,

Pułapki społeczne
Elmér Hankiss

Spis treści
Zamiast przedmowy ................................................................................................................................ 3 1. Pułapki społeczne ................................................................................................................................ 3 Pojęcie pułapki społecznej .................................................................................................................. 3 Kilka typów pułapek społecznych ........................................................................................................ 7 Niektóre możliwości oraz utrudnienia w zwalczaniu pułapek społecznych ...................................... 13 Pułapki kooperacji ............................................................................................................................. 20 2. Korupcja............................................................................................................................................. 24 Od napiwku do kantu ........................................................................................................................ 24 Odnośniki historyczne ....................................................................................................................... 25 Korupcja a społeczny podział dóbr .................................................................................................... 28 Korupcyjny asortyment towarów ...................................................................................................... 29 Miara korupcji ................................................................................................................................... 30 Świat kumoterstwa............................................................................................................................ 33 Korupcja i władza............................................................................................................................... 34 Korupcja a efektywność społeczna.................................................................................................... 38 Korupcja a struktury społeczeństwa ................................................................................................. 41 Drogi wyjścia i zadania ...................................................................................................................... 43 3. Wspólnoty - kryzys i brak................................................................................................................... 45 O wspólnotach ogólnie ...................................................................................................................... 45 Wyginięcie wspólnot tradycyjnych.................................................................................................... 47 Opóźniony rozwój nowych wspólnot ................................................................................................ 48 Strukturalne przeszkody powstawania wspólnot ............................................................................. 49 Świadomościowe przeszkody powstawania wspólnot...................................................................... 53 Przeszkody w powstawaniu struktur wywodzące się z hierarchii wartości ...................................... 55 Caveat ................................................................................................................................................ 57 Bibliografia............................................................................................................................................. 58

Zamiast przedmowy
Pułapki, o których będzie mowa, nie są cienkimi pętlami z drutu czy sieciami, nie są sidłami o stalowych zębach łamiącymi kości, nie są zbudowane z zaostrzonych bambusów. Mimo to są niemal tak samo niebezpieczne i zdradliwe, jak te, w które wpadają myszy, wilki, tygrysy czy ryby, tak samo chwytają swe ofiary i nie pozwalają się im wyswobodzić. Jest jednak coś, co je wyróżnia spośród podobnych konstrukcji. Otóż różnią się one od innych sideł tym, że pułapki społeczne - bezwiednie - zastawiane są przez same ofiary. Właśnie z ludzkich czynów, postępowań, decyzji, z ludzkich dążeń spleciona jest sieć, w którą bardzo często wikłają się ludzkie społeczności i społeczeństwa. W momencie kiedy zauważą uplecioną przez siebie siatkę, uwolnić się z niej już prawie nie sposób. Termin „pułapki społeczne” nie jest więc efektowną przenośnią, lecz nazwą bardzo realnie istniejącego i konkretnego mechanizmu, który jest uruchamiany wciąż od nowa w różnych postaciach i który zazwyczaj czyni wielkie spustoszenia wśród wartości i dóbr, zasobów sił i związków międzyludzkich niezbędnych społecznościom i społeczeństwom. Życiowym interesem każdej społeczności i każdego społeczeństwa jest więc zauważenie zawczasu powstających pułapek. W stadium początkowym jest bowiem jeszcze stosunkowo łatwo się z nich wyśliznąć, później można się z nich wyswobodzić tylko ogromnym wysiłkiem, zwykle za cenę wielkich strat. Dwie rozprawy niniejszego tomiku mają służyć pomocą w unikaniu owych pułapek. Oba eseje zajmują się pułapkami społecznymi; pierwszy zajmuje się w sposób ogólny oraz teoretycznymi problemami obrony przeciwko takim sytuacjom, drugi analizuje działanie najpowszechniejszego na całym świecie typu pułapki.

1.

Pułapki społeczne
Pojęcie pułapki społecznej
W ciągu minionych kilkudziesięciu lat dzięki teorii gier i decyzji oraz badaniom sytuacji konfliktowych przedstawiono opisy zjawisk bardzo ważnych z punktu widzenia nauk społecznych. Pod koniec lat sześćdziesiątych nazywano je dylematami społecznymi, ostatnio coraz częściej mówi się o pułapkach społecznych. Te dwa terminy nie całkiem się jednak pokrywają: oznaczają one dwie projekcje czy też dwie następujące po sobie fazy tego samego zjawiska. Ogólnie można określić dylemat społeczny jako taką sytuację decyzyjną czy też konfliktową, w której stojące naprzeciwko siebie strony, starając się doprowadzić do optymalnego urzeczywistnienia własnych interesów, w rezultacie wychodzą na tym, zarówno każda z osobna, jak i obie razem, gorzej, niż gdyby interesy te ze sobą uzgodniły. Pułapka społeczna jest natomiast takim błędnym, nie kontrolowanym przez społeczeństwo automatyzmem, który wytworzył się w wyniku złego, samolubnego rozwiązania dylematu społecznego i który prowadzi do rezultatu sprzecznego z zamiarami podejmujących decyzję: zamiast

umożliwić im uzyskanie pożądanych dóbr, właśnie pozbawia ich bądź co najmniej utrudnia czy nawet uniemożliwia ich zdobycie. Definicja ta jest jednak dość swobodna i nieprecyzyjna i wymaga więc skonkretyzowania. Dylematy społeczne (a także często rodzące się z nich pułapki) powstają w sytuacjach, które teoria gier rozpatruje w kategoriach gier o sumie niezerowej (zmiennej). Jak wiadomo, w grach o sumie zerowej (stałej) jedna ze stron może wygrać tylko kosztem drugiej. Jeśli jeden z graczy wygrał, dajmy na to, 5 jednostek wartości, to drugi musiał przegrać 5 jednostek (a więc suma wygranych i przegranych obu graczy jest zerowa). W praktyce społecznej jednak często występuje taka sytuacja decyzyjna lub konfliktowa, w której obie strony mogą wygrać nie tylko jedna od drugiej, ale także, w przypadku współdziałania, uzyskać wygraną ze źródła zewnętrznego. Taki typ gry o sumie niezerowej w literaturze specjalistycznej zwykło się przedstawiać za pomocą tak zwanego „dylematu więźnia”. Ponieważ jest on znany, wystarczy, jeśli naszkicuję go w kilku słowach. Otóż mamy dwie osoby, podejrzane o obrabowanie banku i aresztowane. Do ich skazania nie ma jednak wystarczających dowodów rzeczowych; potrzeba więc przyznania się co najmniej jednego z nich. Sędzia śledczy, by uzyskać od któregoś z nich takie zeznanie, wzywa ich do siebie oddzielnie i każdemu przedstawia następującą propozycję: 1. a) Jeśli przyznasz się do obrabowania banku, a twój wspólnik będzie się wypierał, to ciebie wypuszczę na wolność, zaś twój wspólnik zostanie skazany na 10 lat więzienia. b) Jeśli twój wspólnik się przyzna, zaś ty się wyprzesz udziału w przestępstwie, to jego zwolnię, a ty zostaniesz skazany na 10 lat. 2. Jeśli obaj przyznacie się do winy, dostaniecie po 5 lat. 3. Jeśli żaden z was się nie przyzna, to wykręcicie się wprawdzie ze sprawy obrabowania banku, ale pod jakimś pretekstem skażę was obu za jakąś drobną sprawę na 1 rok więzienia. Co ma w takiej sytuacji zrobić aresztowany, żeby wydostać się z tej pułapki jak najmniejszym kosztem, kosztem najniższego wyroku, lub nawet zostać uniewinnionym? Według strategii optymalnej opracowanej dla gier o sumie zerowej, strategii zwanej minimaksową (lub maksyminową), która w trakcie gry przeciwko racjonalnie myślącemu przeciwnikowi chcącemu maksymalizować realizację swoich interesów zapewnia możliwie największą wygraną, należy przyznać się do winy, bo tylko w takim przypadku aresztowany ma szanse uzyskania w danej grze największej wygranej lub najmniejszej straty, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie przeciwnik. (Teoria gier formułuje to jako strategię dominacyjną w takiej grze, strategię, która prowadzi do najlepszego wyboru, dominującego nad wszystkimi innymi). W takim przypadku bowiem, niezależnie od tego, czy drugi aresztowany przyzna się do winy czy nie, pierwszy zostanie skazany najwyżej na 5 lat, co więcej - jeśli tamten drugi się nie przyzna, jego właśnie wypuszczą na wolność. Jeśli natomiast podejrzany nie przyzna się do obrabowania banku, dostanie co najmniej rok więzienia, ale najprawdopodobniej 10 lat (bo tamten drugi raczej się przyzna, gdyż i dla niego strategią dominacyjną jest przyznanie się). Wynik poszczególnych decyzji w ramach tej gry przedstawiany jest za pomocą następującej macierzy (tab. 1): pierwsza z liczb danego elementu macierzy oznacza zawsze „wygraną” pierwszego aresztowanego, druga - drugiego, „wygraną” negatywną, ponieważ oznacza liczbę lat do przesiedzenia w więzieniu.

Tabela 1 2. Drugi podejrzany przyznaje się nie przyznaje się 1. Pierwszy podejrzany przyznaje się 5, 5 0, 10 nie przyznaje się 10, 0 1, 1 Jeśli więc obaj aresztowani starają się zabezpieczyć przed najgorszym (wyrokiem 10 lat więzienia) i zapewnić sobie minimaksową wygraną niezależnie od decyzji drugiego partnera (a więc 5 lat więzienia zamiast 10), obaj przyznają się do winy i otrzymują w rezultacie wyroki po pięć lat więzienia. Czy jednak naprawdę słuszna była decyzja niezależnego wyboru własnej strategii dominacyjnej? Niekoniecznie. Strategia dominacyjna jest najlepsza w grach o sumie zerowej i tam zapewnia maksymalną możliwą wygraną. Tymczasem wspomniani aresztowani biorą udział w grze o sumie niezerowej; mogą bowiem uzyskać wygrane nie tylko jeden kosztem drugiego (warianty 1, a i 1, b), lecz także, przy współpracy, mogą uzyskać wygraną „z zewnątrz” - od sędziego, od sądu. Jest nią niski wymiar kary (wariant 3). Jeśli bowiem jeden z -nich lub obaj zastosują wąsko egocentryczną strategię dominacyjną (wariant 1 i 2), to w rezultacie obaj otrzymają łącznie karę 10 lat (0 + 10 lub 10 + 0 lub 5 + 5). Kiedy jednak nie przyzna się żaden z nich, czyli obaj - ufając we współpracę partnera podejmą ryzyko kary 10 lat więzienia, otrzymają po 1 roku, czyli razem 2 lata. Oznacza to, że obaj łącznie uzyskali wygraną 8 lat wolności. Warunkiem uzyskania takiego wyniku jest jednak prowadzenie przez nich gry nie przeciwko sobie, ale współpracując ze sobą. Jak się później przekonamy, do współpracy takiej potrzeba spełnienia wielu warunków wstępnych, spośród których tradycyjna teoria gier podkreśla następujące dwa: a) obaj partnerzy muszą sobie nawzajem zaufać; b) każdy z partnerów wie, że cieszy się zaufaniem drugiego. Jeśli oba te warunki nie są spełnione, a dzieje się tak dość często w praktyce stosunków międzyludzkich, społecznych i politycznych, to strony, nawet niekoniecznie powodowane chęcią zysku, ale po prostu dla samoobrony, zmuszone są do wybrania strategii dominacyjnej (czyli nie strategii współpracy). Ta wymuszona (choć przekonamy się, że często pozornie wymuszona) ściśle egocentryczna decyzja kryje w sobie nie tylko niebezpieczeństwo, przyniesienia obu partnerom z naszego przykładu wygranej mniejszej (po 5 lat więzienia, czyli o 4 lata wolności mniej) od wygranej możliwej do uzyskania (po 1 roku więzienia); grozi tym, że po podjęciu decyzji przy braku zaufania nie ma już odwrotu; wydarzenia wymykają się spod kontroli uczestniczących iw grze stron. Jeśli jeden z partnerów przyznał się już do winy, to drugi, by ratować, co się jeszcze da, zmuszony zostaje do przyznania się nawet wtedy, gdyby sędzia śledczy zezwolił, aby drugi z partnerów podejmował decyzję później i nawet wtedy, gdyby partner ten przedtem skłaniał się do współpracy. Za oboma zamknęła się już pułapka społeczna. Problemy związane z dylematami społecznymi wcale nie tak nieoczekiwanie wtargnęły na początku lat sześćdziesiątych do świadomości naukowej. Istniały okoliczności poprzedzające w szerszym rozumieniu, a także związane bliżej z tą tematyką prace przygotowujące ją od strony metodycznej i pojęciowej. Poprzedzające w szerszym rozumieniu były wszystkie badania zajmujące się tą tematyką w aspekcie filozoficznym, etycznym lub politycznym problemem uzgodnienia interesów jednostki oraz wspólnoty. Nie będę teraz jednak dokładniej tego omawiał. Bezpośrednich poprzedników szukać należy natomiast wśród kierunków nauk społecznych, jakie pojawiły się od lat trzydziestych. Próbowały one metodami doświadczalnymi oraz matematycznymi analizować prawidłowości współżycia jednostek i społeczności. Mam tu na myśli przede wszystkim socjopsychologię

eksperymentalną badającą stosunki międzyludzkie, formy współpracy, sposoby porozumiewania się, procesy decyzyjne a także badania w dziedzinie komunikacji społecznej, teorię organizacji i kierowania w ramach politologii: analizę konfliktów, a przede wszystkim wspomnianą już teorię gier i procesów decyzyjnych. Początek badań nad teorią gier przypada na lata trzydzieste i czterdzieste. Okres ten wyraźnie wyznacza opublikowanie w 1928 roku przez Johna von Neumanna pionierskiego opracowania oraz pierwsza fala fachowych dyskusji, jaka nastąpiła po drugim wydaniu w roku 1947 napisanej wraz z Oscarem Morgensternem pracy o fundamentalnym znaczeniu Theory of Games and Economic Behavior. Budowano wtedy fundamenty teoretyczne i opracowywano aparat matematycznologiczny. Drugi etap przypada mniej więcej na lata pięćdziesiąte. W okresie tym teoria gier szybko zdobyła popularność na całym świecie jako ważne narzędzie opracowania i optymalizacji „strategii agresywnych”, i to zarówno w życiu gospodarczym jak i w sferze konfliktów politycznych. Biznesmeni, politycy i sztabowcy oczekiwali od teorii gier opracowania takich strategii, które gwarantowałyby sukces i maksymalną wygraną w konsekwentnie zmierzających do celu grach prowadzonych przeciwko wrogom. W okresie tym uwaga naukowców skupiła się tylko na grach o sumie zerowej, toczonych pod hasłem wygranej kosztem przeciwnika. Okres trzeci rozpoczął się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Wówczas to zamiast strategii agresywnych na pierwszy plan wysunęły się stopniowo strategie kooperacyjne. Podkreśliłbym tu trzy czynniki, które odegrały rolę w tej zmianie. Jeden z nich wynikał z polityki międzynarodowej, drugi był czynnikiem społecznym, trzeci związany był ze środowiskiem naturalnym. Uwagę na strategie kooperacyjne zwrócił przede wszystkim fakt, że konfrontacja zimnowojenna prowadziła do niewyobrażalnych i niemożliwych do akceptacji skutków nie tylko w rzeczywistości, ale i w świecie macierzy teoria gier. Rapoport (który w latach 1960 i 1964 opublikował dwie książki krytykujące w nich strategie agresywne oraz zachęcające do upowszechniania strategii kooperacyjnych) wspomina, że w ramach symulacji wojny atomowej w ujęciu teorii gier stratedzy rozważali na przykład problem, za cenę ilu istnień ludzkich opłaca się jeszcze zwycięstwo. Jeden z nich napisał na temat akceptowanej liczby ofiar: „Jeśli 180 milionów zabitych (a więc cała ludność USA) byłoby za wielką ceną za ukaranie agresora, to jaką cenę skłonni bylibyśmy zapłacić?... Omawiałem ten problem z wieloma Amerykanami i średnio po piętnastominutowej dyskusji dopuszczalna przez nich liczba wahała się między 10 a 60 milionami zabitych, ale w większości bliższa była tej ostatniej”.1 Według Rapoporta tak niewiarygodne konkluzje są przede wszystkim wynikiem traktowania przez strategów konfliktów międzynarodowych jako gier o sumie zerowej, a więc takich, w których jedna strona może wygrać tylko kosztem drugiej. Można by to ująć ściślej: stratedzy byli przekonani, że ich przeciwnicy uważają konflikty za gry o sumie zerowej, czyli sytuacje, w której tamci też mogą zyskać coś tylko naszym kosztem. Nieprzydatna jest tu wiedza o tym, że konflikt atomowy nie jest grą o sumie zerowej (bo nasza strata w kosztach zbrojeń oraz istnieniach ludzkich nie jest wygraną przeciwnika w kosztach zbrojeń i istnieniach ludzkich), skoro nasz przeciwnik uparł się w dążeniu do bezwzględnego zwycięstwa za wszelką cenę i gotów jest ponieść ogromne straty, byle tylko nas zniszczyć. Zmusza on nas więc do wyboru tej samej bezwzględnej strategii. A ponieważ nasz przeciwnik też wie, że w konflikcie atomowym szanse na nikłą względną wygraną przy nieobliczalnie wielkich obustronnych stratach ma strona inicjatywna (bo zniszczeniu ulegnie, powiedzmy, 50 procent obszaru przeciwnika w porównaniu z 75 procentami naszego terytorium), więc nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wyprzedzić przeciwnika. I w tym momencie zaczyna działać fatalny mechanizm, który na wzór automatyzmu „on myśli, że ja myślę, że on myśli...”, wspominanego bardzo często przez T.C. Schellinga i innych specjalistów od teorii
1

A. Rapoport, Strategy and Conscience. New York 1964, s. 87.

strategii, Rapoport określa w następujący sposób: „On mógłby tak zrobić, dlatego też powinienem tak zrobić, w rezultacie czego on to zrobi, więc muszę to zrobić”2. Tymczasem konflikt atomowy, jak to przekonywająco uzasadnia Rapoport, nie jest grą o sumie zerowej, lecz grą o zmiennej sumie przypominając dylemat więźnia - w której mogą wygrać obie strony w przypadku współpracy. Grając przeciwko sobie obie strony mogą tylko przegrać, lecz w atmosferze wzajemnego braku zaufania istnieje niebezpieczeństwo, że będą rozgrywać tę grę jako grę o sumie zerowej, przez co zostaną wepchnięte w pułapkę strategii dominacyjnej ukierunkowanej na utrzymywanie partnera w szachu i zniszczenie go; w sytuację, którą Rapoport nazywa „pułapką o sumie zerowej”.3 Do tego, że w latach sześćdziesiątych coraz więcej miejsca w myśleniu społeczno-politycznym (a także w badaniach z zakresu teorii gier) zaczęły zajmować strategie kooperacyjne, przyczyniły się - obok zabrnięcia w ślepy zaułek praktyki i sposobu rozumowania kategoriami zimnej wojny - zmiany zachodzące w świadomości społecznej. Działo się tak zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie lata sześćdziesiąte były, jak wiadomo, czasem wielkiego przebudzenia się społeczeństwa, pozbycia się iluzji, zwrócenia uwagi na istniejące w kraju nierówności, na Amerykę biedaków, na poważne niedostatki instytucji gospodarczych i społecznych. Zaczęło się także szerzyć przekonanie, że mechanizmy wolnej konkurencji nie potrafią same z siebie rozwiązać tych problemów; przeciwnie, właśnie między innymi te mechanizmy wepchnęły społeczeństwo w ślepy zaułek. Doszło do tego, że badacze, którzy podjęli analizę dylematów i pułapek społecznych - najpierw G. Hardin, potem wielu innych - sformułowali stanowisko całkowicie sprzeczne z ideologią klasycznego kapitalizmu, zaprzeczając obowiązywaniu prawa sformułowanego przez Adama Smitha, według którego jednostki, mając na uwadze tylko własny zysk, w efekcie końcowym jakby wiedzione niewidzialną ręką, przyczyniają się pospołu nieświadomie do dobra ogółu. Nie, nie istnieje taka niewidzialna ręka podkreśla Garrett Hardin4 - bezwzględny wyścig jednostek mających na celu tylko swoje własne dobro nie jest niewidzialną ręką wiodącą ku zbawieniu, lecz raczej niewidzialną pięścią spadającą na dobro ogółu - dodaje John Platt w swej pracy analizującej pułapki społeczne5. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych narastający kryzys środowiska naturalnego, a następnie surowcowy i energetyczny z dramatyczną siłą zwrócił uwagę całej ludzkości na niebezpieczeństwa kryjące się w bezwzględnym i nieograniczonym wyścigu partykularnych interesów i na palącą potrzebę wypracowania strategii kooperacyjnych. Kryzys ten stał się decydującym impulsem dla naukowców do podjęcia systematycznej analizy dylematów i pułapek społecznych. W dalszej części przedstawię szkicowo dotychczasowe ich osiągnięcia, głównie na podstawie prac Hardina, Crowe’a, Schellinga, Platta, Hamburgera, Dawesa i Bruckmana.

Kilka typów pułapek społecznych
W 1968 roku w amerykańskim czasopiśmie „Science” ukazała się praca Garretta Hardina pod tytułem Tragedia wspólnego pastwiska, która wzbudziła wielkie zainteresowanie. Hardin, biolog z wykształcenia, widział w niepowstrzymanej już niemal eksplozji demograficznej jeden z największych dylematów społecznych naszych czasów. Mechanizm tego zjawiska oceniany jako fatalny, autor analizował na przykładzie zapożyczonym od pewnego XIX-wiecznego matematyka W. F. Lloyda. Otóż wyobraźmy sobie wspólne pastwisko gminne, na którym zgodnie z ukształtowaną we
2 Tamże, s. 107. 3 Tamże, 4 G. Hardin, The Tragedy of the Commons. „Science” 1968, nr 162. s. 1243. 5 J. Platt, Social Traps. “American Psychologist” 1973, nr 128/8, s. 647.

wsi tradycją każdy z 10 mieszkających w niej gospodarzy może wypasać po jednej krowie. Dla uproszczenia załóżmy, że każda z pasących się krów waży po 1000 funtów, tak więc ich łączna waga wynosi 10 000 funtów. Pewnego razu jeden z gospodarzy wpada na pomysł podwojenia swego zysku i wypędza na pastwisko jeszcze jedną krowę. (Pomińmy tu fakt, że w rzeczywistości historycznej nie to było powodem upadku instytucji wspólnych pastwisk). Od tej chwili na pastwisku pasie się 11 krów. Ponieważ jednak na jedną krowę przypada teraz mniej paszy, każda z nich dochodzi do wagi 900 zamiast 1000 funtów. W rezultacie więc gospodarz, który wypasa dwie krowy, zyskuje na tym 800 funtów (zamiast 1 krowy 1000-funtowej ma teraz dwie krowy po 900 funtów każda), pozostali tracą po 100 funtów każdy. Tracą także wszyscy razem 100 funtów, bo 11 krów po 900 funtów uzyskuje łączną wagę 9900 funtów zamiast uprzednich 10 000. Do tej pory nic wielkiego się nie stało. Co jednak będzie, jeśli jeszcze jeden gospodarz, potem następny, a za nim wszyscy inni pomyślą podobnie: no to i ja wypędzę na pastwisko dodatkowo jedną krowę, żeby podwoić zysk? Zakładając, że każda następna krowa zmniejsza wagę wszystkich o 100 funtów, cały ten proces można przedstawić jak w tab. 2.

Tabela 2 Ciężar jednej krowy Łączny ciężar krów należących do posiadaczy dwóch krów 0 1 800 1 600 1 400 1 200 1 000 800 600 400 200 0 Zysk gospodarza wypasającego dwie krowy w porównaniu ze stanem pierwotnym 800 600 400 200 0 -200 -400 -600 -800 -1000 Łączny ciężar Spadek krów ciężaru łącznego krów

10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20

1 000 900 800 700 600 500 400 300 200 100 0

10 000 9 900 9 600 9 100 8 400 7 500 6 400 5 100 3 600 1 900 0

0 100 400 900 1 600 2 500 3 600 4 900 6 400 8 100 10 000

Cóż z niej wynika? Co wynika z całego opisanego przykładu?  Jeśli każdy zachowa uznawane dotychczas reguły współpracy czy też, mówiąc fachowo, będzie postępował w myśl strategii kooperacyjnej, wspólna wygrana całej społeczności będzie największa (10 000 funtów). Im więcej gospodarzy złamie przyjęte reguły współpracy, a więc im więcej zacznie stosować strategię dezercyjną, tym niższa będzie wspólna wygrana społeczności (będzie się zmniejszać z 10 000 funtów do zera). Im więcej gospodarzy „zdezerteruje”, tym bardziej będzie się zmniejszać zysk nie dezerterujących, stosujących strategię kooperacyjną właścicieli jednej krowy (z 1000 funtów na każdego do zera). Im więcej gospodarzy „zdezerteruje”, tym bardziej będzie się zmniejszać także zysk dezerterujących (z 1800 funtów do zera). W dodatku dziać się to będzie tak szybko, że

czterem gospodarzom jeszcze się to będzie opłacać (bo zamiast początkowych 1000 funtów zyskają po 1200 funtów każdy), ale piątemu już nie, bo jego dwie krowy będą ważyć razem tyle samo, co jedna krowa uprzednio, a więc 1000 funtów. Czy jednak proces dezercji zatrzyma się po czwartym gospodarzu, skoro się już rozpoczął? Nie. Piąty z gospodarzy nie może bowiem zyskać niczego w stosunku do sytuacji wyjściowej, natomiast może poprawić swoją doraźną sytuację. Otóż po dezercji czterech partnerów jego jedna krowa dochodzi tylko do wagi 600 funtów. Jeśli natomiast i on wyprowadzi na pastwisko drugą krowę, to będzie miał dwie krowy po 500 funtów, czyli razem 1000 funtów. Dlatego piąty gospodarz wyprowadzi na pastwisko drugą krowę. To samo zrobi i następny, bo w jego przypadku zamiast jednej krowy 500funtowej będzie miał dwie o łącznej wadze 800 funtów. Tak się będzie działo i dalej, aż do dziewiątego gospodarza, który - jak to wynika z tabeli - nie zyskuje już nic na wysłaniu na pastwisko dwóch krów, bo wtedy zamiast jednej krowy 200-funtowej i on, i wszyscy inni będą mieli po dwie krowy 100-funtowe. - Co się wtedy stanie? Jedna z możliwości jest następująca: łańcuchowa reakcja dezercji przebiegnie do końca i ostatecznie na tym zamknie się historia wspólnego pastwiska; 20 krów padnie z głodu, a dla wszystkich gospodarzy forsowanie indywidualnego zysku bez względu na innych zakończy się stuprocentową stratą. Do drugiej możliwości powrócimy później. Tragedia wspólnego pastwiska ma ogólniejszą wymowę. Jeśli pastwisko to potraktujemy jako przenośnię oznaczającą wszystkie wspólne dobra niezbędne człowiekowi, całej ludzkości: czyste powietrze, wodę, przyrodę, surowce, źródła energii, żywność, którą można wyprodukować - to z przykładu tego płyną bardzo poważne nauki. Tak samo bowiem, jak padną krowy na wspólnym pastwisku, mogą zginąć ryby w morzach, mogą się wyczerpać surowce i nośniki energii we wnętrzu Ziemi, lasy i czyste wody na jej powierzchni, nadające się do oddychania powietrze z atmosfery i tak dalej. Procesy takie powstrzymać jest tak samo trudno jak zagładę pastwiska. Gerhart Bruckmann rozważa z tego punktu widzenia związek produkcji przemysłowej z zanieczyszczeniem środowiska. Powszechnie wiadomo już dziś, że zwiększająca się produkcja przemysłowa coraz bardziej niszczy naturalne środowisko konieczne dla życia człowieka. Można także wykazać, że powyżej pewnego nasycenia przemysłem szkody wynikające z zanieczyszczenia środowiska rosną relatywnie szybciej niż zysk płynący z przyrostu produkcji przemysłowej. W dającym się przewidzieć czasie dojść może do stanu, w którym zysk z przyrostu produkcji będzie mniejszy od szkód spowodowanych przez ten przyrost także w liczbach bezwzględnych. Dlatego byłoby ze wszech miar wskazane zahamować narastający proces niszczenia środowiska. Jest to jednak bardzo trudne, ponieważ: - Szkody wynikające z uruchomienia nowego zakładu rozkładają się na wielu ludzi (mieszkańcy okolicy, sąsiednie zakłady przemysłowe itd.) i mimo że pewien ułamek tych szkód dotyka czy może dotykać także sam zakład (produkty spalania wypuszczane w powietrze niszczą także konstrukcje stalowe zakładu, szkody na zdrowiu ponoszą i jego robotnicy, więc wzrasta obciążenie zakładu kosztami opieki lekarskiej itp.), to zazwyczaj część wspólnej szkody przypadającej na nowy zakład jest tak nikła, zaś zysk materialny, jaki daje zakład jest tak duży, że jego założycielom na pewno opłaca się uruchomienie, nawet wtedy, kiedy cała społeczność w wyniku kumulacji wtórnych szkód ponosi z tego powodu stratę. Dlatego zawsze opłaca się „dezerterować”, czyli mieć na uwadze wyłącznie własne korzyści, nie przejmować się zaś stratami ponoszonymi przez całą społeczność. - Załóżmy jednak, że właściciele zakładu zmądrzeli i chcą uzyskiwać korzyści w taki sposób, by nie szkodzić całej społeczności, a więc instalują wszystkie potrzebne urządzenia służące do ochrony środowiska. Co się wtedy dzieje? Otóż może się zdarzyć, że firma splajtuje. Koszty dodatkowych

