CHRZEST W CHRYSTUSIE

Bez należytego zrozumienia 5, 6 i 7 rozdziału listu do Rzymian nie można też pojąć właściwego znaczenia chrztu. Zewnętrznie chrzest dokonany jest przez pastora, wewnętrznie przez Ducha Świętego i ten drugi chrzest nie musi zbiegać się w czasie z chrztem zewnętrznym. Chrzest wewnętrzny, dokonany przez Ducha Świętego jest oczywiście ważniejszy. Umierający na krzyżu łotr, nie miał chrztu zewnętrznego, ale musiał być ochrzczony Duchem Świętym. Sama zewnętrzna ceremonia chrztu nikogo nie zbawi, ale prawda, którą chrzest symbolizuje. Najważniejszy fragment biblijny dotyczący roli chrztu znajduje się niewątpliwie w Rzym. 6:3-4, gdzie apostoł Paweł napisał: 3. Czyż nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? 4. Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili. Chrzest z pewnością nie jest pamiątką śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Takie znaczenie ma wieczerza Pańska. Czym zatem jest chrzest? Chrzest to po prostu ceremonia pogrzebowa tego „starego człowieka”, naszego potępionego grzesznego życia, które zmarło w Chrystusie. Gdy jakiś człowiek umrze, to co należy uczynić z jego martwym ciałem? Oczywiście pogrzebać. A ponieważ, zgodnie z tym, co mówi Słowo Boże, wszyscy umarliśmy w Chrystusie, to teraz potrzebny jest też pogrzeb tego naszego „starego człowieka” i właśnie taką rolę spełnia chrzest. Jest on publicznym wyznaniem wiary w naszą śmierć i zmartwychwstanie w Chrystusie. Przez chrzest utożsamiamy się z tym, co stało się w Chrystusie już dwa tysiące lat temu. Niestety, problem polega na tym, że wielu chrześcijan pogrzebanych zostało żywcem, co oznacza, że zostali oni ochrzczeni bez należytego zrozumienia i zaakceptowania historycznego faktu swojej śmierci w Chrystusie. Z tego też powodu mogą powodować wiele problemów, gdyż nie umarli w Chrystusie. To właśnie dlatego E. White napisała: „Prawdziwe nowonarodzenie rzadko ma miejsce w dzisiejszym świecie. To dlatego nasze zbory mają tak wiele kłopotów. Wielu, tak wielu nosi imię Chrystusa, ale nie są uświęceni. Przyjęli chrzest, ale zostali pogrzebani żywcem”. (BC do Rzym. 6:3, MS 148) Grzebanie kogoś żywcem, nawet w sensie duchowym, jest czymś karygodnym, tak jak w znaczeniu dosłownym jest to zabronione i karalne. Każde świeckie prawo zabrania grzebania ludzi, którzy jeszcze nie umarli i grożą za to bardzo surowe kary. Dlatego każdy kaznodzieja, udzielając chrztu, czyli grzebiąc katechumena, powinien upewnić się najpierw, czy rozumie i akceptuje on ten historyczny fakt swojej śmierci w Chrystusie. Znanych jest wiele takich zatrważających historii o ludziach, którzy pogrzebani zostali żywcem i oczywiście żadna z tych osób, po uświadomieniu sobie, gdzie się znajduje, nie chciała pozostać w grobie. Wszyscy, bez wyjątku, robili wszystko, aby wydostać się z grobu, 1

krzycząc przy tym i wyrywając sobie włosy z głowy. Za wszelka cenę próbowali wydostać się z grobu, ponieważ nie umarli, ale zostali pogrzebani żywcem. Podobnie może być również z nami, jeśli zostaliśmy ochrzczeni, czyli pogrzebani bez wcześniejszego zrozumienia i uznania swojej śmierci w Chrystusie. Będziemy powodować w Kościele różne problemy, będziemy stale krytykować, narzekać, wszczynać spory i nieporozumienia w zborze, dlatego, że wprawdzie przyjęliśmy chrzest, ale zostaliśmy pogrzebani żywcem. W Rzym. 7:3 Paweł napisał też, że jeśli symbolizująca nas w tym fragmencie „kobieta”, „za życia męża (zakonu) przystanie do innego mężczyzny (Chrystusa), będzie nazwana cudzołożnicą”. Jaki z tego wniosek? Wynika z tego, że jeśli przez chrzest wiążemy się z Chrystusem (drugim małżonkiem) nie akceptując swojej śmierci w Chrystusie, czyli nie spełniając warunku jaki jest konieczny, żeby legalnie móc związać się z innym mężczyzną, to wówczas stajemy się duchowymi cudzołożnikami! Nawiązując do chrztu i historii związanej z wyjściem Izraelitów z Egiptu, warto wspomnieć o tym, że w tamtym czasie, dokładnie tak jak dzisiaj, świat można podzielić na trzy grupy:

Pierwsza grupa to niewierzący - ci, którzy pozostali w Egipcie, czyli otwarcie
opowiedzieli się po stronie grzechu.

