You are on page 1of 16

KORUPCJA

Nr 16 listopad 2008 egzemplarz bezpłatny
ISSN: 1897-936X

OGÓLNOPOLSKA GAZETA PLATFORMY OBYWATELSKIEJ

Zero tolerancji Mamy go! Julii Pitery

JACEK FEDOROWICZ W POGŁOSIE

Bez zgody Polski nie będzie pakietu klimatycznego

PO

D

obrze wiem, jaką drogę przez mękę trzeba przejść, żeby ludzie, którzy uważają że to są fanaberie pańci, nie mającej o niczym zielonego pojęcia, zrozumieli wreszcie, że takie są standardy w cywilizowanych krajach – mówi Julia Pitera, Pełnomocnik ds. Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (!). POgłosowi pani minister powiedziała więcej.

M

yślę, że rząd mógłby mnie obwozić po jarmarkach i pokazywać przygodnie napotkanej ludności jako żywą ilustrację słuszności niektórych pomysłów, planów rządowych, akcji, czy projektów legislacyjnych – pisze u nas po raz pierwszy, ale jak obiecał – nie ostatni Jacek Fedorowicz, mistrz inteligentnego humoru, człowiek, którego przedstawiać nie trzeba, choć TVP zrobiła wiele, by młodzież znała go raczej z filmów z okresu PRL-u niż z aktualnej satyry politycznej. Panie Jacku, witamy!
Czytaj na str. 11

Czytaj na str. 10

Dwugłosu nie było

W Brukseli premier Donald Tusk walczył o ważne sprawy. Prezydent śmiał się do kamer

FOTO EN

Wojenka samolotowa, wart jeden drugiego, zabawa w piaskownicy – mówili korespondenci i komentatorzy.
Mówili tak, jakby nie wiedzieli, że ten konflikt nie dotyczył tylko miejsca

w samolocie rządowym, ani krzesła przy stole obrad na szczycie w Brukseli. Na październikowy szczyt przywódców państw Unii Europejskiej pojechała, zgodnie z wolą rządu, który

kieruje zarówno polską polityką krajową jak i zagraniczną, jedna polska delegacja w składzie: premier, minister spraw zagranicznych i minister finansów. Na zaproszenie prezydenta Nicolasa Sarkozego pojechał także

polski prezydent, który do gmachu obrad wchodził ze swoim ochroniarzem, ale bez doradców. Może dzięki temu udało się osiągnąć znaczną część tego, o co na forum unijnym zabiegał premier Donald Tusk.

O tym, co podczas tego szczytu było najważniejsze, opowiada POgłosowi jego uczestnik, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Rafał Grupiński.

Str. 3

ENERGETYKA JĄDROWA

PREZYDENT

Już czas wyjść z cienia Czarnobyla
Przedsiębiorca i senator PO, Tomasz Misiak, jest przekonany, że bez sięgnięcia po energetykę jądrową nie sprostamy nie tylko wymogom ochrony środowiska, ale także nie obronimy naszej niepodległości. Konferencja w Sejmie rozpoczęła przekonywanie decydentów do konieczności budowy elektrowni jądrowej w Polsce. A Czarnobyl? Nasz wysłannik na miejscu stwierdził, że jest już tylko turystyczną atrakcją. Str. 4-5

Sułtan, aby zjeść trufle, wyraża ochotę zjedzenia trufli. Prezydent, aby zjeść trufle, wyraża ochotę rozmowy na temat Gruzji. O ile trufle można jeść wszędzie, o tyle na temat Gruzji nie da się wszędzie pogadać i w tym punkcie prezydent musi się boleśnie ograniczać. Więcej str. 2

Trufle a sprawa polska

POLSKIE STOCZNIE

Czy będą miały życie po życiu?
Utarczki o samoloty i wejściówki przesłoniły w Brukseli merytoryczne sukcesy polskiej delegacji, między innymi uratowanie przemysłu stoczniowego. Komisja Europejska nie nakazała stoczniom zwrotu pomocy publicznej, a rząd dostał kolejny miesiąc na opracowanie takiego planu ratowania stoczni, który będzie zaakceptowany w Brukseli. Mówi o tym szef Sejmowej Komisji Skarbu, poseł Tadeusz Aziewicz, przedstawiamy też spojrzenie z Trójmiasta. Str. 6

2

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Z PRASY
eśli chcemy, by konstytucja coś znaczyła, trzeba poprzeć Platformę w sporze z prezydentem. Nie można tak samo oceniać prezydenta, który ustawę zasadniczą ignoruje i premiera, który się jej trzyma. Słyszałem pokrzykiwania posłów SLD, jak to prawica się kłóci, lekceważąc interes kraju. Oni przecież wiedzą, że w tej „kłótni” nie ma zastosowania porzekadło „wart Pac pałaca”, a z partyjniackich względów się nim posługują, właśnie lekceważąc interes kraju. Dominika Wielowieyska zdumiona postępowaniem prezydenta w sprawie pomostówek zapytała: czy prezydent wie, co robi? Wie doskonale. Natomiast nie wiedzą ci komentatorzy, którzy w sporach między prezydentem i premierem dostrzegają tylko kłótnię dwu polityków, ewentualnie za wczesną kampanię wyborczą i nic więcej. Czas otworzyć oczy.

Prezydent dobrze wie, co robi

J

Zdrowie – bezcenne, Mędrek leczenie – kosztuje Ziemkiewicz może ielu „mędrców” nie

POLEMIKI

Ś

W gnieździe mamy kukułkę polityczną, która się rozpycha, a gniazdo się broni

FOTO EN

Waldemar Kuczyński

Waldemar Kuczyński, Rzeczpospolita, 13.10.2008

Referendum – złe, ale może konieczne

J

A

eśli ta partia (PiS – red.) uprze się, że rozstrzyga referendum, uważam, że trzeba je przeprowadzić wiosną przyszłego roku. Nie możemy ryzykować, że wejdziemy do tej dwuletniej poczekalni i dopiero potem przeprowadzimy referendum, które da na przykład wynik negatywny. Nie jestem entuzjastą referendum, uważam, że w tym przypadku to jest złe rozwiązanie, ale być może okaże się jedynym.
Nowe expose, wywiad z premierem Donaldem Tuskiem, Polityka, 4.10.2008

jakby tak w Polsce nie było urzędu prezydenta? Bo właściwie do czego jest potrzebny prezydent? Żeby przyjmował, reprezentował, podpisywał, mianował? A tego nie mógłby robić premier czy kanclerz? Może lepszy byłby król? Bardziej malowniczy i z małym dworem, zamiast kilkusetosobowej kancelarii. Do bardzo konkretnych sum na utrzymanie tego urzędu i wieluset urzędników, do pałaców i prezydenckich rezydencji, do kosztu wyborów, trzeba doliczyć honoraria płacone ekspertom za analizy konstytucji, honoraria dla politologów i dziennikarzy za komentowanie sporów i wreszcie zmarnowany czas milionów ludzi, którzy zajmują

Po co nam ten urząd?

się problemem, którego w ogóle mogłoby nie być. Bez awantur na linii prezydentpremier polityka byłaby bardziej jasna i zrozumiała. Prości Amerykanie dawno wpadli na taki pomysł i zafundowali sobie tylko prezydenta, bez premiera. Takie rozwiązanie też wydaje się niezłe. Nie jesteśmy jedynym państwem, które sobie funduje za własne pieniądze kłopot wynikający z dwuwładzy. Nie umiem wymyślić, co toczyłoby się w naszym państwie gorzej, gdyby prezydenta nie było. Doskonale za to potrafię sobie wyobrazić, o ile byłoby lepiej bez nieustannej gry o prezydenturę, bez wieloletnich kampanii wyborczych, bez całej tej zawieruchy. E. M-B

Pierwszy myśliwy POgłos tylko w PO

P

więty ogień w oku, wzruszenie w gardle. I dramatyczne pytanie: czy można zarabiać na czyjejś chorobie? A potem strach i trwoga: prywatne szpitale nie będą chciały wykonywać zabiegów, które się nie opłacają. Według takiego schematu toczyła się debata na temat reformy służby zdrowia, a w szczególności przekształcania obecnie niczyich szpitali w spółki prawa handlowego, czyli takie, które mają właściciela i ten właściciel umie liczyć koszty. Na chorobie zarabia cały przemysł farmaceutyczny, lekarze, pielęgniarki i wszyscy, którzy nie pracują przy chorych za darmo. Zarabia się na chorobie i na pieczeniu chleba, na – za przeproszeniem – toalecie, do której też za darmo nie wpuszczą. A jak się kończy wykonywanie tego, co się nie opłaca, wiedzą wszyscy, którzy pamiętają czasy realnego socjalizmu, kiedy odgórna cena była oderwana od oddolnego kosztu. Socjalizm przepadł. Widocznie nie E. M-B we wszystkich głowach.

W

znieść sytuacji, w której do europejskiego grona mądrych ludzi zaproszono Lecha Wałęsę. Można jeszcze zrozumieć prezydenta profesora, który ma pełne niechęci zaszłości ze swoim poprzednikiem. Ale kiedy Rafał Ziemkiewicz zapluwa się na „tego Wałęsę”, że nie potrafi powiedzieć „ani be, ani me, ani kukuryku”, to granica swobodnej głupoty zostaje jaskrawo przekroczona. Panie Ziemkiewiczu, w czasach, kiedy pan nosił koszulę w zębach, wszyscy najmądrzejsi wiedzieli, że komuny nie da się obalić. Wałęsa tego nie wiedział. I niech mi nikt nie mówi, że to nie Wałęsa, a 10 czy nawet 15 milionów ludzi. Generał Patton zauważył, że ludzkie tłumy są jak makaron, można je za sobą pociągnąć, nie daje się pchać. Wałęsa pociągnąć potrafił. Jak to nie jest E. M-B mądrość, to co nią jest?

LISTY DO REDAKCJI

rezydent nie ma przecież już nic do stracenia. Jego notowania są słabe, a szansa na reelekcję znikoma. Pozostaje mu więc tylko prowokować premiera i liczyć, że będzie popełniał błędy. A to oznacza, że role się odwróciły, bo do tej pory to politycy PO lubowali się w drażnieniu Lecha Kaczyńskiego. Prezydent więc z łownej zwierzyny zmienia się w myśliwego.

Szanowna Redakcjo, w internecie nie mogę znaleźć informacji , jak zaprenumerować POgłos.

Bolesław Piątek, Bytom

óżnic między prezydentem Lechem Kaczyńskim a sułtanem Brunei jest niewiele. Obaj są niewielkiej postury (sułtan nawet nieco szczuplejszy), obaj uważają się za najważniejsze osoby w państwie (sułtan nawet taką jest), obaj mieszkają w pałacach (sułtan nawet we własnym) i obaj – tu opieram się na nie do końca sprawdzonych doniesieniach – lubią trufle. Na tym podobieństwa się kończą, gdyż zaczyna się problem logistyczny: jak spowodować, aby każdy z dostojnych konsumentów znalazł swoje trufle. W wypadku sułtana Brunei zastosowano system konwencjonalny. Trufle dostarcza się do stołu, przy którym siedzi sułtan. Lech Kaczyński natomiast zostaje dostarczany do stołu, na którym

O niewielkich różnicach między Prezydentem Rzeczypospolitej a sułtanem Brunei
FELIETON

Mariusz Staniszewski, Polska, 27.10.2008

Redakcja: Szanowny Panie, POgłos otrzymują wszyscy członkowie PO poprzez jej struktury terenowe, a mamy nadzieję, że już niedługo wzorem Małopolski – do domu.

PO
OGÓLNOPOLSKA GAZETA PLATFORMY OBYWATELSKIEJ
Biuletyn przeznaczony do użytku wewnętrznego, kolportowany bezpłatnie. Wydawca: Platforma Obywatelska RP ul. Andersa 21, 00-159 Warszawa Redakcja: Elżbieta Misiak-Bremer (redaktor naczelna) Adam Wiewiorowski (dystrybucja) Projekt i opracowanie graficzne: Jacek Gałązka, exPress www.ex-press.com.pl Adres do korespondencji: ul. Marszałkowska 87 m. 85 00-683 Warszawa e-mail: poglos@platforma.org

R

są trufle. Trufle lecą do sułtana prywatnym odrzutowcem, prezydent do trufli leci czarterem. Sułtan, aby zjeść trufle, wyraża ochotę zjedzenia trufli. Prezydent, aby zjeść trufle, wyraża ochotę rozmowy na temat Gruzji. O ile trufle można jeść wszędzie, o tyle na temat Gruzji nie da się wszędzie pogadać i w tym punkcie prezydent musi się boleśnie ograniczać. Tym bardziej, iż zdarza się, że prezydencki wywiad przegapi miejsce, w którym się właśnie rozmawia o Gruzji i kieruje prezydenta w miejsce, gdzie są tylko trufle. Wówczas cała misternie spleciona sieć uzasadnień pruje się bezlitośnie, obnażając prezydenta przy truflach. Niestety, tak było i ostatnio. O Gruzji rozmawiano, ale w Genewie. A

właściwie zamierzano rozmawiać, bo do rozmów nie doszło. Rosjanie uzasadnili to brakiem delegacji Abchazji i Południowej Osetii, ale to było zwykłe dyplomatyczne mydlenie oczu. Bez Lecha Kaczyńskiego wszystkie próby rozmów o Gruzji skazane są dziś na niepowodzenie. Rosjanie dobrze o tym wiedzą, tylko nie chcą się przyznać. Ewidentnie komuś zależało na tym, aby Hektora Kaukazu trzymać z dala od tej konferencji. Kiedy nie wiadomo komu, to na pewno Mossadowi. To izraelski wywiad zataił przed szefem prezydenckiej kancelarii, że w Genewie także można dostać trufle. I w ten sposób zwabiono prezydenta do Brukseli. O Gruzji nie pogadał, ale i tak spodobało mu się i już grozi, że na następny szczyt też pojedzie. Może by

więc ministrowie spraw zagranicznych Unii ustalili na roboczym spotkaniu zakaz podawania trufli na szczytach UE? Można też zrobić odwrotnie – wszędzie tam, gdzie osoba Lecha Kaczyńskiego jest pożądana – podawać trufle. Najlepiej w Pałacu Namiestnikowskim – codziennie. Nie chciałbym jednak, aby ktoś odniósł wrażenie, że za trufle prezydent Lech Kaczyński zrobi wszystko. Na pewno nie. W końcu pan prezydent ma zasady. Otóż jest taka hipotetyczna sytuacja, w której Lech Kaczyński odda swoją ostatnią truflę. Mało tego - jakby akurat jej nie miał, to nawet ją zamówi, żeby oddać. Kiedy? Wtedy, gdy tą truflą mógłby udławić Lecha Wałęsę.
Andrzej Kołaczkowski

Tonący brzydko się chwyta
listopad 2008 Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

3

Spór o Brukselę: dołujący PiS próbuje pociągnąć w dół premiera

Stara, przetrzebiona i politycznie wyleniała gwardia polityków PiS, z panem prezydentem na czele, wywołuje awantury, które niszczą autorytet Polski na arenie międzynarodowej.

Opinia publiczna miałaokazjękolejnyraz przypomnieć sobie sposób, w jaki środowisko Prawa i Sprawiedliwości realizuje politykę międzynarodową. Warto przypomnieć, że główną przyczyną decyzji wyborcówoodsunięciubraciKaczyńskich od władzy było poczucie niezadowolenia, czasami wręcz wstydu, z powodu poczynań ówczesnych rządzących na polu międzynarodowym.
Odnoszę wrażenie, że dzisiaj otoczenie pana prezydenta zatęskniło za tamtymi czasami; przecież jeśli jest „normalnie”, to rośnie poparcie dla Platformy Obywatelskiej, a spada dla partii ostatnich wiernych Kaczyńskiemu – specjalistom od destrukcji: Kownackiemu, Gosiewskiemu czy Kamińskiemu. Ta stara, przetrzebiona i politycznie wyleniała gwardia uznała, że jeśli mają iść na dno, to tylko chwytając Tuska za nogi. Dobrym pretekstem do realizacji tego planu stał się ostatni szczyt Unii Europejskiej. „Prezydent pojedzie”– powiedział minister Kownacki z uśmiechem na twarzy. No cóż, pojechał i miał bardzo dobry humor. No właśnie, czy dla dobrego humoru pana prezydenta i niezbyt biegłego – delikatnie ujmując – w dziedzinie dyplomacji oraz przepisach konstytucji szefa jego kancelarii warto niszczyć autorytet Polski w oczach opinii międzynarodowej? Otóż tu tkwi sedno sprawy. Ów samolot, o którym rozpisywały się media, był tylko symbolem konieczności twardego i stanowczego postępowania rządu, dla którego priorytetem jest respektowanie prawa. Być może ten samolot stanie się w przyszłości barwną opowieścią na wykładach dla studentów prawa konstytucyjnego, podczas których przyszli prawnicy i politolodzy dowiedzą się, dlaczego to premier odpowiada za politykę zagraniczną. I dlaczego nie mogła do Brukseli polecieć oficjalnie druga delegacja, z innymi poglądami na kluczowe sprawy i innym zestawem ministrów. Przy tej okazji apeluję do studentów prawa, aby przypadkiem na egzaminach nie stosowali wykładni Kownackiego, bo grozi to dwóją w każdej wyższej uczelni, poza tą prowadzoną przez dyrektora Tadeusza Rydzyka. Wiemy wszyscy, że w sprawie Traktatu Lizbońskiego, przyjęcia euro oraz pakietu klimatyczno-energetycznego Pałac Prezydencki prezentuje zu-

Odmowa samolotu do Brukseli wynikała z priorytetu, jakim jest dla rządu respektowanie prawa

pełnie inne stanowisko niż rząd, z którym zgadza się zdecydowana większość Polaków. Dobrze więc, że prezydent przyjął w Brukseli rolę milczącego obserwatora, gdyż w ten sposób pozwolił rządowi bronić naszą gospodarkę przed kilkudziesięcioma miliardami euro strat, jakie wszyscy moglibyśmy ponieść przy wprowadzeniu zapisów, na które zgodził się wcześniej prezydent. Początkowo Lech Kaczyński zapewniał, iż jego obecność w Brukseli była niezbędna, po czym po dziesięciu minutach milczenia „oddał krzesło” ministrowi Rostowskiemu w czasie debaty o finansach. Pytanie tylko: komu to służyło? Czy pan prezydent po powrocie do Polski nie powinien odbyć poważnej rozmowy ze swoimi specjalistami od wizerunku i zapytać ich, dlaczego po szczycie jedynie 7% (słownie: siedem procent) Polaków deklaruje chęć głosowania na niego w najbliższych wyborach prezydenckich? Kto przygotowywał nieporadną wypowiedź po kolacji w Brukseli? Czy naprawdę ministrowi Kownackiemu zależało, aby w telewizji prezydent zachwycał się czarnymi włosami premiera Francji? Nie jestem pewien, czy przypadkiem wybuch emocji w stosunku do redaktor Moniki Olejnik nie był spowodowany złym stanem ducha pana prezydenta wplątanego przez swoich doradców w działania, które nie przystoją głowie państwa.

Rafał Grupiński

Rafał Grupiński, sekretarz stanu w Kancelarii Premiera: pan prezydent został wplątany przez swoFOTO AGENCJA GAZETA ich doradców w działania, które nie przystoją głowie państwa

4

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Pakiet klimatyczny po walce w Brukseli
Pod naciskiem koalicji państw, której na szczycie Unii przewodziły Polska, Włochy i Niemcy, ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 20 proc. do 2020 roku pozostało celem Unii, ale droga dojścia do niego będzie łagodniejsza. Delegacja polska wywalczyła zmianę zasady decydowania o szczegółach pakietu klimatycznego z większościowego na jednomyślny. Polska chce, by obowiązek kupowania zezwoleń na emisję CO2 na aukcjach wprowadzać stopniowo, a nie już od 2013 roku. Chcemy także darmowych zezwoleń na emisję CO2 dla nowoczesnych elektrowni węglowych, zaś dla starszych – płacenia tylko za część tej emisji. Grudniowy szczyt Unii zaakceptuje kompromis w tych sprawach jednomyślnie – albo wcale.

Już czas przekonywać ludzi
Energetyka jądrowa w Europie: Finlandia buduje piątą elektrownię jądrową, we Francji stawiany jest 57. reaktor

FOTO CORBIS

Senator Misiak: energia jądrowa to kwestia niepodległości

Niezależnie od tego, jak bardzo polskiemu rządowi uda się złagodzić wymogi pakietu klimatycznego przyjętego przez Unię Europejską w 2007 roku, polską energetykę czeka trudna dekada, a być może dwie. Przedsiębiorca i senator PO, Tomasz Misiak jest przekonany, że bez sięgnięcia po energetykę jądrową nie sprostamy wymogom ochrony środowiska, ale także… obrony naszej niepodległości.

– Dlaczego walczy Pan o energetykę jądrową w Polsce? – Energetyka jądrowa nie jest problemem technicznym, ale gospodarczym, a ja jestem praktykiem gospodarczym. Technologia nie ma już większego znaczenia – może pochodzić z dowolnego państwa Unii Europejskiej, a nawet z USA czy Rosji. Chodzi o jej zastosowanie w praktyce. Ministerstwo Gospodarki sporządziło prognozę, że w 2016 roku popyt na energię elektryczną przekroczy w Polsce jej podaż. Oznacza to albo konieczność kupowania energii za granicą albo black-outu, czyli czasowych braków energii, znanych nam z PRL-u jako „stopnie zasilania”.

– Czy energia kupowana za granicą musi być droższa od polskiej? Koszty przesyłu nie są tak wysokie… – To prawda, ale trzeba pamiętać o politycznym i gospodarczym koszcie importu energii. Zastanówmy się, czy inwestor zagraniczny wybuduje swój zakład w kraju, który musi importować energię? Najwięcej ośrodków produkcji skupia się wokół elektrowni. Jeśli kupujemy prąd z Niemiec, to sprzedaż go dla fabryki lokowanej w Polsce może stać się problemem. Rząd niemiecki – by nie używać innego przykładu – może raczej zachęcać do inwestowania u siebie, niż sprzedawać energię dla fabryki w sąsiednim kraju. To nie jest teoria, kraje walczą o inwestorów i w takiej walce są dozwolone różne chwyty. A Polska już dzisiaj jest uzależniona od importu gazu i ropy z jednego kraju – Rosji. Czy stać nas na kolejne uzależnienie?

trowni trwa już 11 lat i skończy się za dwa lata. Dlatego o energetykę jądrową powinni walczyć politycy młodszego pokolenia, bo mają szansę dożyć i zobaczyć rezultaty swoich działań. Z tej wieloletniej perspektywy widać, że Francja, która już w latach 60. minionego wieku postawiła na energetykę jądrową, dokonała najlepszego w Europie wyboru w tej dziedzinie. W Polsce powinniśmy iść w stronę miksu energetycznego, czyli energii z różnych źródeł, z tego 20 proc. z tak zwanych źródeł czystych – wiatru, wody i innych źródeł odnawialnych. Ale to jest energia droga, dlatego musi być finansowana – pośrednio, poprzez system kupowania prawa do emisji CO2 – przez tych, którzy emitują CO2.

jesteśmy frajerami: mamy sto procent ewentualnego ryzyka, a zero zysku. Jesteśmy przecież w Polsce otoczeni przez 26 reaktorów jądrowych, działających w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Ukrainie, Białorusi, Finlandii, Szwecji…

firm, które chciałyby inwestować w energetykę jądrową, polskich i zagranicznych. Przecież 80 proc. Polaków nie wie, że mamy działający reaktor jądrowy.

– Inwestycje w energetyce, jądrowej czy tradycyjnej, trwają długo. Zdążymy cokolwiek zrobić do 2016 roku? – Nie uciekniemy od budowy tradycyjnych bloków energetycznych, na przykład gazowych. Elektrownia jądrowa to co najmniej 12 lat od decyzji politycznej do pierwszego prądu. W Finlandii, kraju, gdzie są elektrownie jądrowe, budowa takiej nowej elek-

– To są wymagania unijne? – Tak, to jest tak zwany pakiet 3x20: do 2020 roku 20 procent energii z czystych źródeł i ograniczenie emisji CO2 o 20 procent. Kolejne 20 proc. wytwarzanej energii to powinna być energetyka jądrowa. – Ale ludzie boją się energetyki jądrowej… – Ekolodzy twierdzą, że nie da się przekonać społeczeństwa do takiej zmiany. A ja twierdzę, że jest to konieczne i możliwe. Mam na to argumenty, na przykład taki, że obecnie

– To prawda, Czarnobyl jest na Białorusi, a w 1986 to stamtąd nas zawiało… – Tak. Czarnobyl jest najgorszym możliwym symbolem elektrowni atomowej. Na świecie działa grubo ponad 1000 reaktorów jądrowych i poza katastrofą czarnobylską inna się nie wydarzyła. Dlatego musimy zacząć przekonywać Polaków, że energia jądrowa jest nam potrzebna, żeby utrzymać naszą niezależność energetyczną. Platforma powinna przekonywać Polaków do energetyki jądrowej teraz, kiedy ma wysokie poparcie społeczne, bo jest partią nowoczesną, rozumną, patrzącą w przyszłość. Tym bardziej, że stosunek Polaków do energii atomowej wcale nie tak jednoznacznie negatywny, jak się potocznie sądzi. 52 proc. badanych przyznaje, że energetyka jądrowa jest potrzebna. Gorzej, gdy pytamy o jej sąsiedztwo - wtedy za jest już tylko połowa tej połowy, czyli 25 proc. Polaków. Ale na ten temat nie było ani jednej informacyjnej kampanii społecznej! Trzeba ją zrobić z pomocą rządu i

– Oczywiście, w Świerku pod Warszawą. – Tak, reaktor Maria, który działa od lat 60. minionego wieku. I jakoś w Aninie, eleganckim podwarszawskim osiedlu, położonym tuż obok Instytutu Badań Jądrowych, nikt się tego nie boi, nie cierpią na tym ceny nieruchomości. Zresztą największym potencjalnym zagrożeniem nie są reaktory, ale odpady z nich. I tu znowu mamy sto procent potencjalnego zagrożenia i zero korzyści, bo największe składowisko tych odpadów w Europie znajduje się na Białorusi, o 10 km od polskiej granicy. A szczytem naszej politycznej niemocy jest fakt, że Rosjanie budują obecnie elektrownię atomową w Kaliningradzie, tuż za naszą granicą, i otwarcie mówią, że energię z niej będą sprzedawać Polsce, bo dla Obwodu Kaliningradzkiego będzie jej za dużo. I jeśli sprzedadzą ją nam taniej niż Niemcy – to oczywiście ją kupimy, uzależniając się jeszcze bardziej od wschodniego sąsiada. Taka będzie cena strachu przed polską energetyką jądrową.

Rozm. Andrzej Krajewski

SENACKA KONFERENCJA: ENERGETYKA ATOMOWA W POLSCE – CZAS NA DZIAŁANIA

Energia atomowa jest tańsza od tradycyjnej, a technika

T

ylko siedem krajów w Europie nie ma elektrowni atomowych. We Francji trzy czwarte, a na świecie 16 proc. energii elektrycznej pochodzi z takich elektrowni. Czy przyszedł już czas, aby budować elektrownię atomową w Polsce? A jeśli tak – to jak przekonać do tego Polaków, szczególnie tych, którzy będą mieszkać nieopodal? Finlandia buduje piątą elektrownię jądrową; we Francji, która od lat sześćdziesiątych XX wieku postawiła na energetykę atomową, stawiany jest 57. reaktor. Z drugiej strony Niemcy swój ostatni blok w elektrowniach atomowych chcą zamknąć w 2021 roku. Z produkcji energii elektrycznej w blo-

kach jądrowych nie wycofują się jednak Węgrzy, Czesi, Słowacy, Słoweńcy i Litwini, mimo że ich elektrownie, pochodzące jeszcze z czasów sowieckich, zgodnie z wymogami Unii Europejskiej powinny być zamknięte do 2009 roku. Nasz kraj, podobnie jak Austria, Dania, Irlandia, Portugalia oraz Łotwa i Estonia dotychczas nie ma energetyki jądrowej. Katastrofa reaktora w Czarnobylu w 1986 roku i protesty w drugiej połowie lat ’80 doprowadziły do zaniechania budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Kwestia elektrowni jądrowych w Polsce powróciła w roku 2005 w rządowym doku-

mencie „Polityka energetyczna do 2025 roku”. Zadanie budowy elektrowni jądrowej i podjęcie kampanii informacyjnej na rzecz energetyki atomowej zapowiadał poprzedni rząd PiS. Dokument „Polityka energetyczna Polski do roku 2030”, przygotowywany przez Ministerstwo Gospodarki, również sygnalizuje „możliwość wprowadzenia energetyki jądrowej w Polsce” zastrzegając, że ostateczną decyzję poprzedzą rzetelne analizy i konsultacje społeczne. Za ich początek można uznać październikową konferencję w Senacie „Energetyka atomowa w Polsce – czas na działania”, która zgromadziła nau-

kowców, praktyków i parlamentarzystów. W badaniu przeprowadzonym w sierpniu 2008 roku na pytanie „Czy Polska powinna wybudować elektrownię atomową?” odpowiedzi „Tak” było 42 proc., „Nie” -48 proc. (reszta – nie wiem). Zgoda na budowę elektrowni atomowej rosła wraz z wykształceniem pytanych osób i zamieszkiwaniem przez nich w większych ośrodkach. Jednak wśród tych, którzy odpowiedzieli „Tak”, aż 75 proc. chce, by elektrownia jądrowa była co najmniej o 100 km od ich miejsca zamieszkania. Za budową elektrowni jądrowej jest 61 proc. mężczyzn, a przeciw - 62 proc. kobiet. (Badanie SMG/KRC próba 1004 osób

na zlecenie portalu Money.pl). Te wyniki wskazują na potrzebę i kierunki kampanii społecznej o energetyce jądrowej. Specjaliści twierdzą, że zaletami energetyki jądrowej są: czystość produkcji – brak dwutlenku węgla; pewność zaopatrzenia w paliwo – producentami uranu są stabilne politycznie kraje, takie jak Kanada, Australia, USA, Francja (Rosja wytwarza tylko 3 proc. światowej produkcji uranu); znikome potrzeby transportowe – dla bloku 1000 MW wystarcza ciężarówka paliwa rocznie; odporność na wzrost cen paliwa – podwojenie ceny uranu daje wzrost kosztu prądu tylko o 5 proc.; duże zasoby paliwa

listopad 2008

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

5

Po 22 latach od katastrofy reaktora jądrowego

Czarnobyl? Można zwiedzać
W 22 lata po największej katastrofie w historii energetyki jądrowej do Czarnobyla można już pojechać z wycieczką. Psychologiczny cień tej awarii jest o wiele trwalszy od jej rzeczywistych skutków, które okazały się mniejsze niż sądzono bezpośrednio po awarii.
Do strefy pierwszej, w promieniu 10 km od sarkofagu, którym przykryto blok po awarii, wjeżdża się kolejką. Codziennie przewozi kilka tysięcy osób, pracujących na terenie czarnobylskiej elektrowni. Kiedy o siódmej rano wsiadamy do niej w Sławutyczu, jest pełna. W tym miejscu, między Dnieprem a rozlewiskami Prypeci, terytorium Białorusi wciska się klinem w głąb Ukrainy.
Reaktor był wojskowy

Po trzech kwadransach jazdy wysiadamy w przy elektrowni. Mimo że wnie wytwarza ona już prądu w ża-dnym z czterech generatorów w(ostatni wyłączono w 2000 r.), prace rrozbiórkowe i zabezpieczające, a także turystyka są dla okolicznej ludności znaczącym źródłem dochodu. Kontrola paszportów, sprawdzenie abagaży - i specjalnym autobusem odwjeżdżamy do strefy zero, odgrodzonej mzasiekami z drutu kolczatego. - Fotografujemy się przy pomniku o30 ofiar katastrofy, stojącym o dwie-ście metrów od bloku IV, który na skutek eksperymentu w nocy 26 -kwietnia 1986 roku osiągnął moc eponad 100 razy większą od nominalonej. Chłodzący go wodór wybuchł, iskażając gazami i pyłami promienio-twórczymi teren w promieniu 30 km. -Ktoś wyciąga dozymetr: słychać miadrowe terkotanie, patrzę na licznik: jest 4,7 mikrosiwerta na godzinę, -prawie dokładnie tyle, ile to urządze-nie wskazywało przedwczoraj, gdy wwyruszaliśmy spod warszawskiego iPałacu Kultury. ą -Lepiej niczego nie dotykać i W 22 lata od czarnobylskiej ka–tastrofy skażenia promieniotwórcczego praktycznie już nie ma, dlatego -bez większego ryzyka można zwieddzać to miejsce. Co prawda organizator wymaga pisemnego ioświadczenia, że w związku z „moż-

liwością przyjęcia większej dawki promieniowania nie będę nigdy wnosił żadnych pretensji i roszczeń”, ale to zabezpieczenie teoretyczne. Trudniej przekonać do tego najbliższych, dlatego w domu powiedziałem tylko, że celem podróży są „okolice Kijowa”. Nasz ukraiński przewodnik to Siergiej Akulinin, zażywny 50-latek, który w chwili katastrofy był o dwieście metrów od reaktora. Pracował jako operator turbiny nr 2. Brał udział w likwidacji skutków awarii, nie zachorował, powrócił do pracy. Obecnie zarabia m.in. oprowadzaniem turystów po Czarnobylu i Prypeci – miastach, skąd wysiedlono wszystkich mieszkańców. Strefa zamknięta rozciąga się w promieniu 30 km od elektrowni – także na terenie Białorusi, gdzie jest słabiej pilnowana, więc żyje w niej podobno ponad tysiąc osób. – Niczego nie podnoście z ziemi, nie dotykajcie, podwińcie nogawki spodni, wodę pijcie tylko z butelek – ostrzega Siergiej. Chodzi o to, żeby do organizmu nie przedostały się skażone drobiny pyłu. W tym samym celu podczas zwiedzania Prypeci – miasta-widma – zakładamy na usta białe maski. – Tylko nie pokazujcie się za bardzo, szczególnie na dachach, bo nas stąd wygonią – prosi nasz przewodnik. Z dachu 16-piętrowego wieżowca robię zdjęcie „Oka Moskwy”, widocznej na horyzoncie konstrukcji strategicznego radaru, który miał śledzić amerykańskie rakiety z głowicami atomowymi. To także z tego powodu ukrywano fakt i rozmiary czarnobylskiej tragedii. W dzień po awarii z miasta Prypeć autobusami ewakuowano 26 tysięcy mieszkańców. Mieli wyjechać na trzy dni, nie wrócili już nigdy. Zostały po nich mieszkania, szpital, kina, przedszkola i żłobki, portrety Lenina i hasła KPZR. Na trawniku znajdujemy grzyby. Dozymetr wskazuje 9,8 mikrosiwerta – dwa razy więcej niż w strefie zero. Na szczęście to muchomory, nie szkoda ich zostawiać… Niższe budynki trudno już dostrzec spoza gęstego młodnika, a i
Na horyzoncie „Oko Moskwy”

wieżowce do wysokości kilku pięter porastają pnącza. Przyroda na powrót bierze teren w swoje posiadanie. O ile z zewnątrz budynki kojarzą się ze spokojnym dostojeństwem antycznych ruin, to ich wnętrza przywodzą na myśl niszczycielski szał huraganu. Poprzewracane meble, potłuczone szkło, odpadające tynki, metodycznie porozpruwane materace i walające się wszędzie strzępy książek robią przygnębiające wrażenie. Pośród tego pandemonium odnajdujemy jednak kilka mieszkań o szczelnie zamkniętych drzwiach. Myśl, że od 22 lat nikt ich nie otwierał, rodzi pokusę, by to zrobić – i zobaczyć wnętrze niezbezczeszczone przez wandali… A może w tym mieście duchów, tak jak w okolicznych wioskach, ukrywają się jeszcze żywi ludzie?! Schodzimy na coraz niższe kondygnacje mrówkowca, szerokim łukiem omijając ziejące czarną pustką upiorne szyby wind. Na dworze widok słońca i szelest jesiennych liści sprawia wyraźną ulgę. Siergiej szeroko uśmiecha się na nasz widok, ale za jego wesołością wyczuwam melancholię. To miasto było kiedyś jego domem, więc coś, co dla nas jest ekscytującą przygodą, u niego wzbudza bolesne wspomnienia. Na skraju miasta słyszymy stuki, unosi się dym, słychać głosy. Pięciu robotników tnie palnikami gazowymi stalową konstrukcję. Wywiozą ją na złom. Podobne ekipy pracują w samej elektrowni, w hali turbin. Codziennie wywozi się stamtąd kilka ton złomu, a cała operacja ma zakończyć się w 2020 roku. Są też i inne plany – nakrycia sarkofagu, w którym ukryto blok numer cztery, potężnym stalowym hangarem o szerokości 260 i wysokości 110 metrów, co umożliwi rozbiórkę sarkofagu i zniszczonego reaktora. W Warszawie jesteśmy po pięciu dniach. Gdy mówię rodzicom, gdzie naprawdę byłem, matka załamuje ręce, ojciec chce zobaczyć zdjęcia. Pokazuję utrwalone na nich wskazania dozymetru, ale mama nadal niedowierzająco kręci głową.
Sarkofag będzie nakryty Grzegorz Dziewulski

W opuszczonych domach promieniowanie jest niskie, ale lepiej założyć maskę, by nie wdychać pyłów FOTO GRZEGORZ DZIEWULSKI

Jaki będzie giełdowy handel emisjami CO2

G

iełdowy handel emisjami zanieczyszczeń to najbardziej rynkowo zorientowany instrument ochrony środowiska. System handlu emisjami obejmuje duże instalacje, działające w branży energetycznej, metalurgicznej, produkcji szkła, cementu i papieru. W Polsce do systemu zakwalifikowano 878 instalacji, wykluczono z niego 212 małych cegielni, gdyż ich emisja jest minimalna. Przedmiotem obrotu giełdowego są uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. Jedno uprawnienie odpowiada emisji 1 tony CO2 W latach 2005-2007 w Polsce w obrocie było 717,3 mln uprawnień. Polski rynek uprawnień do emisji CO2 należy do największych w Unii Europejskiej, jego wartość sięga 90 mln euro. Na lata 2008-2012

wydano uprawnienia na poziomie 90 proc. dotychczasowej faktycznej emisji. Tym, w jaki sposób uprawnienia będą rozdzielane od roku 2013 zajmie się grudniowa konferencja klimatyczna w Poznaniu. Polska chce, by od 2013 roku 4/5 uprawnień było darmowych, a 1/5 – sprzedawana na aukcjach. W dalszych latach redukowano by liczbę nieodpłatnie przyznawanych uprawnień. Notowania uprawnień na giełdzie powinny być chronione przed spekulacją– maksymalna cena uprawnienia w roku 2013 to 65 euro, minimalna – 5 euro. Kara za ponadnormatywną emisję 1 tony CO2 wynosi 100 euro. Polska Komisja Nadzoru Bankowego nie zgodziła się na handlowanie prawami do emisji CO2 przez polskie banki.

Przed nami reaktor, który wybuchł

FOTO GRZEGORZ DZIEWULSKI

gwarantuje bezpieczeństwo
uranowego – przy obecnej technologii na co najmniej 200 lat, a przy jej udoskonaleniu – na wiele tysięcy lat. Energia z elektrowni jądrowej, dzięki wysokiej sprawności, jest tańsza niż z elektrowni węglowych. A minusy? Przede wszystkim strach przed katastrofą podobną do czarnobylskiej, który to strach wywołuje protesty, które z kolei bardzo przedłużają proces inwestycyjny, obawy o bezpieczne składowanie odpadów radioaktywnych i wysokie nakłady inwestycyjne. – W Czarnobylu zainstalowany był reaktor wojskowy, różniący się od cywilnych tym, że w przypadku awarii jego moc rosła, zamiast wygasać– stwierdził doc. Andrzej Strupczewski z Instytutu Energii Atomowej w Świerku. – Obecnie wszystkie reaktory w elektrowniach jądrowych są zabezpieczone tak, że przy jakiejkolwiek awarii zaprzestają pracy, a nawet atak lotniczy podobny do tego z 11 września 2001 roku, nie jest w stanie im zagrozić. Odpady radioaktywne umieszczane są w głębokich, suchych i chronionych studniach, gdzie muszą pozostać przez 300 lat. Tyle, ile leżały w słonym Bałtyku beczki z piwem na szwedzkim statku „Waza”, wydobytym z dna morskiego w ubiegłym stuleciu. To piwo zachowało się znakomicie, można więc być pewnym, że technologia o 350 lat późniejsza także sprosta zadaniu bezpiecznego przechowania radioaktywnych odpadów. Pozostaje długi okres inwestycji (technicznie – 6 lat, w praktyce – dwa razy tyle) wynikający z ludzkich obaw oraz spontanicznych i organizowanych demonstracji i protestów. Są także argumenty tych, którzy twierdzą, że zamiast budować elektrownie atomowe, należy lepiej wykorzystywać istniejące elektrownie, bo efektywność energetyczna Polski jest 2,6 raza mniejsza od osiąganej w „starych” państwach UE.
Andrzej Krajewski
Najbardziej skażone są grzyby...
FOTO GRZEGORZ DZIEWULSKI

6

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

W stoczni ma się zatrudnienie. Pracować opłaca się

Kolebki trzymają się mocno,
Jeśli nawet nie da się utrzymać historycznych lokalizacji trójmiejskich „kolebek”, czyli Stoczni Gdańskiej i Stoczni Gdyńskiej, nie oznacza to końca polskiego przemysłu stoczniowego.
Ten przemysł będzie w Polsce istniał, bo są u nas świetni fachowcy, a także stoczniowe firmy, mające portfele pełne opłacalnych zamówień. I tak może stać się także z „kolebkami”, jeśli ich zarządy wyzwolą się spod wpływu polityków, i zaczną myśleć w kategoriach ekonomicznych, a nie historycznych. Stocznia Gdańska to zabytkowe hale produkcyjne, piękne domy z początku XX wieku, bruk typu kocie łby, zapewne tak stare, jak te otoczone kultem na uliczkach amerykańskich miasteczek z XVIII wieku, brama znana światu ze strajku 1980 roku i wystąpień Lecha Wałęsy. I równie zaZabytkowi strażnicy

bytkowi strażnicy, którzy sprawdzają, kontrolują, ale… nie bardzo mają czego pilnować. Rano „na stocznię”, do jej części produkcyjno-remontowej, przychodzi kilka tysięcy osób; później przyjeżdżają pracujący w instytucjach kultury i biznesu, działających w odnowionych budynkach. O czternastej fachowcy, mający „zatrudnienie na stoczni” wychodzą i … idą do pracy. Też w stoczniach, tyle że tych prosperujących: jachtowych i budujących małe statki. Wystarczy wyjechać na obrzeża Gdańska, na Wyspę Sobieszewską, by ujrzeć stocznie, w których praca wre, a ich prywatni właściciele mają portfele pełne intratnych zamówień. Gdańszczanie zdają sobie sprawę z nieuchronności zmian. Wiedzą, że kiedyś te tereny wreszcie rozkwitną, będą tętnić życiem w centrach handlowych, kulturalnych, w biurach, maNa Wyspie Sobieszewskiej

łych marinach, w loftach, czyli mieszkaniach w halach przemysłowych, które tu mogą powstać. Tak, jak w zachodnioeuropejskich czy amerykańskich miastach portowych, gdzie zabytkowość jest pogodzona z nowoczesnością. Ilu więcej ludzi znalazłoby tu prawdziwą pracę, ile wycieczek ze świata widziałoby umiejętne pogodzenie współczesności z historią, zamiast dzisiejszych zamarłych żurawi i pustki za legendarną bramą? Wydaje się, że stocznia w Gdyni, położona na drugim krańcu Trójmiasta, znacznie lepiej wykorzystuje miejsce, teren i ludzi. Między centrum miasta a Obłużem – jego północną dzielnicą mieszkaniową – rozciągają się dwa wielkie kanały portowe, a wzdłuż wybrzeża – wielkie tereny stoczniowe. – Tego już dawno tu nie powinno być! – mówi mi jeden z mieszkańców
W Gdyni nieco lepiej

Gdyni. – To śmietnik jeden wielki, zobacz pan, ile tu spółeczek działa! To wszystko może działać het, precz, poza miastem! Zdania są jednak podzielone. – To skandal, żeby doprowadzać tak prosperujący zakład do upadku. Trzy tysiące ludzi straci pracę! – stwierdza inny rozmówca. Chociaż prezydent Gdyni, dr Wojciech Szczurek wie, jak wielkim zagrożeniem byłaby likwidacja Stoczni Gdynia, to wielu jego doradców tylko w tym widzi szansę rozwoju tej części miasta. Zagrożeniem jest utrata pracy przez trzy tysiące gdyńskich stoczniowców, kilka tysięcy ludzi pracujących na rzecz Stoczni Gdynia, i wiele tysięcy pracujących w firmach na terenie stoczni. Dla miasta większe znaczenie niż Stocznia Gdyńska i setki zakładzików na jej terenie ma gdyński port. Budowa ulicy Polskiej, rozbudowa nabrzeża, na którym chcą funkcjo-

nować cztery linie promowe, rozwój baz kontenerowych – to dobra perspektywa. Potrzeba im dróg i szyn, by zapewnić wwóz i wywóz kontenerów. Gdynia po 30 latach budowy, w czerwcu tego roku skończyła estakadę Kwiatkowskiego wyprowadzającą ruch z miasta bezpośrednio do Obwodnicy Trójmiejskiej. Stocznia Gdańska jest dziś w rękach IDS – ukraińskiego koncernu, który w nią zainwestował i ma dalsze plany rozwojowe. ISD stara się także o kupno Stoczni Gdynia i chce połączyć oba zakłady. Dla związkowców z Gdańska będzie to cios, nie po to bowiem protestowali przeciw temu aż w Brukseli. Dziś są oni już bardziej politykami, walczącymi o skrawek stoczniowego tortu dla siebie. Ten tort jest jednak coraz bardziej nieświeży, a za chwilę może całkiem się zepsuć.
Połączenie ciosem w związki Jakub Kohn

Polski przemysł jachtowy wysoko ceniony w Europie i na świecie
W produkcji jachtów motorowodnych Polska jest liderem w Europie. Także w produkcji jachtów do 9,5 metra długości zdecydowanie przodujemy w Europie. Około 95 proc. tej produkcji produkcji idzie na eksport. W 2007 roku jachty i łodzie zajęły siódmą pozycję na liście polskiego eksportu. Przez ostatnie pięć lat produkcja jachtów w Polsce wzrosła pięciokrotnie, przy ponad dwukrotnym zwiększeniu zatrudnienia. Boom na jachty z Polski zaczął się na przełomie XX i XXI wieku. Polskie stocznie jachtowe wyrobiły sobie w Europie i na świecie świetną markę ze względu na wysoką jakość produkcji. Polskie jachty charakteryzują się wysoką jakością laminatów, starannym wykończeniem wnętrza i nowoczesną konstrukcją. Wysoka jakość wynika stąd, że wiele elementów wykonuje się tradycyjnie, ręcznie, a koszty produkcji pozostają w Polsce znacznie niższe niż na Zachodzie. Dobrym przykładem rozwoju przemysłu jachtowego jest stocznia Sunreef Yachts z Gdańska budująca luksusowe katamarany wykończone według życzeń klienta. Sunreef założył Francis Lapp, Francuz, od 16 lat mieszkający w Polsce, który wynajął hale należące przedtem do Stoczni Gdańskiej i od 2002 roku zbudował ponad 20 katamaranów.

Tadeusz Aziewicz, przewodniczący Sejmowej Komisji Skarbu Państwa, mówi o przyszłości polskich stoczni po rozmowach polskiej delegacji na październikowym posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli:

Po Brukseli jest szansa dla Szczecina, Gdańska, Gdyni
wodniczący Rady Nadzorczej, który jest związkowcem? Stocznia musi mieć rzeczywistego właściciela, który decyduje o tym, co się produkuje i ponosi za to odpowiedzialność. Pomoc publiczna jest dopuszczalna, ale tylko przejściowo, jak ręka podawana leżącemu, żeby mógł się podnieść i sam iść dalej. W przypadku stoczni mamy permanentną pomoc od wielu lat i zaniechanie reform. Gdy zbliżał się kryzys i ich pracownicy wydawali pomruk, kolejne rządy dosypywały im pomocy. W stoczniach ukształtowała się zupełnie inna racjonalność bytu niż w zdrowych, prywatnych zakładach. Celem działania przestał być zysk osiągany przez wzrost produkcji przy obniżce kosztów, a stało się nim wywieranie presji na rządzących. A do tego niekompetentne rządy etnologa i innych, podobnych jemu fachowców, trafiły się akurat w okresie świetnej koniunktury na statki, na czym korzystał przemysł stoczniowy na całym świecie. Ten idealny czas dla reform – wiosna ubiegłego roku – został zmarnowany. To był czas na negocjacje z Komisją Europejską, na reformy, ale nikt tego nie chciał słuchać,
Tadeusz Aziewicz

Prawo antymonopolowe daje możliwość decyzji na tak, na nie, albo warunkowej. Gdybyśmy dostali od Komisji Europejskiej decyzję warunkową, to dałaby ona ministrowi skarbu pewne wskazówki, jak dalej postępować. Sygnały o większej otwartości na dodatkową pomoc publiczną dla stoczni, które mieliśmy z Komisji Europejskiej jeszcze wiosną, niestety, nie potwierdziły się. Warunkowa zgoda może dotyczyć formuły wydzielenia z masy upadłościowej stoczni części majątku, stworzenia nowej firmy i uzyskania dzięki temu pewnej zwłoki. Dlaczego Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy publicznej dla polskich stoczni? Problem ze stoczniami mamy dlatego, że one dotychczas nie miały dobrych właścicieli. Bo jakim właścicielem stoczni może być prze-

Celem działania przestał być zysk osiągany przez wzrost produkcji przy obniżce kosztów, a stało się nim wywieranie presji na rządzących

FOTO PO

kiedy mówiłem o tym w Sejmie. Teraz wszyscy związkowcy mają pretensje do rządu Donalda Tuska, ale ja nie pamiętam żadnej wypowiedzi szefa „Solidarności” Janusza Śniadka, ani Karola Guzikiewicza, słynnego związkowego palacza opon, dociskającej PiS w sprawie rozmów z Komisją Europejską. A Komisja alarmowała, że nie ma odpowiedzi jej na pisma kierowane do rządu w sprawie stoczni, że rząd nie dotrzymuje terminów. Aleksander Grad jest pierwszym ministrem, który w terminie dostarczył program restrukturyzacji stoczni, wcześniej było to w Polsce niewykonalne.

złotych miesięcznie szukali sobie innej pracy, a jak im się nie udało, to pozostali na państwowej posadzie!

Czy można odpolitycznić stocznie? W maju 2007 minister gospodarki Piotr Woźniak pojechał do Brukseli, spotkał się z Neeli Kroes, panią komisarz od konkurencji, i wrócił wstrząśnięty. Zaczął mówić o konieczności wymiany kierownictwa Stoczni Gdańskiej, ale okazało się, że jest na to za krótki. Rok wcześniej szefowie obu stoczni brali udział w wyborach: Andrzej Jaworski chciał zostać prezydentem Gdańska, a Kazimierz Smoliński – prezydentem Tczewa. Za 40 tysięcy

Dlaczego tak trudno znaleźć inwestora dla stoczni? Jednym z koronnych zarzutów postawionych poprzednikowi przez ministra Aleksandra Grada jest niewykorzystanie możliwości sprzedaży trzech stoczni jednemu inwestorowi. To był poważny kapitał arabski, ale oferta została zlekceważona, bo połączenie stoczni zmniejszyłoby pozycję polityczną związkowców. Oni nie ukrywali kontraktu politycznego zawartego z PiS-em, że po wyborach stocznie zostaną rozłączone. I tak się stało, co bardzo skomplikowało prywatyzację, choć stocznie były do niej gotowe jako całość. A do tego doszło myślenie Jarosława Kaczyńskiego kategoriami XIX-wiecznej, kapitalistycznej gospodarki. Długo trwało zanim dojrzał do tego, że „kolebkę” trzeba jednak sprywatyzować. Ale wtedy przyszły wcześniejsze wybory i można już było wszystko zwalić na ich zwycięzcę, Platformę.
Rozm. Andrzej Krajewski

listopad 2008

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

7

przy produkcji jachtów i małych statków

ale zmiany nadchodzą

Państwowe nie sprawdza się przy statkach i pacjentach
Jacek Żakowski zarzucił naszej reformie służby zdrowia, że skomercjalizowane szpitale będą uginać się pod ciężarem politycznych rad nadzorczych i zarządów, co musi doprowadzić do ich prywatyzacji. Katarzyna Gonta-Grabiec, ekonomistka i praktyk gospodarczy, polemizuje z jej skądinąd ulubionym autorem.
Do tej pory podziwiałam Pana olbrzymią wiedzę i niekłamaną elokwencję. W komentarzu na łamach „Gazety Wyborczej” znalazłam niestety, jedynie to drugie. Po pierwsze – PO nie będzie prywatyzowała szpitali. Pan nie udowadnia tezy przeciwnej, to i ja nie będę przytaczała żadnych argumentów. Po drugie – nieprawdą jest, że komercjalizacja przedsiębiorstw w latach 90. nie sprzyjała lepszemu ich funkcjonowaniu. Było wręcz przeciwnie. Wyrwanie się przedsiębiorstwa państwowego z zaklętego trójkąta: dyrekcja, rada pracownicza, organ założycielski, pozwoliło firmom na działanie w ramach zdrowej konkurencji, przejrzystych procedur, a także na wyjście poza granice kraju. Komercjalizacja to zmiana formy prawnej przedsiębiorstwa, która bardzo ułatwia zarządzanie firmą zgodnie z jasnymi, acz ostrymi wymogami Kodeksu Spółek Handlowych, pod nadzorem Rady Nadzorczej oraz zdefiniowanego właściciela. Podejrzewam, że Pan Redaktor dobrze wie, że „katastrofa” programu NFI nie miała nic wspólnego z procesem komercjalizacji. Po trzecie nie ma Pan pojęcia, na czym polega proces komercjalizacji, a wystarczyło sięgnąć do Ustawy z 30 sierpnia 1996 r. „Jedynym pewnym skutkiem komercjalizacji, czyli przekształcenia szpitali w spółki, są duże koszty samego przekształcenia – wielomiliardowe wydatki na wycenę majątku oraz obsługę prawną i administracyjną” – uważa Żakowski. To radykalna oszczędność w posługiwaniu się prawdą. Przy przekształceniu przedsiębiorstwa państwowego nie dokonuje się wyceny majątku. Kapitały tworzy się z sumy funduszy, które istnieją w przedsiębiorstwie. A jeśli chodzi o zwiększone koszty zarządzania, to odsyłam do „ustawy kominowej” – nie wspominając o tym, że obecne koszty funkcjonowania rad nadzorczych, których liczebność została ograniczona do ustawowego minimum, nie są wyższe od kosztów funkcjonowania Rady Pracowniczej. Dlaczego więc komercjalizacja, jak Pan pisze, ma zrujnować szpitale? Ujawnienie właściciela ma być rujnujące? Działalność według prawa handlowego, która stanie się bardziej przejrzysta od dotychczasowej i zmusi samorządy do efektywnego nadzoru właścicielskiego oraz dobrych praktyk? Czy tego Pan się obawia?
Katarzyna Gonta-Grabiec

Stoczniowi związkowcy są dziś bardziej politykami walczącymi o skrawek tortu dla siebie

FOTO EN, JS

WYSTĄPIENIE POSŁA AZIEWICZA W DYSKUSJI NAD SYTUACJĄ STOCZNI

Polskie stocznie były partyjnym folwarkiem PiS
(…) W maju 2007 r. ze smutkiem stwierdziłem, że zarządzanie naszymi stoczniami – a rządził wtedy PiS – przejdzie do historii gospodarczej Polski jako studium przypadku: upolitycznienia gospodarki, niekompetencji i decyzyjnej impotencji. Późniejsze wydarzenia w pełni potwierdziły tamtą diagnozę.
Wczoraj dodarła do mnie nowa informacja, w którą w pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć. Okazuje się, że w czerwcu 2007 r. minister skarbu dysponował poważną ofertą umożliwiającą mu szybką – w ciągu trzech miesięcy – prywatyzację wszystkich stoczni, w Gdyni, w Gdańsku i w Szczecinie. Dlaczego minister skarbu, pan Wojciech Jasiński nie skorzystał z prostej możliwości rozwiązania jednego z najtrudniejszych problemów polskiego przemysłu? Wydaje się, że odpowiedź jest tylko jedna – przed wyborami PiS zobowiązał się do rozdzielenia stoczni w Gdańsku i w Gdyni. Politycy PiS wspólnie ze związkowcami z Gdańska hucznie świętowali to wydarzenie. Gdyby oferta przedstawiona przez bank Fortis – bo o niej mowa – została przyjęta, stocznie te znowu miałyby jednego właściciela, czyli rząd PiS musiałby przyznać się do błędu, i to w okresie przedwyborczym. Drugi grzech to niekompetencja. Bo jak inaczej uzasadnić rezygnację z wystąpienia do Komisji Europejskiej z wnioskiem o objęcie naszych stoczni środkami ochronnymi, dzięki czemu przez uzgodniony czas nie podlegałyby one ograniczeniom pomocy publicznej? Do 1 maja 2007 r. można było wykorzystać możliwości, jakie daje art. 37 ust. 1 aktu dotyczącego przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zgodnie z tym zapisem państwo członkowskie w ciągu pierwszych trzech lat po przystąpieniu do Unii może zwrócić się o zezwolenie na wprowadzenie środków ochronnych na mocy ogólnej klauzuli ochronnej. A czym, jak nie brakiem kompetencji można uzasadnić bezdyskusyjne zaakceptowanie niekorzystnych dla naszych stoczni rozwiązań dotyczących gwarancji Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, które zgodnie z sugestią Komisji zostały uznane za pomoc publiczną, chociaż zdaniem ekspertów kwestia ta mogłaby stać się przedmiotem negocjacji? Przyglądając się przez dwa lata
Prawo unijne dotyczy i Polski

działaniom rządów PiS w stosunku do naszych stoczni, odnosiłem wrażenie, że długo nie chciały one przyjąć do wiadomości, że prawo unijne istnieje i dotyczy także Polski. Trzeci grzech – to decyzyjna impotencja. Podejmowanie zobowiązań w toku postępowania przed Komisją Europejską i ich niedotrzymywanie było w minionej kadencji niemal regułą. Powszechnie mówi się, że dotychczas nikt nie został ukarany z tytułu zaniechania. Może dlatego wobec niesłychanie trudnej sytuacji, w jakiej znajdowały się nasze stocznie, rząd PiS godził się na ich dryfowanie, zamiast na poważnie usiąść do stołu z Komisją i inwestorami, wyjaśnić kwestie związane z pomocą publiczną i środkami wyrównawczymi. Decyzja zapadła tylko w jednym wypadku: sprywatyzowana została Stocznia Gdańsk. Pilna potrzeba wykreowania sukcesu na potrzeby kampanii wyborczej – kandydatem PiS-u do Sejmu był prezes stoczni, Andrzej Jaworski – spowodowała, że transakcja ta została przeprowadzona bez uzgodnień z Komisją Europejską, w ogromnym pośpiechu, mocno kontrastującym z wcześniejszą opieszałością. Potem okazało się, że przeprowadzenie prywatyzacji bez wcześniejszego konsensusu z Ko-

misją może skutkować koniecznością zwrotu pomocy publicznej w wysokości tak dużej, że grozi to wycofaniem się inwestora. Inwestor ten aktualnie negocjuje kupno Stoczni Gdynia, aby zwiększyć możliwości zawarcia kompromisu z Komisją i poprzez efekty synergii ratować przedsięwzięcie. Minister Aleksander Grad, który po wyborach przejął odpowiedzialność za spółki stoczniowe, znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji. Komisja Europejska nie wyraziła zgody na nowe otwarcie negocjacji, umożliwiające zaproszenie nowych inwestorów. Z konieczności negocjacje musiały toczyć się w oparciu o procedurę zapoczątkowaną przez poprzedni rząd – z jednym inwestorem, który w maju się wycofał. W tej chwili rząd toczy dramatyczną walkę o skuteczne sprywatyzowanie naszych stoczni w niezwykle krótkim terminie. Trudno przewidywać, jaki będzie efekt tych działań, zależy on nie tylko od rządu, ale przede wszystkim od inwestorów i Komisji Europejskiej. Chcemy wierzyć, że będzie dobrze, ale nie możemy zapomnieć, komu zawdzięczamy tak głębokie tarapaty.
Minister Grad toczy walkę 4.09.2008

8

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Odzyskanie niepodległości we

Pierwsza siedziba
W czasie obchodów 325-lecia Wiktorii Wiedeńskiej w 2008 roku Daniel Olbrychski uosabiał króla Jana III Sobieskego FOTO PO

Świętujmy zwycięstwa, a nie klęski
Krakowska wiktoria PO
PO nie powinna pozwolić PiS i innym skrajnie prawicowym partiom na zawłaszczanie sfery uczuć i postaw patriotycznych. Dlatego z inicjatywy PO niedawno Kraków uroczyście świętował 325-lecie Wiktorii Wiedeńskiej.
325 lat temu wyruszyliśmy z odsieczą wierze chrześcijańskiej. Obrona chrześcijaństwa przed radykalnym islamem połączyła narody Austrii, Niemiec i Polski. Czy dzisiejsza geopolityczna mapa świata tak bardzo różni się od tej z czasów króla Jan III Sobieskiego? Dziś, jak i w XVII wieku, obserwujemy umacniające się imperium rosyjskie oraz żyjemy w stanie zagrożenia ze strony wojującego islamu. Gdyby husaria istniała w Stanach Zjednoczonych lub Anglii, to dziś cały świat oklaskiwałby wiktorię tej formacji, a przemysł turystyczny, zorganizowany wokół odtwarzania jej zwycięstw przynosiłby krocie. By stworzyć nową, atrakcyjną ofertę turystyczną wystarczy sięgnąć po to, co już mamy w Krakowie, ale trzeba podać to w radosnej i atrakcyjnej formie. Obchody 325 rocznicy Wiktorii Wiedeńskiej udowodniły, że można zaproponować coś unikatowego na skalę światową, coś wyłącznie polskiego i krakowskiego. Wierzę, że echa Wiktorii Chrześcijaństwa z 1683 roku, obchodzonej w Krakowie z inspiracji młodej Platformy Obywatelskiej, mogą wywołać nowe prądy polityczne i intelektualne wśród Polaków i Europejczyków. PO nie powinna pozwolić PiS i innym skrajnie prawicowym partiom na zawłaszczanie sfery uczuć i postaw patriotycznych. Musimy jednak się od nich odróż-

niać. Po pierwsze z „kierunku” polityki historycznej musimy wybrać zwrot przeciwny wobec obowiązującego w polskiej debacie od połowy XX w. Czcijmy i świętujmy nasze zwycięstwa, a nie klęski. Po drugie: bylejakość, prowizorka, papierowe zbroje, ziejące nudą konferencje muszą być zastąpione przez radosne i z rozmachem organizowane spektakle oraz pokazy kierowane do masowej widowni. Platforma dobrze sobie radzi w trafianiu do serc Polaków, co niewątpliwie jest przemyślaną strategią naszego lidera. By tę umiejętność utrwalić i pielęgnować, należy ją oprzeć na tym, co drzemie głęboko w naszej duszy. Rzeczpospolita Wielu Narodów była największym obszarem wolności Europy XVII wieku, rozciągającym się na terenach obecnej Białorusi, Estonii, Litwy, Łotwy, Polski i Ukrainy. Był to jedyny okres naszej historii, kiedy słowo „Polak-Lach” budziło respekt i szacunek Europejczyków. Czy i dziś jest to możliwe? Wierzę, że tak, ale najpierw należy obudzić w rodakach uśpione pragnienia i instynkty. Wielkie narodowe rekolekcje kwietnia 2004 roku, po śmierci Ojca Świętego, zmieniły nasz sposób myślenia i działania. Młoda Platforma w Krakowie wprowadza je w życie czynem, nie słowem.
Paweł Bystrowski pomysłodawca obchodów

Wacław Jędrzejewicz (1893-1993) dyplomata, polityk i historyk. Zakładał Polską Organizację Wojskową; po 1918 roku oficer wywiadu na Wschodzie; uczestnik rokowań Traktatu Ryskiego z bolszewicką Rosją, attache wojskowy w Tokio. W trzech rządach minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W 1939 przez Rumunię do Francji ewakuował skarb narodowy. Od 1941 w USA, założyciel i prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Autor „Kroniki życia Józefa Piłsudskiego 1867-1935”.
rzem Komisji Wojskowej Tymczasowej Rady Stanu. Zobaczyłem Piłsudskiego w korytarzu, wyglądał bardzo niedobrze, był szary i zmęczony. Otoczony szeregiem osób rozmawiał, śmiał się i zaraz poszedł do przygotowanego dla niego pokoju by się umyć, ogolić i trochę wypocząć. Podczas kąpieli panie Romanówny zajęły się oczyszczaniem i reperowaniem jego munduru. Okazało się, że Piłsudski nie ma zmiany bielizny, podobnie jak Sosnkowski, który już wcześniej przyjechał do pensjonatu z Prystorem i Stamirowskim. Poszliśmy więc ze Stamirowskim, zwanym Kizią, do bardzo dobrego magazynu ubrań męskich Ignatowskiego w hotelu Savoy na Nowym Świecie róg Ordynackiej. Ale nie znaliśmy numerów koszuli. Przeto wzięliśmy dla pewności parę koszul, bieliznę, skarpetki różnych wymiarów, które p. Ignatowski, gdy się dowiedział o kogo chodzi, zakredytował nam niezwłocznie. Odnieśliśmy to wszystko do pensjonatu. Tam zainstalowała się prowizorycznie Komenda Naczelna Nr 1 (okupacja niemiecka). Ja dostałem polecenie przygotowania listy oficerów POW, którzy mieli uzyskać stopień podporucznika. Tymczasem wkrótce zameldowano mi, że oddział żandarmerii POW pod komendą Zajączkowskiego zajął z bronią w ręku komendę tajnej policji niemieckiej na Wierzbowej (późniejsze MSZ). W akcji tej wzięła udział członek naszej żandarmerii, obywatelka Giga (Jadwiga Puławska), późniejsza moja żona. Kilku peowiaków przyprowadziło tu, do pensjonatu, paru aresztowanych tajniaków Geheimpolizei. Zamknęliśmy ich na razie w wolnym pokoju nie wiedząc, co z nimi zrobić. Przy drzwiach stał młody chłopak z POW z rewolwerem w ręku. A tu się kręcą na korytarzu ludzie, chcący się zobaczyć i rozmawiać z Komendantem. Zawiadomiliśmy go o tych niemieckich policjantach. Polecił ich wypuścić i zabronił, by im się coś stało. Rozbrajanie Niemców w Warszawie trwało parę dni, działały tu z naszej strony oddziały Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht) i POW. Na ogół Niemcy łatwo składali broń, ale były walki na dworcu wiedeńskim, koło Ratusza i w innych miejscach. Istotną sprawą, poza ułożeniem stosunków z niemiecką Radą Żołnierską i ewakuacją oddziałów niemieckich z Polski, była sprawa utworzenia rządu. Nie miałem z tym nic do czynienia, ale jako członek Komendy Naczelnej byłem na zebraniu kilkunastu działaczy politycznych na Szpitalnej, w lokalu Komendy. Pamiętam ożywioną dyskusję, po której Piłsudski powiedział: „No to niech Ignac tworzy rząd” . Jednak okazało się po kilku dniach, że Daszyński nie mógł go utworzyć z powodu oporu Narodowej Demokracji i ostatecznie pierwszy rząd niepodległej Polski
Niemcy łatwo składali broń

Spisane po pół wieku w Nowym Jorku wspomnienia sędziwego już oficera marszałka Józefa Piłsudskiego, współzałożyciela Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), dyplomaty i ministra Drugiej Rzeczpospolitej, zadziwiają obrazowością i pietyzmem, z jakim odtwarza on szczegóły historycznych wydarzeń odzyskiwania przez Polskę niepodległości po wielkiej wojnie światowej 1914- 1918.
Nie mogę sobie przypomnieć pierwszych dni listopada 1918 r. Byliśmy wtedy niesłychanie podnieceni, gdyż koniec wojny i klęska Niemiec wyraźnie zbliżała się z dnia na dzień. W okupacji austriackiej (Komenda Naczelna POW Nr 2 w Lublinie) już się zaczęło rozbrajanie Austriaków, ale w Warszawie dyscyplina wojsk niemieckich nie wskazała na jakiekolwiek zmiany. 10 listopada, w niedzielę, ktoś zatelefonował do mnie o 9.00 rano bym zaraz zgłosił się do Komendy Naczelnej w pensjonacie panien Romanówien, peowiaczek, na ulicy Moniuszki 2. Powiadomiono mnie, że Komendant Piłsudski jest już w Warszawie i znajduje się w tym pensjonacie. Można sobie wyobrazić jak pędziłem ze Wspólnej na Moniuszki. Zastałem tam już mego brata, Janusza, który trafił tam jednocześnie z Piłsudskim, wracającym od księcia Lubomirskiego. Janusz spotkał się z Piłsudskim w windzie. Piłsudski znał go dobrze, gdyż Janusz był sekretaKoszule dla Komendanta

Tych, którzy na podstawie tekstu w poprzednim numerze „POgłosu” uwierzyli, że obchody te odbyły się nie w 2008 roku , a 25 lat wcześniej, serdecznie przepraszamy. Najbardziej – posła Jerzego Fedorowicza, w którego tekście umieściliśmy tę niespodziankę. Redakcja.

listopad 2008

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

9

„Wspomnieniach” Wacława Jędrzejewicza

Piłsudskiego na Moniuszki 2

utworzył Jędrzej Moraczewski. Rada Regencyjna rozwiązała się 14 listopada. Byliśmy wszyscy w tych dniach zajęci mobilizacją POW, która dała ostatecznie około 50 tysięcy ochotników do wojska polskiego. W tym stanie służby wojskowej znajduję daty: 11 listopada 1918 do 15 stycznia 1919 Naczelne Dowództwo, Oddział I, referat mobilizacji POW. Ale coraz to byłem powołany do różnych innych prac.

