przyciągały. może udać się w innym rejonie. Między Groźną a Niedobrą płonęły gęsto rozsiane gwiazdy. że na jednej z nich dostrzegłem miasta. Wydawało mi się nawet. lecz my jesteśmy szaleni! 23 Jej okrzyk otrzeźwił nie tylko Leonida. trzeba więc będzie działać możliwie sprytnie. a potem przebijanie bariery z pełną mocą napędu. Nawet nie fatygowano się nas odrzucić. Prawie wszyscy straciliśmy głowy: jeszcze nigdy dotąd nie forsowaliśmy tak anihilatorów. Cała sfera niebieska zawirowała. Ale były też i inne słońca. a i to nie pomogło. Rozwścieczony Leonid uderzył pięścią w oparcie fotela. kiedy wokół jednej z gwiazd odkryliśmy układ takich samych metalowych planet. lecz planety przypominały nasze słoneczne i nie miały nic wspólnego ze złotymi globami Zływrogów. znalazł się za naszymi plecami. okrążywszy Groźną. Z niektórych tryskał stożek anihilowanej przestrzeni i te aktywne ciała skwapliwie omijaliśmy.

Po szeregu nieudanych prób przebicia się Olga powiedziała: — Oni nader zdecydowanie przegradzają nam drogę ku nieaktywnym gwiazdom. jak tylko zamienić ciało niebieskie w jamę pustej przestrzeni i przez tę wyrwę przedrzeć się na zewnątrz... mówiła Olga.. po prostu przegrodzili wszystkie wiodące tam drogi. a wewnątrz skupiska rozwijaliśmy kilkaset jednostek. już z najmniejszej odległości.. Raz za razem próbowaliśmy się przebić i zawsze na naszym kursie wyrastała złowieszcza aktywna planeta.. a następnie." Tę depeszę odebraliśmy w czasie atakowania krzywizny w rejonie jednej z nieaktywnych gwiazd. jedyny. — Co zamierzasz zrobić? — spytałem.. że Olga ma jakiś śmiały pomysł. że jesteśmy bezsilni. to obecnie nasza prędkość była wyższa od szybkości światła zaledwie kilkadziesiąt razy. Wrogowie doskonale orientowali się. Przeraziłem się. — Wkrótce ci powiem. ostrzelać ją z anihilatorów bojowych. zaatakowaliśmy serię nieaktywnych gwiazd położonych w pobliżu. kiedy staramy się przemknąć obok gwiazd aktywnych. ograniczoną trwałość. tryskający z metalowej planety. Jeszcze nie przemyślałam wszystkich szczegółów. Musimy skorzystać z tego i obrócić ich plan na swoją korzyść.. Zapory.planet zamieszkanych przez Zływrogów. Oddaliwszy się od gromadki Niedobrej. To ostateczność. Eli. otoczona wianuszkiem metalowych okrętów zacumowanych na jej powierzchni. że istotnie zapasy substancji aktywnej już się kończą. co chcemy osiągnąć. Nasi przyjaciele nie wiedzieli. Chwycili nas w gwiezdną pułapkę i nie zamierzali z niej wypuszczać. — Niechaj wrogowie odniosą takie samo wrażenie jak i ty. Wtedy Olga ujawniła nam swój plan: Zływrogi zakrzywiają przestrzeń. ale Olga mnie uspokoiła. ale nie przeszkadzają w zbliżaniu się ku nim. Wiedziałem. niesionych przez fale przestrzenne. póki nie zużyjemy wszystkich zapasów substancji aktywnej. Ataki były coraz słabsze. aby nabrali przekonania. że musimy oszczędzać paliwo. Jeśli poprzednio krzywizny przestrzeni atakowaliśmy przy pięciu lub sześciu tysiącach jednostek świetlnych. Nawet nie pozwolili nam zbliżyć się do nieaktywnych gwiazd.. Trzeba więc lecieć w stożek unicestwianej przestrzeni. Jedną z transmisji udało się nam częściowo rozszyfrować: „Kontynuujcie. wobec czego będziemy starać się przerwać ich zapory w najsłabszym miejscu. że ograniczy się do wydania bitwy . a więc najwidoczniej ist nieje realna szansa przebicia się w tym rejonie. Zmieniali metrykę przestrzeni z niezwykłą łatwością i energią. Po pewnym czasie gwiazdolot zaczął zmniejszać szybkość. lecz nie pozostało nam nic innego. przypuszczałem jednak. Odbiorniki nadal wychwytywały strzępki informacji. Chciałabym. Do gwiazd aktywnych przyciągają nas teraz bez szczególnej energii. Czekają pewnie.

Odniosłem wrażenie. Pomyślałem nawet. Zniszczyć ciało niebieskie wyposażone we własne mechanizmy obronne i strzeżone przez całą flotę okrętów bojowych! Olga spokojnie odparowała sypiące się ze wszystkich stron wątpliwości. Wtedy powiedziała: — Sama będę dowodzić statkiem w czasie szturmu. Teraz mieliśmy w ułamku sekundy zniszczyć metalowy glob o średnicy pięciokrotnie i masie tysiąckrotnie większej od Ziemi. przekształcić statek w zwykłe materialne ciało. ale nie potraficie skutecznie walczyć. Allan i Leonid zniszczyli cztery okręty przeciwnika. iż Leonid z radością przyjął wiadomość. W tej chaotycznej pozornie miotaninie był jednak narzucony z zewnątrz system: krzywizna przestrzeni sama kierowała nas ku Groźnej. Nie chcę obrażać mężczyzn. Już nie mknęliśmy. pustą skorupę miotaną bezwolnie we wszystkie strony. Ale zanihilować planetę!. że Olga chce wyjść w przestrzeń optyczną. Jakieś gigantyczne mechanizmy tasowały metrykę kosmosu. Olga pokornie wiodła statek po narzuconej drodze. Zapasów substancji aktywnej wystarczy na zburzenie dowolnej planety bez względu na jej masę. Myliłem się. 24 Każdy z nas w myśli starał się przyspieszyć starcie z wrogiem.. trwało to jednak długo i kosztowało wiele wysiłku. podlegające prawom mechaniki elementarnej. Plan jest całkowicie realny. a znaleźlibyśmy się po drugiej stronie bariery. zmiatając przestrzeń na swej drodze. — Powtarzam. że stara się w ten sposób . nie mamy innej szansy przebicia się na zewnątrz! — powiedziała Olga. Po nieudanym ataku na rejon Groźnej stracił nieco pewność siebie.. Dla obserwatora z zewnątrz nasz gwiazdolot stanowił teraz grudkę zmaterializowanej rozpaczy. nawet nie usiłując skręcić w bok. Budowa niewielkiej Ory zajęła dwa pokolenia. czeka was ciężka próba. kierując nas wprost w otwartą paszczę. jeszcze kilka ciosów w zapory przestrzenne i zupełnie bezbronni staniemy się łatwą zdobyczą bandytów. Niechaj każdy spełni swój obowiązek. Wiedzieliśmy oczywiście. — Jeszcze z dziesięć okrążeń skupiska gwiezdnego. potrafimy więc w razie konieczności unicestwić całą flotyllę. W tym mieliśmy już pewne doświadczenie. lecz wlekliśmy się na samej granicy obszaru nadświetlnego. Po raz trzeci zbliżaliśmy się do tej gwiazdy. że nie on będzie dowodził statkiem w czasie bitwy.krążownikom wroga. Wystarczyło lekko zahamować. jak mawiali przodkowie. Olga jednogłośnie otrzymała żądane pełnomocnictwa na czas bitwy kosmicznej. Ale o to już zatroszczą się sami wrogowie. Ludzkość potrafiła tworzyć planety z „niczego". Odpocznijcie. Trzeba jedynie maksymalnie zbliżyć się do celu. Jesteście na to zbyt niezrównoważeni i gorąco-krwiści. lecz Olga ciągle zmniejszała prędkość.

który zaczął nas wsysać. zaczęło się to. ale rzeczywistość była inna. dziesięć. kiedy statkowi zabrakło mocy na wyrwanie się ze stożka wciągającej go pustki.zmylić wroga. kiedy zakrzywienie przestrzeni ustąpiło. to coś podobnego do ulgi odczułem. Znów z układu planetarnego Groźnej trysnął stożek anihilowanej pustki. a w teraźniejszości dziesięć krążowników. Olga oderwała mnie od lornety mnożnika. jak nieubłaganie olbrzymieje złowieszczy glob Groźnej. bazy krążowników przeciwnika. Na Złotej. Wkrótce nie mieliśmy już szybkości własnej. Z generowanych przez wrogów trzydziestu jednostek świetlnych neutralizowaliśmy początkowo ruchem wstecznym dwadzieścia cztery jednostki. Kierując pracą wszystkich urządzeń statku nie miała czasu na obserwacje. — Nie lecą nam naprzeciw? — Nie. Natychmiast chwycono nas w kleszcze geometrii nieeuklidesowej. Za kilka minut przekonają się. Jeśli można było mówić w owych ciężkich chwilach o uldze. — Co tam widać. beznadziejnie walczyliśmy. starając się odwlec zgubę — takie to powinno sprawiać wrażenie na obserwatorze. gdy widział. Gwiazdolot jakby ocknął się i skoczył do tyłu. nie było więc tam z pewnością więźniów zagarniętych do niewoli. Obserwowałem dwa różne obrazy. W obszarze nadświetlnym pojawiło się dziesięć mknących naprzeciw nam punkcików. bo i tak im się nie wymkniemy. niepodzielnie rządziła nami obca wola. jak bardzo się pomylili. piętnaście. Złota zmniejsza anihilację. Olga uruchomiła anihilatory i Gwiezdny Pług runął wprost na Złotą Planetę.. Wszystkie rekordy ustalone poprzednio przez Leonida zostały pobite. ale każdemu było ciężko na duszy. — Nadal te same krążowniki.. Te minuty ciągnęły się bardzo długo. Przestrzeń optyczna z jej wolno biegnącym światłem dawała wizerunek przeszłości. że nie muszą się spieszyć. Walka wobec tego będzie uczciwa.. a zaczęło się unicestwianie samej przestrzeni. Bezwładny lot statku trwał do chwili.. którą teraz mieliśmy bezpośrednio na kursie. ze względu na panującą tam wysoką grawitację nie mogły bytować żadne istoty żywe. obszar nadświetlny jest pusty. Olga w ciągu niewielu sekund rozpędziła statek do siedmiu tysięcy jednostek świetlnych i przy tej szybkości zaatakowała! Wtedy spostrzegliśmy. Eli? — zapytała. pochłaniało dzielącą nas . wróg przeciw Wrogowi. że Niszczyciele pojęli wreszcie swój błąd. później dwadzieścia. poza Niszczycielami. Za każdym razem wróg działał pewniej. Wreszcie nastała chwila. na co tak czekaliśmy i czego tak bardzo się lękaliśmy. a kiedy upłynęły. wystawiano nas pod salwę jej mechanizmów grawitacyjnych. a nasz opór słabł. niczym sfora psów. Lorneta mnożnika pokazywała jeszcze okręty przeciwnika krążące czujnie wokół planety. Zływrogi doszły widocznie do wniosku. Walczyliśmy. — Wkrótce ruszą. Groźna coraz bardziej odchylała się od osi lotu: przyciągano nas do Złotej Planety.

Krążowniki galaktyczne przeciwnika byty już wyraźnie widoczne. że ich szaleńczy plan się nie powiódł. Mogli przecież uciec od skazanej na zgubę planety. — Jestem takim samym dowódcą jak i ty! Słyszysz? Nie pozwolę nas zgubić! Wyrwała mu się i powiedziała ostrym tonem: — Rozkazuję zachować spokój i milczenie! Nie wolno mi przeszkadzać. Leonid stracił zupełnie opanowanie. — Dłużej nie wolno czekać. Zła nie można akceptować. że oni wyprzedzają własne salwy grawitacyjne. — Za wcześnie! — odparła. przestała nam zagrażać. co niegdyś było okrętami. Przemknęliśmy przez to. na co zasługuje. zamieniły w połyskliwą plamę. Jedyne. nie przestaję się dziwić. to pogarda. Flota wroga przestała istnieć. nienawiść i unicestwienie. tolerować i szanować. Znajdowały się od nas o godziny biegu światła i sekundy zaledwie naszego piorunującego pędu. Teraz widzieliśmy w przestrzeni optycznej jedynie wolno rosnącą. tu chodzi o życie nas wszystkich! Znów przez parę chwil panowała pełna napięcia cisza. starając się ocalić pobratymców na planecie. zaledwie tysięczne ułamki sekundy dzieliły ich od sukcesu. — Za wcześnie. Pamiętaj. — Zrozum. Nie. Nasze generatory fal przestrzennych wykryły to bez trudu. — Olgo. które spadną na nas później! — Grawitatory je zamortyzują! Nie mogę zbyt wcześnie atakować. Ale Niszczyciele byli odważni. co mówię. Krążowniki Niszczycieli pędząc ku nam wyprzedziły bowiem znacznie własne ciosy. Załogi krążowników miały dosyć czasu i wystarczającą szybkość. — Doprowadzisz nas do zguby! — Za wcześnie! — powiedziała. bo zboczę z bezpośredniego kursu na planetę. Wtedy Leonidowi z kolei nerwy odmówiły posłuszeństwa. Wspominając teraz przebieg wydarzeń. Zapomniałem w owej chwili o wystrzelonych przez wrogów salwach grawitacyjnych. Chwycił Olgę za ramiona i zaczął potrząsać. nie przestałem ich nienawidzić! Skoncentrowali w sobie całe zło kosmosu. aby uratować własne skóry. gorączkowo . Wtedy Olga włączyła anihilatory bojowe. zamieniały w kule. Na widok tych pędzących ku nam punkcików ogarnęła mnie panika. Byli wszak o krok od jego urzeczywistnienia. Eli! — Atakuj! — błagałem pełen strachu. atakuj! — krzyknąłem. lecz wybrały śmierć. i dostrzegliśmy w urządzeniach optycznych dziesięć jaskrawych rozbłysków. Każda chwila zwłoki oznacza nowe fale przeciążeń. że to właśnie Złota zagradza nam drogę ku wolności! Nasza prędkość sumowała się z prędkością krążowników i punkciki widoczne w obszarze nadświetlnym błyskawicznie powiększały się. Nie zrobiły tego. skazaną na zagładę Złotą Planetę. to trzeba im przyznać.pustkę. wypełniona ciężkim pulsowaniem krwi w żyłach. Zdumiała mnie odwaga naszych wrogów. Olgo! — krzyknął ochryple. Ciała widoczne na ekranach lokatorów fal przestrzennych momentalnie rozpadły się.

