9.

Koniec
Zatrzymałem się na chwilę w lesie, wyczuwając obecność innego wampira. Zdziwiło mnie to, ale jeszcze bardziej zaniepokoiło. Kto tu był? Moja rodzina była w dalszym ciągu na polanie, Edward z Bellą w domu i wierząc wizji Alice, nie stało się tam nic złego. A jednak w powietrzu unosił się charakterystyczny, niemożliwy do wyczucia przez ludzki węch, słodki zapach, powoli rozprzestrzeniający się w gąszczu zielonych drzew i krzewów. Oparłszy się o korę jednego z nich, powtarzając sobie w myślach uspokajające zaklęcia, rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu nieproszonego gościa. Nagle ujrzałem sporych rozmiarów pień lecący w powietrzu z ogromną prędkością, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Zatrzymał się dopiero, uderzając w inny pień stojącego drzewa. Wbił się w niego, łamiąc drzewo na pół. Zmrużyłem oczy, kierując wzrok do źródła, skąd prawdopodobnie wyleciał kawał drewna i niezbyt tak znowu dużej odległości od miejsca, w którym stałem, ujrzałem wreszcie tego, kogo szukałem. Chociaż nie, źle to ująłem. Ze wszystkich istot przychodzących mi na myśl, akurat tego kogoś nie spodziewałem się tu zobaczyć. - Edward? – szepnąłem, nie wierząc własnym oczom. Zdawał się nie wyczuwać mojej obecności. W ułamku sekundy pokonałem dzielące nas niecałe sto metrów i stanąłem kilka drzew przed nim, lecz mimo to nadal miałem wrażenie, że mnie nie widzi. Stał tyłem do mnie, pochylony, jedną ręką opierał się o grubą, nisko rosnącą gałąź. Jego ramiona unosiły się i opadały wraz z każdym głębokim oddechem. Wydawało mi się też, że ma na sobie inne rzeczy. Gdy wychodziliśmy, jego koszula była jasna, na guziki, teraz zaś ubrany był w ciemnografitową bluzę wkładaną przez głowę. Nie podobało mi się to, choć to oczywiście niedopowiedzenie biorąc pod uwagę to, co naprawdę czułem w tym momencie. - Edwardzie? – powtórzyłem głośno i obserwowałem, jak syn

powoli odwraca się w moją stronę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jego niesamowicie czarne tęczówki wyrażające trawiący go od środka głód. Głębokie sińce pod oczami odcinały się od śnieżnobiałej skóry a głośne wydechy wydały mi się nie cichsze od uderzeń piorunów przecinających co jakiś czas niebo. Edward wyglądał jakby uciekł właśnie z odwyku i nie zdążył jeszcze zażyć działki. Był wściekły, oszołomiony, na granicy szaleństwa. Gdy mnie zobaczył, przymknął na chwilę powieki, jakby chciał się uspokoić, pokazać, że to nic takiego. - Co ty tu robisz? – zapytałem, podchodząc do niego. Mój głos brzmiał normalnie, lecz w głębi duszy niemal gotowałem się ze złości i niepokoju. Gdzie jest Bella? Nie wyczuwałem jej obecności, przynajmniej nie w najbliższej okolicy, gdzie mógłbym poczuć jej zapach. - Musiałem wyjść na chwilę, uspokoić się – dobiegł mnie słaby głos Edwarda, który nadal nie otwierał oczu, dysząc ciężko. Więc wizja Alice była prawdziwa, ale… - Co się stało? Tam, w domu? – Moje pytanie sprawiło, że zacisnął tylko palce na korze, wbijając się nimi w twarde drewno. Musiałem jednak wiedzieć. Nie wszystkie elementy układanki tworzyły całość, pozostało kilka takich, które żadnym sposobem nie chciały się ułożyć. - Straciłem nad sobą kontrolę – wydusił wreszcie, otwierając szeroko oczy i patrząc na mnie bezradnie. Kryło się w nich szaleństwo. – Boże, Carlisle, prawie ją zabiłem. Gdyby nie zaczęła krzyczeć, gdybym w ostatnim momencie się nie opamiętał… Głos mu się łamał. Patrzyłam na niego, nie mogąc zrozumieć, co takiego się stało, że doprowadził się do takiego stanu. Nie byłem w stu procentach pewien, że po tym czasie spędzonym z Bellą Edward będzie w stanie poskromić w końcu tą zwierzęcą stronę swojej natury, z drugiej strony nie spodziewałem się, że może dojść do czegoś takiego. Ale to była moja wina, pomyślałem, zły na siebie. Powinienem posłuchać wewnętrznego głosu, który mówił mi, że nie