inwestycji musi bowiem przerzucić na ceny towarów, przez co w bezwzględnej walce na rynku może stać się niekonkurencyjna,. - Strategii kooperacyjnej nie może zastosować także całe państwo, zwłaszcza w dzisiejszej, kryzysowej gospodarce. Wymuszenie bowiem na przemyśle realizacji tak szerokiego i skutecznego programu ochrony środowiska, który zahamowałby jego degradację, nieuchronnie zachwiałoby bilansem handlu zagranicznego danego kraju i spowodowałoby rozległy kryzys społeczno-gospodarczy. Tak więc grożącej pułapki gospodarczej i społecznej można by uniknąć tylko dzięki szerokiej współpracy międzynarodowej. Do tego samego wniosku - różnymi drogami, poprzez różne obliczenia - dotarli autorzy wychodzących z odmiennych przesłanek tak zwanych modeli globalnych, powstałych w ostatnich latach (Meadows i Meadows, Pestel i Mesarovič, Beriloche, Moira oraz, o ile dobrze wiem, modele luksemburskiego instytutu badań systematycznych). Modele te akcentują zgodnie, że jest obecnie możliwe - drogą przestawienia się ze strategii agresywnych na kooperacyjne zatrzymanie i odwrócenie występujących procesów negatywnych. Jednak opóźnianie takiego przestawienia coraz bardziej podnosi jego koszty, zaś po pewnym czasie (po jakim, na ten temat oceny tego są bardzo rozbieżne) czyni je niemożliwym do sfinansowania. Po upływie określonego czasu wybranie strategii kooperacyjnych nawet przez całą ludzkość byłoby nadaremne, gdyż nie można by już zatrzymać narastających procesów zagłady. Pułapki typu „wspólnego pastwiska” działają nie tylko w gospodarce światowej, ale i w życiu społeczno-gospodarczym poszczególnych krajów. Pułapką taką (wymagającą wraz z innymi dokładnej analizy) może się na przykład stać proces negatywnej selekcji kadr, niszczący nie zasoby surowcowe i energetyczne, lecz ludzkie społeczeństwa: wspólny skarb ludzkich zdolności, wiedzy, gotowości i chęci do tworzenia, do pracy - a są to jedne z najważniejszych składników sił wytwórczych, jakimi dysponuje społeczeństwo. Proces taki rodzi się i rozwija z; łatwością, natomiast bardzo trudno go zatrzymać. Decyzja typu selekcji negatywnej z jednej strony bowiem przynosi podejmującemu ją konkretną lub pozorną korzyść (nie musi się obawiać zdolniejszych od siebie podwładnych, może liczyć na pomoc tych, na których prośbę taką decyzję podjął itp.), a z drugiej strony skutki społeczne kilku takich decyzji są jeszcze niewyczuwalne, więc nie wywołują w społeczeństwie reakcji obronnych i działań zapobiegawczych. Jeśli jednak coraz więcej ludzi wybiera strategię niekooperacyjną, o charakterze dezercyjnym, a zwłaszcza wtedy, gdy proces ten przybiera cechy reakcji łańcuchowej (ten, kto skorzystał na selekcji negatywnej, sam stosuje ją w stosunku do innych) - straty społeczne zaczynają rosnąć w błyskawicznym tempie, tak jak w przypadku wspólnego pastwiska. Prawdą jest, że i zysk płynący ze stosowania strategii dezercyjnej wtedy także zaczyna się zmniejszać: z jednej strony dlatego, że w miarę jak selekcja negatywna staje się coraz powszechniejsza, coraz bardziej maleje wygrana z poszczególnych decyzji selekcyjnych, z drugiej zaś strony dlatego, że przypadający na głowę ludności ułamek ogólnych strat społecznych powodowanych przez procesy negatywnej selekcji kadrowej (szkody ze spadku społecznej wydajności pracy), coraz silniej dotyka także ludzi podejmujących decyzje zgodnie z selekcją negatywną. Dopóki jednak ułamek ten nie będzie w sposób oczywisty i namacalny większy od jednostkowego zysku płynącego z poszczególnych decyzji, dopóty mechanizm pułapki działa bez przeszkód. Zależności między jednostkowym zyskiem wynikającym z dezercji a przypadającym na jednostkę ułamkiem szkody ponoszonej przez całą społeczność są przedmiotem szczegółowych analiz w literaturze fachowej. W dalszym ciągu tego opracowania wrócę jeszcze do zagadnienia hamowania reakcji łańcuchowych kryjących się w pułapce typu „wspólnego pastwiska”. Przedtem jednak przedstawię jeszcze kilka innych typów pułapek. W literaturze specjalistycznej używa się nazwy „pułapka brakującego bohatera” dla typu błędnego mechanizmu powstrzymującego, z punktu widzenia społeczności, w jakiś sposób każdego z jej

członków przed uczynieniem czegoś, co - mimo że wymagałoby od niego tylko minimalnego poświęcenia - przyniosłoby oczywisty, widoczny dla wszystkich członków społeczności bardzo duży zysk ogólny. Dla zilustrowania tego typu pułapki zwykło się przytaczać jeden z przykładów podanych przez T. C. Schellinga. W niedzielę wieczorem tysiące łudzi wraca samochodami do domu po wąskiej drodze. Z jednego z samochodów spada na jezdnię, powiedzmy, łóżko kempingowe. Jadące z tyłu samochody mogą przedostać się dalej tylko omijając przeszkodę, co z powodu dużego ruchu z przeciwka jest bardzo utrudnione. Po kilku minutach mamy już do czynienia z ogromnym korkiem drogowym, ciągnącym się na przestrzeni wielu kilometrów. Ludzie niecierpliwią się, złoszczą. Cóż mogłoby tu pomóc? Ci, którzy ominęli przeszkodę, cieszą się, że nareszcie mogą przycisnąć pedał gazu i mknąć do domu. Ci, którzy są daleko z tyłu, nie wiedzą, co jest przyczyną „korka”, i nie mogą pomóc. A co robi ktoś, kto nareszcie po pół godzinie czy godzinie posuwania się, czekania, złoszczenia dociera do łóżka kempingowego? Przez chwilę przyjdzie mu może na myśl, by stanąć i odciągnąć tę śmieszną przeszkodę z jezdni. Ale za nim wszyscy trąbią nerwowo, „siedzą” mu na zderzaku, szykują się do wyprzedzania, on też już stracił dość czasu w korku, więc ... szybko omija przeszkodę i jedzie dalej. Przykład ten jest dobry właśnie przez swą oczywistość. Ten typ pułapki społecznej jest bowiem najgroźniejszy właśnie wtedy, gdy jest oczywisty, gdy odpowiedzialność chwyconych w pułapkę ludzi jest znikoma, niemal nieuchwytna. W takim bowiem przypadku pułapka uruchamia pewną błędną reakcję łańcuchową przypominającą tragedię pastwiska. Otóż wspomnianego niedzielnego wieczora największą stratą były nie zmarnowane w korku godziny, ale wielokrotne umocnienie się nastawienia „Dlaczego właśnie ja?”, „Dlaczego to ja się mam przejmować?”, Jeżeli oni zdezerterowali, to dlaczego ja mam nie zdezerterować?” - nastawienia ujawnionego tyle razy, ilu kierowców ominęło leżące na jezdni łóżko. Wraz z umacnianiem się takiego stanowiska, zmierzającego do natychmiastowego własnego zysku, zaczyna się bowiem niszczenie społecznej świadomości typu „dziś ja pomogę, a jutro ktoś mi pomoże”, społecznej kohezji, uczuciowo-etycznych rezerw społecznego współżycia podobnie swego czasu zaczęła się zagłada życiodajnej trawy wspólnego pastwiska. Brak bohatera może mieć jednak bardziej dramatyczne konsekwencje6. Znany jest tragiczny wypadek zgwałcenia i zamordowania na niezbyt opuszczonym placu w Nowym Jorku, na oczach lokatorów okolicznych domów pewnej młodej dziewczyny, Kitty Genovese. Wśród kilkudziesięciu naocznych świadków wydarzenia nie znalazł się nikt, kto zadzwoniłby na policję. Po tym zaskakującym wypadku przeprowadzono szerokie badanie, chcąc wyjaśnić tę niezrozumiałą obojętność. I co się okazało? Jedni myśleli, że inni już zawiadomili policję, drudzy chcieli uniknąć kłopotów związanych z przesłuchaniem ich jako świadków, jeszcze inni obawiali się zemsty morderców (choć nie mieli ku temu żadnych realnych podstaw) i tak dalej. Nie znalazł się żaden „bohater”, który sięgnąłby po słuchawkę. Inny typ pułapki społecznej można by najtrafniej nazwać „gonię za swoimi pieniędzmi”. Pułapkę tego typu zwykło się ilustrować przykładem gry o nazwie „sprzedam dolara” (dollar-auction game)7, Ma ona następujące reguły: ktoś przedstawia do licytacji dwóm grającym 1 dolara. Podczas licytacji obowiązują następujące warunki:   dolara dostatnie ten grający, który przelicytuje drugiego; każda oferta musi być wyższa od poprzedniej o 25 centów;

6 J. Platt, Social Traps..., s. 641. 7 M. Shubik, The Dollar-Auction Game: A Paradox: in Noncooperative Behavior and Escalation . „Journal of Conflicts Resoilution” 1971, nr 15/1.

na końcu licytacji obaj gracze - i wygrywający i przegrywający - muszą wpłacić do banku kwotę równą wysokości swej ostatniej oferty.

Załóżmy, że licytację rozpoczyna gracz A, który za 1 dolara oferuje 25 centów. Gracz B przebija, podając sumę 50 centów. Załóżmy, że gracz A zaczyna się teraz zastanawiać, co robić dalej. Czy przestać licytować, czy grać dalej? Jeśli na tym skończy, musi wpłacić 25 centów, a w dodatku nic nie wygrał. Lepiej wyjdzie na podniesieniu oferty do 75 centów. Jeśli bowiem drugi nie przebije, to A dostanie dolara i po wpłaceniu do banku równowartości swej ostatniej oferty zostanie mu 25 centów zysku. Podnosi więc stawkę. Kolej teraz na B, który zaczyna się zastanawiać podobnie. Jeśli się zatrzyma, straci 50 centów (tyle wynosiła jego ostatnia oferta), jeśli zaś zaoferuje 1 dolara, nie straci ani centa, bo wygra 1 dolara i wpłaci do banku 1 dolara. Przelicytowuje więc. Decyzja należy teraz do gracza A. Jeśli się zatrzyma, straci 75 centów. Co będzie, jeśli przelicytuje? Wtedy też nic nie wygra, co więcej: także poniesie stratę (ponieważ ostatnia oferta będzie wtedy wynosiła 1 dolara i 25 centów, zaś wygrana tylko 1 dolara), ale strata wyniesie tylko 25 centów, a nie 75. Podnosi więc stawkę. A ponieważ zatrzymanie się związane jest z większymi stratami, niż przelicytowanie przeciwnika, więc zaczyna się coraz bardziej zapamiętała walka o 1 dolara, której wygranie kosztuje już 2, 3, 4, a potem jeszcze więcej dolarów. Podczas eksperymentalnych gier nawet uczniowie nie mający wiele pieniędzy nie potrafili się zatrzymać poniżej 4-5 dolarów. Gry tej zwykło się używać do modelowania wyścigu zbrojeń. Dane są dwa kraje - a jak wiemy, takich par krajów jest wiele - które występują z roszczeniami do jakiegoś obszaru. „Dolarem” w grze jest właśnie ten obszar, który można zająć po zwyciężeniu przeciwnika. Sumy proponowane za jednego dolara odpowiadają wydatkom na zbrojenia. Zupełnie tak jak w grze, mechanizm zbrojeń napędzany jest ( obok wielu innych czynników) ciągłym podwyższaniem kwot przeznaczonych na zbrojenia, aby zapewnić sobie zwycięstwo - nawet wtedy, kiedy wydatki już dawno przekroczyły wartość wspomnianego terytorium. Wystarczy wspomnieć tu większe czy mniejsze państwa wydające miliardy na ogromnie drogie uzbrojenie, którego czasem nawet nie potrafią obsługiwać, miliardy, których brak powoduje w danym kraju dużo większe straty niż zyski, jakie mogłoby kiedyś przynieść „pokonanie” przeciwnika. Pułapka jest bardzo groźna, bo celem do zdobycia jest często nie jakieś konkretne terytorium, lecz suwerenność i niezależność jednego z państw lub też obu. Nierzadko bowiem zdarza się, że spiralę wydatków uruchamiają zbrojenia o charakterze defensywnym, obronnym ze strony kraju obawiającego się o swe bezpieczeństwo (odgrywa tu rolę opisana przez Rapoporta „pułapka o sumie zerowej”), co w niczym nie zmienia faktu, iż raz uruchomionej eskalacji zbrojeń prawie nie sposób zatrzymać. Pułapki typu „gonię za swoimi pieniędzmi” działają nie tylko na arenie międzynarodowej, ale i w skromniejszym krajowym wymiarze umiejętności i nieumiejętności współżycia ludzi. Pomyślmy o drobnej sprzeczce dwojga ludzi, na przykład małżeństwa, oraz dyskusji, która potem następuje i w której każda ze stron usiłuje udowodnić, że to ona ma rację, a winna jest druga strona. W takim pojedynku trzeba odpowiedzieć na zarzut partnera - może nawet bardzo łagodny - argumentem trochę mocniejszym. I tak zaczyna się wytaczanie coraz cięższej artylerii zarzutów i pretensji. Jeśli każda ze stron będzie się upierać przy swoim „dolarze”, przy tym, żeby racja pozostała po jej stronie za wszelką cenę, nie da się uniknąć przejściowego pogorszenia się stanu danego związku lub nawet jego całkowitego rozpadu. W ten sposób obie strony razem ponoszą wielokrotnie większą stratę, niż wart był „dolar - ja miałem rację”, którego w dodatku żadna ze stron nie może na końcu uznać naprawdę za swoją wygraną.

Niektóre możliwości oraz utrudnienia w zwalczaniu pułapek społecznych
Nadeszła teraz pora, by zadać pytanie, czy wspomnianych pułapek można się ustrzec. Wiele faktów wskazuje, że pułapki takie są możliwe do uniknięcia, ale zazwyczaj jest to bardzo trudne. Uniknięcie pułapek lub też wydostanie się z nich, jeśli już uruchomiony został błędny automatyzm, wymaga dużych wysiłków ekonomicznych, społecznych i intelektualnych. Wystarczy tu raz jeszcze wspomnieć o modelach globalnych oraz wielu innych analizach ekonomicznych i politycznych. Analizy te, wszystkie bez wyjątku, przedstawiają dramatyczny obraz sytuacji, groźbę straszliwych pułapek zatrzaskujących się niemal nieodwracalnie, pułapek niszczących środowisko, surowce, źródła, nośniki energii, tradycje kulturalne, poczucie wspólnoty i spoistość grup społecznych; pułapek zagrażających międzynarodowej współpracy i pokojowi. Autorzy analiz ukazują także problemy braku możliwości zahamowania tych zjawisk. Warto jednak wspomnieć i o tym, że pewne sukcesy już osiągnięto. Osiągnięciem i warunkiem wstępnym eliminacji pułapek jest już samo zauważenie istnienia mechanizmów ekonomiczno-społecznych o charakterze pułapek społecznych. Osiągnięciem jest także upowszechnianie się poglądu, że pewne podstawowe procesy społeczno-gospodarcze trzeba usunąć z zakresu obowiązywania zasady pogoni za zyskiem, próbując koordynacji tych procesów, na poziomie ogólnospołecznym lub międzynarodowym. Osiągnięciem jest także wdrożona już w praktyce zasada regulacyjna, która opodatkowuje lub czyni nieopłacalną działalność nie liczącą się z interesami społeczności i przynoszącą jej szkodę (jak na przykład zanieczyszczenie środowiska naturalnego w pogoni za zyskiem). Osiągnięciem są także wszystkie rokowania międzynarodowe mające na celu zahamowanie eskalacji zbrojeń w dowolnym punkcie kuli ziemskiej. Można by tu przytoczyć wiele przykładów. Zamiast jednak dalszego wyliczania tych ważnych konkretów chciałbym zwrócić uwagę na kilka ogólnych warunków „rozbrojenia” pułapek społecznych. Tak samo jak na początku, zacznę od analizy dylematu więzienia. A. Przepływ informacji. Wspomniałem już o tym, że aby między dwoma więźniami nawiązana została współpraca (oznaczająca uniknięcie pułapki strategii dominacyjnej, którą można by określić „wszyscy przeciwko wszystkim”), muszą być spełnione pewne warunki wstępne, jak na przykład istnienie wzajemnego zaufania oraz obustronnej wiedzy o tym zaufaniu. Określmy teraz dokładnie owe warunki wstępne. Zacznijmy od „wzajemnego zaufania”. Nie jest to najszczęśliwsze określenie, ponieważ przywodzi na myśl jakieś szlachetne uczucie solidarności, ludzkiej przyjaźni, poczucia wspólnoty. Tymczasem do tego, by dwaj oskarżeni zdecydowali się na strategię kooperacyjną, nie jest koniecznie potrzebny związek tak wzniosły, tak cenny z punktu widzenia etycznego i ludzkiego. Wystarczą tylko pewne informacje, by każdy z więźniów mógł liczyć (ufać) na to, że ten drugi także wybierze strategię kooperacyjną, dlatego warto będzie również wybrać taką strategię (i nie będzie to związane z dużym ryzykiem). Jakie to (informacje? Jednakowa ocena sytuacji. Każdy z partnerów musi wiedzieć, że drugi ocenia sytuację w taki sam sposób jak on, czyli - w danym przypadku - partner tak samo wierzy sędziemu śledczemu, poważnie traktuje jego propozycję i planuje odpowiednią decyzję na podstawie warunków określonych przez sędziego. Zdolność do racjonalnego myślenia. Każdy z nich musi wiedzieć o drugim, że tamten jest zdolny do racjonalnego myślenia, a więc zdolny do rozważania konsekwencji swej decyzji, a następnie, na tej podstawie, do wyboru właściwego rozwiązania.

Obecność pewnych czynników osobowościowych. Każdy z nich musi wiedzieć o drugim, że tamten ma na tyle silną wolę, by w tej napiętej sytuacji zadecydować racjonalnie i wybrać ryzykowną strategię kooperacyjną. Jednakowa hierarchia wartości i interesów. Każdy z nich musi znać hierarchię wartości i interesów drugiego partnera, jej podstawowe cechy; musi na przykład wiedzieć, czy partner ma taki sam cel jak on, czy również bardziej sobie ceni wolność niż karę więzienia, czy chce się uwolnić, a nie pokutować. (Widzieliśmy na przykład, że właśnie niezrozumienie podstawowych celów przeciwnika wiodło strategie zimnowojenne w pułapkę określaną przez Rapoporta jako „pułapkę o sumie zerowej”). Informacyjne sprzężenie zwrotne. Obie strony muszą wreszcie wiedzieć nawzajem o sobie, że druga strona wie o pierwszej to samo, co pierwsza o drugiej, że zakłada takie samo zachowanie; tylko w takim razie obaj partnerzy mogą zakładać, że podejmą ryzyko wyrobu strategii kooperacyjnej. Czy informacja ta jest dostępna w różnych sytuacjach decyzyjnych? W laboratoryjnie czystym przypadku dylematu więźnia aresztowani nie mają żadnej informacji o sobie (nie znali się przedtem zupełnie albo znali się tylko przelotnie), a ponieważ i teraz nie mogą się ze sobą kontaktować, więc w sposób nieunikniony obaj zmuszą się nawzajem do wyboru strategii dominacyjnej, traktującej drugiego partnera jako wroga, urzeczywistniającego bezpośrednio własny interes. Innymi słowy: partnerzy wpychają się nawzajem w zamykającą się za nimi pułapkę. Inne, przynajmniej do pewnego stopnia, są sytuacje w życiu codziennym społeczności ludzkich, w wyścigu politycznym i gospodarczym czy na płaszczyźnie konfliktów międzynarodowych. Tu ludzie mają okazję - i często ją wykorzystują - wymiany informacji. Co prawda nie robią tego w dostatecznym choćby tylko stopniu w stosunku do tego, co by naprawdę zrobić należało. Bardzo często podejmują decyzję i zachowują się tak, jakby znajdowali się na miejscu dwóch odizolowanych od siebie więźniów. Różnica polega tylko na tym, że otaczają ich nie ściany, lecz uprzedzenia, ukrywane ze względów taktycznych lub poczucia wstydu interesy, bariery prestiżu, różnice tradycji, przedziały rodzinne, grupowe, klasowe lub narodowe. Nie jest więc przesadą ciągłe zwracanie uwagi na decydującą wagę przepływu informacji i jej wielostronnej wymiany. Bez stałej wymiany informacji, bez otwartej i dokładnej analizy interesów, dążeń, opinii oraz ich uzgadniania stojące naprzeciwko siebie strony codziennie będą nieuchronnie wpychane w pułapki o sumie zerowej -- pułapki nieubłaganej walki o pierwszeństwo. Procesy informacyjne odgrywają ważną rolę w pokonywaniu pułapek społecznych nie tylko przez umożliwienie uzgodnienia poglądów i dążeń stron. Mogą odgrywać także wielką rolę w „przybliżaniu” negatywnych skutków decyzji - skutków odległych, często w chwili podejmowania decyzji jeszcze całkowicie nieuchwytnych, lub wydających się możliwymi do pominięcia. Przez „przybliżenie” skutków czyni je wpływającymi na samą decyzję. John Platt we wspomnianym już studium podaje jako przykład projekt ustawy, według której na każdym opakowaniu papierosów należy wydrukować tekst w rodzaju: „Palenie papierosów zwiększa niebezpieczeństwo zachorowania na raka płuc!”. To symboliczne przybliżenie w czasie dalekiego ujemnego skutku palenia tytoniu ma na celu - choćby w niewielkiej mierze - kompensowanie bezpośredniego, pozytywnego działania palenia, przez co zapobiega w końcu stopniowemu „wpadnięciu” w pułapkę w przyszłości: w proces, w trakcie którego bezpośrednie działanie pozytywne będzie stawać się coraz mniej istotne (palący ma coraz mniej przyjemności z palenia), a odległe dawniej działanie negatywne skumuluje się stopniowo i nieodwracalnie w siłę niszczącą i uciskającą teraźniejszość.8

8

J. Platt, Social Traps..., s. 648.

Inną formą przepływu informacji jest jawność. Ma lub też może ona mieć szczególnie ważną rolę w zwalczaniu pułapek typu „brakującego bohatera”. Nie wiem, jaką wielką rolę w bohaterskim czynie wspomnianego przez Bruckmanna szwajcarskiego rycerza (w słynnej bitwie pod Sempach Arnold von Winkelried otworzył swoim towarzyszom przejście w zdawałoby się niemożliwej do rozbicia ścianie austriackiej ciężkiej konnicy dzięki temu, że wyskoczył przed jeźdźców i wystawiwszy się na cel zgarnął wbijające się w jego ciało włócznie) odegrała obecność obserwatorów - jego współtowarzyszy walki. Można jednak uważać z całą pewnością, że wspomniane łóżko kempingowe nie zatrzymałoby ruchu w niedzielny wieczór, gdyby wszyscy jechali otwartymi kabrioletami i gdyby każdy omijający błahą przeszkodę musiał to robić pod uważnym spojrzeniem innych, wstydząc się swego egoistycznego postępowania. Nie przeceniajmy jednak znaczenia wymiany informacji. W praktyce międzyludzkiej i społecznej dość często brakuje do współpracy nie informacji, lecz obiektywnych warunków. Niepotrzebne będą szczegółowe informacje o moim partnerze, jeśli dowiem się dzięki temu, że okoliczności, interesy, dążenia partnera są odmienne od moich okoliczności, interesów i dążeń czy nawet im przeciwne. W takich jakże częstych wypadkach wymiana informacji jest tylko jednym i niewystarczającym samym w sobie warunkiem nawiązania współpracy. B. Sprzężenie zwrotne szkód. Na przykładzie zagłady pastwiska moglibyśmy zauważyć, że mechanizm pułapki działa dotąd, dopóki dezercja przynosi bezpośrednie korzyści i dopóki część szkody ogólnej przypadającej na dezertera jest mniejsza od jego bezpośredniego zysku. Jeśli jednak obciążymy dezertującego stosunkowo dużą częścią szkody wyrządzonej przez niego społeczności, to reakcja ulegnie zwolnieniu, a gdy zysk i obciążenie zrównają się - zupełnie się zatrzyma. Pomyślmy, co się stanie na wspomnianym pastwisku, jeśli dezerter zostanie obciążony całą stratą, jaką ponoszą wszyscy gospodarze. Nowe wartości podaje tab. 3.

Tabela 3 Liczba krów Ciężar jednej krowy gospodarzy mających po jednej krowie 10 11 12 13 14 1000 900 800 700 600 Łączmy ciężar krów należących do gospodarzy mających po dwie krowy 0 1800 1600 1400 1200 Zysk z drugiej krowy Łączny ciężar krów Szkoda Zysk społeczności gospodarzy mających po dwie krowy po odjęciu szkody społeczności 0 100 300 500 700 0 700 400 100 -200

0 800 700 600 500

10 000 9 900 9 600 9 100 8 400

W takim wypadku łańcuchowa reakcja dezercji zatrzyma się po trzecim dezerterze, ponieważ czwarty gospodarz wypędzający krowę na pastwisko niczego nie zyskuje, a tylko traci, bo choć zamiast jednej krowy 700-funtowej ma teraz dwie o wadze 600 funtów każda i choć bezpośredni jego zysk wynosi 500 funtów, to jeśli odejmiemy od tego 700 funtów szkody, jaką spowodował wszystkim gospodarzom pastwiska, w rezultacie stracił on na tym - jak wynika z tabeli - 200 funtów. Woli więc pozostać przy jednej krowie o wadze 700 funtów; mechanizm pułapki został zablokowany.