przeglądając zapisy pracy mózgu. że słyszę. że żyję. a Leonid klął. „Zdaje się. — Zaraz wstanę. zagradzająca nam swymi gigantycznymi mechanizmami grawitacyjnymi wyjście ze skupiska gwiezdnego. Wszystko skończyło się w ułamku sekundy. że zabrakło mi powietrza w płucach nawet na jęk. charkot. widzę. Potężna siła zmiażdżyła mi klatkę piersiową. Ziemia 1 — Eli! — dźwięczał mi w uszach głos. kiedy rozpadła się przeklęta planeta. Dostrzegłem jeszcze wspanialszą Drogę Mleczną. Okropna planeta. że myślę sprawnie i precyzyjnie. Na jej miejscu rozwarła się nowa jama w pustce. Zrozumiałem. — Trzymajcie się. trzeciego uderzenia. Leonid stracii przytomność. Eli! — krzyknęła tracąc oddech. Później znaleźliśmy się w strefie salwy unicestwionych okrętów i okazało się. byt obraz odrzuconej daleko w bok. Olga precyzyjnie obliczyła salwę i wystrzeliła ją w odpowiedniej chwili. potrafiła ustrzec się przed omdleniem. jak wykazały potem rejestratory. — Olgo. chciałem powiedzieć. że nasze grawitatory nie potrafią całkowicie jej zneutralizować. by po chwili zamienić się w mgławicę. jaką ujrzałem. unicestwić nas i siebie w zderzeniu czołowym. Wiedziała. ale wszystko pozostałe jest w porządku! — chciałem odkrzyknąć temu głosowi.wysyłającą. Jedynie Olga. że oni sami wiedzieli o wyczerpaniu zasobów energii grawitacyjnej i starali się po prostu nas staranować. ochronne pola grawitacyjne. Ogromna tarcza rozjarzyła się w obszarze nadświetlnym i natychmiast rozprysnęła na strzępy. że musi być przytomna i zachowała przytomność. przyjaciele. Druga fala przeciążeń była za to tak potężna. jak mi się wydawało. że uciekliśmy z gwiezdnego więzienia. — Olgo! — wychrypiałem starając się unieść. Zostaw mnie na chwilę w spokoju!" Wydawało mi się wówczas. krążowniki wyemitowały ją tuż przed zniszczeniem i najwidoczniej ich działa nie miały już wtedy pełnej mocy. które omal nie stało się naszym grobem. Ta fala przeciążeń była najsłabsza. zamienionej w czerwony punkcik Groźnej na tle czystego nieba. że oślepłem. połyskującego dalekimi gwiazdami. Jestem przekonany. zanim straciłem przytomność od trzeciego ciosu grawitacyjnego. który spadł zbyt późno. Zaraz ich zniszczymy! Trzecia fala przeciążeń runęła na nas w chwili. nic się nie stało. Obok jęczał Osima. przestała istnieć. — Trzymaj się. wczepiwszy się w poręcze fotela. W przestrzeni optycznej zobaczyliśmy gigantyczną eksplozję. Ostatnią rzeczą. dziura w przestrzeni kosmicznej.. nie wołaj mnie tak rozpaczliwie.. aby uratować Niszczycieli. z jego ust wydobywał się przedśmiertny. — Eli! Eli! Chciałem się odezwać. że moja świadomość ledwie się tliła na pograniczu jawy i . Dzisiaj. jęknąłem z bólu. gejzer płomieni tryskający z wnętrza planety.

. — Stało się to wtedy. Upłynęło wiele miesięcy. Musiałem się przekonać. Siedziałem w wózku-awionetce. — Leż! — rozkazała Olga. Otworzyłem oczy.. Ciasny. Nareszcie zdecydowałem się spełnić prośbę głosu. krzyczący. — Ile czasu upłynęło od bitwy? Zdążyłem usłyszeć. ale jednocześnie irytowało. Osiem osób. Wzruszało mnie to. słuchać. ale tylko mnie porozrywała tkanki i zmiażdżyła kości. — Ja również zemdlałam — mówiła Olga. wspominającą straszliwe przeżycia. niespokojny świat. zanim znów stałem się podobny do innych ludzi. Trzecia fala przeciążeń narobiła wiele szkód. bo znów wypełnił mnie głos krzyczący: „Eli! Eli!" Jęknąłem. kiedy zobaczyłam. Koło łóżka siedzieli Olga i Osima. Olga płakała. . Dziesięć razy umierałem i dziesięć razy przywracano mnie do życia. Jesteśmy bardzo daleko od tego miejsca... Chciałem widzieć przy sobie nie roztrzęsioną. że od Perseusza dzieli nas trzy tysiące lat świetlnych i znów straciłem przytomność. Wpatrywali się we mnie. —Eli! Eli! Głos nie pozostawiał mnie w spokoju. a wśród nich Leonid. tak wiele wysiłku kosztowało mnie ich dźwiganie. W parku rozkwitły bzy. a Olga stała obok mnie. — A więc gdzie jesteśmy? — zapytałem. Potem doszła do tego nauka wielkiej sztuki chodzenia. gdy gwiazdolot wyrwał się na otwartą przestrzeń. spokojną Olgę.. cały świat był tym głosem. Pachniała ziemia. — Przyjaciele! — powiedziałem i spróbowałem się podnieść. w jakim stanie ty. zanim sam nie zacząłem o to życie walczyć. trzecie wiosenne bzy w czasie naszej wyprawy. Nie mogłem jednak. Byliśmy w parku. że musiałem trochę odpocząć. 2 Uczyłem się być żywym: otwierać oczy. Ogarnęło mnie przerażenie. Osima również wycierał łzy. była blada i nieśmiała. iż oddalamy się od straszliwego skupiska Chi w Perseuszu. W ciemnym zewnętrznym świecie nie było nic prócz niego. — Nie wolno ci się ruszać. Przypomniałem sobie krwawą czerwień Groźnej. odpowiadać na pytania. Przypomniałam sobie. Przekonałem się. straciło na krótko przytomność i ocknęło się. — Nic nie zobaczysz. Powieki znów mi opadły. jeść. Miałem pecha: ucierpiałem więcej od innych.. że potrafi płakać. — Odzyskuje przytomność! — powiedziała Olga szeptem. Ciążyły mi tak bardzo. — Leż! — powtarzała Olga gładząc mi ręce. — Przestań! — wyszeptałem i znów otworzyłem oczy. To była trudna nauka. Olga wychudła. lecz dawną rozsądną i beznamiętną.gorączkowych majaków. abym natychmiast zniszczyła krążowniki wroga. jak bardzo prosiłeś. W ten sposób rozpoczęła się moja rekonwalescencja. — Eli! —wołano.

— Skąd ta obojętność? — Doskonale wiesz o co chodzi. a potem zapytała ostrożnie: — Czemu o tym wspominasz? — Nie wiem. W kajucie wisiał na ścianie wykres powrotu: świecą ca linia i pełznący po niej czerwony punkcik — nasza droga na Ziemię i statek. Mamy tam przyjaciół. Czerwony punkcik zbliżał się do końca linii.. jaka była w Perseuszu: odważną i przewidującą.. nie można być niczego pewnym. za trzy miesiące Ziemia — powiedziałem wskazując na wykres. Leonid powiedział. Zażartowałem: — W każdym razie postąpiliśmy ze Zływrogami nader zływrogo. — Sądzisz. — Wówczas nie mogliśmy pomóc. trzeba więc było wracać. Domyśliłem się. Myślę... Ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia. że Andre jeszcze żyje? Niczego się o nim nie dowiedzieliśmy i nie zdołaliśmy pomóc. Pamiętasz nieaktywne gwiazdy. Przypomniałem jej bitwę ze Złotą Planetą. kiedy jak zwykle usiłowałem spacerować po parku. — Dlaczego nazywasz to skupisko wstrętnym? Czyżbyś nie zachwycał się dawniej jego pięknością? Zresztą nie wszyscy jego mieszkańcy myślą ze strachem o naszym powrocie. Olga przez chwilę myślała. Przecież ty sam w Perseuszu głosowałeś za powrotem.. że rozmowa mnie zmęczyła. co mnie niepokoiło. że całe to wstrętne skupisko gwiezdne drży na myśl o tym. że sytuacja się zmieniła? Udałem. — Za miesiąc Ora. tak jakoś samo przyszło na myśl. jaki będzie temat tej rozmowy. . — Tak... Przez dwie trzecie przebytej drogi byłem nieprzytomny. 3 Któregoś dnia. że chce ze mną porozmawiać. — Wrogowie do końca nie wiedzieli. — Uważasz. którymi oni całkowicie władają. Niestety nasze odbiorniki są zbyt słabe. — Mówisz o Galaktach? — Właśnie o nich. Ziemia za trzy. od których Zływrogi odrzucały nas tak energicznie? — A więc Galaktowie zamieszkują układy tych gwiazd? To jest pewne? — Sam się o tym przekonasz. — Chcesz tutaj. Zanim nie przybędziemy na Ziemię.. Eli. Nie dotyczy to przestrzeni międzygwiezdnych. Od gwiezdnych skupisk Perseusza dzieliło nas bez mała pięć tysięcy lat świetlnych. aby utrzymywać dalekosiężną łączność na falach przestrzeni. Przyjaznych gwiazd jest w skupiskach Perseusza więcej niż zasiedlonych przez Zływrogów. do czego jesteśmy zdolni. Nie chciałem ujawniać tego. Inaczej unikaliby zbliżenia z naszym gwiazdolotom. że moglibyśmy powrócić. kiedy zapoznasz się z danymi przetworzonymi przez komputer.a jeszcze chętniej taką. czy wolisz pójść do mojej kabiny? — Lepiej do ciebie. Ora za miesiąc. aby nikt nie przeszkadzał.

— Nie ma w tym nic dziwnego! Jeżeli nie masz serca. Nie mogłem sobie pozwolić nawet na malutką miłostkę. . — Za miesiąc znajdziemy się na Orze i tam się po żegnamy. że jest ci obojętna. iż w tobie skupiły się wszelkie ludzkie zalety. Ani on. Źrenice mu się rozszerzyły. wykluczało jakąś dodatkową namiętność. zaniedbywała statek. — Czemu się z nią nie ożenisz? — Dziwią mnie takie rady słyszane od ciebie. że nie masz serca. Leonidowi tak rozbłysły oczy. a ja muszę lecieć na Ziemię.. co w niej najlepszego. że nie dasz jej szczęścia.. Oni są normalni.. Nie wolno ci się nad nią tak znęcać! Dlaczego milczysz? Czemu nie odpowiadasz? Zastanawiałem się. Będziecie pokonywać kosmiczne przestrzenie. — I jakie wnioski z tego wyciągasz? — zapytałem. Ale przypuśćmy. bo chyba w ogóle nikomu szczęścia dać nie możesz. lecz prośby. Co mi na to odpowiesz? Wskazałem mu na ścianę. takiej prośby. co mam mu odpowiedzieć.— Naturalnie. Olga nie dostrzega. — Oczekiwałeś więc prośby.. Tłumaczyć to Leonidowi nie miało sensu. a ja nie.. że mi to powiesz. iż powiedziałem ci to wszystko własnymi słowami. ponieważ oczekiwałem od ciebie nie pytań. a Olga zasługiwała na wielką miłość — doskonale to pojmowałem. ale postanowił za wszelką cenę zachować spokój. To. że trudno mi było w nie patrzeć. nie mam żadnych kontrargumentów. Ledwie nad sobą panował. ani Olga nie zrozumieliby tego. Ja za to nie znam innej radości. Powiedz mi wobec tego. Powiedziałem więc: — Milczę. — To nieprawda. Mój zimny ton przyprawił go o wściekłość. jak bardzo pragnę być na Ziemi! Objął mnie i wyszedł nie powiedziawszy ani słowa. Leonidzie — że jesteś człowiekiem bez serca i niegodnym jej. iż będzie to również jej szczęście. że powiesz: Eli. gdzie czerwony punkcik wolno — zaledwie z tysiąckrotną prędkością światła — pełzł po świetlistej linii. bo przy mnie Olga potrafi dać z siebie wszystko. czym obecnie żyłem.. ja odejdę. Wiemy także. co się we mnie dokonywało. a nie pytań. Ale wiemy obaj — czekałem. jakiej prośby oczekiwałeś? — Spodziewałem się. jak ona się do ciebie odnosi. — Nie! — krzyknął. w ogóle nie widzi żadnej z twoich wad.. jak tylko być zawsze razem z nią. Kiedy chorowałeś. — Wiesz doskonale. Nawet nie podejrzewasz.. Ty zostaniesz z Olgą. Chodzi o Olgę. w odpowiedzi na którą mógłbym ci tylko uścisnąć rękę i powiedzieć: masz rację. pomagać jej. całymi dniami i nocami siedziała przy twoim łóżku. bo wydaje się jej. przyjmować jej pomoc. Ta mądra i przenikliwa kobieta myli się tylko w jednym: w ocenie ciebie. Co mi chcesz o niej powiedzieć? Leonidowi zszarzała twarz.

Kiedy statki położyły się na równoległe kursy. natomiast resztę obiecaliśmy opowiedzieć osobiście. o komputerach wielkich. gdzie zebrała się cała załoga. kończył się trzeci rok naszej kosmicznej odysei. — Ach wy włóczęgi! — wrzeszczał po chwili. Różnicy nie było. Niepokoiła nas tylko jedna sprawa: co słychać na Ziemi i jak zakończył się spór Wiery z Romerem? Allan rozsiadł się w fotelu i popatrzył na nas rozpromienionym wzrokiem. My natomiast widzieliśmy sztuczną planetę. Na to ostatnie pytanie odpowiedzieliśmy niezwłocznie. traktując mnie jak chorego. że to był „Sternik". Cieszył się z naszego niepokoju o ziemskie sprawy. dobrzy przodkowie.4 Kiedy w przestrzeni optycznej ukazała się Ora. Lokatory pracujące na falach przestrzennych przekazywały również. jak Ora wygląda obecnie. nieustannie zbliżając się ku teraźniejszości. Szliśmy w obszarze nadświetlnym i na Orze nas nie widziano. który postanowiono przeprowadzić. baliśmy się nawet spojrzeć na siebie. o Zływrogach. Zaśmiał się triumfalnie. Allan nie zrozumiał. Dopiero wówczas nas wykryto. dlaczego mu nie przerywamy. W klubie wisiała kamienna cisza. Krzyczał o przodkach. Romero hałasował we wszystkich głośnikach i błyszczał we wszystkich wi-deokolumnach. jaki będzie jego wynik. aby szybciej się z nami spotkać. chociaż i tak wszyscy wiedzieli. . O dobę świetlną przed Ora „Pożeracz Przestrzeni" wynurzył się z obszaru nadświetlnego i już jako zwykłe ciało materialne kontynuował podróż w nie naruszonej przestrzeni. Wielki Komputer Akademicki również przyznał mu rację. o potomkach. że łzy z oczu wyciska}. Z taką pasją bronił starych zasad społecznych. którym nadal dowodził Allan. Allan przekazał dowodzenie zastępcy i przyleciał do nas. A propos. Olga odpowiedziała: „Wchodź! I tak będziemy widzieć twój stateczek". — Jaki spór? Drobiazg. informacyjnych i akademickich. Allan już z daleka zasypał nas powitalnymi depeszami. Na spotkanie pomknął jeden z gwiazdolotów. Wkrótce przekonaliśmy się. co się wydarzyło w rejsie i czy uzyskaliśmy jakieś wiadomości o Andre. tu zaś było na odwrót — przeszłość stawała się teraźniejszością. pytał. opowiadajcie: gdzie? co? jak? Zaprowadziliśmy go do klubu. Zadumałem się nad tym przez chwilę: zwykle teraźniejszość odsuwa się od nas i staje się przeszłością. a właściwie oglądaliśmy jej przeszłość. Z radości nieco przesadził. małych. Nawet Leonid postękiwał wyrwawszy się z jego objęć. Zagroził. o Niebianach. bo nie mógł pojąć całej głębi naszej rozterki. Ale nadszedł dzień plebiscytu. — Gdzieście się podziewali przez ponad dwa lata? Opowiadajcie. że wejdzie w obszar nadświetlny. Dla mnie Allan zrobił wyjątek. o nas. Wprawdzie coś tam było i ludziska wiecowali niczym starzy. dawno się już wszystko uspokoiło.

