You are on page 1of 116

I

S
S
N

1
6
4
1
-
1
0
2
1
i
n
d
e
x

3
6
1
5
6
9
E
u
r
o
p
a

4
,
5

E
U
R

U
S
A

5

U
S
D
9
7
7
1
6
4
1
1
0
2
0
8
8
1
2
Nr 6(44)/2008 - dwumiesiǗcznik - www.obywateI.org.pI - cena 8 zI (w tym 0%VA7)
Film DVD
i 16 stron
GRATIS!
kAPI7ALIƴCI SƋ 1Ak kOMUNIƴCI
IA8RYkI 8£7 S7£IÓW
PRAWI£ SPRAWI£DLIWOƴƍ
kAPI7ALIƴCI SƋ 1Ak kOMUNIƴCI
IA8RYkI 8£7 S7£IÓW
PRAWI£ SPRAWI£DLIWOƴƍ
MI ESI ĘCZNI K POŚWI ĘCONY ŻYCI U CHRZEŚCI JAŃSKI EMU
PRENUMERATA KRAJOWA

półroczna 66 zł (1 egz. 11 zł)
roczna 120 zł (1 egz. 10 zł)
Wpłaty na konto lub przekazem pocztowym
PKO BP SA II O. Poznań
08 1020 4027 0000 1902 0373 2211
Wszelkie informacje o prenumeracie:
Bogumiła Wójcik
tel. 061 850 47 11
prenumerata@wdrodze.pl
Zamówienia przyjmuje dział sprzedaży:
tel. 061 852 39 62, 061 850 47 11
faks 061 850 17 82
sprzedaz@wdrodze.pl
PORONIENIE
– ZROZUMIEm RODZICÓW PO STRACIE
prof. Bogdan Chazan, Emilia, Katarzyna Kolska,
Marcin Mogielski OP, Monika Nagórko, Edyta Wyka
TEOLOGIA TO SPORT EKSTREMALNY
rozmowa z ks. Grzegorzem Strzelczykiem
DZIEJE ABRAHAMA WYRWIKUFLA
Jan Grzegorczyk
ZERWANIE ZAKAZANEGO OWOCU
Jacek Salij OP
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
11 (423) 2008 11
08
Powiesc pelna zagadek,
do ostatniej strony trzymajçca w napiçciu,
a zarazem pelna ciepla, humoru
i zyciowej mçdrosci.
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
OKL_2008_11.indd 1 2008-10-16 15:20:00
DO CZEGO S’U¿Y BISKUP?
bp. Edward Dajczak, ks. Andrzej Draguïa,
Sebastian Duda, Szymon Hoïownia,
Joanna Petry Mroczkowska, ks. Richard Neuhaus,
Elĝbieta Wiater, Michaï Zioïo OCSO
SAMBA DUCHA ¥WI}TEGO
Antonello Cadeddu, Janusz Chwast OP,
Enrique Porcu
EUCHARYSTIA W ¿YCIU KAP’ANA
Wilfrid Stinissen OCD
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
10 (422) 2008 10
08
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
METODY NATURALNE
– TYLKO DLA OR’ÓW?
Bogna Biaïecka, Ksawery Knotz OFMCap,
Robert Plich OP, Maïgorzata Waïejko
CZ’OWIEK REALIZUJE SI} W CIELE
niepublikowana rozmowa
z Wïodzimierzem Fijaïkowskim
FANTASTYKA DOBRA I Z’A
Verlyn Flieger, Aleksandra Kuěma, Szczepan Twardoch
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
9 (421) 2008 9
08
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
OKL_2008_09.indd 1 2008-08-14 18:52:11
G
dy porównać pierwszy numer „Obywatela” z tym, który właśnie trzymacie w rękach, moż-
na odnieść wrażenie, że są to dwa różne czasopisma. Nie chodzi jedynie o przepaść pod
względem jakości wydania, ale także o stosowanie innych kategorii opisu rzeczywistości
oraz odmienny zestaw tematów, którym poświęcano najwięcej uwagi. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć
się kilku losowo wybranym „Obywatelom” wydanym przez nas na przestrzeni 8 lat, widać nie tylko
zmiany, ale przede wszystkim – ciągłość. Choć w niektórych kwestiach dochodzimy obecnie do nie-
co innych wniosków niż wcześniej, w naszych poszukiwaniach cały czas kluczowe są te same ideały.
„Obywatel” po prostu cały czas dojrzewa, z każdym rokiem przemyśleń jego redaktorów, współpra-
cowników i czytelników. Dziś czujemy, że czas zrobić kolejny krok.
Pod koniec marca 2009 r. oddamy w Wasze ręce pierwszy numer nowego „Obywatela”.
Chcemy, aby to czasopismo – kwartalnik o objętości ok. 160 stron – zachowało wszystkie cenione
przez Was cechy dotychczasowej formuły „Obywatela”, a jednocześnie znaleźli w nim coś dla sie-
bie ci, którzy poszukują dodatkowych inspiracji do działań oraz intelektualnych wyzwań. Chcemy,
żeby pismo zachowało swój niedogmatyczny charakter, ale jednocześnie zamierzamy mocniej ak-
centować wartości, które są nam najbliższe oraz które uważamy za kluczowe w sporach o kształt
otaczającej nas rzeczywistości.
Te wartości to synteza egalitaryzmu, samoorganizacji społecznej, radykalnych reform, pa-
triotyzmu, szacunku dla dobra wspólnego i wartościowych elementów tradycji, rozsądnie pojęte-
go romantyzmu, ale i żmudnej, nieefektownej „pracy organicznej”. Nadal uważamy, że tradycyjne
podziały, jak ten na lewicę i prawicę, bywają nieadekwatne w obliczu współczesnych wyzwań,
którym niejednokrotnie da się stawić czoła jedynie dzięki sojuszom różnych sił prospołecznych.
Jednocześnie nie możemy zgodzić się na to, by ideały, których najpiękniejszym wcieleniem była
przedwojenna zaangażowana inteligencja (jak Stefan Żeromski czy Edward Abramowski, by przy-
wołać tylko dwa nazwiska) czy pierwsza „Solidarność”, zostały zapomniane, a ich namiastką stała się
karierowiczowska i konformistyczna błazenada w wykonaniu „Krytyki Politycznej” i innych „wrażli-
wych społecznie” przyjaciół oligarchii rządzącej Polską.
Dlatego chcemy, aby „Obywatel” w mniejszym stopniu niż dotychczas był klubem dyskusyj-
nym, w większym natomiast – forum dyskusji nad sposobami urzeczywistnienia pewnej spójnej wizji
porządku społecznego. Wiemy, że wielu z Was ceni nasze pismo za różnorodność poglądów. I tak też
będzie nadal. Nie będziemy organem żadnej partii czy „zamkniętej” opcji ideowej. Nie chcemy jednak
powielać schematu, że jeśli publikujemy artykuł Pana A, to należy zamieścić również tekst Pana B, któ-
ry ma odmienne poglądy. Poza tym, gdy zaczynaliśmy edycję „Obywatela”, brakowało w Polsce pisma,
w którym swobodnie ścierają się rozmaite opcje i pomysły. Dziś natomiast nawet media mainstreamu
bazują na „jedności przeciwieństw” – weźmy choćby „Dziennik”, który w dużych dawkach raczy czytel-
ników opiniami lewicowymi na przemian z prawicowymi. Ale „Dziennik” jest po to, żeby Axel Springer
Verlag zarabiał pieniądze, my zaś wydajemy pismo z zupełnie innych powodów.
Planowane zmiany dotyczą nie tylko tego, jakie cele będziemy sobie stawiać, ale także samej
zawartości pisma. Jednym ze znaków rozpoznawczych nowego „Obywatela” chcemy uczynić „wywiad
numeru”. Drugą cechą wyróżniającą pismo będzie dział „Nasze tradycje”, w którym znajdą się przedruki
mało znanej, a wartej przypomnienia publicystyki społeczno-politycznej z ubiegłych dziesięcioleci –
ku pamięci, ku przestrodze, ale przede wszystkim po to, aby pokazać, że pewne problemy i poglądy
nie spadły w Polsce z nieba. Trzecim wyróżnikiem chcemy uczynić dział „Problemy i rozwiązania” – to
pokłosie ankiety rozpisanej przez nas w nr 42. Wielu z Was zwracało uwagę, że argumenty stosowane
w naszej krytyce społecznej zbyt często odwołują się do etyki, ideologii, rozsądku czy patriotyzmu, a za
rzadko – do twardych liczb i faktów. Dlatego w nowej formule pisma znajdzie się sporo pogłębionych
raportów socjo-ekonomicznych, omówień badań socjologicznych oraz tekstów prezentujących kon-
kretne rozwiązania ustrojowe dla Polski, w świetle doświadczeń innych państw. Mniej natomiast bę-
dzie doraźnej publicystyki czy satyry – tego rodzaju teksty publikować będziemy natomiast na naszej
stronie internetowej (ją również czekają wkrótce znaczne zmiany) i blogu.
Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami przez kolejne lata. Do zobaczenia wiosną 2009!
Redakcja „Obywatela”
„OBYWATEL” – (r)ewolucja
POLFAzakłady farmaceutyczne
Magazyn z lekami o wartości 270 mln zł
Ulga dla inwestorów zagranicznych
Najlepszy zakład w Polsce
GRATIS! Ankieta do wypełnienia!
100 stron niebanalnych artykułów
(wtym0%VAT)
ODKRYJ
WYSPĘ
SKARBÓW!
Polska po
1989 r.
250,-
UWOLNIŁEM SIĘ OD
WŁASNOŚCI
Ideały leżące u podstaw
Ekonomii Komunii są szersze
niż tylko dzielenie się pie-
niędzmi z potrzebującymi
– chodzi o myśl, że zysk nie
jest celem samym w sobie.
KATOLICKI ROBOTNIK
WSPÓLNOTY PRACY
LUDZKIEJ
Postrzega komunizm jako
herezję chrześcijańską, która
z klasy robotniczej uczyniła
Mesjasza. Zauważa jednak
i błędy chrześcijan, którzy
„zapomnieli o chrześcijańskiej
lozoi pracy i nie potrali do-
strzec Chrystusa w robotniku”.
WŁASNOŚĆ W NAUCZANIU KOŚCIOŁA
Własność ma wedle nauczania Kościoła dwa wymiary:
indywidualny i społeczny. Ciążą na niej pewne obowiąz-
ki, „hipoteka społeczna”. Ma służyć zaspokojeniu potrzeb
nie tylko właściciela, ale i całego społeczeństwa.
BEZROBOCIE JAKO GLOBALNY PROBLEM SPO
ŁECZNY WNIOSKI Z NAUK JANA PAWŁA II
Człowiek zniewolony brakiem pracy będzie ulegał
destrukcyjnym ideologiom, usprawiedliwiającym
bezsens ludzkiego życia, bezsens pielęgnowania relacji
międzyludzkich, opartych na miłości i solidarności.
KAPITALIŚCI SĄ JAK KOMUNIŚCI
Musimy ratować
banki pod szan-
tażem zawalenia
się całego sys-
temu gospodar-
czego. Podobno
dlatego, że wciąż
kapitalizm jest
niedoskonały,
wciąż brużdżą
socjaliści. Jak
w komunie, tylko
na odwrót.
SOJUSZNIK STRATEGICZNY
Polska i USA zakończyły negocjacje w sprawie
tarczy antyrakietowej. Co może ona przynieść nad
Wisłę – korzyści, czy wręcz przeciwnie? Odpowiedź
mogą dać losy polskich XVIII-wiecznych sojuszy z Rosją.
Pomóżmy Rynkom, nie rynkom! – David Korten 6
Mamy niepowtarzalną okazję, by na serio pomyśleć nad zmia-
nami ustrojowymi: przywróceniem prawdziwie progresywnego
systemu podatkowego, podniesieniem płacy minimalnej i za-
pewnieniem, by każdy Amerykanin miał dostęp do wszystkie-
go, co składa się na godne życie.
Podatki dobre i złe
– z prof. dr. hab. Jerzym Żyżyńskim
rozmawia Michał Sobczyk 8
Tam, gdzie wzorem polityki Reagana obniżano podatki,
zwiększyły się obroty w systemie finansowym, na czym niektórzy
zarobili gigantyczne pieniądze, ale bezrobocie wcale nie spadło,
a koniunktura gospodarcza szła raczej w dół niż w górę.
Możliwe konsekwencje realizacji rządowego
programu prywatyzacji na lata 2008-2011
w warunkach globalnego kryzysu gospodarczego
– Paweł Soroka 12
Prywatyzacja pozostałości sektora państwowego nie ma żadnego
uzasadnienia. Tym bardziej, że w niedalekiej przyszłości może on
stać się lokomotywą wyciągającą polską gospodarkę z problemów.
Kapitaliści są jak komuniści – Joanna Duda-Gwiazda 16
Pieniądz na nowy wiek – Marek Chlebuś 18
W cybernetyce nazywa się to dodatnim sprzężeniem zwrotnym:
długi nakręcają się same, i rosną, przewyższając wszelkie racjonal-
ne wartości. Nazywanie tego wzrostem czy postępem jest mylące.
Sojusznik strategiczny – Krystian Hasterok 22
Tarcza antyrakietowa – prawdy i kcje
– Eugeniusz Januła, Izabela Jakubek 25
Amerykańska koncepcja globalnego systemu antyrakietowego
już rozpętała nową fazę wyścigu zbrojeń. Ale tym razem to
Rosja ma pieniądze, a USA grozi wielki kryzys ekonomiczny.
Prawie sprawiedliwość
– Konrad Malec, Wioleta Bernacka 28
Powrót taty? – Weronika Jóźwiak 32
Coraz więcej ojców chce przeżywać „tacierzyństwo”. Jednak
wobec prawa i obyczaju ojciec jest rodzicem drugiej kategorii.
Biopaliwa – tak, wypaczenia – nie!
– Michał Sobczyk, Krzysztof Jasiński 36
Biopaliwa, tak ostatnio krytykowane, mogą być dobrym
instrumentem rozwoju prowincji i uboższych regionów.
Tak powinno być w każdej rmie – Konrad Malec 40
Fatalne warunki pracy i brak dialogu z zarządem – wszystko to
skończyło się wraz z prywatyzacją. Czyżby w kieleckim MPK poja-
wił się cudowny inwestor? Owszem. Byli nim... sami pracownicy.
Fabryka bez szefów 45
Cyfrowi Wielcy Bracia – Konrad Stęplewski 48
Czy warto narażać prywatność milionów ludzi dla podsłucha-
nia kilku słów związanych z Osamą ibn Ladenem?
KOŚCIÓŁ SOLIDARNY NIE LIBERALNY
nr 6 (44) /2008
74
16
22
b

W
O
O
D
L
E
Y

W
O
N
D
E
R
W
O
R
K
S
b
a

J
A
M
E
S

K
I
M
4
Veto dla mocarstwa – Marcin Domagała 52
Unia wypracowała system zarządzania, który pozbawiony
oznak przemocy, rozwiązuje wiele problemów natury spo-
łecznej. Projektowana w Traktacie Lizbońskim zmiana tego
systemu byłaby klęską idei unijnej.
O przydatności imperium – Mateusz Piskorski 54
Przyspieszenie likwidacji układu jednobiegunowego wymaga
pogłębienia i poszerzenia na nowe sfery procesu integracji
europejskiej.
Ekologia dla rozwoju – z dr. Andrzejem Kassenbergiem
rozmawia Konrad Malec 57
TEORIA W PRAKTYCE: Klasztor ery techno
– Karioka Blumenfeld 61
Wszelkie środki pozostałe po opłaceniu niezbędnych kosztów
„laserowi mnisi” przeznaczają na rozmaite cele społeczne.
CHWILA ODDECHU:
Rozbite Tablice – Jolanta Wrońska 62
Ortodoksyjny chasyd znalazł się w samym oku politycznego cyklo-
nu. I na przekór wszystkiemu usiłował odbudować żydowski świat.
Stare granie na nowe czasy – z prof. Andrzejem
Bieńkowskim rozmawia Wioleta Bernacka 67
Encyklopedia Wyrażeń Makabrycznych
– Jańcio Rzecznik 71
Etyka wypełniająca po brzegi MAMONIZM ma się tak do
Etyki protestanckiej Kapitalizmu, jak Mariusz Max Kolonko
do Maxa Webera.
Ironezje – Tadeusz Buraczewski 72
Aby zostać libero, faulował już jako – liberał.
Oszukano nas – Mariusz Muskat 73
Najcenniejszy kapitał przyszłości, coraz bardziej sprzedaje się
Za forsę, jak wędzone makrele na targowisku.
Z GRUBEJ RURY:
Uwolniłem się od własności
– z Andrzejem Miłkowskim rozmawia Michał Sobczyk 75
Katolicki Robotnik – wspólnoty pracy ludzkiej
– Bartosz Wieczorek 78
Własność w nauczaniu Kościoła – Rafał Łętocha 82
Bezrobocie jako globalny problem społeczny
(wnioski z nauk Jana Pawła II)
– Teresa Grabińska, Mirosław Zabierowski 86
RECENZJA: Pionier katolickiej nauki społecznej
– Rafał Łętocha 89
Biskup Moguncji zdemaskował obłudę i interesowność liberałów,
pokazując, że ich chwytliwa, wolnościowa frazeologia tak naprawdę
służy wyłącznie coraz większemu zniewoleniu człowieka.
PRAWIE SPRAWIEDLIWOŚĆ
Realizacja słusznej idei zapewnienia najmniej zamoż-
nym komunalnego dachu nad głową stanowi coraz
częściej karykaturę sprawiedliwości społecznej.
FABRYKA BEZ
SZEFÓW
Dzięki kontroli pracow-
niczej udało się stworzyć
260 nowych miejsc pracy,
a także zwiększyć pro-
dukcję z 20 do 400 tys. m
2

płytek ceramicznych mie-
sięcznie. W efekcie również
dochody fabryki wzrosły
w niezwykły sposób.
EKOLOGIA DLA ROZWOJU
Nikogo nie interesuje, jaka jest cena za kilowa-
togodzinę, lecz to, ile ma do zapłacenia. Jeżeli dzięki
wsparciu państwa zmniejszy zużycie energii o połowę,
a w tym czasie jej cena wzrośnie dwukrotnie, to ostatecz-
nie zapłaci tyle samo. A jaki jest zysk środowiskowy!
STARE GRANIE NA NOWE CZASY
Jeśli u was we wsi jest facet, który produkuje wytło-
ki z plastiku, to bardzo dobrze, ale waszą dumą jest
ten chłopek, który gra na skrzypcach, bo wytłoków
jest dużo na świecie, a on jest jeden jedyny.
28
57
67
b

T
I
M

G
I
L
L
I
N

b

P
I
O
T
R

B
I
E
L
S
K
I

b
n

T
H
A
T
H
S
45
5
RECENZJA: Stara nowość – Urszula Ługowska 91
Może za kolejnych 40 lat ktoś przetłumaczy antykapitalistycz-
ne teksty brazylijskiej Partii Socjalizmu i Wolności (PSOL)
lub antyliberalne deklaracje Ruchu Bezrolnych (MST), którzy
walczą o zagrabioną im ziemię, by posiać na niej fasolę, ryż
i ziemniaki i z godnością przeżyć z pracy własnych rąk. Wtedy
okaże się, że alternatywy jednak są.
RECENZJA: Trzecia Droga i inne ścieżki donikąd
– Remigiusz Okraska 94
Jeśli laburzyści zdradzili lewicowe ideały, to w takim stopniu,
w jakim cała rozwinięta część świata „zdradziła” wartości
leżące u podstaw wszelkiej myśli prospołecznej.
FELIETONY
Naprzód czy wstecz? – Joanna Duda-Gwiazda 100
Postęp niegdyś mierzono ilością wyciętych lasów, w Ameryce
oznaczał wybijanie Indian i bizonów, w Europie nawracanie
siłą pogan. Dzisiaj mamy muzułmanów wojujących w imię
Allacha, a świat postępowy nie pozostaje w tyle i siłą dąży do
zlikwidowania islamu.
DJ er – obsession – reaktywacja – Anna Mieszczanek 101
Więc poszli z powrotem pod sejmowy piec i poprosili Janka
Pospieszalskiego, żeby już przestał rozmawiać i zrobił im
porządne kakao.
W martwym punkcie – Jacek Zychowicz 102
Kapitalizm, regularnie składany do grobu przez lewicowych
teoretyków, rozkwitał dzięki katarom i grypom, a nawet zapale-
niom płuc, które od czasu do czasu rzeczywiście mu dokuczały.
Autorzy numeru 103
Obywatele o „Obywatelu” 106
Lwu·irsiçcznik „Mtctz\n Or\wtfrt”
ktbt Hononowt:
1adwlga Chmlelowska, prof. Mleczysław Chorąży,
Plotr Clompa, prof. Leszek Glle[ko, Andrze[ Gwlazda,
dr Zblgnlew Hałat, 8ogusław Kaczmarek,
Marek Kryda, 8ernard Marguerltte, Marlusz Muskat,
Zoña Pomaszewska, dr Zblgnlew Pomaszewskl,
dr Adam Sandauer, dr Paweł Soroka,
Krzysztof wyszkowskl, Marlan Zagorny, 1erzy Zalewskl
krbtkcjt:

Pafał Gorskl, Pemlglusz Okraska (redaktor naczelny)
Mlchał Sobczyk (zastępca red. naczelnego), Szymon Surmacz
S1tLì wsrótrntcownìcv:
dr Karollna 8lelenln, Plotr 8lelskl, Agata 8rzyzka,
1oanna Duda-Gwlazda, Macle[ Krzysztofczyk,
dr hab. Pafał Łętocha, dr Sebastlan Maćkowskl, Konrad Malec,
Anna Mleszczanek, Leszek Nowakowskl, Lech L. Przychodzkl,
Marcln Skoczek, Olaf Swolkleń, dr 1arosław Tomaslewlcz,
Karol Trammer, 8artosz wleczorek, Krzysztof wołodźko,
Marta Zamorska, dr Andrze[ Zybała, dr 1acek Zychowlcz
koLrk1vw:

Zblgnlew 8ednarek, wloleta 8ernacka, 1ustyna 8lbel,
Karloka 8lumenfeld, Katarzyna Dąbkowska,
Magdalena Dollwa-Gorska, Agnleszka Gorczyńska,
Plotr 1ędrze[ko, Macle[ Kronenberg, Mlchał Stępleń,
Agnleszka Surmacz, 1arosław Szczepanowskl, Plotr Śwlderek,
Stanlsław Śwlgoń, Mlchał wenskl, Mlchał wołowskl
Abnrs nrbtkcjì:
Obywatel
ul. wlęckowsklego ¸¸/+:;, po-;¸( Łodź
tel./faks: /o(:/ 6¸o +; (p
rroroz\c[r frksfow: redakc[aQobywatel.org.pl
rrktt·t, kotrorftz: bluroQobywatel.org.pl
Sktto i orrtcowtnir crtricznr: studloQobywatel.org.pl
infrrnrf. www.obywatel.org.pl
w całe[ Polsce „Magazyn Obywatel”można kuplć w sleclach
salonow prasowych Lmplk, Puch, |nmedlo, Pelay.
wybrane teksty „Magazynu Obywatel”
są dostępne na stronach OnetKlosku
(http://klosk.onet.pl).
Pedakc[a zastrzega soble prawo skracanla, zmlan styllstycznych
l opatrywanla nowyml tytułaml materlałow nadesłanych
do druku. Materlałow nlezamowlonych nle zwracamy.
Nle wszystkle publlkowane teksty odzwlercledla[ą poglądy
redakc[l l stałych wspołpracownlkow. Przedruk materlałow
z „Obywatela”dozwolony wyłącznle po uzyskanlu plsemne[
zgody redakc[l, a także pod warunklem umleszczenla pod danym
artykułem lnformac[l, że [est on przedruklem z dwumleslęcznlka
„Obywatel”(z podanlem konkretnego numeru plsma),
zamleszczenla adresu nasze[ strony lnternetowe[
(www.obywatel.org.pl) oraz przesłanla na adres redakc[l : egz.
gazety z przedrukowanym tekstem.
nic śmiesznego...
M
A
G
A
Z
Y
N

O
B
Y
W
A
T
E
L

T
W
O
R
Z
O
N
Y

J
E
S
T

W

9
9
%

S
P
O
Ł
E
C
Z
N
I
E
okttbkt:
bna Szymon Surmacz
ro1ocntrìt:
bna 1ames walnwrlght
ª

P
|
O
T
P

Ś
w
|
D
L
P
L
K
,

w
w
w
.
8
A
P
D
Z
O
P
A
1
N
¥
.
N
L
T
6
Dtvìb kon1rn
Administracja prezydenta Busha zaproponowała
przekazanie sekretarzowi skarbu, Henry’emu Paulso-
nowi, 700 miliardów dolarów, by wypłacił je – zgod-
nie ze swoim uznaniem i bez żadnego nadzoru – tym,
którzy stworzyli całe to bagno, w jakim wszyscy obec-
nie tkwimy. Przeznaczanie tak ogromnej kwoty,
która zdaniem wielu analityków jeszcze wzrośnie
do co najmniej biliona dolarów, by podtrzymać
istnienie tego grabieżczego systemu o kilka kolej-
nych miesięcy czy lat, nie brzmi szczególnie atrak-
cyjnie. I dobrze, gdyż daje to szansę, że uda się nam
wyciągnąć z całej sytuacji odpowiednie nauki.
Moglibyśmy zacząć od odrobienia lekcji pt. „Do
czego niezbędny jest nam rząd”. Rynkowi fundamen-
taliści przez długi czas upierali się, że rynki uwolnio-
ne od jakichkolwiek ingerencji ze strony władz pu-
blicznych, mają zdolność do samoregulacji. Obecnie
z pełną ostrością widzimy, że w miarę, jak Wall Street
uwalniała się od wszelkiego rodzaju regulacji i nad-
zoru, rosła zdolność jej najpotężniejszych graczy do
manipulowania rynkami i polityką w celu osiągania
osobistych korzyści. Im bardziej ryzykancki stawał się
sposób ich inwestowania, tym bardziej rosła niestabil-
ność całego systemu finansowego, a wraz z nią – za-
grożenia dla reszty gospodarki.
Jak więc miałby wyglądać zdrowy system finanso-
wy? Zacznijmy od wzajemnych relacji między Rynkami
a rynkami finansowymi. Położony zwykle w samym
centrum miejscowości, Rynek Główny (bądź głów-
na ulica handlowa) jest symbolem lokalnej przedsię-
biorczości oraz świata ludzi pracy, których zajęciem
jest produkcja i wymiana realnie istniejących dóbr
i usług. Z kolei rynki finansowe, których symbolem
jest Wall Street, reprezentują świat, gdzie istnieje wy-
łącznie pieniądz, a jedynym celem jego mieszkańców
jest zarabianie pieniędzy za pomocą pieniędzy – dla
tych, którzy już pieniądze mają. Jest to świat speku-
lacyjnych zysków i bezpodstawnych roszczeń wobec
świata Rynku, jedynego twórcy dobrobytu.
Bez pieniądza, podstawowego środka wymiany,
współczesne życie ekonomiczne nie byłoby możliwe.
W obecnym systemie pieniądz, od którego uzależ-
niony jest rozwój produkcji i wymiany, zachodzącej
na Rynkach Głównych, powstaje, gdy działające na
rynkach finansowych prywatne banki udzielają kre-
dytów. Można by rzec, że branża, w której działa
Wall Street, to produkcja pieniędzy. Sama w sobie
nie powoduje ona przyrostu dobrobytu. Pieniądz
to zaledwie rodzaj księgowego świstka, wygodnego
dla celów wymiany; prawdziwa gospodarka to to-
wary i usługi, a one powstają wyłącznie na Rynkach.
Wypływa z tego wniosek, że jedynym uzasadnieniem
istnienia tego drugiego rodzaju rynków jest sprawne
zapewnianie dopływu pieniędzy – takiego, który za-
spokajać będzie potrzeby tych pierwszych.
Rynki finansowe wypełniały swoje właściwe zadania
w zadowalający sposób dopóki odpowiednie instytucje
publiczne o charakterze regulacyjnym, których rozwój
był następstwem wielkiego krachu z 1929 r., rozliczały
je z realizowania interesów Rynków Głównych. Gdy
wyzwoliły się z publicznego nadzoru, zamieniły służe-
nie Rynkom w żerowaniem na nich, dla zapewnienia
swoim najsilniejszym graczom bezprecedensowo wy-
sokich zysków. Powstały trudne do ogarnięcia gierki
finansowe, których jedyną zasadą okazywało się być
„orzeł – wygrywamy, reszka – przegrywasz!”.
Uciekano się do rozmaitych podstępów, by zachę-
cić ludzi do obciążania swoich kart kredytowych i hipo-
tek kwotami znacznie większymi niż te, które byli w sta-
nie udźwignąć – a następnie dobijano ich specjalnymi
opłatami i lichwiarskim oprocentowaniem, gdy w nie-
unikniony sposób zaczynali mieć problemy z termino-
wą spłatą. Aby pozbyć się pożyczek hipotecznych wyso-
kiego ryzyka ze swoich bilansów, banki sprzedawały je
domom maklerskim. Te zaś w oparciu o nie tworzyły
strukturyzowane obligacje, którym agencje ratingowe
przyznawały zawyżone wskaźniki wiarygodności kredy-
Wydarzenia ostatnich tygodni obnażyły praw-
dziwe oblicze systemu nansowego, będącego
naturalnym środowiskiem dla brawurowych
spekulacji, w wyniku których nie powstaje nic, co
posiadałoby realną wartość. Co gorsza, jak zaczęli
głosić eksperci, stanowi on zagrożenie dla całej
światowej gospodarki.
POMOŻMY kYNkOM, NIL kYNkOM!
7
towej. Banki udzielały kolejnych niemożliwych do spłacenia
pożyczek, pobierały swoje prowizje – i przerzucały ryzyko na
innych. Wpływy ze sprzedaży papierów wartościowych o za-
wyżonej ocenie bezpieczeństwa służyły jako źródło finansowa-
nia kolejnych pożyczek dla osób o możliwościach finansowych
nie gwarantujących ich spłaty. Wiele spośród tych papierów
wartościowych kończyło w portfelach inwestycyjnych fundu-
szy emerytalnych, w wyniku czego ryzykiem kredytowym po-
nownie obciążano pracowników i emerytów, którym nie dano
prawa głosu podczas podejmowania wszystkich tych decyzji.
Wall Street znalazła źródło zysku także w łączeniu
banków, podlegających szeregowi regulacji, z wolnymi od
nich domami inwestycyjnymi. Dało to pole do spekulacji
akcjami przez osoby, które mają dostęp do poufnych infor-
macji na temat spółek. Umożliwiło także dalszą ekspansję
funduszy hedgingowych oraz typu private equity, specjali-
zujących się w hazardzie za cudze pieniądze, przy użyciu
egzotycznych instrumentów finansowych, których nikt nie
jest w stanie do końca pojąć.
Wspomniani hazardziści i ich apologeci twierdzili,
że współtworzą dobrobyt, zapewniają płynność rynków,
zwiększają efektywność ekonomiczną oraz stabilizują ryn-
ki. W rzeczywistości ograniczali się do czerpania zysków ze
stworzonych przez siebie baniek spekulacyjnych na rynkach
finansowych i nieruchomości oraz piramid zadłużenia,
w ramach których pożyczone pieniądze księgowane były
jako aktywa stanowiące poręczenie podczas brania kolej-
nych pożyczek. Odpowiednie zaksięgowanie tych ostat-
nich pozwalało wykazać finansową potęgę korporacji,
dzięki czemu mieli uzasadnienie dla swoich poborów,
liczonych w setkach milionów dolarów. Być może jest
to legalne, ale na pewno nie na tym polega wytwarza-
nie dobrobytu. To rabunek, możliwy dzięki nadużywaniu
usankcjonowanego prawa banków prywatnych do tworze-
nia pieniądza z niczego i przeznaczania go na użytek finan-
sowych grabieżców, których fachem jest przywłaszczanie
sobie prawdziwego dobrobytu – powstającego na Rynkach
Głównych – dzięki różnym lichwiarskim praktykom.
W 2007 r. średnie zarobki wśród pięćdziesięciu naj-
lepiej opłacanych menedżerów prywatnych funduszy in-
westycyjnych wyniosły 588 milionów dolarów – 19000
razy więcej niż zarobił przeciętny pracownik. Zapewnia-
li, że są tyle warci, skoro są tacy błyskotliwi i wypraco-
wują takie świetne wyniki. Teraz, gdy ich – nomen omen
– akcje znacznie spadły, są zdania, że podatnicy z Ryn-
ków Głównych powinni wysupłać środki na pokrycie
strat tych firm, które tak szczodrze ich opłacały.
Dlatego też właściwym kierunkiem działania będzie
nie tyle postawienie na nogi prywatnych inwestorów-gra-
bieżców, ale szukanie sposobów na pozbycie się z Wall
Street czysto pasożytniczych elementów, przy jednocze-
snym demontażu pozostałych instytucji i budowaniu z ich
elementów nowego systemu, który będzie rozliczany przez
Rynki Główne z tego, jak służy ich interesom. Oto elemen-
tarz takiej reformy:
Fundusze hedgingowe oraz fundusze wysokiego ryzyka
typu private equity stanowią dla społeczeństwa ogromne za-
grożenie, nie spełniając przy tym żadnej pożytecznej funk-
cji. Do rozbiórki!
Jak niedawno powiedział senator Bernie Sanders, „jeśli
spółka jest zbyt duża, by mogła upaść, to jest zbyt duża,
by mogła istnieć”. Adam Smith, przez wielu czczony jako
pierwszy prorok kapitalizmu, przestrzegał przed wszelką
koncentracją potęgi ekonomicznej, która mogłaby pozwo-
lić unikać rygorów narzucanych przez rynek, manipulować
cenami oraz osiągać niezasłużone zyski. Nieźle to sobie wy-
kombinował – to ważna zasada rynkowa.
Najwyższa pora na szereg działań antymonopolowych,
które rozbiją wszelkie patologiczne skupiska biznesowej
potęgi, zwłaszcza bankowe konglomeraty, napędzające spe-
kulację na światowych rynkach finansowych. Aby zaspoko-
ić potrzeby finansowe Rynków Głównych, musi powstać
system banków lokalnych, podlegających regulacjom pań-
stwowym. Będą one pełnić klasyczną, podręcznikową funk-
cję pośredników między tymi członkami lokalnej społecz-
ności, którzy szukają bezpiecznego miejsca na oszczędności,
a tymi, którzy potrzebują pożyczki, np. żeby kupić dom lub
rozkręcić swoją firmę.
Wpływy z podatków nałożonych na nieuczciwie zdobyte
zyski tych, którzy wpakowali nas w finansowe bagno, trafić
powinny do emerytów, właścicieli domów oraz kart kredyto-
wych, czyli ofiar systemu – po to, by pomóc im się pozbierać.
Dorastałem w wierze, że silna klasa średnia jest opo-
ką demokracji oraz amerykańskim ideałem. Mamy teraz
niepowtarzalną okazję, by wreszcie na serio pomyśleć nad
szerokimi zmianami ustrojowymi, które przywrócą siłę
warstwom średnim: prawdziwie progresywnym systemem
podatkowym, podniesieniem płacy minimalnej i zapew-
nieniem, by każdy Amerykanin miał dostęp do wszyst-
kiego tego, co składa się na godne życie. A gdy będziemy
tworzyć prawo podatkowe, które faworyzuje Rynki Główne
wobec rynków finansowych, powinniśmy zawrzeć w nim za-
pisy przeciwdziałające transferowi zysków oraz wszelkim for-
mom spekulacji, czyniąc je po prostu nieopłacalnymi.
Być może najbardziej istotnym elementem niezbędnych
reform będzie zapewnienie, że kreacja pieniądza stanie się
zadaniem publicznym oraz pozbawienie prywatnych ban-
ków możliwości tworzenia go z niczego, poprzez udzielanie
oprocentowanych pożyczek, nie mających pokrycia w gwa-
rantowanych środkach na rachunkach rozliczeniowych.
Wszystko to będą bardzo poważne kroki. Wprowadze-
nie ich w życie prawdopodobnie spowoduje znaczne, czaso-
we zakłócenia, nie większe jednak od tych, które niechybnie
dadzą o sobie znać, jeśli przedłużymy istnienie obecnego
systemu grabieżczych instytucji finansowych. Użyjmy bi-
liona dolarów, aby pomóc tym, którzy tworzą realnie istnie-
jący dobrobyt, a szczwane lisy ze świata wielkich spekulacji
niech wreszcie dostaną po łapskach.
Jedynie bezkompromisowa przebudowa Wall Street
daje szansę na trwałe rozwiązanie naszych dzisiejszych pro-
blemów. Wszystko inne będzie jedynie wyjątkowo kosz-
towną prowizorką.
David Korten
tłum. Włodzimierz Kaniec
Tekst przedrukowujemy za stroną internetową „YES! Magazine”
(www.yesmagazine.org) za zgodą autora.
8
Dr hab. Jerzy Żyżyński
(ur. 1949) – specjalista w dziedzinie
zarządzania i ekonomii, statystyki,
komentator ekonomiczny. Zajmuje się
m.in. ekonomią sektora publicznego,
polityką skalną i polityką pieniężną
oraz ich wzajemnymi relacjami. Kie-
rownik Zakładu Gospodarki Publicznej
Wydziału Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, profesor tej uczelni.
W latach 1993-1996 ekspert ekonomiczny w Zespole Budżetu
i Finansów Biura Studiów i Ekspertyz przy Kancelarii Sejmu RP.
W latach 1998-2004 członek Rady Społeczno-Gospodarczej przy
Rządowym Centrum Studiów Strategicznych. Był ekspertem sejmo-
wych komisji śledczych ds. prywatyzacji PZU oraz ds. prywatyzacji
sektora bankowego. Doradca ws. programu gospodarczego Ligi
Polskich Rodzin oraz Prawa i Sprawiedliwości. Autor m.in. „Pieniądz
a transformacja gospodarki” (1998), „Wstęp do problematyki uwa-
runkowań i funkcji polityki pieniężnej i skalnej” (2002), „Podstawy
metod statystycznych w zarządzaniu” (2004, 2007).
Jak wygląda realne obciążenie poszczególnych
grup społecznych świadczeniami na rzecz pań-
stwa? Odnoszę wrażenie, że na wysokość po-
datków najbardziej narzekają osoby zamożne.
Jerzy Żyżyński: Wyjaśnijmy najpierw jedną
rzecz: to, że płacimy „na rzecz państwa”, to często po-
wtarzany slogan. Tymczasem my nie płacimy na rzecz
jakiegoś państwa, ale na siebie i innych obywateli.
A także na zbiór instytucji, służących obsłudze całe-
go procesu, na który składa się m.in. realizacja roz-
maitych zadań należących do tzw. dóbr publicznych.
O tym się niestety zapomina: państwo należy do nas,
gdyż składa się z obywateli.
Jeśli chodzi o wspomniane obciążenia, to wbrew
temu, co się mówi, w Polsce dla bogatych nie są one
akurat takie duże, a po reformie podatkowej, którą
wprowadził PiS – wręcz bardzo niskie. Są natomiast wy-
sokie dla biednych i średniozamożnych. Dla biednych
nawet te 18% to bardzo wysoki podatek, a kwota wolna
od podatku, jeśli porównać ją z innymi krajami Unii
Europejskiej, jest żenująco niska. Powinna ona pozwolić
zaspokoić podstawowe koszty utrzymania, a u nas czę-
sto nie wystarcza na to cała pensja... Biedni praktycznie
całość swych dochodów przeznaczają na zaspokajanie
podstawowych potrzeb, dlatego podatek płacą ich kosz-
tem. Średniozamożni, jak choćby ja, są w stanie nieco
odłożyć, dlatego płacą go częściowo kosztem potrzeb,
a częściowo – oszczędności. Z kolei najbogatsi płacą po-
datek wyłącznie kosztem oszczędności, co znaczy, że nie
wpływa on w żadnym stopniu na ich wydatki konsump-
cyjne. Gdy osoba zamożna wypełnia PIT i okazuje się,
że musi dopłacić ileś tysięcy, bierze je ze swoich oszczęd-
ności i nie musi z niczego rezygnować.
Warto przy tym wiedzieć, że rozkład dochodów
w społeczeństwie jest asymetryczny: średnia jest wyższa
od kwoty, którą otrzymuje większość. Gdy kilka lat temu
badałem ten problem, dominanta stanowiła 60% śred-
niej, teraz jest to pewnie 50%. Co ciekawe, GUS bardzo
wstrzemięźliwie dostarcza dane o wynagrodzeniach.
Nasz system podatkowy w znaczny sposób uszczu-
pla obywatelom możliwości zaspokojenia podstawo-
wych potrzeb także dlatego, że zlikwidowano istotne
ulgi podatkowe, np. na budowę domu czy remonty.
To zaczęło się za czasów Balcerowicza i wynikało wy-
łącznie z karygodnej niekompetencji, nieznajomości
ani teorii, ani tego co, jest praktyką w większości kra-
jów świata. Bo kiedy daje się ulgi, np. na mieszkania,
zwiększa się popyt. Nie tylko ludzie mają lepiej za-
spokojone istotne potrzeby, ale w dodatku rozwija się
jeden z ważnych sektorów gospodarki, w tym przy-
padku – budownictwo.
Likwidację ulg uzasadniano tym, że „Polacy
lubią kombinować”.
J. Ż.: Nasi obywatele nierzadko naciągają pań-
stwo, ale to zdarza się na całym świecie; czasami zresztą
nieprawidłowe korzystanie z ulg wynika raczej z leni-
stwa niż nieuczciwości lub jest robione nieświadomie.
Tak czy inaczej, są to zjawiska nieuchronne i nie ma co
robić z nich tragedii. Nie znaczy to rzecz jasna, że nie
należy starać się uszczelniać i racjonalizować systemu –
nie można go jednak likwidować, bo to jest wylewanie
dziecka z kąpielą. To, co zaczął robić Balcerowicz w sto-
sunku do systemu podatkowego, było niszczeniem
jego racjonalności. Gdyby ten proces zaszedł jeszcze
dalej i doszłoby do wprowadzenia podatku liniowego,
byłaby to po prostu zbrodnia na ekonomii.
z rnor. bn. uts. |rnzvu Żvzvúskìu
nozutwìt Mìcutt Sosczvk
PODATkI DO8kL I 7ŁL
9
Likwidacja ulg, a także próby wprowadzenia podatku
liniowego, odbywały się pod hasłem uczynienia sys-
temu bardziej przyjaznym dla „zwykłego człowieka”.
J. Ż.: To kłamstwo. Prawda jest brutalna: podatek
liniowy jest przyjazny, ale dla systemu finansowego i ban-
ków. Jeśli obniża się podatek bogatym, a na tym polega
wprowadzenie liniowego, to zwykły człowiek tego nie od-
czuwa. Gdy się przyjrzeć, kto najbardziej lobbuje na rzecz
obniżenia podatku najlepiej zarabiającym, to są to głów-
ni ekonomiści banków. Po co? Ano po to, żeby zatrzymać
oszczędności bogatych w tych instytucjach, kosztem całego
społeczeństwa.
Podatki płacone przez 1% najbogatszych stanowią
25% całości wpływów z PIT. Jeśli zmniejszymy ich obcią-
żenia, to skąd państwo weźmie brakujące środki? Zwiększa-
jąc deficyt lub podatki płacone przez resztę społeczeństwa.
Co się dzieje w tym drugim przypadku? Ponieważ biedni
i średniozamożni płacą podatek kosztem zaspokajania po-
trzeb konsumpcyjnych, to gdy on wzrośnie, zaspokoją je
w mniejszym stopniu. Oznacza to, że mniej wydadzą na
rynku, co odbędzie się kosztem koniunktury gospodarczej.
Wszędzie tam, gdzie wzorem polityki Reagana obniżano
podatki, zwiększyły się obroty w systemie finansowym, na
czym niektórzy zarobili gigantyczne pieniądze, ale bezro-
bocie wcale nie spadło, a koniunktura gospodarcza szła
raczej w dół niż w górę. Nadmierne obroty pieniądzem
w systemie finansowym wcale nie są takie korzystne dla
gospodarki, bo jest to w dużej części jałowy obieg, który
nakręca wyłącznie stopy procentowe, wbrew temu, co mó-
wią różni „eksperci”.
Powiedzmy nieco więcej o podatku liniowym, który
jest oczkiem w głowie wspomnianych ekspertów.
Przedstawiany jest u nas jako rozwiązanie szalenie
nowoczesne, jednak na liście krajów, które się na
niego zdecydowały, próżno szukać tych najbardziej
rozwiniętych.
J. Ż.: Wprowadzały go albo kraje Trzeciego Świata,
albo byłe kraje komunistyczne. Kraje zachodnie, o rozwi-
niętej gospodarce i bogatej tradycji demokratycznej, nigdy
by sobie na coś takiego nie pozwoliły. Oczywiście można
w ich przypadku mówić o tendencji do obniżania obciążeń
podatkowych (przy jednoczesnym wzmacnianiu klasy śred-
niej, która zasilała budżet), skoro np. w Stanach Zjednoczo-
nych jeszcze kilkadziesiąt lat temu najbogatsi płacili w naj-
wyższym progu 90% podatku. Wydaje się to zbyt dużo,
ale niekoniecznie tak jest. Uważam, że najkorzystniejsza
jest duża progresja, której towarzyszy system ulg. Jest to na-
wet... przyjemniejsze, np. gdy po skorzystaniu z szeregu ulg
okazuje się, że zamiast 50 tysięcy podatku ostatecznie ktoś
zapłaci 10 tysięcy.
Podatek liniowy zaczęły wprowadzać kraje, gdzie nie
było tradycji progresywnej, a jednocześnie panowała igno-
rancja ekonomiczna i dotycząca teorii podatków. Tamtejsi
decydenci jeździli do jakichś kiepskich uniwersytetów na
Zachodzie, gdzie bardzo jednostronnie ich kształcono, dla-
tego nie mieli niezbędnej wiedzy.
Jeśli spłaszczaniu podatków towarzyszy zwiększanie
podatków pośrednich, np. VAT-u, w celu zrównoważenia
budżetu, to uderza to przede wszystkim w najbiedniejszych
i średniozamożnych, gdyż realnie obniża ich dochody. Jeśli
za stuzłotowy rachunek telefoniczny płacę 122 zł, to kupię
np. mniej owoców. Uważam, że podatek pośredni jest na
różne sposoby szkodliwy gospodarczo, choć wygodny dla
fiskusa, bo łatwo ściągalny.
Zwolennicy liniowego na każdym kroku powołują
się na przykłady państw, których gospodarki miały
bardzo przyspieszyć po jego wprowadzeniu: repu-
blik nadbałtyckich czy Słowacji.
J. Ż.: Zacznijmy od tego, że małe kraje są nieporów-
nywalne z Polską, gdyż trudno byłoby u nich wydzielić tę
część efektów gospodarczych, które zawdzięczano by po-
datkowi liniowemu. Jeśli w malutkiej Estonii zainwestuje
duży zachodni koncern, np. wybuduje jedną fabrykę, to jej
PKB bardzo znacząco wzrośnie. Dodatkowo, zmiany PKB
wynikają nieraz z podziałów – gdy duża firma jest dzielona
na dwie, część produkcji przestaje mieć charakter przepły-
wu między działami wewnątrz przedsiębiorstwa. Mają one
odtąd swoje ceny, dlatego uwzględniane są w PKB. Przypo-
mina się stara ekonomiczna anegdota, która mówi, że gdy
profesor ekonomii miał służącą, której płacił wynagrodzenie
z tytułu wykonywania usług domowych, to na PKB składało
się jego wynagrodzenie plus wynagrodzenie służącej, dlatego
gdy się zakochał i z nią ożenił, wówczas PKB spadło. I od-
wrotnie – gdy żona zmarła, PKB automatycznie wzrosło, bo
ktoś bezrobotny dostał pracę przy prowadzeniu jego domu.
W krajach pokomunistycznych tak naprawdę efekty
wzrostu ekonomicznego wynikają w dużej mierze ze zmian
strukturalnych, a nie z realnego wzrostu gospodarek. Pewne
dobra i usługi są wytwarzane bez przerwy, ale np. państwo re-
zygnuje z dostarczania ich jako dóbr publicznych, po cenach
dotowanych, lecz zostają one urynkowione. Rośnie PKB, ale
to jest oczywiście sztuczny wzrost, a nawet pseudowzrost.
Teraz jeszcze na te efekty strukturalne nakłada się wprowa-
dzenie podatku liniowego. Co zawdzięczamy jego działaniu,
a co – zmianom strukturalnym? Trudno to wydzielić.
Warto dodać, że Polska miała większy wzrost gospo-
darczy niż kraje bałtyckie, dopiero schładzanie gospodarki
przez Balcerowicza, wynikające z jego niekompetencji, spo-
wodowało tak drastyczny spadek – i Polska została przego-
niona przez Łotwę...
A co z argumentami, że niskie podatki stymulują
pracowitość i innowacyjność oraz uczą ludzi oszczę-
dzania?
J. Ż.: Jest wręcz przeciwnie. Jeśli wiem, że będę musiał
dopłacić ileś podatku, to muszę coś zaoszczędzić, bo mam
świadomość, że w odpowiednim momencie powinienem
posiadać odpowiednią kwotę na koncie. Gdybym wiedział,
że nie będę musiał nic dopłacić, mógłbym wszystko wydać.
Ubawiłem się, gdy w „Rzeczpospolitej” przeczytałem
artykuł jakiegoś młodego człowieka, jak to Beatlesi w pio-
sence „Taxman”, skądinąd znakomitej, śpiewali o tym, ja-
10
kim to podatki są obciążeniem. Owszem, płacili duży po-
datek, ale jakoś ich to nie zniechęcało, dalej grali i zarabiali
olbrzymie pieniądze i nie było problemu. Czy kiedy w USA
w latach 60. górna stopa podatkowa bardzo wysokiej pro-
gresji sięgała 90%, milionerzy przestawali pracować? Nie
znam takiego przypadku.
Jest taka anegdota o Elvisie Presleyu, który był hulaką:
dużo zarabiał, ale jeszcze więcej wydawał. W pewnym mo-
mencie trzeba było zapłacić podatek, a on o tym zapomniał
i zabrakło mu pieniędzy. Co zrobił? Zorganizował kilka do-
datkowych koncertów. Jak widać, podatki wcale nie demo-
tywowały go do pracy.
W pewnych sytuacjach dodatkowe zlecenia, po godzi-
nach, mogą oznaczać, że wchodzi się w wyższy próg podat-
kowy, dlatego ktoś może powiedzieć: to mi się nie opłaca.
Wtedy jednak po prostu zażąda od zleceniodawcy wyższego
wynagrodzenia.
Niektórzy przekonują, że podatek liniowy wcale nie
musi być niesprawiedliwy społecznie, pod warunkiem
wprowadzenia odpowiednio wysokiej kwoty wolnej.
J. Ż.: Sprawiedliwość to pojęcie względne. Jeden po-
wie, że sprawiedliwie jest „każdemu po równo”, np. po
15%, drugi zaś, że to właśnie jest niesprawiedliwość. Jak
bowiem zauważył francuski filozof, Buffon, talar biedaka
to nie to samo, co talar bogacza. Kiedyś słyszałem anegdo-
tę o jakimś piosenkarzu czy aktorze amerykańskim, który
ze wstydem się przyznał, że po pijanemu palił w ognisku
plikami dolarów. Dla niego spalić plik studolarówek to ża-
den problem, ale biedak nie mógłby sobie na to pozwolić.
Ten sam pieniądz miewa różną wagę, jak to się określa: jego
krańcowa użyteczność jest inna. Proszę teraz wziąć podatek
liniowy i kwotę wolną. Zarabiam np. poniżej 2 tys. zł mie-
sięcznie, więc nie płacę, nagle dostaję niewielką podwyżkę –
i muszę oddawać kilkanaście procent. W tym samym czasie
ktoś inny zarabia milion miesięcznie i też oddaje kilkana-
ście procent. Czy to jest sprawiedliwe? Nie jest.
Oczywiście kwota wolna miałaby takie znaczenie, że
nie obciąża możliwości zaspokojenia podstawowych po-
trzeb – i tak powinno być. Uważam, że powinna istnieć
duża kwota wolna, następnie podatek w wysokości 5%, dla
osób zarabiających (w skali miesięcznej) o kolejny tysiąc
więcej – 10%, otrzymujący każdego miesiąca jeszcze o ty-
siąc więcej oddają 15% itd. Kolejny zarobiony pieniądz ma
bowiem coraz mniejszą wagę, bo dana osoba coraz lepiej
zaspokaja swoje potrzeby. To jest zarówno sprawiedliwe, jak
i logiczne ekonomicznie.
Co jeszcze należałoby zmienić, aby system podatko-
wy spełniał oba wspomniane kryteria?
J. Ż.: Zacząłbym od tego, że wielkim nieporozumie-
niem jest u nas sposób finansowania ochrony zdrowia. We
wszystkich krajach płacą za nią pracodawcy i pracownicy, np.
po połowie – tylko w Polsce wszystko idzie z naszych pra-
cowniczych pensji. A dlaczego nie mieliby płacić pracodaw-
cy? Przecież też korzystają z tego, że ich pracownicy są dobrze
chronieni pod względem zdrowotnym. Składka zdrowotna
jest u nas ciągle za niska w stosunku do potrzeb. Ale politycy
nie chcą pisnąć słowem o zwiększaniu obciążeń dla praco-
dawców, boją się zrobić cokolwiek, od czego wzrosną koszty
pracy. No i co z tego, że wzrosną? Wszędzie na świecie moż-
na, tylko Polska jest takim wyjątkowym krajem, gdzie pra-
codawcy mają być zwolnieni z podstawowych obowiązków
wobec państwa, swoich pracowników i współobywateli?
Jeśli chodzi o inne zmiany, to sprawa jest niezmiernie
skomplikowana, bo i system jest bardzo skomplikowany.
Przede wszystkim, powinien on zapewniać budżetowi ilość
środków wystarczającą do tego, by państwo mogło do-
starczać różne dobra publiczne na przyzwoitym poziomie.
Ponieważ jednak ono źle funkcjonuje, czego przykładem
jest właśnie służba zdrowia, niektórzy mówią: „powinni-
śmy mniej płacić na ten bubel”. Tylko że od tego ono na
pewno nie zacznie lepiej funkcjonować. Proszę zauważyć:
gdy coś jest niedofinansowane, to źle funkcjonuje, a jedno-
cześnie powstają patologie: łapówki, korupcja itp. Dlatego
reformom – ograniczaniu biurokracji, marnotrawstwa czy
przerostu zatrudnienia w administracji – musi towarzyszyć
zwiększanie finansowania. To może spowodować wzrost ob-
ciążenia niektórych obywateli, ale tak się dzieje na całym
świecie. Obciążenia powinny być na tyle racjonalne, żeby
nie uszczuplać możliwości zaspokojenia najważniejszych po-
trzeb poszczególnych grup. Aby do tego nie dopuścić, po-
winny istnieć ulgi i progresja podatkowa. Uważam za rzecz
błędną, że zrezygnowano z 50-procentowego progu podat-
kowego dla najbogatszych – z tym, że ponownie podkreślę,
iż podatki mogą być wysokie, jeśli istnieją ulgi podatkowe.
Żeby nawet ten bogaty, który ma określone wydatki, ważne
dla jego biznesu i dla jego osobistych potrzeb, także mógł za-
płacić mniejszy podatek, gdy ma to sensowne uzasadnienie.
Inaczej należy traktować osobę zamożną, która faktycznie
inwestuje, a inaczej taką, która całe dochody „przejada”.
Zmiany są konieczne także w sferze podatków pośred-
nich. VAT na niektóre towary i usługi jest po prostu kary-
godny. Europa jako całość wpuściła się w kanał tego podatku,
rozwiązania wygodnego dla fiskusa, ale błędnego i szkodliwe-
go ekonomicznie. Jestem zwolennikiem rozwiązania istnieją-
cego w USA, tzn. niskiego podatku od sprzedaży – wtedy nie
ma problemów np. z odpisywaniem VAT i różnymi aferami,
które się z tym wiążą. Jednocześnie, wspomniany podatek nie
utrudnia Amerykanom zaspokajania podstawowych potrzeb,
gdyż np. żywność i książki są z niego zwolnione. W tamtej-
szym systemie podoba mi się także inne, bardzo logiczne
rozwiązanie: wpływy z podatków pośrednich zasilają budżety
lokalne, a podatek dochodowy – budżet federalny. Optuję
właśnie za wprowadzeniem w Europie i Polsce podobnych
rozwiązań – niech VAT, którego utrzymanie wymuszają na
nas przepisy unijne, zasila władze lokalne.
Trwają dyskusje na temat tego, jak opodatkowane
powinny być spadki, oszczędności i dochody z giełdy.
J. Ż.: Uważam, że likwidacja podatku spadkowego
jest dużym osiągnięciem. Weźmy przykład kogoś, kto jest
młodym człowiekiem i osiąga niezbyt duże dochody. Nagle
otrzymuje spadek po cioci i przychodzi mu zapłacić od tego
podatek. Z czego ma zapłacić, zwłaszcza jeśli jest to duży
11
majątek? Musi się zapożyczyć, poprosić o odroczenie zapłaty
lub sprzedać część majątku. Tymczasem w sensie ekonomicz-
nym nic takiego się nie wydarzyło. Właścicielem była osoba
A, a teraz jest nim osoba B, która jest z nią spokrewniona.
Pamiętajmy, że przekazanie majątku nie jest dochodem. Po
prostu zmienia się wartość aktywów i pasywów danej osoby.
Jeśli chodzi o opodatkowanie kapitału, to trzeba przy-
pomnieć definicję kapitału: w sensie ekonomicznym jest to
majątek, który przynosi dochód. Kapitałem są dobra słu-
żące produkcji w sensie materialnym – budynki fabryczne,
maszyny itp. Jest też kapitał finansowy, np. inwestowany na
giełdzie i przynoszący dochód. W niektórych krajach jest on
traktowany jak każdy inny dochód – dopisywany do sumy
dochodów i opodatkowany; w innych – objęty liniową
stawką, np. 10 albo 20%. To drugie rozwiązanie uważam
za racjonalne. Źle byłoby bowiem, gdyby ten rodzaj docho-
dów był w ogóle zwolniony z podatku, bo niektórzy osiągają
gigantyczne zyski wyłącznie z kapitału. Można też opodat-
kować zyski powyżej pewnej kwoty, progresywnie. Wszyst-
ko to musi po prostu służyć racjonalności ekonomicznej.
Jeśli ktoś inwestuje w kapitał, to jest to obciążone ryzykiem,
poza tym pewnego rodzaju kapitały są zagrożone potencjal-
nym spadkiem wartości. Jeśli ktoś ma 100 tys. oszczędności
w banku, to w wyniku inflacji te 100 tys. na początku i na
końcu roku nie są kwotą identycznej wartości nabywczej.
Bank daje pewne odsetki, a następnie obciążają je tzw. po-
datkiem Belki, zapominając o tym, że część z tych odsetek to
po prostu rekompensata spadku wartości pieniądza.
W dyskusjach na temat naszego systemu podatko-
wego stale przewija się przekonanie, że jest on zbyt
skomplikowany dla tzw. zwykłych ludzi.
J. Ż.: Zdecydowanie je podzielam. Większość tych for-
mularzy można byłoby zmieścić na jednej kartce! Receptą
na tego rodzaju problemy byłoby napisanie dobrego prawa
podatkowego. Nie wiem, dlaczego się to nie udaje.
Są liczne przykłady, że ktoś źle wykonał swoją pracę. Po-
dam jeden. Niedawno wykańczałem mieszkanie i należy mi
się zwrot z tytułu VAT za materiały budowlane. Otóż jest tam
określony limit zwrotu, wynikający z przemnożenia pewnej
kwoty przez 9,959% albo 12,295% określonej kwoty. Jaki
wiceminister od podatków coś takiego podpisał? Ja bym go
natychmiast zwolnił. Czy coś by się stało, gdyby to było 10%
albo 12,3% lub po prostu 13%, albo 15%? Jeśli tak się two-
rzy prawo podatkowe, to są tego określone efekty.
W ministerstwie finansów mamy nawet mądrych lu-
dzi, ale często są to osoby bez wykształcenia ekonomicznego
(np. prawnicy, którzy zajmują się prawem podatkowym),
dlatego nie rozumieją niektórych mechanizmów. Źle na-
pisane prawo trafia następnie do Sejmu, a wszyscy wiemy,
jaki poziom kwalifikacji ma większość posłów. To jest taki
młynek, w którym nie mogą powstawać rozsądne przepisy,
a to odbija się na autorytecie państwa.
Cały szereg spraw można zdecydowanie uprościć, za-
wierzyć obywatelowi. Nadmierne zbiurokratyzowanie całe-
go procesu nie jest potrzebne. Efekt jest taki, że mnóstwo
ludzi szuka w nim dziur i korzysta z możliwości, jakie one
dają. Prawo powinno być proste i jednoznaczne, bez ko-
nieczności wypełniania skomplikowanych formularzy oraz
tysięcy interpretacji. Wtedy będzie przyjazne obywatelowi,
a i praca urzędnika syanie się przyjemniejsza. Taki system da
się stworzyć, ale wiele przepisów trzeba by napisać od nowa.
Niestety, prawo podatkowe jest u nas pisane pod określone
grupy nacisku. Bardzo źle się stało, że za kadencji premiera
Millera przyjęto ustawę o lobbingu. Moim zdaniem, po-
winien być on zakazany. Odpowiedni urzędnik powinien
realizować dobro wspólne, dbać o interes społeczny, a nie
interesy tych, którzy mają do niego dostęp.
Uproszczenie systemu często jest nam „sprzedawane
w pakiecie” z ujednoliceniem podatków: systemem
najbardziej przyjaznym dla obywatela miałby być
taki, w którym wszyscy płacą identyczne, niskie
stawki, zlikwidowana jest większość ulg itp.
J. Ż.: Mówi się o tzw. neutralności. Ale to jest błędne
rozumienie, gdyż życie jest skomplikowane i poszczególne
osoby mają odmienną sytuację. Przyjazny system podatko-
wy powinien to uwzględniać, różnicując obciążenie stosow-
nie do warunków podatnika. To nie jest tak, że gdy wszyscy
będą płacić według takiej samej stawki, to będzie neutral-
nie i sprawiedliwie. Podatek ze swej natury jest aneutralny,
a wręcz – antyneutralny. Bo jeśli ktoś ma ciężko chorą mat-
kę i musi dużo wydawać na leczenie, to nawet 10% będzie
dla niego za dużo i ograniczy możliwość poprawy jej opieki
zdrowotnej. Jeden ma mieszkanie, inny musi na nie ciężko
ciułać. Dlatego dostosowanie systemu do różnych sytuacji
podatników jest niezbędne.
Czy praktyka podatkowa któregoś z krajów europej-
skich powinna być przedmiotem szczególnej reeksji
naszych decydentów?
J. Ż.: Myślę, że dobre jest prawo brytyjskie. Tyle, że oni
mają zupełnie inne społeczeństwo, a przede wszystkim – do-
bre tradycje; zresztą we wszystkich krajach zachodnich systemy
tworzyły się latami. Bardzo dobre jest też prawo francuskie.
Jednocześnie takie „narastanie” regulacji prowadzi cza-
sem do absurdów. Za taki uważam choćby tzw. podatek
katastralny. W ogóle jestem przeciwnikiem podatków ma-
jątkowych, płacić się powinno z dochodów. Jeśli bowiem
mamy majątek, a nie mamy dochodów, takie podatki zmu-
szają nas do pozbycia się jego części, co uważam za szkodli-
we i niesprawiedliwe. Poza tym, pewne elementy majątku
są niewykrywalne. Ktoś może mieć skromną chałupkę,
a w środku biżuterię oraz cenne obrazy i taki majątek nie
będzie obciążony podatkiem. Wysoki podatek od majątku
w postaci dobrego mieszkania będzie powodował, że ludzie
będą uciekali od takiej formy tworzenia majątku. Z drugiej
strony, w pewnych sytuacjach podatki majątkowe również
są niezbędne, np. gdy dochody są ukrywane, a ewidentnie
osiągane z majątku, np. z wynajmu dziesięciu mieszkań.
Znalezienie złotego środka jest trudne, ale możliwe.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 30 września 2008 r.
12
Ptwrt Sonokt
W warunkach globalizacji występuje tenden-
cja, aby inwestować w krajach stabilnych, o dużych,
wolnych i tanich zasobach pracy – prostej i wykwa-
lifikowanej. Tendencja ta wiąże się również z dąże-
niem korporacji transnarodowych do przenoszenia
do nich – w formie bezpośrednich inwestycji za-
granicznych – bardziej pracochłonnych lub uciąż-
liwych elementów produkcji (proces ten nazywany
jest fragmentaryzacją produkcji). Centra badawcze,
nowa awangardowa produkcja, wytwarzanie bar-
dziej złożonych elementów – te rodzaje działalności
gospodarczej są zazwyczaj pozostawiane w krajach
macierzystych korporacji.
Tak pomyślana fragmentaryzacja produkcji two-
rzy układ kooperacji: oddziały i filie korporacji trans-
narodowych – zakłady macierzyste korporacji. Jest to
najczęściej układ o ujemnym saldzie dla oddziałów i fi-
lii, a co najważniejsze – zapewniający transfery wypra-
cowywanych przez nie zysków do centrali korporacji
w kraju macierzystym. W krajach mniej rozwiniętych
opisany układ powiązań kooperacyjnych przeważnie
wywołuje import kooperacyjny, nie równoważony
eksportem kooperacyjnym, co powoduje lub powięk-
sza ujemne saldo w ich obrotach zagranicznych.
Dążenie do maksymalizacji zysków wywołu-
je tendencję, aby inwestycje kapitałowe kierować
bardziej na przejmowanie i wykup przedsiębiorstw
niż na podejmowanie pożądanych i zazwyczaj ko-
rzystnych inwestycji od podstaw (tzw. greenfield).
Umożliwia to bowiem łatwe wejście na nowy rynek
i przejęcie kanałów dystrybucji – także eksporto-
wych – kupionego przedsiębiorstwa, a zatem pozwa-
la oczekiwać na większe i szybsze zyski niż przy in-
westycjach realizowanych od podstaw. Tym bardziej,
że w przypadku masowych procesów prywatyzacji
przedsiębiorstw państwowych z przyczyn ustrojo-
wych – jak to się stało w Polsce – przeważnie istnieje
możliwość wykupu przedsiębiorstw po cenach niż-
szych od ich wartości księgowej.
Dążenie do maksymalizacji zysku powoduje też,
że ostatnio na globalnym rynku kapitałowym wystę-
puje tendencja do lokowania bezpośrednich inwesty-
cji zagranicznych głównie w sferze usług – szczególnie
finansowych i handlowych czy ubezpieczeniowych –
gdzie stopa zysków jest wysoka, a kapitałochłonność
względnie niska.
Przedstawione globalne tendencje w przepływie ka-
pitału wywołują podważanie równowagi gospodarczej
w obrotach zagranicznych krajów mniej rozwinię-
tych, pozbawionych własnych, macierzystych kor-
poracji transnarodowych, niezdolnych transferami
z tytułu posiadania kapitału zagranicą kompenso-
wać transfery zagranicę z tytułu dochodów właścicie-
li zagranicznych w kraju. W krajach takich występują
ujemne salda w rozliczeniach z zagranicą, czyli PKB jest
wówczas mniejszy niż PNB. Taka jest właśnie sytuacja
polskiej gospodarki narodowej. Bezpośrednie inwesty-
cje zagraniczne (BIZ) w Polsce, których zasób osiągnął
w 2006 r. 103,6 mld USD, są dziesięciokrotnie niższe
od zasobu polskich bezpośrednich inwestycji podjętych
zagranicą, wynoszącego w 2006 r. 10,7 mld USD (za:
World Investment Report 2007).
Denacjonalizacja polskiej gospodarki
W wyniku podjętej po 1989 r. prywatyzacji polskiej
gospodarki, podstawowa jej część została przejęta
przez kapitał zagraniczny. Proces ten nadal postępuje.
Udział kapitału zagranicznego w gospodarce polskiej
prezentują dane GUS z grudnia 2006 r. – w tym cza-
sie udział kapitału zagranicznego w kapitale podsta-
wowym przedsiębiorstw wynosił:
w przetwórstwie przemysłowym 48,5% t
w budownictwie 34,3% t
w handlu i naprawach 61,2% t
w hotelach i restauracjach 19,5% t
w transporcie, gospodarce magazynowej i łącz- t
ności 20,7%
(Rocznik Statystyczny GUS, 2007 r. str. 582)
Publikacje GUS nie informują o udziale kapitału
zagranicznego w bankach i przedsiębiorstwach ubez-
pieczeniowych, a szacuje się, że sięga on 80%.
Prywatyzacja pozostałości sektora państwowego
nie ma żadnego uzasadnienia. Tym bardziej, że
w niedalekiej przyszłości może on stać się lokomo-
tywą wyciągającą polską gospodarkę z problemów.
MOŻLIWL kONSLkWLNC|L kLALI7AC|I
k7ĄDOWLCO PkOCkAMU PkYWATY7AC|I NA LATA 2008-2011
W WAkUNkACH CLO8ALNLCO kkY7YSU COSPODAkC7LCO
13
Dane te wskazują, że w procesie transformacji ustro-
jowej w wyniku prywatyzacji nastąpiła denacjonalizacja
podstawowej części gospodarki narodowej – nie skom-
pensowana równoważnym wzrostem własności polskiej
zagranicą. Jest to stan niekorzystny dla rozwoju kraju,
ponieważ kryteria, którymi kierują się przedsiębiorstwa
zagraniczne, nie tworzą podstaw do tego, aby oczekiwać,
że ich działalność może być oparciem dla reindustriali-
zacji kraju i powstawania w Polsce awangardowych dzie-
dzin przemysłu, dokonujących rozwoju technologicznego,
a także oparciem dla równoważenia niezbędnego importu
odpowiednim wzrostem eksportu. Przedsiębiorstwa zagra-
niczne nie eliminują bowiem bezrobocia i zadłużenia kraju
oraz raczej nie są zainteresowane rozwojem polskiej, no-
woczesnej produkcji maszyn, urządzeń, aparatury, instru-
mentów, chemikaliów, sprzętu transportowego itp., gdyż
ograniczyłoby to ich rynki zbytu. Natomiast są zaintere-
sowane tanimi zasobami pracy i transferem zysków, co jest
ich cechą naturalną.
Taki stan rzeczy może być bardzo niekorzystny
w warunkach pogłębiającego się globalnego kryzysu fi-
nansowego i gospodarczego. Problem polega na tym, że
wykupione przez kapitał zagraniczny polskie przedsię-
biorstwa i banki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe, któ-
re stały się filiami korporacji i banków transnarodowych,
mogą się stać kanałami transferu zgromadzonych w nich
środków i potencjału do macierzystych central i użyte
do ratowania ich przed upadłością, same zaś mogą upaść
lub zubożyć polskich klientów i kooperantów.
W warunkach narastającego kryzysu rynków finanso-
wych, bardzo ryzykowna może okazać się – przynajmniej
w najbliższych latach – prywatyzacja za pomocą wprowa-
dzania na giełdę. Nie tylko dlatego, że wartość akcji ma
tendencję spadkową, lecz przede wszystkim sprzyja to prze-
jęciu kontrolnych udziałów firmy przez silnego właściciela
zagranicznego za niewielkie pieniądze (często za pomocą
podstawionych podmiotów i akcjonariuszy).
Deindustralizacja kraju
Równoczesną konsekwencją podjętej po 1989 r. restruktu-
ryzacji i prywatyzacji stała się deindustrializacja kraju. Za-
trudnienie w przemyśle w Polsce zmniejszyło się z 5,2 mln
zatrudnionych w 1980 r. do 3 mln w 2006 r. (w tym 182
tys. pracowników zatrudniało górnictwo). Nastąpił spadek
lub zaprzestanie produkcji szeregu wyrobów złożonych
technologicznie, m.in. obrabiarek (także numerycznych),
lokomotyw elektrycznych i dieslowskich, samolotów od-
rzutowych, maszyn i urządzeń dla budownictwa, maszyn
dla rolnictwa i przemysłu spożywczego, turbin i wyposaże-
nia dla energetyki, instalacji dla przemysłu chemicznego,
półprzewodników, instrumentów i aparatów pomiarowych,
aparatów radiowych. Wyeliminowana produkcja krajowa
jest zastępowana importem. Zagraniczni właściciele spry-
watyzowanych polskich przedsiębiorstw wiele z nich prze-
kształcili w montownie, tworzące wyroby finalne w oparciu
o import ich komponentów i dokumentacji, nie podejmu-
jąc równocześnie równoważnego eksportu kooperacyjnego.
Import kooperacyjny stanowił w 2006 r. 65% wolume-
nu importu. Zastąpienie części tego importu krajową
produkcją kooperacyjną mogłoby stanowić podstawę do
utworzenia w przemyśle około miliona nowych miejsc
pracy i podobnej wielkości w usługach towarzyszących
produkcji przemysłu.
b