Szeroko wprowadzany system kar pieniężnych zmierza właśnie w taki sposób do zahamowania, a w końcu zablokowania degradacji środowiska naturalnego. Jeśli dzisiejsze wyniki są nadal dosyć skromne, dzieje się tak dlatego, że sprawca obciążany jest tylko znikomym ułamkiem szkody wyrządzanej społeczeństwu. C. Tworzenie koalicji. Na samym początku niniejszego opracowania wspomniałem o tym, że kiedy raz zostanie już uruchomiony mechanizm pułapki typu tragedii pastwiska, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że reakcja łańcuchowa przebiegnie do końca: do zagłady ostatniej krowy i bankructwa wszystkich gospodarzy. Jest jednak pewna szansa, że łańcuchowa reakcja dezercji zostanie w pewnym momencie zatrzymana. Największe możliwości takiego zatrzymania są po dezercji ósmego gospodarza, bo - jak już stwierdziliśmy - dziewiąty nic już na dezercji nie zyskuje. Czy jednak cały proces jest odwracalny? Teoretycznie tak, ponieważ w interesie wszystkich leży, by na pastwisku było mniej krów; po każdej krowie zabranej z pastwiska rośnie zysk wszystkich gospodarzy, zarówno dezerterów z dwoma krowami, jak i tych, którzy mają po jednej - oprócz tego, który właśnie wycofuje swoją drugą krowę z pastwiska. Tylko on traci. Jeśli na przykład krowę wycofał ósmy gospodarz, to zamiast dwóch krów 200-funtowych będzie miał teraz jedną o wadze 300 funtów. Jeśli po nim kooperację wybierze siódmy gospodarz, to straci 200 funtów, następny już 300 i tak dalej. Tak więc powrót do kooperacji wiąże się z coraz większymi stratami. Nie można więc pojedynczo dołączać do strategii kooperacyjnej. Można jednak osiągnąć pewne rezultaty decydując się na to wspólnie, tworząc tak zwane „koalicje”. Jeśli na przykład porozumie się pięciu gospodarzy, to ich zysk przy powrocie do kooperacji podskoczy z 0 do 500 funtów na każdego. Gospodarze, którzy nadal dezerterują (pozostają przy 2 krowach), „zarobią” po 1000 funtów każdy. Oznacza to zarazem jednak i granicę koalicji, bo szósty gospodarz, który na razie ma 1000 funtów z obu krów, nie zyskuje nic przyłączając się do koalicji (bowiem gdyby wszyscy kooperowali, miałby on i tak tylko 1000 funtów). Zresztą nawet koalicja pięcioosobowa nie jest jeszcze stabilna, nie stwarza sytuacji równowagi w tym układzie. Cały czas bowiem istnieje zagrożenie, że ktoś, kto „wyskoczy” z koalicji, zyska na tym więcej niż ci, którzy w niej pozostaną. Jak się przekonaliśmy, aż do ósmego gospodarza każdy z dezerterów zyskuje więcej przez dezercję niż kooperację. Stąd też w każdej chwili może znów zacząć się reakcja łańcuchowa dezercji. Są jednak takie sytuacje pułapkowe, w których od pewnego momentu - od chwili, kiedy za pomocą tworzenia koalicji uda się przekroczyć pewien próg - wszyscy wybierają automatycznie strategię kooperacyjną, ponieważ jest bardziej opłacalna. Tworzenie koalicji jest tak ważnym i tak nieodzownym elementem współżycia społecznego, że warto się w tym miejscu pokusić o małą dygresję i o pewien wysiłek analizy tego problemu. W literaturze fachowej wypracowano bowiem pewien język, za pomocą którego można dokładniej opisywać charakter i możliwości rozwiązywania pułapek społecznych. Zanim przejdziemy dalej przedstawię podstawowe elementy tego języka. W latach siedemdziesiątych wielu uczonych wykazało (ostatnio R. M. Dawes w opracowaniu z 1974 roku), że mechanizm strategii pastwiska poruszają podobne sprężyny, co dylemat więźnia i formalnie można ją szczegółowo opisać jako „wieloosobowy dylemat więźnia” (multipersonal prisoner’s dilemma). Zachodzą bowiem tutaj następujące zależności: a) każdy stoi wobec takiej samej alternatywy: dezerterować (czyli nie zwracając uwagi na innych wysłać drugą krowę na pastwisko) czy kooperować (nadal pozostać w społeczności i wypasać tylko jedną krowę); b) każdy (a przynajmniej pierwszy z ośmiu dezerterujących) może wybrać strategię dominacyjną, przynoszącą mu korzyść niezależnie od decyzji pozostałych -- jest nią strategia dezercji;

c) tutaj także każdy ma największy zysk wtedy, kiedy jak najwięcej biorących udział w „grze” decyduje się na strategię podporządkowania się, a więc kooperacyjną (wypasając po jednej krowie); d) wspólny, łączny zysk wszystkich największy jest także wtedy, kiedy wszyscy wybierają strategię podporządkowania się czyli kooperacyjną. Najmniejszy zysk łączny jest również wtedy, kiedy wszyscy wybiorą strategię dominacyjną, czyli dezercji. W takim bowiem wypadku, jak widzieliśmy, pastwisko ulega zagładzie i strata każdego uczestnika z osobna, jak i wszystkich jest stuprocentowa. W jednym z najważniejszych opracowań na ten temat Schelling obrazuje i analizuje prawidłowości procesów decyzyjnych typu „wieloosobowego dylematu więźnia” na schematach graficznych. Przejmując jego oznaczenia, możemy przedstawić tragedię pastwiska w następujący sposób (rysunek poniżej).

Na osi poziomej cyframi od 0 do 10 zaznaczyliśmy (od strony lewej ku prawej) liczbę gospodarzy kooperujących oraz (w kierunku przeciwnym) liczbę gospodarzy dezerterujących. Na osi pionowej mamy zaznaczony zysk poszczególnych gospodarzy. Linia oznaczona literą d przedstawia średni zysk dezerterujących, linia oznaczona literą k - średni zysk kooperujących. Linia przerywana oznacza łączny średni zysk wszystkich gospodarzy przypadający na każdego z nich. Na rysunku tym widać dokładnie wszystkie zależności procesu zagłady pastwiska, jakie omawialiśmy na stronach (patrz s. 17 i n.). Uzupełnimy teraz tamte rozważania jeszcze dwoma ważnymi parami pojęć; są to: równowaga stabilna i niestabilna oraz równowaga optymalna i niedostateczna. Równowagą stabilną nazwano w literaturze przedmiotu sytuację, w której żadna z zainteresowanych stron nic nie zyskuje na zmianie strategii, czyli zamianie kooperacji na dezercję lub odwrotnie. Takimi sytuacjami są na przykład punkty zaznaczone kółkiem na rysunkach na str. 40 i następnych. W odróżnieniu od niej sytuacja równowagi niestabilnej polega na tym, że kilku spośród partnerów tworzy „koalicję”, a więc umawiają się, że na podstawie wspólnej decyzji jednocześnie przestawią się na strategię kooperacyjną, bo dzięki temu uzyskają większą korzyść niż w sytuacji, kiedy każdy z nich z osobna

dezerteruje. Jest to równowaga niestabilna, gdyż koalicja może się rozpaść w każdej chwili, jako że zysk każdego z jej członków wzrósłby, gdyby ją opuścił, ale tylko w pojedynkę.

Istnieje jeszcze wiele innych zależności między kooperacją a dezercją i odpowiednio do tego w różnych miejscach na wykresie znajdują się punkty równowagi stabilnej. Można sobie na przykład wyobrazić sytuację, kiedy kooperacja jest strategią przynoszącą większy zysk. W takim przypadku linia k przebiega ponad linią d, zaś punkt równowagi stabilnej pokrywa się z prawym skrajnym punktem linii k. Każdy wybiera strategię kooperacyjną, bo nikt nie zyskuje nic na strategii dezercji (rysunki a, b).

Istnieją także takie procesy decyzyjne, w których występują dwa punkty równowagi stabilnej, na przykład w nierzadkich sytuacjach, kiedy to bardziej opłacalne staje się przejście do obozu dezerterujących po dezercji pewnej liczby uczestników lub też do obozu kooperujących - gdy liczba kooperujących przekroczy pewną wartość graniczną. Zdarza się i sytuacja odwrotna, i to wcale nie tak rzadko; im więcej jest dezerterujących, tym bardziej opłaca się kooperować, lub też im więcej partnerów kooperuje, tym większy zysk przynosi dezercja. W obu przypadkach linie przecinają się (rysunki c, d).

Zauważmy jednak, że pokazane na rysunku c dwie sytuacje równowagi nie są równoważne. Jeśli bowiem proces decyzyjny ustabilizuje się w sytuacji równowagi stabilnej po lewej stronie wykresu (w literaturze przedmiotu nazywane jest to równowagą niedostateczną - deficient equilibrium), to globalny zysk uczestników (oznaczony linią przerywaną) nie jest maksymalny - jest mniejszy, niż mógłby być w innym układzie decyzyjnym. Dlatego należy to oddzielnie podkreślić, gdyż, jak to akcentuje także Schelling i inni, często zdarza się, że jakaś grupa ludzi dostaje się w pułapkę takiej równowagi niedostatecznej, mimo że jest rzeczą oczywistą, iż w stanie niedostatecznej równowagi dezercji ogólnej wszyscy ponoszą większe straty, nie udaje się przeważyć szali na stronę korzystniejszego stanu równowagi. I tu wracamy do problemu tworzenia koalicji. W większości przypadków rzeczywiście nie sposób się uwolnić z pułapki pojedynczo, w wyniku indywidualnej decyzji, natomiast można tego dokonać w drodze skoordynowanej akcji całej społeczności. Jednym z najważniejszych środków wyswobadzania się z pułapki jest właśnie tworzenie koalicji; pewna część uczestników procesu a jaka, o tym decyduje zawsze dana sytuacja - jednocześnie i solidarnie wybiera strategię kooperacyjną, zapewniając sobie w ten sposób zysk większy niż możliwy do uzyskania w stanie równowagi niedostatecznej, bądź też nawet ruszając cały proces z martwego punktu i uruchamiając pozytywną reakcję łańcuchową, która przebiega automatycznie do równowagi optymalnej. (Równowagą optymalną nazywamy taki układ decyzyjny, w którym łączny zysk uczestników procesu jest maksymalny.) Na przykład w sytuacji ilustrowanej na rysunku c już stosunkowo nieliczna koalicja k1 może osiągnąć poziom zysku większy od poziomu minimalnego dla stanu równowagi. Większa koalicja k2 osiąga punkt przecięcia linii, z którego proces już sam przebiegnie aż do stanu równowagi optymalnej, zapewnionego przez pełną kooperację. Tworzenie koalicji lub, innymi słowy, mniejszych grup współpracujących ze sobą w obrębie całej społeczności - odgrywa wielką rolę w unikaniu pułapek społecznych oraz w wydostawaniu się z nich. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że socjopsychologia eksperymentalna oraz politologia od wielu lat intensywnie zajmują się analizą prawidłowości tworzenia się i zawiązywania koalicji. D. Regulacja centralna. Tam gdzie koalicje powstają samorzutnie z wielkim trudem, społeczności często próbują unikać pułapek za pomocą regulacji centralnej. Jednym z najoczywistszych przykładów jest ruch drogowy. Wykorzystując tylko częściowe i powstające od przypadku do przypadku koalicje

nie sposób byłoby opanować całkowitej anarchii na drogach, prowadzącej do zupełnego sparaliżowania wielkomiejskiego ruchu drogowego. Tymczasem regulacja ustanowiona i sankcjonowana centralnie (jak na przykład zasady jazdy prawą stroną jezdni, pierwszeństwa z prawej strony czy też cały system przepisów kodeksu drogowego) skutecznie, przynajmniej w pewnym stopniu skutecznie, systematyzuje i koordynuje ruch drogowy, a przez fakt, iż zobowiązuje każdego do kooperacji, zmniejsza do minimum niebezpieczeństwo wytworzenia się pułapek (wykładniczo rosnącej liczby wypadków, korków, paraliżu komunikacji).

Pułapki kooperacji
Moglibyśmy jeszcze długo wyliczać metody możliwości strategii kooperacyjnych, ale uważam, że na koniec tego wywodu ważniejsze będzie zwrócenie uwagi na pewne ograniczenia zakresu wymienionych uprzednio obowiązujących reguł. Dotychczas uważaliśmy strategię kooperacyjną za wartość pozytywną niejako z definicji, niezaprzeczalnie korzystną z punktu widzenia dobra społeczności, oznaczając jej przeciwieństwo słowem o negatywnym wydźwięku: dezercja. Tymczasem pojęcie „strategii kooperacyjnej” może być tylko wtedy cenne dla nauk społecznych i polityki społecznej, jeśli używać będziemy go w sposób bardziej zróżnicowany, bardziej świadomy, jeśli będziemy sobie zdawać sprawę z tego, że strategia kooperacyjna też niesie ze sobą niebezpieczeństwa i pułapki. Łatwo można udowodnić czy przekonać się, że zysk całej społeczności nie zawsze jest największy wtedy, kiedy wszyscy jej członkowie wybierają strategię kooperacyjną (patrz rysunki b, d). Co więcej, istnieje wiele takich dziedzin życia, w których nie jest potrzebna żadna kooperacja albo też wystarcza tylko kooperacja minimalnie sterowana. Na przykład pięćdziesiąt lat temu przy ówczesnym natężeniu ruchu drogowego dzisiejsze przepisy nie tylko by go nie wspomagały, ale raczej przeszkadzałyby, hamowałyby ruch, prawdopodobnie przynosząc społeczeństwu wiele strat. I dziś wiele jest takich dziedzin, w których optymalny rezultat przynosi nie kooperacja regulowana lub spontaniczna, ale wolna gra indywidualnych interesów, chęci i dążeń. Byłoby rzeczą mylącą i szkodliwą piętnowanie w tych przypadkach, jako dezercji, chęci urzeczywistnienia takich indywidualnych interesów i dążeń, na przykład w dziedzinie doboru par (mógłbym zresztą wymienić jeszcze wiele innych przykładów). W dzisiejszych otwartych, heterogenicznych społeczeństwach każda przyjęta z własnej woli lub narzucona kooperacja małżeńskiego doboru w ramach pewnych grup lub warstw społecznych - poza minimalną regulacją zdrowotno-biologiczną - raczej zmniejszałaby niż zwiększała globalny zysk społeczności i społeczeństwa, mogąc prowadzić do takich niszczących deformacji wartości, jak odnawianie się barier kastowych lub etnicznych. Problem komplikowany jest ponadto przez fakt, że proces kooperacyjny przynoszący korzyść jednej społeczności nie musi być bezwarunkowo korzystny dla drugiej. Nie mamy tu nawet na myśli zdarzających się w całym społeczeństwie wypaczeń w rodzaju powstania struktur nacjonalistycznych lub izolacjonistycznych oraz ich groźby z punktu widzenia międzynarodowego, ale wytwarzające się w ramach większej, luźnej społeczności pasożytnicze mniejszości silnie ze sobą związane przez kooperację, na przykład lobby ekonomiczne, polityczne czy nawet mafię. I jeśli się głębiej zastanowimy, dojdziemy do wniosku, że tragedia pastwisk w rzeczywistości historycznej także nie przebiegała tak, jak to przedstawiono w przykładzie z zakresu teorii gier. Naprawdę nie nastąpiła wcale tragedia wspólnych pastwisk; nie uległy one zagładzie, ale zostały przywłaszczone przez mniejszość, która pozbawiła większość praw wypasu i podzieliła pastwiska między siebie. Prawdą jest więc, że w ten sposób zahamowała ona proces zagłady pastwisk, co więcej, zaczęła nawet zwiększać wydajność dawnych pastwisk wspólnych. Ale za jaką cenę!

W praktyce społecznej, politycznej i gospodarczej najczęstsze są właśnie takie sytuacje, w których największy zysk dla całej populacji zapewniony jest przez specyficzną, zazwyczaj trudną do określenia proporcję kooperacji i jej braku. Bardzo pouczający przykład na ten temat przytacza Sehelliimg.9 Dajmy na to, że mamy do czynienia z regionem sadowniczym mocno zaatakowanym przez szkodniki. Kilku lub nawet kilkuset sadowników, którzy pierwsi zaczną stosować opryskiwanie drzew, a w ich przypadku nazwiemy to strategią kooperacyjną, ponosi poważne straty, ponieważ opryskiwanie kosztuje drogo, a dopóki nie zacznie go stosować większość właścicieli, przynosi niewiele pożytku. W miarę wzrostu liczby sadowników stosujących ten zabieg dochodzimy do punktu, w którym koszty się już zwracają (rysunek e, punkt a), choć jeszcze zysk sadowników nadal nie opryskujących drzew jest wyższy; nie wydają nic na opryskiwanie, zaś w miarę tępienia szkodników ich drzewa przynoszą większe plony. Jeśli proces przebiegać będzie dalej, od pewnego punktu (punkt b) lepiej wychodzą już ci, którzy opryskują drzewa; liczba szkodników w całej okolicy spadła, a ich drzewa są całkowicie zabezpieczone przed pozostałymi jeszcze przy życiu szkodnikami. Na dalszym etapie (punkt c) opryskiwanie jest w całym regionie tak powszechne, że wyginęły już wszystkie szkodniki. Największy zysk mają teraz ci, którzy dezerterują nie stosując opryskiwania, wykorzystując efekt pracy innych.

Jeszcze bardziej dramatyczny i może bogatszy w konkretne nauki jest drugi przykład podany przez Schellinga, ilustrowany na rysunku f (proporcje zniekształcone dla lepszego ukazania zależności).10 W Stanach Zjednoczonych w wyniku obowiązkowych od dziesiątków lat szczepień przeciwko wietrznej ospie od 1949 roku nie było ani jednego wypadku zachorowania, natomiast 6-8 osób rocznie umiera z powodu powikłań związanych ze szczepieniami. Należałoby tę liczbę zmniejszyć i można to zrobić, bo na pewno nie warto szczepić wszystkich. Jeśli bowiem pewien (ok. 60-90) procent ludności zaszczepimy, to praktycznie nie zagraża nie zaszczepionym niebezpieczeństwo zachorowania albo też jest ono mniejsze od przypadającego na nich ryzyka, liczby 6-8 wypadków śmiertelnych ofiar rocznie. Pytanie polega tylko na tym, jaki procent ludności należy zaszczepić, by uzyskać optymalny wynik (a więc minimalną liczbę wypadków śmiertelnych). I jeśli można określić jednoznacznie, że wielkość ta waha się w okolicach dwóch trzecich ludności, to w jaki sposób zdecydować o sposobie wyboru tej jednej trzeciej, która uniknie wszelkiego
9

T.C. Schellimg, Hockey Helmets, Concealed Weapons and Daylight Saving. A Study of Binary Choices with Externalities. „Social Science Information” 1973, nr 12, s. 414. 10 Tamże, s. 392.

niebezpieczeństwa? Potrzeba tu wyższego poziomu kooperacji społecznej od poziomu dawniejszego, wyrażonego hasłem „każdy poddaje się szczepieniu”, jako że rozwiązać trzeba tu daleko trudniejszy problem społeczny. Przykład szczepienia dobrze nadaje się także do zilustrowania tego, że w praktyce społecznej istota strategii kooperacyjnych i dezerterujących oraz ich znaczenia często mogą ulec zmianie, a nawet wymienić się ze sobą. Jeśli nie zdefiniujemy znaczenia strategii kooperacyjnej, jak to zrobiliśmy w naszym opisie (w którym jednoznacznie i po prostu określiliśmy poddanie się szczepieniu, jako strategię kooperacyjną), ale na każdym etapie procesu uważać będziemy za kooperującego każdego, kto w danym momencie nie stawia swoich bezpośrednich, indywidualnych interesów ponad dobro społeczności, (a w jego ramach nad swoim odległym w tym momencie dla niego dobrem własnym11 w sytuacji, kiedy są one ze sobą sprzeczne), to wspomniany proces można opisać następująco. Dopóki nie ma jeszcze dostatecznej ilości szczepionki dla wszystkich, zachowanie kooperujące polega na tym, że człowiek spokojnie czeka na swoją kolej, nie starając się wyprzedzić innych za pomocą protekcji, przekupstwa czy powoływania się na rzekome przywileje. Kiedy natomiast jest już dostateczna ilość szczepionki, dobro indywidualne oraz ogólne pokrywa się. Na tym etapie ani nie ma potrzeby, ani możliwości stosowania strategii kooperacyjnych. Jeszcze później, kiedy szczepienia są już tak rozpowszechnione, że - jak się przekonaliśmy - w indywidualnym interesie leży unikanie szczepienia, to przeciwna poprzedniej strategia kooperacyjna polega na tym, by człowiek nie starał się za pomocą protekcji, przekupstwa czy powoływania się na rzekome przywileje trafić poza kolejnością w szeregi tych, którzy zostają zwolnieni od obowiązkowego szczepienia. Ciągła analiza istoty i charakteru strategii kooperacyjnych, ich dokładne określanie, od czasu do czasu przeformułowanie od nowa i kontrola społeczna są ważne nie tylko dlatego, że jedynie w taki sposób można optymalizować skuteczność tych strategii, ale i dlatego, że w większości wypadków zysk dezerterujących rośnie proporcjonalnie do liczby kooperujących (przykładu na to dostarcza między innymi tragedia pastwiska), przez co dezerterujący bardzo ochoczo manipulują wynikami kooperacji lub demagogicznie je reklamują. Wspomnijmy tu chociażby fakt, że w dziejach ludzkości piękno pracy lub znaczenie współdziałania społecznego głosili i chwalili nie zawsze ludzie najbardziej pracowici i najbardziej skłonni do poświęceń dla ogółu. Z uwagi na problemy związane ze strategiami kooperacyjnymi ważne jest podkreślenie, że współpraca - obok wspomnianej uprzednio wymiany informacji oraz sprzężenia zwrotnego szkód nie jest jedynym środkiem zwalczania pułapek społecznych. Strategie kooperacyjne stają się bowiem nieodzowne tylko wówczas, gdy już ruszył błędny mechanizm prowadzący w pułapkę. Mechanizmy takie zostają jednak wprowadzone w ruch w pewnych konkretnych sytuacjach, zazwyczaj (ale nie zawsze!) w tak zwanych „strefach niedoboru”, a więc wtedy, gdy nie ma dostatecznej ilości dóbr ważnych z punktu widzenia danej społeczności. W poprzednim przykładzie strefę niedoboru stanowił pierwszy i ostatni etap procesu; początkowo dlatego, że nie było dostatecznej ilości szczepionki i brak ten uruchomił reakcję łańcuchową dezercji, a na końcu dlatego, ponieważ wszyscy chcieliby uzyskać zwolnienie z obowiązku szczepienia, ale tylko niewielu ludzi może je otrzymać. Wtedy „niedobór” tej możliwości znów może uruchomić błędny, prowadzący w pułapkę mechanizm dezercji, podobnie jak niedobór surowców, energii i środowiska uruchamia mechanizm pułapki prowadzącej ku zagładzie środowiska naturalnego. Jeśli jednak tak się dzieje, to pułapek można unikać nie tylko przez regulowanie rozdziału dóbr za pomocą kooperacji, zapobiegając uruchomieniu wykładniczego procesu niszczącego źródła i zasoby. Druga możliwość polega na tym, by w miarę możności kształtować obiektywne warunki bytu
11

A ściślej: przypadającą na niego częścią dobra społeczności (przyp. tłum.).

społeczno-gospodarczego tak, aby nie powstawały strefy niedoboru. Jest to możliwe nawet tam, gdzie panują tak bezlitosne prawa jak w dziedzinie wykorzystania surowców i energii. Można się ustrzec przed grożącą katastrofą spowodowaną wykładniczo rosnącym zużyciem surowców i energii nie tylko przez międzynarodową współpracę oraz wprowadzanie strategii kooperacyjnych dotyczących każdego człowieka („Oszczędzaj energię, nawet jeśli potrzebowałbyś jej i mógł zużyć więcej”), ale udostępniając nowe źródła energii (na przykład energię atomową, energię słoneczną) a więc likwidując sytuacje niedoboru.12 Oba te środki będą skuteczne tylko wtedy, gdy działać będą w sposób komplementarny. Rozważmy jeszcze jeden przykład, dużo prostszy, ale bardzo pouczający w swych zależnościach. Otóż załóżmy, że w pewnym wielkim mieście większość sklepów i domów towarowych z jakichś powodów (na przykład dlatego, że można tam sprzedać najwięcej i najdrożej) zgrupowana jest w centrum. W takiej sytuacji może dojść do uruchomienia i rozwinięcia się procesu, który wepchnie coraz więcej kupujących w pułapkę niszczących czas, nerwy i morale społeczne korków ulicznych i zatłoczonych sklepów centrum, zaś handlowców i producentów w pułapkę zmniejszonych zysków, nie wykorzystanego popytu oraz siły nabywczej. Nasuwają się w takiej sytuacji dwa rozwiązania. Jedno z nich polega na tym, że klienci opracują lub przyjmą, chcąc nie chcąc, strategię kooperacyjną: na przykład mieszkańcy poszczególnych dzielnic (w ustalonej z góry kolejności) będą mogli kupować w sklepach centrum tylko w niektóre dni tygodnia. Rozwiązanie to wcale nie jest tak absurdalne, na jakie początkowo wygląda; w wielu miejscach próbowano już takich kwotowych ograniczeń w używaniu różnych instytucji publicznych, spowodowanych trudnościami dojazdu samochodem czy środkami komunikacji publicznej w wielkich miastach bądź też ograniczoną liczbą pozostających do dyspozycji użytkowników kąpielisk, boisk sportowych, szpitali czy też miejsc gastronomicznych. Zazwyczaj takie ochotnicze czy też wymuszone kooperacje charakteryzuje jednak dość wysoka cena, a stosunkowo niska skuteczność. Z jednej strony, należy opracować system kooperacji i zorganizować stałą kontrolę jego przestrzegania oraz ustalić sankcje za łamanie reguł systemu, z drugiej zaś strony, trudno jest utrzymać system regulacji na najniższym, koniecznym poziomie, przez co nie można uchronić jego użytkowników od zbędnych, a w rezultacie denerwujących, poniżających i dokuczliwych ograniczeń. Skuteczniejsze, a na dłuższą metę tańsze jest drugie rozwiązanie: decentralizacja sieci sklepów (skuteczne i najbardziej opłacalne rozwiązanie polega na tym, że zachęca się od razu do tworzenia centrów handlowych w różnych punktach miasta), bo w ten sposób nie tłumi się spontanicznej aktywności klientów, nie stawia się przed nimi niepotrzebnych barier, a więc nie wykorzystuje się niepotrzebnie ich gotowości do współpracy, niezbędnej w wielu innych dziedzinach życia społecznego tam, gdzie można to zastąpić innymi rozwiązaniami. I tu znów napotykamy bardzo groźny typ pułapki. W przypadku zdecydowanej większości ludzi zdolność i gotowość do kooperacji, do współpracy społecznej jest bardzo duża. Zdolność ta jest jednak takim samym „skarbem społecznym” jak zasoby surowcowe i energetyczne Ziemi lub, a tu analogia jest jeszcze trafniejsza, zdolność produkcyjna Ziemi. Można jej tak samo nadużyć, można ją tak samo zniszczyć przez rabunkową gospodarkę. Jeżeli w ramach jakiejś społeczności - może nią być rodzina, większa grupa ludzi, na przykład kolektyw pracowniczy, czy nawet całe społeczeństwo gotowość do kooperacji jest wykorzystywana za często i niepotrzebnie, jeśli przez ograniczenia interesów i dążeń indywidualnych oraz wprowadzanie strategii kooperacyjnych rozwiązuje się także problemy, które ((jak mogliśmy się przekonać) można rozwiązać i innymi środkami, to po przekroczeniu pewnej granicy zasób gotowości do współpracy zostaje całkowicie wyczerpany. Na kolejne wezwanie do kooperacji, także i niezbędnej, społeczność odpowiada już tylko obojętnością,
12

J. Platt, Social Traps..., s. 647—651; G. Bruckmann, Nisi vis bellum, para pacem! Wiener Blätter für Friedensforschung. 1978, s. 13—15.

a w najgorszym wypadku współpracą „na odczepnego”, wymuszoną i bardzo mało skuteczną. Zaczyna się wtedy proces całkowitej zagłady zasobów uczuciowych, etycznych i ludzkich społeczności, rozgrywa się „tragedia społeczności”. Tak więc niezwykle korzystne, a niekiedy niezbędne strategie kooperacyjne także kryją w sobie niebezpieczeństwa. Tak jak w innych dziedzinach współżycia społecznego, tu też nie ma rozwiązań łatwych i prostych. Skuteczność stosowania strategii kooperacyjnych oraz niekooperacyjnych a także korzyści iż nich płynące trzeba analizować nieprzerwanie i dokładnie, ponieważ na czas uniknąć można niebezpieczeństw pułapek niszczących wartości społeczne tylko przez ciągłą i staranną analizę rzeczywistości społecznej.

2.

Korupcja
Od napiwku do kantu
Podobno Eskimosi znają kilkadziesiąt słów na oznaczenie różnych rodzajów śniegu. Dzieje się to chyba dlatego, że w ich stronach jest wiele śniegu różnego rodzaju. Czy podobna jest przyczyna tak bujnego u nas rozkwitu rodziny słów bliskoznacznych na oznaczenie pewnego kręgu zjawisk? Zjawiska te najprościej można określić zbiorczym pojęciem korupcji, choć w lepszym towarzystwie a z tego punktu widzenia całe nasze społeczeństwo uważa się za takie lepsze towarzystwo - nie bardzo wypada używać tego brzydkiego obcego słowa. Zresztą nawet nie trzeba, bo na każdą postać i odcień korupcji jest trafne swojskie określenie. Można używać trochę staroświeckiego „datku”; można o niej wspominać, przywołując z pamięci „smaki” z przełomu wieku, jako o „napiwku”; można żargonowo nazywać ją „górką”; można z techniczną ilustracyjnością mówić o „smarowaniu”, można także ostrożnie, unikając bezpośredniego narażania się komuś, lecz jednocześnie wskazując na niskie pobudki napomykać o „przemawianiu do ręki”, choć lepiej, jeśli grzecznie nazwie się ją tylko „wyrażaniem wdzięczności”; można korupcję piętnować z oficjalną surowością jako „korzyści niezależne” czy też beznamiętnie, z lekka cynicznie, określać jako „świadczenia szczególne” lub „dodatkowe gratyfikacje”. Podobnie jest z innymi formami korupcji, gdzie obok eleganckich terminów łacińskich i nazw pochodzących z ubiegłego oraz już naszego stulecia (nepotyzm, faworyzowanie, protekcja, nadużycie władzy, łapownictwo, kumoterstwo) krzewi się poezja znajomości, koneksji i splotów interesów, kantów i załatwień. Faktem jest, że dziś korupcja stanowi temat, z którym spotykamy się na każdym kroku, który wspominamy to ze zdenerwowaniem, to znów żartując w poczuciu bezsiły i prasa często na ten temat a to dowcipkuje, to znów grzmi - wszystko to prawdopodobnie oznacza, że praktyki korupcyjne osiągnęły już poziom, na którym nasze doświadczenia społeczno-gospodarcze zawodzą i że zostały już uruchomione reakcje obronne. Jeśli sytuacja rzeczywiście tak się przedstawia, to tym bardziej aktualnym i pilnym zadaniem jest analiza przyczyn ekonomicznych i społecznych korupcji oraz problemów i pułapek obrony przeciwko temu zjawisku. Jest to potrzebne zwłaszcza dlatego, że korupcja jest chorobą niezwykle uporczywą. Na przykład w literaturze przedmiotu spotykamy się z jednogłośną opinią, że Anglia potrzebowała całego stulecia wysiłków na to, by jej sławne w XVIII oraz w początku XIX wieku z korupcji życie publiczne zostało oczyszczone, osiągając poziom godny naśladowania przez cały świat: Korupcja jest chorobą nie tylko uporczywą, ale i podstępną. Podobnie jak organizm ludzki może się zacząć za silnie bronić przeciwko chorobie wysoką gorączką, tak

i społeczeństwo jest skłonne do urządzania wielkich, bezlitośnie purytańskich krucjat zmierzających do zniszczenia wszelkich form korupcji, krucjat, które łatwo mogą wyrządzić większe straty społeczeństwu niż korupcji. Korupcja bowiem jest zjawiskiem złożonym. Spróbujmy zbadać jej korzenie historyczne, jej podstawowe (historyczne i społeczne) uwarunkowania, a następnie przeanalizować najważniejsze przejawy tego zjawiska, spróbujmy też ocenić zagrożenia, jakie kryją się w samej korupcji, a także, choć w mniejszym stopniu, w walce przeciwko niej.

