You are on page 1of 116

Kościół dla średnio zaawansowanych

Szymon Hołownia

Świat książki 2004

Podziękowania
Należą się moim przyjaciołom, którzy przeczytali tę książkę przed publikacją i wnieśli do niej swoje
uwagi. Jedni nie mogli się przy tym powstrzymad od miażdżących złośliwości, wytykając mielizny
intelektualne i płytkie dowcipy, inni zdobyli się na kilka słów otuchy. Wstęp do książki jest zwykle
doskonałą okazją, by odegrad się zwłaszcza na tych pierwszych, ale autor bez małostkowego
wdawania się w szczegóły - po chrześcijaosku - dziękuje wszystkim.

Szczególny ukłon pragnę (tak właśnie - „pragnę” - napompowane to słowo jest bowiem niezwykle
popularne w „branży”, w kazaniach i kościelnych mowach na dobre wyparło już świeckie jakieś takie
zwyczajne „chcę”) złożyd Annie Moczulskiej, która - jeszcze jako moja szefowa - „kazała” mi napisad
tę książkę, oraz koleżankom i kolegom z „Newsweeka”, którzy przez trzy lata wspólnej pracy
zagrzewali mnie do pisania o polskim Kościele. Kilka tekstów tu zamieszczonych ukazało się wcześniej
w skróconej wersji właśnie na łamach „Newsweeka”.
Tej książki nie byłoby też, gdyby nie autorzy innych, znacznie mądrzejszych dzieł, którymi
zaczytywałem się przy pisaniu. Szczególna wdzięcznośd należy się ojcom Tomaszowi Wytrwałowi i
Krzysztofowi Popławskiemu oraz Annie Gruszeckiej, twórcom doskonałego praktycznego podręcznika
prawa kanonicznego, noszącego tytuł Nie taki proboszcz straszny, z którego przepisywałem żywcem
co lepsze fragmenty, a także księżom Grzegorzowi Rysiowi i Janowi Kracikowi za ich fascynujące
niczym najlepsze kryminały książki o historii celibatu i relikwii oraz autorom równie ciekawej, co
ciężkiej Encyklopedii religii PWN.

Wstęp
Ta książka ma jedno zadanie. Przekonad czytelnika do prawdy, którą odkryłem w ciągu kilku lat
dziennikarskiego zmagania się z okołokościelną tematyką. Wyraził ją przed laty David Lynch, twórca
kultowego serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Jego motto brzmiało: „Sowy nie są tym, czym się
wydają”. No właśnie.

Na mapie polskiego Kościoła, którą kreślą media, zaznaczano zwykle dotąd tylko dwa bieguny. Na
jednym z nich - ulubionym przez tak zwane media świeckie - mieściły się skandale: finansowe w
toruoskiej rozgłośni, obyczajowe w słynnej gdaoskiej parafii, personalne, związane z następującym
raz na jakiś czas tu i ówdzie obiorem nowego biskupa. Księża, których można było spotkad w tej
medialnej okolicy, byli w większości chciwymi pedofilami - lub w najlepszym razie - staroświeckimi w
poglądach watażkami, trzymającymi w duchowym szachu otumanione społeczeostwo.

Na drugim biegunie, pokazywanym zapamiętale przez tak zwane media katolickie, trwała tymczasem
modlitwa gorliwych starszych pao, nazwanych kiedyś przeze mnie (określenie zrobiło karierę)
„Bractwem Moherowych Beretów”. Panie modliły się zresztą głównie o to, by dziennikarze w
pismach świeckich stracili władzę w rękach, przestali służyd swoim obcojęzycznym mocodawcom i
nawrócili się pod kierunkiem światłych kapłanów, których tu z kolei czczono niczym święte ikony.

Gdy człowiek patrzył tylko na te dwa bieguny, stawiał w koocu sobie pytanie: Czy w polskim Kościele
jest jeszcze miejsce dla normalnych ludzi?

Odpowiadam zgodnie z tym, co sam widziałem. Odpowiadam twierdząco. Tego miejsca - między
biegunami - jest mnóstwo. I tam właśnie znajduje się to, co w polskim Kościele najbardziej
pasjonujące.

To tam, w tych rzadko pokazywanych przestrzeniach, jest miejsce dla księży, którzy zamiast
molestowad ministrantów czy tropid masonerię, wolą poświęcid się budowie parafialnego hipodromu
albo przygotowad mądre i dowcipne kazanie, jest miejsce dla wiernych, którzy do kościoła chodzą w
każdą niedzielę, ale i dla tych, którzy robią to tylko od wielkiego dzwonu. Którzy nie uważają się za
klerykałów, chod może mają czasem ochotę porozmawiad dłużej z jakimś księdzem, nie wiedzą
jednak, jak do niego dotrzed lub boją się kościelnej biurokracji, a poza tym cała ta kościelna machina
wydaje im się monstrualnie wielka i jakby nie z tego świata.

I to właśnie dla nich jest ta książka. Dla tych, którzy z Kościołem mają do czynienia od święta, ale
wciąż są go ciekawi. Byd może chcieliby dowiedzied się, jak księża przygotowują się do kazao, czym
różni się przeor od proboszcza i o co tak naprawdę chodzi z wymaganą przez księży „co łaską”. Nie dla
mocno „zaawansowanych” katolików, którzy odpowiedź na te pytania znajdą u swoich duszpasterzy
lub w setkach mądrych specjalistycznych książek. Ta książka żadną miarą nie jest specjalistyczna. Te
prawie sto haseł to „wstęp do wstępu”, obrazek, szkic kursu dla „średnio zaawansowanych”, który
później, jeśli ich zajmie, będą mogli sobie poszerzad, używając fachowych leksykonów czy
encyklopedii.

Księża mogą zarzucid tej książce, że nie jest dostatecznie serio, że nie uczy wiernych Kościoła, że tak
naprawdę jest wyłącznie zbiorem zapamiętanych przez autora kościelnych anegdotek i drobiazgów. I
będą mieli rację. Ja obserwuję Kościół ze „świeckiej” strony ołtarza. I widzę, jak rzeczy istotne
mieszają się w nim z błahostkami. Nie ma po co udawad, że Kościół składa się tylko z jednych lub tylko
z drugich. Składa się z obu. Jak życie. Nie przypuszczałem, że dwutysiącletnia instytucja ma z nim aż
tyle wspólnego...

Luty 2004
Aniołek automatyczny
Na początku lat osiemdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych firmy reklamowe odtrąbiły
początek „dekady klienta dziecięcego”. Ze zdumieniem odkryto, jak wielki potencjał finansowy
stanowią ignorowani dotąd niemal zupełnie milusioscy. Rynkowa siła najmłodszych tkwi rzecz jasna
nie w tym, co sami zarabiają, a jak skutecznie potrafią przekonad rodziców, by swoje zarobki wydali
właśnie na to, czego dzieci akurat sobie życzą. Wielkie firmy zaczęły zastanawiad się nad metodami
propagowania u dzieci takich sposobów wydawania pieniędzy (na razie z portfeli rodziców), jakie z
czasem zmienią się w nawyki i będą powtarzane „od kołyski aż po grób”.

To, do czego Amerykanie dochodzili z wielkim trudem, w Polsce odkryto co najmniej dziesięd lat
wcześniej. Świadectwa zaprzyjaźnionych proboszczów pozwalają przypuszczad, że właśnie w latach
siedemdziesiątych w polskich parafiach pojawiły się prototypy automatycznych aniołków, które
siedząc na drewnianej skarbonce, wykonywały osobliwe gesty - kłaniały się, kiwając zgrabnie
główkami - gdy do skarbonki wpadał drobny pieniążek. Wraz z rozwojem techniki rozwijały się i
aniołki. Znane są wersje de luxe, które dodatkowo śpiewały, czy nieco skromniejsze - z mrugającym w
oknie skarbonki kolorowym „Bóg zapład”. W niektórych parafiach aniołki nie wiedzied czemu
zastępowane były przez Murzynków. Wyposzczone brakiem klocków lego dzieci lgnęły do nich jak do
telewizji. Nierzadko można było zauważyd, jak już na początku mszy w stronę ołtarza ciągnie rządek
maluchów z garściami pełnymi monet, zbieranych przez rodziców w okolicznych kioskach. Dzieci
formowały spośród siebie kolejkę, wrzucały monety po jednej i patrzyły jak zahipnotyzowane.
Bywało, że aniołek nie przestawał zawodzid i błyskad aż do kooczących mszę ogłoszeo.

Komunistom nie udało się zmóc Kościoła, wykooczyli więc chociaż aniołki. Pod koniec lat
osiemdziesiątych w kraju zaczęła bowiem szaled inflacja, monety - z którymi zawsze przychodzi nam
rozstawad się łatwiej niż z banknotami - przestały byd cokolwiek warte. Dziś monety wróciły do łask,
ale w czasach pokemonów, kart kredytowych i instalowanych w kościołach „ofiaromatów” (zob. „Co
łaska”) dla łykających drobniaki aniołków miejsca już chyba nie ma.

Antyfona
W tłumaczeniu na świecki - krótki refren. W polskich warunkach najczęściej można się z nią zapoznad
w czasie tak zwanej mszy recytowanej, z założenia pozbawionej śpiewów, na przykład ze względu na
zbyt wczesną dla ludzkich gardeł porę lub funkcjonalną głuchotę celebransa czy (i) wiernych. W takich
okolicznościach ksiądz przed pierwszym znakiem krzyża oraz na przykład przed rozdzielaniem
komunii czyta krótki fragment z Biblii, który wierni zamiast śpiewad mogą sobie w ciszy porozważad.

Antyfona nazywa się też tradycyjnie całkiem rozbudowane utwory wokalne, między innymi ku czci
Maryi (jak gregoriaoskie „Salve regina”), taką nazwę nosi też refren śpiewanego w czasie mszy
psalmu. Antyfona - obok „perykopy” (która „po ludzku” oznacza fragment jakiegoś świętego tekstu) -
jest też jednym z ulubionych słów stosowanych przez pewnego znanego mi specjalistę od mszy
dziecięcych, który lubi epatowad malców zdaniami w stylu „Pamiętacie dzieciaczki, jak w antyfonie
bezpośrednio poprzedzającej ewangeliczną perykopę sławiliśmy omnipotentną transcendencję
Pana?”. A skutecznośd tego zabiegu wynosi pełne sto procent. Bo tylko podczas jego kazao dzieci
wpatrują się w celebransa jak w obrazek i przez pełny kwadrans milczą jak zaczarowane.

Apokryfy
„Jezus szedł ze swoim ojcem i jakieś dziecko, biegnąc, uderzyło go w ramię. I natychmiast padło
martwe. *...+ Innego dnia bawił się Jezus na jakimś budynku na wieży. Promieo słooca wpadł przez
dziurkę od klucza do wnętrza. Jezus więc skoczył na promieo i usiadł na nim. Inne dziecko ujrzało to i
chciało z Jezusem usiąśd na promieniu. Przy tym jednak spadło z wieży i umarło”. Na następnych kilku
stronach cytowanej księgi mały Jezus uśmierca jeszcze kilku rówieśników i jednego nauczyciela, który
próbował go zdzielid. Gdy wraz z grupą ocalałych kolegów bawi się na dachu, z którego jeden z nich
spada, Jezus używa jednak swojej mocy i wskrzesza malutkiego Zenona.

To nie scenariusz katechetycznej dobranocki, którą za pięddziesiąt lat napiszą autorzy popularnej serii
„Transformers”. Chod byd może przyświecałyby im idee podobne jak autorowi cytowanego tekstu,
który prawdopodobnie na prostych przykładach, prostym ludziom, wychowanym w myśl zasady
„wierzę w to co widzę”, usiłował pokazad boską moc Jezusa. Tekst ten nosi tytuł Dzieciostwo Pana,
Ewangelia Tomasza. I jest apokryfem.

Apokryfy to przeważnie starożytne księgi, których nie uznano za napisane pod natchnieniem Ducha
Świętego i nie włączono do oficjalnego biblijnego kanonu. Warto wiedzied, że kanon ten, na przykład
jeśli chodzi o Nowy Testament, nie został ogłoszony specjalnym boskim komunikatem, a był efektem
praktyki gmin chrześcijaoskich i ukształtował się dopiero około II-IV wieku (chod jeśli mowa o
ewangeliach - od samego początku „na poważnie” traktowano wyłącznie te same cztery, co dzisiaj).
Każde judeochrześcijaoskie wyznanie ma zresztą własny biblijny kanon. Niektóre wyznania
protestanckie nie uznają kilku ksiąg Starego Testamentu (między innymi Księgi Tobiasza, Ksiąg
Machabejskich i tej części Księgi Daniela, w której jest opowieśd o Zuzannie i starcach - ciekawe
dlaczego), podobnie zresztą jak Żydzi, którzy z przyczyn oczywistych dodatkowo w ogóle nie
przyjmują Nowego Testamentu. Każde wyznanie ma więc też swoją własną kolekcję apokryfów.

W katolicyzmie są wśród nich takie perły, jak Ewangelia tajemna Marka, Dzieje Józefa Cieśli, List
Heroda do Piłata czy wreszcie List o zachowaniu niedzieli spadły z Nieba (sic!) oraz Męczeostwo
Piłata. Według autora tej ostatniej księgi, Piłat po ukrzyżowaniu Jezusa przeżył nawrócenie. Zły na
siebie, kazał najpierw ukrzyżowad uwolnionego wcześniej złoczyocę Barabasza, za co społecznośd
żydowska wściekła się na niego i sporządziła donos do zwierzchnika Piłata, Petroniusza (a sama
postanowiła spalid grób Jezusa, zresztą nieskutecznie). Petroniusz kazał ukrzyżowad Piłata, lecz
śmiertelną procedurę zakłóciło ukazanie się nad głową namiestnika i jego żony świetlistych koron.
Przerażony Petroniusz o wszystkim zawiadomił cesarza Tyberiusza, któremu akurat umarł syn. Cesarz
wysłał więc do Jerozolimy jego szczątki, by Piłat mocą Jezusa je wskrzesił, co ten uczynił. Po tym nie
było już wątpliwości, kto jest tu dobrym bohaterem: Petroniusz wraz z cesarskim wojskiem
wymordował Żydów z Herodem na czele, a Piłat trafił do Rzymu i tam został ukrzyżowany (tym razem
skutecznie) przez cezara, oburzonego, że nie tylko nic nie wiedział o Bogu Jezusie, ale jeszcze go zabił.

Od takich pikantnych historii w apokryfach aż się roi. Niektóre z nich uznawano wręcz za
antychrześcijaoskie, ich autorów podejrzewano o duchową dywersję. Czytane dziś, mają już chyba
zupełnie inny wydźwięk. Przypominają sensacyjne dziennikarskie komentarze do oficjalnych,
rzetelnych komunikatów - nie wnoszą nic nowego do wiedzy o fakcie, malują jednak barwnymi
kolorami jego tło. Są niczym „odświeżacz do duszy”. Człowiek się nim nie naje, ale wyostrzy sobie
smak. Przypominają katolikom, że w tle biblijnych historii, które słyszą w kościele i które za
dwudziestym razem wydają im się suche, naprawdę toczyło się życie. Że Jezus przez trzydzieści lat
życia nie siedział w klasztorze, a heblował deski i robił na zamówienie drzwi, przy Jego zaś narodzeniu
asystowała - według apokryfów - wynajęta przez troskliwego Józefa położna. Żona Piłata, która na
kartach Ewangelii pojawia się raz w jednym krótkim zdaniu, w apokryfach ma swój cały biogram!

Tych ksiąg nie wolno księżom czytad w kościele, ale mogliby proponowad wiernym, aby ci - zamiast w
niedzielne popołudnia katowad się kolejnymi odcinkami „Na dobre i na złe” poczytali je sobie w
domu.

Dla bardziej zaawansowanych

Więcej historii, których nie słyszy się na co dzieo w kościele: Apokryfy Nowego Testamentu, Wyd.
WAM, Kraków 2003.

Bezokolicznik
„Przekazad mężowi, że kolęda była”, „Nie pid tyle!”, „Śmiało, śmiało, pytad, pytad!” - bezokolicznik to
wciąż popularne wśród części duchowieostwa „obejście” problemu, jak zwracad się do świeckich.

Między sobą księża są najczęściej na „ty”; gdy kogoś nie znają, używają formy „Proszę księdza”. A jeśli
ksiądz jest ważny, zachowują się zupełnie jak świeccy, którzy gdy wyczują aurę władzy, automatycznie
usztywniają mowę, wyciągając coś z arsenału barokowych, pokrytych grubą warstwą wazeliny
tytułów (tyle że zamiast „Wielce Szanowny Panie Przewodniczący” inwokuje się przykładowo:
„Najdostojniejsza Ekscelencjo, Przenajwielebniejszy Księże Arcybiskupie”). Skąd więc w relacjach ze
świeckimi ten bezokolicznik?

Jeszcze dwadzieścia lat temu problemu nie było, bo ksiądz w konfesjonale do większości penitentów,
od lat 7 do 107, mówił per „ty”. I często przenosiło się mu to również poza kratki. Generalnie - chod,
rzecz jasna, nie wszędzie - obowiązywał tak zwany podhalaoski model kontaktów. Relacje ksiądz -
wierny były prostym odwzorowaniem relacji pasterz - owieczka. A czy widział ktoś pasterza, który do
owieczek zwraca się per „droga pani”?

W ciągu ostatnich lat owieczki, zwłaszcza w miastach, strasznie się jednak wyemancypowały, a przy
okazji przestały księdza traktowad jak pasterza. Dziś nierzadko bywa on postrzegany przez swoich
wiernych jako skrzyżowanie terapeuty z kierownikiem religijnego zakładu usługowego. W kościele
zaczęły więc działad powszechne reguły. Młodsi księża mówią do penitentów per „pan/pani”, a gdy w
czasie kazania pojawia się problem, jak powiedzied o słuchaczach w trzeciej osobie, pada zwrot -
wciąż brzmiący w kościelnych murach nieco egzotycznie - „kiedy będą PAOSTWO wychodzid...”. Starsi
księża - zwłaszcza w małych miejscowościach - są w dużym kłopocie. Spora częśd z nich z ambony
zwraca się do wiernych per „wy”, a gdy już musi coś powiedzied bezpośrednio - chowa się w
bezpieczne bezokoliczniki. Inni na oko oceniają wiek rozmówcy, i gdy jest stary - „panują”, a gdy
młody - bez uprzedzenia zaczynają „tykad”, sondując przy tym reakcję rozmówcy na ten ukryty
bruderszaft.

Bozia
Jest to pieszczotliwe określenie Absolutu. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że używają go wyłącznie
dzieci. Księża wyznają, że zdarzają im się penitenci nawet pięddziesięcioletni, którzy od czasów
pierwszej komunii wciąż spowiadają się z tego, że „obrazili Bozię”, „mówili brzydkie wyrazy” oraz
wyznają ze skruchą, że „nie poszli w niedzielę do kościółka”.

Wiele zabawnych pomyłek teologicznych bierze się z faktu, że Bozia jest rodzaju żeoskiego. Przy
próbach dookreślenia Bozi niewprawny wierny odruchowo zaczyna więc poszukiwanie kobiety
najwyżej postawionej w religijnej hierarchii. I w dziewięciu przypadkach na dziesięd dochodzi do
wniosku, że taką kobietą musi byd Maryja, a stąd już tylko krok do wniosku, że prawdziwe jest
równanie: Bozia = Maryja. Które prawdziwe nie jest. Przy okazji warto też może obalid inny mit - otóż
ani Maryja, ani św. Józef, ani - jak zdarzyło się mi słyszed - św. Juda Tadeusz, patron spraw
beznadziejnych, nie są Osobami Boskimi, a co za tym idzie, nie wchodzą w skład Trójcy Świętej.
Miejsca w tym elitarnym gremium zarezerwowane są bowiem dla Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Brewiarz
Ludzie „z branży” (księża i siostry), gdy pyta się ich o szósty zmysł, który pozwala im wykrywad innych
duchownych nawet w cywilu, zwykle odpowiadają: „bo on ma taką brewiarzową twarz...”. Kto jednak
chciałby poznawad duchownego po brewiarzu, może się sparzyd, bo brewiarze nie są
reglamentowane i w ich posiadanie (podobnie jak w posiadanie koszul z koloratką) wejśd może każdy.
Brewiarz - o czym niestety nie wie prawie nikt - jest bowiem modlitwą dla wszystkich, a nie tylko dla
„mundurowych” katolików.

Jest to pięd (cztery zwykłe plus jeden wakacyjny) tomów, w sumie ważących kilo dwadzieścia i
liczących kilka tysięcy stron, przedzielonych barwnymi wstążeczkami. To mit, że kolory zakładek mają
jakieś magiczne znaczenie - każdy, kto odmawia brewiarz, zaznacza sobie, co chce i jak mu jest
wygodnie. Każdy z tomów brewiarza tak zwanego kapłaoskiego (czyli w wersji fuli) przeznaczony jest
na inny okres roku.

Brewiarz w języku fachowym nazywa się też Liturgią godzin, dlatego że zawarte w nim modlitwy
odmawia się o określonych porach dnia, mają one uświęcad czas. I tak, z samego rana przewidziana
jest „Jutrznia”. Około południa lub po południu odmawia się „Modlitwę w ciągu dnia” (ale na przykład
większośd zakonnic, jako że ma na modlitwę więcej czasu, odmawia często aż trzy jej wersje -
przedpołudniową, południową i popołudniową). Wieczorem jest czas na „Nieszpory”, a przed
zaśnięciem odmawia się „Kompletę”. Każda z godzin składa się z hymnu, psalmów, czytania z Biblii,
próśb i kilku krótkich modlitw. Dodatkową godziną jest tak zwana „Godzina czytao” - na nią trzeba
zarezerwowad więcej czasu, bo oprócz psalmów zawiera jeszcze dwa czytania (jedno z Biblii, drugie -
z duchowej klasyki). „Godzina czytao” nie jest przywiązana do konkretnej pory, można ją odmówid
zawsze (nawet poprzedniego dnia, byle po „Nieszporach”, bo według kościelnej miary jutro zaczyna
się już dziś wieczorem).

Obowiązek odmawiania brewiarza mają diakoni, księża i biskupi. Liturgia godzin bardzo ładnie
wygląda, gdy się ją odprawia - tak jak powinno - z podziałem na chóry (zob. „Chór”). Zwykle brewiarz
odmawia się jednak metodą „szeptaną” lub po prostu czyta. Księża często umilają sobie brewiarzem
czas posuchy w konfesjonale, inni ustanawiają swoiste rekordy szybkości. Prawidłowo recytowane w
chórze „Nieszpory” nie mają prawa zająd mniej niż 20 minut.

Kapłan rekordzista, spotkany przeze mnie w ekspresie Warszawa -Kraków, „załatwił” je jednak w
niecałe trzy minuty. Szybko, zwięźle i bez sensu.

Bo brewiarz to naprawdę rzecz warta głębszej uwagi. Znacznie ciekawsza od klasycznej,


nieśmiertelnej i statycznej w konstrukcji książeczki do nabożeostwa. I łatwo dostępna. Od niedawna
osoby niechętne dźwiganiu grubych tomów lub nie do kooca orientujące się w tym, co odmawia się
którego dnia i o jakiej porze, a także chcące się modlid nie przerywając pracy, mogą znaleźd w
Internecie wszystkie przewidziane na dany dzieo psalmy i modlitwy (www.brewiarz.katolik.pl).

Dla bardziej zaawansowanych

Brewiarz to inaczej Liturgia godzin, 1.1-5, Wyd. Pallotinum, Poznao

Celebret
Swoje legitymacje służbowe mają policjanci, dziennikarze i prokuratorzy. Mają je i księża. Celebret to
niewielka książeczka ze zdjęciem kapłana, datami urodzenia i święceo, i „przynależnością służbową”.
Odkąd Kodeks prawa kanonicznego zlikwidował popularną w średniowieczu instytucję kapłanów
błąkających się po bezdrożach, każdy ksiądz musi byd formalnie przypisany do jakiejś diecezji albo do
zakonu. I to właśnie potwierdza pieczątka w celebrecie, kiedyś pisanym po łacinie, a od lat
dziewięddziesiątych ubiegłego wieku po polsku. Stempel wbija się weo zwykle co roku przez kilka
pierwszych lat po święceniach księdza, a późnie; - gdy władze uznają, że delikwent „rokuje” -
otrzymuje w legitymacji pieczątkę ważną usque ad mortem, dozgonnie.

Celebret zabierają ze sobą księża, którzy ruszają na wakacje. Ma go w kieszeni jeden z poznaoskich
mnichów, który co jakiś czas odczuwa potrzebę wędrownego głoszenia kazao. Nosi go pewnie przy
sobie również jego współbrat, który raz w miesiącu „wypożycza się” komunikacji miejskiej w
charakterze tramwajarza (bo ma takie hobby). Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy zjedzie na pętlę, a
proboszcz parafii, w której czcigodny ojciec chce odprawid mszę (co musi robid codziennie) ma
obowiązek wylegitymowad gościa przed dopuszczeniem go do ołtarza. Zdarzają się jednak wypadki
ominięcia tej procedury. O ile bowiem nikt nie bierze się do fałszowania celebretu, o tyle urok
osobisty i kościelną mowę podrobid da się łatwo. „Mogę sobie z księdzem poodprawiad mszę?” -
słowa takie na pewno wzbudzą podejrzenia lokalnego duchownego, ale to samo przetłumaczone na
język branżowy („Czcigodny księże kanoniku, czy byłaby możliwośd, aby przyłączyd się do stołu
eucharystycznego?”) i poparte stosownie uduchowioną modulacją głosu, może uśpid czujnego ducha
proboszcza. Zakony i diecezje na bieżąco informują się co prawda, faksując sobie komunikaty o tak
zwanych księżach uciekinierach, zbiegach z zakonnych nowicjatów (jeśli przy okazji są oszustami) czy
kapłanach, którzy zostali suspendowani (czyli nie mogą odprawiad mszy i spowiadad). Komunikaty
takie wiszą zwykle w kuriach i klasztorach na tablicach ogłoszeo, ale przecież nie da się spamiętad
wszystkich nazwisk. Skutkiem tego przed kilku laty pewien były nowicjusz bardzo szanowanego
zakonu, zanim został zdemaskowany, przez kilka miesięcy bez przeszkód pojawiał się w pełnym
umundurowaniu w śląskich parafiach, opowiadając całkowicie zmyślone historie przy plebanijnym
stole, zawsze suto zastawionym na przyjęcie duchownego gościa.

Celibat
Wystarczy pobieżne śledzenie mediów, by przekonad się, że o aborcji, obok feministek, z
największym zapałem dyskutują w naszym kraju mężczyźni. Nie ma się więc co dziwid, że o celibacie
duchownych najwięcej do powiedzenia mają świeccy. Temat pojawia się w każdej dużej gazecie mniej
więcej raz w roku. Wniosek jest zwykle ten sam - celibat się przeżył. Zaproszeni na łamy
psychologowie rozdzierają szaty nad „karygodnym tłumieniem potrzeb młodych ludzi”,
charakterystycznym „dla opresywnej wizji seksualności lansowanej przez Kościół”; czujni terapeuci
podejrzewają, że w zakazie pożycia z kobietami kryje się zachęta do rozładowywania swego popędu
na ministrantach. „Postępowi” teologowie podkreślają, że celibat jest historycznym artefaktem,
niemającym uzasadnienia w Biblii. Rzecz jasna wszyscy na poparcie swoich tez wyciągają z szuflad
przeróżne statystyki i badania. Skądinąd szacowny „Irish Times” publikował nie dalej niż parę lat
temu absurdalne wykresy, wykazujące, że odsetek celibatariuszy, którym udaje się dochowad
wierności temu, co ślubowali, mieści się w granicach błędu statystycznego (czyli, że wśród księży i
mnichów tylko dwu na stu nie ma kochanki). A popularny polski seksuolog z przekonaniem epatował
niedawno na radiowej antenie innymi badaniami, z których wynikało, że spośród tych
dziewięddziesięciu ośmiu rozpustnych duchownych mniej więcej dwudziestu pięciu utrzymuje swoje
panie na stałe.

Strach pomyśled, jaka afera wybuchłaby, gdyby uczony dotarł do podobnych badao sprzed czterystu
lat. Jak podaje ks. Grzegorz Ryś w swoim znakomitym dziele o historii celibatu, w roku 1601 na 18
plebanów w dekanacie zatorskim stałe konkubiny posiadało siedmiu, a w 1621 roku w czterech
innych małopolskich dekanatach na ogólną liczbę 98 plebanów, kochanki utrzymywało aż 38, co bije
dane wybitnego seksuologa o całe piętnaście procent! Współcześni terapeuci kopalnię smakowitych
argumentów przeciwko celibatowi znajdą natomiast jeszcze piędset lat wcześniej w słynnej Kronice
Czechów Kosmasa. Opisywał on księdza, który po tym, jak „Bóg zabrał mu księdzową”, miał problemy
z zalecanym w takich wypadkach przez Kościół opanowaniem popędu, „a po wielu latach tak go
napadła pokusa cielesna, że prawie zapomniał ślubu Bogu złożonego i zwyciężony żądzą prawie
wpadł w pułapkę diabła”. Biedak „srożył się więc pokrzywą przez przyrodzenie i zadek; wreszcie
wrócił do serca i o wiele okrutniej srożąc się koło piersi, mówił: Ty mnie ty najgorsze serce zawsze
męczysz, ja ciebie teraz pomęczę!”. Że też biedaczyna nie dożył naszych światłych czasów! To jasne,
że dziś jego zachowanie skooczyłoby się co najmniej interwencją policji, psychologa, nadzorem
kuratora sądowego, sondażem audiotele „Czy księża to masochiści?” oraz kilkoma interpelacjami
Parlamentarnej Grupy Kobiet.

Czy o celibacie w ogóle da się rozmawiad? Doświadczenie pokazuje, że gdy bierzemy „na warsztat”
problem celibatu, można zdecydowad się na jedną z dwóch taktyk. Pierwszą, najbardziej popularną,
pokazałem wyżej. Polega na tym, że jedna ze stron wyciąga takie przykłady, jak te z kroniki Kosmasa,
oraz badania, z których wynika, że księża zasadniczo mają kochanki, druga zaś przekonuje, iż badania
są do kitu, bo większośd znanych księży kochanek bynajmniej nie ma. Inna taktyka - niestety mniej
popularna - każe z miejsca zapytad tych, którzy tak chętnie wymachują badaniami i opiniami
psychologów, utrzymujących, że celibat to szczyt okrucieostwa: „Po co stroicie się w humanistyczne
szaty adwokatów ludzi, którzy to okrucieostwo zupełnie świadomie sami ściągnęli sobie na głowę?!
Gdzie jest szacunek dla ich osobistej odpowiedzialności?”. O tym, że księża zobowiązani są do
celibatu, wie przecież chyba każde dziecko! Mądrośd ludowa określa to prosto: „widziały gały, co
brały”. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, żeby zachowad celibat, to przecież nikt mu chyba nie każe iśd
do seminarium i byd katolickim księdzem! A jeśli przekonał się o tym po fakcie, to kto mu zabrania -
zamiast opowiadad w talk-show o tęsknotach rozdartej między ołtarzem a kobietą duszy - po ludzku,
zwyczajnie i z klasą z kapłaostwa odejśd?!

Debata nad celibatem duchownych nie jest zresztą naszym wynalazkiem. Jest tak stara jak sam
Kościół. Celibat zawsze bowiem był i nadal jest czymś „nienaturalnym”, idącym w poprzek
normalnego porządku (bo Bóg, który wyposażył człowieka w silny popęd seksualny, nie zrobił tego
przecież przez pomyłkę). Dyskusji z krytykami celibatu nie ułatwiał jednak fakt, że do niedawna nawet
w wewnątrzkościelnej argumentacji zbyt rzadko chyba pojawiał się wątek pozytywnego myślenia o
celibacie, zbyt często zaś przedstawiano go jako antidotum na problemy, z jakimi borykało się
instytucjonalne chrześcijaostwo. A zupełnie nie o to chodzi.

Celibat nie jest katolicką ideą, znany był chodby w religiach starożytnych. W Kościele pierwsze
wzmianki o nim pojawiły się w II wieku. Później spory o celibat stały się pochodną debat o to, jaki
stosunek do seksu w ogóle powinien mied chrześcijanin. Krytykowana dziś tak chętnie „nieufnośd
seksualna” chrześcijan pojawiła się bowiem nie w XX wieku, a właśnie w starożytności, gdy świeżo
upieczeni chrześcijanie próbowali znaleźd coś, co odróżni ich od rzymskiego i barbarzyoskiego
rozpasania. W tych sporach jedni starali się zachowad zdrowy rozsądek, jak autorzy Kanonów
apostolskich (ok. 400 r.), którzy głosili, że kapłan (i świecki) może powstrzymywad się od współżycia
dla większej chwały Bożej, ale jeśli czyni to z obrzydzenia do seksu - grzeszy tak, że powinien byd
wyrzucony z Kościoła. Inni - jak chodby uczestnicy synodu w Tours w 567 roku - zakazują duchownym
wpuszczania do domu nawet krawcowych, upatrując w nich potencjalnych „rozsadniczek” grzechu.

Żonaci księża dowodzili, że przecież apostołowie też mieli żony i dzieci, podobnie jak
starotestamentowi kapłani; przeciwnicy odparowywali im, że zgoda, ale nawet kapłani, idąc na służbę
do świątyni, musieli w tym czasie powstrzymywad się od współżycia, a chrześcijaoscy księża pełnią
przecież tę służbę na okrągło. Dyskusji nie przerwało nawet formalne wprowadzenie celibatu jako
obowiązującego w całym Kościele, co dokonało się w XII wieku. Święty Piotr Damiani zżymał się na
kapłanów, którzy chcą tymi samymi rękami dotykad narządów rodnych i świętych naczyo, a żony
księży nazywał wprost „dziwkami”, wszyscy wiedzieli jednak, że tak naprawdę gra toczy się o coś
innego. O to, by powstrzymad szalejącą wówczas „prywatyzację” kościołów. Kościół katolicki bowiem
był wtedy o krok od rozpadnięcia się na dziesiątki dziedziczonych z ojca na syna parafii. Co ciekawe -
wtedy jeszcze nie mówiło się o bezżenności, a wyłącznie o powstrzymaniu od współżycia i
wydziedziczaniu ewentualnego potomstwa! Postulat totalnego zakazu ożenku pojawił się jeszcze
później. Bowiem - jak przytomnie zauważył św. Bernard - „Byd zawsze z kobietą i z nią nie współżyd
jest trudniejsze niż wskrzesid kogoś z martwych”.
Najtrudniej było jednak wytłumaczyd wiernym i sobie, jak to jest możliwe, że udział w jednym
chwalebnym sakramencie (małżeostwie) wyklucza człowieka od drugiego równie chwalebnego -
kapłaostwa. I tu zbyt chętnie wybierano niestety metodę najprostszą: przekonywanie, że jeden z nich
taki chwalebny wcale nie jest, a więc ucieczka w drugi jest w gruncie rzeczy uniknięciem zła.
Współcześni katolicy zamiast narzekad na księży, winni śpiewad z wdzięczności, bo pewnie nie
wiedzą, że jedenastowieczne podręczniki dla spowiedników nakazywały małżonkom
wstrzemięźliwośd we wszystkie środy, piątki, soboty i niedziele, przez cały wielki post, adwent i
czterdzieści dni wokół Zesłania Ducha Świętego, we wszystkie większe święta i ich wigilie oraz na
tydzieo przed przystąpieniem do komunii, a także w czasie miesiączki kobiety (co w sumie daje
rocznie około 280 dni zakazanych). Poczęcie dziecka w niedzielę miało się zaś skooczyd co najmniej
opętaniem maleostwa. Pomysł tak się spodobał tak zwanym ruchom ubogich chrześcijan, modnym w
ówczesnej nękanej chorobami i głodem Europie, że natychmiast pozakładali sobie własne sekty i
zaczęli głosid, że małżeostwo to w ogóle sprawa szatana, a Kościół, dopuszczając jakikolwiek seks, jest
niczym innym, jak jego ambasadą. Kościół musiał więc znów odkręcad sprawę i bronid seksu.

Wahadło wychylało się w jedną stronę i z powrotem jeszcze wiele razy, w tym więc, że wychyla się i
dzisiaj, nie ma nic dziwnego. To jednak dopiero XX wiek przyniósł kluczowe dla prób rozumienia
celibatu dokumenty kościelne.

Obecny Watykan powiada, że tak naprawdę z boskiej perspektywy nie ma znaczenia, w jakim stanie
ktoś żyje. Bo bzdurą jest utrzymywad, że ksiądz musi znosid samotnośd, by zajmowad wyższą pozycję
na drzewie jakiejś duchowej ewolucji, by byd lepszym od całej reszty świata. Papież mówi wyraźnie -
jedynie miłośd człowieka uwzniośla. Lepszy nie jest więc ten, kto ma rodzinę, lepszy nie jest ksiądz.
Lepszy jest ten, kto bardziej kocha. Kościół mówi przy tym, że jeśli księża chcą byd dobrymi księżmi,
powinni przed święceniami diakonatu złożyd przysięgę, zobowiązując się do celibatu (zakonnicy
składają w tej sprawie ślub czystości - z obu zwolnid może tylko papież), bo to pozwoli im bardziej
kochad i efektywniej służyd tym, którzy będą do nich przychodzid. A co jeśli chcą głosid Pana, ale nie
czują się na siłach, by zachowad celibat? Tu znów sięgnąd trzeba po zdecydowanie niedoceniany w
dyskusjach o celibacie argument: naprawdę, żeby głosid Pana, wcale nie trzeba byd księdzem.

Dla bardziej zaawansowanych

Kilka sensownych argumentów za celibatem: Paul Johnson, W poszukiwaniu Boga, Wyd. Świat
Książki, Warszawa 1998.

Wszystko o historii celibatu: Grzegorz Ryś, Celibat, Wyd. Znak, Kraków 2002.

Dlaczego klerycy winni czytad Szekspira i Dostojewskiego: Trochę zostawid Bogu. Z Wacławem
Oszajcą SJ rozmawia Jarosław Makowski, Wyd. Znak, Kraków 2004.

Czy księża powinni bad się kobiet? Świadectwa duchownych, którym zdarzyło się zakochad,
„Pastores”, 2003 nr 21 (4).
Chór
Święty Augustyn powiadał, że kto śpiewa - modli się podwójnie. To, co przez lata słyszałem z ust
zespołów śpiewających po polskich parafiach, upoważnia mnie do stwierdzenia, że chór parafialny
stanowi gremium, któremu zdarza się jednak modlid całkiem pojedynczo.

W polskich parafiach stosuje się dwie zasadnicze metody formowania chórów - humanitarną, która
polega na dobrowolnych zgłoszeniach osób żywiących gorące przekonanie, że umieją śpiewad, oraz
klasyczną, będącą rodzajem łapanki organizowanej przez organistę wśród parafialnych aktywistów,
na skutek czego do grona chórzystów trafiają przewodniczący Akcji Katolickiej oraz gosposia. Nawet
metoda humanitarna okazuje się jednak niehumanitarną, jeśli spojrzy się na nią z punktu widzenia
słuchacza. Organizatorzy co najmniej kilku chórów, które znam, wychodzą bowiem z założenia, że jak
człowiek nie umie śpiewad, to się nauczy, a jak będzie śpiewał głośno, to melodia sama w koocu
przyjdzie.

Praktyka uczy, że jest to założenie błędne. Jednym ze sztandarowych zadao chóru parafialnego jest
zwykle uroczyste odśpiewanie z podziałem na role fragmentu ewangelii o męce Chrystusa, co
praktykuje się w Niedzielę Palmową i Wielki Piątek. W pewnej białostockiej parafii miałem okazję
słuchad go kilkanaście razy pod rząd. Na szczególną uwagę zasługiwała żona Piłata, która operowała
w rejestrach możliwych do wyłapania tylko przez nietoperze, oraz Judasz, który w trakcie swojej partii
wydawał odgłosy właściwe dolegliwościom żołądkowym. Skutek ich działao był taki, że podczas gdy
Pan Jezus modlił się w Ogrójcu, kościół płakał, lecz ze śmiechu. Po dziesięciu latach doszedłem do
wniosku, że problem chóru parafialnego jest nierozwiązywalny. Nie można odbierad poczciwym
ludziom radości ze śpiewania. Jedyne, co pozostaje, to modlid się do św. Cecylii, patronki muzyki
kościelnej, by słuchacze odczuwali przy okazji występów jej podopiecznych coś więcej niż tylko dziką
radośd. Wciąż liczę, że w sprawie chórów miło się kiedyś rozczaruję. Wiem też, że chlubnym
wyjątkiem na mapie kościelnego śpiewania jest śląsk, gdzie chóry parafialne - byd może na skutek
wpływów porządnej, niemieckiej tradycji - działają jak dobrze naoliwione organy. Rolę światełka w
wypełnionym kakofonią tunelu pełnią też działające przy wielu parafiach schole młodzieżowe.

Chór ma też jednak w Kościele i drugi wymiar. W wielu klasztorach zakonnicy, jeśli odmawiają
brewiarz wspólnie („Jutrznię”, „Nieszpory” etc), dzielą się na chóry. Dwie grupy mnichów, siedząc vis-
à-vis siebie, na zmianę recytują psalmy, czasami na zmianę wstają i siadają. Ma to symbolizowad fakt,
że w Kościele jedni głoszą drugim Słowo Boże. I jeśli robią to umiejętnie, a żaden z mnichów nie
zapomina, że jest w chórze pierwszym, czyli tym, który prowadzi modlitwy (a więc częściej wstaje),
efekt jest naprawdę imponujący. Gdy do tego teksty odprawiane są po łacinie i z towarzyszeniem
gregoriaoskich śpiewów (benedyktyni, dominikanie) - jest to modlitwa tak piękna, że ciarki
przechodzą po krzyżu.

Chrzest
Jaki chrzest?! Księża mogą katechizowad lud, ale lud i tak wie swoje. W polskiej tradycji zamiast
„chrztu” mamy więc „chrzciny”! Kościelny obrzęd polania wodą to przecież zwykle tylko konieczny
wstęp do grubszej imprezy w domowych pieleszach, gdzie rodzice przepijają do chrzestnych, a ci nie
pozostają im dłużni. I tak aż do czasu, gdy na stół nie wjedzie specjalnośd pani domu - zrazy... A
wódeczka i zrazy (palce lizad!) to przecież nie okoliczności sprzyjające roztrząsaniu teologicznych
subtelności. Więc - zdrowie małego! Tą aklamacją polscy katolicy czczą powiększenie się wspólnoty
Kościoła powszechnego o nowego członka, który nieświadom doniosłości chwili, śpi sobie spokojnie
w beciku.

Chrzest „wynalazł” święty Jan, nazywany stąd Chrzcicielem. Dyżurował przy rzece Jordan, by
chętnych, którzy się do niego zgłoszą, obmywad wodą i wzywad do nawrócenia. Wśród ochrzczonych
przez Jana był też Chrystus, który parę lat później - po swoim zmartwychwstaniu - ustanowił nowy
chrzest. I uznał, że tak jak Żydzi mieli swoje obrzezanie, chrześcijanie będą odtąd mied ten właśnie
chrzest jako „niezatarte duchowe znamię” - znak włączenia do ich grona.

Gdy się czyta historię Kościoła, trudno nie wyjśd z podziwu nad tym, z jakim zapałem i o jakie tematy
potrafili się zmagad nasi przodkowie w wierze. W pierwszych wiekach po Chrystusie co chwila
wybuchały podobno spory o to, czy chrzest udzielony przez kogoś, kto dwa lata później został
heretykiem, jest ważny, czy trzeba go powtarzad? Albo - czy chrzcid dzieci, czy dorosłych (ten akurat
spór trwa do dziś). Ostra dyskusja na ten temat doprowadzała do sytuacji, że niektórzy wierni czekali
z chrztem aż do śmierci, by podjąd decyzję w pełni świadomą, a przy okazji załapad się na
„ekstrarozgrzeszenie” z ciemnych sprawek całego życia, łącznie z grzechem pierworodnym wspólnym
wszystkim potomkom Adama, co zgodnie z dogmatem niósł ze sobą chrzest.

Ostatecznie w Kościele zdecydowano się na chrzczenie dzieci, i ten zwyczaj utrzymuje się do dziś.
Krytykują go zwłaszcza radykalni protestanci (chodby baptyści), twierdząc, że to gwałt wyrządzany
dziecku, które przecież, gdy dojdzie do etapu używania rozumu, mogłoby samo o taki chrzest
poprosid. Katolicy argumentują wtedy, że jeżeli wolą rodziców jest ochrzczenie dziecka, to przecież
chrzest może tylko pomóc (bo jest przepustką do zbawienia), a w niczym nie zaszkodzi. Gdy delikwent
dorośnie i dojdzie do wniosku, że katolicyzm mu „nie leży”, to może z niego zrezygnowad i pójśd do
baptystów, a ci ochrzczą go raz jeszcze. I to o ileż bardziej efektownie, bo w basenie, przy którym
katolicka chrzcielnica wygląda jak skromna umywalka!

Warto jednak wiedzied, że w Kościele katolickim też chrzci się dorosłych (ale bez basenu, również
przez polanie, chod bywa, że z większego dzbanka). Podobnie jak w starożytności, muszą oni najpierw
przejśd najczęściej roczne przygotowanie, by później za jednym zamachem - najczęściej podczas
uroczystej liturgii w Wielką Sobotę - przyjąd chrzest, pierwszą komunię i bierzmowanie.

Prawo kanoniczne przypomina, że ochrzcid innego człowieka może każdy, nawet niewierzący, jeśli
tylko ma szczerą intencję, by zrobid to po katolicku. Chore dziecko w szpitalu ochrzcid może nawet
pielęgniarka. Wystarczy odrobina wody (nie może byd nic innego) i formuła: „Ja Ciebie chrzczę w Imię
Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Takie dziecko może przejśd później piękny „obrzęd przyjęcia do
Kościoła”, ale drugi raz nikogo się nie chrzci. Nawet gdy istnieje cieo wątpliwości, czy delikwent (na
przykład w czasie jakiegoś kataklizmu) był chrzczony - udziela mu się tylko tak zwanego chrztu
warunkowego (przed formułką dodaje się „jeśli nie byłeś ochrzczony - to ja ciebie chrzczę...”).

Rodzicom dzieci (na przykład wcześniaków, które umarły zaraz po urodzeniu i nie zdążyły zostad
ochrzczone) Kościół przypomina o tak zwanym chrzcie pragnienia - jeśli intencja rodziców była
szczera, nie mają się o co martwid.

Niektórzy w przepisach mówiących o chrzcie dzieci widzą katolicki triumfalizm - ochrzcijmy ich więcej,
będziemy potężniejsi. Tym warto przypomnied, że ksiądz może też chrztu odmówid. Dzieje się tak
zwykle, gdy dziecko do chrztu przynoszą rodzice, którym zależy na samym obrzędzie chrztu, nie widzą
jednak większego sensu w wychowaniu dziecka w wierze, którą ma przyjąd. Tu nie chodzi o to, że
ksiądz żałuje takim ludziom wody. Stawia im wtedy zwykle jedno pytanie: czy pakowanie na siłę do
Kościoła dziecka rodziców, którzy sami stoją z boku spraw kościelnych, na pewno ma sens? Prawo
kanoniczne stanowi, że można chrzcid dziecko, jeżeli rodzice są niewierzący, ale wtedy chrzestni
muszą „dad nadzieję”, że dziecko będzie wychowane w wierze katolickiej.

W Polsce utarło się jednak, że chrzestni, jeśli coś dają, to raczej zegarek na komunię, poza tym to
takie miłe wydarzenie ten chrzest, więc zamiast kupowad katechizm, lepiej szukad metod na plebana,
by nie robił wstrętów. Chyba dla coraz większej części Polaków chrzest przestaje znaczyd to, co
naprawdę znaczy, stając się wyłącznie elementem pobożnej tradycji. Statystyki pokazują, że Polacy
coraz częściej mają w istotnych kwestiach zdanie inne niż Kościół (zob. „Przykazania”), a wskaźnik
chrztów ani drgnie! Ba, gdzieniegdzie imponująco pnie się do góry. Na zdrowie!

Dla bardziej zaawansowanych

Jak skutecznie ochrzcid dziecko?

K. Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Nie taki proboszcz straszny. Praktyczny przewodnik
prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Dlaczego katolicy chrzczą niemowlęta:

Pierre Descouvemont, Przewodnik po trudnościach wiary katolickiej, Wyd. M, Kraków 1998.

Chrzest widziany od strony Pana Boga zob. Encyklopedia religii, t. 2, PWN, Warszawa 2001.

„Co łaska”
Świeccy przez lata praktyki ze swymi kapłanami wypracowali wiele metod uniknięcia „co łaski”.
Nawiedzeni przywołują księży do porządku za pomocą biblijnych cytatów („Darmo otrzymaliście,
darmo dawajcie”, na co inteligentny ksiądz odparowuje zwykle: „Zasługuje robotnik na swą zapłatę”).
Najbardziej skuteczna wciąż jest metoda na „bankomat”. Idzie to tak: po usłyszeniu: „To teraz
poproszę jakąś ofiarę”, trzeba zerknąd do portfela, wolno podnieśd na księdza smutne oczy, po czym
zapytad: „Zostało mi dziesięd złotych.

Może byd, czy skoczyd do bankomatu?”. Zabieg powoduje, że troska o finanse Kościoła zaczyna w
kapłanie walczyd o lepsze z niechęcią do siedzenia w kancelarii (zob. „Kancelaria parafialna”). Ta
druga zwycięża w dziewięciu na dziesięd przypadków.

Księża w tym wyścigu pomysłowości też nie pozostają jednak w tyle. Wierny narzeka, że „wyszła mu
gotówka” i ma same karty. Ależ nie ma sprawy! Kilka lat temu KAI podała - jako dowcip
primaaprilisowy - informację, że w jezuickich kościołach parafialnych przed Wielkanocą pojawiły się
ruchome „ofiaromaty” - aparaty przypominające bankomat, które pobierały z karty płatniczej
wybraną sumę i przekazywały na stosowne konto.

„Co łaska” to w tłumaczeniu na świecki: opłata. Towarzyszy zwykle zamawianiu mszy, ślubu czy
pogrzebu. Ostatnio księża stosują „co łaskę” również przy okazji wystawiania różnej maści
zaświadczeo (na przykład potrzebnych do załatwiania chrztu czy ślubu w innej parafii - tak zwanej
licencji). Aktualna sytuacja z „co łaską” w polskim Kościele przypomina tę z mandatami drogowymi
sprzed ery taryfikatora: za jedno i to samo - zależnie od miejsca, czasu i urzędnika - płaci się inaczej.
W warszawskiej parafii mszę można zamówid nawet za 20 złotych (na prowincji jeszcze mniej).
Chrzest czy ślub na prowincji to wydatek minimum około 500 złotych (w miastach często do tysiąca).
Przy większych okazjach księża doprecyzowują zresztą „co łaskę”, dodając do niej: „ale nie mniej
niż...”. I wtedy wiernych trafia szlag. Księdza trafia zaś szlag, gdy widzi, że trafił on wiernych. Po czym
obie strony zaczynają robid dąsy.

„Co łaska” jest bowiem elementem gorącego problemu kościelnych pieniędzy. Który będzie gorący
dopóty, dopóki księża przestaną się wstydzid faktu, że muszą za coś żyd, a wierni przestaną to uważad
za dziwne. Na razie wciąż jeszcze zdarzają się księża, którzy nie umieją rozmawiad o pieniądzach,
uciekając z mieszaniną zażenowania i gniewu na widok wiernych wtrącających się w nie swoje
sprawy. Wierni natomiast w większości są przekonani, że księdza utrzymuje Watykan albo że zbija on
fortunę na sprzedaży obrazków, zalecają mu więc, by odczepił się od ich portfeli (nb. - z listu
pasterskiego „Cum inter monullos” Jana XXII z 1323 roku wynika niezbicie, że swoje portfele mieli i
Jezus, i Apostołowie, a kto sądzi inaczej - niech będzie wyklęty). Obie strony siedzą okopane na
swoich stanowiskach i tylko czasem, gdy los sprawi, że muszą się spotkad, z okolic kancelarii słychad
huk wystrzałów.

Czy da się z tym coś zrobid? Księża, którzy boją się oskarżeo o „robienie kasy”, winni pomedytowad
nad prawdą, że to, co kiedyś było chwalebnym ukrywaniem bilansów przed okiem organów paostwa,
dziś nazywa się „szarą strefą”. Praktyka wielu proboszczów uczy, że plotki na temat księżej fortuny
redukują się o dziewięddziesiąt procent, gdy wierni zobaczą szczegółowe sprawozdanie finansowe
parafii. Wierni powinni zaś zrozumied, że parafii nie utrzymują anioły, że gdy idą na mszę, ktoś za coś
musi dla nich kościół ogrzad i oświetlid (koszty utrzymania dużego kościoła w mieście w 2000 roku
wynosiły średnio około dziesięciu tysięcy złotych miesięcznie), słowem, że oni, dając grosz, nie robią
księdzu łaski, wreszcie, że ksiądz, którego potrzebują dwa razy w roku, przez cały rok musi żyd z tego,
co od nich dostanie (średnia miesięczna pensja wikarego w mieście w 2000 roku to około trzech
tysięcy złotych - w tym wynagrodzenie za katechizację - minus podatki i daniny, na przykład na rzecz
seminarium). „Co łaska” dawana w kancelarii czy zakrystii zasila bowiem kieszeo kapłana
sprawującego daną mszę czy obrzęd, w przeciwieostwie chodby do tacy (w 2000 roku w dużym
mieście w niedzielę było to przeciętnie trzy-sześd tysięcy złotych, na wsi najczęściej kilkaset), która w
większości (około dwadzieścia pięd procent pochłaniają daniny na rzecz seminarium, kurii etc.)
przeznaczona jest na utrzymanie parafii. Ponadto obowiązuje zasada, że nawet jeśli ksiądz odprawia
dziennie dwie msze (fachowo mówi się wtedy, że „binuje”), to „co łaskę” może wziąd jedną. Czyli jeśli
za mszę dostanie 30 złotych, to taka właśnie jest jego dniówka.

Krytycy podnoszą argument, że wciąż są w kraju miejsca, gdzie nawet te trzydzieści złotych dziennie
stanowi niedościgłe marzenie. Jasne. Dlatego też w Kościele obowiązuje niepisana zasada, że księża
powinni utrzymywad się na poziomie przeciętnego parafianina.

I to jest główny powód, dla którego biskupi nie są skłonni do ustalania taryfikatora opłat za
sakramenty (chod prawo kanoniczne im na to pozwala). Liczą na roztropnośd księży, którzy
dodatkowo powinni „od ofiar mszalnych bezwzględnie usuwad wszelkie pozory transakcji lub handlu”
(kan. 974). Ksiądz powinien więc wiedzied, od kogo ile może wziąd. Powinien wiedzied, że dla jednych
te kilkadziesiąt złotych to załamanie się rodzinnego budżetu, dla innych zaś suma, którą przeznaczają
na wino do obiadu. A „co łaska” ma byd ofiarą, czymś, czego brak człowiek odczuje (bo mógłby sobie
za to kupid książkę lub płytę), ale co nie pozbawi go środków do życia. I tu pojawia sie problem
„wyczucia”. Gdy słyszę o księdzu, który w biednej wiejskiej parafii za pogrzeb winszuje sobie tysiąc i
więcej złotych, cisną mi sie na usta stosowne określenia. Zapewniam jednak, że na własne oczy
widziałem księży, którzy nie śmią nawet zapytad przychodzących do nich ludzi o pieniądze, a - widząc
że są niezamożni - sakramentów udzielają im za darmo.

Dla bardziej zaawansowanych

A może jednak kościelny taryfikator?

K. Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Nie taki proboszcz straszny. Praktyczny przewodnik
prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

A może księża oprócz pracy parafialnej powinni też utrzymywad się z zajęd „świeckich”?

Trochę zostawid Bogu. Z Wacławem Oszajcą SJ rozmawia Jarosław Makowski, Wyd. Znak, Kraków
2004.

Czy polskie parafie wiążą koniec z koocem? Raport „Ambona i Mamona” KAI
(www.kai.pl/nowyserwis/anewsroom.xml?id=100506).

Dlaczego dziś nie płaci się dziesięciny? Józef Majewski, Pieniądze Kościoła, „Przegląd Powszechny”,
2004 nr 4(992).