„Prowadziłem was chłopcy, po ciężkich drogach, prowadziłem po ciężkich ścieżkach. Żołnierz lubi triumf, żołnierz lubi wawrzyny, żołnierz lubi jasne słońce zwycięstwa. Ja zaś prowadziłem was po ciemnicach, po turmach, które niejednemu serce i charakter łamały, bo nie bałem się prowadzić po tych drogach, nie balem się, że wy się załamiecie.” „Koledzy! Zakończę okrzykiem, za który dziadkowie i ojcowie umierali, zakończę okrzykiem, za który nasi koledzy krwią, serdeczną krwią, Polskę broczyli. Koledzy! Niech żyje Polska!”
Józef Piłsudski

I tak, gdy 20 listopada 1918 r. przybył do Warszawy hr. Harry Kessler, jako poseł niemieckiej republiki, dostałem polecenie przywitania na dworcu wiedeńskim razem z przedstawicielem MSZ. Znaleźliśmy go w wagonie sypialnym, zameldowałem się mu i wszyscy pojechaliśmy samochodem do hotelu Bristol, gdzie MSZ zarezerwowało pokoje dla Kesslera. Tymczasem w hotelu odmówiono nam pokojów bojąc się demonstracji antyniemieckich. Przedstawiciel MSZ z trudem przekonał jednak zarząd hotelu, który ostatecznie umieścił Kesslera w Bristolu. Lecz przedtem, jadąc otwartym samochodem z dworca wiedeńskiego do hotelu, gdy przejeżdżaliśmy plac Małachowskiego, wiatr zerwał z głowy Kesslera melonik. Musiałem zatrzymać samochód i gonić za melonikiem po placu. Pomyślałem sobie: niedobry znak, długo tu nie posiedzisz. Pod naciskiem opinii publicznej MSZ musiało 25 grudnia prosić
Niemiecki poseł gubi melonik

Kesslera o opuszczenie Warszawy. Trzeba przyznać, że Piłsudskiemu Kessler był niezbędny, gdyż bardzo pomagał w ewakuacji przejeżdżających przez Polskę wojsk niemieckich z Rosji. Piłsudski znał go jeszcze z walk z I Brygady na Wołyniu, a potem widywał w Magdeburgu, skąd Kessler wywiózł Piłsudskiego i Sosnkowskiego do Berlina 8 listopada 1918 r. Z polskiego punku widzenia i potrzeb polskich tych dni obecność posła niemieckiego była ogromnie potrzebna. Z międzynarodowego punktu widzenia było to absurdem: Polska nie miała stosunków dyplomatycznych ze zwycięskimi mocarstwami zachodnimi i rząd polski nie był jeszcze przez nie uznany, a tymczasem poseł pobitych Niemiec był akredytowany przy rządzie polskim. Sytuacja dosyć paradoksalna. Zajęty mobilizacją POW, coraz to wpadałem do mieszkania Piłsudskiego na Mokotowskiej 50, gdzie przeniósł się po kilku dniach pobytu w pensjonacie na Moniuszki. Pamiętam dobrze to typowe czteropokojowe mieszkanie warszawskie, w którym przedtem mieszkał Czesław Świrski, z bojówki PPS. Brał on udział w akcji pod Bezdanami, potem został ujęty i skazany na śmierć. Świrski miał tytuł książęcy i przez stosunki w Petersburgu zamieniono mu karę śmierci na wieloletnie więzienie. Oswobodziła go rewolucja w Rosji. Wówczas to zaprzyjaźniłem się ze Świrskim, który został adiutantem Piłsudskiego, a po wielu latach rejentem bodajże w Garwolinie. Gdy Hit-

ler doszedł do władzy, Świrski zdecydował się wyjechać do Brazylii. Kupił jakąś posiadłość w San Paulo i otworzył tam pensjonat. Przed wyjazdem mówił nam: Nic nie rozumiecie, co się tu będzie działo. Był to bardzo miły i serdeczny człowiek. Pamiętam odprawę Komendy Naczelnej POW na Mokotowskiej. Było nas kilkunastu na niej: Koc (Komendant Naczelny), Libicki, Sławek, Woysznar-Opieliński, Janusz Gąsiorowski, Adam Skwarczyński, Miedziński, Stanisław Hempel i inni. To była krótka odprawa. Komendant serdecznie dziękował nam za naszą pracę pod okupacją niemiecką. Dłuższe przemówienie poświęcone POW Piłsudski wygłosił 29 listopada wieczorem w kasynie oficerskim Sztabu Generalnego. Przytaczam z niego parę zdań: „Prowadziłem was chłopcy, po ciężkich drogach, prowadziłem po ciężkich ścieżkach. Żołnierz lubi triumf, żołnierz lubi wawrzyny, żołnierz lubi jasne słońce zwycięstwa. Ja zaś prowadziłem was po ciemnicach, po turmach, które niejednemu serce i charakter łamały, bo nie bałem się prowadzić po tych drogach, nie balem się, że wy się załamiecie.” I zakończył to przemówienie słowami: „Koledzy! Zakończę okrzykiem, za który dziadkowie i ojcowie umierali, zakończę okrzykiem, za który nasi koledzy krwią, serdeczną krwią, Polskę broczyli. Koledzy! Niech żyje Polska!” Można sobie wyobrazić, jakie wrażeOdprawa u Komendanta

nie te słowa wywołały na nas młodych oficerach powstającego regularnego wojska polskiego. Po tym przemówieniu Piłsudski udał się do Belwederu, w którym miał zamieszkać. Poczyniono odpowiednie zmiany, jakoś umeblowano ten pałac. Kustosz Kazimierz Skórewicz oprowadzał nas po Belwederze. Największe zaciekawienie budziły ukryte schody wielkiego księcia Konstantego, prowadzące z pokoju adiutantów na dole do dwóch pokojów na górze, do których można było dostać się także główną klatką schodową. Tymi ukrytymi schodami podobno Konstanty uciekł z Belwederu w noc listopadową 1830 r. Mieszkanie belwederskie było bardzo niewygodne. Amfilada kilku reprezentacyjnych pokojów łączyła się z prawym skrzydłem pałacu, gdzie były pokoje prywatne. Piłsudski zamieszkał na górze, gdzie był jego pokój sypialny i jednocześnie gabinet, i używał schodów Konstantego dla komunikowania się z adiutantami. W dużej sali jadalnej było kasyno belwederskie. Tu Piłsudski jadał obiady razem z oficerami Adiutantury Generalnej. Wpadałem do Belwederu ze Sztabu Generalnego, gdzie pracowałem, bo często trzeba było uzgodnić różne sprawy. Rzadko je referowałem Komendantowi, najczęściej adiutantom: Stamirowskiemu, Świrskiemu czy Świtalskiemu. Przez nich otrzymywałem decyzje Piłsudskiego.

(na podstawie rękopisu książki wydanej przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1993 jako: Wacław Jędrzejewicz, „Wspomnienia”)

10

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Większość z tego, co zrobili ministrowie, nie skupiła

Normalnie. Bez awarii
Czym żyłyby media, gdyby zabrakło politycznych awantur i katastrof? Bezawaryjność nie jest medialna. Normalność nie nadaje się na newsa. Może dlatego działania rządu, który przez rok wyprowadzał państwo na spokojne wody, umykały uwadze mediów.
Najłatwiejszy chyba dzisiaj sposób zarabiania pieniędzy to pisanie czy mówienie, że rząd nic nie robi, że nie sprawił cudu, że nie przeciwdziała kryzysowi, że drożyzna, że nie ma ideologii, jasno nakreślonego planu, wyznaczonych celów, że nie rządzi ambitnie. Że nie ma podatku liniowego, a służba zdrowia jest ciągle chora. Narzekają opozycyjni politycy, co oczywiste, narzekają dziennikarze, bo tylko złe wiadomości dobrze się sprzedają, narzekają tak zwani zwykli ludzie. Nie wiem, czy istnieje takie państwo i czy kiedykolwiek były takie czasy, żeby ludzie nie narzekali na rząd. Oczywiście, jeżeli mogli narzekać, czyli tylko w dobrych demokracjach, w których zresztą jest znacznie mniej powodów do narzekania, niż w dyktaturach, gdzie narzekać nie wolno. A jak ludzie mogą, to narzekają. Przed rokiem, kiedy premier Tusk i jego ministrowie obejmowali gabinety z kompletnie pustymi biurkami, nie tylko nie zastali mitycznych już 3 mln mieszkań, zastali za to ruinę stoczni, rozbabrane autostrady, gorący spór z ekologami i z UE o drogę przez dolinę Rospudy, dramatyczną sytuację w nowym porcie lotniczym, zniszczoną służbę cywilną, strajki w służbie zdrowia, strajki celników, pocztowców, zapowiedź strajku kolejarzy. Co by się działo, gdyby 30 marca port lotniczy nie spełnił wymogów związanych z otwarciem granic? Trudno to sobie wyobrazić. A sytuacja była – wydawało się – nierozwiązywalna. Tymczasem w ciągu trzech miesięcy ten tak krytykowany minister infrastruktury cicho i bez rozgłosu doprowadził do rozwiązania nierozwiązywalnego pata. Równie bez rozgłosu – a może szkoda – doprowadził do zakończenia wieloletniego konfliktu i podpisania umów na obydwu autostradach A1 i A2. Wygrał strajk z pocztowcami i nie dopuścił do strajku na kolei. Sprawy załatwione wydają się drobne i małe. Gdyby jednak nie zostały one załatwione, byłyby gigantyczne afery, jak ongiś białe miasteczko niezadowolonych pielęgniarek pod KPRM. Cicho i bez jednej poprawki przeszła przez Sejm i Senat specustawa drogowa. Każdy, kto o budowie autostrad i innych dróg wie trochę więcej niż to, że rząd ich nie buduje, wie też, że największą trudność stanowi nie budowa, ale przygotowanie inwestycji, w tym uporanie się z licznymi protestami. Wprowadzenie prawa, że protesty nie wstrzymują inwestycji, skrócenie i uproszczenie uzyskiwania wymaganych zezwoleń – to jest klucz do autostradowego przyspieszenia. A to właśnie zostało zrobione. Bez rozgłosu i PR-u.

W cywilizowanych krajach
Rok temu Platforma Obywatelska wygrała wybory parlamentarne

FOTO PO

Rozmowa z Julią Piterą, pełnomocnikiem ds. Opracowania Programu

Mówi Julia Pitera, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

No i co z tym dorszem, Pani Minister? Odpowiem pytaniem: czy zauważył pan, jak się komentowało w Sejmie sprawę 300 zł diety wyłudzonej drogą nieprawdziwych usprawiedliwień za nieobecność podczas głosowania? Inaczej niż dorsza. Za poprzedniego rządu nieustannie powtarzano hasło „zero tolerancji” nowojorskiego komendanta policji William Brattona. Powtarzane było na różne sposoby, zwłaszcza przez byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. Niestety, opacznie w stosunku do tego, co ono znaczyło. Otóż „zero tolerancji” znaczyło , że państwo, które toleruje najmniejsze nawet delikty, za chwilę będzie całe przeżarte przestępczością. Bowiem każdy człowiek, któremu ujdzie na sucho lekkie naruszenie prawa czy też obyczaju,

może wkrótce dokonać przestępstwa znacznie poważniejszego. I te 300 złotych jest właśnie taką – już poważną – sprawą. Skoro wcześniej kwotę 8 złotych 16 groszy za dorsza wyśmiewano, skoro 600 zł za spinki do mankietów wyśmiewano, skoro pojedyncze wydatki – mniejsze i większe – też wyśmiewano – to znaczy, że każdy, że wszyscy en bloc mogą poświadczać nieprawdę. Posłowie w Sejmie też.

Czy jednak sprawa dorsza nie przyczyniła się do erozji Pani pozycji w Platformie i w rządzie? Nie. Przypomnę, że w czasie mojej kadencji w radzie Warszawy zorientowałam się, że w samorządzie warszawskim akceptowane są patologiczne mechanizmy, polegające na zasiadaniu radnych w radach nadzorczych spółek komunalnych. To klasyczne przekupstwo władzy wykonawczej widać było gołym okiem. I zaczęłam wtedy mówić, że taka możliwość powinna być absolutnie zlikwidowana, bo psuje polskie życie publiczne. Na moją głowę posypały

się gromy: że ja w ogóle nie rozumiem, że nie znam się na samorządzie, że kto lepiej będzie pilnował spółek, niż sami radni. Była to reakcja porównywalna z reakcją na mój raport o kartach kredytowych. Tymczasem wkrótce potem rozpoczęła się poważna dyskusja i dziś mamy przepisy, które nie pozwalają na to. Dobrze wiem, jaką drogę przez mękę trzeba przejść, żeby ludzie, którzy uważają, że to są fanaberie pańci nie mającej o niczym zielonego pojęcia, zrozumieli wreszcie, że takie są standardy w cywilizowanych krajach. Tam nie ocenia się kwoty, o którą chodzi, tylko trzymanie się zasad. W Polsce duża część dziennikarzy wystąpiła przeciwko mnie. W Wielkiej Brytanii dziennikarze domagali się od rządu informacji dotyczących podobnych wydatków – i rząd przegrał. W gazecie polonijnej ukazał się artykuł „Pitera potrzebna w Wielkiej Brytanii”.

ternetowych, mało tego, na początku kwietnia musieli ją podpisać wszyscy ministrowie. I żaden wydatek, który nie spełnia warunków, nie będzie rozliczony. To rozporządzenie obejmuje wyłącznie administrację rządową. A my chcemy, by te zasady objęły całą administrację publiczną, przepisy muszą mieć rangę ustawy. Dlatego Ministerstwo Finansów, przygotowując nową ustawą o finansach publicznych, pracuje już i nad tym standardem.