Drugą grupę stanowią wierzący, to znaczy ci, którzy wyszli z Egiptu i nie tęsknią za nim.
Sercem są przy Bogu, przekonani o tym, że Bóg wprowadzi ich do ziemi obiecanej.

Trzecia zaś grupa to ci, którzy znajdują się na pustyni. Wprawdzie wyszli z Egiptu i
zostali ochrzczeni w Morzu Czerwonym, to był to tylko zewnętrzny akt, gdyż nie przyjęli chrztu Duchem Świętym. Dlatego stale tęsknią za Egiptem, czyli za światem oraz grzechem i trwają nawet w grzechu, lecz nie mają odwagi otwarcie grzeszyć, czy przyznać się do tego, ze strachu przed konsekwencjami. Ta grupa symbolizuje tych, którzy nie umarli w Chrystusie i zostali żywcem pogrzebani, dlatego powodują w zborze różne problemy. W 1 Kor. 10:5 Apostoł Paweł napisał, że ich „ciała zasłały pustynię”. Ponieważ pierwszy chrzest Izraelitów w Morzu Czerwonym równoznaczny był z pogrzebaniem żywcem, Bóg polecił Jozuemu ochrzcić ich po raz drugi, tym razem w Jordanie. I ten drugi chrzest był symbolem chrztu w Duchu Świętym. Jednak po przejściu przez Jordan, czyli po tym symbolicznym drugim chrzcie, Bóg polecił Jozuemu, aby wziął z pustyni 12 kamieni i zanurzył je w Jordanie, a z innych 12 kamieni wydobytych już nie z pustyni, ale z Jordanu miał Jozue na terenie ziemi obiecanej zbudować ołtarz. Polecając Izraelitom zatopić najpierw w Jordanie 12 kamieni wziętych z pustyni, Bóg pokazał im, że ich stare, grzeszne i buntownicze życie z pustyni umarło w Chrystusie, którego symbolem był Jordan. Bóg dał im do zrozumienia, że to ich stare życie musiało umrzeć w Chrystusie jeszcze przed wejściem do ziemi obiecanej. Prawo wstępu mieli tam tylko ci, którzy umarli w Chrystusie i narodzili się z Ducha. Dlatego też ten następny, symbolizujący lud Boży tuzin kamieni nie pochodził już z pustyni, ale z Jordanu, który przedstawiał Chrystusa i Ducha Świętego. Duch Święty nie może udzielić nam wewnętrznego chrztu, dopóki razem z Pawłem nie powiemy: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, żyję więc teraz już nie ja, ale 2