Czasy zakazane
Protestancki dowcip mówił, że życie katolika dzieli się na ciężkie czasy i „czasy zakazane”. Piąte
przykazanie kościelne (zob. też „Przykazania”): „W czasach zakazanych zabaw hucznych nie
urządzad”, zna chyba każdy, kto chodził na religię. Tyle że ta pamiętająca jeszcze czasy
przedsoborowe formułka, która zmuszała wiernych do budowania w konfesjonale piętrowych
tłumaczeo („Ta impreza przecież wcale nie była huczna! Sto wat, to huczna?!”), już nie obowiązuje.
Teraz przykazania kościelne są bardziej rygorystyczne, mówią o tym, by w okresach pokuty
powstrzymywad się od zabaw w ogóle.

Kiedy wypadają owe okresy pokuty? To dni związane ze śmiercią Jezusa, a więc wszystkie piątki i
wszystkie dni wielkiego postu. Z tradycyjnej listy „czasów zakazanych” wypadł adwent. I słusznie. Nie
było bowiem łatwo wytłumaczyd, dlaczego to „radosne oczekiwanie” (na przyjście Pana), bo tak
tłumaczy się pojęcie „adwent”, musi wyglądad jak krótsza mutacja wielkiego postu.

Utrzymanie piątkowego zakazu imprezowania staje się z kolei coraz trudniejsze w obliczu
kształtującej się od kilkunastu lat w Europie tradycji rozpoczynania weekendu już w piątek
wieczorem. Dopóki z przykazao kościelnych nie zniknie ów rdzennie polski (i chyba jednak zbędny)
dodatek o zakazie zabaw - obowiązywad pewnie będzie nadal „zgniły kompromis”, w myśl którego
katolicy nie urządzają na przykład w piątki jedynie „większych”, oficjalnych uroczystości (takich jak
chodby wesela).

Dla bardziej zaawansowanych


Kiedy zakaz zabaw w piątek zostanie zniesiony? Grzegorz Bubel SJ, Co znaczy pościd?, „Przegląd
Powszechny”, 2004 nr 3(991).

Dewocjonalia
Jeszcze kilkanaście lat temu absolutnym hitem polskiego rynku dewocjonaliów były różaoce
fluorescencyjne. Szczęśliwego posiadacza łatwo było rozpoznad po krzykach, które wydawał w nocy,
gdy przebudzony zerknął na ścianę, gdzie różaniec wisiał. Różaniec taki, podobnie jak obrazy Jezusa i
Maryi z sercem płonącym na pół otrzewnej, gipsowe biusty papieża (nad morzem papież na dole
miewał płetwę, a nad głową barometr, w górach zaś był w kształcie ciupagi) oraz srebrne łaocuszki
można było (a gdzieniegdzie wciąż można) nabyd na odpustach lub w placówkach prowadzonych
przez „Veritas” i „Ars Christianę”.

Jak wygląda polski rynek dewocjonaliów wzbogacony o kilkanaście lat kapitalizmu? Niemal dokładnie
tak samo. Spora częśd przyparafialnych sklepików oferuje te same od lat siermiężne krzyżyki i różaoce
i (mimo wstrząsającego przecież postępu techniki edytorskiej) niczym nieróżniące się od kserokopii
„koroneczki” oraz „modlitewki”. Wzornictwo dewocjonaliów w wielu miejscach w Polsce zatrzymało
się na poziomie rżniętych w lipowym drewnie Swarożyców. W połączeniu z kataleptycznymi
sprzedawczyniami, snującym się w tle falsetem ze składanki hitów księdza Ceberka, niektóre
parafialne sklepy wyglądają niczym eksponaty z jakiegoś katolickiego muzeum, w którym wiara jawi
się jak przeterminowany laboratoryjny preparat.

Nie ma się co łudzid. Czas popularnych na przykład w Stanach katoempików (christian stores) u nas
nie nadejdzie nigdy. A szkoda. Bo nie mamy szans chodby na długopis z cytatami z Biblii. Mam taki
długopis. Biały w kolorowe krzyżyki, ma okienko, w którym za każdym naciśnięciem wkładu zmieniają
się cytaty. „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Pstryk. „Jestem z Tobą aż do
skooczenia świata”. Pstryk. „Mogę wszystko w Tym, który mnie umacnia”. Pstryk. Przecież gdyby
ludziom w kraju, gdzie sukcesy święci Radio Maryja, zaoferowad takie długopisy w trzech odmianach,
z cytatami z objawieo Matki Boskiej z Lourdes, Fatimy i Medjugorie, można zrobid fortunę!

W USA furorę robią też gadżety ze znakiem WWJD (What Would Jesus Do?). Sklep internetowy
www.whatwouldjesusdo.com oferuje między innymi gustowne bejsbolówki, są też bransoletki WWJD
w czterech kolorach. T-shirty z kolekcji Spiritualwear na awersie mają napis: „Zbawienie dostałeś za
darmo...”, a na rewersie: „...ale nie było tanie” - i twarz konającego Jezusa. Tanie nie jest faktycznie
(9.50 USD za sztukę). Na stronie www.toysfromheaven.com czeka zaś na nas plastikowa Góra
Kalwaria z trzema wyjmowanymi krzyżami i odsuwanym kamieniem za 10.75 USD, dla dzieci
komunijnych przewidziano zaś resorowce: Miłośd, Współczucie, Wiara i Odwaga, zachęcające malców
do myślenia o tych cnotach. W promocji dostępni są też wykonani z gumy: Jezus, Jozue albo Samson
(praktyczna uwaga dla rodziców: „Jezus i Samson nie mają żadnych wyjmowanych części!”). Figurka
Estery, ze złotą koroną, uczy zaś dziewczęta życia wzorem tej wielkiej kobiety. Na deser zostawiono
pluszowe misie prezentujące niewymienione na samochodzikach cnoty i figurki Świętej Rodziny w
formie fontanny. Prawdziwy hit oferuje jednak sied sklepów Christian Supplies
(www.christiansupllies.com)! To seria „Chrystus jest moim trenerem - sam wybierz dyscyplinę
sportu!”. Za jedyne 19.95 USD można mied obrazek w złotej ramie, figurkę pokazującą Chrystusa
kopiącego pod krzyżem gałę z trzema brzdącami albo Jezusa pod koszem (Bogu dzięki, że nie
zawieszonym na krzyżu), szykującego się do rzutu za trzy.
Czy ci Amerykanie przypadkiem nie przesadzają? A czy przesadą nie jest używanie papieża jako
termometru, zamiast czytania jego encyklik? Albo odkręcanie główki plastikowej Matce Boskiej, którą
jako pojemnik na wodę święconą kupid można w większości polskich sanktuariów? Jasne, że Chrystus
nie przyszedł tylko do wyrafinowanych intelektualistów, którym do szczęścia wystarczy lektura dzieł
Ojców Kościoła. Jasne, że katolicyzm jest religią sakramentów, widzialnych znaków Bożej obecności, a
katolicy wychowywani są do tego, żeby takich znaków potrzebowad. Problem i w Polsce, i w Stanach
jest ten sam. Żeby te znaki były naprawdę znakami. A nie kiczem.

Diakon
W kościele możemy czasem natknąd się na osobnika w sutannie i komży, który stułę (czyli barwną
szarfę, którą kapłan zakłada podczas czynności służbowych - przy ołtarzu czy przy spowiedzi) nosi nie
przerzuconą przez szyję, a na ukos - spiętą na jednym boku. To sygnał, że mamy do czynienia z
diakonem (zwracad się do niego należy per „księże diakonie”).

Diakon to na dobrą sprawę wiceksiądz. Musi odmawiad brewiarz. Może chrzcid dzieci, błogosławid
śluby, prowadzid pogrzeby. O diakonach wspomina już Pismo Święte. W czasach pierwszych
chrześcijan należała do nich troska o sprawy gospodarcze i charytatywne ówczesnych parafii, diakoni
zajmowali się też kandydatami do chrztu. Diakonami były wówczas również kobiety. Diakonisy
„wyginęły” jednak prawdopodobnie już w bardzo wczesnym średniowieczu, gdy zaczęły powstawad
klasztory żeoskie, a wraz z nimi pojawił się - na szczęście coraz mniej popularny - pogląd, że wyłączne
miejsce dla naprawdę pobożnych kobiet to miejsce pod kluczem. Mniej więcej wtedy zaczęli też
odchodzid do historii mężczyźni pracujący jako tak zwani diakoni stali, którzy pełnili swoją funkcję
przez całe życie. Od tamtych czasów święcenia diakooskie były tylko wstępem do święceo
kapłaoskich.

W Polsce jest tak do tej pory. Diakonami zostają klerycy pod koniec piątego roku seminarium i są nimi
do kooca roku szóstego, gdy stają się „pełnowymiarowymi” księżmi. W ciągu tego roku mają praktyki
duszpasterskie, to znaczy spędzają kilka tygodni na parafii, gdzie najczęściej służą proboszczowi do
mszy i uczą dzieci religii w jego zastępstwie. Ta współczesna forma diakonatu z piękną tradycją tej
funkcji nie ma jednak niestety zbyt wiele wspólnego. Ot, kolejny obrazek składający się na utrwaloną
przez wieki wizję Kościoła jako wspólnoty podzielonej na dwie kasty - księży i wierny lud.

Tymczasem diakon tak naprawdę winien byd kimś pomiędzy nimi, kimś kto jest bliżej ołtarza niż inni
wierni, i bliżej wiernych niż ksiądz. Całe szczęście, dostrzegł to Sobór Watykaoski II, który zalecił, by
wrócono do praktyki powoływania w parafiach diakonów stałych. By byli nimi ludzie, dla których ta
służba będzie sensem życia. Zgodnie z ustaleniami soboru diakonami mogą byd w szczególnych
wypadkach również mężczyźni żonaci, znani w swojej wspólnocie i dla niej pracujący. W kilku
miastach Polski panowie, którzy myślą o takiej służbie, zrzeszają się w tak zwane kręgi diakonackie i
próbują zainteresowad swoją sprawą kościelną biurokrację. Ta ostatnio zaczęła nieśmiało popierad
ich starania, i dobrze, bo diakoni stali mieliby u nas roboty w bród. A najlepszą robotą byłoby (co
jeszcze nie nastąpiło) już samo ich pokazanie się. Empiryczne przypomnienie wiernym, nierzadko
wyposażonym w ultraskostniałe wyobrażenie o Kościele, że jak Pan Bóg nie dał komuś byd pasterzem,
nie znaczy to wcale, że skazał go na „milczenie owiec”.

Dla bardziej zaawansowanych


Po co jest diakon?

Marek Marczewski, Diakonat, Wyd. Polihymnia, Lublin 2000.

Duszpasterstwo
Paostwo w paostwie, ale nie do kooca. Grupa wspólnie przeżywających wiarę ludzi, których poza
wiarą łączy też na przykład zajęcie (duszpasterstwo służby zdrowia, studentów), sytuacja życiowa
(duszpasterstwo ludzi samotnych) czy problem (duszpasterstwo AA). Osoby skupione w
duszpasterstwie mają, jak sama nazwa wskazuje, swojego duszpasterza, czyli księdza, który ma lepiej
ich rozumied i natchnąd przekonaniem, że to, co im aktualnie pochłania kawał życia (zajęcie, sytuacja,
problem), również może byd okazją do chwalenia Pana.

Duszpasterstwa kwitły w Polsce zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego


stulecia. Spotkania duszpasterstw akademickich czy „oazy” zamieniały się wtedy nierzadko w gorące
debaty polityczne albo w pracę przy rozdzielaniu darów. Dziś również najbardziej rozbudowane są w
Polsce wszelkiej maści duszpasterstwa młodzieży, akademickie, szkół średnich, środowisk twórczych.
W duszpasterstwach branżowych rzecz ogranicza się zwykle do jednej mszy w roku, rekolekcji i
opłatka, ale w znacznie bardziej aktywnych duszpasterstwach młodzieżowych są też kluby
dyskusyjne, ekstra wykłady, wspólne wyjazdy etc. Nic dziwnego, że niektórym wychowankom
duszpasterstwa akademickiego tak się ono podoba, że nie mogą się od niego uwolnid również długo
po skooczeniu studiów. Pół biedy jeśli zakładają później sobie nowe duszpasterstwo
„postakademickie”, gorzej jeśli zbliżając się do czterdziestki, nadal starają się żyd życiem pobożnego
studenta.

Warto jednak wiedzied, że uczestnictwo w jakimś duszpasterstwie zupełnie nie zmienia


formalnoprawnego statusu katolika. Podstawową jednostką „meldunkową”, do której przypisany jest
każdy ochrzczony osobnik, jest bowiem parafia (zob. „Parafia”), która winna byd dla niego centrum
duchowej aktywności. Prawo kościelne przewiduje wprawdzie coś takiego jak „parafia personalna”,
czyli de facto duszpasterstwo na prawach parafii, gdzie duszpasterz na przykład studentów jest
jednocześnie ich proboszczem, zaopatrzonym we władzę wydawania im wszystkich niezbędnych na
drodze do wieczności zaświadczeo. Ale w Polsce parafie personalne ograniczają się na razie wyłącznie
do parafii podległych biskupowi polowemu (należą do nich żołnierze z danej jednostki, ale tylko na
czas służby, ich dzieci, ale tylko do określonego wieku i tylko jeśli mieszkają wraz z nimi etc).

Tymczasem więc proboszczowie obserwujący spadek frekwencji w swoich kościołach strasznie się
zżymają na owce, które na kolędzie wyznają im, że „one to chodzą do duszpasterstwa” albo do
kościołów przyklasztornych. „Podbieranie” wiernych (i ich ofiar) jest przyczyną wielu jadowitych
ukąszeo, jakie kapłani fundują sobie przy plebanijnych stołach. Problem w tym, że ich wierni
przesiąkli często myśleniem czysto rynkowym, i również gdy szukają pożytku dla duszy, pójdą tam,
gdzie mają najlepszą duchową „ofertę”. Jeden z biskupich wizytatorów z Katowic wspominał, że w
parafiach, w których przy kościele jest parking, niedzielne msze trwają 55 minut, a kazania są o Panu
Bogu - kościelne statystyki nie notują spadku frekwencji. Jest bowiem jasne, że ewangelia - chod
wszędzie jest tak samo pełna treści - skomentowana może byd ciekawie i nudno, a mszę - chod z tego
samego mszału i tak samo ważną - odprawid można porządnie i byle jak. Zamiast więc wściekad się,
że „ich wierni” chodzą do sąsiada, bardziej praktycznie będzie zrobid takie duszpasterstwo, które
sprawi, że ludzie zaczną tłumnie walid właśnie do niego. Gdyby ktoś potrzebował pomysłów, niech
spojrzy na dominikanów. W Warszawie na Starym Mieście (ale również w Sandomierzu i Wrocławiu)
uruchomili oni nieformalne „Duszpasterstwo spacerowiczów” ze specjalną mszą w porze poobiednich
rodzinnych peregrynacji. Ojcowie dają gwarancję, że msza nie będzie trwała dłużej niż 45 minut i
będzie odprawiona „porządnie”. Trzy lata temu nie przychodził nikt. Dziś - co niedziela jest na niej
około tysiąca ludzi.

Dyplomacja watykańska
Przeciętny katolik najczęściej ma z nią do czynienia na kartach powieści sensacyjnych. Bardzo
ciekawie temat przedstawia na przykład znany autor thrillerów Erich Segal w czytadle Akty wiary, w
którym ze znawstwem kościelnej terminologii opisuje losy skromnego księdza z USA. Dzięki swym
nieprzeciętnym zdolnościom bohater w błyskawicznym tempie zostaje arcybiskupem i z tajną misją
udaje się do Ameryki Południowej. Jego los tym różni się jednak od lukrowanych biogramów
pomieszczanych w „L'Osservatore Romano”, oficjalnym organie Watykanu, że arcybiskup zrzuca
mundur dla ponętnej narzeczonej z młodości. Tu okazuje się zresztą, że Segal zna może terminologię,
ale życiowych realiów - ni w ząb. Konia z rzędem temu, kto zgodziłby się na tak niekorzystną zamianę!

Segal ubarwił też trochę na potrzeby powieści zasady panujące w watykaoskiej dyplomacji. A te są
stałe i ściśle przestrzegane. Generalna jest taka: jeśli ktoś wejdzie do „watykaoskiego” systemu -
system zrobi wszystko, by tam pozostał. Obejmuje to zwykle nie tylko obronę przed zakusami innych
kościelnych urzędów (przenosiny do zwykłej pracy), lecz także różne kłopotliwe sytuacje (vide książka
Segala). Między bajki można też włożyd nagły awans bohatera na arcybiskupa. W watykaoskiej
dyplomacji (jak zresztą w całej Kurii Rzymskiej) obowiązuje czytelna ścieżka awansowania. CV
watykaoskich urzędników tym różni się od akt procesu kanonizacyjnego, że nie ma tam miejsca na
cuda (zob. „Fabryka świętych”). Dlatego większośd z tych, którzy podejmują pracę w Rzymie, już na
starcie wie z grubsza, w jakim miejscu wyląduje za lat dwadzieścia. System ma swoje dobre strony, bo
kiedy kardynał po kilkudziesięciu latach staje na czele Kongregacji, w której przepracował całe życie,
nie wywiedzie go w pole byle kleryk biegający z papierami, kardynał bowiem biegał z nimi pół wieku
temu. Bardzo czytelny jest też system wysyłania papieskich dyplomatów za granicę. Zwykle dumny
młodociany dyplomata kooczy elitarną Papieską Akademię Kościelną (około 30 studentów, cztery lata
nauki) i - jeśli nie zostaje w Rzymie - odbiera nominację na trzeciego sekretarza nuncjatury na
przykład w Berlinie. Po dwóch latach zostaje drugim sekretarzem, ale w Manili, po następnych dwóch
- pierwszym w Kinszasie. Później, gdy znowu awansuje, przechodzi przez kolejne szczeble kariery,
zawsze według zasady, że jeśli wyższe stanowisko - to na „wygwizdowie”, a później powrót do
kościelnego centrum, ale na najniższe stanowisko kolejnego szczebla. I tak w kółko - aż zostanie
nuncjuszem. Nuncjuszy też zresztą awansuje się „geograficznie” – przez Afrykę i Azję mają szansę
dostad się do dyplomatycznej elity, złapad nuncjaturę pierwszej kategorii w Europie. Doskonałą
ilustracją tego mechanizmu są losy jednego z polskich nuncjuszy arcybiskupów, który służbę
dyplomatyczną zaczynał od stanowiska trzeciego sekretarza nuncjatury w Kopenhadze, by następnie
awansowad, ale już na Tajwanie, a kolejne szczeble kariery zaliczyd w Tajlandii i na Węgrzech. Jako
nuncjusz zaczynał w Rwandzie, później został przeniesiony do Mozambiku, by - już jako szef -
ponownie trafid na placówkę w Budapeszcie.

Dla bardziej zaawansowanych

Bajka o zakochanym dyplomacie:


Erich Segal, Akty wiary, Wyd. Albatros, Warszawa 1999.

Egzorcyzmy
Nie można pisad o egzorcyzmach, bez pisania o Złym. A o Złym podobno lepiej nie pisad, bo on sam
nie chce reklamy. Na rękę jest mu myślenie „postępowych” katolików, uważających diabła za wytwór
ludowej pobożności, rodzaj straszaka dla niegrzecznych dzieci. Diabeł traktowany niepoważnie,
niezauważony, ma szansę dokonad w ludzkiej duszy znacznie większych spustoszeo, niż gdyby
człowiek, świadom, kto go nęka, wydał mu otwartą walkę.

Przekazy biblijne mówią, że jeszcze przed stworzeniem świata był on jednym z duchów stojących
najbliżej Boga, niosącym światło (Lucyferem). W tamtej rzeczywistości było tylko dobro. Zło wynalazł
właśnie on, gdy zbuntował się przeciw Bogu. „Nie będę służył” tak miały brzmied słowa, od których
zaczął się grzech pierworodny w raju, a za nim wojny, morderstwa, ataki na WTC oraz wąglik.
Wystarczy, by do Złego mied stosunek co najmniej cierpki.

Warto przy tym pamiętad, że jako ten, który stał najbliżej Boga, ma on możliwości wewnętrzne
(inteligencję, zdolnośd argumentacji) znacznie większe od każdego z ludzi. Przyjęło się więc uznawad,
że pierwsi rodzice wcale nie przegrali swojej retorycznej walki pod rajskim drzewem w momencie
skonsumowania owocu, oni przegrali ją już w momencie, gdy zamiast go spławid, zaczęli dyskusję z
szatanem. Zaczęli ją w dobrej wierze, nie wiedzieli bowiem, że Zły ma jedną stałą metodę, którą od
kilku tysięcy lat załatwia wszystkich swoich klientów, a ci - w większości - dają się na to nabrad. Otóż
sam się ukrywa (bo kto by chciał rozmawiad z szatanem), a zło próbuje pokazad jako dobro. Dobro zaś
- jako zło. Księgowemu, który ma możliwośd zrobienia kantu przy bilansie, tłumaczy, że przecież firma
i tak ma tych pieniędzy mnóstwo i wydaje je bez sensu, a tu można by tyle radości sprawid swoim
dzieciom, ba, zapłacid im za dobrą szkołę, może kupid leki... Studenta namówi do kupna egzaminu, bo
przecież i tak będzie później świetnym lekarzem, a egzaminu bez łapówki zdad się nie da... I w drugą
stronę - chorego, który właśnie dowiedział się, że jest zdrowy, okręci tysiącem wątpliwości, bo może
nie wyznał na badaniu czegoś istotnego... Kobietę, która właśnie usłyszała, że ma piękne włosy,
pogrąży w agresji i depresji, bo co z pięknych włosów, skoro i tak ma przecież za grube kolana...

Gdyby do opisu tych działao chcied użyd współczesnej polszczyzny, trzeba by rzec, że szatan po prostu
„ściemnia”. Sytuacje jasne i proste - relatywizuje, obudowuje tysiącem wątpliwości, zastrzeżeo,
alternatyw, w których gąszczu można się w koocu pogubid. Pierwszych rodziców wpuścił zresztą w
kanał już pierwszym zdaniem - przerysował całą sytuację, robiąc grunt dla dalszych tłumaczeo i
rozważao. Bóg zabronił ludziom jeśd z jednego tylko drzewa, szatan pyta zaś z uprzejmym
niedowierzaniem: „Czy to prawda, że Bóg zabronił wam jeśd ze WSZYSTKICH?”.

Szatan „ściemnia” też często obraz rzeczywistości, sugerując człowiekowi, żeby zamiast
koncentrowad się na dobru tu i teraz, uciekał myślą do wirtualnego świata marzeo, wizji. Tłumaczy, że
głowę winien mied zawsze zwróconą w przyszłośd, bo tam znajduje się to, co może byd dla niego
najbardziej interesujące. CS. Lewis pisał: „Prawie wszystkie wady ukorzenione są w przyszłości.
Wdzięcznośd patrzy w przeszłośd, miłośd w teraźniejszośd; to strach, chciwośd, żądza i ambicja patrzą
w przyszłośd. Obowiązkiem dnia dzisiejszego jest planowanie jutra, nie można jednak oddad serca
przyszłości”.
Czy człowiek w dyskusji z szatanem ma w ogóle jakąś szansę? Zdaniem teologów największą ma w
pierwszym momencie, gdy zaczyna widzied, co się święci, gdy w obliczu czegoś, o czym wie, że nie
jest najlepsze, zaczyna się sączyd w jego mózgu jakaś subtelna nitka argumentacji: „A przecież masz
prawo, a przecież twoje potrzeby...”. Dobrze pokazał to film Taylora Hackforda „Adwokat diabła”.
Diabeł ukazany został jako biznesmen kuszący młodego adepta prawa nie piekielnymi mękami, a
stadem wygłodniałych dziewic i milionami dolarów. I co z tego, że szatan nie ma dostępu do naszych
myśli, nie może nic „zrobid” w nas automatycznie, co z tego, że teoretycznie wszystko wciąż zależy od
nas i od naszych wolnych decyzji? Szatan zna przecież wszystkie nasze słabe punkty.

Jedyne, co człowiekowi zostaje - to wola. Najdoskonalsza argumentacja tego akwizytora grzechu


będzie nieskuteczna, jeśli w pierwszym momencie człowiek wystawi go za drzwi. Gdy wpuści go do
środka, nie chcąc byd nieuprzejmy, po kilku godzinach obudzi się z czymś, co w świecie nieduchowym
byłoby pewnie odkurzaczem piorącym, zestawem koszul, garnkiem, dwudziestoma parami
wietnamskich rajstop, kartą stałego klienta do agencji towarzyskiej i tysiącem innych zbędnych
rzeczy. Akwizytora słuchało się miło, lecz pozostało po nim tylko wspomnienie oraz ból w miejscu,
gdzie zawsze trzymało się kredytowe karty. I to jest właśnie w tej metodzie najbardziej szataoskie. Że
gośd zaprzyjaźnia się, mami, oferuje, a gdy już dasz się nabrad - znika. Gdy już zapłaciłeś, towar
zamienia się w nieprzydatną kupkę. I nie ma możliwości reklamacji. Bo nie ma sprzedawcy. Nie ma
obiecanej przyjaźni. Nie ma nic, poza jego śmiechem i ciężkim kacem zrobionego w konia nabywcy.

Tak bawi się z człowiekiem szatan w codziennej, szarej rzeczywistości. Ale są też jednostki, którym
funduje program ekstra. Człowiek zmagający się z opętaniem to widok, którego się nie zapomina.
Siedmioletnie dziewczynki rzucające o ścianę dorosłymi mnichami. Potworne krzyki, zwierzęcy
chichot. Gdzie wtedy jest Bóg?

Teologowie mówią, że Bóg reaguje zawsze, czasem jednak po dłuższej chwili, jeśli widzi, że z tej złej
sytuacji można dla człowieka wyprowadzid jeszcze jakieś dobro. Gdyby na przykład nie doszło do
opętania, nie nastąpiłby też wstrząs, który bywa potrzebny do odzyskania wiary. Praktyka kościelna
uczy bowiem, że w opętanie bardzo rzadko popadają jednostki, które szatan sam zechciał dręczyd.
Częściej są to ci, którzy w jakiś sposób go przyciągali. A to magicznymi praktykami, a to regularnym
obciążaniem się jakimiś strasznymi winami, które z punktu widzenia szatana stanowią zasługi.

Co robid, gdy już do opętania doszło? Szukad kwalifikowanego egzorcysty. Amator może tylko
pogorszyd sprawę, i jeszcze - jak to bywało - zostad nieźle poturbowanym przez opętanego. W każdej
diecezji powinien byd ustanowiony przez biskupa wyganiacz złych duchów, który po przybyciu na
miejsce może stwierdzid, czy dany przypadek to faktycznie Zły, który wybrał sobie nieszczęsnego
delikwenta na scenę swojego dramatu, czy może nęka go tylko zwykła choroba psychiczna (ten
mechanizm działa w dwie strony - psychiatrzy odsyłają czasem chorych do księży, a w spisie chorób
widnieje jednostka „opętanie”).

Rodzajów egzorcyzmów jest kilka. Egzorcyzm przeszedł każdy chrześcijanin, jest on bowiem częścią
liturgii chrztu. Egzorcyzmem są krótkie modlitwy, które można wypowiadad zawsze, gdy czujemy, że
wokół nas krąży coś niekoniecznie dobrego.

Egzorcyzmy wielkie, czyli te właściwe najcięższym sytuacjom, mogą byd wypowiadane tylko przez
księdza, który ma zezwolenie biskupa. Obrzędy rozpoczynają się pokropieniem wodą święconą (woda
może byd zmieszana z solą). Następnie odmawia się „Litanię do Wszystkich Świętych” i psalmy,
proszące o zwycięstwo nad Złym. Następnie czytana jest Ewangelia, a po niej ksiądz kładzie ręce na
dręczonego, błaga Ducha Świętego, aby diabeł odszedł od niego. Może też tchnąd (!) w twarz
dręczonego. Później dręczony - jeśli już da radę - powtarza z egzorcystą wyznanie wiary, wyrzeczenie
się Złego i „Ojcze Nasz”. Egzorcysta pokazuje opętanemu krzyż (reakcje na ten zabieg bywają
naprawdę przerażające), żegna go nim, wreszcie przyzywa Bożej mocy i rozkazuje Złemu brad nogi za
pas. Te czynności powtarza się nawet przez kilka godzin. Czasem szatan ustami opętanego wygłasza
jakieś nieprawdopodobne orędzia. Wiele pisał o tym o. Gabriel Amorth w swoim cyklu Wyznania
egzorcysty). Amorth wspomina m.in. egzorcyzmy dokonywane przez samego papieża, w tym
najbardziej znany z 1982 roku, gdy „widzieliśmy młodą dziewczynę, która w opętaniu rzucała się na
ziemię. Czegoś takiego Watykan dotąd nie oglądał” - pisze o. Amorth. Jego zdaniem papież przystąpił
do egzorcyzmów, ponieważ chciał dad przykład i przypomnied o tym, że mimo iż kultura masowa
zaklina diabła w bohatera filmowego („Dziecko Rosemary”), on wciąż jest. I działa nie tylko w
Hollywood.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak to się robi?

Gabriele Amorth, Wyznania egzorcysty, Edycja św. Pawła, Częstochowa 1998.

I z kim?

René Laurentain, Szatan - mit czy rzeczywistośd?, Wyd. PAX, Warszawa 1997.

Praktyczny rachunek sumienia:

Joanna Petry-Mroczkowska, Siedem grzechów głównych dzisiaj, Wyd. Znak, Kraków 2004.

Doskonały podręcznik, jak tanio i skutecznie zmienid swoje życie w piekło? Satan Asso, Wyznania
skruszonego diabła, czyli o sposobach kuszenia, Wyd. Palabra, Warszawa 2002.

Egzorcyzm prywatny, do stosowania na co dzieo:


http://www.rycerz.franciszkanie.pl/sty03/12kocanda.html

Ekskomunika
Żadnego człowieka ochrzczonego nie można z Kościoła wyrzucid. Gdy coś poważnie przeskrobie,
można go jednak pozbawid praw, które się z tym wiążą, zakazad uczestnictwa w nabożeostwach
(rzecz trudna do wyegzekwowania; gdy jednak ksiądz odprawiający mszę zauważy kogoś, o kim
wszyscy wiedzą, że ciąży na nim ta kara - może nabożeostwo przerwad), zabronid przystępowania do
sakramentów, odmówid kościelnego pogrzebu.

Kara ekskomuniki może byd nałożona „ręcznie” przez biskupa lub „automatycznie”. W najcięższych
wypadkach ekskomunika wymierza się bowiem sama. Kodeks prawa kanonicznego (Kpk) mówi wtedy
o ekskomunice „wiążącej mocą samego prawa”. Jak to działa? Wystarczy - bagatela - żeby delikwent
coś zrobił, wiedząc, że w myśl prawa kościelnego nie wolno tego robid, że jest za to kara, powinien się
też mniej więcej orientowad, co to za kara i na czym polega. Jeśli spełnia te wszystkie warunki - jest
automatycznie ekskomunikowany już w momencie popełnienia zabronionego czynu. Taki los czeka
nas wszystkich, którzy porwą się na największe świętości. A więc biskupa, który bez zgody papieża
wyświęcił księży (jak słynny, nieuznający postanowieo Soboru Watykaoskiego II Francuz, arcybiskup
Marcel Lefebvre), księży, którzy zdradzili tajemnicę spowiedzi lub udzielili rozgrzeszenia komuś, z kim
sami mieli intymne relacje. Pod automatyczną ekskomunikę podpada też każdy, kto dokonał zamachu
na papieża (za zamach na biskupa dostaje się niższy wymiar kary: interdykt, czyli zakaz uczestniczenia
w sakramentach, za zabójstwo szeregowego duchownego grozi już tylko „sprawiedliwa kara”; Kpk
wychodzi bowiem z założenia, że taki ktoś i tak pójdzie siedzied, więc po co karad go dwa razy). To
samo spotyka kogoś, kto sprofanował Najświętszy Sakrament, zmienił wyznanie albo głosił herezje.
Automatyczna ekskomunika czeka też na wszystkich, którzy dopuścili się aborcji (nie chodzi tu tylko o
matkę dziecka, ale również ojca - jeśli nakłaniał do zabiegu, lekarzy i pielęgniarki). Oczywiście w tym
ostatnim wypadku, gdy człowiek nie będzie chciał się przyznad, kara obowiązywad będzie mimo to i -
jeśli wiedział o niej - bierze ją na swoje sumienie. A jeśli nie wiedział, dowie się przy okazji najbliższej
spowiedzi.

I co wtedy? Ekskomunika tylko wygląda groźnie, ale jest karą, która ma skłonid do poprawy.
Zasadniczo zwalnia z niej Watykan, ale Usta wyjątków jest długa. Z kary za odejście od Kościoła do
innego wyznania może zwolnid biskup. Sprawę zazwyczaj załatwia się podczas spowiedzi. Penitent
ustala szczegóły ze spowiednikiem, ten pisze do kurii (bez nazwiska, a jedynie, że ktoś taki się zgłosił) i
bywa, że tego samego dnia otrzymuje „ułaskawienie”. W podobny sposób może wyglądad zwolnienie
z „ekskomuniki poaborcyjnej”. Tu wystarczy pójśd do spowiedzi podczas parafialnych rekolekcji lub
misji, odbyd spowiedź generalną z kilku lat lub z całego życia, można też uklęknąd do konfesjonału w
kościele Franciszkanów lub Dominikanów - te zakony mają w dziedzinie „ekskomuniki poaborcyjnej”
specjalne przywileje.

W arsenale kościelnych kar jest jeszcze kilka narzędzi, takich jak chodby wspomniany interdykt czy
suspensa (zakaz wykonywania funkcji przez księży). Mogą one działad automatycznie (na przykład gdy
zakonnik zgłasza, że chce wziąd ślub z zakonnicą), mogą też byd wymierzane konkretnym osobom. Tu
jednak zaczynają się schody. Kar wymierzanych z „automatu” jest w Kościele bardzo mało i dotyczą
one najcięższych wykroczeo. We wszystkich pozostałych wypadkach kościelny urząd musi się mocno
starad, bo nie dośd, że nie może kar rzucad w przestrzeo (jak biskup, który straszył ekskomuniką bliżej
nieokreślonych złodziei obrazów), to jeszcze powinien stwierdzid upór przestępcy (na przykład
wcześniej go nieskutecznie upominad). Rzadko w polskim Kościele zdarzają się sytuacje tak oczywiste,
jak ta w podwrocławskiej Oławie, gdzie fani słynnych objawieo maryjnych na działkach odmówili
współpracy z przysłanym przez biskupa księdzem. Zostali za to ukarani interdyktem. Interdykt
zadziałał zaś podobnie jak klaps na przedszkolaka, który co prawda dalej nie jest przekonany, że nie
można wkładad rączki do kontaktu, ale nie robi tego, boi się bowiem klapsa. W przypadku oławian -
przynajmniej tych, z którymi rozmawiałem - rezygnacja z wizyt na działkach była efektem przerażenia
wizją własnego pogrzebu bez udziału księdza. Po raz kolejny potwierdziła się więc stara prawda, którą
głoszą prawnicy, a tępią nauczyciele, że strach bywa skuteczniejszy niż miłośd. Ale to od nauczycieli
zależy, czy bywa tak często.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak wygląda pełen arsenał kar kościelnych? Kodeks prawa kanonicznego, Kanony 1331-1399.

Co robid, gdy się pod nie podpadnie?


K. Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Nie taki proboszcz straszny. Praktyczny przewodnik
prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Episkopat
Pewien sędziwy zakonnik, wywodzący się z książęcej rodziny, gdy lat temu dwadzieścia czy trzydzieści
natrafił w gazecie na zdjęcie episkopatu polskiego, miał ponod prychnąd znacząco i zauważyd: „Ale się
chłopstwo poprzebierało...”. Faktycznie, jeszcze kilkanaście lat temu lektura kościelnego Who's who
była czynnością nudną, jak menu w barze mlecznym. Niemal wszyscy hierarchowie w rubryce
„pochodzenie” wpisywali „chłopskie” (dziś do chłopskich korzeni przyznaje się około połowa z ponad
120 polskich biskupów, reszta z kolei dzieli się po połowie na potomków robotników i inteligencji), a
rubrykę „zainteresowania” albo zostawiali pustą, albo umieszczali tam coś w guście „powieści
Henryka Sienkiewicza”.

I wcale nie musiało to oznaczad, że faktycznie nie mieli żadnych zainteresowao. Mogli się po prostu
lękad je ujawnid. Z polskimi biskupami najczęściej jest bowiem tak, że dopóki mówią osobno, są
ciekawi i mają jakieś poglądy. Gdy stają się episkopatem polskim - można umrzed z nudów.

Co to takiego - ten episkopat (a właściwie Konferencja Episkopatu)? Na pierwszy rzut oka - ot, typowa
„poziomka” (struktura pozioma), zebranie wszystkich pracujących w danym kraju biskupów. Rzecz
ciut nienaturalna, bo na co dzieo Kościół katolicki przypomina strukturą średniowieczną Europę -
federację paostw, w których władzę absolutną sprawują biskupi. Pomysł, aby biskupi z jednego kraju
raz na jakiś czas się spotykali, czyli tworzyli Konferencję Episkopatu, pojawił się na dobre w XIX wieku.
Bardzo mocno poparł go w latach sześddziesiątych XX wieku Sobór Watykaoski II.

Wszędzie na świecie episkopaty pełnią raczej rolę klubów konsultacyjno-dyskusyjnych. W Polsce


episkopat rządzi. Przynajmniej w oczach wiernych, którzy nie zdają sobie sprawy, że episkopat
formalnie nie ma władzy prawie żadnej, a Kościół tak naprawdę nadal „dzieje się” na poziomie
diecezji, gdzie o wszystkim decyduje biskup. Skąd wzięło się postrzeganie episkopatu jako „dyrekcji”
polskiego Kościoła? Może stąd, że w czasach komunizmu organizacja zrzeszająca wszystkich
hierarchów była czytelną antytezą dla rządzącej nomenklatury? Może stąd, że nasz episkopat jest
niezwykle aktywny? Na świecie episkopaty spotykają się raz, dwa razy w roku. U nas średnio co dwa
miesiące. A struktura Episkopatu Polski jest naprawdę imponująca, składa się z 13 zespołów, 10 rad i
11 komisji.

Problem w tym, że z punktu widzenia kościelnych „dołów” to wszystko razem przypomina górę, która
urodziła mysz. Bo szeregowym katolikom episkopat i tak kojarzyd się będzie na wieki już tylko z
męczeostwem, jakim niewątpliwie jest słuchanie odczytywanych czasem zamiast kazao listów
pasterskich i komunikatów z obrad (zob. „List pasterski”). Ci, którzy życie kościelne obserwują z
bliska, też nie oczekują od episkopatu wiele, bo wiedzą, że zwykle nie jest on zdolny do zajęcia
czytelnego stanowiska w sprawach bieżących z tego prostego powodu, że poglądy biskupów
„uśredniają” się w nim, i z ostrych, jasnych sądów poszczególnych hierarchów wychodzi w koocu
wspólna papka.

Sytuacja zmieni się pewnie za jakieś trzydzieści lat, gdy biskupami zaczną byd dzisiejsi młodzi księża.
Byd może dojdą do wniosku, że zamiast zwierad szeregi, warto postawid na pracę koncepcyjną. Bo
episkopatowi XXI wieku naprawdę lepiej zrobi, gdy nawet w oczach ludzi stanie się wreszcie
intrygującą Radą Programową, a nie kryzysowym Zarządem Ręcznego Sterowania.

Dla bardziej zaawansowanych

Skąd się bierze episkopat?

Wojciech Jakubowski, Marek Solarczyk, Ustrój Kościoła rzymskokatolickiego, Wyd. ASPRA - JR,
Warszawa 2002.

Jak wygląda episkopat?

Leksykon Kościoła katolickiego w Polsce,

KAI, Warszawa 2003.

Dlaczego niektórzy biskupi „zbiskupieli” do reszty? Wojciech Jędrzejewski OP, Biskupia dola, „Więź”
6/2002, http://www.mateusz.pl/czytelnia/wj-bd.htm

Wszystko o episkopacie Polski: www.episkopat.pl

Spis wszystkich biskupów (łącznie z tzw. sukcesją apostolską czyli listą kto kogo wyświęcał, nawet do
kilkuset lat wstecz); www.catholic-hierarchy.org.

Fabryka świętych
Obecny papież rozdał rekordowo dużo aureoli, ogłosił błogosławionymi ponad 1300 osób, a świętymi
prawie pół tysiąca. Krytykowany jest za to i z lewa, i z prawa. Jeden z „postępowych” katolików
amerykaoskich, ks. Richard McBrien, proponował ogłoszenie moratorium na kolejne kanonizacje.
Konserwatywny kardynał Silvio Oddi postulował mniej więcej to samo, narzekając, że Watykan
zmienił się w „fabrykę świętych”. McBrien dodawał, że chciałby, aby na ołtarze zamiast
ugrzecznionych księży i zakonnic wreszcie zaczęli trafiad ludzie, którzy mogą byd wzorem dla
współczesnego człowieka, a Oddi twierdził, że święci ostatnio kanonizowani stanowią dowód upadku
Kościoła i ukłon w stronę postępowców w stylu McBriena.

Wydaje się jednak, że Jan Paweł II wie, co robi, wysyłając na ołtarze takie tłumy. Dzięki temu w
towarzystwie królów, świętych dziewic, księży i zakonnic na aureolę coraz częściej szansę mają też
świeccy. Dwa lata temu na ołtarze trafiła pierwsza małżeoska para, Maria i Luigi Beltrame
Quattrocchi. Oboje byli dużego formatu działaczami katolickimi, po czterdziestce zdecydowali się też
na dożywotnią wstrzemięźliwośd seksualną, czy więc mogą byd przykładem dla przeciętnych
współczesnych małżeostw, jest co najmniej problematyczne. Ale ich beatyfikacja otwiera zamkniętą
dotąd furtkę i byd może sprawi, że doczekamy się na ołtarzach postaci jeszcze bliższych katolickim
Kowalskim. W Stanach kilkanaście lat temu zaczął się proces beatyfikacyjny Dorothy Day, założycielki
głośnego ruchu Catholic Worker. Nie przeszkodziło w tym ani to, że Day w młodości miała nieślubne
dziecko, ani nawet że dopuściła się aborcji (jeszcze w czasach, gdy była na bakier z wiarą).

Day nie miałaby jednak szans na aureolę, gdyby nie jej znajomi, którzy postanowili przebid się przez
kościelne procedury. Stary dowcip z kręgów Kurii Rzymskiej mówi, że kandydat do aureoli oprócz
posiadania CV pełnego cnót, powinien spełniad jeszcze dwa warunki. Po pierwsze - nie żyd, bo nikt
żywy nie wytrzymałby wieloletniej procedury wynoszenia na ołtarze. Po drugie - wykazad się cudem. I
najlepiej, żeby był to cud rozmnożenia pieniędzy. Koszt całego przedsięwzięcia w przypadku
błogosławionego, czyli osoby, która ma byd czczona tylko lokalnie, mieści się bowiem w widełkach od
20 tysięcy (dane podawane przez polskich księży) do 120 tysięcy dolarów (dane amerykaoskie). Kiedy
błogosławiony ma zostad świętym, czyli odbierad cześd w całym Kościele, sumę najczęściej mnoży się
przez dwa. Współczesna kanonizacja laikom przypominad może skrzyżowanie procesu sądowego z
kampanią wprowadzającą na kościelny rynek nową markę. Zakonnicy czy księża nie mają z tym
problemu, za nimi stoją duże „firmy” - zakony czy diecezje. I to dlatego na odsłanianych uroczyście w
Rzymie portretach nowych świętych wciąż widad głównie osoby w koloratkach i habitach. Świeccy,
jeśli chcą mied swoich świętych, powinni wziąd sprawy w swoje ręce. I „wylansowad” swoich
kandydatów. Tak jak uczynili to z Dorothy Day.

Najpierw musi się znaleźd ktoś, kto złoży do biskupa wniosek o rozpoczęcie procesu sprawdzającego
„heroicznośd cnót” danej osoby. W tej chwili na różnych szczeblach kościelnej drabiny toczy się
kilkanaście procesów świeckich Polaków. Wszyscy drogę na ołtarze zaczynali od wniosków
składanych przez swoich znajomych.

Za zakonników sprawę załatwia zakon, a świeccy zwykle zakładają stowarzyszenie lub fundację. Jej
celem jest zebranie dokumentów, listów, książek kandydata na świętego, inwestowanie w historyków
i teologów, którzy wspomnienia zamienią w porządny życiorys, a przede wszystkim „reklamowanie”
kandydata do aureoli. Za oceanem jego twarz trafia na przykład na niedrogie gadżety: termometry,
breloczki, kubki czy trójwymiarowe portrety, które łypią za widzem, gdy ten się przemieszcza. W
Polsce kooczy się na broszurach, książkach, konferencjach i zbiórkach na tacę.

Na co idą te pieniądze? Większośd pochłaniają ekspertyzy, które zamawiają kościelne instancje.


Trzeba wynająd historyków, teologów, biegłych, medyków sądowych (po wszczęciu procesu zwłoki
przyszłego świętego przenosi się z cmentarza do kościoła). Standardowa kanonizacja pochłania
kilkaset ekspertyz. Po przesłaniu dokumentów do Rzymu trzeba też przetłumaczyd kilka tysięcy stron
akt na włoski. A jest za co płacid. Akta przesłane z diecezji są sprawdzane pod kątem luk prawnych,
braku herezji, następnie na ich podstawie grupa watykaoskich fachowców pisze książkę - życiorys
kandydata, który latami dyskutowany jest na kolejnych sesjach. Jeżeli błogosławiony ma zostad
świętym, całą maszynę puszcza się w ruch od początku. Księża, którzy pracowali przy procesach, są
przekonani, że taka „inwestycja” ma sens. Zwraca się nie tylko w sensie duchowym. Grób świętego
podnosi prestiż danego kościoła. Sanktuarium przyciąga pielgrzymów, a pielgrzymi to większe
dochody w skarbonach i na tacy.

Dopiero na etapie rzymskim wyrównują się wszystkie różnice w dostępie do kościelnych procedur.
Każdy z kandydatów na błogosławionych musi się bowiem (od 1088 roku) wykazad cudem, który -
jeśli delikwent ma z kolei kandydowad na świętego - będzie się musiał powtórzyd. Kościelni eksperci
mówią, że mogą się mylid, decydując, kto ma nosid aureolę, cud jest więc niezbędny, aby to Bóg
nadzwyczajną interwencją wskazał, iż tę akurat osobę należy wyróżnid spośród innych. Z tego
obowiązku zwolnieni są tylko męczennicy. I tu nie pomogą już żadne promocyjne działania. Proces
udowadniania prawdziwości cudów idzie odrębnym torem, wymaga kolejnych ekspertyz; księża,
którzy pracowali przy procesach, mówią, że lepiej zgłosid ich kilka, bo nie wszystkie „przejdą”.
Najczęściej są to cudowne uzdrowienia. Tak było chodby w przypadku kanonizowanej ostatnio Urszuli
Ledóchowskiej, za której przyczyną uratowany został Daniel Gajewski. Porażony prądem młody
mężczyzna zeznał, że od wtyczki odciągnęła go osobiście święta, a sam tego zrobid nie mógł, co
potwierdziła komisja biegłych.

To cud z pogranicza zdrowia i techniki. Czysto „techniczny” był zaś cud, który spotkał załogę
peruwiaoskiego okrętu podwodnego „Pacocha”. 26 sierpnia 1988 roku okręt utknął na głębokości 15
metrów, napór wody wynosił 3,8 tony, a na dodatek zablokował się właz. Kapitan jednostki wezwał
na pomoc chorwacką zakonnicę Marię Petkovic (ciekawośd - skąd ją znał), po czym otworzył właz i
uratował załogę. Ten ogromnie zadziwiający wypadek bada teraz w Watykanie specjalna komisja
inżynierów i marynarzy.

W Kongregacji jest teraz kilkaset otwartych procesów, które wciąż nie doczekały się cudu. Na swój
cud czeka też prymas Polski kardynał Stefan Wyszyoski, który ma byd beatyfikowany.

A co, jeśli cud się nie przytrafi? Ksiądz Jean Martin Moye, założyciel pięciu zajmujących się biednymi
zgromadzeo zakonnych, chod został beatyfikowany w 1954 roku, kanonizacji nie doczeka się nigdy.
Gdy wnioskodawcy zobaczyli, ile będzie kosztowała kanonizacja ich założyciela, postanowili
wypracowane nadwyżki przeznaczyd na pomoc podopiecznym. Byd może dzięki temu za jakiś czas
sami zostaną świętymi.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak to się robi?

Henryk Misztal, Prawo kanonizacyjne, WSD Sandomierz, Sandomierz 2003.

Kolejka kandydatów do aureoli: www.catholic-forum.com/saints/candidates

Kto z Polaków w niej czeka:

http://mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl,

Jerzy Mrówczyoski, Świętośd w codzienności, Polscy kandydaci do chwały ołtarzy, Wrocław 1987.

Do kogo zwracad się gdy męczą nas wrzody? Kto jest patronem sprzedawców bielizny?

Rino Cammilleri, Wielka księga świętych patronów, Wyd. Jednośd, Kielce 2002.

Gosposia
Pewien warszawski proboszcz ma stały, popisowy numer. Gdy proponuje swoim gościom kawę, mówi
zwykle, że poprosi o nią swoją gosposię, starowinkę, poczciwą kobietę z Ukrainy. Po kilku minutach
do jadalni wchodzi trzydziestoparoletnia blondwłosa pięknośd, a proboszcz, bezradnie rozkładając
ręce, zwraca się do osłupiałego gościa: „Nikt mi nie wierzy, poczciwina ma osiemdziesiąt lat, na
Ukrainie jest dobre powietrze, proszę pojechad, sprawdzid...”.

Ile by starowinka sobie nie liczyła - kawę parzy świetną. Nie ma się co dziwid proboszczowi.
Nieprzyjęcie do pracy dziewczyny tylko dlatego, że jest przy okazji ładna, na pewno ściągnęłoby na
niego protesty feministek. Ci, którzy sądzą, że na robieniu księżom kawy wachlarz opcji bynajmniej
się nie kooczy, winni zapoznad się z którąś z gospoś w nadgranicznych parafiach na Podlasiu. Wszelkie
podejrzenia znikają jak kamfora już z pierwszym uściskiem ręki. Na pewno nie jest to uścisk kochanki.
To uścisk sierżanta. Kto mimo to chciałby przekonad się, czym obie funkcje się różnią, niech później
ma pretensję do siebie.

Intencja mszalna
Czy można odprawid mszę w intencji podupadającego zdrowia krowy lub otrzymania kredytu na
samochód? Jasne, że można. Dla kogoś może byd to sprawa życia i śmierci. W takich jednak
sytuacjach, aby kościelne zgromadzenie nie ryknęło śmiechem - ksiądz, ogłaszając intencje na
początku mszy, ogranicza się do stwierdzenia, że odprawia ją w „PEWNEJ intencji”.

Są też intencje znacznie bardziej poważne i problematyczne. Jak bowiem publicznie poprosid o
skrócenie cierpieo starszej osoby chorej na raka (znajomy ksiądz wybrnął z tego, modląc się za
mojego dziadka, „by mógł jak najszybciej powrócid do swoich rodziców”, nie dodając, że ci już nie
żyją). Podczas mszy odprawianej przez wielu księży (koncelebrowanej) można usłyszed, jak główny
odprawiający (celebrans) przypisuje poszczególne intencje księżom, a później dodaje, że pozostali
odprawiają mszę „we własnych intencjach”. Nie znaczy to jednak, że egoistycznie modlą się za siebie
samych, ale że ktoś prywatnie poprosił ich wcześniej o szczególnie intensywne „bombardowanie
niebios” w bliskiej sobie sprawie.

Taki zwyczaj (a wraz z nim ofiary) pojawił się podobno w VIII wieku w Anglii, Germanii i Galii. W XII
wieku był już zdaje się czymś powszechnym. Intencję można mied dowolną. W Polsce najczęściej
usłyszed można te za zmarłych. A szkoda, bo przecież żywi zdają się czasem potrzebowad wsparcia z
góry bardziej niż ci, którzy już tam są. W niektórych kręgach na Zachodzie modne jest na przykład
zamawianie mszy z okazji czyichś urodzin i wręczanie zamiast prezentu karteczki potwierdzającej ten
fakt. Gdy mamy intencję nietypową, personel kancelarii parafialnej z pewnością pomoże nam przekud
ją na którąś z obowiązujących formułek („O potrzebne łaski”, „Dziękczynna” etc).

Ta kościelna propozycja jest niedoceniana, mimo iż ma trzy bardzo poważne zalety - wysoką
skutecznośd, niską cenę i dużą dostępnośd. Wysokośd ofiar składanych przy okazji przyjmowania
intencji to tak zwana „co łaska” - średnią jej wartośd określa rynek. W Polsce zdominowali go ubodzy
emeryci zamawiający msze za zmarłych i płacący za to zwykle około 30 złotych. Ofiara 50-złotowa
uważana jest za wysoką (zob. „„Co łaska””). Intencje przyjmowane są tym chętniej, że stanowią
podstawę dochodu księdza. Gdy więc ma się pilną sprawę do Boga, warto szukad księży, którzy z
pewnością mają wolne „moce modlitewne”; w większych kościołach, to przede wszystkim ci, którzy
na stałe udzielają się poza parafią, studiują, pracują w kurii, są na emeryturze. W mniejszych - wolne
intencje są zwykle dostępne od ręki, nawet na wieczór tego samego dnia.

Zdarza się, że księża „podłapią” tak zwaną gregoriankę, czyli mszę „abonamentową” odprawianą za
jednego zmarłego przez cały miesiąc. W niektórych kościołach praktykuje się msze zbiorowe, gdzie
intencji jest więcej, ale za to odczytywane są na przykład przez cały miesiąc podczas mszy o danej
godzinie.

Pomysłowe? Jasne. Ale naprawdę nie ma powodów, by sądzid, że Pan Bóg, słuchając jednocześnie
wielu intencji z mszy od Seattle po Madagaskar, nie wysłucha trzech więcej, które wznoszą się do
niego z parafialnej świątyni w Prabutach. Warto też wiedzied, że zgodnie z oficjalną nauką Kościoła
każdy może przyjśd na mszę z własną intencją i przedstawid ją Bogu- Są księża, którzy na początku
liturgii zwracają na to uwagę i zachęcają wiernych, by o tym pamiętali, przypominając, że podana
przez nich intencja (na przykład za zmarłego Henryka) oznacza tylko tyle, że ksiądz będzie modlił się
właśnie za niego.

Mszalna usługa jest też poważną propozycją, bo jej wykonanie obwarowane jest wieloma formalnymi
i nieformalnymi nakazami. Gdy ksiądz pomyli imię zmarłego, za którego mszę odprawia, bólu nie ma,
bo w niebie wiedzą, za kogo msza została ofiarowana. Gorzej, gdy w ogóle jej nie odprawi. Księża
podczas długich wieczorów przy lampce koniaku opowiadają czasem historie o swoich kolegach po
fachu, którzy przyjęli intencje, nie odprawili ich, a po śmierci straszyli swoich kolegów, błagając, by
zrobili to za nich, bo ta zaległośd nie daje im spokoju nawet w zaświatach.

Holding duszpasterski
Parę lat temu ojciec Jan Góra, poznaoski dominikanin, spożywał obiad z papieżem i znakomitościami
tego świata w papieskiej rezydencji w Castel Gandolfo. Znakomitości snuły nad daniami subtelne
konwersacje, a ojciec Jan milczał, coraz bardziej niespokojny. W koocu wypalił. Zapytał papieża, czy
ten zgodziłby się na pobranie przez niego silikonowego odcisku swoich stóp i dłoni, który następnie
posłużyłby do wykonania złotego odlewu „dłoni i stóp największego pielgrzyma naszych czasów”.
Towarzystwo zbaraniało w oczekiwaniu na reakcję papieża. Ten uśmiechnął się tylko, po czym
postukał znacząco w głowę widelcem. Po kilku dniach ojciec Jan Góra wędrował z wiaderkiem
silikonu do papieskich apartamentów. Jak sam wspomina, papież pytał wtedy biskupa Dziwisza:
„Stasiu, po co myśmy się zaczęli zadawad z tym człowiekiem?”, ale rękę dał sobie odcisnąd i tak.