Podbiegliśmy do Allana i z radością zaczęliśmy podrzucać go pod sufit. „W układzie każdej gwiazdy planety przydatne dla każdej formy życia!" i tak . Dziewięćdziesiąt dziewięć procent z ułamkami zgadzało się z Wierą. To się już robi. ile się w nich dziewcząt zakochało! Wspaniali chłopcy. Allan odpowiedział mi na to całą przemową. Zacznijmy od tego. „Wszyscy do walki o najwyższą planetność gwiazd naszego rejonu Galaktyki!". Budowa przebiega pod hasłami: „Precz z pustymi gwiazdami!". gdyż połowa ludzkości w nich pracuje. jakie ważne prace rozpoczęto ostatnio na Ziemi. Nie dacie wiary. — To było masowe szaleństwo. że tak było! Kamagin z Gromanem i nasz Trub również dolewali oliwy do ognia. które trudno nazywać przedsiębiorstwami. Romero uzyskał poparcie niecałych trzech dziesiątych procent ogółu. całym sercem. Entuzjazm. dzieci i obsługa ziemskich fabryk. bo nie potrafi cicho latać. Kiedy podniecenie trochę opadło. ale kiedy występowałem.— Ludzkość zwariowała! — krzyczał radośnie. ludzie wyłączali transmisje Pawła. którzy zachowali rozsądek do końca i głosowali za Romerem? — Ja? — zdziwił się Allan. Utworzono przedsiębiorstwa: „Zakłady Budowy Gwiazdolotów" z bazą na Plutonie i „Zakłady Budowy Planet". Słowo daję. ale obserwatorów nie ma. — Chyba zwariowałeś. Jedynie my. który ogarnął Ziemię. A Trub latał nad tłumem i dziko wrzeszczał archanielskim głosem. jak dalece słusznie postąpiła ludzkość. że uległem szaleństwu. Jednym z proponowanych kierunków działalności jest wznoszenie nowych planet wokół samotnych gwiazd sąsiadujących ze Słońcem. że na razie nie ma jeszcze konkretnego planu pracy dla „Zakładów Budowy Planet". no i oczywiście wygrywają. znalazł upust w praktycznym działaniu. Wielki uznał własną klęskę i zażądał uaktualnienia swych własnych podstawowych programów. Kosmonauci przekwalifikowują się na nawigatorów gwiazdolotów i opędzają się od kandydatek na żony. — Doskonale! Trub jest szczęśliwy i jedyną jego troską jest to. Śmierć kosmonautów i niszczenie planet w Plejadach doprowadzały ludzi do wściekłości. a jednak urodzili się ponad czterysta lat temu — moim zdaniem to kobiety najbardziej pociąga. młodsi od każdego z nas. Nastolatki urządzają z nim wyścigi na awionetkach. mówię wam. — Jak się czują na Ziemi kosmonauci i Anioł? — zainteresowała się Olga. powiedziałem ironicznie: — Ty oczywiście znalazłeś się między tymi. Bałaganu i zamieszania jest na razie tyle. Na zielonej Ziemi pozostali jedynie starcy. mogliśmy do końca. że postronnemu obserwatorowi włosy by się zjeżyły na głowie. Nie jestem takim mówcą jak on. Zapytałem. To właśnie mnie oskarżył Romero. że małe dzieci trochę się go boją. którzy poznaliśmy pułapki Perseusza i ogień walki z Groźną. wszyscy są uczestnikami i każdy w miarę własnych sił stara się bałagan pogłębić. a nie tylko rozumem pojąć. Eli.

To jest oczywiście znacznie trudniejsze. i tak dalej. Do Aldebarana w jedną stronę i gdzieś poza Krzyż Południa w drugą nie ma gwiazdy. bo zespoły wydelegowane dla uzgodnienia warunków życiowych z przyszłymi mieszkańcami jeszcze wędrują po gwiazdozbiorach. gdzie by nie kipiała robota. Rejon budowy już wybrano: okolice Syriusza i jego sąsiada.prędkościami. orze kosmos w pobliżu Oriona i wytwarza mgławice pyłowe do dalszej przeróbki na planety lub słońca. Plakaty i transparenty z tymi złotymi myślami spotyka się na wszystkich zaludnionych planetach. że droga jest wprawdzie najłatwiejsza. skład atmosfery i siłę ciążenia. przy-tosować ją do naszych wymagań. flotylla Gwiezdnych Pługów. Na razie jest to pieśnią przyszłości: plany poszczególnych planet są jeszcze w stadium szkiców. Nie wiadomo którędy lecieć. jakby już pustki zabrakło. ale włażą ludziska do rezerwatów. Nie wznosić rojów planet wokół gotowych gwiazd. Na gwiezdnych trasach dzieją się okropne rzeczy! W drodze na Orę nasz „Sternik" o mało nie wleciał do obszaru kompleksowego zniszczenia: przed nami rozpadała się jakaś zbędna gwiazda z kategorii czarnych karłów. niby wydano instrukcje. Minął czas romantyki międzygwiezdnej. Chociaż sprawa jest aż nazbyt prosta — wrzeszczał Allan — bałaganu i tam nie brakuje. Trzeba bowiem ustalić rozmiary globów. białego karła — zwarty wycinek kosmosu między Orionem a Wielkim Psem o objętości około tysiąca parseków sześciennych. Jeśli tak dalej pójdzie. Najpierw całymi miesiącami nie możemy podjąć decyzji. lecz mało skuteczna. Ale ostat nio słyszy się głosy. W myśl tego projektu na stworzone od podstaw uniwersalne planety z pełną automatyzacją produkcji i usług należy stopniowo przenieść wszystkich Niebian. Popatrzył na nas roześmianymi oczami i zakończył: — Tak wyglądają nasze ziemskie sprawy. U nas tak zawsze. Z wolna coraz więcej entuzjastów zyskuje idea. lecz zbudować cały obszar planetarny dla wszystkich wyobrażalnych form życia i zaopatrzyć go w odpowiednie sztuczne słońca. nie sposób przed nimi uciec. rodzaj pomieszczeń mieszkalnych i pokarmu. Ale już teraz. —. kiedy zbiera się te wszystkie dane. powolnych statków przestarzałej konstrukcji. . że wybrano nieodpowiedni kierunek inwestycji. co wieziecie ze sobą z Perseusza? — Zaraz ci pokażemy na stereoekranie coś ciekawego — odparł Leonid. przestrzeń kosmiczna trzeszczy w szwach. a po bokach przestrzeń zamieniano na pierwotny pył budowlany. na każdym kroku obłoczki pyłowe! Niby określono granice. długość dnia i nocy. a potem zaczyna się popłoch i szturmowszczyzna: Gwiezdne Pługi chodzą z maksymalnymi. którym jest ciasno i niewygodnie w domu. przestanę latać i pójdę budować planety. A teraz mówcie. braciszkowie. aby zamiast przysposabiać się do natury. ale też i bez porównania ciekawsze. Przykładem takiej wszechstronnie przemyślanej planety może być Ora.dalej. temperaturę słońc.

W całym Wszechświecie istniało dla mnie jedno tylko pociągające miejsce — maleńka i potężna Ziemia. kiedy dowiedział się. czy zechce być tym. Poszedłem do swego pokoju. — Dziś się śmiałeś — odpowiedziała. a nie geometryczny środek świata. wykonanymi w czasie rejsu. Do mnie powiedział: — Panu podziękuję osobno. Tęskniłem do niej i bałem się jej. Trudno mi opisać zachwyt Spychalskiego. 5 Na Orze przeniosłem się z „Pożeracza Przestrzeni". drugą przeznaczyliśmy dla Plutona. Nazwaliśmy te machanizmy SFP-1. W trakcie mojej wielomiesięcznej choroby na statku zbudowano trzy urządzenia do generacji i odbioru fal przestrzeni. ostatnią natomiast wraz ze wszystkimi notatkami i obliczeniami. obiecałeś przyjechać. aby przekazać gwiazdolot nowemu dowódcy. prawda? Podarkiem okazała się taśma z zapisem listu Fioli. zapłonęła w półmroku tajemniczych lasów planety krążącej wokół białej Wegi. To była Fiola u siebie w domu. zabrałem ze sobą. nie pośród cudów stworzonych przez człowieka. rozświetlona i piękna. aby w samotności przeżyć spotkanie z dziewczyną. Później schowałem taśmę.Kiedy Leonid przygotowywał pokaz. że na moment wydata mi się ważniejsza od teraźniejszości. Przeszłość ogarnęła mnie z taką siłą. Eli! — No i cóż z tego? Spodobało ci się to. mój Eli! — śpiewała i jarzyła się Fiola. ale cieszyłem się. Zdumiałam się. Jedną SFP-1 przekazaliśmy Spychalskie-mu. to znaczy stacja fal przestrzennych model pierwszy. podobnie jak on. jakbyś była czymś zaskoczona. a potem nieoczekiwanie zyskać wzrok. chcę cię zobaczyć!" Zrobiło mi się smutno. Musiałem myśleć o Ziemi. niewiele różniące się od tego. że mnie chce zobaczyć. Sympatyczny. prawdziwy. bo załoga „Pożeracza Przestrzeni" musiała jakiś czas pozostać na Orze. zwróciłem się do Olgi: — Czemu spoglądałaś na mnie co chwila w czasie opowiadania Allana o Ziemi? Patrzyłaś na mnie. lecz u siebie! „Eli. całe życie strawić na lotach bez widoczności. że nie mogłem udać się do niej. Zobaczyłam nagle. Staruszek rozpłakał się obejmując nas wszystkich po kolei. Fiola. — Czekam. aby zrozumieć jego stan. Trzeba. aby często jej nie wyjmować. czy przeraziło? — Sama nie wiem. że bardzo się zmieniłeś. do czego służy to urządzenie. w co ją chcę zmienić. Nie bytem pewien. a nie o Wędzę. — Śmiałeś się po raz pierwszy od dwóch lat. Jeszcze przed startem „Sternika" na Ziemię pomknął kurier z wiadomością o naszym powrocie z Perseusza. który oddano do dyspozycji Spychalskiego. Leciałem sam. . które takie usługi oddało nam w gwiezdnym skupisku. aby poddać je kontroli na wielkich maszynach. Proszę przyjąć w re-wanżu malutki prezencik. na „Sternika" odlatującego na Ziemię.

w głębi skat i w strato-sferze.. oczywiście. a potem już w postaci gotowych gwiazdolotów trafiają właśnie na Biegun Południowy. co? — krzyknął do mnie Allan. . 6 Nie mogę sobie teraz przypomnieć tygodnia spędzonego na pokładzie „Sternika". że nie oczekiwałeś czegoś podobnego!. Allan należy do tego gatunku astronautów. Powinien się pan podleczyć. rozlegle lasy. w magazynie wyrobów gotowych. — Niezła gwiazdka. Wszędzie panował taki harmider. skąd rozsyła się je po całej planecie do fabryk. Surowce wyładowuje się na Biegunie Północnym. Nazywaliśmy Plutona pracowitą planetką. Spotykałem go tylko w jadalni. Na Biegunie Południowym przelecieliśmy nad obszarem równym co do wielkości Europie — to właśnie był magazyn wyrobów gotowych. Tysiące kilometrów kwadratowych. Dziś należałoby go nazwać „huczącą planetą". sady i parki zasadzono.. nawet ocean.. którzy powierzając sterowanie automatom nie odchodzą od nich na krok. że nie. Łoskot rozlegał się wzdłuż równika i pod biegunami. — A sam pan przypadkiem nie zechce się przespacerować na Wegę? — zapytał z uśmiechem. Na Plutonie zatrzymałem się dwa dni. jaki poleci do gwiazdozbioru Lutni... — Tak. z którym wybrałem się awionetką na oblot globu. — Przyznaj się. — Oczywiście. bezludne fabryki. Godzinami siedziałem na fotelu ustawionym w parku i drzemałem. — Główne warsztaty Sojuszu Gwiezdnego. który obiecał przesłać ją dziewczynie z pierwszym kurierem. jaki nie zdarza się nawet w czasie trzęsienia ziemi.. a gdzie to można zrobić lepiej niż na staruszce Ziemi? On też zupełnie mnie nie rozumiał! Następnego ranka wystartowaliśmy na Ziemię. — Trzeba wracać — powiedział Allan po pewnym czasie. Atmosferę zdążono wytworzyć. pokrytych ogromnymi iglicami gwiazdolotów gigantycznej floty galaktycznej zajętej ostatnimi robotami wykończeniowymi przed startem w otwarty kosmos.Napisałem odpowiedź na list Fioli i przekazałem Spychalskiemu. — Muszę lecieć na Ziemię. — To się nazywa rozmach. — Nie — odparłem. Nie poznałem planety: w starym projekcie planowaliśmy wspaniałą atmosferę nie gorszą od ziemskiej. Nawet jedyny w swoim rodzaju do niedawna „Pożeracz Przestrzeni" wydałby się karzełkiem w porównaniu z tymi ogromami. całe setki i tysiące kilometrów fabryk. — Statki są na Biegunie Południowym. gdyż na jego miejscu rozciągały się zautomatyzowane hale produkcyjne. Chcesz zobaczyć nowe gwiazdoloty? — Naturalnie. ale oceanu nie było.

