You are on page 1of 265

Burzany

Józef Sobiesiak , Ryszard Jegorow

Spis treści
Część pierwsza ......................................................................................................................................... 3 Niezwykły gość .................................................................................................................................... 3 W stronę Prypeci ............................................................................................................................... 11 Niecodzienne przygody ..................................................................................................................... 17 Prowokacja ........................................................................................................................................ 25 Tragiczna wyprawa ............................................................................................................................ 37 Kowpak .............................................................................................................................................. 39 Próba ................................................................................................................................................. 48 Jeńcy .................................................................................................................................................. 55 Partyzancki wynalazek....................................................................................................................... 61 Część druga ............................................................................................................................................ 67 Błogosławiona wiosna ....................................................................................................................... 67 Ostatnia wyprawa Karpenki .............................................................................................................. 70 Parośle ............................................................................................................................................... 79 Tajemnica opancerzonego pociągu ................................................................................................... 95 Głód ................................................................................................................................................. 104 Chwile smutku i radości................................................................................................................... 108 „Skoczek z Londynu” ....................................................................................................................... 111 Pułapka ............................................................................................................................................ 122 Część trzecia ........................................................................................................................................ 131 Nowe zadania .................................................................................................................................. 131 Pogrom ............................................................................................................................................ 135 Krwawa łuna .................................................................................................................................... 149 Zamknięty rachunek ........................................................................................................................ 156 Panowie delegaci ............................................................................................................................. 161 Wszystkie drogi wiodą do partyzanckiego kraju ............................................................................. 167 Takie sobie różne historie................................................................................................................ 180 Operacja „Kursk” ............................................................................................................................. 187

Obława ............................................................................................................................................ 195 Sprawy małe i wielkie ...................................................................................................................... 207 Część czwarta ...................................................................................................................................... 213 Brygada imienia Frunzego ............................................................................................................... 213 Atak na Cumań ................................................................................................................................ 219 Na północ ........................................................................................................................................ 227 Wyzwolenie ..................................................................................................................................... 237 W Kijowie......................................................................................................................................... 246 Ilustracje .............................................................................................................................................. 251 Mapy.................................................................................................................................................... 263

Część pierwsza
Niezwykły gość
W izbie był półmrok. Maleńka lampka oliwna, płonąca pod obrazem Matki Boskiej, rzucała słabe blaski. Światełko pełgało po suficie i ścianach, lizało krawędzie sprzętów, prześlizgiwało się po twarzach ludzi i nikło. Gdzieś od strony Hołuzji szczekały zajadle psy. Na dworze zachrzęścił ostro śnieg, później dało się słyszeć charakterystyczne skrzypienie zamykanych wrót i zgrzyt skobli. Kiedy w zeszłym roku przez kilka tygodni siedziałem ukryty w stodole Słowików, często wsłuchiwałem się w podobne odgłosy. Wtedy też była zima, Kazik wieczorami odwiedzał mnie w barłogu, a gdy odchodził, starannie zamykał za sobą wrota stodoły. Znów ostre skrzypienie śniegu. Kroki zbliżały się już do drzwi. - Gadzina dostała swoje - rzekł Kazik otrzepując w sieni śnieg z walonek. - Teraz możemy sobie pogadać. Ale nie o suchym pysku. Trzeba to jakoś uczcić. Tyle czasu cię nie było... - Zaczął szperać po zakamarkach kredensu dzwoniąc szklankami. - Rzeczywiście, a mnie się zdaje, że to było wczoraj - rzekłem. - Nie każdemu tak czas leci jak tobie. Nieraz wydaje się, że to wszystko ciągnie się już wiele lat, a końca nie widać. Wojna zeżre człowieka na próchno... - Daj spokój. To już ostatni rok - oświadczyłem. - Wiem, co chcesz powiedzieć. Stalingrad. No tak, ale to nic jeszcze nie rozwiązuje. Mogą przyjść tu, jak będzie za późno. Nie Niemcy, to bulbowcy nas wykończą. Teraz się szykują. Szwaby im dają broń mówił, stawiając na stole szklanki i butelkę.

- Nie poradzą. Za nami jest naród. - Co ty wiesz o tym narodzie? Ja tu siedzę od lat. Za wiele cierpiał, żeby milczeć. Teraz przyszedł czas. Mają swojego Boga i bożków. Będą się mścić. Za krzywdy i za cerkiew. Popi robią swoje. Borowiec nie śpi. Są kozaki, jest sicz, zełeni, policjanci i inne draństwo. - Ale przecież się łamią. Wielu już teraz myśli inaczej. Do nas stale przychodzą nowi ludzie. Jesteśmy silniejsi. - Tak, to prawda. Ale Niemcy też nie siedzą z założonymi rękoma. Podżegają przeciwko Polakom. - Musimy uświadamiać ludzi, wyjaśniać sytuację... Kazik podniósł szklankę w górę: - Za zwycięstwo! - Wiwat! Na chwilę zapadła cisza. Promyk światła przesunął się po czole Kazika. Zobaczyłem, że wpatruje się we mnie uważnie. - Mówiłem, że teraz wielu myśli inaczej. Czy pamiętasz Szewczuka? Tego inżyniera, sekretarza Rejonowej Uprawy z Maniewicz? - spytał. - Oczywiście. Przecież łaził za mną po lesie z mauzerem. - Groził, że cię wykończy... A teraz on klnie Szwabów w żywy kamień. Zwolnił się z tej posady już z pół roku temu... O, tak doskonale przypominałem sobie tamte chwile. To było ubiegłej zimy, podczas mojego samotnego życia w lesie. Szewczuk przyjaźnił się wówczas ze Slipczukiem. Nacjonalistyczne hasła Bandery tak go ujęły, że stał się ich orędownikiem. To z inspiracji Slipczuka inżynier chodził za mną po lesie z karabinem. Nie wiedział, nieszczęśnik, że ja ukryty za jakimś pniem trzymałem go wielokrotnie na muszce pistoletu maszynowego i tylko usilne prośby Słowika powstrzymały mnie przed wysłaniem go na łono Abrahama. Nie mogłem zrozumieć, jakie względy kierowały Kazikiem, gdy prosił mnie, bym nie robił Szewczukowi krzywdy. W gruncie rzeczy miałem pełne prawo zlikwidować przeciwnika, który czyhał na moje życie. Ale już wtedy tak bardzo ceniłem sobie przyjaźń Kazika, że nie mogłem sprzeciwić się jego życzeniom. Później dowiedziałem się, że Szewczuk zrezygnował ze stanowiska w Rejonowej Uprawie i niebawem jego zażyłe stosunki ze Slipczukiem ochłodły. - Mówisz, że on zmienił poglądy? - spytałem. - No cóż, to się czasami zdarza, ale ja bym mu nie wierzył. - Każdy ma prawo zbłądzić - mówił powoli Kazik. - Oczywiście jest w tym wszystkim jakaś granica, której nie można przekroczyć, to granica ludzkiej moralności. Myślę, że on nie przekroczył tej granicy. Znam go dobrze. To człowiek o chorobliwej wyobraźni, ale uczciwy, szczery. On potrafił w odpowiedniej chwili wycofać się z niewłaściwej gry. - Tak sądzisz?... - Niezbyt przekonywały mnie jego argumenty. - Jestem tego pewny - powiedział twardo i zawahał się na moment. - Słuchaj, Józek, nigdy ci tego nie mówiłem, ale teraz muszę szczerze wszystko wyznać. Pamiętasz, jak przyniosłem ci dokładne wiadomości o policjantach z Karasina, wtedy gdy był pogrzeb Sajduka? Tej nocy urządziliśmy zasadzkę. Udało się gładko. Nie pytałeś mnie wcale, od kogo zdobyłem te dane. I ja też ci nie

powiedziałem. Ale teraz nie mogę już tego ukrywać. To Szewczuk. Później nieraz jeszcze informował mnie, co się dzieje w maniewickim gestapo i w policji oraz na stacji kolejowej. - Tego bym się nigdy nie spodziewał - powiedziałem zdziwiony. - To znaczy, że on wiedział, komu służy. - Właściwie tak... - No dobrze, ale dlaczego milczałeś? - To było zbyt ryzykowne. Widzisz, w tej rozgrywce ryzyko ponosiłem tylko ja. A ponadto przez długi czas sam nie przypuszczałem, że on się wszystkiego domyślił. Dopiero trzy dni temu wyznał mi całą prawdę, prosząc, bym go skontaktował z tobą. - W jakim celu? - Sam rozumiesz chyba, o co mu chodzi. Powiedział, że chce brać udział w walce z bronią w ręku. - Toś mi wbił niezłego klina - zacząłem się zastanawiać, jak tu wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Kazik po raz drugi napełnił szklanki. Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl, ale nie chciałem się z nią tak od razu zdradzać przed Słowikiem. Postanowiłem zrobić próbę, żeby się naocznie przekonał, ile jest wart protegowany przez niego Szewczuk. - Dobrze - rzekłem - zgadzam się. Możesz pójść do niego, ale to trzeba załatwić jeszcze tej nocy. Jutro będzie za późno. Niech tu przyjdzie. Zobaczymy... Kazik ucieszył się bardzo. Nie pytał, dlaczego mi się tak spieszy z tą sprawą. Był zadowolony, że mnie przekonał. Wiadomość, że Szewczuk chce wstąpić do oddziału partyzanckiego, przyjąłem z pewną rezerwą. Bądź co bądź nie miał on czystego sumienia, wysługiwał się Niemcom. Wprawdzie nie słyszałem, by kogoś specjalnie skrzywdził, jednak w tym najcięższym okresie, kiedy zapanował terror okupacyjny, nie potrafił stanąć na właściwej pozycji. To nic, że szybko się wycofał, że być może zrozumiał swój błąd. To nie był pewny człowiek. Takie było moje mniemanie o nim. Rzecz oczywista, że oceniając go tak surowo kierowałem się również względami osobistymi. Bo przecież Szewczuk jeszcze tak niedawno temu nastawał na moje życie. Próbowałem tłumaczyć go przed samym sobą, szukałem argumentów mogących usprawiedliwić jego postawę, a mimo to na dnie mojej duszy wciąż tkwił cierń urazy. Teraz postanowiłem tak załatwić sprawę, aby rozstrzygnąć wreszcie niejasną sytuację. Nie miałem żadnej gwarancji, że nie kryje się w tym jakiś podstęp. Szewczuk mógł przecież działać za namową Slipczuka i gestapo. Wszystko pozostałe mogło być tylko pozorem. Taki człowiek wyrządziłby z pewnością oddziałowi wiele szkód. A jednak zdecydowałem się na ten ryzykowny krok. Następnego dnia z rana odchodził ze stacji w Maniewiczach transport ropy. Właśnie zamiar zniszczenia tego transportu zatrzymał mnie tej nocy u Słowika w Konińsku. Przed świtem zamierzaliśmy udać się stąd na stację kolejową w Maniewiczach i umieścić na cysternach minę magnetyczną. Miałem ze sobą pięciu partyzantów, którzy spali w stodole Kazika. Powierzę Szewczukowi zadanie umieszczenia miny na transporcie - powiedziałem sobie. - Jeśli je wykona, będę miał dowód jego uczciwości i odwagi... Jeszcze przed północą Kazik wrócił z Maniewicz i przyprowadził ze sobą Szewczuka. W słabym świetle zobaczyłem jego przybladłą twarz i smutne oczy. Szewczuk położył na stole karabin i pistolet i rzekł:

- Tak mi przykro za tamto. Nie wiem nawet, jak o tym mówić. Pan mógłby mnie teraz rozstrzelać i to by było najsłuszniejsze. Ale... - Nie mówmy o tym. Tak będzie lepiej. - O, tego nie można pominąć - powiedział gorąco. - Przecież ja pana nazywałem bandytą. Ale to nie pan nim był. To ja byłem bandytą. Wystąpiłem przeciwko swojemu narodowi... - O ile wiem, nikogo pan nie zamordował. Nie trzeba więc tak mówić. Teraz najważniejszy jest dzień dzisiejszy i to, co przyniesie jutro... Słyszałem, że chce pan wstąpić do oddziału. - Tak, to jest moje największe pragnienie. - Zgoda. Gotów jestem to załatwić, ale zanim do tego dojdzie, otrzyma pan do wykonania pewne zadanie - to rzekłszy wyszedłem z mieszkania i udałem się do stodoły, gdzie spali nasi chłopcy. Obudziłem Butkę. - Dawaj ładunek z „żabką” - powiedziałem biorąc od niego małą minę magnetyczną zawiniętą w szmaty. - Teraz o nic nie pytaj. Przed świtem pójdziesz z Bulikiem do Maniewicz. Gdy wróciłem do chaty, rozwinąłem paczkę i oświadczyłem: - Na stacji w Maniewiczach stoją cysterny z benzyną i ropą. Jutro o dziesiątej rano transport wyruszy w dalszą drogę w kierunku Sarn. Trzeba zniszczyć ten transport - mówiąc to patrzyłem mu uważnie w oczy, chcąc z nich wyczytać wrażenie, jakie wywołają na nim moje słowa. Dostrzegłem, że nozdrza jego zadrgały lekko, a oczy zalśniły jakimś żywym blaskiem. - Tę zabawkę trzeba przyczepić do jednej z cystern. Najlepiej do którejś w środku. Ale tak, żeby nie była widoczna. Czy zna się pan na tym? Oglądał przez chwilę minę, po czym odpowiedział: - Nie. - To jest tak zwana „żabka” - mówiłem dalej pokazując mu leżącą na stole minę.-Trzeba wstawić zapalnik. O, w ten sposób... A następnie przylepić do ścianki cysterny. Najlepiej pod spodem. Nie odpadnie, nie ma obawy, magnes będzie trzymał mocno. - Jakże się cieszę - powiedział gorąco Szewczuk. - Zrobię, co będę mógł, żeby wykonać zadanie... Jestem panu bardzo wdzięczny. Dziękuję... Jego słowa zabrzmiały szczerą radością. Byłem tym trochę zaskoczony, bo przecież zadanie, które mu powierzyłem, nie należało do łatwych i prostych. Spróbowałem wyjaśnić mu, na czym polega jego ryzyko. - Muszę tu dodać, że zadanie jest trudne i niebezpieczne. Transport, o którym mowa, znajduje się pod ochroną Wehrmachtu. Wartownicy patrolują na bocznicy wzdłuż pociągu. Trzeba się mieć na baczności, żeby nie wpaść im w łapy. Bo wtedy może być gorąco... - Myślę, że dam sobie radę. Kury już piały, gdy Szewczuk uzyskawszy ode mnie dokładne instrukcje opuścił zagrodę Słowików. Niebawem ruszyli za nim potajemnie Waśka Butko i Bulik. Otrzymali oni polecenie śledzenia tego dnia każdego kroku inżyniera. *

Po południu wrócili Butko z Bulikiem i opowiedzieli mi, co widzieli na stacji. Przed godziną dziewiątą Szewczuk zjawił się na peronie w kolejarskim ubraniu, z młotkiem i wielką olejarką w rękach. Śmiało podszedł do stojącego na bocznicy transportu z cysternami. Chwilę rozmawiał o czymś z niemieckim wartownikiem, pełniącym wartę przy cysternach, a następnie zabrał się do „sprawdzania” osi wagonów stukając tu i ówdzie młotkiem... Następnego dnia uzyskałem dodatkowe informacje dotyczące akcji przeprowadzonej przez Szewczuka. Wynikało z nich, że 20 km przed Sarnami wyleciał w powietrze pociąg z ładunkiem benzyny i ropy. Około 400 ton ładunku uległo zniszczeniu. Kiedy w dwa dni później spotkałem się ze Słowikiem i powiedziałem mu o czynie inżyniera, uśmiechnął się i odparł: - Teraz już wiesz chyba, dlaczego go tak uparcie broniłem. To przecież w gruncie rzeczy swój człowiek... Od tej pory Szewczuk stał się członkiem naszej organizacji. Wykonywał najprzeróżniejsze polecenia, wywiązując się z nich wzorowo. Czasami chodził na akcje dywersyjne razem z grupami bojowymi, czasami działał samodzielnie; zbierał informacje o ruchach wojsk na stacjach kolejowych w Kowlu, Łucku, Sarnach, Brześciu... W dwa tygodnie później przyszedł do mnie bardzo stroskany. Spytałem go o powód zmartwienia, lecz nie od razu odpowiedział. Wreszcie po długich naleganiach wybuchnął: - Jestem winien. Może mnie pan kazać rozstrzelać. - Co się takiego stało? - Ten łajdak Slipczuk dowiedział się jakoś, że często znikam z domu na parę dni i domyślił się, gdzie chodzę. Wczoraj wieczorem przyszedł do mnie i powiedział, że dość ma już służby dla Niemców i chciałby się spotkać z panem. Byłem zaskoczony tą wiadomością. W pierwszej chwili pomyślałem, że chodzi tu o jakiś grubszy podstęp i pożałowałem, że przyjąłem do oddziału Szewczuka. Ale przecież, u czorta, Szewczuk nie prowadzi roboty na dwie strony - zreflektowałem się zaraz. - Wysadzenie pociągu z cysternami było chyba najlepszym dowodem jego uczciwych intencji. Natomiast żądanie Slipczuka to był szczyt bezczelności. Czego mógł oczekiwać ode mnie ten wyrzutek społeczeństwa, mający na sumieniu setki istnień ludzkich? - To rzeczywiście bardzo dziwne - odparłem. - A co wy o tym sądzicie sami? - Slipczuk to kanalia. Ale on twierdzi, że zna jakieś ważne dane, które mogą zadecydować o dalszym istnieniu oddziałów partyzanckich na tym terenie. - A, to nawet interesujące. To on aż tak bardzo się o nas troszczy? Odpowiedzcie mu, że ja nie życzę sobie takiego spotkania. Jeśli będę go potrzebował, żeby mu wymierzyć sprawiedliwość, to i tak stanie przed nami. - Proszę więc mnie rozstrzelać - niemal załkał Szewczuk. - Głupstwa pleciecie - rzekłem. - Trzeba się uspokoić. - On powiedział stanowczo, że jeśli do jutra nie umówię tego spotkania, załatwi się z moją rodziną...

- Ach tak. No, oczywiście, po nim się można tego spodziewać. Więc dobrze, zaczekajcie do wieczora. Muszę to jeszcze przemyśleć... Odbyłem w tej sprawie rozmowę z Chwiszczukiem i Butką. Obydwaj byli zdania, że nie wolno narażać rodziny Szewczuka i trzeba się zgodzić na to spotkanie. Postanowiliśmy tylko, w celu uniknięcia zasadzki, ubezpieczyć dokładnie cały pobliski teren i przygotować wszystko do wykonania wyroku na kacie, który wielu naszym partyzantom wymordował osobiście ich rodziny. Na spotkanie ze Slipczukiem wybrałem Smołodówkę. Była to leśniczówka położona w odległości kilku kilometrów od Maniewicz. Właściwie nie wierzyłem wcale w to, że stawi się on na wyznaczonym miejscu. W dalszym ciągu dopatrywałem się w tym wszystkim jakiegoś podstępu. Ażeby nie dopuścić do niespodzianki, na całej trasie, którą musiał przebyć Slipczuk, wyznaczyłem czujki i patrole, a miejsce spotkania ubezpieczyłem wartami. Na dalsze czujki wybrałem przeważnie tych ludzi, którzy pałali największą nienawiścią do Slipczuka, w ten sposób chciałem wykluczyć wszelkie niepotrzebne sceny. Byłem bowiem przekonany, że na widok Slipczuka rzuciliby się ku niemu i rozerwali go na strzępy. Po południu kazałem rozpalić niewielkie ognisko w pobliżu leśniczówki. Siadłem przy nim w towarzystwie Chwiszczuka, Butki i Borysiuka. Nie bardzo wierzyliśmy w przybycie Slipczuka. Mimo to czekaliśmy w napięciu, często spoglądając ku zaśnieżonej leśnej drodze. - Zakpił sobie z nas, ani chybi - rzekł Butko. - A teraz śmieje się bestia, że Maksa wziął na głupi kawał. - Na pewno przyjdzie. Zobaczysz - przerwał mu z powagą Chwiszczuk. - A dlaczegóż to miałby przyjść? Czy znajdziesz gdzieś takiego głupca, żeby sam się pchał z gardłem pod stryczek? Przecież wie, co go czeka... - Już on coś takiego wymyślił, że przyjdzie na pewniaka. Albo zechce nasłać na nas Niemców. O, to chytry lis, najlepszego myśliwego wykołuje... Przysłuchiwałem się milcząco temu sporowi Butki z Chwiszczukiem i czułem się bardzo głupio, że dałem się wciągnąć w taką bezsensowną grę. Przecież na dobrą sprawę mogłem załatwić tę rzecz zupełnie inaczej. Wystarczyło wysłać nocą grupę dywersyjną do Maniewicz i porwać Slipczuka z domu. Na taką akcję zgłosiłoby się wielu chętnych. Uniknąłbym w ten sposób tej niejasnej sytuacji i nie podkopywał swego autorytetu. Zbliżał się wieczór, a na leśnej drodze wiodącej do leśniczówki nikt się nie pojawiał. Spotkanie ze Slipczukiem wyznaczyłem na godzinę czwartą po południu. Teraz było już dziesięć minut po czwartej. Nie chcąc dopuścić do pogorszenia się i tak już dostatecznie głupiej sytuacji, powiedziałem ostro: - Skocz, Wasia, ściągnij posterunki! Wracamy do bazy. Wasia Butko poderwał się na nogi i pobiegł wypełnić mój rozkaz. Po minucie zobaczyłem, że wraca z powrotem, wołając: - Jadą! Jadą! Niebawem usłyszeliśmy skrzypienie śniegu i na drodze ukazały się sanie, w których siedziało dwóch mężczyzn. W jednym z nich rozpoznałem z łatwością Szewczuka. Miał na sobie zieloną kurtkę z białym kołnierzem podszytą barankowym futrem. Drugi mężczyzna ubrany był w brązowy kożuch, skórzaną pilotkę i długie rękawice. Sanie zatrzymały się i obydwaj mężczyźni zbliżyli się do ogniska.

Teraz dopiero poznałem Slipczuka. Bardzo się zmienił, jego twarz stała się ziemista jak po przebytej chorobie. Trząsł się wyraźnie, mimo że miał na sobie kożuch. Nieśmiało wyciągnął do mnie rękę. Popatrzyłem na niego z odrazą. Zrozumiał to i opuścił dłoń, po czym siadł niedaleko ogniska i zaczął mówić złamanym głosem: - Pewno was to dziwi, że ja sam przyszedłem do was. Ale już nie mogłem dłużej wytrzymać. Pan, panie Sobiesiak, jest szczęśliwym człowiekiem. Wybrał pan słuszną drogę. Ja postawiłem na Niemców, myślałem, że to właściwy koń. Pomyliłem się. Gdybym nie był tak bardzo skompromitowany, prosiłbym pana o przebaczenie. Spróbowałbym naprawić zło, jakie wyrządziłem... - Czy nie sądzi pan, że przesiadanie się z konia na konia może się źle skończyć? - spytałem. - Oczywiście. Wiem, że nie zasługuję na nic więcej, jak tylko na potępienie. Ale proszę mnie wysłuchać do końca. Jako komendant rejonowej policji w Maniewiczach mam pod sobą kilkuset ludzi... Ci ludzie są mi oddani. Jeśli powiem słowo, pójdą ze mną do lasu. Znam doskonale wszystkie niemieckie garnizony w obrębie stu kilometrów i znam wiele tajemnic o charakterze ściśle tajnym. Nietrudno się było domyślić, do czego zmierza Slipczuk. Ten łajdak miał nadzieję, że może coś u nas wskórać. Było to po prostu coś niepojętego. Zacząłem się zastanawiać, czy działa on we własnym interesie, czy też jest to prowokacja uknuta przez gebietskomisariat kowelski. Ogarniała mnie coraz większa wściekłość i musiałem się zdobyć na wielki wysiłek woli, by dosłuchać jego bredni do końca. Slipczuk tymczasem ciągnął dalej: - Nie żądam, żebyście mnie przyjęli do siebie, bo rozumiem, że jest to obecnie niemożliwe. Ale później, kiedy wykażę się czymś... Zapewniam, że wiele mogę dla was zrobić. Teraz na przykład Niemcy szykują na was wielką obławę w rejonie Krasnego Boru. Onegdaj byłem na odprawie u gebietskomisarza Kasnera. Uderzenie nastąpi z trzech stron; z Kamienia Koszyrskiego, z Maniewicz i z Rafałówki - Bielska Wola. Z każdego miejsca wyruszy około tysiąca ludzi. Wszystkie oddziały mają się spotkać ze sobą w samym środku Krasnego Boru. W obławie będą brać udział jednostki wojskowe i żandarmeria, własowcy i policja. Kazano nam zwerbować również grupy banderowców, które otrzymają zadanie likwidacji drobnych i rozproszonych grupek partyzanckich... Zrobicie dobrze, jeśli usuniecie się do osiemnastego stycznia z tych okolic... Słuchałem tego, co mówi Slipczuk, z wielką uwagą. To takie tajemnice chciał nam przekazać, myśląc, że w ten sposób chwyci nas na swą wędkę... Wszystko to mogło być prawdą, lecz w jego ustach brzmiało jak zwykła prowokacja. Butko i Borysiuk uśmiechali się drwiąco, kiwając głowami, widać było, że ani trochę mu nie wierzą. I ja miałem już dość tej paplaniny. - Czy macie coś jeszcze, Slipczuk, do powiedzenia? Niewiele zostało nam czasu, więc kończcie już... przerwałem mu. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. - Pan mi nie wierzy? W takim razie widzę, że niepotrzebnie tu przyszedłem. Ale chciałem wam pomóc uczciwie, nie żądając nic w zamian. Czy nie potraficie tego ocenić? - Ty gadzie! - nagle Borysiuk zerwał się z miejsca i z całych sił trzasnął go w twarz. - Szukasz u nas litości? Faszystowski psie! Zaraz cię tu ukatrupię na miejscu. - Widziałem, że sięga za pas po pistolet, chwyciłem go więc mocno za rękę. W tej samej chwili Szewczuk, który stał niedaleko, podbiegł do nas i odwołał mnie na bok. Usłyszałem jego błagalny głos:

- Panie Maks, nie zabijajcie go. To, co mówił o obławie, jest chyba prawdą, bo sam widziałem dziś transport wojska wyładowujący się na stacji w Maniewiczach. - To nic nie zmienia. Słuchajcie, Szewczuk, mam tego dość. Kogo wy chcecie bronić? Gdybym to powtórzył chłopcom, z miejsca daliby i wam w łeb. Zasłużył na stryczek. Zdechnie jak pies. - Co ja nieszczęsny pocznę - załkał Szewczuk. - On przed wyjazdem z domu przyszedł do mnie razem ze swoim bratem Fiodorem i powiedział: „Ty, Fiodor, bądź łaskaw rozstrzelać panią Szewczukową i dzieci, jeśli ja nie wrócę do północy”. Poczułem, że zimny pot występuje mi na czoło. A więc ten drań wiedział jednak, co go czeka, i asekurował się na wszelki wypadek. Cóż miałem teraz robić? Przedstawiłem sytuację Szewczuka Butce i Chwiszczukowi. Widziałem, że ich to poruszyło, lecz nie odezwali się ani słowem, pozostawiając powzięcie decyzji mnie samemu. - Nie widzę innego wyjścia, jak puścić go wolno - rzekłem. - To sukinsyn! - rzucił przez zęby Chwiszczuk. Slipczukowi oczy biegały trwożliwie. Powiedziałem, żeby się szykował do powrotnej drogi. Od razu się uspokoił. Rozkazałem Butce, żeby zaprzężono również nasze sanie, miało na nich jechać czterech partyzantów. Po paru minutach wszystko było gotowe. Wskoczyłem razem ze Slipczukiem do jego sań. Za nami, na drugich saniach, usadowiła się ochrona. W czasie gdy się to działo, spostrzegłem, że partyzanci stojący na posterunkach zaczęli wysuwać się zza drzew. Zdziwiły ich nasze niespodziewane przygotowania do drogi i to, że ja sam zająłem miejsce obok Slipczuka. Obawiałem się, by widząc, co się święci, nie zechcieli mi przeszkodzić w bezpiecznym odtransportowaniu Slipczuka. Wiedziałem, że gdybym go puścił w drogę samego, nie zdołałby zrobić nawet stu metrów. Dlatego zdecydowałem się towarzyszyć mu aż pod Maniewicze. Przejechaliśmy może kilkadziesiąt metrów, gdy zobaczyłem, że po obydwu stronach leśnej drożyny przemykają się między pniami sylwetki partyzantów. Zaniepokoiłem się poważnie, że któryś z nich zechce mimo wszystko wziąć Slipczuka na muszkę. Zacząłem więc wykonywać takie ruchy na saniach, żeby zasłonić go sobą. Partyzanci w dalszym ciągu nie odstępowali nas ani na krok. Niebawem czterech z nich zbliżyło się do sań na odległość kilkunastu metrów. Poznałem Łukieńczukia, Sylwestra Mytkałyka, Saszę Nierodę i Bulika... Szli w milczeniu, wczepiwszy się we mnie groźnymi spojrzeniami. - Chłopcy, wracajcie! - zawołałem, lecz nie usłuchali mojego wezwania. Wtedy wziąłem bat od Slipczuka i zacząłem okładać nim konia. Sanie pomknęły raźniej. Zobaczyłem, że mimo to partyzanci biegną za nami. Biłem więc konia coraz zapalczywiej, pragnąc oderwać się od nich jak najdalej.... Kiedy po godzinie wróciłem do leśniczówki, wokół ogniska siedzieli posępni partyzanci. Tu i ówdzie toczyły się zażarte spory i dyskusje. Na mój widok wszyscy ucichli, po czym zaczęli się rozchodzić. Przy ognisku zostali jedynie Borysiuk, Butko, Mytkałyk, Łukieńczuk i Sasza Nieroda. Patrzyli na mnie niechętnie, zwłaszcza Mytkałyk i Łukieńczuk. Musiałem rozładować przykrą atmosferę, wyjaśnić im, dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej. - Nie było wyjścia - powiedziałem. - Wiecie przecież, że chodziło o życie niewinnych ludzi. Za jednego zbrodniarza zginęłyby aż trzy osoby. Milczeli...

W stronę Prypeci
Jeszcze w grudniu Bryński powierzył mi zadanie urządzenia pozorowanego obozowiska w odległości trzech kilometrów od miejsca postoju mojego oddziału. W ten sposób chcieliśmy zamaskować nasze właściwe miejsce pobytu. Było to konieczne ze względu na to, że Niemcy dość często wysyłali samoloty, które patrolowały lasy szukając śladu naszych obozowisk. W wyznaczonym miejscu wybudowaliśmy takie niby ziemianki z chrustu i mchu, na odkrytym terenie ustawiliśmy kilkadziesiąt kukieł, a do drzew przywiązaliśmy cztery chore konie, które gryzły sobie spokojnie rozsypane wokół nich siano. Na rozciągniętych od drzewa do drzewa sznurkach rozwiesiliśmy kolorowe arkusze papieru, mające pozorować suszącą się bieliznę. W obozowisku tym pełnili stale służbę dwaj najmłodsi Nierodowie: dziesięcioletni Griszka i czternastoletni Borys. Ich zadanie polegało na nieustannym paleniu kilku ognisk. W wypadku pojawienia się na niebie samolotu chłopcy mieli czmychać w głąb lasu. Naturalnie nasza właściwa baza została dokładnie zamaskowana. Wkrótce po zbudowaniu tego obozu na przynętę Niemcy zaatakowali go z powietrza i zrzucili kilkadziesiąt bomb. Następnego dnia w miejscowej gadzinówce, wydawanej w Kowlu w języku ukraińskim, ukazał się artykuł o zniszczeniu przez lotnictwo niemieckie „bazy bandyckiej” w lasach Krasnego Boru. Mieliśmy więc niemało uciechy, gdy egzemplarz tej gazety trafił w nasze ręce. Przez jakiś czas był spokój. W owym okresie wzmogliśmy jeszcze bardziej akcje na torach. Niedługo jednak zaobserwowaliśmy, że lotnicy niemieccy znów interesują się Krasnym Borem. Wiedziałem z doświadczenia, że wróg przed każdą większą akcją wymierzoną przeciwko nam stara się zebrać maksimum informacji dotyczących głównie miejsca działania oddziału, jego sił i możliwości. Tak było przed obławą w ubiegłym roku, kiedy to zmuszeni byliśmy przenieść się na wyspy rozsiane wśród rozlanych szeroko wód Stochodu. Niemcy próbowali wtedy śledzić nas przez swych agentów, zwiększyli ilość lotów rozpoznawczych. Niewiele jednak mogli wówczas zobaczyć. Oddział masz liczył zaledwie kilkudziesięciu ludzi, nie mieliśmy tak rozbudowanego obozu jak obecnie. Łatwo można się było ukryć lub rozproszyć w terenie nie pozostawiając za sobą większych śladów. Działaliśmy przecież w czasie wiosny, lata i jesieni. Teraz była zima, a zimą trudniej jest ukryć się przed wrogiem. Znajdowaliśmy się więc pod tym względem w znacznie gorszej sytuacji i dlatego obawa o bezpieczeństwo partyzanckiej bazy oraz leśnych osad cywilnych, pozostających pod naszą opieką., była główną troską kierownictwa brygady. Analizując obecną sytuację doszedłem do wniosku, że Slipczuk mówił prawdę; Niemcy rzeczywiście szykowali przeciw nam jakąś większą akcję. Nie chcąc niepotrzebnie niepokoić Bryńskiego postanowiłem najpierw przeprowadzić wywiad. Wysłałem więc grupy zwiadowcze do Maniewicz, Kamienia Koszyrskiego i Rafałówki z zadaniem zdobycia danych o stanie ilościowym Niemców i ich ruchach. Przed wieczorem otrzymałem szczegółowe meldunki, z których wynikało, że na stacjach kolejowych tych trzech miejscowości wyładowują się eszelony wojskowe. Wobec tego, nie czekając ani chwili, udałem się do dowódcy brygady. Było to 15 stycznia 1943 roku. Bryński zrobił natychmiast odprawę sztabu, w której uczestniczyliśmy również ja, Koniszczuk i Kartuchin. Jak się okazało, sztab brygady posiadał już z innych źródeł dane świadczące o przygotowywaniu się Niemców do obławy.

Według prowizorycznych obliczeń nieprzyjaciel grupujący się wokół nas liczył ponad trzy tysiące ludzi i był uzbrojony w broń maszynową, moździerze, lekkie działa oraz samoloty. W skład naszej brygady wchodziło trzystu partyzantów wyposażonych w najrozmaitszą broń: pepesze, karabiny rosyjskie, niemieckie, francuskie, strzelby, obrzynki, kilkanaście erkaemów i dwa cekaemy. Niemcy posiadali więc nad nami dziesięciokrotną przewagę w ludziach i przynajmniej dwudziestokrotną w sprzęcie bojowym. W tych warunkach nie mogło być nawet mowy o wszczęciu z nimi bezpośredniej walki. Ponadto dochodziła jeszcze trudność najważniejsza: nie wolno nam było narażać pięciuset bezbronnych ludzi, zgrupowanych w leśnych osadach, którzy w każdej chwili mogli się stać ofiarą rozbestwionych hitlerowców. Widziałem wyraz zatroskania malujący się na twarzy Bryńskiego, gdy rozważał trudną sytuację oddziału. Patrzył na mapę, mierzył i obliczał jakieś odległości. Wreszcie rzekł: - Proszę, proponujcie coś, towarzysze.... Miał zwyczaj zwracać się zawsze do dowódców oddziałów i wysłuchiwać ich zdania, zanim sam podjął decyzję. Zresztą była to nasza partyzancka zasada. - Ech, co tu mówić - odezwał się Kartuchin. - Sytuacja jest diabelnie trudna. Jak tu się bić, kiedy ma się na głowie taki balast? Mówiłem, że to się źle skończy. Ot, i masz babo placek - to rzekłszy rozłożył szeroko ręce. - No, ale co radzicie? - spytał Bryński. - Nic nie wiem. Może Maks coś wymyśli. To przecież on utworzył tę leśną republikę. Partyzanckie odwody... - zakończył z drwiną. Siedziałem w milczeniu, bardzo zgnębiony. Nieraz już zarzucano mi, że niepotrzebnie wziąłem sobie na kark tę masę cywilnych ludzi, co utrudniało akcje partyzanckie, krępowało ruchy i mogło ułatwić wrogowi zniszczenie oddziału. Wszystko to było oczywiście prawdą, ale mimo to nie potrafiłbym zrzucić z siebie odpowiedzialności za ich losy. Nie starczyłoby mi odwagi, żeby iść i oświadczyć im: radźcie sobie sami, my partyzanci mamy inne zadania. Widziałem przecież ich niedolę, pamiętałem, co wycierpieli od faszystów i przyrzekłem sobie, że obronię tych ludzi przed całkowitą zagładą. Teraz jednak wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na słowa Kartuchina, milczałem więc. - Nasze zadanie jest jasne - rzekł Aniszczenko, szef sztabu brygady. - Niemcom trzeba psuć krew. Wywalać transporty. To prawda, że nie było takiego rozkazu, żeby tworzyć „leśne republiki”. Może inne oddziały miały takie polecenie, my nie. Ale skoro już jest taka sytuacja, że mamy taką „republikę”, to nie można teraz chować głowy w piach. Kartuchin machnął z rezygnacją ręką. Bryński uśmiechnął się do mnie znacząco, spostrzegł widocznie moje przygnębienie. - Sprawa jest trudna - rzekł po chwili. - Ale trzeba znaleźć jakąś radę. Można na przykład opuścić Krasny Bór, zanim tu wlizą Niemcy... O, choćby przenieść się trochę dalej na wschód. Można w stronę Prypeci... gdzieś pod Swarycewicze - pokazywał na mapie obszar lasów i bagien oddalony od nas o jakieś sto kilometrów. - Tu nie ma nigdzie garnizonów niemieckich i do Linkowa bliżej... W Krasnym Borze zostawiłoby się ze stu chłopaków do akcji dywersyjnych i nękania wroga.

Pochyliliśmy głowy nad mapą i śledziliśmy ruch czerwonego ołówka, którym Bryński znaczył zamierzony kierunek. - Ale sanie będą potrzebne. Wielka ilość sań. Ze sto... albo więcej. Śniegi spadły duże. Mróz tęgi. Będzie ciężko - mówił dalej Bryński patrząc nam w oczy. - A po co tyle transportu? - spytał Kartuchin. - Sami przecież nie pójdziemy. Zabierzemy rodzinkę Maksa - odparł żartobliwie Bryński. - Ty, Kartuchin, daj spokój. On ma rację. Odprawa trwała krótko. Teraz trzeba było działać. Lada chwila mogliśmy się bowiem spodziewać nadejścia wroga. Rozesłaliśmy niezwłocznie grupy partyzantów do pobliskich majątków i wsi w celu zwerbowania na następny dzień odpowiedniej ilości sań niezbędnych do ewakuacji ludzi. W leśnej osadzie „Birobidżan” spotkałem się z Michelem Bratem. Pełnił tu obowiązki komendanta. W osadzie panowało zamieszanie: ludzie biegali w pośpiechu, niektórzy płakali, inni kłócili się ze sobą. - Co się tu dzieje? - spytałem Brata. - Panie Maks. Ktoś puścił plotkę, że Niemcy okrążają Krasny Bór i partyzanci zostawią nas w lesie. - Słuchajcie, Brat. Uspokójcie ich, do diabła. W ten sposób rzeczywiście mogą sprowadzić nieszczęście. Samoloty nas wykryją i zrobią tu jatkę... - Niech pan powie, panie Maks, czy to wszystko prawda? - Nie. Niemcy są jeszcze daleko. Mogą tu być najwcześniej za dwa dni. Powiedzcie ludziom, że wszyscy zostaną jutro ewakuowani w inny, bezpieczny rejon. Ale muszą się zachowywać spokojnie... W tym momencie podbiegło do mnie kilka niewiast. Jedna z nich rzuciła mi się ze szlochem do nóg. - Ratuj moje dzieci albo zabij na miejscu! Podniosłem ją z ziemi i potrząsnąłem mocno. - Uspokój się. Nic wam nie grozi. Jutro wieczorem wszyscy stąd wyjedziecie razem z partyzantami. Wyraz niepokoju znikł momentalnie z jej twarzy. Podobne sceny rozgrywały się w osadzie „Palestyna” i „Nalewki”. W końcu jednak udało nam się opanować sytuację. Nazajutrz Bryński zwołał jeszcze jedną odprawę, na której uzgodniliśmy szczegóły działania. Do walki z Niemcami w rejonie Krasnego Boru zostawiliśmy stu partyzantów. Podzieleni na niewielkie grupy zaopatrzone w materiał wybuchowy, granaty i amunicję mieli działać konno i na nartach (narty robili tutejsi chłopi). Zadaniem tych grup było minowanie dróg, mostków i grobli, prowadzących do centralnej bazy, robienie różnego rodzaju pułapek i nocnych zasadzek na wroga. Niezależnie od tego trzy niewielkie oddziały bojowe miały zorganizować napad na opuszczone przez Niemców koszary w Kamieniu Koszyrskim oraz zaatakować posterunki policji i gestapo w Mielnicy, Trojanówce, Rafałówce i Maniewiczach. Na linie kolejowe Kiwerce - Kowel i Kowel - Maniewicze skierowano specjalne grupy dywersyjne.

Ze względu na szczególne zadania tych grup przydzieliliśmy do nich ludzi młodych, silnych i sprytnych. Z mojego oddziału wytypowaliśmy pięćdziesięciu partyzantów, a wśród nich Butkę, Chwiszczuka, Saszę Nierodę, Karpenkę, Bulika, Borysiuka i innych. Każda z tych grup miała działać zupełnie samodzielnie, tylko w wyjątkowej sytuacji mogły się łączyć ze sobą. W ten sposób chcieliśmy zapewnić dużą elastyczność działania poszczególnych grup i zdezorientować Niemców co do wielkości i rozlokowania naszych sił. Na dowódcę całości został wyznaczony starszy lejtenant Danilczenko. Sztab brygady z pozostałą częścią oddziałów bojowych i ewakuowaną ludnością miał wyruszyć wyznaczoną trasą - przez Jezierce, Młynek, Białą, Dubrowsk, Zielin - w rejon zwartego masywu leśnego w okolicach Swarycewicz. Po drodze grupa rajdowa powinna była pokonać dwie większe przeszkody wodne - Styr i Stubię. W nowym rejonie dyslokacji zamierzaliśmy zostać do chwili, kiedy wróg zakończy obławę i opuści teren naszej partyzanckiej bazy. Nie mieliśmy bowiem najmniejszej ochoty rezygnować ma stałe z odpowiadającego nam z wielu względów obozowiska w Krasnym Borze. W ciągu jesieni zdołaliśmy stworzyć tu sobie znośne warunki bytowe; mieliśmy w lesie nie tylko ziemianki z piecykami wewnątrz, ale także łaźnię, pralnię, magazyny, warsztaty, piekarnię i inne urządzenia, bez których trudno nam było przetrwać dłuższy okres czasu. Bazia w Krasnym Borze odpowiadała nam zresztą i z wielu innych, zasadniczych względów: zaledwie kilkanaście kilometrów dzieliło nas od tak ważnej arterii komunikacyjnej wroga, jaką była linia kolejowa Kowel - Sarny, doskonale znaliśmy okoliczny teren, wszystkie bezpieczne drożyny i przejścia, a ponadto tu właśnie mieliśmy dobrze zorganizowaną i sprawnie funkcjonującą sieć informacyjną. * 18 stycznia przed południem opuściliśmy ziemianki i niebawem kto żyw zabrał się do kopania prowizorycznych pozycji obronnych w odległości dwóch kilometrów na zachód od uroczyska Krasny Bór. W wykonanym okopie ustawiliśmy kukły zrobione z chrustu i szmat, do których przywiązaliśmy kije mające imitować karabiny. Jednocześnie do pracy przystąpiły grupy minierskie. Minowali, co się tylko dało; najpierw sam okop, później ścieżki, drogi, mostki... Kiedy zabrakło już małych minpułapek, chłopcy dla kawału przewlekli po ziemi, wokół starych nie nadających się do użytku sań, sznurek mający sugerować Niemcom, że w pobliżu znajduje się jakaś niebezpieczna mina. Tymczasem do lasu zaczęły ściągać dziesiątki sań zarekwirowanych w okolicznych majątkach lub przysłanych nam przez mieszkańców wsi. Większość transportu została przeznaczona do ewakuacji ludności cywilnej, głównie chorych, dzieci, kobiet i starców oraz zapasów żywności. Młodzi mężczyźni i dziewczęta mieli maszerować pieszo. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju wypadkach, zrobiło się spore zamieszanie. Wybuchały kłótnie i lamenty, każdy chciał zaliczać się do tych najsłabszych, by korzystać z prawa transportu. Niektórzy usiłowali ładować na sanie cały zgromadzony dobytek, a więc często rzeczy zupełnie zbędne. Musiałem wciąż interweniować, przekonywać, wysłuchiwać narzekań i płaczów. W tym kłębowisku ludzkim, w gwarze i bieganinie natknąłem się na Melchiora, który ujrzawszy mnie podbiegł szybko i spytał z wielkim przejęciem: - Pianie dowódco, co robić? Jedna kobieta rodzi właśnie dziecko... Przeraziłem się tą informacją i niewiele myśląc palnąłem głośno: - Wstrzymać, doktorze!

Melchior spojrzał na mnie ze zdumieniem, po czym zaczął się śmiać, ale widząc, że mam marsową minę uspokoił się natychmiast. - Bierzcie kobietę na wóz - powiedziałem. - Nie ma ani chwili do stracenia. Zaraz też posłałem partyzanta po puste sanie dla rodzącej i dla lekarza... Był już najwyższy czas, by ruszyć w drogę. Zwiad doniósł nam, że kilka kompanii wojska opuściło już Maniewicze, kierując się na północ, w stronę Karasina. O piątej wyruszyło nasze ubezpieczenie przednie, a w pół godziny później długa, ciągnąca się ponad kilometr kawalkada sań. Boki zabezpieczały patrole zwiadowcze, zaś ogon kolumny grupa bojowa licząca około pięćdziesięciu partyzantów. Całą noc parliśmy przez zaśnieżone wertepy, często węchem tylko szukając drogi. Nad ranem osiągnęliśmy małą osadę Młynek. Po wschodniej stronie osady przepływała rzeka Styr. Most był zniszczony i na drugi brzeg można się było przedostać tylko po lodzie. Ludzie, którzy przemarzli w czasie całonocnej drogi, zaczęli złazić z sań i pchać się do mieszkań. Bryński nie zamierzał jednak zatrzymywać się tu dłużej. Należało zrobić rozpoznanie i przejść na drugi brzeg, żeby w czasie dnia ukryć się w lasach. Zaczęliśmy właśnie wyciągać ludzi z domów, kiedy na północnym zachodzie usłyszeliśmy strzelaninę. Strzały dość długo nie cichły, a nawet w pewnym momencie usłyszeliśmy wybuchy granatów. Gdzieś w tamtym kierunku działało nasze boczne ubezpieczenie. Była to drużyna zwiadu pod dowództwem dziadka Mytkałyka. Ponieważ zwiad ten złożony był głównie z młodych, niedoświadczonych partyzantów, zwerbowanych z obozu cywilnego, Bryński rozkazał mi wyjechać z grupą dwudziestu ludzi w stronę Borowa - Perekale. Nie zwlekając siedliśmy na konie. Gdy dojechaliśmy do Borowej, strzały już ucichły. Zatrzymaliśmy się więc przed osadą i zaczęliśmy nasłuchiwać. W pewnym momencie usłyszałem powolny tętent końskich kopyt. - Jadą! - powiedział Kalenik, młody szesnastoletni chłopiec, były komsomolec, który pełnił przy mnie po śmierci Iwana rolę łącznika. - Z koni! - zakomenderowałem. Zajęliśmy stanowiska w krzakach rosnących w pobliżu traktu. W pięć minut później na tle śniegu ukazało się około dziesięciu ludzi. Jechali powoli, w zupełnym milczeniu, jeden za drugim, na końcu sunęły dwie pary sań. Było już na tyle widno, że z odległości pięćdziesięciu metrów rozróżniało się kształty i barwy. Mieliśmy zresztą dobre oczy, przywykłe do mroku i na ogół nie zdarzały się nam żadne pomyłki. Jeźdźcy, którzy jechali naprzeciw, byli w mundurach policji. Od razu wyobraziłem sobie, co się stało. Nasz patrol boczny musiał się natknąć na wroga, gdzieś niedaleko Perekali wywiązała się walka, w której został rozbity. Maszerująca zaś grupka policjantów to szpica jakichś większych sił niemieckich nadciągających od strony północnej z Janowa Poleskiego. (Niemcy zwykle wysyłali na zwiad swoich pomocników nie chcąc się sami narażać na niespodziewaną zasadzkę.) A więc moglibyśmy tu mieć do czynienia z grupą, która otrzymała zadanie zamknięcia drogi odwrotu maszerującej na wschód kolumnie partyzanckiej. Teraz przypomniałem sobie, że nie wysłaliśmy z Krasnego Boru żadnych patroli zwiadowczych w kierunku północnym. Byliśmy przekonani, że nic mam z tej strony nie zagraża. W jednej chwili pojąłem całą grozę sytuacji.

Wiedziałem, że nie wolno mi się wahać. Trzeba przepuścić szpicę i tu, na tej linii, zająć pozycję obronną, po czym przyjąć walkę z głównymi siłami, aby umożliwić przeprawę kolumny przez Styr. Jeźdźcy zrównali się właśnie z nami i chłopcy, którzy wzięli ich już ma muszki pepeszek i karabinów, czekali teraz w napięciu na mój rozkaz. Na drodze skrzypiał śnieg pod płozami sań, stukały po lodzie końskie kopyta. Nagle jeden z naszych ukrytych w gęstwinie koni zarżał. Zawtórowały mu dwa inne. Jeźdźcy zeskoczyli momentalnie na ziemię, padli na śnieg i wypuścili w naszą stronę serię strzałów. Uniosłem palec do ust, nakazując chłopcom milczenie. Po minucie zobaczyłem, jak wstają z ziemi otrzepując się ze śniegu. - To ci głupcy! Tchórze, nie partyzanci! - zawołał jeden z mniemanych policjantów. - Sunąć mi zaraz dwóch w krzaki i zbadać wszystko jak należy. O mało nie wybuchnąłem śmiechem. Toż to był głos dziadka Mytkałyka! To ci dopiero heca. - Ej wy, partyzanci, chodźcie tu! My, policjanci, czekamy na was i tak się strasznie boimy, że nie możemy się ruszyć z miejsca! - krzyknąłem donośnie. Niektórzy znów popadali na ziemię. - Ot, głupcy! - powtórzył dziadek. - Nie mówiłem? Wstawać mi zaraz jeden z drugim, nie słyszycie, że dowódca was wzywa? Nie pozostało mi już nic innego, jak wysunąć się z krzaków. Dziadek wyszedł mi naprzeciw. - Melduję o wykonaniu rozkazu... - zaczął składać raport. - Skąd macie te mundury? - spytałem. - Trzeba ich było trochę przeszkolić - pokazał na zwiadowców. - No i podeszliśmy pod posterunek w Perekalach. Ale faszyści nie spali. Dali ognia. No to i my im też trochę podsypaliśmy. Po dziesięciu minutach było załatwione. Z kolei dziadek opowiedział mi, że na posterunku w Perekalach znajdowało się pięciu policjantów. Po zlikwidowaniu ich partyzanci zabrali mundury, broń, zapasy amunicji i żywności. Na przeprawie zostało już tylko kilkanaście sań. Na lodzie leżały deski i chrust. W ten sposób wzmacniało się słaby miejscami lód. Mimo to, jak się dowiedziałem, nie obeszło się bez wypadków, pięć koni utonęło. Na szczęście ofiar w ludziach nie było. Stanęliśmy na biwaku w lesie o trzy kilometry na zachód od wsi Biała. Bryński ubezpieczył rejon wypoczynku silnymi placówkami. Ludzie byli zmęczeni i przemarznięci. Wszyscy rzucili się od razu do rozpalania ognisk. Po rozmowie z Bryńskim postanowiłem zabronić indywidualnego palenia ognisk. Trzeba było zachować środki ostrożności. Samoloty rozpoznawcze mogły nas szybko odkryć. Z pomocą przyszedł nam Matwiejew. Pochodził z Syberii i znał sposoby zbiorowego zabezpieczenia się przed mrozem. Matwiejew zaproponował, by ludzie podzielili się na pięćdziesięcioosobowe grupy. Każda taka grupa wybierała sobie miejsce i odgarniała śnieg tworząc z niego okrągły wał. Wewnątrz koła układało się suche, drobne gałęzie. Następnie ludzie zdejmowali odzież i obuwie i kładli je na chrust, część odzieży przeznaczano do przykrycia się. Z kolei wszyscy kładli się jeden obok drugiego. Pośrodku zaś paliło się

ognisko grzejąc stopy, susząc onuce i buty. Przy ognisku czuwali dyżurni, którzy mieli zadanie podtrzymywać ogień. Jak się okazało, był to doskonały sposób na zimno. Zanim usnąłem, wsłuchiwałem się w dalekie echa wybuchów niosące się z zachodu. To w Krasnym Borze nasi dywersanci ścierali się z Niemcami. Wstałem koło południa i poszedłem do szałasu Bryńskiego. Zastałem go pochylonego nad mapą. - Nie mamy żadnych wiadomości od Danilczenki - rzekł. - A tam aż huczy od walki... - Może kogoś wysłać? - Jeszcze wpadnie w łapy fryców. - Nie wpadnie. Czego ma wpaść?... - No to posyłajcie...

Niecodzienne przygody
19 stycznia o świcie Niemcy rozpoczęli obławę. Z Kamienia Koszyrskiego, z Maniewicz i Rafałówki ruszyły długie kolumny sań, samochodów z działami i motocykli. Z rozkazu gubernatora Schöne na akcję okrążającą wysłano wszystkie siły wojska, żandarmerii, policji i własowców. Ściągnięto w tym celu również garnizony z Kowla, Równego, Łucka, Lubomla i innych mniejszych miast. W koszarach i posterunkach policji zostały tylko małe oddziałki pełniące służbę wartowniczą. O godzinie pierwszej przednia szpica niemieckich sił głównych, maszerujących od strony Kamienia Koszyrskiego, licząca dwie kompanie piechoty wzmocnione plutonem moździerzy osiągnęła Stochód w rejonie wsi Rudka. Niemcy zaczęli się przeprawiać przez rzekę, lecz gdy tylko wyszli na otwartą przestrzeń, w pobliżu chutoru Kołomycha zostali zasypani gradem pocisków. Operowała tu grupa bojowa pod dowództwem Bulika. Niemcy stracili natychmiast około dziesięciu ludzi. Zajęli więc pozycje obronne, następnie rozwinęli się w tyralierę szykując się do ataku. W tym czasie partyzanci wycofali się skrycie do tyłu, pozostawiając na skrzyżowaniu dróg wiodących do Nowych Czerwiszcz i Hrywy kilka małych min. Miny te zaczęły wybuchać w momencie, gdy partyzanci zajęli już nowe stanowiska w zasadzce, o trzy kilometry na wschód, w pobliżu uroczyska Długi Las. Stąd było już zaledwie jeden kilometr do linii pozorowanych okopów. Grupa Bulika połączyła się tu z partyzantami pod kierownictwem starszego lejtenanta Danilczenki, który dowodził całością sił partyzanckich. W tym miejscu, na wzgórzu otoczonym sosnowym zagajnikiem, zajęło pozycję w zasadzce czterdziestu partyzantów. Ta akcja miała zadecydować o całym planie operacji, jaki nakreślił sobie Danilczenko. Chodziło o ściągnięcie na ten odcinek głównych sił wroga, które maszerowały z Kamienia Koszyrskiego, i o zmuszenie Niemców oraz policji do rozwinięcia kompanii i przypuszczenia ataku na linie nie istniejącej obrony.

Tym razem Niemcy pojawili się małymi grupkami, jednocześnie w kilku punktach: niedaleko chutorów Stępa i Masiowka oraz wzgórza 158. Zasadzka oczekując na główne siły przepuściła niemieckie patrole zwiadowcze. Minęło z dziesięć minut, kiedy na drodze z Czerwiszcz ukazała się długa kolumna wojska. Niemcy szli plutonami, szykiem rozczłonkowanym, trzymając broń w pogotowiu. Na odgłos pierwszej partyzanckiej salwy hitlerowcy zaczęli rozwijać się w tyralierę prowadząc ogień. Nie zatrzymywali się, lecz z marszu przystąpili do ataku. Dotychczas jednak milczały jeszcze dwa partyzanckie cekaemy i trzy erkaemy umieszczone na skrzydłach zasadzki. Niemcy zapewne sądzili, że napotkali na swej drodze ten sam mały oddziałek, który ostrzelał ich na przeprawie przez Stochód, i postanowili zniszczyć go atakiem z marszu. Danilczenko zaś tylko na to czekał. Chciał, żeby wróg podszedł bliżej, by móc zaskoczyć go nagłym silnym ogniem i przygwoździć na jakiś czas do ziemi, a potem, obchodząc dużym manewrem z prawa, wyjść przez bagnisko Długi Las na tyły niemieckich wojsk. Niemcy atakowali w dwóch rzutach, dwoma kompaniami. Ogień z ich karabinów i empi ciął gałęzie sosnowego zagajnika. Kule z gwizdem wżerały się w pnie drzew, łupały korę, bzykały jazgotliwie, lecz partyzanci nie ponosili większych strat; zaledwie dwóch ludzi odniosło lekkie postrzały. Danilczenko czekał. Partyzanci niepokoili się. Już tylko sto pięćdziesiąt metrów dzieliło hitlerowców od linii partyzantów, kiedy padła komenda ognia. Zaterkotała broń maszynowa kosząc pierwsze szeregi atakujących wrogów. Niemcy, zaskoczeni tym, załamali się i zalegli, lecz na śniegu widać ich było doskonale. Partyzanci strzelali więc jak do tarcz. Po stronie hitlerowców padały teraz gorączkowe, chaotyczne rozkazy, rozlegały się jęki. Z tyłu, za drugą linią atakujących, pluton moździerzy zajmował pospiesznie stanowiska ogniowe. Obsługi moździerzy odgarniały śnieg, ustawiały płyty podstaw i wyciągały z jaszczów miny. Parę serii z cekaemu unieszkodliwiło jeden moździerz, lecz wkrótce dwa pozostałe zaczęły prowadzić ogień nękający. Miny padały daleko w tyle za partyzancką linią i tylko dwie z nich rozerwały się na skraju lasu zabijając trzech partyzantów. Dwóch innych było rannych. Niemcy okopywali się w śniegu. Danilczenko rozkazał przerwać ogień. Po chwili hitlerowcy znów poderwali się do ataku sądząc, że ogień z moździerzy zniszczył partyzantów, a tymczasem ledwie zdołali zrobić kilkanaście kroków zerwał się jeszcze większy ogień niż poprzednio. Tym razem padło ze trzydziestu Niemców i wróg musiał znów zaleć na śniegu. Strzelanina nie cichła. Walka trwała już z półgodziny Tymczasem Danilczenko otrzymał meldunek od obserwatora, który pełnił służbę ukryty w koronie wysokiej sosny, że od strony Czerewiszcz nadciągają większe siły Niemców i policji. - A więc dobra nasza - powiedział na głos Danilczenko. Obok niego leżał za grubym pniem Karpenko, a nie opodal Bulik z gołą głową: odłamek z moździerza zerwał mu bowiem czapkę kubankę i rzucił gdzieś do tyłu. Karpenko coraz to przywierał swoją obrośniętą długą szczeciną twarzą do łoża karabinu i pociągał za język spustowy, szepcąc zawzięcie: - A masz, to już drugi za Franka... A teraz ty, masz za Iwana... Jeszcze chcesz? Dobrze... No, pokaż no się jakiś psi synu... - Jak to dobrze, Karpo, że cię Maks liczyć nauczył, a to byś nawet nie wiedział, którego fryca sprzątnąłeś - szepnął żartem Bulik.

- A tyś myślał, że Karpo to już tylko żarcie umie warzyć. Głupiś. Rachunek mój z nimi duży. Dług trzeba spłacić uczciwie - odparł Fiodor biorąc na cel następnego Niemca. Tuż obok leżał ciężko ranny partyzant, odłamek z miny moździerza oderwał mu całą prawą stopę. Był to młody, może siedemnastoletni chłopiec imieniem Makar, który zaledwie tydzień temu przyszedł do oddziału ze wsi Rudka. Niemcy zamordowali mu ojca, więc poszedł do partyzantów, żeby pomścić jego śmierć. Teraz jęczał wijąc się z bólu. Śnieg wokół niego poczerwieniał. Bulik cofnął się i poczołgał ku niemu: chłopiec ściskał oburącz kikut zakrwawionej nogi, a łzy strumieniami ciekły mu po policzkach. - Dobij mnie - mamrotał. - Nie mam już po co żyć... - Cicho bądź! Musisz żyć - odparł Bulik ściągając mu pasek od spodni i wiążąc go mocno na łydce. A teraz leż tu i nie rozpaczaj, będziesz żył sto Łat. Kiedy po paru minutach Bulik znów znalazł się na swoim stanowisku i pociągnął pierwszą serię z automatu, wyrzekł mściwie: - To za ciebie, Makar. Masz, frycu, w samą d... Na przedpolu pojawiły się teraz posiłki. Niemcy podciągali główne siły. Danilczenko zza drzewa patrzył przez lornetkę w kierunku ich pozycji. Nagle rzucił ostro: - Przygotować się do odejścia! - Po czym powiedział do Karpenki:-Zabierzcie rannych. Zostawiam wam drużynę Bulika. Trzeba ich odstawić do Serchowa. Doktor Dunin-Wolska będzie miała robotę... Później spróbujcie przedostać się do Jakowlewa... albo do Saszy... W chwilę potem Fiodor wraz z Bulikiem i grupą bojową zabrał się do ściągania rannych. Było ich sześciu; trzech, z nich, lżej rannych, mogło się poruszać o własnych siłach, pozostali trzej potrzebowali pomocy kolegów. Sprawa eskorty rannych nie należała do prostych, jeśli zważyć, że odległość do Serchowa wynosiła stąd około piętnastu kilometrów, a po drodze w każdej chwili można się było zetknąć z Niemcami. Fiodor rozumiał to doskonale. Ale przecież musiał wypełnić rozkaz, mimo że wolałby z pewnością zostać przy oddziale bojowym. Pod osłoną ognia udało mu się przedostać na tyły i wejść razem z rannymi w gęste lasy uroczyska Okół, ciągnące się ku południowi, aż do olbrzymich błotnych rozlewisk noszących nazwy: Sitniełówka, Czeremyski, Łypa, Dalszewo. Tymczasem reszta oddziału Danilczenki zaczęła się stopniowo wycofywać. Niemcy, spostrzegłszy to, rozpoczęli pościg. Początkowo partyzanci cofali się na północny wschód, a więc prosto na linię pozorowanych okopów, szybko jednak zmienili kierunek i wykorzystując gęstwiny leśne i zarośla ruszyli na południe, wzdłuż wschodniego skraju bagniska Długi Las. Manewr wykonany został tak zręcznie, że wróg nie zdołał się w niczym zorientować. W tym właśnie momencie od strony Rafałówki, gdzie działały grupy bojowe Saszy Nierody i Jakowlewa, las przyniósł echa strzelaniny. Na ten odgłos walki rozwinięte w tyralierę kompanie niemieckie, jakby pokrzepione na duchu, z jeszcze większym impetem poszły w głąb Krasnego Boru. Nie minęło pół godziny, jak atakujący Niemcy osiągnęli pozycję przed linią okopu. Dostrzegli bez trudu jego długi wężowaty zarys, a wewnątrz „sylwetki partyzantów”. Jednocześnie zaczęły wybuchać miny-pułapki rozmieszczone na przedpolu. Ten i ów hitlerowiec zawahał się na moment, i to

odebrało odwagę innym. Nie chcieli iść do bezpośredniego ataku, bowiem uczono ich, że pozycje obronne trzeba zdobywać planowo: najpierw rozpoznać je, później zgnębić obrońców silnym ogniem, złamać ich wolę obrony, a następnie uderzyć zmasowanymi siłami. Zgodnie z zasadami taktyki zajęli więc stanowiska w śniegu, wykorzystując do tego krzewy i pnie drzew, i zaczęli ostrzeliwać „partyzantów”. Powoli nadciągnęły pozostałe kompanie. Pozycje „partyzantów” wciąż milczały. Nagle z tyłu, za linią obrony, rozbrzmiały suche trzaski. To kompanie Niemców z garnizonu Mroczno, słysząc strzelaninę, nadciągnęły swoim z pomocą. Lecz zdezorientowane dowództwo garnizonu z Kamienia Koszyrskiego wzięło zbliżającą się odsiecz za partyzantów i wydało rozkaz otwarcia skoncentrowanego ognia na linię okopów. Rozpoczęła się mordercza strzelanina z obydwu stron. Niemcy walczyli ze sobą ponad dwie godziny, podrywając się parę razy do ataku. Bitwa ucichła dopiero wtedy, gdy kilka kukieł trafionych pociskami zapaliło się, zrozumiano wówczas, że cała obrona jest fikcją, a partyzanci przepadli gdzieś jak kamień w wodzie. Kończył się pierwszy dzień obławy w Krasnym Borze. Niemcy stracili w niej ponad stu żołnierzy, podczas gdy straty partyzanckie sięgały jedenastu ludzi. Niemcy nie mieli zamiaru iść tego wieczoru dalej w głąb bazy partyzanckiej. Postanowili spędzić noc na miejscu, a o świcie kontynuować obławę. Na decyzję ich wpłynęły takie fakty, jak brak informacji o rozlokowaniu partyzantów, nieprzybycie na czas innych oddziałów niemieckich w naznaczony rejon oraz zupełna nieumiejętność prowadzenia walki w nocy w warunkach leśnych. Nim jednak nadeszła noc, partyzanci dali jeszcze o sobie znać. Zgodnie z ustalonym planem grupy bojowe Jakowlewa, Saszy Nierody, Danilczenki i Żydajewa znalazły się po zewnętrznej stronie niemieckich oddziałów. Wkrótce tu i ówdzie partyzanci rozpoczęli strzelaninę. Małe grupki skradały się pod same biwaki niemieckie, po czym otwierały ogień i znikały. Niemców ogarnął strach. Niejasna sytuacja pogłębiała jeszcze bardziej stan niepokoju i przerażenia. Noc i las robiły swoje. Najpierw rozpoczęła się panika w obozie policjantów. Miała ona zupełnie nieprzewidziane dla Niemców skutki... * Do tego, co się działo tej nocy w lesie, na placówce policjantów, wybitnie przyczynił się Fiodor Karpenko ze swymi partyzantami. Pozostawiwszy rannych w Serchowie Fiodor niezwłocznie pospieszył na pole walki, pragnąc jeszcze z wieczora przyłączyć się do Saszy Nierody. Okazało się to jednak niemożliwe. Niemieckie oddziały, których nie było jeszcze w Krasnym Borze, w momencie gdy grupa Karpenki opuszczała ten teren, teraz nadciągnęły i zajęły olbrzymie połacie lasu. Fiodor nieustannie natrafiał na wysunięte placówki i czujki niemieckie i nie mógł przedrzeć się przez nie. W końcu udało się mu prześliznąć między dwoma oddziałami, ale niebawem stwierdził, że znajduje się w samym środku niemieckiego obozu. Niemcy palili ogniska. Fakt ten uniemożliwił Fiodorowi i Bulikowi ich zamiar. O północy dwunastu partyzantów ukryło się w, gęstych zaroślach, tuż obok placówki policji. Chłopcy wyczerpani całodzienną walką i długą drogą padali po prostu z nóg. Byli głodni i senni. Słyszeli od strony Rafałówki serie strzałów i domyślali się, że to ich koledzy niepokoją Niemców. Tym bardziej więc odczuwali swoją przykrą sytuację. Fiodor nie zamierzał jednak przez całą noc siedzieć bezczynnie w zagajniku. Był pewien, że o świcie jego grupa i tak zostanie wykryta, uważał więc, że należy coś przedsięwziąć.

- Słuchaj, stary - rzekł szeptem do Bulika. - Daj mi dwóch chłopców. Pójdę na zwiad. Ty zostań tu z resztą. Nie ruszajcie się stąd, aż wrócę. Cicho, ani mru-mru. - Dobra - Bulik ścisnął ramię Fiodora na znak zgody. W chwilę później trzy cienie wysunęły się z krzaków. Mimo śniegu i płonących ognisk było ciemno, gdyż niebo zaciągnęło się zwałami chmur. W lesie panował gwar. Niemcy i policjanci, nie mogąc się dostatecznie ogrzać przy ognisku, zabijali ręce i tupali nogami. Fiodor tym razem nie miał zamiaru unikać spotkania z wrogiem, szedł prosto do obozowiska, gdzie słyszał ukraińską mowę. Wiedział, że Niemcy potworzyli z różnych posterunków policji kompanie liczące ponad stu ludzi. Była to zbieranina nie przedstawiająca większej wartości bojowej. Ludzie ci nie znali się nawzajem, niektórzy tylko dlatego poszli na akcję, że zmusili ich do tego Niemcy. W odległości stu metrów od obozu Fiodor usłyszał głos wartownika. - Stój! Kto idzie? - Swój. Czort by to wziął. Poszliśmy na patrol i zbłądzili. Całe szczęście, że trafiliśmy... Ci przeklęci partyzanci chyba napadli na Rafałówkę - rzekł Fiodor. - Przechodźcie. A na drugi raz to zmówcie modlitwę. Strzelać będę! - odparł wartownik. - Cholerny ćmok...-mruknął jeszcze pod nosem Fiodor przechodząc w głąb obozowiska. Tutaj nikt już nie zwracał na nowo przybyłych żadnej uwagi, mimo to woleli oni trzymać się z dala od ognisk, w cieniu. Policjanci prowadzili ze sobą gorączkowe rozmowy wbrew rozkazom dowódcy oddziału. Klęli zimno i Niemców. Partyzanci rozproszyli się po obozie, ale tak, żeby nie tracić się nawzajem z oczu. Fiodor przysłuchiwał się przez jakiś czas dyskusjom, w końcu odszedł na bok i skinął na chłopców. - Ty pójdziesz na prawo, a ty w lewą stronę - powiedział po cichu. - Jak zawołam: „Partyzanci okrążają nas”, zaczniecie strzelać i krzyczeć: „Uciekać, komu drogie życie”, a później wiejcie sami do zagajnika... Zrozumieli go od razu. Fiodor miał zamiar oddalić się od środka obozowiska o jakieś sto metrów. Nie chciał przechodzić linii czat; jego wołanie miało naśladować krzyk wartownika. Szedł powoli, odliczając kroki, gdy nieoczekiwanie natknął się na wartownika, który nerwowo spytał: - A ty dokąd idziesz? Fiodor runął nagle w śnieg, wołając: - Alarm! Partyzanci okrążają! Strzelać, chłopcy! Jego krzyk poniósł się echem, podrywając na nogi cały obóz. Jednocześnie gruchnęły serie z pistoletów i podniosły się niesamowite wrzaski. Wartownik, który początkowo oniemiał, teraz zaczął pędem uciekać. W obozowisku wrzało jak w ulu. Gęsto padały strzały. Ludzie rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Fiodor nie uciekał. Zmieniał tylko nieustannie stanowisko i strzelał.

Panika, jaka wybuchła w obozie policjantów, przeniosła się rychło i do biwaków, w których stacjonowały oddziały Wehrmachtu i gestapo. Tam również rozpoczęła się bezładna strzelanina. Wtedy Fiodor wrócił do swoich. Upłynęła godzina, zanim wszystko się uspokoiło. Lecz niebawem do obozu policji przybyło gestapo. Rozbłysły latarki. Sprawdzono stan ludzi i okazało się, że brakuje kilkunastu policjantów. Dowódca kompanii w porozumieniu z oficerem gestapo wydał polecenie rozstrzelania trzydziestu spośród tych, którzy uciekli na odgłos pierwszych strzałów, a dopiero później wrócili. Wśród skazanych znaleźli się również tacy, którzy nie ulegli panice. Zapłonęło duże ognisko, później padły salwy. W szeregach przyglądających się egzekucji policjantów zakotłowało się nagle. Ktoś podniósł karabin i kropnął w pierś dowódcy kompanii, inni rzucili się na gestapowców. Faszyści bili się teraz ze sobą. Bagnet zgrzytał o bagnet, chwytano się za gardziele, za bary. Nieludzkie wrzaski rannych i konających mieszały się z przekleństwami. Policjanci od pierwszej chwili wzięli górę nad Niemcami, którzy nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Nie zależało im już na niczym, chcieli wziąć odwet za swych kolegów. W tej żywiołowej walce przeciwnicy pomieszali się w ciemności ze sobą i nie można było odróżnić, kto swój, a kto wróg. Gestapowcy zaczęli ratować się ucieczką. Nie ścigano ich, dobijano tylko tych, którzy zostali na placu. * Wrzawa tej walki stała się sygnałem działania dla partyzantów ukrytych w zagajniku. Widzieli przybycie gestapowców, a następnie na tle ogniska obserwowali egzekucję i dalsze jej następstwa. Widok toczących się krwawych zapasów podniecał ich do walki. Niektórzy próbowali wysunąć się z krzaków i dołączyć do walczących, ale Fiodor i Bulik nie puszczali nikogo. Dopiero w momencie gdy gestapowcy zaczęli wymykać się z pola, padł rozkaz Karpenki: - Chłopcy, dusić faszystów! Ledwie w pobliżu krzewów pojawili się pierwsi zadyszani uciekinierzy, a już zaskoczyli im drogę partyzanci. Bili bagnetami i kolbami automatów. Załatwiano się z nimi szybko. Gestapowcy, zmęczeni poprzednią utarczką i ucieczką, padali teraz jak muchy, coraz to nowe, małe grupki faszystów pojawiały się w zasięgu partyzanckiej broni. Zabijano ich w walce wręcz. Zgiełk toczącej się bitwy pomknął w las budząc przerażenie wśród zgrupowanych tu oddziałów niemieckich. Znów zaterkotały karabiny. W owym czasie partyzanckie grupy bojowe działające pod Rafałówką i w innych kierunkach zbliżyły się na małą odległość do rozlokowanych na postoju Niemców i obsypały ich gradem pocisków. Wielu żołnierzy rozbiegło się w popłochu, odrywając się od swoich pododdziałów. W tej sytuacji dowódca niemieckiego oddziału z Moroczna wydał na własną rękę rozkaz wyjścia z lasu i powrotu do koszar. Rozpoczął się odwrót. Szczęście jednak nie sprzyjało Niemcom. Nad ranem, gdy byli już niemal w pobliżu miasta, stwierdzili, że nad Morocznem unosi się wielka łuna pożaru. Dochodziły stamtąd częste i potężne huki wybuchających granatów, chociaż dla ochrony koszar pozostał zaledwie jeden pluton żołnierzy. Mimo że absolutnie nie wiedzieli, co się dzieje w Morocznie, Niemcy nie cofnęli się już do Krasnego Boru. Ruszyli przed siebie. Niedługo potem zostali ostrzelani silnym ogniem broni maszynowej i moździerzy. Walka trwała trzy godziny. Większość żołnierzy batalionu z Moroczna padła w tym boju. Reszta uciekła z powrotem do lasów, gdzie zetknęła się z pozostałymi oddziałami niemieckimi,

przynosząc tragiczne, wyolbrzymione meldunki o siłach partyzantów zgrupowanych wokół Krasnego Boru. Snuto nawet przypuszczenia, że w tym rejonie wylądowały nocą jakieś specjalne oddziały spadochroniarzy radzieckich. * Wydarzenia pod Morocznem były również zagadką dla grup partyzanckich działających w rejonie Krasnego Boru. Nikt nie wiedział, co się tam naprawdę działo. Przypuszczano ogólnie, że Niemcy przez pomyłkę bili się sami ze sobą. Niebawem wszystko się wyjaśniło. Otóż Karpenko po likwidacji gestapowców, uciekających z obozu policjantów, pospieszył niezwłocznie w kierunku, skąd dochodziły serie strzałów. Po charakterystycznym terkocie automatów poznał, w którym miejscu znajdują się partyzanci. Grupa Karpenki nie utraciła ani jednego człowieka. Jedynie dwóch partyzantów odniosło lekkie rany kłute od bagnetów. W pobliżu zagajnika zostało natomiast na śniegu kilkunastu martwych gestapowców. Po półgodzinnym przedzieraniu się przez gęsty las partyzanci znaleźli się w bezpośredniej styczności z garnizonem z Moroczna, na jego tyłach. Lecz grupy bojowe Danilczenki i Saszy odeszły już z tego miejsca. Strzały ucichły. Partyzanci obserwowali z ukrycia wroga; Niemcy sformowali szyki i zaczęli maszerować w kierunku wschodnim. Bulik, który ani na krok nie odstępował Fiodora, spytał nagle: - Czy rozumiesz coś z tego? - Nic a nic. - Żeby Saszka dał chociaż jakiś znak. Strzelają wtedy, jak nie trzeba, teraz to szukaj, człowieku, wiatru w polu... - Nie taki on głupi, żeby dać się złapać. Dobrą ma szkołę. U fryców też skończył seminarium - odparł półszeptem Fiodor. - Szwaby jednak musieli coś zwąchać i teraz chyba idą ich tropem. - W nocy lis ma tysiąc dróg, a myśliwy jedną. Gdyby było inaczej, nie siedzielibyśmy w tym lesie. - Ale trzeba się przyłączyć do chłopaków. Taki mieliśmy rozkaz. - Co radzisz? - Pójdziemy za Szwabami. Jeśli idą za naszymi, to w razie czego sypniemy im po zadkach trochę ołowiu. Dopiero będzie zabawa, jak ich weźmiemy w dwa ognie. Niemcy maszerowali szybkim krokiem i ten fakt jeszcze bardziej upewnił Fiodora i Bulika, że wróg pragnie doścignąć cofających się partyzantów. Polecili więc swoim chłopcom wyciągać dobrze nogi, by nie oderwać się za daleko od Niemców. Wędrówka ta trwała jednak zbyt długo. Nogi odmawiały już posłuszeństwa. Ten i ów zostawał w tyle. Fiodor wciąż popędzał: - Ciągnąć, chłopaki, bo nam fryce zwieją sprzed nosa. Lecz nalegania te niewiele mogły zdziałać. Szczególnie trudno było maszerować rannym. W ciągu poprzedniego dnia i całej nocy zrobili już z pięćdziesiąt kilometrów. Niebawem Niemcy wyszli z lasów. - Głupia sprawa - rzekł wreszcie Fiodor zatrzymując się.-Zdaje mi się, że fryce mają dosyć lasu i wracają do garnizonu.

- Nabrali nas - odparł jeden z partyzantów. - Co teraz robić? - spytał Bulik. - Musimy znaleźć jakieś miejsce na odpoczynek - oświadczył Karpenko. - Za dwie, trzy godziny zacznie świtać. Trzeba się trochę przespać. Wyszukali w pobliżu niewielki jar i odgarnąwszy śnieg ułożyli się jeden obok drugiego. Karpenko, nie dowierzając nikomu, sam został na warcie. Ale mimo mocnego postanowienia, że wytrwa na posterunku, po kwadransie usnął twardo. Obudził go huk wybuchających granatów. Fiodor zerwał się na nogi i przetarł oczy. Na dworze był już dzień. Od wschodu niebo czerwieniło się łuną pożaru. Rozbudzeni ze snu partyzanci patrzyli na łunę i wsłuchiwali się w odgłosy toczącej się walki. - Ot, i widzicie, coście narobili. Tam nasi chłopcy giną, a wy sobie chrapiecie w najlepsze - rzucił ze złością Fiodor. - Mówiłem, żeby maszerować za frycami. Jazda, biegiem za mną!... Chłopcy nie zdążyli jeszcze dobrze przetrzeć oczu, a już poderwali się do przodu. Biegli po ubitej niemieckimi buciskami polnej drodze. Fiodor sunął na samym przodzie. Był ubrany w krótki kożuszek, niemieckie buty i czapkę kubankę. Śnieg spod jego nóg pryskał Bulikowi, który znajdował się tuż za nim, prosto w twarz i zasypywał mu oczy. Bulik nie zwracał jednak na to uwagi i także parł z całych sił do przodu. Nawet dwaj ranni nagle zapomnieli o swoich dolegliwościach i pędzili, jakby im przyprawiono skrzydła. Nagle stanęli jak wryci. Naprzeciw nich, w odległości około dwustu metrów, pędzili Niemcy. Było ich pięciu. Z rozpiętymi płaszczami, bez broni, bez czapek. Dwóch nie miało nawet na sobie płaszczy. Ujrzawszy partyzantów zatrzymali się i podnieśli ręce do góry. Byli wśród nich młody oberleutnant i dwóch feldfebli. Twarze mieli wymęczone, ziemiste. Oczy rozbiegane, błagające o litość. Oficer był mizerny i mundur zdawał się na nim wisieć jak na kiju. - Co wy za jedni? - spytał Fiodor. - My zoldaty - odpowiedział barczysty brunet w zgrabnym mundurze feldfebla. - A ty sam, kto taki? - Jo Ślązok. Od Opola. - Przed kim nawiewaliście? - Nie rozumiem. - No to co z ciebie za Ślązak, jak ludzkiej mowy nie rozumiesz? - rzekł z naganą Fiodor.-Kto was gonił? - Ja, ja. Rozumiam. Partyzany. Bum, bum. Całe kazarmy spalili i nasz abtajlung tyż rozbili. Ja, ja. Uni som niedaleko. Fiodor sięgnął do polowej torby oficera. Wyciągnął z niej mapę i notatnik. Niemiec trząsł się z przerażenia. - Sprawdzić wszystkich! - rozkazał Fiodor. Szybko wywrócono zawartość kieszeni Niemców, lecz oprócz różnych drobiazgów nie znaleziono w nich nic godnego uwagi.

- Prowadzić! - rozkazał Fiodor i skierował się w stronę, skąd przybyli Niemcy. Dwa kilometry dalej, wzdłuż drogi wiodącej do Moroczna, leżało kilkadziesiąt trupów niemieckich żołnierzy. Większość Niemców była bez butów. Nie znaleziono też ich broni. Po kilkudziesięciu metrach nowe pobojowisko zasłane niemieckimi trupami. Po obydwu stronach drogi szumiał sosnowy las. Ślązak pokazywał, że właśnie z tych lasów zaatakowali ich partyzanci. W kwadrans później ujrzeli przed sobą niewielką grupę jeźdźców. Fiodor poznał, że nie są to Niemcy. Zatrzymał swoich ludzi i sam wyszedł im naprzeciw. Jeźdźcy stanęli również. Kiedy zbliżył się na odległość pięćdziesięciu metrów, jeden z kawalerzystów zawołał: - Coście za jedni?! - Partyzanci - odparł Fiodor. - Z jakiego oddziału? - Diadi Pieti. - Jeśli łżesz, zawiśniesz na gałęzi. Chodź tu bliżej. Fiodor podszedł raźno. Jeźdźcy zeskoczyli z koni. Dopiero teraz Fiodor zobaczył na ich czapkach czerwone gwiazdki. Jeden z nich miały, krępy, ubrany w biały kożuszek, zbliżył się do niego i spytał: - A gdzie jest teraz twój dowódca? - Tego nie powiem. - Widzę, żeś nie taki głupi, na jakiego wyglądasz. Jedziemy do sztabu... Fiodor machnął ręką na stojących z tyłu partyzantów z jeńcami. * Okazało się, że ludzie, na których natknęła się grupa Karpenki, należeli do zgrupowania partyzanckiego Saburowa. Oddział ten liczący kilkuset ludzi przybył w rejon Swarycewicz zza Horynia, w chwili gdy Niemcy wyruszali na obławę. Oddziałem dowodzili dwaj radzieccy oficerowie: Fiodorow i komisarz Kizia. W Swarycewiczach nawiązali kontakt ze sztabem naszej brygady i korzystając z nieobecności Niemców zorganizowali kilka napadów na garnizony. W ten sposób zniszczone zostały koszary w Morocznie, a na powracający batalion urządzono zasadzkę w lesie, likwidując go niemal w całości. Ocalały jedynie małe grupy. Jedną z tych grup przywiódł do obozu saburowców Karpenko. Była to bardzo cenna zdobycz, bowiem mapa i notatnik znalezione u oficera zawierały cały plan operacyjny i sytuację Niemców podczas obławy. W obozie Fiodor spotkał również Danilczenkę, który zetknął się z saburowcami zupełnie przypadkowo. Zaintrygowany walką pod Morocznem przybył tu ze swoją grupą bojową. Właśnie Danilczenko polecił Fiodorowi udać się do sztabu brygady.

Prowokacja
Staliśmy obozem w Swarycewiczach. Była to dość duża wieś, dobrze zagospodarowana, otoczona zewsząd rozległymi lasami. Wieś od dawna znajdowała się pod wpływem oddziałów partyzanckich.

Stacjonowały tu oprócz miejscowych partyzantów oddziały Korczewa i Misiury. Swarycewicze spełniały rolę bazy zaopatrzenia w broń i żywność. W miejscowej kuźni mieściła się prowizoryczna fabryczka uzbrojenia i amunicji. Stary kowal, który kierował tym partyzanckim „zakładem zbrojeniowym”, produkował dla nas karabiny, partyzanckie noże, naboje i granaty. Rozmieściliśmy całą ludność cywilną przybyłą z leśnych obozów w chłopskich chatach, sami zaś zajęliśmy stodoły i obory. Wokół wsi postawiliśmy silne straże. Niemcy wciąż jeszcze przetrząsali rejon naszego obozu w Krasnym Borze w poszukiwaniu partyzantów. Grupy bojowe toczyły z nimi utarczki dniem i nocą. Jednocześnie wysyłaliśmy coraz to nowe małe oddziałki dywersyjne na linie kolejowe, stacje, mosty, wiadukty. Działalność dywersantów podczas trwania obławy wprowadzała w szeregi wroga jeszcze większą demoralizację i niepokój. W owym czasie sztab brygady nawiązał kontakty ze sztabem oddziałów Fiodorowa i Kizi. Opracowywano plany współdziałania, wyznaczano rejony partyzanckie, uzgadnialiśmy ze sobą sposoby łączności. Ponadto, korzystając z wolnego czasu, sporządziliśmy dokładne sprawozdanie z dotychczasowych akcji bojowych. Po podsumowaniu ilości wysadzonych pociągów, zniszczonych linii komunikacyjnych i telefonicznych, spalonych składów, rozbitych posterunków i garnizonów okazało się, że bilans był bardzo pokaźny. Zaledwie w ciągu dwóch minionych miesięcy, to znaczy od czasu powstania brygady, grupy dywersyjne wysadziły w powietrze aż 120 niemieckich transportów kolejowych. Piątego dnia od chwili rozpoczęcia przez Niemców akcji w Krasnym Borze przyjechał do Swarycewicz Bulik. Spotkałem go przed chatą, w której mieścił się nasz sztab. Bulik był bardzo zmęczony, widziałem, że ledwie się trzyma na nogach. - Towarzyszu dowódco, melduje... Chwyciłem go w ramiona i pociągnąłem do chaty. Gdy zjadł śniadanie złożone z całego bochna chleba i garnka mleka, opowiedział ze szczegółami o akcjach grup bojowych. Niemcy stracili w dotychczasowych utarczkach z partyzantami ponad trzystu ludzi, nie licząc tych, którzy padli podczas akcji przeprowadzonych poza rejonem Krasnego Boru, w garnizonach i placówkach, gdzie operowały specjalne grupy dywersyjne. Wśród partyzantów było trzydziestu zabitych i rannych. Wiele oddziałów hitlerowskich nieustannie nękanych przez naszych ludzi, nie mogąc znieść trudnych warunków życia w lesie, wróciło do garnizonów. W Krasnym Borze pozostało jeszcze kilka większych oddziałów SS i gestapo, które w sumie liczyły około dwóch tysięcy ludzi. Wszystko wskazywało jednak na to, że i te oddziały zaniechają wkrótce dalszej bezskutecznej obławy. Niemcy zaczęli się już domyślać, że główne siły partyzanckie zdołały się im wymknąć sprzed nosa. Nie mieli jednak pojęcia, gdzie nas szukać. Bryńskiego bardzo interesowała sprawa udziału w obławie miejscowej policji i nacjonalistów ukraińskich. - A o policjantach i siczowcach nic nie wiesz? - spytał nagle. - Przecież mówił coś o tym Karpenko. A może nas stary ocyganił? - No właśnie. Policjanci, jak to policjanci. Jedni robią, co im Niemcy każą, a drudzy uciekają od nich. Karpenko nie kłamał. Samiśmy przy ich pomocy nakładli pod Kuchecką Wolą kupę gestapowców. A później cała kompania policjantów poszła w las - mówił gorączkowo Bulik. - Ale na tym nie koniec. - Mówże, co jeszcze wiesz?

- Właśnie. To, co najważniejsze, chciałem zostawić na koniec. Pod Jeziorcami, w lesie, spotkaliśmy się z innymi. Zaczynamy ich ostrzeliwać, a oni wywieszają na karabinach białe flagi. - Ale kto taki? Mów jaśniej - wtrącił Bryński. - No właśnie. Kompania ze Stolina. Dowodzi nimi taki dziadyga siwy, podobno kapitan. Fomin się nazywa. Na dźwięk tego nazwiska wszyscy w sztabie ożywili się. Fomin uchodził w tutejszych stronach za jednego z większych łotrów. Słyszałem o nim, że podczas rewolucji październikowej dowodził sotnią kozacką białogwardzistów. Później - po zwycięstwie władzy radzieckiej - przebywał na terenie Polski. Z chwilą wkroczenia Niemców przeszedł na ich służbę i wykazał wielkie okrucieństwo wobec miejscowej ludności. Pod swymi rozkazami miał około osiemdziesięciu policjantów. - I co było dalej? - Oni wołają do nas: „Partyzanci, nie strzelajcie. My uciekliśmy od Niemców. Chcemy razem z wami bić fryców”. No i przestaliśmy. Podeszli i zaczęli kląć szwabów, przyrzekać i przysięgać, że zmażą winy. Wtedy Danilczenko kazał wywołać ich dowódcę. Patrzymy, wlecze się starzec wysoki, siwobrody, w kozackiej rubasze z carskimi naramiennikami, w spodniach z lampasami. Aż oczy przetarliśmy ze zdziwienia, bo wyglądał, jakby wyszedł z muzeum. Danilczenko odszedł na bok, mówił z nim z godzinę, a chłopcy gwarzyli sobie z policjantami. Aż dziw brał, że ci dranie tak się odmienili od czasu, jak Niemcy wzięli lanie pod Stalingradem. - Mów do rzeczy. - No właśnie. Później wrócił Danilczenko i wezwał mnie. „Pojedziesz do sztabu - powiedział - razem z policją. Zostawisz ich w lesie, parę kilometrów od bazy, a sam zameldujesz się dowódcy brygady”. No i to wszystko. - Gdzie są ci policjanci? - spytał Bryński. - W lesie pod Dubrowskiem. Stary prosi o rozmowę. - Jedź zaraz i przyprowadź Fomina. Koniszczuk, Aniszczenko, Butko i ja patrzyliśmy na Bryńskiego ze zdziwieniem. Dostrzegł to widać, bo dodał: - Zobaczymy, porozmawiać zawsze warto. On ma ludzi, którzy się mogą przydać. Nie oponowaliśmy. * Wygląd Fomina rzeczywiście odpowiadał opisowi Bulika. Nie przyjechał do Swarycewicz sam. Towarzyszyła mu jego kochanka, młoda dwudziestoletnia, ognista brunetka o pięknych oczach i wspaniałych włosach upiętych w koronę. Fomin liczył sobie już około sześćdziesiątki, tym bardziej więc dziwiliśmy się, co trzyma przy nim tak piękną dziewczynę. Stary, zanim wszedł do sztabu, obciągnął swój mundur, poprawił pas przybierając dziarską postawę. Po chwili w towarzystwie dziewczyny wkroczył do wnętrza obszernej izby, gdzie za stołem siedział Bryński. Obok zajęli miejsca Aniszczenko, Koniszczuk, Kartuchin, Butko i ja. - Panie dowódco, melduje się kapitan Fomin ze swoją sotnią! - Stary stuknął głośno butami i przyłożył energicznie dłoń do czapki.

Bryński przyjrzał mu się uważnie i odparł: - Toż wy, kapitanie Fomin, już stary dziad. Nie lepiej na piecu siedzieć, zamiast uczciwym ludziom krew psuć? Fomin zmieszał się i zbladł, a dziewczyna parsknęła nagle śmiechem. Stary obrzucił ją karcącym wzrokiem. - Człowiek na stare lata zgłupiał - zaczął teraz z pokorą. - Zawiniłem, możecie mnie sądzić. Nie będę się zapierał, jakem Fomin. Ale zważcie, że przyszedłem do was sam, uczciwie, z dobrawoli. - Potrafimy to uszanować. Nic wam tu nie grozi, jeśli tak. - Ty, Wala, wynoś się stąd. No, prędko za drzwi i czekaj tam! - rzucił rozkaz dziewczynie. Na jej twarzy odmalowała się nieukrywana złość, lecz usunęła się posłusznie. - Ludzie, bracia... - powiedział Fomin - sześć krzyżyków mam na karku, a teraz dopiero zrozumiałem, żem błądził. Służyłem wrogom ojczyzny... - W tym momencie głos mu się jakby załamał. - Siadajcie, kapitanie Fomin - Bryński wskazał wolne krzesło. - Ludzie błądzą, nie wy pierwsi i nie ostatni. Ważne, żeby zrozumieć i zacząć inne życie, póki jeszcze czas... - Dziękuję, stokrotnie dziękuję. Od razu wiedziałem, że partyzanci swoi ludzie. Wy na pewno Rosjanin, jak i ja... wiele się człowiek nacierpiał za Polski sanacyjnej. Ale to przez swoją głupotę. Grzechów miałem trochę na sumieniu i strach było wracać do Rosji sowieckiej. - Stary długo opowiadał o swoim życiu, aż do ostatniej chwili, kiedy zdecydował się odejść od Niemców. - Hu macie ludzi? - spytał Bryński. - Siedemdziesięciu dwóch. - A uzbrojenie? - Niemieckie. Kabeki i trochę broni maszynowej. - Nic wam nie obiecuję. Dostaniecie zadanie i jeśli się dobrze sprawicie, zobaczymy... - Moi chłopcy już dziś chcieliby zostać partyzantami. - Zdążą. Na tym skończyła się część oficjalna rozmowy z Fominem. Bryński żartował z niego trochę. Śmiał się i pokpiwał. My również wdaliśmy się z nim w dyskusję. * Ludzie Fomina byli na kilku mniejszych akcjach i wywiązali się z nich nieźle. Zdawało się więc, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ale były to tylko pozory. W rzeczywistości zaś wraz z przybyciem policjantów do brygady zawisło nad nami dość poważne niebezpieczeństwo. Na szczęście sprawa wyszła szybko na jaw. Zaczęło się od tego, że któregoś wieczoru zgłosiło się do mnie dwóch ludzi z oddziału Fomina. - Czego chcecie, chłopcy? - spytałem. - My mamy pewną taką sprawę do pana dowódcy - rozejrzeli się bacznie po izbie. - No to na co czekacie? Walcie.

- Ale to jest tajemnica... Czy tu w drugiej izbie nie ma nikogo? Fomin by nam nie popuścił. Już on wie, jak się mścić... - Nie ma nikogo. Możecie mówić. Siedli na wskazanych przeze mnie stołkach. Przyjrzałem się im. Jeden szczupły, wysoki, z czarnymi wąsami, drugi, prawie chłopiec, piegowaty, niewielkiego wzrostu, o szarych oczach. - Jak się nazywacie? - My byśmy chcieli, żeby to pozostało w tajemnicy - odparł starszy.-Tak, na razie, będzie dla nas lepiej. - Jak chcecie. - Panie dowódco, jest źle... To prawda, że nasi ludzie, w większości, chcieli iść do partyzantów, ale nie wszyscy. Są też w sotni tacy, co wcale o tym nie myśleli. Oni by jeszcze dziś wrócili do Niemców mówił dalej wąsaty. - Niech uciekają. Baba z wozu, koniom lżej... - Kiedy oni nie mogą. - Boją się, że nie dojdą. I chyba mają rację - rzekłem. - Nie mogą, bo im Niemcy tak przykazali. - O, to coś nowego. Mów, bracie. Tylko pamiętaj bez żadnych bajd. - Gdzie nam teraz do bajd, kiedy sytuacja niebezpieczna. Na starego, panie dowódco, trzeba uważać. Na starego i na tę jego... dziwkę, Walę. Jeszcze w Stolinie przyjeżdżali do nich jacyś gestapowscy dygnitarze. Pili całą noc. No opowiedz, Grisza, panu dowódcy, co tam wtedy było - wąsaty zwrócił się do chłopca. - On był ordynansem kapitana - dodał. Chłopak drżał wyraźnie. Był bardzo przejęty. - Nie bój się, nikt ci nic nie zrobi - rzekłem. - To było trzy dni przed wyjazdem na obławę - mówił teraz piegowaty. - Zjechało się do pana kapitana trzech oficerów gestapo z Kowla. Wszyscy przywitali się z Walą i Fominem. Tę Walę to oni sami przysłali panu kapitanowi pół roku temu, żeby miała na wszystko oko. To czort nie baba. Sotnika trzyma w garści i komenderuje nim jak sam pułkownik. Właśnie wtedy pan kapitan kazał mi zostawić wszystko i przygotować wieczerzę. A oni radzili ze trzy godziny. Z początku nie wiedziałem, o czym tak rozprawiają. Dopiero jak sobie dobrze podpili i zaczęli głośno mówić, usłyszałem coś niecoś. Akurat sprzątałem ze stołu, kiedy jeden z gestapowców powiedział po ukraińsku do kapitana: „Ty, stary, krzyż żelazny dostaniesz, jak rozgromisz bandytów”, a ten mu odpowiada: „Zrobi się. Z takimi tylko podstępem”. Wtedy znowu ten Niemiec do dziewuchy: „Wala, musisz uważać, bo to może was drogo kosztować”. A później wszyscy wołali: „Niech żyje Führer”, śmiali się i obmacywali Walę. Rano Niemcy kazali wezwać niektórych policjantów. Mówili z każdym z osobna. Był Miszka Czorny, Bohaty, Filipczuk, Hryń i jeszcze inni, najwięksi zbóje, którzy mieli znajomości, w gestapo. Słyszałem takie słowa Niemca: „Trzeba ich rozbić od środka. Z początku robić, co każą, ale pamiętać o meldunkach, żebyśmy wszystko wiedzieli. Słuchać Fomina i Wali”... - Chłopiec przerwał, aż spocił się z emocji. - No i co dalej? - spytałem z zainteresowaniem.

- Wczoraj stary wzywał do siebie Czornego i Filipczuka. Czorny dostał jakieś pismo i wyjechał po cichu z obozu - powiedział wąsaty. - To jeszcze niczego nie dowodzi, ale dobrze zrobiliście przychodząc z tym do nas - oświadczyłem im. Jeśli się dowiecie czegoś nowego, meldujcie z miejsca. Ażeby zachować ostrożność, kontaktujcie się najpierw z moim adiutantem Kalinikiem... Po ich odejściu zacząłem rozmyślać nad tym, co usłyszałem. Historia ta mogła być oczywiście zmyślona. Kto wie, może ci dwaj mają jakieś osobiste porachunki z Fominem i innymi ludźmi z jego sotni i szukają teraz okazji, żeby je wyrównać. Aż nie chciało się wierzyć, że stary mógł liczyć na rozsadzenie brygady od wewnątrz. Było nas ponad trzystu partyzantów. Stan moralno-polityczny naszych ludzi był - szczególnie w ostatnim okresie - bardzo wysoki. Dlatego też nie do pomyślenia było, aby jakakolwiek akcja propagandowa wroga mogła naruszyć jedność naszych oddziałów. Partyzanci traktowali sotnię Fomina z wyraźną pogardą, graniczącą z wrogością. Zdarzały się już nawet pojedyncze wypadki bójek z policjantami. Dotychczasowe obserwacje, poczynione przez sztab brygady, wykazywały, że przeważająca część ludzi z sotni Fomina szła na akcję przeciwko Niemcom z brawurą, nie szczędząc życia. Było to zjawisko pozytywne, świadczyło bowiem o szczerej chęci naprawienia zła. Jedyna rzecz, którą z powodzeniem mógł uprawiać Fomin, to szpiegostwo i przekazywanie informacji Niemcom... Tak, ale w ostatecznym rozrachunku mogło to spowodować łatwe otoczenie oddziału i zniszczenie go. Musiałem więc powiadomić o wszystkim Bryńskiego. Bryński nie dał jednak wiary temu, co mówili policjanci, i kazał sprawdzić przy okazji ich personalia. Minęło jeszcze kilka dni, lecz tamci nie zjawiali się. Mogłem ich z łatwością odnaleźć udając się na inspekcję do sotni, ale wolałem jeszcze zaczekać. Obława w Krasnym Borze dobiegała końca. Resztki oddziałów niemieckich opuszczały już rejon lasów partyzanckich. I my zaczęliśmy się więc przygotowywać do powrotu. Było to o tyle konieczne, że nasz dłuższy pobyt w tych stronach na pewno nie uszedłby uwagi wroga, poza tym istniały poważne problemy natury materialnej. Własna żywność, zabrana w pośpiechu z bazy, już nam się wyczerpała i ciężar utrzymania około tysiąca ludzi spadł teraz na dwieście miejscowych zagród, w których mieszkała przeważnie biedota. I właśnie wtedy, ostatniego dnia przed powrotem do bazy, odbyło się w sztabie nadzwyczajne tajne zebranie, które zadecydowało o losie Fomina. Spowodował je jeden z naszych partyzantów imieniem Kolka. Był to postawny i bardzo przystojny chłopak, znany w oddziale uwodziciel dziewcząt. Od samego początku asystował Wali. Wieczorami wymykał się często ze swojej kwatery, ale nikt wtedy nie przypuszczał, że jego zaloty będą miały taki epilog. - No mów, Kolka - powiedział Bryński. - Niech wszyscy usłyszą... - Trochę głupio mówić o takich rzeczach - odparł partyzant. - Ale spróbuję... * Wala, jak to szybko odkrył Kolka, nie darzyła Fomina głębszym uczuciem. Wprawdzie stary kapitan usiłował roztoczyć nad nią troskliwą opiekę, ale ona umiała go łatwo wyprowadzić w pole. Mieszkali w jednej chacie. Fomin pił wieczorami dużo, niemal do utraty przytomności. Wala mu asystowała, lecz w miarę. Kiedy Fomin kładł się spać, wychodziła z domu i szła do stodoły. Młody partyzant nie był jej obojętny. Zorientował się w tym dość prędko. Już podczas pierwszego spotkania spytał ją:

- A starego się nie boisz? On chyba zazdrosny. Taki wszystko może zrobić. - Pfi, ja jego? Toż to stare próchno. Trzymam go w garści i tańczy, jak zaśpiewam. Przeklinam ten dzień, kiedym do niego przyszła. - Chwacka z ciebie dziewczynka. A czegoś do niego przyszła? Lepiej wzięłabyś sobie młodego. - Wszystko chcesz od razu wiedzieć. - Bo mi się strasznie podobasz. - Chwycił ją w ramiona i przyciągnął do siebie. Nie opierała się wcale. Któregoś wieczora przyszła na spotkanie skwaszona i przybita. Poznał, że sporo piła. - Dlaczego tyle pijesz? - spytał. - Zmarnujesz się, dziewczyno. - Co mi tam! Ja i tak nikomu niepotrzebna. - Ej, głupia jesteś. Świat przed tobą. Wojna się skończy i zaczniesz normalnie żyć. Będziesz miała męża, dzieci. Załkała. Przygarnął ją do piersi i przytulił. Nagle ujęła jego twarz w swoje ręce. W blasku księżyca przenikającego przez szpary w stodole zobaczył jej rozszerzone, błyszczące oczy wpatrzone w niego z jakąś dziwną ekstazą. - Powiedz, że nie odejdziesz ode mnie. Powiedz - wyszeptała gorąco. - Chcę, żebyś był ze mną... Musimy stąd uciekać. Ja i ty. Gdzieś daleko, jak najdalej stąd... żeby nas nie znaleźli. Oni wszyscy przepadną, ale ty musisz żyć... Niemcy ich wykończą, tę całą bandę... Już się stary o to postarał... - Kłamiesz, bo chcesz, żebym z tobą uciekł. Boisz się starego. Zbladła. Chwilę trwała w milczeniu, po czym powiedziała. - Boże, spraw, żeby mi uwierzył... Przysięgam, że to prawda... Przyszliśmy tu, żeby rozbić bandę, którą wy nazywacie partyzantami. Mamy rozkaz z gestapo. A wy uwierzyliście, że on się zmienił. Cha! Cha! Cha! - zaśmiała się. - O tak, stary jest niezłym artystą... - Kłamiesz! - Posłuchaj... Ja, ja... pracuję w gestapo... ale teraz już nie chcę... nie... musimy uciekać, zanim to nastąpi... Błagam cię... Mam pieniądze. Złoto, zegarki, pierścionki... - Daj mi trochę czasu do namysłu. * Krótkie dochodzenie - przesłuchanie kilkunastu świadków spośród policjantów - potwierdziło znane już fakty, że Fomin przyjechał do brygady z zamiarem rozbicia jej od wewnątrz. Ze Swarycewicz wysyłał już kilka razy agentów do Niemców. Wala była rzeczywiście pracownikiem gestapo i sprawowała faktyczne kierownictwo nad sotnią. Ujawniono ponadto kilkunastu ludzi wtajemniczonych w spisek. Zapadł surowy wyrok partyzanckiego sądu polowego, na mocy którego zdrajcy: Fomin, Wala, Filipczuk, Czorny, Bohaty, Hryń i inni otrzymali karę śmierci. *

Podczas obławy mieliśmy ze sobą sporą ilość spirytusu gorzelanego, który przechowywaliśmy na furze w dużej metalowej beczce. Na dworze panował silny mróz i ludzie marzli okropnie. Było wielu amatorów, którzy skorzystaliby z okazji rozgrzania się spirytusem, gdybym nie wydał ostrego zarządzenia wartownikowi ochraniającemu beczkowóz. W myśl rozkazu miał on obowiązek strzelać do każdego, kto odważyłby się zakraść do fury. Kiedy przyszła wiadomość, że Niemcy odchodzą z Krasnego Boru i nie groziło nam z ich strony żadne niebezpieczeństwo, poleciłem, by wydać każdemu partyzantowi i dorosłym osobom z ludności cywilnej po sto gramów spirytusu Furmanka, na której mieściła się beczka, znajdowała się na podwórku, na wprost okna chaty, w której kwaterowałem. Przypatrywałem się właśnie, jak poszczególni partyzanci podchodzą z naczyniami do furmanki, wręczają wartownikowi kartkę z wykazem ilości ludzi w pododdziale i odbierają należny im spirytus, kiedy zza stodoły wysunęła się wielka sylwetka Tatara Orduchonowa. W ręku trzymał wiadro. Szedł dużymi krokami uśmiechając się z daleka do wartownika. Obserwowałem go uważnie. Ten atletycznie zbudowany chłopak imponował mi swoją siłą. Nie uważałem się wcale za ułomka, on jednak był dużo silniejszy. Był zresztą wyższy ode mnie o głowę. Wartownik obejrzał kartkę, którą mu wręczył Orduchonow i schowawszy ją do kieszeni odkręcił kranik beczki. Strumień spirytusu pociekł do wiadra. Dwa razy wartownik zakręcał kranik, lecz Orduchonow nie odchodził, żądając dolewki. Wreszcie wiadro zostało widocznie wypełnione po brzegi, gdyż Orduchonow uśmiechnął się do wartownika, poklepał go po przyjacielsku po plecach, tak silnie, że ten aż przysiadł. Tatar odszedł, po chwili jednak przystanął, rozstawił szeroko nogi, ujął wiadro w obydwie ręce i przystawił je do ust. Wydawało mi się, że chłopak się zgrywa, bo dość długo trzymał wiadro przy ustach, zanim postawił je na ziemię. Otarł usta rękawem płaszcza, wyciągnął z kieszeni kapciuch z machorką, oddarł kawałek gazety i skręcił sobie papierosa. Zapalił... Nagle zobaczyłem, że potężna postać Orduchonowa zgina się i pada w śnieg. Wybiegłem na podwórko. Gdy przypadłem do niego, usłyszałem, że bełkoce, był kompletnie pijany. W wiadrze brakowało ponad dwa litry spirytusu. Wezwałem natychmiast lekarza, każąc mu ratować nieprzytomnego partyzanta. Melchior postanowił mu zrobić płukanie żołądka. Mimo natychmiastowej pomocy lekarza Orduchonow przez trzy dni był jeszcze pijany. Lekarz stwierdził, że wypił on śmiertelną dawkę alkoholu. Gdy wreszcie olbrzym „doszedł do siebie” i dowiedział się, że Melchior usuwał mu za pomocą sondy spirytus z żołądka, pobiegł do lekarza i zrobił mu awanturę. - Jakżeś śmiał wypompować mi z gardła spirytus?! - wrzeszczał. * Podczas drogi powrotnej do Krasnego Boru spotkała mnie pewna przygoda. Wyjechałem ze Swarycewicz pierwszy z grupką trzech ludzi: Saszą Nierodą, Kalinikiem i Berkiem Pułkownikiem. Nad ranem dobiliśmy do Bielskowoli. Zajęliśmy kwaterę na skraju wsi przy lesie. Konie zabrały się raźno do obroku, a my, po spożyciu śniadania, legliśmy, gdzie kto mógł, na odpoczynek. Na straży przed chatą został Berek.

Ledwie zmrużyłem oczy, gdy obudziły mnie wystrzały. Wypadliśmy przed dom. W pośpiechu nie wziąłem ze sobą kożucha. Od strony wsi zbliżało się w naszym kierunku z pięćdziesięciu Niemców. Otworzyliśmy ogień. Niemcy zatrzymali się, a my prysnęliśmy do lasu. Nie ścigali nas. Na pewno mieli inne zadanie. Nie mogliśmy wrócić do wsi, gdyż Niemcy wciąż się po niej kręcili. Straciliśmy dwie pary sań i konie. Najbardziej poszkodowany byłem ja. Mróz sięgał dwudziestu pięciu stopni, a ja zostałem w marynarce. Cóż tu robić? Przypuszczaliśmy, że niedługo nadciągnie do Bielskowoli awangarda naszych maszerujących sił. Według moich przypuszczeń winna ona znaleźć się tu jeszcze przed południem. A więc Niemcy wpadną w kleszcze. Z jednej strony uderzy na nich awangarda, z drugiej strony będziemy kropili do nich my. Odbijemy sobie za konie i sanie, a ja odzyskam swój kożuch. Tymczasem obserwowaliśmy ze skraju lasu ruchy nieprzyjaciela. Wyglądało na to, że Niemcy odbierają od chłopów kontyngent. Byleby nasi zdążyli na czas! Mróz przeszywał mnie zimnem. Wiedziałem, że jeśli pozostanę tak dłużej, to później poleżę sobie. Trząsłem się i wszyscy to widzieli. Zacząłem biegać po lesie dla rozgrzewki, co jednak niewiele pomagało. Chłopcy proponowali mi, bym wziął od nich kożuch, ale odmówiłem. Minęło już parę godzin, zbliżało się południe, a we wsi panował taki sam ruch, jak poprzednio. Żadnego znaku o zbliżaniu się naszych. Może zmienili trasę marszu? - myśleliśmy. - Idziemy do Serchowa. Oni musieli ominąć Bielskowolę. Zgodzili się chętnie. W głębi lasu usłyszeliśmy stuk siekiery. Rosły, barczysty chłop rąbał drzewo. W pobliżu stały metry kubiczne pociętych sosen. - Didu, pożyczcie kożuch - rzekłem do niego z uśmiechem. - U mene cej odin - odparł chłop opierając się na długim trzonku siekiery. - Ty możesz iść do domu, a ja zostaję w lesie, więc zmarznę. Kożuch ci zwrócę. Popatrzył na nasze pistolety i zaczął powoli ściągać kożuch. Podczas gdy ja się ubierałem, chłop wziął siekierę pod pachę i oddalił się prędko w stronę Wólki Hołuzyjskiej. Ruszyliśmy do Serchowa. Niedługo zrobiło mi się gorąco. W Serchowie nie było naszych. Udaliśmy się do popa, którego znał Sasza. Pop był zamożny. Opowiedziałem mu, co mnie spotkało, i poprosiłem go, by mi dał kożuch, gdyż ten, który mam na sobie, obiecałem zwrócić biednemu drwalowi. Pop był niezadowolony, ale nie miał wyboru - dał. Zaraz następnego dnia wysłałem z kożuchem do Wólki Hołuzyjskiej Kalinika. Odszukał drwala, który leżał w łóżku przeziębiony. Gdzieś o drugiej po południu w pobliżu Bielskowoli zaczęła się gęsta strzelanina, lecz wkrótce ustała. Nie wiedzieliśmy, co się tam mogło dziać. Wkrótce spotkaliśmy się z brygadą. W obozie powitano nas niezwykle wylewnie, aż byliśmy zdziwieni tyloma oznakami czułości. Zrozumieliśmy wszystko dopiero wówczas, gdy chłopcy opowiedzieli nam, jak to było w Bielskowoli. Nasza awangarda natknęła się na Niemców, gdy ci obłowieni żywnością opuszczali już wieś na kilkudziesięciu saniach. Szwaby od razu wzięli nogi za pas. Ścigano ich jakiś czas, lecz wkrótce zostawiono w spokoju. Kilku Niemców zginęło, a kilku dostało się do niewoli.