Ojciec Góra to postad, jakich w polskim Kościele wciąż za mało. W jego macierzystym zakonie mówi
się, że to jedna z czterech osób umiejących stworzyd coś z niczego (poza Górą są jeszcze trzy osoby
Trójcy Świętej). Ojciec Jan od podstaw zbudował holding duszpasterski „Hermanice - Jamna -
Lednica”. Na polu w Hermanicach (okolice Bielska-Białej) spotykali się młodzi ludzie na „turnusach
duszpasterskich”, dziś stoi tam kościół. Na Jamnej w Tarnowskiem powstał piękny kościółek, działa
też dom, gdzie tłumnie walą z całej Polski studenci spragnieni mocnych duchowych wrażeo. No i
wreszcie Lednica - absolutny fenomen, który co roku gromadzi dziesiątki tysięcy młodych ludzi w
pobliżu miejsca, gdzie chrzcili się pierwsi Piastowie. Ojciec Jan, stojąc na ołtarzu pod wielką metalową
rybą, wciela się wtedy w mistrza ceremonii, zapowiada papieża z telebimu i kardynałów na żywo,
telewizja to transmituje, dołem ciągną barwne korowody i procesje, uczestnicy otrzymują gadżety
nawiązujące do tematu przewodniego w danym roku (pierścienie, chleby, flakoniki perfum), wszyscy
modlą się i śpiewają, a później w spokoju rozchodzą się do domu. To największy katolicki happening,
jaki widziała polska ziemia.

Jak mu się to wszystko udało? Ojciec Jan - z racji tubalnego głosu i tuszy zwany też „brzuchpasterzem
akademickim” - jest postrachem poznaoskich biznesmenów. Z ust do ust podają oni sobie plotki o
tym, jak zaczyna z nimi rozmowę (nie od „Dzieo dobry”, ale od „Jakże piękną ma pan wykładzinę! A ja
akurat chcę dwa kilometry!”). Na lednickich nabożeostwach widywano też paostwa Kulczyków (chod
na mszę w niedzielę chodzą oni raczej do poznaoskich karmelitów). Ale to nie koniec cudów
uczynionych ręką ojca Jana. Dwa lata temu grupa umięśnionych łysoli siedzących w jednym z
lednickich sektorów przyznała się bez bicia, że jest... kółkiem różaocowym z jednej z
podwarszawskich miejscowości. Jakby tego było mało - na Lednicy widziano też pracujących w
zgodzie reporterów „Gazety Wyborczej” i... „Radia Maryja”. Tak to ojcu Janowi na Lednicy udało się w
skali laboratoryjnej wyhodowad to, co w Kościele w skali makro uda się wyhodowad za lat minimum
kilkadziesiąt. Pax Christiana. Pokój Boży.

Dla bardziej zaawansowanych

Ojciec Jan Góra jest autorem kilkunastu autotematycznych pozycji, między innymi:

Pijani Bogiem, Dokąd ty nie chcesz, Idź, albo zdechnij, Wyd. W drodze, Poznao.

Kancelaria parafialna
Tu chowa się pieczołowicie największy parafialny skarb. Kartotekę. Kartoteka uzupełniana jest zwykle
przy okazji kolędy. Figuruje w niej każda rodzina, rozpisana na osoby, z datami, zajęciami, wykresami
hojności oraz - bywa - pysznymi komentarzami kapłanów. Oto wybór z jednej z parafii na ścianie
wschodniej: „Ojciec rodziny powitał kapłana w gaciach”, „Rzucił się na mnie pies duży, czarny,
szczekając”, i nasycone emocjami: „Jakie wredne dusigrosze!” lub zwięzłe: „Sodomia i Gomoria!”, czy
wymowne: „Dobre jadło” (przez trzy lata pod rząd). Proboszcz pewnej warszawskiej parafii mówi, że
zwłaszcza tej ostatniej uwagi przy wyznaczaniu przydziałów kolędy sobie i wikariuszom pominąd nie
sposób.

Kancelaria to jednak nie tylko miejsce magazynowania emocji, to także miejsce, które je wyzwala. To
tu dyżuruje ksiądz lub siostra pierwszego kontaktu (ale zdarzają się - głównie w miastach - również i
wynajęci świeccy) i przez kilka godzin dziennie (zwykle dwie rano i dwie wieczorem) zapisuje
chętnych do ślubów, chrztów i pogrzebów, wydaje wszelkiej maści zaświadczenia (na przykład o
chrzcie czy bierzmowaniu), spisuje przedmałżeoskie protokoły i last but not least - przyjmuje intencje
mszalne i inkasuje ofiary (zob. „„Co łaska””). W kancelarii dochodzi zwykle do najostrzejszych dyskusji
między księżmi a wiernymi, przeważnie na temat zbliżającej się uroczystości rodzinnej (chrzest, ślub,
pogrzeb), w której Kościół instytucjonalny powinien uczestniczyd.

Wierni ci często wierzą bowiem głęboko, że parafia to rodzaj niebiaoskiego konsulatu, w każdym
razie miejsce, gdzie rządzą jakieś anielskie prawa. „Więc po co te pieniądze, po co biurokracja?!” -
zżymają się, by po chwili wykazad daleko idącą niekonsekwencję, oznajmiając, że przyszli „kupid
mszę”. Ksiądz zauważa wtedy zwykle, że tacy wierni traktują kościół jak punkt sprzedaży usług
duszpasterskich, a w wypadku gdy chcą „zamówid ślub” i muszą spisad protokół przedmałżeoski
zawierający osobiste pytania, może sobie dodatkowo ulżyd uwagami w rodzaju: „A pani żyje w
grzechu śmiertelnym...”. Księdza złości, iż wierni, którzy przez całe życie mieli Kościół w serdecznym
poważaniu, nagle oczekują, że wpadną na parafię i załatwią sobie ślub od ręki. „Nikt nikomu żenid się
w kościele nie każe” - powie ksiądz. I będzie miał rację. „Nawet dziadek sprzedający czosnek traktuje
swoich interesantów z szacunkiem większym niż ksiądz proboszcz” - odparuje mu wierny. I też będzie
miał rację. Są na mapie polskiego Kościoła miejsca, gdzie ten klincz trwa w najlepsze. Wierni
wycieczkę do kancelarii stawiają na równi z pokutą za grzech śmiertelny. Pocieszyd ich zaś może tylko
to, że również dla wielu księży zesłanie do kancelarii jest najbardziej dotkliwą karą. Tyle, że im na
osłodę zostaje kartoteka.
Katechetka
Dla wielu, zwłaszcza młodych, katolików pytanie: „Skąd się biorą katechetki?”, jest jeszcze bardziej
frapujące niż odwieczna wątpliwośd, skąd się biorą księża. Odpowiedź na nie będzie jednak z roku na
rok coraz łatwiejsza. Czasy budzących takie wątpliwości panien, odzianych w szare kostiumy i surowe
uśmiechy, niby kobiet, a jednak przecież istot tak różnych od całej reszty kobiecego świata, odchodzą
do lamusa.

Dziś katecheci to w całkiem sporej części młodzi świeccy, którzy w czasie nauki w szkole średniej
należeli do jakichś katolickich wspólnot, a później jako kierunek studiów wybrali katechetykę lub
teologię. Katecheta powinien byd bowiem absolwentem któregoś z tych dwóch kierunków. Przed
rozpoczęciem pracy powinien się też wystarad o tak zwaną misję kanoniczną, czyli zostad formalnie
wysłanym przez biskupa do uczenia wiary katolickiej i byd gotowym na podwójne wizytacje (z kurii i z
kuratorium) oraz pensje, które są przez paostwo obmyślane w sam raz dla tych, co szczerze
nienawidzą mamony.

Znam katechetów i katechetki, którzy - utrzymywani przez żony dentystki czy mężów prawników -
pracują z prawdziwą pasją. Wydaje się jednak, że spora częśd młodych adeptów tej sztuki nie zdaje
sobie sprawy, co ich czeka. Wybierają ten ciężki zawód, bo ulegają złudzeniu, że wszyscy ludzie to ich
koledzy z młodości, oazowicze, którzy wieczorem siadają wkoło, brzdąkają smętnie na gitarach i
dzielą się miłością Jezusa.

Ta wizja pęka z hukiem, gdy po kilku latach nauki zajrzą w paszczę lwa i trafią w koocu do szkoły.
Wielu z nich zwierza się, że gdy po raz pierwszy ujrzeli wbity w siebie wzrok dwudziestu żądnych krwi
małych bestii, poczuli duchową łącznośd z pierwszymi chrześcijanami, męczonymi na arenach przez
lwy. Z tym, że lwy załatwiały jednak swoją sprawę szybko, męka katechety trwa natomiast niekiedy i
osiem godzin dziennie, a przerywana jest tylko dzwonkami, które wielu katechetów skłonnych jest
uważad za niebiaoską muzykę, słyszalny znak tego, że Bóg jednak bywa miłosierny.

I myliłby się ten, kto by sądził, że współczesna młodzież inaczej traktowad będzie katechetów
umundurowanych - siostry zakonne i księży. Oni są przez swą manifestowaną strojem chrześcijaoską
miłośd i cierpliwośd dla młodych bestii znacznie bardziej atrakcyjnym kąskiem. Tej walki nie wygrają
ci, którzy starają się obłaskawid młodzież, poufale mrugając okiem, wysyłając sygnał: „Jestem
normalny, jak wy”. Jeśli ktoś chce kogoś czegoś uczyd, musi umied okazad swą wyższośd. Nawet jeśli
miałoby to przybrad formy dośd brutalne. Udało się to pewnemu młodemu mnichowi, który na
pierwszej lekcji z nową klasą był prowokowany przez jednego z uczniów do dywagacji na tematy
okołoseksualne. „Ojciec to pewnie nawet nie wie, jak się zakłada prezerwatywę, żeby nie spadła!” -
ryknął w koocu rozochocony poparciem sali malec. „Nowak, ty nawet jak założysz sobie wentylek, to
będzie zbyt luźny!” - odparował, niewiele myśląc, katecheta, który od tej pory nie miał już żadnego
problemu z przekazywaniem prawd wiary, a kolejne dyskusje o antykoncepcji odbyły się w
atmosferze iście akademickiego spokoju.

Morał? Do bycia katechetą, jak do wszystkiego innego zresztą, potrzebny jest zatem nie brak
pewności, co się chce robid w życiu, nie wiedza nawet, wiedza bowiem na nic się nie przyda, gdy nie
towarzyszy jej pedagogiczne powołanie.
Katedra
Skomplikowana sprawa. Katedra to siedziba biskupa, główny kościół diecezji. Jeśli diecezja ma dwie
stolice (na przykład diecezja zielonogórsko-gorzowska) kościoły katedralne są w obu. Nazywają się
wtedy konkatedrami. Jeśli mamy do czynienia z archidiecezją, katedra zyskuje miano archikatedry.
Gdzieniegdzie (ale od reformy kościelnej struktury w 1992 roku już nie w Polsce) zdarzają się też
prokatedry. To znak, że dane terytorium kościelne jeszcze diecezją nie jest (najczęściej jest tak zwaną
administraturą apostolską, w pobliżu mamy takie głównie w Rosji). Katedrę łatwo pomylid z bazyliką,
a to nie to samo. Katedra to tytuł czysto urzędowy, bazylika - wyłącznie honorowy. Tytuł „bazyliki”
nadaje papież kościołom szczególnie zasłużonym dla jakiejś społeczności. Bazyliki dzielą się na
„większe” (tak zwane kościoły papieża, z jego tronem, na przykład w Asyżu) i „mniejsze” - są nimi
najczęściej popularne sanktuaria. Bazylikami bywają też - rzecz jasna - katedry (na przykład
białostocka, gnieźnieoska, warszawska), a wtedy tytuł honorowy wskakuje na początek urzędowej
nazwy i stąd właśnie biorą się miksy w postaci „bazyliki archikatedralnej”.

Mianem katedry określa się też specjalne podwyższenie w prezbiterium tego kościoła, gdzie podczas
liturgicznych celebracji zasiada biskup. Znakiem jego władzy jest ustawiony w każdej katedrze na
stałe tron biskupi, a nad nim widnieje herb hierarchy. Dla wprawnego oka to fascynująca zabawa -
rzut oka na herb i wiemy o biskupie wszystko! Pasterze umieszczają bowiem w swoich herbach różne
interesujące rzeczy (na przykład snop zboża - biskup płocki) i wybierają różne zawołania wypisane
tradycyjnie pod herbem („Posłuszeostwo Ewangelii - Eucharystia” - biskup siedlecki), ale muszą
przestrzegad kilku żelaznych zasad kościelnej heraldyki.

I tak - czerwony kapelusz nad herbem i odchodzący od niego czerwony sznur, który po obu stronach
układa się w piętnaście węzłów w pięciu rzędach, oznacza, że mamy do czynienia z kardynałem.
Arcybiskupi mają w herbie krzyż z podwójną belką i kapelusz zielony, i dwa razy po dziesięd węzłów;
biskupi - dwa razy po węzłów sześd (no, chyba że bezpośrednio zależą od papieża - jak biskupi
Szwajcarii, którzy mają tyle węzłów, ile arcybiskupi).

Na tym lista uprawnionych do herbów kościelnych jednak się nie kooczy. I tak opaci (szefowie kilku
klasztorów mniszych - patrz „Mnisi”) mogą mied herb niemal identyczny z biskupim (tyle że z
pastorałem, ozdobną laską zamiast krzyża), podobnie generałowie zakonów (jednak z kapeluszem
czarnym zamiast zielonego), a dziekani i przeorzy mają prawo wymalowad obok herbu czarny
kapelusz i po dwa węzły z każdej strony. Gdyby się uparł - herb może mied też zwykły ksiądz.
Umieszcza wtedy, obok tarczy, czarny kapelusz i po jednym węźle. Wraz z awansami dorysowuje
sobie kolejne, aż dojdzie do stopnia biskupa i wreszcie będzie mógł wyjśd ze swoim herbem z ukrycia.
Nawet jeśli bowiem kolorowe ozdóbki przysługują w Kościele wszystkim, używanie ich poniżej
biskupiej godności byłoby słusznie uznane za szczyt pretensjonalności.

Dla bardziej zaawansowanych

Jesteś księdzem? Narysuj sobie herb!

Wojciech Jakubowski, Marek Solarczyk, Ustrój Kościoła rzymskokatolickiego, Wyd. ASPRA-JR,


Warszawa 2002.
Katolickie rośliny
W mojej rodzinnej parafii rytm zmieniających się pór kościelnego roku wyznaczało pojawianie się w
drzwiach zakrystii tajemniczego siwego kapłana. W oku niósł odrobinę szaleostwa, w ręku
nieodłączną reklamówkę. Pojawiał się niezawodnie w listopadzie, zaraz przed adwentem, i w
okolicach maja, gdy ornaty zmienia się z białych na zielone, znak, że okres wielkanocny przechodzi
płynnie w zwykły. My, ministranci, wiedzieliśmy o dziwnym gościu tyle, że jest emerytem, że nie ma
już stałego zajęcia w żadnej parafii. Przychodził więc do nas znikąd, a później szybko znikał.

Prorocy nie mają nazwisk, ten ksiądz też miał tylko imię. Nasi „rdzenni” kapłani na jego widok
zaczynali gwałtownie chichotad i szeptad, a on przelatywał przez zakrystię, zawsze bez sutanny, w
koszuli z koloratką, w koocu klękał, zatapiając się w nerwowej, błyskawicznie odprawianej modlitwie.
Nawet wtedy widad było, że się spieszy. Czuł, że się z niego śmieją. Ignorował to. On musiał tu byd. I
nie pytał już pewnie nawet, co tak naprawdę go pcha.

Mówi się, że dzieci i psy wyczuwają ludzi o specjalnej aurze. My, ministranci, którzy często
małpowaliśmy dorosłe chichoty księży kierowane chodby pod adresem głuchego jak pieo organisty, z
księdza Jerzego nie śmieliśmy się nigdy. Mierzył nas zawsze przez chwilę surowym wzrokiem, z
punktu widzenia jego misji byliśmy kompletnie nieużyteczni, zbyt mali. Mijał nas więc i pędem biegł
na ambonkę, by jak najlepiej wykorzystad dane mu przez proboszcza kilka minut między mszami, gdy
ludzie wychodzą i wchodzą do kościoła.

Ksiądz Jerzy najczęściej mówił więc do ludzkich pleców. W głowie utkwiły mi dwie krótkie frazy:
„katolickie rośliny”, „katolickie leki”. Powtarzał je jak mantrę. Mówił o ich hodowli, próbował chyba
zmontowad jakąś grupę, zapraszał ludzi do swojego pokoiku w pobliskim seminarium. Modulował
głos, pod koniec niemal krzyczał. Na finał zawsze szeleścił reklamówką i wydobywał z niej doniczkę z
jakimś zielskiem. Wymachując nią tryumfalnie, schodził z ambony. Patrzyłem na księdza Jerzego jak
zahipnotyzowany. Dzieci mają dziwne skojarzenia. Koło mojego domu przebiegała ruchliwa ulica. Gdy
kiedyś samochód potrącił na niej psa, a kilka dni później gołębia, pobiegliśmy z kolegami je oglądad.
Ranne zwierzęta nie mogły się już ruszyd, ale przysiągłbym, że w ich oczach przed śmiercią widziałem
nie tylko ból, ale i jakąś dumę. Może to głupie, ale tę samą falę łapałem zawsze w ciągu tych kilku
sekund, gdy ksiądz Jerzy, teraz już czerwony z emocji, przebiegał przez zakrystię bombardowany
troskliwymi spojrzeniami swoich kolegów po fachu. Podejrzałem, że korzystając z uprzejmości
proboszcza, jadł obiad na plebanii. Jego ostatnią nadzieją były pracujące tam gospodynie. Na
początku rzucał się na nie ze swoimi roślinami, po chwili widząc, że równie dobrze mógłby
ewangelizowad ściany, opuszczał ręce, mówił coraz wolniej, dyskretnie chował doniczkę, później w
milczeniu kooczył schabowego. Grzecznie się żegnał.

Któregoś roku apostoł katolickiego chlorofilu nie przyszedł. Pamiętam tylko, że zauważyliśmy to
dopiero po jakichś trzech latach.

Kazania
Katolicy, którzy narzekają na swojego proboszcza, bo mówi on zbyt długo i nudno, niech dziękują
Bogu, że nie urodzili się trzysta lat temu w rodzinie protestanckiej. Protestanckie wskazówki
kaznodziejskie z XVIII wieku podają, że kazanie nie powinno trwad dłużej niż 1,5 godziny. I nie
powinno byd w nim mistycyzmu, a treści ściśle oświeceniowe. I tak na Wielkanoc mówiono o
niebezpieczeostwie zakopywania zmarłych żywcem. Na Boże Narodzenie o korzyściach z przebywania
zwierząt na polu albo o pożytkach płynących z rodzenia na świeżym powietrzu. Tradycyjnie w Święto
Reformacji wytaczało się najcięższe armaty przeciw Kościołowi katolickiemu. Gdy pojawił się Bach -
ludzie w niedzielę praktycznie nie wychodzili z kościoła. Zaczynało się od porannego nabożeostwa, po
nim była kantata. Później jakiś motet, no, a po nim był już najwyższy czas na... nabożeostwo
popołudniowe.

A więc mogło byd gorzej. Dlaczego jednak nie jest całkiem dobrze, a bywa tak, jak opisał w jednym ze
swoich wierszy ksiądz Jan Twardowski: „homilie jak ciężkie indyki jakby ktoś przyszedł porozmawiad z
nikim. Jezus na śmierd rozebrany bosy, prosi o słowa świeże, wilgotne od rosy”?

Problemy zaczęły się ujawniad około 1989 roku. Świat mocno przyspieszył. A wraz z nim wierni,
uformowani przez nowe media. Kościół zaś zmieniad się zwykł z rozwagą i powoli. I coś zaczęło
„strzelad na łączach”. Księża wpadli na chwilę w okres retorycznej bezradności, by wrócid do utartych
jednokierunkowych modeli komunikacji. Wystarczy posłuchad przez dwadzieścia minut o tym, iż
„dziewictwo Maryi naśladujemy w ten sposób, że staramy się całe swoje serce oddad Panu Jezusowi,
macierzyostwo zaś Maryi naśladujemy wówczas, gdy staramy się, żeby całe nasze życie było płodne
również w wymiarze duchowym”, aby mied pewnośd, że nie wiadomo o czym i do kogo kaznodzieja
mówi.

Specjaliści wymieniają cztery podstawowe grzechy, jakie popełniają dziś na ambonie polscy księża.
Pierwszy - to nadużywanie teologicznego slangu, z którego wierni nie rozumieją nic. Drugi - to
negatywizm, który ma swoje podłoże historyczne. O ile w czasach komunizmu kaznodzieja był po
strome wiernych przeciw systemowi, tak we wczesnych latach dziewięddziesiątych był z Bogiem, ale
zdarzało się mu byd w opozycji do wiernych. Wtedy też triumfy zaczęły święcid zwroty tworzące
poczucie powszechności zagrożenia: „słyszy się, że”; „mówi się, że”.

Trzeci - to usilne „umłodzieżowienie” języka, co w kościelnym kontekście brzmi zwykle żałośnie


(„Matka Boża wymięka, słysząc anielskie pozdrowienie i słowa Elżbiety”). Czwarta i najcięższa chyba
wina - to „duszpasteryzowanie” wiernych, „rozcieoczanie” ewangelii. Najczęściej dzieje się tak, gdy
ksiądz szuka tematu dopiero w trakcie kazania. Rzuca wtedy z ambony ogólniki, uruchamia popularne
zjawisko znane jako „mówi się”, które w skrajnych wypadkach może doprowadzid do tak zwanej
pulpitofilii, czyli zatracenia umiejętności schodzenia z ambony. Ma się wtedy wrażenie, że mówca
dysponuje bankiem pięddziesięciu ogólnie słusznych zdao, które łączy ze sobą w różnych
konfiguracjach. Nierzadko ksiądz za żywą gestykulacją skrywa spojrzenia rzucane na pulpit, gdzie leży
kwartalnik „Współczesna Ambona” (mniejsze ściągi, jak uczy praktyka, księża ukrywają w rękawie lub
umieszczają w lekcjonarzu). Dzięki niemu człowiek religijny i mobilny jest narażony na ryzyko
dwukrotnego wysłuchania identycznego kazania tego samego dnia w dwóch różnych kościołach.

Skąd bierze się kryzys polskich kazao? Doskonale streszcza go jeden ze słuchaczy krakowskiej Szkoły
Retoryki powołanej przy Uniwersytecie Jagiellooskim i Papieskiej Akademii Teologicznej między
innymi z myślą o edukowaniu kaznodziejów. „Nauczony do ludzi mówid to jestem, ale żeby tak do
kogoś to nie bardzo”. Jej uczniowie wynieśli ze szkoły wiedzę o tym, że nawet perfekcyjne
opanowanie kościelnej mowy nie wystarcza, by się z kimś dogadad. Ich przemowy są filmowane, a
później bezlitośnie krytykowane przez polonistów, speców od mowy ciała i międzyludzkiej
komunikacji. Wykładowcy w czasie zajęd prowokują ostre debaty na przykład na temat aborcji czy
homoseksualizmu.
Czy sposobem na utrzymanie uwagi wiernych, wychowanych na ofercie TVN i Polsatu, nie powinna
byd też odrobina aktorstwa? Czas charyzmatycznych kaznodziejów, Piotra Skargi czy Billy'ego
Grahama, chyba jednak już minął. To w komunizmie można było grzmied odważnie i na najwyższej
nucie, a ludzie siedzieli zasłuchani. Dziś, w dobie wolnego rynku idei, liczy się logika wywodu, precyzja
tego, co chce się powiedzied.

W wielu miejscach stosowane zaczynają byd nowoczesne formy mówienia kazao. W kościołach
protestanckich praktykowana jest na przykład tak zwana sztafeta kaznodziejska, w której jeden
mówca podejmuje ostatni wątek z wypowiedzi poprzednika. Dominikanie polscy propagują
rekolekcje dialogowane, w czasie których kaznodzieje rozmawiają ze sobą, a kazanie trwa nawet do
godziny.

Z ożywianiem kazao trzeba jednak uważad. Pewien krakowski kaznodzieja posunął się do tego, że
podczas misyjnych kazao o śmierci, ku zaskoczeniu słuchaczy wpadał do wykopanego grobu. Inna
branżowa legenda opowiada, jak „ożywianie” kazania skooczyło się w jednym ze szczecioskich
kościołów. Ksiądz w niezwykle emocjonalnej mowie próbował nakłonid dzieci do refleksji nad
tajemnicą Zwiastowania. Roztaczał przed nimi wizję cichej nocy w Nazarecie, uśpionego miasteczka,
gwiazd na niebie, Maryi zajmującej się domowymi robótkami. „I nagle pośrodku izby oślepiający
błysk! Grzmot! Wszystko drży! Przy piecu staje anioł i mówi: Witaj Maryjo! Dzieci, co
odpowiedziałybyście aniołowi?” - pyta zadowolony ze swych aktorskich talentów duszpasterz, ale
odpowiada mu cisza. W koocu zgłasza się przerażony malec, który wyznaje do mikrofonu: „Ja to bym
się chyba ze....ł ze strachu”...

Na tym tle jako ideał jawią się minimalistyczne kazania ks. Mieczysława Malioskiego na Wielkanoc
(„Chrystus zmartwychwstał! Ale wy i tak w to nie wierzycie”) lub słowa, które wygłosił podobno kilka
lat temu w święto Przemienienia Paoskiego nestor polskich dominikanów, dziewięddziesięcioletni
ojciec Joachim Badeni. To kazanie również przytaczam w całości: „Dziś Przemienienie Paoskie.
Przemieniajmy się, przemieniajmy się. Amen”.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak mówią najwięksi: Retoryka na ambonie, Wyd. M, Kraków 2003.

Jak mówi większośd:

Dorota Zdunkiewicz-Jedynak, O Bogu łatwym, lekkim, niewymagającym. Banalizacja języka Kościoła,


„Res Publica Nowa”, 2004 nr 2.

Szymon Hołownia, Sprzedawanie Dobrej Nowiny, „W drodze”, 2002 nr 7 (347).

Klauzura 73

Jak mówid, żeby ludzie nie uciekali z kościoła:

Przekonad Pana Boga, z ks. Józefem Tischnerem rozmawiają Dorota Zaoko i Jarosław Gowin,

Wyd. Znak, Kraków 1999.


Klauzura
Jeśli turysta podczas zwiedzania klasztoru natknie się na drzwi z takim właśnie napisem, powinien
brad nogi za pas. Klauzura to bowiem miejsce, gdzie wolno przebywad tylko zakonnikom. Otworzyd
klauzurę można stosunkowo łatwo, najczęściej za pomocą klucza nazywanego pieszczotliwie
„klauzurką”. Ale klauzura to nie tylko drzwi, bo drzwi stanowią jedynie symbol tego, o co naprawdę
chodzi, a chodzi o oddzielenie jakiejś części mniszego życia od zewnętrznego świata. Klauzura ma
pomóc zakonnikom skupid się na modlitwie i pracy. Za drzwiami klauzury mają zwykle swoje cele
(pokoje), kaplicę, salki, gdzie spędzają wspólnie czas i jedzą posiłki. Można za nią wchodzid tylko, gdy
ma się pozwolenie od przełożonego klasztoru. Wyjątkiem jest klauzura papieska. Obowiązuje w
klasztorach mnichów i mniszek, którzy całe życie spędzają na modlitwie (na przykład kameduli czy
klaryski). Do klauzury papieskiej mogą wchodzid tylko miejscowy biskup, kardynałowie, spowiednicy i
księża udzielający chorym sakramentów, lekarze. Wszyscy niezbędni pracownicy (na przykład
konserwatorzy) muszą mied pozwolenie od biskupa. Inni świeccy - z samego Watykanu.

Klauzura obowiązuje też w drugą stronę. Zakonnicy mieszkający za klauzurą powinni o zgodę na
wyjście pytad przełożonego. Mnisi i mniszki mogą wychodzid z klauzury tylko w bardzo ważnych
sprawach. Wśród mniszek są więc siostry wyznaczone do robienia zakupów czy załatwiania spraw
(nazywane czasem „siostrami zewnętrznymi”). Zdarzało się też, że mniszki zwalniane były z klauzury
po to, by móc uczestniczyd we mszy odprawianej przez papieża czy w wyborach, po czym wracały za
kraty.

W klasztorze pustelników kamedułów na podkrakowskich Bielanach (widad go doskonale chodby z


autostrady A4) klauzura jest z kolei tak ścisła, że zabrania wstępu do kościoła wszystkim kobietom (z
wyjątkiem najważniejszych świąt i kilkunastu innych specjalnie wyznaczonych dni roku). Mnisi mogą
też poprosid o tak zwaną rekluzję, czyli o przydział eremu w przyklasztornej głuszy, i od tej pory nie
kontaktują się z nikim. Jedynym sygnałem, że chorują lub umarli, jest nieodbieranie posiłków z
umówionego miejsca na drodze do ich domku. Na Bielanach można było jeszcze nie tak dawno
spotkad mnichów, dla których ostatnim elementem świeckiego życia, na jaki zwrócili uwagę, była
druga wojna światowa. To, co dla świeckich wydaje się okrucieostwem, mnisi uważają za wartośd,
klauzura przypomina im, że jest tylko jeden kierunek, w jakim powinni się zwracad. Do góry.

Tę myśl można zresztą traktowad twórczo. Ostatnio wśród klasztorów mniszek zapanował boom
internetowy: siostry zakupiły specjalne nadajniki, które przy udziale radiolinii zapewniają im stały
dostęp do Internetu. A pomaga im to nie tylko docierad do potencjalnych kandydatek, które coraz
częściej szukają informacji o zakonach w sieci. Pod adresem www.sakramentki.org.pl można też na
przykład wysład maila do przeoryszy z prośbą, by siostry modliły się w danej intencji. Klaryski
kapucynki z Krakowa pokusiły się nawet o udział w czacie (w portalu www.katolik.pl).

Kleryk
Kilkanaście lat temu - jako młody ministrant - bacznie przyglądałem się seminarium duchownemu,
które działało w moim mieście. Znajomi klerycy swoją Alma Mater pieszczotliwie określali mianem
„technikum proboszczowskiego” kształcącego na kierunku „technik organizator kultu religijnego”. Ci z
młodych księży, którzy już seminarium kooczyli, narzekali przy każdej okazji, że można się tam było
nabawid nerwic, a już na pewno co najmniej wad wzroku. Jednego z nich zapytałem kiedyś o
dominujący w seminaryjnym wychowaniu model duchowości (karmelitaoski, ignacjaoski etc). Pytanie
to wywoływało na jego twarzy zdziwienie. No, bo jak to? Księżowska duchowośd jest przecież jedna i
koncentruje się wokół praktycznych aspektów „robienia Pana Jezusa”...

Przez ostatnie kilkanaście lat seminaria trochę się jednak zmieniły. Wymusiły to nie tylko odgórne
kościelne reformy, ale i poważne zmiany w demograficznym profilu kandydatów. Minął czas „kleryka
wiejskiego”, dziś do bramy seminarium pukają głównie ludzie z miasta, i to nie tacy młodzi, coraz
częściej trafia się osobnik tuż przed trzydziestką, który po liceum zdążył zobaczyd trochę świata, a
może nawet skooczył w „cywilu” jakieś studia (do dominikanów zgłosił się parę lat temu doktor
habilitowany teologii i socjologii). Wychowawcy mówią, że młodzi ludzie, którzy przychodzą do nich
dzisiaj, różnią się od kleryków sprzed lat nie tylko stawianiem swoim nauczycielom coraz wyższych
poprzeczek intelektualnych, ale również tym, co mają „w środku”. Ankieta przeprowadzona kilka lat
temu przez ks. Krzysztofa Pawlinę wśród 925 kleryków z pierwszego roku seminarium wykazała, że 5
proc. z nich nie wierzy w piekło, 20 proc. jest zdania, że nie ma jasnych kryteriów, które pozwalają
odróżnid dobro od zła, a tylko 3 proc. uważa, że katolik winien byd posłuszny wskazaniom Kościoła!
Jeszcze coś, o czym milczą statystyki, ale napominają wychowawcy - kiedyś kandydaci na księży
potrzebowali ojca, dziś - znacznie częściej potrzebują matki.

Jeden z rektorów zakonnych franciszkaoskich seminariów mówi wprost: „Kiedyś wstępowali do nas
ludzie kipiący energią, którzy chcieli coś zmieniad, robid coś dobrego dla innych, ale nie mieścili się w
obowiązującym wówczas systemie. Marzyło nam się, że tą dobrocią i wiarą rozsadzimy go od środka.
Dziś przychodzą ludzie, którzy mówią, że szukają u nas bezpieczeostwa, trwałego systemu wartości.
Są coraz mniej zdecydowani”. Kiedyś szło się do zakonu na śmierd i życie. Dziś kandydat zwykle mówi,
że czegoś szuka, że chce sobie spróbowad. Współcześni klerycy są bardziej rozedrgani, niepewni, po
prostu - niedojrzali emocjonalnie. Mniej jest wśród nich „ludzi z jajem”, silnych osobowości.

A życie kleryka w zgodnej opinii jego wychowawców staje się z każdym dniem trudniejsze. Jest im
trudniej, bo alternatywy, które mają za oknem, są coraz bardziej atrakcyjne. Seminarium nie jest już
jak w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku drogą awansu społecznego dla chłopców, na których
seminaryjne czesne zrzucała się cała wieś. Rektor seminarium w centralnej Polsce mówi jasno: „Żeby
dziś tu wytrzymad, trzeba albo rzeczywiście zaprzyjaźnid się z Chrystusem, albo upaśd na głowę”.

Jego zdaniem, klerycy płacą za tę przyjaźo straszną cenę. Wstawanie o szóstej, sześd lat ograniczenia
wolności, pytanie o pozwolenie na każde wyjście, a jeśli wyjście - to z socjuszem (kolegą), kilka godzin
modlitw dziennie. „Kto normalny to wytrzyma? Ja już bym wolał własną inicjatywę otworzyd, chlebek,
masełko sprzedawad” - deklaruje ksiądz rektor.

Z drugiej strony - współcześni klerycy są przecież w znacznie lepszej sytuacji niż reszta ich
rówieśników. „Oni wracają do akademika, muszą troszczyd się o byt. A ja dzięki temu, że coś z tego
oddają nam, nie mam takich problemów, mogę studiowad psychologię, filozofię, teologię” - zauważa
przytomnie jeden z dominikaoskich kleryków. W dzisiejszych seminariach, nawet tych zakonnych,
pada mit odseparowania młodych księży od zewnętrznego świata. Dominikanie nawet nowicjat, który
jest faktycznie czasem rocznych rekolekcji, umieścili w klasztorze w centrum Poznania, gdzie
codziennie przewijają się setki ludzi, gdzie działają dwa duszpasterstwa, wydawnictwo. W Krakowie
połowa braci studentów codziennie biega na świeckie uczelnie, gdzie robią kolejne fakultety. Mają
praktycznie nieograniczony dostęp do Internetu i e-maila. Krakowscy kapucyni zawiązali natomiast
klasztorny DKF. Raz na dwa tygodnie wypożyczają DVD z jakimś głośnym filmem, oglądają, a
następnie odbywa się dyskusja z udziałem zaproszonego specjalisty. Gdy nie oglądają filmów, ciągną i
po trzy fakultety, seminarium bierze udział w programie Erasmus i co roku dwóch, trzech braci wysyła
za granicę, młodzi zakonnicy prenumerują „Newsweeka” i „Politykę”. Internet dostępny jest po
wpisaniu się do zeszytu. „Jedyny problem, jaki mamy z wyjściami do filharmonii czy teatru, to żeby im
się chciało tam chodzid” - mówi rektor seminarium.

Wszystkie te zabiegi zmierzają jednak tak naprawdę do reformy modelu edukacji księży, który
utrwalił się w wielu miejscach w Kościele przez kilka ostatnich wieków, a który zakładał, że
seminarium musi byd zamkniętą enklawą na wyspie marności tego świata. Czym po sześciu latach
kooczyło się zderzenie człowieka wychodzącego z takiej enklawy z brutalnym życiem? Bywało, że
delikwent z miejsca wpadał w ręce trójcy nieświętej (kobieta, wino i śpiew), a wygłodniały po sześciu
latach „upupiania” i postów, zanim zaczął odprawiad msze - kupował sobie samochód. Dziś młodzi
księża na Zachodzie mają już w szkole specjalny przedmiot mówiący o ludzkiej seksualności. Paryskie
seminarium, żeby umieścid kleryków jak najbliżej realnego świata, podzieliło się na kilka działających
przy parafiach i ośrodkach charytatywnych domów, gdzie klerycy na przemian studiują i modlą się,
ale przede wszystkim tkwią od początku w samym środku duszpasterskiego frontu.

Dla bardziej zaawansowanych

Po co są dziś księża w zachodniej Europie? Jean Marie Lustiger, Kapłani, których daje Bóg, Wyd. Espe,
Kraków 2002.

I w Polsce?

Józef Michalik, Wzorzec nowoczesnego kapłaostwa. List pasterski, „Christianitas”, 2003 nr 14.

Jak i o czym rozmawiają współcześni klerycy? Renata Przybylska, Wiesław Przyczyna, Język kleryków,
„Res Publica Nowa”, 2004 nr 2.

Kolęda
„Dzwonek do drzwi. Ani chybi czarny - myślę - bo już wcześniej wizytą duszpasterską grozili. W panice
szukam schronienia. Ksiądz wypatrzył mnie w momencie, gdy usiłowałam skryd się pod blatem
kuchennym. »Córka dopiero z pracy wróciła i pewnie głodna, coś do jedzenia sobie robi« - zagaił
ksiądz. Ze spuszczoną głową posnułam się więc w kierunku pokoju. »No, to gdzie pani pracuje« -
uprzejmie klecha zapytał. »Ekhm... wie pan... no... wie ksiądz... to nie jest mój ulubiony temat...«.
»Ach tak! No, to w którym supermarkecie?!«. I to by było na tyle. Taki opis kolędy AD 2003
spotykamy pod adresem http://monte-christo.blog.pl

Każdy chodzący po kolędzie ksiądz takich historyjek zna setki. Nobliwi ojcowie rodzin chowający się w
piwnicy, w wannie, czy kulący się z zimna na balkonie. Dzieci udające nagły atak gorączki, matki na
widok koloratki błyskawicznie przewieszające budzące skojarzenia obrazy albo gwałtownie szukające
na szafie świec czy kropidła. Odwiedzani parafianie nie pozostają dłużni. Dla niektórych z nich kolęda
to nie wizyta, a wizytacja, a ksiądz - to krzyżówka inkasenta z akwizytorem. Z relacji obu stron wcale
nie tak rzadko wyłania się obraz kolędy jako sztucznego misterium, które raz do roku z bliżej
nieznanych przyczyn po prostu trzeba odegrad. Na drodze księży coraz częściej wyrastają też
przeszkody znacznie bardziej prozaiczne, na przykład ochroniarze w nowych, zamkniętych na głucho
osiedlach. Czy to już koniec kolędy? Czy obyczaj, który ukształtował się w Polsce z górą trzysta lat
temu, w ciągu najbliższych kilkunastu powędruje do lamusa?
Księża mówią, że nie odpuszczą, bo kolęda to niezastąpiony sposób na poznanie swoich wiernych.
Pytanie tylko, czy wierni też chcą poznad swoich księży? Bezwzględnie odpowiadają na nie statystyki.
Nie sposób znaleźd wiarygodnych danych na poziomie ogólnopolskim, ale z analizy poszczególnych
parafii widad, że jedynie na wsiach odsetek parafian przyjmujących księdza po kolędzie wciąż jest
bliski 90 procent. Im większy ośrodek, tym odsetek ten jest niższy. W jednej z parafii w Koszalinie
przyjęło księdza w 2002 roku 73 procent mieszkaoców. W jezuickiej parafii w Warszawie w tym
samym czasie już tylko 43 procent. To jednak dowód nie tyle zeświecczenia obyczajów, ile generalnej
zmiany trybu życia. To nie tak, że 57 procent ludzi nie chce widzied księdza. Po prostu ich trajektorie
coraz rzadziej mają obiektywną szansę się przeciąd. Ludzie w miastach nie mają czasu nawet na
przyjęcie w domu przyjaciół czy znajomych. Ale przeżywają też coraz więcej dylematów. Więc popyt
na dobrego duszpasterza będzie się zwiększał.

Niektórzy proboszczowie zauważyli już to przesunięcie akcentów na kościelnym rynku. W


warszawskiej parafii św. Andrzeja dwa lata temu wynajęci przez parafię bezrobotni zapukali do drzwi
każdego mieszkaoca z listem od proboszcza. Pisał w nim, że chce odwiedzid tylko tych, którzy sobie
tego życzą, chce też uniknąd klasycznej dla kolędy atmosfery, kiedy strony się nie znają, więc pojawia
się temat kotka albo pieska. Do listu dołączona więc była kartka, na której można było zaznaczyd
jedną z trzech opcji - chęd przyjęcia księdza i rozmowy na zaproponowany temat; chęd przyjęcia
księdza, ale tylko po to, by pomodlid się i poświęcid mieszkanie, albo zgłosid odmowę przyjęcia. Kartki
zwróciło około 15 procent parafian. Ułamek z nich zaproponował temat do rozmowy. Proboszcz się
tym nie martwi. Przypomina, że Jezus nie starał się odwiedzid jednego wieczoru sześddziesięciu
mieszkao, tylko chodził tam, gdzie go zaprosili. Ma też nadzieję, że współcześni ludzie, którzy kolędę z
automatu lekceważą, będą cenid to, co kosztowało ich trochę wysiłku. Podobną taktykę stosuje
jeszcze kilku warszawskich proboszczów. W parafii Dzieciątka Jezus, księdza na kolędę trzeba zaprosid
telefonicznie. Tamtejszy proboszcz nie uzupełnia też przy okazji kolędy parafialnych kartotek, bo - jak
mówi - nie chce żenowad ludzi.

Kartoteki zaś, to obok osławionych kopert najgorzej się kojarzące symbole kolędy (o kartotekach zob.
też „Kancelaria parafialna”). Zdaniem proboszczów kopert też nie warto zupełnie likwidowad, bo te
same w sobie nie są złe. Wszystko musi się tylko odbywad w odpowiedniej aurze. Bo otoczenie
zmienia wielkośd rzeczy. Atmosferę oczyściłyby pewnie szczegółowe finansowe sprawozdania z
kolędy. Tymczasem księża, by nie kłud ludzi w oczy, często milczą lub usiłują sprawid wrażenie, że nie
dostali nic. A ile dostali? Średni dochód księdza z jednego kolędowego sezonu to od kilkuset złotych
w parafiach, gdzie ksiądz rozdaje wszystko co dostanie, po kilkanaście tysięcy (górna, ale prawdziwa
granica), gdzie ludzie są hojni, a rozdawad nie ma potrzeby.

Kolor liturgiczny
Ci, którzy uczęszczają do kościoła częściej niż raz w roku, mieli okazję zauważyd, że ksiądz wychodzi
odprawiad mszę odziany w szaty różnego koloru. To, czy wybierze zielony, czerwony, fioletowy,
różowy, biały, złoty czy niebieski, nie zależy jednak od jego gustu, a od małej książeczki: Kalendarza
liturgicznego, który zawiera szczegółowe przepisy dotyczące odprawiania mszy i znajduje się w każdej
polskiej zakrystii.

Generalna zasada jest taka, że w Kościele każdy dzieo ma swój kolor. I tak: na zielono ksiądz ubiera
się w tak zwanym okresie zwykłym. Jeśli trafimy do kościoła i zobaczymy księdza właśnie w zieleni,
możemy mied nadzieję, że liturgia pójdzie szybko i sprawnie, jest to bowiem jeden z dni, kiedy w
Kościele nie obchodzi się żadnego święta, nie ma adwentu czy wielkiego postu. W adwencie i wielkim
poście szaty księdza byłyby fioletowe (kolor pokuty). Fioletowe ornaty „chodzą” też podczas mszy za
zmarłych i w trakcie pogrzebów. Kolor czerwony zarezerwowany jest na „krwawe” dni, których
patronem jest męczennik, oraz Wielki Piątek, a także na Zesłanie Ducha Świętego (w tym wypadku
czerwony ma kojarzyd się z ogniem). Są też ornaty białe (na święta). Do białych zalicza się też ornaty z
elementami błękitu (na święta maryjne) lub złote - na szczególną pompę (Boże Narodzenie,
Wielkanoc, niektóre niedziele). Za ciekawostkę w kościelnej szafie robi ornat różowy. Można go
używad tylko przez dwa dni w roku - w trzecią niedzielę adwentu i w czwartą wielkiego postu; różowy
oznacza wtedy radośd oczekiwania na zbliżające się święta. Wielu parafii nie stad jednak na taką
ekstrawagancję i te dni obsługują zwykłe ornaty fioletowe. Problemów nie nastręcza ubiór księdza
pod ornatem. Widz ogląda przede wszystkim albę, czyli długą białą szatę przepasaną sznurkiem, który
szlachetniej brzmi po łacinie - cingulum.

Różne barwy mają też stuły, czyli barwne szarfy, oznaki władzy kapłaoskiej. Kiedy ksiądz idzie z
konfesjonału, aby udzielad komunii, przekłada stułę na drugą stronę (ze względów praktycznych są
one bowiem czasem dwukolorowe), i tak z fioletowej - pokutnej, robi się odpowiadająca kolorowi
danego dnia, czyli dajmy na to zielona.

Tak wyglądają ogólne zasady kościelnego kroju i szycia. Ale w tym temacie kryją się też i smaczne
szczególiki. Laik nie będzie miał na przykład pojęcia, że w branży jakośd komży czy alby ocenia się
głównie po jakości i ilości wmontowanych koronkowych wstawek (w ogóle bez - to obciach, za dużo -
to obciach jeszcze większy). Nie domyśli się nawet, że to, co ogląda w kościele, wyszło byd może spod
igły zakonu założonego w celu szycia księżowskich szat (Siostry Westiarki). Nie będzie miał pojęcia, że
mimo iż w większych sklepach z dewocjonaliami koszulę z koloratką można upolowad już za
trzydzieści parę złotych, to jeden z największych belgijskich domów mody dla księży, w którym ta
sama koszula kosztuje siedem razy tyle, zdecydował się na uruchomienie witryny internetowej i
sprzedaży wysyłkowej specjalnie dla polskich księży! Są podstawy, by sądzid, że ta ekspansja nie jest
tylko wynikiem faktu, iż w Belgii księży prawie już nie ma, a u nas wciąż są. Otacza nas po prostu
coraz więcej ładnych rzeczy, estetyczna średnia krajowa rośnie, a więc i księżom zaczął się poprawiad
gust.

Bo naprawdę są kościoły, gdzie księża ubierają się nie tylko zgodnie z przepisami, ale i z poczuciem
smaku. W wielu parafialnych szafach są ładne, proste ornaty. Kilkudziesięciu księży „załapało się” na
charakterystyczne ornaty z rysunkiem tęczy, autorstwa znanego francuskiego kreatora J.C.
Castelbajaca, pozostałe po światowych dniach młodzieży w Paryżu. U poznaoskich dominikanów
testowano swego czasu świetny pomysł - jednolity popielaty ornat z wymienną kolorową stułą. W
diecezji radomskiej działa zaś jedyny polski projektant ornatów - ksiądz Marek Wójcik, który na
własną rękę zaprojektował i wykonał ponad trzysta ornatów. Ornaty nie zawsze zgadzają się z
kanonami (bywają na przykład brązowe albo granatowe), dlatego ksiądz Marek każdego używa
niestety tylko raz. Oczywiście dominantę w większości parafii stanowią wciąż ornaty w szeroko
pojętej poetyce przepychu stylistycznego a la prałat Jankowski, na których aż roi się od złotych
haftów, kotwic, krwawiących mieczów, maryjnych malunków, naszytych kielichów i złotych gron.

Cała nadzieja jednak w tym, że spadek powołao na Zachodzie się utrzyma i producenci kościelnej
„odzieży roboczej”, jeśli nie przerzucą się na pieczarki, będą musieli przyjechad do nas na stałe i
wzmocnią dobre trendy. A wtedy w walce naturalnego piękna z pięknem w guście księdza
Jankowskiego - górą będą nasi.

Koloratka
Zwana też czasem w branży „celibatem”. Sztywny biały kołnierzyk w kształcie niepełnej obroży to
oznaka duchownego płci męskiej. Koloratka jest nieodłącznym zwieoczeniem sutanny, może też
jednak występowad bez niej i byd przyczepiona do koszuli. Księża mają specjalne koszule z „tunelem”,
w który zgrabnie można wpuścid koloratkę, a gdy okoliczności przestają tego wymagad, po prostu ją
wyjąd (do tego celu wystarczą mieszczące się w kieszeni cienkie koloratki). Popularne jest też
montowanie koloratki pod koszulami ze zwykłym kołnierzykiem (do tego niezbędne są jednak
koloratki bardziej masywne). Niektórzy postępowcy (moda przyniesiona z Niemiec, u nas popularna
zwłaszcza na Śląsku), koloratkę zastępują białym kołnierzykiem wyłożonym na ciemny sweter.

Prawo do koloratki ma każdy, kto ma prawo do sutanny (klerycy dostają sutannę na początku
trzeciego roku seminarium). Jeśli natomiast jest się zakonnikiem (dominikanie na przykład habity
mają od początku nowicjatu, co w innych zakonach zasadą nie jest), koloratkę nosi się wyłącznie, gdy
występuje się w samej koszuli i dopiero po złożeniu pierwszych ślubów. Wszelkie możliwe przepisy,
listy biskupów, a nawet instrukcje (watykaoska, regulująca sprawy ubioru księży studentów
przebywających w Rzymie) zalecają księżom stosowanie koloratki jako znaku przypominającego o
sprawach wyższych zabieganemu społeczeostwu. Współcześni księża, zwłaszcza ci, którzy koloratek
nie noszą, sami są jednak często tak zabiegani, że przydałby się ktoś, kto by im o nich przypominał.

Dla bardziej zaawansowanych

Podstawy savoir vivre'u dla księży:

A. Witkowiak, Decus clericorum. Etyka towarzyska,

Księgarnia św. Wojciecha, Poznao 1960.

Jak powinno wyglądad księżowskie „ochędóstwo”? św. Franciszek Salezy, Filotea, czyli droga do życia
pobożnego, b.d.w.

Komunia
Katolicy wierzą, że w konsekrowanej hostii (specjalny, używany tylko w czasie mszy rodzaj opłatka) i
w konsekrowanym winie jest prawdziwe ciało i krew Chrystusa. W to trzeba wierzyd, tego się nie da
wytłumaczyd. Nic nie pomogą księża naukowcy, przekonując, że w Eucharystii chodzi o
transsygnifikację oraz transfinalizację - zmianę znaczenia i celu substancji, czyli o to, że w momencie
przeistoczenia hostia formalnie pozostaje opłatkiem, chod treściowo jest już ciałem Chrystusa (bo
każda materia ma jakby dwa poziomy). Niedowiarki zresztą i tak zadają wtedy zwykle pytania, o jaką
konkretnie częśd ciała Chrystusa chodzi? Który mięsieo?

Interesujących szczegółów mogą szukad w opisach ponad stu znanych dotąd cudów
eucharystycznych, z których najwięcej miało miejsce w lubującym się w takich historiach
średniowieczu. W roku 1263 we włoskim Bolzano kapłan powątpiewający w realną obecnośd
Chrystusa ujrzał, jak z podnoszonej przezeo hostii leje się krew; w Lanciano, czterysta lat wcześniej,
hostia zmieniła się w sposób cudowny we fragment komory ludzkiego serca i również spłynęła krwią
(o grupie AB i nieznanym Rh).

Kościół nie każe nikomu wierzyd w te cuda. Pytanie tylko, po co Chrystus miałby wysyład na ziemię
fragmenty swojego serca i w jakiej relacji pozostaje to zdarzenie do jego Wniebowstąpienia, a także
oczekiwania na powtórne przyjście? Teologowie sugerują poza tym, że przecież w komunii nie chodzi
o znane nam z codzienności fizyczne ciało, bo taka interpretacja mogłaby wiernym nasuwad na myśl
kanibalizm, a bardziej o „obecnośd” Chrystusa w opłatku i o uświadomienie, że „spożywanie ciała i
krwi Chrystusa” to znak największej, jaka może byd, wspólnoty między Nim a nami i między nami
nawzajem.

O teorii Eucharystii napisano setki tysięcy stron. Jej praktyczna strona jest równie ciekawa. Komunia
występuje pod dwoma postaciami - chleba i wina. Jeszcze w średniowieczu mszę odprawiano na
zwykłym chlebie, który łamano i jedzono, dopiero w IX-X wieku zmieniono go na chleb niekwaszony -
w formie małych opłatków. Wino używane do mszy, które później przeistacza się w krew Chrystusa,
musi spełniad zasadniczo jeden warunek: nie może zawierad w sobie żadnych sztucznych domieszek.
Przyjęło się, że katolicy do celów liturgicznych używają wytrawnego wina białego (kościelnej odmiany
któregoś z popularnych gatunków), chrześcijanie ze Wschodu stosują czerwone.

Komunię pod dwoma postaciami świeccy przyjmują tylko od wielkiego dzwonu (podczas ślubu, mszy
jakiejś wspólnoty), a na co-dzieo mamy szansę otrzymad tylko ciało Chrystusa pod postacią chleba
(gdy wierny ma uczulenie na gluten i nie wolno mu spożywad opłatka, może pid tylko wino - teologia
mówi, że Chrystus obecny jest pod każdą z postaci „w całości”).

Nie zdziwmy się, gdy po przyjściu do kościoła okaże się, że komunii udziela nam nasz sąsiad. W Polsce
coraz więcej jest świeckich rozdających komunię (fachowo nazywają się „nadzwyczajnymi szafarzami
Eucharystii”, zwyczajnym jest tylko ksiądz); muszą mied od 35 do 65 lat, przejśd specjalne szkolenie i
mied zgodę biskupa. W małej diecezji pelplioskiej jest ich ponad 200. Komunii mogą udzielad też
klerycy (po trzecim roku, kiedy zostają uprawnieni do tak zwanej posługi akolitatu).

I nie trzeba wcale przyjmowad jej na klęczące Aktualne przepisy zalecają wręcz, by komunię
przyjmowad na stojąco, podchodząc w procesji do księdza (motyw pielgrzymowania etc, a poza tym
szybciej i sprawniej). Dla niektórych katolików starej daty jest to herezja, chod mniej gorsząca niż
chodby przyjmowanie komunii na rękę (na Zachodzie bardzo popularne, w Polsce niezalecane, ale
dopuszczalne). Podchodzimy wtedy do księdza z lewą ręką ułożoną na prawej, odchodzimy na bok i
tam sami wkładamy sobie hostię do ust. Jeśli będziemy przyjmowad krew Chrystusa, do wyboru
mamy aż trzy metody: bezpośrednio z kielicha, przez specjalną rurkę, którą po każdym użyciu płucze
się wodą, a najczęściej otrzymując hostię, którą ksiądz zanurzył wcześniej w kielichu.

Jeszcze przed Soborem Watykaoskim księża radzili często zostawid przyjmowanie komunii na większe
okazje. Dziś zachęcają, żeby robid to jak najczęściej (a można nawet dwa razy dziennie pod
warunkiem, że za drugim razem uczestniczy się w całej mszy). Trzeba tylko pamiętad o jednym -
wierni na godzinę przed komunią NIE POWINNI jeśd i pid (wyjątek stanowi woda i leki). To tak zwany
post eucharystyczny (nie obowiązuje ludzi starszych i chorych). Ci, którym się to nie podoba, zamiast
narzekad, powinni podziękowad Pawłowi VI, bo do jego czasów przed przyjęciem komunii trzeba było
pościd od północy poprzedniego dnia.
W czasie udzielania komunii zdarzają się wypadki. Hostie lądują w szerokich dekoltach pao czy na
ziemi, tak jak w jednej z białostockich parafii, gdzie kilka lat temu ksiądz udzielający komunii na
pięterku potknął się i na wiernych stojących na dole spadła z nieba biała manna. Wierni w takich
sytuacjach zwykle nieruchomieją. A nie powinni. Przepisy przepisami, ale jest też logika, która mówi,
że najważniejszą rzeczą w takich sytuacjach jest niedopuszczenie do profanacji. Hostia nas nie
poparzy, bierzemy ją do ręki, podnosimy z ubrania czy z podłogi i spożywamy. To właśnie uczynił
wspomniany wyżej ksiądz wraz ze mną, jego ministrantem. Zbierając hostie z beretów i jesionek,
sparaliżowanych strachem wiernych, przypomniałem sobie, że przed mszą ofiarowałem dzisiejszą
komunię na intencję pewnej koleżanki. A przyjąłem ich tego dnia ponad sto. Gdy opowiedziałem tę
historię koleżance, zaczerwieniła się tylko. Do dziś nie wiem, co miała na sumieniu.

Dla bardziej zaawansowanych

Komunii rys historyczny:

Encyklopedia religii, t. 3, PWN, Warszawa 2001.

Jak się przyjmuje komunię?