Przez trzy godziny kłaniałem się. podobnego do uczucia.. bo teraz strzegła mnie Opiekunka. który znałem: statecznie pracujący i równie statecznie odpoczywający po pracy. Dziś wszystkie błyszczały jednakowo jasno. a za nią wytaczała się nocna. Na Plutonie już zainstalowano własny Wielki Komputer. twórczy łoskot. Nawet słońca świeciły inaczej! Jedna gwiazda sztuczna dopędzała drugą. Zresztą jeszcze niecałkowicie wylizałem się z ran. ale niczego równie potężnego. Nie minęły nawet pełne trzy lata od mego rozstania z tymi okolicami.— Wracaj sam — odparłem. Wspomnienia tłoczyły mi się w mózgu. że zgotują mi uroczyste powitanie. do której wszyscy tęskniliśmy. . nadal czułem w sobie ten potężny. Ten hałaśliwy. Tam była miarowa robota. Lubiłem muzykę klasyczną. co tu zobaczyłem. rozpasany Pluton nie znający snu i wypoczynku podobał mi się bardziej niż dawny. Wreszcie poznałem prawdziwą harmonię gwiezdnych sfer! Oddalając się już od Plutona w kierunku Ziemi. 7 Lecąc ku Ziemi spodziewałem się wszystkiego. przed snem zamawiałem sobie indywidualne melodie zgodne z nastrojem. Rozpędziłem awionetkę do maksimum. przez okrągłą dobę panował dzień i planeta nie znała odpoczynku.. to w każdym razie większość z nich przypadła w udziale mnie jednemu. jakie wywołał we mnie grzmot tego kosmicznego warsztatu. Nie będę opisywał scen powitania na kosmodromie. ściskałem dłonie. ale nigdzie nie mogłem znaleźć zapamiętanych widoków. Myślałem nie o Plutonie. Mogłem poszaleć w powietrzu.. sprzyjające pracy lub odpoczynkowi. ale ty. Po tym. Wróciłem najwcześniej i zapłaciłem za to: jeśli nie wszystkie należne nam hołdy. — Możesz nawet pokoziołkować. jesteś w nim zdublowany. bo zdaje się lubisz tę zabawę. już nie obawiałem się spotkania z Ziemią. nigdy przedtem nie doznałem. jak wszyscy kosmonauci.. Przed kosmodromem zatrzymałem awionetkę w powietrzu i zamknąwszy oczy wsłuchałem się w łoskot planety. tylko nie tego. Poczynając od Marsa naszemu gwiazdolotów! towarzyszyła honorowa eskorta kosmiczna. Górskie szczyty gwiazdolotów odpływały do tylu i zapadały się poza horyzont. ale po szamotaninie w nieeuklidesowych sieciach Perseusza straciłem zapal do psot. Leciałem spokojnie po prostej i pogrążałem się w rozmyślaniach. wytrzymałem nawet „Harmonię Gwiezdnych Sfer" Andre. na razie tylko na dziesięć milionów Opiekunek. gdyż transmitowano je na wszystkie planety Układu Słonecznego. — Co mówisz! To wielka wygoda. — Ja się jeszcze trochę powłóczę nad planetką. Długo krążyłem nad równinami Plutona. Niegdyś były to różne słońca o odrębnej charakterystyce. tu zaś natchniona praca. lecz o Ziemi. z pewnością skorzystam z okazji. dzienna ustępowała miejsca wieczornej.

które uznała za tak ważne. Trub stopniowo przyzwyczaja się do ziemskich warunków. Dopiero wchodziłeś na Plutonie na pokład gwiazdolotu. Duży pokój Wiery ledwo pomieścił wszystkich zebranych. gdzie będziesz referował swoje propozycje. — Czuję się tak. także niezwłocznie. ale nawet przy najlepszych chęciach każdemu jego poruszeniu . — Czyżby ci nie mówiono. nie nadają się dla Aniołów. później co piąte piętro na werandach. wiedząc już z doświadczenia. że na Plutonie zainstalowano Komputer Państwowy? Spacerowałeś nad planetą. Nasz Wielki. Na jutro jesteś zaproszony na posiedzenie Wielkiej Rady.uśmiechałem się i powiewałem kapeluszem. że mu nie uwierzyłem: Trub waży około stu kilogramów. Natomiast kategorycznie odmówił korzystania z windy i oświadczył. Najpierw odpoczywał co dwadzieścia pięter w parkach. Zdyszał się. Mimo wszystko ziemskie mieszkanie. — Z dala od Ziemi zapomniałeś o naszych zwyczajach — powiedziała Wiera z uśmiechem. jakbym okradł kolegów — poskarżyłem się. i starał się zachowywać spokojnie. że nawet zaniedbał swój projekt ptasiogłowego bożka. bo jeszcze z nikim swymi myślami się nie dzieliłem. Dopiero w domu. iż natychmiast przesłała je na Ziemię. — Nic podobnego. że samodzielnie wleci na siedemdziesiąte dziewiąte piętro. — A ciebie witano nie tylko jako członka wyprawy. bo stan twego zdrowia wzbudza niepokój w Komputerze Medycznym. Szczególnie wiele miejsca zajmował Trub. Byłem zaskoczony i oszołomiony. Przyznam się. aż wreszcie zwaliłem się z nóg ze zmęczenia. że projekt nie został jeszcze zatwierdzony? — zapytałem. ale dotarł do mego mieszkania. że latać w nich nie można. a do pokonania miał około trzystu metrów wysokości. lecz stara się zawsze chodzić własnymi drogami. do tego stopnia. spocił i był niesłychanie z siebie dumny. a zwłaszcza kobiece pokoje. mogłem odetchnąć z ulgą w otoczeniu przyjaciół. Anioł postawił jednak na swoim. Spotkanie z przyjaciółmi i radosna wiadomość o przyjęciu projektu podziałały na mnie lepiej od najskuteczniejszego lekarstwa. Na kosmodromie razem z nami wtłoczył się do aerobusu. Poza tym przed urzeczywistnieniem projektu mu sisz się podleczyć. Mnie stan własnego zdrowia nie kłopotał. że te aparaty latają znacznie szybciej niż Anioły. w starym mieszkaniu na Zielonym Bulwarze. Poparli go w zasadzie wszyscy. przekazał je każdemu człowiekowi. Lusin jest w nim dosłownie zakochany. — Gdybym wiedział. gdy tu ludzie już dyskutowali nad twoją ideą. a Opiekunka zapisywała twoje myśli. oko i głos Wszechświata został zatwierdzony. nigdy bym sam nie przyleciał. — To znaczy. — Powitamy ich równie gorąco — pocieszyła mnie Wiera. Ale naturalnie będziesz musiał odpowiedzieć na szereg pytań. Mam przyjemną wiadomość: twój projekt przekształcenia Ziemi w ucho. Trub sam rozumiał.

głęboko przeżywającego człowieka. że nie poniosą . Teraz wszystko zapomniałem. jego pożegnania ze mną i Olegiem przed napadem Zływrogów. jaką znałem. Znalazł się wprawdzie w niebezpieczeństwie. Gdyby Niszczyciele chcieli Andre zabić. Ze sto razy ćwiczyłem w myśli spotkanie z Żanna. Ma dla nich nieocenioną wartość jako jedyny przedstawiciel najpotężniejszych w ich historii wrogów. które jej powiem. Bardzo się zmieniła. Spojrzała na mnie tak zrozpaczonym wzrokiem. ale ją musiałem przekonać. Żanno. poszliśmy z Żanna do mego pokoju. — Opowiedziano mi wszystko o Andre — odezwała się wreszcie.. Wpatrywałem się w nią z niepokojem. Żanna przyszła razem z Olegiem. Później wymamrotałem: — Wierz mi. który nie potrafił się pogodzić ze swoim nieszczęściem. że słyszeliśmy jego wołanie o pomoc. bo chociaż Niszczyciele byli wówczas jeszcze bardzo pewni siebie.lub drgnięciu skrzydeł towarzyszył łoskot jakiegoś przedmiotu spadającego ze ściany lub mebli. a nie ciebie. że zrobiliście wszystko. Co im da unicestwienie pojedynczego człowieka? Jestem przekonany. wybierałem słowa. starając się wziąć żywcem. Andre nie zginął. dosyć lekkomyślnej kobiety. Żył. Miałem przed sobą poważnego. niż ty sama potrafiłabyś to zrobić! — Zniszczyliście cztery krążowniki przeciwnika. Romero uważa. Andre mógł być na każdym z nich. iż Żanna zjawi się później. z pewnością nie narażali jeńca na przypadkowe niebezpieczeństwo. ale śmierć mu nie groziła i nie zamierzał się z tobą żegnać. a nie Romera. — Czemu tak sądzisz? Widziałem. że tylko całym wysiłkiem woli zmusiłem się. Romero pewnie ci mówił. aby go wyzwolić lub chociażby odszukać jego ślady. iż Andre nie żyje. że mi nie wierzy. Wiem nawet. jakie zawsze może grozić w czasie walki. Zapytałem o nią. że przed śmiercią krzyknął „Eli!". że wydało mi się. mówił. Objąłem ją w milczeniu. — Posłuchaj teraz mnie. — Andre nie mogło być na żadnym z nich. pozostawiwszy Olega gościom. lecz został porwany. rozumnymi oczami i tak podobnym do ojca. Wśród gości nie było Żanny. Wiera odpowiedziała. Żanna położyła mi głowę na ramieniu i rozpłakała się. a nie „Żanno!". Nikt prócz mnie nie wierzy.. zupełnie już go nie widząc? — Tak. jeszcze nie wszystko przepadło. iż widzę malutkiego Andre. Z innymi mogłem się liczyć. Po pewnym czasie. ale nie na to. Wiem. Mogli liczyć na zwycięstwo. kiedy go już całkowicie spętali. że oni lepiej dbają o jego zdrowie. jaki przybiorę. mało w niej zostało z tej przystojnej. — Właśnie dlatego. nie walczyliby z nim. kokieteryjnej. że Andrć żyje. Dlatego właśnie wołał mnie. — Codziennie słucham jego głosu. ładniutkim trzyletnim chłopczykiem z żywymi. aby nie odwrócić oczu. — Przed zniknięciem. i wyraz twarzy.

Nagle powiedziała: — A czy za śmiercią Andre nie przemawia to. nie potrafiłabym znieść takiego nieszczęścia. nie przeszukawszy jej cal po calu. Dziękuję ci! Dziękuję! Zawsze byłeś serdecznym przyjacielem Andre. Czyżbym powiedziała inaczej? Ale jeśli Andre żyje. że wrogowie są głupsi od nas. — Muszę już wracać z Olegiem do domu. a nie mam podstaw sądzić. Chwyciłem przestraszoną Żannę za ramiona i zajrzałem jej w oczy. z którą nie chciała się już rozstawać.. zanim nie zbadamy każdej. Jedno mogę ci obiecać: nie wrócimy z Perseusza. — Nie poznaję cię. bo to byłoby potwierdzeniem tego. czasami nawet byłam o ciebie zazdrosna. Gdyby nie Oleg. — Andre został porwany! Spojrzała na mnie z przestrachem. Rozumiesz mnie. nawet najmniejszej planetki. Przyjaciele nie muszą się mnie lękać. Ale teraz. i na pewno natychmiast po wzięciu do niewoli umieścili Andre w bezpiecznym miejscu. Nie mogłem i nie chciałem jej pocieszać. to czy istnieje najmniejsza nawet szansa wyzwolenia go z niewoli? Wkrótce do Perseusza uda się nowa wyprawa Floty Galaktycznej. Chodziłem po pokoju i samemu chciało mi się płakać. Eli! Romero uważa. To przecież prawda? Ogarnęła mnie wściekłość. Sądzisz. Żanna zamyśliła się. Obudziłem w niej nadzieję. — Niepotrzebnie. że wrogowie starali się wydobyć z niego nasze tajemnice. Żanno! — Tak. — Został porwany.. Uśmiechnąłem się z wysiłkiem.żadnych strat. Siedziałem w jej pokoju. że niczego nie. jakbyś to wszystko widział na własne oczy. — Porwaniu — powiedziałem z pasją w głosie. Opanowawszy się Żanna powiedziała: — To wszystko jest tak okropnie trudne. Wstała. Eli. Ale to coś innego. . Zastanawiałam się już poważnie nad tym. — Po prostu sam bym tak postąpił.. 8 Po wyjściu gości zostaliśmy we dwoje z Wierą. że Andre uda się uratować? — W każdym razie będziemy próbować. że nie rozumiałaś własnego męża? Żanna znów się rozpłakała.. Sądziłam początkowo.. że to z powodu choroby tak się zmieniłeś. — Kochałaś Andre — powiedziałem dobitnym szeptem. skoro Andre zginął. został porwany. lękając się równocześnie. że nadzieja się nie spełni. że Andre nie żyje. — Mówisz tak. — Znałaś go lepiej od nas wszystkich. ale najwyraźniej niczego się nie dowiedzieli. Żanno! Jak śmiesz tak o nim mówić? Czyżbyś była na tyle ślepa.. Trochę się ciebie boję. czy warto żyć. a siostra chodziła od drzwi do okna i z powrotem. po jego śmierci.

a dopiero później rozpoczynać poważne batalie. — No cóż. — Widzisz. jego punkt wyjściowy. Czekają nas gigantyczne bitwy. zmieniłem się ja.. lecz po prostu odpowiednio przygotowana. Wojna kończy się zwycięstwem. Romero kocha przede wszystkim siebie. Prawdziwym sukcesem będzie dopiero ... nic więcej. — Doskonale zaprojektowałeś wojnę. Wszystko pozostało po staremu. Każdy z nich jest silniejszy od całej eskadry „Pożeraczy Przestrzeni". —. — To jedno i to samo. A jednak wszystko się zmieniło. nieco tylko starszą ode mnie. — A czyż ja chciałam? Zerwanie nastąpiło niezależnie od naszych pragnień. Tak było i teraz... Teraz. Romero jest istotnie dumny. który stał mi się obcy. lecz młodą dziewczyną. po prostu zrozumieliśmy. — Pomówmy lepiej o czymś innym — powiedziała Wiera. których skali nawet po powrocie z Perseusza nie potrafimy sobie wyobrazić. Zmieniła się Wiera. — A Paweł? Czy nadal cię kocha? — Kocha. — Mylisz się. gdybym utrzymywała znajomość z człowiekiem. to są różne rzeczy. Jestem przekonana. Trzy lata temu odkryłem ze zdumieniem. w związku z realizacją twego planu. a zwycięstwo jest początkiem pokoju. że Wiera osiągnęła wiek dla kobiety przełomowy: rozkwit bezpośrednio poprzedzający powolne więdnięcie. — Wiero — zapytałem — nie pogodziłaś się z Pawłem? — Nie kłóciliśmy się przecież. Zapadła już decyzja wysłania tej floty do Perseusza. bo nie rozumiem. wyprawa zostanie na pewien czas wstrzymana. — Zbudowaliśmy wielką Flotę Galaktyczną — powiedziała w zadumie Wiera. — Twoim zdaniem pokonanie wrogów. że jesteśmy sobie obcy. że cierpi tylko z powodu urażonej dumy. że potrafiła tak spacerować godzinami. Nie zapominaj. że przeciwnicy znają teraz naszą potęgę i nie zasypiają gruszek w popiele! — Dlatego wszyscy tak gorąco cię poparli — zauważyła Wiera. — Bolejesz nad tym? — Byłoby mi trudniej. że siostra wcale nie jest starą kobietą. wojna nie rozwiązuje wszystkich problemów.Pamiętałem jeszcze z dzieciństwa. starcie na pył ich potęgi wojskowej nie stanowi rozwiązania problemu? — To tylko początek rozwiązania.. Dziś zobaczyłem. — Wielki Komputer tak zinterpretował twój plan: najpierw trzeba zmienić Ziemię w gigantyczny nadajnik fal przestrzennych.. a zrujnowana miłość nic go nie obchodzi. — Widziałeś statki na Plutonie. — Wytłumacz mi.. kocha!. zatrzymując się czasami przy oknie i patrząc w milczeniu na miasto.. Te trzy ubiegłe lata musiały ją wiele kosztować. Romero nie chciał zerwania.Jeśli dobrze pamiętam.. — Nie wstrzymana. Wiero. a teraz trzeba zaplanować pokój. — Zupełnie słusznie. jaką mi się zawsze wydawała.