Odnośniki historyczne
Istnieją trzy podstawowe warunki pojawiania się i rozprzestrzeniania korupcji: 1. Powstanie dobra wspólnego, społecznego, które trzeba w jakiś sposób podzielić między członków danej społeczności; 2. Przekazanie uprawnień do rozdziału dóbr, a więc pojawienie się osób, którym społeczność powierza dzielenie dóbr, czy też chociażby je akceptuje dobrowolnie lub pod przymusem jako swoich przedstawicieli dzielących dobra. 3. Powstanie systemu dzielenia, wymiany i obiegu dóbr, który uważany jest przez społeczność za słuszny, czy też przynajmniej jest przez nią akceptowany nawet jako nakaz, ale który nie jest obwarowany tak surowymi sankcjami, by się nie opłacało złamać go w celu zdobycia korzyści indywidualnych.13 Z wyżej wymienionych warunków wynika, że w hordach i we wspólnotach pierwotnych, żyjących we fragmentarycznych związkach szczepowych, nie mogły ukształtować się praktyki korupcyjne. Nakaz obdarowywania oraz reguła wzajemności z góry określały obieg dóbr w tych wspólnotach, zapobiegając kumulacji zasobów, czyniły więc zbędnym przekazanie władzy do ich dzielenia, oprócz tego surowe sankcje gwarantowały przestrzeganie obowiązującego systemu reguł. Wydaje się prawdopodobne, że korupcja na większą skalę nie mogła się rozwinąć również w szczepach o silnej władzy centralnej oraz we wczesnych monarchiach opartych na dyktaturze wojskowej (zwykło się tu przytaczać przykład państwa Inków). Były to już społeczeństwa redystrybucyjne, czyli takie, w których znaczną część dóbr odbierano od wytwórców, gromadzono w magazynach centralnych, a następnie dzielono powtórnie, przede wszystkim pomiędzy członków rodziny panującej, jej otoczenie oraz warstwy kapłańsko-wojskowe, Ideologia religijna oraz państwowa całkowicie przy tym legalizowała taki wyzysk wytwórców, a ponadto odbieranie oraz ponowny podział dóbr dokonywane były bezpośrednio przez samego władcę i jego najbliższe otoczenie, a więc siłą rzeczy nie leżało w ich interesie, by część dóbr, które przypadały, oddawać komukolwiek w zamian za jakieś korzyści. Warstwa ta, oczywiście jako administratorzy własnego majątku, była całkowicie nieprzekupna, podobnie, jak później panowie feudalni, których żaden z chłopów pańszczyźnianych nie mógłby przekupić, by w zamian za łapówkę zrezygnowali z części należnej im daniny. Dopiero kiedy ukształtowała się już warstwa pośrednia, warstwa ludzi piastujących różne godności, a z niej potem warstwa urzędnicza, kiedy społeczeństwo powierzyło tej warstwie dzielenie dóbr będących w jego dyspozycji, zrodził się warunek brakujący dotychczas do rozkwitu praktyki przekupstwa.. Urzędnik rozporządza już nie swoim majątkiem, lecz dobrami należącymi do społeczeństwa, do panującego lub też innego mocodawcy, który powierzył mu zarząd
13

Encyclopaedia of Social Sciences. Red. E. R. A. Seligman, New York 1930.

tymi dobrami, a więc, przynajmniej teoretycznie, jest już osobą, którą można przekupić. Urzędnik może bowiem swoją władzę dzielącego dobra „spieniężyć”, czyniąc w interesie osoby, która mu za to zapłaci, odstępstwo od nakazanego systemu podziału dóbr. Według zapisów historycznych jako pierwsi pokusie zysku korupcyjnego ulegli - już w starożytnym Babilonie i Egipcie - sędziowie. Prawdopodobnie działo się tak dlatego, że sędziowie nie korzystali z pilnie strzeżonego głównego procesu wyzysku, a więc nie byli przekupni na szkodę skarbu państwa czy klas panujących, ale ciągnęli zyski z konfliktów między obywatelami, wydając wyroki nie według litery prawa, lecz w interesie klienta płacącego więcej. Szybko w ich ślady poszła zresztą cała reszta urzędników struktury państwowej. Niewielkie terytorialnie greckie -miasta-państwa, ze swymi łatwymi do wglądu sprawami publicznymi oraz wysokim poziomem moralności publicznej były stosunkowo odporne na korupcję. Jednakże od V, a zwłaszcza od IV wieku p.n.e. w wyniku politycznego rozpadu oraz burzliwego rozwoju gospodarczego tu także, jak epidemia, zaczęła się szerzyć korupcja. Rozwijała się ona aż do czasów Imperium Rzymskiego, w którym namiestnicy prowincji, właściciele manufaktur, dzierżawcy państwowych kopalń, lasów, poborcy podatków i ceł stworzyli pierwszy wielki, dobrze znany „złoty wiek” korupcji komercyjnej, przekupującej władzę w osobach jej przedstawicieli. W tym samym okresie przejawiała się również na większą skalę korupcja polityczna, w ramach której nie człowiek interesu kupuje urzędnika lub polityka, ale polityk kupuje i przekupuje masy ludowe, swych wyborców w celu zdobycia lub utrzymania władzy. Rozwinięty europejski feudalizm był względnie odporny na korupcję. Jego system odbierania dóbr i ich wtórnego podziału działał niemal automatycznie, bez zaangażowania liczniejszej warstwy urzędniczej; jak już wspomniałem, poszczególne warstwy hierarchii mogłyby udostępniać lub przekazywać cokolwiek warstwom stojącym niżej tylko własnym kosztem. Dopiero powstające w późnym średniowieczu monarchie centralistyczne ze swoimi rozdętymi warstwami urzędniczymi na nowo otworzyły bramy korupcji. Jej fale wzniosły się najwyżej najpierw w koloniach portugalskich i hiszpańskich, a następnie w angielskich i holenderskich, w Indiach Zachodnich, gdzie od decyzji gubernatorów i urzędników rządowych zależały możliwości zdobycia ogromnych fortun, warstwa urzędników zaś poczuwała się do nikłej lub zgoła żadnej odpowiedzialności wobec lokalnych społeczeństw. Korupcja kwitła także w macierzystych krajach europejskich. Z tego punktu widzenia powstanie w XIX wieku monarchii konstytucyjnych oraz republik nie przyniosło istotnych zmian. Zahamowana została wprawdzie korupcja urzędników dworskich, przystrzyżono trochę grzywę arystokratycznemu nepotyzmowi, ale z drugiej strony dalszy wzrost roli warstwy urzędniczej, żywiołowy rozwój gospodarczy, wreszcie - nie w ostatniej kolejności, wytworzenie się ustroju parlamentarnego tworzyły wciąż nowe możliwości sprzyjające utrzymaniu się istniejących po dziś dzień wszystkich trzech głównych form korupcji. Za pierwszą formę korupcji uznać trzeba praktykę, w ramach której - otwarcie lub w sposób ukryty sami urzędnicy inicjują korupcję, systematycznie pobierając haracz od ludzi zwracających się do nich w sprawach urzędowych we wszystkich dziedzinach życia. Korupcja władzy była szczególnie żywa dopóty, dopóki urzędnicy nie otrzymywali systematycznych, wystarczających wynagrodzeń (w Europie mniej więcej do połowy ubiegłego stulecia), choć od tego czasu nie wszędzie sytuacja zmieniała się na lepsze. W poprzednim okresie praktyką na poły legalną było bowiem obracanie przez urzędników części opłat za czynności urzędowe na własne potrzeby. Praktyka ta jest obecna do dziś niemal wszędzie, choć rozpowszechniona w różnym stopniu: są kraje, gdzie spotyka się ją tylko sporadycznie, tymczasem gdzie indziej, na przykład w niektórych krajach rozwijających się, przybiera ona takie rozmiary, że niemal paraliżuje życie gospodarcze i społeczne.

Druga forma korupcji zwana jest komercyjną. Występuje ona, gdy korupcję inicjują ludzie interesu, przedsiębiorcy, przekupując urzędników bądź władze polityczne w celu zapewnienia sobie wyjątkowo korzystnych warunków działania. W XVI-XVII wieku w taki sposób angielscy przedsiębiorcy starali się o poparcie dworaków, organizując tak zwane „monopole” związane z wielkimi zyskami (na przykład przywilej importu piwa, wina, transportu węgla, produkcji papieru itp.). Jednak klasyczna korupcja komercyjna rozwinęła się w Ameryce XIX wieku. Skandale związane ze spekulacją działkami budowlanymi, budową kolei żelaznej, koncesjami kopalnianymi i na wyrąb drzewa, inżynierią miejską, nielegalnymi dziedzinami działalności (przemyt alkoholu, prostytucja, gry hazardowe) żyją w legendach i opowiadaniach po dziś dzień. Wystarczy choćby przytoczyć jedną informację: w połowie ubiegłego wieku jeszcze 1 miliard 300 milionów hektarów ziemi było wspólną własnością; przez sto lat dwie trzecie tej ilości, a więc prawie 900 milionów hektarów, przeszło z rąk do rąk, stając się własnością biznesmenów. Wielu ludzi uważa jednak, że ta spektakularna korupcja komercyjna, która w formach bardziej cywilizowanych, na przykład w formie dotacji wpływających do kas partyjnych, korzystnych „sugestii” handlowych lub urabianie decyzji na korzyść różnych lobby jest jeszcze ciągle żywa na całym świecie, nie przynosi tak wielkich szkód (a nawet w pewnych wypadkach może być - jak się przekonamy - korzystna) jak obrastająca życie codzienne i współżycie społeczne pleśń korupcji urzędniczej. Trzecią często występującą formą korupcji jest wspomniana już korupcja polityczna. Tu najjaskrawszych przykładów dostarczyły Anglia XVII-XVIII wieku oraz państwa Europy wschodniej z końca XIX i początku XX wieku, między nimi także Węgry. W XVIII wieku przyjętą w Anglii praktyką było kupowanie wyników wyborów, a więc przekupywanie wpływowych ludzi tytułami, korzystnymi kontraktami, stanowiskami publicznymi lub wojskowymi. Zwykło się tu przytaczać powiedzenie Gibbona, według którego korupcja jest „najłatwiejszym do rozpoznania symptomem wolności konstytucyjnej”.14 Trzeba przyznać - nie jest to powód do dumy, ale niestety takie są fakty - że ówczesne węgierskie wybory manipulowane upijaniem i zastraszaniem wyborców, ciągle wymieniane są w niektórych pozycjach literatury specjalistycznej jako przykład negatywny.15 I w ten sposób dotarliśmy do współczesności. W jej ocenie oraz umiejscowieniu w nurcie dziejów najbardziej przydatna będzie typologia Polanyiego, rozróżniająca gospodarki socjalne (social economies), gospodarki polityczne (political economies) oraz gospodarki rynkowe (market economies). W gospodarce pierwszego typu, opartej na stosunkach społecznych, gdzie obieg dóbr regulowany jest przez zasadę wzajemności, jak się przekonaliśmy, nie może wytworzyć się praktyka korupcyjna. W gospodarce drugiego typu, określonej przez stosunki polityczne, wymianę dóbr reguluje mechanizm redystrybucji i w zdecydowanej większości takich układów gospodarczych istnieją wszystkie warunki do powstania korupcji. Gospodarka trzeciego typu - rynkowa, teoretycznie byłaby wolna od korupcji, gdyż wymiana dóbr jest tu regulowana wyłącznie przez mechanizmy rynkowe. Typ taki nie istnieje jednak w czystej formie, prawdopodobnie zresztą nie może istnieć; w konkretnych realizacjach historycznych forma ta była zawsze złączona z formą redystrybucyjną, dając „gospodarkę mieszaną”, która jest co najmniej tak samo dobrą wylęgarnią korupcji jak czysta gospodarka redystrybucyjna. Różnica polega tylko na tym, że „forma mieszana” sprzyja raczej urzędniczej korupcji władzy, podczas gdy „gospodarka polityczna” stwarza szerokie możliwości rozkwitu korupcji komercyjnej i politycznej. Niektórzy specjaliści, na przykład Klaveren, zakładają istnienie ostatecznego lub choćby wyższego stopnia rozwoju historycznego - gospodarki opartej na czystym przedstawicielstwie ludowym,
14

B. Ventakappiah, Misuse of Office. W: International Encyclopaedia of the Social Sciences 1965, s. 273. A.J. Heidenheimer, Political Corruption, Readings on Comparative Analysis. New York 1970. 15 Encyclopaedia…, s. 450.

w której świadomość społeczna oraz społeczna kontrola będą już na tyle silne, że korupcja stanie się zupełnie niemożliwa, tak jak niemożliwa była na pierwotnym etapie rozwoju społecznego. Ponieważ przeważająca większość współczesnych społeczeństw, wśród nich także społeczeństwo węgierskie, działa w układzie „gospodarki mieszanej”, złożonym w równym stopniu ze słabszego czy silniejszego systemu redystrybucyjnego oraz ze składających się nań mniej lub bardziej rozwiniętych mechanizmów rynkowych, spróbujemy przedstawić w ramach tego typu główne źródła korupcji oraz jej oddziaływania gospodarcze i społeczne.

Korupcja a społeczny podział dóbr
Literatura fachowa definiuje korupcję zazwyczaj zbyt wąsko, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Wielu uważa za korupcję tylko takie przypadki, kiedy urzędnik służby publicznej realizuje swe prawo do decyzji nie w interesie ogółu, lecz we własnym indywidualnym interesie. Szersza i bardziej możliwa do przyjęcia jest dla nas definicja Rogowa i Lasswella, według której czyn korupcyjny popełnia każdy, kto powodowany swoim bezpośrednim lub pośrednim interesem narusza system reguł, za którego realizację sam jest odpowiedzialny. Ponieważ jednak - po głębszym zastanowieniu się - można powiedzieć, że każdy z takich systemów reguluje podział, wymianę i przepływ dóbr, którymi dysponuje społeczeństwo, więc idąc krok dalej można zdefiniować korupcję po prostu jako deformację społecznego podziału dóbr. Przedtem musimy jednak poczynić pewną dygresję. Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, do czego, do jakiego wzorca odnosimy deformację społecznego podziału dóbr. Są ekonomiści i statystycy, którzy przyjmują jakąś dobrze określoną, prostą formułę, na przykład egalitarny model podziału, w którym każdy członek społeczeństwa w takiej samej mierze korzysta ze wszystkich dóbr. Niezależnie od tego, czy model taki uważają oni za idealny, czy też możliwy do realizacji, porównując z nim rzeczywiste systemy podziału dóbr działające w różnych społeczeństwach. Odchylenia można tu łatwo ilustrować za pomocą tak zwanych krzywych Lorenza, zaś odchyłkę czy też miarę deformacji wyrazić liczbowo za pomocą wskaźnika Giniego lub wskaźnika Schütza. O deformacji mówią - od czasów Keynesa - ekonomiści także wtedy, gdy ukształtowane proporcje podziału naruszają równowagę gospodarczą, przeszkadzając w dynamicznym rozwoju gospodarki. Literatura ekonomiczna ma na myśli deformacje także wtedy, gdy mówi o rozwieraniu się różnych nożyc cenowych, na przykład o tym, że tradycyjnie ukształtowane proporcje cen artykułów przemysłowych oraz rolnych zmieniają się i przesuwają w jakimś kierunku. Politolodzy natomiast mówią o deformacji systemu podziału między innymi w odniesieniu do krajów pozostających w zależnościach kolonialnych lub neokolonialnych. Analizuje się wtedy szczegółowo przyczyny i typy takich deformacji w ramach tak zwanej teorii zależności. System podziału może ulec deformacji w stosunku do systemu, który dane społeczeństwo przyjęło, do którego się przyzwyczaiło i który uważa za znośny; pomyślmy tu na przykład o wpływie i następstwach wojny, kryzysu gospodarczego czy też polityki gospodarczej wymuszonej na społeczeństwie, a odbiegającej od tradycyjnej czy wymarzonej. Korupcja nie jest jednak zjawiskiem makroekonomicznym, makrospołecznym, lecz mikrodeformacją lub ciągiem mikrodeformacji pojawiających się w systemie społecznego podziału: w życiu codziennym, w kontaktach międzyludzkich. Ciąg ten sumując się, narastając, może ostatecznie doprowadzić do poważnych deformacji na poziomie makro. Na podstawie powyższych rozważań możemy korupcję zdefiniować następująco: korupcja jest aktem, w trakcie którego osoba

odpowiedzialna za ustalony społecznie system podziału dóbr narusza go na czyjąś korzyść, za co otrzymuje od korzystającego jakąś gratyfikację lub chociażby jej oczekuje.16

Korupcyjny asortyment towarów
Z powyższego określenia wynika, że skorumpowani mogą być nie tylko urzędnicy w służbie publicznej, ale każdy, kto w społecznym podziale pracy znajdzie się na stanowisku, na którym może decydować o podziale jakichś dóbr. Mowa tu zresztą nie tylko o dobrach materialnych, ale o wszystkich takich korzyściach materialnych i niematerialnych (używając tu tego pojęcia nie w jego ścisłym ekonomicznym znaczeniu), które stanowią jakąś wartość użytkową dla członków społeczeństwa. Należą tu:  dobra materialne (u nas np. artykuły importowane, rzadziej spotykane na rynku, materiały budowlane, mieszkania, przydziały mieszkań, przydziały na samochody, podwyżki płac, premie), usługi (montaż, naprawa, transport, opieka zdrowotna, gastronomia itp.), zezwolenia, ulgi, koncesje (np. karty rzemieślnicze, zezwolenia budowlane, ulgi podatkowe, kredyty, preferencje w kolejności, zwolnienia, opinie, zagraniczne wyjazdy służbowe, skierowania na wczasy, zaś w układzie zagranicznym: koncesje eksportowo-importowe, handlowe), pozycje (stanowiska, nominacje, korzystne miejsca pracy, przyjęcia na studia itp.), pewne formy zachowań (np. posłuszeństwo, lojalność, wpływ polityczny, uprzejmość, seks), warunki autonomicznego ludzkiego życia jednostki (brak zagrożenia, poczucie bezpieczeństwa, prawa człowieka, możliwości itp.).

 

  

A czym można płacić za te wszystkie dobra? Czym można korumpować biorących udział w ich rozdzielaniu? Odpowiedź jest prosta: tymi samymi „artykułami”. W społeczeństwach silnie skorumpowanych występuje bowiem jak najszerzej pojęta krzyżowa wymiana tych dóbr. Można się odwzajemnić dobrami materialnymi za dobra materialne („ja schowam dla ciebie pod ladę to, a ty mi odłożysz tamto”), można wymienić usługę za ulgę („naprawię ci porządnie samochód, jeśli pomożesz mojemu synowi w dostaniu się”), można sobie zapewnić lojalność za poczucie bezpieczeństwa - i tak dalej. Dla dalszych rozważań ważne jest wyjaśnienie, w jaki sposób na listę korupcyjnego asortymentu trafiły takie pozycje, jak władza, posłuszeństwo, bezpieczeństwo bytowania, prawa człowieka. Co mają wspólnego z przekupstwem? Bardzo wiele. Istnieją społeczeństwa, w których te „artykuły” należą do najbardziej poszukiwanych towarów korupcyjnych. Władzę, i to władzę polityczną, także można przekupić - nie pieniędzmi, ale na przykład posłuszeństwem, lojalnością, różnymi usługami. Często nawet sama władza polityczna szantażuje ludzi po to, by ją przekupywali, by zabiegali o jej łaski i nabywali je. Jawna przemoc, dyktatura oczywiście nie jest szantażem, ale wymuszeniem. Tymczasem łagodniejsze, sprytnie manipulujące formy władzy posługują się szantażem, pozostawiają ludziom swobodny wybór między posłuszeństwem a nieposłuszeństwem, ale to drugie czynią bardzo trudnym, pierwsze zaś łatwym, tak by wybierano posłuszeństwo. Wyobraźmy sobie na przykład kraj, gdzie ekipa władzy, która dokonała reakcyjnego przewrotu, nie ucieka się do używania otwartej przemocy, ale działa w następujący sposób: pozbawia społeczeństwo praw obywatelskich, poczucia

16 P. M. Blau, Exchange and Power in Social Life. New York 1964, s. 453—454.

bezpieczeństwa, pewności bytu, możliwości dalszego rozwoju osobowego, ale przy tym daje do zrozumienia, że ona, władza, jest dobrotliwa, a więc przekupna. Wyraźnie sugeruje, że można ją przekupić posłuszeństwem, lojalnością. Jest to typowy akt korupcji, bo za pomocą niewielkiego wkładu środków można zagarnąć duże zyski, przywłaszczając sobie kosztem innych dużą część dobra ogólnospołecznego zabranego społeczeństwu: praw obywatelskich, poczucia bezpieczeństwa, możliwości rozwoju jednostki. Transakcję tę można jednak opisać także inaczej, odwrotnie. Na przykład w taki sposób, że to władza przekupuje społeczeństwo: oferuje jego członkom prawa, poczucie bezpieczeństwa, pewne możliwości, żądając za to posłuszeństwa. Czy jest to jednak przekupstwo? Czy posłuszeństwo człowieka nie jest jego własnością, czy nie może sam dysponować swoim zachowaniem, swobodnie je sprzedawać? Jeśli się nad tym głębiej zastanowimy, stwierdzimy, że nie, absolutnie nie. Każdy człowiek winien jest jakiejś społeczności, a w ostatecznym rachunku całemu społeczeństwu, jeśli już nie posłuszeństwo, to lojalność; ze społecznością wiąże go bowiem gęsta sieć obowiązków i praw. Lojalności tej, zintegrowania ze społecznością, a bardziej filozoficznie - przynależności nie może tak sobie po prostu sprzedać występującej przeciwko temu społeczeństwu władzy za swoje indywidualne, partykularne korzyści. Człowiek oddawałby w ten sposób obcemu przekupującemu coś ze „wspólnego majątku”, ze wspólnych zasobów sił. Najlepszym przykładem na to, na ile konkretny jest taki wspólny majątek społeczności, choć nie ma on charakteru materialnego, jest sytuacja, kiedy to pracodawcy udaje się przekupić obietnicami indywidualnych korzyści kluczowych przywódców jakiegoś ruchu strajkowego. Cały ruch traci w ten sposób swą siłę przebicia, solidarność, szanse na zwycięstwo i załamując się może przynieść ciężkie straty zarówno całej społeczności, jak i każdemu z jej członków.

Miara korupcji
Jak widzimy, asortyment korupcji jest bardzo szeroki. W jaki sposób korzystają z niego różne społeczeństwa? Na to pytanie nie jest łatwo odpowiedzieć. Stopień skorumpowania danego kraju jest bardzo trudno ocenić, można to zrobić najwyżej szacunkowo. Czyniono w tym względzie bardzo ciekawe próby. Według jednego z najlepszych znawców zagadnienia w dzisiejszej Wielkiej Brytanii (a Wielka Brytania w skali światowej może się poszczycić jednym z najniższych poziomów korupcji) w prawie 20 procentach o mianowaniach na stanowiska w urzędach decydują związki rodzinne, przyjacielskie lub inne kontakty społeczne, a mniej więcej w 80 procentach - zdolności i osiągnięcia. Według tegoż specjalisty w wielu krajach afrykańskich (wymienia on jako przykład Nigerię) jest mniej więcej odwrotnie, „natomiast w Hiszpanii proporcja ta wynosi niemal jeden do jednego”. By wspomnieć jeszcze jeden przykład: według badania przeprowadzonego w roku 1900 w Birmie 95 procent sędziów i policjantów przyjmowało „dowody wdzięczności”. A jak my wyglądamy w tym niechlubnym wyścigu do tyłu? Dość powszechna jest dziś opinia, że zajmujemy w nim coraz lepszą pozycję; wielu uważa, że praktyka korupcyjna rozpowszechniła się i stopniowo rozpowszechnia coraz bardziej w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Czy jednak to zdobywanie terenu przez korupcję nie wydaje się tak szybkie i groźne dlatego, że czasy nobliwej c.k. monarchii, a także Węgier okresu międzywojennego żyją w pamięci wielu ludzi jako czasy społeczeństwa prawie wolnego od korupcji? Któż nie pamięta, jak bardzo popularne było u nas przez całe dziesięciolecia dowcipkowanie oraz oburzanie się na korupcję za miedzą, w sąsiednich krajach? Twierdzenie, że u nas „coś takiego” nie mogłoby się zdarzyć, że my nie

jesteśmy „tacy”, stało się niemal jednym z istotniejszych źródeł naszej samoświadomości narodowej. Z pewnością było w tych porównaniach trochę prawdy, nie oznacza to jednak, że opinia, jaką o sobie samych wytworzyliśmy i jaka funkcjonuje u nas do dziś dnia, jest prawdziwa. Patrząc bowiem na nas z zewnątrz, także można było do woli dowcipkować i oburzać się. Wspomniałem już o tym, że fałszowane, kupowane wybory węgierskie z przełomu wieków do dziś wymieniane są w literaturze specjalistycznej jako wyjątkowy przykład korupcji politycznej. Nie na próżno przez całe stulecie pisarze, reformatorzy, publicyści potępiali Węgry jako kraj kumoterstwa, powiązań rodzinnych, protekcji. Nasze życie gospodarcze dopiero wtedy zaczęło się rozwijać, a już wraz z nowymi ideami niemal natychmiast sprowadziliśmy z krajów bardziej od nas rozwiniętych wyrafinowane metody korupcji komercyjnej. Aby to zilustrować, przytoczę tylko jeden przykład. W 1901 roku ukazała się w Szabadce17 mała książeczka pod tytułem Kronika przestępstw burmistrza królewskiego wolnego miasta Szabadka. Nie wierzmy we wszystkim autorowi tego paszkwilu, gdyż zaczyna on swe wywody od oskarżania burmistrza o panslawizm. Przypuszczalnie więc nie powodowała nim tylko i wyłącznie szlachetna pasja oczyszczania życia publicznego. Mimo to lista owych przestępstw jest pouczająca do dziś. A oto kilka głównych zarzutów:        burmistrz buduje swój dom wykorzystując murarzy miejskich; własne łąki każe kosić wyrobnikom i parobkom najmowanym do wycinania wodorostów w jeziorze Palics, będącym własnością miejską; stanowiska we władzach miejskich obsadza swoimi kolegami lub ludźmi, którzy skłonni mu są za to zapłacić łapówkę w wysokości 100 forintów od głowy; broni przed wymiarem sprawiedliwości swych kompanów i wspólników zamieszanych w afery łapownicze; przyjął łapówkę od przedsiębiorstwa gazowniczego, które wystąpiło do władz miejskich o koncesję; inwestycje miejskie - fałszując wyniki przetargów lub w ogóle ich nie uwzględniając zamawia u przedsiębiorców, którzy go przekupują (chodnik brukowany, droga, koszary kawalerii, jatka, gimnazjum).