Y
U
L
I
Y
A

L
I
B
K
I
N
A
14
Gospodarka polska jest już w ok. 80% sprywaty-
zowana w swych podstawowych elementach (bankach,
przemyśle, handlu) i zdominowana przez kapitał zagra-
niczny. Sektor kapitału prywatnego, w tym zagranicz-
nego, decyduje obecnie o rozwoju, inwestowaniu oraz
o konkurencyjności gospodarki polskiej. Zatem pod
względem ekonomicznym prywatyzacja pozostałości
sektora państwowego i publicznego nie ma żadnego
uzasadnienia, tym bardziej, że pozbawia państwo in-
strumentów kreowania suwerennej polityki gospodar-
czej. Chyba, że chodzi o wpływy do budżetu i obniżenie
długu publicznego, zmniejszenie deficytu oraz o wygene-
rowanie środków na spłatę zadłużenia zagranicznego – ale
jest to polityka krótkofalowa, niekorzystna dla przyszłych
pokoleń. Jak bowiem wiadomo, każdego roku ustawa
budżetowa przewiduje znaczne wpływy z prywatyzacji,
z których pokrywane są wydatki państwa. Jednocześnie
zadłużenie zagraniczne Polski nieustannie rośnie i prze-
kroczyło już 120 mld USD, o czym w ogóle się nie mówi,
a wręcz ukrywa ten fakt przed obywatelami. Niestety,
wszystko wskazuje, że załamanie międzynarodowego sys-
temu finansowego i narastająca globalna recesja jeszcze
zwiększą tę kwotę.
Sektor państwowy
ważnym elementem polskiej gospodarki
Przedsiębiorstwa sektora państwowego, dotychczas nie
sprywatyzowane, są w dominującej większości rentow-
ne, przynoszą dochody właścicielskie budżetowi pań-
stwa, dają możliwości wdrażania polityki gospodarczej,
wiele z nich ma charakter strategiczny (np. są istotne
dla obronności, bezpieczeństwa energetycznego lub in-
formacyjnego). Powinny być kompetentnie zarządzane,
ale niekoniecznie muszą być prywatyzowane. Sposobem
na to mogą być np. kontrakty menedżerskie – przez niektó-
rych określane prywatyzacją zarządzania, ale nie własności
– przy jednoczesnym odpartyjnieniu rad nadzorczych (w
których powinni zasiadać wyłącznie niezależni eksperci),
a ponadto wprowadzaniu nowych form organizacji pra-
cy, sprzyjających upodmiotowieniu pracowników, m.in.
opartych na partycypacji pracowniczej, np. wzorem Japo-
nii czy krajów skandynawskich. Powinna też następować
ich konsolidacja (np. w formie koncernowej) i rozwój, aby
mogły podejmować badania, wdrożenia i produkcję, która
powinna być krajowa oraz tę produkcję awangardową, któ-
rej podjęciem raczej nie są zainteresowane przedsiębiorstwa
zagraniczne. Niektóre z nich powinny stać się „koncernami
narodowymi”, działającymi na rynku międzynarodowym.
Koncerny można dokapitalizować udziałami kapitału pry-
watnego, utrzymując w rękach państwa większościowe lub
kontrolne pakiety akcji.
Udział sektora przedsiębiorstw publicznych, w tym
państwowych, w gospodarce nie jest wyłączną cechą
gospodarki socjalistycznej. Sektor ten istnieje bowiem
w wielu gospodarkach kapitalistycznych, nazywanych
„mieszanymi”. Przykładowo, we Francji i w Austrii stanowi
on ok. 30% ogółu przedsiębiorstw i firm przemysłowych
i usługowych.
Celem i funkcją sektora państwowego (publicznego)
najczęściej jest:
przyspieszenie wzrostu gospodarczego w warunkach t
gospodarek na niskim poziomie rozwoju, niezdolnych
przeciwstawić się konkurencji zagranicznej,
rozwój przemysłu obronnego, t
przeciwdziałanie depresji gospodarczej i przyspieszenie t
wzrostu gospodarczego w obliczu działań wojennych
lub kataklizmów,
osiągnięcie konkurencyjności na rynku globalnym, t
dzięki działalności „macierzystych” korporacji po-
nadnarodowych.
Szczególnie w warunkach coraz bardziej widocznej
światowej depresji, sektor publiczny, wsparty przez pań-
stwo odpowiednimi narzędziami polityki przemysło-
wej, w niedalekiej przyszłości może stać się lokomoty-
wą wyciągającą polską gospodarkę z problemów. Sektor
przedsiębiorstw państwowych i publicznych dla osiągnięcia
tych celów może działać samodzielnie lub we współpracy
z przedsiębiorstwami sektora prywatnego – z udziałem ka-
pitału państwowego, dotowanych i wspomaganych zamó-
wieniami publicznymi.
Wyżej scharakteryzowanych tendencji i przejawów
globalizacji nie bierze niestety pod uwagę niedawno
przyjęty rządowy program prywatyzacji na lata 2008-
2011. Program ten przewiduje sprywatyzowanie w cało-
ści następujących branż: turystycznej, farmaceutycznej,
spożywczej, budowlanej, przemysłu elektronicznego,
stoczniowego, chemicznego, poligraficznego, wydaw-
niczego oraz drzewnego, a także Krajowego Depozytu
Papierów Wartościowych. Z powodu słabości kapitału
krajowego bardzo wiele z nich, szczególnie te najbar-
dziej atrakcyjne i rentowne, posiadające duże rynki
zbytu w kraju i zagranicą, zostaną sprzedane inwesto-
rom zagranicznym. Ponadto, według tego programu, 19
największych spółek, o istotnym znaczeniu dla polskiej
gospodarki, ma być sprywatyzowanych poprzez giełdę
(w tym PLL LOT, spółki Wielkiej Syntezy Chemicznej,
PKP Intercity, PKP CARGO, wydobywająca węgiel
koksujący Jastrzębska Spółka Węglowa, Katowicki Hol-
ding Węglowy, Kopalnia „Bogdanka”, Kombinat Kok-
sochemiczny Zabrze, Huta Łabędy, Bank Gospodarki
Żywnościowej oraz bardzo dochodowe największe i naj-
ważniejsze polskie spółki energetyczne).
Niezbędna głęboka korekta programu rządowego
W proponowanym przez rząd Donalda Tuska 4-letnim pro-
gramie prywatyzacji nie powinny być przewidziane do pry-
watyzacji (lub przynajmniej Skarb Państwa powinien zacho-
wać w nich trwałe większościowe udziały) przedsiębiorstwa:
strategiczne, tj. istotne dla obronności, bezpieczeństwa t
energetycznego i informacyjnego, m.in.: Polska Grupa
Energetyczna S.A. i inne główne spółki energetyczne,
Kompania Węglowa S.A., Polskie Górnictwo Nafto-
we i Gazownictwo S.A. i wydzielona z niego spółka
GAZ-SYSTEM S.A., Przedsiębiorstwo Eksploatacji
Rurociągów Naftowych (PERN) „Przyjaźń” S.A., Por-
15
ty Lotnicze, Exatel S.A., skupiająca przedsiębiorstwa
przemysłu obronnego Grupa BUMAR, Polskie Linie
Kolejowe S.A., PKP CARGO S.A., KGHM S.A., Pol-
ska Wytwórnia Papierów Wartościowych S.A., itd.
będące jeszcze polskimi banki decydujące w dużym za- t
kresie o finansowaniu gospodarki i polskich podmio-
tów gospodarczych, zwłaszcza PKO BP, Bank Gospo-
darstwa Krajowego i Bank Gospodarki Żywnościowej,
o produkcji złożonej technologicznie, o charakterze t
high-tech,
o dużej rentowności oraz dużych dochodach właści- t
cielskich.
Proponowany przez rząd program prywatyzacji poka-
zuje jedynie, jakich przedsiębiorstw, branż i dziedzin ma
ona dotyczyć, nic nie mówi natomiast, dlaczego należy
je prywatyzować. Pokazuje, jak zamierza się usprawnić
tryb i procedury prywatyzacji, nie wskazuje natomiast,
jaki ma być cel programu prywatyzacji z punktu widze-
nia przyspieszenia wzrostu gospodarczego, dochodów
budżetu, ograniczenia zadłużenia, zwłaszcza zagra-
nicznego, wzrostu liczby miejsc pracy, bezpieczeństwa
ekonomicznego i energetycznego, interesu społecznego
itp. Nie podaje się danych o przedsiębiorstwach przezna-
czonych do prywatyzacji: o ich kapitale, rentowności, za-
dłużeniu, zatrudnieniu, eksporcie, powiązaniach koopera-
cyjnych i możliwych efektach prywatyzacji.
Moim zdaniem, prywatyzacja powinna być elementem
racjonalizacji gospodarczej, a nie doktryną. Dotychczasowe
formy prywatyzacji gospodarki polskiej w sumie nie okaza-
ły się dla niej pozytywne, o czym świadczy:
poziom ciągle rosnącego zadłużenia kraju, zarówno t
wewnętrznego, jak i zagranicznego,
rozwarstwienie społeczne i nadal wysoka skala bezro- t
bocia,
deficyty w obrotach towarowych z zagranicą, t
denacjonalizacja i deindustrializacja kraju, t
postępujący zanik krajowych badań i wdrożeń, t
rosnące ujemne saldo PKB (deficyty w rozliczeniach t
z zagranicą).
Dlatego uważam, że rząd – we współpracy z parlamen-
tem – powinien dokonać głębokiej korekty w programie
prywatyzacji na lata 2008-2011 i opracować mapę prze-
kształceń własnościowych, której sporządzenie powinno
być pochodną polityki przemysłowej państwa, będącej
częścią wieloletniej strategii gospodarczej. Przy sporzą-
dzaniu takiej mapy wskazane jest sformułowanie celów,
które chcemy osiągnąć przez prywatyzację, uwzględniając
przy tym zagrożenia i wyzwania wynikające z pogłębiają-
cego się globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego.
Mapa przekształceń własnościowych wymaga wyodrębnie-
nia sektorów, branż lub przedsiębiorstw nie podlegających
prywatyzacji lub pełnej prywatyzacji. Do tego niezbędne
jest określenie kryteriów, za pomocą których będą iden-
tyfikowane przedsiębiorstwa pozostające w gestii państwa,
którego funkcje właścicielskie powinny zostać udoskona-
lone i umocnione.
Paweł Soroka
Właśnie ukazał się nowy, bezpłatny poradnik dla rad pracowników, przygotowany przez ekspertów
Instytutu Spraw Obywatelskich. Opracowanie zawiera wyczerpujące odpowiedzi na pytania naj-
częściej zadawane przez członków rad pracowników. Ponadto, opublikowano w nim teksty dwóch
szczególnych aktywnych członków rad, pokazujące ich działalność „od kuchni”.
Jedyne cenne kompendium praktycznej wiedzy dla rad pracowników.
Poradnik został już wysłany do ponad dwóch tysięcy rad. Jeżeli Państwa rada pracowników jeszcze go
nie otrzymała lub wyrażają Państwo zainteresowanie tematyką rad, prosimy o kontakt telefoniczny
(042) 630 17 49, e-mailem rady@iso.edu.pl lub drogą pocztową pod adresem Instytut Spraw
Obywatelskich, ul. Więckowskiego 33/127, 90-734 Łódź.
Publikację można także pobrać bezpośrednio ze strony Centrum Wspierania Rad Pracowników
(www.radypracownikow.info), prowadzonego przez Fundację.
Poradnik „ABC rady pracowników” został opublikowany dzięki pomocy nansowej Unii Europejskiej w ramach projektu „Centrum
Wspierania Rad Pracowników”. Za treść tego dokumentu odpowiada Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich, poglądy w nim wyrażo-
ne nie odzwierciedlają w żadnym razie ocjalnego stanowiska Unii Europejskiej.
Poradnik „ABC rady pracowników” został opublikowany dzięki środkom otrzymanym z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ra-
mach Rządowego Programu - Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.
Nowy poradnik „ABC rady pracowników” już dostępny!
16
|otnnt Dubt-Cwìtzbt
Tytuł wymaga wyjaśnienia, aby ideolodzy nie za-
rzucili mi, że źle definiuję te pojęcia. Kapitalizm to brak
ingerencji państwa w system finansowy. Artykuł Rafa-
ła Ziemkiewicza w „Rzeczpospolitej” (4-5 październi-
ka 2008) gazeta anonsowała: „Lekarstwo na kryzys:
Więcej kapitalizmu”. Przez komunizm rozumiem na-
tomiast niekontrolowaną przez społeczeństwo władzę
Partii legitymującej się ideologią marksistowską.
Oba systemy podobnie reagują na kryzys, po-
krętnie i fałszywie tłumacząc jego istotę. W przypadku
tego pierwszego, kryzys instytucji finansowych przed-
stawia się jako kryzys spółek giełdowych. Ziemkiewicz
przypomina nawet gorączkę spekulacyjną cebulkami
tulipanów w Holandii w XVII w., aby przekonać nas,
że bankructwa banków to normalna korekta wartości
spółek. Winni są też ich klienci, którzy „obdarowywani
kredytami /.../ konsumowali, na krótką metę zwiększa-
jąc popyt i PKB”. Takie argumenty już słyszeliśmy, gdy
polityka monetarna Balcerowicza doprowadziła do sy-
tuacji, że zadłużeni rolnicy wieszali się, zamiast spłacać
kredyt. Kryzys przedstawiany jest też jako wynik lekko-
myślności biedaków, którzy pożyczali na kupno domu,
a później nie mogli go spłacić. W takich przypadkach
bank zabiera dom i z całej operacji w skarpetkach wy-
chodzi klient, nie bank, ale dla propagandy jest to nie-
istotny szczegół. Jak w propagandzie komunistycznej:
chciwość, głupota i nadmierna konsumpcja klientów
systemu doprowadziły do kolejnego kryzysu.
Uniwersalnym lekarstwem na kryzys jest więcej
komunizmu lub kapitalizmu. W PRL po każdym wyj-
ściu ludzi na ulice i stosownym ich spałowaniu, Partia
pouczała nas, że jeśli chcemy lepiej żyć, musimy więcej
pracować, np. podejmować czyny produkcyjne nie żą-
dając zapłaty. Powinniśmy też pilniej uczęszczać na uni-
wersytety marksizmu i leninizmu. Brak wiedzy powo-
duje, że nerwowo reagujemy na nieuniknione korekty,
np. braki w zaopatrzeniu lub podwyżki cen, a są to tylko
chwilowe perturbacje najlepszego ustroju na świecie.
Obecny ustrój też jest najlepszy na świecie, a co
najważniejsze – jest jedyny, tylko jeszcze nie wszyscy na-
uczyliśmy się w nim żyć. Gdyby wszyscy ukończyli szko-
ły marketingu, biznesu i zarządzania, pewnie w ogóle nie
doszłoby do kryzysu. A przynajmniej nikt niczemu by
się nie dziwił, lecz szukałby winy we własnych błędach.
Ludzie powinni się wstydzić, jeśli zalegają ze spłatami
kredytów i nie narzekać, że banki zmieniają umowy na
bardziej restrykcyjne i nie chcą udzielać pożyczek. Ocze-
kującym „złotej jesieni” przypomina się, że z pustego na-
wet Salomon Brothers nie naleje.
Podzielam opinię tych, którzy są przeciwni pom-
powaniu pieniędzy podatników w zdegenerowany
system finansowy. Zastanawia mnie jednak, gdzie
oni byli, gdy takie praktyki stosowano w przeszłości.
Drastycznym przykładem jest ratowanie środkami
z amerykańskiego budżetu Quantum – niewielkiej,
tajemniczej organizacji finansowej, nawet nie posia-
dającej rangi banku, czyli nie podlegającej w praktyce
żadnym przepisom i kontroli. Do opinii publicznej
przedostało się jedynie, że uczestnikiem Quantum
jest George Soros, który miał już na koncie mniej lub
bardziej udane ataki na waluty narodowe Wielkiej
Brytanii, Francji i Japonii. Z nieznanych powodów
Quantum nie mogło zbankrutować.
W III RP „dokapitalizowanie banków komercyj-
nych i objęcie tym procesem złych kredytów” było jed-
nym z punktów „Strategii dla Polski” po zwycięstwie
SLD w 1993 r. „Złe kredyty” stanowiły wówczas po-
nad 30% wszystkich kredytów. Zrujnowane transfor-
macją przedsiębiorstwa, zagrożeni bezrobociem pra-
cownicy i emeryci „starego portfela” mieli złożyć się na
miliardy strat banków, które lekką ręką pożyczały ko-
lesiom bajońskie sumy. Był to program lewicy, ale pra-
wicowa opozycja go nie krytykowała. Fundamentalna
zasada liberalnej gospodarki – „słabszy musi upaść”,
nie dotyczyła banków. Banki to święte krowy, upaść
nie mogą i państwo otacza je szczególną opieką. Pra-
cownicy karceni za „socjalistyczny sposób myślenia”,
za „przyzwyczajenie do państwa opiekuńczego” – nie
protestowali. Ludzie sytemu komunistycznego radzili
sobie znakomicie na wolnym rynku. Byli już liberałami
i równocześnie światłą europejską lewicą. Prawica po-
dejrzewała ich o nieszczerość. Czołowych kapitalistów
III RP oskarżano o skrywaną niechęć do kapitalizmu!
Wyborcy do dzisiaj głosują na nich jako na lewicę.
Wróćmy do USA, gdzie zaczął się kryzys. Specja-
liści istotnej przyczyny doszukują się w likwidacji ogra-
niczeń, którym podlegały banki inwestycyjne. Ogra-
niczenia wprowadzono w latach 30. dla zapobiegania
wielkim kryzysom. Banki, które dotychczas świadczyły
usługi – doradzały, pośredniczyły, organizowały emisje
akcji – zaczęły same inwestować za pożyczane pienią-
dze. Moim zdaniem, degeneracja banków inwestycyj-
Musimy ratować banki pod szantażem zawalenia
się całego systemu gospodarczego. Podobno dla-
tego, że wciąż kapitalizm jest niedoskonały, wciąż
brużdżą socjaliści. Jak w komunie, tylko na odwrót.
kAPITALISCI SĄ |Ak kOMUNISCI
17
nych związana jest też ze zmianą samej istoty inwestowania,
które coraz częściej oznacza wrogie przejęcie. Na zlecenie
klienta bank opracowywał całą strategię doprowadzenia
upatrzonej spółki giełdowej do bankructwa lub podporząd-
kowania dyktatowi napastników. Strategia była tajna, ofiara
osaczana ze wszystkich stron nie miała szans obrony. Celem
ataku mogła być likwidacja konkurencji, ale bardzo często
chodziło o przejęcie masy upadłościowej. Rodzaj produkcji
czy świadczonych usług nie mają wówczas żadnego znacze-
nia, ponieważ celem nie jest kontynuacja działalności. Na
przykład doprowadzono do bankructwa sieć księgarni, po-
nieważ miała ona dobre lokale w całej Ameryce. W Polsce
najbardziej narażone na likwidację były te przedsiębiorstwa,
które miały ładne i dobrze usytuowane budynki.
Fundamentalną zasadą mającą chronić sądy i banki
przed degeneracją, jest podział ról. Zasada ta wynika wprost
z obowiązku lojalności wobec klientów o różnych, często
sprzecznych interesach. Adwokat nie może oskarżać klien-
ta, prokurator bronić przestępcy i oskarżać ofiary. Doradca
bankowy nie powinien wprowadzać klienta na minę lub wy-
korzystywać do własnych celów informacji uzyskanych na
zasadzie zaufania. Złamanie tych reguł prowadzi do patologii
rujnujących cały system. Jeśli adwokat na podstawie infor-
macji od klienta sam organizuje napad na bank, to prawo
jest już tylko parawanem dla bezprawia. Mamy tu analogię
do praktyk, które doprowadziły system finansowy do kry-
zysu. System stworzony do obsługi procesów gospodarczych
zaczął działać jak pasożyt. Proste pasożytowanie na realnej
gospodarce nie pozwala nieustannie pomnażać zysku, więc
„pieniądz robi pieniądz”. Coraz większa ilość wirtualnych
pieniędzy, nie mających pokrycia w gospodarce, krąży w sys-
temie finansowym, a równocześnie wszyscy się zadłużają.
Konstytucja ogranicza zadłużenie Polski do 60% PKB, ale są
państwa, których dług przekracza już 100% ich PKB.
Niestabilność jest strukturalną cechą tego systemu.
Stabilizatorem mogą być tylko działania zewnętrzne wobec
sytemu, czyli regulacje nakładane przez władze państwowe.
Społeczeństwo ma bardzo ograniczone możliwości. Związki
zawodowe, skuteczne w kryzysach wywołanych brakiem rów-
nowagi między popytem i podażą na rynku towarów i usług,
w kryzysie finansowym mają mniejsze możliwości działa-
nia. Ponadto, związki zawodowe są zwykle bezradne wobec
transgranicznych korporacji. Kreowanie własnych lokalnych
środków płatniczych jest z kolei zakazane. Omijanie sytemu
bankowego jest uciążliwe i też stanowi przestępstwo.
Sekretarz skarbu USA, Henry Paulson, twierdzi, że je-
śli drapieżniki stojące na szczycie łańcucha pokarmowego są
zdrowe, to cały ekosystem jest zdrowy. To prawda, ale w natu-
rę drapieżników wmontowane są regulatory, np. ograniczanie
ilości potomstwa i hamowanie agresji wewnątrzgatunkowej.
Solidarność świata finansów polega na solidarnym wyprowa-
dzaniu kosztów kryzysu na zewnątrz. Oznacza to karmienie
chorej populacji drapieżników mięsem z ekosystemu.
Zewnętrzna kontrola kapitalizmu korporacyjnego nie
jest prosta. Stosunki własnościowe są skomplikowane, pro-
dukty finansowe coraz bardziej złożone, a tzw. kreatywna
księgowość (dowiedzieliśmy się o niej, gdy bankrutował En-
ron) – coraz doskonalsza. Świat finansów nieustannie doma-
ga się ograniczenia regulacji zewnętrznych i dostaje od poli-
tyków to, czego chce, czyli coraz większą swobodę działania
i bezkarność. W przypadku kryzysu musimy ratować banki
pod szantażem zawalenia się całego systemu gospodarcze-
go. Podobno dlatego, że wciąż kapitalizm jest niedoskonały,
wciąż brużdżą socjaliści. Jak w komunie, tylko na odwrót.
Nawet liberałowie przyznają, że bardziej odporne na
kryzys są gospodarki tych krajów, które mają słabsze po-
wiązania ze światową ekonomią, a państwo nie wycofało
się w nich jeszcze na pozycję nocnego stróża. Własne banki,
ustawodawstwo pozwalające na nadzór i regulację systemu
finansowego, przedsiębiorstwa o skali lokalnej, zróżnicowane
rolnictwo produkujące na potrzeby wewnętrzne – pozwalają
przetrwać załamanie gospodarki światowej. W Polsce postu-
laty dbałości o suwerenność gospodarczą zwalczane były jako
dążenie do autarkii właściwej systemom totalitarnym. Najle-
piej w czasie zadymy znaleźć się w jakimś zacisznym zaścian-
ku, ale my szeroko otworzyliśmy granice. W najgorszej sytu-
acji są kraje zdane na łaskę międzynarodowych korporacji.
Na przykład gwałtowny spadek cen na światowych rynkach
może doprowadzić ludność do skrajnej nędzy i głodu, jeśli
rolnictwo oparte jest na monokulturowych uprawach.
Obecny kryzys oznacza klęskę ideologii. Monetaryzm,
uznany za uniwersalne i jedyne narzędzie sterowania gospo-
darką, nie sprawdził się. Polityka monetarna miała zapo-
biec „drukowaniu pustego pieniądza”, ograniczać inflację,
zmusić pracowników, pracodawców i budżety państw do
oszczędności. Tylko spekulanci finansowi mieli pełną swo-
bodę działania. Wkrótce okazało się, że spekulacje są jedy-
nym szybkim i pewnym sposobem pomnażania pieniądza,
a banki wprowadziły na giełdy masę pustego pieniądza.
Polityka, która w zamierzeniu miała polegać na „zaciskaniu
pasa”, doprowadziła do niesłychanego finansowego rozpasa-
nia, przy równoczesnym zadłużeniu całego świata. Jak mamy
rozumieć informację, że wartość giełdy spadła o 20%? Co
stało się z pieniędzmi, które tak oszczędzaliśmy i lokowali-
śmy w bankach, a za ich pośrednictwem w różnych papierach
„wartościowych”? Gdzie rozpłynęły się te wartości? Dlacze-
go państwo musi gwarantować, że nasze pieniądze w banku
jeszcze istnieją? A jeśli ich tam nie ma, to gdzie się zawieru-
szyły? Dlaczego jedyny realnie funkcjonujący wolny rynek,
rynek pieniądza, nie może sam, przy pomocy mechanizmów
rynkowych wyjść z kryzysu, dokonać przeceny, wypuścić po-
wietrze ze spekulacyjnych baniek? Podobno takie okresowe
korekty są czymś normalnym i rynek świetnie sobie z tym
radzi. Dlaczego zatem zamyka się giełdy, usztywnia kursy wa-
lut i kolejny raz sięga do kieszeni podatników dla ratowania
banków? Dlaczego ratowanie stoczni jest przestępstwem?
Nie wiem, ile stracimy na obecnym kryzysie. Mam
jednak nadzieję, że zyskamy prawo do zadawania ekono-
mistom i politykom prostych pytań i doczekamy się odpo-
wiedzi nie obciążonych propagandą. Gdy czytam, że to nie
liberałowie wymyślili derywaty, albo że Keynes swoje teorie
wyprowadził z takiej samej analizy kapitalizmu jak Marks,
dochodzę do wniosku, że ekonomia nie jest nauką, lecz re-
ligią. Wyznawcy jednego boga, Mamony, podzielili się na
sekty, które prowadzą wojny religijne. Jeśli w czasie kryzysu
mają zniknąć nasze pieniądze, to byłoby dobrze, żeby razem
z nimi znikli ekonomiści.
Joanna Duda-Gwiazda
Mtnrk CuLrsus
Lata tłuste, lata chude
Oto znowu mamy kryzys finansowy w USA. Nie
pierwszy i nie ostatni. Był już kryzys paliwowy, była
bańka internetowa, jest zapaść w kredytach hipotecz-
nych, a gdy ta się skończy – będzie chwila uspoko-
jenia, może entuzjazmu, aż przydarzy się jakiś nowy
kryzys... Wydawałoby się, że to tylko cykle gospodar-
cze: po siedmiu latach tłustych przychodzi siedem lat
chudych, po euforii – trwoga, a PKB raz wolniej, raz
szybciej, ale ciągle rośnie. Akcje drożeją, konta puch-
ną, rozwój nie ustaje. Cóż – to prawda – rozwój, tyle
że... choroby. Choroby pieniądza.
Dwieście lat temu, na początku XIX stulecia, za
jednego dolara można było kupić ok. 1,6 grama złota;
sto lat temu, na początku XX stulecia – półtora gra-
ma, i taka cena pozostawała aktualna aż do Wielkiego
Kryzysu lat 30., po którym siła nabywcza dolara usta-
bilizowała się na poziomie około 0,9 grama złota. Ten
poziom utrzymywał się bez większych zmian aż do lat
70., kiedy to dolar oderwał się od parytetu złota, po
czym zaraz imponująco zanurkował. Pod koniec roku
1970 za dolara można było kupić 0,83 grama złota, a z
końcem kolejnych lat: 0,71... 0,48... 0,27... 0,16...
Przez cały XIX w. dolar stracił na wartości kilka
procent, w ciągu 20 lat Wielkiego Kryzysu i Wielkiej
Wojny – 70%, a przez pierwsze kilka lat dysparytetu
staniał o 500%. Z początkiem trzeciego tysiąclecia
dolar był wart 0,114 grama złota, na koniec siódme-
go roku tysiąclecia tylko 0,037. W obecnym, ósmym
roku, dług publiczny USA może wzrosnąć dwukrot-
nie i proporcjonalnie do tego będzie mogło przybyć
dolarów. Ile wtedy będzie można kupić złota za zielo-
ny banknot? Wciąż więcej niż setną część grama?
Jeśli wierzyć liczbom, a nie zaklęciom polityków
czy finansistów, kryzys nabiera tempa i coraz bardziej
wymyka się spod kontroli. Dolar odgrywa dziś cen-
tralną rolę w systemie finansowym świata. Kryzys
dolara szybko musi stać się kryzysem światowym,
dotykającym nawet tych, którzy w życiu nie wi-
dzieli zielonego banknotu. Różne diagnozy uwy-
puklają różne aspekty kryzysu, ale wszystkie moż-
na sprowadzić do tego, że na świecie jest za mało
bogactwa, a za dużo pieniądza – oczywiście, jak
zawsze, nie u wszystkich.
Krótka historia dolara
Imperialna kariera dolara jest krótka, liczy raptem 60
lat i chociaż jeszcze trochę potrwa – na dociągnięcie
do pełnych stu lat panowania szansa jest niewielka. To
będzie raczej krótka historia. A było to tak:
Globalnym mocarstwem wieku pary była Wiel-
ka Brytania, a światową walutę stanowił brytyjski
funt. Globalnym mocarstwem wieku ropy są Stany
Zjednoczone i światową walutą jest amerykański
dolar. Wiek ropy powoli się kończy, choćby dlate-
go, że kończy się ropa. To jednak nie oznacza od
razu ani końca dominacji USA, ani nie unieważnia
dolara. Oddanie światowego prymatu przez Wiel-
ką Brytanię wymagało w XX wieku dość mocnych
argumentów: jednego Wielkiego Kryzysu i dwóch
wielkich wojen, a trwało to wszystko 30 lat, nawia-
sem mówiąc: dość okropnych lat. Należy uznać za
bardzo wątpliwe, czy Ameryka da się zdetronizować
łatwiej niż jej poprzedniczka, tym bardziej, że na
razie nie ma komu.
II wojnę światową zakończyły dwa wielostronne
porozumienia: militarne w Jałcie i finansowe w Bret-
ton Woods. Jałta dzieliła świat na polityczne strefy
wpływów amerykańskich i rosyjskich, zaś Bretton
Woods ustanawiało światowy ład finansowy z uprzy-
wilejowaną rolą USA. Z grubsza rzecz biorąc, banki
centralne całego świata uznały za nadrzędny bank
amerykański – FED, który dysponując zgromadzoną
w USA większością światowego złota, wystawiał po-
kwitowania praw do tego złota, zwane właśnie dola-
rami. Każdy banknot dolarowy był równoważny 1/35
uncji, czyli 0,89 grama kruszcu. Takimi to bankno-
tami banki centralne całego świata wypełniały swoje
skarbce, traktując je jako lżejszy odpowiednik metalu.
System ten załamał się na początku lat 70., gdy prezy-
dent Nixon poinformował świat, że papier i złoto to
jednak nie to samo.
Pieniądz dłużny, ten kamień lozoczny XX wieku,
zdolny zamieniać papier w złoto, właśnie traci
moc. Co dalej?
PILNIĄD7 NA NOWY WILk
18
19
Dolar pozostał mimo to centralną walutą świata,
częściowo w wyniku instytucjonalnej oraz intelektualnej
bezwładności, a częściowo dzięki narzuconemu alternatyw-
nemu zabezpieczeniu na ropie, czyli zmonopolizowaniu
rozliczeń naftowych przez tzw. petrodolara. FED był nadal
centralnym bankiem centralnych banków, a dolar światową
walutą rezerwową.
Ład jałtański stracił moc w roku 1989. Mniej więcej
w tym samym czasie rozpoczął się demontaż systemu pe-
trodolara: powstało euro jako alternatywna waluta rezerwo-
wa, a poszczególne kraje naftowe próbowały odchodzić od
dolara, na wiarę w którego trzeba je było nawracać z coraz
większym wysiłkiem. W ciągu siedmiu lat ekspansji euro,
dolar oddał jednak tylko kilka procent udziału w rezer-
wach bankowych, zmniejszając swój udział z 72% do
64%. Jest to na razie niewielka strata. W tym tempie,
proces wypierania dolara przez euro musiałby trwać
przeszło pół stulecia. To za długo. Tyle już nie wytrzyma
dolar, przynajmniej – nie taki dolar.
Wszystkie pieniądze świata
System, który się właśnie zdestabilizował, wygląda co do
istoty i w sporym uproszczeniu tak: gdy rządowi USA
brakuje pieniędzy, musi zaciągnąć dług. Stwarza wtedy
obligacje skarbowe i wymienia je w amerykańskim banku
centralnym, FED, na stwarzane tam dolary. Później rząd
pokrywa pozyskanymi od FED dolarami różne wydatki,
a FED sprzedaje pozyskane od rządu obligacje na rynku,
teoretycznie już za inne, ale faktycznie za takie same dolary,
jakimi wcześniej płacił rządowi.
W warunkach równowagi, FED pozyskuje dla siebie
najwyżej tyle pieniędzy, ile ich wcześniej wytworzył dla rządu.
Ilość pieniędzy banku centralnego jest więc powiązana z ilo-
ścią obligacji skarbowych i przez nią limitowana. Gdyby rząd
odkupił te swoje obligacje od banku centralnego, zniknąłby
i dług publiczny, i pieniądz. Ale wtedy cała formuła za szybko
redukowałaby się do skądinąd słusznej postaci: 0 = 0.
Dolary FED trafiają do banków komercyjnych, w któ-
rych są rozmnażane, gdy banki wydają swoim kredytobior-
com wielokrotność posiadanych pieniędzy. Dolary banków
komercyjnych powstają w momencie udzielenia kredytu,
a ich zabezpieczeniem są przyszłe spłaty kredytobiorców,
którzy tym samym, gdy zaciągają kredyt, stają się gwaranta-
mi bankowego pieniądza. Kreacja pieniądza w bankach ko-
mercyjnych jest – z natury – ograniczona przez zadłużenie
kredytobiorców, a prawnie – przez rezerwy obowiązkowe
FED. Banki muszą bowiem pewną część swoich pieniędzy
deponować w pieniądzu FED. Część tę określa stopa re-
zerw FED, która de facto mówi, ile bank komercyjny musi
mieć pieniędzy, aby pożyczyć 100 dolarów. Teoria finansów
nazywa to rezerwą częściową. Zazwyczaj stopa rezerw wy-
nosi mniej niż 10%, dlatego większość dolarów powstaje
w amerykańskich bankach komercyjnych.
W podobnej sytuacji (do banków komercyjnych
w USA) są banki centralne innych krajów. One także prze-
chowują rezerwy dolarów, mniej więcej proporcjonalnie do
wielkości tych rezerw emitując własne waluty, równolegle
powiązane z długiem publicznym ich państw. Banki komer-
cyjne tych krajów dalej rozmnażają swoje waluty – z takim
mnożnikiem, ile razy stopa rezerw ich banku centralnego
mieści się w stu, zazwyczaj jest to od kilku do kilkudzie-
sięciu razy, a więc głównie tam, w bankach komercyjnych,
powstają wszelkie waluty.
Patrząc od drugiej strony: nie będąca dolarem waluta
powstaje w (nieamerykańskim) banku komercyjnym po pro-
stu w taki sposób, że bank udziela kredytu. Proceder ten jest
ograniczony przez stopę rezerw banku centralnego (dla danej
waluty) oraz zasób pieniądza banku centralnego. Z kolei, pie-
niądz banku centralnego powstaje, gdy ten udziela pożyczki
swojemu państwu, a pożyczka ta jest limitowana (głównie)
przez zgromadzone w banku centralnym rezerwy dolara. Po-
dobnie kreują pieniądz, tym razem już dolara, banki komer-
cyjne w Ameryce, stwarzając swoje dolary dla kredytobiorców,
w ilości ograniczonej przez stopę rezerw obowiązkowych oraz
zasób dolara FED. A na samym szczycie tej piramidy, FED
produkuje swoje dolary w miarę, jak rząd USA produkuje
obligacje, wyrażające dług publiczny USA. Każdy pieniądz
powstaje jako czyjś dług – w ilości powiązanej z kolejnymi
długami, ograniczonymi przez jeszcze inne długi, i tak dalej –
aż do jądra tego wszystkiego, którym jest dług USA.
Pieniądz i równowaga
Teoretycznie, kreacja pieniądza jest pod wielopiętrowym
nadzorem rządów oraz banków. Pieniądz powstaje jako
obustronnie dobrowolny dług, w tempie kontrolowanym
i przez dłużników, i przez wierzycieli. Cały ten mechanizm
reguluje kilka rodzajów liczb, dekretowanych przez rządy
i banki, a główne parametry kontrolne wyznaczają rząd
USA oraz FED, regulujące światowy zasób dolara. Wyda-
wałoby się, że system jest pod tak ścisłą odgórną kontrolą,
że bez jakichś kardynalnych błędów w sterowaniu, powi-
nien pozostawać w równowadze.
Jak zapewniają finansiści, system ma też wbudowany
silny mechanizm kontroli oddolnej, stwarzany przez praw-
ny wymóg, aby ilość udzielonych kredytów była równa ilo-
b

G
I
O
R
G
I
O

M
O
N
T
E
F
O
R
T
I
20
ści depozytów posiadanych przez banki. Miałoby to ograni-
czać rolę banków, które jakoby tylko pośredniczyły między
mającymi nadwyżki pieniędzy (depozytariusze), a tymi,
którym pieniędzy brakuje (kredytobiorcy).
Wydawałoby się to sprzeczne z postawioną wyżej tezą,
że banki mogą pożyczać więcej pieniędzy niż ich mają.
Kiedy jednak spojrzeć na to zdroworozsądkowo, to zbilan-
sowanie kredytów i depozytów można interpretować tak,
że skoro praktycznie wszyscy trzymają swoje pieniądze na
rachunkach bankowych i skoro praktycznie każdy pieniądz
wyraża czyjś kredyt, to arytmetyczna równość sum kredy-
tów i depozytów (w całym systemie) jest tylko potwierdze-
niem definicji pieniądza.
Pieniądz to nie tylko dług, ale jeszcze: dług oprocento-
wany. Odsetki od tego długu, też zresztą regulowane przez
banki centralne, muszą być corocznie pokrywane z nadwy-
żek dochodów państwa (i kredytobiorców) nad kosztami,
a jeżeli tych nadwyżek nie ma i odsetki nie są płacone, do-
pisuje się je do długu, który wtedy rośnie. Dalej, wraz z ka-
pitałem, odsetki wchodzą do cen, stopniowo je powiększa-
jąc i tworząc inflację. Inflacja z kolei powoduje, że ciągle ta
sama gospodarka, nawet przy niezmiennych produkcjach
i obrotach, potrzebuje coraz więcej pieniędzy, czyli zno-
wu długu. Stale go więc przybywa, a zapotrzebowanie na
pieniądz zaczyna wyznaczać procent składany, który z na-
tury rośnie wykładniczo. Tak też (przy deficytowych bu-
dżetach) musi rosnąć dług publiczny i prywatny, poprzez
swoje oprocentowanie dalej powiększając ceny – i mamy
coś, co w cybernetyce nazywa się dodatnim sprzężeniem
zwrotnym: długi nakręcają się same, i rosną, przewyższając
wszelkie racjonalne wartości. Nazywanie tego wzrostem
czy postępem jest trochę mylące.
Rosnące zapotrzebowanie na pieniądz obiegowy moż-
na alternatywnie zaspokajać bez zwiększania długu, po pro-
stu przyśpieszając obieg pieniądza. Ten sam pieniądz może
być bowiem użyty wielokrotnie. Pieniądz skarbcowy, np.
złoto, zmienia właściciela rzadko, raz na ileś lat, pieniądz
papierowy wchodzi do obiegu raz na ileś dni, ale pieniądz
elektroniczny – ograniczany już tylko szybkością elektro-
nów – może być użyty setki razy dziennie. Ponieważ cyr-
kulację pieniądza w rzeczywistej gospodarce limituje praw-
dziwy ruch towarów i usług, a ten podlega ograniczeniom
fizycznym, biologicznym i społecznym, szybki pieniądz
jest wypychany tam, gdzie równie szybki może być obrót,
to znaczy na giełdy oraz rynki finansowe, zasysając na nie
większość inflacji i wbudowując ją we wzrosty indeksów,
które tym samym mierzą, owszem, rozwój, ale nie gospo-
darki, lecz hiperinflacji.
Gdyby budżety państw, przedsiębiorstw i konsumen-
tów były zrównoważone, to znaczy gdyby ich dochody prze-
wyższały koszty przynajmniej o kwotę odsetek od koniecz-
nego (dla wytworzenia pieniądza) długu, system pieniądza
dłużnego mógłby być stabilny. Inaczej mówiąc, gdyby rządy
i banki albo chociaż gospodarki – stanowiły oazy powścią-
gliwości i roztropności, wtedy działałyby systemowe me-
chanizmy stabilizacji. Jednak w sytuacji niedostatku cnót,
system pieniądza dłużnego łatwo popada w nierównowagę,
a wtedy wprowadza do finansów wykładniczy wzrost, który
– gdy nabiera tempa – objawia się jako kryzys.
Alternatywnie, gdyby gdzieś za pieniądzem stało cho-
ciaż ziarno zboża albo kropla wody, przypisane do jed-
nostki monetarnej, system zyskiwałby wewnętrzne mecha-
nizmy stabilności, nie odwołujące się do cnót. Byłoby to
może mniej optymistyczne, ale za to bezpieczniejsze i chyba
uczciwsze.
Czyj pieniądz?
Pieniądz zawsze się zużywa, jeden szybciej, inny wolniej,
ale każdy obiegowy pieniądz traci z czasem na wartości.
Taka jest nieubłagana praktyka finansów: moc pieniądza
jest nietrwała.
Dzisiaj świat traci wiarę w moc dolara. Na co jednak
miałby swoją wiarę przenieść? Na euro, franka, funta,
rubla, juana? A czym się one od dolara różnią? Chyba
tylko tym, że gdzie indziej lokalizują ten sam problem.
Praktycznie wszystkie światowe waluty mają taki sam
mechanizm kreacji, przypisany do długu. Im więcej pie-
niądza domaga się gospodarka, tym więcej emitent musi
wykreować długu. Gdy waluta staje się światowa, świato-
wej miary staje się zadłużenie – i kraju emitenta, i jego
obywateli, a precyzyjniej mówiąc: klientów jego banków.
Euro, frank, funt, rubel, juan – to byłyby tylko alterna-
tywne nazwy kredytu, który i tak nie będzie spłacony.
Jeżeli waluta nie jest naturalna, jak zboże, paliwo czy
złoto, jeśli sama przez się ani nie zaspokaja ludzkich po-
trzeb, ani nawet nie jest pożądanym dobrem rzadkim, wiarę
w moc i unikalność waluty trzeba ludziom narzucić. Służą
temu policje i armie, strzegące w kraju i za jego granicami
monopolu kreacji pieniądza. Pieniądz jest wtedy oparty po
prostu na sile.
Im silniejszy politycznie jest emitent, tym bardziej
śmieciowy pieniądz może narzucić. Dzisiaj może to być
nawet jakaś post-waluta, zdematerializowana, oparta
wyłącznie na ewidencji kont, po prostu jedna z funkcji
globalnej Sieci. W czym byłaby nominowana? Cóż, zero
to zawsze zero: zero metrów, zero kilogramów, zero do-
larów, zero euro. Można by od razu nazwać taką walutę:
zero. Czego zero – to nieważne. Ale czyje zero – to już
zaczyna się liczyć, bo definiuje może nietrwałe, ale gi-
gantyczne centrum zysku.
Global, kredyt, amer, dolar, mili, micro albo soft – jak-
kolwiek miałby się nazywać globalny pieniądz, będzie on na
razie amerykański. Póki USA mają większość atomowych
głowic świata i póki są gotowe ich użyć, wystarczające za-
bezpieczenie amerykańskiej waluty może stanowić wzbo-
gacony uran. Jak długo? Tu jednoznacznej odpowiedzi nie
umiem udzielić, mogę tylko przytoczyć (i podtrzymać)
swoją diagnozę z 2005 r., zamieszczoną w książce „Plane-
ta obiecana, studium globalizacji” (wersja elektroniczna:
http://www.chlebus.eco.pl/PlanetaObiecana.htm):
„Wzór stabilności świata oparty na supremacji USA
wydaje się realistyczny i wysoce prawdopodobny, przynaj-
mniej w perspektywie pierwszego półwiecza. Później staje się
jednym z możliwych i niespecjalnie wśród nich uprzywilejo-
wanym scenariuszem. Hegemonia USA może jednak ustać
znacznie wcześniej, nawet w najbliższym dziesięcioleciu.
Finanse USA są dramatycznie nierównowagowe /.../.
21
Zawieszone renty i emerytury, kontrolowany popyt,
reglamentacje, rekwizycje, kontrybucje i inne cechy go-
spodarki sterowanej, zwłaszcza wprowadzone w warunkach
pokoju, mogłyby silnie nadszarpnąć wiarę Amerykanów
w Amerykę i amerykański pomysł na urządzenie świata.
Wojny daleko od granic nie pobudzą ani nie wystraszą ludzi
wystarczająco, aby uzasadnić wyrzeczenia. Potrzebne będzie
zagrożenie bezpośrednie na terenie USA, jakiś silny konflikt
wewnętrzny, poważny terroryzm, napaść nuklearna. To jed-
nak z jednej strony osłabiłoby USA, z drugiej – mogłoby
szybko wyczerpać nagromadzone zasoby patriotyzmu.
Wewnętrzna słabość Ameryki, zwłaszcza zaś zwątpienie
w sercach Amerykanów, podobne do tego, które niedawno
dotknęło Rosjan, to klimat końca hegemonii”.
Jaki pieniądz?
Kruszec ściera się i traci wagę, zboże zjadają szkodniki, chleb
wysycha, sól namaka, a tytoń wietrzeje. Żadne dobra ma-
terialne nie są wieczne. Pieniądz także nie. Jednak pieniądz
naturalny, nominowany w jakichś dobrach lub wprost nimi
będący, w odróżnieniu od pieniądza dłużnego, nie prowo-
kuje nierównowagi. To wszystko. Tylko i aż tyle.
Ekonomiści „od zawsze” poszukiwali stabilnej mia-
ry wartości, niezależnej od dekretów, mód albo koniunk-
tur. Bywała nią ziemia, bywały woły, zboże, złoto, bywa-
ła dniówka, bywał mniej lub bardziej wydumany koszyk
dóbr. Dzisiaj, samorzutnie i niepostrzeżenie, uniwersal-
ną miarą wartości staje się po prostu energia, łatwa do
przełożenia na paliwo, prąd, głowice atomowe, ciepło,
światło, ziemię, żywność – same najważniejsze rzeczy.
Całe materialne bogactwo ludzi to Ziemia, a praktycznie
cała dostępna nam energia pochodzi od Słońca, które opro-
mienia Ziemię nieprzerwanym strumieniem mocy o wiel-
kości ponad stu milionów gigawatów. Daje to ponad tysiąc
watów na metr kwadratowy, średnio 12 kilowatogodzin na
dobę. Dzienne potrzeby człowieka – w strefie umiarkowanej
i przy przeciętnym poziomie aktywności oraz zamożności –
są porównywalne z energią słoneczną dochodzącą do kilku
metrów kwadratowych gruntu. Jedzenie to odpowiednik
ćwierci metra, zużycie elektryczności – ponad pół metra,
ogrzewanie – metra, transport – trochę powyżej metra.
Na żyjącą dziś osobę przypadają (bez Antarktydy) po-
nad dwa hektary powierzchni lądów. Rolnictwo angażuje
z tego mniej niż ćwierć hektara na grunty orne oraz przeszło
pół hektara na łąki i pastwiska. Roczna produkcja per capita
to 340 kg zbóż, 50 kg ziemniaków, 29 kg manioku, 28 kg
soi, 20 kg cukru, 38,7 kg mięsa, 80,5 kg mleka, 8,6 kg jaj,
15,7 kg ryb. I jeszcze pół metra sześciennego drewna, po
pół tony węgla oraz ropy i trochę innych surowców. Tak
naprawdę, niczym więcej nie możemy rozporządzać.
Ciało dorosłego człowieka zabiera ze strumienia świa-
tła słonecznego około metra kwadratowego. Tyle więc każ-
demu naturalnie przysługuje, dopóki żyje i póki go ktoś nie
zamknie w ciemnicy. Gdyby tak nadać średniej dobowej
energii słonecznej na metr kwadratowy nazwę sol, jej wiel-
kość nawiązywałaby i do Słońca, i do Ziemi, i do doby życia
człowieka, a nazwa zarówno do Słońca, jak i do najlepszej
waluty w historii, złotego solidusa, wprowadzonego jeszcze
przez cesarza Konstantyna i dominującego w Europie przez
ponad tysiąc lat – aż do upadku Konstantynopola.
Sol wynosiłby jakieś 12 kilowatogodzin, około 10 tys.
kalorii, ponad 40 megadżuli. Byłby równoważny (ener-
getycznie) mniej więcej 3 kg zboża, niecałym 2 kg węgla,
przeszło litrowi benzyny i ponad miligramowi czystego ura-
nu. Według dzisiejszych cen, odpowiadałby mniej więcej
jednemu dolarowi i trzydziestu paru miligramom złota, ale
byłby od obydwu znacznie lepszym pieniądzem.
Energia jako waluta nie podlegałaby inflacji ani fałszer-
stwom. Poza tym, wymuszałaby zachowania ekologiczne,
gdyż nominowany w energii pieniądz niewiele się różni od
opłaty za korzystanie ze środowiska. Dodatkowo, pozwa-
lałaby na niesamowitą optymalizację spraw publicznych
i finansowanie zadań państwa bez żadnych podatków czy
opłat, a tylko w oparciu o konieczny i właściwie naturalny
monopol energetyczny, odpowiadający dzisiejszemu przywi-
lejowi druku pieniądza. Obciążenia fiskalne ludności zmala-
łyby kilkakrotnie... no, w każdym razie mogłyby zmaleć.
A co ze złotem? Czyżby jego blask miał całkiem zga-
snąć? Raczej nie. Jest niezastąpione w elektronice, łatwo po-
dzielne i trwałe. Poza tym, przyciąga wzrok, wabi kobiety,
podnieca skąpców – nasz gatunek ma jakąś słabość do złota.
Złoto jest jednak pieniądzem mało praktycznym: zbyt war-
tościowe dla codziennych rozliczeń, a zbyt tanie dla przeno-
szenia dużych wartości. Cena dobrego domu, pół miliona
dolarów, to wprawdzie tylko litr złota, lecz waży aż 20 kilo.
Dość trudno byłoby to nosić. Przy wielkich transakcjach,
lepszym pieniądzem są standaryzowane diamenty, akumu-
lujące tysiące razy większe niż złoto wartości na jednostkę
masy. To jednak waluty bogatych.
A co z najbogatszymi? Oni też mają swój metal: uran,
z którego wyrabia się insygnia najwyższej władzy. Ma on bo-
wiem tę fascynującą właściwość, że zgromadzony w odpo-
wiedniej ilości, samorzutnie wybucha, wywołując imponujące
zjawiska atmosferyczne i geologiczne, a przy tym gwałtownie
zwiększając rangę tego osobnika albo instytucji, która taki
fajerwerk potrafi wywołać. Najmniejsza bomba potrzebuje
jednak dziesiątek kilogramów uranu, a to odpowiada gigan-
tycznym energiom i kosztom. Uranowe berło jest za drogie,
żeby je marnować na fajerwerki. Na szczęście. Na razie.
Co zatem?
Najbardziej naturalnym i najrozsądniejszym pieniądzem
byłaby po prostu energia. Na pierwszy rzut oka, może się
ona wydawać mało poręczna: chodzenie po chleb z koszy-
kiem węgla czy butelką ropy pewnie by się łatwo nie przy-
jęło, ale z ogniwami elektrycznymi już prędzej, a z kodami
dostępu czy elektronicznymi kluczami do przyłączy energe-
tycznych – to już naprawdę żaden problem.
Energia nie wymaga konwencji, indoktrynacji ani przy-
musu; przyjmą ją chętnie nie tylko ludzie, ale też w postaci
światła – rośliny, w postaci pokarmu – zwierzęta, w postaci
paliw – maszyny. I w końcu: jakość energii chroni fizyka,
a ta nie uznaje perpetuum mobile, przez co energia jest z na-
tury niepodatna na kuglarstwo finansistów i na demagogię
polityków. To wiele.
Marek Chlebuś
22
Ocena jest często uzależniona od podziałów
i sympatii politycznych. Spójrzmy jednak na pew-
ne prawidłowości historyczne polskich układów
wojskowych i sojuszniczych od XVIII w. W po-
równaniu do Stanów Zjednoczonych, nasz kraj jest
marginalny, zarówno w sensie ekonomicznym, jak
i wojskowym. Różnica sił jest tak ogromna, że Pol-
ska na starcie rozmów z Amerykanami ma niepo-
równywalnie gorszą pozycję. Co implikuje taka sy-
tuacja? Odpowiedź mogą dać losy polskich XVIII-
wiecznych sojuszy z Rosją.
W 1704 r. podpisano ze wschodnim sąsiadem
traktat narewski. Teoretycznie zawiązany między
dwoma równymi państwami, w rzeczywistości fawo-
ryzował Rosję. Stało się tak m.in. z powodu różnicy
ekonomicznej – państwo carów wchodziło na drogę
szybkiego rozwoju sił produkcyjnych, militarnych
i politycznych. Towarzyszyła temu zupełna ruina po-
lityczna, ekonomiczna i wojskowa Rzeczpospolitej.
Już w 1717 r. Piotr I wystąpił w roli mediatora mię-
dzy Augustem II a szlachtą, a z czasem stał się wręcz
gwarantem status quo w Polsce. Siły zbrojne Rzeczy-
pospolitej zredukowano do 24 tys. żołnierzy. Wojsko
to nie przedstawiało realnej mocy, służyło głównie do
parad. Tymczasem Rosja dysponowała 130-tysięczną
armią, dodatkowo bitną i zaprawioną w bojach. Ar-
mia Austrii liczyła około 100 tys., a małych Prus 80
tys. żołnierzy.
Rolę strażnika szlacheckich wolności przypisali
sobie później również kolejni władcy Moskwy. Nie
przeszkadzało to polskiej szlachcie żyć w mniema-
niu o swojej wyjątkowej roli i wyższości cywilizacyj-
nej, szczególnie względem sąsiadów ze wschodu.
Można oczywiście zauważyć różnicę między
Rzeczpospolitą z XVIII w. a obecną. Tamten kraj chy-
lił się ku upadkowi, choć co prawda za panowania
ostatniego króla uczyniono dużo w celu wydobycia
się z tego upadku. Polska owego okresu nie miała so-
juszników (poza Rosją), analogicznie zresztą z czasem
obecnym, tyle, że rolę Rosji zajęły Stany Zjednoczone,
które poprzez NATO są sojusznikiem Polski. Rzeczą
wiadomą jest, że rolę hegemona w sojuszu północno-
atlantyckim pełni USA i bez pozwolenia Ameryka-
nów nie podejmie on żadnej akcji. Sytuacja ta z kolei
implikuje dalsze konsekwencje.
Gdybyśmy spojrzeli na historię Rzeczpospoli-
tej XVIII w., to zobaczymy, że wszystkie rozbiory
i klęski były spowodowane próbami wydźwignięcia
się spod kurateli rosyjskiej. Oznaczałoby to potrze-
bę podporządkowania się żądaniom amerykań-
skim w celu uniknięcia przykrych konsekwencji.
Na szczęście USA mają inne problemy, ponadto
w XVIII w. Polska była dla Rosji kluczem do Eu-
ropy Środkowej. Obecnie nasz kraj jest tylko jed-
nym z wielu obszarów mniej lub bardziej zależnych
od Waszyngtonu, jednak do pozycji kluczowej mu
daleko. Wyraźnie świadczy o tym wezwanie Kon-
gresu amerykańskiego do zapłacenie rekompensat
za mienie prywatne, utracone w czasie II wojny
światowej i w PRL.
Budowa tzw. tarczy antyrakietowej w Polsce
usztywni naszą politykę wewnętrzną i zewnętrzną.
Nie wydają się realne jakiekolwiek polskie dążenia do
prowadzenia w przyszłości polityki sprzecznej z inte-
resami Waszyngtonu. Baza, która powstanie, będzie
na długie lata wyznaczała kierunek i kształt polityki
polskiego wasala.
W 1791 r. Sejm Czteroletni uchwalił Konstytu-
cję 3 Maja. W odpowiedzi Franciszek Ksawery Bra-
nicki, Seweryn Rzewuski i Stanisław Szczęsny Potocki
ogłosili konfederację targowicką i poprosili Moskwę
o pomoc wojskową, która została skwapliwie udzielo-
na. Warto zwrócić uwagę na wymowny fakt. Ludzie
ci nie chcieli likwidacji Rzeczypospolitej – chcieli
jedynie za pomocą obcych wojsk realizować swoją
wizję miejsca Polski w Europie i w systemie soju-
szów międzynarodowych. Byli bardzo zdziwieni,
gdy dowiedzieli się, że są już poddanymi obcych
władców. Jak skończyła się ta inicjatywa dla kraju,
każdy w Polsce wie.
W trakcie wojny polsko-bolszewickiej pró-
bował się ukształtować, pod obcymi bagnetami,
rząd Polskiej Republiki Rad, którego działania Ste-
Polska i USA zakończyły negocjacje w sprawie tarczy
antyrakietowej. Co może ona przynieść nad Wisłę –
czy będą to korzyści, czy wręcz przeciwnie?
SO|US7NIk STkATLCIC7NY
knvs1ìtn Hts1rnok
23
fan Żeromski podsumował tak: „Kto na ziemię ojczystą,
chociażby grzeszną i złą wroga odwiecznego naprowadził,
zdeptał ją, stratował, splądrował, spalił, złupił rękoma cu-
dzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może
ona być dla niego już nigdy domem ni miejscem spoczynku.
Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca,
ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła”. Nie
można czynić zupełnej paraleli do tych wydarzeń – nie
sprowadza się obecnie obcych żołnierzy z wyciągniętymi
bagnetami, ani Amerykanie nie są naszym „odwiecznym”
wrogiem, ale wspólne tło sprowadzania obcych żołdaków
pozostaje. Więc równie groźna powinna wydawać się
przestroga Żeromskiego.
Zauważmy, jak bardzo politycy boją się przepro-
wadzać referenda, które dla rządzących mogą skończyć
się porażką. Nie przeprowadzono go, gdy Polska wstę-
powała do NATO, nie ma mowy o przeprowadzeniu
go obecnie, gdy sprowadza się obce wojska, mimo że
większość społeczeństwa jest temu przeciwna. Myśle-
nie typu: „my wiemy lepiej, a plebs niech siedzi ci-
cho”, bliskie jest obecnie zarówno PO, jak i PiS. Były
wiceminister spraw zagranicznych, Paweł Kowal (PiS), na
wiadomość, że według CBOS większość Polaków (55%)
jest przeciwna instalacji wyrzutni, stwierdził: „To jest cie-
kawe, że jest taki wynik badania opinii publicznej. Ale ja
bym się tym nie przejmował”. Natomiast premier Donald
Tusk powiedział: „To pierwszy raz w historii niepodległej
Polski po roku 1989 uzyskaliśmy praktyczny wymiar naszego
postulatu, naszego ogólnonarodowego marzenia, aby uczest-
niczyć w potężnym systemie obronnym, którego celem jest
także obrona polskiego terytorium, na wypadek zagrożenia
ze strony państwa trzeciego”.
W obecnej sytuacji politycznej, Rosja nie może liczyć
na skuteczność pretensji do dominacji nad Polską. Czy
jednak baza USA uchroni Polskę przed zakusami Rosji,
gdyby w przyszłości jej siła oddziaływania wzrosła? Tu-
taj również można posłużyć się XVIII-wieczną analogią.
W czasie trwania Sejmu Czteroletniego, Rzeczpospolita
podpisała przymierze z Prusami. Wydawało się ono wów-
czas licznym politykom gwarancją bezpieczeństwa. Gdy
jednak armia rosyjska zaatakowała, Prusy nie przyszły
z pomocą. Można zakwestionować podobieństwa pozycji
i dążeń dawnych Prus oraz obecną grę i rolę USA. Do-
datkowo Prusy nie miały żadnych baz na terenie Polski
i Litwy. Czy pewne jest jednak, że w razie konfliktu Polski
z Rosją, baza amerykańska musiałaby być zagrożona? Mo-
głaby przecież mieć taki sam status, jak baza Guantanamo
na Kubie. Obecne spory między USA i Rosją mogą pójść
w niepamięć, jeżeli bezpieczeństwo energetyczne Stanów
Zjednoczonych będzie zagrożone.
Na ten właśnie problem warto zwrócić uwagę. Na-
leży zauważyć rysujący się nowy obszar konfliktogenny,
jakim jest Arktyka. Topniejące lody Arktyki doprowadzi-
ły do uaktywnienia się państw, które mogą rościć sobie
pretensje do tego rejonu świata. Ewentualne zagarnięcie
przez Moskwę większości tamtejszych zasobów wzmocni
jej atuty przetargowe względem Zachodu. Kształtu tego
sporu i jego wpływu na politykę światową nie sposób jed-
nak dziś określić.
Nie można założyć ze stuprocentową pewnością, że
USA ostatecznie zwyciężą w Iraku, którego oficjalny rząd
ostatnio przejawia dążenia emancypacyjne. Zresztą do pa-
cyfikacji tego kraju i swobodnego jego eksploatowania przez
Zachód droga daleka. Nieprzejednanie antyamerykański
jest Iran, z drugimi na świecie zasobami ropy naftowej. Sy-
tuacja wojsk okupacyjnych NATO w Afganistanie również
nie rokuje szybkiego zwycięstwa. Gdyby Rosji udało się wy-
przeć wpływy amerykańskie z Kaukazu i ostatecznie umoc-
nić w Azji Centralnej, Waszyngton straciłby kontrolę nad
tamtejszymi złożami energetycznymi. Wasalizacja regionu
przez Rosję wymusiłaby wycofanie się USA z Afganistanu.
Waszyngton ma w dodatku kłopoty z Wenezuelą, która
również jest zasobna w ropę i niezbyt przychylna USA.
W sytuacji, w której Amerykanie byliby szantażowani
odcięciem dostaw paliw lub znacznym podwyższeniem
ceny, nie mieliby większych skrupułów w kwestii porzu-
cenia polskiego sojusznika.
Również ostatnie wydarzenia na Kaukazie poddają
w wątpliwość amerykańskie gwarancje i odstraszającą rolę
baz wojskowych tego kraju. W Gruzji amerykańscy żołnie-
rze już stacjonują, gdyż w latach 2010-2011 ma powstać
tam część ogólnoświatowego systemu wczesnego ostrzega-
nia. Kraj ten ma również ambicje znalezienia się w NATO.
Ani baza, ani współpraca z USA i NATO nie odwiodły
Rosji od ataku. Oczywiście Gruzja jest dla Europy bardzo
egzotycznym krajem i istniało małe prawdopodobieństwo,
że zechce ona zdecydowanie ująć się za tym kaukaskim
państwem. Czy jednak brak wspólnej polityki Polski z wio-
dącymi państwami europejskimi nie doprowadzi w konse-
kwencji do naszej izolacji w Europie?
Przed II wojną światową Polska miała podpisane dwa
przymierza wojskowe z mocarstwami światowymi – z Fran-
cją i Wielką Brytanią. Francja posiadała wówczas najsilniej-
szą armię lądową, a Wielka Brytania – takąż flotę. Przebieg
wojny ukazał jednak, jak bardzo iluzoryczne były te soju-
sze. Państwa zachodnie wypowiedziały co prawda wojnę III
Rzeszy, ale nie zrobiły nic ponadto. Co więcej, nie informu-
b
n
a

A
N
D
R
E
W

B
E
C
R
A
F
T
24
jąc Polski, zdecydowały, że nie udzielą jej realnej wojskowej
pomocy w 1939 r. Kilka lat później Wielka Brytania i USA
bez najmniejszych skrupułów „sprzedały” Polskę ZSRR.
Tak łatwe pozbycie się słabego polskiego sojusznika
spowodowane było brakiem realnych interesów tych
państw w Europie Środkowej i tradycyjnym już na tych
terenach dyktatem Rosji. Nie drażnić więc Stanów Zjed-
noczonych i pozwolić na budowę bazy czy raczej starać
się o poprawne stosunki z Rosją?
Gdyby USA zdecydowały się na realne wzmoc-
nienie Polski (przy czym wzmacnianie to musiałoby
zacząć się przed uruchomieniem bazy), to układ taki
mógłby mieć sens. Pamiętać jednak trzeba, że Polska
nie będzie miała względem USA takiej pozycji jak Izra-
el czy Japonia. Nie ma sensu pozwolić na budowę bazy,
nic lub niewiele za to otrzymując. Spowoduje to tylko
wzrost nastrojów militarystycznych w Rosji. Na obec-
nym etapie współpracy Polski i zamorskiego imperium
nie nastąpi natomiast faktyczne pomnożenie wojsko-
wej siły naszego kraju.
Polska podpisała umowę o budowie tarczy i jedno-
cześnie zagwarantowała sobie zakup dodatkowych 50 sa-
molotów F-16 i kilkunastu wyrzutni rakiet Patriot. Jeden
taki zestaw kosztuje około 200 mln dolarów, natomiast
łączny koszt zakupu przez Polskę 48 F-16 wyniósł 3,9 mld
dolarów. Łatwo wyliczyć, ile pieniędzy przepłynie z Polski
do USA. Amerykanie złożyli mglistą obietnicę, że będą
unowocześniali polską armię. Promesa jest na tyle rozmy-
ta, że nie krępuje strony amerykańskiej w żaden sposób.
Ciekawy będzie też status prawny bazy. Nie będzie ona de
iure eksterytorialna, jednak będzie taką de facto. Wstęp do
ścisłej bazy będzie miał zagwarantowany tylko dowódca
bazy polskiej. Nie określono, jakie będą następstwa praw-
ne dla żołnierzy i personelu cywilnego bazy w momencie
popełnienia przez amerykańskich żołnierzy jakiegoś wy-
kroczenia karnego. Być może strona polska zakłada, że
obywatele USA to urodzone aniołki, choć bardziej praw-
dopodobne, że nie chciano drażnić sojusznika wizją pol-
skiej jurysdykcji.
W deklaracji założono, że przed kupnem Patriotów dla
armii polskiej, strona amerykańska rozlokuje swoje rakie-
ty wokół planowanej bazy i Warszawy. Obecnie wydaje się
to czczą obietnicą, bowiem Amerykanie chcą chronić bazę
z terytorium Niemiec. Potwierdził to rzecznik ministerstwa
spraw zagranicznych, Piotr Paszkowski, dodając, że to roz-
wiązanie byłoby korzystniejsze dla Polski (sic!). Trudno prze-
widzieć, ile jeszcze niespodzianek szykują Waszyngton i War-
szawa, jednak widać już wyraźnie, że Polska na tym traci.
Najbardziej sensownym wyjściem jest budowa
mocnej Unii Europejskiej z własnym wojskiem. Pozy-
cja Polski winna być w niej silna, ale nie destrukcyjna.
Polska powinna także mocno wspierać dążenia Ukrainy
do przystąpienia do UE, jednak nie za pomocą politycz-
nych pokrzykiwań. Mimo upływu lat nie rusza plano-
wany rurociąg przez Ukrainę. Pożyteczna byłaby współ-
praca wojskowa z Kijowem, nie ograniczona tylko do
przemarszów grupki żołnierzy z okazji świąt narodowych.
Po wstąpieniu do strefy Schengen utrudniono ludności
Ukrainy przyjazd do Polski, mimo zapewnień, że tak nie
będzie. Głośno było swego czasu o moście energetycznym
z Litwą, jednak w praktyce tylko Wilno dąży do realizacji
takiego porozumienia.
Nie można zapominać, że własną siłę na arenie mię-
dzynarodowej buduje się przez lata, a nie parokrotnymi za-
wołaniami w stylu „Nicea albo śmierć” czy „Jesteśmy tu po
to, aby podjąć walkę”. W historii niezmiennie obowiązuje
zasada, że silniejszy uzyskiwał dominację nad słabszym,
chyba że ten ostatni sam się wzmocnił.
Krystian Hasterok
r e k l a m a
25
Lucrnìusz |tnutt, IztsrLt |tkusrk
W czasach prezydentury Ronalda Reagana po-
wstała wybujała i dość fantastyczna, bardziej kon-
cepcja niż konkretne przedsięwzięcie, doktryna pod
szumną nazwą „gwiezdne wojny”. W doktrynie tej za-
warto plan uzyskania przewagi militarnej w technolo-
giach rakietowo-jądrowych poprzez eliminację rakiet
przeciwnika, czyli ZSRR. Wiara w nowe technologie
pozwalała mieć nadzieje, że przy pomocy np. laserów
można będzie szybko i skutecznie zestrzeliwać rakiety
przeciwnika, nawet jeżeli będzie ich spora ilość i będą
się poruszały błyskawicznie.
Realizm musiał zastąpić te wybujałe ambicje,
bo wielkie lasery można oczywiście wyprodukować,
wprowadzić na orbitę, wycelować itd. Pozostaje nato-
miast problem podstawowy: skąd taki laser ma czer-
pać energię potrzebną do wielokrotnych strzałów?
Dlatego obecnie i przez przynajmniej następnych 30
lat, przy zestrzeliwaniu rakiet przeciwnika trzeba się
będzie posługiwać klasycznymi technologiami sprzed
pół wieku. Oczywiście znacznie ulepszonymi dzięki
postępowi technicznemu oraz m.in. możliwościom
nawigacyjnym, wynikającym chociażby z powszech-
nie już znanego systemu GPS.
Wyimaginowane zagrożenie
Obecna amerykańska doktryna obronna zakłada, że
terytorium USA i przy okazji Kanady powinno być
po zainstalowaniu głównych komponentów tzw. tar-
czy antyrakietowej całkowicie bezpieczne od ataku ra-
kietowego jakiegokolwiek państwa. Nieprzypadkowo
napisaliśmy „jakiegokolwiek”, bo zdaniem admini-
stracji George’a W. Busha zagrożenie stanowią „pań-
stwa bandyckie” jak Iran, Korea Północna czy Syria,
ale za wroga uważa się tradycyjnego przeciwnika, czy-
li rosnącą w siłę Rosję, a poniekąd również i Chiny.
To tylko propaganda amerykańska, a w ślad za nią
niestety i polskie środki masowego przekazu usiłu-
ją wmówić opinii publicznej, że tarcza skierowana
jest wyłącznie przeciwko rakietom Kim Dzong Ila
czy irańskich ajatollahów.
Korea Północna, jeżeli chodzi o technologie ra-
kietowe, nie osiągnęła poziomu, w którym jej rakiety
mogłyby dolecieć na terytorium USA. Z kolei Iran ści-
śle kooperuje w dziedzinie rakiet balistycznych właśnie
z Koreą Północną i posiadane przez niego rakiety są po
prostu mutacjami rakiet koreańskich. Co prawda rakie-
ta „Szachab III”, której próby ostatnio przeprowadzo-
no w państwie ajatollahów, posiada zasięg nieco ponad
2000 km, ale to teoria, bo sterowanie nią pozostawia na
razie dużo do życzenia. Eksperci twierdzą – i to bez zło-
śliwości – że niemiecka A-4, popularnie określana jako
V-2, sterowana przez dwa żyrokompasy, była bardziej
celna. Chiny, które jeszcze w latach 80. udzielały Korei
Północnej daleko idącej pomocy wojskowej, aktualnie
ograniczają się do przekazywania niewielkiej ilości bro-
ni konwencjonalnej, a techników rakietowych z tego
kraju wycofywały sukcesywnie od roku 1994.
Dlatego rozwój technologii rakietowej w wydaniu
Koreańczyków dość gwałtownie przyhamował. Rakieta
Taepodang 2, szumnie reklamowana jako pocisk, któ-
rym można zaatakować nie tylko Japonię, ale również
Hawaje, okazała się w znacznym stopniu niewypałem
technicznym – obie próby odpalenia zakończyły się
zniszczeniem pocisku raz po trzech, a następnie po
19 minutach lotu. Syria ma natomiast wyłącznie stare
poradzieckie rakiety przeciwlotnicze klasy „Wołchow”
i „Oka”, te same zresztą, które zainstalowane są jeszcze
w niektórych dywizjonach w naszym kraju. Analitycy
sądzą, że ani Iran, który ma przecież zaplecze finanso-
we, ani głodująca Korea, przed upływem minimum 10-
12 lat nie osiągną postępów w technice rakietowej na
tyle istotnych, żeby zagrozić Stanom Zjednoczonym.
Sieć światowa
Stara zasada mówi jednak, że przezorny zawsze ubez-
pieczony. Trudno się zatem dziwić, że administracja
amerykańska, mając perspektywę co najmniej dziesię-
ciu lat w zapasie, stara się już teraz stworzyć antido-
tum na ewentualny atak rakietowy. Według planu,
w czternastu punktach na całym globie mają zostać
Amerykańska koncepcja globalnego systemu
antyrakietowego już rozpętała nową fazę wyścigu
zbrojeń. Ale tym razem to Rosja ma pieniądze,
a USA grozi wielki kryzys ekonomiczny.
TAkC7A ANTYkAkILTOWA
- PkAWDY I IIkC|L
26
umieszczone bazy z wyrzutniami antyrakiet balistycz-
nych. Dwie z tych baz już w zasadzie istnieją. Jedna na
Alasce, druga w Kalifornii. Kolejne, o czym się za bardzo
światowej opinii publicznej nie informuje, budowane są
na wyspie Midway w archipelagu Hawajów, japońskiej
Okinawie oraz amerykańskim Samoa. Prawdopodobnie
kolejne będą zlokalizowane na japońskiej wyspie Hok-
kaido, Grenlandii i kanadyjskiej Ziemi Baffina. Później
przyjdzie kolej na dalsze.
Natomiast radary dopplerowskie o wysokim stopniu
rozdzielczości, współpracujące z systemem antyrakietowym,
już istnieją w kilkunastu miejscach na ziemi. Najbliżej nas
jest instalacja na Półwyspie Jutlandzkim i radary w Szkocji
i brytyjskich Hebrydach. Instalacja w Polsce jest ważnym
elementem w systemie, szczególnie po tym, jak Norwegia
nie wyraziła zgody na wyrzutnie na Spitsbergenie. W tym
rejonie Amerykanie na pewno zainstalują pływającą bazę
– wyrzutnię antyrakiet, ale utrzymanie okrętu o wyporno-
ści około 70 tys. ton (byłego lotniskowca klasy Forrestal)
w stałej gotowości oznacza duże koszty.
Jankesi nad Wisłą
Jako pierwszy wariant lokalizacji bazy na terytorium nasze-
go kraju planowano rozległy teren na poligonie w Orzy-
szu. Ten wariant jednak upadł, bo teren położony jest zbyt
blisko Kaliningradu. Z tych samych zresztą przyczyn nie
planuje się budowy bazy na terytorium Litwy, która była
i jest bardzo chętna na udostępnienie swojego terytorium
w takim celu. Obecna lokalizacja – rejon Słupska, jest
uważana za znacznie bezpieczniejszą. Po prostu rosyjski
lub białoruski „specnaz” miałby znacznie trudniejsze zada-
nie, gdyby otrzymał rozkaz unicestwienia instalacji. Teren
bazy nie musi być zbyt wielki, bo przecież zamierza się tam
zbudować tylko dziesięć stanowisk startowych. Stanowisk,
a nie rakiet bynajmniej, o czym wielu dziennikarzy i nieste-
ty polityków zdaje się nie wiedzieć. Operacyjnie antyrakiety
NMD wystrzeliwuje się techniką „na zimno”, z automa-
tycznym doładowaniem wyrzutni w ciągu niecałej minuty.
Gdyby doszło do wielkiego konfliktu, te dziesięć wyrzutni
ma odpalić co najmniej 80, a nawet 120 antyrakiet. Wtedy
też baza spełni swoje zadanie.
Tylko człowiek o niewielkim ilorazie inteligencji
może wierzyć, że Kim Dzong Il wyśle swoje rakiety, któ-
rych zresztą nie ma, torem równoleżnikowym poprzez
terytorium Polski na Stany Zjednoczone. Również irań-
skie rakiety, jeżeli je islamiści zbudują, musiałyby nad-
łożyć około 2500 km, żeby lecąc optymalną trasą nad
biegunem północnym zboczyć nad terytorium Polski,
aby dać się tam zestrzelić. Rakiety startujące z terytorium
Iranu najlepiej jest zestrzeliwać z obszaru sąsiedniej Turcji,
natomiast te, które przeniknęłyby przez pierwszą strefę
obrony, byłyby strącane z końcówki włoskiego buta.
Uderzenie w Rosję
Amerykański system antyrakietowy ma przybrać charakter
globalny, a akurat baza na polskim wybrzeżu najbardziej za-
graża rosyjskim instalacjom rakietowym na półwyspie Kola.
Właśnie ten półwysep ma z punktu widzenia geopolityki
i balistyki najbardziej dogodne położenie, żeby zaatakować
Stany Zjednoczone. Dobrze wiedziały o tym władze ZSRR
i już w czasach Chruszczowa zaczęto sukcesywnie zamie-
niać Półwysep Kolski w olbrzymią bazę wyrzutni rakieto-
wych. Nie bacząc na trudności logistyczne i koszty, budo-
wano tam setki silosów rakietowych i stacji naprowadzania.
Uzupełniano te instalacje nowszymi typami rakiet w okre-
sie rządów Breżniewa. Po upadku ZSRR, po krótkiej erze
Jelcyna, który słusznie może być uważany za epigona deka-
dencji, rozpoczęła się nowa epoka. Korzystając z wielkich
wpływów, szczególnie za eksportowaną ropę i gaz, Rosja
putinowska odbudowała, choć może jeszcze nie całkowicie,
potęgę militarną i polityczną.
Systematycznie wymienia się w silosach na wspomnia-
nym półwyspie rakiety starszych modeli na bardzo nowo-
czesne. Obecnie w ok. 450 silosach bazuje jednogłowicowy
„Topol M”. Ten pocisk, bardzo trudny do przechwycenia,
był głównym orężem zagrażającym Stanom Zjednoczonym.
b
n
d

I
M
C
O
M

K
O
R
E
A

R
E
G
I
O
N
27
Dlatego przyspieszano rozbudowę globalnego systemu an-
tyrakietowego. Z bazy na polskim wybrzeżu zamierzano
unieszkodliwić co najmniej 300 „Topoli M” we wstępnej
fazie lotu nad Morzem Barentsa. Antyrakiety amerykań-
skiego systemu NMD mają bowiem możliwość nie tylko
startowania przed poruszającym się lotem balistycznym
pociskiem i unieszkodliwiania go przez bezpośrednie tra-
fienie, ale również atakowania z tzw. wyższej paraboli rakiet
w chwilę po starcie, nawet jeżeli wyrzutnie tych ostatnich
znajdują się do 1500 km bliżej potencjalnego celu, czyli
w tym przypadku USA.
Wojny między Rosją a USA nikt rozsądny nie przewidu-
je przynajmniej w najbliższej przyszłości, ale taki wariant za-
wsze w polityce musi istnieć. Potencjalnie instalacja w Polsce
naruszałaby względną równowagę. Potencjalnie, bo rosyjskie
rakiety byłyby z dużym prawdopodobieństwem zestrzelone
w pierwszej fazie lotu, właśnie z bazy w Polsce – pozostałe
niszczyłyby przeciwpociski z pływającej bazy oraz z Alaski
i Ziemi Baffina. W ten sposób rakiety z Półwyspu Kolskiego
przestałyby być elementami politycznego nacisku.
Nowy wyścig zbrojeń
Oczywiście Rosja nie siedzi z założonymi rękami. Na are-
nie dyplomatycznej lansuje z dużym powodzeniem tezę, że
Stany Zjednoczone naruszyły układ ABM o zakazie budowy
więcej niż dwóch lokalnych-operacyjnych systemów anty-
rakietowych. Natomiast w dziedzinie militarno-technicznej
wprowadziła do gotowości bojowej nową, wielogłowicową
wersję „Topola M”, mianowicie RS-24 – „Topol S”. Ta rakie-
ta może być odpalana również z okrętów podwodnych klasy
Tajfun i Delta 2. Dotychczas Rosjanie użytkowali tylko 12
ze swoich olbrzymich Tajfunów. Pozostałe 21 stało w bazach
w Siewieromorsku i Zapadnoj Licy. W chwili obecnej pięć
z nich przechodzi remonty, w ramach których instalowane są
również zasobniki z pociskami RS-24. Nie wiadomo jeszcze,
czy starsze okręty klasy Delta 2 również zostaną przezbrojone
w wielogłowicowe RS-24, ale wszystko wskazuje, że tak, a na
pochylniach w różnych fazach budowy znajdują się kolejne
cztery okręty podwodne, zupełnie nowego typu.
Amerykańska koncepcja budowy globalnego systemu
antyrakietowego NMD już rozpętała nową fazę wyścigu
zbrojeń. Tyle, że tym razem to Rosja ma pieniądze, a USA
grozi wielki kryzys ekonomiczny. Polska ze swoim serwili-
zmem wobec Wielkiego Brata zza oceanu całkowicie utra-
ciła podmiotowość polityczną. Z przerażeniem odbieramy
wypowiedzi ministra Klicha, że będziemy zabiegać o wzmoc-
nienie naszego systemu obrony pociskami „Patriot”. Minister
może być mało profesjonalny, ale gdzie są doradcy w mundu-
rach? Pociski „Patriot” to technologia sprzed 20 lat. Niewiele
zrobią, gdyby to one miały przechwytywać rosyjskie SS-23
oraz „łuny” i „toczki”, a także zupełnie nowe „Iskandery”,
bo tego typu rakiety są wymierzone w nasze terytorium. Po
stworzeniu bazy na pewno zostaną uzupełnione bardzo mobil-
nymi, chociaż nienowymi SS-20 na ruchomych wyrzutniach
w rejonie Smoleńska. Tu jest potrzebny nowoczesny amery-
kański operacyjny system antyrakietowy THAAD, którego
sprawność jest wielokrotnie wyższa od przestarzałego systemu
„Patriot” nawet zmodernizowanego do mutacji „Patriot 3”.
Drogi skansen dla Polaków
Na dzień dzisiejszy i chyba też w około dziesięcioletniej
perspektywie, nie otrzymamy nowoczesnych antyrakiet
systemu THAAD od naszego Wielkiego Brata. Zresztą ten
system jest horrendalnie drogi – w porównaniu z nim naj-
nowocześniejszy rosyjski system antyrakietowy o charakte-
rze operacyjnym, S-400, jest około sześciokrotnie tańszy,
mimo to eksperci oceniają jego możliwości jako znacząco
wyższe od systemu amerykańskiego.
My jednak otrzymać możemy tylko „Patrioty” i to
jedynie te znacząco starszej generacji. Amerykanie wy-
kombinowali sobie, że przecież można na naiwności Po-
laków sporo zarobić. W Europie wojska amerykańskie
posiadają łącznie 16 baterii „Patriotów”. Ponieważ pod-
słupskie Redzikowo, gdzie ma być zlokalizowana baza
antyrakietowych pocisków klasy NMD, leży w pobliżu
przeciwlotniczego poligonu w Wicku Pomorskim, to
baterie „Patriotów” mogłyby być wysyłane do Wicka na
ćwiczenia, a przede wszystkim strzelania. Tym sposobem
Amerykanie mieliby załatwione za friko ćwiczebne
strzelania, za które na poligonach Niemiec czy Holan-
dii musieliby sporo płacić. Przy okazji taka bateria – 6
ruchomych wyrzutni po 4 kasety każda – chroniłaby też
bazę antyrakiet balistycznych.
Amerykanie w obecnej fazie dają do zrozumienia,
że w przyszłości Polska mogłaby kupić dalsze 2-4 baterie
„Patriotów”, bo skoro mają własne „Patrioty” Niemcy,
Włochy, Grecja, Holandia i jeszcze parę innych państw,
to czemu nie my. Chwilowo jest jednak drobna prze-
szkoda – w 2004 r. zaprzestano produkcji tego syste-
mu rakiet. Ale czego się nie robi dla przyjaciół – pro-
ducent może wznowić produkcję, jeżeli administracja
sobie zażyczy. Problem tylko w kosztach. Dla amery-
kańskich sił zbrojnych koszt baterii rakiet „Patriot”
to z wozami technicznymi, trzema ruchomymi sta-
cjami radarowymi, które są tu najdroższe i z całym
oprzyrządowaniem, wynosi ok. 360 mln dolarów.
Nam jednak bardzo wstępnie proponuje się zakup
kompletnej baterii za, bagatela, jakieś 600 mln dola-
rów, do tego dojdą koszty szkolenia, serwisu itd. Już
znamy ten problem z powodu zakupu fabrycznie no-
wych, ale przestarzałych generacyjnie samolotów F-16.
Też płacimy horrendalne sumy i utrzymujemy w toku
gotowości produkcyjnej olbrzymią instalację technolo-
giczną w Fort Worth. Inaczej koszty te musiałby pokryć
podatnik amerykański.
Wracając do systemu antyrakietowego: Amerykanie
sugerują zakup przestarzałych pocisków, licząc, że naiw-
ni Polacy po raz kolejny się nabiorą. Ta transakcja, jeżeli
dojdzie do skutku, będzie nas kosztowała skromnie licząc
jakieś 3-4,5 mld złotych. Byłoby to kolejne po wielkim
i bardzo niekorzystnym dla Polski kontrakcie na zakup
samolotów F-16, zasilenie budżetu USA przez polskiego
podatnika
Kiedyś wielki polski poeta Jan Kochanowski napisał,
że Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi. Czy po raz ko-
lejny ta sytuacja się powtórzy?
Eugeniusz Januła, Izabela Jakubek
28
Mieszkalnictwo komunalne i socjalne znane było
w Polsce już przed wojną. Niestety, coraz częściej
realizacja słusznej idei zapewnienia najmniej
zamożnym dachu nad głową stanowi karykaturę
sprawiedliwości społecznej.
konntb MtLrc, WìoLr1t 8rnntckt
Wałbrzych = Polska
Wiosną 2008 r. Wałbrzych znalazł się we wszystkich
mediach. Stało się tak za sprawą głodówki zdesperowa-
nych kobiet, domagających się mieszkań socjalnych.
Po upadku górnictwa wielu mieszkańców Wałbrzy-
cha przestało być stać na zaspokojenie elementarnych
potrzeb życiowych, m.in. opłat za czynsz w lokalach
spółdzielczych czy komunalnych. Miasto nie zaofero-
wało im mieszkań socjalnych, pomimo dysponowania
wielką ilością pustostanów, które można zaadaptować
na ten cel. Niemal 400 rodzin zdecydowało się zająć
opuszczone budynki, nie czekając na łaskę magistratu.
Wyremontowali lokale w pustostanach, zgłosili obec-
ność u zarządców nieruchomości i płacili karny czynsz.
Taka sytuacja trwała do lipca, gdy miasto postano-
wiło odzyskać pustostany i zadośćuczynić 800 osobom
z listy oczekujących na lokal socjalny. „Dzikim loka-
torom” odcięto gaz, prąd i wodę. Urzędnicy napotkali
jednak na niespodziewany opór: ludzie zjednoczyli się
i rozpoczęli walkę o swoje prawa. Wówczas wyszło na
jaw, że ponad połowa z nich ma przyznany przy-
dział na mieszkanie socjalne, a przede wszystkim –
że nie jest to żaden margines społeczny, jak starały
się przekonywać władze miasta, lecz osoby, które
uczciwie zarabiają na życie. Wiele z nich wręcz wy-
rwało się z marginesu właśnie dzięki przeprowadzce do
nowych mieszkań. Jedna z wałbrzyskich gazet opisała
historię młodego małżeństwa, które nie ma prawa do
lokalu socjalnego, gdyż teoretycznie mogłoby miesz-
kać z teściami. Sęk w tym, że w obu domach rodzin-
nych panuje alkoholizm, od którego pragnęli uciec.
Dość liczne okazały się także przypadki samotnych
matek z trójką czy czwórką dzieci, którym również nie
przysługują lokale socjalne. Jaką ofertę pomocy miał
dla nich prezydent Wałbrzycha, Piotr Kruczkowski?
Dla matek z dziećmi – umieszczenie w domu samot-
nej matki. Dla osób nie posiadających rodziny – pobyt
w schronisku dla bezdomnych...
Społeczny wybuch w Wałbrzychu stanowi
część znacznie szerszego problemu, który dotyczy
tysięcy osób w wielu miejscach Polski.
Dla kogo „miłosierdzie gminy”?
Problem mieszkań komunalnych reguluje ustawa
o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie
gminy i zmianie Kodeksu cywilnego z 21 czerwca
2001 r. Mówi ona, że gminy powinny zaspokajać po-
trzeby mieszkaniowe obywateli o niskich dochodach,
a także zapewniać mieszkania socjalne i zastępcze. Na
lokal komunalny mogą liczyć osoby niezamożne –
gmina zawiera z nimi umowę najmu na czas nieokre-
ślony, co przyczynia się do stabilizacji życiowej.
Nieco inaczej wygląda sytuacja jeszcze uboż-
szych, których dochody nie pozwalają utrzymać żad-
nego lokum. Przysługują im lokale socjalne, zwykle
o obniżonym standardzie, czyli np. z toaletą na ze-
wnątrz czy ślepą kuchnią. Płacą maksymalnie połowę
najniższej stawki za lokal komunalny, a umowy pod-
pisują na czas określony. Jeśli ich dochody znacząco
wzrosną, tracą prawo do lokalu. Wówczas mogą się
starać o mieszkanie komunalne
Tu pojawia się pierwszy problem. W przypadku
mieszkań komunalnych, ze względu na charakter
umowy nie ma szans na odzyskanie samorządowe-
go lokalu, nawet jeśli sytuacja materialna lokatorów
znacznie się polepszy. Nie istnieje zatem żadna za-
chęta dla tych, którzy mogliby poszukać mieszkań
spółdzielczych czy prywatnych, oddając zajmowane
bardziej potrzebującym. W efekcie, np. w Białymsto-
ku, który posiada całkiem sporo, bo 9 tys. mieszkań
komunalnych, ich rotacja jest tak nikła, że kolejka
oczekujących sięga już ponad 500 rodzin.
W sprawie konkretnych rozwiązań ustawa po-
zostawia samorządom swobodę. Nie konkretyzuje
choćby tego, komu należą się mieszkania komunalne.
W Siemianowicach Śląskich, aby otrzymać taki lokal,
należy mieć dochody nie większe niż 954,43 zł (oso-
ba samotna) lub 636,29 zł (na osobę w przypadku
gospodarstw kilkuosobowych). Te kwoty są z reguły
PkAWIL SPkAWILDLIWOSC
29
ustalane w odniesieniu do wysokości najniższej emerytury.
Z kolei w Gdańsku na lokal komunalny może liczyć ktoś,
kogo dochody nie przekraczają 200% najniższej emerytury
w gospodarstwie jednoosobowym lub 150% na osobę w ro-
dzinie, ale już choćby w Krakowie, Gliwicach czy Białym-
stoku pułap ten jest znacznie niższy i wynosi odpowiednio
150 i 100%, zaś w Pińczowie – zaledwie 130 i 80%.
Gminy mają ponadto prawo do preferowania określo-
nych osób. Regulujące tę kwestię zasady wynikają najczę-
ściej ze zdrowego rozsądku i w większości miast wyglądają
podobnie. Pierwszeństwo w kolejce zwykle przyznawane
jest osobom pozbawionym dachu nad głową wskutek klęski
żywiołowej lub tragicznego zdarzenia, niepełnosprawnym,
mieszkańcom budynków grożących zawaleniem, wycho-
wankom domów dziecka, ofiarom przemocy domowej i bez-
domnym. Zwykle, aby zostać uznanym za uprawnionego do
mieszkania, trzeba żyć w ciasnocie, którą gminy różnie in-
terpretują. Najczęściej wyznacza ją powierzchnia mieszkalna
poniżej 5 m
2

na osobę, ale w Siemianowicach Śląskich jest
to 6 m
2
, a w Pińczowie – 8 lub 10 dla osoby samotnej.
Podobne zasady obowiązują przy przyznawaniu miesz-
kań socjalnych, jednak decydujące znaczenie ma bardzo
trudna sytuacja materialna. – „W Zielonej Górze na lokal
socjalny mogą liczyć osoby, które mają dochody na poziomie
100% najniższej emerytury w przypadku gospodarstwa jed-
noosobowego i 75% najniższej emerytury w przypadku gospo-
darstwa wieloosobowego” – informuje Marek Starosta z zie-
lonogórskiego urzędu miasta. W Gdańsku maksymalne
dochody uprawnionych do gminnych lokali ustalono na
znacznie wyższym poziomie (150 i 100%), w Krakowie wy-
noszą zaś 120 i 60%. Z kolei w Łodzi progi te są wyraźnie
niższe i wynoszą odpowiednio 80 i 50% najniższej emery-
tury, podobnie jest w Białymstoku (75 i 50%).
Przepisy mówią, że gmina wynajmując mieszkanie ko-
munalne ma prawo zabezpieczyć się przed jego zniszcze-
niem przez nieodpowiedzialnego lokatora, pobierając kau-
cję, która nie może przekroczyć rocznego czynszu. Kwota ta
jest zwracana w momencie powrotu mieszkania do zasobów
miasta lub przy okazji jego wykupu. Co istotne, przy zwro-
cie jest ona waloryzowana, więc lokator nie jest stratny.
Płacz i czekaj
Wśród niezamożnej części społeczeństwa panuje ogrom-
ny „głód mieszkaniowy”. Listy oczekujących na miesz-
kania komunalne i socjalne obejmują czasami tysiące
osób. – „Obecnie na przyznanie mieszkania oczekuje 1858
osób” – informuje Bogumiła Gaweł z Wydziału Gospodarki
Lokalowej Urzędu Gminy w niewielkich Siemianowicach
Śląskich. Marek Starosta mówi: „W Zielonej Górze na li-
stach osób uprawnionych do otrzymania mieszkań z zasobów
komunalnych zakwalifikowanych jest aktualnie 1200 rodzin,
z tego 500 z tytułu posiadania wyroków o eksmisję. Kolejnych
250 ma prawo do lokali socjalnych z tytułu niskich docho-
dów”. Aleksandra Konieczna, z-ca dyrektora Wydziału Poli-
tyki Mieszkaniowej UM w Poznaniu, informuje: „Lista osób
i rodzin uprawnionych do otrzymania pomocy mieszkaniowej
obejmuje 56 pozycji. Ponadto ok. 180 osób i rodzin oczekuje
na wskazanie lokalu zamiennego. Do realizacji pozostają tak-
że 1272 wyroki o eksmisję z prawem do otrzymania lokalu
socjalnego, a 120 pozycji zawiera lista osób oczekujących na
wskazanie pomieszczenia tymczasowego”.
W Krakowie na mieszkanie czeka ponad 3300 osób
i rodzin, z czego połowa żyje w zatłoczonych lokalach,
a prawie tysiąc ma wyroki eksmisyjne i oczekuje na miesz-
kanie socjalne. Dodatkowo ok. 750 rodzin dostało wypo-
wiedzenia od właścicieli kamienic i niebawem straci dach
nad głową. W Łodzi na własne mieszkanie oczekuje ponad
5 tys. rodzin i osób samotnych, połowa z nich ma wyroki
eksmisyjne. W tym mieście liczba potrzebujących bezpiecz-
nego, komunalnego mieszkania szybko rośnie, ponieważ po
uwolnieniu czynszów wielu właścicieli kamienic pod-
niosło stawki nawet o 300%. Co gorsza, często odłączają
oni lokatorom, w większości osobom starszym i nieza-
możnym, prąd, wodę czy gaz. Jednocześnie w ciągu roku
gmina oddaje do dyspozycji zaledwie 300-350 lokali.
We Wrocławiu na mieszkanie od miasta oczekuje ponad
6 tys. rodzin, a w kolejce czeka się nawet 10 lat! Jednocześnie
jest to jedno z nielicznych miast, które buduje mieszkania
komunalne – w 2005 r. oddano tam do użytku prawie 160
nowych lokali. W Szczecinie na mieszkanie „poluje” nie-
mal 12 tysięcy osób, przy czasie oczekiwania wynoszą-
cym nawet 10-11 lat (za staż powyżej 10 lat można otrzy-
mać... dodatkowe punkty uprawniające do mieszkania).
W Białymstoku na mieszkanie socjalne czeka 540 rodzin,
przy czym rocznie do miasta wraca zaledwie kilkanaście lo-
kali, a nowych się nie buduje. Dość dobrze na tle reszty Pol-
ski wypadają Katowice, gdzie jest ok. tysiąca oczekujących,
którzy mają szansę dostać lokal w ok. półtora roku. Ale już
w pobliskim Zabrzu kolejka jest szesnastokrotnie dłuższa!
W Częstochowie na mieszkanie czeka 2,5 tys. rodzin, a szan-
sę na otrzymanie ich w tym roku ma niewiele ponad setka.
b