Czy możesz zagwarantować. Trzeba ich pokonać. do tego nie można dopuścić! Słuchając jej przeniosłem się myślą do Perseusza. że już teraz gdzieś w odległych rejonach gwiezdnych nie ma ich kolonii. wzbudzano potężne pola grawitacyjne. Popatrzyłem na siostrę z niedowierzaniem. w których wprawdzie nie produkowano gwiazdolotów.. że prześcigną ludzi jak niegdyś prześcignęli Galaktów. Chodzi jednak o to. a następnie stopniowo wciągniemy do stowarzyszenia rozumnych i wolnych istot Galaktyki. Nie można przecież mieć pewności. aby oczyścić z nich skupiska Perseusza. Co będzie. Znów ujrzałem Złotą Planetę. — Zwariowałaś?! Istotnie spodziewasz się. Nie można ich przecież wszystkich zbadać po kolei!. Najpierw zmusimy ich siłą do zaniechania okrucieństw. Sam . że zwycięstwo w wojnie to dopiero początek. początek.. należy brać pod uwagę wszystkie możliwości. jeśli nasza flotylla natknie się na ogień zaporowy nowo zbudowanych anihilatorów masy? — Na razie mamy nad nimi wielką przewagę — powiedziała Wiera. Nie gorzej od ciebie rozumiem. tak zwanej decydującej bitwie i zostawić potomkom w spadku niebezpieczeństwo całkowitej zagłady — nie. że perswazjami nic się nie wskóra. Ale kiedy określa się politykę na całe tysiąclecie. Zwyciężyć w jednej. nie uciekną do innych galaktyk i tam wrogowie nie udoskonalą się tak dalece. zamieniano przestrzeń w materię.wprowadzenie naszych przeciwników na tory życia pokojowego. Ile tysięcy takich planet stoi naprzeciw jednego naszego Plutona? Na ilu tysiącach takich globów przeklęte głowookie stwory usiłują przejąć naszą umiejętność rozpylania materii. która może się spełnić. nie głosowałabym za budową floty wojennej. że to jedynie hipotetyczna możliwość. jak my przejęliśmy od nich sztukę zmiany gęstości tego światowego „nic"? Przy ich talencie technicznym zadanie nie jest zbyt trudne. W czymś przypominała Plutona — takie same kosmiczne warsztaty. nawet najmniej prawdopodobne. lecz za to zmieniano krzywiznę otaczającego świata. a Zływrogi przy tym bardzo się spieszą. wyniszczającą wojnę. że rozmowy pokojowe z tymi piekielnymi istotami dadzą jakiekolwiek rezultaty? — Gdybym nie miała nadziei na pokojowe rozwiązanie konfliktu. Zływrogi mogą być wszędzie. — Tak. — To znaczy wygrać jedną bitwę i później wplątać się w nie kończącą się. że nasi wrogowie tam nie dotarli? — Nie mogę. — To po prostu niemożliwe.. zamieniania jej w „nic". że pojedyncze statki Niszczycieli. — Nie możemy jej utracić.. Powiesz. — Powiedziałaś. a poza jej granicami istnieje niezliczone mrowie innych galaktyk. zawczasu lub po bitwie. W samej tylko naszej Galaktyce jest sto pięćdziesiąt miliardów gwiazd. — I wszystkich wyniszczyć. Nie możesz też zaręczyć.

Jeżeli Zływrogi zostały przestępcami. że opracowujemy politykę na całe tysiąclecia. Całe stada krów. Czy przypadkiem coś podobnego nie zachodzi u Zływrogów? Zaczęli uciskać sąsiadów. Jeżeli zetniemy pień nie karczując korzeni. Syntetyczne mięso z naszych fabryk jest smaczniejsze od zwierzęcego. gdybyśmy od razu wszystko wiedzieli. że mają ogromne osiągnięcia techniczne. sztuczne mleko lepsze od krowiego.. gdyby nawet dopiero wnuki doczekały się wyników. że u źródeł polityki leżą potrzeby gospodarcze. Warto się starać. Jeśli Zływrogom na przykład do podtrzymywania własnego istnienia potrzebne są żywe tkanki. — Do niedawna nie wiedziałeś nawet o ich istnieniu. — Już ci powiedziałam. korzenie mogą wypuścić nowe pędy. — Zamierzasz znaleźć inny sposób zaspokojenia ich potrzeb? — Przypomnij sobie: po zjednoczeniu Ziemi. — Powiem tylko. — Wątpię. mogą zająć się hodowlą syntetycznych tkanek i narządów. kur i kaczek prowadzono na ubój. wprawdzie nierozumnych. Czy sumienie pozwoli nam na zawsze odsunąć taki naród od współpracy międzygwiezdnej? — Nie widzę możliwości współpracy z nimi. Poszedłem do siebie i zmieniłem ubranie. istot. aby nasze pokolenie doczekało rezultatów tych wysiłków. cała ludzkość jeszcze długo żyła kosztem innych.. że przekształcenie diabłów w anioły nie jest rzeczą prostą. aby człowiek miał mięso. kiedy żaden człowiek już nie wyzyskiwał drugiego. że mówiąc o potrzebach.. Niewolnictwo nie staje się moralnie bez zarzutu tylko dlatego. to znaczy. Później trzeba wykluczyć samą możliwość odrodzenia się zła. Nie wierzę zresztą w przestępstwa popełnione z samej tylko miłości do zła. — Mylisz się.. Zło ma pędy i korzenie. że są pracowici i odważni. Nie byłoby rozwoju. Może znajdziemy inne sposoby ich zaspokojenia. w jakimś stopniu usprawiedliwiasz postępowanie Zływrogów!. Ale musimy się tym zająć. Nasi wielcy przodkowie uczyli. jeżeli oczywiście te potrzeby są życiowo uzasadnione? — Wydaje mi się. Pośrodku pokoju stał Romero opierając się na swojej nieodłącznej laseczce. Zrozumieć — nie znaczy usprawiedliwić. Nie potrzebujemy produktów organizmów żywych i nikt już nie hoduje zwierząt na pokarm. Zapłonęła wideokolumna. w czym chętnie im pomożemy. gdyż znaleźli łatwy sposób zaspokajania własnych potrzeb.mówiłeś. owiec. że niewolnik przynosi wlaścicielowi korzyść. Siłą zmusimy Zływrogów do zaprzestania rozbojów i uwolnimy ich niewolników — zrąbiemy pień wyhodowanego przez nich zła. a do tego należy wykryć korzenie. . że przestępstwa przynoszą im korzyści. — Podobnie jak nauczanie Aniołów ludzkich zwyczajów. z jakich wyrastało.

— Bo pan nazywa się Eli Gamazin. Przechodniów było niewielu. Co się teraz z tą nieznośną Mary dzieje? Czy jest jeszcze w stolicy.. dobrych czasów. która wówczas stała obok i wymyślała mi. jak dobrze jest w domu! Później wróciłem do miasta.— Gratuluję szczęśliwego powrotu. Naprzeciw wznosił się dom z daszkiem otaczającym parter. Ulice były puste. jak wszyscy. to był to cud wytlumaczalny i dobrze zorganizowany. Chłopcy z mieszczącego się po sąsiedzku internatu patrzyli z szacunkiem. — Chętnie. Mam nadzieję. a wreszcie wykąpałem się w kanale. W czasie swych podróży zdążyłem zapomnieć. jak wychodziłem z wody: był już listopad. — Rozumiem. Posiedzimy ra zem przy stole jak za starych. ale wieczór mam zajęty. To była Mary Glann. — Witam pana. prawda? — Dzień dobry! — odparłem. Mary Glann. drogi przyjacielu! Proszę nie wstawać. że nie byłem na spotkaniu? Rozumie pan. — W takim razie w porze obiadu. a pani. Początkowo nie zwracałem na sąsiada uwagi i dopiero po dłuższej chwili obróciłem się ku niemu. Trzeba na trzy łata zagubić się w kosmicznych przestworzach. czy też. Gdyby moje spotkanie z Mary uznać nawet za cud. doskonale pana widzę. Przysiadłem na ulicznym skwerku. Poczułem się głupio. Jestem oczekiwany o tej porze w Wielkiej Radzie. jeśli się nie mylę. wyprawiałem się na okoliczne pola i do lasów. że nie obraził się pan za to. że na Ziemi działają Opiekunki.. nazywa się Mary Glann? Nie zdziwiła się i spokojnie skinęła głową. pomknęła na jakąś nową budowę? Ktoś usiadł na tej samej ławce. Wspomniałem nieznajomą dziewczynę o długiej szyi i szerokich brwiach. wzlatywałem w awionetce nad jej spiętrzonymi domami. że zrazu nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. aby naprowadziła pana na myśl o mnie. wśród witających były osoby. 9 Przez cały ranek włóczyłem się po ulicach Stolicy. Romero zniknął. Pod tym właśnie daszkiem w czasie poprzedniego pobytu na Ziemi chroniłem się przed deszczem. — Cóż za przypadek — powiedziałem. Jej zjawienie się tak mnie zaskoczyło. . Zechce mi pan uczynić ten zaszczyt i spotkać się ze mną jutro. Wczoraj byłam wśród witających na kosmodromie. Pawle. aby odczuć. — Proszę sobie wyobrazić. jestem Eli Gamazin. Jutro w porze obiadowej będę u pana. że przed chwilą myślałem o pani! — Pan uważa to za przypadek? Po prostu chciałam się z panem spotkać i poprosiłam Opiekunkę. a uścisnąć sobie dłoni i tak nie będziemy mogli. Eli! — powiedziała dziewczyna. — Tak.

zastanawiałem się. a nawet trochę z nich pokpiwa.. Zapamiętałem ją jako bardzo brzydką. Spędziłem z Pawłem dwie godziny i przekonałem się. gdzie może pani być. ale mimo to spóźniłem się do Romera o pół godziny. Cóż więc teraz powiemy sobie. zamyślone oczy. Po sromotnej klęsce Romerowi było chyba nieprzyjemnie wracać do naszych dawnych sporów. Eli. wrócił pan i przepraszam! Wstała. a ja się jej przyglądałem. Szczególnie podobały mi się jej ciemne. że myślałem o pani niezależnie od tego. Mary była zdecydowanie ładna.. że uważa swe dawne poglądy za sprawę niebyłą. że nie nadajemy się dla siebie. — Chodźmy na szczyt Pierścienia Centralnego.— A więc chciała się pani ze mną spotkać i przygotowała to spotkanie? Nadal jednak utrzymuję. skoro nasze życzenia się spełniły? Nie spieszyła się z odpowiedzią. chcę stamtąd popatrzeć na Stolicę. — A czy wie pani. Chętnie podtrzymywałem ten ton. Najwidoczniej sama pytała o naszą odpowiedniość i stąd wie. . Nie śmiałem jej dłużej zatrzymywać. — Zawiniłam wobec pana — powiedziała wreszcie Mary. — Tak. jak gdybyśmy się nigdy nie kłócili. Później przekonałem się. Zastanawiała się nad czymś. jak odchodzi. Zachowywał się tak swobodnie. ale ją zatrzymałem. — Doskonale. że często jej się to zdarzało. ale to nie była prawda. że przed odlotem pytałem Informację o naszą wzajemną odpowiedniość? Mary zupełnie się nie speszyła. Jadąc na dach budynków. — Przypominam. Opiekunki nie zdradzają osobistych tajemnic. No więc. Powodzenia. mój młody nieszczęsny Odysie? Do obiadu mamy jeszcze około dwóch godzin. Miałem ochotę zażartować. Postanowiłam pana za to przeprosić przy najbliższej okazji. Siedziałem na ławce i patrzyłem. jeśli oczywiście nie chce się pan wcześniej czymś posilić. wiem. że zamyślił się pan na jednym ze stołecznych placów. a potem w Plejady i do Perseusza. — Informacja podała mi. że pod żadnym względem do siebie nie pasujemy. Dokąd pójdziemy. — Chciałem już lecieć po pana — powiedział Paweł serdecznie mnie obejmując. Skłamała. przyglądałem mu się ukradkiem. Zorientowała się. Wezwana awionetka pojawiła się natychmiast. więc Mary nie mogła się dowiedzieć. Ale najpierw poleciał pan na Orę. Wszyscy moi znajomi bardzo się zmienili i jeszcze nie przywykłem do ich nowego wyglądu. że czeka na pana przyjaciel — powiedziała Opiekunka głosem staruszka. — Nie wiem czemu byłam taka opryskliwa w Kairze i na tym placu. iż zwracałem się do Informacji. Wiem również i to. że mogę domyślić się jej małego sekretu i odeszła.

— Nie. że nie mam racji? Dotychczas żyliśmy jedynie dla siebie. — Zaledwie dwa i pół roku. jeśli pan pozwoli. ale tylko dlatego.. Czas niczym nie wypełniony wydaje się krótki. — Wiem tylko. — Nazywa pan to przewrotem? — A pan uważa. — Zostawmy ten temat — powiedział. że do wszystkich jej dotychczasowych potrzeb doszła i potrzeba pomocy innym narodom. — Zrozumiałem od razu. niewątpliwie korzystne dla ludzkości. Wprawdzie władza nie przeszła w ręce innej klasy. Kiedy ostatnio Wielki Komputer doniósł o pańskich oszałamiających odkryciach w Perseuszu. całą epokę. Rozstaliśmy się z jednym układem społecznym. — Umierające miasto — odparł Romero.. Wkrótce po zjednoczeniu ludzkości — zaczął Paweł — rozpoczęto poszukiwania wszystkich wybitnych idei. natomiast naszpikowany faktami rozciąga się niepomiernie. czy nie przyniesie ono szkody któremuś z gwiezdnych narodów. — Wieczne miasto — powiedziałem wskazując na rozpościerającą się u naszych stóp Stolicę. jak to zdarzało się u przodków.. a teraz zanim Wielki zaaprobuje jakiekolwiek przedsięwzięcie. ja. — Nie zna pan historii Stolicy? — zdziwił się Paweł. A propos. powitaliśmy drugi.— Dawno się nie widzieliśmy — powiedział Romero z uśmiechem. przyjacielu. które utalentowani ludzie wymyślili w epoce rozbicia klasowego i których wówczas nie można było urzeczywistnić. podobnie jak pozostali ludzie. Rozmowa ta odbywała się już na dachu setnego piętra Pierścienia Centralnego. Rachubę czasu należy prowadzić według wydarzeń. — Będzie stało jeszcze w tysiąc lat po naszej śmierci jako pomnik naszych idei i dokonań. mój miody przyjacielu. — Nie zamierzam nikogo przekonywać. — Jedyne miasto na Ziemi. że nie tyle usiłuje sprowokować mnie do sporu. ile stara się wyrzucić z siebie nagromadzoną gorycz.. — Nazwałbym to inaczej. Pawle. — Wydarzeń istotnie było wiele. Nie zmniejsza to zresztą wagi dokonanego przewrotu. z czystym sumieniem głosowałem za projektem pozbawienia Ziemi resztek samodzielności. że klasy nie istnieją. — Była rewolucja. które zaczęło umierać już przed swymi narodzinami. — W historii Stolicy jest to oczywiście najbardziej istotne. O jednym z takich drobiażdżków chciałbym opowiedzieć. Po prostu ludz kość tak się rozwinęła. Chodzi- . że było to pierwsze miasto zwycięskiego komunizmu. będzie tydzień zastanawiał się. a nie według godzin. że dla zgrabnego kalamburu Romero gotów jest nie szczędzić niczego. Wiedziałem. Ale poza sprawami zasadniczymi każda wiedza obfituje w interesujące drobiazgi. ale jego opinia o mym rodzinnym mieście do głębi mnie oburzyła.