I właśnie jeden z tych jeńców oświadczył, że nad ranem, kiedy tu przyjechali po kontyngent, we wsi znajdowali się jacyś partyzanci, których zaskoczyła i wystrzelała do nogi kompania złożona z dwóch plutonów. Tak im powiedział ich dowódca - oberleutnant. Żołnierz ten był wówczas z tyłu kompanii i niewiele widział, co się działo przed nim. Jego kolega z plutonu, który też trafił do niewoli, potwierdził te słowa. Niemieckiemu oficerowi chodziło zapewne o to, by wytłumaczyć w ten sposób przełożonym strzelaninę w Bielskowoli, dlatego rozsiewał wśród żołnierzy takie plotki. Na nieszczęście jeńców ich oświadczenie wywołało furię wściekłości chłopaków z awangardy. Nie mogli uwierzyć, żeśmy zginęli. Kartuchin, który dowodził tym oddziałem, rozkazał partyzantom poszukać w lesie pozostałych Niemców. Wzięli się do tego z wielką pasją. Przez całe popołudnie, aż do późnej nocy, polowali na szwabów. Wystrzelali ich jeszcze ze trzydziestu, zabili też w przypływie złości jeńców. * Niemcy zniszczyli nam obozowisko, popalili zabudowania. Również leśne osiedla żydowskie były zrównane z ziemią i ludzi ogarnęła wielka apatia. Dzieci i niektóre kobiety płakały z głodu i z zimna. Trzeba więc było „wyciągnąć” ukryte w ziemi zapasy żywności i prędko wydać je ludziom. Nasze partyzanckie krowy, których było kilkanaście, dziwnym trafem ocalały. Kiedy opuszczaliśmy bazę, popędziliśmy je w las, ale one wlokły się za nami i musieliśmy je długo odganiać. Jak sobie same poradziły w taki mróz przez dziesięć dni i jak to się stało, że nie wpadły w ręce Niemców, to była ich tajemnica. W każdym razie krowy czekały na nas na pogorzelisku i przywitały pierwszych partyzantów głośnym rykiem. W promieniu kilkudziesięciu metrów kora na drzewach była dokładnie obgryziona. Zarządziliśmy niezwłoczną odbudowę bazy. Wszyscy zdolni do pracy ludzie chwycili się za robotę. * Upłynęło już dwa tygodnie, a grupa wysłana na Białoruś po materiały wybuchowe jeszcze nie wróciła. Sztab brygady bez przerwy zbierał dane dotyczące ruchu transportów kolejowych na liniach Kowel Maniewicze - Sarny i Kowel - Równe. Opracowywano szczegółowy plan działalności grup dywersyjnych i określano miejsce i czas dywersji dla poszczególnych oddziałów i grup. Ustalano system informacji i łączności. Werbowano nowych tajnych informatorów. Dane do opracowania planów przynosili nasi zwiadowcy, którzy przejawiali w tym względzie niezwykłą aktywność. Zresztą nie tylko zwiadowcy, bo w tym okresie każdy partyzant rwał się do jakiegokolwiek zadania, byleby nie siedzieć bezczynnie w obozie. Specyfika brygady partyzanckiej polegała na tym, że głównym jej celem było prowadzenie sabotażu i dywersji na tyłach wroga oraz pracy propagandowej wśród ludności. Brygada miała unikać w zasadzie poważniejszych starć zbrojnych z Niemcami. Do walki zakrojonej na większą skalę dochodziło tylko wówczas, gdy zmuszała nas do tego sytuacja albo gdy z góry można było przewidzieć zwycięstwo, bez poniesienia większych strat. Byliśmy przede wszystkim dywersantami, dla których najważniejszym celem jest wysadzanie w powietrze transportów wroga, mogących zasilić niemiecki front. Warunkiem skutecznej działalności grup dywersyjnych było posiadanie odpowiedniej ilości materiałów wybuchowych i dokładnych informacji o Niemcach. Z powodu chwilowego braku większych ilości trotylu na liniach kolejowych działało teraz zaledwie kilka grup minierskich. Reszta ludzi zajęta była prowadzeniem rozpoznania i drobnych akcji, między

innymi niszczeniem linii łączności i rozbijaniem mleczarni. Na jedno z takich właśnie zadań - chodziło o rozpoznanie odcinka linii kolejowej Kowel - Maniewicze - wyruszył wraz z czternastoma partyzantami Wasia Butko. Butko nawiązał łączność z kolejarzami-dywersantami pracującymi w kowelskim depo, zebrał informacje o przepustowości węzła kowelskiego, „skontrolował” kilka mniejszych stacji na linii, likwidując przy okazji niemieckie posterunki, i wyznaczył najwygodniejsze punkty do wysadzania pociągów. Wracając z zadania chłopcy chwycili w pobliżu Kowla niemieckiego kuriera, który wiózł pocztę z Kamienia Koszyrskiego. W jego torbie znaleziono wiele cennych dokumentów, a między innymi list gebietskomisarza do rodziny w Niemczech. Jeden z partyzantów, który znał niemiecki, odczytał treść listu. Gebietskomisarz pisał: „Drodzy Rodzice! W ostatnim czasie jest tu coraz gorzej żyć. Nie mamy spokoju ani dniem, ani nocą. Ci przeklęci bandyci zagrażają wszystkim Niemcom. Mordują naszych urzędników i ich rodziny. Gdyby Wielki Führer mógł przysłać na Ukrainę więcej naszych żołnierzy, wtedy prędko poradzilibyśmy sobie z bolszewikami. Ale wojsko jest potrzebne na froncie... Obawiam się o zdrowie i życie mojej kochanej Hildy i naszych dzieci i dlatego niedługo odeślę ich z powrotem do Ojczyzny. O dokładnej dacie przyjazdu Hildy do Berlina powiadomię Was dodatkowo. Wyślę Wam trochę podarunków. Dlatego postarajcie się o samochód ciężarowy... Ja mam bardzo przykre sny. Ostatnio często śni mi się, że bandyci wtargnęli do naszego domu”. - To dopiero szubrawiec! Drży teraz o swoją skórę! - zawołał Butko. - Słyszeliście, chłopcy? Bandyci mordują niewinnych Niemców... Partyzanci gruchnęli śmiechem. Kiedy uciszyli się, Butko mówił dalej: - Widzicie, jaki baranek? Pół roku temu robił sobie zdjęcie w czasie rozstrzeliwania ludzi. W łapie trzyma waltera i celuje w głowę kobiety, a jednocześnie gryzie jabłko. Kto z was nie widział, niech zajdzie do sztabu brygady. Mamy sporo takich dokumentów. Ten przeklęty gad musi zginąć. Nasza w tym głowa, żeby tacy jak on nie wrócili więcej do swojej Germanii. Dam ja mu jeszcze podarunek... - Butko aż kipiał ze złości. Inni partyzanci również pomstowali na Niemców i przyrzekali, że zapłacą im za wyrządzone krzywdy. Ostatni postój przed powrotem do bazy Butko zarządził w Hołuzji. Wioska ta znajdowała się od dawna pod wpływami partyzantów. Mieliśmy w niej sporo ludzi współdziałających z brygadą. Nic też dziwnego, że mieszkańcy Hołuzji mile przyjęli przybyłych, częstując ich „czym chata bogata”. Butko pozwolił chłopcom wypić, sobie również nie żałował. Znajdowali się już właściwie na terenach kontrolowanych wyłącznie przez nas. Po niefortunnej obławie Niemcy i policjanci siedzieli cicho i Butko nie obawiał się z ich strony żadnej niespodzianki. Bawiono się wesoło. W końcu wszyscy się popili. Butko wypadł na ulicę i zaczął strzelać na wiwat z automatu, a za nim jego podwładni. Echa tej strzelaniny dotarły aż do naszych wysuniętych placówek w pobliżu Krasnego Boru... Rano, po wytrzeźwieniu, Wasia stwierdził z niepokojem, że podczas wiwatowania zmarnowano około pięciuset sztuk amunicji. - Dranie! Swołocze! - wymyślał partyzantom. Ostatnio odczuwaliśmy dotkliwy brak amunicji i każdy pocisk był niemal na wagę złota. Dowódca brygady wydał w związku z tym surowe zarządzenie, że lekkomyślne zmarnowanie naboi będzie traktowane jako przestępstwo i surowo karane.

I jak tu teraz wracać do oddziału z taką plamą na sumieniu? To, co się stało, było tym bardziej przykre dla Butki, że dowódca brygady od początku darzył go wielkim zaufaniem i powierzył mu odpowiedzialne stanowisko dowódcy kompanii. - Nie, nie mogę wracać do brygady bez zmazania winy - postanowił. - Kostia, bierz grupę pod swoją komendę - rozkazał Butko dziarskiemu chłopcu o jasnej, lnianej czuprynie.- Zamelduj dowódcy, że ja zostałem, żeby zmazać winę. Jeśli nie wrócę, proś pułkownika o przebaczenie... - tu głos mu się załamał. Gdy Wasia został sam, zaczął rozmyślać, co dalej robić. Postanowił zmazać winę, a więc musiał zrobić coś niezwykłego, coś, co w zupełności zrehabilitowałoby go w oczach całej brygady, nawet za cenę życia. Wasia nie należał do ludzi, którym brakowało fantazji. O, nie. Po godzinie plan był gotów. Poszedł do znajomego gospodarza. - Słuchaj, stary, znajdź mi jakąś marną szkapinę - powiedział. - Może być na wpół zdechła, kijem podparta, byleby poszła parę kilometrów z saniami. Oddam ci za nią swojego gniadosza. - To ci dobry kawał - zaśmiał się wieśniak. Wiedział, że koń Wasi to piękny ognisty ogier, wart ze trzy klacze. - Wcale nie żartuję. Znajdź zdechlaka, a zostawię ci gniadosza. Ale prędko, bo czasu mało. A na dodatek dasz mi jeszcze z pięć gęsi. - Po co mam szukać? Sam mam kobyłkę, ale to już stare bydlę, w polu nie chce robić. Stoi w stajni i tylko żre... - O, właśnie, takie bydlę jest mi potrzebne... - Ale żebyś później nie żałował... - Moja rzecz. Daj też jakieś stare łachy. Jak wrócę, łachy ci oddam, a swój kożuch i waciak zabiorę... Niebawem ze wsi w kierunku Maniewicz wysunęły się sanie, na których leżały w słomie gęsi. Obok sań szedł chłop. Zgarbiony, okutany w łachmany i przepasany sznurkiem chłop i wychudzony koń ze sterczącymi gnatami i wytartą na bokach skórą tworzyli razem harmonijny obraz na tle zimowego pejzażu. Ludzie, którzy w owym czasie zdążali tą samą drogą, z litością spoglądali na zwierzę i jego właściciela, który oszczędzając sił konia dreptał z boku przy saniach. Wasia wstąpił po drodze do gajówki Słowika. Kazik z trudem rozpoznał go w tym dziwacznym przebraniu. - Słuchaj, Słowik. Mówiłeś kiedyś, że wiesz, gdzie leżą nie wystrzelane pociski ze stopięćdziesiątkidwójki. Przydałby mi się taki jeden. - Możesz zabrać wszystkie. Leżą tu w zagajniku. - Tylko jeden mi potrzebny. - Co chcesz z nim zrobić? - Dowiesz się niedługo. A teraz chodź i pomóż mi załadować pocisk na sanie...

Serdecznie pożegnawszy zdziwionego Kazika, Butko ruszył niebawem w dalszą drogę. Niedaleko fabryki parkietu mieścił się murowany budynek, gdzie stała niemiecka żandarmeria. Tutaj właśnie Wasia zatrzymał sanie i wsadziwszy ręce w słomę, gdzie ukryty był pocisk i trotyl, podłączył zręcznie zapalnik, przywiązał go sznurkiem do nogi gęsi, po czym oddalił się spiesznie, by z odległości ponad stu metrów obserwować ukradkiem, co się będzie działo dalej. Nagle z domu wyskoczyło kilku Niemców i otoczyło sanie. Wasia widział ich wyciągnięte ręce, później ujrzał czerwony błysk i usłyszał straszliwą eksplozję. Z sań, konia, gęsi i Niemców zostały tylko strzępy. W pobliskich domach wyleciały szyby. Wtedy Wasia szybko się oddalił. Pomysł Butki spowodował śmierć kilku hitlerowców. Wasia uważał, że teraz może już ze spokojnym sumieniem wrócić do oddziału. Rzeczywiście, kiedy dowiedzieliśmy się o tym wszystkim, jego wybryk poszedł w niepamięć...

Tragiczna wyprawa
Wrócili nasi chłopcy wysłani na Białoruś i przywieźli ze sobą trotyl i amunicję. Otrzymaliśmy od Linkowa trochę białych ubrań maskujących, nart i broń. Z miejsca zabraliśmy się do naszej minierskiej roboty. Znów dniem i nocą leciały w powietrze dziesiątki niemieckich transportów. Kiedyś przyszedł do mnie Sasza Nieroda. - Maks, poślij nas pod Dubno. Warto zobaczyć, co tam się dzieje. Odwiedzimy znajomych i przy okazji wysadzimy parę transportów. - Jak to poślij? Przecież działamy według planu. Bryński się nie zgodzi. Dubno to nie nasz rejon. - Ale tam też są linie komunikacyjne. Warto stworzyć grupę dywersyjną z miejscowych ludzi. - To nie nasza rzecz. Teraz nie działamy już na własną rękę, tylko wypełniamy rozkazy. - Spróbuj porozmawiać z dowódcą brygady. Powiedz, że proszą o to również Nikita i Łukieńczuk, Matwiejew i Kalinik. - Kalinik? - spytałem zdumiony. - Co on taki gorący? A o pozwolenie mnie pytał? Widzicie go, zasmakowała mu rajza. Swędzi go skóra, to go mogę podrapać. Może jeszcze Griszę i Borysa weźmiecie? W sam raz będzie komplet. Słuchaj, Sasza, co ci powiem: swoją skórą możesz dysponować, ale cudzą nie szastaj. Nie pozwolę brać Kalinika. Toż to jeszcze dziecko... - On ma gdzieś w tamtej stronie znajomych. Chce się z nimi zobaczyć. Mnie tam obojętne, on czy ktoś inny... chodzi o sprawę. - Zobaczymy... Bryński nie sprzeciwił się propozycji wysłania grupy dywersyjnej pod Dubno. Kalinik nie dawał mi od tej pory spokoju. - Pozwólcie, towarzyszu dowódco - prosił. - Takie zadanie w sam raz dla mnie. Znam tamte strony, łatwo przeprowadzę grupę... Sam będę dźwigał minę... - Diabeł, nie chłopak. A idź, jak cię tak korci...

Poszli na początku lutego. Minęło dziesięć dni. Ani widu, ani słychu. Później jeszcze tydzień. Zacząłem się już poważnie niepokoić. W końcu posłałem za nimi zwiadowców, którym dałem rozkaz odszukania grupy bojowej lub uzyskania o niej jakichś wiadomości. Któregoś dnia wieczorem do ziemianki wsunął się tęgi partyzant w białym kożuchu - był to dowódca grupy zwiadowczej - a w ślad za nim jak kula wtoczyła się stara, pomarszczona babka, opatulona w chustkę i mnóstwo szmatek. Z oczu zwiadowcy wyczytałem, że stało się coś złego. - Mów, czego się dowiedziałeś. - Zginęli. Oto ostatni meldunek - wręczył mi zwitek papieru. Kartka była pomięta i jak gdyby poplamiona krwią. „Zadanie wypełniliśmy. Trzy transporty wyleciały. Pod Kołkami napadli na nas bulbowcy i Niemcy. Bijemy się... ale chyba nie poradzimy. Ich jest wielka siła. Zostałem jeszcze tylko ja i Łukieńczuk... Nie mam już amunicji. Żegnajcie, towarzysze.” - Skąd to wziąłeś? - Ta babcia wszystko wie... - pokazał na staruszkę. - Ona z Kołek. Oddała mi to pismo Saszy... Żal gorzki chwycił mnie za gardło. Nie mogłem jednak uronić ani jednej łzy. Zdawało mi się, że serce moje przestało bić. Patrzyłem na kartkę papieru bezmyślnie, tępo. Dopiero głos staruchy wyrwał mnie z tego stanu. - To ty, synku, jesteś chyba Maks. - Podeszła i potrząsnęła moją ręką. - Oj, biedaczek ty... A oni tam zostali... sokoliki... - Siadajcie, babciu, i opowiadajcie... albo nie, nie trzeba... - Podsunąłem staruszce kloc. - Może zjecie coś gorącego? Przecież z daleka przyjechaliście. - Dziękuję ci, synku. Zmarzłam tylko krzynę... Posiedzę, posiedzę i wrócę... Myślałam, że będziesz chciał wiedzieć... - Proszę, babciu, mówcie... Wszystko chcę wiedzieć.- Ano, jeśli tak, to opowiem. Oj, wielcy bohaterowie oni, świeć Panie... Bo to widzisz, synku, było tak. - Babcia otarła oczy i nos brzegiem chusty. - Przyszli do nas o pierwszych kurach... stukają w okna i drzwi, że aż chata dygocze... Wstała córka Ulana i spytała, co za jedni. A oni, że są głodni i zmęczeni i proszą o gościnę. U nas sołtys zakazał przyjmować obcych ludzi, ale przecież trzeba mieć serce, odpoczną i pójdą sobie. Kazałam córce drzwi rozewrzeć. Z łóżka się zwlokłam i zaraz ogień palę i jadło szykuję. A w izbie pięciu chłopców serdecznych. Strzelby sobie pokładli w kącie i ręce grzeją przy kuchni, a śmieją się, a pogadują. Patrzę dobrze, a tu ci jeden ma jeszcze mleko pod nosem, ciut większy od mojego wnuczka. Toż to w domu powinno siedzieć, a nie ze strzelbą chodzić - myślę sobie i mówię: „Oj, syneczku, niech cię Bóg strzeże. Do domu wracaj. Nie dla ciebie ta straszna wojna...” Ale on się tylko zaśmiał i mówi: „Domu, babuniu, nie mam, a gdybym nawet miał, to i tak nie wrócę. Ktoś musi Niemca bić”. Łza mi się zakręciła, bo sama już dwóch synów straciłam na wojnie. Ale widać taka wola Boża... Chłopcy zdjęli buty i suszą... Nalałam im miskę mleka i wysypałam świeże kartofle. Jak oni to jedli! Nie zdążyłam się obejrzeć, a nie zostało nic. Dałam im wtedy bochen chleba. Później wszyscy zaczęli zaraz drzemać. Spali oparci przy stole. Tylko ten najmłodszy, robaczek, położył się w kącie na podłodze. A jeden wziął karabin i wyszedł na dwór. Usnęliśmy.

Zerwaliśmy się na nogi, jak robił się ranek, bo ktoś zaczął strzelać koło domu. Chłopcy rzucili się do drzwi. Ale już było za późno. Tamci okrążyli chałupę i tego biedaka, Panie świeć, co siedział przed progiem, zabili. Koledzy go wciągnęli do izby, zawarli mocno drzwi na skoble i podparli kołem. A tamci strzelają w okna i wołają: „Wy, czerwoni bandyci, poddajcie się” - babcia przerwała i zaczęła wycierać chustką nos. - I co było dalej? Niech babcia opowiada. - Ano dalej to już nie wszystko dobrze pamiętam. Tyle było huku i wrzasku... a i serce mi skakało jak te żabki po stawie. Ale jeszcze ten jeden... wysoki i barczysty... chyba był starszy... mówili do niego Saszka... tak, właśnie Saszka... wyrwał z notesu kartkę i napisał ten list. Później otworzył okno i zawołał, żeby nie strzelali, bo oni chcą wypuścić gospodarzy. No i poszli: moja córka, zięć i wnuczek, a ja zostałam, bo nie chciałam iść. Tamci zaraz się w drzwi walą całą chmarą. Ale chłopcy szybko je zawarli, tylko że wtedy jeszcze jeden został zabity, a drugi ranny w nogę. Ten mały cały czas siedział pod oknem i strzelał. Tak się o niego bałam. Kule latały po izbie jak muchy. Chłopcy kazali mi leżeć na podłodze, a później dowódca dał mi tę kartkę i powiedział: „Jak zginiemy, oddaj to, babciu, Maksowi. Jedź do Hołuzji i pytaj o Maksa. A teraz schowajcie się, babciu, do pieca”. Wlazłam, jak mi nakazał, do pieca i siedzę sobie. Ten ranny w nogę też strzela, widzę go przy drugim oknie, ale mały, Panie świeć, zaczyna nagle jęczeć. Poznałam go po głosie. Matko Najświętsza, myślę sobie, nic tylko go zabili i wyłażę z pieca, a ten Saszka mnie wpycha z powrotem. Siedzę w piecu i modlę się głośno, żeby Bóg ich uratował... Ale nie chciał mnie grzesznej wysłuchać. Nie słyszałam już więcej głosu chłopaczka. Pomyślałam, że na pewno go zabili. Więc znów wyłażę z pieca i widzę, Boże ratuj, mały leży na podłodze cały we krwi, a w izbie tylko dwaj jeszcze żywi. Saszka woła: „Nie mamy już amunicji, ale nie damy się wziąć. Strzelaj, Grigorij”. Tak powiedział. „No, strzelaj, nie namyślaj się”. „Ja nie mogę, strzelaj ty”. Zobaczyłam, jak Saszka podniósł lufę do głowy tego drugiego. Tamten zawołał coś strasznym głosem i wtedy padł strzał, a po chwili jeszcze jeden. Słyszałam, jak upadli na ziemię. Nie mogłam tam więcej spojrzeć. Wlazłam do pieca i zaraz zasłabłam... Łzy popłynęły mi po twarzy, otarłem je i po chwili powiedziałem: Dziękuję wam, babciu. A teraz połóżcie się i odpocznijcie. Wziąłem ją wpół i pomogłem jej ułożyć się na mojej pryczy.

Kowpak
Bardzo dotkliwie odczułem śmierć moich przyjaciół: Saszy Nierody, jego brata Nikity, Łukieńczuka, Matwiejewa i Kalinika. Przez długi czas wciąż o nich myślałem i nocą często śniło mi się, że wcale nie umarli, lecz żyją i są wśród nas. Teraz musiałem większą jeszcze niż dotychczas opieką otoczyć dwóch najmłodszych Nierodów, Griszę i Borysa, pragnąłem za wszelką cenę oszczędzić ich życie, ale w naszych warunkach nie było na to wielkich szans. Postanowiłem więc ulokować chłopców gdzieś na wsi, u zaufanego człowieka, i zwracać na nich baczną uwagę. Obaj chłopcy bowiem, podobnie jak ich polegli bracia, mieli gorące natury, rwali się wciąż do walki. Na razie jednak nie znalazłem dla nich odpowiedniego miejsca i musiałem jeszcze zaczekać.

Stałem z częścią oddziału, liczącą około pięćdziesięciu partyzantów, w Hołuzji. Prowadziliśmy tu, oprócz dywersji, aktywną działalność propagandową, pisaliśmy setki odezw do okolicznej ludności. Odezwy te nawoływały do walki z niemieckim okupantem i bandami nacjonalistycznymi, do sabotowania niemieckich zarządzeń, nieoddawania kontyngentów. Przeprowadzaliśmy dziesiątki zebrań z mieszkańcami wsi i osad. Głosiliśmy hasła internacjonalizmu, wzywaliśmy Polaków i Ukraińców, by łączyli się we wspólnej walce przeciwko hitlerowskim zbrodniarzom. Nasze hasła znajdowały szczególny oddźwięk wśród biedoty wiejskiej, ale były też wypadki, że współpracowali z nami również sołtysi i popi. Wielu chłopów samorzutnie przywoziło nam żywność, którą Niemcy wyznaczyli im na kontyngent. Bardzo często zdarzało się, że zwracali się do mnie o pomoc. Musiałem im radzić, podejmować decyzje nawet w sprawach zatargów sąsiedzkich, prosili też czasem o pomoc materialną, o konia lub krowę. Do brygady napływali nowi ochotnicy. Było to dla nas bardzo ważne, bo działalność wroga nie słabła. Niemcy w szerokim zakresie wykorzystywali teraz ukraińskich nacjonalistów. Początkowo nie chcąc ujawniać tego, że współdziałają z bulbowcami w mordowaniu polskich wsi, przebierali się w cywilne ubrania. Bulbowcy zaś nie mieli takich skrupułów i z braku ciepłej odzieży chętnie nosili niemieckie mundury. Nie obchodziło ich, że Niemcy wcale sobie tego nie życzą. Mieli swoje plany utworzenia samoistnej Ukrainy, a urzeczywistnienie ich widzieli jedynie w bezwzględnym wytępieniu wszystkich Polaków, Żydów i Rosjan. Kiedyś, jedliśmy właśnie obiad, wpadł do chaty, gdzie kwaterowałem, łącznik od dowódcy ubezpieczenia z wiadomością, że od strony Wołczecka zbliża się niemiecka kawaleria. Ogłosiłem alarm dla oddziału i wybiegłem z chaty. Po drodze załadowałem do peemu i pistoletu pełne magazynki naboi, wetknąłem też za pas rakietnicę. Chłopcy, jak kto stał, wyskakiwali z chat, w biegu ładując broń. Niejeden znalazł się na dworze bez munduru, ale wszyscy mieli broń i granaty. Kazałem Karpence podciągnąć sanie z zapasową amunicją na wschodni skraj wsi i pobiegliśmy. Rozmieściłem partyzantów po obydwu stronach drogi prowadzącej od Wołczecka przez Kościuchnówkę i Optowę, z tym że po lewej stronie, gdzie był dość duży zagajnik, zajęły stanowiska główne siły, a naprzeciwko, w krzakach, ukryło się z dziesięciu ludzi. Nie czekaliśmy zbyt długo, Niemcy wkrótce pojawili się na drodze. Na przedzie dwóch wysokich jeden z czarnymi wąsami, w czapce kubance, drugi w białym kożuszku. Na piersiach mieli zawieszone automaty. Reszta była w niemieckich mundurach, uzbrojona w automaty i erkaemy. - To nie są Niemcy - rzekłem szeptem do Bulika. - Albo bulbowcy, albo partyzanci. - Jest ich chyba ze trzydziestu. Możemy się łatwo z nimi rozprawić. W tym momencie jadący na przedzie obejrzał się za siebie i coś tam powiedział, ktoś inny zaczął śpiewać tenorem. Wkrótce dołączyła się reszta. - Co oni śpiewają, słyszysz? - spytałem. - Naszą partyzancką piosenkę... - Znajdowali się już o kilkaset metrów od nas. A może to tylko taki podstęp, żeby nas wywabić z ukrycia? Coś za śmiało sobie poczynają. Co tu robić? Czy przepuścić ich, czy też powitać ogniem? A może po prostu wyjść na drogę i spróbować porozmawiać? Powiedzieć, że są okrążeni i żeby się poddali? Głupio byłoby strzelać do swoich.

- Słuchaj, Bulik, osłońcie mnie. Wysunąłem się z lasu. Jadący na przedzie zobaczyli mnie i zatrzymali konie. - Stój! Kto wy jesteście? Dowódca do mnie! - zawołałem. Ten w kubance zwrócił się do towarzyszącego mu kawalerzysty, po czym podjechał. Na czapce zobaczyłem z boku naszytą czerwoną wstążeczkę. Odetchnąłem. - Zdrastwujtie. Ty czto choczesz? - spytał po rosyjsku. - Wy kto takije? - A tiebie na czto eto nużno? - My partizany, wsiech dierżym na pricełach. - Wot kakoj ty goriaczij. Ty dumał nawierno czto my niczewo nie znali. Wot tiepier’ ja tiebie skażu. Znajesz Maksa? Eto takoj miestnyj partizan, charoszij parień. Giermanca bjot, a i nacjonalistam nie popuskajet. My jewo iszczem od Kowpaka. - To ja sam Maks - powiedziałem z radością. - Ja i srazu tak dumał - odparł ucieszony Rosjanin i zeskoczył z konia. Uścisnęliśmy sobie mocno dłonie. Widząc to moi chłopcy zaczęli wysuwać się z lasu. Również kawalerzyści podjechali bliżej i zaczęli zsiadać z koni. Okazało się, że generał Kowpak od paru dni stał ze swoimi oddziałami w Swarycewiczach i wysłał zwiad w celu odszukania brygady Bryńskiego. O tym, że część oddziału pod moim dowództwem stoi w Hołuzji, kowpakowcy dowiedzieli się w Wołczecku od jednego z naszych ludzi. Słyszeliśmy już wcześniej od kapitana Mahometa, że Kowpak ze swoim zgrupowaniem idzie w te strony z Polesia. Mahomet, zaraz po zakończeniu obławy, ruszył z grupą partyzantów w rejon Czerwonego Jeziora do centrali po materiały wybuchowe. Niebawem jednak sztab brygady otrzymał od nowego dowódcy naszej centrali „Czornego”1, który objął funkcję po pułkowniku Linkowie, radiogram, że Niemcy i tam również przeprowadzają wielką obławę. W związku z tym centrala partyzancka nie może utrzymywać z nami normalnej łączności, jak również zaopatrywać nas w materiały wybuchowe, broń i lekarstwa. Mahomet, który przybył w rejon Czerwonego Jeziora tuż przed obławą, otrzymał niewielką tylko ilość trotylu. Tymczasem ruch transportów niemieckich na liniach kolejowych wcale nie ustał, a wręcz przeciwnie, znacznie się wzmógł. Nic więc dziwnego, że byliśmy bardzo zmartwieni wieścią otrzymaną z centrali. ( Na szczęście kapitan Mahomet wracając do bazy spotkał w drodze oddziały partyzanckie generała Kowpaka, które zmierzały w nasz rejon. Dziadek Kowpak dowiedziawszy się od Mahometa o trudnej sytuacji brygady podarował nam kilkaset kilogramów trotylu. Teraz, po powrocie do Hołuzji, godnie uraczyliśmy naszych gości. Po południu pojechałem z nimi do sztabu brygady. Bryński bardzo się ucieszył. O świcie następnego dnia wyruszyliśmy do Swarycewicz. Oprócz Bryńskiego jechali z nami wszyscy dowódcy oddziałów. Podróż nasza zapowiadała się

1

Pułkownik „Czornyj”, Iwan Banow, działał później na Lubelszczyźnie.

nieszczególnie, bo padał duży śnieg i drogi porządnie zasypało. Nic dziwnego, że konie szły ślamazarnie. Ale jakoś jeszcze przed wieczorem dobiliśmy do Mulczyc. Przez całą drogę gwarzyliśmy wesoło z kowpakowcami. Wiele słyszeliśmy o ich dzielnych czynach. Kowpak był postrachem Niemców na całej Białorusi i Ukrainie. Poczytywaliśmy więc sobie za zaszczyt spotkanie z jego ludźmi. Zanim jednak wjechaliśmy do Mulczyc, zatrzymała nas wysunięta placówka. Kowpakowcy, którzy nam towarzyszyli, szybko doszli do porozumienia z dowódcą warty i niebawem zaprowadzono nas do jakiejś chaty. Przy świetle lampy naftowej zobaczyliśmy leżącego w łóżku młodego mężczyznę z książką w ręku. Miał olbrzymią brodę. Obok, na krześle, wisiał mundur z dystynkcjami podpułkownika i leżał pistolet „TT”. Widząc nas wchodzących do izby podpułkownik odłożył książkę i wciągnął mundur. - Petro Werszyhora - rzekł basem podpułkownik. - Anton Pietrowicz Bryński - odparł dowódca brygady. - A to mój sztab. - To bardzo ładnie. Nasz stary czeka na was. - Werszyhora uścisnął nam ręce i zawołał wartownika stojącego przed domem. Chwilę z nim szeptał i zaraz do izby weszło jeszcze dwóch oficerów, a wartownik przyniósł duży gąsior bimbru i postawił go na stole. Gospodyni podrzuciła pod kuchnię drew i nastawiła patelnię ze słoniną. Na stole pojawiła się jajecznica, chleb i cebula. Wypiliśmy po szklance bimbru i zrobiło mi się ciepło w żołądku. Paliliśmy później papierosy i rozmawialiśmy o naszym partyzanckim życiu. Kowpakowcy z dumą opowiadali o tym, jak to jesienią ubiegłego roku przeprowadzili wielką akcję na sarneński węzeł kolejowy. W ciągu jednego dnia, niemal w jednym czasie prowadząc akcję bojową, wysadzili w powietrze pięć mostów kolejowych pod samym nosem zdumionych Niemców. Węzeł w Sarnach został unieruchomiony na dwa tygodnie. Mówili o wielkich bitwach stoczonych z Niemcami w Lelczycach, w Głuszkiewiczach, w Buchczy, kiedy to wróg poniósł olbrzymie straty sięgające tysięcy zabitych i rannych. Skrycie zazdrościliśmy im tego, że mieli o wiele większe możliwości prowadzenia otwartej walki z wrogiem. Tworzyli duży oddział bojowy złożony z kilku batalionów i różnili się od nas dywersantówminierów przede wszystkim tym, że sami szukali walki z Niemcami; będąc w ciągłym ruchu atakowali ich garnizony, toczyli bitwy, wciągali przeciwnika w zasadzki i likwidowali go. My natomiast byliśmy przywiązani do terenu, działaliśmy w pewnym sensie w konspiracji, stawiając sobie za główny cel niszczenie linii komunikacyjnych nieprzyjaciela i prowadzenie dywersji na jego zapleczu. Żołnierzom-partyzantom obca jest strategia wojenna, nie potrafią oni wymierzyć wagi dokonanych czynów. I zawsze największym wydarzeniem dla nich jest zetknięcie się oko w oko z wrogiem. Niemal całą noc spędziliśmy na różnych pogaduszkach. My również mieliśmy wiele do opowiadania. Werszyhora, jak się przekonałem, był człowiekiem bardzo inteligentnym, a przy tym aż do przesady skrupulatnym i pracowitym. Zauważyłem, że każde nasze słowo notował w swoim grubym brulionie. Interesowało go niemal wszystko, co dotyczyło naszego rejonu, a więc miejsce rozlokowania niemieckich garnizonów i posterunków policji, ich skład i siły, nazwiska dowódców oraz wyższych urzędników administracji niemieckiej i współpracujących z nią Ukraińców, stan moralny wojsk niemieckich. Niemniej interesowały go też sprawy miejscowej ludności; jaka jest jej postawa wobec

okupanta, kto i pod jakimi hasłami współpracuje z Niemcami, chciał wiedzieć jak najwięcej o bandach bulbowców i ich działalności. Spisywał też nasze życiorysy. O wszystko to pytał nas Werszyhora niby od niechcenia w potocznej rozmowie, niemniej jednak wyglądało to, jakby nas ciągnął za język, czym nie byłem zachwycony. Dopiero później Bryński wyjaśnił mi, że przeprowadzanie takich rozmów należy właśnie do jego obowiązków, gdyż Werszyhora jest szefem wywiadu w zgrupowaniu Kowpaka i doskonale wypełnia swoje obowiązki. O świcie pojechaliśmy do Swarycewicz. W Jeziorcach, gdzie stacjonował jeden z naszych oddziałów ubezpieczających, przyłączył się do nas starszy lejtenant Bazykin, który dowodził ubezpieczeniem. Od razu zauważyliśmy, że jest bardzo wzburzony. - Co się stało? - spytał go Bryński. - Most w Młynkach zniszczony - odparł Bazykin. Wiadomość ta wywarła na nas piorunujące wrażenie. Wszystkie mosty na Styrze i Stochodzie w promieniu działania brygady zostały zniszczone, a ten zostawiliśmy sobie specjalnie dla własnych potrzeb. Służył nam za środek przeprawy przez rzekę w razie konieczności wycofywania się przed niemiecką obławą, tą drogą także uzyskiwaliśmy zaopatrzenie z centrali. - Kto to zrobił? - zdziwił się Bryński, którego ta wieść bardzo zaniepokoiła. - Kowpakowcy. - Dlaczego dopuściliście do tego? - Przyszli nocą. Przepędzili naszych chłopców z ochrony i wysadzili most. - To draństwo nie liczyć się z nami - rzucił Kartuchin. - Widzicie ich, przyszli po to, żeby nam utrudniać robotę. - To jeszcze nie wszystko - dodał Bazykin. - Oni zagarnęli nasze kopce z kartoflami w Perekalach, otworzyli je i rozdali ziemniaki okolicznej ludności.- Tego to już za wiele - powiedział ze złością Bryński. - Spytamy Kowpaka, co to wszystko ma znaczyć... - Ja bym tam wcale nie jechał - rzekł Bazykin - jeśli oni tak z nami postępują. Jaka tu może być współpraca? Bryński nic na to nie odparł, w jego szarych dobrotliwych oczach tliły się ogniki gniewu. Aż do samego celu podróży jechaliśmy w zupełnym milczeniu. * Swarycewicze pełne były partyzantów. Widzieliśmy ich kręcących się po wsi. Mieli doskonałe uzbrojenie: automaty, erkaemy, cekaemy, peteery, moździerze i działa. Mnóstwo wyładowanych fur stało w głębi zagród. Dymiły kuchnie polowe. Już na pierwszy rzut oka widać było, że w obozie Kowpaka istnieje twarda dyscyplina wojskowa. Nawet małe grupki partyzantów chodziły w szyku zwartym. Wszyscy mieli zapięte pasy i oddając honory swoim dowódcom stawali w postawie zasadniczej. Bryński nie omieszkał zwrócić nam przy okazji uwagi, że nasi partyzanci w porównaniu z kowpakowcami to „banda łazęgów”. Oczywiście w określeniu tym było wiele przesady i chodziło mu zapewne tylko o to, żebyśmy jako dowódcy oddziałów więcej uwagi zwrócili na dyscyplinę ludzi, z czym nie zawsze było u nas dobrze. Ale

źródłem tych braków było głównie to, że nasi partyzanci nie mogli podlegać ścisłym rygorom organizacyjnym, nie mieli stałych dowódców, na zadania chodzili w małych grupkach i często wracali z nich po upływie dwóch, a nawet trzech tygodni. W tym czasie zmuszeni byli sami sobie radzić, szukać pożywienia i noclegu. Największe jednak wrażenie zrobiła na nas kompania kowpakowców, którą spotkaliśmy niedaleko domu, gdzie kwaterował dowódca - generał Kowpak. Maszerowali w zwartym szyku, sprężyście wybijając takt. Nagle na znak dowódcy rozbrzmiała żołnierska piosenka. „Idiot wojna narodnaja...” Partyzanci śpiewali ją wspaniale, na głosy. Stanęliśmy i zaczęliśmy słuchać. Zobaczyłem wówczas, że Bryński ma łzy w oczach. Nie wiem dlaczego, ale natychmiast zapomnieliśmy o swoich urazach do kowpakowców. Jeden z oficerów zaprowadził nas do chaty popa, gdzie mieszkał dowódca. Zapukaliśmy. - Do gienierała? - spytała basem wielka jak armata baba, stając w przejściu i zasłaniając sobą wnętrze izby. - Do gienierała - odparł Bryński. - Kogo mam zameldować? - Bryńskiego. - Trzeba zaczekać - to rzekłszy potoczyła się do drugiego pokoju. Wówczas ujrzeliśmy, że w pierwszej izbie przy stole siedzi maleńki, szczuplutki człeczyna z kozią bródką. Wyglądał śmiesznie w zestawieniu z tą kobietą-olbrzymem i jakoś wszystkim nam się to od razu rzuciło w oczy, gdyż zaczęliśmy się cicho śmiać. Później dowiedzieliśmy się, że to sam pop, a kobieta jest jego żoną. Gdy byliśmy poprzednim razem w Swarycewiczach, pop z żoną wyjechali w jakichś sprawach do Kowla. Podobno popadia tak natarczywie nalegała, by Kowpak właśnie u nich zakwaterował, i była tak dumna, że gości sławnego generała, że przepędziła nawet ordynansa i sama spełniała jego obowiązki, co Kowpakowi, mającemu duże poczucie humoru, strasznie się spodobało. Niebawem baba wróciła i wpuściła nas do drugiego pokoju. W obszernej, czysto utrzymanej i zastawionej ładnymi orzechowymi meblami izbie siedział przy stole, na którym leżała rozłożona mapa, niewysoki, krępy staruszek z łysą głową i bujną brodą. Miał na sobie bluzę wojskową, lecz bez dystynkcji. Przy nim stał znacznie młodszy mężczyzna, postawny brunet z dobrze utrzymanymi wąsami, w mundurze z dystynkcjami generała. Bryński wysunął się do przodu, przyłożył dłoń do kubanki i zameldował: - Dowódca brygady partyzanckiej pułkownik Bryński ze swoim sztabem. - No i nareszcie spotkaliśmy się - rzekł dziadek wstając zza stołu i podając nam rękę. - Jestem Kowpak, a to Rudniew, nasz komisarz. Zdziwiłem się bardzo, gdyż w pierwszej chwili w żaden sposób nie mogłem sobie skojarzyć tego skromnie i niepozornie wyglądającego staruszka ze sławnym Kowpakiem. - Tak się w lasy pochowali, że ich nijak znaleźć nie można. Sam Werszyhora musiał się nieźle nabiedzić, a on i diabła by odszukał - śmiał się Kowpak. - Konspiracja, towarzyszu generale... - odrzekł Bryński.

- Jaka tam konspiracja. Niemców się boicie, ot co! - i znowu się zaśmiał. - Siadajcie, chłopcy. Nianiu! - zawołał Kowpak. W drzwiach pojawiła się gospodyni. Stała wyprężona jak żołnierz. - Ugotujcie, proszę, kartofli i usmażcie jajecznicy, gości musimy nakarmić. Dziś Rudniew obchodzi urodziny. Mamy więc podwójne święto. - Już się gotują, towarzyszu generale. Za parę minut wszystko będzie gotowe. - Dziękuję, nianiu. - Rozkaz, towarzyszu generale! - Baba zrobiła przepisowy w tył zwrot, a my wybuchnęliśmy śmiechem. Bryński wstał i złożył Rudniewowi życzenia, a za nim Kartuchin, Aniszczenko, Łoginow, Koniszczuk, Bazykin i ja. W tym czasie „niania” wniosła do izby wielką misę parujących ziemniaków i postawiła przed każdym z nas aluminiowe talerze. Na stole pojawiła się jajecznica z kopy jaj i kiełbasa. Bryński mrugnął porozumiewawczo na Łoginowa, który wysunął się z izby. Wrócił za chwilę i przyniósł ze sobą pięciolitrową bańkę. - A to co takiego? - spytał Kowpak. - Jak macie święto, to trzeba je godnie uczcić, towarzyszu generale - powiedział Bryński. Przywieźliśmy trochę bimbru. - Zuchy ci minierzy - zaśmiał się Kowpak. - Wiedzieli, że Rudniew ma dziś święto. Spróbujemy, jak smakuje minierski samogon. Pierwszy toast wypiliśmy za zdrowie Rudniewa... * Kowpak opowiedział nam o swojej wizycie w Moskwie, gdzie uczestniczył niedawno w specjalnej naradzie poświęconej sprawie rozwoju ruchu partyzanckiego na terenach okupowanych przez hitlerowców. Na tej naradzie, która odbyła się na Kremlu w obecności i pod kierownictwem Stalina, został utworzony Główny Sztab Ruchu Partyzanckiego. Dowódcą wszystkich oddziałów partyzanckich został mianowany marszałek Woroszyłow. Na czele sztabu stanął Ponomarenko, członek KC WKP(b). Z kolei Kowpak przekazał nam instrukcje i wytyczne sztabu dla oddziałów partyzanckich i zorientował nas w sytuacji na froncie. Później zaczął nas wypytywać o wszystkie szczegóły dotyczące Wołynia. Interesował się przede wszystkim siłami wroga na tych terenach oraz postawą miejscowej ludności wobec okupanta. Najbardziej trapił się faktem, że na terenach Zachodniej Ukrainy Niemcom udało się wywołać bratobójczą walkę. Przy współpracy ukraińskich nacjonalistów zdołali utworzyć bandy bulbowców i banderowców, które skierowali przeciwko ludności polskiej. W pewnej chwili zwrócił się do mnie. - Trzeba pomóc Polakom. Nie można pozwolić, by nacjonaliści mordowali ich bezkarnie. Wy, towarzyszu Maks, powinniście się tym zająć. - Rozkaz, towarzyszu generale! - odparłem. - Trzeba prowadzić szeroką agitację, żeby wyzwolić ludność ukraińską od wpływów nacjonalistów. Organizować zebrania i mityngi, pisać ulotki, wyjaśniać sytuację na froncie, organizować ludzi do

walki - mówił dalej Kowpak. Po chwili popatrzył na zegarek i rzekł:-Przykro mi, towarzysze, ale za dziesięć minut mam we wsi zebranie mieszkańców. Będę musiał zostawić was na jakąś godzinę. - A może, towarzyszu dowódco, nasi goście zechcą wziąć udział w zebraniu - rzekł komisarz Rudniew, gładząc swoje czarne wąsy. - Bardzo prosimy - uśmiechnął się dziadek Kowpak. - Chętnie pójdziemy - odparł Bryński. Udaliśmy się wszyscy do budynku remizy strażackiej, gdzie zebrało się już kilkuset mieszkańców Swarycewicz. Nie wszyscy pomieścili się wewnątrz. Wielu chłopów stało na dworze. Kiedy weszliśmy do środka, niektórzy wieśniacy zdjęli czapki, inni żegnali się lub płakali. Rozległy się głosy: „Bóg was tu sprowadził, nasi opiekunowie”. Ale byli i tacy, którzy patrzyli na nas spode łba. Usiedliśmy za stołem. Najpierw zabrał głos Rudniew. Mówił o zwycięstwach Armii Radzieckiej, o wielkich stratach Niemców i niechybnej ich całkowitej klęsce. Opowiadał o bohaterstwie żołnierzy radzieckich i olbrzymim wysiłku ludzi zaopatrujących front. Z kolei przekazał ludności pozdrowienia od rządu radzieckiego. Wreszcie omówił walkę na tyłach wroga i wezwał ludzi do masowego udziału w tej walce. Gdy skończył, na sali rozległy się głośne rozmowy. Kowpak zastukał w stół i chłopi uciszyli się nieco, wówczas zapytał: - Kto chce mówić, prosimy otwarcie. Każdego wysłuchamy. Teraz zrobiło się cicho jak makiem zasiał. - No, prosimy, towarzysze. Walcie prosto z mostu. Na prawo, pod ścianą, w ciżbie starców ktoś się poruszył, chrząknął i zaczął mówić: - Bóg jeden wie, o co tu chodzi. - Kościsty, wysoki chłop z wystającą grdyką i siwymi wąsami wysunął się nieco do przodu. - Wedle tego, co pan oficer mówił, to my powinniśmy nie Polaków bić, ale Niemców. Kto nam zaręczy, że to wszystko prawda? Wy przyszliście z innych stron, może tam u was tak ludzie myślą, ale tu jest inaczej. Popi po cerkwiach wołają, żeby pomścić krzywdę na Polakach i Żydach, każą tępić bolszewików. Mówią, że tu będzie samostijna Ukraina... Chłop umilkł, ale zaraz odezwał się inny: - Racja, racja. Komu tu wierzyć? Kto przyjaciel, a kto wróg? Niemcy pomagają organizować sotnie atamana Borowca. Kto nie chce iść, tego ludzie Borowca wieszają. Niemcy mają siłę, jak tu ich bić?... Znów rozległy się szmery. Kowpak wyczekał chwilę, po czym mrugnął porozumiewawczo do Rudniewa. Komisarz wstał. - Ludzie, przyjaciele, towarzysze! - zaczął gorąco Rudniew. - Niemcy was zatruli swoimi kłamstwami. Mówicie, że nie wiecie, kogo słuchać, kto jest waszym wrogiem, a kto przyjacielem. Czyż jesteście ślepi, żeby tego nie widzieć? Czyż przyjaciel może dopuszczać się zbrodni na niewinnych ludziach? Powiedzcie sami, czy w waszej wsi nie ma takich, którzy opłakują śmierć swoich najbliższych, czyż nie ma spalonych domów i zagrabionego dobytku? Ilu ludzi zmuszono do wyjazdu do Niemiec? Kto tego dokonał? Wróg czy przyjaciel? Na sali rozległy się szlochy kobiet. Ten i ów mówił: „Dobrze gada, swój człowiek”.

- Któż wybaczy wam błędy? - ciągnął dalej Rudniew. - Własne dzieci, jeśli zdołają przeżyć tę okrutną wojnę, będą przeklinały wasze prochy. Czy godzi się obojętnie patrzeć, jak wróg dokonuje dzieła zniszczenia? Wszystkie okupowane narody występują do walki z Niemcami. W tej ogólnonarodowej walce nie brakuje dzielnych synów Ukrainy. Za Słuczą wasi bracia od dwóch lat biją faszystów. Tysiące Ukraińców walczy w szeregach Armii Radzieckiej. I tu również wszyscy uczciwi ludzie wstępują do oddziałów partyzanckich. Tylko zdrajcy narodu mogą w takiej chwili współpracować z hitlerowcami. Ktoś tu z was mówił o bandach Borowca. A któż to jest Borowiec? Nie kto inny, jak faszysta. Tacy właśnie pomagają Niemcom w ich zbrodniach. Czy możecie przykładać do tego swoją rękę?... Rudniew przerwał na chwilę, a na sali znów rozległy się głosy: „Słusznie mówi”. „To swoi ludzie”. „Trzeba bić faszystów”. - Ktoś tu wspomniał, że Niemcy są silni. To kłamstwo. Silni wtedy, gdy wiedzą, że nic im nie grozi. My partyzanci bijemy ich dniem i nocą. - Oni tu są panami, a my niewolnicy - rzucił ktoś z sali, ale inni go zaraz uciszyli. Teraz wstał dziadek Kowpak. Zmrużył oczy i popatrzył na salę z uśmiechem. - Mówicie, że Niemcy są panami, a wy niewolnicy. Hm, to zadziwiające, towarzysze! A któż to stworzył ich na panów tego świata? Chcecie zobaczyć, jacy są prawdziwi Niemcy? Pokażemy wam zaraz. Mamy akurat kilku tych panów - dodał drwiąco. - Proszę przyprowadzić ich tutaj - rzekł do jednego ze swoich oficerów. Po chwili na salę weszło ze dwudziestu niemieckich oficerów i żołnierzy, prowadzonych przez jednego partyzanta. Niemcy przedstawiali żałosny widok. Byli zarośnięci i brudni, w porwanych mundurach i dziurawych butach. Stanęli w szeregu patrząc służalczo w oczy partyzantom siedzącym za stołem. Na ich twarzach malowała się kompletna rezygnacja. - Oto są panowie - rzekł Kowpak. - Przypatrzcie się im dobrze. Ci, którzy was mordują. Teraz są w niewoli i pracują u nas. Obierają kartofle, rąbią drzewo, gotują w kuchni. No powiedz, Franz zwrócił się Kowpak do szczupłego Niemca z dystynkcjami oficerskimi - co myślisz o wojnie? - Hitler szwinia. Kaput - odparł Niemiec. - Kto z was, towarzysze, potrzebuje rąk do pracy, niech bierze tego robotnika. Po sali przeszedł szmer zdziwienia. - Jakże to mamy brać Niemców? - spytał ktoś z niedowierzaniem. - Chyba na swoje nieszczęście. Wy stąd pójdziecie, a wtedy Niemcy nam zapłacą. - Z Niemca tyle roboty, co z kozła mleka - dodała jakaś kobieta. - A od czego kij? - spytał Kowpak. - Jeśli nie zechce, to kijem trzeba go pędzić do roboty. Komu faszyści wzięli syna czy córkę do Rzeszy, niech bierze Niemca. Ludzie milczeli. Po chwili z głębi sali rozległ się kobiecy głos: - Ja wezmę, towarzyszu generale! - Ujrzeliśmy, jak przez ciżbę przeciska się do stołu gospodyni, która gościła Kowpaka. - Ech wy, tchórze! Jak wam nie wstyd? Na popów zwalacie całą winę. A ja przecież żona popa. Nie wszyscy popi jednakowi. - Obejrzała się na zebranych z pogardą, po czym podeszła do Franza. Będziesz u mnie robił. Rozumiesz?

- Jawohl, ich robić. Dobra robić - odparł Niemiec pokornie. Baba wśród ogólnego wybuchu wesołości pociągnęła Niemca za sobą. Teraz odezwały się głosy: - Dajcie, panie generale, i mnie. Zabrali mi syna i córkę. Zamordowali żonę. Spalili dom. Zabrali całe bydło. Dzieci z głodu przymierają. - Bierzcie, dobrzy ludzie - śmiał się Kowpak. - A jak zabraknie, przyprowadzimy wam nowych... * Tego wieczoru przybyli do Kowpaka miejscowi delegaci; jak się okazało, był to podziemny komitet organizacji, która istniała w tej wsi od dawna. Wspólnie opracowano plan zorganizowania zbrojnego oddziału do walki z okupantem. Kowpak rozkazał przydzielić oddziałowi trochę broni i amunicji. Późną nocą pożegnaliśmy kowpakowców i wyruszyliśmy w powrotną drogę do Krasnego Boru. Nikt z nas nie wspominał dziadkowi Kowpakowi o zniszczonym moście i zabranych ziemniakach.

Próba
Wyruszając z grupami minierskimi na linie kolejowe w pobliżu Maniewicz odwiedzałem zawsze osadę Konińsk, gdzie pracowali nasi łącznicy-zwiadowcy: Słowikowie, Barańscy, Fiołkowie i inni. Cała osada Konińsk współpracowała z nami bardzo aktywnie. Ludzie ci, głównie Polacy, chodzili często na zadania bojowe, ubezpieczali rejony akcji lub brali w nich bezpośredni udział. Niebawem po powrocie ze Swarycewicz pojechałem do Konińska. Kazik Słowik, ujrzawszy mnie, powiedział z oburzeniem: - To wstrętne, żeby partyzanci zajmowali się rabunkiem. - O czym ty mówisz? - spytałem zdziwiony. - W nocy napadli na wieś. Zabrali ludziom mąkę, zboże, ubrania. Nas też obrabowali. Zabrali mi buty, karabin i pistolet. - To kłamstwo - odparłem wzburzony. -Nasi partyzanci nie rabują. Za to czeka kara śmierci. W tym momencie do chaty wpadła zapłakana żona Barańskiego. - My pomagamy partyzantom, a oni tak nam zapłacili - powiedziała ze szlochem. - Ostatnią świnię zabrali nam z chlewa. Mąż chodzi, naraża się, i za co? - Któż wam powiedział, że to byli nasi chłopcy? - spytałem Słowika. - Przyprowadził ich ten łotr Pawlik. On jest teraz w oddziale Bryńskiego. Rządził się jak szara gęś. Mówił do partyzantów, że my jesteśmy faszyści i trzeba nam wszystko zabrać - ciągnął Słowik. Próbował ich nawet namówić, żeby nas rozstrzelali. - Pawlik nie jest w brygadzie - rzekłem z przekonaniem. Tej nocy odwiedziło mnie jeszcze kilku gospodarzy. Wszyscy skarżyli się na krzywdę, jaką im wyrządzono, i wszyscy twierdzili, że ci, którzy ich obrabowali, byli z oddziału Bryńskiego.

Postanowiłem wyjaśnić tę sprawę, by przekonać mieszkańców Konińska, że niesłusznie oskarżają nas o ten niegodny czyn. Nazajutrz poszedłem do sztabu brygady. Złożyłem meldunek z przebiegu ostatniej akcji bojowej, po czym opowiedziałem Bryńskiemu, co się zdarzyło w Konińsku. Widziałem, że dowódca brygady zdenerwował się bardzo. - Niestety, to wygląda na prawdę - rzekł. - Wczoraj wróciła z zadania grupa Kartuchina. Przywieźli ze sobą sporo żywności, którą podobno zarekwirowali faszystom. Tak twierdził ten człowiek, który przyłączył się do oddziału Kartuchina. On sam ich prowadził do tych, którzy pracują z Niemcami. - Gdzie jest ten człowiek?! - zawołałem. - Chwileczkę, zaraz go tu sprowadzimy - powiedział Bryński. - On jest Polakiem. Nazywa się Pawlik. - A więc to jednak prawda - rzekłem ze złością. - To hańba dla oddziału! - Towarzyszu Maks, proszę się uspokoić. Czy macie coś przeciwko temu człowiekowi? Znacie go? Opuściłem głowę i chwilę się wahałem. To, co chciałbym mu wyjaśnić, nie przechodziło mi przez gardło. Tak, znałem tego łajdaka dość dobrze, by bez zmrużenia oka zastrzelić go własnoręcznie. - Jeśli to jest ten sam Pawlik, którego znam, oddajcie go w moje ręce - rzekłem. - Mam z nim stare porachunki. Bryński chciał jednak wiedzieć, dlaczego domagam się wydania Pawlika. Nie mogłem więc milczeć. Zapaliłem papierosa i zacząłem opowiadać. * To było w środku lata 1942 r. Grupa, którą dowodziłem, liczyła wówczas ze czterdziestu ludzi. Przeżywaliśmy wtedy trudny okres organizacji i walki. Niemcy usiłowali za wszelką cenę zniszczyć nasz oddział. Wielu partyzantów znajdowało się na granicy załamania psychicznego. Ich stan duchowy spowodowany był naszym zupełnym osamotnieniem w walce z wrogiem. Nie mieliśmy żadnych wieści o tym, co się dzieje na froncie, nie wiedzieliśmy także, czy na okupowanych przez Niemców terenach istnieją, poza naszym, jakieś inne oddziały partyzanckie. Zależało mi na tym, by podtrzymać na duchu swoich ludzi, próbowałem więc zdobyć jakieś informacje. Pewnego razu, gdy staliśmy na kwaterze w pobliżu Konińska, zgłosił się do mnie jakiś człowiek. Nazywał się Pawlik. Z rozmowy z nim dowiedziałem się, że niedawno wrócił zza Bugu. Ta wiadomość bardzo mnie ucieszyła. - No i co tam słychać w kraju? - spytałem gorąco. - Od początku wojny nie mam stamtąd żadnych wieści. Mój rozmówca zamyślił się. - Niemcy mordują naszych ludzi. Nędza i głód, jak wszędzie. - I nic się tam więcej nie dzieje? Nikt nie myśli o oporze? - spytałem zawiedziony. Popatrzył na mnie badawczo, ważąc coś w myślach, po czym oświadczył: - To są sprawy tajne, a my się nie znamy...

- Przecież szukając mnie, wiedział pan, kim jestem. - Prawdę mówiąc, tak. Tu wszyscy mówią o Maksie... - A więc? - Powiem prawdę. Zresztą po to tu przyszedłem. Mam dobre wiadomości. Na Kielecczyźnie, skąd przybyłem, toczy się walka. Góry Świętokrzyskie pełne są partyzantów. Nieprzypadkowo przyjechałem w te strony. Mam specjalne polecenie zorientować się w sytuacji za Bugiem. Pewne grupy partyzantów zostaną wkrótce przerzucone w te strony. Polecono mi przygotować teren. Ogarnęła mnie fala radości. Uścisnąłem mu serdecznie dłoń i powiedziałem: - Jakże się cieszę. Spadł mi kamień z serca. Właśnie o tym marzyłem. Teraz mogę już być spokojny. - Wiedziałem, że uraduje pana wieść, którą przynoszę - rzekł z zadowoleniem. - Ale proszę o jedno. To, co panu mówiłem, trzeba zachować tylko dla siebie. Rozumie pan chyba, dlaczego? - Oczywiście - odparłem. Z kolei zaczął opowiadać o różnych akcjach bojowych, w których brał osobiście udział, a na końcu opisał mi swoją długą, pełną przygód i niebezpieczeństw drogę z Kieleckiego na Wołyń. Mówił o tym, jak przechodząc Bug wpadł w ręce niemieckie, i tylko złote dolary, które miał przy sobie, uratowały go od śmierci. Przekupił nimi niemieckiego oficera. - Jest pan dzielnym człowiekiem - powiedziałem, wysłuchawszy jego opowiadania. - Lubię ludzi odważnych. - Ale cóż mi z tego? - odparł. - Na co to moje poświęcenie? Czy wie pan, w jakiej sytuacji żyje tu moja rodzina? Mam w Konińsku chorą matkę i siostrę. Kiedy wróciłem, słaniały się z głodu. Sądziłem, że podczas mojej nieobecności ludzie im pomogą. Nie warto być patriotą. Zrobiło mi się przykro, bo przypomniałem sobie swoją rodzinę, która została w Pilaszkowicach. Byłem pewny, że ona również żyje teraz w nędzy. - Sam nie wiem, co robić - mówił dalej stroskanym głosem. - Czy zostać tu i pomóc rodzinie, czy wypełniać swój obowiązek. Jeśli pójdę z powrotem, mogę to przypłacić życiem matki i siostry. Jeśli zostanę, nie spełnię swego obowiązku wobec ojczyzny. - Myślę, że powinien pan iść - oświadczyłem. - Rodzinę pańską wezmę pod swoją opiekę. - Pan? - Tak. Ja i moi partyzanci. Będziemy czuwali, by nie stała się im żadna krzywda. Jeszcze dziś poślemy im trochę żywności. Zauważyłem, że oczy jego zalśniły radością. - Bardzo panu dziękuję. A więc... - Kiedy pan wyrusza w drogę? - Za jakieś dziesięć dni. - Spotkamy się jeszcze?

- Oczywiście. Proponuję spotkać się za trzy dni o tej samej porze przy skrzyżowaniu dróg w lesie pod Czerewachą. - Dobrze. Wieczorem posłałem do jego domu furę żywności: dwie świnie, dwa worki mąki, worek kaszy, bańkę masła, trochę cukru. Za trzy dni spotkaliśmy się znów w umówionym miejscu. Pawlik był zdenerwowany. - Wie pan, co się stało? - spytał. - Nic nie wiem. - Dziś w nocy przyszli do nas policjanci i zabrali obydwie świnie i mąkę. Zbili matkę i siostrę. Ja siedziałem ukryty na strychu. Musieli się o mnie czegoś dowiedzieć, bo pytali, gdzie jestem. Ale matka nic im nie powiedziała. - Bardzo panu współczuję. Myślę, że w tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli matka i siostra opuszczą dom i ukryją się w lesie. Mamy tu niedaleko wolną leśniczówkę, możemy ją urządzić i zabezpieczyć zaproponowałem. - Będziemy się o nie troszczyli. - Dziękuję, ale wątpię, czy matka się zgodzi. Tam jest, mimo wszystko, na swoim. Ma dwa hektary ziemi, własny domek. - Wobec tego nie widzę innego wyjścia... - Sądzę, że policja da im na razie spokój. Gdyby pan był tak dobry i dał im jeszcze trochę żywności... Strasznie głupi przypadek... - Dobrze. Żywności nam nie brakuje. Zabieramy kontyngenty przeznaczone dla Niemców. - Będę panu bardzo wdzięczny. - To głupstwo. Zrobimy, co będzie można. Tym razem znów mówiliśmy o kraju. Przez te trzy dni wiele myślałem o naszej poprzedniej rozmowie. Ciekawiło mnie, kto kieruje ruchem oporu w kraju, jakie tam są ugrupowania polityczne, kto w jakich szeregach walczy. Marzyłem o tym, by walką o wyzwolenie ojczyzny zajęli się polscy komuniści i ludowcy. Niestety, i teraz nie wszystko udało mi się wyjaśnić. Pawlik oświadczył mi, że w ruchu podziemnym walczą obok siebie byli oficerowie WP, podoficerowie i szeregowcy, robotnicy i chłopi. A więc wyglądało na to, że jest to ruch ogólnonarodowy. Dane te były bardzo ogólnikowe i niewiele mi wyjaśniły, lecz dałem spokój i nie wypytywałem go więcej, bo pomyślałem, że widocznie są to sprawy, o których nie wolno mu mówić. Kiedy już żegnaliśmy się, powiedział z troską: - Mam sporo kłopotów. Muszę przyspieszyć swój wyjazd i potrzebne mi są pieniądze. - Mogę panu dać trochę marek. Nam są niepotrzebne - wyjaśniłem. - Nic nie kupujemy... - Chętnie bym je przyjął, ale marki na nic mi się nie zdadzą. Tylko złoto robi na nich jakieś wrażenie. - Bardzo mi przykro...

Następnego ranka wysłałem nowe zapasy żywności dla jego rodziny. Po kilku dniach spotkałem się z nim po raz trzeci. - Nie wiem już, co mam robić - powiedział. - Nikt mi nie chce pomóc. Sądziłem, że pożyczę z pięćdziesiąt złotych rubli. Ale ci miejscowi ludzie gwiżdżą na sprawy społeczne. Ich patriotyzm ogranicza się do czterech ścian i własnej zagrody. - Może nie mają złota. Są takie ciężkie czasy, ludzie wyprzedali wszystko. - Pan chyba żartuje. Chłop to sknera. Trzyma złoto w ukryciu. W każdej chacie są ruble i dolary. Znam takich, którzy mają po kilkadziesiąt rubli w złocie, ale jest na nich tylko jedna rada. - Jaka? - Trzeba im wlać, wówczas zmiękną i oddadzą złoto. - Chyba nie mówi pan tego poważnie? - Czemu nie? Przecież tu chodzi o sprawy wyzwolenia ojczyzny. - Jestem przeciwnikiem stosowania terroru. Nie wolno nam w ten sposób postępować. Musimy za wszelką cenę zdobywać zaufanie ludzi, to jest gwarancja naszych sukcesów. - Może ma pan rację, ale takie rozumowanie nie pomoże mi w wywiązaniu się z obowiązków, które nałożyło na mnie dowództwo... Od tej pory niejednokrotnie myślałem o tamtej rozmowie z partyzantem z Kieleckiego. Jego rozumowanie wydawało mi się zupełnie fałszywe. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, żeby prawdziwy patriota uciekał się do stosowania przemocy wobec swoich rodaków. To, mimo wszystko, nie może być uczciwy człowiek. I w ogóle kto wie, kim on jest - pomyślałem. W gruncie rzeczy nie znam go prawie wcale. Wiem o nim tylko to, co sam o sobie opowiadał. Chcąc wyjaśnić swoje wątpliwości, udałem się do Słowików. Zapytałem Kazika, czy zna rodzinę Pawlików. - Oczywiście - odparł. - Któż nie zna tego szubrawca? To bandyta i złodziej. Ostatnio z bronią w ręku obrabował trzech gospodarzy. Byłem wstrząśnięty.- Powiedz mi, Kazik, co on właściwie robi? - To notoryczny złodziej i krętacz. Już dawno nasi ludzie w Konińsku zastanawiali się nad tym, czy go nie zlikwidować. - Kiedy on tu wrócił zza Bugu? - Skąd? Nic nie rozumiem. - A więc on od początku wojny siedzi w Konińsku? - Niezupełnie. Czasami, gdy już za dużo nabroi we wsi, znika na tydzień, lub dwa i kradnie w innych miejscowościach. - Teraz rozumiem wszystko. - Nie wiedziałem, że go znasz.

Było mi wstyd przyznać się do tego, że dałem się tak łatwo nabrać. Postanowiłem, że sam rozprawię się z nim jak należy. Kiedyś poszedłem do niego. Na szczęście był w domu. - No i co powiesz, łajdaku? - spytałem. - Przyszedłem ze złotymi rublami. Zaraz ci je wręczę. Pawlik patrzył na mnie z przerażeniem. - O co panu chodzi? Ja przecież nic od pana nie chciałem. - Coś zrobił z tym, co dostałeś od nas? Ty wstrętny psie! - Podszedłem i dałem mu w zęby. Wywalił się jak długi. Tymczasem jego matka i siostra rzuciły mi się do nóg, błagając o litość. - Jeśli do jutra nie zwrócisz tego, co otrzymałeś od nas, i tego, co zrabowałeś tutejszym ludziom, czeka cię nasz sąd. Zginiesz jak pies - oświadczyłem. Jak było do przewidzenia, Pawlik nic nam nie zwrócił, nie oddał też ludziom zrabowanych rzeczy. Po prostu zniknął z Konińska na parę miesięcy... * Gdy skończyłem opowiadać, Bryński uśmiechnął się i rzekł: - W życiu różnie bywa. Znam jednego człowieka, który do chwili rozpoczęcia wojny był żulikiem i dopiero wojna go odmieniła. Teraz jest jak najlepszym partyzantem. Dzielnie bije Niemców, i nie tylko bije. On jest dowódcą grupy. - Któż to taki? - spytałem. - Nie chcę wymieniać nazwiska, ale wy go, towarzyszu Maks, znacie. Jest u nas w brygadzie. Zastanowiłem się i nagle przypomniałem sobie pewne zdanie, które usłyszałem kiedyś w sztabie, gdy szykowano grupy dywersyjne do walki z niemiecką obławą. Typowano wówczas dowódcę, który miał kierować niej bezpiecznymi akcjami na Niemców w Krasnym Borze podczas ewakuacji części brygady oraz leśnych osad na wschód, za Styr. Wtedy właśnie Kartuchin powiedział: „Myślę, że nasz żulik poradzi sobie doskonale z frycami”. Bryński zgodził się z tym i na dowódcę wyznaczono lejtenanta Krywyszkę. - Wiem, kogo macie na myśli - odparłem. - Ale Krywyszko to zupełnie inny człowiek. - Widzicie, towarzyszu Maks, nie zawsze wiemy, dlaczego człowiek postępuje tak, a nie inaczej. Może Pawlika zmusiły do tego trudne warunki? Człowiek łatwo przyzwyczaja się do złego. A najgorsza jest dla niego świadomość, że wszyscy nim pogardzają. To prowadzi do nowych wykroczeń wobec prawa. Taki człowiek czuje się jak w błędnym kole. Odpychany od ludzi, brnie coraz bardziej w bagno. Ale czasem wystarczy uczynić jeden krok, by go uratować. Sądzę, że powinniśmy zrobić taki krok i okazać Pawlikowi zaufanie. Nie wierzyłem w możliwość wychowania Pawlika. Mimo to zgodziłem się na propozycję Bryńskiego, by pozwolić mu zostać w oddziale i umożliwić zmazanie swej przeszłości czynami bojowymi. Gdy po godzinie Pawlik zameldował się w sztabie, nie byłem już na niego taki zły. Ale on, ujrzawszy mnie, cofnął się z przestrachem za drzwi ziemianki. - Wróćcie. Nic wam tu nie grozi - powiedział Bryński. - Maks darował wam tamte sprawy...

Upłynęło trzy tygodnie. Okazało się, że Pawlik na akcjach wykazuje aktywność i bojowość, przejawia dużo inicjatywy i sprytu, a więc posiada najlepsze cechy dobrego partyzanta. Bryński słuchając opinii ludzi, którzy uczestniczyli z Pawlikiem w poszczególnych zadaniach, powiedział z zadowoleniem: - Widzisz, Maks. Z tej mąki będzie jeszcze dobry chleb. Właśnie myślę o tym, żeby powierzyć mu dowództwo nad grupą bojową. Jutro wysyłamy dziesięciu ludzi na tory. Cóż mogłem powiedzieć? Fakty świadczyły same za siebie. Pawlik się zmienił. Po powrocie z tego zadania Bryński wyraził mu specjalną pochwałę. Minęło jeszcze dziesięć dni i nagle z Okońska napłynęły niepokojące wieści. Okazało się, że działający w tym rejonie Pawlik obrabował miejscowy młyn, a mąkę sprzedawał okolicznym chłopom. Młyn ten był pod naszą ścisłą kontrolą i mełł zboże dla potrzeb partyzanckich. Wkrótce potem dowiedzieliśmy się, że Pawlik sprzedał chłopom za złoto dwadzieścia krów, które zabrał z pobliskiego majątku. Krowy te przeznaczone były na zaopatrzenie brygady i leśnych osad. Niebawem Niemcy znaleźli te krowy u gospodarzy, za co zamordowali piętnastu niewinnych ludzi. Bryński wpadł w złość. Niezwłocznie rozkazał ściągnąć swego niefortunnego wychowanka do bazy. Ale okazało się to niemożliwe, Pawlik przepadł jak kamień w wodzie. Wówczas dowódca brygady wezwał mnie i oświadczył: - A jednak tym razem pomyliłem się. Trzeba, towarzyszu Maks, odnaleźć tego łajdaka. - Znajdę go, choćby pod ziemią... Jednakże Pawlik dobrze się ukrył i upłynęło sporo czasu, zanim wpadł w moje ręce. Wyznaczyłem kilku ludzi, którzy nieustannie śledzili dom Pawlika i zasięgali o nim informacji w różnych wsiach. Któregoś dnia otrzymałem meldunek, że widziano dziewczynę Pawlika, jak szła do Maniewicz. Kazałem odszukać ją i przyprowadzić do bazy, ale dziewczyna przez trzy doby nie wracała do domu. Zjawił się natomiast u mnie inżynier Szewczuk, który uzyskał w tej sprawie niezwykle ciekawe informacje. - Ona wczoraj była u Slipczuka. Oświadczyła, że Pawlik oferuje Niemcom swoją współpracę. Jest gotów podać im wszystkie szczegóły dotyczące brygady partyzanckiej, lecz żąda w zamian wysokiej nagrody. - To szubrawiec! - Slipczuk miał się dziś porozumieć z szefem gestapo. - Trzeba ją wziąć, zanim Niemcy zaczną z nią mówić. - Właśnie o tym myślałem. - Czy pan pozna tę dziewczynę? - Doskonale. Widziałem ją z bliska. Wiem nawet, gdzie się obecnie znajduje. Zatrzymała się na nocleg niedaleko posterunku policji. - To dobrze. Proszę wziąć trzech ludzi i ruszać w drogę. Sądzę, że jeszcze przed świtem uda się wam zabrać ją z kwatery. Trzeba zrobić to bez wzbudzenia jakichkolwiek podejrzeń. - Oczywiście - odparł Szewczuk. - Potrzebne tylko będą dobre konie. - Otrzymacie najlepszą parę koni i najlepsze sanie.

* W godzinę później przez zaśnieżone leśne drogi pędziły sanie zaprzężone w dwójkę koni. Była godzina czwarta nad ranem, gdy sanie zatrzymały się na skraju lasu. Czterej ludzie, którzy nimi przyjechali, postawili kołnierze kożuszków, poprawili broń za pasem i ruszyli w stronę widocznego w pobliżu miasteczka. Na ulicach panował spokój. Miasto spało. Jedynie w dwóch domach paliło się światło: w budynku, gdzie mieściła się żandarmeria i gestapo, oraz na posterunku policji. Nikt nie patrolował miasteczka; był siarczysty mróz więc Niemcy i policjanci woleli „czuwać” w cieple. Czterej ludzie podeszli do parterowego domku. Trzej cofnęli się nieco, a jeden zapukał do drzwi. Wewnątrz domu rozległy się jakieś szmery i zaraz potem ktoś zapytał: - Kto tam? - Swój. Ja do pani, która tu nocuje. - W nocy nie otwieramy - odparła kobieta. - Sprawa jest pilna, ja z policji. - Z policji? - zdziwiła się. - A kto tam wie po nocy. - Przychodzę służbowo. Za chwilę zgrzytnęła zasuwa. W drzwiach ukazała się starsza kobieta, a tuż za nią może dziewiętnastoletnia dziewczyna. - Przychodzę od narzeczonego - rzekł mężczyzna. - Pyta, czy sprawa załatwiona. Bardzo się denerwuje. Kazał wracać natychmiast z powrotem. Boi się, że Niemcy mogą panią aresztować. - Kto pan jest? - Dziewczyna wysunęła się do przodu. - Wszystko wyjaśnię po drodze. Trzeba się spieszyć. Cofnęła się w głąb mieszkania, po chwili ukazała się przed domem. Ledwie zamknęły się za nią drzwi, a już z dwóch stron przyskoczyli do niej partyzanci. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Zakneblowano jej usta i poprowadzono przed siebie. Dalszy ciąg tej historii był już zupełnie prosty. W czasie przesłuchania dziewczyna zdradziła miejsce kryjówki Pawlika. Wyznała też, po co pojechała do Maniewicz. Sąd partyzancki skazał Pawlika na karę śmierci przez rozstrzelanie.

Jeńcy
Grupa dywersyjno-bojowa pod dowództwem lejtenanta Wasilenki wracała właśnie z zadania na linii kolejowej Włodzimierz - Maciejów. Chłopcy byli zadowoleni, gdyż udało im się „wyrzucić” aż trzy niemieckie transporty wojskowe. Pięćdziesiąt kilometrów od bazy napotkali na swej drodze w lesie kilkunastu ludzi, którzy siedzieli lub leżeli przy ogniskach. Wasilenko rozkazał swoim chłopcom otoczyć obozowisko.

Partyzanci cicho podkradli się i zaskoczyli obóz. Jakież było jednak ich zdumienie, gdy na rozkaz: „Ręce do góry” nikt nie podniósł się nawet z ziemi. Wasilenko zorientował się, że ludzie ci znajdują się u kresu sił. Wszyscy byli okropnie wychudzeni, oczy lśniły im od gorączki, brody sięgały aż do piersi. - Kto wy jesteście? - spytał Wasilenko, zwracając się do siwobrodego starca. - My chłopi. Niemcy wzięli nas na roboty. Wywieźli, ale uciekliśmy im - odparł starzec. Wasilenko bez trudu odgadł, że starzec kłamie. Wszyscy mieli na sobie postrzępione mundury żołnierzy Armii Radzieckiej. - Ej, ojczulku, nie zalewaj kawałów. Wiem, że kłamiesz. Mów zaraz prawdę - rzekł groźnie Wasilenko. - Szczerą prawdę powiedziałem. Jeśli nie wierzycie, spytajcie innych. Wasilenko obrzucił wzrokiem każdego brodacza z osobna, policzył. Było ich czternastu. Jedni patrzyli z niepokojem na partyzantów, drżąc z zimna, inni nie podnosili nawet oczu, kilku jęczało cicho. - Słuchaj, stary, mów, kim jesteście. My swoi ludzie, partyzanci... Starzec popatrzył teraz na nich z niedowierzaniem. - Jak to partyzanci? Czy to możliwe? Wszędzie Niemcy... - Przecież widzisz, że mamy broń i chodzimy po lesie. Bije się fryców. A gdzieżeście wy byli, że nic nie słyszeliście o partyzantach? Starzec podniósł się z trudem z ziemi i przypadł do piersi Wasilenki wybuchając gorzkim łkaniem. Inni brodacze również zaczęli płakać i szeptać: - Witajcie, bracia... Gdy się trochę uspokoili, opowiedzieli Wasilence, że są jeńcami wojennymi, którzy tydzień temu zbiegli z obozu we Włodzimierzu. Przez ten czas, ścigani przez Niemców, ukrywali się w lesie nic nie jedząc. Byli już u kresu sił. Myśleli, że przyjdzie im tu umrzeć. Chłopcy Wasilenki mieli przy sobie tylko kilka sucharów i niezwłocznie ugotowali z nich na wodzie z roztopionego śniegu trochę rzadkiej polewki. Wygłodniali ludzie połykali ten lichy pokarm w zawrotnym tempie, parząc sobie usta wrzątkiem. Nie zaspokoili oczywiście głodu, ale może właśnie dobrze się stało. Najedzenie się do syta po tak długim okresie głodówki mogłoby skończyć się dla nich tragicznie. Wkrótce po przybyciu do bazy Wasilenko zameldował mi o wszystkim. Nie tracąc czasu zaopatrzyłem go w kilka sani i wysłałem w powrotną drogę. * Cały obóz partyzancki wyległ oglądać ludzi-trupów, którzy zbiegli z niemieckiej niewoli. Bryński długo rozmawiał z byłymi jeńcami, wreszcie zdecydował, że pozostaną pod moją opieką. Przy naszym oddziale istniała łaźnia obozowa, był też prowizoryczny szpital polowy. Wykąpano ich i ubrano w czystą bieliznę. Partyzanci od razu zaczęli ich dożywiać na własną rękę. Doktor Melmersztajn, którego opiece powierzyłem tych biedaków, zabronił kategorycznie dawać im jeść.

Jeńcy zaczęli błagać o litość, krzyczeć i zaklinać go, by pozwolił im się najeść. Lekarz jednak okazał się nieustępliwy. Na pierwszy posiłek kazał ugotować dla nich dziesięciolitrowy sagan mleka rozcieńczonego wodą i dać każdemu po stugramowej kromce chleba. Pochłonąwszy w oka mgnieniu ten mizerny pokarm, jeńcy zaczęli dopominać się o więcej. Bezskutecznie zresztą, bo dopiero po sześciu godzinach otrzymali następny posiłek, również mleko i chleb. Melmersztajn osobiście pilnował nocą, by któryś z partyzantów nie podkradł się i nie przyniósł potajemnie do ziemianki jedzenia. Na drugi dzień rano nasi nieszczęśnicy znów otrzymali z kuchni rzadką zupinkę i kawałek chleba. - Niemcy nas głodzili i swoi też! Lepiej nam było zginąć od wroga! - zaczęli wołać jeden przez drugiego, gdy zobaczyli, że partyzanci jedzą mięso i słoninę. Partyzanci również zaczęli szemrać przeciwko Melmersztajnowi, że celowo głodzi i tak już ledwo żywych ludzi. W końcu do sztabu przybył delegat: ten sam siwobrody, wysoki staruszek, z którym rozmawiał Wasilenko po spotkaniu w lesie. Był to przywódca całej grupy uciekinierów. - Towarzyszu dowódco - rzekł staruszek. - Zlitujcie się nad nami. Czyż nie wiecie, co znaczy głód? - Wiem - odparłem. - Ale wy przecież powinniście zrozumieć, że robimy to dla waszego dobra. Lekarz musi was uratować od śmierci. On wie, co robi. Wy jesteście przecież inteligentnym człowiekiem dodałem. - Proszę, siadajcie, towarzyszu. Ktoś tu mówił, że byliście w armii pułkownikiem. - To prawda - odparł siadając na stołku. - A wy, towarzyszu dowódco, nie jesteście chyba Rosjaninem? - Jestem Polakiem. - Od razu to poznałem. Miałem w armii kilku przyjaciół Polaków. Uczciwi byli ludzie - pułkownik chciwie wchłaniał dym z mojego papierosa. - Proszę, towarzyszu, zapalcie - wyjąłem woreczek z tytoniem. Oddarł drżącymi rękami kawałek gazety, zrobił skręta i zapalił. - No to jak będzie, towarzyszu dowódco? - spytał. - Ja wszystko rozumiem, ale ludzie są przygnębieni. Lekarz oświadczył, że jeszcze przez dwa tygodnie będziemy na diecie. - Myślę, że trochę skróci ten termin - odparłem. - Pomówię z nim. Wierzcie mi, że to dobry lekarz i dobry człowiek... Do sztabu wszedł dowódca kompanii Chwiszczuk, żeby złożyć mi meldunek o przeprowadzonej akcji bojowej. Pułkownik wstał i pożegnawszy się z nami wyszedł. Zauważyłem, że twarz mu się trochę rozjaśniła. Po tygodniu znów mnie odwiedził. Był ogolony i uśmiechnięty. Zaczęliśmy dłuższą serdeczną rozmowę. Dowiedziałem się już poprzednio, że nazywa się Mikołaj Nikołajewicz Grigorjew i ma poza sobą długoletnią służbę wojskową. Grigorjew jeszcze za czasów carskich ukończył szkołę kadetów i otrzymał stopień oficerski. Od pierwszych dni rewolucji przeszedł na stronę Armii Czerwonej i bił się dzielnie z białogwardzistami. Później, po zwycięstwie rewolucji, z zapałem pracował nad szkoleniem kadr Armii Czerwonej. Wojna z Niemcami w 1941 r. zastała go na stanowisku wykładowcy artylerii w Akademii Leningradzkiej. Grigorjew poprosił o skierowanie na front. Otrzymał stanowisko dowódcy artylerii korpusu. W tym samym korpusie służył jego syn, dowódca baterii artyleryjskiej. Syn zginął w walkach

pod Kijowem i niedługo po tym Niemcy okrążyli część jednostek korpusu. Pułkownik wraz z grupą oficerów dostał się do niemieckiej niewoli... - No i jak, towarzyszu pułkowniku? Lepiej was karmią? - spytałem. - Dziękuję. Trochę lepiej. Dziś dostaliśmy po sto gram mięsa i kaszę z sosem. - Dużo przeżyliście - rzekłem. - Było ciężko, ale teraz jest dobrze. Myślałem, że już nie doczekam końca tej wojny. Mieliśmy dużo szczęścia. Inni umierają tam teraz codziennie całymi dziesiątkami. - Byliście odważni decydując się na ucieczkę. - Człowiek chce ratować życie. Robiliśmy, co było można, żeby ocalić swą godność. - Grigorjew zapalił papierosa i zaczął opowiadać. * Dostawali raz dziennie trochę polewki ze zgniłych buraków i kartofli i po kawałeczku chleba z mąki kasztanowej, otrąb i trocin. Ludzie, bici i maltretowani przez ochraniających obóz esesowców, padali jak muchy, oprócz tego szerzyły się epidemie tyfusu i innych chorób. Codzienne trzygodzinne apele na kilkustopniowym mrozie wyrywały z szeregów wciąż nowe ofiary. Grigorjew i jego towarzysze nie chcieli jednak ginąć z rąk morderców. Nieustannie myśleli o tym, jak wydostać się z obozu śmierci. Grigorjew miał wiernych, gotowych na wszystko przyjaciół. Między innymi byli to major Timoszenko, z zawodu inżynier kolejowy, major Celermajer i kpt. marynarki Tichonow2. Nocą, kiedy inni koledzy spali, Grigorjew opracowywał ze swymi towarzyszami plan ucieczki. Major Timoszenko zaproponował wykopanie podziemnego tunelu. Odległość od baraku, w którym mieszkali, do ogrodzenia, złożonego z trzech rzędów drutów kolczastych, wynosiła 25 metrów. Postanowiono zrobić tunel długości około czterdziestu metrów. Do tego celu potrzebne były jakieś narzędzia oraz odpowiednia ilość ludzi. Według obliczeń inżyniera Timoszenki zamierzenie to można było wykonać w ciągu trzech-czterech miesięcy, werbując oczywiście jeszcze kilku ludzi. Z tym ostatnim nie było wcale trudno. Następnego dnia wtajemniczyli w swój plan sześciu innych towarzyszy, którzy z ochotą przyjęli ich propozycję. Jesienią 1942 r. rozpoczęła się żmudna, mrówcza praca. Pod pryczą w baraku wyrwali dwie deski i zaczęli gołymi rękami ryć ziemię. Wynosili ją na zewnątrz w kieszeniach i w woreczkach uszytych z gałganów i ukrytych w nogawkach spodni i rozsypywali po całym terenie obozu. Po miesiącu tunel wynosił już ponad dziesięć metrów długości. Gliniasta gleba zapewniała jego trwałość. Tymczasem jednak dwóch ze zwerbowanych do współpracy kolegów nie wytrzymało, umarli z wyczerpania i głodu. Teraz dalsza praca postępowała znacznie wolniej. Mimo to nie upadano na duchu. Przyjaciele Grigorjewa proponowali, by dobrać nowych ludzi, lecz pułkownik nie zgodził się na to. Powodzenie ich akcji było zapewnione tylko wówczas, gdy zachowywano wielką ostrożność. Wtajemniczanie większej ilości ludzi w plan ucieczki nie dawało całkowitej gwarancji powodzenia. Niemcy mogli przy jakiejś okazji schwytać kogoś z woreczkiem ziemi i domyślić się wszystkiego. Dalszą pracę wykonywano więc teraz w ośmiu.

2

Działał on później w partyzantce w Tatrach.

W styczniu 1943 r., po niefortunnych wieściach z frontu stalingradzkiego, Niemców ogarnęła furia wściekłości. W obozie zastosowano przeróżne formy tortur, zakopywano żywcem w ziemi, przypalano żelazem stopy, wbijano szpilki za paznokcie, strzelano bez żadnego powodu. I znów padło dwóch spośród kolegów, którzy byli w konspiracyjnej grupie Grigorjewa. Wówczas tunel miał już około dwudziestu pięciu metrów długości. Mijały dni... I wreszcie pewnej nocy tunel był gotów. W ostatniej niemal chwili przed opuszczeniem obozu Grigorjew postanowił wtajemniczyć w zamiar ucieczki innych współtowarzyszy. W sumie zebrała się grupka licząca czternastu ludzi. Po północy, gdy cały obóz spał, Grigorjew wraz ze swoją grupą zbiegł poza druty. O świcie byli już dziesięć kilometrów od obozu, w głębokich lasach. Ucieczka się powiodła, lecz teraz pojawiły się nowe problemy. Uciekinierzy potrzebowali żywności. Pobliskie wsie były pod kontrolą banderowców, wrogo nastawionych nie tylko do Polaków, ale również do Rosjan. Zdobycie żywności było sprawą prawie niemożliwą. Nic więc dziwnego, że grupa Grigorjewa - już i tak bardzo wycieńczona - nadal okropnie głodowała. Brak pożywienia doprowadził ludzi do kompletnego wyczerpania. W tej sytuacji spotkali ich partyzanci Wasilenki. * - Mieliście szczęście spotykając Wasilenkę - rzekłem. - O tak. Ale, prawdę powiedziawszy, trzeba było mieć w życiu prawdziwego pecha, żeby dostać się do niemieckiej niewoli. To bardzo głupia historia. - Ale to już minęło. - Widzicie, towarzyszu Maks, pamiętam taką rzecz. Kiedy rozpoczęła się wojna, stawiłem się na rozmowę u marszałka Woroncewa, dowódcy artylerii. Powiedziałem, że moje miejsce jest na froncie, a marszałek przekonywał mnie, że powinienem zostać w akademii. Zacząłem go wówczas gorąco prosić, by pozwolił mi wziąć bezpośredni udział w wojnie. I zgodził się. Czy to nie głupie, że już w pierwszych miesiącach wojny dostałem się w łapy Niemców? Jakże teraz wyglądam w oczach kolegów i marszałka? Co ja im powiem po wojnie? - Na wojnie różnie bywa... - zacząłem mówić, ale przerwał mi. - Wiem, co chcecie powiedzieć. Wy, towarzyszu Maks, jesteście Polakiem. Polacy to szczerzy i uczciwi ludzie. Nie potrafią kłamać. W każdym razie kłamstwa im się nie udają. Znałem w swoim życiu wielu Polaków, mam o nich jak najlepsze zdanie... - Jestem bardzo szczęśliwy, słysząc te słowa, towarzyszu pułkowniku... - Tu nie o to chodzi - znów przerwał mi Grigorjew. - Czy wy wiecie, dlaczego ja i moi współtowarzysze zostaliśmy przydzieleni do waszego oddziału? - Oczywiście. W naszym obozie są dla was najlepsze warunki. - To był tylko pretekst - odparł Grigorjew. - Ja i moi koledzy prosiliśmy Bryńskiego, żeby nas zostawił u was. Obawialiśmy się, że w innych oddziałach, gdzie partyzantami są nasi ludzie, nie znajdziemy należytego zrozumienia. Nasze przewidywania okazały się słuszne. I w waszym oddziale są byli

żołnierze Armii Czerwonej. Już teraz niektórzy z nich mają do nas pretensję, że my, oficerowie, tyle czasu siedzieliśmy w obozie, podczas gdy oni, szeregowcy, nie złożyli broni. - To są bzdury. Potrafimy ich uspokoić. - Nie, towarzyszu Maks, oni w gruncie rzeczy mają rację. Żołnierz nigdy nie wybaczy swoim oficerom, że okazali bierność... lub tchórzostwo. Zasłużyliśmy na potępienie. Teraz pomyślałem, że chyba źle zrobiłem polecając, by wszystkich jeńców, którzy przybyli w grupie Grigorjewa, przydzielić do prac gospodarczych. Utarła się już u nas zasada, że każdy nowy partyzant, niezależnie od stopnia wojskowego, odbywał dwumiesięczną praktykę w kwatermistrzostwie, gdzie trzeba było rąbać drzewo, nosić wodę, obierać jarzyny itp. Bryński rozkazał ściśle przestrzegać tych zasad. Postanowiłem, że w tym wypadku skrócę jednak okres próbny. - Za kilka dni pójdziemy razem na zadanie bojowe - powiedziałem. - Wy, towarzyszu pułkowniku, jeśli chcecie, zostańcie przy mnie w sztabie. Wasze bogate doświadczenie wojskowe na pewno bardzo się przyda oddziałowi. - Jestem wam bardzo wdzięczny - odrzekł Grigorjew z radością. Niedługo po tej rozmowie przeprowadzaliśmy całą serię akcji minierskich na liniach kolejowych. Zgodnie z przyrzeczeniem, jakie dałem Grigorjewowi, zabrałem całą jego grupę na zadanie bojowe. Było to na początku marca 1943 r. Ruch na linii kolejowej Kowel - Maniewicze z każdym dniem się wzmagał. Nocą Niemcy przepuszczali w kierunku frontu ponad trzydzieści transportów ze sprzętem wojennym i wojskiem. Chciałem dać ludziom Grigorjewa możność rehabilitacji w oczach wszystkich partyzantów i dlatego powierzyłem im wysadzenie transportu. Ta noc była bardzo mroczna. Padał mokry śnieg, który utrudniał pracę minierów. Działając pod osłoną ciemności, pięciu ludzi Grigorjewa „zdjęło” niemiecką ochronę patrolującą tory kolejowe, kilku innych założyło miny. Grigorjew przez cały ten czas był przy mnie. Gdzieś koło dziesiątej wieczorem, kiedy mina została już umieszczona i zamaskowana, ze stacji w Maniewiczach wyruszył pierwszy nocny transport. Słyszeliśmy gwizd parowozu i syk pary. Grigorjew był bardzo podniecony. Mówił, że ta noc jest dla niego wielkim wydarzeniem. - Proszę wziąć ode mnie ten sznurek - rzekłem wręczając mu koniec linki, która połączona była z zapalnikiem miny. Grigorjew wziął sznurek. Czułem, jak drżą mu ręce. Pociąg zbliżał się coraz bardziej. - Kiedy tylne koła parowozu miną nas, trzeba pociągnąć. Podam wam sygnał - powiedziałem. - Rozkaz! - usłyszałem w odpowiedzi. Pociąg był tuż, tuż. Oto parowóz buchając snopami iskier zrównał się już z naszym stanowiskiem. Rzuciłem szybko: - Ciąg! - Czto takoje?

- Ciąg! - zawołałem nerwowo, po czym zakląłem po rosyjsku i zaraz potem rozległ się potężny wybuch. Wagony zaczęły się piętrzyć jeden za drugim i z wielkim hukiem walić się z nasypu. Poprzez głośny huk i trzaski usłyszałem głos Grigorjewa: - No, ja im tiepier dał proklatym, za wsio... Kiedy odchodziliśmy z tamtego miejsca, pułkownik radował się, że oto wreszcie jest znowu prawdziwym żołnierzem. Od tego czasu Grigorjew został moim pierwszym zastępcą i pełnił w oddziale rolę szefa sztabu. Major Timoszenko otrzymał wkrótce stanowisko szefa sztabu brygady. Również inni oficerowie z grupy Grigorjewa zostali włączeni do oddziałów bojowych na różne stanowiska dowódcze.

Partyzancki wynalazek
W oznaczonym czasie radiotelegrafistka przyjęła następujący radiogram nadesłany z centralnej bazy z Białorusi: „Moskwa nie jest w stanie dostarczyć wam materiałów wybuchowych z powodu braku środków transportu. Samoloty potrzebne są na froncie. Proponuję przestawić się na organizowanie zasadzek, napadów na mniejsze garnizony oraz ostrzeliwanie transportów. Podpisał - Czornyj”. Ten radiogram przyszedł w złą porę i popsuł nam do reszty humory. Bo jakże to? Przed samym nosem waliły nam dniem i nocą transporty ze sprzętem wojennym, dyszały ciężko parowozy, skrzypiały osie przeciążonych platform i wagonów, a my musieliśmy biernie przyglądać się temu widowisku. I na cóż to nam teraz przyszło? Z brygady do specjalnych zadań, która zapisała już na swym koncie kilkaset wysadzonych transportów niemieckich, staliśmy się nagle ludźmi niemal bezużytecznymi. Zawsze szczyciliśmy się tym, że pełnimy służbę na jednym z najważniejszych odcinków wojny, na tyłach wroga. Za główny cel wszystkich naszych dążeń stawialiśmy sobie nieprzepuszczenie żadnego niemieckiego transportu. Za tę cenę często rezygnowaliśmy z nadarzającej się okazji zmierzenia się oko w oko z wrogiem w jakiejś otwartej bitwie, jak to czyniły inne oddziały, na przykład partyzanci Fiodorowa lub Kowpaka. Tłumaczyliśmy stale ludziom, że spełniają bardzo zaszczytną rolę, cieszyliśmy się każdym wysadzonym pociągiem. Wszelkimi sposobami podsycaliśmy ambitne współzawodnictwo między poszczególnymi oddziałami, które polegało na rywalizacji w walce na torach. Bardzo często słysząc o nowych sukcesach Armii Radzieckiej na froncie, podkreślaliśmy, że są one między innymi wynikiem działalności na zapleczu. Jaką wagę miały dla nas jakieś pojedyncze potyczki z niemieckimi garnizonami w porównaniu z akcjami na torach, gdzie codziennie niszczyliśmy dziesiątki dział, czołgów i innego wojennego sprzętu wroga lub opóźnialiśmy na długie tygodnie dostarczenie ich na front. Wiadomość o tym, że „Wielka Ziemia” nie jest w stanie dostarczyć nam materiałów wybuchowych, wywarła na nas druzgocące wrażenie. Ten i ów partyzant zaczął powątpiewać w rzeczywistą wagę naszej działalności. W chwili nadejścia radiogramu, mieliśmy w brygadzie zaledwie trzydzieści kilogramów trotylu, a do wysadzenia jednego transportu potrzeba nam było co najmniej dziesięć kilogramów. Co robić dalej?

Bryński nie pozwolił nam zużyć pozostałego trotylu, dopóki nie znajdziemy jakiegoś konkretnego wyjścia z tej trudnej sytuacji. Nie mieliśmy najmniejszego zamiaru przestawiać się wyłącznie na mało efektywne potyczki i akcje bojowe, które i tak kontynuowaliśmy. Grupy bojowe oczyściły już teren z niemieckich garnizonów i posterunków policji w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Utworzyliśmy własny kraj partyzancki, gdzie wróg bał się zapuszczać małymi siłami. Szukając gorączkowo wyjścia z sytuacji, odbyliśmy w sztabie dziesiątki narad. Wiedzieliśmy doskonale, że w rejonie Maniewicz, Powórska, Rafałówki i Kamienia Koszyrskiego leży setki niewypałów artyleryjskich i bomb lotniczych. Najwięcej ich było w rejonie Powórska, gdzie do wybuchu wojny polsko-niemieckiej znajdował się stary poligon artyleryjski. Zastanawialiśmy się więc, w jaki sposób je zużytkować. Bryński był przewidujący. Chociaż na razie nic konkretnego nie wyłoniło się jeszcze z tych naszych dyskusji, to jednak uważał, że nie wolno nam zwlekać i trzeba ściągnąć w rejon partyzancki wszystkie niewypały, zanim zainteresują się nimi Niemcy. I oto ruszyły w teren dziesiątki grup zaopatrzonych w furmanki. W dwa tygodnie później w pobliżu bazy leżało już około pięciuset pocisków artyleryjskich i pięćdziesięciu bomb lotniczych. Zwróciliśmy się również do miejscowej ludności, by zawiadamiała nas, gdzie znajdują się niewypały. Chłopi prawie natychmiast odpowiedzieli na nasz apel, nie ograniczyli się zresztą tylko do przekazywania nam informacji, lecz często sami z narażeniem życia wieźli pociski i bomby w stronę Krasnego Boru. Tymczasem sztab brygady sporządził specjalną listę wszystkich partyzantów, którzy służyli kiedyś w artylerii lub w wojskach inżynieryjnych. Okazało się, że mamy w oddziałach ponad dwudziestu artylerzystów, w tym kilku oficerów i podoficerów. Byli też w brygadzie saperzy, ludzie, którzy kiedyś pracowali przy rozbrajaniu pocisków na poligonie, oraz kilku pirotechników. Bryński zwołał ich wszystkich na naradę. - Trzeba wydobyć trotyl z pocisków i bomb. To jest wasze najważniejsze zadanie na dziś - oświadczył krótko. Wstał pułkownik Grigorjew. - To chyba bezcelowa robota. W takich warunkach, bez laboratoriów, nie osiągniemy żadnych efektów. Oczywiście, można po rozbrojeniu pocisku wydobyć z wnętrza trotyl, ale przecież trotyl w proszku jest bezużyteczny. Żeby uzyskać siłę wybuchu, niezbędne jest posiadanie sprasowanego trotylu - orzekł. - Święta prawda - uzupełnił wywód pułkownika kapitan Mahomet, szef zwiadu brygady. - Trotyl posiada właściwości bojowe tylko, kiedy jest sprasowany. - O to właśnie chodzi, żeby coś wymyślić - nie ustępował Bryński. - Zastanówmy się, towarzysze, wspólnie. Może nasunie się komuś jakaś twórcza myśl. - Jest tylko jeden sposób na to, by materiał wybuchowy wydostał się z pocisku. Można to osiągnąć przez podgrzewanie pocisku. Ale, podgrzewany ogniem trotyl pali się - rzekł pułkownik Grigorjew. Więc sądzę, że nasze rozmyślania do niczego konkretnego nie doprowadzą... Narada trwała bardzo długo, lecz nie dała żadnych rezultatów.

* Kapitan Mahomet wracał z narady do swojej ziemianki okrężną drogą. Przechodząc obok niewielkiego bagniska zatrzymał się nagle. W pobliżu leżał mały, zardzewiały granat od moździerza. Kapitan ujął go ostrożnie w ręce. Przez chwilę wpatrywał się w rudą rdzę pokrywającą granat, oglądał uważnie zapalnik, po czym zaczął przy nim ostrożnie manipulować. W końcu udało mu się odłączyć zapalnik od granatu. Rzucił zapalnik do bagna... Popatrzył teraz w otwór granatu, gdzie żółciła się twarda masa trotylu. Oto materiał wybuchowy. Gdyby udało mi się go wydobyć, uzyskałbym wielkie uznanie u towarzyszy, brygada mogłaby kontynuować zadania bojowe - pomyślał. - Tak, ale przecież nie ma na to żadnego sposobu. Mahomet wykonał ruch, jakby miał zamiar rzucić granat w bagno w ślad za zapalnikiem, ale w ostatnim momencie rozmyślił się. Podrzucił go kilka razy na otwartej dłoni, wreszcie schował do kieszeni. Nagle przypomniał sobie, że przecież nie jadł jeszcze obiadu. Skierował się w stronę kuchni. Czuł, jak chłodna stal granatu ociera mu się o nogę. Po co ja to dźwigam? - pomyślał i znów chciał wyrzucić granat, ale mijał właśnie grupę partyzantów i nie chciał zwracać na siebie ich uwagi. Przy wielkim kotle stał kucharz, popularnie nazywany „Kolka Powar”, i mieszał drewnianą łyżką zawiesistą zupę. Zapach krupniku mile połechtał podniebienie Mahometa. - Dawaj, Kolka, zupy! - zawołał. - Kiszki tańczą mi kozaka. - Już daję, towarzyszu kapitanie - odrzekł kucharz uśmiechając się do niego. Mahomet rzucił jeszcze okiem na niewielki, może dziesięciolitrowy kociołek, gdzie parowała woda. - A tu co gotujesz? - spytał. - Herbatę cejlońską - odparł żartobliwie Kolka. Herbatą cejlońską nazywano zastępczy napój z liści poziomek i innych roślin. Ale kapitan nie dosłyszał odpowiedzi kucharza, bo w tej właśnie chwili wpadł na genialny pomysł. - Kola, pożycz mi ten kociołek na dwie godziny! - zawołał gorączkowo. - Nie mogę, towarzyszu kapitanie. - Kucharz patrzył zdziwiony na Mahometa. - Dowódca kazał dać herbatę na kolację. Może później... - Nie później, lecz teraz. Wylewaj prędko herbatę, dawaj czystej wody i pal ogień! - Mahomet wyciągnął z kieszeni granat. Kucharz patrzył na niego rozszerzonymi oczyma. - No, ruszaj się, piorunem! Nie patrz na mnie jak na wariata. Właśnie mam zamiar ugotować ten granat. Zobaczysz, jaki będzie gulasz. Przygotuj też talerz... Kola począł się trząść ze strachu, lecz spełnił polecenie kapitana. Kiedy zobaczył, że Mahomet ma zamiar wsadzić minę do kociołka z wodą, porwał się z miejsca i uciekł. Kapitan zaczął się głośno śmiać. W pół godziny później na dnie kociołka z gotującą się wodą żółciła się masa trotylu. Mahomet patrzył w kociołek z zapartym tchem, oczy mu płonęły. Gdy wszystka masa trotylu wypłynęła już z granatu, zdjął kociołek z ognia, odlał wodę, a gęstą masę wylał na aluminiowy talerz, po czym udał się do sztabu, niosąc w rękach tę niecodzienną „potrawę”.

W pobliżu ziemianki sztabu spotkał Kolę Powara. - Popatrz, Kola, jaki wspaniały gulasz przyrządziłem - powiedział śmiejąc się od ucha do ucha. Kola spojrzał na talerz nic jeszcze nie rozumiejąc. - Co to takiego? - Najprawdziwszy w świecie trotyl. Teraz będziemy mieli czym częstować Niemców. Ze sztabu wysunęli się Danilczenko i Koniszczuk, a tuż za nimi sam Bryński. - Kolacja dla sztabu brygady... - powiedział Mahomet. Wszyscy oglądali ze zdziwieniem tę dziwaczną potrawę. - Brawo, Mahomet! - zawołał z radością pułkownik Bryński. - Widzicie, oto partyzancki wynalazek! Mamy trotyl. Niech żyje Mahomet, nasz wynalazca! Wszyscy zaczęli ściskać dłoń kapitana. Lotem błyskawicy obiegła cały obóz wieść o wynalazku kapitana Mahometa. Dowódca brygady rozkazał zbudować natychmiast specjalny piec z cegieł. Na piecu umieszczono pokaźnych rozmiarów beczkę po benzynie. Jeszcze tego samego dnia wytopiono pierwszą partię trotylu z dwóch pocisków artyleryjskich. Nazajutrz o świcie zaczęto się przygotowywać do prób. Umieszczono dziesięciokilogramową minę pod dużym dębem, połączono ją z zapalnikiem i długim sznurkiem. Wokół miejsca, gdzie odbywał się ten eksperyment, zebrało się kilkudziesięciu podnieconych partyzantów. Przybył również pułkownik Grigorjew. Stary artylerzysta przyglądał się przygotowaniom Mahometa z pewną dozą niewiary. W pewnej chwili rzekł: - Myślę, kapitanie, że niepotrzebnie się trudzicie. Wasza mina nie wybuchnie. Trotyl, żeby wybuchnąć, musi być mocno sprasowany. Byliśmy wściekli na pułkownika, bo każdy z nas miał nadzieję, że jednak próba powiedzie się. Ale oto nadszedł najbardziej emocjonujący moment. Przygotowania zakończono, ludzie cofnęli się na odległość kilkudziesięciu metrów, a Mahomet wziął do ręki koniec konopnego sznurka. Wszyscy wstrzymali oddech. Na znak dowódcy brygady kapitan szarpnął mocno za sznurek. Spod dębu, gdzie ukryta była mina, wydobyło się trochę dymu, jednocześnie rozległ się słaby wybuch. Dąb stał jednak nadal na swoim miejscu. Grigorjew uśmiechnął się i odszedł. Mahomet zaklął głośno i splunął. Partyzanci byli zawiedzeni. - Taką miną muchy tylko można zabijać... - zaczęli kpić. Po tym wydarzeniu nikt nie wierzył już w możliwość wykorzystania zebranych niewypałów bomb i pocisków artyleryjskich. Rozebrano piec do wytapiania trotylu. Partyzanci zaczęli szeptać, że trzymanie w pobliżu obozu tak dużego składu materiałów wybuchowych poważnie zagraża naszej bazie. Nie było to zresztą pozbawione słuszności. Jeden tylko Mahomet nie dawał za wygraną i wciąż rozmyślał nad ulepszeniem swego wynalazku. Minął tydzień. Pewnego ranka kapitan udał się do swego przyjaciela Koniszczuka. - Słuchaj, bracie, przygotuj nowy piec. Mam myśl.

- Co chcesz zrobić? - spytał Koniszczuk. - Nie warto narażać się na śmiechy... - Co mi tam śmiechy, kiedy chodzi o taką sprawę. - Kapitan wyjaśnił przyjacielowi swój nowy pomysł. Otóż postanowił wytopioną masę materiału wybuchowego połączyć z kostką trotylu w specjalnej formie. Przewidywał, że w ten sposób uzyska znacznie silniejszą reakcję wybuchową. Koniszczukowi pomysł wydawał się dobry i niezwłocznie obydwaj zabrali się do pracy. O świcie następnego dnia w tajemnicy przed wszystkimi przygotowali poza rejonem obozu nową minę. Cały obóz spał jeszcze, gdy w pobliżu rozległa się potężna detonacja. Ludzie poderwali się momentalnie na nogi. W obozie zarządzono alarm bojowy. Poszczególne oddziały zajęły wyznaczone stanowiska obronne. Tylko dowódca brygady natychmiast spostrzegł nieobecność Mahometa i od razu domyślił się wszystkiego. - Szukać kapitana Mahometa. To jego sprawka! - oświadczył. Partyzanci rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Niebawem natrafiono na miejsce wybuchu. Na rozległej polanie, gdzie poprzednio tkwił w ziemi duży dębowy karp, pozostał obecnie kilkumetrowy dół. W powietrzu unosił się jeszcze swąd spalonego prochu. Mahomet był szczęśliwy. Cały obóz zebrał się wokół niego. Ludzie chwycili go na ręce i zaczęli podrzucać w górę. * To był rzeczywiście niezwykły sukces. Otrzymanie pełnowartościowego trotylu z niewypałów rozwiązywało na długi czas kwestię zaopatrzenia brygady w materiały wybuchowe niezbędne do wykonania akcji sabotażowo-dywersyjnych, co dotychczas było największą naszą troską. Od tej pory mogliśmy kontynuować zadania bojowe bez żadnych ograniczeń. Mieliśmy przecież ze dwadzieścia ton pocisków i bomb, z których można było wytopić co najmniej z dziesięć ton trotylu, a więc uzyskać około tysiąca min. W niezwykle krótkim czasie zbudowano w obrębie obozu prowizoryczną fabryczkę trotylu. Fabryczka pozostawała pod bezpośrednim kierownictwem kapitana Mahometa i lejtenanta Danilczenki, który pełnił kiedyś służbę szefa artyleryjskiego zaopatrzenia w pułku. Fabryczka dzieliła się na trzy działy. Pierwszy dział, który mieścił się w odległości kilkuset metrów od obozu, zajmował się rozbrajaniem bomb i pocisków. Pracowali w nim doświadczeni saperzy-minierzy. Drugi oddział zajmował się wytapianiem materiału wybuchowego. W tym celu w wybranym miejscu zbudowano kilka pieców. Kotły zaopatrzone były w specjalne siatki, w których umieszczano pociski lub bomby przed zanurzeniem ich w wodzie. Podgrzewana woda roztapiała trotyl, po czym przeszkoleni ludzie wyjmowali specjalnymi hakami pocisk z wnętrza beczki, a trotyl przenosili do tak zwanego „działu form”. Tutaj wlewano roztopioną masę w specjalne skrzyneczki i łączono ją z kostkami trotylu. Najbardziej niebezpieczna praca była w dziale pierwszym, gdzie rozbrajano pociski i bomby usuwając z nich zapalniki. Mimo że zatrudnieni tu byli doświadczeni minierzy i artylerzyści, zdarzały się jednak wypadki, iż stare, zardzewiałe zapalniki nie dawały się odłączyć od ładunku wybuchowego i czasami następowała niespodziewana eksplozja. W tego rodzaju wypadkach zginęło kilku ludzi, a wśród nich starszy lejtenant Danilczenko. Miny fabrykowane własnym sposobem spełniały doskonale swoją rolę. Znów, jak dawniej, leciały w górę niemieckie transporty kolejowe i inne obiekty wroga. Dotychczas stosowaliśmy dość uproszczony sposób minowania, działający na zasadzie zapalnika „naciągowego”. Ten sposób

skuteczny był tylko w warunkach nocnych lub w wypadkach braku ochrony linii kolejowej, gdyż wymagał bezpośredniej obecności partyzantów w czasie wybuchu miny. Ostatnio jednak Niemcy coraz lepiej zabezpieczali tory, wysyłając na nie patrole złożone z żandarmerii, ochrony kolei, własowców i ludności cywilnej. Mimo to, nocą, udawało się nam na ogół zmylić ochronę, umieścić minę pod szynami i zamaskować ją. Wróg wziął się wówczas na sposób i większość transportów zaczął przepuszczać w ciągu dnia, pod ścisłą ochroną. Przy naszej fabryczce powstało specjalne laboratorium, gdzie przeprowadzaliśmy próby zmierzające do skonstruowania zapalników o działaniu naciskowym i innych, które wyeliminowałyby ostatecznie potrzebę bezpośredniego asystowania przy wybuchu miny. Wkrótce mieliśmy już miny o działaniu naciskowym, elektryczne, chemiczne i magnetyczne. Udało się nam również skonstruować miny zegarowe. Niemcy, widząc, że nie wystarczy już obecnie sama ochrona torów, gdyż transporty nadal wylatują w powietrze, zabrali się poważnie do przeciwdziałania. Zaczęto naprędce szkolić specjalne ekipy przeznaczone do wykrywania min. Ekipy te nieustannie przesuwały się wzdłuż torów w poszukiwaniu ładunków. Dość często Niemcy wykrywali zamaskowane miny, zdarzało się jednak, że nie zorientowani w naszych sposobach minowania, ginęli. Wobec tego dowództwo niemieckie, odpowiedzialne za zabezpieczenie torów, postanowiło wyszkolić do tej pracy specjalne psy wilczury. Akcja z psami dała wyraźne rezultaty. Psy potrafiły odnaleźć ukrytą minę i poradzić sobie z odgrzebaniem jej spod nasypu żwiru i kamieni. Ale za każdym razem kosztowało to Niemców utratę jednego psa. Chcąc zmusić wroga do zaniechania tego sposobu, partyzanci nasycali tory tak dużą ilością drobnych min, że niedługo Niemcom zupełnie zabrakło psów. Walka o tory trwała dalej. Na Wołyń sprowadzono z Niemiec kilku specjalistów od minowania. Oficerowie ci prowadzili żmudne badania nad sposobami rozbrajania skomplikowanych zapalników i szkolili ekipy minierskie. Poza minowaniem torów wykonywaliśmy szereg różnorodnych akcji dywersyjnych, związanych głównie z likwidacją składów i magazynów niemieckich. Na terenie Kowla Niemcy zbudowali olbrzymie składy benzyny i ropy naftowej. Składy te obsługiwał personel cywilny, lecz znajdowały się one pod czujną ochroną niemieckiej żandarmerii. Podczas przechodzenia bramy wartownicy przeprowadzali staranną kontrolę. Chodziło im szczególnie o to, czy któryś z robotników nie ma przy sobie zapałek czy zapalniczki. Palenie papierosów na terenie składu było surowo zabronione. W magazynach benzyny pracował jeden z naszych zaufanych ludzi. Postanowiliśmy powierzyć mu zadanie wysadzenia składów w powietrze. Zgodził się na to bez wahania. Kapitan Mahomet wykonał przy pomocy Borysiuka specjalną minę zegarową i umieścił ją wewnątrz bochenka chleba. Robotnik przeniósł „chleb” na teren magazynów, a wracając z pracy zostawił go w pobliżu największego zbiornika. Mina została ustawiona na czas, który wynosił 12 godzin. Gdzieś o ósmej wieczorem, gdy na terenie składów nie było już nikogo poza niemiecką ochroną, nastąpił potężny wybuch. Olbrzymie, mieszczące po kilkaset ton ropy, rezerwuary pękały jeden po drugim, wyrzucając w górę płonące fontanny. Pożar składów kowelskich był widoczny na odległość kilkudziesięciu kilometrów i trwał przez trzy doby... Nasza fabryczka trotylu pracowała wciąż pełną parą. Wkrótce pokrywaliśmy już w pełni własne potrzeby i nawet byliśmy w stanie podzielić się zapasami z innymi oddziałami partyzanckimi, działającymi w sąsiedztwie. Regularnie na przykład zaopatrywaliśmy oddział bojowy dowodzony

przez Kapłuna i Burzyńskiego oraz oddział Sumajewa. Wysyłaliśmy też część trotylu do bazy centralnej nad Jezioro Czerwone, otrzymując w zamian zapalniki oraz oryginalne kostki trotylu.