powinniśmy zostawiać ich samych. Edward pokręcił głową na znak sprzeciwu. - To nie twoja wina, jak możesz w ogóle tak myśleć? To ja próbowałem ją zabić, nie ty. - Gdzie jest teraz Bella? – zapytałem tylko, ignorując jego słowa. Nie czas był na zastanawianie się, który z nas był bardziej winny temu, co się stało. - W domu, zostawiłem ją… - przerwał nagle, prostując się w jednej chwili. Widziałem, że dochodził już powoli do siebie. – Nie powinienem był jej zostawiać. - Gdybyś jej nie zostawił, skończyłoby się to tragicznie – przypomniałem mu łagodnie, ale w gruncie rzeczy zgadzałem się z nim. Bella nie powinna była zostawać sama, nie teraz. Wizja Alice nie dawała mi spokoju. Zobaczyła ona tylko zbliżenie Belli i Edwarda, nie widziała już tego, jak ją zostawił, będąc na granicy panowania nad swoim instynktem zabójcy. Nie mogła tego widzieć, inaczej by powiedziała. Ale niepokojący był też fakt, że tego nie wiedziała, skoro z pozoru niegroźna scena mogła się zakończyć śmiercią dziewczyny. Wnioskowałem z tego, że wizja była niepełna. Ale dlaczego? I co z tymi dziwnymi przebłyskami, które niepokoiły Alice od kilku dni? - Alice widziała, jak…? – zapytał nagle Edward, marszcząc brwi. Ups. Ojej. Przepraszam, miałem zamiar ukryć przez tobą ten fakt, żebyś się niepotrzebnie nie denerwował. Uśmiechnąłem się przepraszająco. - Podzieliła się tym z kimś jeszcze, poza tobą? Wyczytał odpowiedź z moich myśli, które automatycznie skupiły się na scenie w której to jego bracia leżą na trawie, zwijając się ze śmiechu. Skrzywił się a ja mogłem się tylko domyślać tych barwnych wiązanek przekleństw, jakimi teraz Edward w myślach obdarowuje swoje rodzeństwo. O tak, naprawdę mu współczułem. - Chodź, wracajmy do domu. Bella nie powinna być sama. – Podszedłem do niego i poklepałem go po ramieniu.

- Zostawiłem ją w naszym domu, zupełnie samą – szepnął cierpiąco, chowając twarz w dłonie. – Powinienem był przynajmniej… Jego głos zamarł w chwili, gdy oboje poczuliśmy nowy zapach, a raczej mieszaninę zapachów. Edward uniósł głowę, wdychając głęboko powietrze w płuca. Robiłem to samo. W końcu po dłuższej chwili nasze spojrzenia się spotkały. Widziałem szeroko otwarte oczy Edwarda i byłem przekonany, że moja mina niewiele rożni się od jego. - Wampir – powiedział cicho. - Wilkołak. - I krew – szepnął niemal niedosłyszalnie. Ułamek sekundy później puściliśmy się biegiem w stronę naszego domu. W czasie pokonywania odległości dzielącej nas od, jak nam się zdawało, Belli będącej w poważnym niebezpieczeństwie, Edward podzielił się ze mną tym, co wyczytał, jak się domyślił, z umysłu Sama, jednego z wilkołaków, który kilka chwil wcześniej minął się z nami w odległości jakichś kilkuset metrów. Załamującym się głosem powiedział, że sfora właśnie usiłuje dopaść rudowłosą wampirzycę, tą samą, która wymknęła im się ostatnim razem. Ani ja Edwardowi ani tym bardziej Edward mnie nie musiał przedstawiać prawdopodobnego scenariusza. Wróciła. Victoria wróciła. I wnioskując po coraz wyraźniejszym zapachu krwi, dopadła Bellę. Sfora musiała zwęszyć jej ślad i podczas gdy my rozmawialiśmy w najlepsze, oni ścigali wampirzycę, która wykorzystując naszą nieobecność, zaatakowała dziewczynę w naszym własnym domu. Nie chciałem nawet próbować nazwać słowami tego, jak się z tym czułem. Edward, czując to co ja czyli intensywny zapach krwi, kilkaset metrów przed domem przyspieszył gwałtownie, zostawiając mnie parę sekund w tyle. Zdając sobie sprawę z jego imponującej

