You are on page 1of 250

Kerrelyn Sparks

Sekretne ycie wampira


Przekad Agata Kowalczyk

Amber

Rozdzia 1 J a nie chc umiera... znowu - jkn Laszlo. Jack uklk obok Laszla, rozcignitego na pododze. - Mam ci co poda? Filiank ciepej zero minus? Laszlo zakry usta. - Nie mw o jedzeniu. - Mi dispiace1. - Jack poklepa wampira po ramieniu, w jedynym miejscu na koszuli nieszcznika, ktre nie przesiko zwymiotowan blissky. Biedny Laszlo. Wypi ledwie jedn szklaneczk syntetycznej krwi o smaku whisky, kiedy wszyscy wznosili toast za pana modego, ale najwyraniej synnemu chemikowi lepiej szo wytwarzanie produktw wampirycznej linii Fusion ni ich przyswajanie. Z miejsca puci pawia, i to na siebie. Niewiele dao si dla niego zrobi, wic gocie wieczoru kawalerskiego szaleli dalej, gdy Laszlo, spocony i blady, zwija si na pododze. - Pomc ci pooy si na kanapie? - spyta Jack. - Poplami j krwi - wymamrota Laszlo. Jack ze zmarszczonymi brwiami spojrza na drog ta-picerk mebli w stylu Ludwika XV. - Ju i tak jest poplamiona. - Co za baagan. Jak on to posprzta? Podnis si z podogi, drczony zymi przeczuciami. Zarezerwowanie edwardiaskiego apartamentu w hotelu Plaa przy Pitej Alei na wieczr kawalerski lana Mac-Phie wydawao mu si doskonaym pomysem, ale teraz dotaro do niego, e hotelowy personel bdzie si zastanawia, jakim cudem po niewinnym przyjciu zostao tyle plam krwi. Sprawy wymkny si spod kontroli, kiedy zjawi si Dougal z dudami, an upar si, e nauczy wszystkich taczy szkock gig. Podskoki tuzina podchmielonych wampirw ze szklankami penymi blissky si rzeczy doprowadziy do licznych kolizji, a wic pojawiy si plamy na dywanie i meblach. I wtedy zadzwoni telefon. Panie bawiy si na wieczorze panieskim w Romatechu Industries, chocia Jack sysza, e Vanda miaa cign striptizera ze swojego nocnego klubu dla wampirw. Impreza dziewczyn zostaa nagle przerwana, kiedy Shanna Draganesti zacza rodzi.

Mi dispiace (w.) - Przykro mi - (wszystkie przypisy pochodz od tumaczki).

Roman Draganesti, zanim teleportowa si do Romatechu, zacz lamentowa, e jest zbyt pijany, by pomc onie w trudnych chwilach. Na co reszta chopakw, miotajc si po apartamencie, zadeklarowaa swoje dozgonne wsparcie, piewajc haaliw pie bitewn. Po chwili tuzin urnitych wampirw teleportowa si do Romatechu, by zagrzewa Shann do zwycistwa. Jack umiechn si szeroko, wyobraajc sobie reakcj Shanny, ale chwila radoci szybko mina. Mia dwie godziny, by doprowadzi hotelowy apartament do porzdku, zanim wzejdzie soce. Jaki haas z ssiedniej sypialni cign jego uwag. Czyby ktry z chopakw zosta? wietnie, przydaaby mi si pomoc. Wszed do luksusowej sypialni i zmarszczy brwi na widok nagiej Vanny lecej na ku. Z Van-ny na satynow narzut ciek bleer. To by genialny pomys Gregoriego. Przytacha na imprez dwa urzdzenia zwane vampire artificial nutritio-nal needs appliance2, w skrcie Vanna. Naturalnej wielkoci gumowe kobiety" w wiecie miertelnikw suyy jako zabawki erotyczne, ale na potrzeby wampirw zostay wyposaone w ukad krenia na bateri. Gregori napeni dwie seksowne lale syntetyczn krwi o smaku piwa, po czym zaprosi chopakw na uczt. Sdzc po koronkowych ciuszkach, porozrzucanych wszdzie dookoa, chopcy mieli wiksz frajd z rozbierania Vanny ni z gryzienia jej. Z azienki dobieg mski gos. - O tak, maa. cigaj to! Jack zapuka w drzwi. - Ju po imprezie. - Dla Doktora Ka nigdy nie jest po imprezie. - Drzwi otworzyy si, sta w nich Phineas McKinney. - Co jest, ziom? Mody czarnoskry wampir wyglda bardzo wytwornie w kasztanowej, aksamitnej smokingowej marynarce i biaym jedwabnym krawacie, cho efekt psuy troch bokserki ze SpongeBobem. Jak kady wampir, Phineas nie odbija si w azienkowym lustrze w zoconej ramie, ale druga Vanna - i owszem. Ciemnoskra lala siedziaa na biaej marmurowej toaletce przyodziana wycznie w czerwone jedwabne majteczki i gupi umiech na twarzy. Jack na chwil zgubi wtek, kiedy zauway na bokserkach napis: Dziewczyny kochaj SpongeBoba". - Och, przepraszam, e przeszkodziem. Phineas si zaczerwieni. - Tylko wiczyem, wiesz. Kiedy si jest specjalist od mioci, trzeba utrzymywa swoje mojo* w szczytowej kondycji.
2

Urzdzenie sztucznie zaspokajajce potrzeby ywieniowe wampirw

- Rozumiem. - No, zao si, e rozumiesz. - Phineas cign czarn Vann z toaletki. Jej nogi sterczay sztywno do przodu jak u Barbie, wic wygi je w d. - Syszaem, e jeste prawdziwym casanow. - Podobno - mrukn Jack. Nie potrafi uciec przed reputacj swojego sawnego ojca. - Pewnie bye zbyt zajty, eby usysze, ale Shanna zacza rodzi. Wszyscy teleportowali si z Romanem. Z wyjtkiem Laszla. On cigle jest chory. - Seryjnie? - Phineas przeszed do sypialni z Vann pod pach. - Soce niedugo wzejdzie, wic musimy posprzta. Phineas spojrza na bia Vann, lec na ku w kauy bleera. - Do licha, ziom. Potrzebujemy profesjonalistw. Moe Vampy Maids? Sprztaj miejski dom Romana. - Byoby wietnie. Moesz do nich zadzwoni? - Nie pamitam numeru, ale s w Czarnych Stronach. W hotelu Plaa nie mieli szans znale wampirycznej wersji ksiki telefonicznej. - Czy mgby... - Jackowi przerwao gone pukanie do drzwi. - Spodziewasz si kogo? - Oczy Phineasa zabysy. - Moe jakich prawdziwych kobiet? - Nowojorska policja! - usyszeli krzyk kobiety. -Prosz otworzy. Jack wcign z sykiem powietrze. Merda*. - Niech to szlag - szepn Phineas. - Smurfy. - Rozejrza si gorczkowo. - Wdepnlimy po same uszy. - Spokojnie - odszepn Jack. - Uyj kontroli umysu, eby si ich pozby. - Nie najlepiej yj z policj. - Phineas cofn si od drzwi. - Wynosz si std, stary. - Wynosisz si? - Jack skrzywi si, kiedy omotanie do drzwi stao si goniejsze. - Otwiera drzwi! - zawoaa policjantka. - Ju id! - odkrzykn Jack. - Suchaj, stary. - Phineas wrzuci czarn Vann do azienki i zamkn drzwi. - Teleportuj si do domu Romana i zadzwoni po Vampy Maids. Wrc pniej, eby ci pomc, okej? - Znikn byskawicznie, gdy si teleportowa. - Grazie mille3 - mrukn Jack. Przeszed do salonu, rozwaajc rne moliwoci. Mg zapa Laszla i teleportowa si, ale policja i tak weszaby do rodka i zobaczya krwaw jatk. Apartament by
3

Merda (wt.) - dos. gwno", w znaczeniu cholera". ** Grazie mille (wt.) - wielkie dziki.

zarezerwowany na jego nazwisko, wic mogli chcie go przesucha. Nie, lepiej zaj si tym od razu i, uywajc wampirycznej kontroli umysu, wykasowa wspomnienia funkcjonariuszy. Laszlo usiad z trudem. - Co strasznego. - Pot perli si na jego czole. - Chyba znowu bd rzyga. - Trzymaj si - szepn Jack. - Pozbd si glin. - Wezw tu kierownika, eby otworzy drzwi! -krzykna policjantka. - Ju id! - Jack uchyli drzwi i szybko oceni policjanta w mundurze. Mody, zdenerwowany, atwy do telepatycznego opanowania. Spojrzenie Jacka pado na jego partnerk. -Santo cielo4. Na chwil zapomnia, jak si oddycha, chocia brak tlenu i tak nie mg mu zaszkodzi. Jego pierwsze wraenie: oszaamiajca. Drugie wraenie: bardzo si staraa zamaskowa swoj urod. Rudozo-te wosy byy mocno cignite i splecione we francuski warkocz. wiea mleczna cera, kilka uroczych piegw i wielkie bkitne oczy. Bardzo niewiele makijau. I mimo wszystko bya oszaamiajca.. Jej renice rozszerzyy si, kiedy spojrzaa mu w oczy. Rozchylia usta, cigajc jego uwag na rowe, licznie wykrojone wargi. - Bellissima - szepn. Drgna, jakby nagle oprzytomniaa, i Jack usysza gwatowny omot jej serca. Zamkna usta i zmarszczya brwi. Wysuna podbrdek. Wsuna donie za pas. Bez wtpienia chciaa wzbudzi w nim respekt, trzymajc donie blisko broni i paki, ale na nim wiksze wraenie zrobio to, w jaki sposb w pas opina jej urocz, wcit tali. Powinna nosi najdrosze jedwabie i eksponowa swoje krgoci jak bogini. Fakt, e robia co wrcz odwrotnego, ukrywajc ciao od stp do gw pod mskim niebieskim mundurem, by intrygujcy. wiat si zmieni przez dwiecie lat. Gdyby ta urocza policjantka ya dwa wieki temu we Woszech, artyci uganialiby si za ni, by uwieczni jej kobiec urod na ptnie. Ale dzi staa przed nim jako przedstawicielka wadzy i staraa si sprawia wraenie twardej i silnej. Czy nie zdawaa sobie sprawy, e i bez tego ma wadz? Przed tak kobiet chtnie uklkby kady mczyzna i jeszcze byby wdziczny, e mu pozwala klcze. Towarzyszcy jej policjant odchrzkn. Prosz pana, dostalimy zgoszenie od hotelowej ochrony. Pan i pascy znajomi zachowywalicie si stanowczo zbyt gono.
4

Santo cielo (wt.) wite niebiosa

Mielimy tu przyjcie - wyjani Jack. - Wieczr kawalerski. - Skaryli si gocie z trzech piter - cign policjant. - To byo bardzo udane przyjcie. - Jack umiechn si do funkcjonariuszki. - Przykro mi, e si pani nie zaapaa. Moe nastpnym razem? Zmarszczya nos. - Czuj z pokoju whisky. - Ssiedzi skaryli si, e kto tu gono gra na dudach - powiedzia policjant. - I jaki gony szczk, jakbycie urzdzili sobie walk na miecze. - Nie ma si o co martwi, panie wadzo. Wszyscy wyszli. - Jack podnis gos, kiedy Laszlo wyda z siebie cichy jk. - Teraz ju jest cicho. - Chyba kogo syszaam - szepna policjantka do kolegi. - Moe by ranny. - Dziki, e wpadlicie. - Jack chcia ju zamkn drzwi, ale policjant wsun but w szpar. Pooy do na drzwiach. - Chcielibymy zajrze do rodka, jeli pan pozwoli. - Nie pozwol. - Jack wysa fal psychicznej energii. Jestecie pod moj kontrol. Rce policjanta opady, a twarz przybraa pusty wyraz. liczna kobieta zatoczya si do tyu. Skrzywia si i przycisna do do czoa. Przykro mi, e zadaj ci bl, powiedzia do niej telepatycznie. Jak si nazywasz, bellissima? - Harvey Crenshaw. - Nie ty - rzuci Jack do policjanta. Laszlo znw jkn. Funkcjonariuszka opucia rk. - Wiedziaam! Kto tam jest. Prosz si odsun. Jackowi opada szczka. Co jest, do diaba? Powinna by pod jego kontrol. Nie wejdziecie. - Nie wejdziemy - powtrzy Harvey. - Oczywicie e wejdziemy. - Kobieta pchna drzwi. Jack by tak osupiay, e odsun si, kiedy wpada do pokoju. Dziewi krgw pieka! - Zaraz. Nie moecie tu wej. Zauwaya Laszla na pododze i natychmiast wczya nadajnik na ramieniu. - Mamy ofiar z ran od noa. Potrzebuj karetki... - Nie! adnej karetki - zaprotestowa Jack, ale ona podawaa ju dyspozytorowi numer apartamentu. Merda. Teraz bdzie musia wykasowa jeszcze wicej wspomnie. I dlaczego, u diaba, ona go nie sucha? Zaatakowa j potn fal psychicznej mocy. Jeste pod moj kontrol.
6

Zadraa, klkajc obok Laszla. - Niech si pan trzyma. Pogotowie ju jest w drodze. - O Boe, nie. - Laszlo spojrza bagalnie na Jacka. Nie mog jecha do szpitala! Ka jej odej! Prbuj. Jack skoncentrowa si mocniej. Wyjdziesz w tej chwili. - Wyjd w tej chwili. - Harvey wyszed na korytarz. - Harvey! - Funkcjonariuszka zerwaa si na rwne nogi i wycelowaa palec w Jacka. - Niech si pan nie rusza. - Skoczya na korytarz i zapaa swojego partnera za okie. - Harvey? Co si z tob dzieje? Harvey sta jak koek, z twarz bez wyrazu. Potrzsna nim. - Harvey! Oprzytomniej! Jack z westchnieniem cofn swoj moc. Trzymanie Harveya pod kontrol wzbudzioby tylko jeszcze wiksze podejrzenia w modej policjantce. Harvey zamruga. - Co? Co si stao? Funkcjonariuszka wskazaa Jacka. - Skuj go. - Co? - Jack poaowa, e wypuci Harveya. - Ja niczego nie zrobiem. Kobieta, patrzc na niego ze zoci, wmaszerowaa z powrotem do pokoju. - Mamy tu rannego dgnitego noem, a pan jest na razie jedynym podejrzany. - Nie dgnem go. - Jack srbowa przej kontrol nad umysem funkcjonariusza. Nie skujesz mnie. Harvey zatrzyma si obok niego; na jego twarzy znw malowao si odrtwienie. Jack splt donie za plecami, by policjantka mylaa, e ma zaoone kajdanki. Niczego nie zauwaya, bo klczaa obok Laszla i rozrywaa mu koszul. - Gdzie jest pan ranny? - Nie jest ranny - powtrzy uparcie Jack. - Po prostu zwymiotowa. - Kufel krwi? Wygldam na gupi? - Spojrzaa gniewnie na Jacka. - Gdzie go pan dgn? W plecy? - Nie dgnem go! Prbowaem j kontrolowa, ale to nie dziaa, powiedzia mu telepatycznie Laszlo. Wiem, odpar Jack. Bya najgorszym koszmarem kadego wampira. Pikna kobieta, ktrej nie dao si kontrolowa. Moe ma zdolnoci parapsychiczne, cign Laszlo. A moe cierpi na jaki defekt mzgu, ktry blokuje nasz moc. - Czy matka nie upucia czasem pani na gow, kiedy bya pani dzieckiem? - spyta Jack. Harvey pocign nosem. - Upucia.
7

- Nie ciebie - mrukn Jack. Kobieta przyjrzaa mu si podejrzliwie, podnoszc si z podogi. - Harvey, pilnuj tego gocia. Harvey? Funkcjonariusz drgn. - Co? - Pilnuj go. - Wskazaa Jacka palcem. - Ja sprawdz reszt apartamentu. Harvey kiwn gow. - Pod cian. Jack cofn si pod cian, by policjantka nie zobaczya, e nie jest skuty. Przyjrzaa si miejscu obok wmontowanego w cian paskiego telewizora. - Kto zosta tu pchnity noem. To jest plama krwi. - Nie mojej. Zmruya swoje liczne oczy. - Wic czyja to krew? - Kolegi. Ktry... skaleczy si przypadkiem. - Po wyopaniu caej butelki blissky Angus MacKay postanowi zawrze braterstwo krwi ze wszystkimi obecnymi. Swoim szkockim sztyletem zaci si w nadgarstek, ale niechccy przeci ttnic i trysn krwi szerokim ukiem po cianie. Natychmiast owin nadgarstek rcznikiem, a potem wypi kolejn butelk blissky, by zastpi utracon kolacj. - Rozumiem. Przypadkiem. - Funkcjonariuszka zatrzymaa si, widzc miecze, lece na krzy na dywanie. - A to jest paska bro. - One nie s moje - zaprotestowa Jack. - Tak. - To szkockie claymory - wyjani. - Nale do pana modego. I nie ma na nich krwi. Chopaki taczyli z nimi szkocki taniec z mieczami. Ze zmarszczonymi brwiami przyjrzaa si mieczom. - Mg je pan wyczyci z krwi. - Nikogo nie dgnem. - W kadym razie nie dzisiaj. Obejrzaa pokj, uniosa wzrok. - Co to jest? Jack skrzywi si, widzc czerwony, jedwabny biustonosz biaej Vanny wiszcy na yrandolu. Funkcjonariuszka wesza na stolik do kawy i za pomoc paki odczepia biustonosz. - Na przyjciu byy kobiety? - Nie nazwabym ich prawdziwymi kobietami. - Wic kto, kto udawa kobiety? - Spojrzaa na niego kwano, machajc w powietrzu biustonoszem.
8

- To nie jest moje. Rzucia biustonosz na kanap i zesza ze stolika. - Co jest w sypialni? Jack zacisn powieki i zbombardowa j ca moc psychiczn, jak mg z siebie wycisn. Nie wchod tam. - Nie wchod tam - powtrzy Harvey. Zadraa. - Tu jest zimno jak cholera. - Wesza do sypialni. -O Boe! Jack jkn. Wystawia gow za drzwi. - Harvey. Harvey! Wezwij posiki! - Wrcia do rodka. Harvey pokrci gow. - Co? - Spojrza pytajco na Jacka. - Kim pan jest? Gdzie ja jestem? - Na ku ley ciao! - zawoaa policjantka z sypialni. - Kobieta. - To tylko Vanna - wyjani Jack. - Boe drogi, ona... ona jest nieywa - cigna funkcjonariuszka. Harvey zamruga. - Zabie Vann? Ty draniu. - Sign do nadajnika. Nie wezwiesz posikw, zakaza mu Jack. Harvey opuci rk i znowu sta otpiay. - Nigdy nie bya ywa. - Policjantka stana w drzwiach, trzymajc lal. - To erotyczna zabawka. - Rzucia Vann na podog i spojrzaa na Jacka z obrzydzeniem. - Zboczeniec. - To nie jest moje - warkn. Sapna ze zoci i wrcia do sypialni. To zaszo ju za daleko. Jack skupi si na Harveyu. Wyjdziesz std i wrcisz do samochodu. Zapomnisz, e kiedykolwiek tu bye. Zapomnisz o mnie i o wszystkim, co tu widziae. Harvey skin gow i powoli ruszy korytarzem. Teraz naleao si zaj jego pikn, ale dziwnie oporn partnerk. Jack wszed za ni do pokoju. - Prosz pani... Obrcia si na picie i ze zdumienia szeroko otworzya oczy, gdy zobaczya, e Jack nie ma na rkach kajdanek. Natychmiast signa po pistolet. - Mylaam, e pan jest skuty. Jack zrobi krok w jej stron. - Nie ma potrzeby... Wycigna bro. - Nie zbliaj si. Harvey! Gdzie jeste? Jack sysza, jak omocze jej serce. - Spokojnie. Chc tylko porozmawia. I nie ma sensu woa Harveya. Wyszed.
9

Jej puls jeszcze przyspieszy. - Mj partner nie zostawiby mnie samej. Co mu pan zrobi? - Nic. Po prostu wyszed. - Nie wierz panu. - Uniosa odrobin pistolet, celujc w jego gow. - Jad tu ju nastpne patrole. - Nikt nie jedzie. Nie pozwoliem Harveyowi wezwa posikw. Gono przekna lin. - Nie pozwoli pan... Kim pan jest? Rozoy rce. - Nie zrobi pani krzywdy. - Co pan zrobi Harveyowi?! - krzykna. - Nic. Wanie idzie do samochodu. Wie, e jestem nieszkodliwy. - Jack unis rce i podszed bliej. Prosz si zastanowi, pani...? Cofna si. - Funkcjonariuszka Boucher. Wymwia to z francuska, bu-sze". W jej ustach zabrzmiao bardzo adnie, cho Jack wiedzia, e sowo to po francusku znaczy rzenik". - W tym apartamencie nie popeniono adnej zbrodni. Owszem, to prawda, e moi koledzy byli zbyt goni i nabaaganili, ale dokadnie posprztam i zapac za wszelkie szkody. Ma pani moje sowo. Wci mierzya do niego z pistoletu. - Wszdzie jest krew. To oczywisty dowd przestpstwa. To, e nie znalazam ciaa, nie znaczy jeszcze, e nikogo tu nie zamordowano. - Nie ma adnego ciaa. Powolutku zacza si cofa w stron azienki. - Jeszcze nie wszystko sprawdziam. Westchn. - Prosz tam nie wchodzi. Uniosa brwi. - Dla mnie to jak zaproszenie. - Signa za plecy, eby otworzy drzwi. Obejrzaa si i gwatownie wcigna powietrze na widok czarnej Vanny rozcignitej na pododze. Z wampiryczn prdkoci Jack rzuci si w stron policjantki i wyrwa jej pistolet z rki. Znw si zachysna. Otworzya oczy jeszcze szerzej. Sysza, e jej serce galopuje niebezpiecznie szybko. Merda. Czy naprawd mylaa, e on j zabije? -Hrllissima, runisz mnie. - Wyj magazynek i poda jej. - Nie mgbym pani zrobi krzywdy. Patrzya na niego przez chwil; w kocu spojrzaa na naboje w swojej doni. Jej serce wci si tuko, ale Jack sysza, e zwalnia.
10

Popatrzya na czarn Vann. - Jeszcze jedna erotyczna zabawka? Ilu ich pan potrzebuje? Spojrza na ni cierpko. - Nie jest moja. - No tak. Skupi wszystkie siy i jeszcze raz sprbowa opanowa jej umys. Zatoczya si do tyu, wytrcona z rwnowagi uderzeniem jego psychicznej mocy. Wyjdziesz std natychmiast i zapomnisz, e tu bya. Zapomnisz, e mnie kiedykolwiek spotkaa. Ten ostatni rozkaz sprawi, e poczu w sercu ukucie alu. Niemal yczy sobie, eby si nie powiodo. Policjantka skrzywia si i rozmasowaa czoo u nasady nosa. - Au. Powinien uwaa, czego sobie yczy. Opucia rk i spojrzaa na niego, zdezorientowana. - Tu si dzieje co bardzo dziwnego. - Co pani powie. - Przez dwiecie lat nigdy nie napotka takiego problemu. - Wydawao mi si, e sysz paski gos... Niewane. - Odsuna si, przygldajc mu si nieufnie. - Kim pan jest? - Jestem Giacomo. Moi anglojzyczni przyjaciele od tylu lat nazywaj mnie Jack, e myl o sobie w ten sposb, kiedy mwi po angielsku. Moe mnie pani zatem nazywa Jack. - Nie jestem pask przyjacik. - Zadraa od otaczajcych j lodowatych fal psychicznej energii. Zrobi krok w jej stron. - Jak ma pani na imi? Gapia si na niego z rozszerzonymi renicami, jakby bya w transie, ale wiedzia, e nie jest. Nie potrafi dosta si do jej umysu. Nie mia pojcia, o czym myli. Jego uwag przycign haas w korytarzu. Wyjrza do salonu w chwili, kiedy dwch ratownikw medycznych wtaczao do rodka nosze. Wystrzeli w ich stron fal psychicznej mocy. Wyjdziecie z hotelu, wrcicie do karetki i nie bdziecie pamitali, e tu przyjechalicie. Marsz. Dwaj mczyni odwrcili si i poturlali nosze korytarzem. - Jak pan to zrobi? - szepna funkcjonariuszka Boucher. Odwrci si do niej.
11

- Wiem, e pani nic z tego nie rozumie, ale musi mi pani uwierzy. Nikomu nie staa si dzisiaj krzywda. Nie wydarzyo si tu nic zego. Zmarszczya brwi. - A ten go na pododze? - Pochorowa si. Zajm si nim. Nie znalaza pani na nim adnej rany, prawda? - Nie. Ale wszdzie jest tyle krwi. - Dopilnuj, eby wszystko zostao posprztane. -Odda jej pusty pistolet. - Prosz std i, funkcjonariuszko Boucher. Wzia bro. - To... to nie w porzdku. Nie mog tak po prostu udawa, e nic si nie stao. - Nie moe pani zrobi nic innego, jak tylko std i. Przykro mi. Staa przed nim, przygryzajc warg i marszczc brwi. - Tak nie mona. - Pani partner czeka na pani na zewntrz. Do widzenia, pani Boucher. Ruszya w stron drzwi i spojrzaa na Laszla. - Poradzi pan sobie? Pomacha jej na poegnanie. - Nic mi nie bdzie. Dzikuj. Zatrzymaa si przy drzwiach, posyajc Jackowi grone spojrzenie. - To jeszcze nie koniec. Mamy niedokoczone sprawy, Jack. - Posza korytarzem. Jaka cz jego duszy, bardzo stara i samotna, miaa nadziej, e funkcjonariuszka Boucher dotrzyma sowa.

Rozdzia 2
Czekajcie! Lara Boucher pobiega za ratownikami, ktrzy wanie wtaczali puste nosze do windy. Dogonia ich, gdy zamykay si drzwi. Mogaby je zatrzyma, nim si zasuny, ale zamara na widok twarzy sanitariuszy. Mieli takie same miny zombie, jak widziaa u Harveya. Dreszcz przebieg jej po plecach. Pewnie przez chd, ktry czua w apartamencie.
12

Kogo ona chciaa oszuka? Bya zwyczajnie przeraona. Wcisna guzik, by cign drug wind, i wetkna magazynek z powrotem do swojego automatycznego pistoletu. Ale okazaa si tchrzem. Gdyby miaa cho odrobin ikry, wrciaby do tego pokoju i zabraa tajemniczego Jacka na przesuchanie. Kolejny dreszcz wstrzsn jej ciaem, gdy przypomniaa sobie, jak odebra jej bro. Byo ju wystarczajco przeraajce, gdy spokojnie wszed do sypialni, bez kajdanek, i oznajmi, e Harvey j opuci i e nie ma co liczy na posiki. Ale kiedy chwyci jej pistolet, mylaa przez sekund, e koniec z ni. A gdyby to nie byo jeszcze do straszne, miaa wraenie, e w swoim umyle syszaa jego gos, chocia nie moga rozrni sw. Spojrzaa w gb korytarza. Czy powinna wrci po tego czowieka? Wydawa jej si niebezpieczny. Dziwnie pocigajcy, a zarazem przeraajcy. Budzi niepokj, jakby pochodzi nie z tego wiata. A przy tym by niewiarygodnie przystojny. Podskoczya, kiedy dzwonek oznajmi przybycie drugiej windy. Pospiesznie wsiada do rodka i wcisna guzik parteru. Ale z ciebie tchrz. Zwyczajnie uciekasz. Co innego moga zrobi? Harvey j zostawi. A Jack rozbroi z tak atwoci. Po prostu zrobiby to znowu. Zapia pistolet z powrotem w kaburze. Miaa dziwne przeczucie, e Jack przez cay czas kontrolowa sytuacj. Mg j zabi, ale nie zrobi tego; wydawa si wrcz uraony, kiedy uznaa, e byby zdolny do takiego czynu. Kiedy drzwi windy otworzyy si, wypada do holu i zauwaya ratownikw opuszczajcych hotel. Pospiesznie wysza przez obrotowe drzwi i dogonia ich, kiedy adowali nosze do karetki. - Hej, chopaki. Co si dzieje? Jeden z sanitariuszy spojrza na ni tpo. - Witam. Mamy dzisiaj dyur. - Dostalicie wezwanie tutaj, do hotelu Paza. Ratownik zatrzasn tylne drzwi karetki. - Nie bylimy w Plaa. Lara otworzya usta. Naprawd nie wiedzieli, gdzie s? Ratownik wsiad za kierownic. - Dobranoc. Ciko westchna, kiedy karetka odjechaa. Co Jack im zrobi? Czy mia jak niewytumaczaln wadz nad ludzkimi umysami? Skra zacza j mrowi, jakby z ciemnoci patrzyo na ni tysic oczu. Trzymaj si w garci. Nie wariujesz. Niestety, a za dobrze wiedziaa, jak kruchy moe by ludzki mzg. Zauwaya radiowz zaparkowany przy krawniku i podbiega do niego. Harvey spojrza na ni ze zmarszczonymi brwiami, kiedy wsiada na fotel pasaera.
13

- Gdzie ty bya? Czekam tu i czekam. - Byam w hotelu. - Zapia pas bezpieczestwa. -Z tob. Prychn. - Nigdy nie byem z tob w hotelu. Jestem onatym czowiekiem. - Nie chodzio mi o... - Jeli to ma by jaki art, to nie jest zabawny. - Zapali samochd i wyjecha na Pit Alej. - Harvey, ywi najwikszy szacunek dla ciebie i wiem, e jeste onaty. - A na dodatek absolutnie mnie nie pocigasz. - Nie pamitasz, jak w Plaa poprosili nas, ebymy zajrzeli do haaliwych goci? - Czym takim zajaby si ochrona hotelu. - Zwykle tak. Ale kiedy kto stwierdzi, e w pokoju rzekomo ma miejsce walka na miecze, zadzwonili po nas. Rozemia si. - Walka na miecze w pokoju hotelowym? Musisz ograniczy kofein. - Nie pamitasz faceta z erotycznymi zabawkami? Harvey spojrza na ni z politowaniem. - Odbio ci. Nasze ostatnie zgoszenie to bya pijacka awantura na Times Suare. Skra jej cierpa. - Nie odbio mi. - To si stao naprawd. To, e Ha-rvey i ratownicy niczego nie pamitali, nie znaczyo jeszcze, e nic si nie stao. Jack jakim cudem wymaza ich wspomnienia. Jaki czowiek potrafi to zrobi? Ale przynajmniej nie naknoci jej w gowie tak jak pozostaym. A moe to zrobi? Czyby pamitaa co, co si nie wydarzyo? Boe, tylko nie to. Wystarczy te sze miesicy, kiedy bya kompletnie skoowana i nie potrafia odrni rzeczywistoci od snw. Po wypadku samochodowym rzeczywisto jawia si jej niewyranie, a sny wydaway si prawd. Musi to wiedzie. Musi tam wrci i stan oko w oko z Jackiem. Dwie ulice przed nimi jaki samochd skrci gwatownie w Pit Alej. Przejecha z polizgiem przez dwa pasy, niebezpiecznie zbliajc si do tej takswki, i mign przed siebie. Harvey powoli wcisn gaz. - Jak sdzisz? Pijany kierowca? - Albo kradzione auto. - Lara chwycia mikrofon krtkofalwki i poczya si z dyspozytorem. - Potrzebuj dziesi czternacie. - Odczytaa numer rejestracyjny samochodu, za ktrym jechali. Radio zatrzeszczao. - To dziesi siedemnacie. - Dyspozytor powiadomi ich, e samochd nie zosta skradziony.
14

- Bez odbioru - odpara Lara. - Wyglda na jazd pod wpywem. - Bierzemy go. - Harvey wczy koguta i syren. Lara si spia. Nigdy nie wiadomo, jak ludzie zareaguj. Na szczcie kierowca nie opiera si i po dwudziestu minutach wieli ju jego pijany tyek na komend. Kiedy wzeszo soce, Lara skoczya papierkow robot. Jeszcze raz sprawdzia rejestr prowadzony przez Harveya. Nie znalaza w nim wzmianki, by kiedykolwiek byli w Plaa. Zabbnia dugopisem w biurko, zastanawiajc si, co robi. Jeli umieci incydent z hotelu w raporcie, to jej przeoony, kapitan 0'Brian, zapyta, dlaczego ta informacja nie pojawia si w rejestrze czy raporcie Harveya. A jeli kapitan zacznie przypuszcza, e Lara stracia kontakt z rzeczywistoci, nigdy nie awansuje jej na detektywa. Podesza do lodwki i napia si wody. Moe powinna pj do neurologa i spyta, czy to moliwe, e ma nawrt choroby. Do diaba, nie! Zgniota papierowy kubek w doni i wyrzucia do mieci. Za dugo walczya, eby doj do siebie po urazie gowy. Wypadek zdarzy si sze lat temu i najgorsze miaa za sob. Nie wymylia sobie tego, co dziao si noc. Pamita wszystko na temat Jacka. Wszystkie szczegy. Gste, czarne wosy, zaczesane do tyu z szerokiego czoa. Koce, sigajce konierzyka koszuli, krciy si lekko. A ta czarna, jedwabna koszula - oblepiaa go, wyranie ukazujc szerokie ramiona i brzuch twardy jak skaa. By boski - przystojniejszy od modeli, ktrych widywaa w gazetach. Zaintrygowa j jego gos, mikki i melodyjny. Mwi z woskim akcentem, ale przy tym czysto i elegancko, jakby uczy si angielskiego od Brytyjczykw. Ten podwjny akcent wskazywa na czowieka o zoonej osobowoci. Wrcz fascynujcego. By jednoczenie Jackiem i Giaco-mo. I nazwa j bellissima. Zamkna oczy i w wyobrani przewdrowaa wzrokiem po jego ciele, poczynajc od drogich woskich butw. Dugie nogi. Wskie biodra. Szczupa talia. Szerokie ramiona piknym ukiem przechodzce w szyj - miaa ochot wtuli twarz w jego potn pier. Silna uchwa z cieniem ciemnego zarostu, ledwie widocznego, na tyle tylko, e miao si ochot go dotkn. Wyraziste usta. Te usta byy najlepszym wskanikiem jego reakcji. Ich kciki podjeday do gry, kiedy co go rozbawio. Rozchylay si lekko, gdy by zaskoczony, i zaciskay, gdy si zirytowa. A jego oczy - miay ciepy zotobrzowy kolor; bia z nich inteligencja i odwaga. Obserwoway kady jej ruch z uwag, ktra graniczya z... godem. - Hej, nie zasypiaj na stojco. Gwatownie otworzya oczy i zobaczya kapitana 0'Briana - przyglda si jej z ciekawoci. - Przepraszam. To bya cika noc.
15

- Potrzeba troch czasu, eby si przyzwyczai do nocnej zmiany, ale dobrze sobie radzisz. Skocz raport i id do domu, Boucher. - Tak, panie kapitanie. - Wrcia pospiesznie do swojego biura, eby dokoczy papierkow robot. Nic nie wspomniaa w raporcie o incydencie z Plaa. Ale to si stao. Jack moe i wyglda jak ze snu, ale by rzeczywisty. Zwykle przebieraa si w cywilne ubranie przed powrotem pocigiem do Brooklynu. Po caonocnym ueraniu si z pijakami i awanturnikami miaa ju tylko ochot wtopi si niezauwaona w tum. Ale tego ranka zostaa w mundurze i pojechaa metrem do hotelu Plaa. - Potrzebuj informacji na temat pokoju 1412 - powiedziaa recepcjonicie. - Chwileczk. - Mody mczyzna poklika w klawiatur. - To jeden z naszych edwardiaskich apartamentw. Chce go pani zarezerwowa? - Ju jest zajty. Chc sprawdzi przez kogo. Recepcjonista spojrza na monitor ze zmarszczonymi brwiami. - Ten apartament jest w tej chwili wolny. - No c, moliwe, e gocie si wymeldowali, ale byli tu jeszcze w nocy. Urzdzili sobie dzik imprez. Hotelowa ochrona wezwaa policj. Spojrza na ni, skoowany. - Nie wiem, co pani powiedzie. Z naszych danych wynika, e ten pokj by ostatniej nocy pusty. Lara z trudem przekna lin. Jak dokadnie Jack zatar lady? - Czy jest kierownik? Chciaabym z nim porozmawia. I z kim z ochrony. Nie dowiedziaa si nic nowego. Kierownik nocnej zmiany nie pamita, eby apartament 1412 by zajty. Lara poprosia, by sprawdzi, czy jakikolwiek pokj zosta wynajty przez mczyzn o imieniu Giacomo, ale w bazie danych nie pojawio si takie imi. Z ochron hotelow poszo jeszcze gorzej. Obruszyli si, kiedy twierdzia, e wezwali policj. Oznajmili, e sami by sobie poradzili. A ostatniej nocy w hotelu nie byo adnej hucznej imprezy. Upara si, e chce obejrze pokj, wic, cho niechtnie, dali jej klucz. Na czternastym pitrze powoli otworzya drzwi. Sdzia, e nadal bdzie si unosi zapach whisky. Ale zapach znikn. W pokoju czua tylko ostr wo rodkw czystociowych i dezynfekcyjnych. Wesza do rodka i spojrzaa w lewo, w miejsce, gdzie w nocy na dywanie lea zakrwawiony mczyzna. Dywan by czysty.
16

Powoli chodzia po pokoju, ogldajc tapicerk i dywan. adnych plam. Spojrzaa na cian. Ani ladu krwi. Podesza bliej. Albo zewirowaa, albo kto tu fenomenalnie posprzta. No c, przecie powiedzia, e posprzta. Dotkna ciany. Wygldaa tak wieo. Czyby j odmalowali? Wielka szkoda, e nie moga tu cign ekipy technikw kryminalistycznych. Nie byo mowy, eby kapitan 0'Brian si na to zgodzi, skoro obsuga hotelu upieraa si, e pokj sta pusty. Przesza do sypialni. Satynowa narzuta take bya bez skazy. Jak on tego dokona? Zajrzaa do azienki. Oczywicie adnych erotycznych lal. Przyjrzaa si mozaice na pododze i biaej marmurowej umywalce, szukajc ladw krwi. Kurki z dwudziestoczterokaratowe-go zota byszczay. Rczniki byy starannie poskadane. Nikt by nie uwierzy, e ten pokj kto zajmowa w nocy. Ruszya do drzwi wyjciowych. Jakim cudem Jack zmanipulowa wspomnienia caej hotelowej obsugi. Czy zaj si te gomi? Zapukaa do ssiedniego pokoju. Ziewajca para z podkronymi oczami powiedziaa jej, e ostatniej nocy nie dziao si nic nadzwyczajnego, po czym zatrzasnli jej drzwi przed nosem. Skoro tak, to dlaczego byli tacy zaspani? No c, nietrudno znale odpowied. Mogli si kocha przez ca noc. Lara westchna. To, e ona si bez tego obchodzia, nie znaczyo, e inni take. Z pokoju bliej windy wyoni si mczyzna w biznesowym garniturze, z walizk w doni. - Prosz pana. - Podbiega, by go dogoni. - Tak? - Zerkn na ni nieufnie. Wiele osb spoglda na gliniarzy tak, jakby zrobili co zego i mieli nadziej, e policja si tego nie dowie. Umiechna si do niego przyjanie, eby go uspokoi. - Chciaam pana spyta o ostatni noc. Sysza pan moe co niezwykego? - Chodzi pani o te cholerne dudy? Jaki idiota gra na nich o trzeciej nad ranem. Larze serce podskoczyo do garda. Nie zwariowaa! A Jack kogo przegapi. - Tak, wanie o to. Pamita pan jeszcze co? - Tylko to, e nie mogem spa. W kocu poszedem do baru na drinka. I dlatego Jack go nie dopad. - Dzikuj. - No c, mam nadziej, e moja dzisiejsza prezentacja nie bdzie katastrof - burkn i poczapa do windy. Jack istnia naprawd. Ale jak go znale? Spojrzaa na lokaln gazet, lec pod drzwiami. - Prosz pana? - zawoaa za biznesmenem. - Mog wzi t gazet?
17

- Ale prosz. - Wsiad do windy. Lara podniosa gazet i otworzya stron z ogoszeniami o lubach. To byt wieczr kawalerski z dudami i clay-morami. Istniaa spora szansa, e pan mody jest Szkotem. Dzi bya sobota, a wic dzie lubw. MacPher-son, Ferguson i MacPhie. Trzy luby z panami modymi o szkockich nazwiskach. Lara wzia gboki oddech. Jak to jest, wpada na lub bez zaproszenia? Dzi si przekona. Lara wbiega po kamiennych schodach tak szybko, jak pozwalay jej czerwone sandaki na wysokich obcasach. Po trzech miesicach patroli odzwyczaia si od eleganckich ubra. Stana przed rzebionymi drewnianymi drzwiami i zebraa si w sobie. Da rad. Na lub MacPhersona zakrada si tak sprytnie, e nikt si nie zorientowa. Obecno na lubie Fergusona kosztowaa j wiele wysiku. Uczestniczyo w nim zaledwie pidziesit osb i przez cay czas obrzucano j ciekawskimi spojrzeniami. Wymkna si tak szybko, jak si dao, zostawiajc jeden z trzech lubnych prezentw, ktre kupia tego popoudnia. Poprawia stanik czerwonej koktajlowej sukienki. Moe nie powinna wkada czerwonej kiecki. I to z takim dekoltem. To oczywiste, e cigaa na siebie uwag. Ale to ju ostatni lub, zaczyna si o dziewitej wieczorem, wic zakadaa, e bdzie o wiele bardziej uroczysty ni popoudniowe luby, na ktre przysza. Wybraa najbardziej eleganck ze wszystkich swoich sukienek. Okej, to bya jej jedyna elegancka sukienka. Po wyjciu z domu Lara przysiga sobie, e ju nigdy w yciu nie woy sukni do kostek. Wielka szkoda, e musiaa taszczy ze sob t pcienn torb. Miaa w niej mundur i bro, bo zaczynaa sub 0dziesitej, ale bya spokojna, e zdy. Wystarczy jej par minut, by si przekona, czy Jack tu jest. Wierzya, e istnia naprawd, ale poczuaby si lepiej, gdyby moga to zweryfikowa. I chciaa wiedzie, jakim sposobem zatar wszystkie lady w hotelu. Ta umiejtno kontrolowania umysw j intrygowaa. Tak wic, jako przyszy detektyw, musiaa zbada, o co chodzi. Fakt, e przy tym by bosko przystojny 1niewiarygodnie seksowny, nie mia tu nic do rzeczy. Tak, jasne. Nie moga okamywa samej siebie w kociele. Otworzya cikie drewniane drzwi i wlizgna si do przedsionka. Migotay tu cae rzdy wotywnych wieczek w czerwonych miseczkach, rzucajc ciepy blask na ciany. Jej szpilki zachwiay si na nierwnej pododze, kiedy po cichu ruszya w stron nawy. Wejcia pilnoway po bokach dwie figury witych, ktrzy spojrzeli na ni gronie, widzc, e zakrada si tu nieproszona. Obecni tu gocie wygldali na szczliw gromadk. Przystana na wp ukryta za drzwiami, patrzc, jak miej si i rozmawiaj. awki byy udekorowane wstkami i biaymi liliami. Kolejna kwiatowa dekoracja
18

staa przy otarzu. Lara rozejrzaa si po zgromadzonych, szukajc Jacka. Nie zobaczya go, ale zauwaya faceta, ktry ostatniej nocy lea zakrwawiony na pododze. Dziwne. Teraz czu si zupenie dobrze. - Mog w czym pomc? Drgna i odwrcia si do mczyzny, ktry odezwa si za jej plecami. Wielki, rudowosy Szkot. - Witam. - Zaraz si zacznie. Mog pani odprowadzi na miejsce? - Jasne. - Domylia si, e to jeden z drubw. Z ca pewnoci by to szkocki lub. Go mia na sobie kilt w czarno-bia krat, bia koronkow koszul i czarn marynark. W klapie tkwi czerwony pczek ry, a jego dugie wosy byy zwizane cienk, czarn wstk. Przyglda jej si uwanie jasnozielonymi oczami. - Jest pani przyjacik panny modej? Lara poczua pustk w gowie; gorczkowo usiowaa sobie przypomnie imi panny modej. Cheryl? Nie, to byo na lubie MacPhersona. Do licha. Zwracaa wiksz uwag na nazwiska panw modych. A tego skd znaa. - Jestem znajom lana MacPhie. Szkot unis brwi. - Pani zna lana? - Jasne. Znamy si od dawna. Ja... chodziam kiedy z jego kuzynem. - Rozumiem. Do licha. To nie dziaao. Musiaa jako odwrci uwag tego gocia. Odgarna dugie wosy do tyu, eby pokaza dekolt, i posaa mu olniewajcy umiech, na ktry jej mama wydaa majtek. - My si chyba nie znamy. Jestem... Susie. - Bardzo mio mi pani pozna. Robby MacKay. -Wzi j za rk. - Skoro jest pani znajom lana, z pewnoci bdzie chcia si z pani zobaczy. - Och, nie trzeba. - Sprbowaa zabra rk, ale Robby cisn j mocniej. - To przecie moe poczeka, a bdzie po lubie. - Prosz ze mn. - Pocign j przez przedsionek. Cholera. - Mwi pan, e zaraz si zacznie? Musimy zaj miejsca. Otworzy jakie drzwi i delikatnie wepchn j do ciemnego pomieszczenia. - Prosz tu zaczeka. - Zapali wiato i kiedy si rozgldaa, szybko chwyci jej pcienn torb. - Nie! - Do diaba, tam by jej pistolet. - To mi jest potrzebne. - Dostanie j pani z powrotem - powiedzia, zamykajc drzwi.
19

- Chwileczk! Czy jest tu Jack? Robby si zatrzyma. - Jack? - Tak. Giacomo. Anglojzyczni przyjaciele nazywaj go Jack. Musz z nim porozmawia. Robby nie sili si na odpowied. Zamkn jej drzwi przed nosem. Zowrbne kliknicie zabrzmiao jak klucz przekrcany w zamku. Niech to szlag! Lara rozejrzaa si po ciemnawym pokoju. Domylia si, e to jaki skadzik. Rzd rzebionych drewnianych krzese z wysokimi oparciami sta pod cian po lewej stronie. cian po prawej zasania rega peen zakurzonych starych piewnikw. ciana naprzeciw bya pusta. Nie znalaza drugich drzwi. Ale i tak by z nich nie skorzystaa. Nie moga wyj bez munduru ani broni. Cholera, cholera, cholera! Zacza chodzi po niewielkim pomieszczeniu. Jak moga by tak gupia? Ten Szkot porusza si niesamowicie szybko. Wyrwa jej torb, zanim si zorientowaa, co jest grane. Ale przecie wyczua, e zacz co podejrzewa. Powinna co zrobi. Tylko co? Wycign bro w kociele, na lubie, na ktry przysza bez zaproszenia? Sprbowaa otworzy drzwi, ale oczywicie zostay zamknite na klucz. Jak dugo bd j tu trzyma? A jeli spni si do pracy? Albo nie zdoa odzyska munduru i broni? Jako policjantka okazaa si zupenie do niczego. Ale z drugiej strony, jeli Jack tu jest, to ona okazaa si cholernie dobr policjantk, skoro go znalaza. Po drugiej stronie drzwi rozlegy si ciche mskie gosy. Cofna si kilka krokw i wzia gboki oddech, aby si uspokoi. Klik. Drzwi otworzyy si, a Lara zobaczya Robby'ego i... Jacka. Oddech zamar jej w gardle. Dobry Boe, wydawa si jeszcze bardziej przystojny. W eleganckim popielatym garniturze szytym na zamwienie. Jego zotobrzowe oczy otworzyy si szerzej, kiedy oglda j od stp do gw. - Znasz t kobiet? - spyta Robby. - Si. - Jack nie odrywa od niej oczu. - Cholerny szczciarz. - Robby wepchn jej torb w rce Jacka i odszed. Jack wci patrzy na ni tym wzrokiem, ktry moga opisa tylko jako wygodniay. Dreszcz przebieg po jej nagich rkach. O tak. Jednak co wicej ni zawodowa ciekawo kazao jej go wytropi. - Bellissima. - Jack pokrci gow. - Mi dispiace. Na chwil zapomniaem angielskiego. Wygldasz tak... piknie. Mona Lisa zapakaaby z zazdroci na twj widok. Jej serce zatrzepotao. We si w gar. Jeste tu, eby przesucha tego faceta. - Witaj, Jack. - Mylaem, e ci wicej nie zobacz. Wysuna podbrdek.
20

- Mwiam ci, e to jeszcze nie koniec. Wszed do pokoju i zamkn drzwi. - Wic chcesz co ze mn zacz?

Rozdzia 3
Lara zignorowaa trzepotanie w odku i mrowienie skry. Nie zamierzaa pokaza temu czowiekowi, jak bardzo wytrci j z rwnowagi. - Jestem tu subowo, Jack. Prowadz dochodzenie. Umiechn si powoli. - Pochlebia mi to. Nie wiedziaem, e zasuyem sobie na tyle uwagi. Ten dra prbowa z ni flirtowa, ale ona zamierzaa zachowywa si profesjonalnie. - Moesz odpowiedzie na moje pytania tutaj albo na komisariacie. - Nie chciabym przegapi lubu przyjaciela. - Wic porozmawiaj ze mn teraz. Chc wiedzie, jak to zrobie. - Co zrobiem? - Podszed powoli do jednego z krzese i pooy jej torb na czerwonej poduszce siedziska. - Wiesz co? Wrciam dzisiaj rano do hotelu i pokj byt czysty jak za. - Powiedziaem ci, e posprztam. - Zajrza do jej torby i zerkn na Lar. - Jestem sownym czowiekiem. - Skoro jeste uczciwy, powiesz mi, jak to zrobie. - Nie mog przypisa sobie caej zasugi. Pomagay mi bardzo skuteczne sprztaczki. - Wyj z torby elegancko opakowane pudeko. - Przyniosa prezent lubny. Jak mio z twojej strony. Szczeglnie e nie znasz pastwa modych. Lara poczua, e twarz jej ponie. - Przynajmniej tyle mogam zrobi. A teraz wrmy do rzeczy. Kiedy rano przesuchiwaam personel hotelu, nikt ci nie pamita. Wzruszy ramionami. - C, pewnie nie rzucam si specjalnie w oczy. - Na jakiej planecie? - mrukna i zaczerwienia si, kiedy posa jej seksowny umiech. Potrzsn prezentem. - Co jest w rodku, pani wadzo? Kajdanki?
21

- Bardzo zabawne. - Dra cigle zmienia temat. Odpowiem na twoje pytanie, ale potem ty bdziesz musia odpowiedzie na moje. To s posrebrzane szczypce do saatek. - Posrebrzane? - Rozemia si. - an bdzie zachwycony. - Nie mogam sobie pozwoli na nic bardziej eleganckiego. Musiaam dzisiaj kupi trzy prezenty. - Bya na trzech lubach? - Jego oczy bysny rozbawieniem. - A zostaa zaproszona na ktrykolwiek? Zaoya rce na piersi i spojrzaa na niego gniewnie. - Poszam na wszystkie luby, o ktrych ogoszenia znalazam w gazecie i gdzie panem modym by Szkot. Nazwisko an MacPhie wydawao mi si znajome. Jack odoy prezent na kolejne krzeso. - an sta si poniekd sawny jakie sze miesicy temu, kiedy internetowy portal randkowy obwoa go najbardziej podanym kawalerem w miecie. - Och, rzeczywicie. Teraz pamitam. - Wsplokatorka Lary pokazywaa jej ten portal w kafejce internetowej. Wszystkie dziewczyny w kawiarni liniy si na widok lana. Jack spojrza na ni podejrzliwie. - Bya jedn z wielbicielek lana? Czyby si martwi, e ma konkurencj? Lara przybraa rozmarzony wyraz twarzy. - Musisz przyzna, e an jest niezwykle przystojny. Jack zmarszczy brwi. - an jest zajty. Wanie dlatego jego narzeczona nalegaa, eby da ogoszenie o lubie w gazecie. Chce, by wszyscy wiedzieli, e nie jest ju do wzicia. Ciekawo wygraa w niej z rozsdkiem. - A ty? Jeste do wzicia? - Jestem singlem, ale nie powiedziabym, e jestem do wzicia. Dziwna odpowied. Chciaa wiedzie wicej, ale musiaa zadawa pytania profesjonalnie. - Wrmy do mojego pierwszego pytania. Jak wykasowae pami tych wszystkich ludzi? Jack pogrzeba w jej torbie. - Wybraa si na luby wszystkich szkockich panw modych, eby mnie znale? Nieza robota detektywistyczna. Jestem pod wraeniem. Serce Lary wezbrao dum, gdy usyszaa ten komplement, ale nagle zdaa sobie spraw, e on znw si wymiga. - Nie odpowiedziae na moje pytanie. Wyj jej policyjn czapk. - Urocza.
22

- Zostaw to. I prosz, odpowiedz na moje pytanie. Wyj poskadan niebiesk koszul i spodnie. - Idziesz zaraz do pracy? - Mj dyur zaczyna si o dziesitej. Jack, jak to moliwe, e nikt ci nie pamita? - Bo nie chciaem, eby mnie pamitali. A, twj pistolet. -Wycign z torby jej pas, kabur i automatyczny pistolet. Odtworzy kabur i wyj bro. Wycigna rk. - Daj mi to. Wyj magazynek i odda jej pusty pistolet. Uniosa brwi. - Mylisz, e bym do ciebie strzelia? Ranisz mnie -powtrzya jego sowa z zeszej nocy. Kciki jego ust podjechay do gry. - Brava, bellissima. - Rozpi marynark i wsun magazynek do kieszeni spodni. - Jeste bardzo bystra i utalentowana. - Chc kiedy zosta detektywem. Umiechn si jeszcze szerzej. - Wic bdziemy pracowa w tej samej brany. Ja te jestem detektywem, w prywatnej firmie. - Jakiej firmie? - MacKay, Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne. - Znw zajrza do torby. - Tu jest co jeszcze. Interesujce. - Wycign biay koronkowy stanik. - Od to z powrotem. - Lara przeoya pistolet do lewej rki, a praw signa po biustonosz. Byskawicznym ruchem odsun go poza jej zasig. - Bellissima, dlaczego nosisz stanik w torbie? - eby mc go woy, ty obleny typie. Oddawaj. Jego spojrzenie opado na gboki dekolt Lary. - Czy to znaczy, e w tej chwili jeste... bez? - Nie twoja sprawa. - Wycigna rk z doni odwrcon do gry. - Oddaj mi to. Cigle przyglda si jej piersiom. - W takim razie masz chyba na sobie jaki gorset. - Nie zamierzam z tob rozmawia o mojej bielinie. Oczy mu zabysy. - Obawiam si, e bd musia ci obszuka. - Co? Nie wa si. Spojrza na ni z niewinn min. - A jakie mam wyjcie? Wpada nieproszona na lub mojego przyjaciela i przyniosa ze sob bro. Skd mog wiedzie, e nie przypia sobie noa do uda?
23

Zagryza warg. - Std, e gdybym go miaa, sterczaby ju z twojej piersi. Jego usta drgny. - No i jest jeszcze podejrzana okolica twoich piersi. Musisz mie na sobie jak konstrukcj, chocia nie widz ani ladu czego takiego. - Podszed do niej. - Bd zmuszony zbada spraw dokadniej... - To jest Nu-Bra - wypalia i si skrzywia. Jakim cudem ta rozmowa tak totalnie zesza z kursu? Powinna go waln w gow pustym pistoletem. - Nubira? - Nu-Bra. Poliuretanowe miseczki, ktre przyklejaj si do piersi. A teraz wrmy do mojego pytania. - Przyklejaj si do piersi? - Zrobi przeraon min i znw patrzy na jej biust. - Nie powiesz mi, e nalaa lam kleju? - Oczywicie, e nie. Maj samoprzylepn wycik. Skrzywi si. - Jak tama klejca? - Czy mgby przesta si na mnie gapi? Unis oczy. - Ale kiedy je zrywasz, czy to nie boli? - Ta rozmowa jest absolutnie nie na miejscu. - Scusi, signorina5, ale to jest absolutnie nie na miejscu, eby robia krzywd swoim piersiom. S bardzo wraliwe, czy nie? Spojrzaa na niego ze zoci. - S bardziej odporne, ni ci si zdaje. Jego spojrzenie znw opado na biust Lary. - I nie miayby nic przeciwko szorstkiemu traktowaniu? Co za tupet! - Nie rozmawiam z tob o tym. - Moe troch skubania zbami? Wyrwaa stanik z jego doni i odwrcia si plecami, by wrzuci go do torby. - Niepotrzebnie tu przyszam. Z tob si nie da rozmawia. Mylisz tylko o jednym. - By moe. - Westchn. - Ludzie wiecznie mi powtarzaj, e nie uciekn od swojego dziedzictwa. Mj ojciec uwid za ycia setki kobiet. Matka bya jego ostatnim podbojem. - Prawdziwy casanowa. - Lara odoya pistolet i upchna mundur do torby.
5

Scusi, signorina (w.) - wybacz, panienko.

24

- Jakby zgada - odpar kwano Jack. Wrzucia czapk do torby. - Skoro odmawiasz odpowiedzi na moje pytania, wychodz. - Wzia pust bro. - Chciabym mc na nie odpowiedzie. Odwrcia si przodem do niego. - Wic odpowiedz. - Ja... nie mog. - Moe sprbuj. Potrafi wiele zrozumie. Jego spojrzenie przemkno w d, i z powrotem na jej twarz. - Bardzo mnie kusi, eby z tob sprbowa. Jej puls przyspieszy. - Musisz to robi? Zamienia wszystko, co mwi, w seksualne aluzje? - Tak, musz. - Jego oczy byszczay, kiedy przysun si do niej. - To najlepsza gra wstpna, skoro to czujesz. Zesztywniaa. Facet by oburzajcy. - Niczego nie czuj. - Chyba jednak czujesz. Serce ci omocze. Skd on to wiedzia? - Oddaj mi magazynek. - eby moga mnie zastrzeli? - Dotkn jej wosw i potar kosmyk midzy kciukiem a palcem wskazujcym. - Twoje wosy s jak ognista aureola, otaczajca anioa zemsty. Jak ci na imi, bellissima? Robby powiedzia, e Susie, ale uzna, e kamaa. Odsuna si poza jego zasig. - Moesz si do mnie zwraca: funkcjonariuszko Boucher. A magazynek chc dosta, eby mc std i. Znw ruszy ku niej. - Zao si, e masz urocze, liryczne imi, ktre pasuje do twojej piknej twarzy. Dwiczne, melodyjne imi, ktre spywa z jzyka i przypomina bujne krgoci twojego cudownego ciaa. Odsuna si jeszcze o krok i trafia na cian. Do licha. Opar rce o cian, wic j. - Jak brzmi twoje pikne imi, bellissima? Zmruya oczy. - Butch. Zamruga. - Butch? - Chopaki z komisariatu tak mnie nazywaj. Skrt od Boucher. - Pchna jego ramiona, ale nie drgn nawet na centymetr. Sta jak granitowy gaz. Gowy z pewnoci te nie odsun. - Butch - mrukn. - Jeste pena niespodzianek. Podoba mi si to. Poniewa nie podziaaa brutalna sia, Lara musiaa sprbowa innej taktyki.
25

- Powiedz mi, Jack. - Otoczya praw rk jego tali, tak e pistolet opar si na jego plecach. - Co jeszcze ci si we mnie podoba? Zote plamki w jego oczach zamigotay. - Podoba mi si twj upr. I twoja inteligencja. Nie wspomnia o urodzie. To z kolei spodobao si Larze. Spojrzaa na jego usta i oblizaa wargi. - Mw dalej, Jack. Schyli gow, tak e jego usta znalazy si ledwie par centymetrw od ust Lary. Czua oddech Jacka na policzku. Delikatnie wsuna do do kieszeni jego spodni, gdzie schowa magazynek. - Bellissima. - Potar czubkiem nosa jej nos. - Doprowadzasz mnie do szau. Naprawd? Podobao jej si to. A take to, e w tej chwili bezpiecznie ciskaa w doni magazynek. Wysuna rk z kieszeni Jacka i otara si policzkiem o jego szorstk szczk. - Pocauj mnie, Jack. - Przed tym czy po tym, jak mnie zastrzelisz? - Zacisn palce na jej nadgarstku. Unis jej rk, by mc zobaczy magazynek. - Wstyd si, Butch. - To ty si wstyd. Nie odpowiedziae na moje pytania. Narobie mi wstydu ze stanikiem. Powinnam ci zawlec na komisariat i przetrzyma pod kluczem przez par dni... Chwyci oba jej nadgarstki i przycisn do ciany. - Ty te nie odpowiedziaa na moje pytanie. Jak ci na imi? - W jaki sposb wymazae ich wspomnienia? - Daj temu spokj - warkn. - Nie chcesz pozna odpowiedzi. - Jestem dobrym detektywem. Sama do niej dojd. W jego oczach byo baganie. - Po prostu to zostaw, Boucher. Odejd std i zapomnij, e mnie kiedykolwiek spotkaa. Spojrzaa badawczo w jego twarz. - Jak mam o tobie zapomnie? Kim ty jeste? Co robisz? - Nikogo nie krzywdz. Nie moesz mi da spokoju? Czy moga? Czy moga std wyj i nigdy wicej o nim nie myle? Nie, nie moga. Rozmylaaby o nim cae miesice. Lata. - A ty, Jack? Chcesz o mnie zapomnie? Chcesz nigdy wicej mnie nie zobaczy? Jego oczy pociemniay. Pogaska kciukiem spd nadgarstka Lary, a jej po plecach przebieg dreszcz. - Gdyby wiedziaa, co ze mn robisz, uciekaby. Uciekaby, jakby ci cigay piekielne bestie. Uciec? Nie bya w stanie ruszy si nawet o centymetr. - Nie przesadzasz z tym dramatyzmem, Jack? - A przesadzam? - Pochyli si bliej. Podbrdkiem podrapa jej skro.
26

Dotyk zarostu Jacka sprawi, e znowu poczua dreszcz, a na rkach dostaa gsiej skrki. - Zdaje si, e prosia o pocaunek, Butch - szepn jej do ucha i cofn si, by spojrze na jej usta. Oddech utkn jej w gardle, kiedy dostrzega czerwonawy bysk w jego oczach. To nie mogo by normalne. Rozlego si pukanie do drzwi. - lub si zaczyna! - zawoa Robby. Jack puci j i odsun si troch. - Musz i. - Podszed do krzesa i podnis jej torb. Kiedy znw odwrci si przodem do Lary, jego oczy miay zwyky zotobrzowy kolor. - Ty te powinna i. - Poda jej torb. Szybko zaadowaa pistolet, sprawdzia bezpiecznik i zapia bro w kaburze. Gdy starannie chowaa j na dnie torby, przygnit j ciar poraki. Okazaa si fataln policjantk. Nie umiaa przesucha wiadka. Odnalaza Jacka, ale wci prawie nic o nim nie wiedziaa. Dobrze si ubiera. By boski. Wygldao na to, e ma co za ze swoim rodzicom, ale kt nie mia? I potrafi sprawi, e ludzie zapominali. - Dlaczego nie zrobie tego mnie? Dlaczego zmusie do zapomnienia wszystkich, tylko nie mnie? Spojrza na ni smutno. - Prbowaem, bellissima. Jeste na mnie odporna. Przycisna torb do piersi. - Nie cakiem. - Wanie si przyzna, e doprowadzi do masowej amnezji. Zadraa. Czy by jakim medium? Albo kim jeszcze gorszym? I jak mg j tak pociga? - Przyjmiesz to? - Wycign wizytwk z wewntrznej kieszeni marynarki. - Tu jest numer mojej komrki. Chcia j jeszcze zobaczy? Serce podskoczyo jej w piersi. Wzia wizytwk i obejrzaa. Giacomo di Venezia. Czy nazywa si Wenecja, czy pochodzi z Wenecji? Pod nazwiskiem widniaa nazwa MacKay, Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne". - Chc, eby do mnie zadzwonia, gdyby kiedykolwiek miaa kopoty. Spojrzaa mu w oczy. - Tylko kiedy bd miaa kopoty? Popatrzy na ni, marszczc brwi. - Szczeglnie kiedy bdziesz miaa kopoty. Martwi si o twoje bezpieczestwo. Wrzucia wizytwk do torby. - Teraz mwisz jak mj ojciec. - Ruszya do drzwi. Otworzy je dla niej. - Ja mwi powanie, Boucher. Ten wiat jest niebezpieczny. Bardziej niebezpieczny ni ci si wydaje. Spojrzaa na niego ze zoci. - Nie jestem niekompetentna, Jack. To, e ty zdoae mnie rozbroi, nie znaczy jeszcze, e ktokolwiek inny moe to zrobi.
27

- Signorina, to ty rozbroia mnie. Gono przekna lin. Czy naprawd robia na nim wraenie? Czy mwi to wszystko tylko po to, by nieustannie wytrca j z rwnowagi? Wysza do przedsionka i zatrzymaa si na widok panny modej. Bya to liczna moda kobieta z dugimi, jasnymi wosami, czciowo przesonitymi biaym p-przejrzystym welonem. W doni trzymaa wielki bukiet biaych lilii i r. Jej oczy byszczay z podniecenia, kiedy spojrzaa w ich stron z promiennym umiechem. Zacz si Marsz weselny, wic ruszya rodkiem nawy. Tren eleganckiej biaej sukni muska podog za ni. - Rany - szepna Lara. - Jaka pikna panna moda. Dosownie promieniaa radoci. Jack pooy do na piersi i si umiechn. - Amore. Sprawia, e ludzie promieniej. - Wierzysz w prawdziw mio? I w yli dugo i szczliwie"? Jego umiech znikn. - Dugie ycie moe by baaardzo dugie. A czy szczliwe... Dla mnie nie byo. - Poprowadzi j do bocznych drzwi. Co spotkao Jacka? Do licha, ale chciaa wiedzie wicej. Chciaa wiedzie o nim wszystko. Obejrzaa si. - Zostawiam prezent w tym skadziku. Dasz go pannie modej? - Tak. - Przytrzyma jej drzwi. - A zadzwonisz do mnie, jeli bdziesz miaa kopoty? - Moe. - Spojrzaa na niego i ich oczy si spotkay. Jej serce stano, jakby czas si zatrzyma. I w cigu tych kilku sekund, ktre trway jakby poza czasem, zrozumiaa, e na pewno do niego zadzwoni. I e nie potrafi mu si oprze. Byo w nim co, co budzio jej zmysy, co wywoywao bolesne pragnienie. Ale jak moga ufa czowiekowi, ktry potrafi manipulowa ludzkimi umysami? Czy naprawd j pociga, czy tylko j zwodzi? Dotkn jej wosw. - Uwaaj na siebie, Butch. Serce cisno jej si w piersi. - Mam na imi Lara. - Zbiega po schodach, ale nocny wietrzyk ponis za ni jego szept: - Lara Boucher. Wiedziaem, e bdzie brzmiao piknie.

28

Rozdzia 4
J ack skrzywi si, syszc mrocy krew w yach wrzask. Jak to moliwe, by tak maleka istota ludzka bya tak gona? I tak przeraajca? - Chyba jej si nie spodobaem. - Szybko odda noworodka ojcu. Roman Draganesti si rozemia. - Trzymae j jak miecz podczas pasowania. - Przytuli malek creczk do piersi i zacz j buja w gr i w d. Jack odsun si, przeraony, e z ust maej wydobdzie si co wicej ni wrzask. - Nie zrobi jej si niedobrze od takiego podrzucania? - To j uspokaja. - Shanna Draganesti umiechna si do nich ze znueniem ze szpitalnego ka w Romatechu Industries. - To jej przypomina, jak si czua we mnie. - liczna dziewuszka. - Angus MacKay przyglda si z podziwem dziewczynce. - Zapewne bdzie potrzebowa ojca chrzestnego? Jego ona Emma si rozemiaa. - Bardzo subtelne. - Przysiada na ku koo Shan-ny. - Jak si czujesz, kochana? - Wszystko dobrze - odpara Shanna. - Ale jestem za, e nie byam na lubie. - Ja byem! - Jej dwuletni syn Constantine usiad w nogach ka. - Niosem obrczki. - I wietnie si spisae - pochwali go Jack, po czym zwrci si do Romana: - Jak nazwalicie crk? - Sofia. - Roman buja si lekko, bo maa zasna w jego ramionach. - Po mojej matce. - liczne imi dla licznej dziewczynki - powiedziaa Emma. Jack taktownie milcza. Jemu noworodek wydawa si zbyt kruchy i zbyt przeraajcy. Ale te nigdy dotd nie mia do czynienia z malekimi dziemi. Po ceremonii lubnej odbyo si krtkie przyjcie w kociele, na uytek miertelnych przyjaci i rodziny panny modej. Potem przyjcie przenioso si do sali bankietowej w Romatechu Industries, gdzie wampiry mogy by sob i wznie toast na cze nowoecw bubbly blood, mieszank syntetycznej krwi i szampana. Jack pogratulowa anowi i jego onie, a potem poszed do kliniki w Romatechu, gdzie Shanna Draganesti urodzia swoje drugie dziecko. Wci nie mg wyj z podziwu, ile zmian zaszo ostatnio w wampirycznym wiecie. Wszyscy jego przyjaciele kawalerowie nagle poddali si czarowi mioci. Roman i Shanna wygldali na zadowolonych z
29

ycia. Jego szef Angus MacKay by nieprzytomnie szczliwy z on Emm. Jean-Luc znalaz swoj Heather, a teraz an oeni si z Toni. Mona by pomyle, e kto dosypa czego do wody, ale przecie wampiry nie pijay wody. Odywiay si syntetyczn krwi, wynalezion przez Romana w 1987 roku. Tylko ich wrogowie, Malkontenci, wci poywiali si krwi miertelnikw, czsto zabijajc ich przy okazji. Roman pooy pic creczk w eczku koo szpitalnego ka. - Czy nie jest pikna? - szepna Shanna. - Ma ciemne woski po tatusiu. Roman otuli dziecko rowym kocykiem. - Przykro mi, e nie byo mnie, kiedy przysza na wiat. Chciaem wzi specyfik, eby nie spa w dzie. - A ja si nie zgodziam. - Shanna umiechna si do ma. - Stracie tylko p dnia moich jkw i przeklestw pod adresem facetw. A kiedy ja skoczyam wrzeszcze, Sofia przeja paeczk. - Zobacz, co potrafi zrobi. - Constantine pocign Jacka za marynark. Jack spojrza w d w sam por, by zobaczy, jak syn Romana znika. - Ta-da! - Tino pojawi si w drugim kocu pokoju. - Santo cielo, to niesamowite! - Jack sysza ju, e Constantine potrafi si teleportowa, ale pomyla, e chopiec te potrzebuje troch uwagi po narodzinach siostry. A poza tym, to naprawd niesamowite. Tino by chyba jedynym miertelnikiem na Ziemi, ktry posiada zdolno teleportacji. - Tylko pamitaj, eby nie robi tego jutro, kiedy odwiedz nas dziadek i babcia - przestrzeg syna Roman. - Wiem. - Tino zwiesi gow. - Dziadek mnie nie bdzie lubi, kiedy si dowie, e jestem inny. - Dziadek ci kocha - powiedziaa z naciskiem Shanna. - Wszyscy ci kochamy. Dziadek ma tylko problem ze... zrozumieniem. To byo grube niedopowiedzenie. Jack uwaa ojca Shanny za nieobliczalne zagroenie. Jako szef jednostki CIA o nazwie Trumna", Sean Whelan z pocztku chcia pozabija wszystkich nieumarych. Teraz, kiedy jego crka bya on i matk dzieci mistrza wampirw pijcych syntetyczn krew, Sean, cho niechtnie, da im spokj i skupi si na tropieniu Malkontentw. Jack poklepa chopca po plecach. - Ja myl, e dziadek byby po prostu zazdrosny. Potrafisz robi tyle wspaniaych rzeczy, ktrych on nie potrafi. Niebieskie oczy Tina pojaniay. - Naprawd? - Odwrci si do swojego ojca chrzestnego. - Wujku Angusie, kiedy bd mg dosta miecz? Powiedziae, e mi go dasz. - Och, cudownie - mrukna Shanna i pada na poduszki.
30

Emma si rozemiaa. - Nie pozwolimy, eby sobie zrobi krzywd. Angus porwa chopca na rce. - Zanim zacznie si macha mieczem, najpierw trzeba umie go podnie. Constantine oplt jego szyj rkami. - Jestem godny. - Na przyjciu jest co do jedzenia. Chcesz ze mn pj? - spyta Angus. - Oj, tak! - Constantine zacz si wierci w ramionach ojca chrzestnego. - Chc zobaczy Toni! - Dobrze. - Angus ruszy do drzwi. - Przyprowadz go z powrotem za jaki czas. - Dziki - odpara Shanna. - I prosz, popro lana i Toni, eby do mnie wpadli, zanim wyjad. Tak mi byo przykro, e przegapiam ich lub. - Opowiem ci, jak byo - powiedziaa Emma. - Scusate6. - Jack ukoni si paniom, skin gow Romanowi i poszed za Angusem do drzwi. - Jeszcze raz przemylaem twoj propozycj - powiedzia swojemu szefowi, kiedy szli korytarzem. Chtnie zastpi lana. - Poniewa an wyjeda w trzymiesiczn podr polubn z Toni, stanowisko szefa ochrony w Romatechu Industries chwilowo byo wolne. - Doskonale. - Angus postawi wierccego si Tina na pododze i pozwoli mu pobiec przodem. - Ale ciekaw jestem, dlaczego zmienie zdanie. Wczoraj na przyjciu powiedziae, e chcesz jak najszybciej wraca do Europy i szuka Casimira. Jack wzruszy ramionami. - Nasze tropy s martwe. Dosownie. - Ostatnio widywano Casimira w Europie Wschodniej, chocia wampiry nigdy nie zdoay ustali dokadnego miejsca jego pobytu. Ilekro ktry z ludzi Casimira robi si rozmowny, gin. aden nie przey wicej ni kilka nocy. - Nie jestemy dzi ani troch bliej zapania Casimira ni dwa lata temu. - Tak, to bardzo frustrujce. Cholernie frustrujce. Jack mia powane wtpliwoci, czy kiedykolwiek uda im si zapa przywdc Malkontentw, skoro ten mg si teleportowa, ilekro si do niego zbliyli. - Przemylaem to, co powiedziae, i masz racj. Rosyjsko-amerykaski klan bdzie szuka zemsty. Jack pomg anowi i Toni pokona miejscowych rosyjskich Malkontentw, kiedy przejli studio telewizyjne Digital Vampire Network. To byo pi miesicy temu, tu przed witami. - Skoro braem udzia w incydencie w DVN, powinienem by tu i poczeka na reperkusje. Angus skin gow.
6

Scusate (wl.) - wybaczcie.