L
O
K
A
T
O
R
Z
Y
.
P
L
30
– „W skali Polski liczbę osób oczekujących na miesz-
kania komunalne szacuję na 750 tys.” – podsumowuje
skalę problemu Arkadiusz Borek, prezes Instytutu Go-
spodarki Nieruchomościami.
Mieszkanie oddam za bezcen
Miejskie zasoby mieszkaniowe mają służyć osobom, które
w danym momencie są najbardziej potrzebujące. To wła-
śnie im niedrogi dach nad głową powinien umożliwić ele-
mentarną stabilizację i punkt wyjścia do poprawy sytuacji.
Jednak przepisy uwzględniają także możliwość sprzeda-
wania mieszkań komunalnych ich najemcom na prefe-
rencyjnych warunkach.
W efekcie od kilku lat obserwujemy wyprzedawa-
nie ich za bezcen, tj. z ulgą sięgającą 80-95, a nierzadko
nawet 99% wartości. W zależności od czasu zajmowania
lokalu, w Białymstoku możemy liczyć na upust od 50 do
90% wartości, w Częstochowie 25-80% zależnie od wieku
i stanu technicznego lokalu, przy czym nie można wykupić
lokali w budynkach młodszych niż 15 lat, a bonifikaty nie
przysługują, gdy budynek jest wpisany do rejestru zabyt-
ków lub gdy kupujemy mieszkanie na raty. Gdańscy rajcy
ustalili poziom bonifikaty na 90%, ale dotyczy ona tylko
budynków powstałych do roku 1990. W Kielcach i Rado-
miu zniżki wynoszą 80-90%, w Krakowie 88-92%, w Ło-
dzi 80-92%, w Olsztynie i Płocku 50-90%, w Poznaniu
65-90%, w Rzeszowie 70-80%, we Wrocławiu 90-98%,
w Kraśniku do 99%, a w Pińczowie 75-85%.
Potencjalne korzyści ze sprzedaży mieszkań komunal-
nych ich lokatorom odkryto już pod koniec XIX w. w Bel-
gii. Ponieważ o swoją własność ludzie bardziej dbają, w wy-
kupionych mieszkaniach chętniej przeprowadzają remonty,
również części wspólnej, np. klatek schodowych. Ponadto,
właściciele częściej niż najemcy uczestniczą w życiu publicz-
nym oraz działają społecznie na rzecz innych.
Zwykle jednak samorządy sprzedają mieszkania dla osią-
gnięcia mniej szlachetnych celów. Szczególnie często pozbywa-
ją się lokali, których utrzymanie kosztuje więcej niż wynoszą
wpływy z czynszów. Dotyczy to zwłaszcza budynków, w któ-
rych powstały wspólnoty mieszkaniowe. Miasto, bez względu
na ilość posiadanych mieszkań w budynku, ma w nich tylko
jeden głos. Zdarza się, że wspólnota decyduje się przeprowa-
dzić remont i miasto musi wyłożyć pieniądze za wszystkich
lokatorów, co niekiedy oznacza pokrycie nawet 80% kosztów.
Dr Małgorzata Surmańska z Katedry Ekonomii Nieruchomo-
ści i Procesu Inwestycyjnego Akademii Ekonomicznej w Kra-
kowie mówi, że gminy wprowadzają wysokie bonifikaty po to,
by przenieść z siebie na wspólnoty odpowiedzialność za stan
mieszkań. – „Takie działania mają na celu pozbycie się balastu
związanego z dekapitalizacją zasobu”.
Podobnego zdania jest prezes Instytutu Gospodarki
Nieruchomościami. Uważa on, że gminy powinny wy-
chodzić ze wspólnot mieszkaniowych, szczególnie tych,
w których mają mniejszościowe udziały. – „Natomiast
gmina musi mieć swój zasób komunalny, który powi-
nien należeć do niej w stu procentach i dzięki któremu
może zabezpieczać sferę bytową mieszkańców. Nieraz
dochodzi do kuriozalnych sytuacji, że gmina, chcąc się po-
zbyć problemu, sprzedaje mieszkania z 97-98-procentową
bonifikatą, zapominając o tym, że przy okazji wykupu musi
zwrócić lokatorom kaucję, wynoszącą często więcej niż owe
2-3%, które płacą oni za mieszkania” – mówi A. Borek.
Ponieważ kaucja nie była zdeponowana na lokacie, a więc
nie przynosiła miastu odsetek, a zwracana jest po walory-
zacji, gminy do całej transakcji wręcz dopłacają...
Inny skutek uboczny zbywania samorządowych lokali
ma miejsce, gdy nowi właściciele tworzą wspólnoty loka-
torskie, a następnie nie są w stanie samodzielnie uporać się
np. z przeciekającym dachem. – „Często nowi właściciele nie
mają świadomości, że wraz z wykupem pozbywają się pełnej
obsługi budynku, że teraz to oni muszą o wszystko zadbać i za-
płacić” – mówi A. Borek.
Dodatkowym argumentem przeciwko pochopnej sprze-
daży jest to, że duża ilość mieszkań w zasobach gmin po-
średnio poprawia także ogólną sytuację mieszkaniową,
wpływa bowiem na ceny mieszkań oferowanych przez
deweloperów. Mniejszy popyt na mieszkania skutkuje stabi-
lizacją cen – widać to w takich krajach jak Niemcy czy Szwaj-
caria, które w niewielkim stopniu dotknął trwający w Euro-
pie skok cen mieszkań.
Trudno przyszło, łatwo poszło
Lekkomyślna wyprzedaż, nie wsparta nabytkami, znajduje
odbicie w udziale mieszkań będących własnością gmin
w ogólnej ich ilości. Spadł on z ok. 20% w 1993 r. do sza-
cunkowo zaledwie kilku procent w 2005 r. Dla porów-
nania, w Holandii społeczne lokale czynszowe stanowią
35% ogółu mieszkań, w Szwecji 23%, a w Danii – 22%.
– „Uważam, że gminy zbyt pochopnie pozbywają się
mieszkań komunalnych. Należy pamiętać, że gminy mają obo-
wiązek prowadzenia mądrej polityki mieszkaniowej. Wyzby-
wając się mieszkań, nie mogą jej realizować, skutkiem czego
są wydłużające się kolejki oczekujących na lokal. Ponadto jest
to niesprawiedliwe wobec osób, które muszą kupić mieszkanie
po cenie rynkowej” – przekonuje Arkadiusz Borek. Z kolei
Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokato-
rów, redaktor serwisu lokatorzy.pl, mówi: „Wykup powi-
nien następować na zasadach rynkowych, by pozyskane
ze sprzedaży pieniądze mogły posłużyć do odbudowy
tkanki mieszkaniowej w zasobach gminy. Poza tym obec-
na wyprzedaż prowadzi do powstawania grupy »bied-
nych właścicieli«. To osoby, które wykupiły mieszkanie,
ale nie stać ich na jego utrzymanie. Ubytek mieszkań ko-
munalnych powoduje zaostrzanie kryteriów przyznawa-
nia lokali, wskutek czego szansę mają tylko najbiedniejsi
z biednych. Tymczasem np. w Austrii w lokalach komunal-
nych mieszkają także osoby przeciętnie sytuowane”.
Wykup przez najemców nie jest jedyną przyczyną
spadku liczby mieszkań komunalnych. Za sprawą repry-
watyzacji, w samej Warszawie problem ze zmianą właści-
ciela budynku ma ok. 80 tys. rodzin z mieszkań komu-
nalnych, a roszczeń potomków dawnych właścicieli wciąż
przybywa. – „Skala tego zjawiska jest jeszcze większa w Kra-
kowie czy Łodzi, gdzie zniszczenia wojenne były mniejsze
i proces zmian własności jest łatwiejszy do prześledzenia” –
mówi Ciszewski.
31
Podwójna niesprawiedliwość
Zasady, na jakich obecnie funkcjonuje mieszkalnictwo ko-
munalne, faworyzują ich bezterminowych najemców wo-
bec np. tych, którzy zadłużają się na 40-letnie kredyty, aby
w ogóle mieć gdzie mieszkać, mimo że nierzadko wcale nie
są zamożniejsi niż ci pierwsi. Pozwalają też niektórym nieźle
zarobić – np. uwłaszczonym lokatorom na wynajmie loka-
li. W latach 2006-2007 łódzcy urzędnicy przeprowadzili
kontrolę wszystkich 70 tys. gminnych mieszkań. W 4 tys.
przypadków lokum zajmowali nie ci, którym je przyzna-
no, gdyż znaleźli już sobie oni nowe mieszkania. Niepraw-
nie zajmowane mieszkania odzyskano. Podobnie problem
próbuje rozwiązać Warszawa, ale przynosi to słabsze re-
zultaty, pomimo szacunków, że w stolicy podnajmowane
może być nawet co trzecie mieszkanie komunalne!
Inną powszechną patologią jest przyznawanie przez
władze lokalne mieszkań „swoim”. Głośna afera miała miej-
sce w Łodzi, gdzie w niejasnych okolicznościach luksuso-
we mieszkanie z możliwością wykupu za grosze otrzymała
m.in. Małgorzata Potocka, dyrektor regionalnego ośrodka
TVP. W Szczecinie na publicznym mieniu uwłaszczyli się
komendanci policji i straży pożarnej, wicemarszałek wo-
jewództwa, szef związku zawodowego i grupa wysokich
urzędników. Ze śledztwa prowadzonego przez CBA wyni-
ka, że przynajmniej połowa tych transakcji odbyła się z ra-
żącym naruszeniem prawa. – „Takie przypadki nie powinny
mieć miejsca. Jestem przeciw wyprzedażom mieszkań, zwłasz-
cza osobom prominentnym” – denerwuje się dr Surmańska.
Znane są także przypadki, kiedy otrzymujący pra-
wo do mieszkania komunalnego nabywał je, odsprze-
dawał, przenosił się do innego miasta i powtarzał pro-
ceder. Chcąc ograniczyć tego typu spekulacje, większość
gmin wprowadza klauzulę czasową, która mówi, że osoba
starająca się o mieszkanie musi przebywać lub pracować
na jej terenie co najmniej od 5 lat i przez tyleż czasu nie
może sprzedać zajmowanego mieszkania. Takie ogranicze-
nie wprowadzono np. w Krakowie.
Można inaczej
Kilka gmin pokazało, że samorządowa polityka mieszkanio-
wa może być bardziej racjonalna i sprawiedliwa. Ciekawym
przypadkiem są Czechowice-Dziedzice, gdzie rada miasta
zlikwidowała w ubiegłym roku wszelkie bonifikaty, po tym,
jak z ok. 500 mieszkań sprzedanych na korzystnych warun-
kach, aż jedna trzecia została szybko odsprzedana. Podobne
rozwiązania już niedługo mogą wprowadzić krakowscy raj-
cy, którzy debatują nad uchwałą ograniczającą stosowanie
bonifikat. Przyczyną dyskusji był wyrok Wojewódzkiego
Sądu Administracyjnego, który orzekł, że sprzedaż z tak
dużym upustem jest rozdawnictwem. Wprawdzie Naczelny
Sąd Administracyjny unieważnił tę decyzję, jednak raz roz-
poczęta debata toczy się dalej.
Władze Łeby z kolei pozbyły się co prawda wszystkich
mieszkań komunalnych i niemal wszystkich lokali socjal-
nych. Nie chodziło im jednak o to, by pozbyć się odpo-
wiedzialności, lecz aby jej nauczyć. Miejscowi radni wyszli
z założenia, że każdy, nawet najuboższy, powinien posiadać
coś, za co odpowiada. Sami nie zapominają przy tym o obo-
wiązku zapewnienia mieszkań potrzebującym – wybudowa-
ny w ubiegłym roku dom przy al. Św. Mikołaja jest jednym
z najlepszych w Polsce obiektów o przeznaczeniu socjalnym.
– „Zależy nam, by nowe mieszkania miały przyzwoity stan-
dard. Osoba samotna może liczyć na 20-metrowe mieszkanie
z łazienką, ubikacją i kuchnią, zaś pięcioosobowa rodzina –
na mieszkanie 60-metrowe z trzema pokojami i garderobą.
Dookoła są place zabaw, ławeczki, wszystko jest ogrodzone” –
mówi Magdalena Bojarczuk, sekretarz miejski.
Wspomina również o „aktywizującym” wsparciu dla
najemców mieszkań socjalnych, którzy jeszcze nie wykupili
swoich lokali. – „Jeżeli ktoś zgłasza się do nas i mówi, że np. ma
nieszczelne okno, kupujemy materiały, ewentualnie narzędzia
i proponujemy, by lokator sam je naprawił. Chcemy, by w ten
sposób ludzie poczuli się gospodarzami. Jak ktoś sobie sam coś
zrobi, to bardziej to szanuje. Większość naszych mieszkań-
ców jest na tyle operatywna, że bez problemu wykonują
nawet trudniejsze prace remontowe. Teraz większość po-
trzebujących prosi o kafelki czy deski na konkretne cele,
zamiast czekać, aż ktoś przyjdzie im pomóc”.
Łeba jest jednak wyjątkiem. Choć w większości miejsc
w Polsce kolejki po mieszkania są dłuższe, to miasta pla-
nujące budowę mieszkań komunalnych można policzyć na
palcach. W większości miast jeśli gmina uczestniczy w bu-
dowie czegokolwiek, to poprzez udział w Towarzystwach
Budownictwa Społecznego, które wbrew nazwie nastawio-
ne są na zaspokajanie potrzeb stosunkowo nieźle sytuowa-
nej części społeczeństwa. Tym większe uznanie należy się
władzom Rzeszowa, które zamierzają w najbliższych latach
zbudować niemal 200 mieszkań, głównie socjalnych; inwe-
stycje mają się rozpocząć jeszcze w tym roku.
W Połczynie-Zdroju, gdzie na urzędniczych biurkach
leży ponad 200 podań o mieszkanie, rajcy postanowili roz-
budować jeden ze starych budynków. Chcą w tym roku
dobudować piętro, uzyskując w ten sposób 14 mieszkań.
Jeśli eksperyment się powiedzie, w ciągu kolejnych dwóch
lat rozbudują następne dwa budynki. W planach znajduje
się także budowa parterowego obiektu dla czterech osób
niepełnosprawnych. Z kolei gmina Pińczów, której nie stać
na budowę nowych mieszkań, uzyskuje je adaptując opusz-
czone budynki o innym przeznaczeniu. – „Ostatnio dwa
mieszkania socjalne utworzono w byłej szkole w Skowronnie
Dolnym, pozyskując na ten cel środki z Krajowego Funduszu
Mieszkaniowego w Warszawie” – mówi Iwona Senderowska,
rzecznik prasowy urzędu miasta.
Arkadiusz Borek przekonuje, że budowa nowych bu-
dynków komunalnych znajduje się w zasięgu większości
samorządów, a kluczową kwestią nie są pieniądze, lecz
zmiana podejścia. – „Wykorzystanie nowych technologii może
znacznie zmniejszyć koszt budowy tego typu lokali. Można też
sięgnąć do partnerstwa publiczno-prywatnego czy tworzonej
właśnie koncesji na roboty budowlane. Koncepcje te pozwalają
przerzucić ciężar budowy na inwestora, natomiast gmina w cią-
gu 15-30 lat spłaca koszty wybudowania zasobu. Czynsz płaci
najemca do kieszeni dewelopera, ale przedsiębiorca musiałby
mieć gwarancję, że w przypadku jego niepłacenia, lokator zosta-
nie eksmitowany, a na jego miejsce gmina wprowadzi osobę bar-
dziej godną zaufania. Po okresie spłaty budynki przechodziłby na
własność gminy. Gmina może też wydzierżawić działkę na okres
32
Wrnonìkt |ózwìtk
Czego brakuje na tym obrazku: „Małżeństwo
/.../, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo
znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypo-
spolitej Polskiej” (art. Konstytucji)?
POWkOT TATY¹
spłaty, co obniżyłoby cenę domów. Skoro można tak budować
autostrady, to czemu nie mieszkania?”. Piotr Ciszewski ko-
mentuje: „To niezły pomysł, jednak władze żadnej znanej mi
gminy na poważnie nie myślały o takich rozwiązaniach”.
W ubiegłym roku rząd stworzył Krajowy Fundusz
Mieszkaniowy i przeznaczył na ten cel 100 mln zł. Gmi-
ny mogły z niego sfinansować do 40% kosztów inwestycji
w mieszkania socjalne. Niestety, wykorzystały zaledwie 60%
dostępnej kwoty, głównie na przystosowanie istniejących
zasobów do funkcji lokali socjalnych. Władze centralne nie
zrażają się słabym startem programu i planują w przyszłym
roku dopuścić finansowanie z Funduszu także tworzenia
mieszkań komunalnych.
Czerpać dobre wzorce
Krajem, który warto byłoby naśladować, jest Francja. Tam-
tejsi politycy uznali, że w XXI w. bezdomność jest powo-
dem wstydu przede wszystkim dla władz państwa. Dla-
tego na początku ubiegłego roku parlament uchwalił
ustawę, na mocy której do końca 2009 r. z publicznych
funduszy powstanie 600 tys. mieszkań. To nie koniec –
do 2012 r. mieszkań socjalnych ma być tyle, by żaden
Francuz nie był bezdomny. Szwecja już na przełomie lat
60. i 70. wybudowała milion mieszkań (przy populacji 8
milionów!). Widząc sukces sąsiadów, pół miliona mieszkań
wybudowały władze Finlandii, przy czym Finów jest o po-
łowę mniej niż Szwedów. Oba te kraje zrealizowały swoje
programy w ciągu zaledwie 10 lat.
Inspirującym przykładem jest także Wiedeń, gdzie od
lat 20. miasto intensywnie rozwija mieszkalnictwo komu-
nalne. Pomysł budownictwa miejskiego wywodzi się od ów-
czesnego burmistrza, Karla Seitza, który przekonał radnych
do pięcioletniego planu budowy jako rozwiązania problemu
biedy w rodzinach robotniczych. Program ten jest uchwalany
co 5 lat aż do dnia dzisiejszego. Obecnie co roku w Wiedniu
buduje się 5 tys. mieszkań i drugie tyle remontuje. Dzięki
temu miasto jest największym gospodarzem komunalnym
w Europie, dając przy okazji pracę 20 tysiącom osób. Budo-
wa domów komunalnych jest tam połączona z tworzeniem
centrów kulturalnych, sklepów, wspólnych lokali usługo-
wych, jak np. pralnie samoobsługowe.
Tymczasem u nas budownictwo komunalne w zasadzie
nie istnieje, a własność miejska jest w większości przypad-
ków w koszmarnym stanie. A przecież lista zalet płynących
z posiadania dużej liczby samorządowych mieszkań jest
znacznie dłuższa niż „tylko” ograniczenie problemu wy-
kluczenia społecznego. Na ich bazie można np. świadomie
kształtować politykę wizerunkową miasta, wynajmując
artystom pracownie „po kosztach” czy lokalizując na pre-
ferencyjnych zasadach tradycyjne dla danej miejscowości
rzemiosła w historycznym centrum.
Piotr Ciszewski nie ma złudzeń, że w najbliższym cza-
sie sytuacja znacząco się poprawi: „Znamienne było expo-
sé premiera Tuska, który powiedział, że państwo będzie
wspierało mieszkalnictwo przez wspieranie dewelope-
rów, a więc najbogatszych, których stać na mieszkania”.
Konrad Malec, Wioleta Bernacka
W kulturze europejskiej ojcostwo tradycyjnie posia-
dało wysoki status, stąd Bóg Ojciec, Ojczyzna, Ojcie-
c-Król. Ojciec był głową rodziny, sędzią i nauczycielem
– surowym, lecz kochającym. A potem zniknął – na
wojnie, w fabryce, w biurze. W domu pojawiał się rzad-
ko, dzieci prawie nie widywał. Kobieta niemal w całości
przejęła obowiązki wychowawcy.
W ostatnich latach sytuacja zaczęła się zmieniać.
Coraz więcej matek poświęca się karierze zawodowej,
ale również z tego powodu, że rosnąca liczba ojców chce
przeżywać „tacierzyństwo”. Jednak wobec prawa i oby-
czaju ojciec pozostaje rodzicem drugiej kategorii.
Ojciec zawsze domniemany
Dwuznaczności zaczynają się już na etapie formalnego
uznania za rodzica. Gdy dziecko rodzi się w małżeństwie,
działa domniemanie, iż ojcem jest mąż jego matki – auto-
matycznie zostaje on wpisany do aktu urodzenia. Sytuacja
komplikuje się, gdy to nie on jest biologicznym ojcem. Pol-
skie prawo na pierwszym miejscu stawia stabilność rodziny
jako środowiska wychowania dziecka, którego dobro uzna-
wane jest za bezwzględne i najważniejsze. Dlatego dopóki
ojcostwo męża nie zostanie formalnie zaprzeczone, według
prawa pozostaje on ojcem.
Do niedawna powództwo o zaprzeczenie ojcostwa
wytoczyć mógł mąż, żona oraz dziecko po uzyskaniu
pełnoletniości – gdy zabrakło ich dobrej woli, biolo-
giczny ojciec nie miał praktycznie żadnych praw. Mógł
się zwrócić do prokuratora z prośbą o wytoczenie takie-
go pozwu, ale ten nie miał obowiązku podjąć sprawy,
dlatego przypadki takie były niezwykle rzadkie. Zresztą
nawet, gdy matka chce obalenia domniemania ojcostwa,
bywa to niezwykle trudne, wymagane jest bowiem przed-
stawienie niezbitych dowodów, że nieprawdopodobnym
jest, by jej mąż był ojcem dziecka. Rozstrzygające mogą
33
być tylko badania DNA. – „Do których nijak nie można
męża matki zmusić. Odmowa poddaniu się takim badaniom
bywa jednak jasnym sygnałem dla sędziów rozstrzygających
w sprawie” – komentuje Michał Krygowski, radca prawny
zaangażowany w walkę o prawa ojców.
Sytuacja ojców jest skomplikowana także wtedy,
gdy dziecko rodzi się w związku nieformalnym. W ta-
kich okolicznościach jego ojciec nie otrzymuje automa-
tycznie praw rodzicielskich. Istnieje możliwość uznania
dziecka, nie może się to jednak odbyć bez zgody matki.
Znów więc prawa ojca uzależnione są od dobrej woli ko-
biety. Walka biologicznych ojców o prawo do swoich dzieci
doprowadziła jednak do tego, że otworzyła się dla nich dro-
ga do sądowego ustalenia ojcostwa.
Stanisław Różański wniósł w tej sprawie skargę do Eu-
ropejskiego Trybunału Praw Człowieka. W 1992 r. partnerka
urodziła mu dziecko. Po dwóch latach związek się rozpadł,
a matka wyjechała, zostawiając pożegnalny list – pisała, że
p. Stanisław i jego syn muszą radzić sobie sami. Wkrótce
jednak powróciła i zabrała malca ze szpitala, gdzie akurat
przebywał. Stanisław Różański próbował na drodze sądowej
dojść swoich praw jako ojciec, na przeszkodzie stanął jednak
wspomniany zapis, że jedynie matka lub pełnoletnie dziecko
mogą wnieść pozew o ustalenie ojcostwa. Centrum Pomocy
Społecznej w Gdańsku zażądało, by sąd sprawdził sposób
wykonywania praw rodzicielskich przez matkę chłopca.
Dziecko zostało jej odebrane, później znów zwrócone, na-
stępnie zaś wszczęto dochodzenie, którego celem było wy-
jaśnienie, czy dopuściła się przestępstwa, narażając syna na
bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na
zdrowiu. W 1995 r. sąd wydał postanowienie: prawa rodzi-
cielskie matki zostają ograniczone, a chłopiec ma zostać
oddany do domu dziecka. Ojciec w ogóle nie był brany
pod uwagę jako opiekun syna, choć cały czas o to zabie-
gał. W 1996 r. matka wystąpiła o przywrócenie jej praw
do opieki nad synem; co więcej, wskazała swego aktualnego
partnera jako jego ojca. Sąd przywrócił jej te prawa (z nad-
zorem kuratora) i ustanowił nowego partnera ojcem dziec-
ka. Różański odwoływał się do coraz wyższych instancji, do-
wodząc, że umiejętności rodzicielskie matki dziecka nie są
wystarczające, na co wskazuje m.in. fakt umieszczenia dwój-
ki jej pozostałych dzieci w rodzinie zastępczej. Zwracał uwa-
gę, że jej partner jest notorycznym przestępcą. Ostatecznie
Trybunał uznał, że doszło do naruszenia art. 8 Europejskiej
Konwencji Praw Człowieka, w którym mowa o „poszano-
waniu życia prywatnego i rodzinnego”. W efekcie, w 2004 r.
polskie przepisy zmieniono i obecnie domniemany ojciec
dziecka ma prawo do wytoczenia powództwa o sądowe usta-
lenie ojcostwa. Syn p. Stanisława miał wówczas 12 lat, z cze-
go 10 pozostawał bez kontaktu z ojcem.
Miejsce dziecka jest przy matce!
Dyskryminacja mężczyzn nie kończy się na kwestii uzna-
nia ich praw do dziecka tuż po porodzie. Stowarzyszenia
działające na rzecz obrony praw ojców alarmują, że prawie
wszystkie postępowania przed sądami kończą się przyzna-
niem kobiecie prawa do stałej opieki nad dzieckiem. Serwis
www.ojcowie.pl podaje, że jedynie pięciu na 100 męż-
czyzn powierza się opiekę nad dziećmi po rozwodzie.
Część komentatorów upatruje przyczyn tej sytuacji w skraj-
nym sfeminizowaniu sądów rodzinnych.
Oczywiście dyskryminacja stanowi tylko część wytłu-
maczenia – wielu ojców po prostu nie chce pełnić tej roli.
Wielu też niezbyt się do niej nadaje – nie tylko sprawcy
przemocy i alkoholicy. Mężczyźni są często nadmiernie po-
chłonięci pracą, w efekcie przeciętny ojciec poświęca swoje-
mu dziecku do 15 minut dziennie. Jednak w konkretnych
przypadkach świetni ojcowie padają ofiarą stereotypu,
że każda kobieta niejako z definicji jest lepiej predesty-
nowana do roli opiekuna. – „Panuje milczące przekona-
nie, że lepsza zła matka niż dobry ojciec – mówi Krzysztof
b
n
d

S
T
E
F
A
N
O

C
O
R
S
O
34
Gawryszczak ze Stowarzyszenia Ojcowie.pl, który, mimo
pozytywnej opinii Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-
Konsultacyjnego (RODK), przez dwa lata miał zasądzone
po zaledwie 48 godzin widzeń z synem w ciągu roku! – Już
tak nie jest, że ojciec po ośmiu godzinach wraca z pracy, siada
w fotelu i pstryka pilotem. Teraz ojcowie mają więcej obowiąz-
ków i są bardziej świadomi swego ojcostwa” – przekonuje.
Tutaj otwiera się doskonałe pole do współpracy między
ojcami, a środowiskami kobiecymi, które od lat walczą
o partnerski model wychowania dzieci.
Standardowy wyrok to przyznanie praw rodzicielskich
obojgu rodzicom, ze wskazaniem miejsca zamieszkania dziec-
ka przy matce i zasądzeniem regularnych widzeń z ojcem.
Zazwyczaj odbywają się one co drugi weekend lub dwa razy
w tygodniu, do tego dochodzi połowa wakacji i połowa świąt.
Co mają zrobić ci ojcowie, dla których jest to za mało?
Rozwód z dzieckiem
Zdarza się, że matki utrudniają dziecku kontakty z ojcem.
Według prof. Wandy Stojanowskiej, w 2/3 przypadków
czynią tak z chęci odwetu za nieudane małżeństwo. Jeśli
„nieudane” oznacza, że mąż bił żonę i dzieci, nietrudno
zrozumieć taką matkę. Nie wszystkie przypadki są jednak
tak skrajne.
Rozwód to zwykle wydarzenie dramatyczne, angażują-
ce ogromną dawkę negatywnych emocji. Byli małżonkowie
czują wzajemną niechęć, uważają się za pokrzywdzonych,
a drugą stronę winią za rozstanie. W takim przypadku ocena
tego, co jest dla dziecka najlepsze, bywa bardzo subiektywna.
Jak odprowadzić dziecko do taty, który znalazł sobie inną
panią i zostawił mamę samą? Co dobrego będzie miało
z kontaktów z takim draniem? Gdy rodzic powodowany
poczuciem krzywdy lub chęcią odwetu utrudnia kontakty
dziecka z drugim rodzicem, prawo jest praktycznie bez-
silne. – „Sądy nie pomagają ojcom w wystarczającym stopniu
w egzekwowaniu prawa do kontaktów z dzieckiem. Jasne, mogą
zostać nałożone grzywny, ale trwa to kilka lat i często nie przynosi
skutku. Z drugiej strony, sędziowie zastanawiają się, czy nakła-
dając grzywnę na matkę nie występują przeciw dzieciom, gdyż
odbierając jej pieniądze, odbierają je również dziecku. Istnieje
także inne rozwiązanie – odebranie opieki matce i powierzenie
ojcu, jest to jednak praktyka niezwykle rzadka. Spotkałam się
z zaledwie jednym takim przypadkiem!” – mówi Elżbieta Czyż
z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – „Musimy pamiętać,
że utrudnianie kontaktów dziecka z rodzicem to także przemoc,
której konsekwencje odczuwa ono w dorosłym życiu” – dodaje
Maciej Wojewódka, inicjator nieformalnego Komitetu Prze-
strogi Przed Oddzieleniem Rodzica.
O tym, że walka o zasądzone kontakty z dzieckiem
bywa beznadziejna, przekonać się można m.in. czytając fora
internetowe. – „Matka od 4 lat uniemożliwia ojcu widze-
nia z dzieckiem. Oczywiście zasądzone. Ojciec chodzi latami
w miejsca spotkań. Bezskutecznie. Do sprawy przyznany jest
kurator. Przekonuje matkę, nic z tego nie wynika, bo ona prze-
konać się nie da. Ojciec zaczyna potwierdzać swoją obecność
w miejscu zasądzonych spotkań przez wezwanie policji (nie aby
siłą odbierać dziecko, ale potwierdzić, że przychodzi, bo była
żona kłamie, że nie przychodzi). Policjanci kulturalni, pomoc-
ni, potwierdzają, odjeżdżają. Matka dziecka zakłada sprawę
o pozbawienie władzy rodzicielskiej i zakaz osobistej styczności.
Sąd zleca badanie RODK. W RODK córka (6 lat) mimo, że nie
widziała ojca ponad 2 lata /.../ reaguje na ojca ciepło, chce się
z nim bawić, mówi, że chce się z nim spotykać. Matka okazuje
wobec tego jawne niezadowolenie. RODK orzeka, że widze-
nia dziecka z ojcem powinny się odbywać. Ojca popiera kilku
świadków, z rodziny, spoza rodziny. Matka świadków nie ma,
wymyśla absurdalne zarzuty. Sąd w całości oddala wnioski mat-
ki. Matka składa apelację. Nadal nie zgadza się na spotkania.
Sąd apelacyjny potwierdza postanowienie sądu pierwszej instan-
cji, przychylając się do tego, że widzenia powinny się odbywać
dla dobra dziecka. Matka nadal się nie zgadza. Groźba sprawy
o ukaranie za utrudnienie kontaktów nie robi na niej wrażenia.
Tym bardziej nastawia natomiast dziecko przeciwko ojcu. /.../
Efekt taki, że na dobrą sprawę trzeba chyba walkę przerwać”.
Elżbieta Czyż mówi: „Sądy w niewielkim stopniu mogą
pomóc w konflikcie między małżonkami. Nie dlatego, że są nie-
udolne, ale dlatego, że przy tak wielkiej eskalacji konfliktu pra-
wo jest bezradne”. Zauważa, iż wyjściem byłoby zapobieganie
rodzącym się konfliktom w bardzo wczesnej fazie. Bardzo
duży nacisk na takie rozwiązania kładzie także M. Wojewód-
ka. Postuluje on objęcie rozwodzących się rodziców „opie-
ką terapeutyczną i edukacyjną oraz zwrócenie ich uwagi
na potrzebę poskromienia emocji na rzecz dobra dziec-
ka”. Jeśli mimo tego któryś z rodziców nie będzie chciał, bez
uzasadnionej przyczyny, współpracować z drugim czy wziąć
udziału w terapii, wówczas proponuje dla niego sankcje
w postaci ograniczenia lub zawieszenia praw rodzicielskich.
Dopiero takie mechanizmy, uzupełnione o korekty progra-
mów szkolnych i funkcjonowania pomocy społecznej oraz
dodatkowe szkolenia dla psychologów i terapeutów, sprawią,
że możliwe stanie się np. efektywne stosowanie opieki na-
przemiennej, coraz częściej praktykowanej na Zachodzie.
W takim przypadku dziecko mieszka na zmianę (przez
tydzień, miesiąc lub kilka miesięcy) u mamy i taty. Pozostaje
w stałym kontakcie z obojgiem rodziców, znika problem
niepłacenia alimentów, a rodzice zmuszeni są utrzymywać
poprawne relacje i współpracować dla dobra dziecka. Ta-
kie rozwiązanie wymaga jednak dobrej woli obojga z nich
i zamieszkiwania w niezbyt dużej odległości, by dziecko
miało jedną szkołę czy przedszkole.
Polskie sądy, mając na względzie potrzebę stabilizacji
w życiu dziecka, wybierają inne rozwiązania, a ich niemoc
w egzekwowaniu własnych postanowień rodzi kolejne pro-
blemy. – „Sądy rodzinne to machiny ruiny. Dobre tylko wtedy,
gdy w rodzinie jest przemoc i prawdziwe jej ofiary. W innych
przypadkach, nigdy nie ma wygranych” – cytuje jednego z oj-
ców Wojewódka. Jego zdaniem, obecnie w niewielkim stop-
niu pomagają one w konfliktach między małżonkami, na co
wpływa m.in. zła konstrukcja prawa, brak wśród sędziów ro-
dzinnych i biegłych sądowych wiedzy z zakresu rzeczywistych
mechanizmów konfliktów oraz stereotypy dotyczące płci.
Nienawiść i wojna
Ciągnące się procesy i pogłębiająca się wzajemna niechęć
rodziców powodują, że ojcowie całymi latami nie widują
własnych dzieci. A te szybko rosną i zmieniają się – od-
35
izolowany rodzic nigdy nie odzyska utraconych chwil.
Powoduje to wielkie tragedie, tym większe, jeśli wychowu-
jący dziecko nastawia je, czasem nieświadomie, przeciwko
drugiemu rodzicowi. Poczynając od komentarzy w rodzaju
„tatuś ma teraz inną rodzinę i już nas nie potrzebuje”, przez
celowe wywoływanie lęku przed nim – tak, by przy spotka-
niu dziecko okazało, że na widzenia nie ma ochoty, aż po
fałszywe oskarżenia o przemoc czy molestowanie.
Cały ten arsenał w praktyce nie podlega karze. –
„Najbardziej ohydny, obrzydliwy, podły i odrażający brudny
chwyt – komentuje Krzysztof na jednym z forów. – Moja
sprawa została umorzona, a moja Pani Mecenas powiedzia-
ła: »ma pan promil szansy«, kiedy zapytałem, co będzie, je-
śli złożę doniesienie o popełnieniu przestępstwa – fałszywe
oskarżenie i składanie fałszywych zeznań. Według kodeksu
mamy (my poszkodowani) takie prawo. Uwierzyłem Pani
Mecenas, mało tego: na jednej z rozpraw rozwodowych ko-
leżanka mojej ex złożyła fałszywe zeznania – została przy-
łapana na tym, Sąd stwierdził /.../ »nie jest tak jak pani
mówi, bo w dokumencie jest coś innego«. Lepszego dowodu
nie ma jak taki zapis w protokole. Złożyłem do Prokuratu-
ry doniesienie – wszystkie załączniki! Po trzech tygodniach
otrzymałem odmowę wszczęcia postępowania – bez wyja-
śnień, bez pouczenia itd.”.
Zniechęceni kolejnymi wyrokami, pozbawieni
wiary w sprawiedliwość, niektórzy ojcowie zabierają
dziecko z przedszkola i znikają, czasem na całe lata.
Głośno było ostatnio o „porwaniu” Agaty, córki Mar-
ka G. W 2006 r. jego żona odeszła, zabierając syna;
po pewnym czasie upomniała się także o córkę. Ma-
rek G. mimo niekorzystnego wyroku nie zgodził się
dziecka oddać i ukrywał je przed policją i żoną. Zo-
stał za to skazany na rok więzienia.
Jerzy G. podczas jednego z widzeń z synkiem zobaczył,
że nosi on ślady bicia i zaniedbania. Zabrał go do lekarza,
który potwierdził podejrzenia, po czym zawiózł do wła-
snego domu zamiast odprowadzić do matki. Poszukiwany
przez policję, ukrywał się z synem, jednocześnie podejmu-
jąc prawne próby uznania za opiekuna. Należy podkreślić,
że w większości takich przypadków ojcowie posiadają peł-
nię praw rodzicielskich.
Nowe czasy, nowe prawo
W przygotowaniu znajduje się ważna nowelizacja kodeksu
rodzinnego i opiekuńczego. Ma ona na celu zwiększenie
praw ojców. Zakłada m.in. prymat ojcostwa biologiczne-
go. Jeśli mężczyzna wykaże, że jest ojcem dziecka, w świetle
prawa stanie się nim. Gdy udowodni, że dziecko nie jest
jego, zostanie zwolniony z obowiązków (np. z alimentów).
Uznanie dziecka zostanie zastąpione uznaniem ojcostwa.
Będzie się ono opierać na fakcie, czyli potwierdzeniu ojco-
stwa np. przy pomocy testów DNA. Dotychczas stosowano
zasadę oświadczenia woli, czyli uznania przez mężczyznę
dziecka za swoje bez przeprowadzania badań. Z takiego
oświadczenia mógł się on później wycofać.
Projekt nowych regulacji pozwala także na uchylenie
się od obowiązku alimentacyjnego, gdy żądanie alimentów
jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego – np. gdy
dorosłe dziecko zarabia więcej niż rodzice, nie zarabia, choć
mogłoby lub gdy płacenie alimentów wiąże się z „zagroże-
niem nadmiernym uszczerbkiem”. Nowe projekty kodeksu
przewidują też obowiązek utrzymywania przez rodziców
kontaktu z dzieckiem.
Zarówno nowelizacja, jak i zmiany w społecznym po-
strzeganiu ojcostwa dają nadzieję na poprawę losu polskich
ojców. Przyjdzie im zapewne wyprać jeszcze niejedną
pieluchę i zagrzać niejedno mleko, zanim te zwykłe
czynności na rzecz własnego dziecka przestaną budzić
zdziwienie. Ale może tędy droga. Skoro pojawiają się
już troskliwi tatusiowie w popularnych serialach i na
billboardach, dobrze by było, gdyby pojawiało się ich
więcej w piaskownicach.
Weronika Jóźwiak
Zapraszamy na nowy portal internetowy
Lewicowo.pl jest niekomercyjnym,
niezależnym od jakichkolwiek partii politycznych
czy grup interesu serwisem informacyjno-publicystycznym.
Jest on poświęcony socjaldemokratycznym analizom społecznym,
prawom pracowniczym, spółdzielczości i innym formom samoorganizacji
społecznej, a także historii demokratycznych nurtów lewicy.
r e k l a m a
36
Mìcutt Sosczvk, knzvsz1or |tsìúskì
Propagatorzy biopaliw przekonują o ich zaletach.
Jako alternatywa dla ropy naftowej lub tylko dodatek
do „tradycyjnych” paliw – zwiększają bezpieczeństwo
energetyczne i tworzą nowe miejsca pracy. Są też do-
brym sposobem na ograniczanie emisji dwutlenku wę-
gla. Niestety, dotychczasowy model rozwoju sektora
biopaliw nie spełnia większości oczekiwań, a także
powoduje liczne problemy społeczne i ekologiczne.
Obietnice bez pokrycia
Wątpliwa okazała się rola biopaliw w zwiększaniu nieza-
leżności energetycznej. Podstawowym problemem jest
wysoka terenochłonność upraw. Według planów Unii
Europejskiej, za 12 lat udział biopaliw na jej obszarze
ma sięgnąć 10%. Należałoby wówczas pod uprawę
roślin energetycznych przeznaczyć 15% najlepszych
gruntów ornych. Alternatywę stanowi import, czyli...
kolejne uzależnienie się od krajów zewnętrznych.
Masowe przetwarzanie płodów rolnych na pro-
dukty niespożywcze, w wielu krajach stymulowane
dopłatami, jest jedną z przyczyn wzrostu cen i już
powoduje lokalne kryzysy żywnościowe. Jeffrey A.
McNeely pisze na portalu BBC News, że „zboże po-
trzebne do wyprodukowania ilości etanolu równej
objętości baku Range Rovera wystarczy do wyży-
wienia jednej osoby przez rok. Zakładając, że samo-
chód jest tankowany co dwa tygodnie, ilość potrzebnego
zboża w skali roku równa się tej, którą można wyżywić
głodującą afrykańską wioskę”.
Również korzyści w ochronie środowiska są dys-
kusyjne. Autorzy raportu „Agrofuels, towards a re-
ality check in nine key areas” brytyjskiej organizacji
Biofuelwatch, przekonują, że jednym ze skutków
produkcji biopaliw może być... przyspieszanie zmian
klimatycznych. Sektor biopaliw bazuje na znacznej
emisji gazów cieplarnianych, m.in. z powodu nisz-
czenia naturalnej roślinności, np. wycinania lasów
pod uprawy (zwłaszcza w krajach tropikalnych),
zużywa też znaczne ilości paliw kopalnych podczas
produkcji. „Jeśli [do Europy] będzie importowany eta-
nol z USA, będzie on najprawdopodobniej uzyskiwany
z kukurydzy. Przy jej produkcji używa się paliw kopal-
nych na każdym etapie, od nawożenia i zbioru, poprzez
przetwórstwo, po transport. Uprawa kukurydzy wymaga
prawdopodobnie zużycia energii w ilości przekraczającej
o 30% tę, jaką można uzyskać z paliwa stanowiącego
produkt końcowy. Pozostawia przy tym zniszczoną glebę
i zanieczyszczoną wodę” – pisze McNeely.
Biopaliwa stały się też kolejną okazją dla wiel-
kich korporacji, m.in. paliwowych, do dalszej eks-
pansji i zgarnięcia publicznych dotacji. Na wytwa-
rzaniu paliw z roślin korzystają także producenci
genetycznie modyfikowanych odmian. Stosowanie
GMO w produkcji żywności napotyka na opór spo-
łeczny, lecz uzyskanie społecznej akceptacji dla ich
wykorzystania do produkcji paliwa wydaje się łatwiej-
sze. Jednak nie zniknie szereg zagrożeń związanych
z manipulowaniem genami.
Nie takie straszne, jak je malują
Wszystko to jednak tylko część prawdy o biopali-
wach. Mają one na tyle poważne zalety, że całkowity
odwrót od nich byłby krótkowzroczny.
W ich obronie należy przywołać potencjał go-
spodarczego ożywienia wsi oraz sektora małych i śred-
nich przedsiębiorstw. Prof. dr hab. Jan Kuś, kierownik
Zakładu Systemów i Ekonomiki Produkcji Roślinnej
IUNG w Puławach, przytacza szacunki z różnych
krajów UE: na każdy 1000 ton biopaliw płynnych
przypada 12-14 nowych miejsc pracy. W polskich
warunkach – niższy stopień zmechanizowania
prac i spora ilość niezagospodarowanych gruntów
– współczynnik ten mógłby być jeszcze większy.
Krajowe Zrzeszenie Producentów Rzepaku podkre-
śla, że podczas produkcji paliw z tej rośliny powstaje
produkt uboczny – śruta rzepakowa. Dlatego rozwój
sektora biopaliw umożliwia poprawienie krajowego
bilansu białka roślinnego (zmniejszenie zależności
Trwa medialny zgiełk wokół biopaliw. Oskarżane
są one m.in. o stymulowanie wzrostu cen żywno-
ści. Przez tę nagonkę z trudem przebijają się głosy
rozsądku. Może to nie biopaliwa są złe, lecz obec-
ne mechanizmy ich wykorzystania?
8IOPALIWA - TAk, WYPAC7LNIA - NIL!
37
od importu śruty sojowej) i spadek cen pasz, co popra-
wi opłacalność hodowli zwierząt i produkcji mleka.
Zwiększenie zasiewów rzepaku, kosztem dominujących
w Polsce zbóż, byłoby korzystne także dla gleby, gdyż
przyniosłoby poprawę gospodarki płodozmianowej.
Biopaliwa mają też atuty ekologiczne. Badania wykaza-
ły, że cząstki stałe zawarte w spalinach z biopaliw roślinnych
są znacznie mniej szkodliwe niż ze spalin „normalnego” ole-
ju napędowego. Podczas stosowania paliw roślinnych po-
wstaje o wiele mniejsza ilość toksycznych związków, m.in.
tlenków węgla oraz niespalonych węglowodorów
Warto także wspomnieć o wpływie na silniki. Zanim
wprowadzono obowiązek dodawania do paliw komponen-
tów roślinnych, lobbyści sektora naftowego przekonywali
o bardzo negatywnym wpływie nawet niewielkich domie-
szek biopaliw, zwłaszcza na starsze pojazdy. Specjalistyczne
testy nie potwierdziły histerycznych prognoz, którymi
epatowała zwłaszcza „Gazeta Wyborcza” i „Wprost”.
W przypadku mieszanek oleju napędowego i składni-
ków roślinnych, w ogóle nie należy się martwić o auto.
– „Z prowadzonych przeze mnie prac nad silnikami Diesla
wynika, że pod wpływem biokomponentów ich żywotność się
nie zmniejsza, a awaryjność nie zwiększa. Okazuje się, że jest
wręcz przeciwnie: trwałość aparatury wtryskowej i silników
zasilanych biopaliwami zgodnymi z normą jest większa, gdyż
ich podstawowe cechy, jak smarowność, są kilkaset razy lepsze
niż współcześnie produkowanych olejów napędowych” – mówi
płk dr inż. Mieczysław Struś z Wyższej Oficerskiej Szkoły
Wojsk Lądowych we Wrocławiu, który opracował mieszan-
kę paliwową pod nazwą BIOXDIESEL, zawierającą 30%
składników pochodzenia roślinnego. Testy wykazały, że
tego rodzaju paliwo nie tylko nie ustępuje w niczym pa-
liwom tradycyjnym, ale wręcz stanowi optymalny napęd.
Jego stosowanie nie wymaga żadnych zmian konstrukcyj-
nych ani regulacyjnych, nawet w przypadku mniej nowo-
czesnych silników.
Polskie paliwo, polskie zyski, polskie etaty
Co zatem zrobić, by wykorzystać potencjał tkwiący w bio-
paliwach i zminimalizować związane z nimi zagrożenia?
Absolutnie podstawową kwestią powinno być takie
kształtowanie polityki państwa, by bardziej opłacało
się produkować paliwo z roślin krajowych niż import.
Efektem będzie nie tylko zwiększenie bezpieczeństwa ener-
getycznego oraz rozwój krajowych technologii. – „Wzrost
produkcji biopaliw spowoduje znaczące zmniejszenie wypły-
wu pieniędzy na zewnątrz. Już przy ich udziale w paliwach
stosowanych w transporcie na poziomie 5,75% – który Polska
zobowiązała się osiągnąć w 2010 r. – wchodzi w grę ok. 6
miliardów zł rocznie” – twierdzi dr Struś.
Z tej perspektywy cieszy, że duże polskie koncerny in-
westują w sektor biopaliw. Jednak na szczególną uwagę za-
sługują inne możliwości. Przykładem może być koncepcja
Centrum Paliwowo-Energetyczno-Chemicznego, w któ-
rych przerabiane byłyby powstające w danej okolicy
surowce rolne. Na centrum składałaby się m.in. gorzel-
nia produkująca bioetanol, biogazownia i wytwórnia
roślinnych komponentów do paliw. Produkcja biopaliw
w takim systemie pozwala zminimalizować uciążliwe
skutki dla otoczenia przy maksymalnym wykorzystaniu
surowców. Powstają w nim bowiem także komponenty do
pasz, produkty chemiczne (np. nawozy potasowe) oraz nad-
wyżki energii, które mogą być sprzedane.
Jeden z autorów koncepcji, dr Andrzej Vogt z Wy-
działu Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego, przekonuje,
że kilkadziesiąt takich centrów pozwoliłoby na zauważal-
ne złagodzenie problemów energetycznych, a jednocześnie
ożywiłoby rolnicze gminy. – „Takie centra to wymierne ko-
rzyści finansowe, ale nie tylko. Ta koncepcja cieszy się »bło-
gosławieństwem« rządu, gdyż może pomóc zapewnić bez-
pieczeństwo regionalne kraju” – mówi dr Vogt. Przywołuje
niedawną awarię prądu, która dotknęła Szczecin i miasta
w promieniu stu kilometrów. Nie doszłoby do niej, gdy-
by system zaopatrzenia w energię był bardziej rozproszony.
Specjalista informuje, że już niedługo rozpocznie się budo-
wa kilku takich centrów (m.in. w Namysłowie i okolicach
Łomży) – przygotowania są zaawansowane, a inwestorzy
mają zagwarantowane odpowiednie środki.
Tego rodzaju przedsięwzięcia są dość kosztowne. Ale
biopaliwa mogłyby powstawać na jeszcze mniejszą skalę. –
„Budowa sieci produkcji biopaliw nie tylko przez ogrom-
nych producentów, jak PKN Orlen, ale także w małych
lokalnych wytwórniach, spowoduje powstanie nowych
zawodów, związanych z pozyskiwaniem surowca, prze-
twórstwem, dystrybucją. Łącznie w związku z produk-
cją biopaliw płynnych i biogazu mogłoby powstać 100
tys. miejsc pracy” – szacuje dr Struś.
Jednym z ciekawszych pomysłów jest zakładanie gmin-
nych wytwórni taniego paliwa rolniczego. Przymiarki do
takiej inwestycji trwają w podlaskich Sokołach. Rolnicy do-
starczać będą rzepak, który za niewielką opłatą przerobiony
zostanie na paliwo i tzw. makuchy. – „Odwiedził mnie wójt
Sokół i był mocno zaskoczony, że to taka prosta robota. Oni
chcieli wejść w spółkę z jakimś Niemcem, ale jak wyszli ode
mnie, to stwierdzili: na cholerę on nam potrzebny, skoro mo-
żemy to zrobić sami?” – śmieje się p. Stanisław, który z grupą
sąsiadów wytwarza paliwo z rzepaku.
Z kolei prof. Mirosław Wendeker z Katedry Termo-
dynamiki, Mechaniki Płynów i Napędów Lotniczych Poli-
techniki Lubelskiej przekonuje, że biopaliwa powinny być
traktowane nie jako cel sam w sobie. – „Produkcja bio-
paliw daje szansę na powiązanie rolnictwa z rozwojem
gospodarczym, co jest niezwykle ważne ze względów spo-
łecznych. Może też być dobrym instrumentem niwelowa-
nia różnic w rozwoju poszczególnych regionów” – mówi.
Profesor Wendeker jest współtwórcą pomysłu klastra
Biokomplex. Dzięki niemu Lubelszczyzna ma stać się zna-
czącym producentem biopaliw, wodoru i energii elektrycz-
nej, wykorzystując do tego swoje dwa bogactwa: duże złoża
węgla kamiennego i rozwinięte rolnictwo. W ramach kla-
stra, tj. platformy współpracy władz regionalnych i lokal-
nych, świata nauki, przedsiębiorców i rolników, powstaną
niewielkie fabryki wodoru (i paliw pochodnych, np. gazu
ziemnego) z roślin, ponadto surowiec ten będzie produko-
wany na drodze podziemnej gazyfikacji węgla. Dzięki temu
możliwe będzie produkowanie paliwa kilkakrotnie tań-
szego niż obecnie dostępne na stacjach benzynowych, na
38
dodatek przyjaznego dla środowiska (skorzystanie z nie-
go wymagać będzie jednak przeróbki auta). Odpowiednie
technologie są już gotowe, obecnie trwają prace nad rozwią-
zaniami inwestycyjnymi, już teraz jednak na projekt udało
się zagwarantować miliony euro.
Co (prze)robić?
Inną ważną kwestią są surowce do produkcji. Biopaliwa moż-
na bowiem wytwarzać nie tylko z kukurydzy czy rzepaku, ale
także np. z serwatki, odpadów zwierzęcych i drewna.
Prof. Wendeker przekonuje jednak, że nie jest moż-
liwe, by tego typu surowce zaspokoiły zauważalną część
zapotrzebowania na paliwo. – „Również klasyczne metody
produkcji, z roślin energetycznych, to droga donikąd. Dro-
żeją przez to produkty rolne, poza tym ogranicza się możli-
wości, do których rolnictwo jest predestynowane” – wyjaśnia.
W jego opinii, jedyne sensowne rozwiązanie to maksymal-
ne zwiększanie wydajności upraw i wytwarzanie biopaliw
ze zbędnych części roślin (np. korzenie, łodygi czy liście),
których jest zawsze bardzo dużo. Naukowiec wyjaśnia, że
dzięki zastosowaniu nowoczesnych nawozów z komplek-
sami siarkowymi, można uzyskać nawet ośmiokrotnie
większą biomasę.
Jednak także wykorzystywanie do produkcji paliw
całych roślin, a nie tylko odpadów, miewa uzasadnienie.
Przedstawiciele Krajowego Związku Producentów Bu-
raka Cukrowego przypominają, że wskutek unijnej re-
formy rynku cukru zamknięto w Polsce wiele cukrowni.
W wielu regionach rolnicy stanęli w obliczu poważnych
kłopotów ze zbytem. – „A przecież burak cukrowy, obok
kukurydzy, jest rośliną, która daje najwięcej energii z hekta-
ra” – podkreślają. W takich krajach, jak Francja, Niemcy
czy Hiszpania, likwidowane cukrownie są zamieniane
w fabryki bioetanolu. Dzięki temu uratowano wiele
miejsc pracy. Z kolei przeznaczenie części produkowane-
go w kraju oleju rzepakowego do produkcji biopaliw nie
zachwieje rynkiem spożywczym, gdyż i tak ponad połowa
polskiego rzepaku trafia na eksport. Pozwoli natomiast
krajowym zakładom tłuszczowym na pełne wykorzystanie
mocy przerobowych.
Szejkowie znad Wisły
W obliczu drożyzny ropy naftowej, szczególne zalety ma
produkcja biopaliw przez samych rolników bezpośrednio
w gospodarstwach. Dzięki temu uzyskują oni tanie paliwo
na własne potrzeby. Zgodnie z przepisami, mogą go wypro-
dukować do 100 litrów na hektar gospodarstwa.
Pojawili się pierwsi odważni. – „Z tego, co się słyszy
na konferencjach, można odnieść wrażenie, że do produkcji
biopaliw na własne potrzeby trzeba być co najmniej inżynie-
rem. A ja przecież jestem zwykły chłop!” – mówi p. Stanisław.
Przekonuje, że „domowa” produkcja biopaliw nie wyma-
ga żadnej wiedzy. – „Nie trzeba nawet szczególnie dużo
pieniędzy – potrzebny pomysł i trochę chęci do roboty.
Superpaliwo da się zrobić nawet w konewce od mleka”
– zapewnia. Podkreśla, że zakup średniej klasy sprzętu do
produkcji biopaliw – w przypadku krajowych producentów
wynosi on ok. 20 tys. zł – ma sens, gdy jest to wspólne
przedsięwzięcie kilku gospodarzy. – „Rolnikom, którzy
mają łącznie 75 ha, z czego 10% obsiane rzepakiem, wydatek
zwróci się już po roku” – twierdzi.
Również Krzysztof Boguszewski ze wsi Józinek k.
Płocka nie żałuje, że z kolegami zaczął produkować paliwo
z własnych surowców. – „Rzepak kosztuje 1200 zł za tonę,
dlatego koszt samodzielnego wytworzenia litra paliwa wyno-
si – w przeliczeniu – 3,3, a nawet 3 zł za litr” – informu-
je. I podkreśla, że po produkcji zostają jeszcze makuchy,
które można wykorzystać do spasania bydła lub palenia
w piecu.
Z racji znacznie mniejszej szkodliwości spalin, in-
nym obiecującym kierunkiem rozwoju biopaliw jest
transport publiczny. Zbigniew Śledź, dyrektor ds. eks-
ploatacyjnych MPK Kielce, które niedawno testowało au-
tobusy napędzane bioetanolem, twierdzi, że w warunkach
typowo miejskich paliwo sprawdza się bez zarzutu. Przed-
siębiorstwo zamierza kupić nowe pojazdy i rozważa wybór
pracujących na paliwie roślinnym. Problemem jest wyż-
b
n
a

M
W
B
O
E
C
K
M
A
N
N
39
szy koszt napędu oraz konieczność dwukrotnie częstszych
przeglądów technicznych. Natomiast „zaplecze techniczne
niczym się nie różni. Kupuje się tylko autobusy, nie trzeba nic
innego modernizować” – mówi dyrektor.
Od dawna pięć autobusów na bioetanol jeździ w Słup-
sku, gdzie zresztą są produkowane przez koncern Scania.
Tadeusz Kozina, dyrektor techniczny MZK Słupsk, chwa-
li pojazdy: „Silniki napędzane E95 spełniają normę EEV,
znacznie ostrzejszą niż obowiązująca obecnie Euro 4, a nawet
niż Euro 5, która zacznie obowiązywać w przyszłym roku”.
Podkreśla, że wspomniana norma ma docelowo być obo-
wiązkowa w UE. Na pojawiające się opinie, że przejście
na roślinne paliwo pogarsza niektóre parametry eksploata-
cyjne, odpowiada: „Do sportowej jazdy bioetanol być może
sprawdza się gorzej. Do stosowania w warunkach miejskich
jest całkowicie odpowiedni”.
Kłody pod nogami
Niestety, sensowna produkcja i stosowanie biopaliw napo-
tykają liczne przeszkody. Ciężkim kawałkiem chleba jest
samodzielna produkcja paliwa rolniczego. Zgodę musi
wyrazić Urząd Celny, a żeby ją uzyskać, trzeba przejść
biurokratyczną procedurę, analogiczną do wymaganej
od dużych firm. Mimo że chodzi o produkcję na wła-
sne potrzeby, od każdego litra rolnik musi odprowadzać
20 groszy akcyzy. – „Gdzie nie poszedłem do urzędu, nikt
nic nie wiedział. Osiem miesięcy załatwiałem formalności” –
mówi Krzysztof Boguszewski. Jednak podkreśla, że sytuacja
już się poprawiła – „w trzy miesiące bym załatwił”. A p. Sta-
nisław dodaje: „To nie rolnicy nie radzą sobie z ustawowy-
mi wymaganiami, lecz urzędnicy. Przepisy są niewykonalne
np. dla Urzędu Celnego, któremu brakuje ludzi”. Choć wraz
z sąsiadami produkuje ilości dopuszczane przez ustawę, ich
inicjatywa nie jest w pełni legalna. – „Zezwolenia nie może-
my uzyskać, dlatego biopaliwa wytwarzamy sobie po cichu, bo
co innego zrobić?”.
Również przechodzenie transportu publicznego na
„zielone” paliwo jest w obecnych warunkach raczej od-
ległą perspektywą, jeśli nie zmieni się polityka państwa.
Dyrektor Śledź mówi, że dostępność biopaliw na polskim
rynku jest obecnie zbyt mała jak na potrzeby firm takich jak
MPK Kielce, które posiada prawie 160 pojazdów. Z kolei
Tadeusz Kozina podkreśla kwestię ceny. – „Biopaliwo spro-
wadzamy ze Szwecji. Ceny euro idą w dół, oleju napędowego
– w górę, a my płacimy stałą cenę, dlatego koszty korzystania
z obu paliw zbliżają się do siebie. Ale aby E 95 było opłacalne,
ministerstwo musi obniżyć akcyzę” – mówi. Pocieszające jest,
że trwają prace nad zmniejszeniem jej do 1 grosza za litr.
Choć kolejne osoby tracą pracę, nierzadko w re-
gionach podupadłych gospodarczo, nadal brak działań
na rzecz produkcji biopaliw w likwidowanych cukrow-
niach. – „Niestety, przemysł cukrowniczy do dziś nic nie
zrobił, choć o tej koncepcji gada się od trzech lat. Dla-
tego na własną rękę zaczęliśmy szukać rozwiązań” – mówi
przedstawiciel Krajowego Związku Producentów Buraka
Cukrowego. Rzecznik Prasowy Krajowej Spółki Cukrowej,
Łukasz Wróblewski, zapewnia, że pomimo mało sprzyja-
jących przepisów, koncepcja jest nadal brana pod uwagę.
– „Mogłyby tam powstać tzw. centra paliwowo-energetyczne.
Inicjatorem tego projektu jest Polska Grupa Energetyczna, któ-
ra przygotowuje m.in. studia wykonalności. Dopiero gdy będą
znane wszystkie opracowania, będziemy rozmawiać o udziale
KSC w tym przedsięwzięciu” – wyjaśnia.
Polska gospodarka nie odnosi także odpowiednich
korzyści z ustawowego wymogu dodawania biokompo-
nentów do wszystkich sprzedawanych paliw (obecnie
w Polsce w proporcji 3,45% wartości energetycznej, co
oznacza, że w tym roku firmy paliwowe dodadzą do ben-
zyny i oleju napędowego 600-700 tys. ton biopaliw). Choć
już dziś, jak informuje prezes Związku Gorzelni Polskich,
Ryszard Wojtasiewicz, nadprodukcja etanolu wynosi 5
mln litrów miesięcznie, a nasi producenci utrzymują niskie
ceny (poniżej 2 zł/l), wielkie koncerny wolą wybrać droższe
o 50 gr. produkty z Czech, Niemiec czy Łotwy. – „Jedną
z przyczyn mogą być polskie przepisy wymagające dwukrot-
nego, a wkrótce nawet trzykrotnego znaczenia skażalnikami,
gdy np. Orlen życzy sobie otrzymywać spirytus bez żadnych
dodatków” – tłumaczy Wojtasiewicz.
Zalew importowanych biopaliw lub surowców do
ich produkcji oznacza, że ewentualni polscy dostawcy
będą musieli się zgodzić na równie „rabunkowe” wa-
runki, jak w przypadku krajów Trzeciego Świata (głów-
nych producentów), albo nie będą w stanie konkurować
z nimi cenowo. Zresztą już w ubiegłym roku okazało się, że
unijne i krajowe dopłaty do rzepaku energetycznego, w wy-
sokości 45 euro i 176 zł na hektar, nie pokrywają różnic
w cenie skupu w porównaniu do rzepaku spożywczego.
Tylko bez cudów
Większość specjalistów podkreśla, że biopaliwa mogą stać
się jedynie uzupełniającym produktem na rynku nośników
energii – tylko tyle i aż tyle. Bez względu na zalety, nie da się
ich traktować jako rozwiązania problemu bezpieczeństwa
energetycznego czy zanieczyszczenia środowiska.
Jednak ich rola może być na tyle zauważalna, a ko-
rzyści społeczne – tak wyraźne, że warto stymulować roz-
wój produkcji. – „Jeśli chodzi o biopaliwa ciekłe, ich udział
w krajowym bilansie może być znaczący i bardzo szybko
osiągnąć 10% – ocenia dr Struś. – Do tego dochodzą biopa-
liwa gazowe, które mogą być stosowane jako substytut gazu
ziemnego. Proszę zwrócić uwagę, że w Polsce aż 1/3 samo-
chodów osobowych o zapłonie iskrowym zasilana jest LPG”.
Jego zdaniem, biopaliwa w połączeniu z geotermią lub
produkcją paliw z węgla mogłyby wręcz uczynić Polskę
samowystarczalną w zakresie paliw na potrzeby trans-
portu. Prof. Wendeker uważa, że całość biologicznych
metod produkcji energii może mieć znaczenie co najwy-
żej uzupełniające – „rdzeń potrzeb Polski i świata zaspokoić
może raczej łączny rozwój geotermii, energetyki słonecznej
i technologii czystego spalania węgla”. Jednak również on
jest zdania, że gra jest warta świeczki: „Tego rodzaju pa-
liwa mogłyby mieć 20-procentowy udział w ogólnym
bilansie – dzięki temu możliwa byłaby większa równo-
mierność rozwoju regionalnego”.
Michał Sobczyk, Krzysztof Jasiński
40
TAk POWINNO 8YC W kAŻDL| IIkMIL
Fatalne warunki pracy i nieskuteczne próby
porozumienia z zarządem – czego skutkiem był dra-
matyczny strajk – miały miejsce przed prywatyzacją.
Natomiast po niej konflikty wygasły. Czyżby w firmie
pojawił się cudowny inwestor? Owszem. Jego rolę
spełniają obecnie... pracownicy tej firmy.
Jazda w kierunku dna
Zakład Komunikacji Miejskiej został w Kielcach
utworzony w 1951 r. Początkowo uruchomiono czte-
ry trasy, po których poruszało się pięć autobusów
wypożyczanych z PKS. Pierwszych własnych autobu-
sów doczekano się w 1954 r. „w spadku” po warsza-
wiakach. Kolejne przekształcenia łączyły i rozdzielały
przedsiębiorstwa transportowe z różnych miejsco-
wości województwa. Ostatecznie, w 1981 r. kielecki
przewoźnik przyjął nazwę Miejskiego Przedsiębior-
stwa Komunikacyjnego.
Późniejsze zmiany wynikały z przemian ustrojo-
wych. MPK przekształciło się z zakładu budżetowe-
go w spółkę z o.o. Nie zmieniło to jednak w istotny
sposób jego sytuacji. Duża zmiana nastąpiła wraz
z próbami prywatyzacji. Podchody do sprzedaży
komunalnego przewoźnika rozpoczęły się kilka lat
temu, jednak dopiero w 2007 r. pojawiła się oferta,
którą radni Kielc byli gotowi zaakceptować. Jednak
to, co było atrakcyjne dla władz miasta, nie wróżyło
dobrze załodze MPK.
Wspomniany strajk w sierpniu 2007 r. trudno
uznać za niespodziewany. Już od czerwca 2002 r.
w spółce trwał spór zbiorowy. Jednak nawet gdy do-
szło do strajku ostrzegawczego, a następnie ciągłego,
zarząd MPK nie potraktował pracowników jak part-
nerów do rozmów.
W 2002 r. pracownicy doszli do wniosku, że
wobec rosnących kosztów utrzymania należą im się
podwyżki. Poprzedni wzrost płac miał miejsce dwa
lata wcześniej, więc postulat był zasadny. Nie mógł
jednak doczekać się realizacji. Jednocześnie wobec
aktywnych działaczy związkowych i niepokornych
pracowników miały miejsce szykany. – „Ten zakład
jest dla mnie wszystkim. Rodzina mi się rozpadła,
więc tu jest moje serce – te autobusy, koledzy... Ale
atmosfera była już tak ciężka, że po 30 latach pra-
cy zwolniłem się” – ze smutkiem wspomina „Nowy
Stary” Maniek. – „Przezwisko wzięło się z tego, że
wróciłem po 1,5 roku i pracuję na warunkach takich,
jak nowi pracownicy” – wyjaśnia. Wiele było osób,
które nie wytrzymały.
Na kiepską sytuację finansową spółki, czym
uzasadniano niskie wynagrodzenia, wpływały umo-
wy podpisywane przez ówczesne władze MPK z Za-
rządem Transportu Miejskiego. Ceny za wozokilo-
metry były niższe nawet o 20 groszy niż np. w Ra-
domiu. Do tego nie wliczano tras dojazdowych
(pół miliona km rocznie!), co jest powszechnie
przyjętą praktyką. – „Naszym zdaniem to była
celowa robota, by obniżyć cenę przedsiębiorstwa”
– mówi Bogdan Latosiński, przewodniczący zakła-
dowej „Solidarności”.
Gdy przyszedł rok 2004, zarząd spółki podpisał
umowę, zgodnie z którą należało wycofać z eksplo-
atacji najstarsze autobusy. Wówczas pracownicy,
pomimo trwającego sporu dotyczącego podwy-
żek, zgodzili się na zmniejszenie pensji o 10%,
aby możliwy był zakup brakujących pojazdów.
Wybór padł na dziesięcioletnie MAN-y. Kielczanom
jednak niedługo dane było cieszyć się tymi pojaz-
dami. Kolejna umowa z ZTM-em uniemożliwiła
użytkowanie dwudrzwiowych autobusów. – „To dla
nas zupełnie niezrozumiałe, wszędzie w Polsce mogą
jeździć dwudrzwiowe autobusy, tylko w Kielcach nie.
To było straszne upokorzenie – 3,5 mln zł z naszych
kieszeni poszło w błoto, a bardzo fajne, sprawne
autobusy stały »w krzakach«. A mogliśmy nimi za-
stąpić stare Ikarusy” – nie kryje rozgoryczenia prze-
wodniczący „Solidarności”.
Gdy słyszymy o restrukturyzacji przedsiębiorstwa,
zwykle nasuwa nam się myśl o sprzedaży inwe-
storowi (najczęściej zagranicznemu), zwolnieniach
pracowników i konikcie załogi z kierownictwem.
Jednak z rmą, którą niedawno odwiedziłem,
było nieco inaczej.
konntb MtLrc
41
Ówczesny zarząd nawet nie próbował negocjować
w tej sprawie, twierdząc, że nie ma ku temu uprawnień.
Mało tego: gdy już było wiadomo, że dwudrzwiowych au-
tobusów nie można używać w Kielcach, ciągle nabywano
takie pojazdy! – „To tylko jeden z przykładów działania na
szkodę spółki” – mówi pan Bogdan.
Wzburzony jest także obecny prezes MPK, Marek
Wołoch: „Nie pojmuję, jak można było prowadzić firmę
w taki sposób”. I przyznaje rację pracownikom, którzy
zastrajkowali. Wprawdzie dodaje, że żądania płacowe
załogi były za duże w realiach firmy, ale poprzedni za-
rząd wykazał się totalnym brakiem woli, by wytłumaczyć
pracownikom sytuację finansową zakładu lub podjąć ja-
kiekolwiek mediacje. Wynikiem rozmów prowadzonych
przez nowe władze spółki było podniesienie uposażeń
o 30% żądanej kwoty.
Zanim doszło do zmian, w grudniu 2006 r. wyczerpała
się cierpliwość pracowników. Zorganizowali strajk ostrze-
gawczy. Nie chcąc, by sytuacja uderzyła w pasażerów, kie-
rowcy ograniczyli się do oflagowania autobusów, a od pracy
powstrzymali się wyłącznie pracownicy warsztatów i admi-
nistracji. – „Jedynym efektem strajku był śmiech zarządu.
Mówili nam w oczy, że nie blokując ruchu, nie robimy
na nich wrażenia. O przepraszam, jeden skutek był: w mie-
ście pozbawionym komunikacji nocnej, odebrano pracowni-
kom służbowy autobus, którym dojeżdżali pierwsi kierowcy
i wracali ostatni” – mówi p. Latosiński.
Widmo na horyzoncie
Na coraz trudniejszą sytuację nałożyła się zapowiedź pry-
watyzacji. Pracownicy dowiedzieli się, że MPK ma zostać
przejęte przez Veolia Transport, polską filię pochodzą-
cego z Francji globalnego koncernu, który wcześniej
wykupił m.in. część PKS-ów w różnych miastach Pol-
ski. Przed pracownikami rozpostarła się wizja pracy u
francuskiego potentata, której warunki, jak można było
przypuszczać na podstawie informacji z firm nabytych
przez Veolię, wcale nie byłyby lepsze niż dotychczasowe.
Tym bardziej, że dotychczasowy właściciel chciał sprzedać
zakład bez zagwarantowania pakietu socjalnego.
W tej sytuacji doszło do kolejnego strajku ostrzegaw-
czego, podczas którego pracownicy domagali się podwy-
żek i gwarancji socjalnych. – „Strajk przeprowadziliśmy
po północy, gdyż obiecaliśmy mieszkańcom, że w nich nie
uderzy” – relacjonuje Latosiński. Kierowcy wracający
z trasy, zamiast jechać do domu i odpocząć, pozostali
jeszcze cztery godziny w firmie i... strajkowali. Efektem
protestu było złożenie przeciw organizatorom pozwu do
sądu, gdyż w oczach władz spółki był on nielegalny. –
„Zgodnie z prawem, drugi strajk powinien być już ciągły,
my jednak wciąż chcieliśmy dać zarządowi szansę oraz nie
podkopywać firmy, która miała kiepskie wyniki ekonomicz-
ne. No i daliśmy przecież słowo mieszkańcom” – tłumaczy
szef zakładowej „eski”.
Na postulaty związkowców zarząd odpowiadał, że
firma jest w trakcie prywatyzacji i o podwyżkach czy pa-
kietach socjalnych załoga powinna rozmawiać z Veolią. Ta
natomiast twierdziła, że ponieważ formalnie nie jest jeszcze
właścicielem firmy, nie posiada uprawnień do prowadzenia
rozmów. W tej sytuacji strajk w podobnej formie powtó-
rzono w lipcu, jednak i tym razem efektem były jedynie
szyderstwa z naiwności związkowców.
Mały stan wojenny
Pasmo upokorzeń i brak perspektyw zmian na lepsze, do-
prowadziły pracowników do ostateczności. – „Musieliśmy
podjąć trudną decyzję o strajku – mówi Latosiński. Roz-
począł się 14 sierpnia 2007 roku. Pierwsza reakcja za-
rządu miała miejsce po dwóch dniach. – Przedstawiciele
władz podstępem weszli do dyspozytorni, wykradli kluczyki
od autobusów i dowody rejestracyjne. Jest to niezgodne z re-
gulaminem firmy i przepisami BHP, które jednoznacznie
mówią, że obie te rzeczy muszą być zdeponowane w dyspo-
zytorni. Od tej pory nawet gdybyśmy chcieli, nie mogliśmy
wyjechać na trasę”.
Krzysztof Chrabąszcz, ówczesny prezes MPK, zaczął
cyniczną grę, nagłaśniając „nieodpowiedzialność związ-
kowców” i próbując napuścić mieszkańców na strajku-
jących. Propaganda zarządu niewiele dała, czego dowo-
dem było niemal 20 tys. podpisów kielczan pod petycją
z poparciem dla strajkujących. – „Wówczas zarząd, zamiast
usiąść do rozmów, podjął kolejne kroki przeciw swojej firmie,
organizując po siedmiu dniach strajku komunikację zastępczą.
Pojazdy, które sprowadził, nie spełniały żadnych warunków,
którym podlegają autobusy komunikacji miejskiej” – relacjo-
nuje szef zakładowej „Solidarności”.
Po dziesięciu dniach, w czasie których nikt z nimi
nie rozmawiał, pracownicy złożyli petycję do prezydenta
Kielc z prośbą o interwencję – „Doszło do krótkiego spo-
tkania, które nic nie przyniosło” – wspomina Latosiński.
Była natomiast reakcja zarządu – dyscyplinarnie zwolnił
członków komisji zakładowej „Solidarności”. Pozostali
oni jednak w zajezdni.
b

K
O
N
R
A
D

M
A
L
E
C
42
Kolejny ruch miał miejsce ze strony władz miasta,
które w nocy z 28 na 29 sierpnia przeprowadziły akcję
pacyfikacyjną w zajezdni na Pakoszu. – „Jestem za mło-
dy by pamiętać stan wojenny, ale tak to musiało wyglą-
dać. Wybili młotami drzwi, wpadli do środka z pała-
mi i tarczami, po czym wywlekli nas i wyrzucili poza
zajezdnię” – wspomina Michał. – „Z kolegami byliśmy
w prywatnym samochodzie – noc była chłodna, więc się
tam dogrzewaliśmy. Ochrona rozbiła szyby i nas stam-
tąd wyciągnęła” – relacjonuje Wojtek. Wszyscy moi roz-
mówcy podkreślają niezwykłą brutalność, z jaką została
przeprowadzona akcja. Rok po tych zdarzeniach wielu
uczestników strajku jest na rentach. – „Kilkadziesiąt osób po
jakimś czasie, gdy odreagowali, dostało zawału lub wylewu” –
mówi związkowy lider.
Wszyscy byli pewni, że akcję przeprowadziła policja.
Dopiero po pewnym czasie okazało się, że była to Agencja
Ochrony „Vis” z Sosnowca, która użyła jednostki SUFO
(specjalistyczna uzbrojona formacja ochronna), mającej
szczególne uprawnienia do stosowania środków przymu-
su bezpośredniego. Niedługo po pierwszej pacyfikacji,
również druga zajezdnia została otoczona przez ochronę,
która prezentowała się bardzo bojowo. – „Wiedzieliśmy
już, co się stało w zajezdni na Pakoszu. W pierwszej chwili
chcieliśmy tam natychmiast ruszać, by ją odbić, ale po chwi-
li zorientowaliśmy się, że wówczas oddamy Jagiellońską” –
wspomina Darek.
Całą noc ochrona nie chciała nikogo wpuścić na teren
okupowanej zajezdni. Policja stała bezradna, nie wiedziała,
co robić. Dopiero po dwóch godzinach ochrona zgodziła
się wpuścić przewodniczącego „Solidarności” w towarzy-
stwie policji, by ocenił rozmiar szkód, przy czym nie wolno
mu było wysiąść z radiowozu. – „Przerażający był rozmiar
szkód: powybijane szyby w autobusach, prywatnych samocho-
dach i w budynkach” – mówi Latosiński.
– „O 8. rano podjęliśmy decyzję, że odbijamy na-
szą zajezdnię” – mówi Wiesiek. – „To był dla nas punkt
honoru” – dorzuca Darek. – „Weszliśmy w szpalerach
z trzech stron, by ochroniarze mieli którędy wyjść” –
wspomina Marek. – „Kiedy ochroniarze to zobaczyli,
większość wzięła nogi za pas – cieszy się Zdzisław. –
Kilku bardziej krewkich próbowało wszczynać bójki,
ale doszło tylko do drobnych przepychanek”. Po rejte-
radzie ochrony wszędzie leżały porzucone młoty, pałki,
hełmy, ochraniacze. Elementy umundurowania i uzbro-
jenia wiszą obecnie w gablotach poświęconych strajkowi.
Pośród nich znajduje się telefon komórkowy. – „Jeden
z ochroniarzy go zgubił, po czym oskarżył nas o kradzież, co
zostało podchwycone przez lokalne media. Właściciel może
się po niego w każdej chwili zgłosić, telefon na niego cze-
ka” – wyjaśnia z szerokim uśmiechem przewodniczący La-
tosiński. Ale zaraz poważnieje: „Nie mogliśmy zrozumieć,
dlaczego w przeddzień kolejnej rocznicy Sierpnia zostaliśmy
potraktowani w ten sposób”.
Solidarność
Przetrwać te ciężkie chwile pomagała silna solidarność
pracowników. Niektórzy mieli już podpisane kontrak-
ty na Wyspach Brytyjskich, a mimo to postanowili nie
opuszczać kolegów. – „Przychodziłem w czasie strajku
jako »cywil« i siedziałem tu razem z kolegami” – opowia-
da „Nowy Stary” Maniek. W strajku zorganizowanym przez
„Solidarność” wzięli udział właściwie wszyscy pracownicy,
także niezrzeszeni oraz członkowie OPZZ i Forum Związ-
ków Zawodowych. Do wyjątków należeli... szefowie tych
dwóch związków. Po zakończeniu strajku żaden z nich nie
przepracował ani jednego dnia, a dziś obaj są na rentach.
Rozpadły się również struktury „ich” związków. Obecnie
niemal wszyscy pracownicy należą do „Solidarności”.
b