Część druga
Błogosławiona wiosna
Był koniec marca 1943 roku. Wiosna zaczęła już zaglądać do naszego legowiska. Na gałęziach drzew i krzewów pękały młode pędy, z chropowatych skorup pni spływały cieniutkie strużki soków. Piliśmy brzozowy nektar, nacinając białoróżową skórkę i wdychaliśmy głęboko w płuca ożywcze powietrze. Śnieg niknął w oczach, wsiąkał w piaszczystą glebę, a tam, gdzie nasycił już ziemię wystarczającą ilością wilgoci, spływał maleńkimi strumyczkami, które ze szmerem sączyły się wśród dolin i rozpadlin. Ileż nadziei pokładaliśmy w zbliżającej się wiośnie! Czekaliśmy na nią z utęsknieniem. Wiosna dodawała nam otuchy, napawała optymizmem. Wraz ze zniknięciem śniegu i pojawieniem się świeżych liści staliśmy się prawie niewidzialni dla wroga. Wiosna dawała nam też tak cenne dla naszych organizmów witaminy. Przez całą zimę odżywialiśmy się wyłącznie potrawami mięsnymi i mącznymi. Jedliśmy mięso, tłuszcze, kartofle i chleb. Nikt z nas nie zastanawiał się nad tym, że brak witamin może odbić się ujemnie na naszym zdrowiu. Tymczasem już w połowie stycznia ludzie zaczęli zapadać na szkorbut. Mieliśmy jeszcze wówczas mały zapas cebuli i buraków, lecz wkrótce i tego zabrakło. Cały obóz zapadł na szkorbut. Na nic się nie zdały zabiegi lekarzy Melmersztajna i Melchiora, którzy jako jedyny środek zaradczy uznawali smarowania dziąseł mieszanką z jodyny i gliceryny. Popełniliśmy poważny błąd nie zaopatrzywszy obozu jesienią w odpowiednią ilość kapusty, cebuli i marchwi. O zdobyciu tych produktów na wsi w okresie zimy nie mogło być już mowy. Miejscowi mieszkańcy posiadali nikłe ilości warzyw, nie wystarczające nawet na zaspokojenie własnych potrzeb, nie było ich również w niemieckich składach i magazynach. Nie pozostało nam więc nic innego, jak cierpieć w milczeniu. Rzeczywiście, ludzie przyzwyczajeni do znoszenia trudów i niedostatków nie skarżyli się nawet na tę dolegliwość. Wreszcie w połowie lutego któryś z partyzantów udał się do zamieszkałej w Serchowie sędziwej staruszki dr Dunin-Wolskiej, która od dawna udzielała dorywczej pomocy lekarskiej naszym ludziom. Była to wdowa po byłym generale carskim, która miała w Serchowie niewielki mająteczek. Sama żyła bardzo skromnie, a uzyskane z majątku produkty dzieliła wśród najbiedniejszych okolicznych chłopów. Ta uczynna staruszka leczyła również bezpłatnie mieszkańców wsi. Nic więc dziwnego, że cieszyła się wśród ludzi ogromnym szacunkiem. Nasi partyzanci również darzyli ją dużym zaufaniem. DuninWolska oddawała nam nieocenione usługi. To ona właśnie latem 1941 roku leczyła ciężko rannego Wasię Butkę i ukrywała go w swoim domu przed policją i Niemcami. Przez pewien czas przebywał u niej również Kola Bezruk i kilku innych byłych żołnierzy Armii Czerwonej, zbiegłych z niemieckiej niewoli. Doktor Dunin-Wolska stosowała w swojej praktyce niemal wyłącznie ziołolecznictwo. Znała niezliczoną ilość sposobów na leczenie ran postrzałowych, chorób skórnych i innych schorzeń.

Kiedy staruszka dowiedziała się o panującym w obozie szkorbucie, niezwłocznie przybyła do Krasnego Boru i zajęła się leczeniem nas. Według niej radykalnym środkiem na szkorbut był wywar z igliwia sosny. Nasi obozowi lekarze nie wierzyli jakoś w jego skuteczność, lecz wkrótce przekonali się naocznie, że doktor Dunin-Wolska odniosła sukces. Już po dwóch-trzech tygodniach chorzy zaczęli czuć się znacznie lepiej. Dziąsła przestały krwawić. Jednakże zupełne wyleczenie się uzależnione było od zmiany pożywienia. Z chwilą nastania wiosny rolę lekarza przejęły młode pędy różnych roślin, leśny szczaw, zajęczy szczaw i liście berberysu. Ta wiosna roku 1943 odegrała dużą rolę w kwestiach zasadniczych. Była zwiastunem nowych sukcesów Armii Radzieckiej na froncie. Znienawidzony wróg - Niemcy hitlerowskie - ponosił coraz to nowe klęski. Cały front trzeszczał teraz i łamał się pod uderzeniami żołnierzy radzieckich. Nie upajaliśmy się tymi sukcesami, lecz z jeszcze większym entuzjazmem wyruszaliśmy na zadania bojowe. Szeregi brygady nieustannie rosły: codziennie przychodzili do nas nowi ludzie, pragnący walczyć z okupantem. Nierzadko wśród ochotników zdarzali się tacy, którzy w poprzednim okresie uważali naszą walkę za beznadziejną, którzy ulegali wpływom niemieckiej propagandy i uznawali niezwyciężoność armii hitlerowskiej. Jadąc kiedyś konno przez las spotkałem w pobliżu Wołczecka swego znajomego, leśniczego Golikowa. Był to już starszy człowiek, miał chyba ponad sześćdziesiątkę, ale postawny, zażywny, cieszący się jeszcze dobrym zdrowiem. - Jak to dobrze, żeśmy się spotkali - rzekł uśmiechając się do mnie dobrodusznie. - Tyle mam panu do powiedzenia. Proszę zajść do mnie na „riumoczku”. - Ja również się cieszę - odparłem, zsiadając z konia i witając leśniczego. Dom Golikowa stał w pobliżu, uwiązałem więc wierzchowca u płotu i wszedłem do dość obszernej izby. Gospodarz zakrzątnął się koło poczęstunku, a później, gdy się już trochę posiliłem, powiedział: - Pan miał jednak rację. Tyle lat nie mogłem zrozumieć, czym jest Rosja radziecka. Teraz już wszystko wiem. Toż to niewiarogodna rzecz! Wystarczyło dwudziestu lat, żeby ten kraj stał się potęgą zdolną złamać Niemców. A więc to wszystko, co słyszeliśmy o Rosji, było kłamstwem... I za cóż ja się z nimi biłem?... Milczałem, podczas gdy Golikow odbywał coś w rodzaju spowiedzi. On, były carski oficer, białogwardzista, który podczas rewolucji bił się o interesy rosyjskiej burżuazji, a potem zbiegł do Polski pełen goryczy do własnego kraju i narodu, pojął wreszcie, że był w błędzie. Kiedy mówił to wszystko, głos mu się łamał, był bliski płaczu. Nie przerywałem mu ani słowem, tylko w pewnej chwili sięgnąłem do swojej torby polowej i wyjąłem z niej ostatni egzemplarz radzieckiej gazety „Krasnaja Zwiezda”, którą otrzymałem z centralnej bazy. Golikow wziął gazetę w drżące ręce. Na pierwszej stronie wielkimi czcionkami napisane było: „Zmiana dystynkcji generałów, oficerów i podoficerów oraz żołnierzy Armii Czerwonej”. Całą pierwszą kolumnę zapełniały wzory naramienników i dystynkcji, jakie nosiła armia rosyjska za czasów carskich. Golikow był wyraźnie zdumiony. - Czy to może być prawda? - Oczywiście. Trzyma pan w ręku oryginalny egzemplarz „Krasnej Zwiezdy” - odrzekłem z uśmiechem.

Golikow patrzył jak urzeczony. Po chwili stuknął palcem w gazetę. - O, takie same naramienniki nosiłem kiedyś, gdy byłem kapitanem. Cztery gwiazdki i srebrem wyszywane epolety... I kto by pomyślał, że to znów powróci... Panie Maks, proszę mi powiedzieć, czy pan mi wierzy? A może wydaje się panu, że stary Golikow gra przed panem jakąś komedię? Pan pamięta tamte nasze rozmowy... - Teraz nic już nie chcę pamiętać. Wierzę panu i cieszę się, że doszedł pan do słusznych wniosków. To bardzo ważne, że sam pan do tego doszedł. - Zawsze wiedziałem, że jest pan uczciwym człowiekiem, dlatego, mimo że mieliśmy w pewnym okresie różne poglądy, polubiłem pana... - mówił wzruszony leśniczy. - Och, gdybym ja wcześniej zrozumiał różne sprawy... Powojowałoby się z faszystami... Byłbym pierwszym pańskim żołnierzem. - I tak wiele pan dla mnie zrobił - powiedziałem. - Czy pamięta pan nasze pierwsze spotkanie w lesie? Byłem wtedy u kresu sił. Pan mnie uratował od głodowej śmierci. Nie znaliśmy się wówczas wcale. Golikow zamyślił się. Zapewne i on odtwarzał sobie w pamięci tamto zdarzenie sprzed dwóch lat... * Było to w dwa miesiące po mojej ucieczce z rąk policji. Tropiony dniem i nocą, tułałem się po lasach jedząc korzenie roślin i żołędzie. Byłem straszliwie wychudzony, brudny, zarośnięty i obdarty. Moi prześladowcy nie dawali mi wysunąć nosa z lasów, ilekroć tylko trafili na mój trop. Siły moje były już na wyczerpaniu. Kiedyś, gdy straszliwie głodny gryzłem korę młodej sosny, usłyszałem, że w pobliżu, leśną drogą, jadą sanie. W pierwszym odruchu chciałem czmychnąć w gąszcz. Pomyślałem, że widocznie policjanci znów trafili na moje ślady, lecz byłem tak słaby, że po zrobieniu kilku kroków osunąłem się w śnieg. Leżąc patrzyłem na drogę. Wkrótce zobaczyłem sanie i siedzącego w nich leśniczego z karabinem w ręku. Dostrzegł mnie, leżącego na śniegu, i zatrzymał konia. Widziałem, jak odłożył karabin i wyszedł z sań. - Kim pan jest? - spytał. - Człowiekiem umierającym z głodu. - Jest pan tym zbiegiem, którego szukają Niemcy i policja - rzekł. Nie odpowiedziałem. - Wiem o tym - ciągnął. - Od dawna widziałem tu pańskie ślady w lasach. Dlaczego pan nie przyszedł do mnie? Milczałem. - To także wiem: pan się mnie bał. Nigdy nie uważałem, że robił pan słusznie sprzeciwiając się Niemcom. Pan jest komunistą, a ja przeciwnikiem komunizmu, ale nie jestem podły. Proszę tu na mnie zaczekać, przyniosę panu trochę jedzenia. Teraz koniec ze mną - pomyślałem, gdy Golikow odjechał w stronę leśniczówki. - Ten człowiek wyda mnie. Z trudem podniosłem się i wyszedłem na drogę. Sprawa była beznadziejna. Gdybym nawet zdobył się na wysiłek i spróbował stąd uciec, to i tak świeży śnieg, który spadł nocą, wskazałby moją kryjówkę. Zostałem.

Po pół godzinie Golikow wrócił. Podszedł do mnie i zaczął wyjmować z lnianego worka kiełbasę, chleb, słoninę i cebulę. Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem. - No, przyniosłem coś niecoś. Aż strach patrzeć, jak pan wygląda. Istny kościotrup. Chwyciłem pęto kiełbasy i zacząłem ją łapczywie pożerać. - Niech pan uważa - przestrzegł mnie Golikow. - Najedzenie się do syta po tak długim okresie głodu może spowodować śmierć. Znam wiele takich wypadków. Uśmiechnąłem się do niego, lecz ani na chwilę nie przestałem jeść. - Dość tego! Zachowuje się pan jak dziecko. Nie chcę mieć pana na sumieniu. - Golikow wyrwał mi z rąk jedzenie. - Widzę, że trzeba pana pilnować. Pójdziemy do mnie. Przez kilka dni będzie pan moim gościem. Może pan siedzieć w stodółce. W domu Golikowa doszedłem trochę do siebie i wzmocniłem się na tyle, że już w najbliższym czasie mogłem wrócić do lasu. Niedługo zresztą zmuszony byłem uciekać z tych lasów w okolice Serchowa, ale później kilka razy jeszcze odwiedziłem leśniczego. Za każdym razem przyjmował mnie gościnnie, chociaż nasze dyskusje polityczne na ogół kończyły się kłótnią. * - Pan jeden mógłby mi teraz pomóc - rzekł po chwilowym milczeniu Golikow. - No tak, ale co ja mogę dla pana zrobić? - Niech pan mnie przyjmie do swojego oddziału. - Dobrze. Kiedy pan chce do nas przyjść? - Ja mógłbym nawet w tej chwili, ale chciałbym zabrać ze sobą żonę i syna. Żona może być w obozie kucharką. Ja i syn chcemy walczyć. - Obawiam się, że nie podoła pan trudom walki, ale u nas wszyscy się przydają. - Za trzy dni będziemy gotowi. - Doskonale, wracając z akcji wstąpię po pana - rzekłem żegnając leśniczego. Rzeczywiście po kilku dniach zabrałem Golikowa i jego rodzinę do swego oddziału. Leśniczy włożył na tę okazję swój stary, carski mundur kapitana. W bazie Golikow znalazł sobie doskonałe zajęcie. Robił wspaniałe siodła dla naszych kawalerzystów oraz uprząż dla koni. Jego syn został włączony do grupy dywersyjnej, a żonę zatrudniliśmy w kwatermistrzostwie.

Ostatnia wyprawa Karpenki
Od niedawna coś się zmieniło w usposobieniu Fiodora Karpenki. Ilekroć zetknąłem się z nim, wydawało mi się, że jest przygnębiony i smutny. Dotychczas Fiodor był zawsze jednakowy: spokojny, sumienny, uczciwy, gotów zawsze pomóc każdemu, w miarę wesoły i w miarę romantyczny. Każdą rzecz umiał ocenić rozważnie, na trzeźwo. Obserwując go często podczas akcji bojowych odnosiłem wrażenie, że ten człowiek przez całe życie nic innego nie robił, tylko zawsze walczył. Pod wieloma

względami Fiodor był dla mnie niedościgłym wzorem. Ja miałem zupełnie inny charakter niż on. Podczas gdy Fiodor ze spokojem przyjmował każdą nową rzecz, ja natychmiast się zapalałem. Ileż to razy szedłem na nieobliczalne ryzyko, wierząc ślepo, że w końcu i tak wszystko obróci się na moją korzyść. Postępowało tak zresztą wielu innych partyzantów. Chociażby Franek Mazurek, Iwan czy Aleksander Nieroda. Ale może właśnie dlatego nie było ich już wśród nas. Po śmierci Iwana i Mazurka coraz częściej o tym wszystkim myślałem. Winiłem siebie, że nie uczyniłem nic, by przekonać ludzi o zbędności ryzyka, że nie nauczyłem ich bardziej cenić swoje życie. Niejednokrotnie chciałem o tym mówić, ale nigdy nie zdobyłem się na taką rozmowę. Złożyło się na to wiele przyczyn, a między innymi i ta, że widziałem przecież codziennie, jaką nienawiścią pałają do wroga ci wszyscy ludzie. A zresztą przecież ja sam uważałem, że ponieść śmierć w walce z wrogiem to sprawa piękna i wzniosła. Po śmierci Aleksandra jeszcze większą niż poprzednio przyjaźnią zacząłem darzyć Fiodora. Wprawdzie nie mniej bliscy byli mi: Chwiszczuk i Borysiuk, Mytkałyk, Koniszczuk i inni współtowarzysze walki, ale mimo to przebywałem w towarzystwie Fiodora. Lubiłem z nim rozmawiać, słuchać jego wywodów czy nawet wspólnie śpiewać pieśni. Nie mogłem zapomnieć słów Fiodora, wypowiedzianych zaraz po pochowaniu Aleksandra na naszym partyzanckim cmentarzu. „Teraz kolej na mnie - powiedział wtedy z powagą - a później zginiesz ty. Wtedy będziemy leżeli już w komplecie.” Oczywiście wyśmiałem go, ale jakoś nie mogłem tych słów zapomnieć. Mimo tej chwilowej depresji, w jaką wpadł po śmierci Aleksandra, początkowo niewiele się zmienił. Chętnie chodził na akcje, w wolnych chwilach majstrował coś z drzewa lub pilnie kontynuował naukę czytania i pisania. Wiele czasu poświęcał też najmłodszemu z braci Nierodów, Griszce, który był naszym wychowankiem. Wieczorami Fiodor śpiewał skoczne czastuszki lub melancholijne ukraińskie i polskie pieśni. Głos miał głęboki, donośny, a przy tym tak chwytający za serce, że momentalnie jego ziemianka zapełniała się ludźmi. Zdarzało się, że któryś z chłopców przyniósł ze sobą harmonię i rozochoceni partyzanci rozpoczynali tańce z dziewczętami. Bawiono się tak nieraz przed ziemianką Fiodora aż do późnej nocy. Cóż, kiedy tamte czasy już minęły. Fiodor siedział teraz w swojej ziemiance markotny, nie chciał śpiewać, unikał też wszelkich dodatkowych zajęć. Jedyne, czego nie zaniechał w owym okresie, to wychowywanie dziesięcioletniego Griszki. Z nim najczęściej przebywał, opowiadał chłopcu o jego matce, którą dobrze znał, i o czasach, które przyjdą, kiedy skończy się wojna i kiedy on, Griszka, będzie mógł wreszcie chodzić do szkoły. Kiedy pewnego wieczoru zaszedłem do Fiodora na rozmowę, powitał mnie nikłym uśmiechem. - Co ci jest? - spytałem. - Nic. Czuję się zupełnie zdrów. - Przecież widzę, że coś cię gnębi. - Ee, nic ważnego. Wszystko będzie dobrze.- Dlaczego nie powiesz mi prawdy? Może wspólnie coś wymyślimy. Jesteś przecież moim przyjacielem, nie? - Chyba w to nie wątpisz. Słuchaj, Maks, ja też mam chyba prawo trochę się posmucić. Nie zawsze można się ze wszystkiego cieszyć. - I to racja - odparłem. - Ale mógłbyś mi jednak powiedzieć, co ci jest.

- Naprawdę nic... A zresztą... Ja wiem, że ty na pewno masz więcej powodów do zmartwienia niż ja! Ty przecież już cztery lata nie byłeś w domu... Ale to jest co innego. Twoja rodzina mieszka daleko stąd i musisz się pogodzić z tym, że nie możesz jej odwiedzić... Ach tak! - pomyślałem. - Zatęsknił za żoną i dziećmi, a ja głupi nie domyśliłem się od razu, o co chodzi. Przecież Fiodor ma stąd do Hołuzji zaledwie pięćdziesiąt kilometrów i od czasu przeniesienia bazy do Krasnego Boru ani razu nie prosił o zwolnienie dla odwiedzenia rodziny, chociaż inni chłopcy czasami wyrywali się potajemnie do domów. - Chcesz zobaczyć rodzinę? To zupełnie zrozumiałe- rzekłem kładąc mu dłoń na ramieniu. - Co ty, stary, wyprawiasz? Mogłeś mi przecież powiedzieć o tym wcześniej. Jeśli chcesz iść, proszę bardzo. Tylko samego cię nie puszczę... Widzisz, teraz trzeba trochę uważać. Wszędzie pełno tych przeklętych banderowców. - Co mi tam banderowcy, nikt nie musiałby o mnie wiedzieć... Siedziałem już kiedyś dwa miesiące w stodole, a wszyscy byli pewni, że mnie Niemcy zabili... - Zaraz, zaraz - przerwałem. - Czy pamiętasz, jak Franek opowiadał, że gdzieś na terenie Hołuzji zakopana jest skrzynia z bronią? Tylko że on sam nie wiedział, w którym miejscu. Tam podobno mieszka ktoś taki, co razem z polskimi żołnierzami zakopywał tę broń w trzydziestym dziewiątym roku... Może by ci się udało ją zdobyć? Teraz mamy sporo nowych ludzi... - Nie wiadomo tylko, czy do tej pory ktoś jej nie wykopał. Jeśli dowiedzieli się o tym banderowcy, to już dawno jej nie ma - odparł Fiodor. - A tego chłopca ja znam. Wtedy był jeszcze wyrostkiem, miał ze czternaście lat. Taki chłopak nie utrzymał chyba języka za zębami... Nie licz lepiej na to, że uda się wygrzebać tę broń. - Nigdy nic nie wiadomo. Wolałbym, żebyś wziął ze sobą ze trzydziestu ludzi. Może jednak dowiesz się czegoś w tej sprawie... - A mnie się wydaje, że to niepotrzebna strata czasu i męczenie ludzi. Oczywiście, jak będę w Hołuzji, to postaram się zbadać rzecz na miejscu. Jak się uda, to dobrze... Później można iść z większą grupą i zabrać tę broń... Przyznawałem mu w duchu rację, a mimo to nie chciałem się zgodzić, by wyruszył sam w drogę. Jakaś nieuzasadniona obawa kazała mi nie puszczać go samego. Bałem się o niego. Ale dlaczego właśnie teraz? Przecież Fiodor bardzo często wyruszał ostatnio na różne bardzo ryzykowne zadania. Nierzadko szedł na akcję w towarzystwie jednego tylko lub dwóch partyzantów i jakoś nie myślałem o tym, że może nie wrócić. Nie znajdując już żadnych argumentów, trwałem jednak wciąż przy swoim, aż wreszcie Fiodor zniecierpliwił się. - No więc co proponujesz? - spytał. - Weź chociaż kilku ludzi ze sobą. Warto przeprowadzić rozpoznanie w Maniewiczach... Zobacz się też z Kazikiem... - Niech i tak będzie. - No to wybierz sobie dziesięciu chłopców. - Dziesięciu? Wystarczy dwóch, trzech. Chciałbym wziąć ze sobą Griszkę i Gruzina... - Weź jeszcze Miszę, on niedawno do nas przyszedł. Niech się przyzwyczaja do zadań... W nocy Fiodor opuścił bazę i udał się w kierunku Hołuzji.

Minął tydzień. Zacząłem się już niepokoić o losy Fiodora. Wkrótce jedna z grup dywersyjnych, wracając z zadania bojowego, spotkała w Hołuzji Fiodora, który oświadczył, że za dwa dni wróci do oddziału. Dziewiątego marca 1943 r. wieczorem siedziałem z Grigorjewem przed sztabową ziemianką, uzgadniając z nim plan działania oddziału na następny dzień, gdy między drzewami pojawiła się jakaś furmanka. Zdenerwowałem się trochę, gdyż niedawno ze względu na bezpieczeństwo oddziału wydałem ostry zakaz wjeżdżania na teren obozu furmanką. Chciałem już zbesztać niesfornego partyzanta, gdy dostrzegłem na furmance drobną sylwetkę Griszki Nierody i krępą postać Miszy... Równocześnie ze mną w stronę furmanki szli inni partyzanci. Grisza był strasznym urwipołciem, lubił płatać partyzantom różne psikusy i wszędzie go było pełno. Kochaliśmy go więc bardzo i kiedy znikł na te dziesięć dni, wszyscy za nim tęsknili. - Griszka, partyzancki bohater przyjechał! - wołano do niego z daleka. - A jak twoja muchobojka? Chyba wstydu nam nie zrobiłeś i kilku Szwabów posłałeś na tamten świat!... Griszka milczał. Zobaczyłem, że włosy miał rozwiane, oczy szkliste, a twarz surową i zaciętą. Gdy pierwszy z partyzantów dopadł do fury, Griszka krzyknął głośno: - Nie podchodzić! Oj, nie podchodzić! Słysząc to zacząłem biec. Griszka zeskoczył z fury i rzucił się do mnie z płaczem. - Wujku, Fiodora i Gruzina zabili! - zawołał łkając i tuląc się do mnie. Czarne i czerwone płaty zawirowały mi przed oczyma. Zdawało mi się, że zaraz upadnę na ziemię... Spojrzałem na furmankę. Na spodzie, w słomie, leżały zwłoki dwóch ludzi: Fiodora i Gruzina. Ciało Fiodora było tak zmasakrowane, że w pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć, że to jest on. Twarz pocięta nożami, na czole wycięta czerwona gwiazda, palce u rąk poobcinane... Gruzin nie miał na ciele żadnych okaleczeń, jedynie na kurtce widniały czerwone skrzepy krwi, świadczące o ranach z broni palnej. - Weźcie ciała i przenieście je do ziemianki... - powiedziałem do chłopców. Griszka wciąż szlochał. Wziąłem go więc za rękę i zaprowadziłem do sztabu... Przez całą noc oddział nie spał. Ludzie grupkami i pojedynczo przychodzili do ziemianki, gdzie leżeli pomordowani. Wieść o śmierci Karpenki i Gruzina dotarła szybko do sztabu brygady i pozostałych oddziałów, skąd również przychodzili przyjaciele i znajomi Fiodora. Teraz miałem możność przekonać się, jak wszyscy go kochali. Z ziemianki coraz to rozlegał się głośny płacz dziewcząt. Przeżywaliśmy już dziesiątki razy śmierć naszych partyzantów, lecz żadna z nich nie wywarła na nas tak głębokiego wrażenia. Aż do chwili pogrzebu nie oglądałem już zwłok Fiodora. Nie miałem na to sił. Pogrzeb pomordowanych towarzyszy odbył się z wszelkimi honorami. Nad wspólnym grobem przemawiali dowódca brygady i Borysiuk. Oddano salwę honorową. Kiedy minęło pierwsze przygnębienie i Griszka wrócił jako tako do siebie, zaczął mi opowiadać historię tego wstrząsającego wydarzenia. Próbowałem już uprzednio rozmawiać na ten temat z Miszką, ale on nie chciał nic mówić. Twierdził, że nie jest godny. Był przy tym jakiś wystraszony i robił wrażenie rozstrojonego nerwowo. Kazałem zaopiekować się nim naszemu lekarzowi. *

Nocą z 8 na 9 marca Fiodor opuścił Hołuzję i udał się wraz z grupą w kierunku północno-zachodnim. Jeszcze przed świtem grupka dotarła do wsi Liszniówka. W pobliskim lesie zatrzymano się na krótki odpoczynek i kiedy ruszono w dalszą drogę, było już zupełnie widno. Fiodor obszedł wieś z prawej strony i wyszedł na drogę wiodącą na północ do wsi Hrywa. Niespodziewanie zza drzew wysunęła się furmanka. Fiodor nie obawiał się tu już jakichś specjalnych niebezpieczeństw. Rejon wsi Liszniówka należał do partyzanckiego kraju. Z tego miejsca do bazy partyzanckiej było zaledwie kilkanaście kilometrów. Mimo to wolał uniknąć spotkania z obcymi ludźmi. Tym razem chowanie się nie miało już najmniejszego sensu. Jadący furą dwaj mężczyźni musieli ich i tak już dojrzeć. Postanowił więc nie schodzić z traktu. Wkrótce fura zrównała się z nimi i nagle Fiodor usłyszał znajomy głos. - Ach, kogo ja widzę! Fiodoreńka, mój złoty przyjacielu! - wołał, uśmiechając się radośnie, rumiany pop z czerwonym mięsistym nosem. - Jak się macie, ojcze Wasilij! - odparł nieco zaskoczony. Pop zlazł z fury i wyciągnął do Fiodora obydwie ręce. - Toż wszyscy dookoła mówili, że ciebie, Fiodor, Niemcy zamordowali. A ty żyjesz! Chwała Bogu! Chwała Bogu! Ja już nabożeństwo w cerkwi odprawiłem za twoją duszę. Jak to dobrze, że cię widzę. Co za radość! - Tak, to prawda - odparł Fiodor wzruszony serdecznością swego starego przyjaciela z lat dziecięcych. - Niemcy do dziś dnia myślą, że ja nie żyję. Sporządzili nawet mój akt śmierci, który przysłali żonie... - No, a dokąd ty, mój drogi, maszerujesz? - spytał pop, lecz widocznie zmiarkował, że pytanie jest nie na miejscu, bo zauważył, że wszyscy ludzie towarzyszący Fiodorowi są uzbrojeni, i nagle zmienił ton. Jakże to tak, idziesz z Liszniówki i na pewno nie zaszedłeś do mojego domu... Bo widzisz, mój drogi Fiodoreńku, ja jeździłem do Hrywy, do ciężko chorego... Ale wszystko da się naprawić. Chodź, mój drogi, do chaty. I tych twoich przyjaciół też zapraszam na śniadanie. Coś ciepłego zjeść na drogę nie zawadzi... - Kiedy nie możemy, ojcze Wasilij. Służba nie pozwala... Musimy iść... - Jakże to, przyjacielowi odmawiasz? To by była dla mnie wielka obraza... Tyle czasu cię nie widziałem. A tu, widzę, masz ze sobą takiego małego chłopca. Przecież on ledwo stoi na nogach. Zmęczony biedactwo i pewno głodny. - Pop wyciągnął rękę i pogładził lnianą czuprynę Griszki. Fiodor popatrzył pytająco na Gruzina i Miszkę, a potem powiedział: - Dobra, ojcze Wasilij. Na godzinkę możemy wstąpić. - Jacy wy wszyscy mili! W kwadrans później cała grupa wraz z popem i furmanem znalazła się w dość obszernym obejściu. - Proszę do środka, moi złoci... - zapraszał pop. - Hej, Marfa, szykuj śniadanie, gości mamy! - wołał w głąb domu. Kiedy z izby wyszła młoda jeszcze i krzepka kobieta, pop wrócił na podwórze, gdzie parobek wyprzęgał konie. Przez kilka minut rozmawiał z nim, najwyraźniej wydawał jakieś polecenia, po czym wrócił do izby.

Fiodor nie dawał się specjalnie prosić, by „czuł się jak u siebie w domu”. Zdjął pistolet maszynowy i postawił go w kącie, rozsiadł się wygodnie na krześle i zaczął skręcać papierosa. Misza, Gruzin i Griszka również usadowili się jak najwygodniej. Po chwili jednak Fiodor skinął na Miszkę. - Weź, bracie, karabin i stań na warcie - powiedział mu cicho. Miszka trochę się ociągał, bo w izbie pachniało już smakowicie jajecznicą na boczku. - A pan gdzie? - spytała z niepokojem popadia. - Zaraz daję śniadanie. - Będziemy jeść na raty - odpowiedział Fiodor. - Jesteśmy, jakby to powiedzieć, na służbie. - Przede wszystkim jesteście w moim domu - obruszył się pop. - Tu nie śmie nikt wejść... - Dobra, nie gniewaj się, ale widzisz, Wasilij - rzekł Fiodor przechodząc na przyjacielski ton ostrożność nigdy nie zawadzi. Jedli gorącą jajecznicę popijając prawdziwą herbatą, później pop poczęstował ich mocną nalewką. Griszka pierwszy spałaszował swoją porcję i nie mając co robić, zaczął lustrować wszystkie kąty. Na kredensie, za szkłem, stało zdjęcie małego chłopca, ubranego w zgrabny mundurek szkolny z pięknymi guzami i kokardą pod szyją. Griszka z zainteresowaniem przyglądał się fotografii. Chłopiec na zdjęciu był pulchny, miał okrągłe oczy i duże usta, Griszka patrzył na niego z podziwem. Tak musiał chyba wyglądać królewicz z bajki - myślał. - To jestem ja, kiedy byłem taki mały - powiedział pop, widząc zachwycony wzrok chłopca. Griszka spojrzał na popa z niedowierzaniem. Wkrótce Miszka wrócił z warty, a na jego miejsce poszedł Gruzin. Tymczasem pop po wypiciu kilku kieliszków nalewki zrobił się jeszcze bardziej rozmowny. - Przeżywamy obecnie jeden z najgorętszych okresów w dziejach Ukrainy. Cała zachodnia część, począwszy od starej granicy z 1939 roku - do Przemyśla, Hrubieszowa i Chełma aż wrze. Kto by przypuszczał, że ten biedny, ciemny naród ma w sobie tyle żaru patriotycznego... Ludzie walczą z wrogiem, giną... - Nie wszyscy walczą z wrogiem - wtrącił Fiodor. - Są też tacy, którzy mu pomagają gnębić naród. Wszczynają walki bratobójcze... Mordują niewinnych ludzi... - Tak, to prawda, mój Fiodoreńku. Każda wojna sprzyja wyzwalaniu się przeróżnych mętów społecznych, które łatwiej wypływają wtedy na powierzchnię. Ich złe instynkty znajdują wówczas swoje pełne zaspokojenie. Ujawniają się z całą ostrością i brutalnością... I dlatego, mówiąc o tym wielkim zrywie patriotycznym Ukraińców, wykluczam te szkodliwe anarchistyczne elementy... Fiodor nie mógł zrozumieć, kogo pop ma na myśli, mówiąc o „wyzwalaniu się przeróżnych mętów”. Nie uznawał okrężnych dróg dla określenia tego, co ma własną nazwę. Dlaczego nie powie otwarcie, że chodzi tu o banderowców i te elementy nacjonalistyczne, które w obecnej ciężkiej chwili organizują bandy i kierują je przeciwko ruchowi partyzanckiemu. - Mówmy prościej, Wasilij. Dla ciebie, człowieka wykształconego, te uczone słowa na pewno coś znaczą. Ale sam wiesz, że ja jestem prosty chłop... Książek wiele nie czytałem... i nie wszystko rozumiem. Mówisz o wyzwalaniu się różnych mętów społecznych, a ja bym to inaczej określił. Bo przecież banderowcy to nie tylko męty społeczne, jacyś kryminaliści, ludzie o złych instynktach. Toż te bandy organizują ludzie wykształceni. Taki na przykład Konotopczuk z Kołek czy Slipczuk. Ten jeszcze

przed wojną był nauczycielem. Albo syn batiuszki popa z Okońska Sukmańskiego, też człowiek kształcony... Wielu popów współpracuje z nimi i prawdę mówiąc prawie wszyscy bogaci gospodarze... - To są, rozumiesz, mój drogi Fiodoreńku, sprawy bardzo skomplikowane i dla rozwiązania ich potrzeba by trochę dłużej pogawędzić. Ale mimo to na jedno mogę ci od razu odpowiedzieć. Zdaje mi się, mój drogi, że ty trochę przesadzasz włączając w te sprawy popów i wszystkich gospodarzy... To na pewno niezupełnie tak wygląda... Mówisz tak, jakbyś nagle stał się komunistą. A ja wiem, żeś ty wierzący człowiek. - Jestem wierzący, ale to nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Większość ludzi tak myśli, mimo że są wierzący. Toż nawet dziecko wie, kto przewodzi banderowcom... Pop zaczął teraz używać górnolotnych, niezrozumiałych dla Fiodora słów i określeń. Sapał i pocił się. Jednym słowem dalsza rozmowa z nim wcale się już nie kleiła. Fiodor nawet żałował teraz w duchu, że dał się w nią wciągnąć, kto wie, co siedzi wewnątrz tego opasłego wypielęgnowanego człowieka, który kiedyś, przed laty, był jego kolegą. Drogi ich rozeszły się już dawno. On musiał ciężko pracować na kawałek chleba, podczas gdy Wasilij, syn bogacza wiejskiego, poszedł do szkół. Cóż teraz mieli ze sobą wspólnego? Trzeba kończyć tę wizytę i ruszać! - postanowił, ale pop nie pozwolił mu opuścić domu. - Mój drogi. Daruj, ale nie możesz tak odejść. Skoro żeśmy się już spotkali, zechciej opowiedzieć mi, jak to się stało, że ocalałeś. Przecież nic mi o tym nie mówiłeś... Toż to tylko Bogu dziękować, że cię uratował od śmierci. - Ee, co tu opowiadać - odparł z pewnym zniechęceniem Fiodor. - Żyję, i to wszystko.... Pop nalegał dalej, ale Fiodor zaciął się i milczał... I wtedy to, gdzieś zupełnie blisko, rozległa się krótka seria z automatu. W Fiodora i Miszkę jakby piorun strzelił. Skoczyli do kąta i porwali za broń. Tuż za nimi wypadł na podwórze Griszka. Obok ganku leżał Gruzin. Już nie żył. Nie zwlekając ani chwili Fiodor przypadł do płotu. Z kilku stron posypały się strzały karabinowe. - Miszka, pilnuj podwórka! Strzelaj! To banderowskie nasienie! - wołał Fiodor szukając celu. Za płotem, w kilku miejscach, gdzie rosły krzaki, ktoś strzelał. Fiodor wycelował i pociągnął serię... Ktoś zaczął kląć. Po chwili z rowu biegnącego wzdłuż drogi posypały się strzały z automatu. Fiodor poczuł piekący ból w nodze. - To draństwo! - zasyczał chwytając się odruchowo za kolano. Po sekundzie, już leżąc, posłał do rowu kilka pocisków, lecz w odpowiedzi usłyszał śmiech. - Pilnuj się, ty psie komunistyczny. Chciało ci się pogawędzić z popem Wasilijem. Masz pogawędkę. A nie wiesz, czerwony bandyto, że batiuszka nie dla ciebie?... Znów posypała się seria. Z tyłu, od strony podwórka, również gęsto strzelano. Fiodor przycupnął za rzadkim płotem, który nie tworzył niemal żadnej osłony. Spostrzegł to jednak zbyt późno. Gdyby chciał opuścić teraz niewygodne miejsce i ukryć się gdzieś indziej, na przykład za stojącym w odległości dziesięciu kroków sągiem drzewa, byłby na pewno bardziej bezpieczny, lecz nawet przebycie tej małej przestrzeni było prawie niemożliwe. Zresztą stąd miał lepsze pole ostrzału i obserwacji. Nagle dobiegł go z tyłu głos przerażonego Griszki, który siedział właśnie za sągiem drzewa. - Wujku! Na dachu!

Odwrócił się machinalnie i spojrzał w górę: zdołał jedynie zobaczyć wymierzone w siebie dwie lufy karabinów i pełne nienawiści, wykrzywione jakimś dzikim wyrazem radości twarze. Fiodor nie zdążył podnieść automatu. Padł strzał, a po nim drugi i trzeci... Fiodor jęknął głośno. Przerażony Griszka zerwał się i popędził na podwórko krzycząc głośno: - Zabili wujka Fiodora! Bandyci! O Boże!... Misza, Miszka! Odezwij się! - zaczął wołać płaczliwie. Tymczasem Misza, kiedy znalazł się sam na podwórku, zaczął się w myśl wskazań Fiodora ostrzeliwać zza stodoły. Niebawem jednak zorientował się, iż wróg liczy kilkudziesięciu ludzi, i nogi się pod nim ugięły. Mimo to strzelał dalej. Banderowcy nie spieszyli się do ataku, wydawało się, że na coś czekają. Nagle wśród tej pojedynczej strzelaniny Miszka usłyszał przerażony głos Griszki. Podniósł więc oczy w górę i spojrzał na dach, gdzie siedzieli banderowcy. Miszka strzelił, ale spudłował. Za sekundę usłyszał rozpaczliwy krzyk Griszki oznajmiający śmierć Karpenki i wówczas przestał panować nad sobą. Skoczył do płotu, przesadził go jednym susem i rzucił się jak szalony w stronę widocznych w pobliżu krzaków... W tej samej chwili banderowcy z okrzykiem „hura!” wtargnęli na podwórze, dopadli konającego Fiodora i zaczęli go masakrować... Griszka, który ostatni wyskoczył z domu popa, ujrzawszy na progu zabitego Gruzina cofnął się najpierw z przestrachem, ale po chwili schylił się i powoli podniósł leżący obok Gruzina karabin. Z kolei upatrzywszy sobie stojący niedaleko sąg drzewa chyłkiem tam pobiegł. Karabin był ciężki, ale Griszka dotarł z nim jakoś do sągu drzewa i zaczął strzelać w banderowców. Karabin kopał go boleśnie w ramię, pociski nie trafiały, a na dodatek prędko zabrakło mu amunicji. Po śmierci Karpenki, nie widząc nigdzie Miszy, Griszka popędził do otwartej stodoły, by się w niej ukryć. W rogu stała olbrzymia beczka napełniona sieczką. Na podwórko wpadli banderowcy z przeraźliwym okrzykiem „hura!”, więc Griszka nie namyślając się skoczył do beczki i zagrzebał się w sieczce. Zrobił to w samą porę, gdyż właśnie w tej chwili usłyszał w stodole jakieś głosy.- On tu gdzieś musi być, diabelskie nasienie - mówił pop - szukajcie tę żmiję. Widziałem go przez okno, jak strzelał do was z karabinu, a później wpadł tutaj. - Widły, ojczulku, dajcie - odparł jeden z banderowców. - Jeśli zagrzebał się w słomie, zaraz go naszpikujemy. - O, tu leżą - rzekł pop. - Bierzcie. Griszka słyszał, jak szeleści słoma dźgana widłami, a potem głos banderowca: - Przywidziało wam się, ojczulku, nigdzie go tu nie ma. - Czort nie chłopak... Nieczysta dusza... - mówił pop wychodząc. - No, zwijajcie się, bracia. Za długo się grzebiecie. Jeszcze mnie narazicie na jakieś kłopoty. Głupcy, dali zwiać dwóm... Teraz ja nie mogę tu zostać. Przyjdą i zamordują - głos popa słychać było coraz słabiej. Grisza wychylił głowę dla nabrania powietrza. Na podgórzu panował wciąż ruch, słychać było krzyki. Po jakimś czasie gwar zaczął cichnąć. Chłopiec znowu usłyszał głos popa. - Poczekajcie, kochani bracia striłci... Toż ja tak nie mogę. Rzeczy muszę zabrać.... I odpowiedź:

- Jeźdźcie, ojczulku, za nami. Zaczekamy na was w lesie. Do uszu Griszy dochodziły teraz głosy popa i jego żony. - Marfa, dawaj tu woreczek z cukrem... A buty zabrałaś? Oj, co za nieszczęście! Taki dorobek zniszczyć. Tyle lat pracy... Gdzie jest Gawryło? Griszka wylazł z beczki i przez lekko uchylone drzwi stodoły zobaczył, że furman zaprzęga konia. Pop był czerwony jak burak. - To przez ciebie, pokrako jedna! - klął parobka. - Mówiłem ci, żebyś powiedział Stepankowi, gdzie ma zrobić zasadzkę. Jak ci mówiłem, ty psiawiaro? - Toć powtórzyłem... że w lesie... na drodze do Hrywy... - tłumaczył się wylękniony parobek. - W lesie, w lesie... A dlaczego tu przyszli? Jestem zniszczony! Taki dorobek! Dom, rzeczy, stodoła. Już ja im za to zapłacę. A z tobą też się policzę... Krowę uwiąż z tyłu fury! - pop nie przestawał wydawać poleceń. - Na co czekasz? Świnie bierz na plecy i dawaj tu. Nogi im powiąż. Prędzej... Marfa, co ty tam tak długo siedzisz? Parobek zniknął w chlewie. Niebawem kwik świń zagłuszył słowa popa. Griszka w lot pojął, co oznaczają te gorączkowe przygotowania do drogi. Nagle poczuł dławiącą nienawiść do tego opasłego popa, który, jak się okazało, sprowadził tu banderowców. Przez niego zginął wuj Fiodor i Gruzin... Żal straszny chwycił go za gardło. Nie panując już nad sobą Grisza porwał się z miejsca i zaczął biec w stronę popa, ale ten spostrzegł go od razu i chwycił leżący obok fury drąg. Griszka zatrzymał się mierząc popa nienawistnym wzrokiem. Pop trzymając drąg nad głową skradał się, lekko schylony do przodu. Nagle zrobił zamach i rzucił drąg, chłopiec wykonał jednak zręczny unik. - Gawryło, Marfa! - zawołał rozjuszony batiuszka, lecz przeraźliwy kwik wiązanych świń zagłuszył jego wołanie, więc nie czekając na pomoc znów usiłował schwytać cofającego się chłopca. Nagle Griszka coś sobie przypomniał. Szybkim ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie miał ukryty swój pistolecik - „muchobojkę”, i kiedy pop znów zrobił krok w jego stronę, wyszarpnął z przepaścistej kieszeni pistolecik. Przez ułamek sekundy widział jeszcze wybałuszone w przestrachu wielkie oczy popa i nacisnął spust. Na odgłos strzałów żona popa wybiegła z domu, gdzie wiązała tobołki z bielizną. Zobaczywszy wijącego się z bólu męża i stojącego nad nim z dymiącym pistoletem Griszkę, oszalała ze strachu rzuciła się do ucieczki. W tym samym czasie z chlewa wygramolił się parobek, trzymając na plecach kwiczącego wieprza. W lot pojął, co się stało. Upuścił żywy ładunek i skoczył za płot. Griszka cały drżał. Pop jęczał, tarzał się po ziemi i wzywał Boga na pomoc... Chłopiec na wpół przytomny powlókł się na miejsce, gdzie leżał Fiodor. Jego całe ciało było zniekształcone i zmasakrowane. Chłopiec upadł na ziemię i zaczął szlochać. Miszka, który ukrył się w gęstych krzakach rosnących o sto metrów od zagrody, dopiero teraz zdecydował się wyjść z ukrycia. Odnalazł płaczącego Griszkę i zaczął go uspokajać. We dwóch wyładowali rzeczy popa z furmanki, złożyli na nią zwłoki towarzyszy i przyjechali do bazy.

Parośle
Kiedy groźba obławy przestała nękać bazę partyzancką, znów, niby pracowite mrówki, zaczęły wyruszać w teren grupki dywersyjno-minierskie. Nocami do serca Krasnego Boru dochodziły głuche wybuchy min. Czasami wysadzone pociągi lub niemieckie składy płonęły długo w noc i wówczas granatowe, zimowe niebo jaśniało łuną. Rejestrowaliśmy te oznaki z radością w sercu. Nasza sztabowa radiotelegrafistka wystukiwała na swym aparacie szyfrowane meldunki, wysyłając je na „Wielką Ziemię”. Konto brygady rosło. Jednej z takich właśnie nocy gdzieś na wschodzie dojrzeliśmy krwawą łunę. Ludzie w obozie wyszli z ziemianek i pokazywali sobie wzajemnie pożar przypisując go naszym bojowym osiągnięciom. Tej nocy odbywaliśmy dłuższą naradę w sztabie. Zaintrygowani poruszeniem w bazie, również wysunęliśmy się z ziemianki. Bryński stał w pobliżu mnie i wpatrywał się w łunę, nagle powiedział: - To bardzo dziwne. W tę stronę nie wysyłaliśmy żadnej grupy dywersyjnej. A może to któryś z dowódców oddziałów posłał ludzi na własną rękę? - spytał. Ani Kartuchin, ani Koniszczuk, ani ja nic na ten temat nie wiedzieliśmy. Bryński zaniepokoił się. - Ciekawe, co się tam stało. Może Niemcy napadli na Hutę Stepańską albo na inną osadę? Nie ulega wątpliwości, że tam giną ludzie... - Może wyślemy konny zwiad? - spytał kapitan Mahomet. - Wysyłajcie! - odparł krótko Bryński. - Jutro chcę mieć dokładne dane. Koło południa przybiegł do ziemianki, gdzie spałem, sztabowy goniec. - Towarzyszu Maks, dowódca brygady was wzywa! - zawołał szarpiąc mnie za ramię. Wygramoliłem się spod grubego kożucha i zeskoczyłem raźno z pryczy. W kwadrans później byłem już w sztabie, gdzie oprócz Bryńskiego i Mahometa zastałem dwóch obdartych nieznajomych mężczyzn ubranych po wiejsku. Bryński był zdenerwowany. - Oto świadkowie wczorajszej tragedii - powiedział. - Posłuchajcie ich relacji... Pierwszy zaczął mówić wychudzony, kościsty chłopina o ciemnych włosach i przekrwionych oczach. Mówił chaotycznie, chwilami zacinał się, chlipał i ocierał brudnym rękawem oczy. Czasami włączał się do tego opowiadania drugi wieśniak: niski, barczysty, jak kloc drzewa. Stopniowo wyłaniał się przede mną obraz tego, co się zdarzyło ubiegłej nocy w jednej z polskich wsi, której nazwa brzmiała Parośle. Wieś leżała wśród lasów w rejonie stepańskim. Jej mieszkańcy, spokojni ludzie, żyli sobie dotychczas „jak u Pana Boga za piecem”. Nie chcąc zbytnio narażać się Niemcom, terminowo oddawali kontyngent, wypełniali zarządzenia okupanta. Wiele słyszeli o zbrodniach okrutnego najeźdźcy i byli szczęśliwi, że do tej pory nie spadły na nich większe represje. Wprawdzie zdarzyło się kilka wypadków aresztowania ludzi, z których dwoje nigdy nie wróciło do swych rodzin, była to jednak w porównaniu z tym, co działo się w innych wsiach, przysłowiowa kropla w morzu.

Nie można powiedzieć, żeby mieszkańcom Parośli obce były sprawy i wypadki rozgrywające się na okupowanym terenie. Ten i ów słyszał już wiele o ruchu partyzanckim na Wołyniu. Wielu z nich marzyło o tym, by móc włączyć się do walki z okupantem, a wszyscy chyba darzyli sympatią partyzantów. Zdarzyło się dwa dni temu, że do Parośli zawitał zbrojny oddział. Mieszkańcy od razu zorientowali się, że nie są to Niemcy. Przybyli ubrani byli przeważnie po cywilnemu, niektórzy mieli na sobie radzieckie mundury i płaszcze, a na furażerkach i futrzanych czapkach czerwone gwiazdki. Lotem błyskawicy obiegła wieś wiadomość, że są to radzieccy partyzanci. Przybyli śmiali się i głośno potwierdzali ten fakt. Partyzanci, jak przystało na gości i bohaterów, zajęli kwatery w chatach. Gospodarze przyjmowali ich niezwykle serdecznie. Uczta trwała przez całą noc i dopiero o świcie wszyscy udali się na spoczynek. Następnego dnia koło południa dowódca oddziału rozkazał sołtysowi zebrać mieszkańców wsi w pobliżu szkoły. Zarządzenie głosiło, że na mityng winni przybyć wszyscy ludzie nie wyłączając dzieci i starców. Wieś ochoczo spełniła żądanie partyzanckiego dowódcy i tłumnie przybyła na wskazane miejsce. Wówczas to ciżbę ludzi otoczyli mniemani partyzanci, którzy mieli tym razem posępne twarze. Na ich czapkach zamiast czerwonych gwiazd błyszczały teraz metalowe znaki tryzuba. - Striłci, rizaty Lachiw! Na te słowa ze trzydziestu uzbrojonych w siekiery bandytów wypadło z kordonu i rzuciło się w tłum. Rozległy się nieludzkie krzyki. Topory migały w powietrzu i spadały na głowy struchlałych ze strachu ludzi. Chlustała krew... Oszalały z przerażenia tłum zbił się w ciasną masę, jęki konających mieszały się z krzykami przerażonych dzieci i kobiet. Niektórzy zaczęli szukać ratunku w ucieczce, do tych strzelano z karabinów maszynowych i innej broni. Krwawy mord trwał... Kiedy ostatni mieszkaniec Parośli padł pod ciosem topora banderowca, na miejscu kaźni leżał wysoki krwawy stos trupów. Wówczas dowódca zawołał głośno: - Oto wasz chrzest bojowy, striłci! Wy pierwsi w imieniu wielkiej UPA zapoczątkowaliście krwawą, świętą wojnę przeciwko Lachom i Moskalom. Niech żyje samostijna Ukraina! Rozpalona gorączką mordu, upojona zapachem krwi tłuszcza zawtórowała: - Chaj żywe samostijna Ukraina! Chwała Banderze! - A teraz, bohaterscy striłci - krzyczał dalej dowódca - bierzcie nagrodę! To wszystko, co znajduje się w chatach i zagrodach Lachów, należy do was. Striłcom nie potrzeba było powtarzać tego rozkazu. Jak jeden mąż rzucili się na rabunek. Wyciągano z domów co cenniejsze rzeczy; wypędzano z zagród krowy i świnie, zaprzęgano konie i ładowano na fury dobytek. Gdy obrabowano już doszczętnie zagrody, dowódca bandy rozkazał podpalić wieś z dwóch stron, po czym zbrodniarze ruszyli w lasy. W Paroślach padło ponad stu siedemdziesięciu ludzi. Tylko nielicznym udało się uratować. Wśród uratowanych byli ci dwaj chłopi, których zwiadowcy Mahometa spotkali po drodze.

- To straszne - powiedziałem wysłuchawszy do końca ich relacji. - Myślę, że trzeba natychmiast wysłać za nimi oddział partyzancki. Może uda się ich jeszcze schwytać rzekł Bryński. - Nie wolno puszczać płazem takich zbrodni. - Pozwólcie iść mojemu oddziałowi - rzekłem. - Właśnie po to was wezwałem - odparł Bryński. - Słuchaj, Maks - przeszedł teraz na serdeczny koleżeński ton - musisz mieć się na baczności. Parośle leży o sześćdziesiąt kilometrów stąd. W całej okolicy jest pełno nacjonalistów. Mamy wieści, że w, Łucku i Kołkach powstała ich centrala i sztab UPA. To nie są żarty. Niemcy organizują i uzbrajają bandy. W koszarach w Łucku szkoli się kadra UPA. Musisz być ostrożny, a w razie czego ślij łączników. - Będę uważał... * W ciągu doby pokonaliśmy przestrzeń dzielącą nas od Parośli i koło południa znaleźliśmy się na miejscu. Wieś przedstawiała tragiczny widok. Jak okiem sięgnąć, widać było zwęglone zgliszcza chat i zabudowań gospodarczych. W powietrzu kłębiły się resztki czarnego dymu. Swąd drażnił nozdrza, nie pozwalał oddychać. W pobliżu pogorzelisk błąkały się poopalane psy i koty, które na nasz widok czmychały w pole. Dwaj wieśniacy poprowadzili nas na miejsce kaźni. To, co ujrzeliśmy, zmroziło nam krew w żyłach... Niejeden partyzant zasłonił oczy dłońmi i spiesznie oddalił się z tego miejsca. Wszyscy przysięgali wrogowi śmiertelną zemstę. W pobliżu wsi ukrywało się w lesie kilku ludzi, którzy ocaleli z pogromu. Teraz, widząc wśród nas swoich sąsiadów, powychodzili z kryjówek. Opowiadali chaotycznie o przebiegu wypadków, ale to, co mówili, pokrywało się z relacją, którą słyszeliśmy poprzednio. Najbardziej interesowały mnie oczywiście szczegóły do-tyczące bandy: ile liczyła ludzi, jakie miała uzbrojenie, kto nią dowodził i w jakim kierunku odeszła. Zdania, które na ten temat słyszałem, były na ogół sprzeczne. Jedni naoczni świadkowie twierdzili, że banderowców było ponad dwustu, inni znów przysięgali, że banda liczyła niewiele więcej niż pięćdziesięciu ludzi. Nikt jednak nie znał nazwiska dowódcy. Jeśli chodzi o uzbrojenie, to wszyscy twierdzili, że bandyci mieli niemiecką broń: kabeki i empi. Według oświadczenia młodego chłopca, który zdołał ukryć się w koronie wysokiej sosny rosnącej w lesie i stąd obserwował banderowców, wróg po dokonaniu zbrodni udał się w głąb lasów, na wschód. Nasza karna ekspedycja składała się z pięćdziesięciu partyzantów, wyposażonych przeważnie w broń automatyczną i granaty. Mieliśmy też ze sobą trzy erkaemy i jedną rusznicę ppanc. Gdy ludzie zobaczyli ogrom zbrodni, zapłonęli żądzą odwetu. Byli gotowi natychmiast uderzyć na wroga i wszyscy jeden przez drugiego zaczęli się domagać rozpoczęcia pościgu. Sprawa nie była jednak taka prosta. Żeby móc rozpocząć akcję, trzeba było zdobyć więcej informacji. Nie wiedzieliśmy przecież, czy w pobliżu nie kryją się jeszcze inne, uzbrojone bandy UPA. Siły nasze były zbyt szczupłe, by wdawać się w długotrwałą walkę. Na podstawie wszystkich relacji świadków zbrodni doszliśmy do wniosku, że siły banderowców należy obliczać na pięćdziesięciu do stu ludzi. W takich warunkach mogliśmy przyjąć walkę, licząc na

odniesienie sukcesu. Istniała tylko obawa, że w razie potyczki Niemcy pospieszą banderowcom z pomocą. Postanowiłem więc zorganizować planowy pościg. Przodem, po świeżych tropach widocznych na śniegu, wyruszyli konni zwiadowcy w sile drużyny. Po obydwu stronach poszły boczne ubezpieczenia złożone z kilku partyzantów. Tyły chroniła grupa dziesięciu partyzantów. W ten sposób uszykowani zagłębiliśmy się w lasy. Poruszaliśmy się powoli, bacznie rozpoznając teren, tak że po pięciu godzinach zrobiliśmy nie więcej niż piętnaście kilometrów. Lasy były tu gęste, liściasto-iglaste, z przewagą sosny i olchy. Około trzeciej po południu zarządziłem krótki postój. Jedynie konni zwiadowcy myszkowali w promieniu dziewięciu kilometrów, szukając zawzięcie kontaktu z wrogiem. Właśnie szykowaliśmy się do dalszej drogi, gdy na spienionym koniu nadjechał galopem jeden ze zwiadowców. Wszyscy otoczyli go kołem. Zwiadowca przyłożył dłoń do czapki i zameldował: - Dowódca zwiadu starszy sierżant Butko donosi, że o cztery kilometry stąd, na południowym wschodzie, napotkał banderowców w sile około sześćdziesięciu ludzi. Mają ze sobą olbrzymią ilość taboru. Niektórzy banderowcy są pijani. Wystawiona ochrona drzemie. - Alarm! - zarządziłem. - A ty, bracie, ruszaj z powrotem i przekaż Butce, niech nie spuszcza z oczu bandytów. - Rozkaz! - Kawalerzysta zrobił zwinnie zwrot koniem i pogalopował z powrotem. W niecałą godzinę podciągnęliśmy w pobliże biwaku banderowców. Obóz mieścił się w niewielkiej kotlince, z jednej strony zasłoniętej gęstym sosnowo-świerkowym lasem, z drugiej zaś ścianą nieprzeniknionych krzewów. Z odległości kilkuset metrów, leżąc na małym pagórku, obserwowałem przez lornetkę rozsypane po kotlince szałasy i płonące ogniska. Wróg zgrupował tabory od strony południowej, najbardziej odkrytej. Widziałem jakieś pięćdziesiąt furmanek i sań, wypełnionych dobytkiem. Już na pierwszy rzut oka jasne było, że tak duża ilość taboru mogła pochodzić jedynie z rabunku, nie ulegało więc wątpliwości, że trafiliśmy na bandę, której szukaliśmy. Chcąc jednak mieć stuprocentową pewność, że jest to właśnie ta banda, kazałem zwiadowcom „wziąć języka”. Tymczasem zarządziłem zachowanie niezbędnych środków ostrożności. Partyzanci ukryli się w gęstym lesie, oddalonym o jakieś czterysta metrów od banderowskiego biwaku. Jedynie wysunięte czujki śledziły, co się dzieje w nieprzyjacielskim obozie. Ostatnie promienie słońca kryły się już za lasem, gdy Butko przywiódł do mnie brodatego chłopa w niemieckiej kurtce ze znakiem tryzuba na czapce. Chłop początkowo nie odpowiadał na moje pytania. Był śmiertelnie wystraszony. - Skąd przybyliście? - My panie, z Kołek - odparł wreszcie. - Kto jest waszym komendantem? - Sotnik Hryc! - Jakie jest jego prawdziwe nazwisko? - Jej Bohu, pane, ne znaju. - W oczach banderowca dostrzegłem szczery strach.

- Dlaczego mordowaliście ludzi w Paroślach? - Popy kazali, pane, i komendant Konotopczuk. - Chłop zawahał się na moment. - Ja prosty chłop, ne znaju, pane. Nazywają go kurinnyj komandir. Pop ze Stepania mówił, że trzeba rezaty Lachiw. Dali wintiwki i siekiery, a pop poświęcił. Mówili, że teraz tu będzie samostijna Ukraina, że już Taras Bulba rezał Lachiw. Mnie zmusili... - W oczach jeńca pojawiły się łzy. - Ciemna dzicz! - powiedziałem ze złością. - Niewinnych ludzi mordowali, dzieci i kobiety. Banderowiec patrzył w ziemię. Drżały mu ręce, po policzkach ciekły łzy. Dowiedziałem się od niego jeszcze, że oddział banderowców liczy sześćdziesięciu pięciu ludzi i że oprócz sotnika, który dowodzi całością, jest z nimi niemiecki oficer oberleutnant Fischer spełniający rolę doradcy. Odesłałem jeńca, polecając pilnować go jak oka w głowie, po czym wraz z Borysiukiem, Butką i Chwiszczukiem zaczęliśmy obmyślać plan zaatakowania wroga. Nie mając pewności, czy banda nie zechce zwinąć obozu i jeszcze przed nocą wyruszyć w drogę, należało zaatakować banderowców natychmiast. Tak też postanowiliśmy. Właśnie zacząłem wydawać rozkazy, gdy przybiegł do mnie jeden ze zwiadowców. - Banda zwija obóz! - powiedział gorączkowo. - Naprzód! Nie żałować pocisków! - rzuciłem. Momentalnie grupy bojowe, dowodzone przez Chwiszczuka, Butkę i Borysiuka, pomknęły w kierunku kotliny. Biegliśmy od strony lasu świerkowego, usiłując prawym skrzydłem zasłonić wrogowi wyjście z kotlinki. Tu bowiem wiodła droga w leśne ostępy. W pewnej chwili stwierdziłem z niepokojem, że główne siły banderowskie wysunęły się już z kotlinki. Pozostałe wozy parły z wielką szybkością w kierunku drogi. Woźnice okładali konie batami, pokrzykując głośno. Byłem wściekły, że dałem się wyprowadzić w pole. Nie było chwili do stracenia. Zerwałem automat z piersi i rzuciłem się do przodu. Po lesie rozhukała się strzelanina. Terkotały jak wściekłe erkaemy, trzeszczały sucho peemy. Trzy wozy wyjeżdżające z kotlinki zbiły się w jedną kupę. Konie porwały uprząż i oszalałe z przerażenia rzuciły się do ucieczki. Następne furmanki pędziły po stokach kotlinki w prawo i w lewo. Woźnice nie panowali już nad końmi, które ciągnęły prosto pod nasz ostrzał. Pękały osie kół, łamały się dyszle. Partyzanci w pędzie skakali na furmanki i finkami likwidowali banderowców. Po dziesięciu minutach było po wszystkim. Jeszcze tylko z dala, od strony traktu, słychać było serie z kaemów: to nasi konni zwiadowcy udali się w pościg za głównymi siłami wroga. Ale po kwadransie i oni powrócili. Udało im się zaledwie ostrzelać ogon kolumny. Byłem wściekły na zwiadowców, że za późno donieśli mi o ucieczce banderowców, umożliwiając im tym samym opuszczenie obozu. Wszyscy jednak twierdzili, że akcja wycofywania rozpoczęła się nagle i że niezwłocznie wysłano do mnie gońca z meldunkiem. Wszystko to wydawało mi się jakieś dziwne. Zastanawiałem się, co skłoniło banderowskiego sotnika do tak szybkiego opuszczenia biwaku. W czasie walki z resztkami bandy, które nie zdążyły się wycofać, zlikwidowaliśmy dwunastu banderowców, zdobyliśmy pięć krów, sześć koni, kilka fur żywności i różnego dobytku, zagrabionego w Paroślach. Główne siły bandy zdołały jednak ujść bezkarnie.

Nie mogłem już kontynuować pościgu. Wiedziałem, że banda zmierza w kierunku Kołek, które znajdowały się w odległości trzydziestu kilometrów. W Kołkach zaś mieściła się centrala UPA, skąd w każdej chwili mogła nadejść odsiecz. Musieliśmy więc niezwłocznie opuścić niebezpieczny teren i wracać do bazy. Czwartego dnia o świcie wkroczyliśmy do Krasnego Boru. * Sprawa mordu Polaków w Paroślach była żywo komentowana w brygadzie. Szczególnie przejęli się nią partyzanci narodowości ukraińskiej, którzy tworzyli w oddziale zdecydowaną większość. Borysiuk, Chwiszczuk, Mytkałyk przeżywali mocno to tragiczne wydarzenie. W rozmowach ze mną twierdzili, że czują się współwinni zbrodni. Oczywiście nie mogłem się z tym absolutnie zgodzić i starałem się im to wyperswadować. W owej chwili nie zdawaliśmy sobie jeszcze w pełni sprawy z tego, jaka groźna nawałnica zbiera się nad całą Zachodnią Ukrainą. Nie wiedzieliśmy, że mord w Paroślach jest dopiero pierwszym sygnałem zapowiadającej się krwawej rzezi, która ogarnie wkrótce nie tylko Wołyń i część Polesia, ale również Podole oraz dawne województwa lwowskie i stanisławowskie. Niebawem do naszego sztabu zaczęły nadchodzić meldunki od zaufanych ludzi, rozsianych po wszystkich niemal wsiach, osadach i miasteczkach Wołynia, o mobilizowaniu się wrogich, nacjonalistycznych elementów ukraińskich. Do poszczególnych wsi przybyli przedstawiciele OUN3 i organizowali tajne narady z miejscowymi popami, sołtysami i starostami. Nikt niestety nie wiedział, co było przedmiotem tych narad, ponieważ uczestniczyli w nich jedynie najbardziej zaufani spośród nacjonalistów. Dochodziły do nas mgliste jeszcze wieści o kierownictwie ruchu nacjonalistycznego, które nosiło skróconą nazwę UHWR4. Słyszeliśmy również, że w wielu miastach Wołynia: w Stepaniu, Łucku, Kołkach, Włodzimierzu, Hołobach i Kiwercach powstają zbrojne bandy nacjonalistów ukraińskich, szkolone i uzbrajane przez Niemców. Rzecz zrozumiała, że te wszystkie informacje nie mogły przejść bez echa w naszej brygadzie. Zaczęliśmy dopatrywać się w tym groźnego niebezpieczeństwa. Nie ulegało wątpliwości, że organizujące się bandy UPA zostaną wkrótce skierowane przeciwko ruchowi partyzanckiemu na Zachodniej Ukrainie. Należało natychmiast podjąć jakieś konkretne kroki w celu przeciwdziałania rosnącej, groźnej nawałnicy. Przede wszystkim postanowiliśmy bliżej rozpoznać główne założenia UPA, zorientować się w głoszonych przez nią hasłach, wniknąć w system organizacyjny poszczególnych oddziałów i centrali. Ponadto pragnęliśmy znaleźć jakiś kontakt z kierownictwem UPA, by wyrazić swoje obawy oraz oburzenie z powodu morderczych poczynań band. Nasi wywiadowcy otrzymali specjalne zadania dostarczenia szczegółowych informacji, dotyczących rodzącego się zbrodniczego ruchu UPA. Sprawą nawiązania kontaktów z kierownictwem UHWR-u zajął się inżynier Szewczuk. Szewczuk działał nadal w Maniewiczach, gdzie zbierał interesujące nas informacje. Jako leśniczy często przebywał w terenie i wówczas spotykał się z nami.

3 4

OUN — Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, powstała jeszcze przed 1939 Ukraińska Główna Rada Wyzwoleńcza

Slipczuk wiedział, że inżynier pracuje dla partyzantów, mimo to nie zdecydował się wydać go. Być może obawiał się teraz, że Szewczuk, w wypadku aresztowania go, nie zechce milczeć i opowie o tym, jak to on, komendant policji, przyszedł do partyzantów i zaproponował im swoje usługi, a następnie zdradził tajemnice obławy, dzięki czemu nasz obóz mógł się szczęśliwie ewakuować z Krasnego Boru. Możliwe też, że po prostu bał się zemsty partyzantów. Ze względu na swoje rozległe kontakty z miejscową inteligencją ukraińską Szewczuk miał najłatwiejszą drogę dotarcia do kierownictwa UHWR-u. We wsi Okońsk mieszkał batiuszka pop Sukmański. Pop miał syna Fiodora, o którym wiedzieliśmy, iż znajduje się w Łucku, gdzie spełnia niepoślednią rolę w kierownictwie OUN. Szewczuk skierował więc swoje kroki do popa. Znali się od dawna i wizytę Szewczuka batiuszka przyjął ze szczerą radością: - Oj ty niewdzięczniku, zapomniałeś już, że to ja ciebie w naszej cerkwi chrzciłem - rzekł z wyrzutem pop. - Wszyscy mnie starego odstępują. Co za czasy nastały! - biadał. - Kiedyś, gdy Fiodor był w Okońsku, tyś zawsze znalazł czas, żeby odwiedzić nasz dom... - Wybaczcie, drogi ojcze - powiedział Szewczuk z pokorą. - Tyle kłopotów mam w domu, żona i dzieci stale chorują, pracy dużo... A tu jeszcze inne różne nieszczęścia... - Co ci takiego dolega? Słyszałem, że rzuciłeś robotę w Rejonowej Uprawie. Może Slipczuk ci wlazł za skórę? Przyznaj się. On gorąca dusza. Ale swój człowiek. - Ze Slipczukiem pokłóciłem się, to prawda. Ale to sprawa dawna. Teraz jest już między nami dobrze odparł smutno Szewczuk. - Mam gorsze kłopoty. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić... - Mów, może ci coś pomogę - zachęcał pop. - To sprawa poważna. Zagraża mojemu życiu i rodzinie - ciągnął dalej inżynier. - I mówiąc między nami dotyczy również was, ojcze. - Mnie? - zdziwił się batiuszka. - Cóż to może być takiego? Szewczuk wyciągnął z kieszeni niebieską kopertę, otworzył ją i podał popowi złożoną kartkę. Pop wziął papier w drżące ręce, nałożył okulary i zaczął głośno czytać: „Sztab partyzancki na Wołyniu poleca inżynierowi Szewczukowi nawiązać niezwłocznie kontakt z popem Sukmańskim, którego syn zajmuje odpowiedzialną funkcję w OUN. Szewczuk powinien wpłynąć na popa, aby ten zechciał porozumieć się z synem Fiodorem, a poprzez niego z centralą UPA w Łucku, w celu zorganizowania wspólnego spotkania przedstawicieli partyzantów z delegatami UPA. Chodzi o uzgodnienie szeregu problemów. Sztab partyzancki gwarantuje delegatom pełne bezpieczeństwo, gdyż nie uważa organizacji UPA za swoich wrogów. Sprawę należy załatwić w ciągu dziesięciu dni. Dalsze kontakty z inżynierem Szewczukiem będą utrzymywane tą samą drogą. W razie niespełnienia tego polecenia inżynier Szewczuk wraz z rodziną i pop Sukmański zostaną surowo ukarani. Podpisał: dowódca zjednoczenia partyzantów Diadia Pietia.” Batiuszka czytając ostatnie zdanie przełknął głośno ślinę. - Skąd pan to wziął, inżynierze? - spytał drżącym głosem. - Znalazłem w drzwiach, dwa dni temu. Pop obejrzał dokładnie kopertę.

- Ale przecież ktoś musiał pana dobrze znać, żeby przysłać ten list. - Nie ulega wątpliwości. Sęk w tym, że nie wiem kto. Od tamtej pory bez przerwy o tym myślę. Nie mogę spać w nocy. Głowa mało mi nie pęknie. W pierwszej chwili chciałem iść do Slipczuka, ale zastanowiłem się w porę. Przecież ci bandyci mogą spełnić swoją groźbę. Cóż dla nich znaczy przyjść nocą i rzucić przez okno granat do domu... Nie mogłem też sam o tym decydować. Tu jest przecież mowa i o was ojcze... - Bóg cię chyba ustrzegł przed tym lekkomyślnym krokiem - rzekł nerwowo pop. - Oczywiście, oni potrafią się mścić. Mało to naszych ludzi zabili? Dobrze, że przyszedłeś do mnie. Ale co tu można zrobić? - Właśnie... nie widzę żadnego wyjścia. - O co im chodzi? Przecież nasi w Łucku nie zechcą z nimi gadać - zastanawiał się pop. - I co powie Fiodor, kiedy dowie się o tym? Głupia historia. Szewczuk wzruszył ramionami. Pop podszedł do kredensu i wyciągnął karafkę z wódką i duże kieliszki. - W gardle mi zaschło. Napijesz się, mój drogi? - Chętnie - odparł Szewczuk. - Taki jestem roztrzęsiony. Pop rozlał wódkę i łapczywie wypił swoją. - To ci dopiero nieszczęście. No i co teraz robić? - Jestem zupełnie bezradny. Przecież nie możemy się tego podjąć, bo nasi ludzie i gestapo mogą nas posądzić, że mamy coś wspólnego z bandą. Pop drapał się przez chwilę w głowę. - Może masz i rację. Ale z drugiej strony oni grożą nam surową karą. Nie mam najmniejszej chęci dostać się w ich łapy. - Ani ja... - rzekł inżynier. - Poczekaj tu chwilę. Muszę się pomodlić. To mi przywróci spokój ducha. - Dobrze, ojcze. Pop wysunął się do przyległej izby zawieszonej gęsto świętymi obrazami. Inżynier słyszał dolatujące stamtąd pojedyncze słowa modlitwy. Modły batiuszki trwały może kwadrans, a może i dłużej. Kiedy wreszcie wrócił do swojego gościa, był zupełnie spokojny. - Mam... wszystko jest właściwie bardzo proste - powiedział, uśmiechając się szeroko. - Widzisz, wydaje mi się, że w tym całym liście nie ma nic podejrzanego. Po prostu oni chcą coś wyjaśnić... Wejść w porozumienie... Dlaczego mielibyśmy im utrudniać ten zamiar? Przecież nasze kierownictwo UHWR tylko o tym myśli, jak pozbyć się bolszewików... Niech sobie stąd idą. Może nasi dojdą z nimi do jakiegoś porozumienia w tej sprawie, a wtedy łatwiej damy sobie radę z Lachami. Co do podejrzeń ze strony naszych ludzi, to wydaje mi się, że Fiodor potrafi tę rzecz załatwić. On jest przecież w samej centrali...

- Jeśli tak myślicie, ojcze, to zgadzam się. Sam nic bym nie wymyślił. Tylko wy możecie uratować moje dzieci - zaczął mówić gorąco inżynier. - No więc dobrze. Wszystko się załatwi. Wydaje mi się, że Fiodor ucieszy się nawet, jak mu opowiem o tej historii. A teraz przestań się już martwić. Bóg ma nas w swojej opiece i włos ci z głowy nie spadnie. Wypijmy. * Pop miał słuszność. Kierownictwo UHWR na Wołyń już od dłuższego czasu pragnęło nawiązać rozmowy z radzieckim ruchem partyzanckim i teraz skwapliwie przystało na tę propozycję. Na początku marca w umówione miejsce przyjechali z Łucka - tam właśnie miało swą siedzibę kierownictwo UHWR-u - dwaj delegaci, przywożąc ze sobą pismo upoważniające ich do przeprowadzenia rozmów w imieniu UHWR-u. Z naszej strony na spotkanie to przybyli: Bryński, Kartuchin, Koniszczuk, Mahomet, Bazykin i ja. Obydwaj delegaci byli to ludzie młodzi, o inteligentnym wyglądzie, przyzwoicie ubrani. W ich zachowaniu widać było spokój i pewność siebie. Jeden z nich miał czarne wąsiki, które wyraźnie kolidowały ze znacznie jaśniejszymi włosami. Delegaci zajęli miejsca za długim stołem, naprzeciwko nas. Bryński nie zastanawiał się zbyt długo, od czego zacząć rozmowę. - Zapewne jest panom wiadomo, co się stało trzy tygodnie temu w Paroślach - powiedział spokojnie dowódca brygady. - Otóż wydaje nam się, że to straszliwe w skutkach wydarzenie powinniśmy wspólnie omówić. Żyjemy w dwudziestym wieku, a przecież to, co się stało w Paroślach, można jedynie porównać do wczesnego średniowiecza, świętej inkwizycji lub mordów popełnianych przez dzikie hordy Tatarów. Cóż zawinili spokojni mieszkańcy tej wsi, że tak okrutnie z nimi postąpiono? Twarz delegata z wąsikiem lekko poszarzała, a prawy policzek zaczął mu drgać od nerwowych skurczów. Drugi zasępił się i patrzył uważnie w oczy Bryńskiemu. Wykorzystując krótką przerwę, wtrącił nagle: - Tak, to wszystko prawda, ale przecież my nie mamy nic wspólnego z tym, co stało się w Paroślach. Jesteśmy zdumieni słysząc takie oskarżenie wysunięte przeciwko OUN. Jak nam wiadomo, zrobił to jakiś partyzancki oddział. Polacy w tej wsi podobno niechętnie przyjęli radzieckich partyzantów i dowódca tego oddziału zemścił się za to. Twarz Bryńskiego zrobiła się biała jak ściana. Koniszczuk zacisnął dłonie, aż palce zatrzeszczały mu w stawach. Jedynie Kartuchin, Bazykin i Mahomet zachowywali pozorny spokój: pierwszy patrzył uparcie w okno, drugi bawił się niebieskim ołówkiem, a Mahomet czyścił sobie paznokcie scyzorykiem. - Nie będziemy was przekonywali, że to, co mówicie, jest nieprawdą. Lepiej, jeśli to udowodni wasz człowiek - rzekł po chwili milczenia Bryński. Na te słowa Mahomet schował nożyk do kieszeni, wstał i wyszedł z izby. Delegaci popatrzyli niespokojnie na siebie. Po chwili do izby wszedł jeniec, którego wzięliśmy podczas walki z bandą. Mahomet wskazał jeńcowi wolne krzesło. - Opowiedzcie nam wszystko o sobie, kim jesteście, do jakiej organizacji należeliście, kto wami kierował i co robiliście w Paroślach... - rzekł łagodnie Bryński. Jeniec patrzył z zakłopotaniem na siedzących za stołem.

- Ja ne wynnyj, pane komandir - zaczął.-Ja prosty chłop z Omelna. Było nas w sotni ze wsi dziesięciu chłopa. Wszyscy mają rodziny, gospodarki. Pop nie dawał spokoju. Pójdziesz do cerkwi w niedzielę Bogu podziękować, a batiuszka czeka już przed drzwiami i szepce w ucho: „Zajdź, Stepan, do mnie po nabożeństwie. Ważne sprawy mam do omówienia”. Jak tu nie iść, kiedy pop prosi. Poszedłem. Pop wódką i plackami częstuje, klepie mnie po plecach i mówi: „Tak, mój kochany Stepanku. W złych czasach żyjemy. Wszędzie bieda i niedostatki. Wiem, że u ciebie w chacie też nie przelewa się”. „Tak, batiuszka, ledwie się opędzam od zgryzot - mówię. - A tu żona w połogu. Za miesiąc piąte dziecko przyniosę do cerkwi.” „No i co ty myślisz? Można tak dłużej cierpieć? - pyta batiuszka. - Bieda cię zeżre, a dzieci twoje z głodu będą przymierały.” „Taki już nasz los” - powiadam. „Głupiś, Stepanku, ciemny. Nic nie rozumiesz. I to jest twoje nieszczęście. Powiedz mi, ile masz teraz ziemi?” „Będzie cztery hektary, ale z tego połowa piachu.” „A twój ojciec, Borys, ile miał?” „Ojciec dziesięć. Ale bratu Iwanowi, jako starszemu, dostało się z tego sześć, i to bez piachów. Gdzie mnie do niego. On prawie pan” - mówię. „Jak wiem, to i u niego się nie przelewa - odpowiada batiuszka. - No, a twój dziad, Siergiej, też miał dziesięć hektarów?” „Ojciec mówił, że dziadek był panem całą gębą. Miał chyba ze dwadzieścia”. „No i co się stało z tą ziemią? Przecież dziad Siergiej miał tylko jednego syna, twojego ojca.” „Sprzedał panu dziedzicowi. Był tam jakiś proces i pan wygrał.” Pop zaczął się śmiać. „Mówisz, że przegrał proces. Oj, ty nieszczęsny! Widzę, że ciemnota odebrała ci rozum. Słuchaj, co ci powiem, i zapamiętaj to sobie dobrze. Te dziesięć hektarów pan zabrał twojemu dziadowi bezprawnie. Ta ziemia z dziada pradziada należała do was. Twój pradziad miał pięćdziesiąt hektarów, ale polski dziedzic zabrał mu siłą trzydzieści. Były sądy, ale pan wygrał. Po pierwszej wojnie światowej, kiedy tu nastała władza Lachów, jak robaków pozjeżdżało się w nasze strony różnych polskich osadników. Rząd dał im pieniądze, dawał im ziemię, a któremu było mało, skupywał od naszych ludzi. Wielkie podatki i bieda zmuszały naszych do wyzbywania się swojej ziemi. Powiedz mi, Stepan, czy to jest sprawiedliwe?” „Chyba nie. Ale gdzie biedny znajdzie sprawiedliwość?” „Głupiś. Właśnie dlatego wszyscy Ukraińcy cierpią, że są jak te psy, które pan kopie, a one się do niego łaszą. To całe nieszczęście, biedę, ciemnotę, różne choroby, przynieśli ze sobą Lachy. Kiedyś tego nie było. Ukraina była wtedy wolna. Każdy był panem na swoim. Czy ty chociaż wiesz, Stepan, co to jest wolność? Wolność to własna ziemia, nie cztery hektary, a dziesięć, dwadzieścia, wolność to szczęście i dobrobyt rodziny. To zniesienie podatków. To własne szkoły i urzędy. To swoje wojsko i rząd. Wszystko to można mieć. Tylko tacy jak ty muszą zacząć inaczej myśleć. Sam Bóg wszechmocny zlitował się nad cierpiącym narodem ukraińskim.

Właśnie teraz nadeszła chwila, żeby wszystko zmienić i zbudować samostijną Ukrainę. Trzeba tylko serca rozpalić.” Tak wtedy mówił. A za drugim razem powiedział mi już wprost, że w Łucku i Kołkach powstał nasz rząd, w skład którego wchodzą sami patrioci ukraińscy, że rząd ten tworzy ukraińskie wojsko. Ten, kto wstąpi do UPA, otrzyma po wyzwoleniu dziesięć i więcej hektarów ziemi pozostawionej przez Lachów i będzie zwolniony od wszystkich podatków. Batiuszka pop, żeby go połamało, zaczął mnie kusić: „Idź, Stepanku, póki jeszcze czas. Ci, którzy będą pierwsi, dostaną odpowiednią szarżę, będą brali dobytek Lachów”. Później obiecał pomoc przy gospodarce, miał mi przydzielić na miesiąc swojego parobka. W ten sposób mówił i do innych. Byli tacy, którzy bez żadnego namawiania szli, ale ja nie chciałem. Któregoś wieczora zaszli do mnie trzej obcy ludzie. Jeden z nich wyciągnął jakiś zapisany papier i odczytał na głos. Był to rozkaz Konotopczuka, komandira kurina z Kołek. Mówiło się w nim, że Stepan Stećko z Omelna rejonu stepańskiego jest powołany do UPA i zgodnie z tym powinien niezwłocznie stawić się do dyspozycji kurenia w Kołkach. Powiedziałem im, że teraz nie mogę zostawić rodziny i iść do Kołek, że może po wiosennych zasiewach. Wtedy ten, co czytał rozkaz, skoczył do mnie i uderzył mnie w twarz, a pozostali dwaj zaczęli mnie bić i kopać... Później wywlekli mnie z chaty i zabrali ze sobą. - To wszystko kłamstwo! Przecież to jawna prowokacja! - zawołał nagle delegat z wąsikiem. - UPA jest wolną organizacją i nikogo nie zmusza do tego, by służył w jej szeregach. Jeniec drgnął i zaczął się uważnie wpatrywać w twarz mówiącego. Po chwili podniósł się z krzesła, zbliżył się do stołu i szybkim ruchem dotknął twarzy delegata. Czarny wąsik zniknął z twarzy delegata i spadł na stół. - To jest on, sam kurinnyj komandir Konotopczuk! - zawołał jeniec. - Ty psie przeklęty! - krzyknął Konotopczuk, maskując zmieszanie. - Mówcie, Stećko, dalej... - zachęcał Bryński jeńca. Stećko był tak oszołomiony, swoim odkryciem, że przez dłuższą chwilę nie mógł mówić. Gdy wreszcie przyszedł do siebie, opowiedział nam, jak to w Kołkach przez dwa miesiące odbywał przeszkolenie wojskowe i polityczne i jaki przebieg miała masakra w Paroślach. Na zakończenie oświadczył, że sam nie czuje się winny przelewu krwi i poprosił o przebaczenie. - I co wy na to, panowie delegaci? - spytał Bryński. - Nie mamy tu nic do powiedzenia - odparł drugi delegat. - Przecież nasza UPA ma wytyczone cele, od których nigdy nie odstąpi. Będziemy uwalniać naszą ziemię od Lachów. Taki jest nasz program. - Sądzę, że wasze kierownictwo polityczne bierze pod uwagę istniejący stan rzeczy - mówił Bryński i liczy się z ogólnie przyjętymi zasadami cywilizacji. Ukraina Zachodnia leży w Europie... Świat patrzy na was. Rozpoczynając straszliwą w skutkach, morderczą rzeź Polaków, utrwalacie tym samym panowanie Niemców na Ukrainie. My żądamy od UPA zaprzestania tej barbarzyńskiej działalności. - Nie jesteśmy upoważnieni do decydowania o tych sprawach - rzekł Konotopczuk. - Kierownictwo UHWR upoważniło nas natomiast, żebyśmy zaproponowali partyzantom radzieckim opuszczenie terenów Wołynia i przejście na wschód. My nie wtrącamy się do was, ale są pewne granice. Chcemy,

żebyście zrozumieli, że tu nie będzie republiki radzieckiej, lecz samostijna, wolna Ukraina... To kazano nam powtórzyć. - O tych sprawach my również nie możemy decydować - odparł Bryński. - Ale to nie znaczy, że nie można omówić kwestii bieżących. Nie chcemy walki bratobójczej z Ukraińcami. Uważamy, że obecnie głównym celem dla nas wszystkich jest walka z niemieckim okupantem. Bazykin, który siedział dotychczas spokojnie, zaczął się denerwować. Odezwał się natychmiast, jak tylko Bryński skończył mówić: - Z tego, co tu słyszeliśmy, wynika, że UPA stawia nam warunki. A co zrobicie, jeśli my nie zechcemy się stąd wynieść i zostaniemy na Wołyniu, by prowadzić dalej walkę z Niemcami? - O tych sprawach decydować mogą tylko nasze władze centralne - odparł drugi delegat z uśmiechem. - Myślę, że niedługo będziemy mogli jaśniej przedstawić nasze poglądy. Przecież się jeszcze spotkamy... Nastała chwila ciszy. Delegaci zaczęli się ze sobą szeptem naradzać. Korzystając z okazji wtrąciłem: - Mówicie, że celem UPA jest wyzwolenie Ukrainy od Polaków. Czym wobec tego można wytłumaczyć fakt, że członkowie OUN i UPA mordują również swoich braci? Znamy dziesiątki wypadków, kiedy to mordowano rodziny naszych partyzantów narodowości ukraińskiej. Wiemy, że Ukraińcy byli oddawani w ręce Niemców tylko dlatego, że ktoś z ich rodziny był komunistą. Konotopczuk uśmiechnął się jadowicie. - Wiem, kim pan jest. Poznajemy to po pańskim akcencie. Zresztą tu, w tych stronach, wiele słyszeliśmy o Maksie. Dziwię się, że pan, Polak, orientujący się dobrze w ogólnej sytuacji, może zadawać nam takie pytania. Czy nie słyszał pan nic o tym, że i w Polsce istnieją zupełnie różne ugrupowania polityczne, które prowadzą walkę podziemną z Niemcami, a jednocześnie walczą ze sobą? - Tak, to prawda - odparłem zaskoczony nieco ich argumentami. - Ale mimo to Polacy, choć gryzą się między sobą, nie stosują tak barbarzyńskich środków, a co najważniejsze, nie wiążą się w tych swoich rozgrywkach ze wspólnym wrogiem - Niemcami. - To jest temat dyskusyjny. Polacy chcą wyzwolić się spod okupacji i mają tylko jednego wroga. My zaś walczymy o naszą wolność narodową, odebraną nam przed wiekami, i w tej walce mamy wielu wrogów do pokonania. Nie stać nas na to, by prowadzić wojnę na wszystkich frontach i dlatego zmuszeni jesteśmy tolerować tymczasem tych, którzy nie stają nam naprzeciw... - A więc, inaczej mówiąc, UHWR łączą więzy przyjaźni z hitlerowcami? - spytał Bryński. - Nic takiego nie powiedzieliśmy - odparł drugi delegat. - Wyjaśniamy tylko, że nie sposób pokonać na raz wszystkich wrogów, jeśli chce się osiągnąć swój święty cel, jakim jest wyzwolenie ojczyzny z niewoli... - Mimo to posiadamy dowody, że oddziały UPA są organizowane, uzbrajane i szkolone przez Niemców. - Nic o tym nie wiemy. UPA nie ma nic wspólnego z Niemcami. Nasze cele już wyjaśniliśmy... Chcemy tu nadmienić, że nie jesteśmy upoważnieni do decydowania o czymkolwiek. Przysłano nas po to, byśmy wysłuchali waszego zdania i przedstawili nasze poglądy - mówił znów Konotopczuk. - Sądzę, że

wywiązaliśmy się ze swego zadania. Wiemy, że w najbliższym czasie kierownictwo UHWR zwróci się do partyzantów radzieckich z oficjalną deklaracją. Tak nam powiedziano w kierownictwie. - Jeśli tak, to nie pozostaje nam nic innego, jak pożegnać panów delegatów i oczekiwać na oficjalny dokument - odparł Bryński. - Proszę przekazać swemu kierownictwu, że jesteśmy oburzeni zbrodniczą działalnością UPA i że nie możemy biernie przypatrywać się tym faktom... Na tym naradę zakończono. Konotopczuk i drugi delegat odjechali do Łucka, my zaś z niepokojem oczekiwaliśmy oficjalnej odpowiedzi. Wreszcie po tygodniu Słowik, który utrzymywał bezpośrednią łączność z Szewczukiem, przyniósł nam plik dokumentów, szczelnie opieczętowanych, nadesłanych z Łucka. Znaleźliśmy tam oświadczenie UHWR. Treść tego dokumentu brzmiała mniej więcej tak: „Będziemy prowadzić śmiertelną walkę z Polakami i bolszewikami, aż do zupełnego wyzwolenia się z niewoli. Oświadczamy, że każdą bandę bolszewików, działającą na naszych ziemiach, będziemy bezlitośnie tępić”. Z kolei UHWR starała się udowodnić w dokumencie swoje racje posługując się faktami z historii. Przyczyną dotychczasowych cierpień Ukraińców byli według nich Polacy i Rosjanie. Swoje przyszłe granice państwowe widziała UHWR na wschodzie aż po Kaukaz, a na zachodzie aż po Wisłę. Do dokumentu dołączono również osobisty list delegata, który wraz z Konotopczukiem przeprowadzał z nami rozmowę. Podpisał się on pseudonimem „Halicki” i donosił, że sztab partyzancki miał przyjemność i zaszczyt rozmawiać z samym dowódcą UPA na terenie całego Wołynia i Polesia i że była to nasza pierwsza i ostatnia rozmowa. Teraz będzie on rozmawiał z bolszewikami tylko za pomocą broni. Oprócz tego UHWR przysłała nam cały plik ulotek antypolskich i antyradzieckich. Ulotki te wzywały Ukraińców do ogólnej wojny, do masowego mordowania ludności wsi polskich i oddziałów partyzanckich. Zalecano stosowanie wszelkich środków zabijania, takich jak wbijanie na pal, rąbanie siekierami, piłowanie, palenie żywcem... Twierdzono, że tylko widok krwi wroga może rozpalić w Ukraińcach płomień świętej nienawiści. Wkrótce po otrzymaniu tych dokumentów dotarła do nas niepokojąca wieść, że w pobliżu Włodzimierca, w jednej z polskich wsi, banderowcy dokonali nowego mordu. Zabili siekierami około pięćdziesięciu Polaków. Fakt ten zmusił nas do niezwłocznego podjęcia kroków w celu zapobieżenia dalszym zbrodniczym czynom. Bryński zwołał naradę dowódców i aktywistów brygady, by wspólnie ustalić plan kontrakcji. Pierwszy zabrał głos Mahomet: - Posiadamy informacje, że w rejonie kraju partyzanckiego zaczynają się organizować banderowcy. Do różnych wsi przybywają tajni przedstawiciele kierownictwa z Kołek i Łucka i odbywają narady z mieszkańcami. Dostaliśmy wiadomość, że we wsi Wołczeck sołtys Kołbun wraz z sekretarzem Belukiem zbierają broń. Trzy dni temu wracająca z zadania grupa Butki została ostrzelana nocą pod Wołczeckiem. W Kościuchnówce zaobserwowano również, że przyjeżdżają tam nocami jacyś ludzie... Popi w cerkwiach nawołują do walki z Polakami i partyzantami... Przypomniałem sobie, że znam osobiście sołtysa Kołbuna i jego sekretarza. Jesienią ubiegłego roku, zaniepokojony współpracą sołtysa z Niemcami, odwiedziłem go pewnej nocy i zagroziłem mu śmiercią, jeśli się nie zmieni. Kołbun przestraszył się wtedy i nie tylko przyrzekł poprawę, ale dał nam nawet trochę broni, którą otrzymał od Niemców. Moi przyjaciele - Chwiszczuk, Borysiuk i Koniszczuk nie uwierzyli wówczas Kołbunowi i domagali się jego likwidacji, ale ja miałem na to inny pogląd.

- Zostawcie tę sprawę mnie - powiedziałem teraz. - Ja mam z Kołbunem dawne porachunki. Widzę, że źle zrobiłem darowując mu grzechy. Koniszczuk uśmiechnął się. - Tu chodzi nie tylko o Kołbuna. Są jeszcze zełeni. Oni też mogą nam zalać sadła za skórę. Niech się tylko dogadają z Niemcami. Już ich tam UPA znajdzie... - Musimy rozszerzyć kontrolę nad wsiami. Trzeba dać polecenie ludziom, niech pilnują wszystkich podejrzanych o kontakty z banderowcami - powiedział Bryński. - Warto spróbować wprowadzić swoich do ich organizacji. Wołczeckiem niech się zajmie Maks, zełenych też trzeba wziąć pod obserwację. Ale to nie wystarczy. Trzeba udzielić pomocy zagrożonym wsiom polskim. Grupy wyruszające na tory będą miały dodatkowe zadania, muszą organizować polską samoobronę. Należy zwoływać zebrania we wsiach i chutorach i wyjaśniać mieszkańcom konieczność zabezpieczenia się przed ewentualnymi napadami UPA. Niech gromadzą broń, instalują w każdej wsi sygnały alarmowe, wystawiają warty i tworzą ochronę złożoną z uzbrojonych ludzi. Mieszkańcy mniejszych chutorów i osad niech szukają schronienia w dużych wsiach, gdzie powstanie samoobrona. Broń zdobytą na Niemcach należy przekazywać komendantom samoobrony... Sprawami polskiej samoobrony będzie kierował Maks. Bryński skończył i z kolei zaczął mówić Chwiszczuk: - Pod Kowlem, we wsi Bielin, skąd pochodzę, mieszka nijaki Tymosz Gonczar, niemiecki agent i organizator UPA na tamtym terenie. Znam tego typa dobrze. Przed wojną, w 1932 roku, wstąpił do KPZU. Był nawet członkiem komitetu rejonowego. Nikt z nas, członków miejscowej organizacji partyjnej, nie przypuszczał, że jest on prowokatorem. Dopiero w grudniu 1935 roku, kiedy to policja rozstrzelała na terenie powiatu kowelskiego siedemdziesięciu pięciu ludzi, podejrzenie o zdradę padło na Gonczara. Stwierdziliśmy, że Gonczar utrzymuje w tajemnicy szerokie znajomości z członkami OUN-u i z policją. Wykluczyliśmy go wówczas z partii. Kiedy weszli Niemcy, Gonczar pierwszy zaofiarował im swoją współpracę. Utworzył w Bielinie faszystowską policję, aresztował komunistów i przekazywał ich gestapo. W grupie aresztowanych byłem również i ja. Na szczęście udało nam się uciec z więzienia... Chciałem go zlikwidować, ale tam w Bielinie są nasi ludzie. Między innymi jest Nakonieczny, który kieruje miejscową grupą dywersyjną. Gonczar go nie rusza, bo się boi mojej zemsty. Wie dobrze, że Nakonieczny to mój wierny towarzysz. Wczoraj dostałem wiadomość od Nakoniecznego, że Gonczar oficjalnie wstąpił do UPA. Podobno otrzymał nawet stanowisko politwichiwnika kurina5, który stoi w lasach skulskich. Sam Ostap wyznaczył go na to stanowisko. Myślę, że nadeszła pora, aby zlikwidować tego łajdaka... - Słusznie - poparł Chwiszczuka Bryński, - Właśnie takich organizatorów i kierowników UPA należy w pierwszym rzędzie likwidować. Mam propozycję, żebyście, towarzyszu Chwiszczuk, przygotowali większą grupę dywersyjną i poszli na kowelski węzeł. Otrzymałem informacje, że w najbliższym tygodniu przez Kowel ma przejechać jakiś bardzo ważny transport. Pociąg będzie się składał z opancerzonych wagonów osobowych. Dobrze byłoby, gdybyście trafili na niego, a przy okazji zajmiecie się Gonczarem. - Jeśli Maks nie ma nic przeciwko temu, mogę już jutro wyruszyć w drogę - odparł z zadowoleniem Chwiszczuk. Odpowiedziałem, że się zgadzam, i na tym naradę zakończyliśmy.

5

Odpowiednik zastępcy dowódcy batalionu do spraw politycznych.

* Zgodnie z wytycznymi Bryńskiego zabrałem się do rozpracowania i likwidacji banderowców w Wołczecku. Sama sprawa likwidacji nie nastręczałaby mi żadnych trudności, ale chodziło tu, o coś więcej, o zdobycie maksimum informacji dotyczących powstałej organizacji banderowskiej oraz o wybór najbardziej odpowiedniego momentu likwidacji. W Wołczecku pracowała nasza dobrze zakonspirowana grupa dywersyjna, którą kierował były członek KPZU Archip Sobecki. Kontakty z nim utrzymywaliśmy przez Kazika i Kraszewskiego. Teraz poleciłem Sobeckiemu, by za wszelką cenę postarał się wprowadzić do organizacji banderowskiej w Wołczecku swojego człowieka. Kazik przekazał mi wkrótce wiadomość, że taki człowiek już od miesiąca jest w miejscowym kierownictwie UPA i bierze udział w tajnych naradach. Nazywa się Wawrzyn Maksimczuk. Pewnej nocy spotkałem się w gajówce Słowika z Sobeckim. - Nie możemy dłużej zwlekać z likwidacją Kołbuna i jego szajki - powiedziałem. - Oni w każdej chwili mogą pójść do lasu. - To prawda. Maksimczuk twierdzi, że za jakieś dwa tygodnie grupa Kołbuna wybiera się do Kołek. Ostatnio coraz częściej pojawiają się u Kołbuna delegaci z kierownictwa UPA. Teraz oczekują wizyty jakiejś znacznej figury. Szykuje się ważna narada, w której wezmą udział wszyscy miejscowi banderowcy. - Trzeba koniecznie ustalić, kiedy będzie ta narada. - To nie jest takie łatwe. Oni są ostrożni. Kołbun nie dowierza nikomu. Terminy podaje do wiadomości w ostatniej chwili. - Powiedzcie Maksimczukowi, żeby czuwał. Kiedy dowie się szczegółów, niech niezwłocznie prześle meldunek przez Kazika. Czy wiecie, kto z Wołczecka weźmie udział w tej naradzie? - Jeśli nie zajdą jakieś zmiany, to oprócz Kołbuna będzie także jego zastępca, sekretarz Beluk Trofim, Iżykiewicz, Tytko, Czynek, nasz Maksimczuk, no i cała organizacja. Razem ze dwudziestu ludzi... Gdy Sobecki wyliczał nazwiska członków kierownictwa UPA, ja zapisywałem je w swoim notesie. - Czuwajcie teraz dniem i nocą - powiedziałem na zakończenie. - Myślę, że nadszedł odpowiedni moment do działania. Jeszcze tej samej nocy ściągnąłem w rejon lasów, między Wołczeckiem a Konińskiem, oddział partyzancki przeznaczony do likwidacji banderowców. Postanowiłem czekać tu na wiadomość od Maksimczuka, by w odpowiedniej chwili otoczyć miejsce narady i aresztować całe kierownictwo miejscowego UPA wraz z delegatem. Już trzecią noc czuwaliśmy ukryci w lesie. Partyzanci denerwowali się, bo przez cały czas nie jedli gorących posiłków. Nie wolno im też było palić ognisk, marzli więc wszyscy, szczególnie nocą. Tej trzeciej nocy szykowaliśmy się właśnie do snu, układając się jeden obok drugiego, jak nauczył nas nasz „Sybirak” Matwiejew, gdy przybył do mnie zaufany człowiek od Sobeckiego i Maksimczuka z wiadomością, że w domu sołtysa zbierają się na naradę banderowcy. Dosłownie w ciągu minuty oddział złożony z trzydziestu partyzantów był gotów do akcji. Na skraju lasu wydałem ostatnie dyspozycje. Postanowiłem otoczyć dom Kołbuna szczelnym pierścieniem, by nikt nie zdołał wymknąć się z okrążenia. Łącznik od Sobeckiego przekazał mi

dodatkową wiadomość, że zebrani na naradę ludzie nie mają przy sobie broni. Uzbrojony jest tylko wartownik stojący z karabinem przed domem, Kołbun, Beluk i przybyły delegat. Przewidywałem więc, że banderowcy nie będą stawiali oporu i bez strzału oddadzą się w nasze ręce. Wieś spała. Bezgwiezdna noc stwarzała doskonałe warunki do działania. Kołbun zastosował pewne środki ostrożności i wszystkie okna w swoim domu szczelnie zasłonił. Z początku wszystko szło sprawnie. Po upływie pół godziny od chwili ogłoszenia alarmu byliśmy już przy pierwszych zabudowaniach Wołczecka. Nagle we wsi zaczęły szczekać psy i musieliśmy przeczekać, aż się trochę uspokoją. Chłopcy zrozumieli, że muszą być znacznie ostrożniejsi. Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu zagrody Kołbuna, wysłałem dwóch zwiadowców, by obezwładnili wartownika. W pewnej chwili usłyszeliśmy strzał karabinowy, to wartownik zauważył zwiadowców i wystrzelił. Od razu rzuciliśmy się do przodu. Dzieliło nas już zaledwie dziesięć metrów od chaty, gdy zobaczyliśmy, że drzwi się otworzyły i na dwór wyskoczyło trzech ludzi. Partyzanci rzucili się za nimi w pogoń. Padły strzały. Drzwi momentalnie zatrzasnęły się. Ktoś strzelał teraz przez okno z wnętrza chaty. - Poddajcie się! Jesteście otoczeni! - krzyknął donośnie Borysiuk po ukraińsku. Nikt nie odpowiedział, ale przestano strzelać. - Jeśli się nie poddacie, spalimy dom... - Kto wy jesteście? - spytał jakiś głos. - Wyjdźcie, to porozmawiamy - odparł Borysiuk. Zapadła cisza. Po chwili w chacie rozległy się głosy. Wyglądało na to, że banderowcy sprzeczają się ze sobą. Po chwili znów usłyszałem jakiś głos. - Dobrze, wyjdziemy, ale nie strzelajcie. Nie wiecie, na kogo napadliście. - To się zobaczy - odparł Borysiuk. - Wychodźcie! Banderowcy sądzili, że zgrupujemy się w pobliżu drzwi i postanowili użyć fortelu. Kilku z nich miało rzeczywiście wyjść z chaty drzwiami, a całe kierownictwo, wraz z delegatem, zamierzało tymczasem wyskoczyć przez okno. Ale partyzanci czuwali. Właśnie wtedy, gdy drzwi otworzyły się i z chaty wysunęli się pierwsi banderowcy, z drugiej strony domu rozległa się seria z automatu, a potem jęki i przekleństwa... Reszta banderowców wyszła potulnie na podwórze. Związaliśmy im ręce i poprowadziliśmy ich w kierunku lasu. Po sprawdzeniu tożsamości wszystkich jeńców stwierdziliśmy, że delegat, którym był sam komendant kurina z Kołek, Konotopczuk, padł od serii z automatu w czasie próby ucieczki. Zginął też jeszcze inny banderowiec nazwiskiem Ostapczuk. Na pozostałych członków bandy sąd partyzancki wydał wyroki śmierci. Jedynie pięciu chłopów, którzy dotychczas najmniej byli zaangażowani w sprawy organizacyjne UPA, zwolniliśmy do domów. W tej liczbie był też oczywiście nasz Maksimczuk.

Tajemnica opancerzonego pociągu
Dochodziła północ, gdy Dymitr Chwiszczuk i Kolka Mustafa znaleźli się na skraju Bielina. Chwiszczuk tak dobrze znał tu każde drzewo i każdy kamień, że mógłby poruszać się po wsi nawet z zawiązanymi oczyma. Już pół roku Dymitr nie widział się ze swoim ojcem. Wprawdzie wiedział, co się z nim dzieje, utrzymywał z Bielinem kontakty przez łączników, ale takie wieści nie mogły zastąpić spotkania. W Bielinie, leżącym niemalże u wrót Kowla, działała placówka miejscowej grupy dywersyjnej pod kierownictwem Marki Nakoniecznego. Dymitr pamiętał, jak to przed 1939 rokiem bywał na zebraniach komórki partyjnej, której przewodził Marko. Nakonieczny był bardzo odważny, ale zawsze potrafił zabezpieczyć należycie każdą akcję organizacji partyjnej. I teraz także, działając pod samym bokiem siedziby giebietskomisariatu hitlerowskiego i centrali gestapo w Kowlu, poruszał się niby niewidzialny, groźny duch. Zdarzało się dość często, że patrolujące ulice Kowla grupki żandarmów ginęły nocą bez żadnego śladu. Bywały wypadki, że znikali niemieccy wartownicy stojący przed budynkami urzędów i koszar. Niewidzialna ręka wsuwała miny zegarowe do składów i magazynów, do kotłów parowozów, pod biurka hitlerowskich dygnitarzy. I wszystko to robił Marko, będąc pod nieustanną obserwacją swego największego wroga Gonczara. Ileż to razy Marko chciał zlikwidować tego zdrajcę, który z takim zapamiętaniem wysługiwał się Niemcom. Powstrzymywała go jedynie obawa przed zemstą ludzi Gonczara - policjantów z Bielin. Gonczar rozpowiadał na prawo i lewo, że jeśli kiedykolwiek stanie się z nim jakieś nieszczęście, będzie to sprawka Nakoniecznego i Chwiszczuka. Teraz jednak nie można już było dłużej zwlekać. Gonczar był obecnie jednym z głównych organizatorów UPA w rejonie kowelskim, człowiekiem o wiele bardziej groźnym niż poprzednio. Trzeba go więc było za wszelką cenę zlikwidować. Właśnie z tym, między innymi, poleceniem Dymitr i Kolka zmierzali do chaty Nakoniecznego, stojącej pod samym lasem. Za pomocą umówionego sygnału obudzono gospodarza, który uchylił bezszelestnie drzwi i wpuścił oczekiwanych gości. Marko nie zapalał w mieszkaniu światła, lecz poprowadził przybyłych do piwnicy, gdzie płonęła naftowa lampa. Nakonieczny był to barczysty mężczyzna lat pięćdziesięciu o łysej czaszce. Ujrzawszy w świetle lampy Chwiszczuka ucałował się z nim serdecznie, po czym przywitał nieznanego mu Kolkę „Mustafę”. - Dobrze, żeście przyszli - rzekł Marko patrząc przyjaźnie na Dymitra. - Już sam chciałem się z nim załatwić. Kto wie, czy nadarzy się jeszcze okazja. On rzadko teraz pojawia się w Bielinie. - Wydaje mi się, że trzeba to zrobić bardzo ostrożnie. Przecież nie możemy cię narażać. Masz żonę i syna, a poza tym są tu jeszcze nasi ludzie - Wydnik, Kalczuk i inni... Oni też mają rodziny. Zlikwidowanie tego szubrawca może pociągnąć za sobą nieobliczalne skutki. - Ale co tu można wymyślić? - spytał zafrasowany Marko. - Już się nad tym nieraz głowiłem i nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Może ty coś podpowiesz? - Ty masz lepsze koncepty niż ja - odparł z uśmiechem Chwiszczuk. - Nie darmo mówi się u nas: „Jeśli nie wiesz, jak to zrobić, idź do Marki na przeszkolenie”. Mustafa zaśmiał się cicho i potwierdził skinieniem głowy.

- Trochę mnie za wysoko oceniacie. Robię, co mogę, ale głową muru nie przebiję. Właściwie to mam jeden pomysł, ale do tego potrzebny jest ktoś, kto dobrze zna się na minierce. - Mów. Mamy takich specjalistów, co z granatów z moździerza gotują gulasz. - Chwiszczuk mrugnął wesoło do Kolki. - Nie kpij, Dymitr - żachnął się Nakonieczny. - Nie czas na żarty. - Wcale nie kpię. Spytaj Kolki. Mamy całą fabryczkę min, które robimy z bomb i różnych innych niewypałów... A coś ty myślał, skąd my bierzemy miny, które od nas otrzymujesz? Kolka to też niezły specjalista w tym rzemiośle. - A więc doskonale się składa. Widzicie, chodzi o to, że Gonczar ma w domu cały magazyn broni; dwa pistolety maszynowe, karabin i z dziesięć granatów. Wszystko to zawsze leży u niego na stole. Kiedy wychodzi rano z domu, zabiera ten cały arsenał ze sobą. Gdyby tak spróbować przerobić granat, a później można by go było zamienić na jeden z jego granatów... - E, to się da zrobić - odparł z błyskiem w oczach Kolka Mustafa. - Ale kto zamieni granat? - spytał Dymitr. Marko uśmiechnął się. - Anton Rabenko. On tam czasem chodzi do niego. Niby to po sąsiedzku. Porozmawiają, wypiją szklankę bimbru, poklną na komunistów i Gonczar myśli, że ma w Rabence przyjaciela. A potem Anton przekazuje mi wszystko to, czego się dowie od Gonczara. - Czy tylko Rabenko zechce się zająć tą sprawą? - Już mu o tym mówiłem. Nie mieliśmy tylko wtedy odpowiedniego granatu. Teraz mam taką typową sztukę - Marko wyciągnął z jakiegoś zakamarka granat z drewnianą rączką i podał go Kolce. - Wyobraź sobie, że Rabenko dokładnie zbadał każdy granat Gonczara. Jeden na przykład jest trochę zardzewiały, tak samo jak ten. Gonczar za każdym razem częstuje Antona bimbrem, po który musi iść do komory. W tym czasie Rabenko może wymienić granaty... Właśnie jutro Gonczar wraca do domu na cały dzień. - A nie mówiłem, że tylko ty możesz wpaść na taki dobry pomysł? - rzekł Dymitr klepiąc Nakoniecznego po plecach. - Nic w tym pomyśle nadzwyczajnego nie ma - odparł Marko, wyciągając woreczek z tytoniem i częstując gościa. Zapalili. Kolka zaczął coś manipulować przy granacie, a Dymitr poinformował Markę, że przybył tu z całą grupą piętnastu minierów w celu wysadzenia specjalnego pociągu, który idzie z Berlina na wschód. Zależało mu na tym, by przyjaciel posłał kogoś do Kowla, do Emila Gryczmana, który miał ustalić, czy wytypowany pociąg znajduje się już na stacji w Kowlu i kiedy wyrusza w dalszą drogę. Jeszcze tej samej nocy Dymitr odwiedził swego ojca. Przed świtem spotkał się z Kolką, którego zostawił w domu Nakoniecznego, żeby skończył robotę przy granacie. - No i co, dałeś sobie radę? - spytał go Dymitr.

- Nie takie się rzeczy robiło. Ale swoją drogą, ten Marko to dzielny człowiek. Siedzi w samym gnieździe os i jeszcze działa. My w lesie możemy przynajmniej spać spokojnie. - To prawda... Wracając do lasu, gdzie zostawili swoich współtowarzyszy, Dymitr i Kolka myśleli o zadaniu, jakie mieli wypełnić. Dymitr obawiał się, czy pociąg nie wyruszył z Berlina wcześniej niż planowano. Wprawdzie dane o nim przesłano z „Wielkiej Ziemi” i na pewno były dokładnie sprawdzone, ale przecież często zdarzało się, że niemal w ostatniej chwili Niemcy zmieniali swoje decyzje. Wiadomo było, że pociąg ma przybyć następnej nocy do węzłowej stacji w Kowlu, że po dwunastogodzinnym postoju w Kowlu pojedzie do Sarn i że Niemcy, zanim przepuszczą ten ważny transport, sprawdzą najpierw bezpieczeństwo przelotu na odcinku Kowel - Sarny. Dlatego też tor należało zaminować dosłownie na chwilę przed wyruszeniem transportu z dworca kowelskiego. Było to przedsięwzięcie niezwykle trudne i ryzykowne. Chwiszczuk nie miał żadnej gwarancji, czy Gryczmanowi uda się uzyskać dokładne dane o czasie wypuszczenia pociągu i czy on sam zdoła w biały dzień, w tak krótkim czasie, zaminować tor kolejowy i mostek położony w odległości dwóch kilometrów od stacji. Całe to przedsięwzięcie było niezwykle ryzykowne. Trzeba było przecież działać niemal na oczach miejscowych ludzi, w każdej chwili mogli się również pojawić Niemcy. Poza tym przebywanie w okolicy tak dużego miasta, gdzie mieściły się garnizony Niemców i własowców, zagrażało bezpieczeństwu grupy, nawet już po ewentualnym wykonaniu zadania. Ale przecież rozkaz dowódcy brygady był wyraźny: „Trzeba wysadzić transport kolejowy o dwa kilometry na wschód od Kowla, w miejscu gdzie tor kolejowy przechodzi przez most”. * Następnego dnia około szóstej rano Gryczman przyszedł w wyznaczone miejsce na południowy skraj lasu, ciągnącego się aż po linię kolejową Kowel - Sarny. Z tej strony nie było tu wiele ludzkich domostw, gdyż cały teren zalegały błotniste łąki, porośnięte kępami krzewów. Gryczman przyniósł Chwiszczukowi ważne wiadomości. Okazało się, że pociąg z Berlina przyszedł na dworzec w Kowlu około północy i że w związku z tym transportem zrobił się duży ruch na stacji. Ściągnięto do jego ochrony całą kompanię żandarmerii i pluton gestapo. Wydano rozkaz, by żaden z pracowników stacji nie zbliżał się do pociągu na odległość bliższą niż sto metrów. Nikt nie znał godziny odjazdu pociągu ze stacji w Kowlu. Wiadomo było tylko, że o godzinę wcześniej wyruszy specjalny pociąg kontrolny. Gryczman, który od dawna zajmował się zbieraniem informacji o ruchu transportów na węźle kowelskim, twierdził, że podobne ceregiele robi się tylko w związku z jakimś bardzo ważnym transportem. Pociąg kontrolny miał się składać z parowozu i trzech wagonów napełnionych piaskiem. Ustaliliśmy więc, że natychmiast po przejściu pociągu kontrolnego trzeba umieścić minę na mostku kolejowym w pobliżu osiedla podmiejskiego Wrzosy. Do południa nie zaobserwowano pociągu kontrolnego, siedzieliśmy więc wszyscy bezczynnie i partyzanci zaczęli się denerwować. Jedynie Kolka Mustafa próbował rozładować napiętą atmosferę opowiadaniem niesamowitych historii o swoich przodkach, w które nikt nie wierzył, ale które w innych sytuacjach powodowały wiele wesołości i śmiechów. - A najwięcej zmartwień przysporzył mojemu prapradziadkowi Turek Mustafa, którego wziął do niewoli - opowiadał Kolka. - Do namiotu, w którym kwaterował wraz z tym wysoko urodzonym Turkiem, zaczęły wkrótce przybywać urodziwe Turczynki i błagać go, by uwolnił ich męża.

Najpierw pojawiła się młoda, może osiemnastoletnia dziewczyna o cudownych kształtach, pięknych czarnych oczach i hebanowych włosach. Ujrzawszy swego pana w niewoli rzuciła się na ziemię i zaczęła czołgać się w jego stronę jak wąż. A Mustafa, wyobraźcie sobie, łajdak jeden, odtrącił ją butem. Dziewczyna rzuciła się z płaczem do nóg mojego prapradziadka i dalej go obejmować, całować i prosić, by uwolnił jej ukochanego. Mój prapradziadek, który miał miękkie serce i nie mógł patrzeć na cierpienia tak boskiej kobiety, postanowił już uwolnić gburowatego Turka, gdy do namiotu wsunęła się inna Turczynka. Mówię wam, co to był za rarytas! Prapradziad patrzy i oczom nie wierzy... Znów powtarza się ta sama scena. Mustafa odtrąca z pogardą drugą żonę... A potem zaczęły wchodzić do namiotu następne jego żony, jedna piękniejsza od drugiej... I każda płacze i prosi o uwolnienie jej męża... Prapradziad za głowę się chwyta. Co za niesprawiedliwość - myśli - na tym święcie... Sto najpiękniejszych kobiet kocha jednego starego dziada... Bo Turek był już stary, łysy i pomarszczony jak jabłuszko. „Słuchajcie, piękne rusałki - mówi mój prapradziadek. - Uwolnię waszego męża, jeśli powie, którą z was najbardziej kocha”. Turek słucha zdziwiony i milczy pogardliwie. „A więc same widzicie, że on żadnej z was nie kocha - mówi prapradziadek. - Jest okrutny i pyszny i nie zasługuje na waszą miłość. Wracajcie więc do swego haremu”... - Kolka skręcił papierosa, zapalił go nieśpiesznie, chcąc spotęgować ciekawość słuchaczy, ale Chwiszczuk nie pozwolił mu dalej opowiadać. - Zostaw, Mustafa. Zdaje się, że słychać parowóz. Partyzanci leżeli wzdłuż toru, po jego południowej stronie, gdzie las niemal dotykał linii kolejowej. Po przeciwnej stronie było grząskie bagnisko. Wszyscy zwrócili teraz głowy w kierunku stacji. - Mów, Kolka, dalej, wcale nie słychać pociągu - odezwał się Moniek Berensztajn. - Wkrótce wojna się skończyła i... W tym momencie wszyscy usłyszeli przeciągły gwizd na stacji i zaraz rozległo się charakterystyczne dudnienie pociągu. W niespełna pięć minut przed samym nosem partyzantów wolno przejechał oczekiwany pociąg kontrolny. - Moniek, bierz minę! Kolka niech ubezpiecza z prawa - rzucił Chwiszczuk. Momentalnie zrobił się ruch. Trzy sylwetki oderwały się od skraju lasu i popełzły na tor. Grupka Mustafy, złożona z siedmiu ludzi, przesunęła się nieco w prawo. Praca przy minowaniu mostku trwała najwyżej dziesięć minut. Założono dziesięciokilogramową minę z zapalnikiem naciskowym. Nie było potrzeby specjalnego maskowania jej. Chwiszczuk nie odchodził jednak ze skraju lasu, oczekiwał na wynik akcji. Teraz nikt nie odzywał się już do siebie ani słowem. Jeszcze wciąż słychać było jadący powoli w kierunku Sarn pociąg kontrolny, gdy na stacji w Kowlu zagwizdał następny pociąg. Chwiszczuk sprawdził zegarek. Od chwili wyruszenia „kontrolnego” minął zaledwie kwadrans. Ale się szwaby spieszą - pomyślał. - Widocznie obawiają się niespodzianek. Dobrze, żeśmy się tak prędko uwinęli. Pociąg zbliżał się szybko. Nagle wyskoczył zza lasu. Jeden rzut oka na tor wyjaśnił Chwiszczukowi wszystko. To nie był pociąg, którego oczekiwał, tylko drugi kontrolny.

A więc wszystko przepadło - pomyślał Chwiszczuk z rozpaczą. - Cała akcja na nic. Chciał rzucić się do mostku i ściągnąć minę, ale było już za późno. Parowóz pchający przed sobą dwa wagony z piaskiem był już prawie na mostku. Dymitr wcisnął twarz w ziemię. Wybuch targnął powietrzem... Kiedy Dymitr znowu spojrzał na mostek, sterczała tam jedynie kupa złomu. Chwiszczuk ściągnął partyzantów z posterunków i udał się na wschód w rejon lasów. Tu zgodnie z umową miał się spotkać z Gryczmanem i Marką w pobliżu wsi Radoszyna... Nakonieczny już czekał. Był pokrwawiony, ubranie miał w strzępach. - Co się stało? - spytał Chwiszczuk. Marko zaczął opowiadać.

Gonczar przyjechał do domu około południa. Marko jeszcze z rana wtajemniczył Rabenkę w zamiar zlikwidowania zdrajcy i wręczył mu przygotowany przez Mustafę granat. Rabenko zgodził się wykonać zadanie i gdy tylko Gonczar pojawił się we wsi, niezwłocznie udał się do niego „z wizytą”. Wszystko odbyło się według planu. Rabenko wykorzystał odpowiedni moment i zamienił granat. Przed wieczorem, gdy Gonczar szykował się już do wyjazdu, nastąpił wybuch. Momentalnie w domu zdrajcy pojawili się policjanci. Żona Gonczara, która została ranna, powiedziała im, że mąż jej sam spowodował nieszczęśliwy wypadek. Policjanci, którzy byli ślepo przywiązani do komendanta, natychmiast przypomnieli sobie jego słowa: „Nakonieczny to nasz wróg, on tylko czyha na moje życie. Pamiętajcie, jeśli stanie się ze mną coś złego, bierzcie tego zbója”. Nie wahali się długo. Natychmiast pospieszyli do chaty Marki. Nakonieczny zobaczył ich przez okno, ale wiedział, że nie ma sensu zaczynać z nimi walki. Policjantów było trzech, a na odgłos strzałów przybyłby tu cały posterunek złożony z dziesięciu ludzi. - Zbieraj się, stary zbóju! - krzyknął rudy drab Hryćko Pawluk, który pełnił obecnie obowiązki komendanta policji w Bielinie. - Przyszła twoja pora... - Czego chcecie ode mnie? - spytał Marko spokojnie. - Zaraz się dowiesz. Chodź z nami! - warknął Pawluk mierząc do Marki z nagana. Dwaj policjanci przyskoczyli i chwycili Nakoniecznego pod ręce, a Pawluk przyłożył mu pistolet do pleców. Prowadzono go do lasu. - Słuchaj, Pawluk, gdzie ty mnie, starego, ciągniesz? Nic ci nie zawiniłem. Nikomu nie włażę w drogę. Czego chcesz? - Marko próbował nawiązać z policjantami rozmowę. - Gonczar nas dobrze uświadomił. Wiemy, komu służysz. Teraz, kiedy on, biedny, nie żyje, zrobimy z tobą co potrzeba... - Przecież nie zabiłem Gonczara, co mi do niego... - Jeżeli nie żyje, to tak, jakbyś go sam zabił. Zawsze nam to mówił... A zresztą, co tu z tobą gadać... - Gdzie mnie prowadzicie? - spytał Marko.

Policjanci zaśmiali się. - Zaraz zobaczysz! - powiedział Pawluk. Las był już o kilka kroków. Marko wiedział, że tu, zaraz na brzegu, zabiją go. Przywiążą pewno do pnia, po czym zastrzelą albo zakłują bagnetami. Marko był mocny jak tur. Kiedyś, jeszcze w czasach młodości, potrafił wsunąć się pod konia i unieść go na plecach w górę. Jak piórka dźwigał dwukorcowe wory ziemniaków. To było dawno, a teraz... Nagle jego potężne piersi i ramiona napięły się i rozprężyły z błyskawiczną szybkością. Policjanci trzymający go pod ręce, odpadli od niego niczym dojrzałe jabłka od jabłoni, a Marko skoczył przed siebie. Padł strzał, lecz siłacz był już wśród drzew. W lesie panował mrok. Marko uderzył głową o jakiś niewidoczny pień i przewrócił się. Poderwał się na równe nogi, ale jeden z policjantów już go dopadł i chwycił za marynarkę. Marko machnął pięścią i policjant runął z jękiem. Tymczasem dwaj pozostali uczepili się go niby rozwścieklone psy. Marko bił na prawo i lewo nie zważając, że trafia czasami w twarde pnie. Pawluk nie strzelił więcej. Bał się, że w tej bezładnej kotłowaninie trafi w swego. Niebawem dwaj policjanci leżeli nieprzytomni na ziemi. Marko z Pawlukiem chwycili się za bary. Policjant upuścił nagan. Szamotanina trwała krótko. Wkrótce Pawluk zaczął błagać o litość: - Nie zabijaj, Marko, daruj.... Marko puścił go, wstał i ciężko dysząc ruszył w las... Nie mógł już wrócić do wsi. Postanowił przyłączyć się do oddziału partyzanckiego. * - No pewno, że musisz teraz iść z nami - rzekł Chwiszczuk, wysłuchawszy opowiadania przyjaciela. Chwała Bogu, że żyjesz. Będziemy też musieli pomyśleć o twoich... - dodał po chwili, wiedząc, co trapi Markę. - Ich też zabierzemy do oddziału... Marko od razu rozpogodził się. Bał się o swoją rodzinę, przeczuwał, że policjanci zechcą się na niej mścić. - A nam się nie powiodła robota - mówił teraz smutno Chwiszczuk. - Niemcy nas wystrychnęli na dudka. Zamiast transportu wysadziliśmy parowóz z pustymi wagonami. Niech to diabli wezmą! Jak ja się teraz pokażę w brygadzie! Emil też nie przychodzi, a obiecał być o szóstej rano... Co tu teraz robić? - A ja wam mówię, że niepotrzebnieśmy tu przyszli - wtrącił Moniek Berensztajn. - Niemcy na pewno nie puszczą tego transportu przez Sarny. Musieliby najpierw naprawić most i usunąć zator, a to jednak potrwa. Ja myślę, że wypchną go teraz przez Równe i że trzeba zaminować tamten tor... - Słusznie mówi - poparł go Mustafa. - Jeśli ten pociąg jest taki ważny, to musi na czas dotrzeć na front. - Przypuśćmy, że macie rację. Ale kto mi zaręczy, że znowu nie powtórzy się podobna historia jak wczoraj - odpowiedział rzeczowo Dymitr. - Teraz oni będą jeszcze ostrożniejsi. - To można przecież jakoś załatwić - Moniek miał najwidoczniej gotową koncepcję. - Ze stacji w Kowlu do rozwidlenia torów na Sarny i Równe jest tylko trzy kilometry. Pociągi wloką się do tego miejsca jak ślimaki. Wystarczy, żeby Gryczman, kiedy już zorientuje się, że wyrusza właściwy transport, wysłał do nas kogoś na rowerze. Chyba na chwilę przed odjazdem pociągu będzie już wiedział... - Masz, bracie, słuszność - poparł go Mustafa.

- Tak, ten pomysł jest niezły. Tylko, co się dzieje z Emilem? Czyżby mu się coś stało? Jak gdyby w odpowiedzi na to pytanie na polance pojawił się Emil. Chwiszczuk wyszedł mu naprzeciw. - Całą robotę diabli wzięli! - rzekł, gdy się przywitali. - Trzeba zaraz iść na linię w kierunku Równego - oświadczył Gryczman. - Do południa ten transport ma odejść z Kowla... Dymitr powtórzył Emilowi projekt Berensztajna. Ustalono, że partyzanci udadzą się niezwłocznie na tory, a Gryczman przyśle do nich w odpowiedniej chwili jednego z braci Krzysztofowiczów, którzy pracowali razem z nim w parowozowni i należeli do organizacji. Wybór padł na odcinek torów położony w rejonie pojedynczych domków, rozrzuconych w pobliżu drogi wiodącej z Kowla do wsi Kołodeżno. Tory ułożono tu na dość sporym nasypie, po obydwu stronach torów rozciągały się błotne rozlewiska. Partyzanci postanowili, że w razie pomyślnego wykonania zadania uniemożliwią Niemcom zorganizowanie sprawnej ewakuacji rozbitych wagonów i naprawę torów. W tym celu należało w odpowiednim czasie, już po przejściu transportu, umieścić bliżej Kowla dodatkową minę i taką samą minę na drugim torze prowadzącym do Równego. Wiadomości, które uzyskał Emil Gryczman, okazały się nieścisłe. Transport aż do wieczora tkwił na stacji. Niemcy co pół godziny wysyłali kontrolne parowozy z wagonami napełnionymi piaskiem, a po szosie, która biegła w pobliżu toru, kręciły się bez przerwy pojedyncze samochody wypełnione żandarmerią. Grupa Chwiszczuka podzieliła się na trzy podgrupki, które rozlokowały się w odległości około pół kilometra jedna od drugiej. Chwiszczuk leżał z pięcioma ludźmi w krzakach za małym pagórkiem. W pewnym momencie ze stacji znowu wyruszył pociąg. - Pewnie kontrolny - powiedział Chwiszczuk. - Co jest, do czorta, czy oni czasami nie zrezygnowali z tej linii? Moniek zaniepokoił się. - Być może. W takim razie pomyliłem się... I znów chłopaki będą mi docinali... - Nie gadaj głupstw. Oni nie mogą go puścić tamtym torem. Na pewno pójdzie tędy.... Moniek był jednak nadal w fatalnym humorze. Jakoś nie wiodło mu się podczas tej akcji. Nieraz już chodził na tory z grupami minierskimi i zawsze chwalono go za sprawność i odwagę. Każdy dowódca grupy chętnie brał go ze sobą na zadanie. A tym razem już podczas marszu wszyscy się na niego złościli. Wszystko to przez te cholerne buty, które zdobył na Niemcu w walce pod Powórskiem. Po co je wkładał na nogi? Były co najmniej o dwa numery za duże i wyglądał w nich jak kot w butach. Ale przecież nie mógł stale chodzić w samych owijaczach. Każdy z chłopaków nosił buty, a on musiał chodzić boso, bo stopy miał małe, niemal dziecinne. A swoją drogą te wstrętne buciska dały mu się we znaki. Stale zsuwały mu się z nóg, kłapały i szurały z takim łoskotem, jakby stado dzików przedzierało się przez gąszcze. Co chwila musiał przystawać na drodze i poprawiać onuce. A koledzy się tymczasem wściekali. Rozmyślania Mońka przerwał jakiś szelest na szosie. Przyjechał łącznik od Gryczmana, Chwiszczuk wyskoczył z krzaków. - Idzie! Do roboty! - rzucił pospiesznie przybyły.

Cała grupa pobiegła na tor. Nie warto już było maskować miny. Zresztą nie było na to czasu. Ledwie zdołali założyć ładunek i wrócić na miejsca, gdy w oddali ukazał się pociąg. Oczekując z biciem serca na rezultat akcji partyzanci przylgnęli szczelnie do ziemi. Tylko Moniek nie miał zamiaru chować się przed niebezpiecznymi odłamkami. Postanowił wdrapać się na pagórek i obserwować chwilę wybuchu, żeby nic nie uronić z udanej akcji. - Co ty robisz, wariacie?! - zawołał Chwiszczuk dostrzegłszy Mońka na górce. - Nic. Stąd będę wszystko widział - odparł ze spokojem Berensztajn. Chwiszczuk podpełzł do niego i ściągnął go za nogi z pagórka. W tym samym momencie ogłuszająca detonacja targnęła powietrzem, rozległy się trzaski i huki, to poszarpane wagony spadały z nasypu. W górze wirowały kawałki stali i drzewa, przelatywały ponad głowami partyzantów lub padały tuż obok nich. Kiedy chłopcy wysunęli się z ukrycia, oczom ich ukazał się imponujący widok: Na torze, spiętrzone jeden nad drugim, stały trzy osobowe wagony, czwarty wagon, oderwany od reszty, palił się rzucając wokół czerwone blaski. Ciężki parowóz, który spadł z nasypu, zarył się pionowo w błoto i ugrzązł w nim niemal do połowy. Trzy pozostałe wagony również pławiły się w żółtej mazi błocka, z rozbitych okien wypełzały postacie Niemców, którzy jęczeli i wzywali pomocy. Czas był teraz zbyt drogi, by można go było lekkomyślnie marnować. Należało zmiatać, zanim z Kowla wyruszy niemiecka obława. Grupa Chwiszczuka puściła się biegiem w kierunku wschodnim, gdzie niebawem spotkała się z drugą grupą, która miała zadanie zaminowania toru od strony Równego. Tutaj zaczekano na kolegów nadciągających od strony Kowla. Ledwie partyzanci zdołali wejść do lasu ciągnącego się na północny wschód od wsi Kołodeżno, na szosie biegnącej równolegle do toru pojawiły się niemieckie samochody. * Jeszcze dwa razy tej nocy rozległy się na torach wybuchy. To wyleciały w powietrze zdążające na miejsce wypadku pociągi techniczno-ewakuacyjne z Kowla i Równego. Niemcy wychodzili wprost z siebie, aby jak najszybciej udzielić pomocy ofiarom wysadzonego pociągu. Transport ten bowiem zawierał cenny ładunek: pięciu hitlerowskich generałów ze sztabu armii, kilkudziesięciu wyższych oraz ponad trzystu młodszych stopniem oficerów. W opancerzonych wagonach znajdowały się oprócz tego bardzo ważne, tajne dokumenty i mapy sztabu armii. Sprawną akcję ratunkową uniemożliwiał jednak niedogodny teren: błotne rozlewiska po obydwu stronach toru, brak dojścia do miejsca wypadku. Patrole żandarmów rekwirowały chłopskie podwody w okolicznych wsiach. Jeden z tych patroli zawitał również do zagrody starego Chwiszczuka w Bielinie. Staruszek jeszcze nie spał. Słyszał wybuchy i drżał, by podczas tej akcji nie przytrafiło się Dymitrowi jakieś nieszczęście. Żandarmi wpadli do mieszkania Chwiszczuków jak oszaleli: potrącając staruszka kolbami, zmusili go do wyjścia na dwór. Oto i mój koniec. Dymitr, mój syn, jest w nieszczęściu, a teraz będą się mścili na mnie - myślał wychodząc z domu. Tymczasem dwaj żandarmi popchnęli go w stronę stajni. Tu kazali mu niezwłocznie wyprowadzić konia i zaprząc do furmanki. Sami pomagali w założeniu uprzęży, a potem wsiedli na furę i polecili

jechać „co koń wyskoczy”. Staruszek nic już z tego nie rozumiał. Dlaczego każą mu jechać w stronę Kołodeżna zamiast do Kowla? Aha - zaświtała mu myśl. - Oni organizują obławę. Głupcy, wydaje im się, że Dymitr siedzi na miejscu i czeka, aż się pojawią i wezmą go. A może go schwytali? Boże, odpędź tę myśl. Nie pozwól, by stało mu się coś złego - zaczął szeptać drżącymi wargami. Niebo jaśniało już na wschodzie, gdy furmanka starego Chwiszczuka dobiła do Kołodeżna. We wsi było już ze czterdzieści podwód i kręciło się kilkudziesięciu Niemców. Od strony torów znoszono rannych i kładziono ich na furmanki. Byli to oficerowie niemieccy, utytłani w błocie, okaleczeni, bez rąk i nóg. Jakiś oficer podbiegł do furmanki Chwiszczuka i rzucił parę słów do żandarmów, którzy już zdążyli zeskoczyć na ziemię i chwycili leżące na ziemi nosze. Oficer popchnął Chwiszczuka w kierunku bagniska. Niemcy szli tuż za nim. Znał to bagnisko doskonale. Wiedział, że błoto jest tu głębokie co najmniej po pas. Niebawem spostrzegł wywrócone wagony i tarzających się w mazi Niemców. Usłyszał wrzaski, przekleństwa i jęki. Chwiszczuk szedł powoli, z trudem wyciągając nogi z błota, zważał, by się nie przewrócić. W końcu wszyscy zatrzymali się w pobliżu jednego z wagonów. Z wnętrza tego wraka wydobywały się jęki. Niemcy chwilę nasłuchiwali, po czym oficer zawołał: - Herr General! Ze środka nikt nie odpowiadał, ale jęki nie ustawały. - Herr General! Herr General! Znowu cisza. Żandarmi i oficer zaczęli się naradzać ze sobą. Wreszcie oficer rozkazał jednemu z żandarmów wdrapać się do środka wagonu. Ale okazało się, że to nie takie proste. Najpierw trzeba mu było pomóc wydobyć się z błota, a następnie podsadzić w górę. Niemcy wyglądali jak nieboskie stworzenia, również Chwiszczuk, którego zmuszono do pomocy, utytłał się cały w błocie. Może po upływie minuty z okna wagonu wysunęła się głowa żandarma. - Herr Oberleutnant! Schnell! Schnell! - wołał. - Hier ist Herr General! Z kolei podsadzono oficera. Niedługo przez rozbite okno wysunęły się zakrwawione nogi w generalskich spodniach. Obydwie stopy były zmiażdżone. Oficer wołał coś zza okna, ażeby ostrożnie brać rannego. Ułożono go na noszach. Niemcy wyskoczyli z wagonu i wszyscy ruszyli z powrotem. W dziesięć minut później złożono generała na furmance Chwiszczuka. Od razu zrobiono mu zastrzyk i ruszono w kierunku Kowla. Ranny, który dopiero teraz odzyskał przytomność, zaczął wypytywać oberleutnanta, co się takiego stało. Kiedy dowiedział się prawdy, łzy pociekły mu po pomarszczonych policzkach. Na szosie stała wojskowa sanitarka. Niemcy kazali zatrzymać furmankę i zabrali się do przenoszenia rannego do samochodu, ale generał już nie żył. Kiedy zdjęto ciało z furmanki, stary Chwiszczuk zaciął konia batem i odjechał w stronę domu.

* Bilans akcji pod Kowlem był imponujący. W rezultacie wysadzenia transportu wiozącego sztab jednej z niemieckich armii zginęło ponad sześćdziesięciu starszych i młodszych oficerów, w tym ośmiu pułkowników i dwóch generałów. Ponad stu pięćdziesięciu Niemców odniosło cięższe i lżejsze rany. Spłonęły tajne dokumenty i plany operacyjne sztabu armii. Wkrótce po przeprowadzeniu tej wspaniałej akcji dywersyjnej nadszedł z Moskwy radiogram, w którym zawiadamiano, że decyzją Rady Najwyższej Dymitr Chwiszczuk otrzymał Order Czerwonego Sztandaru. Innym partyzantom również przyznano wysokie odznaczenia. Na liście nagrodzonych znalazłem się również i ja. Za całokształt swojej działalności bojowej na Wołyniu otrzymałem Order Lenina.

Głód
Szliśmy prawie całą dobę bez odpoczynku. Chłopcy ledwie już powłóczyli nogami, ja sam też goniłem resztkami sił. Byliśmy nie tyle zmęczeni, ile wyczerpani głodem. Od dwóch dni nie mieliśmy prawie nic w ustach, bo musieliśmy omijać z daleka wsie i osady, gdzie grasowały bandy UPA, i kryć się w lasach. Butko był wściekły. - Maks, zatrzymamy się. Na prawo jest jakiś chutor... skoczę z chłopcami i przyniosę coś do żarcia... - Ani się waż. Tam właśnie mogą być banderowcy... - Kiedy nie można wytrzymać. Kiszki marsza grają, a tam gotują właśnie śniadanie. - O, jezioro widać pod lasem. Co to by była za rozkosz - Wasia Ziemskow już łykał ślinę - ryb trochę nałapać. Zupkę można by zrobić tak po syberyjsku... - Czy wy nie rozumiecie, że nie możemy się tu zatrzymywać? Pocierpcie jeszcze trochę. Przed południem będziemy w Konińsku. Ugotujemy sobie smaczny obiad. A jak tam nasz baran? - spytałem oglądając się do tyłu. - On też ma już dość tej drogi - odparł Kraszewski, który prowadził na sznurku barana. Baran był wielki i kudłaty. Chłopcy zobaczyli go, jak pasł się na łące pod lasem o pięć kilometrów stąd, i nie wytrzymali. Wyrwali kołek z ziemi, do którego był uwiązany, i zabrali go ze sobą. Byli bardzo głodni i liczyli na to, że w lesie pozwolę im rozpalić ogień i upiec zdobycz. Nie mogłem się jednak na to zgodzić. Okolica była bardzo niebezpieczna i w każdej chwili mogliśmy się natknąć na banderowców. Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Widziałem, że wszyscy uparcie wpatrują się w nieszczęsnego barana, jak gdyby chcieli go pożreć żywcem. Koło jedenastej ukazały się pierwsze zabudowania Konińska. Chłopcy od razu poczuli przypływ sił i maszerowali teraz na wyścigi... Głód był częstym naszym towarzyszem. Bywało, że idąc na zadanie braliśmy ze sobą tyle sucharów i mięsa suszonego, że powinno nam wystarczyć na cały okres akcji. Potem okazywało się, że wzięliśmy za mało i że trzeba wstępować na posiłki do napotkanych po drodze wsi. Nie zawsze było to bezpieczne, szczególnie gdy znajdowaliśmy się z dala od bazy. Mieliśmy już sporo smutnych doświadczeń. Nasi ludzie wstępujący do nie znanych wsi wpadali często w zasadzkę i ginęli.

Po śmierci Fiodora rozkazałem ludziom, by omijali takie wsie, gdzie było dużo upowców. Rozkaz ten nie dotyczył oczywiście partyzanckiego kraju, ale w rejonie, który podlegał naszej kontroli, i tak nie bardzo się można było pożywić. Już dawno Niemcy ogołocili go z żywności. Odbierane Niemcom kontyngenty nie zawsze nam wystarczały. Wsie wspierały nas, jak mogły, ale, jak to mówi przysłowie, z pustego dzbana nie nalejesz. Bywało też, że część zdobytej na wrogu żywności albo inwentarz oddawaliśmy najbiedniejszym wieśniakom. Niejeden gospodarz we wsiach Optowa, Konińsk i w innych pasł trzodę otrzymaną od partyzantów. Jednym słowem, z żywnością było teraz na przednówku tak ciężko, że nie stawiałem oporu, kiedy chłopcy „sprzątnęli” z łąki barana. Zatrzymaliśmy się u rodziny Barańskich, dobrych naszych znajomych, którzy współpracowali z brygadą. Włodek Barański chodził z nami nawet czasem na różne bojowe zadania. Jego rodzina złożona z żony i kilkorga dzieci żyła bardzo ubogo. - Nie mamy w domu nic oprócz kartofli - powiedziała jakby z zawstydzeniem żona Barańskiego. - Nie szkodzi. Wystarczą ziemniaki. Chłopcy, rąbnijcie tego baranka - rzekłem do partyzantów. - On już gotowy - wyjaśnił pośpiesznie Chwiszczuk. - Butko oprawia go na podwórku. Gospodyni uśmiechnęła się blado. - To wstyd dla mnie, że przychodzicie w gościnę ze swoim - powiedziała, zabierając się do obierania ziemniaków. - Daj, mama, pomożemy, będzie szybciej... - oświadczyłem. Chłopcy powyciągali swoje koziki i zabrali się ochoczo do roboty. Na kuchni pojawiły się dwa wielkie sagany, do których Butko wrzucił kawały ciepłego jeszcze mięsa. Woda w garnkach parowała, a niedługo zaczęła bulgotać. Wczepiliśmy się oczami w sagany, jak zahipnotyzowani. Nikt nic nie mówił. Zastanawialiśmy się teraz nad ważnym problemem: ile czasu potrzeba na ugotowanie zupy? Butko kręcił się wciąż koło kuchni i zaglądał w gary, jak gdyby obawiał się, że tak upragniona zupa może się przypalić lub po prostu wyparować. Gospodyni odpędzała go, ale bez skutku... W pewnej chwili drzwi otworzyły się i do izby wszedł Słowik. Jego czerstwa, opalona na brąz twarz, z czerwonymi rumieńcami jak u młodej dziewczyny wiejskiej była lśniąca od potu. - Maks... - Kazik z podniecenia nie mógł mówić. - Maks, Niemcy! Jadą... z miasta do Maniewicz na rekwizycję... Chcą sobie urządzić święta Wielkanocne.... - Gdzie ich widziałeś? - Na skraju miasta. Byłem w nadleśnictwie i tam się dowiedziałem. Skoczyłem zaraz na rower. - Alarm! - krzyknąłem. Chłopcy zaczęli niechętnie sięgać po broń. Kilku z nich rzuciło się najpierw do kuchni. Kozikami wyciągali z saganów kawałki twardego jeszcze mięsa i połykali je łapczywie. Za chwilę biegliśmy już co sił w nogach w kierunku Maniewicz. Chodziło o to, by osiągnąć wyspę zarośli w pobliżu drogi, zanim nadjadą Niemcy. Po dziesięciu minutach dopadliśmy krzaków. Na trakcie, od strony miasta, turkotały już furmanki. Zdążyliśmy.

Chłopcy byli wściekli. Wszyscy myśleli o tym, że zupa na pewno jest już gotowa. Furmanki natarczywie dudniły w uszach... Niemcy przeważnie szli pieszo, obok furmanek, i rozglądali się niespokojnie wokoło. Zachowywali się niczym złodzieje, skradający się nocą w ciemnym korytarzu, pełni obawy, że oślepi ich nagły blask światła... Ci, którzy siedzieli na furmankach, również niespokojnie lustrowali drogę. Niemcy bali się. Od dawna już starali się nie opuszczać swoich posterunków w mieście. Ze swoich budynków, w których stacjonowali, zrobili całe fortece. Dawno już minęły dobre czasy, kiedy mogli bezkarnie poruszać się nie tylko po mieście, ale również po wsiach i chutorach. Skończyło się szabrowanie drobiu, jajek i masła. Pozostał jedynie żołnierski fasunek. Ale teraz nadchodziły święta Wielkanocne. Jakże obejść się bez smacznego udka gęsiego, jak spędzić święta bez jajek? A intendentura była głucha na takie zapotrzebowania. Jajek ani gęsiny nie przydzielała. I oto Niemcy postanowili przełamać strach i zrobić wyprawę. - Chłopcy, rąbać ile wlezie! - krzyknąłem wzdłuż linii. Rozhukała się strzelanina. Bębniliśmy po szeregach długimi seriami. Niemcy padali na ziemię, kryli się w przydrożnych rowach. Jednakże dzieląca nas odległość była zbyt duża i nasze serie szły przeważnie „panu Bogu w okno”. Nie liczyliśmy zresztą na to, że zrobimy tu ze szwabów jatkę. Chodziło tylko o postraszenie ich i o zmuszenie do tego, by zaniechali wyprawy i wrócili do miasta. Nas było tylko dziesięciu, a ich cała kompania. Kiedy sformowali szyk do kontrataku, daliśmy za wygraną i puściliśmy się z powrotem. W niecały kwadrans wróciliśmy. Zupa jeszcze się nie ugotowała. Baran okazał się diabelnie twardy. Co za męki przeżywaliśmy czekając na upragniony posiłek. Wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać, kazaliśmy gospodyni nalewać zupę. Zasiedliśmy wszyscy do wielkiej miednicy, w której mieściła się zawartość jednego sagana i zaczęliśmy jeść, parząc sobie usta wrzątkiem. I nagle - co za utrapienie! - któryś z chłopców, pełniących wartę na dworze, wrzasnął złowieszczo: Niemcy! Nikt się nie ruszył. Myśleliśmy, że chciał nas tylko nabrać. My wyskoczymy z chaty, a on tymczasem się naje. Niemcy rzeczywiście jechali drogą w kierunku wsi. Nie spodziewali się widocznie spotkania z nami, bo zatrzymali się zdumieni. Na furach sterczały białe szyje gęsi, kwiczał prosiak. A jednak obrabowali wieś Maniewicze. Ale dlaczego wracają okrężną drogą? Zagotowało się w nas ze złości. Znów bezładna pukanina. Niemcy szykowali się do ataku. Postanowili widać za wszelką cenę przebić się przez wieś i tą drogą dotrzeć do miasta. W tym miejscu, na odkrytym polu, mogli nas łatwo pokonać. - Cofać się! - krzyknąłem. - Do lasu! Barańscy z nami. Niemcy nie strzelali. Zorientowali się widać, że nie chcemy im przeszkadzać w marszu i zaniechali ataku. Ze względu na bezpieczeństwo rodziny Barańskich nie pozwoliłem chłopcom ostrzeliwać się. Niemcy, zadowoleni z takiego obrotu sprawy, czekali cierpliwie, aż znikniemy w lesie. Co za niesamowity dzień - myślałem, żując kęs baraniny, który wsunąłem odruchowo do kieszeni. Butko klął bez przerwy:

- Pfu, szwaby parszywe! Hitlerowskie pomioty! - Przerwał na chwilę, bo zobaczył, że ja coś żuję. - Daj Maks, kawałek... Oderwałem kawałeczek mięsa i podałem mu. Ledwo przełknął i znów zaczął kląć Hitlera i jego bandę. Niemcy jakoś nie ruszali się z miejsca. Ze skraju lasu widzieliśmy dobrze, jak kilku z nich weszło do domku Barańskich. - Jeszcze gotowi zeżreć nam obiad! - warknął przez zaciśnięte zęby Ziemskow. - Jak nic zeżrą nam obiad. Ach wy sukinsyny! - Butko porwał się z miejsca i popędził w kierunku wsi. - Stój, gdzie lecisz?! - zawołałem. - Zabiją cię! Butko opamiętał się i zawrócił. Nie minęło nawet pięć minut, jak niespodziewanie z drugiej strony wsi gruchnęły strzały. Wśród Niemców na drodze zapanował ruch, również ci, którzy weszli do domu Barańskich, wypadli na dwór jak oparzeni. Strzelanina wciąż rosła. Niemcy również zaczęli się ostrzeliwać. Nagle rozległ się krzyk „hura!” i Niemcy, którzy byli bliżej furmanek, powskakiwali szybko na wozy i popędzili w stronę miasta. Reszta rozproszyła się na brzegu wsi. Coraz to padały granaty. Z tej odległości nie można było rozpoznać, kim są ludzie, którzy zaatakowali Niemców. Przypuszczaliśmy, że to któryś z naszych oddziałów, słysząc poprzednią pukaninę, przybył nam z odsieczą. Gdybyśmy chcieli wziąć teraz udział w walce, musielibyśmy biec w stronę wsi. Nie wiedzieliśmy jednak na pewno, kto zaatakował Niemców, a ponadto mieliśmy już dość tego bezsensownego strzelania. Chciało nam się jeść i spać. Po kwadransie walka ucichła. Niemcy usunęli się z Konińska, ale ci, którzy ich napadli, zostali. Obserwowaliśmy, jak kręcą się po wsi. I znów kilku z nich weszło do chaty Barańskich. - Co za pech cholerny! - klął Butko. - Maks, walimy tam, bo teraz oni zeżrą nam obiad. Pobiegliśmy. Już z daleka poznaliśmy naszych. Była to grupa dywersyjno-bojowa pod dowództwem Krywyszki, która w tym samym czasie co my wyruszyła na zadanie bojowe. - No, jak tam, chłopcy? - spytałem partyzantów. - Wspaniale, towarzyszu dowódco. Niemcom daliśmy po d... i uciekli. - Gdzie Krywyszko? - W tamtej chacie... - jeden z partyzantów wskazał nam domek Barańskich. Miałem złe przeczucie. Chłopcy w ponurym milczeniu szli za mną. Przy stole siedziało z piętnastu partyzantów. Drewnianymi łychami zagarniali naszą zupę. Butko zajrzał do saganów: były puste. - Wyobraź sobie, Maks... - Krywyszko śmiał się od ucha do ucha - Niemcy żarli tu obiad... - urwał nagle, zobaczywszy moją minę. - Wynoście się stąd natychmiast! - wrzasnąłem groźnie.

Chwile smutku i radości
Kazik Słowik wstał tego dnia trochę później. Był to pierwszy dzień Wielkanocy. Ubierając się powoli, patrzył w okno. Na dworze pyszniła się wiosna. Obserwując ścieżkę, biegnącą od traktu maniewickiego do swego domku, spostrzegł na niej jakiegoś człowieka jadącego rowerem. Nieznajomy był w mundurze leśnika. Co też go tu niesie w świąteczny dzień? - pomyślał Kazik wychodząc przed dom. - Dzień dobry, panie Słowik. - Dzień dobry. - Teraz dopiero Słowik poznał przybyłego. Był to leśniczy z nadleśnictwa nadstyrskiego, z którym kilka razy spotkał się na odprawie w maniewickim nadleśnictwie. Leśniczy uścisnął mu rękę. - Na pewno zdziwił się pan, że do pana przyjechałem. - Gość w dom, Bóg w dom - odparł Kazik z uśmiechem. - Proszę do mieszkania... - Zajechałem po drodze... - leśniczy jakby się usprawiedliwiał. - Byłem wczoraj na odprawie w Maniewiczach... A pan jeszcze nie wie, co się wczoraj stało? - spytał siadając przy stole. Żona Kazika, Irka, która akurat szykowała śniadanie, odwróciła się od kuchni i popatrzyła niespokojnie na leśniczego. - Nic nie wiem - odparł Kazik, stawiając na stole butelkę z bimbrem. - Nie chciałbym być złym zwiastunem... Ale to dobrze, że wstąpiłem do pana... - No więc, co się stało? - Wczoraj, w czasie odprawy, Niemcy otoczyli nadleśnictwo. Wyciągnęli Szewczuka. Szukali też gajowego Kleszcza i... - I... mnie - uzupełnił Kazik blednąc. - Tak. I pana, panie Słowik... - To bydlaki! Co oni chcieli? - Nic nie wiadomo. Ktoś tam mówił później, że chodzi o współpracę z partyzantami. To zarzucali Szewczukowi... Ale Szewczuk jest przecież w przyjaźni ze Slipczukiem... Tamten zrobi wszystko, żeby go zwolnić... - Niech pan w to nie wierzy. Slipczuk to świnia... - Kazik był tak zdenerwowany, że aż drżały mu ręce. Irka patrzyła na niego przerażona. - Boże, Boże, co teraz będzie?! - zaczęła rozpaczać matka Kazika. - A cóż ma być, mamo? - odpowiedział siląc się na spokój. - Przecież nic mi nie mogą zrobić... Mam czyste sumienie... - Oni się tam nie będą pytać, winien nie winien. Mało to ludzi zabili?

- Nie można jednak ryzykować - rzekł stanowczo leśniczy. - Będzie znacznie lepiej, jeśli się pan gdzieś ukryje. W Maniewiczach nic powinien się pan teraz pokazywać... - Może i ma pan rację - odparł Kazik. - To są zbrodniarze... - Tak mi przykro, że akurat w świąteczny dzień przyszedłem z taką nowiną... Chyba już pojadę leśniczy wstał. - Niech pan chociaż coś przekąsi i wypije - poprosił Kazik. - Jakoś dam sobie radę, gdyby przyszli... Psiakrew, szkoda Szewczuka... To był porządny człowiek. - Może go zwolnią... - powiedział leśniczy. - No to wypijmy za szczęśliwy powrót Szewczuka! - rzekł Kazik. - No, a co z Kleszczem? - spytał po chwili. - Nic na razie nie wiem. Nie było go na tej odprawie. Chcę właśnie teraz wstąpić do niego. Kazik odprowadził leśniczego przed dom i podziękował mu serdecznie. W domu tymczasem zakotłowało się. Żona i matka szykowały mu żywność i ubranie na drogę, ojciec wyciągał ze skrytki broń. Kazik postanowił ukryć się w lesie i zaczekać na wyjaśnienie sytuacji. Nie było wątpliwości, że aresztowanie to wiązało się z przynależnością Szewczuka do oddziału partyzanckiego. Ale kto mógł go sypnąć? Czyżby Slipczuk odważył się na takie ryzyko? Szewczuk nieraz wspominał, że jeśli zostanie aresztowany, powie o zdradzie Slipczuka, jakiej się dopuścił wobec Niemców podczas obławy. Przed wieczorem wróciły z miasta żona i matka Słowika. Całe miasto wiedziało o aresztowaniu inżyniera Szewczuka, wszyscy twierdzili, że jest to robota Slipczuka. Następnego dnia rano przyjechał do gajówki Słowika woźny z nadleśnictwa. Chciał się zobaczyć z Kazikiem. - Męża nie ma - powiedziała Słowikowa. - A o co chodzi? - To sprawa do męża... - Jestem przecież jego żoną. Jak wróci, to mu powtórzę. - Zaczekam - powiedział woźny i rozsiadł się na krześle. Słowikowie kręcili się niespokojnie po izbie. Wiedzieli przecież, że Kazik nie wróci do domu bez ich wezwania. W końcu ojciec wysunął się na dwór i poszedł do lasu... Kazik zdecydował się osobiście pomówić z woźnym. - Dzień dobry. Co tam takiego pilnego macie do mnie? - spytał wchodząc do izby. - Panie Słowik, musi pan zaraz jechać do nadleśnictwa... - To się jeszcze zobaczy... No, a co się tam stało? - Nic takiego, tylko pana inżyniera Szewczuka aresztowali i wywieźli do Kowla... - A któż mnie tam potrzebuje? - Tego ja nie wiem.

- Nie pojadę do Maniewicz... Słuchaj, staruszku - Kazik spojrzał w oczy woźnemu. - Wracaj z powrotem i powiedz, żeś mnie nie zastał... Wyjechałem do Kołek... - Jakże to tak? Mnie powiedzieli, żebym sam nie wracał, tylko z panem... - Powiedzieli, powiedzieli... To co, że powiedzieli. Przecież wam mówię, że się macie wytłumaczyć... - Pan musi jechać - oświadczył woźny. Kazik od dawna już czuł niechęć do tego człowieka. Stary woźny był zawsze ponury, nigdy na żaden temat nie zabierał głosu, ale za to bardzo pilnie podsłuchiwał, co mówili inni. - Słuchajcie, co wam powiem - rzekł ze złością Kazik. - Wy jesteście uparci jak kozioł, ale nie przeciągajcie struny. Widzicie, co ja tu mam? - wyjął z kieszeni pistolet i podsunął staremu pod nos. Woźny drgnął. Oczy zrobiły mu się okrągłe. - Adyć weźcie to... już wszystko wiem... do Kołek, to do Kołek... Co mi tam... - Woźny wciągnął czapkę na głowę i prędko opuścił izbę. Kazik zabrał swoje manatki i przyszedł do oddziału. W dwa tygodnie później otrzymaliśmy wiadomość, że Szewczuk poniósł męczeńską śmierć w kowelskim gestapo. Niemal równocześnie z tym Slipczuk został udekorowany przez gebietskomisarza niemieckim Krzyżem Żelaznym. Otrzymał też dodatkowy urlop. * Do ziemianki wszedł kapitan Tynow. Był tak zmieniony, że ledwie go poznałem. Głową miał obwiązaną jakąś brudną szmatą. - Co wam się stało, kapitanie? - spytałem. - A Butko gdzie? - Nieszczęście, towarzyszu dowódco... Wielkie nieszczęście... Nie ma ich... Pomordowani... Cała grupa dostała się w zasadzkę banderowców... - mówiąc to Tynow słaniał się na nogach. - Gdzie to się stało i kiedy? - spytałem szybko z nadzieją, że może się jeszcze uda wysłać odsiecz. - Dwa dni temu. Ledwie się tu przywlokłem. To było już niedaleko Rożyszcz, pod wsią Gliniszcze. W lesie sporządziliśmy minę i chcieliśmy w nocy iść na tor. Mieliśmy do toru ze cztery kilometry. Wieczorem, kiedy podeszliśmy pod Gliniszcze, ze wszystkich stron opadli nas banderowcy. Zaczęliśmy się ostrzeliwać, ale ich było z dziesięć razy więcej. W ciemnościach chłopcy pomieszali się z bandą. Słyszałem, jak Butko krzyczał „Ratujcie się, kto może!” Jakiś banderowiec dopadł do mnie i zamierzył się toporem. Strzeliłem mu prosto w łeb, ale inny bandyta skoczył mi na plecy. Przewróciliśmy się obydwaj, w końcu udało mi się powalić go na brzuch i wyrwać mu z ręki nóż, którym dźgnął mnie w głowę. Tego też zastrzeliłem. Później ukryłem się w krzakach. Walka zaraz ucichła. Słyszałem już tylko głosy banderowców. Chwalili się, że wszystkich naszych chłopców wybili... - To niesłychane - powiedziałem ze zdziwieniem - żeby Butko, taki dzielny i sprytny dowódca, dał się w ten sposób zaskoczyć. Było was chyba ze dwudziestu ludzi... Czyżby wszyscy zginęli? - Do samego rana przesiedziałem w lesie. Myślałem, że się może z kimś spotkam, ale nie... Zawróciłem więc do bazy... Wieść o tragicznym zakończeniu wyprawy dywersyjnej do Łucka błyskawicznie obiegła całą bazę. Wszyscy martwili się losem naszych ludzi i klęli banderowców, którzy obecnie stali się dla nas bardziej niebezpieczni niż Niemcy.

Minęło dwa tygodnie. Pewnej nocy obudził mnie jakiś ruch w obozie. Natychmiast otworzyłem oczy, bo usłyszałem, że ktoś powiedział głośno: „Pfu, sukinsyn, tchórz!” Miałem wrażenie, że śnię. Przecież to był głos Wasi Butki. Jeszcze nie zdołałem wciągnąć na siebie marynarki, gdy drzwi do ziemianki rozwarły się szeroko i ujrzałem wesołe oblicze Waśki. - Wasia, ty żyjesz? - Wyciągnąłem ręce i objąwszy go za szyję ucałowałem serdecznie. - Żyję, a dlaczego miałbym nie żyć? - spytał Wasia wyswobodziwszy się z mojego uścisku. Po czym poprawił czapkę i stanął na baczność. - Towarzyszu dowódco oddziału. Grupa wypełniła zadanie. Trzy transporty wroga wyleciały... - Jakże to? - przerwałem mu. - Przecież pobili was pod Rożyszczami. Sam wysadziłeś te transporty?... - Dlaczego sam? Z ludźmi. Ach, to ten tchórz Tynow naplótł głupstw. Już mi tu mówili chłopcy. Pfu, jego trzeba pod sąd oddać. Pod Rożyszczami, owszem, spotkaliśmy jakąś bandę bulbowców, ale popędziliśmy ich i uciekli. Pięciu żeśmy zabili, a Tynow od razu gdzieś się zapodział. Szukaliśmy go, ale znikł jak kamfora. - To drań! - powiedziałem. - Wszystkich nas zmartwił i oszukał. Kazałem adiutantowi przynieść gąsiorek bimbru i zakąskę. Tej nocy z radości upiłem się razem z Butką. Tynowa odesłaliśmy za karę do kwatermistrzostwa: rąbał tam drwa, obierał jarzyny i sprzątał teren obozu.

„Skoczek z Londynu”
Któregoś ranka wrócili wysłani po żywność ludzie. Starszy lejtenant Wasilenko, który dowodził tą ekspedycją, był w doskonałym humorze. - Jesteśmy! - zawołał do mnie wyszczerzając w uśmiechu białe jak śnieg zęby. - Ale zuchy! Patrzcie, ile to żarła przywieźli! - dziwiłem się oglądając siedem sań wypełnionych świniami, beczkami z masłem i workami z kaszą i cukrem. - Skąd to wziąłeś? - spytałem Wasilenkę. - Dostałem w podarunku od polskiego dziedzica z Czerwiszcz. - Kłamiesz, stary. Pewno jakiś niemiecki magazyn obrabowałeś. - Mówię prawdę. Od polskiego dziedzica dostałem. Wódką nas poczęstował, a później zaprowadził do chlewa i kazał rżnąć po kolei wszystkie świnie. Żałował tylko, że mamy tak mało podwód, więc dał dworskie sanie. A Niemców jak klął! Słyszałem już poprzednio od okolicznej ludności, że dziedzic z Czerwiszcz, Stanisław Maciejewski, to poczciwy człowiek, a przy tym dobry patriota. Z drugiej jednak strony dochodziły mnie wieści, że Maciejewski utrzymuje dość zażyłe stosunki z pewnym niemieckim oficerem, który przyjeżdża do niego w odwiedziny z Kowla. To dziwne zachowanie się dziedzica Maciejewskiego wzbudziło moją nieufność do niego. Tym bardziej zastanawiające było to, co usłyszałem od Wasilenki, który wychwalał postawę dziedzica z Czerwiszcz.

W tej chwili nie wiedziałem jeszcze, że już wkrótce zetknę się z tym człowiekiem w bardzo niecodziennych okolicznościach. Historia ta zaczęła się w sztabie brygady. Zastanawialiśmy się tam, jak rozszerzyć partyzancką sieć wywiadowczą. Centrala na Białorusi, która utrzymywała kontakt z Moskwą, żądała od nas wielu informacji o charakterze wywiadowczym. Nam samym też potrzebne były różne dane, dotyczące Niemców i ich działalności na Wołyniu. Z chwilą śmierci Aleksandra Nierody straciliśmy najcenniejsze źródło informacji. Aleksander przez długi czas pracował w kowelskim gestapo i na bieżąco przekazywał nam wszelkie uzyskane wiadomości. - Maks zna najlepiej tutejszych ludzi - oświadczył Kartuchin - niech więc on zorganizuje wywiad. - To nic trudnego - odparłem drwiąco. - Zadzwonię do gebietskomisarza, żeby przyjął któregoś z naszych ludzi do gestapo na miejsce Aleksandra i sprawa załatwiona. - Zostawmy żarty - powiedział Bryński. - Sprawa jest bardzo ważna. Sądzę, że Kartuchin ma trochę racji. Słyszałem tu dużo dobrego o dziedzicu Maciejewskim. To podobno uczciwy człowiek. Taki mógłby się nam przydać. - Ciekawe, w jakim charakterze? - spytałem. - To człowiek wojskowy, były oficer. Poza tym utrzymuje kontakty z Niemcami. - Uważam, że to nie ma sensu - odparłem. - Nie wierzę, żeby on chciał dla nas pracować. Nie znam go, ale wydaje mi się, że gdyby chodziło tu o sprawy rządu londyńskiego, to wszystko byłoby proste... Nagle Wasilenko uderzył się w czoło. - Mam pomysł. Kiedy byłem u tego dziedzica, pokazywał mi swój mundur wojskowy. Służył w kawalerii... Trzeba przyznać, że miał bardzo efektowny mundur, buty ze srebrnymi ostrogami i szablę. Mówił, że jeszcze przyjdzie chwila, kiedy i on będzie walczył z Niemcami. Myślę, że Maks mógłby pojechać do niego w polskim mundurze i przedstawić się jako skoczek z Londynu. Popatrzyłem na niego ze zdumieniem. Skąd mu przyszła do głowy podobna myśl? Bryński natychmiast podchwycił ten pomysł. - Rzeczywiście, Maks mógłby odegrać rolę delegata z ramienia rządu Sikorskiego. Teraz już i ja zacząłem się poważnie zastanawiać nad wysuniętą propozycją. Pomysł wydał mi się całkiem niezły. Nie było tylko żadnej gwarancji, że Maciejewski mi uwierzy, ale ostatecznie nie miałem nic do stracenia. Wyraziłem więc gotowość wyjazdu do Czerwiszcz. W ciągu najbliższych kilku dni cała brygada partyzancka szukała dla mnie kamgarnu i odpowiednich dystynkcji. Znaleziono wreszcie u pewnego krawca w Kowlu potrzebny materiał. Nasi obozowi krawcy wzięli miarę i uszyli mi prawdziwy mundur oficerski, a szewcy zrobili eleganckie buty. Znaleziono też dystynkcje kapitana i ostrogi. Leśniczy Golikow przygotował mi wspaniałe siodło, potem pobiegł do swojej ziemianki i przyniósł mi krzyż Virtuti Militari ze wstążeczką. (Krzyż ten Golikow otrzymał za udział w wojnie przeciwko Rosji radzieckiej w 1920 roku.) - Niech pan to przypnie do munduru - powiedział. - Proszę mi wierzyć, że to robi duże wrażenie.

Pomyślano również o zapewnieniu mi odpowiedniej asysty. Miałem pojechać do Maciejewskiego z grupą dziesięciu partyzantów, ubranych w polskie, żołnierskie mundury. * Był późny zimowy wieczór, kiedy na czele grupy kawalerzystów wjechałem na obszerny dziedziniec dworku w Czerwiszczach. Światła w oknach pałacu były już wygaszone. Tylko z jednego okna sączył się poprzez grube zasłony złocisty blask. Przywitało nas wściekłe ujadanie brytanów. Psy rwały się na łańcuchach, kilka z nich obskoczyło nas, próbując ucapić zębami konie. Konie opędzały się, jak mogły. Po kilku sekundach ktoś wysunął się przed ganek z lampą naftową i zaczął gromić rozwścieklone psiska. Zeskoczyłem z konia i podszedłem bliżej. - Czy pan dziedzic jest w domu? - spytałem. - Państwo już śpią. Kogo mam oznajmić? - spytał służący. - Kapitana Orlińskiego. - Proszę, proszę, panie kapitanie... Zaraz zawiadomię pana dziedzica. A ci ludzie - wskazał na siedzących jeszcze wciąż na koniach kawalerzystów - są z panem kapitanem? - Tak, to moi ludzie - rzekłem. Znalazłem się w obszernym salonie, pełnym miękkich foteli i obrazów w złoconych ramach. Po piętnastu minutach drzwi otworzyły się szeroko i zobaczyłem w nich wysokiego, przystojnego, młodego mężczyznę o blond włosach. Był ubrany w sztuczkowe spodnie i krótki brązowy tużurek. - Dobry wieczór panu - rzekł dziedzic. - Dobry wieczór. - Podaliśmy sobie ręce. - Pan mnie nie zna. Jestem kapitan Orliński. Przybyłem w ważnych sprawach. Przepraszam za tak późną wizytę, ale w dzień mógłbym mieć pewne trudności... - Porucznik Maciejewski! - przedstawił się dziedzic.- Bardzo mi miło pana poznać. Ale dlaczego pan w palcie? Michale, proszę panu kapitanowi pomóc zdjąć palto - zwrócił się do lokaja stojącego w drzwiach. Zdjąłem swoje cywilne palto i wręczyłem je służącemu, dostrzegłem wyraz zdziwienia na twarzy Maciejewskiego. Oczy mu się rozszerzyły. - Pan jest w mundurze?! - wykrzyknął ze zdumieniem Maciejewski. - Tak, jestem na służbie i przyjechałem do pana w sprawach służbowych. Chciałem prosić pana porucznika o pewną przysługę. Tam, na dworze, są moi ludzie. Mają konie... - Ależ oczywiście. Michale, proszę obudzić Agnieszkę, niech przygotuje kolację. Konie postawić w stajni i obrządzić... Lokaj skłonił nisko łyse czoło i opuścił salon. - To coś nie do wiary! Jakże pan się tu dostał? Wszędzie Niemcy i banderowcy. Bolszewików też pełno w całej okolicy.

- Przyznaję, że to było trochę ryzykowne, ale mam specjalną misję. Przyjechałem aż spod Włodawy. Jeszcze miesiąc temu znajdowałem się w Londynie... Maciejewski był wyraźnie zaskoczony: - W Londynie?! - Proszę się niczemu nie dziwić. Chyba słyszał pan coś niecoś o skoczkach, zrzucanych z samolotów. Nasz rząd bardzo jest zainteresowany w organizowaniu polskich sił zbrojnych na tym terenie... Widziałem, że moje słowa zrobiły na nim ogromne wrażenie. - I któżby pomyślał, że doczekamy tych czasów! Nie wyobraża pan sobie, jaki jestem szczęśliwy. Myślałem, że już wszyscy o nas zapomnieli. Dotychczas słyszeliśmy tylko puste zapewnienia... - Bo sytuacja była bardzo złożona. Nasz rząd zawarł jednak porozumienie ze Stalinem. Sprawy z Rosją idą właściwym torem. - Ale przecież oni tu organizują walkę partyzancką. - To tylko tymczasem. Mamy instrukcje, żeby nie wchodzić z nimi w żadne konflikty. Naszym celem jest organizować walkę z banderowcami i Niemcami. Mam polecenie rekrutowania ludzi w rejonie... urwałem w pół zdania, bowiem do salonu weszła pokojówka z zimnymi zakąskami i pękatą karafką wódki. Ujrzawszy mnie w mundurze o mało nie upuściła tacy na podłogę. Maciejewski roześmiał się.- Widział pan kapitan, jak ona na pana patrzyła? - spytał, kiedy pokojówka wyszła. - Rzeczywiście. Czyżby nie było tu dotychczas żadnych polskich oddziałów. W sztabie, w Londynie, oświadczono mi, że takie oddziały działają na terenie całej okupowanej Polski. - Nie mam prawa krytykować naszych wojskowych z Londynu, ale muszę stwierdzić, że nie powiedzieli panu prawdy. Owszem, w Polsce centralnej istnieje zorganizowany ruch oporu, ale tu, na kresach, mamy zupełnie inne sprawy na głowie. Główne niebezpieczeństwo to banderowcy. Maciejewski napełnił kryształowe kieliszki. - Jeśli powiedziano panu, że można tu rozwinąć jakąś skuteczną działalność przeciwko Niemcom, to wprowadzono pana w błąd - dodał po chwili. - Chodzi tu o różne sprawy - powiedziałem. - Otrzymałem instrukcje, by dostosować się do warunków i sytuacji istniejącej na miejscu. Kwestia Niemców to zupełnie odrębny problem. Problem o charakterze specjalnym... Ale o tym pomówimy sobie przy najbliższej okazji. Jeśli chodzi o banderowców, to wydaje mi się, że trzeba mobilizować ludzi, tworzyć samoobronę... - Te rzeczy są już w stadium organizacji. - Maciejewski znów nalał wiśniaku i nałożył mi na talerzyk pasztetu i szynki z majonezem. Jakoś trudno mi było posługiwać się sztućcami. Od czterech lat spożywałem wszystkie potrawy drewnianą łyżką lub po prostu ręką. Trzymając teraz delikatną nóżkę kieliszka w dłoni obawiałem się, że ją ukruszę. W lesie piliśmy bimber kubkiem lub prosto z butelki. Musiałem się jednak starać, by Maciejewski nic nie zauważył. Byłem przecież kapitanem polskiej armii i przybyłem prosto z Londynu. W pół godziny później na stole pojawiły się gorące potrawy: kura pieczona z frytkami, pieczarki, indyk z borówkami, szynka. Piliśmy wódkę, a potem wino i wznosiliśmy patriotyczne toasty.

To był najwspanialszy posiłek, jaki udało mi się zjeść w ciągu lat wojny. Maciejewski tak się rozkleił, że przebrał się w swój oficerski mundur i przypasał do boku szablę... Nad ranem byliśmy już ze sobą na ty. * Dopiero kiedy po raz drugi odwiedziłem Maciejewskiego, przystąpiliśmy do konkretnych spraw. Postawiłem przed nim zadanie zdobywania informacji o Niemcach na terenie Kowla i innych garnizonów. Powiedziałem oczywiście, że informacje te potrzebne są sztabowi w Londynie. Wtedy też wyjaśniła się sprawa jego kontaktów z Niemcami. Maciejewski powiedział mi, że przyjaźni się z kapitanem Wehrmachtu, niejakim Ernestem Köhlerem, który zarządza składami wojskowymi na terenie Kowla i dworca kolejowego. Köhler był początkowo na froncie wschodnim, ale został tam poważnie kontuzjowany i jako inwalidę skierowano go do służby na tyłach. Według twierdzeń Maciejewskiego kapitan był zdecydowanym przeciwnikiem faszyzmu i Hitlera. Poleciłem Maciejewskiemu, by nadal utrzymywał przyjazne stosunki z Köhlerem i spróbował wyciągać od niego interesujące nas dane o charakterze wojskowym oraz informacje dotyczące transportów kolejowych jadących na wschód. Ustaliliśmy też system naszych kontaktów: mieliśmy się spotykać w Czerwiszczach u miejscowego popa, który był przyjacielem Maciejewskiego. * Przez cały tydzień Maciejewski przebywał w Kowlu. Kiedy w umówionym dniu spotkałem się z nim w mieszkaniu popa, był rozpromieniony. - W niedługim czasie ściągną w rejon Kowla jednostki węgierskie. Kilka pułków do ochrony linii kolejowych. W Maniewiczach stanie batalion - mówił gorąco. - Niemcy w Łucku szkolą kilka tysięcy banderowców, których wiosną mają zamiar rzucić na Polaków w Przebrażu i Hucie Stepańskiej. - Skąd masz te wiadomości? - spytałem. - Od Köhlera. - Dobrze, co więcej? - Dostałem od niego dwadzieścia sztuk karabinów i pięć skrzynek amunicji. - Ten twój Köhler to ciekawy Niemiec. - Cóż w tym dziwnego? Czy wiesz, że on od dawna i on sam mnie namawiał, żeby zorganizować jakiś oddział partyzancki? - Zadziwiające. - Chciałbym, żebyś go poznał. Gdyby wśród Niemców było chociaż dziesięć procent takich ludzi, Hitler dawno już złamałby kark. - Mimo to trzeba, żebyś miał się trochę na baczności. Kto wie, czy on nie gra po prostu jakiejś wyznaczonej przez gestapo roli. - Nie mam żadnych podstaw, by go o to podejrzewać. Kto dawałby broń swoim wrogom? Weszliśmy do komórki stojącej w ogrodzie popa, gdzie leżały ukryte pod słomą karabiny i skrzynki z amunicją. Były to nowe niemieckie mauzery, nie oczyszczone jeszcze z grubej warstwy smarów.

- Dziś w nocy moi ludzie zabiorą tę broń. - Jeśli będzie potrzeba, on postara się dostarczyć więcej - rzekł Maciejewski. - Powiedz mi, Stach, czym ty mu za to zapłaciłeś? - spytałem. - Płacą za to codziennie mordowani przez Niemców ludzie - odparł. - To są słowa Köhlera. Powiedział tak, gdy mu zaproponowałem trochę złota. - On oczywiście wie, komu dał tę broń. - Tak. Oświadczył mi również, że będzie nam pomagał w miarę swoich sił i możliwości. Zna doskonale szefa gestapo. Jest przyjacielem Kasnera. Żyje też w przyjaźni z wojskowym komendantem węzła kolejowego w Kowlu. - To rzeczywiście bardzo cenne znajomości. Chodzi mi tylko o to, żeby postarał się informować nas możliwie szybko o ich każdym nowym zamierzeniu. - Na pewno wywiąże się z tego... Bryński był zadowolony z mojej misji. Uważał, że trzeba za wszelką cenę utrzymać tę nić naszego wywiadu. Informacje uzyskiwane tą drogą można było bez trudu sprawdzić, należało tylko obserwować, co się dzieje w gebietskomisariacie. Wkrótce okazało się, że pierwsze informacje Köhlera były prawdziwe. Do Maniewicz i innych garnizonów przyjechały oddziały wojsk węgierskich, które między innymi objęły służbę na kolei. Prawdziwe również okazały się i inne dane. Köhler stał się naszym nieocenionym współpracownikiem. Wiedzieliśmy dzięki niemu na bieżąco o ruchu transportów wojskowych, o ich zawartości oraz miejscu przeznaczenia. Otrzymywaliśmy też dane dotyczące karnych ekspedycji wysłanych przeciwko poszczególnym wsiom i osadom czy akcji organizowanych przeciwko partyzantom... Kiedyś Maciejewski zaprosił mnie do siebie na kolację. Chciał przedstawić mnie swojej żonie, ciotce i znajomym, pewnej rodzinie, która od dwóch tygodni u niego gościła. Rozmowa prawie natychmiast przekształciła się w dyskusję polityczną. Rozprawialiśmy o sytuacji na frontach. Ponieważ słuchałem na bieżąco informacji nadawanych przez radiostację i czytałem radzieckie komunikaty z frontu, byłem najlepiej zorientowany w sprawach aktualnej sytuacji. Nic też dziwnego, że wiodłem prym w dyskusji. Stwierdziłem z satysfakcją, że wszyscy słuchają mnie z uwagą. Szczególnie duże zainteresowanie tym, co mówiłem, wykazywały dwie niewiasty - matka i córka które były w gościnie u Maciejewskiego. Zauważyłem, że córka, Wanda, jest bardzo ładna i zgrabna. W pewnym momencie, gdy dyskusja zeszła na tory moralności Niemców, starsza pani zaczęła narzekać: - Oni są podli, bez serc i sumienia... Niech pan posłucha, jak postąpili z nami. Mój mąż jest kapitanem Polskiej Marynarki Wojennej. Może pan coś słyszał o kapitanie Klimczaku? Obecnie pływa w Anglii. Mieszkałam z dziećmi w Warszawie, ale Niemcy dowiedzieli się o moim mężu i zaczęli się mną interesować. Musieliśmy zniknąć z Warszawy. Ale gdzie tu się schronić? Jedyna moja siostra mieszkała w Kowlu. Miasto to leży tak daleko od Warszawy, ale nie mieliśmy wyboru... Ach, co to była za podróż... Furmanki, wagony towarowe napełnione kartoflami, rewizje i kontrole na stacjach, głód i zimno. Ciągły strach o własne życie i życie dzieci. Mam jeszcze młodszego syna, Fredka. Ale na tym nie koniec... Okazało się, że i tu, w Kowlu, nie jesteśmy bezpieczni... Znów doszły nas wieści, że znajdujemy się pod obserwacją Niemców. Dzięki Bogu znaleźli się uczciwi ludzie, którzy

nam pomogli. Przez znajomych trafiliśmy do pana Maciejewskiego - tu starsza pani spojrzała na Stacha i uśmiechnęła się. - Co to za wspaniały człowiek! - dodała w uniesieniu. - Nie, droga pani. Spełniłem tylko swój obowiązek - wzbraniał się przed komplementami Maciejewski. - Mimo że nam tu nic nie brakuje - kontynuowała, zwracając się do mnie - to nie mogę się już wyzbyć strachu przed Niemcami... Poza tym boję się, by nie narazić pana Maciejewskiego. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Żegnając się z Maciejewskim powiedziałem mu: - Jak będzie trzeba, ulokujemy ich w bezpiecznym miejscu... Teraz ty powinieneś mieć czystą kartotekę. Niemcy nie mogą cię o nic podejrzewać. Dla dobra naszej sprawy... - Na razie nic mi nie grozi - odparł Maciejewski. * Otrzymaliśmy ostatnio specjalne zadanie. Centrala żądała od nas zdobycia najnowszego typu niemieckiej maski przeciwgazowej. Zadanie to powierzyliśmy Maciejewskiemu. W kilka dni później Stach dostarczył nam maskę, którą otrzymał od Köhlera. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem, że Maciejewski jest jakiś nieswój. - Co się stało? - spytałem patrząc mu uważnie w oczy. - Nic takiego... - Przecież widzę, że coś cię dręczy. - Głupstwo. Widzisz, Köhler twierdzi, że mogę się spodziewać rewizji. Podobno gestapo zaczęło patrzeć na mnie krzywym okiem. Ale nie chce mi się w to wierzyć. Dopiero dwa dni temu byłem na przyjęciu u Kasnera... I nic takiego nie zauważyłem... - Köhler na pewno coś wie, jeżeli cię ostrzegł... - Nie powiedział nic konkretnego. - Mimo to wydaje mi się, że powinieneś zastosować środki ostrożności. Przede wszystkim trzeba się pozbyć Klimczaków. Przecież nie mogą ich znaleźć u ciebie. - Jak uważasz - odparł. - Znam w Serchowie pewną staruszkę, panią doktor Dunin-Wolską. Ona leczy naszych partyzantów. - To ta wdowa po generale? - spytał Maciejewski. - Znam ją bardzo dobrze, wspaniała kobieta. - Wydaje mi się, że nie będę miał trudności z ulokowaniem Klimczaków u niej. - Ale ona przecież ma kłopoty materialne. Wiem, że tam u niej nie przelewa się. Wszystko, co ma, oddaje biednym... Ale w takim razie zaopatrzę Klimczaków w żywność. Dam im świnię, kilka gęsi, trochę mąki i kaszy... Później, jak się trochę uspokoi, wrócą z powrotem do mnie - powiedział Maciejewski. Zrozumiałem, że zależy mu na tym, by pozbyć się z domu rodziny uciekinierów. - No więc wszystko w porządku - oświadczyłem. - Jeszcze dziś mogę ich zabrać do Serchowa. - Tylko, jak im to wytłumaczyć? - Maciejewski zafrasował się. - Zostaw to mnie. Ty na wszelki wypadek ulotnij się dzisiejszej nocy z domu.

Rozmowa z Klimczakową była krótka. Powiedziałem jej, że po tamtej naszej rozmowie doszedłem do wniosku, iż ich pobyt u Maciejewskiego wiąże się z dużym ryzykiem. We dworze bywają często różni ludzie, a wśród nich również Niemcy, znalazłem więc bezpieczniejsze miejsce w Serchowie... Klimczakowa bardzo się zdenerwowała. - Czy coś się stało? Niech pan mi powie prawdę. Czyżby panu Stanisławowi coś groziło? A może znów Niemcy nas wykryli? - Proszę się uspokoić. Nic się nie stało - rzekłem ze spokojem. - Po prostu uważam, że znacznie bezpieczniej będzie państwu w Serchowie... - Dobrze, ale chciałabym porozmawiać z panem Maciejewskim... - Niestety, zdaje się, że gdzieś wyjechał... - To wszystko jest bardzo dziwne - powiedziała złamanym głosem. - Przecież nie mogę stąd odejść bez pożegnania. - Pan Maciejewski odwiedzi panią w Serchowie... Po godzinie załadowaliśmy na sanie dobytek Klimczaków i odjechaliśmy... * Doktor Dunin-Wolska chętnie przyjęła Klimczaków i pomagała im w miarę swoich możliwości. Wpadałem do niej od czasu do czasu w różnych sprawach, a często tylko po to, by podrzucić jej trochę żywności. Jednakże doktor niewiele mówiła ze mną na temat Klimczaków. Wyczułem, że za tym milczeniem coś się kryje. Któregoś dnia zapytałem ją o to wprost. - Sama nie wiem, co panu odpowiedzieć - odparła. - Dziwni ludzie. - Może są trochę przestraszeni i przygnębieni swoim losem? - I ja tak sądziłam z początku, ale teraz sama nie wiem. Nie pojmuję zachowania się Fredka. Ten chłopiec naraża mnie na poważne kłopoty. Proszę sobie wyobrazić, że chodzi po wsi z harmonią i gra „Jeszcze Polska nie zginęła”. A tu są przecież różni ludzie. Mówiłam o tym z jego matką i zabroniłyśmy mu wychodzić z domu. Pani Klimczakowa twierdzi, że to po ciężkich przeżyciach chłopiec dostał szoku. Ale czy można go upilnować? Fredek ma już piętnaście lat. Wczoraj wyszedł z domu przez okno i znów grał... - To rzeczywiście bardzo nieprzyjemna historia. Nie możemy pani narażać. Może jeszcze trochę zaczekamy i jakoś rozwiążemy ten problem. - Ja nie dlatego to mówię. Jakoś sobie poradzę. Przecież to biedni ludzie i gdzie oni pójdą? - To prawda. Nie chciałbym zabierać ich do naszej bazy. Pani sama wie, jakie tam mamy wygody... - Niech zostaną tutaj - powiedziała z uśmiechem Dunin-Wolska. - W razie czego jakoś się wytłumaczę... * Niedługo dowiedziałem się, że gestapo ma zamiar aresztować Maciejewskiego. W kilka dni po wyprowadzeniu się Klimczaków Niemcy przeprowadzili u niego rewizję. Nic nie znaleziono, ale Köhler twierdził, że na tym cała rzecz się nie skończyła i że nad Maciejewskim nadal wisi groźba

aresztowania. Köhler także zaczął się obawiać o własną skórę i zalecił Stachowi niezwłoczne opuszczenie dworku i ukrycie się. Takie rozwiązanie sprawy absolutnie nam nie odpowiadało. Maciejewski był dla nas nieocenionym informatorem, miał dziesiątki wpływowych znajomości w Kowlu, Łucku i innych miejscowościach, a wśród nich kapitana Köhlera. Köhler oświadczył wprawdzie, że nie ma zamiaru tracić kontaktu z Maciejewskim, ale my nie mogliśmy zostawić tej sprawy swojemu biegowi. Uważaliśmy, że należy bronić człowieka, który z nami współpracuje. Maciejewski wiedział już teraz doskonale, komu służy. Ukrywanie mojej przynależności do radzieckiego ruchu partyzanckiego na dłuższą metę nie miało sensu. W tym czasie istniało jeszcze polsko-radzieckie porozumienie o wzajemnej pomocy i współpraca Polaków z radzieckim ruchem partyzanckim, mimo przeróżnych machinacji ze strony polskiej reakcji, układała się pomyślnie. Maciejewski był doskonale zorientowany w istniejącej sytuacji politycznej. Wiedział, jak oceniono w ZSRR postawę Andersa, który wraz z wojskiem polskim opuścił jesienią 1942 r. granice Związku Radzieckiego, wiedział również, że stosunki między rządem radzieckim a polskim rządem londyńskim uległy ostatnio wyraźnemu zaostrzeniu. Mimo to, jako patriota polski, uważał za konieczne działać na szkodę Niemców. Trzeba tu podkreślić, że w owym czasie nie było jeszcze na terenie Wołynia Polskich Sił Zbrojnych, kierowanych przez delegaturę rządu londyńskiego. Powstały one dopiero późną wiosną 1943 r. Sprawę Maciejewskiego omawialiśmy na naradzie w obecności Bryńskiego. - Nie ma innego wyjścia, Maciejewski musi się ukryć - oświadczyłem. - I ja tak myślę - odparł Bryński. - Ale to nie jest takie proste. Gestapo będzie go usilnie poszukiwało i w związku z tym nie będzie on mógł dla nas swobodnie pracować. Warto pomyśleć nad innym rozwiązaniem. W tej chwili do ziemianki wszedł Butko i zameldował Bryńskiemu, że w potyczce w pobliżu Karasina partyzanci zlikwidowali trzech banderowców. Bryński zamyślił się. - Gdzie są ci banderowcy? - spytał po chwili. Butko popatrzył ze zdziwieniem na dowódcę brygady. - Trzeba ich tutaj przywieźć. Rozumiecie? - powiedział Bryński. - Ale... przecież oni nie żyją! - Butko był coraz bardziej zdumiony. - Właśnie chodzi o trupy. Trzeba ich tu przywieźć. - To było pięć godzin temu... Nie ma pewności, czy jeszcze tam leżą... - Tym bardziej nie trzeba zwlekać. Zebrać grupę i natychmiast wyruszyć w drogę... - rozkazał Bryński. Butko w dalszym ciągu nic nie rozumiejąc odmeldował się i wyszedł ze sztabu. - Jeśli się uda, upozorujemy śmierć Maciejewskiego - powiedział Bryński. - To będzie najlepsze wyjście. Wtedy zatrze się wszystkie ślady.... Musimy teraz zaczekać na powrót Butki.... Umówiliśmy się w sztabie przed wieczorem. Wrócił Butko i przywiózł ze sobą ciała banderowców. Udaliśmy się na miejsce, gdzie leżały zwłoki.

- O, ten jest chyba takiego samego wzrostu, co nasz Stach - rzekł Bryński wskazując długiego draba w niemieckim płaszczu. - Jak myślisz, Maks? - Zdaje się, że tak - odparłem. - Trzeba jeszcze dziś ściągnąć Maciejewskiego i wyjaśnić mu, że od dziś przestaje żyć. - Bryński uśmiechnął się. - Wobec tego niepotrzebne mu też będą dokumenty. Włożymy je do kieszeni tego banderowca. Swoje ubranie też będzie musiał poświęcić... Od tej pory będzie nosił inne nazwisko... Maciejewski przyjął plan Bryńskiego bez sprzeciwu. Jeszcze tej samej nocy zwłoki banderowca odwiezione zostały do majątku i częściowo zanurzone w stawie o dwieście metrów od dworku. Z kolei upozorowaliśmy napad na majątek. Kilku partyzantów wdarło się do dworku i zdemolowało trochę sprzętów. Służbę wyprowadzono na dwór i zaczęto wypytywać ludzi o zachowanie się Maciejewskiego i o jego kontakty z Niemcami. Nawet starą ciotkę Maciejewskiego, która znała kulisy całej sprawy, potraktowano bardzo ostro. Maciejewskiego wyprowadziliśmy pod bronią z domu, oddaliśmy kilka strzałów w powietrze i wraz z nim odjechaliśmy do bazy. * W owym czasie brygada miała już dość dobrze zorganizowaną służbę zdrowia. Oprócz dwóch szpitali należących do brygady każdy oddział dysponował izbą chorych. Jeden ze szpitali mieścił się poza Krasnym Borem w chutorze Gródek. Znajdowały się tu stare baraki, zbudowane jeszcze podczas pierwszej wojny światowej przez wojska rosyjskie, kiedy to front stał na Stochodzie. Od czasu do czasu jeździłem do Gródka, by odwiedzić chorych partyzantów i zobaczyć, jak przebiega ich leczenie. Któregoś dnia przybyłem do szpitala i zaraz na progu spotkałem doktor Dunin-Wolską. - Dzień dobry. Widzę, że pani bez przerwy pracuje. Ci nasi pacjenci zamordują panią... - Nic mi nie będzie. Jestem szczęśliwa, że mogę być jeszcze komuś potrzebna... Przechodząc przez jedną z sal zobaczyłem Wandę Klimczak. Właśnie opatrywała rannego. Partyzant był uśmiechnięty i z zachwytem wpatrywał się w dziewczynę. Dwaj inni, którzy leżeli w pobliżu, również nie odrywali oczu od Wandy. - Co pani tu robi? - spytałem zaskoczony. Odwróciła się. Jej twarz oblała się rumieńcem. - Przyjechałam z panią doktor... Chciałam jej pomóc... Skończyłam kurs pielęgniarski, więc myślałam... Niech pan mi pozwoli tu zostać... - Proszę jej pozwolić! Prosimy, towarzyszu dowódco!... - odezwali się chórem partyzanci. - Muszę pomówić z doktorem Melmersztajnem - oświadczyłem. Melmersztajn chętnie przystał na prośbę dziewczyny. Miał mało rąk do pracy i taka wykwalifikowana pielęgniarka była mu bardzo potrzebna. Jak się wkrótce przekonałem, Wanda doskonale wywiązywała się ze swoich obowiązków. Była pracowita, a przy tym tak nieprzeciętnie ładna, pełna humoru i dowcipu, że umiała ująć sobie każdego partyzanta. Wszyscy oczywiście próbowali zdobyć jej względy i niektórym się to nawet udawało, lecz nie na długo. Dziewczyna potrafiła w odpowiedniej chwili odstawić amanta, robiła to jednak tak inteligentnie, że nie wynikały z tego żadne tragedie.

Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia, po powrocie z zadania bojowego, zobaczyłem Wandę w centralnej bazie w Krasnym Borze. Była teraz ubrana w spodnie, krótką kurtkę i furażerkę. Kasztanowate włosy długimi falami spadały jej na ramiona. Stała przy kuchni i nalewała partyzantom zupę z kotła. Słyszałem jej dźwięczny głos: - Proszę. Podstawiaj, Kolka, miskę, czego gały wytrzeszczasz? - Wolałbym ciebie zamiast zupy. Wanda odpowiedziała coś, czego nie dosłyszałem, a chłopcy gruchnęli śmiechem. Po obiedzie wezwałem ją do siebie. - Kto ci pozwolił przyjść na bazę? - Sama przyszłam. - Był chyba ktoś taki, kto cię przyprowadził. - Owszem, nie przeczę. Ale ja sama chciałam odejść ze szpitala. - Dlaczego? - To trudno wytłumaczyć. - Muszę znać szczegóły! Nie zniosę samowoli! Partyzantka to nie zabawa w ciuciubabkę powiedziałem ostrym tonem. - Wiem, że źle zrobiłam, ale już dłużej nie mogłam wytrzymać... Jestem kobietą... Wszyscy ranni, którym robiłam opatrunki, uważali, że mają prawo przespać się ze mną. Wszyscy próbowali mnie ciągnąć do łóżka... Przecież nie po to chciałam pracować w szpitalu... - Spodziewałem się tego od początku... - rzekłem. - No cóż, jeśli tak, to zostań tu. Widzę, że gotować też umiesz. Dobry był krupnik - pochwaliłem zupę, którą jadłem na obiad. - Wolałabym chodzić na zadania. To dopiero jest walka z wrogiem... - Mamy dość mężczyzn. A teraz powiedz mi, Wanda, który to z chłopców przyprowadził cię na bazę? - Czy czeka go za to kara? - Nie wiem. - Ręczę, że nie zasłużył na nią. To porządny chłopak. - Mów! - Kolka Biały. - To ten sam, który zaczepiał cię w czasie obiadu? Wanda zaśmiała się, po czym opowiedziała mi, że Kolka od dawna już jest w niej zadurzony po uszy, ale ona nie darzy go żadnym uczuciem. Mimo to lubi tego chłopca i prosi, by nie robiono mu żadnych przykrości z jej powodu. Obiecałem spełnić jej prośbę.

Pułapka
Zimą 1943 roku brygada rozszerzała wciąż swoją działalność. Przybywali do nas pojedynczy ludzie i całe zorganizowane grupki i grupy. Tworzyły się nowe oddziały. W połowie marca Kartuchin nawiązał kontakt z większą grupą partyzantów, działających w rejonie Włodzimierza Wołyńskiego, w tak zwanych lasach musorskich. Kartuchin zgodził się przyjąć tę grupę do naszej brygady i w niedługim czasie ludzie ci przybyli do centralnej bazy. Bryński nie był tym zachwycony, gdyż nie uważał za celowe grupować w Krasnym Borze tak dużej ilości partyzantów. Według założeń i instrukcji z Moskwy należało obejmować walką coraz większe tereny, tworzyć nowe oddziały i kierować je w inne rejony. W myśl tych założeń powinniśmy byli jedynie pomóc partyzantom z lasów musorskich; uzbroić ich, zaopatrzyć w potrzebny sprzęt i materiały wybuchowe oraz podporządkować sobie organizacyjnie. Ludzie, którzy do nas przybywali, przekazywani byli do tak zwanej „Piątej bazy”, gdzie przechodzili okres kwarantanny i szkolenia. „Piąta baza” znajdowała się poza rejonem bazy centralnej i spełniała bardzo ważną rolę w brygadzie. Nowo przybyli, zanim trafili do oddziału bojowego, byli dokładnie badani. Istniało bowiem niebezpieczeństwo przedostania się do oddziału niemieckich agentów. Tymi sprawami zajmował się starszy lejtenant Wasilenko, którego partyzanci nazwali dowcipnie „szefem czujności” (ta nazwa przylgnęła zresztą do niego na stałe). Trzeba przyznać, że Wasilenko bardzo skrupulatnie i umiejętnie badał nowo przybyłych i dzięki jego niezwykłemu wyczuciu udało się schwytać kilku niemieckich agentów, nasłanych do nas przez gestapo. Grupa z lasów musorskich nie wzbudzała specjalnych podejrzeń. Wśród partyzantów byli Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini, Polacy i Żydzi. Po krótkim okresie szkolenia i przygotowań postanowiono stworzyć z nich nowy oddział, na którego dowódcę wyznaczony został starszy lejtenant Bazykin. Niebawem oddział Bazykina wyruszył w drogę powrotną pod Włodzimierz Wołyński. Dwadzieścia kilometrów przed lasem musorskim partyzanci zatrzymali się na odpoczynek i wówczas to patrole schwytały trzech uzbrojonych ludzi, kręcących się w pobliżu biwaku. Przyprowadzono ich do Bazykina. Byli zarośnięci, brudni i oberwani. - Kto wy jesteście? Mówcie prawdę! - rzekł groźnie Bazykin. - Było nie było - rzekł jeden z jeńców. - Raz kozie śmierć. Jesteśmy partyzantami! - Z jakiego oddziału? - Z oddziału Szewczenki. - Gdzie stoicie? - Dziesięć kilometrów stąd. Bazykin zastanowił się przez chwilę. Nie słyszał dotychczas nic o takim oddziale, ale wiedział, że nowe oddziały wyrastają teraz jak grzyby po deszczu. - Oddać im broń! - rozkazał Bazykin swoim chłopcom. - Nakarmić ich i niech wracają do oddziału... Następnego ranka ci sami trzej partyzanci pojawili się z powrotem w oddziale Bazykina. Jeden z nich przyniósł list od swojego dowódcy. Bazykin przeczytał go z dużym zainteresowaniem.

Dowódca oddziału partyzanckiego im. Szewczenki prosił Bazykina, by zechciał odwiedzić go w jego bazie w celu nawiązania współpracy. Proponował, by Bazykin przybył do niego z całym oddziałem, twierdząc, że ma nieźle zorganizowane zaopatrzenie i warunki kwaterunkowe. Na końcu podał proponowane miejsce spotkania. Bazykin bez trudu stwierdził, że nie musi nakładać drogi. Idąc do celu swej podróży i tak musiałby przesunąć się w pobliżu miejsca postoju sąsiadów. Sprawa współpracy z innymi oddziałami była niezwykle dla nas ważna; ułatwiała organizowanie wspólnych akcji, a w razie niebezpieczeństwa zapewniała konkretną pomoc. Nic więc dziwnego, że Bazykin chętnie zgodził się na przedstawione mu propozycje. Ażeby nie tracić na próżno czasu, niezwłocznie skierował grupy dywersyjne na linie kolejowe Kowel-Włodzimierz i Kowel-Chełm. Po wysłaniu grup dywersyjnych zostało mu jeszcze osiemnastu ludzi, z którymi postanowił udać się do obozu partyzanckiego im. Szewczenki. Oddział zajmował kwatery w niewielkiej wiosce. Przed wejściem do wsi. grapa Bazykina trafiła na wysunięte straże. Przewodnicy szybko doszli do porozumienia z wartą i niebawem wszyscy znaleźli się na skraju wsi. Tu powitał ich serdecznie sam dowódca oddziału. Był wysoki, barczysty, z pokaźną brodą, ubrany w radziecki mundur kapitana. - Witamy drogich gości - rzekł radośnie kapitan. - Jak to dobrze, że spotkaliśmy się. Trzeba omówić niektóre sprawy... Macie niezłe uzbrojenie - popatrzył na automaty. - Od razu widać, że to stara wiara partyzancka... - Trochę się wojowało - odparł Bazykin. - Ale to nie takie ważne. - To skromność przez was przemawia. Dobra cecha żołnierza. No, a teraz, towarzyszu dowódco zwrócił się do Bazykina - trzeba przydzielić kwatery waszym ludziom. Dowództwo ja sam będę gościł. Hej tam, chłopcy! - zawołał na stojących w pobliżu trzech ludzi. - Zaprowadźcie gości na kwatery! Ludzi Bazykina podzielono na kilkuosobowe grupki i odprowadzono do chat. Bazykin wraz ze swymi dwoma zastępcami poszedł z dowódcą oddziału. Chata, do której weszli, wyglądała dość okazale. Kapitan pchnął drzwi i dał pierwszeństwo gościom. Jedno spojrzenie wystarczyło, by Bazykin pojął straszliwą sytuację. Ludzie, którzy znajdowali się w obszernej izbie, mieli na piersiach i czapkach metalowe znaczki z tryzubem. Za stołem siedziało dwóch niemieckich oficerów. Nie było czasu na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Banderowcy nie pozwolili im się opamiętać i z miejsca rzucili się na swe ofiary. Rozgorzała krótka walka. Bazykin zdołał wyrwać zza pasa finkę i ugodzić jednego z napastników, lecz kilku innych obezwładniło go natychmiast. W tym samym czasie za oknami rozległy się głośne wystrzały. To ludzie Bazykina toczyli walkę o swoje życie. Banderowcy związali Bazykina i pozostałych jeńców. Teraz dopiero kapitan zrzucił z siebie mundur radziecki i ubrał się w niemiecką kurtkę z dystynkcjami oberleutnanta. Na piersi miał znaczek UPA. - Zobacz, ty psie czerwony - podszedł i uderzył w twarz Bazykina - kto stoi przed tobą! Wpadłeś w nasze ręce. Będziesz miał doskonałą okazję porozmawiać ze mną o współpracy... Banderowcy ryknęli śmiechem. Niemiecki kapitan wstał zza stołu i zwrócił się do komandira z pytaniem, czy nie zaszła jakaś pomyłka i czy to na pewno jest ten sam Bazykin, o którym mieli

wiadomość. Słowa Niemca zrozumiał jeden z towarzyszy Bazykina, Kowalczuk, który znał trochę język niemiecki. Banderowski watażka odparł, że nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Wówczas banderowcy chwycili jeńców, zanieśli ich do obory i rzucili w gnój. Partyzanci leżeli tak ze trzy godziny trzęsąc się z zimna. Przed oborą stali banderowcy. Nie było najmniejszej nadziei na ocalenie. Teraz dopiero Bazykin pojął, jak lekkomyślnie postąpił, godząc się tak łatwo na spotkanie z nie znanymi sobie ludźmi. W okresie swojej dwuletniej działalności partyzanckiej - początkowo na Białorusi, a później na Wołyniu - nieraz spotykał się z różnymi podstępami, ale zawsze zwietrzył je w porę. Fakt, że teraz znalazł się w takiej sytuacji, był dla niego straszliwym ciosem. Cały jego oddział poszedł w rozsypkę. Partyzanci, którzy wyruszyli na zadania dywersyjne, mogli po powrocie na umówione miejsce również dostać się w ręce banderowców i Niemców. Kto zawiadomi Bryńskiego o tym, co zaszło? Jak ocenią jego lekkomyślny krok towarzysze walki? W pewnym momencie Kowalczuk, który leżał obok Bazykina, odezwał się szeptem: - Towarzyszu dowódco, czy to już koniec? - Chyba tak. Głupio tak wpaść. To ja jestem winien wszystkiemu, macie prawo mnie nienawidzić. - Co wy, towarzyszu dowódco! - Jestem przeklęty. Zgubiłem oddział... - Nie wolno tak mówić - szeptał gorąco partyzant. - Wszyscy wiedzą o waszych czynach... Z tego, co mówił ten niemiecki oficer, wynika, że to wszystko było z góry ukartowane. Oni o nas wiedzieli i dawno już przygotowywali zasadzkę. Znają nawet wasze nazwisko. - Nie starajcie się mnie pocieszać. Po co te kłamstwa? Kowalczuk zaczął przysięgać na partię, że mówi prawdę, ale Bazykin już więcej się nie odezwał. Po kilku godzinach wtargnęli banderowcy, rozwiązali jeńców i wywlekli ich z obory. Gdzieś poza wsią, na obszernym placu, leżał równo ścięty, gruby dębowy pień, a obok niego stał rosły drab z siekierą w garści. Za stołem siedzieli: sotnik, dwaj niemieccy oficerowie oraz dwaj zażywni popi. Pośrodku stało puste krzesło, przeznaczone widocznie dla jakiegoś wyższego dygnitarza. Dookoła zwartymi szeregami ustawili się banderowcy. Bazykina i jego towarzyszy ustawiono obok grupki partyzantów. Przez parę minut trwała cisza. Banderowcy wyraźnie na kogoś czekali. Nagle zrobił się ruch. Wszyscy wstali z miejsc. Na plac wjechało konno trzech ludzi. Pierwszy z nich, ubrany w lśniącą, skórzaną kurtkę i futrzaną czapkę, obrzucił władczym spojrzeniem cały plac. Dwaj pozostali jeźdźcy zdawali się spełniać rolę asysty lub ochrony. Sotnik podbiegł szybko do przybyłego i pomógł mu zsiąść z konia. Nastąpiło ceremonialne powitanie. Potem przybyły pozdrowił banderowców w imieniu UHWR-u, samego Bandery i Ostapa6, a banderowcy odkrzyknęli „urra!”

6

Ostap - polityczny przedstawiciel rządu Bandery delegowany na Wołyń i Polesie w celu organizowania ruchu nacjonalistycznego i UPA.

Bazykin od razu poznał przybyłego. Przypomniał sobie spotkanie z dwoma delegatami UPA, na którym omawiano sprawę mordu w Paroślach, przypomniał sobie nadesłane później listy, pod którym podpisał się komendant UPA na Wołyniu i Polesiu - Halicki. To był właśnie on, Bazykin pamiętał, że na jego pytanie: „...A co zrobicie, jeśli my nie zechcemy się stąd wynieść i zostaniemy na Wołyniu, by prowadzić dalej walkę z Niemcami?” Halicki odpowiedział z uśmiechem: „Myślę, że niedługo będziemy mogli jaśniej przedstawić nasze poglądy. Przecież się jeszcze spotkamy...” Poglądy te zostały później wyraźnie sprecyzowane w przesłanym oświadczeniu. Halicki rozmawiał przez chwilę z sotnikiem, z popami i Niemcami, po czym wstał z krzesła i zwracając się do ustawionych w czworobok banderowców zawołał tubalnym głosem: - Oto nasi śmiertelni wrogowie, przeklęci bolszewicy i Lachy. Patrzcie, jak nędznie wyglądają! Napawajcie swoje oczy ich tchórzostwem... - tu wskazał na jeńców. Partyzanci mieli głowy uniesione do góry, stali wyprężeni, ich oczy rzucały błyskawice. Chytry banderowski watażka szybko połapał się w tym, że trochę przesolił. - Niektórzy z nich próbują nas okłamać - ciągnął dalej. - Chcą pokazać swoją hardość. Ale zobaczycie, jak zaczną żebrać o litość, kiedy topór zawiśnie nad ich wrażymi karkami... Rozpoczęliśmy świętą wojnę przeciwko wszystkim Lachom i bolszewikom. Wojnę tę trzeba prowadzić różnymi sposobami: otwarcie i podstępnie, dniem i nocą, każdą bronią, aż do zupełnego wyzwolenia Ukrainy... Ręka striłca nie może zadrżeć, gdy będzie uderzał w głowę dziecka, kobiety czy starca... Halicki usiadł. - Śmierć Lachom i Moskalom! Śmierć! Na pohybel! - wołali banderowcy. - Uspokójcie się! - Teraz wstał sotnik. - Każdy z nich otrzyma karę. Oto zebrał się sąd narodu - wskazał na siedzących za stołem. - Niech podejdzie pierwszy z wrogów. Dwaj banderowcy chwycili młodego partyzanta z bujną, ciemną czupryną, który zaledwie miesiąc temu przyszedł do oddziału i nosił pseudonim „Czarny”, i popchnęli go w stronę stołu. - Jak się nazywasz? - spytał ostro sotnik. Milczenie. - Odpowiadaj, kiedy cię pytają! - zgromił go banderowski dowódca. - Mogę odpowiedzieć: mściciel narodu ukraińskiego! - odparł dobitnie po ukraińsku partyzant. Za stołem nastąpiło poruszenie. Niemcy zaczęli się dopytywać, co odpowiedział jeniec. Otrzymawszy wyjaśnienie zaczęli kręcić z niezadowoleniem głowami. - A więc jesteś synem matki Ukrainy - mówił dalej sotnik. - Tym gorzej dla ciebie. Zdradziłeś ojczyznę, idąc na służbę wroga... Jesteś przeklęty... - To wy jesteście przeklęci! To wy jesteście zdrajcy! Służycie takim zbrodniarzom jak Niemcy! Niech żyje Ukraina i wolność!... W tym samym momencie rozległy się głośne szmery wśród stłoczonych w czworoboku banderowców. Twarz Halickiego poczerwieniała. Jeden z popów zerwał się z miejsca i zaczął coś szeptać sotnikowi. Sotnik wskazał ręką na pień. Stojący za partyzantem dwaj banderowcy chwycili go za ramiona i powlekli w stronę pnia. Czarny położył głowę na pniu. Kat uniósł topór w górę. Chlusnęła struga krwi...

Bazykin i reszta partyzantów przez cały czas obserwowali dzielne zachowanie się Czarnego, który swoimi słowami wywołał poruszenie wśród banderowców. Sotnik zbliżył się teraz do jeńców i zaczął im się po kolei przypatrywać. Zatrzymał się na moment przed Bazykinem, zawahał się, a potem szepnął mściwie: - Ty zginiesz ostatni! Wreszcie wybrał z szeregu krępego partyzanta, Griszę Tkaczuka, który miał czerwoną gwiazdkę na czapce. Partyzant bez oporu ruszył przed siebie. - Kto ty jesteś? - Mściciel narodu ukraińskiego! - odparł po ukraińsku Grisza. - Ukrainiec, który walczy o wolność ojczyzny! - zawołał głośniej. Banderowcy nie czekając na rozkaz poprowadzili Griszkę w kierunku pnia. Twarz Halickiego zrobiła się fioletowa. Sotnik i popi spoglądali na siebie zmieszani. Nie spodziewali się, że wśród jeńców jest aż tylu Ukraińców. Byli przekonani, że mają przed sobą Polaków i Rosjan. Szczególnie głupio czuli się popi, którzy przez cały czas tłumaczyli swoim ludziom, że wszyscy Ukraińcy, jak jeden mąż, wystąpili do „świętej wojny” przeciw Lachom i Moskalom. Wstyd im było przed Halickim. Przecież zaprosili go specjalnie po to do sotni, by pokazać, jak pedagogicznie umieją oddziaływać na swoich żołnierzy. Tymczasem wśród banderowców powstał gwar i sotnik musiał ich uspokajać. - Słuchajcie - zaczął przemawiać jeden z popów. - Oświadczam wam, że ci, którzy przed chwilą ponieśli zasłużoną karę, kłamali... Prawdziwy syn Ukrainy nie jest zdolny do zdrady ojczyzny. Oczywiście, że zdarzają się wyjątki, sam znam takich, którzy opętani przez bolszewików poszli do nich na służbę. Ale są wyklęci przez nasz naród... Tych powinniśmy najbardziej nienawidzić. Szmery nieco ucichły. Halicki skinął na sotnika. - Dawaj tu zaraz dowódcę tych przeklętych bolszewików! - rozkazał. Sotnik podbiegł do grupy jeńców. Halicki wpatrywał się z napięciem w Bazykina, ten również nie spuszczał z niego wzroku. Gdy partyzant zbliżył się do stołu, Halicki wstał i podszedł do niego. - A jednak spotkaliśmy się... - rzekł z drwiną. - Obiecałem ci, że otrzymasz odpowiedź na swoje pytanie. Ja dotrzymuję słowa... Banderowcy z zainteresowaniem przyglądali się tej scenie. Halicki postanowił odegrać ją jak najlepiej. Całe to widowisko, zorganizowane przez sotnika i popów, zakrawało na drwinę. Przecież w ten sposób nic nie można było osiągnąć. Żeby podnieść ducha bojowego żołnierzy, trzeba zastosować tortury, pokazać im, że nie wolno cackać się z wrogami. - Oto sam bolszewicki komisarz! - zawołał głośno Halicki. - Jeszcze miesiąc temu zapewniał, że nigdy nie opuści Wołynia. Śmiał nawet pytać, co mu zrobimy, jeśli nie usłucha naszych mądrych rad i nie odejdzie stąd na wschód. Niech topór mu odpowie! Zbliż się do mnie! - rzekł Halicki, zwracając się do kata. Chłopisko położyło topór i podbiegło posłusznie do niego. - Tnij po kawałku, z przerwami. Nagroda cię nie minie... - szepnął mu do ucha.

Bazykin milcząco podszedł do pnia. Był blady jak płótno. Położono jego nogi na pniu. Kat zamachnął się i obciął jedną stopę. Bluznęła krew... Chłop otarł czoło z potu, oparł siekierę o ziemię i wyjął papierosa. Bazykin wił się z bólu na ziemi. Po minucie kat odrzucił niedopałek i wziął siekierę. Znowu wciągnięto Bazykina na pień. Teraz odpadła druga stopa... Na placu panowała idealna cisza. Partyzant nie wydał ani jednego jęku, słychać tylko było, jak jego ręce drapią ziemię... Kat odpoczywał oparty na stylisku. Minęło ze dwie minuty i znów ujął siekierę. Teraz odrąbał prawą nogę aż po kolano... Z kolei ciął udo. Później drugą nogę i ręce. Niebawem na ziemi leżała bezkształtna masa: zakrwawiony korpus i głowa. Halicki nie doczekał się słowa: „litości” z ust umierającego. Bazykin skonał, zanim oprawca odciął mu głowę. Wówczas wściekłość zatrząsła watażką. - Kończyć! - zawołał ze złością, zwracając się do sotnika. Banderowcy rzucili się do pozostałych jeńców... Halicki nie czekał końca „widowiska”, pożegnał się z Niemcami, siadł na koń i szybko odjechał... * Z całej grupy Bazykina uratowało się jedynie dwóch partyzantów, którym udało się w chwili napaści wybić szyby i wyskoczyć przez okno. Przebieg krwawego mordu opowiedział w późniejszym czasie jeden z jeńców banderowskich, schwytany do niewoli. Analizując to straszne wydarzenie zastanawialiśmy się, czy zasadzka nie była z góry ukartowana. Wyglądało na to, że ktoś doniósł banderowcom, iż grupa Bazykina wyrusza w lasy musorskie. Ale były to tylko luźne podejrzenia, nie poparte żadnymi dowodami. Śmierć kilkunastu naszych towarzyszy walki przeżyliśmy bardzo głęboko. To był straszliwy cios dla całej brygady. Wkrótce jednak spadły na nas nowe nieszczęścia, które częściowo przesłoniły nam myśl o pomordowanych bestialsko partyzantach. Pewnego ranka, gdy obóz partyzancki jeszcze spał, nad lasem pojawiły się niemieckie samoloty i zaczęły zrzucać bomby. Ludzie zerwali się na równe nogi. Powstało zamieszanie i popłoch. Bomby sypały się jedna po drugiej. Samolotów było dziesięć. Atakowały z małego pułapu i ostrzeliwały las lawiną ognia z kaemów. Duże nasilenie bombardowania stwierdziliśmy w rejonie partyzanckiej fabryczki trotylu, gdzie mieściło się kilkadziesiąt ton różnego kalibru pocisków i bomb. Kilka dość celnych bomb spadło też w okolice sztabu brygady. Największe przerażenie powstało w leśnych osadach cywilnych. Tu samoloty zrzucały małe bombki zapalające, siały seriami z kaemów, strzelały z działek. Tu i ówdzie wybuchł pożar. Słychać było jęki rannych, płacz dzieci i krzyk kobiet. Dopiero po upływie pół godziny bombardowanie ustało. Gasiliśmy ogień, zbieraliśmy rannych i zabitych. Straty, jakie zadał nam wróg, wynosiły ośmiu zabitych i ponad dwudziestu rannych. Zniszczone zostało kilkanaście ziemianek i magazynów, polowa łaźnia, warsztaty szewskie i krawieckie. Ziemiankę sztabu zrównano niemal z ziemią. Na szczęście żadna z bomb nie trafiła w fabryczkę trotylu. Przez cały dzień zbieraliśmy po lesie rozproszonych mieszkańców osad cywilnych. Wieczorem Bryński podjął decyzję budowania części ziemianek w innych miejscach. Zarządził też przygotowanie do obrony przeciwlotniczej, kopanie specjalnych schronów i głębokich rowów

o wąskim profilu. Zmieniliśmy położenie sztabu, przesunęliśmy go o kilometr dalej na południe. Od rana wszyscy zdolni do pracy ludzie chwycili za łopaty, siekiery i piły. Nie minął tydzień, a uporaliśmy się z robotą. Centralna baza rozrzucona była obecnie w promieniu sześciu kilometrów. Poszczególne oddziały znajdowały się teraz o dwa kilometry jeden od drugiego, a leśne osady o trzy kilometry. Ledwie zdołaliśmy jako tako uporządkować i zamaskować nowe rejony postoju, gdy nad lasem znów ukazały się samoloty. Tym razem przyleciały w samo południe. Podobnie jak w czasie pierwszego bombardowania, Niemcy rzucali bomby z niezwykłą precyzją: wybuchały one w pobliżu sztabu, fabryczki trotylu i w miejscach rozlokowania oddziałów bojowych. Oszczędzono jedynie osady cywilne. Dzięki przygotowanym schronom i rowom straty nasze wyniosły zaledwie dwóch zabitych i pięciu rannych, lecz zniszczenia materialne były jeszcze większe niż poprzednio. W jednym tylko obozie Koniszczuka zrównano z ziemią niemal wszystkie ziemianki. Bomba trafiła też w magazyn pocisków artyleryjskich. Nie mieliśmy teraz najmniejszej wątpliwości, że niemieccy piloci zostali dokładnie poinformowani o położeniu partyzanckiej bazy. Mieliśmy w bazie szpiega. To było pewne. Bryński polecił dowódcom zwrócić baczniejszą uwagę na wszystkich swoich ludzi, śledzić ich zachowanie, pilnować, czy nie oddalają się z obozu. Wszystkie te środki ostrożności na nic się jednak nie zdały. W ciągu następnych dziesięciu dni zdarzyły się nowe wypadki. Wzmocniona grupa bojowa w składzie dwudziestu pięciu partyzantów, pod dowództwem lejtenanta Łoginowa, wpadła we wsi Werchy w niemiecką zasadzkę. Niemcom pomagali banderowcy. W walce padło sześciu partyzantów, a pozostali wyrwali się z okrążenia i pojedynczo wrócili do bazy... W brygadzie wytworzyła się nerwowa atmosfera. Czekaliśmy tylko, kiedy znów ukażą się na niebie niemieckie szturmowce. Partyzanci byli zdenerwowani, skorzy do kłótni i bójek. Stali się podejrzliwi i nieufni. W każdym upatrywano potencjalnego szpiega. Wasilenko sprawdzał skrupulatnie ewidencję każdego partyzanta, przeprowadzał rozmowy osobiste z niektórymi z nich, organizował wewnętrzny kontrwywiad, i wszystko to bez skutku. * Siedziałem właśnie w ziemiance i pisałem sprawozdanie z ostatnich akcji bojowych dla sztabu brygady, gdy w drzwiach pojawił się Maciejewski. - Cześć! - Czołem! - Co dobrego przynosisz? - spytałem. - Byłem w Kowlu i widziałem się z Köhlerem. - Jak się czuje ten zdrajca? - zapytałem żartobliwie. - Dobrze. Twierdzi, że ten rok zadecyduje o wszystkim. Rosjanie przejdą na całym froncie do ofensywy, a Anglicy i Amerykanie wylądują w Europie. Mówię ci, jak on się przy tym cieszył! - Widzę, że to niegłupi facet. I co jeszcze ci powiedział?

Maciejewski rozejrzał się po ziemiance i dał mi do zrozumienia, że chce, byśmy zostali sami. - Słuchaj, Borys - powiedziałem do młodego chłopca, który pisał raport dzienny - skocz do Chwiszczuka i powiedz mu, żeby przygotował na wieczór grupę bojową. - Köhler kazał mi cię ostrzec - powiedział Maciejewski, gdy Borys wyszedł z ziemianki. - W oddziale jest jakaś kobieta, która utrzymuje łączność radiową z gestapo w Kowlu. - Co ty mówisz?! - zdziwiłem się. - Kobieta? - Podobno nawet ładna i bardzo zdolna. W oddziałach bojowych jest około dziesięciu kobiet, w sztabie brygady jedna maszynistka, w szpitalach około ośmiu - myślałem bezładnie. - W kuchni pięć... A w leśnych osadach ze dwieście... - Nie znasz jakichś bliższych szczegółów? - spytałem. - Niestety. - Czekaj, zastanówmy się obydwaj. Któż to może być? Ładna i zdolna... Każda może uchodzić za ładną. Na przykład Lida ze sztabu brygady to niebrzydka dziewczyna... Samemu Cymelmajerowi7 zawróciła w głowie... Albo Kryśka z kuchni czy taka Wanda... Tania-radiotelegrafistka też jest niczego sobie... Nie, sami tego nie rozgryziemy. Chodźmy do Diadi Pieti - powiedziałem, biorąc czapkę. Bryński był u siebie, w sztabie. Maciejewski powtórzył mu to, co przed chwilą powiedział mnie. Dowódca brygady natychmiast kazać wezwać Wasilenkę. - Którą z naszych partyzantek uważacie za najładniejszą i najsympatyczniejszą? - spytał na wstępie „szefa czujności”. Wasilenko zmieszał się trochę, ale widząc, że dowódca mówi poważnie, odpowiedział: - Jeśli o mnie chodzi, to Wandę i Tanię. Bryński teraz dopiero powiedział Wasilence, o co chodzi. - No, a wy, Maks, co myślicie? - spytał z kolei mnie. - Wanda, owszem, ładna dziewczyna i mądra... Ale dlaczego akurat ona? Lida też nie gorsza... - Ale ta Wanda wszystkich chłopców opętała. Sprytna bestia... Co o niej wiecie? Opowiedziałem Bryńskiemu wszystko, co wiedziałem o Wandzie, a na koniec powtórzyłem to, co mówiła mi doktor Dunin-Wolska. - Ciekawe, gdzie ta Wanda tak wspaniale nauczyła się strzelać? - spytał w pewnej chwili Wasilenko. Wczoraj stanęła z chłopcami do konkursu w strzelaniu z pistoletu. Z dwudziestu metrów trafiła w pudełko od zapałek. - To jeszcze o niczym nie świadczy - powiedział Bryński. - Ale są jeszcze inne fakty. Kiedyś Kolka Biały opowiadał, że Wanda chwaliła mu się, iż będąc w Kowlu zawracała głowę oficerom niemieckim. *

7

Cymelmajer - major Armii Radzieckiej, w pewnym okresie pełnił obowiązki szefa sztabu brygady partyzanckiej.

Słuchałem tego z niemałym zdziwieniem. Maciejewski również był zaskoczony - Rozmawiałem z nią nawet na ten temat - mówił dalej Wasilenko. - Powiedziała mi, że rzeczywiście poznała w Kowlu kilku Niemców, a wśród nich dwóch oficerów. Nie mogę jej jednak na tej podstawie posądzić o szpiegostwo. Muszę mieć dowody. - Oczywiście - odparł Bryński. - Ale możemy ją przecież poddać jakiejś próbie. Nie mamy zbyt wiele czasu... Trzeba działać szybciej. - Spróbuję coś obmyślić - odparł Wasilenko. * Jeszcze tego samego dnia Wanda została wezwana do sztabu. Bryński, w obecności Wasilenki, poprosił ją o pewną przysługę. Powiedziano jej, że brygada musi w szybkim czasie zdobyć dziesięć niemieckich pistoletów maszynowych. Broń tę trzeba kupić od Niemców, bo inaczej nie można jej zdobyć. Dowództwo znając przedsiębiorczość Wandy zdecydowało posłać ją do Kowla z poleceniem, by skontaktowała się z kimś, kto za cenę trzystu złotych rubli sprzedałby partyzantom broń. Wanda zgodziła się na propozycję i zobowiązała się, że nie wróci do oddziału, dopóki nie wywiąże się z zadania. Przez pięć dni dziewczyna była w Kowlu. Zaczęliśmy się już zastanawiać, czy słusznie postąpiliśmy wypuszczając ją z obozu. Wreszcie szóstego dnia z rana Wanda pojawiła się w bazie. Powiedziała, że udało jej się spotkać jednego ze znajomych oficerów Wehrmachtu i że on zgodził się dostarczyć jej broń. Żądał jednak nie trzystu, lecz czterystu rubli. Wanda ustaliła z nim sposób załatwienia formalności. Upoważnieni do odbioru ludzie mają się zgłosić za trzy dni do pewnego domu w Kowlu, gdzie po wymienieniu hasła i wręczeniu pieniędzy otrzymają pistolety maszynowe. W celu odebrania pistoletów powinno się zgłosić co najmniej pięciu ludzi ubranych w dość luźne płaszcze, pod którymi mogliby ukryć broń. Każdy z nich opuści dom w innym czasie, by zachować konspirację. Oficer obawiał się niemieckiej żandarmerii i policji. Bryński pochwalił dziewczynę za jej ofiarność i odwagę. Od tej chwili każdy krok Wandy był dokładnie śledzony. Natychmiast wysłałem do Kowla jednego z moich partyzantów, któremu poleciłem skontaktować się z Emilem Gryczmanem i ustalić, kto mieszka w domu wskazanym przez Wandę. Już na drugi dzień otrzymaliśmy wiadomość, że w domu tym znajduje się tajny lokal gestapo. Dalszy ciąg tej sprawy potoczył się już błyskawicznie. Wandę aresztowaliśmy. Do Serchowa wysłano ludzi, by przeprowadzili rewizję i aresztowali matkę i brata Wandy. Rezultat tego przedsięwzięcia okazał się rewelacyjny. Mahomet, który osobiście przeprowadzał rewizję, znalazł u Klimczaków małą radiostację nadawczo-odbiorczą oraz cały plik listów, pisanych do matki przez Wandę. Bliższe badania wykazały, że były to szyfrowane informacje dotyczące brygady, które Klimczakowa przekazywała drogą radiową do gestapo. Dalsze śledztwo ustaliło, że ani Wanda, ani chłopiec nie są dziećmi Klimczakowej, a rzekoma Klimczakowa nazywa się Ritter i jest rodowitą Niemką. Wanda zaś nazywa się Hilda Kowol i pochodzi ze Śląska. Chłopiec nosi nazwisko Hans Rogge i od dwóch lat pracuje w gestapo.

„Wanda” przyznała się, że działała z polecenia gestapo: zbierała wszelkie informacje o partyzantach i przekazywała je Ritterowej. Wyjaśniła, że to ona przekazała informacje do gestapo i UPA o grupie Bazykina. Oświadczyła przy tym, że robiła to z pełną świadomością i teraz niczego nie żałuje. Agentów rozstrzelaliśmy...

Część trzecia
Nowe zadania
Stawiłem się w sztabie brygady na wezwanie Bryńskiego. Za stołem w ziemiance siedział obok Diadi Pieti oficer radziecki w stopniu pułkownika; niewysoki jasny blondyn o sympatycznej, inteligentnej twarzy. Oficer wstał i przywitał się ze mną. - Towarzysz Begma. Sekretarz komitetu wojewódzkiego partii. Dowódca partyzanckiego ruchu na Wołyniu - przedstawił mi go Bryński. Słyszałem już o tym, że pułkownik Begma został niedawno przerzucony na teren Wołynia prosto z Moskwy. Do wybuchu wojny zajmował to samo stanowisko sekretarza komitetu wojewódzkiego w Równem. Byłem bardzo zadowolony, że poznałem go osobiście. - Siadajcie, towarzyszu Maks - rzekł Begma z przyjaznym uśmiechem. - Sporo tu o was słyszałem od Antona Pietrowicza. To tak, jakbyśmy się już znali od dawna. Chciałem z wami pomówić o różnych sprawach. Szczególnie interesują mnie zagadnienia polskie. Wy, jako Polak, macie w tym lepsze rozeznanie niż my. Chodzi mi o nastroje ludności i o możliwości rozszerzenia naszej współpracy. Byłem mile zaskoczony jego słowami. Ostatnio często rozważałem ten problem. - Sam nie wiem, od czego zacząć. To jest bardzo skomplikowane zagadnienie... - I my tak sądzimy, dlatego warto o tym pomówić... Trzeba chyba zacząć od polityki... Powiedzcie mi, towarzyszu Maks, czy słyszeliście już o tym, że polski rząd londyński zerwał wszelkie stosunki dyplomatyczne z rządem radzieckim? Jeśli tak, to jakie jest wasze stanowisko w tej sprawie? To była druzgocąca wiadomość. Przez chwilę nie mogłem wymówić słowa. - Nie trzeba się tak denerwować - rzekł uspokajająco Begma. - Widzę, że nic o tym nie wiedzieliście. No cóż, nie od rzeczy więc będzie, jeśli wam powiem, że Niemcy bardzo się z tego faktu ucieszyli i wyciągnęli z tego taki wniosek, że jest to wynik załamania się Związku Radzieckiego. Już jesienią ubiegłego roku, kiedy generał Anders wyprowadził do Iranu korpus polski, Niemcy krzyczeli na cały świat, że Polacy spostrzegli beznadziejną sytuację Związku Radzieckiego i dlatego uciekli. Ale dla nas nie jest ważne, co mówią Niemcy. Ważne jest chyba to, co myślą o tym Polacy. Nie ci oczywiście, którzy siedzą w Londynie, ale ci, którzy są w okupowanym kraju i ci, którzy mieszkają na Wołyniu. - Będę mówił o sobie - zacząłem. - Nie znam się na wielkiej polityce, jaką prowadzą ci, co nazywają się polskim rządem emigracyjnym. Przed wojną jako członek partii byłem przeciwnikiem reakcji. Zawsze marzyłem o Polsce socjalistycznej, związanej przyjaznymi stosunkami ze Związkiem Radzieckim. Kiedy poszedłem do lasu, nie wiedziałem, czy istnieje jakiś układ polskiego rządu w Londynie z rządem radzieckim. Wiedziałem tylko, że nadszedł czas walki z Niemcami. Biliśmy się w miarę naszych sił.

Początkowo nikt nie dawał mi żadnych wytycznych ani poleceń. Latem 1942 roku dowiedziałem się o porozumieniu polsko-radzieckim. Uwierzyłem wówczas, że wśród emigracji znaleźli się rozsądni ludzie, którzy ocenili naszą przeszłość i potrafili wyciągnąć właściwe wnioski. A teraz znów dowiaduję się... - Nie bierzcie mi za złe, że poruszyłem ten bolesny dla was problem - rzekł, jakby chcąc mnie pocieszyć, Begma. - Ale widzicie, towarzyszu Maks, gdyby większość Polaków tak właśnie myślała jak wy, to sądzę, że wszystko byłoby w porządku i wcale nie interesowalibyśmy się tym, co tam knują polscy politycy z Londynu. Tylko że sprawa nie wygląda tak różowo. Wiemy, że niektórzy Polacy, współpracujący dotychczas z naszym ruchem partyzanckim, obecnie odsuwają się od nas. Taka postawa może grozić niebezpieczeństwem ludności polskiej. Właśnie teraz, kiedy szerzy się nacjonalistyczna propaganda ukraińska, kiedy organizuje się UPA, każda wieś i osada polska będzie potrzebowała naszej pomocy. Sami chyba rozumiecie, że dobra współpraca musi być oparta na zasadzie wzajemnego zaufania. Do tej pory nie udało się nam przeprowadzić szerokiej agitacji politycznej wśród ludności polskiej. Ale jakże to mieliśmy robić? Do tego celu potrzebni są polscy komuniści, jakaś polska lewicowa organizacja, której tu brak. W Moskwie już o tym myślą, ale na razie wiąże się to z organizowaniem przez polskich komunistów, będących w Związku Radzieckim, polskiej armii ludowej. Powstaje Związek Patriotów Polskich, który skupia całą lewicę wychodźstwa polskiego w Związku Radzieckim... No tak, ale my musimy się zastanowić, jak te sprawy ustawić tutaj, a to nie jest proste. Wierzę, że wy, towarzyszu Maks, pomożecie nam. Chciałbym, żebyście więcej czasu poświęcali teraz na pracę wśród polskiej ludności. Trzeba utrzymywać stałą więź ze skupiskami Polaków, wyjaśniać im cele narodu polskiego w obecnej wojnie, pomagać organizować samoobronę polską. Fakty świadczą o tym, że bandy Bulby i Bandery szykują się do krwawej rozprawy z Polakami... Wiadomość o zamierzeniach polskiej lewicy w Związku Radzieckim ucieszyła mnie bardzo. Powiedziałem to Begmie w dalszej rozmowie. Z kolei omówiłem z nim i z Bryńskim kwestie związane z moją pracą wśród Polaków. Postanowiliśmy, że będę wysyłał w teren specjalne grupy partyzanckie wykorzystując w tym celu wszystkich Polaków będących w brygadzie - które będą organizowały we wsiach i osadach polskich zebrania i wiece, że będę wydawał odezwy i ulotki, że będziemy brać udział w tworzeniu polskich grup samoobrony. Oczywiście, że te sprawy nie były mi obce i dotychczas. Po wymordowaniu ludności polskiej w Paroślach postanowiliśmy utrzymywać ścisłe kontakty ze skupiskami ludności polskiej poza rejonem partyzanckiego kraju. Ale wtedy nie mogliśmy na to poświęcić zbyt dużo czasu. Nawał zadań dywersyjno-bojowych spychał te sprawy na dalszy plan. Były również inne powody. Nie urodziłem się agitatorem. Mając do wyboru walkę z bronią w ręku i pracę propagandowo-agitacyjną wolałem to pierwsze. Jako dowódca oddziału chciałem jak najlepiej wypełniać swoje podstawowe zadania - to znaczy walczyć z Niemcami. Zresztą, chcąc zająć się sprawami ideologiczno-organizacyjnymi wśród tutejszej ludności polskiej, musiałbym mieć jakieś oparcie. Tymczasem wśród tutejszych Polaków spotkałem niewielu komunistów. Przeważnie wszyscy, którzy chwytali za broń, robili to po prostu z nienawiści do okupanta i niewiele zastanawiali się nad tym, o jaką Polskę im chodzi. Cieszyło ich porozumienie generała Sikorskiego z rządem radzieckim, cieszyło ich powstanie w Związku Radzieckim armii Andersa. Wiadomość o pogorszeniu się stosunków dyplomatycznych polsko-radzieckich i wyprowadzeniu do Iranu wojska polskiego spowodowała wśród nich sporo zamętu. Wielu Polaków zaczęło się odnosić z rezerwą do dalszej współpracy z nami. Mimo to zdecydowana większość dotychczasowych naszych współpracowników, Polaków, którzy spełniali rolę zwiadowców, informatorów i przewodników, nadal

pracowała na korzyść brygady, a mieszkańcy polskich wsi i kolonii chętnie gościli u siebie zatrzymujące się na odpoczynek grupy i oddziały partyzanckie. Niebawem zresztą na Wołyniu wytworzyła się zupełnie nowa sytuacja, która spowodowała większe niż dotychczas zbliżenie się ludności polskiej do radzieckiego ruchu partyzanckiego. Przyczyniły się do tego zbrodnicze posunięcia banderowców, wymierzone zarówno przeciwko Polakom, jak i radzieckim partyzantom. Po bezkarnym mordzie w Paroślach bandy Borowca i Bandery poczynały sobie coraz śmielej. Małe, uzbrojone grupy napadały nocą na wsie i kolonie polskie i mordowały całe rodziny, rabowały mienie i paliły zagrody. Szczególną aktywność w ciągu marca i kwietnia 1943 roku przejawiły te bandy na terenach leżących na południe i południowy wschód od naszego partyzanckiego kraju, w rejonie Stepania. Granica naszego kraju partyzanckiego sięgała na południe aż do toru kolejowego Kowel - Sarny. Stepań zaś leżał o dwadzieścia kilometrów od toru. W prostej linii od bazy do Stepania było około siedemdziesięciu kilometrów. Dlatego też trudno nam było objąć bezpośrednią kontrolą takie wsie, jak Wyrka, Siedliska, Wyrobki, Wilczę, Ożgów, Omelanka, Lady, Tchory, Huta Stepańska, Mielnica i inne, a tam właśnie skupiało się dużo Polaków. Nie mogliśmy zresztą rozdrabniać naszych sił. Było nas w sumie około czterystu uzbrojonych ludzi i mieliśmy do spełnienia cały szereg zadań bojowodywersyjnych. Zawsze też musieliśmy być przygotowani na wypadek nowej niemieckiej obławy. Niemniej jednak, kiedy otrzymaliśmy alarmujące wieści o zbrodniach popełnionych przez banderowców w rejonie Stepania, postanowiliśmy przedsięwziąć decydujące kroki w celu zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom polskich kolonii i wsi. Jeszcze w lutym wysłaliśmy w ten rejon starszego lejtenanta Danilczenkę, który stale przebywał tam ze swoim oddziałem. W owym czasie największym skupiskiem Polaków w rejonie Stepania była duża wieś i rozrzucone szeroko wokół niej kolonie i chutory, które w całości nosiły nazwę Huta Stepańska. Huta Stepańska miała około czterech tysięcy mieszkańców. Mieścił się tu kościół, remiza strażacka, duża murowana szkoła siedmioklasowa i dom ludowy. Przed wojną działała w Hucie Stepańskiej organizacja „Strzelec”, a koło młodzieży katolickiej, prowadzone przez księdza Drzepeckiego, nawet w okresie okupacji nie przerywało swojej działalności. Tu właśnie zatrzymał się ze swoim oddziałem Danilczenko. Przy jego pomocy miejscowa młodzież, skupiona wokół przedsiębiorczych braci Libnerów i Kopijów, wokół takich ludzi, jak Konwerski, Drozdowski i Rzeszutko, z organizowała grupę polskiej samoobrony, liczącą kilkunastu ludzi. Ustalono system wart i patroli, które pełniły służbę przez całą dobę. Po pewnym czasie Danilczenko musiał opuścić Hutę i wyruszyć na pilne zadanie dywersyjne. Ponieważ bandy w dalszym ciągu napadały na wsie polskie, położone w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Huty Stepańskiej, mordowały ludzi i paliły ich domostwa, kolonie polskie zaczęły masowo się przenosić do Huty Stepańskiej, gdzie szukały opieki i ochrony. Wydarzenia te zbiegły się akurat w czasie z moją rozmową z pułkownikiem Begmą. Po naradzie z Bryńskim postanowiłem zająć się najpierw sprawami Polaków w Hucie Stepańskiej. Jak gdyby uprzedzając moje zamiary, następnego dnia zjawiła się w bazie partyzanckiej dwuosobowa delegacja z Huty Stepańskiej. Byli to Zygmunt Kopij, który objął ostatnio kierownictwo nad samoobroną, i jeden

z braci Libnerów. Ludzie ci poinformowali mnie, że wokół Huty Stepańskiej zaczęły się grupować duże siły banderowskie i że w najbliższym czasie należy się spodziewać napaści. - Sami nie potrafimy odeprzeć band, które liczą z pięciuset uzbrojonych ludzi - powiedział Kopij. - My mamy tylko trzydzieści pięć karabinów, z tego połowa pordzewiałych i uszkodzonych, i jeden karabin maszynowy. Prosimy was o pomoc. Wystarczy ze trzydziestu partyzantów z automatami, bo banderowcy, jak się orientujemy, też nie mają dużo broni. Na pięciu banderowców tylko jeden ma karabin, a reszta widły i siekiery. Ale przecież, jak taki tłum napadnie na nas w nocy, to nic nie poradzimy.. - Jesteśmy gotowi wam pomóc - oświadczyłem zdecydowanie. - Właśnie otrzymaliśmy wiadomości od zwiadowców, którzy potwierdzają to, co mówiliście. Ale wydaje mi się, że najpierw trzeba zrobić rozpoznanie. Dymitr - zwróciłem się do Chwiszczuka, który uczestniczył w spotkaniu z delegatami weźmiesz ludzi z kompanii i jeszcze dziś wyruszysz na rekonesans... Trzeba zebrać trochę danych. Na razie nie wdawaj się w żadne większe starcia. Oni nie powinni wiedzieć, że chcemy przyjść z pomocą Hucie Stepańskiej... Ja będę tam za trzy dni... - Rozumiem. Myślę, że tak będzie najlepiej - odparł Dymitr. Kopij i Libner zaczęli mi gorąco dziękować. * W kompanii Chwiszczuka było ze dwudziestu Ukraińców, i Dymitr, wyruszając na zadanie do Huty Stepańskiej, wziął ze sobą piętnastu spośród nich. Cała jego grupa zwiadowcza liczyła dwudziestu ludzi. Zaraz po przybyciu na miejsce Dymitr porozsyłał swoich partyzantów w teren, by zebrali jak najwięcej danych o bandach. Zwiadowcy chcieli między innymi przedostać się w miarę możliwości do oddziałów banderowskich. Dlatego też wielu partyzantów przypięło sobie do czapek znaki tryzuba. Było to o tyle możliwe, że według informacji, jakie posiadaliśmy, banderowcy zaczęli się dopiero organizować w rejonach Stepania. Rzeczywiście okazało się, że banderowcy ściągali pojedynczymi grupami z różnych stron Wołynia, a nawet z Podola... Największe skupisko band stwierdzono we wsi Butejki. Niektórym ze zwiadowców udało się przedostać do obozów banderowskich i uzyskać szereg cennych danych. Wasia Butko i jeszcze dwóch zwiadowców porwali nawet z obozu banderowskiego sotnika, który nosił pseudonim „Stach”. Zdobyte przez zwiadowców informacje dowodziły niezbicie, że w ciągu najbliższego tygodnia należało się spodziewać uderzenia band na Hutę Stepańską. Ludność Huty zabrała się energicznie do kopania okopów, budowania wałów i bunkrów. W miejscowej kuźni kowal Rzeszutko naprawiał broń. Ostrzono kosy i siekiery. Niezależnie od tego Dymitr przedsięwziął wspólnie z kierownictwem samoobrony pewne kroki, mające na celu wprowadzenie zamieszania w szeregi banderowskie. Następnego wieczoru Chwiszczuk przy pomocy Kopija i Libnera wybrał spośród miejscowych ludzi około siedemdziesięciu ochotników i przydzieliwszy im dziesięciu partyzantów stworzył z nich oddział. Na czele tego oddziału wyruszył do wsi Mielnica, położonej na południowy wschód od Huty Stepańskiej, gdzie stała jedna z band. Banderowcy czuli się dotychczas zupełnie bezpieczni. Wiedzieli doskonale, że ludzie w Hucie Stepańskiej mają zaledwie kilkadziesiąt karabinów i że reszta - około stu pięćdziesięciu osób - będzie uzbrojona w siekiery, widły i kosy. Nie przyszłoby im też do głowy, że ta nieliczna i źle uzbrojona garstka obrońców może na nich napaść. Zresztą upewniały ich w tym dotychczasowe doświadczenia.

Polacy zachowywali do tej pory zupełną bierność: napadani znienacka nocą nie potrafili stawić zdecydowanego oporu, nie mówiąc już o tym, że nie myśleli nawet o odwecie. Nic więc dziwnego-, że oddział Chwiszczuka zupełnie bezpiecznie dotarł tego wieczora do Mielnicy. Banderowcy nie uważali nawet za stosowne wystawić odpowiednich ubezpieczeń, a z tych kilku wartowników, którzy pełnili służbę na dworze, większość posnęła na stanowiskach. Na rozkaz Dymitra pięciu partyzantów wdarło się do chat, gdzie kwaterowali banderowcy, i zarzuciło śpiących granatami. Tymczasem inni ludzie z samoobrony atakowali wyskakujących w popłochu z chat wystraszonych banderowców, którzy zmiatali do lasu. Ochotnicy tak się zapalili do walki, że zaczęli ścigać uciekających banderowców. Dymitr nie chciał się jednak oddalać od Huty Stepańskiej. Wiedział, że w pobliżu Mielnicy stacjonują inne silne oddziały banderowskie. Zmusił więc ludzi do zaprzestania pościgu i zawrócenia do Huty. Tyły cofającego się oddziału Dymitr ubezpieczył partyzantami uzbrojonymi w automaty. Jego przewidywania okazały się słuszne. Ledwie oddział wyszedł na drogę wiodącą z miasteczka Stepań do Huty Stepańskiej, gdy z prawej strony, z lasu ostrzelali ich banderowcy, którzy na odgłos walki szli swoim z pomocą ze wsi Butejki. Banda z Butejek zamierzała przeciąć drogę oddziałowi i zaatakować go z zasadzki, lecz manewr ich został udaremniony, bowiem oddział ochotników i partyzantów zdążył wcześniej przekroczyć niebezpieczny punkt. Ogarnięci złością banderowcy ograniczyli się jedynie do bezładnej strzelaniny, w wyniku czego zaledwie trzech ludzi zostało lekko rannych. Próba atakowania oddziału od tyłu również nie dała żadnych rezultatów, gdyż do zbliżających się banderowców prażyły skutecznie partyzanckie automaty. Było to pierwsze zbrojne starcie obrońców Huty Stepańskiej z bandami UPA. Kierownictwo samoobrony nie liczyło na to, że odniesie w tym starciu jakiś wielki sukces zbrojny. Cel wypadu był inny. Chodziło o oszukanie wroga, o pokazanie mu, że siły samoobrony są o wiele liczniejsze i że niełatwo będzie złamać wolę obrońców.

Pogrom
Kurinnyj komandir „Stećko”, postawny jasny blondyn o delikatnej twarzy inteligenta, siedział przy stole i z zainteresowaniem studiował złożoną z dwóch arkuszy sztabową mapę niemiecką. Obok w szklance stała nie dopita, parująca herbata. Stećko wodził ołówkiem po mapie ze wschodu na zachód, wzdłuż drogi od stacji kolejowej Małyńsk do wsi Butejki. Odległość wynosiła trzydzieści kilometrów. Sprawdził godzinę - dochodziła szesnasta. Pociąg z Równego przychodził według planu do Małyńska o jedenastej. A więc ten, na kogo czekał, winien już być co najmniej od półtorej godziny w Butejkach. Stećko dopił resztę herbaty i odstawił szklankę. Zapalił papierosa i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Jego sztab kwaterował w szkole. Tu przynajmniej miał dużo przestrzeni. Nie znosił ciasnoty. Dotychczas zajmował przeważnie kwatery w chłopskich chatach, brudnych, śmierdzących i ciasnych. Sala szkolna była czysta i schludna. Kazał sobie urządzić w niej sypialnię i jednocześnie gabinet pracy. Tu przyjmował swoich zastępców i komandirów sotni, wydawał rozkazy i robił odprawy. Stećko był ostatnio w doskonałym humorze. No bo czym miał się martwić? To jemu właśnie, a nie komu innemu, powierzono przeprowadzenie akcji na Hutę Stepańską. Któż z komandirów kurina nie cieszyłby się z takiego wyróżnienia. Huta Stepańska stwarzała nie lada okazję do przysporzenia sobie

zaszczytów i sławy. Sam Borowiec wysyłając go na to zadanie podkreślił: „Jeśli oczyścisz ten rejon z Lachów, zdobędziesz sławę”. Właściwie rejon był już oczyszczony, bo Polacy od razu po pierwszych pomyślnych wypadach na ich kolonie i wsie sami wynieśli się do Huty Stepańskiej. Stećko panował już nad takimi wsiami i koloniami, jak Siedliska, Wyrobki, Mielnica, Ożgów, Wilcze i inne, a teraz pozostała mu jedynie Huta Stepańska. Siły obrońców Huty obliczał na około stu ludzi uzbrojonych w broń białą i jakieś czterdzieści karabinów. Można ich było łatwo pokonać mając do dyspozycji pięciuset striłciw, sto pięćdziesiąt karabinów, pięć erkaemów i dwa cekaemy. Stećko był pewny zwycięstwa. I gdyby nie rozkaz HWS8, który wciąż jeszcze konferował z Niemcami w Równem, jeszcze dziś uderzyłby na Hutę. Nie mógł jednak łamać samowolnie rozkazów władz zwierzchnich. Wiedział, że za taką samowolę spadają głowy. Rejonowy prowidnyk Omelian, który od wczoraj przebywał przy sztabie kurina, powiedział: - Nie gorączkuj się, poczekaj. Teraz sam „Ostap” mówi z Niemcami. Da Bóg, to dostaniesz za parę dni trochę broni maszynowej, a może nawet Niemcy przyślą pomoc. Podobno chcą dać armaty. Wtedy pójdzie wszystko gładko. Musisz wziąć pod uwagę to, że niedaleko stąd, za linią kolejową, stoją bolszewicy. Kto wie, czy nie zechcą przyjść z pomocą Lachom. I co wówczas zrobisz ze swoimi karabinami? Oni wszyscy mają automaty. - Na pomoc Niemców nie liczę - odparł wtedy prowidnykowi. - Wystarczy mi trochę broni maszynowej, amunicji i granatów. Jeżeli oni się w to włączą, to zagarną całą zdobycz. Już ja ich dobrze znam. W Hucie jest teraz z dziesięć tysięcy Lachów. Ci, którzy uciekli z okolic Huty, pozabierali cały dobytek. Będzie tego z tysiąc krów i tyleż koni. A nam konie potrzebne. Ludzie nasi liczą na łupy. Zboża też mają niemało. Mogłoby wystarczyć na rok dla całej UPA... Czy HWS pomyślało o tym rozpoczynając rozmowy z Niemcami? - To nie nasza rzecz - odpowiedział prowidnyk. - Przyznaję, że dobrze robisz myśląc o interesach całej UPA, a nie tylko swojego kurina, ale musisz wiedzieć, że nam oprócz żywności i koni potrzebna jest także broń. Bez broni nie możemy zwyciężyć Lachów i Moskali. A broń mają Niemcy... Stećko liczył na to, że po zwycięskiej walce zdobędzie nie tylko sławę, ale i bogactwo. Udział Niemców w ataku na Hutę Stepańską oznaczał, że jedno i drugie trzeba będzie dzielić z jakimś Frycem lub Hansem. Właśnie dzisiaj obaj z Omelianem oczekiwali przyjazdu delegata HWS z Równego oraz przedstawiciela Wehrmachtu, którzy mieli ich ostatecznie poinformować o wspólnej decyzji gebietskomisariatu i HWS. Stećko spojrzał na zegarek. Wyglądało na to, że jego pragnienie spełniło się i że delegaci nie przyjechali. W tej chwili jednak z zewnątrz doszedł go turkot zajeżdżającej na dziedziniec szkolny bryczki, którą wysłał na stację do Małyńska. Podszedł prędko do okna. Z bryczki wysiadał wysoki oficer Niemiec i jakiś mężczyzna ubrany w czarną jesionkę. Cywil był niskim grubasem, miał kapelusz i laskę, idąc lekko kulał. Stećko z trudem przemógł ogarniającą go wściekłość. * Przy spóźnionym obiedzie Omelian prowadził ożywioną rozmowę z oficerem w języku niemieckim. Od czasu do czasu włączał się do rozmowy i małomówny delegat. Stećko uczył się w szkole francuskiego i znał zaledwie parę słów w języku niemieckim. Denerwowało go też zachowanie się delegata, który do tej pory nie raczył powiadomić go o decyzji HWS, jak gdyby lekceważąc jego
8

Główny Sztab Wojskowy.

wysokie bądź co bądź stanowisko dowódcy kurina. Z wyrazu twarzy Omeliana Stećko mógł z łatwością wyczytać, że sprawa nie przedstawia się tak źle. W pewnej chwili Omelian mrugnął do niego porozumiewawczo, jakby dawał mu do zrozumienia, że wszystko idzie po jego myśli. Wreszcie, gdy ordynans sprzątnął ze stołu, przystąpiono do oficjalnej narady. Najpierw zabrał głos gruby delegat. Odkaszlnął, otarł usta chustką i zaczął mówić: - W imieniu HWS Ukraińskiej Powstańczej Armii zostałem upoważniony do przekazania komandirowi kurina Stećce i rejonowemu prowidnykowi Omelianowi, co następuje: HWS obdarza pełnym zaufaniem komandira kurina i rejonowego prowidnyka i powierza im przeprowadzenie operacji na Hutę Stepańską. Przygotowaniem planu ataku zajmie się sam komandir kurina, z tym jednak zastrzeżeniem, że atak nie może nastąpić wcześniej niż za pięć dni. Wiąże się to ze sprawą dodatkowej broni, którą zobowiązało się nam ofiarować dowództwo Wehrmachtu... Chodzi tu też o sprawy natury polityczno-organizacyjnej. Gebietskomisariat w Równem polecił nam tak przeprowadzić operację na Hutę Stepańską, by niedobitki Polaków zostały wyparte na północ, w rejon torów kolejowych przy wsi Grabina, gdzie zajmie się nimi Wehrmacht i żandarmeria. Chodzi o to, że żaden Polak nie może uniknąć kary. Władze niemieckie same tego dopilnują i postarają się zlikwidować niedobitki. Tylko część zdolnych do pracy Polaków wywiezie się na przymusowe roboty do Niemiec. W tym celu na tory, w pobliżu wsi Grabina, zostaną podstawione wagony towarowe. Cały inwentarz mieszkańców Huty pozostaje do dyspozycji HWS. Nie jest wykluczone, że w razie gdyby Polacy stawiali długotrwały opór, niemieckie dowództwo udzieli kurinowi pomocy w sile batalionu Wehrmachtu. Na to jednak nie należy liczyć, trzeba raczej - tu delegat zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się do Stecki - polegać na sobie. Pewne jest natomiast to, że w czasie walki niemiecka bateria artylerii i moździerzy wesprze kurin swoim ogniem. - Delegat otarł zroszone potem czoło, wstał i uścisnął wyciągniętą dłoń Stećki. Z kolei podniósł się niemiecki oficer i również uścisnął rękę uszczęśliwionemu komandirowi kurina. Stećko podziękował teraz kierownictwu HWS i dowództwu niemieckiemu i zapewnił delegata, że wykona powierzone mu zadanie. Później głos zabrał Niemiec. Oświadczył, że gebietskomisariat w Równem wierzy w niezwykłe zdolności dowódcy kurina oraz bojową wartość jego żołnierzy. Polacy, którzy są śmiertelnymi wrogami Niemców i upowców, powinni ponieść zasłużoną karę. W końcu poinformował Stećkę, że on sam będzie przebywał przy sztabie kurina aż do chwili zlikwidowania gniazda „polskich bandytów” w Hucie Stepańskiej. Tej nocy komandir kurina wyprawił sutą ucztę swoim gościom. Zaprosił na nią również komandirów sotni i czot. (Kurin produkował własny bimber, więc było go pod dostatkiem.) Wkrótce do sali, gdzie odbywała się uczta sztabowców, sprowadzono młode dziewczęta. * Już od wczoraj znajdowałem się w Hucie Stepańskiej wraz z oddziałem liczącym osiemdziesięciu partyzantów. Przybyliśmy do wsi nocą, zupełnie niepostrzeżenie, tak że nawet nie wszyscy mieszkańcy zauważyli naszą obecność. Chłopcy zajęli kwatery w obszernym budynku szkolnym i zabroniono im stamtąd wychodzić. O bytności oddziału we wsi wiedzieli wyłącznie członkowie kierownictwa samoobrony: Zygmunt Kopij, Konwerski, trzej bracia Libnerowie, Drozdowski, Rzeszutko, ksiądz Drzepecki i kierownik szkoły Kurkowski. W ciągu dnia obejrzałem - w towarzystwie Kopija i Konwerskiego oraz swoich dowódców plutonów i grup: Chwiszczuka, Butki, Danilczenki i Stacha Maciejewskiego - cały teren przygotowany do obrony

okrężnej. Huta miała bardzo niedogodne - z punktu widzenia prowadzenia walk obronnych położenie. Leżała na zupełnie odkrytym, równinnym terenie i ciągnęła się na przestrzeni czterech do pięciu kilometrów, obejmując swym zasięgiem kolonie i pojedyncze chutory. Niewielka ilość źle uzbrojonych ludzi, którzy pełnili stałą służbę w okopach i bunkrach, nie stanowiła w zasadzie siły, mogącej na długo powstrzymać atak banderowców. W celu polepszenia stanu obrony Huty postanowiliśmy wycofać ludzi z wysuniętych chutorów i skupić ich na mniejszym terenie. Wybraliśmy też kilka głównych punktów oporu: szkołę, dom ludowy, kościół i remizę strażacką. Siły obrońców powiększyliśmy do prawie trzystu ludzi i uzbroiliśmy ich w broń białą. Postanowiliśmy też stworzyć osobne grupy kosynierów, które można by, w zależności od sytuacji, kierować do kontrataków na najbardziej zagrożone odcinki. Po południu otrzymałem zupełnie nowe dane dotyczące banderowców, które nasunęły mi śmiałą myśl zorganizowania napadu na obóz banderowski w Butejkach. Uprzedziłbym tym samym atak wroga. Wywiadowcy przebywający w obozie w Butejkach przynieśli mi wiadomość o przyjeździe do wsi jakichś delegatów z Równego, którzy razem ze sztabem kurina oddali się po zakończeniu narady beztroskiej hulance. Według tych informacji niektórzy striłci, korzystając z braku nadzoru i ulegając przykładowi dowódców, również zabrali się do gorzałki. - Co o tym sądzicie? - spytałem Danilczenkę i Chwiszczuka, którzy byli obecni, kiedy otrzymałem ten meldunek. - Można by spróbować - uśmiechnął się Danilczenko; od razu zrozumiał, o co mi chodzi. - Myślę, że to jedyna okazja i trzeba ją wykorzystać. Konwerski, który również był akurat w mojej kwaterze, spojrzał na mnie zdziwiony. - Czy wy naprawdę chcecie iść na nich? - A co, sądzicie, że będziemy tu czekać, aż oni na nas napadną? Ten wygrywa, kto w porę uderza. Och, wy, obrońcy! - powiedziałem z drwiną. - Jeśli nawet nie rozpędzimy ich, to przynajmniej zrobimy trochę zamieszania. A zresztą wy możecie zostać, pójdę tylko ze swoim oddziałem. - Nic podobnego! - zaprzeczył gorąco Konwerski.- Idziemy razem z wami. Zaraz zbiorę ludzi. Chwiszczuk, widząc, że Konwerski wybiegł jak oparzony, wybuchnął śmiechem: - I co ty, Maks, naprawdę chcesz brać ze sobą to pospolite ruszenie? - A dlaczegóż by nie? Jeśli chcą iść... - Zdaje mi się, że na takie akcje oni się nie nadają. Mogą wszystko popsuć. Nie mają przecież pojęcia o działaniu w nocy z zasadzki. Narobią hałasu i zanim przyjdzie do właściwej akcji, postawią cały kurin na nogi. - Będziemy ich trzymali z daleka, na stanowiskach wokół Butejek. Zresztą nie weźmiemy więcej niż pięćdziesięciu ludzi. Naszych pójdzie sześćdziesięciu. Resztę zostawimy dla wzmocnienia samoobrony. W pół godziny później zebrał się pod szkołą spory oddział ochotników, liczący chyba ze dwustu młodych mężczyzn. Wybraliśmy spośród nich, wspólnie z Kopijem i Konwerskim, pięćdziesięciu dziarskich chłopców, znających doskonale położenie wsi Butejki. Wtajemniczyłem ich w cel wyprawy, po czym poprzydzielałem do partyzanckich grup bojowych, które miały podczas akcji działać z zasadzek.

Butejki leżały w odległości zaledwie sześciu kilometrów od Huty Stepańskiej. Wieś mieściła się w widłach dwóch małych rzeczek Mielnicy i Stawu. Rzeczki łączyły się ze sobą o pół kilometra za wsią, od strony północnej. Od południa wioska sąsiadowała z lasem, który ciągnął się w kierunku Huty Stepańskiej. Butejki były małą wsią liczącą zaledwie pięćdziesiąt domów mieszkalnych, które jeszcze przed wkroczeniem banderowców zostały opuszczone przez mieszkańców. Kurin ledwie się tu mógł pomieścić. Większość striłciw kwaterowała w stodołach, a nawet w oborach i stajniach. Powodzenie akcji na kurin zależało od sprawnego wykonania wielu czynności: niepostrzeżonego podejścia do wsi, zajęcia stanowisk w wyznaczonych zasadzkach oraz energicznego zaatakowania przez główną grupę uderzeniową uśpionych banderowców. Z Butejek wybiegały trzy drogi: jedna w kierunku południowym do Huty Stepańskiej, dwie pozostałe, krótsze, na wschód i zachód, za rzeczki Staw i Mielnica, gdzie łączyły się z dwoma głównymi traktami. Na rzeczkach były drewniane mostki. Te dwa miejsca, zaraz za mostkami, jako najlepiej nadające się, wybraliśmy dla zorganizowania zasadzek. Z uwagi na to, że w miejscu, gdzie rzeczki łączyły się ze sobą, teren był bagnisty, stronę północną zostawiliśmy zupełnie odsłoniętą. Droga idąca na południe nie była brana pod uwagę, gdyż wiodła do Huty i nie spodziewaliśmy się, by banderowcy po ewentualnym ich rozproszeniu mogli uciekać w tym kierunku. Utworzyłem trzy główne grupy bojowe. Dwie z nich, przeznaczone do działania z zasadzek, liczyły po trzydziestu partyzantów i ochotników, uzbrojonych w automaty i karabiny. Każda z tych grup miała ponadto dwa erkaemy i jeden cekaem. Trzecia grupa uderzeniowa, złożona z czterdziestu partyzantów i dziesięciu ochotników, posiadała, jako główne uzbrojenie, po cztery granaty. Oprócz tego każdy z partyzantów miał swój automat. Jedynie ochotnicy, którzy w zasadzie mieli pełnić rolę przewodników po wsi i doprowadzać poszczególne podgrupy do miejsc, gdzie kwaterowali banderowcy, byli zaopatrzeni tylko w granaty. Zadaniem grupy uderzeniowej było błyskawiczne obrzucenie granatami chat i stodół. Główny nacisk kładliśmy na zlikwidowanie lub odizolowanie od striłciw dowództwa kurina. Chcieliśmy zmusić banderowców do rozproszenia się i ucieczki w kierunku rzek, gdzie czuwały już nasze zasadzki. * Była pierwsza w nocy. Chmury, które zasłaniały niebo, teraz rozproszyły się i świecił księżyc. Gdzieś we wsi Siedliska wyły psy. Ileż takich bezdomnych psów, wychudzonych na szkielety, podobnych raczej do szakali, zdychało w owym czasie uwięzionych na łańcuchach, ile wałęsało się po lasach Wołynia i wracało nocą na pogorzeliska chat, by wyrazić wyciem swoją niedolę i tęsknotę do ludzi... Cały oddział zgrupował się w lesie, o dwa kilometry od Butejek. Z tego miejsca wyruszyły najpierw dwie grupy dowodzone przez Danilczenkę, któremu do pomocy przydzieliłem Zygmunta Kopija, i przez Maciejewskiego. Zastępcami Maciejewskiego byli: najstarszy z braci Libnerów oraz były podoficer Wojska Polskiego Drozdowski. Grupy te miały do pokonania przestrzeń wynoszącą po cztery kilometry i dlatego grupa uderzeniowa, której kierownictwo pozostało w moich rękach, mogła - zgodnie z planem - wyjść z lasu dopiero za pół godziny. Czekając na swoją kolej, toczyłem szeptem rozmowę z Konwerskim, który objaśniał mi, jak położona jest wieś, gdzie mieści się szkoła oraz poszczególne, pojedyncze domy i chutory.

Znając więcej szczegółów, mogłem lepiej opracować plan napadu na banderowców. Podzieliłem swój oddział na dziesięć kilkuosobowych grupek, zostawiając sobie trzynastu ludzi. Do każdej grupki został przydzielony przewodnik-ochotnik z Huty Stepańskiej. Wreszcie i my wyruszyliśmy z lasu... Przed pierwszymi zabudowaniami wsi zaczęliśmy się czołgać. Przede mną pełzł Konwerski, za mną Butko, a dalej cały wąż złożony z trzynastu ludzi. Naszym celem była szkoła. Widzieliśmy ją z daleka. W kilku oknach paliło się światło. Teren był tu mokry, a miejscami nawet bagnisty. Konwerski nie omijał błota. Bał się wysunąć na odkrytą przestrzeń. W taką jasną noc mogły nas łatwo wykryć warty banderowskie. Wreszcie dobrnęliśmy do suchego lądu. Od szkoły dzieliło nas teraz około pięćdziesięciu metrów. Osłaniały nas krzewy. W pewnej chwili Konwerski pociągnął mnie za rękaw munduru. Wysunąłem głowę i zobaczyłem przed wejściem do szkoły wartownika. Siedział na schodkach i chyba drzemał. Do moich uszu dobiegały dźwięki muzyki - to grał patefon. Za szybami w trzech oświetlonych oknach przesuwały się jakieś sylwetki. Od czasu do czasu dobiegał do nas głośny wybuch śmiechu lub piskliwy kobiecy głos. Wartownik budził się wtedy z drzemki i unosił głowę, po chwili jednak znów opuszczał ją na piersi. Wskazałem Butce wartownika. Wziął ze sobą jednego partyzanta i poszedł. Niedługo usłyszałem odgłos szamotania się, po czym wszystko ucichło. Wypadliśmy chyłkiem z zarośli. Otoczyliśmy szkołę. Nie zamierzałem brać jeńców. Ci, którzy bawili się w klasach, powinni byli zginąć. Przy trzech oświetlonych oknach stanęli trzej partyzanci z granatami w rękach. Świst, dźwięk tłuczonego szkła i trzy wybuchy... Na sekundę zapanowała grobowa cisza. Przez otwory okienne dobywał się dym i pył, później rozległy się jęki i przekleństwa. Ktoś zgięty wpół gramolił się przez uchylone drzwi, tuż za nim przeciskał się drugi. Pociągnąłem serię z automatu. Z jednego z okien posypały się strzały z pistoletu. Któryś z partyzantów jęknął i zwalił się na ziemię. Teraz całe Butejki aż trzęsły się od wybuchów. Zostawiłem Butkę z partyzantami przy szkole, a sam razem z Konwerskim pobiegłem na wieś. Z chat wyskakiwali z krzykiem na wpół rozebrani banderowcy. Niektórzy przemógłszy strach padali w pobliżu chat i strzelali z karabinów, inni jak oszaleli czmychali poza opłotki w pole. Parę chat i stodół płonęło oświetlając teren. Partyzanci uwijali się na tle tych płonących pochodni jak w ukropie; to gonili uciekających, prując z automatów, to znów obrzucali granatami broniące się małe grupki, z rzadka porywali się do walki wręcz. Była to nierówna walka, w której partyzanci mieli zdecydowaną przewagę. Nagły atak wywołał olbrzymi popłoch wśród banderowców i tego właśnie popłochu nie miał kto opanować, gdyż całe dowództwo kurina zostało skutecznie przez nas odizolowane i otoczone w szkole. Wypłoszywszy bandę z zagród, partyzanci pędzili ją w kierunku mostków na rzeczkach... W tym samym czasie zasadzka dowodzona przez Maciejewskiego zajęła dogodne stanowisko tuż za mostkiem na północnym brzegu rzeczki Mielnica. Partyzanci i ochotnicy rozłożyli się w linii na przestrzeni pięćdziesięciu metrów. Stanowisko cekaemu znajdowało się na wprost mostku, dwa erkaemy mieściły się na skrzydłach i miały prowadzić ogień krzyżowy również na mostek, a w razie prób ucieczki banderowców w bród przez rzeczkę miały im uniemożliwić ten zamiar.

Pierwsza grupa, około trzydziestu banderowców, pojawiła się na mostku już w parę minut po przypuszczeniu ataku na wieś. Długa seria cekaemu obsługiwanego przez sierżanta Drozdowskiego skosiła ich niemal doszczętnie. Resztki cofnęły się, ale w tej chwili znów nadbiegła chmara uciekających. Tych też przywitał gęsty deszcz pocisków. Przeraźliwe jęki i modlitwy mieszały się z błaganiem o litość. Kilkudziesięciu banderowców rzuciło się do rzeczki, ale widząc beznadziejność swoich prób przedostania się na drugi brzeg zajęło obronę w widłach rzeczek. Tu przyłączyli się do nich również ci, którzy nie zdołali przedrzeć się przez drugi mostek na rzece Staw. W sumie było ich około dwustu. Pod kierownictwem jednego z energiczniejszych ludzi, niejakiego Filipczuka, który ujął w swoje ręce sprawę obrony, mając do dyspozycji około pięćdziesięciu karabinów i trochę broni białej, banderowcy zdecydowali się odpierać ataki partyzantów i jednocześnie grupami przeprawić się przez wodę u zbiegu obydwu rzeczek. Było to przedsięwzięcie niezwykle trudne, gdyż w tym właśnie miejscu ciągnęły się dość głębokie bagniska. Mimo to pierwsza grupa, licząca pięćdziesięciu ludzi, prawie bez strat przedostała się pod osłoną ognia za rzeczkę. W kuriniu było bowiem sporo miejscowych chłopów ukraińskich, którzy znali doskonale tutejszy teren i wiedzieli, gdzie są dogodne przejścia przez wodę i błota. Maciejewski nie od razu zorientował się w planach banderowców i dopiero gdy usłyszał strzały, pojął, że banda skierowała się w tamtą stronę. Niezwłocznie więc wysłał tam część swoich ludzi. Danilczenko natomiast szybko połapał się w sytuacji i chcąc udaremnić banderowcom ucieczkę niemal cały swój oddział rozstawił wzdłuż rzeczki - przy mostku zostawił tylko cekaem i pięciu partyzantów. Kiedy Danilczenko znalazł się u zbiegu rzeczek, druga grupa, licząca ze czterdziestu banderowców, brodziła już w wodzie. Zasadzka rozpoczęła tu nowe, krwawe żniwo... Sytuacja bandy, której siły stopniały obecnie do stu trzydziestu ludzi, stała się wyjątkowo trudna. Banderowcy byli osaczeni ze wszystkich stron, nie było żadnej nadziei, by wydostali się z pułapki. W owym czasie grupa uderzeniowa skutecznie napierała na rozwiniętych w obronie banderowców, spychając ich do wody. Niedobitki kurina walczyły z niezwykłą zajadłością, kilkakroć próbowały nawet kontratakować, ale były to próby beznadziejne. Ogień z automatów kładł ich niemal pokotem. Były jednak chwile, że małe grupki banderowców dopadały leżących na stanowiskach partyzantów i wówczas rozpoczynała się zacięta walka wręcz. W tej walce padali zarówno banderowcy, jak i partyzanci... Świt już nadchodził, a resztki bandy liczące z pięćdziesięciu striłciw, ściśnięte na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu metrów, stawiały nam jeszcze rozpaczliwy, ostateczny opór. Na mój rozkaz oddział zaniechał dalszych ataków. W dotychczasowej bitwie padło ze dwudziestu partyzantów i ochotników, mieliśmy też sporo rannych, którzy jednak nie schodzili z pola. Czekaliśmy, aż się zupełnie rozwidni, by dokończyć pogromu. Tymczasem z Huty Stepańskiej nadeszły posiłki w liczbie około stu ochotników, którzy poprzednio zgłosili swoją chęć wzięcia udziału w wyprawie na Butejki. Przybyli samorzutnie, mimo sprzeciwu Chwiszczuka, który po naszym odejściu objął dowództwo nad samoobroną. Ochotnicy nie posiadali w większości broni palnej i byli uzbrojeni przeważnie w siekiery i kosy. Rozkazałem im zebrać rannych i zabitych partyzantów oraz zająć się taborem bandy. Kurin, przygotowując się do napaści na Hutę, ściągnął do Butejek ze trzysta fur, na które banderowcy mieli załadować dobytek Polaków.

O godzinie siódmej znowu ruszyliśmy do ataku. Banderowcy nie stawiali już oporu. Rzucili się do bezładnej ucieczki w kierunku wody i błot. Ale brzegi rzeczki były silnie obsadzone przez obydwie grupy, które poprzednio broniły dostępu do mostków. Ostatnie serie zakończyły żywot kurina... Kiedy opuszczaliśmy rejon walki, całe przedpole usiane było trupami, a wody Mielnicy i Stawu stały się czerwone. * Huta Stepańska wyległa na ulice i entuzjastycznie witała swoich zwycięzców. Ludzie ze łzami w oczach przychodzili do szkoły, gdzie mieściły się nasze kwatery, i dziękowali partyzantom za uratowanie ich od niechybnej śmierci. Niektórzy przynosili nam podarunki: gęsi, masło, mleko i słoninę. Weselono się i świętowano. W domu ludowym w najbliższą niedzielę odbyła się zabawa, urządzona przez ludność dla partyzantów i tych ochotników, którzy brali udział w walce z banderowcami. Zdawało się, że nastały nowe czasy dla mieszkańców Huty Stepańskiej. Nikt nie drżał już ze strachu przed banderowcami. Wszyscy głośno wyrażali swoją gotowość odparcia każdego ataku band-. Nikt zresztą nie wierzył w to, by po takim pogromie jakaś inna banda odważyła się zaatakować Hutę. Wśród ludności, napływającej do Huty Stepańskiej z okolicznych kolonii i wsi, znaleźli się tacy, którzy chcieli natychmiast wracać do swych zagród. Jedynie kategoryczny sprzeciw kierownictwa samoobrony powstrzymał ich przed tym lekkomyślnym krokiem. Upłynął zaledwie tydzień od pamiętnej bitwy w Butejkach, mieszkańcy Huty wciąż jeszcze żyli wspomnieniami o pogromie, jaki spotkał krwawą bandę Stećki, gdy zaczęły do mnie dochodzić niepokojące wieści, że ze wschodu i południa nadciągają w kierunku Huty nowe zbrojne oddziały UPA. Wywiadowcy przynosili nam niewiarygodne wprost dane. Liczba banderowców sięgała według nich kilku tysięcy striłciw. Stało się teraz jasne, że dowództwo UPA, mimo pierwszej porażki, nie zrezygnowało wcale z zamiarów zlikwidowania tego dużego polskiego ośrodka, jakim była Huta Stepańska. Sytuacja stawała się teraz o wiele bardziej niebezpieczna. Niezwłocznie wysłałem meldunek do Bryńskiego prosząc go, by przysłał mi instrukcje. Wiedziałem, że Huta Stepańska nie potrafi się skutecznie obronić przed olbrzymimi siłami banderowców, którzy w sumie liczyli około czterech tysięcy striłciw, i dlatego wysunąłem propozycję ewakuowania całej ludności Huty w rejon kraju partyzanckiego. Było to zadanie trudne i ryzykowne, wiązało się bowiem z wzięciem na siebie odpowiedzialności za całokształt zaopatrzenia i wyżywienia wielkiej masy ludzi, liczącej dziesięć tysięcy. W parę dni później otrzymałem przez zwiadowcę list od Bryńskiego. „Uważam, że wasza decyzja jest zupełnie słuszna - pisał Bryński. - Właśnie i my tutaj mamy wiadomości, uzyskane z wywiadu, że w rejonie Stepania, Czartoryska i Werbcza grupują się liczne bandy UPA. Stwierdzono ponadto, że w obozach banderowców są również Niemcy. Z początku sądziliśmy, że Niemcy chcą skierować te bandy przeciwko nam, ale teraz już wiemy z całą pewnością, że mają one uderzyć na Hutę Stepańską. Myślę, że trzeba niezwłocznie rozpocząć przygotowania do ewakuacji. Jesteśmy gotowi przysłać wam dla ochrony ewakuowanych ludzi i ich dobytku dodatkowy oddział w liczbie stu partyzantów. Diadia Pietia”. List ten bardzo mnie ucieszył. Zabrałem się teraz energicznie do pracy. Po wstępnych rozmowach z Konwerskim i Kopijem, których w ogólnych zarysach poinformowałem o swojej propozycji, zwołałem naradę kierownictwa samoobrony i delegatów wsi. Przybyło na nią dziesięciu przedstawicieli ludności cywilnej. Spośród partyzantów obecni byli: Chwiszczuk, Danilczenko, Butko, Maciejewski i ja.

Naradę zagaił Konwerski. Przypomniał o niedawnej walce w Butejkach i podkreślił, że chociaż zwycięstwo należy zawdzięczać głównie partyzantom, to jednak ochotnicy z samoobrony również wypełnili wzorowo swoje zadanie. Mówił o głębokiej przyjaźni, łączącej Polaków z Huty Stepańskiej z partyzantami, później wskazał na nowe niebezpieczeństwo, jakie zagraża Hucie ze strony niezliczonych band UPA, ściągających w pobliskie rejony, i na zakończenie powiedział o konieczności ewakuowania się mieszkańców Huty Stepańskiej do partyzanckiego kraju. To ostatnie słowo najwyraźniej wzburzyło i zaniepokoiło niektórych delegatów. Gdy tylko Konwerski skończył mówić, odezwało się kilka głosów na raz: - Jakże to, mamy opuścić Hutę? To nie może być! Jeśli poradziliśmy sobie z jedną bandą, damy radę i innym, choćby ich było kilka razy więcej... Poradzimy sobie, jeżeli partyzanci nie zostawią nas samych... - Słuchajcie, przyjaciele - wstałem i zacząłem mówić. - Widzę, że nie zdajecie sobie sprawy z grożącego wam niebezpieczeństwa. Wasza sytuacja jest zupełnie beznadziejna i nie pomogą tu nawet nasi partyzanci. Nie trzeba się podniecać zwycięstwem w Butejkach, trzeba umieć liczyć! Wiem dobrze, że mieszkańcy Huty są gotowi walczyć w swojej obronie na śmierć i życie, ale przecież dobra wola i zapał nie wystarczą. Bandy UPA, grupujące się w okolicy, dysponują czterema tysiącami ludzi żądnymi krwi, którzy pragną między innymi pomścić swoich braci poległych w Butejkach. Bandy te mają ze dwadzieścia razy więcej broni niż samoobrona, poza tym upowców wspierają Niemcy, którzy zobowiązali się użyć artylerii przeciwko Hucie Stepańskiej. Załóżmy nawet, że samoobrona zdoła odeprzeć pierwsze ataki band, ale przecież na tym się nie skończy. Tymczasem obrońcom wyczerpie się amunicja, a banderowcom Niemcy dostarczą broni i amunicji. Następne ataki zadecydują o ich zwycięstwie, a wówczas cała ludność, dzieci, kobiety i starcy staną się pastwą bandytów. Tak, niestety, będzie. Przemyśleliśmy to dokładnie. Jedyne wyjście z tej sytuacji widzimy w ewakuacji mieszkańców Huty w bezpieczne rejony partyzanckiego kraju. Oczywiście nie chcemy nikogo do tego zmuszać, przedstawiamy tylko propozycję... - My, panie Maks, bardzo was, partyzantów, cenimy i dziękujemy wam za dobre serce - odezwał się jeden z przedstawicieli miejscowych gospodarzy, krzepki, przyzwoicie ubrany staruszek. - Ale przecież te rzeczy nie od nas zależą. Być może, że dajecie nam dobrą radę, ale to trzeba omówić ze wszystkimi ludźmi, niech się wypowiedzą, czy zgadzają się zostawić cały dobytek i iść na poniewierkę, na niedolę... - Właśnie o to samo i, nam chodzi - odparłem. - Dobrze będzie, jeśli wy pomożecie nam zwołać ogólne zebranie ludności. Powiemy wszystkim, jak wygląda prawda, i niech ludzie decydują, czy chcą ginąć, czy też wolą ratować życie i iść z nami. A co do tej poniewierki, to mogę was zapewnić, że w miarę naszych możliwości postaramy się wam dopomóc. Dzieci i starców umieścimy po wsiach, gdzie znajdą opiekę. Młodzi ludzie mogą zamieszkać w lesie, a ci, co zechcą walczyć - wstąpią do partyzantki. Lato idzie i w lesie też można jakoś przetrzymać. A jesienią na pewno będziemy już wolni... - Dobrze by tak było, jak pan mówi, panie Maks - odezwał się inny delegat, chudy, żylasty, z głęboką szramą na policzku. - Ale jeśli wy, partyzanci, tak się o nas troszczycie, to przyślijcie tu takie siły, żeby pobić banderowców. Słyszeliśmy o waszych dzielnych czynach... - Gdybyśmy mieli takie możliwości, na pewno nie wahalibyśmy się ani chwili, ale sprawa nie jest taka łatwa. Nasza brygada ma swoje specjalne zadania. Partyzanci chodzą na tory kolejowe wysadzać transporty niemieckie, tylko część zostaje w bazie. Nie możemy też opuścić naszego obozu, gdyż tam również jest około tysiąca ludzi cywilnych, którymi już prawie dwa lata się opiekujemy. Gdyby Niemcy

dowiedzieli się, że cała brygada ruszyła z pomocą Hucie Stepańskiej, nie zawahaliby się napaść na opuszczone obozowisko, zniszczyć wszystkie nasze urządzenia i pomordować bezbronną ludność. Oprócz tego mamy pod swoją opieką takie wsie, jak Konińsk, Optowa, Hołuzja, Serchów. A zresztą, gdybyśmy nawet teraz przyszli wam z pomocą i odparli bandy, co nie jest wcale pewne, to kto nam zaręczy, że po odejściu brygady UPA nie zorganizuje na Hutę nowej wyprawy? Baza partyzancka oddalona jest stąd o ponad siedemdziesiąt kilometrów. Zanim byśmy tu drugi raz przyszli, zastalibyśmy tylko zgliszcza... Delegaci pospuszczali głowy i umilkli. - My, kierownictwo samoobrony - zaczął z wielką powagą Konwerski - przychylamy się do propozycji dowództwa partyzantów Diadi Pieti i zrobimy, co będzie w naszej mocy, ażeby przygotować ludzi do ewakuacji. Rozumiemy bowiem dobrze, że to jest jedyne wyjście z tej trudnej sytuacji. Ja, jako wojskowy (wszyscy w; Hucie wiedzieli, że Konwerski służył do wojny w WP w stopniu podoficera), wiem, że samoobrona nie wytrzyma i będzie musiała ulec przewadze band. Nie możemy brać na siebie odpowiedzialności za śmierć naszych dzieci i matek. Dlatego polecam delegatom, w imieniu dowództwa, przeprowadzić rozmowę z mieszkańcami Huty i zebrać ich wszystkich jutro w południe, po nabożeństwie, na placu przed remizą strażacką. * Wieczorem długo dyskutowaliśmy z Konwerskim, Kopijem i Drozdowskim nad ogólnym planem ewakuacji Huty Stepańskiej. Obliczaliśmy ilość niezbędnego transportu, zaopatrzenia na drogę oraz ustaliliśmy skład poszczególnych grup uzbrojonych ochotników i partyzantów do ochrony maszerującej kolumny. Spodziewaliśmy się, że banderowcy zechcą nam przeszkodzić w tym przedsięwzięciu i będą próbowali niepokoić i napadać uchodzących ludzi. Należało więc działać możliwie sprawnie i szybko, by dowództwo UPA nie miało wiele czasu na zorganizowanie pościgu. Bandy składały się głównie z pieszych striłciw. Zaledwie trzy sotnie dysponowały końmi i tworzyły zwiadowcze oddziały kawaleryjskie i tylko one byłyby w stanie dogonić jadące na północ kolumny furmanek. Ale z tymi siłami mogliśmy się łatwo rozprawić. Było już dobrze po północy, gdy rozeszliśmy się na spoczynek. Konwerski poszedł jeszcze sprawdzić, jak czuwają posterunki w bunkrach i warty wokół wsi. Okazało się, że wszędzie panuje ład i porządek... Kiedy po godzinie znalazł się w swojej kwaterze, zastał w niej młodego mężczyznę o różowej, okrągłej, dobrze wygolonej twarzy. - Czołem, panie sierżancie! - odezwał się młody człowiek, wyciągając na powitanie rękę. - Czołem! - odparł niechętnie Konwerski. - Trochę źle pan trafił, panie kapitanie - dodał ziewając głośno.- Jestem strasznie skonany. Ledwie stoję na nogach. A jutro czekają mnie trudne zadania... - Nie będę panu zabierał wiele czasu. Rozumiem, że ma pan obowiązki. Sądzę jednak, że zechce mnie pan wysłuchać. - Jeśli obstaje pan dalej przy swojej propozycji, żeby wziąć ludzi z samoobrony i iść do lasu odpowiedział Konwerski - to powiem wprost, co o tym myślę. Szkoda czasu. Nic z tego nie wyjdzie. Pan ma swoje zobowiązania wobec dowództwa wojskowego i rządu londyńskiego, jak to już pan nieraz nam tu klarował, a my mamy swoje sprawy, chyba nie mniej ważne, bo dotyczące całej Huty Stepańskiej. Nie zostawimy na pastwę losu dziesięciu tysięcy ludzi, tylko dlatego, że ktoś tam każe swoim przedstawicielom werbować młodzież do polskiej armii podziemnej.

- Panie sierżancie, proszę nie zapominać o tym - zaczął mówić protekcjonalnym tonem kapitan „Bomba” - że skierował mnie w te strony nasz prawowity rząd, który czasowo ze zrozumiałych względów znajduje się na emigracji. Zarówno pan, jak i całe kierownictwo samoobrony w Hucie winno mi okazać pełne zaufanie i posłuszeństwo... - Lepiej o tym już więcej nie wspominajmy. Słyszeliśmy to już nieraz. Prawdę mówiąc, nie znamy pana... Nie czujemy się też związani z żadną organizacją. A poza tym... jeżeli rzeczywiście, jak pan twierdzi, istnieje jakieś polskie wojsko podziemne na tych terenach, to dlaczego nie przyjdzie tu bronić swoich rodaków przed grożącą im śmiercią? - To są inne sprawy i nie będziemy o nich teraz dyskutować. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że nie otrzymacie pomocy. Wysłałem właśnie dokładny raport do naszego dowództwa. Przyszedłem tu po to, żeby pana ostrzec. Tak, ostrzec. Jako starszy stopniem obowiązany jestem wskazać panu kilka bardzo niebezpiecznych posunięć kierownictwa samoobrony. Pierwsza sprawa to kontakty z bolszewikami. Mówiłem już nieraz, że wszelka współpraca z nimi jest niedopuszczalna. Ostrzegłem pana przed tym w obecności księdza Drzepeckiego i delegata „Kazimierza”, ale - jak dotychczas - nie skorzystaliście z naszych rad. Teraz dowiedziałem się, że zamierza pan ewakuować wszystkich mieszkańców Huty na północ, w rejony, gdzie działają partyzanci sowieccy. Czy zastanowił się pan nad tym, na co pan mnie i siebie naraża? Przecież to jest zdrada. Bolszewicy tylko czekają na to, żeby zwerbować naszą młodzież w swoje szeregi, a tymczasem organizujące się na Wołyniu polskie siły zbrojne potrzebują ludzi... - Może by pan wreszcie przestał mówić o tych polskich siłach zbrojnych - rzekł drwiąco Konwerski. Niech pan mnie dobrze słucha, bo będę mówił w imieniu całego dowództwa samoobrony. Nie interesuje nas, jakie zdanie ma na ten temat pan i pańskie dowództwo. Będziemy robili to, czego będą sobie życzyli mieszkańcy Huty, i będziemy się kierowali wyłącznie ich dobrem. Jeśli radzieccy partyzanci, wśród których są także Polacy, zapewnią nam bezpieczeństwo i życie, to pójdziemy do nich. Nie sądzę, żeby pan, jako były oficer Wojska Polskiego, nie doceniał groźby niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad głowami tych bezbronnych ludzi. Pan to musi rozumieć. A więc, żeby już wreszcie skończyć tę naszą rozmowę, bo jestem okropnie senny, dodam jeszcze, że jutro cała Huta Stepańska będzie miała okazję wypowiedzieć się w tej sprawie... - Jeśli sądzi pan, że mieszkańcy Huty zgodzą się iść do bolszewików, to jest pan w poważnym błędzie. My na to nigdy nie pozwolimy! - Kapitan uderzył pięścią w stół i wyszedł bez pożegnania. Konwerski, mimo zmęczenia, nieprędko jeszcze tej nocy zasnął. Nie mógł się uporać z myślami. Sam długo się wahał, nim poparł propozycję ewakuacji mieszkańców Huty Stepańskiej. Nie był w stu procentach pewny, czy zrobił słusznie. A tu jeszcze ten kapitan... Nie znosił tego młodego, napuszonego człowieka, który miesiąc temu przyszedł do Huty nie wiadomo skąd i zaczął się od razu wtrącać do nie swoich spraw. Najpierw próbował zaimponować wszystkim swoim stopniem. Łaził od jednego członka kierownictwa samoobrony do drugiego i namawiał, żeby przekazali mu dowództwo, a potem zaczął grozić. Ani Kopij, ani Libnerowie, ani Drozdowski nie chcieli nawet o tym słyszeć, nie ulękli się gróźb. Albo ten drugi przybłęda, który przylazł tu podobno aż z Warszawy i zjawił się w niemieckim podoficerskim mundurze. Ma pseudonim „Kazik”, ale w rzeczywistości kim jest? Gębę ma ryżą jak prawdziwy Niemiec. Kto go tu skierował i po co? On też ma wielkie pretensje do rządzenia w Hucie, kto wie, czy nie jest po prostu niemieckim agentem? Obydwóm patronuje ksiądz proboszcz Drzepecki. Dobry człowiek, ale żaden polityk. Tylko że ksiądz ma wielki posłuch u ludzi i kto wie, czy nie zechce sprzeciwić się decyzji samoobrony. Jest jeszcze

kierownik szkoły Kurkowski. Ten ma nie mniejszy autorytet niż ksiądz. Właściwie to trzeba by iść do niego i zasięgnąć rady... Konwerski, zmęczony tymi ciężkimi myślami, zasnął, kiedy był już dzień. Jeszcze na długo przed wyznaczonym czasem mieszkańcy Huty zebrali się na placu przed remizą. Przybyło kilka tysięcy ludzi. Wszyscy byli podnieceni i zdenerwowani. Opowiadano sobie zasłyszane ostatnio wieści o siłach banderowców, którzy grupowali się wokół Huty Stepańskiej. Jedni obliczali ich na kilkanaście tysięcy, inni twierdzili z uporem, że jest ich niewielu, zaledwie kilkuset. Puszczono też pogłoskę, że dowództwo nad bandami objęli sami krwawi wodzowie Bandera i Borowiec, którzy mają do swej dyspozycji kilka pułków niemieckiej artylerii i samoloty. Ci, którzy byli na niedzielnym nabożeństwie, przypominali słowa księdza Drzepeckiego wołającego z ambony: „Nadszedł czas próby, drodzy rodacy. Nie dajcie się w tych ciężkich chwilach opanować przez złe moce. Pozostańcie do końca wierni Chrystusowi i Ojczyźnie. Stańcie i piersią własną brońcie dostępu do swych pieleszy, do świętego kościoła. Stwórzcie tu nową Jasną Górę!” Tłum uspokoił się dopiero wtedy, gdy na specjalnie wzniesionym do tego celu podwyższeniu, ustawionym na środku placu, stanęło trzech ludzi: Konwerski, Zygmunt Kopij i ja. Ja pierwszy zacząłem przemawiać: - Kochani rodacy - powiedziałem. - Jeszcze tak niedawno wszyscy cieszyliśmy się naszym wspólnym zwycięstwem, jakie odnieśliśmy nad bandą w Butejkach. Był to wielki sukces zarówno wasz, jak i podległych mi partyzantów. Nikt wówczas nie przypuszczał, że tak prędko nadejdzie nowe groźne niebezpieczeństwo. Tym razem niebezpieczeństwu temu nie będziemy mogli stawić czoła. Wróg jest wielekroć silniejszy. I gdybyśmy nawet zechcieli podjąć bohaterską walkę, to i tak czeka nas pewna przegrana. Z bandami idą Niemcy, którzy postanowili za pomocą artylerii zrównać z ziemią waszą osadę. Nie żyjemy w średniowieczu, kiedy to do obrony wystarczały szańce i bohaterstwo obrońców. Wróg dysponuje wielką ilością karabinów, broni maszynowej i artylerii. Cóż może im przeciwstawić samoobrona? Kilkadziesiąt karabinów starego typu i trochę partyzanckich automatów. Nie mamy zresztą odpowiedniej ilości amunicji. Czym więc będziemy się bronili? Rozważyliśmy wspólnie z waszym kierownictwem samoobrony wszystkie za i przeciw i doszliśmy do wniosku, że nie możecie czekać, aż wróg uderzy na was, lecz musicie zawczasu opuścić osadę i przenieść się w bezpieczne miejsce, gdzie zaopiekują się wami partyzanci. Wiem, że trudno wam będzie pogodzić się z myślą o porzuceniu waszych domostw i zagród. Wielu z was mieszkało tu całe życie, ale nadszedł moment, że trzeba wybrać życie lub śmierć. Skończyłem. W tłumie zawrzało. Tu i ówdzie rozległ się płacz. Niektórzy ludzie klękali na ziemi i modlili się, inni wołali głośno: - Jak nie ma ratunku, to idźmy, nie zwlekajmy! - Brońmy się, bracia! - Nie pójdziemy do bolszewików, lepiej nam tu zginąć!- Głupcy, zostańcie, jeśli chcecie, my idziemy! Kiedy uspokoiło się nieco, przemówił Zygmunt Kopij, który cieszył się dużym autorytetem wśród mieszkańców Huty. - Bracia! - zawołał. - Przecież nie na waszą zgubę chcemy was prowadzić, lecz dla ratunku. Wróg postawił sobie za cel wymordowanie wszystkich Polaków w Hucie Stepańskiej. Nie mamy przed sobą innej drogi. Przyjmijmy z wdzięcznością braterską dłoń, jaką nam podają partyzanci radzieccy. Uszanujmy ich przyjazny gest. Wierzymy, że to oni właśnie ocalą nasze dzieci, żony i matki. Sami

widzicie, że ludzie ci wychodzą nam naprzeciw. Nie pierwszy to raz ratowali nas, Polaków, od śmierci. Powinniśmy ich za to kochać i szanować! - Racja! To nasi przyjaciele. Tam tylko nasz ratunek!- rozległy się głosy. - Pójdziemy, gdzie nas poprowadzą! - Na północ od linii kolejowej Kowel - Sarny jest bezpieczny rejon - mówił dalej Kopij. - Partyzanci zapewnią nam opiekę i ochronę. Dzieci nasze i starcy znajdą schronienie w Konińsku, Optowie, Hołuzji i innych polskich wsiach. Tam bandy nie przychodzą. Dorośli będą mogli zamieszkać w ziemiankach. Młodzi, jeśli zechcą, pójdą do partyzantki, a jeśli nie, mogą zostać w cywilnym obozie. Przecież nie wy pierwsi pójdziecie pod ochronę partyzantów Diadi Pieti. Tam, w Krasnym Borze, już od dwóch lat mieszkają ludzie, którzy uciekli przed Niemcami, a teraz napływają inni z zagrożonych polskich wsi i osad. Partyzanci nikomu nie odmawiają pomocy. Tu obecny dowódca jednego z oddziałów partyzanckich Maks jest przecież Polakiem. To on właśnie ze swoimi partyzantami pobił bandę Stećki, a teraz podejmuje się zaprowadzić nas w bezpieczne miejsce. Róbmy, jak nam rozsądek nakazuje, ale sprawa jest pilna. Trzeba niezwłocznie zabrać się do przygotowań. Wszystko, co można zabrać z dobytku, ładujcie na furmanki. Za dwa, trzy dni będzie za późno. Dlatego już jutro przed świtem wyruszamy w drogę... * Huta usłuchała głosu rozsądku i rozpoczęła przygotowania do drogi. Kierownictwo samoobrony szykowało wraz z partyzantami zbrojne grupy, przeznaczone do ochrony ludzi i transportu podczas marszu. W sumie siły ochrony liczyć miały około czterystu ludzi, w tym stu kawalerzystów i dwustu kosynierów. Jeszcze poprzedniego dnia wysłałem specjalnego konnego posłańca do sztabu brygady z prośbą, by skierowano nam naprzeciw oddział w sile stu konnych partyzantów w celu wzmocnienia eskorty mieszkańców Huty i ich dobytku. Spodziewałem się, że najpóźniej nazajutrz wieczorem spotkamy ich gdzieś w pobliżu wsi Stachówka, o kilkanaście kilometrów od Włodzimierca. Niemal cała noc upłynęła nam na gorączkowej pracy. Korzystając z kilku godzin, jakie pozostały nam do chwili wyruszenia w drogę, udałem się na krótki odpoczynek. Wiedziałem bowiem, że nieprędko znajdę później wolną chwilę na sen. Musiałem nie tylko czuwać nad tą wielką masą ludzi w czasie drogi wynoszącej około stu dwudziestu kilometrów (droga bezpośrednia z Krasnego Boru wynosiła znacznie mniej, lecz należało się liczyć z koniecznością wymijania większych osad, gdzie stacjonowały posterunki policji, Niemców i placówki banderowców), lecz i później, po przybyciu na miejsce, zająć się rozlokowaniem jej po wsiach i w lesie. Tymczasem w Hucie Stepańskiej zrobił się ruch. Mieszkańcy zaczęli gorączkowo przygotowywać się do ewakuacji. Ładowano dobytek na furmanki, wyprowadzano bydło z obór. Ale jednocześnie po wsi zaczęli biegać jacyś posłańcy, przeważnie stare kobiety i dzieci i informować ludzi, że ewakuacja z polecenia księdza i kapitana Bomby jest wstrzymana i że należy zaniechać przygotowań do wyjazdu. Nierzadko padały słowa o zdradzie, jakiej dopuściło się kierownictwo samoobrony wobec mieszkańców Huty Stepańskiej. Niektórzy ludzie przygotowujący się już do drogi, zawahali się na moment, inni rezygnowali z wyjazdu i chcąc uspokoić swoje sumienie również stawali się gorliwymi zwolennikami zostania na miejscu. Wkrótce ulice Huty Stepańskiej, które niedawno jeszcze zapełnione były niezliczoną ilością podwód, bydła i koni, opustoszały. Członkowie kierownictwa samoobrony usiłowali jeszcze przekonać ludzi, ale na nic się to nie zdało.

Zygmunt Kopij wyrwał mnie z głębokiego snu. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem jego bladą, zgnębioną twarz. Obok Kopija stał Konwerski. - Co się stało? - spytałem. - Wszystko przepadło! - rzekł drżąc ze zdenerwowania Kopij. - Ludzie nie chcą opuszczać Huty... To robota tego przybłędy Bomby i księdza... Oskarżono nas o zdradę. Teraz nic nam nie pozostaje innego, jak zginąć tu na miejscu. Takie łajdactwo! - Czyżby wszyscy zrezygnowali z ewakuacji? - spytałem, nie mogąc uwierzyć, by ci sami ludzie, którzy na zebraniu wznosili gorące, dziękczynne okrzyki, tak nagle ulegli jakimś podszeptom i zmienili swoje zdanie. - Toż to niebywała rzecz! - Niestety, wszyscy - powiedział Konwerski. - Kiedy zaczęliśmy chodzić po domach, przekonaliśmy zaledwie stu ludzi i to przeważnie tych, którzy napłynęli do Huty z okolicznych wsi. - I co zamierzacie teraz robić? - Jesteśmy zupełnie bezradni. - Kopij był załamany. - Przepraszamy was... Chcieliśmy jak najlepiej, wierzcie nam... Ale oni tu są silniejsi od nas. Bardzo byśmy chcieli ratować tych nieszczęśliwych ludzi, ale wiemy, że już nic nie da się zrobić. - Gdzie jest ten ksiądz?! - zawołałem głośno. - Byliśmy już u niego. Powiedział nam, że nie pozwoli ruszyć ani jednego człowieka z Huty Stepańskiej. Nie warto z nim rozmawiać, on i tak nie zmieni swojej decyzji - odparł Konwerski. - Ale jego nikt nie upoważnił do wydawania wyroku śmierci na tę biedną, nieszczęśliwą ludność! krzyknąłem ze złością. - To prawda. My również powiedzieliśmy mu to. - Prowadźcie mnie do niego! - rzekłem, ubierając się pospiesznie... Plebania była pusta. Gospodyni powiedziała nam, że nie wie, gdzie jest ksiądz. Być może poszedł pomodlić się do kościoła albo odwiedza chorych. Przez kilka godzin szukaliśmy go bezskutecznie. W końcu doszliśmy do przekonania, że ksiądz na wszelki wypadek gdzieś się ukrył. Nie mogliśmy też odnaleźć kapitana Bomby i Kazika, którzy również zniknęli nagle jak kamień w wodzie. Próbowaliśmy jeszcze raz zorganizować wiec mieszkańców wsi, ale ludzie nie przybyli na umówione miejsce. Teraz dopiero zrozumiałem, że wszystko przepadło. Byłem zdruzgotany. Stałem wobec problemu, którego nie byłem w stanie rozwiązać. Wiedziałem, że ci ludzie ciężko odpokutują za swój błąd. Pragnąłem, by żyli, i nie mogłem się pogodzić z myślą, że sami, świadomie, godzą się na śmierć. Przypomnieli mi się bezbronni Żydzi z Trojanówki i Powórska, których łatwowierny rabin wyprowadził z lasu prosto w łapy Niemców. Ludzie zginęli tylko dlatego, że ślepo uwierzyli swemu duchownemu. Tutaj miała się powtórzyć ta sama historia, było tylko nieco inne tło... Jeszcze przez trzy dni siedziałem w Hucie Stepańskiej i usiłowałem coś zaradzić, ale wszystkie moje poczynania spełzły na niczym. Tymczasem otrzymałem meldunek, że oddział partyzancki pod dowództwem Koniszczuka przybył na wyznaczone miejsce. Koniszczuk pytał, co ma teraz robić. Odpowiedziałem mu, żeby wracał do bazy. Bryński, dowiedziawszy się o wszystkim, kazał mi natychmiast wracać do Krasnego Boru. Pisał: „Jeśli oni chcą ginąć, to ich rzecz. Wy nie możecie tam zostać. Nie możemy się angażować w sprawy beznadziejne. Nie mogę dopuścić, by niemal cały wasz oddział zginął w nikomu niepotrzebnej walce.

Bo to jest pewne, że wszyscy tam polegniecie. Ja, niestety, nie mogę wysłać całej brygady na pomoc Hucie Stepańskiej. Myślę, że dobrze będzie, jeśli zostawicie w Hucie pluton naszych chłopców. Niech ci ludzie nie myślą, żeśmy ich zupełnie opuścili. Tak mi żal tych biedaków, a szczególnie dzieci. Spytajcie chłopców, kto chce zostać na ochotnika. Czekam na wasz powrót”. Zebrałem dowódców plutonów i grup bojowych i powiedziałem im, jaka jest decyzja Bryńskiego, którą ja sam uważałem za jak najsłuszniejszą. Przedtem jeszcze zawiadomiłem o wszystkim Konwerskiego i Kopija. Przyjęli to w milczeniu. Spytałem dowódców grup i plutonów, kto zechce objąć dowództwo nad pozostającym tu plutonem partyzantów. Zgłosił się Stach Maciejewski. - Ja zostanę - powiedział. - Wiem, co nas tu czeka, ale mimo to zostanę. Nie można ich zupełnie opuścić. To bardzo ważne, by nie stracić zaufania, jakie żeśmy tu zdobyli. - Myślę, że masz rację, Stachu - rzekłem, ściskając go mocno, po bratersku. - Bryński też o tym mówił w rozkazie. Pożegnaliśmy się z Maciejewskim i pozostałymi dwudziestoma partyzantami, którzy mieli zostać w Hucie Stepańskiej. Bardzo serdeczne było też nasze pożegnanie z Konwerskim, braćmi Kopijami: Zygmuntem i Frankiem, z sierżantem Drozdowskim i innymi miejscowymi ludźmi. Kiedy opuszczaliśmy Hutę, setki mieszkańców żegnało nas ze łzami w oczach. My również odchodziliśmy z głębokim żalem.

Krwawa łuna
Po pewnym czasie bandy zaczęły zbliżać się do Huty. Do tej pory grupowały się w odległości trzydziestu, czterdziestu kilometrów, obecnie zaś, zachowując wszelkie środki ostrożności, przegrupowywały swoje oddziały, podciągając je bliżej Huty. Pojedyncze podjazdy konne coraz częściej zaczęły się pojawiać w pobliżu osady. Huta czyniła ostatnie przygotowania do obrony: sypano wały obronne, budowano nowe bunkry, wzmacniano warty, organizowano system alarmowy i łączności. Miejscowi kowale i ślusarze szykowali dziesiątki pik, osadzali na drzewcach ostrza kos, klepali szable, robili noże i bagnety. Jeszcze w styczniu przechodzący przez te tereny oddział partyzancki ze zgrupowania Kowpaka zestrzelił w pobliżu wsi Mycki niemiecki samolot myśliwski. Sierżant Drozdowski podkradł się nocą do wraka samolotu i wymontował z niego cekaem. Broń ta była właściwie bezużyteczna, gdyż mechanizm odpalający działał za pomocą prądu elektrycznego, ale Drozdowski po długich zabiegach przerobił go na działanie za pomocą naciśnięcia języka spustowego. Drozdowski zabrał też wszystką amunicję z samolotu, było jej około pięciu tysięcy sztuk. Obecnie umieszczono tę drogocenną broń w jednym z bunkrów od strony południowej. Maciejewski przydzielił partyzantów do poszczególnych grup samoobrony, chcąc w ten sposób równocześnie nasycić ogniem maszynowym wszystkie zagrożone punkty wsi. Zwiadowcy, którzy z wieży kościelnej śledzili bacznie ruchy nieprzyjaciela, donieśli, że największe skupisko band spostrzegli na południu. Od strony północnej znajdowały się tylko nieliczne oddziałki. Przez cały dzień wokół Huty Stepańskiej wznosiły się ku niebu wysokie pióropusze ognia i chmury dymu: to płonęły okoliczne polskie kolonie i wsie, których poprzednio bandy nie zdołały spalić. Na

południu paliły się kolonie Mielnica i Ożgów oraz wieś Wilcze, na zachodzie: Tchory, na północy wieś Siedlisko. Z wieży widać było ludzi biegających od chaty do chaty z płonącymi żagwiami. Zanim zapadł zmrok, na drodze z Butejek zauważono trzech jeźdźców z białą chorągwią. Lotem błyskawicy wiadomość ta pobiegła do sztabu samoobrony. Dowództwo, w skład którego na żądanie księdza włączeni zostali w ostatniej chwili również kapitan Bomba i Kazik, wysłało na spotkanie parlamentariuszy trzech swoich ludzi. Wśród nich był jeden z braci Libnerów oraz dwaj partyzanci z automatami. Chodziło o to, żeby pokazać wrogowi broń maszynową i skłonić go do zaniechania napadu na Hutę. Obydwie trójki jeźdźców spotkały się przy zabudowaniach chutoru Borek. Z grupki banderowców wysunął się do przodu wysoki młodzieniec, w dobrze dopasowanym mundurze z zielonego polskiego sukna, z odznaką tryzuba na czapce. Miał eleganckie buty oficerki z ostrogami i wspaniałe siodło. Młody człowiek sięgnął do torby i wyciągnął z niej zalakowaną kopertę, zaadresowaną do władz miejscowych w Hucie Stepańskiej. Banderowiec z jadowitym uśmiechem wręczył kopertę Libnerowi. - Nasz hławnyj komandir jest zdziwiony tymi przygotowaniami - tu wskazał ręką na widoczne bunkry i wały. - Czyżby Polacy zamierzali stawić nam opór? - Spróbujcie przyjść, to się rychło przekonacie! - odparł hardo Libner. - Nadejdzie pora, to uderzymy. Ale my nie chcemy wcale przelewu; krwi. Lepiej opuśćcie Hutę, póki nie jest jeszcze za późno. Was garstka, a nas tysiące, przykryjemy waszą osadę czapkami... Jako poseł nie powinienem tego mówić, ale jestem człowiekiem. Ratujcie swoje dzieci i kobiety... - Sami wiemy, co mamy robić - odparł Libner. - Wystarczy nam ludzi, żeby urządzić was tak, jak w Butejkach... A ty jesteś zbój nie człowiek, jeśli służysz w bandzie. Uczciwi Ukraińcy nie mordują bezbronnych ludzi. - Tu, w tym liście, podane są warunki kapitulacji - ciągnął dalej niczym nie zrażony poseł. - Będę czekał na odpowiedź dwie godziny. Radzę się dobrze zastanowić... - Czekaj tutaj. Dostaniesz odpowiedź. Nie licz jednak na to, że się was ulękniemy! - powiedział na zakończenie Libner, po czym odwrócił się i odjechał. W kwaterze sztabu samoobrony list otworzył Konwerski. Zebrani: Zygmunt Kopij, Maciejewski, kierownik szkoły Kurkowski, Bomba, Kazik, Libnerowie i jeszcze kilku gospodarzy, reprezentujących ludność polskich wsi, która przeniosła się do Huty Stepańskiej, czekali w napięciu na odczytanie banderowskiego ultimatum. Konwerski zaczął czytać: „Polacy z Huty Stepańskiej. Zwracamy się do was, byście zaniechali oporu, gdyż w przeciwnym wypadku zalejemy was ogniem i żelazem. Posiadamy dziesięć tysięcy striłciw, mamy armaty i niezliczoną ilość broni maszynowej. Proponujemy, byście poddali nam osadę. Ludność Huty będzie mogła bezpiecznie odejść na zachód. Pomyślcie o waszych dzieciach, kobietach i starcach. Macie do dyspozycji całą noc. O świcie rozpoczniemy atak i wówczas nie będziemy nikogo żałować. Krwawo pomścimy naszych braci pomordowanych w Butejkach. Polskimi trupami użyźnimy stepańską ziemię. Szczegóły kapitulacji można uzgodnić z posłem, którego do was wysłaliśmy...” Konwerski skończył i rzucił list na stół. Jakiś czas trwała cisza. Wszyscy pospuszczali głowy. Nagle odezwał się Kazik. - Ten list to prawdziwa obelga, rzucona nam prosto w twarz! - zawołał. - Oto, do czego doprowadziły nas kontakty z bolszewikami! Był czas, że mogliśmy coś przedsięwziąć. Ale kierownictwo samoobrony

nie chciało słuchać naszych rad. A teraz trzeba wypić ten kielich goryczy, przysłany nam przez bandę hultajów i parobków ukraińskich. Należało opuścić osadę i iść tam, gdzie proponowałem, w pobliże Sarn, gdzie jest silna samoobrona polska, gdzie są nasze polskie siły zbrojne! Trzeba było słuchać mądrych rad pana kapitana - tu wskazał na siedzącego z ponurą twarzą Bombę - i iść pod Kowel, gdzie powstaje 27 Dywizja... - Teraz nie ma co wspominać tego, co już się stało, musimy mówić o rzeczach realnych - wtrącił z powagą kierownik szkoły Kurkowski. - Zresztą, kto wie, czy gdybyśmy was słuchali, nie zginęlibyśmy już pod toporami bulbowców. Bo gdzie Huta, a gdzie Sarny czy Kowel... - Nie będę się usprawiedliwiał - zaczął Konwerski - z tego, co my, kierownictwo samoobrony, uważaliśmy za najbardziej słuszne i celowe, a co panowie Bomba i Kazik uznali za zdradę. Powiem tylko jedno: mieliśmy szansę uratowania ludzi, ale żeśmy ją sami lekkomyślnie przekreślili. Teraz pozostaje tylko bronić się. W tym liście kryją się same kłamstwa. Nie sądzę, by ktokolwiek z siedzących tu wierzył w obietnice banderowców, że w wypadku opuszczenia przez nas Huty Stepańskiej pozwolą ludziom spokojnie odejść. To jest podstęp. Liczą na łatwiejsze zwycięstwo. Ich siły są kilkakrotnie większe niż nasza samoobrona, ale nie tak znowu liczne, jak piszą. Wiemy, że banderowcy posiadają około czterech tysięcy striłciw i konnych. Z tego tylko trzecia część ma broń palną. Ale i ta ilość wystarczy, by przełamać nasz opór, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że w każdej chwili mogą im przyjść z pomocą Niemcy, którzy stoją w Stepaniu i w pobliżu torów kolejowych na północ od Werbcz. Skoro jednak nie ma już innego wyjścia, musimy stanąć do walki na śmierć i życie... - Tak, tego się po panu spodziewaliśmy - przerwał mu znów Kazik. - Jego twarz stała się purpurowa. Zginąć po bohatersku! A ja się pytam, co komu przyjdzie z tego, że w Hucie zginie bohaterską śmiercią dziesięć tysięcy ludzi, że zginie cała ta piękna młodzież, wchodząca w skład samoobrony, która posiada w swoich rękach tak potrzebną nam broń. Czy nie lepiej spróbować wyprowadzić stąd ludzi i ukryć się gdzieś w lasach? Z młodzieży moglibyśmy stworzyć prawdziwy oddział bojowy polskich sił zbrojnych. Ja podejmuję się przeprowadzić tę akcję... Kapitan Bomba, który do tej pory siedział napuszony i zły, popatrzył na Kazika z uśmiechem, i lekkim skinieniem głowy przytaknął jego propozycji. - Nie, panowie! - rzucił twardo Zygmunt Kopij. - Tym razem my się na to nie zgodzimy. Przejrzeliśmy wasze plany. Chcecie zostawić na łasce losu bezbronnych ludzi, zabierając z Huty uzbrojoną młodzież. To byłaby ohydna zdrada. - Nie damy się oszukać! - zaszemrali starzy gospodarze. - Nie pozwolimy, by nasi synowie zostawili nas na pastwę toporów banderowskich! To czysta zbrodnia! I kto to mówi? Delegaci naszego rządu?... Pucołowata twarz Bomby zrobiła się szara. Postanowił działać. - Słuchajcie, panowie - rzekł, siląc się na spokój. - Nikt nie miał zamiaru zostawiać waszych rodzin na pastwę banderowców. Pan delegat Kazik miał jedynie na myśli dobro wszystkich mieszkańców Huty. Chodziło o wyprowadzenie mieszkańców w takie miejsce, gdzie nie ma band bulbowców i banderowców. - A któż nam zagwarantuje, że to prawda - odezwał się jeden z braci Libnerów. - Przecież dobrze wiemy, że panowie delegaci od dawna nas tu nagabują, żebyśmy poszli z Huty razem z nimi, biorąc ze sobą broń. Nie wierzymy wam!

- Zapewniam was, że jesteście w błędzie, za który przyjdzie wam ciężko odpokutować - powiedział jeszcze Kazik i umilkł. Bomba też już się więcej nie odezwał. - A więc, co postanawiacie? - zapytał Konwerski. - Sądzę, że nad propozycjami panów delegatów nie będziemy dyskutować. Trzeba opracować odpowiedź. - Bijmy się! Brońmy się do ostatniej kropli krwi! Śmierć bandzie! - krzyczeli wszyscy. Niebawem wysłano odpowiedź polskiej samoobrony. Zawierała ona tylko jedno zdanie: „Jesteśmy gotowi odeprzeć każdy wasz atak”. Tej nocy nikt w Hucie Stepańskiej nie spał. Grupy ochotników czuwały przy wałach i w bunkrach wpatrując się w przedpole. Tu i tam wznoszono nowe bunkry i kopano schrony. Kobiety i dzieci nosiły ziemię i kłody drzewa, rozbierano też płoty wykorzystując je jako materiał budowlany. Gromadzono zapasy wody, szykowano strażackie pompy i węże. Nastroje były bojowe, szczególnie wśród młodych, którzy nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, podniecali się wzajemnie do walki. Skoro świt od południa ukazało się ze trzystu banderowców; szli pieszo w czterech tyralierach. Z wieży kościelnej uderzyły na alarm dzwony. Momentalnie, kto żyw, wyległ na skraj wsi, by przypatrzyć się bandzie. Ale samoobrona rozpędziła ciekawskich i zajęła stanowiska w bunkrach i na wałach. W tym rejonie, gdzie mieściła się szkoła, zgrupował się główny ośrodek samoobrony, liczący ponad stu pięćdziesięciu obrońców. W samej szkole kwaterował jeszcze odwód kosynierów w sile stu trzydziestu ludzi. Byli wśród nich przeważnie starsi ludzie, których synowie pełnili służbę w bunkrach i na wałach. W dziesięciu bunkrach w pobliżu szkoły czuwali na stanowiskach uzbrojeni w pepesze partyzanci i ochotnicy z karabinami. W jednym bunkrze ulokował się Drozdowski ze swoim erkaemem. W dwóch innych znajdowały się erkaemy pozostawione obrońcom przez partyzantów. Zgodnie z rozkazem kierownictwa samoobrony nie wolno było otwierać ognia z odległości dalszej niż sto metrów. Chodziło o maksymalne zaoszczędzenie amunicji, której do każdego automatu było zaledwie po dwa magazynki, a do każdego karabinu trzydzieści sztuk. W sumie samoobrona miała na tym odcinku trzydzieści dwa karabiny różnych typów, piętnaście automatów, jeden cekaem i dwa erkaemy. Ponadto każdy z ochotników miał po jednym granacie. Ze strony północnej i wschodniej broniło się stu ochotników i pięćdziesięciu kosynierów, których uzbrojenie składało się z dwudziestu jeden karabinów, ośmiu automatów i jednego erkaemu. Reszta miała tylko piki, kosy, siekiery i widły. Kierownictwo samoobrony rozporządzało ponadto niewielkim oddziałem kawalerii, liczącym pięćdziesięciu ludzi uzbrojonych w szable i piki. Banderowcy, zbliżywszy się na odległość dwustu metrów, wyrównali szyki. W promieniach wschodzącego słońca błyszczały bagnety na ich karabinach. Na razie nie strzelali. Z tyłu, może o dwadzieścia metrów za pierwszą linią uzbrojoną w karabiny i broń maszynową, znajdowała się druga tyraliera banderowców, trzymających w rękach siekiery i piki, dalej o sto metrów za nimi stały trzy następne szeregi. Wreszcie padł głośny rozkaz sotnika. Striłci podnieśli broń na wysokość oka i oddali salwę. Natychmiast rozległ się okrzyk „huraaa!” i przednia tyraliera skoczyła do przodu. Z bunkrów i wałów sypnął się grad kul; łamał szeregi i szczerbił w nich wyrwy. Zanim banderowcy dopadli wałów, z pierwszej tyraliery zostało zaledwie trzydziestu ludzi. Tuż za nimi szła druga fala atakujących, uzbrojona w broń białą. Zza wałów i z bunkrów wypadli ku nim ochotnicy i pięćdziesięciu kosynierów przysłanych przez dowódcę odwodu.

Z potężnym okrzykiem „bij!” rzucili się oni na nacierających banderowców. Po chwili toczyły się już krwawe zapasy wręcz. Dźwięczało żelastwo, topór szczerbił się o topór, szable uderzały w piki i kosy. Obydwie siły walczyły orężem, który co najmniej od wieku przestał być w Europie bronią. Tym bardziej rozpaczliwa i tym bardziej okrutna była ta bitwa. Kontratak Polaków był tak niespodziewany i silny, że po paru minutach pękł drugi szereg nacierających. Większość banderowców rzuciła się do ucieczki. Trzecia i czwarta tyraliera, które oczekiwały wyników walki swoich dwóch pierwszych linii, zobaczywszy uciekających striłciw, zaczęły się również cofać. Wówczas to z ust obrońców wyrwał się radosny okrzyk; Huraaa! Szedł ten okrzyk przez całą wieś, powtarzany przez tysiące ust, i zamilkł dopiero wówczas, gdy z tej samej strony ukazała się znacznie już liczniejsza grupa banderowców, licząca ponad pięciuset ludzi. Na skrzydłach pięciu tyralier grupowały się dwa konne oddziałki składające się z kilkudziesięciu jeźdźców. Delegat Kazik, który wczoraj wieczorem zdawał się być zupełnie załamany opinią ogółu na temat jego propozycji, dowodził dziś niedużym odcinkiem obrony. Bił się dzielnie i razem z kontratakiem kosynierów poszedł naprzeciw banderowcom. Niektórzy widzieli, jak porwał z ziemi kosę, która wypadła z rąk rannego ochotnika, i ciął nią skutecznie napotkanych na drodze banderowców. Po odparciu pierwszego ataku ochotnicy pozbierali porzuconą przez bandę broń: zdobyto z piętnaście karabinów i jeden erkaem. Była to niezwykle cenna zdobycz i cieszono się z niej nie mniej niż z samego faktu zwycięskiego odparcia wroga. Zebrano też z pola rannych i zabitych, których naliczono trzydziestu trzech. Banderowców padło dotychczas około stu. Większość z nich poległa od kul z karabinów maszynowych i automatów. Kiedy na nowo rozległ się dzwon kościelny, wszyscy powtórnie zajęli swe stanowiska. Konwerski, który razem z Maciejewskim i Kopijem dowodził całością samoobrony, zorientował się, że kawaleria banderowska ma zamiar obejść skrzydła samoobrony i wpaść do obozu przez nie zabezpieczone wałami kilkudziesięciometrowe luki. Przed frontem banderowców, o sto metrów od wałów, pod osłoną chat, zgrupował się odwód kosynierów. Banderowcy tym razem uderzyli trzema tyralierami na raz. Podobnie jak poprzednio, tylko pierwsza linia miała broń palną, pozostałe posiadały szable, piki, siekiery i kosy. Atak był tak zmasowany i potężny, że nie powstrzymały go automaty i karabiny. Banda niebawem dopadła bunkrów i wałów. Rozgorzała zacięta walka. Ochotnicy i partyzanci bili się, czym popadło. Banderowców było coraz więcej, gdyż w ślad za trzema pierwszymi rzutami ruszyła do ataku czwarta z kolei tyraliera. Wśród banderowców nierzadko słychać było niemieckie komendy. Banda łamała już szyki obrońców i wdzierała się poza wały. Tymczasem na skrzydłach atakowała banderowska kawaleria, do której strzelały skutecznie cekaem i erkaemy. Ogień z broni maszynowej powstrzymał ataki kawalerzystów, którzy cofnęli się wkrótce na tyły swojej piechoty. I oto zdawało się wszystkim obserwującym tę krwawą walkę, gdzie ludzie padali tak gęsto, że wkrótce utworzyła się cała góra trupów, iż nic nie zdoła już powstrzymać tej ogromnej lawy, przelewającej się przez wały, gdy nagle, jak grom z nieba, spoza chat i obór wypadli kosynierzy, a tuż za nimi dodatkowo zwerbowani w ostatniej niemal chwili ochotnicy z siekierami i widłami. Cała ta lawina, licząca ze dwustu ludzi, runęła z impetem, w jednej minucie odepchnęła wroga od polskiego obozowiska i, pędząc go przed sobą, śmiało natarła na ostatnią banderowską tyralierę. I znów powtórzyła się ta sama scena, co poprzednio; resztki bandy, nie wytrzymując polskiego ataku, rozpierzchły się i pomknęły z powrotem, a z ust obrońców wydarł się okrzyk radości.

Ale radość ta minęła tak szybko, jak się zrodziła. Wkrótce bowiem obrońcy zorientowali się, jak wielkimi ofiarami okupili odparcie ataku wroga. Wokół wałów, przy bunkrach na przedpolu, leżało już ze stu pięćdziesięciu obrońców. Tu i ówdzie ktoś płakał - ludzie znajdowali zabitych wśród swoich najbliższych. Zbierano trupy i rannych. Wróg nie miał żadnej możliwości ściągnięcia z pola walki swoich ludzi. Przedpole zaścielało ze trzystu zabitych nieprzyjaciół, drugie tyle było rannych. Obrońcy zdobyli pięćdziesiąt karabinów, kilka erkaemów i całe stosy siekier, kos, pik i innej broni. Liczba obrońców na południowym odcinku zmniejszyła się o stu ludzi, nie licząc kosynierów. W bunkrach i na wałach zostało zaledwie kilkudziesięciu ochotników. Na miejsce zabitych stawili się nowi, ale byli to albo bardzo młodzi chłopcy, albo starsi mężczyźni, którzy nigdy nie służyli w wojsku i nie umieli obchodzić się z bronią. Sytuacja obrońców, mimo odparcia dwóch ataków, była teraz o wiele gorsza niż poprzednio. Każdy następny szturm mógł zadecydować o przegranej. Konwerski, Kopij i Maciejewski zdawali sobie z tego sprawę, ale nie mogli nic poradzić. Na razie ustały próby przełamania pozycji obrońców. Widać dowódcy banderowscy przeliczyli się. Siła rzucona przeciwko polskiej samoobronie okazała się niewystarczająca. Spokój, jaki zapanował w obozie banderowskim, mógł oznaczać jednak tylko to, że wróg obmyśla nowe plany. Był to spokój przed burzą. Do samego wieczoru panowała cisza, a obserwatorzy z wieży kościelnej twierdzili nawet, że widzieli, jak oddziały banderowskie, zgrupowane w rejonie lasów i wsi Mycki, cofnęły się i odeszły. Ludzie zaczęli głośno mówić o tym, że wróg zaniechał walki. Ledwie nadszedł mrok, utrudzeni mieszkańcy Huty udali się na spoczynek, lecz nie było im dane spać spokojnie tej nocy. O dziesiątej, gdzieś zza wsi Mycki, zadudniła artyleria. Pociski z furkotem i świstem przeszybowały w powietrzu. Dwa z nich trafiły w stodoły, które zaczęły się palić. Wieś od razu stanęła na nogi. Podniósł się krzyk. Ktoś rozpędzał ludzi i kazał im ukryć się w schronach i rowach. Były to rozsądne przestrogi, dane przez doświadczonego żołnierza. Następna seria pocisków spadła niedaleko palących się stodół, gdzie zebrała się gromada dzieci, kobiet i starców, i spowodowała ogromne straty w ludziach. Ogień artyleryjski nie ustawał. Gęsto sypały się odłamki, wybuchały coraz to nowe pożary, wciąż przybywało rannych i zabitych. Ludzie kryli się teraz w schronach i rowach, a ci, którzy nie mogli się już pomieścić, szukali ratunku w opróżnionych dołach po kartoflach, w różnych wykrotach, a nawet wyrwach i lejach po wybuchłych pociskach. Gdzieś o trzeciej nad ranem, gdy salwy artylerii nieco umilkły, do kierownictwa samoobrony przybiegł jeden z obrońców, donosząc, że na odcinku południowym część ochotników opuściła swoje pozycje i uciekła do lasu. Trzy bunkry i część wału, w miejscu gdzie poprzedniego dnia toczyły się największe zapasy, była teraz otwarta dla wroga. Konwerski i Maciejewski udali się zaraz na miejsce i dowiedzieli się całej prawdy od kilku ochotników, którzy zostali na swoich stanowiskach. - Dowódca Kazik zebrał nas i zaczął namawiać - mówił jeden z młodych obrońców nazwiskiem Piotrowski - żeby zostawić wszystko i ratować życie. Zapewniał nas, że Huta o świcie przestanie istnieć, gdyż Niemcy uderzą razem z banderowcami. Obiecywał, że on nas uratuje. Później, gdy to nie poskutkowało, bo zaledwie pięciu ludzi chciało z nim iść, zostawił na miejscu zastępcę, Drozdowskiego, a sam niby to poszedł na rozmowy z dowództwem. Wrócił po kwadransie i począł od

razu wołać: „Ratujcie się, kto może! Całe dowództwo już uciekło. Ludzie szykują podwody, by jechać do lasu”. Wtedy już znalazło się trzydziestu chętnych do ucieczki... - To drań! - rzucił Konwerski. - Postawił na swoim. Zdradził nas. Wiedziałem, że do tego dojdzie. Dziękujemy wam, chłopcy. Przyślemy tu trochę rezerwy. Ale zdaje się, że oni tym razem uderzą z innego kierunku. Rano będzie chyba gorąco... Obchodząc inne pozycje obrońców Konwerski przekonał się, że duch bojowy ochotników wyraźnie już osłabł. Padały pytania, czy to prawda, że Huta szykuje się rano do ewakuacji. Mówiono o tym z ulgą i nadzieją. Prawdą było, że kierownictwo samoobrony wydało zarządzenie, by część dobytku i inwentarza przygotować na wszelki wypadek do ewakuacji, lecz nikt nie twierdził, że już rano cała osada wyruszy w drogę. * Kiedy zza lasów wypłynęło słońce, na wschodzie i północy ukazał się wróg. Największe masy nieprzyjaciół ciągnęły od strony Werbcz i Stepania. Ludzi ogarnął strach. Rzucili się do podwód ładując na nie dzieci i co wartościowsze przedmioty. Niektórzy ochotnicy opuścili swoje stanowiska i przyłączyli się do rodzin. Nikt nie był w stanie opanować tego popłochu, jaki wywołała wieść o nadciągającymi banderowcach. Kierownictwo samoobrony próbowało zaprowadzić jaki taki ład, ściągało rezerwy ochotników na wały i do schronów, grupując ich teraz wyłącznie na odcinku północno-wschodnim. Z trudem udało się zebrać jeszcze około dwustu ochotników. Broni było teraz o wiele więcej, tak że prawie wszyscy obrońcy mieli karabiny, pistolety czy automaty. Również każdy mężczyzna szykujący się do ewakuacji uzbrojony był w pikę lub choćby w siekierę, którą ściskał mocno w garści. Pierwszy szturm tego ranka zaczął się od strony Stepania. Uderzyły jednocześnie dwa kuriny, liczące ponad pięciuset striłciw. Atak załamał się pod morderczym ogniem karabinów i broni maszynowej. Ale dowództwo UPA wysłało natychmiast następne sotnie, które szły już jedna za drugą w dziesięciu rzutach. Obrońcy cofnęli się przed przeważającymi siłami bandy i zajęli stanowiska w budynku szkoły i domu ludowym, skąd prowadzili morderczy ogień. Tymczasem Zygmunt Kopij, któremu udało się zebrać blisko dwustu gospodarzy z widłami i pikami, skoczył na czele tego oddziału do kontrataku. Banderowcy pamiętając jeszcze wczorajszą porażkę zawahali się na moment, po czym grupkami zaczęli się cofać przed Polakami, którzy znów zdobyli utracone pozycje. Był to już jednak ostatni sukces samoobrony. Od strony Werbcz ruszyły do szturmu nowe, niezliczone zastępy wroga. W Hucie zakotłowało się jak w ulu. Stłoczone na kilku ulicach i w zaułkach furmanki zaczęły wyskakiwać na trakt i toczyć się ku północy w kierunku wsi Ostrówek i Wyrki. Naprzód wysforowała się jakimś cudem kawaleria, którą dowodził jeden z braci Libnerów. Oddziałek ten miał spełniać w czasie marszu rolę szpicy przedniej. Po bokach potworzyły się samorzutnie nieduże grupki gospodarzy zbrojnych w białą broń, a z tyłu, za wysuwającym się ze wsi długim wężem fur, szli ochotnicy. Kolumna rozciągnęła się na przestrzeni kilku kilometrów. Banderowcy spostrzegłszy, co się dzieje, zaczęli z jeszcze większym zapałem nacierać na tyły samoobrony. Równocześnie od strony Werbcz ruszyła manewrem oskrzydlającym kawaleria UPA, licząca ze trzystu ludzi. Zamierzała ona przeciąć maszerującej kolumnie drogę odwrotu. W pół godziny później dopadła jadących fur, lecz część kolumny zdołała już przejść niebezpieczne miejsce. Rozgorzała zawzięta

walka. Poszły w ruch kosy, widły i siekiery. Kawaleria UPA atakowała z furią, a mając zdecydowaną przewagę szybko zmiotła broniących się gospodarzy i rozpoczęła krwawe żniwo. Pod uderzeniami szabel i toporów ginęły dzieci, kobiety i niedołężni starcy. Odgłosy walki dotarły do jadących z tyłu. Kilkadziesiąt furmanek skręciło w lewo w kierunku wsi Wyrki. Ludzie rozpraszali się po polach, zostawiali dobytek i szukali ratunku w ucieczce. Banderowcy rzucali się za nimi w pogoń. Tymczasem nad Hutą Stepańską ukazała się krwawa łuna. * Tego dnia droga z Huty Stepańskiej do Siedlisk i Wyrek usłana została trupami Polaków. Zginęło ponad tysiąc ludzi. Część, wyparta na północ, w rejon toru kolejowego, została zagarnięta przez rozstawionych tu gęsto Niemców. Na torach stały pociągi towarowe, do których zapędzano przerażonych Polaków. Wybierano młodzież i wszystkich zdolnych do pracy. Dzieci i starców mordowano salwami z karabinów maszynowych. Z liczby dziesięciu tysięcy ludzi, którzy rankiem opuścili Hutę Stepańską, zdołało się uratować zaledwie trzy tysiące. Większość udała się w kierunku kraju partyzanckiego, szukając tam ratunku, część ochotników, którzy tak dzielnie walczyli w obronie Huty, poszła do lasu i utworzyła luźne oddziałki partyzanckie. Tak zakończyła się tragedia Huty Stepańskiej.

Zamknięty rachunek
W kraju partyzanckim panował względny spokój. Niemcy siedzieli w garnizonach nie wyściubiając z nich nosa. Również bandy nacjonalistów na ogół starały się omijać niebezpieczny teren. Działały na południu i na zachodzie, w rejonie Kowla. Próby organizowania band w niektórych wsiach i osadach ukraińskich, położonych w kraju partyzanckim, z zasady spełzały na niczym. Organizatorzy UPA szybko wpadali w ręce partyzantów, do czego walnie przyczyniali się współpracujący z brygadą Polacy i Ukraińcy. Mimo to wróg wciąż usiłował coś jeszcze robić, nie mogąc pogodzić się z przegraną. Po likwidacji nacjonalistów w Wołczecku niebawem otrzymaliśmy dane z Serchowa, że zełeni, którzy dotychczas, zgodnie z naszym obopólnym porozumieniem, nie angażowali się w działalność mogącą przynieść szkodę partyzantom, ostatnio nawiązali współpracę z UPA. Groziło niebezpieczeństwo, że zełeni zorganizują bandę. Od chwili pierwszego spotkania się z kierownictwem zełenych, latem ubiegłego roku, chcąc ich mieć pod stałą kontrolą, zwerbowałem do współpracy na korzyść oddziału jednego z przywódców Samejkina. Chłop ten był niezwykle chciwy. Chociaż w poprzednim okresie zdołał nagrabić dużą ilość przeróżnego dobytku, głównie pochodzącego z żydowskich domów (były to przeważnie wszelkiego typu i rodzaju zegary), jednak łatwo dał się skusić perspektywą nowego zarobku. Otrzymywał od nas różne zabrane Niemcom produkty lub materiały. Otóż tenże Samejkin dał nam teraz znać o organizowaniu się zełenych. Zełeni od dość dawna byli przyczyną niepokoju sztabu brygady, a źródeł tego niepokoju należało się dopatrywać w pewnym wydarzeniu, które miało miejsce jeszcze w marcu, w okresie gdy brygada przeżywała poważne trudności aprowizacyjne. Wszystkie zapasy przygotowane jesienią i na początku zimy były wtedy wyczerpane, szczególnie odczuwaliśmy głód chleba i jarzyn. Wówczas to dowódca brygady zarządził

odremontowanie dwóch młynów w Hołuzji i Karasinie, w których zaczęliśmy mleć zboże na mąkę. Kierownikiem młyna w Hołuzji został Michel Brat, do pomocy stanęli ludzie z leśnych osad cywilnych. Miejscowi chłopi, widząc, że młyny pracują, zaczęli zwozić do nich zboże na przemiał. Partyzanci nie brali opłat za tę usługę, odsypywali jedynie pewną ilość ziarna, które szło na potrzeby brygady i osad cywilnych. Niemcy, kiedy dowiedzieli się, w jaki sposób partyzanci radzą sobie z zaopatrzeniem w mąkę, postanowili zniszczyć młyny. Aż trzy razy przysyłali specjalny samolot, który obrzucał młyny małymi bombami zapalającymi, lecz partyzanci odpędzali go ogniem z karabinów maszynowych, przygotowanych do obrony przeciwlotniczej. Za trzecim razem seria z kaemu trafiła w samolot, który czym prędzej odleciał na swoje lotnisko i od tej pory więcej się nad młynami nie pojawił. Ponieważ odsypy uzyskiwane od chłopów nie pokrywały zapotrzebowania brygady na mąkę, musieliśmy organizować wyprawy na niemieckie magazyny. Sprawami zaopatrzenia bazy w żywność zajmowali się kolejno wszyscy dowódcy oddziałów. Właśnie w marcu przyszła moja kolej. W Rafałówce mieścił się duży skład zboża, który zamierzałem zniszczyć. Niemcy zdołali już opróżnić część zawartości magazynu, w składzie pozostało niespełna cztery tysiące ton ziarna, które niedługo również mogło zniknąć. Trzeba więc było działać szybko i sprawnie. Udałem się do Serchowa pragnąc jeszcze za dnia przygotować odpowiednią ilość furmanek w celach transportowych. W takich razach często korzystałem z pomocy zełenych. Właśnie zmierzałem do chaty ich herszta Jewtucha, gdy z odległości kilkudziesięciu metrów dostrzegłem jakiś ruch w pobliżu jego domu. Obok rozwartych szeroko drzwi stał oparty o ścianę prawosławny pozłacany krzyż, błyszczący w słońcu. Domyśliłem się od razu, że szykuje się pogrzeb. Kiedy zbliżyłem się do chaty, najpierw spojrzałem w okno: na długiej i szerokiej ławie pośrodku izby stała trumna, wewnątrz niej leżał wyciągnięty, o zupełnie już pożółkłej twarzy Jewtuch. Ogromne cztery gromnice wyraźnie oświetlały nieboszczyka. Wokół trumny klęczały zawodzące kobiety i stało kilku mężczyzn, wśród których zobaczyłem Samejkina. Dostrzegł mnie zza szyby i odniosłem wrażenie, że się przeląkł. Postanowiłem wejść do środka i dowiedzieć się, co się tu stało. Na samym progu spotkał mnie Samejkin, który przyłożył palec do ust, dając mi w ten sposób znak, żebym nic nie mówił. Odszedł ze mną spory kawał za zagrodę, w pole. - Mów, do diabła, Samejkin! Co to wszystko znaczy? Co tu się stało? - zawołałem. - Sam pan widział... Mamy teraz dowód, jak to jest naprawdę z tym porozumieniem... Ja też panu uwierzyłem. Chciałem, żeby był spokój. Nie myślałem się bić za Niemców... Ale wy nas mordujecie. Dzisiaj Jewtuch, a jutro inni. Mnie też nie oszczędzicie. Ale nie dacie rady wszystkich zniszczyć... - Czyś ty oszalał, Samejkin? Mów, kto zabił Jewtucha? Przecież nie myśmy to zrobili! - Nie wy? - Samejkin uśmiechnął się drwiąco. - A Koniszczuk? Chyba do was należy? Może pan powie, że Koniszczuk, którego tu wszyscy znają, należy do UPA? - Koniszczuk!? To niemożliwe! - Panie Maks, nie żartujmy. Dwa dni temu nad samym ranem przyszedł z grupą partyzantów do Jewtucha. Wyciągnęli go z łóżka i w obecności żony i dzieci zastrzelili. To prawda, że Jewtuch brał

udział w aresztowaniu pańskich partyzantów, Borysiuka i Mytkałyka, ale przecież uzgodniliśmy to ze sobą, że nie będziecie się mścić. My wam uwierzyliśmy... - Człowieku, to jakieś nieporozumienie! Nikt nie wydawał takiego rozkazu Koniszczukowi. Daję wam słowo honoru - zapewniałem go, tłumiąc ogarniające mnie zdenerwowanie. - Ja panu wierzę. Ale tym naszym ukraińskim komunistom - nie mogę... Teraz we wsi nasi chłopcy buntują się na takie porozumienie i znów nie nocują w chatach. Każdy chce żyć... - Wierzcie mi, Samejkin, że to się więcej nie powtórzy. Koniszczuk będzie za to odpowiadał. Powiedzcie chłopcom, żeby się uspokoili. A zresztą sam pójdę do Kłyma i pomówię z nim... - Niech pan tego nie robi. Oni są teraz strasznie wściekli. Ja będę dalej z wami współpracował. Od was już nie odstąpię... Jeśli będzie coś złego, dam znać. A pan dobrze zrobi, jak teraz stąd pójdzie. To najlepsze wyjście w tej chwili... - No dobrze... Postarajcie się ich jakoś przekonać... - odparłem podając mu rękę. - Lepiej, żeby tu pana nie widzieli. Niech pan wraca przez pola - nalegał. Ruszyłem po fury do innej wsi. Nad ranem, kiedy wróciłem z wyprawy ze zbożem, udałem się niezwłocznie do Bryńskiego, który wezwał do siebie Koniszczuka. Było z powodu tego zabójstwa wiele wrzawy, a niebawem do Serchowa wyruszyła grupa partyzantów, która otrzymała zadanie przeprowadzenia roboty uświadamiającej wśród zełenych. Niewielu jednak spośród przywódców, dało się przekonać, że śmierć Jewtucha była przypadkowa i że winni tej śmierci ponieśli zasłużoną karę. Od tamtego czasu upłynęły trzy miesiące i właśnie otrzymałem od Samejkina wiadomość o organizowaniu przez Kłyma nowej bandy, która miała wejść w skład UPA. * Siedziałem na skraju lasu, niedaleko wsi Zabłocie, oczekując na przybycie Samejkina. Przyszedł dopiero wieczorem, z dwugodzinnym opóźnieniem. - No i co słychać, Samejkin? - spytałem częstując go papierosem. - Dziś był u Kłyma rejonowy prowidnyk z Kowla. Musiałem zaczekać, aż odjedzie, żeby się czegoś dowiedzieć. - O czym mówili? - Zbierają się w sobotę na chutorze u Hryca, pod lasem. To będzie pożegnalny wieczór. Kłym objął dowództwo nad trzydziestoma ludźmi z Serchowa. Prowidnyk obiecał mu dowództwo sotni, jeśli przyprowadzi swoich ludzi w wyznaczony rejon. - Dokąd idą? - Tego ja nie wiem. Rejonowy prowidnyk trzyma to w tajemnicy. W sobotę przyjdzie do Kłyma specjalny przewodnik, który poprowadzi ich w wyznaczone miejsce. Teraz każdy wyciąga broń z ukrycia i szykuje się... - I więcej nic nie słyszałeś? Jakie mają zamiary? - Słyszałem, że prowidnyk żądał, żeby, nie tracąc czasu, rozeszli się po lasach i rozpoznali, gdzie stacjonują partyzanci. Ale Kłym się na to nie zgodził...- Nie zgodził się? A to dlaczego?

- Powiedział, że nie będzie ryzykować żadnego swojego chłopca, póki nie zgromadzi odpowiednich sił. - A co było później? - Prowidnyk zgodził się z tym, ale oświadczył, że dowództwo UPA pragnie wykorzystać ich do działania na miejscu przeciwko partyzantom i że po wzmocnieniu szeregów oddziału powrócą w te strony... Ach tak - pomyślałem - powrócą, jeśli tylko zdołają stąd wyruszyć... W sobotę, w lesie o kilometr od Serchowa, zgrupował się mój oddział. Wydzieliłem kilkunastu partyzantów, którzy z ukrycia obserwowali wieś, a szczególnie chutor, gdzie miała się zebrać banda zełenych. Lato było już w całej pełni i na polach stały wysokie, złociste zboża, w których można się było doskonale ukryć, a wybujałe, obficie obsypane listowiem krzewy, rosnące tu i ówdzie, również tworzyły wspaniałe warunki do maskowania. Butko zajął punkt obserwacyjny na wysokiej polnej gruszy, stojącej samotnie w polu, w odległości stu metrów od zagrody Hryca. Wdrapał się niemal na szczyt drzewa, znalazł wygodną gałąź i usadowiwszy się na niej uważnie obserwował chutor. O dziewiątej wieczór, gdy mrok już począł ogarniać ziemię, a jednocześnie na niebie ukazał się księżyc, na ścieżce prowadzącej od drogi do chutoru pojawił się pierwszy człowiek. Kiedy podszedł bliżej, przywitało go ujadanie psa. Wówczas drzwi w chacie Hryca otworzyły się i ktoś podszedł do płotu. - Kto idzie? - padło pytanie rzucone w ciemność. - Sława Ukraini! - zawołał przybysz. - Herojam sława! - odparł człowiek przy płocie.- To ty, Iwan? Cicho, diable nasienie! - krzyknął na psa, który od razu umilkł. Obydwaj zniknęli w mieszkaniu, ale ledwie drzwi się za nimi zamknęły, na ścieżce ukazały się dwie inne postacie. Rozmawiały ze sobą półgłosem. Pies wypadł z budy i dzwoniąc łańcuchem znów począł zawzięcie ujadać. Scena się powtórzyła. Gospodarz, pragnąc zapewne, by postronni nie zwracali uwagi na to, co się dzieje w chutorze, odwiązał psa z łańcucha i zabrał do domu. Po pół godzinie w chacie zebrało się ze trzydzieści osób. Wówczas Butko zsunął się z drzewa i skręcił w prawo, gdzie w łanie żyta siedział zwiadowca. Cichy gwizd wypłoszył go ze stanowiska. - Słuchaj, Mustafa, zostajesz tu dowódcą. Gdyby oni wyszli z chutoru, zanim przyjdą nasi chłopcy, ruszysz całą grupą ich śladem. Rozumiesz? - Rozumiem, czego miałbym nie rozumieć? Ale myślę, że lepiej by było, jakbyśmy ich trochę przetrzepali. - Przyjdzie i na to czas. Teraz rób, co ci każę. - Rozkaz! - odparł Kolka Mustafa. Gdy już cień Butki roztopił się w ciemności, Mustafa wysunął się nieco do przodu, chcąc mieć lepszy widok na to, co się działo wewnątrz chutoru. Okna domu były oświetlone kagankiem i Kolka usadowiwszy się w pobliżu płotu widział wnętrze dużej izby. Przy obszernym stole siedziało kilkunastu ludzi. Część zebranych podpierała ściany, ćmiąc papierosy. Jakaś kobieta i pomagająca jej

dziewczynka ustawiały na stole misy z parującym mięsem i ziemniakami. Widać było sterty pokrojonego chleba i kilka butelek. Na ten widok Mustafie napłynęła ślina. Był głodny, gdyż od śniadania, które zjadł jeszcze w lesie przed wyruszeniem na zadanie, nie miał nic w ustach. Ech, co tu się ceregielić - pomyślał. - Teraz siedzą wszyscy przy stole. Wystarczy podejść bliżej, rzucić parę granatów i sprawa załatwiona. Nie minęło pół godziny, jak cały oddział znalazł się wokół chutoru Hryca. Mustafa złożył mi meldunek ze swoich obserwacji. Postanowiliśmy zaczekać jeszcze godzinę, spodziewając się, że zełeni przez ten czas popiją się, a wtedy łatwiej ich weźmiemy. I rzeczywiście, podpatrując ich z ukrycia, widziałem, że zebrani w chacie nieźle się raczyli, gdyż butelki często się zmieniały, a kubki wciąż wędrowały do ust. Było coraz gwarniej, kilka razy ten i ów z ucztujących wychodził na zewnątrz za swoją potrzebą i widać było ich cienie chwiejące się na nogach. Chłopcy podsunęli się pod ściany i zaczęli pojedynczo „wybierać” tych, którzy opuścili chatę. W ten sposób po cichu udało się wziąć dwóch zełenych. To, że nie wracali, jakoś nie zaniepokoiło reszty towarzystwa. Korzystając z tego, że w chacie zaczęły się pijackie śpiewy, wsunąłem się z pięcioma chłopcami do środka. - Ręce do góry! - krzyknąłem. Kłym zmarszczył czoło i spojrzał na pistolety maszynowe i granaty w rękach partyzantów. - Dość tego, Maks! - warknął groźnie. - Ty nas nie strasz. Schowaj te swoje maszynki i jajeczka szybkim ruchem sięgnął za pas, aby wyciągnąć pistolet. Nie namyślając się pociągnąłem za język spustowy automatu. Padł strzał. Kłym zachwiał się i zwalił na podłogę. Ale w tym czasie trzech innych bandytów chwyciło za leżące w kątach i na ławie empi. Trzeba było uśmierzyć ich wojownicze zapędy kilkoma krótkimi seriami, które wypuścili czuwający partyzanci. Wówczas pozostali, na znak, że rezygnują z dalszych prób samoobrony, podnieśli ręce do góry. - No, a teraz jazda! Wychodzić po jednym! Pierwszy ruszył się brodaty dryblas z rudą szczeciną. Gdy doszedł do drzwi, runął na nie z impetem, ale za drzwiami coś głucho stuknęło i zaraz rozległ się jęk. - O Hospody! Domyśliłem się, że spotkała go niespodzianka, gdyż czuwający na dworze partyzanci niechybnie poczęstowali niefortunnego uciekiniera kolbą automatu. Następni, zorientowawszy się widocznie, że w ten sposób nie uda im się wyrwać z rąk partyzantów, spokojnie wychodzili z izby. Gdy wewnątrz pozostało już zaledwie siedmiu zełenych, nagle sam gospodarz Hryc machnięciem ręki strącił stojący na stole kaganek. Zrobiło się mroczno, a jednocześnie rozległo się trzaśnięcie czegoś o ścianę tuż obok mnie. W ciemnej izbie zakotłowało się, padły dwa strzały. Machaliśmy kolbami pistoletów, zasłaniając się przed ciosami. Na pomoc przybyło nam kilku chłopców z zewnątrz, lecz

w mroku nie wiedzieli, kto wróg, a kto swój. Słyszałem brzęk szyb w oknach. Stałem obok drzwi i czekałem na tego, kto zechce tędy uciekać, by poczęstować go kolbą. Szamotanina, trzaski i przekleństwa trwały przez kilka minut, po czym wszystko ucichło. Wówczas któryś z partyzantów zapalił latarkę. Na ziemi leżało dwóch zabitych bandytów i jeden ciężko ranny partyzant. Z tych siedmiu, którzy wszczęli bójkę, tylko dwóch zdołało uciec: przewodnik, który przybył tu, aby doprowadzić bandę do miejsca przeznaczenia, oraz Hryc. Dwudziestu sześciu członków bandy zełenych dostało się żywcem w nasze ręce. Przy okazji zdobyliśmy pięć pistoletów, trzy automaty i dwadzieścia karabinów. Poza tym trochę amunicji i granatów. Niebawem w lesie odbył się sąd partyzancki. Wśród sądzonych byli mordercy niewinnych ludzi, mający na sumieniu dziesiątki ludzkich istnień. W ten sposób zamknięty został nasz rachunek ze zbrodniarzami, którzy od samego początku okupacji stali się narzędziem hitlerowców w zaprowadzeniu na terenie Wołynia rządów krwawego terroru. Zlikwidowanie bandy zełenych uchroniło brygadę od wielu poważnych strat i niepowodzeń, pozwalając nam skupić całe siły do wykonania tego, co było naszym głównym zadaniem.

Panowie delegaci
Potrzebowałem na gwałt informacji dotyczących zawartości transportów jadących z Kowla do Sarn. Mieliśmy sporo kłopotów z zaopatrzeniem. Brak nam było żywności, szczególnie takich artykułów, jak cukier, sól, herbata i inne. Potrzebowaliśmy bielizny i odzieży, zapałek i nafty. Mieliśmy za mało amunicji i granatów. Dlatego też postanowiliśmy przeprowadzić specjalną akcję na pociąg, wiozący żywność i umundurowanie na front. Akcja ta miała polegać na zatrzymaniu transportu na linii między Maniewiczami a Rafałówką i zagarnięciu jego zawartości. Kazik Słowik od chwili aresztowania Szewczuka był przeważnie w oddziale, czasami tylko szedł na kilka dni do domu. Teraz też już od trzech dni siedział w swojej gajówce w pobliżu Konińska. Chciałem, aby poprzez swoją rodzinę zasięgnął informacji o transportach. Żona Kazika, Irka, utrzymywała ścisły kontakt z Kraszewskim, który pracował na stacji w Maniewiczach i przekazywał nam potrzebne informacje. Wsiadłem na konia i pojechałem do gajówki. Nie chcąc zwracać niczyjej uwagi na zagrodę Słowików, nikogo ze sobą nie wziąłem. Ledwie zajechałem przed dom, Kazik wyszedł na próg. - Cześć! - zawołałem. - Jak się czujesz na urlopie? - Dobrze. Tylko... widzisz, Maks... - Kazik zaczął się jąkać. Od razu zorientowałem się, że jest zdenerwowany. - Co się stało? - spytałem zaniepokojony. - Właściwie nic... Tylko tu są ludzie... Dwaj delegaci. - Jacy znów delegaci? - Z AK... Czekają już trzeci dzień... Chcą się z tobą spotkać. - No to w porządku. Chętnie z nimi pomówię. A gdzie oni są? - Kazik uwiązał konia i nasypał owsa do żłobu.

- Na polanie... - odparł. - Tu niedaleko. - Chodź, pogadamy z nimi. - Wyszliśmy z zagrody i skręciliśmy w lewo, do lasu. - Widzisz, Kaziu, trzeba, żeby Irka poszła zaraz do Kraszewskiego... - zacząłem mu wyjaśniać cel mojej wizyty. Kazik słuchał mnie jednym uchem, nadal był bardzo zdenerwowany. - Co ci jest? - spytałem. - Nic, tylko widzisz... ty tam z nimi uważaj, bądź ostrożny... - Dlaczego? Przecież to Polacy, swoi ludzie. - Nic nigdy nie wiadomo... W trawie, za krzakiem leszczyny leżeli dwaj mężczyźni. Słysząc, że ktoś nadchodzi, zerwali się z miejsc i chwycili za pistolety. - Swoi, swoi! - zawołał Kazik. - Dzień dobry panom! - powiedziałem przyglądając się ciekawie nieznajomym. Jeden z nich, młody jeszcze, w mundurze, z dystynkcjami porucznika, obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, po czym uśmiechnął się i wyciągnął rękę na powitanie. - Porucznik Nejman, przedstawiciel polskiego dowództwa wojskowego. - Maks, dowódca oddziału partyzanckiego... Z kolei podszedł do mnie drugi nieznajomy. Miał chyba ponad pięćdziesiątkę, był niski, z brzuszkiem, szpakowaty. Zauważyłem, że zgromił porucznika karcącym wzrokiem za to, że ten pierwszy mi się przedstawił. - Jestem delegatem rządu polskiego na Wołyń i Polesie - rzekł z wymuszoną grzecznością, podając mi pulchną rękę. - Bardzo mi miło pana poznać. Jesteśmy dumni z każdego Polaka, który z bronią w ręku walczy o wolność ojczyzny. Tak, panie Maks, słyszeliśmy wiele o panu, bardzo wiele... I właśnie otrzymaliśmy zadanie skontaktowania się z panem i przedstawienia pewnej propozycji, która, jak sądzimy, powinna sprawić panu przyjemność. - Słucham panów... - Chcielibyśmy pomówić o tym na osobności. - Ten z brzuszkiem popatrzył na stojącego w pobliżu Kazika. - Kaziu, wracaj do domu. Ja niedługo przyjdę... - powiedziałem. Kazik zmieszał się i zawahał na moment. Zrobił kilkanaście kroków, jak gdyby miał zamiar spełnić moje życzenie, ale zaraz zatrzymał się. - No idź, Kaziu... - Nie, zostanę tutaj. Nie będę słuchał, o czym rozmawiacie - odparł stanowczo. Co to ma wszystko znaczyć? - myślałem. - Obawia się pewno, żeby nie przytrafiło mi się jakieś nieszczęście. Trudno, niech zostanie. Delegaci spojrzeli na siebie ukradkiem. - Proszę, niech pan siądzie. - Delegat rządu wskazał mi miejsce na trawie, po czym sięgnął do teczki i wyjął z niej jakieś papiery zwinięte w rolkę. - Widzi pan, o ile dotychczas nasze sprawy, tu, na

Wołyniu, jeszcze do niedawna były niejasne, o tyle dziś jest już zupełnie inaczej. Na terenach Wołynia, Podola i Polesia działa z ramienia rządu polskiego tajna armia polska. Są organy prawowitego rządu... Naszym celem jest skoordynowanie wysiłków wszystkich rodaków w kierunku zachowania naszego stanu posiadania na tych terenach... Polska nie może utracić swoich ziem na wschodzie. Polska musi mieć granice z 1771 roku. Ale w tych sprawach nie wystarczy deklaracja, gdy ciemne, obce siły i żywioły wyciągają swe drapieżne łapy po naszą własność. Dlatego my, Polacy, musimy dziś powiedzieć głośno i zdecydowanie: Dość! Nadszedł czas próby. Czas walki! - Delegat z brzuszkiem zrobił małą przerwę, a po chwili znowu zaczął mówić: - Przyszliśmy do pana z propozycją, by zaniechał pan dalszej współpracy z bolszewikami i poszedł z nami... Dziś nie można już błądzić. Każdy polski patriota powinien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce. Nasza propozycja jest konkretna: Chcemy, by w możliwie najkrótszym czasie przybył pan wraz z oddziałem w rejon Zasmyk, koło Kowla, gdzie rozlokowana jest 27 Dywizja Wołyńska. Otrzyma pan odpowiednie stanowisko, być może wyznaczymy pana nawet na dowódcę któregoś z pułków... - Bardzo mi przykro, że będę musiał panów rozczarować - odparłem ze spokojem - lecz nie mogę przyjąć tej oferty. - Sądzę, że pan nas źle zrozumiał - wtrącił się młody porucznik. - Tu nie chodzi o żadną ofertę, lecz o rozkaz. - Przyjmijmy więc, że to jest rozkaz. Wprawdzie nie pojmuję, dlaczego chcecie mi panowie rozkazywać, ale rzecz polega zupełnie na czym innym - mówiłem dalej zupełnie spokojnie. - Nie jestem tu sam. Mam ludzi, z którymi jestem mocno związany. W moim oddziale, który powstał zimą z 1941 na 1942 rok są oprócz Polaków Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi i ludzie innych narodowości. Wspólnie z nimi, aż do tej pory, walczyliśmy przeciwko Niemcom i miejscowym faszystom. A teraz jest sierpień 1943 rok. Do tego czasu jakoś panowie nie starali się nawiązać ze mną kontaktu, by wspólnie walczyć. Inni ludzie pomogli mi w trudnym okresie, gdy szukałem jakiegoś oparcia i pomocy. Jakże mógłbym ich teraz opuścić?... - Tak, rozumiemy pana doskonale - rzekł delegat rządu londyńskiego. - Wiemy, kim pan jest. Znamy pańską przeszłość. Przyznajemy, że był pan w ciężkim położeniu i żeby zachować życie, walczył z Niemcami i policją. Ta pańska współpraca była do pewnego stopnia usprawiedliwiona, wtedy nie było tu jeszcze polskich sił zbrojnych. Ale sytuacja się zmieniła z chwilą powstania tajnej armii polskiej. Nie mamy do pana pretensji za przeszłość, ale obecnie nie może pan zostawać na tych samych pozycjach i trzeba za wszelką cenę zmienić kierunek. Tego wymaga od nas sytuacja polityczna i dobro ojczyzny. No, ale żeby sprawę wyjaśnić do końca, dam tu panu do przeczytania nasz program. Ten dokument opracowany jest w Londynie, ale odzwierciedla nasze postulaty i dążenia - rozwinął rolkę papieru i podał mi niewielkiego formatu gazetkę. Tytuł artykułu wstępnego brzmiał: „Nasi wrogowie”. Zacząłem czytać. Była tu mowa o Polsce jęczącej w niewoli niemieckiej i o wojnie, która się toczy na morzu i w powietrzu w Afryce i południowych Włoszech, o przygotowywaniu inwazji w zachodniej Europie, a wreszcie o wojnie na wschodzie. Kiedy doczytałem do miejsca, gdzie była mowa o tym, że my, Polacy, nie jesteśmy zainteresowani w tym, by pomagać Rosji sowieckiej, i że Związek Radziecki jest naszym wrogiem numer jeden, zwróciłem gazetkę delegatowi. - Tak, tego się właśnie spodziewałem, a teraz powiem panom, co o tym myślę. Delegaci patrzyli na mnie z napięciem. - Stawiacie sprawę w ten sposób, że Związek Radziecki jest naszym wrogiem, prawda?

- Takie jest stanowisko naszego rządu, a tym samym i nasze własne - odparł delegat z brzuszkiem. - A ja się z takim stawianiem sprawy absolutnie nie mogę zgodzić. Do 1939 roku Polska również nie miała żadnych przyjaciół w sąsiedztwie. Ze wszystkich stron, jak to sobie panowie przypominają, otoczeni byliśmy samymi wrogami. Związek Radziecki uznany był za wroga. Czesi również, a później i Niemcy, na których przyjaźń tak bardzo niektórzy nasi politycy stawiali. Szukaliśmy sobie przyjaciół na zachodzie Europy, ale ci łatwo pogodzili się z tym, że Polskę zagarnęli Niemcy. Myślę, że naród polski winien wyciągnąć wnioski z klęski wrześniowej i spojrzeć na te sprawy realnie. Nie można powtarzać wciąż starych błędów. Druga rzecz, którą muszę wyjaśnić, to kwestia zupełnie różnego widzenia przyszłej Polski. Panowie występują w interesie Polski burżuazyjnej, ja natomiast wcale nie marzę o odrodzeniu takiej Polski. Myślę, że rozumiemy się dobrze. Jestem komunistą i jeśli marzę o wolnej Polsce, to o takiej, w której nie będzie wyzyskiwaczy. Moim marzeniem jest Polska ludowa. Wierzę, że taka Polska powstanie dzięki pomocy Armii Radzieckiej. Widziałem, że twarz delegata rządu poczerwieniała ze wzburzenia, a młody porucznik sięgnął ręką do kabury. Opanowali się jednak natychmiast. W pobliżu stał Kazik z ręką w kieszeni i z groźną miną. - A więc odmawia pan wypełnienia rozkazu prawowitego rządu polskiego? - spytał grubasek. - Niewiele mnie interesuje polski rząd, który pokazał już, jak potrafi zabezpieczyć nasze interesy narodowe... - Wobec tego jesteśmy zmuszeni - warknął przez zaciśnięte zęby grubas - uznać pana za zdrajcę narodu polskiego i jako takiego postawić przed sąd wojenny! - Ty łajdaku! - krzyknąłem. - Mnie pod sąd? A co wy robiliście przez te cztery lata, kiedy wróg mordował ludzi, zabijał kobiety i dzieci, wywoził tysiące Polaków do Niemiec? Gdzie wtedy byliście? - Nie mamy chęci odpowiadać na to prowokacyjne pytanie. W ogóle niepotrzebnie tu przyszliśmy, ale wierzę, że jeszcze będziemy mieli okazję się spotkać... - A więc do zobaczenia. - Podniosłem się i ruszyłem w stronę gajówki. - To się mogło źle dla ciebie skończyć - odezwał się Kazik, kiedy byliśmy już przy domu. - Ech, głupstwo... Wyrąbałem im prawdę. Myśleli, że mnie nastraszą... - Słuchaj, Józek - rzekł Kazik zatrzymując się. - Teraz powiem ci całą prawdę. Oni chcieli cię zabić. Słyszałem ich rozmowę pierwszego wieczoru, gdy poszli spać do stodoły. Mówili, że jeśli odmówisz współpracy z nimi, będą musieli cię zastrzelić. Dlatego zostałem w pobliżu... - Dziękuję ci, Kaziu. Zrozumiałem, o co chodzi - uścisnąłem mu serdecznie rękę. - No, a teraz do roboty. Musimy pogadać z Irką. Weszliśmy do domu. * Był ciepły, letni wieczór. Na niebie pysznił się wspaniały złoty miesiąc, mrugały gwiazdy. Soczyste trawy pachniały latem i kołysały się pod podmuchem łagodnego wiatru niby fale stawu. W morzu srebrzystej zieleni grały świerszcze. Jak dobrze leżeć wśród traw na łące i patrzeć w niebo. Odpoczynek nie może jednak trwać zbyt długo. Powoli zbliżają się snopy świateł, dudnią koła...

Maszynista z przelatującego w pobliżu pociągu dał sygnał: świst pary był tak nagły i głośny, że wszyscy chłopcy pozrywali się z ziemi na równe nogi. - To wariat! - posypały się epitety. - Ma szczęście. Gdyby nie to, inaczej by tu zaraz zaśpiewał. Rzeczywiście miał szczęście. Do godziny dwunastej wszystkie pociągi na trasie Maniewicze-Rafałówka miały ulgową taryfę. Nic im nie groziło. Dopiero ten, który miał iść o dwunastej piętnaście, przeznaczony był na ofiarę. Chłopcy znów poukładali się wygodnie na trawie. Niektórzy z nich zasnęli tak nagle, jak potrafią zasypiać tylko ludzie młodzi. Zbudziło mnie natarczywe szarpanie za mundur. - Towarzyszu Maks, już czas.... Zostało pięć minut - wołał mi do ucha Kolka Mustafa. - To ja spałem? - zdziwiłem się, patrząc na zegarek. - Oczywiście, ledwie was dobudziłem. - Co tam u was słychać? - Siedzimy i czekamy. Chwiszczuk kazał zameldować, że kompania jest na stanowiskach. - W porządku. Jak pociąg stanie, walcie po trzech tylnych wagonach. - Rozkaz!... - Kola odwrócił się i pobiegł w kierunku wsi Medweże. Jego kompania zajęła stanowiska o dwieście metrów od głównej grupy. Na prawo od nas znajdowała się grupa dziewięciu partyzantów, która miała zadanie zatrzymać pociąg. Teraz właśnie przyszedł stamtąd Moniek Berensztajn i zameldował, że mina została już umieszczona na torze. - Dziękuję ci, bracie. Bądź niedaleko. W razie gdyby się nie zatrzymał, wysadzaj, a jeśli stanie, zdejmuj minę... - Ech, co to za robota - rzekł zawiedziony Moniek. - Jak wysadzać, to wysadzać. Nie lubię takiej zabawy. Tyle nam tej nocy uciekło grubych transportów z czołgami i artylerią. Aż się serce krajało patrzeć, jak szły nam przed samym nosem... - Trudno, dziś mamy inny cel. No idź już na miejsce, bo coś tam słychać od Maniewicz... Moniek pobiegł na swoje stanowisko. W parę minut później zadudniły koła pociągu... Na torze stał już jeden z naszych ludzi z czerwoną latarką. Machał nią w powietrzu, dając znak o grożącym niebezpieczeństwie. Wszystkie oczy zwrócone były na zbliżający się pociąg i na stojącego samotnie na torach człowieka. Już ledwie dwieście metrów dzieliło parowóz od człowieka na torze. Zdawało się więc, że maszynista nie spostrzegł sygnałów świetlnych. Nagle zgrzytnęły hamulce, para z sykiem buchnęła na zewnątrz. Pociąg szedł na szczęście z małą szybkością i był jeszcze w stanie zatrzymać się. Koła obracały się coraz wolniej, wreszcie stanęły. Do wnętrza parowozu wskoczyło błyskawicznie kilku partyzantów. Wyciągnęli maszynistę i palacza. Tymczasem z tyłu uderzyła salwa. Zaterkotały automaty i kaemy. Rzuciłem rozkaz: - Do wagonów!

Czterdziestu partyzantów dopadło pociągu. Trzaskały otwierane wagony. Słychać było głośne okrzyki, nawoływania i przekleństwa. Chodziłem wzdłuż otwartych wagonów i przeglądałem ich zawartość. Pierwszy napełniony był wapnem i cementem, drugi i trzeci pełen zwojów drutu kolczastego. Dopiero w czwartym były jakieś worki. Chłopcy rozcięli jeden z worków. Na podłogę wysypał się cukier. - Zabrać dwadzieścia sztuk! - rozkazałem. W następnych pięciu wagonach znajdowała się mąka i kasza. Stąd nie kazałem na razie nic ruszać. Mieliśmy tylko dziesięć furmanek, a stu partyzantów, biorących udział w akcji, mogło wziąć nie więcej niż trzy tony. - Sól, towarzyszu dowódco! - wołał ktoś z dalszych wagonów. - Brać trzydzieści worków! - krzyknąłem. - Mundury! - Papierosy, czekolada, wino... Widziałem, jak większość chłopców rzuciła się w tamtą stronę. - Stać! Zostawić ten wagon! Gdzie są papierosy? - spytałem. Tego wagonu nie trzeba było długo szukać, stała już przy nim cała chmara partyzantów. - Odejść stąd! Wszyscy do soli! - krzyknąłem groźnie. Wszedłem do wagonu. Było w nim kilkanaście skrzyń win francuskich, koniaków oraz setki kartonów papierosów, cygar i kilkadziesiąt skrzyń z czekoladą. Urzędowało tu jeszcze z dziesięciu partyzantów z Butką na czele. - Wasia! Wszystko złożysz na jedną furę. Więcej wam nie wolno brać. Odpowiadasz za to głową... Usłyszałem jakiś bełkot. Wasia miał usta zapchane czekoladą. I ja nie mogłem się powstrzymać, by nie wsadzić sobie do kieszeni kilku tabliczek czekolady i butelki koniaku. W następnych siedmiu wagonach było pełno mundurów, bielizny i butów. Tu również kręciło się już wielu partyzantów. Spostrzegłem, że także ludzie Chwiszczuka, którzy mieli zabezpieczać akcję grupy rewidującej, zabrali się do przeglądu wagonów i przebierali się od razu w nowe mundury i buty. - Każdy zabiera dwie pary butów i po dwa mundury - powiedziałem. - W bazie trzeba wszystko zdać! W kilkunastu następnych wagonach był znowu cement i wapno. W dwóch ostatnich jechała ochrona złożona z plutonu żandarmerii. Teraz, po ostrzelaniu tych wagonów przez pięćdziesięciu partyzantów, było w nich zaledwie kilku żywych ludzi. Tutaj właśnie znaleźliśmy pięć skrzynek amunicji do kabe i trochę granatów. W zestawie pociągu znajdowały się ponadto dwie cysterny z paliwem i pięć platform z działami ppanc. Po pół godzinie rozkazałem chłopcom opuścić wagony. Tymczasem rozsadziliśmy kocioł parowozu i uszkodziliśmy koła. Z kolei podpalone zostały cysterny. Niebawem zaszyliśmy się w lasy, na północ od Wołczecka. Kiedy o świcie zatrzymaliśmy się na godzinny odpoczynek cztery kilometry na zachód od Serchowa, stwierdziłem, że większość partyzantów, którzy poprzebierani byli w nowiutkie niemieckie mundury,

jakoś dziwnie słania się na nogach. Kazałem przywołać do siebie Butkę, ale zauważyłem, że i on ma nieźle w czubie. - Wasia, co to ma znaczyć? Wszyscy są schlani i wy też. - Prawda, towarzyszu dowódco oddziału... Troszkę chłopcy popili, ale to tak z radości... Rozkaz wypełniłem. Mamy pełną furę... - Ja was pod sąd... - Rozkaz, towarzyszu dowódco oddziału! Pod sąd... Machnąłem ręką i uśmiechnąłem się, chociaż sytuacja wcale nie była wesoła. W każdej chwili mogli nas przecież zaatakować hitlerowcy. Postanowiłem niezwłocznie ruszyć w dalszą drogę. Kazałem Chwiszczukowi pilnować ogona kolumny, a dowództwo nad grupą Butki powierzyłem Berensztajnowi, który nie tknął alkoholu... W ostatniej niemal chwili, gdy zbieraliśmy się do dalszej drogi, wyrósł przede mną jak spod ziemi Kolka Mustafa. Jakimś dziwnym trafem on również był trzeźwy. - Czego chcesz, Kolka? - Chciałem zapytać, co mamy robić z maszynistą i pomocnikiem. - A co, zabraliście ich ze sobą? - spytałem zdziwiony. - Nie chcieli zostać. - Dawajcie ich tutaj! Po chwili stanęli przede mną dwaj umorusani jak nieboskie stworzenia młodzi ludzie. Jeden z nich patrzył na mnie z uśmiechem. - Dlaczego zostaliście? - Nie mamy zamiaru dostać kuli w łeb. Nie powinieneś się temu dziwić, Józek. Usłyszawszy ten głos i swoje imię popatrzyłem uważnie na twarz mówiącego. I nagle uświadomiłem sobie, kogo mam przed sobą. - Tadek! A ty co tu robisz? - Wyciągnąłem rękę do przyjaciela z Kowla, Krzysztofowicza. - Niemcy mnie wsadzili na parowóz i jeżdżę do Sarn. Już od dwóch miesięcy tam kursuję. Trzy razy podrywałem się na waszych minach... - No i co chcesz robić? - Nie mogę wracać. Będę odpowiadał za zatrzymanie pociągu na trasie... - Myślę, że nic ci nie zrobią. No, ale jak chcecie, zostańcie z nami...

Wszystkie drogi wiodą do partyzanckiego kraju
Sytuacja nasza wiosną i wczesnym latem 1943 roku w pewnym sensie przypominała okres, jaki przeżywaliśmy jesienią ubiegłego roku, kiedy to na nasze barki spadł ciężar opieki nad dużą ilością

zagrożonej ludności żydowskiej, która dla uniknięcia śmierci z ręki hitlerowców kryła się w okolicznych lasach. Tym razem należało ratować Polaków. Krwawe napaści ukraińskich band UPA na polskie wsie i kolonie zmuszały ludzi do ucieczki z zagrożonych rejonów i poszukiwania schronienia w miejscach bardziej bezpiecznych. Duża liczba mieszkańców wsi szła do miast, gdzie walki narodowościowe nie przybierały form tak krwawych, ponadto Polacy czuli się w miastach znacznie pewniej, chociażby z powodu liczebnej przewagi nad Ukraińcami. Ale w miastach wołyńskich, do cna ograbionych przez okupanta, panował dotkliwy głód. Brak było chleba, mąki i soli nie mówiąc już o innych artykułach pierwszej potrzeby. A tymczasem napływająca ludność wiejska często nie posiadała przy sobie ani pieniędzy, ani odzieży, ani też żadnych produktów. W wielu wypadkach uciekinierzy zbiegali ze wsi w tym, w czym stali. Ten masowy napływ mieszkańców wsi do miast spowodował dodatkowe trudności aprowizacyjne i lokalowe. Niemcy, którzy byli głównymi podżegaczami i organizatorami zbrodniczych mordów popełnianych na Polakach, skwapliwie korzystali z wytworzonej sytuacji i wiele tysięcy bezdomnych ludzi, zdolnych do pracy, ładowali do wagonów towarowych i wysyłali na przymusowe roboty do Rzeszy. Niemieckie władze okupacyjne na Wołyniu i Podolu, pragnąc w jeszcze większym stopniu zaognić walkę Ukraińców z Polakami, dążyły wszelkimi sposobami do rozszerzenia działalności UPA. Jednym ze sposobów była propaganda. W czerwcu 1943 roku na wielu domach i płotach w miastach, osadach i wsiach pojawiły się setki ogłoszeń, w których zapowiadano Ukraińcom, że wkrótce otrzymają z podziału ziemię po zlikwidowanych Polakach. W ten sposób liczono, że UPA bardziej gorliwie zabierze się do mordowania ludności polskiej. Uciekinierzy kryli się nie tylko w miastach. Wielotysięczne rzesze bezdomnych wędrowały po lasach szukając ratunku i ochrony u partyzantów. Wśród zbiegów była też spora liczba Ukraińców, którzy zagrożeni przez bandy UPA, musieli kryć się tak samo, jak Polacy. UPA postępowała bezwzględnie również z tymi swoimi rodakami, którzy nie chcieli z bandami współpracować. A uczciwych Ukraińców było tysiące. Często całe wsie ukraińskie zmuszone były uciekać ze swoich domostw w obawie przed UPA. Schwytanych wieszano lub palono na stosach. Już od kwietnia 1943 roku w rejon naszego kraju partyzanckiego niemal codziennie napływały dziesiątki wieśniaków. Niektórzy przyjeżdżali furmankami i ci przeważnie mieli ze sobą część dobytku i żywność, inni przychodzili niemal nago. Musieliśmy na gwałt szykować dla nich odpowiednie kwatery, starać się o odzież i żywność. W początkowym okresie, dopokąd napływ uciekinierów nie przybrał jeszcze masowych rozmiarów, lokowaliśmy ludzi we wsiach, lecz później, w czerwcu i lipcu, stało się to niemożliwe. W drugiej połowie czerwca ściągnęła w rejon Krasnego Boru spora liczba ludzi uratowanych z pogromu w Hucie Stepańskiej i z okolicznych miejscowości. W sumie z tego jednego rejonu przybyło do partyzanckiego kraju ze trzy tysiące ludzi. Polacy zamieszkujący byłe rejony przygraniczne polsko-radzieckie przeważnie zbiegali na tereny wschodniej Ukrainy, do województwa żytomierskiego, gdzie ruch banderowski w ogóle nie istniał. Ukraińcy w Związku Radzieckim zdecydowanie potępiali nacjonalistyczny ruch UPA na Zachodniej Ukrainie. Polacy czuli się więc tam bezpieczni.

Gdy więc od czerwca napływać zaczęły wciąż nowe grupy uciekinierów, liczące często po stu i więcej ludzi dziennie, i to z różnych kierunków, postanowiliśmy - na wzór istniejących już w pobliżu bazy żydowskich osad leśnych - organizować polskie osady. Miejsce na ten cel wybraliśmy w lasach niedaleko Serchowa. Sprawy te absorbowały brygadę zabierając wiele czasu i przydając sporo dodatkowych trosk. W sztabie brygady prowadziliśmy dziesiątki narad i dyskusji, głowiąc się, w jaki sposób zapewnić nieszczęśliwym ludziom warunki do przetrwania najgorszego okresu. W swoich sprawozdaniach i meldunkach przesyłanych do dowódcy zgrupowania partyzantów na Wołyniu generała Begmy pisaliśmy szczegółowo o podjętych środkach, nadmieniając wielokrotnie, że wytworzona sytuacja wymaga omówienia jej na najwyższym szczeblu całego zgrupowania partyzantów. Wiedzieliśmy bowiem, że również w innych rejonach powstawały te same zagadnienia dotyczące opieki i ochrony nieszczęśliwych uciekinierów, pozbawionych dachu nad głową, bezbronnych i głodnych. Te słowa nasze nie przeszły bez echa. W połowie lipca otrzymaliśmy wiadomość od generała Begmy, że w naszej bazie odbędzie się specjalna narada - konferencja dowódców wszystkich partyzanckich oddziałów radzieckich, na której omówione zostaną nasze sprawy. W tym celu generał polecił mi osobiście zebrać trochę materiałów oraz przygotować do wygłoszenia referatu kogoś dobrze zorientowanego, kto przedstawiłby możliwie jasno sprawy polskie. Byłem uszczęśliwiony podjętą przez generała decyzją. Zdawałem sobie sprawę z tego, że sam nie potrafię przygotować dokładnego sprawozdania, które by dało wyraźny obraz sytuacji, w jakiej się znaleźli Polacy na Wołyniu. Wymagałoby to nawiązania szeregu kontaktów ze skupiskami inteligencji polskiej i zebrania dodatkowych informacji z wielu rejonów, na co musiałbym poświęcić co najmniej miesiąc czasu. Postanowiłem więc zwrócić się o pomoc do doktora Józefa Parnasa, z którym miałem możność poznać się w czasie pobytu w partyzanckiej bazie polsko-radzieckiego oddziału, dowodzonego przez radzieckiego majora Kapłuna i Polaka Jana Burzyńskiego. Oddział ten działał za rzeką Horyń, w pobliżu miasteczka Udryck. Doktor Parnas pełnił w oddziale rolę naczelnego lekarza, a ponadto zajmował się dziesiątkami spraw organizacyjnych i społecznych tego rejonu. Człowiek ów zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie: w jego oddziale służba zdrowia funkcjonowała doskonale, mimo tak specyficznych warunków, jakie stwarza życie w lesie. Podczas gdy nasi lekarze, których było w oddziale kilku, nie potrafili skutecznie zwalczać takich chorób zakaźnych, jak czerwonka, świerzb, tyfus, Parnas dokonał tego u siebie za pomocą różnorodnych środków leczniczych, często sporządzanych według jego własnych recept. Z surowców otrzymywanych aż z Warszawy robił zastrzyki. Pomagali mu w tym wybitnie aptekarze z Dąbrowicy, Pińska i Wysocka. Szczególne osiągnięcia doktor Parnas uzyskał w walce z szerzącym się w tym okresie tyfusem. Ale sprawy zdrowotne były zaledwie częścią działalności tego energicznego i niezwykle przedsiębiorczego człowieka. Z ramienia oddziału zajmował się pracą społeczną i uświadamiającą wśród okolicznej ludności. Pisał odezwy i ulotki, nawołując w nich do walki z okupantem, organizował wiece i spotkania z miejscową inteligencją. Wyjeżdżał też do szeregu miast rozrzuconych po całym Wołyniu i tworzył tam podziemne grupy dywersyjne. W ostatnim zaś czasie, jak się dowiedziałem, zdołał nawiązać kontakt z polską emigracją w ZSRR, tworzącą Związek Patriotów Polskich.

Parnas, niestrudzony społecznik i działacz, znał jak nikt inny sprawy Polaków na Wołyniu, gdyż tkwił w samym ich centrum. Wiedziałem, że przy jego pomocy uda nam się łatwiej rozwiązać niezwykle skomplikowaną i trudną kwestię polską. I nie zawiodłem się. Doktor Parnas, jako jeden z pierwszych, przybył do Krasnego Boru. Wspólnie omówiliśmy w szczegółach najważniejsze sprawy, uzgadniając szereg postulatów i praktycznych zadań, które należało przedstawić do decyzji dowództwa zgrupowania partyzantów na Wołyniu. Już pierwszego dnia po przybyciu do bazy partyzanckiej Parnas udał się ze mną w rejon Serchowa, gdzie rozlokowani zostali w lasach uciekinierzy. Doktor interesował się specjalnie sprawami zdrowotnymi uciekinierów i zorganizowaniem wyżywienia. Dawał praktyczne wskazówki, jak i gdzie zbudować łaźnie polowe, umywalnie i latryny. W jaki sposób przechowywać żywność i inne łatwo psujące się produkty w okresie lata, jak dbać o higienę osobistą i bronić się przed niebezpieczeństwem chorób zakaźnych. W następnym tygodniu do sztabu brygady zaczęli się zjeżdżać dowódcy oddziałów partyzanckich lub ich przedstawiciele. Przybył znany dowódca partyzancki Fiodorow „Równieński”, zjechali się dowódcy oddziałów i brygad: Sankow, Misiura, Czepiga i inni. W sumie zebrało się około pięćdziesięciu dowódców i przedstawicieli różnych brygad i oddziałów z całego Wołynia i części Polesia. Wreszcie przyjechał sam generał Begma. Po wstępnych rozmowach ustalono właściwy czas narady, która miała się odbyć na obszernej polanie w lesie, niedaleko centralnej bazy. * Narada rozpoczęła się o godzinie dziesiątej z rana. Z naszej brygady przybyło na nią kilkunastu ludzi, a wśród nich całe dowództwo i sztab oraz przedstawiciele poszczególnych oddziałów. Wstępny referat wygłosił Parnas. Mówił o politycznej sytuacji, jaka powstała w rezultacie wybuchu krwawych walk między bandami UPA a Polakami, co było dziełem zarówno faszystów niemieckich, jak i faszystowskich przywódców OUN. Przedstawił beznadziejnie trudną sytuację bezbronnej ludności polskiej w poszczególnych rejonach Wołynia, pozostającej bez dachu nad głową, w warunkach bardzo trudnych i niebezpiecznych. Wreszcie w płomiennych słowach zaapelował do serc partyzantów o wzięcie pod swoją opiekę i ochronę tych nieszczęśliwych ludzi oraz o udzielanie pomocy zbrojnej tym wszystkim wsiom i osadom, gdzie ciągle jeszcze istnieje zagrożenie ze strony UPA. W ożywionej dyskusji, która się wywiązała po przemówieniu Parnasa, pierwszy zabrał głos Samczuk, jeden z dowódców naszej brygady. - Drodzy towarzysze i przyjaciele - zaczął - sprawa jest szczególnie przykra dla nas, Ukraińców, których niemało przecież znajduje się w szeregach partyzanckich. Bo przecież to, co się dzieje, te wszystkie zbrodnie, popełniają nasi bracia - Ukraińcy. Wprawdzie my moglibyśmy sobie tłumaczyć, że robią to bandyci, faszyści itp., z którymi nie chcemy mieć nic wspólnego, ale przecież w ten sposób nie można uspokoić własnego sumienia. To byłaby łatwa droga ucieczki od odpowiedzialności, bo fakt pozostaje zawsze faktem. My, partyzanci Ukraińcy, komuniści i bezpartyjni, najbardziej chyba ze wszystkich cierpimy moralnie. Nasze serca krwawią i płaczą... i chcielibyśmy uczynić wszystko, co jest w naszej mocy, by powstrzymać te ciemne żywioły, które zaślepione hitlerowską propagandą przelewają krew niewinnych ludzi. Chcemy bić się z UPA, wszędzie, gdzie na nich natrafimy, dniem i nocą; chcemy likwidować bandy, obiecujemy być sędzią nie znającym litości. Bo może dopiero wówczas strach przed odpowiedzialnością zmusi zaślepionych do opamiętania się. Trzeba rozszerzyć pracę propagandową: wysyłać naszych agitatorów w teren, na wsie i chutory zamieszkane przez Ukraińców. My wiemy, że lud ukraiński potrafi nas zrozumieć, trzeba tylko wyjaśnić mu prawdziwe cele

prowodyrów UPA, całej tej zgrai zbrodniarzy. My partyzanci Ukraińcy z brygady Diadi Pieti popieramy w pełni wszystko, co będzie postanowione w sprawach pomocy dla polskiej ludności: będziemy ochraniać bezbronnych wszędzie i w każdej sytuacji, udzielać im pomocy w wyżywieniu i odzieży, a jeśli zajdzie potrzeba, potrafimy oddać za tę sprawę swoje życie... Samczuk mówił z głębokim przejęciem i na wielu surowych twarzach partyzanckich, spalonych słońcem i zarośniętych, pojawił się głęboki smutek, a w wielu oczach zalśniły łzy. Kiedy skończył i usiadł, przez dłuższy czas trwała głęboka cisza. Wreszcie ktoś wysoki, bardzo chudy, ze spiczastą bródką wstał z tylnych ławek. - Tak, to wszystko prawda, co mówili doktor Parnas i towarzysz Samczuk. Polacy na Wołyniu przeżywają niezwykle tragiczny okres. Rzecz oczywista, że my, partyzanci, nie możemy bezczynnie przypatrywać się, jak bandy UPA mordują bezbronną ludność. Nie ulega wątpliwości, że musimy bronić tych ludzi przed bestialstwem band i wszędzie, gdziekolwiek się znajdziemy, jeśli usłyszymy o napaści na polskie wsie i kolonie, powinniśmy spieszyć im z odsieczą. Ale to jest przecież sprawa jasna dla każdego z nas i tak właśnie postępujemy. Natomiast znacznie trudniejsza i, wydaje mi się, wręcz niewykonalna dla oddziałów partyzanckich jest opieka nad bezbronnymi uciekinierami polskimi, jeśli zważyć, że jest ich już w tej chwili na całym Wołyniu kilkanaście, a być może nawet kilkadziesiąt tysięcy. W jaki sposób zdołamy zapewnić tym biedakom opiekę, wyżywienie i dach nad głową? Przecież wykonujemy swoje określone zadania bojowe. Czyżbyśmy teraz mieli zaniechać walki z okupantem i zająć się wyłącznie uciekinierami? Wydaje mi się, że nie. Z drugiej jednak strony, czy można te dwie rzeczy pogodzić ze sobą? Kto jest w stanie w tych warunkach, kiedy sami borykamy się z tysiącem różnych trudności wewnętrznych, takich jak ciągły brak uzbrojenia, amunicji, odzieży i żywności dla partyzantów, wyżywić takie rzesze ludzi, wśród których są dzieci, starcy i chorzy wymagający specjalnej troski. Sądzę, że tych spraw nie zdołamy rozwiązać. Być może, że inni towarzysze znajdą tu jakieś rozsądne wyjście z sytuacji, wypowiedziałem tylko swoje własne zdanie... Wśród zebranych rozległy się szmery i ożywione rozmowy. Kilka rąk naraz uniosło się w górę. Generał Begma, który siedział wraz z Bryńskim, Parnasem i ze mną za stołem prezydialnym, udzielił głosu Kartuchinowi. Major odkaszlnął, spojrzał na partyzanta z bródką i zaczął: - To, co tu przed chwilą słyszeliśmy, nie jest dla nas nowością. Wiemy, że niektórzy partyzanci w ten właśnie sposób rozumują. Nie zaprzeczam, że tkwi w tym pewna racja, ale podkreślam, że tylko pewna. Zrozumiałe jest, że to wielkie przedsięwzięcie, o którym mówimy, w znacznym stopniu może utrudnić akcje partyzantów, ale dotyczy to jedynie początkowego okresu, kiedy trzeba będzie zrobić wiele, by sprawa ruszyła z miejsca. Co do samego zagadnienia, to uważam, że nie może być takich trudności, których nie potrafilibyśmy przełamać... Troska o uciekinierów to nasz święty partyzancki obowiązek, nie mniej ważny od akcji bojowych, i to należy zrozumieć. Otóż nie chcę tu być gołosłowny. Przypomnę pewien fakt, o którym nie wszyscy z obecnych tu dowódców i przedstawicieli wiedzą. Jesienią ubiegłego roku dwa oddziały naszej brygady, oddziały Maksa i Koniszczuka, liczące w sumie około stu pięćdziesięciu ludzi, działających jeszcze w zupełnym oderwaniu od jakiegokolwiek kierownictwa, podjęły się olbrzymiego trudu opieki nad pięciuset Żydami, którym udało się zbiec przed hitlerowcami. Partyzanci Maksa i Koniszczuka postanowili uratować tych biedaków od śmierci. W pobliżu bazy partyzanckiej powstały w lesie trzy osady: zbudowano dziesiątki ziemianek i różnych innych urządzeń niezbędnych w tych trudnych warunkach. Ta rzesza ludzi, wśród których też były dzieci i chorzy, otrzymywała regularne zaopatrzenie i pomoc lekarską. Czy ktoś może sądzić, że partyzantom było wówczas łatwo wywiązać się z tych zadań? Kiedy w grudniu przybyliśmy do

Krasnego Boru z Diadią Pietią, by organizować brygadę partyzancką, sami nie byliśmy zadowoleni, że trzeba będzie pogodzić walkę z obowiązkiem opieki nad uciekinierami. Baliśmy się, że to utrudni nam naszą działalność, że będziemy mieć „kulę u nogi”. Powiem prawdę: ja sam byłem wtedy największym przeciwnikiem zajmowania się uciekinierami, ale potem przekonałem się, że byłem w błędzie. Pragnę tu przypomnieć jeszcze jeden bardzo charakterystyczny moment. Kiedy zimą 1943 roku Niemcy zorganizowali na naszą bazę wielką obławę i wynikła potrzeba niezwłocznego opuszczenia Krasnego Boru i przejścia ponad sto dwadzieścia kilometrów na północny wschód, wówczas stanęliśmy wobec zagadnienia, co robić z leśnymi osadami. Czasu było bardzo mało, bo Niemcy mogli w każdej chwili odciąć nam drogi odwrotu. Nasza brygada nie posiadała niemal żadnych środków transportu oprócz kilkunastu furmanek i sań, które służyły do bieżącego zaopatrywania bazy i osad. Odbyła się krótka narada. I wtedy też uważałem, że niemożliwe jest zabranie wraz z sobą aż pięciuset ludzi. Działo się to podczas dwudziestostopniowego mrozu, a w grę wchodziły również sprawy maskowania, wyżywienia i inne. Niemcy dysponowali w obławie samolotami rozpoznawczymi i mogli nas łatwo odkryć. Tak więc wydawało mi się niemożliwe ewakuowanie ludności żydowskiej, ale partyzanci nie chcieli się pogodzić z myślą, że pozostawią bezbronnych ludzi na pastwę hitlerowców. I zapadła wówczas decyzja ewakuowania osad leśnych. Zdawało się, że przedsięwzięcie to jest niemożliwe do zrealizowania, a jednak wszystko poszło jak najlepiej. Znalazły się furmanki i sanie, część ludzi szła pieszo. I Niemcy nas nie odkryli. A po dwóch tygodniach obławy znów powróciliśmy do bazy, która została częściowo zniszczona. Wszyscy zabrali się od razu do pracy. Dzisiaj ludność z osad leśnych jest bardzo mocno związana z brygadą, pomagamy sobie wzajemnie. Za opiekę i troskę odpłaca się nam sercem i pracą. Kobiety piorą naszą bieliznę i mundury. W warsztatach uciekinierzy szyją i reperują nasze buty i ubrania, wyrabiają wędliny i inne produkty. Ale najważniejsze jest chyba poczucie spełnienia czynu humanitarnego. Wojna się kiedyś skończy, a ci ludzie będą się razem ze wszystkimi cieszyli wolnością. Będziemy dumni, że pomogliśmy im przetrwać te straszne czasy... - Kartuchin skończył mówić i usiadł. Rozległy się oklaski. Partyzant z bródką również bił mocno brawo. Następnie przemawiał dowódca oddziału partyzanckiego Misiura. Był ubrany w radziecką bluzę oficerską z pasem i koalicyjką. Na czapce miał gwiazdkę. - Myślę, że sprawa jest jasna - powiedział ostro. - Opieka nad uciekinierami to nasz najważniejszy obowiązek. U nas, w rejonie Kucheckiej Woli, mamy również leśną osadę, liczącą kilkuset uciekinierów polskich. Są tam też rodziny ukraińskie, które zbiegły przed UPA i przed Niemcami. Ludzie wciąż przybywają, a my uważamy za swój obowiązek pomóc im. I dlatego myślę, że dobrze będzie, jeśli dowództwo zgrupowania wyda jakiś rozkaz zobowiązujący wszystkie oddziały do udzielania pomocy i ochrony rodzinom uciekinierów. Później mówili jeszcze: Sankow, Czepiga i inni dowódcy oddziałów i brygad partyzanckich. Wszyscy byli za udzieleniem pomocy zagrożonym Polakom. Dopiero późnym popołudniem zrobiono godzinną przerwę na obiad. Narada trwała aż do godziny dziesiątej wieczorem. Dyskusję podsumował generał Begma, a na zakończenie wydał rozkaz, który brzmiał mniej więcej tak: „Wszystkim dowódcom brygad partyzanckich i oddziałów samodzielnych rozkazuję udzielać we własnym zakresie natychmiastowej pomocy ludności polskiej i ukraińskiej zagrożonej przez Niemców, banderowców i bulbowców. Pomagać przy organizowaniu polskiej samoobrony i likwidować bandy UPA wspólnymi siłami.

W rejonach swoich baz partyzanckich tworzyć leśne osady dla uciekinierów, zaopatrywać je w żywność i inne niezbędne materiały oraz dać opiekę lekarską. Dzieci i starców, w miarę możliwości, umieszczać w chatach wiejskich. Prowadzić aktywną pracę polityczną i propagandową wśród ludności ukraińskiej celem odciągania jej od udziału w napadach na Polaków. Tłumić w zarodku wszelkie próby powstawania nowych band UPA na swoim terenie i gdziekolwiek indziej. Towarzysze Ukraińcy, którzy w wielu naszych oddziałach partyzanckich tworzą większość, winni wytężyć wszystkie swoje siły w celu osłabienia działalności band UPA. Zadania te należy traktować jako długoterminowe, obowiązujące aż do chwili wyzwolenia Wołynia przez Armię Radziecką. O wszelkich przedsięwzięciach trzeba przesyłać szczegółowe meldunki i sprawozdania do sztabu zgrupowania. Na swego zastępcę do spraw polskich wyznaczam towarzysza Maksa...” Nietrudno sobie wyobrazić radość, z jaką my Polacy przyjęliśmy przejawy tak serdecznej troski radzieckich towarzyszy broni o losy polskiej ludności w tym tak trudnym dla niej okresie. Byliśmy do głębi wzruszeni. Tak bardzo żałowałem, że tego, co mówiono i postanowiono na tej konferencji, nie mogli usłyszeć ci dwaj delegaci, przedstawiciele rządu londyńskiego i dowództwa 27 Dywizji Wołyńskiej, którzy parę dni temu usiłowali mnie przekonać, że Związek Radziecki jest wrogiem Polski. * Doktor Parnas został jeszcze przez pewien czas w naszej bazie partyzanckiej. Przeprowadził szereg rozmów z lekarzami - Melmersztajnem i Melchiorem - na temat zapobiegania i likwidacji chorób zakaźnych: tyfusu, czerwonki i świerzbu. Oglądał leśne osady żydowskie, a później przez cały tydzień organizował w Serchowie służbę zdrowia dla uciekinierów. Bardzo często obchodziliśmy razem rejon lasów zapełnionych rodzinami wieśniaków. Wspólnie określaliśmy, jak i gdzie należy budować ziemianki i szałasy, jak organizować zaopatrzenie w żywność, gdzie zbudować piekarnię, rzeźnię, warsztaty czy magazyny. Pewnego dnia, gdy akurat byłem w obozie, na niebie pojawiły się dwa niemieckie samoloty. Niemcy zatoczyli kilka kręgów nad lasem. Obóz był jeszcze w okresie organizacji i panował w nim straszliwy rozgardiasz. Ludzie, przytłoczeni nieszczęściem, nie myśleli o tym, że trzeba zachowywać jakieś środki ostrożności. Cały las aż huczał od ruchu, bieganiny i krzątania się. Kobiety rozwieszały bieliznę na sznurach, mężczyźni paśli konie na leśnych polankach. W wielu miejscach płonęły ogniska. Widząc, co się święci, zawołałem głośno: - Maskować się! Samoloty! Jednakże tylko nieliczni ukryli się pod drzewami. Większość zaczęła bezradnie biegać tam i z powrotem. Kobiety klękały, wznosiły ręce do góry i zaczynały się modlić. Po chwili w całym lesie słychać było nabożne śpiewy. A tymczasem Niemcy zniżyli się tuż nad drzewa i zaczęli siec do ludzi z kaemów. Po kilku minutach odlecieli, zostawiając na ziemi kilkanaście trupów i dziesiątki rannych. Doktor Parnas i pozostali lekarze wzięli się od razu do pracy. Od tamtej pamiętnej chwili ludzie lepiej strzegli się przed niebezpieczeństwem. Znikły ze sznurów prześcieradła i koszule. Fury ukryto pod drzewami i zamaskowano je. Nie palono też zbyt wielu ognisk. Robiono to jedynie w dni pochmurne, gdy samoloty miały za niski pułap do latania.

Innym znów razem, kiedy przyjechałem do obozu ze Słowikiem, stwierdziłem z niepokojem, że dzieją się tu złe rzeczy. Ludzie, których pytałem, jak im się wiedzie, odpowiadali: - Ledwie już można wytrzymać. Głodujemy. Oprócz kawałka chleba nic już od wielu dni nie otrzymaliśmy. - Jak to jest? - spytałem Kazika.-Przecież tydzień temu miałeś dostarczyć do obozu dwadzieścia krów, które wzięliśmy z majątku w Czartorysku, i pięćdziesiąt świń. Co się z tym stało? - Wszystko oddałem za pokwitowaniem Prusakowskiemu. Nie miałem wątpliwości, że Kazik mówi prawdę. Znałem go dobrze i mogłem na nim polegać. Prusakowski był komendantem leśnych osad. On także był bardzo uczciwym człowiekiem. - Nic wobec tego nie rozumiem. - Ja też jestem zdziwiony. Trzeba wezwać Prusakowskiego, bo wydaje mi się, że dzieją się tu jakieś świństwa. Czekając na Prusakowskiego, porozmawiałem jeszcze trochę z mieszkańcami osady. - Tutaj, panie Maks, kwitnie spekulacja - powiedział mi jeden z nich. - Kto ma złoto albo inne wartościowe przedmioty, może dostać wszystko. Ale jak kto nie ma czym zapłacić, musi biedować. A przecież nie każdy miał możność zabrać ze sobą cały dobytek. - Kto zajmuje się spekulacją? - spytałem wzburzony. - Nie chcę nikogo oskarżać - odparł stary, żylasty chłop. - Dużo by o tym trzeba było gadać. Draństwa nigdzie nie brak... - No to jakże tak? Skarżycie się na głód, a nie chcecie powiedzieć, kto was okrada? - Czy my mówimy, że ktoś nas okrada? My mówimy, że nie dają nam jeść, jeśli nie mamy czym zapłacić. Wokół nas zebrała się już spora grupa ludzi. - W magazynach jest pełno szynek, kiełbas i boczków - zabrał teraz głos jeden z młodych ludzi - ale magazynierzy trzymają wszystko pod kluczem... W nocy można od nich kupować po cichu jedzenie, ale tylko za obrączki, zegarki albo ubranie. Chłopiec umilkł, gdyż właśnie zbliżał się do nas komendant obozu. Prusakowski przywitał się ze mną, a spostrzegłszy, że jestem zdenerwowany, zapytał: - Co się stało, panie Maks? - Źle się dzieje w obozie - powiedziałem, kiedy oddaliliśmy się trochę od grupy. - Ludzie nie dostają mięsa i tłuszczów. Twierdzą, że szerzy się tu spekulacja. - Przysięgam panu, że nic o tym nie wiem. Dałem zarządzenie, by każdemu człowiekowi wydawano codziennie dwadzieścia deka mięsa lub wędliny i dziesięć deka tłuszczu. Poza tym każdy dostaje czterdzieści deka chleba, kilogram kartofli i inne produkty. Więcej nie mogę wydawać. Musimy mieć zawsze pewien zapas. - Gdzie przechowujecie wędliny i mięso? - W magazynie. Pan sam wyznaczył miejsce na magazyn.

Odwróciłem się i przywołałem do siebie chłopca, z którym przed chwilą rozmawiałem. - Chodź, bracie, pokażesz nam, gdzie są te półki z wędlinami. Chłopak zmieszał się. Widać było, że się czegoś boi. - No, czego się namyślasz? Dostaniesz za to połeć słoniny i trzy pęta kiełbasy. Uśmiechnął się do mnie i poszedł przodem. Nie prowadził nas oczywiście do ogólnych magazynów, lecz w zupełnie innym kierunku. Prusakowski był zdziwiony. - Być może, że ktoś tu coś nabroił - zaczął się tłumaczyć po drodze. - W takim młynie wszystko jest możliwe. Trzeba by mieć dziesięć głów, żeby nic nie przeoczyć... Zatrzymaliśmy się w gęstym zagajniku. Chłopak odgarnął trochę gałęzi i chrustu i oczom naszym ukazały się grube, dębowe drzwi dobrze zamaskowanej ziemianki. Zaczęliśmy stukać, lecz nikt się nie odezwał. Wysłałem Prusakowskiego po siekierę. W pół godziny później rozbiliśmy drzwi i weszliśmy do wnętrza. Była to długa na parę metrów piwnica, a dalej następne drzwi. Po wyważeniu ich znaleźliśmy się w obszernym magazynie. Na półkach leżały stosy różnych wędlin, szynek, polędwic i kiełbas, a w następnym pomieszczeniu całe połówki świń i cieląt. Prusakowski, ujrzawszy te produkty, aż się złapał za głowę ze zdziwienia. - Ależ to łajdactwo! - zawołał. - Już ja się z nimi policzę, z tym Kozubskim i innymi. - Nie wiadomo, kto to tak wszystko ładnie urządził - powiedziałem. - Może zupełnie kto inny. - Ale on i jego rzeźnicy będą odpowiadać za tę kradzież mięsa. Zostaną oddani pod sąd ludowy... Nagle, gdy kontrolowaliśmy drugi z kolei magazyn, pod półkami coś się poruszyło. Wyciągnąłem pistolet z kabury i krzyknąłem: - Wyłazić, bo strzelam! - Ja wychodzę, proszę nie strzelać - rozległ się płaczliwy głos, o po chwili spod półek wygramolił się otyły mężczyzna. - Kowalski! Ach to ty, świnio! Usłyszałem chlaśnięcie w twarz, po czym drugie, trzecie. To Prusakowski, nie mogąc powstrzymać oburzenia, bił winowajcę. - Ja... ja nic nie wiem - jąkał się człowiek nazwany Kowalskim. - To Krębski i Wolski. Mnie kazali tylko pilnować. Obydwaj wymienieni z nazwiska byli rzeźnikami. Kowalski zaś pełnił w obozie funkcję jednego z magazynierów. - Będziesz odpowiadał za współudział w okradaniu ludzi - odparł Prusakowski. - Obiecuję ci, że zawiśniesz na gałęzi... Kowalski zaczął się trząść i prosić:

Panie dowódco, błagam o litość... Proszę mi darować. Mam pięcioro dzieci i żonę... - Inni też mają dzieci, a wy je okradaliście bezczelnie - odparłem. - Boże, ratuj mnie! Ja nie chciałem. To oni wciągnęli mnie do tego świństwa. Zmusili mnie... Prusakowski kazał natychmiast aresztować wspólników Kowalskiego. Okazało się, że jest ich aż kilkunastu. Gdy schwytani magazynierzy i rzeźnicy zaczęli ich sypać, ludzie ci uciekli z obozu... Winni zostali publicznie wychłostani. Magazyn uległ likwidacji. Zarządziłem, by wędlinę i mięso wydać ludziom jednorazowo. * To było na początku organizowania leśnych osad pod Serchowem. Większość uciekinierów nie miała jeszcze szałasów; ludzie spali pod krzakami lub na furmankach. Mżył drobny deszczyk, gdy wyszedłem na obchód obozu. Pod jednym z drzew siedziała młoda jeszcze kobieta, nędznie wyglądająca, w porwanej sukience, a obok niej dwoje małych dzieci, przykrytych od deszczu chustką w kwiaty. Kobieta była zapłakana. - Dlaczego pani płacze? - spytałem. - Ach, co tu mówić, proszę pana. Z głodu chyba umrę i te biedactwa razem ze mną. - Nic nie ma pani ze sobą? - Nic. Uciekłam tak, jak stałam... - Hm... No, a mąż gdzie? - Nie mam męża. - A dzieci? - pokazałem na dwoje malców, chłopczyka i dziewczynkę. - To nie moje. Sieroty. Nie mają rodziców, więc przygarnęłam je. Ojca i matkę zabili im Niemcy. Znalazłam oboje tu w lesie. Ale jak ja sobie poradzę z wyżywieniem ich?... - I nikogo tu nie mają? Przecież ktoś musiał tu te dzieci przyprowadzić. - Tam, gdzie stoją te dwie fury, jest dwoje starych ludzi. Chłopiec i dziewczynka byli tam przedtem, ale starzy ich odpędzili. Dzieci płakały, więc się nimi zaopiekowałam. Ludzie mówią, że to jest ich dziadek i babka. Zwierzęta, nie ludzie, żeby takie maleństwa odpędzić. A sami wszystkiego mają w bród. Podszedłem do fur. Jedna była zaprzężona w dwa dorodne konie, druga w parę byków. Na furach siedziało dwoje starców. - Dzień dobry, babciu - rzekłem. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - odparła. - No, jak się tu czujecie? - Ciężko, proszę pana. Ileż to się człowiek nacierpi! Tam zostało całe gospodarstwo na łasce losu. Dziesięć hektarów. Tutaj nie można zmrużyć oka. Wszędzie się kręcą złodzieje. Patrzą tylko, żeby coś zwędzić.

- No, ale dobra toście sobie nie poskąpili na drogę - obejrzałem furmanki wyładowane workami z kaszą, mąką, solą, beczkami z mięsem, słoniną, masłem. Było tu też kilka pierzyn, poduszek, tobołków z bielizną i pościelą. - Trochę się wzięło. To teraz cały nasz majątek... Takie straszne nieszczęście... - zaczęła biadolić. - I sami tu, babciu, jesteście, tylko z dziadkiem? - A sami. Bóg nas osierocił... - Babka rzuciła ukradkowe spojrzenie w kierunku kobiety z dziećmi. - A jużci, sami... - rzucił z boku mężczyzna o czerwonej twarzy. - Niech pan im nie wierzy. Jego żona, młoda, ładna kobieta zaśmiała się. - No, to jak jest z tym, babciu? Naprawdę nikogo tu więcej nie macie? Babka zaczęła kaszleć, a kobieta, która się poprzednio śmiała, podeszła do mnie i rzekła: - To są podli ludzie. Mieli ze sobą dwoje wnucząt, ale odpędzili ich od siebie. Znam ich dobrze, są z tej samej wsi, co i my, z Hinoczy. Dzieci straciły rodziców, a rodzona babka je wygnała. Starucha, nie zwracając na nic uwagi, ułożyła się wygodnie do spania. Dziadek już dawno schował się pod wytarty kożuch. Zawołałem kobietę z dziećmi, obudziłem starego i kazałem mu zejść z furmanki. - Za pół godziny zrzucicie wszystko z fur na ziemię - rzekłem. - Wszystkie worki, beczki i pierzyny podzielicie równo na dwie części. Jedną część zabierze ta kobieta dla dzieci, a druga zostanie dla was. Tę swoją część złożycie na jednej furmance, drugą weźmie kobieta, która się zaopiekowała waszymi wnuczętami - powiedziałem. - Ani mi się śni słuchać! - odparł ponuro stary, ruszając groźnie wąsami. - Spróbujcie nie posłuchać, to każę wam po sto batogów wlepić na plecy. A jeśli i to nie pomoże, własnoręcznie was rozstrzelam. - Nikt mi nie będzie rozkazywał. To moje własne i nikomu nie dam... Zapowiedziałem, że za pół godziny wrócę, i odszedłem. Obok furmanek zebrało się już sporo ludzi. Ten i ów usiłował przekonać dziadka o bezskuteczności oporu. Babka zaczęła lamentować i przeklinać wnuczęta, przez które przyjdzie jej chyba iść z torbami po prośbie. Zebrani drwili i żartowali sobie z nich. Coraz to ktoś dogadywał: „Nie ma co zwlekać, dziadku, pospieszcie się, a to jeszcze będziemy oglądać, jak wam skórę garbują”. „Widziałem, jak jednemu, który coś przeskrobał partyzanci wlepili pięćdziesiąt batów. Biedak nie wytrzymał do końca. Bili bykowcami z ołowiem na końcu”. „Z takimi nigdy nie wiadomo. Lepiej nie nadstawiajcie pleców”.. Kiedy wróciłem po pół godzinie, cały dobytek równo podzielony leżał na ziemi. Kazałem załadować jedną połowę na furmankę, po czym usadowiłem tam dzieci i ich opiekunkę. Odchodząc powiedziałem: - Pamiętajcie, starzy, żeby mi tu nie psioczyć. Wrócę niedługo i sprawdzę... Starzy popatrzyli na mnie nienawistnie, ale za to kobieta i dzieci pożegnały mnie serdecznie. *

W chutorach serchowskich mieściła się nasza wysunięta placówka bojowa, złożona z dwóch punktów oporu uzbrojonych w cekaemy i inną broń maszynową. Punkty oporu znajdowały się na wzgórzach. Jeden w pobliżu murowanej szkoły, drugi koło małego, wiejskiego cmentarzyka. Przygotowane tu były specjalne okopy i schrony dla ludzi. Obydwa punkty obsługiwała załoga licząca czterdziestu partyzantów, którymi dowodzili Krywyszko i Anatol Żak, młody, osiemnastoletni chłopiec, niezwykle przedsiębiorczy i odważny. Jeździłem tam często na kontrolę z ramienia dowództwa brygady i przy okazji zaopatrywałem ich w żywność. Któregoś popołudnia wracałem z placówki serchowskiej z Chwiszczukiem i Butką. Jechaliśmy konno. Po upalnym dniu w lesie było duszno, rozmowa nam się nie kleiła, więc jechaliśmy w milczeniu i nawet trochę drzemaliśmy. W pewnym momencie mój koń stanął i zarżał cicho. Otworzyłem oczy i chwyciłem za automat. Butko i Chwiszczuk również drzemali, a teraz przebudzili się. Na prawo, gdzie rosły gęste krzewy, mignęło coś białego, po czym znikło. - Uwaga, chłopcy, z koni! - zakomenderowałem. Zeskoczyłem na ziemię i zająłem stanowisko za drzewem. Dymitr i Wasia błyskawicznie uczynili to samo. W lesie było szarawo. Słońce właśnie zaszło i widoczność zrobiła się słabsza. Wpatrywałem się przez moment w to miejsce, gdzie zauważyłem coś podejrzanego. Zdawało mi się, że dochodzą stamtąd jakieś szmery. - Ej, kto tam jest, niech wyłazi z krzaków, bo będziemy pruli! - krzyknąłem. Cisza. - Liczę do pięciu, a później strzelamy! - dodałem. Znów cisza. Kazałem Wasi i Dymitrowi obejść krzaki od tyłu. Nagle o parę metrów przede mną coś zaszeleściło. Skoczyłem do przodu i zobaczyłem sylwetkę małego chłopca. - Stój! - zawołałem, ale chłopak śmignął w gąszcz. Po chwili rozległ się jego piskliwy krzyk: - Oj, pustit’ mene’. Ja Ukrajinec! Puskajte! Butko prowadził go za rękę, a malec wyrywał się i wrzeszczał. Był okropnie wychudzony. Twarz miał podrapaną i brudną. Mógł mieć najwyżej sześć lat. - Musimy dowiedzieć się, co to za dziecko - powiedziałem. - Może zgubił się w lesie i nie może trafić do swojej wsi. Najbliższe ludzkie osady znajdowały się stąd o parę kilometrów. Mogliśmy, oczywiście, zabrać chłopca do bazy, ale nie było sensu ciągnąć go ze sobą. Postanowiliśmy więc zatrzymać się w lesie, zjeść kolację i wypytać dzieciaka, skąd się tutaj wziął. Chłopak w ogóle nie odpowiadał na nasze pytania, siedział osowiały, dopiero gdy wyciągnęliśmy swoje zapasy z torb polowych i rozpaliliśmy ognisko, ożywił się trochę i zaczął głośno łykać ślinę. Podsunąłem mu kromkę chleba z przypieczonym na ogniu boczkiem. Wyciągnął rękę, lecz zaraz ją cofnął i zaczął płakać.

- Czego płaczesz? Masz, jedz! - powiedziałem. Otarł twarz brudną ręką, popatrzył na mnie z niedowierzaniem, po czym znów sięgnął po chleb i zaczął go łapczywie połykać. Zorientowałem się, że od dawna już nic nie jadł, nie pozwoliłem więc Chwiszczukowi i Wasi dawać mu więcej chleba w obawie, by nie skończyło się to dla niego tragicznie. Kiedy zaczął dopominać się o chleb, dałem mu gorącego napoju z liści poziomek. Chłopak popłakał trochę i usnął. Zaczęliśmy się naradzać, co dalej robić. Nie było innej rady, trzeba było poczekać, aż się obudzi. „Nie chcę! Mamo, mamo! Nie bijcie mnie. Jestem Ukraińcem”. Słuchaliśmy tych majaczeń ze zdumieniem. Nie mogliśmy pojąć, dlaczego malec mówi przez sen po polsku, a w ogóle po ukraińsku. Coś w tym było zagadkowego. Widocznie musiał przeżyć jakąś wielką tragedię. Ostatecznie postanowiliśmy, że spędzimy tę noc w lesie, a rano spróbujemy wszystko wyjaśnić. Malec spał gdzieś do ósmej. Gdy otworzył oczy i zobaczył nas przed sobą, zerwał się i rzucił do ucieczki. Ale Butko schwytał go prędko. Malec pisnął przeraźliwie i ugryzł Wasię w rękę. - Czegoś się tak przeląkł? - spytałem, głaszcząc go po rozczochranej głowie. - Przecież my ci nic złego nie zrobimy. No powiedz, maleńki, gdzie jest twoja mama? Zaprowadzimy cię do domu... Sięgnąłem do torby i wyjąłem tabliczkę czekolady z zapasów, które zdobyliśmy w niemieckim transporcie. Malec zaczął mi się przyglądać z zaciekawieniem. - No powiedz, kochanie, jak masz na imię? Milczał, ale widziałem, że już się mniej boi. - Ja jestem wujek Józek. A to jest wujek Wasia - pokazałem na Butkę. - A ten trzeci wujek nazywa się Dymitr. Każdy ma jakieś imię... - Bandę... banderowcy... - Nie żadni banderowcy, tylko partyzanci. I bardzo lubimy dzieci. Ja też mam takiego małego synka, który nazywa się Jurek... - Jurek! - Chłopiec uśmiechnął się, ale zaraz znowu zaczął płakać. - No nie płacz już, przecież nic ci złego nie zrobimy. Jesteśmy partyzantami. - Partyzanci? - zdziwił się. - Mój tata też był partyzantem, ale banderowcy go zabili... i mamę zabili... i Jurka też. - No powiedz mi, jak się nazywasz. - Mi...Michaś... Ku... - malec urwał nagle i nic więcej nie mogliśmy z niego wydobyć. Daliśmy mu kromkę chleba i kawałek czekolady. Bałem się jeszcze dawać mu więcej jedzenia. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zabrać go ze sobą do bazy. Wiedzieliśmy już, że chłopiec stracił rodziców. Resztę można było ustalić dopiero później. Wziąłem Michasia na swojego konia i ruszyliśmy w drogę.

* Dopiero po tygodniu malec powiedział mi coś więcej o sobie. Pochodził z okolic Kamienia Koszyrskiego. Mieszkał na wsi. Pewnego razu napadli na jego wieś banderowcy. Przez cały dzień ludzie bronili się przed ich atakami. Matka Michasia przekradła się wraz z nim do lasu, ukryła go w gęstwinie i wróciła z powrotem do płonącej wsi, chcąc ratować drugiego syna Jurka. Przed tym jeszcze powiedziała Michasiowi, żeby mówił wszystkim, kogo spotka, że jest Ukraińcem. Matka nie wróciła już do lasu. Michaś żywił się przez kilkanaście dni jagodami, trawą i liśćmi...

Takie sobie różne historie
- Towarzyszu dowódco, ktoś do was przyszedł - zameldował mi Butko. - Kto taki? - Podobno jakiś znajomy. Tak twierdzi... - Dawaj go tutaj. Do pokoju wszedł jakiś chłopak. Mógł mieć około siedemnastu lat. - Dzień dobry - powiedział i zdjął czapkę. Po akcencie poznałem, że jest Ukraińcem. - Jak się masz. Co cię tu, bracie, przyniosło? - Ja chciałbym do partyzantki. - Aha. No, a powiedz mi, skąd ja ciebie znam. Kogoś mi przypominasz! - spytałem zaglądając mu w oczy. Uśmiechnął się blado, po czym patrząc w ziemię powiedział cicho: - Pan jest moim chrzestnym ojcem... - Co ty gadasz, chłopcze, chrześniaka bym nie poznał? - Ale inny chrzestny, niż pan myśli. Pan mi w zeszłym roku rozumu napędził od tyłka do głowy... Zacząłem się czegoś domyślać. - Czekaj, jak ty się nazywasz? - Karp Chwost... Wybuchnęliśmy obydwaj śmiechem. Butko patrzył na nas zdumiony. Kiedyśmy wreszcie ucichli, spytałem: - No i co, pomogło? - Czemu miało nie pomóc. Pomogło... Głupi byłem, i już, a teraz zmądrzałem i chcę bić faszystów. Ot co. - A czy ty, chłopcze, nie chcesz nas czasami zdradzić? Może pragniesz się zemścić na mnie za tamto lanie i przy lada okazji strzelisz mi w plecy?

Popatrzył na mnie i pokręcił przecząco głową: - Nie, nigdy! Ja nienawidzę faszystów. Po tym, jak dostałem za swoje, myślałem nawet, żeby się jakoś zemścić, ale nie widziałem sposobów, a zresztą... bałem się was. Słyszałem stale o różnych śmiałych akcjach partyzantów. Miałem czas, żeby wszystko dobrze przemyśleć. Zastanawiałem się nad tym, o co walczycie. Słyszałem, że partyzanci bronią bezbronnych ludzi, biją Niemców. Chłopcy, ci nasi komsomolcy, też poszli do partyzantki. Czasami tu któryś wróci i opowie o akcjach, a mnie się serce kraje. Oni są bohaterami... A ja... - No dobrze już, dobrze, rozumiem cię, Karp - poklepałem go po plecach. - Jeśli tak bardzo chcesz bić faszystów, to przyjmę cię do oddziału. No, a twoi rodzice zgodzą się na to? - Nie mam teraz nikogo. Ojca i matkę zabili banderowcy... - Ach tak! Słuchaj, Wasia - zwróciłem się do Butki - skieruj chłopca do Chwiszczuka, niech weźmie go ze sobą na akcję... Chwostowi oczy zalśniły radością. - Dziękuję panu... - wyszeptał wychodząc razem z Wasią. Moja rozmowa z Karpem Chwostem odbyła się w małym dworku w Hołuzji, gdzie przyjechałem wraz z kilkoma partyzantami. Podobnie jak w Serchowie, mieliśmy tu wysunięty punkt oporu. Załoga składała się z czterdziestu partyzantów. Ponieważ był to okres wzmożonej działalności dywersyjnej, a oni niewiele tu mieli do roboty, postanowiliśmy skierować ich na pewne, nie obsadzone jeszcze, odcinki linii kolejowych. Historia Karpa Chwosta przedstawiała się mniej więcej tak: jeszcze wiosną ubiegłego roku, będąc w Hołuzji z grupą partyzantów, dowiedziałem się o pewnym zabijace, który chodzi po wsi i bije byłych członków organizacji komsomolskiej oraz Żydów specjalną sprężyną zakończoną ołowianą gałką. Byliśmy wówczas ubrani w mundury policyjne, które zdobyliśmy podczas kilku akcji. Chwost, sądząc, że ma do czynienia z policjantami, przyszedł do mnie i powiedział: - Ech, wy, policjanci. Siedzicie tu we wsi cały dzień i nikogo nawet nie aresztowaliście! A tu jest do czorta różnego draństwa. Są komsomolcy, Polacy i Żydzi. Ja tu sobie z nimi jakoś radzę, o tym... pokazał sprężynę. - Już niejeden poczuł na swoim grzbiecie, jak to smakuje. - To z ciebie rzeczywiście sprytny chłopak - odparłem. - Tylko czy mówisz prawdę? - A jakże! - Chwost dumnie wypiął pierś. - No, a za cóż ich tak częstujesz? - Jakże, za co?! Przecież teraz pora się z nimi rozprawić. Przedtem oni tu byli najważniejsi i na mnie nawet nie chcieli spojrzeć. Nieraz ręka mnie swędziła, żeby któremuś z tych komsomolców nosa utrzeć, ale się trochę bałem... - A teraz się już nie boisz? - Gdzie tam? Wszyscy przede mną uciekają... - No to może sprawdzimy, czy jesteś taki odważny. - Możecie sprawdzić. Pójdę zaraz do takiego na przykład Griszy Fiodorczuka, który jest starszy ode mnie o dwa lata, i na waszych oczach wlepię mu dziesięć sprężyn. To prawdziwy komunista.

- Poczekaj, nie denerwuj się, mamy trochę czasu. Może później spróbujesz, a na razie my ciebie poczęstujemy tą sprężyną. Karp zmieszał się. - Po co takie żarty, kiedy ja mówię prawdę? - Ja też nie żartuję, zaraz się o tym przekonasz. No, chłopcy, bierzcie tego bohatera i wlepcie mu dziesięć sprężyn! - rozkazałem. Momentalnie Iwan i Bulik chwycili Chwosta za ramiona i rozłożyli na ławce. Najmłodszy z partyzantów, Kalenik, wziął do ręki sprężynę. - Ty biłeś komsomolców, a teraz ja ciebie - rzekł Kalenik. - Ja jestem właśnie komsomolec i akurat trochę młodszy od ciebie, ale rękę mam niezłą. Zaraz poczujesz. - Sprężyna świsnęła w powietrzu i spadła na wypięty zadek. Karp wrzasnął przeraźliwie, ale Kalenik nic sobie z tego nie robił. Po chwili jednak musiał przestać, gdyż Chwost wył przeraźliwie i błagał o litość. Podobno przez miesiąc miał w tym miejscu sińce. W ten sposób, jak to sam dowcipnie teraz określił, stałem się przypadkowo jego „chrzestnym ojcem”. Nie wiem, czy na zmianę jego postępowania rzeczywiście wpłynęło tamto lanie, czy też może inne, jak sam mówił, wydarzenia. Fakt jednak pozostał faktem. Karp Chwost wstąpił po roku do naszej partyzantki. I trzeba przyznać, że walczył później z wielkim poświęceniem i odwagą... * Tego samego dnia, gdy przyjechałem do Hołuzji, jedna z naszych grup dywersyjnych, wysłana z Krasnego Boru, powróciła z zadania po trzytygodniowej nieobecności. Chłopcy byli okropnie zmordowani, ledwo trzymali się na nogach. Wasia Ziemskow, który kierował akcjami tej dziesięcioosobowej grupki, zdołał mi tylko zameldować dwa słowa: - Zadanie wypełniliśmy! - po czym zwalił się na podłogę i natychmiast zasnął. Ułożyłem go wygodnie na słomie. Instynktownie szukał jeszcze obok siebie karabinu. Podsunąłem mu go pod rękę, wsadził karabin między nogi i zaraz zaczął głośno chrapać. Pozostali chłopcy z jego grupy również usnęli od razu kamiennym snem. Oglądaliśmy ich szare wychudzone twarze i myśleliśmy o tym, jak dużo musieli przejść, zanim tu powrócili. Kiedy wyruszali na zadanie, było ich dziesięciu, teraz zostało tylko sześciu. Byli na akcjach pod miasteczkiem Hołoby, na linii kolejowej Kowel - Łuck około stu kilometrów od bazy. Teren ten należał do bardzo niebezpiecznych, gdyż grasowały tam bandy UPA. Ponadto tory były silnie strzeżone przez Niemców. Czekaliśmy cierpliwie, aż się trochę wyśpią, żeby posłuchać ich relacji. Zająłem się tymczasem przygotowaniem grup do wymarszu na zadania dywersyjne. Zamierzałem pozostawić w Hołuzji grupę Wasi Ziemskowa, miał również zostać Butko i jeden z partyzantów, młody chłopiec, który niedawno wstąpił do oddziału i podczas, marszu z bazy do tego miejsca otarł sobie dotkliwie nogi. Nie potrafił przezwyciężyć bólu i jęczał przy najmniejszym ruchu. Tu, w Hołuzji, miałem jeszcze do załatwienia pewną sprawę. W pobliżu znajdowały się stawy hodowlane. O tej porze były one pełne karpi, chciałem więc wybrać trochę ryb dla bazy. Można było po prostu spuścić wodę w stawach. Ale nie miałem zamiaru zabierać ze sobą wszystkich ryb, których tu było

kilkanaście ton. Wystarczyło nam z pięćset kilogramów. Było gorąco i ryby szybko mogły się popsuć. Poza tym nie posiadałem odpowiedniego transportu do przewożenia takiego towaru. Kazałem więc Butce, by poszukał kilku rybaków, którzy nałowią dla nas ryb. Wkrótce przybyło dwóch rybaków z Optowej. Obiecałem im po sto kilogramów karpia. Zabrali się ochoczo do wiązania sieci, które w kilku miejscach były mocno porwane. Pracowali na dziedzińcu dworku. Stanąłem obok nich i zacząłem rozmawiać o ich pracy i zarobkach. - Gdzie tam człowiek może teraz myśleć o połowach, kiedy szwaby nie dadzą pływać po Stochodzie. Już od wiosny nie wypływamy...-skarżył się stary, siwy chłop, przebierając zręcznie rękami w sznurkach sieci. - Az czego żyjecie? - Coś się robi. Ja na przykład wyplatam koszyki i łapcie... - A ziemi nie macie? - Nie... Zapaliłem papierosa, poczęstowałem rybaków i rozmawiałem z nimi jeszcze przez dłuższą chwilę. W końcu odszedłem w stronę stajni, gdzie stał mój koń, chciałem podsypać mu trochę owsa do żłobu. I nagle, gdy zrobiłem kilka kroków, usłyszałem za sobą strzał. Odwróciłem się momentalnie i ujrzałem niesamowitą scenę. W drzwiach wejściowych do dworku stał rozczochrany Wasia Ziemskow, w ręku miał karabin, z którego wydobywał się jeszcze dym. Wasia ładował karabin i mierzył do rybaków, którzy krzyczeli coś przeraźliwie. Za chwilę padł drugi strzał, jeden z rybaków krzyknął i runął na ziemię. Jego współtowarzysz stał na placu bezradnie, jak słup soli. - Wasia! - krzyknąłem. - Co robisz? - Rzuciłem się biegiem do niego. Widziałem, jak znów przyłożył broń do oka. - Padnij! - zawołałem do rybaka. Staruszek zrozumiał wreszcie, że jeśli się nie skryje, to zginie, rymnął więc jak długi na ziemię. Ja tymczasem popędziłem jak oszalały do Waśki. Dopadłem go w momencie, gdy znów podnosił broń do strzału. Chwyciłem za karabin, szarpnąłem i wyrwałem mu go z rąk. Jednocześnie drugą ręką trzepnąłem Wasię w twarz. Zatoczył się i osunął na ziemię. Za chwilę usłyszałem, jak począł chrapać. - Wasia, Wasia, coś ty narobił? spytałem, szarpiąc go za ramię. I nagle pojąłem ze zgrozą wszystko. Ziemskow strzelał śpiąc. To było coś niepojętego. Na dziedzińcu zebrało się kilku ludzi. Podnosili z ziemi rannego rybaka. Chwyciłem stojące w korytarzu wiadro wody i chlusnąłem na głowę Waśki. Mamrotał coś przez sen, wreszcie otworzył zdziwione oczy i skoczył na nogi z krzykiem: - Banderowcy! Banderowcy! - Uspokój się, nie ma tu żadnych banderowców! - wrzasnąłem mu w ucho.- Ach, to ja jestem w Hołuzji, prawda? - spytał, nic jeszcze nie rozumiejąc. - Coś ty najlepszego narobił, Wasia? Strzelałeś do niewinnych ludzi. Raniłeś rybaka z Optowej...

- Ja? - popatrzył na mnie wystraszony. - To niemożliwe! - Chodź, zobaczysz. Och, ty szaleńcze! I co my teraz zrobimy? Zerwał się i popędził do ludzi, którzy nieśli rannego. - Boże, ojczulku drogi, wybacz! - krzyknął Waśka. - Przysięgam, że nic nie pamiętam. Śnili mi się tylko banderowcy... Ja ci za wszystko odpłacę. Będę u ciebie za parobka. Ranny rybak spytał zdumiony: - Mówisz, żeś we śnie strzelał? - Przysięgam... Nigdy cię, ojczulku, na oczy nie widziałem, więc za cóż miałbym strzelać... - I to mnie akurat musiało spotkać takie nieszczęście - biadał sycząc z bólu rybak. - Diabeł z ciebie, nie chłopak, ale ci wybaczam. Bylebym się z tego wylizał. W brzuch mi strzeliłeś, czorcie zatracony... Odsłonił koszulę i pokazał ranę. Krew zalała obficie koszulę i spodnie. Przeniesiono rannego do dworku, gdzie zajęliśmy się tamowaniem krwi. Wasia był wstrząśnięty tym, co zrobił, i długo nie mogłem go uspokoić. Wreszcie, gdy wspomniałem o potrzebie sprowadzenia lekarza, zerwał się z miejsca, pobiegł do stajni i po chwili pomknął na koniu do bazy. Jeszcze tego wieczoru przybył lekarz Melmersztajn i udzielił rannemu pomocy... Rybak chorował długo i ledwie się wylizał z rany. Wasia przez cały czas odwiedzał go w domu i przywoził mu różne zdobyte na Niemcach i banderowcach rzeczy i produkty. Często pomagał też w jego gospodarstwie. Wypadek z Wasią pozostał dla mnie na zawsze jakąś niesamowitą zagadką. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że można strzelać we śnie. Niemniej jednak wszystko świadczyło o tym, że Wasia działał podświadomie. A bezpośrednią przyczyną nieszczęścia, jakie spowodował, były ciężkie przeżycia ostatnich dni. Jak się bowiem okazało, grupa Wasi Ziemskowa była narażona w czasie wykonywania akcji na wiele różnych niebezpieczeństw. Kilkakroć wpadała w zasadzki banderowców, była prześladowana i ścigana dniem i nocą. Podczas potyczek czterech kolegów poniosło śmierć, a pozostali ledwie zdołali ujść z życiem. * Zostałem w Hołuzji jeszcze dziesięć dni, czekając, aż powrócą z zadań grupy dywersyjne. Mieszkałem u pewnego miejscowego nauczyciela. Butko, Wasia Ziemskow i reszta chłopców kwaterowała w dworku. Wstałem tego dnia nieco później niż zwykle, gdyż poprzedniego wieczoru długo załatwiałem różne sprawy dotyczące wsi. W owym czasie ludzie zamieszkujący tereny kraju partyzanckiego traktowali nas jak przedstawicieli władz miejscowych. We wsiach i osadach rządzili wyznaczeni przez partyzantów przewodniczący rad gromadzkich. Nic więc dziwnego, że chłopi zwracali się do nas z najprzeróżniejszymi problemami. Często musieliśmy rozstrzygać różne spory sąsiedzkie i rodzinne. Były to sprawy o ziemię, pastwiska, dotyczyły też kontyngentu oddawanego dla partyzantów, wiejskich bijatyk, kradzieży itp. Jadłem akurat śniadanie, gdy usłyszałem warkot samolotu. Nie zwróciłem na to większej uwagi. Ostatnimi czasy coraz częściej przelatywały nad tymi terenami niemieckie samoloty. Nagle wpadła do domu żona nauczyciela.

- Panie Maks, samoloty niemieckie! - zawołała nerwowo. - No to co? Niech lecą. Nie widziała pani samolotów? - Ależ one krążą zupełnie nisko nad wsią. Zdaje się, że zaczną zaraz rzucać bomby... - Niech pani nie żartuje. A po cóż mieliby bombardować wieś? - powiedziałem, ale w tej samej chwili usłyszałem trzy niedalekie wybuchy. Momentalnie skoczyłem do drzwi... Zadarłem głowę i spojrzałem w jasne niebo, po którym krążyły dwa szturmowce. - To łajdacy, walą prosto w chaty - powiedziałem do Butki, który przybiegł na odgłos padających bomb. - Może ich poczęstować z cekaemu? - spytał Butko. Mieliśmy na punkcie oporu jeden cekaem dostosowany również do strzelania pelot. - Poczekaj, Wasia, bo coś mi się zdaje, że od strony drogi z Serchowa na Optowę słychać strzały. - Tam właśnie był nasz punkt oporu. Butko odwrócił się w tamtym kierunku i powiedział po chwili: - Rzeczywiście. Coś się tam musi dziać niedobrego. Nie zdążymy do punktu. - Czyżby obława? Samoloty nadal krążyły nad wsią i zrzucały coraz to nowe bomby. Z niektórych chat wydobywały się już kłęby dymu. Ludzie wystraszeni poczęli biegać po wsi, a lotnicy strzelali teraz krótkimi seriami kaemów, zniżając się niemal nad samą ziemię. Nagle do uszu moich doszły odgłosy strzelaniny również z przeciwnej strony wsi. Wkrótce przybiegło dwóch partyzantów, którzy udali się z rana po mleko i masło na drugi koniec wsi. - Niemcy idą od Optowej! - krzyknęli obydwaj jednocześnie. - Alarm! - rozkazałem. Po paru minutach zebrało się nas siedmiu. Brakowało tego młodego z obtartą nogą i Tatara Orduchanowa. - Gdzie reszta chłopców? – spytałem Butkę. - Nie mam pojęcia... Nie można było dłużej zwlekać. Z daleka ujrzeliśmy dużą tyralierę Niemców, zbliżającą się od strony Serchowa. Z drugiej strony wsi, od południowego wschodu, również pojawiły się grupki hitlerowców. Jakiś kaem niemiecki, na pewno „suka”9, wysunięty na wzgórze, wziął nas na „oko” i puścił pierwszą, krótką serię. Między drogami na Serchów i Optowę były dość rozległe ogrody warzywne. Rosły tam buraki, kapusta, mak i słoneczniki. Z tamtej strony nikt jakoś nie strzelał. Rzuciłem się więc do ogrodów. Ale gdy przebiegłem kilkanaście metrów, usłyszałem świst pocisków i gdakanie kaemu.

9

„Suka” — tak nazywaliśmy niemieckie kaemy typu „Bergmann”.

Rzuciłem się na ziemię. Chłopcy uczynili to samo. Pełzaliśmy teraz, ryjąc nosami grudy ziemi. Na szczęście byliśmy już w dolince i do ogrodu pozostało zaledwie kilkanaście metrów. Obejrzałem się za siebie. Wszyscy chłopcy byli tuż za mną. Zerwałem się prędko i pobiegłem. Ledwie dopadłem zagonu buraków, klasnęły nowe strzały z kaemu. Słychać było pojedyncze wystrzały z karabinów. Leżeliśmy chwilę. Kiedy ucichły strzały z kaemu, zaczęliśmy posuwać się naprzód. Za ogrodami były lasy. I tam właśnie zmierzaliśmy. Wypełzliśmy wreszcie na małe wzniesienie, gdzie rosła marchew i pietruszka, gdy tuż przed nami wytrysnęły pociski z „suki”. Ogień okazał się tak silny, że nie sposób było przeskoczyć tę niebezpieczną strefę. Niemiecki strzelec musiał nas obserwować i czekał, aż pojawimy się na wzniesieniu. Cofnęliśmy się, ale ogień zaczął się do nas przybliżać. Jeden z chłopców został ranny w rękę, odpełznęliśmy więc nieco w bok między słoneczniki. Pamiętałem, że na wzgórzu był tylko jeden niemiecki kaem, kilkanaście metrów za nim stała chłopska zagroda. - Słuchaj, Wasia - powiedziałem - trzeba coś wykombinować z tą „suką”. Ten szwab nie da nam spokoju... Obejrzałem się za siebie, ale nie ujrzałem Butki. Nie było też obok mnie Wasi Ziemskowa i jeszcze dwóch partyzantów. - Gdzie oni się podzieli? - spytałem leżącego tuż za mną partyzanta. - Poszli załatwić się z „suką”. - To wariaci. Nic nawet nie powiedzieli... - Załatwią sprawę, to zameldują - odparł rzeczowo partyzant. I nagle zrobiło mi się trochę głupio, że tak szybko zdecydowałem się na odwrót. Z tego, co zdołałem zaobserwować, Niemców mogło być ze stu, nas zaledwie siedmiu. Mimo to nie należało tak od razu rezygnować z walki. Byliśmy w swoim rejonie i Niemcy nie mogli się tu czuć bezpieczni. - Wracamy - rozkazałem i chyłkiem ruszyłem do wsi. Nagle od strony wzgórza huknęło kilka wybuchów granatów. Domyśliłem się, co tam się stało. To nasi chłopcy unieszkodliwili „sukę”. Z prawa, w dolinie, dostrzegłem biegnących hitlerowców. Przyłożyłem automat do ramienia i posłałem serię. Obydwaj partyzanci również strzelali do Niemców. Widziałem, jak hitlerowcy wywracali koziołki, potykali się i padali. Nasz ogień zaskoczył ich i kiedy zobaczyli, co się święci, rzucili się do ucieczki w kierunku Optowej. Wracaliśmy do wsi i już z daleka dostrzegliśmy, że Niemcy strzelają do uciekających wieśniaków. Ogarnęła mnie straszna wściekłość. Porwałem się z miejsca i skoczyłem w stronę pierwszych zabudowań. Ze wzgórka, skąd Niemcy ostrzeliwali nas poprzednio z kaemu, rąbał teraz do tyraliery hitlerowców idących z Serchowa Wasia Butko, któremu pomagał jeden z partyzantów. Reszta chłopców pędziła do wsi, gdzie hulali bezkarnie hitlerowcy. Również z lewa, gdzie mieścił się nasz punkt oporu, ujrzałem błyski ognia cekaemu. To strzelano w kierunku Niemców, których zostawiliśmy w dolince. Nie miałem pojęcia, kto zdołał uruchomić cekaem. Sytuacja nasza od razu zmieniła się na lepsze. Niemcy nadciągający od Optowej i Serchowa zatrzymali się, po czym zaczęli uciekać lub kryć się w zbożach i zaroślach... Jedynie od południa wdarło się ich do wsi około trzydziestu. Samoloty odleciały, gdyż nie chciały razić swoich.

Dopadliśmy pierwszej chaty. Zza węgła wziąłem na cel jakiegoś hitlerowca, mierzącego z karabinu do uciekającej dziewczynki. Pociągnąłem krótką serię i Niemiec wywrócił się, w ostatnim jednak momencie zdołał jeszcze wystrzelić i trafił dziecko, które z jękiem osunęło się na ziemię. Biłem z coraz większym zapamiętaniem w każdą nasuwającą mi się przed oczy szarozieloną sylwetkę. Gdy zabrakło mi celu, pobiegłem za róg następnej chaty, później jeszcze dalej... Razem ze mną pędzili dwaj partyzanci... Wieś płonęła, dusił mnie ostry gryzący dym. Dopadłem studni i zaczerpnąwszy wody do wiadra, zanurzyłem w nim głowę. Dopiero wtedy nieco ochłonąłem. Spojrzałem wokół siebie. Niemcy uciekali... a nasz cekaem na punkcie oporu wciąż strzelał do nich. - Kto tam tak wali? - spytałem Butkę, gdy zjawił się znów koło mnie. - Nie mam pojęcia. A może Orduchanow? - Tak, to na pewno on. Dzielny chłop z niego. Ale ty, Wasia, też się załatwiłeś z tym szwabem. Dziękuję ci, bracie. No, a teraz chodźcie, chłopcy, gasić ogień! - powiedziałem. Wraz z mieszkańcami Hołuzji gasiliśmy płonące chaty, ratowaliśmy bydło, trzodę chlewną i dobytek... Niemcy zabili czternaście osób, spalili ze dwadzieścia budynków, gospodarskich i chat. Gdy Niemcy oddalili się, od strony wzgórza, gdzie mieścił się cekaem, ukazał się Orduchanow. Był wysoki i kościsty, miał ze dwa metry wysokości, ale na tle nieba wydawał się teraz niemal olbrzymem. Na ramieniu niósł lekko, jak gdyby napchaną trocinami kukłę, zwłoki jakiegoś człowieka. - Zabili go, psie syny! - rzekł przez zęby, kładąc na ziemi ciało młodego partyzanta. - Przyszedł mi z pomocą w ostatniej niemal chwili. Cóż bym sam zrobił z cekaemem? - To obydwaj strzelaliście? - spytałem. - A jakżebym mógł sam? Podawał mi taśmy, chociaż był ciężko ranny w obydwie ręce i brzuch. Do ostatniej chwili trwał przy cekaemie. Ani razu nie jęknął. Widział jeszcze, jak hitlerowcy uciekają, uśmiechnął się, po czym skonał... Ze wzruszeniem wpatrywaliśmy się w twarz zabitego partyzanta i myśleliśmy o tym, skąd się w tym niepozornym chłopcu brało tyle siły i odwagi.

Operacja „Kursk”
Zimą 1943 roku Niemcy ponieśli szereg dotkliwych porażek na froncie wschodnim, w wyniku czego musieli wycofać się na zachód, na pewnych odcinkach nawet o kilkaset kilometrów. Armia Radziecka odzyskała 2 stycznia Mozdok, 7 lutego Kursk, 16 lutego Charków. W tym też okresie zdobyła Rostów i Woroszyłowgrad. Równocześnie toczyły się boje o Moskwę. W rejonie Rżewa Niemcy podeszli dość blisko do stolicy Związku Radzieckiego i utworzyli tu niebezpieczne wybrzuszenie. Jednakże ofensywa radziecka, która rozpoczęła się jeszcze jesienią 1942 roku i trwała do połowy marca 1943 roku, zmusiła wroga do wycofania się spod Moskwy o dwieście czterdzieści kilometrów na zachód. Na froncie północnym wojska radzieckie również osiągnęły znaczne sukcesy, zdobyły miasto Schlüsselburg i otworzyły tym samym przejście do Leningradu, który był dotychczas odcięty. Mimo tych niepowodzeń Niemcy czuli się jeszcze dostatecznie silni, by wiosną 1943 roku przygotowywać nową, wielką ofensywę, która miała na celu odzyskanie utraconych pozycji. Rejon

Kurska, Orła i Biełgorodu wydawał się niemieckiemu dowództwu najdogodniejszy do przeprowadzenia planowanej operacji. Po zimowej i wiosennej ofensywie Armia Radziecka zajmowała w tym rejonie pozycje w kształcie łuku, którego podstawa wynosiła około stu trzydziestu kilometrów. Hitler planował uderzenie pod Kurskiem z dwóch kierunków: z południa i północy, a więc z rejonów Biełgorodu i Orła. W wielkiej tajemnicy zaczęto ściągać w przyszły rejon walk olbrzymie siły wojsk pancernych i zmotoryzowanych. Ściągano je z różnych odcinków frontu oraz z Niemiec, z krajów okupowanych i z Afryki. Radzieckie dowództwo rozszyfrowało jednak plany Niemców i zaczęło przygotowywać się do kontrofensywy. W pierwszych dniach maja 1943 roku sztab naszej brygady otrzymał nowe, specjalne zadanie. Należało ożywić działalność na liniach i szosach oraz zwrócić baczną uwagę na transporty broni pancernej wroga, które mieliśmy likwidować w pierwszej kolejności. Oprócz grup dywersyjnobojowych, które wyruszały na zadania w zależności od potrzeb, sztab naszej brygady dysponował kilkoma doskonale zorganizowanymi, stałymi placówkami dywersyjno-zwiadowczymi. Działały one bezpośrednio na węzłach kolejowych i stacjach. Do najbardziej operatywnych należały grupy: kowelska i maniewicka. W skład tych grup wchodzili głównie Polacy. Znajdowały się one pod moją osobistą opieką i kierownictwem. Grupą kowelską dowodził Stanisław Wroński. Od chwili połączenia się z oddziałem Diadi Pieti nieustannie myślałem o tym, by w szeregi brygady wciągnąć jak największą ilość miejscowych Polaków. Praca w terenie w charakterze zwiadowców i informatorów oraz dorywczy udział w poszczególnych akcjach bojowych kilkudziesięciu moich rodaków nie wydawały mi się wystarczające. Chciałem, by ludzie nasi znaleźli się na stałe w naszych szeregach, by działali na odpowiedzialnych odcinkach walki. O tych sprawach nieraz mówiliśmy ze Słowikiem, Kraszewskim, Domarackim i innymi. Wiedziałem, że Polacy walczą również w innych radzieckich oddziałach partyzanckich. W rejonie Choczynia działał oddział bojowy zorganizowany przez Polaka Burzyńskiego, który obecnie podporządkował się radzieckiemu majorowi Kapłunowi. Burzyński został zastępcą Kapłuna. W oddziale tym było kilkudziesięciu Polaków. Niebawem stworzyliśmy stałą komórkę dywersyjną na stacji Maniewicze. Kierownikiem tej podziemnej placówki bojowej został Władek Kraszewski, gajowy z Optowej. W skład grupy wchodzili: Józef Słupny, Lacewicz, Ferdynand Kozłowski, Waloszek i Wacek Przybyszewski. Ludzie ci zatrudnieni byli na stacji kolejowej, przeważnie w charakterze robotników. * Pierwsze sygnały o transportach niemieckich czołgów otrzymałem z Kowla. Niezwłocznie przekazałem polecenie Kraszewskiemu, by wzmógł czujność oraz zaczął zbierać dokładne informacje dotyczące ilości czołgów, numeracji jednostek i inne. Zanim jeszcze pierwszy transport osiągnął Maniewicze, zapadła decyzja zniszczenia mostu kolejowego w pobliżu wsi Łosze. Most ten był silnie strzeżony przez Niemców i własowców; zbudowali oni w pobliżu kilka betonowych bunkrów, uzbrojonych w karabiny maszynowe. Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę z tego, że zadanie to można będzie wykonać tylko pod tym warunkiem, że użyjemy podstępu. Pewnego wieczoru starszy lejtenant Krywyszko wyruszył w drogę ze swoją grupą bojową liczącą około dwudziestu ludzi. Każdy z nich miał ze sobą większą ilość trotylu. Noc była bardzo ciemna; od kilku dni

mżył drobny deszcz. Dojście do mostu było niewygodne, wokół ciągnęły się błotne rozlewiska, które trzeba było przejść w bród, by zbliżyć się do przyczółka. Dla dodania sobie animuszu chłopcy Krywyszki przed wyruszeniem z bazy wypili trochę bimbru... Grupa znalazła się wreszcie w odległości kilkudziesięciu metrów od mostu. Stalowe przęsła ledwo były widoczne w mroku. Krywyszko wydzielił podgrupę minierską, która w odpowiednim momencie miała podejść do przyczółka i założyć duży ładunek wybuchowy. Niemców nie było widać, widocznie nie chcieli moknąć na dworze i ukryli się w bunkrach. Zwykle przez całą noc co kilka minut oświetlali przedpole rakietami, ale tym razem rakiety pojawiały się na niebie bardzo rzadko. Nagle wśród głębokiej ciszy, zakłóconej jedynie szmerem deszczu, rozległ się donośny głos Krywyszki: - Bataliony przygotować się do ataku! Pierwszy batalion z prawa, drugi batalion z lewa, armaty z tyłu! Do ataku, hura! Partyzanci podchwycili ten okrzyk i wrzeszczeli co sił w piersiach. Niemcy, zaskoczeni nagłym pojawieniem się partyzantów, zaczęli przygotowywać się do odparcia ataku. Jednakże własowcy, którzy znali doskonale język rosyjski, powstrzymali niemieckiego dowódcę od rozpoczęcia jakichkolwiek działań, sądzili bowiem, że mają przed sobą duży oddział partyzancki. Spodziewali się, że w ten sposób się uratują. Ani jeden karabin maszynowy z bunkrów nie otworzył ognia. W tym czasie minierzy zdołali dostać się na most i założyć ładunek. Po pięciu minutach dwa wybuchy targnęły powietrzem: most został zerwany w dwóch miejscach. Partyzanci wycofali się i dopiero wtedy oszołomieni Niemcy i własowcy wypadli z bunkrów i zaczęli strzelać na oślep za uciekającymi... Naprawa mostu trwała tydzień. Przed stacją Maniewicze stanęło aż sześć transportów z panterami, tygrysami i ferdynandami. Kraszewski, który pełnił obowiązki kierownika składów drzewa na stacji, przystąpił do działania. Nietrudno było ustalić zawartość pierwszego transportu. Czołgi nie zostały nawet zamaskowane brezentowymi płachtami i były zupełnie widoczne. Transport zawierał dwadzieścia dziewięć czołgów typu „Tygrys”. Wokół platform kręcili się żołnierze w czarnych kombinezonach. Zachowywali się głośno i swobodnie. Kraszewski natychmiast zorientował się, że nie są to nowicjusze. Ci czołgiści najwidoczniej mieli za sobą spore doświadczenie bojowe. Wkrótce zresztą sami go zagadnęli. - Pan! Masło, jajka... - zwrócił się do Kraszewskiego krępy feldfebel, zdejmując z ręki zegarek. Kraszewski patrzył na niego w milczeniu. Niemiec uśmiechnął się i spytał nieco ciszej: - Polak? - Tak. - Ja Bawarczyk. Proszę się nie bać. Ja nie faszysta, tylko żołnierz. - Niech pan schowa ten zegarek. Spróbuję coś przynieść. - Ja nie chcę za darmo. Oddam zegarek, tam mi nie będzie potrzebny. Stamtąd się nie wraca... - Proszę tu zaczekać. Kraszewski wrócił po upływie dwudziestu minut. Przyniósł osełkę masła i ze trzydzieści jaj.

Niemiec uparł się i siłą wcisnął mu do ręki zegarek. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, w końcu zapytał: - To partyzanci zniszczyli most? Oni dobrze robią... Kraszewski milczał. - Dlaczego pan nic nie mówi? - Nie wiem nic o partyzantach. - Pan wie, ale się mnie boi. Pan myśli, że wszyscy Niemcy to faszyści. - Wcale tak nie myślę. - To dobrze, ale mimo to nienawidzi pan wszystkich Niemców. - Nic podobnego. - Widzi pan, ja jestem antyfaszystą. Byłem kiedyś w partii komunistycznej. Później musiałem się ukrywać przed więzieniem i w końcu trafiłem do wojska. Byłem w Afryce, a teraz jadę do Rosji. Nienawidzę tej wojny. Nic nie zmaże hańby, jaką okrył się naród niemiecki. - Dlaczego mi pan o tym mówi? - Bo nie mogę milczeć. Ciągle marzę o tym, by móc powiedzieć komuś to, co mnie gnębi. Jeśli potrafi pan nawiązać kontakty z partyzantami, to proszę im powiedzieć, że w najbliższych dniach będą tędy przejeżdżały pułki i dywizje Afrika Korps. Do widzenia. - Feldfebel wyciągnął rękę na pożegnanie. Kierownik grupy dywersyjnej przekazał mi niezwłocznie treść oświadczenia niemieckiego czołgisty. Byłem pewien, że Niemiec mówił prawdę. Mieliśmy z innych źródeł informacje, że Hitler przerzuca w rejon Kurska resztki wojsk generała Rommla, które ściągał z Afryki. Niemcy zabrali się intensywnie do odbudowy zniszczonego mostu w Łoszy. Jednocześnie nasi ludzie rozpoczęli minowanie odcinka toru między mostem a Maniewiczami. Kiedy stojące pod Maniewiczami transporty ruszyły wreszcie z miejsca, jeden po drugim trafiały na nasze miny. W ciągu dwóch dni wyleciało piętnaście transportów. Wróg obstawił wówczas tory silnymi posterunkami żandarmerii i własowców. Czuwały one dniem i nocą i uniemożliwiały założenie nowych ładunków. Transporty wypuszczano tylko w czasie dnia, od godziny dziesiątej rano, i to po uprzednim sprawdzeniu torów. Nie udało się jednak Niemcom zabezpieczyć przed naszymi minami. Gdy nie powiodły się próby zrobienia wykopu i umieszczenia miny pod torami, zaczęliśmy stosować tak zwane sposoby minowania „na chama”. Polegały one na tym, że poszczególni partyzanci przyczajali się w pobliżu torów, wyskakiwali z ukrycia dopiero w chwili zbliżania się pociągu i rzucali minę prosto pod koła. Używano w tym wypadku min elektrycznych, działających na zasadzie spięcia. Izolowany drut, przecięty przez koła, powodował wybuch miny. Ten sposób był bardzo niebezpieczny, ponieważ groził życiu wykonującego zadanie partyzanta. * Pewnej nocy otrzymałem z Maniewicz pilny meldunek. Kraszewski donosił, że Niemcy sprowadzili na stację pociąg pancerny. Pociąg ten miał każdorazowo, przed wypuszczeniem transportu, przejechać niebezpieczny odcinek torów i ostrzelać pobliskie lasy ogniem z karabinów maszynowych i armat. O świcie rzeczywiście pojawił się na torach pociąg pancerny. Tuż za nim ruszyły transporty z czołgami. Niemcy obsypali las setkami pocisków. W ten sposób udało im się przeprowadzić kilka pociągów.

Kiedy tylko nastała noc, umieściliśmy tuż pod nosem Niemców, o sto metrów od stacji kolejowej, olbrzymią minę wagi kilkudziesięciu kilogramów. Następnego dnia o godzinie dziewiątej rano Niemcy znowu wypuścili pociąg pancerny. Wacek Przybyszewski, który pracował na stacji przy obsłudze wieży ciśnień i hydrantu, obserwował wyruszający pociąg, najeżony lufami kaemów i dział. Kiedy pancerny kolos minął już hydrant, Wacek powiedział głośno: - Zaraz cię szlag trafi. W tym momencie zauważył, że tuż za nim stoi niemiecki czołgista. Nie minęła minuta, gdy rozległ się straszliwy wybuch: pociąg pancerny wyleciał z torów. Niemiec podbiegł do Przybyszewskiego i chwycił go za kołnierz. - Ty bandyto! - wrzasnął. - Będziesz wisiał. Chodź ze mną. Przybyszewski zrozumiał, że wpadł. Co za lekkomyślność! Niemiec okazał się Ślązakiem i znał doskonale język polski. Hauptmann, do którego czołgista zaciągnął Przybyszewskiego, kazał przeprowadzić natychmiastowe śledztwo. Przybyszewski tłumaczył się, że miał na myśli tych bandytów partyzantów, a nie pociąg pancerny. Wezwano zawiadowcę stacji, który stwierdził, że Przybyszewski jest wzorowym pracownikiem i nie ma nic wspólnego z bandytami. Wówczas hauptmann rozkazał wlepić Wackowi pięćdziesiąt batów... Znów przerwa w ruchu trwała cztery doby. Pociąg pancerny zatarasował tory. Ciężar jego był tak wielki, że miejscowe dźwigi nie mogły ściągnąć go z torów. Okazało się, że odpowiedniego dźwigu nie ma na terenie całego gebietskomisariatu kowelskiego. Dopiero pod koniec trzeciego dnia sprowadzono potrzebne urządzenie dźwigowe. Pociąg pancerny nie straszył już więcej partyzantów, gdyż nie nadawał się do użytku; zresztą Niemcy po tym doświadczeniu nie mieli najmniejszej ochoty stawiać go z powrotem na torach. Minowaliśmy więc nadal linie kolejowe. Władze niemieckie wydały szereg bestialskich zarządzeń i stosowały ostre represje wobec ludności mieszkającej w, pobliżu torów. Jeżeli pociąg niemiecki wylatywał w powietrze w okolicy jakiegoś osiedla lub wsi, wówczas Niemcy mordowali część ludności lub nawet wszystkich mieszkańców tego osiedla. Poza tym zmuszano miejscową ludność do ochrony linii kolejowych. W wypadku stwierdzenia miny na jakimś odcinku torów wszyscy, którzy pełnili tu służbę, ponosili śmierć. Aby pozbawić wroga pretekstu do stosowania tych okrutnych represji i przynajmniej w pewnym stopniu zabezpieczyć przed nimi ludność, zaczęliśmy używać specjalnych min magnetycznych z zapalnikiem nastawionym na czas. Miny te, przylepiane pod spodem do podwozi wagonów, wybuchały na trasie z dala od miejsca ich założenia. W tym czasie najważniejsza część roboty przypadła w udziale grupom dywersyjnym na stacjach kolejowych. Ludzie ci, z racji obsługiwania różnych urządzeń, mieli najłatwiejszy dostęp do zatrzymujących się na stacjach transportów. Środki, które stosowaliśmy w maju i początkach czerwca w walce o sparaliżowanie transportu wroga na liniach kolejowych, były jednak niewystarczające; nie gwarantowały wypełnienia tego trudnego zadania w stu procentach. Zgodnie z otrzymanymi z Moskwy rozkazami mieliśmy za wszelką cenę całkowicie wstrzymać w ciągu czerwca 1943 roku ruch niemieckich transportów na front wschodni. W tym celu należało zmobilizować wszystkie siły i środki materialne, opracować nowe, dotychczas nie stosowane formy walki. Brygada nasza była nadal odpowiedzialna głównie za linię kolejową Kowel-

Sarny. Na tej też linii skoncentrowaliśmy w drugiej połowie czerwca całą naszą „ofensywę”. Zgodnie z nowym planem „operacji na tory” mieliśmy zaniechać dotychczasowych prób likwidowania poszczególnych transportów i przestawić się na niszczenie znacznych odcinków torów, wynoszących trzy do czterech kilometrów długości. Wykonanie tego zadania wymagało zaangażowania znacznie większej niż dotychczas ilości ludzi, należało utworzyć specjalne oddziały bojowe, grupy minierskie, ekipy robocze, trzeba było zgromadzić olbrzymią ilość materiałów wybuchowych i zapalających oraz różnorodny sprzęt techniczny i narzędzia. Pewnym zmianom musiał również ulec system pracy aparatu zwiadowczego w terenie, zbierania informacji, prowadzenia obserwacji i przesyłania meldunków. W owym okresie odcinek linii kolejowej od Maniewicz do Rafałówki, wynoszący około czterdziestu kilometrów, był ochraniany przez Wehrmacht i oddziały własowców. Ludność cywilną zupełnie wyłączono z tych zadań. Niemcy zorganizowali cały system ochrony torów przed partyzantami. Wybudowali dziesiątki silnych betonowych schronów, zorganizowali stałą ochronę i ostrzeliwali pobliskie lasy ogniem broni maszynowej. Aby poznać cały mechanizm działania niemieckiej ochrony linii kolejowej, musieliśmy zdobyć odpowiednie informacje. Nie było to takie trudne. Kilka wypraw Butki i Wasilenki do Rafałówki przyniosło oczekiwane rezultaty. W Rafałówce mieściło się dowództwo dużej grupy własowców, liczącej kilkuset ludzi. Zadaniem tej grupy była ochrona linii na naszym odcinku. Butko i Wasilenko skontaktowali się z dowódcą kompanii własowców, kubańskim Kozakiem, kapitanem Burlenką. Burlenko od dawna szukał okazji do nawiązania współpracy z partyzantami. Wkrótce zresztą przeszedł, wraz z pięcioma swymi podwładnymi, do brygady partyzanckiej. W parę dni później Burlenko wysłał tych ludzi, by nakłonili innych kolegów do ucieczki z szeregów wroga. W sumie, już w pierwszym tygodniu, zbiegło od Niemców dwudziestu siedmiu własowców, a każdego następnego dnia wciąż przychodzili do brygady nowi. Własowcy ci zostali przydzieleni do mojego oddziału. Stworzyłem z nich kompanię partyzancką pod dowództwem kapitana Burlenki. Przejście grupy Burlenki w szeregi brygady ułatwiło nam dokładne poznanie całego systemu ochrony linii kolejowej na odcinku Kowel-Sarny oraz taktyki działania Niemców. Wnioski, które z tego wyciągnęliśmy, przydały nam się przy opracowaniu własnego planu operacji „Kursk”. * Na rozkaz Bryńskiego w początkach czerwca przystąpiłem do organizowania specjalnego oddziału, przeznaczonego do walki o sparaliżowanie komunikacji na odcinku Maniewicze-Rafałówka. Bryński uczynił mnie za to odpowiedzialnym. Oddział specjalny składał się z dwustu pięćdziesięciu partyzantów i minierów, dysponował złożonym aparatem wywiadowców i informatorów, miał również prawo angażować do różnych prac ludność cywilną, zamieszkałą na terenach leżących w granicach kraju partyzanckiego. Sztab brygady przydzielił do mojej dyspozycji pięćset kilogramów trotylu oraz duże ilości innych materiałów niezbędnych do wysadzania torów i różnych urządzeń kolejowych. Nowa akcja miała trwać od 10 czerwca do końca miesiąca. Nie wolno nam było dopuścić do tego, aby na odcinku Maniewicze-Rafałówka przeszedł w tym czasie na front wschodni chociażby jeden transport niemiecki. Niemcy stosowali teraz następującą taktykę ochrony linii kolejowych: tworzyli grupy liczące czterdziestu do pięćdziesięciu własowców i niemieckich żołnierzy i wysyłali je na linię kolejową. Żołnierze ci ustawiali się gęsiego, piętnaście metrów jeden od drugiego, i szli między torami. Część z nich obserwowała teren znajdujący się po prawej stronie torów, część - po lewej. W ten sposób

grupa obejmowała swoim zasięgiem duży odcinek toru, mogła też odeprzeć ewentualny atak partyzantów i uniemożliwić im założenie miny. Po przeanalizowaniu taktyki wroga postanowiliśmy w taki sposób zaatakować grupę patrolową, by doprowadzić do zastraszenia ochrony i zaniechania tych niekorzystnych dla nas form patrolowania linii przez Niemców. Wybraliśmy odpowiedni odcinek toru i ustawiliśmy z jednej strony, na skraju lasu, kilka kaemów w odległości stu do stu pięćdziesięciu metrów jeden od drugiego. Przy kaemach zostawiliśmy dziesięciu ludzi. Po przeciwnej stronie toru zajęła stanowiska dobrze zamaskowana tyraliera licząca pięćdziesięciu partyzantów. * Noc była dość pogodna i doskonale nadawała się na przeprowadzenie zaplanowanej akcji. Chłopcy dobrze znali swoje zadania. Ledwie wysunęliśmy się z lasu, Butko zabrał dziesięciu chłopców i ruszył z nimi na drugą stronę toru. Ja rozwinąłem tyralierę po tej stronie. Żaden szczęk ani szmer nie zmącił ciszy nocnej. Nie czekaliśmy długo. Niemcy byli punktualni, odpowiedzialność bowiem za bezpieczeństwo transportów była tak olbrzymia, że nikt z dowódców i żołnierzy nie odważyłby się w czymkolwiek uchybić przewidzianym instrukcjom i rozkazom. Gdy pierwszy skrzydłowy partyzant z grupy Butki zaobserwował, że Niemcy minęli rosnące w pobliżu wysokie drzewo, natychmiast otworzył ogień. Był to umówiony znak. Pozostali partyzanci z tej grupy rozpoczęli bezładną strzelaninę; starali się przy tym, by pociski padały z przodu przed torem, chodziło bowiem o bezpieczeństwo partyzantów leżących naprzeciwko. Niemcy, ostrzelani z jednej strony toru, momentalnie rzucili się za nasyp po drugiej stronie. Padły komendy do obrony. Posypały się strzały zza nasypu. Grupa Butki kryła się w różnych zagłębieniach i za pniami grubych drzew. Tymczasem ukryci za plecami Niemców partyzanci brali na cel każdy „swojego” przeciwnika. W kilkanaście sekund później, jak na komendę, rozhukały się strzały z automatów. W tej krótkiej akcji, trwającej nie dłużej niż kilka minut, zginęło około trzydziestu Niemców i własowców, a dziesięciu zostało rannych. Zaledwie kilku wrogom udało się ujść z życiem. Od tej pory Niemcy zaniechali zupełnie patrolowania torów. Umacniali się jedynie w bunkrach oddalonych od siebie o kilometr. Stamtąd obserwowali odcinki, strzelali z kaemów i oświetlali teren rakietami oraz organizowali zasadzki w niektórych punktach. My zaś z kolei przystąpiliśmy do najważniejszego zadania: zrywania całych odcinków torów. W ciągu dnia obserwatorzy dostarczali do sztabu dokładne informacje o zasadzkach Niemców. Na podstawie tych danych wybieraliśmy odpowiedni odcinek i z wieczora oddział wyruszał w drogę. Akcję przeprowadzało się w następujący sposób: wybrany odcinek toru ubezpieczaliśmy z obydwu stron na wypadek, gdyby wróg zechciał przeszkodzić w pracy ekipie minierów. Minierzy zakładali kostki trotylu jednocześnie na długości kilkuset metrów, po czym zrywali tory. Następnie przechodzili dalej. W ten sposób w ciągu nocy niszczono tory na przestrzeni paru kilometrów. Po wykonaniu zadania wracaliśmy do tymczasowego obozu, który mieścił się w lasach w pobliżu Konińska i Optowej, osiem kilometrów od linii kolejowej. Niemcy z rana werbowali na gwałt ludzi i środki techniczne i usiłowali naprawić zniszczoną linię. Ale naprawa wymagała co najmniej kilku dni, ponadto brakowało szyn i odpowiedniej ilości transportu oraz narzędzi. My zaś przeprowadzaliśmy w tym czasie identyczną „operację” w innym miejscu. Każdej nocy niszczyliśmy kilka kilometrów toru. Praca ta była niezwykle wyczerpująca. W ciągu doby

ludzie musieli pokonywać duże odległości, wynoszące trzydzieści do czterdziestu kilometrów. Poza tym praca przy wysadzaniu torów wyczerpywała nas nerwowo. Po czterech dniach tej uciążliwej działalności zabrakło nam materiałów wybuchowych. Ponieważ nasza fabryczka trotylu nie nadążała z zaopatrzeniem, postanowiliśmy przejść na nowy system, polegający na rozbieraniu torów. Wymagało to jeszcze większego wysiłku, inicjatywy i pomysłowości. Z magazynów stacji w Kowlu, Maniewiczach i Rafałówce „wypożyczyliśmy” potrzebne nam narzędzia: klucze do odkręcania śrub, łomy, lewarki, kliny, młoty, haki itp. Z poszczególnych wsi wyznaczyliśmy ludzi zdolnych do pracy i braliśmy ich ze sobą codziennie na tory. Tworzyli oni tak zwaną ekipę roboczą, która pracowała pod kierunkiem „partyzanckich inżynierów”. Rozebrane tory wrzucało się w bagna lub zanosiło w różne zakątki lasu. Niemcy dwoili się i troili, wyłazili wprost ze skóry, ażeby udaremnić nasze akcje. Zdarzało się też często, że spotykaliśmy się z nimi w czasie akcji. Wywiązywała się wówczas walka. Naszym celem było zapewnienie ekipie roboczej, zatrudnionej przy rozkręcaniu torów, względnego bezpieczeństwa podczas pracy. Partyzanci toczyli więc zacięte, bohaterskie potyczki z przeważającymi siłami wroga. W drugiej połowie czerwca zaczęły padać tak zwane świętojańskie deszcze, które trwały przez cały tydzień. Stworzyło to dodatkowe trudności. W naszym tymczasowym obozie nie było ziemianek ani szałasów, które mogłyby ochronić nas przed deszczem i chłodem. Wracaliśmy nad ranem z akcji zmoczeni do suchej nitki, dzwoniąc zębami, głodni i niesamowicie utytłani w błocie. Naprędce sklecone szałasy z gałęzi nie osłaniały przed długotrwałym deszczem. Ludzie siedzieli więc przeważnie przy kopcących gryzącym dymem ogniskach i drzemali na deszczu. Dużo kłopotów mieliśmy też z wyżywieniem. Deszcze gasiły nam ogniska, uniemożliwiając sporządzenie gorącego posiłku. Chłopcy zrobili się posępni, skorzy do swarów i kłótni. W tym czasie sporo ludzi zapadło na grypę, czerwonkę i tyfus. Ale mimo tych olbrzymich trudności nie zaniechaliśmy działalności na torach. Rezultatem naszej operacji było zupełne unieruchomienie linii kolejowej Kowel-Sarny. Kilkadziesiąt pociągów ze sprzętem bojowym i wojskiem bezskutecznie oczekiwało na stacjach i w szczerym polu na trasie od Kowla do Maniewicz. Wreszcie Niemcy, nie widząc innego wyjścia, zaczęli kierować je na trasę: z Kowla przez Kiwerce i Równe. Lecz tam również operowały oddziały partyzanckie ze zgrupowania Begmy, Fiodorowa, Miedwiediewa i inne... W wyniku akcji partyzanckich w ciągu czerwca i pierwszych dni lipca 1943 roku na terenie Wołynia i Polesia został niemal całkowicie sparaliżowany ruch na wszystkich liniach biegnących z zachodu na wschód. Niemcy nie byli w stanie dostarczyć swojej armii odpowiedniej ilości sprzętu, broni i innego zaopatrzenia w przededniu przygotowywania wielkiej operacji ofensywnej pod Kurskiem. Mimo to Hitlerowi udało się zgrupować w rejonie Kurska znaczne siły - siedemnaście dywizji pancernych, trzy dywizje zmotoryzowane i osiemnaście dywizji piechoty - i piątego lipca przystąpić do ofensywy. Najbliższe dni lipca przyniosły prawdziwą niespodziankę. Okazało się, że ofensywa Niemców, która miała być ich ostateczną próbą przerwania się ku bramom Moskwy, natrafiła na zdecydowany opór Armii Radzieckiej. Przez kilka dni Armia Radziecka skutecznie powstrzymywała napór wroga, z kolei zaś sama przeszła do wielkiej kontrofensywy, która przyniosła Niemcom drugą po Stalingradzie wielką klęskę na froncie wschodnim.

Obława
W końcu lipca w rejon partyzanckiego kraju przybyło ze wschodu, z obwodu czernihowskiego, duże zgrupowanie partyzantów pod dowództwem Bohatera Związku Radzieckiego generała Aleksego Fiodorowa. Zgrupowanie to liczyło ponad dwa tysiące dobrze uzbrojonych i doświadczonych partyzantów i składało się z siedmiu batalionów. Sztab zgrupowania rozlokował się w kompleksie lasów Krasnego Boru. Generał Fiodorow przyjechał kiedyś do mojego oddziału z wizytą wraz z oficerami swego sztabu. Obejrzał urządzenia bazy partyzanckiej, a gdy zobaczył łaźnię, od razu z niej skorzystał, gdyż jak twierdził, od dwóch miesięcy nie miał okazji wykąpać się w prawdziwej łaźni. Ich marsz z czernihowskiego obwodu trwał niemal miesiąc, podczas tej drogi nie było mowy o kąpieli. W czasie tej wizyty pełniłem rolę gospodarza, gdyż Bryński był wówczas na specjalnej naradzie w Moskwie. Na cześć gości rozkazałem przygotować suty obiad, zakrapiany francuskim koniakiem, zdobytym w niemieckim transporcie. Po obiedzie prowadziliśmy rozmowy dotyczące przyszłych zadań i naszej współpracy. Zgrupowanie Fiodorowa miało zostać w tych stronach przez całe lato, a może nawet aż do chwili wyzwolenia. Generał Fiodorow oświadczył, że w najbliższym czasie zamierza zorganizować przy zgrupowaniu oddział złożony z polskich partyzantów. Poparłem jego myśl i obiecałem mu pomóc w werbowaniu ludzi i organizowaniu oddziału. Wkrótce potem Fiodorow zaproponował mi objęcie dowództwa nad polskim oddziałem partyzanckim. Byłem tą propozycją trochę zaskoczony. Poza tym nie mogłem sam podejmować decyzji. Podlegałem Bryńskiemu i generałowi Begmie. Zresztą, mówiąc szczerze, nie bardzo odpowiadałaby mi nowa funkcja. Byłem już zbyt mocno związany ze swoimi ludźmi i sprawami lokalnymi. Nie miałem chęci zaczynać od nowa swojej partyzanckiej działalności. Wkrótce partyzanci Fiodorowa przeprowadzili akcję bojową na miasteczko Lubieszów leżące na pograniczu Wołynia i Białorusi. Stamtąd, wraz z nimi, przybyła w rejon Krasnego Boru spora grupa Polaków, z których powstał oddział im. Wandy Wasilewskiej. Dowództwo nad tym oddziałem objął były podoficer Wojska Polskiego Szelest. Po skoncentrowaniu się zgrupowania Fiodorowa w tych stronach kraj partyzancki znacznie się rozszerzył i wzmocnił. Wzrosła też aktywność akcji bojowych prowadzonych przez brygadę na drogach komunikacji wroga. Dniem i nocą słychać było wybuchy min. Wzdłuż linii kolejowych leżały setki wysadzonych pociągów. Niemcy poprzestawali teraz tylko na usuwaniu ich z torów. Wylatywały w powietrze mosty i wiadukty. Na wszystkich głównych szosach sterczały setki wraków popalonych samochodów. Partyzanci niszczyli drogi, rzucali na nie pnie drzew, robili wyrwy, zakładali miny, napadali na kolumny jadące na front. Kraj partyzancki stał się teraz jak gdyby osobną republiką, która miała swoje władze i kierowała się własnymi prawami. We wsiach i osadach rządzili ludzie wyznaczeni przez nas. Niemcy nie otrzymywali już ani grama zboża, ani grosza podatków. Nie potrafili też zmusić miejscowej ludności, by pracowała dla nich. W obawie przed rosnącym ruchem partyzanckim wróg umacniał się w miastach i na stacjach kolejowych, gdzie budował setki bunkrów. Ten stan rzeczy doprowadzał do wściekłości wyższe władze okupacyjne, a nawet władze w Berlinie.

I oto pewnego dnia otrzymaliśmy pilne meldunki od naszych specjalnych wywiadowców o koncentrowaniu się znacznych sił Wehrmachtu, oddziału Litwinów, własowców i UPA w Łucku i Kowlu. Dane z Łucka przysłał nam inżynier Tadeusz Rykowski, który był zatrudniony w administracji leśnej, a jednocześnie kierował tamtejszą grupą wywiadowczo-dywersyjną. Informacje z Kowla otrzymaliśmy od kierownika grupy dywersyjno-bojowej Stanisława Wrońskiego, a wiadomość z Sarn od Michała Lewickiego. Nadeszły też informacje z Równego i Brześcia... Wywiad agencyjny ustalił, że Niemcy szykują na partyzantów wielką obławę w lasach Krasnego Boru. W akcji miało wziąć udział około dwudziestu tysięcy wojska, oddziały żandarmerii i specjalnie przeszkolonych banderowców. Na nieszczęście zwaliła mnie akurat z nóg ciężka choroba. Zaczęło się od bólu głowy, torsji i dreszczy. Z początku sądziłem, że to grypa, ale gorączka wciąż wzrastała, a ciało moje pokryło się czerwonymi plamami. Nie było wątpliwości - miałem tyfus. Ta choroba uczyniła w ciągu tego lata dotkliwe spustoszenie w naszych szeregach. Trudne warunki bytowe, brud, wszy i niedostatek stwarzały dla niej doskonały klimat. Ludzie padali jak muchy. W owym czasie na całym Wołyniu zmarło na tyfus tysiące ludzi. Tymczasem sytuacja oddziałów zgrupowanych w Krasnym Borze stała się bardzo niebezpieczna. W tych gorących dniach zmuszony byłem przekazać dowództwo. Powierzyłem je swemu bojowemu współtowarzyszowi i przyjacielowi Dymitrowi Chwiszczukowi. * Zdarzało się dość często, że wraz z wyruszającymi na zadania grupami udawali się poszczególni dowódcy oddziałów i pododdziałów; często też szli na zadania pracownicy sztabów i zaopatrzeniowcy. Dowódca oddziału, nie chcąc siedzieć bezczynnie w bazie, brał pod swoją komendę jedną z grup, którą tymczasowo dowodził. Chodziliśmy na dalekie rejsy, wynoszące po kilkaset kilometrów. Tak było i tym razem z Chwiszczukiem. Zanim jeszcze nadeszły wieści o tym, że Niemcy przygotowują przeciwko nam nową obławę, Dymitr Chwiszczuk znajdował się pod Włodzimierzem, dokąd wyruszył z osiemnastoma ludźmi na akcję dywersyjną. Na ogół na tego typu zadania chodziło po kilku ludzi. Grupa Chwiszczuka była liczniejsza, zachodziła bowiem obawa, że zetknie się z bandami UPA, które w tych stronach miały swoje rejony koncentracyjne. Dywersanci Chwiszczuka wysadzili trzy niemieckie transporty i wracali do bazy w Krasnym Borze. Między Kowlem a Turzyskiem partyzanci zatrzymali się w lesie na odpoczynek. W pobliżu biegła droga w kierunku północnym. Na tej właśnie drodze późnym wieczorem, gdy grupa szykowała się do dalszego marszu, pojawili się jacyś uzbrojeni ludzie. Obserwując maszerujących z ukrycia, partyzanci stwierdzili, że są to banderowcy. Wszyscy mieli znaki tryzuba na czapkach. Partyzanci postanowili zaczekać i wyjść dopiero wtedy na drogę, gdy groźny przeciwnik oddali się. Lecz po przejściu pierwszej grupy, liczącej około pięćdziesięciu banderowców pojawił się od strony Turzyska nowy oddział, złożony ze znacznie większej ilości ludzi. Chwiszczuk nakazał partyzantom zająć stanowiska w ukryciu i czekać. Minęło pół godziny, zanim dywersanci mogli wyjść z lasu na drogę. Ledwie zrobili kilkadziesiąt kroków, rozległ się z tyłu tętent koni. Chwiszczuk chwilę nasłuchiwał, wreszcie powiedział: - Jedzie chyba z pięćdziesiąt koni. Kryć się! Rosły tu niewysokie zarośla. Noc była dość ciemna, i z odległości dwudziestu metrów trudno było cokolwiek dostrzec. Partyzanci nie odbiegali więc daleko. Wkrótce z mroku wypłynęli kawalerzyści.

Było ich około trzydziestu pięciu. Jechali dość szybko i gdyby nie głośne i zupełnie swobodne zachowywanie się jeźdźców, mogłoby się zdawać, że ścigają tych, którzy poszli przodem. W godzinę potem, gdy partyzanci znaleźli się na skraju lasu, u zbiegu dwóch dróg pod wsią Zielona, znów natknęli się na wychodzący z lasu duży oddział zbrojnych ludzi. W ostatniej niemal chwili partyzanci zatrzymali się i przepuścili tajemniczy oddział. Chwiszczuk nie miał wątpliwości, że wszyscy ci ludzie byli banderowcami. Zastanawiał się tylko nad tym, dokąd kierują się bandy, które dotychczas grupowały się w lasach wokół Włodzimierza. Doświadczenie partyzanckie nakazywało mu ustalić zamiary band. - Mustafa - szepnął do ucha Kolki. - Pójdziesz i dołączysz do tej bandy. Dowiesz się, dokąd idą. Spotkamy się u ojca w Bielinie... Kolka zrozumiał w lot, o co chodzi. Wysunął się szybko na drogę i znikł w mroku. Banderowcy maszerowali bezładnie kupą. Rozbijali się w drodze na grupy i grupki. Byli jeszcze w swoim rejonie i czuli się pewnie. Mustafa niebawem dołączył do ostatnich trzech banderowców, którzy ledwie powłóczyli nogami. Jeden z nich, sądząc po głosie zupełnie jeszcze młody, narzekał: - Co ich tak opętało, że pędzą jak czorty. Człowiek już nóg nie czuje... - Nie marudź, Stepan, bo może być jeszcze gorzej. - Gdybym wiedział, wcale bym nie poszedł do kurina... Obiecywali złote góry, a tymczasem człowiek ma tylko wszy i otarte do krwi nogi... - A karabin ci dali, prawda? - wtrącił trzeci z idących. - To też coś znaczy. Teraz będziemy mogli rozprawić się z Lachami.- A tymczasem każą nadstawiać łba za Niemców, wojować z bolszewikami. - Ej, głupiś - wtrącił ten drugi. - Ziemią ci obiecali i będziesz ją miał, jak wrócimy do wsi. Weźmiesz za żonę Marfę Kowalczuka. Nie dziadem wrócisz, a bogaczem. - Jeśli mnie prędzej nie pogrzebią... - Striłci, nie narzekajcie tak głośno, bo komandir usłyszy i może być źle - rzekł Mustafa, który zdążył już przyczepić do czapki błyszczący znaczek banderowski. - Nikt tu nie narzeka głośno - odparł młody banderowiec, wpatrujący się w Mustafę. - Komandir nie usłyszy, idzie na przedzie. Ale co prawda, to prawda. Na Lachów to bym zaraz mógł uderzyć, a z bolszewikami gorsza sprawa. Zanim się tam dowleczemy, do tego Krasnego Boru, połowa kurina nie będzie zdolna do walki. - Nie jest tak źle, Stepanku. Chwalić Boga inni są bardziej wytrwali od ciebie. Nie trzeba odwagi, żeby iść na Lachów. Nie mają się czym bronić. Trzeba spróbować z tą bandą w Krasnym Borze. Tam też będzie chyba sporo wszelakiego dobra. - A juści, będziesz się miał czym obłowić. Najesz się jak pies sianem! Już tam Niemcy wszystko zagarną dla siebie... - Ale przecież obiecali, że to, co będzie w Karasinie i Serchowie, dla nas zostanie - rzekł jakby z pewnym niepokojem młody banderowiec. - Obiecali, więc się ciesz obiecanką. Młodyś, to i głupi. Mustafa przysłuchiwał się pilnie rozmowie. Sprawa była jasna. Banda szła wspólnie z Niemcami na Krasny Bór, na partyzancką bazę. Mustafa rozumiał, że nie ma czasu do stracenia, że trzeba

niezwłocznie uprzedzić sztab brygady o napaści. Nie zwlekając więc, opuścił banderowców i zaszył się w las. W pierwszej lepszej zagrodzie „pożyczył” konia od gospodarza i popędził na umówiony punkt do Chwiszczuka. Dymitr czekał na niego. Domyślał się już poprzednio, dokąd zdążają bandy UPA, ale chciał się jeszcze upewnić. Wysłał już łączników do Liszniówki, Karasina, Serchowa i Hołuzji. Znajdowały się tam obecnie nasze wysunięte placówki. Były one dość silne i dobrze uzbrojone. Niemniej jednak należało je niezwłocznie uprzedzić o grożącym niebezpieczeństwie. Po wysłuchaniu relacji Mustafy Chwiszczuk wyruszył konno do sztabu. * Po przybyciu zgrupowania partyzantów generała Fiodorowa w rejon Krasnego Boru nastąpił podział kraju partyzanckiego na strefy przeznaczone do obrony. Oddziały generała Fiodorowa zajęły północno-wschodnie rejony, roztaczając opiekę nad takimi wsiami i osadami jak: Uhrynicze, Berezicze, Wólka Lubieszowska, Sudcza, Kuchecka Wola, Jezierce. Nasza brygada objęła straż nad południowo-zachodnim terenem i zorganizowała wysunięte punkty obrony w Nowych Czerwiszczach, Hrywie, Karasinie, Liszniówce, Serchowie. Na początku sierpnia ponad połowa ludzi z brygady wykonywała różne zadania dywersyjne, z dala od bazy. Część oddziałów ze zgrupowania Fiodorowa również wyszła na dalekie rejsy: jeden batalion wyruszył za Bug na tereny polskie, drugi aż na Litwę, trzeci zaś batalion wraz z oddziałem Mahometa, który wchodził w skład naszej brygady, udał się w rejon Równego. W kraju partyzanckim pozostało więc w chwili otrzymania wiadomości o organizowaniu przez Niemców wielkiej obławy w sumie około tysiąca dwustu partyzantów. Wróg dysponował dywizją piechoty, w której skład wchodziła artyleria, moździerze, samochody pancerne i tankietki, zmobilizował również lotnictwo bombowe i zwiadowcze. W sumie Niemcy wprowadzili do akcji około piętnastu tysięcy żołnierzy. Pomagać im miały bandy UPA spod Włodzimierza liczące około trzech tysięcy striłciw oraz mniejsze grupy bulbowców spod Kołek. Kiedy Chwiszczuk przyjechał do sztabu generała Fiodorowa, odbywała się tam odprawa dowódców. Dymitr złożył meldunek. - Wiemy o tym - odparł generał. - Już od dwóch dni obserwujemy ich ruchy. Czekaliśmy na was, towarzyszu Chwiszczuk. Właśnie rozważamy, jak zorganizować obronę i przygotować się do ewentualnej ewakuacji za Styr. Musimy być przygotowani na wycofanie się z Krasnego Boru. Spróbujemy jednak odeprzeć wroga. Chwiszczuk zajął miejsce za stołem, przy którym pochyleni nad mapą siedzieli dowódcy oddziałów. Fiodorow wyjaśniał dalej: - Niemcy skoncentrowali się w rejonie Kamienia Koszyrskiego. Dziś stali jeszcze w swoim miejscu koncentracji, ale bandy UPA maszerują dniem i nocą. Wydaje się, że Niemcy zastosowali tu chytrą politykę wobec banderowców. Są pewni, że bandom uda się nawiązać z nami walkę, wypchnąć nas na północ i rozproszyć. Wówczas dopiero wprowadzą do akcji swoje wojsko, zmniejszy to oczywiście ich straty. Bandy UPA najprawdopodobniej będą usiłowały przeprawić się przez Stochód, gdzieś na odcinku Czerwiszcze-Hrywa. Miejsca te muszą być pod stałą obserwacją. Bronić tych przepraw ma brygada Diadi Pieti, ona również stawia opór na punktach w Czerwiszczach, Hrywie, Liszniówce, Karasinie. Szczególną uwagę należy zwrócić na Serchowo. W razie konieczności wycofania się, obrać

ogólny kierunek na Jezierce. Jeśli chodzi o drugi ewentualny punkt przeprawy band UPA, to może on być gdzieś w rejonie Obzyra. Za ten rejon odpowiada towarzysz Łoginow. Moje zgrupowanie działa w pozostałych rejonach, głównie broni przeprawy w Wólce Lubieszowskiej oraz przyjmuje na siebie uderzenie Niemców. Z kolei generał omówił jeszcze sprawę organizacji łączności, zaopatrzenia w amunicję oraz ewakuacji ludności cywilnej i wydzielił w tym celu część partyzantów. Dowódcy wrócili do swoich oddziałów. Chwiszczuk wybrał stanowisko dowodzenia na małej wysepce o dziwnej nazwie Łypa, otoczonej zewsząd bagniskami. Miał stąd jednakową odległość od tych wszystkich punktów obrony, za które ponosił odpowiedzialność mój oddział. Ja nadal nie byłem w stanie kierować walką swego oddziału. Choroba obezwładniła mnie zupełnie. Tej samej nocy na zachodzie, w rejonie Czerwiszcz i Nabróski, rozpoczęła się silna strzelanina, która narastała w miarę upływu czasu. Po północy słychać było wystrzały z moździerzy, wybuchy granatów. Nad ranem przybył do Chwiszczuka łącznik od Koniszczuka. Koniszczuk donosił, że oddział jego toczył walki z przeprawiającymi się bandami UPA w rejonie Czerwiszcz i zmuszony został do wycofania się na południowy wschód, gdzie zajął obronę we wsi Hrywa. Nacisk band jest tak silny, że zachodzi obawa, iż będzie musiał opuścić Hrywę i przesunąć swoje siły na południowy wschód. W godzinę później nadszedł meldunek, od Icka Guza, który kierował obroną w Liszniówce, że walki w Hrywie cichną i bandy UPA zbliżają się do jego pozycji. Gdzieś około ósmej rano toczył się już bój w Liszniówce. Obrona składała się tu z trzydziestu partyzantów uzbrojonych w dwa cekaemy, cztery erkaemy i automaty. Chwiszczuk posłał do Liszniówki dodatkowy odwód złożony z dwudziestu partyzantów. Bandy liczące w sumie około pięciuset ludzi atakowały wieś od wschodu i północy. We wszystkich punktach oporu partyzanci mieli doskonale przygotowane stanowiska obronne, rozmieszczone na wzgórzach, z dobrą widocznością, i mogli stawiać skuteczny opór przeważającym siłom wroga. Nic więc dziwnego, że bandy mimo znacznej przewagi liczebnej nie mogły złamać oporu obrońców. W ciągu całego dnia banderowcy przypuszczali kilkanaście ataków, ale za każdym razem zmuszeni byli wycofać się na pozycje wyjściowe, mieszczące się na skraju lasu. W walkach tych padło około stu banderowców, partyzanci zaś ponieśli tylko nieznaczne straty: kilku zabitych i rannych. Dowództwo banderowskie, chcąc za wszelką cenę złamać opór obrońców, postanowiło skierować na ich tyły baterię moździerzy 82 mm, którą otrzymało od Niemców. Było to przedsięwzięcie łatwe do zrealizowania, gdyż partyzanci Koniszczuka opuścili już Hrywę położoną na północy i bandy wdarły się kilka kilometrów na wschód obejmując kontrolę nad drogą z Hrywy do Liszniówki. Późno po południu na obrońców w Liszniówce spadły nagle granaty z moździerzy strzelających z północnego wschodu. Odłamki nie wyrządziły partyzantom większych szkód, gdyż podczas ostrzału kryli się oni w schronach, działały jednak demobilizująco, ponadto uniemożliwiały skuteczny ostrzał przedpola. Chwiszczuk porozumiał się z walczącym z prawa Koniszczukiem, prosząc go o zorganizowanie wypadu na baterię moździerzy. * Ledwie słońce skryło się za horyzont, z rejonu Uroczysko Zuzanka, gdzie zgrupował się po opuszczeniu Hrywy oddział Koniszczuka, wyruszyła grupa partyzantów licząca dwudziestu trzech ludzi uzbrojonych w cekaem, dwa erkaemy i kilkadziesiąt granatów. Szli w kierunku południowowschodnim. Posuwali się ostrożnie zwracając baczną uwagę, by nie natknąć się na wysunięte straże UPA. Partyzanci znali doskonale swoje lasy. Orientowali się, w jakim kierunku biegną leśne ścieżki

i dukty, i Bateria moździerzy stała na wzgórzu, w miejscu styku z cyplem lasu, który w kształcie trójkąta sięgał drogi z Hrywy do Liszniówki. W chwili gdy grupa wypadowa znalazła się w pobliżu wzgórza, Koniszczuk, który osobiście dowodził wypadem, podzielił partyzantów na dwie grupy. Ośmiu ludzi uzbrojonych w cekaem i dwa erkaemy zajęło stanowiska z północnej strony wzgórza na samym końcu lasu, pozostali zaś partyzanci udali się na wschodnią stronę. Dowództwo UPA nie zadało sobie trudu ubezpieczenia strzelającej baterii, która działała samodzielnie, w odległości pół kilometra od najbliższego oddziału. Bateria, której dowódcą był niemiecki oberleutnant, liczyła około pięćdziesięciu Niemców i banderowców. Na umówiony sygnał grupa znajdująca się z północnej strony otworzyła z bliskiej odległości ogień na baterię, powodując wielkie zamieszanie wśród obsługi moździerzy. Dowódca baterii przerwał ostrzał Liszniówki i zaczął natychmiast organizować obronę północnej strony wzgórza. Rozpoczęła się wymiana strzałów. Tymczasem druga grupa partyzantów podsunęła się z zachodniej strony tuż pod same stanowiska moździerzy, po czym z odległości pięćdziesięciu metrów skoczyła na baterię. Piętnaście granatów padło niemal jednocześnie na okopane moździerze. Strzały z północnej strony momentalnie ucichły. Na wzgórzu wywiązała się teraz walka. Następne serie granatów dopełniły dzieła zniszczenia. Większość Niemców i banderowców poniosła śmierć od odłamków granatów, część rozproszyła się przerażona, sześciu Niemców poddało się. Koniszczuk sprawdził stan moździerzy. Trzy uległy zupełnemu zniszczeniu, pięć innych nadawało się do dalszego użytku. Okazało się, że konie baterii, które stały nie opodal drogi, w chwili gdy rozpoczęła się walka na wzgórzu, pozrywały wiązania i rozpierzchły się w terenie. Nie było więc sposobu na zabranie wszystkich zdobytych moździerzy. Zachodziła obawa, że za chwilę może tu nadciągnąć jakiś większy oddział banderowców z Hrywy. Czasu było niewiele. Zniszczono więc granatami trzy moździerze, pozostałe dwa zabrano - ciągnęli je niemieccy jeńcy i sześciu partyzantów. Zabrano również kilka skrzynek granatów do moździerzy. Po otrzymaniu meldunku o zniszczeniu baterii dowództwo UPA skierowało na Liszniówkę nowe oddziały band, liczące ponad tysiąc striłciw. Od świtu zaś następnego dnia na obrońców „spadły” bombowce niemieckie. Dwie godziny trwało bombardowanie pozycji partyzantów. Z kolei ruszyły do natarcia wszystkie siły banderowskie. Partyzanci byli zmuszeni wycofać się w kierunku Karasina. Po pierwszym dniu walki Niemcy spostrzegli się, że ich pierwotny plan wypchnięcia partyzantów na północ spalił na panewce, partyzanci bowiem cofają się nie na północny wschód, lecz w kierunku południowego wschodu. Nie czekali więc dłużej i przystąpili do walki w rejonach Wólka Lubieszowska, Bereźnia, Sudcze. Zgodnie z nowym rozkazem niemieckim bandy UPA miały przeszkodzić partyzantom w wycofywaniu się na południe odcinając im drogę odwrotu. Plan Niemców, który zmierzał do zamknięcia partyzantów na mniejszym terenie, okrążenia ich i zniszczenia, został rozszyfrowany przez generała Fiodorowa, który wydał oddziałom brygady Bryńskiego rozkaz dalszego rozpraszania sił banderowców i ściągania ich w kierunku południowym. W ten sposób Niemcy również musieli rozciągać linię ataku i łatać wytwarzającą się wyrwę między swymi oddziałami a oddziałami UPA. W tym samym czasie, gdy toczyły się ciężkie walki z północy, zachodu i południa Krasnego Boru, wewnątrz bazy czyniono przygotowania do ewakuacji na wschód taboru, urządzeń szpitali oraz osad cywilnych.

Trzeciego dnia walk UPA zaatakowała Karasin. Atak band wspierała eskadra niemieckich bombowców, które startowały z lotniska w Łucku. Po całodziennych uciążliwych bojach partyzanci nasi otrzymali rozkaz wycofania się do Serchowa leżącego pięć kilometrów na wschód od Karasina. Serchów był punktem styku naszej brygady i zgrupowania Fiodorowa. Znajdowało się tu w sumie około dwustu pięćdziesięciu partyzantów. Z północy, zachodu i południa były wykopane okopy i schrony. Kilka cekaemów umieszczonych na wzniesieniach miało wgląd w przedpola. Szczególnie dogodne do obrony były dwa punkty. Jeden z nich mieścił się na wzgórzu koło szkoły, skąd miał doskonałe pole ostrzału na północ i zachód, z zachodniej strony ciągnęła się dość rozległa kotlinka, widoczna jak na dłoni. Drugi znajdował się w pobliżu cmentarza i umożliwiał kontrolę zachodniej i południowej strony wsi. Obydwa punkty mogły ze sobą skutecznie współdziałać prowadząc ogień krzyżowy. Po zdobyciu Karasina UPA dokonała przegrupowania swych oddziałów. Niemieckie dowództwo domagało się zdobycia Serchowa za wszelką cenę. Ataki na Serchów poprzedziło półgodzinne bombardowanie lotnictwa niemieckiego. Partyzanci zestrzelili jeden z samolotów. Rozerwał się on w powietrzu i spadł na lasy, gdzie stała banda UPA przygotowana do ataku na wieś. Siły UPA liczyły tu ponad tysiąc ludzi. Atak rozpoczęto jednocześnie od strony zachodniej, południowej i północnej. Kiedy pierwsze szeregi band pojawiły się w zasięgu broni maszynowej, partyzanci otworzyli ogień. Cekaemy kładły nieprzyjaciela pokotem. Strzelały również moździerze zdobyte na wrogu. Po godzinnej walce bandy wycofały się do lasu. Tego pierwszego dnia walki o Serchów banderowcy powtarzali ataki pięciokrotnie, lecz za każdym razem partyzanci zmuszali ich do odwrotu. Nocą znów rozpoczęło się silne bombardowanie Serchowa. Trwało z przerwami do samego rana. O świcie bandy powtórzyły natarcie na wieś, sądząc, że tak silny atak bombowców ostatecznie złamie opór partyzantów. I tym razem wróg się jednak zawiódł. Partyzanci, wiedząc o tym, że bandy UPA na czas bombardowania cofnęły się o parę kilometrów od zajmowanych pozycji, również zostawili swoje stanowiska obronne i ruszyli za bandami. W ten sposób nie ponieśli żadnych strat, a po zakończeniu ataków bombowców powrócili nad ranem do Serchowa. Natarcie znów się załamało. Niemcy przysłali bandom nową baterię moździerzy, którą jednak dla większego bezpieczeństwa, trzymano tym razem w Karasinie. Na skutek ognia moździerzy niemieckich obrońcy ponieśli duże straty. Zginęło tego dnia ponad trzydziestu partyzantów, około pięćdziesięciu odniosło cięższe lub lżejsze rany. Bandy jeszcze dwa razy przypuszczały szturm na Serchów. Przed wieczorem udało im się pokonać niebezpieczne pole ostrzału cekaemów i podejść bardzo blisko do pozycji obrońców. Toczyły się teraz zacięte walki przy użyciu granatów i automatów. Chwiszczuk, który otrzymywał dokładne meldunki o tym, co się dzieje w Serchowie, skierował łącznika do generała Fiodorowa. Donosił, że obrońcy są u kresu sił, otoczeni z trzech stron, że z rejonu Maniewicz nadciągają w kierunku Serchowa jakieś oddziały niemieckie. Ostatnie dane otrzymał od dowódcy najbardziej wysuniętej na południe placówki w Hołuzji, którą banderowcy pominęli w atakach na partyzantów, koncentrowali bowiem siły na zdobycie Liszniówki, Karasina i Serchowa. Dymitr meldował ponadto, że jeśli w ciągu najbliższych godzin obrońcy Serchowa nie otrzymają pomocy, to nie zdołają utrzymać tej tak ważnej pozycji partyzanckiej. Jedynym silnym

punktem oporu na południowym odcinku pozostanie wówczas wieś Jezierce położona na północny wschód od Serchowa. Generał Fiodorow, który przez kilka dni toczył zacięte walki z Niemcami i został zmuszony do opuszczenia Wólki Lubieszowskiej, Berezicz, Uhrynicz, Rudki, Żeleźnicy, bronił w tym czasie osady Kuchecka Wola. Zależało mu szczególnie na utrzymaniu Serchowa co najmniej przez następną dobę. Niezwłocznie więc wydzielił ze składu swego odwodu kompanię konnych partyzantów i skierował ją do dyspozycji Chwiszczuka. Niespodziewana odsiecz bardzo ucieszyła Dymitra. Generał rozkazał zorganizować pod osłoną nocy wypad na tyły band UPA pod Serchowem. Nie było to trudne zadanie, banderowcy bowiem nie tworzyli jakiejś trwałej linii ataku, nacierali jedynie na poszczególne punkty oporu partyzantów. Kuriny, które miały stworzyć pozorowaną linię między Liszniówką, Karasinem i Serchowem, zajęły się głównie rabunkiem zdobytych wsi. W odwodzie Chwiszczuka znajdowało się około stu dwudziestu partyzantów. Byli tam również dowódcy opuszczonych placówek: Guz z Liszniówki i Wawrzyniak z Karasina, ponadto Wasia Butko ze swoją kompanią, dowódca jednego z oddziałów Samczuk z częścią ludzi, Wasia Ziemskow, Bulik i inni. W skład odwodu wchodzili więc dzielni i doświadczeni partyzanci i dowódcy. Łącznie za stuosobową kompanią kawalerzystów, przysłanych przez generała Fiodorowa, Chwiszczuk dysponował dwustu dwudziestoma partyzantami. Decyzja była szybka. Z rejonu Łypa szybkim marszem ruszyć na południe lasami przez Uroczysko Hradki, Uroczysko Berłożyca, kolonię Zamoście, ominąć jezioro Ochnicz od strony wschodniej i po pokonaniu błotnistego terenu bagna Turniaki uderzyć z tyłu na oblegających Serchów banderowców. Droga wynosiła około dziesięciu kilometrów. W odwodzie Dymitra było trzydziestu konnych partyzantów, reszta nie miała koni. Dymitr rozkazał więc wszystkim kawalerzystom, którzy mieli silniejsze konie, wziąć dodatkowo po jednym pieszym partyzancie. W ten sposób dwustu dwudziestu ludzi znalazło się na koniach. W ciągu niecałej godziny przedostali się znanymi sobie drogami na brzeg lasu, na bezpośrednie zaplecze walczących band UPA. Wówczas nastąpiło spieszenie oddziału. Konie zostały na brzegu pod ochroną kilkunastu ludzi. Partyzanci zaś poczęli przekradać się przez bagniska. * Bagno ciągnęło się półtora kilometra. Na odcinku z Zamościa do Serchowa ułożono na bagnach wiklinę, pnie młodych sosnowych drzew i różne korzenie. Drogą tą posuwała się pierwsza grupa licząca trzydziestu partyzantów, pod dowództwem Wawrzyniaka i Guza. W tym miejscu bagnisko było największe, grupa miała jeszcze do pokonania około kilometra, ponieważ musiała obejść Serchów od strony północnej. Wieś stała w ogniu. Z daleka widać było strzelające w górę płomienie palących się zabudowań. Chwilami walka zdawała się niemal zupełnie cichnąć, to znów nasilała się. - Słuchaj, ksiądz - szepnął Icek Guz do ucha Wawrzyniakowi. - Czy my nie za późno przypadkiem idziemy? Obawiam się, że nic tam więcej nie będziesz mógł zrobić, jak tylko odprawić nabożeństwo. - Daj spokój głupim żartom - odparł Wawrzyniak. - Zdaje mi się, że jeszcze się trzymają.

Wawrzyniak myślał również z obawą o tym, co się dzieje w oblężonej wsi. Czy zdążyli na czas, czy też bandy kończą już swoje krwawe dzieło? Czy uda mu się zająć szczyt wzgórza 172,8 i otrzymać od obrońców potwierdzenie, że uzyskali wiadomość o odsieczy? Nie był pewny, czy wzgórze zajęte jest jeszcze przez banderowców, czy też posunęli się już oni w głąb wsi. Ostatnie dane, jakie uzyskali cztery godziny temu, świadczyły o tym, że bandy okrążyły wieś ze wszystkich stron, a o wzgórze toczy się śmiertelna walka. Tam bowiem mieścił się główny punkt oporu. Teraz nie słychać było wystrzałów z tamtego kierunku. Bitwa toczyła się gdzieś w środku wsi i od strony południowo-wschodniej. Ustalił z Chwiszczukiem sposób porozumienia się z obrońcami. Godzinę temu wysłał łącznika - młodego chłopca Gonczara - do partyzantów w Serchowie. Jeśli dotarł do obrońców, powinien wystrzelić zieloną rakietę w kierunku południowym. Wawrzyniak szedł szybko, tuż za nim maszerował Guz, a dalej Bulik i inni partyzanci. Przesuwali się po bagnisku jak duchy. Po upływie pół godziny znaleźli się na wzgórzu, skąd widzieli dokładnie, co się działo we wsi. Banderowcy byli doskonale widoczni. Część z nich zaległa za budynkami i bezustannie strzelała w kierunku obrońców. Małe grupy plądrowały stojące na uboczu zabudowania i rabowały wszystko, co się dało. Chaty stały wzdłuż trzech długich ulic, które tworzyły otwarty od północy czworobok. Między ulicami znajdowała się wolna przestrzeń w kształcie rozległego prostokątnego placu. Od ulicy zachodniej, zajętej już w całości przez banderowców, do równoległej z nią, okalającej wieś od strony wschodniej, przestrzeń wolna wynosiła około pół kilometra. Partyzanci trzymali tę wolną przestrzeń pod ciągłym ogniem. Atakujące od wschodu bandy były znacznie słabsze i partyzanci skutecznie odpierali ich próby przedarcia się z tej strony. Również ulica okalająca wieś od południa była jeszcze wciąż w rękach partyzantów. Wawrzyniak ciągle czekał na rakietę, czas wlókł się straszliwie wolno. - Boję się, że ten chłopak wpadł w łapy bandy - rzekł Wawrzyniak. - Nie możemy więc czekać. Trzeba wysłać drugiego łącznika - oświadczył Guz. - Stąd nietrudno się tam przedostać. - Kto pójdzie? - Ja. Na lewo jest mała kotlinka zarośnięta krzakami. Za dwadzieścia minut będę we wsi. - Ale tam są wszędzie banderowcy. Spójrz, jak strzelają ze skraju lasu, zaraz za kotlinką. - Widzę. Dajcie który tryzuba - zwrócił się do partyzantów. Wielu chłopców posiadało przy sobie znaczki banderowskie, posługiwali się nimi w różnych sytuacjach. - Słuchaj, Icek, ty nie powinieneś iść. Jesteś Żydem, poznają cię i wsiąkniesz - rzekł Bulik. - Mówię po ukraińsku nie gorzej od ciebie. - Ale wyglądasz na Żyda. - Nikt mnie nie pozna... Guz wziął od kogoś znaczek i poszedł. Znów chwila napiętego wyczekiwania. Wawrzyniak patrzył na płonące chaty, na przesuwających się na ich tle jak ruchliwe czarne mrówki banderowców, na czerwone ogniki plujących w ich stronę kaemów i peemów partyzanckich, na

wybuchające krwawozłotymi słupami granaty. Ileż to jeszcze podobnych dni i nocy przeżyje, zanim nadejdzie chwila wolności? Kto wie, czy wróci na swój rodzinny Śląsk, który opuścił cztery lata temu, uciekając przed faszystami. Jakież dziwne i zawiłe są drogi ludzkiego życia! Jeszcze sześć lat temu z takim zapamiętaniem oddawał się w seminarium zgłębianiu nauk teologicznych. Matka i ojciec poświęcili go służbie bożej, jak to się mówiło o tych, którzy uczyli się na księży. Niewiele mu już brakowało do wyświęcenia. Ale właśnie wtedy zaczął myśleć inaczej. Zbyt wiele zakłamania było w życiu prywatnym kleru, zbyt wiele widział na świecie krzywd i biedy, które dopominały się o jakieś rozwiązanie. Zaczął powątpiewać w moc boską. Przerwał wówczas naukę w seminarium ku wielkiemu ubolewaniu rodziny. Stał się działaczem społecznym. Niebawem wybuchła wojna. Nienawidził faszyzmu, więc uciekł przed Niemcami za Bug, aż na Wołyń. Ale i tu niebawem przyszli Niemcy. Zaczęli mordować... Wtedy poszedł do lasu. I oto on, niedoszły ksiądz, bił się teraz wspólnie z partyzantami radzieckimi, z komunistami o wolność. Mścił się za mordy popełnione na Żydach, na Polakach, Ukraińcach i Rosjanach... Błysk jasnej smugi rakiety przeciął niebo. Oczy Wawrzyniaka zalśniły. Wąż piął się w górę, wreszcie wykwitł zielenią i opadł na południowym skraju wsi. Rozwinięci w tyralierę partyzanci zaczęli bez rozkazu zsuwać się ze wzgórza... * Chwiszczuk podzielił swój oddział na cztery pododdziały. Najsilniejszy, liczący stu partyzantów, miał atakować bandę od zachodu, nad tym pododdziałem objął komendę osobiście. Drugi oddział liczący pięćdziesięciu ludzi, dowodzony przez Samczuka i Butkę wysunął się na stronę południową, czterdziestu partyzantów ruszyło na wschód pod dowództwem przysłanego przez Fiodorowa starszego lejtenanta. Stronę północną zabezpieczał Wawrzyniak, który miał zadanie niszczyć cofającą się bandę ogniem automatów i broni maszynowej. W momencie gdy rozbłysła na niebie rakieta, partyzanci znajdowali się o sto metrów od pozycji banderowskich. Niemal równocześnie wyskoczyli z ukrycia i zbliżyli się do walczących na odległość kilkudziesięciu metrów. Na głośny okrzyk Chwiszczuka: „Bij faszystów!”, rozpętało się prawdziwe piekło. Zarzucono bandę granatami. Walka ta trwała niecały kwadrans. Atak partyzantów był tak niespodziewany, że banderowcy nawet nie stawiali oporu. Od razu rzucili się do ucieczki, pozostawiając broń na polu. Nieliczne grupki, które usiłowały się przeciwstawić partyzantom, zostały szybko zlikwidowane. Serchów był wolny. Wśród partyzantów zapanowała radość. Do świtu cała banda UPA składająca się z pięciu kurinów została zdziesiątkowana i rozproszona. Sam Halicki, który dowodził trzytysięczną bandą, ledwie zdołał wymknąć się ze swoim sztabem i niemieckimi doradcami. Niebawem nadeszły meldunki, że bandy UPA w Liszniówce i w Karasinie na wieść o pogromie pod Serchowem rozpierzchły się w popłochu. Gdy nastał dzień, z jakiejś stodoły stojącej na uboczu wypełzł człowiek. Czołgał się na czworakach do grupy stojących nie opodal partyzantów. Padał na ziemię i podnosił się. Twarz miał zalaną krwią. Kiedy podczołgał się bliżej, Wawrzyniak, który z niepokojem przyglądał się tej dziwnej, okaleczonej postaci, zawołał nagle: - Ratujcie go, to Gonczar!

Skoczyli do chłopca i wzięli go na ręce. - Złapali mnie... - mówił z wielkim trudem, krztusząc się krwią. - Bandyci... Wszyscy dostrzegli na czole chłopca wyciętą gwiazdę. Ciało miał pokłute bagnetami. - Wołajcie tu zaraz lekarza! - krzyczał Chwiszczuk. - Nie trzeba... Gdzie jest mój dowódca... towarzysz Wawrzyniak?... Chciałbym z nim... - Tu jestem, chłopcze... - Mieliście być kiedyś księdzem... - mówił Gonczar powoli. - Powiedzcie, czy Bóg naprawdę istnieje?... Czy muszę się modlić przed śmiercią... Po policzkach Wawrzyniaka popłynęły łzy. Gonczar zrozumiał. Ujął rękę Wawrzyniaka i uścisnął ją mocno. - Pochowajcie mnie jak komunistę - rzekł spokojnie. Kiedy nadbiegł lekarz Melchior, chłopiec już nie żył. * Następnego dnia wobec sytuacji, jaka wytworzyła się na północy i południu, partyzanci zmuszeni byli wycofać się z Serchowa. Generał Fiodorow w walce z dziesięciokrotnie większymi siłami Niemców opuszczał już Kuchecką Wolę. W tym też czasie został ewakuowany cały obóz mieszczący się w Krasnym Borze. Kolumny ludności, rannych i taborów posuwały się wśród lasów w kierunku Styru. Brygada Bryńskiego wycofywała się w stronę Jezierc i dalej na wschód. Po otrzymaniu wiadomości o rozbiciu band UPA Niemcy skierowali w lasy Krasnego Boru nową dywizję zgrupowaną w Kowlu i Kiwercach. Dywizja ta miała zaatakować partyzantów od południa, lecz oddziały partyzanckie nie czekały, aż nadejdą nowe siły Niemców, i zaczęły posuwać się na wschód. Dziewiątego dnia obławy, pod wieczór, do Styru, w pobliżu wsi Młynek, dobiły pierwsze kolumny ewakuacyjne, ubezpieczone z przodu silną strażą. Tutaj zostały niespodziewanie ostrzelane zza rzeki ogniem karabinów i automatów. Z drugiej strony rzeki zajęła pozycję niewielka banda bulbowców, która przybyła tu z Kołek. Partyzanci odpowiedzieli ogniem z cekaemów i dwóch moździerzy. Małe grupki partyzantów poczęły wpław przeprawiać się pod osłoną nocy na drugą stronę rzeki, pragnąc zdobyć przyczółek. Banda nie dawała się jednak zepchnąć znad brzegu. Specjalny oddział złożony z cieśli, stolarzy i kilku byłych wojskowych-saperów zaczął budować prowizoryczny most. Poszły w ruch piły i siekiery. Ściągano nad rzekę kloce drzewa, gałęzie, trzcinę i chrust. Przed świtem most sięgał już przeciwległego brzegu. * Partyzancki szpital połowy był wówczas przepełniony dziesiątkami rannych, którzy nieustannie napływali z różnych stron. Dwaj lekarze Melchior i Ratniewski oraz trzy sanitariuszki pracowali w pocie czoła. Szpital początkowo mieścił się w rejonie Ostrówka, lecz w miarę cofania się oddziałów musiał przenieść się dalej na wschód. Zdarzyło się tak, że partyzanci musieli wziąć pięć furmanek, należących do szpitala, by dowieźć amunicję walczącym oddziałom. Gdy naciskani przez Niemców zacięli odstępować, wykorzystali

furmanki jako transport dla siebie. Ranni i personel lekarski bezskutecznie oczekiwali powrotu wozów. Niemcy tymczasem podchodzili już do Ostrówka. Strzały rozlegały się niedaleko. - Słuchaj, Dina - rzekł ciężko ranny partyzant, kowal Kramer, zwracając się do młodej sanitariuszki. To chyba Niemcy strzelają. Powiedz, oni są już blisko? - Nie. Nasi ich biją! - odparła dziewczyna, nie patrząc mu w oczy. - Kłamiesz! Dlaczego nie ma furmanek? - Zaraz będą... - Nie kłam! - rzucił ze złością Samczuk, który od dwóch dni przebywał w szpitalu. Został ranny w prawą rękę w walce pod Serchowem. - Nasi odeszli i nie ma co kłamać. - Dina, ty mnie nie zostawisz samego, prawda? - mówił Kramer. - Nie zostawię. Nigdy... - Ale nie warto się poświęcać dla człowieka, który jest skończony. Ja być może i tak nie wyżyję. Lepiej będzie, jeśli mnie zabijesz. - Przestań! - krzyknęła dziewczyna. - On ma rację - odezwał się młody, szczupły chłopiec ranny w obydwie ręce. - Lepiej nas dobijcie, a sami uciekajcie. - Jesteście podli! - rzuciła druga sanitariuszka Rena, która owijała bandażami głowę jednego z rannych. Pociski ze świstem przecinały powietrze. - Uciekajmy stąd! - wrzasnął przeraźliwie jakiś brodaty partyzant. Oczy mu nabiegły krwią. Zerwał się z ziemi i stanął na zranionej nodze. Zrobił parę kroków i upadł jęcząc: - Dobijcie mnie, dobijcie! Ranni, którzy mogli stanąć na nogach, próbowali, zataczając się z osłabienia, opuścić to niebezpieczne miejsce. Lekarze nie sprzeciwiali się. Wkrótce jednak zaturkotały furmanki. Ranni zaczęli się tłoczyć wokół podwód przepychając się jeden przez drugiego. Na każdej furmance usadowiło się po dziesięciu i więcej ludzi. Nikt teraz nie narzekał. Furmanki potoczyły się po leśnych wertepach, trzęsły i chwiały się na wszystkie strony. Gdy koła wpadały w wykroty lub uderzały w spróchniałe pnie albo korzenie, ten i ów spadał na ziemię... Lekarze i sanitariuszki, dla których nie starczyło miejsca, biegli za furmankami. Po pięciu godzinach takiego uciążliwego przedzierania się przez wertepy i bagniska szpital połowy dobrnął w końcu do przeprawy. Rankiem dziesiątego -dnia obławy partyzanci rozbili bandę bulbowców, która broniła dostępu do Styru. Kolumny ewakuacyjne przez cały dzień przeprawiały się po moście na drugi brzeg rzeki. Ewakuacja została zakończona. Oddziały partyzanckie i ludność z osad leśnych skoncentrowały się w olbrzymim kompleksie lasów na północ od Swarycewicz. Niemcy zaniechali dalszej obławy, pozostawili jedynie w lasach Krasnego Boru kilka kurinów UPA, które miały nie dopuścić do powtórnego zajęcia tych rejonów przez resztki „rozbitych bandytów”. Skoro tylko jednostki

Wehrmachtu wycofały się do swych garnizonów, rozpoczął się rajd powrotny do bazy... Przez kilka dni oddziały toczyły jeszcze walki z bandami UPA. Po tygodniu kraj partyzancki był znów wolny. Niemcy zostawili po sobie straszliwe spustoszenia w kraju partyzanckim, spalili doszczętnie wsie. Część mieszkańców, która schroniła się w lasach lub razem z nami uciekła za Styr, teraz wróciła do spalonych domostw. Duża jednak część pozostała na miejscu i ci padli od kul. Po drogach i lasach pełno było trupów pomordowanych ludzi: dorosłych i dzieci. Jeszcze przed obławą, z różnych stron Wołynia szczególnie zagrożonych przez bandy UPA, zaczęły wyjeżdżać za Bug polskie rodziny. Chciałem nawiązać kontakt z polskim partyzanckim ruchem ludowym. Po porozumieniu się z pułkownikiem Bryńskim postanowiłem wysłać na teren Polski specjalnego łącznika. Wiedziałem już o istnieniu w kraju GL, o roli PPR w organizowaniu walki zbrojnej przeciwko okupantowi. Liczyłem na to, że w najbliższej przyszłości będę działał na terenie Polski. Wybór padł na Kazika Słowika, który wyraził chęć wyjazdu do Polski. Cała jego rodzina - ojciec, matka i żona - pochodziła z Kielecczyzny i wszyscy oni pragnęli wrócić w swoje rodzinne strony, gdzie nie groziło im niebezpieczeństwo ze strony band UPA, które już kilkakrotnie napadały na Konińsk. Po serdecznym, braterskim pożegnaniu rozstaliśmy się z Kazikiem. Obiecywaliśmy sobie solennie, że spotkamy się za kilka miesięcy, ale stało się inaczej. Odnaleźliśmy się dopiero po zakończeniu wojny.

Sprawy małe i wielkie
W rejonie kraju partyzanckiego powstał samorzutnie niewielki oddział złożony z Polaków, którym kierował młody i energiczny człowiek nazwiskiem Bogulak. Pochodził z Powórska, stamtąd też rekrutowała się większość jego ludzi. Oddział Bogulaka kwaterował w lasach pod Karasinem. Pewnego razu ochrona bazy przyprowadziła do mnie Bogulaka. Przywitał się po wojskowemu. Zjedliśmy wspólnie obiad, a później rozpoczęliśmy rozmowę. - Przyszedłem do pana po radę - powiedział Bogulak. - Jeszcze wiosną, gdy pomyślałem o stworzeniu oddziału, wydawało mi się wszystko jasne i zrozumiałe. Myślałem: zbiorę ludzi, uzbroję i rozpocznę walkę z Niemcami i banderowcami. Wiedziałem, że nie można bezczynnie przypatrywać się, jak wróg znęca się nad narodem. Ale tu, na kresach, sprawy są powikłane, naród nie jest jednolity. Utworzyłem oddział. Przeprowadziliśmy kilka drobnych akcji, a teraz stoimy w lesie i nie wiemy, co dalej z sobą robić. Rozumiem dobrze, że obecnie nie można działać w zupełnym oderwaniu od jakiegoś politycznego kierownictwa. To było możliwe jeszcze rok temu. Dziś trzeba się komuś podporządkować, bo bardzo łatwo można zgubić oddział i siebie. - Ma pan słuszność - potwierdziłem. - Dowódca powinien rozumieć swoją rolę i cele oddziału. Dziś nie można walczyć na własną rękę. - Tak. I dlatego przyznam się panu szczerze, że od pewnego czasu chodzę przygnębiony. Niektórzy moi ludzie proponują, żeby iść pod Kowel i przyłączyć się do 27 Dywizji Wołyńskiej. Byli u mnie przedstawiciele z dowództwa, którzy uznali nas za jeden ze swoich oddziałów. Ale ja nie mogłem się zdecydować na przyłączenie do nich. Wiem dobrze, że 27 Dywizja siedzi bezczynnie w Zasmykach. Nie prowadzi akcji przeciwko Niemcom, ogranicza się jedynie do starć z banderowcami. Poza tym ich

dowództwo to przeważnie byli oficerowie i przedstawiciele obszarników... A oni zawsze mają na uwadze przede wszystkim swoje własne interesy. Z drugiej strony wiem dobrze, że niektórzy Polacy walczą wspólnie z radziecką partyzantką przeciwko Niemcom i banderowcom. Pan też przyłączył się do Diadi Pieti. Wiem, że to jest bardzo porządny człowiek. Tu wszyscy Polacy go chwalą. Ale to są przecież bolszewicy, a my jesteśmy Polakami. Ich cele są chyba odmienne niż nasze. Obserwuję od dawna wszystkie wydarzenia na tym terenie. Wy wspólnie bijecie Niemców, wysadzacie pociągi, napadacie na garnizony niemieckie, macie wiele osiągnięć. I to mi się bardzo podoba. Robicie właśnie to, o czym myślałem jeszcze wiosną. Rząd londyński głosi, że Związek Radziecki jest naszym wrogiem. Ja tego nie mogę pojąć, wiem, że Rosjanie pomagają ludności polskiej. Tu, niedaleko Serchowa, jest kilka tysięcy ludzi, których partyzanci Diadi Pieti uratowali od śmierci. Słyszałem o samoobronie w Hucie Stepańskiej, gdzie zginęło też wielu waszych partyzantów. Coś tu jest nie tak, bo czyż mogę uważać za wroga człowieka, który własną piersią ochrania nasze matki, żony i dzieci przed morderczym ciosem?... Wytłumaczcie mi to wszystko. Wiedziałem, że ten człowiek nie może odejść stąd bez wyjaśnienia. Musi otrzymać ode mnie możliwie jasną odpowiedź na swoje wątpliwości. Byłem bardzo wzruszony jego słowami. Iluż Polaków tu, na kresach, przeżywało w owym czasie to samo. Zacząłem mówić o historii naszego kraju. O powstaniach narodowych, o patriotach i zdrajcach, o klęsce wrześniowej i o moich przeżyciach wojennych z owego okresu, o wszystkich doznanych bólach i rozterkach duchowych. Opowiedziałem mu, dlaczego przystąpiłem do współpracy z radzieckim ruchem partyzanckim. Mówiłem o tym, że wolność Polski wiąże się nierozerwalnie z losami wojny toczącej się na wschodzie. Słuchał mnie z głębokim zainteresowaniem. Niejednokrotnie wtrącał zdania, które były uzupełnieniem moich myśli. Rozmawialiśmy ze sobą przez całą noc. Bogulak zapalił się. Mówił z coraz większym uniesieniem. Zaczął snuć plany na przyszłość. Zamierzał przeprowadzić pracę uświadamiającą wśród swoich partyzantów, chciał w najbliższym czasie nawiązać ścisłą współpracę z radzieckim ruchem partyzanckim. Chciał zwerbować do oddziału Polaków z okolicznych osad, wsi i miasteczek. Znał jeszcze inną grupę Polaków działających pod Kuchecką Wolą. Postanowił ją połączyć ze swoim oddziałem i razem z nią wejść w skład naszej brygady. Gdy nadszedł dzień, poprosił mnie, bym udał się z nim razem do jego oddziału i pomógł mu przekonać ludzi o konieczności wspólnego działania z partyzantami radzieckimi. Jeszcze tego samego popołudnia pojechaliśmy do jego obozowiska. Ludzie Bogulaka przywitali mnie bardzo serdecznie. Spędziłem wśród nich dwa dni, podczas których prowadziliśmy dyskusje na temat „co robić?” Bogulak wyjaśnił partyzantom swoją decyzję, oświadczył, że nareszcie będą mogli skutecznie bić Niemców, że pójdą w ślady innych Polaków, którzy walczą w radzieckim ruchu partyzanckim. Na ten temat było dziesiątki różnych wypowiedzi i wątpliwości. Większość jednak poparła myśl Bogulaka przyłączenia się do naszej brygady. Postanowiono więc w ciągu najbliższych kilku tygodni przeprowadzić parę akcji, zdobyć dodatkową ilość broni i umundurowania, zwerbować więcej ludzi, przyłączyć do siebie luźno działające grupy z Kucheckiej Woli i dopiero wówczas przyjść do Krasnego Boru. Wkrótce oddziałek Bogulaka, liczący trzydziestu partyzantów, wyruszył na zadanie bojowe w rejon Kucheckiej Woli.

W dziesięć dni później przyjechał do bazy konny łącznik od Bogulaka z meldunkiem, że wszystko jest na najlepszej drodze: oddział powiększył się o nowych dwudziestu ludzi. Jak się okazało, przeprowadzał on w terenie szeroką pracę propagandową wśród Polaków, zachęcał ich do wstępowania w szeregi radzieckiej partyzantki oraz niesienia wszelkiej pomocy grupom i oddziałom w walce z okupantem. Minęło jeszcze dwa tygodnie i nagle otrzymałem tragiczną wieść, że Bogulak nie żyje. Podobno został zastrzelony podstępnie przez swego bezpośredniego zastępcę, który podporządkował oddział wpływom 27 Dywizji Wołyńskiej... * W tym samym niemal czasie utworzyłem z Polaków niewielką, samodzielną grupę bojową, liczącą dwudziestu kilku partyzantów, których zamierzałem przyłączyć do oddziału Bogulaka po jego przybyciu do bazy. Ludzi tych zwerbowałem spośród uciekinierów, uzbroiłem ich w broń z zapasów brygady. Wkrótce po śmierci Bogulaka grupa ta odłączyła się od nas i zdezerterowała. Był to jeszcze jeden cios, jaki spotkał mnie ze strony rodaków, których wprowadzała w błąd polityka delegatury rządu londyńskiego... * Lato 1943 roku przyniosło ze sobą nowe radosne wieści z frontu wschodniego. Począwszy od lipca Armia Radziecka przeprowadziła szereg wielkich operacji wojennych, w wyniku których wyzwolone zostały olbrzymie połacie Związku Radzieckiego okupowane przez hitlerowców. 12 lipca wojska Frontu Centralnego dowodzone przez generała Rokossowskiego przystąpiły do kontrofensywy przeciwko zgrupowaniom niemieckim pod Kurskiem. W rezultacie tych działań 5 sierpnia został wyzwolony Orzeł, a 6 sierpnia Biełgorod. Niemcy zmuszeni zostali do wycofania swoich sił o kilkaset kilometrów na zachód. W ciągu sierpnia Armia Radziecka, rozwijając swe działania ofensywne na całej linii frontu, zdobyła Charków i wiele innych miast na Ukrainie i doszła do Dniepru na południe od Kijowa. Również na południu, na Kubaniu i w rejonie Donbasu, wojska radzieckie odniosły znaczne sukcesy, zdobywając Taganrog, Mariupol, Stalino, Noworosyjsk. W ciągu września wojska Frontu Centralnego wyzwoliły Briańsk i Smoleńsk. Wiadomości te dodawały nam ducha i sił do walki, były naszą największą radością w tych trudnych dniach zmagań z okupantem. Wiedzieliśmy, że chwila wyzwolenia jest już niedaleka. Sukcesy Armii Radzieckiej spowodowały poważne zmiany również na naszych terenach. Wołyń stał się w końcu lata 1943 roku bezpośrednim zapleczem armii niemieckiej. Do miast i osad Wołynia zaczęły ściągać niemieckie jednostki tyłowe, które miały za zadanie organizować bazy zaopatrzenia i odwody i strzec linii komunikacyjnych. Sytuacja ta wymagała od nas podjęcia nowych akcji bojowych w znacznie bardziej skomplikowanych warunkach. Nasuwała potrzebę przygotowania szerszych planów działania, ściśle skoordynowanych z bezpośrednimi zadaniami wojsk radzieckich na froncie. Zastanawiając się nad przyszłymi operacjami Armii Radzieckiej, doszliśmy do przekonania, że Wołyń może stać się terenem ciężkich zmagań z hitlerowskimi wojskami. Na północy i północnym wschodzie rozciągały się olbrzymie obszary bagien poleskich, zupełnie niedogodne do działań wojennych. Sądziliśmy więc, że tu, na Wołyniu, nastąpi jedno z głównych uderzeń wojsk radzieckich działających na Froncie Centralnym. W związku z tym nasunęło się szereg wniosków, których realizacja wymagała od nas niezwykłych wysiłków.

Działając z ramienia dowództwa zgrupowania partyzantów na Wołyniu, ponosiłem odpowiedzialność za polskich uciekinierów, których w końcu września 1943 roku było w kraju partyzanckim kilkanaście tysięcy. Również w innych rejonach powstały takie zgrupowania Polaków-uciekinierów. Ludzie ci wymagali ciągłej troski i opieki ze strony brygady. Kiedy na teren Wołynia ściągnęły nowe jednostki niemieckie, regularne zaopatrzenie ludzi w żywność, odzież, lekarstwa itp. rzeczy stało się niezwykle poważnym problemem, tym trudniejszym, że wsie i miasteczka okoliczne były spalone przez Niemców i banderowców. W tym czasie aktywność band UPA wcale nie osłabła. Istniało ciągle niebezpieczeństwo napadów na bazę partyzancką i leśne osady. Spodziewaliśmy się ponadto, że wkrótce możemy otrzymać zupełnie nowe zadania, zmuszające nas do opuszczenia dotychczasowego rejonu działania i przeniesienia się w inne strony. Świadczyły o tym pewne wytyczne otrzymywane ostatnio od generała Begmy, który zalecił zachowanie pełnej gotowości do wymarszu. W rozkazach generała Begmy mówiło się również o konieczności ewakuacji uciekinierów na Białoruś, z terenów, gdzie działalność UPA była szczególnie ożywiona. Na domiar złego zbliżała się zima, która niosła ze sobą dziesiątki nowych problemów do rozwiązania. W tej sytuacji odbyła się na początku października w Krasnym Borze druga z kolei narada poświęcona rozwiązaniu kwestii uciekinierów. Z ramienia sztabu zgrupowania partyzantów radzieckich przybył na tę odprawę pułkownik Kudojar. Udział w naradzie wziął również Mikołaj Kunicki, dowódca oddziału partyzanckiego im. Stalina, i Wincenty Roszkowski dowódca innego polskiego oddziału partyzanckiego10. Wówczas to podjęta została decyzja przeprowadzenia na wielką skalę ewakuacji zagrożonych uciekinierów na Białoruś, w rejon błot pińskich. Było to przedsięwzięcie niezwykle trudne, gdyż wiązało się z całym szeregiem problemów natury organizacyjnej i wojskowej. Należało bowiem pomyśleć nie tylko o bezpiecznym przetransportowaniu ludzi w rejony położone około stu pięćdziesięciu kilometrów na północ, lecz również o zorganizowaniu dla nich odpowiednich warunków, które pozwoliłyby im przetrwać na nowym terenie aż do chwili wyzwolenia przez Armię Radziecką i Wojsko Polskie. Białoruś w tym czasie, podobnie jak Wołyń, była ogniskiem żywej działalności partyzantów radzieckich. Walczyło tam aktywnie wiele brygad i oddziałów radzieckich, a wśród nich także kilka dużych oddziałów polskich. Wiedziałem, że w rejonie Janowa Poleskiego istnieje polski oddział partyzancki im. T. Kościuszki, dowodzony przez Klima i Warchockiego. Oddział ten wchodził w skład brygady pińskiej pod dowództwem Szubitidzego. Słyszałem też, że Związek Patriotów Polskich w Moskwie skierował do oddziału im. T. Kościuszki grupę partyzantów, pod dowództwem Kasmana11, Rózgi i Borkowskiego. Sprawę ewakuacji uciekinierów rozwiązywaliśmy wspólnie z pułkownikiem Kudojarem, z doktorem Parnasem i z Kunickim. Postanowiliśmy porozumieć się z dowództwem polskich oddziałów partyzanckich na zachodniej Białorusi. W tym celu opracowaliśmy specjalne pismo i wysłaliśmy człowieka, który miał za zadanie nawiązać kontakt z polskimi partyzantami. Pułkownik Kudojar również skierował łączników do radzieckich partyzantów na Białorusi. Przystąpiliśmy do przygotowania ewakuacji uciekinierów. Poszczególne oddziały partyzanckie wydzieliły specjalne grupy, liczące w sumie kilkuset dobrze uzbrojonych ludzi. Grupy te miały chronić ewakuowanych na całej trasie przemarszu. Oprócz tego stworzyliśmy dodatkową ochronę, liczącą
10

Roszkowski pełnił obowiązki dowódcy oddziału czasowo, gdyż faktyczny dowódca Robert Satanowski był w owym czasie w Moskwie, 11 Kasman nosił wówczas pseudonim „Janowski”.

ponad stu młodych ludzi, których uzbroiliśmy w karabiny i automaty. Zaczęliśmy szykować zapasy żywności na drogę, ściągać podwody itp. Najwięcej trudności mieliśmy z przekonywaniem ludzi o konieczności opuszczenia tych stron. Było w związku z tym dużo płaczu i narzekań. Doktor Parnas, który był jednym z organizatorów tego ewakuacyjnego zgrupowania, dwoił się i troił, by jak najlepiej przygotować wszystko do niebezpiecznej i trudnej drogi. Trasa biegła w kierunku północnym przez Kuchecką Wolę, Ostrowsk, Kuchcze, Buczyn, Hocuń, Dolsk i Bałandycze. Kolumna ewakuacyjna rozciągnęła się na przestrzeni pięciu kilometrów. Z przodu szedł silny oddział kawalerii partyzanckiej, z tyłu ubezpieczenie złożone z pieszych. Boki zabezpieczały gęste patrole zwiadowców pieszych i konnych. Sztab dysponował radiostacją i utrzymywał w czasie marszu bezpośrednią łączność ze sztabem generała Begmy. Pierwszy postój zarządzono w lasach na północ od Kucheckiej Woli w pobliżu jeziora Ostrowskie. Ludzie strudzeni dwudniowym marszem rozlokowali się, gdzie kto mógł. Sztab wyznaczył ochronę i ubezpieczenie. Około północy jeden z patroli przyprowadził do sztabu dwóch młodych chłopców, których zatrzymano niedaleko biwaku. - Co robiliście w tym lesie? - spytał pułkownik Kudojar. - Konie nam się pogubiły. My tutejsi, ze wsi Kuchcze - odparł jeden z zatrzymanych. - Szliśmy po śladach, ale w lesie straciliśmy tropy. - Czy zrewidowaliście ich? - spytał pułkownik wartownika, który przyprowadził zatrzymanych. - Nic nie znaleźliśmy. - No to można ich... Wracajcie do domu. - A nasze konie? - Jutro sobie poszukacie... Jeśli znajdziemy je, to z rana wam odeślemy. Ile było tych koni? - Dwa... - Komu mamy je odesłać? - Makarowi Bohatemu. Wszyscy nas znają we wsi... Pokażą, gdzie dom Makara Bohatego. - No to wracajcie do wsi... Kiedy chłopcy odeszli, udało się za nimi dwóch zwiadowców. Stwierdzili oni, że chłopcy nie skierowali się do wsi Kuchcze, lecz w zupełnie innym kierunku, w stronę Lubieszowa. Na brzegu lasu, w pobliżu kolonii Zajezierze, mieli ukryte konie, którymi odjechali w pośpiechu na zachód. Skoro świt ruszono w dalszą drogę. Marsz trwał przez dwa dni i dwie noce. Piątego dnia po północy ubezpieczenie przednie osiągnęło przeprawę na rzece Stochód w pobliżu wsi Buczyn. Gdy pierwsza grupa przeszła na drugą stronę rzeki, spadł na nią grad pocisków. Partyzanci przyjęli walkę z niewidzialnym wrogiem. W tym miejscu, po drugiej stronie rzeki, ciągnęły się dość gęste zarośla, w których ukryli się banderowcy. Dowództwo ewakuacji rzuciło przeciwko nim większe siły partyzantów. Trzeba było zepchnąć banderowców z drugiego brzegu Stochodu. Nie było innego wyjścia. Kilka kilometrów na północ, gdzie Stochód wpadał do Prypeci, ciągnęły się wielkie nieprzebyte rozlewiska błotne. Na południu, w rejonie miasteczka Lubieszów, tereny były również błotniste, a na zachód od Lubieszowa grasowały bandy UPA.

A więc była to jedyna dogodna przeprawa przez Stochód i najbliższa droga do Prypeci, która przepływała w odległości sześciu kilometrów od tego miejsca. Rozgorzała zacięta walka. Banderowcy, którzy znajdowali się w zasadzce, mieli początkowo znaczną przewagę nad partyzantami. Ponadto otrzymali surowy rozkaz od swego dowództwa nieprzepuszczania kolumn ewakuacyjnych Lachów na drugi brzeg Prypeci, gdzie kończył się ich zasięg działalności. Za Prypeć bandy UPA nie odważyły się przechodzić, partyzanci bowiem wespół z białoruską ludnością zwalczali je skutecznie. Niebawem partyzanci przystąpili do kontrataku, lecz po półgodzinnej walce zmuszeni byli się wycofać. Z Hocunia, gdzie mieściła się wysunięta placówka brygady pińskiej, pospieszył na odgłos bitwy oddział złożony z pięćdziesięciu kawalerzystów. Po sprawnym przeprawieniu się wpław przez rzekę kawalerzyści znaleźli się na tyłach banderowców i niespodziewanym atakiem przerwali ich obronę. Banda cofnęła się w popłochu do Lubieszowa, pozostawiając na polu walki kilkudziesięciu zabitych i rannych. Wśród rannych był ten sam młody chłopiec, który dwa dni temu został zatrzymany w rejonie postoju grupy ewakuacyjnej. Na czapce miał znaczek tryzuba. Aż do rana trwała przeprawa przez Stochód, koło południa zaś kolumny ewakuacyjne rozpoczęły przeprawę przez Prypeć. I wtedy właśnie pojawiły się na niebie dwa samoloty rozpoznawcze, które z dużej wysokości obserwowały, co się dzieje na przeprawie. Ludzi ogarnął strach. Wszyscy obawiali się, że niebawem mogą nadlecieć niemieckie bombowce. Tuż za Prypecią nie było zwartych masywów leśnych, ciągnęły się jedynie niezmierzone obszary bagien pokrytych karłowatą brzozą, olchą i kępami łoziny. Dowództwo i sztab podzieliło więc całą kolumnę ewakuacyjną na szereg mniejszych grup, które pod kierownictwem partyzantów ukryły się w krzewach i łozinach na obszarze kilku kilometrów. Po dwóch godzinach rzeczywiście ukazały się lekkie bombowce niemieckie, które zaczęły obrzucać bagniska setkami bomb i ostrzeliwać ogniem broni pokładowej. Bombardowanie nie trwało jednak długo. Niemcy, nie mogąc odnaleźć zwartej kolumny, zaniechali akcji i odlecieli. Straty wśród ewakuowanej ludności wynosiły siedmiu zabitych i kilkunastu rannych... Z rana pierwsze grupy uciekinierów polskich dotarły do wsi Dolsk. Tu czekali już na nich partyzanci z brygady pińskiej, jak również przedstawiciele oddziału im. Tadeusza Kościuszki - Warchocki i Klim. Dla uciekinierów przygotowano ciepłą strawę, leki, bieliznę i odzież, którą oddział imienia Kościuszki otrzymał ze zrzutów z Moskwy dzięki porozumieniu się z ZPP. Sam dowódca brygady pińskiej, Szubitidze, potężny, wysoki Gruzin, zajął się sprawami rozmieszczenia tej wielkiej ilości ludzi w rejonie swego kraju partyzanckiego, który sięgał na południe do Prypeci, na północy zaś do Kanału Królewskiego. Większość ewakuowanych została rozlokowana w zagrodach chłopskich, we wsiach: Bałandycze, Mochre, Dolsk, Krasne, Siemiechowicze, Nihowiszcze, Kolno i inne. Powstało również szereg obozów, do których ochrony przydzielono oddział imienia Kościuszki i specjalne grupy z innych oddziałów. Ludzie uratowani od śmierci z rąk banderowców i Niemców byli głęboko wzruszeni serdecznością, z jaką przyjęli ich partyzanci, a szczególnie dowódca brygady pińskiej. Doktor Parnas udał się do dowódcy brygady, aby podziękować mu w imieniu Polaków. Wypowiedział zaledwie kilka słów, gdy Szubitidze przerwał mu z uśmiechem: - Nie, towarzyszu doktorze. Nie dziękujcie mi. Spełniłem tylko swój ludzki obowiązek. Ja też jestem wam wiele winien. Tak, bardzo wiele. Nigdy tego nie zapomnę. Było to w 1941 roku - mówił dalej Szubitidze zapalając papierosa.-Niemcy wzięli mnie do niewoli pod Mińskiem. Byłem wtedy dowódcą

kompanii. Otoczyli nas ze wszystkich stron. Biliśmy się do ostatniego naboju. Z całej kompanii zostałem ja i jeszcze jeden żołnierz, szeregowiec Krasny. Zostawiliśmy po jednym naboju, dla siebie... I wyobraźcie sobie, że ten mój ostatni nabój nie wystrzelił. Krasny odebrał sobie życie, a mnie Niemcy w ostatniej chwili, gdy miałem już przebić się bagnetem, wzięli do niewoli. Siłą wydarli mi bagnet z rąk. Bili mnie i kopali. Później wsadzili do transportu kolejowego i wieźli na zachód... Pod Lublinem razem z grupą jeńców wyrwaliśmy kilka desek z wagonu i nocą uciekliśmy. Strzelali za nami i ścigali nas. Większość uciekinierów padła od pocisków niemieckich, resztę wyłapano w lasach. Ja zostałem ranny w nogę. Przez trzy dni ukrywałem się w jakiejś starej szopie, stojącej pod lasem. Byłem wyczerpany i głodny, czułem zbliżającą się śmierć, lecz nie miałem siły ruszyć się z miejsca. I czwartego dnia przyszedł do tej szopy polski wieśniak. Bałem się, że człowiek ten wyda mnie w ręce Niemców. Nie miałem jednak sił nic przedsięwziąć. Wieśniak oświadczył wtedy: „Nie pozwolę ci umrzeć. Będziesz żył!” Te słowa zapamiętałem na całe życie. Nocą zabrał mnie do swojego domu. Wraz z żoną troszczył się o mnie, żywił i leczył. Po miesiącu wróciły mi siły i zdrowie. Polski wieśniak własną furą odwiózł mnie pod Włodawę. Pożegnał mnie jak rodzonego brata, a kiedy chciałem mu dziękować, powiedział: „Nie dziękuj, bracie, ja spełniłem tylko swój ludzki obowiązek”. Pocałował mnie i odjechał. * Ludność ewakuowana na Białoruś przetrwała aż do końca wojny. Brygada pińska przez cały czas udzielała jej wszechstronnej pomocy.

Część czwarta
Brygada imienia Frunzego
Zbliżała się zima. Spadły pierwsze śniegi. Czekaliśmy z utęsknieniem chwili wyzwolenia zdając sobie jednak sprawę, że przed nami jest jeszcze długa i trudna droga. Pewnego dnia generał Begma, którego sztab stał w Swarycewiczach, wezwał mnie na odprawę. Wraz ze mną pojechał dowódca oddziału Kartuchin. Na miejscu zastałem już dowódców dwóch zgrupowań: majora Fiodorowa i Taratutę. W sztabie panował nieopisany ruch. Wszyscy zajęci byli studiowaniem map, opracowywaniem dokumentów bojowych, wydawaniem zarządzeń i poleceń. Radiostacja sztabowa prawie bez przerwy nadawała szyfrowane rozkazy i meldunki. Generał Begma bez żadnych wstępów oświadczył: - Towarzysze, z dniem dzisiejszym wasze oddziały zostają przekształcone w brygady partyzanckie. Oddział towarzysza Maksa będzie się zwać Brygadą Partyzancką imienia Frunzego, oddział towarzysza Kartuchina - Brygadą Partyzancką imienia Kirowa. Niezwłocznie należy przystąpić do przeprowadzenia reorganizacji waszych dotychczasowych oddziałów. Stan brygad sześćset do siedmiuset ludzi. Dziesiątego stycznia obydwie brygady wyjdą z bazy Krasnego Boru i wyruszą w rejon lasów cumańskich po trasie: - tu generał podszedł do mapy i czerwonym ołówkiem począł kreślić na

niej przerywaną linię - Jezierce - Rudka - Bielskowola - Sopaczów – Włodzimierzec - Żołuck - tor kolejowy Police - Ośnica Wielka - Telcze - Maciejki - Haramówka - Bereściany aż do lasów cumańskich. Po zgrupowaniu się we wskazanym rejonie należy przystąpić do działań dywersyjnych na linii kolejowej Równe - Kiwerce - Łuck. Macie wstrzymać wszelki ruch transportów w obydwu kierunkach: do frontu i z frontu. Brygada Frunzego obejmuje odcinek od stacji Kiwerce do Starej Ołyki, brygada Kirowa od Kiwerc do Rożyszcz. Rozkaz wykonać do piętnastego stycznia. W ciągu trzech dni nadejdą zrzuty z Wielkiej Ziemi. Należy przysłać po dziesięć podwód. Każda brygada otrzyma broń ciężką: cekaemy, moździerze, rusznice ppanc. Amunicji na każdy automat po trzy pełne dyski, na cekaem po pięć tysięcy. Tysiąc pięćset sztuk granatów i naboi do rusznic ppanc. Trotylu po dwie tony. Zaopatrzcie ludzi w prowiant na tydzień. Dalsze rozkazy wydam na miejscu. Byliśmy z Kartuchinem wyraźnie zaskoczeni tym wyróżnieniem. Obydwa nasze oddziały awansowały do rangi samodzielnych brygad, a my zostaliśmy dowódcami tych brygad. A mimo to zamiast zadowolenia poczułem żal. Nie chciało mi się wprost uwierzyć, że wkrótce będę musiał pożegnać swoją starą brygadę Diadi Pieti, z którą wiązały mnie wspólnie przeżyte dole i niedole, radości i smutki, prawdziwe przyjaźnie. Ale czy mogłem się przeciwstawić rozkazom przełożonych? Nadeszły dla nas, partyzantów, najgorętsze dni; front był tuż, tuż. Trzeba było zmobilizować wszystkie siły, by dopomóc Armii Radzieckiej w jak najszybszym wyzwoleniu Wołynia. Generał Begma dodał na zakończenie: - Będziecie tam mieli gorąco. Może trzeba będzie wkrótce walczyć bezpośrednio z jednostkami frontowymi. Spróbujemy zdobyć Równe. * W tydzień później moja brygada była gotowa. Pożegnałem gorąco najbliższych przyjaciół: Bryńskiego, Koniszczuka, Borysiuka, dziadka Mytkałyka, Wasię Butkę, Ziemskowa, Kolę Bezruka, małego Griszkę oraz pozostałych towarzyszy i ruszyłem w drogę. Moja brygada składała się z dwóch oddziałów i kompanii zwiadu. Szefem sztabu został kapitan Worobiew. Teraz miałem przy sobie przeważnie nowych ludzi, bo oprócz Chwiszczuka ze starej partyzanckiej braci pozostali mi jedynie Krywyszko, Berek Pułkownik, Nakonieczny, Mustafa i jeszcze kilku chłopców. Posuwaliśmy się marszem ubezpieczonym: z przodu i z tyłu jechał konny zwiad, z boków plutony narciarzy. Transport brygady składał się z trzydziestu sań, naładowanych amunicją, żywnością i medykamentami. Partyzanci, obładowani bronią, własną amunicją, granatami i żywnością, maszerowali pieszo. W ciągu pierwszego dnia marszu, na całej trasie, wynoszącej około trzydziestu pięciu kilometrów, nie spotkaliśmy ani jednej wsi zamieszkanej przez ludzi. Chaty były w większości spalone i zrównane z ziemią, a po ruinach błąkały się zdziczałe psy i koty. Tu i ówdzie spod przysypanej śniegiem ziemi sterczały ludzkie kości. Zdawać by się mogło, że jakiś straszliwy demon zniszczenia nawiedził tę nieszczęsną ziemię, pochłaniając człowieka wraz z tym wszystkim, co jego rozum i ręce stworzyły przez wieki. Z przerażeniem patrzyliśmy na tę pustynię, dosłuchując się w; poświście wiatru płaczu dzieci i jęku mordowanych kobiet.

W zbliżającym się dniu wolności, który stanie się dniem wyzwolenia człowieka, któż pocieszy tę ziemię, kto będzie ją kochał, sławił i błogosławił? Kto wiosną chwyci za pług i o wschodzie słońca zaorze pierwszą bruzdę? W gęstym sosnowym lesie, w pobliżu spalonej wsi Sopaczów, rozbiliśmy biwak. Zapłonęły ognie i zaraz jak spod ziemi wypełzły trzy postacie. Stary zgarbiony dziad, z brodą po piersi, bezzębny, sękaty jak rachityczne drzewo, z błędnym spojrzeniem, młoda kobieta w łachmanach, z kołtunem na głowie, i małe owrzodzone dziecko. Podeszli do ogniska i z wyciągniętymi rękami błagali o chleb. Nakarmiliśmy ich. Jedli i płakali. Później wyszedłem z dziadem na brzeg lasu. - Tam był nasz dom - wskazał trzęsącą się ręką na kupkę gruzów przysypanych śniegiem. - Dawno to się stało? - Będzie pół roku... - Łzy popłynęły mu z oczu. - Nie płaczcie, dziadku. Wojna się już kończy. Przyjdziemy i pomożemy wam odbudować chatę. - Nie, panie. Ja już tu nie wrócę... Zemrę w lesie... Wiem o tym. A i tak nie mógłbym tu już żyć... Tu było piekło. Kiedy przychodzę o północy pod wieś, słyszę, jak diabeł chichocze i buszuje pośród burzanów... W ciągu dwóch następnych dni przemierzyliśmy jeszcze wiele spalonych wsi i chutorów, porosłych bujnym rudym zielskiem, które jak gdyby pragnęło ukryć przed światem ślady wielkiej zbrodni. * Na trochę dłuższy postój zatrzymaliśmy się dopiero we wsi Telcze, jednej z nielicznych, które częściowo ocalały od zniszczenia. Było tu ze dwadzieścia nie spalonych chat i kilkanaście stodół. Wyznaczyłem ochronę i zabraliśmy się do gotowania kartoflanki z mięsem, pierwszego obiadu od czterech dni. To nic, że mieliśmy go spożyć dopiero koło północy; nikt i tak nie byłby w stanie, mimo wielkiego zmęczenia, usnąć bez posilenia się czymś gorącym. Przed północą zwiadowcy Burlenki przyprowadzili dwóch uzbrojonych ludzi, ubranych w białe maskujące kombinezony, futrzane czapki z gwiazdkami i ciepłe rękawice. Na pasach mieli automaty. - Kto wy? - spytałem. - Żołnierze - odparł śmiało jeden z przybyłych, wysoki, zdrowy, o opalonej twarzy. - Skąd przyszliście? - Z frontu. Ogarnęła mnie złość, zawołałem: - Nie żartujcie! Mówicie z dowódcą brygady partyzanckiej. - A ja jestem kapitanem Armii Radzieckiej - odparł wysoki. - Powiedziałem wam prawdę, towarzyszu. Przyszliśmy do was z rozkazu naszego dowódcy. Stoimy dookoła. Jesteście okrążeni. - My? - krzyknąłem. - Co to ma znaczyć?! - Nic. Po prostu nie byliśmy pewni, kto stoi w tej wsi, i otoczyliśmy was.

- Jak mam w to uwierzyć, że jesteście żołnierzami Armii Czerwonej? - Mamy dokumenty - kapitan rozpiął kombinezon, pod którym spostrzegłem zielony mundur radziecki, i wyjął legitymację. Drugi z przybyłych również wręczył mi swój dokument wojskowy. Mustafa, który asystował przy tej rozmowie, wtrącił się: - Towarzyszu dowódco brygady, proszę mi pokazać te legitymacje. Trochę się na tym znam, służyłem przecież w Armii Radzieckiej. Pokazałem mu dokumenty. Przypatrywał się uważnie pieczęciom i poszczególnym rubrykom. - To są oryginalne dokumenty - powiedział patrząc na przybyłych z widoczną radością. - Zawołajcie Burlenkę. Niech weźmie pluton ludzi - poleciłem jednemu ze zwiadowców. - A tego kapitana zatrzymajcie aż do mojego powrotu. Kapitan uśmiechnął się, jak gdyby wszystko zrozumiał. - Nie gniewajcie się... - zwróciłem się do niego. - Ja pójdę do waszego dowódcy, a wy zostaniecie tymczasem w gościnie u nas. Kolka, poczęstuj kapitana. - Rozkaz! - Mustafa kazał jednemu z partyzantów przygotować dla gościa posiłek, sam zaś wyciągnął z plecaka manierkę z wódką. Za wsią, na drodze do chutoru Grabina, pojawiło się dziesięciu ludzi ubranych również w białe kombinezony. Szli wolnym krokiem w naszą stronę, dwaj nieco wysunięci do przodu, reszta w pewnym oddaleniu. Podobnie maszerowałem i ja ze swoją grupą. Przy sobie miałem Burlenkę i jednego z przybyłych żołnierzy, za nami zaś szła grupa ochronna złożona z piętnastu partyzantów. Po chwili zatrzymaliśmy się i żołnierz, który był naszym przewodnikiem, zawołał: - Towarzyszu dowódco! Wszystko się zgadza. Można podejść. Odwróciłem się do tyłu i rozkazałem ochronie, by pozostała, sam zaś z Burlenką i żołnierzem ruszyłem naprzeciw dwom zbliżającym się wojskowym. - Zdrastwujtie towariszczi! - rzekł potężnie zbudowany mężczyzna wyciągając rękę. - Jestem major Morozow, dowódca batalionu zwiadu dalekiego zasięgu. - Wyjął dokumenty. - Jestem Maks, dowódca Brygady Partyzanckiej imienia Frunzego - przedstawiłem się. - Wiem już o tym. - Morozow uśmiechnął się szeroko. - My tak od wieczora kręcimy się dokoła was, bo ta wieś i nam się spodobała na nocleg. Chcieliśmy was stąd wykurzyć - zaśmiał się głośno. - Proszę bardzo, przyjmiemy was w gościnę. Ale powiedzcie, jak żeście się tu dostali? Front jeszcze daleko, pod Sarnami... - Dla nas nigdzie nie jest za daleko. Przeszliśmy po prostu front. Mało brakowało, a bylibyśmy na was uderzyli. - To dopiero byłoby tragiczne nieporozumienie! - zawołałem. - Na wojnie zdarza się wiele nieporozumień. Ale na szczęście mamy już trochę zwiadowczego doświadczenia - mówił spokojnie major, idąc ze mną w stronę wsi. - Tu, w pobliżu, spotkaliśmy jakiegoś chłopa. Pytam go, czy we wsi ktoś jest. A on odpowiada: „Tak, banderowcy”. Rozkazałem wiec otoczyć wieś i przygotować się do rozprawy z nimi. Chłopa zabrałem oczywiście ze sobą... Jest u moich chłopców, jeśli go jeszcze nie obdarli ze skóry... - zaśmiał się krótko.

- Ach, więc to tak było! - powiedziałem. - Warto byłoby przyprowadzić tego gagatka do nas. Zaprosiłem majora do swojej kwatery, gdzie już Mustafa podejmował kapitana. Zaczęliśmy rozmawiać o sytuacji na froncie. Mój gość był nieźle zorientowany w tych sprawach. - Otrzymałem polecenie ze sztabu 1 Frontu Ukraińskiego nawiązania kontaktu z partyzantami - zaczął. - Wiedziałem, że tu, na Wołyniu, są duże zgrupowania partyzanckie generała Begmy, Fiodorowa, Taratuty, brygada Bryńskiego, Miedwiediewa, Prokopiuka, Balickiego. Ale okazuje się, że to nie wszystko, bo na przykład, nic nie powiedziano mi o waszej brygadzie. - Jest jeszcze oprócz nas brygada imienia Kirowa - zacząłem wymieniać. - Ponadto duży oddział polsko-radziecki imienia Stalina, pod dowództwem Kunickiego. Jest też oddział partyzancki Kapłuna i Burzyńskiego. - A więc Armia Radziecka może liczyć na dużą pomoc partyzantów. - Robimy, co możemy... - Widzicie, towarzyszu dowódco brygady - powiedział major - Niemcy postanowili za wszelką cenę zatrzymać tu nasze wojska. Zgrupowali w tym celu olbrzymie siły. Przez Wołyń wiodą główne arterie komunikacyjne do Warszawy i Berlina. Tymczasem na froncie południowym Niemcy trzymają jeszcze Krym w swoich rękach, podczas gdy na froncie środkowym nasza armia posunęła się daleko do przodu. Hitler zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli pozwoli nam iść dalej w kierunku Warszawy, to wreszcie cała jego armia działająca na Krymie zostanie odcięta. I może nastąpić jeszcze większa klęska niż pod Stalingradem. Dlatego na Wołyniu dojdzie wkrótce do decydującej bitwy, w której wy odegracie poważną rolę. Działania armii na froncie zostaną skoordynowane z walkami na bezpośrednim zapleczu niemieckich wojsk. Słyszałem już od generała Begmy, że Sztab Partyzancki Ukrainy postawił przed wszystkimi oddziałami na Wołyniu zadanie przejścia w rejon koncentracji odwodów niemieckiej armii i prowadzenia walk z jednostkami frontowymi. Mieliśmy zawładnąć szeregiem miast i węzłów komunikacyjnych, takich jak Równe, Łuck, Rafałówka. A więc były to wieści prawdziwe! - W tej chwili - ciągnął dalej major - jeden z naszych korpusów kawalerii toczy walki o Sarny. Sądzę, że miasto zostanie wzięte lada dzień. Kiedy już przeszliśmy do innych spraw, major powiedział w pewnej chwili. - Dziwi mnie, że wy tak beztrosko zachowujecie się tu, na tyłach. - Nie rozumiem… - Przecież to, że ktoś stacjonuje w tej wsi, można było zauważyć z odległości co najmniej pół kilometra. Wasi ludzie palą na dworze ogniska, śpiewają i grają na harmoniach. W ten sposób prędko można zginąć. Ja na przykład otoczyłem was szczelnym pierścieniem: dywizjon artylerii trzymał was na celowniku, a cały oddział na muszkach. Co by było, gdyby to Niemcy was tak otoczyli? - Sprawa niezupełnie tak wygląda, towarzyszu majorze - zareplikowałem. -Po pierwsze, Niemcy nie mogliby nas tu zaskoczyć, bo posiadamy doskonały aparat wywiadowczy w terenie, który zawiadomiłby nas niezwłocznie o ruchu wroga... - Ale są i banderowcy - przerwał mi major. - Z nimi damy sobie zawsze radę. Ponadto wystawiliśmy ubezpieczenie i warty.

- Rzeczywiście! - zakpił. A mimo to nasi chłopcy ominęli je, znaleźli się wewnątrz waszego obozu, a nawet wzięli od was „języka”. - Nic o tym nie wiem. Ale jeśli chodzi o was, to przecież jesteście specjalistami od tych rzeczy. Sami stwierdziliście na początku, że przeszliście front z całym oddziałem i dywizjonem artylerii. A przecież Niemcy nie dysponują tu takimi specjalistami. Znamy ich taktykę. Zanim wejdą do lasu, zaczynają strzelać. Nigdy nie zaczepią nas mając słabe siły. Czy sądzicie, że spróbują nas tutaj atakować jakimiś pojedynczymi oddziałami? Kiedyś tak rzeczywiście było, ale teraz, gdy jesteśmy silni, boją się. Organizują jedynie wielkie obławy, w których biorą udział tysiące żołnierzy, żandarmeria, własowcy i inne draństwo. UPA też nie atakuje dużych oddziałów, również się boi. Ciekawiło mnie, w jaki sposób porwali nam „języka” i kto był tym niefortunnym partyzantem. Spytałem majora, ale ten się wykręcił. - Powiem wam tylko, jak nasi zwiadowcy przeprowadzili tę akcję. Nazwiska partyzanta nie wymienię, bo prosił mnie, żebym zachował to w tajemnicy. Chłopak strasznie się boi kary i sam na pewno się nie przyzna. - Przekupił was. Chytra sztuka - rzekłem śmiejąc się. - Otóż, kiedy ten chłop, który nas przyprowadził, oświadczył, że we wsi są Niemcy i banderowcy, ja nie bardzo w to uwierzyłem. Żeby mieć stuprocentową pewność, wysłałem dwóch zwiadowców, którym poleciłem przedostać się do wsi i sprawdzić, kto w niej kwateruje. Ale co ja wam będę mówił, kiedy jest tu jeden z tych naszych zwiadowców. - Major wyszedł na dwór i zawołał żołnierza, który siedział przy partyzanckim ognisku. Po chwili do izby wszedł niewysoki mężczyzna o skośnych oczach i wystających kościach policzkowych. - No, opowiadajcie, Sejfulin, jak wzięliście tego języka. Żołnierz zmieszał się i spojrzał na majora ze zdziwieniem. Widocznie wiedział o obietnicy danej poprzednio partyzantowi. - Opowiadaj, bracie! Tu nie chodzi o nazwisko. Interesuje mnie fakt - rzekłem do niego przyjaźnie, częstując go szklaneczką bimbru. - Takie zadanie to dla nas nie pierwszyzna - zaczął żołnierz. - Pod Moskwą pięć razy wybieraliśmy się do Niemców i zawsze się udawało. A tu wcale nie było trudno. Trochę się poczołgaliśmy. Wartownicy nie spali, ale też nie słyszeli, jak żeśmy im przeszli przed samym nosem, znaleźliśmy mały wąwozik i za pół godziny trafiliśmy do wsi. Wybraliśmy pierwszą z brzegu chatę i zaglądamy przez okno. W środku pełno ludzi, jedni w niemieckich mundurach, inni po cywilnemu, trudno się było zorientować, kto kim jest. Nagle patrzę, u jednego na czapce kubance czerwona wstążeczka. Trąciłem ramieniem kolegę, pomyśleliśmy, że to muszą być swoi. Ale mimo to mieliśmy jeszcze wątpliwości i nie bardzo wiedzieliśmy, co robić. Na nasze szczęście z chaty wylazła baba. Chciała pewno iść do obory wydoić krowę. Ucapiliśmy ją „Cicho, ciotka, ani mru, mru bo śmierć” - mówimy do niej szeptem. Baba się przestraszyła. „Wrócicie, ciociu, do chaty i poprosicie dowódcę - przykazujemy jej. - Nic więcej nie mówcie, bo rzucimy granaty do środka i zginiecie”. Baba usłuchała. Po minucie wyszedł przed dom ten... no... jeden z waszych partyzantów. No i wzięliśmy go. - Jak to wzięliście? Tak po prostu poprosiliście go i poszedł z wami? - spytałem zdumiony. - Mamy swoje sposoby. Ale nic mu się nie stało. Później go przeprosiliśmy i wrócił. On nic nie winien.

- A ja tego partyzanta kazałbym jednak rozstrzelać - powiedziałem do majora, gdy żołnierz opuścił izbę. - Spryciarz z niego, że się tak zaasekurował. Nie mogę pojąć, jak on mógł wam zdradzić nasze tajemnice. Nie wiedziałem, że mam w brygadzie takich partyzantów. Denerwowałem się coraz bardziej i major dostrzegł to, bo po chwili milczenia powiedział: - Widzę, że nie ma innego wyjścia, że coś jeszcze muszę dodać. Otóż było tak: partyzant milczał jak grób, do chwili kiedy mnie zobaczył... Znamy się jeszcze z armii. Służył w mojej kompanii trzy lata. Poznał mnie od razu, ja jego również. Bardzo go lubiłem, był wzorowym żołnierzem... Odetchnąłem z ulgą. Chłopa, który oszukał radziecki oddział, naprowadzając go na nas, poddaliśmy szczegółowym badaniom. Okazało się, że był to miejscowy zajadły nacjonalista, członek bandy UPA... Skoro świt rozstaliśmy się z batalionem zwiadu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Radzieccy zwiadowcy posunęli się w głąb Wołynia, my zaś ku południowi, w lasy cumańskie.

Atak na Cumań
Staliśmy obozem w kompleksie lasów o dwadzieścia kilometrów na północ od miasteczka Cumań, w pobliżu wsi Bereściany. W sąsiedztwie stacjonowała brygada Kartuchina oraz inne oddziały ze zgrupowań partyzanckich Begmy, Fiodorowa i Taratuty. W sumie wszystkie siły partyzanckie w tym rejonie liczyły ponad siedem tysięcy ludzi. Po przybyciu na miejsce niezwłocznie skierowałem na linię kolejową Kowel-Równe grupy dywersyjne, wysłałem też łączników do Łucka, Równego, Deraźna, Kiwerc, Klewania, Ołyki w celu nawiązania ścisłej współpracy z działającymi w tych miastach grupami zwiadowczo-dywersyjnymi. Sam udałem się do wsi Przebraże, gdzie mieściło się skupisko polskiej samoobrony, liczącej około dwudziestu tysięcy ludzi. Samoobrona w Przebrażu była bardzo dobrze zorganizowana i skutecznie odparła już niejeden atak banderowców. Dowodził nią dzielny i energiczny Henryk Cybulski. Jeszcze będąc w Krasnym Borze utrzymywaliśmy z Przebrażem stałe kontakty. Obecnie postanowiłem oprzeć się na „przebrażakach” w organizowaniu sieci wywiadu, wykorzystując ich dla celów brygady jako przewodników, łączników itp. Podczas spotkania w Przebrażu z miejscowym kierownictwem samoobrony, w skład którego wchodzili: Wasilewski, dwaj bracia Cybulscy, Malinowski, Babiński i inni, omówiliśmy zasady współpracy. Przyjechał też na tę ważną odprawę z Łucka Tadeusz Rykowski, organizator grupy dywersyjno-wywiadowczej z Łucka. „Przebrażacy” wydzielili spośród siebie do dyspozycji brygady ponad czterdziestu ludzi, znających doskonale teren i położenie niemieckich garnizonów. Wśród nich byli, jak się później okazało, partyzanci i dowódcy o wielkich walorach, jak Chłopecki, Babiński, Niwiński i inni. Przy pomocy tych pełnych poświęcenia i energii ludzi w szybkim czasie przystąpiliśmy do aktywnej działalności partyzanckiej w nowym rejonie. W pierwszych dniach stycznia generał Begma zarządził odprawę dowódców. Wszystkie zgrupowania partyzanckie stojące w lasach cumańskich były obecnie podporządkowane jego rozkazom. Generał

polecił prowadzić intensywne rozpoznanie przygotowywanych przez Niemców pozycji obronnych na rzece Horyń oraz w rejonach Deraźne, Kiwerce, Ołyka, Cumań, Łuck i Równe. Należało ustalić położenie odwodów wojsk niemieckich i ich siły, jak również sparaliżować drogi dowozu na front i z linii frontu w kierunku Równe-Łuck, a wreszcie opanować węzeł oporu Niemców, miasto Cumań. W tym czasie Fiodorow, likwidując garnizon niemiecki liczący około tysiąca Niemców, zdobył Rafałówkę. Hitlerowcy usiłowali odebrać ten ważny punkt oporu; po paru dniach skoncentrowali większe siły i odbili Rafałówkę. Lecz niebawem Fiodorow nawiązał kontakt z jednym z frontowych pułków Armii Radzieckiej, 228 pułkiem strzeleckim, który działał w rejonie Sarn, i wspólnymi siłami znowu wyparli Niemców. Jednocześnie generał Begma rozkazał zdobyć miasteczko Cumań. Do tego zadania wyznaczył brygadę Kartuchina, oddział Sankowa12, Misiury i oddział Chwiszczuka z mojej brygady. W dwa dni później moi zwiadowcy przynieśli dane dotyczące organizacji niemieckiej obrony. W Cumaniu stacjonował batalion Wehrmachtu w sile 500-600 żołnierzy. Na południe od Cumania, w rejonie miasta Ołyki, stanęła niemiecka dywizja piechoty i pułk czołgów, natomiast w rejonie Kołek i Czartoryska rozlokowana została inna dywizja niemiecka również z pułkiem czołgów. Wreszcie w rejonie Stepania rozmieściła się dywizja piechoty i dwa pułki kawalerii. Dane te przekazałem niezwłocznie do sztabu generała Begmy. Przyjął je pułkownik Grigorjew, który jeszcze w lecie przeszedł do Begmy, gdzie pełnił funkcję szefa sztabu zgrupowania. Informacje zostały przesłane tego samego dnia drogą radiową do sztabu 1 Frontu Ukraińskiego. * Któregoś dnia w czasie intensywnego patrolowania terenów przylegających do rejonu partyzanckich baz zatrzymano pewną młodą dziewczynę, która szwendała się po okolicy. Partyzanci obserwowali ją przez pół dnia i stwierdzili, że zachowuje się dość podejrzanie; błądziła po lasach, kryła się i podchodziła do obozu. Schwytana oświadczyła, że pochodzi z Rożyszcz i zgubiła się w lasach. Nie uwierzono jej. Chłopcy, nie widząc innego rozwiązania, „spuścili jej manto”, ale mimo to niczego się nie dowiedzieli. Straszyli, że ją rozstrzelają. Bez skutku. Wreszcie na wyraźną prośbę zatrzymanej przyprowadzono ją do mnie. Była piękna. Czarnowłosa, o delikatnej różowej cerze, ręce miała szczupłe o długich palcach, oczy niebieskie, twarz inteligentną. Weszła do sztabu słaniając się na nogach. Partyzant, który ją przyprowadził, zameldował krótko: - Podejrzana o szpiegostwo. Nie chciała się przyznać. - Idiota! - krzyknęła ze złością. - Mało mi nerek nie odbił. - Kto wy jesteście? - spytałem dziewczynę. - Prosiłam o rozmowę z waszym dowódcą. - Co chcecie mu powiedzieć? - To tajemnica. Ale tylko z nim mogę mówić szczerze. - Dlaczegóż to?

12

Sankow w późniejszym okresie walczył na terenach Lubelszczyzny.

- Nie mogę tego wyjaśnić. Ale proszę, odstawcie mnie do dowódcy oddziału partyzanckiego. Zastanowiły mnie słowa: „do dowódcy oddziału partyzanckiego”. - A skąd macie pewność, że jesteśmy partyzantami? Uśmiechnęła się jakby z drwiną. - Wystarczy raz spojrzeć, by się o tym przekonać. Ten tutaj - pokazała na partyzanta, który ją przyprowadził - ma czerwoną wstążkę. Chodzi za mną jak opętany. Teraz wiem, że mnie śledził, a już myślałam, że się we mnie zakochał... - zażartowała. Partyzant poczerwieniał jak burak. - Jesteście wolni - powiedziałem do wartownika. - Zaczekajcie na dworze. Dziewczyna spytała: - Czy to może wy, towarzyszu, jesteście dowódcą? - Tak, ja. - Chciałabym mówić z wami w cztery oczy. - Rozejrzała się po obszernej izbie. W pomieszczeniu znajdowało się paru ludzi. Poprosiłem ich, żeby wyszli. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, popatrzyła mi w oczy z napięciem. - Znalazłam się w bardzo głupiej sytuacji. Bo wyobraźcie sobie taką sprawę: Wysyłają was na zadanie zza linii frontu. Partia was kieruje. Jesteście komunistą i nienawidzicie z całej duszy faszystów. Jesteście gotowi oddać za ojczyznę swoje życie. Mówią wam, że spotkacie się na tyłach z partyzantami, od których w razie niebezpieczeństwa możecie uzyskać pomoc. A tu proszę, jaką otrzymałam pomoc - odchyliła rękaw i pokazała posiniaczone ramię. - Chwileczkę... Czy nie moglibyście mi swojej sprawy przedstawić trochę jaśniej? - Sądzę, towarzyszu dowódco oddziału, że i tak mnie doskonale rozumiecie. - Niezupełnie - rzekłem, chociaż domyśliłem się, że daje mi do zrozumienia, iż jest radzieckim wywiadowcą. - No, przypuśćmy, że was częściowo zrozumiałem - dodałem zaraz. - Chodzi o to, czym udokumentujecie, że mówicie prawdę? - Otóż w tym cały sęk, że nie mogę tego niczym udokumentować. Służę w Armii Radzieckiej. Mam specjalne zadanie ze sztabu frontu. Sami rozumiecie, że nie wolno mi się dekonspirować. Wam to mówię, gdyż nie widzę już żadnego wyjścia. Ale więcej nie mogę wyjaśnić. Nie wymagajcie ode mnie, żebym podała wam swój kryptonim i wyjaśniła zadanie. Raczej od razu mnie zabijcie... - zakończyła ze łzami w oczach. Nie miałem wątpliwości. Ta dziewczyna mówiła prawdę. - Wierzę wam, towarzyszko - oświadczyłem. - Chociaż prawdę mówiąc nie mam żadnej gwarancji, że nie jesteście niemieckim szpiegiem. Właściwie powinienem was kazać rozstrzelać. - Ale nie zrobicie tego - uśmiechnęła się. - Mielibyście mnie na sumieniu.

Była uszczęśliwiona, że jej uwierzyłem. Wyjaśniłem jej, gdzie stacjonują jakie garnizony i oddziały niemieckie, podałem ich ruchy itp. Poczęstowałem ją obiadem, potem na jej prośbę przydzieliłem dwóch przewodników, którzy mieli zaprowadzić ją na umówione miejsce. * 18 stycznia 1944 r. brygady Frunzego i Kirowa zajęły wsie Horodyszcze i Silno. Stąd wysłano od razu zwiad do Cumania, który miał być wkrótce zdobyty. Według danych zwiadu w Cumaniu było obecnie około tysiąca żołnierzy w dwóch batalionach Wehrmachtu, Niemcy dysponowali tu ponadto dwudziestoma czołgami, baterią artylerii i dwoma kompaniami moździerzy. Budowano szereg umocnień, bunkrów i schronów bojowych. Ostatnie dane zwiadu świadczyły o tym, że Niemcy wciąż ściągają w te rejony nowe oddziały i umacniają się. Należało więc nie zwlekać z atakiem. Miasteczko Cumań leżało w odległości siedmiu kilometrów od linii kolejowej Równe-Kiwerce i grało niepoślednią rolę przy planowaniu przyszłej naszej operacji na Równe, którą mieliśmy przeprowadzić wspólnie z jednostkami frontowymi Armii Radzieckiej. Miasteczko liczyło ze czterysta domów, część murowanych, piętrowych, w większości zaś pojedynczych drewniaków. Ludność miejscowa została po przybyciu Niemców wysiedlona. Opracowany plan zdobycia Cumania zakładał zaatakowanie miasta przed świtem 20 stycznia jednocześnie ze wszystkich stron. Główne uderzenie czołowe od strony północnej miał przeprowadzić Kartuchin ze swoją brygadą w sile czterystu partyzantów (reszta brygady: tyły, szpital i odwody pozostały w rejonie Silna), od południa miały atakować Cumań oddziały Misiury i Sankowa, liczące trzystu partyzantów. Stuosobowy oddział Chwiszczuka z brygady Frunzego otrzymał zadanie ubezpieczenia szosy prowadzącej od miasteczka Deraźne, położonego w odległości dziesięciu kilometrów na wschód od Cumania. Niemcy zbudowali w Cumaniu 28 bunkrów z gniazdami ogniowymi. Wojsko stacjonowało w budynkach, część żołnierzy pełniła służbę w bunkrach. Miasto patrolowały silne warty, złożone z kilkudziesięciu żandarmów. W przeddzień ataku do Cumania przybył sztab niemieckiej dywizji, a wraz z nim służba zaopatrzenia dywizji, kompania ochrony, batalion łączności i inne pododdziały. W ten sposób siły Niemców w ciągu doby wzrosły do dwóch tysięcy, o czym nie wiedział sztab zgrupowania partyzanckiego wysyłając oddziały do walki. Atak na Cumań rozpoczął się - jak to było zaplanowane - od północy, gdzie była najmniejsza ilość bunkrów. Partyzanci Kartuchina pod osłoną ciemności podkradli się pod bunkry i zaatakowali je granatami, jednocześnie bateria moździerzy partyzanckich otworzyła ogień w głąb miasteczka. Po kilkunastominutowej walce partyzanci zdołali zlikwidować trzy bunkry. Pięć pozostałych broniło się zajadle, nie pozwalając atakującym zbliżyć się do miasta. Zaalarmowane walką kompanie stacjonujące w mieście pospieszyły z pomocą. Rozpoczęła się gęsta strzelanina z broni maszynowej i artylerii. Partyzanci atakowali z furią i po pół godzinie, mimo morderczego ognia Niemców, wdarli się w głąb miasteczka, zdobywając kilkanaście domów. Walczono o każdy dom z osobna. Ale siły Niemców wciąż wzrastały i sytuacja brygady Kirowa stawała się coraz gorsza. Kontratakujący Niemcy poczęli wypierać partyzantów z już zdobytych pozycji. Wówczas ruszył atak od południa. Chociaż tu działali partyzanci Misiury i Sankowa, doświadczeni w walkach z Niemcami, ich brawurowy atak na bunkry załamał się. Zniszczono tylko dwa, pozostałe trzymały się, prowadząc skuteczny ogień krzyżowy. Poszczególnym grupom partyzantów udało się jednak zawładnąć pięcioma budynkami, skąd ostrzeliwano Niemców.

Odgłosy walki w południowej stronie miasteczka zmusiły niemieckie dowództwo do odciągnięcia części sił z północnej strony i rzucenia ich w tamtym kierunku. W ten sposób brygada Kirowa została częściowo odciążona i po trzygodzinnej nierównej walce zdołała wedrzeć się do centrum miasteczka. Na ulicach stały setki furmanek i samochodów, pełnych różnych materiałów wojennych i zaopatrzenia. Partyzanci uruchomili kilkanaście ciężarówek oraz zagarnęli część taboru konnego. Dalsze walki toczyły się teraz w centrum, w pobliżu piętrowego murowanego budynku, zajętego przez niemiecką komendanturę. Ataki partyzantów wciąż jednak słabły; do godziny jedenastej brygada Kirowa poniosła straty w wysokości ponad sześćdziesięciu zabitych i rannych, również oddziały Sankowa i Misiury straciły około czterdziestu ludzi. Kartuchin zdawał już sobie sprawę z tego, że nie zdobędzie miasta. Należało się wycofać, ale Niemcy zdołali oskrzydlającym manewrem obejść jego lewe skrzydło. Tymczasem Dymitr Chwiszczuk, który ze swoim oddziałem stał na wschodniej stronie miasta wzdłuż drogi z Deraźna, niepokoił się bardzo. Jego grupa dywersyjno-minierska pod dowództwem Mońka Berensztajna, wysunięta trzy kilometry w kierunku Deraźna, zaminowała drogę, po czym zajęła stanowiska w zasadzce, ustawiając na przydrożnym wzgórku dwa cekaemy. Chwiszczuk wraz z głównymi siłami swego oddziału znajdował się o pół kilometra od pierwszych zabudowań Cumania. Jako doświadczony partyzant i dowódca potrafił z łatwością po odgłosach toczącego się boju rozpoznać jego przebieg. Wiedział o ciężkiej sytuacji Kartuchina, pojął również, co się dzieje na południowej stronie miasta, i dlatego postanowił włączyć się do akcji. Było to wbrew planom generała Begmy. Jego zadanie miało polegać jedynie na osłonie wschodniej strony miasta, ale sytuacja sama narzuciła mu konieczność przyjścia z pomocą brygadzie Kirowa. O godzinie jedenastej Chwiszczuk wydał rozkaz zaatakowania Niemców od wschodu. Partyzanci sprawnie rozwinęli się do ataku i w pół godziny zdobyli pięć bunkrów, niszcząc punkty oporu Niemców. W walce tej został ciężko ranny Bulik i kilku innych partyzantów. Niemcy musieli teraz przerzucić na ten odcinek kompanię, która wyszła na skrzydło Kartuchina. Brygada Kirowa, otrzymawszy tak niespodziewaną pomoc, jeszcze raz przeszła do ataku. Niemcy trzymali się jednak mocno; ukryci w budynkach i bunkrach, stawiali opór, zacięcie broniąc każdej pozycji. * Była godzina dwunasta, gdy na szosie od strony Deraźna ukazały się samochody ciężarowe z Niemcami. Berensztajn ze swoją grupą dwudziestu minierów leżał w lesie, na skraju wsi Hremiacze, mając po przeciwnej stronie, na wzgórzu, dwa cekaemy. Ze swego miejsca Berensztajn doskonale widział jadących Niemców, gdyż droga tworzyła tu dość duży łuk. Samochodów było dwanaście, Niemcy pędzili na złamanie karku. Nagle oczom minierów ukazały się dwa oślepiające błyski i zaraz rozległy się potężne wybuchy, a w ślad za tym poleciały w górę szczątki dwóch samochodów. Gdy Niemcy z wrzaskiem poczęli wyskakiwać z pozostałych jadących wozów, zagrały partyzanckie cekaemy, przyciskając ich do ziemi. Minęło z pięć minut, zanim oficerowie niemieccy opanowali sytuację i rozwinęli swoich żołnierzy do ataku na partyzantów. Było to doskonale wyćwiczone wojsko, które posiadało doświadczenie w walkach frontowych. Zaatakowani partyzanci poczęli cofać się w kierunku północnym, pragnąc odciągnąć wroga od Cumania.

Chwiszczuk zorientował się, że dalsze pozostawanie w obrębie miasta może mieć tragiczne skutki dla przebiegu całej operacji. Podjął więc natychmiastową decyzję odwrotu i pospieszył z pomocą grupie dywersyjno-minierskiej, toczącej nierówną walkę z wrogiem. Przybył w samą porę, gdyż Niemcy, którzy po poniesionych w pierwszych chwilach stratach mieli jeszcze około dwustu żołnierzy, zdołali otoczyć grupę Berensztajna na niewielkiej polanie leśnej. Chwiszczuk uderzył na nich z tyłu, rozbijając pierścień okrążenia i rozpraszając dwie niemieckie kompanie. Uderzenie odsieczy było tak silne, że Niemcy zaczęli w panice uciekać, biegnąc do pozostawionych na drodze samochodów. Partyzanci odprowadzili ich seriami ze swoich automatów. Strzelały również partyzanckie peteery, jeden z pocisków trafił w samochód. W godzinę później wszystkie oddziały biorące udział w walce o Cumań wycofały się z miasta, udając się w lasy na północ. W walkach padło około stu pięćdziesięciu Niemców, a ponad dwustu było rannych. Zdobyto kilkaset sztuk broni różnego typu, dziesięć cekaemów, dużą ilość amunicji, dwadzieścia furmanek załadowanych żywnością, umundurowaniem i różnym sprzętem. Spalono lub wysadzono w powietrze ponad dwadzieścia samochodów. Straty partyzantów w tym nieudanym ataku sięgały czterdziestu pięciu zabitych i osiemdziesięciu rannych. * Atak na Cumań oraz wkrótce dokonany nocny napad na Deraźne były wstępem do zakrojonej na wielką skalę operacji, mającej na celu oswobodzenie Równego wespół z działającymi na froncie jednostkami Armii Radzieckiej. Tymczasem jednak na froncie zaszły nieprzewidziane zmiany, które gruntownie zmieniły sytuację, tak że poprzednie plany stały się obecnie nierealne. Otóż po odniesieniu szeregu sukcesów na linii Żytomierz-Równe i dalej na północy, pod Sarnami, Armia Radziecka, wyczerpana długotrwałą ofensywą, zatrzymała się dla podciągnięcia nowych sił i środków zaopatrzenia wojennego. Front ustabilizował się na zachód od Sarn i biegł na południe, wzdłuż rzeki Horyń, przez Stepań, wieś Podłużne, rzekę Zamczysko, Kostopol, Tuczyn, Choszcze, Słabucice, Szepietówkę. Korpus kawalerii dowodzony przez generała lejtenanta Baranowa, który wyzwolił Sarny i najdalej wysunął się na zachód, zdobywając wspólnie z partyzantami Fiodorowa Rafałówkę, po kilku dniach dla wyrównania linii frontu, cofnął się za Horyń. 22 stycznia sztab zgrupowania otrzymał ze sztabu 13 Armii wiadomość, że natarcie na Równe zostało wstrzymane. W jednej chwili wszystkie tak skrupulatnie przygotowane plany wzięły w łeb. Ponadto ta nagła zmiana miała wkrótce pociągnąć za sobą groźne następstwa dla zgrupowania partyzanckiego, znajdującego się na bezpośrednich tyłach walczącej armii niemieckiej. Niemcy dość szybko zorientowali się w zamiarach partyzantów, którzy siedzieli im na karku, a ściślej mówiąc zajęli pozycję w szykach niemieckiego frontu, jak gdyby byli jednym z odwodów Wehrmachtu. Nic więc dziwnego, że Niemcy po zorientowaniu się, iż ofensywa Armii Radzieckiej została na pewien czas wstrzymana, postanowili jak najszybciej zlikwidować tego przeciwnika, który w najbliższej

przyszłości mógł odegrać niepoślednią rolę podczas operacji równieńskiej, zadając wojskom niemieckim ciosy od tyłu. Korzystając z dogodnej sytuacji sztab niemieckiej Grupy Armii „Północna Ukraina” wydał rozkaz dywizjom odwodowym, zgrupowanym w rejonie Kołki, Czartorysk, Ołyka, Deraźnie, Cumań, zniszczenia partyzantów w lasach cumańskich. Nietrudno było ustalić obecność tak wielkiego zgrupowania partyzantów, które rozciągnęło się na przestrzeni kilkunastu kilometrów w lasach na północ od Cumania i Deraźnego. Śmiałe ataki na Cumań, Deraźne i inne miasta położone na linii Równe-Kostopol ujawniły wrogowi grożące mu niebezpieczeństwo. Wywiad partyzancki nie sięgał do sztabów jednostek frontowych. Zresztą w nowym rejonie, w nowej zupełnie sytuacji, nie byliśmy jeszcze w stanie zorganizować odpowiedniej sieci wywiadu i dlatego też sztab partyzancki nie znał z początku niemieckich zamiarów. Dopomógł nam wtedy szczęśliwy zbieg okoliczności. Pewnego dnia działająca pod Deraźnem grupa partyzantów z oddziału Sankowa zaatakowała na szosie samochód ciężarowy. W wyniku akcji zabito siedmiu żołnierzy niemieckich. Dwóch Niemców oberleutnant i kierowca - dostało się do niewoli. Oficer niemiecki miał przy sobie szereg dokumentów bojowych: rozkazów i meldunków oraz mapę. Po przestudiowaniu ich okazało się, że Niemcy planują operację bojową na partyzantów. Zeznanie oficera potwierdziło te dane. Stwierdził on ponadto, że dowództwo Wehrmachtu wyznaczyło do tej operacji trzy dywizje piechoty, dwa pułki czołgów oraz dwa pułki kawalerii, jak również kilka eskadr samolotów szturmowych i lekkich bombowców. Już następnego dnia na lasy cumańskie spadły niemieckie samoloty. Sztab zgrupowania rozkazał wszystkim oddziałom rozczłonkować się na większym terenie i nieustannie zmieniać miejsce postoju. Partyzancki zwiad donosił, że poszczególne niewielkie grupy rozpoznawcze wojsk niemieckich wyruszają ze swoich rejonów stacjonowania zmierzając w lasy cumańskie. * Już trzecią dobę z rzędu brygada Frunzego znajdowała się w ciągłym ruchu. Niemieckie bombowce, napływając falami po sześć do osiemnastu sztuk, krążyły wciąż nad lasami i wzdłuż dróg, atakując kolumny maszerujących partyzantów lub ich tabory. Niemieccy lotnicy mieli ułatwione zadanie, bowiem lasy cumańskie porośnięte były głównie drzewami liściastymi, które o tej porze roku nie stanowiły niemal żadnej osłony przed obserwacją z góry. Zdarzało się więc bardzo często, że bomby niemieckie wyrządzały poszczególnym oddziałom dotkliwe szkody. W jednej tylko brygadzie Kirowa już drugiego dnia akcji niemieccy lotnicy zabili ponad dwudziestu partyzantów, przy czym rannych było około czterdziestu. Niemcy zastosowali specjalną metodę bombardowania. Mianowicie z samolotu wyrzucali dużej objętości metalowe skrzynie o kształcie normalnej bomby, zawierające w swoim wnętrzu około stu małych bombek z zapalnikiem o działaniu natychmiastowym. Bombaskrzynia po opuszczeniu samolotu otwierała się, wysypując bombki, które spadały na dość dużej przestrzeni. Brygada Frunzego zatrzymała się na postoju we wsi Dermanka, opuszczonej przez ludność, która schroniła się przed banderowcami w Przebrażu. Partyzanci byli kompletnie wyczerpani trzydniowym marszem, głodni i zmarznięci. Trzeba tu wspomnieć, że tegoroczna zima sprawiła nam niespodziankę, bo w drugiej połowie stycznia zrobiła się odwilż i śnieg zniknął z pól, padały natomiast deszcze ze

śniegiem, co spowodowało całą masę komplikacji. W tych warunkach nasze sanie partyzanckie nie spełniały swojej roli, trzeba było pozostawić je w lasach, a zaopatrzenie dźwigać na plecach. Ludzie nagminnie chorowali na grypę, pojawił się znów tyfus. Wszystko to, jak również odłożenie ofensywy na nieograniczony czas, spowodowało wiele zadrażnień i psychiczne załamanie się części ludzi. W Dermance, małej polskiej kolonii, partyzanci zajęli kwatery w kilkunastu chatach i stodołach. Część pozostała na dworze rozpalając ogniska i szykując się do gotowania gorącej strawy. Właśnie wybrałem się wraz ze swoim szefem sztabu kapitanem Worobiewem konno, by rozstawić ubezpieczenia i warty wokół kolonii, gdy na niebie od strony Łucka spostrzegłem dwa maleńkie punkciki, które w miarę upływu sekund rosły, aż wreszcie przybrały kształty samolotów rozpoznawczych „Rama”. Zatrzymałem się. „Ramy” zaczęły krążyć nad kolonią. Widocznie ich załogi zauważyły ruch wokół kilkunastu chat i zabudowań, płonące ogniska i dymy z kominów, gdyż nie poleciały dalej, lecz po krótkim czasie zawróciły. Rzuciłem się momentalnie z powrotem wołając: - Alarm!!! Partyzanci naturalnie też widzieli samoloty, lecz zmęczeni i obojętni na wszystko nie reagowali już na charakterystyczne dźwięki, mój rozkaz o alarmie przyjmując z niechęcią. By zmusić wszystkich do opuszczenia chat i stodół, musiałem najbardziej opornych wypędzać kijem. W pół godziny później cała brygada opuściła Dermankę i ukryła się w pobliskim gęstym zagajniku, rosnącym w odległości siedmiuset metrów od kolonii. Ten sosnowy zagajnik wyrósł tu chyba specjalnie dla nas, bowiem już wkrótce nad Dermanką ukazały się niemieckie bombowce. Pierwsza fala liczyła sześć sztuk. Jak zgłodniałe wilki na owce rzucili się Niemcy na ten niewielki skrawek polany, ukrytej wśród lasów, liczącej kilkanaście hektarów, zabudowanej małymi chatkami. Dymy z kominów i nie ugaszone ogniska wystarczały za dowód, że w kolonii znajdują się nadal partyzanci. Zresztą niemieccy lotnicy nie zastanawiali się głębiej nad przyczynami zupełnego bezruchu we wsi, niewiele ich to interesowało. Kazano im zrównać z ziemią ten niewielki obszar, a nie sprawdzać, czy są tam partyzanci. Na drodze wiejskiej stało kilkanaście furmanek z taboru brygady, których nie można było zabrać z braku czasu, wyprzęgnięto jedynie konie. Te tabory stały się obecnie głównym obiektem ataku niemieckich bombowców; zrzucono na nie kilkaset bomb i bombek, strzelano do nich z broni pokładowej. W Dermance rozpoczęło się istne piekło. Bombowce napływały nieustannie, na podobieństwo fal morskich, niosąc ze sobą potworne zniszczenie. Po dwóch godzinach bombardowania znikły z powierzchni wszystkie budynki, po następnych dwóch ziemia wyglądała jak jakiś dogorywający wulkan. Nie było już wtedy wśród partyzantów ani jednego, który by z przerażeniem nie myślał, co by się z nim stało, gdyby pozostał w Dermance. Po południu bombardowanie ucichło, a z Przebraża przyjechało kilku zwiadowców z trzema furmankami pełnymi żywności, chleba, mięsa, słoniny, i beczką bimbru. Nasi przyjaciele z samoobrony nie zapominali o nas. Rozkazałem podzielić żywność i wódkę wśród partyzantów. Chłopcy już zaczęli rozpalać ogniska, gdy nagle powietrze zadrgało od zbliżającej się nowej fali bombowców. Tym razem nikogo nie trzeba było popędzać. Wszyscy rzucili się momentalnie do gaszenia ognisk.

Co za szczęście, że nie wydałem jeszcze rozkazu opuszczenia zagajnika! Nad nie istniejącą już Dermanką rozpętało się nowe piekło, które trwało równo godzinę. Zapadał już zmrok, gdy wreszcie Niemcy, upojeni „zwycięstwem”, odlecieli ostatecznie do swych baz lotniczych... Tę noc i następny dzień spędziliśmy w gościnnym zagajniku. * Wkrótce potem generał Begma zarządził odprawę dowódców, na której omówił sytuację na froncie i nasze trudne położenie. W związku z przedsięwziętą przez Niemców obławą wysunął trzy propozycje na najbliższy czas. W pierwszej sugerował przerwanie się przez linię frontu na wschód, w drugiej - wycofanie się na zachód na głębsze tyły niemieckiej armii, w trzeciej - wyjście na północ w rejon Rafałówki, gdzie front był jeszcze niezupełnie ustalony, w celu połączenia się z jednostkami korpusu kawalerii generała Baranowa. Najbardziej realna wydawała się trzecia propozycja; wszyscy dowódcy poparli ją, a Begma zaakceptował. Postanowiono niezwłocznie przystąpić do wykonania tego zadania. Generał Begma zdecydował się zmniejszyć tabory poszczególnych oddziałów i brygad do minimum, skierować w pierwszej kolejności w rejon opanowany przez kawalerię radziecką ciężko rannych partyzantów pod ochroną oddziału złożonego z trzystu ludzi. Z kolei należało wydzielić silne grupy dywersantów minierów, które pozostałyby na miejscu, prowadząc swą akcję na linii kolejowej Równe-Kiwerce oraz na szosach i drogach. Brygady i oddziały otrzymały zadanie samodzielnego działania zmierzającego do przebicia się przez szyki maszerujących z północy i północnego wschodu wojsk niemieckich. Wszystkie brygady i oddziały miały skoncentrować się pod Rafałówką, tam silnym atakiem rozbić Niemców i w ten sposób otworzyć sobie drogę do wojsk radzieckich.

Na północ
Brygada Frunzego otrzymała zadanie maszerowania na prawym skrzydle zgrupowania, w ogólnym kierunku na Silno, Bereściany, Lipno, Wilcze, Huta Stepańska, kolonia Wyrobki, Police, Rafałówka. Miała działać samodzielnie, niedużymi oddziałami, stosując szereg manewrów i partyzanckich chwytów dla wprowadzenia nieprzyjaciela w błąd i przedarcia się za wszelką cenę do Rafałówki. Na północ od Cumania i Deraźna rozciągały się olbrzymie tereny pokryte zwartymi lasami, które przed wojną należały bądź do Ordynacji Radziwiłłowskiej, bądź do hr. Jezierskiego. Zespół tych lasów zajmował obszar ponad stu tysięcy hektarów, a cały ogromny teren niemal kompletnie pozbawiony był dróg. Dalej na północ system dróg również był słabo rozwinięty. Rozrzucone tu poszczególne osady, kolonie i małe wioski, położone wśród leśnych polan, łączyły się ze sobą wąskimi traktami i ścieżkami, nadającymi się jedynie do użytku dla chłopskich furmanek i pieszych. Dwie główne drogi zmierzające z północy na południe biegły w odległości czterdziestu kilometrów od siebie: jedna ze Stepania do Deraźna, druga z Kołek i Czartoryska do Cumania i Ołyki. Niemcy, którzy w sile dwóch dywizji piechoty i dwóch pułków kawalerii wyruszali z kierunków KołkiCzartorysk i Stepań, otrzymali rozkaz zepchnięcia partyzantów z lasów cumańskich na południe, poza linię kolejową Kowel-Równe, na tereny zupełnie odkryte, gdzie w pobliżu Klewania oczekiwała dywizja pancerna, mająca dopełnić dzieła zupełnego zniszczenia partyzantów.

Sztab niemieckiego korpusu odwodowego zdecydował maszerować kilkoma równoległymi drogami ze Stepania do Deraźna i na Klewań oraz z Kołek i Czartoryska na Cumań i Ołykę, wysłać na boczne leśne trakty poszczególne bataliony i kompanie ubezpieczone zwiadem oraz zaopatrzone w lekką artylerię i moździerze, które miały szukać kontaktu z nieprzyjacielem. Manewrować należało w ten sposób, by zachować maksimum swoich sił, zmusić partyzantów do wyjścia na południe. * W nocy 23 stycznia brygada Frunzego, podzielona na oddziały i grupy miniersko-bojowe, wyszła na drogę wiodącą z kolonii Dermanka na Silno i Bereściany. Z lewa posuwała się brygada Kirowa. Zanim jeszcze udano się w drogę, do poszczególnych oddziałów i grup poprzydzielam zostali przewodnicy z Przebraża. Byli to w większości miejscowi drwale, którzy od lat pracowali przy wyrębie pańskich lasów, a wśród nich również doświadczeni myśliwi-kłusownicy, którzy niemal od dzieciństwa buszowali po magnackich puszczach za zwierzyną. Ludzie ci, doskonale znając tutejsze tereny, mieli wskazywać drogi ukryte przed okiem wroga. Przodem, w odległości około dwudziestu kilometrów od sił głównych, posuwały się wydzielone grupy rozpoznawcze. Zwiad ogólny brygady był w rękach dowódcy sotni „Własowców”, Burlenki. Ponadto każdy dowódca oddziału obowiązany był prowadzić zwiad na własną rękę oraz wysyłać grupy dywersyjno-minierskie. Przed świtem, po całonocnym marszu w kierunku północno-wschodnim, brygada wyszła w rejon lasów na północ od wsi Bereściany, gdzie stanęła na odpoczynek. Poszczególne oddziały stacjonowały w odległości 1-2 km od siebie. Sztab brygady był z dala od sił głównych. Na lewo znajdowała się brygada Kirowa, a jeszcze dalej oddziały Sankowa i inne. W tym samym czasie grupy zwiadowcze i dywersyjne brygady osiągnęły wsie: Huta Mydzka, Wyszka, Osowa. Najdalej na północ wysunęła się grupa zwiadowcza dowodzona przez Burlenkę. Wychodząc ze wsi Wyszka, zwiadowcy natrafili na kolumnę pięciu samochodów i dziesięciu motocykli niemieckich. Wywiązała się krótka walka, podczas której Niemcy szybko cofnęli się z powrotem na północny zachód. Niezwłocznie po tym incydencie Burlenko skierował do sztabu meldunek o zbliżaniu się Niemców. Niebawem również i zwiadowcy z oddziału Chwiszczuka pod dowództwem Nakoniecznego, znajdujący się na prawo od zwiadowców Burlenki, napotkali w pobliżu wsi Huta Mydzka kompanię niemieckich zwiadowców. Niemcy zajęli stanowiska obronne we wsi, skąd zaczęli ostrzeliwać partyzantów z broni maszynowej i kilku moździerzy. Z pomocą pospieszył im maszerujący w odległości pięciu kilometrów batalion zmotoryzowanej piechoty Wehrmachtu. Strzelanina w Hucie Mydzkiej zwróciła uwagę Burlenki, który postanowił pomóc walczącym partyzantom odcinając Niemców od północy. Zwiadowcy Burlenki, przeważnie dońscy Kozacy, byli mistrzami konnej jazdy. Przestrzeń wynoszącą około pięciu kilometrów pokonali w rekordowym tempie kilkunastu minut. Na spienionych koniach dopadli drogi biegnącej z północy do Huty Mydzkiej; przed nimi leżała kilometrowej szerokości wolna przestrzeń. Burlenko, z czupryną wysuwającą się spod zawadiacko na bok wciśniętej kubanki, podobny był do orła szykującego się do uderzenia na upatrzoną ofiarę. Jego czarne oczy błyszczały, zmarszczone czoło świadczyło o niezwykłym skupieniu i napięciu. Zeskoczył z konia i ręką dał rozkaz swoim podwładnym do spieszenia się. Wykonali polecenie sprawnie i cicho.

Bitwa z przeciwnej strony Huty Mydzkiej toczyła się nadal. Z tego miejsca, ze skraju lasu, widać było sylwetki poszczególnych Niemców, odwróconych tyłem do zwiadowców. Należało nie zwlekać, podkraść się i otworzyć do nich ogień. Już, już Burlenko miał zamiar rozwinąć swoich ludzi w tyralierę i rzucić rozkaz do ataku, gdy na drodze od północy pojawiły się samochody z głównymi siłami Niemców. - Cofnąć się! - zawołał Burlenko. Ukryci wśród pni drzew i krzaków zwiadowcy patrzyli teraz na zbliżające się posiłki. Niemców było dużo, co najmniej ze trzydzieści samochodów. Mieli ze sobą artylerię i tabory. Pierwszą myślą Burlenki było otworzyć ogień do maszerującej kolumny, ale oto Niemcy zatrzymują się przed wsią i sprawnie zeskakują z wozów. Za chwilę rozwiną się w tyralierę i zbliżą do wsi - myśli Burlenko. Nakonieczny oczywiście nie przyjmie walki z tak dużymi siłami wroga i wycofa się na południe, a wówczas Niemcy, upojeni łatwym sukcesem, posuną się szybko za nim. Ale przecież dowódca brygady rozkazał za wszelką cenę opóźniać marsz wroga. Trzeba więc zaczekać, aż rozwiną się do ataku i ruszą do przodu, aby dopiero wówczas uderzyć na nich z boku. Rzeczywiście kompanie niemieckie sprawnie poczęły się rozwijać wzdłuż drogi, z tyłu na wysuniętym wzgórku okopywała się bateria artylerii. Upłynęło jeszcze kilka minut, zanim kapitan Burlenko zdecydował się na wydanie rozkazu do otwarcia ognia. Posypały się strzały z automatów i dwóch erkaemów. Niemcy, zaskoczeni ogniem z prawego skrzydła, poczęli łamać szyki tyraliery; ten i ów żołnierz szukał ukrycia w zagłębieniach terenu, za pniami stojących na polu pojedynczych drzew, wśród miedz. Powoli poszczególni dowódcy niemieccy zaczęli zmieniać kierunek ataku z południa na zachód, ściągając plutony i kompanie. Wykonywanie tych manewrów na odkrytym terenie nie było wcale rzeczą prostą. Kule partyzantów skutecznie przykuwały do ziemi podrywających się do biegu żołnierzy. Po kwadransie Niemcy zdołali uszykować tyralierę do ataku i z odległości dwustu metrów rzucili się do przodu, wspierani ogniem broni maszynowej i baterii lekkich dział oraz kilku moździerzy. Pociski padały jednak daleko w głąb lasu i Niemcy, nie mogąc wytrzymać morderczego ognia partyzanckich automatów, zalegli o sto metrów przed ścianą lasu. Czekali, aż ich artyleria lepiej wstrzela się w stanowiska partyzantów. Ale trwało to dość długo i wreszcie Burlenko, wyczekawszy odpowiedniego momentu, dał rozkaz wsiadania na koń. W parę minut później zwiadowcy byli już w głębi lasu. W starciu zginęło trzech ludzi Burlenki, siedmiu zaś było lekko i ciężko rannych. Niemcy ponieśli co najmniej dziesięciokrotnie większe straty. * Tymczasem grupa zwiadowczo-dywersyjna Nakoniecznego, naciskana od północy przez kompanię niemiecką, wycofała się na południe. Jednocześnie minierzy założyli na drodze do Wilcza pięć min, w odległości dziesięciu metrów jedna od drugiej. Do zapalnika jednej z min był przymocowany sznur, za pomocą którego powodowano wybuch. Wszystkie miny łączyły się ze sobą sznurem Bickforda. Wystarczyło pociągnąć za główny sznurek, by nastąpił wybuch wszystkich min jednocześnie.

Na stanowisku, ukryty wśród zwartych świerkowych krzewów, leżał Nakonieczny, tuż przy nim przywarła do ziemi Frośka, partyzantka-zwiadowca. Jej duże, czarne oczy patrzyły w napięciu na starego Nakoniecznego, który nie odrywał wzroku od drogi. - Ojcze! - powiedziała szeptem. - Pozwólcie mnie... Nakonieczny odwrócił głowę. Na twarzy jego widać było grymas niechęci. - Siedź cicho, głupia, bo przepędzę... Żałował, że zatrzymał przy sobie dziewczynę. Uparła się, że musi zostać i zobaczyć, jak Niemcy będą wylatywać na minach. Diabeł nie dziewczyna! - myślał.-Wszędzie się pcha, gdzie najgorsze niebezpieczeństwo. Nie pozwolę! Kiedy spojrzał na Frośkę po chwili, zobaczył, że ma w oczach łzy. Żal go chwycił. Nie wyobrażał sobie, że ta wielka, koścista dziewczyna może płakać z byle powodu. Przecież nie była podobna do innych kobiet; starała się za wszelką cenę upodobnić do chłopca. Od chwili przyjścia do oddziału wzięła broń do ręki i chodziła na zadania dywersyjno-zwiadowcze. Partyzanci z początku niechętnie odnosili się do niej, ale przekonali się rychło, że Frośka jest doskonałym partyzantem: wytrwała i silna, dobrze jeździła konno i wspaniale strzelała z różnych typów broni ręcznej. Nigdy nie uskarżała się na trudy życia partyzanckiego, wszędzie była pierwsza. Stary Nakonieczny skrycie darzył ją niemal ojcowską miłością. Miał syna, który również był w oddziale i nigdy jeszcze nie przyniósł staremu wstydu. Ale Frośka swoją brawurową odwagą potrafiła zadziwić wszystkich. Nieraz Nakonieczny zmuszony był powstrzymywać ją i karcić za lekkomyślne narażanie życia. Pilnował jej na każdym kroku. Kiedy dziewczyna odwróciła twarz chcąc ukryć łzy, stary rzekł: - Głupia... Na zakręcie drogi ukazało się pięciu Niemców, szli ostrożnie, rozglądając się na wszystkie strony z widocznym strachem. Oczy Nakoniecznego zalśniły. Niemcy posuwali się całą szerokością drogi. Frośka otarła policzki ręką i utkwiła wzrok w Niemcach. Wyglądała teraz jak dzika wilczyca. Jej duże, niemal męskie, czerwone ręce kurczowo zacisnęły się na kolbie i magazynku automatu. Z jakąż radością puściłaby serię. Niemcy weszli już na drogę, gdzie założone zostały miny. Nakonieczny jak gdyby zamarł w napięciu. Serce stanęło mu w gardle, wzrok miał wciąż utkwiony w zakręt drogi, skąd dobiegały pojedyncze głosy. Szperacze niemieccy minęli niebezpieczny odcinek i posunęli się dalej. Na zakręcie tymczasem ukazała się grupa piętnastu żołnierzy. Szli gęsiego, paru posuwało się po bokach drogi. Nakonieczny i tę grupę przepuścił. Upłynęły jeszcze dwie minuty i na drodze ukazała się zwarta kolumna maszerujących Niemców. Było ich chyba z osiemdziesięciu. Szli trójkami, szybkim, forsownym marszem. Na samym końcu jechało sześć ciężarowych samochodów. Nakonieczny patrzył uparcie na zgiętą karłowatą brzózkę, rosnącą tuż przy drodze. Kiedy czoło kolumny znalazło się na wysokości drzewka, mocno szarpnął za sznurek. Potężny huk targnął powietrzem. Jednocześnie na drodze zakłębiło się; wylatywały w powietrze słupy ognia, ziemi i ciała Niemców. Wszystko to trwało zaledwie sekundę. Nakonieczny i Frośka zdołali

zaobserwować wynik wybuchu min. Na drodze postrzępionej wyrwami leżała cała kompania. Ze trzydziestu ocalałych żołnierzy ratowało się paniczną ucieczką. Wówczas Nakonieczny podniósł się z ziemi i ciągnąc dziewczynę za rękę pobiegł z nią w głąb lasu... Tego dnia po południu Niemcy zatrzymali się na linii Maciejki - Osowa - Huta Mydzka - Mydzk. W pobliżu wsi Maciejki stoczyli trzygodzinną walkę z oddziałem brygady Kirowa. Pod Osową zaś, gdzie działała zwiadowczo-minierska grupa Anatola Żuka, młodego partyzanta z naszej brygady, faszyści również wpadli na miny. Żuk wysadził kolumnę samochodów, zabijając około trzydziestu żołnierzy i niszcząc pięć samochodów. Wieczorem bataliony i kompanie Wehrmachtu, maszerujące w pierwszym rzucie, stanęły na biwakach paląc ogniska i wystrzeliwując w górę rakiety. Nastała ciemna, bezgwiezdna noc. Padał drobny deszcz ze śniegiem. Było zimno i mroczno. Niemieccy żołnierze kryli się pod osłoną płacht namiotowych lub skupiali się tuż przy ogniskach, które jednak wciąż gasły i dymiły. W tym samym czasie dywersanci poczęli skradać się ku północy, zbliżając się do niemieckich biwaków. Kilka grup przedostało się na tyły Niemców. Marko Nakonieczny, który po „wysadzeniu” niemieckiej kompanii wrócił wraz z Frośką do swojej grupy, spędził resztę dnia we wsi Wilcze, skąd wysłał do brygady meldunek o wykonanej akcji. Otrzymał wówczas ode mnie rozkaz przejścia na niemieckie tyły. Po krótkiej naradzie ze swoimi partyzantami wybrał rejon przejścia nieprzyjaciela przez bagniska Uroczyska Kroton. Przydzielony mu za przewodnika Tadek Chłopecki, młody i odważny przebrażak, znał dobrze bagnisko i najdogodniejsze przejście przez moczary. Kiedy zapadł mrok, grupa wyruszyła. Partyzanci trzęśli się z zimna, byli zmęczeni i głodni. Od wielu dni, odkąd rozpoczęły się bombardowania, nie mieli chwili spoczynku, nie jedli też gorącej strawy. I teraz, brodząc w przemoczonych butach po bagnistej galarecie, grzęznąc po kolana w lodowatym mule, zaciskali zęby. Bagno było szerokie, ciągnęło się około półtora kilometra. Na szczęście Niemcy nie bronili do niego dostępu; zapewne nawet nie przypuszczali, że partyzanci zechcą się tutaj przeprawiać. Tylko raz jeden podczas przeprawiania się przez moczary rozbłysła biała rakieta. Wówczas chłopcy pokładli się w błocie. Kiedy po dwóch godzinach minęli przeszkodę i wyszli poza linię niemieckich czat, byli od stóp do głów oblepieni błotem. Niedaleko spalonej kolonii Ożgów partyzanci ujrzeli duże płonące ognisko, a w jego blasku dwie kuchnie połowę, wokół których kręciło się trzech Niemców. Gotowano posiłek. W brzuchach zgłodniałych ludzi „kiszki zagrały marsza”. Nie mogli iść dalej. Zatrzymali się i jak urzeczeni wpatrywali w kotły. Nakonieczny szarpał ich za rękawy, poły płaszczy i kurtek, pragnąc zmusić do dalszej drogi. Bezskutecznie. Pierwsza Frośka posunęła się w stronę kuchni. Schyliła się i jak kot popełzła do ogniska. Tuż za nią ruszył Berek Pułkownik. Trzech partyzantów skierowało się na lewo, trzech innych poszło z prawej strony. Przy Nakoniecznym zostało zaledwie czterech ludzi. Upłynęło pięć minut i stary zobaczył majaczące w świetle sylwetki. Dostrzegł Frośkę, jak rzuca się z tyłu na Niemca, stojącego z warząchwią przy kotle. Ściśnięty za gardło zwalił się na ziemię, podczas gdy inni partyzanci zmagali się z pozostałymi dwoma żołnierzami.

Po chwili dał się słyszeć cichy gwizd i Marko ruszył do dymiących kotłów, z których pachniała grochówka i kawa. Partyzanci grzebią warząchwią w kotle z zupą, wyciągają pospiesznie kawały mięsa i jedzą. Frośka śmieje się, podaje staremu menażkę i mówi: - Co za wspaniała uczta! Jedzcie, ojczulku, specjalnie dla was ugotowałam tę smaczną zupkę. Marko rozgląda się na boki. Trupy trzech żołnierzy leżą tuż przy kuchni. Czuje obrzydzenie do tej smakowitej grochówki pachnącej wędzonym boczkiem. Frośka pcha sobie w usta kawały mięsa. Marko stara się nie myśleć o leżących obok Niemcach i też wyciąga zza cholewy drewnianą łyżkę. Z kieszeni dobywa chustkę, wyciera łyżkę z błota, po czym zaczyna jeść. Kawałki mięsa pcha jednak do kieszeni. Tymczasem z odległości kilkudziesięciu metrów dobiega szmer rozmowy i brzęk menażek. Idzie grupa żołnierzy. Zajęci jedzeniem partyzanci spostrzegają Niemców dopiero wtedy, gdy ci znajdują się o kilkanaście kroków. Chłopcy chwytają za automaty i walą seriami do żołnierzy, którzy zawracają i uciekają w popłochu, głośno krzycząc. W górę wystrzelają rakiety. Słychać głosy biegnących w stronę kuchni Niemców. Marko nakazuje odwrót. Berek i dwóch innych partyzantów zostają dla osłony wycofujących się. Do ostatniej chwili nie mogą oderwać się od kotłów. Niemcy zaczynają do nich strzelać. Berek czuje piekący ból w prawej dłoni, a jednocześnie ogarnia go zwierzęca niemal wściekłość. Wyrywa granat zza pasa. Niemcy są już o dziesięć kroków od niego. Waha się przez moment. Dwaj jego towarzysze cofnęli się w ślad za grupą. Berek czeka kryjąc się za kotłem. Wreszcie, odskoczywszy kilka kroków:, wyrywa zawleczkę i rzuca granat. Wybuch. Leżąc na ziemi, za drzewem, widzi następne podbiegające do kotła postacie. Zamach, i granat wpada prosto w kocioł z grochówką. Berek podrywa się, pędzi do lasu i tam kryje się za pień. Słyszy drugi wybuch. Kuchnia rozlatuje się, pooblewani wrzątkiem Niemcy wrzeszczą wniebogłosy. Berek Pułkownik, klucząc między drzewami, biegnie do swoich. Nie czuje bólu w zranionej dłoni. Rozpiera go radość. Koło południa grupa Nakoniecznego podeszła pod wieś Omelanka. Wysłani na zwiad Frośka i Chłopecki przynieśli wiadomość, że we wsi stacjonuje kolumna niemiecka w sile batalionu. Stwierdzono, że kierowcy wyciągają z podwórek i zagród samochody i ustawiają je na drodze w kolumnie. Nie było więc wątpliwości, że Niemcy wkrótce wyruszą w drogę. Nie tracąc czasu Marko rozkazał chłopcom zakładać miny. Po upływie dwudziestu minut robota była skończona. Tym razem cztery miny znajdowały się w odległości dwudziestu metrów jedna od drugiej. Ledwie skończono pracę, zawarczały z daleka motory; szum silników rósł z każdą chwilą. Niemcy jechali na kilkunastu samochodach, ciągnąc cztery polowę działa. Gdy pierwsze dwa samochody już minęły niebezpieczną strefę, a trzeci zrównał się z punktem orientacyjnym, chłopcy szarpnęli jednocześnie za sznurki... Partyzanci poczęli się wycofywać na zachód, ale niebawem natknęli się na inny oddział niemiecki, który zaalarmowany wybuchem z tej strony spieszył swoim z pomocą. W ten sposób partyzanci zostali wciśnięci z dwóch stron w sosnowy zagajnik, gęsto ostrzeliwany przez spiesznie podciągniętą nieprzyjacielską artylerię. Garstka ludzi broniła się przez kilka godzin. Padło czterech partyzantów, pięciu odniosło rany. Wreszcie o pierwszym zmroku pozostali przy życiu i ranni, a wśród nich Frośka i Marko, pojedynczo wydostali się z okrążenia.

* Przez dwie następne doby Niemcy posunęli się do przodu zaledwie o dziesięć kilometrów. Dowództwo Wehrmachtu, nie mogąc początkowo zorientować się w sytuacji, rzucało kompanie i bataliony w każdym kierunku, skądkolwiek rozlegały się strzały, przez co powstał nieopisany bałagan, szczególnie między szykami pierwszych i drugich rzutów, tam gdzie działały grupy dywersyjno-minierskie. Czwartego dnia obławy Niemcy zorientowali się, że na ich tyłach znajdują się tylko pojedyncze, małe grupki partyzantów, a główne siły zgrupowane są nadal na południu. Wobec tego zaczęli kontynuować swój marsz czesząc lasy. Ale żołnierze niechętnie wypełniali rozkazy swoich dowódców; słysząc wybuchy i strzelaninę ze wszystkich stron, myśleli już tylko o tym, by nie ryzykować życia. Nie rozumieli, po co się ich pcha w te nieprzebyte lasy, w których ze wszystkich stron czaiło się niebezpieczeństwo. Nic więc dziwnego, że wojsko omijało wszelkie gąszcze; żołnierze przechodzili rzadkimi lasami bądź ścieżkami leśnymi, trzymając się „kupy”. W tej sytuacji nietrudno było ukryć się w gąszczach i przeczekać, aż Niemcy przejdą do przodu. Czwartego dnia do południa niemal cała brygada Frunzego znalazła się poza niemieckimi szykami. Przed Niemcami pozostał jedynie partyzancki szpital z pięćdziesiątką rannych, tabor i niewielka ochrona złożona z trzydziestu ludzi, wszystko ukryte w największych gęstwinach leśnych, w pobliżu gajówki Lipno. Szpital i tabor miały pozostać w zagajniku do momentu, aż wróg przesunie się na południe i wyminie ich. Dla zachowania idealnej ciszy wszystkie konie zaprzężone do furmanek miały łańcuchy okręcone szmatami, a przy pyskach końskich stale czuwali woźnice, by zwierzęta rżeniem nie zdradziły miejsca ukrycia. Gdy już Niemcy, jak przewidywano, wyminęli zagajnik, szpital i tabory posunęły się do przodu w naznaczony rejon zbiórki brygady, dwa kilometry na wschód od wsi Wilcze. Tu zebrały się wszystkie oddziały brygady. * Było już dobrze po południu. Zmordowani, straszliwie wygłodzeni ludzie leżeli pokotem na ziemi. Ale już pierwsze chwile upragnionego odpoczynku zostały przerwane odgłosami silnej strzelaniny, dochodzącej nieco ze wschodu, gdzie czuwało jedno z ubezpieczeń brygady. Przybyły niebawem do sztabu łącznik doniósł, że Niemcy idą prosto na obóz partyzancki. Niełatwo było postawić na nogi utrudzonych partyzantów. Wreszcie skierowałem na niebezpieczną linię oddział Chwiszczuka, który miał powstrzymać wroga i umożliwić odejście brygady, a szczególnie szpitala i taborów, dalej na północny zachód. W tym samym jednak czasie również z innych kierunków, od południa i od zachodu, zaalarmowani zostaliśmy odgłosami walki. Okazało się, że Niemcy otaczali nas półkolem zamierzając wcisnąć brygadę na bagniska ciągnące się na północ. Na szczęście zbliżał się już wieczór i liczyłem, że pod osłoną mroku i manewrów oddziałów bojowych uda mi się wyjść z pułapki. Niemcy jak gdyby przewidzieli nasz zamiar, nacierali bowiem dużymi siłami na skrzydła, zamykając nam drogi wyjścia z niebezpiecznego rejonu. Metr po metrze spychali ubezpieczenia, strzelając gęsto z moździerzy i broni maszynowej.

Z nastaniem mroku wróg stał już wokół brygady zwartym półkolem, złożonym z kilku linii. Oddziały bojowe toczyły zaciętą walkę, która trwała aż do godziny ósmej Wieczorem. Dopiero wtedy Niemcy zaniechali dalszych ataków, poprzestając jedynie na ostrzeliwaniu naszych pozycji. Byliśmy przyparci do obszaru głębokich bagnisk, bez jakiejkolwiek nadziei na wydostanie się stąd, siły wroga liczyły bowiem w tym rejonie co najmniej dwa tysiące żołnierzy, piechoty, kawalerii i artylerii. Niemcy czekali na nadejście świtu, by zakończyć operację przeciwko brygadzie. Przez radiostację nawiązałem łączność ze sztabem zgrupowania, który znajdował się wówczas w rejonie wsi Tchory, około dziesięciu kilometrów na zachód od brygady. Na moją prośbę o udzielenie brygadzie pomocy generał Begma oświadczył, że nie jest w stanie nic uczynić, bowiem inne oddziały zgrupowania toczą z Niemcami zacięte boje. W szczególnie ciężkiej sytuacji znalazła się brygada Kirowa, która nie przedarła się jeszcze na północ i walczyła z przeważającymi siłami wroga w rejonie wsi Maciejki. Nie lepiej przedstawiała się sytuacja na wschód od nas w rejonie wsi Stydzyń i Mydzk, gdzie walczyły oddziały Sankowa. Tylko część oddziałów przedarła się na północ, tracąc kontakt z głównymi siłami. Generał Begma polecił szukać przejścia przez bagna i starać się do świtu wymknąć z okrążenia. Ogarnął mnie ogromny niepokój o losy całej brygady. Bagno, jakie się przed nami otwierało od północy, było długie na jakieś dwa kilometry i około pięciuset metrów szerokie. Żaden z przewodników nie znał dogodnego przejścia. Wzywam dowódców i radzimy. - Jest jedno wyjście - mówi Burlenko. - Rozproszyć się na małe grupki i próbować przejść na zachód. - A tabor i szpital? - pytam. Burlenko milczy. - Furmanki można zostawić - podchwytuje któryś z dowódców kompanii. - Lżej ranni pójdą o własnych siłach, a reszta będzie musiała pozostać. - Ta reszta to czterdziestu ciężko rannych - odpowiada doktor Ratniewski.-Wszyscy lżej ranni już wzięli broń i wrócili do swoich kompanii. Bylibyśmy bez sumienia, gdybyśmy zostawili swoich ciężko rannych towarzyszy na pastwę faszystów. - To w ogóle nie wchodzi w rachubę - rzekłem. - Nie zostawimy tu ani jednego naszego człowieka. Albo wyjdziemy z tej pułapki wszyscy, albo zginiemy. - Słusznie - poparł mnie Chwiszczuk. - Ale czy w ogóle mamy jakieś wyjście? Nastała cisza, przerywana jedynie terkotem karabinów maszynowych i pojedynczymi strzałami z odległości półtora kilometra. - Ile mamy w obozie ludzi, nie licząc rannych? - spytałem szefa sztabu kapitana Worobiewa. - Sztab, ochrona, szpital (bez rannych), kwatermistrzostwo, razem stu dwudziestu ludzi, w tym dwadzieścia trzy kobiety - pada odpowiedź. - Reszta, trzystu partyzantów z oddziałów bojowych, na stanowiskach obronnych. - Zarządzić zbiórkę. Za pięć minut wszyscy uzbrojeni w piły, siekiery i noże niech staną na zbiórce. Rannych zdjąć z podwód. Konie i furmanki potrzebne będą do pracy. *

Noc była czarna jak smoła. Na odległość kroku nic się nie widziało. Ktoś zapalił smolne łuczywo, za nim uczynili to samo inni. Złote pochodnie oświetliły brzeg bagniska. Rozpoczęła się praca. Słychać było stukanie siekier i dźwięk pił. Pod toporami padały karłowate brzózki i olchy, rosnące kępkami w pobliżu. Ludzie ciągnęli zrąbane drzewka i gałęzie na brzeg bagna i rzucali je w granatową maź. Wycinano nożami przybrzeżną trzcinę. Niektórzy padali z nóg lub zasypiali na stojąco z rozwartymi oczyma. Przewracali się pod ciężarem niesionych gałęzi i też od razu zasypiali. Na nogi stawiały ich razy z mojej ręki. W całym obozie wrzało od gorączkowej pracy: nawet ciężko ranni podnosili się z ziemi i czołgając się ciągnęli w stronę bagniska jakąś suchą gałąź lub spróchniały pień. Słychać było jęki i nieludzkie rzężenia. Niesamowicie wygłodzone konie, nieczułe już na ból fizyczny, nie chciały brać udziału w tej morderczej pracy. Dopadłszy jakiejś zeschłej kępki traw lub kory drzew gryzły je zawzięcie. Katowane przez rozwścieczonych woźniców, padały i nie podnosiły się więcej. Wtedy ludzie dopadali zwierzęcia, wyciągali noże i wycinali z boków i wyschłych zadów ciepłe jeszcze pasy mięsa, które połykali na surowo. Do północy pomost przez bagna sięgał ledwie stu metrów. Zrozumiałem wówczas, że nie uda się nam zbudować przeprawy przez te moczary, choćbyśmy pracowali przez całą noc i następny dzień. Wówczas kazałem ściągnąć do pracy ludzi z oddziałów bojowych, pozostawiając na linii obronnej zaledwie czujki i słabe ubezpieczenie. W godzinę później na przeprawie pracowało już ponad trzystu partyzantów. Pomost rósł szybko i do czwartej nad ranem osiągnął długość około kilometra, ludzie jednak słabli coraz bardziej. Przestrzeń, jaka dzieliła czoło pomostu, gdzie układano drzewo i gałęzie, od miejsca wycinania materiału i gromadzenia go, powodowała rozpraszanie się pracujących, którzy zasypiali gdzieś pod krzakiem. Zdarzały się wypadki, że ktoś niosący materiał po pomoście zboczył nieopatrznie i wpadł w bagno. Rozlegał się wówczas rozdzierający krzyk: - Ratunku! Ale zanim spostrzeżono się, gdzie stało się nieszczęście, człowiek ginął już bez żadnego ratunku w straszliwej topieli. Bywało też, że wpadając w bagno partyzant nie miał sił wydać z siebie głosu. Gdy mrok się rozproszył, przeprawa była gotowa. Partyzanci z oddziałów bojowych wrócili na swoje stanowiska. Niemcy jeszcze przed świtem rozpoczęli gęstą kanonadę z artylerii i moździerzy, a o siódmej ruszyli do ataku. W tym samym czasie przez bagnisko poczęła się przeprawiać kolumna furmanek i ludzi. Konie, czując niebezpieczeństwo, płoszyły się i wpadały w bagno, tonąc w nim, partyzanci odcinali uprząż i sami ciągnęli fury z rannymi. Tu i ówdzie pomost był zbyt wąski i słaby, pełen dziur, co znacznie utrudniało ruch do przodu. Wpychano w nie różne przedmioty, często własną odzież, płaszcze lub kożuchy. Ludzie potykali się o wystające gałęzie i przewracali w bagnisko. Dwie godziny trwała ta mordercza przeprawa. Niemcy przez cały czas ostrzeliwali bagno z moździerzy, lecz miny nie trafiały w miejsce przeprawy. Jedynie kilka padło w pobliżu, zabijając dwóch ludzi i raniąc pięciu. Wreszcie całe tabory, szpital i sztab znalazły się na przeciwległym brzegu bagien. Z kolei zaczęły się przeprawiać spychane w bagno oddziały bojowe.

Pozostałem na brzegu i popędzam resztki ludzi na przeprawę. Oto ostatnia grupa ubezpieczeniowa dotarła już do bagniska. „Pójdę na samym końcu” - postanawiam. Obejrzałem się jeszcze do tyłu i widzę, że dwadzieścia metrów ode mnie słania się na nogach niski, szczupły partyzant. Poznaję go. To Grinberg. Tuż za nim słychać głośne rozkazy Niemców. - Biegiem! - krzyczę do niego, lecz Grinberg, zamiast przyspieszyć kroku, pochyla się coraz niżej ku ziemi i pada. Rzucam się w jego stronę. - Czego leżysz?! - krzyczę resztkami głosu. - Niemcy są o sto metrów stąd! Wal naprzód! - Nie mam sił - pokazuje na nogi. Całe w ranach. - Ruszaj się, idioto! Zaraz tu będą Niemcy! - Zostawcie mnie w spokoju - mówi z obojętnym wyrazem oczu. Podnoszę kij w górę i walę go w plecy. Jęknął cicho i skurczył się w sobie. - Uciekaj, bo cię zabiję! - wrzeszczę. Kręci głową na znak, że nie ruszy się z miejsca. Teraz ściskam kij oburącz i grzmocę go z całych sił. Raz, dwa, trzy, cztery... Słyszę jego przeraźliwy krzyk. Grinberg zrywa się i kulejąc mocno, biegnie na przeprawę. Doganiam go i biorę pod rękę. Obydwaj słaniamy się na nogach. Grzęźniemy w szczelinach, wpadając po kolana w błoto. Czekam, że za chwilę Niemcy obsypią nas z brzegu gradem pocisków. Ale nic takiego na razie się nie dzieje. Upływają minuty. Nie chce mi się oglądać do tyłu, bo i po co? Nie wierzę, żeby nam się udało bezpiecznie przejść. Jesteśmy dopiero w połowie drogi. To dziwne, dlaczego szwaby nie strzelają. Grinberg znów słabnie, wreszcie przewraca się i nie może się już podnieść. Błaga mnie, żebym go zostawił samego. Oczy jego gasną. Nie, muszę go ratować! - Bracie, jeszcze tylko sto metrów - kłamię - tam weźmiemy cię na furę. Lekarz ci udzieli pomocy. Z drugiej strony przeprawy idzie ktoś do nas, Kiedy się zbliżył na odległość dziesięciu metrów, poznałem Żuka. Był cały czarny od błota. - Weźmy go obaj za ręce i nogi - mówi. Schwyciłem Grinberga za nogi, Żuk ujął jego wychudzone, kościste ręce. * Podczas gdy brygada kończyła przeprawę na przeciwległy brzeg moczarów, Niemcy nagle zaniechali obławy. Wydawało się nam to czymś tak niepojętym, że nie mogliśmy w to po prostu uwierzyć. Byliśmy raczej skłonni sądzić, że wróg wykonuje teraz manewr, chcąc nas zamknąć w nowym pierścieniu okrążenia. Ale wysłani we wszystkich kierunkach zwiadowcy nigdzie nie natrafili na Niemców. Na południu, skąd nas atakowano, Niemcy poczęli formować na drogach kolumny i odchodzić.

Wkrótce zagadka się wyjaśniła. Przybiegł do mnie sztabowy radiotelegrafista i z nie ukrywaną radością i łzami w oczach wyrzucił z siebie: - Zwycięstwo, towarzyszu dowódco! Dziś Armia Radziecka rozpoczęła ofensywę... Niemcy uciekają!... Generał Begma wzywa towarzysza do radiostacji. W całym obozie wybuchła niesamowita wprost radość. Partyzanci, którzy przed chwilą jeszcze leżeli na ziemi niemal półżywi, teraz rzucali w górę czapki, krzyczeli, podskakiwali, całowali się i tańczyli. Generał Begma mówił: - Wojska Pierwszego Ukraińskiego Frontu przełamały niemiecką obronę na rzece Horyń. Szósty korpus kawaleryjski generała Baranowa wykonuje od strony Rafałówki manewr okrążający w kierunku Ołyka - Łuck. Niemcy wycofują się pospiesznie. Za kilka godzin wasza brygada powinna spotkać się od północy z oddziałami Armii Radzieckiej. Niemcy pragną za wszelką cenę wycofać wszystkie swoje siły z zagrożonego rejonu. Od wschodu z linii frontu posuwa się na Ołykę niemiecka dywizja. Należy uczynić wszystko, by powstrzymać jej marsz po szosie Stepań - Deraźne - Cumań Ołyka - Łuck. Wszystkie oddziały i brygady spieszą na szosę Deraźne - Cumań, gdzie wydane zostaną dalsze rozkazy...

Wyzwolenie
Przed południem oddziały i brygady zgrupowania partyzanckiego wraz z dwoma batalionami korpusu kawaleryjskiego osiągnęły szosę Cumań - Ołyka, wyprzedzając jednostki niemieckiej dywizji pancernej, maszerującej ze wschodu ku południowi. Dziesięć kilometrów na zachód od Cumania zgrupowanie zajęło stanowiska w zasadzce. W pierwszym rzucie znajdowały się brygady Sankowa i Kartuchina. Niemcy maszerowali forsownie, ubezpieczając swoje kolumny silną strażą. Około godziny pierwszej ich ubezpieczenie natknęło się na partyzantów. Próba przedarcia się do przodu nie dała rezultatu i Niemcy zmuszeni zostali do zajęcia stanowiska obronnego. W tym czasie nadciągnęły ich główne siły i skierowały na partyzantów ogień artylerii i czołgów. Masa stali zalewała pozycje naszych brygad, zadając partyzantom dotkliwe straty. Niemcy ruszyli do ataku i przerwali w, kilku miejscach pozycję. Kilkanaście czołgów torowało drogę nacierającym kolumnom. Partyzanci zaczęli się cofać, lecz o dwa kilometry dalej ugrupowany był w zasadzce drugi rzut partyzanckiej obrony. Gdy pierwsze czołgi pojawiły się na drodze, ukryci w pobliżu otworzyli ogień z rusznic przeciwpancernych. Jeden po drugim zapaliły się trzy niemieckie czołgi tarasując pozostałym drogę. Następne próbowały utorować sobie przejście obchodząc drogę, lecz wpadły w błotne rozlewiska i zaczęły grzęznąć. Przejście zostało zamknięte. Kolumny czołgów i artylerii tłoczyły się na drodze. Niemcy rozwinęli piechotę i uderzyli. Rozpoczęła się dramatyczna walka brygady Frunzego i kilku innych oddziałów partyzanckich usiłujących odeprzeć ataki Niemców. Ze sztabu zgrupowania napływały rozkazy o konieczności zatrzymania wroga na tej linii aż do wieczora. Chodziło o to, by wojska radzieckie, które od północy i południa zacieśniały pierścień okrążenia, połączyły się ze sobą w rejonie Łucka, uniemożliwiając w ten sposób niemieckiej dywizji wyjście z kotła.

Czas grał tu kolosalną rolę, lecz siły były nierówne. Niemcy dysponowali sprzętem technicznym: czołgami, artylerią i inną bronią, partyzanci zaś mieli jedynie broń strzelecką, kilka działek małego kalibru, trochę rusznic ppanc i moździerzy. Bój trwał do piątej po południu. Wreszcie Niemcy cofnęli się i bocznymi drogami obeszli niebezpieczny rejon z prawa, zostawiając kilka czołgów, dział i samochodów. Partyzanci niezwłocznie rozpoczęli pościg za wrogiem. Kilkanaście kilometrów przed Łuckiem resztki niemieckiej dywizji natknęły się na silne oddziały regularne Armii Radzieckiej i poniosły w krótkotrwałym boju zupełną klęskę. * Ludzie padali już z nóg. O dalszym marszu nie można było myśleć. Wydałem rozkaz i brygada stanęła na odpoczynek w rzadkim lesie sosnowym, w sąsiedztwie zmotoryzowanej jednostki radzieckiej, której żołnierze zaczęli nas gorąco witać. Major Karapetian, tęgi mężczyzna o skośnych oczach, był pierwszym gościem w naszym sztabie. Na powitanie ściskamy sobie ręce i całujemy się. Ucinamy sobie z nim rozmowę. Pyta, jak sobie radziliśmy z Niemcami na tyłach frontu. Opowiadamy nie odrywając oczu od radzieckich żołnierzy, którzy jedzą śledzie. Wyciągają je z wiader i ogryzają ze wstrętem. My kroimy kostki słoniny i zagryzamy razowcem. Patrzymy łakomie na śledzie, żołnierze na naszą słoninę. - Dajcie naszym chłopcom trochę śledzi - zwracam się do majora. On uśmiecha się szeroko i mówi: - Proszę bardzo. Mamy tego do diabła. Od miesiąca jemy śledzie co drugi dzień i klniemy kwatermistrzostwo. - A my nie jedliśmy ich przez całą wojnę. Zróbmy wymianę: wy nam dacie śledzie, a my wam słoninę. Migiem przyniesiono kilka wiader. Ludzie, którzy od dawna odczuwali brak soli, wprost rzucają się na nie. Ich radzieccy koledzy ze zdumieniem obserwują tempo, w jakiem śledzie znikają w ustach partyzantów. Oni z mniejszym apetytem gryzą słoninę. Chłopcy zaraz po posiłku zaczynają szukać wody. Marko Nakonieczny, który wylizał się już z ran, przytaszczył z wozu bańkę bimbru. Wokół nas zebrała się spora grupka oficerów i żołnierzy. Kilka aluminiowych kubków zapełnionych bimbrem powędrowało wkoło. Ktoś zagrał na harmonii, zrobił się krąg i paru wojskowych zaczęło tańczyć kozaka. Wszyscy się śmieją, jest wesoło. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiają się na niebie niemieckie samoloty. Początkowo nikt z naszego grona ich nie spostrzegł, o niebezpieczeństwie powiadomił nas dopiero silny ogień artylerii przeciwlotniczej i karabinów maszynowych. W pierwszej chwili partyzanci rzucili się do ucieczki, ale spokój radzieckich żołnierzy, którzy nie poddali się panice, spowodował, że zaraz wrócili na miejsce i zadarłszy głowy patrzyli na samoloty. Niemców było pięciu - lekkie bombowce przeznaczone do walk na linii frontu. Nie zdążyły zniżyć się i rozpoznać terenu, a już kilka radzieckich baterii pelot i kaemów obsypało je gradem pocisków. Białe obłoczki, znaczące wybuchy, otoczyły samoloty gęstym rojem. Po półminucie jeden z bombowców

zadymił i spadł na ziemię w płomieniach. Gdy zaraz po nim drugi rozerwał się na części, pozostałe zawróciły spiesznie na zachód. Z ust partyzantów wyrwało się radosne „hurrraa”; pierwszy raz przekonali się, że istnieje siła, która zmusza samoloty wroga do ucieczki. Przez całą noc i następny dzień nasi chłopcy - wyczerpani do ostatnich granic - spali. Dopiero po dwóch dobach ten i ów mógł stanąć na nogach. Podczas tego naszego „zapadnięcia w; sen” odeszli nasi sąsiedzi. Na ich miejsce tuż pod naszym bokiem stoi teraz pułk kawaleryjski, który oprócz koni ma lekkie czołgi-tankietki. Było to dla nas trochę dziwne skojarzenie: czołgi i konie, a właściwie maleńkie mongolskie koniki, bardzo śmieszne, kudłate i na wpół zdziczałe. W brygadzie mamy ze sto koni. W porównaniu z „Mongołami” wyglądają jak olbrzymy. Żołnierze, znawcy koni, oglądają nasze, klepią je po zadach, zaglądają im w pyski i próbują dobić targu z partyzantami. Dowódca pułku, wąsaty siwy pułkownik, upatrzył sobie śnieżnobiałego ogiera, który był własnością Orduchanowa. Przyszedł do mnie razem z nim. - Pozwólcie temu chłopcu zamienić konia - rzekł pułkownik pokazując na naszego Goliata. - Jak chcecie, Orduchanow, ja nie mam nic przeciwko temu - powiedziałem. Orduchanow miał smutną minę. Widać było, że żałował swego ulubieńca, ale nie miał odwagi odmówić dowódcy pułku. Pułkownik podkręcił wąsa i obejrzał się za siebie. W odległości kilkunastu metrów stał jego adiutant trzymając za uzdę małego, włochatego „mongoła”. Dowódca skinął głową, adiutant z włochaczem zbliżył się. Orduchanow popatrzył na swego ogiera z rozpaczą, po czym szybko odebrał cugle od adiutanta i pociągnął konika. Później wszyscy z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak Orduchanow na obszernym placu próbował okiełznać dzikusa. Znał się na tym dobrze. Sam był Tatarem, z dzikimi końmi miał w życiu wiele do czynienia, ale „mongoł” bronił się, jak tylko umiał: kopał zadnimi nogami, gryzł i szarpał wędzidła, nie pozwalając wsiąść na siebie. Partyzanci zarykiwali się ze śmiechu. Wreszcie po dwóch godzinach walki konik uległ, Orduchanow wskoczył na jego grzbiet i wówczas ujrzeliśmy przezabawny widok: nogi Orduchanowa wlokły się po ziemi, konik w zestawieniu z jego potężną postacią podobny był raczej do sporego psa... Po chwili coś innego odwraca naszą uwagę od niefortunnego jeźdźca. W pobliżu na szosie zatrzymuje się kolumna czołgów. Z wozów wyskakują czołgiści, osmaleni jak nieboskie stworzenia. Partyzanci oglądają z zainteresowaniem czołgi, niektórzy całują się z czołgistami. Nawiązują się rozmowy. - Co to za czołg? - To niezawodna kobyła T-34. - Czołgista klepie czołg po pancerzu. - Od samego Kurska jechałem na niej na oklep. - A co znaczą te białe krzyżyki na lufie? - pyta dalej partyzant. - Tyle niemieckich maszyn podbiła. Tygrysów i panter. - Czołg-bohater?

- Wszystkie T-34 są takie. - A tu widać jakieś łaty na pancerzu. Jedną, dwie... - Kobyła była ranna pod Kurskiem - żartuje wesoło czołgista częstując partyzanta „krupką”. - Ale się wylizała. Partyzant idzie z czołgistą wzdłuż kolumny do tyłu, spotyka dwa zupełnie inne czołgi. Są szerokie, o większej powierzchni kadłuba, niezgrabne. - A to inna jakaś kobyła? - podtrzymuje żartobliwą formę. - Tak, to tak zwana „trumna”. Właściwa nazwa: churchill - odpowiada czołgista. - Angielski czołg? - Dostaliśmy je od Anglików w ramach dostaw wojennych, ale nie nadawały się do walki. Płyty mają nitowane. Uderzy pocisk, nity wypadają i czołg się rozłazi. Poza tym taka trumna jest mało zwrotna i stanowi dobry cel dla Niemców. - Więc dlaczego je ciągniecie ze sobą? - Przydają się jako ciągniki. Widzisz, bracie, kiedy w walce jakiś czołg zostanie unieruchomiony, wtedy wysyłamy churchilla, żeby ściągnął go do tyłu. Nie możemy zostawiać naszych maszyn Niemcom. Taka kobyła drogo kosztuje. * Od wyzwolenia upłynął już tydzień. Brygada stała obozem pod Łuckiem. Pewnego ranka radiotelegrafista odebrał rozkaz od generała Begmy, który znajdował się obecnie w Równem. W myśl nowego rozkazu brygada miała przejść do Równego. Rozpoczął się marsz. Mijaliśmy znane nam już miasta i osady: Ołykę, Klewań, Kostopol, Cumań. Na drogach setki trupów, pełno wraków czołgów, samochodów i innego sprzętu bojowego. Nareszcie Równe. Miasto nie jest bardzo zniszczone, ulice zasypane są jednak gruzami i masą potłuczonego szkła, walają się papiery, dużo zdziczałych kotów i psów, kilka spalonych czołgów. Ludzie wyglądają mizernie, są wychudzeni i oberwani. Partyzanci rozlokowują się tymczasem w parku miejskim. Melduję się w komitecie obwodowym partii, gdzie generał Begma objął obowiązki pierwszego sekretarza. Na korytarzach olbrzymi ruch, wszyscy biegają gdzieś jak opętani. Wchodzę śmiało do Begmy. - No i co, Maks? - pyta podając mi rękę. - Co będziecie teraz robić? Trzeba chyba pozwolić ludziom odpocząć. Zasłużyli sobie na to. Zajmijcie budynki spółdzielni „Zgoda”. Przedtem mieszkali tam Niemcy. Trzeba doprowadzić ludzi do porządku - patrzy na mój zarost i sfatygowany mundur. Zacznijcie od łaźni i lekarza. Nie dając mi czasu na odpowiedź, sięga po słuchawkę telefonu. - Przyślijcie tu do mnie doktora Erlicha - wydaje komuś polecenie. Erlich, szef służby zdrowia w zgrupowaniu Begmy, stawił się w gabinecie w rekordowym tempie. - Czy łaźnia już uruchomiona?

- W trakcie... - Bierzcie ludzi Maksa na pierwszy ogień. Trzeba przeprowadzić dezynfekcję. Po chwili zwraca się do mnie: - Wybaczcie, towarzyszu, ale mam dużo roboty. Wpadnijcie do mnie jutro. Zabrałem ludzi z parku i poszliśmy do budynków spółdzielni „Zgoda”. Doktor Erlich „przepuszczał” partyzantów przez łaźnię i dezynfekcję, po czym dopiero mogli wejść na nowe kwatery. Niemcy nie zdążyli ograbić wnętrz mieszkalnych; pozostawili meble, pierzyny, kołdry, a w kuchniach i spiżarniach pełno jedzenia. Na podwórzu ustawiliśmy kilka poniemieckich kuchni polowych. Zanosiło się na smaczne jedzenie, bo z przydziału z komitetu partyjnego otrzymaliśmy mięso, kaszę, mąkę i inne wiktuały, przeważnie z poniemieckich magazynów. Kwatery w „prawdziwych” domach były dla partyzantów czymś z bajki. Podczas długich nocy spędzonych w lesie, często na mrozie i wśród deszczów, marzyli o ciepłej izbie i wygodnym miękkim łóżku... Nadszedł wieczór. Chłopcy przygotowali mi królewską kwaterę. Gabinet do pracy i sypialnię. Wspaniałe orzechowe meble i piękna lśniąca bielą pościel zdawały się czymś nierealnym. Duży kaflowy piec rozsiewał ciepło. Szybko, jak gdyby w obawie, że to cudowne, wymarzone miejsce odpoczynku może mi nagle zniknąć sprzed oczu, rozebrałem się, zgasiłem światło i zanurzyłem w puchowej pościeli. Co za rozkosz!!! Teraz tylko spać i śnić... Zamykam oczy. Leżę tak kwadrans, drugi, lecz sen nie przychodzi. Szybko, bardzo szybko, puchowa kołdra zaczyna mi ciążyć. Ciało, mimo wieczornej kąpieli, swędzi, robi mi się duszno, wysuwam nogę, później drugą, wreszcie odrzucam kołdrę. Po jakimś czasie, leżąc już bez przykrycia, czuję, że dokucza mi prześcieradło. Ściągam je. Pozostał materac. On też wydaje mi się nie do zniesienia. I dopiero wtedy pojąłem, że nie będę mógł tej nocy usnąć. Zrozumiałem, że nie jestem już tym samym człowiekiem, jakim byłem przed wojną. Może to śmieszne, ale kilkuletnie przebywanie w lesie zmieniło moją skórę, przeorało też moją psychikę. Myśląc o tym, nawet nie podejrzewałem, jak dużo czasu upłynie, zanim znów stanę się normalnym śmiertelnikiem. Znacznie później przyszedł moment, w którym uświadomiłem sobie nagle, że przez wiele tygodni chodzę po mieście, nie rozstając się ani na chwilę z automatem, który nosiłem na piersiach w gotowości bojowej, i mając za pasem zatknięte granaty. Zadałem też sobie pytanie, dlaczego podejrzliwie rozglądam się wokół siebie, dlaczego tak skrupulatnie gromadzę w piwnicach budynków zdobyty lub znaleziony trotyl i każę pilnować go uzbrojonemu partyzantowi. Teraz chciało mi się naprawdę spać, ale leżenie w łóżku było dla mnie torturą. Otworzyłem drzwi wychodzące na balkon. Poczułem mroźne powietrze. Ubrałem się i wyszedłem na balkon. Po paru minutach ogarnęła mnie senność. Wyciągnąłem z sypialni chodnik i ułożyłem się „wygodnie” na balkonie... W parę dni później w miejscowym kinie odbył się wielki wiec z udziałem mieszkańców Równego. Na wiec przybyli przedstawiciele KC partii i wojska. Begma zaprosił mnie do prezydium. Szło nam

o zmobilizowanie ludności do wzięcia aktywnego udziału w odbudowie miasta oraz włączenie jej do organizowania administracji i pomocy frontowi. Przemawiał Begma, a po nim przedstawiciel KC. Z kolei generał udzielił mi głosu. Wiedziałem, że na sali znajduje się dużo Polaków. To, co wtedy powiedziałem, brzmiało mniej więcej tak: - Drodzy rodacy! Oto doczekaliśmy się chwili wyzwolenia. Jeszcze tak niedawno my, Polacy, dniem i nocą drżeliśmy o nasze życie i o życie naszych rodzin. Hitlerowcy i zorganizowane przez nich bandy UPA postanowili wymordować całą ludność polską zamieszkującą tereny Wołynia. W długotrwałej, bezkompromisowej walce, jaka toczyła się na wschód od Bugu, padło setki tysięcy naszych rodaków. W tych ciężkich dla nas chwilach jedyną konkretną pomoc niosły nam radzieckie oddziały partyzanckie. To są fakty znane nam wszystkim. Obecnie nic nie zagraża życiu Polaków na Wołyniu. Armia Radziecka wyzwoliła nas z niewoli, ale Polska nadal znajduje się jeszcze pod butem okupanta. Polacy w kraju walczą w szeregach partyzanckich. Wkrótce Armia Radziecka przejdzie do nowej ofensywy i wkroczy na tereny polskie. Jest rzeczą zrozumiałą, że w tej walce o całkowite wyzwolenie ojczyzny z niewoli nie może zabraknąć naszych rodaków. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że na terenie Związku Radzieckiego powstała Pierwsza Armia Wojska Polskiego. Polacy zamieszkujący tereny Związku Radzieckiego masowo wstępują w szeregi Wojska Polskiego. Wkrótce i w tych stronach nastąpi mobilizacja do armii polskiej, trzeba więc przygotować się do czekających nas zadań. Powstające Wojsko Polskie wspólnie z Armią Radziecką weźmie udział w wyzwoleniu ziem polskich spod okupacji hitlerowskiej. Tymczasem każdy Polak winien w miarę swoich sił i możliwości współpracować z władzami miejscowymi w odbudowie miasta, pomagać w organizowaniu administracji. Tego wymaga od nas dobro ogólne i sytuacja polityczna, bowiem wolność Polski może nastąpić jedynie w wyniku przyszłych wspólnych operacji Armii Radzieckiej i Wojska Polskiego... Skończyłem i usiadłem. Usłyszałem słabe oklaski. Wiedziałem aż nadto dobrze, że nie udało mi się wypowiedzieć tego, co myślałem, zanim zabrałem głos. Chciałem swoim wystąpieniem zapalić iskrę entuzjazmu w sercach rodaków, rozgrzać ich. Liczyłem na to, że odpowiedzią będzie gorące poparcie moich słów, lecz zawiodłem się. Ci ludzie, o czym miałem możność przekonać się już niejednokrotnie, jeszcze nie bardzo rozumieli, na czym polega nowa sytuacja polityczna. Wielu wciąż jeszcze wierzyło w zapewnienia Delegatury Rządu Londyńskiego, że wyzwolenie Polski nadejdzie z Zachodu... Któregoś ranka, wałęsając się po ulicach miasta, spostrzegłem przy jednym ze słupów ogłoszeniowych dwóch wojskowych. Byli ubrani w polskie mundury z odznakami oficerskimi, na głowach mieli czapki uszanki. Podszedłem z boku i zacząłem się im przyglądać. Jeden bardzo wysoki, z wąsami polskiego szlachcica z XVIII wieku, na naramiennikach miał dystynkcje majora. Drugi, trochę niższy, o pociągłej, inteligentnej twarzy, był porucznikiem. Spostrzegłem, że do swego notesu przepisuje z ogłoszenia nazwiska rozstrzelanych przez Niemców, polskich zakładników. Zdecydowałem się szybko. Podszedłem z tyłu i kładąc im ręce na ramionach, zapytałem: - A wy, panowie wojskowi, co tu robicie? Odwrócili się jednocześnie i zmierzyli mnie podejrzliwym wzrokiem od góry do dołu. Szczególnie długo, jak mi się wydawało, zatrzymali swój wzrok na moim automacie i granatach. - A pan kim jest? - Zadając to pytanie wąsal przybrał kpiący wyraz twarzy. - Ja jestem tutejszy. A wy, jeśli się nie mylę, jesteście tym zapowiadanym Wojskiem Polskim. Dlaczego nie idziecie na front, tylko tu się szwendacie?

- Popatrz, Lusiek, co za oryginalny typ - skonstatował w odpowiedzi porucznik, zwracając się do wąsala. Nie poczułem się urażony, gdyż to ja pierwszy podjąłem rozmowę w sarkastycznym tonie. - Być może, że wydaję się wam, panowie wojacy, oryginałem, ale prawdopodobnie nawet nie przypuszczaliście, że możecie się spotkać oko w oko z Maksem. - Rzeczywiście! - odparł major podkręcając w górę wąsa. - To pan jest miejscowym milicjantem? Bardzo nam miło - wyciągnął rękę na powitanie. Byłem wściekły. Jakże to możliwe - myślałem naiwnie, żeby nic o mnie nie słyszeli? Tu, na Wołyniu, gdzie znają mnie chyba wszyscy Polacy? - Nie jestem milicjantem - powiedziałem nieco urażony - lecz dowódcą polsko-radzieckiej brygady partyzanckiej. Nazywam się Maks... - Czołem, czołem! Przepraszamy za pomyłkę - skwapliwie zawołał major. - Co za miłe spotkanie - uzupełnił z nie ukrywanym zadowoleniem porucznik. Z miejsca ustąpiła obopólna podejrzliwość. Oficerowie przedstawili się: major Leonard Berkowicz i porucznik Jerzy Putrament. Dowiedziałem się, że przyjechali ze sztabu 1 Armii Wojska Polskiego, by organizować wiece i zebrania mobilizujące młodzież do wstępowania w szeregi wojska. Putrament, który, jak się dowiedziałem, był jednocześnie korespondentem gazety armijnej, z miejsca zaczął zapisywać w swym notesie dane dotyczące mojej partyzanckiej drogi, zasypując mnie istną lawiną pytań. Zaprosiłem ich obydwu do swojej kwatery. Na cześć miłych gości wydałem partyzancki „bankiet”, który uświetniły następujące przysmaki: buraczany bimber, słonina krojona kozikami w kostkę, cebula i chleb. Żywą dyskusję na różne tematy często gęsto przerywaliśmy dla wzniesienia pełną szklanką coraz to innego patriotycznego toastu. Niebawem obydwie strony zaczęły sobie wyznawać braterską przyjaźń, wymieniając przy tym serdeczne pocałunki. Trzeba przyznać gwoli prawdzie, że goście nasi trzymali się cały czas dzielnie, podczas gdy my... * Przez jakiś czas towarzyszyłem przedstawicielom Wojska Polskiego. Wspólnie odwiedziliśmy generała Begmę, któremu Berkowicz i Putrament wyjaśnili cel swego przyjazdu do Równego i poprosili o pomoc przy organizowaniu wieców i zebrań z ludnością polską. Byłem obecny na kilku zorganizowanych przez nich mityngach i przekonałem się, że major Berkowicz i porucznik Putrament osiągnęli to, czego ja nie osiągnąłem na wiecu w kinie - zdobyli sobie zaufanie audytorium. Pomijając sprawę dość istotną - byli oni dobrymi mówcami - spostrzegłem szybko, że sukces swój zawdzięczali głównie temu, że nosili polskie mundury, podczas gdy ja wystąpiłem na wiecu w dziwacznym przebraniu partyzanta. Na widok mundurów oczy zebranych jaśniały szczerą radością. Ludzie przyjmowali nas dość serdecznie. Na apel o wstąpienie szeregi Wojska Polskiego zgłaszało się wielu ochotników. Berkowicz i Putrament wyjaśniali, że wszyscy Polacy okazujący chęć wstąpienia do wojska winni zgłaszać się do wojenkomatów. W związku z tym było wiele różnych pytań. Ochotnicy

mieli szereg wątpliwości, na ogół przypuszczali, że zostaną wcieleni do Armii Radzieckiej. Trzeba było wyjaśniać im rolę i zadania Wojska Polskiego. Niebawem do tej pracy agitacyjnej udało się nam zwerbować trochę miejscowej inteligencji oraz jednego z księży, który swoimi wystąpieniami z ambony zagrzewał Polaków, by wstępowali do formującej się armii polskiej. W sumie praca ta dała pozytywne rezultaty. Do wojenkomatów zgłosiło się kilkuset mieszkańców Równego. Po tygodniu Berkowicz i Putrament odjechali do sztabu 1 Armii. W owym czasie Niemcy, ochłonąwszy nieco po ostatnich cięgach, jakie otrzymali na Wołyniu, rozpoczęli bombardowanie Równego. Kilka nocy z rzędu na uśpione miasto spadały niemieckie bomby. Chociaż ataki kierowano głównie na rejon dworca kolejowego, bomby wybuchały również i w dzielnicach mieszkalnych. Banderowcy od chwili wyzwolenia przerażeni i zaskoczeni nową sytuacją, z której sobie nie chcieli zdać sprawy, wierząc ślepo w potęgę armii hitlerowskiej, również się otrząsnęli i zaczęli kontynuować swoją zbrodniczą działalność wymierzoną przeciwko władzy radzieckiej. Bombardowania niemieckie pokrzepiły ich na duchu i od tej pory zza węgłów, z dachów i okien często padały strzały do radzieckich oficerów i żołnierzy. Zorganizowane grupy wzniecały pożary, napadały na posterunki milicji i nowo powstałe urzędy. Dla żołnierzy frontowych, którzy z pełnym poświęceniem walczyli o wyzwolenie mieszkańców Wołynia spod okupacji hitlerowskiej, fakty te zdawały się być czymś po prostu niewiarygodnym. W pierwszej chwili każdy przypadek dywersji czy zabójstwa przypisywano wyłącznie niemieckim dywersantom. Przez długi czas wojsko, nie rozumiejąc dokładnie skomplikowanej sytuacji politycznej na wyzwolonym Wołyniu, po bratersku łączyło się z miejscową ludnością. Żołnierze grupowo i pojedynczo udawali się do wsi i osad zamieszkałych przez ludność ukraińską, gdzie nawiązywali towarzyskie stosunki. Niestety raz po raz miały miejsce wypadki mordów. W ciągu miesiąca od momentu wyzwolenia na Wołyniu zginęło od kul i toporów banderowskich kilkuset oficerów i żołnierzy radzieckich. Mordy szerzyły się, przybierając coraz większe rozmiary. Było dziesiątki wypadków zatruwania wody w studniach, mleka, mąki i innych produktów oddawanych jako kontyngenty dla potrzeb armii. Nie od razu przystąpiono do zorganizowanej akcji przeciwko poczynaniom banderowców. Akcję taką podjęto dopiero w końcu marca, kiedy rozbestwieni pobłażliwością władz bandyci spod znaku tryzuba zamordowali generała Watutina, dowódcę 1 Ukraińskiego Frontu. To tragiczne wydarzenie stało się jak gdyby sygnałem do działania. Bardzo szybko na terenie Wołynia powstały specjalne bataliony przeznaczone do walki z banderowcami. W skład ich wchodzili głównie Polacy i byli partyzanci, znający doskonale metody walki z banderowcami, ich główne skupiska i kryjówki. Przystąpiono też do organizowania tzw. Sądów Ludowych, złożonych z przedstawicieli miejscowej ludności i wojska. * Jeszcze w lutym przybył do Równego szef sztabu partyzanckiego Ukrainy generał Strokacz. W związku z tym w gabinecie generała Begmy odbyła się odprawa dowódców brygad i oddziałów partyzanckich.

Generał Strokacz rozkazał rozformować brygady i oddziały partyzanckie, polecając kierować wszystkich ludzi narodowości rosyjskiej, ukraińskiej, białoruskiej i innych, wchodzących w skład radzieckich republik, do wojenkomatów i pracy w administracji, natomiast partyzanci narodowości polskiej mieli być przekazani do mojej dyspozycji. Miałem za zadanie zorganizować nową brygadę partyzancką. W pierwszych dniach marca przybyli do mojego sztabu nieoczekiwani goście, Berkowicz i Putrament, sprawiając mi miłą niespodziankę. Po serdecznym powitaniu Putrament z poważnym, niemal marsowym wyrazem twarzy wydobył z polowej torby oficerskiej arkusz zapisanego papieru i zmusiwszy mnie uprzednio, bym wstał, zaczął czytać uroczystym głosem: - Wyciąg z protokołu posiedzenia Prezydium Zarządu Głównego Związku Patriotów Polskich w ZSRR z dnia 25 lutego 1944 r. Ad. 6. Prezydium uchwaliło zatwierdzić nominacje i odznaczenia polskich partyzantów: Obywatelowi Józefowi Sobiesiakowi nadaje się stopień majora i odznacza się go Krzyżem Virtuti Militari... Nie wierzyłem własnym uszom. W pierwszym momencie przyszło mi do głowy podejrzenie, że Putrament przygotował jakiś kawał. Nie mogłem pojąć, żeby ktoś, kto walczył w stopniu szeregowca, mógł nagle przeskoczyć tyle szczebli w hierarchii wojskowej i uzyskać stopień majora. - No cóż to, panie majorze Sobiesiak, nie jest pan zadowolony z tego wyróżnienia? - spytał Berkowicz widząc moją stropioną minę. - Przecież wy, panowie, kpicie sobie ze mnie w żywe oczy - odparłem urażony. - Ani nam się śniło! - rzekł Putrament podając mi arkusz. - Proszę, czytaj sam, spójrz też na podpis i pieczęć. Jeśli kpię, niech mnie czarci porwą! Popatrzyłem na pismo. Wydawało mi się oryginalne. Mimo to jeszcze przez długą chwilę nie mogłem przyjść do siebie. - Więc to jest prawda? - spytałem. - A któż by śmiał z ciebie kpić, Maks? - spytał Berkowicz. - Cóż w tym dziwnego? Po prostu uważamy to tylko za pewien akt formalny. Przecież nie możesz zaprzeczyć, że dowodziłeś brygadą partyzancką, która odniosła wiele sukcesów w walce z okupantem. Sam byłeś bardzo zdziwiony, co spostrzegłem podczas naszego pierwszego spotkania, że nie wiemy, kim jesteś - dodał przekornie. - No, Maks, dawaj pyska! Cóż było robić? Uwierzyłem i przyjąłem gratulacje. Od tej pory stałem się „prawdziwym” oficerem Wojska Polskiego. Partyzanci, gdy się o tym dowiedzieli, całą hurmą pospieszyli okazać mi swoją radość. W ciągu jednego dnia zdobyli gdzieś odpowiednią ilość materiału, z którego najlepszy krawiec w Równem uszył mi w rekordowym czasie piękny mundur. Teraz przydał mi się bardzo Krzyż Virtuti Militari, który miałem przy sobie od chwili, gdy otrzymałem go od Golikowa. Staruszek ofiarował mi krzyż jako pamiątkę, twierdząc, że przyjdzie jeszcze chwila, gdy uzyskam to wysokie odznaczenie i będę miał prawo je nosić. Chwila taka właśnie nadeszła...

W Kijowie
Wróciłem z nowo sformowaną brygadą w rejon Maniewicz, gdzie stanęliśmy obozem, czekając na rozkazy. Pewnego razu partyzancka ochrona przywiodła do sztabu kapitana Armii Radzieckiej. - Przybywam z polecenia szefa sztabu partyzanckiego Ukrainy generała Strokacza - zwrócił się do mnie kapitan salutując. - Generał wzywa towarzysza majora do Kijowa. - Siadajcie i odpoczywajcie, towarzyszu kapitanie - zaprosiłem go. - Pozwolicie chyba, żebym was ugościł. - Niestety, niewiele mamy czasu - powiedział kapitan. - Cały dzień zmarnowałem, zanim was odnalazłem. Sprawa jest podobno bardzo pilna. Jeszcze dziś musicie być w Kijowie. - Jakim sposobem? Chyba nie polecę na skrzydłach? - Właśnie o to chodzi. Za Maniewiczami, pod lasem, stoi specjalny samolot PO-2, który zabierze was do Kijowa, a ja mam tu ze sobą samochód. Nie było rady. Musiałem czasowo przekazać obowiązki dowódcy brygady Chwiszczukowi, który po reorganizacji pozostał ze mną, zresztą jako jedyny Ukrainiec, i wyruszyłem w drogę. Nie miałem najmniejszego pojęcia, po co wzywano mnie tak nagle do Kijowa, sądziłem jednak, że będzie się to wiązało z jakimiś nowymi zadaniami, które sztab partyzancki pragnie powierzyć naszej brygadzie. Cieszyłem się myślą, że być może niedługo już brygada przekroczy linię frontu i znajdzie się na terenach Polski. PO-2, tak zwany popularnie w armii „kukuruźnik”, stał pod lasem, na niewielkiej polanie, dokładnie zamaskowany zielenią. Pucołowaty lejtenant, z policzkami czerwonymi jak u młodej wiejskiej dziewczyny, zasalutował: - Towarzyszu majorze, z rozkazu sztabu partyzanckiego mam zawieźć was do Kijowa. - Cześć! - podałem młodemu lotnikowi rękę. Chwilę potem spod maskujących gałęzi wyjrzał niewielki kadłub samolociku. Zastanawiałem się, jak też zniosę ten pierwszy w moim życiu lot. Jakby odgadując moje myśli, lejtenant spytał mrużąc filuternie jedno oko: - A wy, towarzyszu majorze, lataliście już kiedyś? Poczułem się trochę głupio. Nie bardzo chciałem się przyznać do tego, że nie latałem, ale lotnik widocznie zorientował się, o co chodzi, i dodał szybko: - To nic. Wiele ludzi nie widziało jeszcze z bliska samolotu, ale rzecz w tym, że niektórzy nie znoszą większych wysokości. - O, mnie tam wszystko jedno - rzekłem chełpliwie, chcąc podkreślić swoją odwagę. - Możecie lecieć jak najwyżej. - Ale samolot czasami robi różne gwałtowne zwroty. Nie wystarczy być odważnym na ziemi. Czegóż, u licha, ten młokos chce ode mnie? - myślałem. Widząc drwiącą minę lotnika przypuszczałem, że szykuje jakiś kawał, prawdopodobnie, żeby mnie nastraszyć.

No cóż, trzeba się będzie dobrze pilnować. Dla dodania sobie animuszu sięgnąłem przed wejściem do samolotu do manierki, którą miałem w torbie polowej, i pociągnąłem kilka łyków samogonki. Pilot nie zauważył tego, gdyż zajęty był sprawdzaniem jakichś przyrządów w samolocie. Lejtenant usadowił mnie z tyłu. Głowa wystawała mi na zewnątrz kabiny. Nie przywiązał mnie pasami do siedzenia, mogłem więc uchwycić się rękoma obudowy. Postanowiłem, że nie zwolnię uścisku ani na moment. Moje przewidywania sprawdziły się co do joty, o czym przekonałem się już w momencie startu. Lejtenant z tym samym ironiczno-podejrzliwym uśmiechem obrócił się do mnie i spytał: - Gotów? - Gotowy! - odparłem łykając ze strachu ślinę. Samolot szarpnął od razu i poderwał się w górę. Mimo kurczowego trzymania się obudowy uderzyłem plecami w tył kabiny. Lotnik brał wysokość w diabelskim tempie. Czułem, że robi mi się mdło. Jedynie silny pęd zimnego powietrza ratował mnie przed wymiotami. - No i co, jak tam samopoczucie? - spytał lotnik przekrzykując szum motoru. - W porządku! - odparłem, jak mogłem najgłośniej, dławiąc się wiatrem. Zaraz też pożałowałem tych słów, bowiem lejtenant począł nagle wyprawiać przeróżne harce. Samolot wznosił się do góry i raptownie opadał, robił pętle i różne zwroty. Ze wszystkich sił trzymałem się rękami i całym ciałem wnętrza kabiny, czując, że żołądek podchodzi mi niemal do gardła. Strach nie opuszczał mnie ani na moment. - A jak teraz się czujemy? - spytał niebawem lejtenant wyrównując lot. Na usta cisnęły mi się przeróżne zasłyszane od radzieckich partyzantów przekleństwa, ale nic z tego repertuaru nie powiedziałem, gdyż przyszło mi do głowy, że temu młodemu lotnikowi właśnie o to tylko chodziło, żebym uznał sam siebie za pokonanego. Z trudem siląc się na uśmiech odparłem: - Nic nie szkodzi. Bardzo lubię takie hocki-klocki. Te moje słowa wystarczyły widocznie lotnikowi, bowiem odparł, jakby chciał mnie przeprosić: - Nie gniewajcie się na mnie, towarzyszu majorze. Ja tak tylko dla żartów. - A ja właśnie bardzo lubię żarty. - Ale chyba już dosyć tego dobrego... Aż do samego Kijowa samolot leciał na wyrównanej wysokości, wzdłuż toru kolejowego. Kiedy na lotnisku żegnałem się z lejtenantem, powiedział mi: - Wy, partyzanci, jesteście cholernie odważni. Myślałem, że uda mi się was nastraszyć. Uścisnąłem mu mocno rękę. * Samochód zatrzymał się przed okazałym domem, gdzie już stało kilka eleganckich wozów osobowych. Od razu spostrzegłem, że jest to jakiś reprezentacyjny budynek. Starszy lejtenant, który towarzyszył mi w drodze z lotniska, wysiadając z samochodu rzekł:

- To jest dom wypoczynkowy dla starszych dowódców partyzanckich. - Co takiego? - spytałem zdziwiony. Starszy lejtenant, widząc moje zaskoczenie, uśmiechnął się i powtórzył jeszcze raz to samo, dodając tylko, że znajdę tu doborowe towarzystwo takich dowódców partyzanckich, jak Kowpak, Fiodorow, Taratuta i innych. - Ale przecież ja zostałem wezwany do generała Strokacza - rzekłem, sądząc, że zaszła tu jakaś pomyłka. Przecież Kowpak, Fiodorow i inni radzieccy dowódcy partyzanccy rozwiązali już swoje oddziały i mogą sobie wypoczywać. A ja mam przecież brygadę - myślałem jednocześnie. - Wiem o tym - odparł starszy lejtenant. - Generał Strokacz polecił, żebyście, towarzyszu majorze, najpierw wypoczęli kilka dni. Niedługo zostaniecie wezwani do sztabu partyzanckiego. Nie pozostawało nic innego, jak udać się do domu wypoczynkowego. Otrzymałem wspaniały apartament z gabinetem do pracy i łazienką. Skierowano mnie najpierw do fryzjera, a potem - mimo sprzeciwów z mojej strony - kazano udać mi się na badanie lekarskie. Dwaj wojskowi lekarze zabrali się do opukiwania mnie, badania tętna, serca, zaglądali mi w zęby, do nosa, potem długo oglądali moje stepy, które tak szczęśliwie wyleczyłem w 1942 roku, ważyli mnie i mierzyli, wreszcie jeden z nich powiedział do drugiego: - To dziwne, jak na tak ciężkie przeżycia... Co za okaz zdrowia! Tylko dwa zęby trzeba usunąć, no i wzmocnić dziąsła po szkorbucie. Nie pytałem ich, skąd wiedzą o moich przeżyciach. Kiedy opuściłem gabinet lekarski, zaprowadzono mnie do jadalni. I tu dopiero spotkałem wszystkich dobrze znanych mi dowódców partyzanckich, o których wspomniał starszy lejtenant. - Patrzcie, moi drodzy, kogo tu do nas przysłali? - dziwił się Kowpak. - Toż ja jego dobrze znam! Podszedł pierwszy i podał mi rękę. - Ty, zdaje się, byłeś u mnie w Swarycewiczach razem z Bryńskim. - Tak, towarzyszu generale! - odparłem służbiście. - No widzisz, i spotkaliśmy się po raz drugi... W tym momencie podszedł do mnie Fiodorow i rzekł: - Witajcie, towarzyszu Maks! Uścisnąłem jego rękę, po czym przywitałem się z pozostałymi oficerami. Zjedliśmy obfite śniadanie, zakrapiane moskiewską wódką, i rozmawialiśmy o swoich partyzanckich losach. Wieczorem wszyscy udaliśmy się samochodami do teatru kijowskiego. Następnego zaś ranka zajął się mną dentysta. Miło mi było spędzać czas wśród braci partyzanckiej, ale myślami wciąż krążyłem wokół spraw związanych z brygadą, zostawioną pod Maniewiczami. Ja tu wypoczywam, podczas gdy ludzie czekają na mój powrót i na zadania bojowe, które im miałem przywieźć z Kijowa. - Robiłem sobie wyrzuty. Trzeciego dnia w południe zatelefonowała Wanda Wasilewska i zaprosiła mnie do siebie na wieczór. Oczywiście pojechałem. Przyjęto mnie bardzo serdecznie i miło. Wanda Wasilewska szczególnie interesowała się tym wszystkim, co dotyczyło Polaków walczących w szeregach radzieckiego ruchu partyzanckiego. Wypytywała też o moją partyzancką drogę. Niemniejsze zainteresowanie sprawami

Polaków na Ukrainie Zachodniej przejawiał mąż Wandy Wasilewskiej, znany pisarz ukraiński Korniejczuk. Wkrótce po tym wieczorze wezwano mnie do generała Strokacza. Szedłem do niego z radością spodziewając się, że otrzymam nowe zadania. - Jak wasza brygada? - spytał generał patrząc na mnie przyjaźnie. - Melduję, że jesteśmy gotowi do walki na tyłach wroga. - Na tyłach wroga, mówicie? - Generał zamyślił się na chwilę. - No, oczywiście. Trzeba o tym pomyśleć... To będzie jeszcze zależało od tego, jak zdecyduje towarzysz Chruszczow. - Towarzysz Chruszczow? - spytałem ze zdziwieniem. - Tak, towarzyszu Maks. Teraz nie podlegacie już tylko mnie. Jesteście na wyzwolonym terenie. A właśnie pierwszy sekretarz KC KP(b) Ukrainy bardzo jest zainteresowany waszą brygadą. Otrzymałem polecenie, bym przybył razem z wami do niego. Poczułem się trochę nieswojo. Nie mogłem sobie wyobrazić rozmowy z tak wysoko postawioną osobistością. W kwadrans później razem z generałem szedłem długim korytarzem gmachu Komitetu Centralnego KP(b) Ukrainy. Ani na chwilę nie opuszczała mnie trema. Już sam gmach działał na mnie przytłaczająco. Posuwałem się po miękkim czerwonym dywanie, którym zasłany był cały hall, myśląc z obawą, by nie potknąć się i nie przewrócić. I oto otwierają się drzwi do obszernej sali. Przed sobą zobaczyłem uśmiechniętą, prostoduszną twarz Chruszczowa, i od razu gdzieś znikła moja trema. Nie wiem, ale zdaje mi się, że ja również musiałem się uśmiechnąć do niego. Chruszczow wstał zza biurka, podszedł do mnie, podał mi dłoń i głową wskazał na fotele stojące nieco z boku. - Siadajcie, towarzysze, proszę... Bardzo się cieszę, towarzyszu Sobiesiak... - Mówiąc to częstował mnie kazbekami. Na okrągłym stoliku stała butelka kaukaskiego wina i trzy kieliszki. Chruszczow nalał wino do kieliszków. - Za zwycięstwo i polsko-radziecką przyjaźń! Opowiedzcie nam coś o tym, jak walczyliście na Wołyniu. Towarzysz Strokacz mówił o was dość dużo - uśmiechnął się do generała. - Ale ja wolę wiadomości z pierwszej ręki... Zacząłem opowiadać. Długa to była opowieść, przerywana czasami pytaniami, które zadawał mi towarzysz Chruszczow. Kiedy skończyłem, Chruszczow rzekł: - Nasza partia i rząd radziecki dziękują wam i wszystkim polskim partyzantom za zasługi położone w walce ze wspólnym wrogiem narodów słowiańskich. Nas, ludzi radzieckich, łączy wielka przyjaźń z braćmi Polakami. Powiedzcie szczerze, towarzyszu, co chcielibyście teraz robić? Wiecie zapewne o Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Możecie wstąpić do armii albo, jeśli wam to odpowiada, możecie sobie odpocząć. Was, jako człowieka zasłużonego, chętnie otoczymy opieką. - To dla mnie wielki zaszczyt. Nigdy nawet nie marzyłem o czymś podobnym - odparłem nieco zmieszany tymi propozycjami. - Tylko... ja mam...

- Proszę, mówcie śmiało, towarzyszu Sobiesiak. - Moja ojczyzna jest jeszcze w niewoli. Radzieccy towarzysze partyzanci wypełnili już swój obowiązek, a ja jeszcze nie. Chciałbym bić się z wrogiem o wyzwolenie mego kraju... - Spodziewałem się tych słów od was - odparł Chruszczow. - I dlatego nie będziemy was zmuszać do odpoczynku. Może wobec tego wstąpicie do Wojska Polskiego? - Do wojska? Tak, to byłoby może dobre wyjście, ale ja właściwie niewiele znam się na taktyce wojennej. Jestem tylko partyzantem. Proszę, towarzyszu Chruszczow, poślijcie mnie na niemieckie tyły... - Wilka ciągnie do lasu, a partyzanta na tyły. No cóż, chyba trzeba będzie pomóc towarzyszowi Sobiesiakowi przejść na tyły frontu - rzekł Chruszczow zwracając się do Strokacza. Generał uśmiechnął się i skinął głową. Chruszczow mówił dalej: - Widzicie, towarzyszu Maks, nam również bardzo zależy na rozwoju ruchu partyzanckiego w Polsce. Teraz, gdy nasza armia i Wojsko Polskie szykują się do ostatecznej rozprawy z wrogiem na ziemiach polskich, akcje partyzantów mają dla nas wielkie znaczenie. Jesteśmy gotowi udzielić wam wszechstronnej pomocy. Otrzymacie broń i pełne wyposażenie. Tymi sprawami zajmie się towarzysz Strokacz. Umożliwimy wam przejście za linię frontu... Ogarnęła mnie gorąca fala radości.

Ilustracje

Gen. Wasilij Andrejewicz Begma, dowódca zgrupowania partyzanckiego na Wołyniu

Płk Antoni Bryński, dowód ca brygady partyzanckiej

Józef Sobiesiak – „Maks”

Irena i Kazimierz Słowikowie

Jacenty Słowik

Dymitr Chwiszczuk

Aleksander Nieroda

Mikołaj Bulik

K. Babicz – „Łazin”

Antoni Szmigielski

Mikołaj Samczuk – „Bondarenko”

Sylwester Mytkałyk

Gabriel Nakonieczny

Borys i Grisza Nierodowie

Prof. dr Józef Parnas, szef służby zdrowia brygady partyzanckiej

Grupa dywersyjna oddziału „Maksa” w Hołuzji, po powrocie z zadania bojowego

Przemarsz oddziału partyzanckiego przez wieś Hołuzję (lato 1943 r.)

Wagon wysadzonego przez partyzantów pociągu koło Maniewicz

Czerwony Bór, czerwiec 1943 r. Od lewej siedzą: Dymitr Chwiszczuk, Łoginow, Kartuchin, Józef Sobiesiak; stoją: Hala Chwiszczuk, Lena Chwiszczuk, Luba Kartuchin, Irena Sobiesiak

Przeprawa zwiadu konnego przez rzekę Stochód

Fotokopia sprawozdania z działalności oddziału „Maksa”

Apel obwodowego sztabu partyzanckiego w sprawie pomocy dla ludności polskiej

Tabor partyzancki w marszu

Przeprawa partyzantów przez rzekę Styr podczas obławy

Partyzanci w lasach Serchowa

Placówka partyzantów we wsi Hołuzja

Wyciąg z protokołu Prezydium Zarządu Głównego ZPP

Od lewej: Chadży Achmetowicz Brytajew, Przewodniczący Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Michajłowicz Szwernik i Józef Sobiesiak „Maks”. Zdjęcie zrobione po uroczystości nadania partyzantom odznaczeń (grudzień 1944 r.)

Mapy

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Obwolutę i stronę tytułową projektował Zygmunt Ziemka Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty pismem z dnia 16.11.1966 r., Nr. P4-432 MON-16/66 do bibliotek liceów ogólnokształcących, liceów pedagogicznych, zasadniczych szkół zawodowych i techników oraz do działów nauczycielskich bibliotek szkół podstawowych. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1966. Wydanie III. Nakład 20.000+300 egz. Objętość 23,65 ark. wyd., 25,75 ark. druk. (z wklejkami). Papier druk. mat. V kl. 65 g. (z Zakładów CelulozowoPapierniczych im. J. Marchlewskiego we Włocławku). Format 82X104/16. Druk ukończono w kwietniu 1966 r. Wojsk. Zakł. Graf. w W-wie. Zam. nr 2775 z dnia 17.XI.1965 r. M-20. Cena zł. 28.-