31

- Wiedziae, e oni nazywaj bitw w DVN masakr? - Nie dziwi mnie to. - Jack usysza muzyk; zbliyli si ju do sali bankietowej. Zesp gra walca. Jaka szkoda, e nie mg tu zaprosi Lary Boucher. Jak cudownie byoby trzyma j w ramionach i wirowa po parkiecie a do zawrotw gowy, a obojgu brakoby tchu. Wtedy objby j mocniej, a jej piersi... - Zoltan powiedzia, e zabie tamtej nocy szeciu Malkontentw - cign Angus. Jack zmarszczy brwi, kiedy uroczy obraz Lary w jego mylach zadra i znikn. - Zoltan za duo gada. Przestaem liczy zabitych ju wiele lat temu. Jaki to ma sens? Angus prychn. - A taki, e kady zabity Malkontent to jeden z niezliczonych uratowanych miertelnikw, ktrzy byliby ich ofiarami. - Ach, no tak. - Jack umiechn si cierpko. - Stoj po susznej stronie. - Wtpi, by Lara Boucher w to uwierzya. W jego przeszoci byy dwie miertelne kobiety, i one nie uwierzyy. Angus poklepa go po plecach. - Dobry z ciebie chopak. Ciesz si, e postanowie zosta w Nowym Jorku, ale zastanawiam si, czy twoja decyzja ma co wsplnego z adn miertelniczk, ktra wpada na lub lana. Robby mwi, e ma na imi Susie, zdaje si? - Robby ma za dugi jzyk. - Robby susznie zrobi, e zgosi mi potencjalne zagroenie. Przysza na lub, bo szukaa ciebie i miaa przy sobie bro. Czy miaa wobec ciebie wrogie zamiary? Jack jkn w duchu. Powinien wiedzie, e Robby sprawdzi torb, zanim mu j odda. - Nie martw si o to. Poradz sobie z ni. - Skd j znasz? - Jest policjantk. - Niech to diabli porw - mrukn Angus. - Jak duo wie? - Nic nie wie. Ona i jej partner zostali wezwani do hotelu, kiedy nasza impreza zrobia si troch za gona. - Jack spojrza kwano na swojego szefa. - Zostawilicie mi cay baagan do posprztania. Chwaa Bogu, e Phineas wrci z Vampy Maids. - Przywrcie pokj do porzdku? - Kiedy Jack skin gow, Angus pyta dalej: -1 postpowae zgodnie ze standardow procedur? - Tak. Zatarem wszelkie lady i wspomnienia, e tam bylimy. W hotelowych papierach nie ma nic na nasz temat. Ratownicy z pogotowia, ktrzy przyjechali po Laszla, nic nie pamitaj. Nawet dyspozytor, ktry wezwa policj na miejsce, nic o tym nie wie. Angus zatrzyma si przed otwartymi drzwiami sali bankietowej.
32

- Dlaczego po Laszla przyjechao pogotowie? Jack si skrzywi. Teraz to on mia za dugi jzyk. - Ona ich wezwaa. - Ta Susie? - Ma na imi Lara. - Jack nie zdradzi jej nazwiska. Jakby mia wyczno na informacje o niej. Chcia sam dowiedzie si czego wicej o uroczej policjantce. - Patrzcie! - Constantine wskaza kogo w gbi sali. - Tam jest Bethany z mam. Mog do nich i? Angus spojrza na mierteln on i pasierbic Jeana--Luca. - Jasne, chopcze. - Kiedy malec pobieg do nich, Angus odwrci si do Jacka. - Laszlo powiedzia, e nie dao si jej kontrolowa nasz telepatyczn moc. - Laszlo ma za dugi jzyk. Angus zmruy zielone oczy. - A wic to prawda? Nie zdoae zatrze jej wspomnie? Jack przestpi z nogi na nog. - Nie. Jakim cudem jest odporna. - Jest zagroeniem... Nie. Poradz sobie z ni. Sytuacja jest pod kontrol. Angus zapatrzy si na pary, wirujce w walcu po parkiecie. - Jak zdoaa ci wyledzi? - an zostawi claymory w hotelu, wic domylia si, e pan mody jest Szkotem - zacz Jack. - I chodzia na luby szkockich panw modych, a znalaza ciebie? - Angus znw spojrza na Jacka. - Tak. - Jack zachowa neutralny wyraz twarzy, zdajc sobie spraw, e szef uwanie go obserwuje. - To znaczy, e jest bystra. Robby powiedzia, e jest do adna. Jack parskn, po czym znw zrobi obojtn min. Angus unis brew. - Nic nie powiesz? Jack posa mu zirytowane spojrzenie. - Znam ci od prawie dwustu lat, Angus. Prbujesz mnie podpuci. Usta Angusa drgny. - Skoro tak... Robby powiedzia, e jest naprawd liczna. Jack poczu dziwn dum z Lary. - To prawda. Angus opar si o futryn i zaoy rce na piersi.
33

- Zorientowaa si, e wszystkie lady po wieczorze kawalerskim zostay zatarte? - Tak. - A jako inteligentna dziewczyna z pewnoci ma wiele pyta. - Angus zmarszczy brwi. - Rozkazabym ci, eby si z ni wicej nie widywa, ale obawiam si, e nie usuchaby mnie. Nie chc ci zwalnia. Jeste zbyt cenny dla firmy. Jack milcza. - Sugeruj wic tylko, eby si z ni wicej nie spotyka - cign Angus. - Cokolwiek by si dziao, nie mw jej o nas. To rozkaz. Jack skin gow. - Rozumiem. - Absolutnie nie mg powiedzie Larze o wampirach. Popeni ten bd ju dwa razy w przeszoci: powiedzia o tym, e jest wampirem swojej kochance w 1855 roku, i kolejnej, w 1932. Obie zareagoway tak fatalnie, e musia wymaza ich wspomnienia. Kobiety yy dalej wasnym yciem, beztrosko niewiadome jego istnienia i blu serca, jakiego dowiadczy po ich stracie. Z Lar byoby jeszcze gorzej. Nie potrafi wykasowa jej pamici. Wyznanie jej prawdy mogoby si okaza powanym krokiem, ktrego nie daoby si ju cofn. Nie tylko by j utraci, ale pozostaaby zagroeniem. Angus pooy mu do na ramieniu. - Bd ostrony, chopcze. Bd bardzo ostrony. -Wszed do sali bankietowej. Gdyby Lara dowiedziaa si prawdy, byoby to zagroeniem dla jego ycia i ycia wszystkich jego wampirycznych przyjaci. Dopiero teraz w dylemat sta si dla niego bolenie jasny, w caej swojej rozcigoci. Nie ufa Larze wystarczajco, by wprowadzi j w wiat wampirw. A ona nigdy mu nie zaufa, jeli on nie powie jej prawdy. Sytuacja bez rozwizania. Powinien posucha rady Angusa i nigdy wicej si z ni nie spotka. Cichy gosik w jego duszy szepn: nie. I powtarza to sowo coraz goniej i goniej, a zacz krzycze. Merda. Gdyby zadzwonia do niego, gdyby go potrzebowaa, przybiegby do niej w sekund. W cigu nastpnego tygodnia Jack zapoznawa si ze swoimi nowymi obowizkami szefa ochrony w Romatechu Industries. Praca nie bya trudna. Szczerze mwic, przypominaa raczej wakacje po dwch latach uganiania si za Casimirem po Europie Wschodniej. Zjawi si w Nowym Jorku na pocztku maja, na doroczn wiosenn konferencj i uroczysty bal. Potem, poniewa lub lana mia odby si za tydzie, logiczne wydawao si pozostanie tutaj. Teraz, kiedy zastpowa lana, mia tu pozosta przez kolejne trzy miesice.
34

Romatech w cigu dnia ttnio yciem: dwustu miertelnych pracownikw wytwarzao syntetyczn krew, ktr wysyano do szpitali i bankw krwi. W nocy przychodzio mniej wicej pidziesit osb wampirycznego personelu. Gar z nich, midzy innymi Laszlo, byli to byskotliwi naukowcy, asystenci Romana. Pozostali, ju nie tak byskotliwi, pakowali i wysyali syntetyczn krew oraz produkty linii Fusion do wampirw na caym wiecie. Zadaniem Jacka byo chronienie ich przed Malkonlentami, dla ktrych Romatech stao si gwnym celem lilakw terrorystycznych. Jack mia do pomocy Phineasa McKinneya. Dougal Kincaid, ktry stacjonowa w Romatechu przez pi lat, /osta oddelegowany do Europy, by pomaga Angusowi w poszukiwaniach Casimira. Pod rk by te Connor Buchanan, ktry mg suy Jackowi rad. Jako osobisty ochroniarz Romana i rodziny Draganesti czsto bywa w Romatechu. Kiedy Phineas robi obchd, Jack zostawa sam w biurze ochrony i jego myli nieodmiennie bdziy wok Lary Boucher. Nie zadzwonia; mia nadziej, e oznacza to, i jest bezpieczna. Kusio go, by do niej zadzwoni, ale dzielnie si opiera. Natomiast zaspokaja swoj ciekawo, szukajc informacji o niej w Internecie. Wiedzia, gdzie mieszka. Wiedzia, e jej baz jest komisariat Midtown North. Ale im wicej dowiadywa si o jej przeszoci, tym bardziej by skoowany. Nie mg jej rozgry. Pochodzia z miasteczka w pnocnej Luizjanie, gdzie jej ojciec by burmistrzem, a matka zasiadaa w zarzdzie miejscowego country clubu. Lara moga tam wie ycie jak w bajce, wic dlaczego przeniosa si do Nowego Jorku? W wieku siedemnastu at zdobya tytu Miss Luizjany Nastolatek. Dlaczego zrezygnowaa z wygodnego ycia, by zosta policjantk? Trzeciej nocy poszukiwa natrafi na artyku z gazety sprzed szeciu lat. Bya Miss Luizjany Nastolatek ledwie uchodzi z yciem z wypadku samochodowego". Serce cisno mu si w piersi. Santo cielo. Zdjcie ukazywao zmiadony samochd, lecy do gry nogami. Lara bya w tym czym? Przejrza artyku. Oddzia intensywnej terapii. Stan zagraajcy yciu". Merda. Jaki bl, jaki koszmar przeya ta dziewczyna? Sign po telefon, by do niej zadzwoni. Nie. Baga j, eby zostawia go w spokoju, i zrobia to. Zamkn okno wyszukiwarki i zacz chodzi po biurze. Powinien jej unika, tak jak powiedzia Angus. Ze spotka z ni nie mogo wynikn nic dobrego. Musi si po prostu cieszy, e dosza do siebie po tym wypadku. I e jest caa i zdrowa. I codziennie ryzykuje ycie na ulicach. Wycign komrk z kieszeni. Moga dzwoni w cigu dnia, podczas jego miertelnego snu. Nie byo adnych wiadomoci. Wprowadzi do pamici telefonu jej numer do pracy i do domu. Tak na wszelki wypadek. Dziewi krgw pieka. Ale by gupcem. Mino siedem nocy, a on wci mia ochot si z ni zobaczy. Niemal chcia, eby wpada w jakie kopoty.
35

Byo tu po jedenastej w niedziel wieczorem, kiedy Lara i jej partner stanli pod drzwiami mieszkania na czwartym pitrze w apartamentowcu z widokiem na Hudson River Park. Niejaka Kelsey Trent zadzwonia pod 911, proszc o pomoc, a potem nagle si rozczya. Lara syszaa krzyki dobiegajce z mieszkania. Mczyzna i kobieta. Harvey zapuka w pomalowane na zielono drzwi. - Nowojorska policja! Lara czekaa jakie trzy kroki od Harveya, z wycignit broni, na wypadek gdyby jej partner zosta zaatakowany. Drzwi otworzyy si gwatownie. - Czego chcecie, do diaba? - W progu sta mczyzna w rednim wieku, ubrany w kraciaste spodnie od piamy i granatow koszulk. Zmruy oczy na widok mundurw. - Musielicie pomyli adres. Tu si nic nie dzieje. - Pan Trent? - zapyta Harvey. - By moe. Czego chcecie? Mczyzna cuchn alkoholem, a Lara zauwaya zakrwawione kostki jego prawej doni. - Dostalimy zgoszenie - powiedzia Harvey. - Moemy wej? - Zgoszenie? - Pan Trent spojrza na nich, zdezorientowany, a potem otworzy szerzej oczy, gdy zrozumia. - Spojrza przez rami. - Ty gupia suko, zadzwonia na policj? Lara usyszaa kobiecy jk z gbi mieszkania. Podniosa gos. - Pani Trent, czy potrzebuje pani pomocy medycznej? - Nic jej nie jest - upiera si pan Trent. Lara wysuna podbrdek. - Nie odejdziemy std, panie Trent, dopki nie ocenimy stanu paskiej ony. - A to zadziorna cizia - rzuci szyderczo pan Trent. -No to wchod, skarbie, i oceniaj. A potem zabieraj std dupci. Harvey wszed do przedpokoju i zgrabnie wymanewrowa pijanego mczyzn na bok, eby Lara moga przej. - Moe mi pan powiedzie, co si stao? Pan Trent przygadzi rk przerzedzone wosy. - Kelsey polizgna si pod prysznicem. I tyle. Lara szybko obrzucia wzrokiem przedpokj. Orientalny chodnik lea w korytarzu, na pododze z byszczcego drewna. Pod cian sta stolik z mosin lamp, ktra owietlaa wski korytarz. ukowate
36

przejcia prowadziy do pokojw - po jednej stronie do salonu, po drugiej do jadalni. W gbi przedpokoju byy zamknite drzwi i awa z poduszk. Na awie siedziaa kobieta. Kelsey Trent, jak zakadaa Lara. Jej brzoskwiniowy, jedwabny szlafrok pasowa kolorem do kapci. Zoya rce na kolanach i siedziaa pochylona do przodu, opierajc czoo o przedramiona. - Syszelimy pana podniesiony gos. By pan rozgniewany - powiedzia Harvey pijanemu mowi. - Krzyczaem na Kelsey, e jest tak niezdar - burkn pan Trent. - Bo bardzo si o ni troszcz, rozumiecie. Lara schowaa pistolet do kabury i usiada na awie obok ony. - Pani Trent, dobrze si pani czuje? Kobieta uniosa gow. Jej lewe oko byo opuchnite i sine, warga rozcita. Spojrzaa niepewnie na ma. - U... upadam pod prysznicem. - Widzicie? - zatriumfowa pan Trent. - Przecie wam mwiem. - Chodmy do kuchni, przyoymy pani zimny okad. - Lara pomoga kobiecie wsta i posaa Harveyowi znaczce spojrzenie. Wiedziaa, e Harvey zrozumie. Wyrazi wspczucie mowi i postara si wycign z niego zeznanie o pobiciu. Mogli dziaa od razu i zatrzyma pana Trenta na podstawie podejrze, ale przyznanie si uatwioby postawienie go przed sdem. - Kuchnia jest tutaj. - Kelsey Trent otworzya drzwi i wprowadzia Lar do jasno owietlonego pomieszczenia. Lara wzia ciereczk do naczy z granitowego blatu i otworzya drzwi lodwki. - Ma pani jeszcze jakie inne urazy? - Nie, nic mi nie jest. - Kelsey usiada przy stole. - Po prostu polizgnam si i upadam. Lara pooya gar kostek lodu na rodku cierki. - Porozmawiajmy szczerze, okej? Gdyby pani przewrcia si pod prysznicem, nie uderzyaby si pani tylko w twarz. Ramiona Kelsey opady. Lara zoya cierk, owijajc ni ld. W drodze do stou zauwaya w zlewie pust butelk po wdce. Kelsey, wezwaa nas pani na pomoc. Nie moemy pomc, jeli nie powie pani prawdy. Ja... ja nie powinnam zoci si na niego, e tyle pije. Lara podaa jej okad. - To nie jest pani wina. Ile razy pani pobi? Kelsey przyoya ld do wargi. - To dopiero drugi... nie, trzeci raz.
37

- Ju jeden raz to za wiele. - Lara usiada przy niej. _ Musi pani powstrzyma t agresj. Wnie zarzuty. - Nie! Charlie by si wciek. Byoby jeszcze gorzej. - Nie, byoby lepiej. Bo siedziaby w wizieniu. Posiniaczon twarz Kelsey wykrzywio przeraenie. - Ale co ja bym bez niego zrobia? Nie wiem, ya? Lara stumia w sobie narastajc frustracj. - Prosz posucha, on nie przestanie pani uywa jako worka treningowego. Prawd mwic, moe pani liczy na to, e bdzie coraz bardziej gwatowny. Kelsey zerkna na otwarte drzwi. - Co ten policjant mu robi? Chyba go nie aresztuje, co? - Na razie tylko rozmawiaj... - Lepiej, eby nie rozzoci Charliego - cigna Kelsey, coraz bardziej wystraszona. - Charlie ma bro w salo... - Co? - Lara wstaa. - Prosz tu zosta. Rozpia kabur, wygldajc do przedpokoju. Nie zobaczya ani Harveya, ani Charliego Trenta. Musieli przej do salonu. - Harvey? Mog ci na chwil prosi? - powiedziaa podniesionym gosem. - Co wy robicie?! - krzykna Kelsey. - Nie strzelajcie do mojego Charliego! - Cicho - sykna Lara. Usyszaa mskie krzyki. _ Harvey! Nagle rozleg si strza. - Syszelimy pana podniesiony gos. By pan rozgniewany - powiedzia Harvey pijanemu mowi. - Krzyczaem na Kelsey, e jest tak niezdar - burkn pan Trent. - Bo bardzo si o ni troszcz, rozumiecie. Lara schowaa pistolet do kabury i usiada na awie obok ony. - Pani Trent, dobrze si pani czuje? Kobieta uniosa gow. Jej lewe oko byo opuchnite i sine, warga rozcita. Spojrzaa niepewnie na ma. - U... upadam pod prysznicem. - Widzicie? - zatriumfowa pan Trent. - Przecie wam mwiem. - Chodmy do kuchni, przyoymy pani zimny okad. - Lara pomoga kobiecie wsta i posaa Harveyowi znaczce spojrzenie. Wiedziaa, e Harvey zrozumie. Wyrazi wspczucie mowi i postara si wycign z niego zeznanie o pobiciu. Mogli dziaa od razu i zatrzyma pana Trenta na podstawie podejrze, ale przyznanie si uatwioby postawienie go przed sdem.
38

- Kuchnia jest tutaj. - Kelsey Trent otworzya drzwi i wprowadzia Lar do jasno owietlonego pomieszczenia. Lara wzia ciereczk do naczy z granitowego blatu i otworzya drzwi lodwki. - Ma pani jeszcze jakie inne urazy? - Nie, nic mi nie jest. - Kelsey usiada przy stole. - Po prostu polizgnam si i upadam. Lara pooya gar kostek lodu na rodku cierki. - Porozmawiajmy szczerze, okej? Gdyby pani przewrcia si pod prysznicem, nie uderzyaby si pani tylko w twarz. Ramiona Kelsey opady. Lara zoya cierk, owijajc ni ld. W drodze do stou zauwaya w zlewie pust butelk po wdce. - Kelsey, wezwaa nas pani na pomoc. Nie moemy pomc, jeli nie powie pani prawdy. - Ja... ja nie powinnam zoci si na niego, e tyle pije. Lara podaa jej okad. - To nie jest pani wina. Ile razy pani pobi? Kelsey przyoya ld do wargi. - To dopiero drugi... nie, trzeci raz. - Ju jeden raz to za wiele. - Lara usiada przy niej. -Musi pani powstrzyma t agresj. Wnie zarzuty. - Nie! Charlie by si wciek. Byoby jeszcze gorzej. - Nie, byoby lepiej. Bo siedziaby w wizieniu. Posiniaczon twarz Kelsey wykrzywio przeraenie. - Ale co ja bym bez niego zrobia? Nie wiem, ya? Lara stumia w sobie narastajc frustracj. - Prosz posucha, on nie przestanie pani uywa jako worka treningowego. Prawd mwic, moe pani liczy na to, e bdzie coraz bardziej gwatowny. Kelsey zerkna na otwarte drzwi. - Co ten policjant mu robi? Chyba go nie aresztuje, co? - Na razie tylko rozmawiaj... - Lepiej, eby nie rozzoci Charliego - cigna Kelsey, coraz bardziej wystraszona. - Charlie ma bro w salo... - Co? - Lara wstaa. - Prosz tu zosta. Rozpia kabur, wygldajc do przedpokoju. Nie zobaczya ani Harveya, ani Charliego Trenta. Musieli przej do salonu. - Harvey? Mog ci na chwil prosi? - powiedziaa podniesionym gosem. - Co wy robicie?! - krzykna Kelsey. - Nie strzelajcie do mojego Charliego! - Cicho - sykna Lara. Usyszaa mskie krzyki. -Harvey! Nagle rozleg si strza.
39

Kelsey wrzasna. Serce Lary podskoczyo w piersi. Wycigna pistolet. - Harvey, odpowiedz mi! - Niech to szlag! - rykn Charlie z salonu. - Ty gupia suko! Nic by si nie stao, gdyby nie zadzwonia na policj! Lara ledwie moga myle wrd krzyku Charliego i wrzaskw Kelsey. Ogarna j panika, kiedy przed oczami stan jej obraz Harveya umierajcego na pododze w salonie. We si w gar. Harvey potrzebuje, eby zachowaa spokj. Przerabiaa w akademii niezliczone symulacje takich okolicznoci, ale i tak nie bya przygotowana na najzwyklejsze przeraenie w obliczu groby mierci prawdziwych ludzi. Wcisna guzik nadajnika na ramieniu. - Strzay z broni palnej. Ranny funkcjonariusz. Prosz o karetk i natychmiastowe wsparcie. - Dziesi cztery. Wsparcie w drodze - odpowiedzia dyspozytor. Mimo wszystko musi poczeka przynajmniej pi minut, zanim zjawi si kawaleria. Puls omota Larze w uszach, kiedy zaja pozycj za futryn i odbezpieczya pistolet. - Charlie Trent! Rzu bro i wyjd do przedpokoju z podniesionymi rkami! - Nie pjd za to do wizienia! - krzykn Charlie. -Jasna cholera! To wina Kelsey. Zapaci mi za to. Zimny dreszcz przebieg Larze po plecach. Charlie zamierza zabra ze sob wszystkich na tamten wiat. Zamkna drzwi do kuchni. Otwarcie ich zajmie Char-liemu kilka sekund, i w cigu tych kilku sekund ona bdzie musiaa strzeli. Rozejrzaa si dookoa i zobaczya jeszcze dwoje drzwi. Pewnie jedne prowadz do jadalni. A jeli Charlie zaatakuje z tej strony? Byy te trzecie drzwi. Podbiega do Kelsey. - Dokd prowadz te drzwi? - To tylne wyjcie. - Prosz std wyj. W tej chwili. Kelsey pokrcia gow, skomlc cicho. - Zabij ci, ty gupia dziwko! - rykn Charlie. -I dzieci te. Dzieci? Serce Lary wpado do odka. Kelsey wybuchna paczem. - Moje dzieci. To by jaki koszmar. Czy Harvey jeszcze yje? Czy Charlie zaatakuje najpierw on, czy dzieci? Boe, nie moga traci czasu na mylenie. Musi dziaa natychmiast. Musi powstrzyma Charliego, zanim ten zabije kogokolwiek. Do diaba. Gdyby tylko miaa jakie inne wyjcie... Jeli kiedykolwiek bdziesz miaa kopoty..." Nie mg si tu zjawi natychmiast. A moe jednak? |ack by taki... inny. - Id do ciebie, Kelsey! - krzykn Charlie.
40

Lara dwigna solidny kuchenny st i z hukiem przewrcia go na bok. Kucna za nim z Kelsey. Drcymi palcami wyja komrk z kieszeni koszuli. Trzy dni temu powiedziaa o Jacku swojej wsplokatorce. LaToya namawiaa j, eby do niego zadzwonia, ale Lara odmwia. Wtedy LaToya zabraa Larze telefon i wprowadzia numer Jacka do szybkiego wybierania, pod jedynk. Co miaa do stracenia? Lara wcisna 1, a potem pooya telefon na pododze i przygotowaa bro. Cikie kroki Charliego zadudniy w korytarzu. - Pronto7* - rozleg si z komrki gos Jacka. - Jack... Drzwi otworzyy si z hukiem i w kuchni zagrzmiay strzay.

Rozdzia 5
Serce Lary omotao, kiedy kucaa za grubym blatem stou obok Kelsey Trent. Charlie, wchodzc do kuchni, odda kilka strzaw na olep, zapewne po to, eby ona nie zacza strzela do niego. Kula gwizdna jej nad gow i utkna w cianie za nimi. Kelsey wrzasna. Lara z trudnoci oddychaa. Myl, e ma wystawi gow, przeraaa j. Ale musi przecie widzie, eby wycelowa. Z trudem przypomniaa sobie wszystkie instrukcje, ktre wbijano im do gw w akademii. Do diaba. Symulacje byy przeraajce, ale to dziecinna zabawa w porwnaniu z rzeczywist akcj. Strzay ucichy. Teraz albo nigdy. Lara wychylia si za krawd stou i zoya si do strzau. Czas nagle zwolni biegu. Zimny pot zibi jej skr, uszy wypeniao brzczenie. Czua tylko palec wskazujcy prawej rki, zagity na spucie pistoletu, przygotowaa si, by zada mier. Boe, nie. Musi zabi czowieka. Teoretycznie wiedziaa, e to si moe zdarzy, ale naiwnie wierzya, e moe jakim cudem, jeli bdzie wystarczajco ostrona, to si nie zdarzy. Charlie zauway j i wycelowa. Teraz albo nigdy. Powietrze zadrgao przed Lar. - Ki diabe? - Charlie zatoczy si do tyu. On te to zobaczy? Lara, na wp przykucnita, czua,

Pronto? (wt.) - sucham?

41

e dr jej kolana. Wielobarwna plama powietrza przybraa ksztat. Ludzki ksztat. Jack. Zachysna si ze zdumienia. - Boe wity. - Charlie wycelowa w niego. Rozmazany od nadludzkiej prdkoci Jack wytrci pistolet Charliemu i powali go na podog. Lara mrugna, oszoomiona szybkoci Jacka. W milisekundzie, ktrej potrzebowaa, eby otworzy oczy, Jack zdy przygwodzi Charliego do podogi i wykrci mu rce za plecy. Szybki jak byskawica. - Za ze mnie! - Charlie szamota si, ale nie by w stanie zrzuci napastnika. Po pokoju przeleciaa fala zimnego powietrza. Zmruone oczy Jacka paay zotem. - Nie ruszaj si. Bd cicho. Charlie zwiotcza. Kelsey osuna si i opara o st z pustym wyrazem twarzy. Lara zadraa. Jack. Znw robi swoje telepatyczne sztuczki. - Laro, podaj mi kajdanki - zada. Lodowaty chd peza po jej skrze. Boe, w tamtym pokoju hotelowym te byo zimno. Czy Jack to robi? I jak to moliwe, e pojawi si znikd, jak za spraw czarw? Spojrza na ni. - Nic ci nie jest? - Ja... - Zachwiaa si i jej pistolet stukn o nog stou. Spojrzaa na Jacka, skoowana i zdezorientowana t rzeczywistoci, ktra nagle pomkna do przodu, jakby kto wczy szybkie przewijanie. - Schowaj pistolet, Laro - powiedzia cicho Jack. -I daj mi swoje kajdanki. Schowaa bro do kabury, a potem sztywno podesza do Jacka i podaa mu kajdanki. - Chwaa Bogu, e si zjawie. - Nie musiaa strzela. Dziki niemu nie zabia czowieka. Jack by moe ocali j od mierci. J i wszystkich innych w tym domu. Take jej partnera... - Harvey! - Wybiega z kuchni i znalaza go na pododze w salonie. By ledwie przytomny, rk przyciska do przesiknitej krwi koszuli. Zauwaya na stoliku kosz z praniem, peen poskadanych rzeczy, i chwycia co z wierzchu. Rcznik wietnie. Uklka kolo swojego partnera i przycisna rcznik do rany od kuli. - Butch - sapn Harvey. - Bogu dziki. Syszaem strzay. Baem si, e... - Nic mi nie jest. Wszystko mamy pod kontrol. Tylko si trzymaj, okej? Karetka ju jedzie. Harvey si skrzywi. - Byem gupi. Zobaczyem, e ma bro, ale si zawahaem. Ja... ja nigdy nie musiaem do nikogo strzela.
42

- Wiem. - Wzrok Lary zamaza si od ez. - Ja te nie chciaam strzela. - Co za ulga, e Jack zjawi si akurat w tamtej chwili. Ale teraz, kiedy bya dalej od niego, czua, e ta zimna mga rozwiewa si w jej gowie. Zdaa sobie spraw, e Kelsey i jej oszalay m siedz nieruchomo i cicho, bo Jack im to nakaza. Przej cakowit kontrol nad sytuacj i nawet nie pognit sobie swojego drogiego garnituru. Zadraa. Kto potrafi si magicznie pojawia znikd? Porusza szybko jak byskawica? Kontrolowa ludzkie umysy? Na szczcie by po jej stronie. Inaczej mgby si okaza bardzo niebezpiecznym czowiekiem. Znw zaja si Harveyem, widzc, e powieki mu opady. - Harvey? Harvey, trzymaj si. - Jest nieprzytomny. - Jack wszed do pokoju. - Bdzie potrzebowa natychmiastowej transfuzji. - Na moment zamkn oczy i wcign powietrze. - Ma grup zero plus. - Skd to wiesz? - Lara, nie przestajc przyciska rcznika do rany Harveya, obejrzaa Jacka od stp do gw. Wyglda tak zwyczajnie... Jeli niezwyk urod mona uzna za zwyczajn. Uklk przy niej. - Zakadam, e wezwaa wsparcie i karetk? - Kiedy skina gow, mwi dalej. - Tamci dwoje nie bd mnie pamita. Zmieniem ich wspomnienia... - Jak? Jak to zrobie? - To trudno wytumaczy. - Unis rk, kiedy zacza protestowa. - Nie teraz, Laro. Mamy mao czasu, a twoja relacja musi pasowa do ich wspomnie. - Chcesz, ebym kamaa? - Dla tej pary w kuchni to jest prawda. Kiedy ten czowiek postrzeli twojego partnera, przyszed szuka ciebie. Ukrya jego on za stoem, a sama czekaa tu /.a drzwiami. Kiedy wpad do rodka, strzelajc na olep, oguszya go uderzeniem paki w ty gowy. - Oni tak to bd pamita? - Tak. Facet pad nieprzytomny na podog. Skua go, a potem przybiega tutaj, eby pomc koledze. - Ten czowiek nie jest przecie nieprzytomny. - Zaraz bdzie. - Jack wyj z wewntrznej kieszeni marynarki bia chusteczk. - Daj mi pak. - On jest skuty. Zamierzasz go uderzy? - Laro, twoja opowie musi mie sens. Bdzie bardziej wiarygodne, e musiaa oguszy wikszego od siebie mczyzn, zanim go skua. Mia racj, chocia Lara niechtnie to przyznawaa. Na zewntrz zawyy syreny. Przybyway posiki i oby -karetka po Harveya. - Masz. - Wrczya Jackowi pak. - Tylko nie wal za mocno.
43

Jack si umiechn. - Masz zbyt mikkie serce do tej pracy, bellissima. -Umiech znikn. - Ten czowiek prbowa ci zabi. Zasuguje na co wicej ni guza na gowie. Wyszed z pokoju, trzymajc pak przez chusteczk. Lara zastanawiaa si, czy on ma racj: e za bardzo przejmuje si innymi. Ale gdyby si nie przejmowaa, jak mogaby by dobr policjantk? Zesztywniaa, czekajc na odgos. Skrzywia si, gdy usyszaa omot. Charlie nie krzykn, ani nawet nie jkn. Jack zmusi go do zachowania ciszy. Po kilku sekundach byt ju z powrotem i podawa jej pak. Wsuna j za pasek. - Jakim cudem poruszasz si tak szybko? Przeczesa palcami gste czarne wosy. - Teraz nie ma czasu tego wyjania. Ale ona chciaa odpowiedzi wanie teraz, do diaba. Wiedziaa, e reszt nocy zajm jej papierkowa robota i odwiedziny u Harveya w szpitalu. - Okej. Wic jutro. Odwrcia gow, gdy w korytarzu przed drzwiami zadudniy kroki. Brzmiao to, jakby stado soni pdzio jej na pomoc. Niemal wyobraaa sobie Tarzana jadcego na ich grzbietach. Nie, zaraz. Dziko przystojny bohater by ju w pokoju. - Lepiej dla ciebie, eby jutro wyjani mi wszystko. - Odwrcia si z powrotem do Jacka. Nie byo go. - Och, ale to pachnie. - LaToya Lafayette rzucia torb i klucze na stolik przy drzwiach. - Co tam pichcisz, dziewczyno? - Podwdzanego karmazyna. - Lara ostronie przewrcia filety z ryby na patelni. - Super! - LaToya zdja z siebie fioletow bluz z kapturem z logo LSU Tigers i roztrzepaa byszczce czarne sprynki wosw. - Padao przez cay cholerny dzie. - Rozwiesia wilgotn bluz na oparciu fotela w ich malekim salonie. - A co to si stao, e gotujesz? Nie narzekam, bo uwielbiam twoj kuchni, ale zamierzaam zabra ci do miasta, eby uczci twoj akcj. - Nie chc z tego robi wielkiej sprawy. - Ale to jest wielka sprawa. Uratowaa ycie tej kobiecie. I jej dzieciom. No i Harveyowi. - Nie ja uratowaam Harveya. To zasuga lekarzy. - Jeste za skromna, dziewczyno. - LaToya umya rce w kuchennym zlewie. - Na moim komisariacie wszyscy o tobie gadali. Syszaam, e maj urzdzi konferencj prasow, i komendant udzieli ci pochway.
44

- Boe, mam nadziej, e nie. - Lara wrzucia posiekan pietruszk i szczypiorek do miski z tuczonymi ziemniakami. - Wiesz, e wydoj t histori do sucha. Trzy miesice po skoczeniu akademii, i ju uratowaa ca rodzin. Jeste modelowym przykadem skutecznoci ich programw szkoleniowych. - Ale ja nic nie zrobiam! - Lara rozgniota zbek czosnku pask stron noa. - To by Jack. - Ty to wiesz. I ja to wiem. Ale nikt inny nie wie. -LaToya opara si biodrem o blat. - I nie patrz na mnie takim wzrokiem, kiedy trzymasz n. Lara parskna, zdrapujc czosnek do ziemniakw. Po kilku godzinach wypeniania formularzy i odpowiadania na pytania detektyww, ktrzy przejli spraw, i kolejnych dwch, spdzonych w szpitalu u Harveya, Lara przywloka si wreszcie do swojego mieszkania w Brooklynie okoo wp do dziewitej rano. Opowiedziaa ca histori LaToi, zanim przyjacika wysza do pracy w dwudziestym szstym komisariacie. Potem wzia prysznic i pooya si do ka. Ale cho bya wykoczona, nie moga zasn. Strzay i krzyki tuky si po jej gowie, razem z widokiem zakrwawionego Harveya na pododze. I wci zastanawiaa si nad Jackiem. Uznaa, e najlepszym sposobem podzikowania mu za to, e przyszed jej na pomoc, bdzie domowa kolacja w luizjaskim stylu. Zadzwonia do niego, ale nie odebra telefonu. Zostawia mu wiadomo z zaproszeniem na kolacj i wybraa si do spoywczego. Sprbowaa jeszcze raz zadzwoni koo pitej po poudniu. Nie oddzwoni. - Co jest w tej saatce? - LaToya przyjrzaa si drewnianej misce, niosc j na st. - Szpinak, grillowane pomidory i orzeszki piniowe. - Uuu, elegancko. - LaToya obrzucia spojrzeniem ich najlepszy serwis, lniane serwetki i wieczniki. - Zadaa sobie sporo trudu. - Nudzio mi si. - Lara naoya ryb i ziemniaki na dwa talerze. - Kapitan kaza mi wzi par dni urlopu. - Patnego? Ty szczciaro. - LaToya potara zapak i zapalia wiece. - Mimo wszystko to wyglda strasznie... romantycznie. - Jedzmy. - Lara postawia talerze na stole. LaToya zmruya brzowe oczy, zdmuchujc zapak. - Zrobia to dla Jacka, co? Lara westchna i usiada przy stole. Nie byo sensu zaprzecza. - No dobra. Zaprosiam go na kolacj, ale nie od-dzwoni. To nie znaczy, e nie zamierzaam zje z tob. LaToya usiada naprzeciw niej. - Dziewczyno, umiem si zorientowa, kiedy troje to tum. Zostawiabym ci sam z tajemniczym wybawc. Ale powiedziaa, e nie oddzwoni?
45

- Nie. - Lara naoya saatki do miseczek. - A zostawiam mu dwie wiadomoci na poczcie gosowej. - Moe ich nie odsucha. - Nie zadzwoni do niego trzeci raz. Wyszabym na zdesperowan. A nie jestem zdesperowana. Ani troch. -Kamczucha. Bardzo chciaa znw go zobaczy. LaToya skropia swoj saatk octem balsamicznym. - Co za palant. Mam ochot sama do niego zadzwoni i powiedzie mu, co o nim myl. - Nie! LaToya umiechna si drwico i podesza do lodwki. - Mam doskonae remedium na t sytuacj. Wino. |est wielofunkcyjne. Moemy wznie toast za twoje bohaterskie czyny, a przy okazji utopi w nim nasze smutki /. powodu rozczarowujcych facetw. - Chtnie za to wypij. - Lara dubaa widelcem w swojej saatce. Jedzenie wygldao i pachniao przepysznie, ale ona nie miaa apetytu. Do diaba z tym Jackiem. Zupenie go nie rozumiaa. Ryzykowa ycie, eby jej pomc, a teraz nie mg nawet oddzwoni? LaToya przyniosa do stou dwa kieliszki z biaym winem. Siada i uniosa swj. - Toast. Za moj najlepsz przyjacik, prawdziw bohaterk. - Nie jestem bohaterk. Ju wystarczajco mi gupio, e sysz to w pracy. Nie chc sucha tych bzdur od ciebie, skoro znasz prawd. LaToya spojrzaa na ni chmurnie. - Tak, dziewczyno, znam prawd. Gdyby nie ty, cigle byabym kasjerk w sldepie, w jakim miasteczku, o ktrym nikt nigdy nie sysza. Dziki tobie brnam dalej, kiedy wydawao mi si, e nie dam rady. Jeste moj bohaterk. Oczy Lary napeniy si zami. Poznaa LaToy, kiedy wyldoway w jednej szpitalnej sali po jej wypadku samochodowym. LaToya zostaa postrzelona podczas kradziey w caodobowym spoywczym, w ktrym pracowaa. I gdy Lara przed wypadkiem prowadzia wygodne ycie rozpieszczonej creczki, LaToya przez lata walczya o przetrwanie. - Z pocztku mnie nienawidzia. LaToya umiechna si szeroko. - Miaam ci za zepsut biaask. Miss Luizjany Nastolatek, cholera. Lara si skrzywia. - I na pewno mi nie pomogo, kiedy mama przysza mnie odwiedzi w diademie i szarfie. LaToya si rozemiaa. - Twoja mama jest walnita, dziewczyno.

46

- To na pewno. - Matka Lary w wieku pidziesiciu dwch lat wci braa udzia w konkursach piknoci. -Ty te mi pomoga. Samej byoby mi o wiele trudniej si zbuntowa i zrealizowa marzenia. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobia. - Za nas. - LaToya stukna kieliszkiem o kieliszek Lary. - Za dwie najbardziej zajefajne nieopierzone policjantki w wielkim miecie. - Za nas. yjmy dugo i szczliwie. - Lara wypowiedziaa ich ulubiony toast, zapoyczony od Wolkan ze Star Treka. Przez chwil jady w milczeniu i myli Lary wrciy do Jacka. Ten dra zmieni wspomnienia Trentw tak, e w ich zeznaniach wysza na bohaterk. A jej nie pozostao nic innego, jak tylko dopasowa swoje sprawozdanie do ich zezna. - Bd musiaa i do policyjnego psychiatry. - To chyba rutynowa procedura. - LaToya wzia do ust porcj ziemniakw. - Pewnie tak. - Lara bawia si ryb na talerzu. - Ale troch si o to martwi. Bo co bdzie, jeli opowiem doktorowi swoj wersj, a on zorientuje si, e kami? - Nie bdzie tego kwestionowa, skoro twoje sowa potwierdzaj wszystko, co mwili Trentowie. Lara westchna. - Wcale nie czuj si dobrze, kiedy wszyscy maj mnie za bohaterk. - Przesta si ju tym gry. Wanie dlatego chciaymy by policjantkami, pamitasz? Chciaymy apa zoczycw i sprawia, eby ten wiat by lepszy. A poza tym nikt nie uwierzy, e jaki tajemniczy go pojawi si w magiczny sposb i wszystkich uratowa. Lara odoya widelec. - Ty mi nie wierzysz, co? Spojrzenie brzowych oczu LaToi zmiko; wycigna rk i dotkna doni Lary. - Wierz. Widziaam ci w szpitalu, jak walczya, eby od nowa nauczy si czyta i pisa. Byam z tob, Uiedy obie brnymy przez zajcia na uniwerku. I przetrwaam z tob akademi. Wiem, e mnie nie okamiesz, choby prawda wydawaa si wszystkim najdziwaczniejsza. - Dzikuj. - Lara ucisna do przyjaciki i wzita widelec. - Bd musiaa bardzo uwaa podczas rozmowy z psychiatr. Nie chc, eby pomyla, e cigle mam jakie dolegliwoci po urazie mzgu. - Nie masz. To byo sze lat temu. To wszystko ju mino. - Skd masz tak pewno? Nikt oprcz mnie nie pamita, e widzia Jacka. A jeli on jest wytworem mojej wyobrani? - To kto oguszy Trenta? I skd miaaby wizytwk Jacka? Numer telefonu nie jest wymylony.
47

- To prawda. - Wizytwka bya autentyczna. - Widziaa go na lubie lana MacPhie - cigna LaToya. - A ja wiem, e an MacPhie istnieje naprawd. Zadzwoniam do niego, kiedy by w tym portalu randko-wym. - artujesz. - Nie artuj. - LaToya odniosa swj talerz do kuchni. - Telefon odebraa jaka kobieta, a potem an oddzwoni, bardzo pno, koo pnocy. Byam troch wkurzona, szczeglnie kiedy powiedzia, e jest ju zajty, ale mia taki sodki akcent. Lara pokrcia gow. - Nie mog uwierzy, e do niego dzwonia. - A ja nie mog uwierzy, e nie zabraa mnie na ten lub. - LaToya opara pici na biodrach. - Strasznie chciaabym go zobaczy. Jest tak samo przystojny jak na zdjciu? - Waciwie to go nie widziaam. - Czy ty zwariowaa? Ten facet to ciacho! - I jest zajty, pamitasz? LaToya westchna. - Taak, wiem. To jak wyglda ten twj Jack? Jest chocia w poowie tak przystojny jak an? Lara nie bardzo pamitaa, jak wyglda an. Ale to nie miao znaczenia. Nie byo mowy, eby by bardziej przystojny ni Jack. Zaniosa swoje nakrycie do kuchni. - Jack to najbardziej boski facet, jakiego widziaam na oczy. - Serio? - Co prawdopodobnie oznacza, e jednak go sobie wymyliam. - Lara otworzya lodwk. - Co powiesz na deser? Zrobiam ciasto. Boto Missisipi. - Kurde, dziewczyno, niele si postaraa. Lara postawia placek na blacie. - Chciaam, eby Jack odpowiedzia na moje pytania. - Dobre areko, wiato wiec... wyglda mi na to, e chciaa z nim robi co wicej ni tylko rozmawia. Lara posaa przyjacice zirytowane spojrzenie i ukroia dwa kawaki placka. - Po prostu chciaam go wprowadzi w dobry nastrj, eby czu si swobodnie i zdradzi mi wszystkie swoje sekrety. - Jasne. - LaToya wzia widelec i talerzyk z plackiem i ruszya z powrotem do stou. - Tam, skd ja pochodz, Boto Missisipi oznacza: Chc z tob powitu-szy, kotku". Lara parskna i postawia swj talerzyk na stole. Wrcia do kuchni po szklank wody. - Obawiam si, e on mnie unika, bo nie chce zdradzi swoich tajemnic.
48

- Hm. - LaToya zastanowia si chwil z ustami penymi czekolady. - Chcemy by detektywami, nie? Same odkryjemy jego mroczne tajemnice. - Prbuj to zrobi od tygodnia. - Lara napia si wody w drodze do stou. - Jedyne, co wiem na pewno, to e ma zdolnoci parapsychiczne. - Bo majstruje w ludzkich umysach? - Tak. - Lara usiada. - Ale ma te inne moce, ktrych nie potrafi wyjani. Na przykad superszybko. - W takim razie jest superbohaterem. No wiesz, szybszy ni wystrzelona kula. - LaToya wetkna sobie porcj placka do ust. - To jest prawdziwy wiat, nie komiks. Jak normalny lacet moe nagle zosta superbohaterem? Oczy LaToi bysny psotnie. - Moe go trafi piorun, albo wpad do beczki z kwasem - podsuna. Lara si rozemiaa. - Owszem, jest smakowity, ale nie wyglda jak kotlet usmaony na gbokim tuszczu. - To w taki razie musi by kosmit. Std si wziy moce Supermana. Lara zjada troch placka, wyobraajc sobie Jacka w lateksowym kostiumie, z peleryn opoczc na wietrze. Do licha, ale fajnie wyglda. - Nie miaabym w zasadzie nic przeciwko superbo-haterowi, gdyby wyglda jak Jack. Ale to nie wyjania, jakim cudem umie pojawia si i znika, kiedy chce. - To trudne pytanie. - LaToya wpakowaa kolejn porcj deseru do ust, i nagle oczy jej zabysy. - Wiem! Projekcja astralna. - Co? - To znaczy, e on sam jest w jednym miejscu, a jego duch... - Wiem, co to znaczy, ale Jack nie jest duchem. Grzmotn Charliem Trentem o podog i go sku. - Okej. - Lara zmarszczya brwi. - To nie moe by duchem. - Nie. - Lara przypomniaa sobie, jak ocieraa si o niego w kocielnym skadziku. - Jest bardzo solidny. - Dotykaa go? Lara wzruszya ramionami. - W trakcie przesuchania. LaToya parskna. - Ta, jasne. Jedynym wyjanieniem tego jego znikania moe by tylko teleportacja. Jak w Star Treku. - Na to by wygldao, ale teleportacji jeszcze nie wynaleziono. LaToya wycelowaa widelec w Lar i spojrzaa na ni znaczco. - Oni chc, ebymy w to wierzyli.
49

- Mylisz, e NASA czy jaka tajna agencja rzdowa znalaza sposb na teleportacj? - Tak. A ten Jack jest jednym z ich tajnych agentw. - Mao prawdopodobne - wymamrotaa Lara z penymi ustami. - Ju wiem! - Twarz LaToi opromienio podniecenie. - On jest tajnym agentem z przyszoci. - Jasne. Teleportacja i podre w czasie w jednym. To ju o wiele bardziej prawdopodobne. LaToya spojrzaa na ni ze zoci. - Hej, to ma sens. Teraz ludzie nie znaj teleportacji, ale bd j znali w przyszoci. Ipso facto, on jest z przyszoci. - I cofn si w czasie, eby urzdzi wieczr kawalerski w hotelu Plaa. - Dobra, nabijaj si ze mnie, ile chcesz. - LaToya zaniosa swj pusty talerzyk do kuchni. - Ale alternatywa i i si nie spodoba. Skoro ludzie nie potrafi si teleportowa, twj Jack musi by Obcym. - Chyba nie mwisz powanie. LaToya wycelowaa w ni palec. - To ju drugi raz nasz tok mylowy koczy si wnioskiem, e Jack jest kosmit. Przypadek? - Pokiwaa palcem i pokrcia gow. - Nie wydaje mi si. Pisze swoje imi z apostrofem? Na przykad JAck zamiast... Jack? - Dlaczego miaby to robi? Brzmi dokadnie tak samo. - Wszyscy Obcy to robi. To element ich szyfru. Lara parskna. - Mnie si wydawa bardzo ludzki. - Chce, eby mylaa, e jest czowiekiem, ale to wszystko maska. Majstruje w twoim umyle, eby postrzegaa go jako czowieka, chocia tak naprawd jest olizg kreatur z mackami. A potem wszczepi w ciebie swoje kosmiczne dziecko, ktre wydrze si z twojego brzucha... - Do! - Lara odniosa resztk ciasta do kuchni i wyrzucia do mieci. - Wanie straciam apetyt. - Przystawia si do ciebie? Prbowa ci pocaowa? - Waciwie nie. No, poniekd. Ale to ja go o to poprosiam. - Lara zirytowaa si, widzc oburzone spojrzenie LaToi. - Ale nie o to mi chodzio. To bya metoda przesuchania. LaToya zrobia drwic min. - Musiaam przegapi t lekcj w akademii. Ale teraz, jak si tak zastanawiam... Moe naprawd powinna zacz si do niego przystawia. Skoni go, eby si rozebra. - A niby po co? - Chocia ta perspektywa bya do kuszca. - On mnie nie interesuje w tym sensie. LaToya spojrzaa na ni z powtpiewaniem. - Chcesz mi powiedzie, e nigdy nie mylaa o tym, eby go przelecie? Twarz Lary poczerwieniaa.
50

- No dobra. Ale jeli on naprawd jest kosmit, to pewnie nie jestemy biologicznie kompatybilni. - Dobry Boe, masz racj. On moe nawet nie by ssakiem. Moe okaza si gadem z dwoma... sercami. Lara si skrzywia. - Ogldasz za duo science fiction. To, e Jack umie si teleportowa, nie znaczy jeszcze, e jest jakim jaszczurem. Zadzwoni telefon. Lara podskoczya. Czyby Jack wreszcie do niej oddzwania? - To jaszczur - szepna LaToya. - Nie wygupiaj si. Jest czowiekiem, jak ty i ja. -Lara podbiega do telefonu, ale nagle si zawahaa. - Nie, ty odbierz. LaToya uniosa obie rce. - Nie bd gada z adnym Obcym. - On nie jest Obcym. - Telefon znw zadzwoni. -Potrzebuj, eby usysza go kto inny, ebym wiedziaa, e nie zwariowaam. LaToya westchna ciko. - Okej. Zrobi to dla ciebie. - Telefon zadzwoni jeszcze raz, wic chwycia suchawk. - Halo? Tu ziemska siedziba Boucher i Lafayette. Lara jkna. - Chce pan rozmawia z Lar? - spytaa LaToya wysokim, przesodzonym gosem. - Mog spyta, kto dzwoni? Ale oczywicie, Jack, ju j prosz. Chwileczk. - Zakrya suchawk doni. - To gadajcy jaszczur. I powiem ci, kotku, e nie prbuje ci sprzeda ubezpieczenia.

Rozdzia 6
Czasami Jack wolaby nie mie supersuchu. - On nie jest jaszczurem - szepna Lara. - W takim razie to inny rodzaj Obcego - mrukna ta druga kobieta. - I chrzani ci w gowie, eby widziaa go jako czowieka. Pokrci gow, gdy tamte dwie wci dyskutoway o nim przejtym szeptem. Najwyraniej Lara powiedziaa o nim swojej wsplokatorce. Teraz byy ju dwie smiertelniczki, ktre wiedziay za duo. Mg wykasowa pami wsplokatorki, ale Larze pewnie nie spodobaoby si, gdyby pochrzani" w gowie jej przyjacice. I zwyczajnie znw by jej wszystko powiedziaa.
51

Wycign butelk syntetycznej krwi z minilodwki i wstawi j do kuchenki mikrofalowej. Ilekro by w Nowym Jorku, kwaterowa w miejskim domu Romana na Up-per East Side. Rosyjsko-amerykascy Malkontenci mieli kwater gwn w Brooklynie, cakiem niedaleko, ale na szczcie ostatnio si nie wychylali. A system zabezpiecze w domu Romana zosta ulepszony, by nic im nie grozio. Jack zwykle zatrzymywa si w pokoju gocinnym na trzecim pitrze, by mc korzysta z gabinetu Romana i minilodwki na czwartym pitrze. Mikrofalwka brzdkna, oznajmiajc, e jego niadanie jest gotowe. Przela krew do kieliszka do wina i przeszed do biurka z komrk przy uchu. - Halo, Jack? - odezwaa si wreszcie Lara. - Przepraszam, e musiae czeka. Byam... pod prysznicem. Bya do niczego jako kamczucha, ale uzna to za zalet. - Mam nadziej, e si ubraa, bellissima. Bo inaczej moja wyobrania zacznie szale. - Jakby ju nie szalaa. - Jestem... jestem ubrana. Ciesz si, e zadzwonie. Zostawiam ci po poudniu dwie wiadomoci. - Odsuchaem je przed minut. - Usiad za biurkiem i wczy komputer. - Pracuj po nocach, wic... w cigu dnia pi. - Ja te, ale dzisiaj miaam problemy z zaniciem, wic postanowiam ugotowa dla ciebie kolacj, ale skoro nie zadzwonie, to... ehm, zjadymy j. Przykro mi. - Nic nie szkodzi. - Jack napi si z kieliszka. Domyla si, e zaproszenie na kolacj byo czci planu majcego na celu skonienie go do odpowiedzi na trudne pytania. Niestety nie mg na nie odpowiedzie. Przykro mi tylko, e si nie zaapaem. - Nic straconego. Moe wpadniesz na deser? Merda. Nie bardzo wiedzia, jak to rozegra. Moe udaoby mu si zwodzi j przez par miesicy. Potem an przyjedzie z podry polubnej, a on wrci do Europy. Lara nigdy nie zdoa go wytropi. Skrzywi si. Unikanie jej, dopki nie bdzie mg uciec, wydawao mu si tchrzostwem. A myl, e nie zobaczy jej nigdy wicej, cholernie go doowaa. - Ja... niedugo musz i do pracy. - Ale ja bardzo chc si z tob zobaczy jeszcze dzisiaj. - Lara miaa spity gos. - Mog si spotka z tob gdzie w okolicy, kiedy bdziesz mia przerw. Nie zamierzaa si podda. Zwykle Jack podziwia osoby, ktre dyy do celu, pki go nie osigny, ale kiedy sam stawa si tym celem, zaczyna si czu rwnie zdesperowany jak Lara. Nie chcia jej mwi, gdzie mieszka ani gdzie w tej chwili pracuje. - No to wpadn do ciebie na par minut. - Wpisa jej adres w map online. - Dzikuj! Poda ci wskazwki? Czy moe za chwil pojawisz si w magiczny sposb przede mn?
52

Jack si skrzywi. Jak mg zaprzecza swojej umiejtnoci teleportacji, skoro widziaa to na wasne oczy? Przyjrza si trasie do jej mieszkania. - Przyjad samochodem. Powinienem by za jakie trzydzieci, czterdzieci minut. - Wiesz, gdzie mieszkam? - Tak. - Postanowi poprosi Phineasa i Connora, eby zastpili go w Romatechu przez jak godzink. Znw usysza szeptan narad w suchawce. - Wtpi, eby porusza si wahadowcem - mrukna Lara. Dziewi krgw pieka. Lara naprawd si rozgniewa, kiedy zorientuje si, e on jej nic nie powie. - Ehm, pewnie masz jaki woski samochd? - spytaa go Lara. - Nie. Nie tu, w Ameryce. Poyczyem samochd od przyjaciela. - Roman zawsze trzyma zapasowe auto w miejskim domu. - A jaki? - Dlaczego pytasz? - Och, bez powodu. Ale jeli jest duy, moesz mie problem z zaparkowaniem. Nie mg si oprze. - Bellissima, jest duy, ale nigdy nie miaem problemu z zaparkowaniem go. - Umiechn si, kiedy w suchawce zapada duga cisza. - O-keeej - powiedziaa w kocu. - Do zobaczenia niedugo. - Rozczya si. Jack dopi niadanie, zastanawiajc si nad jej prob, aby opisa jej samochd. Ona co kombinowaa. Gdyby bya Malkontentk, podejrzewaby, e chce mu podoy bomb, ale nie wydawao mu si, eby Lara chciaa go zabi. Oczywicie to si mogo zmieni, gdyby wysza na jaw prawda o nim. Wiedzia z dowiadczenia, e kobiety nie reaguj dobrze na prawd. Musiaby by gupcem, eby powtrzy ten sam bd i spodziewa si innego wyniku. -Hej, kto parkuje kawaek dalej - zaraportowaa LaToya przez telefon. - Oj, zapomniaam, e to obserwacja. Cigna niskim, przejtym gosem: - Widz potencjalnego podejrzanego za kierownic czerwonej toyoty - Toyoty? To jako nie bardzo pasuje do Jacka. -Mino trzydzieci minut; Lara niespokojnie czekaa w mieszkaniu na drugim pitrze, a LaToya zaja pozycj na ulicy na dole. Plan by taki, e LaToya ma si zorientowa, czym jedzi Jack, i spisa numer rejestracyjny samochodu. Kiedy Lara bdzie przesuchiwa Jacka w mieszkaniu, LaToya sprawdzi rejestracj.

53

Lara patrzya z okna salonu, jak LaToya idzie powoli ulic, udajc, e gapi si na wystawy sklepw. Byo ciemno, ale latarnie rozleway plamy tego wiata, ktre odbijao si od mokrego cementu, zalewajc wszystko troch upiornym blaskiem. - Podejrzany wysiad z samochodu - szepna LaToya do telefonu. - Ciemne wosy. Przecitny wzrost. Przecitny wygld. - Jack ma czarne wosy - powiedziaa Lara. - Ale powiedziaabym, e jest wyszy ni przecitna. I o wiele przystojniejszy ni... - Przecitny kosmita? - mrukna LaToya. - Podejrzany wszed do delikatesw. Nie wydaje mi si, eby to by on. I znowu zaczo my, niech to szlag. - Chcesz wraca? - Odmowa. Wykonuj zadanie. Zagraa nam inwazja Obcych. - LaToya nacigna kaptur bluzy z logo Uniwersytetu Luizjany. - A tak swoj drog, ciekawe, co jedz obcy. Mam nadziej, e twj Jack nie wybiera si do nas, eby pozyska nas na pokarm. - Jack nie jest Obcym. - Ale Lara sama nie wiedziaa, kim jest. Rozejrzaa si po mieszkaniu, by sprawdzi, czy wyglda przyzwoicie. Naczynia zostay spukane i wstawione do zmywarki. Z kuchni przechodzio si do salonu, ktry by tak may, e utrzymanie w nim porzdku nie sprawiao im kopotu. W jej sypialni panowa lekki baagan, ale Lara nie zamierzaa zaprasza tam Jacka, cho LaToya upieraa si, e powinna go rozebra i poszuka dodatkowych ppkw, ukrytych usek czy skrzeli. Serce Lary przyspieszyo na sam myl, e znw go zobaczy. Jak on jej to wszystko wyjani? I jak ona zareaguje? A jeli Jack naprawd wyzna jej, e jest kosmit? Parskna. Gupstwa LaToi zaczynay na ni dziaa. Musiao by jakie rozsdne wyjanienie zdolnoci Jacka. Bagam, niech bdzie rozsdne. Chciaa, eby by czowiekiem. Wolnym. I zainteresowanym ni. Och, do diaba, chciaa, eby czci ziemi, po ktrej ona stpa. - Cholera, kto by si spodziewa? - warkna LaToya. - Co? - Lara wytya wzrok, patrzc przez okno. -Widzisz go? - Nie. Patrz przez witryn piekarni pani Yee. Baba przysiga, e wszystko codziennie jest wiee, ale ta kremowa babeczka z polew czekoladow ma tak sam czarn kropk jak wczorajsza. Mwi ci, e to ta sama. - LaToya, linisz si do tych kremowych babeczek od tygodnia. Po prostu kup sobie jedn i zjedz, do licha. - artujesz? Wiesz, ile to kalorii? Na czarnym, mokrym asfalcie bysny wiata, kiedy kolejny samochd skrci w ulic. Lara ze swojego miejsca nie dostrzega go jeszcze.
54

- Widzisz go? - Tak. Czarny czterodrzwiowy sedan. Wczone wycieraczki. Jedzie powoli, jakby szuka miejsca do parkowania. Lara zesztywniaa, kiedy samochd przejecha pod oknem. - Zdaje si, e to lexus. To moe by Jack. - Mia przyciemniane szyby - cigna LaToya. - Nie widziaam kierowcy. Czekaj. Parkuje na rogu, przy stojaku z gazetami. Id w tamt stron. Lara patrzya, jak LaToya idzie wzdu sklepowych witryn. - O mj Boe - szepna LaToya. - Co? Nic ci nie jest? - spytaa Lara. Jej przyjacika zatrzymaa si w miejscu. - O mj Boe. - LaToya odwrcia si, by spojrze na wystaw, ktra, niestety, bya pusta. - Jest po drugiej stronie ulicy, na kocu kwartau. Ale z niego ciacho! - To musi by Jack. - Serce Lary zabio szybciej. Boe, zachowywaa si miesznie jak nastolatka zakochana w najprzystojniejszym chopaku w szkole. Musiaa si wzi w gar. Po tym, jak zdobya tytu Miss Luizjany Nastolatek, chciao si z ni umawia mnstwo przystojnych chopakw. Potrzebowaa sporo czasu, by si zorientowa, e oni po prostu chc sobie podbudowa ego i reputacj. I wystarczyby im ktokolwiek, byle z tytuem miss. Bya obiektem, nie osob. Po wypadku samochodowym wszyscy szybko zniknli. - Raportuj stan aktualny: totalne ciacho jest w poowie drogi do naszego mieszkania - szepna LaToya. Jest zbyt przystojny, eby by zimnokrwistym jaszczurem. Powtarzam, podejrzany nie jest jaszczurem. Lara przycisna twarz do okna, prbujc go zobaczy. - O nie! - sykna LaToya. - Wanie na mnie spojrza. Lara zakrya usta, kiedy wysoki, ciemnowosy mczyzna przetruchta przez ulic, biegnc prosto w stron LaToi. Jack. - Mwiam ci, Bob! - wrzeszczaa LaToya do telefonu. - Midzy nami koniec. Pakuj swoje zasrane graty i wyno si! Lara wstrzymaa oddech, czekajc, czy teatrzyk LaToi zamydli Jackowi oczy. - Przepraszam pani. - Usyszaa jego gos przez telefon I .aToi. - Pani jest wsplokatork Lary Boucher, prawda? - Czyj? - obruszya si LaToya. - Nie wiem, o kim pan mwi. - Rozpoznaj pani gos - powiedzia Jack. Zdoa usysze przyciszony gos LaToi przez ulic? Larze przyszo do gowy, e moe jedn z jego nieziemskich zdolnoci jest te supersuch.
55

- Jestem pewna, e pana nigdy nie widziaam - upieraa si LaToya. - I jestem zajta rozmow z moim eks. Pan wybaczy. - Prosz powiedzie Larze, e zaraz bd. - Hm. - LaToya ruszya w przeciwn stron. - Nie, Bob, nie zabierzesz courvoisiera. Jest mj! Lara zobaczya, e Jack znw przechodzi przez ulic i znika w jej budynku. - Syszaa to? - szepna LaToya. - On wie, kim jestem! - Nie wiem, jak usysza twj szept - powiedziaa Lara. - Musi mie doskonay such. - Supersoniczny. Zao si, e to bioniczny czowiek. Powinna go rozebra i sprawdzi, ktre czci s prawdziwe. Moe by cay ze stali. - LaToya zachichotaa. - Bardzo zabawne. - Chocia bioniczny czowiek z pewnoci miaby niez kondycj. Usyszaa pukanie do drzwi i a podskoczya. - Ju tu jest! Jakim cudem wszed po schodach tak szybko? - To jest cholerny supermen, tyle ci powiem. Uwaaj, dziewczyno, bo zastosuje na tobie jak swoj supermiosn magi. Okej, jestem koo jego samochodu, spisz numery. Zadzwo, gdyby mnie potrzebowaa. - LaToya rozczya si szybko. Lara zamkna telefon i pooya go na stoliku, idc do drzwi. Miosna magia? Musiaa przyzna, e Jack by niezwykle pocigajcy. Moe chodzio o jego dziwne moce. Albo otaczajc go tajemnic. Albo niesamowite opakowanie. Otworzya drzwi i serce podskoczyo jej w piersi. 0 tak, opakowanie byo naprawd nieze. Zawsze uwielbiaa otwiera licznie zapakowane prezenty. - Buonasera8, Butch. - Pokaza w umiechu biae zby i przyjazne, wesoe zmarszczki. Odgarn kosmyk wilgotnych wosw z gadkiego czoa. Larze podobao si to, e umiech Jacka siga byszczcych zotobrzowych oczu. I to, jak lekki deszcz przy-klei czarn koszulk do jego szerokiej piersi i twardego brzucha. By ubrany bardziej swobodnie ni zwykle, w sprane dinsy, ktre oblepiay biodra i nogi. Mia czarne buty - troch znoszone i wygodne. Wyglda na faceta, ktry dobrze si czuje we wasnej skrze. Szczerego i bezpretensjonalnego. Bosko przystojnego bez cienia zadufania czy prnoci. Miaa tylko nadziej, e potrafi by z ni szczery. Umiechn si szerzej. - Mog wej? - Och. Tak, oczywicie. - Lara cofna si. Jak dugo tak staa, gapic si na niego? Wskazaa rk salon. Prosz, siadaj. Poda ci co do picia? Zrobiam na deser Boto Missisipi. Chcesz kawaek? Odwrci si do niej ze skonsternowan min.
8

Buonasera (w.) dobry wieczr.

56

- Jecie... boto? - To czekolada. Pyszna i kleista - rozemiaa si Lara. -Nigdy tego nie jade? Czeka ci wic prawdziwa uczta. - Ja... nie, dzikuj. Jej umiech znikn. No c, wic nie zrobi na nim wraenia swoj kuchni. - To moe drinka? Mamy nieze chardonnay. - Skoro nie moga go dosodzi przed przesuchaniem, moe wino rozwie mu jzyk. - Nie, dzikuj. - Dotkn brzucha i zmarszczy brwi. - Troch le si czuj. - Och, przykro mi. Powiniene pi duo pynw. Wykrzywi cierpko usta. - Tak robi. Ale ty si nie krpuj, prosz, napij si, jeli chcesz. - Okej. - Kolejny kieliszek wina mg jej doda odwagi. Ruszya do kuchni. - Chciaam ci podzikowa za pomoc wczorajszej nocy. - Nie ma za co. - Jack obrci si na rodku salonu, rozgldajc si. - Jak tam twj partner? - Harvey z tego wyjdzie, ale na par miesicy wypad z interesu. - Lara postawia kieliszek z winem na stoliku i usadowia si na sofie. Jej serce drgno, kiedy Jack usiad obok niej. Przyglda si jej z wyranym podziwem. - A jak ty si miewasz, Laro? - D-dobrze. - Z trudnoci wydobywaa z siebie sowa, kiedy siedzia tak blisko. Trudno jej si nawet mylao, kiedy wypowiada jej imi, jakby to byo czue sowo. -Kapitan da mi troch wolnego. I zdaje si, e dostan jak pochwa. To naprawd krpujce, e wszyscy maj mnie za bohaterk. Jack wycign rk na oparciu sofy. - Cara mia9, ty jeste bohaterk. Cara mia? Lara wychowaa si w Luizjanie, gdzie mawiao si ma chere, ale woska wersja brzmiaa wieoi egzotycznie. Mimo to nie powinna pozwoli, eby to wszystko uderzyo jej do gowy. Dla Jacka te sowa, ktrych wci uywa, mogy nie mie adnego znaczenia. - Nie jestem bohaterk. To ty nas wszystkich uratowae. A potem zaprogramowae Trentw, ebym wysza w zeznaniach na jakiego robocopa. - To byo najlepsze wytumaczenie dla tego, co si tam stao. Najwaniejsze, e jeste caa i zdrowa.

Cara mia (w.) - moja droga.

57

- Tak, jestem. Dzikuj. Nie chciaam okaza si niewdziczna. Po prostu... po prostu le si czuj z tym, e chwal mnie za co, co ty zrobie. - Miaa wiadomo, e Jack trzyma rk ledwie par centymetrw od jej karku. Poczua delikatne pocignicie. Czyby dotyka jej wosw? Umiechn si. - Jeste uczciw osob. Podoba mi si to. - A ty? Potrafisz by ze mn uczciwy? Jego umiech znikn. - Chciabym, ale... szczerze mwic, mam zwizane rce. Serce jej si cisno. - Nie rozumiem. Dlaczego nie moesz po prostu powiedzie mi prawdy? - Naprawd bardzo mi przykro. Mj szef zakaza mi mwi o pewnych delikatnych kwestiach. - Twj szef? Z firmy MacKay? - Tak. - Sprawdziam j w Internecie. Niewiele si dowiedziaam, tyle tylko, e firma zostaa zaoona w 1927 roku i pierwotnie miaa siedzib w Londynie i Edynburgu. Jack skin gow. - To prawda. Skoro odpowiada, to widocznie jej pytania omijay te delikatne kwestie". Postanowia dry dalej. - Czym si zajmuje ta twoja firma? - Zapewniamy ochron klientom na caym wiecie i specjalizujemy si w dochodzeniach. - Tym si zajmujesz? Prac ledcz? - Zwykle tak. - Badasz teraz jak spraw tu, w Nowym Jorku? - Nie. - Ochraniasz kogo? - Tak. Lara napia si wina. To byo jak wyrywanie zbw. Gdyby tylko zdoaa go troch rozluni. - Na pewno nie chcesz wina? Albo czego mocniejszego? Kcik jego ust podjecha do gry, w oczach bysno rozbawienie. Do diaba. Wiedzia, o co jej chodzi. Potrzebowaa innej strategii, ale jako nie bya w stanie wyrzuci z siebie pytania, czy jest kosmit albo bionicznym czowiekiem. To po prostu wydawao si zbyt idiotyczne. Ale zawsze moga skorzysta z sugestii LaToi i obejrze sobie jego ciao. - Biedaku. Twoja koszulka jest caa mokra. Moe j zdejmij, to j wrzuc do suszarki. Spojrza na swoj wilgotn koszulk.
58

- Nie jest tak le. - Jest przemoczona. Przezibisz si. Jego usta drgny. - Wtpi. - Nalegam. - Lara pochylia si do przodu, chwycia jego koszulk i wyszarpna brzeg spod paska dinsw. Co spodziewaa si znale? Skrzela na klatce piersiowej? - Czy ty prbujesz mnie zniewoli, bellissima? Policzki jej zapony. - Ale skd. Po prostu nie chc, eby si rozchorowa od siedzenia w mokrej koszulce. - Bardzo troskliwie z twojej strony. - Oczy mu bysny. - Zdaje si, e dinsy te mam troch wilgotne? Jej twarz palia jak ogniem. - Mnie si wydaj suche. - Daj zna, jeli zmienisz zdanie. Wsta i do reszty wycign koszulk z dinsw, ktre cudownie nisko opieray si na biodrach. Spod paska wyaniaa si cieka ciemnych wosw, odcinajca si gbokim kontrastem od jego bladej skry. Lara zaczerpna powietrza, si powstrzymujc wyobrani, ktra natychmiast zabdzia w miejsce, do ktrego prowadzia ta cieka. Mczyzna ze stali? Nie, nie bdzie o tym myle. Ale zaskoczya j blado skry Jacka. Od jak dawna pracowa na nocnej zmianie? Podcign koszulk wyej, odsaniajc wirek wosw wok ppka. Jednego. Skra wygldaa na bardzo mi w dotyku. Lara nie zauwaya w niej nic kosmicznego. Zascho jej w ustach, kiedy koszulka podjechaa wyej. aden kosmita nie mgby podrobi takiego szeciopa-ku, wosw na ldacie i potnych mini. Jaki naukowiec przylepiaby wosy na klacie bionicznego czowieka? C, moga ich dotkn, eby sprawdzi, czy s prawdziwe. Pocign kilka tych ciemnych loczkw i przekona si, czy s przyklejone. Oczywicie wycznie dla dobra ledztwa. Zacisna donie w pici, eby oprze si pokusie. Porusza si tak powoli. Niech go licho. Czy celowo stara si pokaza, jak bardzo jest sexy? Unis rce; minie na piersi i ramionach uwypukliy si, kiedy przeciga koszulk przez gow. Lara przygryza warg, eby nie jkn. Albo nie zacz si lini. Rzuci koszulk na stolik. - Twoja kolej. - Hm? - Z trudem oderwaa wzrok od jego torsu i spojrzaa mu w twarz. Zote plamki w oczach Jacka byszczay. - J-ja nie jestem mokra. Jego nozdrza zaopotay, pier uniosa si, kiedy bra gboki wdech. Jego gos by mikki i gboki. - Jeste pewna, cara mia? Lara zacisna uda. Boe, a jeli on mia te super59

wch? Usiad obok niej na sofie. - Powinienem ci ostrzec, kotku. Nawet jeli pjdziesz ze mn do ka, nie bd ci mg powiedzie tego, co chcesz usysze. Przez moment gapia si tpo w jego ciepe brzowe oczy, a wreszcie zrozumiaa, co powiedzia. Zachysna si z oburzenia. - Nie zamierzaam si z tob przespa, aby uzyska informacje. Jak miesz! - Porwaa jego wilgotn koszulk ze stolika i pomaszerowaa do kuchni. Jack wsta i wsun donie w kieszenie dinsw. - le zinterpretowaem sytuacj. - Pochyli gow i zapatrzy si w swoje czarne skrzane buty. - Obraziem ci. Prosz o wybaczenie. Naprawd wyglda na zaenowanego. Jego skrucha przebia si przez oburzenie Lary, zakrada si do serca. Pod tym gadkim obejciem i prowokacyjnym zachowaniem chyba naprawd kry si miy i wraliwy czowiek. Wrzucia jego koszulk do maej suszarki, stojcej na pralce. - Chciaam tylko z tob porozmawia. Jakim cudem poruszasz si tak szybko. I jak to robisz, e si pojawiasz i znikasz. W jaki sposb kontrolujesz ludzkie umysy? - Naprawd bardzo mi przykro, ale nie mog tego wyjani. Utkna w martwym punkcie. Wcisna guzik suszarki i szum urzdzenia rozproszy pen napicia cisz. Na lito bosk, jak moga sobie tak po prostu odpuci? - Moja wsplokatorka uwaa, e jeste kosmit. Spojrza na ni z kwan min. - A wygldam jak kosmita? - Moesz ukrywa pod skr cakiem inne ciao. Albo, biorc pod uwag twoj zdolno do wpywania na ludzkie myli, moesz manipulowa wszystkimi, by widzieli ci jako czowieka. Opar si o kuchenn szafk i zaoy rce na szerokiej piersi. - Widzisz mnie takim, jaki jestem. Nie potrafi wpywa na twoje myli. - Mog ci tylko wierzy na sowo. Zmarszczy brwi. - Mwi prawd. Uwierz mi, gdybym mg wymaza twoje wspomnienia, ju dawno bym to zrobi. I nie odbywalibymy tej niezrcznej rozmowy. Rzeczywicie, bya niezrczna. - Czy... czy mog ci dotkn? To znaczy, tylko po to, eby sprawdzi, czy jeste normalny w dotyku. Rozoy rce i zwiesi je po bokach. - Prosz bardzo.
60

Wzia gboki wdech, podesza do Jacka i pooya do na jego piersi, w miejscu, gdzie powinno by serce. Wosy na klatce byy jak mikka, jedwabna poduszka. Loczki oploty palce Lary, jakby cieszyy si z jej dotyku. - Czuj twoje serce. Bije troch za szybko. - Dotykasz mnie. Dziaaa na niego? Podobao jej si to. Umiechna si do niego psotnie. - Wic... nie ukrywasz gdzie drugiego serca? Kcik jego ust drgn. - Bawimy si w doktora? Gdzie mgbym je schowa? Gardo jej si cisno. Czyby sugerowa, e jednak jest kosmit? - Nie wiem. A gdzie? - Zsuna do po jego klatce piersiowej i przycisna do paskiego brzucha. - Nie czuj tu adnego pulsowania. - Troch niej. Zauwaya wypuko pod jego rozporkiem i byskawicznie zabraa rk. - Ty neandertalczyku. Rozemia si. - Nie moesz mie mi za ze, e prbowaem. - No c, jeli w twoim pojciu to jest serce, to chyba ci je zami. - Uniosa rce i wykonaa gest, jakby amaa gazk na p. Skrzywi si, cho jego oczy wci byszczay radonie. - Prosz ci. Moje serce jest bardzo wraliwe. Uniosa brwi, robic niewinn mink. - Masz mikkie serce? Jak sodko. - Nie byo mikkie ani przez chwil, od kiedy ci spotkaem - warkn. Rumieniec znowu rozpali jej twarz. - Poka jzyk. - Jzyk? - Tak. Musz sprawdzi, czy nie jest rozdwojony, jak u wa. Spojrza na ni wyzywajco. - Poka ci, jeli ty mi pokaesz swj. - Moja ludzka natura nie podlega kwestii. W jaki sposb kontrolujesz umysy? Jeste medium? - Hm, chyba mona mnie tak nazwa. Wreszcie do czego dochodzia. - Jakim cudem poruszasz si tak szybko?
61

- To dar. - Unis brew. - Potrafi si te porusza superwolno. Mam ci pokaza? Przygryza warg, by powstrzyma si przed powiedzeniem: tak. Boe wity, ten facet by stanowczo za bardzo kuszcy. A moe co jej robi? - Na pewno nigdy nie wpywae na moje myli? - Na pewno. Prbowaem, ale absolutnie nie potrafi nad tob zapanowa. - Przechlapane, co? Rozemia si. - Zaczyna mi si to podoba. Nigdy nie wiem, co zrobisz czy powiesz. To podniecajce. I podoba mi si wiadomo, e reagujesz tak spontanicznie. - Przekrzywi gow i przyjrza si Larze. - Myl, e ci si podobam. Parskna. - Co za ego. - Jej wzrok zjecha niej. - Chyba mylisz swoim sercem". - O tak, i mam naprawd twardy... orzech do zgryzienia. - Rozemia si, kiedy przewrcia oczami. Chocia nie mog odpowiedzie na wszystkie twoje pytania, poczytuj sobie twoje zainteresowanie za prawdziwy honor. - Zawodowe zainteresowanie. - Oczywicie. Ja uwaam ci za rwnie intrygujc. Zamrugaa. Nie, nie mg mwi powanie. - Nie ma we mnie nic niezwykego. - Nie zgadzam si. Moga prowadzi wygodne ycie w Luizjanie. Z ca pewnoci jeste wystarczajco pikna, eby wygra kolejne konkursy. Skrzywia si. - Przeprowadzie ledztwo na mj temat? - Tym si zajmuj. - Oczy mu bysny. - Zdumiewa mnie twoja odwaga i determinacja. Zrezygnowaa z atwego ycia, eby zosta policjantk. - Chciaam, eby moje ycie miao jakie znaczenie. - Cara mia, zawsze bdziesz miaa znaczenie. Niemal cakiem j rozbroi. Spojrzaa na jego twarz. Patrzy na ni wymownie, jakby mg jej dotyka samym spojrzeniem. Odwrcia oczy, nagle ogarnita dziwn tsknot. Jak moga pragn, eby jej dotkn, skoro tak mao o nim wiedziaa? - Jak ty to robisz? - szepn. - Co robi? - Zachowuj si jak napalona idiotka? - Znaem wiele kobiet, ktre byy niewinne, i wiele takich, ktre nie byy, ale nigdy nie spotkaem kobiety, ktra czyaby w sobie te skrajnoci. - Przysun si o krok. - Jeste tak czysta i prowokacyjna zarazem. Otworzya usta, eby zaprotestowa, ale kiedy spojrzaa w jego oczy, zapomniaa jzyka w gbie. W jego spojrzeniu byo takie podanie, taki gd, e zmiky jej kolana.
62

Zrobi kolejny krok. - Ciekaw jestem, ktra strona wygra? Niewinitko czy uwodzicielka? - Ja... - Lara przywara do suszarki i poczua pod plecami jej wibracje, od ktrych zacza mrowi j skra. Wrcz bagaa o dotyk. Jack przecign palcami po jej policzku; zadraa. Ze zmruonymi powiekami wpatrywa si w jej usta. Pocauje mnie. Powinna mu pozwoli? Boe, mia racj. W jej gowie walczyy dwa gosy. Ten skromny i porzdny ostrzega, eby nie angaowa si w relacje z tak tajemniczym mczyzn, ale wewntrzna, pierwotna kobieta nakazywaa jej zanurkowa w te nieznane wody, pozwoli si otoczy jego tajemniczym czarem, urokiem, mskoci. Do dziea, dziewczyno. Jack musn palcem wskazujcym doln warg Lary 1 jej zmysy zalaa przemona tsknota. Poeraa ciao, budzia gd. Lara pragna, by Jack j dotyka, caowa... Do dziea. Zacza ssa jego palec. Jkn. - Laro. - Wysun palec z jej ust i chwyci jej twarz w donie. - Cara mia. - Tak. - O tak, chciaa by dla niego droga. Pochyli si i musn ustami jej wargi.