Bogusław Nadolski, Liturgika, t. 4 - Eucharystia, Wyd. Pallotinum, Poznao 1992.

Szczegóły cudu w Lanciano

Nicola Nasuti OFM, Cud eucharystyczny w Lanciano, Wyd. Arka, 1999.

Koronka
W oczach laika koronka to różaniec w wersji instant lub krzyżówka różaoca z litanią. Koronka swoją
popularnośd zawdzięcza siostrze Faustynie Kowalskiej, która zaleciła swoim naśladowcom, by
odmawiali (najlepiej o trzeciej po południu - godzinie śmierci Chrystusa na krzyżu) Koronkę do
Miłosierdzia Bożego. Faustyna pisała w swoim Dzienniczku, że kto chod raz odmówi koronkę, może
byd spokojny - w godzinie śmierci upomni się o niego sam Jezus. A ponadto odmawianie koronki
może oszczędzid Ziemi wiele nieszczęśd. Gdy modlimy się, żeby coś się nie stało, nie ma - rzecz jasna -
co czekad na jakieś spektakularne efekty. Od jakiego kataklizmu ocaliliśmy świat, dowiemy się pewnie
dopiero po tamtej stronie chmur, ale spróbowad przecież nie zaszkodzi.

Do odmawiania koronki potrzebny jest w zasadzie tylko różaniec i kartka, na której zapiszemy
ołówkiem trzy modlitwy podane przez Faustynę: „Ojcze Przedwieczny ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i
Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy
nasze i całego świata” (1), „Dla jego bolesnej męki - miej miłosierdzie dla nas i całego świata” (2) oraz
„Święty Boże, Święty Mocny, Święty i Nieśmiertelny zmiłuj się nad nami i nad całym światem” (3).
Sposób dalszego postępowania jest następujący: na wstępie odmawiamy „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś
Mario” i „Wierzę”, następnie modlitwę nr 1 odmawiamy na pięciu „wyizolowanych” paciorkach,
przeznaczonych zwykle na „Ojcze Nasz”, a nr 2 - na pięddziesięciu pozostałych paciorkach, zamiast
„Zdrowaś Mario”. Modlitwę nr 3 mówimy na samym koocu. Po dwóch „okrążeniach” kartkę możemy
wyrzucid, koronkę znamy już na pamięd. Koronka to doskonała odmiana dla wszystkich tych, dla
których różaniec jest za długi i za ciężki i którzy narzekają, że nie mogą się na nim skupid. Na koronce
złapią moment duchowego oddechu. Moment jest tu właściwym słowem. Koronka prawidłowo
odmawiana jest krótsza od najszybciej odmawianego różaoca, nie powinna zająd więcej niż pięd
minut. Byd może dlatego księża coraz częściej zadają ją coraz bardziej zaganianym wiernym na
pokutę.

Dla bardziej zaawansowanych

Św. s. M. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, Wyd. MIC, Warszawa 2002.

Kościelny
Właściwie: zakrystian. Ksiądz Jan Twardowski przytaczał anegdotę o zakrystianie, który na wieśd o
tym, że prawdopodobnie nie będzie komu odprawid porannej mszy, bo wyznaczony do tego kapłan
śpi, zareagował pogardliwym prychnięciem: „Jest ksiądz, czy go nie ma - msza musi iśd!”, po czym
zadzwonił sygnaturką i sam wyszedł do ołtarza w towarzystwie zaskoczonych ministrantów. Tu się nie
ma co śmiad. Zakrystian tak naprawdę jest bowiem drugą po Bogu osobą w kościele. Księża
przychodzą i odchodzą, on zaś trwa.

Jeśli świątynia przypomina czasem teatr - zakrystian jest w niej kierownikiem sceny. To on dba o
odpowiednie oświetlenie, szykuje stroje dla księży, nalewa wino i wodę, pilnuje by nagle w środku
mszy nie zabrakło hostii, czasem jest człowiekiem od specjalnych poruczeo - musi doskonale znad
wszystkich swoich księży, by posiąśd na przykład kluczową z punktu widzenia przebiegu liturgii
wiedzę, z której strony ambonki położyd okulary celebransa, tak by je zauważył.

Zakrystian koordynuje też pracę pao piorących bieliznę mszalną, w tym sensie jest ich szefem;
podstawowymi zaś antagonistami gatunku zakrystianów są ministranci. Ci niemal zawsze są dla
zakrystiana utrapieniem gorszym od podagry, co chwila czegoś się domagają, zakłócają święty spokój
miejsca i brudzą wszędzie spalonymi węglami od kadzidła.

Tak naprawdę bój nie idzie jednak o węgle. To pieśo o niespełnionej ambicji. Znałem kiedyś pewnego
starej daty zakrystiana, dla którego najpiękniejsze były zawsze te chwile, gdy ministrantów w ogóle
nie było. Dotąd zamknięty w ciemnym kokonie zakrystii, mógł wreszcie wyjśd w światła opuszczonej
przez nich sceny i pokazad skrzydła. Wyzwolony zakrystian uwielbiał zwłaszcza czytad i śpiewad, które
to czynności zwykle zastrzeżone były dla wyższej ministranckiej kasty. Gorliwości i szczęścia, jakie
malowały się wtedy na jego twarzy - nie odda nic. Podobnej klasy emocje próbował ukazad Zbigniew
Herbert, opisując w jednej ze swoich antycznych opowieści przeżycia Cerbera, uwolnionego chwilowo
z podziemi przez Heraklesa i zabranego w ziemską podróż.

Stary, klasyczny zakrystian to dziś jednak wielki luksus. Coraz więcej parafii zatrudnia w tym
charakterze siostry zakonne, a w Katedrze Polowej - młodziutkich żołnierzy. Zwolennicy tych zmian
mówią, że płynie z nich nie tylko korzyśd ekonomiczna, ale i estetyczna. Byd może to prawda. Ale
każda prawda jest koocem legendy. I niedługo już tylko w książkach spotykad będziemy kościelnych,
takich jak ten, który zasnął w kącie, a indagowany przez księdza, by podał popiół potrzebny do
posypania głów wiernych, ocknął się i wymamrotał: „Popił, popił! Wcale tak dużo nie popił - jedna
flaszka na trzech...”.
Księża studenci
Zdarzy nam się z pewnością (zob. „Kancelaria parafialna”) trafid kiedyś na księdza, który niby wydaje
się taki sam jak wszyscy, ale coś w nim będzie nam jednak mówiło, że jest inny. Nasze spostrzeżenia
potwierdzi z pewnością także i on osobiście, gdy po kilku chwilach pogubi się w parafialnej
dokumentacji i przepraszając, wyzna, że nie jest stąd.

Bo nie jest. Trafiliśmy na księdza studenta. Po ukooczeniu seminarium i kilku latach praktyki na parafii
najzdolniejszych świeżo upieczonych nosicieli koloratki lub takich, z którymi miejscowa kuria wiąże
jakieś plany, wysyła się na dodatkowe studia, na przykład, by zrobili doktorat. Takie studia to
kosztowna impreza, trzeba pamiętad, że ksiądz jest podczas nich pozbawiony swojego stałego
dochodu z czynności liturgicznych. Najczęściej więc księdza na studia kieruje jakaś kościelna
instytucja, która zapewnia mu wikt i opierunek. Bywa też - chod rzadziej - że proboszcz rodzinnej
parafii zapatrzony w młodego kapłana funduje mu studia w nadziei, że gagatek „pójdzie w biskupy”
(chod wymóg doktoratu przy sakrze biskupiej zniesiono, to jednak jest on mile widziany).

W hierarchii księżowskich studiów najwyżej stoją - rzecz jasna - studia rzymskie. W Wiecznym Mieście
jest kilka papieskich uniwersytetów (jezuickie Gregorianum, dominikaoskie Angelicum, związane z
Opus Dei - Santa Croce); po takich studiach, nawet jeśli nie są uwieoczone doktoratem, kandydat
wraca zwykle do kurii i to na wysokie stanowisko. W wypadku studiów krajowych zdarza się, że
próbują łączyd je z normalną pracą duszpasterską, ale to akurat wyczyn heroiczny. W kraju księża
najchętniej studiują na KUL-u i warszawskim UKSW (dawna ATK). Ciekawie problem studiów
rozwiązali polscy dominikanie, którzy rok temu przejęli opiekę duszpasterską nad campusem
nowojorskiego Columbia University, w ten sposób zyskując fantastyczną „metę” dla braci, którzy
chcieliby poszerzyd wiedzę na tym jednym z najlepszych na świecie uniwersytetów.

W każdym wypadku jednak rozkoszny okres „drugiej młodości” na studiach trwa tylko kilka lat. A
później człowiek wraca na stare schody. Pamiętajmy o tym, uśmiechając się do księdza studenta i
wiedząc, że biedak musi tuład się kątem po parafiach i dorabiad dodatkowymi mszami - wręczmy mu
większą niż zwykle ofiarę. Darowizna na rzecz nauki.

Kuria
Miejsce gdzie szanuje się czas. W większości polskich kurii telefony milkną na chwilę przed 13.

Kuria to miejsce urzędowania biskupa i jego przybocznych, czyli kurialistów. Tu ważą się losy
diecezjalnej kasy, stąd wychodzą rozkazy przenosin księży. Tu mieści się Sąd Biskupi, do którego
najbardziej popularnych zadao należy załatwianie spraw „kościelnych rozwodników”. W kurii pracuje
ekonom kurialny, tu też znajduje się tajne diecezjalne archiwum (do którego klucz ma wyłącznie
biskup). Kuria jest więc centrum zarządzania lokalnym Kościołem.

Polskie kurie w niczym nie przypominają jednak centrum lotów kosmicznych w Houston. Szary
człowiek, który trafia do kurii, czuje na plecach niepokojące mrowienie, jakby wszedł do urzędu
skarbowego lub prokuratury. Czuje, że księża i zakonnice przemykające z cichym szelestem po zawsze
świeżo wypastowanej posadzce mrocznych korytarzy, za chwilą znikną w czeluściach pokoi tylko po
to, by oddad się tajemnemu urzędniczemu misterium, liturgii, której sens znają tylko oni sami. Jeżeli
nawet po drodze zdarzy im się obrzucid petenta wejrzeniem - to niespiesznym, głębokim, każącym
zgiąd w pokorze kark przed kapłanami procedur.
Jeśli kuria może przypominad coś jeszcze, to chyba dwór austriacki. Kurialiści, podzieleni na wydziały,
ściśle zhierarchizowani, lubią tytulaturę. Nic dziwnego, wezwanie do pracy w kurii to dla księdza
zaszczyt, który może skooczyd się nawet biskupstwem. Gdy wkroczy on na tę drogę, pielęgnuje więc
każdą widoczną oznakę przebytej odległości. Jeśli więc przyjdzie nam załatwiad kurialne sprawy,
najpierw uważnie zapoznajmy się z wiszącą przed nami wizytówką. Literki „BP” nie będą wcale
oznaczad stacji benzynowej, ale informowad, że za chwilę staniemy przed obliczem biskupa. Co
prawda stanięcie oko w oko z własnym arcypasterzem jest dla przeciętnej owieczki równie
prawdopodobne, co trafienie piątki w Dużym Lotku (wyjątkiem jest tutaj Kraków, gdzie do biskupów
można wejśd niemal „z ulicy”). Zwykle dostępu do biskupa broni bowiem co najmniej jedna zakonnica
oraz kierowca, do którego jednak zwracamy się per „księże kapelanie” (bo nie tylko wozi on biskupa,
zajmuje się również innymi sprawami: trzyma biskupi kalendarz, a czasem może biskupa spowiadad).
Jeśli na drzwiach widnieje skrót „Kan.” - do kurialisty zwracamy się per „Księże kanoniku”, przy „Prał.
Hon. J. Sw” (Prałat Honorowy Jego Świątobliwości) - wystarczy skromne „Księże prałacie”, podobnie
gdy po nazwisku kurialisty widnieją literki R. M. (co znaczy: Rokieta i Mantolet, zob. „Prałat”). Jeśli
sprawa, z którą przyszliśmy, nie cierpi zwłoki, nie zaszkodzi przed tytułem dodad rozmiękczające
każdego kurialistę słówko „czcigodny” (przy sprawie ekstrapilnej - „wielce czcigodny”).

Rekapitulując - jeżeli do kurii przygnała nas chęd złożenie skargi na katechetę, przed drzwiami szefa
wydziału katechetycznego znajdujemy wizytówkę „Ks. Jan Nowak, R. M.”, i po grzecznościach
wstępnych swoje exposé zaczynamy od słów: „Wielce czcigodny księże prałacie!”.

Warto przy tym pamiętad, że szanse na załatwienie czegokolwiek nawet przy użyciu najbardziej
wyszukanych tytułów są niewielkie nie tylko po południu. Przed południem też bywa ciężko, bo kurie
pracują zwykle od 9.

Kurs przedmałżeński
Na początku lat dziewięddziesiątych, jako kilkunastoletni ministrant, po wieczornej mszy zostałem w
kościele. Zaczynał się kurs przedmałżeoski. Wrażenie, jak na filmach Davida Lyncha - nic nie
rozumiałem, czułem strach. Wygaszone światła. Para prelegentów: ksiądz z szóstym krzyżykiem na
karku i lekarka, na oko jego rówieśniczka. Ksiądz z widocznym znudzeniem prezentował krwawe
przezrocza, pokazujące rozerwane ludzkie płody, co miało zniechęcid kursantów do aborcji. Jego
partnerka rozdawała słuchaczkom skserowane odręczne rysunki. „W te wykresiki będziecie wpisywad
wyniki badao śluzu” - wyjaśniła. „A w nagrodę najlepsze prace zostaną odczytane na następnych
zajęciach...” - dorzucił półgłosem mój sąsiad z ławki.

Kursy przedmałżeoskie to - niczym chór parafialny (zob. „Chór”) - praktycznie niewysychające źródło
anegdot. Podobno w Łodzi na kursie przedmałżeoskim pan z poradni rodzinnej przekonywał
zebranych, że doskonale wie, co czuje kobieta, gdy mężczyzna używa prezerwatywy (nic
przyjemnego), a wie to, bo jego żona jest higienistką. W innej parafii prowadząca kurs wyjaśniała
młodym parom, że zbyt częste współżycie może prowadzid do problemów dermatologicznych.

Powiedzied, że wśród polskich katolików kursy przedmałżeoskie nie mają dobrej prasy - to za mało.
Zdaniem wielu są równie sensowne, co obowiązkowe kursy BHP, w czasie których można się
dowiedzied, że stanowczo nie należy pchad śrubokrętu do gniazdka.
Porównanie jest o tyle trafne, że podstawowym problem kursów przedmałżeoskich jest chyba
właśnie ich obowiązkowośd. A o tym zdecydowała instrukcja episkopatu Polski z 1975 roku. To unikat
na skalę światową, bo chod w wielu krajach istnieją jakieś formy kursów czy warsztatów dla
narzeczonych, uznaje się jednak, że dorośli chrześcijanie są na tyle dorośli, by sami mogli decydowad,
czy są im one potrzebne. I chod niektórzy lansują tezę, że obowiązkowe kursy to polskie osiągnięcie i
„najpełniejsze wprowadzenie w czyn soborowej nauki o małżeostwie”, praktyka pokazuje co innego.
Stary rynkowy mechanizm sprawia, że jeśli ludzie nie mają wyboru, czy chcą korzystad z danej usługi,
czy też nie - usługodawca przestaje dbad o jakośd, bo przecież i tak muszą do niego przyjśd.

Skutek jest taki, że w polskich poradniach życia rodzinnego wcale nie tak rzadko można natknąd się
na stare panny czy księży. Są oczywiście i miejsca, gdzie do prowadzenia kursów zaprasza się
małżeostwa. I oby ich było coraz więcej. Episkopat podobno pracuje nad zmianami w programie
przygotowao do katolickiego ślubu. W archidiecezji katowickiej wprowadza się do programu kursów,
prowadzonych w małych grupach, specjalne ankiety dla uczestników. Fantastyczną sprawą są
importowane z Zachodu „Wieczory dla zakochanych”, cykl dziewięciu spotkao, na których rzecz jasna
jest ksiądz, ale narzeczeni pod kierunkiem doświadczonej pary oprócz kompetentnej rozmowy,
chodby o naturalnych metodach planowania rodziny, dużo czasu poświęcają też na trening
rozwiązywania konfliktów i uczą się metod komunikacji. „Wieczory” mają swoją skróconą wyjazdową
formę: „Weekendy dla zakochanych”. Walą na nie tłumy, problem w tym, że organizowane są tylko w
kilkunastu ośrodkach w Polsce; zdarzały się też przypadki, że proboszczowie nie chcieli uznawad ich
za wystarczające przygotowanie do małżeostwa. Na absolwentach „Wieczorów” ciąży też (nie
wiedzied czemu) obowiązek kilku wizyt w poradni życia rodzinnego (ciąży on zresztą na wszystkich,
ale w parafiach często łączy się jedno z drugim, bo kurs prowadzą właśnie panie z poradni).

To bardzo chrześcijaoskie - ostudzid nieco miłosny zapał zakochanych narzeczonych, pokazad, że


małżeostwo to nie tylko słodkie „gruchanie”, ale i poważna instytucja, do założenia której trzeba się
porządnie przygotowad. Coraz ważniejsze staje się jednak, by w tym przygotowaniu właściwie
rozłożyd akcenty. W sytuacji, gdy liczba wniosków o „kościelny rozwód” rośnie w Polsce w tempie
kilkuset na rok, młodzi ludzie, skoro już przyszli do świątyni - zamiast słuchad wyłącznie o
pęcherzykach Graffa - powinni więcej czasu poświęcad na to, by uczyd się, jak bronid trwałości swego
związku. Bo w przeciwnym razie będziemy mieli wokół siebie coraz więcej doskonale
wyedukowanych w badaniu śluzu BYŁYCH małżonków.

Dla bardziej zaawansowanych

Więcej o „Wieczorach dla zakochanych”:

http://www.mateusz.pl/goscie/spotkaniamalzenskie/zakochani.html

Wszystko o naturalnym planowaniu rodziny: www.npr.pl

Jak powinno wyglądad przygotowanie do małżeostwa katolickiego? Jerzy Buxakowski, Wprowadzenie


do teologii duszpasterstwa rodzin, Bernardinum, Pelplin 1999.

Licencjat
Okazja do strzelenia gafy. Księża bardzo chętnie dodają sobie przed nazwiskiem „Ks. Lic.” Nie ma
wtedy co prychad z pogardą. Jasne, że szkolnictwo wyższe podsypane nawozem gotówki rozrasta się
do niespotykanych rozmiarów i szafuje tytułem licencjata na lewo i prawo. Trzeba jednak pamiętad,
że chociaż normalnie licencjat to coś pośredniego między maturą a magisterką, w Kościele jest to
szczebel w drodze między magisterką a doktoratem. Wystarczy rzut oka na tabliczki z nazwiskami
księży w wielu polskich parafiach, by przekonad się, że różnica chod rzeczywiście mała, to jednak
bardzo cieszy.

List pasterski
Rodzaj tortur, którymi władze kościelne wypróbowują pokorę i wytrzymałośd wiernych.

Komunikaty z zebrao Konferencji Episkopatu Polski są odczytywane w polskich kościołach co najmniej


kilka razy w roku. Do tego dochodzą listy „tematyczne” (o bezrobociu, o rodzinie) i listy pasterskie
lokalnych biskupów. Dla księży, którzy nad przygotowanie do kazania przedkładają lekturę programu
telewizyjnego - to gratka. Ci, którym zależy, by wierni, wychodząc ze mszy, wynosili z kościoła chodby
jedną nową myśl - tragedia. Listu pasterskiego dostojnego nadawcy nie można bowiem ot tak sobie
wrzucid do szuflady. Próbują więc go skrócid, omówid, czy wreszcie powiedzied regularne kazanie na
jego kanwie.

Wierni w przeważającej większości wypracowali już bowiem metody obrony przed listami. Gdy
padają słowa inwokacji „Umiłowani w Chrystusie Panu Bracia i Siostry”, w świątyniach zaczynają
szeleścid różaoce, spora częśd uczestników liturgii rozpoczyna wzmożoną obserwację malowideł na
sklepieniu lub po prostu zapada na mały kwadransik w drzemkę.

Nie ma się więc co dziwid wynikom maleokiego eksperymentu, który przeprowadziłem dwa lata
temu. W parafii na warszawskim Żoliborzu, gdzie akurat czytano naszpikowany frazesami w stylu
„poznanie Jezusa w cierpieniu jest zanurzeniem się w częśd boskiej tajemnicy zbawienia” list prymasa
na wielki post, na dwadzieścia pytanych przeze mnie później przed kościołem osób cokolwiek
zapamiętały cztery. W świątyni na Nowym Mieście, gdzie kaznodzieja zachęcał w prostych słowach,
by wielki post stał się okazją do odświeżenia miłości i ludzkich wyborów, tylko dwie z dwudziestu nie
pamiętały nic.

Ale prawdziwy szok przeżyłem dopiero, gdy wszedłem na stronę internetową episkopatu, gdzie
magazynuje się epistolarne dzieła hierarchów. Gdy są na ekranie (czy później - cytowane w gazetach),
czyta się je z zainteresowaniem! Problem listów pasterskich nie polega bowiem na tym, że są głupie.
Przeciwnie. Problem w tym, że gdy fascynujące i głębokie eseje, które świetnie się czyta w „Gazecie
Świątecznej”, zacznie się recytowad w radiu, te same teksty tam wydadzą się nieznośnym gniotem.
Msza jest dramatem, spektaklem, w czasie którego cały czas coś się przed oczyma wiernych dzieje.
Jeśli w środku tego spektaklu proponuje się nam przerwę na piętnastominutowe dukanie z kartki
tekstu o tym, że „biskupi są świadomi, iż wszystkie działania wspólnoty Kościoła muszą byd
naznaczone duchem misyjnym, aby wzbudzad i zachowad w sercach wiernych gorliwośd w głoszeniu
ewangelii”, licho bierze cały klimat wydarzenia, czar pryska, dysonans jest taki, że aż się chce wyjśd.

Obroocy kościelnej epistolografii zaraz przypomną, że listy pisało się w Kościele od zawsze, pisali je
już apostołowie, pisali przełożeni zakonów do swoich mnichów. Tak, tyle że ich odbiorcy mieli
przykazane, by traktowad list jako list, siadali nad nim, czytali go i analizowali, podczas gdy
współczesny człowiek w czasie mszy nie ma czytad, ma słuchad, i nie oczekuje listu, oczekuje
mądrego, krótkiego felietonu. Przecież nawet listy apostolskie czyta się w czasie mszy w „mocnych”
fragmentach! Nie jest tak, że nasi biskupi nie mają swoim wiernym nic mądrego do powiedzenia. Jeśli
jednak chcą to zrobid, niech pofatygują się osobiście albo niech scedują to na swoich księży. A jeśli
chcą napisad do wiernych Ust - niech ci dostają go przy wyjściu z kościoła, tak by spokojnie mogli
pójśd z nim do domu (praktykuje to w swojej diecezji chodby belgijski kardynał Gotfred Daneels).

Bo inaczej wierni, wychodząc z domu, do kościoła więcej już nie zajrzą.

Dla bardziej zaawansowanych

Listy pasterskie w komplecie: www.episkopat.pl

Internetowy fanklub kard. Danneelsa założony przez jego imiennika z USA, który nie jest katolikiem,
ale nie przeszkadza mu to promowad kardynała na papieża:
www.deuceifclubs.com/daneels/daneels.htm

Litania
Błagalny dialog, w którym pochwalne opinie pod adresem Boga, Maryi lub świętych przeplatają się z
inwokacjami „módl się za nami” (do świętych) i „zmiłuj się nad nami” (do Osób Boskich). Taka forma
modlitwy - co wielu może zdziwi - nie jest wcale wynalazkiem i specjalnością polskich staruszek,
praktykowana była już w pierwszych wiekach chrześcijaostwa. Najstarszą znaną litanię, do Wszystkich
Świętych, odmawiano podobno już w IV wieku. W rankingach popularności na głowę bije ją jednak
niewiele młodsza „Litania do Matki Bożej”, od miejsca pochodzenia zwana też Loretaoską. Tekst
superskutecznej „Litanii dominikaoskiej” - stanowi odmianę „Litanii do Wszystkich Świętych”. Już w
średniowieczu, gdy dzięki regularnemu jej odmawianiu dominikanie załatwili sobie zmianę
niekorzystnych dla nich decyzji Kurii Rzymskiej, utarło się w kręgach kościelnych powiedzenie
„strzeżcie się «Litanii domini-kaoskiej», bo ona cudów dokonuje!”.

Litania właśnie swojej monotonii zawdzięcza to, że prawidłowo odmawiana jest modlitwą piękną,
„klimatyczną”, przywodzącą na myśl wschodnie praktyki polegające na powtarzaniu wiele razy tej
samej pobożnej frazy. Buddyjscy mnisi mieli swoje mantry, rosyjscy święci - chodby tak zwaną
modlitwę Jezusową, polegającą na powtarzaniu kilka tysięcy razy dziennie zdania „Jezu, Synu Boga
żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Nic dziwnego, że litanię upodobali sobie zwłaszcza wierni
kościołów wschodnich. W katolicyzmie, głównie dzięki miłośnikom tak zwanej religijności ludowej,
litanie mnożą się dziś jak grzyby po deszczu (mają je już teraz praktycznie wszyscy święci). Byd może
niedługo powtórzy się więc sytuacja z początków XVII wieku, gdy liczba litanii wzrosła do
osiemdziesięciu, a papież Klemens VIII, aby uporządkowad sytuację, zezwolił na publiczne
odmawianie tylko dwóch litami, najstarszych i najpiękniejszych - wymienionych wyżej.

Dla bardziej zaawansowanych

Tekst „Litanii dominikaoskiej”: http://www.anrelus.plaitaniadonunikanska.htm

O co chodzi w „modlitwie Jezusowej”:

Opowieści pielgrzyma, Wyd. W drodze, Poznao 2002.


„Liturgia uścisków”
Powiedzied, że Darwin z radości przewraca się w grobie - to mało. On w nim wiruje! Teoria ewolucji
sprawdza się również w Kościele! Kościelny darwinizm zaobserwowad zaś można nawet w dziedzinie
wydawałoby się tak kostycznej i niezmiennej jak liturgiczne przepisy.

Według podręczników - katolicka msza dzieli się na pięd części: Obrzędy wstępne (wszystko co jest
przed czytaniami), Liturgię Słowa (od czytao do „Modlitwy powszechnej”), Liturgię Eucharystyczną
(wszystko co jest dalej aż do „Ojcze Nasz”), Obrzędy Komunii („Ojcze Nasz”, „Baranku Boży” etc.) i
Obrzędy zakooczenia. Życie dopisało do tego schematu jeszcze jeden element - „Liturgię uścisków”.
„Liturgia uścisków” jest w Polsce elementem mszy odprawianych przez biskupów, niekiedy
przysługuje również innym wyższym dostojnikom.

Liturgia ta to nic innego jak osobliwa gra retoryczna lokalnego księdza z dostojnym gościem,
niekooczące się wzajemne dusery, które z technicznego punktu widzenia występują na samym
początku mszy, zaraz po pozdrowieniu „Pan z wami” lub na samym koocu - tuż przed
błogosławieostwem. A najczęściej występują i tu, i tu. Na wstępie proboszcz wizytowanej przez
biskupa parafii (duszpasterz harcerzy, do których przyjechał hierarcha etc.) sławi zasługi dostojnego
gościa, dziękując mu, że zechciał się pofatygowad (w zależności od inwencji witającego - około
piętnastu zdao), później następuje krótki wtręt teologiczny, przypominający uzasadnienie wyroku
(dlaczego biskup musiał przyjechad i że to dla wiernych bardzo dobrze), okraszony czasem lekuchno
powleczoną wazeliną wycieczką osobistą („ksiądz biskup przecież zawsze miał wielki sentyment do
naszej skromnej parafii...”) i szczyptą ekscytacji w oczekiwaniu na słowo, które do wiernych skieruje.
Biskup (lub inny gośd) „w kilku słowach dziękuje później za te z serca płynące słowa”, ewentualnie
sam dorzuca coś z teologii (na przykład o tym, że „na pragnienia serc wiernych może odpowiedzied
tylko darem swojego kapłaostwa”), lub - co też się zdarza - spuści tylko skromnie głowę i pogrąży się
w zadumie. Jeśli tak wyglądała „Liturgia uścisków” na początku mszy, na koocu powtarza się ją
dokładnie według tego samego schematu, zamieniając jedynie czas teraźniejszy na przeszły („ksiądz
biskup przyjeżdża” na „ksiądz biskup przyjechał”; „mogę się wam odwdzięczyd darem” na „mogłem
się wam odwdzięczyd darem” etc). Fenomenem jest to, że w polskich kościołach, w których
nabożeostwa potrafią bardzo się od siebie różnid, poszczególne sceny „Liturgii uścisków” odgrywane
są zawsze tak samo. Okazuje się więc, że pod skórą formalnych przepisów istnieje nieoficjalny
krwiobieg, który równie skutecznie rozniósł po kraju schemat zachowania się wobec nawiedzającego
duchowe włości hierarchy.

Matka Boska Elektryczna


Figura Matki Boskiej z „wieocem z gwiazd dwunastu”, w którym w rolę wieoca wcielają się żarówki
małej mocy. Żarówki mogą świecid światłem stałym lub mrugad - gdy są sprzężone z dodatkową
aparaturą - na przykład w rytm religijnego przeboju (widziałem w okolicach Zakopanego!).

Matki Boskie Elektryczne najczęściej spotyka się w przydrożnych lub przydomowych kaplicach (w
Warszawie - na podwórkach kamienic, na Podlasiu w willach, tak zwanych słupkach, kapliczki w
formie szklanej klatki wmurowanej w ścianę); nieodłącznym elementem ich wystroju jest plastikowa
roślinnośd. Osobną mutację Matki Boskiej Elektrycznej stanowią figury umieszczane w
przykościelnych grotach. Grota to specjalna budowla z kamienia, najczęściej z imitacją źródełka
bijącego wodą z sieci miejskiej. Matka Boska w grocie z bijącym źródłem oryginalnie objawiła się w
Lourdes we Francji. Złośliwi powiadają, że groty-kopie bywają zaś owocem rozżalenia proboszczów,
którzy modlili się o cudowne objawienie na swoim terenie, a skoro nie przyszło, „zrobili” je sami.

Matka Boska Elektryczna to tylko fragment szerszego fenomenu pobożności maryjnej. Podnoszą się
głosy, iż tradycyjny kult maryjny w wersji polskiej graniczy gdzieniegdzie z okultyzmem, a w parafiach
wiejskich - z kultem bogini Matki Ziemi (które to poczucie wzmacniają chodby ludowe nazwy świąt
maryjnych: Matki Bożej Siewnej, Kwietnej, Zielnej etc). Mnogośd wizerunków Matki Boskiej sprawia,
że są kościoły przypominające opisywane przez świętego Pawła świątynie greckie, w których aż roiło
się od wyspecjalizowanych w różnych ludzkich sprawach bożków (według jego relacji Grecy tak się
troszczyli, by żadnego bożka nie pominąd, że na wszelki wypadek stawiali również ołtarze
„nieznanemu bogu”). W latach siedemdziesiątych sam prymas Wyszyoski, żegnając pielgrzymkę
wyruszającą z Warszawy na Jasną Górę, prosił, by wierni pozdrowili Matkę Boską Częstochowską od
patronki Warszawy, Matki Boskiej Łaskawej. W naszych polskich świątyniach wciąż nietrudno spotkad
wiernego, który spod ołtarza Matki Boskiej Częstochowskiej przenosi się pod ołtarz Ostrobramskiej,
by później uczcid jeszcze Różaocową, a na koniec spędzid chwilę przed Najświętszym Sakramentem.
Według teologicznej teorii delikwent taki modlił się do Jezusa, przy „współudziale” Maryi. On sam -
zapytany - z pewnością odpowie, że modlił się do czterech osób (Jezusa i trzech Matek Boskich, albo -
co gorsza - do trzech OBRAZÓW). Ekspozycja Matki Boskiej jest w polskich świątyniach tak silna, że co
słabiej wyrobieni katolicy zaliczają ją czasem do osób Trójcy Świętej (najczęściej na niekorzyśd Ducha
Świętego).

Z takiego chodzącego od ołtarza do ołtarza człowieka nie ma się jednak co śmiad. Jedno ze źródeł
żywotności pobożności maryjnej ma swoje źródło w prostym fenomenie. Każdy z nas chce mied
kogoś, kto będzie mu dobrze życzył przed Bogiem. A któż może wywiązad się z tego zadania lepiej niż
Jego własna Matka? Te pragnienia zamykają się czasem w bardzo prostych słowach, na przykład
popularnych maryjnych pieśni, które sprawiają wrażenie herezji („kiedy Ojciec rozgniewany siecze /
szczęśliwy kto się do Matki uciecze”, „a chociaż Syn Twój w gniewie mnie ukarze / Matka za
dzieckiem w obronie powstanie”), czy podobnych w treści pobożnych legend („ojciec Pio często
mówił, że gdy Pan Jezus zamknął drzwi do nieba, Maryja wpuszczała wszystkich przez tylne okno”), a
tak naprawdę są „przedłużeniem” tego, co znaleźd można niemal na każdym kroku w Biblii - Bóg
przecież domaga się chodby od Abrahama, by walczył, modlił się, targował z nim o ocalenie od
nieszczęśd, jakie na siebie ściągnęli mieszkaocy Sodomy.

Rzecz w tym, aby nie poprzestawad na takich pragnieniach. By iśd do przodu, a nie budowad bogato
inkrustowane odgałęzienia i koncentrowad się na wszelkiej maści objawieniach, „słynących łaskami”
miejscach, obrazach, figurach. One mają jeden sens: byd drogowskazem, który pokazuje ludziom
Boga. Praktyka uczy, że łatwo - gdy nie pogłębia się swojej religijnej refleksji - zmienid się mogą w
ersac, a Maryja, zamiast pośredniczki w drodze do Boga, może byd postrzegana jako skrzyżowanie
opiekuoczej bogini z leśną wróżką. Jeden z dyskutantów w numerze „Znaku” poświęconym ateizmowi
wspominał, że wpływ na jego osobistą niewiarę miała przygoda, którą przeżył w dzieciostwie z
pewnym uroczym chłopcem imieniem Tadzia Maluchy bawiły się razem na łące, gdy nagle Tadzio
zwrócił koledze uwagę, by podczas harców starannie omijał pewien rodzaj kwiatków zwany potocznie
pantofelkami Matki Boskiej. Gdy się bowiem na taki pantofelek nadepnie, Matka Boska w akcie
zemsty natychmiast zabija któregoś z rodziców. Dobrze, ale co robid, gdy rzecz jednak się stanie?
Odpowiedź Tadzia była prosta: gnad w te pędy do domu, padad na kolana i modlid się, aby umarł
raczej tata.
Również niechęd jaką do Maryi żywią protestanci, wzięła się przecież głównie z przesytu i bałaganu,
jaki otaczał jej postad, gdy protestantyzm powstawał. Jeszcze sto lat temu w Kościele katolickim
kwitła maryjna tytułomania: przy „Współodkupicielce”, „Szafarce Wszelkich Łask” chodby
wspomniany już wyżej Duch Święty wyglądał jak ubogi krewny. Sobór Watykaoski II - nie odbierając
Maryi niczego z roli, jaką odgrywa w Kościele - usunął tylko piętrzące się stylistyczne zawijasy. Maryja
jest odtąd po prostu „Matką Kościoła”. I sobór, i papież Paweł VI w swojej adhortacji Signum
Magnum zachęcali do tego, by zapoznawad się z życiem Maryi, naśladowad ją, zwracad się do niej z
prośbami, ale by nie opierad się w tym kulcie wyłącznie na gorących emocjach.

W Polsce wcielenie tego postulatu w życie wciąż bywa trudne. Współczesne źródła fenomenu
maryjnego to rządy wspomnianego już kardynała Stefana Wyszyoskiego, który konstruując plan
przetrwania Kościoła pod rządami komunizmu, w ślad chodby za Mickiewiczem doszedł do słusznego
wniosku, że jeśli uciskana wiara ma gdzieś przetrwad bombardowanie wrogiej ideologii, to tam, gdzie
ideologia nie ma dostępu - w sercach prostych ludzi. W roku 1966 oddał więc naród w „macierzyoską
niewolę Maryi”. Rosły w siłę maryjne sanktuaria, mnożyły się maryjne nabożeostwa. Maryja nie była
żydowską dziewczyną, stała się góralką z Poronina.

Dziś Kościół nie jest już zagrożony. Wielu ludzi wychowanych na nowych wzorcach, spektakularna, a
miejscami czułostkowa pobożnośd maryjna po prostu razi. Nie mogą patrzed na koronowane figury i
wędrujące obrazy „komplementarne” wobec „Drogi Krzyżowej” nabożeostwa „Drogi Matki”,
argument zaś jednego z ekspertów polskiego episkopatu - obroocy ludowej pobożności, który
twierdził, że po jej ograniczeniu Kościół będzie miał ręce czyste, ale puste - wydaje im się
bezsensowny (to akurat chyba zresztą słusznie). Uciekając się do tanich metafor, można by rzec, że
duchową panoramę wypełniają im czasem zbyt bujne liście, przez nie nie mogą dostrzec korzeni
zjawiska. Niech więc w ich poszukiwaniu zerkną chociaż do papieskich dokumentów, do książek o
Maryi. Wystarczy kilka podstawowych faktów z jej życiorysu, by przekonad się, że Maryja naprawdę
była fascynującą osobą. A za tymi figurami i obrazami, które lud czci z wielką wiarą, kryje się - chod
czasem rzeczywiście trudno w to uwierzyd - również pożywka dla rozumu.

Dla bardziej zaawansowanych

Głosowanie, którą formę imienia (Maryja, Maria, Miriam) lubi się najbardziej oraz spis literatury
maryjnej: www.maryia.chrzescijanie.pl

Dowód, że Maryja miała całkiem ludzkie dylematy: powieśd Romana Brandstaettera, Jezus z
Nazarethu, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Po co nam Maryja?

Jacek Salij OP, Matka Boża. Aniołowie. Święci, Wyd. W drodze, Poznao 2004.

Dlaczego katolicyzm to religia żeoska, a protestantyzm męska? Mark P. Shea, Pierwiastek męski i
żeoski, „W drodze”, 2004 nr 4(368).

Kiedy obchodzi się święto Matki Boskiej Jagodnej? Jerzy Bartmioski, Matka Boska w polskiej tradycji
ludowej, „Przegląd Powszechny”, 2004 nr 5(993).
Medytacja
Na korytarzu liczącego sobie dziewięd wieków klasztoru benedyktynów w wielkopolskim Lubiniu,
obok zwykle widywanych w takich miejscach pobożnych oleodruków, wiszą zdjęcia buddyjskich
łamów. Klasztorny korytarz prowadzi do sali na poddaszu, urządzonej na wzór buddyjskiego miejsca
medytacji - zendo. Zamiast ołtarza z figurą Buddy, na ścianie wisi jednak krzyż, a na pulpicie przed
krzyżem leży ikona Trójcy Świętej. W narożniku zaaranżowana jest kompozycja z kamieni - „buddyjski
ogród”, a wokół rozłożone są specjalne materace i poduszki do medytacji. Na dźwięk kołatki do zendo
schodzą się klasztorni goście. Przed wejściem zdejmują buty. Kłaniają się krzyżowi i podchodzą do
mat. Następnie, na uderzenie klapek wszyscy oddają sobie pokłon i siadają na matach, najlepiej w
pozycji lotosu.

W rolę lubioskiego rosi - nauczyciela - wciela się ojciec Jan Maria Bereza. W każdy ostatni weekend
miesiąca w lubioskim klasztorze organizuje sesje medytacyjne. Jeszcze w roku 1987 ojciec Jan
medytował tylko z dwójką swoich przyjaciół, dziś na każdą z sesji przyjeżdża nawet do pięddziesięciu
osób. Spotkania przebiegają według porządku dnia japooskiego sessin (odosobnienia), jednak w
czasie przeznaczonym na recytację buddyjskich sutr uczestnicy biorą udział w śpiewaniu psalmów,
włączając się w odmawiane przez mnichów, cztery razy w ciągu dnia, modlitwy chórowe (zob. też
„Chór”). Wszyscy uczestniczą we mszy świętej.

Herezja? Skąd. Ojciec Jan przekonuje, że reguła benedyktyoska, według której życie opiera się na
starej zasadzie ora et labora (módl się i pracuj) jest bardzo bliska zasadom buddyzmu zen (jest to
japooska nazwa jednej ze szkół buddyzmu, po chiosku chan, w którym praktykę medytacji w zendo
rozdzielają okresy tak zwanej medytacji pracy, czyli po prostu modlitwy przy ciężkiej robocie).

Ojciec Bereza postanowił dzielid się swoim odkryciem z innymi. Ktoś, kto jest katolikiem, a interesuje
się wschodnimi sposobami modlitwy, nie musi mied bowiem wcale poczucia, że zdradza swój Kościół.
Ba, często zupełnie o tym nie wiedząc, wpisuje się w starożytną chrześcijaoską tradycję. Zwyczaj
medytacji, który w tej chwili „ocalał” praktycznie tylko w religiach wschodnich, w pierwszych wiekach
chrześcijaostwa był bardzo popularny również na Zachodzie. Praktykowanie niemal identycznej jak
buddyjska medytacji zalecali już Ojcowie Pustyni, czyli mędrcy żyjący na przełomie starożytności i
średniowiecza. Jako chrześcijaoskie mantry (słowa, które powtarza się w czasie medytacji)
proponowali zdania: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu; Panie, pospiesz ku ratunkowi memu!”
albo „Maranatha!” (Przyjdź, Panie) (zob. też „Różaniec”).

Ludzie, którzy przyjeżdżają do Lubinia, mówią, że gdyby tylko wcześniej wiedzieli o istnieniu takiej
praktyki w chrześcijaostwie, nie musieliby szukad jej gdzie indziej. Przeciwnicy tego, co dzieje się w
Lubiniu, są nieprzejednani, ich zdaniem to „rozmywanie” chrześcijaostwa. Nie pomagają nawet
oficjalne tytuły ojca Berezy, członka Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami
Niechrześcijaoskimi oraz doradcy europejskiej komisji monastycznej Dialogue Interreligieux
Monastique. Oburzenie krytyków wzmogła tylko wywołana przy okazji wizyty w Lubiniu ojca
Lawrence'a Freemana dyskusja w „Tygodniku Powszechnym”, w której jeden z jezuitów przyznał się
do fascynacji taoistycznych, a bardzo znana polska zakonnica wyznała, iż jest joginistką.

Na nieoficjalnych krytyków ojciec Bereza ma całkiem oficjalna broo. List Kongregacji Nauki Wiary z
1989 roku, który nie stawia tamy „eksperymentom” z technikami medytacyjnymi rodem z Dalekiego
Wschodu. „Kościół katolicki nie odrzuca niczego z tego, co w owych religiach jest prawdziwe i święte.
Przeciwnie, można przyjąd to, co jest w nich pożyteczne, pod warunkiem, że nie straci się z oczu
chrześcijaoskiego rozumienia modlitwy”. Dodaje do tego słowa Jana Pawła II, które umieścił w
księdze pamiątkowej przy mauzoleum Mahatmy Gandiego w czasie pielgrzymki do Indii w 1999 roku:
„Żadna kultura nie może przeżyd, jeśli stara się byd jedyną i wykluczającą inne”.

Dla bardziej zaawansowanych

Kontakt z klasztorem w Lubiniu przez stronę www.benedyktyni.pl

Ministrantki
W Polsce wciąż zjawisko niemal wyłącznie ze sfery teorii. Od strony prawnej sytuacja wygląda tak: do
XVI wieku nie ma danych, bo dopiero wtedy papieski dokument stwierdził wyraźnie, że przy ołtarzu
służyd mogą tylko chłopcy. Sobór Watykaoski II w latach sześddziesiątych XX wieku otworzył na
powrót kobietom drogę do ołtarza, w ogóle nie wspominając o płci kościelnych pomocników. Kobiety
zaczęły więc byd dopuszczane do lektury mszalnych czytao, zbierania tacy, prowadzenia niektórych
nabożeostw, a nawet rozdawania komunii. W roku 1980 ukazała się watykaoska instrukcja, która
potwierdzała ich prawa, wyraźnie jednak stwierdzała, że chod mogą robid to wszystko, jednak
„bezpośrednia służba przy ołtarzu” (czyli podawanie księdzu ampułek z winem i wodą, „rozkładanie”
kielicha etc.) ze względów „tradycyjnych” jest wciąż zastrzeżona wyłącznie dla płci brzydkiej. Nowy
Kodeks prawa kanonicznego, który ukazał się w 1983 roku, znów jednak pozostawił w tej kwestii
otwartą furtkę, nie pisząc o podziale na płed, a jedynie o „prawie świeckich do wykonywania
pewnych posług”. W niektórych krajach, zwłaszcza w Niemczech i we Włoszech, odebrano to jako
przyzwolenie na wprowadzenie w parafiach ministrantek. W roku 1994 Watykan wydał list, w którym
potwierdzał, że ministrantki są legalne, jednak jedynie tam, gdzie zgodzą się na to biskupi,
równocześnie przypominał, iż tradycyjnie ministrantami są jednak chłopcy. I tyle o zakrętach
kościelnego prawa.

W Polsce są pojedyncze parafie, gdzie do mszy służą dziewczyny. Ze strony kościelnej strach przed
dopuszczaniem pao do posług jest najczęściej podszyty lękiem pod hasłem „jak je dopuścimy, to zaraz
zapytają - skoro tak, to dlaczego nie mogą byd księżmi?”. Roboty jest jednak w Kościele tyle, że
wystarczy jej dla wszystkich. A co w tym złego, że może ją wykonywad jego ładniejsza częśd?
Awangardą kościelnego feminizmu jest w Polsce Lublin. Tam siostra zakonna pełni zastrzeżoną dotąd
dla księży funkcję duszpasterza akademickiego, a kilka jej koleżanek ma uprawnienia do rozdawania
komunii.

Ministrantki, i w ogóle kobiety w kościele, nie tylko podnoszą estetykę religijnych obrzędów. Działa tu
bowiem również fenomen znany chodby z uczelni wojskowych, na które zaczęto wpuszczad kobiety.
Dopiero wtedy widad w pełni, jak fantastyczny był pomysł Stwórcy konstruującego świat, gdzie obie
płcie mogą się dopełniad. Nie ma czynnika bardziej dyscyplinującego ministrantów płci odmiennej,
którzy w obecności kobiet przestają szaled, ba, podając koleżance lekcjonarz z czytaniami, zamiast
okładad się pałeczką do gongu czy puszczad efektowne balony z gumy (spécialité de la maison
jednego z ministrantów w mojej warszawskiej parafii), zaczynają zachowywad się wręcz szarmancko!

Misje ludowe
Miałem kiedyś zaszczyt podwozid z Żywca na misje ludowe w jednej z katowickich parafii
znakomitego kaznodzieję. Droga była długa, pasażer raczył mnie przypowieściami. Tak zasłyszałem
historię specjalisty od mariologii, który w uniesieniu kaznodziejskim, porównując Matkę Bożą do
coraz to nowych roślin i przedmiotów użytku codziennego, rozglądając się po kościele wykrzyknął w
koocu: „Maryja jest jak zegar!”. Kościół zamarł w oczekiwaniu na pointę tak niespodziewanej
metafory. Sam kaznodzieja również zamarł, dotarło bowiem do niego, że udał się za daleko. Stupor
nie trwał jednak długo, doktor mariologii z przekonaniem podjął wywód w miejscu, w którym go
przerwał: „Ona też mówiła Bogu: TAK, TAK, TAK...”.

Mijaliśmy smętne miasteczka Żywiecczyzny, a mój pasażer wspominał teraz misje, które osobiście
prowadził w jednej z wielkopolskich parafii. „Jak się robi misje, to trzeba konkretnie! I huknąd! I
posadzka mokra!” - emocjonował się. Wspominał, jak zaraz po przyjeździe na miejsce zorientował się,
że epicentrum towarzyskie miejscowości znajduje się przy sklepie monopolowym. „Miałem
prowadzid procesję pokutną. Idąc do kościoła zobaczyłem, że zbiera się na deszcz. Tak długo ciągałem
ludzi po ulicach, tak długo mówiłem, aż niebo zaciągnęło się zupełnie. I wy cyrklowałem! Gdy
podchodziliśmy pod monopol - pojawiły się pierwsze krople, gdy stanęliśmy pod sklepem - zaczęło się
oberwanie chmury! «Wyłaźcie stamtąd!! - ryknąłem. - Niebo płacze nad waszymi grzechami!». Ludzie
też płakali...” - rozczulił się kaznodzieja. Jego kolega po fachu trafił natomiast do kościelnych
annałów, potrząsając wyciągniętymi łaocuchami i krzycząc: „Diabeł! Diabeł idzie na Pabianice!” (zob.
„Kazania”).

Teatr? Ale może właśnie tak trzeba? Misje to bowiem zjawisko jak na standardy kościelnego życia -
specyficzne. To znane od czasów średniowiecza specjalne rekolekcje, na których z założenia
gromadzid ma się cała parafia. Odbywają się średnio co dziesięd lat. W rok po wygłoszeniu misji
organizuje się kolejne (jest to tak zwana renowacja misji). W razie potrzeby duszpasterze mogą też
przygotowad misje specjalne w związku z jakimś wydarzeniem w parafii (może to byd na przykład
oddanie do użytku nowej świątyni lub nawiedzenie parafii przez otaczany czcią obraz).

Misje z zasady trwają tydzieo, a prowadzą je specjalnie zapraszani misjonarze, najczęściej


wyspecjalizowani w gatunku zakonnicy (w Polsce oprócz nieformalnej puli misjonarzy, z której
proboszczowie czerpią, zasięgając informacji u siebie nawzajem, istnieją też specjalne ośrodki
kaznodziejskie, gdzie można misjonarza po prostu „wynająd”).

Cel misji jest jeden - nawrócenie parafii. Jasne jest jednak, że ci z tej parafii, którzy najbardziej
nawrócenia potrzebują, na misje nie przyjdą, bo skoro nie chodzą do kościoła nawet w niedzielę,
dlaczego mieliby przychodzid doo w tygodniu? W praktyce założenie misji jest więc takie, by wywoład
duchowy wstrząs i przebid się z jakąś pobożną sugestią do człowieka, u którego przez lata kościelnej
praktyki zdążyło już dojśd do całkowitego znudzenia powtarzalnością kazao, religijnych praktyk i
skojarzeo. Misjonarze nie mogą jednak przecież zaproponowad nowej wiary. Jedyne, co im zostaje, to
mówienie o tym, o czym ludzie już słyszeli - lecz w nowy sposób.

Jezuicki kaznodzieja Jan Scaramelli na początku XVIII wieku pisał o misji jako o tragedii duchowej,
tragedia spirituale. Honorat z Cannes wychodził na ambonę z paczką pod pachą, w której to paczce
mieściła się trupia czaszka. Podczas kazania odsłaniał ją i nakładał na nią różne nakrycia głowy, to
urzędnika, to światowej damy, to laur poety, to mitrę biskupa - i prowadził z nimi dialog.

Dziś czaszki to żadna atrakcja. Występują w co drugiej kreskówce i w każdych wiadomościach.


Misjonarze kombinują więc jak mogą. Kazania misyjne nierzadko głoszone są w porach, w których nie
zwykło się było przebywad w kościele (środek tygodnia, godzina 16.00 lub 21.00). Słowa misjonarzy
bardziej zapadają w serce dzięki specjalnym misteriom, takim jak święcenie krzyży misyjnych, które
każdy ma później zabrad do domu, procesjom, czy nawet prezentacji (bo ich publiczne stosowanie
jest wzbronione) narzędzi pokutnych, na przykład włosiennic czy specjalnych biczy. Mechanizm jest
jeden - psychologia uczy, że najbardziej zapadają nam w pamięd emocje skrajne, a nic tak nie sprzyja
koncentracji jak wywołanie huśtawki emocjonalnej. Specjaliści sugerują wprost, że wzbudzanie na
przemian uczud lęku i miłości okazuje się w trakcie misji środkiem skutecznego oddziaływania na
słuchaczy. Ich zdaniem misyjne kazania winny składad się z dwóch zasadniczych części - w pierwszej
kapłan ma zaprezentowad ohydę grzechu i życia z dala od Boga, wzbudzid w słuchaczu żal i odrazę do
swego postępowania, w drugiej zaś nieodzownej części pokazad miłosierdzie i wielkośd dobrego
Boga, który mimo naszej ohydy, chętnie puści nam ją w niepamięd, o ile tylko postanowimy się
zmienid. Oddziaływanie perswazyjne misyjnych kazao wzmacniają spiętrzenia przykładów i metafor.
Istnieją w literaturze całe zbiory exemplów przygotowane specjalnie z myślą o kazaniach misyjnych
(zob. Mieczysław Nowak, Misje parafialne 2000).

Wszystko to bardzo piękne. Gdzie znajduje się jednak cienka granica między nawracaniem a
pobożnym cyrkiem? Podobno da się ją wyznaczyd. Teatr zmienia się w misterium nawrócenia, jeśli
ludzie podczas kazania zaczynają ustawiad się w kolejce do konfesjonału.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak i po co urządza się misje?

Gerard Siwek, Misje ludowe w teorii i praktyce Kościoła, Wyd. Poligrafia Salezjaoska, Kraków 1999.

Mnisi
Specjalna odmiana zakonników. W pierwszych wiekach chrześcijaostwa mówiło się tak o
pustelnikach, którzy uciekali z miast, by szukad Boga na odludziu (stąd na ich określenie zaczęto
stosowad greckie słowo monos, które znaczy po prostu, że ktoś jest sam). A ponieważ na odludziu nie
było łatwo, mnisi zaczęli z czasem łączyd się w większe kolonie i tak powstały pierwsze zakony. Dziś
mnichami określa się tych nosicieli habitów, którzy należą do jednego z najstarszych zakonów, takich
jak chodby benedyktyni (i ich mutacja - kartuzi) czy cystersi (i ich mutacja - trapiści). Mnisi tym się
różnią od całej reszty zakonników, że ich życie koncentruje się wokół mieszkania w jednym i tym
samym miejscu, spokojnej modlitwy i pracy (ora et labora) na obrzeżach świata. Praca ta ma służyd
wyłącznie dążeniu do zbawienia, a nie do robienia pobożnej kariery. Ojciec Michał Zioło, popularny
dominikaoski duszpasterz, który kilkanaście lat temu zmienił zakon i wstąpił do surowych trapistów,
opowiadał, że gdy odbywał na algierskiej pustyni swój nowicjat, pewnego dnia otrzymał polecenie
malowania w ciągu dnia jednej ściany. Dobrze zorganizował sobie zajęcie i pomalował ją w dwie
godziny. Jego przełożony, gdy to zobaczył, pokręcił głową z dezaprobatą: „Gdzie się tak spieszysz? Nie
chodzi o to byś to, co robisz, zrobił jak najszybciej, ale by twoja praca prowadziła cię ku Bogu”.

Tak pojmowana praca (najczęściej fizyczna) ma przynieśd mnichom punkty na drodze do


chrześcijaoskiej doskonałości, ale też pomóc tym, którzy przyjeżdżają do nich po duchową radę.
Mniszki klauzurowe, bardzo często przez krytyków podejrzewane o to, że są po prostu grupą kobiet,
które uciekły przed facetami za kraty, tłumacząc sens swojego życia, przywołują biblijną opowieśd o
walce Żydów z Amalekitami. Walka odbywała się w dolinie, a na jej obrzeżach, z boku stał Mojżesz,
który trzymał ręce uniesione w błagalnym geście ku Bogu. I póki je trzymał - wygrywali Żydzi, gdy
zmęczony opuszczał, przewagę natychmiast zyskiwał przeciwnik. Jego towarzysze, aby zapewnid
sobie zwycięstwo, podtrzymywali więc ręce Mojżesza. „Walka toczyła się na dole, ale jej losy ważyły
się gdzie indziej” - mówią siostry, które przez modlitwę chcą we współczesnym świecie spełniad
właśnie rolę takiego duchowego „centrum dowodzenia”, zlokalizowanego poza głównym polem
bitwy.

Dla współczesnych mnisi charyzmat nie musi jednak byd wcale tak oczywisty. Zakonom cysterskim,
które już w średniowieczu były głównymi sprawcami ówczesnej rewolucji technologicznej i agrarnej,
pomysł na to, jak byd mnichem w czasach telewizji i Internetu, podpowiedział Thomas Merton, jeden
z najwybitniejszych chrześcijan XX wieku. Nawet on nie przewidział jednak pewnie, że na progu XXI
wieku jego współbracia z opactwa w Spring Bank, którzy - mając niewiele powołao i coraz mniej
zysków z rolnictwa - aby nie stanąd przed widmem głodu, podejmą walkę z gigantami rynku
komputerowego, produkując kartridże do drukarek pod marką „Laser Monks”, a polscy cystersi z
opactwa w Jędrzejowie podejmą emigrację zarobkową do opustoszałego klasztoru za kołem
podbiegunowym w Norwegii, który chcą przekształcid w centrum rekolekcyjno-turystyczne.

Niektórzy pustelnicy, jak kameduli, których w Polsce jest już tylko dwudziestu pięciu, wciąż czekają
jednak na swojego reformatora. Do ich pustelni na krakowskich Bielanach zgłaszają się dziesiątki
młodych mężczyzn spragnionych duchowych wrażeo. Większośd z nich czytała wcześniej o surowym
milczeniu, które panuje w klasztorze, modlitwach nocnych i możliwości poproszenia o rekluzję (zob.
„Klauzura”). Niemal wszyscy jednak odchodzą. Całkiem realne wydaje się wymarcie polskich
kamedułów w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Benedyktyni, którzy w swoich klasztorach w Tyocu czy Lubiniu odnaleźli się w nowej rzeczywistości,
nastawiając się na przyjmowanie gości i dzielenie się z nimi owocami swojej modlitwy, nie muszą się
tego obawiad. Trapiści, za sprawą wspomnianego ojca Michała Zioło, myślą o otwarciu nowej
placówki w Polsce, gdzie dotąd ich nie było.

Jeśli takich ludzi jak Zioło czy Merton będzie więcej - byd może monastycyzm przeżyje w Polsce swoją
drugą młodośd. Do tej pory w polskim Kościele był wyraźnie na drugim planie, zasłonięty przez
aktywne, bardziej widoczne i nastawione na misje tak zwane zgromadzenia zakonne, jak określa się
niemal wszystkie zakony powstałe od XVI wieku. Wtedy to pojawił się bowiem w Kościele po raz
pierwszy taki zakon - jezuici. Dla nich celem nie było życie wspólne, wspólna praca i modlitwa.
Stawiali na efektywnośd, jasnośd przekazu, nie kazali nazywad się ojcami, mówi się o nich, że są po
prostu „księżmi”. Szli z rytmem modernizującego się świata. Mnisi idą w poprzek tego rytmu. Dla obu
szkół jest w Kościele miejsce.

Dla bardziej zaawansowanych

Szczegóły naprawdę burzliwego życia Thomasa Mertona: www.merton.org

„Modlitwa powszechna” („Modlitwa wiernych”)


Przyjemną zabawą może okazad się obudzenie w nocy znajomego katolika słowami „Ciebie
prosimy!”. Jeśli faktycznie jest „swój”, wymamrocze z pewnością: „Wysłuchaj nas Panie!”.
Automatyzm związany z „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Panie”, czyli właśnie z „Modlitwą
powszechną”, jest bowiem u praktykujących katolików jednym z odruchów najsilniej wykształconych.
Jest tak silny, że nie zmoże go nic. Kiedyś wezwania do „Modlitwy powszechnej” czerpało się z
kultowej księgi w różowej płóciennej okładce, na której widniał tytuł: „Módlmy się wspólnie”. Można
ją jeszcze spotkad na polskich ambonkach. W niej sprawa jest prosta. „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas
Panie” - żadnych komplikacji, nic. Kilka lat temu na ambonki wkroczył jednak modernizm w postaci
funkcjonalnych czarnych skoroszycików, do których wpina się przypominające wkłady do organizera
odpowiednie na daną porę roku komplety modlitw mszalnych, w tym wezwania „Modlitwy
powszechnej”. Piszą je różni autorzy (niektóre propozycje naprawdę są celne), ale każdy autor ma
inny pomysł, jak modlitwę zakooczyd. To stąd biorą się prośby księży: „Powtarzamy: Zmiłuj się nad
nami, którzy twej łaski błagamy”, na które ludzie i tak odpowiadają zwykle gromkim „Wysłuchaj nas
Panie!”.

I to zwykle kilka razy, bowiem wezwao „Modlitwy powszechnej” winno byd nie mniej niż cztery, nie
więcej niż sześd (to ideał). Pierwsze z nich powinny wspominad o Kościele (lub o chrześcijanach w
ogóle, o papieżu, o biskupach, o księżach), kolejne - o problemach społecznych (pokój na świecie,
rząd), o problemach ludzi, którzy mają problemy (biedni, głodni, bezdomni, smutni, samotni, chorzy
lub „tkwiący w szponach nałogu”), ostatnie zaś za sprawy miejscowej wspólnoty (za zmarłych, o
zdrowie, przedostatnia w intencji mszy i wreszcie ostatnia - za nas samych).

To tylko generalne wskazówki, a co zrobi z nimi ksiądz odprawiający mszę - to inna sprawa. Zdarzają
się co prawda msze jakichś grup, na których modlitwa to mikrofon wędrujący po kościele. Na
szczęście zdarzają się one rzadko, bo po trzydziestym wezwaniu w stylu „za babcię Mirka”, „za tatę
Jarka”, „za Kasię”, „za Monisię”, nawet anioł stróż jest w stanie stracid cierpliwośd.

Dopóki obowiązywało „Módlmy się” - było nudno, ale jasno. Czarne skoroszyty i inne pomoce
przyniosły w dziedzinie „Modlitwy powszechnej” zmiany na lepsze i na gorsze. Na lepsze - bo nagle
okazało się, że można po prostu pomodlid się: „O zdrowie i siły dla papieża”. Na gorsze - bo są też
tacy, którzy tę samą intencję wyrażą przez słowa: „Módlmy się za Ojca Świętego Jana Pawła II, aby
Pan wspierał jego posługę w służbie nowej ewangelizacji narodów wszelkimi niezbędnymi mu
łaskami, by jak największą liczbę rozproszonych dzieci Bożych mógł na nowo zgromadzid w jednej
owczarni”.

Doświadczenie uczy, że najlepsze modlitwy księża improwizują, najgorsze tworzą zwykle przerażeni
publicznym występem wierni, którzy zwykle pod koniec głośnej lektury przygotowanej oracji
przypominają sobie, że powinni w niej uwzględnid również intencję mszy i nerwowo odszukują na
pulpicie jej treśd. Czasem nie zauważą krzyżyka przy imieniu zmarłego, czasem zobaczą o krzyżyk za
dużo i pomodlą się o „udaną operację dla zmarłej Marii”. Bóg wie wszystko i wszystko im wybaczy.
Pytanie, co zrobi rodzina zmarłej Marii, która może nie tylko delikwenta ochrzanid, ale również złożyd
regularną reklamację.

Modlitwa stresem
Księża często dopytują swoich wiernych, czy ci aby na pewno się modlą. Wierni dopytują wtedy
swoich księży, jak się modlid, gdy na zewnątrz szaleje XXI wiek? Oto dwie - nie najgorsze - odpowiedzi
z tysięcy możliwych.

„Niekiedy ludzie skarżą się na brak czasu na modlitwę, a jeśli już znajdą wolną chwilę, to ich modlitwa
jest pełna rozproszeo. Podpowiadam wówczas, że przecież materią (humusem) modlitwy można
uczynid również ów brak czasu czy też owe rozproszenia. Jeśli stres nie pozwala nam modlid się, nie
uciekajmy od stresu, ale módlmy sie stresem. Błędem byłoby myślenie, że najpierw musimy
przygotowad «czystą» sytuację, a dopiero potem uczynid znak krzyża lub podjąd refleksję nad
fragmentem Pisma. Obcowanie z Bogiem nie jest rozmową dwóch dżentelmenów: psalmy pokazują,
że prawdziwa, żarliwa modlitwa często jest bojowaniem, spięciem, skargą, wyrzutem lub okrzykiem
zdumienia i wdzięczności. Jeśli życie to sztuka przeżywania napięd, to autentyczna modlitwa jest
uprzywilejowanym miejscem tej sztuki, fenomenem par excellence życiowym. Zachętę św. Pawła:
«nieustannie się módlcie» rozumiem w ten właśnie sposób. A zatem nie ma takiej sytuacji, w której
nie moglibyśmy sie odnaleźd jako stojący przed Bogiem: czy jemy, czy pijemy, możemy byd osobami
duchowymi, smakującymi głębszy, Boży wymiar rzeczywistości. Trochę jak w anegdotce: dominikanin
zapytał przełożonego, czy podczas modlitwy może zapalid papierosa, na co otrzymał oczywiście
odpowiedź odmowną. Jezuita natomiast zapytał, czy podczas palenia papierosa może westchnąd do
Boga... Okazuje się, że może, a nawet powinien...”.

Dariusz Kowalczyk SJ, Życie duchowe człowieka zagonionego (cały tekst do znalezienia pod adresem:
http://tygodnik.onet.pl/1546,1172653,dzial.html)

„Mam taką niby krewną. Matka niewierząca, ojciec pije. Niby krewna, chod nie ma się czym
specjalnie chlubid. Przysłali ją do mnie. Nazywa się Kasia. Myślę: «Co by z nią zrobid?». Mówię:
«Wiesz, jesteś ochrzczona, idź do kościoła i powiedz Panu Bogu tak: Jestem Kasia, jakiś wuj mnie tu
przysyła, mam się zacząd modlid, a nie mam pojęcia jak to się robi». Powiedziałem jej też wtedy, że
jak się jedzie do mamy, to nie bierze się ze sobą podręcznika macierzyostwa i nie mówi: «0 mamo,
oto stawiam się w obliczu twoim i rozważam: po pierwsze, po drugie...». Mama od razu
powiedziałaby bowiem: «Co ci się stało? Czy nie jesteś chora?». Na koniec mówiłem tak: «Zmów
więc, Kasiu, 'Ojcze Nasz', poczytaj sobie coś z ewangelii, może najlepiej o tym, jak Pan Jezus z ludźmi
rozmawiał, z całym klimatem tej rozmowy... i przyjdź do mnie za tydzieo».

Przyszła za tydzieo. Mówię: «Kasiu, jak poszło?» Odpowiada: «Bardzo dobrze!». Więcej nie pytałem.
Nie będę się wtrącał w to, co jej Pan Jezus powiedział. Ich rzecz... W środowisku obcym, areligijnym,
moralnie niezbyt solidnym ta osiemnastolatka wytrwała w ciągłości modlitwy! *...+ Duch Święty działa
bardzo w bezpośrednim dialogu. *...+ Już jest nie tylko instytucja, liturgia, Kościół, ale jest osoba. Moja
nędzna, głupkowata, ludzka osoba, która jednak jest zaproszona do głębi życia intymnego Trójcy
Świętej...”.

Joachim Badeni OP, Fotel z widokiem na pole, Wyd. W drodze, Poznao 2004.

Nabożeństwo
Wszystko co odprawia się w kościele, a nie jest mszą. Pod miano nabożeostwa podpadają więc
wszelkiego rodzaju odmawiane wspólnie nowenny, litanie, akty. Tradycją polską jest odprawianie
nabożeostw majowych {Litania do Matki Boskiej plus „bonusy” - w zależności od miejsca),
czerwcowych (Litania do Serca Pana Jezusa plus „bonusy”, jak wyżej) i październikowych (różaniec).
Niektóre nabożeostwa da się połączyd z mszą. Najczęściej odprawia się je po mszy, gorzej gdy - jak w
niektórych parafiach warszawskich, gdzie w środy odmawiana jest nowenna do Matki Bożej
Łaskawej, patronki miasta - msza, która zaczyna się teoretycznie o szóstej, w praktyce jest opóźniona
o kwadrans (tyle mniej więcej trwa nowenna). W czasie niektórych nabożeostw można przystąpid do
komunii, pod warunkiem, że robi się to po raz pierwszy tego dnia.
Niebo zwierząt
Każdy, kto miał w domu czworonożną istotę, nie żywi chyba wątpliwości, że takie miejsce istnieje, a
nasz Azorek, którego tak kochaliśmy, nie kooczy jako tablica Mendelejewa. Wątpliwości co do tego
nie miał też jeden z największych polskich komentatorów Biblii, Tadeusz Zychiewicz: „Świostw, które
człowiek wymyślił razem ze swoją psyche, anima, duszyczką - nie wymyśliłoby żadne zwierzę, niechby
i bezduszne. Nie było wypadku, aby zwierzę zdemoralizowało człowieka; lecz człowiek często
demoralizuje zwierzęta, przykładem chodby psy esesmaoskie, które człowiek nauczył nienawiści.
Zwierzęta nie znają wzlotów i świateł ludzkiego ducha, zgoda. Lecz nie znają też cuchnących
zakamarków ludzkiej duszy i zgoła diabolicznych jej otchłani. W całej Biblii nie znalazł się nigdy nikt,
kto zwierzęciu przepowiadałby piekło. Piekło jest tylko dla ludzi. Jest to jedyne potwierdzenie naszej
osobności, bo w zbawieniu nie będziemy sami na pewno”.

Zychiewicz w ten właśnie sposób komentował „zwierzęcy” fragment Księgi Koheleta, fragment nader
ambarasujący teologów.

„Los bowiem ludzi jest ten sam co los zwierząt, los ich jest jeden... i oddech życia ten sam” - pisał
Kohelet. Zychiewicz, wbrew temu, o czym krzyczą przypisy do świętego tekstu, jest zdania, że ten
„oddech” życia oznaczał tu po prostu jakąś formę duszy. Cytował św. Pawła, który pisał o „całym
stworzeniu” (a nie tylko o ludziach), które czeka, aż Bóg przyjdzie po raz drugi i zmieni świat w
wieczne niebo.

Są jednak tacy, którzy pytanie o pośmiertny los zwierząt traktują jako przejaw ckliwego
sentymentalizmu ludzi XXI wieku, którzy nie umiejąc zbudowad sensownych relacji międzyludzkich, w
zamian uprawiają psychiczną zoo filię. Fakt, zwierzęta nie mają łatwego losu również w Biblii. Poza
kilkoma chlubnymi wyjątkami (w Księdze Tobiasza występuje na przykład piesek, który udaje się w
drogę wraz z Tobiaszem i towarzyszącym mu aniołem), wykorzystywane są tam głównie w
charakterze paliwa ofiarnego i traktowane jak przedmioty. Nic jednak dziwnego. Wszak Objawienie
dokonało się w kulturze rolniczej, a rolnicy - jak wiadomo - do zwierząt mają stosunek raczej
przemysłowy.

Szkoda, że w polskich kościołach na próżno szukad kazao pokazujących, iż na świecie nie jesteśmy
sami. Niektórzy tłumaczą to tym, że do niedawna spora częśd polskich księży rekrutowała się ze
środowisk wiejskich. To by było jednak jeszcze pół biedy. Dodatkowo (na szczęście nie tak często)
zdarzają się bowiem także „księża myśliwi”, dla których Św. Franciszek to „romantyk i marzyciel”, a
„prawdziwie męski” jest św. Hubert. W jego święto wciskają więc ludziom morały o polowaniu jako
bliskości z przyrodą, by po Eucharystii zrelaksowad się, mordując parę istot żywych.

Nie trafia do mnie głoszona przez nich czasem teza, że najpierw trzeba ludzi oduczyd bid żonę, w
drugiej kolejności zaś Burka. Znam przykłady, kiedy to właśnie miłośd do Burka potrafiła scalid
rozpadającą się rodzinę, ba, przywrócid komuś sens życia. Teza, że zwierzęta zostały stworzone tylko
po to, by milusio skwierczed na patelni, wydaje się mi po prostu zbyt dużym uproszczeniem.

Dla bardziej zaawansowanych

Czy zwierzęta będą zbawione? Tadeusz Żychiewicz, Stary Testament, Wyd. Znak, Kraków 2004.

Dariusz Kowalczyk SJ, Czy zwierzęta mają dusze nieśmiertelne?, w: Między dogmatem a herezją,
Wyd. Więź, Warszawa 2003.
I o lamparcie, który chciał przyjąd komunię świętą: Stanisław Musiał SJ, Dwanaście koszy ułomków,
Wyd. Literackie, Kraków 2002.

Noc ducha
„...Czuję tylko ten straszny ból bycia porzuconą, tego że Bóg mnie nie chce, że Bóg nie jest Bogiem, że
Boga tak naprawdę nie ma”, „...czuję pustkę, nie ma już wiary, nie ma miłości, nie ma gorliwości.
Niebo nic dla mnie nie znaczy, wygląda jakby było puste. Chciałabym byd nikim, nawet dla Boga”.
Tych słów nie zapisała pogrążona w duchowej depresji nastolatka. To słowa Matki Teresy z Kalkuty,
którą papież ogłosił błogosławioną. Już za życia mówiono o niej, że jest jedną z największych świętych
naszych czasów. Święty, który czuje, że nie ma Boga?

Wszystkie materiały, które udało się zgromadzid ludziom przygotowującym wyniesienie Matki Teresy
na ołtarze, prowadzą do zaskakującej konkluzji. Kobieta, która w 1948 roku założyła zakon misjonarek
miłości działający w 95 krajach i liczący 15 tysięcy sióstr, sama przez następnych pięddziesiąt lat
swego życia nie czuła, że Bóg - którego kocha i któremu wszystko oddała - faktycznie istnieje. Mimo
to przez cały ten czas modliła się do Niego, czekała na Niego, pisała, że „z radością przyjmie wszystko,
co zechce jej zesład, i aż do kooca życia wbrew wszystkiemu będzie uśmiechad się do Jego
niewidocznej twarzy”. Dwa lata przed śmiercią dziękowała Bogu za to, że może Mu ofiarowad tę
pustkę, którą jej zesłał. O swoich doświadczeniach nie mówiła nikomu. Ich echo można jednak
znaleźd w słowach skierowanych do sióstr: że bez „duchowych ciemności”, bez poczucia jak czuje się
człowiek odrzucony, nigdy nie zrozumieją najbiedniejszych, z którymi pracują. Że jeśli siostry nie
miałyby takich doświadczeo - byłyby pracownikami socjalnymi, a nie zakonnicami.

Niewielu ludzi będzie miało okazję zetknąd się z taką biedą, wśród jakiej żyła Matka Teresa. Ale
większośd chod raz w życiu zmagała się z podobnymi wewnętrznymi rozterkami. Matka Teresa ma
więc szansę zmienid się z niedościgłego ideału w kogoś bliskiego sporej rzeszy wiernych, którzy w
swoim życiu doświadczają dokładnie tego samego co ona. W fachowym języku nazywa się to „nocą
ciemną”. Z grubsza rzecz biorąc, polega to na wyłączeniu - na jakiś czas lub na stałe - towarzyszących
wierze emocji. Modlitwa, która dotąd uspokajała człowieka, staje się irytująca, nużąca i bez sensu.
Poczucie bliskości Boga zastępuje - jak u Matki Teresy - uczucie pustki. Wiara przestaje byd czymś, co
koi i leczy. Taką noc przerabiało w swoim życiu wielu świętych. Mówi się, że czegoś podobnego
doświadczał nawet sam Chrystus, kiedy modlił się przed swoją śmiercią w ogrodzie Getsemani. Po
nim byli inni - wielcy mistycy karmelitaoscy, św. Jan od Krzyża i św. Teresa Wielka, którzy o „nocy
ciemnej” napisali całe tomy, św. Paweł od Krzyża, założyciel pasjonistów, czy w XX wieku bardzo
popularna św. Teresa z Lisieux. Żyjący w ubiegłym stuleciu benedyktyn ojciec John Chapman pisał, że
u ludzi sprzed kilkuset lat, którzy przechodzili przez podobne tortury, w tyle głowy wciąż kołatała się
myśl, że to tylko jedna z prób ich wiary. Współcześni, kiedy znajdą się w podobnej sytuacji, z miejsca
„panikują”, dochodzą błyskawicznie do przekonania, że wiara jako taka nie ma żadnego sensu. A
wtedy pojawia się pytanie: Po co w ogóle jest Bóg?

Bo jeśli nawet Bóg jest - co to za Bóg, zsyłający na tych, którzy mu uwierzyli takie męki? Odpowiedzi
szukały setki teologów (problem był aktualny od zawsze). Znaleziono ich dotąd mnóstwo. Już w
pierwszych wiekach chrześcijaostwa pisano, że ci którzy chcą poznad Boga, muszą zanurzyd się w
czymś, co nazywano „obłokiem niewiedzy”, chodby po to, by wyzbyd się własnych emocjonalnych
wyobrażeo o Najwyższej Istocie. Inni uciekali się do malowniczych porównao, pisząc, że w chwilach,
w których człowiek czuje, iż Boga nie ma - On właśnie jest najbliżej człowieka, a człowiek nic nie widzi,
bo oślepia go Boża jasnośd. W klasycznych teoriach duchowości pojawianie się symptomów
„wewnętrznej ciemności” sugeruje, że człowiek na obecnym etapie duchowego rozwoju nic już
więcej nie osiągnie. Może zostad tam gdzie jest i nie będzie go to bolało. Ale żeby pójśd dalej ze swoją
wiarą, będzie musiał zostawid wszystko, do czego się już w duszy przywiązał.

Matka Teresa miałaby na ten temat z pewnością dużo do powiedzenia. Wstąpiła do zakonu mając
osiemnaście lat, bo jak sama mówiła - była „zakochana w Bogu”. Czuła, że Bóg jest blisko niej, była
„pijana” tym szczęściem. „Gdybyś wiedział jak jestem szczęśliwa, chcę żyd dla Jego pragnieo...” -
pisała wtedy do spowiednika. W roku 1942 w duchowym uniesieniu ślubowała Bogu, że zrobi
wszystko, czego ten będzie od niej chciał. Cztery lata później w pociągu z Kalkuty do Darjeeling miała
pierwsze objawienie - Jezus polecił jej założyd nowy zakon, który będzie się zajmował „najuboższymi z
ubogich”. Objawienia utwierdzały ją w słuszności decyzji o zostawieniu własnego zakonu, o zebraniu
sióstr, o ruszeniu na ulice Kalkuty. Jej duchowy apetyt rósł. I nagle na początku lat pięddziesiątych
wszystko zniknęło. „Ojcze, ta samotnośd jest straszna. Jedyne co mi zostało, to mocne przekonanie,
że to dzieło jest Jego. Nie mam wątpliwości, że ten głos, który słyszałam lata temu, który mówił do
mnie z taką siłą i miłością - to Jego głos” - pisała do spowiednika. Ludzie, którzy z nią żyli, nie mieli
pojęcia o tej „duchowej separacji”. Siostry z zakonu Matki Teresy były przekonane, że ich założycielka
jest „zjednoczona” z Bogiem już na ziemi! Wspominają to, jak często się modliła, jak powtarzała
wszystkim naokoło:

„Uśmiechnij się!”. Jej pisma są pełne zdao o tym, że współczesny świat potrzebuje miłości, pokoju,
radości. Znajomego księdza prosiła, żeby modlił się o to, by nie „popsuła Jego roboty” i że tylko
jednego jest pewna: cokolwiek będzie czuła lub nie, chce byd wierna swoim ślubom z 1942 roku,
kiedy obiecała, że zrobi wszystko czego Bóg od niej zechce.

I tak już było do samego kooca. Matka Teresa nie była jak ci święci, którzy dręczeni złymi myślami za
życia, w chwili śmierci widzą, jak na ich spotkanie wychodzą niebiaoskie tłumy. Gdy umierała w 1997
roku, nie widziała nikogo. Jak można podejrzewad - wcale nie miała przeczucia, że po tamtej strome
cokolwiek jest i że ktoś w ogóle będzie tam na nią czekał.

Gdy Jan Paweł II podczas ceremonii na Placu św. Piotra dopisał ją do listy błogosławionych, uznał tym
samym, że Matka Teresa jest już w niebie.

Jej obawy okazały się niesłuszne.

Dla bardziej zaawansowanych

Wszystko o ciemnościach wewnętrznych Matki Teresy: Carol Zaleski, Dark Night of Mother Teresa,
http://www.firstthings.com/ftissues/ft0305/articles/zaleski.html

Wywiad i raport postulatora procesu Matki Teresy, fr. Briana Kolodiejchuk'a - w serwisie
www.zenit.org

Wszystko o nocy ciemnej:

Św. Jan od Krzyża, Noc ciemna, Wyd. Karmelitów Bosych, Kraków 1995.
Nominacje
Plotka głosi, że przez ostatnich kilka lat na trasie Wrocław-Wilno obserwowad można było
podejrzanie częste podróże milczących mężczyzn w koloratkach. Nie szykowali oni jednak zamachu
na młodą litewską paostwowośd. Zdążali ponod do parafialnych archiwów, by sprawdzid, kiedy tak
naprawdę urodził się metropolita wrocławski kardynał Henryk Gulbinowicz. Istniało bowiem
podejrzenie, że w burzliwych czasach wojny, gdy dokumenty odtwarzano czasem po kilka razy,
hierarsze odjęto w metryce kilka lat. Niby nic, ale jeśli uświadomid sobie, że każdy biskup, który
skooczy 75 lat, musi prosid papieża o emeryturę, cel tajnych ekspedycji stawał się jasny. Oto - w razie
sukcesu wyprawy - zwalniała się jedna z „najlepszych” biskupich stolic w Polsce.

Taki moment w branżowym żargonie nazywa się też czasem „poruszenia sadzawki”. To nawiązanie do
ewangelicznej historii o sadzawce Owczej w Jerozolimie. Wody w tym zbiorniku na skutek cudownej
interwencji poruszały się z rzadka, a publicznośd wierzyła, że kto pierwszy wejdzie do wody po tym,
jak ta się poruszy - będzie uzdrowiony. Głównym bohaterem ewangelicznego reportażu nie jest
jednak basen, a chromy człowiek, który czeka przy nim od trzydziestu ośmiu lat. Gdy tylko zauważy,
że woda drga, natychmiast zrywa się i próbuje dobiec do brzegu, ale żeby osiągnąd cel musiałby
kogoś poprosid o pomoc, wszyscy zajęci są jednak tym, by go uprzedzid.

Historia chromego Żyda idealnie oddaje to, co dzieje się w sercach niektórych kapłanów, których
określa się jako episcopabili (potencjalnych biskupów). Wielu z nich jest nimi już od kilkudziesięciu
lat. I za każdym razem w drodze do wymarzonej sadzawki, w której na szczęśliwca czeka purpurowa
piuska, ktoś ich wyprzedza. Najczęściej jest to ktoś, kto - przekładając historię o sadzawce na język
polityki - umie zmontowad lepsze lobby. W Kościele nie jest bowiem tak, że biskupami zostają kapłani
najwybitniejsi (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę). Zostają nimi ci, których wybierze
zwierzchnośd. To ona, najczęściej w osobie nuncjusza i Kongregacji ds. Biskupów, decyduje o tym,
jakie kandydatury na dane stanowisko przedstawia się papieżowi (zwykle co najmniej trzy nazwiska).
Wyboru ostatecznego dokonuje rzecz jasna papież, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że biskupów jest
w Kościele kilka ładnych tysięcy, faktyczną odpowiedzialnośd za politykę kadrową Watykanu ponoszą
ci, którzy papieżowi kandydatury przedstawiają.

Ogólna zasada nominacji jest taka, że najpierw zostaje się zwykle biskupem pomocniczym
(wiceszefem) dużej diecezji albo ordynariuszem (szefem) małej, a najlepsze posady (Warszawa,
Kraków, Wrocław, Poznao) dostają zasłużeni hierarchowie, którzy w purpurach chodzą już od
jakiegoś czasu. Ale swoją mikrosadzawkę mają też szeregowi księża. Jej ruchy łatwiej przewidzied.
Następują zwykle późną wiosną lub wczesnym latem. Szeregowi księża drżą, by z „lepszej parafii” nie
trafid na gorszą. Jeszcze kilkanaście lat temu w niektórych diecezjach obowiązywała reguła, że księży
zaraz po seminarium wysyłano na wieś, by „się nauczyli życia”, później - wracali do miasta, następnie
ci wybitniejsi znów trafiali na wieś, ale już jako proboszczowie, a najwybitniejsi otrzymywali podobne
stanowiska w mieście. Reguła ta oczywiście była bezsensowna w tak zwanych diecezjach wiejskich
(Pelplin, Drohiczyn), gdzie zmianę wsi na miasto trudno pewnie było odczud. Teraz zdarza się coraz
częściej, że księża zaraz po święceniach zostają w mieście. Mimo to ksiądz nadal w ciągu kapłaoskiego
życia zalicza co najmniej kilka przeprowadzek (zwykle im ksiądz starszy, tym rzadziej się go przenosi;
na drugim biegunie są chodby dominikaoscy nowicjusze, którzy w ciągu jednego tylko roku muszą
zmienid celę cztery razy). Traci się na kosztach przeprowadzek - zyskuje szersze spektrum
międzyludzkich doświadczeo.
Nowenna
Statystycznym wiernym termin ten kojarzy się z karteczkami pracowicie wykładanymi na kościelnych
ławkach przez tych co wierzą, że „kto tę modlitwę przepisze 25 razy i w ciągu dziewięciu dni zaniesie
do różnych kościołów, otrzyma łaskę, o którą prosi”. Temu osobliwemu łaocuszkowi szczęścia
patronuje zwykle św. Juda Tadeusz, patron spraw trudnych i beznadziejnych, do którego adresowana
jest modlitwa zapisana pod cytowanymi wskazówkami logistycznymi. Polak nie byłby jednak
Polakiem, gdyby uciążliwego nakazu przepisywania nie wziął sposobem. W warszawskim kościele św.
Barbary znalazłem ostatnio nowennę wydrukowaną na drukarce laserowej, w Gdaosku widywałem
nowenny kserowane.

Warto wiedzied, że uprawianie kaligrafii, czy też wzięty z judaizmu zwyczaj obwieszania się (pod
ubraniem) tekstami różnej maści „modlitewek”, może byd równie skuteczne, jak reanimacja chorego
przez zrobienie mu manicure. Prawdziwa siła nowenny - modlitwy praktykowanej podobno już przez
Maryję, gdy czekała z apostołami na zesłanie Ducha Świętego - tkwi bowiem w tym, by modlitwę w
sprawie, o którą nam chodzi, powtarzad szczerze przez dziewięd dni (stąd jej nazwa, bo po łacinie
novem znaczy dziewięd). Nowenna współczesna to zwykle kilka klasycznych formuł („Ojcze Nasz”,
„Zdrowaś Mario”) przetykanych specjalnymi wezwaniami (na przykład do wspomnianego Judy
Tadeusza). Nowennę zwykle traktuje się jako „turbonabożeostwo” i używa w celu załatwienia z
Panem Bogiem jakiejś ultraważnej sprawy. Nowenna może też byd odprawiana przed świętami
kościelnymi. Przed Wielkim Jubileuszem roku 1966 w Polsce „meganowennę” odprawiano nie przez
dziewięd dni, a przez dziewięd lat!

Nowicjat
Mylą się ci, którym wydaje się, że zakony wchodzące w erę kryzysu powołao przyjmują teraz każdego
z pocałowaniem ręki. Powołanie zakonne to nie bułka z masłem. Przed wstąpieniem na jego drogę
kandydat musi dostarczyd między innymi świadectwa wykształcenia, zaświadczenie lekarskie, opinię
od proboszcza oraz przejśd poważne komisyjne badanie, w czasie którego pytany jest na przykład o
to, czy nie zostawił za sobą niespłaconych kredytów (co aktualne jest zwłaszcza ostatnio, gdy zdarzają
się ludzie, których chęd zamknięcia się za klasztornym murem nachodzi z chwilą wystawienia im przez
bank wezwania do zapłaty), czy nie obiecał żadnej kobiecie małżeostwa, a także - gdy ma już swoje
lata - czy nie jest biskupem (zakonnik może zostad biskupem, biskup zakonnikiem - raczej nie). Jest
także badany przez psychologa. Jeśli wszystko jest OK, może ważnie zacząd nowicjat.

Nowicjat to początek kariery zakonnika. Początek zwykle bolesny, bo w literaturze przedmiotu


najczęściej porównuje się go do pustyni. Ci, co przezeo przeszli, stosują raczej porównania z takimi
urządzeniami AGD, jak pralka lub magiel. Nowicjat wygląda z grubsza tak, że kandydaci na mnichów
(czasem po odbyciu kilkumiesięcznego tak zwanego postulatu - to zależy od zakonu) przyjeżdżają do
domu nowicjatu, najczęściej położonego gdzieś na prowin-cji, by przez rok ostro pracowad nad swoim
wnętrzem, a w czasie wolnym - pucowad klasztor na wysoki połysk, grabid liście i śnieg, jeździd na
wykopki i na grzyby, karczowad zakonne lasy oraz wykonywad wiele innych czynności, od których
normalni ludzie uciekają, a nowicjusz nie może, bo usłyszy od przełożonych, że „kiepsko pracuje
wewnętrznie”. Przełożony nowicjuszy nazywany jest magistrem, a tytuł ten nie ma nic wspólnego ze
stopniem naukowym, to po prostu łacioska wersja używanego dawniej „mistrza nowicjatu”. Magister,
którym musi byd doświadczony zakonnik, ma zwykle do pomocy submagistra (zastępcę). W zakonach
męskich nowicjat trwa zwykle rok (u jezuitów - dwa lata). W tym czasie klasztoru, w którym się
mieszka, nie wolno opuścid na dłużej niż sześd tygodni, bo wtedy nowicjat jest nieważny i trzeba go
zaczynad od początku. Kto wyjedzie z nowicjatu na dłużej w sumie niż dwa tygodnie - musi każdy
dodatkowy dzieo „odrobid”. Dopiero potem może złożyd swoje pierwsze zakonne śluby. Po co takie
rygory, wywołujące wiele nowicjackich tragedii? Płyną one ze słusznego założenia, że im wcześniej się
te tragedie przytrafią, im wcześniej kandydat dojdzie do wniosku, że zakon nie jest dla niego (lub vice
versa), tym lepiej i dla kandydata, i dla ludzi, z którymi później musiałby pracowad. W nowicjacie
duchowne żółtodzioby uczą się też swojej nowej społecznej roli. Jak pokazują badania, coraz częściej
są to ludzie dorośli (średnia wieku nowicjuszy wzrosła w ostatnich latach z około dwudziestu do około
dwudziestu pięciu lat), którzy muszą teraz nauczyd się chodzid w habicie oraz uświadomid sobie, że -
w habicie czy bez - są bacznie obserwowani (zdarzają się na przykład „uprzejme” telefony do
klasztoru z informacją, iż nowicjuszy widziano „w cywilu” w kawiarni).

Dla bardziej zaawansowanych

Jak się żyje w nowicjacie: Maciej Zięba, Biało czarne zapiski, Wyd. W drodze, Poznao 2000.

Objawienia
Od kilkuset lat przejmują w zbiorowej wyobraźni religijnej miejsce zajmowane dawniej przez
spektakularne cuda. W samym tylko XX wieku władzom kościelnym zgłoszono kilkaset objawieo,
najczęściej maryjnych. W andaluzyjskim miasteczku Palmar de Troya Matka Boska, nie pytając
kardynałów, bezpośrednio mianowała nowego papieża, który nazwał się Grzegorzem XVII. Ogłosił on
sporo absurdalnych dogmatów, między innymi o obecności Maryi w konsekrowanych hostiach i
niepokalanym poczęciu Św. Józefa, kanonizował generała Franco oraz zgromadził około trzystu
wyznawców. Na oławskich działkach do niedawna brylował inny „sługa Maryi”, Kazimierz D., który
wokół rzekomych objawieo nakręcił całkiem konkretny biznes. D. wszedł z kolei w kontakt z Małym
Kamykiem, duchowym hochsztaplerem z Australii, i propagował na przemian orędzia swoje i Kamyka.
Sprawa skooczyła się interdyktem (zakazem uczestniczenia w nabożeostwach, zob. też
„Ekskomunika”), który na słuchaczy D. nałożył miejscowy biskup.

Władze kościelne są bowiem bardzo, bardzo ostrożne wobec wszystkich przypadków religijnej
fantastyki. Tylko kilka ze wspomnianej ogólnej liczby objawieo doczekało się kościelnej akceptacji.
Wszystkie (łącznie chodby ze słynnymi objawieniami w Fatimie czy Lourdes) i tak jednak mają status
„objawieo prywatnych” - jeśli się nie chce, można w nie nie wierzyd i grzechu to za sobą nie pociąga.

Kościół wychodzi bowiem z rozsądnego założenia, że Pan Bóg, co miał ludziom objawid, objawił już
wcześniej, dając im Biblię i przysyłając na świat Jezusa (Św. Jan od Krzyża ujął to mocniej, pisał, że
oczekiwanie cudownych objawieo po tym, jak światu objawił się sam Chrystus - obraża Boga!).
Wszystkie objawienia, które były później, nie są więc po to, by powiedzied coś nowego, ale by pomóc
w zrozumieniu tego, co zostało powiedziane wcześniej. Zanim Watykan uzna autentycznośd takich
objawieo, wykonuje potężne śledztwo. Jest osiem kryteriów - bez potwierdzenia chodby jednego nie
można uznad objawienia za autentyczne. Wśród nich są korzyści duchowe, które musi odnieśd osoba
doznająca objawieo, a również ci, którzy je oglądają.

W Medjugorie od 1981 roku szóstce nastolatków ukazywała się „Gospa” - Pani, Królowa Pokoju,
zostawiając im krótkie orędzia. Gorący spór o autentycznośd tych objawieo trwa do tej pory. Czwórka
z tej szóstki ma objawienia aż dotąd, jedna osoba raz w roku, inna - drugiego dnia każdego miesiąca.
Matka Boża mówi im o pokoju, a ponadto każdej z nich powierzyła jakiś „sekret”. Atmosferę wokół
Medjugorie podgrzewa fakt, że podobno według słów Maryi ma to byd ostatnie objawienie w
dziejach świata (zob. „Matka Boska Elektryczna”). Franciszkanie opiekujący się miejscem, gdzie
Maryja miała się ukazywad, natychmiast stali się gorącymi zwolennikami i propagatorami objawieo,
jednak miejscowy biskup i jego następca nie podzielali ich euforii. W spór zaangażowała się ponod
sama Bohaterka konfliktu, która w jednym z widzeo miała podobno wyrzekad na biskupa, chod
dokumentujące jej niechęd do hierarchy fragmenty dzienniczka jednej z wizjonerek ostatecznie
zniknęły. Niektórzy miejscowi zakonnicy twierdzili podobno, że to szatan wmieszał się, by podważyd
autentycznośd objawieo. Zbliżone zaś do hierarchii źródła podają nieoficjalnie, że nie trzeba tu
żadnego szatana, sprawa i tak jest bowiem podejrzana. Matka Boska objawia się bowiem tradycyjnie
ludziom prostym, głównie dzieciom i zakonnicom, a tu miała pokazad się nastolatkom, które
dodatkowo zebrały się w celu puszczenia pokątnego „dymka”, a na widok Maryi, zamiast paśd na
kolana, po prostu uciekły. Po raz pierwszy też w historii maryjnych objawieo Matka Boska zachowała
się dziwnie, nie w swoim stylu, i zażądała ponod ustanowienia własnego święta, Królowej Pokoju.

Wokół Medjugorie (ale i innych, nie tylko maryjnych objawieo) trwa gorąca dyskusja. Kościół musi na
objawienia bardzo uważad i uważa, wszelkiej maści cudowności bowiem bardzo łatwo padają dziś na
wysuszony żelaznym racjonalizmem grunt XXI wieku. Nie ma biedy, jeśli wierni sprzeczają się, w jakiej
sukience objawiała się Matka Boska i dlaczego czyniła to ubrana dokładnie tak samo, jak do kościoła
ubierały się widzące ją dzieci. Jeśli tylko ma to budowad ich wiarę - proszę bardzo. Problem pojawia
się, gdy rzekomy wizjoner zaczyna rozgłaszad treści, które nawet niewprawny psycholog odczyta nie
jako nadprzyrodzone objawienia, a zwykłą próbę uporania się np. z demonami przeszłości.

Na początku lat dziewięddziesiątych modna była w Polsce wizjonerka, ukrywająca się pod imieniem
Anna, za której pośrednictwem z Bogiem rozmawiało podobno nawet kilku ówczesnych
parlamentarzystów. Anna, w czasie drugiej wojny światowej łączniczka i więźniarka sowieckiego
łagru, w swoich „objawieniach dla Polski” oprócz ogólnoreligijnych treści silny akcent kładła jednak
na usłyszane podobno z góry zapewnienia, że Niemcy jako takie zostaną zalane przez wielkie morze, a
żaden z narodów nie będzie tak strasznie doświadczany, jak właśnie naród naszych sąsiadów,
któremu należy się odpłata za wojnę. Następni na liście byli Żydzi; Bóg gniewał się też na masonów (w
tym wymienionych z nazwy rotarian). Objawienia Anny cieszyły się sporą popularnością również
wśród wielu księży - na szczęście kościelna „góra” wykazała się zdecydowanie większą
wstrzemięźliwością.

W sprawie Medjugorie natomiast oficjalne stanowisko Kościoła, jak dotychczas, jest salomonowe. Nie
potwierdza autentyczności objawieo, radzi zachowad wobec nich szczególną ostrożnośd, a
duchownym poleca mimo to troskę o przybywających do Medjugorie pielgrzymów (dotąd -
kilkadziesiąt milionów osób). I nic w tym dziwnego. Byłoby głupio, gdyby Medjugorie, które
szczęśliwie ominęła bałkaoska wojna, pogrążyło się teraz w wojnie religijnej.

Dla bardziej zaawansowanych

Co słychad w Medjugorie: www.medjugorje.org

Dlaczego ludzie wierzą w cudowne objawienia? Lista przypadków, ostra dyskusja, dobre książki:
http://apologeryka.katolik.pl/polemiki/objawienia
Dlaczego wizjonerom coraz rzadziej obawia się Chrystus, a coraz częściej Maryja?

Jean-Noel Vuarnet, Ekstazy kobiece, Wyd. Słowo/Obraz Terytoria, Gdaosk 2003.

Odpust
Rzecz chyba nie do ogarnięcia przez szarego katolika. Kościelne definicje mówią, że odpust jest
skasowaniem człowiekowi kary, która go niechybnie czeka za grzech, jaki popełnił. Warto zauważyd,
że tę karę człowiek - naruszając porządek świata odzwierciedlony w przykazaniach - wymierza sobie
sam. Gdy ciągnie obrus, na którym stoi dzbanek z mlekiem, dzbanek spadnie mu na głowę. Jeśli
grzech porównad do rozlania przez dziecko mleka - spowiedź jest wybaczeniem dziecku winy przez
rodzica, odpust jest zaś odkurzaczem, który skutki tej winy posprząta. Odpusty dzielą się na zupełne
(sprzątamy wszystko) i cząstkowe (sprzątamy tylko trochę). Ile dokładnie? I jak? Oto krótki wyciąg z
przepisów dotyczących odpustów (proponuję czytad powoli i głośno).

Odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za
grzechy w części lub w całości. Odpust cząstkowy jest oznaczany bez określania dni lub lat. Kryterium
miary tego odpustu stanowi wysiłek i gorliwośd, z jaką ktoś wykonuje dzieło obdarzone odpustem
cząstkowym. Mianowicie zyskującemu odpust Kościół przydziela ze swego skarbca tyle darowania
kary doczesnej, ile on sam jej otrzymuje przez wykonanie dobrej czynności. Stąd tym więcej będzie
darowania, im więcej gorliwości okaże osoba zyskująca odpust.

Nikt nie może przekazywad innym osobom żyjącym odpustów, jakie sam zyskuje. Odpusty zarówno
cząstkowe, jak i zupełne mogą byd zawsze ofiarowane za zmarłych na sposób wstawiennictwa.

Odpust zupełny można uzyskad tylko jeden w ciągu dnia. Jednakże w momencie śmierci wierny może
uzyskad odpust zupełny, chociażby tego dnia zyskał już inny odpust zupełny. Odpust cząstkowy można
uzyskad kilka razy dziennie, chyba że co innego jest wyraźnie zaznaczone.

Do uzyskania odpustu zupełnego wymaga się wykonania dzieła obdarzonego odpustem oraz
wypełnienia trzech następujących warunków: 1) spowiedź sakramentalna, 2) Komunia
eucharystyczna, 3) modlitwa w intencjach Ojca Świętego.

Ponadto wymaga się wykluczenia wszelkiego przywiązania do grzechu nawet powszedniego. Jeśli
brakuje pełnej tego rodzaju dyspozycji, albo nie zostaną spełnione wyliczone warunki, wtedy odpust
będzie tylko cząstkowy.

Wypada, by Komunia święta i modlitwa w intencjach Ojca Świętego miały miejsce w tym dniu, w
którym wykonuje się dzieło obdarzone odpustem.

Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskad kilka odpustów zupełnych. Natomiast po jednej
Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden
odpust zupełny.

Warunek dotyczący modlitwy w intencjach Ojca Świętego wypełnia się całkowicie przez odmówienie
jeden raz „Ojcze nasz” i „Zdrowaś”. Pozostawia się wiernym swobodę wyboru jakiejkolwiek modlitwy
zgodnie z ich pobożnością.
Jeżeli do uzyskania odpustu związanego z jakimś dniem wymagane jest nawiedzenie kościoła lub
kaplicy, to można go dokonad od południa dnia poprzedzającego, aż do północy kooczącej dzieo
oznaczony.

Wierni mogą uzyskad odpust zupełny, wypełniając warunki i następujące dzieła obdarzone odpustem:

1. Adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny.

2. Pobożne przyjęcie - chodby tylko przez radio - Błogosławieostwa Papieskiego udzielanego Miastu i
Światu.

3. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada połączone z modlitwą - chodby tylko w myśli -


za zmarłych (odpust ten może byd ofiarowany tylko za dusze w czyśdcu cierpiące).

4. Pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża.

5. Udział w dwiczeniach duchowych trwających przynajmniej przez trzy dni.

6. Publiczne odmówienie „Aktu wynagrodzenia” w uroczystośd Najświętszego Serca Jezusowego.

7. Publiczne odmówienie „Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi” w uroczystośd


Chrystusa Króla.

8. W uroczystośd śś. Apostołów Piotra i Pawła, każdy kto pobożnie używa przedmiotu religijnego
(krzyża, różaoca, szkaplerza, medalika) poświęconego przez Papieża lub Biskupa i w tym dniu odmówi
„Wyznanie Wiary”.

9. Wysłuchanie w czasie misji kilku kazao i udział w uroczystym ich zakooczeniu.

10. Przystąpienie po raz pierwszy do Komunii św. lub udział w takiej pobożnej ceremonii.

11. Odprawienie pierwszej Mszy św. lub pobożne uczestnictwo w niej.

12. Odmówienie różaoca w kościele, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej (należy odmówid


przynajmniej jedną częśd, jednakże pięd dziesiątek w sposób ciągły, z modlitwą ustną należy połączyd
pobożne rozważanie tajemnic, w publicznym odmawianiu tajemnice winne byd zapowiadane zgodnie
z zatwierdzoną miejscową praktyką, w odmawianiu prywatnym wystarczy, że wierny łączy z modlitwą
ustną rozważanie tajemnic).

13. Odnowienie przez kapłana w 25-, 50-, 60-lecie święceo kapłaoskich postanowienia wiernego
wypełniania obowiązków swojego powołania, uczestniczenie w Mszy św. jubileuszowej.

14. Czytanie Pisma św. z szacunkiem należnym słowu Bożemu, przynajmniej przez pół godziny.

15. Nawiedzenie kościoła, w którym trwa synod diecezjalny i odmówienie tam „Ojcze nasz” i
„Wierzę”.

16. Odmówienie w sposób uroczysty hymnu „Przed tak wielkim Sakramentem „ w Wielki Czwartek.

17. Odmówienie tego samego hymnu w uroczystośd Bożego Ciała.

18. Publiczne odmówienie hymnu „Ciebie Boże wielbimy” w ostatnim dniu roku.
19. Publiczne odmówienie hymnu „Przybądź Duchu” w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego.

20. Pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z
rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym
odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego).

21. Pobożne nawiedzenie kościoła w święto tytułu i dnia 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) i odmówienie
„Ojcze nasz” i „Wierzę”.

22. Pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego konsekracji i odmówienie „Ojcze nasz” i
„Wierzę”.

23. Pobożne nawiedzenie kościoła w Dniu Zadusznym i odmówienie „Ojcze nasz” i „Wierzę” (odpust
ten może byd ofiarowany tylko za dusze w czyśdcu cierpiące).

24. Pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonnej w święta Założyciela i odmówienie „Ojcze
nasz” i „Wierzę”.

25. Udział w czynności świętej, której przewodniczy wizytator w czasie odbywania wizytacji
pasterskiej.

26. Odnowienie przyrzeczeo chrztu św. w czasie nabożeostwa Wigilii Paschalnej lub w rocznicę swego
chrztu.

27. Pobożne nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam
„Ojcze nasz” i „Wierzę” w: święto tytułu, jakiekolwiek święto nakazane, raz w roku w innym dniu
wybranym przez wiernego.

28. Udział w świętych czynnościach sprawowanych w kościołach stacyjnych w Rzymie w określonych


dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim.

29. W momencie śmierci, o ile wierny miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw (w
tym wypadku wymieniony warunek zastępuje trzy zwyczajne warunki uzyskania odpustu zupełnego);
dla uzyskania tego odpustu chwalebną rzeczą jest posługiwad się krucyfiksem lub krzyżem.

Wydaje się, że już za samo zgłębienie kościelnych przepisów dotyczących odpustów wierny powinien
otrzymywad odpust zupełny. I odtąd odpusty nie będą mu się z pewnością kojarzyd wyłącznie ze
straganami pełnymi trąbek i cukrowej waty. Odpust jest to bowiem - jak widad - rzecz znacznie
poważniejsza.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak to się robi?

Tomasz Wytrwał, Odpusty. Jak dostąpid łaski darowania kar za grzechy, Wyd. W drodze, Poznao
2002.
Ogłoszenia parafialne
Mszał Rzymski czyli „podręcznik” do odprawiania mszy mówi wyraźnie: pod koniec mszy „jeśli jest
taka potrzeba - można podad krótkie ogłoszenia”. Parafialni praktycy postanowili naprawid to, co
zepsuto w Rzymie, i z ogłoszeo robi się nierzadko zupełnie autonomiczna częśd mszy świętej.
Wytrwały polski konsument życia religijnego jest w tej dziedzinie tak wydwiczony, że nie zdziwi go
nawet, gdyby podczas mszy w ramach ogłoszeo ktoś urządził loterię lub pokaz fajerwerków. Czas na
ogłoszenia lubią zajmowad biskupi na swoje odezwy lub misjonarze, którzy przyjeżdżają z dalekich
krajów z prośbą o pomoc. Proboszcz parafii na warszawskim Żoliborzu w ogłoszeniach pomieszczał na
przykład eseje antyunijne, pełne gorących inwokacji do Matki Boskiej w obronie polskiego cukru.
Proboszcz mojej rodzinnej parafii w Białymstoku lubił parę razy w roku w ogłoszeniach „poruszad
szerzej” pewne sprawy budowlane, często łącząc wtedy ogłoszenia z homilią w jeden, niemal
godzinny blok retoryczny. Niektórzy dominikanie mają w zwyczaju podczas ogłoszeo reklamowad
pożyteczne książki lub kulturalne imprezy, a wiejscy księża nieraz przekazują na ambonie prośby
miejscowego wójta czy komendanta policji, lub - jak to miało miejsce na Śląsku - reklamują
najnowsze pakiety Telekomunikacji Polskiej. W Drohiczynie raz na jakiś czas z ambony zwołuje się
statystów do kręconego w malowniczej okolicy filmu. „Bo przecież wierni są wspólnotą, która żyje w
świecie, i dotyczą ich również ziemskie sprawy, a jak ja nie powiem, to ludzie się rozejdą w
niewiedzy” - tłumaczą kapłani. Tylko dlaczego wiedzę o skupie jaj mają zdobywad na mszy? Dlaczego
misjonarz nie urządzi specjalnego spotkania ze slajdami po mszy, bez pośpiechu? Dlaczego ksiądz
publicysta nie może wyżyd się w parafialnej gazetce, a reklam nie wywiesid za opłatą w parafialnej
gablocie?

To tak jakby zapytad, dlaczego nasz najdroższy Marszałek Sejmu chce występowad z orędziami
właśnie wtedy, gdy ludzie skooczyli oglądad pogodę, a czekają na film. Wierni bombardowani przez
ogłoszenia są w tej samej sytuacji - niby skooczyli już mszę, ale czekają jeszcze na błogosławieostwo.
To po prostu prime-time i dopóki Krajowa Rada (tu - Rzym) nie zmieni przepisów i nie przeniesie
ogłoszeo poza mszę, na kilka chwil przed pójściem do domu będziemy oglądad na ambonkach
prawdziwe cuda.

Ojciec Dyrektor
Rozwój medialnego wizerunku ojca Tadeusza Rydzyka przywodzi na myśl sytuację, która miała
miejsce w Pradze pod koniec XVI wieku. Jej mieszkaoców przez długie miesiące paraliżowała wtedy
wieśd o monstrum, które wyłaziło podobno nocami na ulice, by niszczyd wszystko na swojej drodze.
Monstrum to, nazywane w żydowskich legendach Golemem, było ponod efektem pomyłki w
obliczeniach pewnego alchemika. Golem miał mu pomagad, a zaczął szkodzid. Jak szkodził - nie wiemy
i nie wiedzieli tego również ówcześni prażanie. Żaden z nich Golema bowiem nie widział, a mimo to z
nabożnym przestrachem podawali sobie z ust do ust mrożące krew w żyłach reportaże, w których
Golem robił coraz bardziej odrażające rzeczy. Wraz z każdą taką historią ich antybohater rósł, stając
się olbrzymem. Działało to jak samonakręcający się mechanizm, bo wraz z rozmiarem monstrum rósł
strach publiczności, która - chcąc zamienid strach na wiedzę, naiwnie domagała się kolejnych
opowieści.

Czterysta lat później idea Golema zmartwychwstała nad Wisłą. Perfidia historii była zaś na tyle wielka,
że fenomen postaci z żydowskich legend ziścił się w osobie założyciela rozgłośni, tolerującego na
swojej antenie tych, którzy za Żydami bynajmniej nie przepadają. Mowa o ojcu Tadeuszu Rydzyku,
jednej z najbardziej tajemniczych postaci polskiego życia publicznego, którego niemal nikt spośród
ludzi o nim mówiących osobiście nie widział, tylko nieliczni słyszeli, a który mimo to zdążył przez
ostatnią dekadę wyrosnąd w zbiorowej świadomości na jedno z największych zagrożeo dla Kościoła i
demokracji w Polsce.

Jak to się stało, że skromny redemptorysta z Torunia w ciągu całej ostatniej dekady okupuje tak dużo
miejsca w świadomości ludzi, którzy zupełnie go nie znają? Gdy przyjrzed się na zimno badaniom - nie
da się już dłużej bronid mitu o rzekomym rządzie dusz. W skali kraju wskaźnik słuchalności Radia
Maryja nie przekracza bowiem 3 procent (dla porównania największe stacje komercyjne mają ponad
20 procent). Telewizja „Trwam” - w zamierzeniu koo trojaoski rydzykowego imperium - kona w
bólach praktycznie od momentu, gdy się narodziła. Gdy zerknie się na nieoficjalne kościelne dane,
pryska też eksploatowany w mediach malowniczy mit sześciomilionowej armii. Nawet jeśli radia
słucha milion osób, to liczba tych, którzy są mu oddani i ślą comiesięczny przekaz (tak zwana Rodzina
Radia Maryja) liczy pewnie nie więcej niż jakieś dwieście tysięcy dusz. Gdyby zaś ojciec Rydzyk chciał
robid schizmę (jak mu to przepowiadano), zostanie z ułamkiem tych dwustu tysięcy. Członkowie
Rodziny to bowiem najczęściej parafialni aktywiści, wzorowe owieczki, którzy gdy duszpasterz ogłosi
modę na Akcję Katolicką, karnie zakładają Akcję Katolicką, gdy na topie jest Radio Maryja -
zorganizują biuro Radia, a za dwa lata - gdy proboszcz uzna, że mu to potrzebne - będą pewnie
gorącymi zwolennikami modnego teraz na Zachodzie, założonego przez Chiarę Lubich,
„postępowego” ruchu Foccolari.

Potęga ojca Rydzyka nie jest więc faktem. Jest mitem. Gdy przygotowywałem kolejny tekst o
Rydzyku, jeden z ekspertów przyznał, że nie słucha Radia Maryja i wie tylko tyle, ile o nim przeczytał.
Na tej podstawie sprawnie nakreślił jednak obraz Ojca Dyrektora jako potwora niszczącego polski
naród, przypominającego krzyżówkę żelaznego wilka ze smokiem wawelskim. Zrobił to, nie słysząc
ani jednego zdania samego ojca Tadeusza. Dlaczego tak się dzieje?

Ojciec Tadeusz gra bowiem z mediami w pewną grę. On oszczędnie dozuje nam fakty, wiedząc, że
natura mediów nie znosi próżni i wyposzczeni reporterzy rzucą się z czasem, by nagłośnid każdą jego
imprezę czy pogląd. I trzeba sobie uczciwie powiedzied, że tkwimy dziś w klinczu. Perswazyjnym, bo
pisanie publicystyki

O Radiu Maryja - jako że już dawno żadna sprawa tak czytelnie i z tak chirurgiczną precyzją nie
podzieliła społeczeostwa - jest przekonywaniem dawno już przekonanych. O „newsach” też nie ma
jak pisad, bo ojciec Rydzyk po prostu umiejętnie je chowa. A czytelnicy domagają się kolejnej porcji
kryminału. Jedna z żelaznych zasad logiki mówi zaś, że jak nie ma nowych danych, to zaczyna się
kombinowad z interpretacjami. Wielu poważnych publicystów już dziś twierdzi, że ojciec Rydzyk,
który w radiu promuje bliską Rosji wizję Europy i stawia tam swoje nadajniki, jest z pewnością
powiązany jeśli nie z mafią, to już na pewno z KGB.

Jak wybrnąd z tej sytuacji? Odwoład się do precedensów. I zamiast nadal nadmuchiwad balon z
napisem Rydzyk - skojarzyd Rydzyka z Urbanem. Jego „Nie” - podobnie jak Radio Maryja - i owszem
ma masowego odbiorcę, jego siła w zależności od rządzącego układu bywa większa lub mniejsza, ale
o gazecie Urbana jakoś wstyd jednak i mówid, i pisad. I to samo winno spotkad Ojca Dyrektora. Ten
obdarzony sporą charyzmą, ale ekstremistyczny w treści i przaśny w formie zakonnik winien po
prostu wrócid tam, gdzie jego miejsce. Na margines.
Pan Jezus
Pewien znany mi pastor z Chicago od kilku lat przekonuje swoich wiernych, że Jezus tak naprawdę nie
jest Bogiem, lecz energią, a człowiek jest kanałem, w który ta energia chce się wpuścid. Z mojego
skromnego doświadczenia wynika jednak - że przynajmniej jeśli idzie o Pana Jezusa - sympatyczny
kaznodzieja jest w błędzie. To proste. Gdy ktoś raz przekonał się, że słooce to słooce, nie uwierzy, że
słooce to jednak księżyc, Mars albo jeden z pierścieni Saturna. To rzecz jasna kwestia osobistego
doświadczenia - z mojego wynika, że Jezus nie jest niesprecyzowanym obłoczkiem, kumulacją
kosmicznej energii, śpiewem ptaka na łące, podobnie jak nie jest wieloma innymi doznaniami i
emocjami, którymi człowiek się otacza. Doświadczenie podpowiada mi także, że dopóki na człowieka
nie zstąpi tzw. łaska, czyli myśl, która następnie znajdzie sobie szczelinę do ludzkiego wnętrza i
pozwoli mu dostrzec w Bogu osobę, która umie kochad, która czuje, myśli, tęskni - czytanie o Nim nie
przyniesie za wiele pożytku. Pisanie zresztą chyba też.

Napisano zresztą o Nim tak dużo, że byłoby pychą popisywanie się refleksjami teologicznymi w tej
kwestii w tym „technicznym” z założenia leksykonie. A skoro już jesteśmy przy kwestiach
technicznych - nie wszyscy katolicy mają zdaje się świadomośd, że używana często zbitka słowna „Pan
Jezus”, nie oznacza tyle co „p. Jezus”, a raczej stanowi wyznanie, że Jezus jest dla wypowiadającego
te słowa Panem. Dobrze widad to w języku angielskim, w którym Pan Jezus to nie Mr. Jesus, a Lord
Jesus, co brzmi - nie da się ukryd - znacznie poważniej oraz znacznie więcej znaczy.

Parafia
Każdy ochrzczony wierny, nawet jeśli zaraz po chrzcie zacznie abonowad „Fakty i Mity” i jeśd baleron
w piątki, musi byd przypisany do jakiejś parafii, gdzie figuruje w księgach metrykalnych. Parafia to
podstawowa jednostka kościelnej struktury. Struktura owa z grubsza wygląda tak, że kilka lub
kilkanaście parafii (na czele każdej stoi proboszcz) tworzy dekanat (na czele którego stoi dziekan),
kilka lub kilkanaście dekanatów składa się na diecezję (którą kieruje biskup ordynariusz), kilka zaś
diecezji tworzy metropolię (kieruje nią arcybiskup metropolita lub kardynał). I na tym w zasadzie
kościelna struktura się kooczy. Są bowiem jeszcze krajowe episkopaty, jest Kuria Rzymska, ale
struktura Kościoła jest tak naprawdę federacją biskupstw, gdzie władza biskupów w obrębie swoich
diecezji jest niemal absolutna. Niemal, bo wystarczy spojrzed na archidiecezję gdaoską, której biskup,
skądinąd bardzo szlachetny człowiek, przez lata nie był w stanie zapanowad nad wyczynami
finansowymi pewnego kościelnego wydawnictwa, czy pomysłami rozmiłowanego w rżniętych
meblach prałata.

W minionej epoce, gdy władze paostwowe niechętnie patrzyły na rozwój Kościoła i w związku z tym
wydawały niewiele pozwoleo na budowę świątyo - w polskich miastach dominowały parafie liczące
kilkanaście tysięcy wiernych. Od niedawna większośd polskich biskupów stara się dzielid wielkie
parafie na mniejsze (optymalnie pięcio-, ośmiotysięczne), słusznie zakładając, że tylko wtedy księża i
wierni mają jakąkolwiek szansę, by się nawzajem poznad i stworzyd coś zbliżonego kształtem do
wspólnoty. Jedyna niedogodnośd tej metody opiera się na fakcie, że w części przypadków podział
dotyka parafian, którzy właśnie skooczyli budowad jeden kościół (najczęściej projektowany jeszcze za
komunizmu, a więc „na zapas” z olbrzymim zapleczem socjalno-rozrywkowym) i nagle dowiadują się,
że muszą budowad następny. Mądry proboszcz umie poradzid sobie z tym problemem, tak jak
poradził jeden z zielonogórskich księży, który zamiast stawiad kościół za 20 milionów, kupił hangar po
wojskach radzieckich i zatrudnił plastyków, a ci za pomocą drewna, gliny i kamienia, kosztem 200
tysięcy wybudowali mu piękną świątynię. Proboszcz dobudował kort tenisowy, kawiaranię, stadninę,
boisko i miniakademik, gdzie studenci za grosze mogą wynająd kawałek kąta. Na tym nie koniec,
proboszcz myśli teraz o hospicjum. Kapłan jeździ nowiutkim, lśniąco czarnym audi. Parafianie i
niewierzący, bogaci i biedni pytani, czy ich to nie razi, odpowiadali, że niech sobie jeździ nawet
karetą. Im to nie przeszkadza. Byle dalej robił tyle, ile robi.

W Polsce znane są przypadki proboszczów, którzy urządzali u siebie ośrodki doradztwa, szkoły,
poradnie prawne (Katolicka Agencja Informacyjna organizuje na przykład konkurs na proboszcza
roku) - nawet jeśli czasem trzeba było przełamad bierny opór wiernych, przyzwyczajonych, że ksiądz
jest wyłącznie od odprawiania mszy i tylko w tym zakresie należy mu się współdziałanie. Ale tacy
proboszczowie zwykle wygrywają. Jeśli idzie o księdza z Zielonej Góry - jego parafia w krótkim czasie
stała się faktycznym centrum życia okolicznych mieszkaoców, i tych wierzących, i tych niewierzących.
I tych, którzy wychodzą z założenia, że parafialni księża są z zasady nudni, a po strawę duchową
należy udawad się do specjalistycznych duszpasterstw (zob. „Duszpasterstwo”).

Dla bardziej zaawansowanych

Praktyczny poradnik, jak zrobid dobrą parafię? Leszek Slipek, Parafia jakiej pragnę, Wyd. Więź,
Warszawa 2001.

Piekło
Piekła, odkąd po raz pierwszy wytargaliśmy kota za ogon, boimy się wszyscy. Pytanie tylko, czy
znacznie bardziej nie boimy się nieba?

Moja koleżanka jest anglikaoskim księdzem, pracuje na południu Wielkiej Brytanii. Podczas jednej z
wizyt w jej parafii wybrałem się na coś w rodzaju przykościelnej katechizacji dla młodzieży w wieku
licealnym. Herbatka, ciastka, pląsy, integracja. Pod koniec ksiądz Rose zapytała swoje duszyczki, jak
wyobrażają sobie niebo? Po ich odpowiedzi byłem już spokojny o losy dialogu międzyreligijnego.
Jakbym słyszał moich katolickich znajomych: niebo to landszaft, w którym na cukierkowym tle błąkają
się leniwie rozanielone postacie. Czasem jakiś anioł od niechcenia machnie skrzydłem, wzywając
kolejną grupę zbawionych na obowiązkową mszę świętą z lukrowanym popołudniowym kazaniem.
Na tym tle pójście do piekła jawi się jako smakowity kąsek - dobry horror zamiast trwającej całą
wiecznośd projekcji Przeminęło z wiatrem.

Kilka lat temu jedna z katolickich redakcji wręczyła mi z prośbą o recenzję książkę z okładką, na której
krzyczał wielki biały tytuł: „Czy piekło jest puste?”. Pomyślałem sobie wtedy: a co za różnica? Piekło
to dziś bowiem problem fascynujący głównie teologów. Może trochę szkoda, że z równą pasją nie
zajmują się oni odkręcaniem landrynkowej wizji nieba, ale ja ich rozumiem. To specjaliści od spraw
beznadziejnych - roztrząsania problemów, których rozwiązanie znajdą najwcześniej po śmierci.

Kiedyś teologowie spierali się o liczbę aniołów mieszczących się na ostrzu szpilki, dziś jednym z
tematów, który najbardziej ich ożywia, jest szukanie odpowiedzi właśnie na pytanie o puste piekło. W
Polsce pierwszy oliwy do ognia dolał wybitny specjalista od ekumenizmu i prawosławia ojciec Wacław
Hryniewicz, publikując w roku 1978 tekst, w którym napisał, że teoria apokatastasis czyli właśnie
powszechnego i bez wyjątków zbawienia (obejmującego również Stalina i Hitlera) nie jest
pozbawiona podstaw, jego zdaniem trudno pogodzid wizję nieskooczonego miłosierdzia Boga z
obrazem smażących się w ogniu piekielnym grzeszników. Natychmiast podniosły się głosy „twardych”
krytyków, którzy zarzucali Hryniewiczowi niemal wprost, że jego koncepcja promuje duchowych
„mięczaków”; pisali: „ten optymistyczny horyzont sprawia, że człowiek staje się nieczuły na zło tu i
teraz”, że „zabija wolnośd i odbiera realnośd ludzkim czynom”, że „błogośd i spokój dają pozór głębi”,
a „miękkośd utożsamiana jest z miłością”. Cytowali słynne zdanie protestanckiego teologa Richarda
Niebuhra, który pisał, że dzisiejsze czasy lansują wizję Boga prowadzącego ludzi do nieba „bez
gniewu, bez sądu, za sprawą Chrystusa bez krzyża”. Ich zdaniem piekło to nie płonące kotły, a miejsce
gdzie nie dociera Boża miłośd, skoro człowiek jest wolny - może przecież ją odrzucid. Z tym akurat
argumentem trudno się nie zgodzid. Piekło czeka na tych, którzy zupełnie świadomie chcą iśd do
piekła.

Co to jest piekło? Pomysłów było wiele. Ojcowie Kościoła mówili, że to pozbawienie wizji Boga, ku
któremu pociąga - nawet potępieoców - nieodparte pragnienie, to „stan strzały, zdecydowanie
wyrzuconej do celu, od którego odpycha ją bez przerwy niewidzialna siła”. Święta Maria Magdalena
de Pazzi, żyjąca w XVI wieku, twierdziła, że „pomiędzy potępionymi króluje wieczna nienawiśd,
ponieważ każdy z nich zna tego, kto go popchnął do obrazy Boga. Tak więc im bardziej wzrasta ich
liczba, tym większe są ich cierpienia, bowiem nowo przybyli pomnażają tylko wściekłośd, jaka ich
wzajemnie ożywia”.

Z czyśdcem sprawa jest prostsza. Co do czyśdca panuje względna zgoda - czyściec to stan, w którym ci,
którzy chcą iśd do nieba mają szansę jeszcze raz obejrzed swoje życie, a czyśdcowe męki to żal z
powodu własnej głupoty i krzywd, wyrządzonych w czasie pobytu na ziemi, to transformacja,
oczyszczenie swojej miłości. A ilu nieszczęśników przebywa w tych miejscach? A skądże nam to
wiedzied? Dopóki jesteśmy po tej stronie życia, najsensowniej jest chyba przyjąd punkt widzenia
wybitnego amerykaoskiego księdza Richarda Neuhausa, który pytał: jeśli mamy do wyboru
przekonanie, że niektórzy zostaną potępieni, i nadzieję, że wszyscy zostaną zbawieni, to co
podpowiada nam miłośd bliźniego?

Artur Sporniak w swoim tekście w „Tygodniku Powszechnym”, cytując anonimowego księdza,


wypowiadającego się w portalu www.katolik.pl, sprawę jeszcze ukonkretnił. Prosił, żebyśmy sobie
wyobrazili jakąś Gerdę, która całe życie poświęciła ratowaniu jakiegoś Kaya. A na chwilę przed jego
ostateczną przemianą zostaje zaskoczona koocem świata. Przychodzi Pan Jezus, chwali ją za
poświęcenie i zaprasza do Nieba. Na jej pytanie - co z Kayem, mówi, by się nie przejmowała, to nie jej
sprawa, on idzie do piekła. „Jeden z ateistów - pisze ów ksiądz - ujął to tak: «Jest tylko jedna rzecz
gorsza od piekła - byd w Niebie z takim Bogiem»„. Czy tego rodzaju sytuacja faktycznie mogłaby mied
miejsce? Bo - znów - co nam podpowiada miłośd bliźniego?

W kręgach protestanckich wielką karierę robił kiedyś dowcip o pastorze, który po śmierci trafił do
piekła. Oprowadzający go człowiek w nienagannym garniturze pokazuje mu salon masażu, cyrk, sied
luksusowych sklepów. Podniecony pastor wciąż jednak pyta, gdzie smażą się grzesznicy, gdzie jest ten
ogieo piekielny, kotły i smoła?! Zniecierpliwiony gospodarz prowadzi go w koocu do malutkiego
pokoiku, gdzie w kilku podgrzewanych naczyniach grilują się jacyś podekscytowani nieszczęśnicy. „To
katolicy - tłumaczy zawstydzony - oni nalegali...”.

Dla bardziej zaawansowanych

Czy pod nami w ogóle ktoś jest?


Puste piekło? Spór wokół ks. Wacława Hryniewicza nadziei zbawienia dla wszystkich, red. Józef
Majewski, Wyd. Więź, Warszawa 2000.

Czy nad nami rzeczywiście jest nudno?

Jacek Salij, Szukającym drogi. Śmierd. Zmartwychwstanie. Życie wieczne, Wyd. W drodze, Poznao
2001.

Pełny tekst Artura Sporniaka („Gerda, Kay i sprawy ostateczne”) - z odpowiedzią na pytanie, czy w
Niebie będą małżeostwa? - do odnalezienia w serwisie www.tygodnik.onet.pl (lub „Tygodnik
Powszechny” nr 26 z 27 czerwca 2004).

Pierwsze piątki i trzecie czwartki


W każdy pierwszy piątek miesiąca w polskich kościołach odprawia się po mszach specjalne
nabożeostwa ku czci Najświętszego Serca Jezusa, zgodnie z objawieniami Św. Małgorzaty Marii
Alacoque, której Jezus powiedział, że kto przez dziewięd pierwszych piątków będzie przystępował do
spowiedzi i komunii - chociaż musi umrzed, ma jak w banku, że nie umrze bez spowiedzi i komunii
właśnie. Pierwsze soboty są z kolei kalką pierwszych piątków, tyle że poświęconą pamięci Maryi i
pozbawioną towarzyszących przywilejów. Pierwsze czwartki to szczególne dni modlitw o powołania.
W każdej parafii i diecezji dochodzi do tego co najmniej kilka obchodów przypisanych innym dniom
tygodnia. Wtorki poświęca się gdzieniegdzie św. Antoniemu, w Warszawie dniem maryjnym są środy.
Teoretycznie najbezpieczniejszym dniem z punktu widzenia tych, którzy do kościoła chcą iśd tylko na
mszę, powinien więc byd poniedziałek. Ale nie każdy. Wieczorne msze są bowiem w maju połączone z
odmawianiem litanii do Matki Bożej, w czerwcu do Serca Jezusowego, a w październiku z
nabożeostwem różaocowym.

Skutek jest taki, że w tej pięknej różnorodności trudno się czasem połapad nawet „zawodowym”
katolikom.

Pieśni
Większośd z tych śpiewanych w polskich kościołach to pieśni tradycyjne sprzed kilkudziesięciu i więcej
lat. Niewielu wiernych zwraca jednak uwagę na drzemiące w nich skarby ludowej poezji, roztaczane
przez autorów malownicze rustykalne wizje („zagrody nasze widzied przychodzi / i jak się jego
dzieciom powodzi”). Mało kto zdaje też sobie sprawę, że wyśpiewywane z zapałem treści czasem nie
są zgodne z dogmatami obowiązującej wiary. Jawną herezję zawiera w sobie na przykład zdanko o
tym, że „to kapłan słowem sprawi / iż się Chrystus zaraz stawi / z nieba na ołtarz”. Do kłopotliwych
zalicza się też od niedawna inna popularna pieśo, w której nie da się przestawid daty i śpiewad trzeba
„więc chodź ze mną zbawiad świat, dwudziesty już wiek” (ostatnio podejmuje się jednak próby
wymiany słowa „dwudziesty” na słowo „kolejny”), czy mocno pobudzająca filmową wyobraźnię
zwrotka „włócznią co w boku tkwi/ otwierasz serca drzwi”. Niedociągnięcia fonetyczne - nieuniknione
przy śpiewaniu utworu po raz pięddziesiąty - sprawiają, że nierzadko w świątyniach zamiast zachęty
„Królowej Anielskiej śpiewajmy!”, w niebo wznosi się pochwała szefowej konkurencyjnego wyznania
„Królowej ANGIELSKIEJ śpiewajmy!”, na miejscu zaś inwokacji „Maryjo śliczna i niepokalana”,
usłyszed można frapującą frazę „Maryjo śliczna INO PO KOLANA”, a zdanie „Swe królestwo weź w
porękę” zastępują słowa „Swe królestwo weź POD RĘKĘ”.
W polskim kościele kiełkuje też jednak nowy rynek religijnej piosenki. Manieryczne,
pseudoteologiczne rozważania („Jezus jest naszym usprawiedliwieniem w Bogu”) połączone z
pokrętną melodyką stanowią na szczęście tylko jego margines. Główne miejsce zajmują na nim
zupełnie przyzwoite współczesne hity tworzących w manierze tradycyjnej takich autorów, jak ks.
Tymoteusz (naprawdę - biskup Józef Zawitkowski z Łowicza), autor komunijnego szlagieru „Panie
dobry jak chleb”. Do miana chrześcijaoskich evergreenów awansowały też importowane ze
wspólnoty w Taize piękne kanony, które dzięki melodyjności i jednej krótkiej, prostej, łacioskiej i na
okrągło powtarzanej zwrotce stały się faworytami kościelnej młodzieży. Coraz częściej korzysta ona
również z robiącego karierę dominikaoskiego śpiewnika Niepojęta Trójco, zawierającego - oprócz
nowych kawałków - również osnute na starych motywach piękne utwory, a także wskazówki, jak
można śpiewad części stałe mszy („Panie, zmiłuj się nad nami”, „Święty, święty” i „Baranku Boży”), by
nie czynid tego wciąż na jedną i tę samą modłę.

O tym, jak wielki religijny wstrząs może wywoład u tradycyjnie nastawionych wiernych umiejętne
stosowanie nowinek, świadczy chodby sytuacja, która miała miejsce podczas obłóczyn (nałożenie
habitów) braci wstępujących do poznaoskiego klasztoru dominikanów (zob. „Zamiast zakooczenia:
Dlaczego dwukrotnie poszedłem do zakonu?”), gdy w kulminacyjnym momencie schola ryknęła jedną
z piękniejszych pieśni z Niepojętej Trójcy, dynamiczny hymn „Oto są baranki młode!”. Przez świątynię
przeszedł szloch wszelkiej maści ciod, babd i byłych narzeczonych. Pytane później o wrażenia
słuchaczki wyznały mi, że natychmiastowe skojarzenia z rzeźnią narzucały się same.

Pogrzeb
Z pogrzebem jest trochę tak jak z całą resztą „kościelnych usług” - wszyscy uważają, że należą się
chętnym „z automatu”. A to nieprawda. Pogrzebu katolickiego księża mogą bowiem odmówid w
przypadku zmarłych, którzy za życia nie mieli nic wspólnego z Kościołem; bo skoro mijali się z nim za
życia, to dlaczego zmuszad ich, by mieli z nim stycznośd po śmierci? I to nawet jeśli taka jest
przemożna wola rodziny lub bliskich denata? Prawo kanoniczne wylicza trzy kategorie delikwentów,
których pogrzebu nie może prowadzid ksiądz. To po pierwsze - innowiercy lub ci, którzy głosili
heretyckie poglądy i za życia ich nie odwołali. Po drugie ludzie, którzy chcieli, by ich skremowad, ale
tylko jeśli chcieli tego z powodów przeciwnych wierze chrześcijaoskiej, czyli „żeby ich później nie
można było poskładad przy zmartwychwstaniu”. Po trzecie wreszcie - i to jest najszersza kategoria -
zmarli, którzy za życia mieli Kościół w nosie. Nie ma po nich śladu w kartotekach, sąsiedzi zaś zeznają,
iż żyli w konkubinacie, na dodatek na przykład on kradł, ona wyrzekała na Kościół, a przed śmiercią
nie zdążyli zasygnalizowad, że jest im z powodu tego wszystkiego głupio. Decyzja o odmowie udziału
księdza w pogrzebie zależy zawsze do proboszcza. Jeśli ten ma wątpliwości - może odwoład się do
opinii biskupa.

Najbardziej znany przypadek odmowy katolickiego pogrzebu w III Rzeczypospolitej miał miejsce w
maju 1997 roku w Łodzi. Kuria nie zgodziła się na mszę pogrzebową i liturgię pochówku profesora
Wacława Deca, ginekologa, który publicznie opowiadał się za dopuszczalnością aborcji i miał to
nieszczęście, że zginął w wypadku w samym środku przetaczającej się wtedy przez kraj
antyaborcyjnej wojny. Opinia społeczna była oburzona. Pod kościołem stało około tysiąca osób,
którym jeden z kolegów profesora czytał fragment listu św. Pawła - Hymn o miłości. Ksiądz Józef
Tischner komentował w mediach, że prawo - również to kanoniczne - jest dla człowieka, a nie vice
versa, o czym zapomniano. Ówczesny sekretarz Episkopatu bronił w mocnych słowach decyzji
łódzkiej kurii, wyjaśniając, że to bardzo przykra chwila, ale zmarły nawoływał za życia do morderstw
nienarodzonych dzieci. Z sytuacji wybrnięto w sposób salomonowy - mszy nie było, ale na cmentarz
pofatygował się kapelan Wojskowej Akademii Medycznej, podlegający jurysdykcji biskupa polowego.

„Kościół popełnił straszny błąd. Ten człowiek modlił się, a na co dzieo ratował innym życie” - mówili
uczestnicy ceremonii. „Zmarły wiedział, że głosząc swoje poglądy, nawet jeśli się modlił, stawiał się
poza Kościołem. Uroczystośd pogrzebowa jest zaś dla niego, nie dla bliskich. I to co przede wszystkim
mamy uszanowad, to jego wybory, a nie preferencje tych co zostali” - odpowiadali księża. Dylematów
tego rodzaju nie można więc chyba jednak rozwiązad inaczej niż za pomocą czegoś, co potocznie
nazywa się wyczuciem.

Jak wyczucie wygląda w praktyce, przekonałem się kiedyś (odchodzę, rzecz jasna bardzo daleko, od
przypadku profesora Deca) na pogrzebie emerytowanego generała milicji i SB; za życia życzył on sobie
co prawda pogrzebu świeckiego, ale rodzina uparła się, by ksiądz wystąpił jednak z krótką modlitwą
przed popisami oratorskimi urzędnika USC, który miał wysławiad niepokalany charakter zmarłego
(czyli - zważywszy na jego biografię - łgad jak z nut). Ksiądz zaintonował więc stosowne psalmy,
pomodlił się krótko, jak trzeba. Po czym uśmiechnął się i dodał: „A teraz przekazuję głos koledze, raz
jeszcze prosząc dobrego Boga, by przyjął śp. Zenona do nieba, gdzie otrzyma nagrodę... (tu ksiądz się
zamyślił)... albo ZAPŁATĘ za wszystko co robił na ziemi (uśmiech)! I szczęśd Boże!”.

Dla bardziej zaawansowanych

Pełna lista osób, które nie mają szans na katolicki pogrzeb:

K. Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Nie taki proboszcz straszny.

Praktyczny przewodnik prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Jak wygląda taki pogrzeb? http://www.stos.opoka.org.pl/teksty/pogrzeb.hrm

Post
Proszę mi wierzyd, że panie katujące się przez dwa tygodnie dietą Cambridge, cierpią znacznie
bardziej niż statystyczny katolik, który do postu ścisłego zobowiązany jest tylko przez dwa dni w roku
(Środa Popielcowa i Wielki Piątek). W te dwa dni wszystkim wierzącym pomiędzy osiemnastym a
sześddziesiątym rokiem życia nie tylko nie wolno połakomid się na parówki czy cheesburgera, ale w
ogóle mogą oni zjeśd trzy posiłki, w tym jeden do syta (trwający - według szczegółowych przepisów -
nie dłużej niż dwie godziny i przerywany najwyżej na kwadrans; po przerwie dłuższej, na przykład
siedemnastominutowej, będzie to już następny posiłek). Post ścisły nie polega tylko - jak sądzi wielu -
na wykluczeniu mięsa, a właśnie na tym, by tego jednego dnia zjeśd mniej niż zwykle i trochę z tej
okazji pocierpied. Cenna wskazówka dla łasuchów: szwajcarski teolog Hans Conrad Zander w swoich
Mądrościach niedzielnych pisze, że papież Pius V, kilkanaście lat po odkryciu czekolady przez
Europejczyków, pijąc ją, cierpiał tak strasznie, iż w koocu wydał dyrektywę, że „ten napój nie narusza
postu”, a hinduscy guru, którzy chcą osiągnąd najwyższy poziom duchowego wtajemniczenia, mogą w
zamian do woli opychad się marcepanowymi batonami.

A co z mięsem? Oprócz postu w wymienione dwa dni katolik nie może jeśd mięsa w piątki całego
roku. Wyjątkiem jest podróż lub sytuacja, w której „nie ma się wyboru pokarmów”. Taki wyjątek
potrzebny był zwłaszcza w czasach komunistycznych, gdy zakładowe czy szpitalne stołówki właśnie w
piątek serwowały wszelkiej maści gulasze, schaboszczaki i golonki. Dziś trudno sobie wyobrazid kogoś,
kto takiego wyboru nie ma, ale wyjątek pozostał. Wolnego. Bo nawet jeśli tak się złożyło, że z tego
wyjątku udało nam się skorzystad, prawo kościelne mówi, że trzeba w zamian zafundowad sobie inne
umartwienie. Dla jednego będzie to jakaś ofiara pieniężna, dla innego - posprzątanie mieszkania
babci.

Piątkową wstrzemięźliwośd (obowiązuje wszystkich od czternastego do sześddziesiątego roku życia)


Polacy traktują jednak dokładnie tak samo jak post. Wystarczy rzut oka na preferencje konsumentów
w stołówkach wielkich biurowców. Mimo to, gdy biskupi polscy w grudniu ubiegłego roku napisali do
wiernych list, w którym przypomnieli wszystkie kościelne przepisy, a na liście dni bezmięsnych nie
wymienili Wigilii (która formalnie nigdy nim nie była), zachęcili jednak do podtrzymania tradycji i
powstrzymania się od dodawania do karpia szyneczki, media podniosły wielki raban pod hasłem
„Biskupi nie zabierajcie nam Wigilii!”, i pod adresem episkopatu posypały się oskarżenia o szarganie
świętości.

To znak, że współcześni katolicy w ogóle nie widzą w poście tego, czym powinien on byd -
sprawieniem sobie czasem małego problemu gastronomicznego, po to by podtrzymad gotowośd do
większych wyrzeczeo. Dla nich jest on jedynie niezrozumiałym elementem tradycji. Zresztą takie
myślenie o poście też zdążyło się stad tradycją. Na przykład w XVIII wieku polscy magnaci skrzętnie
zachowywali piątkową wstrzemięźliwośd. Powściągliwośd od szyneczki kompensowali sobie jednak,
sprowadzając specjalnie na ten dzieo z zagranicy najdroższe dostępne wówczas gatunki ryb.

Czy z tej sytuacji jest wyjście? W Kościele pojawiają się ostatnio głosy, by dad sobie spokój z prawnym
sankcjonowaniem piątkowej fikcji i - w czasach gdy mięso przestało byd synonimem rzadkiego
smakołyku czy dostatku - zasugerowad wiernym, by swoją uwagę koncentrowali w tym dniu na
zwiększeniu liczby dobrych uczynków. Lecz o ile utrzymywanie piątkowej wstrzemięźliwości
faktycznie wydaje się byd zadaniem ciut beznadziejnym, o tyle kombinowanie, że niemartwiący się
nią wierni znacznie bardziej przejmą się piątkowym wezwaniem do czynienia miłosierdzia - na
kilometr z kolei trąci bezbrzeżną naiwnością.

Dla bardziej zaawansowanych

Podstawa prawna - List Biskupów polskich z 21 października 2003 na temat przykazao kościelnych -
www.kai.pl

Manifest w sprawie reformy postu: Grzegorz Bubel SJ, Co znaczy pościd? „Przegląd Powszechny”,
2004 nr 3 (991).

O św. Mikołaju z Myrny, który będąc w beciku, w dni postne odmawiał pokarmu matki:

Hans Conrad Zander, Komputer św. Dominika i inne mądrości niedzielne, IW PAX, Warszawa 2004.

Prałat
Słowo prałat oznacza po prostu przełożonego, teoretycznie więc w ten sposób powinno określad się
wyłącznie biskupa lub opata, czy ważnych rzymskich urzędników, słowem - ludzi, którzy mają w
Kościele jakąś konkretną władzę (i na świecie tak bywa). W Polsce tytułuje się tak jednak większośd
zasłużonych księżowskich jednostek, dodając im do stroju różne cieszące oko kolorowe elementy. Nie
zwiększa to w żaden sposób zakresu ich władzy, więc w praktyce prałacka nominacja jest wyłącznie
wydarzeniem z dziedziny kościelnej mody.

Najczęściej spotykanymi „kolorowcami” są księża kanonicy (którzy - żeby było prościej - prałatami
formalnie zwykle nie są). To miła historyczna pozostałośd z czasów, gdy przy każdym ważniejszym
kościele, zwanym kolegiatą rezydowała kapituła - grupa zasłużonych kapłanów wspierających biskupa
radą, a w razie jego śmierci przejmująca władzę w diecezji. Dziś teoretycznie sytuacja wygląda
dokładnie tak samo, w praktyce jednak kapituły (zwykle jedna lub dwie na diecezję) spełniają funkcje
wyłącznie dekoracyjne. Kanonicy kapituł mają prawo do noszenia przy sutannie purpurowych
guzików i takiegoż pomponu na birecie, a od większego dzwonu nakładają też specyficzną pelerynę i
złoty krzyż. Kanonicy dzielą się na honorowych i gremialnych (czyli prawdziwych), chod jedni i drudzy
na procesjach oko gapiów przyciągają równie sprawnie. Oprócz kanoników, w kolorowych szeregach
spotkad też można infułata (ma przywilej noszenia biskupiego nakrycia głowy, chod biskupem nie
jest), czy prałatów honorowych Jego Świątobliwości (tytuł chętnie udzielany przez Watykan
zasłużonym kapłanom). Ci prałaci mają też prawo do kolorowych guzików. Niektórzy z nich lubią
dodawad sobie po nazwisku skróty, oznaczające na jakim poziomie zaszczytów są aktualnie i jakie
gadżety w związku z tym im przysługują. Na przykład literki R. M. po nazwisku oznaczają, że mamy do
czynienia z księdzem, który cieszy się przywilejem noszenia rokiety i mantoletu (specjalnej pelerynki i
takiejż komeżki). Ciekawie wyglądają próby łączenia odznak pontyfikalnych ze świeckimi (najlepiej
widad to na przykładzie kapelanów wojskowych, ze szczególnym uwzględnieniem nazywanego przez
złośliwców Arkadiusem Episkopatu byłego biskupa polowego w randze generała; przypadkiem
granicznym jest jednak wciąż rzecz jasna słynący z gustu a la afrykaoski kacyk proboszcz parafii św.
Brygidy). Zawistni księża, nie będący prałatami, postulują zniesienie wszystkich wirtualno-
odzieżowych zaszczytów dla niższego kleru. Wydaje się jednak, że warto by było zacząd od udzielania
ich tylko osobnikom obdarzonym zmysłem smaku.

Dla bardziej zaawansowanych

Którym prałatom do niedawna przysługiwały pantofle ze srebrną klamrą? Wojciech Jakubowski,


Marek Solarczyk, Ustrój Kościoła rzymskokatolickiego, Wyd. ASPRA -JR, Warszawa 2002.

Prasa katolicka
To nie wolny rynek, a śmierd jest głównym wrogiem większości katolickich czasopism. Jeśli bowiem
ktoś ma dośd lat, by wynieśd nawyk kupowania „Niedzieli” czy „Gościa Niedzielnego” z czasów, gdy
były one podziemnym rarytasem - kupuje go do dziś, ale za lat kilkanaście lub niewiele później
odejdzie pewnie do miejsca, gdzie jedyną dostępną gazetą będzie rajski biuletyn. I chod te dwa tytuły
są na rynku prasowym potęgą („Gośd Niedzielny” sprzedaje się lepiej niż „Przekrój”) - nowych
czytelników tego typu pisma pozyskują trudno. Chod starają się to robid. Wydawana w Częstochowie
„Niedziela”, postrzegana jako organ prasowy „zachowawczej” części polskich katolików, zbiera wokół
siebie niezadowolonych z zachodzących w kraju przemian mieszkaoców mniejszych ośrodków,
próbuje też odcinad kupony od popularności swojego radiowego odpowiednika, Radia Maryja, dając
na swoich łamach miejsce jego publicystom. „Ludzi środka” usiłuje zagospodarowad katowicki „Gośd
Niedzielny”. Ostatnio jednak, po tym jak w jego „intelektualnym” dodatku pod tytułem „Azymut”
ukazała się debata o antykoncepcji, a następnie wywiad z Jarosławem Gowinem zastanawiającym się
nad potrzebą zwołania kolejnego soboru, dodatek został - z powodu (skądinąd całkiem realnego)
braku środków - skasowany.

Na próżno zaś szukad w Polsce tak popularnych na Zachodzie katolickich magazynów z poradami
rodzinnymi, tekstami społecznymi, jakimś miłym rozważaniem (vide słynna włoska „Famiglia
Christiana”). U nas wszystko, co wystaje nad ziemię, musi opowiedzied się po którejś ze stron
bieżących politycznych i wewnątrzkościelnych sporów.

Ale - co ciekawe - podczas gdy cienko przędą wszelkiej maści katolickie magazyny branżowe,
periodyki wspólnot młodzieżowych, rolników, intelektualistów, coraz lepiej mają się wydawane na
powielaczach i opisujące tylko lokalne „newsy” gazetki parafialne. Są parafie, gdzie wokół gazetki
powstaje całe środowisko - redaktorów, łamaczy, autorów, a gazetki ze stricte kościelnych stają się
zjawiskiem osiedlowym. Dlaczego więc coś, co rozwija się na dole, nie może rozwijad się na górze?

Pewien ksiądz, redaktor jednej z parafialnych gazetek, któremu zadałem to pytanie, najpierw się
refleksyjnie uśmiechnął, a później odpowiedział, roztaczając przed moimi oczami wizję afrykaoskiej
sawanny. Niewielkie żyjątka mają na niej wręcz wymarzone pole do działania i żerowania, muszą
jednak dbad tylko o jedno - by nie wpaśd w oczy drapieżnika. Podobnie i mała parafialna gazetka
może pozwolid sobie na wiele, dopóki nie dostanie się w ręce wyższych kościelnych urzędników.

Profanacja
Wielu katolików sądzi, że kary piekielne ściąga na głowę grzesznika potraktowanie komunii świętej
zębami. To nieprawda. Niemniej, co praktykował pewien mój pobożny znajomy, wyciąganie
komunikanta z ust po mszy i magazynowanie w książeczce do nabożeostwa, aby w domu urządzad
sobie pobożne adoracje - nie dośd, że jest ciężką profanacją, to jeszcze pogwałceniem co najmniej
pięciu kanonów kościelnego kodeksu.

Złodzieje włamują się do kościoła, kradną złote naczynia, a przy okazji rozsypują przechowywane w
nich komunikanty (konsekrowane opłatki rozdawane w czasie komunii) - to najczęstsza forma
profanacji w polskich świątyniach. Profanacją jest jednak nie tylko znieważenie (na przykład
wysypanie na podłogę) komunikantów. Jest nią również znieważenie jakiegoś miejsca (rok temu w
Chorzowie kilku młodych ludzi zniszczyło przydrożny krzyż) czy świętych osób (kilka lat temu w
Trzebnicy grupa podpitych nastolatków robiła sobie zdjęcia na pomniku papieża, biegała nago w
okolicach kościoła, jeden z imprezowiczów udawał, że jest Chrystusem, a pyszna zabawa zakooczyła
się defekacją z pobliskiego mostu na przejeżdżające dołem samochody). Po profanacji miejscowi
księża zarządzają zwykle nabożeostwo ekspiacyjne. Wierni odmawiają wtedy specjalne modlitwy
przebłagalne i odśpiewują błagalną suplikację („Od powietrza, głodu, ognia i wojny - wybaw nas
Panie...”). Ci, którzy profanacji się dopuścili, „z automatu” podlegają kościelnym karom, pracowicie
wyliczonym dla każdego przypadku (zob. „Ekskomunika”).

Za krytykę proboszcza - nie grozi nic.

Przykazania
Dla wielu katolików ta informacja będzie wstrząsem, ale dekalog nie ogranicza się do szóstego
przykazania („Nie cudzołóż”). Tym, którzy takiej wizji religii ulegli i głoszą kazania wyłącznie o
grzechach contra sextum („przeciw szóstemu”), oraz tym, którzy - nawet gdy takich kazao nie słyszą -
wyłącznie z takich grzechów się spowiadają, warto przypomnied, że Pan Bóg nie przypadkowo
umieścił regulacje seksualne dopiero na miejscu szóstym na dziesięd możliwych. A zanim do seksu
doszedł, powiedział wiele rzeczy znacznie bardziej istotnych: zachęcił do traktowania Siebie i bliźnich
z szacunkiem (przykazania I-V), do troski o rodzinę (IV), o swoje własne zdrowie (V), o wypoczynek (III
i V)...

Przykazao Bożych jest bowiem dziesięd (niektórzy za przykazanie „zerowe” uznają słowa, które w
Biblii poprzedzają słynną dziesiątkę: „Szma Israel”, co tłumaczy się jako „Słuchaj Izraelu!”). Poza
Przykazaniami Bożymi, w Polsce jest też pięd Przykazao kościelnych (na świecie obowiązują różne ich
zestawy).

Przykazania Boże to nakazy moralne, których nieprzestrzeganie oznacza grzech; kościelne nie mają tej
sankcji, dotyczą bowiem nie treści, a formy praktykowania wiary. Przykazania Boże są dziełem
Mojżesza, który - jak głosi Pismo - zniósł je z góry, gdzie objawił mu je sam Bóg. Przykazania kościelne
są dziełem watykaoskich dykasterii (urzędów). Przykazao Bożych zmieniad nie wolno. Przykazania
kościelne wolno (może to zrobid episkopat za zgodą Watykanu).

Przykazania Boże były do niedawna powszechnie zalecane przez spowiedników jako doskonała
pomoc przy rachunku sumienia - delikwent mógł usiąśd i recytując przykazania sprawdzid, gdzie był z
chrześcijaoską moralnością na bakier. Zdarzało się niestety, że tak prowadzony rachunek kooczył się
spowiedziami w typie: „Nie zabiłem, nie ukradłem, więcej grzechów nie pamiętam”.

Przykazania Boże bez szczegółowej instrukcji obsługi mogą faktycznie wprowadzid nierozumnego
wiernego w stan głębokiego podziwu dla samego siebie. Byd może nie wpadnie on bowiem na to, że
ze złamania piątego przykazania („Nie zabijaj”) trzeba spowiadad się nie tylko po wysłaniu wrednego
sąsiada do krainy wiecznych łowów, ale również gdy na przykład wyniszcza się swój organizm
alkoholem albo nie dba o systematyczne leczenie? Przykazanie drugie („Nie będziesz brał imienia
Pana Boga twego nadaremnie”) to nie tylko zakaz używania sformułowao w stylu „O Boże!” czy
„Jezus Maria”. Może byd rozumiane również jako apel o to, by języka nie używad jako broni przeciw
drugiemu człowiekowi. Interesujące spory wywołuje analiza przykazania czwartego („Czcij ojca twego
i matkę twoją”), którą katoliccy rodzice wyciągają czasem jako ostateczną broo, próbując wpłynąd na
zmianę decyzji swoich pociech. Pewien przytomny duszpasterz, którego to spotkało, zauważył, że
„czcij” nie znaczy wcale „słuchaj”. Uczcił więc swoich rodziców, po czym i tak zrobił to, co sam chciał.

Wiek XXI nie jest dobrym czasem dla przykazao. Te kościelne katolicy i tak mają w nosie (90 procent z
nich nie jest w stanie wymienid ani jednego). Przykazania Boże uznaje za wiążące - jak pokazują
badania statystyczne - jedynie około połowy polskich maturzystów. Wśród starszej młodzieży ten
wskaźnik jest tylko nieznacznie wyższy. Najmniej poważane są przykazania drugie, ósme („Nie mów
fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu”) i trzecie („Pamiętaj abyś dzieo święty święcił”).
Największym uznaniem cieszą się przykazania piąte i siódme („Nie zabijaj”, „Nie kradnij”). Co
ciekawe, najbardziej emocjonujące przykazanie szóste („Nie cudzołóż”) w tej grupie znajduje się w
środku stawki.

Coraz częściej pojawiają się głosy, by do spowiedzi szykowad się, mierząc swoje zachowania również
do przedstawionych przez Jezusa w Nowym Testamencie „Ośmiu Błogosławieostw”, które niczego nie
zakazują, mówią zaś o tym, jakie cechy są u chrześcijanina szczególnie mile widziane. Obok
spowiadania się z tego, czy nie przekroczyli zakazu i czy nie potknęli się na drodze do raju,
chrześcijanie mieliby więc przejmowad się również tym, jak daleka droga dzieli ich wciąż od
doskonałości.

Dla bardziej zaawansowanych

Osiem Błogosławieostw:

1. Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

2. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

3. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własnośd posiądą ziemię.

4. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

5. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

6. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądad będą.

7. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

8. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy


królestwo niebieskie.

„Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko
złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie”.

Dziesięd przykazao Bożych:

1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

2. Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremnie.

3. Pamiętaj, abyś dzieo święty święcił.

4. Czcij ojca twego i matkę twoją.

5. Nie zabijaj.

6. Nie cudzołóż.

7. Nie kradnij.

8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu.

9. Nie pożądaj żony bliźniego twego.

10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Przykazania kościelne:
1. W niedzielę i święta nakazane uczestniczyd we Mszy świętej i powstrzymad się od prac
niekoniecznych.

2. Przynajmniej raz w roku przystąpid do sakramentu pokuty.

3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąd Komunię Świętą.

4. Zachowywad nakazane posty i wstrzemięźliwośd od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty


powstrzymywad się od udziału w zabawach.

5. Troszczyd się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

Przysiad liturgiczny
Figura gimnastyczna wykonywana w momentach przewidzianych na klękanie przez sporą częśd
męskiej populacji w naszym kraju. Przepisy liturgiczne wyróżniają dwa rodzaje klękania - klękanie
właściwe, na dwa kolana, i przyklękanie - na przykład podczas przechodzenia przed Najświętszym
Sakramentem (duchowni automatyzm związany z przyklękaniem na środku kościoła mają tak mocno
wdrukowany, że zdarzy im się czasem przyklęknąd nawet przed ekranem przy przechodzeniu przez
środek kina).

Polscy mężczyźni opracowali wariant pośredni, który polega na tym, że w sytuacjach, gdy się klęka
(np. tzw. podniesienie), oni jedynie przyklękają, ale zamiast zaraz wstad - zamierają w tej
niewygodnej pozycji. Ręce mają zwykle wtedy splecione, a ciężar ciała spoczywa na zgiętej nodze,
która nie klęczy. Coraz częściej można też spotkad panów, którzy środek ciężkości w tej pozycji
przenoszą na okolice kości ogonowej, czasem w ogóle nie dotykając żadnym z kolan do ziemi, słowem
wykonują regularny przysiad, by nie wychylad się ponad tłum, i tak wypięci w parterze trwają aż do
kooczącego podniesienie dzwonka. W wielu - zwłaszcza wiejskich - parafiach klękanie w ten sposób
jest jedną z fundamentalnych i demonstrowanych publicznie oznak męskości, trzeba zobaczyd z jaką
dumą kilkuletni chłopcy kucają w kościele obok swoich ojców, wcześniej rzucając rzecz jasna
wystudiowanym, niedbałym gestem chusteczkę pod jedno używane kolano.

Nadszedł czas, by zadad sobie pytanie - po co tyle trudu, czy nie lepiej normalnie, po ludzku uklęknąd?
Stosując przysiad, brudzi się tylko jedno kolano „kościółkowych” spodni. Zysk z tego zabiegu jest
jednak co najmniej problematyczny, gdy uwzględni się, jak strasznie wypycha on materiał na kolanie
drugim.

Psalmy złorzeczące
Bruce Barton, założyciel wielkiej agencji reklamowej BBDO, jeden z pionierów amerykaoskiego
kapitalizmu i kongresman, wydał swego czasu kultową biografię Chrystusa zatytułowaną Człowiek,
którego nikt nie zna. Książka Bartona wzięła się z niezgody na wizję Mistrza, którą karmiono go w
niedzielnej szkółce. „Przedstawiano nam go wyłącznie jako Baranka Bożego, męża boleści,
czekającego na śmierd”. Gdy Barton postawił pierwsze pewne kroki w świecie rządzonym przez
globalny biznes, zadał sobie jednak proste pytanie: jak to możliwe, by „mięczak z prowincji”
przekonał do swojej wizji tylu ludzi i założył organizację, która odniosła w koocu spektakularny,
światowy sukces? W swojej książce z żelazną, biznesową konsekwencją analizuje więc poszczególne
etapy życia Jezusa: obala mit o jego słabości fizycznej (Jezus od dziecka był zahartowany, bo dużo
chodził boso, poza tym zdemolował przecież świątynne targowisko), zachwyca się jego strategiami
negocjacyjnymi i towarzyskimi (zdaniem Bartona Jezus był ulubieocem ówczesnej jerozolimskiej
śmietanki) etc. Pracę Bartona środowiska kościelne wykpiły - rzecz jasna - do szczętu jako idiotyczną.
Niektórzy komentatorzy szydzili, że według Bartona Mojżesz wszedł do Ziemi Obiecanej tylko dlatego,
że miał duszę agenta od nieruchomości i widział w niej zupełnie dziewiczy rynek.

Fakt, że większośd z jego analiz tchnie dziecinną wręcz naiwnością. A że naiwnośd jest matką głupoty -
Barton jest dziś z lubością cytowany przez wszelkiej maści amerykaoskich „teleewangelizatorów”,
którzy jeżdżą rolls-royce'ami, argumentując, że Jezus - gdyby dziś żył - też by nimi jeździł, oraz głoszą
swoistą odmianę religii sukcesu, w którym na przemian wznosi się modły do Boga i do portfela, ot,
chodby za pomocą mantry: „Oh money, come to me, oh money”. Jego książka leży więc u podstaw
dużego kalibru idiotyzmów. Nie można jednak nie dostrzec, że to przejmujący zapis osobistych
poszukiwao człowieka, który żyje po to, by osiągnąd sukces, ale chce przy tym żyd wiarą w coś
większego niż magia zer na koncie. I nie udaje, że świat przeżywanych przezeo przy tym emocji składa
się tylko z barw ciepłych - od jasnożółtej wzwyż.

Barton zbuntował się przeciw „chrześcijaostwu mięczaków”, które odziera ten świat i ludzi na nim
mieszkających z ludzkich przymiotów, wciskając im do głowy, że już tu powinni byd zatopionymi w
pogardzie dla świata aniołami. Jedną z emocji, którą tak pojmowane chrześcijaostwo wyrzuciło do
lamusa, jest gniew.

Gniew, który w Starym Testamencie jest przecież na porządku dziennym. W Księdze psalmów co krok
natknąd się można na tak zwany psalm złorzeczący, który wyklina krzywdziciela całą litanią złych
życzeo. Klasycznym przykładem jest Psalm 109: „Niech dni jego będą nieliczne, a jego urząd niech
przyjmie kto inny. Niechaj jego synowie będą sierotami, a żona niech zostanie wdową! Niech
lichwiarz czyha na całą jego posiadłośd, a obcy niech rozdrapią owoc jego pracy...”. W innym psalmie
oddane to jest jeszcze bardziej plastycznie: „Niech jego droga będzie ciemna i śliska, gdy będzie go
ścigał anioł Pana!”, czy jak w Psalmie 137, w którym czytamy: „Szczęśliwy kto schwyci i rozbije o skałę
twoje dzieci”.

Psalmów złorzeczących nie ma w brewiarzu. W Biblii niektóre z nich są, a w analizach najczęściej
zostają opatrzone komentarzami, że autorowi wcale nie chodziło o to, by komuś konkretnemu
połamad kooczyny, że miał on na myśli szatana, czyli wcielone zło, że to bunt przeciw
niesprawiedliwości, że psalmy złorzeczące to nie modlitwa człowieka do Boga (ciekawe dlaczego inne
psalmy nią są), a proroctwo mówiące o tym, co się stanie, jaka kara spada na człowieka, gdy się
postępuje źle, albo że należy odnosid złorzeczenia do zła, które siedzi w czytającym owe teksty.

Kolejnych powodów do formalnej gimnastyki dostarczył jednak „zmiękczaczom” sam Jezus. Słynny
fragment ewangelii o wypędzeniu kupców ze świątyni też opatruje się zwykle dziesiątkami ciepłych
słów tłumaczących Jezusa, który - łagodny baranek - zachował się jakoś tak dziwnie. Problem w tym,
że tu nie ma co tłumaczyd. Ukrywający się pod pseudonimem autor katolickiego portalu
www.mateusz.pl pisze, że Jezus nie spoglądał wyrozumiale na biednych kupców, nie przemawiał do
nich czule, a krzyczał: „Won z całym waszym kramem! Dośd tego hałasu, w którym nie mogę usłyszed
samego siebie! To zło - kiedy ktoś depcze świętośd, żadnych usprawiedliwieo, tłumaczenia, won!”.

O. Dominik - bo taki kryptonim przyznał sobie obawiający się gromów kapłan - proponuje, by nie
lekceważyd takich fragmentów Biblii. Jeśli ktoś nas krzywdzi, nie tłumaczmy sobie, że pewnie jest
biedny, zraniony i miał do szkoły pod górkę. Dobrze, ale Jezus przecież wybaczył swoim
prześladowcom? Tak, jednak przebaczenie jest czymś co następuje później. W chwili, gdy ktoś robi ci
krzywdę - masz prawo poczud gniew. Jeśli zaczniesz udawad, że go nie czujesz, jego ostrze skieruje się
przeciw tobie, zaczniesz zadręczad się, poniżad, zastanawiad się, czy na to zasłużyłeś. „Gniew to dar
od Boga”, naturalny odruch dobrego człowieka na zło - powiada autor. Nie kieruj jednak jego energii
przeciw temu, kto ci zawinił, gniewaj się na krzywdę, miej odwagę powiedzied, że zostałeś
skrzywdzony. A jeśli wierzysz w Boga, komu masz o tym powiedzied jak nie jemu? I czym lepiej
wyrazisz swoje uczucia niż właśnie złorzeczącym psalmem?

Gniew nie zniknie, jest wpisany w naturę ludzką na stałe. Ale figuruje też w wykazie siedmiu
grzechów głównych. Ewagriusz z Pontu, grecki mnich żyjący w IV wieku, pisał, że gniew jest naturalną
reakcją tych, którzy ujrzeli świat takim, jakim jest naprawdę. Jest jednak jasne, że chrześcijanin nie
może się na tej reakcji zatrzymad. Musi ten świat zmieniad, żeby podobne reakcje budził może chod
trochę rzadziej.

Dla bardziej zaawansowanych

Psalmy złorzeczące:

Apokryfy Starego Testamentu, oprad. R. Rubinkiewicz, Oficyna Wydawnicza Vocario, Warszawa 2000.

Dziecinna teologia Bruce'a Bartona

The Man Nobody Knows, Ivan R Dee Inc., Chicago 1999.

Relikwie
Podania mówią, iż w XVI wieku, po śmierci szczególnych cnót młodzianka - św. Alojzego Gonzagi,
wierny lud ze szczególną lubością pociął na cieniutkie plasterki i rozniósł po świecie nagniotki, które
wytworzyły się na kolanach świętego na skutek długotrwałych modlitw.

W naszych kościołach nierzadko można trafid na święte głowy, nosy i palce, zapieczętowane w
szklanych pojemnikach lub srebrnych szkatułach, do których przytwierdzone są podpisane w
Watykanie świadectwa autentyczności. Świadectwo świadectwem, a im większa sława świętego, tym
częściej watykaoskie podpisy wypiera żelazne prawo rynku mówiące, iż każda podaż znajdzie swój
popyt.

Dzięki temu kooczynami, które podobno należały chodby do Św. Jana od Krzyża, można by pewnie
obdzielid batalion piechoty (liczba oficjalnie zatwierdzonych się zgadza - reszta to efekt lokalnego
patriotyzmu), a z drzazg rzekomo pochodzących z Krzyża Świętego można by zbudowad niewielkie
osiedle.

W roku 1995 mieliśmy w Polsce niezwykłego gościa - zawitały do nas ozdobnie opakowane struny
głosowe i „kośd najbliższa sercu”, które kilkaset lat temu miały zaszczyt należed do św. Antoniego z
Padwy. Było to wielkie wydarzenie, bo na rynku relikwii szczątki św. Antoniego notowane są bardzo
wysoko. Przede wszystkim dlatego, że sam święty wykazuje niezwykłą skutecznośd, zwłaszcza gdy jest
wzywany do pomocy w odnajdywaniu zgub. Psychologowie powiedzieliby, że gdy czegoś gorączkowo
szukamy, bezwiednie nakręcamy swoje emocje, a chwila przerwy i wyciszenia - nieważne czy
westchnienie do świętego, czy minuta zerkania przez okno - przywraca nam zdolnośd koncentracji i
pomaga znaleźd zgubę. Psychologowie przestaliby się jednak mądrzyd, gdybyśmy zapytali ich, jak w
takim razie wytłumaczyd chodby rewelacyjną wręcz skutecznośd św. Szarbela, pustelnika, w
rozwiązywaniu problemów komunikacyjnych (warunek: modlitwa za Liban, skąd święty pochodził, a
gdzie nie dzieje się najlepiej). Albo jak w świetle nauki wyjaśnid fakt, że św. Ekspedyt, wezwany na
pomoc w przeddzieo ważnej wycieczki, jest bardziej skuteczny w kreowaniu przyjaznych warunków
atmosferycznych niż kanadyjski system rozpraszający gradowe chmury za pomocą ultradźwięków
(wielokrotnie sprawdziłem to sam)?