szybkości zdziwiłem się, że dopiero teraz z niej skorzystał. Coraz słodsza woń unosząca się w powietrzu musiała go do tego zmobilizować. Do salonu dotarłem kilka chwil po nim. Pomieszczenie wyglądało jak pobojowisko. Rozbite okna, strącone wazony leżące w kawałkach na podłodze a na środku kałuża krwi. A w niej Bella i pochylający się nad nią roztrzęsiony i półnagi Jacob oraz zrozpaczony Edward. - Boże Święty… - szepnąłem, dołączając do nich. Klęknąłem obok syna i przez sekundę, jedną jedyną sekundę zastanawiałem się nad tym, co my najlepszego zrobiliśmy. Co ja zrobiłem. Otrząsnąłem się jednak, ostatnie czego teraz potrzebowała ta dziewczyna to moich wyrzutów. Sprawdziłem jej puls, uniosłem powieki, sprawdzając reakcję źrenic, obejrzałem całe ciało, analizując obrażenia i szukając śladów ugryzienia. Była nieprzytomna, jej tętno słabło, miała złamaną rękę, ogromne rozcięcie na skroni i coś, co wyglądało najstraszniej, czyli liczne, mniejsze i większe kawałki szkła wbite w skórę. Splątane włosy zlepione krwią wypływającą z rany na głowie były teraz niemal czarne a ubranie, które przesiąkło czerwonym płynem zabarwiło się na brązowo. - Bello, Bello… - powtarzał cały czas Jacob, wyciągając i cofając drżącą dłoń, bojąc się jej dotknąć by nie pogorszyć jeszcze jej stanu. Pomyślałem, że gorzej już być nie może. - Carlisle! – prawie załkał Edward. Nie wiedziałem czy błagał mnie żebym tak nie myślał, czy żebym nareszcie coś zrobił. Jednocześnie gładził delikatnie jej włosy, jakby chciał ją uspokoić. Albo samego siebie. - Jacob, dołącz do sfory, zajmiemy się Bellą – zwróciłem się ku chłopakowi, wiedziałem bowiem, że prędzej czy później musiałem zrobić to, co musiałem, co było najlepszym wyjściem. Jedynym. A Black nie powinien tego oglądać. - Już się nią zajęliście, pieprzone pijawki! – powiedział ostrym głosem. W odpowiedzi Edward posłał mu spojrzenie pełne bólu i

gniewu. - Wynocha, kundlu! – wrzasnął, drżąc na całym ciele. Czułem, że jeśli jeden z nich nie opuści tego pokoju, rzucą się sobie do gardeł. - Jacob, mówię poważnie. Nie pomożesz Belli w ten sposób ale możesz pomoc kolegom złapać Victorię. Nie przydasz się tutaj. Idź, proszę cię. – Mój głos był spokojny, chociaż z coraz większym trudem udawało mi się go opanować. Wahając się przez chwilę, w końcu wstał. Nogi miał jak z waty, widziałem to. Ostatni raz spojrzał na nieprzytomną Bellę, potem na Edwarda i na końcu na mnie, po czym z zaciśniętymi do granic możliwości zębami odwrócił się i wybiegł z domu przez jedną ze zbitych szyb w oknie. Wiedziałem, co czuł. Nie chciał zostawiać z nami Belli, ale zdawał sobie sprawę z tego, że zrobimy wszystko by ją uratować. Miałem nadzieję, szczerą nadzieję, że nam się to uda. Pochyliłem się nad umierającą dziewczyną, gorączkowo zastanawiając się, czy była jakaś inna droga od tej, która wydawała mi się jedyna w tej sytuacji. Czy mogę zrobić coś, cokolwiek, nie pozbawiając ją życia. Nic. Żadnego innego, lepszego rozwiązania. Obrażenia były zbyt rozległe, utrata krwi zbyt duża i gwałtowna. - Musimy to zrobić, Edwardzie – odezwałem się w końcu, wpatrując się z przerażeniem w twarz Belli. Tak, byłem przerażony. Jak nigdy dotąd. - Nie. Warknięcie, które wydarło się z jego piersi było odpowiedzią, jakiej się spodziewałem. - Nie ma innej drogi, wiesz o tym – próbowałem przekonać go do tego, że nie ma już dla niej ratunku. Poza tym jednym, przed którym tak się wzbraniał. Cały czas badałem słabnący puls, choć zupełnie niepotrzebnie. Słyszałem, jak powoli zanikał. Edward też go słyszał, kątem oka wychwyciłem jego reakcję. - Nie – tym razem szepnął, jeszcze bardziej pochylając się nad jej ciałem. Drżały mu dłonie, które w końcu zacisnął w pięści, drżał

cały. Był w rozpaczy, nie chciał, żeby tak się to skończyło. Byłem prawie pewny, że w tym momencie nienawidził się za to, że zostawił Bellę samą. Że nie wyczuł zapachu Victorii, gdy zjawiła się w naszym domu. Że tak niespodziewanie znowu stracił nad sobą… Zamarłem, gdy zobaczyłem zmianę na jego twarzy, zamarłem też dlatego, że nareszcie wszystkie elementy układanki utworzyły całość. Przed oczami miałem dwa obrazy. Jeden rzeczywisty – Edward rozchylił lekko usta, powarkując cicho zupełnie jak wtedy, gdy na polowaniu upatruje swojej potencjalnej zdobyczy, i jeden stworzony w mojej głowie – ogniwo łączące wszystkie dziwne wydarzenia ostatnich dni. Przebłyski Alice, niepełne wizje, niespodziewany brak kontroli u Edwarda, niepokój, brak zrozumienia w tym, co się zrobiło. Mogłem się mylić, ale to wszystko przypominało mi coś, z czym jak sądziłem, nigdy więcej się już nie spotkam. - Edwardzie! – powtórzyłem kilka razy jego imię, chcąc przerwać kierunek, w jakim zmierzały teraz jego myśli. Był głodny. Chciał krwi. I sam się nie kontrolował, nawet jeśli bardzo chciał. - Edward, odsuń się, proszę. Spojrzał na mnie pytająco, nie wiedząc o co mi chodzi. Widziałem, jak przeczesuje moje myśli chcąc znaleźć odpowiedź, ale skutecznie je zablokowałem w dość prosty sposób. Nie mógł bowiem wyczytać nic, o czym nie myślałem akurat w chwili, w której się na mnie skupił. A ja w tym momencie starałem się nie myśleć o niczym poza tym, żeby trochę się przesunął. Tak było bezpieczniej. -Odsuń się – poprosiłem możliwie najbardziej opanowanym głosem, na jaki było mnie stać w tej sytuacji. Teraz, gdy już podejrzewałem, co jest przyczyną tego wszystkiego, musiałem odciągnąć Edwarda jak najdalej od Belli. Obawiałem się tego, co może się stać, gdy znowu zostanie zmuszony do walczenia ze swoim pragnieniem. Odsunął się w końcu, cofając się kilka kroków, tak, że teraz, gdy

byłem skupiony na Belli, nie wiedziałem jego sylwetki. Ulga była jednak minimalna, bo w dalszym ciągu Edward warczał niezbyt przyjaźnie ze wzrokiem utkwionym w dziewczynę. Nie miałem czasu, musiałem działać. Za kilka minut jej serce przestanie bić a wtedy nic już się nie da zrobić. Pochyliłem się lekko ku Belli, przygotowując się do ugryzienia, kiedy nagle usłyszałem trzask łamanego drewna tuż za sobą. Odwróciłem powoli głowę i próbując zachować spokój, wpatrywałem się w czarne jak węgiel oczy syna i jego obnażone, ociekające jadem zęby. Wbił palce w podłogę, przygotowując się do skoku. Był w amoku, prawdopodobnie nie rejestrował już żadnych dźwięków dochodzących ze świata zewnętrznego, przestał dostrzegać mnie, zaprzestał czytania w myślach. Warczał coraz głośniej ze wzrokiem wbitym w twarz Belli. To koniec, pomyślałem. Albo ugryzę teraz Bellę i pozwolę Edwardowi na zabicie jej, albo powstrzymam go, zostawiając ją i skazując tym samym na śmierć. Jedyny dylemat przed jakim stałem w tej chwili to to, czy dać mu zabić dziewczynę czy pozwolić jej samej umrzeć. Próbując podjąć jakąś decyzję, za plecami Edwarda zauważyłem nagle jakiś ruch. Podniosłem minimalnie głowę i zobaczyłem Emmetta, Jaspera, Alice, Rose i Esme stojących w nieistniejącym już oknie, w osłupieniu przyglądających się scenie którą mieli przed sobą. Jasper uniósł dłoń i w oszołomieniu przycisnął ją do czoła. Musiał wyczuć emocje targające Edwardem, poza tym czuł też zapach krwi którym przesączony był cały salon. Rose i Esme stały z otwartymi ustami a Emmett złapał się za głowę. Alice musiała mieć wizję, dlatego przyszli, tak wywnioskowałem, bo teraz dziewczyna oparła się o ramę wielkiego okna i ukryła twarz w dłoniach. Tymczasem Edward przeniósł ciężar na nogi i zaczął niemal mruczeć z zadowolenia. Działo się to wszystko w ułamku sekundy. W jednej chwili zauważyłem ich za Edwardem, w następnej krzyczałem, żeby go powstrzymali. W końcu wyskoczył do przodu, jednak Jasper i Emmett w

ostatniej chwili rzucili się na niego, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Dziewczyny krzyknęły, ale minęła kolejna sekunda i już pochylały się ze mną ku Belli. Esme i Rose były chyba zbyt wstrząśnięte, by cokolwiek powiedzieć. Alice wyglądała, jakby miała się rozpłakać. - Zamienisz ją? – wydusiła, lecz nie wiedziałem, czy ze wzburzenia czy z powodu wszechogarniającej woni ludzkiej krwi głos odmawia jej posłuszeństwa. Jej białe baseballowe spodnie przesiąkały powoli tym ciepłym płynem. - Muszę, i to zaraz. Teraz – powiedziałem, pochylając się nad szyją, jedynym chyba nie zmasakrowanym miejscem na jej ciele. - Ona chciała, żeby to Edward ją zamienił – szepnęła. - Wiem – mruknąłem, zrezygnowany. Też słyszałem ich wczorajszą rozmowę. – Ale on nie da rady. Na tą chwilę on sam ze sobą sobie nie radzi. Spojrzałem przelotnie na Edwarda, który przytrzymywany przez braci, rzucał się na wszystkie strony. Jasper zamknął oczy, zapewne modląc się, żeby to nie on przypadkiem był tym, który za chwilę rzuci się na słodką krew. Emmett był twardy, zacisnął szczękę i powtarzał tylko bratu, by się uspokoił. - Edward, przestań, do cholery! To Bella, chciałeś zabić Bellę, rozumiesz? Edward, ty pieprzony idioto! Uspokój się! - Szybko, Carlisle – ponaglała mnie Alice. Spojrzeniem znów wróciłem do umierającej dziewczyny. Teraz. Wziąłem głęboki oddech i przymykając powieki, wgryzłem się w ciepłe jeszcze ciało. Bello, wybacz mi, proszę. *** EPOV Czułem, jak jakaś niewidzialna siła rozsadza mi czaszkę. Słyszałem wszystkie swoje myśli, które ubierałem w słowa,

wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi przez ostatnie minuty, godziny, dni. Jednocześnie wiedziałem, że nie były one moje. Traktowałem je jak coś niemożliwego, wyobrażonego. Prawda o tym, co zrobiłem zaczęła do mnie docierać wraz z głosem Emmetta, który niemal krzycząc mi do ucha, powtarzał, że chciałem zabić Bellę. Zacisnąłem powieki i zacząłem sobie przypominać. Kuchnia, pocałunki na blacie. Już wtedy przeszkadzał mi głód, już wtedy obmyślałem plan, jak i gdzie zabić tą ludzką dziewczynę. Wybrałem ogromne łóżko ze śnieżnobiałą narzutą. O Boże. Pamiętasz dlaczego? Jej krew tak wspaniale by się komponowała z kolorem pościeli… Pojąłem nareszcie, co się ze mną działo. Ten głos… Głos, który był częścią mnie i jednocześnie nie należał do mnie. Głos, którego nie powinno tam być. - Wynocha z mojej głowy! – krzyknąłem na całe gardło. – To ty kazałeś mi to zrobić, ty wybrałeś to łóżko, ty chciałeś ją zabić… mój głos się załamał. Nie, Edwardzie, ja tylko pomagałem twojej wampirzej naturze w przejęciu kontroli nad twoim ciałem. Ty sam jesteś taki słaby… Taki ludzki. Carlisle przesadził, za bardzo cię zmiękczył. - Czemu to robisz? – wyszeptałem rwącym głosem. Poczułem, jak bracia powoli opuszczają mnie na ziemię, widząc zmianę w moim zachowaniu. Ukląkłem, trzymając się rękoma za głowę. Bolała, od środka wręcz piekła żywym ogniem. Nie martw się, skończyłem z tobą. Dalej będziesz mógł starać się upodobnić do ludzi, żyć jak oni, udając że wcale nie chcesz ich śmierci. Ale pamiętaj, nie jesteś człowiekiem i nigdy nie będziesz. Jesteś wampirem. Mordercą. Potworem. Żegnaj, Edwardzie. - Nie, to nieprawda! – powtarzałem cały czas, słysząc echo obcych słów w moich myślach. – Boże, to nieprawda – potrząsałem głową, chcąc wyrzucić z niej wszystkie myśli. Wszystko, co nie było moje. Wszystko, co kazało mi zabić osobę, którą kocham ponad własne istnienie. Wszystko, co należało do niego, nie do mnie.

Zostaw mnie w spokoju, powtarzałem. Zostaw i zabierz ze sobą wszystko to, co zrobiłem pod twoje dyktando w ciągu ostatnich kilku dni. Zabierz je, proszę. Albo mnie zabij. Nagle w mojej głowie zrobiło się cicho. Niewyobrażalny ból ustąpił, zastąpiło go zamroczenie i dezorientacja. - Edward, Edward… - usłyszałem ciche nawoływanie gdzieś przede mną. Nie zareagowałem. – Edwardzie, proszę… zacisnąłem powieki, chcąc się pozbyć i tego kojącego głosu. Po chwili poczułem delikatny dotyk na policzku. Nie, nie chciałem wracać, jeszcze nie teraz. – Otwórz oczy. Westchnąłem żałośnie, wiedząc, że w tej kwestii nie postawię na swoim. Zgrzytając zębami, wykonałem polecenie. Przede mną klęczała Esme. Wpatrywała się w moją twarz z mieszaniną ulgi i zdenerwowania. - Wszystko w porządku? – zapytała łagodnie. Zamrugałem parę razy, sprawdzając, czy jeśli bardzo tego zapragnę, rzeczywistość rozleci się na kawałki, zdejmując ze mnie ciężar ostatnich wydarzeń. Nie pomogło. Nadal tkwiłem w salonie, czując na sobie badawcze spojrzenie członków rodziny. Wciągnąłem powietrze, czując palący w gardle i płucach zapach krwi. Jej krwi. Nie zniosę tego, załkałem rozpaczliwie w duchu. Nie poradzę sobie z tym, co się stało. - Gdzie… - odchrząknąłem, powstrzymując się ostatkiem sił od kompletnego załamania. – Gdzie jest Bella? Esme zacisnęła usta w wąską linię i odsunęła się na bok, ukazując mi widok, którego tak bardzo się obawiałem. O który modliłem się, by był tylko wymysłem mojej wyobraźni. Bella leżała w kałuży zasychającej powoli już krwi. Obok niej klęczał Carlisle, przyciskając pięść do ust oraz Alice, z żałosną miną wyjmująca z jej ciała odłamki szkła. Zauważyłem ślad po ugryzieniu na bladej szyi ukochanej. Zadrżałem. Carlisle, wyczuwając moje tępe spojrzenie, uniósł głowę i nasze oczy się spotkały na moment, po czym znowu ją opuścił.

- Alice… – powiedział w końcu głosem takim, jakby zbierało mu się na wymioty. Opanował się jednak. – Alice, Rosalie, przenieście ją na górę, połóżcie na łóżku. Obmyjcie ją może przedtem, pokój też przydałoby się… - urwał, po czym zrobił głęboki, uspokajający wdech. Wstał i popatrzył ze zrezygnowaniem na zakrwawioną dziewczynę. Potrząsnął głową. – To koniec. Minął mnie bez słowa, wychodząc na świeże powietrze. Spojrzałem na pokiereszowane ciało Belli i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z ciszy, jaka panowała dookoła. Nie słyszałem już bicia jej słabego, ludzkiego serca, którego echo jeszcze przed kilkoma minutami uderzało w mojej głowie z niewyobrażalną siłą. Wszechogarniająca, niszcząca cisza. Najwolniej, jak potrafiłem i jak pozwalało mi moje odrętwiałe ciało, przyczołgałem się do niej. - Bello… - tylko tyle zdołałem wykrztusić, zanim oszołomił mnie nagle rwący dźwięk jej pędzącego pulsu. Przemiana się rozpoczęła. Ciało Belli napięło się w rozrywającym wnętrzności bólu. A ja poczułem, że rozpadam się na kawałki.