Rozdzia 7

Przed wynalezieniem syntetycznej krwi Jack erowa! na kobietach, by przetrwa. Nie by z tego szczeglnie dumny, ale zawsze dba o to, by spotkanie z nim okazao si dla kobiety przyjemne. Wdziera si w jej myli i dowiadywa, czego dokadnie chciaa. Jeli pragna seksu, stara si, by bya w peni zaspokojona. Jeli potrzebowaa pociechy i zrozumienia, dawa jej i to. A potem po cichu odbiera jej szklank krwi i wymazywa wspomnienia. Lara bya inna. To go podniecao. Zupenie jakby znw by miertelnikiem. Wszystkie jego zmysy skupiay si na chwili obecnej. Dziki temu czu si bardziej ywy ni przez wiele ostatnich lat. I bardziej bezbronny. Wrciy jego stare lki. Czy zdoa j zadowoli, jeli nie bdzie wiedzia, czego ona chce? Mia ponad dwiecie lat, wic technik z pewnoci mia w maym palcu. Ale Lara bya inna. Zasugiwaa na co wicej ni wypraktykowana rutyna. Tego wspomnienia nie zdoa wymaza w jej umyle, wic chcia, aby byo wyjtkowe. Wessa do ust jej doln warg i zacz pieci jzykiem. Lara jkna gucho, a serce Jacka wezbrao radoci. Naprawd sprawia jej przyjemno. Przecign jzykiem po jej stulonych wargach.
63

Rozchyliy si. I byo po nim. Jak mg si nie zakocha w Larze? Otwieraa si przed nim, chocia nie uywa swoich wampirycznych sztuczek. Przycisn wargi do jej ust, a ona odwzajemnia pocaunek. Obja go za szyj i przycigna do siebie. Santo cielo. Pragna Jacka, mczyzny. Nie Giaco-ma, syna Casanovy. Nie Jacka wampira. Pragna jego. Z guchym pomrukiem oplt j ramionami. Mikki szloch, ktry mu odpowiedzia, by tak sodki. Jak sygna kapitulacji. A to obudzio w nim pasj, dawno upion tsknot, potrzeb posiadania kobiety, nazwania jej swoj. Zawirowa jzykiem w jej ustach, a ona zacza go pieci swoim. Smakowaa winem i czekolad, cierpko i sodko. Bya zarazem uwodzicielk i anioem; mia ochot rzuci si na ni i modli si do niej jednoczenie. Przesun donie po plecach Lary, rozoy palce i przycign j do siebie. Stopniaa w jego ramionach i kurczowo zacisna donie na jego barkach. Taka szczodra, a zarazem tak zaborcza. Do diaba z latami wyrafinowania i grzecznego uwodzenia. Chcia, eby byo dziko i szczerze. Chcia j sprowokowa do krzyku. Chwyci poladki Lary i przycisn j mocno. Zachysna si, zaskoczona, czujc jego erekcj. Przerwaa pocaunek. Zsun usta na jej szyj i poczu krew grupy A, pulsujc dziko w ttnicy szyjnej. Gwatowne bicie jej serca omotao mu w uszach. Czu, jak Lara wbija mu palce w skr. - Laro - szepn do jej ucha. - Pragn ci. Zadraa. Potar nosem szyj Lary. Boe, ale chcia j poliza. Chcia, eby wystrzelia pod niebo. W normalnych okolicznociach mgby uy kontroli umysu i swojej wampirycznej liny, by doprowadzi kobiet do orgazmu przez samo lizanie po szyi. Bya to stara sztuczka, dziki ktrej ukucie kw nie wydawao si bolesne, lecz rozkoszne. Ale nie potrzebowa si poywi i nie mia z Lar telepatycznej cznoci. Nie wiedzia, czy w ogle by co poczua. Przycisn wargi do jej pulsujcej ttnicy. Zaczy go mrowi dzisa, ky chciay si wysun. Nawet z penym odkiem to bya ogromna pokusa. Przecign jzykiem po jej szyi, a zadraa. - Jack. - Wczepia palce w jego wosy. Poczua to. W staromodny sposb. Jej reakcje byy szczere, tak jak ona sama. Nie mieci si ju w spodniach. Merda. Czu, e zaraz wybuchnie. Opar czoo o jej skro, oddychajc gboko. Jej piersi przyciskay si do niego, gdy i ona dyszaa z trudem. - Rany - szepna. - Santo cielo. - Westchn. - Co to znaczy? wite... ciel? - Niebo.
64

- O tak. Stanowczo. - Przecigna domi po jego plecach. - Dobre wieci. Ustaliam, e twj jzyk nie jest rozdwojony. - Co za ulga. - Odsun si odrobin, by przesta torturowa swoje klejnoty. Lara krzykna cicho i oderwaa od niego rce. Merda. Za pno zorientowa si, e wci widzi wszystko jak przez rowe soczewki. Udao mu si to ukry przed pocaunkiem, ale teraz... - Twoje oczy s czerwone! - Odsuna si od niego byskawicznie. - Bellissima, nie przejmuj si. To nic. - Pieprzenie! Czerwone wiecce oczy to z ca pewnoci co. Nie wiem co, ale lepiej mi powiedz. Jak mia to wyjani? - To po prostu wskazwka, e... niektre obwody mi si przegrzay. Zesztywniaa. - Obwody? Jak u androida? Jeste jak Data? Jack si zawaha. Nie bardzo wiedzia, o czym ona mwi. Na nieszczcie Lara wzia jego milczenie za potwierdzenie. - Nie do wiary, chocia waciwie, to wiele wyjania. - Spojrzaa na niego z ciekawoci. - Nie sdziam, e androidy potrafi tak caowa. Wykosicie ywych facetw z tej brany. - Laro... - Masz gdzie wycznik? - Signa za jego plecy i obmacaa skr pod wosami, tu nad karkiem. - Zdaje si, e Data mia wcznik gdzie tutaj. - Laro, nie jestem androidem. Mam serce, pamitasz? - Moe by sztuczne. Albo moesz by bionicznym czowiekiem i masz tylko kilka mechanicznych czci. Toby wyjaniao superprdko i wietny such. - Przecigna domi po jego barkach i po piersi. - To gdzie jest ten wycznik? Nie suchaa go. Biedaczka, bya zbyt zdesperowana, by logicznie wytumaczy t sytuacj. Zsuna do do jego ppka. - Tu? Nie mg si oprze. - Troch niej. Spojrzaa niej. Wypuko na jego spodniach bya wiksza ni przedtem. - Och, przesta. - Pacna go w rami. - To jest raczej wcznik. Chocia, zaley, jak go potraktowa... - To raczej dwignia. I gdyby j chwycia, z pewnoci staoby si co interesujcego. Parskna.
65

- Musisz by zwykym facetem. Przez cay wieczr usiujesz sobie zaatwi lask. Rozemia si. - Bellissima, jeli chodzi o przyjemnoci, dla mnie zawsze panie maj pierwszestwo. Policzki jej zapony. - Powinnam si domyli, e nie jeste androidem. Nikt by nie zaprogramowa maszyny, eby bya tak bezczelna jak ty. - Chyba nie chciaaby, eby si okazao, e jestem maszyn, co? - Nie, ale cigle nie wiem, kim albo czym jeste. -Odwrcia si i otworzya drzwiczki suszarki. - Jak dla mnie, moesz si ju ubra. To oczywiste, e nic mi nie powiesz. - Laro. - Dotkn jej ramienia. - Bardzo mi przykro. Z westchnieniem wyja jego czarny T-shirt. - Nie rozumiem, dlaczego nie moesz mi powiedzie. Wzi ciep koszulk. - To kwestia bezpieczestwa. S... inni, ktrzy mogliby by zagroeni, gdybym powiedzia za duo. - Inni tacy jak ty? Nacign koszulk przez gow. - Naprawd nie powinienem ci tego mwi. - To na pewno da si jako obej. - Zatrzasna drzwiczki suszarki. - Moe ja zaczn mwi, i jeli si pomyl, to mi powiesz, a jeli trafi, bdziesz milcza. To w miar bezpieczne, przynajmniej przez kilka pyta. Wtpi, by wpada na to, e jest wampirem. - Jeste kosmit? - Nie. - Upchn koszulk w dinsy. - Masz jakie bioniczne czci? - Nie. Pooya do na jego piersi. - Jeste ywym samcem ludzkiej rasy? - Chwilowo tak. - Teraz jego serce bio, ale miao si zatrzyma o wicie. Jej usta drgny. - Tylko chwilowo jeste samcem? - Jeli wtpisz w moj msko, skarbie, zsu rk troch niej. Rozemiaa si. - Nigdy nie rezygnujesz. Dotkn jej policzka. - Obawiam si, e na dzisiaj musz zrezygnowa. Id do pracy. - Gdzie pracujesz? - Wszdzie, gdzie mnie przydziel. Chwycia jego koszulk i cisna bawen palcami.
66

- Doprowadzasz mnie do szau! - Cara mia. - Pooy do na jej karku. - I nawzajem. - Dlaczego nie moesz mi zaufa? - szepna. - Przyszede mi na pomoc. Prawdopodobnie uratowae mi ycie. Caowalimy si i byo naprawd mio... - Mio? - Naprawd mio. - Spojrzaa na niego z irytacj. -Okej. Byo super duper doskonale. Chodzi o to, e nigdy nie zrobiabym ci adnej krzywdy. Moesz mi zaufa. Bolao go serce. Wiedzia, e w tej chwili Lara gboko wierzy we wasne sowa, ale kiedy dowie si prawdy, uzna go za potwora. - Laro. - Opar czoo o jej czoo. - Chciabym mc by facetem, jakiego ty chciaaby we mnie widzie. Takim, ktry na ciebie zasuguje. Dotkna jego twarzy. - Co ci powstrzymuje? Zamkn oczy. - Zycie... i mier. - Ona bya jednym, a on drugim. - Nie rozumiem. - Wiem. - Pocaowa j w czoo. Byoby dla niego lepiej, gdyby wicej jej nie oglda. Ale myl, e miaby ju nigdy nie trzyma jej w ramionach, nie sysze jej miechu, nie spoglda w bkitne niebo jej oczu, rozdzieraa mu serce na p. Ale jaki mia wybr? Lara albo pozostanie niczego niewiadoma i bdzie go ciepo wspomina, albo dowie si zbyt duo i bdzie o nim myle z obrzydzeniem. Pierwsza moliwo wydawaa si najlepsza dla nich obojga. - Dobranoc, Laro. egnaj, cara mia. Wyszed z jej mieszkania, pragnc mierci. Na nieszczcie jego pragnienie speniao si z kadym wschodem soca. Mino pi dni bez sowa od Jacka. Lara staraa si o nim nie myle, ale jak moga zapomnie najbardziej intrygujcego mczyzn, jakiego spotkaa w yciu? I najbardziej seksowny pocaunek, jakiego kiedykolwiek dowiadczya? Pi dugich dni. Na pewno jej unika. Owszem, nie chcia jej opowiada o sobie, ale czy nie mogli w dalszym cigu by przyjacimi? W gbi duszy czua, e mona mu ufa. Przyszed jej na pomoc. Ochroni j, uratowa. Z przykroci odmwi wyjanie, ale musia by dobrym czowiekiem. I piekielnie dobrze caowa.
67

LaToya wci wiercia jej dziur w brzuchu, eby do niego zadzwonia, ale Lara si opieraa. LaToya sprawdzia rejestracj samochodu, std znay jego adres, ale Lara nie chciaa go nachodzi. Czua si uraona i rozczarowana, e jej nie zaufa, wic ona te go unikaa. Nie wracaa jeszcze do pracy, wic spdzaa dni na gotowaniu, sprztaniu i ogldaniu filmw - gwnie komedii romantycznych. aden z bohaterw nie wydawa jej si tak seksowny jak Jack. Z rozmysem nie ogldaa swojej kolekcji filmw s.f. Patrzenie, jak bohaterowie si teleportuj, byoby zbyt wkurzajce. Kiedy w niedziel po poudniu zadzwoni telefon, serce drgno jej w piersi. Czyby Jack wreszcie dzwoni? Rzucia si do suchawki, ale skarcia si w duchu: Nie zachowuj si jak desperatka. Wolno podniosa suchawk do ucha i przybraa znudzony ton. - Halo? - Hej, maa. Przygarbia si z rezygnacj, syszc gos LaToi. - Hej. - Zaraz wychodz z pracy - powiedziaa LaToya. -Spotkaj si ze mn w Morningside Park za p godziny. - Po co? - Nie mog ci teraz wyjani. Nara. - LaToya ciszya gos. - Nie zapomnij odznaki. - Co? - spytaa Lara, ale jej wsplokatorka ju si rozczya. Co ta LaToya kombinowaa? Zwykle po subie wracaa prosto do domu. Trzydzieci minut pniej Lara czekaa przy gwnej bramie parku. Zauwaya LaToy, idc w jej stron, wci w mundurze. - Co jest? - Lara przewiesia torebk przez rami. - Chc ci co pokaza. - LaToya poprowadzia j w stron wejcia Uniwersytetu Columbia. - Nie chciaam o tym mwi, pki byam w robocie. Sprawa zostaa przydzielona paru naszym detektywom, wic ja nie powinnam si ni ju zajmowa. - Jaka sprawa? - Zaginionej studentki college'u, Vanessy Carlton. Mj partner i ja pojechalimy na zgoszenie na 911, a potem przekazalimy spraw wydziaowi ledczemu. - To dlaczego tu jestemy? - spytaa Lara. LaToya poprawia ciemne okulary, bo przedwieczorne soce razio w oczy. - Byam przy tym, jak detektywi przesuchiwali dziewczyny w akademiku, i to wydawao mi si strasznie dziwne. Pamitam, jak opisywaa Harveya i sanitariuszy, kiedy Jack kontrolowa ich umysy. Lara a si wzdrygna. - Mylisz, e Jack ma co wsplnego ze znikniciem tej dziewczyny?
68

- Nie wiem, co mam myle. A nie mogam powiedzie detektywom, co spotkao Harveya, skoro on sam tego nie pamita. Obie wyszybymy na wariatki. - To prawda. - Pomylaam, e najlepiej bdzie, jak zobaczysz te laski - cigna LaToya. - Widziaa ju wczeniej kontrol umysw, wic moe rozpoznasz, czy wanie to je spotkao. Larze cisno si serce. - Okej. - Od pocztku wiedziaa, e Jack jest inny. Niezwyky. Ale nigdy nie sdzia, e to przestpca. Nie moe by w to zamieszany. Bagam. Posza za LaToya do akademika. Przy wejciu wisiaa wielka tablica ogoszeniowa. Jaskrawe ulotki reklamoway seminaria i imprezy. W korytarzu stay dziewczta zbite w grupki, szepczc do siebie. Kiedy zobaczyy LaToy w mundurze, umilky; otaczajca je cisza bya podszyta strachem. - Prosz pani - zaczepia je jedna z dziewczyn. - S jakie wieci o Vanessie? Jeszcze nie, przykro mi - odpara LaToya. Dziewczyny kiwny gowami i rozeszy si do pokojw. - To jest pokj Vanessy. - LaToya zapukaa do drzwi z numerem 116 i powiedziaa gono: - Policja. Drzwi uchyliy si i wyjrzaa zza nich moda kobieta. Na oko mniej wicej osiemnastoletnia. Okrga, pulchna twarz i niewinne oczy. - Znalelicie j? - Spojrzenie dziewczyny byo pene nadziei. - Cigle nad tym pracujemy - odrzeka LaToya. -Megan, przyprowadziam jeszcze jedn... pani detektyw, ktra chce ci zada kilka pyta. - LaToya wskazaa Lar. - Moemy wej? - Jasne. - Megan otworzya drzwi. - Ale tym poprzednim policjantom powiedziaam ju wszystko, co wiem. - Usiada po turecku na ku i ustawia sobie na kolanach miseczk m&m'sw. - Poczstujecie si? - Nie, dzikujemy. - Lara zaja krzeso przy biurku, ustawionym midzy dwoma kami. LaToya przysiada na drugim ku i wyja z kieszeni koszuli notatnik i dugopis. Lara zacza od pyta o plan zaj Vanessy, o jej koleanki, chopakw, wrogw, ulubione rozrywki i gdzie najchtniej chodzia si bawi. LaToya pracowicie robia notatki, a Megan odpowiadaa z ustami penymi cukierkw, ktre cay czas chrupaa. - Masz jakie aktualne zdjcie Vanessy? - spytaa Lara. - Najlepsze zabrali tamci detektywi. - Megan wzia z biurka album i przerzucaa stronice. - Ale to jest nieze. - Podaa je Larze. Lara przyjrzaa si fotografii. - Rude wosy, niesamowicie niebieskie oczy, szczupa budowa ciaa.
69

- Tak. Vanessa jest bardzo adna. - Megan spojrzaa ze skruch na swoj misk m&m'sw. - Nie walczy z nadwag jak ja. - Miaa jakie kopoty z chopakami? - pytaa Lara. Megan pokrcia gow; kasztanowe loki podskoczyy wok jej twarzy. - Ludzie zawsze zakadaj, e Vanessa bez przerwy randkuje, ale to nieprawda. Jest... do wybredna. Oszczdza si dla odpowiedniego faceta. - Rozumiem. - Zaginiona nie wygldaa na dziewczyn, ktra uciekaby z kochankiem. Lara zwrcia si do LaToi. - Skontaktowalicie si z jej rodzin? - Tak - odpara LaToya. - Nie maj pojcia, gdzie ona jest. Twierdz, e nigdy nie znikaa w taki sposb. - A czy kto sprawdzi jej byego chopaka? - spytaa Lara. - Tak. Ma alibi. I jest szczliwie zarczony z inn dziewczyn. To lepa uliczka. Lara zadaa Megan kolejne pytanie: - Nie masz adnego pomysu, gdzie ona moe by? - Nie. - Megan wrzucia nastpn gar cukierkw do ust i od razu nabraa do rki kolejn porcj. - A wczoraj wieczorem wychodziycie gdzie z Vaness? Do Megan zwiotczaa, m&m'sy posypay si ze stukotem z powrotem do miski. Jej twarz przybraa pusty wyraz. - Byymy w pokoju. Uczyymy si. Lara poczua dreszcz. Twarz Megan bya bez wyrazu, zupenie jak twarz Harveya. Ratownicy i Trentowie wygldali tak samo. Boe, nie. Niech Jack nie bdzie w to zamieszany. - Mwiam ci, e to dziwne - szepna LaToya. Lara odchrzkna. - Megan, to by sobotni wieczr. Przecie chyba gdzie wychodziycie? Moe co zje na miecie? - Byymy w pokoju. Uczyymy si - powtrzya Megan. - I Vanessa w ogle nigdzie nie wychodzia? - Byymy w pokoju, uczyymy si - szepna znowu Megan. - Rozumiem. - Lara wstaa i wsuna zdjcie Vanes-sy do kieszeni dinsw. - Dziki, e powicia nam czas. Megan zamrugaa i zrobia zaskoczon min. - Wychodzicie? - Tak. Skontaktujemy si jeszcze z tob. - Lara ruszya do drzwi. - Okej. - Spojrzenie Megan znw byo ywe, przejte. - Mam nadziej, e Yanessie nic si nie stanie. Ona... ona jest dla mnie bardzo mia, wie pani. Pokazaa mi, jak dobrze robi makija. LaToya poprowadzia Lar korytarzem akademika.
70

- Rozumiesz teraz, dlaczego uwaam, e to jest dziwne? Megan zachowywaa si normalnie i nagle zmienia si w zombie. - Wiem - burkna Lara. - Wygldaa jak zaprogramowana. - A my znamy tylko jedn osob, ktra potrafi zrobi co takiego. Lara si skrzywia. Niech to nie bdzie Jack, bagam. - Inni te mog mie takie zdolnoci. - Czy on nie wspomina, e musi chroni innych? A ci inni pewnie s podobni do niego. Ale jeli jego przyjaciele byli zdolni do porwania, to jak to wiadczyo o Jacku? LaToya zapukaa do drzwi z numerem 124. - Tutaj mieszkaj przyjaciki Vanessy. Carmen i Ramya. Lara porozmawiaa z dwiema dziewczynami. Obie byy adnymi brunetkami. Carmen miaa latynosk urod, a Ramya pochodzia z Indii. Byo oczywiste, e martwiy si o Vaness i chciay pomc, jak tylko potrafiy. Dopki Lara nie spytaa, czy wychodziy poprzedniego wieczoru. Ich twarze zobojtniay, oczy stay si puste. - Byymy w pokoju, uczyymy si - odpary chrem. Lara dostaa gsiej skrki. - Dzikuj. - Kiedy drzwi si zamkny, odwrcia si do LaToi. - Nic nie mw. To nie moe by Jack. LaToya skrzywia si i ruszya do schodw. - Chc, eby poznaa jeszcze kogo. Lara posza za ni na pitro. - Wszystkie trzy dziewczyny zostay zaprogramowane, eby mwi to samo. Ale dlaczego Vanessa zostaa porwana, a te pozostae odesane z powrotem? - Moe sprawca radzi sobie tylko z jedn ofiar naraz. - LaToya skrcia w prawo, w korytarz. - Nie wydaje mi si. Majc moliwo kontroli umysw, poradziby sobie z ca gromad kobiet. Nie potrzebowaby nawet wizw. Po prostu byyby mu posuszne jak stado owiec. - Hm, suszna uwaga. - LaToya zapukaa do drzwi. -To jest pokj Roxanne. Drzwi otworzya dziewczyna z wosami ufarbowanymi na czarno, z oczami mocno podtoelonymi czarn kredk i z kolczykiem w wardze. - Czego tam? - Ju ci mwi czego - odpara LaToya. - Megan, Carmen i Ramya twierdz, e wczoraj wieczorem uczyy si w swoich pokojach. - No c, jeli chodzi o Carmen i Ramy, to nie zeznam pod przysig, bo nie wchodziam do ich pokoju. Ale wiem, e Vanessa wychodzia, wic tamte trzy musiay by z ni. a za ni wszdzie jak pieski na smyczy. aosne. - Skd wiesz, e Vanessa wychodzia? - spytaa Lara. Roxanne przewrcia oczami.
71

- Miaam cholerne ble brzucha z powodu okresu, a Vanessa robi tu za pieprzon aptek. Poszam do jej pokoju, eby wyspi tabletki przeciwblowe, ale nikt mi nie otworzy. Drzwi byy zamknite na klucz, a ja byam zdesperowana, wiecie, wic pomajstrowaam przy zamku i weszam do rodka. - Co zobaczya? - spytaa Lara. - Pudeeczko tabletek w grnej szufladzie jej komody. Wziam dwie. Zostawiam jej pidziesit centw. Nie jestem zodziejk, eby nie byo. - Zerkna z niepokojem na LaToy. - Chyba mnie nie aresztujecie, co? - Nic ci nie grozi - zapewnia j Lara. - Ale mwisz, e pokj by pusty? Vanessy nie byo? - No mwi. Vanessa i jej pyzata psiapsika gdzie poszy. - A masz pomys dokd? - pytaa dalej Lara. Roxanne prychna. - Nie wiem. Moe na zakupy albo zrobi sobie paznokcie. Strasznie wiruje, jeli jej pazury nie s idealne. Albo wosy. Ma chyba z pidziesit rnych toreb na ksiki, eby mc je dobiera do tego, w co si akurat ubraa. LaToya zmruya oczy. - Nie przepadasz za ni, co? - Och, genialna praca detektywistyczna, pani Sher-lock. Ale jeli mylicie, e zrobiabym Vanessie krzywd, to chyba wam odbio. W tym semestrze zapacia mi trzysta dolcw za pisanie za ni prac. Potrzebuj jej. Roxanne si skrzywia. - I caa ta sprawa dosy mnie przeraa. To samo stao si w zeszym roku z Brittney Beckford. Znikna i gliny jej nie znalazy. Lara i LaToya wymieniy zaniepokojone spojrzenia. Brittney znikna, zanim przyjechay do Nowego Jorku. Od jak dawna Jack tutaj mieszka? - Moesz nam opisa Brittney? - Typowa zepsuta, bogata cizia - burkna Roxanne. - A konkretnie? - LaToya wyja notatnik i dugopis. Roxanne westchna. - Dugie wosy ufarbowane na truskawkowy blond. Sztuczna opalenizna. Niebieskie oczy dziki soczewkom. Kolagenowe wary. Pseudoprzyjaciele, ktrzy od razu o niej zapomnieli, kiedy znikna im z oczu. Jedyna autentyczna rzecz w Brittney to byo jej niskie IQ. - Dziki. Bardzo nam pomoga. - LaToya upchna notatnik z powrotem do kieszeni i ruszya w stron schodw. Faszystki - mrukna Roxanne, zamykajc drzwi. Lara i LaToya zeszy w milczeniu na d i ruszyy korytarzem do wyjcia z akademika. - Vanessa chyba bardzo si przejmuje swoim wygldem - stwierdzia Lara. - Ona i milion innych dziewczyn - mrukna LaToya.
72

- Tak, i wyglda na to, e ona i Brittney maj ze sob sporo wsplnego. - Dwie zaginione dziewczyny z rudymi albo rudoblond wosami i z niebieskimi oczami. Lara zatrzymaa si, by spojrze na tablic ogosze. Jej uwag przycigna rowa ulotka. - Spjrz na to. - Zerwaa ulotk z tablicy. LaToya przeczytaa tre na gos. - Chcesz by pikna i moda na wieki? Darmowy wykad. Sala 4, Centrum Obsugi Studentw. Sobota, 21.00. - Na taki wykad Vanessa pewnie by chtnie posza. - Lara przyjrzaa si ulotce. - Sprawdmy to. Odnalazy sal, w ktrej odbyo si spotkanie, ale bya pusta, nie liczc paru plastikowych krzese i biaej tablicy. Porozmawiay z kierownikiem Centrum, ktry sprawdzi dla nich grafik. - Sala 4? - Jego twarz staa si pusta. - W sobot wieczorem nikogo nie byo w tej sali. Lara przekna lin. Ten, kto prowadzi wykad, zatar po sobie lady. Zupenie jak Jack, ktry zlikwidowa wszelkie dowody, e on i jego znajomi gocili w hotelu Paza. Do diaba! Tak bardzo chciaa wierzy w Jacka. Chciaa mu ufa. odek jej si przewraca, kiedy szy przez kampus. Nie moga uwierzy, e Jack jest w to zamieszany. Musia istnie jeszcze kto z takimi samymi zdolnociami. - Musz porozmawia z Jackiem. - To masz szczcie. - LaToya wyja notatnik i przerzucia kilka kartek. - Mam tu jego adres. Lexus, ktrym przyjecha, jest zarejestrowany na niejakiego Romana Draganestiego. Przy Upper East Side. - No to idziemy. - Serce cisno si w piersi Lary. Tak bardzo chciaa znw zobaczy Jacka. Ale teraz bdzie go musiaa przesucha jako podejrzanego. - Czego si dowiedziaa o Jacku, kiedy ci odwiedzi w naszym mieszkaniu? - spytaa LaToya. - Niewiele o tym mwia. Nie chciaa opowiada o pocaunku. Byo zbyt cudownie, eby o tym plotkowa. Przez jej umys przemkna wizja: Jack w dinsach, bez koszulki. Jego szeroka klata i silne barki, ciepe brzowe oczy, poyskujce zotem, albo czerwieni, kiedy by podniecony. Z trudem przekna lin. - Nie wiem, kim on jest. LaToya pokrcia gow. - To nie wyglda dla niego dobrze. - Wiem. - Larze cisn si odek. Bagam, Boe. Niech Jack nie okae si porywaczem. Ani morderc.

73

Rozdzia 8
Byla ju prawie szsta, kiedy Lara i LaToya weszy po schodkach pod drzwi domu Romana Draganestiego przy Upper East Side. - Elegancka chata. - LaToya rozejrzaa si po ssiedztwie z ganku. - adna i cicha okolica. - Zauwaya, jak grube s rolety w oknach? - Lara miaa nadziej, e zerknie do rodka przez ktre z okien, ale dom by szczelnie pozamykany. Wcisna guzik dzwonka. Ding-dong rozleg si w rodku echem, jakby dwik rozchodzi si po pustej jaskini. Co w tym wszystkim byo dziwnego, ale nie potrafia powiedzie co. Moe to tylko jej nadpobudliwa wyobrania i przygnbienie wywouj takie reakcje. Jazda metrem i krtki spacer nie uspokoiy jej nerww. Drczcy lk zagniedzi si w jej odku, a serce ciyo, jakby byo z oowiu. Rozpoznawaa te oznaki; ju kiedy przeywaa ten bl. Rozczarowanie. Poczucie zdrady. Tak zawzicie walczya po wypadku samochodowym, eby odbudowa swoje ycie i zapomnie o czasach konkursw piknoci. Na Uniwersytecie Luizjany poznaa Ronny'ego. Mylaa, e on rozumie jej potrzeb prowadzenia innego, bardziej sensownego ycia, ufaa mu i wierzya, e on naprawd j kocha. Dopki nie zacz si przechwala kademu, kto chcia i nie chcia sucha, e zaliczy missk. Bya dla niego tylko tytuem, kolejnym trofeum do kolekcji. Niech to szlag. Mylaa, e Jackowi mona ufa. Sdzia, e jest inny, e podziwia j za inteligencj i si charakteru. Mylaa, e to moe by ten jedyny. - Jestemy obserwowane - szepna LaToya. Lara spojrzaa w kamer monitoringu. Zapalia si zielona lampka. - Jack pracuje w firmie specjalizujcej si w ochronie. - Ciekawe, co tak tutaj chroni - mrukna LaToya. Z domofonu przy drzwiach rozlegy si trzaski. - Mog w czym pomc? - usyszay mski gos. Lara wcisna guzik rozmowy. - Nowojorska policja. Mamy kilka pyta. No ju, otwiera! - krzykna LaToya. Nastpia chwila ciszy. odek Lary cisn si w supe. Bagam, niech Jack ma alibi na sobotni wieczr. Drzwi otworzyy si powoli, ukazujc wysokiego, modego mczyzn. Po lewej stronie jego granatowej koszulki polo byy wyhaftowane sowa MacKay, U.O.D." Spodnie khaki, spite pasem, wisiay nisko na zgrabnych biodrach. Ciemne wosy mia cignite do tyu w krtki kucyk. W jego uchu byszcza zoty sztyfcik. Facet by niemal rwnie boski jak Jack.
74

- Jestem Carlos - powiedzia z lekkim akcentem. -W czym mog pomc? - Moemy wej? - spytaa LaToya. Jego usta drgny. - A macie nakaz? - Mamy kilka pyta, jeli nie ma pan nic przeciwko temu. - Lara umiechna si do niego przyjanie. Czy jest Jack? Giacomo di Venezia, znany rwnie jako Jack. Carlos przekrzywi gow, przygldajc si Larze. - To pani jest t policjantk, ktra przysza na lub lana? Syszaem o pani. Lara poczua, e gorcy rumieniec wpeza po szyi i zakrada si na jej policzki. - Jestem funkcjonariuszka Boucher i przyszam tutaj subowo. Jack jest... obiektem naszego zainteresowania. Oczy Carlosa bysny. - Zao si. - To moja partnerka, funkcjonariuszka Lafayette. -Lara wskazaa LaToy. - Czy Jack jest w domu? Musimy z nim porozmawia. - W tej chwili jest nieosigalny. - Rozbawione spojrzenie Carlosa przemkno z gry na d po jej ciele. Robby mwi, e pani jest adna, ale to byo grube niedopowiedzenie. Pewnie jest zy, e Jack zowi pani pierwszy. Lara zesztywniaa. - Nikt mnie nie zowi. Carlos si umiechn. - Ale sie z pewnoci zostaa zarzucona. - Skocz z tymi bzdurami i id po Jacka, dobrze? -zadaa LaToya. - Pani Lafayette. - Oczy Carlosa byszczay, kiedy przyglda si LaToi. - Prawdziwa dzika kocica z pani. LaToya zmruya oczy. - Frajerze, mam pazury, ktrych nie chciaby zobaczy. Carlos si rozemia. - Powiem Jackowi, e panie wpady. Ma pani numer telefonu? - spyta Lar. - Musimy si z nim zobaczy teraz. - Lara nie dawaa za wygran. - Wiem, e pi w cigu dnia, ale czy moe go pan obudzi? - atwiej powiedzie ni zrobi - mrukn Carlos. -Obawiam si, e tak naprawd go tu nie ma. W metafizycznym sensie. LaToya wysuna biodro i wzia si pod bok. - To gdzie jest, do diaba? W metafizycznym sensie, oczywicie.
75

- Czsto sam si nad tym zastanawiam. - Carlos zmarszczy brwi. - Gdzie oni waciwie s, kiedy ich nie ma... tutaj? Lara wymienia spojrzenie ze wsplokatork. Carlos mwi, jakby brakowao mu w gowie jednego puzzla. - Chce pan powiedzie, e nie wie pan, gdzie jest Jack? - Niezupenie. Ale jeli panie wrcicie okoo wp do dziewitej, bdzie mg panie przyj. - Tak zrobimy - powiedziaa LaToya. - Doskonale. - Carlos si umiechn. - To bya prawdziwa przyjemno pozna panie. Ciao. - Drzwi si zamkny. Lara usyszaa odgos zamykanych zasuw. - To byo interesujce. - Jeszcze jak. - LaToya zesza po schodkach na chodnik. Ju sama nie wiem, ktry jest najbardziej smakowity: an, Jack czy Carlos. Z ca pewnoci Jack. Lara spojrzaa na zegarek. - Zjedzmy jak kolacj. Ruszyy w stron Central Parku i skrciy na poudnie. Kiedy mijay Plaa, Lara przypomniaa sobie, e w hotelu jest centrum biznesowe. Dziewczyny zjady do spki pizz w delikatesach na Szstej Alei, a potem wrciy do hotelu, gdzie personel z radoci poszed na rk najlepszym policjantkom z Nowego Jorku. Usiady obok siebie przy komputerach w centrum biznesowym. - Ja sprawdz tego Draganestiego. - LaToya zacza stuka w klawiatur. Lara wyguglowaa Giacomo di Venezia, ale wszystkie linki odsyay j do Giacomo Casanovy, synnego uwodziciela. W niczym jej to nie pomogo, chocia przypomniao pewn spraw. Kiedy Lara przesuchiwaa Jacka w kociele, wspomnia, e jego ojciec uwid setki kobiet i e matka Jacka bya ostatnim podbojem ojca. C za dziwny zbieg okolicznoci. Czy Jack by taki sam jak jego ojciec? Czy zrobi sobie sport z uwodzenia kobiet? Lara czua jako, e pocig Jacka do niej by autentyczny. Ale czy nie w ten sposb dziaali tacy dranie? Sprawiali, e wszystkie uwodzone kobiety czuy si wyjtkowe. A Lara ju kiedy daa si nabra. Odkrycie, e Jack jest tak wini, bardzo by j zabolao. A, niestety, mogo wynikn co jeszcze gorszego. Mg by przestpc. Nie! Nie chciaa wierzy, e Jack ma cokolwiek wsplnego z zaginion dziewczyn. Lara nie znaa go zbyt dobrze, ale nie moga sobie wyobrazi, e byby zdolny skrzywdzi kobiet. Uratowa jej ycie. To obroca kobiet, nie ich przeladowca.
76

- Hm, wyglda na to, e Roman Draganesti to jaki geniusz - powiedziaa LaToya. - Wynalaz sposb na klonowanie krwi. Wedug tego artykuu jego syntetyczna krew ratuje tysice istnie ludzkich kadego roku. - Syntetyczna krew? - Lara si zastanowia. - Podawali mi j, kiedy byam w szpitalu. - To znaczy, e ten Roman uratowa te ciebie - cigna LaToya. - Produkuje j w Romatechu Industries. Ma kilka zakadw w caym kraju, ale najwikszy jest tutaj, w White Plains w Nowym Jorku. - To niedaleko. - Lara wyguglowaa Romatech i trafia na artyku opisujcy atak bombowy na zakad w grudniu zeszego roku. Na parkingu wybuch samochd, ale nikt nie odnis powaniejszych obrae. To by tylko ostatni z kilku zamachw bombowych na fabryk. - Wyglda na to, e Romatech ma zawzitych wrogw. - Moe prowadz tam jakie dziwne badania, ktre nie podobaj si ludziom - zasugerowaa LaToya. No wiesz, komrki macierzyste, inynieria genetyczna. - To oczywiste, e potrzebuj ochrony. - Lara zastanawiaa si, czy wanie tym zajmuje si Jack. - Moe sobie obejrz to miejsce. - Chwaa Bogu, e miaa wolne jeszcze przez par dni. - Powinnam jutro pracowa, ale mogabym wzi zwolnienie i pojecha z tob - zaproponowaa LaToya. - Dam sobie rad. Nie martw si. - Lara spojrzaa na zegarek. - Jest ju po smej. Chodmy pogada z Jackiem. - Co si stao? - Jack wanie teleportowa si do kuchni w domu Romana, poniewa kiedy siedzia w gabinecie na czwartym pitrze, popijajc swoje niadanie i odbierajc mejle, przez interkom odezwa si Carlos, e jest potrzebny na dole. - A eby wiedzia, e co si stao. - Phineas siedzia przy kuchennym stole, ubrany w subowe spodnie khaki i granatow koszulk poo firmy MacKay. - Carlos zwariowa. Zdaje si, e wcha kocimitk. Carlos pokrci gow i otworzy lodwk. Wyj butelk wody i odkrci kapsel. - Bya tu policja, kiedy... drzemalicie. - I Carlos zaprosi ich na pniej! - Phineas hukn pici w kuchenny st, a zatrzsa si na wp oprniona szklanka wody. - Bd tu za pitnacie minut. Jack zmarszczy brwi. - Czego chciaa policja? - Pewnie mnie. - Phineas dopi niadanie i trzasn szklank o st. - Ja... ja mam nakaz zatrzymania. - Rany, Phineas. - Carlos si skrzywi. - Trzeba byo mnie uprzedzi. Jak mam ci chroni, skoro o tym nie wiem?
77

Jako dzienny stranik Carlos Panterra mia zapewni im bezpieczestwo podczas miertelnego snu. Jack by pod wraeniem czujnoci Brazylijczyka. Jak wielu dziennych stranikw, pracujcych dla firmy MacKay, Carlos mia wyjtkowe umiejtnoci. I pewien sekret. On milcza na temat wampirw, a wampiry milczay na temat jego zdolnoci do zmieniania postaci. Phineas przygarbi si z rezygnacj. - Nie chciaem, eby Angus wiedzia. Uwierzy we mnie i da mi prac. Naprawd podoba mi si, e jestem po stronie przyzwoitych goci. - Nie martw si. Angus jest z ciebie bardzo zadowolony - zapewni go Jack. Zwrci si do Carlosa: Policja szukaa Phineasa? - Nie, nie byo o nim mowy. Chyba moe czu si bezpieczny. - Carlos napi si wody. Phineas odetchn z ulg. - To ja si std wynosz. - A szkoda. - Carlos usiad obok niego przy stole. -Bo to byy bardzo adne dziewczyny. Serce Jacka zabio szybciej. - To byy policjantki? - Czyby Lara go szukaa? - adne dziewczyny? - Phineas przygadzi swoje krtkie wosy. - To mi wyglda na robot dla Doktora Ka. - Lara tu bya? - Jack podszed do stou. - To znaczy, funkcjonariuszka Boucher? - Tak. Szukaa ciebie. Przysza tu w towarzystwie funkcjonariuszki Lafayette. - Carlos umiechn si do Phineasa. - Ciemnoskrej licznotki. - Niech to licho! - Phineas rozpromieni si, ale natychmiast oklap. - Dlaczego adna, moda dziewczyna zaciga si do smurfw? - I s niegupie - cign Carlos. - Jakim cudem odkryy, gdzie mieszka Jack. - Wanie takie s smurfy, stary. Wytropi ci wszdzie. - Phineas zabra swoj pust szklank i butelk do zlewu i je wypuka. Jack usiad przy stole i zacz si zastanawia. Bardzo si pilnowa, eby nie powiedzie Larze, gdzie mieszka i pracuje. Samochd! To dlatego wsplokatorka Lary czekaa na ulicy. - Musiay sprawdzi rejestracj samochodu Romana. Carlos pokiwa gow. - S cwane. - I nieustpliwe. - Phineas upcha swoj pust szklank i butelk w zmywarce. - Lepiej z nimi nie rozmawiaj, stary. Zawlok ci na komisariat, a tam maj te swoje pokoje przesucha z weneckim lustrem, i kiedy zauwa, e nie masz odbicia, to ju po tobie.
78

- Bd uwaa. - Jack spojrza na zegar nad zlewem. Mia jeszcze osiem minut. - Phineas, id do pracy beze mnie. Powiedz Connorowi, e niedugo si zjawi. - Okej, ale mwi ci, e mu si to nie spodoba - odpar Phineas ze zmarszczonymi brwiami. Jego ciao zamigotao i znikno. Jack westchn. Connor wyranie sugerowa, e lepiej byoby unika Lary. Jack stara si o niej zapomnie, ale to byo niemoliwe. Na przykad w Romatechu spotyka kogo w niebieskiej koszuli i ten kolor przypomina mu barw jej oczu. Albo sysza czyj miech i apa si na tym, e tskni za miechem Lary. Ilekro bra prysznic, przypomina sobie dotyk jej doni na skrze. A kiedy kad si, eby zapa w miertelny sen, wyobraa sobie wschodzce soce - ognist kul zota i czerwieni. Wiedzia, e nigdy wicej go nie zobaczy, ale mg widzie wosy Lary, poyskujce miedzi i zlotem mikkie kosmyki, wijce si wok jej twarzy. Byy w jego palcach jak ogie z jedwabiu. Chcia j znw zobaczy. Santo cielo, ale jej pragn. - Mam nadziej, e nie masz mi za ze, e je zaprosiem - powiedzia Carlos. - Uznaem, e najlepiej zaspokoi ich ciekawo. Nie chcemy, eby przyszy tu za dnia z nakazem przeszukania. Jack si skrzywi. - To by bya katastrofa. - Znalazyby martwe ciaa. - Teraz nie pisz, wic wszystko powinno wyglda normalnie. - W piwnicy s jakie trumny? - spyta Jack. - Nie. Dougal zabra swoj ze sob, kiedy go przenieli, an odda swoj na cele charytatywne. Wyrs z niej. Jack si umiechn. - A wtpi, eby ona chciaa z nim dzieli now. Carlos wybuchn miechem. - Nie, Toni by na to nie posza. Jack spojrza na zegar. Pi minut. - Lepiej si przygotuj. - Teleportowa si do swojej sypialni na trzecim pitrze. Z wampiryczn prdkoci wzi prysznic, umy zby i woy czyst par dinsw oraz brzow koszulk. Kiedy czesa wilgotne wosy, usysza dzwonek na dole. Lara. Spojrza na pust cian nad umywalk w azience. Nawet gdyby byo tam lustro, nie odbijaby si w nim. Potar zarost na szczce. Nie zdy si ogoli. Mia nadziej, e Larze nie bdzie to przeszkadzao. By boski. Rozmazana smuga ruchu cigna uwag Lary i nagle Jack pojawi si na podecie pitra wielkiej klatki schodowej. Zamrugaa. Czyby porusza si z nadludzk prdkoci? Teraz sta nieruchomo i patrzy na ni.
79

Umiechn si, a jej serce cisno si w piersi. Ten czowiek nie mg by porywaczem. Wystarczyoby, eby kiwn palcem, a kada kobieta sama pobiegaby za nim. - Funkcjonariuszko Boucher? Lara podskoczya, czujc, e kto stuka j w rami. - Tak? Carlos si umiechn. - Pytaem, czy pani i funkcjonariuszka Lafayette chcecie zwiedzi dom. - Och. - Lara skrzywia si w duchu. Nie usyszaa Carlosa za pierwszym razem. Bya zbyt zajta gapieniem si na Jacka. Kiedy ona i LaToya przyszy przed minut, Carlos wprowadzi je do przestronnego holu. Zauwaya byszczc marmurow posadzk i wspania krt klatk schodow, a potem zjawi si Jack. Teraz powoli schodzi po schodach, nie odrywajc od niej oczu. - Ja chtnie pozwiedzam - oznajmia LaToya. - Lara moe porozmawia z Jackiem. Lara przysuna si bokiem do swojej wsplokatorki. - Jeste pewna, e chcesz... si rozdziela? - Prosz si nie martwi, funkcjonariuszko Boucher - powiedzia Carlos. - Pani koleanka bdzie ze mn bezpieczna. LaToya prychna i zaoya rce na piersi. - Powiniene si martwi, czy ty bdziesz bezpieczny ze mn. Oczy Carlosa zabysy. - To jak pani chce to zrobi? Zaczniemy od gry i bdziemy si posuwa w d? LaToya uniosa brew. - Mnie pasuje. - Funkcjonariuszko Lafayette. - Jack ukoni si lekko, kiedy dotara do stp schodw. - Mio znw pani widzie. Mam nadziej, e pani eks nie sprawia ju kopotw. Zdaje si, e ma na imi Bob? - Wszystko u niego w porzdku - burkna LaToya. -Ale ty moesz mie kopoty. - Wciekym krokiem pomaszerowaa po schodach za Carlosem. Jack zwrci si do Lary i unis brwi. - Mam kopoty? Nie, to ona miaa kopoty. Skra j mrowia, a przecie nawet jej nie dotkn. - Czy moglibymy gdzie porozmawia? - Prosz. - Wskaza pokj po lewej.
80

Wesza do salonu. Brzowe kanapy otaczay z trzech stron duy, kwadratowy stolik do kawy. Czwarty bok stolika by zwrcony w stron panoramicznego telewizora. - Chcesz co do picia? - spyta Jack. - Chtnie, troch wody. - Po pizzy, ktr zjada wczeniej, miaa straszne pragnienie. Usiada w kocu rodkowej kanapy. Pooya torebk obok siebie, eby odgrodzi si czym od Jacka. Pod jedn ze cian zauwaya biurko z komputerem. Po lewej stronie brzowe zasony ozdabiay wielkie wy-kuszowe okno wychodzce na ulic. Metalowe aluzje byy szczelnie zamknite, jakby mieszkacy bali si, e kto gby zajrze do rodka. Ale poza tym, cho Lara uwanie rozejrzaa si po pokoju, nie zauwaya niczego niezwykego. Moe kto po prostu bardzo nie lubi soca. - Prosz. Gos Jacka j zaskoczy. Szybko si uwin. Poda jej szklank wody z lodem i pooy drewnian podkadk na stoliku przed ni. - Shanna urwaaby mi gow, gdybymy zrobili na stole lady od wody. - Shanna? Kto to taki? - Zona Romana. S wacicielami tego domu. - Jack usiad na kanapie obok niej. - Romana Draganestiego? - Lara napia si wody. - Tak. - Jack zmieni pozycj, eby siedzie przodem do niej, i wspar si okciem o oparcie kanapy. Odrobia lekcje. Domylam si, e sprawdzia numery samochodu Romana. - Tak. - Lara wypia kolejny yk wody. - LaToya tak naprawd nie dzwonia do chopaka o imieniu Bob. Kcik ust Jacka podjecha do gry. - Co za niespodzianka. Do diaba, ale by liczny. Lara odstawia szklank na podstawk. - Tobie si nie chce pi? - Nie, dzikuj. Wydao jej si dziwne, e nigdy nie napi si niczego razem z ni. Spojrzaa na okno. - Nigdy wczeniej nie widziaam tak mocnych aluzji w prywatnym domu. Wygldaj jak przemysowe. - Tumi haas miasta. - To fakt. Tu jest cicho jak w grobie. Potar zaronit szczk. - Mona tak powiedzie. - Spojrza na Lar namitnym wzrokiem. - Tskniem za tob. Gardo jej si cisno. - Moge zadzwoni. - Prbuj ci si oprze.
81

- Prbujesz? Powiedziaabym, e idzie ci to cakiem skutecznie. - Lara skarcia si w duchu. Gadaa jak de-speratka. Machna lekcewaco rk. - Nie ma to znaczenia. Ja te ci unikaam. Patrzy na ni ze smutkiem. - Mdrze z twojej strony. - Dlaczego? Jeste zwizany z kim innym? - Nie. - Dotkn jej wosw. - Jak mgbym chcie kogo innego, kiedy poznaem ciebie? Przekna lin. Czy on mwi powanie, czy po prostu by bajerantern? Odgarna wosy na plecy, poza jego zasig. - To jest wizyta subowa. - Rozumiem. W czym mog pomc? - Gdzie bye wczoraj wieczorem? Unis brwi. - Prowadzisz jakie ledztwo? - Tak. - Spucia wzrok na zacinite pici na swoich kolanach. Teraz czua si jak ostatnia winia. Wczoraj wieczorem zagina studentka. By moe zostaa porwana. I chyba kto zmieni wspomnienia jej koleanek. - A ty podejrzewasz mnie? - spyta cicho. - Nie... - Przekna z trudem kluch, dawic jej gardo. - Nie chc ci podejrzewa, ale jeste jedynym znanym mi czowiekiem, ktry potrafi w taki sposb manipulowa umysami. - Zerkna na niego nerwowo. -Czy s jeszcze inni, ktrzy potrafi to robi? - Merda - mrukn, marszczc brwi z chmurn min. - Powiedz mi, e s inni. Powiedz mi, e masz alibi. - Naprawd wierzysz, e mgbym porwa mod kobiet? - Rzuci jej torebk na stolik i przysun si bliej do niej. Lara zesztywniaa. - Co ty robisz? - Jeli uwaasz mnie za przestpc, to najwyraniej za sabo mnie znasz. - Podcign j na swoje kolana. - Przesta. - Prbowaa si wykrci, ale trzyma j mocno. - Moesz mie powane kopoty za utrudnianie ledztwa... - Laro - przerwa jej, patrzc namitnie w jej oczy. -Wczoraj wieczorem pracowaem. - W Romatech Industries? - Tak. W sobot wieczorem mamy msz. Po mszy byo przyjcie. - Zagryz zby. - Przyszo ze trzydzieci osb, moesz przesucha tych ludzi.
82

- Z-zrobi to. - Nie moga znale miejsca dla rk innego ni jego pier albo barki. - Mielicie msz w pracy? - Tak. W kad sobot wieczorem przychodzi ojciec Andrew. Nasi... wrogowie o tym wiedz. Atakowali ju wczeniej, wic musiaem tam by, eby zapewni ochron. Wrogowie? To brzmiao mocno przesadnie. Ale z drugiej strony, jeli Jack by w kociele, nie mg mie nic wsplnego ze znikniciem Vanessy. Chyba jej modlitwy zostay wysuchane. - A co z manipulacj umysami? Zmarszczki na jego czole si pogbiy. - S inni, ktrzy to potrafi. - Przyjaciele? - Tak. - Jego spojrzenie stwardniao, zote plamki w oczach bysny gniewnie. - I wrogowie. Lara dostaa gsiej skrki. Przyjaciele i wrogowie ze zdolnoci kontroli umysw? Zadraa. Poczua si, jakby nagle znalaza si na krawdzi przepaci, w ktr zaraz spadnie. Dotkn jej policzka. - To dla mnie prawdziwy szok. - Co ty powiesz. - W co ona si pakowaa, na lito bosk? Staraa si to wszystko jako poukada, ale trudno byo myle, kiedy jej dotyka i patrzy na ni z takim arem. Musn palcami jej brod. - To dla mnie prawdziwy szok, jak bardzo mnie zabolao, e le o mnie mylisz. Z trudem przekna lin. - Nie chciaam. Nie mogam znie tej myli. Nie chciaam w to wierzy. - Wic nie wierz. - Wplt palce w jej wosy. - Chc ci ufa, Jack. - Ale to byo cholernie trudne, kiedy jego oczy znw zaczynay si jarzy tym czerwonawym blaskiem. - Moesz mi ufa. - Wzi j w ramiona i pocaowa.

Rozdzia 9
Chyba na staro sta si masochist. Bo jak inaczej mgby szale z podania do kobiety, ktra podejrzewaa go, e jest kryminalist? Przycisn wargi do warg Lary, rozchylajc je, by mc wtargn w jej usta jzykiem.
83

Pogaska domi jej plecy. Moja. Santo cielo, robi si zaborczy. Zaborczy do tego stopnia, e zdrowy rozsdek przestawa by rozsdkiem. I co z tego, e nie s sobie przeznaczeni? Co z tego, e wszystkie jego zwizki koczyy si katastrof? Ju go to nie obchodzio. To jest Lara, a on musi j mie. Zacz pieci jzykiem jej jzyk i zalaa go fala radoci, kiedy Lara chwycia go za ramiona i odwzajemnia pocaunek. Tak! Ona te go pragna. - Lara. - Obsypa pocaunkami jej twarz: policzki, czoo, drobne piegi na nosie. - Cara mia. - Jack. - Zanurzya donie w jego wosy. - Ja... nie powinnam ci na to pozwala. - Nie bj si - szepn z ustami przy jej skroni. - Ale... ty masz dziwne moce. - To tylko pomaga w mioci. - Chwyci patek jej ucha w usta i zacz ssa. Wiedzia z dowiadczenia, e lina wampirw uwraliwia i rozpala kobiety, ale zwykle potrzeba byo troch kontroli umysu, eby to zadziaao, a Lara bya na ni odporna. Poaskota jzykiem jej szyj. Jkna. Zrobi si twardy. Bya taka cudowna, taka wraliwa. Nawet bez telepatycznego poczenia jej ciao reagowao na niego, jakby... jakby naleeli do siebie. Przesun do po jej biodrze na udo i cisn. - Mmm. - Wiercc si, przywara do niego mocniej. Skrzywi si, kiedy biodrem otara si o niego. By u kresu wytrzymaoci. Nie znisby wicej tortur. - Przerwa. - Zsun jej uroczy tyeczek na kanap obok siebie, tak e teraz leaa z gow na bocznej poduszce i nogami przerzuconymi przez jego uda. Rowe zabarwienie wszystkiego wok ostrzego Jacka, e jego oczy wci s czerwone. Odwrci od Lary twarz i oplt palcami jej kostk. - Widziaam twoje oczy, Jack - szepna. - S wiecce i czerwone. - Wiem. - Pogaska jej delikatn kostk. - To oznaka tego, jak bardzo ci pragn. Wzia gboki wdech i westchna cichutko. - Chc pozna twoj tajemnic. Kim ty jeste? Zamkn na chwil oczy. - Dziewi krgw pieka. Powiedziabym ci, gdybym mg. Jkna. - To takie frustrujce. Powiesz mi przynajmniej, o co chodzi z tymi dziewicioma krgami pieka? - Taki stary nawyk. - Dotkn jej doni i pogaska palce. - Kiedy byem modym chopakiem w Wenecji, pewien stary ksidz uczy mnie czyta. Pierwsz moj lektur bya Boska Komedia Dantego, ktra zaczyna si od Inferno i dziewiciu krgw pieka. Lara si skrzywia.
84

- Dziwny wybr lektury dla dziecka. Przeplt palce z jej palcami. - Ojciec Giovanni prbowa mnie nastraszy, ebym by dobry. Nie chcia, ebym poszed w lady mojego ojca. Umiechna si do niego kwano. - I udao si? Odpowiedzia umiechem. - Niestety, opis Inferno wydawa mi si bardziej interesujcy ni Paradiso. - Pewnie wikszo dzieciakw uznaaby tak samo. To ksikowy odpowiednik horroru. A dziewi krgw, hm? Kawa pieka. - Wedug ojca Giovanniego jest wielu grzesznikw. Parskna. - Fajny nauczyciel. A ktry z dziewiciu krgw czeka na twj przedwczesny zgon? To pytanie go zaskoczyo. Przeywszy dwiecie lat, Jack niewiele myla o mierci. A to by bd. Zawsze mg zgin w bitwie z Malkontentami. A wtedy, co si stanie z jego niemierteln dusz? Czy dowiedzie, e ojciec Gkwanni mia racj, i skoczy w piekle? Zabija, ale tylko w obronie wasnej. erowa na kobietach, ale zawsze stara si odpaci za przysug. Jeli chodzio o grzech, majaczy mu przed oczami tylko jeden, ktrego nie potrafi usprawiedliwi. Jack. - Ucisna jego do. - Masz tak powan min. Ja tylko artowaam. Spojrza jej w oczy. Jego wzrok nie by ju zabarwiony na czerwono. Nie ma to jak myli o wiecznym potpieniu, jeli chce si zepsu nastrj. - Trafibym na drugi krg i tam spdzibym wieczno, miotany na wszystkie strony gwatown burz. Skrzywia si. - To okropne. Jaki grzech popenie, eby sobie na to zasuy? Unis jej rk do ust i pocaowa delikatnie wntrze jej doni. - Podanie. Otworzya szeroko oczy. - Ale to nie fair. Podanie nie wydaje si a takie straszne. A w kadym razie twoje podanie. Szczeglnie e dotyczy mnie. Bo chodzi o mnie, tak? - O tak. - Potar kciukiem miejsce, ktre pocaowa, aujc, e nie moe umieci trwaego znaku wasnoci na jej skrze. - Z ca pewnoci o ciebie. I tylko ciebie. Larze zaiskrzyy si oczy. - Podoba mi si to. - Spojrzaa na niego uwodzicielsko. - Moe daoby si znale sposb na zaspokojenie twojego podania. - Wyleczy grzech, poddajc mu si? - Umiechn si, obejmujc palcami jej ydk. - To bardzo nowatorskie podejcie.
85

- No co? Co komu po grzechu, jeli nie mona si nim cieszy? Rozemia si. - Ale z ciebie niegrzeczny anio. Ale cho mnie bardzo kusi, nie sdz, eby twoje podejcie zadziaao. - Dlaczego nie? - Bo zakadasz, e moje podanie da si zaspokoi. - Spojrza na ni tsknie. - Na to nie ma lekarstwa. Im wicej dostaj, tym wicej chc. Mimo to, jestem wzruszony, e tak szlachetnie chcesz si powici dla mojego zbawienia. Jej twarz porowiaa jeszcze bardziej. - To nie byoby z mojej strony takie cakiem altru-istyczne. Obawiam si, e padam ofiar tego samego grzechu. Pochyli si, eby dotkn jej twarzy. - Nie martw si, cara mia. Jest z tego proste wyjcie. Proste, ale te bardzo rzadkie. Jeli z podania wyronie prawdziwa mio, wyldujemy w Paradiso. - Jack, jeste taki sodki. - Obja go za szyj. - Jest w tobie co strasznie starowieckiego i romantycznego. Z ca pewnoci by starszy, ni jej si zdawao. - To ty budzisz we mnie romantyka. Popatrzya na niego zgnbionym wzrokiem. - Tylu rzeczy o tobie nie wiem. Chciaabym, eby powiedzia mi wicej, bo... bo zwyczajnie nie wiem, co o tobie myle. - Rozumiem. - Jak moga mu ufa, skoro on jej nie ufa? Moe mgby jako zapracowa sobie na to zaufanie. Pocaowa j lekko w usta i si wyprostowa. - Opowiedz mi o tej sprawie, nad ktr pracujesz. Jkna. - Okej. - Powiedziaa mu o studentce college'u, ktra znikna w sobotni wieczr, i o tym, e jej przyjaciki wydaway si zaprogramowane, by powtarza to samo kamstwo. - Prosz, mam ci co do pokazania. - Lara wsuna rk do kieszeni dinsw, lekko unoszc biodra. Jack jkn. - Miej lito, bellissima. Umiechna si. - Mylisz tylko o jednym. - Podaa mu zdjcie, a potem rozoya row kartk. - LaToya i ja znalazymy to na tablicy ogoszeniowej. Sprawdziymy, czy wykad si odby, i kierownik Centrum zachowywa si jak zombie, tak samo jak dziewczyny. Jack przyjrza si zdjciu i ulotce. - Chcesz by pikna i moda na wieki? Darmowy wykad.

86

- Tak, wydaje mi si, e to w taki sposb sprawca wabi dziewczyny. Potem wybiera jedn, tak jak Vanessa, i zaciera lady, eby nikt inny go nie pamita. Roxanne powiedziaa, e w zeszym roku zagina jeszcze jedna studentka. Jack spojrza na zdjcie. - Czy ta druga te bya ruda, jak ta? - Do podobna. Rudawa blondynka. Jack poczu w odku ukucie niepokoju. Lara bya dokadnie w typie dziewczt, jakich szuka porywacz. Biorc pod uwag jego zdolno manipulacji umysami, istniaa spora szansa, e jest wampirem. Malkontentem, ktry eruje na adnych, modych kobietach, szukajc poywienia i seksu. I jak wikszo Malkontentw, zapewne uwaa miertelniczki za jednorazowe rdo poywienia. Kiedy znudzi si jedn, wyssie j do sucha i wyrzuci jak pusty karton po mleku. Jeli Lara natknie si na niego podczas ledztwa, on jej zapragnie. Porwie j, teleportuje si, i nie bdzie sposobu, eby go namierzy. Jack przekn lin. Nie mg pozwoli, eby Lara cigaa tego wampira. - Ten... przestpca jest niebezpieczny. Myl, e powinna zostawi jego schwytanie komu innemu. - Na przykad mnie. - Nie ma mowy. - Spojrzaa na niego chmurnie. Zdja nogi z jego kolan i usiada. - Chc awansowa na detektywa. Jeli pomog w rozwikaniu tej sprawy, udowodni, e jestem gotowa. - Udowadniaj to, zajmujc si kim mniej niebezpiecznym. Obruszya si. - Oni wszyscy s niebezpieczni, Jack. Dlatego nazywaj si przestpcami. Zoy ulotk i odda jej. - Zostaa oficjalnie przydzielona do tej sprawy? - Nie. - Upchna ulotk do kieszeni. - Zajmuj si tym detektywi z komisariatu LaToi. W normalnych okolicznociach nawet nie przyszoby nam do gowy prowadzi wasne ledztwo, ale czujemy, e musimy co zrobi, bo wiemy o kontroli umysw. Nie wydaje mi si, eby detektywi kiedykolwiek na to wpadli, a naprawd nie wiem, jak im to wyjani, eby nie wyj na wariatk. Jack te wtpi, by detektywi domylili si, e w spraw jest zamieszany wampir. Ale gdyby na to wpadli, to byaby katastrofa dla wszystkich dobrych wampirw, ktre musiay zachowa swoje istnienie w tajemnicy, eby przetrwa. Postanowi, e wtajemniczy we wszystko Angusa i Connora. Zgodz si z nim, e sprawa musi zosta zaatwiona przez wampiry, szybko i po cichu, z moliwie maym udziaem miertelnikw.
87

- Skoro jeste tak zdeterminowana, eby pracowa nad t spraw, to... chciabym ci pomc. - Naprawd? - Lara szeroko otworzya oczy. Tak naprawd to zamierza obj dowodzenie, ale na razie zachowa to dla siebie. - Mam pewne dowiadczenie w pracy ledczej. I mona mnie uzna za eksperta od kontroli umysw. - Tak, zauwayam. - Chciabym pozna koleanki Vanessy - cign Jack. - By moe zdoabym wydoby ich prawdziwe wspomnienia. - O rety! - Lara zerwaa si na nogi. - To by byo super. Moglibymy uzyska prawdziwy rysopis porywacza. - To znaczy, e si zgadzasz. Pracujemy razem. -I bdzie mg j chroni. Wsta i wskaza rk hol. - Samochd jest przed domem. Ja prowadz. - wietnie. - Lara popdzia do holu. - LaToya! - Co?! - odkrzykna LaToya. Na schodach zadudniy kroki. - Ju id! Nic ci nie jest? - Wszystko dobrze! - zawoaa Lara. - Wychodz z Jackiem. Chce nam pomc w ledztwie. - Co? - Zadyszana LaToya zatrzymaa si na podecie pitra. Carlos zatrzyma si tu za ni. Zerkna nieufnie na Jacka. - On nie moe nam pomaga. Jest podejrzanym. - Nic podobnego. - Lara umiechna si do niego. -To dobry czowiek. Serce wezbrao w piersi Jacka. - Grazie, bellissima. - Wzi j za rk i ucaowa palce. - Chwilunia. - LaToya pokonaa ostatni cig schodw, patrzc ze zoci na Lar. - Idziesz gdzie sama z tym gociem? - Spojrzaa na Jacka. - Bez urazy, ale nie jeste cakiem normalny. Jack skoni gow. - Rozumiem. I caym sercem przyklaskuj twojej chci chronienia Lary. Czuj dokadnie to samo. - Co ty powiesz. - LaToya zapaa Lar za rami i odcigna j od Jacka. - Dziewczyno, musimy pogada. - On ma alibi na wczorajszy wieczr - wyjania Lara, gdy LaToya cigna j do salonu. - By w kociele. LaToya parskna. - Jasne. Istny ministrant. - Co si dzieje? - szepn Carlos, kiedy dotar na d. Jack przyoy palec do ust. Chcia podsucha rozmow w pokoju obok. Carlos skin gow. - Czy ty rozum stracia, dziewczyno? - szepna LaToya. - W jednej chwili uwaasz go za podejrzanego, a w nastpnej wierzysz we wszystko, co mwi? - Ma alibi - powtrzya Lara. - Wiele osb widziao go wczoraj wieczorem.
88

- Masz na to tylko jego sowo. A jeli on zaprogramowa tych ludzi, eby mwili, e go widzieli? - spytaa LaToya. - A jeli tobie te pieprzy w gowie? - Jestem na niego odporna. LaToya znw parskna. - Dziewczyno, gdyby on mia gryp, ty miaaby ju gorczk. - To uczciwy czowiek - upieraa si Lara. - Ja... ehm, tak jakby oferowaam mu siebie, i... - Co? - - uciszya j Lara. Zniya gos tak, e Jack z trudem cokolwiek sysza. - Zaoferowaam siebie, eby sprawdzi, jak zareaguje, a on odmwi, chocia to byo oczywiste, e ma na mnie ochot. To byo takie sodkie. - Doprawdy - szepn Carlos z kwanym umiechem. - Jako nagle mnie zemdlio. Jack posa Carlosowi spojrzenie, mwice odwal si". Mimo to by zaskoczony, e such zmiennoksztatnego jest rwnie dobry jak jego. - Jak si udaa wycieczka po domu? - Okej - odpar Carlos cicho. - Postaraem si, eby nie zobaczya adnych azienek bez luster. - Dobrze. - Jack znw skupi si na rozmowie w salonie. - On nam pomoe znale porywacza - szepna Lara. - A jeli tylko chce odsun podejrzenia od siebie? -spytaa LaToya. - Nie robi tego - sykna Lara. - Natkna si na grze na jakie uwizione kobiety? - Nie, ale nie wiedziaam jeszcze piwnicy. Przecie wiesz, e w nim jest co dziwnego. Lara westchna. - Tak, wiem. - A co waciwie wiesz? - rzucia ostro LaToya. - Wiem, e nic nie wiem. - No c, tyle to i ja wiem. Lara jkna. - Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Nic mi nie bdzie. Wracaj do domu, ja dotr pniej. - No dobra - burkna LaToya. - Ale zanim pjd, sprawdz to miejsce dokadnie. Gdyby czegokolwiek potrzebowaa, dzwo. Jack podszed do stolika w holu i wzi kluczyki. - Gotowa? - zawoa. - Id. - Wybiega do holu, zakadajc na rami pasek torebki. LaToya wysza za ni i spojrzaa gniewnie na Jacka. - Lepiej, eby wrcia caa i zdrowa. Skin gow.
89

- Nigdy nie zrobibym Larze adnej krzywdy. - Trzymam ci za sowo. Mam w Nowym Orleanie kuzynk, ktra zajmuje si voodoo. Nie zmuszaj mnie, ebym zacza si bawi lalkami. Jack spojrza na Lar i si umiechn. - Postaram si by grzeczny. Przechylia si bliej niego i szepna: - Nie staraj si za bardzo. Ucisn jej do. - Cokolwiek kaesz, bellissima. Zawsze staram si sprawia damie przyjemno. - O Boe. - LaToya si skrzywia. - Jestecie tacy sodcy, e zaraz wpadn we wstrzs hiperglikemiczny. Od razu mnie zabijcie, bdzie z gowy. Carlos si rozemia. - Moe lepiej piwko? - Dobry pomys. - LaToya zaoya rce na piersi, wci obserwujc podejrzliwie Jacka. Carlos znikn w kuchni. - No wic, panie ministrancie, co jest w piwnicy? - Zwykle trup albo dwa. - Jack si umiechn. - Ale teraz ich nie ma. Lara zerkna na niego z irytacj. - To nie pomaga. - Przepraszam - odpar Jack. - Na dole s pralka i suszarka. - Oczywicie. - LaToya zmruya oczy. - I mnstwo wybielacza do spierania plam krwi. - Jakby zgada. - Jack kiwn gow. - Nie cierpi plam krwi. Lara stukna go okciem w ebra. - Przestaniesz si wygupia? Ona ci w kocu uwierzy. Niestety, wcale nie artowa. - Prosz piwo - powiedzia Carlos, ktry wrci z kuchni. Wrczy LaToi otwart butelk. - Dziki. - Napia si yk. - To co jest w piwnicy, Carlos? - St bilardowy. Chcesz zagra? - Jasne. - Ruszya za nim w stron schodw do piwnicy, posyajc po drodze zirytowane spojrzenie Jackowi. - Trupy, tere-fere. Pewnie masz tam na dole statek kosmiczny. Jack podszed do frontowych drzwi i wcisn kilka klawiszy na panelu, eby dezaktywowa alarm. - Idziemy? - Jasne. - Lara wysza za nim. - Prosz, nie zwracaj uwagi na LaToy. Ona po prostu jest bardzo opiekucza w stosunku do mnie. - Rozumiem. - Zamkn drzwi i z powrotem wczy alarm. - Ja czuj to samo. - Gdzie tam by krwioerczy wampir, ktry kolekcjonowa rudowose dziewczyny. Jack zrobiby wszystko, eby ochroni Lar.
90

Rozdzia 10
Megan, to jest Jack... di Venezia. - Lara zdaa sobie spraw, e nie wie nawet, jak waciwie brzmi nazwisko Jacka, co byo do niepokojce, biorc pod uwag, e cigle ldowaa w jego ramionach i caowaa si z nim. -Pomoe nam odnale Vaness. - Okej. - Megan wybauszya oczy na widok Jacka stojcego w drzwiach. - Dzie dobry. - Skin uprzejmie gow. - Moemy wej? Megan cofna si nieporadnie o kilka krokw, wci gapic si na Jacka. Lara wiedziaa, co dziewczyna czuje. Jack potrafi zwali z ng. Zamkn drzwi. - Prosz, usid. To zajmie tylko chwil. Megan cofaa si, a natrafia na ko i klapna na siedzenie. Lara usiada naprzeciw niej na drugim ku. Wyja z torebki dugopis i notes, zastanawiajc si, co waciwie Jack zrobi tej dziewczynie. Jack opar si o drzwi, przybierajc swobodn poz. - No wic, Megan, ty i Vanessa jestecie dobrymi przyjacikami? - O tak. Vanessa to najfajniejsza przyjacika, jak kiedykolwiek miaam. Mam nadziej, e nic jej si nie stao. - Dolna warga Megan zadraa, zy napyny jej do oczu. - Tak si o ni boj. - Na pewno - powiedzia cicho Jack. - A dokd po-szycie wczoraj wieczorem? Zmiana wyrazu twarzy Megan bya niepokojca. Lara dostaa gsiej skrki, patrzc, jak paczliwa mina modej kobiety w cigu kilku sekund zmienia si w cakowicie obojtn. - Nigdzie nie wychodziymy. Uczyymy si - wyrecytowaa mechanicznym gosem. Po pokoju przemkn wir lodowatego powietrza. Lara zadraa i spojrzaa na Jacka. Czyj mzg by w stanie zmienia temperatur otoczenia? Jack marszczy brwi, cakowicie skoncentrowany na Megan. Zote plamki w jego oczach byszczay. Lara z trudem przekna lin. Co ona o nim tak naprawd wie? Podszed do Megan. - Gdzie byycie wczoraj wieczorem? - W pokoju... - Megan zachwiaa si, oczy jej si zamkny.
91

Lara usyszaa dziwaczne trzaski, jakby pynce z nie-dostrojonego radia. Wydao jej si, e przez ten szum syszy niski mski gos. Brzmia jak gos Jacka, ale nie moga zrozumie sw. Jego usta si nie poruszay, wic widocznie komunikowa si telepatycznie. - Tak - szepna Megan. Tak? Co tak? Tak, odpowie na jego pytania zgodnie z prawd, czy tak, bdzie mwi to, co on jej rozkae? Niepokj zjey Larze woski na karku. Czy LaToya moga mie racj? Czy Jack programowa Megan, by kamaa dla niego? Pooy do na gowie dziewczyny i zamkn oczy. - Przypomnisz sobie. Dokd poszycie w sobot wieczorem? - Byymy w... - Megan si skrzywia. - Poszymy do budynku Centrum Obsugi Studentw na wykad. Va-nessa chciaa tam i. - Kto prowadzi wykad? - spyta Jack. - On... - Megan si przygarbia. Jack chwyci j za gow, nakrywajc skronie domi. - Jaki on? - Apollo - szepna. Lara zapisaa imi w notesie. - Opisz go - rozkaza Jack. - Wysoki blondyn, bardzo przystojny. - Megan zmarszczya nos. - Bardzo blady. Lara przerwaa robienie notatek. Zawsze uwaaa, e Jack te jest troch blady. - Co powiedzia wam Apollo? - spyta Jack. - Pokaza nam prezentacj w PowerPoincie, ze zdjciami eleganckiego orodka wypoczynkowego i spa. Wypeniymy ankiet na temat naszych ulubionych zabiegw spa i jedna szczciara otrzymaa luksusowy pakiet usug. Cay tydzie, cakiem za darmo. Vanessa miaa szczcie. Lara pokrcia gow. Takie szczcie mogo kosztowa ycie. - Powiedzia, gdzie mieci si to spa? - pyta Jack. - Nie wiem. - Megan zmarszczya brwi. - Wygldao adnie. Klasyczna, grecka architektura. Budynki z biaego marmuru. To byo gdzie na wsi. - Dzikuj, Megan. Teraz zaniesz, a kiedy obudzisz si rano, nie bdziesz pamitaa, e tu przyszlimy, a ty odpowiadaa na nasze pytania. - Jack puci j. Pada bokiem na ko. Jack podcign j tak, by jej gowa spoczywaa na poduszce. Zimne powietrze w pokoju si rozproszyo.
92

Lara podesza do Megan, eby zdj jej japonki. - Dlaczego wymazae jej wspomnienie o nas? Jack przykry dziewczyn kocem. - Dopki bdzie si trzyma historii, ktr zaprogramowa jej Apollo, nic jej nie grozi. Gdyby zacz podejrzewa, e o nim komu powiedziaa, jej ycie byoby w niebezpieczestwie. Lara skina gow. - Rozumiem. - Ruszya do drzwi. - Wtpi, eby Apollo to byo jego prawdziwe imi. - Zgadzam si. - Jack zgasi wiato, wychodzc z pokoju. - Pewnie uwaa, e pasuje do greckiej architektury tego rzekomego orodka wypoczynkowego. - Darmowy karnet do spa to wielka pokusa dla kadej kobiety. Trudno byoby si oprze. - Lara wskazaa dalsz cz korytarza. - Chcesz zobaczy jej dwie inne przyjaciki? Poprowadzia go do pokoju Carmen i Ramyi. Ramya uczya si w bibliotece, wic Jack wykona swj niesamowity mzgowy drena na Carmen. Tak jak Megan, Carmen powiedziaa, e Apollo by wysoki, jasnowosy i przystojny, i e wybra Yaness, ktra wygraa darmowy pakiet usug. Zostawili Carmen pic i poszli przez kampus do Centrum Obsugi Studentw. Nie byo tam ladu po adnych formularzach, ktre musiaby wypeni Apollo, eby wynaj sal, a kierownik go nie pamita. Kiedy szli ju do wyjcia, Lara zauwaya automat z napojami. - Musz si czego napi. Ty te chcesz? - Zacza grzeba w torebce w poszukiwaniu portmonetki. - Nie, dziki. - Jack byskawicznie wyj portfel i wetkn dolara do maszyny, zanim Lara zdya rozpi portmonetk. Trzeba przyzna, by szybki. - Dziki. - Wcisna guzik dietetycznej coli. A on znw z ni nie pi. - Mam ci teraz odwie do domu? - Tak, poprosz. - Odkrcia kapsel butelki z col i wypia yk. Tymczasem Jack otworzy drzwi. Sza z nim przez kampus, segregujc w mylach informacje, ktre zdobya do tej pory. Porwania studentek college'w byy ju wystarczajco niezwyke, ale uywanie w tym celu manipulacji umysami to ju zupenie niespotykana sprawa. Apollo zatar wszystkie lady tak samo skutecznie jak Jack w hotelu Plaa. Ilu ludzi miao takie moce? Ile przestpstw popeniano codziennie, a potem ukrywano tak doskonale, e nikt nie wiedzia nawet o ich popenieniu? Jeli ofiara nie zdawaa sobie sprawy, e staa si ofiar, to bya zbrodnia doskonaa. Lara opanowaa dreszcz. Ten tok myli j zaniepokoi. Moga istnie caa zorganizowana mafia telepatycznych manipulatorw, ktrzy wykorzystywali, gwacili i zabijali niewinne osoby. Ale jak ich powstrzyma, skoro nikt o tym nie wiedzia? Przekna yk coli.
93

- Jack, musimy znale tego gocia. To moe by seryjny morderca. - Zgadzam si. Kiedy zbliyli si do parkingu, do Lary dotaro, e Jack te si nie odzywa. Marszczy brwi, najwyraniej gboko pogrony w mylach. Ile wiedzia i czego jej nie mwi? - Co chcesz teraz zrobi? - spytaa. - Zbior wicej informacji. - Spojrza na ni z krzywym umiechem. - Jestem detektywem, pamitasz? - Tajemniczym detektywem - mrukna. - Tacy s najlepsi. - Wcisn guzik pilota, eby otwo- Zrobi, co bd mg. Co oznaczao niewiele", pomylaa Lara, siadajc na fotelu. Zamkn za ni drzwiczki i obszed samochd. I znw uderzyo j, jak bardzo jest starowiecki. Zapia pas i wstawia butelk z col w uchwyt na napoje. Jack wsiad i zapali silnik. - Chc ci podzikowa, Laro, e powiedziaa mi o tej sprawie. - Nie ma za co. - Kiedy wyjeda z parkingu, bawia si torebk, zbierajc si na odwag. - Wiesz co, kiedy przedstawiaam ci Megan i Carmen, zdaam sobie spraw, e nie znam twojego nazwiska. Naprawd nazywasz si Venezia? - Wenecja to mj dom. - Spojrza na ni z umiechem. - Chciaaby j zobaczy? Zamrugaa. - No c, jasne. Oczywicie. - Zawsze uwaaa, e byoby niezwykle romantycznie popywa sobie gondol z jakim przystojnym Wochem. Kto by nie chcia? A ten dra znowu zmienia temat. Potrafi wietnie manipulowa ludmi, nie uywajc jakichkolwiek parapsychicznych mocy. - A wracajc do twojego nazwiska... - Zabior ci tam. - Sucham? Skrci na poudnie, w Henry Hudson Parkway. - Zabior ci do Wenecji. Spojrzaa na niego z powtpiewaniem. - Skoro nalegasz. Ale najpierw chyba powiniene zatankowa. I, jeli si nie myl, gdzie po drodze jest chyba ocean, ktry moe stanowi problem. Rozemia si. - Nie jestem gotw jecha tam dzisiaj.
94

- Ba. Ja nie mam biletu na samolot. I tak naprawd nie sta mnie na lot do Europy, wic cho bardzo doceniam propozycj, bd musiaa odmwi. - Nie bdziesz potrzebowaa adnych pienidzy, bellissima. Moesz mieszka w moim palazzo*. - Czy to co takiego jak paac? - Popywamy gondol w wietle ksiyca - cign. -I poka ci moje ulubione miejsca. - Jakim cudem faceta, ktry pracuje jako detektyw, sta na palazzo? Wzruszy ramionami. - To nie jest szczeglnie wielki palazzo. By w mojej rodzinie od lat. A ja pracuj, bo chc robi co wicej ni tylko egzystowa. Chc robi co, co ma znaczenie, oczyszcza wiat ze zoczycw. To nasze wsplne pragnienie, prawda? - Tak, ale ja nie mam supermocy, jak ty. - Masz moc, bellissima. Potrafisz rzuci mczyzn na kolana. Parskna. Kcik jego ust unis si w pumiechu. - Mogaby by zaskoczona, co potrafi zrobi na kolanach. Policzki jej zapony. - A w tym twoim palazzo..10. mieszka w nim jaka twoja rodzina? - zapytaa od niechcenia, z nadziej, e wydobdzie od niego wicej osobistych informacji. - Nie. Nie bywam tam zbyt czsto. Zwykle jestem w delegacji. - A masz w ogle jak rodzin? - Mam... dalekiego kuzyna, ktry prowadzi rodzinny interes, a ja mam w nim spore udziay. - A co to za rodzinny interes? - Handel morski. - Posa jej rozbawione spojrzenie z ukosa. -1 jako tam zdaj sobie spraw z istnienia oceanw. - wietnie. Czuj si o wiele bezpieczniejsza. Rozemia si cicho. - Cara mia, ze mn nigdy nie jeste do koca bezpieczna. Skra zacza j mrowi. - Czy ty mi grozisz? Umiechn si do niej cierpko. - Niczym bolesnym. Gdybym si na ciebie rzuci, to tylko po to, eby da ci rozkosz. - Och. - Twarz jej zapona. Odwrcia si, eby spojrze przez okno.
10

palazzo (w.) - tutaj: elegancka miejska rezydencja bogatych rodzin.