K
O
N
R
A
D

M
A
L
E
C
43
Ważne było też poparcie Zarządu Regionu tego
związku. W tym samym czasie odbywał się krajowy zjazd
„Solidarności”, którego delegaci również wyrazili po-
parcie dla protestu i dążeń załogi. Co ważne, struktury
„Solidarności” z 20 największych zakładów w woj. kie-
leckim, solidaryzując się z pracownikami MPK, powo-
łały Regionalny Komitet Protestacyjny. Zasiedli w nim
przedstawiciele bardzo różnych branż, m.in. nauczycie-
le. Związkowcy przypomnieli prezydentowi Kielc jego
przedwyborcze obietnice, zgodnie z którymi miał nie
prywatyzować MPK bez wynegocjowania pakietu socjal-
nego dla pracowników.
Dopiero po dramatycznych wydarzeniach władze
miasta i spółki usiadły do rozmów. O udział w nich zosta-
li poproszeni biskupi kieleccy, których obecność studziła
emocje. – „Cieszyłem się zaufaniem obu stron. Pracownicy
pamiętali mnie z czasów pierwszej »Solidarności«, a także
z lat 1991-93, gdy pełniłem opiekę duszpasterską w związ-
ku, głosząc naukę społeczną Kościoła. Zaś z samorządowcami
miałem okazję się poznać przy okazji różnych obchodów waż-
nych dla regionu. To, co najbardziej mi zapadło w pamięć, to
fakt, że udało się wspólnie usiąść i porozmawiać bez wrogości,
a po wszystkim – wzajemne, szczere przeprosiny obu stron
w zajezdni MPK” – wspomina biskup Marian Florczyk.
Efektem negocjacji były decyzje o przywróceniu do pracy
osób zwolnionych dyscyplinarnie, odwołaniu skompromi-
towanego zarządu MPK, a także o podwyżkach – pierw-
szych od 6 lat. Ale najważniejszy był inny efekt rozmów:
zdecydowano o sprzedaży MPK nie Veolii, lecz... pra-
cownikom firmy.
Po podpisaniu porozumień prezydent miasta zade-
klarował pomoc nowej spółce. – „Bardzo na to liczymy.
Mamy nadzieję, że ze wsparciem prezydenta uda nam się
ulepszyć komunikację, by mieszkańcy Kielc byli z niej na-
prawdę zadowoleni” – mówi Latosiński. – „Życzę powo-
dzenia w funkcjonowaniu spółki pracowniczej i MPK, gdyż
leży to w interesie mieszkańców Kielc. Pomoc dotyczyć może
współudziału w zakupie taboru, w sprawach nieruchomo-
ści, polityki kursowej” – deklaruje prezydent Kielc, Woj-
ciech Lubawski.
Razem na własnym!
W stawianiu spółki na nogi bardzo pomaga energia, któ-
ra wyzwoliła się w chwili próby. Było ją widać zwłaszcza
przy wykupie przedsiębiorstwa przez pracowników.
Udziały zakupiło 458 osób na 630 zatrudnionych.
Wśród tych, którzy nie zdecydowali się na kupno, prawie
setkę stanowiły osoby, które miały już inne plany zawodo-
we i czekały tylko do końca strajku, by nie opuścić kolegów
w biedzie. Pozostali to głównie osoby tuż przed emeryturą.
Pracownicy nie zdecydowali się na leasing udziałów,
który jest najpopularniejszą formą prywatyzacji pracowni-
czej. Postanowili zadziałać jak inwestor zewnętrzny i po-
wołali spółkę Kieleckie Autobusy S.A., która jest w trakcie
wykupu udziałów MPK Kielce. Zgodnie z umową, mia-
sto ma sprzedać Kieleckim Autobusom 55% udziałów,
za łączną kwotę niemal 5,5 mln zł. Pracownicy uzbierali
pierwszy milion, a o pozostałe pieniądze zwrócili się do
banków. W przeddzień mojej wrześniowej wizyty w Kiel-
cach, podpisali umowę przedwstępną na 4,8 mln zł, co
pozwoli na sfinansowanie zobowiązań wobec miasta,
zaś 6 października podpisano umowę właściwą, zgodnie
z którą bank przelał pieniądze na konto Urzędu Miasta.
Z tą chwilą 55% udziałów MPK stało się własnością Kie-
leckich Autobusów, zaś kolejne 15% trafiło bezpośrednio
w ręce załogi.
Ponieważ Kieleckie Autobusy są zarejestrowane jako
osobna spółka, funkcjonują dwie rady nadzorcze i dwa
zarządy. Po formalnym przejęciu pakietu kontrolnego
nad kieleckim przewoźnikiem, rada nadzorcza KA po-
woła nowe władze dla MPK, w której czterech członków
wskażą Kieleckie Autobusy, zaś jednego – prezydent mia-
sta. Jednocześnie, dział techniczny MPK przejdzie do
spółki pracowniczej; miejski przewoźnik zajmie się tylko
transportem.
Obawiano się, że z czasem władzę nad firmą przej-
mie grupa osób, które mają więcej gotówki, a Kieleckie
Autobusy nie będą się zasadniczo różniły np. od firm
należących do Veolii. W Opocznie i Chełmie zarząd
i kierownicy sprywatyzowanych PKS-ów odkupili ak-
cje od pracowników i dziś tamtejsi kierowcy pracują
w zwykłych spółkach, z którymi niespecjalnie się iden-
tyfikują. Z tego powodu w Kielcach podjęto decyzję,
że jedna osoba nie może zakupić więcej niż 10 akcji.
Większość pracowników (ok. 70%) kupiła 3-5 udziałów,
tylko nieliczni zdecydowali się na jeden, kilkunastu zaku-
piło powyżej pięciu. Koszt zakupu jednego udziału w KA
S.A. wynosił 500 zł. – „Za 5 akcji trzeba było zapłacić 2,5
tys. zł. A to już jakiś pieniądz, który ludziom szkoda stracić,
toteż mają dodatkową motywację, by dbać o firmę” – cieszy
się pan Bogdan.
Pracownicy podkreślają, że wiele instytucji rzuca im
kłody pod nogi. Skarżą się np. na banki, które najpierw
same przyszły i zaproponowały kredyt, a później wydłu-
żały procedurę podpisania umowy i przekazania pienię-
dzy. Dziwnym trafem, zmiany, które zapadły na Walnym
Zjeździe Akcjonariuszy i które zostały w tym samym mie-
siącu zgłoszone w Krajowym Rejestrze Sądowym, nadal
nie zostały do niego wpisane, a bez tego trudno podpisać
umowę czy załatwić inne formalności. Telefonicznie uzy-
skałem w KRS informację, że jest w nim złożonych bardzo
wiele podań i dlatego tak długo to trwa. Gdy spytałem,
dlaczego inni przedsiębiorcy otrzymują wpisy już po 2-3
tygodniach, w słuchawce zapadła cisza, po czym otrzyma-
łem odpowiedź, że dwóch konkretnych sędziów, zajmują-
cych się tą sprawą, ma bardzo wiele pracy...
Dialog czyni cuda
Prezes Wołoch mówi, że rok temu zastał firmę w fatalnej
kondycji. – „Miałem świadomość, że nie będzie łatwo. Świeżo
wygasły strajk płacowy, kłopoty z prywatyzacją, a do tego gi-
gantyczna nieufność wobec kierownictwa firmy, która została
po poprzednim zarządzie”.
Rozpoczął od spotkań z pracownikami. Co miesiąc
ważniejsze posunięcia konsultowane są z zakładową „So-
lidarnością”. Raz na kwartał prezes usiłuje spotkać się
44
z całą załogą, choć nie jest to łatwe, gdyż MPK pra-
cuje niemal bez przerwy. Aby każdy pracownik miał
szansę wysłuchać raportu o stanie przedsiębiorstwa
i jego planach na przyszłość, organizowanych jest
sześć spotkań. Gdy ktoś chce porozmawiać z pre-
zesem na osobności lub z jakiegoś powodu nie chce
czekać do kolejnego kwartalnego spotkania, w każdy
wtorek drzwi gabinetu Marka Wołocha są otwarte.
Można poprosić o jakąś szczególną pożyczkę w sytuacji
losowej lub zapytać o konkretne plany inwestycyjne. –
„Wiele problemów za czasów moich poprzedników brało
się z braku dialogu między zarządem a załogą” – twierdzi
prezes. Słucham tego wszystkiego z lekkim niedowie-
rzaniem – wiadomo, każda liszka swój ogonek chwali.
W prywatnych rozmowach pracownicy potwierdzają
jednak słowa prezesa. – „Gdyby on tu był od sześciu lat,
to wszystko wyglądałoby inaczej” – z przekonaniem mówi
Michał, młody kierowca.
Widać już pozytywne skutki dialogu. – „Na początku
pracownicy, pomimo że byli już właścicielami, pytali głównie
o podwyżki i niewiele ich interesowały sprawy firmy. Teraz te
zebrania wyglądają zupełnie inaczej. Pracownicy dociekają
szczegółów na temat sytuacji przedsiębiorstwa, zadają pyta-
nia o plany na przyszłość i co najbardziej mnie cieszy – sami
wychodzą z inicjatywami, by coś poprawić lub w coś zain-
westować” – mówi prezes. Pytam go, jak się czuje w roli
zatrudnionego przez własnych pracowników. – „Rola pre-
zesa jest zawsze taka sama, musi być po prostu dobrym me-
nedżerem. Tu sytuacja jest o tyle specyficzna, że cele wyznacza
załoga. Na szczęście identyfikuje się ona z firmą i jest zgodna
co do wizji przyszłości. To daje duży komfort pracy” – nie
ukrywa zadowolenia.
Dialog prowadzony przez zarząd spotyka się rów-
nież z uznaniem właścicieli firmy, czyli pracowników. –
„Teraz wiemy, na czym stoimy, ile pieniędzy wpływa do
kasy. To pozwala ocenić na przykład, ile możemy wziąć
na pożyczki, a za ile kupić nowe autobusy” – zauważa
Michał. Darek natomiast cieszy się spokojem. – „Wcze-
śniej to była straszna nerwówka. Kiedy prezes pojawiał się
na horyzoncie, było wiadomo, że coś wisi w powietrzu. Teraz
nie ma problemu: przychodzi prezes, pogada, dowie się co
i jak, przy okazji my się czegoś dowiemy... Jest kultura” –
mówi. – „W takich warunkach to można pracować. Nawet
jeśli nie mamy super zarobków, to przynajmniej atmosfera
jest bezstresowa” – dorzuca Zdzisław.
Nowy zarząd prowadzi politykę dwuzawodowości. –
„Chodzi o to, by np. mechanicy robili kursy prawa jazdy na
autobusy i w razie potrzeby siadali za kierownicą – wyjaśnia
prezes. Podkreśla, że to szczególnie ważne, bo ostatnio
bardzo brakuje kierowców. – Oczywiście nikogo nie bę-
dziemy zmuszać, ale to też możliwości dodatkowego zarob-
kowania”. Finansowane przez zakład kursy spotykają się
z życzliwością załogi – „Nigdy nie wiadomo, co się jeszcze
człowiekowi przyda w życiu” – mówi Michał, który szkoli
się w obsłudze urządzeń w pojazdach pogotowia drogowe-
go dla autobusów.
Ważnym elementem, dającym pracownikom poczu-
cie bezpieczeństwa, jest dziesięcioletni kontrakt z ZTM,
przyznający MPK wyłączność na obsługę linii komunal-
nych. Kontrakt miał jednak pewne wady: w momencie
podpisywania nie przewidziano, że w krótkim okresie ceny
paliwa wzrosną o kilkadziesiąt procent. W pewnym mo-
mencie dochodowość przewozów niebezpiecznie zbliżyła
się do granicy opłacalności. Aby na przyszłość zapobiec
takim sytuacjom, umowa jest renegocjowana. Przewoźnik
chce, by cena wozokilometra była uzależniona od pozio-
mu płac, wysokości inflacji i kosztów paliwa.
Wśród planów na najbliższy czas znajduje się zakup
nowych autobusów, ale także zwiększenie przychodów
z warsztatu i sprzedaży paliwa, a ponadto otworzenie auto-
myjni zdolnej do obsługi autobusów. Ważne jest też wpro-
wadzenie nowego systemu zarządzania taborem. Wiele
działań będzie determinowała spłata kredytu. – „Najbliższe
podwyżki wyniosą tylko 12%, zmniejszymy także fundusz so-
cjalny o 20%, by poprawić kondycję firmy” – mówi prezes
Wołoch. Planowane posunięcia uzyskały jednak akceptację
pracowników.
Komunalne, prywatne czy obywatelskie?
Często zarzucano działaczom związkowym, a nawet ogó-
łowi pracowników kieleckiego przewoźnika, że na walce
o powstanie spółki pracowniczej chcieli się po prostu do-
robić, uwłaszczyć na majątku miasta. – „To kompletny non-
sens – oburza się Bogdan Latosiński. – My w ogóle byliśmy
przeciwko prywatyzacji. Uważamy, że tak strategiczna
spółka powinna pozostać w rękach miasta, które repre-
zentując kielczan powinno dobrze nią zarządzać. To
bardzo ważne, gdyż nie wszyscy posiadają samochód, a z usług
MPK choćby okazjonalnie korzysta niemal każdy. Ponadto,
dzięki odpowiedniej polityce względem transportu publiczne-
go, można zminimalizować korki w mieście, z korzyścią dla
mieszkańców i środowiska”.
Wprawdzie większość pracowników została udziałow-
cami spółki, jednak duża rotacja zatrudnienia sprawia, że
w ciągu roku przybyła w MPK setka nowych osób. – „Na-
szym celem jest umożliwienie im zakupu akcji przedsiębior-
stwa, aby współwłasność była powszechna” – deklaruje Lato-
siński. Niemal wszyscy kierowcy, mechanicy i pracownicy
administracji, z którymi rozmawiałem, są udziałowcami.
Jednym z dwóch rozmówców, którzy nie posiadali akcji,
był „Nowy Stary” Maniek. – „Akurat gdy były sprzedawane,
jeszcze nie byłem zatrudniony, ale jak tylko ruszy nowa sprze-
daż udziałów – kupuję!” – zapewnia.
Liderowi zakładowej „Solidarności” chodzi na-
tomiast po głowie znacznie większe upowszechnienie
własności kieleckiego MPK. – „Skoro autobusy służą
wszystkim mieszkańcom miasta, to do nich powinno
należeć przedsiębiorstwo. Naszym marzeniem jest,
by spółka stała się własnością wszystkich kielczan, ale
jeszcze nie wiemy, jak to przeprowadzić. Są pomysły, by wy-
emitować obligacje na budowę lotniska w Kielcach – było-
by ono wtedy wspólnym wysiłkiem i własnością wszystkich
mieszkańców. Skoro można tak zrobić z lotniskiem, z któ-
rego będzie korzystało może z 10% mieszkańców, to może
i z MPK tak się da?”.
Konrad Malec
45
FABRYKA BEZ SZEFW
Zanon to fabryka ceramiczna w prowincji Neu-
quen na obszarze argentyńskiej Patagonii. Zbudowa-
na została w latach 80., za czasów dyktatury wojsko-
wej, przez włoskiego przedsiębiorcę Luigiego Zano-
na. Uzyskał on na ten cel duże pożyczki publiczne,
których nigdy nie spłacił. Będąc kolegą prezydenta
Carlosa Menema, w latach 90. Zanon otrzymał do-
datkowe pożyczki, co doprowadziło do poważnego
zadłużenia fabryki. Działający w niej związek zawodo-
wy był kontrolowany przez ludzi właściciela, dlatego
nie reagował; przymykał też oko na liczne przypadki
łamania praw robotników i złe warunki pracy. Około
2000 r. władzę w związku przejęli robotnicy popie-
rani przez większość, którzy domagali się respekto-
wania prawa i wglądu w sytuację finansową fabryki.
Ze względu na zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń,
w 2001 r. ogłosili strajk. Właściciel zareagował lokau-
tem (zamknięciem fabryki).
Wydarzenie to miało miejsce w kontekście słyn-
nego krachu finansowego w Argentynie. W całym
kraju powstało wówczas wiele alternatywnych ini-
cjatyw ekonomicznych (m.in. systemy pieniądza lo-
kalnego), a robotnicy decydowali się na przejmowa-
nie fabryk, masowo porzucanych przez prywatnych
właścicieli. Również robotnicy Zanona postanowili,
że będą samodzielnie kontynuować produkcję. Swój
„nowy” zakład nazwali „Fabryką bez szefów”. Efekty
ich zarządu okazały się godne podziwu: zwielokrot-
niono wolumen produkcji, a zatrudnienie wzrosło
z 200 do 460 osób. Luigi Zanon początkowo nie
przeszkadzał w rozwoju fabryki, lecz w obliczu jej
sukcesu zapragnął odzyskać nad nią kontrolę. „Fa-
bryka bez szefów” pozostaje największym zakładem
w swej społeczności. Nie tylko daje miejsca pracy,
ale aktywnie angażuje się w lokalne kampanie spo-
łeczne, wspiera tworzenie infrastruktury edukacyj-
nej i zdrowotnej w biednych dzielnicach.
Rosa, jedna z pracownic fabryki, odwiedziła we
wrześniu Polskę w ramach kampanii zabiegania o mię-
dzynarodowe poparcie dla legalizacji obecnego statu-
su fabryki. Uczestniczyłem w publicznym spotkaniu
z Rosą w Warszawie i udało mi się z nią porozmawiać.
W wywiadzie wykorzystałem również niektóre odpo-
wiedzi na pytania, które padły wówczas z sali.
Piotr Bielski
Jak w praktyce wygląda proces podejmowania
decyzji w „fabryce bez szefów”?
Rosa: Ponieważ załoga jest liczna, wyznaczono 32
koordynatorów oddziałów, którzy spotykają się dwa
razy w tygodniu; oprócz nich mamy trzech koordyna-
torów całej fabryki. Natomiast jeden dzień w miesiącu
przeznaczamy na zgromadzenie ogólne, na którym dys-
kutujemy nad decyzjami strategicznymi (jak np. nasza
polityka wobec rządu) oraz głównymi problemami fa-
bryki. Na takim zgromadzeniu każdy głos jest równy,
a rozstrzyga decyzja większości, przy czym prawo głosu
mają także nowoprzyjęci. Tego dnia fabryka nie pracuje,
wszyscy dyskutują. No, prawie wszyscy – bo dział sprze-
daży i obsługa pieców muszą pracować także tego dnia.
Czy stosujecie rotację stanowisk pracy? I co
z koordynatorami – czy oni również „brudzą
rękawy” przy produkcji?
R.: Każdy koordynator pracuje w fabryce, zaj-
mując się produkcją lub sprzedażą. Zaś jeśli chodzi
o rotację, to koledzy, którzy pracują przy piecach lub
przy elektryce, są specjalistami wysokiej klasy i nie
możemy dopuścić do ich zadań osób bez doświad-
czenia. Jednak poza wspomnianymi stanowiskami,
promujemy rotację. Chcemy bowiem, by ludzie pró-
bowali różnego rodzaju pracy.
b
n
a

O
R
I
A
N
O
M
A
D
A
46
A co z robotnikami, którzy się nie sprawdzają? Wy-
tworzyliście jakieś wewnętrzne mechanizmy kontroli
i dyscypliny?
R.: Do pracy przyjęliśmy sporo osób bezrobotnych. Dla
wielu z nich praca w naszej fabryce stanowi pierwsze w życiu
zatrudnienie, stąd radzą sobie różnie. Dlatego w trakcie tych
6 lat zdarzyło się kilka pożegnań. Raz zwolniliśmy młodego
lidera organizacji bezrobotnych, bo miał wiele nieusprawie-
dliwionych nieobecności. Niestety, kilku kolegów kradło
własność fabryki i zostali za to zwolnieni. Nie jesteśmy szefa-
mi, ale nie pozwalamy na rabowanie owoców wspólnego wy-
siłku. Co istotne, decyzji o zwolnieniach nie podejmują ko-
ordynatorzy – każdą musi zatwierdzić zgromadzenie ogólne,
na którym pracownik ma prawo bronić się przed zarzutami.
Czy sprawozdania nansowe są udostępniane
wszystkim robotnikom?
R.: Bilans roczny prezentowany jest na zgromadzeniu
ogólnym, a w wewnętrznym biuletynie fabryki stale infor-
mujemy o wynikach finansowych. Mamy komisję rewizyj-
ną, która sprawdza pracę naszych księgowych. Robotnicy
chcą jednak otrzymywać informacje o wynikach fabryki
jeszcze częściej, najlepiej co dwa tygodnie.
Czy wszyscy zatrudnieni otrzymują wynagrodzenie
w identycznej wysokości?
R.: Na początku w naszej fabryce w ogóle nie było sta-
łych pensji – to, co zarobiliśmy ze sprzedaży, równo rozdzie-
laliśmy wśród członków załogi. Ale już w 2003 r. mieliśmy na
tyle dobre wyniki sprzedaży, że wprowadziliśmy stałą, równą
pensję w wysokości 800 pesos. Dwa lata temu uznaliśmy, że
należy specjalnie wynagrodzić kolegów, którzy mają długi
staż lub pracują w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia,
dlatego wprowadziliśmy specjalne dodatki. Za czasów rzą-
dów Zanona istniały takie dodatki i uznaliśmy, że akurat to
rozwiązanie było sensowne i warto je przywrócić.
Ciekawi mnie udział kobiet w życiu Waszej fabryki.
R.: W momencie jej przejęcia, wśród pracowników było
7 kobiet, dziś jest nas czterdzieści. Wśród 32 koordynatorów
oddziałów są trzy kobiety. Ciągle zdarzają się jednak przypad-
ki, że koledzy-koordynatorzy nie słuchają naszych pomysłów,
bo nie traktują ich poważnie. W fabryce zdominowanej przez
mężczyzn musimy zarówno przyjacielsko z nimi dyskutować,
jak i dobrze się zorganizować, by upominać się o swoje prawa.
Współcześnie w Argentynie istnieje trend do tworze-
nia zgromadzeń kobiet i my również się zorganizowałyśmy,
by wystąpić na forum kobiet w Buenos Aires.
Jakie są efekty kilku lat zarządu pracowniczego?
R.: Dzięki kontroli pracowniczej udało się stworzyć
260 nowych miejsc pracy, a także zwiększyć produkcję, z 20
do 400 tys. m
2
płytek ceramicznych miesięcznie, w związ-
ku z czym również dochody fabryki wzrosły w niezwykły
sposób. Dwa lata temu zainwestowaliśmy niemal milion
dolarów w renowację zakładu i stworzenie nowych stano-
wisk pracy. Te pieniądze pochodziły w całości ze sprzedaży
naszych produktów!
Obecnie jesteśmy w stanie przeznaczać 1/5 zysków
z produkcji na tworzenie w naszej prowincji jadłodajni
i lecznic dla ubogich, wyposażanie szkół w ubogich dzielni-
cach itp. Zbudowaliśmy klinikę i udało nam się wymóc na
lokalnym rządzie, by wyposażył ją i zatrudnił lekarzy – tak,
aby funkcjonowała jako przychodnia publiczna.
Staramy się również promować wszystkie te pozytywne
efekty wprowadzenia zarządu pracowniczego. Wykupiliśmy
stały spot w telewizji, mamy także programy w dwóch lo-
kalnych rozgłośniach radiowych.
Czy po przejęciu fabryki zmieniliście nazwę i logo?
R.: Logo pozostało to samo – jest rozpoznawalne, dla-
tego jest przydatne. Ale wprowadziliśmy też drugą nazwę,
„Fabryka bez szefów”, w skrócie – Fasinpat. Jak się wywłasz-
cza, trzeba wywłaszczyć do końca.
Jak pozyskujecie klientów?
R.: Mamy dział sprzedaży i stronę internetową, za
pomocą której reklamujemy nasze produkty. Mamy rów-
nież kolegów-przedstawicieli handlowych, którzy jeżdżą
po różnych częściach Argentyny, oferując nasze produkty.
Po przejęciu fabryki przez robotników, naszymi głównymi
klientami byli ludzie z najbliższego otoczenia, którzy przy-
chodzili do zakładu i chcieli kupować. Z czasem stopniowo
powiększaliśmy sieć sprzedaży. Zanon za rządów poprzed-
niego właściciela eksportował swoje wyroby do kilkunastu
krajów świata, my sprzedajemy tylko na rynku wewnętrz-
nym oraz w Chile – za pośrednictwem organizacji, które
pomogły nam wejść na tamtejszy rynek.
Czy Zanon utrzymuje kontakty z innymi zakładami
przejętymi przez robotników? Próbowaliście wspól-
nie stworzyć jakąś sieć współpracy?
R.: Tak, powstało forum „odzyskanych” fabryk. Są
jednak między nami istotne różnice, bo większość robot-
niczych przedsiębiorstw nie popiera naszego postulatu wy-
właszczenia dawnych właścicieli bez odszkodowania.
Uczestniczyliśmy także w forum w Wenezueli, bierze-
my aktywny udział w międzynarodowych gremiach pra-
cowniczych w Ameryce Łacińskiej.
Jak dajecie sobie radę w obliczu ostrej konkurencji ze
strony „zwykłych” rm?
R.: Funkcjonujemy w ramach ekonomii kapitalistycznej,
dlatego bardzo dbamy o to, by nasze produkty charakteryzowa-
ły się zarówno niską ceną, jak i wysoką jakością. Od pewnego
czasu musimy stawiać czoła firmom ceramicznym z Chin, przez
co zmniejszyły się trochę nasze zyski. Ale nie zniechęcamy się!
Jaki jest Wasz aktualny status prawny?
47
R.: Mamy podwójne struktury. Zgodnie z prawem, jeste-
śmy spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, dzięki czemu
bez problemu możemy sprzedawać nasze produkty. Ale mamy
też strukturę wewnętrzną, która jest w pełni spółdzielcza.
Przez trzy ostatnie lata funkcjonowaliśmy jako spółdziel-
nia tymczasowa, jednak w październiku nasze uprawnienia
wygasają – wtedy to fabryka zostanie wystawiona na sprzedaż.
Jest też decyzja regionalnej administracji, by zamknąć nasz
zakład, bo jego wierzyciele (m.in. Bank Światowy i Credit Su-
isse) domagają się zwrotu długów. Tymczasem fabryka pod
kontrolą robotniczą nie dorobiła się długów – całość zadłuże-
nia to spuścizna po dawnym właścicielu. Ponadto, prowincja
Neuquen ma prawa, na zasadzie hipoteki, do 95% maszyn.
A jakie prawa do Waszego przedsiębiorstwa ma
poprzedni, włoski właściciel?
R.: Luigi Zanon utracił prawa do fabryki, ale nie stracili
ich jego wierzyciele – mają prawo do hipoteki. Luigi Zanon nie
chce jednak dopuścić do tego, by nasza spółdzielnia przetrwa-
ła. Ma wpływy we włoskiej korporacji Samic, działającej w tym
samym sektorze i dąży do tego, żeby ona przejęła nasz zakład.
My, robotnicy, również moglibyśmy wystąpić w przetar-
gu, ale nie chcemy kupować fabryki, bo nie zgadzamy się na
przejmowanie długów pana Zanona. Nie jesteśmy zaintereso-
wani również tym, by zachodnie organizacje spłacały za nas ten
dług w geście solidarności. Niech długi spłaci pan Zanon, któ-
ry ma kilka posiadłości i inne fabryki, także poza Argentyną.
Jak wyglądają relacje zakładów spółdzielczych z rzą-
dem Argentyny? Czy uznawany za socjaldemokratę
prezydent Kirchner sprzyjał rozwojowi spółdzielczości?
R.: Wraz z nastaniem rządów Nestora Kirchnera, pra-
cownicy fabryk, drukarni, serwisów usługowych czy firm
ubezpieczeniowych, przejętych przez pracowników w trakcie
kryzysu ekonomicznego, liczyli na legalizację statusu ich za-
kładów. Kirchner starał się jednak zahamować proces przej-
mowania fabryk przez robotników. Przyznawał im prawo
do kontynuowania produkcji w formie spółdzielni, ale pod
trudnym do spełnienia warunkiem spłaty długów. Brukman,
fabryka tekstyliów z Buenos Aires, która znalazła się w po-
dobnej sytuacji jak my, uzyskała oficjalnie status spółdzielni,
bo tamtejsi robotnicy przyjęli na siebie długi poprzedniego
właściciela. W naszym przypadku dochodzi do walki poli-
tycznej z rządem. Za czasów pana Zanona mieliśmy subsydia
od władz prowincji, nie trzeba było płacić za prąd i gaz. Dziś
nie mamy tego rodzaju pomocy. Ponadto, Kirchner osłabił
silny w Argentynie ruch bezrobotnych. Wprowadził zasiłki,
dzięki czemu „kupił” sobie część z nich. Jesteśmy przeciwni
wypłacie zasiłków i bierności – jesteśmy za tym, żeby dążyć
do stworzenia możliwości pracy dla każdego.
Jesteście znani w swoim środowisku: współpracuje-
cie z organizacjami bezrobotnych, młodzież ze szkół
przybywa na zwiedzanie fabryki i zapoznawanie się
z pracą spółdzielczą; odwiedzacie nawet więzie-
nia… Jak udało Wam się wytworzyć tak dobre rela-
cje ze społecznością lokalną?
R.: Kiedy zajęliśmy fabrykę, zgłosiliśmy się do wie-
lu organizacji – sąsiedzkich, studenckich, bezrobotnych,
rad osiedlowych, klubów itp. – aby opowiedzieć o tym,
że zamknięto nasz zakład, ale my chcemy pracować dalej.
Zdobywaliśmy poparcie i zapoczątkowaliśmy relacje opar-
te na solidarności. W czasie kryzysu nauczyciele i studenci
przejmowali kontrolę nad szkołami, było wiele protestów
społecznych. Byliśmy obecni podczas wszystkich z nich,
wspieraliśmy je, także finansowo. Gdy w 2001 r. poprzedni
właściciel chciał nas wyrzucić, bezrobotni, Mapucze i go-
spodynie domowe przyszli bronić z nami fabryki.
Relacje ze społecznością rozwinęliśmy także dzięki
wspomnianym już inwestycjom – w budowanie jadalni dla
ubogich dzieci, bibliotek itp. Chętnie przekazujemy też nasze
wyroby, w pełni bezpłatnie, różnym potrzebującym instytu-
cjom społecznym. Ponadto, przy okazji protestów poznali-
śmy wielu artystów i dokumentalistów. Wczoraj w fabryce
wystąpił zespół rockowy, dzięki czemu kilkuset młodych lu-
dzi usłyszało o naszych problemach. Nasze przesłanie jest po-
lityczne: w taki sam sposób jak my możemy sami zarządzać
fabryką, wszyscy razem moglibyśmy zarządzać państwem.
Wspomniałaś, iż wspierają Was również zamieszku-
jący Patagonię Indianie, Mapucze.
R.: Na początku nie mieliśmy gliny, niezbędnej do pro-
dukcji wyrobów ceramicznych. Mapucze zaoferowali nam
swoją, gdyż poparli pomysł stworzenia fabryki zarządzanej
przez robotników. Przekonaliśmy ich, że wywłaszczenie po-
lega na tym, że Indianie Mapucze będą wynagradzani za
swoją pracę. Obecnie wielu z nich jest pracownikami fabry-
ki. Co więcej, dużo wzorów na naszych wyrobach pochodzi
z tradycji Mapuczów, a część produktów ma nazwy w ich
języku, nawiązujące do ważnych symboli ich kultury.
Co mogą zrobić ludzie w Polsce, aby Wam pomóc?
R.: Prowadzimy obecnie kampanię międzynarodową.
Chcemy, aby związki zawodowe i organizacje studenckie po-
parły robotników Zanona, pomogły nam dalej produkować
pod kontrolą robotniczą. Namawiamy do zasypywania lista-
mi ambasady Argentyny – petycję mogą podpisywać wszyst-
kie organizacje i instytucje. Chcemy przekonać argentyńskie
władze do wywarcia nacisku na prowincję Neuquen, aby po-
zwoliła spółdzielni dalej funkcjonować. Przedstawiliśmy trzy
projekty ustaw, które pozwoliłyby naszej fabryce przetrwać
bez konieczności spłacania długów Zanona. Chcemy nacjo-
nalizacji pod kontrolą robotników. Państwo może zostać wła-
ścicielem fabryki, a robotnicy będą nią zarządzali.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 28 września 2008 r.
Apele o korzystne dla pracowników rozstrzygnięcie sprawy
własności fabryki Zanon można wysyłać do Ambasady Repu-
bliki Argentyńskiej w Polsce: ul. Brukselska 9, 03-973 Warszawa,
fax. (022) 617 71 62.
48
CYIkOWI WILLCY 8kACIA
konntb S1çrLrwskì
Narodziny potwora?
Skutki ustawy przyjętej w połowie czerwca przez
szwedzki parlament, Riksdag, rozszerzającej upraw-
nienia służb specjalnych w sferze kontroli nad środka-
mi komunikacji elektronicznej, może odczuć kilkaset
tysięcy Szwedów.
Cywilna służba nasłuchu radiowego, Försvarets
Radioanstalt (FRA), pracująca na potrzeby obron-
ności kraju, ma posiadać prawo do kontrolowania
bez zgody sądu łączności międzynarodowej poprzez
telefonię komórkową (rozmowy i wiadomości SMS),
faksy i pocztę elektroniczną, a także do obserwowa-
nia odwiedzin zagranicznych stron internetowych
przez mieszkańców Szwecji. Wszystkie kable prowa-
dzące ze Szwecji na zewnątrz, którymi przesyłane są
dane, mają zostać opatrzone filtrami reagującymi na
określone pojęcia, kombinacje liczb itp. Specjalne
uprawnienia tej agencji sprawią, że każda wiado-
mość e-mail i SMS czy rozmowa telefoniczna będą
mogły zostać przechwycone, o ile odbiorca będzie
znajdował się poza granicami kraju.
Rząd premiera Fredrika Reinfeldta argumen-
tował, że projekt ma na celu szybsze rozpoznawa-
nie niebezpieczeństw płynących z zewnątrz, przede
wszystkim ze strony międzynarodowego terroryzmu.
Jako że środki komunikacji ciągle ulegają rozwojowi
i nastąpiła ich digitalizacja, a obowiązujące prawo nie
zezwalało szwedzkim służbom specjalnym na kontro-
lowanie nowych, cyfrowych kanałów, a jedynie na za-
kładanie podsłuchów, pomysłodawcy nowego prawa
uznali, że należy wypełnić lukę.
Niestety, przy okazji ofiarą nowych przepisów
mogą okazać się podmioty takie jak redakcje gazet
czy rozmaite instytucje, które korzystają z działa-
jących za granicą serwerów przechowujących dane,
do których dostęp będzie miała FRA. Możliwe sta-
nie się także nadzorowanie komunikacji między dwo-
ma mieszkańcami Szwecji, z których jeden będzie
posiadał konto poczty elektronicznej na serwerze np.
w USA. Nie może zatem dziwić, że zabiegi polityków
wywołały gwałtowny sprzeciw organizacji obrony
praw człowieka, przedstawicieli mediów, prawników
i opozycji parlamentarnej. Krytycy pomysłu wskazy-
wali na fakt, że FRA jako centrala nasłuchu i kon-
troli będzie mogła w przyszłości działać bez nad-
zoru nad swoimi zadaniami operacyjnymi, czyli
na granicy samowoli. Dodatkowo argumentowano,
że to rozwiązania niespotykane w prawodawstwie
państw Unii Europejskiej. „Rösta nej!” („Głosujcie
na nie!”) – grzmiała przed głosowaniem nad ustawą
liberalna gazeta „Dagens Nyheter”, wzywając deputo-
wanych do odrzucenia projektu. Do grona krytyków
przyłączyły się nawet dowództwa szwedzkiej policji
i tajnej służby SÄPO.
Przyjęcia ustawy nie powstrzymała nawet dekla-
racja koncernu Google, który zapowiedział, że zaprze-
stanie instalowania serwerów w Szwecji, a także reak-
cja szwedzko-fińskiej firmy telekomunikacyjnej Telia
Sonera, która ze względu na troskę o prywatność prze-
niosła serwer poczty elektronicznej fińskich klientów
ze Szwecji do Finlandii. Przeciwników starano się udo-
bruchać gwarancją dodatkowych mechanizmów i in-
stytucji kontrolujących same służby, co zaowocowało
kompromisowym powołaniem komisji parlamentar-
nej, nadzorującej aktywność FRA w zakresie nasłu-
chu elektronicznego obywateli. Jej operacje mają być
także nadzorowane przez urząd zajmujący się ochroną
danych osobowych, interweniujący, gdy dojdzie do
naruszenia dóbr osobistych obywateli, przeciwko któ-
rym nie są prowadzone postępowania karne.
„Kraj wolnych ludzi”
Tajemnicę poliszynela stanowi fakt, że podobne
praktyki są już stosowane, w dodatku przez ad-
ministrację państwa, które nieustannie zapewnia
o umiłowaniu wolności, wpisanym w jego trady-
Wraz z rosnącymi możliwościami zbierania i prze-
twarzania danych, coraz bardziej zagrożone jest
nasze prawo do prywatności. Wzrasta też skala le-
galnej inwigilacji przy użyciu najnowszych zdoby-
czy techniki, w imię zapewnienia bezpieczeństwa
publicznego. Jak dużo wolności gotowi jesteśmy
oddać za jego obietnicę?
49
cję. Mowa o Stanach Zjednoczonych i tajnym systemie
wywiadu elektronicznego Echelon, stworzonym w koń-
cu lat 80. przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Na-
rodowego (NSA).
Wychwytuje on w podsłuchiwanych rozmowach tele-
fonicznych i monitorowanej korespondencji elektronicz-
nej podejrzane słowa z puli zadanej przez zarządzających
systemem. Władze nie zaprzeczyły jego istnieniu ani nie
zadeklarowały porzucenia dalszego realizowania kontro-
wersyjnego projektu nawet w obliczu publikacji na temat
podsłuchiwania obywateli USA, która ukazała się w opinio-
twórczym „New York Times”. Jak zwykle w takich przy-
padkach, zarzuty odparto troską o bezpieczeństwo, a uwagę
opinii publicznej starano się odwrócić faktem ujawnienia
tajemnicy państwowej w obliczu wojny z międzynarodo-
wym terroryzmem.
Można przypuszczać, że „dla celów prewencyjnych”
zakres działania systemu wykracza poza terytorium USA.
Co więcej, pojawiają się głosy, że w momencie zainstalo-
wania bazy radarowej w Republice Czeskiej, jako elementu
amerykańskiego systemu obrony antyrakietowej, zagrożo-
na może być korespondencja wymieniana w całej Europie.
Czy warto narażać prywatność milionów ludzi dla kil-
ku słów związanych na przykład z Osamą ibn Ladenem,
dla systemu, który być może nie wykrył ani jednego ter-
rorysty? Nie można oczekiwać ujawnienia przez ame-
rykańską administrację raportu na temat skuteczności
projektu, ale entuzjastycznie nastawionym do niego
władzom innych państw należy postawić pytanie: co
się działo z tym systemem w przededniu tragedii z 11
września 2001 r.?
Brudne metody
Wątpliwości związanych z efektywnością nowoczesnych
systemów szpiegowskich w wykrywaniu przestępstw
nie miał tymczasem rząd austriacki, który pod koniec
2007 r. oficjalnie zezwolił na wykorzystanie tzw. koni
trojańskich do monitorowania komputerów należących
do podejrzanych osób, po wcześniejszym wyrażeniu zgo-
dy przez sąd.
„Trojany” to małe aplikacje komputerowe, które
przesyłane w formie załączników do wiadomości pocz-
ty elektronicznej lub ściągnięte z Internetu jako udające
prawdziwy program komputerowy lub inny plik, infe-
kują komputer i pozwalają na dostęp do jego zasobów
bez wiedzy właściciela. Jeśli już do tego dojdzie, możli-
we jest zdalne przeszukiwanie plików na dysku twardym,
rejestrowanie rozmów prowadzonych za pośrednictwem
telefonii internetowej czy uruchomienie kamery inter-
netowej. Sęk w tym, że dotąd metody takie stosowali
właśnie przestępcy. Nie zraziło to jednak pomysłodaw-
ców nowego rozwiązania, którzy tłumaczyli niezbędność
projektu tym, że oprogramowanie szpiegowskie jest czę-
sto jedynym sposobem na uzyskanie dostępu do danych
przechowywanych przez przestępców na dyskach kompu-
terów. Coraz częściej zdarza się, że nawet jeśli policja za-
rekwiruje komputer przestępcy, to większość danych jest
skasowana lub zaszyfrowana.
Przesłanki skłaniające do stosowania przez organy ści-
gania coraz brudniejszych metod połączono także z kwestią
walki z terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i pedo-
filią. Niestety, kolejny otwarty front zapobiegania przestęp-
stwom może nie wytrzymać konfrontacji z rzeczywistością,
b

Q
R
D
E
50
bowiem masowemu gromadzeniu poufnych danych zawsze
towarzyszy ryzyko nadużyć. Po pierwsze, jeśliby udałoby się
zainfekować komputer osoby, która miałaby być przed-
miotem inwigilacji, a dodatkowo korzystają z niego tak-
że inne osoby – obserwowani byliby wszyscy użytkow-
nicy maszyny, niekoniecznie zamieszani w działalność
kryminalną. Jak na tacy znalazłyby się cenne informacje
firmowe, dane osobowe, hasła dostępu, a niewinni ludzie
mogliby być obserwowani przez włączoną zdalnie kame-
rę internetową. Po drugie, istnieją sposoby zabezpieczania
się przed złośliwym oprogramowaniem i przestępcy dobrze
to wiedzą. Istnieje zatem ryzyko, że nic się nie zmieni lub
wykrywalność przestępstw wzrośnie nieznacznie, pod-
czas gdy znacznie zwiększy się groźba wycieku poufnych
danych całkiem niewinnych obywateli. – „Zainstalowa-
nie malware [złośliwego oprogramowania] będzie wymagało
zgody sądu. Obawiam się jednak o los tego oprogramowania,
gdyby trafiło w złe ręce” – powiedział Geoff Sweeney z firmy
Tier-3, zajmującej się bezpieczeństwem w Sieci.
Szantaż sp. z o.o.
Polscy internauci mogą być na razie spokojni, jeśli cho-
dzi o uprawnienia rodzimej policji w zakresie inwigilacji
komputerów. Według prawa krajowego, nie może ona wła-
mywać się do komputerów, a bez zgody sądu może tylko
przeglądać dane wysyłane z komputera osoby podejrzanej,
czyli te, które znajdują się w sieci. Za każdym razem, gdy
funkcjonariusze chcą sprawdzić osobę podejrzaną np. o roz-
powszechnianie pornografii i nawiązywanie kontaktów
z dziećmi, noszących znamiona pedofilii, zgłaszają wniosek
do dostawcy Internetu o udzielenie informacji o abonencie,
co reguluje ustawa o telekomunikacji oraz umowa ustalają-
ca zasady współpracy między policją i operatorami.
Aby nie popaść w nadmierny optymizm, należy mieć
świadomość, że polskie służby też mają kilka grzechów na
sumieniu. Przepisy wspomnianej ustawy były wykorzysty-
wane w procederze, w którym walka z pedofilią stanowiła
tylko tło, a zdobyte dane osobowe internautów przeka-
zywano prywatnej firmie. Sprawa wydała się pod koniec
czerwca 2008 r. i dotyczyła współpracy warszawskiej Kan-
celarii Prawniczej Obig sp. z o. o., o dość wątpliwej reputa-
cji, z funkcjonariuszami Komendy Głównej Policji w zdo-
bywaniu danych osobowych użytkowników Sieci, których
podejrzewano o nielegalne ściąganie i rozpowszechnianie
w Internecie muzyki, filmów i gier komputerowych.
Przyczyną, dla której kancelaria, dążąc do uzyskania
danych prywatnych osób, nie wahała się w bulwersujący
sposób wykorzystywać machiny państwowej, była umo-
wa podpisana z firmami z branży gier komputerowych,
TopWare Poland i Techland oraz dwoma wydawcami
muzyki – Universal i Magic Records, których prawa au-
torskie zostały ponoć naruszone. W proceder zamieszana
była także szwajcarska firma Logistep AG, która dostarczała
niezbędne oprogramowanie, służące oficjalnie do tropienia
pedofilów w Internecie przez policję, a nieoficjalnie – do
wyszukiwania aplikacji komputerowych i danych multi-
medialnych, do których prawa autorskie miały wspomnia-
ne firmy. – „Ich program pomaga nam namierzać pedofilów
dzielących się w Sieci dziecięcą pornografią. Kilku już zostało
zatrzymanych, inni wpadną wkrótce” – stwierdził Zbigniew
Urbański z zespołu prasowego policji, pytany o kulisy współ-
pracy z dostawcą oprogramowania szpiegowskiego. – „Nie
złapaliśmy żadnego pedofila” – to z kolei słowa pragnącego
zachować anonimowość oficera, który korzystał z programu
i potwierdził, że główną funkcją jest znajdowanie plików
muzycznych, należących do klientów szwajcarskiej spółki.
Gdy aplikacja namierzyła w sieci internautę, na któ-
rego komputer ściągnięto nielegalnie grę lub muzykę,
ustalano tzw. adres IP, teoretycznie umożliwiający ziden-
tyfikowanie komputera. Następnie kancelaria występowa-
ła do policji o wszczęcie postępowania, a ta zwracała się
do dostawców Internetu o dane osobowe i adres posiada-
cza danego IP. Prawnicy z kancelarii jako przedstawiciele
poszkodowanego mieli pełny wgląd w akta sprawy i tak
wchodzili w posiadanie adresów i nazwisk osób, do któ-
rych wysyłali listy z żądaniem natychmiastowej zapłaty
kilkusetzłotowego odszkodowania i podpisania ugody.
W przypadku odmowy straszyli skierowaniem sprawy do
prokuratury i postępowaniem karnym oraz umieszczeniem
w Krajowym Rejestrze Karnym jako skazanego prawomoc-
nym wyrokiem sądu. Pisma z kancelarii docierały do do-
mniemanych piratów wcześniej niż wezwania na policję
lub do prokuratury, więc adresaci mieli wrażenie, że
są szantażowani, przekonani, że ktoś chce od nich wy-
łudzić pieniądze. Ponieważ wezwania do zapłaty mogły
trafić do dziesiątek tysięcy ludzi, których dane znalazły się
w prywatnych rękach, na forach internetowych zawrzało,
a dzięki opisaniu sprawy przez media zainteresowało się nią
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Kierownictwo resortu zapowiedziało wszczęcie we-
wnętrznego śledztwa, mającego wyjaśnić niejasną i prawdo-
podobnie nieuregulowaną prawnie współpracę policji z pry-
watnymi firmami oraz zbadanie, czy prawnicy z kancelarii
zdobywali dane z akt wszczętych postępowań, co nosiłoby
znamiona popełnienia przestępstwa ujawnienia tajemnicy
śledztwa. Należy mieć nadzieję, że praktyki szwajcarskiej
firmy Logistep i jej podobnych zostaną w Polsce uznane za
sprzeczne z prawem, tak jak miało to już wcześniej miejsce
w Szwajcarii, Włoszech i Francji, gdzie uznano, że adres IP
komputera w sieci nie jest dowodem wystarczającym do
uznania kogokolwiek za winnego.
W poszukiwaniu złotego środka
Na naszych oczach zawęża się obszar prywatności.
Weźmy miejsce pracy. Pracodawcy, chcąc walczyć ze
spadkiem wydajności, związanym z upowszechnie-
niem nowoczesnych technologii komunikacyjnych
i zjawiskiem tzw. cyberslackingu (nadużywania Inter-
netu w godzinach pracy w celach prywatnych), coraz
częściej ograniczają swobodę pracowników w Inter-
necie i kontrolują sposób wykorzystania służbowych
komputerów. W powszechnym użytku znajdują się na-
rzędzia, które pozwalają na uzyskanie z komputera pra-
cownika informacji dotyczących odwiedzanych stron
internetowych czy uruchamianych programów, odczyty-
wanie treści rozmów prowadzonych przez komunikatory
51
i czaty internetowe oraz znaków wprowadzanych z kla-
wiatury, sprawdzanie wiadomości poczty elektronicznej
i dołączonych do nich załączników.
Dbałość o interesy przedsiębiorstwa może być zro-
zumiałym powodem badania aktywności zatrudnionych,
więc dopóki to działanie nie przekracza granic rozsądku,
a pracownicy są jego świadomi, nie ma się na co oburzać.
Z drugiej strony, trudno usprawiedliwić monitorowanie
komputera pracownika także podczas przerw w pracy, gdy
może np. sprawdzać stan konta bankowego lub prowadzić
prywatną korespondencję.
Instytucje państwowe nie są zgodne co do zakresu
uprawnień kontrolnych pracodawcy i wszystko zależy od
subiektywnej interpretacji przepisów Kodeksu Pracy. Na
początku 2008 r. Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz
Kochanowski, poddał w wątpliwość prawo pracodawców
do wglądu w korespondencję elektroniczną podwładnych,
kierując zapytanie w tej kwestii do Ministerstwa Pracy
i Polityki Społecznej. Uzyskał odpowiedź stwierdzającą,
na podstawie obowiązującego Kodeksu pracy, że „praco-
dawca może kontrolować zawartość służbowej skrzynki ma-
ilowej pracownika, czytać korespondencję służbową pracow-
nika i udostępniać korespondencję służbową pracownika do
wglądu innym pracownikom”. Według urzędników resortu,
wynika to z konieczności „organizowania pracy w sposób
zapewniający pełne wykorzystanie czasu pracy”.
Warto w tym miejscu przypomnieć wyrok Europej-
skiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z kwiet-
nia 2007 r., w którym uznano, że podsłuchiwanie przez
pracodawcę prywatnych rozmów telefonicznych i czy-
tanie korespondencji elektronicznej pracownika jest
naruszeniem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka
i Obywatela. Nadeszła pora, aby zawrzeć w polskim prawie
regulację tej kwestii i w efekcie uniknąć sytuacji konflikto-
wych pomiędzy pracodawcami i pracownikami, wynikają-
cych z nadinterpretacji przepisów.
Podobnie powinno być z zagrożeniami ze strony władz
publicznych i firm komercyjnych. Warto śledzić kontro-
wersyjne poczynania administracji państwowej i biznesu,
zarówno te ujawniane przez media wysokonakładowe, jak
i tematyczne serwisy. Za przykład może służyć witryna Wi-
kileaks.org, której twórcy zajmują się wyszukiwaniem i pu-
blikowaniem dokumentów świadczących o nieetycznych
zachowaniach korporacji, instytucji publicznych i rządów
państw. To m.in. dzięki ich działalności, do ogólnoświato-
wej opinii publicznej trafiły dokumenty o powiązaniach
niemieckiego resortu sprawiedliwości z firmą Digitask,
która opracowała sposób podsłuchiwania rozmów pro-
wadzonych przy pomocy komunikatora internetowego
Skype, mimo że wcześniej wyrokiem sądu najwyższego
uznano za niezgodny z prawem pomysł inwigilacji kom-
puterów podejrzanych osób bez ich wiedzy.
Nie należy odrzucać możliwości wykorzystywania
nowoczesnych technologii w zwalczaniu i zapobieganiu
przestępczości. Jednak w sporze „ile wolności, ile bezpie-
czeństwa”, głos powinni mieć także sami obywatele, a żadne
decyzje nie mogą być podejmowane za ich plecami.
Konrad Stęplewski
PRENUMERATORZY
WYGRYWAJĄ
Nagrody dla prenumeratorów
wylosowali:
Książki “Poza układem”
Joanny i Andrzeja Gwiazdów:
Hanna Szewczyk, Lublin
Katarzyna Falukiewicz, Sosnowiec
Książki Jacka Wesołowskiego
„Miasto w ruchu”:
Beata Lubańska, Lublin
Władysław Nowicki, Wrocław
Anna wierczyńska, Łódź
Dariusz Szrejder, Czeszów
NA GWIAZDKĘ
wszystkich naszych obecnych
prenumeratorów nagradzamy
również książką Jadwigi Staniszkis
i Andrzeja Zybały „Szanse Polski”.
52
Pnrzrn1u|ruv bvskus|ç o Tntk1tcìr Lìzsoúskìu,
kfort focz\tt siç w rt·tcn Eurorr[skirco Crnfru· Anttiz
Crorotif\czn\cn. Licz\·\, zr rrz\cz\ni siç ont oo trrszrco
zrozu·irnit rrortr·u.
Mtncìn Doutcttt
Wizja jej zamiany w coś w rodzaju „Zjednoczo-
nego Mocarstwa Europejskiego” i dążenie do zastąpie-
nia pax americana przez pax europeana – mierzi i prze-
raża. Świat jest bowiem za ciasny i nieprzygotowany
na kolejnego gracza, w dodatku bardzo osobliwego.
Zgodnie z Traktatem, UE miałaby zyskać własnego
prezydenta oraz ministra spraw zagranicznych (tzw.
wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych
i polityki bezpieczeństwa). Tym samym miano też
stworzyć podwaliny pod unijne siły zbrojne. W takim
świetle nadanie nowych i uporządkowanie starych
kompetencji administracyjnych wygląda na trochę
przypadkowe.
O ile wzmocnienie unijnej administracji i pro-
cesów decyzyjnych (łatwiejsze zarządzanie Unią),
a tym samym procesów integracyjnych na gruncie
gospodarczym, jest potrzebne, to pomysł tworze-
nia kolejnego supermocarstwa wygląda proble-
matycznie. W ocenie niektórych to nawet strzał
w stopę, gdyż tak narzucona rola nie dość, że jest
archaiczna, to jeszcze mija się z obecnymi uwarun-
kowaniami geopolitycznymi. W dodatku istnieje
realne zagrożenie, iż uczynienie z UE aktywnej „dyk-
tatury demokracji” na zewnątrz, może prowadzić do
ograniczania w Europie praw obywatelskich na rzecz
bezpieczeństwa i ochrony obranej drogi rozwoju, jak
stało się w USA.
Tymczasem siła wchodzących na scenę adeptów
rozgrywek mocarstwowych nie opiera się bynajmniej
na „tępej” potędze militarnych podbojów (np. ame-
rykańska agresja na Irak), lecz na skutecznej dbało-
ści o własne interesy gospodarcze. Tak dobrze znana
z historii epoka podbojów, mimo że dla wielu wciąż
stanowią one dobry biznes, dziś wydaje się schodzić
ze sceny. Przechwycona samozwańczo przez USA rola
światowego żandarma skutkuje bankructwem m.in.
z powodu horrendalnych kosztów utrzymywania ko-
lonii i armii ekspedycyjnych.
W tym czasie aspirujące do miana potęgi Chiny
zupełnie innymi metodami, lekceważącymi liberal-
ne dogmaty, w ciągu 30 lat osiągnęły taki poziom
rozwoju, na który Europa potrzebowała kilku wie-
ków. Podkreślenia wymaga fakt, że państwo to,
które jeszcze niedawno było traktowane jak trochę
przerośnięty członek klubu krajów Trzeciego Świata,
niedawno wysłało w kosmos pierwszego astronautę.
Podobnie Indie, które z mocno wyzyskiwanej perły
w brytyjskiej koronie przeobraziły się w suwerenną
potęgę gospodarczą oraz od niedawna pełnoprawne-
go członka klubu nuklearnego, zaczynają odgrywać
ważną rolę nie tylko w basenie Oceanu Indyjskiego.
Do grona mocarstw gospodarczych wdziera się –
bazując na paliwowym fundamencie – Rosja, która
W sporze o zatwierdzenie Traktatu Lizbońskiego
zagubiono pierwotną ideę integracji europejskiej,
zapoczątkowanej wizją Jeana Monneta i Roberta
Schumanna. Arbitralne przyjęcie tego dokumentu
przez państwa unijne oraz obywatelski protest
Irlandczyków, pobudziły na nowo dyskusję na te-
mat geopolitycznej roli Unii Europejskiej.
VLTO DLA MOCAkSTWA
53
nie tylko zdaje się przezwyciężać załamanie spowodowa-
ne upadkiem ZSRR, ale pomału odzyskuje kontrolę nad
dawnymi strefami wpływów. Na horyzoncie pojawiła się
też Brazylia, która niebawem może stać się jedną z liczą-
cych się naftowych potęg świata. Żaden z tych krajów nie
aspiruje do globalnej dominacji, gdyż pomne doświadczeń
innych wiedzą, że taka pozycja sporo kosztuje, w zamian
oferując niewiele.
Tymczasem Unia, zamiast skupić się na radykalnym
pogłębianiu integracji gospodarczej, a przede wszyst-
kim wyrównywaniu różnic pomiędzy najbiedniejszymi
a najbogatszymi członkami, pogrążyła się w wewnętrz-
nych sporach i ewidentnym deficycie demokracji.
Zapomina się, że wyjątkowość UE polega na zacie-
śnianiu współpracy gospodarczej różnych krajów i kultur
wywodzących się z jednego europejskiego pnia. W dodat-
ku Unia, będąc atrakcyjną dla wielu krajów, staje się przed-
miotem westchnień coraz to liczniejszych sąsiadów i to nie
tylko z terenu Europy. Kraje i narody chcą paść w ramiona
UE dobrowolnie, w drodze suwerennych decyzji, wpro-
wadzając reformy pozwalające im możliwie najszerzej
uczestniczyć we wspólnotowej współpracy gospodarczej.
Ich przywódcy doskonale zdają sobie sprawę, że Unia
wypracowała niezwykle korzystny system zarządzania,
który pozbawiony oznak przemocy, rozwiązuje wiele
problemów natury społecznej. Korzystają na tym nie
tylko elity narodowe, ale przede wszystkim same na-
rody. Projektowana w Traktacie Lizbońskim zamiana
tego systemu na zbrojną gotowość do geopolitycznej
reakcji, byłaby klęską samej idei unijnej. Z tego punktu
widzenia dobrze się stało, że system lizboński został na ra-
zie odłożony na półkę przez Irlandczyków przywiązanych
do neutralności.
Klęska referendum irlandzkiego to wyraźny sygnał,
że integracja jest dalece niewystarczająca. Unię rozdziera
zbyt wiele różnic. Unijnym obywatelom daleko jeszcze
do poczucia jedności. Wciąż żywe są wśród nich mocne
tożsamości narodowe, zaś sam kurs wewnątrzunijnych
polityk krajów członkowskich opiera się często na twar-
dych zasadach racji stanu. Niekiedy, jak to ma miejsce
w przypadku Polski, triumfy święci wręcz ideologia re-
wanżyzmu, traktująca Unię jako zło konieczne, które co
prawda coś nam daje, ale jednocześnie chce zamykać na-
sze zakłady pracy (vide konflikt wokół polskich stoczni).
To przykłady, które nie należą do głosów marginalnych,
lecz poważnie trzęsą podstawami przyszłości Unii. Nie
tylko pokazują one dobitnie, że Unia obecnie nie posiada
wystarczających sił, by móc zrealizować wizję globalne-
go dyktatora i promotora własnych rozwiązań, ale także
ujawniają szeroki rozziew między ambicjami unijnych
przywódców a szarą masą obywateli, mocno ściąga-
jących cuglami elity rządzące. Mocarstwo skuteczne,
to mocarstwo szybko i twardo mówiące własnym gło-
sem, którego władza wykonawcza jest w stanie po-
święcić dobro a czasami i życie własnych obywateli na
rzecz własnej pozycji i osiągnięcia sukcesu w realiza-
cji obranego celu. Natomiast przeciętny Jean, Juan,
Sven, Hans czy John nie mają najmniejszego zamiaru
„umierać za Gdańsk”.
W skali makro, wbrew opinii wielu wizjonerów, jed-
nolity głos Francji i Niemiec w kwestiach polityki zagra-
nicznej to nie wszystko. Są jeszcze np. Bułgaria, Włochy,
Polska czy Irlandia, których problemy polityk zagranicz-
nych są dla ich mieszkańców bardziej żywotne, aniże-
li zjednoczony interes dwóch unijnych przewodników.
Doskonale obrazują to casusy Iraku, Afganistanu, Koso-
wa, Birmy, Rosji czy nawet Gruzji. Czy to oznacza, że te
różnice trzeba z miejsca niwelować, czy też lepiej spró-
bować do nich podejść kompleksowo na drodze długofa-
lowej ewolucji wspólnego celu gospodarczego? Obecnie
jednolite stanowisko w polityce zagranicznej przynieść
może więcej szkód niż korzyści. Przypomnijmy w tym
względzie choćby wejście Polski do strefy Schengen.
W tym samym czasie, gdy na zachodniej granicy Rze-
czypospolitej strzelały korki z szampana pitego przez
polskich i niemieckich wybrańców społeczności, na
granicy wschodniej rozlegał się łomot młotków wbija-
jących ostatnie gwoździe w deski przesłaniające okien-
nice małych i średnich firm handlujących z Ukraińca-
mi i Białorusinami. Ile w takim razie zapłacą mieszkańcy
poszczególnych regionów UE za geopolityczne decyzje
unijnego ministra spraw zagranicznych?
Pod żadnym pozorem nie wolno zapominać, że geopo-
lityczną siłą i kapitałem Unii Europejskiej jest suwerenne
dążenie innych państw do załapania się nie tylko na miej-
scówkę w brukselskim pociągu w postaci stałego członko-
stwa, ale chociażby na możliwość regularnego nadawania
b

G
E
D

C
A
R
R
O
L
L
54
Mt1rusz Pìskonskì
O Pk7YDATNOSCI
IMPLkIUM
przesyłek konduktorskich w postaci dostępu do potężnego
wspólnego rynku. Ta dobrowolność staje się przyczynkiem
do zmian w politykach poszczególnych państw-sąsiadów
unijnych, czym wpływa na zmianę samych układów geo-
politycznych.
Uczynienie z Unii gracza zdolnego do realizacji wła-
snej polityki na terenach odległych od siebie, stoi w ra-
dykalnej sprzeczności z jej pierwotnym założeniem. Spo-
sób i schemat jej działania wynikają z zupełnie innych
przesłanek, aniżeli u pozostałych mocarstw. Nie można
wykluczać, że drogą decyzji gospodarczych i politycz-
nych UE będzie w przyszłości mogła aktywnie wpły-
wać na określone wydarzenia na innych kontynentach
z równym powodzeniem, jak czynią to obecnie Stany
Zjednoczone za pomocą środków militarnych, jednak
w znacznie mniej kosztowny sposób. Musi to również
wypływać z oczekiwań samych Europejczyków, w pełni
zintegrowanych na poziomie gospodarczym, świadomych
wagi swojego uczestnictwa w wielkim organizmie, jakim
jest Unia Europejska.
W kształtującym się wielobiegunowym świecie jej jed-
nocząca rola, jako wspólnie wypracowanego głosu wielu
państw i setek milionów obywateli, będzie mogła posiadać
znaczącą rolę i stanowić wiodący przykład. Czy jednak do
tego potrzebna jest od razu wspólna polityka bezpieczeń-
stwa i zorganizowana, mocarstwowa polityka zagraniczna?
Zadaniem Unii nie jest podejmowanie odpowiedzialności
za glob. Próbowały to zrobić USA, z wiadomym skutkiem,
aspirował do tego ZSRR, a strach pomyśleć co by było,
gdyby nagle zachciało się tego Chinom lub Bóg wie komu
jeszcze... To zadanie nie powinno spoczywać na ramionach
nikogo. Od tego jest ONZ, jako organizacja zrzeszająca
wszystkie państwa świata, dzięki temu posiadająca odpo-
wiednie forum do dyskusji. Stąd właśnie tak ważna staje się
reforma tej instytucji i jak najszybsze dostosowanie jej do
współczesnych realiów, zamiast przyzwolenia na jej dalszą
marginalizację. Inne rozwiązanie doprowadzić może do ko-
lejnych zimnych wojen.
W zmieniającym się świecie, w którym znaczącą rolę
odgrywać będą ponadnarodowe korporacje, pozarządowe
organizacje międzynarodowe oraz zorganizowane grupy
przestępczo-terrorystyczne, idea budowy jednolitego, wie-
loetnicznego państwa z całym jego bagażem konfliktów,
zwłaszcza o podłożu ekonomicznym, jako kolejnego straż-
nika prawomyślności, jest nieadekwatna wobec zagrożeń.
W globalizującym się świecie, ograniczanie wpływu niepań-
stwowych organizacji drogą sprawnego i konsekwentnego
zarządzania wewnętrznymi strukturami państwa narodowe-
go, może okazać się najbardziej skuteczną metodą. Dlatego
właśnie Unia powinna skupić się na szybkim i komplekso-
wym rozwiązaniu własnych problemów, a nie na planach
podboju świata i kształtowania go na swój obraz i podobień-
stwo. Kolejnym etapem powinno być szerzenie własnych
idei za pomocą „okien wystawowych” – pokazania przykła-
dów i wprowadzania rozwiązań opartych na dobrowolnej
ich absorpcji przez inne państwa. Tak właśnie uczyniła Pol-
ska, a w kolejce czekają już inne kraje.
Marcin Domagała
Wiele już słów padło na temat Traktatu Li-
zbońskiego i ewentualnych konsekwencji jego
przyjęcia. Przeciwnicy i zwolennicy ratykacji
ścierali się w gorących debatach w większo-
ści krajów Unii Europejskiej, dzięki czemu
tamtejsza opinia publiczna miała możność
dowiedzieć się, co zawiera ten skomplikowa-
ny i niestrawny dla przeciętnego czytelnika
dokument.
W Polsce, podobnie jak kilka lat temu przy okazji
dyskusji na temat Traktatu Ustanawiającego Konstytu-
cję dla Europy, poza kilkoma rytualnymi zaklęciami obu
stron politycznego sporu, taka debata dotychczas nie mia-
ła miejsca. Nawet swoisty aneks do Traktatu, jakim jest
Europejska Karta Praw Podstawowych, politycy poddali
wybiórczej interpretacji, żywiąc mniej lub bardziej uza-
sadnione przekonanie, że do tego zwięzłego przecież do-
kumentu nikt i tak nie sięgnie. Refleksja nad skutkami
ewentualnego wejścia w życie Traktatu nie wykraczała też
poza relatywnie wąskie ramy kategorii interesu narodo-
wego, sprowadzonego do rozpatrywania zawartości tej
propozycji rozwoju Unii Europejskiej jako reformy insty-
tucjonalnej w jej zawężonym rozumieniu.
Arytmetyka proponowanych procedur decyzyjnych,
choć niewątpliwie istotna z punktu widzenia każdego
z krajów członkowskich, przesłaniała niekiedy istotne
znaczenie tego dokumentu w wymiarze, nie sposób nie
użyć tego słowa, globalnym. Wiąże się ono z myśleniem
geopolitycznym, bardzo istotnym w dobie globalizacji
i przyspieszenia w stosunkach międzynarodowych, zdomi-
nowanych przez kilku aktorów, którzy relacje z podmiota-
mi tej miary co Polska, czynią jedną z podrzędnych funkcji
swojej planetarnej partii szachów. Geopolityka, wbrew za-
klęciom lewicowo-liberalnych teoretyków ładu między-
narodowego, odgrywa nadal rolę kluczową, a spojrzenie
55
z jej perspektywy powinno poprzedzać każdą dyskusję
o ewolucji projektu nazwanego niegdyś integracją euro-
pejską. Przyjrzyjmy się konsekwencjom ratyfikacji Traktatu
Lizbońskiego z tej właśnie perspektywy.
Zalety wielobiegunowości
Wraz z upadkiem ZSRR nastąpił krótki okres jednobiegu-
nowości (unilateralizmu), związany z globalną hegemonią
USA. Dominacja ośrodka amerykańskiego przejawiała się
we wszelkich sferach życia. Jej najbardziej dostrzegalnym
przejawem były działania militarne w latach 90. (I wojna
iracka, operacja w Somalii, wkroczenie na kontynent eu-
ropejski przy okazji interwencji w byłej Jugosławii), które
swoje apogeum osiągnęły po zamachach 11 września 2001 r.
(kolejna operacja iracka zakończona unicestwieniem pań-
stwowości Iraku, opanowanie Afganistanu, uzyskanie moż-
liwości militarnej obecności w krajach Azji Środkowej).
W sferze geoekonomicznej USA osiągnęły status hege-
mona dzięki podporządkowaniu licznych krajów drugiego
i trzeciego świata za pomocą międzynarodowych instytu-
cji finansowych oraz ustanowieniu dolara amerykańskie-
go międzynarodową walutą rozliczeniową także w handlu
strategicznymi surowcami naturalnymi. W dziedzinie
potencjału naukowego i technologicznego dominująca
pozycja Waszyngtonu wiązała się z przyciągnięciem czoło-
wych naukowców z pozostałych części globu oraz śmiałym
finansowaniem ambitnych inicjatyw badawczych, choć-
by w ramach budżetu DARPA, agencji specjalizującej się
w odnajdywaniu i wspieraniu innowacyjnych projektów
przydatnych w przemyśle obronnym.
USA osiągnęły wreszcie pozycję hegemoniczną
w przestrzeni geokulturalnej. O wynikających z niej nie-
bezpieczeństwach pisał już w 1981 r. Alain de Benoist,
zauważając, że pod pewnymi względami stanowi to więk-
sze zagrożenie od totalitaryzmu sowieckiego: ten pierw-
szy (podobnie jak istniejące do dzisiaj reżimy autorytarne
bądź quasi-totalitarne) oznacza kontrolę i unicestwienie
fizyczne, ten drugi, rozpowszechniany przez USA, prowa-
dzi do amputacji duszy, produkuje społeczeństwo „szczę-
śliwych robotów”, egzystujących w warunkach „klimaty-
zowanego piekła”.
Układ hegemoniczny budził zatem zrozumiały sprze-
ciw reprezentantów niezależnej myśli w Europie, także –
choć w mniejszym stopniu – w Polsce. Rozwiązaniem pro-
blemu świata jednobiegunowego może być jedynie świat
będący jego antytezą – układ multipolarny. Biorąc pod
uwagę pozostający jeszcze do dyspozycji USA potencjał,
przede wszystkim ekonomiczny i kulturowy, nietrudno
dojść do wniosku, że w obecnej sytuacji niełatwo było-
by tradycyjnemu państwu narodowemu zagregować po-
tencjał wystarczający do ustanowienia nowego bieguna
geopolitycznego. Już chyba nawet najwięksi marzyciele
spod znaku „Wielkiej Polski” nie wierzą, że takim ośrod-
kiem mogłaby się stać nasza Ojczyzna. Konstatacja ta nie
ma nic wspólnego z powszechnym w niektórych polskich
kręgach intelektualnych kapitulanctwem, lecz stanowi re-
alistyczne oszacowanie potencjału geopolitycznego kraju,
który nie powinien mieć z tego tytułu żadnych komplek-
sów: wszak znajduje się w gronie stu kilkudziesięciu pod-
miotów państwowych, które również nie mogą sobie rościć
globalnych pretensji.
b
a

J
E
A
N

E
T
I
E
N
N
E

P
O
I
R
R
I
E
R
56
Z drugiej strony, decydując się na członkostwo w Unii
Europejskiej, pomimo wielu rzeczywistych zagrożeń zwią-
zanych z taką decyzją, dokonaliśmy geopolitycznego
wyboru. Nie jesteśmy już państwem mogącym pozwolić
sobie na neutralność w globalnej rozgrywce. Pomimo
tego, w warunkach przedziwnej schizofrenii, staraliśmy
się odgrywać przez ostatnie lata rolę wasala imperium
amerykańskiego, które w erze neokonserwatywnej weszło
w stadium kulminacyjne agresywnego interwencjonizmu,
a realne interesy nieudolnie starano się maskować uniwer-
salistyczną retoryką.
W 1976 r. 25-letni wówczas Emmanuel Todd proro-
kował ku zdziwieniu czytelników rozpad ZSRR. W 2001 r.
ten sam autor zaczął wieszczyć zmierzch imperium ame-
rykańskiego, przewidując z kilkuletnim wyprzedzeniem
kryzys finansowy, który od paru miesięcy stanowi główny
problem USA. Tezę Todda zweryfikować może tylko bli-
żej nieokreślony czas, jednak pewne jest już coś innego: na
naszych oczach wyłaniają się kolejne centra geopolitycznej
siły. „Wzrost Chin na Wschodzie i Unii Europejskiej na
Zachodzie zasadniczo zmienił świat, który do niedawna
posiadał tylko jeden, amerykański środek ciężkości. Gdy
duch Chin i Europy z każdym ruchem rozpościera się na
nowych przestrzeniach, duch Ameryki słabnie” – pisze
amerykański politolog Parag Khanna, przewidując, że
niezależnie od polityki amerykańskiej, te dwa rodzące
się geopolityczne bieguny narzucać będą standardy ry-
walizacji. Do zestawu imperiów zaproponowanego przez
Khannę dodać być może będzie można jeszcze aspirujące
do tej roli Indie i Rosję, a w dalszej przyszłości również Bra-
zylię na półkuli zachodniej. Wielobiegunowość wydaje się
być obiektywnym kierunkiem ewolucji ładu światowego;
przejście do jej stadium można jedynie w świadomy sposób
przyspieszać lub opóźniać.
Z punktu widzenia zwolenników pluralizmu cywiliza-
cyjnego i poszerzania palet dostępnych alternatyw, maja-
czący multipolaryzm jest zjawiskiem ze wszech miar pożą-
danym. Będąca członkiem Unii, Polska może w tym istot-
nym historycznym procesie uczestniczyć. Przyspieszenie
procesu likwidacji układu jednobiegunowego wymaga
dziś z jednej strony pogłębienia i poszerzenia na nowe
sfery procesu integracji europejskiej, z drugiej zaś – od-
powiedzi na pytanie, czy istotnie UE jest w stanie stać
się samodzielnym ośrodkiem siły. Odpowiedź na to py-
tanie może zaś skłonić do wniosku, że budowa bieguna
odbywać będzie się sprawniej w przypadku zaproszenia
do współpracy sojusznika najbliższego geograficznie
i kulturowo. Jest nim w obecnej konfiguracji Federacja
Rosyjska, stojąca przed dylematem wyboru alianta: UE czy
Chiny? Jeśli zależy nam na tym, by pełnić rolę katalizatora
nowego ładu, warto kierować się dwoma celami: 1) uczest-
nictwem w tworzeniu podwalin wspólnej europejskiej poli-
tyki zagranicznej i obronnej (co oznacza m.in. poparcie dla
Traktatu Lizbońskiego); 2) normalizacją relacji z najwięk-
szym spośród naszych wschodnich sąsiadów. Obowiązująca
od kilkunastu lat poprawność polityczna w dziedzinie po-
lityki zagranicznej uznaje tak zakreślone cele za aberracje.
Dyskusja nad nimi może się jednak stać przyczynkiem do
ożywienia zatęchłej od archaicznych dogmatów atmosfery
polskiego życia intelektualnego.
Przeszkody, czyli garść obaw
Przed ratyfikacją Traktatu przestrzegają różne środowiska.
Z jednej strony są to, jak pokazało niedawne referendum
w Irlandii, kręgi biznesowe, obawiające się zbytniej biurokra-
tyzacji europejskiego rynku, z drugiej zaś wychodzące z dia-
metralnie odmiennych założeń formacje lewicowe i związ-
kowe, obawiające się, że wraz z traktatem, tak wychwala-
ny nawet przez Amerykanina Jeremy’ego Rifkina projekt
„Europejskiego marzenia” i Europy socjalnej, zostanie
zanegowany. Traktat jest bowiem niedoskonały, bo obcią-
żony zapisami zupełnie z punktu widzenia zakreślonego
powyżej celu zbędnymi, a nawet szkodliwymi. Na dobrą
sprawę mógłby poprzestawać na zakreśleniu kompetencji
najważniejszych planowanych organów UE – prezyden-
ta i wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych i polityki
bezpieczeństwa oraz ustanowieniu ram proceduralnych, nie-
zbędnych dla sprawnego procesu decyzyjnego.
Drugą z przeszkód jest sygnalizowany już od lat euro-
pejski deficyt demokracji. Narodowe referenda rządzą się
swoimi prawami, nierzadko poprzedzające je debaty od-
biegają tematycznie od rozstrzyganego zagadnienia i kon-
centrują się na bieżących rozgrywkach w ramach krajowej
sceny politycznej. Z drugiej strony, rezygnacja z tego in-
strumentu demokracji bezpośredniej sprawić może, iż Unia
będzie stawać się dla ludzi tworem coraz bardziej odległym,
niezrozumiałym i niedocenianym. Dlatego interesujący jest
pomysł Jürgena Habermasa: przeprowadzenie referendum
ogólnoeuropejskiego, które byłoby też niepowtarzalną oka-
zją do zapoczątkowania kontynentalnej przestrzeni debaty
publicznej i konfrontacji poglądów.
Imperia, w takiej czy innej formie, będą prawdopo-
dobnie głównymi podmiotami polityki międzynarodowej
w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie ma raczej powro-
tu do tzw. ładu westfalskiego, w którym suwerenność
narodowa była realnie istniejącym pojęciem. Zresztą
procesy globalizacyjne prowadzą do konieczności for-
mułowania szerszych niż narodowe strategii reagowania.
Na polskim gruncie te oczywiste fakty były w ostatnich
latach niedostrzegane. Debata o polityce zagranicznej
zakotwiczona była w koncepcjach wypracowanych jeszcze
w realiach II Rzeczypospolitej, zdecydowanie nieadekwat-
nych wobec wyzwań XXI w. Kilka lat temu o Imperium Eu-
ropaeum pisał na łamach pisma „Stańczyk” Tomasz Gabiś.
To chyba jedyny przypadek prawicowego publicysty, który
zrozumiał realia geopolityczne współczesnego świata. Trak-
tat Lizboński oceniany z tego punktu widzenia jest doku-
mentem i projektem ważnym, choć zapewne jednym z wie-
lu na drodze do powstania bieguna Europa. Bieguna, który
wcale nie musi mieć charakteru ekspansywnego mocarstwa,
a może promieniować atrakcyjnością swego modelu spo-
łecznego i potencjału kulturowego, bogatego różnorodno-
ścią tradycji zamieszkujących go narodów.
Mateusz Piskorski
57
Dr Andrzej Kassenberg
– z wykształcenia geograf i planista
przestrzenny, specjalizuje się w za-
gadnieniach polityki zrównoważo-
nego rozwoju, głównie w zakresie
transportu i energetyki. Założyciel
i prezes Instytutu na Rzecz Ekoro-
zwoju. Człowiek Roku 2005 Polskiej
Ekologii. Od 28 lat związany
z Polskim Klubem Ekologicznym.
Był członkiem polskiej delegacji na Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro
(1992) oraz w Johannesburgu (2002). Jest członkiem Komitetu
Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN. Członek Rady ds.
Środowiska w Europejskim Banku ds. Odbudowy i Rozwoju. Pro-
jektant strategii ekorozwoju dla obszaru Zielonych Płuc Polski.
W pewnym momencie zaczęto mówić o ko-
nieczności wypracowania nowego modelu
rozwoju społeczno-gospodarczego – tak poja-
wiło się pojęcie „ekorozwoju” lub „rozwoju
zrównoważonego”. Jakie są założenia tej kon-
cepcji, zapisanej zresztą w polskiej konstytucji.
Andrzej Kassenberg: Niestety, termin „ekoro-
zwój” się nie przyjął, częściej stosowany jest ten drugi,
który stanowi próbę tłumaczenia angielskiego susta-
inable development. Rzeczywiście, art. 5 naszej kon-
stytucji mówi, że państwo „zapewnia ochronę środo-
wiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju”.
Niestety, określenie to jest nadużywane lub niewłaści-
wie rozumiane.
Ekorozwój najczęściej tłumaczy się jako pewien
kompromis między potrzebami gospodarczymi, spo-
łecznymi i przyrodniczymi. Kompromis, który ozna-
cza, że każda ze stron musi ustąpić. Trzeba więc zazna-
czyć, że nie jest to rozwój zrównoważony „naprawdę”,
lecz zaledwie pewien krok w tym kierunku.
Uważam, że podstawy trwania i rozwoju ludz-
kości, czyli globalnych systemów podtrzymujących
życie na kuli ziemskiej, np. globalny system klima-
tyczny, nie mogą podlegać kompromisowi. Ludzie na
całym świecie muszą się umówić, że będą chronić i za-
bezpieczać to, co gwarantuje nasze przetrwanie jako
gatunku. Dopiero, gdy dogadamy się w tej sprawie,
możemy poszukiwać kompromisu w innych. Nasz
Instytut na rzecz Ekorozwoju zdecydowanie występu-
je przeciwko określeniom takim, jak np. „minimaliza-
cja zanieczyszczeń” – one nic nie mówią. Jasno trzeba
określić normy i granice. Przykładowo, przyjąć, że
jeśli chcemy, by zmiany klimatu postępowały wol-
niej, tak, abyśmy mieli szansę się do nich adaptować,
nie możemy emitować więcej niż 2 tony dwutlenku
węgla na głowę mieszkańca. Wskaźnik ten dla świata
wynosi ponad 4 tony, dla Polski – 8 ton. To jest nasz
dystans do pokonania.
Aktywiści społeczni, działający na rzecz ochro-
ny środowiska, często atakują koncepcję eko-
rozwoju. Ich zdaniem, jest to jedynie slogan,
wykorzystywany przez duże rmy, które chcą
polepszyć swój wizerunek, nie przestając zara-
biać kosztem środowiska. Często „zazieleniają
się” one np. w Polsce czy Wielkiej Brytanii, zaś
do swoich zakładów w Afryce przenoszą prze-
starzałe, „brudne” technologie...
A. K.: Niestety, choć są firmy, które traktują śro-
dowisko w sposób odpowiedzialny, to ogólnie rzecz
biorąc tak właśnie wygląda sytuacja: przedsiębiorstwa
przedstawiają się jako zrównoważone ekologicznie
czy społecznie, bo jest to modne. Wielka Brytania
w stosunku do 1990 r. ograniczyła emisję CO
2
, li-
cząc według metodologii ONZ, o 15%. Tyle tylko,
że Brytyjczycy policzyli jedynie emisję bezpośrednio
z własnego terytorium. Jeśli doliczy się także tę przy
produkcji wyrobów, które powstały dla Brytyjczyków,
np. w Indiach, Chinach czy w Polsce, okazuje się, że
wzrosła ona aż o 19%.
Wiele organizacji ekologicznych i społecznych
krytykuje także miernik zwany Produktem
Krajowym Brutto, jako że bazuje on na trady-
cyjnym rozumieniu rozwoju, opartym na stałej
eskalacji produkcji i konsumpcji. Czy istnieją
inne, lepsze miary rozwoju cywilizacyjnego?
A. K.: Zachłystujemy się rosnącym PKB i robimy
z niego punkt odniesienia w rozważaniach, czy dany
kraj się „ucywilizował”, czy się rozwija itp. Co z tego
z bn. Anbnzr|ru ktssrnsrncìru
nozutwìt konntb MtLrc
LkOLOCIA DLA kO7WO|U
b

K
O
N
R
A
D

M
A
L
E
C
58
jednak, że osiągniemy wysokie PKB, jeśli jednocześnie bę-
dziemy musieli coraz więcej wydawać na ochronę zdrowia,
jeśli wzrost produkcji będzie się odbywał poprzez obniżenie
jakości życia? Uważam, że należy uwzględniać także inne
wskaźniki, które wyraźnie mówią, czy podążamy we wła-
ściwym kierunku, czy ten nasz PKB nie powstaje nadmier-
nym kosztem. Taką miarą jest tzw. ślad ekologiczny oraz
Wskaźnik Rozwoju Społecznego (Human Development
Index). Przynajmniej te trzy miary jednocześnie powinno
się stosować, aby określić, czy naprawdę się rozwijamy, czy
tylko rośnie dochód narodowy.
Gdy londyńczycy policzyli swój tzw. ślad ekologiczny
(obszar lądowy i wodny potrzebny do zaspokajania po-
trzeb człowieka, takich jak wytwarzanie surowców w tym
rolniczych, zamieszkiwania, przemieszczenia, pochłaniania
CO
2
, przyjmowania odpadów itp.), to okazało się, że aby
mogli utrzymać obecny standard życia, niezbędna jest prze-
strzeń dwa razy większa niż Wielka Brytania. Użytkujemy
przyrodę tak intensywnie, że nie dajemy jej szansy na zrege-
nerowanie. Ludzkość już przekroczyła pojemność systemu
życia na Ziemi – żyjemy na kredyt, który spłacać będą nasze
dzieci i wnuki.
Jaki ślad ekologiczny pozostawiają po sobie Polacy?
A. K.: Mniej więcej o połowę mniejszy niż londyń-
czycy. Rósł on szybko w PRL-u. Potem lekko spadł, jed-
nak teraz znowu zaczyna wzrastać, gdyż zaczynamy two-
rzyć społeczeństwo konsumpcyjne. Konkretnie mówiąc,
dla każdego Polaka wspomniany ślad ekologiczny wynosi
ponad trzy hektary, tymczasem aby Ziemia mogła trwale
utrzymywać ludzkość, globalna średnia powinna nie prze-
kraczać 1,8 ha.
Czy istnieje świadomość tego faktu i innych podob-
nych? Jak wygląda obecność i skuteczność wątków
ekologicznych w polskim systemie edukacji?
A. K.: Nie istnieje taka świadomość – zachowujemy
się tak, jakby Ziemia nie była skończoną fizyczną wielko-
ścią, a zasoby były nieograniczone. Jednak jest dużo róż-
nych działań, niektóre bardzo ciekawe, ale trudno ocenić,
jakie są ich wymierne, pozytywne skutki. Na pewno wśród
dzieci i młodzieży szkolnej edukacja ekologiczna przynosi
rezultaty. Lecz niestety wydają się one krótkotrwałe – gdy
dorastają, tracą wrażliwość na sprawy środowiska. Mieli-
śmy w Instytucie młodego człowieka, bardzo fajnego, do-
brze rokującego, więc inwestowaliśmy w niego. Pewnego
dnia przyszedł do mnie i mówi: „Wiesz, Andrzej, ja się po-
równuję z kolegami – oni mają samochód, dom, jeżdżą po
świecie... Wiem, że ty mi więcej nie możesz zaoferować, bo
jesteśmy organizacją pozarządową, dlatego niestety będę
musiał odejść, żeby więcej zarabiać”. I tu jest ten dylemat.
Mówi się, że bardzo zdecydowany polityczny program eko-
logiczny poparłyby nie więcej 3% społeczeństwa...
Do jakiego stopnia Polacy włączyli zalecenia wypły-
wające z idei ekorozwoju w swoje systemy wartości?
A. K.: W Instytucie na rzecz Ekorozwoju niedawno
skończyliśmy badania na ten temat. Widać w nich popra-
wę, ale główne przesłanie jest takie, że ludzie więcej wiedzą
i mogliby zrobić więcej, natomiast nie znajdują korzystnych
warunków ku temu, by zachowywać się proekologicznie.
Warunki te tworzą politycy różnych szczebli, więc wina leży
przede wszystkim po ich stronie. Proszę zobaczyć, co się sta-
ło z plastikowymi torebkami: ludzie sami zrozumieli, że nie
są korzystne. Nie jestem zwolennikiem totalnego zakazu ich
stosowania, bo gdy słyszę o zakazach, to zawsze myślę sobie,
kto będzie pilnował ich przestrzegania – w każdym sklepie
postawimy policjanta? Wydaje mi się, że lepsze jest to, co
się dzieje obecnie: duże sieci usuwają „foliówki” ze swojej
oferty, ludzie chodzą z wielorazowymi torbami, a inni to
widzą i naśladują. Tu widzę szansę na zmiany.
Z wyników badań, o których Pan wspomniał, wyni-
ka, że wielu Polaków zmieniłoby sposób życia na
bardziej ekologiczny, gdyby nie było to tak uciążli-
we – sztandarowym przykładem jest brak odpo-
wiedniej liczby pojemników do segregowania śmie-
ci. Czy w Polsce rzeczywiście tak trudno jest żyć
ekologicznie?
b