Jednego z tych przedsiębiorców przyjmuje do pracy jako cichego wspólnika inspektora budowlanego miasta, do którego należy nadzorowanie budowy ze strony władz miejskich. Nie ma się więc czemu dziwić, że w takiej sytuacji bez słowa odebrano jako skończony budynek gimnazjum, choć „zamiast marmuru krasowego użyto porowatego kamienia z Süttö”, dach pokryto dachówką złej jakości, w kaplicy szkolnej zamiast „obrazu ołtarzowego wartości 1000 koron”, jaki miał tam być umieszczony według kontraktu, „znalazł się bohomaz za 200 koron”, „wykryto także nadużycia w związku z robotami blacharskimi”, zaś „ułożone na korytarzach płyty cementowe też nie są odpowiednie”. Jeszcze cięższy jest zarzut, że za wiedzą burmistrza nadużyć dokonali także zarządzający miejskim szpitalem. Otóż by „budżet na zaopatrzenie chorych i opiekę nad nimi był większy, przyjmowano chorych z prowincji (spoza rejonu) jako chorych z rejonu Szabadki, co więcej, zdarzyło się nawet, że ta sama chora, Julianna Bogary, według księgi chorych leżała w tym samym czasie w dwóch różnych salach i łóżkach, z jednej sali uciekła, drugą opuściła wyzdrowiawszy...”. Nasi przodkowie także nie byli pozbawieni pomysłowości. Można by przytaczać wiele podobnych przypadków z okresu międzywojennego; wystarczy tylko przejrzeć kroniki skandali w gazetach prowincjonalnych lub stołecznych popołudniówkach. W tamtych latach jednak bardziej szkodliwe dla społeczeństwa od efektowych skandali korupcja komercyjnej były szeroko występujące i trudniej uchwytne i w naszych warunkach dużo groźniejsze
17

Dziś: Subotica w Jugosławii (przyp. tłum.)

takie formy korupcji jak: nepotyzm, splot interesów o charakterze kumoterskim czy też układów typu „ręka rękę myje”. Korupcja urzędników, na ile to dziś można ocenić, utrzymywała się na dość niskim poziomie. A co stało się w ciągu ostatnich kilkunastu lat? Dlaczego ogarnęło nas poczucie, że korupcja nasiliła się, że rozkwita w naszym kraju? Czy mocniejsza jest dziś, niż powiedzmy, w latach trzydziestych? Spośród wielu możliwych przyczyn wymienię najbardziej oczywiste: rozprzestrzenianie się bardzo widocznych form korupcji, z którymi spotykamy się codziennie, przez co korupcja staje się niemal codziennym doświadczeniem nas wszystkich. Jedna z tych form związana jest z artykułami deficytowymi, druga z równie deficytowymi usługami. W latach trzydziestych siła nabywcza w kraju była tak mała, że łatwo było ją zrównoważyć masą towarową. Od tego czasu zwielokrotniła się siła nabywcza, natomiast kołdra podaży towarów od dziesięcioleci jest za krótka, niedostaje to z tej, to z innej strony. Chodzi o ważne artykuły deficytowe, dlatego dziś szybko kwitnie i rozmnaża się korupcja. Wyrosłym na tym samym podłożu nowym, rzucającym się w oczy zjawiskiem jest także szeroka korupcja związana z usługami. Nasze społeczeństwo jest pozornie bezbronne i bezsilne wobec zaraźliwych przyczyn korupcji i jej form. Uważamy je już niemal za cechy niezmienne, o czym między innymi świadczy fakt, że na łamach jednego z naszych świetnych specjalistycznych czasopism ekonomicznych przez sześć miesięcy roku 1977 trwała polemika na temat, czy dochody z tak zwanej „trzeciej gospodarki”, a więc pochodzące przede wszystkim z napiwków, łapówek i innych „wyrazów wdzięczności”, należałoby opodatkować progresywnie i jak to zrobić. O tym samym świadczy także pewien artykuł pióra dyrektora jednego ze stołecznych przedsiębiorstw handlu detalicznego. W artykule tym autor z naukową rzeczowością i dokładnością opisuje - tak, jakby na przykład wyjaśniał zasady działania przedsiębiorstwa - praktykę korupcyjną rozpowszechnioną w sklepach jemu podlegających. Najpierw stwierdza, że w sklepach tych jakieś dwadzieścia lat temu zakorzenił się zwyczaj dawania napiwków, potem wspomina (czyniąc tym subtelne rozgraniczenie), że w jednego typu sklepach w odróżnieniu od reszty „kupujący odwdzięczają się za dobrą obsługę wyłącznie drobnymi upominkami (napoje, bombonierki, papierosy, czekolada)”. Następnie autor ów oględnie wylicza różne formy napiwku oraz przekupstwa: „a) Klient zostaje prawidłowo obsłużony i z własnej woli daje pieniądze, b) Sprzedawca jest uprzedzająco grzeczny i czyni aluzje, by klient się za to odwdzięczył, c) Sprzedawca w pokrętny sposób prowokuje napiwek i domaga się jego otrzymania, d) Klient zaczyna zakup od tego, że proponuje oddzielną gratyfikację”. Po tym wyliczeniu autor przedstawia reguły postępowania antykorupcyjnego, jak stosowanie „agitacji”, „postępowania dyscyplinarnego”, „lepsza organizacja pracy sklepu”, „rozszerzenie systemu samoobsługowego”, ale zaznacza, że nie są to zbyt skuteczne środki walki. Wreszcie podkreśla wagę bogatego wyboru towarów i kończy artykuł słowami: „Pojawiła się także myśl, by w naszych sklepach umieścić na widocznym miejscu tabliczkę z napisem głoszącym, że dawanie napiwku lub oddzielnej gratyfikacji jest surowo wzbronione! Po dłuższej dyskusji doszliśmy do wniosku, że napisy takie nie rozwiązałyby problemu”. Wydaje md się, że możemy się zgodzić z tym stwierdzeniem. Jakie więc rozmiary może mieć u nas korupcja związana z niedoborami towarów i deficytem usług? Na ten temat istnieją tylko bardzo przybliżone szacunki. W jednym z numerów czasopisma „Figyelö” z 1977 roku ukazał się artykuł, według którego łączna suma napiwków, „wyrazów wdzięczności” i zysków -z „fuch” w jednym roku przekracza 10 miliardów forintów. Pytanie tylko, czy jest to dużo, czy mało? Dziesięć miliardów forintów to zaledwie 2 procent dochodu narodowego, a więc niewiele. W porównaniu do łącznych dochodów ludności stanowi to 3,5 procenta i ta wielkość wydaje się możliwa do zniesienia. Jeśli jednak uwzględnimy, że jest nas 10 milionów, oznacza to, że każdego

obywatela Węgier (niemowlęta, dzieci - wszystkich) obciąża przymus zapłacenia w ciągu roku w formie łapówek 100 forintów, a to już jest sporo. Jest to sporo także dlatego, że ta korupcja, bezpośrednio związana z gratyfikacją materialną, z łapówką, z „wyrazami wdzięczności” w formie pieniężnej jest tylko jedną i prawdopodobnie nie najszkodliwszą formą korupcji. Autor cytowanego artykułu nie wspomniał bowiem przy wyliczaniu form korupcji rozpowszechnionych w handlu o pewnej równie częstej formie, w której nie występuje jakiekolwiek wręczanie pieniędzy ani podarków. Taki akt korupcji ma następujący przebieg: odzywa się telefon na biurku kierownika sklepu i ktoś skądś, z kręgu rodzinnego, ze znajomych, z branży, stąd czy zowąd, z boku czy z góry prosa o przysługę. Na przykład o odłożenie jakiegoś deficytowego towaru dla niego albo nawet nie dla niego, ale dla takiego i takiego kolegi, takiego a takiego znajomego, zaraz tam po to ktoś wpadnie. Nie ma tu mowy o żadnym napiwku, „górce”, „smarowaniu”, przekupstwie i tym podobnych rzeczach. Mamy tu do czynienia z „załatwieniem”, ze splotem interesów, z odnowioną wersją więzów kumoterskich, z transakcją przeprowadzoną w systemie powiązań.

Świat kumoterstwa
Używam bankowego terminu „transakcja” dlatego, że mowa tu już nie tylko o interesie w wąskim finansowym rozumieniu tego słowa. Otóż w systemie powiązań za przysługi takie „przysługobiorca” płaci nie pieniędzmi, ale wyimaginowanymi „akcjami”, „listem kredytowym” gwarantującym rewanż oczekiwany ze strony czyniącego przysługę w dowolnym momencie w przyszłości. Jeszcze ważniejsze w takich transakcjach jest to, że taki list kredytowy może zostać przedstawiony do wypłaty nie tylko osobie, która bezpośrednio czyniła przysługę, lecz dowolnemu członkowi danej grupy powiązań i interesów, do której obaj należą. Każdy świadczący przysługę zwiększa bowiem spójność i siłę społeczności (przyczynia więcej dobra publicznego innemu członkowi społeczności), wnosząc jakby nową wpłatę do wspólnego wyimaginowanego banku. Stanowi ona wkład, który później, kiedy będzie tego potrzebował, będzie mógł podjąć. Co więcej, może nawet „podejmować” przysługi przekraczające ogólną sumę jego własnych wkładów, ponieważ do pewnych granic takie wspólnoty interesów udzielają swym członkom kredytu. Nie możemy jednak jednoznacznie potępiać takiego systemu kredytowego oraz akumulacji kapitału wspólnot interesów, nazywając je praktyką korupcyjną. Pomyślmy tylko, jak pozytywną rolę odegrała podobna instytucja w dawnych społeczeństwach pierwotnych, które opierały się na zasadzie wzajemności. Stały obieg dóbr, przekazywanie ich w formie podarków także służyły cementowaniu wspólnoty, zwiększaniu lojalności wobec całej grupy, gromadzeniu zasobów niezbędnej solidarności wewnątrz społeczności. Reguły zabraniające natychmiastowego odwzajemniania się za dar, celowo przedłużając zobowiązania i stan oczekiwania na wdzięczność, umacniały jeszcze bardziej więzy wewnątrz społeczności. Dzisiejsze społeczeństwa także nie mogłyby istnieć bez bogatego systemu pomocy, wzajemnych przysług, opartego na zobowiązaniach moralno-etycznych. Pytanie brzmi tylko: kiedy ta praktyka staje się źródłem korupcji, a co za tym idzie, pośrednio prowadzi nie do integracji, ale do rozkładu społeczeństwa? Według wszelkiego prawdopodobieństwa dzieje się tak, gdy dana wspólnota interesów, w ramach której przebiega wymiana wzajemnych usług, staje się pasożytem, żyjącym kosztem większej społeczności lub całego społeczeństwa. Zachodzi to wtedy, gdy jeden członek społeczności udostępnia drugiemu dobro nie będące jego własnością, ale częścią dobra jakiejś większej grupy, na przykład miasta lub całego społeczeństwa,

które to społeczność powierzyła mu do dzielenia. W ten sposób deformuje on na korzyść własnej wspólnoty interesów, a pośrednio na swą własną korzyść, obowiązujący system podziału dóbr, przez co spełnia się definicja korupcji. Zakładam, że gdyby udało się spieniężyć takie akcje wspólnoty interesów, dałyby one w sumie kwotę daleko większą od 10 miliardów forintów. Pomyślmy, że jeżeli w Hiszpanii 50 procent stanowisk obsadzonych jest na zasadzie takich „spółek akcyjnych”, to mianowani w ten sposób urzędnicy w 50 procentach decyzji szczebla państwowego, administracyjnego, lokalnego mogą spłacać, a na pewno w istotnym procencie spłacają swe długi wobec wspólnoty interesów bądź też coraz to nowymi przysługami zwiększają swoje konto w „banku solidarności grupowej”. A ponieważ każda decyzja administracyjna rozdziela między członków i warstwy społeczeństwa różne dobra (koncesje rzemieślnicze i handlowe, ulgi podatkowe, zwolnienia, zamówienia publiczne, stanowiska i nominacje itp.), praktyka taka musi poważnie deformować system podziału uważany przez społeczeństwo za praworządny, sprawiedliwy lub chociażby możliwy do przyjęcia. Jak stwierdziliśmy uprzednio, mechanizmy takie jak kumoterstwo, powiązania interesów, mają i u nas bogatą tradycję i do dziś z pewnością przynoszą wielkie straty. Jeśli już mówimy o obsadzaniu stanowisk i mianowaniach, to decyzje z zakresu negatywnej selekcji kadrowej oraz całe łańcuchy takich selekcji negatywnych kosztują z całą pewnością społeczeństwo wiele miliardów forintów, daleko więcej niż wspomniane 10 miliardów przypadające na łapówki. Gdyby można było dokładnie wyliczyć wielkość ponoszonych strat, to łatwo można by wykazać, że w ostatecznym rezultacie nawet ci, którzy czerpią bezpośrednie zyski z takich decyzji selekcyjnych, także na tym tracą. Tracą dlatego, że przypadająca na nich część strat spowodowanych przez reakcje łańcuchowe selekcji negatywnych (niższa sprawność, brak planowości, słabsze działanie zasady wydajności, straty w produkcji spowodowane gorszym stosunkiem do pracy) jest większa niż zysk bezpośredni. Gdyby się to stało oczywiste dla każdego, zostałby spełniony jeden z warunków wstępnych zahamowania procesu selekcji negatywnej. Co prawda tylko jeden z warunków, jak się bowiem dowiedzieliśmy z rozdziału o pułapkach społecznych, samo przekonanie poszczególnych ludzi, ich dobre intencje oraz chęć współpracy nie mogą jeszcze zatrzymać ani odwrócić uruchomionej reakcji łańcuchowej. Nie ulega wątpliwości, że praktyka kumoterskich powiązań interesów grupowych oraz inne praktyki korupcyjne są i prawdopodobnie będą jeszcze przez dłuższy czas jednym z podstawowych problemów wielu społeczeństw, wśród nich także naszego.

Korupcja i władza
Jak już powiedzieliśmy, każdy artykuł korupcyjny jest jednocześnie korupcyjnym środkiem płatniczym. Przekonaliśmy się również, że płacić można nie tylko gotówką, ale także listem kredytowym, ważnym w ramach danej wspólnoty interesów. Dodajmy jeszcze to, że można uzyskać przysługę na kredyt, to znaczy skorzystać z tego kredytu nawet wtedy, kiedy nie jest się członkiem żadnej wspólnoty interesów. Może to jednak uruchomić proces jeszcze groźniejszy dla społeczeństwa - proces jednostronnej akumulacji władzy. Antropolodzy zwrócili uwagą na to, że wręczanie podarków już w kulturach pierwotnych nie tylko wiązało społeczność, ale mogło także prowadzić do zakłócenia równowagi, do jednostronnego skupienia władzy. W słynnej książce o obdarowywaniu Mauss pisze, że według wierzeń Maorysów podarek (taonga) ma duszę (hua), która obejmuje we władanie obdarowanego. „Gdybym zachował dla siebie prezent, który od pana dostałem - powiedział mu jeden

z krajowców - ściągnąłbym przez to na siebie kłopot, wielki kłopot, możliwe nawet, że śmierć”.18 Inni autorzy piszą, że wzajemnemu obdarowywaniu nie towarzyszy u wielu ludów żadna forma podziękowania, wyrażania wdzięczności, bo to, co ja dostaję, należy mi się, to co daję, należy się temu, który dostał. „Wdzięczność”, „zobowiązanie” uzależniałoby od tego, który wręcza dar. „Podarkami wychowujesz niewolnika, tak jak kijem wychowujesz psa” - głosi często cytowane eskimoskie przysłowie.19 W słynnych „potlaczach” Indian północnoamerykańskich konkurujący ze sobą wodzowie starają się przelicytować nawzajem szczodrością, by w ten sposób znaleźć się w korzystniejszej sytuacji od konkurenta, chcą zmusić do wdzięczności, zniewolić, podporządkować sobie konkurenta, zasypując go masą nie odwzajemnionych podarków. Jednostronne obdarowywanie, kumulowanie jednostronnych przysług jest także dziś jednym z ważnych źródeł władzy. Jednostronne świadczenie przysług dziś także często narusza zwyczajową równowagę społecznego obiegu dóbr, co następnie kompensowane jest przez przebiegającą w przeciwnym kierunku deformację podziału władzy w społeczeństwie. Taka deformacja zakresu władzy jest tym bardziej niebezpieczna, że łatwo przechodzi w procesy całkowicie lub przynajmniej na długi czas nieodwracalne. Większy zakres władzy zazwyczaj wiąże się z większymi możliwościami materialnymi, przez co staje się możliwe jednostronne zobowiązanie coraz większej liczby ludzi, a to pociąga za sobą coraz większą akumulację władzy. W taki sposób codziennie kształtują się we współczesnych społeczeństwach niemal feudalne społeczności, quasifeudalne struktury częściowe, stosunki patron-klient, które tak samo pasożytniczo obrastają dobro ogólnospołeczne, czy też od razu uniemożliwiają urzeczywistnienie interesu powszechnego jak wspomniane uprzednio szczuplejsze wspólnoty interesów. Warto z tego punktu widzenia zapoznać się z typologią społeczności Heidenheimera, naszkicowaną przez autora w studium wprowadzającym do redagowanego przez niego tomu rozpraw na temat korupcji. Heidemheimer wyróżnił w swej typologii następujące cztery formy: 1. Tradycyjny system oparty na rodzinie The traditional family - (kinship)- based system, w (którym jedynym układem odniesienia jest wielka rodzina lub krąg krewnych; należący do niej nie oczekują niczego od formacji szerszych niż krąg rodzinny i nie poczuwają się wobec takich szerszych społeczności do żadnych obowiązków and odpowiedzialności. 2. Tradycyjny system oparty na związku patron-klient (The traditional patron-client-based system), w którym więzy rodzinne, rodowe nie są już tak silne, ludzie szukają obrony, pomocy i wsparcia poza kręgiem rodzinnym, u „patrona”, będącego zazwyczaj najbogatszym, dysponującym największą władzą człowiekiem w okolicy. Ludzie ci nie dowierzają prawom, porządkowi prawnemu swego kraju, wydaje im się, że tylko patron może ich obronić przed państwem, urzędnikami państwowymi i innymi władzami, tylko przy pomocy patrona mogą realizować swoje prawa i osiągnąć swe cele. 3. Współczesny system „szef-podwładny” (The modern boss-follower-based system). Jest to współczesna wersja poprzedniego systemu. Autor przytacza tu przykłady amerykańskich małych i średnich miast, w których pojedynczy przemysłowiec lub finansista praktycznie „trzyma w ręce” całą okolicę, w dużej mierze od jego łaski zależy jakość życia (miejsca pracy, inwestycje komunalne, stypendia dla dzieci itp.) mieszkańców całej okolicy. 4. System ukierunkowany na dobro publiczne (The civic-culture-based system). W tym typie mieści się duża część anglosaskich miast-satelitów i małych miasteczek, gdzie mieszkańcy mają dość silne poczucie należenia do społeczności, rozwinięte są instytucje życia społecznego, jego struktury, gdzie ludzie wiedzą, że mogą realizować swe prawa bez żadnych
18 19

M. Mauss, Essai sur le don: Forme et raison de l’échange dans les sociétés archéologiques . Paris 1925, s. 199. P. Freuchen, Book of the Eskimos. Cleveland 1961, s. 154.

popleczników czy protektorów, gdzie wypełniają obowiązki wobec społeczności, chętnie dla niej pracują bez żadnych bezpośrednich wynagrodzeń finansowych. W miasteczkach tych zazwyczaj nie zanika całkowicie system patronacki, lecz przekształca się, sublimuje - patroni zapewniają sobie jeśli nie władzę, to chociaż pewien kapitał moralny fundacjami charytatywnymi lub kulturalnymi, wzbogacającymi życie całej społeczności i służącymi ogólnemu dobru. Po wyliczeniu tych czterech typów Heidenheimer przedstawia w formie tabeli, w jakiej mierze owe typy społeczności mogą być we współczesnych społeczeństwach źródłem korupcji. W tab. 4 używa następujących oznaczeń: biała korupcja - członkowie społeczności nie uznają danego aktu za czyn praktyki korupcyjnej; szara korupcja - ocena wewnątrz społeczności jest niejednolita; są tacy, którzy uważają daną praktykę już za korupcyjną, inni jeszcze nie; czarna korupcja - społeczność jednoznacznie uważa dany akt za korupcję; XXX XX X stała praktyka zdarza się często zdarza się nie zdarza się

System rodzinny

System patron klient

System wielki szef - podwładny

System ukierunkowany na społeczność

Urzędnicy popełniają drobne przekroczenia przepisów na rzecz swych przyjaciół W zamian za ich „przychylne nastawienie” urzędnicy (i partie) przyjmują prezenty i przysługi Nepotyzm i kumoterstwo przy mianowaniu na stanowiska oraz dostawach rządowych i kontraktach Urzędnicy ciągną zyski z decyzji oficjalnych (np. z

XXX

XXX

XXX

XX

XXX

XXX

XXX

X

XXX

XXX

XXX

X

XXX

XXX

XX

-

góry bronią się przed skutkami niekorzystnych dla nich decyzji gospodarczych) Klienci głosują według życzenia patronów Klienci zdani są na łaskę patronów przy załatwianiu swych spraw w urzędach Urzędnicy oczekują gratyfikacji lub łapówek za załatwianie spraw Urzędnicy tolerują zorganizowaną przestępczość w zamian za odpowiednie wynagrodzenie Aktywiści partyjni nieoczekiwanie zmieniają przynależność partyjną w zamian za materialne korzyści Urzędnicy oraz obywatele nie przyjmują do wiadomości nawet oczywistych dowodów korupcji

XXX

XXX

XX

-

XXX

XX

X

-

XXX

XX

X

-

XX

XX

X

-

XX

X

X

-

XX

X

X

-

Tabela ta, bez względu na to, na ile wyolbrzymia omawiane zjawiska, pełna jest ważnych dla nas nauk. Przede wszystkim radzę czytelnikom ćwiczenie znajomości samego siebie: proszę o przejrzenie pozycji tabeli i zbadanie własnej reakcji na korupcję, przez odpowiedź na pytanie, które spośród praktyk wymienionych w tabeli uważane są przez Państwa za lżejsze, a które za cięższe formy korupcji. Następnie proszę ocenić społeczność, w której żyjecie, wreszcie całe społeczeństwo swojego kraju, próbując określić, czy występują w nim przedstawione formy korupcji, a jeśli tak, to jak często.

W wyniku takiego sprawdzianu mogą Państwo ocenić, któremu typowi z tabeli najbliższe są podstawowe społeczności naszego społeczeństwa, czy też z jakich podstawowych elementów się one składają. Warto przeprowadzić to ćwiczenie nawet, jeśli zdajemy sobie sprawę, że przedstawiona typologia jest tylko jedną z wielu możliwych. Z tabeli tej płyną jednak i inne, ogólniejsze nauki. Z jednej strony, zwraca ona uwagę na zjawisko, że ten sam czyn uznawany jest przez jedną grupę ludzi za akt korupcji i potępiany, przez drugą zaś za zjawisko naturalne i akceptowane w codziennej praktyce. Powoduje to szczególnie wiele problemów w społeczeństwach będących w stanie dynamicznego rozwoju, gdzie dawne formy społeczności oraz związane z nimi normy współżyją z nowymi, choć ich wzajemny stosunek nie jest dostatecznie jasny. Taka sytuacja często bywa źródłem konfliktów, gdyż postępowanie jednej społeczności zgodne z jej normami moralnymi uważane jest przez drugą społeczność za praktykę korupcyjną. Inny ważny wniosek nasunie się nam, jeśli będziemy posuwali się w typologiach od strony lewej do prawej. Zauważymy wtedy malejącą częstotliwość aktów korupcyjnych. Założywszy istnienie porządku chronologicznego w położeniu typów społeczności na osi, możemy przypuszczać, że w danym kraju zmniejszy się występowanie i możliwość korupcji, jeśli uda się zepchnąć na prawo na osi dominujący w nim typ społeczności.

Korupcja a efektywność społeczna
Na widok szkód powodowanych przez korupcję w różnych krajach, na całym świecie wciąż od nowa odżywała pokusa, by ją wypalić ogniem i żelazem, wytępić drakońskimi metodami. Węgierskiemu społeczeństwu nie jest obca and korupcja, ani też pokusa jej zniszczenia. Stąd tak ważne jest uświadomienie, że taka purytańska pasja, nawet uwieńczona sukcesem, w ostatecznym rezultacie przyniosłaby więcej strat niż korzyści. Korupcja bowiem, choć zasadniczo jest zjawiskiem patologicznym i szkodliwym, jako pasożyt żeruje nie tylko na słabych, chorych tkankach praktyki społecznej, ale także na zdrowych. Tak więc rzucając się na nią ogniem i mieczem, czy też wprowadzając drakońskie ustawy, możemy poważnie okaleczyć także te, zdrowe tkanki i zniszczyć prawidłowe tendencje. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest ujawnienie warunków występowania i przyczyn korupcji, a przy ich znajomości ukształtowanie takich struktur ekonomicznych i społecznych, które uczynią korupcję zbędną i niemożliwą, jednocześnie pomagając w rozwoju pozytywnych tendencji i przejawów, uprzednio splątanych ze zjawiskami korupcyjnymi. Nie zgadzam się więc z tymi, którzy korupcję chcą po prostu wyciąć jak chorą tkankę z ciała społeczeństwa, and też z poglądami węższego kręgu specjalistów, według których korupcja jest zjawiskiem zdecydowanie pożytecznym lub też przynoszącym więcej korzyści niż szkód. W rzeczywistości korupcja nie jest zjawiskiem statycznym, lecz dynamicznym, zmiennym. Związana jest -ona zazwyczaj z procesami gospodarczymi i społecznymi, a w początkowym stadium tych procesów splata się w większości z momentami pozytywnymi, później zaś z coraz większą liczbą elementów negatywnych, przez co jej oddziaływanie jest coraz szkodliwsze. Po przekroczeniu pewnego punktu wyzwala się reakcja łańcuchowa korupcji i wtedy już bardzo trudno zatrzymać jej pustoszące działanie. Jest to jednak reguła zbyt uproszczona i nie obowiązująca we wszystkich przypadkach. Niemniej - jeśli uwzględnimy pewne czynniki gospodarcze i społeczne, może ona być przydatna. Przyjrzyjmy się kilku przykładom takiej przemiany przebiegającej od układu pozytywnego do negatywnego.