Gratuluję. Czy te wydatki będą jakoś uregulowane? Wewnętrzna regulacja rządowa jest już dawno i wisi na stronach in-

Do tego trzeba też będzie zmienić ustawę o rachunkowości. Nie, bo ona już teraz precyzyjnie rozstrzyga, co i jak należy zaksięgować. Ja się dziwię, kiedy urzędy centralne lekce sobie to ważyły. Niech pan spróbuje udać się w delegację, wysłany przez prywatnego wydawcę, i spróbuje odebrać pieniądze za takie same rachunki, jak te, które przedkładają urzędnicy. Ja bym chciała zobaczyć, czy pan dostanie zwrot wydatku. Czy przygotowuje się też projekt nowelizacji

ustawy o CBA? Była Pani zwolenniczką rozszerzenia zadań CBA o monitorowanie i edukowanie. Na razie nad takimi przepisami nie pracowaliśmy. Natomiast chciałabym, żeby w jakiejś instytucji powstała komórka monitorująca procesy w całym państwie. Wiem, że rozmaici moi adwersarze mówią, że jestem detalistką, ale walka ze zjawiskiem korupcji w Polsce nie odnosiła sukcesów, bo do tego podchodziło się z dwóch płaszczyzn. Filozoficzno-etycznych lub naukowych. Wiadomo było, że jest bardzo dużo przetargów, które naruszały prawo. Rzecz polega na tym, że wiedza ogólna o naruszaniu przepisów nie wystarczy bez znajomości poszczególnych przypadków. Dopiero ich znajomość pozwala ustalić ten punkt ustawy, który trzeba zmienić. „Strategia Antykorupcyjna 2002 – 2008” niczego nie zmieniła. Była katalogiem obszarów, na których występuje korupcja, ale nie wskazywała miejsc, w których tkwią przyczyny do usunięcia.

listopad 2008

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

11

uwagi mediów

Komisja posła Janusza Palikota przygotowała zmiany, które nie wywracają państwa do góry nogami, jak chcieliby niektórzy, ale ułatwiają działanie przedsiębiorcom. Choćby przez likwidację obowiązku przechowywania paragonów. A to oznacza uwolnienie wielu metrów powierzchni magazynowych, co ma wymierny skutek finansowy. Ważne ułatwienia dla przedsiębiorców wprowadza przyjęty przez rząd „pakiet Szejnfelda”. Komisji Palikota udała się jednak znacznie większa sztuka. Udało się jej zmobilizować do działania tysiące, dziesiątki tysięcy obywateli, organizacje pracodawców, biznesmenów, rzemiosła i Krajową Izbę Gospodarczą. To oni sfinansowali liczne ekspertyzy za 2,5 mln zł. To oni pracowali nad wyszukiwaniem najbardziej uciążliwych, a możliwych do usunięcia przepisów. To przecież było swoiste pospolite ruszenie. A minister kultury, który robi rewolucję w szkołach? Może za parę lat, dzięki programowi szkolnej edukacji dla kultury, dzięki pięćdziesięciu pięciu tysiącom szkolnych filmotek wyrośnie pokolenie, w którym kulturalny analfabetyzm będzie wyjątkiem, a nie regułą? Podobnie dzięki programowi „Orlików” być może wychowamy ludzi nie tylko zdrowszych fizycznie, sprawniejszych, ale też takich, którzy potrafią działać w grupie, współpracować ze sobą nie tylko w organizowaniu protestów. Krytykanci rządowi nie chcą pamiętać, że uporanie się z protestem pielęgniarek zajęło ekipie Jarosława

Jedną z podstawowych przyczyn korupcji w Polsce jest przeregulowanie życia społeczno-gospodarczego z jednej strony, z drugiej zaś większość przepisów regulujących relacje obywatela i firmy z urzędem zawiera możliwość arbitralnych decyzji. Ustawy mówią, że urząd „może”. Te różne „może” tworzą pola, na których potencjalnie korupcja zagraża. A do tego brak jest nadzoru. Mamy w ręku instrumenty, na przykład biura skarg w instytucjach publicznych. Nasilający się napływ skarg powinien sygnalizować, że się dzieje coś złego. To powinno wystarczyć do podjęcia kontroli w tej jednostce. Przeregulowanie przy braku nadzoru daje efekt straszny. Jeśli nikt nie pilnuje urzędnika, od którego zależy owo „może”, to skutki są takie, jakie są. Dlatego chciałabym stworzyć stały instrument monitorująco-analizujący, który by na bieżąco korygował przepisy, również wewnętrzne i w jakiś sposób dyscyplinował urzędników. Czy jest potrzeba stworzenia – jak Pani mówi – komórki analityczno-monitorującej, skoro są i instytucje kontrolne, jak NIK, i

ważne są zasady, nie kwoty
Jacek Fedorowicz Elżbieta Misiak-Bremer

Kaczyńskiego wiele tygodni, zaś obecna ekipa – tak zdaniem Kaczyńskiego nieudolna – poradziła sobie z protestem celników w ciągu kilkunastu godzin. Szczególnie, że tym akurat strajkiem „różne szatany” kręciły. Reforma KRUS – niewystarczająca, zmiany zaledwie kosmetyczne. Miał być bon oświatowy, a nie ma – krytycy dokładnie pamiętają, co rząd zapowiadał. Krytykom nie starcza palców, aby policzyć, ilu posłów może popierać dany projekt. A bez takiego poparcia nawet najbardziej genialny projekt wart jest tyle, co papier, na którym go zapisano. Szczególną uwagę przyciągają krytyczne uwagi byłych posłów i polityków. Bardzo dobrze teraz wiedzą, co trzeba robić, jak prowadzić politykę. Dlaczego, kiedy byli w polityce nie potrafili zjednać poparcia dla swoich poglądów, propozycji rozwiązań? Polityka jest sztuką zdobywania zwolenników. Trudną, a nawet bardzo trudną sztuką, ale jedyną dopóki nikt nikogo w Polsce na czołgach do władzy nie wprowadza. I trzeba doprawdy poczucia realizmu, aby przyjąć, że w gąszczu sprzecznych interesów politycznych i ekonomicznych, oporu materii, bezwładzie biurokracji, nieracjonalności, niedostatku intelektu i talentów organizacyjnych zaledwie mała część naszych najwspanialszych pomysłów może być zrealizowana. Dobrze o tym pamiętać, kiedy z wyżyn wspaniale wypracowanych teorii będziemy wydymać usta z obrzydzenia na to, co robi, czy czego nie robi rząd.

eklaruję niniejszym wsparcie dla rządu. Proszę to traktować jak luźną propozycję, z której będę mógł się wycofać, jak zmienię zdanie. Otóż myślę, że rząd mógłby mnie obwozić po jarmarkach i pokazywać przygodnie napotkanej ludności jako żywą ilustrację słuszności niektórych pomysłów, planów rządowych, akcji, czy projektów legislacyjnych. Pierwsza akcja rządowa, którą mógłbym pozytywnie zilustrować, to akcja „sześciolatki do szkół”. Mam w tym względzie doświadczenie może nie tak idealnie pasujące, jak by się chciało, bo nie poszedłem do szkoły jako sześciolatek, ale nie poszedłem, bo nie miałem po co. Podobnie zresztą jak mój rówieśnik prawie idealny (jestem młodszy o kilka godzin) Stanisław Tym, który w wieku lat sześciu też w pierwszej klasie nie miałby co robić, no, ewentualnie zatrudnić się jako nauczyciel. Obaj czytaliśmy i pisaliśmy (choć trzeba przyznać: z błędami) w wieku lat pięciu i obaj zdaliśmy maturę mając lat piętnaście z hakiem. Piszę to nie żeby się przechwalać, ale żeby zwrócić uwagę, że mimo dość wczesnego startu, obaj jakoś dotrwaliśmy w niezłej formie do wieku pozwalającego oglądać już pierwsze zarysy mety. Przy pewnej dozie dobrej woli dałoby się nawet wymienić pewne momenty w naszych życiorysach świadczące, że ten wczesny start nas nie wykoleił, ani nie przeszkodził w tym, co – zakładając życzliwość osądu – nazwać można karierami życiowymi. Nikogo nie namawiam do posyłania sześciolatka do szkoły na siłę. Ale

Wyznania wczesnego ucznia, późnego emeryta

DZIŚ PREMIERA: FELIETON JACKA FEDOROWICZA

D

Jacek Fedorowicz

zwracam uwagę, że dzieci są różne i jeżeli ktoś ma w domu takie, co by do szkoły udało się chętnie, to nie należy od razu gnać z nim do psychiatry, tylko zaryzykować, niech sobie idzie, może mu to na dobre wyjdzie. Jeszcze raz podkreślam, nie namawiam, moja dziwaczna droga szkolna spowodowana była w ogromnym stopniu nienormalnymi czasami wojny, po której poszedłem, jako ośmiolatek, od razu do czwartej klasy – wiadomości jakoś dziwnie łatwo wchodziły mi wtedy do głowy. Zahamowanie nastąpiło dopiero w wieku dojrzałym, proszę mnie nie odpytywać z dat, wzorów chemicznych, a ostatnio z nazwisk najbliższych znajomych, ale nie przypuszczam, żeby zawinił tu wczesny start. Późniejszy – podejrzewam – sprawiłby, że dziś byłoby jeszcze gorzej. Drugi element do wykorzystania w akcji propagującej zamierzenia rządu,

FOTO EN

to ewentualna próba nakłonienia rodaków do życzliwego spojrzenia na zaganianie do pracy staruszków. Zgodny chór związkowców krytykujących ograniczanie prawa do wcześniejszych emerytur od razu mnie tu potępi, nie mniej wykażę się uśpionym nieco instynktem samozachowawczym i powiem, że bardzo się cieszę, że pracuję. Owszem, czasami klnę, że nie mam urlopu, ledwo dyszę, mózg mi się przegrzewa, narzekam na nadmiar pracy, ale gdybym jej nie miał, czułbym się znacznie gorzej. Lat mam 71, niby dużo, ale pomysł, że z tego powodu miałbym przestać pracować, wydaje mi się dziwaczny. Nie wszystko już mogę robić, to prawda, akrobacja odpada, strip-tease też. Na tych jarmarkach powinienem się pewnie pokazywać w jakiejś maseczce, jako że używanie zniszczonej fizjonomii staruszka w celach propagandowych może być kontrproduktywne, ale poczekajcie młodzi, poczekajcie, jest was tak mało, a my się tak dobrze trzymamy, że i w reklamy się niedługo wedrzemy jako silna reprezentacja. Ogólnie znane stwierdzenie, że społeczeństwo się starzeje, jest niestety prawdą i nie ma rady, trzeba pracować dłużej czy się chce czy nie, mój przykład niech zaświadczy, że są tacy, którzy z tego powodu nie cierpią. I takich jest więcej, niż by się wydawać mogło. I to powinna usłyszeć ludność oraz związki zawodowe. Powinien też usłyszeć rząd i ośmielić się w wysiłkach, aby chętniej zatrudniano staruszków.

Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych

aparat ścigania, od policji po wyspecjalizowaną agencję? Tak, widzę taką potrzebę. Kontrola nie może się kończyć efektowną konferencją prasową, tylko prawidłowo złożonym wnioskiem do prokuratury. Prokuratury uchylają większość przypadków i to powinno też być sygnałem dla Prokuratury Generalnej, że coś jest nie w porządku. Martwi mnie zbyt mała wytrwałość Najwyższej Izby Kontroli. Może dzieje się tak dlatego, że ta instytucja ma w swoich władzach zbyt wielu polityków lub osób z powiązaniami politycznymi? Niewiele osób, wskazanych przez NIK po jej kontrolach, zostało skazanych prawomocnym wyrokiem. Wystąpiłam do Izby o wykaz wszystkich wniosków pokontrolnych, które zostały złożone do prokuratury, izb skarbowych, rzeczników dyscypliny finansowej, przy okazji powiem, że ponad 20 było źle skierowanych (do niewłaściwej instytucji). Wysłałam ponad 200 zapytań do różnych instytucji, do których NIK przesłał wnioski pokontrolne. I na tej pod-

stawie mogę mówić o mankamencie naszej zbiorowej świadomości: wszyscy w Polsce chcą mieć ogromne uprawnienia i żadnej odpowiedzialności. Proponowaliśmy dobudowanie do CBA drugiego filara analitycznomonitorującego. I tu zaczęły się trudności z NIK-iem, bo niektóre zadania byłyby zdublowane.

Co Pani zamierza zrobić z kumoterstwem? W społeczeństwie o chłopskich korzeniach dbałość o najbliższych, choć prowadzi do wynaturzeń, nie jest postrzegana negatywnie. Przygotowałam i rozesłałam ankietę do różnych jednostek administracji, różnych agencji itp. Ankieta jest tak przygotowana, że będzie bardzo trudno coś ukryć lub przekręcić. Planujemy, by osoby zobowiązane do składania rocznego oświadczenia majątkowego wpisywały do niego także swoich bliskich, zatrudnionych w strukturach administracji publicznej. Nie można zakazać krewnym pracy w tych jednostkach, ale niech to będzie

jasne, gdzie i kto pracuje. Tego rodzaju jawna informacja, że np. pana szwagier, po roku pańskiej pracy w jakimś urzędzie, został zatrudniony w jednostce od tego urzędu zależnej, albo awansował o trzy szczeble, będzie stanowić świetną pożywkę dla mediów, a także będzie sygnałem dla zwierzchników. Projekt ustawy powinien być gotowy w grudniu. Komórki legislacyjne Kancelarii Premiera już pozytywnie wypowiedziały się o jej zgodności z konstytucją.

szkody. Jest i drugie zjawisko: „nic nie wiedziałem, co robi zatrudniony przeze mnie X”. Najwyższa pora, by zacząć traktować instytucje publiczne według tych samych kryteriów, według których dbamy o interes prywatny.

A co na to koalicjant, który nie widzi nic zdrożnego w zatrudnianiu bliskich, wręcz przeciwnie, twierdzi, że to dobrze, gdy dzieci kontynuują zawód rodziców? Nie ma lekko. Trzeba oddzielić życie zawodowe od prywatnych relacji. Jakże często się zdarza, że jakaś sprawa w prokuraturze nie może przejść, bo akurat burmistrz studiował z prokuratorem rejonowym. W Polsce jakoś nie potrafimy tych dwóch sfer oddzielić – i potem takie niezałatwione sprawy wracają rykoszetem i wyrządzają znacznie większe

Myśli Pani, że się uda? Że materia polityczna i społeczna nie jest zbyt oporna? W Polsce jest coraz więcej obywateli, którzy mają tego dosyć. Już około 80 proc. Polaków pracuje w sektorze prywatnym i dobrze wie, jakie rachunki można rozliczyć w księgowości i co się stanie, gdy osoby, podejrzane o nadużycia, nie zostaną odsunięte od obowiązków. Z tego właśnie powodu najwięcej obrońców miałam zawsze wśród zwykłych ludzi, których drażni, że to, co jest niedopuszczalne wewnątrz przedsiębiorstwa, w instytucji państwowej jest nie tylko dopuszczalne, ale wręcz akceptowane. Jest Pani optymistką? Tak.

Rozmawiał Piotr Rachtan

12

Franek z politycznej rodziny
Podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku obalimy dyktaturę Aleksandra Łukaszenki – twierdzi młody lider białoruskiej opozycji, Franek Viacorka.

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Na Białorusi opozycja podobna jest do tej polskiej sprzed lat dwudziestu

– Jak zająłeś się polityką i zostałeś opozycjonistą? – Urodziłem się w politycznej rodzinie. Mama zajmowała się odrodzeniem folklorystycznej muzyki białoruskiej, tata był jednym z założycieli ruchu demokratycznego w końcu lat 70., kiedy mało kto się spodziewał szybkich zmian. Na moich oczach rozpadł się Związek Radziecki, na moich oczach Łukaszenka uzurpował władzę. Ja po prostu nie mogłem trwać w takiej niesprawiedliwości. – Jak na was, opozycjonistów, patrzą zwykli Białorusini? – Wielu ludzi widzi w nas alternatywę. W porównaniu ze starą nomenklaturą, „czynownikami” z dużymi brzuchami, my jesteśmy współcześni, dynamiczni i europejscy. Ale to nie tyczy stałego elektoratu Łukaszenki – ludzi po pięćdziesiątce, dla których Łukaszenka to nostalgiczny symbol sowieckiego czasu. Problem w tym, że młodzież już nie wie, co znaczy wolność i demokracja. Oni urodzili się przy reżimie, niczego innego nie widzieli i im się zdaje, że Łukaszenka – to ich prawdziwy lider, „baćka”. Czasem nawet są bardziej agresywni wobec demokratów niż ludzie starsi. Boję się, że jeśli za tej dyktatury wychowa się nowe pokolenie, to będziemy mieli nową Kubę... – Młodzi żyją rozrywkowo i nie chcą bawić się w politykę? – Niestety, tak. Młodzi nie chcą problemów. Łukaszenka wychował pragmatyczne pokolenie, które nie chce zmian. Generację, która myśli jak przystosować się do warunków reżimu. Przez to mamy wiele agresywnych działaczy prołukaszenkowskiego BRSM, organizacji podobnej do Komsomołu. – Jakie prześladowania cię dotknęły? – 16 stycznia zostałem aresztowany na 15 dni za „pokazywanie niecenzuralnych obrazów w stronę milicji”, dlatego straciłem możliwość zdawania dwóch egzaminów i wyrzucili mnie z uniwersytetu. Studiowałem komunikację na trzecim roku Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego. Zaraz po tym upomniało się o mnie wojsko. Przez to mam zakaz wyjazdu z kraju. – Jakie warunki panują w białoruskich więzieniach? – Jest taka mała cela, 2,5 na 5 metrów dla 8-12 osób. Wszyscy śpią na drewnianej „scenie” bez materaców. Dziura w podłodze to toaleta, jest tylko zimna woda. Cela śmierdzi papierosami, kiblem, szczurami – wszystko się miesza się w jeden odór. W styczniu nie było szkła na kratach, dlatego było bardzo zimno. Według nowych przepisów nie można nic przekazywać więźniom. W proteście

odsiadujący ogłosili głodówki. Nie ma też spacerów, cały czas siedzisz w celi i próbujesz zabić czas. – Z kim siedziałeś? – Z fajnymi ludźmi. Z liderem przedsiębiorców Anatolem Szumczanką, jednym z pierwszych więźniów politycznych od 1997 roku Alaksiejem Szydłowskim, z kolegami z młodzieżówki – Antonem Kalinowskim i Jurasiem Stankiewiczem. Współwięźniowie niepolityczni traktowali nas z szacunkiem. Tak samo strażnicy. Rankiem dawali nam mieszankę z różnych kasz, na obiad była „zupa” i „kasza z kotletem”, wieczorem – kasza. I herbata do każdego posiłku. – Jak wyglądają przesłuchania? - Nigdy mnie nie brali do KGB, nie próbowali zastraszać, czy podkupić, bo wiedzą, że się nie poddam. – Czemu nie wyjedziesz za granicę? – Nie wierzę w to, że z zagranicy można wpływać na sytuację w Białorusi. A ja chcę szybkich zmian i wiem, że to zależy od każdego z nas. Ale nie osądzam tych, którzy wyjechali. Najbardziej boję się tego, że nie wrócą. – A nie boisz się, że może cię spotkać taki los jak Zaharienkę czy Zawadzkiego, którzy zniknęli bez śladu? – Boję się, ale sądzę, że taki los mnie nie spotka. Niektórzy zachodni politycy myślą, że Łukaszenka się zmienił. Tak, on naprawdę się zmienił. Dziesięć lat temu ludzie znikali w środku dnia, teraz zostają tylko pobici, czy aresztowani. – Czym zajmuje się młodzieżówka BNF? – W tym roku władza zabrała do wojska naszego lidera i liderów regionalnych organizacji. Zastępcę przewodniczącego też prześladowano – niby za organizację wybuchu 4 lipca. Skupimy się na promocji Unii Europejskiej i NATO, politycznej edukacji, obronie praw i wolności studentów, odrodzeniu języka białoruskiego i kultury.

A jeśli chodzi o Polskę, to wy nam zawsze pomagaliście i dzięki wam nie czujemy się sami. Polska przekazuje sztafetę wolności na Białoruś, my ją przekażemy dalej

Pierwszego września przeprowadziliśmy w centrum Mińska akcję przeciw reformie systemu edukacji, bo szkole białoruskiej grozi oddalenie się od Europy. W starszych klasach zamiast 35 godzin zajęć na tydzień jest tylko 25. Wyrzucili z programu przedmioty humanistyczne, takie jak historia Białorusi, zrobili tylko jedną godzinę języka obcego. Często robimy performanse, flashmobsy (improwizowane zgromadzenia zwoływane sms-ami). To jest bezpieczniejsze, bardziej atrakcyjne dla ludzi i bardziej medialne. – Jaką widzisz przyszłość dla Białorusi? Czy uda się obalić dyktatora? – W 2010 roku podczas wyborów prezydenckich obalimy Łukaszenkę. Myślę, że BNF wreszcie będzie miał własnego kandydata na prezydenta i dla niego pracował. –Jak powinna zachować się Unia Europejska i Polska? – Unia i Stany Zjednoczone muszą wypracować jednolite stanowisko dotyczące Białorusi. Stany mają pewne i trwałe stanowisko, i jak pokazuje doświadczanie, tego boi się Łukaszenka. Natomiast Europa nie jest taka pewna. W każdym razie, Europa wybiera między prawami człowieka, moralnością a geopolitycznym interesem współpracy z dyktatorem. W ostatnim czasie wszystkie rozmowy dotyczące dialogu z Łukaszenką mówią o tym, że Europa się zmęczyła, szuka kompromisu i chce spasować. Tak jest łatwiej, ale wtedy już będzie za późno, by spodziewać się demokratycznych zmian w kraju. A jeśli chodzi o Polskę, to wy nam zawsze pomagaliście i dzięki wam nie czujemy się sami. Polska przekazuje sztafetę wolności na Białoruś, my ją przekażemy dalej. – W czym Polska może konkretnie pomóc? – Polska powinna podtrzymywać łączność między zainteresowanymi środowiskami w Polsce i na Białorusi. Po pojawianiu się wiz za 60 euro natychmiast zmniejszyły się kontakty z Polską w sprawach społecznych i biznesowych. W zeszłym roku straciliśmy dużo kontaktów z Polską, choć mamy kolegów zarówno w PO, jak i w PiS. Polskie elity polityczne skupiły się na panu Aleksandrze Milinkiewiczu, ignorując partię, która wybrała go na lidera zjednoczonych sił opozycyjnych. Milinkiewicz to osoba ważna, symboliczna, ale on sam nie zwycięży, a za nami są tysiące ludzi, którzy nie czują takiego wsparcia, jakie było wcześniej. Ważna jest także praktyczna pomoc. Nie mamy komputerów, komórek, sprzętu komunikacyjnego. Oferowane przez polski rząd stypendia im. Konstantego Kalinowskiego to rewelacja, ale przydałaby się także możliwość studiowania zaocznego. Jest wielu takich jak ja, wyrzuconych z uczelni, którzy nie chcą na dłużej wyjeżdżać. I trudno jest otrzymać wizy, czyli jest wiele do zrobienia.
Rozmawiał Marek Pawłowski

Najnowszy pomysł Łukaszenki to branka opozycji do wojska. Frankowi Viacorce też to grozi FOTO PO

Specnaz interweniuje brutalnie

FOTO PO

Vincuk Viacorka, ojciec Franka, próbuje bronić powalonego na ziemię nieprzytomnego syna FOTO PO

listopad 2008

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

13

Obserwatorzy uznali, że niedawne wybory parlamentarne na Białorusi nie były demokratyczne

FOTO EN

35 proc. Białorusinów popiera polityczną opozycję

Mimo manipulacji „Żywet Belarus”
Zainteresowanie mediów Białorusią przed wrześniowymi wyborami zgasło równie szybko jak się pojawiło. Nawet gdyby nie sfałszowano wyborów to nie można byłoby takiego zainteresowania oczekiwać. Wiadomo przecież, że na Białorusi nie ma niezależnych mediów, prawa wolnego wyboru i europejskich standardów prawnych. Oznacza to , że na Białorusi nie ma warunków do powstania prawdziwej opozycji, ani demokracji, która musi się opierać na zasadach świadomego i wolnego wyboru.
Po wrześniowych wyborach komentatorzy i eksperci wytykają białoruskiemu społeczeństwu apatię, a białoruskiej opozycji rozbicie i brak skuteczności. W rezultacie fakt pełnej kontroli Łukaszenki nad parlamentem z podkreśleniem lekkiej odwilży politycznej uznano za sukces reżimu. Pozwolę sobie na całkowicie odmienną ocenę tej sytuacji… Sięgnijmy do naszej pamięci: rok 1979 – jaka była siła polskiej opozycji politycznej? Ile procent zdobyłaby lista KPN-u, LDP-N-u, Ruchu, gdyby nawet zdobyły się na wspólny start? Jak liczne były strajki w 1988 roku – kilka miesięcy przed rozmowami przy Okrągłym Stole? Przecież powszechnie mówiono wówczas o „solidarnościowej” apatii, w latach osiemdziesiątych ukuto termin „stracone pokolenie”… Dziś białoruskie społeczeństwo w 35 proc. chce zmiany i popiera polityczną opozycję. To ogromny kapitał. Przecież nawet w czasie przełomowego roku 1989 nasze społeczeństwo w znacznej części obawiało się zmian i w ponad 35 proc. poparło PZPRowską nomenklaturę. Niektórzy nasi radykałowie wzywają, by Europa postraszyła Białoruś sankcjami. A jaki jest ich skutek dla przeciętnej białoruskiej rodziny? My, Polacy, powinniśmy szczególnie rozumieć ich położenie. Właśnie rozluźnienie przepisów wizowych, być może zwolnienie z opłat ze strony polskiej, zachęcenie do nauki na naszych uczelniach, możliwość wymiany handlowej i bliższa współpraca samorządów mogą zbudować prawdziwy obraz życia w Andrzej Halicki
poseł PO, członek Komisji Spraw Zagranicznych, członek Parlamentarnego Zespołu na rzecz Białorusi

„zachodni sposób”. W ten sposób możemy łatwiej pokazać Białorusinom atuty Unii Europejskiej. Nie wpychajmy Białorusi w objęcia Kremla! To działanie sprzeczne z naszym interesem narodowym i poczuciem odpowiedzialności za Europę. By oczekiwać poważnych zmian musi się zmienić społeczna świadomość. Nie wystarczy istnienie politycznej opozycji. My mieliśmy „Solidarność” i Lecha Wałęsę, upominających się nie tylko o pluralizm, ale także o godziwe warunki pracy. Mówimy z dumą, że nasza młodzież nie bała się pałek w latach osiemdzie-

FOTO PO

siątych, że nasi robotnicy gotowi byli przelewać krew, gdy komunistyczny reżim wprowadził stan wojenny. Ale czy Białorusini boją się pałek? Liczne demonstracje i postawa białoruskiej młodzieży przypominają nam obrazy z naszych miast sprzed ponad 20 lat. Ale Łukaszenka ma broń silniejszą niż ZOMO. To powszechny na Białorusi system terminowych kontraktów. Nieustanne określanie terminu ważności umowy o pracę daje Łukaszence argument mocniejszy niż siła. Za co ma żyć rodzina pozbawiona możliwości pracy? My, Polacy, mieliśmy Jana Pawła II, który nieustannie upominał się o godność człowieka i dawał nieocenione wsparcie duchowe. Białorusini wciąż czekają na swojego społecznego i duchowego przywódcę. Aby jednak ich głos dotarł do ludzi, muszą istnieć niezależne media. Bez wolnej prasy, radia i telewizji świadomość społeczna zawsze będzie ograniczona, nawet wtedy, gdy wyeliminuje się strach. Największe polityczne znaczenie ma więc pomoc w

komunikacji ponad granicami. I to nie w kwestiach politycznych, a przede wszystkim w sferze kultury, edukacji, a także relacji gospodarczych. Jeżeli jeszcze nie jesteśmy „sąsiadami z jednego domu”, to przynajmniej bądźmy „sąsiadami przez ulicę”. Prawo wahadła, pojęcie wprowadzone przez Galileusza, a dotyczące wskazań ruchów zegara, ma zastosowanie także w życiu społeczeństw. Wskazuje punkt zmiany orientacji dotychczasowych zjawisk, powodujący zmianę kierunku politycznego o 180 stopni. Ten punkt występuje zwłaszcza w okresach gwałtownych przesileń. Wydaje się, że manipulacje Aleksandra Łukaszenki przy okazji wrześniowych wyborów stanowić mogą właśnie taki kulminacyjny punkt. Coraz więcej Białorusinów to dostrzega. Ale do zmiany kursu potrzebna jest jeszcze wola i determinacja. To one dopiero uruchomić mogą energię, która popchnie wahadło w kierunku Europy. Musimy w tym naszym sąsiadom pomóc.
Andrzej Halicki

RAPORT MŁODYCH DEMOKRATÓW O WYBORACH NA BIAŁORUSI
Członkowie Młodych Demokratów brali udział w misji obserwującej we wrześniu 2008 roku kampanię wyborczą i wybory na Białorusi. Oto fragmenty ich raportu. Komisjewyborcze. Opozycja dostała w nich tylko 0,07 proc. miejsc (51 w obwodowych i 338 lokalnych). Członkami komisji zostały osoby najmniej doświadczone, mające styczność z tą pracą po raz pierwszy. Utrudnieniawkampaniiwyborczej.
Miejsca spotkań przydziela kandydatom komisja wyborcza. Kandydatowi partii BHD z Mińska, Wiktorowi Janczurjewiczowi komisja przydzieliła salę, która była w remoncie. Wyborcy siedzieli wśród wiader z farbą i pędzlami. Na spotkaniu był pracownik komisji wyborczej, który wdawał się w dyskusje z kandydatem, wypytywał obecnych o dane personalne, a nawet żądał od nich okazywania dokumentów. Pięciu kandydatów Zjednoczonej Partii Obywatelskiej nie mogło wydrukować ulotek. Wszystkie drukarnie odmówiły im z powodu „złego formatu ulotki”. Rozpędzaniezgromadzeń. 16 września 2008 r. około 40 opozycjonistów spotkało się na placu Październikowym w Mińsku, by upamiętnić czterech zaginionych opozycjonistów (Juryja Zacharenki, Wiktara Hanczara, Dźmitra Zawadzkiego i Anatola Krasouskiego) i solidaryzować się z ich rodzinami. Manifestacja trwała kilka minut. Milicja zepchnęła zebranych do mniejszej ulicy i użyła siły. Zostało pobitych siedem osób. Jedną z nich był Franek Viacorka i jego ojciec Vincuk, który wystąpił w obronie syna. Vincuk Viacorka miał rozbite okulary i podarte ubranie. Opozycjonistom zabrano zakazane flagi narodowe i portrety zaginionych osób. Więźniowie polityczni. Wypuszczone zostały tylko osoby ze znanej, międzynarodowej listy. Więźniowie, którzy się nie znaleźli na niej, są dalej przetrzymywani. Na przykład 20-letni Anton Kiszturn, u którego znaleziono maszynę drukarską. Za demonstracje przeciwko władzy skazanych jest na areszt domowy i przymusowe prace 10 drobnych przedsiębiorców. Michaś Iljin i Jauhien Skrabiec z Brześcia zatrzymani z 14 na 15 września 2008 r. z powodu posądzeń o rozpowszechnienie nalepek z apelem o bojkot wyborów, zostali ukarani pięcioma dniami aresztu. 3 lipca 2008 roku Paulinę Kurianowicz aresztowano w centrum Mińska za posiadanie flagi Unii Europejskiej. W trakcie procesu jej świadkowie nie zostali wysłuchani. Relegowaniezuczelni. Za działalność opozycyjną ze studiów w Mińsku w ciągu ostatnich miesięcy wyrzucono 10 osób. Kacja Markowska (młodzieżówka BNF) została wyrzucona po pięciu latach studiów tuż przed obroną pracy magisterskiej. Z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego relegowano Alesia Krutkina, zwycięzcę olimpiady historycznej, studenta pierwszego roku wydziału historycznego. Zwolnieniazpracy. Kandydat do parlamentu Aleksander Miech został zwolniony z przedsiębiorstwa Biełtransgaz. Na Białorusi pracowników zatrudnia się na czas określony. Działaczom opozycji kontrakt nie zostaje przedłużony. Sprawywsądach. Przed białoruskimi sądami nadal toczą się postępowania przeciwko opozycjonistom. Wielu studentów uczących się za granicą nie może wrócić na Białoruś, bo grozi im więzienie i proces. Kampaniawyborczawmediach. Na Białorusi nie ma prasy drukowanej (nie licząc publikacji podziemnych), radia i telewizji niepodporządkowanych władzy. W telewizji, szczególnie w serwisach informacyjnych, promowani są politycy reżimu, szczególnie Aleksander Łukaszenka. W obserwowanym wieczornym wydaniu informacji trzy pierwsze newsy dotyczyły Łukaszenki. W trzecim materiale wypowiedź Łukaszenki trwała 16 minut, poświęcona była krytyce opozycji i zarzutom Zachodu wobec kampanii wyborczej. Zdanie opozycji nie zostało uwzględnione. Opozycja dostała jednak krótki czas na telewizyjne reklamy wyborcze, w formie tzw. gadających głów. Sztucznaodwilż. W 2006 roku, kiedy Aleksander Milinkiewicz prowadził kampanię wyborczą, nie mógł legalnie spotykać się z wyborcami. W obecnej kampanii wyborczej było to możliwe, choć po pokonaniu uciążliwej, biurokratycznej drogi. W białoruskiej telewizji ustała antypolska propaganda.
Wnioski. Kampania wyborcza nie spełniła standardów demokratycznych. Wyborów do pierwszej izby białoruskiego parlamentu nie można uznać za demokratyczne. Karol Pilecki, Marek Pawłowski

14

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

listopad 2008

Płocki plac Narutowicza – jedna z fotograficznych panoram umieszczonych w internetowej galerii witryny www.plock24.pl

FOTO PLOCK24.PL

www.plock.eu

FOTO PO

www.plock24.pl

FOTO PO

www.tumska.pl

FOTO PO

Jak za niewielkie pieniądze promować swoje miasto

POmysł radnego: Odkryj Płock
Radny PO z Płocka, Krzysztof Buczkowski, społecznik i entuzjasta nowych technologii, wpadł na pomysł, jak za stosunkowo nieduże pieniądze promować swoje miasto. Wykupił domenę internetową, opłacił druk kilku billboardów oraz wymyślił hasło: Odkryj Płock.
Akcja Buczkowskiego jest skierowana głównie do płocczan, którzy zapomnieli o tym, że ich rodzinne miasto to także miejsce, w którym można zobaczyć mnóstwo ciekawych i niepowtarzalnych rzeczy. Pierwsze dwa billboardy Buczkowskiego pojawiły się w Płocku pod koniec września. Zapraszały do obejrzenia Wzgórza Tumskiego, Muzeum Mazowieckiego, Sanktuarium Bożego Miłosierdzia oraz trzech stron internetowych: plock.eu, tumska.pl, plock24.pl zawierających sporo informacji o mieście. Na pytanie, ile kosztują takie działania, Buczkowski odpowiada, że nie są to duże pieniądze. Projekt graficzny wykonał sam, domenę www.odkryjplock.pl zakupił za kilka złotych. Jeden z billboardów udało się wynająć za darmo. Z własnej kieszeni zapłacił tylko za wyklejenie plakatu, kolejny billboard należy do jego firmy, więc też nie poniósł żadnych kosztów. Billboardy promują miasto do końca października. Skąd pomysł na społeczną akcję promowania Płocka? Czy Płock nie jest dostatecznie promowany? W opinii Buczkowskiego nie warto promować Płocka przez koncerty i imprezy plenerowe, które poza tym, że są kosztowne, nie gwarantują też frekwencji. Należałoby raczej skupić się na kilku dużych wydarzeniach, nadając im odpowiedni rozgłos i rangę. Odpowiednia promocja może być kluczem do sukcesu każdego miasta. Obok wielkich kampanii marketingowych jest miejsce na oddolne inicjatywy mieszkańców, którzy zamiast pieniędzy zaoferują swą pomysłowość – uważa Buczkowski.