D
A
V
I
D

B
L
E
A
S
D
A
L
E
59
A. K.: Z naszych badań wynika, że władze nie zago-
spodarowały tej mentalnej zmiany, która w społeczeństwie
zachodzi. Mogłyby oferować więcej rozwiązań pomocnych,
aby ludzie żyli bardziej proekologicznie. To jest clou tych
badań, które powinni wziąć pod uwagę politycy – jak spra-
wić, by zmiana sposobu myślenia mogła przełożyć się na
rzeczywistość. Stąd na przykład, choć nie cieszy mnie, gdy
dostaję wyższy rachunek za energię elektryczną, uważam, że
bardzo ważne jest różnicowanie jej źródeł i zachęcanie do
korzystania z odnawialnych. Koniecznie przy tym trzeba się
powoływać na emisje CO
2
, zamiast ciągle akcentować, że
„zła Unia chce nas zniszczyć”, że wzrost cen, katastrofa dla
polskiej rodziny, utrata władzy przez partię, która wprowa-
dza te rozwiązania itd. Gdyby to wyjaśnić normalnie oraz
stworzyć program, który pomagałby oszczędzać energię,
wówczas opór społeczny byłby mniejszy. Bo tak naprawdę
pana czy mnie nie interesuje, jaka jest cena za kilowatogo-
dzinę, lecz to, ile mamy do zapłacenia. Jeżeli dzięki podej-
mowanym działaniom zmniejszę zużycie energii o połowę,
a w tym czasie cena energii wzrośnie dwukrotnie, to osta-
tecznie będę płacił wciąż tyle samo. A jaki jest zysk środo-
wiskowy! Pytanie tylko, czy władza stworzy mi korzystne
warunki do takiej zmiany. I to jest, jak mi się wydaje, wła-
ściwe rozwiązanie. „Przykręcamy kurek”, ale dajemy pakiet
możliwości: możesz zasięgnąć informacji, możesz skorzy-
stać ze środków funduszu, który pomoże ocieplić mieszka-
nie albo zakupić żarówki energooszczędne. Trzeba pokazać,
jak można oszczędzać energię. Tak zrobiono w przypadku
Polskiego Programu Wymiany Oświetlenia w Ełku i nagle
ludzie zobaczyli, że to się opłaca. Trzeba zagospodarować
tę ludzką chęć, a hasło „środowisko” powinno wzbudzać
zainteresowanie.
A polityka? Czy w tej sferze widać oddziaływanie idei
ekologicznych?
A. K.: Ciekawa sytuacja jest w Czechach, gdzie obec-
nie Partia Zielonych ma sześciu posłów. Bez nich nie moż-
na zbudować koalicji, więc spośród tych sześciu posłów re-
krutuje się trzech ministrów, w tym wicepremier, minister
środowiska. Natomiast w Polsce partia Zieloni 2004 nie
ma szans na przebicie. Jest tam kilku ciekawych ludzi, któ-
rzy prezentują idee ekorozwoju, ale całościowy obraz tego
ugrupowania jest niekorzystny w odbiorze społecznym, po-
nieważ są antyklerykalni i intensywnie zajmują się sprawą
mniejszości seksualnych.
Idee ekorozwoju można wcielać w życie różnymi
metodami. Niektórzy są zwolennikami wprowadza-
nia ich w drodze edukowania społeczeństwa, zda-
niem innych priorytetem powinny być odgórnie
wprowadzane i konsekwentnie egzekwowane przepi-
sy. Która metoda jest Pana zdaniem skuteczniejsza?
A. K.: To bardzo trudny i złożony problem społeczny
– nie ekologiczny i nie ekonomiczny, ale właśnie społeczny.
Najlepiej byłoby wyedukować społeczeństwo, które wybierze
mądrych polityków, a ci zastosują mądre rozwiązania, które
wszystkich nas, biznes i obywateli, zmuszą do zachowań przy-
jaznych dla środowiska. Takiego idealistycznego wyobrażenia
zapewne jednak nie da się w pełni zrealizować. Edukacja na
pewno jest ważna, ale często stanowi wytrych, ucieczkę, na
zasadzie „jak nie wiemy, co zrobić – edukujmy”.
Wydaje mi się, że znacznie więcej daje współpraca
biznesu z organizacjami ekologicznymi, pokazywanie eko-
nomicznych skutków złych rozwiązań i pozytywnych efek-
tów związanych z wprowadzaniem tych proekologicznych.
Jeżeli rozmawiamy z kimś, kto twierdzi, że jest odpowie-
dzialnym biznesmenem, to trzeba mieć świadomość, jakie
z jego działalnością wiążą się tzw. koszty zewnętrzne. Wtedy
możemy mu powiedzieć: „zaraz, kochany, ty sobie produ-
kujesz i nie liczysz kosztów zewnętrznych, ale ktoś inny je
za ciebie ponosi: choruje, źle mu się żyje, stracił miejsce do
spacerów itd.”.
Zmiany zachowań zachodzą zarówno na bazie eduka-
cji, jak i wymuszone przez reguły gry ekonomicznej, któ-
re powinny uwzględniać aspekty ekologiczne, czyli koszty
zewnętrzne. Dlatego np. należy wyeliminować antyekolo-
giczne subsydia, czyli takie, które wspierają działania groź-
ne dla środowiska, a ograniczają możliwość rozwoju roz-
wiązaniom przyjaznym. Dziś niejednokrotnie zdarza się, że
sektory, które są szkodliwe dla środowiska, dostają ulgi od
państwa, zaś te przyjazne ich nie otrzymują. Powinniśmy
działać dwutorowo: edukacja z jednej strony, budowanie
twardych reguł gry rynkowej, w której sprawy środowiska
są równoprawne z innymi – z drugiej.
Istnieje jednak wiele sektorów czy branż, które są
rentowne, nie korzystają z żadnych form wsparcia
państwowego, a ich działalność wywiera ogromny
negatywny wpływ na środowisko. Czy to właśnie
nie względy ekologiczne powinny – bardziej nawet
niż inne przesłanki, nierzadko w toku dziejów
skompromitowane – skłaniać do tego, by przyznać
władzy politycznej prawo silnego ingerowania
w mechanizmy rynkowe, aby chronić środowisko
i społeczeństwo?
A. K.: Według mnie, najlepiej regulować gospodarkę
przy użyciu instrumentów ekonomicznych, połączonych
z informacją, jakie skutki te rozwiązania mogą przynieść,
gdzie mogą być pewnym utrudnieniem i jak owe utrud-
nienia łagodzić. Zakaz jest zawsze ryzykowny. Oczywiście
zakazy bywają konieczne, ale zawsze należy się zastanowić,
czy można będzie je egzekwować.
Nasz Instytut lansował kiedyś ekologiczną reformę po-
datkową: obniżenie podatków związanych z zatrudnianiem
przy jednoczesnym wzroście podatków związanych ze zu-
żywaniem zasobów naturalnych. W budżecie pozostaje tyle
samo pieniędzy, natomiast zmienia się struktura gospodarki.
Poszukujemy właśnie takich rozwiązań, które nie wprowadza-
ją zaburzeń, ale stwarzają ekonomiczne zachęty do zmian.
Jak mogłyby wyglądać konkrety w tej kwestii?
A. K.: Swego czasu w Szwajcarii zaproponowano
wprowadzenie podatku od zużycia benzyny. Po ustaleniu
tego, jakie średnie zużycie paliwa uznane zostanie w da-
60
nym roku za właściwe, pieniądze miały być zwracane tym,
którzy go nie przekroczyli, w ramach rocznego rozliczenia
podatkowego. Ten pomysł nie został do końca wdrożony,
a szkoda. W Norwegii był projekt, aby przy zakupie samo-
chodu pobierano kaucję za to, że będzie on potem recyklin-
gowany. Kaucja byłaby zwracana po odstawieniu zużytego
samochodu na właściwe miejsce; oczywiście przy sprzedaży
auta automatycznie przechodziłaby na nabywcę.
Samo podwyższanie czy wprowadzanie nowych opłat
nie wystarczy, musi być coś za coś. Jeśli ogranicza się wjazd
autem do centrum miasta, np. poprzez brak miejsc parkin-
gowych czy opłaty (jak zrobiono w Londynie), ale jedno-
cześnie istnieje bardzo sprawny transport publiczny, to lu-
dzie to zaakceptują. Gdy transport publiczny funkcjonuje
kiepsko, a wprowadzamy takie ograniczenie, to jest to błąd.
Podobnie powinno być z akcyzą na paliwo. Powinniśmy
postawić na lepszy transport kolejowy, a dopiero potem
zastanawiać się nad ograniczaniem ruchu samochodowego,
np. poprzez podnoszenie akcyzy – wówczas ludzie już będą
mieli sprawną alternatywę wobec motoryzacji.
Jako sprawny ekonomiczny instrument ekorozwoju
przedstawiany jest także handel uprawnieniami do
emisji.
A. K.: Jest on dobrym rozwiązaniem, pod warunkiem,
że zostanie rozsądnie skonstruowany. System obowiązu-
jący w latach 2005-2007 w Unii Europejskiej okazał się
fiaskiem, natomiast ten istniejący w USA funkcjonuje już
30 lat z całkiem niezłym skutkiem. Istotne jest tu wspar-
cie administracyjne: ustalamy dopuszczalną wielkość emi-
sji i administracja albo rozdaje uprawnienia konkretnym
podmiotom, albo organizuje aukcję, ale wyjście jest od
wspomnianego limitu. Bardzo ważne jest, aby odpowia-
dał on potrzebom systemów zachowania życia na Ziemi,
nie był jedynie efektem ugody społecznej: inwestor mówi
tyle, urzędnicy – tyle, więc się dogadują i wychodzi coś po-
środku. Tak nie może być, a było tak przy ustalaniu norm
zanieczyszczenia powietrza czy wód. Wychodzono z normy
ustalonej na podstawie badań naukowych, następnie prote-
stował przemysł, więc dochodziło do ugody: można wypu-
ścić np. 10, a nie 8 ton zanieczyszczeń.
A jaka jest rola nowych technologii?
A. K.: Do technologii należy podchodzić z pewną roz-
wagą i dystansem. Na pewno wiele rozwiązań technologicz-
nych może w znaczącym stopniu przyczynić się do popra-
wy stanu środowiska, ale trzeba jednocześnie uważać, by
nowe rozwiązania nie przyniosły efektów ubocznych. To, że
auta będą spalały 1 litr benzyny na 100 km, nie musi wcale
oznaczać mniejszej emisji, bo skoro użytkowanie samocho-
dów będzie tańsze, ludzie będą mogli jeździć więcej. Tańsze
użytkowanie poskutkuje też tym, że więcej osób kupi samo-
chód, a co za tym idzie – więcej przestrzeni zostanie zajętej
i będziemy mieli mniej terenów zielonych, które kumulują
węgiel i przyczyniają się do zmniejszenia efektu cieplarnia-
nego. A przecież wyszliśmy od tego, że oto powstał wspa-
niały samochód, który tak mało spala!
Często przeciwnicy ochrony środowiska argumentują,
że „ekologia to luksus, na który stać bogatych”. Twier-
dzą oni na przykład, że jeśli Polska wprowadzi zbyt
daleko idące ograniczenia emisji dwutlenku węgla,
zakończy się to problemami gospodarki i rynku pracy.
A. K.: Spójrzmy na to inaczej: czy stać nas na koszty
zaniechania działań? Można by tak myśleć, gdyby skutki
zmian klimatu miały w ogóle nie dotyczyć Polski, ale Zie-
mia jest jedna i dotkną one każdego. Jeśli my nie podejmie-
my działań, to jakie mamy prawo żądać tego od innych?
Oczywiście trzeba tu rozważyć nasz interes i powiedzieć, że
niektóre rozwiązania są niesprawiedliwe, jeśli je odnieść do
tych nałożonych na inne państwa, jak to ma miejsce choćby
w przypadku pakietu energetyczno-klimatycznego. Całko-
wicie nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że ekologia
jest tylko dla bogatych – ciągle rosną skutki środowiskowe
dla biednych, które wywołują w dużej mierze bogaci. Jeśli
nie będziemy temu przeciwdziałać albo zrobimy to z opóź-
nieniem, ten proces będzie się pogłębiał.
Po akcesji do Unii Europejskiej przyrodzie Doliny
Rospudy nie można było już zrobić tego, co uczynio-
no na Górze św. Anny, bo Bruksela zablokowała to,
co na pozwoliłby polski rząd. Ale z drugiej strony to
właśnie dzięki wspólnotowym środkom możliwych
będzie wiele inwestycji, które zaszkodzą przyrodzie.
Wychodzimy na plus czy na minus?
A. K.: Zdecydowanie na plus, mimo tej sprzeczności.
Unia finansuje drogi i wspiera transport nieprzyjazny środowi-
sku, ale z drugiej strony gwarantuje nam pewne cywilizacyjne
minimum, np. budowę oczyszczalni, narzuca proekologiczne
rozwiązania w gospodarce odpadami czy kontrolowanie che-
mikaliów, czyli dyrektywę REACH. Wszystko to długo by u
nas nie miało miejsca, gdybyśmy nie byli w Unii.
A skąd się biorą te wspomniane sprzeczności?
A. K.: To konflikt interesów. Duże przedsiębiorstwa są
zainteresowane kontynuowaniem pewnej drogi rozwoju i blo-
kują niektóre rozwiązania, np. sprzyjające ochronie klimatu.
Jestem przerażony, że celem naszej polityki transportowej jest
budowa dróg. Celem polityki transportowej powinno być za-
pewnienie transportu w takich ramach, jakie nam wyznacza
układ przyrodniczy, gospodarczy czy społeczny. Każdy z nas
powinien mieć zaspokojone pewne potrzeby. Mnie interesuje,
żebym mógł spokojnie dojechać z Warszawy do Łodzi w racjo-
nalnym czasie. Niestety, lobby chcących budować i zarabiać
na tym, blokuje wiele rozwiązań i narzuca swoje, np. wmawia
nam, że budowa dróg jest celem, a nie środkiem. Tymczasem
celem jest sprawne przemieszczanie się – jeśli transport ko-
lejowy zapewni przy podobnych nakładach szybszą podróż,
przy mniejszym obciążeniu środowiska, to budowa dróg traci
rację bytu z każdego racjonalnego punktu widzenia.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 11 czerwca 2008 r.
61 TLOkIA W PkAkTYCL
ktnìokt 8LuurnrrLb
W średniowieczu cystersi byli w awangardzie postę-
pu w rolnictwie i rzemiośle. Dzisiaj możemy się od nich
uczyć... prowadzenia handlu internetowego. A także zdoby-
wania pieniędzy na działalność społeczną, bo przecież mnisi
dążą do osiągania wyższych celów, a nie – wyższych zysków.
Wielosetletnią chlubą zakonu jest samowystarczalność
poszczególnych klasztorów. Ponieważ tradycyjne źródła do-
chodów nie zawsze wystarczają, często muszą one szukać in-
nych pomysłów. Właśnie nad tym łamał sobie głowę ojciec
Bernard (z wykształcenia astrofizyk), główny intendent cy-
sterskiego opactwa w Sparcie w zachodnim Wisconsin, gdy
w jego drukarce skończył się toner. Zamierzał zamówić nowy,
jednak gdy zaczął szperać w Internecie w poszukiwaniu ko-
rzystnych ofert, zszokowały go ogromne narzuty większości
sprzedawców. Szukał więc dalej, aż odkrył, że produkt ten
można kupić także po normalnych cenach – od niezależnych
producentów. Doznał objawienia: przecież nie tylko on nie
znosi przepłacać! Szybko wyciągnął z tego logiczne wnioski.
Opactwo nawiązało kontakt z kilkoma producenta-
mi i założyło www.lasermonks.com – internetowy sklepik
z tonerami i kartridżami o połowę tańszymi niż u konku-
rencji. Początkowo mnisi chcieli sprzedawać je szkołom,
kościołom i innym podmiotom nie nastawionym na zysk,
łącząc przyjemne z pożytecznym – zdobywanie środków na
zaspokajanie swoich skromnych potrzeb i działalność cha-
rytatywną z umożliwianiem innym inicjatywom dokonania
znacznych oszczędności.
Przedsiębiorcy przekonali ich jednak, że ofertę powin-
ni skierować także do biznesu, który ma szczególnie duże
zapotrzebowanie na tego rodzaju produkty. – „Powiedzie-
li nam: słuchajcie, przecież jesteście mnichami, od zawsze
cieszycie się reputacją godnych zaufania, a wasze pro-
dukty uważane są za najlepsze. Teraz oferujecie je po
najlepszych cenach. Gdy ludzie o was usłyszą, decyzja
będzie dla nich oczywista. Dlaczego ktokolwiek miałby
przepłacać, skoro świetne produkty można kupić taniej,
od mnichów, którzy zyski przeznaczą na pomoc potrze-
bującym?” – wspomina o. Bernard.
W 2002 r., gdy interes ruszył, przychody ze sprzedaży
wyniosły zaledwie 2 tys. dolarów. Jednak informacja o nie-
typowym przedsięwzięciu szybko się rozchodziła dzięki
profesjonalnej strategii marketingowej, ale także zwykłą
pocztą pantoflową. Już w 2004 r. przychody wzrosły do 2,4
mln dolarów, a rozwój sklepu zaczął mnichów przerastać –
ich reguła zakonna, módl się i pracuj, na pierwszym miejscu
stawia przecież kontemplację.
Opatrzność jednak nad nimi czuwała: dwie kobiety
prowadzące działalność w tej samej branży, zaintrygowa-
ne niezwykłym opactwem, bezinteresownie zaoferowały
pomoc. To, co miało być kilkutygodniowym wolontaria-
tem, ostatecznie przerodziło się w przyklasztorną firmę,
która zajmuje się m.in. kontaktami z dostawcami, obsłu-
gą klientów, księgowością i wszelkimi innymi „kwestiami
technicznymi”. Dzięki temu sklep może się rozwijać, stale
zwiększając dochody i asortyment (obecnie obejmuje on
wiele produktów biurowych, a nawet palmtopy), a mnisi,
którzy wytyczają strategiczne kierunki jego działania – po-
zostać mnichami.
Źródłem sukcesu były nie tylko atrakcyjne ceny. Za-
kupy w cysterskim sklepie mają również wymiar moralny.
Wszelkie środki pozostałe po opłaceniu niezbędnych
kosztów „laserowi mnisi” przeznaczają na rozmaite
cele społeczne – od stypendiów dla niezamożnych
uczniów z Wisconsin, poprzez wspieranie kliniki dzie-
cięcej w sąsiedniej Minnesocie, aż po edukację sierot
i „dzieci ulicy” w Wietnamie. Również sama witryna
internetowego sklepu jest dość niezwykła. Za jej pośred-
nictwem można m.in. kupić wypiekane przez mnichów
ciasteczka dla psów (10% ich ceny stanowi darowizna
na szkolenie psów-asystentów, pomagających niepełno-
sprawnym), kawę, z której wpływy zasilają bezpośred-
nio rodzinne gospodarstwa w ubogich krajach, a także
rozmaite produkty innych wspólnot zakonnych. Moż-
na tam ponadto poprosić mnichów o modlitwę w okre-
ślonej intencji, a nawet przeczytać komiks rysowany przez
samego opata, o. Roberta.
Sukces przedsięwzięcia o. Bernard tłumaczy następują-
co: „Prozaiczne zakupy udało nam się zamienić w podnoszące
na duchu przeżycie. Korporacje tego nie oferują”. Podkreśla,
że zakonne zasady przekładają się na jakość usług – przykła-
dowo, nakaz gościnności sprawia, że klienci są traktowani
tak osobiście, jak tylko to możliwe.
Cystersi ze Sparty chcą, by ich pomysły na prowa-
dzenie biznesu stały się inspiracją dla innych podmio-
tów nie działających dla zysku, jak szkoły, fundacje
charytatywne czy kościoły („lepiej samemu zarabiać niż
żebrać o wsparcie” – wyjaśniają). Ich marzenie zaczyna
się spełniać – o. Bernard zdradza, że coraz częściej dostaje
telefony z innych klasztorów, z prośbą o pomoc w przygo-
towaniu biznesplanu. Niejako przy okazji, przedsiębiorczy
zakonnicy przełamują silnie zakorzenione stereotypy – wie-
lu ludziom mnisi kojarzą się wyłącznie z łysymi i bosymi
mężczyznami, przepisującymi stare manuskrypty w ciem-
nych i wilgotnych celach. Ich wspólnota pokazuje, że gdy
głowa przebywa w świecie niezmiennych wartości, stopy
niekoniecznie przestają twardo stąpać po ziemi.
Karioka Blumenfeld
kLAS7TOk LkY TLCHNO
62 CHWILA ODDLCHU
Ortodoksyjny chasyd znalazł się w samym oku
politycznego cyklonu. I na przekór wszystkiemu
usiłował odbudować żydowski świat.
|oLtn1t Wnoúskt
kO78ITL TA8LICL
29 września 1990 r., w Jom Kippur, pamiątkę
grzechu bałwochwalstwa i pojednania z Wiekuistym,
w stołecznej Synagodze Nożyków mają Żydzi praw-
dziwy Sądny Dzień. Świątynia pełna jest dyplomatów
i zagranicznych turystów pielgrzymujących śladami
przodków. W przerwie modłów rabin Zew Wawa
Morejno znienacka ogłasza cherem – klątwę na bez-
bożników. Cytuje przepis Tory – „W dniu, gdy stałeś
opodal, w dniu, gdy obcy rabowali jego mienie i cudzy
przybyli do wrót jego... również ty jesteś jako jeden
z nich” (Owadiasz 1, 11), pozwalający zerwać nabo-
żeństwo skrzywdzonemu, jeśli uczestniczą w nim jego
krzywdziciele.
Oficjele Związku Religijnego Wyznania Moj-
żeszowego w Polsce, w przytomności ambasadora
Izraela, nie szczędząc szturchańców wywlekają star-
ca ze świątyni. Skandal porusza do żywego społecz-
ność polskich Żydów, odbija się też gromkim echem
w światowej prasie żydowskiej.
Dwa lata wcześniej („Polityka” 26/1988) opi-
sałam, jak ówczesne władze Łodzi w „interesie
społecznym” zlikwidowały rzekomy pustostan po
czasowo nieobecnym w kraju rabinie. I barbarzyń-
sko obeszły się z zabytkowymi przedmiotami litur-
gicznymi, bezcenną biblioteką i archiwum Gminy
Żydowskiej.
Rabin wrócił właśnie do kraju – wcześniej przez
6 lat, bez podania przyczyn, odmawiano przedłu-
żenia ważności jego polskiego paszportu. Wysoki,
szczupły 77-latek z długą siwą brodą i skręconymi
w rurki pejsami, z czarnymi oczami skrytymi pod
krzaczastymi brwiami i szerokim rondem atłasowego
kapelusza. Gnieździ się z żoną w wynajętej kawalerce
w centrum stolicy, skąd blisko do drzwi urzędów, od
których zależy dalszy jego los. Swoim nieoczekiwa-
nym entrée Morejno wraził kij w mrowisko. Żąda
bowiem, by przywrócić mu stanowisko i wypłacić
odszkodowanie za zniszczone mienie. Oznacza to,
że żarzący się podskórnie konflikt, przez wielu z nie-
kłamaną ulgą odłożony przed laty ad acta, ponownie
wypływa na powierzchnię.
Rabin
Zew Wawa Morejno, nazywany „Morejnu” (heb. „Nasz
Nauczyciel”), to ostatni polski chasyd. Urodził się 24
marca 1916 r. w Warszawie w chasydzkiej rodzinie.
Religijną edukację pobierał w Baranowieżach i sław-
nych jesziwach w Mirze i Kamieńcu Podolskim. Już
jako 17-latek uznany za genialnego znawcę Talmudu,
uczył studentów w Chiduszei Harim – warszawskiej
jesziwie chasydów gerskich (z Góry Kalwarii, zwanej
po hebrajsku Ger). Na początku 1939 r. uzyskał sim-
chę (ordynację rabinacką) i objął funkcję rabina w Zu-
pranach (obecne pogranicze Białorusi i Litwy).
Po wybuchu wojny, w getcie w Oszmianie nadal
pełnił funkcję rabina, podobnie w getcie w Wilnie,
dokąd wywieziono wszystkich Żydów oszmiańskich.
Nawet gdy we wrześniu 1943 r. trafił do obozu kon-
centracyjnego Klooga w Estonii, ani na chwilę nie za-
niechał swych obowiązków. Już wtedy krążyły legendy
o jego bezkompromisowej wierności nakazom religii.
W straszliwych warunkach obozu nadal przestrzegał
zasad koszer i święcił szabat. Likwidując obóz przed
ofensywą Rosjan, pod koniec września 1944 r. Niem-
cy wymordowali około 2 tys. Żydów. Zaledwie 85
osób ocalało, uciekając do okolicznych lasów; wśród
nich Morejno.
Dociera do niezniszczonej Łodzi. Pustkę po 380
tys. zamordowanych Żydów polskich i europejskich
wypełniają niedobitki z kresowych sztetl, zasymilo-
wana inteligencja, przemysłowcy i Żydzi-komuniści
popierający nowe porządki. W tym buzującym kotle
usiłował żeglować ortodoksyjny chasyd, trzymając się
Tory jak steru.
Żyją jeszcze ludzie pamiętający jego charaktery-
styczną, bardzo wysoką i smukłą sylwetkę w spodi-
ku (chasydzkiej czapie z lisiego futra) i obowiązko-
wym czarnym surducie, przemierzającą codziennie
trasę między Biblioteką Miejską, gdzie pracował,
a ulicą Zachodnią 78, gdzie mieścił się sztibl (dom
modlitwy), opodal pustego placu po jednej z naj-
większych w Europie synagog, wysadzonej w po-
63
wietrze przez Niemców w 1939 r. To wtedy, wówczas
trzydziestolatek, zakochał się z wzajemnością w bardzo
młodej uczennicy, wojennej sierocie z żydowskiej bursy
i chciał się żenić, ale zarząd bursy nie pozwalał. Wziął
się tedy na sposób godny zakochanego chasyda, porwał
pannę Fejgę i wzięli ślub.
Nowy wspaniały świat
Obok wiekopomnego dzieła Ireny Sendlerowej, „Żegoty”,
tysięcy aktów zwykłej ludzkiej przyzwoitości, szły w parze
mordy na Żydach dokonane przez Polaków, donosiciel-
stwo, grabież mienia i szmalcownictwo. Ciąg dalszy nastą-
pił po wojnie. Gdy ocaleni Żydzi wracali do swoich siedzib,
zastawali je w rękach dawnych sąsiadów. Ci, przerażeni
niespodziewanym powrotem prawowitych właścicieli, mie-
li sto powodów, żeby źle życzyć Żydom i odegrali niemałą
rolę w powojennych zbrodniach.
Wrogość ta zyskała dodatkowe usprawiedliwienie
w powszechnym, choć błędnym przekonaniu o nadrepre-
zentacji Żydów w aparacie stalinowskiego terroru. Bez-
pieka umacniała nadzór nad rozmaitymi środowiskami
rzeczywiście lub potencjalnie opozycyjnymi. Tworzenie
swoistych „piątych kolumn”, instalowanie konfidentów,
pacyfikowanie krnąbrnych – stosowano także wobec or-
ganizacji religijnych. O ile jednak sekowanie kleru i wy-
zuwanie z mienia Kościoła rzymskokatolickiego wzmaga-
ło powszechną nienawiść wobec „żydokomuny”, to gdy
sprzyjała ona, a nawet inicjowała niszczenie obiektów
kultury i religii prawosławnej, protestanckiej czy żydow-
skiej – spotykało się to w najlepszym razie z obojętnością
znacznej części społeczeństwa.
Także powojenny Związek Religijny Wyznania Moj-
żeszowego znalazł się pod kontrolą bezpieki. Wyjątkowo
złą pamięcią zapisał się pierwszy powojenny świecki pre-
zes łódzkiej Kongregacji, niejaki Jabłko oraz bracia Gerson.
Wprawieni w konfidenckiej robocie z Niemcami, wsławili
się licznymi szwindlami na szkodę własnych ziomków.
Tak oto ortodoksyjny chasyd znalazł się w samym oku
politycznego cyklonu. I na przekór wszystkiemu usiłuje od-
budować żydowski świat. Już wiosną 1945 r. zakłada i zo-
staje rektorem „Wyższej Szkoły Rabinicznej Netzach Izrael
imienia Gaonów i Świętych Męczenników Poległych na
Poświęcenie Imienia Wiekuistego w PRL”, która ma ponad
200 studentów. Rozwija energiczną działalność socjalną
i opiekuńczą wobec ocalałych Żydów, szczególnie osieroco-
nych dzieci, organizuje szkolnictwo żydowskie wszystkich
szczebli. I wywołuje konflikty.
Z jednej strony sprzeciwiał się jakimkolwiek próbom
asymilacji ze społeczeństwem polskim i apodyktycznie
tępił odstępstwa od ścisłego wypełniania nakazów reli-
gii. Doprowadziło go to do ostrego sporu z dr. Dawidem
Kahane, przewodniczącym Naczelnej Rady Rabinicznej

(najwyższy żydowski sąd religijny), optującym za dosto-
sowanym do współczesności stosowaniem zasad judaizmu
w życiu codziennym i bardzo krytycznym wobec izolo-
wania się społeczności żydowskiej. Z drugiej – walczy ze
szwindlami łódzkiej Kongregacji i nieustannie bruździ
władzy ludowej.
A do tego jeszcze narastająca po pogromach atmosfera
zastraszania Żydów, skutkująca falą emigracji. W 1947 r.
wyjeżdża ówczesny Naczelny Rabin Polski, Ber Percowicz.
Morejno energicznie sprzeciwia się wyjazdom, uważa je za
zdradę polskiej ojczyzny. Znów ma przeciw sobie więk-
szość rabinów. Mimo oporów, jakie budzi jego nieprze-
jednany fundamentalizm, w 1947 r. łódzka Kongregacja
wybrała go Naczelnym Rabinem Miasta Łodzi. Nie mogąc
przeszkodzić temu wyborowi, bezpieka czym prędzej zain-
stalowała mu swoich konfidentów jako zastępców: dokto-
ra Libo i niejakiego Grynblata, sprowadzonego specjalnie
z Legnicy (siedziby Naczelnego Dowództwa Armii Czer-
wonej w Polsce).
Po powstaniu Państwa Izrael emigracja żydowska przy-
brała na sile, napędzana szantażami bezpieki i szmalcowni-
ków uwłaszczających się na mieniu emigrantów. Większość
powstałych po wojnie lub reaktywowanych żydowskich insty-
tucji gospodarczych, religijnych i społecznych została zlikwi-
dowana w latach 1949-50. Pozostały nieliczne, koncesjono-
wane. Prowadzona przez Morejnę uczelnia niemal in corpore
przeniosła się do Izraela. Tylko rabin zostaje. Ku utrapieniu
bardziej liberalnych religijnie Żydów, działaczy ZRWM, nie
mówiąc o stalinowskiej władzy. Bo Wawa Morejno był jak...
...gwóźdź w bucie
Już w 1952 r. władze PRL usunęły go ze stanowiska po
awanturze, jaką wywołał, gdy zmniejszano łódzki cmentarz
żydowski (największy w Europie), by poszerzyć ulicę. Hałas
na świecie się zrobił i rabin wrócił. Przetrwał do odwilży
1956 r. i w czerwcu, na Ogólnopolskim Zjeździe Kongre-
gacji Gmin Wyznaniowych Żydowskich, został wybrany
Naczelnym Rabinem Polski.
Przejmował urząd po kolejno emigrujących poprzedni-
kach. Tylko kwestią czasu było jego spacyfikowanie. A zna-
lazł się oko w oko z Izaakiem Frenkielem, który z poręki
bezpieki otrzymał stanowisko Prezesa Zarządu Krajowego
ZWRM. Przepchnął on niezgodną z prawem żydowskim
„drobną” zmianę w statucie Związku. Pojawiła się w nim
klauzula, że „rabin jest angażowany przez Zarząd Krajowy na
podstawie zwykłej umowy o pracę i może być przezeń usunię-
ty zgodnie z ogólnymi przepisami kodeksu pracy”. Czyli Na-
czelny Rabin stał się zwykłym najemnym pracownikiem.
A jako najmita, Morejno prędko stracił „angaż”, bowiem
„nie dawał rękojmi należytego wypełniania obowiązków,
a w opinii większości, stawiane przezeń wymagania w spra-
wach przestrzegania Halachy były zbyt surowe”.
Bo dla Morejny to, co działo się w świecie realnym,
nie było rzeczywistością – ta trwała w świętych księgach. To
tak, jakby on chciał teraz i tutaj handlować tym lnem, co
on był sześćdziesiąt razy tańszy w Naharii niż w Jerozolimie
za czasów Cyrusa Wielkiego. Jeśli świat realny nie przystaje
do Księgi – tym gorzej dla świata.
W efekcie już na początku 1957 r. Morejno został
pozbawiony wszystkich stanowisk. ZRWM nie uznaje
w nim zwierzchnika religijnego. Dla władz staje się osobą
„nielegalnie posługującą się tytułem Naczelnego Rabina
Polski”. Urzędy nękają jego rodzinę nakazami płatniczy-
mi. Wbrew istniejącemu od 1946 r. tzw. powództwu wza-
64 CHWILA ODDECHU
jemnemu, mocą którego lokale użytkowane przez gminy
żydowskie zwolnione są od opłat, jako forma ekwiwalentu
za przejęcie przez państwo bez odszkodowania nierucho-
mości należących do gmin żydowskich przed wojną. Za-
ległości rosną, a rabin swoje: gmina żydowska ma obo-
wiązek utrzymywać mieszkanie i kancelarię rabina, który
nie ma prawa mieć żadnych innych źródeł zarobkowania,
poza stypendium z jej kasy, pokrywającym najskromniej-
sze życiowe potrzeby jego rodziny. Nie przyjmuje do wia-
domości usunięcia go z urzędu.
Frenkiel, wtrąćmy – zapisał się w pamięci także tym, że
wyemigrował w 1966 r. wraz ze zrabowaną kolekcją srebr-
nych judaików, które potem pojawiały się na światowych
aukcjach. Międzynarodowa społeczność Żydów, w tym naj-
większe autorytety wśród rabinów, potępiła Frenkiela, nad
którym odbył się nawet oficjalny sąd rabiniczny. Uznany
został winnym wielu przestępstw, w tym pozbawienia pol-
skich Żydów należytej opieki religijnej, skutkiem wyszczu-
cia z urzędu Wawy Morejno.
Persona non grata
A ten dalej uporczywie zatruwał życie władzy. Zasypywał
urzędy tonami skarg, że znowu gdzieś obraca się w perzynę
starą synagogę, albo żydowski cmentarz zamienia w boisko.
W latach 1958-59 Morejno protestuje wniebogłosy prze-
ciw likwidacji najstarszego cmentarza żydowskiego w Łodzi
przy ul. Wieńcowej, który, może przez zagapienie, nawet
hitlerowcy zostawili w spokoju, a pochowano na nim ongiś
bardzo świętych gaonów i zasłużonych rabinów. W 1964 r.
znów podniósł gwałt, gdy Minister Gospodarki Komunal-
nej, Władysław Mijal, wydał okólnik o likwidacji cmenta-
rzy żydowskich, jeśli po 20 latach użytkowania grobu nikt
nie opłaci przedłużenia pozwolenia.
W 1967 r., w samym środku wojny sześciodniowej
i już narastającej moczarowskiej ofensywy propagandowej,
Morejno – o święta naiwności! – złożył rządowi memoran-
dum „Problem bliskowschodni w świetle Pisma Świętego”,
w którym wyłuszczał racje oczywiście proizraelskie i anty-
arabskie.
Ale nieodwołalnie podpadł w 1968 r. Walka o władzę
rozgrywana „kartą żydowską” trafiła na bardzo podatny
grunt. Mnóstwo ludzi już na własną rękę, lokalnie i zza wę-
gła, załatwiało prywatne porachunki i interesy. Wypełzły na
powierzchnię drzemiące upiory, co zaowocowało exodusem
ponad 20 tys. Żydów. Ciasno zrobiło się nawet Polakom ży-
dowskiego pochodzenia, dwa albo trzy pokolenia temu za-
symilowanym, chowanym na Sienkiewiczu, tradycji Nocy
Listopadowej, walczącym w Powstaniu Warszawskim.
I znowu rabin śle protesty przeciw oszczerczym kam-
paniom propagandowym i wymuszaniu emigracji Żydów:
do władz, do gazet polskich i zagranicznych (gdy Bernard
Margueritte, wżeniony w Polskę korespondent „Le Figaro”
poprosił o wywiad, SB go aresztowała, na jego miejsce pod-
stawiając agenta – Morejno wyrzucił go za drzwi). Apelo-
wał do prymasa Wyszyńskiego, po tym, jak w kościołach
odczytano 3 maja 1968 r. list Episkopatu w sprawie wyda-
rzeń marcowych. Pisał m.in. „dziękując za szlachetne słowa
w obronie uciśnionych /.../ należałoby jeszcze życzyć sobie, by
zostały wypowiedziane w niezawoalowanej i więcej wyrazistej
formie, bo nie wiadomo, czy dociera to do społeczeństwa pol-
skiego, że ostre potępienie rasizmu dotyczy właśnie oczernianej
w czambuł, prześladowanej obecnie i bezbronnej ludności ży-
dowskiej naszego kraju /.../”.
Tego było już za wiele. Morejnie wytoczono sprawę
karną o „wyrządzanie poważnych szkód interesom PRL”,
po czym wsadzono do szpitala psychiatrycznego, czemu
łódzka Kongregacja skwapliwie przyklasnęła. Wydostał się
zeń dopiero po interwencjach z zagranicy.
W końcu się udało. Ostatni żydowski duchowny zo-
stał skutecznie usunięty z Polski. W 1973 r., na zaproszenie
amerykańskich chasydów Ger wyjeżdża z rodziną do No-
wego Jorku.
Jego przyjaciel powie: „Najgorsi nawet wrogowie nie
podważali jego granitowej uczciwości osobistej, ogromnej wie-
dzy religijnej, znajomości języków, całkowitej obojętności dla
dóbr doczesnych. Znali go wszyscy i wszyscy umyli ręce”.
Wyjechał, ale nie opuścił kraju. W latach 1973-1980
przyjeżdżał na kilka miesięcy. Wciąż próbował coś napra-
wiać, o coś się upominać. Ale ruchome piaski wypełniły po
nim miejsce. Wielu miało nadzieję, że na zawsze.
Na śmietniku
Trzy lata po wyjeździe Wydział Spraw Lokalowych Urzędu
Miasta Łodzi wystąpił do sądu o eksmisję Morejny, upra-
womocnioną w 1978 r. Przez 10 lat nic się nie dzieje. Po
stanie wojennym rabin ma już zablokowany paszport.
65
Znienacka w grudniu 1987 r. mieszkanie po nim (170
m
2
w imperialistycznej kamienicy przy Al. Kościuszki 53)
zapragnął posiąść Mirosław Czesny, od 1 stycznia 1988 r.
pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego. Sąd Rejono-
wy Łódź-Śródmieście ekspresowo uznaje je za pustostan,
samego rabina zaś za trwałego emigranta i zarządza eksmi-
sję. Po jej zakończeniu na koszt podatników przeobrażono
lokal w luksusowy apartament.
W międzyczasie prezydent Łodzi powiadamia o plano-
wanej eksmisji i apeluje o przechowanie judaików, doku-
mentów i księgozbioru rabina do Zarządu Łódzkiej Kon-
gregacji, Biblioteki Miejskiej, Ośrodka Badań i Dokumen-
tacji Zabytków, Muzeum Historii Miasta Łodzi, Żydow-
skiego Instytutu Historycznego, Archiwum Państwowego.
Nikt nie zareagował. Eksmisję przeprowadzono w dniach
10-14 maja 1988 r.
Protokół eksmisyjny rejestruje: 157 parcianych wor-
ków z 5970 książkami w hebrajskim i jidysz; 9 worków
z 529 książkami innymi; 9 worków z „makulaturą”; 1 worek
z dokumentami i 1 worek – srebrne przedmioty liturgiczne.
Worki z książkami i dokumentami trafiają do wilgotnych
piwnic – magazynów PGM.
Jednak lwia część dobytku rabina wyrzucona z II piętra
przez okna, trafia na śmietnik w podwórku kamienicy, gdzie
stróż pali „śmieci”. Przypadkowym świadkom udaje się ura-
tować m.in. egzemplarz recenzyjny książki „Stary Cmentarz
Żydowski w Łodzi. Dzieje i zabytki” z 1938 r. (do tej pory
znane były jedynie cztery egzemplarze), modlitewniki i mo-
siężną pieczęć do pieczętowania rytualnie ubitego bydła,
rodały (zwoje) Tory, kompletne archiwum Gminy łódzkiej,
w tym tajne archiwum z czasów okupacji, księgi kahalne
urodzeń i obrzezań z całej Polski po 1945 r., korespondencję
Morejno z Gomułką, Moczarem i Cyrankiewiczem, mnó-
stwo fotografii, plakaty, w tym pisane ręcznie po hebrajsku,
wreszcie tomiki poezji opisującej Zagładę.
Zrobił się hałas na cały świat. Komitet Wojewódzki
z magistratem do spółki przyrzekają komisję pod nadzorem
prokuratora do zbadania sprawy, a 25 maja 1988 r. składają
uroczystą obietnicę, iż rabin, jeśli zechce wrócić do Polski,
otrzyma „lokal zastępczy”. Zapewniają, że „mienie rabina
jest należycie zabezpieczone w odpowiednim miejscu” oraz że
„nieprawdą jest, jakoby eksmisję przeprowadzono niedbale,
niszcząc dobytek oraz że przeprowadzono ją niezgodnie z pra-
wem. Nakaz wydało Ministerstwo Administracji Publicznej
w Warszawie”.
Już 14 maja Konsulat RP w Nowym Jorku otrzymuje
list protestacyjny (pozostawiony bez odpowiedzi) i pierwsze
rewindykacyjne pismo procesowe Zew Wawy Morejno.
25 maja Sąd Rejonowy Łódź-Śródmieście I Wydział
Cywilny rejestruje pozew o cofnięcie skutków prawnych
eksmisji i zwrot mieszkania oraz odszkodowanie. Jedno-
cześnie do sądu wpływa skarga procesowa Morejny, po-
parta pismem Departamentu Stanu, że władze polskie
bezprawnie odmawiają mu – obywatelowi Polski i USA
– przedłużenia ważności polskiego paszportu oraz wizy
wjazdowej.
Po roku, Prokuratura Rejonowa Łódź-Śródmieście od-
mawia wszczęcia postępowania przygotowawczego w spra-
wie eksmisji, gdyż „nie można mieć zastrzeżeń co do sposobu
postępowania organów administracji ani ekipy eksmisyjnej.
Niektóre rzeczy, słusznie uznane zostały przez członków ekipy
za bezwartościowe”.
Całkiem nowa Polska
sprawę zamiata pod dywan. 24 października 1990 r. wizja
lokalna w magazynie PGM ujawnia zerwanie plomb (pod-
łożone fałszywki), włamanie i grabież. Zginęły wieżyczki
rytualne – megile, cztery srebrne kielichy pesachowe, pięć
srebrnych kielichów małych. Odnotowano postępujące
gnicie książek i dokumentów.
W sądzie sprawa zastyga w bezruchu. Prasa łódzka
uszczypliwie komentuje roszczenia rabina. Morejno od-
powiada: „Krytykowanie domagania się odszkodowania robi
wrażenie antysemickiej sugestii, że jakiś Sheylock z USA żąda
forsy od zubożałej Polski. Kwestia odszkodowania nie jest isto-
tą sprawy, ponieważ zgadzamy się poczekać i rozłożyć ratal-
nie płacenie należności, wedle możliwości władz publicznych.
Najważniejsze dla nas jest przywrócenie funkcji religijnej
zdradziecko sabotowanej i przywrócenie możliwości wykony-
wania obowiązków służby dla całego społeczeństwa”.
W 1994 r. ponowna wizja lokalna rejestruje totalne
zniszczenie mienia rabina. Urząd Miasta Łodzi śle wniosek
do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i do
Muzeum Judaistycznego w Krakowie o zajęcie się pozosta-
łościami. Bez odzewu. Zainteresowanie zgłasza Ryszard Sta-
nisławski, wieloletni dyrektor Muzeum Sztuki Współcze-
snej w Łodzi. Obiecuje dać pomieszczenie dla należytego
przechowywania szczątków mienia, zobowiązuje się prze-
prowadzić fachową inwentaryzację z myślą o powołaniu
w przyszłości do życia Muzeum Judaistycznego. Wkrótce
jednak zostaje zdjęty ze stanowiska. Łódzka Kongregacja
umywa ręce: nie chcą mieć z Morejną nic wspólnego.
Monitowany przez Departament Stanu, polski mi-
nister sprawiedliwości, Adam Łopatka, interweniuje, by
przyspieszyć działanie Sądu Wojewódzkiego. Bez rezultatu.
Sprawa toczy się niemrawo. W 1998 r. biegły powołany
przez Sąd Okręgowy w Łodzi wycenił wartość jeszcze istnie-
jących, choć bardzo zniszczonych ksiąg liturgicznych oraz
innych przedmiotów, na ponad 90 tys. marek niemieckich.
Proces do dziś się nie zakończył, rabin nie otrzymał żadne-
go odszkodowania.
Nowe porządki w gminie
Gdy Morejno objawił się w Polsce jesienią 1990 r., zastał
dziwną sytuację. Od 1989 r. jako Naczelny Rabin Polski
urzęduje Pinchas Menachem (Mendel) Joskowicz, przybyły
z Izraela.
W 1986 r. rząd RFN przeznacza ekspiacyjnie 100
mln dolarów na ochronę i rekonstrukcję żydowskich po-
mników kultury i religii na terenach ongiś okupowanych
przez III Rzeszę. Zaraz potem w USA senator Ronald Lau-
der tworzy fundację z misją wspomagania życia religijne-
go, kulturalnego i pomocy socjalnej dla Żydów w krajach
Europy Wschodniej, przy pomocy owych niemieckich mi-
lionów. W Fundacji powstaje natychmiast „komitet sekcji
polskiej”, który ofiarnie podejmuje się dystrybuowania
66 CHWILA ODDECHU
środków na potrzeby polskich Żydów. Po co w Ameryce
powstał kurek pośredniczący w spływie mleka z niemiec-
kiego cycka?
Jednocześnie między Ministrem Szefem Urzędu do
Spraw Wyznań, Michałem Lorancem, a Ministrem ds. Re-
ligii w rządzie Izraela, Zwi Hammerem, trwały negocjacje
o wysłaniu na potrzeby polskiej gminy żydowskiej rabina
władającego językiem polskim. Trochę dziwne, że toczyły się
ponad głowami Zarządu Krajowego ZRWM. Szczególnie, że
w tym samym czasie twierdził on, iż „sprawa posługi rabinac-
kiej w PRL jest przedmiotem rozmów między ZRWM z upo-
ważnionymi przedstawicielami organizacji rabinów w USA”.
Co więcej, ponieważ Związku nie byłoby stać na utrzy-
manie rabina, uzgodniono, iż weźmie to na siebie Fundacja
Laudera. Tak pojawił się Joskowicz, któremu wynagrodzenie
ustalono na 6 tys. dolarów miesięcznie. Na tę okoliczność
przeprowadzono nawet zmianę statutu ZWRM, sprzeczną
z żydowskimi prawem religijnym, zakazującym pełnienia
funkcji rabina za pieniądze niepochodzące od członków
kongregacji.
Wygląda na to, że Joskowicz przybył do Polski w roli
gwaranta dla skutecznego przechwytywania przez „sekcję
polską” Fundacji owych niemieckich dolarów, z których
większość miała przypaść Polsce. Jednak prezes Zarządu
Krajowego ZRWM, Mozes Finkelstein (ongiś etatowy
pracownik UB w Legnicy), jego zastępca doc. Paweł Wild-
stein oraz dyrektor generalny biura ZRWM, Maksymilian
Sznepf, aprobują go jako Naczelnego Rabina Polski, który
nominację na urząd, prawem kaduka, otrzymał nie z nada-
nia Zjazdu Krajowego ZRWM, lecz z rąk Ministra ds. Wy-
znań. Drobiazgiem jest już fakt, że jego dyplomu rabinicz-
nego nikt na oczy nie oglądał.
Na dokładkę cadyk Wielki Gaon Jerozolimy, rabin Al-
ter (pochodzący z Góry Kalwarii), wielce szanowany auto-
rytet, oświadczył publicznie, że Joskowicza owszem zna, że
on jest Żyd ze Zduńskiej Woli, w Izraelu kupiec handlujący
konserwami czy też faszerowaną rybą, następnie wycho-
wawca w sierocińcu, ale żeby ten Joskowicz był rabin, to
on, cadyk, pierwsze słyszy. Gorzej! Już w 1981 r. Gaon Raw
Mosze Einstein, przewodniczący Agudy i rektor Wyższej
Szkoły Rabinicznej Mesivta TiferesYerushalayim w Nowym
Jorku, uchodzący za największy autorytet rabiniczny swoje-
go pokolenia, wydał werdykt, w myśl którego żaden rabin
w Polsce nie może być mianowany bez zgody Krajowego
Naczelnego Rabina, którym zgodnie z Talmudem nadal jest
Wawa Morejno. Orzekł też, że wszelkie nominacje i decyzje
polskiej Kongregacji bez aprobaty tegoż rabina są z mocy
Prawa Mojżeszowego nieważne i nikogo niewiążące.
Za sprawą „rabina” Joskowicza, dopiero co uroczy-
ście witanego, ZRWM niebawem znalazł się w kłopocie.
Ma mu za złe skłonność do politykierstwa i autoreklamy.
W światowej prasie żydowskiej wielkie poruszenie wywo-
łały wywiady, jakich na prawo i lewo udzielał. Oznajmiał
w nich, że jego głównym celem nie będzie rozbudzanie
życia religijnego polskich Żydów ani tym bardziej odbu-
dowa niezbędnych po temu instytucji. Zamierza natomiast
z pomocą Departamentu Stanu oraz międzynarodowych
organizacji żydowskich pomagać w emigracji do USA tutej-
szym Żydom i dzieciom ewentualnych prozelitów, w celu
„uchronienia szczególnie młodej żydowskiej krwi, od grożącego
wciąż antysemityzmu Polaków”. Dlatego – wywodził dalej –
emigrującym należy pozwolić wywieźć z Polski pozostałe
tu jeszcze judaika, aby „uchronić je przed zbezczeszczeniem
przez gojów i ratować z rąk komunistów”. Przy tym użył ar-
gumentów, który włożyła mu w ręce sama PRL. Miano-
wicie, że w Polsce już po wojnie uległy zniszczeniu setki
dzieł sztuki i obiektów, a za granicę wyciekło ok. 50 tys.
zabytkowych żydowskich ksiąg...
Powrót donikąd
Rabin Morejno tym pomysłom Joskowicza usiłował ener-
gicznie przeciwdziałać. Już w 1984 r. apelował do ŻIH
i PAN o ochronę niszczejących i rozkradanych judaików
oraz miejsc pamięci kultury i religii żydowskiej. Zwrócił się
też do rządu z oficjalną propozycją ubicia korzystnego in-
teresu: wykonywania (finansowanych wspólnie przez rząd
PRL i organizacje żydowskie w USA) reprintów i mikro-
filmów zabytków piśmiennictwa żydowskiego z polskich
kolekcji publicznych i prywatnych. Z jednej strony to pro-
pagowanie w świecie wiedzy o kulturze i dorobku polskich
Żydów. Z drugiej zaś – diaspora chętnie takie reprinty kupi.
To znów da środki na pokrycie posługi religijnej dla pol-
skich Żydów oraz edukację polskiego społeczeństwa. Paro-
krotnie ponawiał apele. W odpowiedzi – głucha cisza.
Przez lata domagał się przywrócenia mu stanowiska
Naczelnego Rabina Polski. Pragnął sanacji w polskiej Kon-
gregacji. Apelował do władz, by sprawy żydowskie w Polsce
pozostawiły wyłącznie jego kompetencji. Kłopot w tym,
że na stanowisku Naczelnego Rabina nie życzyły go sobie
stanowczo ani władze państwowe, ani ZRWM. Głównie
dlatego, że jego fundamentalizm wyklucza jakikolwiek
kompromis.
Co dziwi. Wszak pięć tysięcy lat doświadczenia po-
zwoliło wypracować Żydom skomplikowany, ale na ogół
skuteczny system rozstrzygania kwestii spornych między
nakazami zbyt surowego Zakonu a wymogami doczesne-
go życia. Czego najlepszym dowodem zdroworozsądkowa
tradycja zawarta w Komentarzach Rasziego, rabina żyjącego
na przełomie XI i XII w. Jest tam przypowieść o surowych
zasadach, które kazały Mojżeszowi rozbić Tablice Przyka-
zań, gdy ujrzał swój lud oddający cześć złotemu cielcowi.
I trzeźwy suplement, że rozbiwszy Tablice, Mojżesz pręd-
ko poszedł po rozum do głowy oraz po drugi egzemplarz.
Skrzętnie pozbierał skorupy i bardzo dostatnio żył z ich
sprzedaży do końca dni swoich...
Życzliwy rabinowi przyjaciel podsumowuje: „Morejnie
przytrafił się taki sam los, jak w przedwojennej anegdocie ra-
binowi z Tłuszcza albo Piotrkowa, co to biły się o niego Łódź
i Katowice. Katowice – żeby był w Łodzi. Łódź – żeby był
w Katowicach”.
Jolanta Wrońska
P. S. Rabin Morejno ostatni raz przebywał w Polsce w 2000 r.
Mieszka w Nowym Jorku, 24 marca 2008 r. skończył 92 lata. Ze
swą rabetzin przeżyli ponad 60 lat, mają dwie córki i gromadkę
wnuków i prawnuków.
67
Prof. Andrzej Bieńkowski
(ur. 1946) – malarz, etnograf, foto-
graf, badacz tradycyjnej wiejskiej
muzyki. Wykłada na Akademii Sztuk
Pięknych w Warszawie, obecnie
prowadzi pracownię malarstwa
i rysunku na Wydziale Wzornictwa.
Miał ponad sto wystaw w kraju i za-
granicą (w Danii, Szwecji, Włoszech,
Japonii, Niemczech, Szwajcarii).
Od 1979 r. dokumentuje muzykę wiejską w Polsce, a od kilku lat także
na Ukrainie. Nagrania wiejskich muzykantów wraz z książkami, lmami
i fotograami tworzą serię „Muzyka Odnaleziona”. Jest m.in. autorem książek
„Ostatni wiejscy muzykanci”, „Sprzedana muzyka” oraz lmów dokumental-
nych „Ostatni wiejscy muzykanci”, „Muzyka żydowska w pamięci wiejskich
muzykantów”, „Ukraina. W poszukiwaniu pogańskich obrzędów”. Laureat
Nagrody im. Oskara Kolberga i Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida.
Jakie funkcje społeczne spełniała tradycyjna
muzyka wiejska?
Andrzej Bieńkowski: Stosunek do sztuki, za-
równo tej ludowej, jak i „wysokiej”, jak to się teraz
określa, zmieniał się na przestrzeni stuleci. Nie zapo-
minajmy, że muzyka baroku była grana także do ko-
tleta, że opery w okresie Mozarta nie były traktowane
z taką estymą jak teraz, a w ich trakcie po prostu je-
dzono, uprawiano romanse, wymieniano uwagi. Nasz
stosunek do kultury, sposób obcowania z nią, szalenie
się zmienił. To samo dotyczy kultury wiejskiej.
Muzyka wiejska była nośnikiem tradycji. Wokół
niej kręciło się kultywowanie najważniejszego obrzędu
występującego na wsi – wesela, czyli momentu przej-
ścia w dorosłość i zmiany statusu społecznego. Ponadto,
jednoczyła pokolenia, gdyż była traktowana z jednako-
wą estymą tak przez młodych, jak i starych. Dziś jest
raczej niewyobrażalne, żeby rodzice słuchali np. metalu,
podczas gdy młodzież – Hanki Ordonówny. Trzecia jej
ważna funkcja wiąże się z popularnym powiedzeniem:
„co wieś to inna pieśń”. Każda miejscowość miała wła-
sne sposoby ozdabiania oraz inne sposoby śpiewania, po
których się wzajemnie poznawano – to było takie „logo”
wsi. Stąd wzięło się niesłychane bogactwo melodii, spo-
sobów grania, interpretacji itd. Jeśli na weselu pojawił się
muzykant z innej wsi, nie potrafiący wygrać, wyśpiewać
wszystkich charakterystycznych akcentów, mógł dostać
po łbie, dlatego skupianie się wokół „logo” było takie
ważne. U tak niezwykle silnych osobowości, jak rodzina
Kędzierskich z Rdzuchowa, chcieli się uczyć młodzi lu-
dzie z sąsiednich wsi, ale niezbyt dalekich, gdyż im dalej,
tym odmienność ich muzyki była mniej akceptowana.
Jakie wartości można odnaleźć w muzyce
ludowej współcześnie – tworząc ją lub „tylko”
słuchając?
A. B.: Nie bez powodu zacząłem od Mozarta
i baroku, kiedy grano przy ucztach, natomiast głów-
nym zadaniem nadwornych artystów, takich jak Ve-
lázquez, nie było przecież malowanie arcydzieł, lecz
ozdabianie sali na codzienne biesiady. Traktuję dziś
muzykę wiejską w kategoriach estetycznych, tak samo
jak twórczość Lutosławskiego czy Szymanowskiego.
Jest to dla mnie po prostu piękna muzyka, podobnie
jak blues Hookera czy rock Hendrixa, gdzie widzę na-
pięcie tworzenia, wielką emocję i kod kultury, który
tylko przeczuwam i który coś sygnalizuje mi o prze-
szłości. Podobnie szuka się urody w pejzażu czy gi-
nących ptakach. Po co chronimy czyżyki, które giną?
Ponieważ możemy mieć jedyną szansę w życiu, żeby
je zobaczyć. Takie same przeżycia wiążą się z muzyką
wiejską, która odchodzi. Jej brak nas po prostu zubo-
ży, ponieważ nie będziemy mieli już tak szerokiego
wachlarza kulturowego, z którego możemy czerpać.
Czy jednak muzyka wiejska jako coś żywego,
autentycznego ma szanse przetrwać?
A. B.: Przede wszystkim zastanówmy się, co ozna-
cza „autentyczna muzyka wiejska” oraz jaka jest różnica
między folklorem czy folkloryzmem a muzyką wiejską.
Podstawowa różnica wcale nie polega na sposobie gra-
nia, lecz na celach jednej i drugiej kultury. Kultura wiej-
ska, ta prawdziwa, skierowana jest do wewnątrz małych
społeczności, powoduje, że one się wokół niej samoor-
ganizują. Muzyka folklorystyczna wychodzi jakby na
zewnątrz, ma pokazać to, co w nas jest fajnego ludziom
spoza naszej społeczności. To właśnie wszystkie zespoły
folklorystyczne robią: pokazują to, co w ich mniemaniu
jest najbardziej wartościowe, ale innym, nie sobie.
z rnor. Anbnzr|ru 8ìrúkowskìu
nozutwìt WìoLr1t 8rnntckt
STAkL CkANIL NA NOWL C7ASY
©

M
A
Ł
G
O
R
Z
A
T
A

B
I
E
Ń
K
O
W
S
K
A
68 CHWILA ODDECHU
Kapele ludowe nie są już zapraszane na wieś, bo to
młodzież decydowała i decyduje o kształcie muzyki, nie tyl-
ko wiejskiej. Gdy młodzi przestali zapraszać skrzypków, bo
woleli akordeon, to po prostu skrzypkowie zniknęli, a po-
jawili się akordeoniści. Potem akordeon stał się niemodny,
no to zniknęły akordeony, zastąpione przez „klawiszowce”
– i tak dalej. Niknie poczucie wspólnej estetyki dla starsze-
go i młodszego pokolenia, toteż pewien rodzaj muzyki się
kończy. To jest system naczyń połączonych, bardzo skom-
plikowany – taki ekosystem kulturowy.
Mamy za to kapele ludowe, zespoły pieśni i tańca.
Nie wystarczy to do zachowania ciągłości tradycji?
A. B.: Zespoły pieśni i tańca czy kapele ludowe są
w pewnym stopniu spadkobiercami wiejskich muzykantów,
np. zespół Mazowsze czy Kapela Dzierżanowskiego. Tylko
co to znaczy „spadkobierca”? Na pewno ich muzyka ma
swój początek gdzieś w tradycji. Jednak są zarówno świetne
zespoły pieśni i tańca, albo zespoły śpiewacze przy gminach
czy orkiestrach strażackich, jak i takie, które mają jakiegoś
baletmistrza, który uczy ludzi: tu rączka, tu nóżka. To już
nie ma nic wspólnego z wiejską kulturą, jest co najwyżej
wyobrażeniem o niej. Porównam to z Moniuszką, którego
można uznać za prekursora folku. W „Halce” są góralskie
tańce, które nie mają z tymi prawdziwymi nic wspólnego,
bo Moniuszko nigdy ich nie słyszał.
Zespoły folklorystyczne mogą być spadkobiercami tra-
dycji, wszystko zależy od kulturowego „czuja”. Od tego, czy
mają nosa, żeby nawiązywać do niej dobrze i ciekawie, czy też
robią typowe występy estradowe à la „Taniec z Gwiazdami”.
Dokumentuje Pan muzykę wiejską już trzy dekady.
Wymaga to olbrzymiego zaangażowania i poświę-
cenia...
A. B.: To prawda, ale obok malarstwa to moja przy-
goda życia. Zacząłem interesować się muzyką wiejską parę
lat przed rozpoczęciem jej dokumentowania, a samo jej
nagrywanie było decyzją ostateczną, można powiedzieć
– wynikiem determinacji. Czym innym jest bowiem jeż-
dżenie po wsiach i słuchanie muzyki oraz rozmawianie
z mieszkańcami (wiele osób tak robi, dla samych siebie),
a czym innym – systematyczna praca, z którą wiążą się
duże koszty, a przede wszystkim konieczność poświęcenia
ogromnej ilości czasu.
Jak podczas tych dziesięcioleci zmieniała się wiejska
kultura i jak te zmiany odzwierciedlały to, co działo
się na wsi?
A. B.: Gdy zaczynałem, pod koniec lat 70., muzyka
wiejska naprawdę żyła – w tych regionach, gdzie szczęśliwie,
w dużej mierze przypadkowo, dotarłem. Tamtejsi muzy-
kanci grali, byli zapraszani i uwielbiani. To byli mężczyźni,
ostatnie pokolenie skrzypków. Mieli wtedy po czterdzieści
kilka lat, a więc byli w pełni sił twórczych. Polska wieś była
wtedy jeszcze bardzo tradycyjna. Zresztą cały okres powo-
jenny, czyli okres komunizmu, jest bardzo ciekawy, gdyż
bardzo silnie konserwował stosunki społeczne z okresu mię-
dzywojennego. Rewolucja była bowiem, moim zdaniem,
pozorna: tak naprawdę społeczeństwo pozostało kastowe,
z podziałem na gorszą wieś i lepsze miasto, plus elita inteli-
gencka, która była właściwie ponad tym wszystkim.
Zmiany na wsi przebiegały w PRL-u w dwóch etapach.
Pierwszy wiązał się z wielkimi budowami, jak huty czy za-
głębia, które powstawały głównie dzięki pracy chłopów.
Jechali oni do miast i najczęściej zostawali tam na stałe,
wracając już tylko na urlopy, ale dla wsi był to pierwszy
„powiew miasta”. Zmiany w kulturze polegały na ekspansji
„miejskości”: zmianie instrumentów, repertuaru, tańców,
sposobów zachowania. Młode chłopaki i dziewczyny przy-
jeżdżali z miast z pewnymi normami, a ich wiejscy rówie-
śnicy stawali na głowie, żeby tam uciec, żeby nie pracować
tak ciężko, jak rodzice i dziadkowie.
Wyjątkowo szybkie zmiany miały na wsi miejsce w latach
70. Nastąpił wtedy ewidentny wzrost zamożności, spowodo-
wany polityką Gierka, za którą chłopi uwielbiają go do dzisiaj.
Emerytury rolnicze i ubezpieczenie, którego chłopi nie mieli,
jakby byli niewolnikami, to rzeczywiście był przełom. Okres
szybkiego bogacenia się dla kultury jest zawsze trudny.
Szybką poprawę warunków materialnych na wsi
obserwujemy także w ostatnich latach.
A. B.: I podobnie jak wtedy, ma dziś miejsce zerwanie
pewnych starych więzi, na miejsce których nie tworzą się
nowe, albo rodzą się bardzo powoli. Łatwo coś wyrzucić,
trudniej zapełnić wolne miejsce. Wieś i miasto podlegają
procesom unifikacji standardów życia, oczekiwań, wykształ-
cenia. Wieś zaczyna zbliżać się do miasta, ale jednocześnie
nie posiada tradycji miejskiej i wobec tego nie ma „rozezna-
nia miejskiego”, dlatego zbiera ochłapy kultury z miasta.
Mam poczucie, że niesłychana próba szybkiej unifikacji
z kulturą miasta, z jego etyką i normami, sposobami odżywania
się, ubierania czy tęsknotami życiowymi, widocznymi np. w se-
rialach, powoduje bezradność wsi: odrzuciła coś, natomiast nie
dorobiła się jeszcze alternatyw. Dlatego moja działalność jest
nastawiona na wieś, jej dowartościowanie, żeby jej mieszkańcy
b
n
a

J
O

P
E
A
T
T
I
E
69
zrozumieli: jeśli u was na wsi jest facet, który produkuje wytło-
ki z plastiku, to bardzo dobrze, bo on zatrudnia 7 osób, ale wa-
szą dumą jest nie on, lecz ten chłopek, który gra na skrzypcach,
bo wytłoków plastikowych jest dużo na świecie, a on jest jeden
jedyny. To dzięki niemu macie szansę, by mówiło się z dumą:
jestem z Wyśmierzyc. Nie wstydźcie się siebie!
Pamiętam rozmowę w TVP. Redaktor, który ją prowa-
dził, powiedział coś takiego: „Przecież ludzie przez Pana książ-
kę »Sprzedana Muzyka« mogą mieć wyobrażenie, że świat
wiejskich artystów jest prymitywny, pijacki, pełen chamów”.
Odpowiedziałem: „I co z tego? Oni tacy są. Co Pan myśli,
że artyści są święci? Pan operuje kategoriami telewizji, gdzie
wszyscy są wypudrowani i z peruczkami, a życie wygląda ina-
czej. Co by Pan powiedział na to, że najwięksi artyści, w tym
nobliści, byli jakimiś zbokami? Genet siedział za morderstwo,
był męską prostytutką – czy przez to jego utwory są gorsze?”.
Jeżeli uważamy, że w świecie wiejskich muzykantów jest coś
gorszącego, to samym sobie wystawiamy złe świadectwo, bo
tak po prostu wygląda Polska. Ja ją przyjmuję taką, jaka jest.
Dla wielu kultura wiejska jest jednak czymś wstydli-
wym, czymś, z czego śmieją się „miastowi”, kojarzy
się z zacofaniem i biedą. Czy ma ona szanse prze-
trwać te skojarzenia? Jak obronić muzykę wiejską
przed zarzutem prowincjonalności?
A. B.: Uważam, że należy go wykorzystać, gdyż jest
potężnym atutem marketingowym. To nie są tylko moje
gdybania, lecz analogia do innych krajów, zwłaszcza skan-
dynawskich. Procesy społeczne, które tam zaszły, czekają
także nas, to nie ulega dla mnie wątpliwości.
Istnienie zarzutów o prowincjonalność jest żywym dowo-
dem podziału społeczeństwa, o czym wcześniej mówiłem: ja
jestem z Warszawy, więc jestem najlepszy, ten z Radomia to już
gorszy, a skoro ty jesteś z Pcimia, to już w ogóle jesteś burak.
Niestety, to się ciągle utrzymuje, a zniknie dopiero wtedy, gdy
powstanie społeczeństwo obywatelskie, tzn. kiedy małe ośrod-
ki będą się czuły dumne z własnej tożsamości i lokalnej specy-
fiki. Gdy ktoś będzie się szczycił tym, że jest np. z Pcimia, bo
tylko tu jest taka wieża kościelna albo dom kultury.
Szwedowi czy Duńczykowi do głowy nie przyjdzie, że
prowincjonalność jest czymś złym. W miarę, jak muzyka lu-
dowa w tych krajach zaczęła ginąć, miasto podjęło działania
w celu jej ocalenia. Miastowi jeździli do muzykantów na wsi,
grali, uczyli się tańców. Nie kultywują ich po to, żeby później
coś z tego mieć, tylko to jest ich pomysł na życie, a także
źródło dumy – z prowincjonalności. U nas ten proces też już
się zaczął. Ogromną nadzieję budzi, że jest wielu młodych,
świetnie grających na skrzypcach czy harmoniach, uczących
się na wsi od ostatnich wiejskich muzykantów. Oni robią
to, co określam jako neofolklor, tzn. próbują grać tak, jak
ich mistrzowie. Kapela Prusinowskiego, Kapela Brodów czy
Maćka Żurka – to są świetne, neofolklorystyczne grupy.
A synowie tych ostatnich muzykantów?
A. B.: Znam przypadki, gdy synowie muzykantów
wiejskich, młode chłopaki, są muzykantami weselnymi.
Oni grają to, co się teraz gra, współczesną muzykę wiejską:
komputery, półplaybacki lub wręcz pełne playbacki... Tylko
czasami, do pseudo-oczepin, zaproszą akordeonistę. Tej tra-
dycyjnej muzyki się raczej nie uczą, bo nie ma potrzeby. Na
weselu czasem poproszą ich o oberka czy polkę, to zagrają.
To zresztą również dokumentuję, gdyż uważam za ważne.
Ale to już jest „inna bajka”?
A. B.: Tak. Wie pani, te kapele mogą spokojnie wy-
stępować w restauracjach w Warszawie. Ale powstaje nowa
moda, żeby na weselach (głównie inteligentów) grali auten-
tyczni muzykanci i ich uczniowie z miasta. Może więc pro-
blem polega na tym, że pewnej muzyki nie ma w świado-
mości społecznej, bo nie istnieje w mediach, których wpływ
na nasze życie jest nie do przecenienia.
Mam przed oczami obraz współczesnej wsi i jej
mieszkańców i zastanawiam się, czy muzyka ludo-
wa jest im jeszcze do czegoś potrzebna? Bo jeśli ma
ona przetrwać jako coś żywego, to raczej nie wystar-
czy, by na dużą skalę zaczęli ją odkrywać wielko-
miejscy inteligenci.
A. B.: Z tym jest bardzo różnie, ale raczej niedobrze.
Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, np. z orga-
nizacji festynów, że istnieje wyraźna rysa pokoleniowa.
Młodzież wstydzi się, widząc kogoś grającego na skrzyp-
cach czy akordeonie, jest to dla niej obciach. Natomiast
ich ojcowie żałują tej muzyki, ale nie mają wystarczającej
siły przebicia, żeby ją ocalić.
Sprzedawaliśmy kiedyś nasze wydawnictwa na wiej-
skim festynie. Podchodzą do mnie 50-latkowie i mówią:
„Proszę Pana, tak byśmy chcieli móc czegoś posłuchać, ale
nic już nie ma”. A ja na to: „Jak to nie ma, jest siedem
płyt, które można tu kupić”. Oni wtedy zdziwieni oglądają,
pytają skąd to jest i jak się tego słucha. Odpowiadam, że
na pewno mają w domu odtwarzacz CD, bo nie wierzę, że
dzieci nie mają, na co oni: „No tak, mamy i komputer, i na
tym mamy odsłuchać?”. W końcu odchodzą i nie kupują.
Po części wynika to z presji dzieci, które zawładnęły odtwa-
rzaczami, komputerami i DVD, ale także z bierności rodzi-
ców. Charakterystyczne, że nasze książki i płyty sprzedają
się przede wszystkim w miastach, gdzie kupują je głównie
młodzi, a nie na wsiach, gdzie z kolei czasami kupi je jakiś
starszy człowiek.
Podam jeszcze jeden przykład. Tam, gdzie jeżdżę na
badania, zasięg ma duża rozgłośnia – Radio Kielce. W re-
gionie ok. 1/4 mieszkańców stanowią chłopi, czyli są oni
sporym „elektoratem muzycznym”. To radio miało napraw-
dę znakomite archiwa, które stworzył Piotr Gan, a wieś na-
prawdę ich słuchała, codziennie po pół godziny. Teraz już
nie ma takiej możliwości. Dużo się bowiem mówi o misji,
ale tak naprawdę nie chodzi o żadną misję, lecz o pieniądze
z reklam, które na ogół skierowane są do młodych ludzi.
Reklamodawcy nie uznali np. Kapeli Braci Gaców za cieka-
wą, więc program spadł z mediów „państwowych” (nie ma
bowiem w Polsce mediów publicznych). To z kolei powo-
duje, że ludzie nie wiedzą, iż taka muzyka istnieje. Im się
wydaje, że muzyka ludowa to np. zespół Mazowsze.
70 CHWILA ODDECHU
Są jednak i odmienne przykłady. W stołecznym Domu
Tańca młodzi ludzie odtwarzają dawne melodie, bawią
się przy nich. Na Węgrzech domy tańca są zjawiskiem
jeśli nie masowym, to na pewno znanym i popularnym.
A. B.: To rzeczywiście niezwykły fenomen. Jego spraw-
cą na Węgrzech byli – Béla Bartók i Zoltán Kodáy, w Pol-
sce – Jerzy Grotowski. Było dla mnie zaskoczeniem, gdy
zdałem sobie sprawę, że choć Grotowski wyjechał z kraju
strasznie dawno, jego dzieło zostało w ludziach, rozprysnęło
się na całą Polskę. Gardzienice, Węgajty, Fundacja Muzyki
Kresów – Lublin, inicjatywy warszawskie, poznańskie, olsz-
tyńskie, tu wszędzie byli jego uczniowie
Jak sama nazwa wskazuje, w Domach Tańca na począt-
ku ludzie uczyli się tańczyć, a dopiero potem – grać. Kto
dzisiaj w Polsce potrafi tańczyć oberka, niech mi pani po-
wie? A jest w tej chwili paru świetnie tańczących fachowców,
dzięki temu, że jeździli po wsiach, gdzie pokazywano im, jak
się kiedyś tańczyło. Wszystko to jest ważne z socjologicznego
punktu widzenia, gdyż przełamuje bariery: przyjeżdżają do
wiejskich muzykantów śliczne dziewczyny z miasta, student-
ki, i odnoszą się do nich z szacunkiem. Zrodziło to przyjaźnie,
wzajemną pomoc, zapraszanie muzykantów na koncerty.
I w jakim kierunku się to wszystko rozwija?
A. B.: Dopiero pączkuje. Niestety, jednocześnie prze-
chodzi kryzys, z powodu pieniędzy. Główną przyczyną jest...
moda na folklor. Nie mówię, że to coś złego – to jest po
prostu coś innego od muzyki wiejskiej, ale niektórzy ludzie
chcą na tym zarobić i przejęli całą scenę, wypychając z niej
starych muzykantów. Jest to dla mnie powód do smutku.
Dom Tańca na szczęście równolegle zaprasza starych mu-
zykantów, ale duże tzw. etniczne imprezy, zapraszając tylko
folkowców, bo tak najłatwiej, powodują „wykoszenie” auten-
tycznych muzyków. A przecież żyje jeszcze wielu muzykantów
– robię teraz o nich płytę, która będzie się nazywała „Cztery
Strony Rawy”. Artyści folkowi często są świetni, ale trzeba
pamiętać o prawdziwych muzykantach ze wsi, gdyż niedługo
odejdą, nie zostawiając na wsi następców. Chodzi o to, żeby
nie zachowywać się jak kukułki w cudzym gnieździe, które gdy
tylko się wyklują, wyrzucają wszystkie inne pisklęta – a nieste-
ty tak to obecnie wygląda. Gdy organizuję festyny, staram się
zapraszać tych i tych; trzymam proporcje, żeby skonfrontować
najlepszych polskich muzyków wiejskich z najlepszymi zespo-
łami folklorystycznymi. Daje to świetne efekty.
Tak zwana world music czy szeroko pojęty folk, a na-
wet synteza folku i popu wzbudzają od paru lat
w Polsce dość znaczne zainteresowanie. Czy towa-
rzyszy temu wzrost ciekawości Polaków w kwestii
ich własnej tradycji muzycznej?
A. B.: W dalszym ciągu ten podział jest bardzo sztywny,
gdyż muzyka folkowa jest o wiele łatwiej przyjmowana przez
młode pokolenie. Zainteresowanie Polaków własną tradycją
muzyczną przy popularności folku wzrosło minimalnie. To,
co u nas obserwuję, cały ten brak zainteresowania kulturą
tradycyjną, bierze się z kompleksów społecznych i narodo-
wych, poczucia gorszości czy prowincjonalności, które każdy
w sobie gdzieś tam kultywuje. Zaczęło się to zmieniać, gdy
weszliśmy do Unii Europejskiej, nie mówiąc już o wzroście
zamożności od tego czasu. Poprzez wejście do Unii świat stał
się otwarty i od tego momentu ludzie jakby mniej się wsty-
dzą, że są z Polski, swojej przeszłości – a nasza przeszłość jest
wiejska. Uważam, że idzie to w dobrym kierunku, ale o wiele
za wolno, bo nie zdążymy znaleźć sobie miejsca w tym świe-
cie przed śmiercią ostatnich muzykantów, którzy w tej chwili
mają już pod osiemdziesiątkę.
Od wielu lat popularyzuje Pan na wszelkie możliwe
sposoby polską muzykę tradycyjną. Proszę opowie-
dzieć o tych inicjatywach oraz o planach na przyszłość.
A. B.: Przede wszystkim, wydajemy – tylko we dwójkę! –
cztery książki rocznie, z płytami, ogromną ilością zdjęć. Kolej-
na poświęcona będzie jednemu z największych fenomenów lu-
dowych w Polsce, muzyce Kajoków – mikroregionu w Polsce
centralnej, kilkunastu wsi o wyraźnej odrębności i nieprawdo-
podobnej muzyce, jakiej nigdzie indziej nie słyszałem.
Jak już wspomniałem, mamy także zamiar wydać płytę
z muzyką z okolic Rawy Mazowieckiej, a także taką, która
będzie się nazywała Muzyka Kobiet; ponadto, muzykę Wo-
łynia i muzykę żydowską w pamięci wiejskich muzykantów.
To są plany na najbliższy rok, do tego mam stale wykłady,
odczyty, pokazuję filmy itp.
A jak ocenia Pan zainteresowanie instytucji publicz-
nych popularyzowaniem i dowartościowaniem pol-
skiego dziedzictwa muzyki wiejskiej? W radiu pu-
blicznym muzyka tradycyjna i etniczna są przecież
prezentowane – jak Pan ocenia formułę tych audycji?
A. B.: Napisałem kiedyś rozpaczliwy list, „S.O.S. dla
muzyki”. Wie pani, co było jego jedynym efektem? Mój
zakaz wstępu do redakcji ludowych Polskiego Radia – bo to
są prywatne folwarki a nie miejsca dla publicznej dyskusji.
Nie ma czegoś takiego, jak misja mediów publicznych,
bo ona oznaczałaby m.in. edukację, a nie doraźne interesy
grup politycznych. Dotyczy to również muzyki wiejskiej.
W mediach jak ma być muzyka wiejska, to tylko „nowocze-
sna” – m.in. stąd taka kariera folku.
Z kolei samorządy są zwykle bezradne. Mają często
dobrą wolę, jednak ponieważ muzyka wiejska nie istnieje
w przestrzeni publicznej, nie wiedzą, jak się w tym poru-
szać. Próbują jednak coś robić, np. organizują jakieś do-
żynki. Myślę, że ważne jest także to, aby te zespoły czy koła
gospodyń wiejskich mogły się gdzieś zaprezentować. Dla
danej gminy jest niezwykle istotne, żeby robić coś, co ludzi
skupi wokół sprawy, da im poczucie, że tworzą coś związa-
nego z kulturą, a to kształtuje tożsamość „małych ojczyzn”.
Mogę natomiast powiedzieć dobre słowo o Ministerstwie
Kultury. Dostaliśmy dofinansowanie na wydanie „Muzyki Ka-
joków” i „Czterech Stron Rawy”, co bardzo nam pomogło.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 22 września 2008 r.
71
|túcìo kzrcznìk
15. Piniędze
Obecna bajka ma charakter ekspiacyjny. Otóż w sezo-
nie ckliwo-rocznicowym z obszaru medytacji ekono-
micznych, jakiemu poświęcony był ten cykl, odlecia-
łem najpierw w metafizykę, a potem w psychoanalizę
(tj. analizę psychola). W rezultacie na półce encyklo-
pedycznej u naszych czytelników zaistniała dotkliwa
luka. Chciałbym nadrobić ową utratę, choć mój kum-
pel z ławy szkolnej – filolog rosyjski (tzn. filolog języ-
ka rosyjskiego) twierdzi, że nadrobić to sobie możemy
tylko bułki do mleka. Ot, takie starcze asocjacje.
Ci wszyscy, którzy z powątpiewaniem przyjmą
informację o przyczynie złamania na chwilę bajecznej
konwencji, będą mieli rację, bo dziadkowa inwencja
istotnie się wyczerpuje, niezależnie od tego, jak bar-
dzo sentymentalnie będziemy się starali to przykryć.
Dość marudzenia. Do rzeczy.
Na początek przyjrzymy się pytaniu, jaki to wła-
ściwie mamy w naszym pięknym kraju Ustrój. Nie-
jeden z czytelników zaprotestuje od razu, twierdząc,
że panuje u nas nie Ustrój, a Rozstrój – i będzie miał
dużo racji. Właściwie tak już mamy od momentu, gdy
przestali istnieć wolni kmiecie i nadeszła gospodarka
folwarczno-pańszczyźniana, która z mało istotnymi
modyfikacjami trwa do dziś. Gama reakcji społecznej
na wszelaki Rozstrój jest przeogromna i dlatego postu-
lujemy, żeby zmienić nazwę kraju wedle nazwy pewnej
wioski w okolicach Gniewu. A imię jej NICPONIA.
Japonia po japońsku to NIPPON, a ponieważ
wyprzedziliśmy już ten kraj w rozpowszechnieniu
użytkowej elektroniki (serio!), mamy prawo tak się
nazywać, a przy okazji połechtamy mile naszego nie-
odżałowanego Prezydenta Wałęsę.
Do rzeczy, dziadku!
No więc, upierając się na chwilę, że jakiś tam ustrój
jednak, choćby w zarysie, mamy – należy wybić z gło-
wy czytelnikom mniemanie, że jest to KAPITALIZM.
Otóż, jak dowiodła dawno temu spółka odzieżowa
Karol Marks i Herbert Spencer, kapitalizm opiera się
na kapitale, a kapitał to są środki produkcji, a nie ża-
den szmal. Polska w ciągu ostatnich ok. 20 lat kapitału
ochoczo się wyzbyła i pozyskała zań... no właśnie – co?
I tu jedziemy w samo sedno – jakby zaśpiewał
Wojciech Młynarski. Czy uzyskała forsę, ciaćki, dudy?
Nie, bo słowa te odeszły do lamusa. To samo dotyczy
kapuchy i siana. Otóż uzyskała desygnaty szeregu no-
wych słów, jakie do nas zawitały i poczęły (pro)konsty-
tuować nowy Ustrój.
Ten ustrój opiera się na słowie najstarszym z naj-
starszych i tym samym nieśmiertelnym – MAMONA.
Oznacza on czczenie abstrakcyjnych znaków bogac-
twa dla nich samych, olewając wspomniany Kapitał.
Ustrój nasz nazywa się MAMONIZM, a jego system
polityczny – Mamoniat.
Mamoną cieszy się najwyższa warstwa społeczna,
obejmująca osoby żyjące w luksusie, czyli po prostu
LUKS-SFERA. Lukssfera, podobnie do ścianki ła-
zienkowej o tej samej nazwie, jest prawie zupełnie
nietransparentna, za to roztacza przecudny blask.
Dalej mamy KONSUMPCJAT (czyli taki kon-
sumpcyjny nowicjat) i tu terminem obowiązującym jest
KASA uzupełniona o SS (Seks i Sukces), wprowadzona
hymnem śpiewanym przez Marylę Rodowicz. Idąc w dół
po drabinie stratyfikacji napotykamy CYFERBLAT,
czyli warstwę konsumującą tak sobie, ale już oscylującą
w obrębie technologii cyfrowej. Ta warstwa posługuje
się zapożyczonym od dzieci terminem Kasiorka. Teraz
rozumiecie już zapewne, co znaczy ANALOGIAT-PLA-
GIAT. Tak, tak – to chodzi o osoby funkcjonujące w ob-
rębie technologii analogowej i cierpiące rozmaite plagi
związane z korzystaniem z takich instytucji jak PKP,
publiczna służba zdrowia, bezpłatna oświata czy tanie
wycieczki zagraniczne. Jasne jest, że poprzednio wymie-
nione warstwy z tych dobrodziejstw nie korzystają.
Analogiat-plagiat operuje pojęciem PIENIĄŻKI,
które uosabia profesor Szczepan. Słowo to możemy
usłyszeć w reportażach ze spółdzielni mieszkaniowej,
w kasie zapomogowo-pożyczkowej (archaiczna insty-
tucja obywająca się bez epokowego wynalazku, jakim
jest lichwa [sorry – oprocentowanie]), w domu spo-
kojnej starości albo niespokojnej sierocej młodości.
Na koniec zaś z lubością odkrywamy jeszcze ME-
NELIAT. Jakim pojęciem warstwa ta się posługuje,
zostawimy sobie na deser.
Na razie wyjaśnimy jeszcze, że etyka wypełnia-
jąca po brzegi MAMONIZM ma się tak do Etyki
protestanckiej Kapitalizmu, jak Mariusz Max Ko-
lonko do Maxa Webera.
Z popielnika na Remika iskiereczka mruga.
Choć, opowiem Ci bajeczkę. Bajka będzie
dłuuuuuuuuuuuuga.
LNCYkLOPLDIA
WYkAŻLN MAkA8kYC7NYCH