Chrystus żyje we mnie” (Gal. 2:20). Inaczej mówiąc, jeśli chcemy żyć z Chrystusem, najpierw musimy z Nim umrzeć! Związane z nowonarodzeniem
doświadczenie chrześcijanina rozpoczyna się od śmierci w Chrystusie, a potem dopiero następuje nowonarodzenie do nigdy niekończącego się życia. W świecie natomiast jest odwrotnie, nasza egzystencja rozpoczyna się od narodzin, a kończy śmiercią. Omawiając temat związany ze znaczeniem chrztu, przypominam sobie pewne niezwykłe doświadczenie, o którym opowiadał pastor Sequeira. Na pewnej adwentystycznej wyższej uczelni w Etiopii prowadził on kiedyś spotkania ze studentami w czasie tygodnia modlitwy. W spotkaniach tych uczestniczył między innymi Dawid – Egipcjanin, który studiował wtedy na wydziale mechaniki rolniczej. W trakcie jednego z wykładów, Dawid zapytał brata Sequeirę, czy byłoby grzechem, gdyby wrócił do Egiptu, wstąpił do wojska i strzelał do Żydów? - „Czy mogę zadać ci pytanie?” – odparł pastor Sequeira. - „Tak” – powiedział Dawid. - „Czy widziałeś kiedyś martwego Egipcjanina, walczącego w obronie swojej ojczyzny?” - „Nie, to jest niemożliwe” – odpowiedział Dawid. - „Dlaczego?” - „Bo jest martwy”. - „Czy ty jesteś chrześcijaninem, Dawidzie?” – pytał dalej pastor. - „Tak”. - „W takim razie, ty też jesteś martwy. Umarłeś w Chrystusie twa tysiące lat temu”. - „Nie”. – odparł Dawid – „Nie jestem martwy!” Wtedy pastor Sequeira otworzył 3 rozdział listu do Kolosan i przeczytał 3 wiersz: „Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu”. Następnie dodał: „Zapomniałeś, że Chrystus był Żydem? Dlaczego zamierzasz strzelać do swoich?” Wtedy Dawid odparł: „Nie! Ja nie jestem martwy!” - „Skoro tak,” – ciągnął dalej pastor – „to jest to dowód na to, że nie jesteś nawrócony”. - „Zostałem ochrzczony!” – powiedział Dawid. - „To nie ma znaczenia, jeśli nie zaakceptowałeś swojej śmierci w Chrystusie i nie narodziłeś się z Ducha. Twój chrzest był tylko zewnętrznym aktem”. Niestety, Dawid nie chciał ustąpić, więc pastor powiedział: „Dobrze Dawidzie, ja nie mogę cię do niczego zmusić. Pamiętaj jednak, że walczysz nie ze mną, ale ze Słowem Bożym”. Dwa tygodnie później, Dawid wraz z instruktorem testowali samochód terenowy, zjeżdżając ze stromego wzgórza. I kiedy tak zjeżdżali w dół i prędkość, z jaką poruszał się samochód znacznie wzrosła, w pewnym momencie, gdy instruktor nacisnął pedał hamulca, ku swojemu przerażeniu zauważył, ze hamulce nie działały. Zrobił więc ludzką rzecz i ratując życie wyskoczył z samochodu, wołając jednocześnie: „Dawid skacz!”. Dawid jednak, zamarł z przerażenia i nie wyskoczył. Chwilę potem, samochód z Dawidem w środku uderzył w drzewo z wielka siłą. W wyniku tego wypadku, klatka piersiowa Dawida była niemal całkowicie zmiażdżona. Lekarz, który badał go na miejscu wypadku orzekł, że zmarł. Pomimo tego jednak, zabrano go do pobliskiego misyjnego szpitala, aby spróbować ratować jeszcze jego życie. W międzyczasie studenci udali się do kaplicy, aby się modlić. W szpitalu, dwóch lekarzy orzekło, ze Dawid zmarł. Jakiś czas później jednak, gdy pielęgniarka weszła do pokoju, w którym leżał Dawid, aby przykryć jego ciało, nagle zauważyła, że lekko poruszył powieka, więc krzyknęła: „On żyje!” Jeden z lekarzy był pewien, że to niemożliwe, i że jej się zdawało, ale drugi poszedł to sprawdzić i kiedy go badał, wyczuł słabe bicie serca. Dawid wrócił do życia. Zaraz potem, zabrano go do większego szpitala. Przez dwa tygodnie był nieprzytomny. I kiedy już odzyskał przytomność, pastor Sequeira osobiście udał się do szpitala, aby go 3

odwiedzić. Dosłownie całe ciało Dawida było zabandażowane, z wyjątkiem ust i oczu. Kiedy brat Sequeira wszedł, Dawid rozpoznał go i lekko się uśmiechnął. Wtedy pastor zapytał: „Jak się czujesz Dawidzie?” Odpowiedź, jaką udzielił na to pytanie Dawid, zawierała tak wymowne słowa, że pastor Sequeira powiedział, iż nie zapomni ich do końca życia. Na pytanie „Jak się czujesz Dawidzie?”, Dawid odpowiedział: „Dawid nie żyje. Dawid umarł! Rozmawiasz teraz z chrześcijaninem!”. Ten młody człowiek w bardzo bolesny sposób musiał nauczyć się prawdy, która jest w Chrystusie. Po pewnym czasie wrócił do Egiptu, ale nigdy nie dotknął broni. Z tego powodu musiał uciekać z Egiptu do Szwecji, gdzie też po pewnym czasie założył rodzinę. Przyjęcie tego historycznego faktu naszej śmierci w Chrystusie stanowi warunek uwolnienia nas od kary za grzech czyli usprawiedliwienia. Dlatego też słowa, które zawarte są w Rzym. 6: 7 i 8 mają dla nas bezcenne znaczenie: Rzym. 6:6-8 6. Wiedząc to, że nasz stary człowiek został wespół z nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione (org. pozbawione mocy), byśmy już nadal nie służyli grzechowi; 7. Kto bowiem umarł, uwolniony (usprawiedliwiony) jest od grzechu. Następnie, w wierszu 8, apostoł Paweł wyjaśnia, jaki podstawowy warunek musieliśmy spełnić, żeby otrzymać możliwość wiecznego życia: 8. Jeśli tedy umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy. Z tego tekstu jasno wynika, że to nie jedynie sam Chrystus, ale też i my wraz z Nim musieliśmy umrzeć, by móc żyć! Dlatego też, aby zbawienie stało się naszym udziałem, musimy z wdzięcznym sercem zaakceptować ten historyczny fakt naszej śmierci w Chrystusie! Dlaczego jest to konieczne? Jest tak, ponieważ wymaga tego od nas prawo, gdyż „zapłatą za grzech jest śmierć”. To my jesteśmy grzeszni i to my musieliśmy umrzeć, i od wyroku tego nie ma odwołania. Ponieważ jest to niezwykle ważna prawda, apostoł Paweł powtarza ją jeszcze raz, tym razem w 2 Tym. 2:11: „Prawdziwa to mowa: Jeśli bowiem z nim umarliśmy, z nim też żyć będziemy”. Jeśli natomiast nie chcę uznać swojej śmierci w Chrystusie, to według prawa istnieje tylko jedno rozwiązanie: Jeśli nie przyjmuje swojej śmierci w Chrystusie, wtedy sam muszę umrzeć. Ta smutna i prawdziwa historia wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych. Pewien mały ośmioletni chłopiec o imieniu Robert, leżał w szpitalu, chory na raka. Lekarze powiedzieli jego mamie, że niestety nie ma najmniejszych szans na uratowanie jego życia, i że chłopiec będzie żył nie dłużej niż dwa tygodnie. Któregoś dnia, jego zrozpaczona matka, siedząc w szpitalu obok niego na łóżku, zapytała go: - Powiedz mi synku, jakie jest twoje największe marzenie i kim chciałbyś być, gdyby to było możliwe? 4