95

Mijay minuty, napicie w samochodzie roso. Mrugay wiata, trbiy klaksony, ale wszystko to wydawao si odlege, jakby zostali na wiecie sami i jakby nic nie mogo ich dotkn. Byli tylko on i ona oraz dziwna, magnetyczna energia, ktra przycigaa ich do siebie. Lara miaa wraenie, e jest pionkiem w rkach przeznaczenia; jakby cae jej dotychczasowe ycie mkno przed siebie tylko po to, by osign ten punkt w czasie. T chwil z Jackiem. Mylaa, e zachowanie milczenia pomoe, ale nie pomogo. Ogarno j niezwalczone podanie. Byo tak namacalne, e przysigaby, i czy j z Jackiem co fizycznego, realnego. Gdyby nie prowadzi, przylepiaby si do niego jak bluszcz. Skrci w Canal Street, na wschd. Odchrzkna. - Jack? - Tak? - Jego gos by zduszony. Czyby on te to czu? - Gdybymy kiedy... To znaczy, jeli miaabym pj z tob do ka, to chc, eby to bya cakowicie moja decyzja- Odwrcia si do niego. - Obiecaj, e nigdy nie uyjesz swojej mocy manipulacji, eby popchn mnie w ktrkolwiek stron. - Obiecuj. - Spojrza na ni smutno. - Nie wyobraam sobie, e mogoby by inaczej. - Dzikuj. - Zaczerpna powietrza. - Jak si nazywasz, Jack? - Dobre pytanie. Posuguj si nazwiskiem Giacomo di Venezia, poniewa moje nazwisko zawsze byo wtpliwe. - Jego oczy bysny psotnie. - Jestem bkartem. I draniem. Ale to drugie pewnie ju sama zauwaya. Umiechna si. - Tak, to byo oczywiste od samego pocztku. - A co do nazwiska, to wedug aktu urodzenia jestem Henrik Giacomo Sokolov. - artujesz. Jeste... Niemcem? - W poowie Czechem, po matce. Jej m nazywa si Sokolov. Nigdy nie uywaem tego nazwiska, bo nie jestem spokrewniony z tym rogaczem, ktry nie chcia mnie wpuci do swojego domu. - M twojej matki ci nie uzna? Jack wzruszy ramionami. - A dlaczego mial uzna? Byem dowodem niewiernoci jego ony. Odesa j, zhabion, do jej rodziny. Umara kilka lat pniej. Waciwie jej nie znaem. - To straszne! - Lara pochylia si do niego. Biedny Jack. - I co dziao si z tob dalej? - Zostaem odesany do... miejsca, w ktrym pracowa mj ojciec. Wychowaa mnie stara niania. - Jack wjecha na Manhattan Bridge. - W sumie nie byo tak le. Niania Helga okazaa si dobr kobiet, i
96

widywaem ojca, kiedy tylko si dao. Nauczy mnie woskiego. Ze wszystkimi innymi rozmawiaem po czesku. - Twj ojciec jest Wochem? - By. Zmar, kiedy miaem siedem lat. - O rety, Jack. - Lara dotkna jego ramienia. - Tak mi przykro. - Niepotrzebnie. Ojciec mia siedemdziesit trzy lata, kiedy umar. Prowadzi bogate ycie. Bardzo bogate. - Co si z tob stao potem? - Zostaem odesany do Wenecji i zamieszkaem z wujem i kilkorgiem kuzynw. - Ucisn jej do. - Zakochaem si w tym miecie. Bardzo chciabym ci je pokaza. - Hm, moe si uda. Byoby mio. - Lara zdaa sobie spraw, e on wci nie przyzna si do adnego nazwiska. A jego historia wydawaa jej si dziwnie znajoma. -Twj ojciec by Wochem, ale pracowa w Czechach, gdzie pozna twoj matk? - Mieszka w wielu miejscach, ale zawsze pali za sob mosty. - Jack zblia si ju do jej ulicy w Brooklynie. - Moemy si spotka jutro wieczorem? Popracowalibymy jeszcze nad t spraw. - Mwisz o porwaniu? - Tak zaintrygowaa j historia Jacka, e niemal zapomniaa o Apollu. - To moe za pitnacie dziewita? - Skrci w jej ulic. - U ciebie? - Okej. - Zebraa swoje rzeczy. - Dzikuj, e mi pomagasz. - Laro. - Zatrzyma samochd przed jej domem. -Chc powstrzyma Apolla. Modl si, eby te dziewczyny jeszcze yy. Ale przede wszystkim zrobi wszystko, eby ty bya bezpieczna. - Nic mi si nie stanie. - Rozpia pas. Dotkn jej policzka. Serce jej zatrzepotao. - Chc ci pocaowa - powiedzia cicho. - Mog? - Tak. Boe, tak. - Musna palcami jego wydatn ko policzkow, zagbienie policzka, ciemny zarost na jego brodzie. Pochyli si do przodu i przycisn usta do ust Lary. Jego wargi poruszay si powoli, sodko pieszczc jej wargi, a poczua bolesne pragnienie, by si przed nim otworzy. Obja doni kark Jacka i wsuna palce w jego mikkie, ciemne wosy. By taki cudowny, taki kuszcy. Przerwa pocaunek i wrci na swj fotel. - Dobranoc, Laro. Co za dra. Musia wiedzie, e zostawia j rozpalon i niespokojn. Czerwony blask w jego oczach powiedzia Larze, e Jack jest rwnie podniecony jak ona. - Dobranoc, Jack. Wysiada z samochodu i wbiega po schodach na pitro, do swojego mieszkania.
97

- I jak poszo? - LaToya staa oparta o drzwi swojej sypialni, w piamie. Lara wczya komputer na biurku. - Poszo wietnie. Mamy opis sprawcy. Wysoki blondyn, posuguje si imieniem Apollo. - Super. - LaToya ziewna. - A Jack by grzeczny? - Tak. - Lara poczya si z Internetem i wpisaa w Google Giacomo Casanov. - Wygldasz na zmczon. Id do ka. Jutro wprowadz ci w szczegy. - Okej. Dobranoc. - LaToya zamkna drzwi sypialni. Kiedy Jack opowiada jej o swoim dziecistwie, pewne fakty nie daway Larze spokoju i potrzebowaa sporo czasu, by dotaro do niej dlaczego. Ojciec Jacka prowadzi tak niemoralne ycie, e stary ksidz, ktry uczy Jacka, martwi si, e chopak pjdzie w lady ojca. Ten czowiek by uwodzicielem i czsto zmienia miejsce zamieszkania. Pod koniec ycia pracowa w Czechach, gdzie uwid matk Jacka. Umar tam w wieku siedemdziesiciu trzech lat. Gdy przejrzaa biografi Casanovy, puca jej si cisny. Serce zabio jak szalone. Giacomo Casanov. Synny uwodziciel. Zmuszany do czstych przenosin przez kolejne skandale. Jego ostatni prac byo stanowisko bibliotekarza na zamku w Duchcovie w Czechach, gdzie zmar w wieku siedemdziesiciu trzech lat. W roku 1798. Wywrci jej si odek. Przycisna do do ust, gdy podesza jej do garda. Nie, to musia by jaki dziwny zbieg okolicznoci. Ludzie nie yli ponad dwiecie lat. Miaa zbyt bujn wyobrani. Ale czy wyobrazia sobie te nadludzk szybko i such Jacka? Jego zdolno do teleportacji i kontroli umysu? Zerwaa si na nogi i zacza chodzi po salonie. Kim on jest? Musi by istot ludzk. Ma bijce serce. Czua je. Czua jego oddech na swojej twarzy, kiedy j caowa. I czua jego erekcj pod suwakiem dinsw. Chodzia w t i z powrotem, prbujc to jako poukada, ale nic si nie kleio w sensown cao. W kocu klapna na kanap i chwycia notatnik lecy na stoliku. Do diaba, rozpracuje to. Jeli ma zosta detektywem, musi wykaza si inteligencj, eby rozwizywa takie zagadki. Naskrobaa tytu na grze kartki. Nie znasz Jacka". Poniej zacza wypisywa jego cechy. Inteligentny. Silny. Przystojny. Dowcipny. Seksowny. Sodki. Boski. Opiekuczy. Pomocny. Szczodry. Uwodzicielski. wietnie cauje". Spojrzaa na list ze zmarszczonymi brwiami i przekrelia j wielkim iksem. To wygldao jak lista podanych cech u chopaka idealnego, a nie jak wskazwki do odkrycia jego prawdziwej tosamoci.
98

Jeszcze raz przebiega list wzrokiem. Do diaba, byby chopakiem idealnym, gdyby nie te jego dziwne cechy. Zacza je wypisywa. Teleportacja, czytanie i manipulowanie umysami, superszybko, sia i such". To byy Ic najbardziej oczywiste. Musi poszuka gbiej. Prawda moe kry si w tym, co niewidoczne. Tajemniczy". Z ca pewnoci ukrywa jaki sekret. Pracowity. Zmotywowany". Miaa wraenie, e nie musi pracowa na ycie. Walczy, jak to sam mwi, ze zoczycami. Ma wrogw". Kilka razy wspomina o wrogach. A jego wrogowie i przyjaciele mieli t sam zdolno kontroli umysw. Co jeszcze? Starowiecki". Drgna na t myl. Powiedzia, e mia siedem lat, kiedy umar jego ojciec. A jeli jego ojciec umar w 1798 roku? Nigdy ze mn nie pije". Jak si tak zastanowi, nigdy te nie widziaa, eby jad. Blady. Megan powiedziaa, e Apollo te by blady. Jego oczy wiec na czerwono". Lara zapatrzya si na list. W mylach odfajkowa-a moliwoci, o ktrych wspomniaa LaToya tamtego wieczoru przy kolacji. Wtedy jej pomysy wydaway si niemdre, ale teraz ju nie. Superbohater. Mutant. Obcy. Bioniczny czowiek. Czy sia Jacka moga mie co wsplnego z Romatech Industries? Jeli Roman Draganesti zdoa sklonowa krew, to jakie jeszcze dziwne rzeczy mg osign? Lara rzucia list na stolik i usiada wygodniej na sofie. Rozmasowaa skronie. Kimkolwiek jest Jack, przysparza jej niezego blu gowy. Gdyby miaa cho troch rozsdku, unikaaby go. Ale wiedziaa, e tego nie zrobi. Intrygowa j niezmiernie. I byskawicznie si w nim zakochiwaa.

Rozdzia 11

Mamy do czynienia z zaawansowan manipulacj umysami, moemy chyba zaoy, e Apollo jest wampirem. - Jack zakoczy swoje sprawozdanie z przypadku zaginicia studentki. - Zgadzam si. - Connor bbni palcami w biurko w pokoju ochrony w Romatechu Industries. - Moe by Malkontentem. Zamiast szuka co noc ofiary, zwabia je do swojej bazy i trzyma pod rk. - Tak - powiedzia Phineas. - Facet zaopatruje spiark.
99

Jack podejrzewa, e Apollo wykorzystuje kobiety nie tylko jako poywienie. Zacz chodzi po biurze. Kiedy podrzuci Lar do jej mieszkania, wrci do domu Romana, stamtd teleportowa si do Romatechu i zwoa to zebranie. Phineas rozsiad si wygodniej na krzele. - Zwidy kutas. Connor unis brew. - Sucham? - To nie byo do ciebie - mrukn Phineas. Connor wci na niego patrzy. - Ten cay Apollo to zwidy kutas - wyjani Phineas. - Musi uywa kontroli umysu, eby owi kobiety. Gdyby by specjalist od mioci, tak jak Doktor Kie, kobitki same z siebie ulegayby jego wyrafinowanemu urokowi i mskiej urodzie. Jack si rozemia. By w Nowym Jorku ju prawie cztery tygodnie i przez ten czas nie widzia, eby jaka kobieta ulega Doktorowi Kowi. Connor odchrzkn. - Zdaje si, e pora na twj obchd. Phineas zmarszczy brwi. - Robiem obchd dziesi minut temu. - I doskonale si spisae - powiedzia Connor. - Ruszaj, chopcze. Phineas podrepta w stron drzwi. - Nie jestem tylko magnesem na laski, wiesz. Skumaem, e chcesz porozmawia z Jackiem sam na sam. Oczy Connora zabysy. - Och, jeste bardzo przenikliwy. - Tak, moesz si zaoy o swj kraciasty tyek. -Phineas postawi konierzyk koszulki polo. - Doktor Kie to cholernie przenikliwy sukinkot. - Zamkn za sob drzwi. Jack usiad na krzele zwolnionym przez Phineasa. - Mam nadziej, e dobrze wyszkolie Doktora Ka. Nie chciabym go straci w bitwie. - Sta si bardzo dobrym szermierzem. Uczyli go an i Dougal. - Connor zmruy oczy. - Skorzystaby na paru lekcjach z tob. Powiedziabym, e aktualnie jeste najlepszym szermierzem w Europie, ale gdyby JeanLuc to usysza, nadziaby mnie na ostrze. Jack umiechn si. Jean-Luc uwaa, e jest europejskim czempionem od wiekw. - Z pewnoci mu to powiem. Jest stanowczo zbyt prny. Connor parskn i zaj si monitorami. Jack spojrza na nie i zobaczy Phineasa wychodzcego bocznymi drzwiami. Ciao wampira rozmazao si, kiedy mign na zadrzewiony teren, otaczajcy Romatech.
100

- Znajd przed witem czas dla niego na sesj treningow. - wietnie. - Connor zabbni palcami w biurko, ale nagle zapyta: - Ile wie ta dziewczyna? Jack star z twarzy wszelkie emocje. - Nic. Connor przyjrza mu si uwanie. - Jest... inteligentna inaczej? Zacisn usta. - Nie. - Im wicej czasu z tob spdzi, tym bardziej bdzie podejrzliwa. I tym bardziej ciebie bdzie kusio, eby powiedzie jej zbyt wiele. - Nie wie nic - powtrzy Jack. - Powinnimy si raczej martwi innymi policjantami. Na razie nie maj pojcia o Apollu. I musimy si postara, eby tak zostao. Nie moemy pozwoli, eby doprowadzili to ledztwo do koca. - Zgadzam si. Nie ma nic waniejszego ni zachowanie naszego istnienia w tajemnicy. - Connor spojrza na niego znaczco. Jack odpowiedzia gniewnym spojrzeniem. - Ona nie wie nic. Connor odwrci oczy, marszczc brwi. - Powiem Angusowi o problemie z tym Apollem. I poprosz Romana, eby wysa oklnik do wszystkich mistrzw klanw w Stanach. Moe ktry z nich bdzie zna na swoim terenie orodek wypoczynkowy wybudowany w klasycznym greckim stylu. Jack kiwn gow. - Doskonay pomys. - Mam nadziej, e zlokalizujemy ten orodek w cigu kilku nocy - cign Connor. - Zakadam, e bdzie szczelnie ogrodzony i ze spor liczb dziennych stranikw. Kontrola Apolla nad umysami dziewczt moe okaza si sabsza za dnia, kiedy jest pogrony we nie. - Racja. A nie moe sobie pozwoli, eby ktra z kobiet ucieka. - Jack zmarszczy brwi, zastanawiajc si, ile kobiet Apollo mg ju zabi. - Zrobi list zaginionych studentek. Szczeglnie tych adnych, z rudymi wosami. - Dobrze. - Connor spojrza na monitory. - Wiesz, ktrzy funkcjonariusze pracuj nad t spraw? - Mog si dowiedzie. Na pewno prowadzi t spraw komisariat, na ktrego terenie jest Uniwersytet Columbia.
101

- Czyli Morningside Heights. Powinnimy wykasowa im pami. - Connor popatrzy na Jacka. Powinnimy wykasowa pami kadego miertelnika, ktry wie o tej sprawie. Jack cisn porcze krzesa. - Lara jest odporna. Jej pamici nie mona wykasowa. - Ty nie moesz - doda cicho Connor. Jack zacisn zby. - Moje moce parapsychiczne s rwnie skuteczne, jak moce kadego innego wampira. - Nie chc ci obrazi, ale musz wtpi, czy naprawd prbowae. W gbi duszy moge nie chcie, eby o tobie zapomniaa. - Prbowaem - warkn Jack. - Laszlo te prbowa. Nie moglimy do niej dotrze. - To nie bdziesz mia nic przeciwko, ebym ja sprbowa. Jack zerwa si z krzesa. - Nie. Brwi Connora podjechay do gry. - Interesujca reakcja. - Nie baw si ze mn w takie gierki, Connor. Zostaw Lar w spokoju. Szkot westchn ciko i odchyli si na krzele. - Do diaba, co si dzieje z wami wszystkimi? Roman, Angus, Jean-Luc, an... to si rozazi jak jaka cholerna plaga. Zastanawiaem si, czy wampir traci rozum, kiedy osiga dojrzay wiek piciuset lat, ale ja, chwaa Bogu, jestem odporny, a ty... Ty jeste jeszcze modzikiem. - Mam dwiecie szesnacie lat - odpar cierpko Jack. - Ledwie wyrosem z krtkich spodni. Connor posa mu zirytowane spojrzenie. - Znamy przynajmniej z piset praworzdnych wampirw i prawie poowa z nich to pikne i inteligentne kobiety. Dlaczego nie moesz si zada z ktr z nich? Jack wzruszy ramionami. - Nie planowaem tego. - Nie zdajesz sobie sprawy, e zdradzajc miertel-niczce nasz sekret, ryzykujesz ycie wszystkich wampirw na wiecie? Nie masz prawa naraa nas wszystkich. - Niczego jej nie powiedziaem. - Jeszcze. - Connor potar czoo. - Widziaem to ju zbyt wiele razy. Jeste tak samo chory z mioci jak pozostali. - Mio to nie choroba. Amore to najpotniejsza i najbardziej pozytywna sia we wszechwiecie.
102

- Znasz t dziewczyn... jak dugo? Dwa tygodnie? Nie moesz tego uczucia nazywa mioci. To tylko fatalny przypadek podania, nic wicej. Jack zacz chodzi po pokoju. Nie, zdarzao si ju, e kogo poda. I kocha. Zna rnic. - To jest co wicej ni podanie. - To szalestwo - burkn Connor. Moe i tak, ale czy to jest mio? Jack przystan i zapatrzy si w przestrze. Jak gbokie s jego uczucia do Lary? - Moesz przesta si z ni widywa? - spyta cicho Connor. Czy mg? Byo tylko kilka rzeczy, ktre musia robi, eby przetrwa. Chowa si przed socem. Pi krew. Kiedy tak na to spojrze, ycie wampira wydawao si beznadziejnie monotonne. Kadego dnia o zachodzie soca serce zrywao si do ycia w jego piersi, ale od tak dawna czu si wewntrznie martwy. Cakowicie powici si sprawie walki z Malkontentami, bo dawao mu to powd, by kadego wieczoru wstawa z ka. Byo to mroczne ycie pene nieustajcej walki i rozlewu krwi. Trwao dwa wieki i mogo tak trwa w nieskoczono. Merda, y w piekielnym krgu. Lara przysza mu na ratunek jak anio. Caa bya piknem i wiatem. Nie y ju dla mierci, ale dla amore. Zakochiwa si. Mio. Zawsze wierzy w prawdziw mio, ale te nigdy nie mia do niej szczcia. Jego pierwsza mio, Beatrice, zmara, zanim zdy si z ni oeni. Jej strata tak go zdruzgotaa, e mino wiele lat, zanim mio znalaza go znowu, w 1855 roku. Peen wielkich nadziei zdradzi kochance swj sekret tylko po to, by go odrzucia. Musia wymaza jej wspomnienia, ale jego wspomnienia pozostay, a bl po jej stracie by tak wielki, e mino wiele lat, zanim Jack si pozbiera. W 1932 roku powtrzy si ten sam scenariusz. Ten sam bl po stracie ukochanej kobiety. Nie mia wtpliwoci, e jeli powie Larze prawd, straci j. Przekn lin. Nie mg ryzykowa. Nie mg znie myli, e wicej jej nie zobaczy. Na sam myl o tym serce ciska mu bl. Byo w niej co tak wyjtkowego. I chcia si z ni podzieli czym wyjtkowym, czym, co kocha. Wrcia myl o Wenecji. - Ja musz z ni by. - Tego si baem. - Connor podszed do drzwi. -Powiadomi Romana o sytuacji i zaczn poszukiwania orodka Apolla. - W porzdku. - Jack obszed biurko, eby usi przed komputerem. Chcia spdzi kilka najbliszych godzin na kompletowaniu listy zaginionych studentek. Spojrza na szkockiego wampira, ktry wychodzi wanie z pokoju. - Connor, dzikuj za zrozumienie. Connor prychn.
103

- Jedyne, co rozumiem, to e popadasz w obd. Niech Bg ocali twoj dusz. - Amore moe napeni serce czowieka radoci i spokojem - powiedzia Jack. - Moe go uczyni caoci. W niebieskich oczach Connora bysn bl. - Moe te rozedrze mu serce na dwoje. - Zamkn drzwi. Jack westchn. Przerabia to, jego serce ju kiedy zostao rozdarte na dwoje. Mg tylko mie nadziej, e nie spotka go to z Lar. W poniedziaek pnym popoudniem Lara nudzia si coraz bardziej. Siedziaa sama, bo LaToya bya w pracy. O pierwszej posza na wizyt u policyjnego psychiatry, ktry uzna, e jest zdolna do suby; miaa zacz we rod wieczorem. Zastanawiaa si, czy nie wrci do pracy wczeniej, eby dobra si do rejestru osb zaginionych. Ale jak by wyjania, e pracuje nad spraw, do ktrej nie zostaa przydzielona? Bya ciekawa, jak idzie ledztwo Jackowi. Szczerze mwic, w ogle duo mylaa o Jacku. O czwartej leaa na sofie, jeszcze raz studiujc list Nie znasz Jacka", ktr napisaa zeszego wieczoru. Pierwsza lista wymieniaa wszystkie powody, dla ktrych Jack wydawa jej si tak pocigajcy. Inteligentny. Silny. Przystojny. Dowcipny. Seksowny. Sodki. Boski. Opiekuczy. Pomocny. Szczodry. Uwodzicielski. wietnie cauje". A przecie byo w nim o wiele wicej. Odgadywa jej myli i uczucia, o wiele czciej ni jakikolwiek mczyzna, ktrego do tej pory poznaa. I naprawd si o ni troszczy. Widziaa to w jego oczach. Kiedy nie wieciy na czerwono. Z westchnieniem przeczytaa drug list. Telepatia. Nadludzkie moce. Starowiecki". Przy tym sowie znw si skrzywia. Jeli jego ojciec zmar w 1798 roku, toby znaczyo, e Jack urodzi si w 1791. Ju samo to byo tak niesamowite, e powinno j wystraszy. Nawet Jack powiedzia, e powinna ucieka, jakby cigay j piekielne bestie. Ale gdyby naprawd by zym czowiekiem, to czyby j ostrzega? Moe si ba, e niechccy zrobi jej krzywd przez swoj supersi. Rzucia list na stolik. Do tych bezuytecznych spekulacji. Potrzebuje twardych dowodw. Gdyby bya detektywem, jak prowadziaby ledztwo na jego temat? Pierwszym przystankiem byoby jego miejsce pracy. Sprawdziaby Romatech Industries i potwierdzia alibi Jacka na sobotni wieczr. Wycieczka pewnie potrwa par godzin, wic musi zawiadomi LaToy, e nie wrci do domu na kolacj. Wczya komrk i zauwaya, e ma wiadomo w poczcie gosowej. Pewnie znowu nagraa si jej matka, bagajc j, eby porzucia ten policyjny nonsens i wrcia do domu, eby zrobi ze swoim yciem co sensownego - na przykad wystartowa w konkursie o tytu Miss Luizjany. Zaraz po przeprowadzce Lary do Nowego Jorku matka dzwonia codziennie, eby wierci jej dziur w brzuchu, wic Lara zacza wycza telefon, kiedy nie bya w pracy. A teraz, kiedy pracowaa na nocnej zmianie, wci wyczaa go na dzie, eby mc si wyspa.
104

Z westchnieniem rezygnacji przygotowaa si na kolejn porcj trucia i poczya si z poczt gosow. Jej serce podskoczyo na dwik gosu Jacka. - Laro, zbieraem informacje o sprawie. Chciabym ci je pokaza w poniedziaek wieczorem. Zaplanowaem te... randk. To ci zajmie tylko par godzin, a potem bdziemy mogli wrci i jeszcze popracowa. Zadzwoni do ciebie w poniedziaek okoo wp do dziewitej, eby spyta, czy masz ochot wyj ze mn. Spij dobrze, bellissima. -1 rozczy si. Randka? Wysuchaa wiadomoci jeszcze raz. Tak, Jack planowa randk! Klapna na sof, rozkoszujc si gbokim, seksownym brzmieniem jego gosu. Jack chcia z ni pj na randk i nie by pewien, czy ona si zgodzi? Prychna. To jakby pyta j, czy chciaaby, eby zapanowa pokj na wiecie. Albo eby wymylono lek na raka. Spojrzaa na list lec na stoliku i tytu zadrwi z niej. Nie znasz Jacka. Czy powinna tak si pali do randki z tajemniczym mczyzn, obdarzonym dziwnymi mocami? Ale z drugiej strony, czy pjcie z nim na randk nie bdzie doskona okazj, eby lepiej go pozna? Sprawdzia, o ktrej dzwoni. Rano, o pitej trzydzieci. Spojrzaa na zegarek. Miaa cztery godziny, zanim zadzwoni. Nie potrzebowaa a czterech godzin, eby si przygotowa. A co z jej wycieczk do Romatechu? Jak miaa j wpasowa w swoje plany? Moga pojecha do White Plains, ale trudno byoby jej wrci na czas. Przyszed jej do gowy pewien pomys. Zadzwonia do Jacka. Nie odebra, wic zostawia wiadomo. - Cze, Jack. Z radoci pjd z tob na randk. I dziki, e zaje si spraw. Domylam si, e pracujesz nad ni w Romatechu, wic spotkam si tam z tob o smej trzydzieci, okej? Na razie. Wzia prysznic i po pgodzinie zastanawiania si wybraa wreszcie niebiesk sukienk z biaym somkowym paskiem. Dodaa do niej biay szydekowy sweterek bez guzikw, na wypadek gdyby wieczr zrobi si chodny. Wzia do tego bia torebk, pasujc do biaych sandaw. Po raz dziesity sprawdzia makija, a w kocu zaczo j gry sumienie. Gdzie tam byy porwane dziewczyny, ktre potrzeboway jej pomocy, a ona mylaa tylko o randce. Pozwalaa, eby jej fascynacja Jackiem wymykaa si spod kontroli. Ale zawsze bd jacy zoczycy, powiedziaa sobie. A jak czsto trafia si czowiekowi mio? Popatrzya na siebie w lustrze. Czy to jest mio? Czy naprawd si zakochaa? Z sercem cinitym od radoci pomieszanej z niepewnoci zebraa rzeczy i wysza z mieszkania. Pojechaa metrem na dworzec Grand Central i wsiada w ekspresowy pocig do White Plains. Dochodzia sidma, kiedy takswka podwioza j pod Romatech. Zakad okaza si wikszy, ni sobie wyobraaa i by szczelnie ogrodzony murem. Obok zamknitej bramy wjazdowej znajdowaa si budka stranika.
105

Kiedy stranik podszed do takswki, Lara opucia szyb i bysna mu w oczy odznak policyjn. - Dzie dobry, chciaabym porozmawia z waszym szefem ochrony. I jestem umwiona z Jackiem... di Vene-zia, kiedy ju si zjawi. Stranik przyjrza jej si z powtpiewaniem. - Nigdy nie widziaem, eby policja przyjedaa takswk. I, bez urazy, ale wyglda pani raczej jak modelka ni jak funkcjonariuszka policji. Lara si zaczerwienia. Podaa mu odznak. - Prosz sprawdzi, skoro pan musi, a potem chciaabym porozmawia z paskim przeoonym. Przyjrza si odznace. - Lara Boucher? Syszaem o pani. Co sysza? Jej rumieniec si pogbi. Stranik odda jej odznak ze zoliwym umieszkiem. - Chwileczk. - Wszed do strwki i porozmawia z kim przez telefon. Lara jkna w duchu. Nie zdawaa sobie sprawy, e do Romatechu Industries bdzie tak trudno si dosta. I powinna pomyle, e nikt nie uwierzy, e ciga przestpcw, skoro tak si ubraa. To byo a nazbyt oczywiste, e ciga przede wszystkim Jacka. Stranik wrci do takswki. - Pani Boucher, Howard Barr spotka si z pani przed gwnym wejciem. - Wcisn guzik pilota i elazna brama otworzya si szeroko. Takswka ruszya asfaltow drog przecinajc zadrzewiony teren. Wreszcie za zakrtem ukaza si zakad. Od frontu by may parking, i drugi, wikszy, po lewej, koo bocznego wyjcia. Budynek rozciga si w ty od gwnego wejcia kilkoma skrzydami, wcinajcymi si w piknie utrzymany teren. Potny mczyzna w spodniach khaki i granatowej koszulce polo wyszed z gwnych drzwi w chwili, kiedy takswka zatrzymaa si pod nimi. Lara zapacia takswkarzowi i wysiada z auta. - Witam. Jestem Lara Boucher. - Wycigna rk. - Howard Barr. - Z umiechem ucisn jej do. -Syszaem o pani. - Ehm... dzikuj. - Przyjrzaa si, jak przeciga swoj kart identyfikacyjn przez czytnik, a potem przyciska do niego do. - Macie tu szczeln ochron. - Tak. - Na panelu zamrugaa zielona lampka i Barr otworzy drzwi. - Prosz. Wesza do przestronnego holu z kilkoma rolinami rosncymi w wielkich donicach ustawionych na pododze i z piknie oprawionymi obrazami na cianach.
106

W powietrzu unosi si zapach antyseptycznego rodka czyszczcego, co przypominao jej pobyt w szpitalu. Ale nie byo w tym nic dziwnego; z pewnoci do produkcji syntetycznej krwi potrzebowali tu sterylnego rodowiska. Howard poprowadzi j do maego stolika po prawej stronie. - Przykro mi, ale musz przeszuka pani torebk. - Rozumiem. - Pooya bia somkow torebk na stole. Na szczcie pistolet zostawia w domu. - Jack wspomina, e macie wrogw. - Fakt. - Howard pogrzeba w jej torebce wielkimi apami i wreszcie zapi zatrzask. - Kilka razy mielimy zamach bombowy, wic nadmiar ostronoci nie zawadzi. - Dlaczego kto miaby chcie wysadzi ten zakad? - Lara zawiesia torebk na ramieniu. - Syntetyczna krew, ktr tu produkujecie, ratuje tysice istnie. - Tak, ale s... wariaci, ktrym nie podoba si, e to nie jest prawdziwa krew. A wic, pani Boucher, w czym mog pomc? Jack zjawi si dopiero za jak godzin. - Badam spraw studentki, ktra zagina w sobot wieczorem. Howard skin gow. - Jack pracowa nad tym wczoraj wieczorem. Zostawi informacje na laptopie. Chce pani je zobaczy? - Tak, chtnie. - Prosz tdy. Howard poprowadzi j korytarzem po lewej stronie. - Dam pani do dyspozycji sal konferencyjn. Jack wspomnia, e z pani wsppracuje, wic pewnie moe pani spojrze na informacje, ktre zdoby. Lara poczua ukucie irytacji. Oczywicie, e moga. Zaginicie dziewczyny byo spraw policji. - Czy Jack by tutaj w sobot wieczorem i zapewnia ochron? - Tak. - Howard zmarszczy brwi. - Dlaczego pani pyta? - Standardowa procedura - mrukna. Przygldaa si plakietkom na drzwiach, ktre mijali. Toaleta, Magazyn, Sala Konferencyjna. Pokj dziecicy?" Wydawao jej si, e usyszaa dziecicy miech dobiegajcy zza tych drzwi. Gabinet Dentystyczny". - Macie tu dentyst? - Tak. Shann Draganesti. - Howard wskaza gabinet. - Zapewnia opiek dentystyczn wszystkim pracownikom za uamek zwykych kosztw. - To mio. O ktrej Jack by tu w sobot? - Przez ca noc. - Howard si zatrzyma. - Chyba pani nie uwaa go za podejrzanego, co? Jack to wietny go. A poza tym, gdyby by winny, to dlaczego miaby pani pomaga w ledztwie? Lara przestpia z nogi na nog.
107

- Nie chc wyj na niewdziczn, ale z czysto formalnego punktu widzenia uatwioby mi spraw, gdyby pan mg przedstawi jaki dowd, e naprawd tu by. Howard spojrza na ni chmurnie. - W porzdku. Poka pani nagrania z kamer z sobotniej nocy. - Poprowadzi j do drzwi z plakietk MacKay, Ochrona". Znw przecign kart przez szczelin czytnika i przycisn do niego do. - Mamy tam troch broni, wic musimy j trzyma pod kluczem. - Rozumiem. - Lara wesza za nim do rodka. Na pierwszy rzut oka pokj wyglda jak przecitne biuro ochrony: biurko, komputer, szafki na akta, ciana monitorw poczonych z kamerami nadzoru. Ale nagle zauwaya osiatkowany skadzik z tyu. I otworzya usta ze zdumienia. Troch broni? Podesza do zamknitej na kdk klatki i policzya karabiny szturmowe ustawione na stojaku. Dwanacie. Mnstwo pistoletw na pce. Kosze amunicji na drugiej pce. Ale tak naprawd jej uwag przycigna biaa bro. Byszczce miecze dwurczne i florety wisiay na caej cianie po lewej stronie. Po prawej stronie wyeksponowano miercionone sztylety i noe. Zacisna palce na drutach siatki i przyjrzaa si mieczom. Niektre robiy wraenie bardzo starych. I c za starowiecki sposb chronienia budynku. Starowiecki". To sowo zaczynao j przeladowa. - O co chodzi z tymi mieczami? Spodziewacie si ataku hordy Wikingw? Howard parskn, siadajc za biurkiem. - Chopcy lubi je kolekcjonowa. - Przez chwil klika w klawiatur. - Okej, mam tu nagranie z kamer z sobotniego wieczoru. Lara odwrcia si, by spojrze na monitory. Zamazay si na sekund, a potem obraz si wyostrzy. W dolnym prawym rogu widniay sobotnia data i godzina nagrania. Dwudziesta pierwsza zero zero. Howard doczy do niej przy monitorach z pilotem w doni. - Jak pani widzi, w sobot wieczorem budynek jest praktycznie pusty. Tylko ochrona i uczestnicy mszy. - Rozumiem. - Lara zauwaya, e wikszo monitorw pokazuje puste korytarze. Rozpoznaa gwny hol. Zebraa si w nim garstka osb. Smuga ruchu na innym monitorze cigna jej uwag. Wygldao to tak, jakby kto bieg z nadludzk prdkoci przez zalesiony teren. - Jak szybko biegnie ten go? - Och, to tylko przewijanie na podgldzie - mrukn Howard.
108

Ciekawe, czy naprawd obraz z jednej kamery mg by przewijany, skoro inne nie byy? Howard wskaza jeden z monitorw. - Tu jest Jack, wychodzi z tego pokoju. Patrzya, jak idzie z gracj, tym swoim swobodnym krokiem. - Jak dugo pan go zna? - Od kiedy zaczem pracowa w firmie MacKay -odpar Howard. - Dziesi lat. Lara zobaczya, e na korytarz wybiega may chopiec. Jack porwa go na rce. - A to kto? - Constantine Draganesti. Syn Romana i Shanny -wyjani Howard. - A to Shanna, wychodzi z pokoju dziecicego z modszym dzieckiem. Lara umiechna si, widzc, e Jack robi krok w ty. Z chopcem czu si zupenie swobodnie, ale noworodek najwyraniej go przeraa. Shanna podaa dziecko starszej kobiecie, ktra rwnie wysza z pokoju dziecicego. Starsza pani zabraa dzieci z powrotem do pokoju, a Shanna posza korytarzem z Jackiem. - Id do kaplicy, na msz - powiedzia Howard. -Przewin dalej. Lara zauwaya, e Howard ma na sobie takie samo ubranie, jak Carlos w domu Romana Draganestiego. - Pan jest w uniformie? - Tak, stranikw MacKay. - Nigdy nie widziaam, eby Jack nosi uniform. - Jack jest jednym z naszych najlepszych detektyww i czsto pracuje jako tajniak. Moe robi w zasadzie wszystko, co mu si podoba. - Howard wcisn guzik pilota. - Zaraz zobaczy pani, jak wychodz z kaplicy. - To troch dziwne, e odprawiacie tutaj naboestwo. Howard wzruszy ramionami. - Romanowi si tak podoba. Okej, id. - Howard wskaza monitor, na ktrym wszyscy wychodzili z kaplicy.Wikszo osb skierowaa si do pokoju po prawej. - To sala zgromadze, w ktrej podawany jest poczstunek. W rodku nie ma kamery. Lara zauwaya Jacka przed kaplic; rozmawia ze Szkotem w kilcie, ktrego poznaa na lubie. Robby. We dwch weszli do sali zgromadze. Datownik w rogu ekranu wskazywa dwudziest drug. Jack chyba rzeczywicie mia alibi. Na monitorze ukazujcym korytarz przed pokojem dziecicym pojawia si starsza pani. Sza z niemowlciem w ramionach, a chopiec podskakiwa u jej boku. Po chwili wida ich byo na monitorze przed kaplic.
109

Chopiec skoczy w ramiona taty. Roman Draganesti uciska syna, a Shanna wzia noworodka. Byli urocz rodzin i wygldali tak zwyczajnie. Wszyscy wydawali si zwyczajni i mili. Larze przyszo do gowy, e moe jest zbyt podejrzliwa, jeli chodzi o Jacka. Moe powinna si uspokoi i z czystym sumieniem da mu si oczarowa. Zamrugaa, kiedy Jack nagle wyszed na korytarz. Mia w doni kieliszek i pi co z niego. Nareszcie! Dowd, e Jack jednak pije. Przysuna si bliej do ekranu. - Co on pije? Wino? Ekran pociemnia. - Co...? - Obejrzaa si na Howarda, ktry wanie odkada pilota na biurko. - Zakadam, e to do, by potwierdzi alibi Jacka. -Poklika w klawiatur i na monitory wrci biecy obraz. - A teraz chce pani zobaczy informacje, ktre zebra Jack? - Tak, chc. Dzikuj. - Wszystko jest tutaj. - Howard wzi laptop i ruszy do drzwi. - Moe pani skorzysta z sali konferencyjnej po drugiej stronie korytarza. Lara zabraa torebk i posza za Howardem. Jeszcze raz obejrzaa si na monitory. Czy to tylko jej paranoja, czy on nie chcia, eby co zobaczya?

Rozdzia 12
Lara siada na kocu dugiego stou konferencyjnego i poczekaa, a komputer si wczy. Howard, wychodzc, zatrzyma si w drzwiach. - Potrzebuje pani czego do pisania? Moe co do picia? - Nie, niczego mi nie trzeba, dzikuj. - Zdumiona spojrzaa na monitor. Pulpit by zadziwiajco pusty. Widniaa na nim tylko jedna ikona niesystemowa: folder zatytuowany Apollo". - Musz zrobi obchd - powiedzia Howard. - Zajrz do pani za pitnacie minut. - Odszed, zostawiajc szeroko otwarte drzwi. Rzeczywicie, ochrona bya tutaj traktowana priorytetowo. Lara zaja si komputerem. Jack zadba o to, eby nie znalaza adnych informacji na temat Romatech Industries czy firmy MacKay. Najwidoczniej nie chcia, eby wszya w ich sprawach. Co takiego mogli ukrywa?
110

Odnosia wraenie, e Howard nie by zachwycony jej obecnoci w biurze ochrony i koniecznoci pokazania jej nagra. I po co im ta caa bro, a w szczeglnoci miecze? Westchna. Kolejne pytania, ktre naleao zada Jackowi. Ale przynajmniej nie prbowa przed ni ukry niczego w sprawie Apolla. Lara klikna folder i ukazay si dwa podfoldery zatytuowane Raczej nie" i Prawdopodobne". Otworzya ten pierwszy i znalaza krtkie opisy piciu miejscowych kobiet, ktre zostay porwane. Przejrzaa stron i zrozumiaa, e wszystkie byy w nieodpowiednim wieku i miay nieodpowiedni kolor wosw. Otworzya plik Prawdopodobne" i zagapia si w monitor. Byo tu dwadziecia oddzielnych plikw. Jack zebra te wszystkie informacje w jedn noc? Otworzya pierwszy plik; znalaza w nim zdjcie i krtki opis. Studentka o ciemnokasztanowych wosach znikna z Uniwersytetu Nowojorskiego w zeszym miesicu. W kwietniu. Lara otworzya drugi plik. Rudawa blondynka znikna z tej samej uczelni rok wczeniej, w czerwcu. Trzeci plik zawiera zdjcie Brittney Beckford z Uniwersytetu Columbia, ktra znikna w lipcu zeszego roku. Czwarty i pity przedstawiay dwie rude dziewczyny, ktre zaginy z Uniwersytetu Syracuse. Czy Apollo porywa now dziewczyn co miesic? Lara jeszcze raz sprawdzia daty. Wszystkie studentki znikny w czwart sobot miesica. Jak co tak bezczelnego i strasznego mogo umkn uwagi wadz? Apollo musia uywa kontroli umysw i zaciera lady tak skutecznie, e nikt nie zdawa sobie sprawy, co si dzieje. Szczerze mwic, wikszo tych dziewczyn zostaa uznana za uciekinierki. Chwaa Bogu, e policja nareszcie zwrcia uwag na tego przestpc. Lara zmarszczya brwi. Jack bardzo si nad tym napracowa, a przecie to nie byo jego ledztwo. To sprawa policji. Skrzywia si, przegldajc raport w szstym pliku. Dziewczyna studiowaa na Uniwersytecie Pennsylvanii w Filadelfii. Sidma zgina z Princeton w New Jersey. Jeli Apollo porywa dziewczyny z rnych stanw, to ledztwo naleao do FBI. Mimo wszystko musiaa przyzna Jackowi, e by cholernie dobrym detektywem. Nie zdya jeszcze przejrze nawet poowy plikw, a przelatywaa przez nie bardzo pobienie. Potrzebowaa kopii tych wszystkich raportw, eby mc je ze sob porwna. I potrzebowaa wielu godzin, eby przestudiowa te materiay. Zacza przesya do siebie mejlem cay folder Apollo", ale nagle si zawahaa. Czy Jack miaby co przeciwko temu? Na pewno nie. Powiedzia w swojej wiadomoci na poczcie gosowej, e i tak chcia jej pokaza te wszystkie informacje. Prowadzili razem ledztwo. Klikna wylij".
111

- Cze. Podskoczya na krzele i zobaczya w drzwiach jasnowosego chopca. Wyglda! jak malec z nagra ochrony. - Cze. Pocign za swoj pasiast niebieskozielon koszulk. - Mam na imi Tino. Oczywicie. Constantine Draganesti. - Bardzo mi mio. Ja jestem Lara Boucher. Posa jej anielski umiech. - Syszaem o tobie. - wietnie. - Wyczya laptop i wstaa z krzesa. - Tino! - usyszaa kobiecy gos. - A, tu jeste. -W drzwiach pojawia si starsza kobieta i zauwaya Lar. Przepraszam. Mam nadziej, e Tino pani nie przeszkodzi. - Nie, ale skd. - Lara podesza do nich. - Jestem Lara Boucher. - O, syszaam o pani. No nie. Lara wycigna rk. - Mio mi. - I nawzajem. Jestem Radinka. - Ucisna do Lary i nie pucia. Przyjrzaa jej si uwanie i si umiechna. - Tak, pani i Jack bdziecie bardzo szczliwi. - Sucham? Radinka pucia jej rk, a potem krzykna przez rami: - Shanna, nigdy nie zgadniesz, kto tu jest! - Id. - Z pokoju dziecicego wysza kobieta, pchajc wzek. Miaa jasne wosy i bya odrobin pulchna po niedawnej ciy. W wzku lea maleki noworodek, z row, delikatn skr i jedwabist chmurk czarnych wosw. Lara pochylia si nad wzkiem, eby si lepiej przyjrze. - Jaka liczna maa. - Z delikatnych rysw domylia si, e to dziewczynka. Kolejn wskazwk by rowy kocyk. Lara spojrzaa na matk dziecka. - Dzie dobry. Jestem Lara Boucher. - Och. Syszaam o pani. - Wszyscy to mwi - mrukna Lara. Shanna rozemiaa si wesoo. - Prosz si nie martwi. Syszelimy same dobre rzeczy. Ja jestem Shanna, i bardzo prosz, mwmy sobie po imieniu. To moja crka Sofia. I chyba poznaa ju mojego syna Constantine'a? - Tak. - Lara umiechna si do chopca o rowych policzkach. - Jest przeznaczona Jackowi - oznajmia Radinka. Lara przekna lin.
112

- N-nie powiedziaabym. Ledwie go znam. - C, w takim razie musimy go oplotkowa, prawda? - Oczy Shanny byszczay psotnie. - Robby mwi, e jeste bardzo adna. I niewtpliwie mia racj. - Connor powiedzia, e bd z tob kopoty - doda Constantine. - Tino. - Shanna skarcia syna spojrzeniem i znw zwrcia si do Lary: - Connor po prostu si martwi, eby Jackowi nie staa si krzywda. Wszyscy tu jestemy jak jedna wielka rodzina. Nie chciaaby zje z nami kolacji? Wanie szymy do stowki. - Ja zjem makaron z serem! - Tino pobieg korytarzem, brykajc wesoo. - Poszabym z przyjemnoci, ale Howard chyba wolaby, ebym siedziaa na miejscu. - Lara wskazaa sal konferencyjn. - Och, nie martw si o to. - Shanna machna lekcewaco rk. - Zobaczy ci na monitorze i bdzie wiedzia, e jeste z nami. Chod. Lara wzia torebk, zamkna drzwi sali i ruszya z kobietami korytarzem w stron holu. Jeszcze nie jada, wic bya godna, i bardzo chciaa posucha tych plotek, o ktrych mwia Shanna. Ale zakadaa te, e nie powinna si zbytnio najada. Jack zaplanowa na dzisiejszy wieczr randk i w gr moga wchodzi kolacja. I inne rzeczy... Przeszy przez hol, skrciy w prawo, w lewo i znw w lewo. Wzdu korytarzy biegy rzdy okien i Lara zorientowaa si, e okraj dziedziniec z wypielgnowanym trawnikiem. Zachodzce soce odbijao si ogniem od okien i rozjarzao jaskrawe czerwone i rowe pelargonie stojce w donicach wok dziedzica. W niemal pustej stowce usiady przy stole; Shanna zaparkowaa wzek obok siebie. Lara usiada naprzeciw niej i jedzc lekk saatk, podziwiaa dwutygodniowego malucha. - Chcesz zobaczy, co umiem zrobi? - spyta Tino. - Oczywicie. - Lara domylia si, e chopiec te chce, eby mu powicono troch uwagi. - Tino. - Shanna pokrcia gow ze zmarszczonymi brwiami. - Och. Okej. - Tino przygarbi si i zacz widelcem rozgrzebywa makaron na talerzu. Shanna przygldaa mu si, wci marszczc czoo, a nagle si rozpromienia. - Ju wiem. Przedwczoraj ruszae uszami. To moesz pokaza Larze. Tino wyprostowa si z szerokim umiechem. - Tak. - Odwrci si do Lary. - Chcesz zobaczy? - Z przyjemnoci. - Lara rozemiaa si, kiedy uszy chopca poruszyy si odrobin. - Niesamowite. Ja nigdy nie umiaam tego zrobi. - Umiem te czyta - pochwali si Tino.
113

- To cudownie. - Lara odsuna od siebie pust misk po saatce. - Ile masz lat? - Skoczyem dwa w marcu. - Constantine napi si mleka. Dwa? Lara sdzia, e raczej okoo czterech, ale te bardzo niewiele wiedziaa o dzieciach. Sofia rozpakaa si nagle i Shanna wyja j z wzka. - No ju, ju. - Zacza chodzi wok stou, hutajc dziecko. - Ty ju zjada kolacj. Moesz pozwoli zje mamusi? Shanna bya dopiero w poowie posiku; Radinka te nie skoczya. Lara odsuna krzeso i wstaa. - Ja j potrzymam. - Och, dzikuj. - Shanna przeoya ma w ramiona Lary. - Lubi by noszona. Pewnie jej to przypomina jedenie w moim brzuchu. - Ja nie pamitam, jak byem w twoim brzuchu, mamusiu - powiedzia Tino. Shanna rozemiaa si, siadajc przy stole. - Turlae si i fikae kozioki. - Fajnie. - Tino zaatakowa misk z kostkami czerwonej galaretki. Lara powoli chodzia wok stou, rozkoszujc si niesamowit mikkoci dziecicego ciaka przy piersi. Sofia patrzya na ni jasnymi bkitnymi oczkami. Lara pogaskaa j po gwce, dotykajc czarnego puchu wosw. Dzieci Jacka te by miay takie wosy. Westchna. Co jej strzelio do gowy, eby wyobraa sobie przysze dzieci Jacka? Ale cho to byo szalestwo, jako nie potrafia mie o to do siebie pretensji. Trzymanie tego dziecka w ramionach sprawiao, e czua w sobie niesamowity spokj. - Masz podejcie do dzieci. - Shanna woya do ust porcj ziemniaczanego puree. - Jack zreszt te. - Byby doskonaym ojcem. - Radinka wycelowaa widelec w Lar, eby podkreli swoje sowa. Lara parskna, ale nie moga si nie umiechn. - Jestecie par swatek. Ale Jack jest tak przystojny, e raczej nie potrzebuje pomocy w sercowych sprawach. - Miaa nadziej na odpowied w rodzaju: Jack nie widywa si z nikim od lat" albo Jack jest cnotliwy jak dziewidziesicioletni mnich". Shanna signa po szklank wody z lodem. - Musz przyzna, e Jack jest bardzo przystojny. - Modzie - mrukna Radinka i pokrcia gow, przekrawajc ostatni kawaek steku. - Tak naprawd liczy si charakter. A Jack jest dobrym czowiekiem. Jest serdeczny, lojalny i godny zaufania. To wszystko brzmiao bardzo piknie, ale Lara bya ciekawa, jak wielkie stada kobiet biegaj za Jackiem. - Facet z tak urod i z takim charakterem... Kobiety pewnie si za nim uganiaj - powiedziaa, nie przestajc chodzi wok stou.
114

- Pewnie tak. - Oczy Shanny bysny. Lara zaczerwienia si po uszy. Prby cignicia obu kobiet za jzyk byy zbyt oczywiste. Shanna rozemiaa si wesoo. - Nie przejmuj si. Nigdy nie widziaam Jacka z dziewczyn. Na przyjcia zawsze przychodzi sam. Lara odetchna z radoci. - Ale oczywicie kiedy ju przychodzi, flirtuje na caego ze wszystkimi kobietami - dodaa kwano Shanna. Lara zakaszlaa, kiedy jej gardo cisno si gwatownie. - On po prostu jest miy - upieraa si Radinka. - Na wiosennym balu flirtowa i ze mn, i nawet poprosi mnie do walca. Wiedziaam, e to tylko z grzecznoci, ale i tak czuam si cudownie. Jakbym bya czterdzieci lat modsza. - Jak dugo go znacie? - spytaa Lara. - Ja, od kiedy zaczam tu pracowa - powiedziaa Radinka. - Bdzie ju z osiemnacie lat. Kiedy byam asystentk Romana. - Ale potem ja j ukradam. - Shanna spojrzaa ciepo na Radink i odwrcia si do Lary. - Ja poznaam Jacka trzy lata temu, na moim lubie. Chodzi na wszystkie luby i przyjcia. - Jest wietnym tancerzem - dodaa Radinka. Shanna kiwna gow. - I dobrym przyjacielem. Kiedy Angus i Emma mieli kopoty, to on przyszed im z pomoc. Pomg te anowi i Toni. Lara wiedziaa, kim jest an; nie miaa pojcia, kim s pozostae osoby. Ale chciaa rozmawia tylko o Jacku. - Wiem, e jest kochany, ale ma pewne... dziwne cechy. Do niespotykane. - Jak niespotykana uroda? - spytaa Shanna z przebiegym umiechem. - I niespotykana lojalno - zawtrowaa Radinka. - Jest te niespotykanie do wzicia - dodaa Shanna. Lara przestaa chodzi i spojrzaa na kobiety. - Domylam si, e moecie o tym nie wiedzie, ale... Jack ma pewne dziwne zdolnoci. Potrafi si teleportowa i porusza z nadludzk prdkoci. Radinka otara usta serwetk i zoya j starannie. - Wiemy o tym, moja droga. - Spojrzaa znaczco na Lar. - Wiemy te, e nie masz si czego obawia z jego strony.

115

- To prawda - powiedziaa cicho Shanna. - To oczywiste, e umiejtnoci Jacka wydaj ci si bardzo dziwne, ale prosz, nie pozwl, eby ci to odstraszyo. Tak naprawd liczy si to, jak uywa tych mocy, a zawsze uywa ich w dobrej sprawie. Moesz mu zaufa, Laro. Czy to naprawd byo takie proste? Czy moga go po prostu zaakceptowa takim, jaki jest, i mu zaufa? Widocznie Shanna i Radinka tak zrobiy. Lar kusio, eby pj w ich lady, ale jednoczenie chciaa odpowiedzi. I chciaa, by Jack ufa jej wystarczajco, eby jej tych odpowiedzi udzieli. - No prosz, o wilku mowa... - Shanna skina gow w stron wejcia do stowki. Lara odwrcia si i zobaczya Jacka stojcego w otwartych drzwiach. Serce mocniej zabio w jej piersi. Z ca pewnoci to niespotykanie atrakcyjny facet. Mia wszystko, czego kiedykolwiek pragna w mczynie. Moesz mu zaufa, Laro". Powoli ruszy w jej stron. By ubrany w sprane dinsy, czarn koszulk i czarn skrzan kurtk. Jeszcze wilgotne wosy zaczesa do tyu. Na szczce widnia cie czarnego zarostu. Wyglda, jakby zjawi si tu tak szybko, jak zdoa. Spojrza na dziecko w jej ramionach, a potem w jej twarz, wzrok mia peen ciepego zotego blasku. Ruszya w kierunku Jacka, jakby przycigana magnesem. - O tak - stwierdzia Radinka za jej plecami. - Ci dwoje bd bardzo szczliwi. Lara zatrzymaa si; ar zala jej twarz. Wiedziaa, e rozbawiony umieszek na twarzy Jacka oznacza, e usysza uwag Radinki. - Daj, wezm Sofi. - Shanna podesza szybko, eby uwolni j od dziecka. - Cze, Jack! - Constantine podbieg do niego i Jack wzi go na rce. - Cze, kolego. Jak leci? - Poczochra jasne loczki chopca. Tino pochyli si do jego ucha i szepn gono: - Radinka mwi, e Lara jest ci przeznaczona. Lara przygryza warg, coraz bardziej zirytowana. Ci ludzie zachowywali si, jakby miaa automatycznie rzuci si Jackowi w ramiona. Facet nie by a tak pocigajcy. Moga mu si oprze. Na jakiej planecie? - zadrwi z niej wewntrzny gos. Radinka pokrcia gow, skadajc puste nakrycia na tac. - Gdybym tylko moga znale dziewczyn przeznaczon mojemu synowi. - Gregori chyba nie jest gotw, eby si ustatkowa -szepna Shanna. - No c, lepiej, eby si pospieszy - burkna Radinka. - Ja nie bd ya wiecznie, a chc jeszcze zobaczy wnuki. - Jak si miewacie, mie panie? - Jack postawi Tina, a potem cmokn Shann i Radink w policzki. - Jak tam Sofia?
116

- Wszystko dobrze - odpowiedziaa z umiechem Shanna. - Wycignymy Lar na kolacj, eby mc ci bezczelnie oplotkowa. - Ach tak. - Odwrci si do Lary i si umiechn. -Bellissima, nigdy nie przestajesz mnie zaskakiwa. Nie spodziewaem si, e przyjedziesz do Romatechu. Wzruszya ramionami. - Chciaam troch popracowa nad spraw. - I sprawdzia moje alibi na sobotni wieczr. Wysuna podbrdek. - Owszem, sprawdziam. To standardowa procedura. Jego oczy bysny psotnie. - Zdaem? - Chyba tak. - To dobrze. Nie chciabym, eby posza na randk z przestpc. - Podszed bliej, bdzc spojrzeniem po jej niebieskiej sukience, goych nogach i biaych sandaach. - Wygldasz dzi bardzo piknie. - Dzikuj. - Zapomniaa o irytacji. Wystarczajco trudno byo nie rzuci si w jego ramiona. Dotkn jej rki, osonitej szydekowym sweterkiem. - To jest bardzo adne, ale moe nie by do ciepe tam, dokd si wybieramy. - A dokd si wybieramy? Umiechn si. - Bez obaw, moja droga. Na pewno znajdziemy dla ciebie co cieplejszego. - Odwrci si do reszty towarzystwa i powiedzia: - Ciao, kochani. Musz wam ukra Lar. W jego ukonie bya jaka starowiecka kurtuazja. Lara jkna w duchu. To sowo, starowiecki", cigle gdzie pasowao. Wzia torebk i spojrzaa na Shann i Radink. - Mio byo was pozna. Shanna poklepaa j po ramieniu. - Mam przeczucie, e jeszcze si zobaczymy. - Z ca pewnoci - dodaa Radinka, kiwajc gow. - Udanej randki. - Och, mamy te wane sprawy do zaatwienia - odpara Lara. - Policyjne sprawy. Radinka parskna i mrukna: - Chyba kowe. - Mog ciastko? - Sdzc po energicznych podskokach Constantine'a, raczej nie potrzebowa wicej cukru. - Scusate, signore. - Jack znw si ukoni i pooywszy lekko do na plecach Lary, wyprowadzi j ze stowki. - Koczyem niadanie, kiedy Carlos powiedzia, e dzwoni Howard i e tu na mnie czekasz. Przyszedem tak szybko, jak si dao. - Dzikuj. Zostawiam ci te wiadomo na komrce. - Odsuchaem j - odpar z umiechem. Ruszyli korytarzem. - I jestem zachwycony, e chcesz i ze mn na randk.
117

Lara wzruszya ramionami. - To tylko par godzin, prawda? Potem wrcimy do pracy. - Jak sobie yczysz. Howard powiedzia, e pokaza ci mj laptop. - Tak. Jestem zdumiona, ile informacji zebrae. Imponujce. - Grazie. - Skrci w prawo i weszli w kolejny korytarz. - Zaley mi, eby namierzy Apolla tak szybko, jak to moliwe. Wydaje mi si, e porywa now dziewczyn w kady czwarty weekend miesica. - Ja te to zauwayam. Za par tygodni znw uderzy. Jack skin gow. - Zapiemy go wczeniej. Zapiemy? Lara przygryza warg. Gupio jej byo mwi Jackowi, e to sprawa wycznie policji i FBI, zwaszcza e tyle pracy woy w zbieranie informacji. - Wiesz, e we rod wracam do patrolowania ulic. Zatrzyma si. - Nocami? - Tak. Wyglda na to, e oboje pracujemy na grabarskiej zmianie. Zmarszczy brwi. - Nie bd mg zbyt czsto ci widywa. Bdzie za ni tskni? Larze si to podobao. - Nie martw si. Co tydzie mam woln jedn czy dwie noce. Moe nawet zgodz si z tob jeszcze umwi, ale to zaley od tego, czy dzisiejsza randka okae si w miar znona. - Umiechna si do niego psotnie. Zmarszczy czoo. - Mam nadziej, e bdzie znona. Chciaem si z tob podzieli czym wyjtkowym. Pokaza ci miejsce, ktre bardzo kocham. - Och. - Jej umiech znikn. - Okej. - Ale moemy tam spdzi ograniczony czas. - Rozejrza si po korytarzu. - Jeli pozwolisz, powinnimy wyruszy od razu. - Naprawd? - Patrzya, jak otwiera jakie drzwi i zaglda do rodka. - Och, przepraszam. - Przeszkodzi komu przy pracy. Podszed do nastpnych drzwi. - Nad spraw Apolla moemy popracowa pniej. I tak zrobiem ju spore postpy, nie sdzisz? - Owszem, zrobie. - Zmarszczya brwi, kiedy otworzy drzwi skadziku i zajrza do rodka. - Zgubie co? - Po prostu nie chc, eby nas widziano. Chod. Tu bdzie w porzdku. - Chwyci j za rk i wcign do skadziku.
118

To byta ta jego randka? Caowanie si w schowku? Dostrzega przez mgnienie pki pene materiaw biurowych, zanim Jack zamkn drzwi i znaleli si w ciemnoci. - Zaraz. Mylaam, e wybieramy si w jakie specjalne miejsce. - I tak jest, bellissima. Wszystko zaplanowaem. -Obj j. - Gianetta i Mario bardzo chc ci pozna. - A kto to taki? - Opiekuj si moim palazzo. Lara przekna lin. - Ale to jest w Wenecji. - Tak. - Pogaska jej policzek grzbietem doni. -I tam si wybieramy. Usta Lary otworzyy si i zatrzasny z powrotem. Pokrcia gow, nie wierzc wasnym uszom. - Nie moemy pojecha do Wenecji. To z dziesi godzin lotu, prawda? - Bdziemy musieli si pospieszy. Mamy najwyej trzy godziny. - Do odlotu samolotu? - Rzeczywisto nareszcie do niej dotara. - To co tu jeszcze robimy? - Jej serce zaczo pdzi jak szalone. To byo takie nage. I takie ekscytujce. - Musz wrci do domu i si spakowa. Musz wzi paszport. - Przepchna si obok niego, eby dosta si do drzwi. Pocign j do tyu tak gwatownie, e torebka spada jej z ramienia. - Bellissima, wyruszamy w tej chwili. Nagle podejrzenie zawitao jej w gowie i zjeyy si woski na karku. - Co... co masz na myli? - Musisz mi zaufa. - Mocno oplt j ramionami. Skra Lary zlodowaciaa mimo ciepa bijcego od ciaa Jacka. - Dlaczego jestemy w tym schowku? - Zeby nikt nie zobaczy, jak si teleportujemy. Lara a si zachysna. - Nie. - Tak. Widziaa ju wczeniej, jak to robiem. To absolutnie bezpieczne. - To absolutne szalestwo! - Pchna jego pier. - Laro. - Przytrzyma j za ramiona. - Nigdy bym tego nie zrobi, gdyby moga ci si sta krzywda. Za bardzo si o ciebie troszcz, eby narazi ci na jakiekolwiek niebezpieczestwo. Troszczy si? Jej serce stopniao. Niestety, wci bya przeraona. - Ja nie umiem si teleportowa. Boj si. A jeli zmaterializuj si na nowo i nic nie bdzie tam, gdzie powinno? - Nic ci si nie stanie. Dopki pozostaniesz w moich ramionach, bdziesz bezpieczna.
119

Z trudem przekna lin. - Czy samolotem nie byoby bezpieczniej? - Cara mia, moemy znale si w Wenecji za dwie sekundy. - Trudno w to uwierzy. Poza tym przez ostatnie dwa tygodnie bardzo si starae udawa zwykego czowieka, a teraz nagle chcesz mi pokaza swoj prawdziw twarz? - Tak. - Obj j w talii. - To krok naprzd, nie sdzisz? Czyby nareszcie by gotw rozmawia z ni otwarcie? Jak moga nie skorzysta? - Ja... ja chc ruszy naprzd. - Wic le ze mn. - Chwyci j cianiej. - Trzymaj si mnie i nie puszczaj. Obja go rkami za szyj i splota palce. - Jeste pewien, e to bezpieczne? Nie ma adnych limitw wagi czy... Zrobio si czarno. Lara zachwiaa si i zamrugaa, kiedy wok niej zawiroway jasne pomyki wiec, odbijajce si od zotych cian. - Ostronie, skarbie. - Jack j podtrzyma. Pokj przesta wirowa i Lara zauwaya malowida na cianach i suficie, obramowane zoconymi stiukami. wiece pony w zotych kinkietach na cianach i w ozdobnych yrandolach. Zabytkowe meble ustawiono wok gigantycznego kominka z marmurowym gzymsem. A ona staa mocno na polerowanej posadzce. Z ca pewnoci nie byo to Kansas. - Rany. Jack j puci. - Wszystko w porzdku? Rozejrzaa si po pokoju. - Rany. Jack si rozemia. - Witaj w moim domu. - Ruszy w stron przeszklonych drzwi i je otworzy. - I witaj w Wenecji.

Rozdzia 13
Jack umiechn si, widzc wyraz twarzy Lary, zmieniajcy si z sekundy na sekund. Szok przeistoczy si w zachwyt, gdy rozgldaa si po Wielkiej Sali. Poczu przypyw dumy, bo pokj rzeczywicie by
120

imponujcy, gdy si go tak rzsicie owietlio. Mario i Gianetta, oboje w mocno podeszym wieku, nie byli ju zbyt sprawni, wic to zapewne ich wnuk, Lorenzo, zapali wszystkie wiece, zanim wyruszy z przydzielon mu misj. Chodny wiatr wpad przez otwarte drzwi na balkon; wiece zamigotay, zoto rozbyso. Lara spojrzaa na niego cierpko. - Tylko may palazzo, hm? Wzruszy ramionami. - W Wenecji jest ponad dwiecie palazzi. To nic nadzwyczajnego. - Jasne. Kady taki ma. - Wysza za nim na balkon. -Nie mog w to uwierzy. Naprawd jestemy w Wenecji? - Tak. Venezia. - Gboko odetchn chodnym, wilgotnym powietrzem. wiece migotay w wiecznikach ze rnitego szka po obu stronach podwjnych drzwi. W kcie balkonu sta restauracyjny stolik z dwoma krzesami. Jack spojrza przez balustrad na wod w dole. Odbijay si w niej byszczce wiata ksiyca i okien ssiednich palazzi. Wodna brama znajdowaa si bezporednio pod nim, na poziomie parteru. Owietlajce j lampy wyawiay z mroku pasiaste biao-czerwone pale przed jego domem. Jack zawsze uwielbia wraca do domu. A teraz mia si z kim t przyjemnoci podzieli. - Jak ci si podoba? - Jest niesamowity. Bardzo... stary. - Lara posaa mu dziwne spojrzenie i zadraa. - Zimno ci? - Obj j i przycign do siebie. - Obawiaem si, e tu moe by zbyt chodno dla ciebie. Poprosz Gianett, eby znalaza ci co cieplejszego. - Dziki. - Lara rozgldaa si z ciekawoci dookoa. - Ale nie chodzi o to, e jest chodniej. Jestem w szoku, e w ogle tu jestemy, i cigle troch wystraszona sposobem podrowania. - Podr bya szybka i bezbolesna, prawda? - Chwila najzwyklejszego przeraenia szybko mina, ale jestem troch skoowana. Jakim cudem potrafisz zrobi co takiego? Z westchnieniem pogaska j po wosach. - Tak naprawd to nie wiem, jak to dziaa. Po prostu mam taki dar i jestem za niego wdziczny. - C, to bije na gow dziesi godzin w samolocie. - Odwrcia si w jego ramionach, eby mc wyjrze przez balustrad. - Nie zdawaam sobie sprawy, e te kanay s tak due. - Wikszo nie jest. To jest Wielki Kana. - Ach tak. Niezy adres. - Obejrzaa si na jego dom. - I cakiem przyzwoity paac. Rozemia si.
121

- Niestety wiele palazzi jest w zym stanie. Ten pochodzi z XVI wieku i wiecznie tu trzeba co naprawia. - Ale ty go kochasz - powiedziaa cicho. - Tak. To prawda. To moja kotwica. Co, co zawsze tu na mnie czeka i nigdy si nie zmienia. Lara spojrzaa na niego spod zmruonych powiek. - Jest w tobie co bardzo starowieckiego i... szlachetnego. Byy to wyjtkowo pochlebne sowa dla kogo, kto urodzi si bkartem. - Cara mia, dzikuj. - Pocaowa j w czoo. - Giacomo! Zjawie si wreszcie - powiedzia kto po wosku. Jack odwrci si i w otwartych drzwiach balkonu zobaczy Gianett. - Bellissima. - Uciska j i ucaowa w pulchne policzki. Miaa na sobie gruby szlafrok, zaoony na koszul nocn, a dugie, siwe wosy leay splecione w warkocz na jej obfitym biucie. Odpowiedzia po wosku: - Przepraszam, e musielicie wstawa w rodku nocy. Poklepaa go po policzku. - Zawsze dobrze ci widzie. I bardzo si ciesz, e zabrae ze sob dziewczyn. Tak dugo na to czekaam. Jakie pidziesit lat, jeli Jack dobrze pamita. Gianetta i jej m Mario opiekowali si palazzo ju od p wieku. Zaczynali jako sucy, ale z czasem stali si wiernymi i kochanymi przyjacimi. - To miertelniczka, prawda? - szepna Gianetta po wosku. - Tak. Nazywa si Lara Boucher - odpar. - Jest Amerykank. - I to bardzo adn. - Gianetta pokiwaa gow z aprobat, po czym odezwaa si po angielsku, z silnym akcentem: - Bardzo mi mio pani pozna. - Dzikuj. - Lara umiechna si szeroko. - Jestem zachwycona, e Jack mnie tu zaprosi. - Lara potrzebuje jakiego paszcza albo akietu -powiedzia Jack Gianetcie. Kiedy spojrzaa na niego, zdezorientowana, przetumaczy swoje sowa na woski. - A, mam co w sam raz. I przynios przekski. -Gianetta kiwna gow i zesza z balkonu. - Jest bardzo mia - powiedziaa Lara. - I podobasz jej si, a to dla mnie bardzo wane, bo ona i Mario s dla mnie jak rodzina. Lara parskna. - Wszyscy dookoa nas bawi si w swatw. - Jakby trzeba nas byo zachca. - Obj j ramionami od tyu i przycign do swojej piersi. Opara gow na jego ramieniu. - Gwiazdy s liczne, ale wolaabym, eby byo wicej wiata. Kiedy wschodzi soce?
122

- Zbyt szybko. - Musn policzkiem jej szyj. Mieli mniej ni trzy godziny, zanim bdzie musia teleportowa ich z powrotem do Nowego Jorku. Nie mg ryzykowa, e zapadnie przy niej w miertelny sen. - To jest dobra pora na wizyt w Wenecji. W miecie panuje cisza. Sycha tylko, jak woda chlupocze o budynki i od czasu do czasu pohukuje jaka sowa. Splota rce na jego rkach. - Zawsze chciaam zobaczy Wenecj. Dzikuj. - Belissima, my dopiero zaczlimy. - Jack wskaza co w oddali. - Widzisz to wiato na wodzie? To nasza gondola, ktra wanie po nas pynie. - To jest naprawd super. - Lara odwrcia si do niego z umiechem. - Dzikuj, e zacigne mnie tu wbrew mojej woli. - Hm. - Pogaska jej plecy. - Co jeszcze mgbym zrobi wbrew twojej woli? Ze miechem obja go za szyj. - Wiesz, jak to mwi: gdzie jest wola, tam znajdzie si sposb. Potar nosem jej nos. - Chc z tob zrobi wszystko, na co bd mia ochot. - Mmm. - Przycisna si do niego i wplota palce w jego wosy. - Nie mogabym ci si oprze, Jack. - Cara mia. - Pocaowa jej czoo, policzki, nos, a jego serce wzbio si pod niebo. Lara go pragna, cho nie uy adnych wampirycznych sztuczek. To pierwsza i jedyna kobieta jak spotka, ktrej umys by przed nim zamknity, a mimo to zdawao si, e ich umysy s ze sob zestrojone. Chwyci wargami jej usta i zaton w dugim, leniwym pocaunku. Stopniaa w jego objciach. Lara, w jego ramionach, w Wenecji. Czeg wicej chcie od ycia? Nagle kto chrzkn. - Scusate - szepna Gianetta, zagldajc na balkon. Lara odsuna si od Jacka, lekko si rumienic. - Ja przyniosam... jedzenie - powiedziaa Gianetta po angielsku. Postawia na stoliku drewnian tac. -I peleryn dla signorina. - Zdja peleryn przewieszon przez rami i strzepna. - O rety, jest pikna. - Lara pogaskaa aksamit granatowy jak nocne niebo. Gdy Lara bya zajta podziwianiem peleryny, ktr Gianetta ukadaa jej na ramionach, Jack przysun si dyskretnie do stou, eby zerkn na jedzenie. I oczywicie, Gianetta napenia pucharek z brzu podgrzan syntetyczn krwi. Wypi jednym haustem, zanim Lara zdya zauway, co jest w rodku. Rozemiaa si. - Chyba chciao ci si pi. - Tak. - Odstawi pusty puchar na tac. - Wygldasz cudownie w tej pelerynie.
123

Z szerokim umiechem zrobia piruet, pozwalajc, by materia zawirowa wok niej. Aksamit opad dugimi fadami, sigajcymi kostek. - Czy nie jest boska? Jest podszyta jedwabiem i ma nawet kaptur. Woya kaptur i Jackowi zaparo dech. Jej oczy miay rwnie gboki odcie bkitu, jak aksamit okalajcy jej liczn twarz. Policzki Lary byy zaczerwienione z radoci, przez co rozsiewaa wok siebie aromat pulsujcej krwi. Kusio go, eby zapomnie o wczeniejszych postanowieniach i porwa j prosto do swojej sypialni na grze. Ale nie, najpierw musi si pozaleca. Chcia, eby go pokochaa. Moe, gdyby kiedykolwiek dowiedziaa si prawdy o nim, miaby wiksze szanse na to, e jej nie straci. - Bardzo adna peleryna - powiedziaa Gianetta po angielsku. - Giacomo da mi j dziesi lat temu na karnawa. Giacomo to bardzo miy czowiek. - Ach tak. - Lara zerkna na niego z ciekawoci. -Mia wtedy chyba z osiemnacie lat? Gianetta spojrzaa zdezorientowana na Jacka i spytaa po wosku: - Ona nie wie? - Kiedy ledwie dostrzegalnie pokrci gow, zmarszczya brwi. - Musisz jej powiedzie. - Co si stao? - Lara obserwowaa ich oboje. - Tak. - Jack przeszed na angielski i wskaza tac na stole. - Twoje gelato si topi. Chod, siadaj. - Tak. - Gianetta pospiesznie podesza do stou i umiecia na wprost krzesa pucharek z lodami, lnian serwetk i szklank wody. - Gelato z Venezia bardzo dobre. Prosz sprbowa. - Z przyjemnoci. - Lara usiada na krzele, starannie ukadajc wok siebie peleryn. Jack poda pusty pucharek z brzu Gianetcie. - Masz. - Podaa mu ma paczuszk vamposw, mitwek likwidujcych krwisty oddech po posiku. - Grazie. Pomylaa o wszystkim. - Wrzuci mi-twk do ust i odda paczuszk Gianetcie, ktra szybko wsuna j do kieszeni szlafroka. Lara spojrzaa na pust tac, a potem na Jacka. - A ty nie zjesz lodw? - Nie. Mam... nietolerancj laktozy. - Usiad naprzeciw niej. - Ale z przyjemnoci popatrz, jak ty si nimi cieszysz. Posaa mu przebiegy umiech. - Lubisz sobie popatrze? Rozemia si. Spogldajc na niego uwodzicielsko, zsuna kaptur z gowy. Jack z trudem przekn lin, kiedy jego rozbudzona wyobrania ukazaa mu kolejne spadajce z niej ubranie. Uniosa yeczk do ust i dotkna lodw koniuszkiem jzyka. W kocu polizaa. - Mmm. Takie sodkie i kremowe.
124

Jack unis brew. Jak na sodkiego anioa potrafia by cudownie niegrzeczna. - Smakuj ci? - O tak. - Powoli otworzya usta i wsuna w nie yeczk. - Mmm. - Rwnie powoli wycigna yeczk. Jack stwardnia. - O tak. - Zamkna oczy i odchylia gow do tyu. -Tak. Tak! - Uderzya pici w st. Poprawi si na krzele. Gianetta chwycia Jacka za rami i szepna mu do ucha: - Ona si dobrze czuje? - Tak. - Jego gos by zduszony. - Po prostu bardzo smakuj jej lody. Dzikuj, Gianetto. - Hm. - Gianetta wzia pust tac i ruszya do drzwi, mamroczc co o dziwnych amerykaskich zwyczajach. Lara si skrzywia. - Przepraszam. Pewnie wzia mnie za wariatk, ale ja po prostu nie mogam si oprze. Umiechn si seksownie. - Cara mia, licz na to, e nie bdziesz moga si oprze. Wzia do ust kolejn porcj lodw. Jack nie przestawa patrze, zdumiony, e dosta wzwodu od czego tak prostego i niewinnego. - To jest naprawd pyszne. - Dokoczya lody. -I miseczka jest pikna. - Jest z Murano, wyspy, na ktrej pracuj dmuchacze szka. - Bardzo chciaabym to zobaczy. - Teraz wszystko jest zamknite, ale mog ci urzdzi zwiedzanie przy okazji nastpnej wycieczki. - Wsta i wyjrza przez balustrad. Gondolier zblia si do wodnej bramy. - Dzisiaj chc ci pokaza basilica i campanile na Piazza San Marco. Lara otara usta lnian serwetk. - Domylam si, e basilica to koci, a to drugie? - Campanile. Dzwonnica. - Och, wietnie! Ale czy nie s zamknite na noc? - Mam... znajomoci. - Z czasw, kiedy bye ministrantem? - zapytaa rozbawiona. Rozemia si. - Niezupenie. Nasza gondola podpywa. Chcesz zobaczy?
125

- Och, tak. - Zerwaa si z krzesa i wyjrzaa przez balustrad. - Rety, on ma kapelusz i pasiast koszulk, zupenie jak na filmach. - Pjdziemy? - Jack wskaza szklane drzwi. Lara przesza za nim przez Wielk Sal do schodw. Jakie pidziesit lat temu kaza na nich zaoy instalacj elektryczn, eby nikt nie potkn si w ciemnoci i nie musia nosi wiecy. Lara spojrzaa na schody wznoszce si w gr. - Ile tu jest piter? - Trzy i parter. - Poprowadzi j w d. - Poniej jest ju woda. Ja mieszkam na pierwszym i drugim pitrze, a Mario, Gianetta i ich wnuk na trzecim. Gianetta czekaa na nich u stp schodw. - Mario wszystko zaatwi - powiedziaa do Jacka po wosku. - Ojciec Giuseppe bdzie na was czeka na placu, a Lorenzo niedugo si tam pojawi. - Grazie mille. - Jack j uciska. - Mog nie mie czasu, eby tu wrci. - Rozumiem. - Gianetta umiechna si do Lary i przesza na angielski: - Giacomo bardzo dobry czowiek. Nigdy nie sprowadza wczeniej dziewczyn. - Naprawd? - Larze zawieciy si oczy. Jack posa Gianetcie zirytowane spojrzenie, a potem wyszed z Lar do ogrodu. - Chc ci to pokaza, zanim popyniemy. Kiedy znaleli si na zewntrz, Lara zachysna si z zachwytu. Niewielki kwadrat ogrodu okalay dugie sznury lampek. Wykadana kamieniem cieka okraa fontann porodku. Pergola opleciona wisteri osaniaa kamienn awk. Powietrze przesyca zapach gardenii i r, w ciszy sycha byo szmer wody z fontanny. - Tu jest piknie - szepna Lara. - I tak spokojnie. Nic dziwnego, e kochasz to miejsce. Jack popatrzy w okna drugiego pitra, gdzie miecia si jego sypialnia. Kusio go, eby teleportowa si tam z Lar. Ale ich gondola czekaa, a on postanowi sobie, e bdzie zaleca si do Lary jak naley. Nie chcia zachowywa si jak jego ojciec, ktry traktowa kad kobiet jak zdobycz, a potem odchodzi do nastpnej. Lara zasugiwaa na co lepszego. A gdyby potrafia go pokocha, pozostaby jej wierny na zawsze. - Chod. - Poprowadzi j sklepionym korytarzem do wodnej bramy. Mario czeka na nich przy zacumowanej gondoli. Jack uciska staruszka i przedstawi Lar. Mario ucisn jej do.
126

- Brava, bellissima. Giacomo to bardzo dobry czowiek. Lara spojrzaa kwano na Jacka. - Musisz im dobrze paci. Rozemia si. - Szczerze mwic, tak jest. Przeszed do gondoli i pomg Larze wsi na pokad. Usadowili si na wycieanej awie pod markiz, ktra zapewniaa im troch prywatnoci. - Poprosz na Piazza San Marco! - zawoa Jack do gondoliera stojcego na tyle odzi. - Oczywicie - odpar gondolier i szybko wypchn d na kana. Lara przytulia si do Jacka. - To jest takie romantyczne. - Ciesz si, e ci si podoba. - Obj ramiona Lary i odwrci j do siebie, eby widzie jej twarz. Rozgldaa si z ciekawoci, kiedy powoli pynli Wielkim Kanaem. Wskaza jej kilka palazzi, ktre przeksztacono na hotele. Byy rzsicie owietlone, przed niektrymi cumoway luksusowe jachty. Lara otworzya usta ze zdumienia. - Popatrz na ten most. Jack spojrza. - To jest Rialto. - Centralny uk by w nocy podwietlony. Oczy Lary bysny radonie. - Przypomnia mi si film, ktry uwielbiaam, kiedy byam maa. Uwaaam, e to najbardziej romantyczny film wszech czasw. Lady i Tramp11. Widziae go? - Nie. - No wic, Tramp zabiera Lady do woskiej restauracji i kelnerzy przynosz im wielki talerz spaghetti. Potem piewaj dla nich Bella notte, i to jest niesamowicie sodkie. - Bella notte? - Bdzie musia powiedzie o tym Ma-riowi. - Potem Lady i Tramp zaczynaj wsysa t sam nitk spaghetti i on przypadkiem cauje j w pysk. - W co? - W pysk. Och! - Lara si rozemiaa. - Zapomniaam wspomnie, e to psy? Spojrza na ni drwico. - Romantyczne psy? Rozemiaa si jeszcze raz i pacna go w rami.