72 CHWILA ODDECHU
Dalej odsłonimy przed czytelnikiem główną zasadę
funkcjonowania Mamonizmu. Jest to tak zwany KREDY-
TYNIZM, czyli większość z nas to niestety kredytyni. Moja
wnuczka – absolwentka trzeciej klasy szkoły podstawowej, bez
trudu obliczyłaby, że skoro średnia stopa kredytów (nie mówiąc
już o pożyczkach) przekracza wyraźnie stopę wzrostu, przepra-
szam za wyrażenie, PKB, to prędzej czy później skończyć to się
musi tak właśnie, jak teraz w USA. Wnuczka, na szczęście, ma
ciekawsze zajęcia, niż śledzenie ustrojowych idiotyzmów.
Czytelników Pani Profesor Staniszkis musimy zmar-
twić, że naszego ustroju żadną miarą nie sposób określić
mianem POST-KOMUNIZMU, bo o żadnym poście nikt
tu w ogóle nie chce słyszeć, a jak kto nie ma co jeść, to szu-
ka, czego by tu się napić.
A teraz deser. Otóż pojęciem, jakim posługuje się ME-
NELIAT, są właśnie tytułowe PINIĘDZE. W tej społecznej
warstwie mają one charakter zupełnie abstrakcyjny i tym
samym najprawdziwszy. Prostaczkowie zupełnie niechcący
odkrywają codziennie ich właściwą naturę, choć podobnie
jak LUKSSFERA modlą się o nie gorąco.
Obiecałem redakcji pisanie encyklopedii do końca
świata. Jak widzicie, słowa dotrzymałem. Bajka ta jest za-
tem ostatnia w tym cyklu. Życzę Wam na nowej drodze
życia jak najmniej PINIĘDZY, bo podczas gdy wszystkie
inne podane wyżej słowa służą do regulowania cyrkulacji
bogactwa, PINIĘDZE służą, jak sama nazwa wskazuje, do
regulowania cyrkulacji nędzy.
Myślcie o hymnie dla NICPONII!
Zbliża się Adwent. Wybierzcie się więc zatem wraz
z dziećmi na Roraty, bo jeśli nie będziecie jako dzieci... no,
właśnie.
Jańcio Rzecznik
P. S. Dziękuję serdecznie za pomoc w pisaniu tych bajek moim kole-
gom z leśnej ławki – Staremu Maruszeczce, Pradziadkowi Budynio-
wi, Makaremu Anarchaniołowi i last but not least Paplo Marudzie,
który jako żywo nigdy, ale to przenigdy nie miał zamiaru prześmie-
wać się z wybitnego chilijskiego poety – wręcz przeciwnie.
Piłkarzyk
Żył sobie nad morzem piłkarzyk,
ambicje miał bryzą rozdęte –
on już na studiach wymarzył:
zostanę (a co?) – prezydentem!
Ameba – to coś z polityki...
(pokrętną kiwkę miał w genach)
i aby zostać libero,
faulował już jako – liberał.
Na transfer do „ligi różowych”...
Mecz sprzedać? Ba! Ale jak?!
„Polskość to nienormalność!”
Cyrograf... pisał do pisma „Znak”.
Walkower... (down) & game over
i dostał extra podanie
by sędzia mógł zmienić drużynę
karnym – na „nocnej zmianie”.
Chłopczyka z kędziorkami
począł usilnie trenować
ten co obalił komunę,
a stoczni nie chciał ratować.
Aby mieć mir u kiboli
chwyty pojmował migiem:
nie mając ni klasy, ni kasy
– postawił na Bundesligę.
Lud głupi i każdy mecz kupi
chce igrzysk – reszta – ułuda
tak zaczął chodzić po wodzie
We własne jął wierzyć cuda.
W rząd zmienił gabinet cieni
(Salonie! – miej je w opiece)
jak każą – cienie tak tańczą
„iluminuję ja – świecę!”
……………………………….
Władza pochodzi od Boga
reszta to PR – oczywistość...
Pointa na klęczkach – się zgadza
wystarczy być – ateistą.
Tadeusz Buraczewski
IRONEZJE
73
Oszukano nas
Marzyliśmy o wolnym kraju, który po-
prowadzi nas prostymi ścieżkami
Od celu do celu
Zamiast tego otrzymaliśmy biurokratyczny obłęd
Oszukano nas
Marzyliśmy, że nasze dzieci rozwiną skrzy-
dła pod prastarymi polskimi dębami
Pod którymi położymy nasze kości
Zamiast tego spotkał ich exodus na miarę XIX wieku
Oszukano nas
Marzyliśmy, że ludzie do ludzi wszę-
dzie wyciągną pomocną dłoń
Zamiast tego otrzymaliśmy złość
wszystkich na wszystkich
Oszukano nas
Marzyliśmy o szlachetnej Niepodle-
głości tak dawno upragnionej
Zamiast tego wysyłają nas znowu na San-
to Domingo uczestniczyć w piekle
Fundowanym rasie uważanej za niższą
Oszukano nas
Serca nasze zatruto jadem egoizmu a du-
sze sprzedano na pchlim targu próżności
Oszukano nas
Oni jeszcze o tym nie wiedzą, ale wszyst-
kim młodszym od nas odebrano szan-
se na choćby jako taką starość
Oszukano ich
Jak Polska długa i szeroka, wszędzie la-
winowo odbiera się nam prawo do zdro-
wia, chyba że mamy pieniądze
Oszukano nas
Wiedzę, ten najcenniejszy kapitał przy-
szłości, coraz bardziej sprzedaje się
Za forsę, jak wędzone makrele na targowisku
Oszukano nas
Marzyliśmy o rzetelnej informacji a dosta-
liśmy szum, jazgot i tanie sensacyjki
Zaś mózgi nasze rozsadzono na strzępy reklamą
Oszukano nas
Marzyliśmy, aby zobaczyć świat, ale te-
raz będziemy musieli jeździć na anty-
pody, aby ujrzeć słońce lub śnieg
Sopot 7 lutego 2008 r.
Markowi Ciechorskiemu
Zaczadzono nas
Czystą wodę sprzedaje się już w butelkach, za chwi-
lę będzie się sprzedawać czyste powietrze, ale my
pasjonujemy się modelami najnowszych jeepów
I telewizorami LCD
Ogłupiono nas
Gdy wyjdziemy na próg naprzeciw wio-
sennego wietrzyku, musimy liczyć się
Że spotka nas trąba powietrzna
Ale my pasjonujemy się wzrostem PKB
Zrobiono z nas jednowymiarowych idiotów
Chcieliśmy mieć kontakt z arcydzieła-
mi filmowej sztuki, ale możemy je
sobie włączyć po 1 w nocy a wcześniej
produkcja dla proletów z Orwella
Traktuje się nas jak arleki-
nów wyciętych z kartonu
Marzyliśmy, aby swobodnie mówić, co
się myśli, ale możemy to robić
W 4 ścianach swego domu, bo to, co
chcemy powiedzieć naprawdę, nie do-
trze nigdy do mass mediów
Oszukano nas
Marzyliśmy o żywej, pulsującej demo-
kracji, smażącej na każdym rogu
Szaszłyki parzące codziennym doświadczeniem
Zamiast tego możemy raz na 4 lata gło-
sować na reprezentacje banków
Różniące się od siebie kolorem garniturów
Oszukano nas
Marzyliśmy o twórczej, spolegliwej pracy, stwa-
rzającej coraz więcej czasu dla rodziny i przyja-
ciół, dla czytania książek i malowania na płocie
Zamiast tego możemy sobie pomarzyć
o normach prawa pracy z roku... 1918
Oszukano nas
Marzyliśmy, aby o zachodzie słońca po-
dziękować Bogu za tak liczne dary
Ale na jego ołtarzach blokują nas obłud-
ni faryzeusze w weneckich maskach
Skłóceni na zabój z zawziętymi saduceuszami
Czy zapomnimy o wszystkim?
Mariusz Muskat
74
75
Proszę opowiedzieć o narodzinach idei Ekono-
mii Komunii.
Andrzej Miłkowski: Na początku lat 90. Chia-
ra Lubich, niedawno zmarła założycielka katolickie-
go Ruchu Focolari, z którym jestem związany od
wielu lat, wybrała się w podróż do Brazylii, w od-
wiedziny do tamtejszej wspólnoty Ruchu. W kraju
tym napotkała uderzające dysproporcje: fawele, czy-
li dzielnice nędzy, które zwiedziła, niezwykle kon-
trastowały z bogactwem pewnej części tamtejszych
społeczności. Wtedy – bez wątpienia była to jakaś
głębsza inspiracja – narodziła się idea Ekonomii Ko-
munii. Na bazie tamtego doświadczenia zrodziła się
myśl, że przedsiębiorcy prowadzący różnego rodzaju
działalność, powinni inaczej spojrzeć na sprawę po-
działu zysku swoich firm. Spontanicznie podzieliła
się nią z miejscową wspólnotą focolarską. Ludzie od
razu ją podchwycili i poszła ona w świat. W naszym
Ruchu, wykorzystując łączność satelitarną, cała
światowa wspólnota uczestniczy w comiesięcznym
połączeniu, tzw. Collegamento – tą drogą wszyscy
dowiedzieliśmy się o idei.
Co stanowi jej sedno?
A. M.: Właściciele firm, którzy podejmą decy-
zję, by prowadzić biznes zgodnie z zasadami Ekono-
mii Komunii, dzielą zyski na trzy części – nie muszą
być równe, w kwestii ich wielkości każdy jest w pełni
suwerenny. Chodzi o to, żeby rozstrzygnąć w swoim
sumieniu, jaką część zysku powinno się przeznaczyć
na dalszy rozwój firmy, a jaką – na bezpośrednią po-
moc ubogim i potrzebującym i jaką część na działa-
nia Ruchu, których celem jest formacja człowieka.
Jest to formacja w duchu kultury dawania, poprzez
m.in. różne spotkania, szkoły i doświadczenie życia.
Istota całej idei leży w tym, żeby ludzie byli odpo-
wiednio uformowani, w głębokim tego słowa zna-
czeniu, tak aby swoimi wyborami wcielali w życie
uniwersalny system wartości, który pozwala dbać
o dobro wspólne.
Jakie cele społeczne nansowane są z zysków
rm działających według tego modelu?
A. M.: Są wśród nas ludzie, focolarini, wolon-
tariusze bądź sympatycy, którzy w naszym Centrum
w Rzymie pracują dla tej idei i zajmują się organiza-
cją i konkretną pomocą, tworząc projekty dla osób
potrzebujących tego wsparcia w różnych regionach
świata. Sami przedsiębiorcy nie mają w tym prak-
tycznym działaniu swojego udziału. Do nich należy
rozwijanie firm oraz coroczne przekazywanie części
zysku, którą szacują w swoim sumieniu. Cały system
jest bardzo przejrzysty. Środki trafiają do Centrum
Ekonomii Komunii, które się z nich rokrocznie
szczegółowo rozlicza: ile wpłynęło, na co zostały
przeznaczone itd.
Oddając te pieniądze, wiemy, że zostaną wyko-
rzystane na konkretne potrzeby osób szczególnie po-
trzebujących w różnych częściach świata. Realizowane
są za nie zarówno doraźne działania, jak w przypad-
ku pomocy ofiarom tsunami, jak i programy, które
mają na celu pomóc stanąć na własnych nogach. Nie
chodzi więc o żadne rozdawnictwo, gdyż byłoby to
niewychowawcze, ale np. o zapewnianie tym ludziom
dostępu do kształcenia czy o działania mające na celu
tworzenie nowych miejsc pracy. System wsparcia jest
z Anbnzr|ru Mìtkowskìu
wttscìcìrLru 8ìunt Pno|rk1owo-konsuL1ìncowrco CourLrx-Pno|rk1
nozutwìt Mìcutt Sosczvk
UWOLNIŁLM SIĘ OD WŁASNOSCI
76 Z GRUBEJ RURY
więc roztropny – i cały czas się rozwija. Raz w roku spoty-
kamy się w Rzymie, gdzie dyskutujemy o problemach, któ-
re rodzą się w związku z nową ekonomią, a przedsiębiorcy
działający w różnych branżach dzielą się swoimi praktycz-
nymi doświadczeniami. Ponadto, kilku ekspertów o świa-
towej sławie zaangażowało się w teoretyczne rozwijanie tej
dziedziny ekonomii.
Czy wiele osób udało się przekonać do Waszych
ideałów?
A. M.: W skali świata rozwój Ekonomii Komunii był
początkowo bardzo spontaniczny i dość szybki, teraz tro-
chę wolniejszy, ale zarazem jakby pewniejszy, dokonuje się
z większą rozwagą. Na początku część ludzi była do tej idei
bardzo zapalona, rozpoczynali nowe przedsięwzięcia, jed-
nak okazywało się, że brakuje im doświadczenia. Obecnie
Ekonomia Komunii bazuje przede wszystkim na już ist-
niejących przedsiębiorstwach, choć powstają i nowe, które
chcą działać w tym duchu – są to zarówno spółdzielnie, jak
i prywatne firmy.
Nieraz ludzie działają w myśl zasady: „Mamy niewie-
le, ale jest nas wielu”. I tworzą jakiś fundusz, żeby na ba-
zie jego kapitału rozpocząć działalność i pracować zgod-
nie z ideałami Ruchu. A są one szersze niż tylko dzielenie
się pieniędzmi – chodzi o myśl, że zysk nie jest celem
samym w sobie, że należy dbać o jakość pracy oraz relacje
między ludźmi.
Pomówmy o Pańskiej drodze do przyjęcia takich
zasad prowadzenia biznesu.
A. M.: Każda taka decyzja zachodzi w sumieniu czło-
wieka, podejmowana jest wobec Boga. Decyzja jest poważ-
na. Ja do jej podjęcia potrzebowałem kilku lat.
Przedsiębiorstwo prowadziłem od 1986 r., idea Eko-
nomii Komunii powstała na początku lat 90., a moja przy-
goda z nią rozpoczęła się ok. 1996 r. Poprzedziły ją prawie
trzy lata dojrzewania. Musiałem przejść wewnętrzną we-
ryfikację, bo czułem, że na przeszkodzie stoi moje przy-
wiązanie do własności, od którego musiałem się uwolnić.
Bez tego nie można inaczej spojrzeć na swoją firmę, która
odtąd ma nowego „Właściciela” a ja staję się zarządcą. Nie
można też dostrzec możliwości dzielenia się, a nie tylko
gromadzenia dla siebie.
A co z innym aspektem funkcjonowania rmy na
rynku – sposobem postrzegania konkurencji? Czy
także w tym przypadku Ekonomia Komunii oferuje
odmienną perspektywę?
A. M.: To ciekawe, jak pewne rzeczy w mojej firmie
się zmieniły. Zajmujemy się bardzo specjalistyczną dzie-
dziną – projektowaniem dróg i mostów. Nie ma wielu biur
o naszym profilu działania, zaledwie kilkanaście w całym
kraju, a do niedawna było ich jeszcze mniej. Patrzenie na
konkurentów jako „zawodowego wroga” nie pasowało mi
do idei życia zgodnego z wartościami uniwersalnymi, za
które uważam te zawarte w Ewangelii. Trzeba było to spoj-
rzenie zweryfikować. Zacząłem myśleć o możliwych for-
mach współpracy, proponowałem konkurentom wspólne
startowanie w przetargach – i to się zaczęło powoli uda-
wać. Obecnie współpracuję z innymi firmami z tej samej
branży, występując w konsorcjach jako partner lub na-
wet jako lider. Nasze wzajemne postrzeganie zasadniczo
się zmieniło – powstały zręby zawodowej przyjaźni. Inni
przedsiębiorcy z branży nie wiedzą o tym, jakie motywy
mną kierują, bo nie jest istotne, żebym o tym mówił. Waż-
ne jest praktyczne działanie, u podstaw którego leży ta du-
chowa inspiracja.
Zapewne zmienia się także sposób patrzenia na
samego siebie, jako właściciela i szefa rmy.
A. M.: Tutaj nastąpiły zmiany, które są dla mnie klu-
czowe. Już nie czuję się tak „po ludzku” właścicielem tej
firmy, gdyż wierzę, że Ktoś czuwa nad nią. Gdy duchowo
uwolniłem się od własności, jest we mnie dużo więcej spo-
koju, mniej napięć. Oczywiście prowadząc firmę nie da
się ich całkowicie pozbyć, ale teraz mają one inny wymiar.
Podejrzewam, że jeśli nie miałbym takiego podejścia do
swojego przedsiębiorstwa, byłbym bardzo znerwicowany.
Zdecydowanie poszerzają się granice wolności wewnętrz-
nej. To ma niewątpliwie wpływ na trafność decyzji podej-
mowanych w firmie.
Spojrzenie na firmę zmienia się także na inne sposo-
by. Człowiek wie, że trzeba wciąż doskonalić ją i siebie,
gdyż teraz zobowiązuje go do tego coś więcej. Dlatego np.
wprowadziliśmy i udoskonalamy w firmie system jako-
ści. Szczególnie ważne jest także spojrzenie na własnych
pracowników i atmosferę w pracy. Postępując w imię
wspomnianych wartości, w naturalny sposób dąży się do
doskonalenia relacji międzyludzkich. Myślę, że moi pra-
cownicy odczuwają, że w naszej firmie „coś jest inaczej”,
po prostu dobrze się tu czują. Nawet jeśli z jakichś powo-
dów zmieniają pracę, zawsze podkreślają, że tu im było
dobrze. Jednocześnie przynosi to ewidentne, wymierne
korzyści – firma ciągle się rozwija, zwiększyliśmy liczbę
pracowników (teraz pracuje u mnie 70 osób, a kilkanaście
lat wstecz było nas ok. 15). Zawsze wygrywamy tyle prze-
targów, ile trzeba, tj. tyle, żeby ludzie mieli godną pracę
i mogli podołać zobowiązaniom.
Prowadzenie firm według zasad, o których mówimy,
wpływa także na relacje z klientami.
W jaki sposób?
A. M.: Są to często wymagania sięgające ponad umow-
ne standardy. Staramy się ich rozumieć. Zazwyczaj działają
oni w uwarunkowaniach wymagających dodatkowych in-
formacji lub opracowań, których zapisy umowne nie pre-
cyzowały. Trzeba je podejmować dla dobra wspólnego i wy-
chodzić naprzeciw. Obu stronom musi zależeć, aby projekt
był jak najlepszy. Takie podejście sprawdza się później w re-
alizacji, już na budowie.
Podsumowując, przyjęcie zasad Ekonomii Komunii
daje zysk zarówno osobisty, w tym zdrowotny, jak i czysto
zawodowy.
77
Duże rmy często angażują się w działania z zakresu
tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu, jednak
rzadko kiedy stoją za tym głębsze motywacje – decy-
dują względy marketingowe. Tutaj mamy do czynie-
nia z odwrotną sytuacją – Pańska rma nie aszuje
się ze swoimi działaniami na rzecz potrzebujących.
A. M.: Nigdy nie czułem potrzeby, żeby stawiać moją
firmę na świeczniku. Ale przede wszystkim, ze względów
duchowych uważałem, że ekonomia komunii to nie jest
coś, co powinno służyć autoreklamie.
Natomiast od pewnego czasu zaczęli się do mnie zgła-
szać dziennikarze, którzy zainteresowali się całą ideą, a ja
zacząłem o niej mówić, przekonywać do zalet tego modelu.
Nasza rozmowa też ma wyłącznie taki wymiar – z natury
jestem człowiekiem, który nie lubi rozgłosu, na dodatek
rozmawiamy o sprawach do pewnego stopnia osobistych.
Nie zabiegam o to, żeby opowiadać o swojej firmie, ale gdy
ktoś mnie o to prosi, np. w kręgu naszego Ruchu, robię
to – żeby zachęcić innych. Oczywiście celem powinno być
to, aby kiedyś ten model zatoczył znacznie szersze kręgi niż
tylko w Ruchu Focolari.
Czy Pana zdaniem Ekonomia Komunii może przy-
ciągnąć osoby, które nie mają silnej identykacji
religijnej, lecz ich moralne intuicje są zgodne z war-
tościami Ruchu?
A. M.: To bardzo cenne pytanie. To, co mnie kiedyś
silnie przyciągnęło do Ruchu, to jego szczególny charyzmat
[„dar łaski”, predestynujący do szczególnego rodzaju służ-
by w Kościele – przyp. red.]. Jest on realizowany na drodze
współpracy i dialogu nie tylko wśród osób podzielających
wartości chrześcijańskie, ale także z ludźmi innych wyznań,
osiągając niespotykany gdzie indziej wymiar ekumeniczny.
Idea jednoczenia się z drugim człowiekiem niezależnie od
Jego poglądów, tak dalece się rozwinęła, że słowo „Jedność”
[dewiza Ruchu brzmi: aby wszyscy stanowili jedno – przyp.
red.] zaczęło zobowiązywać także do prób poszukiwania tego,
co wspólne z ludźmi niewierzącymi. Istnieje w Ruchu cała
gałąź takich osób – nie posiadających łaski wiary, ale żyjących
wartościami sprawiedliwości, pokoju, braterstwa czy zwykłej
uczciwości. Zawsze będą oni mieli swoje miejsce w dziele.
Jestem przekonany, że w przedsiębiorstwach prowadzo-
nych zgodnie z zasadami Ekonomii Komunii jest wielu ludzi,
którzy niekoniecznie są wierzący, ale są im bliskie wartości
uniwersalne – i realizują je. Wynika to z faktu, że Ruch Fo-
colari, zachowując niezmiennie swoją tożsamość katolicką,
zawsze był otwarty na ludzi innych wyznań, a także na nie-
wierzących – po to, żeby poszukiwać tego, co nas łączy. Z tej
idei coś się musiało przenieść także na grunt biznesu.
Dziękuję za rozmowę.
Katowice, 3 października 2008 r.
r e k l a m a
78 7 CkU8L| kUkY
8tn1osz Wìrczonrk
Wiara jest praktyką
Choć już tyle czasu minęło od powstania Catholic Wor-
ker Movement (CWM), do dziś ruch ten nie ma zinsty-
tucjonalizowanej struktury, ani żadnych procedur okre-
ślających jego funkcjonowanie. Ba, nawet sama katolic-
kość nie stanowi twardego wyróżnika CWM (np. jeden
z domów Catholic Worker w Bostonie jest w większości
buddyjski). Jak ujął to Jim Forest, były sekretarz redak-
cji czasopisma „Catholic Worker”: „Niemożliwe jest,
żeby istniała wspólnota posiadająca słabszą strukturę niż
Catholic Worker. Każda wspólnota jest autonomiczna. Nie
ma dyrektora, sponsora, subwencji, systemu emerytalnego.
Od śmierci Dorothy Day nie ma też lidera”.
Członków ruchu cementuje jednak przesłanie
ideowe i wynikająca z niego praktyka życiowa. „Naszą
zasadą są dzieła miłosierdzia” – mówiła Dorothy
Day. Członkowie CWM pragną „naśladować Chry-
stusa w dziełach sprawiedliwości i miłosierdzia” –
codziennie i w stosunku do wszystkich ludzi. Mark
i Louise Zwick w książce „e Catholic Worker Mo-
vement: Intellectual and Spiritual Origins” (2005)
ujmują istotę ruchu jako „praktyczny sposób życia
będący radykalnym naśladowaniem Chrystusa”.
Dwie główne formy aktywności CWM, z których
pierwsza jest zdecydowanie popularniejsza, to domy
gościny (Houses of Hospitality) – miejsca, gdzie bez-
domni, bezrobotni czy po prostu głodni mogą znaleźć
pomoc. Druga to farmy wiejskie (Farming Commu-
nes), na których wspólnie gospodarują ich członkowie.
Poza tymi sposobami działania, wspólnoty CWM
znane są z zaangażowania na rzecz związków zawodo-
wych, praw człowieka, budowania współżycia ludzkie-
go bez przemocy (nonviolent culture). Ruch od po-
czątku gromadził pacyfistów, pragnących wieść życie
w zgodzie ze swymi przekonaniami. Wielu jego człon-
ków trafiło do więzień z powodu protestów przeciwko
obowiązkowej służbie wojskowej, wojnie, rasizmowi
czy niesprawiedliwym stosunkom pracy.
SocjaIistka, sufrażystka i... katoIiczka
Twórcami Catholic Worker Movement byli Dorothy
Day i Peter Maurin. Day urodziła się w 1897 r. w No-
wym Jorku, w rodzinie nominalnie protestanckiej. Jej
ojciec był dziennikarzem sportowym i gdy dostał pracę
w gazecie w San Francisco, przeniósł się tam z całą ro-
dziną. Ważnym wydarzeniem z dzieciństwa Day było
przeżycie trzęsienia ziemi w tym mieście w 1906 r.
Widok matki pomagającej ludziom pozbawionym da-
chu nad głową pozostał na trwałe w jej pamięci.
Utrata pracy przez ojca sprawiła, że rodzina prze-
niosła się do Chicago, gdzie otrzymała pomieszczenie
socjalne – to najtrudniejszy moment ich losów. Wtedy
też Day zaczyna interesować się bliżej Kościołem ka-
tolickim. Ulubionym autorem jej młodości jest Fio-
dor Dostojewski – za jednym z jego bohaterów Day
mogłaby powiedzieć: „Bóg mnie dręczył przez całe
Przed laty powstał Catholic Worker Movement
(ruch Katolicki Robotnik) – jedna z najciekaw-
szych inicjatyw w łonie XX-wiecznego amerykań-
skiego Kościoła katolickiego. Patrząc nań, wręcz
narzuca się pytanie, co stałoby się, gdyby Kościół
wcześniej i szerzej otworzył się na tego typu
inicjatywy, nie czekając, aż ruch komunistyczny
zakorzeni się w świecie robotniczym.
kATOLICkI kO8OTNIk -
WSPOLNOTY PkACY LUD7kIL|
Funonurn1v
uucuu Cn1uotìc Woukru
wedle Petera Maurina:
Tradycyjny chrześcijański personalizm. »
Osobiste zobowiązanie do rozpo- »
znania potrzeb bliźnich.
Codzienne praktykowanie dzieł miłosierdzia. »
Domy Gościny dla bezpośredniej »
pomocy potrzebującym.
Ustanowienie farm wiejskich, gdzie każdy pracuje »
wedle zdolności i dostaje wedle potrzeb.
Dążenie do powstania nowego społeczeństwa, »
wewnątrz już istniejącego, w oparciu o „lozoę
Nowego”, która nie jest nową lozoą, ale bardzo
starą – tak starą, że wydaje się być nowa.
79
życie!”. Zaświadczają o tym jej wspomnienia. Tęsknoty reli-
gijne, potrzeba ostatecznego punktu odniesienia w życiu,
współczucie wobec ubogich i cierpiących targały duszą
młodej kobiety.
Ojciec zdobywa wreszcie pracę i rodzina przeprowadza
się do wygodnego domu. W 1914 r. Day zaczyna studia na
University of Illinois. Po dwóch latach nauki wyjeżdża do No-
wego Jorku, by rozpocząć pracę w socjalistycznym dzienniku
„e Call”. Później związała się z pismem „e Masses”, które
sprzeciwiało się przystąpieniu USA do I wojny światowej.
Jej stosunek do instytucjonalnej religii był chłodny –
nie spotyka ludzi religijnych, którzy troszczyliby się o ubo-
gich. O atmosferze domu rodzinnego napisze: „W domu
nie wymawiano imienia Boga. Matka i ojciec nie chodzili do
kościoła, żadne z nas nie zostało ochrzczone”. W Nowym Jor-
ku Day wstępuje czasem do katolickiego kościoła św. Józefa
przy Szóstej Alei, by pomodlić się i pobyć w ciszy. Nie zna-
ła nauki Kościoła, choć pociągała ją duchowość katolicka.
Coraz bardziej postrzegała jednak Kościół jako „wspól-
notę emigrantów, ludzi biednych i potrzebujących”.
Day angażowała się w radykalną działalność społecz-
ną – została nawet uwięziona wraz z grupą sufrażystek za
udział w pikietowaniu Białego Domu za prezydentury
Wilsona w kwestii praw wyborczych dla kobiet. Obraca-
ła się zarówno w kręgu osób o poglądach socjalistycznych,
anarchistycznych i komunistycznych, jak i blisko środowisk
literackich Nowego Jorku.
Niezmierzone szczęście płynące z narodzin córki Ta-
mary w 1926 r. ostatecznie powoduje jej długo przemyśli-
wany zwrot w stronę katolicyzmu. Day przyjmuje chrzest
w grudniu w 1927 r.
WspóInoty dobrego życia
Peter Maurin (1877-1949) miał chłopskie korzenie, jego ro-
dzice byli rolnikami z Oultet w Langwedocji – na tej samej
ziemi, dziedziczonej z pokolenia na pokolenie, jego rodzina
gospodarowała od 1500 lat. Maurin za młodu współpra-
cował z Le Sillion, ruchem katolików świeckich, zaangażo-
wanych w tworzenie demokracji i porządku społecznego –
ruch został ostatecznie potępiony przez Piusa X za zbytnie
łączenie katolicyzmu z polityką. Był obeznany w problema-
tyce filozoficznej i teologicznej, znał też nauczanie społeczne
Kościoła. Nie mogąc utrzymać się z pracy prywatnego na-
uczyciela, wyjechał w 1909 r. do Kanady, potem do USA.
Tam, w okresie Wielkiego Kryzysu rodzi się w jego
głowie idea domów gościny – miejsc, gdzie można wziąć
na siebie osobistą odpowiedzialność za potrzebujących
członków społeczeństwa poprzez praktykowanie ducho-
wych i praktycznych dzieł miłosierdzia. Wspólnoty trak-
towane jako „komórki dobrego życia” mają stać się prak-
tyczną alternatywą dla społeczeństwa kapitalistycznego,
zlaicyzowanego i obojętniejącego na los drugiego czło-
wieka. Pomysłem Maurina były również wspomniane farmy
wiejskie, które nazywał też uniwersytetami agronomicznymi.
Dewizą ich jest: „Jedz, co zasadziłeś i sadź, co jesz”.
Peter Maurin Farm założona przez współtwórcę
CWM w Marlboro, funkcjonuje do dziś. Teren nie jest
duży – 50 akrów, większość to obszary podmokłe. Farma
Crtr ì suookì Kn1otìckìrco Roso1nìkn
(na podstawie „Catholic Worker”, maj 2000):
Opowiadamy się za:
Personalizmem – lozoą, która za podstawę oraz cel wszel-
kiej metazyki i moralności bierze wolność i godność każdego
człowieka. Podążając za tą mądrością, odbiegamy od egoistycz-
nego indywidualizmu w stronę dobra drugiego człowieka.
Zdecentralizowanym społeczeństwem, będącym
zaprzeczeniem obecnego rozrostu państwa, przemysłu,
systemu edukacji, opieki zdrowotnej i rolnictwa. Wspieramy
wysiłki w takich sprawach, jak rodzinne gospodarstwa rolne,
wykup ziemi na cele wspólnotowe, własność pracownicza
oraz samorząd robotniczy, spółdzielczość rolna, spożywców,
mieszkaniowa i inne jej rodzaje – każdą inicjatywę, w której
pieniądz ponownie staje się jedynie środkiem wymiany
a ludzie przestają być towarami.
„Zieloną rewolucją”, tak by możliwe stało się ponowne od-
krycie właściwego sensu pracy i prawdziwego związku z ziemią;
Dystrybucjonistycznym komunitaryzmem – samowy-
starczalnością uzyskaną dzięki drobnemu rolnictwu, rzemiosłu
i odpowiedniej technologii oraz radykalnie odnowionym
społeczeństwem, składającym się z ludzi polegających na
owocach własnej pracy, na formach współpracy opartych na
wzajemności oraz na poczuciu sprawiedliwości, dzięki któremu
będą zdolni do rozwiązywania koniktów.
Z całą mocą dążymy do tego, by praktykować:
Powstrzymywanie się od przemocy. Tylko przez działa-
nia pozbawione przemocy można urzeczywistnić personali-
styczną rewolucję, taką, gdzie jedno zło nie zostanie zastąpione
kolejnym. Dlatego opowiadamy się przeciwko rozmyślnemu
odbieraniu ludzkiego życia z jakiejkolwiek przyczyny, a każdą
formę prześladowania traktujemy jak bluźnierstwo.
Miłosierne czyny. Domy Gościny są miejscami, gdzie można
nauczyć się uczynków miłości, tak by ubodzy mogli otrzymać
to, co zgodnie z zasadami sprawiedliwości im się należy.
Wszystko ponad to, co jest nam niezbędne, należy do tych,
którzy nie mają nic.
Pracę własnych rąk. W społeczeństwie, które traktuje
ją jako niegodną i gorszą. „Oprócz uczenia współdziałania,
pokonywania barier oraz ducha braterstwa (oraz po prostu
załatwiania niezbędnych spraw), praca zyczna pozwala nam
na wykorzystywanie naszych ciał tak samo, jak naszych umy-
słów” (Dorothy Day). Benedyktyńskie motto Módl się i pracuj,
przypomina, że praca ludzkich rąk jest darem dla budowania
świata i chwały Boga.
Dobrowolne ubóstwo. „Tajemnica ubóstwa polega na tym,
że doświadczając go, czyniąc samych siebie biednymi poprzez
dzielenie się z bliźnimi, stajemy się mądrzejsi i powiększamy
naszą wiarę w miłość” (Dorothy Day). Poprzez przyjęcie dobro-
wolnego ubóstwa, to znaczy poprzez dzielenie losu tych, dla
których ubóstwo nie jest wyborem, prosimy o łaskę porzucania
samych siebie dla miłości Boga. Sprowadzi nas to na drogę
„szczególnego umiłowania ubogich”, tak jak naucza Kościół.
80 Z GRUBEJ RURY
dostarcza świeżych warzyw nie tylko dla siebie, ale i dla
domów CWM na Manhattanie. Sporo i tak zostaje, więc
przekazywane jest imigrantom i potrzebującym. Na far-
mach, jak i w innych wspólnotach CWM obowiązują je-
dynie trzy zasady: zakaz używania narkotyków i alkoho-
lu oraz stosowania przemocy. Dochody wspólnot CWM
płyną z pracy zawodowej członków lub pracy podejmo-
wanej w ramach wspólnoty. Wiele wspólnot żyje dzięki
darowiznom pieniężnym i żywnościowym.
Człowiek nie jest towarem
Pięć lat po nawróceniu na katolicyzm, Day nadal szukała
drogi, aby połączyć wiarę ze sprawami społecznymi, włącza-
jąc w to pacyfizm, który był jej bardzo bliski. W Waszyng-
tonie 8 grudnia 1932 r., uczestnicząc w jednej z licznych
manifestacji, weszła do krypty nieukończonej bazyliki Nie-
pokalanego Poczęcia. Chciała się pomodlić o znalezienie
sposobu na użycie swych zdolności, by wraz z Kościo-
łem służyć biednym i robotnikom.
Gdy wróciła do swego mieszkania w Nowym Jorku,
na progu spotkała Petera Maurina. Po przeczytaniu jedne-
go z artykułów Day uznał on, iż jest właściwą osobą, która
może wcielić w życie jego program założenia gazety, domów
gościny i uniwersytetów agronomicznych – wszystko na
bazie społecznej nauki Kościoła i chrześcijańskiego perso-
nalizmu, który głosi, iż każdy człowiek jest niepowtarzalną
wartością, osobą stworzoną i kochaną przez Boga.
Obok personalizmu, specyfiką CWM są poglądy eko-
nomiczne, zakorzenione w społecznych encyklikach papie-
skich, w propozycjach angielskich dystrybucjonistów (G.
K. Chestertona i Hilairego Belloca) oraz krytyce współcze-
snej ekonomii, dokonanej przez wielu katolickich myślicieli
z pierwszej połowy XX w.
Niezwykle bliska CWM jest też zasada subsydiarności,
będąca integralną częścią przełomowej encykliki Leona XIII
Rerum novarum z 1891 r. i od tej pory stanowiąca stały ele-
ment społecznego nauczania Kościoła. W duchu tej zasady,
Day opowiadała się za decentralizacją państwa, popierając
jednocześnie rodzinne gospodarstwa rolne, akcjonariat
pracowniczy i udział robotników w zarządzaniu firmą –
„wszystkie dążenia, w których pieniądz jest tylko środkiem
wymiany, a człowiek nie jest towarem”.
W 1933 r. rozpoczął działalność CWM i zaczęła wy-
chodzić gazeta „e Catholic Worker” – jej redaktorką była
Day aż do swej śmierci w 1980 r. Pierwsze wydanie nieprzy-
padkowo ukazało się 1 maja 1933 r. Czasopismo, którego
pierwszy nakład wynosił 2,5 tys. egzemplarzy, dystrybuowa-
ne było na ulicach. Gazeta mówiła o prawach i potrzebach
robotników i bezrobotnych, walczyła z rasizmem i antyse-
mityzmem. W 1938 r. osiągnęła nakład 190 tys. egzem-
plarzy, by gwałtownie spaść do 50 tys. w czasie II wojny
światowej, kiedy to linia pisma pozostawała konsekwentnie
pacyfistyczna, a wielu wolontariuszy i członków CWM tra-
fiało do więzień za odmowę służby wojskowej. Po wojnie
gazeta zaczęła odzyskiwać pozycję, by stać się znów ważnym
organem prasowym w okresie wojny w Wietnamie. Obecnie
nakład wynosi 80 tys. W piśmie publikowali tej rangi kato-
liccy autorzy, jak omas Merton czy Jacques Maritain.
Niepożądany radykaIizm
Postawa Dorothy Day często spotykała się z zarzutem radyka-
lizmu ze strony osób i środowisk, które skłonne były widzieć
w jej działaniach komunizującą wersję chrześcijaństwa.
Z religijnych myślicieli współczesnych najmocniej
na idee CWM wpłynęli filozofowie Emmanuel Mounier
i Jacques Maritain. Mark i Louise Zwick podkreślają też
wpływ Mikołaja Bierdiajewa, który akcentował, iż trwanie
chrześcijaństwa nie jest oparte na „wierze w cuda”. Zale-
ży natomiast od śmiałej i aktywnej postawy chrześcijan,
którzy w jedności z łaską Bożą dążą do wprowadzenia
sprawiedliwych stosunków społecznych. Ważne jest też
jednak, w obliczu zarzutów o zbytni radykalizm CWM, do-
powiedzenie, iż korzenie ruchu tkwią w nauczaniu Ojców
Kościoła, postawie wielu świętych i założycieli zakonów
oraz w papieskich encyklikach społecznych.
Nie mogę pominąć /.../ wielu cudzoziemców, których mogłem
poznać dzięki Soborowi. Najpierw Dorothy Day, założycielka
pisma i ruchu „Catholic Worker”, która od skrajnej lewicowości
i agnostycyzmu poprzez konwersję doszła, moim zdaniem, do
świętości. Niezwykła postać, zaangażowana w działanie na
rzecz sprawiedliwości społecznej, na rzecz biednych, robotników,
pacystka. Jej skromne pisemko jest dla mnie jednym z naj-
bardziej cenionych tytułów spośród kilkudziesięciu czasopism
zagranicznych, które przechodzą przez moje ręce.
Jerzy Turowicz
Koscìóe ì rnús1wo
Współczesne społeczeństwa 1.
Wierzą w rozdział
Kościoła i państwa.
Ale Żydzi 2.
w to nie wierzyli
Grecy 3.
w to nie wierzyli.
Rzymianie 4.
w to nie wierzyli.
Ludzie średniowiecza 5.
w to nie wierzyli.
Purytanie 6.
w to nie wierzyli.
Współczesne społeczeństwa 7.
oddzieliły Kościół od państwa
ale nie oddzieliły państwa
od biznesu.
Państwo nie jest już 8.
państwem kościelnym.
Państwo jest teraz 9.
państwem ludzi biznesu.
Peter Maurin, „Easy Essays”
81
Jak zauważa Jim Forest, autor książki „Love is the Me-
asure: a Biography of Dorothy Day”, skupienie się na ubogich
łączy idee CWM z wczesnym ruchem franciszkańskim, zaś
nacisk na wspólnotowość, modlitwę i gościnność zbliża ruch
do benedyktyńskiego sposobu życia. W swych pierwszych pi-
smach poświęconych idei domów gościny, Day rzeczywiście
przejawia wyraźną fascynację monastycznym ideałem życia:
„Głównym celem domów gościny jest bycie centrum katolickiej
aktywności na różnych obszarach: nauki społecznej, modlitwy,
duchowości, edukacji – pracy na chwałę Bożą i Kościoła”.
W swej autobiografii „From Union Square to Rome”,
napisanej w formie listu do brata, Dorothy Day odpowiada
na pytanie dawnych przyjaciół-komunistów: „Jak mogłaś zo-
stać katoliczką?”. Day, formułując swoje stanowisko, postrze-
ga komunizm jako herezję chrześcijańską, która z klasy
robotniczej uczyniła Mesjasza. Dostrzega jednak i błędy
chrześcijan, którzy „zapomnieli o chrześcijańskiej filozofii
pracy i nie potrafili dostrzec Chrystusa w robotniku”.
Wielkie kłopoty miała też Day z powodu pacyfistycz-
nych poglądów, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy (ma-
jąc też w pamięci jednoznaczne potępienie współczesnych
wojen przez Jana Pawła II) można powiedzieć, iż odniosła
sukces. Anne Klejment i Nancy L. Roberts w pracy „Ameri-
can Catholic Pacifism: the Influence of Dorothy Day and
the Catholic Worker Movement” (1996) wykazują wpływ
pacyfizmu Dorothy Day na historię amerykańskiego katoli-
cyzmu. Książka ukazuje, jak teologiczne i moralne uzasad-
nienie pacyfizmu przez CWM dało amerykańskim katoli-
kom legitymizację dla ich pacyfistycznej postawy.
Celnie zawikłaną drogę życiową Day ujął Paul Liko-
udis: „Gdyby zapytano mnie 30 lat temu, czy Dorothy
Day będzie świętą, odpowiedziałbym: Ona jest komu-
nistką. Gdyby o to samo zapytano mnie 20 lat temu,
powiedziałbym: Tak naprawdę, to nic o niej nie wiem.
Zapytajcie mnie o to samo dzisiaj, po 25 latach od jej
śmierci w 1980 r., a odpowiem wam: Z pewnością”.
Współczesne wspóInoty
Obecnie działa ponad 150 domów gościny – głównie
w USA, ale także w Australii, Kanadzie, Meksyku, Nowej
Zelandii, Szkocji, Niemczech i Szwecji. Każda ze wspólnot
ma własną misję, starając się wcielać sprawiedliwość spo-
łeczną w sposób dostosowany do potrzeb ludzi żyjących
wokół. Losy licznych członków CWM, jak choćby Toma
Cornella, członka Peter Maurin Farm, pokazują, jak bardzo
trwałe mogą być te ideały. Tom wraz z żoną Moniką zaanga-
żował się w ruch w latach 50. Obecnie we wspólnocie żyje
ich córka Deirdre wraz z mężem i trójką dzieci.
Przypadek Cornellów jest symptomem szerszego zja-
wiska, jakie dotyka obecnie CWM. – „Typowy członek Ca-
tholic Worker był dawniej osobą samotną, pracującą w dar-
mowej jadłodajni i sprzeciwiającą się wojnie” – mówi Larry
Purcell, założyciel Catholic Worker w Redwood City.
Obecnie zaś, jak podkreśla Margot Patterson w swym ar-
tykule „Finding family at the Catholic Worker”, podsu-
mowującym 70 lat istnienia ruchu – CWM, ruch bazu-
jący na dobrowolnym ubóstwie i życiu wspólnotowym,
skierowany kiedyś raczej do osób samotnych, dziś jest
oparty na rodzinach.
W Worcester, Claire i Scott Schaeffer-Duffy wycho-
wują czwórkę dzieci i prowadzą dom gościny. Niedaleko
San Bruno w Kalifornii, Kate Chatfield i jej mąż Peter
Stiehler prowadzą schronisko i kuchnię dla bezdomnych.
W Redwood City w Kalifornii, Jan Johanson opiekuje się
swoją wnuczką i prowadzi dom dla dziewcząt w trudnej sy-
tuacji życiowej.
Członkowie CWM naznaczeni są specyficznym styg-
matem – czują wewnętrzną potrzebę, by wziąć osobistą
odpowiedzialność za zmianę istniejących warunków,
nie licząc na bezosobową „jałmużnę” ze strony pań-
stwa i innych instytucji. Świat wokół: niesprawiedliwy
podział dóbr, kierowanie się wyłącznie zasadą zysku
w gospodarce, oderwanie pracy od ludzkiej osobowo-
ści i ukierunkowanie jej na zysk, który należy szybko
skonsumować, brak polityki skoncentrowanej na reali-
zacji dobra wspólnego, zastąpionego partykularnymi
interesami wielkich korporacji, odrzucenie na margines
społeczny osób „nieprodukcyjnych”, duchowa nędza
połączona z seksualnym rozpasaniem kultury – wszyst-
ko to nie wywołuje chęci odizolowania się, lecz podjęcia
nowych wyzwań, by stworzyć świat, gdzie „łatwiej bę-
dzie ludziom być dobrymi dla innych”.
8artosz Wieczorek
Współpraca: Krzysztof Wołodźko i Marta Zamorska
jnk o1uzvuvwnc
cnzr1ç „Cn1uotìc Woukru”?
Cena nie zmieniła się od początku istnienia pisma – wynosi
1 cent. Czasopismo wychodzi 7 razy w roku. Roczna subskryp-
cja dla czytelników z zagranicy kosztuje 30 centów.
Zamówienie i odpowiednią kwotę należy wysłać na adres:
The Catholic Worker, 36 East First Street, New York, NY 10003,
United States.
D
O
R
O
T
H
Y

D
A
Y

©

M
I
L
W
A
U
K
E
E

J
O
U
R
N
A
L

P
H
O
T
O
82 7 CkU8L| kUkY
ktrtt Łç1ocut
W potocznych opiniach o stosunku Kościoła
katolickiego do własności prywatnej występują dwa
błędy. Jedni skłonni są widzieć w Kościele bezkom-
promisowego obrońcę tzw. świętego prawa własności,
wskazując na jego krytycyzm wobec wszelkich ide-
ologii i ruchów dążących do likwidacji prywatnego
posiadania i zastąpienia go wspólnym. Inni zaś prze-
sadnie akcentują społeczny wymiar własności, posił-
kując się odwołaniami historycznymi do rzekomego
komunizmu pierwotnego Kościoła.
Zwolennicy tej ostatniej tezy chętnie przywołują
fragment Dziejów Apostolskich: „Jeden duch i jedno
serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazy-
wał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.
Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwsta-
niu Pana Jezusa, a wszyscy oni mieli wielką łaskę. Nikt
z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo
domów sprzedawali je i przynosili pieniądze [uzyskane]
ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też
rozdzielano według potrzeby” (Dz 4, 32-35). Przesłanie
ewangeliczne w duchu komunistycznym interpreto-
wali m.in. Wilhelm Weitling, Étienne Cabet, Philip-
pe Buchez czy niektórzy teologowie wyzwolenia. Wi-
dzieli oni w Chrystusie pierwszego komunistę, pod-
kreślając, iż jego orędzie zostało zafałszowane przez
królów i księży, którzy użyli go do ochrony własnych
przywilejów. Jednak, jak pisał o. Atanazy Bierbaum,
komunizm głosił hasło „Co twoje, to moje!”, dążył do
wywłaszczenia, wzbogacenia się kosztem bliźniego.
Natomiast chrześcijańscy „komuniści” z Jerozoli-
my i idący w ich ślady członkowie zakonów kato-
lickich głoszą: „Co moje, to twoje!”. Mamy tutaj
co najwyżej pewną formę komunizmu konsump-
cyjnego, dzielenie się rzeczami posiadanymi, nie
ma mowy jednak o likwidacji prywatnego posia-
dania. Również słowa Chrystusa, iż „łatwiej wielbłą-
dowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść
do królestwa niebieskiego” (Mt 19,24), nie mogą
być traktowane jako potępienie prywatnego posiada-
nia. Mamy jedynie do czynienia ze wskazaniem na
to, iż nadmierne przywiązanie do bogactw może być
przeszkodą na drodze do realizacji zasadniczego celu
człowieka, jakim jest zbawienie. Nie bogactwo bo-
wiem jako takie jest złe, ale użytek, który człowiek
z niego robi.
W nauczaniu katolickim ostrej krytyce został
poddany zarazem egoizm, jak i kolektywizm. Ten
pierwszy (którego ekstremalną postać stanowił będzie
tzw. obiektywizm Ayn Rand, propagującej „cnotę
egoizmu”) wyraża się w rzymskiej formule zapisanej
w kodeksie Justyniana – ius utendi, fruendi et abuten-
di, czyli prawie używania, pobierania korzyści z niej
płynących, a nawet niszczenia i nadużywania własno-
ści. Mamy tutaj do czynienia z proklamacją „świętego
prawa własności prywatnej”, którego nigdy i nikomu,
pod żadnymi pozorami nie wolno naruszać i z którą
prawowity właściciel może robić, co mu się żywnie
podoba, nie licząc się z żadnymi ograniczeniami spo-
łecznymi, więziami czy obowiązkami. Kolektywizm
natomiast, tj. chęć zniesienia własności prywatnej,
bazuje na akcentowaniu wyłącznie jej społecznego
charakteru oraz na postrzeganiu własności jako głów-
nej przyczyny alienacji. Wizji tej dawał wyraz głównie
Karol Marks, przekonujący, że zniesienie własno-
ści prywatnej doprowadzi do uczynienia na powrót
z człowieka istoty społecznej. Już Pius XI w encykli-
ce Quadragesimo anno przestrzegał, że „/.../ trzeba się
usilnie strzec dwóch skrajności. Po pierwsze – tak zwa-
nego »indywidualizmu«, w który popada się, względnie
się do niego zbliża przez zaprzeczenie lub osłabienie
społecznego lub publicznego charakteru prawa własno-
ści. Po drugie – »kolektywizmu«, do którego się zmie-
rza, albo jego błędnym ideom się ulega przez odrzucanie
lub osłabianie indywidualnego i prywatnego charakteru
własności” (QA, nr 46).
Wizja roli, znaczenia i funkcji własności,
z którą mamy do czynienia w nauczaniu Kościo-
ła, wynika wprost z chrześcijańskiej antropologii.
Człowiek postrzegany jest w niej jako istota indy-
widualno-społeczna. Jest to antropologia persona-
Własność ma wedle nauczania Kościoła dwa
wymiary: indywidualny i społeczny. Ciążą na niej
pewne obowiązki, „hipoteka społeczna”. Ma służyć
zaspokojeniu potrzeb nie tylko właściciela, ale
i całego społeczeństwa.
WŁASNOSC
W NAUC7ANIU kOSCIOŁA
83
listyczna, sprzeciwiająca się zarówno liberalnemu trak-
towaniu człowieka jako indywiduum, samotnej, w pełni
autarkicznej monady, jak również kolektywistycznemu
postrzeganiu go jako jedynie kółka w społecznej machi-
nie. Człowiek oczywiście ma swoje cele indywidualne, ale
nie żyje w próżni, jest istotą społeczną i w związku z tym
winien mieć na uwadze również dobro wspólne, które we-
dle filozofii tomistycznej ma charakter realny, nie jest tylko
liberalną sumą dóbr jednostkowych.
Katolicka nauka odrzuca bowiem stanowisko, wedle
którego społeczeństwo stanowi jedynie matematyczną sumę
jednostek. Wynika z tego, iż człowiek nie może dążyć do re-
alizacji swoich indywidualnych celów abstrahując od interesu
społeczeństwa czy pomijając go. Punktem wyjścia katolickiej
nauki dotyczącej własności jest przekonanie o przeznaczeniu
dóbr ziemskich dla wszystkich ludzi. Podkreślał to bardzo
mocno św. Tomasz z Akwinu, a w konstytucji Gaudium et
spes, ogłoszonej przez Sobór Watykański II, czytamy, iż: „Bóg
przeznaczył ziemię ze wszystkim, co ona zawiera, na użytek
wszystkich ludzi i narodów, tak by dobra stworzone dochodzi-
ły do wszystkich w słusznej mierze – w duchu sprawiedliwości,
której towarzyszy miłość. Jakiekolwiek byłyby formy własności,
dostosowane, zależnie od różnych zmiennych okoliczności, do
prawowitego ustroju różnych ludów, to jednak zawsze należy
brać pod uwagę powszechność przeznaczenia dóbr ziemskich.
Dlatego człowiek używając tych dóbr powinien uważać
rzeczy zewnętrzne, które posiada, nie tylko za własne, ale
za wspólne w tym znaczeniu, by nie tylko jemu, ale i in-
nym przynosiły pożytek. Zresztą każdemu przysługuje pra-
wo posiadania części dóbr, wystarczającej dla niego i dla jego
rodziny. Tak sądzili Ojcowie i Doktorowie Kościoła nauczając,
że ludzie mają obowiązek wspomagania ubogich, i to nie tylko
z tego, co im zbywa. Kto natomiast byłby w skrajnej potrze-
bie, ma prawo z cudzego majątku wziąć dla siebie rzeczy
konieczne do życia. Ponieważ tylu ludzi na świecie cierpi
głód, Sobór święty przynagla wszystkich, tak jednostki,
jak i piastujących władzę, by pamiętni na zdanie Ojców:
»nakarm umierającego z głodu, bo jeżeli nie nakarmiłeś
go, zabiłeś« – naprawdę dzielili się w miarę swoich moż-
liwości i nie szczędzili wydatków, udzielając jednostkom
i narodom przede wszystkim takiej pomocy, dzięki której
same mogłyby zaradzić swoim potrzebom i wejść na drogę
rozwoju” (KDK, nr 69).
Powszechne przeznaczenie dóbr nie likwiduje jednak
własności prywatnej, lecz jedynie wskazuje jej cel. Wszel-
kie ludzkie działanie bowiem, nie wyłączając z tego ko-
rzystania z dóbr doczesnych i zarządzania nimi, posiada
pewną wartość moralną. Kościół zawsze bronił instytucji
własności prywatnej, uznając, iż ma ona źródło w moral-
nym prawie natury, a więc nie jest wynikiem umowy, jak
twierdził Hugo Grotius, pierwotnego przywłaszczenia,
jak chciał Rousseau, czy też państwowego ustanowienia,
o czym przekonywali Hobbes i Monteskiusz. Pius XI na
ten przykład w encyklice Quadragesimo anno podkreślał,
iż „prawo do własności otrzymali ludzie od natury, to jest
od samego Stwórcy, w tym celu, by z jednej strony każdy
człowiek mógł zaspokoić potrzeby osobiste i rodzinne, i by
z drugiej strony dobra materialne, które Stwórca przeznaczył
na użytek wszystkich ludzi, rzeczywiście służyły temu celowi
za pośrednictwem prywatnej własności” (QA, nr 45). Leon
XIII w encyklice Rerum novarum uzasadniał natomiast
prawnonaturalny charakter własności prywatnej tym, iż
człowiek – w przeciwieństwie do zwierzęcia – aby utrzy-
mać się w bycie, musi posiadać na własność pewne dobra.
O ile zwierzę jedynie korzysta z dóbr materialnych, które
daje przyroda, o tyle człowiek nie otrzymuje ich w stanie
gotowym, lecz zmuszony jest zdobywać i przetwarzać, gdyż
gdyby tego nie robił, zniżyłby się do poziomu animalne-
go. Człowiek zaspokaja swoje potrzeby poprzez pracę, nie
znajdując w zasadzie gotowych środków, „można więc –
jak podkreśla Papież – powiedzieć, iż powszechnym sposo-
bem zdobywania środków do życia i utrzymania jest praca,
czy to na własnej rozwijana ziemi, czy w jakimś rzemiośle,
które daje zapłatę, pochodzącą ostatecznie z owoców ziemi
i zdolną do wymiany na owoce ziemi. I to również dowo-
dzi, że prywatny sposób posiadania odpowiada naturze. Tych
bowiem dóbr, których potrzeba do utrzymania a szczególnie
do udoskonalenia życia, ziemia dostarcza wprawdzie w ob-
fitości; nie mogłaby ich jednak dostarczyć bez uprawy i bez
opieki ludzkiej. Przygotowując sobie dobra naturalne przy
pomocy przemyślności rozumu i przy pomocy sił cielesnych,
przyswaja sobie tym samym człowiek tę część przyrody, którą
sam uprawił i na której jak gdyby kształt swej osobowości wy-
ciśnięty zostawił; skutkiem tego najzupełniej jest słusznym,
by tę część przyrody posiadał jako własną i by nikomu nie
było wolno naruszać jego do niej prawa” (RN, nr 7).
b
n
a

A
U
N
T
I
E

P
84 Z GRUBEJ RURY
Innym argumentem Leona XIII jest wzgląd na dobro
rodziny, fakt iż człowiek ma „zasadnicze i naturalne pra-
wo” do życia rodzinnego oraz obowiązek zabezpieczenia
rodzinie bytu i przyszłości, co byłoby niemożliwe do urze-
czywistnienia bez istnienia własności prywatnej (rodzin-
nej). Własność w ujęciu Leona XIII staje się, jak można
wywnioskować, nie tylko podstawą trwałości rodziny, ale
i gwarantem jej niezależności, instytucją umożliwiającą
obronę przed zakusami omnipotentnego państwa. Św.
Tomasz natomiast zwracał przede wszystkim uwagę na więk-
szą produktywność dóbr prywatnie administrowanych, pod-
kreślając, iż generalnie ludzie bardziej skłonni są troszczyć
się o rzeczy stanowiące ich własność niż stanowiące dobro
wspólne. Akcentował też, że istnienie prywatnej własności
przyczynia się do większego uporządkowania życia gospodar-
czego oraz jest gwarancją ładu społecznego.
Z biegiem czasu coraz mocniej w nauczaniu społecznym
Kościoła podkreślany był też związek pomiędzy godnością
osoby ludzkiej a prywatnym posiadaniem. Papieże odwoły-
wali się do liberalnego argumentu, znanego choćby z pism
Locke’a, iż najlepszy gwarant wolności i praw osobowych
stanowi własność. Pius XII stwierdzał w związku z tym, że
„Pierwotne prawo odnośnie do użytku dóbr materialnych, bę-
dąc w ścisłym związku z godnością i z innymi prawami osoby
ludzkiej, przez formy wyżej wymienione stanowi dla niej pewną
podstawę materialną, i to najwyższej doniosłości, aby się wznieść
do spełnienia swych obowiązków moralnych. Ochrona tego pra-
wa zapewni człowiekowi godność osobistą i ułatwi mu pilnowa-
nie i spełnianie w należnej wolności tej sumy stałych obowiąz-
ków i decyzji, za które jest bezpośrednio odpowiedzialny wobec
Stwórcy” (Orędzie radiowe z 1 VI 1941 r., nr 10).
Natomiast Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus
zwracał uwagę, że człowiek „/.../ pozbawiony wszystkiego, co
mógłby »nazwać swoim« oraz możliwości zarabiania na życie
dzięki własnej przedsiębiorczości, staje się zależny od machi-
ny społecznej i od tych, którzy sprawują nad nią kontrolę, co
utrudnia mu znacznie zrozumienie swej godności jako osoby
i zamyka drogę do tworzenia autentycznej ludzkiej wspólnoty”
(CA, nr 13). Jan XXIII konstatował zaś w związku z tym, iż
„praktyka i świadectwa historii dowodzą, że tam, gdzie ustrój
polityczny nie uznaje prawa poszczególnych ludzi do posiadania
na własność także dóbr wytwórczych, tam korzystanie z ludz-
kiej wolności w sprawach zasadniczych albo jest utrudnione,
albo nawet całkowicie uniemożliwione” (MeM, nr 109).
Własność ma jednak, wedle nauczania Kościoła,
dwa wymiary: indywidualny i społeczny. Ciążą na niej
pewne obowiązki, „hipoteka społeczna”. Ma nie tylko
służyć zaspokojeniu potrzeb właściciela, ale i całego spo-
łeczeństwa. Pomoc ludziom ubogim i pokrzywdzonym
to nie tylko obowiązek miłosierdzia, ale przede wszyst-
kim sprawiedliwości. Na własności i właścicielu spoczy-
wają więc pewne zobowiązania wobec innych ludzi – uży-
wanie dóbr nie może mieć charakteru egoistycznego. Jeden
z prekursorów katolickiej nauki społecznej, biskup Mogun-
cji Wilhelm von Ketteler, w kazaniu adwentowym z 1848
r., dotyczącym palących kwestii społecznych, przypominał,
iż „Kościół przenigdy nie może przyznać człowiekowi
prawa gospodarowania dobrami świata wyłącznie wedle
jego upodobań”. W czasach nowszych Jan Pawel II w ency-
klice Laborem exercens stwierdzał, iż „Tradycja chrześcijańska
nigdy nie podtrzymywała tego prawa [własności – R. Ł.] jako
absolutnej i nienaruszalnej zasady. Zawsze rozumiała je na-
tomiast w najszerszym kontekście powszechnego prawa wszyst-
kich do korzystania z dóbr całego stworzenia: prawo osobistego
posiadania jako podporządkowane prawu powszechnego uży-
wania, uniwersalnemu przeznaczeniu dóbr” (LE, nr 14).
Pius XI wprowadził zaś rozróżnienie pomiędzy
uczciwym posiadaniem własności a jej używaniem,
podkreślając, iż te dwie kwestie bynajmniej nie są toż-
same. Fakt, iż ktoś jest prawowitym właścicielem dane-
go majątku, nie oznacza jeszcze, iż każdy sposób jego
wykorzystania jest dopuszczalny i godziwy. Przykłady
b

K
R
I
S
85
niegodziwego używania własności można mnożyć, począw-
szy od niszczenia żywności w czasach wielkiego kryzysu go-
spodarczego, poprzez zanieczyszczanie środowiska natural-
nego przez zakłady przemysłowe, pozostawianie dla zysku
wielkich obszarów rolnych odłogiem w sytuacji niedoboru
ziemi w kraju, likwidowanie dobrze prosperujących przed-
siębiorstw itp. Jan Paweł II nie wahał się nawet stwierdzić,
iż „Własność środków produkcji tak w przemyśle, jak
i w rolnictwie, jest słuszna wtedy, gdy służy użytecznej
pracy; przestaje natomiast być uprawniona, gdy nie jest
produktywna, lub kiedy służy przeszkadzaniu pracy
innych, lub uzyskiwaniu dochodu, którego źródłem jest
nie globalny rozwój pracy i społecznego majątku, lecz
wyzysk, niegodziwe wykorzystywanie, spekulacja i roz-
bicie solidarności świata pracy. Własność taka nie ma
żadnego usprawiedliwienia i w obliczu Boga i ludzi jest
nadużyciem” (CA, nr 43.).
Wedle angielskiego konserwatysty Rogera Scrutona,
wręcz absurdalny jest pogląd, wedle którego kupiec posiada
prawo do zniszczenia zboża czy przetrzymania go w czasie
głodu, np. w celu maksymalizacji zysku. Nie chodzi tutaj
jednak tylko o to, iż takie działanie byłoby niemoralne, gdyż
co do tego nikt nie ma chyba wątpliwości. Musi być ono
także uznane za nielegalne, a „/.../ państwo, które nie uczy-
niłoby takiego postępowania nielegalnym, powstrzymałoby się
od wykonywania podstawowej władzy, jaką składa w jego ręce
konstytucja, władzy zabezpieczenia trwania wspólnoty ludz-
kiej”. Prawo używania własności w nauczaniu katolickim
jest prawem moralnym, tzn. skrępowanym przez moral-
ne prawo natury. Właściciel jest zobowiązany tak uży-
wać tego, co posiada, aby wychodziło na korzyść całemu
społeczeństwu, grzeszy więc ten, kto wykorzystuje swoją
własność jedynie dla celów egoistycznych, nie próbując
uzgadniać dobra jednostkowego z dobrem wspólnym.
Odrzucany jest jednak pogląd, iżby złe użytkowanie
własności mogło skutkować jej utratą. Wedle Piusa XI,
państwo będące strażnikiem dobra ogółu ma prawo w ta-
kich sytuacjach karać właściciela, ale nie może odbierać
mu własności. Warto również zwrócić uwagę, iż nie każda
forma własności cieszy się jednakowym poparciem. Nauka
katolicka podkreśla, że dla dobrobytu społeczeństwa opty-
malnie jest istnienie jak najbardziej rozpowszechnionej wła-
sności średniej i małej. Pius XII w Orędziu radiowym z 11
marca 1951 r. podkreślał, iż „/.../ lepszy podział dóbr i więk-
sze rozproszenie własności to dwa najbardziej naglące postula-
ty w programie społecznym Kościoła”. Stąd też pojawiające się
w naukach jego poprzedników Leona XIII i Piusa XI oraz
następców, jak np. Jan XXIII, postulaty upowszechnienia
własności i bardziej sprawiedliwej redystrybucji dóbr na po-
ziomie państwowym i globalnym.
To, że własność posiada również charakter społeczny,
powoduje, iż na każdym człowieku wedle nauczania Ko-
ścioła ciążą pewne obowiązki społeczne. Po pierwsze, mamy
do czynienia chociażby z obowiązkami co do tzw. wolnych
dochodów. Wedle katolickiej nauki społecznej, człowiek
bynajmniej nie ma zupełnej swobody, jeśli chodzi o dys-
ponowanie nimi. Wolne dochody to te, które pozostają po
zaspokojeniu konieczności – zwyczajowo rozróżnia się trzy
rodzaje konieczności i dóbr koniecznych potrzebnych do
ich zaspokojenia, tzw. necessaria vitae, czyli dobra konieczne
dla utrzymania się przy życiu (jedzenie, mieszkanie, ubranie
itp.), necessaria status, tzn. dobra potrzebne człowiekowi do
utrzymania się na poziomie stanu przysługującego mu z ra-
cji wykonywanego zawodu i funkcji pełnionej w społeczeń-
stwie, a także necessaria decentiae status, czyli dobra, których
wymaga tzw. przyzwoitość stanu (chodzi tutaj po prostu
o przyjęte zwyczaje dotyczące urządzenia mieszkania, korzy-
stania z dóbr kultury itp., obowiązujące w danym stanie,
którego człowiek jest członkiem). Wszystko, co pozostaje
po zaspokojeniu tych potrzeb, to tzw. bonum superfluum,
czyli dobro zbyteczne. Idąc niejako tropem św. Augustyna,
nauczającego, że dobra zbyteczne bogatych stanowią dobra
konieczne ubogich, Pius XI podkreślał, iż winny być one
przeznaczane na jałmużnę (prywatna pomoc, ofiarność),
dobroczynność (wspieranie organizacji charytatywnych)
i wspaniałomyślność (organizowanie nowych miejsc pracy).
Społeczny charakter własności pozwala nawet w sy-
tuacjach ekstremalnych na naruszenie prawa własności.
Dawna zasada teologii moralnej mówiła, że In extrema
necessitate omnia sunt communia (w ostateczności wszyst-
ko jest wspólne). Św. Tomasz w swojej Sumie potwierdza ją,
pisząc: „Jeśliby jednak ktoś znajdował się w koniecznej potrzebie
tak nagłej i oczywistej, że nie ulegałoby wątpliwości, iż należy
mu natychmiast pomóc tymi środkami, które są dostępne, np.
gdy jakiejś osobie zagraża niebezpieczeństwo i nie można inaczej
jej dopomóc, wówczas wolno jej zaradzić tej koniecznej potrze-
bie przez jawne lub potajemne zabranie cudzej rzeczy. W takim
wypadku nie będzie to właściwie ani kradzież, ani rabunek”.
Niektórzy skrajni liberałowie czy libertarianie nie zgo-
dziliby się oczywiście z całym przedstawionym powyżej sta-
nowiskiem, widząc w nim próbę ograniczania suwerenności
człowieka, wolności dysponowania przez niego własnym
majątkiem, który zdobył kosztem swego wysiłku. Często
słyszy się: „zawdzięczam wszystko sobie, własnej wytę-
żonej pracy, dlaczego więc mam się z kimkolwiek dzie-
lić? Mogę zrobić ze swoją własnością co zechcę i wara
innym od tego”. Warto jednak przypomnieć, iż nikt
nie funkcjonuje w próżni, że każdy człowiek wykorzy-
stuje chcąc nie chcąc dorobek pokoleń minionych oraz
działa w warunkach stworzonych dzięki społeczeństwu,
wysiłkowi innych ludzi. Dziewiętnastowieczny angielski
filozof Leonard Hobhouse, akcentując społeczny wymiar
własności, pisał: „Prosperujący człowiek interesu, który uwa-
ża, że cały majątek zawdzięcza tylko sobie, nie zastanowi się
ani przez chwilę, czy mógłby zrobić choć jeden krok na drodze
do swojego sukcesu, gdyby nie uporządkowany system, który
umożliwił rozwój komercjalny, bezpieczeństwo na drodze, ko-
lei i morzu, zasób wykwalifikowanej siły roboczej i gdyby nie
suma inteligencji, którą cała cywilizacja dała mu do dyspozy-
cji, nawet popyt na towary, które produkuje, stworzony przez
ogólny postęp świata, wynalazki, które on wykorzystuje jako
rzecz oczywistą, a które powstały przez zbiorowy wysiłek poko-
leń ludzi nauki i organizatorów przemysłu. Gdyby dotarł on
do podstaw swego majątku, przekonałby się, że to społeczeń-
stwo utrzymuje i gwarantuje jego majątek, a także społeczeń-
stwo jest nieodzownym partnerem w jego wytwarzaniu”.
Rafał Łętocha
86 7 CkU8L| kUkY
Człowiek zniewolony brakiem pracy będzie ulegał
destrukcyjnym ideologiom, usprawiedliwiającym
bezsens ludzkiego życia, bezsens pielęgnowania rela-
cji międzyludzkich, opartych na miłości i solidarności.
rnor. Trnrst Cntsìúskt, rnor. Mìnosttw 7tsìrnowskì
1. Powołanie człowieka do pracy
Praca jest niezbywalnym atrybutem człowieczeń-
stwa. W tym sensie, w jakim człowiek jest powołany
do pracy – laborem exercens, w encyklice Jana Pawła
II pod takim tytułem, praca jest gatunkową właści-
wością człowieka i to właściwością wyróżniającą go
spośród wszystkich innych jestestw. Praca jest w en-
cyklice rozpatrywana w trzech aspektach:
jako wyraz boskiej kreatywności, przeniesionej t
przez Stwórcę na człowieka, który ma sobie czy-
nić ziemię poddaną,
jako działanie ludzkie w naturalny sposób zapew- t
niające byt biologiczny poszczególnemu człowie-
kowi i jego rodzinie, wspólnocie zaś – rozwój
kulturalny i materialny,
jako doświadczenie trudu i cierpienia, które jeśli t
nie jest wynikiem niesprawiedliwego przymusu,
to przybliża człowieka do tajemnicy odkupienia
i zbawienia.
Jeśli tak traktować ludzką pracę, w ujęciu persona-
listycznym, to ostre rozróżnienie na opus (work) – pra-
cę twórczą, czyn, dzieło i labor (labour) – znojny trud,
robotę, występuje tylko wtedy, gdy cierpienie spowo-
dowane znojnym trudem jest wynikiem niewolniczej
pracy, bowiem każdy dobrowolny wysiłek na rzecz
wspólnoty kształtuje pozytywnie osobowość, a wolne
działanie kreatywne typu work nie jest zasadniczo po-
zbawione trudu i cierpienia. Tylko praca schematycz-
na, powielająca, zwalnia człowieka z twórczego cier-
pienia, ale powoduje równocześnie degradację jego
podmiotowości. A więc naturalne i cenne dla człowie-
ka jako podmiotu pracy jest zarówno tworzenie, jak
i cierpienie przekształcania substratu materialnego lub
mentalnego. Cierpienie, odmiennie niż tworzenie, nie
może być jednak w żadnym razie celem pracy. Jest tylko
jednym z jej stymulatorów, wyznaczników jej wartości.
Jednak cierpienie określa walor pracy tylko wtedy, gdy
kształtuje podmiotowość człowieka, bowiem „pierwszą
podstawową wartością pracy jest sam człowiek – jej pod-
miot” (Laborem exercens).
2. Programowe bezrobocie w skali global-
nej jako jedna z aktualnych rzeczy nowych
w sto lat po encyklice Leona XIII
Wszystkie trzy encykliki społeczne Jana Pawła II:
„Laborem exercens”, „Sollicitudo rei socialis” i „Cen-
tesimus annus”, nawiązują bezpośrednio do podstawy
współczesnego nauczania społecznego Kościoła – ency-
kliki Leona XIII „Rerum novarum” z 1891 r. Jan Paweł
II ukazał aktualność wielu owych „nowych rzeczy” po
stu latach, ale także wskazał na nowe aspekty kwestii
społecznej pod koniec XX wieku. Jedną z aktualnych
rzeczy nowych jest źródło bezrobocia, tym razem tkwią-
ce po pierwsze – w upowszechniającej się automatyzacji
produkcji, po drugie – w coraz szybciej rosnącej dyspro-
porcji w podziale bogactwa w świecie, zwłaszcza w rela-
cji bogata Północ – biedne Południe, po trzecie – w tzw.
syndromie „czwartego świata”, czyli w wyłączaniu
(głównie poprzez ograniczenie dostępu do rynku
pracy i manipulowanie tzw. podziałem pracy w skali
globalnej) całych dużych grup społecznych i naro-
dowych (także w krajach bogatych) z uczestnictwa
w inicjatywie gospodarczej. Wszystkie współczesne
zmiany technologiczne, społeczne i geopolityczne nie
mogą pozostawiać w cieniu zawsze aktualnego proble-
mu pracy ludzkiej, lecz wymagają „ciągłego »uwspółcze-
śniania«, zachowując stale ów chrześcijański zrąb prawdy,
który można nazwać odwiecznym” (Laborem exercens).
Ten odwieczny zrąb zadany jest w Księdze
Rodzaju nakazem czynienia sobie ziemi poddaną,
a uniwersalność tego procesu pracy „obejmuje wszyst-
kich ludzi, każde pokolenie, każdy etap rozwoju ekono-
micznego i kulturalnego, a równocześnie jest to proces
przebiegający w każdym człowieku, w każdym świa-
domym ludzkim podmiocie. Wszyscy i każdy są w nim
równocześnie objęci. Wszyscy i każdy w odpowiedniej
mierze, i na nieskończoną prawie ilość sposobów biorą
udział w tym gigantycznym procesie”.
8L7kO8OCIL
|AkO CLO8ALNY PkO8LLM SPOŁLC7NY
(wnìoskì z ntuk |tnt Ptwtt II)
87
Wymienione w Księdze Rodzaju opanowywanie
świata nie występuje w znaczeniu podboju świata mate-
rialnego i w żadnym razie nie przyznaje człowiekowi mia-
na zdobywcy świata, lecz tego, kto własną pracą go oswaja,
czyni sobie przyjaznym i zrozumiałym w istocie związku
stworzenia i Stwórcy. XIX-wieczna epoka industrializacji
doprowadziła do upowszechnienia mechanizacji pracy
ludzkiej, do zastąpienia człowieka przez maszyny w wielu
sposobach wykonywania pracy w przemyśle i rolnictwie.
Wystąpił wówczas problem uprzedmiotowienia pracy
ludzkiej w formie procedur obsługiwania maszyny przez
człowieka i eliminacji ludzi z procesu wytwarzania dóbr.
Wizjonerstwo Władysława Reymonta pozwoliło mu
w „Ziemi obiecanej” tak oto przepowiedzieć wzmacnianie się
z czasem tego procesu mechanizacji pracy: „Człowiek stworzył
maszynę, a maszyna człowieka zrobiła swoim niewolnikiem:
będzie się rozrastać i potężnieć do nieskończoności i potężnieć
będzie niewola ludzka”. Pesymistyczne proroctwo Reymon-
ta zrealizowało się na kilka sposobów. Otóż, mechanizacja
przeszła obecnie w stadium automatyzacji, w którym już
nie tylko ciężką pracę ludzką zastąpiono pracą maszyn, lecz
w wyniku komputeryzacji również lekka praca fizyczna oraz
w wielu przypadkach praca umysłowa, zostały zastąpione
i usprawnione sterowaniem automatycznym, analizą zapo-
średniczoną przez komputerowe procedury itp. Aby jednak
zrozumieć powstanie katastrofalnego bezrobocia w Polsce lat
90. nie wystarczy poprzestać na wyjaśnieniu, że w wyniku
coraz powszechniejszego procesu mechanizacji i automatyza-
cji coraz większe rzesze ludzkie zostają pozbawione pracy.
Gdy dokładnie przeanalizujemy proces niszczenia
zakładów produkcyjnych w Polsce lat 90., ujawni się inna
globalna przyczyna bezrobocia. Otóż, podział pracy cha-
rakterystyczny dla klasycznej gospodarki kapitalistycznej
zamienia się w wyniku rosnącego bezrobocia w przydział
dostępu do pracy, tzn. podział świata zdaje się kształtować
zgodnie z kryterium nadania pewnym społecznościom
i narodom priorytetu w sprawie zachowania stanowisk
pracy w takim wymiarze, aby bezrobocie nie stało się we-
wnętrzną klęską społeczną. Te wyróżnione społeczności są
na tyle bogate, że stać je na tworzenie miejsc pracy nawet
wtedy, gdy twardy rachunek ekonomiczny (oparty na bez-
pośrednim zysku) dyktowałby redukcję zatrudnienia, stać je
na wytwarzanie sztucznych potrzeb u konsumentów oraz na
program tzw. ustawicznego kształcenia, który ma na celu ła-
godzenie bezrobocia poprzez wielokrotne w ciągu życia prze-
kwalifikowanie, wychodzące naprzeciw ofercie miejsc pracy.
3. Wpływ permanentnego bezrobocia na kon-
dycję osoby ludzkiej
Wzrost zniewolenia człowieka przez maszynę przewidy-
wał Reymont, jednak w dobie automatyzacji ma miejsce nie
tylko zamiana ról z podmiotu ludzkiego pracy na podmiot me-
chaniczny pracy, lecz także sterowanie całymi społecznościami
w rytm ustalonego z góry i kontrolowanego zapotrzebowania
na pracę ludzką i dystrybuowanie bezrobocia. Skoro praca jest
w myśli personalistycznej atrybutem człowieczeństwa, to pro-
gramowe pozbawianie człowieka prawa do pracy (lub znaczne
jego ograniczenie) w imię wąskich ekonomistycznych wskaź-
ników czy narzuconych trendów technologicznych, narusza
ludzką godność, pozbawia go naturalnej więzi z rzeczywisto-
ścią zewnętrzną, która jest mu dana przez pracę.
Człowiek wyzuty z tej relacji ze światem, przestaje
czuć się za niego odpowiedzialny w każdym wymiarze,
przede wszystkim pokoleniowym, narodowym, rodzin-
nym, bo założenie i utrzymanie rodziny wymaga po-
czucia bezpieczeństwa sprostania temu nie w ciągu 3-5
lat, lecz na przestrzeni kilkudziesięciu lat, rodzina zaś
przenosi wartości tradycji pokoleń i narodów. Człowiek wy-
stawiony na „ulosowienie” życia bezrobociem wzbrania się
przed zaangażowaniem w rodzinę, bowiem rodzina zdaje się
być przedsięwzięciem wysokiego ryzyka w obliczu perma-
nentnego braku pracy. Osoba ludzka staje się w ten sposób
niewolnikiem nowej organizacji pracy i organizacji bezrobo-
cia, przede wszystkim organizacji, która ma na celu coraz to
większą rentowność coraz to procentowo mniejszej w skali
globalnej grupy przedsiębiorców. Człowiek zniewolony
brakiem pracy i w związku z tym zbędny w społeczno-
ści, będzie w ramach kompensacji ulegał destrukcyjnym
ideologiom, usprawiedliwiającym bezsens ludzkiego ży-
cia, bezsens pielęgnowania relacji międzyludzkich, opar-
tych na miłości i solidarności, będzie ulegał ideologiom
propagującym chwilowe użycie i chwilowe korzyści, bo
kształtowanie już nawet tylko indywidualnej przyszłości wy-
myka się poszczególnemu człowiekowi z rąk i umysłu.
I tak po roku 1989 osoba ludzka w Polsce stała się trzci-
ną nie tylko na wietrze zapotrzebowania na jej pracę, a więc
na wietrze indywidualnego dochodu. Stała się również
trzciną na wietrze przyznającym lub odbierającym miejsce
w ludzkiej społeczności, dzięki całkowitemu uprzedmio-
towieniu podstawowego ludzkiego atrybutu – pracy. Jan
Paweł II pisze o tym tak: „Należy koniecznie napiętnować
istnienie mechanizmów ekonomicznych, które, chociaż są kie-
rowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny,
b
a

E
M
I
L
I
A

G
A
R
A
S
S
I
N
O
88
umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich. Mecha-
nizmy te, uruchomione – w sposób bezpośredni lub pośredni –
przez kraje bardziej rozwinięte, sprzyjają – poprzez samo ich
funkcjonowanie interesom tych, którzy nimi manewrują, ale
w końcu doprowadzają do zdławienia lub uzależnienia gospo-
darki krajów słabiej rozwiniętych” (Sollicitudo rei socialis).
Także społeczności bogate nie są w stanie w całości uchro-
nić się przed degeneracją, spowodowaną prymatem zysku.
4. Groźba unikacji i globalizacji uprzedmioto-
wiającej jednostki i społeczności ludzkie
Jan Paweł II, zwłaszcza w encyklice „Sollicitudo rei so-
cialis”, pisze, że w dobie globalizacji należy wyróżnić inny
świat biedy – „czwarty świat”, składający się z całych po-
pulacji, żyjących w nędzy „w krajach średnio i bardzo za-
możnych”. Populacje nędzy „trzeciego świata” i populacje
„czwartego świata” łączy wyeliminowanie ich z partnerskie-
go wysiłku przedsiębiorczego, pozostawanie poza tym, co
nazwaliśmy „przydziałem dostępu do pracy”.
Zjawisko „czwartego świata” świadczy o tym, że for-
malne przystąpienie jakiejś społeczności do kręgu krajów
bogatych (np. do Unii Europejskiej) nie gwarantuje po-
myślnego rozwoju. Równie, a może nawet bardziej praw-
dopodobne jest, że formalny akt przystąpienia może de-
finitywnie wyznaczyć danej społeczności rolę „czwartego
świata”, czyli swoistej kolonii ze względu na tańszą siłę
do pracy, drenaż mózgów oraz rynek zbytu dla obcych
towarów. Polska, jeśli nie podejmie długofalowych dzia-
łań wszechstronnej poprawy sytuacji wewnętrznej, jest
na najlepszej drodze do „czwartego świata”. Jan Paweł II
upatruje negatywnego symptomu procesów unifikowania
czy zjednoczenia, gdy „naród zostaje również pozbawiony
swej podmiotowości, czyli odpowiadającej mu »suwerenności«
w znaczeniu ekonomicznym, a także społeczno-politycznym.
Poniekąd kulturalnym, gdyż wszystkie te wymiary życia we
wspólnocie narodowej są ze sobą powiązane”.
Hasła unifikacji i globalizacji nie wystarczą, bo „jedność
świata, innymi słowy jedność rodzaju ludzkiego, jest poważnie
zagrożona”. Cele ekonomiczne unifikacji muszą być pod-
porządkowane treściom moralnym, a te nie są nawet wer-
balizowane w cywilizacji nakierowanej na zysk. Wyłącznie
ekonomistyczne współczesne traktowanie gospodarowania,
pozbawione odniesień etycznych, musi niepokoić, bo – jak
pisze Jan Paweł II za Piusem XI: „człowiek zostaje potrakto-
wany jako narzędzie produkcji”. I dalej: „podczas gdy powi-
nien on – on jeden, bez względu na to, jaką pracę wypełnia
– być traktowany jako jej sprawczy podmiot /.../ Takie właśnie
odwrócenie porządku, bez względu na to, w imię jakiego pro-
gramu się dokonuje, zasługiwałoby na miano »kapitalizmu«”.
Podkreślone jest znaczenie terminu „kapitalizm” i ta
jego cecha, która powoduje, że niezależnie od czasu histo-
rycznego i fazy rozwoju kapitalizmu, ten „błąd kapitalizmu
pierwotnego” zawsze wystąpi wtedy, gdy praca ludzka jest
traktowana jak towar lub narzędzie.
Gdy więc współczesny kapitalizm w jego neoliberal-
nej postaci pozbawia dostępu do pracy całe kontynen-
ty ze względu na cele ekonomiczne lub organizacyjne
– ostatecznie mierzone poziomem zysku (głównie kil-
kudziesięciu światowych korporacji), to jest obarczony
tym fundamentalnym błędem – pierwszeństwa kapitału
(rzeczy) przed pracą (człowiekiem).
5. Ocena programu tzw. ustawicznego kształce-
nia jako panaceum na bezrobocie
Przejdźmy do oceny jednego z programów krajów bo-
gatych, które mają złagodzić bezrobocie – programu usta-
wicznego kształcenia. Wypada się zastanowić, czemu ma
służyć ustawiczna edukacja. W tradycyjnym ujęciu ma ona
służyć doskonaleniu charakteru i umiejętności w pracy, do
której się człowiek przygotowuje. Samo wykształcenie jest
oczywiście wartością, ale gdy nie odpowiada na tzw. ofertę
rynkową pracy, to wobec coraz powszechniejszego bezrobo-
cia inteligencji, wpisuje się w zjawisko „proletaryzacji” inte-
ligencji. Szczególnie właśnie proletaryzacja inteligencji, wo-
bec rzeczywistego braku zapotrzebowania na wykształcenie,
jest równocześnie objawem zaburzenia papieskiej zasady
głoszącej, że: „o ile prawdą jest, że człowiek jest przeznaczony
i powołany do pracy, to jednak nade wszystko praca jest »dla
człowieka«, a nie człowiek »dla pracy«”.
Tymczasem program ustawicznego kształcenia zakłada
postawę dopasowywania się (wciąż na nowo uzyskiwanymi
umiejętnościami) do ofert rynku pracy. Człowiek staje się
więc przedmiotem do wynajęcia na rynku pracy, towarem
do użycia w jakiejś pracy. To rynek pracy decyduje (spełnia
funkcje podmiotowe) o przydatności ludzkiej pracy, nie zaś
– jak to być powinno w porządku ontologicznym i etycz-
nym – człowiek jest podmiotem pracy.
Ustawiczne kształcenie w swoich założeniach narusza
także tradycyjną wartość doskonalenia się człowieka w pra-
cy i przenosi wartość edukacji na poziom towaru na rynku
edukacji i pracy. Z praktycznego punktu widzenia program
ustawicznego kształcenia może mieć jedynie znaczenie
doraźne i przejściowe, nie może zaś w żadnym wypadku
być projektem nowoczesnego społeczeństwa w erze post-
industrialnej. Postać ery postindustrialnej jest zaś jednym
z najdonioślejszych wyzwań dla katolickiej nauki społecznej
(KNS). Konieczność zabezpieczenia podmiotowości pracy
ludzkiej, a więc programowe zniesienie bezrobocia, jest naj-
ważniejszą osią rozważań o kształcie epoki poprzemysłowej
czy ponowoczesnej.
Człowiek stworzył technologie po to, aby służyły mu
i to w wymiarze uniwersalnym, zgodnie z prawem KNS
o uniwersalnym przeznaczeniu dóbr i zgodnie z inną zasadą
tej nauki – pierwszeństwa pracy przed kapitałem. Zatem na
powrót stwarzać trzeba takie warunki, aby każdy czło-
wiek miał zapewniony warsztat pracy, który pozwoliłby
jemu i rodzinie w pełni się realizować, w harmonijnej
łączności z całą wspólnotą, nie zaś w permanentnej kon-
kurencji z nią.
Dla Jana Pawła II przedsiębiorczość jest wszak „twór-
czą podmiotowością obywatela”, a więc powinna mieć cha-
rakter uniwersalny i spełniony. Programowe bezrobocie jest
tego negacją.
prof. Teresa Grabińska,
prof. Mirosław Zabierowski
89 kLCLN7|A
Papież Leon XIII nazywał go swoim wielkim poprzed-
nikiem – grand prédécesseur. Natomiast Benedykt XVI pi-
sze, iż „Zagadnienie sprawiedliwego porządku we wspólno-
cie, z historycznego punktu widzenia, weszło w nową fazę,
gdy uformowało się społeczeństwo przemysłowe XIX wieku.
Powstanie nowoczesnego przemysłu zburzyło stare struktury
społeczne, a wzrost liczby otrzymujących wynagrodzenie spo-
wodował radykalne zmiany w układzie stosunków społecz-
nych, w których decydującą kwestią stał się stosunek między
kapitałem i pracą — kwestia ta w takiej formie wcześniej nie
była znana. Struktury produkcyjne i kapitał były nową wła-
dzą, która, złożona w ręce niewielu, prowadziła masy pra-
cownicze do utraty praw, przeciw czemu trzeba było protesto-
wać /.../ przedstawiciele Kościoła bardzo powoli przyjmowali
do świadomości, że problem sprawiedliwej struktury społe-
czeństwa jawił się w nowy sposób. Nie brak było pionierów:
jednym z nich był na przykład biskup Ketteler z Moguncji”.
Bez wątpienia bp Wilhelm Emmanuel von Ketteler
(1811-1877) jest postacią, która znacząco wpłynęła na roz-
wój katolickiej myśli i działalności społecznej w całej Euro-
pie. Zdziwienie musi budzić zatem to, że tak długo trzeba
było czekać na pierwsze tłumaczenie na język polski choć-
by fragmentów najważniejszych jego dzieł. Z tym większą
radością należy przywitać wybór tekstów, który ukazał się
w 2006 r. w ramach Biblioteki Diecezji Legnickiej, a na-
stępnie w 2007 r. nakładem Instytutu Wydawniczego
Pax. Przekładu i selekcji pism dokonał ks. Zbigniew Wa-
leszczuk, autor dwóch książek poświęconych Kettelerowi.
Książka zawiera kazania (w tym słynne 6 kazań adwento-
wych z 1848 r.), przemówienia, referaty i fragmenty więk-
szych prac, jak „Kwestia robotnicza i chrześcijaństwo”.
Ketteler zdawał sobie sprawę, że kluczem do zro-
zumienia najbardziej palących problemów czasów mu
współczesnych jest kwestia społeczna. Odwołując się do
Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu próbował wy-
kazywać, iż przemyślenia Akwinaty dotyczące np. kwestii
własności, o wiele bardziej odpowiadają potrzebom chwili
niż koncepcje liberałów i socjalistów. „Posiadający i niepo-
siadający stoją naprzeciwko siebie jako wrogowie, a masowe
ubożenie rośnie z dnia na dzień – czytamy w pierwszym
kazaniu adwentowym z 19 XI 1848 r. – Prawo własności
zostało w odczuciu ludu zachwiane i widzimy jak od czasu
do czasu pojawiają się to tu, to tam – jak płomienie – zwia-
stuny powszechnego wstrząsu, który może [wkrótce] nastą-
pić. Po jednej stronie widzimy sztywne trzymanie się prawa
własności, po drugiej równie zdecydowane odrzucanie prawa
własności, a jeszcze inni trwożnie szukają jakiegoś kompro-
misu pomiędzy tymi przeciwieństwami”.
Mianem bezbożnej określa on taką koncepcję,
„w której człowiek czyni siebie samego bogiem swojej
własności”. Kościół nie może zaakceptować takiego
prawa własności, za sprawą którego człowiek zyskuje
niczym nieograniczone prawo do dysponowania nią.
Gdy zaś mówi o własności, ma „zawsze przed oczyma trzy
momenty konstytuujące pojęcie własności, a mianowicie, że
prawdziwe i pełne prawo własności przysługuje tylko Bogu,
że człowiekowi przyznane być może tylko prawo użytkowa-
nia i że człowiek jest zobowiązany w użytkowaniu uznać
prawo [i porządek] ustanowione przez Boga”.
Głębszych źródeł problemów społecznych – rosną-
cego proletaryzmu, ubóstwa mas robotniczych – poszu-
kuje w procesach sekularyzacyjnych. Skrajny egoizm,
pogarda dla pracy, hedonizm, skąpstwo, zawiść – to
jego zdaniem konsekwencja odrzucenia Boga i prawa
Bożego jako fundamentu konstytuującego życie spo-
łeczne. Religia jest jego zdaniem gwarantem porząd-
ku społecznego, dzięki niej może zostać pohamowana
u zamożnych żądza użycia. Wyłącznie wiara w życie po-
zagrobowe może stanowić poważny powód, aby bogactwa
traktować nie jako cel, a tylko środek i w konsekwencji
dzielić się nimi z ubogimi.
W imię rzekomej wolności człowieka zaczęto od-
rzucać i kwestionować wszelkie tradycyjne autorytety,
na czele z Pismem Świętym. Człowiek jednak nie stał się
rzeczywiście bardziej wolny i samodzielny. „Kierowanie
się autorytetem ustanowionym przez Boga było wbrew
ich ludzkiej godności, ale upokarzające kierowanie się
autorytetem każdego brukowca i każdego uwodziciela
uznają za zgodne z ludzką godnością” – pisze.
Wiele miejsca poświęcił krytyce liberalizmu we wszyst-
kich postaciach – politycznej, ekonomicznej, filozoficzno-
ideologicznej i obyczajowej. Stwierdza nawet, że stoi on
w oczywistej sprzeczności z prawami natury, jak i z nauką
ktrtt Łç1ocut
PIONILk
kATOLICkIL|
NAUkI SPOŁLC7NL|
90 RECENZJA
chrześcijańską. Rozwój tego sytemu doprowadził „do po-
wstania duchowo i moralno skarlałej, łaskom chrześcijaństwa
całkowicie niedostępnej ludności fabrycznej. Dlatego system ten
znajduje się w całkowitej sprzeczności z godnością człowieka
(przemilczę – że chrześcijanina) /.../ a już najbardziej z przyka-
zaniami chrześcijańskiej miłości bliźniego, które służyć powinny
w całości nie tylko postępowaniu poszczególnego człowieka, ale
i również organizacji życia społecznego – jako nić przewodnia”.
W sytuacji, gdy praca stała się po prostu towarem i zaczę-
ła podlegać wszystkim prawom, które towarami rządzą – np.
wynagrodzenie zaczęto ustalać kierując się wyłącznie prawem
podaży i popytu – nadmiar rąk na rynku pracy powoduje, iż
„rodzi się u robotników chcących jedynie utrzymać się przy ży-
ciu, tendencja, by przelicytować to, co jest im konieczne [do ży-
cia], propozycją obniżenia swoich potrzeb. Pracodawcy stoją na
rynku światowym i pytają: Kto chce wykonywać tę pracę za naj-
niższe wynagrodzenie? A robotnicy, jako ci [którzy zmuszeni są]
do wysuwania najniższych żądań, prześcigają się – wedle miary
swej nędzy – w obniżaniu swoich potrzeb. /.../ Oznacza to dla
robotnika /.../ że z powodu swojej nędzy musi w ofercie swojego
wynagrodzenia jeszcze obniżyć poziom najbardziej niezbędnych
środków życiowych dla siebie i swojej rodziny /.../. Powszech-
ną tendencją jest /.../ taniość produkcji. A taniość produkcji jest
ograniczeniem niezbędnych potrzeb życiowych [robotników].
A w przypadku tego całkowicie mechaniczno-matematycznego
ruchu musi w końcu dojść do sytuacji, że nawet ostateczna [dol-
na granica] potrzeb życiowych nie zostanie zaspokojona przez
cenę pracy i że dojdzie do degeneracji całej klasy robotników i ich
rodzin, a nawet do ich powolnej śmierci głodowej”.
Ketteler demaskuje obłudę i interesowność liberałów,
pokazując, że ich chwytliwa, wolnościowa frazeologia tak
naprawdę służy wyłącznie coraz większemu zniewoleniu
człowieka. Pisze on, iż jeśli twierdzi się, „że robotnik fabrycz-
ny pracuje dobrowolnie, to ja odpowiadam, że ta dobrowolność
jest złudzeniem. Tutaj sprawa ma się znowu tak, jak z konku-
rencją i z tym całym liberalnym systemem gospodarczym, któ-
ry jest pełen pozorów i sprzeczności z rzeczywistością. Biedny
robotnik mieszka w pobliżu przedsiębiorstwa. Mówi się
mu, przecież jest swoboda, możesz sobie poszukać chleba
gdzie indziej. Jakżesz jednak ten człowiek miałby wyru-
szyć z żoną i dziećmi w podróż, by podjąć taką próbę!
Ani jednego dnia nie może on zrezygnować z dniówki, by
nie głodować. Jak może liczyć na przypadek, że znajdzie
pracę, tygodniami podróżując i rezygnując nie tylko z za-
płaty, ale i opłacając koszty podróży! Naraziłby się na
oczywiste żebractwo i śmierć głodową. Dla niego nie ma
swobody, ponieważ nie może z niej czynić żadnego pożyt-
ku. /.../ Partia liberalna mówi ponadto: istnieje wolność wybo-
ru zawodu, wybierz sobie więc na całym szerokim świecie inny
zawód, nie musisz się zadowalać dniówką u fabrykanta. /.../ To
wszystko jest znowu nieprawdziwe. Ubogi robotnik, o którym
mówimy, że jest ojcem rodziny, pierwszych najlepszych dziesięć
lat swojej młodości pracował w fabryce. Stracił tam już większą
część swojego zdrowia, ze względu na podział pracy w fabry-
ce nie nabył żadnej innej sprawności, jak tylko wykonywanie
pewnej drobnej czynności mechanicznej /.../. Musi więc praco-
wać u tego jednego fabrykanta i ten przymus jest dla niego tak
samo bezwzględny, jak dla niewolnika, któremu ów przymus
wpaja się biczem i łańcuchem”.
Wyodrębnia Ketteler dwie fazy rozwoju libera-
lizmu. O ile w pierwszej był on w miarę koherentny
i uczciwy, jeśli chodzi o głoszone przez siebie hasła,
przyznając również wolność swoim przeciwnikom,
o tyle w drugiej usiłuje tę wolność tłamsić wszelkimi
środkami. Liberałowie uznają swą doktrynę za swo-
isty metadogmat, metateorię, którą wszyscy winni za-
akceptować, regulującą całą rzeczywistość, każdy zaś,
kto nie chce jej przyjąć, oskarżany bywa o anachro-
niczność myślenia. „Obecny liberalizm /.../ jest zwartym,
zamkniętym systemem, który rości sobie prawo do bycia
z natury słusznym i prawdziwym i z tego wyprowadza swoją
prawomocność do tego, by wszędzie się urzeczywistniać. Tym,
czym dla nas, chrześcijan jest prawda objawiona, ponieważ
wierzymy, że otrzymaliśmy ją od Boga wiecznych prawd,
tym dla zwolenników tego systemu jest ich doktryna /.../. Kto
się jej przeciwstawia, będzie, nie licząc się z niczym, skaza-
ny na wygnanie. To, że ich system jest prawdziwy jest dlatego
słuszne, ponieważ oni tak mówią. Niezależnie od tego, kto
mu zaprzecza, uznany zostaje wrogiem całej nowożytnej
kultury, ludzkości i rozumu. Ludzkość, kultura i rozum jest
bowiem tym i tylko tym, co oni określają, a wszyscy, którzy
nie myślą tak o kulturze i rozumie są ludźmi zacofanymi
/.../, na których człowiek prawdziwie kulturalny spogląda
z niewypowiedzianą pogardą”.
Warto sięgnąć po książkę Kettelera z kilku powodów.
Choćby po to, by obalić mity o rzekomo liberalnym cha-
rakterze katolickiej myśli społecznej oraz o całkowitym
zapóźnieniu katolików, jeśli chodzi o reakcję na zmiany
społeczno-gospodarcze w XIX w. i problemy, które one ze
sobą przyniosły. Wskazuje się często, iż między ogłosze-
niem „Manifestu komunistycznego”, a wydaniem przez
Leona XIII encykliki Rerum novarum minęło niemal 50
lat. Zapomina się jednak o tym, iż w tym samym roku,
w którym Marks i Engels ogłosili swój manifest, bp Ket-
teler wystąpił z kazaniami na temat wielkich zagadnień
społecznych. Książka ta zadaje zatem kłam tezom o braku
jakiejkolwiek reakcji ludzi Kościoła na dokonujące się na
ich oczach zmiany.
Praca ta jest jednak nie tylko świadectwem czasów. Wie-
le analiz Kettelera zachowuje niestety do dziś aktualność,
wiele jego prognoz, co z żalem należy stwierdzić, sprawdzi-
ło się. Rady, jakie daje, mające służyć przezwyciężeniu tych
problemów, ciągle zachowują godną podziwu aktualność.
Wiele z nich jest na tyle uniwersalnych, iż należałoby je po
prostu wyryć w kamieniu i powiesić w każdym zakładzie
pracy, a jeszcze lepiej w głowach liberałów.
Rafał Łętocha
Wilhelm Emmanuel von Ketteler, Nauczanie społeczne. Wybór
pism, wybór, przekład i wstęp ks. Zbigniew Waleszczuk, Instytut
Wydawniczy Pax, Warszawa 2007.
Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy:
Instytut Wydawniczy Pax, ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 21 A,
00-390 Warszawa, tel./fax. (022) 6251378, e-mail: iwpax@inco-
veritas.pl, księgarnia internetowa: http://sklep.iwpax.com.pl
91 kLCLN7|A
STAkA NOWOSC
„Zależność a rozwój w Ameryce Łacińskiej” Fernan-
do Henrique Cardoso i Enzo Faletto ukazuje się w Polsce
bardzo późno, bo 41 lat od wydania oryginału. W tym
czasie książkę zdążono przetłumaczyć na kilkadziesiąt ję-
zyków. Wydawcy należą się zatem słowa uznania za przy-
bliżenie polskiemu czytelnikowi tego klasycznego dzieła.
Nauki społeczne poprzedniego systemu mają co prawda
na swoje usprawiedliwienie fakt, że fragment książki, pt.
„Globalna analiza rozwoju”, ukazał się w zbiorze „Amery-
ka Łacińska. Dyskusja o rozwoju” (1987), pod redakcją
Ryszarda Stemplowskiego. Ogólnie jednak trzeba stwier-
dzić, że z dostępnością trzecioświatowej myśli społecznej
i ekonomicznej było w PRL, teoretycznie przychylnej ru-
chom emancypacyjnym, bardzo źle. Zainteresowanie na-
szych wydawców tego typu literaturą dalece ustępowało
temu, jakim cieszyli się w Ameryce Łacińskiej niektórzy
polscy badacze. Prace Witolda Kuli czy Mariana Mało-
wista niemal od razu po ukazaniu się weszły do kanonu
lektur latynoamerykańskich naukowców, stanowiąc dla
nich niejednokrotnie ważne źródło inspiracji.
Teoria zależności ma wielu ojców, a brazylijski socjo-
log Fernando Henrique Cardoso oraz chilijski historyk
i socjolog Enzo Faletto są tylko jednymi z nich. Wyda-
wać by się mogło, że polska edycja „Zależności a rozwoju”
w jej kontekście historycznym pozwoliłaby czytelnikowi
zdać sobie lepiej sprawę z różnic, jakie dzielą autorów
książki od innych osób zajmujących się tą problematyką.
Jednak to, co wyróżnia pracę Cardoso i Faletto, nie zosta-
ło w owym czasie w dostatecznym stopniu dostrzeżone
nawet w Ameryce Łacińskiej.
Rzec by można, że w latach 60. i 70. zapotrzebowa-
nie latynoamerykańskiego odbiorcy na książki ukazujące
mechanizmy niedorozwoju w wieloaspektowej perspekty-
wie historycznej było tak duże, iż potraktował on owczą
skórę, w którą autorzy przybrali swoje główne przesłanie,
tak, jakby była prawdziwą owieczką. Owieczkę – czyli
teorię zależności – czytelnicy ze smakiem schrupali,
a ukrytego w niej zdradliwego wilka zauważyli jedynie
nieliczni. Cardoso w przedmowie do wydania z 2004 r.
szczerze odkrywa kulisy popularności dzieła: „/.../ pod-
kreśliliśmy mocno różnice w sposobie rozwijania stosunków
gospodarczych krajów peryferyjnych z krajami rozwiniętymi.
Pokazaliśmy, że odmienne postawy stwarzały sieci stosunków
politycznych i interesów ekonomicznych, które, łącząc sektory
obydwu typów gospodarki – rozwiniętej i rozwijającej się –
kształtowały w każdym kraju regionu odmienne formy roz-
woju politycznego i społecznego. Słowo »zależność« było jed-
nak wówczas słowem magicznym. Zamiast więc odczytywać
treść książki w przedstawiony wyżej sposób, interpretowana
była ona w kontekście różnych innych tekstów politycznych
i akademickich, które szafowały pojęciem zależności nieomal
jako synonimem imperialistycznej strategii /.../ Aby krytycy
nie wyrzucili nas na śmietnik historii /.../ musieliśmy do-
wieść, że nasze poglądy pozostają dialektyczne i historyczno-
strukturalne”.
Autor tych słów wprost pisze, że „fale akademickiego
sukcesu”, które poniosły książkę, napędzane były w isto-
cie przez modę na „zależność” i jej autorzy byli postrzega-
ni jako sojusznicy neomarksistowskich badaczy – André
Gunder Franka, Ruiego Mauro Mariniego, eotônia
dos Santos i wielu innych, łącznie ze słynną popularno-
naukową wersją tragedii kontynentu, „Otwartymi żyłami
Ameryki Łacińskiej” Eduardo Galeano – nie zaś sytu-
owani w opozycji do nich. Tymczasem dorobek Faletto
i Cardoso jest na tyle odmienny od wymienionych twór-
UnszuLt Łucowskt
92
ców, że np. Cristóbal Kay, znawca teorii rozwoju Ameryki
Łacińskiej, zalicza ich do najwybitniejszych przedstawicieli
reformistycznego skrzydła szkoły zależności.
Prawdziwe przesłanie autorów „Zależności i roz-
woju” stało się po kilku dekadach jasne, zwłaszcza dla
Brazylijczyków, którzy na własnej skórze doświadczyli
skutków wniosków politycznych i gospodarczych tej
książki, wcielanych w życie w trakcie dwóch kadencji
prezydentury Cardoso (1995-2002). Dzisiejsza lektura
książki wymaga świadomości burzliwych przemian, jakie
zaszły na kontynencie latynoamerykańskim, wywracając
do góry nogami systemy polityczne w nieomal wszystkich
krajach regionu. W tym czasie miał miejsce m.in. etap neo-
liberalnej polityki Konsensusu Waszyngtońskiego i jej kon-
testacja przez masy. Prezydent Cardoso, choć chętnie sy-
tuował się na lewicy, podejmował głównie neoliberalne
decyzje. Prowadził politykę koncesji wobec ponadnaro-
dowego kapitału i realizował strategię prymatu ekspor-
tu. W czasie jego rządów doszło do wzrostu bezrobocia
i nierówności społecznych.
Szkoła ekonomiczna zwana teorią zależności ukształto-
wała się w Santiago de Chile wokół działającej od 1948 r.
Komisji Gospodarczej Ameryki Łacińskiej i Krajów Basenu
Morza Karaibskiego (CEPAL), kierowanej przez Raula Pre-
bischa. Starała się udzielić odpowiedzi na pytanie o przyczy-
ny niedorozwoju gospodarczego Ameryki Łacińskiej (nb. to
ona wylansowała ten termin, przyczyniając się do postrzega-
nia tej grupy państw jako wyraźnie wyodrębnionej całości)
w stosunku do Europy i Ameryki Północnej. Na poziomie
analizy historycznej CEPAL ma bezsprzeczne osiągnięcia,
np. wykazując, że merkantylny model kolonialnej zależno-
ści wciąż jest reprodukowany w zmodyfikowanej formie –
Ameryka Łacińska dostarcza na światowy rynek nisko prze-
tworzone surowce i tanią siłę roboczą, a sama stanowi rynek
zbytu dla towarów przemysłowych z dawnych metropolii.
Natomiast prognozy i recepty polityczno-gospodarcze tej
szkoły okazały się znacznie mniej trafione. Mówiąc w skrócie,
postulowano, by eksport mechanicznie zastąpić w krajach laty-
noamerykańskich rozwojem rodzimego przemysłu, aby jednym
susem dogonić rozwinięte kraje kapitalistyczne. Taką próbę na
największą skalę podjęto w Brazylii w latach 50., zwłaszcza za
rządów prezydenta Juscelino Kubitschka.
Analiza Cardoso i Faletto wyrasta z prób wyjaśnienia,
dlaczego nie ziściło się wiele przepowiedni głoszonych przez
teoretyków modernizacji i CEPAL. Zamach wojskowy
w Brazylii w 1964 r. był dla autorów „Zależności a rozwo-
ju” punktem zwrotnym w historii regionu. W swej książce
autorzy obalają (powszechne do dziś w Polsce) przeko-
nanie, że „rozwój w krajach peryferyjnych wymaga po-
wtórzenia procesu ewolucji gospodarczej, jaki przeszły
kraje centralne”. Bieg dziejów zaprzeczył bowiem tezie,
że industrializacja i rozwój klasy średniej będą prowa-
dzić do demokratyzacji politycznej i zrównoważonego
wzrostu gospodarczego. Okazało się, że CEPAL w swym
zacięciu gospodarczym pominęła klasową teorię państwa.
Jej badacze nie wzięli pod uwagę pojawienia się dyktatur.
Tymczasem Cardoso i Faletto jasno stwierdzali, że „pań-
stwo, ogólnie rzecz biorąc, jest wyrazem dominacji jednej klasy
lub sojuszu klas nad innymi klasami lub klasą”.
Prace poświęcone teorii zależności miały więc uzupełnić
luki w wizji CEPAL, ale korzystały z teoretycznego dorobku
szkoły. Wkład Cardoso i Faletto polega na tym, że analizują
oni zmieniające się stosunki między czynnikami zewnętrzny-
mi a wewnętrznymi, które określiły proces rozwoju w Ame-
ryce Łacińskiej od wczesnej ekspansji na zewnątrz krajów
o świeżej niepodległości do ówczesnego okresu umiędzyna-
rodowienia rynku i wykrystalizowania się nowej zależności.
W ten sposób łączą oni niejako ekonomiczny strukturalizm
CEPAL z polityczną analizą zależności.
W ramach historycznego okresu ekspansji skierowa-
nej na zewnątrz, badacze ci wyróżnili dwa typy powiązań
gospodarek latynoamerykańskich z systemem światowym.
Pierwszy dotyczy tych krajów, w których produkcja zo-
rientowana na eksport pozostawała pod kontrolą lokal-
nych przedsiębiorców – a więc akumulacja kapitału miała
miejsce wewnętrznie. Drugi typ cechuje kontrola eksportu
przez obcych poprzez inwestycje zagraniczne – typ ten au-
torzy nazwali „gospodarką enklaw”.
Cardoso i Faletto przeprowadzają analizę wpływu tego
stanu rzeczy na takie zmienne, jak struktura klasowa, soju-
sze różnych klas społecznych, wzrost gospodarczy, zatrud-
nienie, dystrybucja dochodu itp. w różnych krajach kon-
tynentu. Na tym tle interesuje ich zwłaszcza pojawienie się
i rozwój klasy średniej od początku XX w.
W konsekwencji światowego kryzysu, jaki rozpoczął się
w 1929 r., w wielu krajach Ameryki Łacińskiej doszło do
konsolidacji rynku krajowego. W czasie tej fazy rozwoju zo-
rientowanego do wewnątrz, po II wojnie światowej zaczął
wyłaniać się trzeci rodzaj zależności, związany z ekspan-
sją ponadnarodowych korporacji i internacjonalizacją
krajowych gospodarek. Jednocześnie, zdaniem autorów,
niektóre mocarstwa centralne tracą lub już straciły władzę
polityczną w sferze międzynarodowej, co zwiększyło możli-
wości rozwoju – w pewnym stopniu autonomicznego – kra-
jów peryferyjnych, mimo że równocześnie doszło do wzrostu
siły ekonomicznej międzynarodowych korporacji.
Sam Cardoso w przedmowie do wydania z 2004 r.
stwierdza, że dzieło jest nowatorskie i przetrwało próbę czasu
właśnie dlatego, że „opisując tzw. nową zależność przynosi jed-
ną z pierwszych charakterystyk tego, co dzisiaj określa się mianem
globalizacji”. Sporo w tym jednak przesady. Już samej „go-
spodarce enklaw” autorzy przyznają w swej pracy znaczenie
drugorzędne. Wyraźnie bardziej interesują ich kraje takie, jak
Brazylia czy Argentyna, gdzie lokalne oligarchie czerpią sto-
sunkowo duże korzyści gospodarcze, co pozwala na wykształ-
canie się klasy średniej. Zepchnięte na drugi plan są kraje
reprezentujące „enklawy”, jak górnicza Boliwia czy bana-
nowe republiki środkowoamerykańskie, jaskrawo obna-
żające cechy uznane później za symptomy globalizacji, jak
choćby malejąca suwerenność państw narodowych wobec
międzynarodowego kapitału. Tym bardziej autorzy nie
docenili skali inwestycji spółek ponadnarodowych, które
pojawiły się na całym kontynencie w latach 70. i kontynu-
ują ekspansję do dnia dzisiejszego. Nie przewidzieli też pro-
cesów takich, jak powstanie północnoamerykańskiego obsza-
ru wolnego handlu NAFTA i strefy wolnego handlu ALCA,
na razie realizowanej w postaci traktatów o wolnym handlu
między USA a poszczególnymi krajami regionu.
RECENZJA
93
W istocie, Cardoso i Faletto, badających różnorodność
w jedności procesu historycznego, najbardziej interesują te
kraje, których stopień rozwoju zdaje się wyróżniać na ko-
rzyść. Uważają oni stosunki między sytuacją zewnętrzną
a siłami wewnętrznymi za kompleksowe: ich zdaniem, istotą
relacji są sprzężenia zachodzące między tymi dwoma pozio-
mami. Trzon interpretacji zależności w ich ujęciu stanowi
więc pokazanie, jak wewnętrzne procesy rozwojowe łączą się
z zewnętrznymi zmianami i, co za tym idzie, jak zróżnicowa-
na jest sytuacja poszczególnych krajów Ameryki Łacińskiej
wobec systemu światowego. Tym samym ich praca stanowi
de facto polemikę z ujęciami neomarksistowskimi, np. zna-
nego niemiecko-amerykańskiego ekonomisty André Gunder
Franka (1929-2005), który umniejszał różnice jednostkowe
w dziejach poszczególnych krajów tego eksploatowanego
kontynentu, by tym wyraźniej ukazać jego jedność.
Rozwój zależny nie jest postrzegany przez Cardoso i Fa-
letto jako proces zdeterminowany z zewnątrz, podobnie jak
wewnętrznej sytuacji społeczno-politycznej krajów Ameryki
Łacińskiej nie wyprowadzają oni automatycznie z zewnętrz-
nej dominacji. Chociaż spektrum rozwiązań jest w dużym
stopniu określone przez porządek międzynarodowy, to
specyfika poszczególnych krajów wpływa na konkretną
odpowiedź na te same zewnętrzne impulsy. Innymi słowy,
Cardoso i Faletto nie dostrzegają, że zależność i imperia-
lizm są dwiema stronami tego samego medalu.
Co więcej, i to jest klucz do zrozumienia znaczenia
przesłania książki: nie uważają oni zależności za sprzeczną
z rozwojem. Aby na to wskazać, ukuli termin „stowarzy-
szony rozwój zależny”. Odrzucają tym samym pogląd, że
rozwój gospodarczy satelitów jest najszybszy wówczas, gdy
ich powiązania z metropoliami są najsłabsze. Wskazują np.
dekadę spektakularnego wzrostu – choć miał on charakter
zależny – który nastąpił po wojskowym zamachu w Brazy-
lii w 1964 r. Zawiązał się wówczas sojusz multikorporacji,
firm państwowych i lokalnego wielkiego biznesu. Zastąpił
on stare przymierze demokratyczno-populistyczne. Doszło
do likwidacji pluralizmu politycznego i eskalacji represji
wobec ruchu pracowniczego.
Główną przesłanką do utrzymywania się stanu zależ-
ności pozostaje fakt, że ze względu na brak kapitału go-
spodarki peryferyjne w celu uzupełnienia cyklu akumula-
cji muszą wiązać się z rozwiniętym kapitalizmem. Jednak
Cardoso i Faletto nie wyprowadzają w sposób bezpośredni
historycznych faz rozwoju społeczeństw zależnych z same-
go tylko mechanizmu akumulacji kapitału. Ich zdaniem,
w chwili pisania książki, czyli w połowie XX w., przeszko-
dą dla samodzielnego rozwoju państw Ameryki Łacińskiej
było przede wszystkim to, że mimo wielkiej industrializa-
cji, jaka miała miejsce po 1945, nadal nie radziły sobie one
z rozwojem własnych technologii. Zmuszało to peryferia do
bazowania na międzynarodowych korporacjach.
Uderzające w tym ujęciu jest niewątpliwie pominię-
cie kategorii imperializmu jako kluczowej dla stosunków
między światowym centrum a peryferiami. Dla oceny traf-
ności głównej tezy Cardoso i Faletto potrzebny byłby też
namysł nad centralną dla niej kategorią rozwoju. Redefi-
nicja tego pojęcia – które moim zdaniem musi uwzględ-
niać realizację rzeczywistych potrzeb społecznych, a nie
schlebiać, w ten czy inny sposób, logice kapitalistycznej
akumulacji – nadałaby polskiej edycji książki nowy wy-
miar i mogłaby uczynić ją jeszcze bardziej inspirującą.
Komentarze do niej nie wykraczają jednak w tym względzie
poza oryginalny tekst, w którym zagadnienie rozwoju spro-
wadza się do inkorporacji jak najszerszych warstw ludności
do procesu industrializacji. Autor posłowia, Jerzy Mazurek,
pisze: „w ostatnich dwu dekadach – jak wiemy – rozwój kra-
jów latynoamerykańskich, w tym Brazylii, był finansowany
w dużym stopniu przez kapitał z zewnątrz (firm ponadnaro-
dowych i zagranicznych inwestycji bezpośrednich)”. Co mamy
rozumieć przez tego rodzaju „finansowanie rozwoju”? Kapitał
firm ponadnarodowych inwestowany jest w Brazylii (zgod-
nie z zaleceniami Międzynarodowego Funduszu Walutowe-
go) głównie w przedsiębiorstwa zorientowane na produkcję
eksportową. Powoduje to m.in. wzrost koncentracji własności
ziemi, z której ruguje się drobnych właścicieli czy wspólnoty
indiańskie. Zyski czerpane z monokulturowych upraw (np.
lasów eukaliptusowych) czy eksploatacji bogactw natural-
nych, są w przeważającej części transferowane za granicę. Co
więcej, ludność pozbawiana jest możliwości prowadzenia
względnie samowystarczalnej gospodarki rolnej, upraw
zapewniających biologiczne przeżycie setkom tysięcy ro-
dzin, a katastrofy ekologiczne będące skutkiem tego „roz-
woju” przybierają gigantyczne rozmiary. Ten „rozwój”
to również przyczyna migracji ze wsi do przeludnionych
miast, a następnie wegetacji milionów ludzi w fawelach,
gdzie szerzą się choroby i przestępczość – zespół zjawisk,
o którym ledwie wspomniano w posłowiu: „W skrajnych przy-
padkach dochodziło do zjawiska tzw. wykluczenia społecznego,
które polega na zamknięciu pewnym grupom społecznym dostępu
do rynków pracy, a co za tym idzie – do rynku konsumpcji”.
Zgodnie ze swoją koncepcją „stowarzyszonego rozwoju
zależnego”, politykę ułatwień dla tego rodzaju inwestycji za-
granicznych realizował właśnie prezydent Cardoso. Na koniec
autor posłowia stwierdza, że „alternatywy dla integracji
z gospodarką światową, a co za tym idzie, konkurencyj-
ności, innowacyjności – nie ma”. Czy rzeczywiście? Może
za kolejnych 40 lat ktoś przetłumaczy znane już dziś na
świecie antykapitalistyczne teksty działaczy brazylijskiej
Partii Socjalizmu i Wolności (PSOL) lub antyliberalne de-
klaracje brazylijskiego Ruchu Bezrolnych (MST), którzy
walczą o zagrabioną im ziemię, by posiać na niej fasolę,
ryż i ziemniaki i z godnością przeżyć z pracy własnych rąk.
Wtedy okaże się, że alternatywy jednak są.
Urszula Ługowska
Fernando Henrique Cardoso, Enzo Faletto, Zależność a rozwój
w Ameryce Łacińskiej. Próba interpretacji socjologicznej, Instytut
Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu War-
szawskiego, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, War-
szawa 2008, przekład Henryk Siewierski.
Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy: Mu-
zeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Al. Wilanowska 204,
02-730 Warszawa, tel. (022) 8433876, e-mail: j.mazurek@mhprl.
pl, księgarnia internetowa: www.mhprl.pl
94 kLCLN7|A
Gdy w Polsce mowa o „kryzysie lewicy”, naj-
częściej chodzi o niskie notowania postkomu-
nistów. Czasami, w węższych kręgach, poja-
wia się reeksja o dominacji światopoglądu
bądź to konserwatywnego, bądź wolnoryn-
kowego, albo ich syntezy. W jeszcze bardziej
niszowych grupach podobny temat oznacza
rozważania o przyczynach marginalizacji le-
wicy zwanej radykalną.
Wnioski są najczęściej takie, że SLD powinno upo-
mnieć się o faktycznie lewicowe ideały i rozwiązania,
dotychczas przez partię lekceważone. Z kolei z domi-
nacją opcji prawicowej należy walczyć poprzez nieustę-
pliwe podnoszenie postulatów liberalno-postępowych
w sferze obyczajowej i wspieranie procesów moderni-
zacyjnych, które stworzą podatny klimat kulturowy dla
odrodzenia lewicy. Natomiast pomysł skrajnej lewicy
na siebie samą jest taki, że niezależnie od tego, co zrobi
SLD, należy być „bardziej na lewo”. Czyli przelicyto-
wać w bojowości postulatów, a wówczas elektorat roz-
czarowany miękkością postkomunistów wybierze któ-
rąś z radykalnych partyjek.
Podobne opinie są na tyle popularne w środowi-
skach szeroko pojętej polskiej lewicy, że przyjęto je nie-
mal za pewnik. Ktoś zatem musi w tej grze znaczonymi
kartami powiedzieć: sprawdzam.
Polak, Anglik – dwa bratanki
A uczynić to można łatwo, na gruncie tak cenionego
przez lewicę internacjonalizmu. Sięgnijmy po niedawno
wydaną książkę Grzegorza Ronka, poświęconą przeobra-
żeniom brytyjskiej Labour Party na przestrzeni ostatnich
60-70 lat. Książka nie jest szczególnie wybitna, dość
skrótowo i bez refleksji omawia tematykę tytułową, ale
syntetycznie prezentuje zjawisko, którego losy skłaniają
do rozlicznych przemyśleń.
Oczywiście należy brać poprawkę na różnice
między Polską a Zjednoczonym Królestwem: inną
specyfikę kulturową i polityczną, odmienne losy obu
narodów, status ekonomiczny itd. Jednak Partia Pracy
może być niezłym punktem odniesienia. Po pierwsze,
istnieją pewne podobieństwa między społeczeństwami
obu krajów. Choć z różnych przyczyn, zarówno Polacy,
jak i mieszkańcy Wysp Brytyjskich są to zbiorowości
zarazem indywidualistyczne, niechętne różnym for-
mom kolektywizmu i przerostom państwa, jak i dość
„sztywne”, nie wykazujące skłonności ku rewolucyj-
nym zmianom.
Po drugie, podobne są korzenie głównych nurtów
lewicy w obu krajach – brytyjskich laburzystów i Pol-
ską Partię Socjalistyczną oraz lewicową inteligencję obu
krajów cechowała nieufność wobec zmian opartych na
przymusie, przemocy czy decyzjach „wodzów”. Stawiały
na przeobrażenia ewolucyjne, których ważnym elemen-
tem był parlamentaryzm i demokratyczne wyrażanie woli
kruìcìusz Okntskt
Tk7LCIA DkOCA
I INNL SCILŻkI DONIkĄD

kLCLN7|A
95
społeczeństwa. Lider Partii Pracy, Ramsay MacDonald mó-
wił w 1919 r.: „Drogą wyborów parlamentarnych uzyskamy
władzę, którą Lenin osiągnął poprzez rewolucję. W ten spo-
sób będziemy przechodzić od kapitalizmu do socjalizmu przy
współpracy całego społeczeństwa, a nie pod presją dekretów”
1
.
Specyfikę głównego nurtu brytyjskiej lewicy okre-
ślały tzw. gradualizm (ewolucyjna droga zmian), parla-
mentaryzm, akcentowanie etycznego wymiaru doktryny
socjalistycznej, dbałość o dobro wspólne i interes naro-
dowy, niechęć wobec stymulowania antagonizmów kla-
sowych, a także poszanowanie tradycji kulturowych.
Poskutkowało to brakiem popularności marksizmu.
Socjalizm brytyjski w niewielkim stopniu odwoływał się
do materializmu, determinizmu i ekonomizmu autora
„Kapitału”, akcentując natomiast kwestie etyczne i twórczą
siłę ludzkiej wolności. Co więcej, znacznie mniej krytycz-
nie – a bywało, że wręcz afirmatywnie – traktował tradycje
religijne czy patriotyzm jako elementy składowe myśli so-
cjalistycznej. G. D. H. Cole pisał: „W postaci Towarzystwa
Fabianów, Niezależnej Partii Pracy i jej następcy, Partii Pracy,
socjalizm rozwija się jako niemarksistowskie żądanie
sprawiedliwości społecznej z Kazaniem na Górze raczej
jako najwyższym atrybutem, a nie Kapitałem i Manife-
stem komunistycznym”
2
. Zygmunt Bauman konstatował
zaś, że „/.../ próby marksistowskie nie odegrały w dziejach filo-
zofii Labour Party większej roli. Nigdy nie miały one większe-
go zasięgu, a co najważniejsze – nie były trwałe”
3
.
Na opak i do przodu
Siła Partii Pracy – od kilku dekad jednego z dwóch czo-
łowych ugrupowań politycznych, pozbawionego do dziś
istotnej konkurencji „z lewej” – wynikała nie tylko z wyżej
zarysowanego systemu wartości i doboru metod działania.
Laburzyści zbudowali potęgę polityczną w oparciu o współ-
pracę ze związkami zawodowymi. Tyle że nie radykalnymi,
„krzykliwymi”. Wręcz przeciwnie – historię brytyjskiego
ruchu zawodowego wyznaczały kompromisy z pracodaw-
cami oraz ogląd sytuacji nie z punktu widzenia doraźnych
korzyści, wywalczonych bojowymi protestami, lecz w per-
spektywie długofalowych zmian w strukturze gospodarki,
prawie pracy, ustawodawstwie socjalnym itp. Andrzej Zięba
pisał: „Ruch związkowy stał się ważnym czynnikiem współ-
działającym z przedsiębiorcami na rzecz obniżania kosztów
produkcji, zwiększania wydajności i potencjału przemysłu.
Współdziałanie przedstawicieli ruchu związkowego z przed-
siębiorcami w kwestiach ogólnych, dotyczących zawiadywania
polityką ekonomiczną /.../ oraz ich udział w organach kie-
rujących /.../ sprawiły, że ruch związkowy wrósł w istniejącą
strukturę ekonomiczno-polityczną. Stał się on tym samym nie-
odzownym czynnikiem w funkcjonowaniu politycznej organi-
zacji społeczeństwa kapitalistycznego w Wielkiej Brytanii. Ze
»związków protestujących« /.../ brytyjskie związki zawodowe
przekształciły się /.../ w »związki administracyjne« /.../”
4
.
Podobnie było z Labour Party. Gdy spora część lewicy
uważa, że kluczowe jest werbalne epatowanie rozbuchany-
mi obietnicami, laburzyści dążyli do wprowadzenia w życie
swoich ideałów nawet za cenę rezygnacji z bojowego języka
i czasowego cofnięcia się o pół kroku. Grzegorz Ronek, opi-
sując przyjęty w 1937 r. Labour’s Immediate Programme,
stwierdza: „Starano się tak zdefiniować socjalizm, aby zyskać
sobie jak największe poparcie, nie tylko pośród elektoratu ro-
botniczego. /.../ przeważały hasła »reorganizacji«, »przebudo-
wy«, »uzdrawiania« państwa”.
Gdyby poważnie traktować wywody zwolenników ra-
dykalizmu, opisana polityka laburzystów oznaczałaby nie-
możność pozyskania społecznego poparcia i realizacji lewi-
cowego programu.
Sukces, czyli porażka
Tymczasem stało się odwrotnie – w 1945 r. laburzyści od-
nieśli bezwzględny triumf wyborczy i przeprowadzili dale-
ko posunięte reformy społeczne.
Rząd premiera Clementa Attlee dokonał czegoś, co
bez przesady można nazwać rewolucją: wprowadził
powszechną bezpłatną służbę zdrowia i upaństwowił
placówki medyczne, znacjonalizował Bank Anglii, prze-
mysł ciężki, transport publiczny, elektrownie, gazownie,
lotnictwo cywilne, stworzył podwaliny pod system po-
wszechnych ubezpieczeń społecznych, a w samym tylko
roku 1946 oddano do użytku niemal 190 tys. domów
w ramach rządowego programu budownictwa dla nie-
zamożnych.
Oczywiście miało to miejsce w okresie tuż powojennym,
gdy istniało powszechne przyzwolenie na silną ingerencję
państwa w gospodarkę i sferę publiczną, aby odbudować kraj
ze zniszczeń. Swoje zrobiło również narastające od kryzysu
lat 30. przekonanie, że liberalny kapitalizm wyczerpał moż-
liwości rozwojowe. W głównym nurcie ekonomii popularna
była etatystyczna doktryna Keynesa, a liberalny polityk Wil-
liam Beveridge już na początku lat 40. opracował program
zaawansowanego interwencjonizmu gospodarczego, pełnego
zatrudnienia, nacjonalizacji części przemysłu itp. Klimat dla
prospołecznych zmian był więc sprzyjający, ale w niczym nie
umniejsza to zasług Labour Party.
Stworzony przez laburzystów fundament państwa
dobrobytu, będący ogromną zdobyczą dla niższych
warstw społecznych, bynajmniej nie przyniósł im poli-
tycznych korzyści. W wyborach 1951 r. Partia Pracy nie-
znacznie, ale jednak przegrała z konserwatystami. To kolejny
kamyczek do ogródka tych, którzy uważają, że wystarczy rze-
telnie dbać o interesy społeczeństwa, aby zyskać jego popar-
cie i wdzięczność. Istnieją opinie, że laburzyści padli ofiarą
własnej polityki, zbyt spolegliwej wobec interesów Kapitału,
połowicznej, bojaźliwej itd. Trudno jednak traktować serio
takie wywody nie tylko ze względu na skalę i tempo prze-
obrażeń, ale przede wszystkim z uwagi na to, że brytyjski
wyborca zapewne nie był aż tak mało rozgarnięty, aby spo-
dziewać się, iż Torysi zaproponują mu w kwestii rozwiązań
socjalnych więcej niż niedoskonała polityka Partii Pracy.
Znacznie bardziej trafna wydaje się opinia Bogusła-
wy Bednarczyk, która analizując przyczyny tej wyborczej
porażki, pisze: „/.../ najbardziej nawet obiecujące programy
reform, jak i ich częściowa realizacja /.../, to za mało, aby do-
konać przebudowy struktury społecznej państwa /.../ niezwykle
konserwatywnego, przywiązanego do tradycji, rządzącego się
własnymi prawami i wartościami moralnymi /.../”. I dalej: „U
96
progu lat 50. labouryzm stanął w obliczu narastających pro-
blemów odradzającego się, uwolnionego od recesji społeczeń-
stwa kapitalistycznego. /.../ stały wzrost poziomu życia społe-
czeństwa sprawił, że rosły szeregi klasy średniej /.../ Sytuację
/.../ w latach 50. charakteryzował wyraźny spadek nastrojów
radykalnych”
5
.
Tu zaszła zmiana
Późniejsze dzieje Partii Pracy w jeszcze ostrzejszym świetle
stawiają ten problem. Po wyborczej porażce roku 1951,
laburzyści pozostawali w opozycji 13 lat. Zwycięstwo
w 1964 r. zawdzięczali natomiast nie tylko „zmęczeniu” To-
rysami, ale także daleko idącym przeobrażeniom programu,
a nawet języka, jakim komunikowano się z wyborcami.
Zrezygnowano z postulatu nacjonalizacji przemysłu,
poczyniono wiele kroków, aby pozyskać elektorat z klasy
średniej i inteligencję, hasła typowo socjalistyczne (nierów-
ności społeczne i konflikty klasowe) ustąpiły deklaracjom
o interesie narodowym i społeczeństwie obywatelskim,
a także dowartościowaniu indywidualizmu i deklaracjom
antybiurokratycznym. Akcentowano nowoczesny wymiar
interwencjonizmu państwa, jego zgodność z wnioskami
analiz naukowych. Nowy wizerunek partii zapewnił wybor-
czy sukces.
Późniejsze wydarzenia są znacznie mniej jednoznacz-
ne, ze względu na nasilone kryzysy gospodarczo-surowco-
we, w efekcie których obaj główni aktorzy brytyjskiej sceny
politycznej tracili władzę często, nie potrafiąc uporać się ze
społecznym rozgoryczeniem. Niewiele zmienił w sytuacji la-
burzystów ostry zwrot w lewo, który w deklaracji z 1973 r.
przybrał postać obietnic daleko posuniętej nacjonalizacji
wielu dziedzin przemysłu i poddania ich społecznej kontroli,
a nawet wprowadzenia elementów centralnego planowania.
Chwilowe sukcesy szybko zostały zmiecione przez kolejny
kryzys naftowy. A później było tylko gorzej – w 1979 r. funk-
cję premiera objęła Margaret atcher, a jej partia sprawo-
wała władzę nieprzerwanie przez 18 lat.
atcheryzm, jako ideologia i praktyka polityczno-rzą-
dowa, jest w historii Partii Pracy – i lewicy w ogóle – pro-
blemem bez precedensu. atcher cieszyła się popularno-
ścią mimo początkowo kiepskich wyników gospodarczych.
Jako takie sukcesy torysów przypadają dopiero na okres
po roku 1984. Do tego momentu, czyli przez ponad 5
lat, nie mieli oni zbyt wielu atutów: do roku 1982 pro-
dukcja przemysłowa była niższa od tej z 1979 r., bez-
robocie rosło aż przekroczyło barierę 3 milionów osób,
inflacja malała, ale wolno (o 13 punktów procentowych
w ciągu 5 lat). A mimo to laburzyści nie zdołali pozyskać
większości wyborców – nie tylko nie poszerzyli popar-
cia o „nowych biednych”, czyli ofiary skrajnie liberalnej
polityki, ale w dodatku stracili uznanie w oczach wielu
środowisk dotychczas im przychylnych.
Równie wymowny jest fakt, że nie przyniósł efektów
scenariusz zalecany lewicy przez wielu jej zwolenników. Po-
kutuje wśród nich przekonanie, że w sytuacji ofensywy libe-
ralno-prawicowej należy wracać do korzeni, radykalizować
hasła, gdyż jedynie wówczas można przekonać wyborców
do siebie jako wiarygodnej alternatywy. Wszelka uległość,
kunktatorstwo, „ucentrowienie”, są wyjątkowo nieodpo-
wiednie w momencie zaostrzenia konfliktu społeczno-
ekonomicznego. Bez wątpienia można wskazać w dziejach
przypadki słuszności takich uwag. Nie jest to jednak żela-
zna reguła.
Pierwsza fala zradykalizowania Labour Party, z począt-
ku lat 80., zakończyła się rozłamem. Odeszli reprezentanci
„miękkiej linii”, znacząco wzrosły natomiast wpływy we-
wnątrzorganizacyjnej skrajnej lewicy, tzw. Militant Tenden-
cy. Na fali takich nastrojów powstał przedwyborczy mani-
fest, który zapowiadał renacjonalizację firm sprywatyzo-
wanych przez torysów, uspołecznienie wielu innych, zna-
czący wzrost roli państwa w gospodarce, wprowadzenie
elementów robotniczej kontroli nad przedsiębiorstwami,
skrócenie tygodniowego czasu pracy do 35 godzin, więk-
sze nakłady na opiekę socjalną, wcześniejsze emerytury,
ukrócenie spekulacji finansowych itd.
Program ów nie pozostawiał wątpliwości w kwestii
tego, czy Partia Pracy ulega prawicowej hegemonii ide-
ologicznej. Nie uległa jej ani na jotę. Jest tylko jeden pro-
blem: „W wyborach, które odbyły się 9 czerwca 1983 r.,
Partia Pracy zdobyła najmniej głosów od 1918 r. /.../ Ska-
la porażki wyborczej /.../ była tak duża, że pojawiło się
realne zagrożenie zupełnej marginalizacji Labour Party
na angielskiej scenie politycznej /.../” – pisze G. Ronek.
Równia pochyła?
Wymowa kolejnych faktów jest jeszcze gorsza. Po 18 latach
neoliberalnych przemian, tak głębokich, że należy je na-
zwać rewolucją społeczną
6
, brytyjscy wyborcy znów zaufali
Labour Party. Jednak gdy powróciła ona do władzy, była to
partia ta sama, lecz nie taka sama.
Partia Pracy od połowy lat 80. dokonywała korekty
postulatów, haseł i wizerunku. Frakcja „nowoczesna” pod
wodzą Neila Kinnocka stopniowo poszerzała swe wpływy.
Jej doktryna zasadzała się na kilku założeniach. Pierwszym
była rezygnacja ze wspólnotowego wymiaru haseł lewi-
cowych – „socjalizm” miał od tej pory oznaczać nie po-
stęp socjalny i dobrobyt człowieka w zbiorowości, lecz
sprawniejsze niż w przypadku torysów zabezpieczenie
jednostkowych praw i wolności. Drugi stanowiło porzu-
cenie traktowania własności publicznej jako fundamentu
zabezpieczeń socjalnych, równości i rozwoju społeczno-
ekonomicznego. Zamiast tego uznawano, że w sensie „pro-
duktywnym” najlepszy jest wolny rynek, natomiast władza
państwowa i polityka publiczna powinny realizować lewi-
cowe cele poprzez ingerencję niejako post factum. Czyli nie
tyle tworząc mechanizmy gospodarki i regulując kwestie
własnościowe, lecz zaledwie poprzez łagodzenie, korygowa-
nie skutków liberalizmu gospodarczego za pomocą narzędzi
socjalno-fiskalnych. Po trzecie, porzucono ideę pełnego za-
trudnienia, co w efekcie doprowadziło do uznania, iż bez-
robocie jest naturalne, a państwo ma jedynie dbać o to, by
jego skala była możliwie najmniejsza.
Tak zarysowany kierunek zmian programowych Labo-
ur Party osiągnął apogeum po objęciu stanowiska przewod-
niczącego przez Tony’ego Blaira w roku 1994. Polityk ten
doprowadził do końca dotychczasowe, nierzadko nieśmiałe
RECENZJA
97
zmiany, nie tylko w kwestiach ideowych, ale także w zakre-
sie bazy społecznej, m.in. znacząco poluźnił więź partii ze
związkami zawodowymi. I właśnie Blair był tym, który po-
stawił Partię Pracy na nogi – począwszy od przerwania fatal-
nej passy w wyborach 1997 r., przewodził on jeszcze dwóm
wygranym kampaniom wyborczym, czyniąc z laburzystów
ugrupowanie postrzegane jako nowoczesne, wiarygodne
i „modne”. Co więcej, stało się tak nie tylko przy aproba-
cie wyborców, ale także większości partyjnej. Od 1993 r.
lider Partii Pracy jest wybierany w wyborach powszechnych,
zgodnie z zasadą „jeden członek partii – jeden głos”, w do-
datku musząc uzyskać ponad 50% poparcia.
Zmiany dokonane przez Blaira jako premiera Wielkiej
Brytanii, były ogromne. Jego koncepcja, nazwana Trzecią
Drogą, zaakceptowała wiele doktrynalnych i technicznych
rozwiązań z arsenału neoliberalnego kapitalizmu. Zmniejszo-
no świadczenia socjalne, zrezygnowano z interwencjonistycz-
nych narzędzi wpływu na gospodarkę, obniżono podatki,
sprywatyzowano kolejne usługi publiczne, dokonano wyco-
fania państwa z rozwiązywania wielu problemów, w innych
sferach życia instrumentem wsparcia uczyniono w miejsce
agend publicznych organizacje pozarządowe. Z punktu
widzenia nie tylko tradycyjnej lewicy, ale także nielewi-
cowych odmian myśli prospołecznej (np. kontynentalna
chadecja), polityka Blaira oznaczała porzucenie wielu ide-
ałów egalitarnych, opiekuńczych i wspólnotowych.
Adwokat diabła
Nie zmienia to faktu, że zarzuty jakoby Blair był renegatem
czy, jak go czasem nazywano, ideowym dzieckiem Margaret
atcher, nie wytrzymują krytyki. Odeprzeć można je na
różne sposoby. Najprostszy, wręcz intuicyjny argument już
przywołałem – jest nim poparcie zarówno członków partii,
jak i wyborców. Można oczywiście wskazywać, że politycz-
ny marketing zamącił ludziom w głowach, że wybrali sym-
patyczną powierzchowność Blaira, że poparli negatywne
zjawiska ukryte za atrakcyjnymi sloganami itd. Marne to
jednak pocieszenie, oznacza bowiem, że w demokracji nie
liczy się treść, lecz forma.
Druga linia obrony mogłaby bazować na przywołaniu
dowodów, iż rządy „New Labour” nie oznaczały bynajmniej
całkowitej kapitulacji przed neoliberalizmem. Blair wpro-
wadził w życie tę część programu partii, która obiecywała
wsparcie grup pozostających na wolnym rynku obywatela-
mi drugiej kategorii. Weźmy kilka faktów, które przytacza
G. Ronek: finansowe i edukacyjne wsparcie bezrobotnych
absolwentów oraz aktywną, wieloaspektową pomoc im
w znalezieniu pracy, podniesienie kwoty zasiłku na pierw-
sze dziecko, wydłużenie płatnego urlopu macierzyńskiego,
wzrost świadczeń emerytalnych, wprowadzenie zasiłków na
dzieci (do ukończenia 16. lub 19. roku życia), stworzenie
szeroko zakrojonego systemu opieki nad dziećmi (od roku
1997 powstało ponad 1,6 miliona miejsc w dziennych pla-
cówkach), system bezpłatnych kursów zawodowych i inne-
go rodzaju wsparcie dla osób zagrożonych wykluczeniem
z rynku pracy, znaczne dofinansowanie tych organizacji po-
zarządowych, które zastąpiły służby publiczne.
Trzeci zestaw argumentów świadczących na korzyść
Blaira dotyczy niedoskonałości wcześniejszych rozwiązań.
Nie ma sensu udawać, iż państwo opiekuńcze było pozba-
wione wad. Generowało ono także patologie, które najczę-
ściej przywołuje liberalna prawica, ale które są nie do obro-
ny również z lewicowego punktu widzenia. Przykładowo,
gwarantowanie „dozgonnych” świadczeń socjalnych co
prawda zabezpiecza podstawy bytu, ale gdy ograniczone
zostaje do comiesięcznej wypłaty zasiłku – utrwala real-
ne i symboliczne wykluczenie społeczne.
b

P
E
T
E

B
I
R
K
I
N
S
H
A
W
98
Czwarty argument „za” polityką Blaira to odwoły-
wanie się przezeń do argumentów zdroworozsądkowych,
nawet tam, gdzie oznaczało to sięgnięcie po postulaty
prawicy. Gdy lider laburzystów, którzy przyznali peł-
nię praw homoseksualistom i wsłuchali się w postulaty
feministek, głosi hasła obrony rodziny jako „podsta-
wowej komórki”, to nie tyle staje się prawicowcem, ile
dostrzega oczywisty fakt, że nawet w państwie nowo-
czesnym i dynamicznym, wciąż główną mikrostrukturą
społeczną pozostaje związek dwojga ludzi, którzy wcze-
śniej czy później decydują się na potomstwo. Podobnie
jest choćby z kwestią chuligaństwa i przestępczości, którym
to problemom Blair poświęcił wiele uwagi, postulując ich
surowe karanie oraz prewencyjną kontrolę. W społeczeń-
stwie jednego z najbogatszych krajów trudno udawać, iż
przemoc czy dewastacja mienia wynikają wyłącznie z biedy
i braku perspektyw oraz z „trudnego dzieciństwa”. Równie
często są one pochodną wzorców kultury popularnej czy
eskalacji egoizmu.
Ewolucję doktrynalną Labour Party można oczywi-
ście rozpatrywać w kategoriach „zdrady”, „kolaboracji”,
„zaprzaństwa”, „degeneracji” itd. Tego typu wywody mogą
„prawdziwej lewicy” służyć do poprawy samopoczucia czy
wykazania się pryncypialnością (która mało kogo intere-
suje), ale nie odpowiadają ani na pytanie o popularność
polityki „trzeciodrogowej”, ani nie wyjaśniają przyczyn
marginalizacji tych środowisk, które nie zdradziły, nie kola-
borowały, nie uległy degeneracji itd.
Jest Maxa Stirnera spadkobiercą Partia
Lewicowa czy choćby „prospołeczna” krytyka ewolucji pro-
gramowej oraz praktycznych decyzji laburzystów (i podob-
nych im środowisk w innych krajach) nie bierze pod uwagę
kluczowego czynnika. Oczywiście dzisiejsza Labour Party
jest znacznie mniej bojowa i radykalna niż kiedyś, stanowi
nieporównanie słabsze zagrożenie dla Kapitału, o wiele bar-
dziej zasymilowała się z systemem wolnorynkowym.
Nie ma to jednak wiele wspólnego ze „zdradą”. Jeśli
laburzyści zdradzili dawny program, wizje i postulaty,
to w takim stopniu, w jakim cała rozwinięta część świata
„zdradziła” ideały leżące u podstaw wszelkiej myśli pro-
społecznej. Równość, dobro publiczne, przedkładanie
pomyślności wspólnoty ponad indywidualne potrze-
by – są dziś po prostu niemodne, w dodatku dysfunk-
cjonalne z punktu widzenia istniejącego systemu spo-
łeczno-ekonomiczno-kulturowego. Owszem, oferuje on
znacznie mniej pewności i stabilizacji niż welfare state – daje
jednak więcej wolności i mniej zobowiązań.
Blair niczego i nikogo nie zdradził, a jedynie wycią-
gnął logiczne wnioski z przemian obyczajowych, z no-
wych trendów kulturowych, a także z postulatów samej
lewicy, również tej radykalnej, która oskarża go dziś
o rejteradę z pola walki z Kapitałem. Oczywiście trafne
jest pytanie, co Tony Blair ma wspólnego – poza nazwą
partii i formalną kontynuacją jej działań – z Labour Party
epoki Clementa Attlee. Ale równie słuszne będzie pytanie,
co wspólnego z dawnymi laburzystami i ich opisaną na
wstępie tożsamością ideową mają „radykalni” krzykacze –
ci, którzy robotników „znają” z bełkotliwych akademickich
seminariów; ci, którzy optują za adopcją dzieci przez gejów;
ci, którzy pochodzą z klasy średniej, a ich droga do lewi-
cy wiodła przez młodzieżowe subkultury; ci, dla których
„tożsamość angielska” to synonim faszyzmu i ksenofobii;
ci, którzy są członkami, nierzadko aktywnymi i ofiarnymi,
wspólnot, ale nie zastanych i „przyrodzonych”, lecz kon-
struowanych dobrowolnie, w gronie podobnych sobie kul-
turowych nomadów.
Bynajmniej nie o krytykę takich postaw mi chodzi
(sam jestem adeptem kilku z nich), ani też o wzdychanie
za „starymi dobrymi czasami”. Nie sposób jednak ewolu-
cji Partii Pracy, a także całej zachodniej lewicy traktować
w kategoriach zdrady. Gdyby premier Blair pozostał wierny
programowi premiera Attlee, byłby dawno zapomnianym,
chwilowym liderem LP, wzmiankowanym co najwyżej jako
kolejny przykład politycznego nieudacznika. Ewentualnie
stałby na czele partyjki z góra 5-procentowym poparciem,
podzielonej na 7 frakcji, z których każda byłaby bardziej
„rewolucyjna”, „socjalistyczna” i „niezłomna”. A dzisiejszy
elektorat Labour Party głosowałby na silną partię liberalną
lub na „nowoczesnych” Torysów.
Krytyka ideowej ewolucji Partii Pracy z pozycji „sta-
rolewicowych” nie jest trudna. Jeśli weźmiemy jej sztan-
darową wykładnię, czyli manifest Anthony’ego Giddensa
– „Trzecia Droga – odnowa socjaldemokracji”, to każdy
potrafi wskazać takie fragmenty książki, które wręcz ocie-
kają akceptacją neoliberalnych dogmatów i towarzyszącej
im propagandowej nowomowy. Weźmy na chybił-trafił
takie przemyślenia Giddensa: „Reforma zabezpieczeń spo-
łecznych powinna uwzględniać aspekty ryzyka /.../: skuteczne
zarządzanie ryzykiem (w skali indywidualnej lub zbiorowej)
to nie tylko minimalizowanie różnych jego rodzajów czy za-
bezpieczanie przed nimi; oznacza również wykorzystywanie
pozytywnej, czy też energotwórczej strony ryzyka i zapewnia-
nie zasobów umożliwiających jego podejmowanie. Aktywne
podejmowanie ryzyka to przecież integralny element przedsię-
biorczości, ale to samo odnosi się również do siły roboczej. De-
cyzja o podjęciu pracy i rezygnacji z zasiłków, czy też podjęcie
pracy w określonej dziedzinie gospodarki wiążą się przecież
z ryzykiem, ale często przynosi ono pożytek zarówno jednostce,
jak i społeczeństwu”
7
. Czy ten wywód różni się czymś od
kanonu neoliberalnych wezwań i pouczeń, aby nie liczyć,
iż państwo zapewni stabilizację, że należy być aktywnym,
że dawny, „stagnacyjny” model zabezpieczeń społecznych
jest już passè, że trzeba stać się kowalem własnego losu, na-
wet jeśli nie dysponujemy kuźnią, młotem ni kowadłem?
Pod takimi wywodami podpisze się nie tylko „odnowiona
socjaldemokracja”, ale i „liberał z ludzką twarzą” Donald
Tusk oraz „współczujący konserwatysta” George W. Bush,
a także Bill Gates i Jan Kulczyk.
Czy jednak Giddens dokonał jakiejś zdrady? Gdy się-
gniemy po jego rozprawy naukowe – to bądź co bądź socjo-
log o zasłużonej renomie – dostrzeżemy raczej wyciągnięcie
jedynych możliwych wniosków z analizy rzeczywistości.
W o osiem lat wcześniejszej od „Trzeciej Drogi” książce
„Nowoczesność i tożsamość”, Giddens pisał: „W posttra-
dycyjnym /.../ świecie społecznym, gdzie reorganizacja czasu
i przestrzeni tworzy nową konfigurację /.../, »ja« ulega ogrom-
RECENZJA
99
nej przemianie. /.../ Nowoczesność stawia przed jednostką całą
gamę rozmaitych możliwości, a równocześnie, z racji braku
fundamentalistycznych zapędów, nie udziela wskazówek, które
z nich powinno się wybrać”
8
.
I to jest sedno sprawy: dawna polityka lewicowa była
możliwa w realiach świata znaczniej bardziej stabilnego
i „nudnego” niż obecny. My natomiast żyjemy w świe-
cie, którego „rodzicami” są pospołu Margaret atcher
i Ronald Reagan, Daniel Cohn-Bendit i Joschka Fischer,
Internet i „tanie linie lotnicze”. W tym świecie lewico-
wość à la Attlee (gwarancja zatrudnienia, nacjonalizacja
przemysłu, masowy ruch robotniczy) ma podobną rację
bytu, jak Królowa Wiktoria i lampa naftowa. Zachodni
lewicowcy zapatrzeni są np. w Chaveza, który sprawnie
i z dużym poparciem realizuje w Wenezueli politykę real-
nie prospołeczną, wbrew interesom ponadnarodowej oli-
garchii finansowej i rodzimej burżuazji kompradorskiej.
Jest to jednak możliwe właśnie z tego powodu, że jego
ojczyzna to kraj „zacofany”, nie zaś „postmodernistycz-
ny” i wciąż możliwe są w nim masowe formy mobilizacji
społecznej w oparciu o etos wspólnotowy i egalitarny.
Kryzysowa narzeczona
Ewolucja doktryny i praktyki politycznej Labour Party jest
na rękę Kapitałowi. Pozostaje ona zgodna z dogmatami
neoliberalizmu. Jest też jednak wprost proporcjonalna do
przemian kulturowych i do przeobrażeń naszej świadomo-
ści. Jeśli ktoś krytykuje laburzystów i inne środowiska le-
wicowe za „zdradę”, niech zastanowi się, w jakim stopniu
on sam „zdradził” realia i wzorce tego świata, w którym
kształtowała się doktryna „starej” Partii Pracy. Jeśli wyma-
gamy od Blaira i Giddensa deklaracji wierności zasadom
z roku, dajmy na to, 1950, to sami powinniśmy wówczas
złożyć deklarację mniej więcej tego typu: Będę do koń-
ca życia szanował rodzinę i sąsiadów, raczej nie zmienię
miejsca zatrudnienia i zamieszkania, moją główną grupą
odniesienia będą kumple/koleżanki z pracy i osiedla, żonę/
męża znajdę we własnej społeczności, wychowam dzieci
zgodnie z wzorcami przekazywanymi od pokoleń, nie będę
zbyt często i zbyt daleko wyjeżdżał za granicę, zrezygnuję
z intensywnego poznawania i przejmowania postaw i roz-
wiązań powstałych w odległych zbiorowościach, a moje
poglądy będą zgodne z lokalną i narodową tradycją. Tego
wszystkiego dokonam nawet kosztem wyrzeczeń finanso-
wych, nawet za cenę mniej urozmaiconego życia, nawet
poprzez powściągnięcie wielu zachcianek, które dziś wyda-
ją mi się naturalne i oczywiste. I tak dalej.
Nie podoba mi się dzisiejsza rzeczywistość: ekspansja
rynku i merkantylizmu w kolejne sfery życia, likwidowa-
nie wielu zabezpieczeń socjalnych i eskalacja niepewności,
triumf egoizmu nad poczuciem wspólnoty i wzajemną
troską, „wyścig szczurów” i lekceważenie słabszych i mniej
zaradnych, malejąca rola obywateli w procesie decyzyjnym
i rosnąca potęga wielkiego kapitału, deregulacja rynku pra-
cy i ograniczanie praw pracowników najemnych. I wiele
innych zjawisk, które niesie ze sobą synteza kapitalizmu
jako takiego, jego neoliberalno-globalnej wersji oraz nie-
kontrolowanej rewolucji technologicznej i towarzyszących
temu przemian politycznych. Nie podoba mi się również
spolegliwość dawnych nurtów ideowo-politycznych wobec
takich wyzwań i ich skutków.
Nie sposób jednak udawać, że ględzeniem o „zdradzie
ideałów” można cokolwiek wytłumaczyć, a przede wszystkim
– zmienić. Ewolucja Labour Party i podobnych do niej śro-
dowisk politycznych była możliwa nie tylko dlatego, że proces
ten współgrał z dominującymi trendami. U jej podstaw legło
także i to, że nie powstała sensowna i realna alternatywa wo-
bec owych trendów. Nie stworzyli jej ani ci, którzy „zdradzi-
li”, ani ci, którzy wrzeszczą: „zdrada”. I na tym właśnie polega
kryzys lewicy.
Remigiusz Okraska
P. S. Oczywiście powyższy tekst nie jest recenzją książki G. Ron-
ka czy streszczeniem jej zawartości. Stała się ona jedynie pre-
tekstem do powyższych rozważań.
Grzegorz Ronek, Ewolucja ideologii i doktryny brytyjskiej Partii
Pracy po II wojnie światowej, Wydawnictwo Adam Marszałek,
Toruń 2008.
Książkę można nabyć wysyłkowo u wydawcy: Wydawnic-
two Adam Marszałek, ul. Lubicka 44, 87-100 Toruń, tel. (056)
6485070, e-mail: marketing@marszalek.com.pl, księgarnia in-
ternetowa wydawnictwa: www.marszalek.com.pl
Przypisy:
Cyt. za Bogusława Bednarczyk, 1. Labour Party od tradeunionizmu
do wilsonizmu. Dylematy polityczne, społeczne i ideologiczne, Wy-
dawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 1995, s. 20.
Cyt. za B. Bednarczyk, 2. op. cit., s. 113.
Zygmunt Bau 3. man, Socjalizm brytyjski. Źródła – lozoa – dok-
tryna polityczna, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warsza-
wa 1959, s. 148. Ta pozycja, znakomita, choć skażona „duchem
czasu” momentu edycji, niestety nie pojawia się w ogóle jako
punkt odniesienia rozważań G. Ronka.
Andrzej Z 4. ięba, Związki zawodowe w Wielkiej Brytanii – część I:
Rozwój ruchu związkowego /w:/ Witold M. Góralski (red.), Związ-
ki zawodowe na Zachodzie. Programy – struktura – działalność,
Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 1988, s. 42.
B. Bednarczyk, op. cit., ss. 108 i 110. 5.
Zagadnienie to stanowi sedno rzetelnej analizy thatcheryzmu 6.
i jego skutków. Były zwolennik i jeden z teoretyków thatchery-
zmu, John Gray, pisał: „/.../ jedynie garstka obserwatorów, w tym
kilku spostrzegawczych marksistów, uchwyciła paradoksalną
naturę thatcheryzmu, projektu, który zawiódł we wszystkich pozy-
tywnych punktach programu, ale który – w powiązaniu z trenda-
mi ekonomicznymi, których nie wyznacza ani nie kontroluje żaden
rząd – przekształcił brytyjskie społeczeństwo i kulturę publiczną
w taki sposób, że wcześniejsze projekty polityczne, wraz z samym
thatcheryzmem, stały się anachroniczne i niepotrzebne”. John
Gray, Dziedzictwo socjaldemokracji /w:/ tegoż, Po liberalizmie.
Eseje wybrane, Fundacja Aletheia, Warszawa 2001, ss. 341-342.
Ta uwaga Graya będzie istotna również w dalszej części tekstu.
Anthony Giddens, 7. Trzecia Droga – odnowa socjaldemokracji,
Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 1999, s. 103.
Anthony Giddens, 8. Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeń-
stwo w epoce późnej nowoczesności, Wydawnictwo Naukowe
PWN, Warszawa 2002, s. 112.
100
Król jest nagi
– odkrywamy
kłamstwa
propagandy
Joanna Duda-Gwiazda
Bez planu miasta, z funduszem na jedną kawę
czekałam kiedyś cały dzień w Belgradzie na samolot.
Z nudów opowiadałam studentom z Czarnogóry o Ta-
trach. Do wieczora Czarnogórcy pokazali mi wszystkie
zabytki Belgradu – „My, górale, musimy się wspierać.
Dzieci w górach od małego uczą się wybierać najdo-
godniejszą drogę, więc wyrastają na inteligentnych
ludzi”. No i jak tu zaprzeczyć?
Przysłowiowy zdrowy chłopski rozum u polskich
górali uzupełnia fantazja, humor, dystans. Kawały
o prymitywnej logice ceprów są złośliwe, ale górale po-
trafią też śmiać się z siebie. Kiedy gapię się w mapę za-
miast na góry, mój mąż przypomina mi kawał z książki
o wojnie na Falklandach: „Jakie jest największe zagro-
żenie dla żołnierza? Oficer z mapą”. Ale to nieprawda.
Największym zagrożeniem na morzu lub w górach jest
„miastowy”, który w panice chce natychmiast wrócić
do miasta. W czasie sztormu żeglarz ucieka w morze,
szczur lądowy steruje w kierunku lądu. Góral w niebez-
pieczeństwie idzie w górę, cepr w dół. W czasie wojny
ze storpedowanego okrętu uratował się tylko polski
góral, który w panice wdrapał się na najwyższy maszt.
Niebezpiecznym przyzwyczajeniem „miastowych” jest
wybieranie drogi na skróty.
Przypomina mi się to, kiedy słyszę, że jakiś polityk
jest niebywale twardy, dąży do celu najkrótszą drogą.
Wzbudza tym powszechny entuzjazm mediów i wybor-
ców. W rankingu twardzieli zaszczytną pozycję pitbulla
czy może bullterriera zajęła ostatnio kandydatka repu-
blikanów na wiceprezydenta USA. Karczemne obyczaje
i głupota polityków nie są jednak związane z jedną
polityczną opcją: republikanami czy demokratami.
Do McCaina nabrałam zaufania, kiedy na pytanie, co
widzi w oczach Putina, odpowiedział: KGB. Busha
uważam za marionetkę sterowaną przez korporacje, wy-
wiady, cyklistów i finansjerę od czasu, gdy powiedział:
W oczach Putina widzę szczerość i przyjaźń.
W naszej miejskiej cywilizacji wszystko jest jedno-
znaczne. Człowiek twardy (czytaj arogancki i brutalny)
jest skuteczniejszy niż miękki. Przód jest lepszy, tył
gorszy. W każdym pochodzie na przedzie idą osoby
wybitne, społeczeństwo z tyłu. Wyjątkiem są statki
morskie, ponieważ na dziobie mocniej kiwa. Postęp to
coś dobrego, jest naukowy, moralny, a przede wszyst-
kim zwycięski. Wstecznictwo, zacofanie – to dyskwali-
fikujące inwektywy.
Nie weryfikujemy tych schematycznych ocen,
chociaż postęp już nieraz prowadził w ślepy zaułek. Po-
stęp niegdyś mierzono ilością wyciętych lasów, w Ame-
ryce oznaczał wybijanie Indian i bizonów, w Europie
nawracanie siłą pogan. Dzisiaj mamy muzułmanów
wojujących w imię Allacha, a świat postępowy nie
pozostaje w tyle i siłą dąży do zlikwidowania islamu.
Tolerancja jest z definicji postępowa. Chrześcijaństwo
jest niepostępowe, ponieważ upiera się, że dwóch
tatusiów i dziatki to nie jest rodzina. Też z definicji
Polska jest nietolerancyjna, chociaż Romowie emigrują
do państw bogatszych ze Słowacji i Rumunii, a nie
z naszego kraju. Tolerancja jest wprost proporcjonalna
do odległości, więc teraz społeczeństwa zachodniej
Europy zostały wystawione na ciężką próbę. Takie
prawo sformułował student Politechniki Gdańskiej,
który oburzał się na rasizm USA i chwalił opiekuńczą
rolę ZSRR w Afryce. W nagrodę pojechał na praktykę
międzynarodową na Węgry. Zamieszkał z postępowym
Afrykaninem, który przygotowywał się do wyzwolenia
Afryki z dominacji białych w ten sposób, że w pokoju
trenował rzucanie nożem.
Do rozważań na temat względności takich pojęć, jak
do przodu – do tyłu, ważne – nieważne, blisko – dale-
ko, trudno – łatwo, skłoniła mnie wędrówka po górach
w tym roku. Planując trasę, zawsze na wszelki wypadek
określamy drogi odwrotu. W tym roku wycofanie się
z gór w dolinę Czarnego Czeremoszu było niemożliwe,
ponieważ wielodniowe burze i nawałnice zniszczyły drogi
w dolinach. Nie ryzykowaliśmy zejścia w dół. Szerokim
łukiem przez połoniny Hryniawskie i Czywczyny dotar-
liśmy do Popa Iwana i przez Howerlę zeszliśmy do doliny
Prutu, gdzie zachowało się przynajmniej pół drogi prowa-
dzącej do Worochty. A zatem, im dalej odchodziliśmy od
Popa Iwana, tym mieliśmy do niego bliżej. Długa i trudna
droga była łatwa i bezpieczna.
Po wakacjach długo mam filozoficzny stosunek do
draństw cywilizowanego świata. Niestety, jako pierwszą
przeczytałam książkę „Nasiona kłamstwa” J. M. Smi-
tha. To, co wszyscy postępowcy nazywają nowoczesno-
ścią, jest prymitywnym wstecznictwem. Przenoszenie
genów między gatunkami oparte jest na fałszywych
teoriach, które rozwój nauki dawno obalił. Tragiczne
skutki biotechnologii są ukrywane. Niezależnych na-
ukowców, rolników, dziennikarzy, a także uczciwych
pracowników państwowych agend odpowiedzialnych za
zdrowie ludzi i zwierząt, osacza się ze wszystkich stron
i eliminuje tak długo aż zamilkną. Metody są te same,
co w Polsce. 8 września byliśmy na otwarciu wystawy
o Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża w szko-
le plastycznej w Sopocie. Zaproszenie nas było pretek-
stem do kolejnych ataków na IPN. Awanturę wywołał
Marszałek Senatu, Bogdan Borusewicz, który tydzień
wcześniej spotkał się z młodzieżą tej szkoły. Mieli za-
prosić go tydzień później? Wróciliśmy do domu, czyli
do polskiego piekła. W sprawie GMO przynajmniej
wiadomo, o co chodzi. O co chodzi w sprawie Gwiaz-
dów, nie wie nikt. Ja w każdym razie nie mam pojęcia.
Proszę uprzejmie nieznanych sprawców tej paranoi
o pokazanie ogona, na który niechcący nadepnęliśmy.
Joanna Duda-Gwiazda
NAPRZD CZY WSTECZ?
101
Anna Mieszczanek
Na
pojedynczy
rozum
Przyszła jesień, deszcze i chłody, premier z prezy-
dentem przemarzli. Smutno im się zrobiło, więc siedli
razem pod piecem w parlamencie – że to niby neutral-
ny grunt – żeby sobie pobyć w cieple.
Poczytali zaległe gazety. No i zobaczyli, że Jacek Ża-
kowski ogłosił w „Wyborczej”, że coś mu w głowie pękło
i że antyglobalne oznacza już teraz mainstreamowe, bo
tak powiedziała Angela Merkel, Sarkozy i Barack Oba-
ma. Że sprawiedliwość musi być i że niewidzialna ręka
rynku wszystkiego nie załatwi, bo jak nie ma regulacji
państwa, to się wali tak, jak banki i giełda w Stanach.
No to premier z prezydentem trochę się zdziwili,
ale zaraz zaczęli myśleć, że trzeba nadążyć za zmianami.
I wymyślili, że zrobią rewolucję.
Nie tak, że będą latać po ulicach z transparentami
i krzyczeć, że inny świat jest możliwy oraz że trzeba glo-
balizować sprawiedliwość. Nie, nie. Rewolucja miała być
taka, że we dwóch przestaną ludziom mieszać w głowach.
Jednego wicepremiera, co akurat wracał z obiadu,
posłali do empiku po kalendarz na następny rok. Jak
przyniósł, to popatrzyli na stronę, gdzie można wpisać
jedno najważniejsze zadanie na każdy kolejny miesiąc.
I zaplanowali program na przyszły rok. Program didżej er.
Albo: DJR. Generalnie: Debata Jasnych Reguł. Bo już
nie mogli wytrzymać, że co drugi polityczny – tfu, tfu –
celebryta jak się tylko pokazywał w telewizorze, to zaraz
wrzeszczał, że debata publiczna jest na niskim poziomie,
a redaktor go od razu przekrzykiwał i mu przerywał.
„Jaka debata?” – zapytał premier prezydenta a po-
tem odwrotnie. – „Przecież u nas nie ma żadnej debaty,
tylko nawalanka”.
No i postanowili to zmienić.
Zrobili katalog. Jak w porządnej firmie. Od stycznia
do grudnia, na każdy miesiąc zaplanowali jeden temat
debaty. Styczeń – służba zdrowia, luty – nowe pieniądze,
czyli euro, marzec – emerytury... I tak do końca roku.
Postanowili – i przybili piątkę na znak zgody – że
przez każdy miesiąc będą mówili w gazetach i telewizo-
rach tylko o tym jednym temacie. Że jedni mają w tej
sprawie taki pomysł, a drudzy inny. I jakie są plusy jedne-
go rozwiązania, a jakie drugiego. W ostatnim dniu każ-
dego miesiąca zaplanowali zrobić sondaż, żeby sprawdzić,
jakie pomysły mają więcej zwolenników, a jakie mniej.
A dziennikarze mieli podać wyniki sondażu, żeby ludzie
wiedzieli, co mniej więcej myślą.
Tak im się spodobało, że od razu, ciach mach, wpi-
sali do Konstytucji, że debata w ważnych sprawach jest
obowiązkowa. Że plan debat na najbliższy rok trzeba
ogłaszać w Sylwestra, że w debacie trzeba się trzymać re-
guł oksfordzkich, żeby było wiadomo, kto jest za czym.
No i jeszcze wpisali, że jak sprawa ważna, to trzeba
zrobić referendum, a dopiero później podejmować ja-
kieś decyzje. Katalog spraw wymagających referendum
też od razu machnęli i do Konstytucji dopisali.
Nikt się nie zorientował, bo wszyscy byli zajęci
tym, ile alimentów ma płacić poseł Gosiewski posłowi
Dornowi i ile par butów ma Monika Olejnik. Tylko
Piotr Ikonowicz zauważył, ale że akurat prał czerwoną
koszulę, bo zaraz miał lecieć do tefałenu i musiał jeszcze
wysuszyć, to nic nie mówił. Więc im się udało.
„Jak rewolucja, to rewolucja – powiedział po tym
wszystkim prezydent do premiera a potem odwrotnie –
pójdziemy się jeszcze skonsultować z Lechem Wałęsą”.
Akurat był niedaleko, w Teatrze Wielkim, na koncercie
z okazji rocznicy przyznania mu Pokojowego Nobla.
Paweł Kukiz śpiewał „Mury”, więc Lech bardzo był
wzruszony. No i spodobał mu się plan premiera i prezy-
denta – że taki demokratyczny i w duchu Panny eS. Tak
ich wyściskał i wycałował, że aż premier z prezydentem
się zmęczyli.
Więc poszli z powrotem pod sejmowy piec
i poprosili Janka Pospieszalskiego, żeby już przestał
rozmawiać i zrobił im porządne kakao. A Manuelę
Gretkowską, co akurat szła prawie golusieńka, bo miała
sesję zdjęciową do partyjnego plakatu, poprosili, żeby
doniosła też jakieś ciasteczka. Manuela najpierw chcia-
ła się obrazić – że to nie-feministyczne posyłać ją do
sklepu – ale w końcu założyła palto i przyniosła, bo to
dobra kobieta była.
No i prezydent z premierem jedli te ciastka, kakao
popijali i bardzo byli z siebie zadowoleni. Aż zasnęli
z tego wszystkiego i przyśniło im się, że siwy jak gołą-
bek pokoju Picassa Alfred Nobel dał im po lizaku w ce-
lofanie i pogłaskał po głowach. I powiedział cicho, że
się cieszy i że ludzie będą z nich zadowoleni.
Niestety, Justyna Pochanke i Bogdan Rymanowski
zaraz przylecieli, obudzili obydwu i zaciągnęli do tefa-
łenu. Powiedzieli, że nie może być tak, żeby prezydent
i premier ręka w rękę latali po Warszawie, usadzili ich
po dwóch stronach stołu i kazali się pokłócić, bo jak nie,
to tefałenowi spadnie oglądalność, reklamodawcy się
wycofają, a stacja pójdzie cała z torbami – co z tego, że
ekologicznymi i do recyklingu.
Ale prezydent z premierem się nie dali. Powie-
dzieli: liberum veto! Oraz położyli się rejtanem przed
kamerami jeden obok drugiego, podnosząc w górę dwie
złączone ręce – jedną premierowską, a drugą prezyden-
towską. I pojechali do domu.
Jeszcze po drodze prezydent nie wytrzymał i zabrał
Morozowskiemu całą szufladę fiszek do trzech następ-
nych programów i wyrzucił z piątego piętra. A potem
wyściskał się z Ikonowiczem, co już wysuszył koszulę
i akurat szedł do studia przemawiać.
No. Tak było!
Anna Mieszczanek
P. S. Cytowany w poprzednim felietonie tekst Wojtka Wi-
śniewskiego pochodzi z „Recyklingu Idei”.
DJ ER OBSESSION REAKTYWACJA
102
A więc jednak. Korporacje finansowe bankrutują,
państwo rozpaczliwie spieszy im na ratunek, wskaźniki
giełdowe opadają do rekordowo niskiego poziomu,
inwestorzy i akcjonariusze tracą, komornicy rekwirują
domy kupione na kredyt. Wydarzenia jak z podręczni-
kowego opisu tzw. kryzysu kapitalizmu.
Niewiele jest pojęć równie ośmieszonych, jak
wspomniany kryzys. Jego kompromitacja nastąpiła po-
niekąd zasłużenie. Dopóki istniał ruch komunistyczny,
najmowani przezeń teoretycy wyskakiwali regularnie jak
zegarowe kukułki, obwieszczając, że kapitalizm popadł
w kłopoty, z których już się nie wykaraska. Tymczasem
ustrój składany przez nich do grobu, grając im na nosie,
rozkwitał dzięki katarom i grypom, a nawet zapaleniom
płuc, które od czasu do czasu rzeczywiście mu dokuczały.
Kiedy w 1973 r. kartel OPEC podniósł dość
znacznie ceny ropy naftowej, samochody w zachod-
nich metropoliach zjechały z ulic, żeby ustawić się
w kolejkach pod stacjami benzynowymi. Gospodarkę
USA oraz ich europejskich sojuszników zaczęła nękać
dziwaczna choroba stagflacji: mimo iż produkcja stała
w miejscu, ceny – wbrew naukowym modelom – ostro
szły do góry. Na dłuższą metę, dolegliwości te wyszły
na dobre. Petrodolarów, które zyskali na droższej ro-
pie, Arabowie z OPEC nie mieli gdzie ulokować poza
bankami amerykańskimi. Tym samym ich zależność od
supermocarstwa, od którego pragnęli się uniezależnić,
karząc je równocześnie za stanie przy Izraelu, jeszcze się
pogłębiła. Napływ wolnych środków umożliwił zwabie-
nie do strefy swoich wpływów tych krajów bloku ra-
dzieckiego, które – jak Polska czy Węgry – połakomiły
się krótkowzrocznie na tanio dostępne kredyty.
Można się oczywiście upierać, że kryzys czasami
uderzał niemal śmiertelnie. Krach z roku 1929 o mały
włos nie unicestwił przynajmniej tego gatunku kapitali-
zmu, który zwykło się nazywać liberalnym czy demokra-
tycznym. Ale i tutaj narzucają się wątpliwości. Czy bliższe
i dalsze skutki Wielkiego Kryzysu, wojny światowej nie
wyłączając – jeżeli odważymy się na chwilę pominąć ich
koszty ludzkie – rzeczywiście stanowiły jakąś przełomową
katastrofę? W ostatecznym wyniku, centrum świata prze-
niosło się po nim z Londynu do Waszyngtonu i Nowego
Jorku. Anglosasi północnoamerykańscy zluzowali wy-
spiarskich. Trochę podobnie, w imperium rzymskim jego
założycielskie miasto na siedmiu wzgórzach oddawało
stołeczny prymat najpierw Konstantynopolowi, a potem
– nawet w jego części zachodniej i w samej Italii – Ra-
wennie. Te przesunięcia, które nie obywały się bez wstrzą-
sów, w nikłym stopniu naruszyły ciągłość formacji im-
perialnej. Wracając do XX wieku, przypomnijmy sobie,
że wojna powietrzna przeciw Trzeciej Rzeszy, rujnując
bezlitośnie budynki rządowe i wojskowe, zabytki, skarby
kultury i dzielnice ludności cywilnej, omijała fabryki,
które przed wybuchem nieporozumień amerykańsko-
niemieckich z korzyścią dla obu stron współpracowały
z kontrahentami zza oceanu. Ktoś będący in control prze-
widywał trafnie, że po antrakcie z popisem teatru okru-
cieństwa zostanie wznowiony „Business as usual”.
Kryzysu wkrótce nie będzie, tak jak do niedawna
go nie było, a kapitalizm zostanie. Ileś lat temu, w ja-
kimś mieście skandynawskim trafiłem do księgarni,
gdzie sprzedawano wyłącznie święte księgi i aktualne
czasopisma bardzo radykalnej lewicy. Będąc tam je-
dynym klientem, przelatywałem okiem po jednobrz-
miących nagłówkach: Przewidzieliśmy obecny kryzys,
ponieważ mamy w ręku metodę naukową, zwaną
marksizmem... Do jakich realnych zjawisk odnosiły
się te żargonowe zaklęcia? Produkcja akurat spadła czy
bezrobocie wzrosło? A może Amerykanie wycofali się
z jakiegoś zakątka Trzeciego Świata? Dość, że lada mo-
ment Clinton zastąpił Busha ojca lub też ustąpił miejsca
w Białym Domu jego synowi. Gdzieś w Europie, kon-
serwatyści odebrali władzę socjaldemokratom, ewen-
tualnie im ją oddali. Po mikroszoku, koło zamachowe
systemu znowu zaczęło się kręcić gładko.
Nie da się jednak pogratulować kapitalizmowi,
naśladując jego oswojonych krytyków, że miałby on
pełne prawo powiedzieć o sobie: co mnie nie zabija, to
mnie wzmacnia. Ustrój ten dawno już utracił zdolność
do twórczej destrukcji. W swej produktywnej epoce, po
epizodach załamania potrafił odtwarzać się na jakościowo
wyższym poziomie. Teraz przypomina złośliwego natręta,
który, pojawiając się znowu w drzwiach, mówi z uśmiesz-
kiem: Liczyliście, że udało się wam mnie pozbyć? A skąd!
Wiadomo niemal na pewno, że nowy prezydent
USA ograniczy zagraniczne operacje militarne z więk-
szym udziałem sił lądowych. Będzie się też posługiwał
ciekawym spadkiem po najnowszym kryzysie: inter-
wencjonizmem państwowym, który stosowany jest
w interesie już nie zwyczajnych konsumentów, lecz
potentatów finansowych. Radykalna księgarnia, chyba
już z ulicy innego miasta – bo ta, którą znam, musiała
dawno zbankrutować – ogłosi piórami swoich wiesz-
czów: Przewidzieliśmy obecny kryzys, ponieważ mamy
w ręku metodę naukową, zwaną...
O właśnie! Marks liczył, że kapitalizm skona, gdy
dopadające go kryzysy udowodnią, że nie organizuje on
już cywilizacyjnego rozwoju, lecz – na odwrót – grozi
mu paraliżem. Czy to jednak wystarczający powód do
wycofania się z historii? Natręt nie ma skrupułów ani
wstydu. Zupełnie mu wystarczy trwanie bez impulsów
rozwojowych. Co najwyżej, uruchomi imitację zdo-
bywczych postępów, którą opisuje – znana nie od dziś,
jak wszystko, co się da złego powiedzieć o kapitalizmie
– formuła o rowerzyście, który musi coraz szybciej
kręcić pedałami, żeby się nie przewrócić.
Jacek Zychowicz
W MARTWYM PUNKCIE
Jacek Zychowicz
Wędrówki
pod wiatr
103
AUTORZY NUMERU:
Wioleta Bernacka (ur. 1983) – doktorantka na Wydziale Stu-
diów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódz-
kiego. Zajmuje się transformacją ustrojową państw postkolonial-
nych, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej; pracę magisterską
poświęciła tożsamości narodowej współczesnego społeczeństwa
meksykańskiego, m.in. temu, jak wpływa na nią globalizacja.
Wolne chwile spędza na robieniu zdjęć, spacerach i wycieczkach.
Karioka Blumenfeld (ur. 1978) – absolwentka nauk społecz-
nych na University of Haifa. Pochodzi z rodziny pomarcowych
emigrantów z Polski. Interesuje się kulturą chasydzką, zwłaszcza
postacią cadyka Chaima Halberstama z Nowego Sącza i jego wizją
skromnego życia, wyrażoną słowami: „Upodobałem sobie bieda-
ków. A wiecie dlaczego? Bo Bóg ich sobie upodobał”. Uwielbia
specyficzny przejaw kultury masowej, jakim są Teletubbies. Po
roku 1989 często odwiedza Polskę, zakochana w tym kraju, jego
kulturze i krajobrazie.
Tadeusz Buraczewski (ur. 1949) – inżynier, absolwent Politech-
niki Gdańskiej, specjalista od turbin wodnych, energetyk. Budow-
niczy zakładów przemysłowych w Polsce i byłej NRD. Od czasów
studenckich aktywny na niwie kabaretowej. Współtworzył kaba-
rety studenckie „Ad Hoc” i „Jelita”. Inicjator trzech imprez: Ogól-
nopolski Gdyński Konkurs Satyryczny „O Grudę Bursztynu”,
Gdyński Konkurs Satyryczny „O Strusie Jajo” i Kaszubski Turniej
Satyryczny w Pucku. Kierownik literacki i założyciel gdyńskiego
kabaretu UNIQ. Stały współpracownik Programu III Polskiego
Radia (magazyn „Parafonia”), satyrycznego miesięcznika „Twój
Dobry Humor”, Radia Gdańsk (felietony i magazyn satyryczny
„3 grosze”), Radia Eska Nord (magazyn satyryczny „Trzynastka”)
oraz pomorskiej prasy lokalnej. Kontakt: tykocin@op.pl
Marek Chlebuś (ur. 1959) – z wykształcenia fizyk i ekonomi-
sta, z zawodu menedżer oraz doradca gospodarczy, z zamiłowania
myśliciel ze skłonnościami do metateorii, syntez, prognoz, utopii.
W ostatnich latach publikował głównie prace antropologiczne,
politologiczne i ekonomiczne, zamieszczane w periodykach ta-
kich jak „e Peculiarity of Man” „Gnosis”, „Obywatel”, „Zielone
Brygady”. Autor broszur oraz książek: „Polityka gospodarcza gmi-
ny”, „News Deal, News Age. Rozważania nad losem cywilizacji
europejskiej”, „Wielki słownik nauki i sztuki”, „O naturze władz”,
„Planeta Obiecana. Studium globalizacji”.
Marcin Domagała (ur. 1976) – absolwent Wydziału Historycz-
nego Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył studia podyplo-
mowe w zakresie Integracji Europejskiej na Uniwersytecie War-
szawskim i Akademię Dyplomatyczną Polskiego Instytutu Spraw
Międzynarodowych. Był m.in. doradcą minister pracy i polityki
społecznej Anny Kalaty, redaktorem naczelnym gazety „Głos Sa-
moobrony”, a później dyrektorem generalnym Państwowego Fun-
duszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie zajmuje
się dziennikarstwem, pełni też funkcję wiceprezesa Europejskiego
Centrum Analiz Geopolitycznych. Otwarty na poglądy niepopu-
larne – lubi szukać ukrytych motywacji tych, którzy je szczególnie
zawzięcie krytykują. Stały współpracownik „Obywatela”.
Joanna Duda-Gwiazda – inżynier okrętowiec, działaczka Wol-
nych Związków Zawodowych Wybrzeża (1978) i pierwszej „So-
lidarności” (członek prezydium MKS-MKZ, Zarządu Regionu),
w stanie wojennym internowana, niezależna dziennikarka i publi-
cystka („Robotnik Wybrzeża”, „Skorpion”, „Poza Układem”). Od
początku do dziś konsekwentnie w opozycji do metod i polityki
firmowanej przez Lecha Wałęsę i jego następców. Żona Andrzeja
Gwiazdy. Stała współpracowniczka „Obywatela”.
Teresa Grabińska – prof. dr hab., fizyk i filozof, autorka odkryć,
teorii i hipotez naukowych w fizyce i kosmologii. Autorka ok.
200 prac naukowych oraz kilku książek, m.in.: „Teoria, model,
rzeczywistość” (1993), „Poznanie i modelowanie” (1994), „Od
nauki do metafizyki” (1998), „Aksjologiczny krąg Solidarności –
rekonstrukcja uniwersalizmu Jana Pawła II” (z M. Zabierowskim,
1998), „Philosophy in Science” (2003). Otrzymała liczne nagrody
za działalność naukową, w tym Nagrodę im. M. Kopernika Pol-
skiej Akademii Umiejętności. W PRL działaczka pierwszej „Soli-
darności”, za działalność polityczną zwolniona w 1982 r. z pracy
na uczelni. Krytyczna wobec sposobu, metod i skutków transfor-
macji ustrojowej, autorka licznych analiz zwracających uwagę na
jej błędy i alternatywne możliwości. Obecnie związana z Uniwer-
sytetem Zielonogórskim i Akademią Pedagogiczną w Krakowie.
Krystian Hasterok (ur. 1975) – absolwent historii na Uniwersy-
tecie Śląskim. Był nauczycielem, następnie wyjechał do pięknego
angielskiego miasta York. Od ponad roku ponownie w Polsce,
gdzie prowadzi własną firmę i oczekuje potomka. Hobby: foto-
grafia i retusz zdjęć.
Izabela Jakubek – politolog, doktorantka na Uniwersytecie Ślą-
skim, publicystka.
Eugeniusz Januła – pułkownik rezerwy, specjalista w zakresie
systemów uzbrojenia i doktryn militarnych, nauczyciel akade-
micki, historyk, politolog, wiceprezes Federacji rezerwistów RP,
poseł na Sejm II kadencji z ramienia Unii Pracy.
Krzysztof Jasiński (ur. 1974) – publicysta, tłumacz literatury
amerykańskiej. Wyznając zasadę amicus Plato sed magis amica
veritas, dla jednych jest moherowym nacjonalistą, dla innych
lewackim ekooszołomem. Prywatnie kontrrewolucjonista, któ-
ry nad smętną, tęczową brukselkę ponowoczesności bezwładnie
dryfującą pod kosę Półksiężyca przedkłada krzepkie Ultreia!
młodej Europy Rolanda i krzyżowców.
Weronika Jóźwiak (ur. 1983) – doktorantka w Instytucie Antro-
pologii Kulturowej Uniwersytetu Łódzkiego. W pracy naukowej zaj-
muje się habitusami płci, kulturą współczesną, konfliktami etnicz-
nymi, kulturą ludów Kaukazu. Pracę magisterska (oraz resztę życia)
poświęciła poszukiwaniu idei pięknego mężczyzny w kulturze euro-
pejskiej, doktorat pisze o honorze mężczyzny Kaukazu. Od 2005 r.
związana z łódzkimi organizacjami pozarządowymi. Czas wolny spę-
dza głównie z przyjaciółmi lub z pewnym grubym, starym kotem.
David C. Korten (ur. 1937) – amerykański ekonomista z tytułem
doktora, psycholog, pisarz i aktywista społeczny, jeden z czołowych
intelektualnych liderów ruchu sprzeciwu wobec neoliberalnej glo-
balizacji. W czasie wojny w Wietnamie służył w stopniu kapitana
w amerykańskich siłach powietrznych. Później stopniowo angażo-
wał się w działania środowisk krytycznych wobec liberalnego kapi-
talizmu, ekologicznych, antywojennych itp. Początkowo próbował
realizować swoje ideały m.in. rozwijając szkolnictwo biznesowe
w ubogich krajach oraz pracując dla Amerykańskiej Agencji ds. Roz-
woju Międzynarodowego (USAID) przy jej azjatyckich projektach.
Rozczarowany małą skutecznością tych inicjatyw, zaczął ściśle współ-
pracować z lokalnymi organizacjami pozarządowymi, dzięki czemu
104
poznał mechanizmy, które w skali całego świata odpowiadają za po-
głębiające się ubóstwo i rozwarstwienie oraz problemy ekologiczne.
Wrócił do Stanów Zjednoczonych, by zacząć nagłaśniać prawdziwe
przyczyny globalnych problemów. Współzałożyciel People-Centered
Development Forum, International Forum on Globalization oraz
czasopisma „YES!”, których celem jest krytyka korporacyjnego neo-
liberalizmu i wskazywanie alternatyw; współtworzył także Business
Alliance for Local Living Economies, który zajmuje się praktycznym
rozwojem „nowej ekonomii”, opartej na lokalnych przedsiębior-
stwach. Członek Klubu Rzymskiego. Autor wielu głośnych książek,
m.in. „When Corporations Rule the World”, „e Post-Corporate
World: Life After Capitalism” (polskie wydanie pt. „Świat po kapi-
talizmie. Alternatywy dla globalizacji” ukazało się nakładem “Oby-
watela”), „Globalizing Civil Society: Reclaiming Our Right to Pow-
er” oraz „e Great Turning: From Empire to Earth Community”.
Był gościem I Festiwalu Obywatela w roku 2002.
Rafał Łętocha (ur. 1973) – politolog i religioznawca. Doktor
habilitowany nauk humanistycznych, zastępca Dyrektora w Insty-
tucie Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor w
Instytucie Politologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w
Oświęcimiu.. Autor książek „Katolicyzm a idea narodowa. Miej-
sce religii w myśli obozu narodowego lat okupacji” (Lublin 2002)
i „Oportet vos nasci denuo. Myśl społeczno-polityczna Jerzego
Brauna” (Kraków 2006). Publikował m.in. we „Frondzie”, „Glau-
kopisie”, „Nomosie”, „Nowej Myśli Polskiej”, „Państwie i Społe-
czeństwie”, „Pro Fide Rege et Lege”, „Studiach Judaica”, „Tem-
plum Novum”. Od urodzenia mieszka w Myślenicach i bardzo jest
z tego zadowolony. Stały współpracownik „Obywatela”.
Urszula Ługowska (ur. 1973) – doktor nauk humanistycznych,
absolwentka politologii i iberystyki, pracownik naukowy Uniwer-
sytetu Warszawskiego. Autorka m.in. książek „Boom kokainowy
w Ameryce Łacińskiej” i „Trockizm. Doktryna i ruch polityczny”
(z A. Grabskim). Wiele lat spędziła w różnych krajach Ameryki
Łacińskiej. Jest internacjonalistką. Działa w Nowej Lewicy; walczy
o demokratyczny socjalizm.
Konrad Malec (ur. 1978) – przyrodnik, z zainteresowaniem
i sympatią spogląda na tzw. hipotezę Gai, autorstwa Jamesa Lo-
velocka. Lubi przemieszczać się przy użyciu własnych sił, stąd ro-
wer i narty biegowe są mu nieocenionymi przyjaciółmi. Miłośnik
tego, co lokalne i nieuchwytne, czego nie da się w prosty sposób
przenieść w inne miejsce. Każdą wolną chwilę spędza na łonie Na-
tury. Stały współpracownik „Obywatela”.
Anna Mieszczanek (ur. 1954) – dziennikarka, zwolniona z pracy
w stanie wojennym, w latach 80. redaktorka podziemnego pisma
„Karta”, później m.in. prywatny wydawca. W latach 1996-1997
wiceprezes Społecznego Instytutu Ekologicznego, uczestniczka
ruchu kobiecego. Założycielka i pierwszy Prezes Zarządu Stowa-
rzyszenia Forum Mediacji i Mediatorów, inicjatorka powstania
Ośrodka Mediacji Rodzinnych przy Fundacji „Zadbać o świat”.
Autorka wydanej w podziemiu i nagrodzonej przez Fundację „Po-
lcul” książki o wydarzeniach marca 1968 w Polsce oraz współau-
torka (z Wojciechem Eichelbergerem) bestsellera „Jak wychować
szczęśliwe dzieci”. Stała współpracowniczka „Obywatela”.
Mariusz Muskat (ur. 1947) – socjolog-poeta, poeta-socjolog oraz
poeta prywatny, poezja jest bowiem dla niego podstawowym, intym-
nym kanałem komunikowania się z prawie każdym napotkanym
człowiekiem. Więziony za udział w wydarzeniach marcowych ’68,
współpracownik KOR-u i Wolnych Związków Zawodowych Wy-
brzeża, uczestnik Sierpnia ’80 w Stoczni Gdańskiej, następnie ani-
mator informacji i propagandy Związku, w stanie wojennym inter-
nowany. Następnie przez 12 lat płatny morderca insektów, gryzoni
i bakterii a przez następne 13 lat aż do dziś nadzorca takich morder-
ców. Do zarobków dorabia rentą. Były kolejarz i tragarz. Publikował
z rzadka artykuły i opowiastki w rozmaitych pismach niszowych,
od „Tygodnika Solidarność” począwszy, poprzez „Hyde Park” żony
Urbana a na anarchistycznej „Mać Pariadce” skończywszy. Czasem
pod pseudonimami. Wiersze tylko wtedy, gdy już naprawdę musi
i nigdy anonimowo. Katolik rzymski. Odznaczony Krzyżem Oficer-
skim Orderu Odrodzenia Polski za działalność w KOR.
Remigiusz Okraska (ur. 1976) – z wykształcenia socjolog (Uniw.
Śląski), z zamiłowania społecznik, publicysta i poszukiwacz sprzecz-
ności. Autor niemal 500 tekstów zamieszczonych na łamach czaso-
pism społeczno-politycznych różnych opcji (od radykalnej lewicy
i anarchizmu po radykalną prawicę), w których od 1997 r. pro-
mował porzucenie przestarzałych ideologii, schematów myślowych
i podziałów politycznych oraz wskazywał alternatywne rozwiązania.
Od jesieni 2001 do lata 2005 r. był redaktorem naczelnym mie-
sięcznika „Dzikie Życie”, poświęconego obronie przyrody i pro-
pagowaniu radykalnej ekologii. Zredagował polskie edycje kilku
książek z „klasyki” myśli ekologiczno-społecznej (A. Leopold, C.
Maser, D. Korten, D. Foreman) i inne prace o podobnej tematy-
ce. W kwestii poglądów społeczno-politycznych sympatyk „starej”
socjaldemokracji i lewicy patriotycznej, środkowoeuropejskiego
agraryzmu, niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu Che-
stertona i Belloca oraz doświadczeń pierwszej „Solidarności”, choć
z upływem czasu coraz mniej przywiązany do etykietek, sloganów
i programów, bardziej natomiast do dobra wspólnego i konkret-
nej pracy na jego rzecz. Często za dokładnie te same działania czy
opinie jest przez tępawych lewicowców nazywany faszystą, a przez
tępawych prawicowców – lewakiem, i dobrze mu z tym. Piwosz.
Współzałożyciel i redaktor naczelny „Obywatela”.
Mateusz Piskorski (ur. 1977) – politolog na Uniwersytecie
Szczecińskim, publicysta, poszukiwacz politycznych alternatyw.
W latach 2005-2007 poseł na Sejm z ramienia Samoobrony RP,
członek sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Założyciel Euro-
pejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych.
Michał Sobczyk (ur. 1981) – absolwent ochrony środowiska na
Uniwersytecie Łódzkim. Od czasu studiów zaangażowany w sze-
roko rozumianą edukację obywatelską, m.in. twórca istniejącego
do dziś portalu internetowego o tematyce ekologicznej. Ze śro-
dowiskiem „Obywatela” związany od dłuższego czasu. Świadomy
konsument – polskich produktów oraz popkultury. Kibic Łódz-
kiego Klubu Sportowego, a ponadto – jeden z nielicznych jasnych
punktów najsłabszej amatorskiej drużyny piłkarskiej w Mieście
Włókniarzy. Zastępca redaktora naczelnego „Obywatela”. Kon-
takt: sobczyk@obywatel.org.pl
Paweł Soroka (ur. 1953) – doktor habilitowany nauk huma-
nistycznych w zakresie nauk o polityce. Adiunkt Warszawskiej
Szkoły Zarządzania – Szkoły Wyższej, kierownik studiów pody-
plomowych w tej uczelni. Od 1993 r. społecznie pełni funkcję
koordynatora Polskiego Lobby Przemysłowego im. Eugeniusza
Kwiatkowskiego. Organizator inicjatyw kulturalnych, przewodni-
czący Rady Krajowej Robotniczych Stowarzyszeń Twórców Kultu-
ry oraz redaktor naczelny czasopisma ruchu RSTK pt. „Własnym
Głosem”. Autor 5 tomików wierszy. Był koordynatorem prac
105
Konserwatorium „O lepszą Polskę”, które w 2005 r. opubliko-
wało „Raport o stanie państwa i sposobach jego naprawy”. Autor
książki „Polistrategia bezpieczeństwa zewnętrznego Polski. Ujęcie
normatywne”. Członek Rady Honorowej „Obywatela”.
Konrad Stęplewski (ur. 1984) – rodowity łodzianin, student
V roku Wydziału Informatyki, Fizyki Technicznej i Matematy-
ki Stosowanej na Politechnice Łódzkiej na specjalizacji Systemy
Informatyczne w Zarządzaniu i Handlu Elektronicznym. Obec-
nie pisze pracę magisterską na temat metod wymiany głosu za
pośrednictwem sieci IP. Umiarkowane poglądy, ale wrażliwy na
kwestie społeczne, zwolennik inicjatyw obywatelskich. Wolon-
tariusz i pracownik w Instytucie Spraw Obywatelskich. Miłośnik
nauk o systemach politycznych, zagadnień instytucjonalnych
państwa i Unii Europejskiej, historii najnowszej i siatkówki.
Bartosz Wieczorek (ur. 1972) – absolwent filozofii i politologii
Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Doktorant w In-
stytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładowca Szkoły
Wyższej im. Bogdana Jańskiego w Warszawie. Publikował w „Prze-
glądzie Filozoficznym”, „Studia Philosophiae Christianae”, „Znaku”,
„Zeszytach Karmelitańskich”, „W drodze”, „Jednocie”, „Frondzie”,
„Przeglądzie Powszechnym”, „Studia Bobolanum”. Stały współpra-
cownik miesięcznika „Posłaniec”. W latach 2000-2002 sekretarz
redakcji miesięcznika społeczno-kulturalnego „Emaus”. Prowadzi
Klub Miłośników Filmu Rosyjskiego „Spotkanie” w Warszawie
(www.spotkanie.waw.pl). Stały współpracownik „Obywatela”
Jolanta Wrońska (ur. 1955) – politolożka, socjolożka (Uniwer-
sytet Wrocławski), dziennikarka (łódzkie „Odgłosy”, „Polityka”,
„Rzeczpospolita” i in.), redaktorka, autorka książek „Ludzie po-
magający Ludziom” (1994) i „Generał Józef Kuropieska” (2000).
Mirosław Zabierowski – prof. dr hab., fizyk, astronom i filozof,
doktoryzował się z własnej teorii rozwoju, habilitował z dorobku
stu odkryć, teorii i hipotez naukowych. Autor około 300 publi-
kacji naukowych i kilku książek, m.in. „Wszechświat i człowiek”
(1993), „Wszechświat i wiedza” (1994), „Wszechświat i koperni-
kanizm” (1998), „Wszechświat i metafizyka” (1998), „Aksjolo-
giczny krąg Solidarności – rekonstrukcja uniwersalizmu Jana Paw-
ła II” (z T. Grabińską). Związany z opozycją antykomunistyczną,
w roku 1982 zwolniony z pracy na uczelni za działalność politycz-
ną. Krytycznie oceniał sposób i skutki transformacji ustrojowej,
zwracając uwagę w licznych publikacjach na błędne założenia wyj-
ściowe, metody i cele tych działań. Obecnie związany z Politech-
niką Wrocławską oraz Akademią Pedagogiczną w Krakowie.
Jacek Zychowicz (ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy
doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzy-
kolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in.
w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli
Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”,
„Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Eu-
ropie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki
ze świata jednowymiarowego”. Stały współpracownik „Obywatela”.
v
Projekt jest realizowany dzięki wsparciu udzielonym przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię poprzez donansowanie ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospo-
darczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego a także ze środków budżetu Rzeczpospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych.
Projekt jest realizowany dzięki wsparciu Unii Europejskiej. Za treść niniejszego dokumentu odpowiada Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, poglądy w nim wyrażane nie odzwierciedlają
w żadnym razie ocjalnego stanowiska Unii Europejskiej.
dla wymagających
słychaczy...
słuchaj
myśl
działaj
Audycja radiowa
Słuchaj co dwa tygodnie w soboty w godzinach 15-18
w Studenckim Radiu Żak:
• w Łodzi i okolicach na

88.8
MHz
• przez Internet: www.zak.lodz.pl
lub z plików MP3 (podcast) na stronie internetowej:
www.czy-masz-swiadomosc.oai.pl
r e k l a m a
106
Zamierzamy zmienić formułę naszej gazety – w taki
sposób, by odzwierciedlała dojrzewanie redakcji i współ-
pracowników, ale jednocześnie nie utraciła tych cech, które
szczególnie cenicie. Dlatego w numerze 42 poprosiliśmy
Was o opinie na temat dotychczasowego kształtu pisma.
Chcieliśmy także dowiedzieć się o Was nieco więcej – bez
Was przecież „Obywatela” by nie było.
Liczba nadesłanych ankiet pozytywnie nas zaskoczyła
– otrzymaliśmy ich aż 274. Serdecznie dziękujemy! Wśród
osób, które poświęciły czas na przekazanie nam swoich
uwag, rozlosowaliśmy obiecane nagrody:
Prenumeraty roczne – Marta Drzazga (Poznań),
Danuta Dytko (Iława), Krystian Golba (Opatów), Zofia
Krahelska-Starosta (Świnoujście), Damian Kustroń (Star-
gard Szczeciński), Paweł Piróg (Katowice), Luiza Strze-
szewska (Radomsko), Ludwik Wajnert (Kielce), Marek
Werner (Nowe Skalmierzyce), Grzegorz Wystrychowski
(Trzebiatów).
Koszulka „Obywatela” – Beata Beda (Lublin), Piotr
Chojecki (Jasło), Grzegorz Czoska (Gdańsk), Artur Gan-
czarek (Kraków), Paweł Gotkowski (Pakosławice), Bartosz
Kołodziej (Wrocław), Dagmara Pietraszek (Wrocław), Ma-
ciej Pilichowski (Toruń), Adam Rabęda (Siemianowice Ślą-
skie), Wojciech Trojanowski (Opole).
Książka „Poza Układem”
Joanny i Andrzeja Gwiazdów – Maciej Borodo (Warsza-
wa), Michał Charzyński (Łódź), Anna Chmiel (Mełgiew),
Henryk Kędzior (Sulęcin), Mateusz Pietryka (Piastów),
Iwona Schimanski (Karlsruhe), Grażyna Ślęzak (Wrocław),
Jarosław Truszczyński (Piszczac), Justyna Walenta-Mazur-
kiewicz (Kamienica Polska), Marcin Żychliński (Łódź).
Książka „Szanse Polski” Jadwigi Staniszkis – Michał
Kosakowski (Złotów), Radosław Kowalski (Pyzdry), Iwo-
na Piotrowska (Wasilków), Waldemar Półtorak (Sopot),
Krzysztof Przybysz (Trenance).
Książka „Wyznania wojownika Ziemi”
Dave’a Foremana – Krzysztof Asman (Kędzierzyn-Koźle),
Andrzej Chechelski (Nowy Sącz), Michał Giereś (Lublin),
Ryszard Kalbarczyk (Warszawa), Jarosław Opyd (Krosno).
Wasze opinie i sugestie dotyczące pisma są dla nas
bardzo cenne – nie wahajcie się przesyłać ich w dowolnym
momencie na adres sobczyk@obywatel.org.pl lub listow-
nie na adres redakcji. Choć nie na wszystkie wiadomo-
ści jesteśmy w stanie odpisać, każdy sygnał od Was jest
doceniany i w miarę możliwości uwzględniany podczas
tworzenia gazety.
***
Choć przesłanych ankiet nie można traktować jako
statystycznie reprezentatywnego obrazu ogółu naszych czy-
telników, pozwalają one uchwycić kilka prawidłowości.
Po pierwsze, wśród naszych odbiorców całkiem liczne
grono stanowią osoby, które czytają nas od co najmniej 3 lat
(aż 37% ankietowanych; niektórzy od pierwszego nume-
ru!), co bardzo nas cieszy. Większość ankietowanych (69%)
deklaruje, że ich egzemplarz „Obywatela” czytają także inne
osoby – nierzadko nawet 4-5. Zachęcamy Was, by iść w ich
ślady i od czasu do czasu pożyczać naszą gazetę wszystkim,
których może ona zainteresować. 77% z Was deklaruje, że
czyta prawie wszystkie teksty z poszczególnych numerów,
a zaledwie 11% – połowę lub mniej.
Odpowiedzi na pytanie o to, co Wam się w „Obywate-
lu” podoba, a co – nie, były bardzo zróżnicowane. Szczegól-
nie często chwaliliście nas za niezależność i unikanie dogma-
tyzmu, a także brak oporów przed podejmowanie tematów
trudnych, kontrowersyjnych lub po prostu niezauważanych
przez inne media. Wielu z Was pisało, że ceni szukanie al-
ternatyw dla neoliberalnej wizji świata oraz opisywanie kon-
kretnych inicjatyw społecznych (choć pojawiło się także kilka
głosów krytycznych, że owych konkretów „lokalnych” jest za
dużo, a za mało szerszych analiz). Dość często zdarzały się
pochwały za poruszanie tematyki ekologicznej, w mediach
OBYWATELE O „OBYWATELU”
107
głównego nurtu zwykle pomijanej lub sprzedawanej w bar-
dzo „grzecznej” formie. Znaczący odsetek osób szczególnie
podkreślał unikalność tekstów z cyklu „Z Polski rodem”.
Stosunkowo niewiele było głosów krytycznych. Naj-
częściej apelowaliście o bardziej przystępny język (od dłuż-
szego czasu staramy się zwracać na to szczególną uwagę)
oraz zarzucaliście nam zbyt mało „twardych” argumentów
przydatnych w dyskusjach na tematy społeczne i gospo-
darcze. My również zdajemy sobie sprawę z tego deficytu,
dlatego postaramy się, by w nowej formule pisma większy
udział miały różnego rodzaju analizy i raporty, zawierające
m.in. dane liczbowe.
Ciekawe i zróżnicowane były odpowiedzi na temat
tego, czego oczekujecie od nas poza wydawaniem gazety.
Zdecydowanie najczęściej przewijał się postulat „większej
aktywności w terenie”: organizowania spotkań z czytel-
nikami, dyskusji (np. z bohaterami naszych wywiadów),
wspierania inicjatyw społecznych itp. Zapewniamy, że
w miarę możliwości staramy się łączyć oba typy aktyw-
ności, jednak nie jest to łatwe – „Obywatel” i powiązane
z nim inicjatywy są w znacznej mierze oparte na pracy spo-
łecznej, „po godzinach”. Dlatego osoby, które są gotowe
wesprzeć nas swoim czasem i umiejętnościami – czy będzie
to pomoc w redagowaniu naszych portali informacyjnych,
czy np. organizacja pokazów filmowych w swojej miejsco-
wości – zachęcamy do kontaktu.
Jeśli chodzi o Waszych ulubionych autorów, bardzo
często nie chcieliście nikogo wyróżniać, pisząc że poziom
tekstów jest wyrównany. Imiennie najczęściej wskazywano
na Barbarę Bubulę, Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Kontra-
sa, Rafała Łętochę, Konrada Malca, Annę Mieszczanek,
Remigiusza Okraskę (najwięcej wskazań), Lecha L. Przy-
chodzkiego, Michała Sobczyka, Michała Stępnia, Olafa
Swolkienia, Karola Trammera, Krzysztofa Wołodźkę i Jac-
ka Zychowicza. Wśród tekstów, które najbardziej zapadły
Wam w pamięć, najczęściej przywoływany był „Manifest
populistyczny” i „Małe piwo coraz mniejsze” R. Okraski
oraz „Szczęśliwa spółka” i „Sami sobie” B. Bubuli. Wśród
wymienianych tekstów większość stanowiły te pokazujące
złożone kwestie społeczno-gospodarcze na przykładzie kon-
kretnych inicjatyw, przedsiębiorstw czy branż. Chwaliliście
też numer 25 (poświęcony 25-leciu powstania „Solidar-
ności”) oraz 41 (z blokiem tekstów o polskich tradycjach
ideowych).
Większość respondentów – co nas zaskoczyło – lubi
najdłuższe, najbardziej pogłębione teksty: 50% chciałoby
ich więcej, 22% – mniej. Ponadto, 47% ankietowanych od-
czuwa niedosyt krótkich artykułów. Więcej ankietowanych
wskazywało na niedobór niż nadmiar wywiadów i publicy-
styki (odpowiednio 54 do 28% i 49 do 20%). Zróżnico-
wane opinie budzą felietony – odpowiedzi „za dużo”, „za
mało” i „w sam raz” rozłożyły się niemal idealnie równo-
miernie. Ponieważ jednocześnie część z Was skarżyła się,
że w formule dwumiesięcznika bywają one mało aktualne,
zdecydowaliśmy się całkowicie przenieść je na naszą stronę
internetową i blog, gdzie ukazywać się będą regularnie.
Z przyjemnością dowiedzieliśmy się, że cenicie nasze
wysiłki na rzecz popularyzowania dziejów najnowszych,
historii idei oraz tradycji działalności społecznej – więcej
takich tekstów chce odpowiednio 51, 47 i 41% ankieto-
wanych. Najbardziej jednoznaczne odpowiedzi przyniosły
pytania o nasze raporty społeczno-gospodarcze, reportaże
oraz teksty poświęcone zagranicy – zwiększenia ich licz-
by chce odpowiednio 73, 63 i 57% z Was. Postaramy się
uwzględnić wszystkie te życzenia w nowej formule pisma,
licząc jednocześnie na Waszą pomoc, zwłaszcza jeśli chodzi
o opisy konkretnych miejsc i ludzi.
Bardzo Wam dziękujemy za wszelkie podsuwane nam
pomysły na kolejne artykuły. Mamy nadzieje, że część
z nich uda nam się zrealizować już wkrótce.
Co do Waszego udziału w naszych działaniach, najczę-
ściej wskazywaliście podpisywanie petycji i kupowanie dys-
trybuowanych przez nas książek (można to robić za pośred-
nictwem strony www.sklepik.obywatel.iq.pl). Sporo osób
słucha naszej audycji radiowej – przypominamy, że jest ona
nadawana także przez Internet (szczegóły na www.czymasz-
swiadomosc.oai.pl). Niektórzy z Was przesyłają znajomym
odnośniki do tekstów z naszej strony WWW oraz bloga –
zachęcamy do naśladownictwa.
Bardzo ciepło przyjmujecie szatę graficzną „Obywate-
la”, choć nie obyło się bez elementów krytyki. Przyjmujemy
ją z pokorą i obiecujemy, że od kolejnego numeru posta-
ramy się „Obywatela” uatrakcyjnić graficznie, przy zacho-
waniu dużej części dotychczasowych rozwiązań. Chwalicie
także nasze okładki (68% uważa, że są w większości „bar-
dzo dobre” lub „dobre”), zwłaszcza z ostatnich numerów;
najbardziej komplementowana była ta z numeru 42. Aż
78% z Was podoba się idea dołączania do „Obywatela” płyt
z filmami o tematyce społecznej, choć zdarzały się głosy
krytyczne pod adresem poszczególnych tytułów. Wyłącznie
pozytywne recenzje zebrał film „Brand New World”.
Brak wśród Was zgody co do tego, czy „Obywatel”
powinien zwiększać objętość, zwłaszcza jeśli miałoby się to
wiązać ze zwiększeniem jego ceny. Wasze głosy ostatecznie
przekonały nas do przyjęcia rozwiązania kompromisowego
– szczegóły znajdziecie w opisie planowanej reformy gazety.
Pytaliśmy Was także o to, jak korzystacie z naszej
strony WWW. Większość z Was nie traktuje jej jako co-
dziennego źródła informacji na aktualne tematy, za to chęt-
nie widzielibyście tam więcej ciekawych komentarzy oraz
„ogłoszeń obywatelskich”. Wyciągnęliśmy z tego wnioski na
przyszłość, a ich efekty powinny być widoczne na początku
roku 2009.
* * *
W przesłanych ankietach znalazło się bardzo wiele
uwag, próśb i propozycji, ale także krytycznych komentarzy.
Są one jednak na tyle zróżnicowane, że nie sposób ich tutaj
wszystkich omówić – wszystkie jednak wzięliśmy sobie do
serca. Nie jest także możliwe, by zadośćuczynić wszystkim
zgłaszanym oczekiwaniom, gdyż nierzadko przeczą one so-
bie nawzajem. Ale na pewno stopniowo będziemy się starali
wcielać w życie część z nich. Mamy nadzieję, że pomimo
nieuniknionej ewolucji „Obywatela”, każdy z Was nadal
będzie znajdować w nim na tyle dużo dla siebie, by nam
nadal towarzyszyć jako czytelnik, a być może także jako
współtwórca gazety.
Redakcja „Obywatela”
Książki, które każdy OBYWATEL powinien znać...
globalizacja r
alternatywna ekonomia r
niepoprawna politycznie publicystyka r
ekologia i tradycja r
www.obywatel.org.pl/sklep
Zapraszamy do sklepu wysyłkowego „Obywatela”. Książki z na-
szej biblioteki analizują i przestawiają najważniejsze problemy
współczesnego świata i Polski, w sposób daleki od utartych sche-
matów.
O stale rosnącej, a wciąż niewidocznej władzy międzynarodowych
rm nie przeczytasz w masowych gazetach, które także należą do
wielkiego kapitału. U nas znajdziesz wydawnictwa publikujące
głos najbardziej przenikliwych krytyków globalizacji. Jeśli chcesz
wiedzieć, dlaczego państwa tracą suwerenność, duszą się w pętli
długów, a ich obywatele mają poczucie, że jest coraz gorzej, mimo,
że media huczą, że jest coraz lepiej – sięgnij po „ABC Globalizacji”,
„Korporację”, „Tescopol”, „Świat po kapitalizmie” i „Odpowiedź zwo-
lennikom GATT”.
Jeśli interesują Cię problemy współczesnej Polski, niezależna publi-
cystyka, myśl wolna i niepoprawna politycznie – „Poza Układem”,
„Gazeta Wyborcza – początki i okolice”, „Szanse Polski. Nasze możli-
wości rozwoju w obecnym świecie”, są właśnie dla Ciebie.
Wszystkim, którzy zwracają uwagę na to, co jedzą i wspominają,
że kiedyś chleb smakował inaczej, polecamy książki o ruchu Slow
Food, „Powrót gospodarki żywnościowej do korzeni” oraz bestseller
„Nasiona kłamstwa” – jedyną książkę w Polsce o żywności mody-
kowanej genetycznie, obnażającą manipulacje i kłamstwa korporacji
prowadzących na nas niebezpieczne eksperymenty, w dodatku za
nasze pieniądze.
W naszej bibliotece znajdziesz jedyny w swoim rodzaju zbiór lektur
obowiązkowych dla każdego Obywatela.
Do cen książek wliczony jest koszt przesyłki. Zamówione pro-
dukty przesyłamy po otrzymaniu na nasze konto wpłaty z zazna-
czonymi na blankiecie symbolami (symbol znajduje się na samym
początku opisu produktu, np. K1, KO10 itd.) zamawianych pozycji
i podanym dokładnym i czytelnym adresem zamawiającego
(mile widziany również telefon i e-mail w celu łatwiejszej komuni-
kacji w przyszłości).
Czas realizacji ok. 2 tygodnie od wpłaty. Nie wysyłamy za zalicze-
niem pocztowym, gdyż byłoby to droższe (tak!) dla zamawiające-
go o 9 zł.
Książki mozna zamawiać przez Internet,
listownie lub telefonicznie:
„Obywatel”
ul. Więckowskiego 33/127, 90-734 Łódź
tel./fax. /042/630-17-49
e-mail: biuro@obywatel.org.pl
Pieniądze prosimy wpłacać na konto:
Stowarzyszenie Obywatele-Obywatelom
Bank Spółdzielczy Rzemiosła w Łodzi
nr rachunku 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001
Zapraszamy na stronę internetową sklepu:
Na następnych stronach prezentujemy wybrane pozycje z naszej
oferty. Jeśli chcesz otrzymać kompletny, bezpłatny katalog pocztą –
zadzwoń do nas: /042/630 17 49
K1 David C. Korten
Świat po kapitalizmie.
Alternatywy dla globalizacji
Biblioteka Obywatela 2002, 300 stron
cena 25 zł
Jedna z najlepszych na świecie prac omawiających kwestię globali-
zacji i jej skutków społecznych. Autor jest ekspertem Międzynarodo-
wego Forum ds. Globalizacji, jednym z najtęższych umysłów ruchu
antyglobalizacyjnego. Korten to doktor nauk ekonomicznych, wy-
kładowca Uniwersytetu Harvarda, działacz ruchów obywatelskich. To
mądra, inspirująca książka, przepełniona troską o godne życie ludzi
i stan środowiska naszej planety.
K2 Debi Barker, Jerry Mander
ABC globalizacji
Biblioteka Obywatela 2003, 104 strony
cena 15 zł
Elementarz opracowany przez Międzynarodowe Forum ds. Globa-
lizacji. Książka przygotowana pod kierunkiem międzynarodowego
zespołu eksperckiego krytycznie nastawionego do skutków pro-
cesów globalizacyjnych. W syntetycznej formie ujmuje największe
zagrożenia związane z globalizacją: niszczenie rynków lokalnych,
dewastację środowiska naturalnego, patologie społeczne itp. Obna-
ża jej prawdziwe oblicze i motor napędowy: Światową Organizację
Handlu, jej reguły, presję i cele. Znakomita krytyka następstw globa-
lizacji i obalenie mitów o jej pozytywnych skutkach.
K3 praca zbiorowa,
Czy globalizacja pomaga
biednym?
Biblioteka Obywatela 2003, 130 stron
cena 17 zł
Kolejna pozycja ekspertów z Międzynarodowego Forum ds. Glo-
balizacji obnaża propagandowy slogan, że na globalizacji wszyscy
zyskują. Pokazuje, że wiele krajów, regionów, sektorów gospodarki
i grup społecznych jest spychanych w nędzę, wyzysk i upodlenie w
imię zysku wielkich ponadnarodowych koncernów. Wśród autorów
zamieszczonych w tym zbiorze tekstów znajdziemy takie sławy ruchu
antyglobalistycznego, jak Vandana Shiva, Martin Khor i Walden Bel-
lo. Oprócz obnażenia globalistycznych mitów, książka zawiera także
zbiór cytatów obrazujących ciemne strony neoliberalnej gospodarki
oraz kalendarium oporu wobec urynkowienia całego świata.
K4 Dave Foreman,
Wyznania wojownika Ziemi
Biblioteka Obywatela 2004, 282 strony
cena 28 zł
Znakomita książka legendarnego działacza radykalnego ruchu eko-
logicznego, założyciela organizacji Earth First!. Po 20 latach działal-
ności Foreman dokonuje rozrachunku. Wskazuje blaski i cienie eko-
logii radykalnej i instytucjonalnej, wzywa do oporu wobec cywilizacji
przemysłowej, która bezmyślnie niszczy Ziemię i roztrwania dorobek
3,5 miliarda lat ewolucji. Jedna z najważniejszych na świecie książek
z tej dziedziny.
K5 Joanna i Andrzej Gwiazda
Poza układem
Obywatel; 2008, 238 stron
cena 29 zł

Dokonany przez redakcję „Obywatela” wybór 27 artykułów Joanny
i Andrzeja Gwiazdów, współzałożycieli i działaczy Pierwszej „Soli-
darności” i Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Ponieważ
poglądy autorów na wiele spraw, jak Okrągły Stół, neoliberalne
reformy ustrojowe czy lustracja, były niewygodne dla głównych
uczestników dyskusji politycznej, wspomniane teksty ukazywały
się głównie w wydawnictwach niskonakładowych i nie miały szans
dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Oryginalne, bezkompromi-
sowe i prorocze analizy sytuacji społecznej i politycznej w Polsce i
na świecie, z zachętą do zawierzenia własnemu rozumowi, zamiast
skorumpowanym „elitom” i propagandzistom nazywanym we
współczesnej nowomowie „niezależnymi ekspertami”. Wstyd nie
mieć na półce! Zobacz stronę www ksiązki: www.gwiazda.oai.pl
KO1 Jarosław Urbański,
Globalizacja a konikty
lokalne
Federacja Anarchistyczna sekcja Poznań
2002, 100 stron cena 13 zł
Ciekawa analiza, autorstwa socjologa i działacza ruchów społecz-
nych, poświęcona wpływom globalizacji na lokalne społeczności.
Autor opisuje, jak globalizacja wpływa na życie codzienne, przywołu-
je kilkadziesiąt przykładów koniktów między mieszkańcami a wiel-
kim biznesem, głównie z terenu Wielkopolski.
KO2 José Bové, Francois Dufour,
Świat nie jest towarem
Wydawnictwo Andromeda 2002, 296 stron,
cena 27 zł
Znakomita książka autorstwa dwóch francuskich rolników-antyglo-
balistów, z których jeden, José Bové, stał się symbolem walki z pa-
tologiami globalizacji. Książka zawiera ciekawy i przystępny opis
głównych następstw globalizacji, ze szczególnym uwzględnieniem
szeroko pojętej produkcji żywności i sytuacji rolnictwa. Autorzy
opisują także kształtowanie się ruchu sprzeciwu wobec globalizacji
i jego sposoby działania.
KO6 Chris Maser
Nowa wizja lasu
Pracownia na rzecz Wszystkich Istot 2003,
284 strony, cena 25 zł
Jedna z ważniejszych prac powstałych w łonie ruchu ekologiczne-
go. Jej autor, przyrodnik i badacz lasów, ukazuje związki między
gospodarowaniem lasami a stanem środowiska i przyrody. Oprócz
krytyki istniejącej gospodarki leśnej, Maser proponuje alternatywę
– leśnictwo ekologiczne, które pozwoli zachować cenne obszary le-
śne i ochronić bioróżnorodność. Książka napisana przystępnym ję-
zykiem, zawiera wiele przykładów z życia codziennego, odwołania
do kanonu humanistyki, ok. 100 rysunków i fotograi ilustrujących
opisane zjawiska i tezy. Choć koncentruje się na lesie, to bardzo
dużo jest w niej odwołań szerszych, dotyczących związków między
człowiekiem a przyrodą.
KO10 Colin Barclay-Smith
Dlaczego wciąż brak nam
pieniędzy?
Fundacja w Służbie Życia, 90 stron
cena 7,5 zł
Australijski dziennikarz i ekonomista przedstawia wyniki 25-letnich
prac Instytutu Badań Monetarnych. Tłumaczy z wielką jasnością,
jak działa kapitalistyczny system nansowy, jak powstaje publiczny
dług narodowy i dlaczego wciąż nieustannie rośnie. Zwraca uwagę
na fakt tworzenia przez banki prawie wszystkich pieniędzy krążą-
cych w społecznym obiegu i pokazuje w jaki sposób banki tworzą
kredyt nansowy drogo sprzedawany społeczeństwu. Ukazuje
w jaki sposób można drastycznie zmniejszyć podatki, inację i de-
cyt budżetowy poprzez odebranie bankom monopolu na tworze-
nie pieniędzy. Dowodzi, że mamy szansę wyjść z pętli rosnącego
zadłużenia, jeśli odzyskamy nasze suwerenne prawo do tworzenia
pieniądza w sposób nie-zadłużony.
KO11 James Goldsmith
Odpowiedź zwolennikom
GATT i Globalnego Wolnego
Handlu
Wydawnictwo Nortom 1997, 102 strony
cena 10 zł
Jedna z prekursorskich analiz globalizacji i jej skutków. Autor, milio-
ner, który porzucił udział w wielkim biznesie, autor słynnej książki
„Pułapka”, sponsor znanego miesięcznika „The Ecologist”, krytyku-
je tzw. wolny rynek, ekspansję wielkich koncernów, rozwarstwie-
nie społeczne i niszczenie środowiska. Ta książka jest kontynuacją
„Pułapki”, autor odpiera w niej zarzuty krytyków i jeszcze dobitniej
ukazuje fałszywość ideologii neoliberalnej.
KO14 eodore Kaczynski
(Unabomber)
Społeczeństwo przemysłowe
i jego przyszłość. Manifest
wojownika
Wydawnictwo „Inny Świat” 2003, 170 stron
cena 19 zł
Słynny manifest antytechnologiczny, napisany przez człowieka,
którego FBI poszukiwało prawie 20 lat za zamachy bombowe. Ra-
dykalna krytyka cywilizacji technologicznej, ukazanie jej słabości i
błędów, nakreślenie dróg wyjścia z sytuacji. Trudne pytania i jesz-
cze trudniejsze odpowiedzi. Żadnych banałów, sloganów i recept
znanych z nudnych książek przedstawicieli establishmentu. Nie
znajdziesz tu postawy „za, a nawet przeciw”. Manifest wojownika
naszych czasów. Jeden z najsłynniejszych tekstów końca XX w.
KO18 Muzyczne dzikie życie
PNRWI 2004, 128 stron cena 15 zł
Zbiór rozmów z zespołami muzycznymi, poświęconych problemom
ekologicznym i ochronie przyrody. Wywiady te ukazały się w latach
1998-2003 na łamach ekologicznego miesięcznika „Dzikie Życie”.
Wśród rozmówców wykonawcy rockowi, punkowi, folkowi, z nurtu
poezji śpiewanej, spod znaku dub itp.: Hey, Dezerter, Stare Dobre
Małżeństwo, Wolna Grupa Bukowina, Jacek Kley, Orkiestra św. Mi-
kołaja, Włochaty, Karpaty Magiczne, Wszystkie Wschody Słońca, Cze-
remszyna, Janusz Reichel, Matragona, Sti Stu. Rozmowy przepla-
tane są opisem najważniejszych problemów ekologicznych Polski,
całość jest bogato ilustrowana. v
KO20 Andrzej Zybała
Globalna korekta. Szanse
Polski w zglobalizowanym
świecie
Wydawnictwo Dolnośląskie 2004, 267 stron
cena 28 zł
Analiza sytuacji Polski w zglobalizowanym świecie. Autor pokazu-
je, że już kilka lat temu nastąpił odwrót od globalizacji w ekonomii,
gdyż zglobalizowana gospodarka okazała się niestabilna. W latach
90. mieliśmy do czynienia ze znaczną liczną kryzysów nansowych,
m.in. w Meksyku, Azji Wschodniej, Argentynie, Rosji. Również wyniki
gospodarcze w takich krajach, jak Polska nie są zachęcające. Książ-
ka omawia wpływ globalizacji na polską gospodarkę. Uzasadnia, że
nasza gospodarka została zbyt szybko i w sposób nieprzemyślany
umiędzynarodowiona. W efekcie jesteśmy bezbronni wobec licznych
zagrożeń, m.in. nie jesteśmy w stanie obronić się przed kapitałem
spekulacyjnym czy wręcz kryminalnym przeszukującym światowe
rynki w pogoni za łatwym łupem. Porcja solidnej krytyki globalizacji
– bez histerii i sloganów, za to wiele konkretów. Autor jest współpra-
cownikiem „Obywatela”.
KO22 Tomasz Borucki
Prawda w sporze o Tatry.
W 50. rocznicę otoczenia
Tatr Polskich ochroną przez
powołanie Tatrzańskiego
Parku Narodowego
PNRWI 2004, 156 stron
cena 12 zł
Książka jest bardzo dobrym merytorycznie i odważnym obywatel-
skim głosem przeciwko niszczeniu tatrzańskiej przyrody – jednego z
najcenniejszych miejsc w Polsce. Ukazuje ochronę tatrzańskiej przy-
rody w perspektywie historycznej, a także stale nasilający się proces
niszczenia tego skarbu, w imię pazerności, prywaty i zwykłej głupoty.
Szczególne miejsce poświęcono wydarzeniom ostatnich lat, kiedy to
presja zakopiańskich władz samorządowych i prywatnego biznesu
narciarskiego coraz bardziej daje się we znaki halom i turniom, ko-
zicom i świstakom. Autor rozprawia się z fałszywymi argumentami
i propagandą zwolenników zamiany Tatr w lunapark. Cały dochód
ze sprzedaży tej książki jest przeznaczony na prowadzoną od dawna
przez jej wydawcę kampanię w obronie tatrzańskiej przyrody.
KO23 Hakim Bey
Millennium
Wydawnictwo Inny Świat, 2005, 96 stron
cena 13 zł

Polski przekład pracy jednego z ciekawszych myślicieli współcze-
snego radykalnego undergroundu. Postmodernistyczny anarchizm,
który odcina się od politycznej poprawności i lewackiej paplaniny,
a sojuszników do walki z Globalnym Kapitałem upatruje w adep-
tach dziedzictwa religijnego (nieortodoksyjny Islam) i tożsamości
etnicznej ludów całego świata. Książka nieszablonowa, odważna,
pobudzająca do reeksji i burząca wiele dogmatów i stereotypów.
Nietzsche, Allach i plebejska rewolta kontra Che Guevara, Mamona
i korporacyjny kapitalizm. Przeczytaj koniecznie – rozruszaj umysł!
KO24 Ryszard Dąbrowski
Likwidator i Zielona Gwardia
Zin Zin Presss, Poznań 2005, 80 stron A-4
cena 15 zł
Komiks autora znanego Czytelnikom „Obywatela” z serii przygód Re-
daktora Szwędaka. To już czwarty zeszyt o perypetiach Likwidatora –
radykalnego bojownika przeciwko wynaturzonej cywilizacji przemysło-
wej i konsumpcyjnej. Krew leje się hektolitrami, trupów jest co niemiara,
a wszystko to w obronie Ziemi przed jej niszczycielami. Wartka akcja,
świetne rysunki i głębokie przesłanie, które bije na głowę większość ko-
miksów. Oczywiście należy czytać i oglądać całość z przymrużeniem oka
oraz chronić przed dziećmi. Patronat medialny: „Magazyn Obywatel”.
KO25 Margrit Kennedy
Pieniądz wolny od inacji
i odsetek. Jak stworzyć
środek wymiany służący
nam wszystkim i chroniący
Ziemię?
Zielone Brygady, Kraków 2004, 142 strony
cena 13 zł
Książka poświęcona patologiom współczesnego systemu nanso-
wego oraz alternatywom wobec niego. Pokazuje niebezpieczeń-
stwa nansowego monopolu państwa oraz scentralizowanego
kapitalizmu. Propaguje nowatorskie podejście do pieniądza, jego
kreacji i roli w gospodarce. Wskazuje na możliwości eliminacji wielu
patologii społecznych poprzez reformy systemu ekonomicznego,
m.in. wprowadzenie lokalnych walut. Napisana bardzo przystępnie,
jasno i precyzyjnie. Ukazuje, że oprócz „wolnego rynku” i państwo-
wego interwencjonizmu istnieją inne, bardziej przyjazne ludziom
i ekosystemowi modele ładu społeczno-gospodarczego.
KO26 Jadwiga Staniszkis w rozmowie
z Andrzejem Zybałą
Szanse Polski. Nasze
możliwości rozwoju
w obecnym świecie
Wydawnictwo Rectus 2005, 176 stron
cena 25 zł, u nas najtaniej!
Książka jest krytycznym spojrzeniem na sytuację, w jakiej znalazła się
Polska po 15 latach reform. Jadwiga Staniszkis omawia zasadnicze
błędy popełniane przez kolejne rządy, które w konsekwencji dopro-
wadziły do 20-procentowego bezrobocia, znacznej skali ubóstwa,
dewastacji sfery publicznej. Jedna z najwybitniejszych polskich socjo-
logów próbuje naszkicować sposoby wyjścia z tej sytuacji i wskazać
realistyczne metody przezwyciężenia kryzysu – nie serwuje jednak
łatwych i przyjemnych recept. Wywiad-rzeka z Jadwigą Staniszkis za-
wiera wiele ciekawych spostrzeżeń, jego zaletą jest także przystępny
język i klarowność wywodu.
KO27 Waldemar Bożeński
Pęknięty witraż. Człowiek
w pułapce globalizmu
Andromeda 2000, 280 stron,
twarda okładka, cena 18 zł
Obszerny esej lozoczny poświęcony kondycji współczesnego czło-
wieka i społeczeństwa. Autor z perspektywy humanistycznej kryty-
kuje wiele aspektów ideologicznych oraz konkretnych zjawisk „No-
wego Wspaniałego Świata”. Sednem wywodu jest obrona zwykłych
ludzi i wartościowych elementów egzystencji przed totalitaryzmami,
w tym przed najnowszym - rynkową cywilizacją globalną. Książka
ładnie wydana, w sam raz na mądry prezent.
KO28 Helena Norberg-Hodge,
StevenGorelick
Powrót gospodarki
żywnościowej do Korzeni
Zielone Brygady; 2007, 134Z strony
cena 15 zł
Znakomita książka krytykująca proces globalizacji na przykładzie
przemysłu rolno-spożywczego oraz wskazująca alternatywy wobec
patologii związanych z “nowoczesnym rolnictwem”. Autorzy wska-
zują, jak wiele problemów społecznych i ekologicznych wiąże się
z globalizacją rolnictwa, przetwórstwa i handlu żywnością. Z książki
dowiesz się, ile naprawdę kosztuje “tania żywność”, dlaczego “ekolo-
giczna żywność” często jest antyekologiczna, ile nieszczęść niesie ze
sobą przemysłowe rolnictwo, jak wiele płacisz za niszczenie własne-
go zdrowia kupując importowane produkty rolne itp. Poznasz także
alternatywy wobec takich problemów. Książka konkretna, dobrze
udokumentowana, daleko wykracza poza problem rolnictwa i pro-
dukcji żywności. Udowadnia to,że alternatywą dla globalizacji nie
jest “alterglobalizacja”, lecz lokalność produkcji, samowystarczalność,
samorządność, kontrola społeczeństwa nad własnymi zasobami i sys-
temem gospodarczym. Patronat medialny: “Magazyn Obywatel”.
KO29 Joel Bakan
Korporacja. Patologiczna
pogoń za zyskiem i władzą
Wydawnictwo Lepszy Świat 2006, 254 strony
cena 29 zł, u nas najtaniej!
Korporacja to opowieść o najpotężniejszej instytucji współczesne-
go kapitalizmu; opowieść o tym, jak z niepozornej formacji o wąskim
i sprecyzowanym zakresie działania, doszło do powstania instytucji po-
tężniejszej niż niejeden rząd i niejedno państwo. Autor twierdzi i udo-
wadnia to, że wielkie, międzynarodowe korporacje są w istocie tworami
psychopatycznymi, które za prawnie usankcjonowany cel stawiają so-
bie wyłącznie interes własny – kosztem jednostek, całych społeczeństw
i środowiska naturalnego. Korporacje to dziś w istocie groźne „potwory
Frankensteina”, które wymknęły się spod kontroli ludzi, którzy stworzyli
je przecież kiedyś dla własnych celów. Jednak książka, oprócz pesymi-
stycznej diagnozy, zawiera także przesłanie optymistyczne – nie jest
jeszcze zbyt późno, by złe procesy powstrzymać i odwrócić.
KO30 Piotr Kropotkin
Pomoc wzajemna jako czyn-
nik rozwoju
Biblioteka Klasyków Anarchizmu 2006,
230 stron cena 20 zł
Wznowienie klasycznej rozprawy jednego z głównych teoretyków
anarchizmu. Książka prezentuje oryginalną, ciekawą i inspirującą wi-
zję dziejów ludzkości przez pryzmat dobrowolnej współpracy i jej roli
w tworzeniu lepszego społeczeństwa. W momencie swego powsta-
nia była polemiką Kropotkina z modnymi wówczas (a dziś ponow-
nie) skrajnie uproszczonymi, liberalnymi koncepcjami konkurencji i
walki o byt, zaczerpniętymi z teorii Darwina. Autor prezentuje wiele
przykładów z różnych epok historycznych, wskazujących, że samo-
rządność, współpraca i wzajemna pomoc są nie tylko wartościowe
moralnie, ale także skuteczne. Jako bonus, do książki włączono dwie
inne rozprawy Kropotkina: „Państwo i jego rola historyczna” oraz
„Etyka anarchistyczna”.
KO31 Stanisław Remuszko
Gazeta Wyborcza – początki
i okolice (wydanie nowe,
poszerzone!)
Warszawa 2006, 344 strony
cena 40 zł
Trzecie wydanie jedynej w Polsce książki krytycznie analizującej „Gazetę
Wyborczą”, zwłaszcza jej pierwszy okres, gdy formowało się „imperium
Michnika”. Autorem jest były dziennikarz „Wyborczej”, który prezentuje
wiele nieznanych faktów i dokumentów. Książka objęta współczesną
cenzurą - prawie żadne media nie odważyły się o niej wspomnieć! Spo-
kojny, rzeczowy wywód, prezentacja dokumentów – fakty mówią same
za siebie. Nowe wydanie zawiera dodatkowych 100 stron.
KO32 Carlo Petrini, Ben Watson
Slow Food. Synonim dobrego
smaku i naturalnej żywności
Ocyna Wydawnicza ABA, 2006, 280 stron
cena 32 zł
Pierwsza w Polsce książka prezentująca ogólnoświatowy ruch Slow
Food. Działa on na rzecz zachowania tradycji kulinarnych i regional-
nych potraw, krytykuje niszczenie różnorodności żywieniowej i ofen-
sywę „śmieciarskiego żarcia” z barów fast food. Książka zawiera kil-
kadziesiąt tekstów na temat tego zjawiska: od problemu globalizacji
i ujednolicenia produktów w sektorze produkcji żywności, przez opis
regionalnych tradycji żywieniowych wielu miejsc świata i tego, co im
zagraża, a kończąc na opisach wielu oryginalnych potraw. Obywatel-
skie działanie zaczyna się w Twojej kuchni - przeczytaj o tym!
KO33 Jerey M. Smith
Nasiona kłamstwa
Ocyna 3.49; 2007, 304 strony
cena 32 zł
Światowy bestseller, a zarazem pierwsza w języku polskim ob-
szerna publikacja nt. niebezpieczeństw związanych organizmami
modykowanymi genetycznie. Autor w przystępny sposób prezen-
tuje obawy naukowców wobec tej technologii oraz szczegółowo
relacjonuje, na przykładzie USA i Wielkiej Brytanii, zagrożenia dla
zdrowia publicznego związane z wprowadzaniem GMO, oraz nie-
uczciwe praktyki lobby biotechnologicznego. Dobrze udokumen-
towana i pełna faktów książka, którą mimo to czyta się jak najlepszy
thriller.
KO 34 Guy Debord
Społeczeństwo spektaklu
oraz Rozważania
o społeczeństwie spektaklu
PIW, 2006, 256 stron
cena 37 zł
Kultowa i jedna z najważniejszych książek XX wieku. Całościowa
krytyczna analiza współczesnej polityki, kultury i systemu kapita-
listycznego w ich wszechogarniającej, totalnej postaci. „Społeczeń-
stwo spektaklu” powstało w roku 1967 i stało się najpopularniejszą
książką francuskiej młodzieżowej rewolty maja ’68. „Rozważania
o społeczeństwie spektaklu” pochodzą z roku 1988 i są analizą
zmian, jakie zaszły od wydania pierwszej książki. W polskim wyda-
niu oba teksty zebrano w jednym tomie i opatrzono wprowadze-
niem przybliżającym postać autora. Debord, czołowy teoretyk Mię-
dzynarodówki Sytuacjonistycznej, stał się inspiracją dla najbardziej
oryginalnych analityków kultury oraz wielu interesujących radykal-
nych myślicieli z lewej i prawej strony sceny politycznej. U nas taniej
niż w księgarniach.
KO 35 Wojciech Giełżyński
Inne światy, inne drogi
Ocyna Wydawnicza Branta, Bydgoszcz-
Warszawa 2006, 384 strony
cena 34 zł
Pasjonująca książka o różnorodności kulturowej świata, o wadach
„jedynych słusznych rozwiązań” (kapitalistycznych i komunistycz-
nych), o alternatywnych wizjach, poglądach, sposobach życia,
modelach społeczeństwa i gospodarki. Dobitna krytyka tych,
którzy chcą świat ujednolicić i narzucić wszystkim jeden sposób
myślenia i jeden styl życia. Pochwała różnorodności, unikalności,
rozwiązań lokalnych, a przy tym zachęta do wymiany doświad-
czeń, współpracy, czerpania z dorobku innych, do rozsądnie po-
jętej tolerancji.
KO 36 Andy Singer
AUTOkarykatury
Carbusters Press 2007, 108 stron
cena 9 zł
Zabawna karykatura społeczeństwa uzależnionego od samocho-
du. Komiks w ironiczny i prowokacyjny sposób pokazuje to, jak
negatywną rolę odgrywa samochód w naszym życiu. Rysunki opa-
trzone cytatami oraz krótkimi esejami na temat rozwoju motoryza-
cji i lobby samochodowego. Znakomite, bardzo śmieszne rysunki
obrazują problemy związane z nadmiernym rozwojem motoryza-
cji: niszczenie miast i przestrzeni publicznej, „zawłaszczanie” miej-
sca dotychczas przeznaczonego dla ludzi, niszczenie środowiska,
alienację społeczną, marnotrawstwo ogromnych kwot z budżetu,
uzależnienie od lobby naftowego itp. Świetna lektura zarówno dla
wielbicieli komiksów, jak i zwolenników rozrywki o charakterze po-
znawczym ze szczyptą ironii. Masz szansę pośmiać się co niemiara i
bardziej krytycznie spojrzeć na samochodowe szaleństwo.
KO 37 Carlo Petrini
Slow Food. Prawo do smaku
Twój Styl 2007, 367 stron
cena 27 zł
Animator międzynarodowego ruchu Slow Food, „kulinarnych anty-
globalistów” promujących tradycyjne, zdrowe jedzenie, przekonu-
je, że jedna z ważnych dróg do szczęśliwszego życia, a jednocze-
śnie trochę lepszego świata wiedzie przez... kuchnię. Od tego, co i
z kim jemy, zależy przecież nie tylko nasze zdrowie, ale także relacje
z rodziną i przyjaciółmi, poczucie tożsamości i lokalne więzi spo-
łeczne oraz zachowanie różnorodności kulturowej i przyrodniczej
krajów i regionów. Na naszych talerzach skupia się wiele patologii
współczesnej cywilizacji i gospodarki, dlatego też dzięki reeksji
nad tym, co jemy, można wyjątkowo dobrze zrozumieć, co jest w
życiu naprawdę ważne. Przez żołądek do serca – i rozumu!
KO 39 Michael Albert
Ekonomia uczestnicząca.
Życie po kapitalizmie
Ocyna „Trojka”; 2007, 324 strony
cena 29 zł
Odważna próba rzucenia rękawicy neoliberałom, którzy twierdzą, że
„nie ma alternatywy” dla systemu ekonomicznego opartego o mak-
symalizację zysku i brutalną konkurencję. Michael Albert, odwołu-
jąc się do klasyków anarchizmu (Kropotkin) wykazuje, że ludzie nie
muszą być zdani na kaprysy rynku i łaskę wielkich korporacji. Mogą
natomiast odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Niezbędna do
tego jest całkowita zmiana myślenia o życiu zbiorowym: poddanie
gospodarki demokratycznej kontroli i zorganizowanie społeczeń-
stwa zgodnie z zasadą samorządności i współpracy. Nie ze wszyst-
kim można się zgodzić, ale warto przeczytać – książka odważna,
ciekawa i inspirująca.
KO 40 Andrew Simms
Tescopol. Możesz kupować
gdzie chcesz, byle w Tesco
Wydawnictwo CKA; 2007, 314 stron
cena 30 zł
Autor nie próbuje nawet kryć negatywnego stosunku do wielkich
sieci handlowych. Jego książka jest subiektywna, ale ma twarde
oparcie w przytaczanych faktach. Opowiada o tym, jak wraz ze
zmianą miejsca zakupów zmienia się nasze życie i kondycja całych
społeczności. Jest też całościową krytyką współczesnego modelu
gospodarczego, będącego źródłem wielu poważnych problemów
społecznych i ekologicznych. Pokazuje, że wszelkie zjawiska spo-
łeczno-ekonomiczne, których skala jest nienaturalnie wielka, osta-
tecznie obracają się przeciwko społeczeństwu oraz zabijają różno-
rodność i wolny wybór. Przede wszystkim jednak udowadnia, że
cały problem z hipermarketami (i nie tylko nimi) polega wyłącznie
na tym, że zbyt łatwo daliśmy sobie wmówić, iż nie istnieją alterna-
tywy wobec nich.
KO 41 Noam Chomsky
Polityka, anarchizm,
lingwistyka
Ocyna „Bractwo Trojka”; 2007, 251 stron
cena 28 zł
Wybór kilkunastu krótkich tekstów (wywiady, artykuły, wystąpienia
konferencyjne) autorstwa słynnego amerykańskiego językoznaw-
cy i radykalnego krytyka społecznego. Chomsky w niebanalny spo-
sób odnosi się do aktualnych problemów, jak postępy globalizacji
czy polityka zagraniczna USA, prowadzona pod hasłem tzw. wojny
z terrorem. Prezentuje także własną, spójną wizję człowieka i społe-
czeństwa, opartą na krytyce neoliberalizmu oraz na ideale wolności
i współpracy. Mocna i konkretna rzecz.
KO 42 Peter C. Dienel
Grupy planowania
w społeczeństwie
obywatelskim
PPH exall; 2008
cena 19 zł
Choć nigdy w historii demokracja nie była tak rozpowszechniona,
wszelkie badania wskazują, że coraz mniej osób odczuwa, iż ma
jakikolwiek wpływ na procesy zachodzące w ich państwie. Nasza
rola sprowadza się do wrzucania kartki do głosowania raz na jakiś
czas. Jeśli obywatel chce zaproponować zmiany, natraa na mur
biurokratycznych procedur lub gęstą sieć niejasnych powiązań. Jak
więc osiągnąć realny udział społeczeństwa w podejmowaniu klu-
czowych decyzji? To całkiem proste, przez... losowanie! Wyobraźmy
sobie, że zawsze kiedy mamy do rozwiązania jakiś ważny problem,
decyzję w jego sprawie powierzamy „obywatelskiej ławie przysię-
głych”: kilkunastu osobom wylosowanym z puli wszystkich oby-
wateli. Szaleństwo? A czy szaleństwem nie jest oddawanie swoich
losów w ręce polityków? Utopia? Być może, ale taka, która nieźle
funkcjonuje w niektórych miejscach globu i to nie tak odległych
czy egzotycznych, jak by się mogło wydawać.
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego.
W ofercie książki, koszulki i archiwalne numery
„Obywatela”
www.obywatel.org.pl/sklep
114
PRENUMERATA
NOWEGO „OBYWATELA”
Wpłat na prenumeratę proszę dokonywać na konto:
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”,
Bank Spółdzielczy Rzemiosła,
ul. Moniuszki 6, 90-111 Łódź,
numer konta: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001

przy pomocy blankietu dostępnego na poczcie
i w bankach (wpłaty na rachunki bankowe),
podając czytelnie swój dokładny adres oraz
wpisując na odwrocie cel wpłaty („prenumerata”)
i zaznaczając, od którego numeru się o na rozpoczyna.
Prenumeratę można zamówić także w naszym
internetowym sklepie: http://sklepik.obywatel.iq.pl
W związku z przejściem na kwartalny cykl wydawniczy,
roczna prenumerata „Obywatela” obejmuje obecnie cztery
kolejne numery czasopisma. Można ją rozpocząć w dowol-
nym momencie, od wybranego numeru (np. od nr 3/2009).
Koszt prenumeraty rocznej nie zmienia się i wynosi
42 zł – teraz otrzymasz za tę kwotę tylko cztery numery,
ale każdy grubszy o ponad połowę, więc liczba stron będzie
podobna lub większa. Kupując kolejne numery w salonach
prasowych, łączny koszt wyniesie 48 zł. Oprócz oczywistej
oszczędności pieniędzy, prenumerata oszczędza także czas,
gdyż „Obywatel” dociera bezpośrednio do Waszych domów.
A przede wszystkim – wspiera „Obywatela”, gdyż od ceny
każdego egzemplarza sprzedanego przez pośredników (fir-
my kolporterskie, księgarnie itp.) zabierana jest nam bardzo
wysoka marża.
Warto także zwrócić uwagę na atrakcyjne bonusy, dostępne
wyłącznie prenumeratorom: losowane co numer nagrody,
a także dodatki, które bardzo często trafiają do wysyłanych
Państwu kopert (np. gratisowe egzemplarze innych cza-
sopism, naklejki). Zamawiający prenumeratę otrzymują
ponadto za darmo numer archiwalny, wybrany przez siebie
spośród tych dostępnych w sprzedaży wysyłkowej. Przy-
sługuje im również 10% zniżki na książki, które sprzedaje
„Obywatel” w swoim sklepie wysyłkowym.
Istnieje możliwość zamówienia prenumeraty zagranicznej,
jednak w takim przypadku trzeba dodatkowo pokryć koszt
przesyłki (jest on zazwyczaj wyższy, niż koszt samej prenu-
meraty).
UWAGA! Osoby, które zamówiły prenumeratę przed
przekształceniem się „Obywatela” w kwartalnik, otrzymają
oczywiście 6 kolejnych numerów, licząc od numeru, który
zamówili jako pierwszy – nie będą więc w żaden sposób
stratne, wręcz przeciwnie, otrzymają bez dopłat kilka nu-
merów o większej objętości.
UWAGA! Jeśli zamówiłeś prenumeratę, numer archiwalny
lub książki, a nie otrzymałeś zamówionych pozycji, skon-
taktuj się z nami e-mailowo (biuro@obywatel.org.pl), lub
telefonicznie (/042/ 6301749).
prosto
do Twojej
skrzynki
b

J
A
I
R
O
MI ESI ĘCZNI K POŚWI ĘCONY ŻYCI U CHRZEŚCI JAŃSKI EMU
PRENUMERATA KRAJOWA

półroczna 66 zł (1 egz. 11 zł)
roczna 120 zł (1 egz. 10 zł)
Wpłaty na konto lub przekazem pocztowym
PKO BP SA II O. Poznań
08 1020 4027 0000 1902 0373 2211
Wszelkie informacje o prenumeracie:
Bogumiła Wójcik
tel. 061 850 47 11
prenumerata@wdrodze.pl
Zamówienia przyjmuje dział sprzedaży:
tel. 061 852 39 62, 061 850 47 11
faks 061 850 17 82
sprzedaz@wdrodze.pl
PORONIENIE
– ZROZUMIEm RODZICÓW PO STRACIE
prof. Bogdan Chazan, Emilia, Katarzyna Kolska,
Marcin Mogielski OP, Monika Nagórko, Edyta Wyka
TEOLOGIA TO SPORT EKSTREMALNY
rozmowa z ks. Grzegorzem Strzelczykiem
DZIEJE ABRAHAMA WYRWIKUFLA
Jan Grzegorczyk
ZERWANIE ZAKAZANEGO OWOCU
Jacek Salij OP
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
11 (423) 2008 11
08
Powiesc pelna zagadek,
do ostatniej strony trzymajçca w napiçciu,
a zarazem pelna ciepla, humoru
i zyciowej mçdrosci.
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
OKL_2008_11.indd 1 2008-10-16 15:20:00
DO CZEGO S’U¿Y BISKUP?
bp. Edward Dajczak, ks. Andrzej Draguïa,
Sebastian Duda, Szymon Hoïownia,
Joanna Petry Mroczkowska, ks. Richard Neuhaus,
Elĝbieta Wiater, Michaï Zioïo OCSO
SAMBA DUCHA ¥WI}TEGO
Antonello Cadeddu, Janusz Chwast OP,
Enrique Porcu
EUCHARYSTIA W ¿YCIU KAP’ANA
Wilfrid Stinissen OCD
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
10 (422) 2008 10
08
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
METODY NATURALNE
– TYLKO DLA OR’ÓW?
Bogna Biaïecka, Ksawery Knotz OFMCap,
Robert Plich OP, Maïgorzata Waïejko
CZ’OWIEK REALIZUJE SI} W CIELE
niepublikowana rozmowa
z Wïodzimierzem Fijaïkowskim
FANTASTYKA DOBRA I Z’A
Verlyn Flieger, Aleksandra Kuěma, Szczepan Twardoch
MI E S I } CZ NI K P O¥ WI } CONY ¿ Y CI U CHR Z E ¥ CI J A ”S K I E MU
ISSN 0137–480X
381004
cena 14 Z’ (0% VAT)
9 (421) 2008 9
08
WYDAWNICTWO W DRODZE ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań
tel. 061 852 39 62, faks 061 850 17 82, sprzedaz@wdrodze.pl, www.wdrodze.pl
Rabat dla prenumeratorów „W drodze”, którzy podadzą numer prenumeraty – 20%
OKL_2008_09.indd 1 2008-08-14 18:52:11
G
dy porównać pierwszy numer „Obywatela” z tym, który właśnie trzymacie w rękach, moż-
na odnieść wrażenie, że są to dwa różne czasopisma. Nie chodzi jedynie o przepaść pod
względem jakości wydania, ale także o stosowanie innych kategorii opisu rzeczywistości
oraz odmienny zestaw tematów, którym poświęcano najwięcej uwagi. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć
się kilku losowo wybranym „Obywatelom” wydanym przez nas na przestrzeni 8 lat, widać nie tylko
zmiany, ale przede wszystkim – ciągłość. Choć w niektórych kwestiach dochodzimy obecnie do nie-
co innych wniosków niż wcześniej, w naszych poszukiwaniach cały czas kluczowe są te same ideały.
„Obywatel” po prostu cały czas dojrzewa, z każdym rokiem przemyśleń jego redaktorów, współpra-
cowników i czytelników. Dziś czujemy, że czas zrobić kolejny krok.
Pod koniec marca 2009 r. oddamy w Wasze ręce pierwszy numer nowego „Obywatela”.
Chcemy, aby to czasopismo – kwartalnik o objętości ok. 160 stron – zachowało wszystkie cenione
przez Was cechy dotychczasowej formuły „Obywatela”, a jednocześnie znaleźli w nim coś dla sie-
bie ci, którzy poszukują dodatkowych inspiracji do działań oraz intelektualnych wyzwań. Chcemy,
żeby pismo zachowało swój niedogmatyczny charakter, ale jednocześnie zamierzamy mocniej ak-
centować wartości, które są nam najbliższe oraz które uważamy za kluczowe w sporach o kształt
otaczającej nas rzeczywistości.
Te wartości to synteza egalitaryzmu, samoorganizacji społecznej, radykalnych reform, pa-
triotyzmu, szacunku dla dobra wspólnego i wartościowych elementów tradycji, rozsądnie pojęte-
go romantyzmu, ale i żmudnej, nieefektownej „pracy organicznej”. Nadal uważamy, że tradycyjne
podziały, jak ten na lewicę i prawicę, bywają nieadekwatne w obliczu współczesnych wyzwań,
którym niejednokrotnie da się stawić czoła jedynie dzięki sojuszom różnych sił prospołecznych.
Jednocześnie nie możemy zgodzić się na to, by ideały, których najpiękniejszym wcieleniem była
przedwojenna zaangażowana inteligencja (jak Stefan Żeromski czy Edward Abramowski, by przy-
wołać tylko dwa nazwiska) czy pierwsza „Solidarność”, zostały zapomniane, a ich namiastką stała się
karierowiczowska i konformistyczna błazenada w wykonaniu „Krytyki Politycznej” i innych „wrażli-
wych społecznie” przyjaciół oligarchii rządzącej Polską.
Dlatego chcemy, aby „Obywatel” w mniejszym stopniu niż dotychczas był klubem dyskusyj-
nym, w większym natomiast – forum dyskusji nad sposobami urzeczywistnienia pewnej spójnej wizji
porządku społecznego. Wiemy, że wielu z Was ceni nasze pismo za różnorodność poglądów. I tak też
będzie nadal. Nie będziemy organem żadnej partii czy „zamkniętej” opcji ideowej. Nie chcemy jednak
powielać schematu, że jeśli publikujemy artykuł Pana A, to należy zamieścić również tekst Pana B, któ-
ry ma odmienne poglądy. Poza tym, gdy zaczynaliśmy edycję „Obywatela”, brakowało w Polsce pisma,
w którym swobodnie ścierają się rozmaite opcje i pomysły. Dziś natomiast nawet media mainstreamu
bazują na „jedności przeciwieństw” – weźmy choćby „Dziennik”, który w dużych dawkach raczy czytel-
ników opiniami lewicowymi na przemian z prawicowymi. Ale „Dziennik” jest po to, żeby Axel Springer
Verlag zarabiał pieniądze, my zaś wydajemy pismo z zupełnie innych powodów.
Planowane zmiany dotyczą nie tylko tego, jakie cele będziemy sobie stawiać, ale także samej
zawartości pisma. Jednym ze znaków rozpoznawczych nowego „Obywatela” chcemy uczynić „wywiad
numeru”. Drugą cechą wyróżniającą pismo będzie dział „Nasze tradycje”, w którym znajdą się przedruki
mało znanej, a wartej przypomnienia publicystyki społeczno-politycznej z ubiegłych dziesięcioleci –
ku pamięci, ku przestrodze, ale przede wszystkim po to, aby pokazać, że pewne problemy i poglądy
nie spadły w Polsce z nieba. Trzecim wyróżnikiem chcemy uczynić dział „Problemy i rozwiązania” – to
pokłosie ankiety rozpisanej przez nas w nr 42. Wielu z Was zwracało uwagę, że argumenty stosowane
w naszej krytyce społecznej zbyt często odwołują się do etyki, ideologii, rozsądku czy patriotyzmu, a za
rzadko – do twardych liczb i faktów. Dlatego w nowej formule pisma znajdzie się sporo pogłębionych
raportów socjo-ekonomicznych, omówień badań socjologicznych oraz tekstów prezentujących kon-
kretne rozwiązania ustrojowe dla Polski, w świetle doświadczeń innych państw. Mniej natomiast bę-
dzie doraźnej publicystyki czy satyry – tego rodzaju teksty publikować będziemy natomiast na naszej
stronie internetowej (ją również czekają wkrótce znaczne zmiany) i blogu.
Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami przez kolejne lata. Do zobaczenia wiosną 2009!
Redakcja „Obywatela”
„OBYWATEL” – (r)ewolucja
POLFAzakłady farmaceutyczne
Magazyn z lekami o wartości 270 mln zł
Ulga dla inwestorów zagranicznych
Najlepszy zakład w Polsce
GRATIS! Ankieta do wypełnienia!
100 stron niebanalnych artykułów
(wtym0%VAT)
ODKRYJ
WYSPĘ
SKARBÓW!
Polska po
1989 r.
250,-
I
S
S
N

1
6
4
1
-
1
0
2
1
i
n
d
e
x

3
6
1
5
6
9
E
u
r
o
p
a

4
,
5

E
U
R

U
S
A

5

U
S
D
9
7
7
1
6
4
1
1
0
2
0
8
8
1
2
Nr 6(44)/2008 - dwumiesiǗcznik - www.obywateI.org.pI - cena 8 zI (w tym 0%VA7)
Film DVD
i 16 stron
GRATIS!
kAPI7ALIƴCI SƋ 1Ak kOMUNIƴCI
IA8RYkI 8£7 S7£IÓW
PRAWI£ SPRAWI£DLIWOƴƍ
kAPI7ALIƴCI SƋ 1Ak kOMUNIƴCI
IA8RYkI 8£7 S7£IÓW
PRAWI£ SPRAWI£DLIWOƴƍ