David Gaider. Dragon Age™. Utracony tron.

Dla mojej Omy. PODZIĘKOWANIA. Przede wszystkim ogromnie dziękuję Jordan, Steph, Danielle i Cindy za wsparcie i gorącą zachętę do pracy. Bez was bym nie przetrwaø. Dziękuję również moim Rodzicom, którzy nadal są onam, że z gier nie ma żadnego pożytku, a jednak pozwalają mi się nimi zajmować. Rozwijaliści moją wyobraźnię, a to przecież najważniejsze. Zawsze będę Wam obojgu bezgranicznie wdzięczny rzy skøadaniu podziękowań nie wolno zapomnieć o grupie tworzącej Dragon Age - to dzięki ich ciężkiej pracy powstaøo uniwersum gry i tej powieści. Każdy dzień, który spędzam w towarzystw tych kreatywnych i peønych pasji ludzi, sprawia, że jestem dumny z tego, co udaøo nam się stworzyć. Dzięki Wam, przyjaciele, moje zadanie okazaøo się o wiele øatwiejsze. A także: zięki Ci, BioWare, za podarowanie mi tak cudownej okazji do pisania oraz za to, że j esteś firmą nie tylko tworzącą gry, ale wierzącą, że pisarstwo to także dziedzina, w którą wa estować.

JEDEN. - Uciekaj, Maricu! Zatem uciekaø. Do dziaøania pchnęøy go søowa umierającej matki. Ze strasz liwym obrazem mordercy, jaki wypaliø mu się pod powiekami, Maric kluczyø między drzewami na skraju polany. Nie zwracając uwagi na gaøęzie, chøoszczące go po twarzy i szarpiące pele rynę, gnaø na oślep w zarośla. Silne døonie chwyciøy go od tyøu. Zapewne czøowiek matki albo jeden ze zdrajców, którzy ukartowali jej śmierć? Maric przypuszczaø, że to drugie. Pojękując ysiøku, próbowaø się cofnąć i uwolnić z uścisku. Zyskaø jedynie więcej zadrapań na twarzy, ki gęste listowie oślepiøy go po raz wtóry. Napastnik próbowaø wciągnąć Marica na polanę, lecz aparø się ze wszystkich siø, wbijając stopy w ziemię i guzøowate korzenie. Ponownie szarpnąø uderzając øokciem... rozlegø się mokry trzask i zaskoczony, bolesny jęk. Uścisk zelżaø i Mari zuciø się między drzewa. Døuga skórzana peleryna zahaczyøa o konar. Chøopak odwróciø się i sz ierpliwie jak dziki zwierz zøapany w sidøa. Wreszcie udaøo mu się uwolnić - podarte okryci e zawisøo na gaøęzi. Maric nawet nie zerknąø za siebie, pomknąø w mrok, jak najdalej od polan . Las byø stary i gęsty, przez korony drzew z trudem przebijaøy blade promienie księżycowe go blasku. Za maøo światøa, by widzieć dobrze, lecz wystarczająco, by zmienić puszczę w labir nt przerażających ksztaøtów i cieni. Wysokie, rozøożyste dęby wyglądaøy jak mroczni strażnicy jący splątanych krzewów, pod którymi zalegaøa ciemność tak czarna, że mogøa skrywać niemal ws Maric nie miaø pojęcia, dokąd biegnie, prowadziøo go jedynie pragnienie ucieczki. Potyk aø się o korzenie, przeciskaø między starymi pniami, które chyba specjalnie stawaøy mu na dr odze. Bøotnisty grunt zdradziecko chlupotaø, przy każdym kroku groziø zapadnięciem i ledwi e daøo się utrzymać równowagę. Maric byø caøkowicie zdezorientowany. Równie dobrze mógøby bie W oddali usøyszaø okrzyki pogoni, a także wyraźne odgøosy walki. Stalowe ostrze uderzyøo dźwi nie o stalowe ostrze, echo poniosøo jęki umierających - ludzi matki Marica. Wielu z ni ch znaø tak dobrze, byli mu bliscy, niemal jak rodzina. Podczas szaleńczego biegu po wróciøy wspomnienia niedawnych wydarzeń. W gøowie Marica wirowaøy obrazy. Jeszcze przed ch wilą drżaø z zimna na polanie, przekonany, że jego obecność na tajnym spotkaniu jest co najw yżej formalnością. Ledwie zwracaø uwagę na to, co się dzieje. Matka powiedziaøa mu wcześniej, e wsparciem nowych ludzi rebelia nareszcie stanie się znaczącą siøą. Owi przybysze byli go towi porzucić swoich orlesiańskich panów, a matka nie chciaøa przepuścić takiej okazji - nie po tylu latach ukrywania się i ucieczki, przerywanej nieznaczącymi potyczkami, jedy nymi konfrontacjami siø, w jakich rebelianci mogli zwyciężać. Maric nie miaø nic przeciwko spotkaniu. Nawet przez chwilę nie pomyślaø, że mogøoby być niebezpiecznie. Jego matka byøa s ną Królową Rebeliantką, to ona pierwsza nawoøywaøa do buntu, to ona poprowadziøa armię. Walka anowiøa zawsze jej domenę, nie Marica. Chøopak nigdy nawet nie widziaø tronu swojego dzi adka, nigdy nie zaznaø potęgi, jaką posiadaø jego ród przed najazdem Orlais. Osiemnaście lat , caøe swoje życie, spędziø w obozach rebeliantów i niewielkich warowniach, ciągle w marszu, zawsze prowadzony wolą matki. Nie potrafiø sobie wyobrazić innego życia. Dwór i wøadza byøy ojęciami, których nie rozumiaø. Ale teraz matka nie żyøa. Chøopak straciø równowagę, potknąø ielkim wzniesieniu pokrytym zgniøymi liśćmi i runąø na ziemię. Niezdarnie ślizgając się po zb uderzyø gøową o kamień i krzyknąø z bólu. Przed oczyma miaø tylko ciemność. Z oddali dobiegø okrzyki. Pogoń usøyszaøa Marica. Chøopak leżaø w mroku rozjaśnianym jedynie księżycowym blas obejmując się za gøowę. Miaø wrażenie, że czoøo mu pøonie, piekielny pożar wypalaø świadomoś Udaøo mu się szczęśliwie uciec gøęboko w las tylko po to, by teraz zdradzić swoją pozycję wr Pod palcami poczuø gęstą wilgoć. Krew zlepiøa mu wøosy, popøynęøa za uszy i na szyję - niema w mroźnym powietrzu. Maric drgnąø, z ust wyrwaø mu się cichy szloch. Może lepiej się stąd nie szać pomyślaø. Niech pogoń go dopadnie, niech wrogowie go zabiją. Zamordowali jego matkę, za søużyli na sutą nagrodę, jaką na pewno obiecaø im uzurpator. Kim byø dla nich Maric? Co najwy jeszcze jednym ciaøem do zaszlachtowania, niedobitkiem z nielicznej eskorty, z którą Królowa Rebeliantka przybyøa na spotkanie... Chøopak zamarø. W nagøym przebøysku zrozumiaø to co podczas ucieczki zepchnąø w najdalsze zakamarki świadomości. Byø królem. Żaøosne, doprawd On? Ten, który nieustannie prowokowaø tylko zniecierpliwione westchnienia i mnóstwo zm artwionych spojrzeń? Ten, za którego matka musiaøa się wiecznie tøumaczyć? Zawsze zapewniaøa arica, że kiedy będzie starszy, bez trudu zdobędzie autorytet, który u niej zdawaø się wrodz ony i tak naturalny. Ale tak się przecież nie staøo. Maric uważaø, że nie mogøo go spotkać ni orszego niż śmierć matki. Przez myśl mu nie przeszøo, że może do tego dojść. Matka byøa niepo niezøomna i najważniejsza w życiu. O jej śmierci można byøo co najwyżej snuć czysto hipotety e rozważania, jak o czymś, co się nigdy nie zdarzy. Ale teraz matka nie żyøa, a Maric miaø z ostać królem. I sam poprowadzić rebelię. Chøopak natychmiast wyobraziø sobie uzurpatora, sie dzącego na tronie w stolicy i śmiejącego się szyderczo na wieść, że Maric zostaø królem. Już umrzeć w lesie pomyślaø chøopak. Lepiej umrzeć od miecza wbitego w brzuch, jak matka, niż st

Maric leżaø na plecach. lecz przez zaciśnięte zęby wydostaø się tylko syk. Ugięli kolana przed Orlesianami. znowu z napięciem wsøuchiwaø się w m Kroki się zatrzymaøy. Nieopodal wznosiø się stok. gdy ze wszystkich stron niosøy się mione okrzyki pogoni. Poniewczasie chøopak zdaø sobie sp rawę. Z największą ostrożnością Maric przekradø się bliż u. prawy i uczci wy. że Maric przy gnąø mocniej do bøotnistej ziemi. jak wygląda najbliższa okolica. Nie miaø broni. Byø jednak pewien. jeden z najbardziej zaufanych ludzi matki. a myśli się rozjaśn ie. Ze spojrzeniem wbitym w mrok próbowaø wychwycić choćby kontur. Próbowaø skupić się na szeleście wiatr oronach drzew. nie wydawa hę pociągająca. czuø na skórze strużki potu. W ten sposób zy ska na czasie. Tylko ci leśni strażnicy będą świadkami śmierci Marica. W mroku. Prawe kolano dr pazmatycznie. Chøopak przycisnąø pięść zy. Trudno usøyszeć cokolwiek przez øomot wøasnego serca. nie zaś pasmem upokorzeń. Pøynnie. a polanie. niechaj umrze teraz i na wieki wieków. ale cóż będą warte bez dowodu? A wówczas zdrajcy nigdy n odpowiedzą za swoją zbrodnię. Urywane okrzyki pogoni rozlegaøy się coraz bliżej. Kiedy tak leżaø. choć on sam nie mógø ich dostrzec ? Chøopak rozejrzaø się w panice. i usøyszaø. należeli do szlachty Fereldenu . Chøopak uznaø. ystarczy leżeć nieruchomo i czekać? Chøopak znajdowaø się w zagøębieniu i.. Trudno byøo nasøuchiwać. akøóciøo leśnej ciszy. którego Maric znaø od dzieciństwa. Tym razem cichsze. że Maric znowu znieruchomiaø. Chøopak wyzwaø się od gøupców. kto tropiø M arica. nie się nawet mrugnąć. Nie daøo się rozróżnić søów. Czekaø zatem. najpewniej leżaø teraz martwy u boku królowej. Jakieś dwie godziny wcześniej pożyczyø swój sztylet Hiramowi do przecięc a zaplątanej liny. Jeżeli nikomu z b ników nie udaøo się uciec. Pamiętaø. a na gøowie rozcięcie. Prześladowca niechybnie robiø to samo. Z pewnością na i døoniach miaø zadrapania od gaøęzi. choć jego gøowa zaprotestowaøa gwaøtownym uderzen bólu. niemal czuø na języku cierpki smak soku spøywa ego po szorstkiej korze. rożnie dźwignąø się na tyle. tak gøośny. o krok od zwycięstwa.. powoli i cicho. Ktoś się podkradaø. ból gøowy zmalaø do ćmiącego pulsowania. U pasa wisi aøa mu pusta pochwa.. że skraj lasu jest już blisko. A jeżeli nie. który pop owadzi siøy buntowników.a ten. że na p o zaalarmowaø prześladowców. chichocząc w duchu z jej s trachu. I zamiast dotrzymać przy siąg zøożonych przez przodków. niewiele zdoøa zrobić. A może trzeba wrócić na polanę i sprawdzić. a jego krew krzepøa w chøodzie nocy. który pierwszy wypatrzy drugiego. nie chciaø zdradzać swojej pozycji. z niepokoj przygryzając usta. obcy i daleki. to niechaj umrze ród z krwi króla Kalenhada Wielkie go. zdoøaø wyraźnie zobaczyć m erowane ostrze odbijaøo bladą poświatę księżyca. starając się nie myśleć o tym. na tle zarośli i drzew chøopak nada . dopiero teraz uświadamiając sobie. a ktoś inny. by oddychać wolniej. że prześladowcy mogøoby się przydarzyć to samo.. do jakiego doprowadzi jej nieudany syn. o ile tylko nie zd zi się niewczesnym ruchem lub okrzykiem. Skulony. Maric zmusiø się. że wróg mógøby upaść prosto na chøopaka. Pojawią się domysøy..ać się pośmiewiskiem Fereldenu.zapewne o zbiega.. czy komuś z ludzi matki udaøo się eżyć? Trzask øamanej gaøązki sprawiø. przeszyøa je bøyskawica bólu.bolesny up adek w bøotnistą nieckę. Nieco dalej wśród drzew zabrzmiaø okrzyk. Lecz gøosy zdawaøy się cichnąć. jakby to nie Maric cierpiaø. co wcześniej Maricowi . wygra. by nie odebrano im ziem. Nieøatwo mu iąć się w garść. Wokóø rosøy drzewa. Moż ic nie byø tak dobrze ukryty i prześladowcy widzieli go. a nawoøywania pogoni rozbrzmiewaøy niedaleko. Nozdrza wypeøniø mu zapach żywicy. ale c høopakowi prawie się udawaøo nie zwracać na nie uwagi. Wysokie dęby pochylaøy się nad Marikiem niczym olbrzymy nad maleństwem u swych stóp. wspiąć się na wzniesienie. Ktoś przechodziø bardzo blisko. Wsøuchaø się w ciemność. wie byøo to pytanie . W bladym świet księżyca trudno byøo ocenić. ale jednak kroki. wieść o zdradzie nie dotrze do reszty rebelianckich siø i nikt ni e pozna prawdy. ale udaøo mu się wychwycić ciche kroki. a splątane krzewy zasøaniaøy widok.. woleli raczej zdradzić prawowitą wøadczynię. chøopak przypuszczaø jednak. że dro nie byøa døuga. że nawet jeżeli dojrzy przeciwnika. Chøopak staraø się porus zać ostrożnie. następcy Kró ej Rebeliantki. Odpowiedź jednak nie nadeszøa. lecz te doznania wydawaøy się k odlegøe. karcąc się w duchu za bezgraniczną gøupotę. wilgotne liście i chøodne bøoto waøy się niemal wygodnym posøaniem. a w koronach drzew szumiaø wiatr. Hiram. albo. że przemarzø do szpiku kości. Zadrżaø. Zabawiali się w kotka i mys zkę . Zaskoc omal nie jęknąø. szukający na pewno go przeoczą. Oczywiście myśl. Tę ranę chøopak poczuø wyraźniej niż inne. Niech się skończy upadkiem Królowej Rebeliant ki. że wcześniej rozlegøy się kroki. Ostry ból przeszyø mu nogi i ramiona. Chøopak mógø albo zostać w przypadkowe kryjówce. Wøaśnie wtedy dostrzegø bøysk wśród cieni.. Mrużąc oczy. że jednak nie zostaø dostrzeżony. Szelest wilgotnych liści sprawiø. I jednocześnie nasøuchiwaø czujnie kroków. Pewnie już skradali się do ofiary. Może nawet znajdzie się jakiś daleki krewny Marica. Takie myśli przynosiøy spokój. Choć byøo zimno. dlatego spróbowaø wstać. Maric usiadø. choćby cień przypominający sztaøtem ludzką sylwetkę. z którego spadø. Byøo k ciemno. którzy omamili matkę obietnicami pomocy i wsparcia. Ten. korzenie wys z wilgotnej ziemi. by podkulić nogi i pewnie oprzeć stopy o ziemię.

kazaøa nie søuchać arla. Ciaøo leżaøo nieruchomo wśród cieni.Ty draniu. èzy wypeøniøy Maricowi oczy. I tylko nieustannie wspominaø gøos ma tki.napomniaø się. Zachwiaø się i byøby boleśnie upadø. miaøa w sobie niespożytą siøę. Maric uniósø ręce i ostrożnie podciągnąø się wyżej. gdyby impet nie zwaliø eż jego napastnika. Pięść rozbiøa chøopakowi nos. ale nie umiaø znaleźć p mku nawet wøasnego zadka. gd jduje się przeciwnik. Chøopak uderzyø przec w brzuch. Lec az matka nie żyje. na co ar prychnąø z pogardą.Tøukø coraz mocniej. rzucając: Jakiż król z ciebie będzie? A wtedy matka roześmiaøa się radoś raszając poważny nastrój. choć drżący oddech i zamknąø sobie stal. dokąd rza matka z niewielkim orszakiem. Maric jechaø za nią jak po sznurku. zna jęknąø. . niewyraźny ksztaøt czerniący się pod Maricowi zdaøo się. Maric dopiero teraz zauważyø. Chciaø zostać królem. W peønej zbroi. . ale mężczyzn nawet nie drgnąø. by zrzucić chøopaka. Ogarnęøo go przerażenie. Mroczn a sylwetka zaczęøa się zbliżać. gdzie jest. że napięte mięśnie karku lada moment pękną jak sparciaøe postronki. miecz wypadø z niepewnej døoni i poszybowaø w ciemność. Sięgnąø po nią. I tak oto skończyøy się przygody prawowitego następcy tronu Fereldenu . Matka Marica. Tym raz em zdrajca wrzasnąø z bólu. Ból mięśni daøo się nie spuszczając wzroku z miecza. Mężczyzna próbowaø odepchnąć chøopaka lub choćby krzykn e na próżno. Niemal oczekiwaø. chøopakowi zd się. zoøomiony i niemal caøkowicie oślepiony Maric dźwignąø się.pomyślaø z rozbawieniem zabarwionym rozpaczą. gdzie stacjonuje armia buntowników. zaraz po bijatyce z chøopakiem ze søużby. Bez zastanowienia Maric rzuci lony na prześladowcę. chøopak przyznaø. metaliczny odór. Maric również krzyknąø. pozbawiając go tchu. Nie brzmiaøo to ani odrob inę bardziej przekonująco niż wcześniej. że ać jednocześnie. wydostanie się z gęstwiny i zdobędzie konia.Byøa twoją królową. lecz przeszkodziø mu ciężar kolczugi. który trzymaø broń. . próbując akowi nos i wbić palec w oko. że w pobliżu zawsze jest przewodnik. Kiedy puściø gøowę nieruchomić mu ramię. o wøos mijając ramię. Nauczyciel walki przyprowadziø Marica przed jej oblicze. ze zwisającymi z kolan rękoma. kiedy wróciøa z ostatniej potyczki. ramionami wstrząsnęøy dreszcze. Raz jesz aø sięgnąć do twarzy Marica. a ja jestem królem . Na nieszczęście mężczyzna nosiø kolczugę i czoøo Marica eksplo aøo bólem. tøem mojego życia i wierzę w ciebie bez zastrzeżeń. Jeszcze mocniej. Ostrze poruszyøo się.Zabiøeś ją! . Potrafiøa zić zaprawionych w bojach mężów do zwycięstwa. pr oczyma rozbøysøy mu gwiazdy. ale i tak poczuø się raźniej. Zwalczyø jednak oszoøomienie i chwyciø wroga za wøosy. zarośniętą szczękę. królowa Moira. gdy jego potylica uderzyøa o wy korzeń. posmakowaø jej gorzkich. zabiøeś ją! . Zapewne zd usøyszeli odgøosy walki Marica z brodaczem. Na wpóø przytomnie oderwaø się od bezwøadnego ciaøa i zatoczyø z bólu. Mężczyzna przestaø się bronić a wypeøniø lepki. że w każdym calu przypomina swojego d da. Przewrócili się obaj.wycharczaø. plamiąc l zkarøatem. Przez øzy przedarø się histeryczny chichot. èupanie w czaszce byøo torturą. Z zaciśniętych palców ki wøosów i skóry. I jeszcze raz.i możni nie mieli cienia wątpliwości. Upadek wykręciø mu ramię. gdy po raz trzeci uderzyø rzeń czaszką przeciwnika. pobliżu czaili się inni wrogowie. a ty ją zabiøeś! . przeciwnik próbowaø go zrzucić. Póøprzytom by powstrzymać mdøości. Nawet jeśli umknie pogoni. A teraz nie wi edziaø. Chøopakowi biøo się niedobrze. że ręce ma we krwi . Matka w niego wierzyøa. ostrych krawędzi i pozwoliø. Wøaśnie goøymi rękami zamordowaø czøowieka. Miecz świsnąø mu koøo ucha. Zacisnąø palce na wøos yzny i ponownie trzasnąø jego gøową o ziemię. wiedząc. Pøonąc ze wstydu. lecz tylko umazaø sobie policzki świeżą krwią. ale Maric støumiø pomi eszane uczucia. że przeciwnik się podniesie i ruszy za nim w pogoń. Je królem . jakby uderzyø w pień.warknąø Maric. Okrzyki pogoni znowu zaczęøy się zbliżać. Møodzieńca ogarnęøa żaøość tak wielka. chwytając przeciwnika za gøowę. że potężny dąb wznosi się nad zabitym niczym ponury nagrobek. oddalić od wroga. Ujęøa syna pod brodę i patrząc mu w oczy.Jeszcze raz czaszka rzyøa o korzeń. żeby powstali i walczyli. uciekać. ale to uzbrojony mężczyzna grzmotnąø plecami w nier e poszycie. Umiaøa przekonać najpotężniejszych ze szlachty Fereldenu. że zostaø pobity. co z nimi zrobić.Ty draniu! . Wziąø gøęboki. Maric wykorzystaø przewagę. Mówiono. A jednak chøopak nie potrafiø ruszyć się z miejsca. zbryzganej krwią i potem. Maric na okamgnienie straciø równowagę. Chøopak przywykø. Mężczyzna desperacko sięgnąø do jego twarzy.powtarzaø sobie chøopak. że go prowadzono. P ami wyczuø silną. unosząc broń i warcząc groźnie. ab y przywrócić jej tron . Nie pora na wspomnienia i żaøobę. szarpnąø się. Maric zatoczyø się konwulsyjnie i zwymiotowaø. jakby nie wiedziaø. Siedziaø w ciemnym lesie. Prześladowca jęknąø. arl Rendorn staø obok matki i to on zapytaø. królowa uśmiechaøa się dziko. nadal nie będz ie miaø pojęcia. søowa z trudem dobywaøy się z krt . Musiaø uciekać. lecz z wysiøku. cz to wystarczyøo. by brodaty prześladowca wyprowadziø cios. Czas się zbierać.ie potrafiø zobaczyć czøowieka. chøopak wydostaø się z niecki. a jednak Maric zgubiø się w lesie ledwie po póøgodzi ie. żoøądek zwinąø mu się w supeø. Dlatego nie zwracaø uwagi. który wskaże wøaściwą drogę. . Co gorsza. by ukoiøa s . czy Maric przynajmniej wygraø. jednak nadaremnie. że tak wøaśnie być powinno.i że to e jego krew. Maric się cofnąø i ponownie uderzyø gøową przeciwnika o korzeń.

choćby na chwilę.ejący w sercu i umyśle wir. które mogøy kryć zaginione ostrze. wydawaøo mu się. no gi miaø posiniaczone i odrętwiaøe. szukając miecza upuszczonego przez pokonanego zdrajcę. Zbyt wiele krzewów. Na c jako król miaøby dokonać tylko tego jednego jedynego czynu . byø g ozejrzaø się. Maric nie miaø już czasu na poszukiwania. lecz ignorowaø bó siøkiem chwytając niższe gaøęzie. Chøopak nigdzie go nie widziaø. Cienie wokóø Marica por uszaøy się bardzo powoli.zdrajcy zapøacą. nasøuchując. a potem ruszyø w przeciwnym kierunku. Pierwsze kroki stawiaø niezdarnie. zbyt wiele splątanych i pokrzywionych korzeni. Podniósø się szybko. że znalazø się w otoczeniu jakby żywcem wyjętym z rszego koszmaru. Kiedy otworzyø oczy. może podczas walki zøamaø kość lub dwie. Musiaø się uspokoić. zagøębiaø się w mrok. W pobliżu rozlegø się okrz zbyt blisko. Zdrajcy zapøacą za swoją zbrodnię. . ską obiegø gøos.

Co nie znaczyøo. . tym bardziej że to z ich winy rodzina køusownika mu siaøa porzucić gospodarkę. Loghain potrafiø zrobić na ludziach wrażenie.powtórzyø køusownik z irytacją. niż by upolować zwierzynę. marszcząc brwi. by go n ie zauważono. . bezmyślnie śc erając bøoto z odzienia. A Loghainowi to odpowiadaøo. co mogli. jeśli szeryf nie pośle ostrzeżenia? Ta myśl martwiøa Loghaina.Zøodziej przewróciø oczyma. wszyscy. Rod zina Loghaina stawiøa opór. Køusownik przypuszczaø. Dannon podążyø za jego spojrzeniem i skrzywiø się lekko. że to nic ważn h! . prawda? Mówiøa. że danin nieść. . co knuje Ceorlic. a kiedy przyszli żoønierze.wielki i brutalny mężczyzna emanujący podejrzliwością . Miaø nadzieję. Mężczyzna odgarnąø z oczu ciemne lo ygnacją myśląc. księżyc opuszczaø już bezchmurne nocne niebo. to chodźmy już. Ludzie ni zawsze mogą robić to. Naciągnąø kaptur. cóż. okazaøo się.Przecież Karolyn z wioski uprzedziøa. . rabowali sakiewki i napadali na podróżny ch. Lecz co.Nieważne. jakież jedn ak miaøby nosić køusownik? Orlesianie. Loghaina nie obc hodziøo. kto nie nale zadufanej w sobie. a Loghain wolaø. więc oczywiście uznano. . Mroźny wiatr przemknąø między drzewami. . .zapewniø Loghain. Dannon baø się Lo ina. Spojrzaø z takim kamrat aż się cofnąø o krok. øagodnie rzecz ujmując. Mówiono mu często. że ziemię może posiadać ktoś. a spojrzenie tak ostre jak pchnię ie nożem.Powiedziaøem. gdy spoglądaø w las. Zøodziej nieźle radziø sobie z noż le z większą bronią byø bezradny. ale bardzo mu zależaøo. że coś się dzieje . Następnego roku odmówiø pøacenia. że Dannon dziejem. które. co trzeba. . Køusownikowi to odpowiadaøo.Nie zami am pakować się w køopoty . Ale lepiej sprawdzić. mniej przychyl nych określeń na takich jak Loghain: rzezimieszki. mieli wiele innych.Królowa Rebeliantka wiedziaøa o tym najlepiej.Mam rozumieć. więc nikt nie powinien wiedzieć.Ceorlic to tępak. Loghaina mogøo nie obchodzić.Uśmiechnąø się do zøodzie jaźnie.Widziaøem jakieś ślady. a nawet bandyci .ale te go ostatniego używano jedynie w ostateczności. Lepsze jednak takie schronienie niż żadne.Coś się dzieje . by towarzyszowi nie przyszøo nagle do gøowy . W obozie banitów uważano go za møodzika . że możemy napotkać ż y. dlatego teraz żyøa w fereldeńskiej dziczy wraz z innymi pokrzy wdzonymi. że ten znajdzie w sobie dość przyzwoitości. . się późno. A teraz musimy wracać. że ty niczego nie zauważyøeś? Dannon wzruszyø ramion mi. Dannon . Nie żeby Log ain mógø go osądzać. W chøodne noce Loghain i inni banici chronili się we wøasno znie wybudowanych szaøasach. schodząc ze . Robili. że wøosy ma równie brudne co døonie. Pewnie kręcili się tutaj żoønierze. malowanej arystokracji. udawaø jedynie.Co mówiøeś? Zauważyøeś coś? . Ojcu Loghain daøo się uzbierać dość. tym razem jednak Loghainowi i Dannonowi się poszc zęściøo. Za wszelką cenę chce się wkra ski uzurpatora. jednym z tych. a wówczas wygna eniosą się w inne miejsce. by uprzedzić banitów. że tu jesteśmy. Polowan ie po ciemku nie jest øatwe. choć nieco nerwowo. nagrodę za n ocny trud zwierzęta zøapane na ziemiach pana znanego z orlesiańskich sympatii. starając się przetrwać najlepiej jak umiaøa. jak to robili już wiele razy. również Dannon. jak naz ywają go Orlesianie. Miejscowy sze ryf rezydujący w Lothering pochodziø z Fereldenu i przymykaø oko na wyjętych spod prawa. a tym. nas to nie dotyczy. skoro ubranie byøo znoszone i brudne. . że to trochę uspokoi towarzysza. nie należaøy do zbyt przytulnych i wygodnych. Karolyn wspomniaøa.. co się święci.Dannon podrapaø się po h atym nosie i poprawiø ubitą zdobycz. Daremny trud. gøadząc rękojeść miecza przy pa . zøodzieje. Nikt nas nie przyøapaø na polowaniu.Wskazaø na zające dźwigane przez Dannona. Raz jeszcze zerknąø na las. Lo in zmarszczyø brwi na dźwięk imienia banna. Przez ramię miaø przewieszone trzy zające. Staø na skraju lasu. Teraz musiaø mieszkać w lesie. wszyscy to wiedzą. .. by nie trafić do ich więzienia. którzy żyli w miastach.. Zima tego roku nie chc byt szybko. że køusownik ię dobrze w towarzystwie wielkoluda. Orlesiański imperator naøożyø na rol ików dodatkową daninę. rzecz jasna. którzy nie mogli jej spøacić. że rankiem widziaøa banna Ceorlica idącego z grupą zbrojnych na póønoc. ale i gospodarz trafi do więzienia za nieuregulowane należności. szczególnie kiedy myśliwemu bardziej zależy na tym. Køusownik zadrżaø. wymuskanej. . że nie spoglądali przychylnie na wolnych wøościan z Fereldenu. ponieważ nie wykazaø się wprawą w swym fachu.*** . o bøękitne oczy są jak lód. że ich ściga. że nie tylk rstwo przepadnie. wiosna się spóźniaøa. .szczególnie annon zwykø go tak traktować. Nie pakujmy się w køopoty. Najeźdźcy nie wierzyli. by zapøacić trybut w pierwszym roku. Obecność banitów w końcu przecież stanie się niewygodna. jak nazywają go Orlesianie. konfiskowano wøości. nic zatem dziwnego.No. Ruszyø do lasu. . by ukryć niejedną armię .. .I uznaøeś. pod presją okoliczności. zimne i przenikające na wskroś.stanąø za Loghainem. Miaø jednak nadzieję. W królestwie Fereldenu byøo dość wzg i lasów.Nikt nie widziaø.Chcę ich uniknąć. Pewnego dnia stróż prawa będzie jednak zmuszony do podj a bardziej stanowczych dziaøań i Loghain zdawaø sobie z tego sprawę. że polujemy. zza którego przybyli. Tak.wymamrotaø Loghain. że Ceorlic przemykaø się opøotkami i nawet nie zajrzaø do karczmy. Udaøo się nam. jakby nie chciaø być widziany. Dopóki nie napadali na podróżnych i powstrzymywali się od nagminnych lub dotkliwych kra dzieży. by wydawać mu rozkazy.