Andrzej Nowakowski, poseł PO:

Władze Płocka dopiero niedawno zleciły jednej z firm opracowanie strategii, która pozwoli wyeksponować najsilniejsze atuty miasta. Krzysztof Buczkowski, członek Klubu Radnych PO w radzie miasta, doskonale znający zalety i mankamenty jego promocji, nie chciał czekać i przejął inicjatywę. Jestem przekonany, że warto kontynuować tę akcję, być może także w innych regionach Polski, zachęcając Polaków do odwiedzin Płocka.

ASYSTENT ROLNIKA POLEMIZUJE

Rolnicy chcą być traktowani jak inni obywatele
We wrześniowym numerze „POgłosu” Piotr Paweł Sawicki, asystent posła PO Janusza Palikota, skrytykował brak dyskusji o Wspólnej Polityce Rolnej i przedstawił swój pogląd w tej sprawie. Nasz Czytelnik, „asystent rolnika” Bogdan Żmijewski polemizuje z jego artykułem „Wsi spokojna, niewesoła”.
Dopłaty unijne do polskiego rolnictwa to nie darowizny dla obywateli lepszej kategorii, ale częściowe wyrównywanie szans dla polskich rolników, konkurujących na wspólnym europejskim rynku żywnościowym z rolnikami Unii, którzy mając wyższe dopłaty mogą sprzedawać taniej i mimo to starcza im na życie. Autor artykułu twierdzi: „Obecnie wieś jest bogatsza niż kilka lat temu, a od roku 2004 dochody na wsi zwiększyły się prawie o 70 proc. i dzisiaj są o 10 proc. wyższe niż w miejskich gospodarstwach robotniczych”. Przecież to oznacza, że przez kilkadziesiąt lat dochody te były niższe od miejskich gospodarstw domowych. Ta bieda jest właśnie przyczyną zacofania polskiej wsi. Autorowi pomylił się ponadto przychód gospodarstwa rolnego z jego dochodem. Przecież są jeszcze koszty! Żeby nie było wątpliwości: to polscy rolnicy są za likwidacją wszelkich dopłat, ale w całej Unii. W Polsce pije się więcej w mieście niż na wsi, lecz żadna to pociecha. Dopłaty rzeczywiście mają często charakter socjalny i idą na przeżycie, bo gospodarstwa są nisko towarowe i nienowoczesne. Sam autor podaje, że tylko 2 tys. gospodarstw osiąga dochody powyżej 8 tys. euro rocznie, tj. ok. 3 tys. złotych miesięcznie na całą wieloosobową i wielopokoleniową rodzinę rolnika. Poza dyskusją jest, że składki ubezpieczeniowe należy zróżnicować od wielkości gospodarstwa, a pośrednio od jego dochodu. Najlepiej jakby składka podstawowa zapewniła minimum socjalne i by można było się doubezpieczyć rynkowo. Tak powinno być w całym systemie emerytalno-rentowo-zdrowotnym. Nie tylko na wsi. Zwracam też uwagę, że państwo dopłaca nie tylko do rolniczego KRUS, ale i do ZUS oraz kilkanaście miliardów do górnictwa, do stoczni, do energetyki i do utrzymania związków zawodowych oraz partii politycznych. Zwiększenie składek płaconych przez rolników nie ograniczy wcale obecnych dopłat do emerytur, bo na wsi mamy dużo więcej emerytów niż pracujących rolników. Poza tym robotnik może dostać zasiłek dla bezrobotnych i ubezpieczenie zdrowotne, a rolnik zasiłku dla bezrobotnych nie dostanie, a chorobowe kiedy jest niezdolny do pracy dłużej niż przez miesiąc. Rolnik nie może pomóc się przekwalifikować swojemu dziecku i wynająć mu w tym celu stodoły na warsztat, bo od razu staje się VAT-owcem, więc musiałby założyć księgę podatkową i zatrudnić księgowego, a ten koszt doprowadziłby go do bankructwa. Typowy rolnik – ryczałtowy, nie może wystawić faktury czy rachunku, więc wielu podmiotom nie może sprzedać swoich produktów. Rolnikom ryczałtowym (a tych jest większość) firma kupująca od nich towar może zapłacić tylko przelewem, więc korzystając ze słabości rolnika często mu nie płaci. W mieście wiele osób dostało mieszkania komunalne czy lokatorskie i do dziś płaci socjalne czynsze, a rolnikowi nikt nic nie wybudował. W mieście przez wiele lat dotowano ogrzewanie, a chłop, by kupić trochę węgla na talon musiał półdarmo sprzedać bydło, trzodę lub mleko. W mieście budowano wodociągi, gazociągi, kanalizację i asfaltowe drogi, a wieś miała studnie, szamba, piece i dziurawe drogi, a jak chciała mieć lepiej, to budowała w czynie społecznym. Rolnicy nie dostawali talonów na wiele produktów dystrybuowanych przez państwo. Dopiero od niedawna rolnicy objęci są opieką medyczną. Warto, by politycy dogłębnie poznali sytuację i historię polskiej wsi zanim będą ferować wyroki i tworzyć nowe rozwiązania ustawowe.

R

Bogdan Żmijewski asystent rolnika

edakcja i Zarząd Krajowy Platformy Obywatelskiej otrzymali obszerny, 6-stronicowy list burmistrza Krosna Odrzańskiego, Andrzeja Chinalskiego, wraz z 10 stronami załączników zawierających wykaz inwestycji i projektów ze środków unijnych zrealizowanych w latach 19982008. Jest to odpowiedź na artykuł „…i na wyborach teraz oddam ci swój głos” z wrześniowego POgłosu, w którym przedstawiliśmy życie miasta. Zdaniem burmistrza „Przedstawiony w artykule obraz zacofanego i nierozwijającego się miasta jest przekłamany, a przede wszystkim obraża mieszkańców i osoby pracujące na rzecz lokalnej społeczności. Wobec powyższego jestem zmuszony stanąć w obronie naszej gminy i całej wspólnoty samorządowej.” Burmistrz stwierdza, iż Krosno Odrzańskie od lat tworzy dobry klimat dla inwestycji; w latach 2003-2007 nie zmieniało stawek podatków i opłat lokalnych, a od 2001 roku – stawek czynszów za wynajem gminnych nieruchomości. Gmina utrzymuje wysoki poziom inwestycji i jest liderem w pozyskiwaniu funduszy unijnych, zajmując wysokie miejsca w rankingach, zbierając nagrody i wyróżnienia (ich lista liczy 24 pozycje). Lokalna telewizja „spełnia swoją rolę informacyjną i nie stanowi narzędzia promocji lokalnych polityków”, a jej Rada Programowa liczy 9, a nie 11 osób. „Na zakończenie mogę tylko dodać, że publikacja nierzetelnych materiałów jest

Burmistrz wylicza 24 nagrody

W SPRAWIE KROSNA ODRZAŃSKIEGO

działaniem skierowanym przeciwko wszystkim mieszkańcom Krosna Odrzańskiego, całej wspólnocie samorządowej, która ze strony Platformy Obywatelskiej oczekuje raczej wsparcia w rozwiązaniu wielu problemów, a nie bezpodstawnych aktów” – kończy swoje pismo burmistrz. Otrzymaliśmy także list od przewodniczącego koła PO w Krośnie Odrzańskim, posła na Sejm Marka Cebuli, który poinformował redakcję, że wrześniowy „POgłos został rozprowadzony w liczbie 500 egzemplarzy i spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. „Artykuł dotyczący naszego miasta jest komentowany jako obiektywna ocena panującej sytuacji przez „człowieka z zewnątrz”. Mieszkańcy mówią o realnym spojrzeniu na miasto i gminę, i otworzeniu oczu na sposób zarządzania miastem. Mówi się, że artykuł jest zimnym prysznicem dla naszych władz (koalicja SLD, Samoobrona, Forum Samorządowe Andrzeja Chinalskiego, wspierana przez działaczy PiS), który powinien mobilizująco wpłynąć na włodarzy Krosna”. Za błąd w liczebności Rady Programowej przepraszamy. Smutne jest, że dla burmistrza nasz artykuł jedynie „obraża mieszkańców”, a nie jest powodem do refleksji, że nie wszystko jest w porządku w rządzonym przez niego mieście. List posła Marka Cebuli wyraża nadzieję mieszkańców, że tym artykułem otworzymy oczy lokalnej władzy. Na razie tego nie widać, pozostaje więc nadzieja na zimny prysznic w następnych wyborach. AK

Znani w PO
listopad 2008
Kiedy z sejmowej mównicy proponowała likwidację szkolnych mundurków ministra Giertycha, wystąpiła w mundurku szkoły, której była dyrektorem. – Bo ja nie byłam przeciw mundurkom, tylko przeciw przymusowi mundurków, a to wielka różnica – mówi posłanka Domicela Kopaczewska. Bycie przeciw zdarza się jej często.
W stanie wojennym, po wyrzuceniu ze studiów na Uniwersytecie Gdańskim przez rok pracowała w przedszkolu. Jako specjalista-pedagog prowadziła badania załogi Zakładów Azotowych we Włocławku, za co wyleciała z pracy, bo ich wyniki „nie pasowały” dyrekcji. Uczyła w szkole i była konsultantem do spraw doskonalenia kadry kierowniczej, a po 1989 roku – kuratorem oświaty i dyrektorem szkoły. – Byłam za wprowadzeniem nauki języka obcego już od pierwszej klasy szkoły podstawowej, choć niekoniecznie angielskiego – wyjaśnia. – Uważam, że niech o tym decyduje dyrekcja szkoły i rodzice, ale od
Polityczne szlify zdobywała w samorządzie, jako radna opozycji, obserwując rozdział środków unijnych FOTO PO

Ogólnopolska gazeta Platformy Obywatelskiej

15

Ostatnio przedstawiliśmy: Barbarę Borys-Damięcką, Ireneusza Rasia, Piotra Van den Coghena, Roberta Tyszkiewicza, Beatę Małecką-Liberę i Marka Trzcińskiego, Piotra Tomańskiego, Andrzeja Biernata, Beatę Bublewicz, Danutę Jazłowiecką, Jarosława Wałęsę, Elżbietę Łukacijewską, Włodzimierza Karpińskiego, Jerzego Fedorowicza, Krzysztofa Liska, Sławomira Piechotę, Joannę Muchę, Krystynę Bochenek, Magdę Kochan, Andrzeja Persona, Antoniego Mężydło i Marka Rockiego.
Wszyscy na: www.platforma.org/multimedia/poglos/

Przeciw w mundurku
Zadziorna pani poseł z Włocławka
czwartej klasy konieczny jest drugi język obcy. Uważa także, iż sześciolatki powinny pójść do szkoły, zgodnie z programem minister Hall, i że ostatnie trzy lata w tej sprawie zostały zmarnowane. Ale zastrzega: – Musimy do tego przekonać rodziców, bo dzieci są ich największym skarbem. Trzy czwarte „zerówek” na wsiach mieści się w szkołach, więc wielu sześciolatków już w nich jest. Trzeba pokazywać szkoły przygotowane do przyjęcia tych dzieci, by jak najwięcej rodziców chciało posłać swojego sześciolatka do szkoły. Uważa, że poprzeczkę trzeba podnosić, przyspieszać przemiany. Wprowadzanych dziesięć lat temu gimnazjów nie wolno było łączyć ze szkołami podstawowymi i dzięki temu samorządy zdobyły się na wysiłek, powstały piękne, nowe budynki. Ale wystarczyło dopisać do tej ustawy jedno słowo „mogą”, co zrobiła SLD-owska minister edukacji, i już para uszła, gimnazja kuleją. – Tak samo może być z oddziałami dla sześciolatków – ostrzega

Domicela Kopaczewska
Urodzona 04.10.1958 Wykształcenie: Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Bydgoszczy – mgr pedagogiki, Politechnika Łódzka – marketing i zarządzanie Członek Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży i Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, przewodnicząca Podkomisji Stałej do spraw Jakości Kształcenia i Wychowania Biuro poselskie: ul. Kościuszki 13, 87-800 Włocławek tel. (54) 232-16-04, fax (54) 232-16-04, domicela.kopaczewska@sejm.pl Mąż Janusz pracuje w dozorze technicznym Hobby: turystyka

Poseł z tych Ziętków
Czy mit wojewody Jerzego Ziętka pomagał mi w polityce? Kiedy kandydowałem na radnego wojewódzkiego, podczas jednego z przedwyborczych spotkań w Pszczynie ludzie na ulicy pytali mnie: „A pan to z tych Ziętków? Bo jak tak, to mo Pan mój głos!”. Wtedy poczułem ciężar zobowiązania wobec ludzi i pamięci mojego dziadka. W tych pierwszych wyborach dziadek bardzo mi pomógł. Twierdzę wręcz, że on ciągle ze mną jest i mnie wspiera.
Być Ziętkiem na Śląsku, a szczególnie Jerzym Ziętkiem, to wielki honor, ale i potężne wyzwanie. Po moim wielkim przodku generale Jerzym Ziętku otrzymałem imię i bagaż oczekiwań społecznych – bym działał tak jak on. A dziadek był wielkim gospodarzem Śląska. W Radzionkowie, gdzie przed wojną był burmistrzem, wybudował domy komunalne, kanalizację, park miejski i stadion. Później, po wojnie, to samo robił jako wojewoda, tyle że na skalę całego Śląska. Jego działania były nie do końca akceptowane przez władze, stąd mnóstwo anegdot i opowieści o nich. Jedną z bardziej znanych jest ta o ukrywaniu budowy katowickiej hali sportowej – Spodka – przed ówczesnym przywódcą kraju, który odwiedzał Katowice. To wydarzenie wciąż mam w pamięci, bo sam – jako chłopak – brałem w nim udział. Dzięki dziadkowym książkowym prezentom i wyprawom z nim, śląska ziemia zawsze była, jest i będzie Moim Domem. Tutaj, na Śląsku, od 1981 roku pracuję jako lekarz położnik w szpitalu Śląskiej Akademii Medycznej, którą wcześniej ukończyłem. W 2006 zostałem radnym Sejmiku Śląskiego i stamtąd trafiłem do Sejmu. Na Wiejskiej przekonuję się, że moje medyczno-lekarskie doświadczenie jest wielkim atutem. Tak jak lekarz, obserwuję, diagnozuję i staram się pośrednio uzdrowić tych pacjentów, z którymi jako ich doktor mam wciąż do czynienia. Jednym z poważnych problemów jest oczywista zapaść służby zdrowia. Na to nałożyła się sytuacja polityczna i doszło do momentu, w którym trzeba przeciąć ten narastający wrzód w

posłanka Kopaczewska. – W budżecie 2009 jest ponad 350 mln złotych na ich przygotowanie, a samorządy powinny teraz ocenić, ilu ich będą mieć i przygotować dla nich klasy, wykorzystując pieniądze z budżetu. W Sejmie jest drugą kadencję, ale polityczne szlify zdobywała w samorządzie, jako radna opozycji, obserwując rozdział środków unijnych. – Gołym okiem widać było, że ważne jest tylko jedno: kto rządzi w terenie, gdzie mają iść środki – wspomina posłanka. – Tak się jakoś składało, że najlepsze projekty wpływały od samorządów, mających swoich przedstawicieli w komitetach oceniających i sterujących. We Włocławku do dziś krążą legendy jak walczyła z marszałkiem o jawność kryteriów oceny projektów, bo zamiast tego pokazywano jej jakieś „błędy formalne” we wnioskach. – Teraz to się zmieniło – mówi – chociaż prezydent Włocławka jest z lewicy, a marszałek z prawicy. Są jasne, czytelne, publicznie znane kryteria oceny projektów, dyskusje o ich partyjnej ocenie już się skończyły.

Medyczna szkoła sprawdza się na Wiejskiej

Byłem chowany tak, żeby dziadkowi wstydu nie przynosić. Grałem na pianinie, śpiewałem w chórze, recytowałem. FOTO PO

Jerzy Ziętek
Urodzony 1.12.1956 Wykształcenie: dr nauk medycznych, Śląska Akademia Medyczna, Wydział Lekarski Członek Komisji Polityki Społecznej i Rodziny oraz Komisji Zdrowia Biuro poselskie: ul. 3 Maja 17 m. 1, 40-097 Katowice tel. (32) 204-26-20, (32) 204-26-21, fax (32) 204-26-22 www.jerzyzietek.pl, jerzy.zietek@sejm.pl Żona – magister pedagogiki, położna Córki: Ola – 27, Magdalena – 24 Hobby: turystyka, kultura hellenistyczna, fotografia, filmy podróżnicze

polskiej polityce zdrowotnej. Tak jak w mojej specjalności – położnictwie – do czasu trzeba obserwować, ale w pewnej chwili – zdecydowanie interweniować. Teraz jest właśnie taki czas! Medycyna daje politykowi jeszcze jedną zaletę: merytoryczne podejście do spraw, upodmiotowienie człowieka, jak pacjenta w chorobie. Pacjenta, o którego prawa walczę jako poseł-wnioskodawca „Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta”. „Medyczna szkoła życia” daje w polityce również wytrzymałość. Zupełnie nie rozumiem, jak można ponoć z przemęczenia wychodzić z wieczornych sesji Sejmu czy nie brać udziału w czasem rzeczywiście długich debatach w komisjach. A potem na prawo i lewo krzyczeć, że „nikt z nami tego nie ustalał”! Poseł, tak jak lekarz, musi być zawsze gotów. Lekarz do ratowania życia nawet o trzeciej nad ranem, a lekarz-polityk do pracy parlamentarnej nad zmianami prawnymi, które to życie pomogą ratować.

RYS. BARTOSZ BREMER