Statystyki podają, że jedna piąta Polaków nie za bardzo wierzy w pomoc świadczoną przez świętych.
A szkoda. Bo ze świętymi naprawdę warto się zaprzyjaźnid. Warto mied też w niebie jakiegoś stałego
patrona. Może byd to nasz święty imiennik, można też na przykład siąśd do Martyrologium
Rzymskiego (oficjalny spis świętych) i wybrad sobie spośród nich takiego patrona, który jest mało
znany (jak chodby wspomniany Ekspedyt, żołnierz rzymski z pierwszych wieków chrześcijaostwa).
Ludowa logika podpowiada bowiem, że święty, który ma niewiele spraw, załatwia je skutecznie.

Święty bardziej popularny, jak chodby św. Antoni czy św. Franciszek, dysponuje co prawda - w oczach
ludu - większą siłą przebicia, ale żeby zwiększyd swoją szansę, problem i tak lepiej przedstawid mu
osobiście. A to znaczy - dotknąd, zobaczyd, porozmawiad. To bardzo ludzkie - gdy chcemy „pogadad” z
drogim nam zmarłym, idziemy przecież na jego grób. A relikwiarz to grób w wersji mini.

Wierni, którzy pielgrzymują do Asyżu, gdzie w szklanej trumnie na widok publiczny wystawiono
zmumifikowane zwłoki św. Klary, nie są przecież jakimiś duchowymi nekrofilami! Są przekonani, że ci,
którzy odeszli, posiadają teraz moc i częśd tej mocy mogą użyd, by pomóc tym, którzy męczą się
jeszcze na ziemi. Stąd wziął się kult relikwii. Nie tylko u katolików. Szczątki swoich świętych czczą
również prawosławni, a mahometanie pieczołowicie przechowują w Stambule włos i ząb proroka
Mahometa.

Przerzucanie mostów między światami to fenomen tak stary, jak ludzkośd. Egipcjanie pisali do bliskich
zmarłych listy, w których przypominali, że byli w stosunku do nich OK i precyzyjnie wymieniali
sprawy, jakie w związku z tym powinni załatwid. W pogaoskim Rzymie popularne były uczty na
grobach zmarłych, „dokarmianie” ich (vide też chodby nasze Dziady) i upraszanie w ten sposób ich
wstawiennictwa. Chrześcijanie szczególną pieczą od początku otaczali groby męczenników. W IV
wieku cesarz Konstantyn sprowadził do Rzymu między innymi relikwie św. Łukasza i Andrzeja, a na
grobach św. Piotra, Wawrzyoca i Agnieszki pobudował wspaniałe bazyliki. Pod koniec IV wieku
powszechny był już zwyczaj umieszczania relikwii w ołtarzu, odprawiania mszy na grobach świętych
(jeszcze pół wieku temu obowiązywał przepis, że w każdym ołtarzu w kościele w specjalnej kamiennej
wkładce musiały znajdowad się oficjalnie potwierdzone relikwie jakiegoś świętego).

Z czasem kult relikwii rozwinął się do tego stopnia, że gdy chrześcijanie mieli wśród siebie
świątobliwego człowieka, do którego zbliżała się śmierd, wiązali go, by im nie uciekł i nie pozbawił
tym samym wysokowydajnych duchowo szczątków. Jak pisze znakomity historyk Kościoła ks. Jan
Kracik, w późniejszym średniowieczu poszczególnym świętym przypisywano określone zadania, na
przykład wyznaczało się im konkretne areały do pilnowania, obnosząc ich szczątki wzdłuż granic
ziemskiego majątku. Jeśli święty nie wywiązywał się ze swoich obowiązków, przypominano mu o
nich, urządzając specjalne nabożeostwo „poniżenia” relikwii, podczas którego wyciągano je z ołtarza i
stawiano na podłodze, w wypadkach drastycznych zaniedbao - również bito. Jak się okazuje, na
świętych takie zabiegi działały czasem faktycznie niezwykle motywująca W połowie XI wieku w
jednym z francuskich klasztorów relikwie czterech świętych (Sebastiana, Grzegorza, Medarda i
Gilberta) stały na ziemi prawie rok w oczekiwaniu na rozwiązanie sporu o własnośd wsi z księciem
Goscelinem. Po tym czasie święci zjawili się we śnie upartego możnowładcy i oburzeni upokorzeniem,
które ich spotkało, spuścili mu regularne manto, na skutek czego ten obudził się zalany krwią.

Kościół katolicki nie każe nikomu „wierzyd” w relikwie, a ich kultu nie uważa za niezbędny do
zbawienia. Zdarza się jednak, że relikwie trafiają nie tylko do kościołów, ale też w ręce prywatnych
kolekcjonerów. Pewien zakonnik - chcąc wytłumaczyd mi powód, dla którego ludzie otaczają się
fragmentami świętych zwłok - opowiadał, jak kiedyś marzył o tym, by mied but Jimmiego Hendriksa.
„Dlaczego nie mam prawa mied przy sobie czegoś, co należało do kogoś kochanego i co będzie mi o
nim przypominało?” - pytał retorycznie. I przyznawał, że ma w domu między innymi relikwie św.
Jacka, św. Stanisława Kostki, św. Teresy z Lisieux. „A nawet pewnego męczennika, którego imienia
nawet nie znam, a którego kosteczki dostałem w USA”.

Dla bardziej zaawansowanych

Co to jest hagioterapia? Jan Kracik, Relikwie, Wyd. Znak, Kraków 2002.

Rozwód kościelny
Coś, czego nie ma. Kościół stoi bowiem na stanowisku, że ponieważ małżeostwo z definicji jest
nierozerwalne, to nie można go rozwiązad. Życie ma jednak to do siebie, że wymyka się definicjom,
coś więc trzeba było zrobid z tymi, których małżeostwo - chod teoretycznie nierozerwalne - w
praktyce jednak się rozpadło. Prawnicy doszli więc do wniosku, że chociaż prawo zabrania czegoś
odkręcid, można przynajmniej sprawdzid, czy aby na pewno to coś zostało ważnie zakręcone. I tak
powstało pojęcie „stwierdzenia nieważności małżeostwa”. Trybunał biskupi, który takie orzeczenie
może wydad, nie pieczętuje więc tego, że małżonkowie się rozchodzą, ale orzeka, iż nigdy się nie
zeszli. Strona kościelna nie musi weryfikowad definicji, a świeccy mają dokładnie to, o co im chodziło.

Jeszcze trzydzieści lat temu nie było nao praktycznie większych szans. Dwadzieścia lat temu
zreformowano jednak Kodeks prawa kanonicznego i katalog przeszkód, które sprawiają, że ślub był
nieważny, znacznie się rozszerzył. Małżeostwa nie było więc, jeśli narzeczeni działali pod przymusem
(na przykład rodziców), jeśli dopiero po ślubie wyszło na jaw, że syn jest emocjonalnie zależny od
matki, jeśli jedno z nich zataiło przed ślubem poważną chorobę albo jeśli znajdą się świadkowie,
którzy potwierdzą, iż delikwent chod czarował narzeczoną wizją obfitej rodziny, tak naprawdę nie
chciał mied dzieci. Trwają dyskusje, czy do katalogu przeszkód psychologicznych nie dołączyd też
neurohormonalnych, a wtedy za niezdolnych do zawarcia małżeostwa można by uznawad na przykład
nałogowych erotomanów. Trzeba jednak udowodnid, że patologia ujawniła się dopiero po ślubie, a
druga strona przedtem nie miała o tym zielonego pojęcia. Prawo kościelne mówi bowiem, że skoro
ktoś zatajał, jaki jest naprawdę, druga strona ma prawo czud, że została oszukana, że brała ślub z kimś
innym. Na unieważnienie małżeostwa nie ma więc szans dziewczyna, która wychodziła za
trunkowego w naiwnej nadziei, że upojony jej miłością odstawi na bok czystą. Jeśli jednak będą
świadkowie potwierdzający, że gośd patologicznie upijał się przed ślubem, ale na randki biegał
trzeźwy jak niemowlę - sprawa może byd do wygrania.
Tak czy siak - gdy człowiek zorientuje się, że małżeostwo było pomyłką, swoje ludzkie losy musi opisad
we wniosku i przesład do trybunału. Trybunały, które zajmują się takimi sprawami, działają przy
każdym biskupie. To zazwyczaj kilku odpowiednio przeszkolonych w prawie księży, z których jeden
pełni zawszę rolę „obroocy węzła małżeoskiego”, czyli jego zdaniem jest wyszukiwanie wszelkich
argumentów za tym, że małżeostwo zostało zawarte zgodnie z regułami. Przed trybunałem nie ma
klasycznych rozpraw, wszystkie wnioski, zeznania, opinie przedstawia się na piśmie. Petent nie staje
więc na sali sądowej, a po prostu spisuje to, co ma do powiedzenia razem z upoważnionym przez
trybunał księdzem. Co i tak niewiele pomaga na emocje. Strona pozwana może sobie na przykład
poczytad, co na jej temat wygadują wspólni znajomi, których na swoich świadków powołał
współmałżonek.

Teoria zakłada, że rozpatrywanie jednej sprawy nie powinno trwad dłużej niż rok. Wyrok, aby był
ważny, musi obronid się w drugiej instancji. Jeśli dwie instancje mają różne zdania - sprawę trzeba
zaczynad od początku. Gdy nie jesteśmy zadowoleni z wyroku - zawsze możemy też odwoład się do
Rzymu. Najwyższy Trybunał Sygnatury Apostolskiej powołuje wtedy w kraju (oszczędności) swoje
własne dwie instancje i bywa, że orzekają one zupełnie co innego, niż te wcześniejsze.

Proces nie kosztuje dużo (w Warszawie przyjęto na przykład, że cała pierwsza instancja kosztuje tyle,
ile wynosi pensja wnioskodawcy, druga - dwieście złotych, dopiero gdy sprawa trafia do Rzymu, na
tłumaczy wydad trzeba i parę tysięcy złotych). Gdy nas na to stad, możemy też wynająd sobie
prywatnego adwokata, który będzie pilnował naszych spraw przed kościelnym sądem. W niektórych
trybunałach wciąż patrzy się na to niechętnie, ale jeśli taki adwokat ma zgodę biskupa i zna się na
prawie kanonicznym - formalnych przeszkód nie ma. Ba, w Polsce działa już kilka regularnych
kancelarii zajmujących się wyłącznie procesami prawa kanonicznego (adresy zob. niżej).

Liczba wniosków, które wpływają do kościelnych sądów, rośnie z roku na rok. Mimo to wielu
katolików wciąż rezygnuje z założenia sprawy przed sądem, bo jest zdania, że i tak nie ma żadnych
szans. Liczba związków niesakramentalnych, czyli takich, które nie mogą wziąd po raz drugi ślubu (a
co za tym idzie - przyjmowad komunii, żyją przecież w grzechu), bo raz już ślub kościelny wzięły,
zdaniem niektórych sięga dwóch milionów. Tacy ludzie powinni pamiętad, że też mają w Kościele
swoje prawa. W Niemczech na przykład, takim osobom - po jakimś okresie „pokuty” - przyznaje się
jednak prawo do przyjmowania komunii. U nas - jak na razie - pierwszym prawem
„niesakramentalnych” małżeostw winno byd sprawdzenie, chodby przy pomocy znajomego księdza
(lub nawet nieznajomego, który odwiedza nas w czasie kolędy), czy naprawdę nie mają szans
wyprostowania sytuacji przed kościelnym sądem.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak to się robi?

K. Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Me taki proboszcz straszny. Praktyczny przewodnik
prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Procedura, wzory pism procesowych:

Aleksander Sobczak, Proces o stwierdzenie nieważności małżeostwa kościelnego, (książka


elektroniczna dostępna na www.kmt.mateusz.pl).
Kancelarie specjalizujące się w prawie kanonicznym - np. www.nm.lublin.pl. www.vinculum.pl

Różaniec
Pierwsze świadectwo takiego sposobu zanoszenia modłów w chrześcijaostwie pochodzi z HI wieku.
Słynny wówczas pustelnik, Paweł z Teb, miał zwyczaj odmawiania tego samego psalmu („Zmiłuj się
nade mną Panie”) trzysta razy dziennie. Problem modlitewnej rachunkowości rozwiązał
innowacyjnie: zbierał trzysta kamyków i po odmówieniu jednej modlitwy wyrzucał jeden kamyk i tak
procedo-wał, aż wyrzucił wszystkie.

Metodę wielokrotnego powtarzania tej samej modlitwy od setek lat stosują też z powodzeniem
buddyści czy muzułmanie, którzy odliczają 99 imion Boga. Zdaje się, że to buddyści jako pierwsi
wprowadzili na religijny rynek zapożyczony później i przez muzułmanów, i przez chrześcijan użyteczny
gadżet w postaci modlitewnego sznura.

Pierwszym osobnikiem, o którym wiemy, że według takiego schematu odmawiał wielokrotnie


„Zdrowaś Maryjo”, jest żyjący w VII wieku Ildefons, biskup Toledo. Warto wiedzied, że nie było to
jeszcze nasze „Zdrowaś Maryjo”, a prawdopodobnie jej częśd koocząca się na słowach
„błogosławionaś Ty między niewiastami”, o imię Jezus modlitwa ta poszerzyła się kilkaset lat po
biskupie Ildefonsie, a w obecnym brzmieniu (czyli z dodatkiem „Święta Maryjo, Matko Boża...”)
odmawiana jest dopiero od XVI wieku.

Średniowieczny różaniec to jednak wciąż przede wszystkim pomoc w odmawianiu hurtowych ilości
pacierzy, dlatego nazywano go wówczas computum - modlitewnym kalkulatorem. O tym, że tak
liczone będą zdrowaśki (a nie np. psalmy), ostatecznie zdecydowano pewnie gdzieś w okolicach XIII
wieku na podstawie kilku objawieo. To wtedy różaniec uzyskał też swoją właściwą nazwę,
pochodzącą według jednych od wizji Maryi pięknej niczym różany ogród, według innych - od wieoca z
róż, którymi obdarowywali się prehistoryczni kochankowie. Zwyczaj dodawania do nich rozważao o
tajemnicach wiary powstał dopiero w XV wieku. I tak utrzymał się do dzisiaj. Różaniec nie jest
bowiem, wbrew dośd powszechnej opinii, modlitwą bezmyślną. Powtarzanie ustami świętych słów
„zdrowasiek” i „ojczenaszów” spełnia w nim bowiem podobną rolę jak mantra w buddyzmie -
uspokaja, wycisza, nadaje ludzkim myślom modlitewny rytm, wewnętrzną melodię, na kanwie której
można snud głębsze rozważania o życiu Jezusa. Nic dziwnego, że przed wiekami różaniec był bardzo
popularny zwłaszcza wśród osób, które musiały wykonywad pracę fizyczną. Dziś jest przez
kaznodziejów szczególnie polecany wszystkim tym, którzy tracą czas w środkach komunikacji
miejskiej, w kolejkach, stojąc w korkach. Różaniec - prawidłowo odmawiany - wbrew pozorom nie
absorbuje bowiem i nie męczy. Pozwala duchem odpłynąd w zupełnie inny wymiar, nie ruszając się z
wagonu zatłoczonej „osiemnastki”. Trzeba tylko uniknąd błędu, który popełnia wielu modlitewnych
nuworyszy - odmawiając różaniec, nie powinniśmy koncentrowad się na słowach modlitw, one mają
byd tylko rakietą nośną, która wyniesie nas na orbitę duchowych rozważao.

Aby nie tracid czasu na wymyślanie sobie tematów, Kościół proponuje je, dzieląc różaniec na
wspomniane już tajemnice. Każde dziesięd „zdrowasiek” odmierza jedną tajemnicę (na przykład Boże
Narodzenie czy obecnośd Jezusa na weselu w Kanie), każde pięd tajemnic składa się na jedną, spójną
tematycznie i w nastroju częśd. Części są cztery (radosna, bolesna, chwalebna i tajemnice światła),
każdą z nich można wybrad sobie, dajmy na to w zależności od nastroju, w jakim zaczynamy modlitwę
(na przykład w obliczu jakiejś tragedii dobrze odmówid częśd bolesną czy chwalebną - tę o
zmartwychwstaniu). I nie ma co przerażad się długością modlitewnego sznura (dominikanie noszą
przy pasie 150 „zdrowasiek”). Spokojne odmówienie dziesiątki różaoca (chod praktyka uczy, że aby
wejśd w rytm, trzeba ich odmówid pewnie ze trzy) zajmuje nie więcej niż trzy minuty. Różaniec można
przerwad po każdej tajemnicy, jest więc modlitwą doskonale elastyczną.

Wokół różaoca rozwinął się w Polsce cały przemysł. Całkiem zgrabny różaniec można mied już za
około trzy złote. Furorę robią małe różaoce, tak zwane dziesiąteczki czy obrączki na palec z
dziesięcioma guziczkami. We wzornictwie dominują różaoce papieskie z krzyżykiem w formie
papieskiego pastorału (takie też różaoce w ozdobnych futerałach rozdaje swoim gościom sam
papież), franciszkaoskie - z drewnianymi krzyżykami o charakterystycznym wygiętym kształcie, czy z
drzewa różanego, zmieniające kolor wraz z częstością odmawiania. Istnieje zabobon o szczególnych
właściwościach różaoców przywożonych z różnych świętych miejsc. W wielu kościołach do
odmawianego różaoca po każdej tajemnicy dodaje się też ekstra modlitwy („O mój Jezu przebacz
nam nasze grzechy...”), wskazywane ponod przez Maryję i świętych w kolejnych objawieniach. Rzecz
gustu, lecz można zrozumied, że są tacy, których wybijają one swoim wielomówstwem z
modlitewnego rytmu. To tak, jakby medytację przerywad co pięd minut czytaną z kartki nabożną
inwokacją. Tego rodzaju dodatki odstręczają też ludzi, którzy prawidłowo odmawiając różaniec, nie
musieliby uciekad do wschodnich szkół medytacji, natomiast różaniec okraszony takimi bonusami
postrzegają jako staroświecki.

Tymczasem stawka jest poważna. Jest nią ludzkie zdrowie. Amerykaoscy naukowcy stwierdzili
ostatnio, że organizm osób oddających się medytacyjnej modlitwie pracuje inaczej, mózg jest lepiej
ukrwiony, obniża się ciśnienie krwi. A regularne praktyki religijne - w tym na pewno różaniec - mogą
nam dodad nawet osiem lat życia!

Dla bardziej zaawansowanych

Skąd się wziął różaniec?

Jacek Salij OP, Potęga modlitwy różaocowej, http://www.dominikanie.pl/~kbroszko/salij_roz.htm

Encyklopedia religii, PWN, t. 8, Warszawa 2003.

Saksy duszpasterskie
Co roku - wraz z nastaniem lata i ostatnim dzwonkiem zwiastującym koniec szkoły - dzieci udają się
na zasłużone wakacje. Coraz częściej jednak, zamiast się byczyd, wsłuchując w szmer ruczaju,
pociechy jadą do Dublina czy Londynu, by zmywad gary. Te młodsze zaś - zamiast cieszyd się, że one
jeszcze zarabiad nie muszą - zazdroszczą tym, co już zarabiad mogą. Kapitalizm. Nie wszyscy wiedzą
jednak, że dotknął on również księży, którzy wraz z koocem katechizacji wyruszają śladem swoich
uczniów, by za godziwą zapłatę świadczyd posługę duszpasterską w Niemczech, Włoszech czy
Stanach, w parafiach opuszczonych chwilowo przez plebanów, którzy skoczyli właśnie wygrzewad się
na plażach Majorki lub w nabożnym skupieniu zwiedzad starożytną Palestynę.

Zjawisko saksów duszpasterskich istnieje w Kościele od dawna. To element starego jak świat łaocucha
zależności wolnorynkowych, który sprawia, że do niaoczenia amerykaoskich dzieci sprowadzane są
Meksykanki, ich zaś dziedmi zajmują się wynajęte Chinki, zostawiające swe maleostwa pod opieką
Wietnamek. W przypadku naszych księży ten łaocuch jest jednak na razie trzyelementowy. Na
miejsce polskich księży - wyjeżdżających, by przez miesiąc czy dwa podreperowad sobie budżet,
odprawiając msze opłacane według sutych zachodnich stawek (za mszę bywa i 20 euro, wobec
średnio 5-7 euro w Polsce) - przybywają coraz częściej księża ze Wschodu, głównie z Białorusi i Rosji.

Zacierającym już ręce antyklerykałom należy zwrócid uwagę, że takie saksy nie muszą mied wcale u
korzeni zamiłowania do finansowych perwersji. Rektor jednego z polskich seminariów na saksy jeździ
regularnie, a za zarobione pieniądze kupuje sobie fachowe książki, na które z pensji po prostu go nie
stad. Inna rzecz, że z luksusu saksów mogą skorzystad przede wszystkim księża nieparafialni -
wszelkiej maści wykładowcy, rezydenci, których urlopowy rytm wyznacza kalendarz akademicki
(normalni księża mają tego urlopu miesiąc). No, a poza tym ci, którzy chod trochę znają język, a
przede wszystkim jakiegoś zachodniego proboszcza. Co robid, jeśli w kieszeni pustki, a nie zna się
nikogo? Najpewniejszą metodą jest załapanie się na zagraniczne studia. Na uczelniach przyjmujących
księży bez problemów znaleźd można adresy parafii oferujących „pracę sezonową” dla księży.

A tej pracy - i to nie tylko sezonowej - może byd coraz więcej. Liczba parafii w Europie na stałe
opuszczonych przez księży wzrosła w ciągu ostatniego dwierdwiecza ze 107 do 1522. Tamtejsi księża
mają kasę, ale jest ich za mało. U nas natomiast - dziękowad Bogu - przyrost naturalny kapłanów
wciąż jest dodatni, a chod jest ich więcej, są mniej zamożni. Na saksach duszpasterskich korzystają
więc wszyscy. Korzysta ksiądz (finansowo i duszpastersko - bo ma setki nowych przykładów do
kazao). Korzysta wspólnota, która księdza nie miała. Korzysta też jego chwilowo opuszczona parana,
bo uczy się od księdza z Białorusi, że świat nie kooczy się na Bugu... I niech ktoś powie, że wolny rynek
nie jest najdoskonalszym systemem wymyślonym dotąd przez ludzkośd?

Sobotnia msza niedzielna


Ci, którym trudno uczestniczyd we mszy w niedzielę, mogą zrobid to już w sobotę wieczorem. We
wszystkich kościołach msze w soboty wieczorem powinny byd odprawiane według niedzielnego
rytuału, obowiązek niedzielny jest więc zaliczony, ale często słyszy się, że z tej furtki można korzystad
tylko w sytuacjach awaryjnych. Z formalnego punktu widzenia - to bzdura. O sprawie decyduje
bowiem nie intencja Kowalskiego, który w niedzielę chce mied na przykład czas na przyjmowanie
gości, a obiektywizm kościelnego kalendarza, mówiącego jasno, że każde jutro zaczyna się już dziś
wieczorem (patrz też „Brewiarz”).

Wierni, którzy wyrośli z ruchów neokatechumenalnych (wracają do korzeni liturgii, odprawiają mszę
przy stole na normalnym chlebie, uważani często za dziwaków, modlą się bowiem długo i porządnie),
również zwracają uwagę, że nikt nikomu łaski tu nie robi, bo przecież od początku w chrześcijaoskiej
tradycji najważniejsze świąteczne celebracje zaczynały się wieczorem poprzedniego dnia
(chrześcijanie przejęli to z tradycji żydowskiej, a Żydzi oparli się na opisie stwarzania przez Boga
świata z Księgi Rodzaju - „I tak upłynął wieczór i poranek, dzieo pierwszy...”). Teologicznie rzecz
biorąc, wielkosobotnie nabożeostwo Wigilii Paschalnej jest bardziej doniosłe, niż jakakolwiek msza w
samą Wielką Niedzielę (nawet - co oburzy wielu miłośników tradycji - ranna msza rezurekcyjna). Więc
dlaczego inaczej ma byd w wypadku innych niedziel - pytają? Na poparcie swoich tez mają też
ciekawy argument niereligijny. Sobotni wieczór to przecież w dzisiejszych czasach samo nadzienie
weekendu, clou świątecznej atmosfery, to co w nim najlepsze. Ludzie przeznaczają go więc na
przyjemności, kina i dyskoteki, Panu Bogu oddając godzinkę z nudnego niedzielnego przedpołudnia.
Wydaje się jednak, że odwrócenie tego porządku spotkałoby się z gwałtownymi protestami tysięcy
przywiązanych do tradycji zarówno wiernych, jak i ich pasterzy, którym długie sobotnie celebracje nie
pozwoliłyby na spokojne obejrzenie filmu lub uczestnictwo w proszonej kolacyjce.

Spowiedź
W jednym z warszawskich klasztorów do dziś wspomina się penitenta, który zaraz po klęknięciu na
stopniach konfesjonału, wyznał księdzu, że nie czuje się winny - jest bowiem zwolennikiem
homeopatii, a według tej metody trucizna w małych dawkach leczy. I że jego zdaniem homeopatia
działa również w sferze moralności.

Wielu katolików uważa, że najbardziej perwersyjną metodą torturowania wiernych przez Kościół jest
nakazanie im, by przynajmniej raz w roku szeptali na ucho nieznajomemu facetowi swoje najskrytsze
przewinienia. Ci, którzy narzekają, nie wiedzą pewnie, że takie rozwiązanie problemu to duży postęp.
W pierwszych wiekach chrześcijaostwa to, co dziś robi się na ucho i przez kratkę, trzeba bowiem było
robid głośno i publicznie. Z czasem pojawił się inny pomysł. Przyjęto, że skoro ludzie po spowiedzi
nadal grzeszą, efektywniej będzie rozgrzeszad umierających, którzy grzeszyd już nie będą mieli siły,
lub wstępujących do zakonu, którzy grzeszyd teoretycznie w ogóle nie powinni. Sytuacja do normy
wróciła na początku średniowiecza. To w średniowieczu też przyjęto zasadę, że z grzechów
„publicznych” - przeciwko wspólnocie - człowiek powinien spowiadad się publicznie, a z „prywatnych”
na ucho księdzu (z czasem zrezygnowano jednak z pierwszej metody). Nasze dzisiejsze konfesjonały
(wprowadzone na dobrą sprawę dopiero w XVI wieku) są więc owocem humanizmu, a nie sprośnym
pomysłem złaknionego pikantnych opowieści kleru.

Szeptem czy donośnym krzykiem, nie od rzeczy będzie jednak zadad pytanie, po co w ogóle jest
spowiedź.

Zacznijmy od psychologii. Gdy nam coś leży na sumieniu, czujemy się winni i czasem pragniemy
komuś o tym powiedzied. Chcemy to z siebie zrzucid i zacząd od nowa. Warunek - musimy wiedzied,
że ten ktoś się nie obrazi, nie zacznie nas potępiad. O coś podobnego chodzi na spowiedzi. Jednak
tym konfesjonał różni się od kozetki w gabinecie terapeuty, że spowiadamy się przed Kimś, kto ma
moc prostowania naszych zakrętów (chod wierzy w to tylko 72 procent polskich katolików). W
konfesjonale tego Kogoś zastępuje ksiądz.

Od tego ideału mogą nas dzielid dwie rzeczy. Po pierwsze - bywa, że ludzie, idąc do spowiedzi, wcale
nie czują się winni, chod wiedzą, że wymaga się od nich, by tak się czuli. Po drugie - bywa, że za kratką
zamiast współczującego bliźniego działającego w imieniu miłosiernego Boga, napotykają uciążliwą
maszynkę do wymierzania pokuty. Na obie te przypadłości jest jedno lekarstwo. To zaskakujące, jak
często ludzie w codziennym życiu kierujący się instynktem samozachowawczym, tracą go po
przekroczeniu progu kruchty. I jeśli spotkają w niej księdza, który w ciągu trzech minut pospiesznej
spowiedzi trzynaście razy pyta ich o to, jakie konkretnie były te grzeszne myśli, to zamiast omijad go
później szerokim łukiem, z masochistycznym uporem wędrują do tego samego kościoła. A później
psioczą.

Z grzechem jest bowiem podobnie jak z rozbitym autem, a spowiednik to ubezpieczyciel. Kto ma
samochód ten wie, że ubezpieczyciela trzeba wybierad starannie. I podobnie spowiednika. Na okazje
duchowej stłuczki trzeba mied w zanadrzu adres, gdzie spowiadają normalni księża, ot, chodby
sprawdzeni wcześniej przez znajomych. Likwidacja szkód, jeśli ma byd zrobiona fachowo, musi też
kosztowad. W tym konkretnym wypadku - odrobinę przygotowao. Trzeba znaleźd odpowiedni dla
siebie kościół (może taki, gdzie zamiast krzeseł i kratek w środku nawy, są bezpieczne i ciche
wydzielone miejsca, tak zwane spowiednice). Trzeba też zadbad o swój i księdza czas (nie ma sensu
spowiadad się na sumie, gdy wokół tłok, a z tyłu kolejka jak w piekarni).

Przygotowania do spowiedzi warto zacząd od wyrzucenia „rachunków sumienia” z książeczek do


nabożeostwa. Używanie ich kooczy się tym, że pięddziesięcioletni facet wyznaje księdzu, że „mówił
brzydkie wyrazy i nie słuchał mamusi” (autentyk z Poznania, zob. też „Bozia”). W jednej z parafii w
Szczebrzeszynie w kościelnej gablocie wisiał ponod szczegółowy „rachunek” z pytaniami w guście:
„Czy zachowywałam się uwodzicielsko, byłam nachalna, zniewalałam?, Czy współżyłam w stanie
upojenia alkoholowego?”. Tymczasem księża naprawdę nie czekają na szczegółowe fragmenty
seksualnych życiorysów i wyliczenia ile razy i z kim. Trzeba pamiętad o jednym - grzech to przede
wszystkim coś, czym człowiek krzywdzi siebie lub drugiego człowieka, a przy okazji rani Boga.
Krzywdzi - nawet jeśli miał miejsce tylko w myśli. Życzenie komuś w skrytości ducha śmierci czy
choroby przemilczane na spowiedzi, „bo przecież nic się nie stało”, może byd znacznie poważniejszym
problemem niż jakiś namacalny grzech przeciw szóstemu przykazaniu. Poza tym - jeśli spowiedź ma
mied sens - naprawdę nie ma się co z sobą „pieścid”. Wielu ludzi siada dziś do rachunku sumienia i
dochodzi do przekonania, że żyje bezgrzesznie, jak mówił papież: „zastępują przesadę występującą w
przeszłości inną przesadą - przechodzą od dostrzegania grzechu wszędzie do niedostrzegania go
nigdzie”. Samo sugerowanie komuś (lub sobie), że mogło się popełnid jakiś grzech na kilometr
pachnie dziś niepoprawną politycznie opresywnością. Grzechu dziś bowiem nie ma - są wywołujące
współczucie „błędy”, są takież „choroby” lub „manie” (nieczystośd to dziś erotomania, chciwośd -
zakupomania). Jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości dotyczące naszego postępowania - na spowiedzi
warto mówid o nich prosto z mostu. Jeśli powtarzano nam, że coś jest grzechem, a sami tego za
grzech nie uważamy - warto podzielid się tą wątpliwością.

Spowiadad trzeba się minimum raz w roku. I to tylko z grzechów „ciężkich” (ilu ludzi wie, że skutki
tych lżejszych likwidują chodby dobre uczynki?). Pewien znany religijny publicysta mówi wprost, że
spowiada się dwa razy w roku, zawsze na spacerze (gdy znamy księdza, do którego idziemy, możemy
się z nim umówid gdziekolwiek), bo spowiedź nie jest przyjemna. Warto więc postawid na jej jakośd.

Ci, którzy myślą, że nie mają szans na oczyszczenie duszy, nie powinni czekad na zbiorowe
rozgrzeszenie; te Kościół zarezerwował na specjalne okazje: gdy wiernym grozi śmierd (ksiądz jest na
polu walki lub w samolocie, który pędzi w stronę ziemi) albo nie ma dostatecznej liczby
spowiedników, by „przerobid” penitentów. Komuś, kto w nadziei uzyskania rozgrzeszenia chciałby
jednak rozbijad samolot, trzeba przypomnied, że gdy skorzysta z awaryjnego rozgrzeszenia, a
katastrofę przeżyje, będzie się musiał raz jeszcze wyspowiadad, tym razem w warunkach normalnych.

Może więc lepiej od początku się nie bad. Nieudzielenie rozgrzeszenia - to naprawdę bardzo rzadki
przypadek. Ogranicza się do sytuacji, w których człowiek mimo spowiedzi nie może zmienid swojego
życia (w Polsce dotyczy to chodby ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych, ale zob. też
„Rozwód kościelny”). Niektóre grzechy są „zastrzeżone”, na przykład z aborcji może rozgrzeszyd tylko
proboszcz danej parafii, ksiądz w sanktuarium, niektórzy zakonnicy. Wystarczy jednak przygotowad
nieco dłuższą „spowiedź z całego życia” (jednak bez przesady, czyli bez szczegółów sprzed dwudziestu
lat) - wtedy prawo rozgrzeszania ma każdy ksiądz.
A wstyd? Wstyd przy spowiedzi jest rzeczą całkowicie normalną. I nigdy nie był zarezerwowany tylko
dla naszych czasów. We wczesnym średniowieczu księża tłumaczyli wiernym, że „lepiej teraz przeżyd
wstyd przed jednym człowiekiem, niż na Sądzie Ostatecznym wstydzid się wobec wszystkich
narodów”. Tertulian obrazowo przekonywał do spowiedzi, podając przykład człowieka, który nabawił
się choroby na wstydliwych częściach ciała i zamiast od razu pójśd ze swoim problemem do lekarza,
umarł w koocu dlatego właśnie, że się wstydził. Inni autorzy we wstydzie, który odczuwamy na myśl o
podejściu do kratki, widzą już jakąś formę pokuty za popełnione grzechy, bo ten wstyd - i ból, który
sprawia - jest dowodem, że coś w środku się dzieje, że coś się w człowieku zmienia.

Jeszcze jeden argument dla wstydliwych. Święty Ambroży przekonywał: „Wstydem jest dla każdego
wyznawad swoje grzechy, ale ten wstyd orze twoje pole, usuwa wciąż odradzające się ciernie, obcina
kolce, przywraca dorodne owoce, które już zamierały”. Przekładając to na nasze - spowiedź to
sakrament, który leczy. Dobra spowiedź naprawdę może dad człowiekowi „speeda” na długie
tygodnie życia.

Dla bardziej zaawansowanych

Spowiedź czy przesłuchanie?

www.opoka.org.pl/bibuoteka/t/tm/spowiedz-czy-przesluchariie.html

Co robid, by się nie bad spowiedzi?

Tomasz Pawłowski OP, Przewodnik dla zniechęconych spowiedzią i mszą świętą, Wyd. W drodze,
Poznao

Jacek Salij OP, Lęk przed spowiedzią, „W drodze”, 1996 nr 10 (278).

Czy człowiek XXI wieku w ogóle ma się z czego spowiadad? Joanna Petry-Mroczkowska, Siedem
grzechów głównych dzisiaj, Wyd. Znak, Kraków 2004.

Czy wobec Pana Boga można zachowywad się „jak dziwka”? Stefan Czermioski, Joanna Kucharczak,
Tylko dla łajdaków, Księgarnia Św. Jacka, Katowice 2004.

Stolik pod telewizor


Mebel, który - według błyskotliwej obserwacji śp. księdza Tischnera - w domach polskich księży
wypierał zapełnione papierami i książkami biurko. Myślałem, że Tischner przesadza, dopóki
kilkanaście lat temu nie wszedłem do pokoju jednego z moich znajomych, wikarego w białostockiej
parafii. Była herbata, ciasteczka, podświadomie czułem jednak, że coś jest nie tak. W pokoju mojego
znajomego był stolik na wysoki połysk, był sprzęt audio i ładne narzuty. Nie było za to - trudno w to
uwierzyd - ani jednej książki.

Przez tych kilkanaście lat coś się w profilu polskiego społeczeostwa zmieniło. Bo później już nigdy
więcej na podobny widok u żadnego księdza się nie natknąłem. W pięknie wyposażonych domach
moich świeckich znajomych stał się on jednak regułą.
Szept aniołów
Coś specjalnie dla tych wszystkich, którzy wątpią w Kościół albo w Boga w nim wyznawanego. Albo i
w jedno, i w drugie. Szept aniołów to tytuł książki napisanej pod koniec lat sześddziesiątych XX wieku
przez jednego z najbardziej znanych amerykaoskich socjologów. Peter Berger wywodził w niej
niedowiarkom, że każdego z nich otacza tajemnicze „coś jeszcze”. Ze świat, w którym człowiek żyje,
nie ogranicza się tylko do niego samego. Ma „okna i drzwi”, które czasem przy okazji zwykłych
ludzkich spraw niespodziewanie się otwierają, wpuszczając do środka orzeźwiający powiew
tajemnicy. Każdy z nas go czuł, twierdzi Berger. Każdy z nas miał moment, gdy nie wiadomo skąd i
dlaczego chodby na chwilę dostał skrzydeł. Życie, chodby na chwilę, przestało byd ciężarem, a jawiło
się jako pasmo wielkich szans. Lęk, chodby na chwilę, ustąpił mocnej nadziei. Berger nie ma
wątpliwości - w tej przestrzeni, której przeczucie tak nas uskrzydla - mieszka sam Bóg. I by jej
dotknąd, nie trzeba wcale byd mistykiem.

Bo zdaniem Bergera cała zabawa polega na tym, że „niebo styka się z ziemią” nie w spektakularnych
objawieniach, ale w na pozór bardzo prozaicznych okolicznościach. Ot, chodby w chwili, gdy matka
uspokaja dziecko, które obudził w nocy zły sen. Matka mówi mu: „śpij, wszystko jest w porządku”, a
zdaniem Bergera nie ma piękniejszego wyznania wiary w to, że naturalnym stanem wszechświata jest
ład, ład przekraczający ludzkie poznanie, ład, któremu można się powierzyd, gdy dopadnie nas strach
przed nieznanym. Tej transcendencji, czegoś poza nami, możemy też doświadczyd, patrząc na dwoje
dzieci, które „zapomniały” się w zabawie. Obserwator takiej sceny sam często ulega jej hipnotycznej
aurze. Czuje, że dla tych malców nie istnieje w tej chwili nic innego, że są poza znanym nam czasem,
chod pewnie i tak w koocu do niego wrócą, gdy rodzice ściągną je z powrotem na ziemię, wołając na
obiad do domu. Berger to zetknięcie znanego z nieznanym widzi też w chwili, gdy ktoś decyduje się
dad swoje życie, by ktoś inny mógł żyd, gdy wzrok utkwiony ma w czymś, co leży już za horyzontem
śmierci. Taka „łącznikowa” chwila to też jego zdaniem sytuacja, którą przeżył prawie każdy z nas,
widząc jak komuś, kto bezwzględnie na to nie zasłużył, dzieje się straszna krzywda. Targa nami wtedy
bezgraniczny gniew, poczucie, że dzieje się coś niezgodnego z jakąś niewidzialną zasadą, na której
opiera się ten świat, gdy „wołamy o pomstę do nieba”. W każdej z tych sytuacji w naszych uszach
dźwięczy echo innego świata, szept aniołów, który w pełnej krasie usłyszymy, gdy przejdziemy na
drugą stronę życia. A Kościół? Zadaniem Kościoła jest ten szept wzmocnid, wskazad kierunek, z
którego dobiega, pomóc iśd w jego stronę tak, by go nie zgubid.

Czytając całkiem niedawno Szept aniołów, przypomniałem sobie historię sprzed kilkunastu lat, gdy
będąc dociekliwym szóstoklasistą, postanowiłem „zagiąd” mojego katechetę, odpytując go z
niepojętej dla mnie wtedy relacji mojej wolnej woli z Bożą wszechwiedzą. „Bo ja mogę wybrad, co
zechcę?” - upewniałem się. „A co masz nie wybrad...” - przytaknął rezolutnie ksiądz. „Ale skoro ja
mogę wybrad, co zechcę, to skąd Pan Bóg wie, co ja wybiorę, skoro nawet ja tego nie wiem?” -
wyprowadziłem w moim przekonaniu śmiertelny cios. „A co ma nie nie wiedzied...” - odparował
tymczasem bez emocji kapłan. Pamiętam jak dziś, że staliśmy na schodach zakrystii, pamiętam jak
(rzecz działa się przed mszą) poprawiałem sobie komżę, pamiętam, że niebo było jasne, ale we mnie,
gdy usłyszałem tę odpowiedź, jakby strzelił piorun. Całe stado piorunów. Na wielu osobach (łącznie
ze wspomnianym księdzem), którym opowiadałem tę historię, nie zrobiła ona żadnego wrażenia. Ja
wyraźnie pamiętam, jak poczułem wtedy, że dotykam jakiejś niepojętej dla mnie tajemnicy. A raczej,
że to ona mnie dotyka. W moim mózgu przeskoczyła jakaś klapka i uwierzyłem, że są na świecie
rzeczy, o których nie śniło się filozofom. To dlatego wierzę teraz Bergerowi. Chod on akurat jest
socjologiem.

Dla bardziej zaawansowanych

Peter L. Berger, A rumor of angels, Anchor Books, Garden City 1970.

Śluby
Zakonnikiem, podobnie zresztą jak małżonkiem, jest się tylko do śmierci. Kościół pomny jest bowiem
na przestrogi św. Pawła, który pisał, że lepiej w ogóle nie zastanawiad się, co będzie potem. Bo będzie
inaczej.

Mimo to świeccy, póki są po tej stronie chmur, ślubują wiernośd i uczciwośd swoim małżonkom,
zakonnicy zaś to samo ślubują Bogu. Są jednak w o tyle lepszej od małżonków sytuacji, że zanim
zaprzysięgną się komuś na zawsze, najpierw takie śluby mogą złożyd na próbę - na rok lub dwa lata, a
jeśli nie zdecydują się ich przedłużyd, nie ponoszą żadnych konsekwencji, muszą się jedynie spakowad
i wracad z klasztoru do domu. Warto też wiedzied, że śluby zakonne nie są - jakby się mogło wydawad
- akcją, po ziemsku patrząc, jednostronną. Bo kandydat może chcied ślubowad, ale by związek się
udał, musi nao pozwolid również rodzina, do której delikwent chce dołączyd. U dominikanów na
przykład młodzieocy „przegłosowywani” są przed każdymi ślubami za pomocą przemyślnego systemu
kulek białych (za dopuszczeniem) i czarnych (przeciw). Ułaskawid od wyroku lokalnej wspólnoty może
tylko szef wyższego kalibru, czyli prowincjał (czasem - wraz ze swoją radą).

Dopiero po kilku udanych próbach ślubów czasowych, młodzi mnisi mogą zdecydowad się na złożenie
ślubów wieczystych, które tym różnią się od czasowych, że formułkę „ślubuję do dnia” zastępuje
zdanie „ślubuję aż do śmierci”.

Taki ślub składany Bogu przez każdego zakonnika lub zakonnicę zawiera w sobie trzy szczegółowe,
całkiem ziemskie elementy: posłuszeostwa, czystości i ubóstwa (u dominikanów uroczysta formuła
ślubów mówi jednak tylko o posłuszeostwie, wychodząc z założenia, że ubóstwo i czystośd i tak
wynikają z posłuszeostwa). To niezbędne minimum, które jednak można rozszerzyd. Jezuici ślubują na
przykład dodatkowo posłuszeostwo papieżowi, a benedyktyni składają ślub, że - poza zupełnie
wyjątkowymi przypadkami - do kooca życia nie wyprowadzą się z opactwa, do którego wstąpili (zob.
„Klauzura”). Specyficzną formą są śluby, które składają na ręce swojego biskupa świeckie osoby
konsekrowane, a więc wdowy, dziewice i kawalerowie. Oni żyją nadal w swoim środowisku (rzadko
się ujawniają, bo po pierwsze - tak nakazuje im ich reguła, po drugie - boją się ośmieszenia), ale mają
obowiązek praktykowania w swoim życiu tych samych cnót, co zakonnicy.

Od chwili złożenia ślubów jest się „zaślubionym Bogu” (niektórzy, zwłaszcza zakonnice, noszą na znak
tego wydarzenia regularne obrączki, co zwykle wywołuje szok u wiernych, nierozumiejących
subtelności kościelnego życia emocjonalnego). Jakie praktyczne konsekwencje pociągają za sobą
zakonne śluby? A chodby takie, że po złożeniu ślubu ubóstwa delikwent nie ma nic na własnośd, a
wszystko (na przykład ubranie) jest dane mu tylko „do używania” (ad usuw). Wszystko, co zarobi,
musi oddawad do wspólnej kasy. Jeśli wygra w totka lub uzyska spadek, dochód również trafi do
zakonu. A jeśli spadek jest obciążony jakimiś prawnym wątpliwościami - jak było w przypadku
pewnego mnicha, który po upadku komunizmu odzyskał prawo do części żywieckiego browaru -
sprawy formalne bierze na siebie zakon. Ślub czystości jest chyba aż nader oczywisty. Warto jednak
wiedzied, że nawet gdy odeszło się z zakonu, ale wciąż jest się „na ślubach” czasowych (z wieczystych
może zwolnid tylko Watykan), jeśli nie chce się podpaśd pod kary kościelne - trzeba czekad z relacjami
interseksualnymi do dnia, w którym śluby samoczynnie wygasną (i do małżeostwa, rzecz jasna).

Największe emocje wzbudza jednak wśród zakonnej braci nie czystośd, a pozornie niewinny ślub
posłuszeostwa. Te sprawy zwykle regulują zakonne przepisy, ale gdzieniegdzie zdarza się jednak, że
przełożony rozkaże mnichowi zrobid coś „pod posłuszeostwem” właśnie, odwołując się do złożonego
przezeo ślubu, którego złamanie jest grzechem. Konstytucje niektórych zakonów wspominają, że nie
ma grzechu, jeśli taki rozkaz przełożonego pogwałcił zdrowy rozsądek albo był bezprawny, i
przewidują drogę odwoławczą. Jedno jest pewne: w życiu zakonnym sprawdza się dokładnie ta sama
zasada, co w świeckim. Zanim się weźmie ślub - lepiej jest sprawę porządnie przemyśled.

Świeccy
Kardynał John Henry Newman zapisał: „Bez nich wyglądalibyśmy raczej głupio...”. Drużyna piłkarska -
jeśli ma coś osiągnąd - bez trenera sobie nie poradzi. Newman przypomina jednak, że idealnym
kształtem drużyny nie jest wcale jedenastu trenerów. Co chyba równie ważne.

Święta kościelne
W Kościele - wbrew temu, co twierdzą satyrycy - nie ma sporu o „wyższośd świąt Bożego Narodzenia
nad Wielkanocą”. Najważniejsze w roku kościelnym są święta Wielkiejnocy, czyli Zmartwychwstania.
Bo o ile bez urodzenia Pana Jezusa trudno sobie wyobrazid jego zmartwychwstanie, o tyle
chrześcijaostwo zbudowane jest jednak na fakcie, że Chrystusowi udało się pokonad śmierd, co czeka
wszystkich, którzy w Chrystusa wierzą (tych, którzy nie wierzą, czeka zresztą też).

Najważniejszym świątecznym nabożeostwem w roku nie jest więc - jak upierają się niektórzy -
pasterka. Najważniejsza jest liturgia Wigilii Paschalnej, czyli mówiąc po ludzku, uroczysta msza z
siedmioma czytaniami, przypomnieniem chrztu i z uroczyście odśpiewywanym „Orędziem
Paschalnym” (to tu znajduje się owo „mocne” zdanie o tym, że „zaiste konieczny był grzech Adama” i
że to „szczęśliwa wina, jeśli ją zgładził tak wielki Odkupiciel”), święceniem ognia i wody, odprawiana
wieczorem w Wielką Sobotę. Akurat wtedy, gdy w wielu kuchniach panie domu osiągają właśnie
szczyt przedświątecznych przygotowao, nieświadome, że omija je właśnie ceremonia ważniejsza w
swej wymowie nawet od rezurekcji, na którą się nazajutrz wybierają. Generalnie w polskim Kościele
tradycja wszystko pokręciła. Bo zgodnie z logiką procesja rezurekcyjna powinna byd odprawiana po
wielkosobotniej mszy! Bo to w Wielką Sobotę wieczorem zaczynają bid dzwony, które ogłaszają
światu, że Jezus zmartwychwstał! Cieo tej logiki można jednak odnaleźd w ludowej mądrości, która
pozwala wracającym w sobotę z kościoła podjadad już świąteczne mięso...

Ale nie samą Wielkanocą żyje człowiek. Oprócz niedziel, które mają o Wielkanocy przypominad (z tej
okazji w niedziele wielkiego postu, postu nie ma i można szaled), w kościelnym kalendarzu sporo jest
wszelkiego rodzaju świąt i uroczystości („superświąt” po prostu). Są wśród nich święta nakazane (na
przykład Boże Ciało, Wszystkich Świętych), czyli równe rangą niedzieli, wymagające od katolika
udziału we mszy i „powstrzymania się od prac niekoniecznych” (zob. „Przykazania”). Problem w tym,
że niektóre święta wypadały do niedawna w dni normalnej pracy - i chod na mocy dyspensy prymasa
ci, którzy nie mogli wówczas pójśd na mszę, grzechu nie mieli - utrzymywanie dla tych świąt
niedzielnego statusu prawnego zaczęło pachnied fikcją. Polscy biskupi poprosili więc Watykan, by
zgodził się na mały remanent kalendarza. Watykan się zgodził i odtąd nie trzeba już iśd do kościoła na
przykład w Niepokalane Poczęcie Maryi (8 grudnia), na św. Józefa (19 marca) oraz św. Piotra i Pawła
(29 czerwca). Tym, którzy po przeczytaniu tej minilisty zrobili wielkie oczy, bo właśnie dowiedzieli się,
że zniknął obowiązek, o którego istnieniu i tak nie mieli pojęcia - wyjaśniamy, iż jedynym świętem
nakazanym, przypadającym w dniu pracy, pozostaje uroczystośd Objawienia Paoskiego, czyli po
świecku - Trzech Króli (6 stycznia). Jeszcze uwaga praktyczna - w wypadku świąt nakazanych warto
pamiętad, że obowiązuje podobna zasada jak w niedziele. Ponieważ według liturgii jutro zaczyna się
dziś wieczorem, msza wieczorna w przeddzieo uroczystości liczy się jak ta w samą uroczystośd.

W jednym z listów pasterskich polscy biskupi pisali, że „tak jak o ołtarzu można powiedzied, że jest on
kawałkiem ziemi, która zwraca się ku niebu, tak o święcie można powiedzied, że jest to odcinek czasu,
który styka się z wiecznością”. Statystyki kościelne jednak nie kłamią - na niedzielne msze, nie mówiąc
o świątecznych, regularnie przychodzi mniej niż połowa populacji (chod kościelni optymiści twierdzą,
że gdy odliczy się chorych, starych, niemowlęta i podróżujących - do kościoła uczęszcza około 70
procent).

Na ten temat trwa w Kościele ożywiona dyskusja, która, gdzie by się nie zaczęła, i tak w większości
przypadków kooczy się stwierdzeniem, że katolicy nie umieją świętowad, bo w niedzielę chodzą na
zakupy. Kilka lat temu środowiskowy szok wywołał pewien znany polski teolog, który odparował, że
dla niego niedzielna, urządzana po mszy wyprawa do supermarketu to wydarzenie naprawdę całkiem
rodzinne i świąteczne. Masz babo signum temporis, chciałoby się powiedzied...

Tajemnica spowiedzi
Ksiądz, który ją zdradzi, automatycznie dostaje kościelną „czapę” (zob. też. „Ekskomunika”).
Obowiązek zachowania tajemnicy spowiedzi dotyczy jednak nie tylko księdza, ale każdego, kto
wejdzie w jej posiadanie. A więc gdy w zatłoczonym kościele usiądziemy w ławce blisko konfesjonału,
wystawiamy się na pokusę i ciężkie ryzyko, może się bowiem zdarzyd, że usłyszymy więcej niż byśmy
chcieli, a później będzie nas korciło, żeby koniecznie o tym komuś opowiedzied.

Oczywiście, żeby doszło do takiej zdrady, oprócz przedmiotu (czyli treści) musi ona też mied jakiś
podmiot. Innymi słowy - ksiądz, który na kazaniu opowiada, że ktoś spowiadał się u niego z bicia żony,
tajemnicy jeszcze nie zdradza. Zdradza ją jednak, gdy pracując w małej parafii, powie, że żonobijca
spowiadał się u niego DZIŚ; wtedy każdy przytomny wierny może sobie wydedukowad sam, o kogo
chodzi, wystarczy sobie przypomnied, kto stał w kolejce do konfesjonału.

Tajemnicą spowiedzi objęte są nie tylko grzechy, ale wszystko, co się mówi od przeżegnania się na
początku spowiedzi aż do jej kooca. Tak więc zakonnik, który poinformował swoich współbraci o tym,
że przed chwilą miał piękną spowiedź po 25 latach, a w konfesjonale był na tej mszy tylko jeden
człowiek, mógł zostad przez niego pozwany do kościelnego sądu.

Również prawo cywilne zabrania żądania od księdza ujawnienia rzeczy, których dowiedział się na
spowiedzi. Czy to nie bezduszny przepis? Bo co robid, jeśli ceną jest krzywda niewinnego człowieka?
Kilkanaście miesięcy temu prasa opisywała historię kapłana optującego za rewizją procesu
rzekomego zbrodniarza. Mówił, że więcej powiedzied nie może, sugerując tym samym, że ze zbrodni
wyspowiadał się mu ktoś inny. Jeśli ksiądz miał rację - w więzieniu siedzi niewinny człowiek. Tylko czy
ksiądz na pewno mógł postąpid inaczej? Gdzie byłoby zaufanie tysięcy innych idących do konfesjonału
osób, przekonanych, że spowiedź to sprawa tylko między nią a Bogiem? Mogłyby one słusznie
wnosid, że skoro z zasady dopuszcza się wyjątki, to szczegółowa lista tych wyjątków jest już sprawą
dyskusyjną?

W tej konkretnej sytuacji hipotetyczny dwudziestolatek zaspokoi swój głód sprawiedliwości, gdy
dowie się, że uchylenie sekretu pomogło uzyskad wolnośd niesłusznie skazanemu więźniowi, sam
jednak będzie omijał księży szerokim łukiem, oczami duszy widząc, jak snują oni opowieści, gdy o
szczegóły pożycia syna poproszą - rzecz jasna po to, by mu pomóc - troskliwi rodzice.

Terrorystyczno-penitencjarna koncepcja Boga


Na ten termin po raz pierwszy wpadłem bodaj czy nie w jednej z prac wybitnego teologa, ojca
Wacława Hryniewicza. I trudno chyba o bardziej trafne oddanie tego, co o swoim Bogu w głębi ducha
myśli wielu chrześcijan. Na zewnątrz wszystko jest w porządku - usta mają pełne tekstów o
„miłosiernej miłości”, „źródle dobra i piękna”, „dobrej Bozi” (zob. „Bozia”). Ale w najgłębszych
zakamarkach duszy tkwi lęk, że gdzieś tam ten dobry Bóg zaczai się na człowieka. Że to nie żaden
miłosierny ojciec, a raczej gliniarz i prokurator. Gdy się go o to poprosi - przeprowadzi przez jakąś
trudną ulicę, ale jeżeli delikwent spróbuje przejśd ją sam na czerwonym świetle - on tam będzie, by z
urzędową obojętnością odnotowad to w swoim notesie i wlepid mandat w postaci niezdanego
egzaminu albo śmierci ukochanego kotka. A dobrze jeśli na tym się kooczy. Bo Bóg bywa też i
regularnym terrorystą. Szantażuje głosem swoich urzędników, przestrzegających, że jeśli człowiek
postąpi nie tak, jak On chce, to co prawda nadal będzie żyd (dajmy spokój, nie są to przecież czasy
plag egipskich), ale co to będzie za życie?

Bóg, który się dąsa, obraża, mści, szantażuje, zabrania. Bóg, którego ludzie pracowicie przez z górą
pięd tysięcy lat tworzyli sobie na swój obraz i podobieostwo. Bóg, któremu teraz trzeba chyba
szczerze współczud, bo bywa przez swoich wyznawców skutecznie ubezwłasnowolniony. Przecież On
- słysząc, jak przejęci średniowiecznymi metodami pedagogicznymi świeccy i duchowni wyznawcy
dorabiają mu gębę - nie może tupnąd nogą, nie może się nawet obronid, bo to oni grają na ziemi jego
adwokatów, opowiadając o Bożych karach i jego „świętym gniewie”, który podobno kieruje przeciw
tym czy tamtym!