- Strażakiem, mamo. – odparł chłopiec bez chwili namysłu. Jeszcze tego samego dnia, ta kobieta udała się do samego naczelnika straży pożarnej w tym mieście i powiedziała: - Panie naczelniku, mój mały 8-letni syn leży w szpitalu śmiertelnie chory na raka. Gdy zapytałam go dzisiaj, jakie jest jego największe marzenie i kim chciałby być gdyby to było możliwe, powiedział, że chciałby zostać strażakiem. Panie naczelniku, czy można byłoby coś z tym zrobić? Następnego dnia do szpitala przyjechali strażacy. Weszli do pokoju, w którym znajdował się chłopiec, zmierzyli jego wzrost, obwód pasa, długość stóp i wyszli. Po kilku dniach jednak wrócili z powrotem, przynosząc wspaniały, doskonale dopasowany do rozmiarów chłopca nowy mundur strażacki. Ubrali chłopca w ten mundur, zapieli pas, na głowę założyli mały strażacki i hełm, do ręki dali toporek i spędzili z chłopcem cały dzień. Było to dla niego najwspanialsze przeżycie, jakie kiedykolwiek miał. Niestety, niedługo potem, lekarz poinformował jego mamę, że stan zdrowia chłopca jest krytyczny, i że wszystko wskazuje na to, iż jeszcze tego samego dnia będzie musiał umrzeć. Zrozpaczona matka zatelefonowała jeszcze do naczelnika straży pożarnej, aby poinformować go, że jej syn umiera, i jeszcze raz podziękować za spełnienie jego największego marzenia. Kilka godzin później, na sygnale przyjechały do szpitala wszystkie wozy strażackie. Strażacy sprawnie rozłożyli wysoką drabinę, opierając ją o parapet okna, należącego do pokoju, w którym leżał chłopiec. Następnie, sam naczelnik wszedł po drabinie przez okno do pokoju i usiadł obok umierającego chłopca. Gdy uświadomił on sobie, kto do niego przyszedł, słabym głosem zapytał: - Proszę pana, czy ja naprawdę jestem strażakiem? Wtedy naczelnik, ujmując chłopca za dłoń, wzruszonym głosem odparł: - Tak, tak synu, jesteś strażakiem i to najlepszym, jakiego kiedykolwiek mieliśmy! Jeśli naszym największym pragnieniem jest stanie się takim prawdziwym dzieckiem Bożym, jeśli całym sercem wierzymy, że Jezus Chrystus to postać historyczna, i że dwa tysiące lat temu przyszedł na ten świat jako nasz reprezentant i w naszym imieniu pokonał grzech i śmierć, jeśli w swoim sercu powiemy: Jezus Chrystus jest moim Zbawicielem, wtedy sam Naczelnik Królestwa Bożego, ten wspaniały Bóg, który potrafi wszystko, i który na s kocha mówi do nas: Tak, to prawda, jesteś moim dzieckiem! Na potwierdzenie tych słów przeczytajmy na zakończenie fragment z Ewangelii Jana 1:12, gdzie apostoł Jan napisał: „Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego”. AMEN!

5

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful