You are on page 1of 45

JOHN HERSEY

HIROSZIMA
PRZEŁOŻYŁ Z ANGIELSKIEGO JÓZEF WITTLIN
SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA „WIEDZA”
WARSZAWA 1948

OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ IGNACY WITZ

PRZEDMOWA
LUDZKOŚD coraz bardziej wszechstronnie i coraz bardziej intensywnie opanowywuje siły przyrody-.
Rozpoczęty w w. XIX okres wielkich wynalazków trwa bez przerwy. Po wieku pary i elektryczności, po
wykorzystaniu sił napędowych, ukrytych w niewykorzystywanej przez wieki cuchnącej ropie naftowej,
stanęliśmy zdumieni wobec olbrzymiej ilości energii znajdującej się w jądrze atomowym. Kiedy
wybuchła bomba atomowa w Hiroszimie, wielu entuzjastów amerykaoskich głosiło, że należy
zakooczyd z dotychczasowymi kalendarzami, że lata trzeba liczyd obecnie od roku 1945 jako
pierwszego roku ery atomowej.
Ale jest jedna rzecz niepokojąca. Wynalazek Stephensona, działalnośd naukowa Faradaya, wynalazki
Edisona i Marconiego, wynalazek samochodu i samolotu służyły przede wszystkim celom pokojowym,
wtórnie dopiero mogły byd wykorzystywane dla celów wojennych. Energia atomowa posłużyła od
początku do zadawania śmierci, mąk i cierpieo. Bomba atomowa przewyższyła w skutkach działania,
to znaczy w ilości ofiar i w rozmiarach zniszczenia, wszystkie środki orężne dotychczas istniejące.
Wywołało to po chwilowej radości, spowodowanej kapitulacją Japonii, uczucie głębokiego
zaniepokojenia, tym bardziej, że tajemnica rozbicia jądra atomowego była wyłączną własnością rządu
Stanów Zjednoczonych, a właściwie - istotnych mocodawców tego rządu w obecnym
porooseveltowskim okresie, właścicieli wielkich monopoli. Bo przecież wszelkie złoża radu i uranu we
wszystkich krajach kapitalistycznych należą do „Międzynarodowego koncernu radu i uranu”, który
kontroluje produkcję bomb atomowych u samych podstaw, mogąc sprzedawad potrzebny dla ich
produkcji surowiec tylko temu, komu zechce. Trudnym zadaniem wydobywania czystego uranu z
rudy uranowej zajmuje się wyłącznie amerykaoski elektrotechniczny trust „Westinghouse”. Wreszcie
monopol na produkcję gotowych bomb atomowych posiada jeden z największych trustów
amerykaoskich, kontrolujący gros wojennej produkcji USA - „Dupont de Nemours”.
Zaniepokojenie zwycięskich w walce z faszyzmem i hitleryzmem Narodów Zjednoczonych wyraziło się
w utworzeniu specjalnej komisji kontroli nad energią atomową, organu podległego Radzie
Bezpieczeostwa. Ale prace komisji nie dały, jak dotychczas, pożądanych rezultatów. Propozycje
Związku Radzieckiego i innych paostw pokojowych, zmierzające w kierunku likwidacji monopolu USA
na tajemnicę produkcji energii atomowej i skierowania wysiłków na jej pokojowe zastosowanie,
rozbijały się, jak dotychczas, o opór przedstawicieli USA, z głośnym senatorem Baruchem na czele.
Baruch przedstawił; komisji kontroli nad energią atomową plan, według którego winien byd
stworzony specjalny urząd międzynarodowy pn. Atomie Development Authority (ADA). Ale w myśl
projektu Barucha urząd ten, któremu podlegałaby cała eksploatacja rud uranowych i produkcja
energii atomowej, miałby byd całkowicie niezależny od Rady Bezpieczeostwa, a więc zależny
faktycznie od wspomnianych już amerykaoskich monopoli. Tym bardziej że Baruch proponował
równocześnie zniesienie w Radzie Bezpieczeostwa prawa veto w sprawach energii atomowej. Nie
posunął się o wiele dalej w swych propozycjach i następca Barucha w komisji kontroli nad energią
atomową, Austin.
Wiadomą jest rzeczą, że pierwsze próby rozbicia jądra atomowego i pierwsze badania nad
wykorzystaniem energii atomowej czynione były przede wszystkim przez uczonych europejskich.
Obecnie uczeni różnych paostw badao tych bynajmniej nie zaprzestali, przeciwnie, po użyciu bomb
atomowych w Japonii, po doświadczeniach w Bikini badania te wzmogły się w znacznym stopniu.
Duże osiągnięcia na tym polu osiągnął prof. Joliot-Curie, poważne wyniki uzyskali zapewne także
uczeni radzieccy. Tajemnica w gruncie rzeczy przestała byd tajemnicą. Toteż jeżeli problem energii
atomowej nie zostanie rozwiązany w skali ogólnoświatowej, nad światem wisi groźba, że nowe
wspaniałe odkrycie będzie znowu środkiem zniszczenia. Dlatego też ludzkośd znękana dwiema
straszliwymi wojnami światowymi z nadzieją spogląda w stronę tych przedstawicieli Narodów
Zjednoczonych, którzy w trosce o pokój szukają humanitarnego, pokojowego a zarazem realnego
wyjścia z sytuacji.
Jedynym, jak dotychczas, realnym wyjściem z tej sytuacji, realnym a zarazem głęboko humanitarnym i
pokojowym, jest złożona na posiedzeniu komisji atomowej propozycja delegacji radzieckiej.
Przedstawiciel ZSRR w ONZ, ambasador Gromyko, przedłożył plan, który da się streścid w
następujących punktach:
Wprowadzona będzie ścisła kontrola międzynarodowa wszystkich zakładów produkujących energię
atomową oraz kontrola wydobywania surowców niezbędnych dla produkcji tej energii.
Utworzona będzie w ramach Rady Bezpieczeostwa Międzynarodowa Komisja Kontrolna, powołana
do sprawowania tej kontroli.
Międzynarodowa Komisja Kontrolna będzie dokonywała regularnych inspekcji zakładów
produkujących energię atomową oraz punktów, gdzie wydobywane są surowce. Komisja będzie miała
prawo sprawdzania istniejących zapasów substancyj atomowych oraz badania metod produkcji
energii atomowej.
Międzynarodowa Komisja Kontrolna będzie miała poza tymi prawo: zbierania danych dotyczących
produkcji energii atomowej oraz wydobywania surowców atomowych; dokonywania specjalnych
dochodzeo, gdy istnieje podejrzenie jakichkolwiek przekroczeo, międzynarodowych postanowieo o
produkcji energii atomowej; czynienia poszczególnym rządom zaleceo w sprawie produkcji energii
atomowej i magazynowania zapasów substancji atomowych.
Plan radziecki przewiduje również, że Międzynarodowa Komisja Kontrolna powinna posiadad własne
laboratoria dla przeprowadzania badao nad energią atomową, by w ten sposób móc w każdej chwili
zbadad jakikolwiek nowy wynalazek w tej dziedzinie.
Jeżeli chodzi o produkcję energia; atomowej dla celów pokojowych, to - zgodnie z planem radzieckim
- żadne paostwa nie powinno doznawad jakichkolwiek ograniczeo w tej dziedzinie.
Plan radziecki jest uzależniony od uprzedniego zawarcia konwencji międzynarodowej, zakazującej
używania broni atomowej oraz innych broni masowego niszczenia. Po podpisaniu i ratyfikacji takiej
konwencji Międzynarodowa Komisja Kontrolna rozpoczęłaby swą działalnośd.
Charakterystyczną cechą planu radzieckiego jest prawo Międzynarodowej Komisji Kontrolnej
udzielania zaleceo rządom paostw, na terenie których odbywa się produkcja energii atomowej lub
wydobywanie surowców atomowych. Drugim ważnym punktem planu radzieckiego jest
przekazywanie wszelkich wypadków naruszeo konwencja międzynarodowej o kontroli energii
atomowej - do Rady Bezpieczeostwa, w której obowiązuje prawo veto.
Plan radziecki, popierany przez wszystkie paostwa, którym zależy nade wszystko na utrzymaniu
pokoju światowego, wytrąca niebezpieczną broo z rąk potentatów kapitału mających zazwyczaj na
względzie jedynie własne zyski Plan ten stawia na pierwszym planie dobro ludzkości, przewidując
stopniowe wykorzystywanie największego odkrycia XX wieku do celów pokojowych.
Zastosowanie energii atomowej dla celów pokojowych wywołałoby niewątpliwie przewrót w
dotychczasowych stosunkach produkcyjnych, a co za tym idzie i politycznych. Ażeby przewrót ten
odbył się bez zgubnych dla ludzkości wstrząsów, trzeba zacieśnid współpracę narodów, trzeba
poniechad myśli o nowej wojnie, trzeba stworzyd warunki, aby już nigdy nie mogły się powtórzyd
straszliwe wydarzenia Hiroszimy.
W marcu 1946 r. wyszedł w USA zbiór artykułów najwybitniejszych uczonych amerykaoskich,
poświęcony zagadnieniu energii atomowej, pt. One World or None. W książce tej znajdujemy taki
słuszny wywód:
„Narody mogą posiadad energię atomową i wiele innych rzeczy. Ale nic im z tego nie przyjdzie w
świecie, w którym są możliwe wojny. Jest tylko jedno wyjście, tylko jedno rozwiązanie - współpraca
narodów... Nowa energia może byd naszym powszechnym wrogiem: trzeba uczynid ją naszym
powszechnym sojusznikiem.”

Teofil Głowacki

I. BEZGŁOŚNY BŁYSK
RÓWNO piętnaście minut po ósmej rano, według czasu japooskiego, dnia 6 sierpnia 1945 r., w chwili
gdy bomba atomowa rozbłysła nad Hiroszimą, panna Tosziko Sasaki, urzędniczka wydziału
personalnego Wschodnio-Azjatyckich Zakładów Cynowych, siedziała na swoim miejscu w kantorze
fabrycznym i odwróciła głowę, aby coś powiedzied koleżance przy sąsiednim biurku. W tej samej
chwili Dr Masakazu Fudżi usiadł na werandzie swej prywatnej kliniki, zawieszonej nad jedną z siedmiu
delt rzecznych, które dzielą Hiroszimę. Usiadł, skrzyżował nogi i zabrał się do czytania gazety Asahi,
wychodzącej w Osaka. W tejże chwili pani Hacujo Nakamura, wdowa po krawcu, stała przy oknie swej
kuchni i patrzyła, jak jej sąsiad rozbierał własny dom. Dom ten bowiem znajdował się na terenie,
który obrona przeciwlotnicza przeznaczyła na plac pożarny. W tym samym czasie ojciec Wilhelm
Kleinsorge, niemiecki ksiądz z Towarzystwa Jezusowego, położył się w bieliźnie na żelaznym łóżku.
Stało ono na najwyższej kondygnacji trzypiętrowego domu misyjnego jezuitów. Ojciec Kleinsorge
zaczął czytad jezuickie czasopismo: Stimmen der Zeit. Jednocześnie Dr Terufumi Sasaki, młody chirurg
z dużego, nowoczesnego szpitala Czerwonego Krzyża, szedł wzdłuż korytarza szpitalnego, a w ręku
niósł krew pobraną do próby Wassermanna. I w tej samej chwili wielebny Kioszi Tanimoto, pastor
kościoła metodystów w Hiroszimie, zatrzymał się przed domem, pewnego bogatego człowieka, na
przedmieściu Koi, położonym na zachód od miasta. Zatrzymał się, aby wyładowad wózek ręczny,
pełen gratów. Ewakuował je z miasta w obawie masowego nalotu bombowców B-29, które, jak się
powszechnie spodziewano, miały nawiedzid Hiroszimę. Sto tysięcy ludzi zginęło od bomby atomowej,
a tych sześcioro znalazło się pośród ocalałych. Wciąż jeszcze nie mogą się oni nadziwid, czemu
właśnie oni pozostali przy życiu, skoro tylu innych poniosło śmierd. Każda z tych sześciu osób
gromadzi w pamięci najdrobniejsze szczegóły - przypadku czy też świadomego wyboru, którym
zawdzięcza życie. Może był to krok, postawiony w czasie właściwym, może w porę weszło się do
domu lub wskoczyło do tego a nie następnego tramwaju. Teraz każdy z nich wie, że fakt przeżycia
katastrofy pomnożył co najmniej dwunastokrotnie jego własne istnienie, a każdy widział więcej
śmierci, niż się spodziewał, że kiedykolwiek zobaczy. Lecz podówczas żaden z nich nic o tych
sprawach nie wiedział.

WIELEBNY pastor Tanimoto wstał tego ranka o godzinie piątej. Był na plebanii sam, gdyż od pewnego
czasu żona jego zwykła była wraz z rocznym dzieckiem wyjeżdżad na noc do przyjaciół, na północne
przedmieście - Uszida. Z wszystkich ważniejszych miast Japonii, jedynie Kioto i Hiroszimie nie złożył
jeszcze prawdziwej wizyty B-san, czyli „pan B”. Tak z respektem, ale i z gorzką poufałością nazywali
Japooczycy bombowce B-29. Pastor Tanimoto, jak wszyscy jego sąsiedzi i przyjaciele, niemal
chorował ze strachu. Słyszał pełne przykrych szczegółów opowieści o masowych nalotach na Kurę,
Iwakuni, Tokujamę, tudzież na inne pobliskie miasta, był więc przekonany, iż rychło przyjdzie kolej na
Hiroszimę. Poprzedniej nocy spał źle z powodu kilku ostrzegawczych alarmów. Od wielu tygodni
alarmowano Hiroszimę prawie co noc, gdyż B-29 dawały sobie w owym czasie rendez-vous nad
jeziorem Biwa, na północo-wschód od Hiroszimy. I bez względu na to, jakie miasto Amerykanie
zamierzali bombardowad, zawsze ich superfortece przelatywały nad wybrzeżem w pobliżu Hiroszimy.
Częstośd ostrzeżeo oraz upór, z jakim „pan B” omijał Hiroszimę, wprawiały mieszkaoców tego miasta
w ustawiczne drżenie; a krążyły pogłoski, że Amerykanie chowają dla Hiroszimy coś specjalnego.
Pastor Tanimoto - to człowiek nieduży, rozmowny, skory do śmiechu i do płaczu. Swe czarne i raczej
długie włosy rozczesuje przedziałem na środku głowy. Wydatnośd kości czołowych tuż nad brwiami,
mały wąsik, wąskie usta i drobny podbródek nadają mu osobliwy wygląd ni to starca, ni młodzieoca.
Ma on w sobie coś z chłopaka a zarazem mędrca, jest jednocześnie słaby i płomienny. Porusza się
nerwowo i szybko, lecz z opanowaniem, co pozwala przypuszczad, że jest to człowiek ostrożny i
myślący. Te cechy istotnie wykazał w ciężkich dniach poprzedzających zrzucenie bomby. Poza tym, że
polecił żonie nocowad w Uszida, pastor Tanimoto wszystko, co się dało wywieźd ze swego kościoła
położonego w gęsto zaludnionej dzielnicy mieszkalnej, zwanej Nagaragawa, wywiózł do domu
pewnego fabrykanta sztucznego jedwabiu w Koi, o dwie mile od centrum miasta. Ów fabrykant
sztucznego jedwabiu, niejaki pan Macui, szeroko otworzył swą niezamieszkałą podówczas rezydencję
dla licznych przyjaciół i znajomych, żeby mogli sobie ewakuowad, cokolwiek zechcą, w miejsce
bezpieczne, oddalone od przypuszczalnego obiektu bombardowania. Wielebny Tanimoto nie miał
trudności z przewiezieniem krzeseł, ksiąg z hymnami, biblij, sprzętu liturgicznego, archiwów
kościelnych. Wszystko to przewiózł sam, ręcznym wózkiem. Lecz przetransportowanie konsoli z
organami, jako też pianina wymagało już pomocy. Przyjaciel pastora, nazwiskiem Macuo, pomógł mu
poprzedniego dnia przewieźd pianino do Koi. W zamian za to pastor obiecał panu Macuo pomoc w
przewiezieniu ruchomości jego córki. W tym właśnie celu tak wcześnie wstał.

Pastor Tanimoto sam sobie ugotował śniadanie. Czuł się straszliwie zmęczony. Wysiłek włożony
poprzedniego dnia w przewóz pianina, bezsenna noc, całe tygodnie zmartwieo i nieregularnego
odżywiania, ponadto troska o parafię - wszystko to sprawiło, że nie bardzo czuł się zdolny do
sprostania zadaniom nowego dnia. I jeszcze coś dołączyło się do tego wszystkiego: pastor Tanimoto
studiował teologię w Emory College, w Atlanta, w stanie Georgia. Ukooczył ją w r. 1940. Po angielsku
mówił znakomicie. Nosił amerykaoskie ubrania. Aż do samego wybuchu wojny korespondował z
licznymi przyjaciółmi, Amerykanami. Pośród ludzi zaś opętanych strachem, że są szpiegowani, (kto
wie, czy i on sam nie uległ tej obsesji?) coraz bardziej czuł się nieswojo. Parokrotnie już
przesłuchiwała go policja, a zaledwie kilka dni temu dowiedział się, że jego wpływowy znajomy,
niejaki pan Tanaka, emerytowany oficer linii parowcowej Tojo Kisen Kaisza, antychrześcijanin, człek
słynący w Hiroszimie z filantropii na pokaz, lecz znany z tyraostwa w prywatnym życiu, rozgłasza po
ludziach, że nie powinni ufad pastorowi Tanimoto. Pastor Tanimoto, aby przeciwdziaład temu, a także
aby publicznie zademonstrowad, że jest dobrym Japooczykiem, objął kierownictwo miejscowego
tonarigumi - czyli Zrzeszenia Sąsiadów. To stanowisko dodało do jego dotychczasowych obowiązków i
kłopotów jeszcze nową powinności - zorganizowania obrony przeciwlotniczej dla dwudziestu bez
mała rodzin.

Jeszcze przed godziną szóstą wybrał się tego ranka pastor Tanimoto pod dom pana Macuo. Tam
dopiero zorientował się, że ładunkiem ich będzie tansu, czyli duża japooska szafa, pełna garderoby i
domowych sprzętów. Ruszyli w drogę. Idealnie klarowny poranek był już tak ciepły, iż wróżył męczący
dzieo. Parę minut potem, jak wyruszyli, odezwała się syrena. Wycie trwało minutę i ostrzegało przed
nadciągającymi samolotami, lecz mieszkaocy Hiroszimy nie bardzo się tym przejmowali. Każdego
bowiem rana wyła syrena o tej samej porze, a mianowicie gdy zbliżał się samolot amerykaoskiego
wywiadu meteorologicznego. Obaj mężczyźni pchali i ciągnęli wózek ulicami miasta Hiroszima miała
kształt wachlarza i leżała przeważnie na siedmiu wyspach, utworzonych przez siedem rzek
ujściowych, stanowiących deltę rzeki Ota. Główne dzielnice handlowe i mieszkalne zajmowały około
czterech mil kwadratowych w śródmieściu, gdzie skupiło się trzy czwarte całej ludności,
zredukowanej przez parokrotne ewakuacje z najwyższej wojennej liczby - 380.000 do - około
245.000. Fabryki tudzież inne dzielnice mieszkalne wraz z przedmieściami gęsto otaczały kraoce
miasta. Na południu leżały doki, lotnisko i Wewnętrzne Morze suto przetkane wyspami. Pasmo gór
okalało trzy pozostałe boki delty. Panowie Tanimoto i Macuo torowali sobie drogę w dzielnicy
handlowej, zawsze pełnej ludzi i poprzez dwie rzeki weszli na spadziste uliczki Koi, kierując się ku
peryferiom i wzgórzom. Gdy weszli w dolinkę oddaloną od ściśniętych szeregów zabudowao - alarm
odwołano. (Japooscy mechanicy radarowi, wykrywszy zaledwie trzy płatowce, przypuszczali, że są to
aparaty zwiadowcze.) Pchanie wózka w górę, pod sam dom fabrykanta sztucznego jedwabiu, było
nader męczące, więc obaj panowie - po wtoczeniu wehikułu z ładunkiem pod podjazd - postanowili
chwilkę odpocząd. Stanęli tak, że, skrzydło domu, zasłoniło im widok na miasto. Dom ów, jaki
większośd budynków mieszkalnych w tej części Japonii składał się z drewnianej ramy i drewnianych
ścian podtrzymujących ciężki dach ułożony z dachówek. Frontowa sieo była zawalona zwiniętymi
watowanymi matami oraz odzieżą i wyglądała jak zimna piwnica, pełna grubych poduch. Naprzeciw
domu, na prawo od frontowych drzwi, ciągnął się rozległy, pretensjonalny, skalisty ogród. Kanek był
cichy, a miejsce - chłodne i miłe.

Naraz potężny rozbłysk światła przeciął niebiosa. Pastor Tanimoto wyraźnie sobie przypomina, że
światło przeleciało ze wschodu na zachód, od strony miasta w kierunku wzgórz. Miał wrażenie, że
oderwała się płyta słooca. Zarówno on, jak i pan Macuo działali w przerażeniu, a obaj mieli dosyd
czasu na działanie, gdyż znajdowali się o 3.500 jardów, to jest o dwie mile od centrum eksplozji. Pan
Macuo wpadł do domu po chodach frontowych, zanurzył się w zwojach watowanych mat i utonął
pod nimi. Pastor Tanimoto natomiast przeskoczył cztery czy też pięd stopni i rzucił się między dwie
duże skały w ogrodzie. Mocno przywarł brzuchem do jednej ze skał. Ponieważ twarz jego leżała na
kamieniu, nie widział on w ogóle, co się stało. Poczuł tylko naraz gwałtowny ucisk, a potem spadły
nao odłamki - całe kawały desek i dachówek. Żadnego warkotu nie słyszał. (Prawie nikt w Hiroszimie
nie przypomina sobie, żeby bomba uczyniła jakikolwiek hałas. Jedynie pewien rybak w swym
sampanie, na Wewnętrznym Morzu koło Cuzu, ów właśnie człowiek, u którego mieszkała teściowa
pastora j i jego szwagierka, widział rozbłysk światła i słyszał straszliwy wybuch. A znajdował się około
dwudziestu mil od Hiroszimy! Grzmot zaś był silniejszy niż wówczas, gdy B-29 waliły w Iwakuni
odległe tylko o pięd mil.)

Gdy pastor Tanimoto odważył mą podnieśd głowę, ujrzał dom fabrykanta sztucznego jedwabiu - w
gruzach. Myślał, że bomba właśnie w ten dom trafiła. Podniosły się bowiem takie obłoki kurzu, iż
zdawało się, jak gdyby zapadł zmrok. Ogarnięty paniką pastor w owej chwili nie myślał o panu Macuo,
lecz wypadł na ulicę. Biegnąc zauważył, że betonowe ogrodzenie posesji zawaliło się raczej w stronę
domu a nie w kierunku przeciwnym. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył na ulicy, to oddział żołnierzy,
który okopał się na przeciwległym wzgórzu. Żołnierze ci budowali jeden z tysięcy schronów ziemnych,
w których Japooczycy widocznie zamierzali stawid czoło inwazji, broniąc pagórka po pagórku, płacąc
życiem za życie. Żołnierze wybiegli z ziemianki, w .której raczej powinni byli czud się bezpieczni, a
krew broczyła im z głów, z piersi i z pleców. Byli oślepieni i milczeli.

Pod tym, co wyglądało na miejscowy obłok kurzu, narastała coraz większa ciemnośd.

UBIEGŁEJ NOCY, około dwunastej, a więc przed zrzuceniem bomby anonser miejskiej rozgłośni
radiowej powiedział, że około dwóch setek B-29 zbliża się do południowego Honszu i doradzał
ludności Hiroszimy ewakuację do wyznaczonych „rejonów bezpieczeostwa”. Pani Hacujo Nakamura,
wdowa po krawcu, mieszkała w dzielnicy zwanej Nobori-czo. Od dawna zwykła była czynid to, co jej
kazano. A zatem wyciągnęła z łóżek troje dzieci: dziesięcioletniego chłopaka imieniem Toszio,
ośmioletnią córkę imieniem Jaeko i pięcioletnią córeczkę - Mjeko. Ubrała dzieci i poszła z nimi na
błonia wojskowe, znane pod nazwą Wschodniego Placu Rewii. Ciągnęły się te błonia na północno-
wschodnich kraocach miasta. Tu pani Nakamura rozwinęła kilka mat i ułożyła na nich dzieci. Spały
mniej więcej do godziny drugiej, aż je obudził szum aeroplanów, które leciały ponad Hiroszimą.

Natychmiast po przelocie bombowców postanowiła pani Nakamura wrócid z dziedmi do domu.


Wrócili niewiele po wpół do trzeciej i zaraz pani Nakamura odkręciła radio, które ku jej rozpaczy
nadawało właśnie nowe ostrzeżenie. Gdy patrzyła na swe dzieci i widziała, jak są znużone, gdy
pomyślała o niezliczonych wyprawach na Wschodni Plac Rewii, które jej dzieci w ubiegłych
tygodniach odbyły zgoła niepotrzebnie, postanowiła wbrew ostrzeżeniu radia pozostad w domu. Po
prostu zabrakło jej sił do rozpoczęcia nowego marszu. Owinęła więc dzieci w watowane maty, ułożyła
na podłodze i, koło trzeciej, sama się położyła. Usnęła natychmiast. A spała tak mocno, że nie obudził
jej nawet hałas przelatujących samolotów.

Dopiero koło siódmej wyrwał ją ze snu przeraźliwy skowyt syreny. Wstała, szybko się ubrała i
pobiegła do domu pana Nakamoto, naczelnika Zrzeszenia Sąsiadów, aby go zapytad, co czynid. Kazał
jej zostad w domu, chyba że będzie nagły alarm: seria przerywanych dźwięków syreny. Więc wróciła
do domu, napaliła w piecu kuchennym i postawiła na nim trochę ryżu, Potem usiadła, aby przeczytad
świeży numer porannego dziennika hiroszimskiego Czugoku. Ku jej uldze, o godzinie ósmej odwołano
alarm. Słyszała, jak dzieci się ruszają, więc podeszła do nich i dała każdemu po garści orzeszków,
nakazując, żeby nie wstawały z mat, ponieważ zmęczył je nocny marsz. Miała; nadzieję, że dzieci
usną, lecz człowiek w sąsiednim domu, zwróconym na południe, wszczął straszliwy hałas, tłukł
młotkiem, wbijał kliny, rozłupywał na drzazgi własny dom. Prefektura, jak wszyscy w Hiroszimie,
przekonana, że niebawem już nastąpi atak na miasto, nagliła przestrogami i pogróżkami do
wykooczenia projektowanych szerokich placów pożarnych. Spodziewano się bowiem, że te place
łącznie z rzekami przyczynią się do zlokalizowania wszelkich pożarów wywołanych bombami
zapalającymi. Tak więc sąsiad pani Nakamura, aczkolwiek niechętnie, poświęcał swój dom dla
bezpieczeostwa całego miasta. Właśnie poprzedniego dnia wydała prefektura nakaz, żeby wszystkie
zdrowe uczennice szkół średnich pomagały przez kilka dni oczyszczad te place. Niedługo po
odwołaniu alarmu zabrały się dziewczęta do pracy.

Pani Nakamura wróciła do kuchni, zajrzała do ryżu i zaczęła przypatrywad się sąsiadowi. Najpierw
czuła doo niechęd za ten dziki hałas, jaki robił, lecz rychło ogarnęła ją wielka litośd i pani Nakamura
wzruszyła się niemal do łez. Wprawdzie współczuła przede wszystkim sąsiadowi, który, deska po
desce, rozbierał swój dom i to w czasie, gdy było i tak dosyd nieuniknionego zniszczenia, niewątpliwie
jednak przeniosła swe współczucie na ogół, na całą wspólnotę gminną, nie mówiąc już o tym, że
samej sobie też współczuła. Nie miała ona łatwego życia. Jej mąż, Isawa, poszedł do wojska zaraz po
urodzeniu się Mjeko, a pani Nakamura przez długi czas nie miała żadnych wiadomości ani od niego,
ani o nim. Aż 5 marca 1942 r. otrzymała depeszę złożoną z siedmiu słów: „Isawa zginął na polu
chwały pod Singapore.” Później dowiedziała się, że jej mąż zginął 15 lutego, w dniu upadku
Singapore, i że był kapralem. Isawa nie miał wielkiego powodzenia jako krawiec. Jedyny jego kapitał
stanowiła maszyna do szycia. Po jego śmierci pani Nakamura przestała otrzymywad należne zasiłki,
przeto wydobyła tę maszynę i sama wzięła się do łataniny. Odtąd szyciem zarabiała na, liche
utrzymanie dzieci.

Gdy stała tak przyglądając się sąsiadowi, wszystko naraz rozbłysło taką bielą, jakiej do tej pory jeszcze
nigdy nie widziała. Nie zauważyła nawet, co się stało z sąsiadem, gdyż odruch macierzyoski skierował
ją do dzieci. Uczyniła pierwszy krok (dom był oddalony o 1.350 jardów, tj. 8/4 mili od centrum
eksplozji), gdy coś ją porwało i zdawała się lecied ponad wzniesioną platformą do spania - do
przyległej izby, ścigana częściami składowymi swego domu. Kiedy opadła na ziemię - zewsząd leciały
drzazgi. Ciało jej smagał grad dachówek i wszystko jej naraz pociemniało, albowiem była zasypana.
Wszelako gruzy nie pokryły jej zbyt grubą warstwą. Podniosła się i oswobodziła. Usłyszała płacz
dziecka: „Mamo, pomóż mi!” i ujrzała swą najmłodszą córeczkę, Mjeko, zagrzebaną po pierś i
unieruchomioną. Pani Nakamura jęła rozpaczliwie przedzierad się ku Mjeko, reszty dzieci jednak ani
nie widziała, ani głosu ich nie słyszała.

W DNIACH, KTÓRE poprzedziły zrzucenie bomby, dr Masakazu Fudżi, człowiek zamożny, lubiący
używad życia, a podówczas nie bardzo zajęty, pozwalał sobie na zbytek snu do -godziny dziewiątej a
nawet dziewiątej trzydzieści. Na swoje szczęście jednak owego rana, gdy spadła bomba, musiał
odprowadzid na kolej pewnego gościa. Wstał więc o szóstej, a pół godziny później szedł już ze swym
przyjacielem na dworzec, nie bardzo zresztą odległy. Trzeba było przejśd przez dwie rzeki. O siódmej
wrócił do domu, akurat w chwili gdy syrena zawyła swój przeciągły sygnał. Doktor zjadł śniadanie, a
że ranek był już bardzo upalny, rozebrał się do bielizny. Następnie wyszedł na werandę - poczytad
gazetę. Weranda, jak zresztą cały dom, była dziwacznie zbudowana. Dr Fudżi był właścicielem
osobliwego, iście japooskiego zakładu: prywatnej klinika z jednym lekarzem. Ten budynek wzniesiony
bokiem nad wodami rzeki Kjo i w pobliżu mostu tej samej nazwy miał trzydzieści pomieszczeo dla
trzydziestu pacjentów oraz ich rodzin. Albowiem zgodnie z japooskim obyczajem, gdy ktoś zachoruje i
musi iśd do szpitala, nie udaje się tam sam, lecz w towarzystwie jednego lub nawet kilku członków
rodziny. Mieszkają oni razem z chorym, gotują mu, kąpią go, masują, czytają mu i nieustannie
składają dowody rodzinnej sympatii, bez czego japooski pacjent czułby się bardzo nieszczęśliwy. Dr
Fudżi nie miał łóżek dla swych pacjentów, tylko słomiane maty. Posiadał natomiast nowoczesne
urządzenia wszelkiego rodzaju, jak: rentgena, diatermię oraz piękne, kaflami wyłożone laboratorium.
Tylko dwie trzecie budowli stało na lądzie. Jedna trzecia wspierała się na palach, wbitych w rzekę Kjo.
W tej właśnie części budynku, zawieszonej nad rzeką, której wody przypływały i odpływały, mieszkał
dr Fudżi. Dziwaczny wygląd miała ta strona domu, lecz letnią porą była chłodna, a z werandy
odwróconej od centrum miasta roztaczał się zawsze orzeźwiający widok rzeki pełnej spacerowych
stateczków płynących w dół i w górę. Dr Fudżi, owszem, miewał niekiedy chwile niepokoju, a
mianowicie gdy na rzece Ota i jej deltowych odnogach przybierała woda. Lecz pale wyglądały dośd
solidnie i dom zawsze jakoś się trzymał.

Od miesiąca mniej więcej dr Fudżi miał względnie niewiele pracy. W lipcu, gdy gwałtownie zmalała
liczba japooskich miast, których nie tknęły bomby, a nalot na Hiroszimę wydawał się coraz bardziej
nieunikniony, dr Fudżi w ogóle przestał przyjmowad pacjentów. Uzasadniał to tym, iż na wypadek
bombardowania i pożarów nie mógłby chorych ewakuowad. Tak tedy zostało mu obecnie zaledwie
dwoje pacjentów: kobieta z Jano raniona w ramię oraz młody, dwudziestopięcioletni mężczyzna,
uzdrowieniec po oparzeniu, jakiemu uległ, gdy nieopodal Hiroszimy zbombardowano stalownię, w
której pracował. Sześd pielęgniarek miał dr Fudżi do dyspozycji pacjentów. Żona doktora i dzieci
znajdowały się w bezpiecznym miejscu. Doktorowa wraz z jednym synem mieszkała za Osaka, drugi
zaś syn i dwie córki - na wsi koło Kjuszu. Z doktorem przebywała siostrzenica a także służąca i
posługacz. Niewiele więc miał doktor do roboty i wcale się tym nie martwił, posiadał bowiem nieco
oszczędności. Pięddziesięcioletni, zdrowy, towarzyski i zrównoważony, lubił spędzad wieczory w
gronie przyjaciół, popijając whiskey, chod zawsze z umiarem i raczej dla podtrzymania konwersacji.
Przed wojną faworyzował trunki sprowadzane ze Szkocji i z Ameryki, obecnie zadowalał się całkowicie
najlepszą japooską marką - Suntory.

Dr Fudżi siedział w bieliźnie, ze skrzyżowanymi nogami, na idealnie czystych matach werandy. Włożył
okulary i zabrał się do czytania gazety Asahi, wychodzącej w Osaka. Lubił czytad nowiny z Osaka,
ponieważ przebywała tam jego żona. Ujrzał błysk światła. A że siedział odwrócony od jądra blasku, z
oczyma utkwionymi w gazecie, blask ów wydał mu się jaskrawo żółty. Przerażony doktor jął
prostowad nogi, chcąc wstad. W owej chwili (a działo się to w oddaleniu 1.550 jardów od centrum)
szpital za nim przechylił się i z potwornym, rozdzierającym trzaskiem runął w wodę. Doktora,
będącego wciąż w trakcie stawania na nogi, rzuciło naprzód, okręciło i przewróciło. Coś go
szturchnęło i przygniotło. Całkowicie stracił orientację, gdyż wszystko to odbyło się z błyskawiczną
szybkością, tyle tylko, iż poczuł się w wodzie. Nie miał nawet czasu pomyśled, że umiera, zanim sobie
uświadomił, że żyje, mocno ściśnięty dwiema długimi belkami, co na krzyż uciskały mu klatkę
piersiową tworząc literę V. Był niby kąsek uwieszony między dwiema olbrzymimi pałeczkami, jakie-
Chioczycy używają do jedzenia. Trzymały go one w pozycji pionowej, tak iż nie mógł się ruszad. Głowa
- jakimś cudem - sterczała nad wodą, lecz tułów i nogi były w wodzie. Dokoła, na rzece, unosiły się
szczątki jego kliniki - w dzikim chaosie pływały odłamki drzewa obok przedmiotów przynoszących
ulgę w boleści. Okropnie go bolało lewe ramią. Okulary - zginęły.

OJCIEC WILHELM KLEINSORGE z Towarzystwa Jezusowego czuł się raczej niedobrze owego ranka, gdy
wybuchła bomba. Nie służyła mu japooska dieta wojenna, dokuczała mu też świadomośd, że jest
cudzoziemcem w kraju, gdzie wzrastała ksenofobia. Od czasu klęski vaterlandu nawet Niemiec nie
cieszył się w Japonii popularnością. Ojciec Kleinsorge miał trzydzieści osiem lat, a wyglądał jak za
szybko rosnący chłopak: chuda twarz, wystające jabłko adamowe, zapadnięta klatka piersiowa,
zwisające ręce, duże stopy. Chodził niezgrabnie, pochylając się nieco ku przodowi. Przez cały ten czas
czuł się bardzo zmęczony. Na domiar złego cierpiał od dwóch dni - wraz z drugim jezuitą, ojcem
Cieślikiem, na bolesną i natarczywą biegunkę. Przyczyną tego była ponod fasola oraz czarny chleb
kartkowy, który musieli spożywad. Dwaj inni księża mieszkający podówczas w zabudowaniach
misyjnych w dzielnicy Nobori-czo, ojciec przeor La Salle i ojciec Schiffer, szczęśliwie uniknęli tej
przypadłości.

Owego ranka, gdy zrzucono bombę, ojciec Kleinsorge znudził się około szóstej. Pół godziny później (w
ogóle spóźnił się trochę z powodu choroby) rozpoczął czytanie mszy świętej w kaplicy misyjnej. Był to
mały drewniany budynek w japooskim stylu, bez ław, gdyż wierni klęczeli, japooskim zwyczajem, na
podłodze przykrytej matami. Klęczeli twarzą do ołtarza, ozdobionego wspaniałymi jedwabiami,
srebrem, mosiądzem i ciężkimi haftami. Tego ranka, a był to poniedziałek, modlili się tam tylko: pan
Takemoto, student teologii zamieszkały w domu misyjnym, pan Fukai, sekretarz diecezji, pani
Murata, gospodyni misji, żarliwa chrześcijanka, oraz księża-koledzy ojca Kleinsorge. Po mszy świętej,
kiedy ojciec Kleinsorge czytał modlitwy dziękczynne, odezwała się syrena. Przerwał modły, a
misjonarze udali się do największego gmachu, przechodząc poprzez cały kompleks zabudowao. Tam,
w swojej izbie na parterze, po prawej stronie od bramy frontowej, przebrał się ojciec Kleinsorge w
mundur wojskowy. Otrzymał go, kiedy był nauczycielem szkoły średniej Rokko w Kobe. Mundur ten
zwykł był nosid w czasie alarmów lotniczych.

Po alarmie ojciec Kleinsorge wychodził zawsze na dwór i badał niebo. I zawsze w takich
okolicznościach miło mu było spostrzegad tylko pojedynczy samolot meteorologiczny, przelatujący
nad Hiroszimą każdego dnia o tej samej porze. Zadowolony ze stwierdzenia, iż nic się nie stanie,
wrócił do gmachu i wraz z innymi ojcami wypił na śniadanie namiastkę kawy i zjadł kawałek chleba
kartkowego, który w obecnych okolicznościach był mu szczególnie wstrętny. Ojcowie posiedzieli
chwilkę gawędząc, aż o godzinie ósmej usłyszeli odwołanie alarmu. Następnie rozeszli się do różnych
części gmachu. Ojciec Schiffer wycofał się do swojego pokoju, aby coś napisad. Ojciec Cieślik usiadł w
swoim pokoju na prostym fotelu, z poduszką na brzuchu, aby uśmierzyd bóle, i zabrał się do czytania.
Ojciec przeor La Salle stał przy oknie w swoim pokoju i - rozmyślał. Ojciec Kleinsorge udał się do
jednego z pokoi na trzecim piętrze, zdjął z siebie wszystko prócz bielizny i wyciągnął się na łóżku,
kładąc się na prawym boku. Zaczął czytad swoje Stimmen der Zeit.

Po przeraźliwym rozbłysku, który - jak to ojciec Kleinsorge później sobie uświadomił - przywiódł mu
na pamięd lekturę z lat chłopięcych - o wielkim meteorze, co zderzył się z kulą ziemską, miał on
jeszcze tyle czasu, by pomyśled: „bomba uderzyła prosto w nas”. (Ojciec Kleinsorge znajdował się
1400 jardów od centrum eksplozji.) Po czym na parę sekund czy też minut stracił przytomnośd.

Nigdy już sobie nie przypomniał, jakim sposobem opuścił budynek. Pierwszą rzeczą, z której zdał
sobie sprawę, był fakt, iż kręcił się w bieliźnie po ogrodzie warzywnym misji, nieznacznie krwawiąc od
lekkich cięd wzdłuż lewego boku. Stwierdził również, że wszystkie budynki dokoła, z wyjątkiem domu
misyjnego jezuitów - zawaliły się. Budynek misyjny był od dawna opasany podwójnymi obręczami, co
było dziełem księdza nazwiskiem Gropper, który bał się trzęsienia ziemi. Zauważył też ojciec
Kleinsorge natychmiast, że nastał zmrok i że Murata-san, gospodyni, znajdowała się gdzieś blisko,
bezustannie lamentując: Szu Jesusu, aroaremi tamai! „Panie nasz, Jezu, zmiłuj się nad nami!”.

DR TERUFUMI SASAKI, chirurg szpitala Czerwonego Krzyża, jechał pociągiem do Hiroszimy - ze wsi,
gdzie mieszkał razem z matką. W drodze rozmyślał o koszmarnych snach, jakie go trapiły poprzedniej
nocy. Dom matki znajdował się w Mukaihara, trzydzieści mil od miasta. Aby dostad się do szpitala,
musiał doktor jechad dwie godziny - pociągiem i tramwajem. Przez całą noc spał źle i zbudził się o
godzinę wcześniej niż zwykle. A że czul się senny i lekko gorączkował, zastanawiał się, czy w ogóle ma
iśd do szpitala. Ostatecznie zwyciężyło poczucie obowiązku i udał się do szpitala wcześniejszym
pociągiem niż ten, którym zazwyczaj jeździł. Sen przestraszył go tym bardziej, iż tak ściśle wiązał się -
przynajmniej na swej powierzchni - z dręczącą jawą. Doktor miał zaledwie dwadzieścia pięd lat i
niedawno ukooczył studia na Wschodnim Uniwersytecie Medycznym w Tsingtao w Chinach. Był to
swego rodzaju idealista. Martwił się on niezmiernie niskim poziomem służby zdrowia w miejscowości
wiejskiej, gdzie mieszkała jego matka. Zaczął przeto na własną rękę i bez licencji - po ośmiu godzinach
szpitala i czterech godzinach jazdy - odwiedzad kilku tamtejszych chorych. Dowiedział się niedawno,
że surowe kary nakładano na lekarzy praktykujących bez licencji. Pewien kolega-lekarz, u którego dr
Sasaki informował się w tej sprawie - porządnie go zrugał. Mimo to nasz doktor nie przerwał swej
pokątnej praktyki. Otóż w owym śnie znajdował się właśnie przy łożu wiejskiego pacjenta, gdy
wtargnęła policja w asystencji doktora, u którego się informował; schwyciła go, wypchnęła na dwór i
nieludzko pobiła. Teraz, jadąc pociągiem, zdecydował się już niemal na porzucenie praktyki w
Mukaihara. Czuł bowiem, że uzyskanie licencji jest niemożliwe, ponieważ w opinii władz prywatna
praktyka naraziłaby na szwank jego obowiązki w szpitalu Czerwonego Krzyża.

Na stacji koocowej natychmiast złapał tramwaj. (Później wykalkulował, iż gdyby tego rana wsiadł do
pociągu, którym zwykle jeździł, i gdyby -.jak to się często zdarzało - musiał parę minut czekad na
tramwaj - znalazłby się w owym czasie niemal przy samym centrum eksplozji i na pewno by zginął:)
Przybył do szpitala o siódmej czterdzieści i zameldował się u naczelnego chirurga. Parę minut później
udał się do jednej z sal na pierwszym piętrze i pobrał krew z ramienia pewnego mężczyzny w celu
dokonania próby Wassermanna. Laboratorium z inkubatorami do testu mieściło się na trzecim
piętrze. Z próbką krwi w lewej ręce - kroczył jak gdyby w zamroczeniu, które odczuwał przez cały
ranek, zapewne z powodu złego snu i męczącej nocy. Szedł wzdłuż głównego korytarza, kierując się
ku schodom. Znajdował się już o stopieo poza otwartym oknem, kiedy w korytarzu odbił się błysk
bomby - niby jakieś gigantyczne światło magnezjowe fotografa. Doktor przykucnął na jedno kolano i
rzekł do siebie tak, jak tylko Japooczyk rzec może: Sasaki, gambare! „Sasaki, bądź dzielny!” W owej
chwili (gmach był oddalony o 1.650 jardów od centrum) huknął w szpital prąd powietrza. Doktorowi
zleciały okulary, buteleczka a krwią rozbiła się o ścianę, japooskie pantofle wysunęły mu się spod stóp
- poza tym jednak, dzięki miejscu, w którym się znajdował, nic mu się nie stało.

Dr Sasaki krzyknął nazwisko naczelnego lekarza, po czym pobiegł do jego kancelarii, gdzie odnalazł go
straszliwie pociętego szkłem. Szpital był w okropnym stanie: ciężkie przepierzenia i sufity pospadały
na pacjentów, łóżka były powyrywane, szyby wyleciały z okien nie na zewnątrz, lecz do środka sal
szpitalnych, gdzie pokiereszowały ludzi. Na ścianach i na podłogach pełno było rozpryśniętej krwi,
wszędzie walały się instrumenty medyczne. Wielu pacjentów z krzykiem biegało dookoła, lecz
znacznie więcej leżało - martwych. (Kolega z laboratorium, ten właśnie, do którego zmierzał dr Sasaki,
nie żył. Nie żył również pacjent, od którego dr Sasaki dopiero co odszedł, a który jeszcze parę chwil
temu śmiertelnie bał się syfilisu.) Jakoż dr Sasaki stwierdził, że jest w szpitalu jedynym lekarzem,
który wyszedł cało.

Mniemał, że nieprzyjaciel zbombardował jedynie ten szpital. Powyciągał bandaże i zabrał się do
opatrywania rannych, którzy przebywali w szpitalu. A tymczasem na zewnątrz - wszyscy okaleczeni i
umierający jęli z całej Hiroszimy kierowad swe chwiejne kroki ku szpitalowi Czerwonego Krzyża i tak
rozpoczął się najazd, który kazał doktorowi Sasaki na długi, długi czas zapomnied o swych prywatnych
majakach sennych.

PANNA TOSZIKO SASAKI, urzędniczka Wschodnio-Azjatyckich Zakładów Cynowych, wcale nie jest
spokrewnioną z drem Sasaki. Owego dnia, kiedy spadła bomba, wstała już o trzeciej nad ranem.
Miała w domu dodatkową robotę. Jej jedenastomiesięczny braciszek Akio poważnie się rozchorował
poprzedniego dnia - na rozstrój żołądka, więc matka zabrała go do Dziecięcego Szpitala Tamura i tam
z nim została. Wobec tego panna Sasaki, która miała około dwudziestu lat, musiała zgotowad
śniadanie dla ojca, brata, siostry i dla siebie. A że szpital, z powodu wojny, nie mógł pacjentom
dostarczyd żywności - musiała również przygotowad prowiant na cały dzieo - dla matki i dla dziecka.
Jedzenie dla ojca musiało byd przyrządzone na czas, gdyż zabierał je z sobą do pracy. Pracował on w
fabryce produkującej gumowe wtyczki do uszu artylerzystów. Dochodziła już godzina siódma, gdy
panna Sasaki skooczywszy gotowanie pomyła i odstawiła naczynia kuchenne. Rodzina Sasakich
mieszkała w Koi, skąd Tosziko miała czterdzieści pięd minut jazdy do zakładów cynowych, położonych
w dzielnicy zwanej Kannonmaczi. Prowadziła ona tam kartotekę personelu fabrycznego. Wyjechała z
Koi o siódmej i natychmiast po przybyciu do fabryki udała się z inną dziewczyną, również zatrudnioną
w wydziale personalnym, do fabrycznego audytorium. Poprzedniego dnia pewien wybitny miejscowy
marynarz, który dawniej pracował w fabryce, popełnił samobójstwo, rzuciwszy się pod pociąg. Ta
śmierd została uznana za dostatecznie honorową, aby zapewnid samobójcy żałobną uroczystośd,
która miała się odbyd w fabryce o dziesiątej rano. Panna Sasaki wraz z innymi czyniła w rozległej sali
odpowiednie przygotowania do przyjęcia uczestników ceremonii. Zajęło jej to około dwudziestu
minut.

Wróciła następnie do kantoru i usiadła przy swoim biurku. Siedziała dośd daleko od okien, które
znajdowały się po lewej ręce. Za plecami jej stało parę wysokich półek, zawierających wszystkie
książki fabrycznej biblioteki, którą zorganizował wydział personalny. Panna Sasaki usadowiła się przy
biurku, włożyła coś do szuflady i jęła układad papiery na stole. Zanim zabrała się do wpisywania w
rejestry nazwisk pracowników nowych, zwolnionych, tudzież tych, co poszli do wojska, chciała sobie
trochę pogawędzid z panienką, co siedziała na prawo od niej. I właśnie gdy odwróciła głowę do okien,
pokój napełnił się oślepiającym światłem. Strach ją sparaliżował i przez dłuższą chwilę siedziała
nieruchomo na krześle. (Fabryka była oddalona od centrum o 1.600 jardów.)

Wszystko pospadało, a panna Sasaki straciła przytomnośd. Naraz zawalił się sufit, drewniana podłoga
nad sufitem rozleciała się w drzazgi, ludzie z piętra wyżej runęli w dół, a nad nimi rozwarł się dach.
Lecz nade wszystko i zanim nastąpiło co innego, przewróciły się na nią półki z książkami, lecąc w
przód, a ich zawartośd powaliła ją tak, iż lewa jej noga straszliwie się skręciła i złamała pod nią. Tak
oto w fabryce cyny, w pierwszym momencie epoki atomowej, istotę ludzką przygniotły książki.

II. OGIEŃ
BEZPOSREDNIO po wybuchu wielebny pastor Kijoszi Tanimoto wybiegł w popłochu z rezydencji pana
Macui. W osłupieniu przyglądał się krwawiącym żołnierzom u wejścia do ziemianki, którą wykopali.
Zdjęty współczuciem zaopiekował się natychmiast starszą panią, co dreptała oślepiona blaskiem,
trzymając się za głowę lewą ręką. Prawą podtrzymywała na plecach trzy- lub czteroletniego
chłopczyka i wołała: „Jestem raniona, jestem raniona, jestem raniona!” Pastor Tanimoto odebrał jej
dziecko i poniósł na własnych plecach, kobietę zaś poprowadził za rękę w dół ulicy, zaciemnionej
czymś, co wyglądało na lokalny słup kurzu. Dostawił kobietę do pobliskiej szkoły elementarnej, już
poprzednio przeznaczonej na prowizoryczny szpital w nagłych wypadkach. Przez troskliwe zajęcie się
inną osobą wyzbył się pastor Tanimoto własnego strachu. W szkole zdziwił się ogromnie, gdy
zobaczył całą podłogę usłaną szkłem. Pięddziesięciu do siedemdziesięciu rannych czekało tam na
opatrunek. Pomyślał sobie, że zrzucono zapewne większą ilośd bomb, mimo iż alarm odwołano, a on
żadnych samolotów nie słyszał. Przyszedł mu na myśl pagórek w ogrodzie fabrykanta sztucznego
jedwabiu, skąd można było objąd wzrokiem całe Koi - a w tym wypadku całą nawet Hiroszimę - więc
pobiegł z powrotem na posesję pana Macui.

Z kopca ujrzał pastor przedziwną panoramę. Nie tylko kawałek Koi, jak się tego spodziewał; lecz cała
Hiroszima dostrzegalna stąd poprzez zachmurzone powietrze parowała jakimś gęstym, groźnym
wyziewem. W pobliżu i w oddali poprzez obłoki pospolitej kurzawy zaczęły się przepychad kłęby
dymu. Pastor dziwił się, jak mogło z milczącego nieba spaśd na ziemię tak potężne spustoszenie:
przecież usłyszałby nawet nieliczne i dalekie samoloty. Domy w sąsiedztwie płonęły. Zaczęły spadad
ogromne krople wody, wielkości kamyka, i pastor przypuszczał, że pochodzą one z gumowych węży,
którymi strażacy zwalczają ogieo. (W rzeczywistości były to krople zgęszczonej wilgoci, opadające z
kotłującej się wieży kurzu, żaru i przeróżnych odłamków, z wieży, jaka na całe mile wystrzeliła w
niebo ponad Hiroszimą.) Wielebny Tanimoto odwrócił się od tego widoku i wtedy usłyszał głos pana
Macuo, który zapytywał pastora, jak się czuje. Sam pan Macuo był bezpieczny wewnątrz walącego się
domu, obłożony pościelą spiętrzoną w hallu frontowym. Teraz, wygrzebał sobie wyjście. Pastor
Tanimoto odpowiedział półgębkiem. Myślał o swojej żonie, o dziecku, o swym kościele i domu, myślał
o swych parafianach - wszyscy byli tam, w dole, w tym okropnym mroku. Podszczuty strachem zaczął
pastor biec w kierunku miasta.

PANI HACUJO NAKAMURA, wdowa po krawcu, wygramoliwszy się po wybuchu spod ruin domu,
ujrzała Mjeko, najmłodsze ze swych trojga dzieci, zasypaną po pierś i niezdolną do jakiegokolwiek
ruchu. Poczołgała się przez gruzy, czepiając się belek i odgarniając dachówki, aby jak najszybciej
oswobodzid dziecko. Naraz Usłyszała dwa słabiuchne głosiki, płynące z jakichś, widocznie bardzo
głębokich jam: Tasukete! Tasukete! Na pomoc! Na pomoc!

Zawołała tedy po imieniu swego dziesięcioletniego synka i ośmioletnią córeczkę: „Toszio! Jaeko!”

Głosy z dołu odpowiedziały.

Pani Nakamura pozostawiła na miejscu Mjeko, która, bądź co bądź, mogła oddychad, i jak szalona jęła
roztrącad gruzy, aż fruwały ponad płaczącymi głosikami. Dzieci spały co najmniej w oddaleniu
dziesięciu stóp, mimo to głosy ich zdawały się teraz płynąd z tego samego miejsca. Toszio, chłopak,
miał widocznie niejaką swobodę ruchu, gdyż pani Nakamura, pracując na górze, czuła jak on, tam w
dole, podważa przygniatający go stos drzewa i dachówek. W koocu ujrzała jego głowę i w oka
mgnieniu wyciągnęła go - za głowę właśnie. Nogi miał tak zawile zaplątane w siatce od moskitów, jak
gdyby go ktoś umyślnie w tę siatkę omotał. Mówił, iż podmuch rzucił go w poprzek całego pokoju i że
później leżał na szczycie rumowiska ponad siostrą. A ona zawodziła z dołu, że nie może się ruszad, bo
coś jej przygniata nogi. Kopiąc w dalszym ciągu, pani Nakamura wydrążyła nad dzieckiem otwór i
zaczęła ciągnąd je za rękę. Itai! „Boli!” krzyczała Jaeko. Lecz pani Nakamura skarciła ją: „Nie pora
teraz na wołanie, że boli lub nie boli!” I podciągnęła kwilące dziecko do góry. Następnie oswobodziła
Mjeko. Dzieci były brudne i posiniaczone, lecz na żadnym z nich nie było widad najdrobniejszego
nawet zranienia czy zadraśnięcia.

Pani Nakamura wyprowadziła dzieci na ulicę. Oprócz majtek - nic na sobie nie miały, a chociaż dzieo
był nadzwyczaj upalny, pani Nakamura w swym oszołomieniu martwiła się raczej o to, że zmarzną.
Wróciła więc na rumowisko, pogrzebała w nim nieco i znalazła zawiniątko z odzieżą, które była
przygotowała na wypadek nagłej potrzeby. Włożyła dzieciom spodenki, bluzki, obuła je, a na głowę
dała każdemu watowany hełm przeciwlotniczy, zwany bokuzuki, a. nawet - za jakimś irracjonalnym
popędem - włożyła im płaszczyki. Dzieci były milczące, z wyjątkiem pięcioletniej Mjeko, która nie
przestawała pytad: „Dlaczego już jest noc? Czemu nasz dom się zawalił? Co się stało?” Pani Nakamura
sama nie wiedziała, co się stało. (Przecież alarm odwołano?) Rozejrzała się dokoła i poprzez ciemności
stwierdziła, że wszystkie domy w sąsiedztwie zawaliły się.

Dom tuż obok, który burzył sam właściciel, aby zrobid miejsce na plac pożarny, był już całkowicie,
chod niezbyt systematycznie zburzony. Co się zaś tyczy właściciela, który dla bezpieczeostwa
wspólnoty gminnej dom swój poświęcił - leżał on martwy. Pani Nakamoto, żona szefa miejscowej
obrony przeciwlotniczej przy Zrzeszeniu Sąsiadów, przyszła z przeciwległej strony ulicy, a cała jej
głowa broczyła krwią. Powiedziała, że jej dziecko jest okropnie pokaleczone. Może pani Nakamura ma
jakieś bandaże? Pani Nakamura nie miała bandaży, lecz jeszcze raz poczołgała się do rozwalin swego
domu, skąd wyciągnęła trochę białego materiału, który, jako szwaczka miała u siebie do pracy.
Rozdarła materiał na paski i zaniosła pani Nakamoto. Gdy brała materiał, spostrzegła swoją maszynę
do szycia. Wróciła więc po nią i wygrzebała ją. Oczywiście trudno jej było dźwigad maszynę z sobą,
przeto - bezmyślnie; zanurzyła ten symbol zarobkowania na życie w zbiorniku z wodą - który od
tygodni był dla niej symbolem bezpieczeostwa. Cementowa ta cysterna stała przed frontem jej domu.
Każde gospodarstwo domowe otrzymało polecenie zbudowania takiego samego zbiornika - przeciw
ewentualnym pożarom, wznieconym bombami zapalającymi. Zdenerwowana sąsiadka, pani Hataja,
krzyknęła na panią Nakamura, żeby razem z nią uciekała do lasów w parku Asano. Była to posiadłośd
położona niedaleko rzeki Kjo, własnośd bogatej rodziny Asano, do której niegdyś należała linia
okrętów parowych Tojo Kisen Kaisza. Park .ten był wyznaczony jako teren ewakuacyjny dla ich
dzielnicy. Widząc, jak z pobliskich ruin bucha ogieo, pani Nakamura poddała myśl, aby pójśd go gasid.
(Z wyjątkiem śródmieścia, gdzie sama bomba wznieciła kilka pożarów, większa częśd Hiroszimy
spłonęła od ognia, który spowodowały łatwopalne gruzy, spadające na kuchenne piece oraz na
przewody naładowane elektrycznością.) Lecz pani Hataja obruszyła się: niech pani nie gada głupstw!
A co będzie, jeśli znów przylecą samoloty i zrzucą jeszcze więcej bomb?” A zatem pani Nakamura z
dziedmi i z panią Hataja wyruszyła do parku Asano. Dźwigała plecak pełen odzieży przygotowanej na
wypadek alarmu, koc, parasol oraz kuferek z rzeczami, który ukryła w swym schronie
przeciwlotniczym. Gdy tak biegły wydłuż zwalisk, usłyszały dobywające się z dołu, pod nimi,
stłumione wołania o pomoc. Jedyny nierozwalony budynek, jaki zauważyły w drodze do parku Asano
- to dom misyjny jezuitów. Stał obok katolickiego przedszkola, do którego pani Nakamura przez
pewien czas posyłała Mjeko. Mijając dom misyjny ujrzała ojca Kleinsorge, jak w pokrwawionej
bieliźnie wybiegł z gmachu, z małą walizką w ręku.

ZARAZ PO WYBUCHU, gdy ojciec Wilhelm Kleinsorge krążył w bieliźnie po ogrodzie warzywnym, zza
węgła budynku wyłonił się w ciemności ojciec przeor La Salle. Ciało jego, zwłaszcza na plecach,
krwawiło. Olśniewający blask odrzucił go od okna i obsypały go drobniutkie odłamki szkła. Ojciec
Kleinsorge, wciąż jeszcze otumaniony, zdołał zaledwie zapytad: „A gdzie reszta?” Właśnie w tym
momencie wynurzyli się obaj pozostali księża, którzy też mieszkali w domu misyjnym. Ojciec Cieślik
sam był nietknięty, lecz podtrzymywał ojca Schiffera, zalanego krwią, co tryskała z rany powyżej
lewego ucha. Ojciec Schiffer był bardzo blady. Ojciec Cieślik był raczej zadowolony z siebie, gdyż po
wybuchu światła wpadł w sieo, którą poprzednio już uznał za najbezpieczniejsze miejsce wewnątrz
budynku. I rzeczywiście, gdy nastąpiła eksplozja, żadnego szwanku nie doznał. Ojciec La Salle polecił
ojcu Cieślikowi zabrad ojca Schiffera do lekarza, zanim się nie wykrwawi nar śmierd. I zaproponował
bądź dra Kandę, który mieszkał zaraz na rogu, bądź też dra Fudżi -o sześd ulic dalej. Obaj jezuici
opuścili teren misji i wyszli na ulicę.

Córka pana Hoszidżima, katechety misyjnego, przybiegła do ojca Kleinsorge i powiedziała, że jej
matka i siostra leżą zagrzebane pod gruzami domu, który stał na tyłach misji jezuitów. Jednocześnie
księża spostrzegli, że dom nauczycielki z katolickiego przedszkola, stojący na froncie, zawalił się
zasypując ią. Ojciec La Salle i pani Murata, zarządzająca gospodarstwem misji, zabrali się do
odkopywania nauczycielki. Tymczasem ojciec Kleinsorge udał się do zawalonego domu katechety i
zaczął podnosid różne przedmioty leżące na szczycie gruzowiska. Żaden głos stamtąd nie dochodził.
Ojciec Kleinsorge był pewien, że zarówno żona jak i córka katechety nie żyją. W koocu pod czymś, co
było niegdyś ścianą narożną kuchni i spostrzegł głowę pani Hoszidżima. W mniemaniu, że ona nie
żyje, zaczął ją ciągnąd za włosy, lecz pani Hoszidżima nagle krzyknęła: Itai! Itai! „To boli, to boli!”.
Kopał głębiej, aż ją w koocu wyciągnął. Udało mu się także znaleźd w gruzach jej córkę i wyswobodzid
ją. Żadna z tych kobiet nie była poważnie ranna.

Paliła się łaźnia publiczna w pobliżu domu misyjnego, lecz księża sądzili, iż dom ich nie zajmie się,
ponieważ dął wiatr południowy. Niemniej ojciec Kleinsorge wszedł do gmachu, aby na wszelki
wypadek zabrad trochę rzeczy, które pragnął ocalid. Znalazł swój pokój w stanie niesamowitego i
nielogicznego bezładu. Torba z podręczną apteczką wisiała na haku, jak gdyby nigdy nic, a odzież
księdza, która przed katastrofą również wisiała na hakach, tuż obok, gdzieś zaprzepaściła się.
Biurkiem strzaskanym na drzazgi usłany był cały pokój, lecz zwyczajna walizka z papier-maché, którą
ksiądz schował był pod biurkiem, stała sobie nietknięta, z rączką do góry, stała w drzwiach, tak iż
ksiądz nie mógł jej nie zauważyd. Później ojciec Kleinsorge widział w tym palec Opatrzności, zwłaszcza
że walizka zawierała jego brewiarz, książki rachunkowe całej diecezji oraz poważną ilośd banknotów -
własnośd misji, za którą był odpowiedzialny. Wybiegł z domu i ulokował walizkę w misyjnym schronie
przeciwlotniczym. W tym samym mniej więcej czasie ojciec Cieślik, i wciąż broczący krwią ojciec
Schiffer wrócili i oświadczyli, że dom doktora Kanda jest zniszczony i że ogieo zablokował im drogę
wiodącą z lokalnego - w ich mniemaniu - kręgu zniszczenia do prywatnej kliniki nad brzegiem rzeki
Kjo.

SZPITAL DOKTORA Masakazu Fudżi nie znajdował się już nad brzegiem rzeki - leżał w rzece. Jego
właściciel tak był oszołomiony upadkiem i tak mocno gniotły go belki ściskając klatkę piersiową, że w
pierwszej chwili nie mógł wykonad żadnego ruchu. Wisiał tak w mroku zmierzchającego się ranka -
może zer dwadzieścia minut. Nagle przyszło mu na myśl, że wkrótce nastąpi przypływ i zaleje deltę
tak iż głowa jego znajdzie się w wodzie. Ta trwożna myśl pobudziła go do działania. Skręcał się,
wyginał i wytężał wszystkie siły. Wskutek bólu w plecach nie mógł poruszad lewym ramieniem. Mimo
to rychło uwolnił się z śrubsztaka. Odsapnął nieco, po czym wgramolił się na stos drzewa, a znalazłszy
długą belkę pochyło opartą o brzeg rzeki wlazł na nią z trudem.

Miał na sobie tylko bieliznę, a brudny był i zmoczony do nitki. Trykot pod koszulą był podarty i
schlapany krwią, co sączyła się z głębokich ran na brodzie i na plecach. W tym stanie wylazł na most
Kjo, przy którym ongi stała jego klinika. Bez okularów miał wzrok zamglony, lecz na tyle jeszcze dobry,
aby w osłupieniu ujrzed, że wszystkie domy dokoła zawaliły się. Na moście spotkał przyjaciela,
również doktora, nazwiskiem Maczii. W otumanieniu, w jakim się znajdował, zapytał go:., Jak się
koledze wydaje, co to mogło byd?” Dr Maczii odparł: „To był chyba Molotoffano hanakago”, czyli kosz
z kwiatami od Mołotowa. Taką delikatną nazwą ochrzcili Japooczycy „kosz z chlebem”, czyli
samorozpryskujący się pęk bomb.

Zrazu dr Fudżi zauważył tylko dwa pożary. Jeden - po tej stronie rzeki, gdzie był jego szpital, a drugi,
nieco dalej - ku południowi. Jednocześnie obaj spostrzegli coś, co ich zaskoczyło i nad czym, jako
lekarze, wszczęli dyskusję: wprawdzie do tej pory mało było pożarów, to jednak przez most
przewalały się tłumy rannych - niekoocząca się procesja niedoli. Wielu z tych nieszczęśliwców
demonstrowało ohydne oparzelizny na twarzach i na ramionach. „Co kolega sądzi? Z czego są te
oparzenia?” zagadnął dr Fudżi. Tego dnia nawet teoria była pocieszeniem. Więc dr Maczii upierał się
przy swej teorii: „Prawdopodobnie to wszystko wzięło się od koszyka z kwiatami od Mołotowa”.

Wczesnym rankiem, kiedy dr Fudżi odprowadzał na kolej swego przyjaciela, nie wiał nawet najlżejszy
wietrzyk, a teraz z wszech stron dęły ostre wiatry. Tu na moście wiał wiatr od wschodu. Wybuchały
nowe pożary i rozszerzały się szybko. Dalsze stanie na moście uniemożliwiły groźne fale rozgrzanego
powietrza oraz strugi sadzy. Dr Maczii puścił się biegiem - jak najdalej od rzeki i pędził ulicą, której
jeszcze nie tknęły płomienie. Dr Fudżi natomiast zszedł do wody pod mostem, gdzie schroniło się
około dwudziestu osób. Między tymi osobami odnalazł swoją służbę, co wydostała się z gruzów.
Ujrzał też z tego miejsca jedną ze swych pielęgniarek, jak wisiała głową w dół, uczepiona nogami
desek zdruzgotanej kliniki. Spostrzegł również drugą pielęgniarkę z okrutnie przebitą piersią.
Zwerbował do pomocy parę osób spod mostu i wyswobodził obie pielęgniarki. Przez chwilę zdawało
mu się, że słyszy głos swej siostrzenicy, lecz znaleźd jej nie mógł. Już jej nigdy więcej nie zobaczył.
Zginęły również obie pozostałe pielęgniarki i obaj pacjenci. Dr Fudżi z powrotem wszedł do rzeki, aby
przeczekad w wodzie, aż ustanie ogieo.

LOS, JAKI spotkał doktorów Fudżi, Kanda i Maczii bezpośrednio po wybuchu, był udziałem większości
hiroszimskich lekarzy i chirurgów. Ich kliniki i szpitale leżały w gruzach, ich narzędzia były
porozrzucane na cztery wiatry, a oni sami pod względem fizycznym nie byli zdolni do pracy,
aczkolwiek nie każdy w tym samym stopniu. Tym się tłumaczy fakt, iż tak wielu rannych obywateli nie
otrzymało pomocy lekarskiej, oraz to, iż tylu ludzi, których można było -uratowad - zmarło. Spośród
stu pięddziesięciu lekarzy w mieście - sześddziesięciu. pięciu już nie żyło, a reszta - przeważnie
odniosła rany. Z 1.780 pielęgniarek - 1.654 bądź nie żyło, bądź doznało tak ciężkich obrażeo, iż nie
mogło pracowad. W największym szpitalu Hiroszimy, tj. w Czerwonym Krzyżu, z trzydziestu lekarzy
zaledwie sześciu mogło spełniad swe obowiązki, podobnie jak z ogólnej liczby pielęgniarek,
przekraczającej dwieście, zdolnych do pracy było tylko - sześd. Z całego zespołu lekarskiego w szpitalu
Czerwonego Krzyża jeden jedyny dr Sasaki nie był ranny. Natychmiast po wybuchu pobiegł on do
magazynu - po bandaże. Pomieszczenie to przedstawiało obraz chaosu, jak wszystko, co widział,
kiedy tak biegł przez szpital. Butelki z lekarstwami pospadały z półek i leżały stłuczone, ściany były
oblepione maściami, wszędzie walały się instrumenty lekarskie. Dr Sasaki zabrał trochę bandaży oraz
niestłuczoną butelkę z merkurochromem i pobiegł z powrotem do naczelnego chirurga. Opatrzył jego
rany. Następnie wyszedł na korytarz i zaczął łatad rany pacjentów, doktorów i pielęgniarek. Bez szkieł
pracował niemal po omacku, więc zabrał okulary jednej z rannych pielęgniarek, a chociaż one tylko w
części poprawiły mu wzrok, były lepsze niż nic. (Dłużej niż miesiąc posługiwał się potem tymi
okularami.) Dr Sasaki pracował bez żadnej metody, opatrując najpierw tych, co stali najbliżej. Po
pewnym czasie zauważył, że korytarz coraz bardziej zapełnia się ludźmi. A pośród przypadków otarcia
skóry i okaleczeo, na które cierpiała większośd ludzi w szpitalu, począł dostrzegad jakieś straszliwe
oparzenia. Zorientował się więc, że do szpitala masami napływają ofiary z ulicy. Było ich tyle, iż musiał
omijad lżej rannych. Zrozumiał, że jedno tylko może zrobid, mianowicie: nie dopuścid, aby ci ludzie
wykrwawili się na śmierd. Wkrótce chorzy leżeli już lub siedzieli skuleni na podłodze sal, laboratoriów
i pozostałych pomieszczeo, na korytarzach, na schodach, w hallu frontowym, i pod bramą wjazdową i
na kamiennych schodach wejściowych, na podjeździe i na dziedziocu. Zapełniali też jezdnie i chodniki
przyległych ulic. Ciężko ranni podtrzymywali lżej rannych, oszpecone przez eksplozję rodziny trzymały
się razem. Wielu ludzi miało torsje. Do szpitala natłoczyło się ogromne mnóstwo uczennic, między
nimi było sporo tych, które zabrano wprost ze szkoły do uprzątania placów pożarnych. W mieście,
liczącym 245 tysięcy mieszkaoców, blisko sto tysięcy padło trupem lub odniosło śmiertelne rany od
jednego-uderzenia. Drugich sto tysięcy doznało obrażeo. Co najmniej dziesięd tysięcy rannych obiegło
najlepszy w mieście szpital, który atoli nie mógł podoład takiej inwazji, gdyż rozporządzał tylko
sześciuset łóżkami, a każde łóżko było już zajęte. Cały ten tłum, duszący się wewnątrz szpitala, płakał i
spazmował tak, aby dr Sasaki słyszał: Sensei! „Doktorze!” Lżej ranni przyszli do niego i ciągnęli go za
rękaw, błagając, aby udał się z pomocą do ciężej rannych. Szarpany na wszystkie strony, dreptał w
samych tylko skarpetkach, a widok tak wielkiej masy surowego mięsa przyprawiał go o zawrót głowy.
Stracił wszelki zmysł zawodowca i przestał pracowad jako wytrawny chirurg i współczujący człowiek.
Stał się automatem. Mechanicznie wycierał, smarował, przewiązywał, wycierał, smarował,
przewiązywał.

NIE WSZYSCY ranni Hiroszimy byli zdolni do korzystania z wątpliwych luksusów szpitalnych. Tam,
gdzie niegdyś mieściło się biuro personalne Wschodnio-Azjatyckich Zakładów Cynowych, leżała panna
Sasaki, skurczona we dwoje, nieprzytomna, przytłoczona olbrzymim stosem książek i gipsu, drzewa i
falistej blachy. Później dopiero zdała sobie sprawę z tego, iż jej całkowita nieprzytomnośd trwała
około trzech godzin. Pierwszym jej uczuciem był okropny ból w lewej nodze. Tak ciemno było pod
książkami i gruzem, iż zacierała się wszelka granica między stanem przytomności a nieprzytomności.
Panna Sasaki widocznie przechodziła kilkakrotnie z jednego stanu do drugiego, gdyż ból zdawał się
raz nawiedzad ją, to znów opuszczad. W chwilach, gdy ból stawał się najbardziej dotkliwy, miała
uczucie, jak gdyby odcięto jej nogę poniżej kolana. Później słyszała, jak ktoś chodzi ponad nią na
wierzchu rumowiska, a jakieś udręczone głosy, płynące snad z dookolnego spustoszenia, błagały:
„Proszę nam pomóc! Proszę nas wydobyd!”

OJCIEC KLEINSORGE, jak umiał, zatamował krew tryskającą z rany ojca Schiffera - bandażami, które dr
Fudżi parą dni temu rozdał księżom. Gdy skooczył tę robotę, znów pobiegł do domu misyjnego, gdzie
znalazł bluzę od swego wojskowego munduru i parę starych, popielatych spodni. Włożył to na siebie i
wyszedł. Z sąsiedniego domu wyleciała prosto na niego jakaś kobieta, wołając, że jej mąż leży pod
gruzami domu, który się pali: niechaj ojciec natychmiast pójdzie go ratowad.
Ojciec Kleinsorge stawał się coraz bardziej nieczuły i jakby otumaniony w obliczu narastającego
nieszczęścia. „Nie mamy wiele czasu!” odparł. Wszystkie domy dokoła płonęły i dął teraz mocny
wiatr. „Czy może pani dokładnie określid częśd domu, pod którą on leży?” - zapytał ksiądz.

- Tak, tak - odrzekła - proszę iśd prędzej!

Okrężną drogą poszli ku domowi, którego ruiny paliły się gwałtownie, lecz gdy stanęli na miejscu,
okazało się, że kobieta nie miała pojęcia, gdzie się znajdował jej mąż. Ojciec Kleinsorge parę razy
zawołał: „Czy jest tam kto?” Żadnej odpowiedzi. Więc powiedział kobiecie: „Musimy stąd uciekad,
inaczej wszyscy zginiemy”. I wrócił do zabudowao misyjnych. Tam zawiadomił ojca przeora, że ogieo
podchodzi coraz bliżej, z wiatrem, który skręcił z drogi i wieje obecnie z północy. Już najwyższy czas,
żeby wszyscy uciekli.

W owej właśnie chwili nauczycielka z przedszkola wskazała ojcom pana Fukai, sekretarza diecezji. Stał
on w oknie swego pokoju na drugim piętrze gmachu misyjnego, zwrócony twarzą do miejsca
eksplozji, i szlochał. Ojciec Cieślik przypuszczał, że schody są już nie do użytku, więc pobiegł na tyły
domu misyjnego - w poszukiwaniu drabiny. Tam usłyszał, jak tuż obok, pod zapadniętym dachem,
jacyś ludzie z płaczem błagali o pomoc. Wezwał uciekających ulicą przechodniów, aby mu pomogli
podnieśd dach, lecz nikt nie zwrócił nao uwagi. Wobec tego musiał tych biedaków pozostawid śmierci.
Wpadł do domu misyjnego i zaczął gramolid się po okropnie wykrzywionych schodach, które były
zasypane gipsem i odłamkami drzewa. Stanąwszy na progu pokoju pana Fukai, zawołał go.

Pan Fukai, mężczyzna około pięddziesięcioletni, bardzo niskiego -wzrostu, obrócił się powoli i jakoś
dziwnie spoglądając rzekł: „Proszę mnie zostawid tutaj!”

Ojciec Kleinsorge wszedł do pokoju, chwycił pana Fukai za kołnierz płaszcza i powiedział: „Proszę iśd
ze mną, bo inaczej pan zginie.”

A pan Fukai na to: „Proszę mnie zostawid tutaj, chcę zginąd.”

Na takie dictum ojciec Kleinsorge zaczął pana Fukai wypychad i ciągnąd z pokoju. Wówczas przyszedł
jeszcze student teologii i chwycił pana Fukai za nogi, ojciec Kleinsorge zaś wziął go za ramiona i tak
wspólnymi siłami wynieśli go po schodach w dół i wyciągnęli na dwór. Pan Fukai krzyczał: „Ja nie
mogę chodzid! Zostawcie mnie tutaj!” Ojciec Kleinsorge zabrał swą papierową walizkę z pieniędzmi,
wziął pana Fukai na barana, po czym cały orszak wyruszył na Wschodni Plac Rewii, gdzie był „rejon
bezpieczeostwa” dla ich dzielnicy. Gdy wychodzili z bramy, pan Fukai, zupełnie jak dziecko, zaczął
walid ojca Kleinsorge w plecy i bezustannie powtarzał: „Ja stąd się nie ruszę!” Ojciec Kleinsorge
bezceremonialnie odezwał się do ojca La Salle'a: „Straciliśmy całe nasze mienie, lecz nie straciliśmy
poczucia humoru.”

Ulica była zarzucona częściami budynków, które na nią się obsunęły, powalonymi słupami
telefonicznymi i drutami. Z co drugiego lub co trzeciego domu dochodziły głosy ludzi zasypanych i
opuszczonych. Wołali ciągle to samo, nie zaniedbując przy tym form grzeczności: Tasukete kure!
„Proszę łaskawie nam pomóc!” W niektórych ruinach, skąd niosły się wołania, rozpoznali księża domy
swych przyjaciół, lecz z powodu pożaru było już za późno na ratowanie ich. Pan Fukai przez całą
drogę zawodził: „Pozwólcie mi zostad!” Orszak skręcił w prawo i zatrzymał się przed blokiem
zwalonych domów, który był jednym wielkim płomieniskiem. Na moście Sakai, po którym mieli
przejśd do Wschodniego Placu Rewii, zobaczyli, że częśd miasta, położona po drugiej stronie rzeki - to
morze ognia. Więc nie mieli odwagi przejśd przez most i postanowili schronid się w parku Asano, na
lewo. Ojciec Kleinsorge, osłabiony od paru dni ciężką biegunką, zaczął się słaniad pod swym ciężarem,
który stawiał opór. A gdy usiłował wspiąd się na zwalisko kilku domów, które zatarasowało im drogę
do parku, potknął się, upuścił pana Fukai i runął głową w dół, staczając się aż po sam brzeg rzeki. Gdy
podniósł się - widział, jak pan Fukai zmyka. Przy moście stało około tuzina żołnierzy. Ojciec Kleinsorge
krzyknął na nich, żeby zatrzymali zbiega. Sam chciał też zawrócid, aby go łapad, lecz ojciec La Salle
zawołał: „Prędzej! Nie tradmy czasu!” A zatem ojciec Kleinsorge już tylko poprosił żołnierzy, żeby się
zaopiekowali panem Fukai. Żołnierze przyrzekli to uczynid, ale malutki, złamany człowieczek wymknął
się im i ostatni raz widzieli go księża, jak z powrotem pognał w ogieo.

PASTOR TANIMOTO drżał o swą rodzinę i swój kościół. Spieszył do nich najkrótszą drogą: wzdłuż
autostrady Koi. Był to jedyny człowiek, który zmierzał w kierunku miasta. Po drodze spotykał setki i
setki ludzi, co z miasta uciekali, a każdy z nich w ten lub inny sposób ucierpiał. Jedni mieli spalone
brwi, a strzępy skóry zwisały im z twarzy i rąk. Inni z powodu bólu szli z podniesionymi do góry rękami
i zdawało się, że w obu dłoniach coś niosą. Niektórzy, idąc, wymiotowali. Wielu było nagich lub w
ubraniach potarganych na strzępy. Na niektórych nagich ciałach oparzeliny układały się we wzory
ramiączek od koszul i szelek, a na skórze kobiet były niekiedy wypalone desenie kwiatów, jakie miały
na swych kimonach. Biały kolor bowiem nie przepuszczał żaru, wywołanego bombą, natomiast,
czarne ubrania go absorbowały i przenosiły na skórę. Niektórzy, chod sami ranni, podtrzymywali
krewnych, co gorzej od nich ucierpieli. Wszyscy niemal mieli głowy pochylone, patrzyli prosto przed
siebie i szli w milczeniu. Twarze ich były bez żadnego wyrazu.

Przekroczywszy most Koi i most Kannon i zbliżając się do śródmieścia zauważył pastor Tanimoto,
który całą tę drogę przebył biegiem, że wszystkie domy były zburzone, a wiele z nich gorzało. Drzewa
tutaj potraciły liście, a ich pnie były zwęglone. W różnych punktach próbował pastor wedrzed się do
ruin, lecz wszędzie stawały mu na przeszkodzie płomienie. Pod wielu domami ludzie wołali o pomoc,
lecz nikt im nie pomagał. Na ogół ci, którzy owego dnia ocaleli, nieśli pomoc jedynie krewnym oraz
najbliższym sąsiadom, jako że świadomością swą nie potrafili ogarnąd szerszego kręgu niedoli. Ranni
kusztykali, nie zwracając uwagi na krzyki, a pastor Tanimoto gnał, nie” zwracając uwagi na rannych.
Jako chrześcijanin miał wiele litości dla tych, co wpadli w potrzask, lecz jako Japooczyk czuł się
przytłoczony wstydem, iż jemu samemu nic się nie stało. I biegnąc modlił się: „Pomóż im Boże i
wyciągnij ich z płomieni!”

Myślał, że zdoła ogieo okrążyd z lewej strony. Więc z powrotem pognał do mostu Kannon i przez jakiś
czas szedł wzdłuż jednej z rzek. Kilka razy usiłował przejśd przecznicami, lecz na próżno: wszystkie
były zablokowane. Więc zawrócił daleko w lewo i pędził do stacji Jokogawa na drodze żelaznej, która
szerokim półkolem okrążała miasto.

Biegł wzdłuż szyn, aż dotarł do jakiegoś płonącego pociągu. Tym razem był tak bardzo pod wrażeniem
rozmiarów spustoszenia, iż przebiegł dwie mile na północ, ku przedmieściu Gion, położonemu u
podnóża pagórków. Przez całą drogę mijał ludzi straszliwie oparzonych i okaleczonych i w poczuciu
winy, biegnąc, obracał się to na prawo, to na lewo i przepraszał tego lub owego z nieszczęśliwców
słowami: „Niech mi pan wybaczy, że nie jestem tak obarczony, jak pan”. W pobliżu Gion zaczął
napotykad wieśniaków, co zdążali do miasta na ratunek. Niektórzy z nich na widok pastora wołali:
„Patrzcie, oto człowiek, który nie ma żadnej rany!”. W Gion skierował się pastor na prawy brzeg
głównej rzeki Ota - i gnał w dół, aż znów dotarł do strefy ognia. Na drugim jednak brzegu nie było
pożaru, więc pastor Tanimoto zrzucił z siebie koszulę, zdjął buty i skoczył do wody. Na środku rzeki,
gdzie prąd był bardzo silny, przemogły go w koocu wyczerpanie i strach. Przecież około siedmiu mil
przebył biegiem. Więc oklapnął i dał się nieśd prądowi. W wodzie modlił się: „Panie Boże, pomóż mi
przepłynąd rzekę. Wszakże nie miałoby żadnego sensu, żebym ja, jedyny człowiek, który nie odniósł
ran - utonął”. Zdobył się na kilka jeszcze ruchów i uczepił się cyplu lądu w dole rzeki.

Wspiął się na brzeg i puścił się biegiem wzdłuż rzeki, aż w pobliżu dużej kaplicy szintoistów znów
zatrzymał go ogieo. Skręcił w lewo, aby ten ogieo okrążyd, gdy jakimś, nieprawdopodobnie
szczęśliwym trafem natknął się na własną żonę. Dźwigała malutkiego synka. Wielebny Tanimoto był
emocjonalnie tak bardzo wyczerpany, iż nic go już nie mogło zaskoczyd. Nawet nie uściskał żony,
powiedział tylko: „O, jesteś uratowana.” Pani Tanimoto oznajmiła mężowi, że wróciła z noclegu w
Uszida na sam wybuch bomby. Leżała zasypana pod plebanią, z dzieckiem na ręku. Opisywała, jak to
ją przygniotły gruzy i jak dziecko krzyczało. Aż ujrzała światło w szczelinie. Więc wyciągnęła rękę do
góry i kawałek po kawałeczku jęła rozszerzad otwór. Mniej więcej po upływie pół godziny usłyszała
trzask palącego się drzewa. Wreszcie otwór był już tak duży, iż mogła przepchad dziecko. Potem sama
wypełzła. Teraz chciałaby znów iśd do Uszidy. Lecz pastor powiedział, że chciałby zobaczyd swój
kościół i zaopiekowad się ludźmi ze Zrzeszenia Sąsiadów. Rozstali się równie przypadkowo i w takim
samym, osłupieniu, w jakim się spotkali.

Droga, którą pastor okrążał ogieo, wiodła poprzez Wschodni Plac Rewii. Plac ten, jako teren
ewakuacyjny, był teraz sceną, na której odbywała się upiorna rewia: szereg za szeregiem defilowali
ludzie poparzeni i ociekający krwią. Poparzeni jęczeli: Mizu, mizu! „Wody, wody!” Pastor Tanimoto
znalazł na pobliskiej ulicy miskę i odkrył w rozbitej skorupie jakiegoś domu - wciąż jeszcze
funkcjonujący kurek od wodociągu. Zaczął więc nosid wodę obcym a cierpiącym ludziom. Gdy w ten
sposób około trzydziestu z nich napoił, uświadomił sobie, że mu to za wiele czasu zabiera. „Proszę mi
wybaczyd!” rzekł głośno do tych, co znajdowali się najbliżej i wyciągali ku niemu ręce, krzycząc, że są
spragnieni. „Mam wielu ludzi, którymi muszę, się zająd!” Po czym się ulotnił. Z miską w ręku znów
powrócił nad rzekę i wskoczył na piaskowisko. Tu ujrzał setki ludzi tak ciężko rannych, iż dalej nie
mogli już uciekad z palącego się miasta. Na widok człowieka wyprostowanego i nietkniętego - podjęli
znów tę samą lamentację: Mizu, mizu, mizu. Pastor Tanimoto nie umiał im się oprzed i zaczął im nosid
wodę z rzeki. Popełnił błąd, gdyż woda ta pochodziła z przypływu i była słona. Dwie lub trzy małe
łodzie przewoziły rannych z parku Asano przez rzekę, a gdy jedna z nich zbliżyła się do piaskowiska,
pastor Tanimoto znów zaczął głośno przepraszad i wskoczył do łodzi. Przewiozła go ona do parku. Tu,
w zaroślach, znalazł niektórych ze swoich pupilów ze Zrzeszenia Sąsiadów. Przybyli na skutek
polecenia, które pastor dał im uprzednio. Dostrzegł też wielu znajomych, a wśród nich ojca Kleinsorge
oraz innych jeszcze katolików. Zauważył jedynie brak Fukai, który był jego bliskim przyjacielem.
„Gdzie jest Fukai-san?”

„Nie chciał iśd z nami”, odparł ojciec Kleinsorge. „Uciekł z powrotem.”

GDY PANNA SASAKI usłyszała głosy ludzi uwięzionych razem z nią w rozwalinach fabryki cyny,
odezwała się do nich. Odkryła, iż jej najbliższą sąsiadką była uczennica szkoły średniej przydzielona z
poboru do pracy w fabryce. Dziewczyna ta powiedziała, że ma złamany kręgosłup. Panna Sasaki
odparła: „Ja tutaj leżę i nie mogę się ruszad. Moja lewa noga jest odcięta.”
W jakiś czas potem usłyszała, że ktoś nad nią chodzi i że zatrzymał się w jednym miejscu. Później ten
ktoś zaczął kopad. W istocie też kopacz ów oswobodził parę osób. A gdy odgrzebał uczennicę,
panienka ta stwierdziła, że mimo wszystko kręgosłup jej nie był złamany, no - i wypełzła na
powierzchnię. Panna Sasaki przemówiła do zbawcy, który kopał już w jej kierunku. Odwalił wielką
górę książek, tak że przebił do niej tunel. Widziała jego spoconą twarz, gdy mówił: „Niech pani
wychodzi!” Panna Sasaki próbowała wyjśd. „Nie mogę się ruszad”, rzekła. Wobec tego człowiek ów
wydrążył nieco większy otwór i kazał jej użyd wszystkich sił i wydobyd się. Lecz książki nieznośnym
ciężarem przygniatały jej biodra. Człowiek, który ją odkopał, spostrzegł wreszcie, że na książki upadła
szafa biblioteczna, szafę zaś przywaliła ciężka belka. „Proszę poczekad”, rzekł. „Pójdę po żelazny
drąg”.

Długo nie wracał, a gdy wrócił, był w złym humorze, tak jakby niedola panny Sasaki była jej winą. „Nie
ma ludzi, którzy by pani pomogli”, huknął w głąb tunelu. „Musi pani o własnych siłach wyleźd”.

To niemożliwe”, odparła. „Moja lewa noga...” Lecz on sobie poszedł.

Znacznie później przyszło kilku ludzi i wydobyło pannę Sasaki. Wprawdzie jej lewa noga nie była
odcięta, lecz była szpetnie złamana i okaleczona i ukośnie zwisała poniżej kolana. Pannę Sasaki
wyniesiono na dziedziniec. Siedziała na ziemi w deszczu. Gdy ulewa się wzmogła, ktoś z obecnych
kazał wszystkim rannym schowad się do schronów przeciwlotniczych fabryki. „Proszę iśd z nami”,
zwróciła się do panny Sasaki jakaś obdarta niewiasta. „Niech pani skacze na jednej nodze”. Lecz
panna Sasaki nie mogła Się ruszyd. Czekała tak na deszczu. Wówczas jakiś człowiek zrobił z wielkiego
kawałka falistej blachy rodzaj daszka i na rękach zaniósł pannę Sasaki pod ten daszek. Była mu
wdzięczna, póki nie przytransportował jeszcze dwojga straszliwie pogruchotanych ludzi: kobietę z
całkowicie odciętą piersią, tudzież mężczyznę, którego spalona twarz była kawałkiem surowego
mięsa. Ludzie ci mieli z nią dzielid to prymitywne schronisko Poza tym nikt do nich nie zajrzał. Deszcz
ustał, chmurne popołudnie było upalne. Nim zapadł zmrok, troje tych groteskowych postaci pod
pochyłym kawałkiem skręconej blachy zaczęło cuchnąd.

BYŁY KIEROWNIK Zrzeszenia Sąsiadów w Nobori-czo, do którego należeli kapłani katolicy - to człowiek
energiczny. Nazywał się Joszida. W czasie, gdy jeszcze stał na czele obronny przeciwlotniczej okręgu,
chełpił się, iż chodby ogieo pożarł całą Hiroszimę, nigdy nie przedostanie się do Nobori-czo. Bomba
zdmuchnęła jego dom, a belka przygniotła mu obie nogi. Stało się to na drodze naprzeciw domu
misyjnego jezuitów i na oczach ludzi, co biegli ulicą. Pani Nakamura z dziedmi i ojciec Kleinsorge z
panem Fukai na plecach w panice ucieczki ledwo go zauważyli. Stanowił po prostu częśd owej
mgławicy powszechnego nieszczęścia, wskroś której się poruszali. Nie reagowali na jego wołania o
pomoc; tylu ludzi wzywało pomocy, iż trudno im było usłyszed akurat jego wyodrębniony głos. A
zatem biegli naprzód razem z innymi. Niebawem dzielnica Nobori-czo całkowicie opustoszała, a po
tym pustkowiu hulał ogieo. Pan Joszida widział, jak drewniany dom misyjny - jedyny stojący jeszcze
budynek w tej okolicy - liżą już płomienne jęzory i poczuł na twarzy straszliwy żar. Płomienie
przedostały się wnet na tę stronę ulicy, gdzie on się znajdował, i wdarły się do jego własnego domu.
W przypływie siły zrodzonej ze strachu oswobodził się i pobiegł w dół zaułkami Nobori-czo,
trawionymi ogniem, o którym tak niedawno mówił, iż nigdy tu nie dotrze. Pan Joszida od razu zaczął
się zachowywad jak starzec, a w dwa miesiące później miał już białe włosy.

DR FUDŻI STAŁ po szyję w rzece, aby się uchronid od żaru ognia. Wiatr zaczął dąd z coraz większą siłą,
a chociaż w rzece nie było wiele wody, fale jęły wznosid się tak wysoka, iż ludzie pod mostem tracili
grunt pod nogami. Dr Fudżi przybliżył się do brzegu. Przykucnął i ręką, którą mógł poruszad, objął
duży głaz. Później można było brodzid wzdłuż samego brzegu, więc dr Fudżi wraz z obiema
pielęgniarkami, które zostały przy życiu, posunął się o jakie dwieście jardów w górę rzeki aż do ławicy
piasku w pobliżu parku Asano. Na piasku leżało wielu rannych. Był tu i dr Maczii ze swoją rodziną.
Córka jego w czasie wybuchu bomby znajdowała się na dworze i doznała ciężkiego oparzenia rąk i
nóg, lecz twarz jej na szczęście była nietknięta. Chociaż samego dra Fudżi wściekle bolało ramię, z
wielką ciekawością zbadał oparzelizny dziewczyny. Następnie położył się. Mimo iż dokoła pełno było
niedoli, wstydził się on swego wyglądu. „Wyglądam jak żebrak”, powiedział do dra Maczii. W istocie
miał na sobie jedynie podartą i skrwawioną bieliznę. Później, po południu, gdy ogieo zaczął słabnąd,
zdecydował się iśd do domu rodziców na przedmieście Nagacuka. Zaproponował doktorowi Maczii,
żeby mu towarzyszył, lecz doktor odparł, że z powodu obecnego stanu córki woli wraz z rodziną
nocowad na piasku. Doktor Fudżi z swoimi pielęgniarkami udał się najpierw do Uszidy, gdzie w
częściowo zniszczonym domu krewnych znalazł nieco materiałów opatrunkowych, które sam tutaj
zdeponował. Pielęgniarki obandażowały doktora, a doktor obandażował pielęgniarki. Pomaszerowali
dalej. Niewielu teraz ludzi szło ulicami. Lecz mnóstwo leżało na bruku, wymiotowało, czekało na
śmierd i marło. Coraz większą zagadkę stanowiła liczba trupów leżących na drodze do Nagacuka.
Doktor zastanawiał się, czy rzeczywiście to wszystko mógł sprawid „kosz z kwiatami od Mołotowa”.

Wieczorem dr Fudżi dotarł do domu rodziców. Dom ten był oddalony o pięd mil od śródmieścia, a
mimo to dach jego się zapadł i potłukły się wszystkie szyby.

PRZEZ CAŁY DZIEO napływali ludzie do parku Asano. Ta prywatna posiadłośd była dośd oddalona od
miejsca wybuchu, tak iż rosnące tam drzewa: bambusy, sosny, laury i klony, wciąż jeszcze żyły.
Zielone to ustronie pociągało uciekinierów bądź dlatego, że mniemali, iż jeśli Amerykanie powrócą, to
będą bombardowali jedynie budynki, bądź dlatego, iż listowie wydawało się centrum chłodu i życia, a
ślicznie rozplanowane skaliste ogrody, pełne zacisznych sadzawek i sklepionych mostów, były bardzo
japooskie, przez co dawały poczucie normalności i bezpieczeostwa. A może i dlatego ciągnęli ludzie
do parku, że (jak zeznało parę osób tam obecnych) ulegli oni jakiejś nieposkromionej, atawistycznej
snad potrzebie ukrywania się pod liśdmi. Pani Nakamura i jej dzieci, które przybyły do parku jako
jedne z pierwszych, ulokowały się w gaju bambusowym niedaleko rzeki. Cała rodzina miała straszliwe
pragnienie, więc napiła się wody z rzeki. Natychmiast ogarnęły ich mdłości i zaczęli wymiotowad.
Wymiotowali przez cały dzieo. Innym też zrobiło się niedobrze. Wszystkim się zdawało, że chorują od
gazu, który na nich wypuścili Amerykanie. (Prawdopodobnie rozbicie bomby wywołało ostrą woo
jonizacji, ów „zapach elektryczny”.) Gdy ojciec Kleinsorge oraz inni księża weszli do parku i skinieniem
głowy pozdrawiali mijanych przyjaciół, cała rodzina Nakamura chorowała i leżała w prostracji. Kobieta
nazwiskiem Iwasaki, która mieszkała w sąsiedztwie misji, a teraz siedziała w pobliżu rodziny
Nakamura, podniosła się na widok przechodzących księży i zapytała, czy powinna zostad tutaj, czy też
iśd razem z nimi. Ojciec Kleinsorge odparł: „Trudno mi powiedzied, gdzie jest najbezpieczniej.” Została
więc, lecz później, w ciągu dnia, chociaż żadnych na niej nie było widad ran ani oparzelizny - zmarła.
Księża podążyli dalej wzdłuż rzeki i usadowili się w jakichś krzakach. Ojciec La Salle położył się, aby się
przespad. Student teologii, który nosił pantofle, przytaszczył ze sobą tobołek z odzieżą, gdzie były
zapakowane dwie pary skórzanych trzewików. Usiadłszy razem z innymi skonstatował, że węzełek
jego był otwarty i brakowało w nim pary butów, tak iż miał obecnie tylko dwa lewe trzewiki. Udał się
przeto z powrotem tą samą drogą, którą przyszedł - i znalazł jeden prawy trzewik. Gdy znów był
razem z księżmi, rzekł: „To dziwne, ale rzeczy nie mają już dla mnie żadnej wartości. Te buciki były
wczoraj moim najcenniejszym mieniem. Dziś - wcale mi już na nich nie zależy. Jedna para też starczy.”

Ojciec Cieślik odparł: „Znam to. Zamierzałem zabrad ze sobą książki, ale potem pomyślałem sobie: „To
nie jest czas na książki.”

Gdy pastor Tanimoto - wciąż z tą miską w ręku - zjawił się w parku, panował tam już wielki ścisk i
niełatwo było odróżnid żywych od umarłych. Większośd ludzi bowiem leżała nieruchomo, z otwartymi
oczyma. To milczenie w gaju, nad rzeką, gdzie setki potwornie rannych cierpiało po społu, było dla
ojca Kleinsorge, człowieka Zachodu, najgroźniejszym chyba i najbardziej przerażającym zjawiskiem,
jakiego w ciągu całego swego żywota doświadczył. Ranni byli cisi. Nikt nie lamentował, mało kto
krzyczał z bólu, nikt się nie skarżył. Z tych, co umarli, żaden nie umierał głośno. Nawet dzieci nie
płakały. I nawet niewielu ludzi rozmawiało. Ojciec Kleinsorge podawał wodę ludziom, którym ogieo
wymazał już niemal rysy twarzy, a oni przyjmowali swoją porcję, po czym z lekka się podnosząc
pochylali się przed księdzem w dziękczynnym ukłonie.

Pastor Tanimoto, po przywitaniu się z jezuitami, rozejrzał się za innymi przyjaciółmi. Spostrzegł panią
Macumoto, żonę dyrektora Szkoły Metodystów i zapytał ją, czy nie jest spragniona. Owszem, była
spragniona. Więc pastor podszedł do jednej z sadzawek w skalistych ogrodach Asano i przyniósł jej
wodę w miednicy. Później zaryzykował powrót do kościoła. Tą samą drogą, którą uciekali księża, udał
się do Nobori-czo, lecz daleko nie zaszedł, gdyż na ulicach szalał tak srogi ogieo, iż pastor musiał
zawrócid. Skierował się na wybrzeże w poszukiwaniu czółna którym mógłby najciężej rannych
przewozid z parku Asano przez rzekę, jak najdalej od rozszerzającego się pożaru. Rychło znalazł sporą
łódź spacerową, zaciągniętą na brzeg. Lecz gdy się do niej przybliżył, ujrzał okropny obraz. Zarówno
wewnątrz łodzi, jak dokoła niej. Leżało tam piąd męskich trupów, prawie nagich i straszliwie
oparzonych. Cała ta piątka wyzionęła snad ducha nagle i jednocześnie. Pozycje, w jakich znajdowały
się zwłoki, wskazywały, iż ci ludzie zamierzali wspólnym wysiłkiem zepchnąd łódź do wody. Pastor
Tanimoto jął usuwad zwłoki, a czynnośd ta napełniała go niezmierną trwogą, zakłócał bowiem spokój
umarłym - przeszkadzał im w spuszczeniu łodzi, którą mieli odbyd swą widmową podróż. Tak bardzo
się bał, iż głośno przemówił do trupów: „Proszę mi wybaczyd, że zabieram łódź, ale trzeba mi jej dla
innych, dla żywych ludzi.” Łódź była ciężka, lecz udało mu się zepchnąd ją do wody. Wioseł nie było.
Do uruchomienia łodzi znalazł jedynie grubą, bambusową tykę. Z jej pomocą wymanewrował łódź w
górę rzeki - ku najbardziej zapchanej ludźmi części parku i zaczęło się przeprawianie rannych. Na
każdy przejazd mógł wziąd do łodzi najwyżej dziesięd do dwunastu osób, ale że na środku rzeki woda
była za głęboka do zgruntowania bambusową tyką, musiał pastor tym bambusem wiosłowad, co w
rezultacie ogromnie przedłużało każdorazową przeprawę. Pracował tak przez kilka godzin.

Wczesnym popołudniem wtargnął ogieo do parku Asano. Pastor Tanimoto wracając z łodzią ujrzał
nagle tłum ludzi zmierzających ku rzece. To była pierwsza rzecz, jaką zauważył w związku z palącym
się parkiem. Dobił do brzegu i wyskoczył z łodzi, aby zbadad sytuację. Gdy ujrzał ogieo, krzyknął:
„Wszyscy młodzi mężczyźni, którzy nie są ciężko ranni - do mnie!” Ojciec Kleinsorge przeniósł ojca
Schiffera i ojca La Salle na sam brzeg rzeki, poprosił znajdujących się tam ludzi, żeby ich przeprawili na
drugą stronę, gdyby ogieo zanadto się zbliżył, po czym przyłączył się do ochotników pastora
Tanimoto. Pastor wyprawił kilku ludzi po wiadra i miski, a innym kazał ubraniami tłumid ogieo w
krzakach. Gdy przyniesiono naczynia, uformował łaocuch ludzi z wiadrami, ciągnący się od jednej z
sadzawek w skalistych ogrodach. Drużyna ta walczyła z ogniem ponad dwie godziny i stopniowo go
pokonywała. Gdy ludzie pastora tak pracowali, tłum w parku coraz bardziej cisnął się do rzeki i tak
gwałtownie parł, aż w koocu zepchnął do wody kilku nieszczęśników, co stali na samej krawędzi
brzegu. Pośród zepchniętych i potopionych znajdowała się pani Macumoto ze Szkoły Metodystów
tudzież jej córka.

Po zmożeniu ognia ojciec Kleinsorge wrócił do swych towarzyszy. Znalazł ojca Schiffera wciąż
krwawiącego i straszliwie bladego. Otoczony kilku Japooczykami, którzy się nao gapili, ojciec Schiffer
uśmiechnął się nieznacznie i wyszeptał: „Tak się patrzą, jakbym już nie żył.” „Jeszcze nie!”, rzekł ojciec
Kleinsorge. Miał ze sobą torbę z „pierwszą pomocą”, którą mu dał dr Fudżi. W tłumie dostrzegł dra
Kandę. Podszedł doo i zapytał, czy doktor nie zechciałby opatrzyd ciężkich ran ojca Schiffera. Dr Kanda
widział zwłoki żony i córki w ruinach swej kliniki. Teraz siedział, trzymając głowę w dłoniach: „Nie”,
odparł „ja nic nie mogę zrobid.” Wobec tego ojciec Kleinsorge owinął więcej bandaży dokoła głowy
ojca Schiffera, po czym przeniósł go na miejsce spadziste, gdzie posadził go tak, aby głowa leżała
wysoko. Rychło też zmniejszyło się krwawienie.

W tym samym mniej więcej czasie posłyszano szum zbliżających się samolotów. Ktoś z tłumu, stojący
obok rodziny Nakamura, krzyknął: „To są Grummany, co przylatują nas bombardowad.” Piekarz zaś,
nazwiskiem Nakaszima, wstał i zakomenderował: „Każdy, kto ma na sobie coś białego, niech to
zrzuci!” Pani Nakamura zdjęła dzieciom bluzkę, otworzyła parasol i kazała im schowad się pod
parasolem. Wielu, nawet ciężko oparzonych, poczołgało się w krzaki i siedziało tam tak długo, aż nie
ucichł ów szum, pochodzący zapewne od aparatu wywiadowczego lub meteorologicznego.

Zaczął padad deszcz. Pani Nakamura przytrzymała dzieci pod parasolem. Krople deszczu stawały się
nienormalnie duże, tak iż ktoś zawołał: „Amerykanie leją benzynę. Spalid nas chcą.” (Alarm ten
spowodowała jedna z pogłosek krążących po parku a mających wyjaśnid, dlaczego tak wielka częśd
Hiroszimy spłonęła. Brzmiała ona tak: jakiś pojedynczy samolot rozpryskał na miasto benzynę, a
potem, w jednej błyskawicznej chwili wzniecił ogieo.) Krople atoli okazały się dotykalną wodą, a w
miarę jak, kapały, podnosił się coraz silniejszy wiatr. I naraz, zapewne z powodu straszliwie silnego
krążenia prądów cieplnych, które wywołał pożar miasta, zatargał parkiem huragan. Ogromne drzewa
waliły się z hukiem, mniejsze, wyrwane z korzeniami, fruwały w powietrzu. A wyżej - dzikie
kłębowisko płaskich przedmiotów spiętrzyło się w wirujący lej: blacha z dachu, papiery, odrzwia,
paski z mat. Ojciec Kleinsorge kawałkiem szmaty zakrył ojcu Schifferowi oczy, aby chory człowiek nie
pomyślał, że zwariował. Trąba powietrzna porwała gospodynię misji, panią Murata, która siedziała
tuż nad rzeką. Zdmuchnęła ją z wału i cisnęła na jakąś gołą, skalistą mieliznę,, skąd pani Murata
podniosła się z krwawiącymi i bosymi stopami. Potem huragan przerzucił się nad rzekę, wyssał z niej
trąbę wodną, aż w koocu wyczerpał się.
Po burzy pastor Tanimoto znów zaczął przeprawiad ludzi za rzekę, ojciec Kleinsorge zaś polecił
studentowi teologii przedostad się do nowicjatu jezuitów w Nagacuka, oddalonego mniej więcej o
trzy mile od śródmieścia, i prosid tamtejszych księży o przybycie z pomocą do ojca Schiffera i ojca La
Salle'a. Student wszedł do łodzi pastora Tanimoto i odpłynął z nim. Ojciec Kleinsorge zapytał panią
Nakamura, czy nie zechciałaby po przybyciu księży udad się z nimi do Nagacuka. Odpowiedziała na to,
że ma trochę bagaży, a zresztą jej dzieci są chore, wciąż, w pewnych odstępach czasu, wymiotują.
Ona też. Wobec tego obawia się, że nie będzie mogła iśd do Nagacuka. Lecz ojciec Kleinsorge wyraził
nadzieję, iż księża z nowicjatu wrócą nazajutrz z ręcznym wózkiem i zabiorą ją.

Późnym popołudniem pastor Tanimoto, od którego inicjatywy tudzież energii zależał los tylu ludzi -
wyszedł sobie trochę na brzeg. Tam słyszał, jak ludzie żebrzą o jedzenie. Naradził się z ojcem
Kleinsorge i obaj postanowili wrócid do miasta po ryż przechowywany w schronie Zrzeszenia
Sąsiadów pastora i w schronie misji. Razem z nimi poszedł ojciec Cieślik i dwóch lub trzech jeszcze
ludzi. Gdy weszli w szeregi zwalonych domów, nie mogli się początkowo zorientowad, gdzie są. To
pracowite, dwieście czterdzieści pięd tysięcy mieszkaoców liczące miasto, jakim Hiroszima była
jeszcze dziś rano, zbyt nagle przeobraziło się w szkielet napełniony gruzami, którym stało się po
południu. Asfalt na ulicach był jeszcze wciąż rozmiękczony i gorący od pożarów, tak iż trudno było po
nim chodzid. Tylko jedną jedyną osobę spotkali po drodze. Była to kobieta. Gdy ją mijali, rzekła: „W
tych popiołach jest mój mąż.”

Po przybyciu na terytorium misji pastor Tanimoto odłączył się od reszty. Groza ogarnęła ojca
Kleinsorge na widok zburzonego gmachu. W ogrodzie, po drodze do schronu, zauważył wśród
winogradu usmażoną dynię. Skosztował ją, ojciec Cieślik również: dobra była. Aż się zdziwili, jak
bardzo głód dał im się we znaki. Więc zjedli jeszcze po kawałku. Potem wydobyli parę worków ryżu,
zabrali więcej tych ugotowanych dyo, a także wykopali trochę kartofli, które ślicznie się upiekły pod
ziemią. Z tymi zapasami ruszyli w powrotną drogę. Po drodze przyłączył się do nich pastor Tanimoto.
Któryś z jego ludzi miał naczynia kuchenne. W parku zmobilizował pastor lżej ranne kobiety ze swego
sąsiedztwa - do gotowania. Ojciec Kleinsorge. zaofiarował rodzinie Nakamura trochę dyo. Spróbowali
jeśd, lecz żołądki ich nie przyjęły jadła. Ryżu starczyło zaledwie do nakarmienia około setki osób.

Tuż przed samym zmierzchem natknął się pastor Tanimoto na dwudziestoletnią kobietę, panią Kamai,
która sąsiadowała z nim o bramę. Siedziała przykucnięta na ziemi, z ciałkiem swej córeczki w
ramionach. Niemowlę - widocznie już od rana nie żyło. Na widok pastora pani Kamai zerwała się i
rzekła: „Czy nie chciałby pan łaskawie poszukad mego męża?”

Pastorowi było wiadomo, że męża jej dopiero wczoraj wcielono do armii. Przecież razem z żoną
zabawiał wczoraj po południu panią Kamai, aby odwrócid jej ciężkie myśli. Kamai zameldował się w
Okręgowej Komendzie Armii Czugoku - w pobliżu starego zamku, w śródmieściu. Stacjonowało tam
około czterech tysięcy wojska. Sądząc po tylu okaleczonych żołnierzach, napotkanych w ciągu dnia,
pastor przypuszczał, że czymkolwiek było to, co uderzyło w Hiroszimę, musiało ono okropnie
uszkodzid koszary. Wiedział, że nie uda mu się odnaleźd męża pani Kamai, nawet gdyby go szukał.
Pragnął wszakże dodad jej otuchy, więc powiedział: „Spróbuję.”

„Pan musi go znaleźd”, rzekła pani Kamai. „On tak kochał nasze dziecko. Chciałabym, żeby jeszcze raz
je zobaczył.”

III. BADA SIĘ SZCZEGÓŁY


WCZESNYM WIECZOREM owego dnia, gdy, wybuchła bomba, na wodach siedmiu rzek Hiroszimy
ukazała się szalupa japooskiej marynarki wojennej. Płynęła powoli tam i z powrotem, zatrzymując się
gdzieniegdzie, aby coś obwieścid setkom rannych, co leżeli pokotem na zatłoczonych ławicach piasku.
Szalupa zatrzymała się przy mostach, gdzie leżeli inni ranni, a wreszcie, o zmroku - stanęła naprzeciw
parku Asano. W szalupie stał młody oficer i wołał przez megafon: „Bądźcie cierpliwi! Zbliża się okręt
szpitalny marynarki wojennej, który się wami zaopiekuje”. Widok szalupy, odcinającej się swym
nienagannym ładem od tła, jakie stanowiło spustoszenie na drugim brzegu rzeki, ten świeżo
wyglądający młody człowiek, w schludnym mundurze, nade wszystko zaś obietnica pomocy lekarskiej
- pierwsze słowo zwiastujące możliwośd ratunku, jakie usłyszeli po blisko dwunastu potwornych
godzinach - wszystko to dodało ludziom w parku niezmiernej otuchy. Pani Nakamura ułożyła swe
dzieci do snu z uczuciem pewności, że przyjdzie lekarz i powstrzyma torsje. Pastor Tanimoto znów
wziął się do przeprawiania rannych przez rzekę. Ojciec Kleinsorge położył się, po cichu zmówił: „Ojcze
nasz” i „Zdrowaś Maria” i natychmiast usnął. Ocknął się dopiero, gdy pani Murata, gorliwa gospodyni
misji, potrząsnęła nim i zapytała: „Proszę ojca, czy ojciec pamięta, że trzeba zmówid modlitwy
wieczorne? Odparł raczej opryskliwie: „Pamiętam” i znów próbował zasnąd, lecz mu się to nie udało.
Tego właśnie pragnęła pani Murata. Wszczęła pogawędkę z wyczerpanym księdzem. Między innymi
zapytała, kiedy, jego zdaniem, nadejdą z nowicjatu księża, po których wyprawił po południu posłaoca,
i kiedy oni zabiorą ojca przeora La Salle'a i ojca Schiffera.

WYSŁANIEC OJCA Kleinsorge, ów student teologii, który mieszkał w domu misyjnym, dotarł do
nowicjatu o wpół do piątej. Nowicjat był położony na wzgórzach odległych o jakie trzy mile.
Szesnastu tamtejszych księży było zajętych akcją ratowniczą na peryferiach miasta. Martwili się oni o
swych kolegów w mieście, lecz nie mieli pojęcia - gdzie i jak ich szukad. Teraz naprędce sklecili z żerdzi
i z desek dwie pary noszy, po czym student wrócił na teren zniszczenia, wiodąc ze sobą pół tuzina
jezuitów. Obrali sobie drogę ponad miastem wzdłuż Oty, lecz żar płomieni zmusił ich dwukrotnie do
wejścia do rzeki. Przy moście Misasa minęli długi sznur żołnierzy, którzy forsownym a dziwacznym
marszem opuszczali Okręgową Komendę Armii Czugoku, położoną w śródmieściu. Wszyscy byli
oparzeni w jakiś groteskowy sposób, wspierali się na kijach lub podtrzymywali się wzajemnie. Chore,
poparzone konie stały na moście ze zwieszonymi głowami. Było już ciemno, gdy drużyna ratownicza
dotarła do parku. Niezwykle trudne było torowanie sobie drogi śród plątaniny drzew najrozmaitszej'
wielkości, drzew, które obalił popołudniowy huragan. Wreszcie (niedługo potem, gdy pani Murata
zwróciła się do ojca Kleinsorge z zapytaniem) dostali się do swych kolegów i poczęstowali ich winem
oraz mocną herbatą.

Księża rozważali, jakby to wyprawid ojca Schiffera i ojca La Salle'a do nowicjatu. Obawiali się, iż w
czasie tego błądzenia po parku ranni za bardzo wytrzęsą się na drewnianych noszach i utracą zbyt
wiele krwi. Ojcu Kleinsorge przyszedł na myśl pastor Tanimoto ze swoją łodzią. Toteż krzyknął nao tak
głośno, że pastor na rzece usłyszał. Przybiwszy do brzegu oświadczył, że chętnie zabierze rannych
księży oraz noszowych, podwiezie ich w górę rzeki, skąd sami już będą mogli znaleźd jakąś wygodną
drogę. Ratownicy złożyli ojca Schiffera na noszach i ostrożnie spuścili do łodzi. Dwóch z nich zostało
przy nim. Pastor Tanimoto, wciąż bez wioseł, tyczką posuwał łódź w górę rzeki. Mniej więcej pół
godziny potem wrócił i w podnieceniu wezwał pozostałych księży, żeby mu pomogli ratowad dwoje
dzieci, które, jak widział, stały po szyję w wodzie. Wobec czego kilku z nich poszło i wyciągnęło z
wody dwie dziewczynki, które straciły całą rodzinę. Obie były okropnie poparzone. Księża położyli
dzieci na ziemi obok ojca Kleinsorge i załadowali ojca La Salle'a do łodzi. Ojcu Cieślikowi zdawało się,
że będzie mógł pieszo udad się do nowicjatu, więc razem z innymi wszedł do łodzi. Lecz ojciec
Kleinsorge był zanadto słaby, postanowił więc poczekad w parku do następnego dnia. Poprosił tylko,
żeby wrócili z wózkiem ręcznym w celu przetransportowania pani Nakamura i jej chorych dzieci do
nowicjatu.

I znów wielebny Tanimoto odbił od brzegu. Łódź naładowana duchownymi powoli sunęła w górę
rzeki, tak iż jezuici mogli słyszed słabe wołanie o pomoc. Jakiś kobiecy głos wydzierał się spośród
innych głosów: ,,Tu są ludzie, co toną. Pomóżcie nam! Woda się podnosi!” Ten głos niósł się od jednej
z ławic piasku. Ludzie w łodzi mogli w blasku nieugaszonych pożarów dojrzed pewną ilośd rannych,
którzy rozłożyli się nad samą rzeką: już ich częściowo zalały fale przypływu. Pastor pragnął im przyjśd
z pomocą lecz księża w obawie, że ojciec Schiffer umrze, jeśli nie pośpieszą się, nalegali na
przewoźnika, żeby się nie zatrzymywał. Więc ich wysadził tam, gdzie położył ojca Schiffera, i sam
jeden popłynął z powrotem ku ławicy piasku.

NOC BYŁA upalna, a ognie sięgające niebios zdawały się potęgowad żar. Mimo to młodsza z obu
dziewczynek, które pastor Tanimoto uratował z pomocą księży, skarżyła się ojcu Kleinsorge - na
zimno. Przykrył ją swoją kurtką. Dziewczynka ta wraz z starszą siostrą przez szereg godzin była
zanurzona w słonej wodzie rzeki, zanim ich stamtąd nie wyciągnięto. Młodsza miała na ciele
olbrzymie oparzelizny odsłaniające żywe mięso. Słona woda musiała jej sprawiad potworne katusze.
Dziewczynka zaczęła trząśd się gwałtownie. Powiedziała, że jest jej zimno. Ojciec Kleinsorge pożyczył
od jednego z sąsiadów koc i otulił nim dziecko. Lecz ono trzęsło się coraz mocniej i mocniej i znów
powiedziało: „Tak mi zimno”. A potem, nagle przestało się trząśd i już nie żyło.

PASTOR TANIMOTO zastał na piasku około dwudziestu osób obojga płci. Skierował łódź ku ławicy i
kazał tym ludziom wsiadad. Lecz nikt się nie ruszył. Pastor uświadomił sobie, że są oni zbyt utrudzeni,
aby mogli się podnieśd o własnych siłach. Więc nachylił się ku nim, a gdy jedną z kobiet chwycił za
ręce, skóra jej obsunęła się potężnymi płatami, jakby to była rękawica. Tak go zemdliło, iż na chwilę
usiadł. Następnie wszedł do wody i chociaż nie był siłaczem, sporo nagich mężczyzn i kobiet zaniósł
do swej łodzi. Plecy ich i piersi były galaretowate. Z przykrością odtwarzał pastor w pamięci, jak
wyglądały te ciężkie oparzeliny na które w ciągu dnia musiał patrzed. Początkowo były żółte,
następnie czerwieniały i puchły, przy czym skóra całkowicie się łuszczyła, a w koocu, wieczorem,
ropiały i cuchnęły. Gdy nastąpił przypływ, bambusowa jego tyka okazała się za krótka, musiał nią
zatem wiosłowad przez większą częśd drogi. Po drugiej stronie, przy nieco wyższej ławicy,
własnoręcznie wyładował owe śluzowate, żywe ciała i ułożył je na spadzistym stoku, z dala od
rosnących fal. Wciąż musiał sobie powtarzad: „To są ludzkie istoty.” Trzy razy trzeba było odrobid tę
samą drogę, aby wszystkich przeprawid przez rzekę. Po ukooczeniu tej roboty postanowił trochę
odpocząd. Wrócił do parku.

Idąc ciemnym brzegiem, nadeptał na jakiegoś człowieka. Ktoś inny znów krzyknął gniewnie: „Uważaj!
To jest moja ręka!” Pastor Tanimoto zawstydzony, iż depce rannych, i zakłopotany, że sam może
chodzid prosto, pomyślał naraz o okręcie szpitalnym marynarki wojennej, który jakoś nie zjawiał się. I
poczuł przez chwilę ślepą, morderczą wściekłośd do załogi tego okrętu i do wszystkich w ogóle
lekarzy. Czemu nie przybywają z pomocą do tych ludzi?

DR FUDŻI PRZEZ CAŁĄ noc wił się w potwornych boleściach, leżąc na podłodze rodzinnego domu - na
kraocach miasta. Ten dom nie miał dachu. Przy świetle latarki doktor zbadał siebie i stwierdził:
złamanie lewego obojczyka, liczne okaleczenia i otarcia skóry na twarzy i na ciele, głębokie przecięcia
na brodzie, na plecach, na nogach, znaczne kontuzje klatki piersiowej i tułowia, parę żeber
prawdopodobnie też miał łamanych. Gdyby nie te ciężkie obrażenia, poszedłby do parku Asano
opatrywad rannych.

GDY ZAPADŁA NOC - tysiące ofiar wybuchu wtargnęło do szpitala Czerwonego Krzyża. Dr Sasaki, już u
kresu sił, posępnie i bez celu wlókł się tam i sam po śmierdzących korytarzach, niosąc tampony,
bandaże i butelki z merkurochromem. Wciąż jeszcze miał te okulary, które zabrał rannej pielęgniarce.
Opatrywał tylko najgorsze rany, ilekrod je zauważył. Inni lekarze - na najcięższe oparzenia kładli
kompresy z roztworem soli. To wszystko, na co było ich stad. Po zachodzie słooca pracowali przy
świetle płonącego miasta tudzież przy świeczkach, które im trzymały pozostałe przy życiu pielęgniarki
Doktor Sasaki przez cały dzieo nie wytknął nosa poza szpital. Widowisko, na jakie spoglądał wewnątrz
szpitala, było tak groźne i przykuwające, iż nawet do głowy mu nie wpadło zapytad, co właściwie za
oknami i za drzwiami się wydarzyło. Sufity i przepierzenia zapadły się. Wszędzie - tynk, kurz, krew i
rzygowiny. Pacjenci marli setkami, lecz do uprzątnięcia trupów nie było nikogo. Niektórzy z
pracowników szpitala rozdawali biszkopty i knedle ryżowe, lecz woo jatki była tak przejmująca, że
mało komu chciało się jeśd. Nazajutrz o trzeciej rano, po dziewiętnastu bitych godzinach ohydnej orki
- dr Sasaki nie był już zdolny do opatrzenia żadnej rany. Wraz z paru innymi osobami należącymi do
personelu szpitalnego, które przeżyły wybuch, postarał się o słomiane maty i poszedł przespad się na
świeżym powietrzu. Tysiące chorych i setki trupów leżało na dziedziocu i na podjeździe. Lecz tamci
okrążyli szpital i znalazłszy sobie kryjówkę położyli się, aby załapad trochę snu. W niespełna godzinę
odnaleźli ich jednak ranni i otoczyli lamentującym kręgiem: „Doktorzy! Pomóżcie nam! Jak możecie
spad?” A zatem dr Sasaki wstał i wrócił do pracy. O świcie - pierwszy raz pomyślał o swojej matce,
przebywającej w domku na wsi, w Mukaihara - trzydzieści mil za miastem. Codziennie zwykł wracad
na noc do domu, więc bał się, iż matka pomyśli, że zginął.

NIEDALEKO, W GÓRZE RZEKI, gdzie pastor Tanimoto przetransportował księży, leżała duża torba z
ryżowymi plackami. Jakaś drużyna ratownicza przyniosła to dla rannych w tej okolicy, lecz zapewne
nie zdążyła jeszcze rozdad. Tragarze, nie zdjąwszy nawet rannych z noszy, zabrali się do placków i
posilili się. W parę minut potem nadbiegła zgraja żołnierzy, a ich oficer słysząc, jak księża rozmawiają
jakimś obcym językiem, dobył pałasza i histerycznie zapytał, kim oni są. Któryś z księży uspokoił go
wyjaśnieniem, że są Niemcami a więc sprzymierzeocami. Oficer przeprosił, mówiąc, że krążą pogłoski
o wylądowaniu amerykaoskich spadochroniarzy.

Księża postanowili, że pierwszy powinien byd zabrany ojciec Schiffer. Już mieli iśd, gdy ojciec przeor La
Salle powiedział, że jest mu strasznie zimno. Któryś z jezuitów oddał mu swój płaszcz, inny - koszulę.
Właściwie byli radzi, że w tę parną noc będą lżej ubrani. Noszowi ruszyli. Student teologii wskazywał
drogę, ostrzegał przed przeszkodami, mimo to jeden z księży uwikłał nogę w drutach telefonicznych,
potknął się i upuścił nosze. Ojciec Schiffer stoczył się na ziemię, stracił przytomnośd, odzyskał ją, po
czym zwymiotował. Tragarze podnieśli go i poszli z nim na kraniec miasta, gdzie zgodnie z planem
spotkali się z drugą partią księży, co miała ich zluzowad. Powierzyli im ojca Schiffera i wrócili po ojca
przeora.

Drewniane nosze sprawiały ojcu La Salle okropny ból. W plecach jego bowiem tkwiło mnóstwo
drobniuteokich odłamków szkła - ze stłuczonych szyb. W pobliżu granicy miasta musieli okrążyd
spalony samochód, który zatarasował wąskie przejście, a częśd tragarzy, nie mogąc w ciemności
rozpoznad drogi, wpadła w głęboki rów. Ojciec La Salle spadł na ziemię, nosze zaś połamały się na
dwie części. Jeden z księży poszedł naprzód do nowicjatu po ręczny wózek. Ale że taki sam wózek stał
tuż obok jakiegoś opuszczonego budynku, więc z tym wózkiem jezuita ów wrócił. Ojcowie umieścili
przeora na wózku i pchali go przez całą resztę wyboistej drogi. Rektor nowicjatu, zanim wstąpił do
zakonu, był lekarzem, oczyścił więc rany obu księży i położył ich do łóżka na czyste prześcieradła. A
oni dziękowali Bogu za doznaną opiekę.

TYSIĄCE LUDZI nie miało nikogo, kto by im pomógł. Między nimi była panna Sasaki. Opuszczona,
bezradna, leżała pod tym prymitywnym daszkiem na dziedziocu fabryki cyny, leżała obok kobiety, co
straciła pierś, i obok mężczyzny, którego spalona twarz właściwie nie była już twarzą. Potworne
męczarnie sprawiała jej tej nocy złamana noga. Ani oka nie zmrużyła, ani słowa nie zamieniła ze
swymi towarzyszami, którzy też nie mogli spad.

OJCIEC KLEINSORGE w parku też nie spał przez całą noc, a to dlatego, że pani Murata bez przerwy
gadała. Nie usnął również nikt z rodziny Nakamura. Dzieci, aczkolwiek bardzo chore, ogromnie się
interesowały wszystkimi wydarzeniami. Szczególnie zachwycił ich jeden z miejskich zbiorników
benzyny gdy buchnął potężnym płomieniem; Mały Toszio zachęcał innych do oglądania tego
widowiska, odzwierciadlającego się w rzece. Pastor Tanimoto po tylu godzinach latania i akcji
ratowniczej drzemał niespokojnie. Obudził się z pierwszym brzaskiem, spojrzał na drugą stronę rzeki i
stwierdził, że poprzedniej nocy nie dośd wysoko ułożył na ławicy piasku owe zropiałe, kalekie ciała.
Wezbrana rzeka zalała miejsce, gdzie ich ulokował, a oni nie mieli sił, żeby się ruszyd, wiec chyba
utonęli. I rzeczywiście, widział unoszące się na wodzie ciała.
WCZESNYM RANKIEM, 7 sierpnia, japooskie radio po razi pierwszy nadało zwięzły komunikat. Z tych,
których najbardziej dotyczyła jego treśd, prawie nikt go nie słyszał. Nie słyszeli go ci, co przeżyli
Hiroszimę. A oto brzmienie komunikatu: „Na skutek nalotów aparatów B-29 poniosła Hiroszima
znaczne straty. Niewątpliwie użyto bomby nowego typu. Bada się szczegóły.” Jest również rzeczą
mało prawdopodobną, żeby ktoś z ludzi, co przeżyli Hiroszimę, słyszał retransmitowane na krótkich
falach orędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, w którym nowy pocisk został zidentyfikowany jako
bomba atomowa. „Ta bomba jest potężniejsza od dwudziestu tysięcy ton TNT (Trinitrotoluen). Jej siła
wybuchowa jest dwa tysiące razy większa od brytyjskiego Grand Slam (Wielki Trzask), będącego
najsilniejszą bombą, jaką kiedykolwiek w dziejach wojen użyto”. Te ofiary, które w ogóle były jeszcze
zdolne do przejmowania się wypadkami, interpretowały i roztrząsały wydarzenie w bardziej
prymitywnych, niemal dziecinnych kategoriach. Możliwe - myśleli ci nieszczęśliwcy - iż z samolotu
rozpryskano benzynę albo też jakiś zapalny gaz, albo zrzucono wielki pęk bomb zapalających, a może
jest to robota spadochroniarzy. Gdyby ci ludzie nawet znali prawdę, za bardzo byli zajęci lub nazbyt
uznojeni lub ciężko ranni, aby się interesowad faktem, iż stanowili przedmiot pierwszego na wielką
skalę eksperymentu z użyciem siły atomowej. Siły tej (jak wykrzykiwały głosy na krótkich folach)
żaden - inny kraj nie mógł wyzwolid, tylko jedne - Stany Zjednoczone. Rozporządzały one tajemnicami
produkcji przemysłowej i gotowe były rzucid dwa miliardy dolarów w złocie - w tej ważkiej,
hazardowej grze wojennej.

PASTOR TANIMOTO wciąż gniewał się na doktorów. Postanowił chociaż jednego przyprowadzid
osobiście do parku Asano, w razie potrzeby nawet - za kark. Przeprawił się przez rzekę, minął kaplicę
szintoistów, przy której wczoraj spotkał się na oka mgnienie z żoną, i podążył na Wschodni Plac Rewii.
Sądził, że zastanie tam jakiś punkt opatrunkowy, skoro miejsce od dawna było wyznaczone na obszar
ewakuacyjny. Rzeczywiście, znalazł stację opatrunkową, obsługiwaną przez wojskową jednostkę
sanitarną, ale też zauważył, że lekarze są nieludzko przeciążeni pracą: tysiące pacjentów leżało
pomiędzy trupami na polu, przed stacją opatrunkową. Mimo to podszedł do jednego z lekarzy
wojskowych i zdobywszy się na ton jak najbardziej pełen wyrzutów zapytał: „Czemu nikt z was nie
idzie do parku Asano? Ogromnie tam jesteście potrzebni”.

Lekarz nie odwróciwszy nawet głowy od swej roboty odparł znużonym głosem:
- Mój posterunek jest tutaj.
- Lecz tam, na brzegu, pełno ludzi umiera.
- Pierwszym obowiązkiem - rzekł na to doktor - jest opieka nad lekko rannymi.
- Dlaczego? Skoro tylu ciężko rannych leży na brzegu?

Doktor przeszedł do drugiego pacjenta. - „W nagłych wypadkach, jak na przykład teraz - mówił, jak
gdyby recytował z podręcznika - pierwszym obowiązkiem jest niesienie pomocy możliwie największej
ilości ludzi, celem ratowania jak najwięcej istnieo. Dla ciężko rannych - nie ma nadziei. Muszą
umierad. A my nie możemy się o nich troszczyd.”

- Może to jest słuszne ze stanowiska medycyny - zaczął pastor Tanimoto, lecz przerwał i spojrzał na
pole, gdzie wielu umarłych leżało w bliskim spoufaleniu z ludźmi, co jeszcze żyli. I nie dokooczywszy
zdania odszedł. Teraz gniewał się już tylko na samego siebie. Nie wiedział, co robid. Obiecał wszak
konającym w parku, że sprowadzi im pomoc lekarską. Umrą z uczuciem, że zostali oszukani. Na polu
zauważył pastor stację aprowizacyjną. Więc zbliżył się do niej i wyżebrał trochę placków ryżowych
tudzież biszkoptów. I zamiast lekarzy, zabrał to dla ludzi w parku.

ZNÓW BYŁ GORĄCY ranek. Ojciec Kleinsorge wyszedł z butelką i wypożyczonym imbrykiem po wodę
dla rannych. Słyszał, że poza obrębem parku Asano można dostad świeżej wody z kranu. Wybrał
drogę przez owe skaliste ogrody, więc musiał i wspinad się i czołgad pod pniami obalonych sosen, i
poczuł się słaby. W ogrodach pełno było trupów. Obok przepięknego, łukowego mostu minął żywą,
nagą kobietę, poparzoną od stóp do głów tak, iż cała była czerwona. U wejścia do parku pracował
lekarz wojskowy, lecz jedynym lekarstwem, jakie posiadał, była jodyna. Smarował nią rany, siniaki,
ropne oparzelizny - wszystko. I wszystko, co zamalowywał jodyną - wciąż na nowo ropiało. U wrót
parku odkrył ojciec Kleinsorge kran, który jeszcze wciąż funkcjonował. Stanowił częśd instalacji nie
istniejącego już domu. Ojciec Kleinsorge napełnił wodą swe naczynie i wrócił. Napoił rannych i jeszcze
raz poszedł po wodę. Tym razem, gdy mijał most, owa kobieta już nie żyła. Wracając z wodą zmylił
drogę, gdyż musiał okrążyd powalone drzewo. A gdy tak w gaju szukał drogi, usłyszał głos płynący z
zarośli: „Ma pan co do picia?” Ujrzał mundur. W mniemaniu, że tam jest tylko jeden żołnierz, ojciec
Kleinsorge podszedł z wodą. Lecz gdy rozgarnął krzaki, zobaczył może z dwudziestu mężczyzn, a
wszyscy znajdowali się w tym samym, koszmarnym stanie. Twarze mieli całkowicie spalone, oczodoły
- puste, po policzkach spływała ciecz ze stopionych gałek ocznych. (Zapewne mieli twarze wzniesione
do góry, gdy wybuchła bomba, bo może należeli do obsługi dział przeciwlotniczych.) Usta ich - to były
już tylko spuchnięte, pokryte ropą rany. Nie mogli ich nawet na tyle otworzyd, aby w nie wpuścid
dziób od imbryka. Ojciec Kleinsorge zerwał przeto duże źdźbło trawy, wydrążył łodygę i zrobił słomkę,
przez którą wszystkich napoił wodą. Jeden z nieszczęśliwców powiedział: „Ja nic nie widzę”. Na to
ojciec Kleinsorge odparł najpogodniej, jak tylko umiał: „Przy wejściu do parku jest doktor. Teraz jest
zajęty, lecz mam nadzieję, że rychło przyjdzie opatrzyd paoskie oczy.”

Od owego dnia ojciec Kleinsorge ze zdziwieniem wspominał czasy, kiedy roztkliwiał się na widok
cudzego bólu i mdlał, gdy ktoś sobie zaciął palec. A teraz, w parku, czuł się już tak stępiały, iż ledwo
oddalił się od tego okropnego widowiska, przystanął na ścieżce wiodącej do jednej z sadzawek i po
społu z jakimś lekko rannym człowiekiem zastanawiał się, czy nie zaszkodzi im zjedzenie długiego na
dwie stopy, tłustego, zdechłego karpia, co pływał na powierzchni wody. Po namyśle zadecydowali, że
jednak lepiej go nie jeśd.

Trzeci raz napełnił ojciec Kleinsorge naczynia i powrócił na brzeg. Pośród zmarłych i umierających
ujrzał tam młodą kobietę, która igłą i nitką łatała swe nieznacznie rozdarte kimono. Ojciec Kleinsorge
zawołał żartobliwie: „Ależ z pani - elegantka!” Młoda kobieta roześmiała się.

Poczuł zmęczenie i położył się. Wszczął pogawędkę z dwojgiem ujmujących dzieci Zaznajomił się z
nimi poprzedniego wieczora. Dowiedział się, że ich nazwisko brzmi: Kataoka. Dziewczynka miała lat
trzynaście, chłopak - pięd. Gdy padła bomba, dziewczynka właśnie wybierała się do fryzjera. Gdy
rodzina wyruszyła do parku Asano, naraz matce zachciało się wrócid po żywnośd i dodatkową odzież.
Rozdzielił ich uciekający tłum. Odtąd już matki nie widzieli. Naraz dzieci przerwały swą do tej pory
najpogodniejszą zabawę i z płaczem zaczęły wzywad matki.

Wszystkim tym dzieciom w parku ciężko było dźwigad brzemię tragedii. Toszio Nakamura bardzo się
podniecił na widok przyjaciela Seiczi Sato, który razem z rodziną płynął w łodzi w górę rzeki. Toszio
poleciał na brzeg i machając rękami krzyczał: „Sato, Sato!”

Chłopak odwrócił głowę i zawołał: „Kto to taki?”


- Nakamura.
- Serwus, Toszio!
- Wszyscyście zdrowi?
- Wszyscy. A co z wami?
- Bardzo dobrze. Siostry wymiotują, ale ja mam się znakomicie.

Ojcu Kleinsorge zachciało się pid w tym okropnym upale, lecz nie miał już sił, aby jeszcze raz pójśd po
wodę. Nim nastało południe, zobaczył jakąś Japonkę, która coś ludziom rozdawała. Podeszła też i do
niego i uprzejmym głosem powiedziała: „To są liście herbaty. Niech je pan żuje, młody człowieku, a
ugasi pan pragnienie.” Dobrotliwośd tej kobiety wzruszyła ojca Kleinsorge do łez. Od wielu tygodni
czuł ucisk nienawiści, jaką Japooczycy coraz bardziej okazywali cudzoziemcom, i nawet w
towarzystwie japooskich przyjaciół było mu nieswojo. Gest tej obcej kobiety wywołał w nim lekki
odruch histerii.

Koło południa przybyli księża z nowicjatu z ręcznym wózkiem. Byli w mieście, na terenie misji, gdzie
znaleźli kilka walizek złożonych w schronie przeciwlotniczym. Z popiołów kaplicy wygrzebali resztki
stopionych naczyo liturgicznych. Teraz załadowali na wózek papierową walizkę ojca Kleinsorge, bagaż
pani Murata i rodziny Nakamura. Następnie posadzili obie dziewczynki Nakamura na szczycie tego
wszystkiego i byli gotowi do wymarszu. Wtedy jeden z jezuitów, obdarzony zmysłem praktycznym,
przypomniał, iż w swoim czasie powiadomiono ich, że jeśli na skutek działao nieprzyjacielskich
poniosą straty materialne, będą mogli wnieśd pretensje o odszkodowanie do policji prefekturalnej.
Świątobliwi mężowie przedyskutowali sprawę tu, w parku, w otoczeniu rannych, którzy milczeli tak
samo jak umarli. I zdecydowali, że ojciec Kleinsorge, jako były mieszkaniec zburzonego gmachu misji,
powinien wnieśd zażalenie. A zatem, gdy inni poszli z wózkiem ręcznym, ojciec Kleinsorge pożegnał
dzieci Kataoka i powlókł się na posterunek policyjny. Pełnili tu służbę funkcjonariusze policji z innego
miasta, wyświeżeni, ubrani w czyste mundury, a otaczał ich tłum brudnych, wytrąconych z
równowagi obywateli Hiroszimy, pytających przeważnie o swe zaginione rodziny. Ojciec Kleinsorge
wypełnił formularz, na którym zgłosił swe pretensje, po czym przez śródmieście udał się do
Nagacuka. Tu dopiero uświadomił sobie w pełni cały rozmiar spustoszenia. Mijał jedną po drugiej
ulicę ruin i nawet po tym wszystkim, co widział w parku, tutaj dopiero dech mu zaparło. Gdy dowlókł
się do nowicjatu, był już chory z wyczerpania. Ostatnią rzeczą, jaką uczynił padając na łóżko, była
prośba, żeby ktoś wrócił i zaopiekował się dziedmi Kataoka, które straciły matkę.

PRZEZ DWA DNI i dwie noce pozostawiono pannę Sasaki pod owym podpartym daszkiem, gdzie leżała
ze złamaną nogą, w towarzystwie dwóch, zgoła niemiłych osób. Jedyną jej atrakcją byli ludzie
przychodzący do schronów przeciwlotniczych w fabryce. Mogła ich widzied ze swojego kąta w
schronie, jak przy pomocy sznurów wyciągali na górę - zwłoki. Noga panny Sasaki bardzo zsiniała,
spuchła i zaczęła już gnid. Cały ten czas panna Sasaki nic nie jadła i nie piła. 8 sierpnia, a więc na trzeci
dzieo, odnaleźli ją przyjaciele, którzy przyszli po jej ciało, w mniemaniu, iż ona nie żyje. Powiedzieli
też, że jej matkę, ojca oraz malutkiego braciszka należy już chyba uważad za zmarłych, skoro wszyscy
w czasie eksplozji znajdowali się w Szpitalu Dziecięcym Tamura, gdzie dziecko się leczyło, a ten szpital
uległ zupełnemu zniszczeniu. Potem przyjaciele ją zostawili, aby mogła rozpamiętywad nowinę, którą
jej przynieśli Później kilku mężczyzn chwyciło ją za ręce i za nogi i zaniosło do samochodu
ciężarowego, stojącego dośd daleko. Godzinę bez mała trzęsła się ciężarówka po wybojach a panna
Sasaki, której się zdawało, że już przestała byd wrażliwa na ból, przekonała się, że się myli. Zaniesiono
ją na stację pogotowia w dzielnicy Inokuszi, gdzie obejrzało ją dwóch lekarzy wojskowych. W chwili,
gdy jeden z nich dotknął jej rany, zemdlała. Odzyskała przytomnośd akurat, gdy dyskutowali nad tym,
czy obciąd jej nogę, czy nie. Jeden doktor mówił, że w fałdach rany widoczna jest gangrena od gazu i
przepowiadał śmierd, jeśli nogi się nie zamputuje. Drugi ubolewał nad brakiem instrumentów
potrzebnych do amputacji Znów zemdlała. Gdy odzyskała przytomnośd - niesiono ją gdzieś na
noszach. Zaniesiono ją na pokład szalupy, co płynęła do pobliskiej wyspy Ninoszima. Tam zabrano ją
do szpitala wojskowego. Zbadał ją znów inny lekarz i orzekł, że ona nie ma gangreny od gazu, lecz
jakieś paskudne, skomplikowane złamanie. Niemal obojętnie oświadczył, iż żałuje, ale ten szpital
przeznaczony jest wyłącznie na przypadki wymagające operacji chirurgicznych, a jako że panna Sasaki
nie ma gangreny, powinna jeszcze tej nocy wrócid do Hiroszimy.

Lecz gdy zmierzył jej temperaturę, zmienił decyzję. A zatem została.

OWEGO DNIA, a był to 8 sierpnia, ojciec Cieślik wybrał się do miasta na poszukiwanie pana Fukai,
japooskiego sekretarza diecezji, który wbrew swojej woli wyjechał z płonącego miasta na grzbiecie
ojca Kleinsorge, a następnie w przystępie szaleostwa pognał z powrotem. Ojciec Cieślik rozpoczął swe
polowanie w pobliżu mostu Sakai, gdzie jezuici po raz ostatni widzieli pana Fukai. Udał się też na
Wschodni Plac Rewii, na teren ewakuacyjny, i szukał sekretarza pośród rannych i umarłych. Zaszedł
też do policji prefekturalnej po informacje. Nigdzie - ani śladu pana Fukai. Tego samego wieczora
wrócił ojciec Cieślik do nowicjatu. Tam student teologii, który w domu misyjnym mieszkał w jednym
pokoju z panem Fukai, powiedział księżom, że w czasie alarmu lotniczego, na parę dni przed
zbombardowaniem miasta, sekretarz mu oznajmił co następuje: „Japonia ginie. Jeżeli będzie
rzeczywisty nalot na Hiroszimę, pragnę zginąd razem z naszym krajem.” Z tego księża wywnioskowali,
że pan Fukai pobiegł do miasta, aby oddad życie w płomieniach. W istocie, nigdy go już nie zobaczyli.

W SZPITALU CZERWONEGO Krzyża dr Sasaki pracował przez pełne trzy dni, a spał zaledwie godzinkę.
Drugiego dnia zaczął zszywad najgorsze rany i szył bez przerwy przez całą noc i cały następny dzieo.
Wiele ran było zaropiałych. Na szczęście ktoś znalazł nietknięty zapas narukoponu. Jest to japooski
środek uśmierzający. Doktor zaaplikował go wielu cierpiącym. Wśród personelu szpitalnego krążyły
pogłoski, źe z tą wielką bombą jest coś dziwnego. Bo oto na drugi dzieo wicedyrektor szpitala zeszedł
na dół do piwnicy, gdzie przechowywano klisze rentgenowskie, i stwierdził, że wszystkie są
wyświetlone. Tegoż dnia przybył nowy lekarz z dziesięcioma pielęgniarkami z miasta Jamaguczi.
Przywieźli ze sobą specjalne bandaże i środki antyseptyczne. Na trzeci zaś dzieo przyjechał z Macue
jeszcze jeden lekarz z tuzinem pielęgniarek, a mimo to - było zaledwie ośmiu doktorów na dziesięd
tysięcy chorych. Trzeciego dnia, po południu, doktora Sasaki wyczerpanego cuchnącą łataniną
ludzkiego mięsa opętało urojenie, iż jego matka wyobraża sobie, że on nie żyje. Otrzymał pozwolenie
udania się do Mukaihara. Doszedł do pierwszych przedmieśd, za którymi już normalnie kursowały
kolejki elektryczne, i późnym wieczorem dostał się do domu. Matka powiedziała, iż powiadomiono ją
o tym, że on ma się dobrze. Jakaś ranna pielęgniarka jej to oznajmiła. Doktor położył się do łóżka i
spał siedemnaście godzin.

8 SIERPNIA PRZED świtem ktoś w nowicjacie wszedł do pokoju, gdzie spał ojciec Kleinsorge, sięgnął w
górę do zwisającej żarówki i zapalił ją. Nagły zalew światła wtargnął w pół-sen ojca Kleinsorge, który
wyskoczył z łóżka, przygotowany na nowy wstrząs. Gdy ojciec Kleinsorge uświadomił sobie, co zaszło,
zaśmiał się zmieszany i z powrotem położył się do łóżka. Leżał przez cały dzieo.

9 sierpnia ojciec Kleinsorge wciąż jeszcze czuł się zmęczony. Ksiądz rektor obejrzał jego skaleczenia i
orzekł, że nie warto ich nawet opatrywad: niechaj tylko ojciec Kleinsorge trzyma je czysto, a zagoją się
same za trzy, cztery dni. Ojciec Kleinsorge czuł się nieswojo. „Wciąż jeszcze nie pojmował, przez co
właściwie przebrnął. I jak gdyby popełnił jakąś potworną przewinę, uczuł potrzebę powrotu na
teatrum okropności, których doświadczył. Zerwał się z łóżka i poszedł do miasta. Poszperał
chwileczkę w ruinach domu misyjnego, lecz nic nie znalazł. Udał się na miejsce, gdzie stało parę szkół,
i rozpytywał się tam o znajomych. Poszukiwał kilku hiroszimskich Japooczyków wyznania katolickiego,
lecz znalazł jedynie zawalone domy. Więc z powrotem poszedł do nowicjatu, osłupiały i tak samo
mądry jak przedtem.

W DWIE MINUTY po godzinie jedenastej, rankiem 9 sierpnia, druga bomba atomowa padła na
Nagasaki. Pozostali przy życiu mieszkaocy Hiroszimy dopiero po upływie kilku dni dowiedzieli się, że
mają towarzyszów niedoli, gdyż japooskie radio tudzież gazety zachowały na temat bomby jak
najdalej posuniętą wstrzemięźliwośd.

9 SIERPNIA PASTOR TANIMOTO ciągle jeszcze pracował w parku. Udał się na przedmieście Uszida,
gdzie jego żona przebywała u przyjaciół, i zabrał namiot, który tam zdeponował przed
zbombardowaniem Hiroszimy. Teraz zaniósł namiot do parku i urządził w nim rodzaj schronu dla tych
rannych, co nie mogli się ruszad i których nie można było przenieśd w inne miejsce. Cokolwiek w
parku czynił, czuł, że go z oka nie spuszcza dawna jego sąsiadka, owa dwudziestoletnia pani Kamai,
którą w dzieo wybuchu bomby ujrzał z nieżywą córeczką w ramionach. Przez całe cztery dni trzymała
tak wątłe trupiątko, chociaż ono już na drugi dzieo cuchnęło. Razu pewnego pastor Tanimoto
przysiadł się do niej na chwilę. Wtedy powiedziała mu, że bomba zasypała ją razem z dzieckiem,
przytroczonym do jej pleców, zasypała pod domem, w którym mieszkali. A gdy udało się jej
wygrzebad, zobaczyła, że dziecko się dławi Miało usta pełne błota. „Więc małym palcem starannie
oczyściła dzieciątku usta, a ono przez pewien czas oddychało normalnie i wydawało się zupełnie
zdrowe. Nagle - umarło. Opowiedziała również, jaki to dobry człowiek był jej mąż, znów jęła nalegad,
żeby pastor poszedł go szukad. Pastor już pierwszego dnia obszedł miasto i widział straszliwie
oparzonych żołnierzy z Okręgowej Komendy Armii Czugoku, gdzie stacjonował Kamai. Wszędzie ich
spotykał i wiedział, że odnalezienie Kamai jest nie-; możliwe, nawet jeśli on żyje. Tego jej, oczywiście,
nie powiedział. A ona, za każdym razem, gdy się zjawiał, pytała, czy nie odnalazł jej męża. Raz - pastor
próbował naprowadzid ją na myśl, że pora dziecko - spalid. Skutek był taki, że jeszcze mocniej trupka
ściskała. Zaczął więc od niej stronid, lecz ilekrod na nią spojrzał, oczy jej wlepione w niego zadawały
zawsze to samo pytanie. Starał się unikad tego wzroku, o ile możności odwracając się do niej plecami.

JEZUICI zabrali około pięddziesięciu uchodźców do swej wspaniałej kaplicy w nowicjacie. Ksiądz rektor
udzielił im pomocy lekarskiej, na jaką było go stad. Przeważnie zmywał ropę. Każdy członek rodziny
Nakamura otrzymał koc i siatkę przeciw moskitom. Pani Nakamura oraz jej młodsza córka nie miały-
apetytu - nic nie jadły. Syn natomiast i młodsza córka jedli, lecz za każdym razem - zwracali. 10
sierpnia odwiedziła ich przyjaciółka, pani Osaki, i powiedziała, że jej syn, Hideo, spalił się żywcem w
fabryce, w której pracował. Ten Hideo był w oczach Toszia pewnego rodzaju bohaterem. Toszio
często chodził do fabryki i przyglądał się, jak Hideo obsługuje swą maszynę. Tej nocy Toszio obudził
się z krzykiem. Śniło mu się, że pani Osaki z całą rodziną wyłazi z jakiegoś otworu w ziemi, a potem
widział Hidea przy maszynie. To była wielka maszyna z pasem transmisyjnym. On sam, Toszio, stał
obok Hidea. Nie wiadomo, dlaczego to wszystko było takie przerażające.

10 SIERPNIA OJCIEC KLEINSORGE dowiedziawszy się od kogoś, że dr Fudżi został raniony i że potem
udał się do letniej rezydencji przyjaciela, nazwiskiem Okuma, we wsi Fu-kawa, zapytał ojca Cieślika,
czyby nie poszedł zobaczyd, jak się dr Fudżi miewa. Ojciec Cieślik zgodził się. Poszedł na stację Misasa,
co leżała za Hiroszimą, i wsiadł do kolejki elektrycznej. Jechał nią dwadzieścia minut, po czym musiał
maszerowad piechotą półtorej godziny - w okropnym skwarze słonecznym, aż dotarł do domu pana
Okuma. Dom ten stał nie opodal rzeki Ota, u stóp góry. Dr Fudżi siedział w kimonie na krześle i
przykładał kompresy do złamanego obojczyka. Powiedział ojcu Cieślikowi, że zgubił okulary i że
ogromnie męczą go oczy. Pokazał księdzu olbrzymie, sine i zielone pręgi na ciele, tam, gdzie go
uderzyły belki. Mimo iż była dopiero jedenasta rano, doktor zaproponował jezuicie papierosa i
wódkę. Ojciec Cieślik myślał, że sprawi przyjemnośd doktorowi, jeśli trochę wypije, więc zgodził się na
poczęstunek. Służący wniósł Suntory - whisky, po czym jezuita, doktor i gospodarz zaczęli bardzo miłą
pogawędkę. Pan Okuma przez jakiś czas mieszkał na Hawajach. Miał więc do opowiedzenia różne
rzeczy o Amerykanach. Dr Fudżi natomiast mówił o katastrofie. Mówił, że pan Okuma i jedna z
pielęgniarek udali się na ruiny jego kliniki i powrócili z kasetką, którą on sam przeniósł był do swego
schronu przeciwlotniczego. Znajdowało się w niej trochę instrumentów chirurgicznych, więc dr Fudżi
dał ojcu Cieślikowi kilka par nożyczek i szczypczyków dla rektora nowicjatu. Aliści ojca Cieślika
rozsadzała pewna wiadomośd, którą chował w sobie czekając, aż rozmowa sama się potoczy na temat
tajemniczej bomby. Gdy to nastąpiło, ojciec Cieślik rzekł, iż wie, jakiego rodzaju była ta bomba. Sekret
ten zdradził mu największy autorytet, a mianowicie pewien japooski dziennikarz, który wpadł był do
nowicjatu. Bomba wcale nie była bombą. To był jakiś gatunek proszku magnezjowego, który
rozpylono nad całym miastem z pojedynczego samolotu. Proszek eksplodował, padłszy na miejskie
przewody elektryczne o wysokim napięciu. „To znaczy”, rzekł dr Fudżi, całkowicie aprobując
interpretację „że można go rozsypywad tylko na duże miasta i tylko w ciągu dni, gdy czynne są linie
tramwajowe i podobne urządzenia”.

PO PIĘCIU DNIACH posługi oddawanej rannym w parku pastor Tanimoto wrócił 11 sierpnia na swoją
plebanię i zaczął grzebad w otaczających ją ruinach. Udało mu się odnaleźd częśd diariuszów i
archiwów kościelnych, które to księgi były zwęglone jedynie na brzegach. Odkopał też nieco narzędzi
kuchennych i garnków. Gdy był zajęty tą pracą, przystąpiła doo niejaka panna Tanaka i oznajmiła, że
ojciec jej pragnie zobaczyd się z pastorem. Pastor Tanimoto miał powody, dla których właściwie
powinien był nienawidzid jej ojca, emerytowanego urzędnika linii okrętowej. Człowiek ten lubił
wprawdzie demonstrowad swą działalnośd charytatywną, znany był jednak powszechnie jako
samolub i okrutnik. On to, na parę dni przed zbombardowaniem Hiroszimy, bez ogródek oświadczył
kilku osobom, że pastor Tanimoto jest amerykaoskim szpiegiem. Niejednokrotnie też szydził z
chrystianizmu mówiąc, że wiara ta uwłacza japooskości. W chwili gdy padła bomba, pan Tanaka
spacerował po ulicy przed gmachem miejskiej rozgłośni, radiowej. Doznał poważnych oparzeo, lecz
zdołał o własnych siłach udad się do domu. Schował się w schronie Zrzeszenia Sąsiadów, skąd na
próżno wyglądał pomocy lekarskiej. Spodziewał się, że lekarze z całej Hiroszimy zbiegną się, aby go
ratowad, ponieważ był taki bogaty i słynął z tego, iż sypał pieniędzmi. Lecz gdy żaden z nich się nie
zjawił, rozgniewany pan Tanaka sam wyszedł na poszukiwanie doktorów. Wspierając się na ramieniu
córki, wlókł się od jednej prywatnej kliniki do drugiej, lecz wszystkie leżały w gruzach. A zatem wrócił i
znów położył się w schronie. Teraz bardzo był osłabiony i wiedział, że niedługo umrze. Pragnął
pociechy jakiejkolwiek religii.

Pastor Tanimoto poszedł, aby mu pomóc. Zeszedł do schronu, który wyglądał jak grób, a gdy jego
oczy oswoiły się z ciemnością, dostrzegł pana Tanakę. Twarz jego i ramiona były rozdęte, umazane
ropą i krwią, zapuchnięte oczy miał zmrużone. Staruszek cuchnął bardzo szpetnie i bezustannie
stękał. Zdawał się rozpoznawad głos pastora, który stał na schodach do schronu, aby mied trochę
światła - i czytał na głos z kieszonkowej Biblii w japooskim języku: „Albowiem tysiąc lat przed oczyma
Twymi są jako dzieo wczorajszy, który przeminął, i jako straż nocna. Powodzią porywasz ich; są jako
sen, jako trawa, która z poranku rośnie. Z poranku kwitnie i rośnie, ale w wieczór bywa pokoszona i
usycha. Albowiem od gniewu Twego giniemy, a popędliwością Twoją jesteśmy przestraszeni.
Położyłeś nieprawości nasze przed Sobą, tajne występki nasze przed jasnością oblicza Twego. Stąd
wszystkie dni nasze nagle przemijają dla gniewu Twego: jako słowa niszczeją lata nasze...”

Gdy pastor Tanimoto czytał psalm, pan Tanaka skonał.

11 SIERPNIA POWIADOMIONO szpital wojskowy w Ninoszimie, iż tego dnia przybędzie na wyspę


transport rannych żołnierzy z Okręgowej Komendy Armii Czugoku i wobec tego należy koniecznie
opróżnid szpital z wszystkich pacjentów cywilnych. Pannę Sasaki, która wciąż miała alarmująco
wysoką gorączkę, zaniesiono na duży statek. Leżała na pokładzie z poduszką podłożoną pod nogę. Na
pokładzie były wprawdzie zasłony brezentowe, lecz okręt wziął taki kurs, iż chora leżała wystawiona
na słoneczny żar. Czuła się na słoocu niby pod jakimś powiększającym szkłem. Z jej rany sączyła się
ropa, która rychło zbrukała całą poduszkę. Wysadzono ją w Hacukaiczi, mieście położonym o parę mil
na południowy zachód od Hiroszimy, i umieszczono w zamienionej na szpital szkole powszechnej pod
wezwaniem Bogini Miłosierdzia. Leżała tam przez szereg dni, zanim z Kobe nie przyjechał specjalista
od złamao. Noga jej podówczas była czerwona i spuchnięta aż po biodro. Specjalista orzekł, że nie
może składad złamanych części. Zrobił nacięcie i włożył gumową rurkę, aby nią zdrenowad zgniliznę.

PRZEBYWAJĄCE W NOWICJACIE, pozbawione matki dzieci Kataoka były niepocieszone. Ojciec Cieślik
pracował w pocie czoła, aby je rozerwad. Zagadki im zadawał. Pytał: „Które jest najmądrzejsze
zwierzę na świecie?” A gdy trzynastoletnia dziewczynka zgadywała, że małpa, że słoo, że koo; ojciec
Cieślik zaprzeczył: „Nie, to na pewno będzie hipopotam”, ponieważ po japoosku zwierzę to nazywa
się: kaba, co jest odwróceniem słowa: baka, głupi Opowiadał im historyjki z Biblii, poczynając od
stworzenia świata. Pokazywał im album z fotografiami robionymi w Europie. Mimo to dzieci przez
cały czas przeważnie płakały za matką.

W parę dni później ojciec Cieślik rozpoczął poszukiwania rodziny tych dzieci. Najpierw dowiedział się
przez policję, że w pobliskim mieście Kurę jakiś wuj zgłosił się do władz i pytał o dzieci. Następnie
dowiedział się, że starszy brat usiłował odnaleźd ich ślady poprzez urząd pocztowy na przedmieściu
Hiroszimy - Udżina. Jeszcze później słyszał, że matka dzieci żyje na wyspie Goto, koło Nagasaki. A w
koocu, przez utrzymywanie stałego kontaktu z urzędem pocztowym w Udżina, skomunikował się z
owym bratem i zwrócił dzieci matce.
MNIEJ WIĘCEJ W TYDZIEO po zrzuceniu bomby dotarła do Hiroszimy jakaś mętna, niezrozumiała
plotka, jakoby miasto zostało zniszczone energią wyzwalającą się pono przy rozbiciu atomów na dwie
części, W tej relacji, przekazywanej z ust do ust, określono broo jako genszi bakudan... Nikt nie
rozumiał, na czym polega istota rzeczy, nikomu też nie wydawało się to bardziej wiarygodne niż
sproszkowana magnezja i tym podobne historie. Gazety sprowadzane z innych miast wciąż
ograniczały się do ogólnikowych oświadczeo, takich jak np. stwierdzenie agencji Domei z 12 sierpnia:
„Nie ma innej rady, musimy przyznad, nieludzka ta bomba jest straszliwie potężna.” Ale już do miasta
zjechali japooscy fizycy z elektroskopami Lauritsena i elektrometrami Nehera. Ci ludzie aż nadto
dobrze wiedzieli o co chodzi.

12 SIERPNIA rodzina Nakamura, której wszyscy członkowie wciąż chorowali, przeniosła się do
niedalekiej mieściny Kabe i zamieszkała u szwagierki pani Nakamura. Nazajutrz pani Nakamura,
aczkolwiek jeszcze zanadto słaba na to by dużo chodzid, sama wróciła do Hiroszimy. Na przedmieście
dostała się kolejką elektryczną, a stamtąd szła już pieszo. Przez cały tydzieo w nowicjacie martwiła się
o matkę, brata, o starszą siostrę, którzy mieszkali w dzielnicy miasta zwanej Fukuro. Ponadto tak jak
ojca Kleinsorge ciągnęła ją tam jakaś fascynacja. I pani Nakamura przekonała się, że cała jej rodzina
poniosła śmierd. Więc wróciła do Kabe tak bardzo zdumiona i przygnębiona wszystkim, co w mieście
widziała i czego doświadczyła, iż w ciągu tego wieczora nie mogła już słowa wykrztusid.

W SZPITALU CZERWONEGO KRZYŻA zaczął się w koocu ustalad względny porządek. Dr Sasaki po
powrocie z wypoczynku zabrał się do klasyfikowania pacjentów (wciąż jeszcze rozproszonych po
całym szpitalu; niektórzy leżeli nawet na schodach). Personel stopniowo usuwał gruzy. Pielęgniarki i
posługacze, którzy najmniej ucierpieli, zaczęli wynosid trupy. Pozbycie się umarłych przez godne
spalenie zwłok i umieszczenie prochów w kaplicy - to dla Japooczyka większy obowiązek moralny od
odpowiedniej opieki nad żywymi. Tych, co pierwszego dnia zmarli w szpitalu lub w okolicy,
przeważnie już rozpoznały rodziny. Od drugiego dnia począwszy, choremu, który wyglądał na
kandydata na tamten świat, przyczepiano do ubrania karteczkę z nazwiskiem. Ludzie ze służby
pogrzebowej wynosili zwłoki poza obręb szpitala, układali je na stosy drzewa ze zburzonych domów,
palili je, po czym wsypywali garśd popiołów do kopert przeznaczonych pierwotnie na prześwietlone
klisze rentgenowskie. Na tych kopertach odnotowywali nazwiska umarłych i równiutko, czyściutko z
pełnym szacunkiem piętrzyli koperty W głównej kancelarii szpitala. Po kilku dniach te koperty zajęły
całą ścianę zaimprowizowanej kaplicy..

RANKIEM 15 sierpnia w Kabe dziesięcioletni Toszio Nakamura usłyszał nad głową szum samolotu.
Wybiegł przed dom i wprawnym okiem stwierdził, że to jest B-29. „Pan B. jedzie!” krzyknął.

Jeden z krewniaków skarcił go: „Jeszcze za mało ci było pana B.?”

Incydent ten miał symboliczne zabarwienie. Albowiem w tej samej niemal chwili usłyszano tępy,
zgnębiony głos Hirohity, cesarza Tenno, który pierwszy raz w dziejach przemówił przez radio: „Po
głębokim rozważeniu ogólnych dążności świata oraz warunków, w jakich dnia dzisiejszego znalazło się
Nasze Cesarstwo - postanowiliśmy rozwiązad zagadnienie obecnego położenia, uciekając się do
nadzwyczajnego środka...”

Pani Nakamura jeszcze raz udała się do miasta, aby odkopad trochę ryżu, który ukryła w schronie
przeciwlotniczym swego Zrzeszenia Sąsiadów. Dobrała się do ryżu i wracała z nim do Kabe. W kolejce
elektrycznej, całkiem przypadkowo, wpadła na swą młodszą siostrę, która w dniu zbombardowania
była poza Hiroszimą. „Słyszałaś już nowinę?” - spytała siostra.
- Jaką nowinę?
- Wojna się skooczyła!
- Siostro, nie gadaj takich głupstw.
- Ależ, sama przecie słyszałam przez radio. - Po czym dodała szeptem: „To był głos Cesarza.”

„Oh”, westchnęła pani Nakamura (niczego już nie potrzebowała, aby przestad sądzid, iż pomimo
bomby atomowej - Japonia wciąż jeszcze ma szanse wygrania wojny) „w takim razie...”

NIECO PÓŹNIEJ, w liście do pewnego Amerykanina, pastor Tanimoto w ten sposób objaśniał
wydarzenia owego poranka: „W czasie powojennym stała się najcudowniejsza rzecz w naszej historii.
Nasz Cesarz posłał Swój własny głos przez radio, bezpośrednio do nas, zwyczajnych Japooczyków. 15
sierpnia zapowiedziano nam, że będziemy mogli słyszed wiadomości niezwykłej wagi i że wszyscy
powinniśmy ich posłuchad. Udałem się tedy na hiroszimski dworzec kolejowy. Na ruinach dworca
zainstalowano głośnik. Zebrało się tam wiele osób cywilnych - wszystko inwalidzi. Jednych trzymały
córki pod ramię, inni, ranni w nogi, podpierali się laskami. Wszyscy słuchali radia. A gdy do
świadomości ich dotarł fakt, że to Cesarz przemawia, z oczu ich polały się gęste łzy i płacząc wołali:
„Co. za cudowne błogosławieostwo, że sam Tenno do nas mówi, że możemy słyszed Jego własny,
Jego osobisty głos. To jest dla nas suta zapłata za tak wielkie ofiary.” A gdy dowiedzieli się, że wojna
skooczona, to znaczy, że Japonia poniosła klęskę, oczywiście głęboko się rozczarowali, lecz stosownie
do nakazu swego Cesarza zachowali równowagę ducha, całym sercem składając ofiarę za wieczysty
pokój na ziemi. I tak Japonia weszła na nową drogę.”

IV. PROSO I CENTURIA


18 SIERPNIA, w dwanaście dni po wybuchu bomby, ojciec Kleinsorge wziął swoją walizkę z papier-
maché i wyruszył pieszo z nowicjatu do Hiroszimy. Zrodziła się w nim myśl, że ta walizka, w której
trzymał swoje skarby - ma siłę talizmanu, znalazł ją bowiem po wybuchu w drzwiach swego pokoju
nietkniętą, z rączką do góry. Biurko natomiast, pod którym ją był schował, leżało w drzazgach
zaśmiecających całą podłogę. Teraz ojciec Kleinsorge zanosił w tej walizce jeny stanowiące własnośd
Towarzystwa Jezusowego do hiroszimskiej filii Banku Dewizowego w Jokohamie. Filię tę właśnie
otworzono w na pół zrujnowanym gmachu bankowym. Ojciec Kleinsorge czuł się na ogół tego ranka
zupełnie dobrze. Co prawda, drobne skaleczenia nie zagoiły się w ciągu trzech lub czterech dni, jak
zapewniał rektor nowicjatu, który je uprzednio zbadał. W każdym razie ojciec Kleinsorge przez
tydzieo dobrze sobie wypoczął i uważał, że już odzyskał siły do ciężkiej pracy. Już się przyzwyczaił do
straszliwej panoramy, wśród której przechodził w drodze do miasta. Wielkie pole ryżowe w pobliżu
nowicjatu było pofarbowane w jakieś brunatne pręgi - domy na peryferiach wprawdzie stały, lecz
uległy zniszczeniu: okna - stłuczone, dachówki - rozłupane. I nagle zaczęła się owa cztery mile
kwadratowe obejmująca rudo-brunatna blizna, gdzie już niemal wszystko było zwalone i spalone.
Szereg za szeregiem leżały zapadnięte ulice miejskie, tu i ówdzie na stosie popiołów i dachówek
sterczały prymitywne tabliczki z napisami: Siostro, gdzie jesteś? Wszyscy zdrowi - mieszkamy m
Tojosaka. Nagie drzewa, pochylone słupy telefoniczne, parę wypatroszonych, lecz wciąż jeszcze
stojących budynków - jeszcze bardziej podkreślały poziomośd wszystkiego dokoła. Np. Muzeum
Przyrodniczo-Przemysłowe, którego kopuła była obnażona aż do stalowego szkieletu, niby ciało po
sekcji, nowoczesny gmach Izby Handlowej ze swą zimną, sztywną i nie do zdobycia wieżą stał taki
sam po wybuchu, jaki był przedtem. Olbrzymi, nisko spłaszczony i zakamuflowany Ratusz, rząd
odrapanych banków, niby rząd karykatur wyszydzających wstrząśnięty porządek gospodarczy. Na
ulicach - makabryczne widowisko: setki poskręcanych rowerów, strzaskanych autobusów i
samochodów, a wszystkie zatrzymane w pół ruchu. Przez całą drogę prześladowała ojca Kleinsorge
myśl, iż to powszechne spustoszenie, które oglądał, dokonało się w jednej sekundzie i dzięki jednej
tylko bombie. Gdy dotarł do śródmieścia, dzieo był już bardzo upalny. Ojciec Kleinsorge udał się do
Banku Jokohamskiego, który funkcjonował w prowizorycznie skleconej budzie na parterze swego
zniszczonego gmachu. Ksiądz zdeponował pieniądze i przeszedł do zabudowao misyjnych, aby jeszcze
raz rzucid okiem na rozwalany, a potem skierował się z powrotem ku nowicjatowi. W połowie drogi
zaczął doznawad dziwnych sensacyj! Nagle jego walizka magiczna czy nie magiczna, lecz w każdym
razie pusta, straszliwie zaczęła mu ciężyd. Słabły mu kolana. Czuł się zmęczony do ostateczności.
Musiał się zdobyd na wielki wysiłek woli, aby dojśd do nowicjatu. Lecz uważał, iż nie warto wspominad
o tym zmęczeniu innym, jezuitom. Po kilku atoli dniach, gdy starał się odprawid mszę, zrobiło mu się
słabo i nawet po trzykrotnych próbach nie zdołał kontynuowad swojego officium. Nazajutrz ksiądz
rektor, który codziennie badał rzekomo błahe, lecz niewygojone rany ojca Kleinsorge, zapytał
zdziwiony: „Co ojciec zrobił z tymi ranami?” Bo nagle rozszerzyły się, obrzmiały i zaogniły się.

Pani Nakamura przebywała w domu swej bratowej w Kabe niedaleko Nagacuka. Nie odniosła ona
żadnych skaleczeo ani oparzeo. Cierpiała tylko na mdłości przez ten tydzieo, który spędziła razem z
dziedmi w nowicjacie jako gośd ojca Kleinsorge i innych katolików. Lecz oto 20 sierpnia, przy rannej
toalecie, rozczesując włosy, zauważyła, że za pierwszym pociągnięciem grzebienia została na nim
spora garśd włosów. To samo nastąpiło po drugim pociągnięciu. Wobec tego natychmiast przerwała
czesanie. Lecz w ciągu następnych trzech lub czterech dni włosy już same wypadały, tak iż prawie
wyłysiała. Przestała wychodzid z domu i właściwie kryła się. 26 sierpnia zarówno ona, jak i jej młodsza
córka Mjeko obudziły się z uczuciem wielkiego zmęczenia i osłabienia, tak iż nie wstały ze swych
posłao. Natomiast syn i druga córka, którzy w czasie bombardowania przeszli to samo, co matka, czuli
się doskonale. W tym samym mniej więcej czasie zachorował nagle pastor Tanimoto, który stracił już
rachubę dni, ciężko pracując nad urządzeniem prowizorycznego zboru w prywatnym domu,
wynajętym na peryferiach miasta. Uległ on ogólnemu osłabieniu, wyczerpaniu i gorączce. Wobec
tego też położył się na watowanej macie, na podłodze na wpół zburzonego domu pewnego
przyjaciela, na przedmieściu Uszida.

Te cztery osoby nie zdawały sobie sprawy, iż zapadły na dziwną i kapryśną chorobę, którą dopiero
później nazwano chorobą promieniowania.

PANNA SASAKI, trapiona nieustanną boleścią, leżała w szkole powszechnej pod wezwaniem Bogini
Miłosierdzia, w Hacukaiczi, przy czwartym przystanku kolejki elektrycznej, na południowy zachód od
Hiroszimy. Jakaś wewnętrzna infekcja wciąż nie pozwalała na zestawienie lewej nogi, która uległa
skomplikowanemu złamaniu. Pewien młody człowiek, który leżał w tym samym szpitalu i widocznie
zapałał do panny Sasaki sympatią, mimo iż była ona całkowicie pochłonięta swym cierpieniem, albo
też zlitował się nad nią właśnie dlatego, że tak cierpiała - pożyczył jej japooskie tłumaczenie
Maupassanta. Panna Sasaki próbowała czytad te nowele, lecz trudno jej było skupid uwagę dłużej niż
przez cztery lub pięd minut.

W pierwszych tygodniach po zbombardowaniu Hiroszimy szpitale i stacje ratunkowe wokół miasta


były tak przepełnione, a personel, zależnie od swego stanu zdrowotnego oraz od nie dającego się
przewidzied dopływu pomocy z zewnątrz - tak ciągle się zmieniał, iż chorych bezustannie przerzucano
z jednego miejsca na drugie. Pannę Sasaki już trzykrotnie przenoszono, z czego - dwa razy okrętem. Z
koocem sierpnia odesłano ją do szkoły politechnicznej, również w Hacukaiczi. Jako że jej noga nie
poprawiała się, lecz przeciwnie, coraz bardziej puchła, doktorzy w szkole politechnicznej
unieruchomili ją zwyczajnymi deszczułkami. 9 września zawieźli ją do Szpitala Czerwonego Krzyża w
Hiroszimie, Wówczas panna Sasaki po raz pierwszy miała sposobnośd ujrzenia ruin Hiroszimy.
Poprzednio, gdy wieźli ją przez miasto, była prawie nieprzytomna. Jakkolwiek opisywano jej
zniszczenie miasta i chociaż nie opuszczał jej ból, to, co widziała własnymi oczami, wprawiło ją w
zdumienie i przejęło grozą. Zauważyła jedną taką rzecz, na której widok szczególnie cierpła jej skóra.
Na wszystkim, na ruinach miasta i w rynsztokach, i wzdłuż brzegów rzek, między dachówkami i blachą
zdartą z dachów, i na kłodach zwęglonych drzew - rozciągał się kobierzec świeżej, rześkiej, soczystej,
optymistycznej zieleni Nawet z podwalin zburzonych domów tryskała zielonośd. Chwast, juz zakrył
popioły, wśród szkieletów miasta dzikie zakwitło kwiecie. Bomba nie tylko że nie uszkodziła
podziemnych organów roślin, lecz przeciwnie, podnieciła je do rozrostu. Wszędzie widad było
bławatki, jukę, (Yucca aloifolia), mączyniec, dzwonki, lilie, włosiatą fasolę, portulaki (Portulaca
oleracea), podbiał, ziele sezamowe, proso, senes i centurię. Szczególnie na kolistym placyku w
centrum miasta wyrósł sierpokształtny senes, przechodząc jakąś niebywałą regenerację. Nie tylko
bowiem wystrzelił w górę pośród zwęglonych szczątków tej samej rośliny, lecz wykłuł się w nowych
miejscach między cegłami i rozpadlinami asfaltu. Odnosiło się wrażenie, że razem z bombą rzucono
na miasto ładunek nasion sierpokształtnego senesu.

Pannę Sasaki oddano w szpitalu Czerwonego Krzyża pod opiekę dra Sasaki. Obecnie, w miesiąc po
wybuchu bomby, zapanował w szpitalu jaki taki porządek. To znaczy, że chorzy, którzy wciąż jeszcze
leżeli w korytarzach, dostali w koocu maty do spania i że zapas lekarstw uzupełniono, chod
niewystarczająco, darami z innych miast. Dr Sasaki, który trzeciej nocy spał w domu aż przez
siedemnaście godzin, odtąd nie sypiał już dłużej ponad sześd godzin na dobę, i to w szpitalu, na
macie. Stracił dwadzieścia funtów na swym i tak już chudym ciele i wciąż jeszcze nosił pożyczone
okulary.

Czy to dlatego, że panna Sasaki była kobietą i naprawdę bardzo chorą, czy też - jak to sam później
przyznał - trochę i dlatego, że się nazywała Sasaki, dr Sasaki położył ją na macie w półprywatnym
pokoju, gdzie w owym czasie leżało tylko osiem pacjentek. Zbadał ją, a rezultaty badania zapisał na
karcie choroby poprawną, acz wymuszoną niemczyzną: Mittelgrosse Patientin in gutem
Ernährungszustande. Fraktur am linken Unterschenkelknochen mit Wunde; Anschroellung in der
linken Unterschenkelgegend. Haut und sichtbare Schleimhäute mässig durchblutet und kein Oedema,
co znaczy, że pacjentka była średniego wzrostu, ogólny stan zdrowia był dobry że. miała
skomplikowane złamanie kości lewego golenia z opuchnięciem lewej łydki, że na jej skórze, tudzież na
widocznych błonach śluzowych pojawiły się grube petechiae, czyli krwawe centki rozmiarów ziarnka
ryżu, a nawet tak duże jak ziarna soi. Ponadto - jej głowa, oczy, gardło, płuca i serce wydawały się
zdrowe i że gorączkowała. Zamierzał nogę jej zestawid i włożyd w gips, lecz gipsu dawno mu już
zabrakło, więc rozciągnął chorą na macie, zapisał aspirynę przeciw gorączce, zaś cukier gronowy
dożylnie i diastazę doustnie - aby przeciwdziaład niedożywieniu (Niedożywienia wcale nie zapisał na
jej karcie choroby, ponieważ wszyscy na to cierpieli.) Panna Sasaki okazywała tylko jeden z tych
dziwnych symptomów, które tylu jego pacjentów zaczynało teraz objawiad, a mianowicie: miejscowe
krwawienia. Doktora Fudżi ciągle prześladował pech, i to taki pech, który miał zawsze jakiś związek z
rzekami. Teraz doktor mieszkał w letniej siedzibie pana Okuma w Fukawie. Dom ów był przylepiony
do urwistych brzegów rzeki Ota. Tutaj rany doktora jakoś dobrze się goiły, tak iż nawet zaczął leczyd
uchodźców. Zgłaszali się oni do niego z sąsiedztwa. Aplikował im środki lecznicze znalezione w jednej
z kryjówek na przedmieściu. U niektórych pacjentów zauważył ciekawy zespół symptomów, jakie się
ujawniły w trzecim i czwartym tygodniu, lecz wszystko, na co mógł się zdobyd, to było bandażowanie
ran i oparzelizn. W pierwszych dniach września zaczęły się bezustanne ulewne deszcze. Rzeka
wzbierała. 17 września nastąpiło oberwanie chmur, a potem przyszedł tajfun i woda podnosiła się
wyżej i wyżej. Pan Okuma al dr Fudżi, ogarnięci paniką, wdrapali się na szczyt góry, gdzie znaleźli
schronienie w jakiejś chłopskiej chałupie. Na dole, w Hiroszimie, powódź zniszczyła to, co oszczędziła
bomba. Woda zniosła wszystkie mosty, które oparły się eksplozji, zalała ulice, podmyta fundamenty
domów, co wciąż jeszcze stały. A dziesięd mil na zachód, tam, gdzie był Szpital Wojskowy Ono, w
którym drużyna specjalistów z Cesarskiego Uniwersytetu w Kioto to badała u pacjentów spóźnione
objawy chorobowe, ześliznął się nagle przepiękny, czarną sośniną porośnięty stok górski i wpadł do
Wewnętrznego Morza, zatapiając zarówno większośd badaczy, jak i pacjentów dotkniętych
zagadkową przypadłością. Po burzy doktor Fudżi i pan Okuma udali się nad rzekę, gdzie stwierdzili, że
dom pana Okumy został do szczętu zmyty.

Skoro w miesiąc po zrzuceniu bomby atomowej tylu ludzi nagle zasłabło, nic dziwnego, że zaczęła
kursowad niemiła pogłoska, która w koocu dotarła także do domku w Kabe, gdzie leżała pani
Nakamura, łysa i chora. Że niby bomba atomowa napuściła do Hiroszimy takiej trucizny, która przez
siedem lat będzie emanowała śmiertelne wyziewy, tak iż przez cały ten czas nikt tam nie powinien
chodzid. Szczególnie przykro odczuła tę wieśd pani Nakamura. Przypomniała sobie, iż owego ranka,
gdy wybuchła bomba, w zamieszaniu wrzuciła literalnie wszystko, czym zarabiała na życie, a więc
maszynę do szycia, do małego, cementowego zbiornika z wodą, co stał przed zburzonym domem. A
teraz nikt tam już nie będzie mógł pójśd, aby maszynę wyłowid. Do tej pory zarówno pani Nakamura,
jak i jej krewni zachowywali się raczej biernie i byli zrezygnowani, jeśli chodzi o moralny aspekt
bomby atomowej. Lecz ta plotka sprawiła, iż teraz czuli do Ameryki więcej nienawiści i żalu, aniżeli
przez cały czas wojny. Japooscy fizycy, którzy niemało wiedzieli o rozbijaniu atomów (jeden z nich
posiadał nawet cyklotron) martwili się tym opóźnionym promieniowaniem w Hiroszimie. W połowie
sierpnia zaś, niewiele dni potem, gdy prezydent Truman wyjawił, do jakiego typu należała rzucona
bomba, uczeni ci udali się na teren miasta, aby rozpocząd badania. Pierwszą rzeczą, do jakiej się wzięli
- to ustalenie chodby z grubsza centrum wybuchu przez obserwowanie, po której stronie osmaliły się
słupy telegraficzne, ustawione w środku miasta. Za bazę operacyjną obrali sobie torii kaplicy Gokoku
w najbliższym sąsiedztwie placu rewiowego Okręgowej Komendy Armii Czugoku. Stąd rozwinęli
działalnośd na północ i na południe przy pomocy elektroskopów Lauritsena, czułych zarówno na
cząsteczki beta, jak na promienie gamma. Elektroskopy te wykazały, że najwyższe natężenie
radioaktywności w pobliżu torii było 4,2 razy większe od przeciętnego naturalnego rozładowania
krótkofalowych promieni (promieni kosmicznych) na danym kawałku ziemi. Zauważyli też uczeni, że
wybuch bomby zabarwił cement, nadając mu lekko rudawy odcieo, że odłupał powłokę granitu i
osmalił pewne gatunki materiałów budowlanych i że w niektórych miejscowościach bomba
pozostawiła odciski cieni, spowodowane jej światłami. Fizycy znaleźli na przykład cieo utrwalony na
dachu budynku Izby Handlowej, (w odległości 220 jardów od przypuszczalnego centrum), który to
cieo rzuciła prostokątna wieża tego budynku. Parę takich utrwalonych cieni znaleziono na punktach
obserwacyjnych Banku Hipotecznego (2 050 jardów), był też jeden na wieży gmachu elektrowni
Czugoku (800 jardów), gdzie indziej znów (2 630 jardów odległości) widad było cieo rzucony przez
rączkę od pompy benzynowej. Sporo też cieni odbiło się na granitowych nagrobkach kaplicy Gokoku
(385 jardów). Triangulacja tych oraz innych podobnych cieni z obiektami, które je rzuciły, pozwoliła
uczonym wywnioskowad, iż centrum eksplozji znajdowało się dokładnie w punkcie oddalonym o 150
jardów na południe od torii a kilka zaledwie jardów na południowy wschód od kupy gruzów, która
niegdyś była szpitalem Szima. Znaleziono też niewyraźne odciski kilku ludzkich sylwetek, a z tego
faktu narodziły się historyjki, które sobie opowiadano z fantastycznymi i precyzyjnymi szczegółami.
Jedna taka historyjka była o malarzu, co stał na drabinie i zamienił się w pewnego rodzaju
płaskorzeźbę na kamiennej fasadzie gmachu bankowego, gdzie pracował. Stało się to akurat w chwili,
gdy maczał pędzel w wiadrze z farbą. Inna znów gadka dotyczyła człowieka z wozem na moście, w
pobliżu Muzeum Przyrodniczo-Przemysłowego, niemal w samym centrum eksplozji. Zamienił się on w
wypukły cieo, na którym wyraźnie można było widzied, jak podnosił bicz na konia. Wychodząc na
wschód i na zachód z obecnego centrum, dokonali uczeni w pierwszych dniach września nowych
pomiarów, a najsilniejsze promieniowanie, jakie stwierdzili, było 3,9 razy większe od naturalnego
rozładowania. A ponieważ do wywoływania poważnych zmian w ludzkim. ciele trzeba by radiacji co
najmniej tysiąc razy większej od rozładowania naturalnego, ogłosili uczeni, że można wejśd do
Hiroszimy bez żadnego niebezpieczeostwa.

Zaledwie to uspokajające oświadczenie dotarło do domostwa, gdzie ukrywała się pani Nakamura, a w
każdym razie niedługo potem, jak odrosły jej włosy, cała jej rodzina złagodziła trochę swą skrajną
nienawiśd do Ameryki. Zaraz też pani Nakamura podała szwagra, żeby się zajął jej maszyną do szycia.
Maszyna ta wciąż była zanurzona w zbiorniku wody, a gdy ją szwagier przytaszczył do domu, pani
Nakamura stwierdziła z przerażeniem, że maszyna całkowicie zardzewiała i była już do niczego;

PIERWSZY TYDZIEO miał się ku koocowi, a Ojciec Kleinsorge leżał w łóżku w nowicjacie z 39 stopniami
gorączki Wyglądało na to, że stan jego pogarsza się, więc koledzy jego postanowili wyprawid go do
Międzynarodowego Szpitala Katolickiego w Tokio. Do Kobe towarzyszyli mu ojciec Cieślik i ksiądz
rektor, a stamtąd na resztę drogi eskortował już chorego jeden z jezuitów osiadłych w tym mieście.
Wiózł on też polecenie od pewnego lekarza w Kobe do matki przełożonej Międzynarodowego
Szpitala tej treści: Dobrze się zastanówcie, zanim temu człowiekowi zrobicie transfuzję krwi, gdyż z
tymi pacjentami od bomby atomowej nigdy nie wiadomo, czy po wbiciu igły przestaną krwawid.
Po przybyciu do szpitala ojciec Kleinsorge był ogromnie blady i trząsł się cały. Skarżył się, że bomba
spowodowała u niego zaburzenia w krwawieniu i bóle brzucha. Ponadto miał tylko trzy tysiące
białych ciałek krwi. (Normalna ilośd wynosi od 5 do 7 tysięcy.) Miał więc ciężką anemię, a
temperatura jego podniosła się do 40 stopni. Ojciec Kleinsorge należał do nielicznych ofiar bomby
atomowej, którym udało się dostad do Tokio. Toteż doktor, który go odwiedził w szpitalu, jakoś nie
bardzo orientował się w dziwacznych objawach choroby i w obecności pacjenta zachowywał się
nader optymistycznie. „Po dwóch tygodniach wyjdzie ksiądz ze szpitala”, mówił, lecz na korytarzu
powiedział do matki przełożonej: „On umrze, matka zobaczy - oni wszyscy, ci od bomby, umrą.
Pociągną parę tygodni, a potem umrą.”

Doktor zaordynował ojcu Kleinsorge forsowne odżywianie. Co trzy godziny ładowano w jezuitę parę
jaj lub kazano pid sok z mięsa wołowego i tuczono taką ilością cukru, jaką tylko mógł znieśd. Na
anemię dawano mu witaminy, pigułki z żelazem i arszenik (w roztworze Fowlera). Ojciec Kleinsorge
zadał kłam obu przepowiedniom doktora: ani nie umarł, ani po dwóch tygodniach nie wyzdrowiał.
Pomimo że polecenie lekarza z Kobe pozbawiło go transfuzji krwi, które byłoby dla niego
najskuteczniejszą terapią, zarówno gorączka, jak i zaburzenia trawienne dośd szybko mu przeszły.
Liczba białych ciałek krwi zrazu powiększyła się, lecz już w początkach października znów spadła do
3600, aby po dziesięciu dniach nagle przeskoczyd normę i dojśd do 8800. W koocu ustaliła się na
5800. Wszystkich intrygowały jego śmieszne wprost zadraśnięcia. W kilka dni goiły się, lecz potem,
gdy zaczął się ruszad, znów się otwierały. W miarę jak wracał do zdrowia, ogarniał go wspaniały
błogostan. W Hiroszimie był zaledwie jednym z tysięcy cierpiętników, w Tokio natomiast stanowił
curiosum. Całymi tuzinami nawiedzali go amerykaoscy lekarze wojskowi, aby mu się przyjrzed.
Japooscy specjaliści stawiali mu najrozmaitsze pytania. Pewien dziennik zrobił z nim wywiad.
Wreszcie przyszedł ów doktor, którego ojciec Kleinsorge wystrychnął na dudka, i rzekł:
„Zdumiewające przypadki - ci atomowcy.”

PANI NAKAMURA leżała wraz z Mjeko w domu. Obie wciąż chorowały, a chociaż pani Nakamura
domyślała się, że jej dolegliwości spowodowała bomba, za uboga była na to, aby wezwad lekarza: I
tak - nigdy nie poznała dokładnej przyczyny tego wszystkiego. Jakoż bez żadnej kuracji, dzięki
samemu tylko wypoczynkowi rodzina Nakamura stopniowo zaczynała czud się lepiej. Trochę włosów
wypadło Mjeko, a na ramieniu miała drobną oparzeliznę, która zagoiła się dopiero po kilku
miesiącach. Toszio, chłopak, oraz starsza dziewczyna, Jaeko, mieli się dośd dobrze, chociaż stracili
trochę włosów, a od czasu do czasu cierpieli na przykre bóle głowy. Toszio ciągle miewał majaki
senne i zawsze śnił mu się dziewiętnastoletni mechanik, Hideo Osaki, ten jego bohater, którego zabiła
bomba.

LEŻĄC NA WZNAK z 40-stopniową gorączką, pastor Tanimoto turbował się o kondukty pogrzebowe,
które wszak powinien był prowadzid swym zmarłym parafianom. Zrazu myślał, że uległ tylko
wyczerpaniu po tak ciężkiej pracy, trwającej od chwili, gdy padła bomba. Lecz po kilku dniach, gdy
gorączka nie ustępowała, wezwał doktora. Doktor był nazbyt zajęty, aby go odwiedzid w Uszida, więc
posłał pielęgniarkę, która rozpoznała objawy łagodnej choroby promieniowania. Przychodziła od
czasu do czasu, aby robid pastorowi zastrzyki witaminy B1. Odwiedził go też znajomy kapłan
buddyjski, który był zdania, że spalenie moxy przyniosłoby pastorowi ulgę. Pokazał mu po prostu, jak
można samemu sobie zaaplikowad to staro japooskie leczenie, zapalając wiązkę podniecającego ziela,
zwanego moxą, umieszczoną na pulsie. Pastor Tanimoto stwierdził, że każdorazowe stosowanie moxy
na moment obniża jego gorączkę o jeden stopieo. Pielęgniarka radziła mu jeśd, ile wlezie, teściowa
zaś co parę dni przynosiła jarzyny i ryby z odległej o dwadzieścia mil miejscowości Cuzu, gdzie
mieszkała. Miesiąc przeleżał pastor w łóżku, następnie odbył dziesięciogodzinną podróż do domu ojca
w Szikoku. Tam znów przez miesiąc wypoczywał.

DOKTOR SASAKI i jego koledzy ze szpitala Czerwonego Krzyża obserwowali przebieg tej choroby bez
precedensu, aby w koocu skonstruowad teorię o jej właściwościach. Ustalili, że choroba ta ma trzy
stadia. Pierwsze stadium całkowicie minęło, zanim doktorzy mogli zdad sobie sprawę, że mają do
czynienia z nową chorobą. Była to bezpośrednia reakcja ciała na bombardowanie w momencie
wybuchu bomby, reakcja na neutrony, cząsteczki beta i promienie gamma. Ci, na pozór niezranieni
ludzie, którzy w tak tajemniczy sposób umarli w ciągu kilku pierwszych godzin czy też dni - to właśnie
ofiary pierwszego stadium. W tym stadium choroba zabiła 95% ludzi przebywających w obrębie pół
mili od centrum wybuchu, a ponadto wiele tysięcy takich, co znajdowali się dalej. Uświadomili też
sobie lekarze retrospektywnie, że chociaż większośd tych umarłych doznała oparzeo oraz innych
skutków wybuchu, niemniej wchłonęli oni dosyd promieni, aby ich zabiło samo promieniowanie.
Promienie po prostu niszczyły komórki ciała, powodując zwyrodnienie jąder komórkowych i krusząc
ściany komórek. Wielu ludzi, którzy od razu nie umarli, dostało wymiotów, bólów głowy, biegunki,
poczuło ogólne osłabienie lub przez kilka dni gorączkowało. Lekarze nie wiedzieli, czy objawy te są
skutkiem promieniowania czy też wstrząsu nerwowego. Drugie stadium ujawniło się w dziesięd lub
piętnaście dni po zbombardowaniu Hiroszimy. Pierwszym objawem w tym stadium było wypadanie
włosów, potem wystąpiły biegunki oraz gorączka dochodząca niekiedy do 41 stopni. W dwadzieścia
pięd do trzydziestu dni po wybuchu wystąpiły zaburzenia krwi: krwawienie dziąseł, ostry spadek ilości
białych ciałek krwi, a na skórze i na błonach śluzowych pojawiły się cętki, tzw. petechiae. Spadek
białych ciałek krwi zmniejszył odpornośd pacjenta na infekcję. Otwarte rany goiły się niezmiernie
wolno i wielu chorych zapadało na bóle gardła i jamy ustnej. Dwa wszakże kluczowe symptomy, na
których lekarze oparli swe prognozy - to gorączka i spadek ilości białych ciałek krwi. Przy wysokiej i
stałej gorączce szanse pacjenta na przeżycie były nikłe. Białe ciałka krwi prawie zawsze spadały
poniżej 4 000. Chory, którego białe ciałka krwi spadły poniżej 1 000, był nie do uratowania. Pod
koniec drugiego stadium, jeśli pacjent przeżył, przychodziła anemia, czyli spadek czerwonych ciałek
krwi. Trzecie stadium - to reakcja organizmu, który walczy o odzyskanie i to z nadwyżką tego, co
stracił wskutek schorzeo. Na przykład: gdy białe ciałka krwi nie tylko wracają do normalnego
poziomu, ale znacznie przekraczają normę. W tym stadium wielu pacjentów zmarło na skutek
komplikacji takich, jak np. infekcje w klatce piersiowej. Większośd oparzeo goiła się w ten sposób, że
tkanka zabliźniająca układała się w różowe, gumowate warstwy znane pod nazwą tumorów
koloidowych. Czas trwania choroby był nierówny, zależnie od całego ustroju pacjenta i od tego, jakie
quantum promieni pacjent otrzymał. Niektóre ofiary powracały do zdrowia po tygodniu, u innych
choroba wlokła się miesiącami.

Kiedy symptomy same się ujawniły, stałe się jasnym, że wiele z nich przypomina skutki nadmiernych
dawek promieni Roentgena, a zatem lekarze oparli swą terapię na tym podobieostwie. Podawali
ofiarom wyciąg z wątroby i witaminy, szczególnie witaminę B1, robili im transfuzję krwi. Atoli brak
leków i narzędzi dawał im się we znaki. Lekarze alianccy, którzy przybyli po kapitulacji Japonii,
stwierdzili, że plazma oraz penicylina są bardzo skuteczne. Ponieważ zaburzenia krwi okazały się na
dłuższą metę czynnikiem przeważającym w chorobie, niektórzy japooscy lekarze zbudowali teorię
odnośnie ogniska opóźniającej się choroby. Przypuszczali oni, że promienie gamma wtargnąwszy do
organizmu podczas wybuchu zradioaktywizowały fosfor zawarty w kościach ofiar i że z kolei zaczęły
wydzielad cząsteczki beta. Cząsteczki beta nie mogą zapuścid się głęboko w mięśnie, ale za to
wchodzą do szpiku koście gdzie fabrykuje się krew, i powoli tę krew niszczą. Cokolwiek byłoby jej
źródłem, choroba ma swoje zabójcze kaprysy. Nie u wszystkich pacjentów występowały jednocześnie
te same główne objawy. Ci na przykład, którzy ucierpieli od oparzeo, byli w dużym stopniu
uodpornieni na chorobę promieniowania. Ci, którzy po wybuchu bomby leżeli spokojnie przez kilka
dni a nawet godzin, mniejszą okazywali skłonnośd do choroby od tych ludzi, którzy byli ruchliwi Siwe
włosy rzadko kiedy wypadały. I jak gdyby sama natura chciała człowieka chronid przed jego własną
wynalazczością, na pewien czas przerwała się rozrodczośd. Mężczyźni byli jałowi, kobiety roniły,
ustała menstruacja.

DZIESIĘD DNI po powodzi spędził dr Fudżi w chłopskiej chałupie na górze, nad rzeką Ota. Lecz później
doszły go słuchy, iż w Kaitaiczi, na wschodnim przedmieściu Hiroszimy, jest do nabycia prywatna
klinika. Kupił ją od razu, wprowadził się do niej i na cześd zdobywców wywiesił tabliczkę z angielskim
napisem:

M. FUDŻI, M. D.
MEDICAL AND VENEREAL

Ledwo wylizał się z własnych ran, rozbudował z powrotem swą wielką praktykę, a wieczorami z
przyjemnością gościł u siebie członków armii okupacyjnych, których szczodrze częstował wódką i przy
których dwiczył się w angielskiej konwersacji.

PO MIEJSCOWYM ZNIECZULENIU nogi panny Sasaki przy pomocy prokainy dr Sasaki zrobił jej 23
października nacięcie, aby zdrenowad infekcję, która nękała ją jeszcze po jedenasta tygodniach od
chwili zranienia nogi. W następnych dniach tyle ropy się zebrało, iż doktor musiał każdego rana i
wieczora zakładad opatrunek na miejsce nacięcia. Po tygodniu chora skarżyła się na wielkie bóle, tak
iż doktor zrobił jej drugie nacięcie. 9 listopada zrobił to po raz trzeci a 26 listopada rozszerzył je. Przez
cały ten czas panna Sasaki coraz bardziej słabła i upadała na duchu. Jednego dnia odwiedził ją ów
młody człowiek, który w Hacukaiczi pożyczył jej tłumaczenie Maupassanta. Powiedział, że udaje się
do Kjuszu, a gdy wróci, chętnie znów ją odwiedzi. Nie dbała o to. Noga jej tak nabrzmiała i takie
sprawiała bóle, iż doktor nawet nie próbował jej składad. Zdjęcie rentgenowskie zrobione w
listopadzie wykazało wprawdzie, że kości się zrastają, lecz panna Sasaki sama mogła stwierdzid pod
prześcieradłem, że jej lewa noga jest niemal o trzy cale krótsza od prawej i że jej lewa stopa skrzywia
się ku środkowi. Często myślała o swoim narzeczonym. Ktoś jej doniósł, że powrócił z zamorskiej
wyprawy. I zastanawiała się, czy dlatego od niej stronił, ponieważ doszły go wieści o jej kalectwie.

OJCIEC KLEINSORGE zwolniony 19 grudnia ze szpitala w Tokio udał się pociągiem do domu. Dwa dni
później, w drodze, na przystanku Jokogawa, tuż przed samą Hiroszimą wsiadł do pociągu dr Fudżi.
Było to ich pierwsze spotkanie od czasu, gdy spadła bomba. Usiedli razem. Dr Fudżi powiedział, że
jedzie na doroczne zebranie rodzinne, które zwykło się odbywad w rocznicę śmierci ojca. Zaczęli
mówid o swoich przejściach. Dr Fudżi zabawiał jezuitę opowiadaniem, jak to domy, w których kolejno
mieszkał, powpadały do rzeki. Potem zapytał ojca Kleinsorge; jak się czuje, na co jezuita zdał sprawę
ze swego pobytu w szpitalu.

- Doktorzy kazali mi uważad na siebie i- mówił. - Zaordynowali mi dwugodzinną drzemkę każdego


popołudnia.

- W tych czasach trudno jest w Hiroszimie uważad na siebie - odparł dr Fudżi. - Każdy ma ponod tyle
do roboty.

NOWY ZARZĄD MIEJSKI rozpoczął wreszcie urzędowanie w Ratuszu pod kierunkiem Alianckiej
Administracji Wojskowej. 1 listopada po wyleczeniu najrozmaitszych faz choroby promieniowania
wróciły do Hiroszimy tysiące mieszkaoców. liczba ludności, stłoczonej przeważnie na peryferiach,
wzrosła już do 137 000, a więc przekroczyła o jedną trzecią swe najwyższe, wojenne nasilenie. Zarząd
Miejski zaczął urzeczywistniad najrozmaitsze projekty w celu zatrudnienia ludzi przy odbudowie
miasta. Zaangażował mężczyzn do oczyszczania ulic, do zbierania starego żelastwa, które sortowali i
wznosili z niego całe góry naprzeciw Ratusza. Niektórzy z powracających sami sobie budowali chaty i
szałasy i obsiewali przy nich małe poletka ozimej pszenicy. Magistrat zaś wydawał pozwolenia na
budowę i sam zbudował czterysta jednorodzinnych baraków. Naprawiano instalacje użyteczności
publicznej. Już się paliło światło elektryczne, już zaczęły chodzid tramwaje, a hydraulicy zanitowali już
70 000 dziur w rurach kanalizacyjnych i wodociągowych. Komisja Planowania, której doradcą był
młody i entuzjastyczny oficer z Administracji Wojskowej, porucznik John D. Montgomery z
Kalamazoo, zaczęła zastanawiad się nad tym, jakiego rodzaju miastem ma byd nowa Hiroszima.
Zburzone miasto prosperowało i stanowiło dla bomby cel nęcący głównie dlatego, ponieważ było
jednym z najważniejszych garnizonów wojskowych i ośrodków komunikacyjnych Japonii. Na wypadek
inwazji wysp i zajęcia Tokio miała do Hiroszimy przenieśd się główna kwatera cesarska. Lecz teraz nie
będzie już tutaj żadnych większych obiektów wojskowych, które by przyczyniły się do ożywienia
miasta. Komisja Planowania, ze stratą tego właśnie, co nadawało Hiroszimie jej ważnośd, ograniczyła
się do rozpatrywania projektów kulturalnych i robót brukarskich. Wykreślała też mapy z ulicami o
szerokości stu jardów i poważnie myślała o budowie szeregu gmachów ku upamiętnieniu katastrofy.
Miały one nosid nazwę Instytutu Przyjaźni Międzynarodowej. Statystycy gromadzili wszystkie możliwe
cyfry dotyczące skutków bombardowania. I ustalili, że 78 150 osób było zabitych, 13 983 -
zaginionych, a 37 425 odniosło rany. Nikt z Zarządu Miejskiego nie twierdził, że cyfry te są dokładne,
chociaż Amerykanie przyjęli je jako dane oficjalne. Mijały miesiące i mnożyły się setki zwłok,
wydobywanych z ruin, i w tysiące rosła liczba urn z popiołami w świątyni Zempodżi w Koi, urn, po
które nikt się nie zgłaszał. Wobec tego statystycy zaczęli mówid, że sto tysięcy osób straciło życie
przez bombę. Ponieważ wielu ludzi zmarło nie z jednej, lecz z kilku na raz przyczyn, trudno było
dokładnie obliczyd, ilu zginęło z każdej poszczególnej przyczyny. Jednakże statystycy wykalkulowali,
że około dwudziestu pięciu procent poniosło śmierd na skutek bezpośrednich oparzeo od bomby,
około pięddziesięciu procent wskutek innych uszkodzeo ciała, zaś około dwudziestu procent od
promieniowania. Cyfry statystyczne dotyczące szkód materialnych były bardziej wiarygodne: z
dziewięddziesięciu tysięcy budynków - sześddziesiąt dwa tysiące uległo zburzeniu, a ponadto sześd
tysięcy było tak zniszczonych, iż nie nadawało się już do remontu. W sercu miasta naliczono zaledwie
pięd nowoczesnych budynków, które bez większych reparacyj można było oddad do użytku. Tej
znikomej cyfry nie należy wszakże kłaśd na karb niedbalstwa japooskich budowniczych. W istocie
bowiem, od trzęsienia ziemi w r. 1923, w myśl japooskich przepisów budowlanych, dach każdego
większego budynku musiał wytrzymad minimalne obciążenie siedemdziesięciu funtów na stopę
kwadratową, podczas gdy amerykaoskie przepisy wymieniają jako normę najwyżej czterdzieści
funtów na stopę kwadratową.

Miasto zaroiło się od uczonych. Jedni mierzyli siłę potrzebną do przerzucenia marmurowych
nagrobków na cmentarzach z jednego miejsca na drugie, do wywrócenia dwudziestu wagonów
kolejowych z owych czterdziestu siedmiu, co stały na torach dworca hiroszimskiego, do dźwignięcia i
wyrzucenia betonowej jezdni na jednym z mostów, tudzież do wykonania innych, godnych uwagi
manifestacyj siły. I doszli do wniosku, że ciśnienie spowodowane eksplozją wahało się od 5,3 do 8,0
tony na jard kwadratowy. Inni uczeni wykryli, że mika, która się topi przy 900 stopniach Celsjusza,
stopiła się na granitowych nagrobkach oddalonych o 380 jardów od centrum, że słupy telefoniczne
zrobione z Cryplomeria japonica, która zwęgla się przy 240 stopniach Celsjusza, zwęgliły się w
oddaleniu 440 jardów od centrum. A dalej, że połowa dachówek z szarej gliny, używanych w
Hiroszimie, których punkt topliwości wynosi 1300 stopni Celsjusza, rozpuściła się w oddaleniu
sześciuset jardów. Po zbadaniu innych charakterystycznych popiołów i stopionych odłamków doszli
do wniosku, że temperatura bomby na ziemi, w centrum, musiała wynosid 6 000 stopni Celsjusza. Z
dalszych badao promieniowania, do których należało też zeskrobywanie odłamków rynienek w dachu
i rur do drenowania - na przestrzeni aż po przedmieście Takasu, odległe o 3 300 jardów od centrum,
dowiedzieli się uczeni znacznie ważniejszych rzeczy co do istoty bomby. Główna kwatera generała
Mac Arthura systematycznie cenzurowała wszelkie wzmianki o bombie, umieszczone w japooskich
publikacjach naukowych. Mimo to rezultaty owych kalkulacyj badaczy rychło stały się wspólną
własnością japooskich fizyków, lekarzy, chemików, dziennikarzy, profesorów, a niewątpliwie także i
tych mężów stanu oraz wojskowych, których jeszcze nie zdymisjonowano. Na długo zanim to podano
do publicznej wiadomości w Ameryce, większośd przyrodników i duża ilośd nie-przyrodników w
Japonii wiedziała już z obliczeo fizyków jądra, że w Hiroszimie wybuchła bomba uranowa, a o wiele
potężniejsza bomba plutonowa - w Nagasaki. Wiedzieli też, że teoretycznie można zrobid bombę
dziesięcio- a nawet dwudziestokrotnie silniejszą. Uczeni japooscy mniemali, iż znają dokładną
wysokośd, na jakiej eksplodowała bomba w Hiroszimie, oraz że znają w przybliżeniu wagę zużytego
uranu. Oszacowali oni, iż nawet przy tej prymitywnej bombie, którą rzucono na Hiroszimę, można by
ludzki organizm całkowicie zabezpieczyd od choroby promieniowania - jedynie w schronie
betonowym, grubości 50 cali. Te i podobne szczegóły, które w Stanach Zjednoczonych stanowiły
tajemnicę paostwową, uczeni japooscy wydrukowali, powielili i oprawili w książeczki, Amerykanie
wiedzieli o istnieniu tych publikacyj, lecz śledzenie oraz baczenie, aby one nie wpadły w niepowołane
ręce, zmusiłoby władze okupacyjne do rozbudowy w Japonii (chodby tylko w tym jednym celu)
olbrzymiego aparatu policyjnego. Koniec kooców japooscy uczeni ubawili się trochę wysiłkami
zdobywców zmierzającymi do utrzymania w tajemnicy faktu rozbicia atomów.

Z KOOCEM LUTEGO 1946 roku ktoś z przyjaciół panny Sasaki przyszedł do ojca Kleinsorge i poprosił
go, aby ją odwiedził w szpitalu. Panna Sasaki czuła się coraz bardziej przygnębiona i chora. Zdawało
się, że jej już niewiele zależy na życiu. Ojciec Kleinsorge odwiedził ją kilkakrotnie. Za pierwszym razem
prowadził rozmowę o charakterze ogólnym, formalnym, niemniej jednak pełną delikatnego dla niej
współczucia. Ani jednym słowem nie wspomniał o religii. Panna Sasaki sama wysunęła ten temat
podczas drugiej wizyty księdza. Widocznie rozmawiała już o tym z jakimś katolikiem. Zapytała wprost.
„Jeżeli Wasz Bóg jest taki dobry i łaskawy, to dlaczego pozwala, żeby ludzie tak się męczyli?” To
powiedziawszy zrobiła taki gest, jakby chciała objąd i swoją chorą nogę i inne pacjentki w tym pokoju i
Hiroszimę, jako jedną całośd.

- Moje dziecko - rzekł ojciec Kleinsorge - człowiek nie jest obecnie taki, jakim chciał go mied Pan Bóg.
Człowiek wypadł z łaski z powodu grzechu. - I zaczął jej tłumaczyd sens wszelkiej rzeczy.

PANI NAKAMURA dowiedziała się, że pewien cieśla z Kabe buduje w Hiroszimie domki, które
wynajmuje za pięddziesiąt jenów miesięcznie (3,33 dolara według ustalonego kursu). Pani Nakamura
zgubiła wprawdzie dowody zakupu pożyczki wojennej i innych podobnych papierów wartościowych,
na szczęście jednak, na kilka dni przed bombardowaniem, skopiowała numery, a spis tych numerów
zabrała do Kabe. A zatem, gdy odrosły jej włosy tak, iż mogła pokazad się ludziom, udała się do banku
w Hiroszimie, gdzie urzędnik jej obiecał, że po sprawdzeniu numerów i porównaniu ich z rejestrami
bankowymi pieniądze będą jej wypłacone. Natychmiast po odebraniu tych pieniędzy wynajęła jeden z
domków cieśli. Domek znajdował się w Nobori-czo, niedaleko miejsca, gdzie stał jej dawny dom. A
chociaż podłoga w tym szałasie była brudna i wewnątrz panował mrok, to przecież miała mieszkanie
w Hiroszimie i nie była już zdana na łaskę mężowskich krewnych. Z wiosną uprzątnęła gruzy w
sąsiedztwie i założyła ogródek warzywny. Posługiwała się garnkami i talerzami wygrzebanymi z ruin.
Posłała Mjeko do przedszkola, które otworzyli jezuici. Starsze zaś dzieci chodziły do szkoły
powszechnej w Nobori-czo. W szkole tej z powodu braku budynków prowadzono lekcje na świeżym
powietrzu. Toszio pragnął uczyd się na mechanika, takiego, jakim był jego bohater, Hideo Osaki.

Ceny poszły w górę i w połowie lata oszczędności pani Nakamura skooczyły się. Sprzedała trochę
odzieży, aby kupid żywnośd. Posiadała ona niegdyś kilka kosztownych kimon, ale podczas wojny jedno
jej ukradziono, drugie oddała siostrze, której dom w Tokuj amie został zbombardowany, a inne
straciła podczas bombardowania Hiroszimy. Teraz sprzedała ostatnie kimono. Ze sprzedaży osiągnęła
zaledwie sto jenów, co jej na długo nie starczyło. Już w czerwcu udała się do ojca Kleinsorge z prośbą
o radę, co czynid dalej, i aż do początku sierpnia rozważała dwie alternatywy, które jej ksiądz
podsunął: albo przyjąd pracę jako służąca w domu któregoś z alianckich wojskowych, albo pożyczyd
od krewnych pewną sumę np. 500 jenów (trochę więcej niż 30 dolarów), aby naprawid swą
zardzewiałą maszynę do szycia i wrócid do dawnego zawodu szwaczki

PASTOR TANIMOTO po powrocie z Szikoku rozpiął namiot nad dachem pewnego bardzo
uszkodzonego domu, który wynajął w Uszida. Dach wciąż przeciekał, niemniej pastor odprawiał
nabożeostwa w wilgotnym salonie. Zaczął myśled o zbieraniu pieniędzy na odbudowę swego kościoła
w mieście. Zaprzyjaźnił się z ojcem Kleinsorge i często widywał jezuitów. Zazdrościł im bogactwa ich
kościoła. Zdawało się, iż mogą robid wszystko, czego chcą. On natomiast musiał polegad jedynie na
własnych siłach, a te nie były już takie jak przedtem.
TOWARZYSTWO JEZUSOWE było pierwszą instytucją która na gruzach Hiroszimy wybudowała mniej
więcej stałą siedzibę. Było to w czasie pobytu ojca Kleinsorge w szpitalu Zaraz po powrocie zamieszkał
on w tej szopie i niebawem, wspólnie z innym księdzem, ojcem Ladermanem, zakupił trzy
standaryzowane baraki, jakie miasto sprzedawało po siedem tysięcy jenów. Z dwóch takich
połączonych z sobą baraków zrobili ładną kaplicę, a w trzecim - jadalnię. Gdy można już było dostad
materiały, polecili przedsiębiorcy budowlanemu skonstruowad dom misyjny, dokładnie taki sam, jaki
był ten, co się spalił. Na terenach jezuickich cieśle cięli deski, drążyli wpusty, ciosali kliny, strugali
drewniane dwieki i świdrowali dla nich otwory. A potem wszystkie gotowe części poukładali
równiutko. I w trzy dni, nawet bez gwoździ, zmontowali cały budynek, niczym jakąś orientalną,
składaną łamigłówkę. Ojcu Kleinsorge, jak to słusznie przewidywał dr Fudżi, niełatwo było na siebie
uważad i ucinad poobiednie drzemki. Każdego dnia chodził piechotą do japooskich katolików i
katechumenów. Mijały miesiące, a on czuł się coraz gorzej i gorzej. W czerwcu przeczytał artykuł w
gazecie hiroszimskiej Czugoku, ostrzegający tych, co przeżyli bombę atomową, przed zbytnim
przepracowaniem. Lecz cóż ksiądz mógł zrobid? W lipcu był już zupełnie wyczerpany, a z początkiem
sierpnia, niemal dokładnie w rocznicę bombardowania, wrócił do Międzynarodowego Szpitala
Katolickiego w Tokio - na miesiąc odpoczynku.

TRUDNO RZEC, czy odpowiedzi ojca Kleinsorge na pytania panny Sasaki, dotyczące istoty życia,
zawierały ostateczną i absolutną prawdę. W każdym razie wydawało się, że dzięki nim panna Sasaki w
krótkim czasie pokrzepiła się na ciele. Doktor Sasaki to zauważył i powinszował ojcu Kleinsorge. Bo
oto 15 sierpnia temperatura jej oraz ilośd białych ciałek krwi były już normalne, a zakażenie zaczęło
już ustępowad. Na dwudziesty dzieo nie było już prawie żadnej ropy i panna Sasaki po raz pierwszy
pokusztykała na kulach wzdłuż korytarza. Po pięciu dniach rana zaczęła się goid, a ostatniego dnia w
miesiącu wypisano pacjentkę ze szpitala.

Przez pierwsze miesiące lata przygotowywała się panna Sasaki do przejścia na katolicyzm. W tym
okresie miała swe lepsze i gorsze dni, ulegała ciężkim depresjom. Wiedziała, że na zawsze już zostanie
kaleką. Jej narzeczony ani razu u niej się nie pokazał. Nic już właściwie jej nie pozostało oprócz lektury
i patrzenia przez okno swego domu, co stał w Koi na wzgórzu. Spoglądała na ruiny miasta, gdzie
zginęli jej rodzice i brat. Była bardzo nerwowa. Każdy niespodziewany hałas tak na nią oddziaływał, iż
gwałtownie chwytała się za szyję. Noga jeszcze wciąż jej dokuczała. Panna Sasaki ją rozcierała,
klepała, rzekłbyś - chciała ją tym pocieszyd.

SZEŚD MIESIĘCY upłynęło, zanim Szpital Czerwonego Krzyża wrócił do normalnego trybu, a jeszcze
dłużej trwało, zanim dr Sasaki wrócił do swej dawnej formy. Dopóki miasto nie naprawiło
elektryczności, szpital musiał dawad sobie radę przy pomocy generatora z zapasów armii japooskiej,
zainstalowanego w podwórzu. Rozmaite miasta nadsyłały w darze - stoły operacyjne, aparaty
rentgenowskie, fotele dentystyczne i inne skomplikowane a konieczne utensylia. W Japonii bardzo się
ceni reprezentację i to nawet jeśli chodzi o instytucje. Toteż na długo przedtem, zanim Szpital
Czerwonego Krzyża zdobył zasadniczy sprzęt lekarski, kazała dyrekcja wyłożyd fasadę żółtymi cegłami,
tak że szpital oglądany z ulicy wydawał się najładniejszym budynkiem w Hiroszimie. Przez pierwsze
cztery miesiące dr Sasaki był jedynym chirurgiem w szpitalu i prawie nigdy nie opuszczał gmachu.
Później zaczął stopniowo interesowad się własnym życiem. W marcu ożenił się. Przybrał trochę na
wadze, ale jego apetyt wciąż był raczej mierny. Przed bombardowaniem zwykł był jadad po cztery
ryżowe knedle przy każdym posiłku, w rok później zjadał najwyżej dwa. Ciągle czuł się zmęczony.
„Muszę pocieszyd się tym, że wszyscy w mieście są zmęczeni”, mawiał.

OD ZRZUCENIA BOMBY upłynął rok. Panna Sasaki była kaleką, pani Nakamura nędzarką, ojciec
Kleinsorge znów leżał w szpitalu, a doktor Sasaki nie był już tak zdolny do pracy, jak przedtem. Dr
Fudżi stracił swoją 30-pokojową klinikę, na którą pracował przez długie lata, i stracił już nadzieję na
odbudowanie jej. Kościół pastora Tanimoto leżał w gruzach, a sam pastor nie odzyskał już swej
niezwykłej żywotności. Zycie tych sześciorga osób, które należały do najszczęśliwszych w Hiroszimie,
nigdy już nie będzie takie, jakim było niegdyś. Oczywiście każdy z tych ludzi inaczej oceniał zarówno
własne doświadczenia, jak i sam fakt użycia bomby atomowej. Jedno tylko uczucie zdawało się łączyd
wszystkich: to wzniosły duch wspólnoty. Coś podobnego odczuwali londyoczycy po blitzu. Była to
duma z tego, iż oni sami i pozostali przy życiu towarzysze tak dzielnie wytrzymali straszliwą próbę.
Przed samą rocznicą zbombardowania Hiroszimy napisał pastor Tanimoto list do pewnego
Amerykanina, w którym to liście dał wyraz temu uczuciu. „Pierwsza noc - co za rozdzierające serce
widowisko! Około północy wyszedłem na brzeg rzeki. Na ziemi leżało tylu rannych, że idąc musiałem
deptad po ich ciałach. Szedłem naprzód i ciągle powtarzałem: „przepraszam”. Niosłem stągiew wody i
każdemu wydzielałem po kubku. Z lekka podnosili się i, kłaniając się, przyjmowali kubek wody. Pili
spokojnie, a po wylaniu tego, co zostało na dnie, oddawali kubek, wyrażając serdeczną wdzięcznośd.
Tak mówili: „Ja nie mogłem pomóc mojej siostrze, zasypanej pod domem, gdyż musiałem zająd się
matką, ciężko ranioną w oko, a zaraz potem zapalił się nasz dom, ledwośmy uszli. Spójrz, straciłem i
dom, i rodzinę, i w koocu zostałem ciężko ranny. Ale teraz postanowiłem wszystko, go mam,
poświęcid, aby nasz kraj szczęśliwie zakooczył wojnę.” Tak wobec mnie ślubowali wszyscy, nawet
kobiety i dzieci. Byłem tak bardzo zmęczony, że położyłem się między nimi na ziemi, lecz wcale nie
mogłem zasnąd. Nazajutrz o świcie wielu z tych, którym poprzedniej nocy dawałem wodę, już. nie
żyło. Lecz ku memu wielkiemu zdziwieniu nie słyszałem, aby ktokolwiek krzyczał w panice, chodby
nawet potwornie się męczył. Umierali w milczeniu, bez żalu, zaciskając zęby. A to wszystko - dla kraju.

Dr J. Hiraiwa, profesor literatury i przyrody w Uniwersytecie Hiroszimskim, jeden z moich parafian,


został zasypany razem z synem, studentem uniwersytetu w Tokio. Leżał pod gruzami dwupiętrowego
domu. Ucisk był tak straszny, iż nie mogli oni ruszyd się ani na cal. I właśnie dom zaczął się palid.
Wtedy syn powiedział: „Ojcze, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko ofiarowad nasze życie krajowi.
Wznieśmy Banzaj za naszego Cesarza. I ojciec powtórzył za synem: Tenno - heika, Banzaj, Banzaj,
Banzaj! Później dr Hiraiwa oświadczył: „Dziwna rzecz, czułem spokój i jasnośd i pogodę w sercu, gdy
zaintonowałem naszemu Tenno - Banzaj.” Potem syn się wydostał, odkopał i wyciągnął ojca i tak
obydwaj się uratowali. Wspominając swe przejścia z owych czasów dr Hiraiwa powtarzał: „Co za
szczęście, że jesteśmy Japooczykami. Nigdy w życiu nie zasmakowałem tak wspaniałego uczucia, jak
wówczas, gdy postanowiłem umrzed za Cesarza.”

„Panna Kajoko Nobutoki, uczennica żeoskiej szkoły średniej Hiroszima Jazabuin, córka jednego z
moich parafian, odpoczywała wraz z koleżankami za ciężkim ogrodzeniem świątyni buddyjskiej. W
chwili zrzucenia bomby atomowej ogrodzenie runęło na dziewczęta. Pod tak dużym ciężarem nie
mogły się one ruszad, a potem dym przedarł się nawet przez szczeliny w murze i zaczął je dusid. Jedna
z dziewcząt zaintonowała hymn narodowy Kimi go jo, a reszta zawtórowała jej chórem. Wszystkie
zginęły z wyjątkiem jednej, która tymczasem znalazła wyłom, ciężko walcząc, aby się wydostad.
Potem ją zabrano do Szpitala Czerwonego Krzyża, gdzie opowiedziała, jak umierały jej towarzyszki
śpiewając chórem hymn narodowy. Miały one zaledwie po trzynaście lat”.

Zadziwiająco duża ilośd mieszkaoców Hiroszimy odniosła się mniej lub więcej obojętnie do moralnej
strony użycia bomby. Byd może, iż ludzie ci nazbyt byli przerażeni, aby w ogóle nad tą sprawą
rozmyślad. Niewielu też łamało sobie głowę nad tym, co to takiego mogło byd. Koncepcja pani
Nakamura oraz jej strach były typowa Zapytana, odpowiedziała tak: „Bomba atomowa jest wielkości
pudełka od zapałek. Żar, jaki od niej idzie, jest sześd tysięcy razy większy od żaru słooca. Wybucha w
powietrzu. Zawiera trochę radu. Ja nie wiem, jak on działa, ale kiedy rad się łączy - wtedy bomba
wybucha” O samym fakcie użycia bomby tak się wyrażała: „Była wojna, więc należało się tego
spodziewad.” I dodawała: Szikata ga nai. Japooskie to wyrażenie odpowiada mniej więcej
rosyjskiemu: „niczewo”. „No, trudno, nie ma rady.” To samo mniej więcej na temat użycia bomby
powiedział jednego wieczora po niemiecku dr Fudżi, zwracając się do ojca Kleinsorge: Da ist nichts zu
machen. „Nic na to nie można poradzid.”

A jednak wielu mieszkaoców Hiroszimy w dalszym ciągu żywiło do Amerykanów nienawiśd, której nic
nie mogło wykorzenid. Pewnego razu dr Sasaki powiedział: „Teraz oni w Tokio sądzą zbrodniarzy
wojennych. Myślę, że powinni sądzid także tych, co kazali zrzucid bombę - powinni ich wszystkich
powiesid.”

Ojciec Kleinsorge, tudzież inni jezuici - Niemcy, po których, jako po cudzoziemcach, można było
spodziewad się nieco odmiennych opinii, często rozprawiali o etyce tych ludzi, co użyli bomby
atomowej. Jeden z jezuitów, ojciec Siemens, który w czasie nalotu przebywał za miastem w
Nagacuka, tak pisał w swym raporcie do Stolicy Apostolskiej: „Niektórzy z nas zaliczają bombę do tej
samej kategorii, co gaz trujący, i sądzą, że nie wolno było jej użyd przeciw ludności cywilnej. Inni
natomiast uważają, że w wojnie totalnej, jaką prowadziła Japonia, nie ma różnicy między cywilami a
żołnierzami i że bomba była skutecznym czynnikiem, zmierzającym do zakooczenia rozlewu krwi, była
ostrzeżeniem Japonii, żeby się poddała i tym sposobem zapobiegła całkowitej zagładzie. Logika
wymaga, aby ten, kto zasadniczo zgadza się na wojnę totalną, nie skarżył się na wojnę przeciw
ludności cywilnej. Sedno zagadnienia tkwi w tym, że trzeba by ustalid, czy wojna totalna w jej obecnej
formie w ogóle da się usprawiedliwid, nawet wówczas, gdy ją się prowadzi w imię słusznej sprawy.
Czyż materialne i duchowe zło płynące z takiej wojny wielokrotnie nie przewyższa jej ewentualnych
dobrych rezultatów? Kiedyż nasi moraliści dadzą nam wyraźną odpowiedź na to pytanie?”

Nie podobna wyrazid wszystkich okropności wrytych w dusze dzieci, które przeżyły dzieo
bombardowania Hiroszimy, chociaż już w kilka miesięcy po katastrofie wspominały ją niby jakąś
zabawną przygodę. Toszio Nakamura, który miał dziesięd lat, gdy zrzucono bombę, wkrótce potem
swobodnie, a nawet wesoło opowiadał o tym, co przeżył. Na parę tygodni przed rocznicą tragedii
skreślił takie oto rzeczowe wypracowad nie dla swego nauczyciela ze szkoły publicznej w Nobori-czo:
„Poprzedniego dnia, nim spadła bomba, poszedłem pływad. Rano jadłem orzeszki. Zobaczyłem
światło. Rzuciło mnie aż tam, gdzie spała moja siostrzyczka. Gdy nas wyratowano, mogłem widzied
nie dalej, niż tam, gdzie był tramwaj. Moja mama i ja zaczęliśmy pakowad rzeczy. Sąsiedzi chodzili
dokoła poparzeni krwawili. Hataja-san powiedziała, żebym z nią uciekał. Ja powiedziałem, że
zaczekam na mamę. Poszliśmy do parku. Zerwał się huragan. W nocy zapalił się zbiornik z benzyną. I
widziałem, jak ogieo odbijał się w rzece. Przez jedną noc zostaliśmy w parku. Na drugi dzieo
poszedłem na most Taiko i spotkałem tam moje przyjaciółki: Kikuki i Murakami. One szukały swych
matek. Ale matka Kikuki była ranna, a matka Murakami niestety umarła.”

KONIEC

OD TŁUMACZA
Nazwy, imiona własne oraz wszystkie inne wyrażenia japooskie podałem tu w transliteracji polskiej,
uzgodnionej z wybitnym znawcą - języków wschodnich, drem Janem Misiem, kierownikiem działu
orientalistycznego Nowojorskiej Biblioteki Publicznej.
Jeśli mimo to znajdą się w polskim tekście „Hiroszimy” słowa japooskie, transliterowane błędnie - jest
to wyłącznie
moja wina.
Panu drowi Misiowi, który również autorowi tej książki udzielił swych cennych uwag - składam na tym
miejscu serdeczne podziękowanie.
Miałem pewne trudności ze znalezieniem polskich nazw. dla niektórych okazów japooskiej flory. Tam
gdzie ich znaleźd nie mogłem, podałem je w brzmieniu łacioskim albo je opuściłem, za co
przepraszam i owe rośliny i autora i czytelników.-
J. W.
Riverdale, New York, w marcu 1947 r.
Spis treści
PRZEDMOWA ....................................................................................................................................................... 2
I. BEZGŁOŚNY BŁYSK........................................................................................................................................ 4
II. OGIEŃ ............................................................................................................................................................. 11
III. BADA SIĘ SZCZEGÓŁY .............................................................................................................................. 22
IV. PROSO I CENTURIA .................................................................................................................................... 33
OD TŁUMACZA .................................................................................................................................................. 44