A cały problem w tym, że On nie chce nikogo karad. Nawet gdyby chciał - nie musi. Ludzie w
wystarczający sposób karzą się bowiem sami. Przecież wszystkie Boskie zakazy i nakazy to nie
fanaberie znudzonego prawnika. Dziesięd przykazao, Osiem Błogosławieostw, wszystkie inne jakoś
skodyfikowane wskazówki to nic innego, jak instrukcja obsługi świata, który - w co wierzą nie tylko
chrześcijanie - przecież On sam stworzył. A jeśli sam stworzył, to najlepiej chyba wie, jak działa!
Przekładając teorię Bożego prawa na ludzkie: jeśli ludzie dostają do ręki instrukcję obsługi miksera, a
mimo to wbrew niej, a w zgodzie z własnymi demokratycznymi i przedkładającymi wolnośd jednostki
nad odgórne zakazy przemyśleniami, wkładają włączony mikser do zlewu, kto jest winny temu, że
rośnie odsetek zgonów na skutek porażenia prądem?

To jasne, winny jest producent - orzeka opinia publiczna - bo po co w ogóle mikser robił, ba, byd
może złośliwie czyhał na to, żeby ludzie tymże mikserem się razili?! Co może w tej sytuacji zrobid ten,
który wpadł na tak problematyczny pomysł, aby stworzyd świat, a na nim sześd miliardów ludzi?
Może się tylko załamad.

Każdy człowiek na Jego miejscu by się załamał, słysząc pobożne interpretacje objawieo św. siostry
Faustyny, która ogłosiła w latach trzydziestych XX wieku, że jeśli Rosja się nie nawróci, świat czeka
wielka wojna, podczas której zginie kilkadziesiąt milionów ludzi. Popularna wykładnia tej
przepowiedni jest prosta - nie nawrócili się, więc Bóg ich wybił. Prawda jest taka, że nie nawrócili się i
dlatego jedni wybili drugich! Po wojnie często stawiano pytanie: gdzie był Bóg, gdy ludzi prowadzono
do gazu?! Rozsądni księża odpowiadali, że wśród tych, którzy do tego gazu szli.

Dlaczego Bóg nie zapobiegł tragedii? A jak miał to zrobid? Zawiesid na pewien czas pewnym ludziom
ich ludzkie prerogatywy? Taka jest cena ludzkiej wolności. To historia z korzeniami w Edenie. Masz
dobro i zło, wybór należy do ciebie. Konsekwencje też. Nawet jeśli ludzie postanowią powybijad się
do nogi, któż będzie im mógł tego zabronid? Bóg to nie pogotowie policji, które przyjeżdża wtedy, gdy
biją naszych.

Gdy się czyta pisma z dziedziny historii religii, trudno oprzed się pokusie stwierdzenia, że antyczni
bogowie byli bardziej prości w obsłudze od Boga chrześcijan. Tu im się dało jeśd, tu obłaskawiło, tu
trzeba było przed nimi wiad, tu kogoś z nudów załatwili piorunem. Bóg chrześcijan jest inny. Pozwolił
ludziom, by robili, co sami chcą, ba, uzależnił od nich własny los. Starożytne pisma chrześcijaoskie nie
mają wątpliwości, po co Bóg stworzył świat - bo nie chciał byd sam, chciał kochad i byd kochanym.
Każdy, kto przeżywał męki nieodwzajemnionej miłości, wie, jak się cierpi, gdy się chce tej drugiej
osobie dad co się ma najlepszego, a ona aktualnie ma to jednak w nosie. Dobrze ujął to jeden z
żydowskich mędrców: „Bez miłości człowieka Bóg nie istnieje jako Bóg, a tylko jako Stwórca. Do
miłości zaś nikt, nawet sam Bóg, nie może zmusid. Albo miłośd jest darem, albo niczym”.

Dla bardziej zaawansowanych

Jeśli Bóg kocha, dlaczego jest zło? David Self, Skąd to zło?, Wyd. W drodze, Poznao 2000.

Świat według katolików:

George Weigel, Czym jest katolicyzm? Dziesięd kontrowersyjnych pytao, Wyd. Znak, Kraków 2003.

„Trzeba nam”
Jest to zwrot najczęściej występujący w zbitkach: „trzeba nam nawracad się...”, „trzeba nam tak
żyd...” oraz - bardziej finezyjne -”trzeba nam więc bracia i siostry tej wiary (wymiennie: nadziei,
miłości, ufności, pokory, stanięcia w prawdzie...)”. Usłyszany w czasie kazania jest niezawodnym
sygnałem, że pora się budzid, bo kazanie dobiega kooca. Podręczniki homiletyki, czyli głoszenia kazao,
mówią, że wzorcowe kazanie powinno składad się z przypomnienia czytao, wytłumaczenia, w czym
odnoszą się do współczesnego życia oraz podania praktycznych wskazówek, co można w tym życiu
lepiej zrobid. Często wygląda to jednak tak, że ksiądz uprawia free styling, zwany też w branży
zjawiskiem „mówi się”, czyli plecie kazanie, złożone z około pięddziesięciu dyżurnych zdao o tematyce
ogólnopobożnościowej, których kolejnośd okresowo zmienia (zob. „Kazania”). Użycie zwrotu „trzeba
nam”, podobnie jak na przykład frazy „prośmy więc, bracia i siostry, byśmy umieli”, jest przy tym o
tyle wygodne, że da się go wtrącid praktycznie na każdym etapie wywodu. Genialnie ogólna jego
forma powoduje zaś, że to, co po nim następuje, w ogóle nie zostaje zapamiętane. Podobnie zresztą
jak całe kooczące się w ten sposób kazanie.

Tydzień modlitw
Odgałęzienie pierwszych piątków, drugich sobót i trzecich wtorków miesiąca. Tydzieo modlitw, w
zależności od potrzeby i pomysłu lokalnego biskupa, trwa zwykle od pięciu do dziewięciu dni, a
sensem jego istnienia jest obmodlenie jakiejś szczególnie bliskiej Kościołowi intencji. Są więc tygodnie
modlitw o trzeźwośd narodu, tygodnie modlitw o powołania... Jednak statystyczny katolik, o ile nie
weźmie sobie do serca, aby w danym czasie błagad o zażegnanie kryzysu powołao w swojej prywatnej
modlitwie, chodząc do kościoła też wiele się w tej intencji nie namodli. Księża wspominają zwykle
tylko skrótowo o całej sprawie w czasie „Modlitwy wiernych”. Czasem mądry los podpowiada, że
zamiast takich odświętnych tygodni warto by bardziej dbad o obecnośd tematu w formacji
codziennej. Przykład? Tydzieo modlitw o jednośd chrześcijan. W całej Polsce, gdzie innowierców nie
ma wielu, tydzieo ma przypominad, że w skali makro ekumenizm nie jest wydarzeniem ze sfery
czystej teorii. W Warszawie - chod innowierców jest tylko trochę - organizuje się w tym czasie
ekumeniczne nabożeostwa, w których uczestniczy od lat ten sam garnitur aktywistów. W
Białymstoku zaś jest sporo prawosławnych i jeszcze na początku lat dziewięddziesiątych tydzieo,
obchodzony w środku zimy, był zawsze okazją do niezłej zadymki. Duchowni prawosławni obrażeni
jakimś zdaniem z homilii katolickiego księdza, wychodzili w środku mszy z katolickiej świątyni, katolicy
pilnowali zaś, by do cerkwi nie wysład nikogo wyższego rangą od wicekanclerza kurii. Po
ekumenicznym tygodniu następowała codziennośd, w której kanclerz kurii (wciąż zresztą urzędujący)
pisał odezwy do wiernych pełne smakowitych momentów o „szowinistach prawosławnych i
nacjonalistach ruskich”, a prawosławni hierarchowie odwdzięczali się niedwuznacznymi sugestiami,
że zabytkowy kościół na świętej górze Grabarce spalili katolicy powodowani nienawiścią wyznaniową.
Dziś po wymianie biskupów sytuacja wygląda znacznie lepiej.

I kto wie, czy to przypadkiem nie „podskórny” skutek zanoszonych podczas „tygodni” modlitw?

„Watykańska ruletka”
Spór o antykoncepcję to klasyczny przykład kościelnej „wojny na górze”. Jej przeciwnicy siłują się na
argumenty ze zwolennikami, a lud w sypialni i tak robi swoje. Czynem opowiadając się raczej po
strome tych drugich. Dośd powiedzied, że według amerykaoskich badao z połowy lat
dziewięddziesiątych około 80 procent katolickich małżeostw - wbrew temu, co mówi Kościół - stosuje
lub stosowało antykoncepcję. Na naszym podwórku rzecz nie wygląda wcale inaczej - prawie 80
procent młodzieży wchodzącej właśnie w dorosłe życie jest w sprawie antykoncepcji innego zdania
niż oficjalne wskazania Kościoła. Zgadza się z nimi jedynie 8 procent (w całej populacji - 27 procent).

Temat będzie niedługo świętował setne urodziny. Już w roku 1930 papież Pius IX w encyklice Castii
Connubii nazwał antykoncepcję zbrodnią. Sprawa powróciła przy okazji „wietrzenia” Kościoła na
Soborze Watykaoskim II (obradował w latach sześddziesiątych). Greckokatolicki patriarcha Máximos
grzmiał na nim podobno, że Kościół nie ma prawa „nakładad na ludzi ciężarów nie do uniesienia”,
stawiad ich „w sytuacji rozdarcia między nakazami sumienia a normalnego małżeoskiego życia”.
Mówił też podobno o „starokawalerskiej psychozie ludzi nieobeznanych z tą dziedziną życia”.
Przeciwnicy antykoncepcji odpowiadali mu, że prezerwatywy i pigułki to zamach na odwieczny i
naturalny sens związku mężczyzny i kobiety, jakim jest miłośd i rodzenie z tej miłości potomstwa.
Dodawali, że głosowanie nad prawem Boga, który właśnie tak urządził świat, byłoby herezją.

Po soborze papieska Komisja do Spraw Demografii i Rodziny (w składzie świeckich, księży, biskupów i
kardynałów) uznała ostatecznie, że potrzebna jest zmiana akcentów w tym, co Kościół dotąd mówił o
małżeostwie, że „małżeostwo nie jest jednak ustanowione wyłącznie dla rodzenia potomstwa, sama
bowiem natura nierozerwalnego związku między dwiema osobami oraz dobro potomstwa wymaga,
by także wzajemna miłośd małżonków odpowiednio się wyrażała, rozwijała i dojrzewała” (cytat z
soborowego dokumentu). I że nie ma przeszkód do stosowania antykoncepcji. W komisji doszło
jednak do rozłamu, a papież Paweł VI - co było zaskoczeniem nie tylko dla świeckich, ale i dla wielu
biskupów (niemieccy dali nawet temu wyraz w liście pasterskim) - przychylił się do argumentów
mniejszości. W roku 1968 wydał encyklikę Humanae vitae, gdzie pisał, że „każdy akt małżeoski ma
zachowywad swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego” oraz że „trzeba
odrzucid wszelkie działanie, które miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia”. Czyli właśnie
antykoncepcję.

Takie oficjalne stanowisko Kościoła obowiązuje do dziś. Zgodnie z nim prezerwatywa, pigułka
antykoncepcyjna, wkładka domaciczna są złem. Małżonkowie zachęcani są zaś do stosowania tak
zwanego naturalnego planowania rodziny (NPR), a więc kalendarza płodności, czy chodby metod
termiczno-objawowych, czyli wyznaczania dni płodnych i niepłodnych na podstawie badao
temperatury i śluzu kobiety.

Dyskusja na temat wyższości jednych nad drugimi trwa jednak w najlepsze. I zamiast iśd w stronę
faktów - zaczyna się czasem niestety od wysokiego C. Przeciwnicy antykoncepcji chętnie szafują
argumentem, że małżonkowie stosujący antykoncepcję mają „mentalnośd aborcyjno-
antykoncepcyjną”, nie chcą dziecka, a więc są nastawieni przeciw życiu. Zwolennicy prezerwatyw
odpowiadają natychmiast, że przecież małżonkowie stosujący metody naturalne i czekający z seksem
na okres niepłodny też robią to dlatego, że dziecka nie chcą, więc niczym się od tamtych nie różnią
(patrz niżej: dyskusja w „Tygodniku Powszechnym”). Rozmowa przenosi się wtedy zwykle na bardziej
„konkretny grunt”. Wrogowie pigułek pokazują świadectwa tych, którzy twierdzą, że metody
naturalne umiejętnie stosowane są stuprocentowo skuteczne. Druga strona odpowiada ze złośliwą
ironią, że pewnie tak - ale u kobiet między siedemdziesiątym a dziewięddziesiątym rokiem życia,
nazywa NPR szyderczym mianem „watykaoskiej ruletki” i przytacza świadectwa kobiet, które zaszły w
ciążę mimo stosowania NPR, bo ich organizm - rozregulowany morderczym wpływem cywilizacji -
reagował inaczej, niż chciały podręczniki. Dyskusja przechodzi wtedy z poziomu medycznego na
społeczny. Przeciwnicy antykoncepcji mówią, że jak są wątpliwości, czy dzieo jest płodny, czy nie, to
może od seksu trzeba się powstrzymad - NPR uczy więc małżonków odpowiedzialnej miłości,
szacunku do partnera, który nie jest przecież maszynką do zaspokajania potrzeb. Zwolennicy pigułek
pokazują wówczas innych współczesnych małżonków, którzy pracują kilkanaście godzin na dobę, żyją
w stresie i rozjazdach, a kiedy wreszcie okaże się, że mają czas i ochotę na seks, zbliżający ich przecież
do siebie, NPR mówi im: może w przyszłym tygodniu. „To wystawianie trwałości małżeostwa na
niepotrzebne próby” - twierdzą. Przeciwnicy antykoncepcji argumentują wtedy i pokazują wyniki
badao, że antykoncepcja w małżeostwie (i poza nim) dodatnio koreluje z nie-trwałością związku.

Dyskusja przechodzi jeszcze zwykle przez rejony polityki ludnościowej w Trzecim Świecie oraz
gwałtów (w tym małżeoskich), a kooczy się zwykle wytoczeniem armat największego kalibru.
Przeciwnicy sztucznej regulacji płodności pokazują dane mówiące, że pigułka hormonalna może
powodowad raka. Zwolennicy natychmiast wyciągają dane przeciwne. Przeciwnicy podejrzewają
wówczas, że te dane są efektem spisku walczących o większy rynek koncernów farmaceutycznych,
zwolennicy odparowują z przekąsem, że skoro tak - to kościelną naukę o potrzebie rozmnażania
sponsorują producenci pieluch i odżywek dla niemowląt.

Problem prezerwatyw i pigułek jest stale „gorący”. Niektórzy komentatorzy sądzą, że Kościół za jakiś
czas dopuści jednak myśl, że to sami małżonkowie powinni decydowad o kształcie swojego pożycia,
zdejmie ze sztucznej antykoncepcji piętno grzechu, ale „usilnie zaleci” stosowanie metod
naturalnych.

Na razie jest bowiem jednak tak, że dyskusja o rozrodczości i dopuszczalnych sposobach planowania
rodziny - co jest ważnym, ale w koocu przecież tylko fragmentem życia - zajmuje w umysłach
wiernych znacznie więcej miejsca niż sprawy zupełnie fundamentalne. Dośd powiedzied, że sondaże
pokazują, iż tylko około 25 procent polskich katolików jest w stanie prawidłowo odpowiedzied na
podstawowe pytania dotyczące Chrystusa. Co do Chrystusa - katolicy nie są więc tacy pewni. Pewni
są natomiast tego, że założony przez Niego Kościół zabrania stosowania prezerwatyw.

Dla bardziej zaawansowanych

Inne argumenty za i przeciw antykoncepcji: www2.tygodnik.com.pl/tematy/antykoncepcja

Argumenty za i przeciw antykoncepcji w historii: Guido Knopp, Watykan. Władza papieży,


Bertelsmann Media, Warszawa 2001.

Wszystko o naturalnym planowaniu rodziny: www.npr.pl

Co to jest małżeostwo?

Sobór watykaoski II, Konstytucja „Gaudium et Spes”, nr 46-52.

Wizytacja
Raz na jakiś czas na każdej z dróg prowadzących do polskich kościołów wyrasta skomplikowana
konstrukcja z dykty, papier mâché, wstążeczek i sztucznego zielska, na której szczycie widnieje
pracowicie wycięty z samoprzylepnej barwnej folii napis: „Witamy Arcypasterza”. Jeśli zdarzy nam się
ujrzed tego typu dekorację, pochylmy się z troską nad losem mieszkaoców parafii - jest to bowiem
znak, że do parafii zjeżdża z wizytacją biskup.

W polskich diecezjach generalnie są dwa powody, dla których szeregowe owieczki mogą oglądad
biskupa w swojej parafii. Pierwszy - to bierzmowanie (chod zdarza się coraz częściej, że biskupi cedują
tę dotąd tradycyjnie zastrzeżoną tylko dla nich kompetencję na przykład na wyższych urzędników
kurialnych). Drugi - to właśnie wizytacja. Prawo kanoniczne mówi, że każdy biskup ma wizytowad
swoje diecezjalne włości przynajmniej raz w roku, raz na pięd lat zwizytowad całą diecezję, a raport o
stanie diecezji zawieźd do Rzymu w ramach tak zwanej podróży „do progów apostolskich” (co po
łacinie brzmi lepiej: ad limina apostolorum). Raport musi byd szczegółowy. Kodeks dokładnie wylicza
bowiem, że biskupiej wizytacji podlega wszystko: „osoby, instytucje katolickie, rzeczy i miejsca
święte, znajdujące się na terenie diecezji”.
Przed przyjazdem biskupa do parafii zjeżdża więc desant specjalistów. Ekonomowie wertują księgi
przychodów i rozchodów, specjaliści od dobytku nieruchomego oceniają stan budynków i
pomieszczeo, specjaliści z wydziału duszpasterskiego i katechetycznego sprawdzają poziom
nauczania, pytają o wspólnoty i ruchy, które działają w parafii. Po nich na miejscu zjawia się ich szef.

Rzeczą biskupa również jest jak najwięcej w wizytowanej parafii zobaczyd. Wierni zaś, z szacunku dla
hierarchy pokazują mu zwykle to, co wydaje się im, że ten widziałby najchętniej.

Standardowo wizytacje w polskich parafiach przypominają więc coraz bardziej modne szkolne
przedstawienia z udziałem dzieci i młodzieży. Najpierw przez kilka tygodni artyści wkuwają na pamięd
swoje role, by później ładnie - chod niekoniecznie ze zrozumieniem - je wyrecytowad.

Zwykle rzecz wygląda tak. Gdy do parafii dotrze wieśd o zbliżającym się biskupie, proboszcz
natychmiast ogłasza alarm wśród parafialnych wspólnot. Parafialni aktywiści wiedzą, jak się
zachowad, i na widok biskupa, po pierwsze, błyskawicznie kupują kwiaty, po drugie - układają
standardowy recytatyw, w którym roi się od zapewnieo o „rozbudzaniu ducha nowej ewangelizacji” i
próśb o „błogosławieostwo najprzewielebniejszej ekscelencji, która zaszczyciła nas swoją
obecnością”. Występują zwykle po uroczystej wizytacyjnej mszy, podczas której proboszcz prezentuje
najbardziej rozbudowaną formę tak zwanej liturgii uścisków (zob. „„Liturgia uścisków””). Po
aktywistach przed zasiadającym na tronie biskupem stają księża, ministranci, młodzież szkolna,
kobiety i mężczyźni, wszyscy mówią to samo i wręczają kwiaty. Na zakooczenie zaś mikrofon
przejmuje zespół dziecięcy, który wykonuje śpiewogrę - znowu sławiącą osobę biskupa. I też wręcza
kwiaty. Gdy biskup przypomina już ruchomą kwiaciarnię, zostaje odprowadzony do zakrystii, a
następnie na uroczysty obiad lub kolację na plebanii, a jego współpracownicy siadają do analizy
parafialnych ksiąg. To tam, off the record, można dowiedzied się o życiu parafii najwięcej.

Więc po co te kościelne szopki? Oblicze wizytacji zaczęło się ostatnio zmieniad wraz z ostatnimi
podziałami polskich diecezji na mniejsze. Biskupi coraz częściej próbują studzid dramaturgiczny zapał
świeckich, życzą sobie indywidualnych spotkao z wiernymi czy grupami modlitewnymi. Dopóki jednak
sami świeccy nie zrozumieją, że wizytacja to nie przygotowywane na ocenę jasełka, a na przykład
możliwośd osobistej rozmowy z hierarchą - biskupi dowiedzą się czegoś o swoich wiernych tylko, jeśli
będą mieli dobrych „wywiadowców” oraz jeśli sami potrafią czytad między wierszami napisanego
specjalnie dla nich „Poematu o pięknej parafii”. Bo właśnie tam znajduje się kopalnia wiedzy na
temat panujących w parafii stosunków. Nie trzeba byd od razu kościelnym Bondem, aby wiedzied jak
wiele znaczy, kto podczas tej całej szopki po kim występuje. Czy twarze działaczy Akcji Katolickiej nie
są dziwnie podobne do twarzy przedstawicieli dziesięciu innych wspólnot, a na dodatek Rady
Parafialnej? Czy wśród mówców znajdą się tacy, którzy są w stanie wygenerowad coś z serca i jaka
jest generalna zawartośd „pobożnego cukru” w ich mowach? Jak do wiernych zwraca się proboszcz?
Jak oni na niego patrzą? Ile miejsc w kościele jest wolnych? Psychologia, dyplomacja, matematyka.
Żeby byd dobrym biskupem, trzeba naprawdę wiedzied o wiele więcej, niż to się czasem wiernym
wydaje.

Wypominki
Zdaniem historyków Kościoła wypominki to pierwsze nabożeostwo sprawowane po polsku, znane u
nas już w X wieku (we Francji na przykład znacznie wcześniej).
Wypominki odprawiane są w listopadzie, bezpośrednio po Zaduszkach. W niektórych parafiach
trwają cały rok, przybierając formę odbywających się raz na miesiąc albo raz na tydzieo tak zwanych
mszy rocznych za zmarłych, poleconych modlitwie na specjalnych kartkach. Mechanizm klasycznych,
listopadowych wypominków jest prosty. Wierni składają ofiarę i dołączają nazwiska swoich bliskich
zmarłych do listy nazwisk wyczytywanej później w kościele i co kilkadziesiąt nazwisk przedzielanej
modlitwami „Zdrowaś Maryjo” czy „Wieczny odpoczynek”. Wypominki są jak gest pozdrowienia,
danie sygnału, że chod ludzie odchodzą, po tej stronie życia wciąż są bliscy, którzy o nich pamiętają,
„wywołują” ich z masy ogólnej zmarłych.

Księża konsekwentnie odmawiają jednak przyjmowania intencji mszalnych przynoszonych im przez


dobrotliwe babcie, proszące o modlitwę „za dusze cierpiące, za które nikt się nie modli”. Przecież w
każdej mszy padają słowa „i za wszystkich zmarłych”, z teologicznego punktu widzenia babcie nie
mają więc racji. Ale z ludzkiego punktu widzenia - to, co robią, jest jakoś wzruszające. Pamięd, która
chce pokonad silniejszą przecież od człowieka śmierd. Ta nierówna, ale przejmująca walka trwa też od
niedawna na stronach internetowych (między innymi www.opoka.org.pl, www.bosko.pl, strony
parafialne), na których internauci w specjalnych sekcjach wypominkowych mogą wspomnied kogoś,
kogo znali, napisad o nim kilka słów, a każdy odwiedzający może zapalid mu internetową świeczkę:
[!].

Zakonnice
Jeden z numerów katolickiego miesięcznika poświęcony zakonnicom zaczynał się od anegdotki.
Dwóch mnichów przygląda się siostrom, które - w ramach międzyzakonnej współpracy - wygłaszają
właśnie w ich kościele nabożną konferencję. Nudzą niemiłosiernie, nie mogąc wydostad się z ogólnie
słusznego kręgu katolickiej nowomowy. „Patrz - mówi w koocu jeden mnich do drugiego. -To są
oblubienice Chrystusa. Ja mu współczuję...”.

Sióstr zakonnych jest w Polsce prawie 30 tysięcy. Kilkaset zakonów żeoskich o specjalizacjach tak
nieprawdopodobnych, jak szycie ornatów czy wypiek hostii. W Częstochowie osiadła niedawno
pochodząca z Francji wspólnota Sióstr Baranka, których jedynym zadaniem jest żebranie o
pożywienie i nawiązywanie przy tej okazji głębszych rozmów z ludźmi (jak się okazuje - nie zawsze
mile widziany charyzmat). Tu trzeba dodad, że wiele sióstr i bez tak radykalnego charyzmatu - klepie
dziś regularną biedę. Wielkie, stare klasztory zalegają z opłatami za prąd, siostry ratują się jednym
ciepłym posiłkiem dziennie, a dochody z ich pracy są coraz niższe (te, które wypiekają opłatki,
wypierane są z rynku na przykład przez dumping prowadzony w hipermarketach). Na ulicach wciąż
widad jednak dziesiątki odmian habitów, następnych kilkadziesiąt wzorów skrywa się przed światem
w klasztorach zamkniętych (klauzurowych).

Siostry zakonne to jednak - nie tylko w polskim kościele - prawdziwy problem. Do zakonów idą
bowiem wrażliwe dziewczyny, które swą młodzieoczą miłośd, zachęcone powołaniowymi
rekolekcjami, „inwestują” w Chrystusa. I to jest piękne. Trudności mogą (chod nie muszą) zacząd się
później. Z chwilą gdy jako osoby bądź co bądź duchowne trafiają do oficjalnego kościelnego
krwiobiegu na przeznaczone siostrom miejsce. A to, wciąż niestety, bywa położone bardzo nisko.
Wciąż są miejsca, gdzie siostry traktowane są jako służące, mające sprawnie i szybko obsługiwad
księdza. Prad, sprzątad, gotowad, prowadzid zakrystię, plebanię, sekretariat, aby ksiądz mógł w tym
czasie efektywnie oddawad się duszpasterzowaniu. Nie należy do rzadkości widok zakonnicy
otwierającej i zamykającej księdzu garaż, czy biegającej wieczorem po zakupy. Ta rzeczywistośd się
zmienia, są - rzecz jasna - parafie i są księża, którzy sióstr nie wykorzystują i traktują je po partnersku,
pozwalając im chodby na własny intelektualny rozwój.

Problem w tym, że nie cała piłka jest po stronie księży. Ale i po stronie świeckich, którzy najczęściej
wymagają, by były „ciche, miłe i sympatyczne”. Ale i po stronie sióstr, z których wiele - wtłoczonych w
feudalne ramy pomocy domowych - zupełnie już o swoich ambicjach zapomniało. Za czasów
najsłynniejszej chyba polskiej zakonnicy - siostry Faustyny Kowalskiej, która żyła w latach
dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku - sprawę stawiano jeszcze bardziej precyzyjnie. Siostry
dzielono na dwie kasty, nazywane chórami. Pierwsze nauczały młodzież i zajmowały się sprawami
wyższymi, drugim - do których należała Faustyna - tłumaczono, że mogą się uświęcad, obierając
ziemniaki.

Dziś - jak już wspomnieliśmy (zob. „Ministrantki”) - jedna z sióstr została niedawno duszpasterzem
akademickim w Lublinie, sporo jej koleżanek od dawna jest tam profesorami, siostry zaczynają byd
też widoczne na uniwersytetach i w szkołach jako katechetki (a własnych szkół prowadzą znacznie
więcej niż księża). Niemniej siostry nie doczekały się jeszcze swojej katolickiej Kingi Dunin. Nigdy bym
nie przypuszczał, że wymieniając nazwisko tej popularnej autorki, będzie mi towarzyszyd tęsknota.

Dla bardziej zaawansowanych

Zakonnice - rodzaj nijaki?

„Więź”, 2004 nr 6 (548)

i polemika Anny Matei, Ostrożnie o tym co boli http://tygodnik.onet.pl/1546.1172833.dzial.html

Zapowiedzi
Podanie do publicznej wiadomości w parafiach obojga narzeczonych, iż kawaler taki to a taki z takiej
to a takiej parafii i ulicy zamierza wstąpid w związek małżeoski z delikwentką, której dane następnie
się podaje. Kto by wiedział o przeszkodach zachodzących między tymi osobami (że na przykład pani
ma już przecież męża, a pan jest „zapuszczony” moralnie) „w sumieniu zobowiązany jest powiadomid
kancelarię parafialną”.

Gdyby się bardzo uprzed - można by więc zapowiedzi uznad za zabieg nader podejrzany. Jedno zło
(nieważne zawarcie małżeostwa) tępi się tam zachętą do donosu. Na tym jednak wątpliwości nie
koniec. Można by się przecież zastanawiad, czy zapowiedzi są legalne w świetle ustawy o ochronie
danych osobowych. Nie jest bowiem trudno sobie wyobrazid, że firma organizująca wesela będzie
szukad potencjalnych klientów właśnie poprzez spisywanie adresów narzeczonych wywieszonych w
parafialnych gablotach.

Kościelne przepisy mówią, że mają tam one wisied przez osiem dni (w czasie których muszą
przypadad dwa dni świąteczne, gdy do kościoła przychodzi więcej ludzi), a jeśli zapowiedzi zostały
wywieszone, nie odczytuje się już ich z ambony, bo obie te formy ogłaszania stosuje się zamiennie. Tę
pierwszą upodobały sobie duże miejskie parafie, druga - tradycyjna - kwitnie w parafiach wiejskich
(zapowiedzi wygłasza się dwukrotnie w dwa dni świąteczne), gdzie zapowiedzi są najdoskonalszym
źródłem informacji o życiu towarzyskim sąsiadów.
Co jednak zrobid, gdy narzeczem to prezenterzy Jedynki i Polsatu i ogłoszenie ich ślubu mogłoby
skooczyd się zdewastowaniem świątyni przez fotoreporterów, albo gdy narzeczona prześladowana
jest przez furiata, który gdy dowie się o tym, że zamierza żyd z innym, zamiast ślubu zafunduje im dwa
pogrzeby? Kościół katolicki - jak zwykle zresztą, tak i w kwestiach ślubnych - okazuje się byd matką
stawiającą najpierw bardzo wysokie wymagania, a gdy przyjdzie co do czego, pokazującą sto
sposobów, jak je praktycznie obejśd. I tak samo jest z zapowiedziami. Miejscowy ordynariusz na
wniosek proboszcza może zwolnid narzeczonych z 50 procent (czyli jednej) lub 100 procent (czyli
dwóch) zapowiedzi wygłaszanych lub wywieszania komunikatu w gablotkach.

To tyle o narzeczonych. Co dzieje się jednak z tymi, którzy wiedzieli o jakiejś przeszkodzie między
narzeczonymi i o niej nie donieśli albo wręcz przeciwnie - próbowali uniemożliwid ślub, który mógł się
odbyd? Brak informacji to sprawa sumienia potencjalnego informatora, a fałszywa informacja - to
rzecz proboszcza, który metodami operacyjnymi (analizując kartotekę, przesłuchując zaufanych
sąsiadów) ma obowiązek wszystko sprawdzid. Kar jednak żadnych za jedno, i za drugie Kodeks prawa
kanonicznego - który tylko wygląda strasznie - nie przewiduje.

Dla bardziej zaawansowanych

Jak skutecznie wziąd ślub katolicki?

K Popławski OP, T. Wytrwał OP, A. Gruszecka, Nie taki proboszcz straszny. Praktyczny przewodnik
prawa kościelnego, Wyd. W drodze, Poznao 2003.

Zestaw „Mały ksiądz”


Każdy ksiądz wyjeżdżający - ot chodby - z młodzieżą na wakacje, zabiera zwykle ze sobą gustowną
walizeczkę formatu mniej więcej połowy klasycznej dyplomatki. W branży mówi się na nią właśnie
zestaw „Mały ksiądz” (na wzór „Małych chemików” czy „Małych lekarzy”), a zawiera ona wszystko co
niezbędne do odprawiania nabożeostw poza kościołem, a więc na przykład na polanie, łódce,
odwróconym kajaku i wszędzie tam, gdzie księdzu pozwala fantazja i prawo kanoniczne.

W skład zestawu wchodzi zwykle „kielich - zrób go sam” (zwykle skręcany z dwóch elementów,
czasem po prostu wyzłocony kieliszek), zbiór wykrochmalonych gadżetów mu towarzyszących (tak
zwana bielizna kielichowa), mikroskopijne fiolki (fachowo - ampułki) na wino i wodę, paczka białych
hostii (zob. „Komunia”), stuła (zob. „Kolor liturgiczny”) i zbiór formuł mszalnych czyli mszał
(wypierany ostatnio przez popularne „Oremusy”, minimszaliki „dwa w jednym”, bo z aktualnymi
czytaniami, wydawane jako miesięcznik przez księży marianów).

Zestaw „Mały ksiądz” można nabyd w wielu sklepach z dewocjonaliami. W Rzymie bez większych
problemów można się też zaopatrzyd w zestaw „Mały biskup”, zawierający insygnia władzy biskupiej.
Na co dzieo oglądamy go tuż za biskupem w rękach jego sekretarza, który nosi go jak atomową
walizkę. „Mały biskup” to już cała dyplomatka, w której wnętrzu w atłasach spoczywa mitra, czyli
spiczasta czapa wkładana przez biskupa w czasie mszy, i rozkręcona na trzy części biskupia laska,
fachowo nazywana pastorałem.

I jedno, i drugie to niespełniony sen wielu kilkuletnich chłopców, którzy stawiają swoje pierwsze kroki
w ministranturze i później - zafascynowani katolicką obrzędowością - odprawiają w domu msze dla
misiów i lalek. Gdyby wiedzieli o jego istnieniu, nie musieliby pewnie - tak jak ja - odprawiad tych
obrzędów na kuchennym stole z użyciem ampułek herbaty i tekturką w roli hostii, czy jak mój
spowiednik, nakrywając się zamiast ornatu kocykiem, lub wreszcie - jak moja koleżanka, która mając
cztery lata, paradowała przez rodziną miejscowośd z pedałem i kołem zębatym od roweru w
charakterze monstrancji, udając, że prowadzi procesję Bożego Ciała.

Znak pokoju
Przekazuje się go podczas mszy świętej na chwilę przed komunią. To rzecz o pięknej symbolice, ksiądz
jako pierwszy od ołtarza, na którym jest już Pan Bóg, przekazuje życzenie pokoju ministrantom, ci -
wiernym, a wierni podają go dalej, między sobą. Teoretycznie tak to właśnie powinno wyglądad - jak
fala idąca od ołtarza aż pod chór. Na jej przejście warto by zaczekad, to jedyny moment w czasie
mszy, kiedy wierni mogą poczud, że są faktycznie jakąś wspólnotą. Następujący zaraz potem śpiew
„Baranku Boży” przecież nie ucieknie...

Jakośd odprawienia tego momentu mszy jest tym bardziej istotna, że poczucie wspólnoty w polskich
kościołach wygląda bardziej niż blado. Podczas dziewięciu mszy na dziesięd ma się wrażenie, że
zaludnia je nie wspólnota ludzi, których łączy ta sama wiara, a kompletnie anonimowy tłum. Nic więc
dziwnego, że „znak pokoju” to dla wielu wciąż jeden z najbardziej ambarasujących momentów
liturgii. Do tej pory nic nie zakłócało ich doskonale osobnego murmurando. Znak pokoju zaś wzywa
ich, by porzucili swą splendid isolation i nawiązali interakcję z sąsiadem z ławki.

Polak nie byłby jednak Polakiem, gdyby i na to nie znalazł metody. Jeszcze kilkanaście lat temu
podstawową metodą przekazywania znaku pokoju był więc u nas tak zwany kiwaczek - wybitnie
polska specjalnośd, manewr o banalnie prostej choreografii: błyskawiczny zwrot w prawo, lekki skłon
głową, błyskawiczny obrót w lewo i też lekki skłon głową, plus wymruczenie mantry „Pokój nam
wszystkim”. Prosto, higienicznie, bezboleśnie. Wybitny fachowiec od liturgii, ojciec Tomasz Kwiecieo,
sporządził atlas sposobów radzenia sobie z przekazywaniem znaku pokoju. Obok „kiwaczka” wymienił
w nim: „trykanie się”, „ukłon do torebki”, bieganie niespokojnym wzrokiem od ołtarza bocznego za
filar (byle tylko nie spotkad wzroku sąsiada) lub - to wychył w drugą stronę - radosną obłapiankę, czyli
klasycznego „niedźwiadka”. Kilka lat temu zaczął u nas karierę importowany z Zachodu trend, zgodnie
z którym znak pokoju winien byd bardziej wyrazisty i wymaga podania ręki najbliżej stojącym
osobom. Przy tym zabiegu należy też wypowiedzied słowa: „Pokój z tobą” (gdy mamy ochotę zabawid
się w cudzoziemca lub tak się składa, że sami nim jesteśmy - „poledmy” łaciną, mówiąc Pax tibi). Jeśli
ludzi w kościele jest mało, a od następnego sąsiada dzielą nas cztery ławki - nie ma potrzeby, by do
niego biec, wystarczy subtelny uśmiech i lekki ukłon, za to wyraźnie zaadresowany.

Dla bardziej zaawansowanych

Więcej o „kiwaczku”:

Błogosławione marnowanie. O mszy świętej z o. Tomaszem Kwietniem rozmawiają Jacek Borkowicz i


Ireneusz Cieślik, Wyd. Znak, Kraków 2003.

Zoologia, psychiatria, kardiologia liturgiczna


Jakiś czas temu do świątyni, w której uczestniczyłem właśnie w niedzielnej Eucharystii, wparował
piesek. Konkretnie suczka. Biedactwo, uciekło pewnie właścicielowi podczas spaceru i ganiało teraz
przerażone po obiekcie swojego Stwórcy, zaznaczając raz na jakiś czas swoją desperację donośnym
szczekaniem. Scena jak z filmu. Ksiądz siedzi, bo przecież nie będzie ganiad w ornacie za jakimś
kundlem. Ministrant - czyta czytania, bo przecież nie będzie przerywał Słowa Bożego. Dwie setki ludzi
w ławkach - siedzą jak siedziały, bo przecież nikt im nie powiedział, co robid.

Pomyśled. Msza może biec dalej, wystarczy przecież dwóch sprawnych ludzi, którzy biedne
stworzenie spokojnie wyprowadzą (msze z udziałem zwierząt odprawiane są niestety w niewielu
miejscach i prawie wyłącznie w dzieo św. Franciszka). To samo należy zrobid, gdy po kościele błąka się
na przykład spotykany na warszawskim Mokotowie dżentelmen o aparycji pensjonariusza zakładu
karnego w Białołęce, który żywo a wulgarnie komentuje słowa celebransa. Zbrodnią jest zaś
wypraszanie z kościoła tych, którzy szukają w nim nie sceny, a schronienia. W mojej byłej
białostockiej parafii w malutkiej kaplicy wieczystej adoracji w zimowe wieczory można spotkad
starszą, bezdomną kobietę, która śpi w ławce przed wystawioną monstrancją. Ile razy na nią patrzę,
nie mogę oprzed się wrażeniu, że jej sen jest znacznie milszy Bogu, niż tysiące moich wzniosłych i
całkowicie przytomnych słów...

I jeszcze zdarzenie medyczne. Omdlenie (diagnozując je, warto zapytad chorego na przykład czy jadł
śniadanie albo czy na coś się leczy) to sprawa prosta - uniesienie nóg w górę powinno wystarczyd.
Jeśli mija minuta, a poprawy nie ma - sytuacja wygląda źle - nie ma co tracid czasu na wycieczki do
zakrystii i czekanie aż ksiądz zapyta przez mikrofon, czy w kościele jest lekarz. Trzeba natychmiast
wezwad pomoc z telefonu komórkowego, a następnie zachowad spokój. Panika ofierze nie pomoże
na pewno. Jeśli chory cierpi na serce i właśnie ma zawał, pod żadnym pozorem nie wolno go
przemieszczad, wynosid na zewnątrz kościoła czy do zakrystii. To zrobi pogotowie, które spokojnie
zabierze pacjenta z dowolnego miejsca w kościele i to bez przerywania mszy. Najważniejsze jest to,
żeby - zamiast udawad świętą figurę - działad. Bo ksiądz nie przyjdzie nam z pomocą. Jemu
interwencji zabraniają przepisy, które również wiernym nakazują troskę o to, by msza sprawowana
była godnie.

Zamiast zakończenia: Dlaczego dwukrotnie poszedłem do zakonu?


Ilekrod opowiadałem moją historię przyjaciołom, zawsze słuchali mnie z nabożną czcią, jak kogoś, kto
właśnie wrócił z rocznej tułaczki po Spitsbergenie. I zadawali to samo pytanie: po co mi było to
doświadczenie?

Widad nie po to, by zostad księdzem. Tyle zachodu czynionego przez Opatrznośd, aby mnie dwa razy
na kilka miesięcy zwabid do zakonnego nowicjatu, potrzebne było tylko po to, bym zrozumiał, jak
marne były moje wcześniejsze recepty na szczęście. Gdybym je zrealizował, byłbym dziś pewnie
znerwicowanym karierowiczem, telepiącym się bezładnie na życiowych zakrętach.

Gdy w 1995 roku pierwszy raz szedłem do zakonu, wydawało mi się, że o szczęściu wiem wszystko. I
że idę tam właśnie po to, by je sobie wziąd. Myślałem, że Pan Bóg też będzie szczęśliwy, że ma
takiego fajnego księdza. I że wraz ze mną szczęśliwe będą również moje owieczki. Pod koniec liceum
chodziłem więc w aurze świątobliwości, chętnie odbierając hołdy od kolegów idących na medycynę
lub prawo, którzy podziwiali zarówno oryginalnośd samego pomysłu, jak i moją determinację.
Współczuli mi tylko, że nie będzie tam dziewcząt. A ja traktowałem ich z wyższością bo wizja
szczęśliwego życia za klasztornym murem po prostu mnie uskrzydlała. Do czasu.
Ojciec Maciej Zięba, fizyk z wykształcenia, w swoich zapiskach z nowicjatu porównywał wstąpienie do
zakonu do życia w świadomości, że w nasz życiorys wleci z kosmicznym impetem kometa i zniszczy
wszystko, czym żyliśmy do tej pory. Znamy jej trajektorię i czas uderzenia. Im bliżej więc było do
drugiego sierpnia, gdy w zakonie dominikanów zaczyna się nowicjat, tym bardziej każdy z nas
panikował, pytając siebie, czy będzie mógł pisad listy do swojej byłej dziewczyny. I co powiedzied
bliskim, którzy za żadne skarby nie mogą cię zrozumied?

Resztę moich naiwnych motywacji życie zweryfikowało już po kilku tygodniach izolacji od świata i
codziennego zmywania garów nowicjackich. Byłem w szoku, gdy uświadomiłem sobie, że dzieo
zaczynam nie aktem strzelistym, jak to sobie zaplanowałem, a myślą o zamordowaniu brata, który o
piątej pięddziesiąt staje pod drzwiami mojej celi, niemiłosiernie tłukąc w dzwonek, mający postawid
na nogi cały klasztor. Jedną ręką się goląc, a drugą w pośpiechu narzucając habit, nie mając czasu na
zaplanowaną lekturę, na duchowe porady rozsyłane znajomym, żegnałem się ze swoim
wypielęgnowanym pomysłem na zakonne szczęście. Dziś domyślam się, że chyba każdy z nas ma w
życiu takiego swojego brata-dzwonnika, który codziennie z metodyczną konsekwencją ściąga go od
bram raju na ziemię. Dziś wiem też, że to właśnie wtedy co dzieo miałem szansę odkrywad prawdę, że
sensowne rzeczy nie zawsze są przyjemne. Wtedy jednak niemal się załamałem.

I poszedłem wypłakad się w rękaw przełożonego. „Nie wezmę na siebie twego nieszczęścia, bo wtedy
obaj będziemy nieszczęśliwi - oznajmił mi z rozbrajającym uśmiechem. - A tak, ja, człowiek szczęśliwy,
pomodlę się za ciebie, abyś i ty był taki sam”. To był kolejny szok. Dowiedziałem się, że fakt, iż ja czuję
się głęboko nieszczęśliwy, to jeszcze nie koniec świata. W klasztorze, gdzie żyje kilkudziesięciu braci,
moje problemy były jednymi z wielu. I wspólnie się je rozwiązywało.

Największym problemem było zaś to, jak zmieścid się z naszą energią w murach klasztornych.
Opuszczad je można było tylko na chwilę i to za zgodą surowego magistra, który na dodatek
kontrolował naszą korespondencję. Dla rozrywki - wraz z bratem Pawłem - podczas przechadzek nad
poznaoskie jezioro Rusałka chowaliśmy się w zaroślach, by na widok nadjeżdżających amatorek
hippiki zawijad się w nasze czarno-białe habity i wyskakiwad na drogę, pytając: „A na Grunwald to
którędy?”.

Dla wielu z nas szokiem było przekonanie się, jaki jest stosunek wielu ludzi do nas. Pierwszy raz
dowiedziałem się o tym kilka dni po włożeniu habitu, gdy szliśmy na spacer, a za nami biegł pijak,
drąc się w niebogłosy: „Pedały, pedały!”. Mijane dziewczyny, zamiast zalotnie się uśmiechad, rzucały
komentarze o marnującym się materiale genetycznym, a gdy wchodziliśmy do księgarni czy sklepu -
stawaliśmy się lokalną atrakcją.

Nasz nowicjacki porządek dnia, w którym zamiast dwóch godzin na swoje sprawy ma się sześd razy po
dwadzieścia minut, też burzył nasze ambitne osobiste plany, uczył, że jesteśmy tu nie dla siebie, a dla
braci, dla ludzi, którzy przychodzą do nas po pomoc.

Po kilku miesiącach, jako trzeci w moim nowicjacie, fizycznie nie wytrzymałem tempa. Zachorowałem
i za radą lekarzy odszedłem. Po mnie - jeszcze wielu braci. Jako jedyny wróciłem tam jednak, o kilka
lat starszy. A wrócid musiałem - bo za pierwszym razem nie nauczyłem się dostatecznie prawdy, na
której teraz buduję swoje życie.
Po odejściu z nowicjatu zacząłem dobre studia, byłem redaktorem w największym polskim dzienniku,
co miesiąc jeździłem do Londynu, bawiłem się w modnych klubach, pisałem do brytyjskich
magazynów, miałem swój show w radiu i bardzo ładne koleżanki. Jednak co tydzieo chodziłem do
przyjaciela i duchowego kierownika, mówiąc mu: to chyba nie to. Po dwóch latach modlitwy,
weekendów, gdy po pracy gnałem do Zakopanego, by bid się z myślami w tatrzaoskich pustelniach -
obaj nie mieliśmy wątpliwości. Satysfakcja, zadowolenie, euforia - to wszystko za mało. Jeśli mam
powalczyd o naprawdę szczęśliwe życie, muszę wrócid do klasztoru. Latem 2000 roku w ciągu
miesiąca zlikwidowałem mieszkanie, samochód oddałem rodzicom. Drugi raz zamknęły się za mną
drzwi klauzury. Większośd znajomych uznała, że zwariowałem.

Nie wiedziałem wówczas, że szczęście tam, owszem, znajdę, ale znów nie takie, jak sobie
zaplanowałem. Przyzwyczajony, że na wszystko trzeba sobie w mozole zapracowad, postanowiłem
zrealizowad się w sprzedaży książek na przyklasztornym straganie. Rozkręciłem biznes do
niebywałych rozmiarów, dochód z jednej niedzieli sięgał czterech tysięcy złotych. Brylowałem też na
rekreacjach, czyli w czasie przeznaczonym na wspólną kawę, wykrojonym między gregoriaoskimi
nieszporami a obowiązkową godzinną lekturą Biblii. Trochę spuszczałem z tonu w soboty, gdy wraz z
bradmi zamiataliśmy z liści klasztorny dziedziniec, którym do ślubu szli młodzi ludzie.

Każdy z nas coś już w życiu przeszedł, był wśród nas lekarz, był sędzia, byli studenci wszystkich
możliwych kierunków. Po zamiataniu jedni biegli z zaciśniętymi ustami do kaplicy, inni zaczytywali się
w książkach pewnego ojca, który utrzymywał, że w postaci niedostępnych zakonnikom kobiet kryją
się zsyłane przez Boga anioły.

Szydziłem z nich do czasu, aż moja przyjaciółka, grająca zimną pięknośd w znanym amerykaoskim
serialu, ku uciesze chichoczących braci woziła mnie przez trzy godziny jeepem po Poznaniu, próbując
ratowad ze szponów domniemanego obłędu. Pamiętam doskonale, co czułem, gdy odjeżdżała na
lotnisko.

Stopniowo, tydzieo po tygodniu odkrywałem, że wszystkie podpórki, na których miało trzymad się
moje życie - padają jedna po drugiej. Na ich miejscu od razu jednak rosło coś nowego, prawdziwego.
Bo dopiero gdy odpadli przypadkowi znajomi, zacząłem otwierad się na przyjaźnie, które trwają do tej
pory. Największym szokiem zaś było dla mnie odkrycie, że chod nie mogę tu realizowad swoich
wzniosłych planów - nadal żyję. Znaczyło to bowiem, że na moich pomysłach świat się nie kooczy. A
najdobitniej doświadczyłem tego chyba po trzech miesiącach nowicjatu, gdy poczułem, że nie
wytrzymuję tempa. Powiedziałem o tym przełożonym, a oni poradzili mi, bym jeszcze został,
tłumaczyli że to jeszcze nie koniec mojej drogi. Zostałem. I było warto. Bo dopiero wtedy, gdy już
kompletnie opadłem z sił, ostatecznie darowałem sobie myślowe dwiczenia z kreślenia sobie w pocie
czoła własnych dróg do szczęścia. Doceniłem rzeczy proste. Jeśli idzie o kontakt z Bogiem - po prostu
się modliłem. Kontakt z ludźmi ustawiałem według zasady pewnego starego ojca, który pytany, jaki
jest sekret szczęśliwego życia, odpowiadał: „Ja przez całe życie się starałem wszystkim robid dobrze. A
sobie - bardzo dobrze”. Tyle. Aż tyle. Odszedłem dopiero wówczas, gdy to pojąłem. Moja druga próba
nowicjatu w sumie trwała pół roku. Po mnie z nowicjatu nie odszedł już nikt.

I do dziś - nawet jako „świeczuch” - mam świetny kontakt z moimi bradmi. To wspaniali ludzie.
Brakuje mi ich wstrząsającego poczucia humoru, wspólnej modlitwy, debat na rekreacjach. Ale
rozumiemy się, bo łączy nas też coś więcej - wspólna nauka, że wymęczone przez nas samych wizje
szczęścia są nudne, bo na naszą miarę. Że aby przeżyd coś naprawdę wielkiego, trzeba ustąpid ze
swoich pomysłów, przestad drgad, otworzyd się - a to większe przyjdzie samo. I jednemu, żeby się
tego wszystkiego dowiedzied, wystarczy mądra książka, inny - jak ja - musi zostad przepuszczony
przez nowicjacki magiel.

A co to tak naprawdę jest to szczęście? Nie wiem. Pamiętam za to doskonale jednego z pierwszych
dominikanów, których zobaczyłem - ojca Piusa, zbliżającego się do dziewięddziesiątki. Ten człowiek
po prostu był szczęśliwy. I było to coś więcej niż tylko chichot podczas spacerów z klasztornym psem,
zadowolenie z tego, że na starośd człowiek nie jest bez opieki, czy rozbawianie młodszych braci
dowcipami sprzed potopu. Później wiele razy próbowałem nazwad ten stan, mówiłem, że człowiek
jest w „jednym kawałku”, że jest na „swoim miejscu”. Dziś wolę tego nie opisywad. Inni robią to
dostatecznie często.

Spis treści

Podziękowania......................................................................................................................................... 1
Wstęp ...................................................................................................................................................... 2
Aniołek automatyczny ............................................................................................................................. 4
Antyfona .................................................................................................................................................. 4
Apokryfy .................................................................................................................................................. 5
Bezokolicznik ........................................................................................................................................... 6
Bozia ........................................................................................................................................................ 7
Brewiarz................................................................................................................................................... 7
Celebret ................................................................................................................................................... 8
Celibat...................................................................................................................................................... 9
Chór ....................................................................................................................................................... 12
Chrzest ................................................................................................................................................... 12
„Co łaska” .............................................................................................................................................. 14
Czasy zakazane ...................................................................................................................................... 16
Dewocjonalia ......................................................................................................................................... 17
Diakon.................................................................................................................................................... 18
Duszpasterstwo ..................................................................................................................................... 19
Dyplomacja watykaoska ........................................................................................................................ 20
Egzorcyzmy ............................................................................................................................................ 21
Ekskomunika.......................................................................................................................................... 23
Episkopat ............................................................................................................................................... 25
Fabryka świętych ................................................................................................................................... 26
Gosposia ................................................................................................................................................ 28
Intencja mszalna .................................................................................................................................... 29
Holding duszpasterski............................................................................................................................ 30
Kancelaria parafialna ............................................................................................................................. 31
Katechetka ............................................................................................................................................. 32
Katedra .................................................................................................................................................. 33
Katolickie rośliny.................................................................................................................................... 34
Kazania .................................................................................................................................................. 34
Klauzura ................................................................................................................................................. 37
Kleryk ..................................................................................................................................................... 37
Kolęda .................................................................................................................................................... 39
Kolor liturgiczny ..................................................................................................................................... 40
Koloratka ............................................................................................................................................... 42
Komunia................................................................................................................................................. 42
Koronka ................................................................................................................................................. 44
Kościelny ................................................................................................................................................ 45
Księża studenci ...................................................................................................................................... 46
Kuria ...................................................................................................................................................... 46
Kurs przedmałżeoski .............................................................................................................................. 47
Licencjat................................................................................................................................................. 48
List pasterski .......................................................................................................................................... 49
Litania .................................................................................................................................................... 50
„Liturgia uścisków” ................................................................................................................................ 51
Matka Boska Elektryczna ....................................................................................................................... 51
Medytacja .............................................................................................................................................. 54
Ministrantki ........................................................................................................................................... 55
Misje ludowe ......................................................................................................................................... 55
Mnisi ...................................................................................................................................................... 57
„Modlitwa powszechna” („Modlitwa wiernych”) ................................................................................. 58
Modlitwa stresem ................................................................................................................................. 59
Nabożeostwo ......................................................................................................................................... 60
Niebo zwierząt ....................................................................................................................................... 61
Noc ducha .............................................................................................................................................. 62
Nominacje ............................................................................................................................................. 64
Nowenna ............................................................................................................................................... 65
Nowicjat................................................................................................................................................. 65
Objawienia............................................................................................................................................. 66
Odpust ................................................................................................................................................... 68
Ogłoszenia parafialne ............................................................................................................................ 71
Ojciec Dyrektor ...................................................................................................................................... 71
Pan Jezus ............................................................................................................................................... 73
Parafia.................................................................................................................................................... 73
Piekło ..................................................................................................................................................... 74
Pierwsze piątki i trzecie czwartki ........................................................................................................... 76
Pieśni ..................................................................................................................................................... 76
Pogrzeb .................................................................................................................................................. 77
Post ........................................................................................................................................................ 78
Prałat ..................................................................................................................................................... 79
Prasa katolicka ....................................................................................................................................... 80
Profanacja.............................................................................................................................................. 81
Przykazania ............................................................................................................................................ 81
Przysiad liturgiczny ................................................................................................................................ 84
Psalmy złorzeczące ................................................................................................................................ 84
Relikwie ................................................................................................................................................. 86
Rozwód kościelny .................................................................................................................................. 88
Różaniec ................................................................................................................................................ 90
Saksy duszpasterskie ............................................................................................................................. 91
Sobotnia msza niedzielna ...................................................................................................................... 92
Spowiedź ............................................................................................................................................... 93
Stolik pod telewizor ............................................................................................................................... 95
Szept aniołów ........................................................................................................................................ 96
Śluby ...................................................................................................................................................... 97
Świeccy .................................................................................................................................................. 98
Święta kościelne .................................................................................................................................... 98
Tajemnica spowiedzi ............................................................................................................................. 99
Terrorystyczno-penitencjarna koncepcja Boga ................................................................................... 100
„Trzeba nam”....................................................................................................................................... 101
Tydzieo modlitw .................................................................................................................................. 102
„Watykaoska ruletka”.......................................................................................................................... 102
Wizytacja ............................................................................................................................................. 104
Wypominki .......................................................................................................................................... 105
Zakonnice ............................................................................................................................................ 106
Zapowiedzi........................................................................................................................................... 107
Zestaw „Mały ksiądz” .......................................................................................................................... 108
Znak pokoju ......................................................................................................................................... 109
Zoologia, psychiatria, kardiologia liturgiczna ...................................................................................... 109
Zamiast zakooczenia: Dlaczego dwukrotnie poszedłem do zakonu? .................................................. 110