W dole. Najpierw zbędne okazały się wspaniałe autostrady biegnące wewnątrz każdego budynku co dwadzieścia pięter. ludzkość postanowiła wznieść Stolicę.Io tu o projekty maszyn. Stolica była nie . Trzech czwartych jej kubatury nie można spożytkować. których w owej epoce nazywano „utalentowanymi pechowcami". Ale skoro robotnik przestał być potrzebny. obumarły więc trolejbusy i elektromobile. Życie i ruch. hale sportowe i stadiony. a wśród nich wielkich zamysłów architektonicznych. Ale wszystkich pomieszczeń nie zdołano zagospodarować. ostatnie ze skoncentrowanych osiedli ziemskich. Stolica zieje kawernami. wielkich robót budowlanych. Wkrótce stanie się pustym miejscem. jakie tylko mogli sobie wymarzyć... W pierwszym miesiącu rekrutacji ochotników na nowe budowy kosmiczne opuściło Stolicę trzy czwarte jej mieszkańców — zakończył Romero. Zatrzymaliśmy się przy barierze. Zalety projektu wkrótce stały się jego wadami. Wśród jego wspaniałych fantazji znalazło się również miasto na dwieście tysięcy mieszkańców — jeden wysokościowy dom otoczony parkiem. znów wyrwały się na zewnątrz. przekształcenia przyrody. Zjawiły się centralne maszyny bezpieczeństwa i Opiekunki.. fabryki w pobliżu mieszkań straciły rację bytu. Dom-mia-sto mógł być łatwo wzniesiony za pomocą środków. a jeszcze po jakimś czasie — miastem niepotrzebnym. a nocą wznosił na papierze niemożliwe do realizacji miasta. zamierzano skrócić drogę robotnika do pracy. miasto-pomnik i miasto pracujące. jakimi dysponował pierwszy wiek komunizmu. Z purpury więdnących klonów. Na zewnątrz powstały tarasowe masywy mieszkalne poprzedzielane zgodnie z projektem parkami. i dzieci. Niektóre ze zwolnionych pomieszczeń Stolicy zajęty instytuty naukowe. w innych urządzono zimowe ogrody i parki — ulubione miejsca odpoczynku i staruszków. lip i dębów tryskał w górę łańcuch górski Pierścienia Wewnętrznego. Dniem opracowywał rysunki standardowych pomieszczeń mieszkalnych. dające mieszkańcom wszystkie wygody. ukryte w luksusowych niczym pałace tunelach. Zautomatyzo wano je do tego stopnia. bezludne wytwórnie zaczęto budować na pustyniach. Następnie przyszła kolej na fabryki. Zautomatyzowane. że miasta-giganty przeżyły się.. Ktoś odkrył album rysunków dawno już wówczas nieżyjącego Borysa Landa. Wewnątrz pierścieniowych gmachów rozmieszczono fabryki i magazyny oraz miejskie trasy komunikacyjne. że przy całych kilometrach linii produkcyjnych trudno było spotkać jednego człowieka. skoro całkowicie bezpiecznie mógł latać w powietrzu. Nikt nie chciał wlec się po szosie. Stało się oczywiste. między Aleją Wielkich Przodków a Aleją Zieloną rozpościerał się rozległy park. architekta projektującego domy mieszkalne. — Na razie jest to jeszcze wielka metropolia. Bory s był najwidoczniej jednym z tych. Budując zakłady produkcyjne wewnątrz gmachów mieszkalnych. I choć już wtedy było oczywiste. że idea koncentracji wielkiej liczby ludzi na niewielkiej powierzchni przeżyła się ostatecznie.

Kompletujemy obecnie informacje o naszej kulturze i osiągnięciach technicznych i tłumaczymy je na języki nowych przyjaciół. Należy wszak podnosić szanownych gwiezdnych pobratymców do poziomu kultury ludzkiej. Romero zdjął kapelusz i złożył mi ceremonialny ukłon. że Ziemia przejdzie w ten sposób na służbę całego Sojuszu Międzygwiezdnego. Spieszyłem się.. gdyż Wielka Flota Galaktyczna po opuszczeniu Plutona już skoncentrowała się w pobliżu Ory. bo obecnie bez nich nie można było nawet myśleć o wyprawianiu się w przestworza kosmiczne. po prostu chciałem pana poprzeć.. kiedy następował wieczór. a najwygodniej robić to właśnie w Stolicy.... Nie. Statki trzeba było wyposażyć w superdalekosiężne lokatory. bo stracimy najlepszą porę na posiłek. Zrobił wszystko. — A pan. Wstawałem o świcie i nie zdążyłem się nawet obejrzeć. Pawle? Również zamierza pan porzucić Stolicę jako miasto niepotrzebne? —Ja? Skąd ten pomysł. Znudziło mi się płynąć pod prąd. Po dokonanym przez pańską siostrę przewrocie socjalnym sytuacja zmieniła się również w tej dziedzinie. że poparł mój projekt przekształcenia Ziemi w galaktyczny generator fal przestrzennych. — Sądzę. szanowny przyjacielu? Urodziłem się w Stolicy i tu wyciągnę kopyta. Chodźmy na obiad. kiedy wszyscy dokoła poszaleli? — Spodziewałem się poważniejszej odpowiedzi.. Nie oczekiwał takiego pytania i nieco się zmieszał. Dlaczego pan to uczynił? Zdawał pan sobie oczywiście sprawę. Cała ta robota spadła na mnie. Wkrótce kawerny znikną. Dotychczas była to nauka dosyć oderwana. lecz pędziły.. aby w wolnych pomieszczeniach miasta zainstalowano doświadczalną stację fal przestrzennych. Dziś poproszę Wielką Radę. cała Ziemia się spieszyła. — Jeszcze jedno pytanie. najpiękniejszym z miast zbudowanych kiedykolwiek przez ludzi. Pawle. mimo moich przestróg. Skoro już wplątaliśmy się.. Pawle. że znajdziemy wspólny język także w pozostałych sprawach. — Dobre i to! — powiedziałem wesołym tonem. Pawle. aby nie rzec akademicka. Powiedział pan. dając w ten sposób do zrozumienia. to należy prowadzić ją na odpowiednią skalę!. aby jego milczenie było wymowne. Stolica nie umarła i jeszcze nie czas jej grzebać. 10 Dni nie biegły.. zajmuję się historią odkryć technicznych. i zaraz idziemy. że brak mu słów na wyrażenie swego uznania. — Cóż mogę odpowiedzieć? No. — Poważniejszej? Proszę bardzo! Do pańskiego projektu od razu przekonał mnie jego rozmach. że użyję tego archaicznego zwrotu.tylko wielkim miastem.. w taką wielką wojnę. Dlaczego ja jeden mam być rozsądny. Doglądałem projektowania gigantycznego nadajnika fal przestrzennych SFP-3 i kierowałem produkcją urządzeń . Jak panu zapewne wiadomo. Była pięknym. gdzie skoncentrowano całą naszą mądrość.

kiedy to oddalając się od Perseusza. Żaden gwiazdolot nie pomieściłby podobnie wielkiego urządzenia. których w Galaktyce dotychczas nie było. Hiady i Plejady znalazły się w strefie działania stacji. kiedy błyskawicznie działająca łączność scementuje wszystkie słońca Sojuszu Międzygwiezdnego w jedną całość. Sprawdzałem wraz z pomocnikami obliczenia całości i składałem najważniejsze podzespoły nadajnika. Właśnie taką potężną stację SFP-3 instalowaliśmy obecnie na Ziemi. Już niebawem miała nastąpić chwila. kiedy na Ziemię powróciła załoga „Pożeracza Przestrzeni". Do centrum Galaktyki. Olgę i jej towarzyszy witano znacznie uroczyściej . Mówię to na podstawie doświadczeń z naszej wyprawy. Podstawowe budynki i urządzenia stacji postanowiono umieścić na dawnej pustyni Saharze. ale powierzchni produkcyjnej zabrakło i z miasta trzeba było wysiedlić kilka instytutów oraz usunąć magazyny. Na Saharze budowano gmachy i montowano wielkie konstrukcje.pokładowych typu SFP-2. gdyż z trudem wykrywa obiekty leżące zaledwie o dwadzieścia lat świetlnych. Badania przeprowadzone na Ziemi wykazały. że jego zasięg jest zbyt mały. Nigdy jeszcze za mojej pamięci Stolica nie żyła w tak wytężonym tempie. Wielka Rada uznała instalację SFP-3 za najważniejszą budowę Sojuszu Międzygwiezdnego. nie dalej. która stała się jedynym wielkim przedsiębiorstwem na Ziemi. ale skupiska gwiezdne Perseusza. Zajmująca dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych SFP-3 miała według założeń działać w promieniu dziesięciu tysięcy lat świetlnych. Za pierwszym razem zdarzyło się to wtedy. Gwiazdoloty wyposażone w takie mechanizmy już nie traciły się nawzajem z oczu i nie lękały się napadu ze strefy niewidzialności. Wszystkie planety pracowały. z silniejszymi zaś stacjami mogły porozumiewać się na znacznie większe odległości. Generatory pokładowe różniły się znacznie od tego. bardzo szybko straciliśmy kontakt z Galaktami. a ja tymczasem pracowałem w doświadczalnej fabryce mieszczącej się wewnątrz Pierścienia Centralnego Stolicy. Natomiast model SFP-2 łatwo lokalizował ciała odległe o sto lat świetlnych. Pobierana przezeń energia — pięć miliardów albertów — wielokrotnie przewyższała wydajność urządzeń energetycznych działających na Ziemi. Męczące mnie do tej pory poczucie winy znikło. nie sięgaliśmy. aby umożliwić montaż i uruchomienie SFP3. Poza tym SFP-2 doskonale podtrzymywały dwustronną łączność telewizyjną w promieniu tych samych stu lat świetlnych. SFP-1 nadawała się jedynie do przeczesywania bliskiej przestrzeni w rejsach ze Słońca ku Syriuszowi lub gwiazdom Centaura. Mogła też nawiązywać łączność na dalekie dystanse jedynie z potężnymi nadajnikami fal przestrzennych. Wszystkie wolne pomieszczenia w Stolicy zostały oddane nowej wytwórni. który tak wielkie usługi oddał nam w skupiskach Perseusza. w rejon Strzelca i Wę-żownika. Pracę tę przerwałem tylko dwukrotnie.

pozostają poza zasięgiem meteorologów. przystanęli oni. Subtelne odcienie pogody. — To on mnie tu trzyma. Na zakręcie Alei o mało nie zderzyłem się z Mary i Romerem. a później będzie pogoda słoneczna i bezwietrzna". Oddalając się. Uśmiechnąłem się i wskazałem na mego pomocnika Alberta Byczachowa. ale nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć prognozy: „Tegorocznej jesieni jaskrawość czerwieni liści klonowych przekroczy średnią wieloletnią o 18 procent. „Jutro między 10 a 14 spadnie czterdzieści osiem milimetrów deszczu. a klangor żurawi nabierze szczególnej dźwięczności". kierował montażem urządzeń na Saharze. drogi przyjacielu? — zapytał Paweł. — Może pan iść — zezwolił łaskawie Romero salutując laseczką. — Bez ciebie jakoś nie wypada wyruszać na dalekie wyprawy. Nie puści mnie. — Dziękuję. a kiedy po chwili ochłonąłem i chciałem pójść dalej. usłyszałem jeszcze głos Mary. Chociaż Zarząd Osi Ziemskiej na wszelkie sposoby reklamuje swoją władzę nad klimatem i rzeczywiście potrafi zgodnie z uprzednio sporządzonym planem zapewnić dni słoneczne i słotne. Pokryte chmurami niebo nad samą głową. Przechodniów nie spotykałem. wiatr szumiał w gałęziach drzew i krzewów. mrozy i odwilże. ale się spieszę. Przepraszam. kiedy Wiera. zanim nie zakończymy swej pracy. dopóki nie zbadamy wszystkich zakątków Perseusza. cieniutkim głosikiem poświstywała trawa. który także przyjechał na kosmo-drom. Pożegnanie z przyjaciółmi wybiło mnie z rytmu pracy. wesoły. musiałem więc i ja poświęcić na nie przynajmniej dwa dni. a kiedy nadlatywał silny poryw wichru. które stanowią o jej uroku. zapragnąłem więc pospacerować opustoszałymi alejami Stolicy. — Wygląda pan nieźle. nie narzekam na zdrowie. powietrze będzie przejrzystsze o 24 procent. Lusin (oczywiście wraz z Trubem) i wielu innych moich kolegów odlatywało na Orę. Zresztą i wy nie wyruszycie w daleką drogę. W gruncie rzeczy zaledwie dajemy sobie radę z żywiołowymi siłami natury. — Zawsze był pan niesłychanie punktualny. Zatrzymałem się zaskoczony.niż mnie. a cóż dopiero mówić o kształtowaniu jej piękna! Przyroda swe piękno tworzy sama. . Drugą pauzę zrobiłem sobie. Wiero. — Jak się pan czuje. Ziemia była samotna i odświętna. a tego roku była wręcz piękna. to jego możliwości kończą się na przygotowaniu zjawisk atmosferycznych. Tego rodzaju komunikaty były na porządku dziennym. huraganowe wiatry i nieruchomą ciszę. białowłosy inżynier. 11 Jesień w Stolicy jest zawsze ładna. Obchody na ich cześć trwały cały tydzień. że wokół jest tak cudownie. — Mam nadzieję. że nie pozostaniesz na Ziemi zbyt długo? — powiedziała Wiera przy pożegnaniu. Szedłem Gwiezdną Aleją i cieszyłem się. Albert.

Miejmy nadzieję. że z Mary będzie szczęśliwszy niż z Wierą. Oddałem płaszcz robotowi i trafiłem pod natrysk radiacyjny wywołujący krótkotrwały dobry nastrój — naiwna gwarancja. Pawle? Odpowiedzi Romera już nie zrozumiałem. ale nie tak wygodne jak stary płaszcz. Iść do pracy nadal nie miałem ochoty. że już od dwóch przeszło stuleci nic się w nim nie zmieniło. i trochę jej żałując. Gdybym spotkał jej bohaterów na ulicy. Przechodząc obok kombinatu usługowego przypomniałem sobie. Paweł opuścił Ziemię jedynie na rok. że dowolny program się spodoba. Inny robot zapytał. że nie mam stałego miejsca i niech mi wobec tego wskaże jego zdaniem najodpowiedniejsze. Później usiadłem zmęczony na ławce i znów się poderwałem.. najstarszy z teatrów Stolicy. że pozbyłem się starej odzieży. Nie przeszedłem jeszcze stu kroków. lekki wiatr przeczesywał trawę. kiedy nagle zawróciłem i . a pozostały czas spędził w Stolicy. Do jednego z garniturów włożyłem swój adres. co mi może zaproponować na popołudnie. Przedstawienie tak mnie podnieciło. kiedy nas nimi zamęczano. Staroświeckością tchnęło na mnie już w westybulu.. Nowe okrycie było ładniejsze. klęski i radości niczym swoje własne. że od powrotu nie zmieniałem wierzchniej odzieży. Zaprowadził mnie do piątego fotela w trzynastym rzędzie i poprosił o wybranie indywidualnego mikroklimatu. że Romero zna Mary. płaszcz zaś włożyłem na siebie. Zdecydowałem się na stereoteatr. że Mary nazywa Romera Pawłem. Wyszedłem zadowolony. Wycieczek nie znoszę od czasów szkoły. Zamówiłem temperaturę osiemnastu stopni. Przenośnik podał mi trzydzieści modeli płaszczy. Zawsze czułem się nieprzytulnie w nowym ubraniu. które obiektywnie najbardziej mi odpowiada. pięćdziesięcioprocentową wilgotność.— Eli mógłby chyba wybrać się razem z nami na tę wycieczkę? Jak pan sądzi. Dawano jakąś sztukę z dwudziestego pierwszego wieku. lekki wietrzyk i zapach świeżo skoszonej łąki nagrzanej słońcem. a ja rozmyślałem o różnych wydarzeniach. Zapytałem Informację. Dewiza teatru brzmiała: „Przedstawienie zaczyna się tuż za drzwiami wejściowymi". Zdziwiłem się jednak. czy też takie. że znów nie mogłem myśleć o pracy. w swoim indywidualnie klimatyzowanym fotelu. przeżywałem obce cierpienia. Ale tu. Szumiały lipy i dęby. Powiedziałem. siostra jest już daleko stąd i nie ma sensu jej martwić. garniturów i nakryć głowy mojego rozmiaru. Nie ma nic dziwnego w fakcie. Czy warto mówić o tym Wierze? Lepiej nie. Długo spacerowałem Aleją Gwiezdną. pełną naiwnej romantyki i nieznośnego patosu. W kombinacie było równie pusto jak na ulicach. dumny ze swej staroświeckości i z tego. wyśmiałbym ich pewnie za sztuczność i nieumiarkowanie w okazywaniu uczuć. aby wysłano mi go do domu. która już się nieco zniszczyła i stała się niemodna. czy wolę stałe miejsce.

Jak by to powiedzieć. — Chętnie. Posiedziałem trochę. czego potrzebuję. swych gwiezdnych przyjaciół. co panu nie odpowiada. aby pan mi towarzyszył. Podobnie jak pański przyjaciel Romero jestem przywiązana do Ziemi. Wspaniała odzież. — Rozumiem. ale nie mogłem sobie znaleźć miejsca. a tu do orientacji wystarczy Opiekunka. — Oczekiwałam wywołania znacznie wcześniej. — Przypisuje pan innym swoje pragnienia — zaoponowała. — Wszystko się podoba. Paweł ręczy za autentyczność obrzędów. czego sobie życzę. Czekam! — powiedziała i znikła. Wątpię. Wszystko będzie tak jak w starożytności. — Ma pan tam. Zgoda? — Naturalnie. — Przy takiej wspólnocie zainteresowań ziemskich pani jest chyba bliższa Pawłowi niż ja — odparłem sucho. — A ponieważ nie ciekawi pani uruchomienie łączności galaktycznej. To niezdrowa tendencja. aby mogło mnie tam cokolwiek zaciekawić.wszedłem do kombinatu. Powinno to panią zainteresować. — Życzę sobie.. Ze swojej strony zapraszam panią i Pawła na próbne uruchomienie stacji dalekiej łączności kosmicznej. W ciągu ostatniego roku zapotrzebowanie na nowości spadło o czternaście procent. a później po chwili wahania poprosiłem Opiekunkę. — Ma pan wiele zimnej krwi — powiedziała. dziękuję. które szeleściły mi pod nogami. .. — Witam panią — odparłem. — Nie rozumiem. aby połączyła mnie z Mary Glann. Dyżurny automat spytał. Ale przyzwyczaiłem się do starego płaszcza. Nie potrzebowałem niczego konkretnego. to wykonamy indywidualne zamówienie. Pański przyjaciel Romero zamierza je uczcić ucztą przy ognisku.. a przywiązanie do starych rzeczy wzrosło o dwadzieścia jeden procent. Nowe okrycie również pan zabierze ze sobą? Może wysłać do domu? — Nie. — Nie podobają się panu nasze wyroby? — obojętnym głosem zapytała maszyna. zżyłem się z nim. jeśli pani sobie tego życzy. Wiatr nadal kołysał konarami drzew i strącał żółte liście. o czym pani mówi? —• No więc tak: zbliża się Święto Pierwszego Śniegu. a ja tam nikogo znajomego nie mam. zdaje się. abyście mi zwrócili stary płaszcz.. jeżeli jeszcze nie został pocięty na szmaty. Siedziała z podkurczonymi nogami na kanapie i patrzyła na mnie ironicznym wzrokiem. Chcę. Włożyłem odzyskany płaszcz i uciekłem. — Proszę powiedzieć. Nie. Mary ukazała się natychmiast po wywołaniu. — Zbieramy się przy Krowie. jeszcze jest na taśmie. Usiadłem na ławeczce i zapytałem samego siebie. Będziemy ją zwalczać przez powszechne polepszenie jakości.

mieli zbyt wiele zajęcia z uruchomieniem stacji superdalekosiężnej łączności kosmicznej. który nie wiadomo dlaczego zawsze mnie rozczula: „Swojej karmicielce — wdzięczna ludzkość". ale człowiek nie zapomina o swej przeszłości. W tym roku wszyscy byli przekonani. Poza uroczyście obchodzonymi rocznicami wielkich dat wyzwolenia ludzkości od niesprawiedliwości społecznej na Ziemi obchodzi się święta związane ze zjawiskami natury: Przesilenie Zimowe. Wielka Burza Letnia. jedynie wysokie piramidalne dęby nie chciały rozstać się z porudziałym listowiem. Z niskiego cokołu wykonanego z czerwonej granitowej bryły wpatrywał się we mnie wypukłymi oczyma posąg rogatej krowy. W chmurach było piekielnie zimno. że trzeba się ciepło ubrać. a na Kamczatce przesiadłem się do awionetki. Kasztanowce i klony stały obnażone. To miejsce przed Panteonem jest ulubionym miejscem spotkań. Nikt już od dawna nie pije krowiego mleka. widząc rozmach przygotowań. . Ochłodziło się i na kałużach zaczęły się tworzyć skorupki lodu. Moim zdaniem jest to całkowicie słuszne. Albert już siedział na jego stopniach i coś liczył. — Nasi przyjaciele spóźniają się — powiedział do mnie i znów pogrążył się w obliczeniach. Z ciekawości poleciałem tam rakietą dalekiego zasięgu. wystosował wielki protest: Ludzkość nie ma obecnie czasu na świętowanie poza najwyżej kilkoma wesołkami. Po takiej odpowiedzi Albert zapomniał o protestach i nawet włączył do swego harmonogramu kilka godzin poświęconych na obchody święta. Poza tym potowa ludności planety wyjechała na budowy kosmiczne. Zaprosiłem Alberta na Święto Pierwszego Śniegu za zgodą Mary i Romera. które później rosną i zamieniają się w gotowe śnieżynki.12 Było to ostatnie wielkie święto roku. Nad kamienną czerwono-czarną krową niespiesznie przesuwały się chmury. Pierwszy Śnieg. a ci. że chmury śniegowe składają się z drobniutkich kryształków lodu. czy to nie rozrzutność? Na to Wielki odpowiedział: „Każdy człowiek ma prawo do tego. Wielka Odwilż. Nawet gdyby na Ziemi pozostał jeden człowiek chętny do zabawy. wszystkie ustalone święta zorganizuje się dla tego jednego. Usiadłem obok niego. a całe zasoby Ziemi oddano na budowę SFP-3. zwykłe jeszcze. Opiekunka uprzedziła mnie. Gdy zjawiłem się przy pomniku Krowy. którzy pozostali. Przesilenie Letnie. nie świąteczne. Uroczystość wymagała zbyt wiele energii. Po raz chyba tysięczny przeczytałem napis. Nie wiedziałem przedtem. Ale Zarząd Osi Ziemskiej wykonał swoje zobowiązanie co do joty. że Pierwszy Śnieg się nie uda. Albert. ale zlekceważyłem jej radę. czego później żałowałem. Chmury śniegowe jak zwykle przygotowano zawczasu nad północnym akwenem Oceanu Spokojnego. do czego ma prawo cała ludzkość".

Opiekunka przekazała każdemu uroczyste bicie zegara. podnieśliśmy na sygnał Romera kielichy do góry. Eli. Skrzywiłem się i powiedziałem półgłosem do siedzącej w pobliżu Mary: . czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Korki skamieniały i zassały się w szyjkach tak. Sprawdzimy. — Zaczynajmy! — powiedział Romero. choć i one nie liczą sobie pięciuset lat. metalowe noże i widelce. Przysłuchując mu się w milczeniu. że pokarm nie pochodzi z muzeum? Nie miałbym ochoty jeść kotletów przygotowanych pięćset lat temu! — Proszę się nie obawiać.. zrobiłbym to na pewno. że zrobi to Paweł i okazało się. iż miałem rację. Polecieliśmy na północ. Ja wraz z Albertem zbierałem chrust. Przodkowie uważali. Wino wydzielało silny aromat na poły przyjemny. zaraz ją sprowadzę. Niepraktyczny zwykle Romero energicznie komenderował uczestnikami wycieczki. Pawła ciągle nie było. — Gdzie pan zdobył takie starocie. czyli za cztery godziny. kryształowe kieliszki i obrusy z dziwnej tkaniny. Tak mnie zmroziła swoim zachowaniem. powiedziała gniewnie: — Nie spełnia pan obietnic. — Śnieg zacznie padać o szesnastej. Wypiliśmy wino. na poły odpychający. Za kwadrans czwarta Romero rozdał kieliszki i zaczął otwierać butelki. — W muzeum. czy mieli rację... Paweł pomachał nam ręką. tym lepsze. a kobiety rozpakowywały zawiniątka i wydobywały z nich niezwykłe nakrycia — porcelanowe talerze.. Zuży-jemy ten czas na rozpalenie ogniska i przygotowanie posiłku. — Mam nadzieję. które jeszcze wczoraj biegało po muzealnym parku!. — Mary jeszcze nie ma? To nic. Jeśli się przyjęło zaproszenie.Na placu wylądowała awionetka Romera. Tymczasem wylądowało jeszcze kilka awionetek z przyjaciółmi Romera. Mary. Nie mogę powiedzieć. Pawle? — zapytałem. która tworzyła w tym miejscu zarośnięty drzewami półwysep. inni mężczyźni oczyszczali miejsce pod ognisko. że zaczynałem się już zastanawiać. Romero kierował się ku łukowi rzeki. Dziś wielu z was prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu skosztuje jadła i napojów. aby mi smakowało. nie patrząc na mnie. że wino im starsze. — Zima idzie. Było cierpkie i paliło w ustach niczym kwas. przyjaciele! Za dobrą zimę! Zaczął padać gęsty śnieg. Gdyby nie Albert. których nie sporządziły automaty. Wreszcie ukazała się jego awionetka poprzedzająca pojazd Mary. — Sądziłem. że trzeba je było po prostu utrącać. Wylądowaliśmy na polance. należałoby wstąpić po mnie. Poza tym poczęstuję was szaszłykiem z prawdziwego jagnięcia. Kabina pojazdu była zastawiona pakunkami i zawiniątkami. Z muzeum pochodzą jedynie wina.

. musi pan zażyć jakieś lekarstwo. że mi jest nudno — zaoponowałem z niezwykłym podnieceniem w głosie. no — szarpnąłem się. — Osobiście wolałbym pojedynek na anihilatory. Godzę się na każdy wariant — szpady. — No. — Przyszła mi natomiast do głowy inna myśl. — Do diabła z lekarstwem! Idziemy do domu! Siadaj do awionetki! Podskoczył do nas uradowany Albert. — Teraz możemy się nie krępować — powiedziałem. pijane twarze mężczyzn i kobiet.. Przeraziłem się. czy nie żartuje. — Lećcie do domu. — Źle się pan czuje? — zapytał z niepokojem Albert. — No. — Czekamy na pana! — krzyknęła Mary i odleciała. Popatrzyłem uważnie w jego rozwścieczoną twarz. — zaczął Romero. Broń wypożyczymy z muzeum. Obudził mnie śpiew siedzących przy ognisku ludzi. — Czyżby tak źle na pana podziałało wino? Eli. — Nie jestem takim miłośnikiem starożytności jak pan — odparłem. — Ale moim zdaniem później będzie jeszcze nudniej. co nasi przodkowie jedli. Ja także milczałem. rozterkę. Chwycił mnie za ramię i potrząsnął tak. — Ja przeżywam. — Wcale nie mówiłem.. starając się zorientować. ale stałem między nim a awionetkami. posiedźmy jeszcze trochę — zgodził się Albert. Mnie również znudziły się te smętne barbarzyńskie obrządki. Chwyciłem Mary za rękę i krzyknąłem: — Wstawaj! Idziemy stąd! — Co się z panem dzieje? — zapytała z przestrachem. a ja tu trochę jeszcze zostanę... — Obróciłem się ku Mary i Albertowi.— Nie wiem. zamilkł więc wpatrując się w moją twarz. Popatrzyłem na tępe. pistolety.. — To się kiedyś nazywało podrywaniem dziewczyn kolegom! A mnie... Eli?. karabiny.. Zdrzemnąłem się. ale pili paskudztwo! Mary pracowicie żująca kawałeczek szaszłyka. — Nie pozwolę!. — Jaki wniosek zamierza pan wyciągnąć z dzisiejszego wydarzenia.. kiedy i awionetka Alberta zniknęła w padającym śniegu. konkurenci sami rozstrzygali swój spór. Mam do pogadania z mym starym przyjacielem Pawłem. nagle ze wstrętem wypluła go na ziemię: — Jedzenie też jest obrzydliwe! Siedziałem patrząc w milczeniu na ogień. pańskim zdaniem nie należy pytać o zdanie? — Nie należy — odparłem.. — Chodźmy lepiej do domu.. gdzie dognał nas ciężko dyszący Paweł. Pawle? — Był kiedyś dobry zwyczaj — odparł Romero — że kiedy między dwoma mężczyznami stanęła kobieta. Był nieprzytomny z gniewu... Pojmuje pan. nareszcie zdecydowaliście się! Zuchy! Popędziliśmy do awionetek. — Uważaj! — To tak! — syczał Romero. — W porządku.. . że ledwie utrzymałem się na nogach..

13 Rankiem obudził mnie Albert. — A teraz muszę wracać do gości. Najwidoczniej upiłem się. Popatrzyłem za nim. nacierając na niego ciałem. a pan nie pozwala mi wrócić do domu. — No to co? — Przecenia pan moją wytrzymałość nerwową. — W naszych czasach serca kobiety nie zdobywa się pięściami.. jak daleko mogę się posunąć. przyjacielu — warknął Romero.. gołymi rękami też walczono. na statku.. na Plutona codziennie startują trzy ekspresy. jak mnie z zimną krwią wygnała? Pańskim zdaniem to można znieść?. — Jak samopoczucie po wczorajszej wyprawie? Mary i ja czujemy się doskonale. zdążysz jeszcze na nocny.-nalega. że czekają na mnie goście. — Z Wierą nic nas nie łą czy. Ja chcę spać. starając się dociec.. Wreszcie odezwał się: — No cóż. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem neandertalskich metod. ale wszystko widziałem.. — Zastanowię się — odpowiedział. — Czy nie czas porozmawiać jak przyjaciel z przyjacielem? Dlaczego jesteś tutaj. że tam jest Wiera. — Mogę więc panu powiedzieć. Pawle. jak bardzo pokłóciliśmy się jeszcze wtedy. Ale czy nie przyszło ci. taki zdobywca serc. Ale moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu! — Ma pan rację. Szedł szybko i lekko. — Widziałem waszą kłótnię. — Stój! — powiedziałem wściekłym głosem. Gdyby pan wiedział. — Ma pan oczywiście większe doświadczenie. bo tak samo jak i pan po raz pierwszy spróbowałem starego wina. do głowy. — A więc widział pan. — Zdaje się zapomniał pan. — To pari. Proszę się wreszcie obudzić! .. Odwracając się stracił równowagę. — Głupcze! Po pańskim wyjściu Wiera płakała jak szalona. mężny rycerzu.— Krótko mówiąc odmawia pan z tchórzostwa! — rzucił mi wyniosłym tonem.. Jego uśmiechnięta twarz promieniała w wideokolumnie. — Proszę się ocknąć! — krzyczał mój pomocnik.. Poza tym zapomniałem. Życzę dobrych snów. mój drogi przyjacielu — odparł Romero dawnym ironicznym tonem. ale jeśli pan nalega.. że nikt jeszcze nie zdobył serca kobiety tchórzostwem.. a nie na Orze? — Dziwne pytanie — odparł wzruszając ramionami.. włączyłem się przypadkowo. Podtrzymałem go.. że mogę złapać za klapy i wybić szanowną osobą dziuplę w jednym z tych dębów? Teraz on wpatrywał się w moją twarz. Dumnym gestem odsunął moją rękę. — Nie — powiedziałem. jakby wcale nie był pijany. — Tak? — spytałem. Dziewczyna pozdrawia pana.

Z naszej strony miała pracować SFP-3. . Gdyby nasze wysiłki doprowadziły jedynie do sterowanej emisji takich ogromnych strumieni energii. że się myliłem — odparłem. Widzieliśmy na razie nasze impulsy odbite od powierzchni sztucznej planety. szybko zwiększając się w mgiełce stereoprzestrzeni odbiorczej. Później przyszła Mary i z uśmiechem uścisnęła mi rękę. — Na połowie drogi do Ory. Szybko ubrałem się i poleciałem na dworzec aero-busów kursujących na Saharę. — Fala w przestrzeni — powiedział Albert punktualnie o dwunastej. cieszę się. to i tak byłby to wielki sukces. Później włączył się jej własny nadajnik. Przed nami ciemniała obszerna skrzynia podobna do głębokiej sceny teatralnej — sześcian odbiorczy stacji. Gości było niewielu. a wśród nich Wierę. Stację miał uruchomić Albert. abym w czasie prób zademonstrował okolice. Allana i Marcina Spychalskiego. Zresztą już je zaprosiłem. Ora leciała ku nam. że w przestrzeń kosmiczną pomknął strumień energii o nie znanej dotąd mocy i koncentracji. a wśród nich Żanna. — Gwiazdolot w wiązce — zameldował po kilku minutach automat. że jest w drodze na Plutona. Zaprowadziłem ją do sali i usiadłem obok niej. Spychalski odchrząknął i powiedział uroczystym tonem: — Rozpoczynamy pierwszy seans dalekosiężnej łączności galaktycznej. Obiecałem jej to. który zasiadł w specjalnej kabinie zainstalowanej w sali poza naszymi plecami. ciemny punkcik. — Co pan zrobił z Romerem. że zaraz po zakończeniu święta Paweł odleciał na Orę? — Martwi to panią? — Czy wyglądam na zmartwioną? Pan zdaje się myślał. że jestem w nim zadurzona? — No cóż. który po chwili zniknął. Prosiła mnie. w których toczyły się starcia ze Zływrogami. Ujrzeliśmy Salę Gwiezdną wypełnioną tłumem ludzi. — A nasz wczorajszy gospodarz Romero? — Myślę. zdolny w innej postaci rozpylić bez śladu dowolne ciało niebieskie. Wszystko odbyło się bez żadnych efektów zewnętrznych: Ziemia nie zatrzęsła się i nawet fotele nie drgnęły. Kogo z pańskich przyjaciół zaprosić? — Żannę i Mary. W sześcianie odbiorczym płynął samotny.— Co się stało? — zapytałem zrywając się na równe nogi. że dziś uruchamiamy łączność z Ora? Jestem już na Saharze. Meldujemy: znaleźliśmy się w waszej wiązce. Olgę. Wszystko było już przygotowane do uruchomienia łączności. Eli? Wie pan. — W wiązce Ora! — krzyknął Albert wyprzedzając automat. na Orze zaś wysłana tam uprzednio SFP-2. — Skąd taki pośpiech? — Czyżby pan zapomniał. Ale każdy z nas wiedział.

— Już niedługo. — Niestety na więcej nie starcza nam energii!" A później ukazała się Fiola. — Witaj. —Widzę cię na dalekiej Ziemi. że na pewno przyjadę. że byłeś chory. Kiedy Fiola wyłączyła się.Odpowiedziałem w imieniu wszystkich znajdujących się na saharyjskiej stacji i wszystkich. Roześmiałem się głośno. Gdzie zogniskować obraz? Spojrzałem nań ze zdziwieniem i powiedziałem spokojnie: — Nie mam żadnych tajemnic. proszę przekazać swojej wężycy ukłony od ziemskich dziewcząt. aby przyspieszyć syntezę materii dla nowych planet i polepszyć komunikację w naszym rejonie. ale wygląd ma niezbyt ludzki. i pobliskimi gwiazdami. Potem zwróciła się do mnie: — Na ciebie też czekamy. że przełącza kanał na Wegę. — Kończymy przygotowania do wyprawy — powiedziała siostra. — Już niedługo — odparłem. ale wtedy w przestrzeni odbiorczej pojawiła się Wiera. Meldujemy Wielkiej Radzie. . bracie. którzy nas w owej chwili słuchali i oglądali na Ziemi: — Ziemia gorąco wita was i pozdrawia! Spychalski zameldował. „Tylko trzy minuty — uprzedził. — Fiolo! — krzyknąłem zachwycony i wyciągnąłem ku niej ręce. jak daleko sięgają fale naszego urządzenia. że urządzenie SFP-2 zostało już wcześniej wypróbowane i w łączności ze statkami w locie. Później przeszedł do spraw bieżących: — Potrzebujemy jeszcze co najmniej ze dwadzieścia Gwiezdnych Pługów. Mary powiedziała zimnym tonem: — Pańska przyjaciółka jest bezsprzecznie malownicza. Zamierzała powiedzieć coś bardzo złośliwego. Jak się czujesz? — Cudownie! — zawołałem. Stała wraz z przyjaciółmi w mrocznym parku. W wideokolumnie zobaczyłem inżyniera z Ory. Tamtejsza stacja zgłasza pilną rozmowę z panem. przyjedź do mnie! Trzy minuty dobiegały końca i zdążyłem tylko krzyknąć. Chciałabym cię zobaczyć. Eli! — śpiewała dziewczyna. proszę więc zogniskować w zwykłą wideokolumnę. który pozdrowił mnie i zakomunikował. Mary popatrzyła na mnie z oburzeniem. do którego nawet w południe nie przenikał promyk światła. Albert nieoczekiwanie zwrócił się do mnie: — Uruchomiliśmy jeszcze jeden kanał łączności z Ora. choć wiem. Kiedy pan będzie na Wędzę. Wyglądasz wspaniale. — A ty? — Też wspaniale. że Flota Galaktyczna czeka na rozkaz startu w kierunku Perseusza. Pierwsza łączność była z konieczności krótka i nieco odświętna. — Już prawie na wszystkich statkach zainstalowano lokatory fal przestrzennych. Albert wyłączył Orę. Teraz trzeba było sprawdzić.

Plejady były puste.. Za chwilę miało się okazać. nie odpowiadały. przez okrągły rok oglądałem go codziennie w sterówce gwiazdolotu mknącego ku Perseuszowi. ale byty to . czy też nasze wysiłki zakończyły się fiaskiem. Później w stereoprzestrzeni rozbłysło najpiękniejsze skupisko gwiezdne naszej Galaktyki.— Kieruję wiązkę na Hiady — powiedział Albert. Centrum skupiska. Wspaniała gromada gwiezdna była pusta. Znałem ten obraz. Czekajcie na nas!" — Nadaję apel na drugim kanale — zameldował Albert. Byliśmy teraz gdzieś w okolicy Groźnej. Niesiemy pokój i dobrobyt wszystkiemu co rozumne i sprawiedliwe.. Ziemia wysyłała swoje potężne promienie na odległość pięciu tysięcy lat świetlnych. Później Albert przesunął wiązkę i zwiększył moc nadajnika. czy obliczenia były prawidłowe. — Spróbujmy teraz dotrzeć do Perseusza — poprosiłem Alberta. Krążowniki wroga szły nie zmienionym kursem i nic nie wskazywało na to. a druga z siedmiu krążowników. — Idą równoległymi kursami z szybkością nie przekraczającą stu jednostek świetlnych.. Kilka minut przeszło w milczącym oczekiwaniu. — To zdarzyło się tam — zwróciłem się do Żanny. Zobaczyliśmy punkciki wolno przesuwające się w mglistym wnętrzu stereoprzestrzeni odbiorczej. wszystkie jego gwiazdy milczały. Nastąpiła decydująca próba urządzenia. gdzie rozegrała się bitwa naszej eskadry z flotyllą gwiezdną wroga. aby nie stracić z oczu planet majaczących w stereoprzestrzeni. przedyskutowany i zaaprobowany przez całą ludzkość. Niebianie. nie wykazywało najmniejszych przejawów życia. Skupisko olbrzymiało. Pierwsza grupa składała się z pięciu. Ukazywały się nam kolejno układy planetarne gromady gwiezdnej. By} to krótki apel. że odebrały transmisję. gdyż mnie samego ogarnęło silne wzruszenie. odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych. — Trzeci kanał włączyłem na odbiór wszystkich zakresów fal przestrzennych. Żanna cicho płakała nie wycierając płynących łez. W stereoprzestrzeni odbiorczej zapłonęły gwiazdy w Plejadach. Odbiorniki rejestrowały zmiany gęstości przestrzeni. gwiazdy rozbiegały się na boki — wiązka fal przestrzennych znalazła się w centrum gwiazdozbioru. W przestrzeni nie było ani jednego statku. — W obszarze nadświetlnym dwie flotylle gwiazdolotów — zameldował beznamiętnym głosem automat. Słuchajcie nas. Dokąd zmierzały? Ku zablokowanym planetom Galaktów? A może po prostu patrolowały należącą do nich przestrzeń kosmiczną? — Proszę nadać wiadomość — poleciłem Albertowi. Mimochodem zobaczyliśmy też cztery nasze statki znajdujące się w tym rejonie przestrzeni kosmicznej.. Nie pocieszałem jej. Oba skupiska Perseusza. pierwsze posłanie człowieka skierowane do całego Wszechświata: „Mówią ludzie.

czy uda mi się w najbliższym czasie odwiedzić Wegę. kiedy pojawił się Perseusz — odezwała się Żanna. Wyciągnąłem ręce ku Żannie i objąłem ją. — Nie lubię głupich żartów! — powiedziała z oburzeniem. Opiekunka znalazła ją na jednym z miejskich bulwarów. — Wieczorem będzie za późno.. . — zaczęła. — Bardzo cieszy. — Próbowała pani uciec — powiedziałem — ale znalazłem panią i chcę.. kiedy nieoczekiwanie zaświeciłem się przed nią. Mary.. Potem rzuciła niechętnie: — Dobrze. Spojrzała mi zaskoczona w oczy. Eli? — Wręcz przeciwnie — odparłem wesoło. Mary nie było. co było można dostrzec nawet w wideokolumnie. Odwróciłem się do Mary. — Twoja znajoma wyszła. Życzę powodzenia. Chciałam ci powiedzieć. gniewna i zapłakana. — Kiedy dotrze pan na Wegę. Muszę panią zobaczyć. Później zwróciłem się do Alberta: — A więc rozruch mamy za sobą. Na kosmodromie zjawiliśmy się jednocześnie. że nasz apel dotrze do niego i Andre zrozumie. gdzie zniknął Andre i okolice.. Zgodnie z decyzją Wielkiej Rady jestem od tej chwili wolny. Mary. Milczenie kosmosu nie miało znacze nia. Odlatuję dziś na Orę.tylko zwykłe szumy galaktyczne. ale tak byłeś zaabsorbowany tymi okrętami. — Widziałaś miejsce. bo nie miałem wątpliwości. Albercie. proszę przekazać.. Do startu wieczornego ekspresu na Plutona miałem trzy godziny. Mary szła do domu. Zrozumiała... Drgnęła. Martwi cię jej ucieczka. Mary nie podała mi ręki i najwidoczniej zamierzała na pożegnanie powiedzieć mi kilka złośliwości. ale przerwałem jej: — Nie wiem.. Rzeczy były już wcześniej zapakowane i oczekiwały mnie na kosmodromie. żeby pani niezwłocznie przyleciała do mnie... — Cichutko wstała i wyszła. już przygotowani. Wywołałem Mary. — Wobec tego wzywam awionetkę. że nie żartuję. — Żałuję bardzo. że wkrótce przemówi. idziemy go wyzwalać! Żanna wycierała zaczerwienione oczy. Chcę. wieczorem. Mieszkańcy gwiazd muszą mieć czas na zastanowienie się nad naszym posłaniem! — Przełączam lokatory. 14 Teraz pozostało niewiele do zrobienia. — Nie jest wykluczone. iż my. gdzie jest dziś więziony — powiedziałem. Lecimy do Perseusza. Uśmiechnąłem się. nadajniki i odbiorniki na zapis automatyczny — powiedział Albert i zapalił światło w sali. Jeśli będę miała ochotę na spotkanie z panem. aby pani leciała razem ze mną. że zgodziłam się odprowadzić pana!. Patrzyła w bok. widziałem to po jej oczach.

. martwić się czy pani przypadkiem nie zakochała się w kimś lub nie zachorowała? Będę znacznie spokojniejszy. obiecuję. Mary. mając panią obok siebie. Dotychczas myślał pan przeważnie o sobie.Zatrzymałem ją.. Przerwałem jej wesoło: — Naszą. tę pańską piękną wężycę. — Wygląda na to. że serdecznie się z Fiola zaprzyjaźnicie. co jest dla mnie dobre. Poza tym mężczyźni są większymi egoistami od kobiet. Ruszyła w kierunku statku i zatrzymała się. — To dlatego.. . Pozostało kilka minut do odlotu. naszą... a co złe. Mary. — To bardzo dziwny egoizm. spełniać kaprysy. Jestem zbyt wielkim egoistą. — Postanowił pan wyrzec się swego męskiego egoizmu? — Nie. — Dziwię się — powiedziała wolno. Chodźmy. Popatrzyła na mnie z wahaniem.. Bardzo proszę.. Eli. Eli. Co panią trzyma na Ziemi? A ze mną będzie pani dobrze.. W jej oczach znów pojawiły się łzy. mówić. — Nic w tym dziwnego. aby przegapić własne szczęście. Ale teraz wszystko się zmieni. Jestem przekonany. że pan zaczął się zastanawiać nad tym. co niezbędne do dalekiej podróży. że do tej pory częściej przebywałem z samym sobą niż z innymi.. wysłuchiwać złośliwości!. — Wcale nie żartuję.. Pozostawić panią na Ziemi i później nie zaznać chwili spokoju. Na Plutonie można zaopatrzyć się we wszystko. pragnę go zaspokoić. Mary.. — Ale uprzedzam.. tak przynajmniej utrzymywali przodkowie. Móc do woli patrzeć w oczy.