11Polski tytu: Zakochany kundel. Na potrzeby narracji zachowano dosowny przekad tytuu Lady and the Tramp.

127

- Miaam pi lat. A ten caus ze spaghetti by naprawd gorcy. Lady odwrcia si z uroczym rumiecem, jakby si zawstydzia, a Tramp mia taki bezczelny umiech, jakby chcia powiedzie: O tak, maa, zrbmy to jeszcze raz". Jack, umiechajc si bezczelnie, postuka j palcem w nos. - Wic jeli pocauj twj liczny pyszczek, bdziesz moj Lady? Nie wychodzc z roli, Lara odwrcia oczy i zaczerwienia si po uszy. - Nie sdz, eby mg by Trampem. On chyba nigdy nie mieszka w eleganckim palazzo. - No tak, ale jestem bkartem i draniem, wic powinienem si nadawa. Dgna go palcem w pier. - Nie jeste draniem. Jeste sodziakiem. - Musz udowadnia, e jestem draniem? - Sign pod peleryn i poaskota j w ebra. - A masz. I strze si, bo pobij ci tymi mikkimi poduchami. Odsuna si od niego, chichoczc. - Przesta, ty... Trampie. Ze miechem wcign j na kolana. - Milady. Jej miech ucich, kiedy obja go za szyj i spojrzaa mu w oczy. - Jack. cisn jej biodro. - Hau. Umiechna si. - Prawdziwy dra mgby prbowa mnie wykorzysta. - Potara nosem jego policzek. - Zrobi, co w mojej mocy. - Odwrci gow, eby j pocaowa. Lara, zapraszajc go, rozchylia wargi. Obwid jzykiem wntrze jej ust, poaskota jzyk. Jkna, ale nagle przerwaa pocaunek. Spojrzaa przez rami na ciemn markiz, osaniajc ich przed gondolierem. - Zapomniaam, e nie jestemy sami. - Oni s do tego przyzwyczajeni. Wenecja zawsze bya miastem kochankw. Przeczesaa palcami jego wosy. - To tym mamy by? Kochankami? - Mhm. - Pod peleryn przesun do w d sukienki, a dotar do nagiej skry. Powioda palcami po jego brodzie. - Wszyscy mi cigle powtarzaj, jakim to jeste dobrym czowiekiem.
128

- Mhm. - Jego do zakrada si pod skraj sukienki. - Moesz mi ufa jak ksidzu. - Tak, syszaam. Shanna powiedziaa, e jeste godny zaufania. - Mhm. - Palce Jacka zaczy pomalutku wdrowa w gr po jej nagim udzie. - Jestem prawie witym. Lara spojrzaa na peleryn, gdzie jego ukryta do tworzya wypuko, nieustpliwie przesuwajc si w gr. - Co ty waciwie robisz? Jego usta drgny. - Szukam Ziemi witej? Dotar do rbka jej majteczek. Koronkowych, sdzc po dotyku. Zmarszczya brwi. - Chyba powiniene wiedzie, e ja nie jestem... To znaczy, zwykle... - Zachysna si, kiedy wsun do pod bielizn. - Jack, ty... draniu. - To wanie ja. - cisn nagi poladek. - Jack - szepna. - Nie powinnimy... - Obejrzaa si nerwowo na markiz. - Wiem. Ale tak trudno ci si oprze. - Poklepa jej tyeczek, a kiedy powoli wysuwa rk spod majtek, pojechay razem z doni. Przekn lin, i szybko przesun do z powrotem do gry, eby wrciy na miejsce, a potem znw, powoli, zacz j wysuwa. Poczu, e co cignie za sygnet, i majteczki znw pojechay w d. Merda! Koronka jej fig zaczepia o sygnet, ktry odziedziczy po ojcu, Giacomo Casanovie. Jego ojciec uwid setki kobiet bez najmniejszych trudnoci, a on mia kopot z jedn. To by prawdziwy powd, dla ktrego nigdy nie uywa nazwiska Casanov. Nigdy nie mgby dorwna ojcu. Staruszek pewnie mia si teraz w grobie.

Rozdzia 14

Dziewi krgw pieka - mrukn Jack. - Pieka? - zdziwia si Lara. - Mylaam, e jestem Ziemi wit. - Jeste rajem. Niestety, utknem w nim. Otworzya szeroko oczy. - Utkne? - W innych okolicznociach bybym zachwycony, gdybym nie mg si odczepi od twojego licznego tyeczka, ale wygldaoby dziwnie, gdybymy zwiedzali, szczeglnie bazylik, z moj rk pod twoj spdnic. Spojrzaa w d. - Jak moge utkn?
129

- Przez sygnet. Zaczepi si o koronk. Widzisz? -Przesun do w d jej biodra, cignc za sob figi kilka centymetrw. - Okej, stop. - Przygryza warg, marszczc brwi, ale nagle zachichotaa. - Ciekawe, jak to si stao. - Zapewniam ci, e cho miaem wielk nadziej cign z ciebie ubranie, to nie by element mojego planu. Parskna. - To nie problem. Po prostu wyrwij si na wolno. - Jeste pewna? Zniszcz ci bielizn. Zmruya oczy, posyajc mu uwodzicielskie spojrzenie. - Drzyj. - W porzdku. - Szarpn rk, ale majtki podyy za ni. Zacz si szamota na wszystkie strony, ale koronkowy, lateksowy materia po prostu rozciga si, zamiast drze. - Santo cielo, s niezniszczalne. Lara wybuchna miechem. Walczy dalej, ale na prno. - Mogliby z tego materiau robi statki kosmiczne. Pokrcia gow, cigle si miejc. - Moe powiniene sprbowa zdj sygnet. Popchn go kciukiem, ale ten ani drgn. - Musiabym ci woy pod spdnic drug rk. - Bardzo sprytne. - Spojrzaa na niego przebiegle. -Pozostaje ci chyba tylko zachowa si jak dentelmen i odci sobie do. - Wol, eby zostaa przyczepiona, jeli pozwolisz. Poza tym, mogoby ci si spodoba, co potrafi ni zrobi. - Kiedy prychna miechem, on unis j lekko. -Na szczcie jest jeszcze jedno wyjcie. - Zsun do razem z majtkami w d. Krzykna cicho, oburzona. - Co ty robisz? - To zajmie tylko chwilk. - Przecign majteczki przez jej buty. - Oddawaj. - Szybko poprawia peleryn, by mie pewno, e jest zakryta od stp do gw. - Oddam. - Sprbowa uwolni sygnet. - Nie masz przypadkiem noyczek, co? Gondola zatrzymaa si nagle z lekkim szarpniciem. Lara chwycia ramiona Jacka, eby nie straci rwnowagi. - Piazza San Marco - oznajmi gondolier, cumujc d do nabrzea. Jego kroki zabrzmiay bliej, gdy zacz obchodzi markiz. - O nie - szepna Lara. Jack zerwa sygnet z doni i wepchn go razem z majtkami do kieszeni skrzanej kurtki.
130

- Oddam ci je. - Nie wierz, e to si stao. - Lara, krzywic si, wstaa i otulia si peleryn. Gondolier pomg jej zej na ld. Jack niemal sysza drwicy miech ojca. Poprowadzi Lar w stron placu. A e by synem Casanovy, wci wraca mylami do jej niekompletnego stroju. To byo jak rzucona rkawica. Mury zamku zostay nadkruszone. Skarbiec znalaz si w zasigu rki, nic tylko bra. Dotknby raju, nim skoczy si ta noc. Ale nie moe jej zmusza. Musi by zrczny jak jego ojciec. Oczywicie! Wyj komrk i zadzwoni do Maria z nowymi instrukcjami dla Lorenza. Mario zapewni go, e wszystko idzie zgodnie z planem. Rozczy si, kiedy dotarli do wejcia na piazza. - Rety. Jest wikszy, ni sdziam. - Lara zmruya oczy, rozgldajc si dookoa. - Szkoda, e nie widz lepiej. Nie moglibymy wrci tu za dnia? - Spojrzaa na niego cierpko. - Cakowicie ubrani? - Wtedy jest za duo turystw. Owia ich wiatr, wzdymajc peleryn wok ng Lary. Zadraa. - Zimno ci? - Jack obj j ramieniem. Posaa mu zirytowane spojrzenie. - Czuj lekki przecig. Umiechn si. - Bez obaw. Jak widzisz, jest pusto. Zobaczy ci najwyej garstka gobi. I ksidz. Chod, chc ci przedstawi ojcu Giuseppe. - Dostrzeg staruszka po drugiej stronie placu, na stopniach kocioa. Lara sza obok niego. - Czy koci nie jest zamknity? - Ojciec Giuseppe nas wpuci. To stary przyjaciel. - Masz specjalne chody w kociele? Wzruszy ramionami. - Powiedziaem ci, e jestem prawie witym. - A ja jestem praktycznie goa - mrukna. - Cuda si zdarzaj. - Jack wszed po stopniach. -Dzikuj, e ojciec si z nami spotka. Stary ksidz uciska Jacka i odezwa si po wosku: - Zachowywae si przyzwoicie, Giacomo? - Oczywicie, ojcze. Ojciec pozwoli, e przedstawi Lar Boucher ze Stanw Zjednoczonych. - Signorina. - Ksidz ukoni si Larze i przeszed na angielski. - Caa przyjemno po mojej stronie. yczy sobie pani obejrze Basilica San Marco? - Tak, bardzo bym chciaa. Dzikuj. - Tdy. - Ojciec Giuseppe, przebierajc w kluczach na duym kku, poprowadzi ich do bocznych drzwi. Otworzy je i zapali wiato. - Wchodcie, prosz.
131

Jack i Lara weszli za ksidzem do nawy bazyliki. Ich kroki zabrzmiay echem w wielkim budynku i posgi witych spojrzay na nich gronie. Jack wrzuci par euro do skarbonki. - Dopiero teraz si zorientowaam, e nie mam torebki - szepna Lara. - Nie mog zoy datku. - Nic si nie stao. Zostaa w Romatechu. Odzyskamy j pniej. Ojciec Giuseppe oprowadzi ich, ale ziewa z kad chwil coraz czciej i goniej. - Ojciec jest zmczony - powiedzia w kocu Jack po wosku. - A ja zakciem ojcu sen. Moemy dalej zwiedza sami. - No dobrze. Zaprowadz was do dzwonnicy. Gdy wyszli z kocioa, ojciec Giuseppe spojrza na Jacka z trosk. - To mia dziewczyna. Musisz j dobrze traktowa, synu. - Tak bdzie. - Jack sprowadzi Lar po schodach. Chodny wiatr zatrzepota peleryn; Lara zacigna cianiej poy. Ksidz zatrzyma si przed campanile i znw zacz si szamota z kluczami. - Czy ona wie, kim jeste? Jack westchn. - Wie, jaki jestem. Zna mj charakter. - Nie o to mi chodzio i dobrze o tym wiesz. - Ojciec Giuseppe otworzy drzwi i zapali! wiato. Popatrzy smutno na Jacka. - Bdziesz musia jej powiedzie. Jack przekn z trudem lin. Wiedzia z dowiadczenia, e jeli kobieta dowie si prawdy, utraci j. Nie mg si znw naraa na taki bl. - Nie chc jej straci. Ksidz pooy do na ramieniu Jacka. - Musisz mie wiar, Giacomo. Mio nie osdza i jest askawa. - Odwrci si do Lary i nakreli przed ni w powietrzu znak krzya. - Niech ci Bg bogosawi - powiedzia po angielsku. - Dzikuj, ojcze - szepna. - Grazie. - Jack uciska starego przyjaciela i wprowadzi Lar do dzwonnicy. Ksidz zamkn za nimi drzwi; ich szczk rozleg si echem w wiey. - Chyba nas nie zamknie na klucz, co? - szepna Lara. Jack wzruszy ramionami. - Nawet jeli, to zawsze mog nas std teleportowa. Zmruya oczy. - Moge nas te teleportowa prosto na gr, co?
132

- Mogem, ale chciaem, eby si poczua jak penoprawna turystka. - Wprowadzi j do windy i wcisn guzik grnego poziomu. Winda szarpna i ruszya w gr. Lara pokrcia gow. - Nie do wiary, e rozmawiaam z ksidzem bez bielizny. Jack umiechn si obuzersko. - Jestem raczej pewien, e mia na sobie bielizn. achna si. - Powiedz lepiej, jak ci si udao zasuy na tak askawe traktowanie? - Powiedziaem ci, jestem prawie witym. - Przyoy do do serca. Zrobia do niego min. - Nie odpowiedziae na moje pytanie. - No dobrze. Stara campanile zawalia si w 1902 roku. Pienidze na odbudow znalazy si dopiero w 1912, kiedy... moja rodzina zoya bardzo duy datek na rzecz parafii. Drzwi windy otworzyy si i wyszli na taras widokowy dzwonnicy. - Popatrz na widok. - Jack wskaza otwarte okno. Lara nie ruszya si od drzwi windy. - Twoja rodzina zoya datek w 1912? - Tak. -Merda. Czyby co podejrzewaa? Wycign do niej rk. - Chod popatrze. - To nie bya twoja rodzina, co? - szepna. - To bye ty. Jego rka opada. Dziewi krgw pieka. Powinien wiedzie, e ona zacznie si domyla. Lara zblada. - Mam racj, prawda? Tak atwo mgby zaprzeczy, powiedzie, e si myl, ale nie przechodzi ci to przez gardo. Zacisn donie w pici. - Laro... - Po prostu powiedz mi prawd. He masz lat? Odwrci si, by wyjrze przez okno. Gwiazdy migotay nad morzem czerwonych dachw. Jego serce omotao jak szalone. Co powinien jej powiedzie? - Przychodziem tu przez wiele lat tyle razy, ale zawsze byem sam. - Spojrza na ni. - Dopki nie spotkaem ciebie. Podesza do niego. - Moesz by ze mn szczery? - Laro, ja si w tobie zakochaem. Gwatownie wcigna powietrze. - Boe. - Przycisna do do ust. - Ale jak moemy... jest dla nas jaka nadzieja?
133

- Syszaem, e gdzie jest mio, tam zawsze jest nadzieja. - Musisz mie wiar", powiedzia mu stary ksidz. Oczy Lary byszczay od ez. - Boj si tego, e masz tyle lat i tak bardzo si ode mnie rnisz. - W gbi duszy nie rnimy si od siebie. Chodny wiatr przemkn wok nich i porwa jej wosy. Otulia si peleryn. Z placu popyna ku nim muzyka. Zagra akordeon, do ktrego przyczy si ciepy baryton. Jack spojrza w d. Lorenzo gra na akordeonie; przyprowadzi ze sob jednego z najlepszych weneckich piewakw, by wystpi dla Lary. - O mj Boe. - Lara wyjrzaa w d przez okno. -On piewa Bella notte. - Spojrzaa na Jacka ze zami w oczach. - Ty to dla mnie urzdzie? - Tak. - Wzi j za rk. - Bdziesz moj lady, Laro? - Chc ni by. - Wic adna sia na ziemi nie moe nam w tym przeszkodzi. - Wzi j w ramiona i pocaowa z ca namitnoci, ktr tumi w sobie od tylu nocy. To jest ta noc - ta bella notte - kiedy Lara bdzie jego. Chcia si z ni podzieli Wenecj. Tak niewiele mg z ni dzieli, tak mao mg jej powiedzie o sobie, e to wydawao mu si jedynym sposobem, by si do niej zbliy. A jej reakcje daway mu nadziej - od dwustu lat nie czu w sobie tyle nadziei. Lgna do niego, otwieraa si przed nim, topniaa w jego ramionach. Wdar si w jej usta, a ona zacza ssa jego jzyk. Przecign domi po plecach Lary i chwyci poladki. Kiedy przycisn j mocniej, jkna. - Laro. - Pocaunkami wytyczy ciek na jej policzku i w d szyi. Krcia biodrami z boku na bok, ocierajc si o niego. Santo cielo. Pragna go. Jego wasne pragnienie przeksztacio si w gorczkow potrzeb. Przerzuci brzegi peleryny za jej ramiona, rozpi guziki na przodzie sukienki, zatrzymujc si przy pasku. Odsun gr sukienki i sweter, tylko po to, by odkry jakie nowoczesne urzdzenie bez ramiczek, zamykajce mu drog do nieba. - Chyba nie jest przyklejony, co? - Nie chcia zrywa czegokolwiek z jej delikatnej skry. Lara umiechna si i pogaskaa go po policzku. - Rozpina si z przodu. Mam ci pokaza? - Poradz sobie. - Przez chwil mocowa si z dziwnym plastikowym haczykiem, ktry nagle puci. Jack gwatownie chwyci oddech, poraony cudownym widokiem. - Paradiso.
134

Pokrcia gow, umiechajc si i czerwienic jednoczenie. - To tylko piersi. - Nie, cara mia. - Spojrza jej z umiechem w oczy. -To twoje piersi. Zarumienia si jeszcze mocniej, a zapach jej sodkiej wezbranej krwi znw pobudzi gorczkow dz Jacka. - Pragn ci. - Rozpi jej pasek i z wampiryczn prdkoci poradzi sobie z reszt guzikw, zanim pasek spad na podog. Rozsun szeroko sukienk i chwyci! Lar w pasie. Jej mleczna skra miaa rowawy odcie, bo oczy Jacka znw pony czerwono. Przesun donie w gr, po ebrach, i chwyci piersi. - O tak. - Wygia si do tyu, napierajc na niego, a rowawe wzgrki wypeniy mu donie. Okry kciukami pulchne, rane sutki. cigny si na jego oczach, a poczu skurcz w podbrzuszu i stwardnia. Potar koniuszki, czujc, jak twardniej pod opuszkami palcw. Z jkiem torturowanego leciutko pocign jej sutki. - O Boe. - Lara chwycia go za ramiona, gdy ugiy si pod ni kolana. - Trzymam ci. - Podcign j do gry, trzymajc za poladki. Oplota biodra Jacka nogami. Przycisn Lar do ciany i podnis j wyej, by mc caowa nabrzmiae piersi. Rozsun twarz sukienk na boki i przyssa si do sutka. Zadraa. - Jack. - cisna jego gow. Ssa i skuba stwardniay sutek. Nagle znieruchomia, gdy dopad go lekki zawrt gowy. Soce. Zbliao si do horyzontu. Merda. - Jack, prosz - wysapaa Lara, wpltujc palce w jego wosy i zaciskajc pici. Otar policzek o jej pier, walczc ze saboci. Zostao mu moe z pi minut, zanim opuszcz go resztki energii. Gdyby zasn tutaj, soce by go zabio. Chwyci gboki wdech i zapach podniecenia Lary pobudzi go do ycia. Tak cudowny i oszaamiajcy. Santo cielo, musi sprawi, by zacza krzycze, zanim std znikn. Chwyci j inaczej, by mie jedn rk woln. Nastpnie zanurzy do pod spdnic Lary. - Spjrz na mnie - szepn, przesuwajc palce po jej nagim udzie. - Twoje oczy s takie czerwone - westchna. - A twoje takie niebieskie. - Gdy dotar do liskich fadek, gwatownie chwycia oddech. - O Boe. - Jej powieki zatrzepotay i opady.
135

Pieszczoty sprawiy, e zacza dre. Przez chwil drani jej echtaczk lekkimi jak pirko municiami, a nagle lekko pocign. Krzykna. Wbia pity w jego plecy. Palce Jacka zanurzyy si w gorcej wilgoci, a i on jkn. Bya taka sodka, taka wraliwa. Przylgn do niej i szepn do ucha: - Cara mia, kocham ci. - Och, Jack. - Dyszaa gorczkowo tu przy jego policzku. miertelny sen znw o sobie przypomnia. Jack wiedzia, e bdzie musia si teleportowa ju za chwil. Wsun palec gbiej w wilgotn wagin Lary, a jej wewntrzne minie cisny go chciwie. Bya tak blisko. Soce podkradao si do horyzontu. Czoo Jacka zrosi pot. Wsun drugi palec i zacz pieci liskie, wewntrzne cianki. - Jack! - Minie Lary stay, przestaa oddycha. Przez chwil panowaa cakowita cisza. Nawet serenada z placu umilka. Jack wysun palce i dotkn echtaczki. Lara krzykna. Jej ciaem wstrzsn spazm. Gobie, sposzone ze swoich grzd, zaczy kry wok dzwonnicy z opotem skrzyde. Jack opar si o cian, coraz sabszy, bo niebo ju janiao, zapowiadajc bliski wschd soca. Ostatkiem si teleportowa si z Lar do swojego pokoju w nowojorskim domu Romana. Pad na ko; Lara wyldowaa obok niego. Odezwa si alarm, wczony ich teleportacj. Na szczcie w domu nie byo nikogo, kto mgby go usysze. Phineas na pewno pracowa teraz w Romatechu. Jack gorczkowo odszuka w kieszeni dinsw kart magnetyczn i wcisn guzik wyczajcy alarm. - Co., co si stao? - szepna Lara. Odetchn gboko, gdy wampiryczna sia na nowo oywia jego ciao. W Nowym Jorku noc bya jeszcze moda. Mia przed sob wiele godzin, aby kocha si z Lar. I wanie to zamierza robi.

Rozdzia 15

136

Lara przycisna do do czoa, czekajc, a pokj przestanie wirowa. Wszystko wydarzyo si tak szybko. Miaa tak potny orgazm - mylaa, e zemdlaa. Ale teraz zdaa sobie spraw, e si teleportowali. Jack zmieni pozycj obok niej; ko zatrzso si lekko. ko? Leaa na plecach w ku. Na narzucie w czerwone i czarne pasy. Jack podpar si na okciu i spojrza na ni z gry. - Wszystko w porzdku? Oddech utkn jej w piersi. Przed chwil powiedzia, e j kocha. - Jack. - Dotkna jego policzka. - Cara mia. - Z umiechem przecign palcami po jej szyi i w d, midzy piersiami. - Gdzie to my bylimy? - Raczej gdzie jestemy? - Rozejrzaa si po pokoju. Czarne meble i gadkie kremowe ciany wyglday stanowczo zbyt nowoczenie jak na palazzo. Nakry doni jej pier. - W mojej sypialni. - Ale... - Zadraa, kiedy zacz drani jej sutek. Przeszya j kolejna fala rozkoszy. - O Boe. - By wietny. I powiedzia, e j kocha. Zdj skrzan kurtk i rzuci j na podog. - My... my si teleportowalimy, tak? - Tak. - Wycign si przy niej. - Do twojej sypialni w palazzo? Zawaha si, a w kocu pocaowa j w czoo. - To niewane. Jestemy razem i mamy ca noc. - Ale ja... - Nie moga si skupi, kiedy skuba ustami jej szyj. - Cigle jestemy w Wenecji? - Poczua na skrze jego westchnie. - Jestemy w Nowym Jorku. Zmarszczya brwi. - Ale ja si wietnie bawiam w Wenecji. - Zauwayem. - Rozwiza wstki, ktre podtrzymyway peleryn na jej szyi. - Draa w moich ramionach, moczya mi do i o mao nie powyrywaa mi wosw. ar wypyn na jej policzki, a midzy nogami poczua kolejny rozkoszny dreszcz. Nigdy wczeniej nie miaa takiego orgazmu. Krzykna tak gono, e gobie pewnie doznay trwaego urazu. Ale to byo tak niewiarygodnie romantyczne. A Jack powiedzia, e j kocha. - Tam byo cudownie. Dlaczego wrcilimy?
137

- Planowalimy, e wyskoczymy tylko na par godzin, pamitasz? Chcielimy jeszcze popracowa nad spraw Apolla. - Raczej tu nie pracujemy. Umiechn si, obwodzc palcem jedn z jej piersi. - Skusia mnie wizja nieba. Lara westchna gboko. - Wenecja bya bardzo romantyczna. - Tu te moemy by romantyczni. - Spojrza na ni z nadziej. Chcia si z ni kocha. Lara przekna lin. W Wenecji jego miosna deklaracja sprawia, e Lara zapomniaa o wszystkim. Daa si porwa tajfunowi namitnoci, i to byo cudowne. Niestety, kolejna teleportacja strcia j z powrotem na ziemi. Wci nic nie wiedziaa o Jacku. Zapytaa go wprost, ile ma lat, a on wymiga si od odpowiedzi. Miaa nadziej, e na randce dowie si o nim czego wicej, ale on znw nie powiedzia jej nic -oprcz tego, e j kocha. - Jestem troch sfrustrowana. Spojrza na swoje dinsy. - Nie ty jedna. - Czy ty mnie naprawd kochasz? - Tak. - Spojrza jej w oczy, szczerze i arliwie. - Naprawd ci kocham. Jej wzrok zamgli si od ez. - Dlaczego mnie zabrae do Wenecji? - Chciaem ci pokaza swj dom. Chciaem wiedzie, czy bdziesz nim rwnie zachwycona jak ja. - Jack. - Dotkna jego policzka. - Byam zachwycona. Nie chciaam stamtd wraca. - A czy mogaby tam y? Ze mn? Przekna lin. - To... to do nage. - Jak mogaby y z mczyzn, o ktrym tak mao wiedziaa? Wiedziaa, e jest sodki i kochany. Wiedziaa, e musi by istot ludzk. Odczuwa emocje jak czowiek. Powiedzia, e j kocha. A w tej chwili wyglda na szczerze zmartwionego. Usiada i odszukaa biustonosz, wcinity w rkaw sukienki i go woya. Jack usiad obok niej. - Nie musisz i. - Chyba jednak musz. - Zapia sukienk. - Zdaje si, e zgubiam pasek. - Zadzwoni do Maria, pole kogo po niego. Mog ci go odda jutro wieczorem. - Bdziesz mg si po niego teleportowa jutro wieczorem? - Kiedy kiwn gow, cigna: - Ale nie moesz teraz?
138

Odwrci oczy. - Nie. - Nic z tego nie rozumiem. Milcza. Lara si przygarbia. - Nie wyjanisz mi tego, co? - Mruganiem odpdzia zy. Jak mg mwi, e j kocha, skoro jej nie ufa? Zsuna si z ka i wyja figi z kieszeni jego kurtki. Sygnet wci by do nich przyczepiony. - Laro, nie musisz i. By taki smutny, e serce jej si krajao. - Nie mam torebki. - Dostarcz ci j pniej do mieszkania. - Potrzebuj jej teraz, eby mc wrci takswk do domu. Jack westchn. - Zaraz wracam. Nigdzie nie chod. - Okej. - Lara przysiada na brzegu ka. Znikn jej sprzed oczu. - Cholera jasna. - Pada na ko i zapatrzya si w sufit. Zakochaa si w nim. Mia wszystkie cudowne zalety, jakie zawsze pragna znale w mczynie. Ale te dodatkowe cechy, te nadnaturalne moce, kazay jej si zastanawia. Wszystkie przemylenia zmusiy j do wysnucia wniosku, e rni si genetycznie od przecitnego czowieka. W obrbie rodzaju ludzkiego zasza jaka dziwna mutacja, a ci, ktrzy j przeszli, dysponowali nadludzk moc i niewiarygodnie dugo yli. I nie dotyczyo to tylko Jacka. Byli inni, podobni do niego, i chcieli, by ich egzystencja pozostaa tajemnic. Moe bali si, e zostan wzici za potwory albo kto ich wykorzysta. I mieli racj. Gdyby zwykli ludzie uznali, e ci mutanci odkryli rdo wiecznej modoci, polowano by na nich, by zdradzili swj sekret. Ale ona nigdy nie zrobiaby niczego, eby zaszkodzi Jackowi i jego przyjacioom. Dlaczego nie mg jej zaufa? Zamkna oczy i zacza wspomina ich psoty w gondoli, namitno na dzwonnicy. Boe, i to jak namitno. Nigdy wczeniej nie dowiadczya czego tak dzikiego i podniecajcego. Tak atwo byoby teraz rozebra si i wej Jackowi do ka. Odwrcia gow, eby spojrze na poduszki. Moga tu spdzi noc. Jack daby jej noc cudownego seksu. I pragna go. Tak bardzo go pragna. Ale chciaa te odpowiedzi! Jak moga cakowicie zda si na ask mczyzny, ktry nie chcia jej nic powiedzie o sobie?
139

Powiedzia, e j kocha. Do diaba! Lara wstaa. Jeli j kocha, to musi jej zaufa. Chciaa go kocha, ale jak moga miao i naprzd w nieznane, skoro mia przed ni tyle tajemnic? Z westchnieniem rzucia majtki na ko. Powiesia aksamitn peleryn w szafie. Nie moga si oprze, by nie pogaska jego ubra. Do licha, wpada po uszy. Z telefonu stojcego przy ku zadzwonia po takswk. W kocu wzia swoje figi do azienki, eby poszuka noyczek. Nad umywalk nie byo lustra. Dziwne. Pogrzebaa w szufladach. Pasta do zbw, golarki, nitka dentystyczna - zwyke przybory toaletowe. Jak na faceta z nadprzyrodzonymi mocami Jack potrafi by niesamowicie zwyczajny. Znalaza mae noyczki i uwolnia sygnet. By ciki, ze zota, z jakim skomplikowanym herbem na oczku. Wycigna z niego strzpki materiau i pooya go na umywalce. - Lara? - Z sypialni dobieg gos Jacka. Widocznie wanie teleportowa si z powrotem. Szybko woya bielizn i otworzya drzwi azienki. - Jestem tutaj. - Ulga na jego twarzy j wzruszya. Postawi jej torebk na komodzie. - Chciabym jeszcze si z tob umwi. - Spojrza na ni z godem w oczach, od ktrego zmiky jej kolana. -Mamy niedokoczone sprawy. Dobry Boe, gdyby ten facet by cho jeszcze troch bardziej seksowny, dostaaby zawau. I byaby to cudowna mier. - Ja... naprawd wietnie si bawiam. - Jezu, co za enujce stwierdzenie. - Krzyczaa. - Hm, tak. - Zaczerwienia si. - Zwykle nie... - Podobao mi si to. - W jego oczach byszczaa czuo, na widok ktrej serce cisno si bolenie w jej piersi. Och, ale chciaa rzuci si w jego ramiona. Chciaa go kocha. - Jack, ty... tak bardzo mnie kusisz. Zote plamki w jego oczach zabysy. - Cara mia, pozwl si kocha. Chwycia drcy oddech i pomodlia si o si. - Nie mog. Nie mog si z tob zwiza, dopki wszystkiego mi nie powiesz. - Wysuna podbrdek. -I to jest twoja szansa. Mw do mnie. Wpu mnie do swojego wiata. Skrzywi si bolenie. - Laro, jest wiele powodw, dla ktrych nie mog ci niczego powiedzie. Gdyby chodzio tylko o mnie, moe bym zaryzykowa. Ale s inni, tacy jak ja, bliscy przyjaciele, ktrzy mi ufaj. Ich ycie zaley od mojego milczenia.
140

- Nie zrobiabym niczego, eby skrzywdzi ciebie czy twoich przyjaci. Pokrci gow. - Nie mog ryzykowa ich ycia. Do licha, dlaczego nie chcia jej zaufa? Zacisna pici. - Przykro mi, Laro, ale musz by lojalny wobec przyjaci. Czy mogaby mnie szanowa, gdybym by czowiekiem zdolnym do zdrady? Dopiero w tej chwili zdaa sobie spraw, e zmusza go do wyboru midzy ni a jego przyjacimi. A jeli jej podejrzenia oka si suszne i Jack ma setki lat, to i te przyjanie mogy by bardzo, bardzo stare. Ale zakochaa si w nim. Czy nie miaa prawa oczekiwa od niego zaufania? Wydaa z siebie zduszony jk frustracji. - Czego by trzeba, eby si przede mn otworzy? Musimy si pobra, zanim to bdzie mogo nastpi? Otworzy szeroko oczy. - To s owiadczyny? - Nie! - Zagryza wargi. - To jest sarkazm. Zmarszczy brwi. - Nie baw si mn, Laro. Jkna. - Chodzio mi tylko o to, e jeli mamy odsoni przed sob najczulsze punkty, to musimy sobie ufa. Nie mog posun si dalej, dopki nie bdziesz mi ufa wystarczajco, eby mi wszystko powiedzie. Przeczesa wosy palcami. - Czy to nie do, e ci kocham? I powicibym ycie, eby ci chroni? I e bd ci szanowa i czci do koca moich dni? To byo bardzo pikne, ale mimo wszystko musiaa wiedzie. - Do koca twoich dni, czyli mniej wicej jak dugo? Spojrza na ni chmurnie. - To nie powinno mie znaczenia, gdyby mnie kochaa. - Ale oczywicie, e to ma znaczenie! Nie jestem gupia, Jack. Domylam si, e jeste bardzo stary. Szczerze mwic, mam pokrcon teori, e Giacomo Casanov to twj ojciec. Zaprzeczysz temu? Zblad. Jej serce ciskao si coraz mocniej, gdy chwila milczenia przeduaa si, a on nie odpowiada. Nie mg zaprzeczy. Jej teoria musiaa by suszna. Przycisna do do ust, eby nie krzykn. Co ona tutaj robi? Nie moga si zakocha w kim, kto si nie starza. To byo straszne! Powinien j ostrzec. Ostrzega. Powiedzia jej, eby uciekaa, jakby goniy j piekielne bestie. Prbowa jej unika. To ona go wytropia na lubie, w domu, w Romatechu. cigaa go z uporem maniaczki. A teraz on powiedzia, e j kocha.
141

Boe, co ona narobia? - Musz i. - Chwycia torebk i wysza z pokoju. - Laro, mog ci teleportowa do domu. - Szed za ni po schodach. - Albo odwie. - Ju wezwaam takswk. - Zanim dotara na parter, dyszaa ciko. Czua si tak, jakby ciarwka walna j w pier. - Musz wyczy alarm. - mign obok niej do panelu przy drzwiach. zy zapieky j w oczach. Tak bardzo si od niej rni. Za bardzo. - Nikomu o tobie nie powiem. Naprawd moesz mi ufa, Jack. Ty i twoi przyjaciele bdziecie bezpieczni. Ze zmarszczonymi brwiami otworzy jej drzwi. - Chc ci jeszcze zobaczy. Dotarlimy za daleko, eby teraz si rozsta. Wysza na ganek. Cakowite rozstanie z nim byoby zbyt bolesne. - Skontaktujemy si jako. Prowadzimy razem ledztwo, pamitasz? - Zesza po schodkach. - Naprawd byam pod wraeniem pracy, ktr wykonae. - Kiedy jestem zdeterminowany, nic nie moe mnie powstrzyma przed osigniciem celu. Zatrzymaa si na chodniku, by si na niego obejrze. Patrzy za ni z arliwym blaskiem w oczach. Zadaa sobie w duchu pytanie, czy staa si jego osobistym celem. We wtorek Lara zwloka si z ka okoo pierwszej po poudniu. Kiedy poprzedniej nocy wrcia do swojego mieszkania, bya zbyt wytrcona z rwnowagi, eby spa. Poza tym nie moga si odzwyczaja od nocnej zmiany. Zaja si wic drukowaniem raportw i studiowaniem materiaw z folderu Apollo", ktry przesaa do siebie mejlem. O pitej rano cay st by ju zasany materiaami, a Lar tak pieky oczy, e nie moga patrze na druk. Pada do ka. W ostatniej przytomnej chwili pomylaa 0 Jacku. Wycofujc si, postpia susznie. Ale kiedy powieki jej si ju zamykay, przypomniaa sobie, jak mikko lniy jego pene mioci oczy, kiedy na ni patrzy. - Jack - szepna i przytulia do piersi poduszk. Jak moga go nie pragn? Odpyna w sen i nia o Wenecji. Po przebudzeniu, wci z podpuchnitymi oczami, posza do kuchni. Wczya ekspres do kawy i przygotowaa sobie misk patkw. W zlewie byy brudna szklanka 1 miska. Widocznie LaToya spieszya si dzi rano, wychodzc do pracy. Lara siedziaa przy kuchennym stole, mechanicznie wkadajc patki do ust i zastanawiajc si, czy Jack w ogle jada patki, kiedy dotaro do niej, e st jest pusty. Zamrugaa.
142

Do diaba, gdzie podziay si jej wszystkie wydruki? Zerwaa si z krzesa i szybko przeszukaa mieszkanie. Wszystkie raporty ze sprawy Apolla znikny. LaToya. Lara zapaa telefon i zadzwonia do niej. - Cze, piochu - przywitaa j LaToya. - Wanie miaam dzwoni, eby ci obudzi. Chyba bd chcieli z tob pogada. - Kto? - Specjalny zesp zadaniowy - odpara LaToya. -Super, co? To takie ekscytujce. Czekaj, przejd do pokoju przesucha, eby nikt nas nie sysza. - LaToya, zabraa moje wydruki o Apollu? - Oczywicie. Miaa tyle informacji, dziewczyno. To niesamowite. Larze cisno si serce. - Nie powinna tego bra. Nastpia chwila ciszy, a w kocu LaToya szepna: - Mwisz powanie? Dziewczyno, nie wolno zataja informacji dotyczcych ledztwa w toku. Za to mona trafi za kratki. Lara si skrzywia. Jej wsplokatorka miaa racj. - No dobrze, ale powinna mnie zapyta, zanim to zabraa. LaToya si obruszya. - Niby dlaczego? Zamierzaa je trzyma w tajemnicy? Mylaam, e pracujemy razem. I mylaam, e celem jest zapanie tego faceta. - No tak, ale... - Chciaa pracowa nad t spraw z Jackiem. Gdy policja przeja informacje, ona nie miaa powodu, eby si z nim wicej widywa. Jej serce cisno si jeszcze mocniej. - Nie martw si - powiedziaa LaToya. - Napisaam twoje nazwisko na teczce, eby detektywi wiedzieli, e to ty odwalia ca robot. - Ale ja... - Z pocztku byli bardzo wkurzeni, bo nie powinnymy si tym zajmowa - cigna podekscytowana LaToya, wyrzucajc z siebie sowa jak z karabinu. - Ale kiedy dotaro do nich, e odkrya seryjnego porywacza, strasznie si nakrcili. Pokazali to naszemu kapitanowi, a on zadzwoni do twojego. Spotkali si ze sob i zadzwonili do komendanta policji i FBI! - O cholera - szepna Lara. - Organizuj zesp zadaniowy, bo wyglda na to, e ten cay Apollo porwa przynajmniej dziesi kobiet z czterech rnych stanw. Jak ci si udao wygrzeba te wszystkie informacje tak szybko?
143

Lara jkna. - To nie ja. - Jak to? Syszaam, e pracowaa wczoraj w nocy. Ta cholerna drukarka jest strasznie gona. - Mwi, e to nie ja. To Jack. - Och. Do licha. - LaToya ciszya gos. - Bo ja powiedziaam wszystkim, e to ty. Lara westchna. - Nie mog zbiera pochwa za prac Jacka. - Dobra. Chcesz wyjani policji i FBI, kim jest Jack? Lara si skrzywia. - Myl, e powinna przesta si widywa z tym gociem - powiedziaa LaToya. - On jest zbyt dziwny. Lara zacisna zby. - To by bya niewdziczno. Powici wiele godzin na zbieranie tych informacji. - Tak, ale te pochrzani ci w gowie, dziewczyno. Zachowujesz si, jakby policja nie miaa prawa do tego ledztwa, kiedy to Jack wtryni si w co, w co nie powinien. A tak w ogle, co on z tego ma? Lara nie wiedziaa, co na to odpowiedzie. Bo rzeczywicie, dlaczego Jack tak si interesowa t spraw? Skoro Apollo i Jack mieli podobn zdolno kontroli umysw, co jeszcze mieli ze sob wsplnego? - On jest naprawd podejrzany - mrukna LaToya. - Prosz ci, z nikim o nim nie rozmawiaj. Mwi powanie. Prosz ci. - Lara obiecaa, e nie powie nikomu o Jacku i jego przyjacioach. LaToya milczaa przez chwil. W kocu szepna: - Ty wiesz, kim on jest naprawd, co? - Nie bardzo. - Poza teori, e jest synem Casanovy i jakim mutantem o nadludzkich mocach, nie miaa nic. Gdyby powiedziaa to swoim przeoonym, zamknliby j z miejsca i zgubili klucz. - Dlaczego mam przeczucie, e o czym mi nie mwisz? Lara westchna. Bya w tak samo trudnym pooeniu, jak Jack - musiaa wybiera midzy nim a swoimi przyjacimi. - Jack zrobi to wszystko, eby nam pomc. Nie chc mu narobi kopotw. Kolejna pauza. - No dobrze. Skoro Jack wypada z obrazka, to ty musisz by bohaterk. Zao si, e szybko awansuj ci na detektywa. To bya dobra wie. Lara dya do tego przez ostatnich sze lat. Chciaa zapomnie o czasach konkursw piknoci i nada swojemu yciu sens. apanie zoczycw i chronienie niewinnych - bya to najbardziej heroiczna droga, jak moga obra w yciu.
144

Nic dziwnego, e tak j cigno do Jacka. On mia taki sam cel. A gdy Lara chciaa zosta zwyk szar bohaterk, on by superbohaterem. - Czekaj sekund. Kto jest przy drzwiach. - Lara usyszaa niewyrane gosy. - Tak, sir, zaraz jej powiem. Lara, jeste jeszcze? - Tak. - To wbijaj si w mundur, byle szybko - powiedziaa LaToya. - Radiowz przyjedzie po ciebie za dziesi minut. Zesp zadaniowy chce z tob rozmawia. Mniej wicej godzin pniej Lara wesza na komisariat Morningside Heights. Kiedy sierant prowadzi j wrd morza biurek, dziesitki gw odwracay si, eby na ni spojrze. LaToya pomachaa z drugiego koca sali i pokazaa jej uniesione kciuki. - Boucher. - Kapitan 0'Brian z jej komisariatu Midtown North przywita j w drodze do sali odpraw. Wprowadzono ci w temat? - Tak, sir. - Po incydencie z Trentami kazaem ci wzi tydzie wolnego, a mimo to ty i funkcjonariuszka Lafayette postanowiycie prowadzi ledztwo, do ktrego nie zostaycie przydzielone. Lara przekna lin. Miaa nadziej, e LaToya nie bdzie miaa kopotw. - Tak, sir. Kapitan 0'Brian popatrzy na ni surowo. - Wyglda na to, e spoeczestwo skorzysta na twoim cakowitym braku poszanowania zasad oraz niezrozumieniu koncepcji czasu wolnego. Genialna robota ledcza, Butch. Jej policzki rozgrza rumieniec. Fatalnie si czua, zbierajc pochway za harwk Jacka. - Czekaj na ciebie w rodku - cign kapitan. - Powiedziaem im, e si do tego nadajesz, Butch. Nie zawied mnie. Do czego? - Tak jest, sir. Kapitan 0'Brian otworzy drzwi sali odpraw i wpuci j do rodka. Na widok komendanta policji Lara stana na baczno. Przy stole siedziao piciu mczyzn i wszyscy przygldali si jej w milczeniu. Kapitan 0'Brian ich przedstawi. Poza komendantem byli tu kapitan komisariatu LaToi, jeden z policyjnych detektyww i dwch agentw FBI. - Spocznij - powiedzia komendant. Przejrza jakie papiery lece przed nim. - Popatrzmy. Ukoczya pani akademi sze miesicy temu i zostaa pani przydzielona do nocnej suby w Midtown North. - Tak jest. Komendant zwrci si do agentw FBI:
145

- I co sdzicie? Jeden z nich, w szarym garniturze, wskaza raporty ze sprawy Apolla lece na stole. - Jest dobrym detektywem. Potrafia odnale informacje, do ktrych nie dotarli detektywi przydzieleni do ledztwa. Policyjny detektyw zesztywnia. - Ja sam przesuchiwaem te studentki. Nie powiedziay sowa o Apollu ani o jego wykadzie. - Moe czuy si swobodniej, rozmawiajc z kobiet - zasugerowa drugi agent. - Ale najwaniejsze pytanie brzmi, jak sobie poradzi w akcji? - Radzi sobie doskonale - rzek kapitan 0'Brian. -Ledwie tydzie temu obezwadnia uzbrojonego mczyzn w trakcie domowej awantury. Ten czowiek postrzeli jej partnera. - Ma odpowiedni wygld. - Agent w szarym garniturze wskaza zdjcia ofiar Apolla. - Ma odpowiedni kolor wosw i wyglda wystarczajco modo, eby udawa studentk. - Doskonale. - Komendant zatar rce i spojrza ponuro na Lar. - Funkcjonariuszko Boucher, co pani powie na tajne zadanie? Lara z trudem przekna lin. Chcieli jej uy jako przynty. Jej myli zaczy pdzi jak szalone. Mieli racj, e wygldaa odpowiednio. Nie wiedzieli za to, bo nie byo tego w raportach, e Apollo stosuje kontrol umysw, by porywa ofiary i zaciera lady. Bya odporna na sztuczki Jacka, wic moga mie nadziej, e jest odporna rwnie na Apolla. A skoro potrafia zachowa przytomno umysu, pewnie poradziaby sobie z tym zadaniem. Odchrzkna. - Chcecie, ebym udawaa studentk, eby namierzy Apolla, kiedy zjawi si w kampusie ze swoim wykadem? - Nie ma adnego prawa, ktre zabraniaoby mu poprowadzi wykad - powiedzia detektyw z policji. Musimy wiedzie, dokd zabiera te dziewczyny. Dopiero wtedy bdziemy mieli dowody, ktre pozwol go zatrzyma. - Wanie - przytakn agent w szarym garniturze. -Funkcjonariuszko Boucher, musi pani da si porwa Apollowi. Lara znw przekna lin. Co zrobi, jeli on obezwadni j fizycznie? Jeli bdzie prbowa j zgwaci... albo zabi? Moe powinna pozwoli, eby podja si tego jaka policjantka z wikszym dowiadczeniem. Ale jeli ta kobieta ulegnie jego telepatycznej kontroli? Bdzie miaa o wiele mniejsze szanse na przetrwanie ni ona. A jeli zostanie zamordowana? Lara nie mogaby z tym y. Nie moga odmwi wykonania tego zadania i siedzie bezczynnie, kiedy Apollo co miesic porywa kolejn dziewczyn. Wcigna gboki, drcy oddech.
146

- Zrobi to.

Rozdzia 16
Czy ty zwariowaa, dziewczyno? - spytaa LaToya, kiedy wieczorem zjawia si w domu. - Nie czepiaj si mnie. - Lara naoya jambalay z kurczakiem i kiebas na dwa talerze. Po godzinie omawiania jej niebezpiecznej misji w sali odpraw wrcia do domu do wykoczona nerwowo. Postanowia co ugotowa, eby si uspokoi. - Nie wpadabym w ten kana, gdyby nie zwina mi raportu o Apollu. LaToya si obruszya. - Dobrze wiesz, e musiaymy im to pokaza. Uwierz mi, e byby o wiele wikszy kana, gdybymy przetrzymay te informacje przez par dni. Lara si skrzywia. - Oberwao ci si? LaToya wzruszya ramionami i wyja z lodwki butelk wina. - Jedn rk dali mi po apach, drug poklepali po plecach. Nie potrafi si zdecydowa, czy s na mnie wkurzeni, czy dumni ze mnie. - Tak, ze mn byo mniej wicej tak samo. - Lara postawia talerze na stole. LaToya nalaa im po kieliszku wina. - Czyli co, naprawd pozwolisz, eby ten Apollo ci porwa? Lara westchna, po raz milionowy zastanawiajc si, czy nie popenia wielkiego bdu. Jaka cz jej aowaa, e LaToya zabraa te informacje. Gdyby ich nie wzia, mogaby dalej pracowa z Jackiem. Ale z drugiej strony, byo jej wstyd. Te biedne porwane dziewczyny znalazy si w niebezpieczestwie, a ona chciaa wykorzysta ich nieszczcie jako pretekst do widywania si z Jackiem. Dlaczego nie potrafia spojrze prawdzie w oczy? Zwizek z Jackiem by skazany na porak. Brzdkn zegar piekarnika, przerywajc jej rozmylania. Chleb kukurydziany by gotowy. - No wic? - LaToya postawia kieliszki na stole. -Zrobisz to? - Tak. - Lara ustawia blaszk Z chlebem nu kiulifii ce i zdja kuchenne rkawice. - Te dziewczyny poltzelw j pomocy. Mam tylko nadziej, e jeszcze yj. - Tak, ja te. - LaToya spojrzaa na ni z trosk. -Wiesz, e moga odmwi.
147

- Nic mi nie bdzie. - Lara ukroia dwa kawaki chleba kukurydzianego i pooya je na spodkach. Zao mi jakie urzdzenie namierzajce. Kiedy tylko znajd si w tym tak zwanym orodku wypoczynkowym Apolla, wpadn tam i go aresztuj. Wszystko powinno si odby szybko i bez kopotu. - Zawsze tak mwi. - LaToya wyja maselniczk z lodwki. Lara przyniosa chleb kukurydziany na st. - Mam tajn bro, pamitasz? Jestem odporna na kontrol umysu. - Tak, to dobrze. - Ale LaToya wci miaa stroskan min. Usiada i posmarowaa chleb masem. - Wiesz co... by moe si myliam, kiedy powiedziaam ci, eby wicej nie widywaa si z Jackiem. - Teraz nagle uznaa, e on jest w porzdku? - Lara posaa jej kwane spojrzenie, siadajc przy stole. LaToya wzruszya ramionami. - Nie wiem, co o nim myle. Jest podejrzany jak cholera, ale posuguje si supermocami, a w tej chwili chyba byoby niegupio mie superbohatera w kieszeni. Albo w majtkach. Lara zdusia t niegrzeczn myl, od ktrej jej cae ciao zmiko, jakby miao za chwil osun si na podog. - Ja i Jack chyba nie mamy adnej przyszoci. LaToya przestaa je i spojrzaa na ni. - Dlaczego nie? Lara westchna. - Trudno to wyjani. - O cholera. On naprawd jest kosmit? Marna podrbka miechu wyrwaa si z garda Lary. - Nie wiem, kim jest. Nie chce ze mn rozmawia. - Facet ma trudnoci z komunikacj. - LaToya napia si wina. - To rzeczywicie co cakiem innego. Lara zrobia min. - Nie mog si bardziej zaangaowa, skoro ze mn nie rozmawia. - Dobrze ci traktuje? - O tak. - Lara wypia yk wina. - Jest dobry w ku? Zakrztusia si, a oczy zaszy jej zami. LaToya umiechna si szeroko. - Uznaj to za odpowied twierdzc. - My nie... no, poniekd tak, ae... okej, powiedziaabym, e tak. - Twarz Lary zapona. LaToya zachichotaa. - To na czym polega problem? - ycie to nie tylko dobry... wietny seks. - Teraz zaczynam si o ciebie martwi.
148

- To nie jest zabawne, LaToya. Mnie tu pka serce. On twierdzi, e mnie kocha, ale nie ufa mi na tyle, eby powiedzie mi prawd. LaToya wytrzeszczya brzowe oczy. - Mwi, e ci kocha? Lara wypia kolejny yk wina. Nie zamierzaa tego powiedzie, ale jej si wymkno. - A co ty do niego czujesz? - spytaa LaToya. Lara odstawia kieliszek. - Jedzenie nam stygnie. - Wepchna sobie do ust kawaek chleba. - To faza wyparcia - oznajmia LaToya. Lara spojrzaa na ni ponuro i przekna chleb. - W tej chwili wyparcie to mj najlepszy przyjaciel. Nie zamierzam przyzna, e jestem zakochana w kim, z kim nie mam adnej przyszoci. - Czy wanie tego nie przyznaa? - I nie zamierzam przyzna, e zgodziam si wykona tajne zadanie, ktre moe mnie kosztowa ycie! LaToya wcigna ze wistem powietrze. - Odszczekaj to. Nie daj si zej energii. Doskonale sobie poradzisz. Wiem, e tak bdzie. Lara wzia gboki oddech. Jej przyjacika miaa racj. Powinna zachowa pozytywne nastawienie. - Nic si nie stanie. Przecie mnie namierz. - Tak naprawd nie bdzie sama. Wyjdzie z tego cao. Godzin pniej LaToya wysza na krgle z kolegami z komisariatu. Proponowaa Larze, by si do nich przyczya, ale Lara odrzucia zaproszenie, twierdzc, e jest zbyt zmczona. Ale kogo chciaa oszuka? Miaa nadziej, e Jack zadzwoni. Usiada na kanapie i zacza przerzuca kanay telewizyjne. Powinna przestudiowa informacje o Apollu, ktre miaa w komputerze, ale nie chciaa ju o tym myle. Wiedziaa, e bdzie si tylko jeszcze bardziej denerwowa, jeszcze bardziej martwi, e popenia powany bd. Chciaaby znowu znale si z Jackiem w Wenecji, pyn gondol i o nic si nie martwi. Ale nie istniao co takiego jak ycie bez zmartwie. Nawet Jack sprawia, e czua si skoowana i sfrustrowana. Jeli Casanov by jego ojcem, to znaczyoby, e Jack ma ponad dwiecie lat. Czy starza si bardzo powoli, czy mia pozosta mody i boski po wsze czasy? Tak czy inaczej, nie wryo to dobrze dugotrwaemu zwizkowi. Trafia na kana, ktry pokazywa mod kobiet w biaej koszuli nocnej, krc po ciemnym, przeraajcym domu. Miaa ze sob zapalon wiec, wic widocznie nie byo prdu. Spojrzaa w gr ciemnych schodw prowadzcych na strych. Hukn grzmot, niesamowita muzyka narastaa. - Nie id tam - powiedziaa jej Lara. Dziewczyna ruszya po schodach.
149

- Kretynka - mrukna Lara i zmienia kana. Facet w kominiarce goni dziewczyn, ktra uciekaa przez trawnik. Z jakiego niewyjanionego powodu bya tylko w bielinie. Psychopatyczny morderca wymachiwa w powietrzu maczet. Dziewczyna obejrzaa si, potkna i pada na twarz. - Wstawaj, idiotko - burkna Lara. - Ratuj ycie. Dziewczyna leaa na ziemi i wrzeszczaa. wietnie. Nie ma to, jak doda sobie otuchy. Lara znw zmienia kana. Czy ona te jest tak idiotk? Zadzwoni telefon i oddech uwiz jej w piersi. Bagam, bd Jackiem. Nie, nie bd Jackiem. Do diaba, jednak jest idiotk. Kiedy Jack obudzi si we wtorek wieczorem, pogna na czwarte pitro, do gabinetu, i wypi duszkiem butelk krwi, jednoczenie odsuchujc wiadomoci na komrce. Lara nie zadzwonia. Mario przysa mu mejla z informacj, e ojciec Giuseppe znalaz pasek Lary i przynis go rano do palazzo. Ksidz zostawi te ostrzeenie, e jeli Giacomo nie bdzie si porzdnie zachowywa, wygarbuje mu tym paskiem skr. Jack westchn. Randka zakoczya si fatalnie. Zamiast zbliy si do Lary, sposzy j do reszty. Wzi prysznic, ubra si i teleportowa do Wenecji, eby odebra pasek. Stamtd teleportowa si na teren koo Romatechu. Rozejrza si dookoa, podchodzc do bocznych drzwi. Przecign kart magnetyczn przez czytnik i przyoy do niego do. - Hej, ziom - usysza gos za plecami. Odwrci si i zobaczy Phineasa. Mody wampir widocznie wanie si tu teleportowa. - Merda. - I ja tobie ycz miego wieczoru - mrukn Phineas. - Nie widzielimy ci w domu. - Miaem co do zaatwienia. I wanie zdaem sobie spraw, e gdyby Malkontent dobrze wybra moment, mgby si zjawi jak ty i zaatwi mnie znienacka. Jack wskaza zielone wiateko na panelu. Moge skoczy na mnie z tyu i dosta si do zakadu. Phineas zmarszczy brwi, otwierajc drzwi. - Howard zobaczyby to na monitorze i uruchomi alarm. - Fakt. - Jack ruszy korytarzem do biura MacKay. -Mimo to, kiedy zjawi si Connor, chciabym zwoa zebranie i przedyskutowa sposoby zwikszenia bezpieczestwa. W zeszym roku w grudniu zabilimy w siedzibie DVN tuzin Malkontentw. Prdzej czy pniej Ca-simir bdzie chcia si zemci. - Tak - przyzna Phineas. - Te wredne wampiry cigle wracaj. - Spojrza na pasek w doni Jacka. - Ziom, chyba nie zamierzasz tego nosi? Jest ju wystarczajco fatalnie, e niektrzy z naszych nosz spdnice, ale biay pasek? To po prostu nie jest fajne, stary. - Nie jest mj. - Jack zwin pasek i wepchn do kieszeni kurtki.
150

- Uuu, rozumiem. - Oczy Phineasa zabysy. - To pasek twojej damy. Domylam si, e twoja wczorajsza randka bya bardzo udana. Wizalicie si troch? - Sucham? - No wiesz, pytam, czy zwizae j tym paskiem. A moe byy jakie mae klapsy? Jack zesztywnia. -Nigdy nie uderzybym Lary. Phineas przewrci oczami. -Ziom, to kobitka daje klapsy tobie. Uwierz mi, dziewczyny to uwielbiaj. - Ona pewnie uwaa, e na to zasuguj - mrukn Jack. - Tak... - Phineas kiwn gow. - Ja to cigle od nich sysz. Wiesz, jestem ekspertem od tych spraw. Ale sdz, e jeste ostatni osob na ziemi, ktra potrzebuje zawodowych porad Doktora Ka. - Niby dlaczego? - Jack zatrzyma si przed biurem ochrony. Phineas parskn. - Ziom, jeste synem Casanovy. Uwodzenie to twoje drugie imi. Widziaem ci na wiosennym balu, jak zagadywae wszystkie kobitki. Moge mie kad, ktrej by ci si zachciao. Zreszt, zao si, e miae je wszystkie. Jack jkn w duchu. Dlaczego wszyscy zawsze zakadali, e odziedziczy po ojcu jaki specjalny talent? Jedyne, co odziedziczy, to nazwisko, ktre byo takim przeklestwem, e przesta si nim posugiwa niemal dwiecie lat temu. - Ja tylko z nimi taczyem. - Tak, jasne. Horyzontalne mambo. Zao si, e przyszede na wiat z zaoon prezerwatyw - cign Phineas. - Facet taki jak ty moe mie kad. Ale on chcia tylko Lary. - Nie chc jej straci. - Co? - Nic. - Jack przecign kart przez czytnik przy drzwiach biura. Phineas opar si ramieniem o cian. - Ziom, co si stao? - To skomplikowane. - Mio nie powinna by skomplikowana, brachu. - Jest, kiedy zdarza si midzy wampirem a miertel-niczk. Phineas zmarszczy brwi. - Ona wie, e jeste wampirem? - Nie - odpar pospiesznie Jack. - Niczego jej nie powiedziaem. Ty i Connor moecie spa spokojnie.
151

- Tak, Connor jest mocno nadwraliwy, jeli chodzi o zachowanie wielkiej tajemnicy. - Phineas potar podbrdek. - Ale ja musz by z tob szczery, stary. Maa darmowa rada od Doktora Ka. - Nie bd jej wiza ani dawa jej klapsw. Phineas parskn. - Teraz mwi powanie. Jeli j kochasz, to musisz jej powiedzie prawd. To nie moe opiera si na kamstwie. Jack przekn lin. Lara cigle go prosia, eby powiedzia jej prawd. Ale jeli nie potrafi jej znie? Kobiety z jego przeszoci wpaday w panik. Im mg wymaza pami, ale Larze nie da si tego zrobi. A jeli ona do koca ycia bdzie go wspomina z odraz? Z drugiej strony, co by si stao, gdyby potrafia go zaakceptowa? Gdyby okazao si, e nareszcie znalaz amore, ktra umykaa mu od wiekw? Jak cudownie byoby spdzi reszt ycia z Lar. Drzwi otworzyy si i Howard spojrza na nich, zaciekawiony. - Co si dzieje? Stoicie tu od piciu minut. - Tylko rozmawiamy, Papo Misiu - odpar Phineas. -Pjd zrobi pierwszy obchd. - Okej - powiedzia Jack. - I... dzikuj. - Zawsze do usug, brachu. - Phineas mign korytarzem z powrotem do bocznych drzwi. - Howard, moesz zosta, dopki nie zjawi si Connor? - spyta Jack. - Musz co zaatwi. - Jasne. - Howard wrci do biurka. - Zadzwoni na stowk i poprosz, eby dostarczyli mi kolacj tutaj. Jack si umiechn. Niedwiedzioak Howard Barr zawsze by zadowolony, dopki mia co je. - Dziki. Jack wszed szybko do sali konferencyjnej po drugiej stronie korytarza i zamkn drzwi. Zacz spacerowa wok dugiego stou. Zastanawia si, co powie Larze, kiedy ju odda jej pasek. Od samego pocztku by przekonany, e jeli powie prawd, utraci Lar. Ale teraz zda sobie spraw, e moe j rwnie straci, jeli dalej bdzie milcza. Ojciec Giuseppe, Gianetta i Phineas chcieli, eby wyzna jej prawd. Connor by absolutnie przeciwny. Angus zakaza mu to robi. Ale czego chcia on sam? Chcia, eby go kochaa. A jeli Lara znienawidzi go, kiedy si dowie, e jest wampirem? Jack odetchn gboko. To byo ryzyko, ktre musia podj. Nie mg zmieni tego, kim jest. Albo zaakceptuje go takim, jakim jest - albo nie. Musisz mie wiar, Giacomo. Merda. Czy nie byo przypadkiem specjalnego krgu pieka dla takich pozbawionych wiary bkartw jak on? Zadzwoni. Odebraa po czwartym sygnale. - Halo? - spytaa z wahaniem. - Dobry wieczr, Laro. Co u ciebie?
152

- Wszystko dobrze. - Mam twj pasek. Mgbym ci go teraz zwrci. - Ehm... nie ma popiechu. Czy nie chciaa go widzie, czy zadzwoni nie w por? Nie chcia, eby ktokolwiek widzia go, jak si teleportuje. - Jeste sama? - Musz z tob porozmawia o sprawie Apolla - powiedziaa. - Moemy nad tym popracowa dzisiaj, jeli chcesz -zaproponowa. - Mog si teleportowa do ciebie i zabra ci do Romatechu, gdzie mam wszystkie informacje. - Mam informacje tutaj. Wysaam je do siebie mejlem. - Ach tak. - Ogarny go ze przeczucia. - Naprawd doceniam wysiek, ktry w to woye. Przekazaymy informacje naszym przeoonym... - Co? - Musiaymy, Jack. Nie moemy zataja dowodw. A kiedy tylko okazao si, e Apollo porywa dziewczyny w rnych stanach, ledztwo przejo FBI. Dziewi krgw pieka! Jack cisn telefon w garci i zacz chodzi wok stou. - Nie powinna tego robi. Pracujemy razem. I robimy postpy. - Wiem. Przykro mi, Jack, ale ta sprawa nie ley w twojej gestii. Oczywicie, e leaa w jego gestii. To byo przestpstwo popenione przez Malkontenta i musiay si nim zaj wampiry. - Ile osb wie? - Mnstwo. FBI i nowojorska policja stworzyy mieszany zesp zadaniowy... - Merda! - Nie mg pozwoli, eby pierwsi znaleli Apolla. Cay wampiryczny wiat by zagroony. W gowie mu si nie miecio, e Lara to zrobia. Zatrzyma si i opar okcie na oparciu krzesa. - Ufaem ci. - Jack. - W jej gosie sycha byo bl. - Nie chciaam... Nie rozumiem, dlaczego ta sprawa jest dla ciebie tak wana. Wzi gboki oddech. Jeli bdzie si na ni zoci, nie rozwie problemu. - Przepraszam. Powinienem ci to wyjani. - Jest wiele spraw, ktre moge mi wyjani - burkna. - Bdzie dobrze. - Zaangauje do pomocy Connora i innych ochotnikw, an i Toni jeszcze nie wrcili z podry polubnej, ale Robby jest pod rk. I moe Phil Jones. - Jak duo im powiedziaa? Wiedz o zdolnoci Apolla do kontroli umysw? - Nie. I nie powiedziaam im o tobie - odpara Lara. - Naprawd moesz mi ufa.
153

- Dzikuj. - Znw zacz chodzi. Musia zadzwoni w par miejsc i zwoa narad. - Niestety, za ca twoj cik prac pochwalili mnie - cigna Lara. - Nic nie szkodzi. Moe to pomoe ci awansowa na detektywa. Westchna. - Zaproponowali mi zadanie. Mam udawa studentk. Jack zatrzyma si jak wryty. - Co? - Mam odpowiedni wygld, wic bd... - Nie! - Czu si tak, jakby kula do wyburzania grzmotna go w pier. - Nie. Nie bdziesz przynt. - Ju si zgodziam. Zacisn zby. - Nie zrobisz tego. - Nie moesz mi mwi, co mam robi. - Gdzie jeste? Jeste sama? - Nie ma sensu o tym dyskutowa - powiedziaa. -Ju si zdecydowaam. Merda. Mia nadziej, e Lara nie jest w jakim miejscu publicznym. Skupi si na jej gosie i natychmiast si teleportowa.

Rozdzia 17

Lara krzykna cicho, zaskoczona, kiedy Jack zmaterializowa si przed ni. Szybko rozejrza si po pokoju. - Co... - Gardo jej si cisno, gdy spojrza na ni oczami paajcymi jak gorce zoto. Dreszcz strachu przygwodzi j do kanapy. Jack mia nadnaturalne moce. Do czego tak naprawd by zdolny? Bzdura, skarcia si w duchu. Przecie to Jack. Kocha si z ni zeszej nocy. Ale Wenecja wydawaa jej si teraz dziwnie odlega. Wci piorunujc j wzrokiem, zatrzasn komrk i schowa do kieszeni. Z drugiej kieszeni wyj pasek i rzuci go na stolik. - Moe jednak powinienem ci da klapsa na go pup - mrukn. - Sucham? - Zapomnij, e to powiedziaem. Jakby to byo moliwe. Wyczya telefon i pooya go na stoliku.
154

- Widz, e jeste troch zy. - Umilka na moment, kiedy basowy pomruk zawibrowa w jego gardle. Suchaj, nie dam si zastraszy tymi sztuczkami He-mana. Moemy to przedyskutowa spokojnie i racjonalnie. - W tym nie ma nic racjonalnego. - Zacisn donie w pici. - Robienie za przynt jest mieszne, gupie i szalone! Wcigna z sykiem powietrze. - Nie krpuj si, powiedz, co naprawd o mnie mylisz. Jego oczy zmieniy si w dwie zote szpile wiata. - Nie zrobisz tego. - To nie jest twoja decyzja, Jack. Szczerze mwic, cae to ledztwo w sprawie Apolla to nie twoja sprawa. - Ty jeste moj spraw, a prbujesz da si zabi. Prychna. - Moe to bdzie dla ciebie niespodzianka, ale nie jestem samobjczyni. Zostan zastosowane wszelkie rodki, eby zapewni mi bezpieczestwo. Bd miaa przy sobie urzdzenie namierzajce... - Ktrego mona si pozby. Spojrzaa na niego ze zoci. - Jak tylko namierz orodek Apolla... Nagle przechyli si do przodu i jednym ruchem rki odepchn stolik w drugi koniec pokoju. Lara przestaa oddycha, kiedy stan tu przed ni. - Nie zrobisz tego. - Gniew kipia w jego cichych, ostrych sowach. Do licha, prbowa j zastraszy. Lara wstaa z kanapy. Jej twarz znalaza si tu obok kujcego podbrdka Jacka. - Nikt mi nie bdzie mwi, co mam robi. Chwyci j za ramiona. - Mgbym ci teleportowa w takie miejsce, e nigdy by si stamtd nie wydostaa. Pchna go w pier. - Wtedy byby porywaczem zupenie jak Apollo. - Nie. Uratowabym ci ycie. - cisn jej ramiona mocniej. - Trzymaj si z daleka od Apolla. Nie masz pojcia, do czego jest zdolny. - Ale ty to wiesz? - Nie posiadaa si ze zoci i frustracji. - Czego ty mi nie mwisz, Jack? Puci j i odsun si o krok. Przeczesa wosy doni i zacz chodzi po pokoju. - Kiedy Apollo ci zobaczy, bdzie chcia ci mie. - Na to liczymy. A dziki nadajnikowi, ktry bd miaa przy sobie, namierzymy go. Jack pokrci gow.
155

- On si z tob teleportuje. Moe si teleportowa w kilka miejsc z rzdu. Widziaa, jak szybko to si dzieje. Zanim policja zorientuje si, gdzie on jest, on... Do licha cikiego, Laro, bdzie za pno! Przekna lin. - Mog zyska troch czasu. Nie bd pod jego kontrol, jak inne ofiary. Dlatego jestem najlepsz kandydatk do tego zadania. Jestem odporna na kontrol umysw. achn si. - Mylisz, e to ci zapewni bezpieczestwo? Lum, kiedy tylko on si zorientuje, e nie moe ci kontrolowa, zabije ci. Dreszcz przemkn jej po plecach. On tylko chce ci nastraszy, eby zrezygnowaa. Do diaba, moe jednak powinna zrezygnowa. Moe podja si czego, co przekraczao jej moliwoci. Zesp zadaniowy ju j ostrzeg, e nie moe wzi ze sob adnej broni. To by j zdradzio. - Nie zdoasz przetrwa w rkach Apolla - cign cicho Jack. Zatrzyma si i odwrci do niej przodem. Staniesz si jego poywieniem. Lara zachysna si i przycisna do do piersi. - Co? - Zatopi w tobie ky i wyssie twoj krew. Skrzywia si. - To chore. Mwisz, jakby to by jaki... jaki... - Wampir - szepn Jack. Zagapia si na niego. Boe, on mwi powanie. - Jack, wampiry nie istniej. Moe on si uwaa za wampira. S rni szalecy, ktrzy udaj wampiry. Ale kady go, ktry sprbuje mnie ugry w szyj, dostanie kolanem w jaja szybciej, ni zdy powiedzie Transylwania". Jack spojrza na ni ponuro. - Nie wierzysz mi. - Myl, e prbujesz mnie nastraszy, ebym zrezygnowaa z tego zadania. Waciwie powinnam by wkurzona, ale zdaj sobie spraw, e si o mnie martwisz, bo nie jestem ci obojtna. - Ja ci kocham. Serce cisno jej si w piersi. Moga tego sucha w nieskoczono. - Ja te mam dla ciebie wiele ciepych uczu, ale... - Laro. - Zrobi krok w jej stron.
156

- Ale... - Podniosa rk, eby go zatrzyma. - Nie S pozwol si kontrolowa ani manipulowa. H - Merda. Ja prbuj ci utrzyma przy yciu. To jest jfl zdeprawowany wampir. - Nie ma czego takiego! - One chc, eby ludzie w to wierzyli. Uywaj kon- M troli umysw, by wszyscy wierzyli, e nie istniej naprawd, e s tylko zmylonymi potworami. Ale ywi si ludmi, a potem wymazuj ich wspomnienia. To si dzieje od stuleci. Lara dostaa gsiej skrki. - Skd tyle wiesz o wampirach? Skd wiesz, e Apollo jest jednym z nich? Znasz go? - Nie, nie znam. Ale rozpoznaj oznaki. Apollo pojawi si tylko po zachodzie soca. Potrafi kontrolowa ludzkie umysy i kasowa wspomnienia. Dysponuje nadludzk si i szybkoci. Potrafi si teleportowa. Lara gwatownie wcigna powietrze. - Opisujesz siebie. Jack si skrzywi. W jego oczach bysna niepewno. Lara zatoczya si do tyu i pada na kanap. Boe, on nie zaprzecza. Albo by kompletnym wariatem, albo naprawd by... - Nie - szepna. - Nie. Wampiry nie istniej. Spojrza na ni ze smutkiem. - Dlaczego miabym kama w taki sposb? Co mgbym na tym zyska oprcz twojego obrzydzenia? Nerwowo zaczerpna powietrza i przycisna donie do oczu. Przez jej gow zaczy przelatywa wspomnienia. Nigdy nie widziaa, eby jad. Nigdy nie moga si z nim skontaktowa w cigu dnia. W jego azience nie byo lustra. Na oknach wisiay grube aluzje. Mia ponad dwiecie lat. Pracowa w fabryce wytwarzajcej syntetyczn krew. Wszystkie elementy ukadanki miaa przed sob, ale nie potrafia ich dopasowa, bo nie wiedziaa, jak wyglda obrazek. Spodziewaa si portretu superbohatera. Nie potwora. odek si w niej wywrci. Boe, caowaa si z nim. Pozwalaa, eby jej dotyka, eby si z ni kocha. Zakrya usta, z ktrych wyrwa si jk. - Laro. - Jack zrobi krok w jej stron. Wcisna plecy w oparcie kanapy. Jego twarz zblada. - Santo cielo. Nie bj si mnie. Nigdy bym ci nie skrzywdzi. - Chyba powiniene ju i. - Jeszcze nie skoczylimy rozmowy. - Nie. - Oczy zapieky j od ez. O czym on chcia jeszcze rozmawia? Zakochaa si w potworze. Ale bya gupia. Zmarszczy brwi. - Teraz wiesz, kim jest Apollo. To wycznie sprawa wampirw. Pozwl mi si ni zaj. Zawrza w niej gniew.
157

- Jak miesz. Tu nie chodzi tylko o Apolla. Wszystkie jego ofiary s ludmi, wic nie mw mi, ebym si odwalia. I nie spodziewaj si, e uwierz w troskliwe potwory. Zesztywnia. - Nie wszyscy jestemy li, Laro. - Chc, eby si wynis. Potar czoo. - Teraz jeste w szoku. Za kilka dni bdziemy mogli porozmawia. - Id sobie! Opuci rk. W jego oczach bysn bl i smutek. Zamigotao i Jack znikn. Jack zmaterializowa si w lesie otaczajcym Romatech. Ruszy w stron bocznych drzwi. Gdyby tylko umia si zmaterializowa bez serca. W piersi czu taki bl, e trudno mu byo oddycha. Opar przedrami o gruby pie drzewa, pochyli si do przodu i pooy czoo na rce. Zamkn oczy i przez jego mzg zaczy przelatywa obrazy - uczucia malujce si na twarzy Lary. Szok, groza, obrzydzenie, gniew. Zupenie jak u kobiet z jego przeszoci. Straci Lar. Musisz mie wiar, Giacomo", przypomniay mu si sowa ojca Giuseppe. Ale jak? By stworem ciemnoci, uwizionym w piekielnym krgu. Jak mg mie wiar? Traci Lar, tak jak straci tamte kobiety. Ile lat cierpia po ich stracie? A Be-atrice - jej utrata bya tak tortur. Zawsze si zastanawia, czy ona by go zaakceptowaa, ale umara, zanim zdy jej powiedzie. Umara w samotnoci, przekonana, e on j opuci. Merda! Hukn pici w drzewo. Nie opuci Lary, nawet jeli ona go nienawidzia. Nie pozwoli, eby zgina. Jeli Apollo trzyma si swojego zwykego rozkadu, porwie kolejn ofiar w ostatni sobot czerwca. To dawao Jackowi mnstwo czasu, aby namierzy tego drania i go wyeliminowa. Potem bdzie mg wyczyci umysy policji i FBI, by po sobie posprzta, i cay ten koszmar si skoczy. Lara bdzie bezpieczna. Musia tylko mie wiar. I pomoc kilku dobrych przyjaci. Ruszy przez las, wycigajc komrk. Robby MacKay na pewno pomoe. Pozna Robby'ego w 1820, w akademii szermierczej Jeana-Lu ca w Paryu, kiedy dobrano ich jako partnerw na treningach. Najpierw prbowali si nawzajem przedziurawi, a potem stali si dobrymi przyjacimi. Teraz Robby pracowa jako ochroniarz Jeana-Luca. A e Jean-Luc ukrywa si w Teksasie, Robby te tam siedzia. Robby odebra telefon. - Cze, Jack. Co u ciebie?
158

- Wyskoczy pewien problem. Znajdziesz par wolnych godzin? Przydaaby si twoja pomoc. - Bogu niech bd dziki. Zdycham tutaj z nudw. Wczoraj wieczorem crka Jeana-Luca poprosia mnie, ebym si z ni pobawi lalkami i o mao si nie zgodziem, taki jestem zdesperowany. - Wic to twj szczliwy dzie - powiedzia Jack. -Szczerze mwic, mog ci potrzebowa nawet na jaki tydzie. Phila te, jeli moe si tu zjawi. - Spytam Jeana-Luca, ale jestem pewien, e nie bdzie mia nic przeciwko temu. Do zobaczenia niedugo. Robby si rozczy. Jack schowa telefon i ruszy do wejcia. - Hej, bracie. - Phineas podbieg do niego z wampiryczn prdkoci. - Wanie robiem obchd i usyszaem twj gos. - Rozmawiaem przez telefon. Connor ju jest? - Tak, siedzi w biurze. - Phineas zerkn na Jacka z ukosa. - Dobrze si czujesz, ziom? Jeste jaki przygnbiony. Jack si skrzywi. - Chc, ebycie ty i Carlos mieszkali w Romatechu przez jaki tydzie. W piwnicy jest kilka sypialni, zgadza si? - Tak. Co si dzieje? Malkontenci co kombinuj? - Nie, ale do miejskiego domu moe przyj policja. Nie chcemy, eby nas zastali we nie. - Przeklte smurfy. - Phineas si zatrzyma. - Cholera. Powiedziae o nas tej twojej policjantce? Jack zerkn na niego z irytacj. - A nie doradzae mi tego? - No tak, ale od kiedy to kto sucha moich rad? Domylam si, e nie poszo najlepiej, co? Jack pokrci gow. - A niech to - mrukn Phineas. - Mylaem, e kobiety lec na wampiry. Mylaem, e jej to nie bdzie przeszkadza, stary. Szpila blu przeszya pier Jacka. - Przeszkadza. - Cholera. I mylisz, e ona powie o nas swoim kolesiom z policji? - Nie wiem. Moe to zrobi, wic we z domu wszystko, co ci potrzebne, i cignij tu Carlosa, okej? - Okej. I przykro mi, ziom. - Phineas znikn. Jack dotar do bocznego wejcia, przecign kart i przyoy do do czytnika. By w poowie korytarza, kiedy drzwi biura ochrony otworzyy si i wyjrza z nich Connor. - Widziaem, e Phineas si teleportowa - powiedzia. - Dokd go posae?
159

- Do domu, po Carlosa. Pomieszkaj tutaj przez najbliszy tydzie. Connor zmruy oczy. - A dlaczego dom nie jest ju bezpieczny? - By moe jest cakowicie bezpieczny. To tylko ostrono. - Jack przeszed obok Szkota do biura. Usysza za sob odgos zamykanych drzwi. - Do licha - szepn cicho Connor. Jack odwrci si do niego. - Powiedziae jej. Jack stan w rozkroku i zaoy rce na piersi. - Zrobiem, co musiaem zrobi. Connor parskn. - Zgaduj, e nie poszo najlepiej. Jack wzruszy ramionami. - Powiedziae policji o wampirach - mrukn Connor. - Naprawd si spodziewae, e bdzie dobrze? - Ona wie, e j kocham. - Och, i to ma co zmieni? - W niebieskich oczach Connora bysn gniew. - Naprawd wierzysz w te bzdury, e mio zwycia wszystko? Ilu miertelnikw kochalimy tylko po to, by patrze, jak zabiera ich mier? Caa mio tego wiata nie moe pokona mierci. - Wiem o tym. - Straci Beatrice, kiedy w Wenecji wybucha epidemia tyfusu. - Mio jest ulotna. Co nie czyni jej bezwartociow. Po prostu jest przez to jeszcze cenniejsza. Connor spiorunowa go wzrokiem. - Chyba jeszcze bardziej bolesna. I na pewno o tym wiesz. Widz na twojej twarzy bl. Jack z trudem przekn lin. Nie mg temu zaprzeczy. - Zastanowie si w ogle, co ta twoja wielka mio jej zrobi? - spyta Connor. - Wcigasz j do wiata, do ktrego moe nie chce nalee. Jack si skrzywi. Musia przyzna, e Lara nie zareagowaa dobrze. Ale przecie inne miertelniczki przystosoway si do wiata wampirw. - Shanna jest szczliwa. Emma i Heather te. - Nie moesz si spodziewa, e kada kobieta bdzie chciaa y z nieumarym - burkn Connor. - Ja sam wprowadziem Darcy Newhart do naszego wiata i mnie za to znienawidzia. Nie chciaby y z takim poczuciem winy. Jack by ciekaw, czy Connor czuje co wicej ni tylko win. - Darcy jest teraz bardzo szczliwa. I cigle dla nas pracuje. Connor machn lekcewaco rk i ruszy do biurka. - Wrmy do tej twojej przyjaciki. Powie o nas swoim przeoonym? - Nie wiem. Moe nie. - Lara nie chciaaby, eby uznali j za wariatk.
160

Connor usiad, wci patrzc ponuro na Jacka. - Strasznie mnie kusi, eby ci poszczerbi czaszk, ale wygldasz tak aonie, e byoby to jak kopanie psa. - Rety, dziki. - Grozia ci w jaki sposb? Mog j teleportowa w jakie miejsce, gdzie nie bdzie moga nikomu o nas powiedzie. - Nie. - Jack zacisn zby. - Zostaw j w spokoju. Connor parskn. - Nie zrobibym jej krzywdy. Ale to by byo lepsze ni czekanie, a spadnie nam na gow caa nowojorska policja. - Nie sdz, eby bya dla nas zagroeniem. Jest raczej zagroeniem dla samej siebie. Przekazaa wszystkie moje informacje o Apollu przeoonym. - Do licha - mrukn Connor. - Policja i FBI stworzyli zesp zadaniowy i poprosili Lar, eby zabawia si w tajniaczk. W czwart sobot czerwca Apollo bdzie kry po uniwersytetach ze swoim wykadem i szuka idealnej ofiary. Jeli wszystko pjdzie po myli policji, t ofiar bdzie Lara. - Jasna cholera - przerazi si Connor. - Musimy go powstrzyma. Apollo moe j zabi. - Dlatego powiedziaem jej prawd - wyjani Jack. -Prbowaem j nastraszy, eby zrezygnowaa z zadania. Connor skin gow. - No dobrze. To potrafi zrozumie. - Goni nas czas - cign Jack. - Mamy miesic na znalezienie i zabicie Apolla. Poprosiem Robby'ego o pomoc. - Mamy mnstwo czasu. - Connor wskaza jeden z monitorw na cianie. - Robby ju jest. I nie sam. Jack spojrza na monitor. Robby teleportowa si na teren Romatechu i wzi ze sob Phila. Phil, dzienny stranik, nie umia si teleportowa. Ale jako zmienno-ksztatny mia inne talenty, ktre sprawiay, e by cennym pracownikiem. - S te Phineas i Carlos. - Connor wskaza inny monitor. Jack zobaczy, jak Phineas materializuje si przed bocznymi drzwiami z Carlosem. Robby i Phil doczyli do nich i wszyscy czterej weszli do budynku. Jack umiechn si ponuro. Stworzy wasny zesp zadaniowy. Liczc jego i Connora, mia cztery wampiry, wilkoaka i panteroaka. Teraz Lara powinna by bez-' pieczna. Apollo nie poyje do dugo, eby zdy zrobi jej krzywd.
161

Rozdzia 18

Nastpnego wieczoru Jack chodzi po sali konferencyjnej, zastanawiajc si, czy to jeszcze za wczenie, eby zadzwoni do Lary. Wszystko inne byo pod kontrol. Roman rozesa wici do wszystkich mistrzw klanw w Stanach, eby szukali spa z klasyczn greck architektur. Spyno ju kilka tropw; sprawdzali je Robby i Phil. Phineas pilnowa Romatechu. Carlos, ktry pracowa za dnia, sypia w piwnicy i cay czas by pod telefonem, na wypadek gdyby okaza si potrzebny. Howard zgosi si do pomocy, ale pracowa te jako dzienny stranik rodziny Romana, wic mia ograniczon ilo czasu. Jack zastanawia si, czy nie przyjrze si bliej przypadkom porwania niektrych dziewczyn, ale zakada, e sposb dziaania Apolla jest niezmienny. Zwabia adne studentki na wykad o wiecznej modoci i urodzie, a potem wybiera ofiar. Przerwa spacer po sali. A jeli Apollo dotrzymywa obietnicy, e dziewczyny na zawsze zachowaj modo i urod? By moe ich nie zabija. By moe zmienia je w wampirzyce. Skrzywi si na myl o panowaniu nad haremem wampirzyc. Merda, on nie umia zapanowa nawet nad jedn miertelniczk. Ale przynajmniej policja nie wszya po miejskim domu Romana i nie przysza do Romatechu, wic pewnie Lara nie powiedziaa nikomu o wampirach. Prawdopodobnie baa si, e jej przeoeni wezm j za wariatk. Ale Jack mia nadziej, e wci tliy si w niej jakie uczucia dla niego. I chciaa go chroni. Gdyby tylko te uczucia nie wygasy. Gdyby mogy przetrwa jej pierwsz reakcj, pierwsze przeraenie i odraz, mgby mie szans. Musisz mie wiar, Giacomo. Zadzwoni do jej mieszkania. Telefon zadzwoni raz. Dwa razy. Jeli miaa identyfikacj numerw, wiedziaa, e to on. Moga go unika. Cztery sygnay. - Cze, Jack. To bya LaToya, jej wsplokatorka. - Cze. Czy Lara... - Nie wysilaj si. Nie ma jej tutaj. I nie chce z tob rozmawia. Nigdy. Baj-baj. - Czekaj. Czy... czy wszystko u niej w porzdku?
162

- Jest kompletnie zaamana, kretynie. Nie wiem, co jej zrobie. Nigdy jej nie widziaam w takim stanie. Nie chce gada nawet ze mn. A zawsze mwia mi o wszystkim. - Nic ci nie powiedziaa? - Jack dostrzeg iskierk nadziei. Lara strzega jego tajemnicy. - Powiedziaa tylko, e nie chce ci ju nigdy widzie i z tob rozmawia. Na wypadek gdyby twj supersuch tego nie wyapa, powtarzam: najwaniejsze sowo to nigdy". Iskierka nadziei zgasa. - A ja jestem na ciebie seryjnie wkurzona - cigna LaToya. - Przez ciebie Lara chodzi jak struta, jakby wiat si zawali, akurat teraz, kiedy potrzebuje by w szczytowej formie. Za grosz nie masz wyczucia czasu! - Zamierza wykona to swoje zadanie? - Cholera. Wiesz o tym? Jackowi przyszo do gowy, e moe znalazby w LaToi sojuszniczk. - Nie chc, eby to robia. Uwaam, e to zbyt niebezpieczne. - O. - Staram si sam zlokalizowa Apolla, eby Lara nie musiaa si wystawia na niebezpieczestwo. - W suchawce panowaa cisza; Jack mia nadziej, e LaToya na nowo zastanawia si nad zaistnia sytuacj. - Musz koczy. Cze. - Rozczya si. Jack westchn. Zamierza prbowa do skutku. Do pitej nad ranem Robby i Phil sprawdzili cztery miejsca; wszystkie okazay si faszywymi tropami. Obiecali wrci nastpnej nocy i teleportowali si do domu, do Teksasu. Miny cztery kolejne noce. Zacz si ju czerwiec, a miejsce pobytu Apolla pozostawao tajemnic. W drug sobot czerwca Jack wyazi ju ze skry z niepokoju. Zostay tylko dwa tygodnie. I wci ani ladu Apolla. I ani sowa od Lary. Czy prbowaa o nim zapomnie? W kolejny poniedziaek znw zadzwoni. - Ona cigle nie chce z tob rozmawia - powiedziaa LaToya. - Jak si miewa? - Jest smutna i zdoowana. Par razy syszaam, jak pakaa w swoim pokoju. Zadowolony? - warkna. Poniekd - cho to aosne - czu zadowolenie, ale nie by na tyle gupi, eby si do tego przyzna. - Znalelicie ju tego Apolla? - spytaa LaToya. - Nie. - Jack zaczyna si zastanawia, czy ten grecki orodek wypoczynkowy w ogle istnieje. Na wykadzie Apollo mg pokazywa fotomontae. - Robimy, co moemy. - No to lepiej rbcie wicej. Lara ju za par dni zaczyna akcj. - Gdzie? LaToya parskna. - Mylisz, e ci powiem?
163

- Potwornie si o ni martwi. - No to jest nas dwoje - odpara LaToya i si rozczya. Jack zacz chodzi po sali konferencyjnej. Tajna misja Lary oczywicie musiaa mie miejsce na jakim uniwersytecie. Zesp zadaniowy pewnie zapisze j pod faszywym nazwiskiem i Lara zamieszka w akademiku. Ale przy ktrym uniwerku? Usiad przed laptopem i przejrza raporty o zaginionych dziewczynach. Byy z dziesiciu rnych uczelni. Wypisa kolumn dwudziestu nazw miesicy w porzdku chronologicznym, a potem przypisa im nazwy uczelni, ktre Apollo obiera sobie za cel w kadym miesicu. Z ca pewnoci by w tym jaki system. Dwie szkoy w Connecticut, cztery w stanie Nowy Jork, dwa w New Jersey, dwa w Pennsylwanii, i znw Connecticut. Ostatnie porwanie miao miejsce na Uniwersytecie Columbia. Jeli Apollo bdzie si trzyma wzorca, nastpny bdzie Uniwersytet Syracuse. - Jack. - Phil wszed do sali konferencyjnej. - Mamy nowy trop. Co, co nazywa si Zoty Rydwan Apolla w Massachusetts. Jack wsta. - Robby ju wrci? - Nie, on i Phineas wci s w Hoboken, sprawdzaj orodek wypoczynkowy ze spa Grecka Bogini. - Okej - powiedzia Jack. - Moemy tam lecie we dwch. Masz numer telefonu? - Jest tutaj. - Phil poda mu karteczk. - Jeste uzbrojony? Phil odsoni po brzowej lotniczej kurtki, pokazujc magnum kaliber 44 w kaburze pod pach. Jack mia sztylet przypity do ydki i drugi, w pochwie pod czarn skrzan kurtk. Gdyby wynika jaka szamotanina, mg natychmiast wezwa na pomoc Robby'ego i Phineasa. -No to wio. - Jack wstuka numer w swojej komrce, - Zoty Rydwan Apolla - odezwa si kobiecy gos. Mwi Macy. - Dzie dobry. Czy moe mi pani powiedzie, jak do was dojecha z... Connecticut? Kiedy recepcjonistka zacza dugotrwae wyjanienia, Jack skupi si na jej gosie. Chwyci Phila za rami i teleportowa ich obu. Szybko rozejrza si po nowym miejscu. Niewielkie biuro, szafka na akta, zabaaganione biurko, ostry zapach chemikaliw w powietrzu i blondynka, gapica si na nich z otwartymi ustami umalowanymi na wcieky r. - Aaa! - wydaa z siebie wysoki pisk i upucia suchawk. - Wszystko w porzdku. - Jack wysa telepatyczn fal energii, by przej kontrol nad umysem kobiety, ale zanim zdy to zrobi, zerwaa si na nogi, pisna jeszcze raz i pada zemdlona.
164

- Merda. - Jack zmarszczy brwi, patrzc na ciao rozcignite na pododze. - Wystraszylimy t biedn kobiet na mier. Phil parskn. - To nie jest kobieta. - Krzyczaa jak kobieta. - Jack obrzuci wzrokiem ja-skraworow miniwk, czarne rajstopy i rowe botki. Wszystko to wygldao do kobieco, ale koszulka na ra-miczkach ukazywaa szerokie ramiona i pask klatk piersiow. Facet. Jack kucn nad nieprzytomnym mczyzn i wdar si do jego umysu. Macy, nie bdziesz si nas ba. Weszlimy do recepcji i szukamy Apolla. Teraz si obudzisz. Pomalowane szarym cieniem powieki Macy otworzyy si nagle. - Dobrze si pani czuje? - spyta Jack. - Zemdlaa pani. - O Boe, co za wstyd. - Macy usiad i obcign miniwk. - To pewnie przez t now diet. Przysigam, cigle krci mi si w gowie. - Prosz. - Jack pomg mu wsta. - Jaki pan miy. - Macy spojrza na niego. - O rety. -Otworzy szeroko oczy i spojrza na Phila. - O rety. Poprawi swoje dugie, jasne wosy. - W czym mog panom pomc? - Szukamy Apolla - powiedzia Jack. - Powinien by w studiu. Nie wiem, jakim cudem go nie zauwaylicie. I jakim cudem on nie zauway was. -Macy przyjrza si im z byskiem zachwytu w oczach. -Chodcie, wielkoludy. Prosz za mn. - Min ich, stukajc platformami i zerkajc z ukosa na Phila. - Mmm. Phil posa Jackowi zirytowane spojrzenie. - Chod. - Jack ruszy do drzwi. Phil zapa go za rami i mrukn: - To nie moe by to miejsce. Wynomy si std. - Skoro ju tu jestemy, moemy pozna tego Apolla - odpar Jack. Phil zrobi ponur min. - Mam ze przeczucia. - Mylisz, e dojdzie do rozlewu krwi? - spyta Jack. - Gorzej - burkn Phil. Macy obejrza si, marszczc brwi. - No chodcie ju, przestacie zrzdzi. Apollo nie pozwala tu na adne miosne ktnie. W gardle Phila wezbra cichy warkot. Jack si umiechn. - Ju idziemy. - Dogoni Macy w korytarzu. Phil wlk si za nim.
165

Kiedy weszli do studia, Jack ujrza ciany pomalowane na lawendowy kolor, udekorowane arwiastymi rowymi serduszkami i amorkami. Min rzd rowych, rozkadanych foteli i umywalek do mycia wosw. Zatrzyma si jak wryty, kiedy zobaczy stanowiska fryzjerskie. Kade z nich miao trzy lustrzane cianki. I kade zajmowa stylista z klientem pci mskiej. Nie mg przej obok nich; kto na pewno by zauway, e nie odbija si w lustrach. - Chodmy std - sykn Phil. - To tylko salon piknoci. Macy obrci si na picie i spojrza na niego z oburzon min. - Tylko salon piknoci? Nie uwaasz, e ten wiat potrzebuje wicej pikna? Z boksw wychyny gowy; stylici koniecznie chcieli zerkn na obcych, ktrzy opowiadaj takie herezje. Jack zrobi krok w ty, byle dalej od tych wszystkich luster. - Przepraszam. Obawiam si, e nie moemy... wej dalej. To bya pomyka. - Nie mwcie tak. Jestecie bosk par. - Macy obrci si przodem do stanowisk. - Apollo! Sytuacja awaryjna! Akcja Kupidyn"! Wychyliy si kolejne gowy, eby spojrze na Jacka i Phila. Smuky mody czowiek z krtkimi platynowymi wosami, w czarnej siatkowej koszulce i z rowym pasem na przybory na biodrach wybieg z pierwszego boksu. - Co si dzieje? - Wetkn dugi grzebie w jedn z kieszonek pasa. - Lepiej niech to bdzie superpowana sprawa. Jestem w trakcie trwaej. - Ci dwaj panowie przyszli si z tob zobaczy. -Macy wskaza Jacka i Phila. Draa mu dolna warga. -Ale teraz chc ze sob zerwa! Apollo wybauszy oczy, ogldajc ich od stp do gw. - O rety. Kochani biedacy. Musicie to rozwiza. Bo spjrzcie tylko na siebie. Wygldacie razem bajecznie. -Odwrci si do stylistw i klientw, ktrzy wypeniali ju przejcie midzy boksami. - Czy nie s absolutnie boscy? - Zabij mnie, w tej chwili - mrukn Phil. - Nie powinnimy tu przychodzi - powiedzia Jack. - Moemy skorzysta z tylnego wyjcia? Macy zachysn si z oburzenia. - Nie wolno si wstydzi! Jestecie pikni tacy, jakimi was stworzya natura. Publiczno wydaa z siebie potakujcy pomruk. - Tak, taka urocza para jak wy powinna krzycze o swojej mioci ze szczytw gr. - Apollo podszed bliej i wskaza wosy Phila. - Macy, widziaa kiedy taki cudowny zestaw kolorw? Tu jest ze dwadziecia odcieni brzu, kasztanu i zota. Wygldaj bajecznie.
166

Macy przycisn do do swojego nieistniejcego biustu. - Umarabym za takie wosy. Na Boga, kto jest twoim koloryst? - Ja... nie mam kolorysty - wymamrota Phil. Apollo odskoczy do tyu. - S naturalne? Seria cichych okrzykw rozlega si wrd publiki. Apollo dotkn wosw Phila; zmiennoksztaltny zesztywnia. - S niesamowicie gste. Bardzo surowe i mskie, ale troch za bardzo rozczochrane, jak na mj gust. Hm, przydaoby si je wycieniowa i odrobin skrci. - O tak - szepn Macy; publiczno mrukna twierdzco. - A ty. - Apollo obszed Jacka, przygldajc mu si uwanie. - Te czarne wosy i czarna kurtka a krzycz niegrzeczny chopiec!" - Mmm. - Macy gapi si na Jacka, nawijajc kosmyk jasnych wosw na palec. - Tobie chyba zostawimy dugie wosy. - Apollo przyglda mu si uwanie. - Masz bardzo interesujce zote plamki w oczach. Myl... - postuka si w podbrdek -zote pasemka! Macy znw si zachysn. - Genialnie! Publiczno zacza bi brawo. Jack odchrzkn. - Nie macie tu przypadkiem paru studentek, co? Apollo zamruga. - Dziewczyn? - Zdezorientowany spojrza na Macy i zacz chichota. Plasn Jacka w rami. - Jeste przezabawny. Macy zawtrowa mu i miech rozszed si po caym zakadzie. Phil zapa Jacka za rami. - Wynomy si std. - Widz, e jestecie tu bardzo zajci. - Jack zacz si cofa korytarzem. - Przyjdziemy innym razem. - Och, koniecznie. - Apollo patrzy na nich przyjanie. - I nie zapominajcie. Obsuguj wesela! - Dziki. - Jack zauway tylne drzwi i je otworzy. Obaj z Philem skoczyli w uliczk za zakadem. Chwyci Phila za rami, eby teleportowa si z powrotem do Romatechu. Phil wymamrota przeklestwo. - Jeli powiesz o tym cho sowo reszcie chopakw, przedziurawi ci kokiem we nie. - Nie martw si, skarbie. Jeli si o tym dowiedz, sam si dgn kokiem.

167

Nastpnego wieczoru Jack zacz si zastanawia, czy nie odby wycieczki na Uniwersytet Syracuse. Stosunkowo atwo byoby si teleportowa do sekretariatu i znale list nowo zapisanych studentw. W czerwcu nie mogo ich by zbyt wielu, wic nawet jeli Lara posugiwaa si faszywym nazwiskiem, mgby j namierzy do szybko. Zatrzyma si, gotw wystuka numer sekretariatu. Po prostu uyje ich powitalnego nagrania jako wskanika zmysowego i teleportuje si prosto do rodka. Merda. Zaczyna si czu jak myliwy. Jeli Lara nie chciaa go widzie, nie powinien jej si narzuca. Jaka przyszo czekaaby j z nim? Nawet gdyby zakochaa si bez pamici i zgodzia za niego wyj, mg z ni by tylko w nocy. Gdyby mieli dzieci, nie urodziyby si w peni miertelnikami. A prdzej czy pniej musiaaby podj straszn decyzj: czy dzieli z nim dalsze ycie jako nieumara. Czy mia prawo zmusza j do takiej decyzji? Gdyby zachowywa si jak swj sawny ojciec, zaspokoiby dzi swoje pragnienia i nie martwi si o jutro. Ale nigdy nie byt dobrym Casanov. W gbi duszy wiedzia, e prawdziwa mio nie jest egoistyczna. Powinien zostawi Lar w spokoju. Ale nie mg pozwoli, eby wpada nieprzygotowana prosto w szpony Apolla. Musia zrobi, co w jego mocy, eby pomc jej przetrwa. A potem, jeli nie bdzie chciaa go wicej widzie, da jej spokj. Zadzwoni do jej mieszkania. Odebraa LaToya. - Znowu ty - mrukna. - Nigdy si nie poddajesz? - Wci martwi si o Lar. Nie zdoalimy znale Apolla. - Co ty powiesz. - Wiem, e Lara sdzi, e odporno na manipulacj umysem daje jej przewag. Ja nigdy nie potrafiem jej kontrolowa. LaToya prychna. - Mwi si trudno, kosmiczny palancie. - Jej odporno to oczywicie dobra rzecz, ale niemono syszenia telepatycznego gosu moe si skoczy katastrof. Kiedy Apollo si zorientuje, e nie ma nad ni kontroli, prawdopodobnie j zabije. W suchawce zapanowaa cisza. - Nic jej nie grozi, dopki on bdzie wydawa telepatyczne rozkazy grupie - cign Jack. - Moe naladowa inne dziewczyny. - Ale jeli on wyda Larze bezporedni rozkaz, a ona go nie usyszy i nie wykona, wszystko si wyda. - Rozumiem, co masz na myli - odezwaa si cicho LaToya. - Mgbym z ni popracowa i rozwin jej zdolno syszenia telepatycznych gosw. - A jeli przestanie by odporna na jego kontrol? -spytaa LaToya. - Naucz j, jak sucha, ale si nie poddawa. Jestem gboko przekonany, e musi to wiedzie.
168

Kolejna chwila ciszy. - By moe. - Mgbym j znale sam - powiedzia Jack. - Domylam si, e jest na Uniwersytecie Syracuse. Usysza wist gwatownego oddechu. - Nie potwierdzam tego. Jak dla Jacka, wanie to zrobia. - Nie chc jej zmusza do spotka ze mn, wic moe zechcesz jej przekaza, co powiedziaem? Jeli zgodzi si ze mn spotka, sprbuj jej pomc. LaToya znw zamilka na dug chwil. - Przeka jej. - Dzikuj. - Nie dzikuj - warkna LaToya. - Jeli sprbujesz wyci jaki numer mojej przyjacice, dopadn ci. I gorzko poaujesz, e opucie macierzyst planet. -Rozczya si. Kiedy zbliya si trzecia sobota czerwca, Jack by gotw rwa sobie wosy z gowy. Wszystkie tropy, ktre sprawdzi ze swoj ekip, okazay si faszywe. Ten cholerny orodek mg by wszdzie. Zaoyli, e Apollo trzyma si blisko swoich terenw owieckich, ale tak naprawd dziki teleportacji mg by gdziekolwiek. Nawet w Grecji, chocia teleportowanie si na wschd, w stron wschodzcego soca, zawsze jest niebezpieczne dla wampira. Roman poszerzy obszar poszukiwa, poprosi wszystkich mistrzw klanw z caego wiata, by zgaszali ewentualne tropy na swoim terenie. To dawao Jackowi i jego zespoowi zajcie na cae noce. Mimo to coraz bardziej zrozpaczony Jack zdawa sobie spraw, e czas ucieka. A LaToya wci nie oddzwaniaa. Lara musiaa naprawd go nienawidzi, skoro wolaa si narazi na wiksze niebezpieczestwo ni zobaczy si z nim cho raz. Dlatego w sobot znw chodzi niespokojnie wok stou konferencyjnego. Zosta tydzie do kolejnego ataku Apolla. Jego serce ciskao si bolenie w piersi. Nie widzia Lary prawie od miesica, ale jego mio do niej bya jeszcze silniejsza. Rozpaczliwy lk, e nie zdoa jej ochroni, przygniata go jak gaz. Bardzo go kusio, eby j odnale, chwyci i teleportowa si z ni gdzie daleko. Nigdy by mu tego nie wybaczya, ale co z tego? Ju i tak y w piekle bez jej mioci. Czy cokolwiek mogo pogorszy sytuacj? Jego telefon zadzwoni, wic otworzy go byskawicznie. - Pronto? - Jack, to ty? - spytaa LaToya. - Tak. - Wstrzyma oddech i wysa w niebo milczc modlitw. - Lara chce si z tob zobaczy.
169

Rozdzia 19
W niedziel wieczorem Lara wysza z Graham Dining Center w pnocnym kampusie Uniwersytetu Syracuse i ruszya ulic do swojego nowego domu. Zesp zadaniowy znalaz dla niej pokj w akademiku Day Hall, poniewa ostatnia ofiara z Syracuse mieszkaa wanie tam. Apollo bez wtpienia uzna za zabawne, e porwa dziewczyn, ktra mieszkaa przy ulicy nazwanej na cze siedziby greckich bogw - Mount Olympus Drive. Ze stowki moga przej do akademika wewntrznym pasaem, ale chciaa si oderwa od nieustannego haasu jazgoczcych studentw. Jak moga si porzdnie martwi, jeli nie syszaa wasnych myli? A miaa cae mnstwo powodw do zmartwie. Spojrzaa na zachodzce soce, ktre odbijao si rem i zotem od dachu stadionu Carrier Dome. Jack niedugo si obudzi. Wstanie z martwych, pomylaa z dreszczem. Zadzwoni do niej? Bya tak zdenerwowana perspektyw spotkania z nim, e ledwie tkna kolacj. Wczoraj wieczorem poprosia LaToy, eby do niego zadzwonia. Miaa mu poda nowy numer telefonu Lary i poprosi, eby odezwa si wieczorem. Z nerww Lara przez cay dzie bya w kompletnej rozsypce. Do diaba z tym facetem! Tak bardzo si staraa wyrzuci go ze swoich myli. I z serca. Pochony j przygotowania do misji. Dugie godziny treningw sztuk walki, treningw siowych i psychologicznych - jak radzi sobie ze stresem i z umysem przestpcy. A mimo to Jack wci zakrada si w jej myli. Nawet kiedy kady misie bola j od wykaczajcych treningw, wci czua bl serca. To byo podobne do aoby, zdaa sobie spraw w pewnej chwili. Stracia mczyzn, ktry mg by mioci jej ycia. Z pocztku prbowaa wyparcia. Na wiecie nie ma adnych wampirw, a biedny Jack po prostu jest wariatem. Nie moe by wampirem. Nie zachowywa si jak potwr. A ju na pewno nie caowa jak potwr. Ani nie kocha si jak potwr. Ale ona nie yczya sobie o tym myle. Wyparcie dziaao cakiem skutecznie. Przez jakie dwie godziny. Potem przyszed gniew, ktry narasta, a zmieni si we wcieko. Jakim cudem takie potwory mogy istnie przez wieki, niezauwaone? I jak, na lito bosk, ona moga si zakocha w jednym z nich? Jak moga
170

przegapi wszystkie wskazwki? I jakim prawem Jack zaleca si do niej, jakby ich zwizek w ogle by moliwy? Smiertelniczka musiaaby by chora psychicznie, eby wyj za wampira. Ale nagle przypomniaa sobie Shann i jej liczne dzieci. Shanna najwyraniej bya szczliw kobiet. Ale jak moga wyj za potwora, ktry erowa na ludziach? Hm, musiaa przyzna, e Jack nigdy nie prbowa na niej erowa. Zawsze zachowywa si jak dentelmen w kadym calu. No, moe troch niegrzeczny dentelmen, ale przecie by Casanov. Tych kilka razy, kiedy widziaa, jak pije, musia pi syntetyczn krew. Czy to oznaczao, e nie lubii gry ludzi? A potem j olnio. Jack mg zosta przemieniony w wampira wbrew swojej woli. Mg sta si ofiar, zupenie jak te biedne dziewczyny porwane przez Apolla. Mg by zmuszony do gryzienia ludzi przez wiele lat, by przetrwa. Czy to dlatego tak czsto mwi o dziewiciu krgach pieka? Sam tkwi w piekle za ycia. Lara pokrcia gow, wchodzc do Day Hall. Nie moga sobie pozwoli na ualanie si nad Jackiem. Mia ponad dwiecie lat, wic si rzeczy musia ugry mnstwo ludzi. Powinna wspczu jego ofiarom, nie jemu. Wesza do windy i wcisna guzik sidmego pitra. Cudownie. W kcie windy caowaa si jaka parka. Stana do nich tyem i staraa si ignorowa namitne jki. W jej mylach zabyso wspomnienie jazdy wind na szczyt campanile w Wenecji. Jack by taki romantyczny, taki sodki. Dlaczego nie mg by normalnym facetem? A byaby nim tak zafascynowana, gdyby by normalnym facetem? Zakochaaby si w nim? - Nie jestem zakochana - mrukna, kiedy winda zatrzymaa si na czwartym pitrze. - To znajd sobie jakiego faceta - powiedziaa moda kobieta ze miechem, wysiadajc z windy ze swoim chopakiem. Lara jkna i wcisna guzik zamykajcy drzwi windy. Jakiego faceta? Nie istnia aden, ktry byby cho troch podobny do Jacka. U adnego mczyzny nie znalazaby takiej kombinacji inteligencji, starowieckiego uroku i urody, od ktrej a linka cieka. Bya beznadziejnie zaintrygowana jego niezwykymi mocami i otaczajc go tajemnic. Dopki nie poznaa prawdy. Jej wzrok zamaza si od niewypakanych ez, kiedy przypomniaa sobie wyraz jego twarzy, gdy go widziaa ostatni raz. Krzykna na niego, eby sobie poszed, a w jego oczach byo tyle blu i smutku. Biedny Jack. - Och! - Znw to robia. Jack nie jest biednym, porzuconym szczeniaczkiem. Jest wampirem. Wysza z windy i powloka si korytarzem do pokoju 843. Problem polega na tym, e teraz, kiedy ju zostaa tajniaczk, miaa za duo czasu na mylenie. Byo atwiej, kiedy zesp zadaniowy dawa jej zajcie.
171

Dostaa now tosamo - Lara Booker. Wszystko zostao ustalone. Teraz jej jedynym zadaniem byo codzienne sprawdzanie tablic ogoszeniowych w dwudziestu akademikach rozrzuconych po wielkim kampusie. Czekaa, a pojawi si ulotka Apolla. FBI ustalio, e Uniwersytet Syracuse jest najbardziej prawdopodobnym miejscem kolejnego ataku Apolla. Mimo to obstawiali wszystkie moliwe miejsca. Agentki sprawdzay tablice ogoszeniowe na kilku uczelniach. W chwili pojawienia si ulotki Lara miaa przystpi do akcji: wzi udzia w wykadzie i da si porwa. Ale jeli Jack si nie myli i jej odporno na telepatyczn manipulacj zemci si na niej? Nie moga przedyskutowa tego problemu z zespoem zadaniowym. Bo jak miaa im powiedzie o wampirach kontrolujcych umysy? Jedyn osob, ktra j rozumiaa, by jej miy, kontrolujcy umysy wampir z ssiedztwa - Jack. Serce jej omotao, kiedy wchodzia do swojego jednoosobowego pokoju i zamykaa drzwi. Zadzwoni niedugo? Przyjdzie si z ni zobaczy? Kocha j jeszcze? Nie! Nie bdzie myle o mioci. Przyjmie jego pomoc, a potem poegna si z nim na zawsze. Ale jeli on spojrzy na ni z tym blem i smutkiem w swoich piknych oczach? Nie moga znie myli, e znw zada mu bl. Nie wszyscy jestemy li", powiedzia wtedy. Przechylia si nad biurkiem, eby wyjrze przez okno. Soce ju cakiem zaszo. Wyja now komrk z torebki i pooya na biurku. Zapatrzya si na ni, zaklinajc j, by zadzwonia. Jeli to, co mwi Jack, jest prawd, mogy istnie dobre i ze wampiry. Czy te dobre prboway utrzyma te ze w ryzach? LaToya powiedziaa, e Jack prbuje zlokalizowa Apolla, ale na razie mu si nie powiodo. Zacza chodzi po pokoju. Ten cholerny telefon nigdy nie zadzwoni, jeli bdzie si na niego gapi. Co robi teraz Jack? Pije syntetyczn krew? Bierze prysznic? Ubiera si? Kocha j jeszcze? Telefon zadzwoni. Odwrcia si na picie. Jack. Podesza powoli, pozwalajc komrce zadzwoni jeszcze raz. - Halo? - Lara. Dwik jego gosu obla j jak gorca kpiel. Miaa ochot moczy si w niej godzinami. W wyobrani ochlapaa si zimn wod. To byy wycznie zawodowe sprawy. - Cze, Jack. LaToya przekazaa mi twoj ofert, e nauczysz mnie sysze telepatyczne gosy. Chc si tego nauczy, jeli masz dla mnie czas. Milcza przez chwil. Lara zastanawiaa si, co sobie myli.
172

- Zaatwiem sobie wolne na kilka najbliszych godzin - powiedzia w kocu. - Moemy zacz natychmiast. Lara odetchna z ulg. On te zachowywa si chodno i profesjonalnie. Chwaa Bogu. - Poczekaj chwileczk. Sprawdz, czy ja mam czas. -Spojrzaa na puste biurko i zabbnia palcami w blat. Tysic jeden. Tysic dwa. - Tak, mamy farta. Wcisn ci jako na ten wieczr. Czy musimy si w tym celu spotka? - Tak, musimy. Zmarszczya brwi. W telefonie zabrzmiao jakie dziwne echo. - Moesz si ju rozczy - powiedzia. - Sucham? - Usyszaa za plecami kliknicie i si odwrcia. - Aaa! - Jej telefon upad na dywan. Jack z cieniem umiechu wsun zamknity telefon do kieszeni czarnej skrzanej kurtki. Jego spojrzenie pado na puste biurko. - Mio z twojej strony, e mnie wcisna w swj grafik. Poderwaa telefon z podogi i pooya go z powrotem na biurku. - Nie powiniene si tak zakrada. - Sdziem, e si mnie spodziewasz. - Ruszy w jej stron. Uskoczya mu z drogi. Zatrzyma si na moment, marszczc brwi, i ruszy dalej, mijajc j. Jkna w duchu, kiedy zrozumiaa, e szed do okna, nie do niej. Wyjrza przez aluzje. - To jest Uniwersytet Syracuse? - Tak. Day Hall. Dziewczyna, ktr Apollo porwa std w sierpniu, mieszkaa w tym samym akademiku. - Czy kto j pamita? - spyta Jack. - Jej wsplokatorka jeszcze tu jest? - Skoczya studia w grudniu. Rozpytywaam ludzi, ale wszyscy sdz, e porwana dziewczyna odpada i wrcia do domu. - Lara usiada na brzegu wskiego ka ustawionego pod cian. - Oczywicie nie dotara do domu. Jack zacz chodzi w t i z powrotem po malekim pokoiku. Patrzya na niego ukradkiem, nie chciaa, by j przyapa, jak podziwia jego dugie, zgrabne nogi i szerokie ramiona. - Czy jest jaki sposb na przekonanie ci, eby zrezygnowaa? - spyta. Wysuna podbrdek. - Ja nie jestem z tych, co rezygnuj. - Jeste pewna? - mrukn pod nosem, nie przestajc chodzi.
173

Czy to bya aluzja do ich zwizku? Policzki Lary zapony z oburzenia. Na lito bosk, jest dwustuletnim wampirem. Miaa tym by zachwycona? - Ja te nie rezygnuj. - Zdj kurtk i powiesi j na oparciu krzesa. - Zamierzam znale Apolla, zanim zrobisz co gupiego. - Och, dziki za wiar we mnie. - Spojrzaa na niego gniewnie. Odpowiedzia takim samym spojrzeniem, siadajc. - Jeste twarda jak na miertelniczk, ale mimo wszystko nie jeste adn partnerk dla wampira. Odwrcia oczy. - Tote wanie. Nie jestem partnerk dla wampira. - Zacznijmy. - Jego gos by zduszony. - Dobra. - Odwrcia si z powrotem do niego i splota donie na kolanach. - Co musz robi? - Nic. Ja wykonam ca prac, a ty tylko staraj si by... otwarta na mnie. Splota donie mocniej. - Okej. Pochylit si do przodu, opierajc okcie na udach, i zacz jej si przyglda. Zote plamki w jego oczach zdaway si rosn, a caa tczwka zapaaa zotem. Lara odwrcia oczy, speszona t arliw energi bijc z jego spojrzenia. Pokj wyda si jej nagle strasznie przegrzany. Caa skra zacza j mrowi. Szczeglnie piersi. Dziwne askotki spyny w d. Nagle poczua niezwalczon potrzeb, eby poczu w sobie mczyzn. I to nie byle ktrego mczyzn. Jacka. - Czujesz to? - szepn. Przekna lin. Jego oczy dosownie wieciy. - Co ty robisz? - Podkrcam moc. W ten sposb wampir wabi do siebie ludzi. Zesztywniaa. - eby mc ich gry? - Nie ugryzem kobiety od 1987 roku, kiedy wprowadzono na rynek syntetyczn krew. - Jak to mio z twojej strony. - Wysuna podbrdek i spojrzaa na niego nonszalancko. - To chyba troch wyszede z wprawy, bo nie mog powiedzie, ebym zbyt wiele czua. - Moe po prostu jeste niewraliwa. Posaa mu zirytowane spojrzenie. Jego usta drgny. - Czujesz to. Serce ci omocze. Wzrosa temperatura twojego ciaa. Czuj ar, buchajcy od ciebie jak... - No dobra. - Zacisna zby. - Czy to ma jaki cel? Mylaam, e bdziemy si zajmowa wsuchiwaniem si w gosy.
174

- Prbuj oceni wraliwo twoich zmysw. I chyba wszystko dziaa jak trzeba. Tylko ze suchem jest co nie tak. Podmuch zimnego powietrza omal nie przewrci jej na plecy. Wyprostowaa si z dreniem. - Poczua to. - Przyglda jej si uwanie. - Tak. - Lodowate powietrze zawirowao wok niej, smagajc zimnymi mackami jej czoo. - Prbujesz wedrze si do mojego umysu? Skin gow. - Zwykle bybym ju w rodku. Zmarszczya nos. - Ale nie kaesz ludziom, eby gdakali i machali rkami jak kury, co? Teraz to on si zirytowa. - Syszysz cokolwiek? Zamkna oczy i si skupia. W uszach miaa szum, jakby niedostrojonego radia. - Mwisz co w tej chwili? - Tak. Bya ciekawa co. Mocniej zacisna powieki i zmarszczya brwi, zmuszajc si do maksymalnej koncentracji. Brzczenie w uszach zabrzmiao goniej, jakby dociera do niej gos mczyzny, gos Jacka, ale nie potrafia rozrni pojedynczych sw. Z westchnieniem otworzya oczy. - To nie dziaa. Sysz tylko brzczenie. Umiechn si. - A byo przyjemne? - Nie. - Spojrzaa na niego ponuro. - To byo jak natrtny komar bzyczcy w czaszce. - Przeklci krwiopijcy. Nie cierpi ich. - Przygania kocio garnkowi. Umiechn si powoli i pochyli ku niej. - Musz ci dotkn. Teraz. Przekna lin. - Ja... ale... - W gow - wyjani, wci si umiechajc. - W ten sposb mog uzyska silniejsze poczenie. - Ach. - Przypomniaa sobie, jak dotyka gow Megan, kiedy chcia uwolni jej stumione wspomnienia. To chyba bdzie w porzdku. Jej serce przyspieszyo, kiedy usiad na ku. Lodowate prdy zawiroway wok niej, muskajc jej ciao i wywoujc gsi skrk. Zadraa. Pooy do na jej gowie. - Skup si.
175

Zamkna oczy i brzczenie powrcio. Teraz byo gbokie i mskie. Odbijao si rykoszetem od jednego ucha do drugiego - pltanina sw, ktrych nie moga wyodrbni. Im bardziej si staraa, tym silniej pulsoway jej skronie. - Syszysz mnie? - szepn. Pokrcia gow. Palcami mocniej nacisn jej gow. Nagy bl przeszy czoo Lary jak sztylet. Z cichym krzykiem szarpna si do tyu i przerwaa kontakt. - Au. - Potara czoo. - Co to byo, do diaba? - Uyem zbyt duo mocy. Przepraszam. - To tylko bl gowy. - Rozmasowaa pulsujce bolenie skronie. - Warto to znie, jeli mam dziki temu przey. - Zrobibym wszystko, eby ci ochroni. - To jest nas dwoje. - Przesuna si do tyu na ku, eby mc si oprze o cian. Zamkna oczy i odetchna gboko, starajc si si woli stumi bl gowy. Ja wci ci kocham. Gwatownie uniosa powieki. - Nie powinnimy o tym rozmawia. - Ja niczego nie powiedziaem. - Ale... - Mogaby przysic, e syszaa, jak mwi. Czy to byo tylko pobone yczenie? Przestaa oddycha, kiedy dotaro do niej, co si stao. Usyszaa jego myli. Wci j kocha! Zanim zdya wymyli odpowied, jej umys wypeniy trzaski. Bolesne pulsowanie nasilio si, a nagle usyszaa: ...mnie syszysz? - Syszaam koniec. - Spojrzaa na niego nieufnie. -A ty syszysz moje myli? Pokrci gow. - Niezbyt wyranie. Przede wszystkim czuj twj bl. - Och, przykro mi. - Ale w zasadzie ulyo jej, e nie sysza jej myli. Z ca pewnoci nie chciaa, by wiedzia, e ona go cigle kocha. Nawet o tym nie myl. Myl o rowych soniach. Skrzywia si, kiedy te przeklte sonie przegalopoway przez jej mzg. Ale przynajmniej zimne powietrze si rozproszyo. To musiao znaczy, e Jack zaprzesta prb telepatycznej komunikacji. Wskazaa biurko. - Mam aspiryn w torebce. Zrozumia t niezbyt subteln aluzj. Zerwa si i poda jej torebk.
176

- Potrzebujesz czego do picia? - Tak. W korytarzu jest automat z napojami. - Zaraz wracam. - Wyszed z pokoju. - Och! - pada na ko. Ta jego niewiarygodna myl cigle odbijaa si echem po obolaej gowie Lary. Ja wci ci kocham". I co ona ma zrobi? Najcudowniejszy facet na ziemi kocha j, ale jest wampirem. W tej plecej pozycji gowa bolaa j jeszcze bardziej, wic Lara usiada prosto. Wyja z torebki buteleczk z aspiryn i przez chwil szamotaa si z zabezpieczeniem przed dziemi. Do licha. Daaby rad to zrobi, gdyby rce jej si nie trzsy. Ja wci ci kocham". Jack po cichu wszed do pokoju, niosc dietetyczn col i butelk wody. - Nie wiedziaem, co bdziesz wolaa. wiat to dziwne miejsce, jeli najbardziej troskliwym mczyzn, jakiego spotkaa w yciu, jest wampir. - Wezm wod. Dziki. - Wrzucia do ust dwie aspiryny i popia wod. Postawi col na biurku i usiad na krzele. Lara opara gow o cian. Myl o czym bezpiecznym. - Czy... czy wampiry na cokolwiek choruj? - Boli jak diabli, kiedy godujemy z braku krwi - odpar cicho. - Mona nas otru, poparzy czy zrani, ale zwykle dochodzimy do zdrowia w trakcie naszego miertelnego snu. - miertelnego snu? - Skrzywia si, ale natychmiast przestaa, bo za bardzo bolao. - Naprawd jestecie martwi, kiedy picie? Spojrza na ni cierpko. - Dlatego nazywa si nas nieumarymi. Zadraa. Nic dziwnego, e nigdy nie odbiera telefonw w cigu dnia. Nie by niegrzeczny; by po prostu martwy. To cakiem nieza wymwka, ale wolaaby nie myle o nim jako o trupie. - A teraz jeste cakiem ywy? Zacisn usta z irytacj. - Syszaa bicie mojego serca. W tej chwili jestem tak samo ywy jak kady miertelnik. A na wypadek gdyby zapomniaa, wszystko mi funkcjonuje. Odwrcia oczy, eby nie spojrze na jego dinsy. Wiele razy czua pod nimi erekcj. Pora zmieni temat. - Wic... naprawd jeste synem Casanovy? Zmarszczka na jego czole si pogbia. - Tak. Zakochaa si w prawdziwym Casanovie. - Dlaczego nie uywasz nazwiska Casanov? Poprawi si na krzele. - Lepiej ci ju?
177

- Nie. - Bya ciekawa, dlaczego zmieni temat. - Nie odpowiedziae... - Umilka, kiedy nagle zdj jej ze stopy sportowy but. - Co ty robisz? Zdj jej drugi but, a potem obie skarpetki. - Boli ci gowa. Chc ci pomc si zrelaksowa. -Przysun si bliej z krzesem, by mc oprze sobie jej stopy na kolanach. Stumia jk, kiedy Jack kciukami uciska jej stopy. To byo takie przyjemne. Miaa obolae nogi od krenia po caym kampusie i szukania w akademikach ulotki Apolla. - Miae ju z kim takie kopoty? To znaczy, z wejciem w jego umys? - Nie. Ty jeste jedyna. - Zacz delikatnie pociga za palce stp. - Myl, e to ma co wsplnego z tym twoim wypadkiem samochodowym. Skrzywia si. - Wiesz o tym? Skin gow i zaj si drug stop. - Czytaem w Internecie artyku. I bardzo mi przykro, e musiaa tyle wycierpie. - Dziki. - W tej chwili jej cierpienie z ca pewnoci si zmniejszao. Masa stp dziaa cuda. Mgby ci wymasowa co wicej ni stopy. Odpdzia od siebie t zbkan myl. Chwaa Bogu, e w tej chwili nie zaglda w jej myli. - Przez tydzie byam w piczce. Myleli, e nie przeyj. Jack nie przerywa masau. - Jeste twarda. Podziwiam to w tobie. On j podziwia? To byo jeszcze przyjemniejsze ni masa stp. A masa by cholernie dobry. - Wypadek zmieni moje ycie. O mao nie zginam, ale w pewnym sensie to byo najlepsze, co mogo mnie spotka. Jego donie znieruchomiay. - Jak to? Umiechna si do niego kwano. - Zniweczy plany mojej matki, ktra z moj pomoc chciaa podbi wiat. Miaam by Miss Luizjany, potem Miss USA, i w kocu oczywicie Miss Universum. Zacz masowa znowu. - A ty nie tego chciaa? - Nie wiedziaam, e mona inaczej. Matka zacza mnie zgasza do konkursw, kiedy tylko zaczam chodzi. W wieku czterech lat zdobyam prestiowy tytu Maej Miss Pimakw. Skrzywi si. - Pimakw?
178

- No wiesz, pimoszczur. - Kiedy Jack wci mia skoowan min, machna rk. - Niewane. Do powiedzie, e moja mama jest nienormalna. Ma pidziesit dwa lata i wci bierze udzia w konkursach piknoci. A jeli nie znajduje konkursu, do ktrego mogaby si zgosi, sama go wymyla, na przykad Miss Nowego Orleanu w Rozmiarze XL. Nawet na zakupy chodzi w diademie i szarfie. - To... dziwaczne. - Jack wsun do w jej lunie spodnie i zacz masowa ydk. Lara westchna z zadowoleniem. Nogi j bolay, od kiedy FBI usiowao j zabi niekoczcymi si treningami. Nie bardzo wiedziaa, dlaczego opowiada Jackowi swoj histori, ale on by takim dobrym suchaczem - nie wspominajc ju o tym, jak dobrym by masayst - e nie miaa ochoty przestawa. - Mama wpada w zachwyt, kiedy wygraam tytu Miss Luizjany Nastolatek. Ale ja, po czternastu latach konkursw piknoci, miaam tego do. Mama dostawaa szau, kiedy tylko wspominaam o rezygnacji. Postaraam si, eby moja kariera misski bya skoczona. Jack przeszed do drugiej ydki. - Co zrobia? - Kiedy miaam dziewitnacie at, zostaam finalistk konkursu na Miss Luizjany. Zacza si ta cz, kiedy na scenie zadaj ci pytanie. Zazwyczaj jest to co w rodzaju: Co chciaaby zmieni na wiecie?", a zwyka odpowied to: Zaprowadzi pokj na caej Ziemi". Jack si umiechn. - A ty co powiedziaa? - Stwierdziam, e chciaabym, aby czciej stosowano kar mierci, bo uwaam, e byoby fajnie zintegrowa ca spoeczno przy okazji porzdnego, starowieckiego wieszania. Jack si rozemia. - Niegrzeczna dziewczynka. Lara odpowiedziaa umiechem. - eby ty widzia twarze sdziw. Moja matka a wrzasna. Oczywicie zajam pite miejsce wrd piciu finalistek. Matka wpada w histeri. Upara si, e nie pokae si w hotelu, bo za bardzo jej wstyd. Dlatego pojechaymy wieczorem do domu. Donie Jacka znieruchomiay. - To wtedy si to stao? Lara skina gow. - Byo ciemno. A my tak zawzicie si kciymy, e nie zauwayymy ciarwki. - Zamkna oczy, wdziczna, e nie pamita samego wypadku. ko zatrzso si; otworzya oczy. Jack wanie usadowi si obok niej. - To musiao by przeraajce. Skina gow.
179

- Mama miaa liczne zamania. Ja zamaam rk. I dostaam w gow. - Tak mi przykro. - Jack pogaska j po wosach, ktre teraz przykryway blizny. Wzrok Lary zamgli si od ez. - Pierwsze, co usyszaam, kiedy wybudziam si ze piczki, to gos mojej mamy rozmawiajcej z tat. Powiedziaa, e chwaa Bogu, e nie mam uszkodzonej twarzy, tylko gow. Jack wcign z sykiem powietrze. - Cara mia, to straszne. - Wtedy zrozumiaam, e nie wezm ju udziau w adnym konkursie piknoci. Chciaam uywa gowy, a nie twarzy. - Lara zamrugaa, by odpdzi zy. - Niestety moja gowa nie dziaaa zbyt dobrze. Nie pamitaam, jak si czyta i pisze. Jack pochyli si bliej. - Musiaa si nauczy wszystkiego od nowa? Skina gow. - LaToya leaa w tej samej sali co ja. Tak si poznaymy. Pracowaa w sklepie spoywczym, do ktrego wpad uzbrojony zodziej. Dostaa kulk w rami. Chodziymy razem na fizjoterapi, wic postanowiymy te razem gimnastykowa umysy. LaToya nie bya orem, jeli chodzi o czytanie, ale i tak lepiej radzia sobie ode mnie, i czua si lepiej, pomagajc mi. Stwierdzia, e jeli ja mog harowa jak bury osio, to ona te moe. Jack si umiechn. - To tak zostaycie przyjacikami. - Tak. Pracowaymy codziennie i po kilku miesicach czytaymy ju sobie nawzajem kryminay z Nancy Drew albo rozwizywaymy zagadki kryminalne. Przechodziymy do coraz trudniejszych ksiek, a w kocu postanowiymy, e chcemy zosta detektywami, apa zoczycw i przyczyni si do tego, eby wiat by lepszy. I oto jestemy tutaj. - Jeste niesamowita - wyszepta Jack. - Nigdy nie spotkaem tak wspaniaej kobiety. - Wzi jej do i j ucaowa. Skra zacza j mrowi w miejscu, gdzie poczua dotyk warg. Obrci jej rk i pocaowa wntrze. Mrwki rozeszy si z jej doni w gr, po rce, a do piersi. Kiedy unis oczy i spojrza na ni, byy brzowe, ciepe od mioci. Nie dostrzega lnicych zotych plamek. Nie uywa adnej wampirycznej mocy, eby j znci. Tylko mio. A ona tak bardzo jej pragna. Jego spojrzenie zawdrowao w d, na jej usta. Wiedziaa, e jeli go teraz nie powstrzyma, nie zdoa mu si oprze.
180

Wycigna do z jego doni i odsuna si na skraj ka. - C, myl, e zrobilimy dosy na dzisiuj. Gowa za bardzo mnie boli, eby wiczy dalej. - Rozumiem. - Jack wsta i powoli woy kurtk. - Jestem zaszczycony, e podzielia si ze mn swoj histori, ale nie mog si nie zastanawia, dlaczego to zrobia. Moe nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale teraz jeszcze bardziej pragn z tob by. Wysaa mi pozytywny sygna? Przekna lin. - Myl... myl, e moglibymy zosta przyjacimi. Moe. - Mogaby si przyjani z wampirem? Spucia wzrok i zacza skuba narzut z szenili. - Nie chc ci... osdza. Nie wygldasz na bardzo zego wampira. - Rety, dzikuj. Policzki jej zapony. - Przyszo mi do gowy, e moge zosta zaatakowany i przemieniony wbrew swojej woli. - Spojrzaa na niego z nadziej. - Tak to byo? - Bagam, powiedz mi, e nie chciae by potworem. Przecign doni po wosach. - Wolabym o tym nie mwi, ale tak, zostaem zaatakowany. - Przestpi z nogi na nog. - Bdziemy kontynuowa jutro wieczorem? Zmieni temat. Moe chcia jej oszczdzi krwawych szczegw. Przecie - jak zakadaa - musia zosta zamordowany. Czy co w tym rodzaju. Nie bardzo wiedziaa, jak powstaj wampiry. Ale niemal miaa pewno, e to nie byo dla niego przyjemne. Biedny Jack. - Tak. Spotkajmy si jutro wieczorem. Myl, e zrobilimy postpy. Umiechn si. - Tak, chyba tak. - Znikn. Lara westchna. Facet by stanowczo zbyt kuszcy. Ale i zbyt si od niej rni. Czy naprawd chciaa nalee do jego wiata? Czy chciaa mie chopaka, ktry byby martwy za dnia i mg y wiecznie, nie starzejc si nigdy? Zdawaa sobie spraw, e jeli zdecyduje si na Jacka, ma dwa wyjcia. Albo si zestarzeje i skoczy sama, zapomniana i ze zamanym sercem. Albo zostanie z nim na zawsze jako wampirzyca. Zadraa. Jak mogaby to zrobi? Jak mogaby by policyjnym detektywem, jeli zdecydowaaby si zosta wampirem? Jak mogaby zrezygnowa ze wiata dziennego, smacznego jedzenia i czekolady? Jak miaaby to powiedzie rodzinie? Jak mogaby mie rodzin? Nie, musi do tego podej rozsdnie. Jack moe by interesujcym przyjacielem. Ale nikim wicej. Bdzie musiaa kocha go na odlego.
181

Rozdzia 20
Jack zjawi si w Romatechu w dobrym nastroju. Lara usyszaa jego telepatyczny gos i wiedziaa, e on cigle j kocha. Spotkanie zaczo si troch niezrcznie, ale potem pozwolia si dotkn i pociesza. Podzielia si z nim wanymi wspomnieniami ze swojej przeszoci. Zaoferowaa przyja. To musiao znaczy, e jest skonna mu zaufa. Z czasem ich relacja moe si przerodzi w co gbszego. Bya niesamowit kobiet. Tak siln, dzieln, mdr i pikn. Nie mia cienia wtpliwoci, e Lara jest mu przeznaczona. Ale wci bya w niebezpieczestwie. Jego radosny nastrj wyparowa, gdy szed do biura MacKay. Min miesic bez adnych wynikw, jeli nie liczy kolejnych spartaczonych prb odnalezienia Apolla. Minie Jacka stay, donie zacisny si w picc. W wn|| piwy ile tektywa nie by przyzwyczajony do poru/ok. Z niechci przyznawa, e jednak do tej pory nl' udao im si znale Casimira. Ale pody przywdca Malkontentw cigle si przemieszcza. A ten Apollo mia! baz. Siedzia na miejscu. To byo mieszne, e nie mogli znale drania. Jack wszed do biura, gdzie zasta Phila siedzcego przy biurku i czytajcego co na komputerze. - Gdzie s wszyscy? Phil nawet nie mrugn, syszc gniew w glosie Jacka. - Domylam si, e spotkanie nie poszo najlepiej? - Spotkanie poszo dobrze, ale koczy nam si czas. Gdzie s wszyscy? - Robby cigle sprawdza tropy w Europie. Powiedzia, e pewnie przepi si u ciebie. - Dobrze. - Jack zawsze udostpnia palazzo jako schronienie dla wampirycznych przyjaci, ktrzy podrowali. - A Connor? - Connor z Phineasem sprawdzaj jedno miejsce w Ohio - cign Phil. - A ja grzebi w Internecie i wyszukuj wszystkie wzmianki o Apollu czy bogu soca. Jack zacz chodzi po pokoju. - Ile faszywych tropw ju sprawdzilimy? - Ponad setk - mrukn Phil. Jack waln pici o drucian klatk z broni.
182

- Do diabla, to nie powinno by takie trudne. Porzdne wampiry s na caym wiecie. Dlaczego nie moemy znale jednego zboczonego drania? Phil odchyli si na krzele, marszczc brwi. - Mam pewn teori. - Do diaba z teoriami. Ja potrzebuj wynikw! - Jack ruszy do drzwi. Merda. Musi si wzi w gar. Gniew nie pomoe Larze. - Okej, to jak masz teori? - No wic, skoro ju pytasz - zacz Phil, krzywic si cierpko. - Zauwayem przez lata, e wampiry zwykle mieszkaj na gsto zaludnionych terenach. Oczywicie dawniej pewnie chcielicie by blisko rda poywienia. To dawao wicej moliwoci i ograniczao niebezpieczestwo, e zostaniecie zauwaeni. Jack nie przestawa chodzi. - Mw dalej. - I lubicie si trzyma ze sob. Razem te imprezuje-cie. Ukrywanie si na wsi byo bardzo trudne dla Jeana--Luca. Pewnie by zwariowa, gdyby nie Heather i jej rodzina. Wiem, e Robby'emu jest ciko. Jack skin gow. - Do czego zmierzasz? - Jeli orodek Apolla jest z dala od miast, to wok nie ma wielu wampirw, ktre mogyby o nim wiedzie. I pewnie niewielu miertelnikw. To dlatego Apollo porywa ludzi. Potrzebuje rda poywienia. Jack westchn. Phil pewnie mia racj, ale to sprawiao, e nie mieli adnych szans, by znale Apolla. Phil pochyli si do przodu i opar okcie na biurku. - Ale ze zmiennoksztatnymi sprawa jest zupenie odwrotna. Unikaj cywilizacji. Lubimy wdrowa po najbardziej odludnych miejscach. Jack zatrzyma si nagle. - Mylisz, e wilcza wataha mogaby znale Apolla? - Myl, e warto sprbowa. Mgbym poprosi mistrzw watah w caym kraju, eby nam pomogli. Phil zmarszczy brwi. - Zaproponowaem to wczoraj w nocy, ale Connorowi nie spodoba si ten pomys. Nie chcia angaowa wilkoakw w wampirze sprawy. Jack znw zacz chodzi. Rozumia reakcj Connora. Stosunki wampirw i zmiennoksztatnych od wiekw byy pene napicia i nieufnoci. Trzymali si od siebie z daleka, cho dobrze wiedzieli o swoim istnieniu. Angus prbowa zasypa t przepa, powierzajc zmienno-ksztatnym dobrze patne stanowiska, wymagajce wzajemnego zaufania. Jack wiedzia jednak, e wikszo zmiennoksztatnych pracownikw firmy MacKay jest uwaana przez swoich za zdrajcw wasnego gatunku. Howard mia si cakiem dobrze, poniewa niedwiedzie pci mskiej
183

zwykle s samotnikami. Ale Phil by wilkiem i powinien pozosta czonkiem watahy. Samotny wilk to dziwne i niebezpieczne zjawisko. - Czy wilkoaki nam pomog? - spyta Jack. - By moe. - Phineas przeczesa doni swoje rozczochrane rudawe wosy. - Ale prawda jest taka, e pewnie uznaj was za swoich dunikw. - Ach. - To dlatego Connor odmwi. Nie chcia by duny adnych przysug watasze wilkw. Ale Jack czu tak desperacj, e ubiby interes z samym diabem, gdyby musia. - Popro ich o pomoc. Wszelkie dugi bior na siebie. - A teraz mnie syszysz? - zapyta Jack po raz kolejny. By rodowy wieczr, trzecia sesja z Lar. - Tylko par oderwanych sw. - Westchna. - To takie frustrujce. - Co ty powiesz - mrukn Jack. Pokada wielkie nadzieje we wtorkowym spotkaniu, ale skoczyo si raptem po dziesiciu minutach, bo Lar za bardzo rozbolaa gowa. Wiedzia, e cierpi, bo i on czu ten bl, i nie mg znie myli, e to on jest jego przyczyn. - Potrzebujesz aspiryny? - spyta. - Wziam jedn, zanim si zjawie. - Rozmasowaa skronie. - Albo zacza ju dziaa, albo jestem w tym coraz lepsza. Dzisiaj bl nie dokucza mi tak bardzo. - To dobrze. Moe twj mzg si przystosowuje. -Usiad na ku obok niej. Nie posaa mu tego nieufnego, sposzonego spojrzenia, wic uzna to za kolejny dobry znak. Przyzwyczajaa si do niego. Wierzy, e powoli odzyskuje jej zaufanie. Chcia czego wicej. Chcia jej mioci, ale potrafi by cierpliwy. Mia kilka nowych tropw do sprawdzenia tej nocy. Zachodnia wataha wilkw zauwaya w Newadzie i Utah dwa odizolowane kompleksy, w ktrych yli ludzie. Wtpi, by jakikolwiek z nich by tym, ktrego szukali. Leay bardzo daleko od innych ludzkich siedzib i zostay opisane jako chaty z bali. Ale czu tak desperacj, e by gotw szuka wszdzie. - Nie mog ci na to pozwoli, Laro. Apollo moe ci teleportowa dokdkolwiek i nigdy nie zdoam ci znale. Zmarszczya brwi. - Bd miaa nadajnik. Dostan go jutro. - Nadajnik mona straci. - FBI zdaje sobie z tego spraw. Zaplanowali co specjalnego. - Spojrzaa na niego surowo. - To nieodwoalne, Jack.
184

- Nie zgadzam si. Nie mog pozwoli, eby to zrobia, wic mam alternatywny plan. Kiedy Apollo zjawi si na wykadzie, Robby i ja zapiemy go i teleportujemy si z nim do Romatechu. Uwizimy go w pokoju wykadanym srebrem. Spochmurniaa jeszcze bardziej. - A co z pozostaymi dziewczynami? Musimy wiedzie, gdzie je trzyma. - Zmusimy go, eby nam powiedzia. Skrzywia si. - Jak? - Pozbawienie go posikw z krwi moe zadziaa. Albo sprbujemy przej kontrol nad jego umysem. Milczaa przez chwil, zastanawiajc si nad tym. - Wasz plan moe si uda, ale jak to wyjanimy policji i FBI? - Nie wyjanimy. Wykasujemy im wspomnienia. -Kiedy zacza oponowa, mwi dalej: - Nie mamy wyboru. Czy to my teleportujemy si z Apollem, czy te on teleportuje si z tob, miertelnicy nie mog pamita, e o tym wiedzieli. A ju na pewno nie moemy im pozwoli, eby odkryli jego orodek. Jeli znajdziemy dziewczyny, odelemy je do domu ze zmienionymi wspomnieniami. Musimy utrzyma nasze istnienie w tajemnicy. Lara zsuna si z ka i podesza do drzwi. Odwrcia si na picie z gniewn min. - Jeli zrobicie to po swojemu, nikt nie bdzie o niczym pamita. A Apollo? Nie zapaci za swoje zbrodnie? - Uwierz mi, zapaci. Opara donie na biodrach. - A co z moj cik prac? Wszystko na nic? - Bdziesz ywa. Nie nazwabym tego niczym. Spojrzaa na niego gniewnie. - Trenowaam do tego zadania miesic. Poradz sobie. - Nie pozwol, eby ten dra ci porwa. Zrobi wszystko, eby ci chroni. Zmruya oczy. - A ja mam wraenie, e jeste bardziej zainteresowany chronieniem tej waszej cennej wampirycznej egzystencji. Zacisn szczki. - To jest wane, ale nic nie jest dla mnie waniejsze od chronienia ciebie. Moje ycie bez ciebie nic by nie znaczyo. Za bardzo ci kocham, do diaba. Zachysna si. - Nie mw takich rzeczy. Wsta. - Usyszaa moje myli? - O rany. - Dotkna czoa.
185

Chc ci rzuci na ko i zedrze z ciebie ciuchy. - Przesta. - Posaa mu wcieke spojrzenie. Umiechn si. - Naprawd mnie syszysz. - Ehm, by moe. - Rozmasowaa czoo. - Troszk. Bd caowa paluszki twoich stp, a potem powdruj pocaunkami w gr twoich dugich, cudownych ng, a do... - Do! - Jej policzki porowiay. - Ale ja wanie dochodziem do najlepszej czci. Pokrcia gow. - Ja prbuj prowadzi z tob przyzwoit ktni, a ty mi opisujesz film dla dorosych. Jack zerkn na ko. - Moglibymy to urzeczywistni. - Boli mnie gowa. - Zaoya rce na piersi. - Chyba powiniene ju i. - Laro... - I nie chc ci widzie, dopki nie bdzie po wszystkim. Moemy uzna te korepetycje za wielki sukces. Dziki tobie bd sysze kad zboczon myl Apolla. Jack spojrza na ni ze zmarszczonymi brwiami. Musia sprbowa jeszcze jednej rzeczy; musia si upewni. Pchn w jej stron fal zimnej psychicznej energii, a zatoczya si do tyu. Jestem twoim panem i usuchasz mnie. Zdejmuj ubranie, ju. Parskna. - Chyba nisz. Ruszy w jej stron, zwikszajc moc. Jeste pod moj kontrol. Bdziesz si ze mn kocha. W jej oczach zapon gniew. - Wyno si w tej chwili! Odetchn gboko i wycofa moc. - Brava, bellissima. Syszysz, ale wci potrafisz si oprze wampirycznej kontroli. To bardzo dobrze. Spojrzaa na niego podejrzliwie. - To by tylko test? Kiwn gow. - Musiaem si upewni. Odwrcia wzrok, ale Jack zdy zauway zy w jej oczach. - Powiedziae mi kiedy, e nigdy nie uyby swoich mocy, eby zacign mnie do ka. Mylaam, e zamae obietnic.
186

- Laro, nigdy bym ci do niczego nie zmusza ani nie manipulowa tob. To prawda, e... pragn si z tob kocha, ale ponad wszystko pragn twojej mioci. Danej z wasnej woli. - Nie mog - szepna. Podszed do biurka. W jego piersi zalga si rozpacz. A jeli naprawd nigdy nie zdoa zdoby jej serca? Nie mg jej zmusi, eby go kochaa. Ale niezalenie od wszystkiego musia jej zapewni bezpieczestwo. - Nie pozwol, eby Apollo ci porwa. Wci staa odwrcona od niego, z zaoonymi rkami, przygarbiona. Merda, to j bolao rwnie mocno jak jego. - Do widzenia, Laro - powiedzia i si teleportowa. - Nie ma sensu si dzisiaj spotyka - powiedziaa Jackowi, kiedy zadzwoni we czwartek wieczorem. - Doceniam twoj pomoc, ale sprawa jest nieodwoalna i nie wa si tu teleportowa, kiedy mwi. Merda. Za dobrze go znaa. - Nasz plan na sobotni wieczr si nie zmieni. Porywamy Apolla. - Nic podobnego! Jack, ja mwi powanie. Trzymajcie si od tego z daleka. - Widziaa ju ulotk? Apollo przyjeda na uczelni? - Nie bd z tob o tym rozmawia. Przysigam, jeli zobacz tu ciebie albo kogo z twoich przyjaci, ka was aresztowa. - Laro... - Cigy sygna powiedzia mu, e si rozczya. Uparta kobieta. Ale co tam, on potrafi by rwnie uparty. Nastpnych kilka godzin spdzi z Phineasem, sprawdzajc kompleks w Colorado, zgoszony przez watah. Okazao si, e to obz treningowy mionikw surviva-lu. Kiedy wrcili do Romatechu, zastali Robby'ego, ktry teleportowa si z Europy. Jack zwoa narad, eby omwi plan na sobotni wieczr. O trzeciej trzydzieci nad ranem teleportowa si do pokoju Lary. By tu ju wczeniej, wic ta lokalizacja zostaa zapisana w jego pamici. Dziki swojemu wampirycznemu wzrokowi dostrzeg j w ciemnym pokoju. Leaa w ku i spaa mocno, tak jak mia nadziej. Po cichutku ruszy do drzwi. Nie zjawi si tu, eby na ni popatrze, ale eby sprawdzi, czy Apollo wywiesi swoj ulotk w holu na dole. Nagle usysza wysoki, bardzo cichy pisk. Poczeka chwil i znw pisno. Dziwne. Dwik by tak cichy, e bardziej wyczuwa go, ni sysza. Powtarzajce si pulsowanie energii. Spojrza na ko. Dwik dobiega od Lary.

187

Pomalutku podszed do niej. FBI musiao umieci na niej nadajnik. Merda. Jeli on sysza ten przeklty gadet, to Apollo te usyszy. Dowie si od razu, e organa cigania go namierzyy, i bdzie go kusio, eby zabi Lar natychmiast. Schyli si, prbujc zlokalizowa urzdzenie. Nie miaa wisiorka. Kolczykw. Czyby wszyli jej co pod skr? Jkna i przekrcia si na bok, twarz do ciany. Jej wosy rozsypay si po biaej poduszce - gste, faliste i... pikajce. Delikatnie dotkn kosmykw. Mikkie i jedwabiste. Zaraz. Ten by jaki inny. Szorstki i obcy. Jeszcze raz pogaska wosy, eby si upewni. Bdzie musia obci sztuczny kosmyk przed sobot. - Mmm. - Zamruczaa i przekrcia si na plecy. Jack stumi jk. Jej cienka koszulka nie zostawiaa wielkiego pola wyobrani. Widzia krge, pene piersi, mikkie sutki, ktre wrcz bagay, by je gaska, a stwardniej. Tak atwo byoby wlizgn si do jej umysu i zafundowa jej rundk wampirycznego seksu, ktrego nigdy by nie zapomniaa. Spodobaoby jej si tak bardzo, e bagaaby o wersj na jawie. Ale obieca, e nie uyje swoich wampirycznych mocy, eby zwabi j do ka. Merda. ycie byoby prostsze, gdyby potrafi by draniem jak jego ojciec. - Jack - mrukna. Wstrzyma oddech. Ciar w jego sercu odrobin zela. Moe jednak jest jaka szansa. Me rezygnuj ze mnie, Laro. Zawsze bd ci kocha. Przemkn do windy. Na parterze odnalaz tablic ogoszeniow i zobaczy ulotk. Row ulotk Apolla. Chcesz by pikna i moda na wieki?" Zadzwoni do biura ochrony w Romatechu. - Mamy go.

Rozdzia 21
Lara nie moga si pozby wraenia, e jest owc idc na rze. Dwaj agenci FBI zapewniali j, e moe si czu bezpieczna. Twierdzili, e z elektronicznym urzdzeniem namierzajcym w jej wosach radzi sobie nawet idiota. Czy idioci te pracuj dla rzdu? Lary jako te zapewnienia nie uspokoiy. Rwnie dobrze Apollo mg stwierdzi nagle, e yse dziewczyny s seksowne, i kaza ogoli jej gow.
188

Poza tym jak mogta by bezpieczna z wampirem porywaczem? Wszystkie te treningi sztuk walki nie pomog jej w konfrontacji z jego nadludzk sil i szybkoci. Jeli bdzie prbowa j zgwaci albo zabi, czy potrafi go powstrzyma? Kiedy nadszed sobotni wieczr, jej odek zawiza si w supe. W Centrum Obsugi Studentw mieli z ni by tylko dwaj agenci. Nie chcieli na miejscu policyjnej obstawy, eby nie sposzy Apolla. Zacza chodzi niespokojnie po swoim pokoju w akademiku. Spojrzaa na zegarek. sma. Agenci niedugo bd w Centrum. Ona miaa tam przyj sama, udajc, e ich nie zna. Miaa wej prosto do sali 102 i da si porwa. To aden problem, twierdzili. Nadajnik w jej wosach jest namierzany przez satelit. Mogli j odnale w kadym miejscu na wiecie. Przestaa chodzi, zmroona nag myl: namierz j, nawet jeli bdzie martwa. - Cze, Laro. Z cichym okrzykiem obrcia si na picie. - Do licha, Jack. Co ci mwiam o podkradaniu si do ludzi? Umiechn si. - Jeste troch spita, bellissima? - To nie jest zabawne, Jack. - Nie wiedziaa, czy udusi tego przystojnego drania, czy rzuci si w jego ramiona. Powiedziaa mu, e ma si nie zjawia, dopki nie bdzie po wszystkim, ale tak strasznie si cieszya, e go widzi. On przynajmniej naprawd si o ni troszczy. Z tymi facetami z FBI czua si jak pionek, ktrego mona powici dla sprawy. Obejrza j od stp do gw. - Dobrze si czujesz? - Doskonale - skamaa. - Co ty tu robisz? I jak miesz wyglda tak seksownie w tych czarnych ciuchach? - Wprowadzamy dzi w ycie nasz plan. Postanowia, e jednak go udusi. - Powiedziaam ci, e macie si w to nie miesza. - Nie mamy wyboru, Laro. Mylelimy, e uda nam si znale Apolla przed dzisiejszym wieczorem, ale si nie udao. Dzisiaj wiemy, gdzie bdzie, wic musimy to zrobi. To najlepsze wyjcie dla wszystkich. Musia widzie rowe ulotki. Zmarszczya brwi. - Chcesz tylko, eby istnienie wampirw pozostao tajemnic. - I eby ty bya bezpieczna. Nikt nie jest dla mnie waniejszy ni ty.
189

Nie chciaa przyzna, jak ogromn przyjemno sprawiaj jej te sowa. I nie miaa nic przeciwko temu, eby czu si bezpiecznie. Irytowao j tylko, e on w taki sposb wpada tutaj i przejmuje dowodzenie. - Nie mam pojcia, jak wasz plan mgby zadziaa. Zbyt wiele osb wie o tej sprawie. - On ju dziaa. Connor i Robby s w tej chwili w dwudziestym szstym komisariacie. We dwch s w stanie z atwoci opanowa ponad sto umysw naraz. Wyma kad myl o Apollu, kady lad po nim na papierze i w komputerach. To j rozzocio jeszcze bardziej. Wampiry mogy manipulowa ludzkimi umysami z tak atwoci, e przejmoway ich sto naraz? - FBI te wie. - Do nich Connor wybiera si w nastpnej kolejnoci. - Jack wzruszy ramionami. - Przez stulecia przeprowadzalimy takie akcje wiele razy. Wiemy, co robimy. Lara nie miaa wtpliwoci, e jego wampiryczni przyjaciele sobie z tym poradz. Widziaa, jak dokadnie Jack zatar lady po sobie w hotelu Paza. - Zanim zapiemy Apolla, musz zaatwi jeszcze jedn spraw. - Podszed do niej. Odsuna si, a wpada na biurko. - Nie wa si wymazywa moich wspomnie. Zatrzyma si. - Nawet bym nie prbowa. Chc, eby pamitaa Wenecj i eby pamitaa nas. Serce jej si cisno. Ona te nie chciaa zapomnie. Wyj z kieszeni marynarki noyczki. - Problemem s twoje wosy. A raczej te, ktre nie s twoje. - Co? - Skd on to wiedzia? Technik z FBI doskonale dopasowa kolor. Jack podszed bliej. - Poczuj si o wiele lepiej, kiedy te sztuczne zostan usunite. Dla twojego bezpieczestwa. Przygadzia doni sztuczny lok. - To mj jedyny rodek cznoci z FBI. - Nie potrzebujesz go, Laro. Nigdzie si nie wybierasz. A poza tym, kiedy skoczymy z agentami, nie bd wiedzieli, e maj ci namierzy. Nie bd te pamitali, kim jeste. Skrzywia si. - Ty cakowicie przejmujesz t spraw, czy mi si to podoba, czy nie. Mylaam, e jeste moim przyjacielem. Zmarszczy brwi. - Jestem twoim przyjacielem. Ale sysz to urzdzenie, Laro. Wyczuwam elektroniczne impulsy. A jeli ja je wyczuwam, Apollo te wyczuje.
190

Poczua zimny dreszcz na skrze. Boe, jak bliska bya od zrobienia kroku w mierteln puapk? - Odcibym go wczeniej, ale nie chciaem zaalarmowa FBI. - Jack chwyci! kosmyk sztucznych wosw i go odci. Rzuci na ko razem z noyczkami i nagle wzi j w ramiona. Zesztywniaa. - Co ty robisz? - Upewniam si, e odciem wszystko. - Wtuli twarz w jej wosy. - Serce ci omocze. - Bo... bo mnie zaskoczye. Przeczesa doni jej wosy. - Wiem, e jeste za. Mam nadziej, e kiedy mi wybaczysz. Z jednej strony, miaa ochot stopnie w jego ramionach i podzikowa, e ratuje j przed t niebezpieczn misj, ale z drugiej, wci bya wcieka, e przej kontrol wbrew jej woli. - Lepiej znajdcie te zaginione dziewczyny. - Znajdziemy. - Pocaowa j w czoo. - Powiedz swojej wsplokatorce, eby z nikim o tym nie rozmawiaa. Tylko wy dwie bdziecie pamita. Lara odetchna z ulg. Zostawi LaToy w spokoju. Jack puci j i si odsun. - Dla ciebie ju jest po zadaniu, bellissima. Moesz wraca do domu. - Znikn. Zagapia si w miejsce, w ktrym sta przed chwil. - artujesz? - Nie moga teraz odej. Chciaa zobaczy, jak ten zboczeniec Apollo zostaje schwytany. Pitnacie minut pniej wesza do Centrum Obsugi Studentw. Mina cz gastronomiczn i ruszya w stron sal konferencyjnych. Kiedy zbliaa si do koca gwnego korytarza, usyszaa w gowie gos Jacka. Wrcicie do swoich biur. Nie bdziecie pamitali, e bylicie na Uniwersytecie Syracuse. Nie bdziecie pamita Apolla ani adnej z jego ofiar. Lara wyjrzaa za rg i zobaczya Jacka z dwoma facetami z FBI. Spojrzaa na prawo: sala 102. Na kocu korytarza siedzia Robby i udawa, e czyta gazet. Kilt zamieni na par wytartych dinsw. Znw zerkna na lewo. Jack skoczy ju z agentami i rozmawia z modym czarnoskrym mczyzn. Kolejny wampir? Agenci FBI ruszyli spacerkiem w jej stron, wic zacza pilnie oglda automat z przekskami. Kiedy tamci dwaj wyszli zza rogu, spojrzaa na nich z umiechem. Skinli jej gowami i szli dalej. W ogle jej nie rozpoznali. Do licha. Wygldao na to, e ani FBI, ani policji nie ma ju w tym interesie. Czarny facet wyszed zza rogu i obejrza j sobie w przelocie. Widocznie nie wiedzia, kim jest, bo nie prbowa z ni rozmawia. Zaj miejsce w czci gastronomicznej, by mc obserwowa frontowe i boczne wejcie. Puls Lary przyspieszy. Przez ktre z tych drzwi lada chwila wejdzie Apollo. Chyba e teleportuje si gdzie blisko sali. Ale w korytarzu byli Robby i Jack, wic powinni go zauway.
191

Mina j grupka dziewczyn, rozemianych i rozgadanych. Trzy brunetki i blondynka. Jedna z brunetek trzymaa w doni row ulotk. Dotary do koca gwnego korytarza i skrciy w prawo. Lara domylaa si, e id do sali 102, ale powinny by bezpieczne. Wszystkie miay nieodpowiedni kolor wosw. - Hej, idziesz na ten wykad? Lara odwrcia si i zobaczya jeszcze jedn mod kobiet, ciskajc row ulotk w wypielgnowanej doni. Dziewczyna si umiechna. - To moe by fajne. odek Lary wywin koza. Dziewczyna miaa ja-snorude wosy. O Boe, nie. Agenci mieli zatrzyma wszystkie rude dziewczyny, ktre wybieray si na wykad. Ale agentw nie byo. - Ehm... mnie si wydaje, e nie warto. Pewnie bd nam tylko chcieli co sprzeda, wiesz. adna rudaska wzruszya ramionami. - A ja syszaam, e moemy dosta jakie darmowe prbki. I bd losowa jak cenn nagrod. Ruszya korytarzem i skrcia w prawo. Lara jkna w duchu. A jeli Jack i jego koledzy nie zapi Apolla? Jako wampir dysponowa superszybko-ci. Mg si teleportowa. I zabra z sob t rud. Do diaba. Musi wycign stamtd t dziewczyn. Posza korytarzem, skrcia w prawo. Ruda znikna ju w sali 102. Lara nie bya zaskoczona, kiedy Jack zapa j za rami. - Co ty tu robisz? - szepn. - Powiedziaem ci, eby wracaa do domu. - A jakie znaki na niebie i ziemi wskazyway, e ci posucham? Zamruga. Otworzy usta, eby odpowiedzie, ale zamkn je ze skoowan min. Lara si umiechna. Autentycznie odebraa mu gos. - Do sali wesza wanie ruda dziewczyna. Wycign j stamtd. Jack zmarszczy brwi i puci Lar. - No dobrze, ale si pospiesz. Ju prawie pora. - Pospiesz si. I staraj si nie wyglda tak podejrzanie. Bardziej przypominasz jakiego macho-wojownika ni studenta. Oczy Jacka bysny wesoo. - Naprawd?

192

Pokrcia gow i wesza do sali 102. W jednym kocu by ustawiony wielki ekran. Przodem do ekranu stao jakie osiem rzdw krzese. Wikszo miejsc bya pusta. W pierwszych czterech rzdach siedziay dwie grupki dziewczyn. Zajte rozmow, ledwie j zauwayy. Nie byo wrd nich rudej. Ruda, ktr Lara widziaa na korytarzu, siedziaa sama z tyu. Umiechna si, gdy Lara podesza do niej. - Ciesz si, e przysza. Chcesz usi ze mn? -Dotkna krzesa obok siebie. - Dziki. - Lara usiada, zastanawiajc si, jak wywabi dziewczyn z pokoju. Moe mogaby wrzasn poar"? - Jestem Thina - powiedziaa ruda. - Dziwne imi, wiem. Wanie przeniosam si tu z Utica. - Ja te jestem tu nowa - odpara Lara. - I umieram z godu. Moe zjemy co w barze? - Niezy pomys. - Thina wstaa, ae nagle zerkna w stron ekranu. - Ups, chyba si zaczyna. Lara wstaa, widzc, e kto wychodzi zza ekranu. j Wysoki, przystojny mczyzna z krtkimi jasnymi wosa- j mi i bardzo niebieskimi oczami. Apollo. Pod pach nis laptop. - O rany - szepna Thina. Dziewczyny w sali byy zbyt zajte podziwianiem Apolla, by zauway, e nie wszed do sali przez drzwi. Widocznie teleportowa si za ekran. A to oznaczao, e Jack i Robby nie wiedz, e si zjawi. Podszed do stolika pod cian i otworzy laptop. Lara domylia si, e ma na nim prezentacj w PowerPoincie. Po sali przeleciaa fala zimnego powietrza. Jestem Apollo i bdziecie mi posuszne. Jego ostre, bkitne spojrzenie przemkno po dziewczynach w pierwszych rzdach, po czym skupio si na Larze i Thinie. Umiechn si. Lara przekna lin. - Chodmy std. Przez drzwi wpad jaki ksztat, rozmazany od szybkoci. Lara odetchna z ulg, kiedy Robby mign w stron Apolla. Jack by tu za nim. Odwrci si, by sprawdzi, czy jest bezpieczna, ale w tym uamku sekundy Apollo zapa swj laptop i si teleportowa. - Nie! - krzykn Robby. Lara chwycia gwatowny wdech. To wszystko stao si tak szybko. Ledwie dotaro do niej, e Jackowi si nie udao, kiedy elazna do cisna j za rami. - Co...? - Szarpna si, ale ta do bya za silna. Su-persilna, jak do wampira. Boe, nie. Apollo mia wsplniczk. - Znikamy - szepna Thina.
193

Lara usyszaa krzyk Jacka, zanim wszystko zrobio si czarne. Lara zatoczya si, kiedy wyldowaa na twardej pododze, wic wykorzystaa wasny impet, by wyrwa si z chwytu Thiny. Odskoczya do tyu, przybierajc obronn poz, gotowa do walki. Musiaa zakada, e Thina moe j ugry. Na szczcie Thina nie rzucia si na ni. Spojrzaa tylko na Lar z wyszoci, jakby poczua brzydki zapach. Larze to nie przeszkadzao. Kiedy Thina bya zajta zadzieraniem nosa, ona miaa czas, by rozejrze si po otoczeniu. Niewielki pokj. Biae ciany. Przy drzwiach dwaj stranicy z mieczami. Niedobrze. Obydwaj mieli twarze bez wyrazu, wskazujce, e s pod wampiryczn kontrol. Bardzo niedobrze. Ich skpe, biae togi odsaniay wy-depilowane klaty i nogi. Byy tylko jedne drzwi. adnych okien. Wok nie dostrzega niczego, co mogoby posuy jej za bro. Natychmiastowa ucieczka nie wchodzia w gr. - Jeste odwaniej sza ni wikszo miertelniczek -rzucia pogardliwie Thina. - W tym momencie przewanie ju klcz i z paczem woaj mam. Lara przekna lin. Nastawiona przede wszystkim na ratowanie ycia, zapomniaa, e powinna udawa przeraon i ogupia. Zrobia wystraszon min. - O Boe! Co ty mi zrobia? Gdzie my jestemy? Thina umiechna si, wyranie zadowolona z tego przejawu strachu. - Wszystko zostanie ujawnione w odpowiednim czasie przed tymi, ktre zostan uznane za godne. Lara miaa ochot wbi obcas w ten zadowolony umieszek Thiny. - Moesz mwi troch janiej? - Spojrzaa na stranikw. - Och, ju kumam. To jest impreza jakiego bractwa! Rany, supertogi! Chopaki, moe przyniecie nam po piwie? - Cisza! - rozkazaa Thina. - Na kolana. Lara spojrzaa na barczystych stranikw. - Syszelicie pani. Na kolana. - Pucia do nich oczko. - Zobaczymy, na co was sta. - Do, dziewko! - Oczy Thiny zapony gniewem. Lara przechylia gow ze zdziwion min. - Mwia do mnie? Podmuch zimnego powietrza uderzy Lar z tak si, e zatoczya si do tyu. Niewidzialne sople zaczy dga j w gow. By utrzyma si przy yciu, musiaa taczy, jak jej zagraj - udawa, e jest pod kontrol. Przybraa obojtny wyraz twarzy. Bdzie si zachowywa jak ci stranicy; jej twarz nie moga wyraa adnych emocji. Thina podesza do niej i wymierzya jej policzek.
194

Lara staa nieruchomo, starajc si nie pokaza po sobie blu czy zaskoczenia. Jej oczy lekko zawiy. Nie moga nic na to poradzi. Thina si umiechna. - No, ju lepiej. A teraz uklknij przede mn. Uko si do podogi. Lara pada na kolana i pochylia si do przodu, a jej czoo dotkno zimnej kamiennej posadzki. Waciwie to byo nawet lepsze. Przynajmniej moga ukry twarz. - Jestem Atena, crka Zeusa, bogini mdroci. Bdziesz si do mnie zwraca Wszechmdra Ateno. Lara zmarszczya nos. Czy ta laska mwia powanie? Z ca pewnoci miaa wybujae ego. Bdziesz mi posuszna we wszystkim. Odpowiedz mi teraz. - Tak - odpara Lara. Zagryza wargi. - Wszechmdra Ateno. - Chwaa Bogu, e Jack nauczy j sysze telepatyczne gosy wampirw. Dotara do niej caa groza sytuacji. Miaa przechlapa-ne. Urzdzenie namierzajce zostao na ku, a ludzie z FBI i policji nawet nie wiedzieli, e trzeba jej szuka. Ale Jack bdzie jej szuka. Stanie na rzsach, byle j znale. Skrzywia si, kiedy sobie wyobrazia, jaki musi by przeraony. Powinna siedzie w swoim pokoju. Popenia wielki bd, starajc si postpi przyzwoicie. Ale wynagrodzi mu to. FBI dugo szkolio j w efektywnych sposobach ucieczki. Nie potrzebowaa rycerza w lnicej zbroi ani wampira w zardzewiaej, by pdzi jej na pomoc. Sama si wykaraska z tych tarapatw. Przynajmniej miaa tak nadziej. - Bdziesz we wszystkim posuszna Apollowi - powiedziaa Atena. - Bdziesz si do niego zwraca Apollo, mj Panie. - Tak, Wszechmdra Ateno - mrukna Lara. - Kiedy stranik wyda ci polecenie, usuchasz i odpowiesz: Tak, panie". - Tak, Wszechmdra Ateno. - Doprawdy, zabawny orodek wypoczynkowy. Moe przynajmniej zafunduje sobie porzdn depilacj woskiem, jak ci stranicy. Owia j kolejny podmuch zimnego powietrza, a dostaa gsiej skrki na rkach. Gos Ateny zabrzmia w jej gowie. Teraz obdaruj ci niewielk prbk mojej mdroci. O rety. Lara miaa nadziej, e to nie potrwa zbyt dugo. Podoga bya twarda jak z kamienia. Zreszt bya z kamienia. Moe z marmuru. By biay i bez skazy. - Ocaliam ci, zabierajc ze miertelnego poziomu egzystencji - oznajmia Atena. - Moesz mi teraz podzikowa. Lara przewrcia oczami.
195

- Dzikuj, Wszechmdra Ateno. - Bogini Rozcignitych Majciochw. Skarcia si w duchu. Musiaa bardziej uwaa na swoje myli, na wypadek, gdyby Atena je podsuchiwaa. Atena jest super. - Przywiodam ci na Pola Elizejskie - cigna Atena. - Krlestwo miertelnych jest dla ciebie zamknite. Nigdy nie wrcisz na Ziemi. Rozumiesz to? - Tak, Wszechmdra Ateno. - Ale z ciebie fajna bogini. - Jeli sprbujesz opuci to miejsce, znajdziesz si w Hadesie, krainie wiecznej udrki. Jeli wywoasz niezadowolenie moje ub Apolla, zostaniesz zesana do Hadesu. Chcesz spdzi wieczno w piekle? - Nie, Wszechmdra Ateno. - A wic to w taki sposb zmusili porwane dziewczyny do pozostania tutaj i zniechcili je do ucieczki. Biedaczki wierzyy, e na Ziemi nie ma powrotu, i yy w strachu przed piekem. - Teraz jeste dziewk. Nie masz imienia. Jeste tu po to, eby suy bogom. To jedyne twoje zadanie. Lara przekna lin. Moga si domyli, jakich usug wymaga Apollo. Kolacja ze niadaniem i kiem po drodze, i z ni w charakterze gwnego dania. Nie bdzie manikiuru ani masay. To nie by orodek wypoczynkowy. Ani spa. To bya pokrcona wampiryczna sekta.

Rozdzia 22
Jack przebi pici tyln cian sali 102. Studentki wrzasny i zbiy si w grupk. Robby chwyci go za rami. - Wracaj do Romatechu. Ju. Ja tu posprztam. Jack mu si wyrwa. -Zawiodem j! Jak mogem j zawie? -We si w gar, Jack. - Robby spojrza na drzwi, przez ktre wpad Phineas. - Phineas, zabierz go do Ro matechu. - Nigdzie nie id - warkn Jack. Robby chwyci go za rami, - Jej tu nie ma. - Jego twarz zmika. Znajdziemy - J, Jack. -O cholera. - Phineas podszed do nich. - Apollo ma... - Tak, ma - przerwa mu Robby. - A teraz zabierz std Jacka. Ja si zaraz zjawi. -Nie potrzebuj niaki. - Jack teleportowa si sam. Zjawi si w lesie koo Romatechu i odama ga z Bogu ducha winnego drzewa.
196

Phineas uchyli si, kiedy ga przeleciaa mu nad gow. -Ziom, przykro mi. Ale j znajdziemy. Jack ruszy wciekym krokiem w stron wejcia do Romatechu. -Rozedr tego Apolla na strzpy. - Zacz szuka w kieszeni swojej karty identyfikacyjnej. Merda. Rce mu si trzsy. -Ja to zaatwi, stary. - Phineas przecign kart i aktywowa czytnik doni. Jack odwrci si i spojrza w las otaczajcy Romatech. Lara moga by wszdzie. Lara! Lara, syszysz mnie? - O kurde. To byo gono. - Phineas przytrzyma otwarte drzwi. - Jak daleko moe dotrze telepatyczna wiadomo? - Nie dalej ni jakie sto pidziesit kilometrw. - Jack zamkn oczy i si skupi. Nic. Nie syszaa go. Jak mg j zawie? Po tych wszystkich obiecankach, e j ochroni, w kocu j zawid. Jego serce ciskao si ze strachu. yj, Laro. Utrzymaj si przy yciu, i dopki ci nie znajd. To si znowu dziao. Zawid swoj pierwsz mio, Beatrice. Nie byo go przy niej i umara, mylc, e j opuci. A teraz nie ma go przy Larze. Zjawi si Robby. - Zmieniem wspomnienia tych dziewczyn, ale niewiele mogem zrobi z dziur w cianie. - Podszed do nich. - Znajdziemy j, Jack. - Tak, znajdziemy - zawtrowa mu Phineas. - Nic jej nie bdzie, ziom. Jack zastanawia si, czy Bg syszy modlitwy posyane z dziewitego krgu pieka. Lara wci klczaa na twardej marmurowej pododze. Prbowaa nie myle o strachu i obolaych kolanach, przypominajc sobie lekcje na temat ucieczek. Po pierwsze, musi zebra informacje. Nie moe zdecydowa, dokd ucieka, dopki si nie dowie, gdzie jest. Bdzie musiaa ka uszy po sobie i w miar moliwoci nie da si ugry, eby zachowa siy. Rozejrzy si za czymkolwiek, co moe posuy jako bro. Sprbuje te znale jaki sposb komunikacji ze wiatem zewntrznym. I musi oceni inne wizione tutaj osoby, eby zorientowa si, czy ktra z nich moe zosta jej sprzymierzecem. Stranicy nie wchodzili w gr. Mieli kompletnie wyprane mzgi, a poza tym byli uzbrojeni. - Stranicy - powiedziaa Atena. - Przyprowadcie dwie dziewki. - Tak, Wszechmdra Ateno - odparli chrem. Lara przechylia lekko gow, eby cokolwiek widzie. Stranicy otworzyli drzwi i wyszli. Jeden z sandaw tego wyszego skrzypia piskliwie co drugi krok. Usyszaa zbliajce si kroki kogo innego. - Ateno. - To by Apollo.
197

Lara z trudem przekna lin. Miaa nadziej, e nie jest godny. Atena spojrzaa na ni. - Zosta. - Tak, Wszechmdra Ateno. - Jeste taka mdra i wspaniaa. Atena wysza z pokoju. - Tak, Apollo, mj Panie? Lara nadstawia uszu, by podsucha rozmow. Nawet nie chciao im si cisza gosw. Pewnie nie uwaali jej za zagroenie. - Te dwa wampiry o mao mnie nie schwytay - burkn Apollo. - Byy wcieke. - To pewnie ktry z tych gupich, butelkowych wampirw - sykna Atena. - Przysigam, nienawidz ich i tego ich przekonania o wasnej wyszoci, jakby czym si rnili od nas. Mamy wszelkie prawo do wieych posikw. Lara si skrzywia. Poczua si jak hamburger bez buki. - Wydaje mi si, e na mnie czekali - stwierdzi Apollo. - Trzeba bdzie znale sobie nowe tereny owieckie. - To aden problem. Na Pnocnym Wschodzie jest peno uczelni. To byo interesujce. A zatem s gdzie na Pnocnym Wschodzie. - Przynajmniej lokalizacja tego miejsca cigle jest tajemnic - odpar Apollo. - Nie teleportowali si tu za nami, wic najwidoczniej nie wiedz, gdzie jestemy. A co z t now dziewczyn? Mylisz, e moe z nimi wsppracowa? Atena si rozemiaa. - W yciu. Jest jeszcze gupsza ni te poprzednie. Lara przewrcia oczami. wietnie. No dobrze, bdzie dalej udawa debilk, dopki nie przygotuje si do ucieczki. - Dobrze - powiedzia Apollo. - Przygotuj j. Za pi minut zaczn Ceremoni Wyboru. - Odszed. Lara usyszaa w oddali dwa eskie gosy. - Witaj, Apollo, nasz Panie. - Chodcie, dziewki! - zawoaa je Atena. Wrcia do i pokoju. - Powsta, dziewko. Lara domylia si, e chodzi o ni. Wstaa sztywno z podogi i si rozejrzaa. Na suficie wisiaa elektryczna lampa. No prosz. Na Polach Elizejskich mieli prd. Te pozostae dziewczyny miay wida cakiem pochrzanione w gowach przez wampiryczn kontrol, skoro nie zdaway sobie sprawy, e cige s na Ziemi.
198

Pokj by pusty, nie liczc duego drewnianego kufra i regau na ksiki penego poskadanych sukien. adnych ksiek. Ale kto by potrzebowa ksiek, majc pod rk Wszechmdra Aten? Do pokoju wbiegy dwie mode, rudowose kobiety. Ukoniy si. - Witaj, Wszechmdra Ateno. - Wrcilimy dzisiaj z now dziewk - oznajmia Atena. - Przygotujecie j do Ceremonii Wyboru, ktra zacznie si za pi minut. - Wysza z pokoju. Lara rozpoznaa dziewczyny ze zdj w policyjnych aktach. Byy to Vanessa Carlton, porwana w maju z Uniwersytetu Columbia, Kristy Robinson, ktra znikna z Uniwersytetu Nowojorskiego w kwietniu. Co za ulga, e obie yj. - Cze, jestem Lara. Skrzywiy si i zerkny na otwarte drzwi. Vanessa zamkna je szybko. - Narobisz sobie kopotw, jeli bdziesz uywa imienia - szepna. - Jestemy dziewkami. Dostajemy imi tylko wtedy, kiedy zostajemy Wybran. Kristy klasna w rce, umiechajc si szeroko. - A jedna z nas zostanie wybrana dzisiaj! - O rety. - Lara sprbowaa si umiechn. - Szybko. - Kristy skoczya do regau. - Zdejmij wszystko oprcz bielizny. Musimy ci ubra. - Wyja z pki poskadan sukni i j strzepna. Lara przygldaa si dziewczynom, cigajc buty. Obie miay na sobie dugie, biae tuniki spite na lewym ramieniu i obnaajce prawe rami. Do tunik przyszyte byy pod pachami dwa dugie pasy biaego lnu. Pasami tymi owijao si tuw, krzyujc je na brzuchu i na plecach, i wic z przodu w talii. Lara zdja koszulk i dinsy. - Dziewczyny, wiecie, gdzie jestemy? - Jestemy dziewkami - powtrzya Kristy. - Czy Wszechmdra Atena nie wyjania ci tego? - Powiedziaa co o Polach Elizejskich. - Lara zdja skarpetki. - Chyba nie miaa na myli Champs Elysees w Paryu? Dziewczyny spojrzay na ni, jakby nie zrozumiay. - No wiecie. We Francji? Kady musi zobaczy Pary, zanim umrze. Vanessa si przygarbia. - Dla nas jest ju za pno. Nie moemy wrci. - Jej oczy napeniy si zami. - Tskni za rodzin i przyjacimi.
199

- Nie pacz - sykna na ni Kristy. - Jeli bdziesz le wyglda, nigdy nie zostaniesz wybrana. A poza tym jeszcze kiedy zobaczysz krewnych. - Tak. - Vanessa zmarszczya brwi. - Jak ju umr. - Dlaczego miaaby czeka? - spytaa Lara. - Moemy po prostu wyj std i wrci do domu. - Nie moemy wrci do domu - zawya Vanessa. -My nie yjemy! - . - Kristy dziabna j palcem. - Usysz ci. Wiesz, e bogowie maj nadludzki such. - Spojrzaa na Lar. - Za adne skarby nie wolno ci rozgniewa bogw. - Dlaczego? - spytaa Lara. - Co mog nam zrobi? - To bogowie - szepna Vanessa. - Potrafi znika i si pojawia. I maj nadludzk si. Widziaam, jak wyrywali drzewa z ziemi i rzucali gazami, jakby to byy kamyki. Potrafi opanowa nasze umysy i zmusi nas do wszystkiego. - To prawda. - Kristy skina gow. - Kiedy jeden stranik rozgniewa Aten, a ona kazaa mu si poci jego wasnym mieczem. A potem Apollo uy swojej witej krwi, eby go uleczy. Vanessa zadraa. - Jeli naprawd bardzo ich rozgniewasz, mog ci posa na wieczno do Hadesu. - Ale nie chcemy ci straszy - powiedziaa Kristy. -Musisz by naprawd mia, skoro ci tu sprowadzili. Vanessa si umiechna. - Tylko wyjtkowe osoby, takie jak my, mog mieszka tutaj i suy bogom. - A jeli ich zadowolisz, moesz zosta Wybran, i zrobi z ciebie bogini - dodaa Kristy z szerokim umiechem. - Pospiesz si! Ceremonia Wyboru zaraz si zacznie. Lara zdja stanik i Vanessa woya jej przez gow bia tunik. Gdy Lara ukadaa j na sobie, Kristy spia materia na jej lewym ramieniu zapink z brzu. Vanessa zapaa lniane pasy, z pomoc Kristy owina nimi Lar i zwizaa je w talii. W oddali zabrzmia gony gong. - O nie! Zaczynaj. - Vanessa podbiega do regau i chwycia biae skrzane sanday. - Masz. W je. Gdy Vanessa pomagaa Larze zapi sanday, Kristy zebraa porzucone ubrania Lary i wrzucia je do drewnianego kufra. - Co si stanie podczas tej ceremonii? - spytaa Lara. - Apollo wskae now Wybran - wyjania Vanessa. - Zwykle jest to dziewka, ktra jest tu ju od duszego czasu, wic mamy mae szanse. Kristy napuszya swoje dugie, miedziane wosy. - Nie mog si doczeka, kiedy bdzie moja kolej. Lara si skrzywia. Wybrana prawdopodobnie bya kolacj.
200

Gong znw si odezwa. - Chodmy. - Kristy wzia czerwon sukni z regau i otworzya drzwi. - Jeste pewna, e nie yjemy? - szepna Lara. - Jestem strasznie podekscytowana jak na zmar. Kristy si umiechna. - Prawda, jakie to ekscytujce? Jestemy na zupenie innym poziomie egzystencji. I mieszkamy wrd bogw. Fajnie, nie? Bogowie naprawd nas pobogosawili. Chyba raczej zafundowali wam solidne pranie mzgu. Przeszy przez hol do ozdobnych, dwuskrzydowych drzwi. Kristy i Vanessa otworzyy je, i Lara a si zachysna. To byo jak Partenon, tylko nowiutki i byszczcy. Vanessa si umiechna. - Ja te tak zareagowaam, kiedy zobaczyam to po raz pierwszy. Wspaniae, co? - Szybciej. - Kirsty zagonia je do rodka. - Inne dziewki ju s na miejscach. Lara wesza do wityni, gapic si dookoa z otwartymi ustami. Po obu stronach prostoktnej sali wystrzelao pod wysoki sufit po sze marmurowych korynckich kolumn. Midzy kolumnami na trjnogach spoczyway misy z brzu. W kadej misie pon ogie, zabarwiajc biay marmur na wszystkie odcienie zota. W drugim kocu wityni, na podwyszeniu, stay trzy zote trony. Nad nimi, podwieszone pod sufitem i otoczone pochodniami, byszczao w wietle ognia wielkie brzowe soce. Stojcy z boku stranik w krtkiej, biaej tunice po raz trzeci uderzy w gong. Gboki, metaliczny dwik rozleg si echem po wityni. W centralnej czci, na pododze, leao dziewi czerwonych poduszek, w rzdach po trzy. Sze dziewek w biaych szatach stao za szecioma pierwszymi poduszkami. Vanessa zatrzymaa si za poduszk w ostatnim rzdzie i kiwna na Lar, by stana obok niej. Kristy podbiega do gongu i pooya czerwon szat na pododze obok stranika. Potem wrcia do ostatniego rzdu poduszek. - Ujrzyjcie Wybran Kaliope. - Stranik jeszcze raz uderzy w gong. Zza tronw wymaszerowao czterech stranikw nioscych na ramionach zot lektyk. Kiedy obeszli trony i znaleli si przed nimi, Lara zobaczya mod kobiet spoczywajc na zotych poduszkach. Bya ubrana w czerwon szat. Jej suknia bya podobna do biaych tunik noszonych przez dziewki, tyle e dodatkowo miaa czerwony szal wok szyi. Lara skrzywia si, bo szal pewnie ukrywa lady ugryzie. Stranicy opucili lektyk na podog i dwch z nich pomogo Kaliope wst. Czyby bya a tak saba? Lara patrzya z rosncym niepokojem, jak stranicy pomagaj jej wej po stopniach na podwyszenie. Kaliope usiada na mniejszym tronie po lewej stronie. Teraz Lara widziaa jej twarz i rozpoznaa j z policyjnych akt. Wybran Kaliope bya Brittney Beckford, dziewczyna, ktra znikna z Uniwersytetu Columbia w lipcu zeszego roku.
201

Czterej stranicy wynieli lektyk gdzie za trony. Lara przypuszczaa, e z tyu s pokoje. Gong zabrzmia po raz kolejny. - Ujrzyjcie bogw, ktrzy s wrd nas - oznajmi stranik. - Wszechmdra Atena, crka Zeusa, bogini mdroci. - Wszechmdra Atena - odpowiedziay chrem dziewki i uklky na poduszkach. Lara posza w ich lady, wdziczna, e tym razem ma poduszk. Zerkna w gr, gdy Atena wesza do wityni. Wampirzyca zamienia dinsy i koszulk na dug tog z fioletowego jedwabiu. Jej gow zdobi wieniec ze zotych lici. Wesza na podwyszenie i usiada na tronie po prawej stronie. - Nasz Pan Apollo, syn Zeusa i bg soca - zaanonsowa stranik. Ukaza si Apollo, wystrojony w dug, byszczc tog w kolorze zota. Za nimi szo czterech stranikw z mieczami. Lara w sumie naliczya piciu. Wygldao na to, e wszyscy s pod cakowit kontrol. Dziewki westchny, gdy Apollo je mija. Lara musiaa przyzna, e by przystojnym mczyzn, ale sdzc po lodowatym wietrze hulajcym po sali, uywa wampirycznej mocy, by adna nie moga mu si oprze. Apollo wszed na podwyszenie i odwrci si twarz do nich z wadczym umieszkiem. - Apollo, nasz Panie. - Dziewki zoyy mu gboki ukon. Lara naladowaa ich ruchy. - Nadesza pora, bym wskaza now Wybran -oznajmi Apollo. - To najwikszy honor, jaki moe spotka mierteln kobiet. Jeli dobrze mi usuy, uczyni j bogini. Lara usyszaa, jak kilka dziewek szepcze pod nosem: Prosz, wybierz mnie". Nie chciaa, eby ktrakolwiek z nich zostaa ugryziona, ale chyba byoby lepiej, gdyby Brittney dostaa woln noc. Biedna dziewczyna musi odzyska siy. Apollo kiwn na stranika przy gongu. - Przynie czerwon szat. - Tak, Apollo, mj Panie. - Stranik wzi szat i ruszy w stron dziewiciu dziewek. Apollo zszed z podwyszenia i zacz powoli przechadza si wrd nich. - Podniecie si, ebym mg zobaczy wasze twarze. Wyprostoway si, wci klczc na poduszkach. Lara prbowaa si przygarbi i wyglda nieatrakcyjnie, ale pozostae dziewczyny wypinay piersi i odrzucay wosy na plecy. - Pierwszy rzd, wsta - rozkaza Apollo. Pierwsze trzy dziewczyny wstay z podogi. Apollo przyjrza im si uwanie, a potem zatrzyma si przed t w rodku.
202

- Obna si. - Tak, Apollo, mj Panie - szepna dziewczyna i rozpia brzow broszk na ramieniu. Biaa szata opada do miejsca, gdzie lniane pasy otaczay jej ebra, odsaniajc piersi. Lara z trudem si opanowaa, by nie pokaza po sobie obrzydzenia. Zboczeniec. Kamliwy dra. Obiecuje przemieni te dziewczyny w boginie, kiedy tak naprawd zamierza tylko pi ich krew. A moe naprawd dawa im wieczne ycie. Jej spojrzenie pado na Aten. Wygldaa na rudowos studentk. Czy moga by jedn z nich, zanim staa si wampirzyc? Apollo cofn si o krok, jego bkitne oczy zawieciy. - Oto nowa Wybrana. Bdzie miaa na imi Auila. Stranik wystpi naprzd z sukni na rkach. Dwie dziewki z jej rzdu pomogy Auili si ubra. Byy zgnbione, ale Auila promieniaa radoci. Lara z trudem przekna lin. Biedna dziewczyna zostaa wybrana na kolacj. Apollo wzi j za rk i poprowadzi za trony, do pokojw na tyach. Do diaba. Lara nie moga nic na to poradzi. Atena posza za nim z dwoma stranikami. Lara bya ciekawa, czy oni s jej kolacj. Dwaj pozostali stranicy pomogli Wybranej Kaliope zej z podwyszenia i zaprowadzili j za trony. Zabrzmia gong. - Ju po wszystkim. - Vanessa wstaa. - Teraz idziemy do naszej sypialni. Podnoszc si z klczek, Lara zerkna na dziewi czerwonych poduszek. Teraz byo tylko osiem dziewczyn. Posza za nimi przez dwuskrzydowe drzwi. Jedna z odrzuconych wybuchna paczem. - Dlaczego on nigdy nie wybiera mnie? Su bogom od miesicy. - Musisz by cierpliwa - powiedziaa inna dziewka. - Bogowie wiedz, kiedy przychodzi waciwy czas dla kadej z nas. Przeciy hol i wyszy przez kolejne dwuskrzydowe drzwi. Lar owiao chodne, wiee powietrze; odetchna gboko. Poczua zapach sosen. Byo zbyt ciemno, eby widzie otoczenie, ale niebo byo tak czyste, e musieli znajdowa si na jakim odludziu. Dziewczyny poszy w stron mniejszego, kwadratowego budynku. Za nim Lara dostrzega kolejny, jeszcze mniejszy. Obejrzaa si na wityni. Bya to najwiksza budowla w kompleksie. Odgradza j od otoczenia tylko niski kamienny mur. Do atwo byoby przez niego j przej. Mur owietlao kilka pochodni, ale nie na caej ' dugoci - tam mogaby si przelizgn niezauwaona. Pewnie zdoaaby uciec, ale dokd? Nie miaa pojcia, w ktrym kierunku i, a wygldao na to, e kompleks otoczony jest ze wszystkich stron gstym, ciemnym lasem. Mogaby si bka wiele dni.

203

Dziewki poprowadziy j do kwadratowego budyku, ktry przypomina rzymsk will z wewntrznym patio. Na patio Lara zobaczya basen. Dziewczyny skrciy ii w prawo i weszy do dugiego dormitorium z dziesicioma kami, po pi pod kad cian. - Tutaj pimy - powiedziaa Vanessa. - Stranicy sypiaj po drugiej stronie patio. - Ale trzymaj si od nich z daleka - ostrzega j Kristy. - Musimy by czyste dla Apolla. - No wanie. - Vanessa zniya gos. - Stranicy su Atenie. Bdzie wcieka, jeli choby na nich spojrzysz. - Rozumiem. - Lara wzia prysznic w duej azience, ktr dzieliy wszystkie dziewczyny, i ubraa si w prost, bia koszul nocn. Pokazano jej, w ktrym ku ma spa. Udaa wic, e pi, czekajc, a pozostae dziewczyny zasn. Miaa nadziej, e uda jej si troch powszy w nocy i zebra wicej informacji. A moe powinna sprbowa zajrze do Wybranych i sprawdzi, czy nic im nie jest? Niestety nie wiedziaa dokadnie, gdzie s, a nie moga ryzykowa, e natknie si na wampira albo e ktry z nich domyli si, i nie jest pod ich kontrol. To grozio jej mierci. Trudno jej byo znosi spokojnie to, co spotyka te dziewczyny, ale najlepszym sposobem, by im pomc, byo utrzyma si przy yciu i bardzo uwaa. Westchna. Jedna z odrzuconych dziewczyn jeszcze nie spaa: pakaa cicho w swoim ku. Lara powoli zapada w sen. - Pobudka, piochu. - Vanessa potrzsna ni. - Ju dzie. Lara podniosa si gwatownie, pena nadziei, e Pola Elizejskie, Wybrane i wampiry przebrane za bogw tylko jej si przyniy. Ale nie, bya w sypialni dziewek. - Wstawaj - ponaglia j Vanessa. - Ubieraj si. Mamy obowizki. Po trzydziestu minutach pomagania Vanessie i Kristy przy sprztaniu azienki i sypialni Lara rzeczywicie czua si jak dziewka suca. - Gdzie s pozostae dziewki? - spytaa. - Niektre sprztaj wityni, a niektre strzeg Apolla - wyjania Kristy, wrzucajc brudne rczniki i koszule nocne do wiklinowego kosza. - W cigu dnia strzeemy go na zmian. Lara westchna i zabraa si do cielenia kolejnego ka. - Jeli jest wszechmocnym bogiem, to dlaczego trzeba go strzec? - Strzeemy tylko jego ciaa - wyjania Kristy. -Opuszcza je na dzie. - No tak. - Bo wampir w cigu dnia by martwy. Lara pomylaa, e dobrze byoby dorwa jaki n albo koek. Mogaby przebi Apolla, kiedy leaby zmoony miertelnym snem. - Ja te bd go strzec?
204

- Oczywicie - odpara Vanessa, ktra zamiataa podog. - Robimy to parami, siedzc przed jego pokojem. - Nie wchodzicie do rodka? - spytaa Lara. - Och nie, pokj jest zamknity na klucz. - Vanes-sa zmiota kupk kurzu do kosza. - Jestemy tam tylko po to, eby go uhonorowa. Musi opuszcza swoje ciao przed witem, eby mc si sta socem. - A kiedy soce zachodzi, powraca do swojego ciaa - cigna Kristy. - Jest wtedy bardzo zmczony i godny. Wybrana pomaga mu odzyska siy. - Domylam si - rzucia kwano Lara. - Chyba skoczyymy. - Kristy rozejrzaa si po pokoju z aprobat. - Idmy zje niadanie. Lara posza za nimi do mniejszego budynku na tyach, gdzie jedna z dziewek zajmowaa si gotowaniem. Kristy zmarszczya nos, patrzc na jedzenie na stole. - Znowu przypalia tosty. - I co z tego? - Kucharka spojrzaa na ni ze zoci. - Sprbuj gotowa trzy posiki dziennie dla pitnastu osb. Mam powyej uszu tej roboty. Vanessa sykna z dezaprobat i spojrzaa na otwarte drzwi. - Nie wolno ci si skary. Ktry ze stranikw mgby ci usysze. - A suenie bogom to przyjemno - dodaa Kristy. - Ja prawie nie widuj bogw - burkna kucharka. -Wiecznie haruj tu jak niewolnica. Lara odetchna z ulg. To jest doskonae miejsce, eby nie rzuca si w oczy. - Pomog ci. - C. - Vanessa pocigna j za sukni i szepna: -Nie chcesz tu pracowa. - Ale ja chc suy bogom - upieraa si Lara. -I uwielbiam gotowa. - Serio? - Kucharka wybauszya na ni oczy. - Naprawd chciaaby mi pomc? - Oczywicie. - Lara wesza do kuchni i rozejrzaa si. Alleluja. S tu noe. Bdzie moga zaserwowa Apollowi dziur w sercu na kolacj. Kucharka zapaa j za rk. - Niech ci bogowie bogosawi. Nawet nie wiesz, ile razy spniam si na Ceremoni Wyboru, w sukni poplamionej jedzeniem. Apollo nigdy mnie nie wybiera. Mwi, e cuchn jedzeniem miertelnikw i e to uraa jego niemiertelne zmysy. - Jej oczy napeniy si zami. - Moe teraz bd miaa szans. - Nie ma sprawy. - Lar ogarny lekkie wyrzuty sumienia. Czy ratowaa siebie kosztem tej dziewczyny? Nie, musiaa ratowa siebie, eby uratowa je wszystkie.
205

Otworzya spiarni i obejrzaa pudeka, puszki i butelki. Zauwaya butelk syropu klonowego z Vermont. - Skd si bierze to jedzenie? Kucharka wzruszya ramionami, zgarniajc na pmisek wielk kup jajecznicy. - Przyjeda co tydzie. Bogowie znaleli sposb, eby sprowadza je ze miertelnego wiata. - No tak. - Lara musi si dowiedzie, kiedy przyjedaj zapasy. Gdyby udao jej si przekaza wiadomo dostawcy, moe zdoaaby uratowa wszystkich. Postawia na szafce butelk z syropem klonowym. - Kto chce naleniki? - Ja, ja! - Kristy i Vanessa zamachay rkami. Inna dziewka wpada przez kuchenne drzwi z tac z jajkami, bekonem i tostami. - Na bogw. - Postawia tac na stole i przycisna drc do do piersi. - To si chyba stao. - Co? - spytaa Vanessa. Dziewka wskazaa tac z jedzeniem. - Zaniosam Kaliope niadanie do wityni, ale jej pokj jest pusty. Nie ma jej tam. Kristy, Vanessa i kucharka zachysny si ze zdumienia. - Jeste pewna? - szepna Kristy. - Nie bya z ktrym z bogw? - Nie. - Dziewka pokrcia gow. - Zapytaam stranikw i powiedzieli, e ostatniej nocy wstpia. Znowu rozlegy si okrzyki zdumienia. Lara podesza do dziewki. - Co to znaczy wstpia"? Oczy dziewki napeniy si zami. - Wstpia na wyszy poziom. Kaliope staa si bogini. - Chwaa bogom - szepna Kristy. - O tak - dodaa Vanessa. - To jest niesamowite. Mam nadziej, e ja te kiedy bd bogini. Lara zadraa; po jej plecach przebieg dreszcz. Przypomniaa sobie, jak saba bya Brittney Beckford poprzedniego wieczoru. Zakrya usta, bo mdoci podeszy jej do garda. Miaa straszne przeczucie, e dziewczyna nie yje.

Rozdzia 23

206

Kiedy stranicy przyszli na niadanie, kucharka poinformowaa ich, e Lara zgosia si do pracy w kuchni. Wysoki stranik ze skrzypicym sandaem chyba tu dowodzi. Nosi ze sob podkadk do pisania i przydziela zajcia. Powiedzia Larze, e tego popoudnia bdzie penia stra, od pierwszej do czwartej. Potem moe wrci do kuchni i pomc w przygotowaniu kolacji. - Tak, panie. - Lara postawia przed nim talerze z nalenikami i jajkami z bekonem. Zauwaya lady naku na jego szyi. Usugujc pozostaym stranikom, dostrzega wicej ran. Najwidoczniej Atena nie lubia si ogranicza do jednego Wybraca. Wolaa bufet z piciu da. Lara zostaa w kuchni, eby pomc przygotowa i poda lunch, a potem, chwil przed pierwsz, posza z jedn z dziewek do wityni, eby peni stra. Bya to ta sama dziewka, ktra ostatniej nocy dugo pakaa w ku. Kiedy szy przez teren kompleksu, Lara rozejrzaa si po otoczeniu, ktre teraz, za dnia, byo lepiej widoczne. witynia, dormitorium w stylu woskiej willi i kuchnia byy otoczone kamiennym murem. Po drugiej stronie muru rs gsty las. - Jaki adny las - powiedziaa. - Moe pniej si po nim przespaceruj. Dziewka zatrzymaa si z przestraszon min. - Nie moesz opuszcza Pl Elizejskich! To jest zakazane. Lar jako niezbyt to zaskoczyo. - Moe nazbieram jakich jagd i upiek nam placek. Dziewka pokrcia gow. - Nie moesz wyj do lasu. Apollo mwi, e tam s straszliwe bestie z wielkimi kami! Lara stumia prychnicie. O wiele bardziej niepokoiy j ky Apolla. Dziewka zadraa. - Apollo mwi, e jeli ktra z tych bestii ci zapie, zawlecze ci do Hadesu. - No tak, tego bymy nie chciay. - Lara westchna. Te dziewczyny byy tak ogupiae, e nie rozpoznaway nawet ironii. Posza za dziewk do wityni. Dziewka zaprowadzia Lar za trony, do korytarza w tylnej czci budynku. Po kadej stronie korytarza znajdowao si troje drzwi. Dwoje z nich pomalowano na czerwono. - To pokoje Wybranych - wyjania dziewka. Lara ujrzaa jednego ze stranikw, stojcego pod fioletowymi drzwiami. To musia by pokj Ateny. Kristy i Va-nessa siedziay na czerwonych poduszkach przed zotymi drzwiami. Wstay, kiedy Lara i jej towarzyszka podeszy. - Mam nadziej, e zostawiycie nam co do jedzenia - powiedziaa Vanessa. - Umieramy z godu. - Obie z Kristy ruszyy do kuchni.
207

Lara usiada obok drugiej dziewki. Postawia swoj poduszk pod cian, eby mc si oprze i wycign nogi przed siebie. T now pozycj sprowadzia na siebie karcce spojrzenie koleanki. Staraa si nie myle o truchle Apolla po drugiej stronie drzwi. Ale przynajmniej w cigu dnia byy bezpieczne. Ciekawe, gdzie jest Jack? Ley pogrony w miertelnym nie w domu na Upper East Side? Przypomniaa sobie, jak powiedzia LaToi, e w piwnicy zwykle le trupy, a ona wzia to za art. Co za dra. A jednak tak bardzo si rni od tutejszych wampirw. Atena i Apollo widzieli w ludziach tylko chodzce posiki, gupie i atwe do kontrolowania. Jack zawsze traktowa j z szacunkiem i serdecznoci. Naprawd przejmowa si jej uczuciami i bezpieczestwem. Czy spdzi ca noc na desperackich poszukiwaniach? Przypomniaa sobie, jak zachowywa si wobec Maria i Gianetty w Wenecji. Ci dwoje byli miertelnikami, ale on uwaa ich za rodzin. Okazywa szacunek i ciepe uczucia ojcu Giuseppe. I tak bardzo stara si tamtej nocy sprawi jej przyjemno lodami, przejadk gondol i serenad. By takim dobrym czowiekiem. I tak strasznie za nim tsknia. Potrafi j rozmieszy. Potrafi j rozpali. Potrafi sprawi, e czua si pikna, mdra i doceniana. By mczyzn doskonaym, nie liczc jednego maego wampirycznego problemu. Czy to naprawd byo szalestwo, eby zakocha si w wampirze? A moe jeszcze wikszym szalestwem byo odrzuci go tylko dlatego, e jest wampirem? To przecie nie jego wina, e zosta przemieniony. Zosta zaatakowany. Czy nie do si ju nacierpia? Byoby zbytnim okruciestwem odrzuci go i kaza mu cierpie jeszcze bardziej. Apollo odrzuca dziewczyny wycznie na podstawie koloru wosw. Ale czy prawdziwy bg nie sdziby ludzi po sercach, a nie po wygldzie? Czy Mio odrzuciaby kogokolwiek za to, e jest inny? Poczucie spokoju otulio Lar jak ciepy koc. Ju wiedziaa, co ma robi. Nie moga odrzuci Jacka. Nie moga znie myli, e go skrzywdzi. Nawet gdyby oznaczao to wywrcenie do gry nogami jej wasnego ycia, to wolaa wzi ten bl na siebie ni kaza mu cierpie jeszcze bardziej. Taka wanie bya mio. A ona kochaa Jacka caym sercem. Zamkna oczy i przypomniaa sobie, jak kocha si z ni na dzwonnicy. Ale by seksowny ten jej wampir Casanov. Nie moga si doczeka, kiedy go znw zobaczy i powie mu, e si zdecydowaa. Naleaa do niego na zawsze. Prosz, Jack, znajd mnie szybko. Wyobraaa sobie, jaki bdzie szczliwy, z jak szalon pasj bdzie si z ni kocha. Druga dziewka stukna j w rami. - Nie zasypiaj. To zakazane.
208

- Dobra - burkna Lara, kiedy jej romantyczne marzenia rozwiay si nagle. - Naprawd musimy tutaj siedzie przez trzy godziny? To takie nudne. - ! - Dziewka zerkna na stranika w korytarzu. - Nie mw tak. Usyszy ci. - Okej. Mam na imi Lara. A ty? Przeraona dziewka zakrya usta. - Przesta! - Znw spojrzaa na stranika. - Nie wolno nam uywa imion. - Niech zgadn. To zakazane? - Tak - sykna dziewka. - Zachowuj si. - Okej, spoko. - Lara postanowia nazywa t dziewczyn Bezimienna. Nie, lepiej Panna Zakaz. Nie przypominaa sobie, eby widziaa jej zdjcie w aktach. - Na jak uczelni chodzia? Panna Zakaz posaa jej gniewne spojrzenie. - Tamto ycie si skoczyo. Nie mwimy o nim. Rozumiem, e jeste nowa, wic nie donios na ciebie, ale lepiej naucz si trzyma jzyk za zbami, bo wyldujesz w Hadesie. Lara, cho niechtnie, zgodzia si, e musi by I grzeczna. Nie chciaa ciga na siebie uwagi. - Strasznie przepraszam. Ja bardzo chc suy bogom. - Wskazaa drzwi z brzu w kocu korytarza. A czyj jest tamten pokj? - To Najwitsze Sanktuarium - szepna Panna Zakaz. - Mieszka tam Zeus, kiedy si zjawia. - Zeus tutaj bywa? - Lara zgadywaa, e to jaki kolejny wampir, ktry wpada wyspi darmowy posiek od Apolla. - To wspaniae. - Wiem! - Oczy Panny Zakaz zabysy. - Pojawia si co par tygodni, eby odwiedzi swoje dzieci, Apolla i Aten. Ale oczywicie zwykle mieszka na Olimpie. - Oczywicie. A jak wyglda? - Nikt tego nie wie - szepna Panna Zakaz. - Nigdy nie wychodzi z Najwitszego Sanktuarium. Apollo wyznacza Wybran dla niego. A nastpnego ranka Wybrana go nie pamita. Jest bardzo tajemniczy. - No tak. To ilu bogw tu wpada? - Cakiem spora garstka. - Panna Zakaz si umiechna. - Ktrego razu przyby z wizyt Hermes i wybra mnie. - To... cudownie. - Lara nie widziaa szyi Panny Zakaz pod dugimi rudoblond wosami. Przez reszt suby pod drzwiami Lara prbowaa wydoby z Panny Zakaz jak najwicej informacji. Potem wrcia do kuchni, eby pomc kucharce przygotowa kolacj dla piciu stranikw, omiu dziewek i nowej Wybranej, Auili. To nie mg by przypadek, e Auila zostaa wybrana akurat w chwili, kiedy znikna Brittney Beckford. Apollo musia wiedzie, e dziewczyna jest bliska mierci. Co za dra. Tak otumani te dziewczyny, e same si paliy, by zosta jego kolejn ofiar.
209

We dwie z kuchark sprztay po kolacji, kiedy zaszo soce. Kristy wbiega do kuchni. - Szybko! Zeus przyby. Bdzie kolejna Ceremonia Wyboru. - O bogowie. - Kucharka wytara rce w cierecz-k. - Musimy si doprowadzi do porzdku, szybko. Pobiega do dormitorium. Lara ruszya za ni i Kristy daa im nowe, biae szaty do woenia. Wpady do wityni, kiedy zabrzmia pierwszy gong. Lara zaja miejsce w ostatnim rzdzie poduszek na rodku wityni. Vanessa i Kristy stany obok niej. Przed ni stay trzy dziewki. W pierwszym rzdzie byy tylko dwie - kucharka i Panna Zakaz. Trzecia poduszka -Auili - pozostaa wolna. Gong zabrzmia znowu i stranik zaanonsowa nadejcie Wybranej. Auila wesza do wityni ubrana w czerwon sukni. Lara stwierdzia z ulg, e dziewczyna wyglda na siln, chocia widok czerwonego szala na jej szyi budzi dreszcze. Zaanonsowano Aten i Apolla. Lara uklka i skonia si razem z pozostaymi dziewkami. - Zaszczyci nas swoj wizyt mj ojciec, Wszechmocny Zeus. - Apollo zacz okra dziewki. - Pierwszy rzd, wsta. Kucharka i Panna Zakaz wstay z podogi. - Ty bdziesz jego Wybran na dzisiejsz noc. -Apollo kiwn na Pann Zakaz. - Postaraj si go zadowoli. - Tak, Apollo, mj Panie - szepna Panna Zakaz. -Och, dzikuj, mj Panie. Kucharka ze smutn min pomoga Pannie Zakaz woy czerwon szat. Larze wywrci si odek. Wolaa nie myle, co czeka Pann Zakaz. Apollo poprowadzi dziewczyn do korytarza za tronami. Sza do Najwitszego Sanktuarium, domylaa si Lara. Miaa nadziej, e biedaczka wyjdzie stamtd ywa. Po tej ceremonii zostao ju tylko siedem dziewek. Lara czua narastajcy strach, ktry w kadej chwili mg si zmieni w najzwyklejsz panik. Poszy do dormitorium. Powietrze byo chodne i rzekie, ale ona oddychaa z trudnoci. Serce jej omotao. Spojrzaa na czyste nocne niebo. Jack na pewno ju nie pi. Czy jej szuka? Jack, bagam, pospiesz si. Zaczynam wpada w panik. Postanowia, e nie moe czeka na ratunek. Musi si std wydosta. Auila i Panna Zakaz mogy umrze. Reszta dziewczyn te bya w niebezpieczestwie. Do diaba, ona sama bya w niebezpieczestwie. - Chyba pjd do kuchni i sprawdz zapasy - powiedziaa pozostaym. - Docz do was pniej.
210

Pobiega do kuchni i skompletowaa zaopatrzenie potrzebne do ucieczki. N, pudeko zapaek, butelka z wod, troch krakersw. Wysypaa ziemniaki z szarego worka i schowaa do niego swoje zapasy. Z workiem w doni wykrada si z kuchni. Te cholerne biae sanday nie nadaway si na dug wdrwk po lesie, ale jakie miaa wyjcie? A w tej biaej szacie bya za bardzo widoczna. Zauwaya dwch stranikw idcych wzdu kamiennego muru. Oddalali si od niej. Okrya kuchni i zauwaya na jej tyach zaronit gruntow drog, prowadzc do elaznej bramy. wietnie! To pewnie tdy przyjedaa furgonetka z dostawami jedzenia. Leny dukt mg prowadzi do najbliszego miasta. Rozejrzaa si dookoa. Teren czysty. Podcigna dug tunik do kolan i popdzia do bramy. Przelizgna si pod spodem. Bya wolna! Nagle wok niej rozbrzmiao niesamowite wycie. Rozejrzaa si po lesie i krzykna cicho, kiedy ujrzaa dwoje zotych oczu. Co to jej mwia Panna Zakaz? Twierdzia, e w lesie s straszliwe bestie z wielkimi kami i e zawlok j do Hadesu? Pokrcia gow. Nie, to byo tylko pranie mzgu. Nie moe w to wierzy. Para zotych oczu zbliaa si szybko. Lara przycisna plecy do bramy. Serce omotao jej w piersi. Z lasu dobieg kolejny skowyt. Podszycie lasu szelecio i trzeszczao. Gorczkowo odszukaa w worku n. I w sam por, bo spomidzy drzew wyoni si wielki, szary wilk. Nigdy nie widziaa tak ogromnego wilka. Prawd mwic, nigdy nie widziaa adnego wilka. cisna mocniej n. Zote oczy wilka byszczay w ciemnoci. Warkn i z lasu wyszy kolejne dwa wilki. Boe, mogo ich by cae stado. Lara powolutku przesza z powrotem pod bram. Wycofywaa si krok za krokiem, nie spuszczajc z oka trzech wilkw. Stay nieruchomo, obserwujc j. Obesza kuchni, wpada do rodka i zatrzasna drzwi. Niech to szlag! Wampiry i wilki. Cokolwiek zrobi, ju po niej. Och, Jack, prosz, znajd mnie. Jack wszed do biura ochrony w Romatechu. , - Daj mi kolejne miejsce do sprawdzenia. Szybko. Phil spojrza na niego zza biurka. - Zachodni Texas to byo pudo? - Tak. - Ledwie mina pnoc, a Jack zdy ju ( sprawdzi cztery odizolowane kompleksy w caym kraju. - Nie byo czego w Colorado? - Tym zaj si Robby. - Phil zerkn na ty notatnik lecy przed nim na biurku. - A Phineas jest w Virginii.
211

Jack zacz chodzi po biurze. Trzy wampiry rozdzieliy si, eby mc zbada wicej tropw. Phil dyurowa przy telefonie, bo przez cay czas spyway zgoszenia od wilczych watah z caych Stanw. Niestety, wiele zgaszanych miejsc znajdowao si w zachodnich stanach, a Jackwierzy, e Apollo jest gdzie na wschodzie, bliej swoich lterenw owieckich. Phil postuka dugopisem w t kartk. - Mam jedno w Minnesocie. - Zadzwo do mistrza watahy, to si teleportuj. -Jack musia mie zajcie, bo inaczej by zwariowa. Gdyby zatrzyma si cho na chwil i pomyla, jak moe w tej chwili cierpie Lara, wyrwaby drzewo z korzeniami. Kiedy Phil siga po suchawk, telefon zadzwoni. - MacKay, Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne. Przy telefonie Phil. - Umilk na chwil. - Tak, ten Phil. Supersuch Jacka wychwyci niski, szorstki gos w suchawce. Mistrz watahy z pnocnego Maine. Zapowiadao si obiecujco. Jack przechyli si przez biurko, eby lepiej sysze. W lesie odkryto ciao kobiety. Serce mu si cisno. Nie, nie Lara. Phil spojrza na niego z niepokojem. - Moesz j opisa? Masz zdjcie? Podam ci numer naszego faksu. - Wyrecytowa numer. Jackiem wstrzsn zimny dreszcz. Gos w suchawce opisa dziewczyn jako wysok, szczup, z jasnymi rudawymi wosami i niebieskimi oczami. Faks dziaa tak cholernie wolno. Jack poczu mdoci i po raz pierwszy w swoim dugim yciu wampira pomyla, e moe zwymiotowa kolacj. Zdjcie wreszcie przyszo. Jack wyrwa je z urzdzenia. To nie bya Lara. Chwyci drcy oddech. - To nie ona. Ale ta dziewczyna wyglda znajomo. -Zapa akta sprawy i przejrza zdjcia, ktre zgromadzi. Wycign jedno, bardzo podobne do tego z faksu. Brittney Beckford. Apollo porzuci ciao tej biedaczki w lesie. - Architektura w greckim stylu? - Phil wyprostowa si. - Jeste pewien? - Przecz go na gonik - powiedzia Jack. - Lecimy tam w tej chwili. Phil wcisn guzik i ostrzeg mistrza watahy, e zaraz si zjawi. Jack zapa go za rami i teleportowa si, kierujc si gosem wilkoaka. - Witajcie w Wolf Ridge. - Wysoki mczyzna z gstymi, siwymi wosami i bursztynowymi oczami, ubrany w policyjny mundur, sta za biurkiem z ponur min. -Wszyscy tutaj mwi do mnie: Szefie. Jack spojrza na pust cel aresztu za jego plecami.
212

- Jeste tu szefem policji? - Tak, i mistrzem watahy. - Wilkoak wycign rk do Phila. - Mio ci pozna. Znam twojego ojca. - Z pewnoci - mrukn Phil, ciskajc do Szefa. - To jest Jack di Yenezia. Szef nieufnie przyjrza si Jackowi, ciskajc jego do. - Moi synowie i ja znalelimy t martw dziewczyn w lesie. Myl, e zabi j kto z waszych. Ma lady zbw na szyi i jest kompletnie pozbawiona krwi. Jack zacisn zby. - Wampir, ktry j zabi, nie jest jednym z naszych. Ja pij tylko syntetyczn krew i chroni miertelnikw przed tymi, ktrzy zabijaj dla poywienia. Szef skin gow. - To dobrze. Ja te nie pozwalam mojej watasze atakowa miertelnikw. - Musimy zobaczy orodek, ktry odkrylicie. -Jack zadzwoni do Robby'go i Phineasa; obaj teleportowali si na miejsce. Szef obejrza ich sobie. - Wic mamy jednego wampira z Wenecji, jednego ze Szkocji, sdzc po kilcie, i jednego z...? - Bronksu - dokoczy Phineas. - Masz z tym jaki problem? - Nie. - Szef si umiechn. - Zaprowadz was do orodka. Jeli jest tam wampir, ktry zabija kobiety, to ja te chc go powstrzyma. Wyprowadzi ich na zewntrz i wszyscy wsiedli do SUV-a. Po trzydziestu minutach dojechali do myliwskiej chaty Szefa gboko w lesie. - Reszt drogi przejdziemy pieszo. - Szef wszed za potn mask samochodu i zdj mundur. - Bdzie szybciej, jeli my, wilkoaki, zmienimy posta. - Zerkn na Phila. - Gotw? Phil zacisn szczki. - Zostan w ludzkiej postaci. Szef si skrzywi. - Wybacz. Odniosem wraenie, e... - Niewane - burkn Phil. - Bd tu za wami. I wezm twoje ciuchy. - Dziki. - Szef uoy swoje ubranie na masce. Kiedy ruszy do lasu, jego ciao zaczo si zmienia. p0 kilku sekundach by ju wielkim, szarym wilkiem. - O kurde - powiedzia Phineas. - Szybko mu to poszo. - Jest samcem Alfa. - Phil wzi ubranie komendanta. - One potrafi si z atwoci przemienia o dowolnej porze. Nie potrzebuj peni ksiyca. - Ach tak. - Phineas zerkn na sierp ksiyca. -Wic ty pewnie nie jeste...
213

- Do - przerwa mu Robby. Wskaza Szefa, ktry pdzi ju w las. - Idziemy. Trzy wampiry migny za biegncym wilkiem, Phil ruszy biegiem za nimi. Po kilku kilometrach dotarli do kompleksu. Jack umiechn si radonie, widzc greck wityni. Mam ci, Apollo. Bingo - szepn Phineas. - To musi by tutaj. Szef przysiad na tylnych apach, zasapany, z Wywieszonym jzorem. - Kiedy Phil nas dogoni, bdzie nas piciu - powiedzia Robby. - Moemy zaatakowa od razu. To byo kuszce, bardzo kuszce, by wpa i uratowa Lar. Ale czy rozsdne? - Nie wiemy, ile tam jest wampirw - stwierdzi Jack. - Wiemy, e Apollo ma przynajmniej jedn wsplniczk. Moe ich by wicej. Powoli obszed kompleks, trzymajc si midzy drzewami. Pozostali szli za nim. Bardzo chcia wysa Larze telepatyczn wiadomo, e j odnalaz, ale si nieodway. Wampiryczna telepatia bya jak audycja radiowa. Kady wampir w pobliu by j usysza. Zjawi si Phil. Pooy ubranie Szefa za drzewem i wilk przybra na powrt ludzk posta. Phil przyjrza si budynkom. -To chyba nareszcie waciwe miejsce. Musi by, skoro w pobliu znaleziono jedn z zaginionych dziewczyn. -Tak, ale chc mie wicej danych, zanim zaatakujemy. - Jack dostrzeg dwch stranikw. - miertelnicy. Uzbrojeni w miecze. - Zao si, e s pod wampiryczn kontrol - powiedzia Robby. - Mog by zaprogramowani, eby zabi kobiety i siebie, jeli kto zaatakuje orodek. - Cholera - mrukn! Phineas. - Niefajnie. - Moesz mie racj. - Szef wyszed zza drzewa, zapinajc koszul. - Ten go na pewno nie bdzie chcia zostawia wiadkw. Chodcie, poka wam co. Poprowadzi ich przez las, a trafili na gruntow drog i bram. - Ta droga prowadzi do innego miasta, miertelnikw, jakie pidziesit kilometrw std. Sdz, e stamtd dostarczana jest tu ywno. - Naprawd? - Jack spojrza na Phila. - Masz ochot zmieni zawd? - Z pomoc wampirycznej kontroli umysu do atwo byoby przekona kierownika sklepu, e Phil jest ich nowym dostawc. Phil skin gow. - Niezy plan. Ale bd tu za dnia, kiedy wampiry pi. Mog nie dowiedzie si zbyt wiele. - Ja przyjd tu w nocy, eby dowiedzie si wicej -odpar Jack.
214

- Chcesz si bawi w tajniaka? - Robby spojrza na niego ze zmarszczonymi brwiami. - Nie podoba mi si to, Jack. Zabie tylu Malkontentw, e twoje imi jest znane. A Apollo widzia ci przez sekund, zanim si teleportowa. - Nic nie szkodzi. Mog zmieni i imi, i wygld. Znam doskonaego fryzjera w Massachusetts. Nastpnego dnia, kiedy Lara pomagaa kucharce posprzta po lunchu, usyszaa warkot silnika samochodu. Umiechna si z ulg. Zdziwiona kucharka zmarszczya brwi. - To nie jest dzie dostaw. Ale chyba pjd otworzy tylne drzwi. - Posza z kluczem do magazynku na tyach. Lara rozejrzaa si gorczkowo. Oddara papierowy rcznik z rolki i zapaa butelk keczupu. Wycisna ma kropelk na czubek palca i napisaa na rczniku: Pomocy! Sprowad policj". Pomachaa rcznikiem w powietrzu. Kiedy keczup wysech, poskadaa rcznik i schowaa go za stanik szaty. Zastaa kuchark przy otwartych tylnych drzwiach. Dostrzega furgonetk dostawcz stojc po drugiej stronie bramy. Kierowca, mody czowiek w dinsach i flanelowej koszuli, otwiera bram. Pobiega w jego stron. - Stj! - krzykna kucharka. - Nie wolno nam si pokazywa. Kierowca ruszy ku niej, przygldajc jej si uwanie bkitnymi oczami. - Mog pani w czym pomc? - Tak! - Lara zwolnia i signa za dekolt. - Potrzebujemy... - Dziewko! - hukn za ni stranik. Zatrzymaa si jak wryta dwa metry od dostawcy. Do diaba. Nie moga mu poda listu tak, eby nie zauwayli. - Dziewko, natychmiast wracaj do kuchni! - krzykn stranik. Obejrzaa si. By to dowdca ze skrzypicym sandaem. Za nim szo jeszcze dwch. Posaa dostawcy ostatnie, bagalne spojrzenie. - Jestemy uwizione - powiedziaa bezgonie, majc nadziej, e on zrozumie. Zmruy bkitne oczy i ledwie dostrzegalnie skin gow. Lara wrcia biegiem do kuchni. - O nie - mrukna kucharka. - Wpakowaa si w nieze kopoty. Skrzypicy Sanda podszed do kierowcy. - Co tu si dzieje? Nie jeste naszym zwykym dostawc. A poza tym spodziewalimy si dostawy dopiero za dwa dni.
215

Dostawca wzruszy ramionami, zupenie niespeszony potnymi miniami i bojow postaw dowdcy stray. Lara umiechna si do siebie. Stranik budziby o wiele wikszy respekt, gdyby nie skrzypia sandaem co drugi krok. - Posuchaj, kole. - Kierowca zaoy rce na szerokiej piersi. - Tamten dostawca si zwolni, a ja jutro jad na urlop, wic nie bdzie adnych dostaw przez dwa tygodnie. Bierzecie towar albo nie. Skrzypicy Sanda spojrza na niego ze zoci. - No dobrze. Podjed bliej kuchni. Dostawca wskoczy do szoferki i podjecha pod tylne drzwi kuchni. Ku rozczarowaniu Lary, na samochodzie nie byo adnych napisw. Miaa nadziej, e ustali nazw najbliszego miasta. - Stop! - krzykn Skrzypicy Sanda i furgonetka si zatrzymaa. Pozostali dwaj stranicy otworzyli pak furgonetki i zaczli wyadowywa towar. Kierowca wzi jakie pudo i ruszy do kuchni. - Stop. - Skrzypicy Sanda unis rk. - Nie moesz wej. - Wzi pudo i zanis je do magazynu. Do licha. Lara miaa nadziej, e kierowca wejdzie; wtedy mogaby mu poda licik. Wyjrzaa za drzwi. Dostawca skin jej gow, - Nie powinna si pokazywa. - Skrzypicy Sanda odepchn j na bok i wyszed. Spojrza gniewnie na kierowc. - Zaczekaj w samochodzie. - Jasne - mrukn kierowca. - Fajna toga. Pewnie troch zbyt przewiewna zim. - Ruszy z powrotem do furgonetki. Lara czekaa tu za drzwiami. Wygldao na to, e nie zdoa poda mu listu. Mimo to miaa wraenie, e dostawca zrozumia. A moe tylko chciaa w to wierzy? Reszta dostawy zostaa wniesiona do rodka i stranicy zatrzasnli drzwi paki. Kierowca leniwym krokiem ruszy w stron kuchni z pudekiem w rce. Zauway Lar wygldajc zza futryny. Z szerokim umiechem potrzsn pudekiem. - Moe co przeksisz? - Daj mi to. - Skrzypicy Sanda zapa pudeko. -I odjedaj ju. Kierowca posa Larze ostatnie spojrzenie, wsiad do furgonetki i wyjecha za bram. Lar ogarno przygnbienie. A jeli nie zrozumia? Kolejna dostawa miaa by dopiero za dwa tygodnie. Tymczasem stranicy ogldali pudeko od kierowcy. - W rodku moe by jaki nadajnik - powiedzia jeden z nich. Tak, ten go by troch podejrzany - doda drugi. Skrzypicy Sanda rozerwa pudeko i na drog wysypaa si karmelowa praona kukurydza.
216

- Nic tu nie ma. - Rzuci pudeko na ziemi i spojrza ze zoci na Lar. - Posprztaj to, dziewko. - Tak, panie. - Lara wzia worek na mieci i wybiega na dwr. Zacza zbiera do worka garcie lepkiej kukurydzy. Stranicy poszli sobie. Kiedy uznaa, e przestali si ni interesowa, podniosa kawaki podartego pudeka. Zaparo jej dech w piersiach. Przysmak Jacka. Z jej ust wyrwao si co pomidzy miechem a szlochem. Jack j znalaz.