Spotyka się specjalistów, według których korupcja może odgrywać pozytywną rolę w krajach, gdzie decyzję trzyma w swoich rękach na każdym szczeblu życia gospodarczego i społecznego skostniała biurokracja. W takiej sytuacji korupcja może trochę „nasmarować” sztywną, zardzewiałą machinę, otwierając przynajmniej „boczne drzwiczki” dla bardziej dynamicznych tendencji społecznych oraz przedsięwzięć handlowych mających na celu rozwój gospodarczy. Można przytoczyć przykłady potwierdzające takie sytuacje. Wspomnijmy tu chociażby o dławiącej biurokracji kolonii czy biurokracji imperium otomańskiego na Bałkanach i na terenie Węgier. W sytuacjach takich przekupienie poszczególnych urzędników, sędziów i innych osób przynosiło korzyści nie tylko w małych, codziennych ludzkich sprawach, ale i w wymiarach większych, społecznych i narodowych, rozluźniając trochę pancerz biurokracji. Można jednak przedstawić dużo więcej przykładów zmiany kierunku działania korupcji, z początkowo pozytywnego na negatywny. Po pewnym czasie korupcja już nie przyspiesza, ale zwalnia, coraz bardziej hamuje proces podejmowania decyzji. Według Myrdala i innych autorów, sytuacja taka występuje w niejednym kraju Azji południowo-wschodniej, który wyrwał się z okowów kolonializmu, ale odziedziczył po nim kolonialną biurokrację, jeszcze bardziej ją nawet rozdymając. Na przykład łapówki, nazywane po angielsku speed money - „pieniędzmi przyspieszającymi”, przyspieszają podjęcie decyzji czy wydanie jakiegoś zezwolenia (w stosunku do decyzji podejmowanych bez ich pomocy) tylko w sposób względny. W skali bezwzględnej opóźniają decyzję, ponieważ w miarę upływu lat w swoim zsumowanym oddziaływaniu zwolniły i coraz bardziej zwalniają działanie całego aparatu biurokratycznego. A dlaczego? Po pierwsze dlatego, że w miarę jak korupcja się upowszechnia w jakimś układzie, urzędnicy stają się zainteresowani w opóźnianiu, a nie w przyspieszaniu biegu spraw, bo im trudniej jest uzyskać jakieś zezwolenie, tym więcej skłonni są zapłacić za nie klienci. Procesy ulegają spowolnieniu także dlatego, że skorumpowani urzędnicy coraz bardziej starają się odepchnąć -od siebie odpowiedzialność podjęcie decyzji, niebezpieczeństwo ewentualnego rozliczenia za nią, więc przesyłają akta sprawy jeden do drugiego, aż wreszcie nici odpowiedzialności zostaną splątane w sposób niemożliwy do rozwikłania. „Tam gdzie korupcja jest szeroko rozpowszechniona - stwierdza Myrdal - tam bezwładność, brak skuteczności oraz nieracjonalność zupełnie paraliżują procesy podejmowania decyzji oraz realizacji zamierzeń”. A jak jest tam, gdzie korupcja nie jest jeszcze tak szeroko rozpowszechniona? Czy naprawdę możliwe jest, by korupcja nie zmniejszała, lecz zwiększała sprawność układu? Są specjaliści, którzy dowodzą, że w krajach, gdzie podejmowanie decyzji jest nadmiernie scentralizowane, zaś mechanizmy rynkowe za słabe lub prawie nieistniejące, korupcja właśnie przemyca kuchennymi schodami do sztywnego systemu tak ważne z punktu widzenia sprawności elementy konkurencyjności. Specyficzne jest tylko to, że wyścig konkurencyjny nie odbywa się w takim wypadku na otwartym rynku życia gospodarczego, lecz na „czarnym rynku” biurokracji. Ponieważ jednak najwyższe łapówki może zapłacić przedsiębiorstwo najbardziej dynamiczne, zdolne do rozwoju, najsilniejsze kapitałowo, więc w końcu również tu, na czarnym rynku, dochodzi do głosu zasada efektywności. Z drugiej zaś strony, korupcja wnosi zasadę efektywności do samego mechanizmu biurokracyjnego, gdyż urzędnik przekupiony, jeśli nawet w skali absolutnej ma niską wydajność pracy, musi w skali względnej wykazać wydajność większą niż nie przekupiony. Czy rozumowanie takie można odnieść także do stosunków panujących dziś na Węgrzech? Czy i u nas występuje sytuacja, że przedsiębiorstwa współzawodniczą ze sobą nie tylko na rynku otwartym, ale i za zamkniętymi drzwiami, gdzie zapadają decyzje, a jeśli talk, to czy można stwierdzić, że w tym wtórnym, niewidzialnym dla społeczeństwa i nie kontrolowanym przez nie wyścigu w większości wypadków wygrywa przedsiębiorstwo bardziej efektywne, które w przyszłości przysporzy społeczeństwu więcej korzyści niż inne? Czy istnieje jakaś gwarancja, że przedsiębiorstwo

przynoszące najwięcej korzyści ma najenergiczniejszego zaopatrzeniowca, najelastyczniejszego głównego księgowego, dyrektora o najlepszych stosunkach i kontaktach? Skąd pewność, że w wyścigu tym zwycięzcą zostanie przedsiębiorstwo najsprawniejsze, a nie tylko najpotężniejsze, że nie wygra po prostu „najgrubsza ryba”? Czy istnieje gwarancja, że w takim wyścigu decydować będzie zasada efektywności, a nie jakaś inna reguła czy hierarchia wartości? Pytania takie potrafię tylko postawić, by odpowiedzieć na nie, brakuje mi doświadczenia praktycznego. Czy natomiast korupcja zwiększa efektywność, jeśli nie w życiu gospodarczym, to chociaż wewnątrz samego aparatu rozdziału dóbr? Tu odpowiedź jest dużo bardziej oczywista i przecząca. Można bowiem wykazać, że u nas korupcja nie podnosi, ale jednoznacznie obniża wydajność. Dobrym przykładem wspierającym to stwierdzenie jest stopniowe przekształcenie się dawnego napiwku w łapówkę, w „wymuszone przekupstwo”. Dawniej napiwek był dodatkowym datkiem, wręczanym zazwyczaj przez panów służbie lub innym osobom wykonującym dla nich jakąś usługę (kelnerom, fryzjerom, tragarzom, posłańcom itp.). Datek ten miał pewien charakter wyróżniający, związany z wydajnością, zachęcający do jej zwiększania. Za obsługę grzeczniejszą, sprawniejszą dawano prawdopodobnie w przeciętnej skali ogólnospołecznej napiwek większy maż za obsługę gorszą, opieszałą, niedbałą. W dodatku napiwek wręczany poza opłatą, jako dobrowolny datek, zwiększał osobistą, lenniczą zależność sługi od pana. Taka forma napiwku jako datku wręczanego po wykonaniu usługa, dobrowolnego, współmiernego do jej jakości i będącego wyrazem uznania, niemal zupełnie zniknęła z dzisiejszej węgierskiej praktyki. Jej miejsce zajął quasi-napiwek prawie obowiązkowy, czy też dokładniej „posmarowanie”, „górka”, „łapówka”, wymuszane przez wykonujących usługę zarówno indywidualnie, jak i w formie zorganizowanej, niemal cechowej, przy użyciu jawnych lub ukrytych, grzeczniejszych lub bardziej bezwzględnych środków szantażu. („Nie ma górki, nie ma towaru”. „Jak nic nie dostaniemy, zostawimy meble tu na deszczu”. „Jak nic nie dostanę, nie przyjdę na drugi raz” itd.). Jednym z podstawowych warunków stosowania takiego szantażu jest obniżenie poziomu usług (co już uczyniono w wielu zawodach i branżach). Jeśli dawniej za napiwek zwiększano wydajność ponad przeciętną, teraz daje się najwyżej średnią jakość oczekiwaną przez społeczeństwo i nakazaną przez przepisy lub minimalnie wyższą. Jeśli zaś nie dostanie się nic, należy zbyć klienta usługą o niedopuszczalnie niskim poziomie, wymuszając datek. Praktyka wymuszania napiwku w ogólnym rozrachunku obniża więc efektywność i wydajność ogólnospołeczną. Można by nawet sformułować zależność statystyczną, według której im większa jest oczekiwana, możliwa do wymuszenia suma napiwków, tym niższy jest poziom pracy wykonywanej bez napiwków. Innymi słowy, rosnąca korupcja wiąże się z malejącą wydajnością i efektywnością. I tu znów mamy do czynienia z typową sytuacją pułapki. Pojedynczy człowiek nie może tu nic zmienić ani dawaniem, ani niedawaniem napiwku. Jeśli daje większy napiwek, spada średni poziom usług. Jeśli daje mniejszy napiwek, to jeszcze bardziej spada poziom usługi, którą za to otrzymuje. Nie pozostaje mu nic innego, jak dawać coraz większe łapówki, za które będzie otrzymywał względnie lepsze usługi, nie przejmując się tym, że w skali ogólnospołecznej swoim zachowaniem przynosi straty społeczeństwu, a w końcu także sobie samemu. Ale to jeszcze nie wszystko. Jeśli napiwki, tak jak kiedyś wzajemne prezenty, wzmacniały związki między ludźmi, solidarność wewnątrz społeczności, to teraz quasi-napiwek niszczy te związki, rozbija poczucie solidarności. Dzieje się tak dlatego, że: po pierwsze, ofiara szantażu nie zwykła uwielbiać szantażysty, a napięcia oraz nienawiści zrodzone przez wymuszone napiwki stworzyły wokół niektórych zawodów istny stan wojny. Po drugie, wymuszone dawanie napiwków zwraca przeciwko sobie także usługobiorców. W końcu bowiem dają oni napiwki, „górki”, łapówki na szkodę sobie

nawzajem, i to nie tylko dlatego, że każdy grosz napiwku zmniejsza ogólnospołeczną wydajność pracy, przez co stratę ponoszą wszyscy, nie dlatego, że jeśli ktoś otrzymuje za łapówkę większą ilość dóbr, to dla kogoś innego zostaje ich mniej, zazwyczaj bowiem ilość dóbr do podziału jest określona. Mechanizm ten można zilustrować prostym, choć dla lepszego zrozumienia trochę przesadzonym przykładem. Załóżmy, że istnieje kraj, a w nim kafejka, w której według urzędowych przepisów za 3 forinty można otrzymać kawę wartości 3 forintów. Załóżmy także, że w kraju tym i w tej kafejce wykształcił się już zwyczaj „kawy dla kierowców” lub „twardszego bloczku”, polegający na tym, że jeśli ktoś podłoży pod trzyforintowy bloczek na kawę twardą dwuforintówkę, to dostanie kawę lepszą niż ten, który nie podłoży nic. Załóżmy także, że obsługująca ekspres barmanka nie kradnie, nie wynosi do domu kawy, nie sprzedaje jej „na lewo” itp., a dodatkowym źródłem jej dochodu jest tylko wspomniana „kawa dla kierowców” czy też zwyczaj „twardszego bloczku”. Co robi w takiej sytuacji? Przede wszystkim musi zaoszczędzić kawy dla dających „twarde bloczki”. Działa więc następująco: jeśli ktoś daje „miękki bloczek”, dostaje kawę za 1 forinta, natomiast dający „twardy bloczek” - za 5 forintów. Kto i ile na tej transakcji korzysta lub traci? - Barmanka nie zarabia na dającym „miękki bloczek” nic prócz przypadającej za usługę części oficjalnych, legalnych zarobków. Od dającego „twardy bloczek” natomiast dostaje 2 forinty i tyle wynosi jej czysty zysk. - Dający „miękki bloczek” zapłacił za bloczek w kasie 3 forinty, za co otrzymał kawę wartości 1 forinta. Jego strata wynosi 2 forinty. - Dający „twardy bloczek” zapłacił łącznie 5 forintów, otrzymując za to kawę wartości 5 forintów. Czy znaczy to, że nie zyskał żadnej korzyści dodatkowej i na całej transakcji zarobiła tylko barmanka? Wcale nie. Dający „twardy bloczek” dostał kawę wartości 5 forintów, gdyby natomiast dał „miękki bloczek” bez 2 forintów, dostałby za 3 forinty kawę wartości 1 forinta. Tymczasem zamiast kawy wartości 1 forinta dostał kawę wartości 5 forintów i wliczając 2 forinty łapówki można powiedzieć, że za te 2 forinty dostał dodatek kawy wartości 4 forintów, a więc jego zysk dodatkowy wynosi 2 forinty. Na wzór zysku konsumenta możemy to nazwać zyskiem korupcyjnym. Kto zatem na tym wszystkim wygrał, a kto stracił? Barmanka zyskała na czysto, w wartościach bezwzględnych, 2 forinty. Nie pracowała więcej, niż gdyby zgodnie z przepisami naparzyła obu klientom kawę wartości 3 forinty każda, a i tak zagarnęła 2 forinty. Zyskał także 2 forinty, ale już tylko w skali względnej, klient, dający „twardy bloczek”, bo za 5 forintów rzeczywiście dostał kawę wartości 5 forintów, a gdyby chciał zaoszczędzić 2 forinty łapówki, straciłby na tej oszczędności 4 forinty. W skali bezwzględnej natomiast, jak i względnej, stracił klient dający „miękki bloczek”, bo za 3 forinty dostał kawę wartości zaledwie 1 forinta. Tak więc kasztem innych może zyskać nie tylko przekupiony, ale i przekupujący (jeśli mimo łapówki w ogóle coś zyska, a nie otrzyma tylko usługę na średnim poziomie). Dzieje się tak kosztem tych, którzy nie chcą lub śnie mogą dawać napiwków. Dzisiejsze wymuszanie napiwków deformuje więc system społecznego podziału dóbr na korzyść przekupujących, a przede wszystkim przekupywanych oraz na szkodę nie przekupujących i nieprzekupnych.

Korupcja a struktury społeczeństwa

Czy taka deformacja pociąga za sobą jakieś zmiany struktury społecznej? Czy wspomniane 10 miliardów forintów krąży między poszczególnymi warstwami społecznymi w miarę równomiernie, czy też korzystają z nich tylko niektóre warstwy kosztem innych, co powoduje stratyfikację społeczeństwa? Niestety, nie ma na ten temat konkretnych badań, ale wydaje się prawdopodobne, że na dłuższą metę korupcja pogłębia i utrwala nierówności społeczne. Możliwe, że dziś u nas istnieją też pewne działania w odwrotnym kierunku. Wniosek taki nasuwa się z obserwacji awansu materialnego niektórych zawodów, dawniej o niższych dochodach, ale ostatnio podniesionych do rangi zajęć „napiwkowych”. Podobne przykłady można znaleźć za granicą. Ogólnie jednak ii nas dotyczy reguła, kto jest bogatszy, kto zajmuje korzystniejszą pozycję, ten ma więcej środków materialnych i niematerialnych do korumpowania. W rezultacie przez naczynia włoskowate i kanały korupcji dobra materialne i niematerialne pomnażają zasoby warstw i tak już dobrze sytuowanych materialnie i społecznie. Jeśli już mowa o pozycjach społecznych, nie zapominajmy, że korupcja konserwuje, usztywnia struktury społeczne, petryfikuje je. Korupcja bowiem nagradza nie wydajność, lecz daną pozycję, posiadany status. Sprzedawca w sklepie dostaje napiwek czy „górkę” nie za to, że świetnie ponadobowiązkowo obsługuje klientów, lecz za to, że znajduje się w danej sytuacji, na danej pozycji, za to, iż on podejmuje decyzję, komu da, a komu nie da artykuł deficytowy, którego podział przypadkiem mu powierzono. Nie tylko on, ale wszyscy ludzie skorumpowani sprzedają swą pozycję czy też władzę wynikającą z pozycji. Wpływające na ich ręce gratyfikacje materialne oraz „kredyty interesów grupowych” nie aktywizują ich wydajności, lecz wzmacniają pozycję i w ostatecznym rozrachunku jeszcze bardziej usztywniają daną strukturę społeczną. Są na ten temat i odmienne opinie. Niektórzy uważają, że w sztywnym systemie politycznym korupcja może otwierać drogę tym, którzy pozostali poza kręgiem władzy, umożliwiając im nieformalne oddziaływanie na decyzję, wpływanie przez tajne kanały korupcji, co ostatecznie prowadzi lub może prowadzić do pluralizacji władzy. Według tych opinii krucjaty antykorupcyjne podejmowane są przez aparat władzy właśnie z powodu lęku przed ową pluralizacją. Fakty świadczą o tym, że korupcja może odgrywać taką pozytywną rolę, zastępować brakujące transmisje polityczne oraz struktury (na przykład partie czy organy przedstawicielskie) tylko przejściowo. Korupcyjne pseudostruktury na dłuższą metę hamują kształtowanie się prawdziwych struktur politycznych rzeczywistego systemu instytucji politycznych, niekiedy wręcz uniemożliwiające ich powstanie, przez co powodują niepowetowane straty w rozwoju gospodarczym i społecznym określonego kraju. Twierdzenie to można także odwrócić: tam gdzie rolę transmisji między warstwami i poziomami społeczeństwa pełni rozwinięty, rozbudowany lub choćby rozwijający się system instytucji społecznych i politycznych (jak na przykład w krajach Ameryki Południowej o feudalnej przeszłości i indiańskiej ludności pierwotnej), tam korupcja ma mniejsze pole do działania niż w krajach, w których systemu takiego zupełnie nie było (na przykład niektóre wyrosłe z niewolnictwa kraje Ameryki Południowej) i nie ma go w znaczniejszej mierze do dziś. Odpowiedzialnością za wiele naszych niepowodzeń obarczyliśmy niewolę turecką, ale listę tych grzechów moglibyśmy, słusznie być może, wydłużyć jeszcze o jedną pozycję: zniszczenie systemu instytucji politycznych średniowiecznego społeczeństwa węgierskiego, co spowodowało wielowiekowe opóźnienie w wykształceniu się nowych struktur burżuazyjnych. Możliwe, że do pewnego stopnia niewola jest nadal odpowiedzialna za podatność naszego społeczeństwa na zakażenia korupcją.

Drogi wyjścia i zadania
Nasze rozważania rozpoczęliśmy od stwierdzenia, że korupcji nie można lub też nie opłaca się wypalać ogniem i żelazem. Rezultatem takich brutalnych, radykalnych interwencji byłoby najprawdopodobniej poważne osłabienie zdrowej tkanki praktyki społecznej, krąg kontaktów międzyludzkich oraz możliwości zostałby poważnie zawężony, a korupcja istniałaby nadal, przybierając nowe formy i żłobiąc sobie nowe kanały. Przekonaliśmy się też, jak ściśle korupcja wiąże się z ważnymi elementami praktyki społecznej, na przykład z brakiem nieodzownych struktur społecznych i politycznych oraz z potrzebą ich stworzenia. W tej sytuacji środki administracyjne skierowane na zwalczanie korupcji mogłyby zniszczyć te potrzeby lub nawet powstające struktury. Korupcja jest chorobą, tak jak chorobą społeczną jest alkoholizm lub plaga samobójstw i tak jak tamtych chorób, nie można jej leczyć objawowo. Korupcji nie można wyeliminować z życia tylko środkami administracyjnymi, trzeba zlikwidować jej przyczyny - to jedyna realna możliwość. Przede wszystkim należy zlikwidować podstawową przyczynę korupcji: niedobór. Jest bowiem oczywiste, że korupcja pleni się niepowstrzymanie na brakach artykułów rynkowych, usług, możliwości, praw, gwarancji. Dopóki występuje niedobór, dopóty trzeba organizować podział dóbr, trzeba powierzyć komuś czynności dzielenia: urzędnikowi, sprzedawcy sklepowemu, komuś zajmującemu odpowiednią ku temu pozycję. Ten akt powołania władzy rozdzielającej jest jednym z podstawowych warunków wstępnych powstania korupcji. Jeśli natomiast jakiegoś z dóbr jest pod dostatkiem lub w nadmiarze, to chociaż skorumpowana warstwa rozdzielająca próbuje utrzymać psychozę niedoboru - dobro to wyłamuje się z zasięgu korupcji, z jej „asortymentu”, do każdego bowiem dociera bez sztucznego systemu podziału. Dopóki jednak występują niedobory artykułów i usług, należy zapewnić przy ich podziale możliwie największą rolę uznanym i kontrolowanym przez społeczeństwo automatyzmom. Istnieją proste reguły, które jednoznacznie określają podział dóbr, nie pozostawiając żadnego pola (bądź tylko minimalne) ocenom i decyzjom urzędniczym. Na całym świecie bowiem można zaobserwować zjawisko szczególnego rozkwitu korupcji tam, gdzie nie ma dostatecznie sprecyzowanych zasad rozdziału dóbr, gdzie warstwie urzędniczej (rozdzielającej dobra) udało się wmówić ludziom, że wynik takiej lub innej decyzji zależy od oceny dokonywanej przez tę warstwę, od jej przychylności, od jej „widzimisię”. Jeśli reguła prawna jest jednoznaczna, nie ma kogo i za co przekupywać, jeśli nie - jest komu i za co dawać łapówki. Reguły podziału poza jednoznacznością muszą być skuteczne. Cóż z tego, że reguła będzie jednoznaczna, skoro jej realizacja okaże się niepewna, przypadkowa; niepewność i przypadkowość Znów stworzy sytuację monopolistyczną urzędnikom potrafiącym zapewnić realizację reguły na korzyść przekupującego. Nie wystarcza jednak sama skuteczność. Reguły podziału muszą być powszechnie znane i powszechnie musi być wiadoma ich skuteczność. Jeśli bowiem ludzie nie znają tych reguł, nie są świadomi swoich praw i nie mogą się przekonać każdego dnia o ich skuteczności, to tym samym zostają skazani na łaskę przedstawicieli władzy i znów tylko w korupcji pokładają nadzieję na realizację swych praw i interesów. Bardzo ważne jest, by podziału dokonywać w jak największej mierze przez aktywizację, a w jak najmniejszej -- przez ograniczanie. Zakazy i ograniczenia trzeba utrzymywać na poziomie niezbędnego minimum, gdyż każdy zakaz ograniczający, a zwłaszcza niepotrzebnie ograniczający dynamizmy gospodarcze i społeczne dostarcza coraz to nowych bodźców do (jeśli nie ma innej możliwości) korupcyjnego omijania zakazu. Najbardziej poglądowego przykładu dostarcza okres prohibicji w Stanach Zjednoczonych, który charakteryzował się, jak wiadomo, nie spotykanym

poprzednio rozkwitem powiązanej z gangsteryzmem korupcji. Na małą skalę dzieje się tak wszędzie, gdzie próbuje się zbyt dokładnie regulować codzienną praktykę życiową. A jeśli już jesteśmy przy regulacji, wspomnijmy, jak ważne jest także to, by system reguł podziału był elastyczny, podążał za rozwojem gospodarczym i społecznym. Jeśli bowiem system ten usztywni się, staje się hamulcem. Dynamiczne tendencje rozwoju gospodarczego i społecznego muszą wtedy szukać możliwości ruchu naprzód po okrężnych, czasem korupcyjnych drogach. Największym problemem nie jest wtedy to, że kształtuje się jakaś praktyka korupcyjna, która do pewnego czasu może nawet pełnić pozytywną rolę, ale to, że na dłuższą metę korupcja niszczy, paraliżuje tendencje rozwojowe i hamuje lub zatrzymuje cały proces rozwoju. Trzeba zapewnić możliwie największe możliwości realizacji reguły wydajności oraz otwartego, konkurencyjnego wyścigu efektywności. Jeśli bowiem społeczeństwo w każdej dziedzinie, w usługach, w szkole, w przychodniach lekarskich, w urzędach, w życiu publicznym, na szczeblach awansu pracowniczego, urzędniczego, społecznego konsekwentnie nagradza korzystne społecznie osiągnięcia dodatkowe, to można założyć, że większość członków społeczeństwa będzie chciała uzyskać dodatkowe dochody zwiększając wydajność. Jeśli natomiast dochody materialne oraz korzyści moralne nie zależą wcale lub zależą tylko w niewielkiej mierze od wydajności, a w dodatku te dochody są niskie - w niektórych instytucjach dlatego niskie, bo do dochodów tych już z góry wliczone zostają „dochody uboczne”, przez co zachęca się do korupcji - to nie każdy potrafi oprzeć się pokusie wykorzystania okrężnych dróg zdobycia dodatkowych dochodów przez spieniężenie swej pozycji, władzy rozdzielającego dobra, wykorzystanie znajomości i tak dalej. Jeśli zaś zaczynają upowszechniać się takie mechanizmy, to zasada wydajności oraz efektywności społecznej w ramach reakcji łańcuchowej coraz bardziej traci znaczenie, jej siła motywacyjna i w rezultacie globalna wydajność społeczna zaczyna spadać wykładniczo, zamknięta w „pułapce społecznej”. „Tam gdzie o awansie decydują pieniądze i protekcja - czytamy w jednym z artykułów czasopisma „The Economist” - i gdzie nie zyskuje się nic uczciwością, tam spóźniają się pociągi, tam powierza się stanowiska ludziom do tego nieprzydatnym, tam nauka niczego nie odkrywa, tam nie realizuje się planów, nie ma współpracy, nie ma poczucia wspólnoty, tam ludzie nie identyfikują się ze swą pracą.” Niemal tak samo ważne jest stworzenie brakujących jeszcze dziś w wielu miejscach instytucji gospodarczych, społecznych i politycznych, które mogłyby pośredniczyć w kontaktach między poszczególnymi warstwami i grupami społeczeństwa, które potrafiłyby zebrać informacje potrzebne do podejmowania decyzji, które konfrontowałyby ze sobą tendencje poszczególnych grup interesów oraz tworzyły ich harmonię i utrzymywały ją. Korupcja ma wielkie pole do popisu w tych społeczeństwach, w których takich niezbędnych struktur zabrakło lub też gdzie uległy one rozpadowi w rezultacie szybkiego tempa rozwoju. Między innymi dlatego korupcja stanowi tak trudny problem w państwach rozwijających się i dlatego pozostaje problemem i w naszym szybko rozwijającym się społeczeństwie. Nierozłącznie do poprzednich warunków trzeba przywrócić również nieobecną w wielu sytuacjach jawność -- jawność decyzji urzędowych oraz innych - a także stworzyć skuteczny system kontroli społecznej. Należy zmniejszyć znaczenie „czarnego rynku”, biurokracji oraz decyzji podejmowanych za zamkniętymi drzwiami, zwiększając rolę organów ekspertów oraz czynników społecznych w przygotowywaniu decyzji oraz ich kontroli. Istnieje też potrzeba stworzenia świadomości grupowej, społecznej, wzmocnienia nastawienia antykorupcyjnego, potrzeba wielu przykładów osobistych oraz poświęcenia (niedawanie napiwków i łapówek przynosi bowiem indywidualne straty), potrzeba radykalnego zlikwidowania moralnego „podwójnego księgowania”, dwoistości typu „co innego mówię, co innego robię”. Tam bowiem,

„gdzie ideały oraz deklaracje wierności tym ideałom są tylko pustymi słowami - pisze jeden z autorów - tam korupcja znajduje możliwie najlepszą pożywkę. Takie zachowanie prowadzi bowiem do rozdwojenia systemu norm, umożliwiającego człowiekowi skorumpowanemu przyjęcie łapówki przy jednoczesnym zachowaniu godności we własnych oczach; ponadto pozwala pokazywać inne oblicze wspólnikowi, człowiekowi przekupującemu, a inne - światu”.20 Zdarza się czasem, że nie tylko słowa, w których powołujemy się na ideały, ale i same ideały są puste, nieokreślone; nie ma, nie zawiązała się jeszcze w danym społeczeństwie ugoda społeczna co do tego, jakie wartości, jakie ideały, jakie cele i w jakiej mierze określają ludzkie zachowania, kontakty, dążenia. Innymi słowy, istnieją społeczeństwa, które na pewnym etapie swego rozwoju niezdolne są do wypracowania własnej specyficznej „umowy społecznej”, zestawu wartości, norm, reguł działania, umożliwiających podjęcie mniej lub bardziej jednoznacznych i zrozumiałych dla wszystkich decyzji w każdej dziedzinie życia. Zdarza się także, zwłaszcza w czasie wielkich przekształceń gospodarczych i społecznych, że w świadomości tego samego społeczeństwa i w praktyce codziennej jednocześnie funkcjonują sprzeczne ze sobą reguły, na przykład bezwarunkowa lojalność w stosunku do rodziny, społeczności wioskowej i sprzeczna z nią lojalność ogólnospołeczna, narodowa; zasada wydajności i przeciwna jej zasada „żyda z dnia na dzień” lub też „zdobywania za wszelką cenę”; zasady rewolucyjne a zarazem mozolne zadania codzienne, które trzeba wypełniać i które wymagają kompromisów; pomnażanie własnego majątku jako wartość pozytywna społecznie i obok tego bogacenie się jako wartość negatywna ideowo i moralnie; sprawiedliwość jako podstawowa zasada organizacji społeczeństwa i mnóstwo mniejszych czy większych niesprawiedliwości jako zjawisko ubocznej praktyki społecznej, możliwe i niemożliwe do uniknięcia. Te sprzeczne ze sobą, dające się pogodzić, lecz nie pogodzone reguły, ideały, fakty przeszkadzają sobie nawzajem, krzyżują się, tłumią wzajemne działanie i w rezultacie nie są zdolne wytyczać ludzkich zachowań. Żadna z tych reguł nie ma prawdziwej siły przyciągania, prawdziwego uroku, żadna z nich nie jest na tyle silna, by ułożyć w jakimś porządku, zsynchronizować sprzeczne, nieustannie kłębiące się interesy chwilowe, jednostkowe, ich wielość i rozmaitość. A na glebie takiego nieporządku, splątania, słabości systemu wartości najłatwiej rozkwita właśnie korupcja. W społeczeństwach takich ważniejszym i pilniejszym od wielu zadań ważnych i uważanych za ważne jest jasne sformułowanie podstawowych celów, wartości i reguł, ujęcie ich w żywy, sprawnie działający system, zawarcie owej umowy społecznej - umowy nie spisanej na papierze, glinianych tabliczkach czy kamiennych tabliczkach, ale w ludzkiej świadomości. 1978

3.

Wspólnoty - kryzys i brak21
O wspólnotach ogólnie
Nie tylko nasze życie gospodarcze, ale i społeczne cierpi na poważne niedobory. Gdybyśmy sporządzili listę dóbr, których ciągle brak, powinno się na niej znaleźć nie tylko wiele towarów i usług,
20 21

B. Ventakappiah, Misuse of..., s. 275. Szkic ten pochodzi z książki E. Hamkissa Diagnózisok. Budapest 1982.

ale także kilka ważnych elementów niezbędnych dla zdrowego i bogatego bytu ludzkiego i społecznego. Chciałbym zająć się teraz tylko jednym: brakiem zdolnych do życia ludzkich wspólnot. Dziś na Węgrzech cierpią z tego powodu miliony ludzi, negatywne skutki wywierają także wpływ na całości rozwoju naszego społeczeństwa. Doświadczenie wykazuje, że wspólnoty potrzebne są zarówno jednostce, jak i społeczeństwu. Jednostce wspólnota jest potrzebna, gdyż może jej dać poczucie bezpieczeństwa, określić treść i cel życia, zwiększyć skuteczność jej wysiłków, zapewnić możliwie pełniejszy rozwój osobowości. Natomiast społeczeństwu jako całości wspólnoty są potrzebne, gdyż bez ich bogatej sieci ulega ono atomizacji, rozpada się na jednostki. Bez wspólnot niezdolne jest ono do połączenia różnorodnych interesów indywidualnych w skuteczny społecznie interes grupowy, do konfrontowania poszczególnych interesów indywidualnych i zapewniania przez to wewnętrznego ruchu i rozwoju społeczeństwa. Jeśli więc wspólnoty odgrywają, czy też mogą odgrywać tak wielką rolę w życiu jednostek i społeczeństwa, to dlaczego ich nie tworzymy? Dlaczego nie zwiększamy wysiłku zmierzającego do ich formowania? A jeśli nad tym tak usilnie pracujemy, to dlaczego wspólnoty nie powstają mimo wielkiego wysiłku wielu ludzi? Krótko mówiąc: dlaczego w ciągu minionych trzydziestu lat wspólnoty były i są „stałym artykułem deficytowym”? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania wyruszmy śladami wspólnot, które nie powstały, bądź takich, które zniknęły. Przede wszystkim wydzielmy z pojęcia „wspólnota” wszystkie pobrzmiewające w nim w potocznym użyciu tony uczuciowe i sentymentalne. W dalszym ciągu rozważań wspólnotą nazywać będę taką wspólnie żyjącą grupę ludzi, których wiąże ze sobą: wspólny interes, wspólny cel, wspólna hierarchia wartości oraz świadomość występowania tych trzech czynników, czyli - innymi słowy - świadomość przynależności do wspólnoty. Czwarty czynnik jest właściwie obecny już w sformułowaniach trzech poprzednich (użyłem bowiem określenia „wspólny”, a nie „jednakowy” interes, wskazującego na świadomość zbieżności interesów); zachodzenie na siebie występuje także między pozostałymi trzema czynnikami - cele często trudno jest odróżnić zarówno od interesów, jak i od wartości - ale lepiej będzie także z praktycznego punktu widzenia, nie tylko dla potrzeb analizy, jeśli te cztery czynniki będziemy rozważali oddzielnie. W praktyce bowiem występują one w różnych wspólnotach w różnym nasileniu i w zależności od tego, który z nich dominuje, kształtuje się natura danej wspólnoty. Ogólnie można jednak stwierdzić, że im więcej spośród tych czterech czynników występuje w dużym nasileniu w danej społeczności, tym większa jest jej wewnętrzna spójność - jej skuteczność oraz odporność na oddziaływania zewnętrzne. Prawda, że zarazem tym większy jest nacisk, jaki wywiera wspólnota na jej własnych członków, co po przekroczeniu pewnego progu może okazać się szkodliwe. Faktem jest bowiem, że wspólnota pełni rolę ważnego narzędzia, czy też katalizatora rozwoju indywidualności, ale może także uciskać czy nawet zniszczyć ludzką osobowość, ludzką autonomię. Przypomnijmy tu rujnującą osobowości praktykę Hitlerjugend czy los członków samobójczej sekty z Gujany. Dotkliwy brak wspólnot przesłania nam dziś kryjące się w nich bardzo nawet realne zagrożenia; w dalszym ciągu rozważań będziemy jednak traktowali wspólnoty jako wartość pozytywną z punktu widzenia jednostki i społeczeństwa i dopiero na końcu wrócimy do kryjących się w nich niebezpieczeństw. Wyróżniamy dwa zasadnicze typy wspólnot: wspólnoty bezpośrednie oraz ideowe. Członkowie wspólnoty bezpośredniej znają się osobiście: wiążą ich bezpośrednie związki, znajdują się w ściśle określonym punkcie przestrzeni społecznej. Wspólnotą taką może być krąg przyjaciół, zgrany kolektyw pracowniczy, sekta, stowarzyszenie, klub, spółka, społeczność związana miejscem zamieszkania itd. Natomiast członkowie wspólnoty ideowej mogą żyć nawet daleko od siebie; świadomość wspólnych interesów, celów, wartości łączy ich niezależnie od tego, czy znają się

osobiście. W tym wypadku decydującą siłą jest tworząca wspólnotę więź przynależności, a nie wspólne bytowanie. Wspomnijmy tu takie wspólnoty, jak: ponadnarodowa wspólnota duchowa i moralna humanistów w XV-XVI wieku, wspólnoty wyznaniowe, ruchy społeczne, klasy społeczne, gdy wykształciła się już świadomość klasowa, naród, jeśli posiada świadomość narodową, czy też międzynarodowa społeczność radioamatorów. Nie jest dziś pozbawione sensu nazywanie wspólnotą całej ludzkości. Po tym wstępie zastanówmy się, co spowodowało chroniczny brak takich wspólnot w naszym kraju w ciągu kilkudziesięciu lat i co uporczywie utrzymuje tę nieobecność do dzisiejszego dnia.

Wyginięcie wspólnot tradycyjnych
W rozwijającym się, formującym społeczeństwie w sposób naturalny i nieprzerwany rozpadają się istniejące tradycyjne wspólnoty i powstają nowe. Stulecia naszych dziejów dobrze ilustrują ten ciągły proces rozpadu i powstawania na nowo. Zachodzą jednak takie wydarzenia historyczno-społeczne, które na krótszy czy dłuższy czas przerywają tę ciągłość, zakłócają specyficzną wewnętrzną gospodarkę społecznego i ludzkiego bytowania unicestwiając wspólnoty tradycyjne i nie stwarzając przez pewien czas warunków sprzyjających powstaniu nowych wspólnot. W naszych dziejach takim punktem zwrotnym jest między innymi rok 1945. Stosunkowo szybki rozpad wspólnot tradycyjnych rozpoczął się już w pierwszych latach wojny. Przypomnijmy, że ruch levente22 już w latach 1941-1942 zapoczątkował atak na nie noszące charakteru militarnego, dość bogate i różnorodne w tamtych latach ruchy, ugrupowania i stowarzyszenia młodzieżowe. Pomyślmy także o nieporównanie tragiczniejszej w skutkach, nieludzkiej akcji, jaka rozpoczęła się rozbiciem form bytowania oraz związków społecznych całej grupy etnicznej, a zakończyła fizyczną zagładą setek tysięcy ludzi.23 Zawierucha wojenna, towarzysząca jej wędrówka ludów, chaos, niewola także poczyniły wielkie spustoszenia w tkance życia społecznego. Pierwsze lata powojenne były więc okresem odbudowy nie tylko miast, fabryk, kolei, ale także więzów i zależności międzyludzkich, społecznych. Przemiany gospodarcze, jakie rozpoczęły się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, związane z nimi poziome i pionowe ruchy - migracje z jednej części kraju do drugiej, a także przemieszczenia poszczególnych warstw społecznych np. ze wsi do miasta poruszyły z miejsca zamieszkania czy też z zajmowanych pozycji społecznych miliony ludzi, wyzwalając ich bądź wyrywając z tradycyjnych wspólnot. Obok okoliczności gospodarczo-społecznych tradycyjnym wspólnotom nie sprzyjało także w tym okresie nastawienie centrum władzy politycznej. Większość zorganizowanych wspólnot tradycyjnych była ściśle związana ze strukturami poprzedniego ustroju politycznego, więc zlikwidowanie ich wydawało się w latach pięćdziesiątych koniecznością polityczną. Na dowód tego, jak szerokich kręgów społeczeństwa dotyczyła ta ograniczająca i likwidacyjna polityka, przytoczymy przykład z wydanej w 1977 roku książki Jenö Gergelya, noszącej tytuł Katolicyzm polityczny na Węgrzech w latach 1890 -1950 (A politikai katolicizmus Magyaroszágon 1890-1950). Według danych z tej pracy KALOT (Krajowy Związek Stowarzyszeń Męskiej Młodzieży Chłopskiej) liczył w latach 1940-1942 ok. 300-500 tysięcy członków skupionych w ok. 2000-3500 kół lokalnych. Jeszcze w lipcu 1946 roku, w chwili rozwiązywania tej organizacji, działało 631 kół. Bratnia organizacja dziewcząt KALÁSZ miała w 1940 roku 950 kół, zaś w lipcu 1946 roku działało jeszcze 576
22

Levente — faszyzująca paramilitarna organizacja młodzieżowa, działająca na Węgrzech w latach 1922— — 1944 (przyp. tłum.). 23 Mowa o martyrologii Żydów węgierskich (przyp. tłum.).

organizacji szczebla podstawowego. Nie uwzględniamy tu takich organizacji młodzieżowych, jak: KIOE, Soli Deo Gloria, Związek Harcerstwa i innych, które - czasem wbrew oficjalnemu, popieranemu przez horthystowskie władze militarystycznemu ruchowi levente - zapewniały dziesiątkom i setkom tysięcy młodych ludzi ramy organizacyjne życia we wspólnotach. I jeśli słuszna była i jest do dziś krytyka kierunku zaangażowania politycznego i roli wspomnianych organizacji młodzieżowych, to przeczą temu cierpienia wielu późniejszych pokoleń z powodu braku organizacji wprawdzie o innej treści społeczno-światopoglądowej, ale o podobnej strukturze. Tak samo boleśnie społeczeństwo odczuło likwidację wspólnot „dorosłych”, takich jak: stowarzyszenia robotnicze i chłopskie, robotnicze i wiejskie kółka czytelnicze i wiele innych form kultury robotniczej - form, których od tego czasu nie udało się już odtworzyć. Nie wspomnę tu już o szkodach, jakie wyrządziła pośpieszna likwidacja demokratycznych wspólnot i organizacji -- na przykład kolegiów ludowych24 - jakie powstały już po wojnie. Rozpad tradycyjnych społeczności przyspieszyło w minionych dziesięcioleciach także wiele innych czynników, na przykład: forsowna urbanizacja czy szybkie rozpowszechnianie się nowych form przekazu masowego z ich homogenizującym i rozkładającym małe wspólnoty i lokalne kultury działaniem. Mówi się ostatnio o tym wiele, więc nie będę tych czynników rozważał szczegółowo.

Opóźniony rozwój nowych wspólnot
Dziś zagadnieniem ważniejszym od rozkładu dawnych wspólnot jest pytanie, dlaczego na ich miejsce nie powstały nowe, bądź też, dlaczego powstało ich dużo mniej, niż wymagały tego potrzeby jednostek i społeczeństwa? Dlaczego kolektywy powstałe samorzutnie lub stworzone sztucznie nie przekształciły się w prawdziwe wspólnoty? Jako pierwsza ciśnie się nam na usta odpowiedź: nie powstały, bo zdecydowanie zakazywano ich tworzenia i przeszkadzano w nim. Każdy z nas ma tu wiele doświadczeń, często niedobrych. Istnieje rzeczywiście wiele zapór oraz administracyjnych przeszkód hamujących spontaniczne powstawanie wspólnot. Na każdym poziomie praktyki społecznej jest wielu ludzi na stanowiskach, którzy uważają, że niepotrzebne jest spontaniczne stowarzyszanie się społeczeństwa, gdyż dobrze działające kierownictwo i bez tego rozwiąże każdy problem, zaś rozplenianie się wspólnot utrudniałoby tylko podejmowanie decyzji, przeszkadzałoby w administrowaniu i mąciłoby przejrzystość porządku społecznego. Na pewno są wśród nich i tacy, którzy obawiają się powstawania wspólnot ze względu na swą pozycję czy wpływy. Są i tacy, którzy działają z pobudek wręcz przeciwnych: rozrywają łączące ludzi więzy, formujące się już prawie wspólnoty, czyniąc to w jak najlepszych zamiarach, w trosce o dobro tych, którzy są od nich zależni. Wspomnijmy tu przykład niewinny, ale mający wartość pewnego modelu; modne dziś jeszcze w wielu szkołach przesadzanie uczniów co miesiąc czy kwartał. Wychowawca klasy co pewien czas rozdziela zgrane pary czy też całe „wspólnoty ławkowe”, wychodząc z założenia, że powstałe więzy koleżeńskie oraz działające także w czasie lekcji kanały informacyjne absorbują uwagę dzieci. Po rozbiciu systemu związków zatomizowana, zdezintegrowana klasa lepiej ma wchłaniać walącą się na nią lawinę wiadomości. Możliwe, że metoda ta trochę poprawia wyniki nauczania. Co więcej, na jej obronę można przytaczać nawet argumenty społeczne. Na przykład dzieci, które pozostały poza utworzoną siecią związków, po przesadzeniu mogą się znaleźć w korzystniejszej sytuacji. Mogą bądź włączyć się do społeczności nowo powstających, bądź też w klasie zdezintegrowanej będą mniej odczuwały fakt pozostawania poza obrębem wspólnot. Jest to prawda, ale nauczyciel na pewno lepiej przysłużyłby
24

Samorządowe, samokształceniowe kolegia robotnicze i chłopskie działające na Węgrzech w latach 1946— 1949 (przyp. tłum.).

się sprawie kształtowania i rozwoju demokratycznych zachowań oraz skłonności, gdyby zamiast likwidować wspólnoty, starał się wciągnąć powstające spontanicznie grupy w proces nauczania, apelując do odpowiedzialności członków tych wspólnot nazwa jem wobec siebie oraz wobec całej klasy. Stosunki między takimi wspólnotami oraz ich rywalizacja mogłyby stać się szkołą demokratycznego współżycia społecznego; powierzanie powstałym wspólnotom odpowiedzialności za los jednostek pozostających poza nimi rozwijałoby dojrzałość społeczną dużo lepiej niż atomizacja całej klasy, rozwijająca tylko obojętność w stosunku do siebie nawzajem (i do wszystkiego). Mutatis mutandis: można by wyliczać jeszcze wiele przykładów z licznych dziedzin praktyki naszego życia społecznego. Niewiele jednak pomożemy w dzisiejszej złej sytuacji, jeśli skoncentrujemy się tylko i wyłącznie na takich praktykach, co zresztą przychodzi nam najłatwiej. Przyczyn niepowstawania lub szybkiego rozpadania się wspólnot szukać bowiem należy nie tylko w zakazach i formułujących je ludziach lub grupach ludzi. Wiele zależy także od ważnych i często nie docenianych warunków obiektywnych. Oczywiście nie rozgrzesza to nikogo, ale zobowiązuje do starannego badania przeszkód obiektywnych i szukania sposobów ich eliminacji. Przeanalizujemy tu dwie główne grupy czynników przeszkadzających w powstawaniu wspólnot. Najpierw zbadamy czynniki kryjące się w strukturze społecznej, potem zaś - w ukształtowanych formach ludzkich zachowań.

Strukturalne przeszkody powstawania wspólnot
Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych wydawało nam się, że wszystko da się zaplanować, wykonać i skontrolować centralnie; nie ma więc potrzeby uczestnictwa społecznego, wewnętrznego ruchu społeczeństwa, spontanicznych ludzkich tendencji, zrzeszania się - wszystko to raczej psułoby plany i zagrażałoby istniejącemu porządkowi. Taka atmosfera oczywiście nie sprzyjała powstawaniu nowych wspólnot. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych rozpoczął się jednak powolny proces decentralizacji, który uległ przyspieszeniu w latach sześćdziesiątych, zmieniła się struktura kierowania społeczeństwem. Dotychczas jednolity, ściśle spójny system instytucji porozrywał się, pojawiły się rysy i pęknięcia: rozdzielające w pionie instytucje różnych szczebli, zaś w poziomie - instytucje centralne od lokalnych, poszczególne przedsiębiorstwa od siebie itp. Przy usuwaniu tych wyrw miały być pomocne dwa nowe, mechanizmy (które zarazem powiększały i pogłębiały wspomniane wyrwy w systemie instytucji). Jednym z nich jest rynek - zespół jawnych, częściowo ukrytych i całkowicie ukrytych mechanizmów rynkowych oraz mechanizmów wymiany, pośredniczący już dziś w dużej mierze między poszczególnymi przedsiębiorstwami, między producentami a konsumentami, a także w formie szaro- lub czarnorynkowej i nadziei uzyskania wzajemnych korzyści - między instytucjami podrzędnymi a nadrzędnymi. Drugim takim mechanizmem pośredniczącym jest szeroko rozbudowany system zależności personalnych, który w pionie i w poziomie oplata nasze życie gospodarcze i społeczne gęstą siecią. Niech za przykład zależności poziomych posłużą nam zaopatrzeniowcy, żeglujący po burzliwych wodach między wyspami-przedsiębiorstwami jak śmiali kaprzy, spadający jak sokoły na pożądane łupy, potem zaś wracający do macierzystych portów, gdzie - jak zwycięskiego Francisa Drake’a lub pokonanego Sir Waltera Raleigha - czekają ich fanfary i tytuły książęce lub wieża Tower i szafot. W dużej mierze kontakty osobiste utrzymywane są także poprzez te czerwone, zielone i białe limie

telefoniczne, które dziś tak gęsto wypełniają ziemię niczyją między przedsiębiorstwami i instytucjami, że ktoś, kto nie zwróci na nie w porę uwagi, łatwo się o nie potknie i potłucze. Od poziomych związków personalnych ważniejszy jest jednak system zależności pionowych, układ odwróconej kiści winogron, łączący ze sobą instytucje różnych szczebli oraz wiążący każdego człowieka z całością systemu. W mniejszej czy większej mierze, w różnorodnych formach taki system zależności działa w każdym społeczeństwie. W krajach rozwijających się stanowi on jeden z głównych elementów struktury władzy politycznej, ale jest także czynnikiem wiążącym w krajach rozwiniętych, zwłaszcza w Japonii. Niezaprzeczalną rolę odgrywa on też we Włoszech czy Francji, choć w krajach tych jego działanie ograniczane jest przez innego typu instytucje polityczne. Temu swoistemu systemowi zależności wiele uwagi poświęca literatura specjalistyczna. Istnieje świetne opracowanie tego tematu pióra Johana Galtunga Ustroje feudalne, przemoc strukturalna oraz strukturalna teoria rewolucji i poniżej czerpię z niego obficie.25 Organizacją feudalną lub „neofeudalną” nazywają specjaliści system zależności personalnych, który poza kilkoma cechami formalnymi nie ma wiele wspólnego z feudalizmem historycznym. Jego podstawowym elementem składowym, z jakiego zbudowana jest cala struktura, jest otwarty od dołu trójkąt, w którym f oznacza „nadpsa”, a zaś „podpsa” (w terminologii angielskiej: topdog i underdog).

Sam system zależności składa się z rozgałęzionej groniasto struktury takich trójkątów. System zależności, choć kształtujący się odmiennie w zależności od kraju, w którym występuje i nigdzie nie przybierający takiej regularnej formy, ogólnie można przedstawić na rysunku, na str. 112. Strukturę taką charakteryzują następujące właściwości:

Poszczególne poziomy społeczeństwa połączone są za pośrednictwem związków personalnych, a nie instytucjonalnych, choć często zależności te są równoległe i powierzchowny obserwator może taką strukturę pomylić z silnie scentralizowaną hierarchią instytucjonalną. Tymczasem zależności instytucjonalne oraz hierarchiczne różnice poziomów określają tylko moc sprawczą poszczególnych ogniw, natomiast w tych ramach dominują już zależności o charakterze personalnym na tyle, na ile pozwalają na to ograniczenia prawnoadministracyjno-kompetencyjne danej instytucji. Nierzadko dominacja wykracza zresztą poza te ramy.

25

J. Galtung, Feudal Systems, Structural Violence and the Structural Theory of Revolution . W: Peace and Social Structure Essays in Peace Research. T. 3. Kopenhaga 1978

Zależności podstawowe w tym systemie mają charakter pionowy, łącząc „nadpsy” z „podpsami”, te zaś z jeszcze niższymi „podpsami”. Związki poziome są dużo słabsze, nie określają struktury społecznej i politycznej. W omawianej strukturze nie istnieją wcale lub prawie wcale możliwości poziomego uzgadniania interesów oraz tworzenia wspólnot interesów. Decyzje spływają w dół kanałami zależności personalnych, uplasowani na górze struktury określają życie, możliwości znajdujących się w dole; działanie w odwrotnym kierunku, z dołu do góry jest znikome. „Podpsy” są silnie związane z własnymi „nadpsami”, ponieważ inaczej niż w systemie instytucjonalnym, zapewniającym prawa formalne, tu prawa te są trudne do wyegzekwowania, a naprawdę pomóc może „podpsom” tylko ich „nadpies”; w zamian za tę pomoc oraz poddańcze bezpieczeństwo ludzie stają się skłonni do rezygnacji z pozorów i tak iluzorycznej niezależności i wiążą swój los ze swymi „nadpsami”. Chcąc nie chcąc rezygnują także ze skromnej możliwości wspierania się nawzajem wśród towarzyszy niedoli. W każdej istotnej sprawie droga do ewentualnego rozwiązania problemu prowadzi poprzez przełożonego, w związku z czym ludzie nawet z drobnymi sprawami dotyczącymi ich nawzajem muszą się zwracać do swych „nadpsów”, przez co chcąc nie chcąc umacniają ich władzę i coraz bardziej osłabiają związki łączące ich z innymi członkami społeczeństwa, zmniejszając możliwości powstania wspólnot o charakterze poziomym. Organizowanie się wspólnot poziomych utrudnione jest także przez to, że im niżej schodzimy w omawianym systemie zależności, tym dalej od siebie znajdują się jego poszczególni członkowie, zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i z punktu widzenia wymiany informacji. Ponieważ odległości w przestrzeni społecznej nie są mierzone w linii prostej, lecz wyznaczane przez możliwości komunikacyjne i czasy komunikowania się, więc dwie stosunkowo blisko położone wsie mogą być w rzeczywistości bardziej oddalone od siebie niż każda z nich z osobna od siedziby władzy gminnej. A jeśli jeszcze mimo ich bliskości rozdziela je granica powiatu czy województwa, to odległość społeczna zwiększa się jeszcze bardziej. Wspomnijmy tu tylko zaskakujące sceny końcowe węgierskiego filmu dokumentalnego Czas pokoju: z terenu budowy, z prowadzącej prosto jak strzelił asfaltowej drogi, która ma połączyć wieś z sąsiednim województwem, zjeżdżają maszyny drogowe, gdyż są tacy, którzy nie mogą znieść faktu, iż wioska-„podpiesek” wymyka się gdzieś cichaczem, szukając w układzie zależności sąsiedniego województwa większych niż dotąd możliwości rozwoju. Istnieje także uwieczniony w żelazie przykład takich niesłychanych odległości społecznych: odziedziczona po cesarsko-królewskiej monarchii sieć kolei żelaznych, odzwierciedlająca po dziś dzień swymi biorącymi początek w Budapeszcie odnogami nieubłagany układ zależności dawnego społeczeństwa węgierskiego. Wiemy, że do dziś jeszcze łatwiej i szybciej można się dostać z niektórych miast na prowincji do innych przez Budapeszt, niż jadąc „na azymut” -- ale z wieloma przesiadkami. To samo odnosi się do rozprzestrzeniania się i wymiany informacji. „Nadpies” może nawiązać kontakt z dowolnym ze swych „podpsów”, te zaś - jeśli nie mieszkają przypadkiem w swym bezpośrednim sąsiedztwie, nie dojeżdżają do pracy tym samym pociągiem czy nie pracują w sąsiednich wydziałach zakładu - stałe kontakty nawiązywać mogą z dużymi trudnościami, zasadniczo tylko za pośrednictwem upoważnionego do tego „nadpsa” (rysunek poniżej).

Jeden z klasycznych przykładów, przedstawiany przez literaturę przedmiotu w formie pytania, daje wiele do myślenia także w naszych warunkach. Pytanie brzmi następująco - co jest ważniejsze z punktu widzenia rozwoju, cywilizowania się i demokratyzacji danego społeczeństwa: a) zainstalowanie satelitarnego systemu łączności, przez co lepiej włącza, się ono do międzynarodowego systemu wymiany informacji, czy też: b) budowa tym samym kosztem gęstej sieci telefonicznej, ściśle wiążącej ze sobą ludzi żyjących na wsiach, w pojedynczych zagrodach, w małych miasteczkach i w metropoliach. Do omawianego uprzednio systemu zależności pasuje oczywiście tylko satelita telekomunikacyjny pasuje jak kropka nad „i”; czyni on; bowiem strukturę jeszcze bardziej szpiczastą, jeszcze bardziej wzmacnia władzę tych, do których spływają w ten sposób informacje i nad którymi - jako znak symboliczno-mitologiczny - świeci satelita jak gwiazda nad betlejemskim żłobkiem. Tymczasem nie żadne zielone ani czerwone, ani białe, ale zwykłe czarne linie telefoniczne, wiążące ze sobą - a nie z wierzchołkiem hierarchii - wsie i miasta zwielokrotniają szanse powstawania wspólnot, wzbogacania się związków między jednostkami i w skali społecznej. Jednak w tej dziedzinie rozwój jeszcze u nas kuleje. Pojawia się pytanie, czy w takich warunkach w ogóle mogą powstawać wspólnoty. Owszem. W górnych rejonach hierarchii - zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym oraz instytucjonalnym - stosunkowo łatwo powstają wspólnoty rządzących, zazwyczaj trwale zespolone precyzyjnym dopasowaniem wzajemnych interesów, zharmonizowaniem życiowych zachowań, wspólną przeszłością, razem podejmowanych decyzji. Często wytwarzają one nawet elementy specyficznej dla wspólnoty hierarchii wartości czy choćby jednolitego rytuału. Na pewno nie jest rzeczą przypadku, że duży procent członków takich wspólnot z pewną systematycznością przywdziewa stroje myśliwych i udaje się do niedostępnych dla niewtajemniczonych zakątków; czy nie są też elementami rytuału wesołe, celebrowane w niby żartobliwej formie, ale w rzeczywistości traktowane ze śmiertelną powagą obrzędy „wtajemniczenia” oraz toasty? Czyż nie otacza jakaś milcząca, nabożna atmosfera narad „bogów” za zamkniętymi, obitymi skórą drzwiami gabinetów dyrekcji wielkich przedsiębiorstw, kiedy to dzwonią szklaneczki, bezszelestnie wchodzą i wychodzą sekretarki, podające na srebrnych tackach czareczki z czarną kawą, rozsiewającą aromat bardziej jeszcze wzniosły od kadzidła? W literaturze przedmiotu uważa się za szkodliwe zjawisko przekształcania się układów zależności pionowych na poziomie kierowniczym, ale tylko na nim, we wspólnoty oparte na wielostronnym systemie związków i na równości. Wzmacnia to bowiem jeszcze bardziej władzę będących na górze i jeszcze bardziej uzależnia od nich warstwy pozostających na dole, bezbronne w swej dezintegracji. Istnieje jeszcze jeden typ wspólnoty, który może powstać w ramach takiej struktury neofeudalnej. Wspólnotę tego typu zwykło się nazywać wspólnotą korporacyjną. Powstaje ono wówczas, gdy kierownik rezygnuje w węższym kręgu swych współpracowników z uprawnień kierowniczych i bierze udział w pracach grup jako jej równoprawny członek. We wspólnotę taką przerodzić się może na przykład zespół naukowy pracujący nad wspólnym wynalazkiem, składający się z kadry kierowniczej,

projektantów, techników, laborantów, administratorów, bardzo rzadko może nią być trupa teatralna przygotowująca się do premiery, członkowie wyprawy, załoga statku, który znalazł się w niebezpieczeństwie, ludność dawnej wioski, w której wszyscy, wielcy i maluczcy zespalają się w obliczu wspólnego wroga lub dla osiągnięcia wspólnego celu itd. Uważam, że dość mało jest dziś u nas tego typu wspólnot - szkoda, gdyż w przeciwieństwie do typu poprzedniego zazwyczaj wspólnoty takie odgrywają w życiu społeczeństwa pozytywną rolę. Duży opór napotyka powstawanie wspólnot najważniejszych z punktu widzenia społeczeństwa, tak zwanych wspólnot poziomych. Składają się one z ludzi znajdujących się na mniej więcej tym samym poziomie w hierarchii społecznej, a jeśli nawet tak nie jest, to różnice społeczne stąd wynikające nie odgrywają wewnątrz społeczności istotnej roli (wspomnijmy tu na przykład wspólnoty wyznaniowe lub ruchy społeczne). Feudalizm historyczny tolerował na niektórych poziomach, niejako „podestach” schodów hierarchii takie wspólnoty (zakony, wspólnoty wiejskie, później wspólnoty cechowe). Tymczasem związane z silnie scentralizowaną biurokrację nowożytne struktury neofeudalne - jak to widzieliśmy - w najlepszym razie odrzucają takie wspólnoty jako ciała obce lub też nie pozwalają im naprawdę się rozwijać. Istnieją bowiem kręgi przyjaciół, zgrane grupy pracownicze, koła sympatyków, brygady, kółka samokształceniowe, zespoły amatorskie, chóry mieszane, grupy szkolnych kumpli, i temu podobne, ale - z nielicznymi wyjątkami - wszystkie one razem dysponują stosunkowo ubogą treścią, niewielką dynamiką i jeszcze mniejsza jest ich waga społeczna. Zazwyczaj nie łączą się one ani nawzajem ze sobą, ani też z większymi ugrupowaniami, i albo wcale nie kształtują życia publicznego i świadomości społecznej, albo też czynią to w znikomym stopniu. W systemach zależności pionowych prawdziwe wspólnoty nie powstają wcale lub zawiązują się tylko okazjonalnie. Dzieje się tak m.in. dlatego, że w ludziach żyjących stale w takich systemach coraz bardziej maleje chęć oraz umiejętność tworzenia wspólnot. Świadomość społeczna oraz ukształtowane formy zachowań same w sobie już stają się przeszkodami w ich powstawaniu. Te właśnie przeszkody będą kolejnym tematem naszych rozważań.

Świadomościowe przeszkody powstawania wspólnot
A. Apatia. Ponieważ najważniejsze makrowspólnoty - naród, klasa, region zamieszkania, zawód, wspólnota wyznaniowa - nie działały niemal wcale jako prawdziwe wspólnoty, związana z nim świadomość wspólnoty, świadomość przynależności stopniowo zanikała, rozpływała się. Ten proces erozji uległ przyspieszeniu w latach czterdziestych i pięćdziesiątych - gdzieniegdzie i później - wskutek oficjalnego nastawienia politycznego, między innymi dlatego, że poczucie przynależności do wspólnoty zastępowane było przez poczucie winy. Wspomnijmy choćby kampanie propagandowe, w trakcie których robotników wykwalifikowanych traktowano jako „arystokrację robotniczą” lub „drobnomieszczan”, miliony robotników niewykwalifikowanych nazywano „lumpenproletariatem”, byłych gospodarzy większych i średnich gospodarstw - „kułakami”, znaczny procent chłopów średnio i drobnorolnych - „elementami chwiejnymi”, w latach późniejszych zaś rodziny próbujące szczęścia w drugiej sferze gospodarki, stanowiące sześćdziesiąt procent ludności kraju, ochrzczono „obłupującymi ze skóry”, inteligencję - „sługusami dawnego ustroju”, ludność całych Węgier najpierw en bloc obwołano „faszystami”, potem, w najtrudniejszych latach prawie każdego z osobna „wrogiem klasowym”, dziś natomiast znów wszystkich razem mieni się „narodem leni”, „obiboków”, „niezdyscyplinowanych” itd. Nie można się więc dziwić, że w takiej atmosferze rozkwitł kaleki, śmieszny kwiat wspólnoty narodowej „narodu futbolistów”, że pojawiło się uczucie niepewności u ludzi starających się ukrywać swą przynależność klasową lub wyznaniową i wstydzących się jej, że

szerzy się apatia ludzi wiodących szarą egzystencję bez poczucia przynależności. Apatię tę potęgują ciągle od nowa doznawane porażki wysiłków zmierzających do utworzenia wspólnot, a także wewnętrzna pustka sztucznie utworzonych kolektywów mających stanowić namiastkę prawdziwych wspólnot. B. Bellum omnium. Wspólnoty odgrywają ważną rolę w rozładowywaniu wzbierających napięć, w łagodzeniu porażek, w artykułowaniu interesów i dążeń oraz w konfrontowaniu ich na forum publicznym. Gdy w danym społeczeństwie nie powstała i nie działa bogata sieć najprzeróżniejszych wspólnot, gdy ludzie pozostają sami ze swoimi napięciami, nie mają poczucia bezpieczeństwa i wsparcia we wspólnocie, gdy ich interesy pozostają zdławione i mogą być realizowane tylko w sposób nielegalny, gdy wokół nich wszyscy czują się tak samo niepewni i uzależnieni, wtedy pojawia się wówczas jedna z najgroźniejszych chorób współżycia społecznego. Objawia się ona tym, że w mniejszym czy większym stopniu wszyscy są niezadowoleni, wszyscy nieufni, nietolerancyjni i wybuchowi w stosunku do wszystkich innych i wreszcie wytwarza się stan, który 150 lat temu Széchenyi26 określił słowami: „Nienawidzimy się nawzajem jak bezwolne robaki w serze”. W swej bezsile kąsamy się wzajemnie, walczymy z naszymi potencjalnymi sojusznikami. Znów zacytuję Széchenyiego „Jest to rzeczywiście smutne ... gdyż skłonność do nienawiści niejednego Węgra nie kończy się tylko na antypatii do arystokracji; ale podczas gdy jej nienawidzi con amore, nie mniej nienawidzi także rządu, nienawidzi Kościoła, nienawidzi żołnierzy, nienawidzi Niemca, nienawidzi Chorwata, nienawidzi Słowaka, nienawidzi Greka, nienawidzi mieszczanina, nienawidzi kupca, nienawidzi jeden drugiego, słowem - nienawidzi wszystkich ...” Mutatis mutandis obraz choroby pasuje i do nas. Zastosujmy tylko zamiast wyrażenia „nienawidzi” określenie trochę oględniejsze i zastąpmy Niemca, Słowaka, mieszczanina, kupca takimi na przykład antynomiami, jak „kupujący” i „sprzedający”, „petent” i „urzędnik”, „my” i „oni”, „prywaciarz”, „badylarz” i „aparatczyk”, „miastowy” i „wsiok”, „konformista” i „pyskacz” - i już mamy panoramę dnia dzisiejszego. Ta atmosfera ogólnej nieufności, złośliwości, podgryzania się, sama będąca rezultatem, dziś stała się już przyczyną i poważną przeszkodą w tworzeniu społeczności. C. Grzech pierworodny. Jednym z głównych i najbardziej przygnębiających wniosków, jakie nasuwają się z socjologicznych analiz struktur neofeudalnych jest to, że wszyscy przyczyniamy się do stałego odradzania się takich struktur. Po części dzieje się tak dlatego, że przyjmujemy i pięknie odgrywamy przydzielone nam podporządkowane role i często sami wzmacniamy swą zależność od przełożonych; po części zaś dlatego, że w niniejszej, większej czy przeważającej mierze - a miara ta ma tu znaczenie zasadnicze - wszyscy bądź niemal wszyscy w ciągu naszego życia odgrywamy także role wynoszące nas ponad innych. Kiedy się rozejrzymy wokół, także widzimy tylko zależności typu „podpiesnadpies”, co niezauważalnie co prawda, ale nieprzerwanie wzmacnia w nas wiarę, że taki jest porządek rzeczy. Jako dzieci jesteśmy „podpsami”; jako rodzice natomiast tylko nieliczni z nas potrafią się wyzwolić z wewnętrznego przymusu odgrywania roli „nadpsa” i zrzec się związanych z nią przywilejów; w ławkach szkolnych jesteśmy „podpsami”, na katedrze - „nadpsami”, pukając do drzwi gabinetu dyrektora szkoły - „podpsami”, tymczasem szkolny „nadpies” merda ogonem w wydziale oświaty urzędu miejskiego itd. W miejscu pracy wielu z nas jest „podpsami” na stałe, ale prawie zawsze znajdujemy gdzieś jakieś „podpsy”, jeśli nie gdzie indziej, to w rodzinie - dziecko, żonę, dziadków, a gdy już i to się nie udaje, identyfikujemy się z tymi, którzy za nas utrzymują swe „podpsy”: szczekamy na Cyganów, na uchylających się od pracy, na jakichś włóczęgów i temu podobnych. Nie oznacza to oczywiście, że można wszelką „nadpsiość” sprowadzić do wspólnego mianownika: tę określającą stosunki władzy w społeczeństwie oraz tę przypadkową lub dotyczącą
26

István Széchenyi (1791—1860) — wybitny węgierski polityk liberalny, wielki reformator życia politycznego, kulturalnego i gospodarczego (przyp. tłum.).

wąskiego kręgu. Nie można jednak ich od siebie oddzielić: było już bowiem dość dużo przykładów w historii na to, że właśnie „nadpsie” nostalgie wyzutych ze wszystkiego „podpsów” wynosiły do władzy dyktatorów niszczących ludy i społeczeństwa. D. Pułapka wielkich kosztów. Wspólnoty nie powstają u nas wcale bądź też powstają z wielką trudnością, ponieważ koszty tworzenia wspólnot są bardzo wysokie, a ryzyko duże. Weźmy dla przykładu sadowników w jakimś regionie i stojącą naprzeciwko nich organizację skupu czy też przedstawiciela powołanej do tego celu organizacji. Sadownicy mają takie same interesy, więc opłacałoby się im współpracować ze sobą, aby wywalczyć godziwsze ceny, lepsze warunki odbioru owoców oraz pewność skupu na dłuższą metę. Do tego, by wymusić na organizatorach skupu lepsze warunki, musiałoby wspólnie działać bardzo wielu sadowników. Sukces współpracy wydaje się jednak bardzo odległy i niepewny, zaś przedsięwzięcie takie - ryzykowne. Większość uważa, że nie warto próbować. Rozpoczyna się więc znana z teorii pułapek reakcja łańcuchowa dezercji. W bezpośrednim interesie każdego sadownika nie leży bowiem przejmowanie się innymi oraz wspólnym dobrem, lecz zawarcie jak najszybciej i po cichu indywidualnej umowy ze skupującym, jeśli trzeba, przekupienie go, wkupienie się w jego łaski i zapewnienie sobie wyjątkowo korzystnych warunków odbioru, a w ostatecznym efekcie ze szkodą wszystkich plantatorów. I w ten sposób już otwiera się pułapka. Podobnie bowiem rozumuje sąsiad, a także sąsiad sąsiada -- każdy odrzuca myśl o współpracy, dezerteruje z koalicji, zawierając odrębną umowę z prowadzącym skup. W rezultacie wszyscy razem wychodzą na tym gorzej, niż gdyby współpracowali ze sobą. W końcu bowiem osiągają łącznie najwyżej taką cenę skupu, jaką i tak zaoferowałby im skupujący, jeśli nie niższą; dawane mu łapówki zmniejszają ich dochody, zaś bieganie, załatwianie sprawy, umawianie się cichaczem zabiera wiele czasu. Strata materialna jest jednak tylko jedną ze strat wynikających z takiego postępowania i to nie największą z punktu widzenia całego społeczeństwa. Sadownicy utracili bowiem nie tylko część swych pieniędzy i czasu, zaznała również uszczerbku ich niezależność. Przez oddzielne umawianie się z tym, od którego zależą, uznali, a nawet wzmocnili jego władzę nad sobą. Uznali i wzmocnili także własną od niego zależność. Przyczynili się - każdy z osobna i wszyscy razem - do umocnienia feudalnej struktury, nie mówiąc już nawet o tym, że utrudnili sobie tym samym jeszcze bardziej zorganizowanie się w przyszłości, w następnej fazie we wspólnotę i jednolite wystąpienie w obronie swych interesów. Zapłacili więc za dużą cenę - tak jak często płacimy ją wszyscy - za zawarcie w chwilowym, pozornym interesie partykularnego kompromisu z działającą właśnie tam, właśnie wtedy mniejszą czy większą władzą.

Przeszkody w powstawaniu struktur wywodzące się z hierarchii wartości
Jak mówiliśmy, do powstania i utrzymania się wspólnoty niezbędne są cztery czynniki: wspólny interes, wspólny cel, wspólna hierarchia wartości oraz świadomości tego wszystkiego, a więc świadomość przynależności. Zwracaliśmy także uwagę, że te cztery czynniki występować mogą w ramach danej wspólnoty z różnym nasileniem, ale wspólnotę czyni naprawdę silną i odporną na działanie zewnętrzne dopiero wyraźne występowanie wszystkich czterech. Brak któregokolwiek z nich może być przeszkodą w powstaniu wspólnoty lub też przyczyną jej rozpadu. W latach pięćdziesiątych, kiedy to prawo do przejawiania się miało tylko jedno jedyne globalne dobro - dobro społeczeństwa socjalistycznego czy nawet więcej - światowego ruchu socjalistycznego, a wszystkie inne interesy o węższym zakresie piętnowano jako interesy partykularne, nie był

spełniony nawet ten pierwszy warunek powstania wspólnoty. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych powoli prawo obywatelstwa zyskiwało przekonanie, że poszczególne warstwy i grupy społeczne nie kierują się tymi samymi interesami i że nie leży w interesie społeczeństwa jako całości pomijanie czy też tłumienie tych interesów cząstkowych. Świadomość hierarchii wartości od tego czasu już się tu i ówdzie wzmocniła, interesy, choć jeszcze nieśmiało, zostały już wyartykułowane i w ten sposób rozpoczął się proces powstawania wspólnot. Świadomość wspólnoty wzmacniana była przez zazwyczaj szybko pojawiającą się świadomość wspólnego celu - co więcej: gdzieniegdzie zauważalne były także pewne elementy uświęcającego wspólne interesy i wspólne cele systemu wartości. Wspomnijmy tu o badaniach prowadzonych przez Hethy i Makó z Györ, które to badania pokazały, w jaki sposób członkowie brygad zauważają istnienie wspólnych interesów, jak opracowują strategię ukierunkowaną na osiągnięcie wspólnych celów (na przykład nieszafowanie wydajnością pracy itp.), w jaki sposób dołączają się do tego elementy wartościowania, na przykład wzajemna lojalność lub moralna norma odpowiedzialności. W tym miejscu jednak proces tworzenia się wspólnoty wśród robotników z Györ zatrzymał się; podobnie zatrzymuje się w każdym niemal „wycinku” kraju oraz społeczeństwa. Za zjawisko o charakterze ogólnym można uznać fakt, że wspólnoty, które zaczęły się tworzyć mimo wspomnianych wielu przeszkód, nie potrafią się jednak dziś na Węgrzech do końca rozwinąć, nie potrafią wytworzyć własnego systemu wartości i osiągnąć pełnej świadomości wartości opartej na własnym podłożu ontologicznym, kosmologicznym, historycznym i filozoficzno-społecznym; świadomości tego, że oto świat jest taki, a nie inny, że takie jest w nim miejsce danego społeczeństwa, zaś w jego ramach, danej wspólnoty, świadomości tego, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy, zdolnej określić cele racjonalnego bytu ludzkiego oraz etyczne zasady ich osiągania. Jeśli natomiast sama w sobie świadomość taka nie jest do tego zdolna, to ma możliwość włączenia się do istniejącej już, funkcjonującej hierarchii wartości. Dziś na Węgrzech taką pełną hierarchią wartości dysponuje najwyżej kilka wspólnot zamkniętych jak środowiskowe getta; ich świadomość wartości cementuje wspólnotę, jednak w mniejszej lub większej mierze utrudnia jej członkom żywy kontakt z całością społeczeństwa. By lepiej naświetlić istotę tego zjawiska, podam trochę trywialny przykład braku ostatniej fazy formowania się wspólnoty, czyli nie ukształtowania się hierarchii wartości. Otóż wędkarzy zawsze łączyła jakaś więź, świadomość przynależności, zawsze mieli i mają wspólne interesy (żeby mieli gdzie wędkować, żeby były ryby, żeby kłusownicy nie niszczyli zasobów itp.). Kiedy w latach sześćdziesiątych zaczęła się walka o jezioro Velence27 ten wspólny cel jeszcze bardziej ich zjednoczył. Na pewno też pojawiły się w ich kręgach pewne przejawy wartościowania - na przykład, że wędkarstwo jest nie tylko rozrywką, ale także - wyżej stojącym w społecznej hierarchii wartości sportem, albo też wędkarstwo to właściwie sztuka, w odróżnieniu od zawodowego rybołówstwa; albo że społeczność wędkarska pełni ważną funkcję ochrony środowiska, co pod wpływem ideologii „zielonych” przedostającej się do nas na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wzmacniało czy też mogło wzmocnić świadomość przynależności wędkarzy. Mimo to ciągle jeszcze czegoś brakuje do tego, by powstał pełny system wartości w omówionym znaczeniu. We wspólnocie wędkarzy brakuje czegoś, co było obecne i co odgrywało ważną rolę w średniowiecznych i nowożytnych maszoperiach rybackich i innych wspólnotach. Przede wszystkim brakuje wędkarzom proszę nie rozumieć tego dosłownie - świętego, patrona, a więc dzisiejszego odpowiednika symbolicznej postaci, która dawniej włączała wspólnotę w krąg wszechświata, w mitologiczną sferę wartości najwyższych. Brakuje postaci, wokół której - wokół jej legendy - mogła wytworzyć się bogata
27

Drugie co do wielkości jezioro Węgier, położone między Balatonem a Budapesztem, w latach sześćdziesiątych silnie zarastające (przyp. tłum.).

liturgia i związane z nią całoroczne ceremonie, dające ludziom poczucie przynależności do wspólnoty oraz wzmacniające ich samoświadomość. Ten bogaty hierarchiczny system wartości nie ma dziś właściwie żadnego odpowiednika. Świadomość hierarchii wartości dzisiejszego społeczeństwa węgierskiego jest cząstkowa, pełna sprzeczności, przez co raczej niszczy wspólnoty, niż je buduje, a w najlepszym razie nie wspomaga powstawania prawdziwych wspólnot. Poza omówionymi powyżej czynnikami - i ściśle związanymi ze strukturą społeczną, ale jednocześnie usamodzielnionymi, działającymi odrębnie - powstawaniu wspólnot przeszkadza u nas raczej wiele innych czynników ze sfery świadomości. Należy do nich na przykład analizowane w jednej z moich prac specyficzne schorzenie ludzkiej świadomości i zachowania się, infantylizacja, panosząca się u nas niezwykle szeroko, która - między innymi - powoduje także to, że ludzie stają się niezdolni do tworzenia prawdziwych wspólnot. Gdzie indziej zajmowałem się sprzecznościami społecznej hierarchii wartości, swoistym paraliżem, mechanizmów budowania skali wartości - stanowiącym także przeszkodę w powstawaniu i utrwalaniu się wspólnot. Wspólnoty oraz hierarchia wartości oddziaływają bowiem na siebie wzajemnie, jedno zakłada istnienie drugiego i odwrotnie. I jeśli prawdą jest to, czego starałem się dowieść w niniejszej rozprawie: że zarówno tworzenie wspólnot, jak i budowanie hierarchii wartości napotyka ogromne przeszkody, to marny tu do czynienia ze wzmacniającą się negatywną reakcją łańcuchową - brak wspólnot pociąga za sobą zanikanie jeszcze utrzymujących się wartości, zaś z powodu kryzysu wartości próby tworzenia wspólnot z góry skazane są na niepowodzenie. W rezultacie takiej negatywnej reakcji łańcuchowej potęgują się zakłócenia współżycia społecznego, nasilają się schorzenia układu społecznego.

Caveat
Czy powyższa smutna konkluzja nie jest przypadkiem przedwczesna? Czy rzeczywiście jest takim wielkim problemem - ograniczmy się tylko do tego - że w jakimś społeczeństwie rozpadają się wspólnoty tradycyjne i nie powstają w ich miejsce nowe? Przypomnijmy tu uwagę, jaką rozpocząłem rozważania, wspólnoty odgrywają w życiu społeczeństwa i jednostek rolę nie tylko i nie zawsze pozytywną. Jeśli chodzi o społeczeństwo, to pomyślmy tylko, jakie spustoszenia poczynić może w tkance współżycia społecznego klikowość, sekciarstwo, mafijność, powstawanie elitarnych grup utrzymujących innych w szachu, terroryzujących ich i wyzyskujących. Nawet w najbardziej demokratycznym systemie instytucji społecznych, tylko częściowo można wyeliminować takie ujemne skutki; natomiast brak demokratycznych instytucji życia publicznego zdecydowanie sprzyja rozmnażaniu się takich pasożytniczych wspólnot, żerujących kosztem innych. Nawet wspólnoty pełniące pozytywne funkcje społeczne nie są zupełnie niegroźne. Podczas gdy wspomniane agresywne wspólnoty interesów szkodzą pozostającej poza nimi większości, to wspólnoty pozytywne mogą zagrażać swoim własnym członkom. Między rozwojem i autonomią osobowości jednostki z jednej strony a życiem wspólnoty i jej integracją z drugiej istnieje bowiem krucha równowaga. Prawdziwa wspólnota jest jednym z warunków wstępnych rozwoju osobowości jednostki, może jednak także stać się hamulcem tego rozwoju. Może się przyczynić do uwolnienia jednostki, może ją jednak także uciskać. Może się okazać pułapką: roztacza miraże wzbogacania indywidualności, podczas gdy w rezultacie ogranicza autonomię jednostki. Duch wspólnoty, kolektywu może niespostrzeżenie zastąpić osobowość, prowadząc do totalnej zależności, która jest dużo bardziej niszcząca niż wspomniana zależność neofeudalma. Można by tu wymienić wiele

przykładów współczesnych lub historycznych - zwłaszcza gdy przybierają one rozmiary na skalę całego społeczeństwa. Zjawisku temu poświęcono wiele uwagi - wystarczy tu wymienić nazwisko Fromma, Camusa, czy świetną książkę Mitscherlichów, analizujących utratę osobowości szerokich warstw społeczeństwa niemieckiego pod wpływem diabelskiej organizacji i piekielnej siły przyciągania zaczarowanego kręgu wspólnot narodowo-socjalistycznych.28 Mimo wszystkich tych niebezpieczeństw kryjących się we wspólnotach nie ma żadnych wątpliwości, że dziś u nas największe szkody powoduje brak wspólnot. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że ich istnienie jest ważnym warunkiem wstępnym pełni ludzkiego życia, ale także dlatego, iż są one niezbędnymi elementami i nośnikami unowocześniania się i demokratyzacji naszego społeczeństwa przez rozluźnianie, demontowanie zbyt sztywnego, jednostronnie pionowego układu zależności, przez wspomaganie formułowania i konfrontowania na poziomie społeczeństwa interesów indywidualnych, przez to, że wspólnoty mogą odgrywać ważną rolę w budowaniu skutecznego systemu kontroli społecznej itd. Byłoby oczywiście naiwnością i samousypianiem się przecenianie społecznego i politycznego znaczenia wspólnot. Ich powstanie nie rozwiąże wszystkich problemów. Nie mogą one zastąpić demokratycznego systemu instytucjonalnego, a tylko razem z takim systemem mogą się stać sprężyną rozwoju społecznego. Te dwa czynniki są bowiem nierozłączne: powstanie silnych, świadomych wspólnot jest ważnym warunkiem wstępnym powstania demokratycznego systemu instytucji, natomiast istnienie takiego systemu jest warunkiem istnienia i trwałości wspólnot.

Bibliografia
1. Pułapki społeczne Braithwaite R. B., Theory of Games as a Tool for the Moral Philosopher. Cambridge 1955. Bruckmann G., Nisi vis bellum, para pacem!, Wiener Blätter für Friedensforschung 1976, nr 9-10, s. 415. Buchanan J. M., Tulloch G., The Calculus of Consent. Ann Arbor 1965. Crowe B., The Tragedy of the Commons Revisited. „Science” 1969, nr 166, s. 1103-1108. Dawes R. M., Formal Models of Dilemmas in Social Decision Making, Referat przedstawiony na sympozjum Human Judgement and Decision Processes. Northern Illinois University 16.X.1974. Materiał powielany 21 stron. Deutsch M., The Resolution of Conflict. New Haven 1973. Guyer M., Perkel B., Experimental Games: A Bibliography 1945-1971, „Communication” nr 293, Mental Health Institute, The University of Michigan, marzec 1972. Hamburger H.,-N-person Prisoner’s Dilemma. „Journal of Mathematical Sociology” 1973, nr 3, s. 2748. Hardin G., The Tragedy of the Commons. „Science” 1968, nr 162, s. 1243-1248.

28 A. M. Mitscherlich, Eine deutsche Art zu lieben. München 1970.

Lloyd W. F., Two Lectures on the Checks to Population. Oxford 1833. Luce R. D., Raiffa H., Games and Decisions. New York 1957. Neumann von J., Zur Theorie der Gesellschaftsspiele. „Mathematische Annalen” 1928, nr 100, s. 295320. Neumann von J., Morgenstern O., Theory of Games and Economic Behavior Princeton 1947, wyd. 2. Platt J., Social Traps. „American Psychologist” 1973, nr 128/8, s. 641-651. Rapoport A., Fights, Games and Debates. Ann Arbor 1960. Rapoport A., Strategy and Conscience, New York 1964. Rapoport A., Two-Person Game Theory. The Essential Ideas. Ann Arbor 1966. Rapoport A., red. Game Theory as a Theory of Conflict Resolution. Dordrecht-Holland 1974. Rapoport A., Chammah A. M., Prisoners Dilemma. A Study in Conflict and Cooperation. Ann Arbor 1965. Schelling T. C., The Strategy of Conflict: Prospects for the Reorientation of Game Theory. „Journal of Conflict Resolution” 1958, nr 2, s. 203-264. Schelling T.C., The Ecology of Micromotives. „Public Interest” 1971, nr 25, s. 61-98. Schelling T. C., Hockey Helmets, Concealed Weapons and Daylight Saving, A Study of Binary Choices ićith Externalities. „Social Science Information 1973, nr 12. s. 381-428. Shubik M., The Dollar-Auction Game: A Paradox in Noncooperative Behavior and Escalation. „Journal of Conflict Resolution” 1971, nr 15/1, s. 109-111. Wrigtsman L. S. red. Cooperation and Competition: Readings on Mixed Motive Games. Belmont Califa 1972.

2. Korupcja

Andreski S., Cleptocracy as a System of Government in Africa. W: African Predicament. New York 1968. Banfield E. C., The Moral Basis of a Backward Society. Glencoe 1958. Bayley D. H., The Effects of Corruption in a Developing Nation. „Western Political Quarterly” 1966 nr 4, T. 19. Blau P. M., Exchange and Power in Social Life. New York 1964. Bolles B., Corruption in Washington: Or, Men of Good Intentions. London 1960. Breitner M., Van-e, lehet-e norma? „Figyelö” 1977, nr 26. Crawford K.G., The Pressure Boys: The Inside Story of Lobbying in America. New York 1935. Davis W. S., Influence of Wealth in Imperial Rome. New York 1910.

Encyclopaedia of the Social Sciences, red. E. R. A. Segliman. New York 1930. „Figyelö”, rocznik 1977: nr 23: Szánto A., Adózás és életszinvonal-politika; nr 26: Breitner M., Van-e, lehet-e norma?; nr 31: Loid P., Adózás és életszinvonal-politika; nr 48: Szeben E., A személyes jövedelemadózas problemat. Finer S. E., Patronage and the Public Service. W: Heidenheimer A. J., red., Political Corruption. Readings on Comparative Analysis. New York 1970. Freuchen P., Book of the Eskimos. Cleveland 1961. Goodman W., All Honourable Men. Corruption and Compromise in American Life. London 1964. Gorwala A. D., Report on Public Administration. New Delhi 1953. Gross B.M., The Legislative Struggles: A Study in Social Combat. New York 1953. Heidenheimer A. J., red., Political Corruption. Readings on Comparative Analysis. New York 1970. Huntington S. P., Modernization and Corruption. W: Political Order in Changing Societies. New Haven 1968. Klaveren J. vain, Corruption as a Historical Phenomenon. W: Heidenheimer A. J., red. Political Corruption. Readings on Comparatire Analysis. New York 1970. Lasswell H. D., Bribery. W: Encyclopaedia of the Social Sciencies. Leff N. H., Economic Development through Bureaucratic Corruption. W: Heidenheimer A. J., red. Political Corruption. Readings on Comparative Analysis. New York 1970. Malinowski B., Argonauci Zachodniego Pacyfiku, Warszawa 1967. Mauss M., Essai sur le don: Forme et raison de l’échange dans les sociétés archéologiques. Paris 1925. Milbrath L. W., The Washington Lobbyists. New York 1963. McMullan M., A Theory o] Corruption. „Social Review” 1961, nr 2, T. 9. Myrdal G., Corruption: Its Causes and Effects. W: Heidenheimer A. J., red. Political Corruption. Readings on Comparative Analysis. New York 1970. O’Leary C., The Elimination of Corrupt Practices in British Elections 1868-1911. New York 1968. Polányi K. red., Trade and Market in the Early Empires. Glencoe 1957. Rogow A. A., Lasswell H. D., Power, Corruption and Rectitude. Englewood Cliffs i963. Sahlins M. D., On the Sociology of Primitive Exchange. W: M. Banton red., The Relevance of Models for Social Anthropology. London 1965. Schaefer W., Bestechung und Korruption als Machtmittel der Politik, Hannover 1931. Szlágyi G., Szabadka szabad királlyi város polgármes-terének bünkrónikaja. Szabadka 1901.

Szirtes Z., Borravaló a ruháért? „Figyelö” 16.X.1977. Ventakappiah B., Misuse of Office. W: International Encyclopaedia of the Social Sciences. T. 11. Wilson N.H., Congress: Corruption and Compromise. New York 1951. Wraith R., Simpkins E., Corruption in Developing Countries, Including Britain until the 1880’s. London 1963.

3. Wspólnoty - kryzys i brak

Galtung J., Feudal Systems, Structural Violence and the Structural Theory of Revolution. W: Peace and Social Structure Essays in Peace Research. T. 3. Kopenhaga 1978. Mitscherlich A. M., Eine deutsche Art zu lieben. München 1970.

Tytuł oryginału: Társadalmi csapdák Magvetö Kiadó, Budapest 1979 Z języka węgierskiego tłumaczył Tomasz Kulisiewicz Okładka i strona tytułowa Józef Cz. Bieniek Ilustracja na okładce Ksawery Piwocki Printed in Poland (£) Copyright by Państwowe Wydawnictwo „Wiedza Powszechna” Warszawa 1986 Redaktor: Hanna Pusz Redaktor techniczny: Andrzej Mirek Korektor: Zdzisław Bocheński P.W. „Wiedza Powszechna” - Warszawa 1986 Wydanie I. Nakład 19.700+300 egz. Objętość 5,5 ark. wyd., 8,5 ark. druk. Papier druk. sat. IV kl. 71 g, 82X104. Oddano do składania w lutym 1985 r. Druk ukończono w lutym 1986 r. ZGK - Zakład nr 5 w Bytomiu. Zam. 9058/5. N-50 Cena zł 70,ISBN 83-214-0467-7 ISSN 0208-9653 ISBN 963 270 975 6 ISSN 0324-7155 wyd. oryginalne