Rozdzia 24
N i e dugo po zachodzie soca do kuchni wpada Vanessa. - Kolejny bg zjawi si z wizyt. Bdzie nowa Ceremonia Wyboru! Kucharka zachysna si i przycisna do piersi do mokr od mydlin. - To moe by moja noc. - Spojrzaa w d, na swoj wilgotn szat. - Musz si przebra. - Wybiega z kuchni. Lara skoczya adowa zmywark. Wanie tego wiat potrzebowa do szczcia: kolejnego boga. Panna Zakaz wrcia rano do dormitorium, pysznic si czerwonym szalem na szyi, jakby to byo odznaczenie. Twierdzia, e nic nie pamita, ale siniaki na jej rkach mwiy same za siebie. Ten Zeus by wszechmocn oblen wini i damskim bokserem. - Co ty robisz? - spytaa Vanessa. - Musisz si przygotowa. - Ju id. - Lara wysza z kuchni, wlokc si noga za nog. - To ktry bg dzisiaj przyby? - Nie wiem. Stranicy nie powiedzieli. - Hm, niech pomyl. - Lara spojrzaa w czyste rozgwiedone niebo. Jack, to byby dobry moment, eby mnie uratowa. - To moe by Ares, bg wojny. - Uuu. - Vanessa zadraa. - To pewnie kawa byka. Lara parskna. - Albo Hermes, a moe Posejdon. - Jeste taka mdra. Znasz ich imiona - powiedziaa Vanessa. - Ja auj, e nie uwaaam w szkole. Nie mam pojcia, dlaczego mylaam, e wszystkie te greckie mity to wymysy.
217

- Tak... Jak mogymy si tak myli? - No wanie. - Vanessa odgarna wosy przez rami. - To naprawd super, e to wszystko jest prawd. Ludzie na Ziemi o tym nie wiedz, ale my zostaymy dopuszczone do tajemnicy. Przez to czuj si naprawd wyjtkowa. - Bo jeste wyjtkowa - odpara Lara. - I nie potrzebujesz bogw, eby ci to mwili. - Ale to takie przyjemne uczucie. - Vanessa sposzya si nagle. - My tu sobie gadamy, a ty nie jeste gotowa. Szybko! - Zapaa Lar za rami i pocigna j przez dormitorium do azienki. Kiedy wszystkie dziewki sztafiroway si przed lustrami, Lara wzia gorcy prysznic, woya wie szat i wytara wosy rcznikiem. - By ju pierwszy gong! - zawoaa dziewka z dormitorium i wszystkie pozostae wybiegy z azienki. Panna Zakaz obejrzaa si na Lar i si skrzywia. - Co ty robisz? Masz wilgotne wosy. Nie moesz si tak pokaza bogom. Lara wrzucia rcznik do wiklinowego kosza z praniem. - Wiem, e to moe ci bardzo zdziwi, ale ja nie chc zosta wybrana. Panna Zakaz zakrya usta i rozejrzaa si, by si upewni, e s same. - Nie wolno ci tak mwi. Suenie bogom to wielki zaszczyt. Lara zapaa j za rk i pokazaa palcem duy, zielo-nofioletowy siniec. - Zobacz, co ci zrobi ten bg. Oczy dziewki napeniy si zami. - Nie pamitam tego - szepna. - Musiaam go czym urazi. Niech bogowie mi wybacz. - Uywa wobec ciebie siy. - Lara cigna szal z szyi Panny Zakaz, odsaniajc lady naku. - I ugryz ci. Panna Zakaz wyrwaa jej si z paczem. - Nie wierz ci. Nie mog. - Ucieka. Lara wzia gboki oddech, woya sanday i ruszya za dziewczynami do wityni. Weszy gsiego do rodka i zajy miejsca za czerwonymi poduszkami. Oznajmiono przybycie Wybranej Auili. Wesza do sali i usiada na swoim tronie. Lara odetchna z ulg, widzc, e dziewczyna wci wyglda niele. Zaanonsowano Aten. Dzi wieczr jej umiech by wyjtkowo zoliwy. To nie by dobry znak. Apollo wszed do wityni w asycie czterech stranikw. Dziewki ukoniy si przed nim. - Dzi zaszczyci nas swoj obecnoci bardzo potny bg. - Apollo zszed z podwyszenia. - Wskae jedn z was jako swoj Wybran. - Tak, Apollo, nasz Panie. - Dziewki pozostay w bezruchu, ale Lara czua ich narastajce podniecenie. Apollo zatrzyma si przed nimi.
218

- Musz was ostrzec, e jest to bg, ktrego nie wolno drani. W jego rkach ley wasze przeznaczenie. Jego imi to Hades. Dziewki zachysny si ze strachu. Lara si skrzywia. Niedobrze. Jeli Zeus posiniaczy swoj Wybran, to co zrobi wampir, ktry przybra imi Hadesa? Atena na podwyszeniu zachichotaa. Lara zacisna pici. Ta przeklta suka czerpaa przyjemno z ich przeraenia. Yanessa obok niej trzsa si ze strachu. Kucharka niemal skomlia. Pewnie baa si, e teraz jej kolej. Zbliyy si czyje kroki. - Oto nadchodzi Hades - powiedzia Apollo. Lara zerkna w gr i dostrzega krtkie jasne wosy. Pochylia gow z powrotem, nie chcc ciga na siebie uwagi. Ju i tak spdzia cae popoudnie na sprztaniu dormitorium i azienki w ramach kary za rozmow z dostawc. Czy oddadz j Hadesowi, eby ukara j jeszcze dotkliwiej? Apollo rozemia si nieprzyjemnie. - Ktra z was zechce asystowa bogu podziemnego wiata? Jeli nie bdzie zadowolony, grozi, e zabierze kogo do dziewitego krgu pieka. Lara drgna. Uniosa gow. Czy to byo moliwe? By ubrany w jedwabn tog w kolorze burgunda. Szerokie ramiona wyglday znajomo, ale krtkie, jasne wosy wydaway si dziwne. Odwrci si do dziewek i omal nie krzykna. Jack. Przez mgnienie popatrzy jej w oczy i odwrci wzrok. Pochylia gow i przygryza warg, eby nie mia si na gos z radoci. Jack przyszed, eby j uratowa - j i wszystkie dziewczyny. Miaa ochot skaka i taczy po caej sali. - Masz tu liczne dziewki, Apollo. Jego akcent by inny. Lara przypomniaa sobie, e spdzi pierwsze lata ycia w Czechach. - Dzikuj, Hadesie - odpar Apollo zadowolonym tonem. - Na pewno przekonasz si, e s bardzo usune.Mam nadziej. - Hades chodzi wok dziewek, ktre trzsy si jak osiki. Zatrzyma si obok Lary. Ta wyglda interesujco. Wsta, dziewko. Lara powoli podniosa si z poduszki z twarz bez wyrazu i oczami wbitymi w podog.Apollo westchn. - Sugerowabym inn. Ta jest nowa i jeszcze nieprze-szkolona. Dzisiaj nie zachowywaa si dobrze. - Wic jest doskona kandydatk do pieka - odpar cierpko Hades. - Z przyjemnoci dam jej nauczk. - Skoro tak, to dobrze - powiedzia Apollo. - Dziewko, obna si. O cholera. Musiaa udawa, e jest pod jego kontrol.
219

- Tak, Apollo, mj Panie. - Signa do ramienia, eby rozpi zapink. - To niepotrzebne. - Hades machn lekcewaco rk. - Ju si zdecydowaem. Wybieram t. Och, dzikuj, Jack". Pomylaa, e z przyjemnoci urzdzi mu pniej prywatny pokaz. Apollo kiwn na stranika. - Przynie czerwon szat. Vanessa i Kristy pomogy Larze woy czerwon szat na bia. Patrzyy na ni ze zami w oczach. Chwycia je za rce i ucisna, eby doda im otuchy. Zabrzmia gong. Atena wysza z dwoma stranikami, Apollo odprowadzi Wybran Auil do swojego pokoju. Hades wzi Lar za rk i poprowadzi j za trony. Obejrzaa si i zobaczya dziewki przy drzwiach wityni, zbite w gromadk i patrzce za ni z trosk. Biedne dziewczyny. Naprawd wierzyy, e bg zmarych zabiera j do swojego oa. Ucisna do Jacka. Nie moga si doczeka, by zosta z nim sam na sam. Poprowadzi j korytarzem. Apollo i Atena byli ju w swoich pokojach. Pod ich drzwiami stali stranicy. Jack zatrzyma si przed niebieskimi drzwiami. - To jest pokj gocinny. - Otworzy je i wpuci j do rodka. Odwrci si, by zamkn drzwi na klucz i zasuw. Rozejrzaa si po pokoju. Wielkie oe z baldachimem. Niebieska pociel i bkitne przejrzyste zasony baldachimu. Kiedy Jack odwrci si do niej, rzucia si na niego i obja go za szyj. - Och, dzikuj, dzikuj, ty cudowny draniu. Ty wspaniay, niesamowity draniu. Rozemia si i przytuli j mocno. - Zdaje si, e cieszysz si na mj widok. Zasypaa jego twarz pocaunkami. - Jestem zachwycona. Jestem w ekstazie. Wiedziaam, e mnie znajdziesz. Chwyci j za ramiona i odsun od siebie, eby mc j obejrze. - Nic ci nie jest? Przysigam, jeli zrobili ci jakkolwiek krzywd, to ich... - Wszystko w porzdku. - Znw na niego skoczya i uwiesia mu si na szyi, ciskajc go z caych si. - Tak bardzo za tob tskniam. Nie puszczaj mnie. - Strasznie si o ciebie martwiem. - Wycisn pocaunek na jej czole i obejrza si przez rami. - Powinnimy si odsun od drzwi - szepn. Poprowadzi j na rodek pokoju; Lara przez cay czas nie wypuszczaa go z obj i niechccy nadepna mu na stop. - Przepraszam. Tak si ciesz, e mnie znalaze. Prbowaam uciec, ale w lesie byy wilki. No i nie wiedziaam, dokd i, bo nie mam pojcia, gdzie jestemy. - W pnocnym Maine.
220

- Ach tak. Chwaa Bogu, e nas znalaze. Myl, e jedna z dziewczyn nie yje. - . - Pooy palec na jej ustach i zerkn na drzwi. - Nie tak gono. W korytarzu s stranicy. - Pewnie czekaj na swoj kolejk z Aten - mrukna Lara. Jack spojrza na ko, ktre zajmowao p pokoju. - Te pokoje wygldaj jak zaprojektowane do jednego celu. Lara popatrzya na ko, na Jacka i dopado j dzikie pragnienie. Chciaa, eby wiedzia, e si zdecydowaa. - Jack. - Uja jego twarz w donie. Czerwona powiata zabarwia jego oczy; szybko je zamkn. - Musimy porozmawia. - Kiedy znw otworzy oczy, miay swj zwyky zotobrzowy kolor. - Potrzebuj wszystkich informacji, jakie moesz mi poda, ebym mg wrci do chopakw i ustali strategi ataku. Donie Lary zsuny si na jego pier. - Nie zabierzesz mnie ze sob? Ucisn jej ramiona. - Cara mia, nie mog. To by wygldao zbyt podejrzanie. Ale planujemy uderzy jutro o zmroku. Bdziesz musiaa tu zosta jeszcze tylko jeden dzie. Dasz rad? Przetrwasz to jako? - Tak. W cigu dnia jestemy stosunkowo bezpieczne. Tylko gotujemy, sprztamy i robimy pranie. Spojrzaa na swoj czerwon szat. - Bardzo mnie kusio, eby upra jedn z tych kiecek z biaymi togami stranikw, eby musieli chodzi ubrani na rowo. Jack si rozemia. - Strasznie si ciesz, e wci jeste sob i nie zdoali ci zrobi prania mzgu. - O, pranie mzgu odchodzi tu na caego. - Lara zdja szat i rzucia j na podog. - Te biedne dziewczyny wierz, e kada Wybrana dostpuje wielkiego zaszczytu. - zy stany jej w oczach. - Chwaa Bogu, e mnie znalaze, zanim to si stao... - C. - Jack wzi j w ramiona. - Teraz jeste bezpieczna. Cara mia. - Pocaowa j w czubek gowy. Chciaa mu powiedzie, e on jest jej Wybracem. Odsuna si o krok. - Jack, musz ci powiedzie... - Tak, musz wiedzie wszystko. Aby opracowa plan ataku, ktry wyeliminuje tutejsze wampiry bez naraania miertelnikw. Jkna w duchu. Czy nie do dugo rozmawiali o zawodowych sprawach? Jej rycerz w lnicej zbroi przyby jej na ratunek. A ona bya w nim szaleczo zakochana. Czy nie powinni tego witowa? Spojrzaa na ko. Czy nie powinien w tej chwili kocha si z ni do upadego? - Potrzebujesz planu?
221

- Tak, planu ataku. - Okej. To ja ci powiem, jak atakowa. - Zerwaa zapink z szaty i rzucia j na ko. - Najpierw piersi. Tunika opada jej do talii, przewizanej pasami materiau. Jego spojrzenie zsuno si na jej nagie piersi. - Ja... prbuj ustali wane sprawy. - Ja mwi o wanych sprawach. - Uniosa piersi na doniach. - Zdaje si, e ju je poznae. Zote plamki w jego oczach zaczy lni. - La... - Umilk, kiedy za drzwiami da si sysze jaki dwik. Lara domylaa si, e jeden ze stranikw szuka taniego dreszczyku. - Na kolana, kobieto! - hukn Jack. - Z mi pokon. - Tak, Hadesie, mj Panie! - zawoaa, padajc na kolana i pochylajc si twarz do ziemi. Jack skrzywi si i szepn: - Nie musisz tego robi naprawd. Wyprostowaa si, byskajc zbami w umiechu. - Och, Hadesie, mj Panie! Prosz, nie rb mi krzywdy. Zrobi wszystko, eby ci zadowoli. Wszystko! Posa jej zirytowane spojrzenie. - Rety, Hadesie, mj Panie! Nie do wiary! Jeste tak hojnie obdarzony. Ostronie z tym. Wyklujesz komu oko. Och, zaraz si udawi! - Wydaa gony dwik, jakby si dawia. i Jack obserwowa j szeroko otwartymi oczami. - Och, tak, tak! Bierz mnie, Hadesie! - Wydaa z siebie przecigy pisk i uniosa rce, jakby jechaa na kolejce grskiej. - Och, to byo nieze. Teraz si zdrzemnijmy. Kroki oddaliy si od drzwi. Jack unis brew. - Skoczya ju? - Tak, ale czuj si jaka... niezaspokojona. Rozemia si. - Ja te. Z twojego przedstawienia wyniko, e wy- W trzymaem jakie dwie sekundy. - No c. - Spojrzaa na ko. - Jestem pewna, e sta ci na wicej. - Cigle musimy porozmawia. Casanov by strasznie nieromantyczny, ale wiedziaa, jak to naprawi. Podesza do niego na czworakach. - Jaki konkretnie atak miae na myli? Frontalny? -Uniosa si na kolanach, ocierajc si piersiami o jego tog. Zamkn z jkiem oczy. Wsuna donie pod tog i przesuna je w gr po jego nagich ydkach. I wyej, na nagie uda. - Laro. - Otworzy oczy. Byy czerwone. Zacisn zby. - To nie jest odpowiednia pora...
222

- Och! - Jej donie dotary do poladkw i przekonaa si, e Jack nie ma na sobie bielizny. - O rany. Przyjemne dreszcze rozeszy si po jej skrze. Sutki jej stwardniay, plecy wygiy si do tyu i ogarna j nieodparta pokusa, eby przycisn do niego piersi. Poddaa si jej. Rozoya rce na jego poladkach. Palce gaskay skr, tak gadk i mikk. Nagle jego minie stay, poruszyy si pod jej domi, tworzc smakowite zagbienia po bokach. Zmiky jej kolana. Z trudem moga oddycha. ar narasta midzy jej udami. - Boe drogi. Mwisz do mnie? - Uklk przed ni. Przechylia si ku niemu, ale przytrzyma j za ramiona. - Laro, zdaj sobie spraw, e jeste wdziczna, e si zjawiem. - Czy to wyglda na wdziczno? - Zacza si szamota z lnianymi pasami w talii. - W takim razie to adrenalina i ekscytacja. Ale to wszystko minie, kiedy wrcisz do domu. - Nie mw mi, co czuj. I nie wa si mwi, e moje uczucia s chwilowe. - Rozlunia pasy i suknia opada na podog. Jack gwatownie wcign powietrze. Jego oczy paay czerwonym arem. - To powiedz mi, co waciwie czujesz. Bo nie mog ci wzi tak po prostu, z potrzeby chwili. Jeli bd si z tob kocha, to ju nigdy z ciebie nie zrezygnuj. Nigdy. Spojrzaa w jego ponce oczy. - Wiem. I licz na to. - Na zawsze" to u wampira bardzo dugo. - To te wiem. - Jej oczy napeniy si zami. - Ja ci kocham, Jack. Na zawsze. Jeste wszystkim, czego pragn. Wszystkim, czego potrzebuj. I cokolwiek si stanie, nigdy z ciebie nie zrezygnuj. cisn mocniej jej barki, jego czerwone oczy zalniy od wilgoci. - Jeste pewna? - Tak! A teraz skocz z t gbi i kochaj si ze mn. Z wampiryczn prdkoci cisn j na ko, zdar z niej bielizn, z siebie tog i rzuci si na ko obok niej. Obsypa jej twarz pocaunkami. - Cara mia, Lara mia. Kocham ci. Ona te caowaa jego twarz, a ich usta wreszcie si spotkay w gorcym, wygodniaym pocaunku. Ich jzyki pieciy si wzajemnie, donie chwytay na olep, ciaa si turlay. Zacza gorczkowo dysze, kiedy jego usta dotary do piersi. Lizay, ssay, skubay. Wydaa z siebie przecigy jk i oplota go nogami. Bya rozpalona i mokra od bolesnego podania. - Boe, Jack, pozwl mi go wzi.
223

Rozemia si; jego oddech poaskota wilgotne, napite sutki. - Czy ty bagasz, cara mia? - Ja dam! - Daa mu klapsa w pup. Unis gow, eby na ni spojrze. - Co to byo? - T-to nie byo bardzo mocno. Tak raczej... zabawowe Jego usta drgny w umiechu. - Teraz si doigraa. - No ba, przecie o to mi chodzio... - Pisna, kiedy zanurkowa midzy jej nogi. - Och, och! - Cae to lizanie, ssanie i skubanie przenioso si w nowe miejsce. Zapisaa sobie w pamici, e powinna mu czciej dawa klapsy. - Jack, Jack - wydyszaa. Rozkosz narastaa i szybowaa, coraz bardziej intensywna. Lara staa i uniosa biodra na spotkanie jego ust. Chwyci j za poladki i przycisn do siebie. Dosza, wydajc z siebie kolejny pisk, a on jkn z zadowoleniem. Z trudem chwytaa powietrze. - Och, Jack, to byo... - Jedno pocignicie jzykiem wywoao wstrzsy wtrne, ktre szarpny jej ciaem. Unis si na kolana i przechyli nad ni. - Cara mia. - Hm? - Zamrugaa kilka razy, eby znowu widzie wyranie. Jack musn penisem jej uwraliwion do maksimum skr. Zwilgotniaa jeszcze bardziej. Jego oczy wci pony czerwono. - Teraz w ciebie wejd. Jakby sama si nie zorientowaa. Zachysna si, kiedy wjecha w ni jednym szybkim ruchem. I sun dalej. - O rany. - By wielki. Kolejny spazm spry jej wewntrzne minie. Jack si skrzywi. - Nie wytrwam dugo, jeli bdziesz mnie tak torturowa. Czy on naprawd martwi si o swj wynik? - Nie licz ci czasu. Mamy przed sob cae ycie. Pocaowa j w czoo. - Kocham ci, Laro. - Ja ciebie te. Takiego, jaki jeste. Umiechn si. - No to wietnie.

224

Zacz powoli, ale szybko utraci wszelkie pozory kontroli nad sob. Zupenie jakby nie mg si ni nasyci. Unis si na kolana i chwyci jej biodra, ocierajc si o ni. Krzykna, kiedy przeszy j kolejny orgazm. Jack jkn przecigle i nagle odrzuci gow do tyu. Jego ky wyskoczyy jak na sprynie. Lara znw krzykna. Puci j i pad na ko. - Przepraszam. Nie chciaem ci przestraszy. -Skrzywi si. - Merda. Usiada. Jack wyglda, jakby go co bolao. - Wszystko dobrze? Jeste... godny? Pokrci gow. Ky zaczy si ju chowa. - Napiem si porzdnie, zanim tu przyszedem. Po prostu straciem panowanie nad sob. Przepraszam, e ci wystraszyem. - To po prostu byo troch dramatyczne, nic wicej. -Postanowia, e nie bdzie si przejmowa kami. Nie mg nic poradzi na to, e je ma. Tak naprawd cakiem niele nad sob panowa, skoro nawet nie prbowa jej ugry. I nie mg nic poradzi na to, e jest wampirem. Naprawd kochaa go takim, jaki jest. Pogaskaa doni jego pier i brzuch. By piknym mczyzn. Mia wyrzebione minie. Przecigna palcami po ciece wosw prowadzcej do jego klejnotw. - Jeste wspaniay. - Pogaskaa jego msko. Nawet w stanie spoczynku bya duga i potna. - Jak to si stao? - Co? - Unis gow, eby spojrze, i pad z powrotem na ko. - Urodziem si z tym. Parskna. - Chodzio mi o to, jak zostae wampirem. - Przesuna do w d i chwycia jdra. - Wolabym o tym nie mwi. - Och, no co ty. - cisna delikatnie. Umiechn si leniwie. - Czy ty mi grozisz? - Nie, ale skd. - Poaskotaa go. - Prbuj ci tylko skoni do mwienia. - Bawienie si genitaliami mczyzny nie prowadzi do konwersacji. Wycigna si obok niego i opara gow na jego ramieniu. - Chc wiedzie o tobie wszystko. Prosz ci. - Jestem bkartem. - I draniem. Ale to ju ustalilimy. Parskn. - Mj ojciec by potwornym kobieciarzem. - Pogaska j po wosach. - Ale zupenie nie jestem do niego podobny.
225

- Jedna kobieta ci wystarczy? - Z ca pewnoci. - Umiechn si do niej i jego oczy przybray zwyczajny zotobrzowy kolor. - Powiedz mi wicej. Jego umiech znikn. - Odziedziczyem osobiste papiery ojca. Zapiski, ktrych nie chcia docza do pamitnikw. Wyobra sobie dwunastoletniego chopca, ktry czyta o zmaganiach jego wasnego ojca z syfilisem i o jego poszukiwaniach lekarstwa. - Fuj. - Lara zmarszczya nos. - No wanie. Teraz ju wiesz, dlaczego nie lubi o tym mwi. Ojciec by w Paryu, kiedy dokonano prby zamachu na krla, i pozna czowieka, ktry uratowa krlowi ycie. Ju od dawna kryy plotki o Jeanie-Lucu Echarpie. Plotki, e jest obdarzony nadludzk si i niezwyciony. Ojciec, majc nadziej na znalezienie lekarstwa na syfilis, spyta go, na czym polega jego tajemnica, ale Jean-Luc nie chcia jej zdradzi. - Ten Jean-Luc by wampirem? - spytaa Lara. - Tak. Ojciec si nie podda. Podejrzewa, e Jean--Luc zna jaki sposb na zaegnanie staroci i chorb. W kocu poszukiwania doprowadziy go do Transylwanii. Znalaz sobie prac niedaleko, na zamku w Duchcovie w Czechach. Tam uwid moj matk. Nigdy jej nie znaem, ale syszaem, e umara wiele lat pniej w przytuku dla obkanych. - Och, Jack. Tak mi przykro. - Mnie te byo przykro. Obawiaem si, e matka zmara na syfilis, ktrym zarazi j ojciec. I baem si, e ja te mog by chory. Nie chciaem przekaza go nikomu, wic postanowiem zosta mnichem. Wuj przekona mnie, ebym najpierw uda si na uniwersytet w Padwie. A potem, kiedy miaem dwadziecia cztery lata, wydarzyo si co strasznego. Lara usiada. - Zostae zaatakowany? Umiechn si. - Zakochaem si. Pacna go w rami. - To nie jest straszne. - Jest, jeli jest si przekonanym, e nosi si w sobie mierteln chorob. Chciaem, eby Beatrice bya bezpieczna, wic skorzystaem z notatek ojca, prbujc znale lek. Po roku podry dotarem do Transylwanii. Jechaem w stron maej wioski, kiedy zapad zmrok. I na drodze pojawiy si trzy pikne kobiety. - To byy wampirzyce? - spytaa Lara. I Jack skin gow.
226

- Przedstawiem si, i kiedy usyszay nazwisko Casanova, skoczyy na mnie. Zanim si zorientowaem, byem ju w starym zamczysku, a one piy moj krew. Prubowaem walczy, ale... byy bardzo silne, a ja robiem ? si coraz sabszy, w miar jak wysysay krew z moich y a do ostatniej kropli. - To musiao by przeraajce. - Obudziem si w lochu, nkany straszliwym godem. - Skrzywi si. - Chciaem krwi. Nie wiedziaem, co si ze mn stao. Nie zdawaem sobie sprawy, e mog si stamtd po prostu teleportowa. Te kobiety zachciy mnie, ebym pi krew z ich nadgarstkw. Robiem to, ale przetrwanie zawsze miao swoj cen. Mylay, e jestem wytrawnym kochankiem, jak mj ojciec. Moesz sobie wyobrazi ich rozczarowanie, kiedy przekonay si, e ledwie znaem podstawy. Lara si skrzywia. Miaa racj. Jack nie zdawa sobie sprawy, e jest wspaniaym kochankiem. - Po kilku miesicach wyrzuciy mnie z obrzydzeniem. Powiedziay, e nigdy nie dorosn do nazwiska Casanov. - Jack westchn. - Od tamtej pory przestaem go uywa. - Te wampirzyce byy idiotkami. Gdyby okaza si jeszcze lepszy w ku, dostaabym zawau. Umiechn si. - One uznayby nasz seks za zbyt nudny. adnego dyndania na yrandolu ani wywieszania si z parapetu zamkowej wiey. Lara wybuchna miechem. - Chyba artujesz. - Kiedy Jack pokrci gow, otworzya szeroko oczy ze zdumienia. - Naprawd robiy takie rzeczy? - Tak. Kiedy ju mnie wyrzuciy, zaatakoway cyrk i byy o wiele szczliwsze z akrobat na trapezie. Lara parskna miechem. - Omal nie umarem drugi raz, przedzierajc si przez p Europy do Parya. Tam odszukaem Jeana-Luca i on nauczy mnie, jak by wampirem. Wreszcie wrciem do Wenecji, w nadziei, e Beatrice bdzie jeszcze potrafia mnie kocha. - I co si stao? Jack westchn. - Umara miesic przed moim powrotem podczas epidemii tyfusu. Cae ycie drczy mnie lk, e umara przekonana, e j opuciem. - Och, Jack. - Lara dotkna jego policzka. - Jestem pewna, e do koca ci kochaa. Jak mogaby ci nie kocha? Uj jej do i pocaowa wntrze. - Do dzi nigdy nie miaem szczcia w mioci. Przez te lata zakochaem si jeszcze dwa razy, ale tamte kobiety odrzuciy mnie, kiedy im powiedziaem, kim jestem. Baem si, e ty te mnie odrzucisz.
227

- Za bardzo ci kocham, eby ci straci. I ju najwyszy czas, eby znalaz szczcie. - Spojrzaa ze zmarszczonymi brwiami na jego jasne wosy. - Ale musz ci powiedzie, e nie szalej za t now fryzur. - Musiaem zmieni wygld. - Przycign j do siebie, eby mc szepta. - Zbyt wielu Malkontentw zna Giacoma di Yenezia. - Malkontentw? - Tak nazywamy zle wampiry, ktre lubi zabija. Oni nazywaj siebie Prawdziwymi, bo wierz, e postpuj zgodnie z prawdziw natur wampirw: poluj i zabijaj. Byli okrutnymi, brutalnymi miertelnikami i przemiana w wampiry tylko wzmocnia ich okruciestwo. - Wic ty i twoi przyjaciele walczycie z nimi? - Tak. ledz ich ju tak dugo, e wiem, jak zachowuje si prawdziwy Malkontent. Zanim si tu zjawiem, musiaem zmieni swj wygld. No i przedstawiem si jako Henrik Sokolov, mwic po czesku. - Czyli wystpie pod swoim prawdziwym nazwiskiem - szepna. - Tak. Udaj, e byem starym przyjacielem Jdrka Janowa, ktry zgin w grudniu zeszego roku, wic nie moe tego potwierdzi. Sypnem paroma nazwiskami i znaem tyle szczegw, cznie z lokalizacj tego miejsca, e Apollo to kupi. - Dziki Bogu. - Przeczesaa palcami jego krtkie, jasne wosy. - Bardzo ryzykowae. - Inni s niedaleko. Wpadliby tutaj, gdybym wysa telepatyczne woanie o pomoc. Robby chcia atakowa ju tej nocy, ale ja wolaem si najpierw upewni, czy nic ci nie grozi. I chciaem uzyska od ciebie moliwie duo informacji. - Oczywicie. - Lara wyjania tutejsze zwyczaje, podaa mu liczb dziewek, stranikw i wampirw. Wczoraj w nocy by tu z wizyt wampir, ktry nazywa siebie Zeusem. Nie widziaymy go. Wybrali dla niego dziewk i dzi rano go nie pamitaa. Ale bya caa posiniaczona. Jack zmarszczy czoo i pokrci gow. - Kiedy si tu zjawiam, Wybran bya Brittney Beck-ford. Nastpnego ranka znikna i obawiam si... - Ona nie yje - powiedzia cicho Jack. - Znaleziono jej ciao. - O nie. Biedna dziewczyna. - Wilki znalazy j w lesie. Lara si skrzywia. - Widziaam te wilki. Niele mnie nastraszyy. - Nie zrobi ci krzywdy. I powiedziay mi, gdzie ci znale. Zgodziy si pomc nam jutrzejszej nocy. - Zaraz. - Lara uniosa rk. - One... mwi? - To wilkoaki. Zmiennoksztatni. Zachysna si ze zdumienia. - No co ty? - Dostawca, ktry zostawi Przysmak Jacka, to wilkoak. Pracuje w firmie MacKay, jak ja.
228

Pokrcia gow. - To wszystko jest ju zbyt niesamowite. - Boimy si, e kiedy zaatakujemy, stranicy mog mie rozkaz zabicia kobiet. - Co? - Apollo mg zaprogramowa stranikw, eby pozabijali wszystkich wiadkw, jeli kompleks zostanie zaatakowany. Lara zadraa. - Boe, mam nadziej, e nie. - My te mamy tak nadziej. Musisz nam pomc zapewni bezpieczestwo pozostaym dziewczynom. Dasz rad? - Tak. - Pomylaa, e znajdzie jaki powd, eby zagoni je wszystkie do kuchni. Tam bd miay dostp do noy. - Jeszcze jedno. - Jack wzi j za rk. - Bdzie wygldao podejrzanie, jeli rano nie bdziesz miaa na sobie pamitki po mnie. - Pa... pamitki? Skin gow. - Na szyi. Przykro mi, ale trzeba to zrobi. Przekna z trudem lin. - Ty chcesz mnie ugry.

Rozdzia 25
Bdzie bolao? - spytaa Lara. - Mogoby. - Jack pogaska j po wosach. - Malkontenci lubi zadawa ofiarom bl i budzi przeraenie. Ale jeli wampir powici temu troch czasu i wysiku, to moe by bardzo przyjemne. - Wybieram drug moliwo. Umiechn si lekko. - Jeste pewna? Ja do tej pory nie wiedziaem, ktr wybra. Pacna go w rami. Z szerokim umiechem pchn j na ko i pochyli si nad ni. Spojrzaa na niego z kwan min. - Znowu chcesz by na grze? - Tak jest atwiej. - Zastanawiajc si, zmarszczy brwi. - Ale chyba mgbym ci ugry od tyu. - Albo mgby si zwiesi z baldachimu. Rozemia si. - Wiedziaem, e nie powinienem opowiada ci tej historii.
229

Lara umiechna si blado. Usiowaa artowa, by odwlec to, co nieuniknione. Miaa nadziej, e nie bdzie bolao zbyt mocno. Jack powiedzia, e moe si postara, eby byo przyjemnie. - Bdziesz... pi moj krew? - Tylko odrobin. Nie chc ci osabi. - Okej. - Odwrcia gow, by odsoni szyj, i zacisna powieki. - Jestem gotowa. Czekaa. Lada chwila ostre ky wbij si w jej szyj. Zacisna pici. I czekaa dalej. Otworzya oczy i spojrzaa na niego. Lea podparty na okciu, umiechnity, i leniwie przyglda si jej ciau. - Co ty robisz? - Podziwiam widoki. - Dotkn miejsca niedaleko jej lewego biodra. - Masz tu pieprzyk. - Pochyli gow i go pocaowa. - Mylaam, e mnie ugryziesz. - I ugryz. - Delikatnie przecign palcami po jej brzuchu, okry ppek. - Bd musia uy wampirycznej mocy, eby wyostrzy twoje zmysy i sprawi, eby odbieraa bl jako przyjemno. - Och. Spojrza na ni i nagle poczuta, e tonie w jego spojrzeniu. Owiona j fala zimnego powietrza. Zziba jej skra. Zote plamki w jego oczach rozlay si, przemieniajc ca tczwk w zoty, skrzcy si krek. Bya zahipnotyzowana; nie moga si porusza, myle. Jestem z tob, usyszaa w gowie jego szept. Przelata si przez ni fala aru, jej skra porowiaa od wezbranej krwi. Serce jej omotao. Miaa wraenie, e jej krew mknie jak grski strumie, ku niemu, rozpalona pragnieniem, by j pi. To byo dziwaczne uczucie. Naprawd chciaa, eby j ugryz. - Jack. - Signa do niego. - To takie dziwne. Musn kciukiem jej sutek; krzykna, kiedy elektryczny szok przeszy jej ciao. Wszystkie zakoczenia nerwowe byy wraliwe jak nigdy, bagay o jego dotyk. Otoczya jego biodra nog. - Jack, potrzebuj ci. - To wampiryczna moc. - Pogaska j po policzku. -To tylko iluzja. To minie. - Nie chc, eby mino. - Zagryza wargi. - Chc ci. Teraz. Zostawi tylko znak. Zaraz bdzie po wszystkim. Obiecaem, e nigdy nie uyj moich mocy, eby ci skoni do seksu. - Jeste zwolniony z tej obietnicy. - Chwycia jego twarz w donie. - I to nie jest seks. To jest mio. Kocham ci. Kocham w tobie wszystko. Nawet... nawet te dziwne rzeczy, ktre mi robisz.
230

Jego oczy poczerwieniay. - No to si trzymaj, cara mia. - Chwyci jej biodra i wbi si w ni gboko. Lar szarpn potny orgazm. Jack wygi si do tyu, wysun ky. Pad na ni i zadraa z rozkoszy, kiedy kly delikatnie drasny jej szyj. Krew pulsowaa w yach Lary, rozpaczliwie pragnc, eby j uwolni. Poliza jej szyj i poczua to samo, ze zwielokrotnion moc, midzy nogami. Wsuwa si i wysuwa a ona szybowaa, tona w rozkoszy i ledwie poczua moment, kiedy ky wlizgny si w jej szyj. Nie przestawa porusza si rytmicznie, jednoczenie wysysajc krew. Kocham ci, rozleg si w jej gowie gos Jacka. - Ja te ci kocham. Oderwa si od jej szyi. Dostrzega odrobin krwi na jego wargach, zanim si obliza. - Wci troch krwawisz. Mog to powstrzyma. -Pochyli si i wtuli twarz w jej szyj. Kade linicie prowokowao rozkoszny dreszcz. Napicie wzbierao w Larze, bagajc o rozadowanie. Porwa j w ramiona i usiad, sadowic j na swoich udach. Przylgna do niego, a on chwyci jej biodra, przycigajc j do siebie z kadym potnym pchniciem. Pokj zawirowa wok Lary, ale trzymaa si mocno. Jack wsun do pomidzy nich i poaskota jej echtaczk. Jkna, kiedy wstrzsn ni kolejny orgazm. Jack doszed w niej, a oczy pony mu jak wgle. W kocu z przecigym jkiem pad z ni na ko. Tulili si do siebie, wci ciko dyszc. - Och, Jack. - Przecigna si, wci pogrona w cudownym zmysowym oszoomieniu. - Jeste niesamowity. Ktrego dnia mnie zabijesz. Drgn. Przekrci si na plecy i zapatrzy w sufit. Skrzywia si. Ale gupot palna. To bya tylko przenonia. I w tej chwili nie mylaa zbyt jasno. Poczua zimny dreszcz. Jeli chciaa zosta z Jackiem na zawsze - a chciaa - to bdzie musia przemieni j w wampirzyc. Naprawd bdzie musia j zabi ktrego dnia. Usiada. - Przepraszam. To nie miao tak zabrzmie. Posa jej spojrzenie tak pene blu, e serce jej si cisno. - Wiesz, e nie chciabym nigdy zrobi ci krzywdy. Gdyby by inny sposb... - Jego twarz wykrzywi grymas. - Jeli chcesz jeszcze zmieni zdanie, nie zatrzymam ci. Nie chc ci do niczego zmusza. - . - Pooya palce na jego piknych ustach. - Nie zostawi ci. - Pooya si obok niego i wtulia twarz w zagbienie midzy jego szyj a ramieniem. Obj j mocno. Rozlunia si przy nim, poczua senno. I zasna.
231

- Laro - powiedzia cicho. - Zblia si wschd soca. Musisz si obudzi. Zamrugaa pprzytomnie. Wci leaa z nim w ku. W jakim momencie nakry j kodr. I przyciemni wiata. - Nie chciaam zasn. Umiechn si. - Nic nie szkodzi. Mio byo trzyma ci w ramionach. - Ty pewnie nie spae? Pokrci gow. - Musz i i dopracowa plan na jutro. - Rozumiem. - Postaraj si ochroni dziewczyny. Sprbuj, czy nie uda ci si nakoni ich do wyjcia z orodka. Wilkoaki w ludzkiej postaci bd czeka przy drodze, niecay kilometr od bramy, z kilkoma SUV-ami. Zawioz dziewczyny do miasta. My zjawimy si pniej, eby zmieni ich wspomnienia. Lara usiada, marszczc brwi. Miaa powane wtpliwoci, czy uda jej si namwi dziewczyny do wyjcia za bram. Dotkn jej ramienia. - Zostawiam ci tutaj z cikim sercem. - Nic mi nie bdzie. Dziewczyny bd zdumione, e cigle jestem tu, zamiast cierpie mki w Hadesie. Pomyl, e wyjtkowo dobrze ci usuyam. - Och, bo tak byo. - Rozemia si, kiedy zrobia do niego min. - Do zobaczenia wieczorem. Ogarn j strach, kiedy wyobrazia go sobie walczcego z uzbrojonymi stranikami i Apollem. Zarzucia mu rce na szyj i uciskaa go mocno. - Prosz, uwaaj na siebie. - Bd. - Pocaowa j w czoo. - Ty te uwaaj. Pocaowali si ostatni raz i Jack znikn. Tego wieczoru, w ciemnej piwnicy myliwskiej chaty Szefa Jack ockn si ze snu. Usysza gwatowne wdechy, kiedy Robby i Phineas rwnie obudzili si ze miertelnego snu. Soce wanie zaszo. To bya ta noc. Tej nocy Apollo zapaci za swoje zbrodnie przeciwko ludzkoci. Jak zwykle po kilku sekundach od przebudzenia myli Jacka pobiegy do Lary. Czy nic si nie stao? Jak sobie poradzia w cigu dnia? Drzwi piwnicy otworzyy si, skrzypic, i ze schodw wlao si wiato. - Wstalicie ju, chopaki? - spyta Phil.
232

- Tak, idziemy. - Z wampiryczn prdkoci Jack wsun n do pochwy przypitej do ydki. Kiedy tu przed witem teleportowa si do chaty, ubra si w dinsy i koszulk. Tak bardzo martwi si, e zostawia Lar, e teleportowa si nagi i nawet si nie zorientowa. Nasucha si za to sporo artw. Wsun dugi sztylet do pochwy pod lew pach i woy skrzan kurtk. Phineas by podobnie uzbrojony, ale Robby wola swoj szkock bro: n za skarpet i clay-more w dugiej pochwie na plecach. Trzy wampiry wbiegy po schodach. Phineas poda im po butelce krwi z szafki z lodem. W chacie nie byo elektrycznoci, wic wampiry musiay pi posiki na zimno. Connor teleportowa si do chaty poprzedniej nocy, dostarczajc butelki z krwi, miecze i kajdanki. Jack apczywie wypi krew i wzi kilka par kajdanek do kieszeni kurtki. Byy przeznaczone dla miertelnych stranikw. Mieli nadziej zachowa ich przy yciu, jeli to bdzie moliwe. - Wiesz, e Connor zjawia si tu dwa razy wczoraj w nocy - odezwa si Phineas, upychajc kajdanki po kieszeniach. - Bardzo si dziwi, e ci cigle nie ma. Pomyla, e moge si zgubi w lesie. - Powiedziaem mu, e jeste w orodku i zbierasz informacje - doda Robby z wesoymi byskami w zielonych oczach. - Przez ca noc. - Hm. - Phineas dopi swoj krew. - Jack musia przestudiowa kady centymetr tego budynku. Jack zignorowa ich arty i wybra sobie miecz spord kilku, ktre dostarczy Connor. - Zobaczmy. - Phineas zacz grzeba w mieczach. -Potrzebuj naprawd silnej klingi. Takiej jak Jacka. eby wytrzymaa ca noc. - Do - warkn Jack. - Nie idziemy na piknik. Spowaniej, Phineas. Czarny wampir wzruszy ramionami. - Przecie to nie moe by trudne. Mamy trzy wampiry, Phila i element zaskoczenia. - Mylelimy te, e bdzie atwo zlokalizowa baz Apolla, a zajto nam to ponad miesic - powiedzia Jack. - A potem mylelimy, e bdzie atwo zapa tego drania, ale nam uciek. Nie moemy sobie pozwoli na lekcewaenie go. - Rozumiem, bracie. - Phineas wybra sobie miecz. -Ja tylko staram si zachowa pozytywne podejcie. Skopiemy im tyki. - No i dobrze. Wic w drog. - Jack spojrza na Phila. Wilkoak by boso, tylko w gimnastycznych szortach i koszulce. - A ty si nie uzbroisz? - Nie chc przesadza z gratami, eby mc si przeobrazi. Jack wymieni zdezorientowane spojrzenia z reszt wampirw i zwrci si do Phila: - Dzisiaj nie ma peni. Tylko samiec Alfa potrafi... och, rozumiem. - A ja nie rozumiem - burkn Phineas. - Jeli jeste samcem Alfa, to dlaczego nie przeobrazie si wczoraj w nocy przy Szefie?
233

- Mam swoje powody - mrukn Phil. - Moemy ju rusza? - To dlatego nalegae, eby Szef i jego ludzie zaparkowali kilometr dalej - powiedzia Jack. - Nie chcesz, eby wiedzieli, co potrafisz zrobi. - Uuu, Wielki Zy Wilk ma sekret - powiedzia Phineas. - I zachowamy go dla niego - rzuci Robby. - Chodmy. Trzy wampiry przewiczyy teleportacj w poblie kompleksu ju poprzedniej nocy, wic lokalizacja bya zapisana w ich pamici. Phil chwyci si Robby'ego, eby si zaapa na podwzk, i po kilku sekundach stali ju jakie pitnacie metrw od bramy. W oddali Jack dostrzeg Lar oraz pozostae kobiety, idce do kuchni. Ich biae szaty lniy w wietle ksiyca. Phil zdj koszulk i schowa si za drzewem. Po kilku sekundach wrci jako ogromny wilk. - To do dziea. - Jack z Robbym poszli na prawo, a Phineas i Phil skrcili w lewo, by okry kompleks. Granice orodka patrolowao zwykle co noc dwch stranikw. Zadaniem Phila i Phineasa byo schwytanie ich i skucie, potem Phineas mia teleportowa stranikw do aresztu w komisariacie Szefa. Mia tam by jeden z dorosych synw Szefa, eby ich pilnowa. Pniej, po akcji, wampiry chciay zmieni wspomnienia stranikw i wypuci ich. Jack i Robby kluczyli po lesie, a zbliyli si do dormitorium. Przeskoczyli przez mur i obnayli miecze, zanim weszli do sypialni. Bya pusta. Dobrze. Larze udao si wyprowadzi wszystkie kobiety. Pobiegli do wityni. Phil przygna do nich susami i spotka si z nimi u stp schodw. - Schwytalicie tych dwch stranikw? - szepn Jack. Phil pochyli gow i warkn cicho. Phineasa miao nie by przez kilka minut - odstawia stranikw do aresztu w Wolf Ridge. Jack wszed po stopniach wityni. - W rodku powinno by trzech miertelnych stranikw i jedna miertelna kobieta. Robby uchyli drzwi i zajrza. - Droga wolna. - Otworzy drzwi szerzej i Phil wlizgn si do rodka. Przecili hol i dotarli do kolejnych dwuskrzydowych drzwi. Jack powoli otworzy je i rozejrza si po wntrzu wityni. Sal owietlay niewielkie paleniska z brzu, ustawione midzy kolumnami. W drugim kocu, na podwyszeniu, stranik rozsiad si na jednym z tronw i wcina czipsy. Najwyraniej nie spodziewa si adnych I kopotw. By cakowicie zajty swoj wielk pak czipsw. Jego miecz lea na tronie obok. Jack po cichu przeszed za rzdem kolumn po prawej stronie. Robby przemkn si na lewo. Kiedy Phil ruszy za nim, jego pazury zastukay cicho na marmurowej pododze. Robby obejrza si na niego i zerkn na stranika.
234

Stranik wyprostowa si nagle. Wybauszy oczy na widok wilka i uzbrojonego Szkota w kilcie. Paczka czipsw spada na podog. Chwyci miecz, zeskoczy z podwyszenia i pobieg do gongu, eby bi na alarm. - Nie! - Robby rzuci si w jego stron. Jack i Phil byli tu za nim. Kiedy stranik zobaczy, z jak prdkoci migaj ku niemu, rzuci mieczem w gong. Miecz dosign celu w chwili, kiedy Robby dopad stranika. Uderzenie miecza strcio gong ze stojaka; brzowa tarcza przeturlaa si obok paleniska i zacza kry w miejscu, wydajc przecigy, metaliczny dwik, ktry rozleg si echem po wielkiej sali. Phil skoczy na tarcz i zatrzyma j z gonym hukiem. Robby przygwodzi stranika do podogi, ale miertelnik wci si szamota i krzycza o pomoc. - Bd cicho - mrukn Robby i hukn go w gow rkojeci miecza. Jack poda mu kajdanki. - Teleportujemy go pniej. Robby sku nieprzytomnego stranika i zawlk go za kolumn. Tymczasem kolejny stranik wybieg z korytarza na tyach. Wyoni si zza tronw, krzyczc i wywijajc mieczem. Jack zacz z nim walczy i po kilku sekundach miecz stranika poszybowa w powietrzu. Pad z brzkiem przed podwyszeniem. Stranik zatoczy si do tyu z oczami szeroko otwartymi ze strachu. Jack odsun miecz na bok. - Nie chc ci zabija. Wystarczy, e si poddasz. - Jestemy atakowani. Nie ma nadziei - szepn stranik. Nagle zesztywnia, jego oczy zrobiy si szkliste. - Nikt nie moe przey. - Sign pod tog i wycign n. Odwrci go, celujc we wasn pier. - Nie! - Jack rzuci miecz i teleportowa si za plecy stranika. Chwyci nadgarstek mczyzny, w chwili gdy ten prbowa si dgn. Jack wyrwa mu n z doni i uderzy go w gow rkojeci. Kiedy stranik osun si do przodu, Jack rzuci n i zapa mczyzn. Nikt nie moe przey. Jack wymamrota przeklestwo. Przerzuci sobie stranika przez rami i podszed do miejsca, gdzie Robby uoy tego pierwszego. - Syszae, co on powiedzia? - Jack rzuci stranika na podog. - Tak, nikt nie moe przey. - Robby sku mczyzn. - Phil, upewnij si, czy Lara jest bezpieczna - rozkaza Jack. - Ona i pozostae kobiety s w kuchni. Phil pogna do drzwi. Wspi si na tylne apy, eby je pchn, i pomkn na dwr.
235

- T miertelniczk znajdziesz na tyach - szepn Jack do Robby'ego. - Za czerwonymi drzwiami. Robby skin gow. W tej chwili rozleg si gos. Jack wcign Robby'ego za kolumn. - Ja si nim zajm. Ty bierz dziewczyn - szepn. - Co tu si dzieje, do diaba? - Apollo wyszed zza tronw. Jego zota toga bya przekrzywiona, jakby narzuci j na siebie w popiechu. Zatrzyma si, kiedy zobaczy miecz na pododze i paczk rozsypanych czipsw na podwyszeniu. -Cze, Apollo - przywita go Jack po czesku, podchodzc do miejsca, gdzie upuci miecz. Poprzedniej nocy odkry, e Apollo to tak naprawd Anton z Pragi. - Henrik, co ty tu robisz? - odpar Apollo po czesku. - Przez ciebie ci gupi stranicy myl, e jestemy atakowani. Jack wiedzia, e musi mwi waciwe rzeczy, by zmusi Apolla do pozostania - inaczej ten dra po prostu si teleportuje. Podnis miecz. - Bo jestecie atakowani. Unieszkodliwiem czterech twoich stranikw. Apollo zesztywnia; jego twarz poczerwieniaa z gniewu. - Ty cholerna winio! Przywitaem ci tutaj serdecznie. Daem ci nawet dziewk do pieprzenia. A ty odpacasz mi zdrad za moj hojno? Dlaczego? - Chc zatrzyma dziewczyn. - Jack szybko zerkn na prawo. Robby wci sta ukryty za kolumn, czekajc na okazj, eby pobiec do pokojw na zapleczu. Apollo si achn. - Niech ci szlag, ty idioto! Dlaczego nie powiedziae? Mam tu osiem kobiet w zapasie. Jeli chcesz ktr z tych dziwek, to po prostu j sobie we. - Spojrza na Jacka z niesmakiem. - Ale musisz si pospieszy, bo dowdca stray wanie idzie je pozabija. Dreszcz przebieg po skrze Jacka. Larze nie mogo si nic sta. Phil by przy niej. I Phineas powinien ju wrci. Apollo schyli si, eby podnie miecz lecy przed podwyszeniem. - Wszystko mi schrzanie, draniu. Powinienem ci zabi. - Bardzo prosz, sprbuj. - Jack cofn si, chcc odcign Apolla od tronw, eby Robby atwiej mg si przemkn do pokojw na tyach. - Ty dupku. - Apollo ruszy za nim. - Musz zaczyna od nowa i uzupenia zapasy od zera. - Nie. - Jack przeszed na angielski. - Nie zaczniesz od nowa. Jeste skoczony. Apollo zmruy oczy. - Dzisiaj masz inny akcent. Kim ty jeste?
236

- Giacomo di Venezia. Apollo poczerwienia na twarzy i a zatrzs si z wciekoci. - Jeste jednym z rzenikw z masakry w DVN! - Tak, zabiem tamtej nocy szeciu twoich kolekw. I widziaem, jak umiera Jdrek Janw. By tak aosny i saby, e zabia go miertelniczka. - Nie! - Apollo ruszy na niego biegiem, wywijajc mieczem. Ktem oka Jack dostrzeg, e Robby mign w stron korytarza z tyu. Odskoczy na bok i odparowa atak Apolla. Posa w niebo ostatni modlitw o bezpieczestwo Lary i skupi ca uwag na ocaleniu wasnego ycia.

Rozdzia 26
Pieczesz najlepsze ciastka wiata. - Vanessa wepchna do ust kolejne ciastko z czekoladowymi wirkami. - Dziki. - Lara dooya wicej na talerz i postawia go na stole. Pieka przez cae popoudnie, eby mc zwabi dziewczyny do kuchni. - Dola komu mleka? Podnioso si kilka rk. Lara wyja z lodwki dzba- I nek z mlekiem i obesza st, dolewajc do szklanek. I Panna Zakaz spojrzaa na ni skonsternowana. i - Dlaczego jeste dla nas taka mia? Mylaam, e ci 1 si tu nie podoba. i - Widziaam wczoraj wieczorem, jak si martwiy- f cie, kiedy Hades mnie wybra. - Lara odstawia dzbanek | do lodwki. - Byam naprawd wzruszona. W ten sposb 'i chc wam podzikowa. f - Mylaam, e ci wicej nie zobacz. - Vanessa zadraa. - Mylaam, e Hades zabierze ci do pieka. Ja te. - Kristy ugryza ciastko. - Jaki... jaki by? Wszystkie siedem dziewek spojrzao na Lar, czekajc na odpowied. - By... wspaniay. Hades jest prawdziwym dentelmenem. - Zeus chyba nie jest - wymamrotaa Panna Zakaz, spogldajc na swoje posiniaczone rce. - C - uciszya j kucharka. - Kto moe ci usysze. Kristy dojada ciastko i signa po nastpne. - Przysigam, e dzisiaj przytyj ze dwa kilo.
237

Pozostae dziewki przytakny ze wspczuciem. Kiedy ualay si nad swoj rzekom nadwag, Lara wsuna n do stekw pod lniane pasy okalajce jej klatk piersiow. Chciaa mie bro, na wypadek gdyby Jack mia racj i Apollo przysa stranika, eby je pozabija. Jack prosi j te, eby namwia dziewczyny do wyjcia na drog, gdzie czekay wilkoaki z samochodami. Ale wiedziaa, e przekonanie ich do przejcia przez bram bdzie trudne. Podesza do stou. - Jeli naprawd chcecie zgubi troch wagi, powin-nycie powiczy. Mogybymy si przespacerowa drog. Dziewczyny zachysny si, przeraone. - Nie moemy wyj - powiedziaa kucharka. - To zakazane. - A w lesie s straszliwe bestie - dodaa Kristy. -Z wielkimi zbami. Vanessa si skrzywia. - Syszaam, e porywaj ludzi do pieka. - Spytaam o to Hadesa - odpara Lara. - I powiedzia, e las jest cakowicie bezpieczny. Bestie wiedz, e jestemy wyjtkowe, wic tak naprawd bd nas strzec. Dziewki milczay, zastanawiajc si nad t now rewelacj. Kucharka pokrcia gow. - Nie wiem, czy moemy wierzy w cokolwiek, co mwi Hades. - A mylisz, e moesz ufa Apollowi? - spytaa Lara. - Porwa nas z uczelni. Zabra od naszych przyjaci i rodzin. Vanesso, poznaam twoje przyjaciki. Vanessa podskoczya na krzele. - Znasz moje imi? - Tak. I poznaam twoj wsplokatork, Megan. I twoje przyjaciki, Carmen i Ramy. Umieraj z niepokoju o ciebie. Wszystkie macie przyjaci i krewnych, ktrzy si o was martwi. - I co z tego? - Kucharka zmarszczya brwi. - Nie moemy wrci. - Wanie e moecie. - Lara wskazaa drog na zewntrz. - Niecay kilometr dalej przy tej drodze czekaj na nas ludzie. Dobrzy ludzie, ktrzy chc nas zabra do domu. Wszystkie mogybycie wrci do prawdziwego ycia. - Mwisz serio? - Panna Zakaz otworzya szeroko oczy, pene nadziei. Vanessa zmarszczya nos. - Ale ja oblej trzy egzaminy. - Mnie te mieli obla - burkna Kristy. - Tutaj ycie jest o wiele atwiejsze.
238

- Jakie ycie? - spytaa Lara. - Mwi wam, co macie nosi, kiedy je, kiedy sprzta, kiedy pilnowa faszywego boga... - Nie mw tak! - Kucharka rozejrzaa si nerwowo. - Mnie si tu podoba. - Vanessa ugryza kolejne | ciastko. - ycie na Ziemi jest zbyt trudne. - Nie ma by atwe - odpara Lara. - Gdyby zawsze f byo atwe, nigdy nie dojrzewalibymy ani bymy si nie uczyli. A kiedy dziej si straszne rzeczy, wanie wtedy przekraczamy wasne granice i stajemy si lepsi, chocia wydawao nam si to niemoliwe. Pomylaa o tym, jak bardzo ona sama dojrzaa od czasu wypadku samochodowego. Teraz bya wdziczna za cae to cierpienie i walk, bo dziki temu staa si do silna, eby poradzi sobie z t sytuacj, i do silna, by z otwartymi ramionami przyj przyszo z Jackiem. - A czasami musimy podejmowa bardzo trudne decyzje, ktre bd miay wpyw na cae nasze dalsze ycie. - Lara wiedziaa, e decydujc si na ycie z Jackiem, prdzej czy pniej bdzie musiaa zosta wampirzyc. Ale to bya waciwa decyzja i zamierzaa si jej trzyma. Z rozmyla wyrway j krzyki na zewntrz. By to jeden ze stranikw. Jej serce zabio szybciej. A jeli Jack mia racj, i stranik chcia je zamordowa? Pobiega do drzwi, eby sprawdzi zamek. Na wypadek gdyby stranik mia klucz, zapaa krzeso i zaklinowaa je pod klamk. - Co ty robisz? - Kucharka wstaa. - Czy tylne drzwi s zamknite na klucz? - spytaa Lara. - Tak - odpara kucharka. - Ale co... Klamka zaklekotaa. - Otwiera drzwi! - krzykn stranik. Lara rozpoznaa jego gos. To by dowdca stray, ktrego nazywaa Skrzypicym Sandaem. - Wpucie mnie! - Zacz omota w drzwi. - Tak, panie. - Kucharka ruszya do drzwi. - Nie. - Lara uniosa rk, eby j powstrzyma. Pozostae dziewki wstay. - Nie moemy sprzeciwia si stranikowi - powiedziaa Kristy. Skrzypicy Sanda omota dalej. - Rozkazuj wam otworzy te drzwi. Pola Elizejskie zostay zaatakowane! Dziewki krzykny. - Co mamy robi? - spytaa Vanessa. - Musimy otworzy. - Kucharka uparcie sza do drzwi. Lara wyja n. - Nie podchod. Kucharka wybauszya oczy. - Ty... ty jeste w zmowie z Hadesem! Chcesz, ebymy wszystkie trafiy do pieka!
239

- Prbuj was ratowa - oznajmia Lara. - Nikt nie moe przey! - krzykn stranik. Lara zdrtwiaa. Jack mia racj. - Co to znaczy? - zdziwia si Vanessa. Lara napara na drzwi, ktre trzsy si pod ciosami stranika. - To znaczy, e Apollo rozkaza straom nas zabi. Dziewki otworzyy usta z przeraenia. Kilka si cofno. Vanessa zacza si trz i skomle. Lara usyszaa kroki oddalajce si od drzwi. Czego Skrzypicy Sanda sprbuje teraz? - Nie - szepna kucharka. - Apollo jest bogiem. Nie zabiby nas. - Nie jest bogiem - powiedziaa Lara. - On was okamywa. - To nieprawda, nieprawda - zaczy chrem zaprzecza dziewki. - Musz ci powstrzyma. - Kucharka pobiega do kuchni i zapaa n. - Przez ciebie wszystkie zostaniemy zawleczone do pieka. - Nie! - krzykna Panna Zakaz i wszystkie dziewki odwrciy si do niej. Oczy dziewczyny byy pene ez. Potara posiniaczone ramiona. - Ona ma racj. To nie s bogowie. Okienna szyba si roztrzaskaa. Dziewczyny pisny. Do jadalni posypao si szko. Skrzypicy Sanda uy rkojeci miecza, eby oczyci okno z resztek szyby. - Nikt nie moe przey. - On tu wchodzi! - pisna Vanessa. - Do tyu! - zawoaa Lara do dziewczyn. Pobiega z noem do okna, gotowa dgn Skrzypicego Sandaa, gdyby sprbowa wej przez okno. Gdzie niedaleko rozbrzmiao wycie. Skrzypicy Sanda wrzasn i w tej samej chwili potny wilk powali go na ziemi. - To jedna z lenych bestii! - zawya Kristy. - Przysza nas porwa do pieka. - Nie, on nas ratuje. - Lara wyjrzaa przez okno. Wilk przygwodzi Skrzypicego Sandaa do ziemi. Chodcie zobaczy. Dziewczyny podkrady si powoli, eby wyjrze przez okno. W polu widzenia pojawi si mody ciemnoskry mczyzna. By ubrany na czarno, w doni trzyma miecz. Lara rozpoznaa w nim wampira, ktrego widziaa na Uniwersytecie Syracuse. - O rany, spjrzcie na niego - szepna Vanessa. -Jest przystojny jak Denzel. Wampir wbi miecz w ziemi, z kieszeni kurtki wycign kajdanki i sku stranika. Poklepa wilka po gowie i wyj miecz z ziemi. - Kurcz - tchna Vanessa. - Kto to jest? - Jest niesamowity - zawtrowaa jej Kristy. - Widziaycie, jak obaskawi tego strasznego wilka?
240

Poniewa dziewczyny uparcie wierzyy w greckich bogw, Lara postanowia to wykorzysta. - To jest... Ares, bg wojny. - Ooooch - westchny dziewki. Panna Zakaz odcigna Lar na bok i spytaa szeptem: - A tak naprawd, kto to jest? - Dobry czowiek, ktry przyszed nam na pomoc -odpara Lara. - Moe was zabra do najbliszego miasta, skd wrcicie do domu. Po policzku Panny Zakaz popyna za. - Dzikuj. - Uciskaa Lar. - Mam na imi Sarah. - Pomoesz mu zaprowadzi dziewczyny w bezpieczne miejsce? - spytaa Lara. - Tak. - Sarah wyja krzeso spod drzwi i otworzya zamek. - Chodcie, idziemy. Dziewki wyszy na dwr. - Dokd idziemy? - spytaa Vanessa. Lara podesza do czarnego wampira. - Cze, jestem Lara. Spojrza na kobiety i szeroko si umiechn. - Witam panie. Pozwlcie, e si przedstawi... - Och, wiemy, kim jeste - przerwaa mu Lara. - Aresem, bogiem wojny. - Co takiego? - Jeste Aresem, bogiem wojny - powtrzya Lara ze znaczcym spojrzeniem. - I przybye uratowa te wszystkie pikne dzieweczki. - O tak. To wanie ja, maa. Jestem bogiem wojny. Lara si umiechna. - I zaprowadzisz wszystkie te kobiety len drog do SUV-w. - Jasne. - Wskaza bram. - Chodcie, moje drogie. - Och, Aresie, mj Panie. - Vanessa zatrzepotaa rzsami. - Jeste taki dzielny. - To zachwycajce, jak obaskawie tego strasznego wilka - dodaa Kristy. Wilk warkn cicho. Czarny wampir umiechn si do wilka. - O tak, jest straszny. Wielki i straszny. Ale nie martwcie si, mie panie. Obroni was moim potnym mieczem. - Dziewczyny poszy za czarnym wampirem do bramy. Otworzy j i poprowadzi je drog. Sarah spojrzaa na Lar i pomachaa jej. Lara odmachaa. Dziewczyny byy bezpieczne. Skrzypicy Sanda lea na ziemi z rkami skutymi za plecami. - Nikt nie moe przey - szepta! raz po raz.
241

Lara zadraa. Apollo chcia, eby wszystkie zginy. Nagle drgna, kiedy dotaro do niej, e Jack by moe walczy w tej chwili z Apollem. Podniosa miecz Skrzypicego Sandaa i ruszya biegiem do wityni. Wilk skoczy przed ni i zatrzyma si, warczc. Lara przesuna si w prawo; wilk zrobi to samo. Pobiega na lewo, ale wilk znw zamkn jej drog. - Och, przesta! - krzykna. To musia by wilkoak, o ktrym mwi jej Jack. Ciekawe, czy rozumia angielski. - Jeste tym dostawc, ktry zostawi pudeko Przysmaku Jacka? Wilk mrukn i pochyli gow. - Musz si dosta do wityni. Wilk zawarcza basowo. Nie moemy tu sta ca noc, gapic si na siebie. Wilk przysiad na tylnych apach i wbi w ni jasnoniebieskie oczy. - Posuchaj, chc pomc Jackowi. A jeli co mu si stanie, kiedy my tutaj sterczymy? Jak moglibymy z tym y? Wilk przekrzywi gow. W kocu odwrci si i pogna do wityni. - Dzikuj. - Lara pobiega za nim. Do diaba, gdzie jest Robby? Jack zada sobie to pytanie po raz dziesity. Apollo by zaskakujco dobrym szermierzem. Mimo to Jack pokonaby go ju pi minut temu, gdyby nie zjawia si Atena. Wampirzyca najpierw wrzeszczaa na niego, wyzywajc go od najgorszych. Potem sprbowaa uwolni dwch stranikw z kajdanek. Kiedy jej si nie udao, podniosa miecz pierwszego stranika. Bya cakowit ignorantk, jeli chodzio o szermierk, nie umiaa nawet prawidowo trzyma miecza. Ale moga by niebezpiecznym utrapieniem. Kiedy on parowa ciosy Apolla, ona skoczya za jego plecy i sprbowaa dgn go od tyu. Obrci si, wytrci jej miecz z rki i dalej walczy z Apollem. Do licha, gdzie ten Robby? Mia teleportowa Wybran do Wolf Ridge i natychmiast wraca. Jack skoczy na Apolla, spychajc go do defensywy. Nagle ktem oka zauway, e co na niego leci. Uchyli si i nad jego gow mign n. Przeklta Atena. Drzwi otworzyy si i Jack ujrza Phila, wlizgujcego si do wityni. Dobrze. Moe on si zajmie Aten. Nagle spojrza jeszcze raz, kiedy do sali wesza Lara z mieczem. Merda. Miaa by bezpieczna z reszt dziewczyn, a nie naraa si na niebezpieczestwo. Atena te j dostrzega. - Ty suko! Klknij przed bogami!
242

- Id do diaba. - Lara ruszya na ni, trzymajc miecz w obu doniach. Atena rzucia w ni noem. Jack na sekund zdrtwia z przeraenia, ale odskoczy na bok, kiedy Apollo zamachn si na niego. Obejrza si za siebie. Lara uchylia si w por. Chwaa Bogu. Phil rzuci si na Aten ze zowrogim warkotem, ale ona skoczya z wampiryczn prdkoci po swj miecz. Wycofaa si i opara plecami o kolumn, dziko wymachujc mieczem, eby wilk nie mg zaatakowa. Pisna, gdy Phil zagoni j pod nastpn kolumn. Kiedy mijaa trjng z brzow mis z ogniem, Lara kopna trjng i misa z hukiem upada na podog obok Ateny. Atena wrzasna, kiedy jej duga, fioletowa toga zaja si ogniem. Pomienie rozprzestrzeniay si byskawicznie. Pada na podog, turlajc si i wrzeszczc. Wia si jeszcze przez chwil, w kocu znieruchomiaa. - Atena! - rykn z wciekoci Apollo. Zaszaro-wa na Jacka, porzucajc wszelkie zasady sztuki szermierczej, gnany dzikim pragnieniem zemsty. To bya okazja, na jak czeka Jack. Odtrci miecz Apolla na bok i przebi jego pier. Apollo wybauszy oczy i po sekundzie jego ciao zmienio si w kupk pyu. Jack odwrci si do Lary. - Nic ci nie jest? - Nic. - Spojrzaa na podog i si skrzywia. - To wanie si dzieje, kiedy...? - Uwaaj! - Jack ruszy ku niej biegiem. Obrcia si na picie. Atena pdzia na ni, osmalona i poparzona. Uniosa miecz w nadwglonej rce i rykna z wciekoci. Lara pewnie trzymaa swj miecz. Phil z warkotem rzuci si na Aten od tyu. Sia uderzenia pchna j prosto na miecz Lary. Atena przemienia si w kupk popiou. Lara upucia miecz i cofna go. Jack chwyci j w ramiona. Caa si trzsa. - Ju dobrze. - Rzuci miecz i przytuli j mocno. -Ju dobrze. Ju po wszystkim. Obja go za szyj. - Tak si o ciebie baam. - Ja o ciebie te. - Pogaska j po plecach. - Nigdy nie powinna prbowa walczy z wampirem. To zbyt niebezpieczne. - Pomaga mi wilk. Przypomnij mi, jak si nazywa? - Phil Jones. - Jack rozejrza si po wityni. Phil przeszed przez sal, eby sprawdzi, co u stranikw. Dzikuj, Phil. - Tak, ja te dzikuj! - dodaa Lara.
243

Phil obejrza si na nich z wilczym umiechem. - Dziewczyny s bezpieczne? Co si stao? - spyta Jack. - Nic im nie jest. S z czarnym wampirem. - To Phineas McKinney, znany take jako Doktor Kie. Lara rozemiaa si z ulg. - Musz si przyzwyczai do caego nowego wiata. Drzwi otworzyy si i do sali wbieg Robby z claymorem w pogotowiu. - A ten to Robby MacKay - wycedzi Jack. - Znany rwnie jako gnida. Robby rozejrza si i skrzywi. - Chyba si troszeczk spniem. - Jakie dziesi minut! - krzykn Jack. - Gdzie ty si podziewa, do diaba? - Niech to szlag. - Robby wsun miecz do pochwy na plecach. - Zrobiem, jak prosie, i odnalazem mier-telniczk na tyach, za czerwonymi drzwiami. - To Wybrana Auila - odezwaa si Lara. - Jest caa? - Nie. Stranik zdy j dgn w pier. Bya bliska mierci, wic teleportowaem j prosto do Romatechu. -Robby westchn. - Roman prbowa ratowa jej ycie, ale miaa zbyt wiele obrae wewntrznych. Wymazaem jej pami i zabraem j do szpitala. Nie wiem, czy przeyje. - Biedna dziewczyna - szepna Lara. - Zrobie, co w twojej mocy - powiedzia cicho Jack. Robby zaoy rce na piersi i zmarszczy brwi. - Wic tu wszystko zaatwione? - Prawie. - Jack wskaza stranikw. - Tych dwch trzeba teleportowa do miasta. - A koo kuchni ley jeszcze jeden - poinformowaa Lara. - Pjd po niego. - Robby wyszed ze wityni. Phil potruchta za nim. - Dokd idzie wilk? - spytaa Lara szeptem. - Pewnie po swoje ubranie, eby mc zmieni posta na ludzk. Laro, tylko my wiemy, e Phil potrafi si przeobrazi, kiedy nie ma peni ksiyca. Nie mw o tym nikomu z Wolf Ridge. Nie wiem dlaczego, ale Phil chce to zachowa w tajemnicy. Skina gow. - Okej. C, od tej pory bd miaa do zachowania wiele tajemnic.
244

Dotkn jej policzka. - To adna tajemnica, e ci kocham, uwielbiam i chc z tob spdzi cae ycie. Moesz o tym krzycze ze szczytw gr. Umiechna si wesoo. - Krzykn to tylko ze szczytu pewnej dzwonnicy w Wenecji. Jack si rozemia. - No to jestemy umwieni. Lara westchna, kiedy gorca woda spyna po jej ciele. Nie chciaa ani minuty duej nosi tej biaej szaty. Jack zosta w wityni, eby pilnowa stranikw, a ona tymczasem pobiega do dormitorium, eby wzi prysznic i przebra si w swoje ubranie, ktre wyja z kufra. To ju koniec, pomylaa, kiedy resztki myda i szamponu spyway wirkiem do odpywu. Nie, tak naprawd to dopiero pocztek. Jej ycie z Jackiem bdzie ekscytujc przygod. Zapewnia j, e moe robi wszystko, byle czua si szczliwa. Moe wrci do swojej pracy jako funkcjonariuszka patrolujca nocami ulice i dalej stara si o awans na detektywa. Albo moe od razu zosta detektywem w firmie MacKay. To byo kuszce. Bardzo kuszce. Wiedziaa ju o istnieniu dobrych wampirw, Malkontentw i zmiennoksztaltnych. I jak tu wrci do zwyczajnej pracy, kiedy poznaa ten dziwny nowy wiat? Bdzie musiaa znale sposb, jak wyjani to wszytko LaToi. Zakrcia wod i wysza z kabiny prysznicowej. - Cze, bellissima. Krzykna cicho. - Jack. - Sta w drugim kocu azienki, oparty o umywalk, z zaoonymi rkami. W lustrze za nim nie byo wida odbicia. - Jak dugo tu jeste? - Do dugo. - Jego zotobrzowe oczy bysny wesoo. Parskna i wzia rcznik, eby si wysuszy. - Mylaam, e zostaniesz w wityni, eby pilnowa tych dwch stranikw. - Robby wanie teleportowa si z tym drugim, a ja zostaem sam i zaczem si o ciebie martwi. Chciaem sprawdzi, czy nic ci nie jest. - Umiechn si leniwie. -I widz, e wszystko w porzdku. Wszdzie. Rozemiaa si, wycierajc wosy rcznikiem. - Trzeba byo przyczy si do mnie pod prysznicem. - Powanie si nad tym zastanawiaem. Mylaem te, czy nie skorzysta z jednego z tych ek w dormitorium. Ale czekaj na nas w Wolf Ridge. Jeli nie pojawimy si za par minut, przybd nas szuka.
245

- Och, wic lepiej si ubior. - Woya figi. Jack obserwowa j tsknym wzrokiem. - No c, byo przyjemnie, dopki trwao. Lara wzia stanik. - Dziki Bogu, e mog go znw woy. Miaam do, e wszystko mi dyndao w tej tunice. - Tak, to by bardzo smutny widok. Obruszya si. - Baam si, e piersi zaczn mi opada. - Jak dla mnie wygldaj doskonale. - Spojrza na jej biust. - Od razu robi si weselsze, kiedy na nie patrz. Ze miechem woya stanik i dinsy. - Jack, jeste tu? - dobieg ich gos Robby'ego z dormitorium. - Merda - burkn Jack. - Ju id! - Wyszed do sypialni. Lara szybko woya koszulk, skarpetki i buty. Wybiega z azienki. Robby skin jej gow. - Wanie mwiem Jackowi, e zmienilimy wspomnienia stranikw i wikszoci dziewczyn. Ale jedna chciaa je zachowa. Ma na imi Sarah. - Ach, tak. - Panna Zakaz. Lary jako to nie zdziwio. - Sarah zacza si wszystkiego domyla. Oddali j jakiemu zboczecowi, ktry przedstawia si jako Zeus i bardzo brutalnie j potraktowa. - Tak. - Robby zmarszczy brwi. - Nie pamitaa tego Zeusa, wic pomogem jej odzyska pami. To byo dla niej bardzo cikie przeycie. Teraz wie, e zgwaci j i pobi. - To znaczy, e ta dziewczyna wie o wampirach - powiedzia Jack. - Tak. Bdziemy musieli postpowa z ni bardzo ostronie. Teleportuj j prosto do Romatechu, gdzie zostanie pod nasz opiek, dopki nie zdecydujemy, czy pozwoli jej zachowa wspomnienia. - Robby zwrci si do Lary: - Znasz j lepiej ni my. Mylisz, e mona jej ufa? - Tak. - Lara nie moga nie podziwia Sary. Dziewczyna podja trudn decyzj, e zachowa te straszne wspomnienia. Byoby o wiele prociej da sobie wymaza pami. - W innych okolicznociach i tak bym jej wykasowa pami - cign Robby. - Ale ona jest na studiach pedagogicznych, wic pomylaem, e najpierw porozmawiam z Shann. Jack kiwn gow. - Syszaem, e potrzebuje wicej nauczycieli. - Nauczycieli? - zdziwia si Lara. - Do szkoy dla wyjtkowych dzieci - odpar Jack. -Zmiennoksztatnych albo takich dzieciakw jak Constantine, ktre maj czciowo wampiryczne DNA. Pniej ci o tym opowiem. - Koniecznie. - Lar bardzo interesowaa moliwo urodzenia dziecka wampirowi.
246

- Jest jeszcze jedno - powiedzia Robby. - Kiedy przywrciem jej wspomnienia o Zeusie, potrafia go nam opisa. Wysoki, ciemne oczy, rosyjski akcent i lewa rka wygita pod dziwnym ktem. Na lewej doni mia rkawiczk. Jack zesztywnia. - Dziewi krgw pieka. - Co? - spytaa Lara. - Znacie go? - Polujemy na niego od wielu lat - wyjani Robby. - Z ostatnich raportw wynikao, e jest w Europie Wschodniej. Jack spojrza z niepokojem na Lar. - To Casimir, przywdca Malkontentw. I jest tu, w Stanach. Lara przekna lin. To oznaczao kolejne bitwy. I kolejnych miertelnikw w niebezpieczestwie. - Teleportuj si prosto do Romatechu, eby ostrzec Romana i Connora - postanowi Robby. - Potem zawiadomi Angusa. Bdzie chcia tu cign kogo si da. Jack kiwn gow.

247

- Le. Ja zabior Lar do Wolf Ridge. Robby znikn. - Chodmy. - Jack obj Lar. - Czekaj. - Przycisna donie do jego piersi. - Jak bardzo za jest sytuacja? Co ten Casimir chce zrobi? - Zbiera armi wampirw, ktre za ycia byy kry- , minalistami. Planuje zabi wszystkie przyzwoite, pijce z butelek wampiry, takie jak ja. A potem zaczn terroryzowa miertelny wiat, bd si poywia do woli i mordowa, bo nikt ich ju nie powstrzyma. Lara zadraa. Jack odgarn wilgotne wosy z jej twarzy. - Bardzo mi przykro, cara mia. Nie chciaem ci w to wciga. - Nic nie szkodzi. - Dotkna jego twarzy. - Po wypadku samochodowym chciaam robi co naprawd wanego, co, co pomoe uczyni ten wiat lepszym. I to jest wanie to. Nie wyobraam sobie niczego waniejszego. - Jeste taka dzielna, cara mia. - Pocaowa j w czoo. -Ale nie mog si z tob zgodzi. Jest co o wiele waniejszego ni Casimir i jego podli poplecznicy. Lara umiechna si ciepo. - Mwisz o mioci? Skin gow. - Amore. Kiedy mio jest po naszej stronie, nikt nas nie pokona.

Epilog
Trzy noce pniej Lara staa na campanile na Piazza San Marco i patrzya na owietlone ksiycem dachy Wenecji. Opieraa si o tward pier Jacka, a on obejmowa j. - Tu jest tak piknie, tak spokojnie - szepna. Potar podbrdek o jej wosy. - Tutaj pierwszy raz powiedziaem ci, e ci kocham.
248

- Mhm. To byo bardzo romantyczne. - Drgna, kiedy na dole rozlega si muzyka. - Co to? - Wyjrzaa w d i rozemiaa si, widzc Lorenza grajcego na akordeonie. Popyny ku niej nuty Bella notte. - Och, Jack. - Dotkna jego twarzy. - Jeste taki sodki. - Chciaem, eby wszystko wygldao idealnie. Spojrzaa na niego cierpko. - Prbujesz odtworzy pierwsz randk? Skrzywi si. - Niekoniecznie. Pod koniec pierwszej randki zostawia mnie. - No tak. Ale ty zmusie mnie do krzyku. Obawiam si, e biedne gobie maj przeze mnie trway uraz. Unis rce. - Dostaem nauczk. Dzisiaj teleportujemy si do mojej sypialni w palazzo i tam bd si z tob kocha ca noc. Obiecuj, e zrobi, co w mojej mocy, a co do krzykw, zdecydujesz sama. - Ty draniu. Zawsze przez ciebie krzycz. Rozemia si. - A jutro, kiedy ja bd cakowicie bezuyteczny we nie, pojedziesz na wycieczk po Wenecji. Siostrzenica Gianetty pracuje w muzeum i bdzie tego dnia twoj przewodniczk. - Och, to cudownie. Dzikuj, Jack. Oczy mu zabysy. - I mam dla ciebie jeszcze jedn niespodziank. Nie bdziesz zwiedza sama. Daem LaToi bilet pierwszej klasy do Wenecji. Przyjedzie rano. Lara otworzya usta i przycisna do do serca. - Jack, to najpikniejszy prezent, jaki dostaam w yciu. - Jest dobr przyjacik. Nie chc, eby j stracia tylko dlatego, e jeste ze mn. Oczy Lary napeniy si zami. Nie powiedziaa jeszcze LaToi wszystkiego, ale sdzia, e nietrudno bdzie przekona przyjacik, e Jack jest najcudowniejszym facetem na wiecie. Bo po prostu by. Wychylia si z okna dzwonnicy. - Kocham Giacoma di Venezia! Gobie, sposzone, zaczy fruwa jak szalone wok wiey i placu. Jack si rozemia. - No i prosz, znowu straszysz biedne gobie. Zarzucia mu rce na szyj. - Bo ci kocham, Jack. I zawsze bd ci kocha. Obj j mocno. - Jeste moim anioem, Laro. Mam dla ciebie jeszcze jedn niespodziank. W spodniach. Parskna. Pooy jej do na wypukoci. Spojrzaa w d. - Jeli dobrze pamitam, jeste o wiele wikszy. -Przesuna do na rodek. - O tak, teraz to co innego.
249

Rozemia si i wyj mniejsz wypuko z kieszeni. - Myl, e to ci si te spodoba. A przynajmniej mam tak nadziej. - Otworzy mae czarne pudeeczko. Lara a si zachysna. By to pikny szafir, otoczony skrzcymi si brylancikami. - Wiem, e to nie jest tradycyjny piercionek, ale ten szafir przypomina mi twoje liczne bkitne oczy. Odsuna si o krok. Poczua gsi skrk. Wiedziaa, e bdzie pielgnowa wspomnienie tej chwili do koca ycia. Bdzie pamita ten chodny nocny wiatr przelatujcy na przestrza przez okna campanile i dwiki Bella notte pynce z placu na dole. I bdzie pamita Jacka, stojcego przed ni z piercionkiem i z mioci paajc w zotobrzowych oczach. Uklk przed ni. - Laro Boucher, zechcesz za mnie wyj? Pada przed nim na kolana. - Tak, tak. - Oplota mu szyj rkami. Obj j mocno. - No to mi ulyo. Odchylia si do tyu. - Ale mam jeden warunek. Zrobi zaniepokojon min. - Mianowicie? Umiechna si i pogaskaa go po policzku. - Musisz przesta mwi dziewi krgw pieka". - Och - rzuci zaskoczony. - To si da zrobi. - Wsta i z promiennym umiechem wzi w ramiona. - Masz racj, cara mia. Dziki tobie w moim yciu pojawia si mio i znalelimy drog do Paradiso.

250

Related Interests