że w lesie przebywaøo z najwyżej dwudziestu ludzi. Ki mkolwiek byø przybysz.wyszeptaø. Już miaø zawrócić. Próbując zigno ać niecierpliwe pomruki Dannona. Dźwięki tøumiøa odlegøość. Ale Loghain wiedziaø swoje. czoøgając się przez rzepøa mu na twarzy i na rękach. . zøodziej byø także zabójcą. Zapewne nic. że køusownik i jego ojciec r zadko się ze sobą zgadzali. Cokolwiek Ceorlic i jego ludzie robią w lesie. a on ma nóż. . jeżeli to zrobi. jak rzekøeś. przyczaiwszy się. Loghain zmrużyø oczy.ie tobie to osądzać . że chøopak uciekaø prześladowcom. Dannona chyba ucieszyøo to stwierdzenie. Robi się późno. że jego towarzysz może mieć rację. Zdaje się. zatrzymując się tylko na chwilę. że musiaø uciekać. że nic się nie staøo. Miaø ochotę stanąć przed nim i spojrzeć wyzywająco.. aby ujść pogoni. by wrazić køusownikowi ostrze i zaøatwić sprawę raz na zawsze.Skąd mam wied rzecież go nie widziaøem. A może Loghain byø tylko gøupi. Gdyby bann Ceorlic przyprowadziø liczniejszy oddziaø do Lot hering.pomyślaø Loghain.. I t ylko wtedy. . jaki mi powiedziaøeś. Ciszę przerwaø zbliżających się kroków. A Loghain zaczynaø myśleć. Chodźmy stąd.Nie. I jakby tak naprawdę nie doszøo do konfrontacji.. . Z pewnością nie byø odziany do wędrówek po lesie . gdy nim dyrygowano.to idź. można by pomyśleć. a potem zamarø. Lis. Dannon nie lubiø takich sytuacji. by sprowokować towarzysza jeszcze bardziej. a zapewne møodszy . . Poprawiø zające na ramieniu i odwróciø się. by przewrócić oczyma. wychynąwszy spośród cieni jak niechciany dar.To pewnie pierwsz y komplement. . peøne napięcia milczenie. czy będzie musiaø go użyć i co powrocie do obozu banitów. brud i wcale spore smug krwi. Polityka Fereldenu nie obchodziøa wyjętych spod prawa. Nie zostaø wychowany na gøu ca. by ich oczy przywykøy do ciemności rozj aśnianej jedynie bladym światøem księżyca. . ale daøo się usøyszeć nawoøywania ludzi. podczas gdy Loghain. øamiąc gaøęzie i robiąc mnóstwo haøasu.rzuciø c . Zøodziej prychnąø z odrazą. W tej chwili ktoś jednak nadchodziø .To polowanie na lisa. za ylko szumem wiatru w gaøęziach i dalekimi okrzykami myśliwych. Obchodziøo ich przetrwanie. ale ruszyø za køusownikiem bez sprzeciwu. banitom nie wróży to z pewnością nic dobrego . że nie posøuchaø zerze w to wątpiø. gdy od niej zależaøo przetrwanie. . Dannon drgnąø czujnie.pośpiesznie i niezdarnie. może Dannon m aø dość odwagi. Møody. Obaj znieruchomieli.Jeśli chcesz iść . . ale n ie sięgnąø po miecz i poczuø satysfakcję. wyraźnie zajęty m. .. zastanawiaø się. że bann Ceorlic mijaø wioskę.pomyślaø køusownik. Køusownik westch nąø z irytacją. Dobry søuch .Splunąø pod nogi. Dannon nerwowo cofnąø s o kilka kroków. lecz śmiertelnie z . zøodziej miaø jednak dość rozsądku. Weszli w las. Loghain domyśliø się øatwo.Nie pamiętam .wycedziø Dannon.Co dokøadnie powiedziaøa ta twoja dziewucha z karczmy? Zøodzie j wzruszyø ramionami. Przybysz nagle poj awiø się na widoku. I tak być powinno . Może lepiej obrócić to w żart? Nie żeby køusownika to obch iøo.Hę? Loghain powstrzymaø chęć. jest w coś zamieszany. To ojciec L oghaina osądzi. Pomiędzy mężczyznami znowu zapanowaøo døugie. choć Loghain dostrzegø. To byø møodzieniec najwyżej w wieku Loghaina. którego gonią stwierdziø L jasne . Jednak Loghain nadal się wah iedziaøeś. wbijając wzrok w leśne cienie. sączącym się przez baldachim listowia. ale plecy mu zesztywniaøy od tøumionego gniewu. by odejść. że Loghai n mimochodem trafiø w czuøy punkt. wyciągnąø miecz. udawaø jednak. jednak po chwili køusownik wychwyciø odgøos. Loghaina kusiøo. Wielkolud nie ruszyø się jednak z miejsca.Wyglądasz zupeønie jak twój ojciec. ilu ludzi miaø ze sobą? . to ma niewątpliwie dość wredne poczucie humoru. . Zatem co się tutaj dzieje? Køusownikowi ie podobaøo się.Søyszaøeś? .. z pewnością wywoøaøoby to więcej komentarzy. czy może coś zrobić. Czøowiek. Loghain nie lubiø. wbijając w yzn przerażone spojrzenie.Nie zamierzaøem prawić ci komplementów. . że nerwowo prze stąpiø z nogi na nogę. w każdym razie nie tylko.Brzmiaøo raczej jak okrzyk. gdy Dannon pierwszy odwróciø wzrok. Wiat r szeleściø wśród liści. że jeden ze szlachciców. . co Log n wiedziaø.Dannon z wahaniem.Miaøeś rac ie chodziøo o nas. bez wątpienia musiaø zabić. Loghain wytężyø søuch. takim. gdy rø. że jest ciemno. by się nie dzywać.nawet jeżeli nie dotyczy ich bezpośrednio. rozpraszając ciszę. Chyba nie należaøa do niego. j ak twierdzą kapøanki. Jasne wøosy i jeszcze jaśniejszą skórę znaczyøy zadrapania.i musiaø wyleźć akurat prosto do nich. czyż nie? Jeżeli w niebiosach jest Stwórca. Loghain zastanawiaø się. liście. poszarpanej koszuli byøo mnóstwo bøota. doskonale znany z oddania orlesiańskiemu tyranow i.Nie mówiøa. . posyøając Loghainowi twarde s rzenie. Przedzieraø się w panice prz ez zarośla. . o k owarzysz. Ale nawet ktoś taki jak Dannon wiedziaø.Skoro to nas nie d otyczy. Kto wie. Køusownik niemal søyszaø jego myśli dziej pomyślaø. Dannona nie oiø coraz bardziej niepewny grunt pod nogami. gdy tak robisz. że wielu zbrojnych.na cienkiej.odparø Dannon. Odpowiedziaø zøod iejowi równie twardym spojrzeniem i przez døugą chwilę milczaø.Zwierzę? .. . kiedy wyjęci spod prawa zaczną nadużywać gościnności miejscowych lub narażać a niebezpieczeństwo. jakby tam szukaø odpowiedzi na swoje wątpliwoś Dannon chrząknąø. Jakby wc ie cofnąø. Jak myślisz. . Z tego.Więc nie zwlekajmy. ale przecież nie warto bez potrzeby prowokować wielkoluda. polityka miaøa znaczenie. który lubi zadawać ból ofiarom i søuchać ich k e ta przeszøość sprawiøa.

oceniø Loghain. .Stwórcy niech będą dzięki mamrotaø pod nosem Dannon. czy jeszcz e czegoś innego . A intuicja rzadko go zawodziøa. jakby chciaø od nich uciec. zdradziø Loghainowi.Za tym smarkaczem przybiegną inni! .zawoøaø køusownik. I ci ludzie. rozd zy pragnieniem ucieczki i walki. . Przez døugą chwilę jasnowøosy chøopak e biø się z myślami. Lo ghain nie potrafiø rozpoznać akcentu. jakby dopiero teraz je zauważyø.zgodziø się jasnowøosy møodzieniec.Nieważne.... że o ślady. . by poznali caøą historię chøopaka.Po części .Chyba zabiøem jednego z nich. Zbieg zamknąø oczy i zadrżaø ponownie. ale ze sposobu. Nie wydaje mi się.Mamy obóz . komu winien odpowiedzieć. jak i przybysza. pewnością poniesie klęskę.szepnąø Loghain. Z pewnością zbieg nie byø nędzarzem.O ile tam wøaśnie zmierzaøeś.. . . czy gøupoty. zostawiając towarzyszy w tyle. Ból. by pokazać uciekinierowi. nieøatwo dotrzeć. byøo eleganckie i zdobne. w jaki chøopak mówiø. i wierzę ci na søowo. jasno wynikaøo. który pierwszy rzuci się do ataku. skąd rozbrzmiewaøy okrzyki. lecz potem zerwaø się i ruszyø bez dalszego wahania za zøodziejem i køus ikiem. to na drugiego.. . ż jest wyksztaøcony..Uniósø brew. jak rozumiem? . że møodzieniec spróbuje.Dlaczego cię gonili? . tylko podejrzliwie zmrużyø oczy. jakby chciaø zaprotestować. nie patrząc ani na køusownika. że zamarzniesz na kość. Møodzie c otworzyø usta. Loghain mógø się wreszcie przyjrzeć lepiej uciekinierowi. że chøopak nie pow edziaø caøej prawdy.Oni. Odzienie chøopaka. Loghaina maøo to obchodziøo.zapytaø powoli. . Chøopak nie miaø nawet peleryny czy pøaszcza. to øatwo nie odpuszczą.westchnąø ciężko.Ale poradzę sobie. . że banici natrafiali na kogoś.Wy. Buty wyglądaøy na solidne i wykonane z dobrej skóry. Møodzieniec zamyśliø się na chwilę. niż wydawaøo się na pierwszy rzut oka. Niedøugo zorientują się. bezskutecznie próbując wytrzeć kr policzków. który znalazø się w podobnej j sytuacji. ale ich wielu.tego køusownik nie wiedziaø. . . Ten znowu przyglądaø im się podejrzliwie. Postawa wielkoluda zdra dzaøa niechęć i gniew. tym większą. Loghain zerknąø na Dannona. rozglądając się i zapewne prób oznać okolicę.Kt cię ściga? . . Wielko ud skrzywiø się. kto stanąø na drodze Orlesian. kim są. gdzie mógøbym. . Wydawaøo się. Zda ję sobie sprawę.Spojrzaø niepewnie na banitów . To. Zabili. A potem schowaø mie Jasnowøosy chøopak nie poruszyø się. jednak Loghain czuø. . Pewnie syn kupca. choć brudne i podarte. Za nim zabrzmiaøy gøośniej okrzyki pościgu. Poruszali się szybko i wkrótce okrzyki po oni za jasnowøosym møodzieńcem zamilkøy. gdzie mógøbyś się ukryć? Jasnowøosy chøopak ponuro zwiesiø g ie. . Caøa trójka w milczeniu wróciøa na ścieżkę. Dannonie . to na Loghaina i jego towarzysza. to Lothering.rzuciø obojętnie. ale daøo się zauważyć. co zobaczyø.Søuchaj . . czy zbieg do nich doøączy. . . jakby zastanawiając się.. ż mu zaufać. A na miejscu tego chøopaka køusownik też nie ufaøby przypadkowo napotkanym ludziom. Jasnowøosy chøopak zwilżyø usta. jakie zwykli nosić rycerze. . Loghain pow oli uniósø døoń. .A potem zacisnąø zęby pojrzaø Loghainowi w oczy. Ni o raz pierwszy zdarzaøo się. Loghain udaø. Zapew ne møodzieniec byø kimś więcej. Ja.Nie mamy pewności. że nie chce mu zrobić krzywdy. Jasnowøosy møodzieniec milczaø. . .oznajmiø Loghain niepewnie. Tam. .perowany . którą przybyli Dannon i Loghain. Znasz inne. Køusownik spojrzaø na Dannona. Ze skraju lasu bez trudu można byøo dostrzec pola uprawne. mocno go zmieszaøo.zatem nie zwykø często przebywać e..Na pewno? . Zresztą Loghain nie sądziø. których kiedyś widziaø. ale przynajmniej n ie próbowaø przeszkodzić Loghainowi. Bez wątpienia byø przestraszo choć staraø się zwalczyć ten lęk. Bez wątpienia interesowaøo go tylko wøasne bezpieczeństwo.Køusownik postąpiø krok naprzód. nie spuszc zając wzroku z uciekiniera. Dannon gwi dnąø z aprobatą. Wielkolud w odpowiedzi wzruszyø ramionami. Unosząc ręce pokoić zarówno towarzysza.To ludzie banna Ce orlica. aby to byøo konieczne. Nerwowo zerkaø to za s ebie. że nie musicie mi pomagać. . Chøopak skuliø się wśród cieni jak zøapane w puøapkę zwierzę. Wątpl iwe. ale Loghain uniósø døoń.Tutaj możemy się rozstać . L ain odwróciø się do jasnowøosego møodzieńca. Spuściø wzrok na swoje døonie. Nadal się nie ruszaø. gdy wyszli z la w jaśniejszy blask księżyca. m ojego przyjaciela.Znajdę drogę.Køusownik wskazaø na podarte odzie nie. . Pierwsze miejsce.Chodź z nami.. na smugi krwi czarnej w blasku księżyca.Zaczekaj. wysuwając się przed Loghaina . . Zøodziej iø. Przypominaøy Loghainowi obu wie. który przemknąø mu po twarzy.Ukryty. . ale i tak spróbuje. Czy to oznaka uporu. że wspóøczuje møodemu.wykrztusiø. ani na zøodzieja. namyślając się krótko nad odpo Orlesiańskie psy . przystając. za im dotrzesz do wsi.Zdaje mi się. Loghain zmarszczyø brwi.. zwróciø się do møodzieńca skrytego w cieniu. Powiedziaøeś.Wynośmy się stąd! syknąø Dannon. o cię ściga. Jestem wdzięczny. Zøodziej zatrzymaø się niechętnie. a potem zacząø się przekradać wśród drzew. w jakim zaczną ci zukać.rzuciø.. Obcy chyba poczuø ulgę.. którzy szli za tobą.Czekaj . Ograniczyø się jedynie do niechętnego pomruku. .zapytaø dociekliwie Dannon. Dannon najeżyø się i køusownik dostrzegø bøysk noża. Loghain nie wątpiø. obserwowaø jednak. że wyszedøeś z lasu. Dannon zakląø pod nosem i ze wz iem wbitym w ziemię schowaø nóż. że to ludzie lojalni wobec Orlesian. e trząsø się z zimna i strachu na każdy odgøos wśród drzew .No.. jakby nie pewny.Dobra odpowiedź. . przeno rok to na jednego.. .

Andrasty. . którym Maric byø okryty.Ha! To ty zaciągnąøeś tu m A skoro tu jest. Jasnowøosy møodzieniec nadal spoglądaø pod no gi.. To. Dannona. wszak on i Dannon byli w rzeczy samej zøodziejami. jakby żegnaø się z życiem. Staraøam się nie robić haøasu. Jednak co się staøo. zanim uścisnąø døoń... ale niewiele byøo do oglądania. klęcząca przy m ze szmatą w døoniach. wielebność? . Nie sądzisz chyba. Wiek pozostawiø na kobiecie swoje piętno. Kiedy Maric się obudziø.g obiegø zza posøania. .To nie jest konieczne. I potrafiø rozpoznać k apøankę. sprawdzaø. kiedy jednak wraz z towarzyszami dotarø do wzgórz. Chøopak zawahaø się na okamgnienie. søowa przeszøy w kaszel. Matka nalegaøa. wczoraj tak bolesne. . nie. ale amtej chwili byøo mu już wszystko jedno. Twój wybór. P aø się zagubiony. eta mówiøa z godnością i nosiøa czerwoną szatę Zakonu. i zaczniesz wyglądać mniej podejrzanie. czy nie pożaøuje. musiaøa tu być caøy czas. Nie mam nic cennego.Obudziøam cię? . szc zególnie gdy Loghain nalegaø. Cichy plusk wody wyrwaø Marica ze wspomnień i przywróciø do teraźniejszości. Po chwili chøopak przyzwyczaiø się do światøa i zacząø widzieć ostrzej. byø pewien.Na tchnienie Stwór zøowieku! Spójrz na siebie! Myślisz. czy ug otują na kolację. Nieopa rznie otworzyø oczy . że robimy to dla zapøaty. które wiódø dotychczas. bynajmniej nie ogarnęøo wspóøczucie. to się nie odstanie.. . że to faøszywa nadzieja. nie. .to tak naprawdę miaø na myś le Loghain nie poczuø się obrażony. wyraźnie niepewny i zawstydzony.Wasza.Coś nagle zmieniøeś nastawienie. Maric nie miaø nic przeciwko dodatkowej ostrożności. Loghain wiedziaø aż za d os nie obchodzi się z ludźmi øagodnie. czy banici zamkną go w jakiejś ciemnicy. gøowa pulsowaøa natrętnie i nieprzyjemnie. Pomie zenie nie przypominaøo komnaty. Albo możesz iść swoją drogą.Hiram. Sen. . parę razy miaø okazję odwiedzić świątynie. . .wpadające przez maøe okno promienie popoøudniowego søońca oślepiøy go n chmiast. Pamięt ozie staøa jedna prawdziwa chata . nogi odmówiøy mu posøuszeństwa. jak każdy mieszkaniec królestwa Ferelden. .dodaø szybko. byø wytarty i cuchnąø pleśnią iniaki i zadrapania. a ieoczekiwanymi ratownikami zamieniø ledwie kilka søów. Pamiętaø mgliście. Intuicja d tychczas go nie zawiodøa. Pewnie zaraz matka zajrzy do komnaty i zgani syna. Loghain wskazaø na oddalającego się coraz ziej Dannona. Jasne .Loghain wzruszyø ramionami. kiedy miaø ją przed oczyma. .dzieciak byø zrozp czony. . Maric. a koc. Uświadomiø sobie. próbując dzielnie znosić bó ym zaskoczeniem zdaø sobie sprawę. by ja syna objęøa też sprawy religii. że nadal ma na sobie wøasną bieliznę. czy nie są śledzeni. Chøopak z oporem przypomn iaø sobie wydarzenia minionej nocy. DWA..zapewne mająca najwyżej jedną izbę . . niż møodzieniec mógø oczekiwać. że kobieta. Dannon prychnąø na obcego.zaskoczyøa go liczba koślawych.Odwróciø się na pięcie i ruszyø napr Im szybciej znajdę się przy ogniu. Ale Loghaina. jakie go powitaøy. który pogøębiø tylko e w czaszce. Razem opuścili las. Święty symbol.Och. jak wkroczyø do obo u .Zatem lepiej go dogońmy. że udzieliø zbiegowi pomocy. ale zawsze jest ten pierwszy raz. co? Møodzieńcowi nie przyszøa do gøowy stosowna odpowiedź. Jednak zaraz zrozumiaø. wziąø chøopaka w ramiona i utuliø do n adomości. rzecz jasna. którego tak bardzo potrzebowaø. Møodzieniec obróciø gøowę. Chøopak zadrżaø.gøos miaø ochrypøy i zduszony. Kobi się gorzko. Temu smarkaczowi też nie popuściø .Przepraszam. choć to dostrzegø.Na i Loghain. Będzie sz też mógø się umyć.. to co? Przynajmniej znajdziemy ci jakąś pelerynę. koślawy stóø i kilka pniaków søużących krytych brudnymi szmatami. Na chwilę poczuø ulgę. bo zawroty gøowy wywoøaøy mdøości. zanim prześladowania uzurpatora usiøy rebelię do ukrywania się. że śpi tak døugo. gdy od pól dmuchnąø mroźny wiatr. ruszyø za Dannonem. że znajduje się w obozie rebeliantów i padø jedynie ofia wyjątkowo paskudnego koszmaru. znowu dokuczaøy. To znaczy żeby wam odpøacić za pomoc . więc tylko skinąø gøową bez przekonania.i chyba wøaśnie w nie się znalazø. równie dobrze możemy go stąd zabrać. Pamiętaø także podejrzliwe spojrzenia i oskarżające szepty. Loghain zaniepokoiø się. tym lepiej. Kilka razy podczas wędrówki mężczyzna. nędznych szaøasów i namiotów rozrzuconych między skaøami aroślami. køamstwo.. . Co robiøa w obozie ludzi wyjętych spod prawa? . by wracali do obozu døuższą drogą. To z kolei denerwowaøo większego.Ja. Chøopak wierzyø w Stwórcę i czciø poświęcenie Jego oblubie az prorokini. Maric jęknąø gøośno i opadø na posøanie. Skinąwszy na Hirama. co można ukraść . ale nie caøej spoøeczności ukrytej wądoøach. Maric widziaø ją teraz wyraźniej. lecz obszedø się z nią øagodnie. Zaoferowaø pomoc a to więcej. . . że poradzisz sobie sam? Loghain zmierzyø wielkoluda p owątpiewającym spojrzeniem. Nic cennego. Nie jestem aż tak wielebna.Wyciągnąø rękę. Przez parę godzin skradaø się przecież w mroku i przemarzø do szpiku kości. mój drogi. który kazaø się na ać Loghainem. Jedyną ozdobę stanowiø rzeźbiony kawaøek drewna wiszący nad posøan em: søońce wpisane w okrąg. Umeblowanie byøo tu więcej niż skromne.. Maric przeciągnąø się. zanim wpadnie w jakąś dziurę. Spodziewaø się może garstki wyjętych spod prawa.No. Wzrok mu się rozmywaø.

. Tymczasowo tu mieszkamy i tyle. Na czerwonym ornacie nosiøa zøoty z wygrawerowanym krzyżem Andrasty otoczonym świętym pøomieniem. na ile poważnie się zraniø. Chyba mocno s erzyøem . choć czasy te minęøy już dawno.A ja jestem siostra Ailis.wymamrotaø Maric. jakie posøaøa Maricowi.Nie miaøem okazj i. møodzieńcze.Kapøanka przetarøa czoøo Marica. . jak mi się zdaje. Bez wątpien a za møodu byøa pięknością.Sporo krwi . . .. . Kobieta zauważyøa spojrzeni e Marica i uśmiechnęøa się. zdążyøeś się już domyś a mocniej przetarøa tyø gøowy chøopaka. Trzeba chyba smoka. że obietnica bogactwa może skusić każdego.Na pewno chcesz je umyć. dotknąø jej døoni.odpowiedziaøa w końcu. .. na nudę. .z eta.W większości nie mojej.Prawie caøy dzień ... nawet wyrachowane. które nie mają się do kogo zwrócić. Woda w misce natychmias zabarwiøa się szkarøatem. ale z każdym rokiem takich jak my jest coraz więcej. by wiedzieć. Przyglądaøa mu się przez døuższą chwilę wyblakøymi szarymi oczyma.. Maric zawsze narzekaø na zakazy. Kiedy kapøanka skończyøa. choćby na jedną noc.Tak. Przyjąø wilgotną ściereczkę bez søowa.To miejs ma nazwy.Jak dø . Wycisn zmatkę i wróciøa do obmywania twarzy chøopaka. ale nagroda zapewne przekraczaøaby najśmielsze oczekiwania wyjętych spod prawa. Zdesperowani ludzie przychodzą tu od cza su do czasu i gromadzą się. jeśli mogę wiedzieć? Loghain ci nie powiedziaø? .Wskazaøa na ręce chøopaka.Wykręciøa szmatkę. tuż nieopodal Gøuszy. że to wszystko wyjaśnia. Jeszcze w lesie instynktownie ukryø swoją prawdziwą tożsamość. Nawet w ciągøym ruchu on i matka ukrywali się w znacznie le pszych warunkach niż ludzie tutaj. . tutejsi ludzie zape ne uznaliby chøopaka za uprzywilejowanego.Hiram. I chyba tak wøaśnie byøo. Jak teraz. . . że ludzie z obozu są zdesperowani. gdy zachodzi konieczność.A gdzie jest to tutaj. søyszaøam .oki zaczynaøa przetykać siwizna. by mogli odpocząć od marszu i s w namiocie. Byøo w nich wspóøczucie. Zastanawiaø się jednak.Niedøugo będziesz miaø. nadal uwalan po øokcie zaschniętą krwią i bøotem. Tym razem wodę zabarwiø brud. Jak się z tym czujesz? Møodzieniec powoli wytarø ręce..Rozbawi ne spojrzenie. Jest tak podobny do ojca. Większość usiøuje po prostu eżyć. Przestronnym namiocie. Przynajmniej teraz. czy Marica wygląda równie paskudnie.Spojrzenie chøopaka byøo spokojne.Przewodzi nam Gar eth. Zdaje się. jaką widziaø w tym obozie. Stare warownie.Nie martw się tym. miaøo chyba oznaczać. Maric nie miaø pojęcia.uświadomiø sobie. Nie trzeba być nędzar zem. gdyby wydali następcę Królowej Rebeliantki. . . Pojawia się tyle zagubionych dusz . Sądząc po nędzy. Cokolwiek zrobiøeś jesteś bezpieczny. Ale tego. . . Ciekawe. . które musiaø znos ić.. o co pytaøa kapøanka. Troszczy się o nasze bezpieczeństwo. żeby wy ciągnąć z tego chøopaka więcej niż dwa zdania pod rząd. Ciekawe.Kapøanka westchnęøa i wykręciøa szmatkę.Wiedz. chyba søuszn awet siostra Ailis powiedziaøa.. . ale staraø się nie myśleć. . . że moje dni w hierarchii Zakonu dawno przeminęøy.Gareth to ojciec Loghaina. A potem uśmiechnęøa jąco i odgarnęøa Maricowi wøosy z czoøa. na ile jego dotychczasowe życie można porównać do tego w obozie.Nie. Maric zerknąø na ręce. Zawsze też znalazø się szlachcic gotów ich ugościć. . eż czujność i podejrzliwość. . Woda byøa chøodna i orzeźwiająca. .To P oøudniowe Wzgórza. rzecz jasna. opactwa ukryte wśród gór. .Znam to . więc Maric p stu zamknąø oczy i poddaø się zabiegom. . jak uzurpator mógøby ich nagrodzić. że krzywda nie robi sobie wolnego. nie podnosząc wzroku. ile . a szare oczy otaczaøa sieć gøębokich zmarszczek. wywoøując przeszywające uderzenie bólu. na brak swobody. marszcząc brwi w n ywanym zmartwieniu. Wiedziaø. Widziaøeś się z nim? . nie powiedziaø.

*** Maric stanąø przed chatą i rozejrzaø się uważnie. Niestety. Kobieta raz jeszcze wypøukaøa szmatkę.Niechaj Stwórca przyjmie ją do siebie . . Skórzany pancerz Logh aina musiaø stanowić tu wyjątek. Niezwykle dobra b na køusownika .rzuciøa krótko kapøanka. Przez døugą. ale kobieta nie sk omentowaøa jego zachowania ani søowem. Nawet gdyb y nosiø øachmany tak jak pozostali. by ich prowadzić i pomagać w próbach losu najlepiej jak umiem. A potem za karę spalili ją na krzyżu. . Loghainie. Maric spotykaø akich ludzi przez caøe życie .choćby oficerów armii matki . Ongiś cywilizowane państwa uważaøy Ferelden za krainę przeklętą. że jest obserwowany. Mógø przeszukać wielkie imperium. by ukryć swój niekompletny strój. Uśmiechnęøa się.ludzi. . . Dobrz ednak. Nie czekając na odpowiedź. że gdzieś o tym søyszaøam. Ja caøy czas tu jestem.Ludzi e zapominają. Jakby wyczuwając..mruknąø køusownik. niezręczną chwilę chøopak tylko patrzyø n je nieco czyściejsze palce. . Maric wyrwaø je natychmiast. . . co uczynili.Siostra Ailis byøa pod wrażeniem. by odejść.E. . . ale chøopakowi niespodziewanie zabrakøo søów. Zostaøa oblubienicą Jego. co najcenniejsze.zawoøaø za nią Ma Zatrzymaøa się w progu i spojrzaøa wyczekująco.Ale czy ci ludzie nie są?. a Maric przekląø swoje pragnienie.z tonowaøa øagodniejszym tonem. spoglądając na Loghaina. . Nagle onieśmielony Maric podciągnąø koc pod brodę.Zostaøem zaatakowany . co wskazywaøo. że wyjęci spod prawa obozowali tu pewn e od miesięcy. zmierzyøo Marica chøodnym.Na zrodzonej i wyrosøej wśród wyrzutków. że go tu przyprowadziøeś. Ubiór wyglądaø na ciężki. Odwróciøa się. przy kilku ognisk ach wędziøo się zajęcze mięso. postanowiø znaleźć sobie oblubienicę. nie miaø wrażenia.Wyksztaøcony z ciebie møodzienie c. .Siostro Ailis! .Czuje się już lepiej znajmiøa kapøanka. namioty i szaøasy naprawiano przy plotkach i chichotach. bogate i rządzone przez potężnych magów. jej oczy rozbøysøy. choć krótsze i na skroniach przyprószone siwizną.Ci ludzie zabili moją matkę. można znaleźć t ie najmniej się tego spodziewamy..Czasem to. że to jest przywódca. nikt więcej. tętniąca życiem osada. że Ferelden nie zawsze byø taki jak teraz.Skoro jesteś kapøanką.Tak.Wzruszyøa ramionami.Uczeni osądzili przecież Andrastę zakończeniu krucjaty. To. Orlesian trudno byøo nazwać dobr ymi panami. Nawet wypowiadając na gøos te søowa. . c tutaj robisz? . W pobliskim strumieniu kobiety praøy ubrania. Przerwaøo im przybycie Logh aina.p owtórzyø ochryple rwącym się od smutku gøosem. odwróciø się na pięcie i wymaszerowaø z chaty. a po d nogami plątaøy się dzieci. W przeciwieństwie do kapøanki nie kryø podejrzliwości. Dlaczego sam z nim nie porozmawia sz? . Zachichotaøa z rozb awieniem.niezdarnie zmieniø temat. nasz gość postanowiø ak obudzić . tak jak dotyka się starego przyjaciela. która będzie Je okinią. ale na pewno znajdziesz coś odpowiedniego. skąd poc hodziøa prorokini Stwórcy. przypominam sobie.No wøaśnie. . .. na koniec zostanie osądzone prze z Stwórcę.Jego rany nie byøy śmiertelne. a wiszący na ramieniu øuk robiø wrażenie. . zapewne jego ojcem. W tej stercie nie ma nic ozdobnego ani wyszukanego. podniosøa miskę z podøogi. Broniøem się . Siostra Ailis z rozbawie iem uniosøa brew. Wszędzie walaøy się śmieci. z jej ust popøynęøa Pi a na jej rozkaz zastępy prawowiernych podbiøy Thedas. którzy emanowali wewnętr . .I wówczas oko Stwórcy spoczęøo na Andraście . jak wiesz. S a spoglądaøa na niego uważnie przez døugą chwilę. Może byøy nieco chudsze i brudniejsze niż te. Mógø pójść anych krain na zachodzie lub miast na póønocnym wybrzeżu.Mój ojciec chc ię widzieć.pomyślaø chøopak. które miaø na s obie chøopak.. niż Maric pamiętaø. jakby søyszaøa to pytanie tysiące zy.Twoje buty są pod stoøem. Z øatwością dostrzegø møodego køusownika zajętego rozmową z arszym mężczyzną. który przebiø brzuch matki Marica? . Møody mężczyzna wyglądaø teraz czyściej. Kobieta dotknęøa świętego symbolu na szyi.zabrzmiaøo to pøasko i faøszywie nawet w jego wøasnych uszach. . a potem zwróciø się do Marica: . Nosiø podobną jak Loghain zbroję. nie spuszczając wzroku z chøopaka. I tylko On ma prawo ich osądzać. a potem wyszøa. Ale On zwróciø się do barbarzyńców h na najdalszym krańcu świata. niż zamierzaø. . . które widywaø Mari ale nie aż tak bardzo jak w innych zakątkach Fereldenu. Siostra Ailis ujęøa jego døonie w geście zrozu a i wspóøczucia. Loghain rzuciø mu o tre spojrzenie. .zøotych suwerenów kosztowaø miecz. Wstając. i nosiø pancerz ze skóry n iekami. Køusownik zerknąø na kobietę.Kiedy Stwórca powróciø na ziemię.Taki miaøem zamiar .Jestem tu.To się jeszcze ok Powiedziaø ci coś? Maric uniósø døoń. gwaøtowniej.Niechaj Stwórca przyjmie ją do siebie .wycedziø køusownik. Na twoim miejscu nie kazaøabym Garethowi czekać .wyrecytowaø Ma . Maric zawahaø się. podejrzliwym spojrzeniem. W søoneczne popoøudnie obóz wyglądaø zupeøn . K uśmiechnęøa się øagodnie. . .Rzezimieszkami? Zøo dziejami? Mordercami? . by się popisywać. nie zawsze byø miejscem. nikt by nie wątpiø.Ach. że są prawdziwe. . Kilku surowych mężczyzn odzianych w øachmany podobne do tych. miaø to samo przeszyw jące spojrzenie i ciemne wøosy. resztę zy musiaøam spalić. Kapøank aøa stos ubrań leżących obok stoøu w kącie izby. .

. jakby miaø do czynienia z rzadkim stworz eniem lub inną osobliwością. gdzie znajduje się obóz? Ojciec pokiwaø gøową. ale tak. .Co zrobiøeś ic nie zrobiøem. Jesteśmy? Maric skuliø się wewnętrznie ze strachu. że wpadøeś w køopoty niedaleko Lothering. Chøopak nie uważaø tego za królewską cnotę..Køamie! . siostra Ailis mu powiedziaøa. choć matka zapewniaøa go nieustannie.Witam. .. wolaøbym jedn edzieć o tym już teraz.Søuchajcie . T o okøamaøem i nadal będę okøamywaø . przyjmując søowa yna do wiadomości.Hiramie! Gareth przyjaźnie wyciągnąø rękę na powitanie. ale paru mężcz zn. .Tak jest. zastąpiøo mu drogę.. Królowa Rebeliantka wyglądaøa ws paniale w zøotej zbroi. że nie można nas wytropić. Umysø Marica zawirowaø. Maric uświadomiø sobie.Loghain zbliżyø si ze bardziej.E. To moja wina. co wcześniej mówiø. na jego twarzy nie malowaøy się żadn uczucia. jak s si być ten mężczyzna.Zmarszczyø brwi. dlaczego ludzie ją kochali.Skrzywiø się. Ale czy ci ludzie uwierzą w søowa obcego dzieciaka? A j . .Mogę po tu odejść. . Ale matka już nigdy nie przybęd zie Maricowi na ratunek. .zaoponowaø Gareth tonem. . musimy być bardzo ostrożni. Moim zadaniem jest zapewnić im bezpieczeństwo. Najwidoczniej do listy wad Maric mógø sobie dodać teraz beznadziejny køamc a. że matkę.warknąø Loghain.wyjaśniø niezdarnie.Wysøaøem ludzi na zwiady. że nie byliśc zeni? Loghain zastanowiø się nad odpowiedzią. wøącznie z Loghainem i jego ojcem. . co się dzieje. Ojciec nie spuszczaø wzroku z møodego przybysza. Starszy mężczyzna pokiwaø gøową w za niu.przypomniaø sobie. Przez chwilę chøopak zasta nawiaø się. obolaøy i nie na miejscu. Jeżeli jesteśmy w niebezpieczeństwie.W naszej sytuacji. nietrudno byøo zrozumieć. tak. No tak. ojcze. Nagle zaschøo mu w gardle. . . czy nie wyznać prawdy. Sam chciaøbym wied Nie powinienem byø go tu przyprowadzać . Ci nieszczęśni øajdacy ugięliby ko a. .odparø Maric . dlaczego się tu pojawiø? .Jesteś pewny. M aric rozejrzaø się nerwowo. wewnętrznie kuląc się pod ostrzaøem spojrzeń. których Mar icowi nie udaøo się odszyfrować.Nie tylko oni. ani banna Ceorlica nie powinno tu być. Zawsze. . Gareth nie zwróciø na niego uwagi ... Ty musisz być Gareth. . że wøaśn st. Przeøknąø z trudem ślinę. by go uratować z opresji.Przykro mi. żadne pobożne życzenia tego nie zmienią. a Logh ain zmrużyø oczy. nie mam wą pliwości. że jestem niekompete durniem.A skąd się wzięliście w lesie? Jakie sprawy przywiodøy iebie i matkę aż tutaj? Ani was. nie podnosząc gøosu. Starszy mężczyzna zerknąø na Loghaina.Przyjaciela? . Garetha nie można byøo nazwać møodzikiem. Maric cofnąø się niepewnie. Patrząc nią. gdy Gareth mierzyø møodzieńca przeszywającym spojrzeniem. Twarz Garetha pozostaøa nieprzenikniona. . .Matka byøa przyjacielem .Chøopak przeøknąø nerwowo ślinę.Mój syn powiedziaø.. Podejrzliwość ani na chwilę nie z ikøa z oczu køusownika i chøopak zacząø się zastanawiać. Wiesz.Dlaczego cię ścigają? . chøopak staraø się szybko przypom nieć sobie. ja sne. .Ścigali mnie. Maric nie odpowiedziaø i twarz etha pociemniaøa z gniewu. . który nie p iaø miejsca na dyskusję. jednak nie cofnąø swoich søów. Zaskakujące. tak wøaśnie byøo. Loghain staø krok za ojcem..Widzisz tych ludzi? .Nie .powiedziaø powoli. Ojciec i syn ruszyli w jego stronę. Oddając uścisk.Wszyscy biegali po lesie? Bann Ceorlic nawet nie pochodzi z tych stron. wyciągając rękę. a czego nie. a potem znowu spojrzaø na Marica. dopiero teraz uświadamiając sobie. Starszy mężczyzna westchnąø i z namysøem potarø policzek. z jasnymi wøosami i purpurową peleryną øopoczącą na wietrze. że mógøby tak o sobie pomyśleć . Bann Ceorlic i po zostali na pewno nie przerwą poszukiwań i w końcu dotrą do obozu. Wcześniej czy później dowiedzą się. Z caøego serca żaøow a nie przybędzie na biaøym koniu. . krzywiąc się zøowieszczo.zapytaø Gareth. nie wyobrażaø sobie na . W tej chwili ani trochę nie czuø się jak król. Køusownik znieruchomiaø skonfundowan . . . Køamstwo zawisøo w ciszy. .zną dyscypliną. . czym sobie zasøużyø na tę wrogość. Z namysøem wpatrywaø się w Marica.syknąø Loghain. . . Nie chciaøem ściągać na was køopotów. Ścigali cię ludzie na Ceorlica. aj.Jestem za nich odpowi edzialny. . Tylko przejeżdżaliśmy. więc zróbmy to szybko. . .zacząø rozsądnie. że ojciec Loghaina potrafiøby unieść go jedną ręką i pewnie nawet by się przy tym nie sp . Nie pow inienem byø go przyprowadzać do obozu. to pewne. Maric jedynie czekaø. . Hiramie . Jak wielu miejscowych wie.Zgubiliśmy pościg w poøowie drogi. Jeżeli żoønierze przyjdą tutaj. Jesteśmy tu dość døugo. Wielu. . jak wiele osób zebraøo się w p bliżu i przysøuchiwaøo rozmowie. . .Ga eth potarø policzek i spojrzaø na Marica tak. po tym jak zab ili mi przyjaciela.. . Wskazaø na ludzi w obozie.Co za różnica? Musimy się go pozbyć. musimy wiedzieć dlaczego. Jeżeli król przysøaø tu żoønierzy..wtrąciø bystro Gareth. że na kogoś takiego chøopak natrafiø w obozie wyjętych spod praw Loghain zauważyø Marica i wskazaø go ojcu skinieniem gøowy..Pozwól mi go zabić. gdyby się tu pojawiøa. chøopak miaø jednak nieodpart nie. Część z nich zaczęøa się gromadzić wokó .Ilu? . Gareth i syn wymienili znaczące spojrzenia.Nie jestem pewien. Wyciągnąø nóż i postąpiø naprzód z groźnym gryma mraø z podnieceniem. . ale Gareth powstrzymaø go.Myślaøem.On n ie køamie. .Nie . Wysiøek przyprawiø go o ból gøowy.Co nie znaczy. A także dlatego. Møodzieniec zacisnąø szczęk ale nie odwróciø wzroku pod spojrzeniem dwóch par lodowatych bøękitnych oczu.zmarznięty. wyczuwając krew.My tylko.

Chøopak usøyszaø jes zcze. czy coś nam grozi. Na nieb zbieraøy się czarne chmury. alb o naprawdę miaø jakąś robotę.. . kiedy meto dy Loghaina lub jego ojca zawiodøy. w niektórych zapadøych zakątkach imperium nadal nie godzono się z wolą prorok ini. I miej go na oku.Zaøożę się.Poczekamy. ie ulegaøo wątpliwości. Prezent o d pewnego orlesiańskiego pana . Niejeden raz.Nie masz nic do roboty? . nauczyø s uwać. jaką stano am. . gdyby ojciec pozwoliø przycisnąć Hirama. Ojciec i syn starli się spojrzeniami.Więc zacznijmy się pakować. że każdy ma prawo z tego skorzystać. dopóki ja tu jestem. Pewnej nocy. by kierowaøo nim wspóøczucie. nerw owe drgnienia na każdy podejrzany dźwięk dobiegający z lasu.Dlaczego nie? . udając. zwykle żyøy w slumsa ch.a teraz wszystko w nim krzyczaøo. ludzie i tak już s ię bali. . Poza tym Yorin trzymaø go za ramię i chøopak wolaø nie zwlekać. Ojciec uważaø. Ton Garetha nie dopuszczaø sprzeciwu i Maric nie usøysz aø żadnych protestów. mamy dość køopotów.. Loghain na odchodnym posøaø Maricowi ponure spojrzenie. Ale teraz traktujmy go tak. Elf westc hnąø i odszedø.wyrzuciø w końcu. Loghain. a potem opuściø towarzystwo. gdy skończyø z øukiem. Przez chwilę zdawa chøopak wyśpiewa swoje sekrety. nie dawaøo mu spokoju. aż wrócą zwiadowcy. spoglądając na syna. że jest c aøkiem pochøonięty natøuszczaniem cięciwy. że czas zbierać nogi za pas . oczy zabøysøy im niebezpiecznie. powiedz ! . brakujący element øamigøówki. . Loghain nie chciaø wzbudzać paniki. Nie byø gøup . to a bo beznadziejnym. Nie możemy tego uczynić. że potrafiøa wyciągnąć informacje. Loghain prychnąø z odrazą i zwróciø się aretha: . gdy nie jest w nastroju. Zbieraøo się na burzę.Tak. . I to dręczyøo Loghaina. który na zawsze pozostanie na niegdyś zapewne przystojnej twarzy.Nie. na kogo wyglądaø.nalegaø Potter.wolaø unikać pokusy. okazywaøo się. A ojciec pozwoliø mu odejść. . jakby byø jedynie przerażonym møodym czøowie kiem. by ten sam niepokój dostrzec u innych.czy jak tam się nazywa . Gareth podniósø gøos. A potem zwróciø się do krzepkiego. ale jednak nie. jak stw ierdziø ojciec. delikatnych uszu. Pośpieszne ruchy. Tøum byø śmiertelnie cichy.. Wielu u . gdy wraz z Loghainem i paroma innymi banitami upiø się na umór. pr otter straciø sporą część swych spiczastych. najnędzniejszych z nędznych. Jednak pytanie pozostaøo. nikt nie ch ciaø się mieszać w spór. Zaliczaø się do tych. jak i Loghainowi. jednak spojrzenia i szepty zdradzaøy podenerwowanie. Tøum natychmi ast się rozproszyø. który potrzebuje pomocy.Tak! . przewracając oczami.tyle tylko powiedziaø elf. Potter należaø do niewielkiej grupki elfów podróżu bozem. Loghain westchnąø.Potrząsnąø gøową. oczekując jedynie na rozkaz wymarszu. Maric także milczaø. przez co jego oblicze wydaw aøo się niesymetryczne. Kim jest Hiram? Jeżeli szpiclem. Zabijmy go.tak przynajmniej uważaø Loghain. jak møody køusownik zwraca się do ojca: . . ja. Kilku najbliżej stojących mężczyzn potaknęøo gorliwie. Gareth rozważyø søowa syna. gorycz wspomnień niemal wylewaøa mu się uszami niczym trucizna. Wielu już spakowaøo swój niewi lki dobytek i zøożyøo namioty. Byøoby lepiej.Ojcze. Pott er byø bliski wyjawienia swojej historii. G o jeszcze byøo takie proste! . Otrzymaøy wolność z rąk Andrasty dawno temu. W przypadku Hirama powinien przynajmniej pamiętać o dobrodziejstwie wątpliwości. zabierz Hirama . by usøyszeli go zgromadzeni nieopodal l . Wystarczyøo się rozejrzeć. że mógøbym z niego wydusić prawdę Może będzie trzeba. Banici byli p rzestraszeni. którzy potrafili tylko leżeć. .Loghain potrafiø to wyczuć. Møody szybko puściøby farbę. przysadzistego mężczyzny stojącego w pobliżu: . Siostra miaøa wøa ne sposoby przesøuchiwania nowo przybyøych i szanowaø ją za to. Gareth jednak tylko zmarszczyø rwi.Ponieważ tak p owiedziaøem. W wielu miastach elfy byøy wolne.z powrotem do siostry. Nie ma na co c ekać. a jeżeli już zdobyli się na wysiøe wyøącznie przy roznoszeniu plotek. *** .No.No ale jak myślisz. że nie warto nagabywać Loghaina. Gareth zawsze pozwalaø. to z jakim skutkiem: dobrym czy zøym? . kim on jest? Loghain zignorowaø pytanie Pottera. . Jesteście w niebezpieczeństwie. Niewolnik . Jednak elf powstrzymaø się w porę i zamilkø. wkrótce sami się przekonamy.Nie. kiedy trzeba uciekać . albo wyjątkowo dobrym.Søuchajcie wszyscy! Wkrótce najpewniej będziemy musieli się stąd wynieść! Niech każdy będzi do wymarszu! Decyzja zapadøa i ludzie z obozu wiedzieli to doskonale.Y rinie.warknąø na Pottera. Nie potrzeba nam jesz cze smarkacza. Albo wiedziaø. Mężczyzna skinąø gøową. Ale coś umykaøo zarówno ojcu. by w samotności doprowadzić się do otępienia i choć na chwilę pogrzebać przeszøość w mrokach enia. Każdy ma tajemnice. że Hiram coś ukrywaø . który najwyraźniej miaø już brodę. I ani søowa więcej. ze czas. przysøaniając søońce. A może byø dokøadnie tym. Miaø za to paskudną bliznę od pustego oczodoøu po skrzywione wargi grymas.Loghain w końcu ustąpiø. będziemy bezpieczni..Musisz coś wiedzieć! èaziøeś z nim caøą noc.eżeli tak. Jak większość mieszkańców obozu. Nikt nie jest doskon aøy. ale jak pokazy waøa praktyka. klęcząc przy Loghainie. trzymaø się z daleka od chaty siostry Ailis .

by pogodzić się.. Skórzane buty i strój Loghaina byøy już tak przemoczone. że już nie jesteś jednym z ni ch. że wyjęci spod prawa podróżują razem i øączą się w prowizoryczną gromadę. Kiedy zbliżyø się na dwadzieścia stóp. że nie byli śledzeni. Pow tarzaø. Jego wierzchowiec stąpaø ostrożnie p im bøocie. Loghain poczuø ciężar w żoøą wiedziaøeś o tym komuś? . którzy z nich korzystali. że wielu z banitów nie miaøo dokąd pójść . że chøopak jest niebezpieczny. Jednak obok Padrica staø Dannon. czego mu potrzeba . że nie robiøo mu to żadnej różnicy. mających w gøębokim poważaniu ludzkie prawa. Nie szkodziøo też. Splótø ramiona na piersi i popatrzyø na Loghaina pytająco. .Tylko Garethowi.Jak duże mają opóźnienie? może dwie. że napotka wysøanych przez ojca zwiadowców lub kogokolwiek in nego.nie mogøo przynieść nic dobrego. Uśmiechnąø się w podzięce do Loghaina. których mój ojciec wysøaø na zwiady? . gdy tylko zauważyli nadchodzącego Loghaina. Myślaøem. Ale wiedziaø lepiej. Samotny jeździec naciągnąø kaptur gøęboko na oczy. . Dannon nie będzie jedynym szczurem. Dannonie.To twoja wina .odparø møodszy banita nieśmiaø Spojrzaø na dolinę. . Tu.krzyknąø Loghain.Żadnych wieści i oznak zagrożenia. dzięki czemu mieli co jeść i gdzie spać. gdy porzucili ziemię. . a potem wró swoich obowiązków. naprawdę zacząø się martwić. . . nie ja. . .Loghain odwróciø się do Dannona. Kiedy jeździec nie wiedziaø od razu. ale dobrze strzelaø z øuku i można go byøo zaliczyć do rozsądnych.Jeszcze nie .møodzieni ec wskazaø na dolinę . Bardzo się martwi o swoją dziewczynę i dziecko.każdy z n snych powodów.Powitać! . czemu od razu tego nie zrobisz? Zakøadając.Owszem.Nawet jeżeli ktoś wie. jeże li nic się nie zdarzy.. Sądząc po jakości ubioru. ukrywając się na skal dobry widok na dolinę. ponieważ w jedności tk siøa. co miaø. Jeżeli mój ojciec uważa.wtrą annon. . . to co z tego? Żoønierze przyjdą do naszego oboz po jednego czøowieka? . Potem zawróciø w kierunku Poøudniowych Wzgórz i sprawdzi y znane sobie ścieżki. a ziemię za iec lodowate strugi ulewy.Padric nie spuszczaø z oczu doliny. na pewno tak jest. tyle że nie zdradzaø najmniejszych oznak pośpiechu. Loghainowi sporo czasu zajęøo.. Najpierw sprawdziø szlak. Strażnicy przerwali szeptaną rozmowę. Dopiero kiedy przeciąø kilka różnych nareszcie natrafiø na innego wędrowca. Ojciec uważaø inaczej.To gøupie. Chøopak byø parę lat møodszy od Loghaina.No . Tak daleko na poøudniu podróżni byli jednak rzadkością i Loghain odnalazø tylko niewyr aźne ślady koni zmierzające do Lothering.Sam powiedziaøeś.zwiadowcy. . Nie zaczęøo jeszcze padać. k im jest. Jednak kapøanka miaøa swoje powoøanie. Dannon i jasnowøosy uciekinier przyszli z lasu.Pewnie wieczorem. Byø to dowód przyjaznych zamiarów. køusownik ściągnąø z ramienia øuk i odøożyø na ziemię. że w tych wyjątkowo trudnych czasach należy trzymać się razem. Szlak byø najpewniej używany przez przemytników.kapøankę za przywódczynię równą Garethowi. siostra Ailis obdarzaøa go uśmiechem i wzruszonym spojrzeni em. patrolowanych traktów na póønocy i prowadziø w góry na poøud siedzib krasnoludów. u pewniając się. a to nie wróżyøo nic d ego.Co takiego? . ziø porządek i organizację.Są jakieś wieści o ludziach. To chyba przekonaøo . Dannon skrzywiø się niechętnie. . że nie wiemy. a Gareth nigdy do końca się nie podźwignąø po utraci ospodarstwa. więc nie wiem. Byø czas iedy Loghain miaø nadzieję. Jeżeli s prawy przyjmą naprawdę zøy obrót. nie kryjąc się. że przyjaźń. Bøyskawica przecięøa szare niebo i rozpadaøo bardziej.køusownik zwróciø się do Pad dając. że tamtej nocy.Podobno wymarsz już wkrótce . jednak jeździec c ujnie poøożyø døoń na rękojeści miecza i czekaø. można by wziąć nieznajomego za posøańca. W takich chwilach Loghain niemal wierzyø w søowa ojca. Jednak ludzie tak zdesperowani nie są lojalni. . licząc. w ojcu coś umarøo. kiedy ojciec próbowaø nie dopuścić do chu histerii . . Kiedy søońce schyliøo się ku zachodowi. a nieliczni. Niektórzy powinni już wrócić. że przynajmniej Henric poja się wcześniej. wyglądaø na zadowolonego z jego odejścia. tym bardziej że paøętanie się po obozie. że ten jasnowøosy chøopak tu jest.Dannon w jednym ma rację.Jeżeli chcesz doøączyć tchórzy. byøo wie le takich ścieżek.usprawiedliwionej czy nie . Ale to się wkrótce zmieni. najpewniej jedn miejskich gildii. . środkiem drogi.To ty chciaøeś wziąć ze sobą chøopaka. po nieważ biegø z dala od gøównych. Loghain uw ażaø za zrozumiaøe. którym on. *** Loghain zniknąø na caøe popoøudnie w nadziei. a siostra Ailis podtrzym waøa więzi wspólnoty. a ten od wielu lat polegaø na jej radach. Loghain podszedø d o niego. I z tymi søowy zøodziej pośpieszyø do obozu.mruknąø. jaką darzyli się ojciec i Ailis. A kiedy Gareth to mówiø. . To dziwne. który umknie z tonącego okrętu. że nie zauważyø przerwanej konwersacji.i møody mężczyzna nauczyø się cieszyć tym. jeździec cofnąø konia i wysunąø do poøowy ost Wiadomość byøa jasna: Nie podchodź bliżej. że trzeba się przenieść ze wzglę ego chøopaka. Køusownik skinąø gøową i skierowaø się ścieżką w d co się dzieje. . Padric trzymaø straż. przerodzi się w coś . . Siostra Ailis wiedziaøa lepiej niż syn. mieli ku temu uzasadnione po wody. na Zaziemiu. że samotny zwiad odpędzi najgorsze obawy.Powiedziaøem tylko..

wyjęci spod prawa chyba pakowali s ię i skøadali obóz.parsknąø do siebie w duchu. Dużo później. ale tøumy żaøobników byøy zbyt wielkie. który Maric w dzieciństwie lubiø. we wøasnych komnatach. Twoi p rzyjaciele pewnie też tam są. Jeździec uprzejmym skinieniem gøowy pożegnaø Loghaina i omijając go szerokim øuki em.Wstrząsnąø się dostrzegalnie. by w ogóle objąć dowództwo nad rebelią. Kiedy drzw . Wybacz śmiaøe søowa. jednak nie potrafiø sobie pr zypomnieć ani jednego wersu. czy nie wyznać prawdy. . trudno. . Uśmiechnęøa się domyślnie. że da znać. Izbę wypeøniø orzeźwiający zapach deszczu. że ślepnie. jak nazwą go przyszøe pokolenia. poprawiając kaptur. by w końcu go zabić. by ludziom w obozie z jego powodu staøa się krzywda. W końcu siostra Ailis wyjęøa mu m po czym wróciøa do szycia. . przynajmniej tak mi powiedziano. lecz sen nie przyniósø mu wypoczynku. a myśli szaleńczo wirowaøy mu w gøowi Niebo przecięøa kolejna bøyskawica.Noszą się po e jak ja. a karciøa go tylko ze względu na dziadka. Chciaøem zobaczyć ci aøo przed wyjazdem. A im w ięcej myślaø o swojej sytuacji. møody czøow alazøeś się wøaśnie tutaj. Teraz jednak ten sam zapach wywoøywaø tylko niepokój. który przyjdzi e. Siostra nie pozwoliøa chøopakowi wyjść. . jeśli mu życie miøe. że matka musi zostać w zamku. Maric wierciø się osøaniu. ilu widziaøem zbrojnych. .powtórzyø nieprzytomnie. że śpią na ulicach. że jesteś dla siebie bardzo surowy. żeby uciekaø. by go przyøapano na ich noszeniu. którego kawaøki pøywaøy w wywarze. które przypomniaøy møodzieńcowi dziadka. żeby to byøa praw wzrokiem wbitym w podøogę. Prośby te. najczęściej matka. . gdy nie byø sam. poniewa zaø. niestety. ale dokąd go to zaprowadzi? Co zrobi G areth. dopóki kobieta nie wróciøa do szycia i przestaøa zwracać uwagę na czenie. próbując przyjrz twarzy jeźdźca skrytej pod kapturem.o o braku zagrożenia. zrobione przez krasnoludy okulary. Oto najistotniejszy problem wøad cy .wyjaśniø Loghain.W Lothering jest peøno ludzi? . że to n krew ścięøa się w żyøach na lód. którą go poczęstowano. lepiej.. rzecz jasna. W wolnych chwilach cerowaøa koce i naprawiaøa ubrania. że chy a póø królestwa søyszaøo wieści. *** Maric apatycznie mieszaø zupę.Królowa Rebeliantka nie ży ajomy westchnąø ze smutkiem. Dziadek nosiø zøote binokle . Przynajmniej nie będzie więcej zagrożeniem dla banitów. aż coś się wydarzy. . już przyszli. A kapøanka nadal czekaøa na odpowiedź. byøo zabawnie. Møod ieniec miaø wrażenie. . króla Brand ela. że møody książę również może już nie żyć. Dziwnie byøo teraz wspominać tamte zdarzenia. gdy zapędzano je do n amiotów. p bez przekonania. Chociaż nawet ona musi rzymywać chichot na widok syna w królewskich binoklach. Przez wiele lat nie myślaø o dziadku. . zanim opuści obóz.Książę .Nie søyszaøem żadnych wieści. że najlepszym roz wiązaniem byøoby wypaść na zewnątrz i uciec.Dra nie zøapali ją w lesie zeszøej nocy. jak mi się wydaje. pokøusowaø w dal. Maric rozpoznaø fragmenty Pieśni Światøa. Loghain przesøoniø døonią oczy przed deszczem. . chøopiec lekcew ażyø.Nie søyszaø . Przecież nie chciaø. Z zewnątrz dobiegaøy odgøosy krzątaniny. . że zbieg jest o wiele bardziej niebezpieczny. Miaøa na nosie niewielki e. . unosząc wzrok znad cerowanego koca.Pomyślaøeś. Jeden z nich mógø tędy przechodzić.Przepraszam.Jesteś dla siebie bardzo surow twierdziøa siostra Ailis. Ciekawiøo go tylko. miaø inne sprawy na gøowie. Lecz zamknię drzwi i strażnik za nimi uniemożliwiaøy. czy ludzie a których powrót czekaø Gareth. Cóż.Jeździec byø chyba szczerze zaskoczony. śmiaøa się otwarcie i caøowaøa Marica w nos. dzieci chichotaøy.znaleźć sposób.Powiedziaøam. Nie chciaø. co się dzieje. że to świetna zabawa: ukraść binokle dziadka i biegać w nich po z mku. Na razie jednak nie dziaøo się nic. z jakiego zwie rzęcia pochodziøo mięso. Loghain nie ruszyø się z miejsca. by chøopak wyznaø prawdę . nucąc c icho podczas pracy. ale mam nadzieję. by ochronić twarz przed deszczem. zanim postawny strażnik przy wyjściu nie obiec aø kapøance.Może nadal jest gdzieś rąc pod uwagę. . søuchając øomotu ulewy o dach i pośpiesznej krzątaniny na zewnątrz. że pozostaøo mu tylko czekanie. Jeżeli zostan zabity. pakunki zbierano w stosy i przykrywano. by myślano.Ale w Lothering jest tak dużo ludzi. Deszcz sie z ustanku. niż się tego spo dziewaø? Lepiej odejść jak najdalej od tych biedaków i poszukać siø rebeliantów. ają. Jak choćby wydosta nie się z chaty. by nigdy więcej tego nie robiø. drobiąc kopytami w miejscu. bo Stwórca cię do nas sprowadziø? Maric pragnąø. To szaleństwo. to oczywiste. realizację tego planu. Znakomity począt ek panowania króla Marica . Jako dziecko Maric uważaø. Maric pamiętaø jednak mężczyznę.od parø konny. . gdy tylko otworzą się drzwi chaty. Wreszcie Maric zasnąø. dopóki ktoś go nie zøapaø. . Boisz się.. choć wierzchowiec zarżaø niespokojnie. Czego chcesz? . Brandel Zwyciężony. albo czekanie na Garetha żądającego.Nikogo nie widziaøem . Szczerze mówiąc. gdy nagle się okaże.zdejmowaø je natychm iast. Maric trzy razy pytaø. yø zarazem bardzo smutny i bardzo próżny.Przez miasto przeszøo już tylu żoønierzy.odkrzyknąø jeździec. co? .czeka . czekanie na Loghaina. Mężczy li. P atrzyø na podøogę. Znów zastanawiaø się. Na próżno.Szukam przyjacióø! . tym bardziej utwierdzaø się w przekonaniu.

otworzyøy się z gøośnym trzaskiem. A potem G th z gracją przyklęknąø na jedno kolano i skøoniø gøowę. . Garecie! .Powiedz mi. nóż potoczyø się po klepisku. tak się ni . Zapatrzyø się na b pozostali søuchali chaotycznych krzyków. Mężczyzna odwróciø powo i popatrzyø na Marica.odparø Gareth. .Wprawnym ruchem wyciągnąø miecz. Nastąpiøa døuga chwila ciszy.Co zrobiøeś? Maric powinien się już bać o ale tak nie byøo.Zbrojni nie idą tyl ko lasem! Idą również przez dolinę! Obóz jest otoczony. W dwóch krokach doskoczyø do Marica i poderwaø go z posøania za koønierz. W oddali powietrze przeszyø paniczny wrzask.Usta mężczyzny zacisnęøy się w wąską kreskę. raz nawet rozcięøo skórę na jego szyi. . przemoczony do suchej nitki. . Loghain nie ustąpiø twarzy ojca powstrzymaø go od kolejnej próby ataku.Co masz na myśli? . że jeżeli mnie wydasz żoønierzom.. czego? .Wydajmy księcia .zaprotestowaø gwaøtownie Maric.Nie chcę..jakby oczekiwali. dopiero po chwili pojąø. Deszcz nadal zaci aø. że gniew go opuściø. ulewa wdarøa się do izby z mroźnym podmuchem. Na zewnątr legaøy się pomieszane okrzyki. . . Loghain zn a las..wymówiø to søowo z naciskiem.zapytaø Gareth.Klękasz przed nim? . synu .Maric staraø się zachować rozsądek.To książę. obozu dobiegaøy wyraźne odgøosy paniki. .grom byø jedynym dźwiękiem søyszalnym w izbie. Niemy świadek czącego porozumienia między ojcem a synem. ..Wasza Wysokość. . .Niech Stwórca broni! .Co się staøo? .Ojcze! .. . A potem w jego gøosie zabrzmiaøy twarde nuty gniewu. Możecie na nim polegać. W progu staø Gareth . ale Maric nie miaø pojęcia co.zdumionej kapøance wyraźnie zadrżaø gøos. kim jesteś! . .Loghain zerwaø się i podszedø do ojca.. Ostrze koøysaøo się niebezpiecznie przy gardle Marica . lecz w jego bøękitnych oczach szalaø pøomień.krzyknęøa siostra Ailis.Co czy? Gareth westchnąø.gøos miaø rwą ie zdoøaø wykrztusić nic więcej. . Jego ludzie . Jednym skokiem znalazø się przy Maricu. mu. Wiatr huknąø drzwiami. Myślę. Ailis i Gareth . To przynajmniej mogøoby się okazać przydatne w obecnej sytuacji .tyle tylko zdoøaø wykrztusić w odpowiedzi.zabrzmiaøo od wejścia. nawet on tak uważa. Gareth wstaø z klęczek i otworzyø drzwi. .Zatrzymam zbrojnych.ryknąø Gareth. . .Zbrojni już tu są? . by komuś staøa się przeze m rzywda. unosząc døoń. Mężczyzna spoglądaø w przestrzeń. Zdawaøo mu si wszystko znieruchomiaøo. Siostra Ailis również musiaøa zasnąć na krześle przy ø z wyprostowaøa się z zaskoczonym westchnieniem. nagle zagubiony. Loghain wydawaø się oszoøomi ale skinąø gøową potwierdzająco. kiedy nadeszøo zrozumienie. niemal eksplodując gniewem. .zapy taø Gareth. .Loghain przerwaø milczenie. a potem dźwięczny okrzyk w obcej mowie. Maric.Na tchnieni e Stwórcy.. Wasza Wysokość.Możesz iść z nami . W døoni ściskaø nóż.Ludzie. jakby to wszystko wyjaśniaøo.To książę.Siostra Ailis popatrz yøa na møodzieńca z przerażeniem.pom yślaø. nic. . Czuø tylko spokój. Nadchodzą z lasu. strużki wody spøywaøy po skórzanym napierśniku episko. . z mo rdem w oczach..Chronisz go? On na s okøamaø! . . Przepraszam . W ślepej furii Loghain chwyciø Garetha za ramię i obróciø w swoją stronę. Loghain warknąø gniewnie. .Nie. . z czoøa spøywaøy mu wilgotne strugi. ile czasu minęøo. powietrze byøo ciężkie od wilgoci. siostra Ailis owinęøa się szatą i z mknęøa drzwi. èagodnym. Gareth brutalnie odepchnąø Loghaina na ścianę. Na ogorzaøej twarzy starszego mężczyzn y zagościø smutek. Wydajcie mnie.Możesz go stąd wyprowadzić? . Ja i ci. niech go Stwórca pokara! To przeklęty książę! Gareth chwyciø Logha przegub i przez chwilę walczyli o nóż.To pra da? .zawoøaøa kapøanka. zwøaszcza że Gareth wyraź chciaø go zabić i miaø po temu wszelkie powody. gdy ludzie tøoczyli się w ciemności. nawet nie zwrócą na ciebie uwagi. chw ytając go za ramię. Gareth jedynie skinąø gøową teraz zrobimy? Loghain podniósø nóż.. a wszystko przez niego! Chcą go dopaś .Loghain. . czyż nie? Wyraz twarzy Garetha.Królowa Rebeliantka zostaøa zamor dowana w lesie. jaka decyzja zostaøa podjęta. .. . niemal pieszczotliwym gestem Gareth odsunąø døoń syna. a potem przycisnąø do ściany. przestań! .Ja. . o której mówiø ten gówniarz.oznajmiø chøopak beznamiętnie Przyjdą po mnie. Loghain n e stawiaø oporu. blady i przemoczony. . Po ostu pominąø najważniejszą część. wieści dotarøy już wszędzie. z niedowierzaniem spogląda jąc na ojca..Musimy was stąd bezpiecznie wyprowadzić. zenikniony. . Przerwali walkę o nóż. winni. których uda mi się zebrać. Musimy się dogadać z żoønierzami. Nie. gdy ten trawiø informację. ojcze.A żoønierze po prostu ruszą w pościg.. Zdawaøo się.rzuciø gniewnie. Mężczyzna odepchnąø ją. Burza uderzyøa z nową siøą . jesteśmy. Nie kryjąc niedowierzania. Pewnie zaøożyć ko Stanąć w pøomieniach. . Chwila zda wać wieczność. W progu staø Loghain.. Nagle støumiony syk wiatru wyrwaø Garetha z zamyślenia. Pójdę bez oporu. ale w jego gøosie nie byøo nadziei. Nie. jakby zarazem rozkaz chaj mnie. żeb y zyskać na czasie. Maric nie byø pewien. Maric rozejrzaø się po izbie. Sposób.. . nawet nie patrząc.Mówiøem ci .To nie mój ksią iego wszystkich nas zabiją! .Zaraz . To matka. jakby ten nieoczekiwanie zmieniø się w przerażającą kreaturę.Ojcze.Garecie.Ja o mogę powiedzieć .stwierdziø Logh . Zbrojni. . a w jego gøosie dźwięczaø chøód stali. . ale kiedy spojrzaø na ojca zaskoczyø go wyraz oszoøomienia na twarzy starszego mężczyzny. w jaki na niego patrzyli .. że powinien coś zrobić. Byøa to zdumiewająca reakcja. chwytając swój amulet.Søuchajcie. przyciskając mu o ze do gardøa.

Może dlatego . Nie. . znikając w szalejącej burzy. to teraz waszym zadaniem będzie pozbyć się najeźdźców. gdy Ga reth się odwróciø. mógø się zorientować. i oboje opuścili chatę. Maric ledwie go søyszaø. Møo dy mężczyzna wydawaø się kompletnie rozdarty i zrozpaczony. Nie chciaø spojrzeć ojcu w oczy. . a okrzyki z zewnątrz coraz bardziej zbliżaøy się d o chaty. że jak na jego gust rzeczywistość z szybko stawaøa się brutalna. Pytanie zasko czyøo mężczyznę.westchnąø przepraszająco Maric. przebijający się nawet przez huk piorunów i szu deszczu. ponieważ to jedyny sposób. A potem zabrzmiaøy odg walki jęki umierających. w t ym siostry Ailis. że na skraju obozu trwa wal . . Wasza Wysokość.Dość! . .zacząø cicho. . Møodszy banita nadal się jednak buntowaø. Maric poøożyø døonie na gøowie Garetha. Wasza Wysokość. Byø gotów.. jakby to Maric postradaø rozum. Køusownik nie ulegø øatwo. .Zrób. Loghain wybiegø z chaty bez søowa. Kapøanka z wahaniem sięgnęøa pod ornat i wyjęøa groźnie wyglą let. jakie kiedyś powiedziaøa mu matka. Nie widziaø nic poza des zczem i mrokiem. spoglądając twardo w szerok arte oczy Marica.Oczywiście. gdy biegli w zimnej ulewie. co należy. kobieta wcis roń i zamknęøa jego palce wokóø rękojeści. co się staøo. .... Zapewne Loghain w zaø w jego twarzy. . Mężczyzna podniósø wno. . Siostra Ailis stanęøa obok niego. A Maric byø zmieszany.rzekø starszy mężczyzna stanowczo. . Maric uznaø. W końcu Gareth skinąø gøową. Loghain z niechęcią skinąø gøową.Czy. . nie zrobię tego. że lepiej milczeć.przerwaø u møody mężczyzna z goryczą. Ailis potrząsnęøa gøową ze wzruszeniem. Potem uciekajcie. Mówiø poważnie! Maric nie wątpiø w to ani ilę. Maric uważaø. . że. ric kiwnąø gøową. Jego twarz byøa jak kamień. . Najpierw rozlegø się gøos Garetha.. Musimy to cenić. Two søowo. . podobnie jak w to. która nie kryøa pøynących po policzkach øez. sir Garecie.Loghainie. a jeżeli wasza matka napr awdę nie żyje. kto ściągnąø niebezpiec ego i jego ludzi. .to b lepsza imitacja tonu matki i zdaje się. Loghainie. że robiøa odpowiednie wrażenie.. . kogo prawie nie znaø. Wydawaøo się. by się zatrzymaø w imię Stwórcy.... Pomimo øez pøonęøy.Nie masz mnie za co przepraszać. Garecie? .nie jest za darmo. odnajdziemy coś więcej. a odgøosy bitwy otaczaøy go ze wszystk ich stron. . najlepiej jak umiesz. ale w jego oczach lśniø pøomień. abyśmy byli tego warci. y aby się nie przesøyszaø? Krzyki na zewnątrz wskazywaøy. gøos miaø zduszony uczuciami: .Synu.Uważaj! . .Musimy iść.Gareth zerknąø na kapøankę. żebym cię opuściø. Loghain pods zedø. Zrobię wszys ko. brzęk stali o stal. by ni e poszedø za nimi. co teraz powiedzieć. gdy oznajmiø: . Oby wspomnienia go nie z wiodøy. . Gareth odwróciø się do Ma Musicie stąd odejść czym prędzej.Przerwaø. woøającej do kogoś. zaciskając iedy ponownie się odezwaø. nieważne. że ojciec gotów byø tyle poświęcić dla kogoś. Kapøanka postąpiøa krok bl .. yś søużyøem waszemu dziadowi .. . Z twarzą pobladøą od czuć Gareth opadø na kolana. W oczach chøopaka bøysnęøo zaskoczenie.Nie mogę cię tutaj tak po prostu zostawić .Tron Fereldenu nie należy do Orlesian. jakby chciaøa powiedzieć: N wórca nam wybaczy. nie kryø gniewu. jak bardzo tego nie chciaø.. Wstań i søuż swojemu królestwu.Niewiele to war te . że starszy mężczyzna podjąø decyzję.. bez wątpienia obwiniając go o wszystko. s. . czy byøeś rycerzem. Je dnak ojciec oczekiwaø odpowiedzi. że będziesz chroniø księcia. Ze sterty ubra które naprawiaøa. Myślaøem.. Gareth poøożyø døoń na ramieniu møodzieńca. Wasza Wysokość.Ja.oznajmiøa cicho.Tak jest.. Maric skinąø gøową w podzięce. Gareth z obnażonym mi uszyø do wyjścia. Marica zacząø opuszczać spokój. oczy lśniøy mu pod zmarszczonymi brwiami. ciągnąc za so Marica. Podniosøo się więcej okrzyków.Uklęknij zatem . Garecie Mac Tir.Mogę wam w tym pomóc. przez chwilę wahaø się między odmową a posøuszeń patrzyø jeszcze martwo na Marica. chcę. że Loghain dotrzyma søowa.Dziękuję.Pójdę z tobą . Zanim jednak wyszedø z chaty. że Loghain miaø prawo czuć więcej niż gniew.Ani søowa . Czekali zatem w przymglonym świetl søuchali.uda. ale do gøowy przychodziøy mu tylko niezręczne i nieważne przeprosiny. Wasza Wysokość.Siostro Ailis. Chøopak omal się nie potknąø.Ojcze. Zastanawiaø się. Twarz køusownika byøa nieruchoma. .. .zaprotestowaø hain. .søowa sprzeciwu zamarøy na ustach Loghaina. gdy tak stali naprzeciw siebie. czując w sercu chøód. Pamiętaj o tym. Byøem kiedyś pokojowym. ale jednak ustąpiø. . gdy wzywaø spanikowanych banitów do swego boku.Dajcie mi chwilę.krzyknąø. Chøopak wcale tego nie chciaø. kapøanka zatrzymaøa go gestem. Choć ulewa przesøaniaøa wzrok. ic poprawiø okrycie.O czym wy mówicie? Oszaleliście! Loghain jrzaø na niego. .rz ekøa . jak się gorączkowo obawiaø.Nie proś mnie. To. .warknąø Loghain. przerywając podniosøy nastrój. wyciągnęøa dużą weønianą pelerynę i bez søowa narzuciøa møodzieńcowi na ram ym czasie Gareth odwróciø się do syna. Maric już wiedziaø. Popatrzyøa mu w twarz. by wo. Gdyby t ylko wiedziaø! Wyznaøby Garethowi prawdę zaraz po przybyciu do obozu. synu.Wybacz mi. I wtedy poczuø szarpnięcie za pelerynę. Oraz søowa. lecz zanim zdążyø wykrztusić søowo. że Gareth się sprzeciwi.zapytaø Maric. Loghain chwyciø Marica za ramię. co poddani dają nam z wøasnej woli . Nic więcej nie pozostaøo do powiedzenia. Między nimi zapadøo niezręczne enie. bądź moim świadkiem.W imieniu Kalenhada Wielkiego i na oczach Stwórcy mi anuję cię rycerzem Fereldenu. . Nieopodal pøonęøy szaøasy i namioty.Tak wøaśnie zrobisz. nawet oddam życie.

inni pragnęli jedynie umknąć jak najdalej od niebezpieczeństwa. Nie zwalniając ani na chwilę. by można byøo oglądać poje anny i zbryzgany krwią Gareth odpieraø ataki tuzina otaczających go zbrojnych. Maric wiedziaø. a bezlitosny deszcz zacin aø bez ustanku.ryknąø Loghain. nagle ucięty . Zbrojny bezsen próbowaø zatamować krwotok døonią. Z mroku wychynąø mężczyzna z niewyraźnym emblem zawieszonym na øańcuchu i obijającym się o jego niebieską tunikę. Jego pc hnięcia i cięcia stawaøy się coraz bardziej desperackie. ale Maric søyszaø też żoønierzy przed sobą.zapytaø Maric. próbujących wyc miotu wrzeszczącą kobietę . Omijając kolejną potyczkę. Chøopa k omal na nią nie nadepnąø. Jedyne. spoglądając na Loghaina. jednak zabrakøo mu søów. by coś powiedzieć. Maric odwróciø się do towar zysza. popchnąwszy w dóø zbocza. że znaleźli się już daleko za obozem. a kiedy Maric zapytaø los ofiary. Zanim Maric pchnąø przeciwnika po raz i. Wzniesienie opadaøo øagodnie w porośniętą lasem do a dalej ciągnęøa się jedynie Gøusza Korcari. trzeba uciekać. Loghain nie odpowiedziaø.syk ita na Marica i chøopak dopiero teraz uświadomiø sobie. Dy m i żoønierze przesøaniali sylwetkę rycerza. Drżaø z zimna. wyc iągnąø sztylet siostry Ailis i z obrotu wbiø go w szyję czarnobrodego napastnika. Wytrzeszczyø oczy zaskoczo y. uciekając z obozu we wszystkich kierunkach . że cię zostawię. Żaden czøowiek przy zdrowych zmysøach nie zapuszczaø się w tamte okolice. niezbadane ziemie na poøudniu. by nie przewrócić się w bøocie i na mokrej ie. ale chøopak podążyø za jego spojrzeniem. Twarz Loghaina pozostaøa bez iętna jak zimny gøaz. przemknęli za plecami dwóch zbrojnych. Zaraz też zerwaø się do dziaøania. Pożar szalejący w obozie dawaø dość światøa. . zostaø tylko pociągnięty dalej. ale z morderczą precyzją zostali wyeliminowani przez Logh ina. poczuø kolejne szarpnięcie za ramię. jakie powoøaø do życia St wórca. jęcząc coraz ciszej. Rzuciø się do bie ale zatrzymaø go uścisk na ramieniu. Oddalali się od miejsca pot . Ale żoønierze miel oje i przewagę liczebną nad garstką towarzyszącą ojcu Loghaina. Niechętnie poddaø się niemej komendzie. to pilnować. Żoønierz ry nąø z bólu. jego uścisk zelżaø i kiedy Maric wyszarpnąø ostrze. Nie zastanawiając się nawet przez okamgnienie. co chøopak mógø zrobić. że wøaśnie to robi. pøacz dziecka i jęk bøagającego o pomoc mężczyzny. ale nie przeszkodziøo to uciekinierom usøyszeć w zywający okrzyk. ale nim zdążyø zawoøać o pomoc. Loghain wiódø k sięcia w zarośla. Pognali między znis czonymi szaøasami i przewróconymi namiotami do kępy drzew na skraju obozu. W bieg u Maric i Loghain przeskoczyli kilka ciaø. wysokiego mężczyznę zataczającego szerokie øuki mieczem i zadającego cięcia s egom zbrojnych. Dwóch kol jnych żoønierzy zastąpiøo im drogę. którzy z caøą pewnością nie spodziewali się żadnego oporu. Gøos Loghaina byø zimny lód i groźnie cichy: . Milczaø więc.Nie stój tak! . . kiedy uświadomiø bie.niektórzy chwytali skromny dobytek. Loghain szarpaø go za ramię.zbrojny zwaliø się w bøoto z gulgoczącym odgøosem. W oddali Gareth nadal walczyø. obaj oddyc ali ciężko. Nie zanosiøo się na døugą wal zta banitów rozbiegøa się. mokre gaøęzie biøy ich po twarzach i kiedy znaleźli się za nimi. pc a mieczem i kopnąø . Maric søyszaø za plecami mrożące krew wrzaski i tupot nóg. trysnęøa krew. Maric trzymaø si sko.Dlaczego stoimy? . W obozie panowaø chaos. Gdy zostawaø w tyle. ale Loghain nawet nie drgnąø. . . że nie pora na postó . ale oczy mu pøonęøy. Szarpnąø Marica ynę po raz kolejny i niemal zbiø go z nóg. sparaliżowany widokiem walczącego ojca. zamieszkane jedy nie przez dzikie plemiona i najniebezpieczniejsze ze stworzeń.ostatni okrzyk bojowy Garetha. a także rozkazy żoønierzy przeszukujących szaøas ioty. jedno z nich należaøo do møodej kobiety.trzegø Garetha.Biegiem! Już! .żoønierze nawet nie zauważyli uciekinierów. wywoøując syk wściekøości towarzysza. Maric przeżyø wstrząs. Loghain już przy nim byø.Trzymaj się blisko albo przysięgam.

E. ale na pewno wyglądaø inaczej niż wszystko.Uważasz. jakby wiøy się w agonii. To niebezpieczna kraina. że ci przykro! . Maric nie miaø pojęcia. gdy bezwøadnie zwaliø się na mech. by wybuchnąø. zimny opar osiadø mu na skórze . jaką cieszyø się las. co mam robić. gdyby poszli za nami.To przez ciebie ginąø..Loghain wyjąø zza pasa n przeciąø kilka splątanych korzonków zwisających tuż przy twarzy chøopaka. ślis kim gruncie zmieniø się po kilku godzinach w wyczerpujący trucht. jakby miaøa zaraz odpaść.Widziaøem. kiedy wiem. którym przyrzekø ochronę i bezpieczeństwo. nadal z trudem øapiąc powietrze. próbując odzyskać oddech.. ale przekonaøeś mnie. że to niebezpi ain nie odpowiedziaø. W paru krokach doskoczyø do Marica. Na twój rozkaz stanie za tobą caøa armia Fereldenu. odbiegø kawaøek i stanąø. Nie zamierzaø jedn erzyć. Wdychaø zapach lasu i wøasnego potu. a jednak nieznana siøa wyrwaøa ją z ziemi i przewróciøa jak zabawkę. gryzø sobie język. chøopak nadal nie potrafiø sobie przypomnieć więcej niż deszcz i mrok. Nie miaøem pojęcia. Oto rzeżyø dwie noce. . kiedy natknąøem się na ciebie w lesi .myślaø Maric. Wiedziaøeś.w niepewny krok. zmusiø się. co? . .Jak wspaniale. Loghain zesztywniaø. Maric splunąø røatna strużka popøynęøa mu z kącika ust.Na moich oczach zamordowano mi matkę. . by się bronić. Byøa to stara topola. . . . zaøamaø ręce. e? Ważną personą. Marica przestawaøo to obchodzić. Przykro mi. . Metaliczny smak wypeøniø mu usta. Wreszcie Maric opadø w naturalną niszę utworzoną przez korzenie zwalonego drzewa.wysyczaø Loghain. spoglądając w køęby mgøy. Wasza Wysokość? . nie znalazøa jeszcze potw erdzenia. by ocalić życie. Twarz miaø przecież p adøą. że cieszy mnie to o się staøo? Nie chciaøem.Czemu to zrobiøeś? Wiedziaøeś. za każdym razem przedzierając się przez dzicz. Z trudem øapiąc oddech. c . . W tej chwili? Niezbyt. o korze jasnej jak pergamin i pniu dziesięć razy szerszym niż chøop ak.Zamierzasz mnie tak po prostu zostawić? . gdy tylko dow iesz się. że tego chciaøby twój ojciec? Loghain wytrzeszczyø ocz . ni brakowaøo. . Prawie tak gøupi. Szczególnie teraz.Uciekaøem przed tymi. Czyżby biegli caøą noc? Niemożliwe . że jestem ścigany. jak my zdesperowani. kiedy resztki siø. Loghain uniósø groźnie pięść. poderwaø go z mchu i cisnąø na porośnięty grzybami pień Uderzenie zaparøo chøopakowi dech w piersi. I przepędzi hordy ogaró abari.. które by cię wywęszyøy.. Maric nie wiedziaø. garbiąc się i zaciskając pięści. tyle wiedziaø. by usiąść. żebym potem daø za ciebie życie.Och. chociaż sądząc po wściekøości wykrzywiającej jego twarz. bym poszedø z tobą. czy nie rzucisz mnie po prostu wilkom na pożarcie. Wytarø usta grzbietem døoni. Paniczny bieg po nierównym. . angażowaø w dot zymanie kroku najwyraźniej niestrudzonemu Loghainowi. jak døugo biegli. Krwotok zelżaø. Zøa reputacja. Stanąø arikiem i spojrzaø wściekle jasnymi. Policzek przeszyø ból.Jesteś pewien? .Prawda jest taka . czy mężczyzna staraø s go zlekceważyć. którzy ją zamordowali.stwierdziø . gdy zauważyø. . aby temu zapobiec.Jak bardzo czujesz się bezpiecz ny.. co Maric widywaø do tej pory.rzuciø. Splątane korzenie wi się jak macki. Jeden z nauczycieli Marica wyjaśniø mu kiedyś. że zgubi pogoń . .Nie waż się o nim wspominać .. by twój ojciec zginąø. jak mój ojciec umiera wraz z tymi.Jesteś księciem. Zimny dreszcz przebiegø po plecach Marica i osiadø nieprzyj emnym ciężarem w trzewiach. p zykro ci? Przykro?! Maric ujrzaø zbliżającą się pięść i zamknąø oczy. Strach zamgliø wspomnienia i nawet kiedy panik a ustąpiøa. Ogro mne drzewa byøy poskręcane i pokrzywione. zbyt yczerpany. by zwolnić marsz.Wyprowadziøem cię bezpiecznie z obozu.ż nie wejdą w Gøuszę. lecz teraz czuję się o niebo lepiej. czy po prostu się zastanawiaø. . . Byliby gøupi.i Maric byø wdzięczny za tę na turalną ochøodę.Myślę. Maric zacharczaø. że mężczyzna jest tak samo zmęczony. o co dokøadnie chodziøo. .To. Rozbity i søaby Mari iø dalej: . Nadal staø odwrócony plecami i tylko ręce miaø zajęte odcinaø niewielki gaøązki z pobliskiego pnia i rzucaø je za siebie. skąd wzięøa się t się to z lokalnymi starymi podaniami. Znaleźli s Gøuszy Korcari. . Zamierzaøem iść swoją drogą. Przyćmione świ tøo ledwie sączyøo się przez baldachim liści. Nie masz prawa mówić mi. Maric podejrzewaø. Może nawet wyśle magów. skoro zapuściliśmy się w te strony.Uważasz. Pomimo ciężkiego ubioru przejawiaø jednak chęci. pochylając ię nad Marikiem. Nie możesz pasować mnie na rycerza. cz yż nie? Jesteś tutaj i żyjesz. jakie mu pozostaøy.wycedziø Loghain z niechęcią. szczęka pulsowaøa. by zamaskowali twoją ucieczkę. kim jestem. a po czole spøywaøy mu strużki potu i plamiøy skórzany pancerz. a w końcu . chøopak legø na mchu. Loghain prychnąø z odrazą i odszedø na kil ka kroków. Stanąø tam najeżony. . . bardzo poci eszające.TRZY. . że jest ci przykro! Ods koczyø od chøopaka. ale chøopak nie potrafiø sobie przypomnieć.wściekaø się Loghain.Ponieważ tutaj się rozstajemy. że jego podo zostaø w tyle. a przy ziemi nieustan nie pøożyøy się zimne opary. Loghain nie daø znaku.Świetnie . że usøyszaø choć søowo. między rzadkimi prześwitami w koronach drzew mo byøo dostrzec skrawki jasnego nieba. Zacisk rzeøykając krew. tylko zakoøysaø ramieniem. Przynajmnie burza się uspokoiøa kilka godzin temu. w ich cieniu rozwijaø się miękki mech i delikatne biaøe kwiaty. I nie mogøem robić.Wykończony. zimnymi oczyma.gøos Loghaina byø lodowato spokojny.

I jakieś miejsce.Więc znajdźmy coś lepszego od węża. nawet ja to wi edziaøem. dar od kapøanki.zczęka nadal go bolaøa. Nie chcę żadnej nagrody.Wytarø resztki krwi z ust. Jesteś gøodny? Maric z zakøopotaniem spojrzaø na døugie. Mężczyzna nie sprawiaø wrażenia uszczęśliwionego. a w uszach dzwoniøo. nie miaø caøkowitej pewności. dokąd zmierz edziaø. a gøos ochrypø. Las wokóø wydawaø się coraz gęstszy i ciemniejszy. Byø wielkim czøowiekiem. Przystanąø wreszcie. Skoro jednak nie napotka sprzeciwu.. że warto jak najbardziej oddalić wzgórz i obozu. Męż zna podszedø bliżej. But caøe. .Bardzo proszę.wymamrotaø Maric skonsternowany. choć powinien pr zystać do armii rebeliantów. książę nie miaø pojęcia. co powiedziaø księciu. będ ziemy kwita. . z jakich objąø przywództwo nad tymi biedakami w obozie. gdybym miaø okazję. co myśli Loghain: Na pewno będę tego żaøowaø. czy. więc nie byø zupeønie bezbronny. ledwie widziaø niebo. konwulsje ustaøy. . Rozumiesz? . że Maric będzie się sprzeczaø. choćby i sownika w jego wspaniaøym skórzanym pancerzu. rzecz jasna. w którym szedø chøopak. żeby mnie ocalić. w Gøuszy znalazøo się d rych powalonych drzew. jakby stąpaø po pew ym gruncie. Zresztą z rojni mogli też zostawić strażników na skraju Gøuszy w nadziei. Ruszyø po niepewnym poszyciu.Moja tka też taka byøa. byś zginąø w Gøuszy jak ostatni d A do tego na pewno dojdzie. Chlusnęø . I cho podróż przez dzikie tereny nie należaøa do øatwych. . Przy odrobinie sz zęścia znajdzie drogę powrotną i wydostanie się z lasu. Najważniejsze byøo teraz schronienie. niekiedy leżących w stosach nawet po kilka lub kilkanaście.. Loghain się nie poruszyø. Miaø także sztylet. . ja a poøudnie. by rozpalić ognisk Loghain ruszyø szybkim krokiem. że nie zaufaøem od ojemu ojcu . że ludzie uzurpatora w ogóle wiedzieli o ucieczce księcia do Gøuszy. Cichoøazy. ktoś ocalaø. Może trafi na kupiecką karawanę. . Książ nik podejdzie.Przynajmniej ruszyøeś stronę. wskazując kierunek. Loghain zignorowaø zaczepkę. Przypadkowo. że zbiegowie ukryli się w mni j niebezpiecznych rejonach puszczy i niedøugo się z niej wychylą. Na twoim miejscu też chciaøbym ić do moich ludzi.Po pierwsze. Równie dobrze mógø iść w dobrym kierunku. Jak mógøbym tego nie rozumieć? . . jakby oczekiwaø. .Tak. .Czasami widuj ię je poza Gøuszą. podartą pelerynę i odszedø.. żebyś ze mną i. co Maric mówiø.I nie zamierzam tytuøować cię Wasza Wysokość. . Otarø øzy i skinąø gøową. . .Zatem. Ale dość smaczne. jeżeli ci nie pomogę. Z wysiøkiem wstaø.. by zastanowić się. nie sądzę. jak tylko sp róbować. czy pogoń nie wejdzie do lasu. . by się z nią pożegnać.Żaøuję. a buty raz po raz klinowaøy się między korz b zapadaøy w bøotniste kaøuże. że nigdy w życiu nie czuø takiej ulgi na widok drugiego czøowieka. nie przeżyø. Opary utrudni aøy wędrówkę. Nie żądam. tak je nazywamy. Mężczyzna nie powiedziaø søowa.. Dlatego pasowaøem go na rycerza. . . który spotkaø Marica lub Loghaina twarzą rz. Køusownik wolaø jednak zakøadać najgorsze. wøaściwie nie widziaø. a lepsze to niż bøąkanie się bez celu.stwierdziø. . ..A kiedy to zrobię. że mnie uratowaøeś. bez wątpienia.Dobrze. *** Przez trzy dni uciekinierzy przedzierali się przez Gøuszę Korcari. Loghain wyciągnąø strzaøę z truchøa i spojrzaø na Marica.. Potem dopiero podniósø wzrok i palec. poruszającego się z gracją. Przez oszoøomienie przebiø się odgøos kroków. Chøopak byø tak zaskoczony. prawda? Zapowiadaøa się døuga wędrówka.Loghain spojrzaø surowo na księcia. Loghain tylko warknąø niezrozumiale. zdjąø z ramienia øuk esunąø koøczan wyżej na plecy. że nawet nie zdążyø pomyśleć. umiesz p rzekonywać. Powinieneś wrócić do obozu i sprawdzić. ie miaøo to żadnego znaczenia.Dobrowolnie oddaø życie.Doprawdy? Nikt wcześniej mi tego nie mówiø.Do oczu napøynęøy mu øzy. . W końcu Maric uøamaø solidną gaøąź na kostur i zacząø szukać p ntu. . Zmarszczki między brwiami Lo haina pogøębiøy się. unoszą drugi palec. wyjąø zza pasa nóż i z niemaøym trudem odciąø gøowę zwierzęcia. Zresztą Maricowi nie pozostaøo nic innego. nie patrząc. by komuś o tym opowiedzieć. gdzie stąpa. lecz tylko skrzywiø się. kiedy na drzewie zauważyø wijące się gwaøtownie stworzenie. że gdybym. Jadowite.Poradzę sobie. machnąø ręką.. tym bardziej że Loghain nie chciaø się cofać i prowadziø Marica na zachód. ż h samych powodów. Log . zaburc zaøo mu w brzuchu. Bøyskawicznym ruchem wyciągnąø strzaøę i strzeli nęøa Maricowi tuż przy uchu. I powiem ci.I nie dziękuj mi. gdzie jego miejsce. zagøębiając się coraz bardziej w Gøuszę. uważaø. Pod warunkiem.Po drugie.. co się a siebie i prawie podskoczyø. Nieważne. Maric odwróciø się . nie z waøbym jej..i ujrzaø zbliżającego się Musiaø przyznać. Lodowato-bøękitne oczy wwiercaø Marica i chøopak øatwo mógø odszyfrować. Wbrew temu. by mój ojciec chciaø. zostawiając Loghaina daleko w tyle.A zatem: wydostanę cię z Gøuszy i doprowadzę do rebeliantów. Dlaczego? Zaøożę się. Z tymi søowami wygøadziø mokrą. jeżeli nie zwrac uwagi na smród. Byøa to powolna węd rówka. czy Maric idzie za nim.Och . Kras udy zapuszczaøy się na poøudnie w drodze do Gwaren. . . a żaden żoønierz. Nie jesteś mi nic wi nien. Dziękuję. Ludzie z ob ozu rozbiegli się w różne strony. ale zanim otworzyø usta do odpowiedzi.Rozumiem. Dzięki Stwórcy. ine truchøo węża zwisające z døoni towarzysza. gdzie jest søońce. nawet na niego nie spojrzaø.

Wykonywaø rkotliwe polecenia Loghaina bez wahania. by odgonić mgøę.Wcale nie paplaøem! . że są śle zeni. køusownik szczędzaø więc te. Czujnie podkradøy się w pobliże. Ach. Powalone drzewa posøużyøy im za schronienie przez pierwsze dwie noce. . Myślisz. . napawając się satysf ją na widok nieco oburzonej miny księcia. ponieważ drapieżnik nie śledziøby tak døugo swojej zdobyczy . a szczękanie zębów niosøo si em po lesie. bo n iewiele można usøyszeć przez twoje nieustanne paplanie. I chyba to byøo dla Loghaina najgors eciej nocy zaczęøo padać. by chøopak się zamknąø. ale smoków nie widywano już na terenach od poøudnia po Morze Przebudzonych polowano na nie tak często.Jesteś pewien? . Kilkakrotnie Loghain odpędziø je strzaøami z øuku. para z ich oddechów byøa równie biaøa jak mgøa. ani na zmęczenie. jednak drapieżniki powracaøy po n iedøugim czasie. by usøyszeć teraz pytanie Marica. że gdzie indziej znajdą mniej groźną zdobycz. Je akurat nie zachwycaø się wielkością drzew lub rozlegøością Gøuszy. znaleźć mniej wilgotny mech i chrust w osøonięt rzed deszczem miejscach. Loghain utrzymywaø duży ogień. co już samo w sobie byøo podejrzane. a køusownik z odrazą zd sobie sprawę. Maric przyjaźnie paplaø bez ustanku na dowolny temat. Dotrzymywaø tempa ki i nie skarżyø się ani søowem . . Bez ognia powietrze mroziøo do szpiku kości.Nie czekając na odpowiedź.a na pewno ktoś.ale nie myśl. by zøagodzić dreszcze. I że mnie n stawiøeś. kiedy przekonaø się. Maric na szczęście wykazaø się opanowaniem i zastosowaø do polecenia..uzna Nawet wyczerpany i uwalany bøotem chøopak emanowaø wrodzonym wdziękiem.wymruczaø . Na szczęście byø to największy z ich problemów. Loghain byø wdzięczny.Pój owanie. Tak blady. Je dyną wadą chøopaka byøa gadatliwość. mamrotaø nonsensy. że jesteśmy tu sami. innych L ain staraø się unikać. jeszcze mniej. Ale byø również synem królowej. Kiedy drewno wreszcie zajęøo się prawdziwym ogniem. czego mu byøo trzeba: trzaskające pøomienie dające więcej ciepøa niż dymu. Loghain g byø skakać z radości. jego skóra stawaøa się za.Wiesz. zadane na dwadzieścia różnych sposobów. jak się odważyø. a mężczyzna zaczynaø się kiwać. ile køopotów mi sprawiøeś? . .Nie rozglądaj się . że brakuje mu tej gadaniny. podczas gdy Maric spaø obo trzęsąc się z zimna. Czego by nie daø. mech i chrust. Każdego ranka coraz trudniej byøo zbudzić chøopaka. że śpiący obok Maric trzęsie się konwulsyjnie i nie daje obudzić. uciszając Marica. dodając wilgotne nieco drewno. którą odczuwaø wcześniej. gdy nie padaøo. że inne ogromne stworzenia nie kryøy się wśród tutejszych ostępów. czy stado wilków powraca. Mężczyzna zasnąø. że omal nie zamarzøeś na śmierć. Zdawaø sobie sprawę. dlatego køusownik ze wszystkich siø p agnąø znienawidzić księcia. że jak dotąd nie natrafili nawet na ych potworów. Przypominaøy mu się bajki o smokach. Loghain zwykle søuchaø w milczeniu. Cieszę się.znaø si rzeczy. Czwartego dnia Loghain zdaø sobie sprawę. wilgoć przenikaøa przez odzien odbieraøa ciepøo. dzięki czemu udawaøo im się je omi arażania się na atak. Przez døuższy czas miaø wrażeni jest obserwowany. Umiaø na czas wytropić drapieżniki. odszedø. przemarznięty i zaniepokojony.Doprawdy ? Nic dziwnego. póki jeszcze mogę.Nie. Ale choć Loghain rozglądaø się uważnie. Maric søys wieści o wielkich jak domy zwierzętach podobnych do niedźwiedzi i bøękitnoskórych ograch z r ogami døuższymi niż męskie ramię. ale też zająø się ogniskiem. a potem usøyszaø w krzakach podejrzany szelest. jaka siøa byøa zdolna uczynić takie szkody.. Wilki nie wróciøy. . zbierając odwagę d ataku. jak udaøo mu się wz cić pøomienie. . Skinąø Loghainowi w milczącej podzięce i uśmiechnąø się z l zeniem. Loghain wstaø. a zęby szczękaøy mu nieustannie. że niemal biaøy. Żebym zamarzø.To się liczy. Co wcal e nie znaczyøo. że pow i Loghaina staøy się ciężkie. które prawdopodobnie żyøy w tych okolicach.. że dawno temu zostaøy wytrzebione niemal do szczętu. Kiedy nadszedø poranek.hain zastanawiaø się. Po drugiej nocy Maric nieco przygasø. Byøbym zobowiązany. W końcu miaø to. Loghain tylko zmarszczyø groźnie brwi. Ognisko nie wystarczaøo. wi znaøy. ani na nic innego.wycedziø Maric potarø ramiona. że dasz sobie z tym radę? . . że mgøa i deszcz przemoczyøy ale staraø się wygrzebać co suchsze gaøęzie. które miaø. Obudziø się kilka godzin później. ale przynajmni j oprzytomniaø i mógø się ruszać. gdybyś nie zamarzø podczas mojej nieobecności. Tej nocy pojawiøy się wilki. Wtedy przyciągnąø Marica najbliżej jak można i usia próbując wypatrzyć. dzieliø się wiedzą o plemi syndów. możliwości. że żyję. Køusownik byø zmęczony. A potem nadeszøy frustrujące godziny.Wcześniej zjadøyby cię wilki. co im obu niejednokrotnie ocaliøo życie.Ja. skoro wszystkie siøy tracisz na mielenie oz . by zrobić nowe. Uciekinierzy kulili się pod gøazem. Okazaøo się także. którą ojciec Loghaina niemal czciø nad życie. gdy ze stosu dobywaøo s ię więcej dymu niż pøomieni. zapadając w drzemkę. nie udaøo mu się dostrzec nikogo wśród cieni. choć ze wsz taraø się zachować przytomność. Chøopak miaø delir Loghain bez zwøoki zacząø ukøadać ognisko.. używając ich tylko w ostateczności. Nadal byø blady i drżaø. Ktokolwiek tam się kryø .ani na gøód. . marzą tylko. Miaø po temu wszelkie powody. W rzeczywistości nie potrafiø jedna odnaleźć w sobie wściekøości. Pewnie Maric z øatwością znajduje przyjacióø . by się prze est nie tylko na nogach. szczękając zębami. Strzaø nie byøo wiele. Po jakimś czasie ciepøo sprawiøo jednak. że Marica trudno jest nienawidzić. Loghain podtrzymywaø ogień tak døugo.

.wychrypiaø Maric.Szlag! . wy eni i podbiegając bez najmniejszego szmeru. Maric wyciągnąø sztylet. ajmniej nareszcie byøo mu ciepøo. że zostaø posadzony przy jakimś palu. ale zamarø na widok wystającego z ciaøa pocisku. dopóki nie rozlegøo się gøuche uderzenie i chøopak wøadnie na ziemię. jak oczy kota świecące w ciemnośc . że po prostu szybko się uczysz. . i zanim jeszcze otworzyø oczy. Na próżno. Pocisk zyø mu ramię z taką siøą.Co to za zapach? Jaśmin? . Podróżnym takim jak Loghain i Maric. z dowaø się przy ognisku. Kręgiem otaczaøy polanę. a zaraz potem aromat pieczonego mięsa.migotaøy w zmiennym świ etle. potwierdzaøa jednak większość pogøosek.Co oni robią? Skręcają go w tutki i p . na której znajdowali się obaj uci kinierzy. . przyglądając się ludziom. starając się robić to niezauważenie.A ja myślaøem. próbując nieco odsunąć od ogniska. zap e duże. więc Loghain wykręciø się. . przemierz ając lasy. Jak oczy elfa.dwa lśniące punkciki. . na czoøach m iaøy wytatuowane barwne wzory symbolizujące ich pogańskich bogów. co jego møodszy towarzysz. W gø cieniu pomiędzy parą wysokich drzew .. Pøomień niema ienie. a rana opatrzona. Miaø do czynienia z dalijskimi elfami. niezbyt przekonany. zaś tyø wieńczyø finez ony i wygięty kawaøek drewna. wyczuø. jakie søyszaø. która przebiøa ramię Loghaina. że chøopak mógø coś wypatrzyć pierwszy. samotni i niechętni obcym. Maric przechyliø gøowę ekko na lewo. Oślepiøo go światøo. Da skie elfy przysøuchiwaøy się ich rozmowie. gdy sieć nacisnęøa na brzechwę tkwiącej w niu strzaøy.zakląø Loghain ogarnięty paniką. że bez trudu je teraz rozpoznaø. obcych ocza ch czaiøa się żądza mordu.Maric wzruszyø ramionami. gdy oślepi g mieni. wykrzykując gniewnie w obcym. . aż chøopak otworzy oczy.Wiesz coś o dalijskich elfach? . Maric uniósø sztylet. Może uwzględnią twoje zastrzeżenia. Niewiele. Chociaż Loghain nigdy wcześniej nie wi ziaø korabiów lądowych. Sprawiaøy wrażenie nieprzyjaznych i podejrzliwych. dbiegø do towarzysza.Mógøbym naprawdę się obejść be nego uderzenia w gøowę. sycząc z bólu.Uciekaj! . . świsnęøa strzaøa.Może.Poskarż się Dalijczykom. że zostanie zjedzony? Upieczony na r ożnie nad ogniskiem? Czy to wøaśnie elfy robiøy z ludźmi? Byøo to chyba maøo prawdopodobne. Na twarzy czuø zadrapani skoczące strużki na czole wskazywaøy. gotów walczyć. . gdy ludzie zniszczyli ich rodzime ziemie.Chociażby jak być jeńcem spod prawa. Loghain próbowaø się wyrwać. tak jak wcześniej køusownika. Co planowaøy? Loghain czuø się niemal jak egzotyczne zwierzę wystawione na widok tøumu. zerkając ponad ogniskiem. Elfy rzuciøy się na nich naty chmiast. a nawet wrogich. z rękami skrępowanymi ciasno za plecami.wychrypi ain. że na gøowie miaø krwawiącą ranę. choć pozostaøa obywatelami drug kategorii. zostaøa wyjęta. zapewne søużący za ster. Jednak byøo za późno. Ich barw e szaty wzorzyste. Czy to oznaczaøo. dziwacznie zdobionych kadøubów. zapewne od uderzenia. Rozglądając się z przerażeniem. ze zøoto-czerwono-niebieskimi ornamentami . że strzaøa. wówczas jednak sp adøa na niego i Loghaina cieniutka sieć i skrępowaøa im ruchy. Ma ric drgnąø i jęknąø boleśnie. zerkając od czasu do czasu na Loghaina. zbyt groźne. . Zawsze razem. że mężczyzna upadø z jękiem na plecy. Uciekli.ostrzegø go Loghain. by się do niego zbliżyć. wędrowcami od dawien dawna. lecz Dalijczycy się na to nie zgodzili. Więks zość elfów poddaøa się nowym prawom i zamieszkaøa w miastach. reszta trzymaøa w pog rsztynowe ostrza z twardego drewna. Nad każdym z kadøubów wznosiø się maszt z trójkątnym żaglem. a Maric kuliø się obok. . mrugając. Søyszaø buzujące pøomienie. w którą wpadø. . b orąc pod uwagę. W jasnych.To oni? Zastanawiaøy mnie symbole na ich twarz ach. Otworzyø oczy. Maric wciągnąø w nozdrza powietrze i z ząsø się z odrazą. którzy przecięli rogę ich lądowym statkom. . Kiedy pochylaø się w uniku. etrze wypeøniø ciężki zapach podobny do jaśminu. Kilka kolejnych wynurzyøo się z cienia i stanęøo p zy statkach. Elfy pożywiaøy się z drewnianych misek. Zaraz potem Loghain otrzymaø mocny cios w gøowę i również osunąø się w mro *** Loghaina obudziø ostry ból gøowy i fala ciepøa na twarzy. Maric adø prosto. Ale wówczas zobaczyø to.Ostrożnie . Przez pøomienie Loghain dostrzegø kilka døugi h. . żyjącymi w silnie powiązanych klanach. Prze z zasøonę dymu mężczyzna widziaø sylwetki elfów siedzących po drugiej stronie ognia. il prawdy byøo w starych opowieściach. Loghain uśmiechnąø się lekko. Czcili dziwnych bogów i trzymali się najdzikszych krain. zwøaszcza że nigdy dotąd nie spotkaø żadnego Dalijczyka. Ubrane byøy w wyprawione skóry. Wokóø ludzi pojawiøy się elfy. Loghain podążyø spojrzeniem we wskazanym kierunku. søyszaø o nich tyle opowieści.orem.No.Na tchnienie Stwórcy! . Jasna krew splamiøa wysoką trawę. tak jak żeglarze przemierzają morza i oceany. Loghain czekaø. które musiaøem zgøębić. a potem rozkaszlaø się na dobre. próbując wstać i wyrwać strzaøę. A zat to pewne. Jednym pøynnym ruchem przygniótø Marica do ziemi i zdjąø øuk z ramienia.Miaøem inne zagadnienia. . nieznanym języku. Spojrzeli nerwowo na boki. Tak jak przypuszczaø.. I biada podróżnym. . unieruchamiając ludziom ręce i nogi.Loghain! . od czasów .Na przykøad? . Zasadzka. Maric szarpaø się. Kilku elfów zbliżyøo się z napiętymi øukami. Køusownik nie miaø pojęcia.wrzasnąø Maric.

Hej? . że coraz więcej elfów gromadzi się w po znie im przygląda. Loghain szarpnąø się w więzach. że dalijskie klany nie przepadaøy za ludźmi. dopóki nie zorientowaø się. jak przypuszczaø Loghain. Loghain widziaø już takie ostrza. Loghain szturchnąø chøopaka øokciem. odziani w ciemne skóry. Później elf sprzedaø swoją roń. którzy ich więzili. Tylko Dalijczycy umieli wyrabiać ostrza z podobnej do żelaza kory . Niezbyt m obrazić tych. Potter przybyø do obozu z podobnym nożem. Tym razem do grupy doøączyli myśliwi. Porozmawia ktoś z nami? Hej? . wyśmiewając jeden z elfickich zwyczajów. Twierdziø. że kupiø go od pary Dal ijczyków wiele lat temu. Raczej ukradø.Ponownie zacząø węszyć. oraz uzbrojeni w øuki i noże. którzy zøapali Marica i Loghaina. roz glądając się bezczelnie.zawoøaø nieoczekiwanie Maric do elfów.ostrza twards ze nawet od stali i o wiele lżejsze. podobnie jak ci. Powszechnie wiado mo przecież. . døawiąc się od smrodu. chc rawdzić ich wytrzymaøość.

nadawano im miano ap atów. na którego powierzchni wygrawerowano splątane runy. . Elfy spojrzaøy po sobie. nie jak u reszty Dalijczyków.Amulet jest darem od naszego Opiekuna .zdziwiø się Loghain. że nie spodobaøo im się to. w jakich gromadzono tych. ukrywającą się w Gøuszy Korcari.Dlaczego tu jesteście? . Zbiegów uważano za odstępców.Byø jeden. używają go często. Obcy. milczących elfów nie należ do najprzyjemniejszych. Przestaø się odzywać.wyjaśniø elf. lecz Loghain miaø wrażenie. Wówczas z tøumu gapiów wys elf. . niż wydawaøoby się ierwszy rzut oka. ani Maric nie dostali nic do jedzenia ani nie pozwolono im choć trochę wypocząć. . Eskorta Marica i Loghaina nie odpowiadaøa nawet na najpro stsze. uśmiechnąø się. którzy uciekali przez las? . Loghaina zmroziøo. dokąd prowadziøy ludzi. . że elf miaø na szyi amulet. uciec przed zamknięciem w jednej z ich wież. Gdziekolwiek to byøo.Znasz królewski? . niepokoiø hyba mnóstwo pytań. staøa prosta stara chata z dachem pokrytym wyschniętym mchem i . Elf w wykwintnych szatach nie raczyø się przedstawić.Gdzie jest teraz? . odstępców częściej zabijano. którzy handlują z obcymi. . W przeciwieństwie do wspóøplemieńców nosiø ciężką skórzaną okóø ramion. będziemy musieli zabrać was tam.Z innymi? . Jego szatę zdobiø wzór bardz skomplikowany niż u pozostaøych. Równie dobrze mógø w gniewie rzucić c ary na Garetha i jego ludzi .ale jeżeli pochodzicie z tego samego miejsca.Elf zachowywaø się øagodnie.W klanie staramy się posøugi ać rodzimym językiem. Loghain czuø się jak skazaniec. Byøo jasne. Møody. a jego poza sprawiaøa wrażenie przyjaznej i uprzejmej. Loghain zauważyø również.Elf pokiwaø gøową z nieskrywanym rozczarowaniem. Myśl. gdzie biaøy opar zmieniø się w przesøaniającą wszystko mgøę..powiedziaø bez śl adu obcego akcentu. A to jeszcze bardziej martwiøo Loghaina. które niemal krzyczaøo: A nie mówiøem? . iertelnym strachu.Większość z nas go zna. Podeszliście do naszego o bozu. . . którzy mieszkają w tych lasach. którzy przej awiają choć odrobinę magicznych zdolności. by albo sprowadzili uciekiniera do w ieży.chciaøy jak najszybciej dotrzeć tam.Jesteście z zewnątrz. .Cicho! . nie próbujcie uciekać.powiedziaø elf w rynie . którym udaøo się zbiec. wskazując przy tym na ludzi i chyba miejsce za obozow iskiem. że ani on.Będzie trzeba was do niego zaprowadzić . *** Kiedy Loghain i Maric opuszczali obozowisko. a søońce led się przez korony drzew. W gøębi gęstego lasu. .Nie bądź gøupi. bardzo s tarej legendzie.westchnąø elf z niezadowo leniem. Proszę. że tu jesteście .Loghain odezwaø się. .. że dwaj møodzi mężczyźni mają taki zamiar. kiedy zostawali w tyle.Są tu.Przybyliście zatem z innymi. że zabijaøa każdego. Ozdoba byøa zrobiona z wyp wanego drewna. nie wiedziaøeś? . uprzejme pytania.Do asha'belann ar. że wiedźma może być kimś więcej niż odstępcą. a w oczach odbijaøo się wspóøczucie. Wiedźma? Niekiedy magom udawaøo się wyrwać ze szpo u. co schwytany wcześniej czøowiek. przestraszone dzieci odgoniono od widowiska. zacząø rozcierać nadgarstki. elf naprawdę myślaø. by je to w ogóle obcho ziøo .Ponieważ nas zaatakowaliście. że w końcu zostaną odnalezieni. Dalijskie elfy w yraźnie baøy się Døugowiecznej Kobiety. . kto p w lesie? To możliwe.. . Czøowiek. gdzie jego. o co chodziøo. Może ni m byø. Kiedyś do obozu ojca przybyø apostata. Ojciec odesøaø go. A potem wstaø. zanim odpowiedziaø: . Logha in miaø ochotę mu przypomnieć. nazywa ją ją Wiedźmą z Gøuszy. odwróciø się do najbliżej stojących wspóøplemieńców i wydaø im uprzejm polecenia w języku Dalijczyków. którego myśliwi schwytali daleko stąd. Znaki zdawaøy się por uszać. oć tylko ci. Maric rozejrzaø się wyraźnie Gdy go rozwiązano.No co? Tylko pytam. ale ostre spojrzenie elfa uciszyøo go skutecznie. inni. kimś gorszym. Kilka elfów splunęøo im pod nogi . dalijskim języku.Dokąd chcecie nas zabrać? . zrozumiaøym dla naszych bogów. Døugowiecznej Kobiety . nie chcąc køop z rycerzami na usøugach Zakonu. Uklęknąø przed ludźmi. celowo ignorując satysfakc ję Marica i jego spojrzenie. Mag niechętnie odszedø. dotyczącej dzikiego lasu. Towarzystwo ponurych.Ludzie. Elfy nie sprawiaøy jednak wrażenia. Co zrozumiaøe.Ach. tańczyć.pomyślaø Loghain. którego siostra Ailis od razu rozpoznaøa. odprowadzaøy ich zøowrogie. . Sądząc po tonie. A zatem ta kobieta też musiaøa być apostat ką. Czyżby byøa tak zdesperowana. .stwierdziø stanowczo Loghain. W zakamarkach jego pamięci bøąkaøo się wspomnienie o legendzie. a ci. a Zakon posyøaø za nimi w pogoń templariuszy. choć zaci ekawione spojrzenia i szepty w obcym.Nie mieliśmy nawet pojęcia. Møody elf podszedø bliż zy spojrzenie Loghaina.syknąø Loghain. o co zostaøy popros zone. Sama myśl przyprawiøa Loghaina o gęsią skórkę. Paru jednak podeszøo i zaczęøo rozwiązywać pęta jeńców. lecz nie potrafiø sobie przypomnieć dokøadnie j. z døugimi brązowymi wøosami i mocno skośnymi oczami. .Przykro mi .odpo iedziaø Maric z niedowierzaniem. Uniósø spojrzenie na Loghaina i zapytaø ciekawością: . Magia. . zanim pomyślaø. Maszerowali przez Gøuszę parę godzin. rzucaø tylko ludziom zirytowane spojrzenia. albo zabili. któr zy przyszli przed nami? Niedawno? Elf zmierzyø mężczyznę beznamiętnym spojrzeniem granatow ych oczu. drobny mężczyzna. że jest w tym coś więcej.

Elf i dwaj myśliwi odeszli bezszelestnie.usøyszeli. Obaj stali z rozdziawionymi ustami. ale nie zaprotestowaø. kawaøkami kory i kamieniami. Czøowiek zostaø powieszony za szyję i ramiona. ozdobiona delikatnym haftem. żebym go zabiøa. Wiedźma nawet nie drgnęøa.Żądasz? . tuż obok nieużywanego od wie u dni doøu na ognisko. .nie od razu można je byøo zauważyć wśród mgøy i cieni. . lecz usta zasøoniøa mu giętka gaøązka. . ale brzm w nim rozbawienie. . w koronach drzew świergotaøy podniecone ptaki. jakby køusownik postradaø rozum.zapytaø ric.groźba nie zrobiøa wrażenia na wiedźmie.Ws azaø na chatę.prychnąø Logha rucha zachichotaøa ponownie. . lecz nim køusownik zdążyø się odwró e drzewo wyciągnęøo gaøęzie niczym gigantyczne ramiona i uniosøo go w powietrze. Uosabiaøa wyobrażen o wiedźmach: miaøa rozczochrane siwe wøosy i ubranie z kawaøków ciemnej skóry. . byś pozwo ejść. Loghain.Na szczęście żaden z was nie będzie równie nierozw ażny. każda ozdobiona piórami. Mari spojrzaø na niego... Nieco dalej wisia inne ciaøa . Loghain uniósø rękę.Nie przedstawiø się. Ciastowata. . by nie można byøo ich rozpoznać. by zøamać ci kark. Prawdę mówiąc. . . Podszedø jeszcze bliżej do kobiety. Kiedy szli ści eżką. wskazując chatę. .Loghain czuø dziwne øaskotanie przebiegające po ramionach do karku. Tak.skóra lśniøa jak brzuch śniętej ryby. mgøa tańczyøa i wiøa się wo ka ze światøem? Przed chatą na ganku staøo stare bujane krzesøo. bez wątpienia mogøa ich obu przyprowadzić do siebie. Rozglądają się bacznie Loghain poczuø niepokój. ale nie dodaøa więcej żadnych wyjaśnień. Stara kobieta wynurzyøa się. spomiędzy drzew. Przerażony Loghain chciaø krzyknąć do Marica. wzdøu sznurkach wisiaøy czaszki . zębatym uśmiechu.Dareth shiral. . Zapach drzew po niedawnym deszczu byø czysty i orz eźwiający. . Niestety. . a opary mgøy nie sięgaøy chaty. Jeżeli mieszkaøa tutaj prawdziwa apostatka. Machnięciem døoni wskazaøa Dannona. . Dalijczyk odpowiedziaø tym sam ym.Nie potrafię powiedzieć. . a wokóø niego uwijaøy się roje much.Maric spojrzaø zegawczo. Wiodøa do niej wąska ścieżka. Gøos miaøa skrzypiący.szczura. kuśtykając. k niczym poøamana marionetka. wisielec musiaø być jednak martwy dość dawna. Starucha dźwigaøa kosz wypeøniony dużymi żoøędziami.Czary! . Loghain usiøowaø się wyrwać.zapytaø Maric.zapytaø Maric z wahaniem. . że to ja coś zrobię? Log n usøyszaø za plecami. zabrzęczaøy gniewnie muchy. gdy zauważyø.Dannon? .Kim jesteś? .A kto powiedziaø. że jedna z czaszek przy ścieżce jest ludzk Odwróciø się jednak spokojnie do elfa i skøoniø z szacunkiem.No.. Nie widać byøo żadnych ran. napuchnięta twa i wytrzeszczone oczy nie znieksztaøciøy rysów na tyle.zachichotaøa wiedźma. .Co się z nami stanie? . Na plecach po wiewaøa jej zaskakująco piękna peleryna obramowana lisim futrem.Nie przyp uszczam. Logh ain znaø tego czøowieka. .E.Zmierzyøa Loghaina i Marica uważnym.Maric ur aø z przestrachem. a wraz z nim stanęli dalijscy myśliwi. owocami i pędami owiniętymi czer matką. jak mi się zdaje? Świetnie! To znacznie uprości sprawę. . .Żądam. jak Maric gøośno wciąga powietrze. cienie zdawaøy się pogøębiać. Starucha tylko zmrużyøa oczka. nadal spokojnie siedziaøa w bujanym fotelu. . Z większości zostaøy już lety okryte strzępami ubrań i resztkami wøosów. Po wietrze zdawaøo się iskrzyć. Zaszeleściøy ie. że ten skrawek ziemi ma wøaściciela. pochyl się nad nią groźnie. a mnie wystarczy chwila. Życzę powodzenia tobie i twojemu przyjacielowi.mruknąø.. gdy się ze mną igra. że dalijs ie elfy zabraøy mu broń. lecz na próżno.Czy tak powiedziaøam? . Na drzewie koøysaøo się ludzki chøo . Møody elf w kolorowych szatach z trzymaø się. . . Starucha ruszyøa do chaty. Ostrzegaøam le tylko krzyczaø. Staruch a wyszczerzyøa się w szerokim. acz nieprzerwanie.. Do nozdrzy Loghaina i Mar ica dotarø odór zgniøego mięsa. że podziwiacie moje najnowsze trofe um . Musicie wejść do środka. Potrzebujesz czasu. klekocząc cicho. kim jest . .Czary mnie nie przerażają.To tutaj. przy którym leżaø równy stosik omszaøych kości. jeśli choć ruszysz palcem. Może dziaøaø tu również magia . Loghain nie przypuszczaø.gaøęziami oraz ścianami przesøoniętymi dzikim bluszczem. wilka i innych niezidentyfikowanych stworzeń.Czy to. chod hodźcie . nie z abrzmiaøo to uspokajająco. Drzewa pochylaøy się groźnie. u chamiając również gøowę. kim jest Wiedźma z Gøuszy .Widzę. .. nie ając się na gości. co czyniøo sytuację jeszcze bardziej nierealną. Wolaøby mieć przy sobie chociaż nóż. Maric postępowaø za nim. Drzewo cofnęøo s otem pomiędzy swych braci i oto kilka stóp od gnijącego truchøa Dannona zawisøo kolejne tr ofeum. Ze znużonym westchnieniem usiadøa na krześle i odøożyøa koszyk. Znak.wtrąciø Loghain. żądam . by to byøo rozsądne rozwiązanie. . .Nie obchodzi mnie. Loghain skinąø gøową. uciszając chøopaka.wyszeptaø Maric. . nieważne. lecz przychylnym spojrzeniem . Z groźną miną postąpiø krok w stronę kobiety.Idziemy stąd? . pozostawiając Maric a i Loghaina wśród cieni i czaszek. Loghain podążyø za jego spojrzeniem w górę. . sądząc po bladości skóry i osiadøej na niej wilgoci.powtórzyø powoli mężczyzna.Zabiøaś Danno zapytaø chøopak z niepokojem. czy tego chcieli czy nie.zaskrzeczaøa. gøupi chøopak.Nie lubię.Sprawdźmy. by cić zaklęcie. ten møodzik zabiø się sam. Loghain zbliżyø się czujnie. Koøysaøy się na niewyczuwalnym wietrze . Loghain żaøowaø.

Z wytrzeszczonymi oczyma i gwaøtown ie bijącym sercem patrzyø. .Chcesz być następny? .jak to we. To staøo się tak szybko .. .. . lecz ta b jnie w fotelu. Po czole pociekøa Maricowi strużka potu.*** Maric aż przysiadø ze zdumienia i przestrachu.. jak Loghain zawisa wśród gaøęzi.Ja. Odchrząknąø i ostrożnie przyklęk jedno kolano. beznamiętnie przyglądając zajściu. Wolaøbym nie . by ogromne drzewo poruszaøo się z taką zręcznością? Książę spojrzaø na wiedźmę.Mądra decyzja.

lecz nie kiedy się to stanie. Maric patrzyø. przechodziøby przez tę część lasu. przyjemnością bym go zawiesiøa na drzewie. jak może.w gøosie Loghain abrzmiaø nie tylko gniew. .Chcesz.Chøopak wzruszyø bezra dnie ramionami. o jakich ci się nawet nie śniøo.Dość! .powiedz mi. møodzieńcze.. Chciaøbym przeprosić. jak jego towarzysz pochyla się do staruchy. przyglądając się Maricowi uważnie. . mimo że w żaden sposób nie próbowaøaś nas zaatakować.To apost atka. że nie będzie z nich żadnego pożytku! Wiedźma zaśmiaøa się skrzekliwie. Zapewne uzyskaøabyś więcej.rzuciøa. pieszczotliwe niemal tony. rozpierając się w bujanym fotelu.odparøa sucho . .Tak naprawdę . a w jej gøosie z abrzmiaøy ciche. . Ale ja żyø w tym lesie jeszcze przed powstaniem twojego Zakonu. tego nie oczekiwaøam.burknąø Loghain . w czyje serce ją wrazisz? . .Wiedziaøam. Nie uw ażasz? .Jeśli zechcesz. . że prychaø na te lekcje w przekonaniu. ale i strach. że uczynisz wszystko wszystko .A teraz oznajmiøa.A co myśleliście? . Ciekawe.A zatem jesteś nim Wiedźma z aprobatą pokiwaøa gøową. jak mnie zwą? Mam wiele imion. wyszczerzyøa się szyderczo. Śmiech wiedźmy ucichø w końcu i przeszedø w westchnienie. dojrzaøe i smakowite. jakby chciaø ją udusić. .Rzecz jasna.. Byøo ciemnoczerwone.Spojrzaøa ostro na Loghaina. .Tak .Że król Fereldenu może przejść przez Gøuszę K niezauważony? Maric zwilżyø usta.prychnąø Log hain. chcesz mnie o coś prosić? . Machnęøa marszczoną.Nie ma? A zatem wybaczyøeś? Nie pamiętasz już jej szlochów.. ..Los się zmienia. gdybyś zwróciøa się do mojej matki. zaciskając døonie i wa panowanie nad sobą. nakazują . Upadø z tukiem między uwiędøe liście i mech. że przyb edziaøam. prawda? . abøko. Ugryzøa je z zadowoleniem. nie gøupi! .wymamrotaø Loghain. .ale nie chcę jego śmierci. Loghain zwaliø się ciężko ale zaraz zerwaø na równe nogi.Zdumiewające. . potem skończyøa jeść i wyrzuciøa ogryzek. odstępczyni.Proszę . żebyś patrzyø? Twojego ojca.Rozumiem. Maric uniósø døoń.Mówiø cicho. jakby chciaø powiedzieć: Jestem wściekøy. .Czemu poddany miaøby pragn encji u swojego suwerena? . Zatrzymaø się jednak w póø ruchu.Mądry chøopak.Proszę wybaczyć mojemu towarzyszowi. Matka niestrudzenie uczyøa go dobrych manier i teraz Maric staraø się wykorzystać to j ak najlepiej.. który pociekø je Każdy radzi sobie.. w jakich okolicznościach.. Jeżeli Orlesianin. że masz na myśli prawowitego króla Fereldenu. bladą døonią i gaøęzie wielkiego drzewa zwolniøy chwyt.Jeśli zechcę. I pomyśleć. Mierzyøa go wzrokiem przez døugą chwilę. że może się zdarzyć coś zøego. . że poda wøaściwy kierunek.To nie mój Zakon . W śmiechu staruchy nie byøo radości. Wiedźma tylko patrzyøa niewzruszenie. że nie masz po jęcia. ale się Twój przyjaciel nie do końca się myli. tak jak twojego pr zyjaciela? Jak sądzisz? .. øaskawa pani. . o czym mówię. . co zamierzam z wami zrobić.A jeśli chodzi o twoje pytanie .. a po ataku dalijskich elfów. .Daj mu spokój. . ile trzeba.wiem ledwie ty le.muszę przeprosić za elfy.A co z tobą? Masz w sobie gniew ostry i mocny jak klinga z n ajlepszej stali.Elfy. koøysząc się w fotelu. kiedy. . gdy chodzi o ważne wieści.Dalijskie elfy na pewno powiedziaøy ci.E. .wiedźma zwróciøa się do Marica. Ja nic nie ma . Wiedźma zmierzyøa go wzrokiem n ie bez satysfakcji. w którą mieliście wpaść. Kiedy Maric podniósø wzrok.. Maric dokøadnie przemyślaø jej søowa. nie kryjąc gniewu.stwierdziø beznamiętnie. Czego d okona twoja. ale natychmiast się opanowaø. Møody mężczyzna pobladø. . . A wtedy przysięgasz. jak kapryśna jest magia. gotowe zerwa ię i przystąpić do dziaøania. Zdawaøo się.Czasami zemsta może zmienić świat. Obawiam się jednak. że drzewa wokóø chaty trzeszczą w oczekiwaniu. tylko niepewnie spoglądaø na starą kobietę. . nie ma już znaczenia . kiedy przyciskali ją do ziemi? Nie pamiętasz śmiechu żoødaków. r eczy. h. A w następnej zost sz zdradzony. .. . ale starucha søuchaøa go ak urzeczona.W jednej chwili jesteś zakoc hany i nie potrafisz sobie nawet wyobrazić. . . .. Tracisz swoją miøość bezpowrotnie. jeśli zachowaøy się trochę nieuprz lko dzięki nim mogøam rozciągnąć sieć. czarownica ukrywająca się przed øapsami Zakonu wtrąciø Loghain. Wiedźma pochyliøa się i z kosza stojącego u jej stóp wyjęøa dorodne. Loghain podszedø bliżej.Zatem czego chcesz ode mnie? Starucha gøośno ugryzøa ja bøko i przeżuøa dokøadnie kęs. . Oczy staruchy wbiøy się w Marica.powtórzyøa powoli. że to twoje zadanie.To. Może oddam cię sylwanowi. møodzieńcze. przeżuwając gøośno .Uciekamy od paru dni. . . søusznie. czego chcesz .Zachichotaøa i klepnęøa się po udach. dobrze wiesz.Kim jesteś? .. wiesz. To jak p ytać kota o drogę: można liczyć na øut szczęścia. Są w twoim królestwie rzeczy ukryte gøęboko w mroku. który zajmuje twój tron. . . . a to nadane przez nich jest równie prawdziwe jak każde inne. . . Zlizaøa sok. Loghain prychnąø.Maricowi zaparøo dech. wę. Nie znalazøy na przypadkiem.Maric wysunąø się przed towarzysza .Spojrzenie wiedźmy pobiegøo w dal. gdy cię od odciągnęli i przytrzymywali.Zaśmiaøa się z Maric i Loghain patrzyli na nią bez zrozumienia. .by winni za to zapøacili.Dworskie maniery? Och. spodziewaliśmy się najgorszego. Zaraz potem blady ksztaøt prześlizgnąø się przez poszyci .Prawda jest taka.Czemu i naczej miaøaby żyć w najciemniejszych zakamarkach Gøuszy? Wiedźma potrząsnęøa gøową.Może Maric i ja nie jesteśmy prz yjacióømi . starucho . gniewnie spoglądając na wiedźmę. møodzieńcze? Maric nie odpowiedziaø.

orwaø kąsek. Zwierzę byøo niemal niewidoczne, jednak Maric odniósø wrażenie, że to nie wąż. eneś mi podziękować, møodzieńcze - wymruczaøa wiedźma. - Wkroczyøeś do Gøuszy zupeønie nieprz . Wiesz, co mogøo ci się przydarzyć? Mogli cię porwać dzicy Chasyndzi. Dalijskie elfy mogøy poderżnąć ci gardøo. Mogøeś zostać pożarty przez jedno z wielu żyjących w tych ostępach stwor dę sądziøeś, że jeden wyjęty spod prawa banita ocali cię przed każdym zagrożeniem? - Nie wiem Wiedźma uniosøa brew, zerkając na Loghaina. - Ten møodzieniec ma wysokie mniemanie o tw oich umiejętnościach, czyż nie? Kiedy Loghain nie odpowiedziaø, zwróciøa przenikliwe spojrze nie na Marica. - Dopuść go blisko siebie, a on cię zdradzi. Za każdym razem dotkliwiej. Maric się nie poruszyø. - Przywiodøaś mnie tutaj, żeby zadawać zagadki?

- Nie, nie. - Machnęøa ręką. - Przywiodøam cię tutaj, żeby cię ocalić. Chøopak popatrzyø na w owierzaniem. Nie byø pewien, czy zdoøaøaby go bardziej zaskoczyć. No, może gdyby wyznaøa, że a chatę z piernika. Ale jej søowa byøy niewiele mniej zdumiewające. - Zawróciøam cię z przysø owego skraju przepaści - mówiøa dalej starucha. - I zamierzam cię odesøać w świat. Caøego i z wego. Odchyliøa się w fotelu z zadowoloną miną. - A czego chcesz w zamian za tę... pomoc? - zainteresowaø się Loghain. - Obietnicy. - Uśmiechnęøa się. - Obietnicy zøożonej przez króla ej mi w cztery oczy, o której nigdy więcej nie będzie z nikim mówiø. Maric zamrugaø zaskoczo ny, ale Loghain wysunąø się przed niego. - A jeżeli Maric odmówi? - zapytaø. Wiedźma wskazaøa s. - Jesteście wolni i możecie odejść. Loghain spojrzaø na towarzysza z miną, która zdradzaøa go zdanie w tej kwestii. Nie wolno ufać magom, a w szczególności tej starej kobiecie. Może wiedźma pozwoli im odejść, nawet jeżeli Maric odmówi. Warto spróbować. Może nawet zdoøaj broń. Elf, który ją zabraø, sprawiaø wrażenie rozsądnego... Gdyby udaøo im się dokonać wymian iby zyskać również koc lub pøaszcz, kto wie co jeszcze. Wiatr zaświstaø wśród gaøęzi. Maric p otężne drzewa zdają się tańczyć. Drzewa tańczyøy do pieśni wiatru, a ludzie obserwowali je w eniu. Książę spojrzaø na Loghaina, jakby prosząc o pomoc, ale nie otrzymaø żadnej odpowiedzi. Zresztą obaj byli zmarznięci, pobici i wyczerpani. I znajdowali się w samym środku Gøuszy. Jaki mieli wybór? - Zgadzam się - powiedziaø Maric.

CZTERY. Noc spędzili przed chatą wiedźmy, przy ognisku, które zapøonęøo, gdy kobieta po prostu tupnęø Ogień paliø się bez przerwy, choć Loghain nie umiaø powiedzieć, czym syciø się pøomień. Czar ierdziø i uznaø, że lepiej nie myśleć o tym zbyt wiele. Wokóø chaty znajdowaøo się zresztą wi zy, o których wolaø nie myśleć - choćby wisielcy, koøyszący się jak marionetki w koronach drz Loghainowi zdawaøo się, że martwe ciaøa go obserwują. Albo te drzewa - sposób, w jaki się po uszaøy, zmieniaøy poøożenie. Nie wspominając o ścieżce, którą przyszli z Marikiem. Rano prowa zupeønie inną stronę. Loghain wolaø się również nie zastanawiać, jakiej obietnicy zażądaøa w ak zniknąø w chacie na døugie godziny i køusownik zacząø się martwić. Próbowaø nawet zajrzeć rzez maøe, zakurzone okno, ale wøaśnie wtedy Maric pojawiø się w progu. Sam. Wydawaø się støa ony i wstrząśnięty, a kiedy Loghain próbowaø wyciągnąć z niego, co się staøo, chøopak zamilkø Wychodziøo na to, że obietnica pozostanie jednak tajemnicą. Wiedźma nie pojawiøa się ponowni e, więc obaj wędrowcy poøożyli się na poszyciu blisko ognia i zasnęli. A raczej Maric zasnąø. ghain leżaø bezsennie, obserwując grę cieni i spoglądając w ciemność, gdzie, jak wiedziaø, ko ciaøo Dannona. Zastanawiaø się, kiedy zøodziej uciekø z obozu wyjętych spod prawa: podczas a taku czy przed nim? Nie wytrzymawszy, køusownik wstaø i podszedø do drzewa. Døugo wpatry waø się w opuchniętą twarz wisielca, a potem z niemaøym trudem uwolniø ciaøo z uścisku gaøęzi czątku konary stawiøy opór, ale po chwili trup spadø. Gøuche, mokre øupnięcie, później mdlący ghain nazbieraø liści, mchu i niedużych kamieni. Pogrzebaø Dannona najlepiej jak mógø. To ni e byø porządny grób. Køusownik nie miaø pojęcia, dlaczego to zrobiø, ale czuø, że tak trzeba. znowu legø przy ognisku, nadszedø upragniony sen. Wypeøniony przebøyskami przerażających obr azów i groźnych szeptów, ale bez ciągøego koszmaru. Søysząc kroki, Loghain się obudziø. Świta promienie søońca przebijaøy się przez korony drzew, a dóø po ognisku znowu wyglądaø jak nieuż od wielu dni. Rany Loghaina i Marica zagoiøy się, zaś obok miejsca, w którym spali, spo czywaø w równym stosie ich ekwipunek: dwie peleryny, broń, a także sakwa z prowiantem: m aøymi kromkami chleba, suszonymi owocami i paskami mięsa. Na wierzchu leżaøo duże czerwone jabøko.

że istniaøo i rządzili n im magowie. że banita jest przesądny. Po raz pierwszy Loghain zacząø wierzyć. że dostrzega zarys oczu i køów. Ruszyli zatem za nim. nie udaøo mu się dostrzec jed ak wśród cieni i zarośli żadnego śladu. Kiedy podeszli.Skąd mam w edzieć? . szczególnie na wzgórzach. że trafi z powrotem? ..Myślisz. co wiem.a przynajmniej te elfy . Kiedy søońce skryøo się za turniami. Wiedźma uprzedziøa chøopaka. że przemierzali tereny dal ijskich elfów.Spojrzaø z irytacją na Marica. podobnie jak po ciele Dannona ani jego prowiz orycznym grobie. Grube peleryny przydawaøy się jak nigdy i wkrótce Maricowi wróciøy siøy. . Obchodziø je raz po raz. Pogoda przez większość wędrówki sprzy . żeby odeszli. . że niebieski ptak prowadzi ich na zachód. I rzeczywiście. Dotychczas Loghain spotykaø tylko oso bniki pokroju Pottera. na pobliskiej gaøęzi przysiadø niebieski ptak. i wysøaø chøopaka po drewno. bardzo go zdenerwowaø. Loghain pierwszy zrozumiaø. Opuszczenie Gøuszy zajęøo i ery dni. że nie zwraca uwagi. pokonanego przez barzyńskie plemiona z poøudnia. więc nie byøbym taki pewien. Wyglądaøo na to. obserwując ludzi. że nareszcie widzi horyzont. Z nap ym øukiem mężczyzna przyglądaø się czujnie nadciągającej watasze. Nic się jednak nie staøo. a dwadzieścia wielkich drapi eżników śledziøo ich dzikimi. Natrafiø także na pozostaøości oøtarza i pø y. zadzierając gøowę. ale wydawaøo m ię. Poza tym søowa Loghaina o nasøaniu na księc . nawet tak daleko od miejsca. jak døugo przetrwaøy choćby ruiny starej budowli. Lecz wyjście z lasu oznaczaøo ró eż. pt ak przeskoczyø na kolejne drzewo i na kolejne. przez co chøopak zamarznie i może przestanie tyle paplać. Maric śmiaø się. to wiedźma. Lecz gdy Loghain uparø się. Udając. Wykonaø swoje zadanie.Myślę. jakiego Maric nie poruszaø. niedøugo po tym jak opuścili chatę. Jedyny temat . dlatego pomysø. przez którą wędrowali. G y nie byøo mgøy. Maric nadal mógø być poszu any. A gdy następnego ranka niebieski ptaszek powitaø ich śpiewem. Loghain wiedziaø o starym imperium tylko tyle.zaniepokoiø się Maric. Loghain i Maric ruszyli ostrożnie między drzewami. Loghain odetchnąø gøęboko i przysiągø. że Loghain i Maric od razu go zauważyli. . zan wydarzenia nie skierowaøy go na póønoc. Ocalaøa część ściany z szeroki dami przypominaøa teraz stertę gøazów obrośniętych mchem i trawą. Kilka razy mógøby przysiąc. obozowali na zachód od Lothering. Wilki zachowaøy jednak dystans.Cudownie . Oznaczaøo to. Zachód barwiø niebiosa zdumiewającymi odc iami oranżu i czerwieni.. rozpalenie ognia nie nastręczaøo trudności. To znaczy. które od pokoleń mieszkaøy wśród ludzi. lecz nie okazując ag resji. na zachodnich wyżynach Zaziemia. książę nie protestowaø. że caøkowicie się z nim zgadza. M aric wskoczyø na gøaz i rozejrzaø się po wzgórzach. Uważaø. że niegdyś musiaøa to być świątynia starożytnego imperium. Kiedy tylko oddalil watahy. która dawno temu przedstawiaøa zapewne smoczą gøowę. że Maric i Loghain znaleźli się daleko d Lothering. później noce byøy chøodne i suche. że jest obserwowany.umiaøy pozostać niewidoczne. lec z po prawdzie banicie ów søowotok ani trochę nie przeszkadzaø. . skąd uciekø. że Loghain i Maric mogą odejść. a w oddali majaczyøy majestatyczne Góry Mroźnego Grzbietu.. a wraz z nimi ochota do mówienia. Po drodze nie przydarzyøy im się już żadne niespodziewane spotkania. gdzie mogli przenocować. Loghain wyszukaø niewielką kotlinę. Przeszuka li ją.padaøo tylko pierwszej nocy. Loghain gro ziø. że nie chce mieć nigdy w życiu do czynienia z Maric wymamrotaø. niebieski ptak zniknąø. søuchaø w milczeniu. Elfy . które zapadøo się dawno temu. Przesunąø po nich palcem. Monument byø już zwietrzaøy i niewyra ale chøopakowi zdawaøo się. Logh ain cieszyø się. że to niesamowite. Styl życia dalijskich klanów b im zupeønie obcy.W chacie zastali tylko kurz i śmieci. tutaj? . Loghain oznajmiø. Nie byø pewien. Banita również planowaø iść w tym kierunku.Ponieważ to ty się znasz na wszystkim. . że rebelianci mogą być w pobli Z tego. że stworz enie ich prowadzi.Jak trudno będzie znaleźć tę twoją armię? Nie może być chyba zbyt dobr ryta. Loghain byø pewien. Nie chciaø jednak mieć więcej do czynienia z magią. Maric kryø się za jego plec trzymując oddech. na czarach i arkanach wiedzy tajemnej ? Loghain prychnąø. Z podni niem stwierdziø. kiedy tego chciaøy. ruchu czy sylwetki. kiedy znowu natknęli się na wilki. cho ciaż trzeciego dnia wędrówki natrafili na ruiny wielkiej budowli.. Okolica. co? . by rozbić obó w pogańskim miejscu kultu. że Wiedźma z szy użyøa o wiele potężniejszych czarów niż tylko przywoøanie skrzydlatego przewodnika. Czwartego dnia po poøudniu zauważyli. że ognisko będzie widoczne z daleka. Zbyt døugie przebywanie w dziczy. ale nie znaleźli śladu po wiedźmie. Marica zdumiaøy rozmiary ru iska. Zupeønie nie pasowaø do o oczenia i ćwierkaø tak søodko. stawaøa się co raz bardziej skalista.Latami udawaøo się nam unikać wojsk uzurpatora. jak møodszy towarzysz przeskakuje z tematu na temat. że zabierze mu okrycie. ale zmierzch zapadaø szybko. . że wydostali się z Gøuszy. że dostaną przewodnika. żóøtymi ślepiami. jakby od dawna nikt tu nie mieszkaø. Zapewne ongiś podtrzymywaøy sklepienie. mgle i z imnie niejednego czøowieka doprowadziøoby do szaleństwa. Ruiny świątyni zostaøy dale imi.Ten ptak wyprowadziø nas z Gøuszy. Widok byø godzien zapa miętania: wysokie kamienne filary wystrzeliwaøy w niebo niczym żebra olbrzyma. że la się przerzedziø. nie mieli już żadnych wątpliwości.

Na ziemię! .W każdym razie ludzie mówią.I co? Byøy agr wne? . po czym gøowica erzyøa go w pierś.krzyknąø Maric. Wyróżniaø się wśród nich rycerz w zdobnej zbroi. . W tym czasie pierwszy jeździec zawróciø i ruszyø do k olejnego ataku. Drugi ze zbrojnych. tylko rozglądaø się. jak mi się zdaje. . przeciwnik wrzasnąø z bólu. To tylko utrapienie. To byøa istna epidemia. że tamtejsze ruiny są nawiedzone przez duchy żon czekających przez wieczność na swoich mężów.Historia mówi. podniosøa się mgøa. krzyw się.Mój nauczyciel byø uczonym czøowiekiem. nie próbowaø jednak uciekać. Banita mógø tylko patrzeć. bo ruch wywoøaø ukøucie bólu. . J ykle chøopak nie zwróciø uwagi na brak zainteresowania ze strony towarzysza. .Szczególnie tacy za dużo gadają. kolczasta gøowica śmignęøa mu niebe znie blisko karku. a nawet zaatakować. A mgøa w ie jest tak wielka. o czym pierśniki i heømy z opuszczonymi przyøbicami. Koń przysiadø na zadzie i zarżaø.Loghain! . gdzi padø Loghain. Mój nauczyciel twierdziø.pomyślaø Loghain. przebijając sobie serce ostrzem. . zaś arlat opus oszaø. Zostaøy opęta zez potężne demony i mogøy się zmieniać w potwory. odrucho odze. Nie podniósø gøowy. Widać nie doceniø wroga. Żebra trzasnęøy jak patyki. . Drugi napastnik nadjechaø tuż za pierwszym. zajęty dorzuca ew do ognia. . by się poddali? Jeśli tak.wrzasnąø Maric. . że chciaøbym to wiedzieć? .Loghain w staø. banita próbowaø usiąść. skoro szybko znaleźli księcia. . Wystarczyøoby jednak.i konni cofnęli się posøusznie. zanim król Kalenhad zjednoczyø plemiona Klejnów. Niewątpliwie zbrojni. Jeździec ranny w nogę pochyliø ezdarnie w siodle i sycząc z bólu.Dość uprzejmie z ich strony. skąd nadleciaøa strzaøa.Może d wniej byøo inaczej? . . kolce wbiøy się boleśnie w skórę.To się zd arzyøo. w k e spøynęøa krew wilkoøaka. Tym razem to miecz zostaø wyrwany z døoni Loghaina. Dwóch jeźdźców køusem wjechaøo do obozowiska. czy to byøy wil oøaki? Można to rozpoznać? Zaczyna się . przeklinaø pod nosem.Co to?. a na jego heømie pyszniø się zielony pióropusz. . nic więcej. gdy wróciø z naręczem gaøęzi.straci ramię.Nie. że drużyna arla zgubiøa się w lesie. Jeżeli wszędzie będzie węszyø magię. Zaciskając zęby z bólu. ale byøo już za późno.oznajmiø . . skąd się wzięøa mgøa w Gøuszy Korcari. Loghain w ostatniej chwili uniósø miecz tak. . Chwyciø chøopaka za kaptur i przycisnąø w trawę. ale s ięgnąø po miecz i oparøszy się na nim. Loghain przestaø dokøadać do ogniska i spojrz aø na chøopaka ze znużeniem. Banita pchnąø mieczem. Jeden z jeźdźców zaatakowaø. by ludzie uzurpatora sprawdza kto wychodzi z lasu. Wilki dotknęøa klątwa. niedøugo zacznie kręcić się jak im ogonem. opętanego czy nie. War ryzykować uznaø banita. Siøa ciosu o ownika na kilka kroków. Nikt z tych ludzi nie wróciø do domu. .To śmieszne . dźwignąø się powoli. . I że ukrywają się w Gøuszy i mszczą na samotnych wędrowcach. O tym.Pierwszy.Niedbale rzuciø drewno obok ogniska. . Rycerz uniesienie m ręki nakazaø przerwać atak . Maric zerw zaskoczony.No. Maric poøożyø się obok na trawie i zapatrzyø w ciemniejące niebo. nie zaatakowaøy. że øańcuch kiścienia o inąø się tuż przy rękojeści. zanim sam tam trafi. Loghain zamierzaø posøa go lub dwóch do Stwórcy. Zdoøaø wydobyć sztyle waø się podnieść. próbowaø się odczoøgać. . Loghain zrobiø unik. Zapewne dowódca.Loghain wyciągnąø miecz i przykucnąø. Chciaø powiedz owi.westchnąø Loghain. uciekøy gøęboko w Gøuszę Korcari i ponownie przyjęøy postać zwykøych wi się ukryć.A co to ma wspólnego z mgøą? . Ostrze sięgnęøo pachy. że część wilko eżyøa pogrom. jakiego napotkali na swej drodze. Kiedy je odpędzono.Duchów nie ma. jak rozkoøysany kiścień unosi się. Rozciągaøa się coraz dalej i dalej. Loghain zakaszlaø boleśnie. Kø ie miaø czasu na dyskusję. W końcu st ta. . skoro dosiada pięknego karego rumaka. Czterej konni zatrzymali się tuż przy miejscu. Wysøaøy królika z listem opisującym ich zamiary. Przez lata on i jego ludzie mordowali każde wilka.To miøo.. Maric posøusznie padø na kolana.ia magów również mogøy okazać się prawdą. .Musimy się stąd wydostać! .Myślisz. które napadaøy na zagrody i osady w okolic . za nim konny zdążyø się zamachnąć. .oznajmiø Maric.Pamiętam historię. kiedy przy uchu świsnęøa mu strzaøa. Mężczyzna szarpnąø i jeździec wypadø z siodøa z okrzykiem zaskoc y ciężko zwaliø się na plecy i natychmiast przetoczyø. by można byøo w niej zabøądzić. żeby uciekaø. gdy jeździec. Wraziø s let w udo żoønierza. Wraz z Marikiem spojrzeli na żoøn emu nie atakują? Może chcą zmusić zbiegów. by d im czas na ucieczkę. . Loghain nie odpowiedziaø. W døoniach dzierżyli kiścienie. Ale chciaøy. N .Ciekawe. Maric przeskoczyø przez niego.Maric wzruszyø ramionami. . Potrafią wywęszyć wilkoøaka i ostrzec ludzi.Tak ci powiedziaøy? W rzeczy samej. otrzepaø się i ruszyø na skraj kotliny. wysadzony z siodøa. . Wysunąø się przed Marica i uniósø ostrze. . Søychać już byøo liżające się wierzchowce i køusownik przekląø wøasną gøupotę. który się zbliży .. by dotrzeć do Loghaina. To ma związek z wilkoøakami. Ostatni z wilkoøaków poprz ysiągø zemstę. którą opowiedziaø mi n ciel. które zabiøo jego partnerkę.Przesądy .Widziaøem wilki . . byli gotowi do walki.Ludzie mówią wie zy. krzycząc z bólu. to się zdarzyøo naprawdę! Dlatego nadal tr yma się w obejściu psy. A z miejsca. rzucając się między walczących. I co wtedy? Ognisko zaczęøo pøonąć i ogrzewać zmęczonych wędrowców.wymamrotaø Loghain. jeżeli o to ci chodzi. niezdarnie ze wyprowadzić uderzenie. że jeden z arlów aø drużynę myśliwych z ogarami i ruszyø w Gøuszę. nie wypuszczając broni.

wyciągając rękę.odpowiedziaø. Odpowiedziaøa spojrzeniem peønym wś køości. Z heømem pod pachą. nie propozy cja. Podejrzliwość w jej gø sie sprawiøa. sir. . że im umknie. ale bøagaøam. jakby dotyk banity byø nieprzyjemny lub mógø ją zarazić jakąś pask Wątpię. spoglądając na rycerza z zielonym pióropuszem.Zdaje się. że uzurpator lubuje się w wystawianiu ciaø swoich wrogów na widok tøumu. co się z nim dziaøo . Jak na jego gust. gdy go uderzyøa. co się staøo z twoją matką. mocny uścisk. W ojowniczka nie zwracaøa uwagi na Loghaina.. do twoich usøug. co jedna wcale nie odbieraøo jej urody. wi taj . rsza. zawleczono do lochów uzurpatora. W Fereldenie zdarzaøy się obiety znające wojenne rzemiosøo. Kobieta z troską zmarszczyøa brwi . przyjmując krótki. by nie wywoøywaøo to zdumienia. Maricu! Ki się dowiedzieliśmy. u nali. Od kilku dni planowaø mieścić siøy. w końcu zaszczycając køusownika spojrzeniem.Och . że tak .. ale w dodatku próbuje bronić swojego strażnika. . a przeżyø tylko dzięki Lo owi. bym kiedykolwiek potrzebowaøa twoich usøug. . że i ciebie zamordowano! Albo.. .Na pewno nie chcesz tego søuchać.Na tchnienie Stwórcy.burknęøa Rowan. że søowa bynajmniej nie przypominaøy przeprosin.Zamordow no ją na moich oczach. . . Maric wyglądaø na kompletnie zmieszanego. Sporo czasu za przekonanie kobiety... Møoda kobieta miaøa wysokie kości policzkowe i podbródek j ak spod døuta artysty.Córka arla Redcliffe..Spojrzenie Rowan niepewnie zatrzymaøo się na twarzy Loghaina. nie spuszczając wzroku z chøopaka. nauczyø się z wyprzedzeniem rozpoznawać oznaki wściekøości. Ten nawet nie drgn bserwując køusownika i księcia. ale Loghain wydawaø się bardz iej rozbawiony niż obrażony. . dlaczego gøos zbrojnego brzmiaø tak dziwnie.Miøo cię widzieć.Jej twarz zøagodniaøa. Gdy jednak orósø. Rowan uznaøa.. Królowa Rebeliantka uśmiechaøa się z rozbawieniem i zostawiaøa go na øaskę Rowan.wtrąciø Maric pośpiesznie.Maric søyszaø. Emanowaøa pewnością siebie. Loghain zrozumiaø. W rzeczy samej mogøo to tak wyglądać .Znacie się? Rycerz schowaø miecz i sięgnąø do heømu. że Loghain więzi Marica. Gdy się zbliżyli. pośpiesznie wyjaśniø. choć Maric wiedziaø. przynajmn iej do chwili.urwaøa ochryple. I wtedy go uderz yøa. nadal z uniesionym m ieczem. zerknąø na niego podejrzliwie. które mówiøo: Dobrze ci radzę. opuszczona przyøbica dziwac znie znieksztaøcaøa mu gøos.. a potem zwróciø oczy na kobietę. Gęste kasztanowe loki przykleiøy się do spoconej dziewczęcej twarzy. że jestem ci winna przeprosiny. .zapytaø chøopak. która świadczyøa. choć zbroja jej tego nie uøatwiaø .Szukaliśmy cię wszędzie. zbyt często ostatnio obrywaø po twar zy. choć ma po tem u okazję.Twoja matka. *** Maric ucieszyø się. Unosząc iem brew. posyøając bøagalne spojrzenie. często specjalnie denerwowaø dziewczynę. . . . Køusownik schowaø miecz. wystawiø.To lady Rowan .Uzurpator wysøaø jej ciaøo do Denerim. trzymając się za twarz.Maric smętnie kiwnąø gøową.Rowan Guerein. . .Loghain M r. jak przypuszczam? . że obaj są spiskowcam . Jej opancerzona pięść trzasnęøa w szczękę Marica. ieprzytomny lub martwy. które mów iøość Stwórcy.To takie powiedzenie.Spojrzaøa z powątpiewaniem.. nim po døuższej chwili wróciøo do Marica. by pozwoliø mi kontynuować poszukiwania. Byøa tak samo wojowniczką jak mężczyźni pod jej rozkazami. baliśmy się. . że mnie widzisz? .wydukaø w końcu. z niespodziewaną czuøością pogøaskaøa księcia po policzku. . Chøopak westchnąø z zaskoczeniem. jakby czekaøa. . . Kobieta nadal milczaøa. . Ujęøa rękę Loghaina.. Loghain. nie waż się bronić Marica. a Maric?. . zapewne dlatego.Tak. pomocy! Loghain nawet nie drgnąø. ez wątpienia się znacie. jak jego towarzysz wije się na ziemi i jęczy.Maric? . . a potem uciekaø pod opiekuńcze skrzydøa matki.Ale żyjesz! Jednak! Maric pozwoliø się uściskać.. Loghain przyglądaø się przez chwilę. choć nie powiedziaøa tego gøośno. choć najwyraźniej ta umi o zdążyøa już zardzewieć. . posyøając księcia na øopatki. co dalej robić. gdy zobaczyø Rowan.Rowan? Kasztanowøosa kobieta zeskoczyøa z siodøa i rzuciøa wodze jed nemu z podwøadnych. Wstrząśnięta spoglądaøa na Marica.jednak nie dość ko. że naprawdę staraø się dotrzeć do rebeliantów. minęøa nadal dzier o miecz Loghaina i stanęøa przed Marikiem. aż przemówi pierwszy. który nadal je st z armią. Maric zawsze potrafiø ją sprowokować do wybuchu. . ięto.odezwaø się wreszcie. Kiedy się wreszcie pozbieraø. W zasadzie nie posiadaø się z radości. To wcale nie byø mężczyzna.Jeźdźcy cofnęli się nieco.Nie. że nie zwraca zejmość dworskich manier.. a potem nieco pośpiesznie cofnęøa døoń. Ojciec już prawie uwierzyø w twoją śmierć. tylko patrzyøa piwnymi oczyma .. Zdecydowanie nie byøa pod wrażeniem. edy go zdjąø. że kobieta nosiøa zbroję pokaz.Nie cieszysz się. Rowan w k uwolniøa chøopaka z objęć i westchnęøa. . . że chøopak nie tylko nie ucieka. zaciskając tylko usta w gn ewnym grymasie. Rowan i jej ludzie dostrzegli z oddali ognisko. Zapewne sądziøa.Objęøa chøopaka. Nie odezwaøa się. . Chøopak wygląda równie poruszonego. Na pewno n ie. . wyglądaø na szczerze rozbawionego. Kiedy się okazaøo.. . . .książę przecież leżaø.E.. niepewna. . nie tak często jednak. Kiedy byø dziecki em.. że w iększość mężczyzn køaniaøa jej się lub caøowaøa ją w døoń.Zdaje się. Rowan wpadøa w furię.

W razie czego po prostu uciekniemy.Dla odwrócenia uwagi . zająknąø się. .Umiesz jeździć konno? To dość niespotykana umiejętność u. Jazd ez skalistą okolicę nie należaøa do øatwych i Maric cieszyø się. których odesøaøaś? Bo jeżeli tak. Odwróciøa się do jeźdźc owali ich w uprzejmym milczeniu. Ro owtórzyø .od parø banita chøodno. .Westchnęøa ciężko. . w jej oczach zapøonąø gniew. Rodzina Rowan poświęciøa wiele dla rebelii.a Królowa Rebeliantka byøa wszak jego największym wrogiem. je ukochane Redcliffe..Loghain nie miaø żadnych problemów z utrzymaniem się w siodle.Manier również? . .Będziemy tuż za wami.Jeżeli natkniemy się na wroga.. . *** Wjechali między wzgórza.odparøa stanowczo. Ani trochę. A tera z królowa nie żyje. . Maric zwróciø na to uwagę Ro . .z krzywym grymasem wyj aśniø Maric Loghainowi. . a nie agaøa mu dowodzić armią. jakie p odsunęøa mu wyobraźnia. . Rowan zamarøa z wytrzeszczonymi oczyma. ale chøopak tylko rozøożyø ręce. . Jego niepewność udzieliøa . byø następcą swojej matki. . . co się staøo z Królową Rebeliantką. Loghain jest świetnym jeźdźcem. zagarnąø uzurpator. Maric z trudem skierowaø swojego wierzchowca w stronę dziewczyny.Pojedzi emy inną drogą. ponie aż zapytaøa: . Loghain zerknąø pytająco na Marica. Ruszajcie i prz ekażcie jak najszybciej mojemu ojcu. przyglądając się banicie uważnie. .odchrząknąø. Maric zast anawiaø się. . które potrafiøy walczyć. Zielony pióropusz zafalowaø w rytmie kroków rumaka. Dosiadø jednego z pozostawionych wierzchowców.Czy nie powinniśmy zatem się zbierać? . jakby mu wyrosøa druga gøowa.ten.wyjaśniø Loghain z apr tą. że udaøo mu się utrzymać w s trzymali się tylko raz. o ile pamiętam.Spadam z koni . Rowan cofnęøa się od Marica. Dwóch møodych synów. Zapewne wielokrotnie.. jeżeli się stąd wyniesiemy... .A przynajmniej próbowaøa. szanowali na równi z mężczyznami.. świ etnie sobie radzisz w siodle. zapewne nie chcąc zostawiać dziewczyny bez eskorty. Gdyby nie rebelia. choć zakolebaø się. Czemu m nie być? Rowan chyba zastanawiaøa się nad tym samym. kiedy Loghain zawróciø konia i o djechaø.Rowan wøożyøa heøm i po ierzchowca. Armia rebelii powinna byøa przenieść się już dawno temu i nie oglądać na księcia. Rowan zac snęøa zęby. każdemu wydaøoby się z góry prze prawą. a potem pociągnąø chøopaka. Kobiety. dosiad ając wprawnie drugiego wierzchowca i objeżdżając Marica.że nie każdy ma øatwy dostęp do koni. Maric nie odpo wiedziaø. . . Chøopak obserwowaø go z zazdrością.kmiotka? . potrzebowaø pomocy.Więc lepiej.I owszem..koń kilk a razy cofnąø się nerwowo.. Ale dlaczego w ogóle ją to obchodziøo? Owszem. że znalazøam księcia.urwaøa.Ruszymy śladem ludzi. szukając go określenia. To nie jest normalny świat.Na Zaziemiu widziano wielu ludzi.dokończyø Loghain.. skoro przeczesaøa je w poszuk iwaniu Marica. . dopóki nie zostaøa zgwaøcona i zamordowana p zez Orlesian. Spojrzaøa na niego.. Nie przyszøo mu to øatwo . to już aciliśmy ich z oczu. co udowodniø. ale odnalezienie go po tym. kto żyje w dziczy i zapewne musi żebrać o pożywienie u tchórzy.Wyszøo trochę niezręcznie. . Dość dawno.Nie. Eamona i Teagana. pr ktycznymi ludźmi.Interesujący światopo zwøaszcza u kogoś. . Posøaøa Maricowi psotny uśmiech. żebyśmy nikogo nie spotk ali. Maric powstrzymaø się od ostrzeżeń dotyczących tempe ziewczyny.To udaje mi się najlepiej.Miaøam na myśli wiedziaøa Rowan uprzejmie .. Prychnąø z pogardą. Rowan dosiadøa karego rumaka. . kiedy wyszøo na jaw. że Loghain krwawi. . jak wyglądaøoby życie Rowan w normalnym świecie. tego uczyøa mnie matka . Żonę straciø podczas ucieczki. kilku ludzi mniej czy więcej niczego nie zmieni. .Wystarczy Rowan . który Rowan musiaøa znać. wybierając szlak.Ojciec hodowaø je w nasz ym gospodarstwie. .A ty odesøaøaś eskortę? . Nie tylko ty mogøaś zauważyć nasze . jakby zaraz miaø spaść. . a by jego córka nosiøa piękne suknie i uczyøa się modnych tańców na orlesiańskim dworze. Sama widzisz. by wdrapać się na si døo i odjechali w køębach kurzu.. Patrząc za nią. Maric zastanawiaø si ile razy przemierzaøa te tereny.Nie chciaøbym przeszkadzać.powtórzyøa Rowan bardziej stanow czo.Być może zbyt tu stacjonowaliśmy. .a przynajmniej tak sądziliśmy. Konni zawahali się. .Rowan zwróciøa się do księ gdy konni zniknęli z pola widzenia.Nie . Chøopak odepchnąø obrazy.ale będzie lepiej.. Loghain byø w końcu dorosøy. arl zapewne by pragnąø.. lecz ar stokraci inaczej patrzyli na te sprawy. Siepacze n asøani przez uzurpatora . jaśnie pani.Do ojca dotarøy dziwne wieści . arlessa zapadøa na go rączkę i zmarøa.Racja. by pomóc matce Marica. . . którego Loghain zraniø. rzecz jasna. To on mnie uczyø. myśląc: Och.Zostawcie mi dwa wierzchowce.Poza tym. mieńmy temat . na powrót stając się dowódcą. Potrafiø jeździć konno i w ogóle. Loghain odchrząknąø z uprzedzającą . arl wysøaø do krewnych daleko na póøn o wie czy teraz rozpoznaliby ojca? Poświęcili tak wiele. niektórzy parami do siadając wierzchowców .Nie chciaøbym przeszkadzać. . Fereldeńczycy byli surowymi. Jeźdźcy wykonali rozkaz bez dalszej zwøoki. Wøości arla Rendorna.Wyszøo.Ruszajcie! . Wierzchowiec zacząø drobić i parskać nerwowo. Żaden nie należaø do przyjemnych.przerwaøa mu.. a potem stając obok Rowan. Cóż. . Kiedy Maric w końcu znalazø się w siod taraø się tam pozostać.

sprawiaø wrażenie poirytowanego niepotrzebną zwø ką.wan. po czym oboje musieli praktycznie przemocą ściągnąć banitę z konia.. a na dodatek można byøo stąd øatwo dotrzeć na niziny póøno e szybko się wycofać. Loghain rozglądaø się z zaskoczeniem bozowisko tak bardzo przypominaøo obóz wyjętych spod prawa. w któryc daøo się bezpiecznie ukryć armię.. Praktycznie z niczego powstaøa a rmia. W końcu dostrzegli pierwsze o znaki obecności armii. czy na jego miejscu umiaøby równie mężnie znosić ból i upie pielęgnację i zabiegi czas przyjdzie później? Zapewne nie. że nie zawsze mieli co jeść. Troje jeźdźców minęøo kilka posterunków wartowniczych. zanim rozpoznali Marica. żeby porządnie opatr anę zadaną kiścieniem. Matka powoli tworzyøa siøy rebelii. Maric zacząø się zastanawiać. a potem tylko patrzyli za nim z rozdziawionym i ustami. Aż się tutaj roiøo od miejsc. Matka uwielbiaøa Zaziemie. Loghain i Mar ic wjechali między namioty. większość żoønierzy brudna i daøo się poznać. dzięki czemu byø niewi doczny nawet z dość bliska. Niedøugo potem Rowan. Obóz ulokowano w niewielkiej dolinie. A zatem świat jeszcze nie caøkiem oszalaø. bem . która od dziesięciu lat z okøadem nękaøa Orlesian. różniøy się jedynie skalą. Strażnicy salut li Rowan. Namiot yøy podniszczone. rzecz jasna. Loghain.

Wilhelm wykonaø kilka nieznacznych gestów.Nie. Chwyciøa księcia za rękę i uniosøa ją w górę. przyjaźniø się również z matką Marica. Wyśmiewaøby dalej zdumienie Loghaina.burknąø zaklinacz. naj wyraźniej usatysfakcjonowany tym.Loghain dobrze się domyśliø. . co ukazaøa mu magia. że warto porzucić swoje wøości. co się dzieje.zawoøaø. który przepchnąø się za potworem przez tøum. To byøo jak ciarki przebiegające po caøy m ciele i mrowienie za oczami.To chyba dobra pora. gdy wyciągali by dotknąć Marica. byø. książę.rzuciøa Rowan ym tonem. Czuø się jak piąte koøo u wozu.Żyje! Książę żyje! Przez tøum przetaczaøy się okrzyki i westch ulgi. jak i podniecenia oraz satysfakcji. koøysząc się. .. Loghain obserwowaø nerwowo. Loghain trzymaø się z tyøu. o? To tylko golem. Jaką rozpacz musieli czuć. Rozumiaøa. Maric prawie wspóøczuø banicie. Poczuø uci tani na wspomnienie matki. Ci ludzie uznali. byø jednak lojalny i godny zaufania. ale nie zr obiø nic poza uspokojeniem swojego wierzchowca.Doskonaøe wyczucie czasu. W końcu Loghain westchnąø . nikt jednak nie okazaø zdziwienia lub zaskoczenia. C k pozwoliø się prowadzić wojowniczce. co odrzec. Na brudnych twarzach żoønierzy malowaøa się czysta radość. . jakby udzielaø wsparcia jego rozkazom. Giermek czeka by zabrać również jego wierzchowca. Rowan pociągnęøa go za øokieć. Zaklinacz odwróciø się do milczącego tøumu żoønierzy. by je zabrać. k boleśnie. a to nie zdarzaøo się często. Loghain sprawiaø wraż nie. jakby nic się nie staøo. w czym zresztą nie byø odosobniony. Tylko Loghain byø wstrząśnięty. zebrać lojaln ch poddanych i majątek. Powiódø po ludziach przerażającymi. by banita podjechaø bliżej .Widzę. Ramię mężczyzny otoczyø pøomień.pøakali! . Żoønierze zerwali się natychmiast.Co się dzieje? . Matka Marica niejeden raz musiaøa żebrać o po moc . zøowrogim i ślepiami.szata wskazywaøa. nie sądzę. Loghain pozostaø w siodle. kilku dowódców zaczęøo wykrzykiwać rozkazy. Zaklinacz od lat søużyø ar Redcliffe jako pomocnik i doradca.Co to jest? Maric zachichotaø. za kogo się po ajesz.. którzy nie mogli się przyøącz mi oferowali jej zaopatrzenie .Najpierw przekonajmy się. Na początku byøo to zaledwie kilka osób. Wilhelmie! . który pojaśniaø tak. Jakiś giermek podbiegø. . zadzierając haczykowaty nos. marszcząc brwi ze zniecierpliwieniem. i Maric poczuø na skórze uderzenie czaru. l cz mag to zignorowaø i zmierzyø chøopaka podejrzliwym spojrzeniem.o ile w ogóle mieli coś do zaoferowania. . . czyli padli na ziemię. Wasza Wy sokość. a jego oczy zdawaøy się przeszywać cza szkę Marica. kobiety i mężczyźni wypadli z namiotów i otoczyli jeźdźców. Ludzie rozstępowali się j ednak przed nim ze względu na jego rangę . Gøęboko wzruszony Maric uświadomiø sobie. gdy ludzie rozstępowali się z respektem pr zed olbrzymem. Wiecznie niezadowolony mag zawsze marszczyø brwi i spoglądaø na inn ych z góry. gdyby nie zj awiø się wøaściciel golema. Okrzyki radości nieco ucichøy.Książę Maric! . ż powrót byø odbierany jak zwycięstwo. lec anim padøa odpowiedź.To nie jest konieczne! . ale zerkaø za siebie przez ramię.prychnąø mag.zacząø. podąż c i Rowan wymienili spojrzenia i zsiedli z koni.Chyba potrafię rozpoznać Marica. mamrocząc pod nosem ledwie søysz ntacje. Rowan chwyciøa zaklinacza za nadgarstek. by doøączyć do walki bez nadziei na jak k rekompensatę. Nagle w gøębi obozowiska zagrzmiaøy kroki i wysoka na ponad dziesięć stóp kamienna posta odbiegøa do tøumu. . patykowaty i niemal mizerny. czy jesteś tym.Jest ! .w końcu ie dzięki niemu powróciø do rebeliantów .Książę! . Kiedy tylko zabrzmiaø pierwszy okrzyk: To książę!. że to zaklinacz z Kręgu Maginów .Proszę o wybaczenie. niech arl ci wy jaśni.Ludzie! . gdy zauważyli przejawy magii. . . Loghain i tak nie wiedziaø. któremu zdecydowanie potrzeba dyscypliny. Rowan ścisnęøa jego døoń. Musiaøem się upewnić. na ychmiast wykonali stosowny unik.wikt i solidny dach nad gøową . Niektórzy starsi mężczyźni pøakali . uwalniając rękę. nie sądzisz? . .Czemu tak mówisz? . . że staø się widoczny dla z Radosne okrzyki umilkøy jak nożem uciąø. jakby odzyskano choć częściowo królową Moirę. nic ciekawego.Nie zsiadając z konia.Chodźmy. .komukolwiek udawaøo się wykarmić te setki ludzi? Rebelianci tworzący armię rekrutowali się s pośród rozgniewanej szlachty.Znalazøam go.Wilhelmie! . Rowan zdjęøa heøm i Loghain ujrzaø øzy w j ch. Przez tøum przetoczyø się ryk aprobaty. Przez lata armia rosøa w liczebność i siøę. przecierając oczy.jednak Loghain tylko potrząsnąø gøową i zostaø tam. Najbliżej stojący. . żeby się pożegnać. Maric chciaø. Ma pojrzaø na zaklinacza z rosnącym niepokojem. Mężczyzna byø wysoki y. . jakby najbardziej na świecie pragnąø się znaleźć w zupeønie innym miejscu. Skończyø rzucać zaklęcie.roześ iaøa się Rowan. Tøum nadal wznosiø radosne okrzyki. Z jego wysokości spojrzaø niepewnie na Marica.Maric zmarszczyø brwi. . Golem. bko zebraø się tøum.w ielu obejmowaøo się i wznosiøo triumfalnie pięści. Ci. Po chwili Wilhelm cofnąø się o krok. moja pani . . Dlatego Maric ukryø niechęć i powitaø zaklinacza skinieniem gøowy. Natomiast księcia t aktowaø jak krnąbrnego ucznia.Zaklinacz odwróciø się i ruszyø pośpiesznie w gøąb obozu. Wcale nie wyglądaø onieśmielająco. kiedy ją stracili? Wszak to przede wszyst kim ze względu na nią przyøączyli się do rebelii. . Ci chali matkę Marica.Szykujcie się do walki! Wasz książę powróciø! Będziecie musieli go bronić! Golem stanąø za i maga. . którym mogą wesprzeć królową. .I dokąd pojedziesz? .

On nie jest z gminu! Arla zaskoczyøa ta im pulsywność.On jest ze mną .Nie byøo powodu. najemnikiem z Kręgu Maginów. Arl uniósø døoń. wykonywano je bez w a czy zwøoki. maleńka. Srebrnowøosy i dostojny. .Bez obrazy . Arl wydaø ich jeszcze kilka. .To ty! . .Marszcząc brwi. przetrawiając wieść. Dla Marica byø to obraz kontrolowanego chaosu. Arl wyglądaø jednak na rozbawionego.Nie mam czasu na spory. Maric wszedø pomiędzy nich. Im bliżej środka obozu. kto jest jego søugą.wycedziø Rendorn. na którym zasiadaøa królowa. .Jak sobie życzysz. choć nie są sprzyjające.odp wiedziaø. .Oczy arla zaraz jednak posmutniaøy. . choć kobieta tylko uniosøa brew. . gdzie j esteśmy. który wyglądaø.Jeśli to prawda.Mówiøam.Chwaøa Stwórcy! . jakby chøopak postradaø zmysøy.. a to kt Uniósøszy brew. jakby to jemu przypadø zaszczyt pierwszeństwa w progu.Maric! .wyjaśniø Maric. Zbrojni ustawiali się ormacje. Ani o jego rodzinie.Klepnąø chøopaka po plecach. unosząc ręce. gdy do nam iotu podszedø Loghain. Jedno warknięcie i podwøadni skupili się na zwierzchniku. . . .iadø z konia. którą królowa przed laty podarowaø przyjaźni i wdzięczności za wierność. Arl wzruszyø ramionami. dlatego będzi y należycie. . . Dobra robota. . Loghain także ratowaø mi skórę.miaø na sobie lśniącą srebrzystą zbroję. Widywaø wcześniej. co się z tobą dziaøo. . wasza øaskawość.To syn rycerza .Nasza sytuacja jest krytyczna.Świetnie . gdybym nie nalegaøa.teraz wyglądaøo to podobnie . Nawet Loghain spojrzaø na Marica.stwierdziø arl. szczególnie kogoś. pośpiesznie zwijano namioty. Opowieść. byś zostaø sowicie wynagrodzony. co wzmogøo czujność księcia. że ludzie biegają w każdą stronę. Gdyby nie on i jego ojciec. Loghain przez chwilę mierzyø starszego mężczyznę spojrzeniem.W dlatego zginęøa moja matka.warknąø køusownik. Wilhelm pomachaø do arla. mówiøaś.stwierdziø ostro książę. ale Maric zastąpiø mu drogę. .. e nie bardzo wiedziaø co. by szukać Marica. Albo ktoś mu powiedziaø. arl zwróciø się do Marica: Muszę z tobą porozmawiać. do jakiego przywykø.Mężczy który poświęciø dla mnie życie.golem znakomicie pr zyciągaø uwagę. Przysøużyøeś się nam wszystkim.T wda. . . .Wejd do środka. Wrogowie wiedzą. . To rozbawienie znikøo natychmiast.westchnąø Maric.wtrąciøa Rowan.Loghain mi pomógø . odwróciø si wejść do namiotu. więcej niż raz. staø arl Rendorn. dlaczego arl toleruje takie zachowanie u kog oś. møodzieńcze. kogo nie znamy. a potem ruszyø za nimi. na którą się zanosiøo. . w którym duma mieszaøa się z irytacją.Rowan zmarszczyøa brwi. nakazując banicie. cę żadnego wynagrodzenia. tym krzątanina żoøni y wydawaøa się bardziej gorączkowa. Odpowiedziaø więc arlowi twardym spojrzeniem i lekko wyzywając ym uśmiechem. Zapewne nie rozmawialibyśmy w tej chw ili. Przytrzymaø klapę. Rendorn. by uciec i ukryć się przed siøami uzurpatora . Arl milczaø.Loghain Mac Tir. jak w oku cyklonu. . Mężczyźn zyżowali rozognione spojrzenia.. Rendorn w kilku krokach minąø otaczających go mężczyzn i powitaø Marica szero radosnym uśmiechem. Ojciec Rowan popatrzyø groźnie na Marica.Loghain . . . . planując ten atak. Nigdy nie musiaø powtarzać poleceń. Wewnątrz znajdowaø się podniszczony stóø. a potem skinąø.Dzię emu tu jestem. Powinienem byø ci wierzyć.Magia. Potem równie srogim wzrokiem zmierzyø Loghaina. Wysokie krzesøo. Arl posøaø córce spojrzenie.oznajmiø Rendornowi z opanowaniem. że zamierzamy pozostać w tej linie trochę døużej. przekrz jąc się wzajemnie. Podobnie jak Rowan. . Arl skrzywiø się podejrzliwi e. by Loghain i reszta mogli wejść. Naczelny wódz jej armii.Mamy plan . . pozostaøo t eraz symbolicznie puste. po czym szybko ruszyø za księciem. Ruszyø pośpiesznie do dużego czerwonego namiotu i uniósø klapę.Twój powrót. Arl wydawaø szybkie rozkazy z niewy muszoną dokøadnością i efektywnością. . .wyszczerzyø się chøopak.. Kamienny golem w milczeniu ob jąø straż przed namiotem. . Pojawiøeś się rychøo w czas. byś søyszaø..Wielu Fereldeńczyków gotowych jest nas sprzedać . zanim się zorientowaliśmy. Bez wątpienia na coś się zanosiøo. gotowi wy konać kolejne rozkazy. by powstrzymać awa nturę. Otoczyli nas. Wilhelm n chmiast wøadczo wkroczyø do środka. .. jakby chciaø coś powiedzieć.Rzecz jasna . choć nie byøo to potrzebne . .. Trudno go byøo przeoczyć . że nadchodzą. woja matka byøaby dumna. ojciec Rowan. møodzieńcze. . Nikt nie usiadø. Doprawdy Maric nigdy nie mógø zrozumieć. na ię moja wdzięczność. że nadal tu będziemy? enieślibyśmy się. Jednak ten chaos mieszaø się z paniką. a nie jest to rozmowa przeznaczona dla uszu kogoś z g minu.Planując? . musi poczekać.Ptasia twarz Wi lhelma wykrzywiøa się w wyrazie dezaprobaty. A potem odwróciø się do swoich adiutantów atrzonych w księcia. W centrum krzątaniny. uznawszy sprawę za zaøatwioną.Zaraz. jak a matki pakuje się. Wydawaøo się. napięcie staøo się niemal wyczuwalne.Uzurpator naprawdę się postaraø. uosob enie szlachectwa. . . gdy tylko poøa nami otu opadøa. Maric staraø się nie patrzeć w tamtą stronę.Uprzejmie skinąø gøową Loghainowi. by się zatrzymaø.Wszyscy mi to pow tarzają . møodzieńcze. a ie rozgniewanego manierami Wilhelma. . daje na . przy którym zbierali się a naradach z matką Marica i arlem. Na jego widok Maric poczuø ulgę.Może uzurp tor tego wøaśnie się po nas spodziewaø. że go cze . Zadbam. .zacząø arl Rendorn.Ale skąd mógø wiedzieć. sir. że udaøo ci się przeżyć.Ludzie uzurpatora maszerują w naszym kierunku nawet w tej chwili .zwróciø się do chøopaka.Nigdy o nim nie søyszaøem. ..Chodź . .

Loghain zmarszczyø brwi. to na Rowan. møodzieńcze. . jakby dopiero teraz się zorientowaø. który próbuje się popisywać brawurą. Rozumiem. z oburzeniem spoglądając na Rowan i jej ojca. . . . który na tobie się kończy. niż ich opuszczę.Nie wierzę wøasnym uszom! Nie wróciøem tu po to.Moją armię ..Nie wątpię. . zanim się zatrzaśnie. tak jak twoja matka. Jeżeli zar az odjedziemy. królewski ród.Nie widzę tu króla . z lasów na wscho zie. Nie wszystko stracone. . . . tylko z niewielką liczbą ludzi i ze wsparciem czarów Wilhelma.Nie ja? To ja prowadzę tę armię! . .Nie! Nie możemy zostawić arm To szaleństwo! .Tak.Dlaczego? . .Loghain skrzyżowaø ręce n rsi i spojrzaø na starszego mężczyznę. Nie zrobię tego! .Niby kie proste! Nie uda się. mieli choć poøowę twojego uzbrojenia i choć szczyptę magii na usøuga mój ojciec wyprowadziøby swoich ludzi z opresji! . jego twarz rozjaśniøa nadzieja. To ciebie musimy uratować. większa.odparø stanowczo. co mówię.Możemy zebrać nową armię. . . . że banita się wycofa. Mar icu. . a adecydujesz. jak w lodowatych. . Rowan drwiąco uniosøa brew.Arl westchnąø ciężko. .powtórzyø Maric.zapytaø Maric.Nie bądź uparty! Tu nie chodzi o walkę. Byøo to tak nieoczekiwane. .Chcesz sprzeciwić się rozkazom swojego króla? . o której nawet nie wiesz.Nie. .A co z armią? . møodzieńcze . Przez chwilę wydaw ię.Zatem niech tak będzie . w którym narastaø gniew. że nawet arl Rendorn zamilkø zask oczony. możemy wym knąć się z puøapki.Masz przewagę. .Ponieważ ojciec ci tak powiedziaø? Arl zesztywniaø. co nieoczekiwane.A ja rozumiem. to na arla Rendorna.Idą na nas dwie grupy. ze smutkiem potrząsając gøową.wtrąciø Loghain wyzywająco. Jeżeli się ujawnimy. mierząc Marica spojrzeniem.Albo zw o . . lecz zaraz Maric ujrzaø.Nie .Widzę chøopca. ponieważ rozumiaøaby. Na jego twarzy malowaøa s ię zøość.To od Stwórcy. twój oj ciec jest już martwy.stwierdziø twardo. Masz zostać i zwyciężyć.r ekø øagodnie arl. Otoczyli nas. Tyl ko zginiesz nadaremnie. Jeszcze nie zostaliśmy caøkowicie otoczeni.Wiem. .Nic się nie da zrobić.Loghain stanowczo skinąø gøową. Rowan z powagą poc gøowę. jedna z póønocy i druga. by teraz stracić armię.powiedziaø z nacis m Maric.Walka nie ma sensu. jak dokonać? Loghain zamilkø. . że próbujesz być odważny. Zostawiø h ludzi. wasza øaskawość.Wiem. Ale teraz musimy cię stąd zabrać. . Arl natychmiast odrzuciø tę możliwość.Tego jestem p ewien. . .Nasz obóz zostaø otoczony tak samo jak teraz twoja armia. . Ni e ma wyjścia. .. . Najwyraźniej znaøa odpowiedź ojca. Ale mój ojciec przez lata wyprzedzaø o krok takich ja k ty.O ile wiem. . ponieważ postępowaø wbrew zasadom. co próbujesz osiągnąć.To dobre dla gøupców . zanim będzie za Nie! . gdyby musiaøa.Armia jest stracona. robiø to. którą takim trudem tworzyøa moja matka! Trzeba coś zrobić! . . . . wrogowie będą nas mogli zaatakować z obu stron. . Zaufaj możesz zwyciężyć. że z uwagą søuchali jego søów. Rowan rozøożyøa ręce. . lecz o klęskę. niepewnie spoglądając to na księcia.skrzywiø ilhelm. Królowa Moira by zrozumiaøa. co jest najważniejsze.Poøożyøa chøopakowi døoń n u. bøękitnych oczach bøysnę rozwiązanie. by rat ną skórę. gdy tylko dowiedzieliśmy się o ataku. gdy Loghain podszedø bliżej.Byøa stracona. Maric postąpiø krok naprzód.Maric zacząø gniewnie spacerować w tę i z powrotem. Gdyb yśmy zostali ostrzeżeni. . . Najważniejsze cię ukryć.Mylisz się.Wiesz. Maric zacisnąø szczęki.A ja raczej umrę u boku tych ludzi. Królewska krew.wycedziø arl . że Rowan znalazøa cię w porę.nadzieję. . . że rebelia musi przetrwać! . Arl potrząsnąø gøową.Królowa nie żyje! Maric uderzyø pięścią w stóø.Będziemy walczyć.Nie masz zostać i przegrać. Rowan podeszøa do Marica. Arl Rendorn odwróciø się.

że gøówny trzon siø zbliżających się chodu przejdzie wøaśnie tędy. czyli odpowiednie przebranie powinno wystarczyć. Loghain przytaknąø ski ieniem gøowy. zapewne jechaøby teraz wøasną drogą i miaø święty spokój j Loghain søuchaø køótni Marica z arlem Rendornem o to. musiaø z daleka wyglądać na ważną personę. żeby przerwać tę awanturę. Lecz nawet jeśli zano się na porażkę. . . Loghain miaø za zadanie odciągnąć wschodnie siøy wroga od rejonu planowanego ataku.Tak. .. zgadzając się z jego søowami . choć stara li się to ukryć.. nie licząc szmeru strumienia i pojedyn zych parsknięć co bardziej nerwowych rumaków. trafi się na wzniesieni e.. do którego mamy jechać . byøy za ciasne. podziwiając ich determinację i stanowczość.nie obawiając się. A potem? Cóż. Wystarczy Loghain. Już to powinno la Loghaina znakiem. W końcu z odrazą podniósø ręce i zgøosiø się na ochotni tylko po to. aż pokaże się wróg. Rycerze zerkali na Loghaina niepewnie. kim jestem . Może ic h szanse nie byøy takie maøe. . którzy przysøuchiwali się tej wymianie zdań. Rycerz wyglądaø na zaskoczonego. . Nie trzeba byøo się pchać do planów taktycznych. . heøm ukrywający wøosy. Stamtąd nie ma drogi ucieczki. co to oznacza.Jeżeli ta misja zapewni bezpieczeństwo księciu Maricowi . Oddziaø staraø się zachować ciszę. erzy również z tyøu. gdy żoønierze uzurpatora zobaczą królewski pøaszcz i elegancki strój. Ochotnicy jak jeden mąż szanse.pomyślaø banita. że arl Rendorn zrobiø to.PIĘĆ. . że pomysø jest genialny. kto ma odegrać gøówną rolę w naprędce ym planie.Tak. rzucą się w p ekonani. czego należaøo oczekiwać: odesøaø Marica w bezpieczne miej ce.Czy to ci przeszkadza? Że będzie c i wydawaø rozkazy zwykøy kmiotek? Rycerz powiódø wzrokiem po swoich wspóøtowarzyszach. który porzuciø swoją armię i ucieka z rejonu natarcia z niewielką eskortą jszybszych i najlepiej uzbrojonych rycerzy. że wszystko potoczy s ię zgodnie z planem. Pozostali pokiwali gøowami. Nigdy w życiu nie nosiø takich eleganckich. lamowane czarnym aksamitem. jeżeli będzie trzeba. Jego øaskawość powiedziaø. Loghain patrzyø na nich ze zdumieniem.Znam to miejsce . że oto widzi przed s obą księcia Marica. Nie ma. a zatem zbrojni wyjdą zza drzew na skarpie wzdøuż strumienia. Nie byøo czasu na prezentacj . co trzeba zrobić. Zastanawiają się. Wyżej znajduje się pøaski teren. to nie ulegaøo wątpliwości. stromą ścianą. ledwie starczyøo go na wyjaśnienia. tym większą czuø irytację. pochyliø się w jego stronę. na którym można walczyć. Szczerze mówiąc. która kończy się wysoką. Pow oli mamrotanie i szepty ucichøy. Czuø zaskakujący spokój. będziemy bronić przejścia. . . że nie porzuci pościgu. Przy odrobinie s zczęścia. I to on miaø dowodzić? Dobrze mu tak. co . . Aby wzięto go za księcia.powiedziaø cich . Maric uznaø. I zobaczą niewielki oddziaø. że do zadania p otrzebni są ochotnicy spośród doświadczonych żoønierzy. gdyby trzymaø gębę na køódkę.Jadąc wzdøuż tego strumienia na poøudnie. Nie pozostaøo nic więcej . że ktokolwiek wróci caøo z tej misji. nie znaø wøaściwej odpowiedzi. møodszy rycerz. że przedsięwzięcie niechybnie zakończy się klęską.Nie trzeba mnie tytuøować.oznajmiø . Loghain byø gotów odegrać swoją rolę. Jak w ogóle się w to wpakowaøem? . Loghain zerkaø niepewnie na rycerzy oddanych pod jego rozkazy i po raz kolejny zas tanawiaø się. . Panowaøa cisza. a potem dolinę.zapytaø się w duchu po raz kolejny. niż banita zdobyø przez caøe życie. . że wróg będzie tak bardzo chciaø dopaść księcia. Daø im czas. starszy mężczyzna z døugimi siwymi wąsami widocznymi s pod heømu.Byøem już kiedyś w tej okolicy . że twój ojciec byø. Będziemy mogli je utrzymać. Nadch lka wydawaøa się odlegøa i nieistotna. Miaø na sobie cieniutką lnianą koszulę. wjedziemy na tę ści jszybciej jak się da. on ja nie jestem. stojąc w pøytkim strumieniu i c ając na wojska wroga. Oddziaø czekaø.. Zwiadowcy arla Rendorna donieśli. Loghain liczyø. . Arl Rendorn ogøosiø. by zrozumieli. jak do tej pory sądziø. że rebelianci zdoøają przyjść mu na ratune no będzie potrzebny. I oto oni. Tym razem byøo to jednak konieczne.wróc wcześniejszego pytania. Wøaściwie dlaczego Loghain uw że to dobry plan? Jeden z rycerzy. niepraktycznych ubrań. ale tylko ta para z garderoby Marica pasowaøa na Loghaina.Znasz je. Loghain zaøożyø. Jeżeli zdoøam am dostać. Ciężka ciemnoczerwona peleryna należaøa wcześniej do Królowej Rebelia Banita nie czuø się najlepiej w tym symbolicznym okryciu.wtrąciø ten sam mężczyzna. i to pod warunkiem.To miejsce.Loghain spojrzaø na mężczyznę twardo. Dlatego ochotnicy arla musieli odegrać naprawdę przekonujące przedstawienie.Ale.Takoż i ja . Oddam życie.z ra przyjmę rozkazy nawet od śmiertelnego wroga.wtrąciø jeden z jeźdźców. by doøączyć do bitwy z iantów. Gdyby siedziaø cicho. W górę urwiska prowadzi tylko jedn eżka. . A potem spojrzaø w oczy Loghaina i ze zdecydowanie m pokręciø gøową. Loghain miaø za zadanie przekonać wroga. byøy bardzo maøe. Trzydziestu jeźdźców w ciężkich pøytowych pancerzach.Kiedy tam dotrzemy.podczas bitwy w zasadzie się ni e zdarza. ka zym doświadczeniem w walce przez ostatni rok. sir Loghainie? .powiedziaø inny. by armia rebeliantów mogøa podjąć walkę z wojskiem nadchodzącym od póønocy .Ale skaøy wokóø tego pøas byt strome . Wiatr szeleściø leciutko wśród gaøęzi pobliskic ew i Loghain odetchnąø gøęboko zapachem żywicy i świeżej wody. jak się w to wpakowaø.jak mawiaø ojciec Loghaina . Skórzane spodnie.

Logh ainowi wydaøo się. niż się byøo spodziewać.dowódcy powstrzymali øuczników. Ale w tej samej chwili dostrzegø także gr pę żoønierzy wroga wybiegającą zza drzew tuż obok wejścia na ścieżkę. rozlegøy się krzyki bólu i odgøosy upadków. Miecz Loghaina za cina gardøo żoønierza próbującego sięgnąć po broń. gdy pozostal zyli za nim. . zmuszając wierzchowca do większego wysiøku. Cóż . że na tę chwilę czas zwolniø bieg.wysokie urwisko zamykaøo nieckę od poøudnia . ale n leżaøo zapominać. Bez koni.Za nim! Strzaøy ze świstem przecięøy powietrze niczym rój rozsierdzonych szerszeni . Reszta jego ludzi zajęøa się pozostaøymi zwiadowcami . by żoønierz uciekø. by wróg ich widziaø i goniø . unosząc miecz.ryknąø kolejny.Loghain nawe t nie musiaø się oglądać. Rycerze odpowiedzieli wøasnym okrzykiem i popędzili za dowódcą. zmuszając ochotnik zymania się za gøazami. stal uderzaøa o stal. .Na poøudnie! . ale też pewne że niewielka grupa na pøaskowyżu w końcu ulegnie jego sile. Wrogowie krzyczeli z bólu. toczyøy pianę z pysków. jak kilku z nich odwraca się. Koń potknąø się na szczycie wzniesienia i zarżaø bol nim ruszyø w dóø. rycerze sta owili żaøośnie maøą siøę wobec potęgi wroga. pośpi ując z siodøa.zawoøaø. Zza drzew rosnących na skar ie wyszøo więcej żoønierzy. A jeżeli unki zwiadowców co do liczebności wrogich siø byøy bøędne? . Odwrócili s ię. gdy dotarli do szczytu urwiska. by wiedzieć. że niemal raniø go do krwi. Loghain nie søyszaø następnego rozkazu. rycerze przyczaili się za nimi zwøoki.Szybciej! . Na dodatek przeciwnik mógø ich wystrzelać jak ka i tylko øucznicy zbliżą się na wystarczającą odlegøość.domyśliø si bo awangarda siø. ale potrafiø się go domyśl Wróg zamierzaø wejść na perć. Uniósø miecz. że starczyøo miejsca tylko dla pary jeźdźców jeszcz istniaøo niebezpieczeństwo. na co zasøugują. Jak okiem sięgnąć przez dolinę biegøy nieregularne szeregi wrogiej armii. Przeciwnik miaø przecież przewa . Kiedy w powietrzu zaświstaøy strzaøy. Na szczęście wróg nie nie znaczyøo to jednak. gdy Loghain z rycerzami galopowaø strumieniem. Krawędź pøaskowyżu usiana byøa sporymi gøazami. lecz w okamgnieniu byø już z nimi i pędziø do perci. Strzaøy świstaøy blisko.chciaø.Wasza Wysokość! . jak kopyta rumaka miażdżą ciaøo . Rycerze zawrócili k onie i po raz pierwszy ujrzeli. Nie obejdzie się bez ciężkich strat. Woøania i støumiony øomo stóp zbliżaøy się jak nadchodząca burza. Logha n wypuściø strzaøę. nad brzegiem ufor mowaø się stromy nawis. Zaraz potem jeźdźcy gnali co koń wyskoczy do ściany urwiska. choć z tej odlegøości øatwo mógø mu przeszyć ga nak. Banita widziaø również perć. Konie dyszaøy ciężko. A potem r szystko zaczęøo dziać się szybko.rozkazaø Loghain.krzyknąø Loghain do rycerzy. Potem roz legø się øoskot i bojowe okrzyki. Gdzieniegd ie prowadząca w górę perć byøa tak wąska. Jeden z jeźdźców zamykających kawalkadę krzyknąø z bólu i zwa ia. Przeciwnicy byli dobrze uzbrojeni. .ale strzaø byøo coraz więcej. Nie byøo sensu tra isków na niewidoczne cele. Odgøosy kroczącej armii zbliżaøy się niebezpiecznie. Loghain raniø lub zabiø paru żoønierzy. Popędzając rumaka tak. należy dać im to. wrzeszcząc ze strachu .Kryć się! . Kiedy przeciwnik zrozumiaø. Woda rozprysøa się gøośno pod końskimi kopytami.nieszczęśnik nie zdążyø nawet jęknąć. Rycerze z oddziaøu Loghaina byli uzbrojeni podobnie jak ich do wódca . co pozostawili za sobą. do której zmierzali. reszta przeskoczyøa nad rannym i pognaøa dalej Nie mieli innego wyjścia.Naprzód! awoøaø Loghain. rycerze Logha unieśli tarcze. Serce Loghaina ścisnąø strach. Konie zaczęøy drobić n mieniu. gdy galopująca kawalkada uderzyøa w zwiadowców wroga. . Kolejny ryc upadø z krzykiem. Tuż za nimi podążaøo co najmniej d wustu zbrojnych.owiedzenia.brzęknęøy cięciwy. by woda zaczęøa spowalniać wierzcho Loghain nie chciaø. Wiedząc. wróg to wiedziaø. że od szybkości zależy ich życie. gdy dotarli w pobliże doliny. Loghain powiódø jeźdźców na przec kraniec doliny. Zamiast rzucać się na oślep. Loghain skierowaø się na zbocze. co się dzieje. Wyraźnie widziaø. Krew tryska szkarøatną fontanną. by stawić czoøa nadciągającym konnym. Strzaøy świstaøy bardzo blisko. Ostrzaø skończyø się zaraz potem . jak twarze przeciwnik stygają w przerażeniu. Trafiø mężczyznę w ramię. Zwiadowcy .Za mną! . Na szczęście nie czekali døugo.krzyknąø jak najgøośniej jeden z nich.uśmiechnąø się w duchu Loghain.Chronić księcia! .i tak się staøo.Musimy stąd uci .zawoøaø Loghain. co się dzieje. krzyknąø wy rosto na wrogów. A na otwartej przestrzeni mógø się poruszać jeszcze zybciej. których tutaj nie da się użyć do walki. èucznicy zapewne będą osøaniać atakujących. że wierzchowiec się ześlizgnie i spadnie w przepaść.To książę! I gøośniejs zkaz: . . Jak sztormowa fala wpadli w dolinę i ruszyli na jej drugi koniec. by skryć się wśród drzew. Pocisków byøo coraz więcej. pod kopytami rumaków trzaskaøy k i. Ciemnoczerw ona peleryna øopotaøa w pędzie. Strumień tutaj skręcaø. że byø powolny. . by rycerze uciekali zbyt szybko . przystąpiø do kont rataku. Kiedy zza drzew wychynąø pierwszy żoønierz. Maøe zwycięstwo smakowaøo dobrze. Skoro im się gą powstrzymać szarżującą jazdę. lecz nawet przez tętent Loghain usøyszaø krzyki wrogów: . które ścigaøy jego oddziaø.Za m awróciø i popędziø wierzchowca. Z lasu wysypywa li się wciąż nowi żoønierze uzurpatora. cofając się od skarpy. ale za późno. przyczaiø się pod osøoną drzew. że oddziaøowi Loghaina deptaøo po piętach wojsko znacznie liczniejsze. Stromizna byøa już widoczna . Strumień pogøębiø się na tyle. aø. Ogarnęøa ich gorączka pościgu. .

o nieprawda. by zdążyć z pomocą. Jeden z dowódców siø uzurpatora zacząø rzykiwać komendy. Zmartwienie i troska. p o którym stąpali. niż szacowali zwiadowcy. C zas szykować się do walki. jednak żoønierze wokóø niego natychmiast zacisnęli krąg. Rowan zawróciøa konia i pognaøa wzdøuż linii d . Taki przecież byø plan i jak dotąd dziaøaø . by wøączyć się do walki. częściej udowadniać swoją wartość. Rowan uśmiechnęøa się ponuro. że byø doskonale widoczny. k zy søużyli obecnemu królowi. ale nie skomentowaøa polecenia. wskazując Wilhelma.Branwen! . jak to jest. Lecz gdyb y ten plan nie miaø szans powodzenia.co t wprawiaøo banitę w jeszcze większe zdenerwowanie. że przeciwnik zaczyna się przegrupowywać i próbuje oskrzydlić walczących na środku doliny echurów Marica.Co zatem teraz robimy? Banita zacisnąø døoń na mieczu.zawoøaøa. skąd wróg nie zdoøa już uciec. Spora część mężczyzn. że nawet Rowan go søyszaøa. niż zezwoliø na realizację szalonych pomysøów Loghaina.zorientowaøa się dziewczyna. A ra czej myślą. armia wroga okazaøa się jednak liczniejsz a. a dobrze wiedziaøa. wtedy nadejdzie pora na atak kawalerii z flanki. Loghain potwierdziø kiwnięciem gøowy. Ojciec musiaø im dać taki rozkaz . Zaraz za nimi olbrzymi kamienny golem dotarø do pierwszej lin ii i zacząø siać spustoszenie pięściami jak bochny. . ilu żoønierzy uzurpatora weszøo do doliny. . arl raczej rozszarpaøby na strzępy lub osobiście z asztyletowaø Marica podczas narady. Jeżeli przeciwnik się pozbiera i przegrupuje. Powietrze ponownie od magii. trzymać. Poklepaøa go uspokajająco po szyi. pragnąc zerwać się do walki. jak przewidywaø arl Rendorn. To byø rozpaczliwy p an. dopóki siøy Marica nie zaangażują trzonu ar ii przeciwnika. Rumak bojowy zarżaø niecierpliwie. Wielu żoønierzy uzurpatora zapewne chciaøo tylko umknąć przed golemem.gę liczebną.nie musiaø stawać twarzą w twarz z wrogiem. . zaskoczona tym niespodziewanym zaufaniem . że książę zacząø się denerwować. *** Kiedy mniejsze siøy wroga weszøy do doliny od póønocy. uderzą na wschod urpatora od tyøu i przyprą je do urwiska. Rowan wiedziaøa jednak. Rycerze wiercili się niecierpliwie w siodøach. . A jednak i ona czuøa niepokój. Bitwa przebiegaøa tak. to co stanie się z Loghainem i jego ochotniczym oddzia Szarpnęøa wodze i podjechaøa do swojej zastępczyni.Ufam twojemu wyczuciu sy tuacji.Jakie rozkazy. Choć miaø na gøowie wiedziaøa. Nie spodziewali się za to starcia ze zdyscyplinowanym.Muszę porozmawiać z ojcem. jakie sobie wybraø. Próbowaø przebić się do h szeregów.zapewniøa podkomendnego.Kiedy ruszymy. by ukryø się za gøazem. by konni czekali skryci wśród drzew.Mamy to. jego opór będzie silny. że mamy to.spodziewali się ujrzeć armię rebeliant rozsypce. lecz na pewno liczebnością dorównyw li rebeliantom. jakie żøobiøy twarz ojca.Jeżeli nie wrócę w ciągu dwudziestu minut rowadź natarcie zgodnie z planem. że starcie potrwa znacznie døużej. Branwen zacisnęøa usta i zmrużyøa oczy.fereldeńscy możni. Kobie ta z powagą skinęøa gøową. Ro nie widziaøa. jak książę wykrzykuje rozkazy. gdy zrozumiaø. pani? . Kiedy øucznicy wzięli go na cel i zmusili. lecz przywoøany czarami lód.Musimy czekać. W dole zabrzmiaøy okrzyki i rozkazy.Nie wycofają się caøk em . Wokóø niego fruwaøy ciaøa. gdzie wraz z resztą jazdy czekaøa na swoją kolej . Oddychaø ciężko z wysiøku. może w trakcie chaotycznej ucieczki. znacznie utrudniaø ruchy zbrojnych. popędzając piechurów. . lecz nie na czele . . pani? Jeżeli w rogowie wycofają się z doliny. Jej zastępczyni musiaøa się bardziej starać. A jeżeli jeszcze uda im się dotrzeć pod pøaskowyż. Postawna kobieta o imieniu Branwen b yøa jedną z niewielu kobiet żoønierzy w armii rebeliantów. Miejsce. nie uda nam się zaatakować ich flanki. choć byø nim Orlesianin . że Branwen dostaøa rangę rotmistrza tylko dzięki swej pøci. którzy jej n uważaøa. czego chcą. . To znaczyøo.wydyszaø. A nawet jeśli ud a się pokonać tę część siø uzurpatora. Rendorn rozk azaø jednak. Wilhelm za cząø przeklinać tak gøośno. Dostrzegøa j uż. co się dzieje. Machnięc aklinacz posøaø na strzelców golema . Maric szedø wraz z piechotą. W oczach miaø st Oni tu wejdą? . Piechota rebel a nie pozostaøa w tyle. ponieważ zasięg jego czarów b ograniczony. kiedy sporą część wrogiej armii ogarnęøa zamieć. czego chcą. który staø na gøazie niedaleko za piechotą Marica. że rozbiją przeciwnika i zdążą wrócić po Loghaina. gotowym do bitwy wojskiem. Rycerz tuż obok zerknąø na Loghaina. tylko wtedy mogli mieć nadzieję.Tak jest. z bojowym okrzykiem natarøa na oszoøomionych zbrojnych przeciw nika. alczymy. Rowan obserwowaøa go ze wzgórza. Bitwa trwaøa. że armia Marica upora się z wøasnym zadaniem i robi to na tyle szybko. Żoønierze zaczęli się wycofywać z h dowódcy z niepokojem wydawali rozkazy przegrupowania. Magiczne kule ognia spadøy między szere gi żoønierzy uzurpatora. W gøębi ducha Loghain miaø nadzieję. Zaklinacz musiaø mieć jednak dobry widok. Jedyną szansą rebel iantów byøo uderzyć mocno i szybko. a przecież nie staøa blisko. . Żóøt ty zaklinacza sprawiaøy.to musiaøo odwrócić ich uwagę od maga. Rowan widziaøa. Jeździec obok Rowan spojrzaø na nią z niepokojem. a kontratak niebezpieczny. . również czy niøo go øatwym celem. zdradziøy Rowan jego opinię. ich dowódcy . .

Ojciec tylko się skrzywiø. pani . ale tak wøaśnie jest.krzyknąø Loghain.Też to zauważ m . ale a nie powiedziaø już nic więcej na temat Loghaina. . a ty chcesz go porzucić? . Wyglądaø na lekko zaniepokojonego. . . Tym razem użyli halabard.To dobry plan. To nasza jedyna szansa. Ludzi Loghaina atakowali fere ldeńscy żoønierze. . Dotarcie do nich zajęøo kob iecie trochę czasu. zdziwieni rozkazem. Ojciec poklepaø ją po ramieniu. . daø nam szansę. Wśród nich jest Maric .Stwórca go ochroni . Dwaj obserwatorzy pomachal i do Branwen i kobieta skinęøa na znak. . Loghain straciø dziesięciu ludzi. jak rośnie w niej gniew. któ simy robić. . ale jednak powiedziaø. Rowan nie obejrzaøa się. Arl przykøusowaø za nimi na karym ogierze. A potem krzyknęøa do s woich ludzi: .stwierdziøa. gdy w patrywaøa się w ziemię pod kopytami swojego rumaka.Co się staøo? Powinnaś być ze swoją jazdą. . tors pulso waø mu boleśnie . że książę jest dobrze uzbrojony. Wrogi żoønierz skoczyø na niego. choć zauważyøa.. Poczuøa. by dać nam cza My też musimy zrobić co trzeba. Podobne do toporów ostrza na døugich drzewcach dawaøy atakującym przewagę za sięgu. marszcząc brwi. pani? . Arl uniósø døoń. . niż przypuszczaliśmy. pokonanie tej części siø uzurpatora będzie trudniejsze. który najchętniej w ogóle nie pozwoliøby Mari cowi na udziaø w bitwie. Konni Rendorna czekali po przeciwlegøej stronie doliny. Nie chciaø od razu atakować. Rowan nie od razu odpowiedziaøa. Gdy tylko zdoøamy odeprzeć siøy uzurpatora. Odjechali.Daliśmy søowo aprotestowaøa. Rowan bardzo się staraøa. Zaskoczony Loghain cofnąø się. . *** Wrogowie po raz trzeci podeszli na perć.nakazaø.To Loghain wymyśliø ten plan.odrzekøa Rowan. Nie wolno nam go zaprzepaścić przez wzgląd na Ferelden.. tak samo jak towarzyszący mu ludzie. .Pani? . jej syn też bę siaø. Bronili się prze d kolejnymi falami zbrojnych próbujących przeøamać ich opór. .arl powiedziaø to niepewnym tonem. Z tej odlegøości krzyki żoønierzy i odgøo bitwy byøy prawie niesøyszalne. ale kiwnęøa gøową. . gdy arl odwróciø się do kilku jeźdźców czekających niedaleko. Nie zaskoczyø jej. na jej twarzy malowaøo się zdecydowanie. Banita ignorowaø ból yø. którzy wjechali na pøaskowyż.zacząø. Rowan wyrwaøa s ię z uścisku i odwróciøa. halabardnicy niemal przeøamali opór rycerzy. Konni zawahali się. Branwen wyjechaøa jej naprzeciw. żeby odwalili za nich brudną robotę . . pchani rozkazami Orlesian. Kobieta skr zywiøa się.Mamy się wstrzymać. . Królowa Moira je robiøa. .Wracaj do swoich .Ależ. Kiedy dotarøa do swoich l udzi.Arl rusza w tej chwili.oznajmiøa. . . czuøa jednak rozczarowanie. .powtórzyø z naciski em arl Rendorn .Nie z ostaøo wiele czasu. a z mieczem radz i sobie lepiej.rzew do doliny. by zasøużyć na szacunek a. Wiedziaøa jednak. Ruszyøa z powrotem.pomyślaøa Rowan. rwaø jej sygnaø rogów dobiegający z przeciwlegøego krańca doliny. Z trzydziestu rycerzy. Musim omóc Loghainowi. .Wracajcie do reszty azaø.mężczyzna patrzyø z niedowierzaniem na kikut i tryskającą krew. uderzyøa wierzcho wca piętami i skierowaøa się na szlak.Rowan. że Maric nareszcie do czego chciaø .Wøaśnie mieliś y ruszać . Loghain ociekaø potem i krwią.Arl chwyciø córkę za opancerzoną rękę i spojrzaø jej twardo w o . Nie zauważy żadnych żoønierzy nadchodzących ze wschodu.Jaka jest sytuacja? . Musimy ich odepchnąć! .Nie .Loghain wie . krępy mę .ze zøością pomyślaø køusownik.Czyli .Masz rację. ale nie odjechaøa.. Ręka ojca przez chwilę jeszcze spoczywaøa na jej ramieniu. lecz z tyøu napierali następni. z troską marszcząc siwe brwi. . niż nam się aøo. Zielony pióropusz jej heømu koøysaø się na wietrze. Rowan cofnęøa się. .krąg chroniących go zbrojnych się zaøamaø i książę wøączyø się do walki.Wszyscy za mną! Na poøudnie! .Muszę przez chwilę być sam. Żeby przetrwać. Które muszą być zrobione. konni wøaśnie szykowali się do ataku. którym wcześniej galopowaø Loghain. zanim będzie za późno. ojcze.Są rzeczy. . Loghain oddaje przysøugę królestwu. Może nawet nie zdaje sobie z tego sp rawy. Wysøali Fe reldeńczyków. Rowan nagle się domyśliøa. ale nie aż tak bardzo jak jej ojciec. że przyślemy mu pomoc.Przyjaciel Marica wykonaø dobrze swoje zadanie. Podjechaø bliżej i poøożyø córce døoń na Twarz miaø ponurą. . . że ze wschodu też mogøo nadejść ich więcej.niepewnie zapytaøa rotmistrz. ludz ca wyszli jej na spotkanie. Rowa niego. Jego srebrzysty pancerz zalśniø w promieniach søońca. ale nie próbowal i go kwestionować. Staraøa się nie zwracać uwagi na bitwę.Lo ghain odgrywa rolę przynęty w swoim wøasnym planie. pani! Co z księciem? Rowan spięøa rumaka.Czyli co? . Jedn emu z nich odrąbali ramię . Uniosøa gøowę i zawróciøa konia. którzy bezpiecznie stali na tyøach.Książę jak dotąd ra sobie caøkiem nieźle.Wzmocnimy siø od urwiskiem. Przecięøa pøytki w tym miejscu strumień i kiedy wjeżdżaøa na skarpę. Arl powoli odwróciø się do córki.Nie czekając na odpowiedź.prychnęøa Rowan. . natychmiast uci ekniemy. Nie pozwoliø się oskrzydlić. co powie ojciec.jednemu z atakujących udaøo się go dosięgnąć mieczem.Ale?.Tu jest więcej żoønierzy uzu ra. Czarownik starczyøby sam za maøą armię.. Loghain odciągnąø ich skutecznie. że nie on jest ważny .ocalić Marica i armię rebeliantów. że odebraøa sygnaø. pozostaøo siedmiu.Loghain sądzi. To znaczy. . niż arl chciaøby przyznać. Przeciwnik.

skøaniając ich do g wej ucieczki. ale niedøugo orlesiańscy dowódcy przegrupują wo . na początku perci. że nie mogøam przyjechać wcześniej. Loghain skuliø się. którzy próbowali walcz tali bezlitośnie odepchnięci. Ciąø halabardnika przez brzuch tak gø pokazaøy się wnętrzności. a pieszych żoønierzy ogarnęøa panika.Teraz! Odepchnijmy ich! . Żoønierze uzurpatora uciekali d osøonę drzew. U stóp urwiska zaś wybuchøa panika. co to znaczy. wyczerpani.zapytaøa Loghaina. nie dając mu nawet zaczerpnąć powietrza. Nie ma sensu go wysyøać. by mocniej naparli na wrogów. ale Rowan szybko się z nim rozprawiøa. Loghain chwyciø go za gardøo i odepchnąø. Warknąø gniewnie i jeszcze mocniej ciąø mieczem nadciągających wrog ie pozwalając im wkroczyć na pøaskowyż.. i nawet nie próbowali walczyć z konnicą. przetoczyø i zamachnąø mieczem. . Na miejscu arla też nie ruszyøby na ra tunek garstce straceńców. .desperacja żoønierzy na perci wzrosøa. Tuż przy per ci zeskoczyøa z siodøa. odpierając kolejnych przeciwników. Niektórzy z nich padli na kolana. a wrogowie napierali bez przerwy. Mężczyzna zacharczaø i zakaszlaø.. by døużej patrzeć . pot za lewaø mu oczy. Rowan cofnęøa się jednak i odwróciøa wzrok. Zadawaø sobie to pytanie. nie wiedząc. lecz Loghain tylko syknąø i odskoczyø. Jak popsute lalki porzucone przez rozzøoszcz one dziecko . Jeden z orlesiańskich dowódców usiøowaø zebrać wokóø siebie dość ludzi. choć doskonale znaø odp owiedź. Sp glądali na panikę w dolinie. napierając na swoich towarzyszy. że wytrzymaliśc tak døugo.pogratulowaø jej Loghain. by s walerii. Loghain prawie nic nie widziaø. Sz eściu rycerzy wzmogøo wysiøek.wrzasnąø Loghain. Wszys tko z tobą dobrze? . Kasztanowe wøosy przykleiøy jej o spoconej twarzy. na stosy ciaø. sprawiaø wrażenie podnieconego myślą. Mężczyzna podszedø do n ej i wyciągnąø rękę. że zmieniøa się w bøoto. kopyt zwiastowaø zbliżanie się rebelianckiej konnicy. Szybki r uch miecza rozerwaø ciężką tkaninę i napastnik zwaliø się ze skraju pøaskowyżu w przepaść. mroziøy w żyøach k Aż w końcu znaleźli się u stóp urwiska. Niemal natychmiast ich formacja się rozpadøa. lecz banita go jednym kopniakiem w przepaść. A nawet zaczęli posuwać się naprzód. a potem zacząø się śmiać z czystego zaskoczenia.westchnąø Loghain. Kilku rycerzy ledwie trzymaøo się n a nogach. strąca jąc ich z perci w przepaść. że walczy ze søawnym księciem. onownie natarø na rudobrodego żoønierza. Ich oczy spotkaøy s o byøo konieczne. Formalnie skøoniøa się rycerzom z otniczego oddziaøu. Przez chwilę kobieta przyglądaøa mu się. Gdzie to przeklęte wsparcie? . którym udaøo się Ciężko ranni. Zaczęli bezøadnie uciekać. Atak jazdy pchnąø Orlesian na ścianę urwiska. ledwie trzymający się na nogach. wprow jeszcze większe zamieszanie i nie zwracając uwagi na rozkazy dowódców. un dę. . . Kolejny żoønierz uzurpatora doskoczyø do Loghaina. tnąc dwóch mężczyzn upadli. Krzyki pokonanych. unosząc się na øokciu. Żoønierz. Przez døu wilę wrogowie stawiali zaciekøy opór. Na czele jazdy lśniøa srebrzysta zbroja i zielony pióropusz Rowan. unosząc broń do za Wymienili kilka ciosów i Loghain øatwo uzyskaø przewagę. A po luźniøa się i uścisnęøa døoń.Znakomita walka. nie kryjąc troski i znużenia. zdjęøa heøm i podbiegøa do Loghaina.zastanawiaø hain. wstrzymaøo to żoønierza przed zadaniem ciosu w ramię.Niezøa szarża . Jeden z samotnych halabardników opuściø ostrze. odpychając przeciwników. Loghain i jego sześciu rycerzy. Posuwali się napr zód szybciej.zbrukanej ciemnymi plamami krwi i bøotem. Loghain nie miaø c zasu.To jeszcz e nie koniec . Ich zbroje ociekaøy krwią i bøotem. Rycerze i za banitą krok w krok. czuli nadchodzącą klęskę. Jego ciaøo runęøo na gromadzących się żoønierzy. Je utonąø w szczęku stali. której broniø Lo ghain. tylko strach. pchnąø ostrze w szyję rudobrodego. która natarøa na tyøy przeważających si rpatora. Kolejny żoønierz rzuciø się na Loghaina. Nie będzie wsparcia. zmuszając do niebezpiecznego lansowania na stromej ścieżce. Kopyta jej rumaka posøaøy pompatycznego Orlesianina w powietrze. W końcu zaczęli jednak ustępować. . się peleryny domniemanego księcia . W ich okrzykach e byøo już pewności siebie. Nata iaøo. Rozlegøy się zaskoczone okrzyki. Adrenalina uchodziøa z nich razem z krwią. I wtedy zabrzmiaø róg. odpowiedzieli oszoøomionymi. strącając ich w przepaść. Wrogowie zaczęli się cofać.pomyślaø ponuro mężczyzna. Wzywając kilku swoich ludzi. chcąc zdobyć chwaøę zabójcy królów. Wszyscy odnieśli ciężkie r ale zacisnęli zęby i nie ustąpili ani na krok.Dobrze. które rosøy na skraju doliny. Rozlegø się tylko cichnący krzyk. Rowan w osta tniej chwili poderwaøa rumaka i bez wysiøku cięøa napastnika. a potem. Halabardnik padø. Ziemia przy perci przesiąkøa krwią tak bardzo. z amglonymi spojrzeniami.na o lisiej twarzy. Stal uderzaøa o stal. Nieliczni Orlesianie. To zachęciøo banitę i jego rycerzy. .Nie do wiary. że wróg zaczyna odzyskiwać siøy. Przykro mi. Szarża rozp żoønierzy i zasiaøa zamieszanie w szeregach. Zøapani w kleszcze przez lud i Loghaina na górze i jazdę siejącą pogrom na dole. Dostrzegø już. okrzykiem triumfu Loghain naparø. Rowan skierowaøa się do perci. Prześlizgnęøa się wzrokiem po tych z oddziaøu ochotników. Coraz dniej byøo utrzymać równowagę na śliskim podøożu. Kilku żoønierzy usiøowaøo jeszcze dostać się na ście nęli się przed nadjeżdżającą Rowan i jej ludźmi. czujących bliską śmierć. Za nim ruszyø następny. Log ain przetarø oczy i spojrzaø w dóø urwiska. Potężny mężczyzna ze skoøtunioną rudą brodą. bøagając o zmiøowanie. Niektó porzucali broń.

Rowan skinęøa gøową. A przeciwnik nadal miaø przewagę liczebną i jeżeli tylko zor ientuje się w sytuacji.i to zaraz .ska i ruszą do kontrnatarcia. Trzeba byøo uciekać . Loghaina wcale to nie za koczyøo. równie dobrze jak banita rozumiejąc sytuację. . otoczy ludzi Rowan w dolinie.

Banita nadal miaø na wintny strój i resztki królewskiej peleryny. ujrzawsz y umykających zbrojnych. którzy zabiliby go bez wahania. Książę nie potrafiø już powied dzieje na polu bitwy . Baø się. Jak døugo trwa już walka? Czy wróg otrzymaø wsparcie ze wschodu? Ma ric zacząø się również niepokoić o Loghaina. . i zachichotaø jak wariat. Żoønierzy po obu stronach ogarnęøa bite na gorączka.. W oddali ujrzaø konnicę Rowan szarżującą n gi wroga. pozostawiając w torsie napastnika dy iącą dziurę.pomyślaø Maric. Umierali. chcieli przegrupować siøy na zewnątrz doliny. Maricu .z rozbawieniem upomniaøa go Rowan. Chociaż straciø wsz ystko. odpychając go i siadając ciężko prz . Wysøano jeźdźców na po zukiwania tych. rozpraszającą je z impetem. . Maric ledwie umknąø przed jego toporem.Maric będzie nas potrzebowaø. Maric søyszaø. Topór opadø ze świstem. gdy za uciekającymi tami ruszyli żoønierze uzurpatora. Dowódcy Orlesiańscy ydawali rozkazy odwrotu.Udaøo się! .Zlituj się. którzy uciekli w innym kierunku i mogli zgubić drogę. co zbudowaøa jego matka. i rzuciø okiem na pole bitwy. Książę zac opanowując ból w ramieniu. by parli na wzgórze. księcia zamgliø stal. gdy widziaø niekończące się szeregi przeciwników. Zdjąø już zbroję. tors spowijaøy mu bandaże. Maric miaø dość przytomności. na dodatek bezu syn Garetha także polegnie. Lecz dla Marica to byøo zwycięstwo. Postawny żoønierz wyrwaø topór i uniósø do kolejnego ciosu. Miaø także opatrunek na oku i kulaø. jakby miaøa zar odpaść. Wbiø się w ziemię tuż przy uchu Marica. że zamieszaniu nie będzie końca.Zostaw ich! Musimy uciekać! . Od razu zaniepokoiø się o Rowan.krzyknąø. . s koczyø do wstrząśniętego mężczyzny i zamknąø go w niedźwiedzim uścisku. Jedyną myślą. lecz armia wroga jeszcze døugo nie będzie mogøa ruszyć za nimi w pogoń. byø tylko ślepy traf. Żaden z chroniących księcia ludzi nie mógø ruszyć mu z odsieczą. Wbiøa się między pø a. kilka mil na póønoc od pola bitwy. W tym momenci o namiotu wszedø arl Rendorn. by ruszyć w pogoń. Więcej krwi spøynęøo na ziemię. ludziom udaøo się przeżyć. Jak dotąd mu się u Na ciężkiej krasnoludzkiej zbroi strzaøy i ostrza zostawiøy zaledwie zadrapania . Loghain obserwowaø go ze zmieszaniem. . Byø ciężko ranny w pierś. że zadawaø cios o uøamek sekundy szyb ciej. ale dzielnie zniósø ten wyb ch uczuć. zerkając tylko na księcia.pance rz doskonale speøniaø swoje zadanie. że chyba za mocno oberwaø w gøowę. zdawaøo się. a koszula przesiąk wią. a potem odwróciø się do swoich ludzi. Nie tylko wyrwali się z puøapki za tawionej przez uzurpatora. Książę zauważyø z zaskoczeniem. I wówczas zagraø róg. Z niedowierzanie Maric spojrzaø w stronę. rzecz jasna. Radośnie okrążyø ognisk rzyńskim pląsie. Maric tylko skinąø gøową.pamiętaø tylko szarżę arla Rendorna. by ocalić życie księcia. Ręka dzierżąca miecz bolaøa. Atakujący napierali i c li się jak fale. Ledwie miaø czas øapać oddech w tym cha osie. które wcześniej poczuøem .wycedziø Loghain. że książę straciø poøowę swojej armii. *** Maric dyszaø. niczym szaman w dziwacznym rytualnym tańcu zwycięstwa.Czy on się często tak zachowuje? . pewno nie tej nocy. że z ramienia wystaje mu strzaøa. że skazaø go na śmierć.krzyknąø Mari Twój przeklęty plan zadziaøaø! . Nigdzie nie mógø dostrzec zielonego pióropusza . w uszach nadal søyszaø brzęk stali o stal. W pewnej chwili na księcia natarø postawn y żoønierz w kolczudze. doøączaøy z opóźnieniem do gøównych wojsk. Widać czas Marica na Thedas nie dobiegø jeszcze końca. rzucona zapewne przypadkowo. jak arl Rendorn wykrzykuje rozkazy. byøo: Przetrwać. po czym podejrzliwie zwróciø się do Rowan: . Na dodatek większość ekwip aøa w dolinie. podtrzymywaøo go oficerów. gdy ostrze o wøos minęø Ocaliøa go rękawica. Ale pomimo tej ochrony miecz Marica spøywaø dzi. Niektórych przyn no. To wyjaśnia to ukøucie. Uwagę przyciągaøy jednak nie jego rany. lecz gniew . niektórzy byli w stanie iść tylko wsparci na ramionach towarzyszy. lecz powstrzymaø go nadjeżdżający endorn. Skrzywiø się z bólu. jednak szarża konnicy odparøa wrogów. ale tym raz interweniowaø Wilhelm. Maric.. jaka pozostaøa w gø Marica. gdy walka ustaøa na kilka chwil. nie byøo widać konnicy. poczuø pokusę. Książę zrobiø to samo.Loghain odniósø kilka ran w pierś. ale chybiø. nawoøując do uciec w niczym nie przypominaøo zwycięstwa. Na oczach Marica zginęøo zbyt wielu søabiej uzbrojony ch rebeliantów. Rebelianci pon ieśli ciężkie straty. z której dobiegø sygnaø. Po wielu godzinach zamieszania i biegu rebeli anci opuścili dolinę i rozbili obóz nad brzegiem rzeki. Niedobitki. ani wśród polegøych. by się odtoczyć. A to. by ich książę mógø żyć.Co tam! I tak jest nie do pokonania! . lecz na dodatek krwawo utarli mu nosa. Wracajmy. gdyby nie to.Dość . jakby ten postradaø zmysøy. poganiając rebeliantów.zaśmiaø się książę. zanim pokonany przeciwnik zwaliø ieża na zakrwawioną murawę. a to najważniejsze.Myślę. Maric krzyknąø z radości. Kiedy Rowan w końcu przyprowadziøa zakrwawion ego i posiniaczonego Loghaina do ogniska w nowym namiocie. wycieńczone i ranne. gdzie stoczono bitwę. Zøota bøyskawica pomknęøa øukiem.ani wśród walczących. . Napastnik ponownie wzniósø b roń. To wystarczyøo. Lecz w końcowym ro zrachunku i tak byøo jasne. która trafiøa topornika w kark i wytrąc iøa z równowagi.. póki jeszcze możemy.

ale wyszczerzyøa się i roześmiaøa. . .. Nawet posiniaczona i zmęczona wyglą aøa promiennie: na tym polegaø jej urok. .Twoja matka byøaby bardzo dumna.Dziękuję ci za wszystko. że banita poczu saczony. niektórzy nawet bez koców. Maricu. ale ie daø po sobie poznać jak bardzo. że widzi go takim po raz pierwszy. Eee. ż ozostanie z nami. może nawet zbyt stary. Wędrówka będzie trudna . by również wymienić z nim uścisk døoni.. Maric nie wiedziaø. że arl okazaø emocje.Ja.O kiedy . Czuø tylko wyczer panie.Magik obiecaø. . . .Twoja matka. Weteran byø blady i roztrzęsion y. . Rebelia utoczyøa uzurpat i i przetrwaøa.Wcale widowiskowo. .odpowiedziaø oschle książę. .nie musisz søuchać moich rozkazów? Maric. Staø zmieszany. . że prawa noga żoønierza kończy się na ie . Skuliø się w sobie.Staøo się coś zøego. .Kiedyś powiem wnukom: walczyøem obok księcia! . ale zrobiliśmy. że to star .Ows córka wie to najlepiej. Uściskaø gwaøtownie starszego klepali się po plecach. co należaøo. Rowan zaraz mu zawtórowaøa. ... I że twój plan się powiódø.wycedziø z tøumioną wściekøością . Kiedy książę się zbliżyø. .Uśmi . przykuśtykawszy do Loghaina. gdy tylko Loghain i jego ludzie by zginęli.wydusiø Maric z zakøopotaniem. że c zgniewaøam.. Zostaję.Maric i Rowan są zaręczeni .Ale.Kiedy nie zobac yøem cię w szarży.Zachichotaø.Byøbym jednak szczęśliwszy. .powiedziaøa Ro . Tylko støumione jęki rannych przerywaøy ciszę. . Zniszczyøem pelerynę twojej matki. a gøos rwaø mu się ze wz a.Rowan z abiøa też jednego z orlesiańskich wodzów . ojcze. . *** Niedøugo później Maric wymknąø się z namiotu i powędrowaø w noc. co powiedzieć. .Nie bądź taki skromny .Widziaøem was na polu. .Szkoda. że nie widziaøeś go na pøaskowyżu. W oczach księcia zabøysøy øzy.Wiem. dostrzegø. gdyby nie uparø się. Odwróciø się do Rowan.usøyszaø tuż obok. Pośpiesznie stawiano namioty. cho azmu już minąø. Maric uświadomiø sobie..alujący się na twarzy. wyczuwa e. Oczy miaøa zaøzawione. kiedy ująø jej døonie. g dybyśmy byli w lepszym stanie. Zdumiewająco uspokajający widok .Tak mi przykro. Maric nie wiedziaø. Maric przyglądaø im się z boku. ale większość ludzi leża goøej ziemi. by staw wrogowi czoøa w bitwie. mówią o nim z podziwem. dopóki mężczyzna nie un køaka jak pucharu w toaście. starając się nie sø iepokojących krzyków i szlochów dobiegających z miejsca.dodaø Loghain. co należaøo. Wasza Wysokość. Pojaśniaøa.. odpędziø ją gestem i spojrzeniem. Potem odwróciø się do Loghaina. . co dzisiaj zrobiøeś. Rycerze. Marica za skoczyøo. że żyjesz. to pewne.Moja córka zostaøa mu przeznaczona w dniu.Uniosøa døoń. Zakøopotany Loghain podniósø wzrok z pøomieni. powstrzymując gniewne søowa arla. Przez chwilę patrzy Loghaina. Straciliśmy wielu ludzi i ekwipunek.Mogliśmy być już wtedy daleko .Wasza Wysokość? . rzeg rzeki usiany byø punktami obozowych ognisk. Książę podszedø bliżej do jednego z ognisk. więc tylko n ezdarnie skinąø gøową. armia wroga zapewne pomaszerowaøaby na póønoc. Książę nadal się uśmiechaø. Wbiø wzrok w ognisko i døugo tylko patrzyø nieruchomo w pøomienie. po czym przeniósø wzrok na Marica.pomyślaø Maric. A potem zauważyø. Spoglądali beznamiętnie w ogień. że ci ludzie byliby już martwi. przyjmując zawoalowane oskarżenie. ale myślę. w którym się urodziøa. zdrowo też pociągaø wino z bukøaka. No dobrze..Wøaśnie l. Przez chwilę księciu się wydawaøo. by mu pomóc. gdy ujrzaø grupę wycz h żoønierzy w pokrwawionych bandażach.Nie wykręcisz się z te k øatwo. którzy nie dożyją p nka. Odwróciø się w stronę.zacząø. . skąd pa cieniu pod drzewem siedziaø samotny żoønierz. Zaraz jednak spojrzaø na møodego mężczyznę i jego twarz zøago .Nie waż się nigdy wi straszyć. Arl uśmiechnąø się blado. odlegøy. wasza øaskawość? .Naprawdę? . że cię straciliśmy . . .I. który siedziaø przy ogniu. z powodu twojej nogi . .Ale musiaøam uczynić to. møodzieńcze.Nie doceniøem cię.Prawie przepraszająco spojrzaø na Marica. Przydaøyby się nam twoje umiejętności i talenty. gdyby cię dzisiaj zobaczyøa. i wyciągnąø jąø ją z wahaniem i uścisnąø.. . . . Mam nadzieję. Kiedy się rozøączyli. .. co powiedzieć. . Bøękitne ocz przesunęøy się od arla i Marica do Rowan. z wspaniaøy instynkt. Kiedy Rowan wstaøa.. Wreszcie nie chętnie skinąø gøową. mój chøopcze. przerwaø swój dziki pląs i podszedø do arla. Ta decyzja ucieszyøa Marica. niedostrzegalny w ciemności. Maric parsk nąø śmiechem. . . . Cieszę się. marszcząc brwi. .uśmiechnąø się arl Re .Sytuacja byøa trudna. Księżyc świeciø jasno.powiedziaø z powagą. zerknąø na kikut i poklepaø go niema patią.mruknąø tylko L ghain i dalej wpatrywaø się w ogień. . Mężczyzna uśmiechnąø się szeroko. Rowan skinęøa gøową. Loghain uśmiechnąø się trochę eśmiaøo.warknąø arl. by walczyć. . Na razie. Walczyøem nie dalej ja k dwadzieścia stóp od was.zachichotaøa.pokrwawione bandaże świadczyøy o niedawnej amputacji. gdzie leżeli ci. . Byø wspaniaøy . które z pewnością cisnęø usta. co zost aøo z królewskiej peleryny.Masz rację. Próbowaø sobie powtarzać. którzy razem z nim walczyli. że zajrzy później i zobaczy co da się zrobić. .Wykręci z czego? . . myślaøem. że nadal mamy co świętować.. Maric poøożyø arlowi døoń na ramieniu w geście pocieszenia.Zabawne . Gdybym nie wyruszyøa z odsieczą. a go blasku trzepotaøy się w splątanym roju.Nie boli już tak bardzo.Ach .zapytaø. unosząc to.

a jego oczy zalśniøy. że wygramy . jak by się wydawaøo. .chnąø się z dumą. g ojrzaø na księcia. Żeby was chronić. Powaliliście trzech zbrojnych pod rząd jak gdyby gdy nic. .Wszyscy to wiedzieliśmy.Za królową! .Za królową .Wiedziaøem. I nagle poczuø. . . .wyszczerzyø się Maric.wzniósø nieco pijacki toast do księżyca. .Spoczywajcie w pokoju. Wasza Miøość. èzy Maricowi napøynęøy do oczu. . Speøniliście swoje zadanie. Stwórca do nas przysøaø. by przyjrzeć mi się dokøadnie . mój panie. . Żoønierz uśmiechnąø się znowu na. Byøem przerażony.To byø widok.Na pewno byøeś zbyt zajęty.zapewniø ranny żoønierz. .Może taki byø Jego zamiar. że nie jest dziejnie. kiedy rano okazaøo się.szepnąø. że wróciliście. lecz nie zwróciø na nie u yjąø bukøak i w milczeniu speøniø toast.

ja. Meghren westchnąø ciężko i wyprostowaø się nieco. powiadasz? Arl skøoniø się nisko. zapewniając o swoim uwielbieniu dla ukochanego mon archy.magowie nie mi eli prawdziwej ojczyzny. Severan taktownie zwróciø kiedyś królowi uwagę. .inaczej nie zostaøby najbli doradcą Meghrena. Król Meghren byø despotą. gdyby wøadca nieco lepiej traktowaø miejscowych. Jego ojczyzna znajdowaøa się za M orzem Przebudzonych. jak tylko ulegać jego kaprysom.klin a zakoøysaøa się jak wahadøo po prawej stronie tronu. że król wie. jakich niewątpliwie przysparzaøo jej stanowisko .. zatem tego mie cza nie zrobiono dla mnie. To prawdziwe dzieøo sztuki. że wszyscy czøonkowie szlachty mają no ajwspanialsze i najpiękniejsze maski. Pom imo swojej niechęci do buntowników i hańby. by uhonorować roc nicę urodzin Jego Dostojności.Amarantczycy pragną przekazać ukochanemu królowi miecz z najlepszeg o srebrnorytu. którzy postanowili szukać szczęścia poza imperium i otrzymali wøości odebrane Fereldeńczy om. ma wielką.Za króla! Severan usøyszaø toast. Robiø.ale pomimo niewielkiej postury ozdobny czerwony ornat i szat a dodawaøy jej majestatu równego królowi. Rdzenni F ereldeńczycy obawiali się. Byøa surową kobietą o twarz naczonej troskami. A teraz ten znudzony i niezadowolony arystokrata odgrywaø się na ludziach. . Kr ecz. wykonany dawno temu dla zaøożyciela mojego rodu. To dar od krasnolu dzkiego wøadcy.T en. . gdy poøożono przed nim prez .Kras noludzka robota.. Król byø znudzonym i kapryśnym czøonkiem starego arystokratyczne go rodu. Czy powinienem poinformować mojego d ostojnego krewniaka. ale zdawaøa sobie też sprawę. rebelia zostaøaby dawno støumiona. że powinienem odesøać prezent imperatora? Nie ma prze . Pociø się. choćby najuprzejmiej. czego się od niej wymaga w tej grze. Źle się dziaøo w państwie okupowanym przez Orlesian. na pewno rozumiecie. A król wiedziaø. Wasza Dostojność. by król cofnąø edykt ze wzgl bezpieczeństwo. jak król próbowaø wprowadzić do Fe nu orlesiańską tradycję noszenia masek. którego maska spodoba m u się najmniej. Orlesiańscy arystokra ci.Nie. lku wøaśnie zøożyøo u stóp wøadcy døugą. Wokóø tronu leżaøy stosy podarunków rzuconych niedbale lub nawet nietkniętych. nogę przerzuciø przez podøokietnik. wykonaø kilka wprawnych zamachów i z zainteresowaniem przyjrzaø się klindze.bez różnicy. Wasza Dostojność. Potra fiøby jednak patrzeć na podbój rodzimych ziem z co najwyżej uniesioną brwią . ani nie urodziø się w Orlais. Byø przysto ym mężczyzną o ciemnych wøosach i oliwkowej cerze. wyimaginowane czy rzeczywiste .Imperator Florian daø mi miecz .Wykonany przez najlepszych rzemi eślników w Val Royeaux. Komnata zap ewne pękaøa w szwach od fereldeńskiej szlachty. Dlatego zlachta odgrywaøa przedstawienie. Niedbale odchyliø starożytną broń . a despotów się nie honoruje. kochanka. Ogøosiø edykt. choć szerokie uśmiechy søabo maskowaøy strach.to niekoniecznie dobre określenie. dzisiaj wyglądaø jednak jak ktoś. że uważasz swoje ostrze za lepsze? Arl z przerażeniem wytrzeszczyø oczy. że szlachta udaje. Matka Brona ch stanęøa natychmiast za tronem. Zbiorowe westchnienie ulgi można chyba byøo usøyszeć nawet na granicy króle stwa. Natychmiast rozpocząø się szalony wyścig do maskarzy.Być może uważasz. niero znany wøaśnie dzięki masce. Król natomiast się nudziø. jak gøosiøa skandalizująca plotka.. że rozgniewaø imperatora . że wøadca odbierze im ziemie.. i nikt nie miaø prawa go pouczać. gøowę wsparø na døoni. ujrzaø møodego arla wygøaszającego przesadną orację.. Mężczyzna staø naprzeci nu. Elfi søużący natychmiast podaø prezent i usunąø się bezszelestnie.pomyślaø Severan. byøo jasne jak søońce . Rozmowy przy jedzeniu u milkøy. jakiej byli oznaką. co chciaø. . królowi usøugiwali elfi søużący. Ten miecz. którzy nie mieli in nego wyjścia. zaś ten.. skąd pochodzili ludzie o tak śniadej skórze.. tak jak wielu ich ziomkom. Kazano mu objąć tron w Fereldenie tylko dlatego.Tak. . król odmówiø zastosowania się rady.. A że mag należaø do ludzi ambitnych. wartość! Myślaøem. Severana maøo to obchodziøo. Gdy do paøacu wślizgnąø się zamachowiec. która obowiązkowo przybyøa. Severan troszczyø się tylko o wøasne korzyści i król to zaakcepto waø.swo jego kuzyna w pierwszej linii i. chociaż król raczyø się zainter a nawet wydawaø się zadowolony z podarunku. któr y omal nie skończyø się zamieszkami ulicznymi. ozdobną skrzynię. wspominając. Uhonorować . daleko na póønocy. Møody arl pobladø. dowódca straży królewskiej wybøagaø. zostanie ukarany. . wykuty przez krasnoludzkich mistrzów z Orzammaru! Niechaj søuży dobrze Waszej Dostojności przez następne lata i świadczy o potędze Thedas! Kiedy Severan wszedø d o sali tronowej.Ach. jakie zdoøają zdobyć.. karząc ich za przestępstwa. Zupeønie ta k samo traktuje swój dwór . co zrobi król. Szl chta z kolei wiedziaøa. Meghren wytarø nos pomiętym aksamitnym mankietem i sięgnąø po skrzynię..SZEŚĆ. Co zresztą byøo przyczyną nie tylko bolesnego skrzywienia na k ewskiej twarzy. śledząc uważnie. . co niet Rozparø się na tronie. Despotów się zaspokaja.. Za jego plecami przy døugich stoøach siedziaøa szlachta. jeszcze zanim wkroczyø do sali tronowej. Przez salę tronową przebiegø szmer. Ani nie byø Fereldeńczykiem. kto nadu aø przez więcej niż jedną noc.przeøożonej Świętego Za konu w Fereldenie . . gdy szlachciców zaalarmowaøy lodowate tony w gøosie Meghrena.przerwaø mu król. . .. bali się tego samego.

praktyka ta byøa coraz bardziej modna w imperium. nie zdoøaø jednak ztusić søowa. . że magowie są odpowiedzialni za ka atastrofę.. Wasza Dostojność . . jakich mi sprowadzono? Severan pokręciø gøową.Musisz swoją obecnością psuć jemu i gościom ucztę? . W jej gøosie trzaskaø mróz.Cieszę się. Pracuje bardzo ciężko dla swojego suwerena. Jeden trożnie odebraø od króla Meghrena miecz i zøożyø go w skrzyni.Jeżeli to ostrze jest tak cenne. a jego maøe oczy po trafią czøowieka prześwidrować na wylot. . czyż nie? Severan skøoniø się. gotowe zaata kować za najmniejsze wykroczenie.Oczywiście.Nie. ale peøen ulgi. by mógø się cieszyć urodzinami. ani jeden nóż lub wid elec nie dotknąø talerza. . jakby chciaø coś powiedzieć. Wasza Dostojność. . a szlacht a przyøączyøa się pośpiesznie. Meghren wyprostowaø się i ziewnąø. Wøosy miaø rzadkie.Więc zaøatwmy to szybko. ziewnąø i potarø czoøo. Uniósø brew. .opadø na kolano i opuściø gøowę. drodzy przyjaciele! Mamy co świętować! Zwøaszcza że gøowa tej wiedźmy. gdy matka Bronach wyszøa zza tronu. . potem coraz gøośniej. . a ter dwie ich tolerowano jako søużących. Severan skorzystaø z okazji. Cisza panująca w sali tronowej niemal dzwoniøa w uszach. .. Wstaø.oznajmiø wøadca. zanim Ferelden cieszyć się będzie chwaøą godną wielkiego narodu. jako dowód pobożności Amarantczyków w tych mrocznych i trudny ch czasach. Stwierdziøa. by kontynuowano przyjęcie. ..rzuciø. sp glądając na arla.Jedzcie i pijcie. Mężczyźni i kobiety szybko odwracali wzrok. który przeciąø napiętą ciszę. Meghren nagle parsknąø śmiechem . Arl patrzyø po zgromadzo nych. zawsze przekażę je przez posøańca. Tyle jeszcze musi zostać zrobione. . Severan i matka Bronach podążyli za nim posøusznie.Oczywiście. Bøagam o wybaczenie! Meghren uśmiechną ię pod nosem.Przebac e mi. jaka przydarzyøa się ludzkości. rysy twarzy ostre . nie . by przejść przez salę do tronu. .Ni e możesz zostawić króla w spokoju choć na jeden dzień.Co ty na to. Wasza Dostojność.zach otaø Meghren. . by nie podcho .Wdzięczna jestem za ten dar. Uniósø wzrok. by się kurzyøa. bym daø twój miecz matce nach? Ukøon møodego szlachcica byø krótki. lecz wszyscy królewscy goście odwracali jedynie wz rok. wyścieøanymi jasną satyną ..Jeśli mogę coś zaproponować. że Severan wygląda przebiegle.Mam wieści.Żartowaøem. jak .cież sensu w zbieraniu broni pośledniejszego sortu tylko po to. Nadal chichocząc.I napeønijcie czarę arla! Te szaty są za ciepøe na dzisiejsz Uczta trwaøa w najlepsze. . nieprawd aż? W wielkiej komnacie panowaøa teraz cisza jak makiem zasiaø. Smutny los. Severan nie m iaø im tego za zøe. stanowiø by doskonaøy dar dla Zakonu. by zgromadzona szlachta zawtór rzejmie najpierw nieśmiaøo i niepewnie.Ponownie ryknąø śmiechem. .. zanim ją otruø. Tylko arl Amarantu pozostaø milczący. . wasza øaskawość? Wszak nie masz urodzinowego prezentu dla swojego suwerena. Mniejsza komnata søużyøa zwykle do bardziej prywatnych audiencji . Kiedy ruszyø do wyjścia za tronem. bøagając spojrzeniem o ratunek. Jedyny komplement pod adresem powierzchowności powie dziaøa mu møoda prostytutka. Meghren opadø na sofę.przytaknąø pieszczotliwie wøadca. Śmiaø się na tyle døugo. Nieszczęsny arl wpadø tylko na jeden pomysø . .Jeśli będę miaø iebie. Król Meghren rozpromieniø się na widok d oradcy. gdy mag przechodziø obok. nagle zainteresowani jedzeniem lub rozmową z sąsiadem. Matka Bronach wręcz przeciwnie brzydki grymas wykrzywiø jej surową twarz. Król sk chęcająco døonią. Zakon przez stulecia gøosiø. Król zaklaskaø. wasza øaskawość? Czy zgodzisz się. Wasza Dostojność. . znalazøa się naresz zie jej miejsce: na palu przed bramą! Czyż nie piękna? . W powietrzu unosiø się smród wina i potu.szalonym. podziurkować i odepchnąć. . przet y przekrwione oczy. . . Jak søyszaø Severan.Przed czy po tym. magu? edziøa chøodnym tonem. trzymanej przez drugiego. Meghren zaklaskaø gøo jąc znak. Wasza Dostojność! Ma Bronach pstryknęøa na dwóch paøacowych søużących. Po skroni spøynęøa mu strużka u. Jego jedwabna żóøta szata zalśniø u pochodni.a w porównaniu z przystojnym królem wyglądaø jeszcze gorzej niż zwykle. Ściany w ejono czerwonym papierem.Jakże prawdziwe søowa . To byø nieprzemyślany prezent. Wstrząśnięty arl poruszyø ustami. niewiasto. przeøożona Zakonu skøoniøa się nisko wøadcy.każdy mebel stanowiø osobne dzieøo sztuki. rebeliantki udającej królową.Musisz mi wybaczyć! Tak cenny dar dla Z akonu przekazany w moim imieniu? Czegóż więcej mógøbym pragnąć? Arl skøoniø się tak nisko. . Rozumiaø. że ongiś to oni rządzili Thedas. Meghren zastąpiø proste i praktyczne fereldeńskie sprzęty bardziej ozdobnymi orlesiański mi z mahoniu.Nie bądź zbyt surowa dla naszego drogiego przyjaciela. Kie dy obaj odeszli. jak twierdzi arl.Czy na tym zaścianku tak wøaśnie e? Søyszaøeś muzyków. dz iechem. wstaøo. Kilku orlesiańskich rycerzy. køadąc døonie na rękojeściach mieczy. Severan nie znosiø tej kob iety i uczucie byøo odwzajemnione. gdy salę wypeøn dgøosy udawanej radości.. asza Dostojność.I nie mogøe ekazać przez posøańca? . Ci natychmiast pośpieszyli do tronu. obciągnąø pognieciony kaftan i machnąø na søużących. I pomyśleć. Król westchnąø i skupiø uwagę na møodym szlachcicu. przyjacielu! . czøonków elitarnych oddziaøów konnicy mperium. Magowi tak się to spodobaø strzymaø się do świtu. że mal dotknąø posadzki. nadal klęczącym przed tr I co teraz zrobisz.syknęøa matka Bronach. øatwych do rozpoznania dzięki jasnopurpurowym tunikom i kapeluszom z piórami. uważnie obserwowanych przez psy Zakonu.

Szaleńczo niezøomnym. jest z Zaziemia? . Byø postrzępiony. to prezent wyrażający wi elki szacunek. . zachęciø do walki? Mówiøeś. .Jestem pewien. ale nadal widać byøo jego kolor . mości magu. . nie zując się w najmniejszym stopniu napomniany.Meghren nie przestawaø z irytacją bębnić palcami w sofę.. Severan się zawahaø.zapytaø Severan. . gdzie miaøa być. Niekiedy list od imperatora skutkow aø znacznie gorszymi wybuchami gniewu. że twoje obowiązki zatrzymają cię na døużej w Fereldenie. że kryøa się za tym również obr za.zuciøeś ich ze swoich komnat.Wiesz. Twarz mat ki przeøożonej wykrzywiø gniew.Ach. Wasza Dostojność.wøadca skrzywiø się zøośliwie. królewskiej czerwieni. Wasza Dosto jność. Wasza Dostojność? . Krzywiąc się z irytacją na Severana..Nazywasz mnie szaleńce m? .Jego czary nie przyniosą ci nic dobrego. ale to mój zaścianek. . którą przynosisz. . to bardzo smutne.Jest coś j cze.Podobno to szaleństwo. Wygnańców zabito. mógøbym odwiedzać Wielką Katedrę. Książę Maric żyje i jest z rebeliantami.Ogary są bardzo cenione w Fer eldenie . caøy i zdrowy.. . jak tego oczekiwaøem. że musiaøeś znieść tyle øajna w urodziny. . Matka Bronach zacisnęøa usta. czy uda s ię zamęczyć imperatora.Mógøbym wtedy utrzymywać dom w Val Royeaux.Powiedz mi.Och? .Jego Wysokość imperator przesyøa wy y żalu. skoro bestie byøy uwalane øajnem. zdoøaø nie tylko uciec twoim ludziom w lesie. . Severan. Zastosowaø podstęp. W jej gøosie zadźwięczaøy nutki napomnienia.Czy mam wystosować ejny list? Do piętnastu razy sztuka? . Sprawdźmy.Zajmijmy się res .Jestem równie zaskoczony jak ty.Podarowa ci ogary bojowe. oczekuje si ch rezultatów. ..Informacje. .A zatem? Wykrztuś ją wres zcie. Atak nie zakończyø się jednak tak. Może i jestem królem zaścianka. by mianowano mnie zwykøym baronem na prowincji . . Wasza Dostojność. Wszyscy tutaj są podobni do tych gøupków z Bannorn! .. Severan wziąø gøęboki oddech. zainspirowaø ich do walki Ci ludzie nie są już zrezygnowani. . .Ja. Wasza Dostojnoś stwierdziø Severan spokojnie. . a potem usiadø prosto i spojrzaø na Severana. nie jest tak. Armia rebelian tów byøa tam. . Wasza Dostojność.Wolaøbym raczej. . .Severan wyciągnąø tkaniny.Te n chøopak. .Raczej wielki strach . . gdy podejmując się tych samych dziaøań.No cóż. Ale na szczęście nie dzisiaj. są pewne. to odpowiedź od naszego imperatora. Wøadca zachichotaø z rozbawieniem.zapytaø z wyrzutem. Meghren uniósø brwi.Nie ma nic pilniejszego niż lis t od Floriana. Wasza Dostojność. do rebeliantów akurat w porę. prawda? .W rzeczy samej. to odpowiedź. Meghren opadø na poduszki. ż ieść. kr zabębniø palcami w oparcie sofy. W związku z tym w tej chwil ie ma dla ciebie miejsca na jego dworze. ale. lecz także p zedrzeć się przez Gøuszę i dotrzeć. co ja bym daø za prawdziwą orkiestrę! lbo maskaradę! Ci ziemianie nie odróżniają nawet porządnych kroków basse od kaczego chodu! prychnąø z odrazą. a potem uciekø z resztą swojej armii. Ta wieść. że go tam nie Ten chøopak powinien byø umrzeć razem z matką.Daø rebeliantom nadzieję. . poprowadziø oddziaø na pøas związaø część naszych siø w walce. prostując się.Jesteś jednak królem. Severan prawie westchnąø z ulgi.Westchn . którą przynosisz. o nic więcej! .Jestem niepoprawnym optymi stą. jakie otrzymaøem. by poprowadz h przeciw moim wojskom? . Nadal m i nie przebaczyø. . . . to niezdarne książątko.W rzeczy samej. brudny i poplamiony krwią.Król zamyśliø się i jego spojrzenie spoważniaøo.Daø im nadzieję. .Oczekiwaøeś innej o dpowiedzi za czternastym razem? .. Meghren uniósø døonie i westchnąø. Tak. . królu! Wyrzuć go! Ten mag troszczy się tylko o siebie.Ech. . Wielu ntowników zostaøo zabitych. ale księciu udaøo się uciec do Gøuszy i prz .Pogoń dopadøa go w obozie wyjętych spod praw . ale reszta się wymknęøa. parę reproduktorów. mości magu.Czy ja dobrze rozumiem? . co mi podarowaø j eden gøupi kmiot z Bannorn? Psy! Parę brudnych kundli! . .wtrąciøa przeøożona Zakonu. Jak na tak niewielki bann.o dcień gøębokiej. .odpowiedziaø powoli Severan.Może później.poskarżyø się Megh en. Wasza Dostojność. wygøadziø szatę.

Matka Bronach niechętnie się opanowaøa. dzięki czemu mogli podróżować od dworu do dworu w caøym imperium.Och. które popsuøo wspaniaøe plany.Tak. To prości. Severan zyskaø siøę. zabiøa w bitwie twojego kuzyna. jeżeli.A co ty zrobiøaś dla króla.Nasz wspólny przyjaciel z Val Cheva s przesyøa ci pozdrowienia i mnie. . czując ogromną ulgę wøadca nie odesøaø go do Kręgu Maginów. Lepiej o tym nie za pominaj. Możliwe również.Nie zawiodę cię. nie sądzi sz. że to praw nie. dlatego bardowie cieszyli się nieus . . splecione skromnie na podoøku. . Przepraszam za ten bøąd. dobrzy ludz e. ująø za gøadkie policzki i obróciø jej twarz..Bądź pozdrowiony. A jeśli tak. Opuściø Swe dzieøo. pod czujnym okiem rycerzy Zakonu. A przynajmniej tak przypuszczaø. udaøoby się upie e pieczenie przy jednym ogniu: pozbyć się rodu Theirinów i zetrzeć w proch rebelię.. i wyboru. ten chøop st kimś więcej.mag nie byø jeszcze gotów. a nerwowo policzki. *** Komnaty Severana znajdowaøy się w podziemiach paøacu.syknąø z irytacją.Mówię ci tylko to. . Stratowaøa go z zimną krwią. Proszę bardzo. . . A potem zwróciø się znowu do Severana: . Rowan. Was Dostojność. Dzięki t emu król Meghren wróciøby na dwór imperatora. jeżeli królestwo nadal będzie toczyø rak . może nawet zos taøby namiestnikiem Fereldenu? Ale teraz? Teraz musiaø zaczynać wszystko od nowa. który podkreślaø jej wdzięki. . by Ferelden prosperowaø.. Odøożyø powoli papiery i skinąø gøową. Kiedy pomieszczenie rozjaśniøo światøo. mości magu..Król wzruszyø ramionami.Minąø kobietę i zebraø z biurka rozrzucone notatki i dokumenty. Ludziom takim jak Meghren Krąg zezwalaø na zatrudnianie magów jako doradców.. .Być może .Ja. że czarownicy pozostawali pod obserwacją Zakonu. Zøote niczym miód wøosy opadaøy na ramiona w finezyjnyc otach. dopóty pozostanę na tronie. Stwórca nigdy nie pozwoli. søuga króla.wycedziø .i jestem jego prawdziwym królem.krzyknąø Meghren z wściekøością. Tam.Lubisz siedzieć po iemku? . ale tylko dlatego.Nigdy za nim nie przepadaøem. a potem spojrzaø na m przeøożoną.Bluźnierstwo! . Polityka w imperium byøa brudną grą. że znalazø pomoc. ale kobieta się nie cofnę . przygl jąc się Severanowi z rozbawieniem. Wasza Dostojność. Dobry nastrój kró zniknąø jak dym na wietrze. o jaką ich nie posądzaøem.Cisza! . Posøaø matce Bronach groźne spojrzenie. .I będą mnie søuchać. moja øaskawa pani? . Nosiøa skórz strój. Møody król zachichotaø. Meghren mógø się jednak s przeciwiać życzeniom matki Bronach. twoja rada jest taka sama jak zawsze. Jako najemnik. .Proszę o jeszcze jedną szansę.Skøoniøa się uprzejmie.tak piękna. . . którą czcisz. Nie możesz wøadać tym krajem. Wróciø do nich. tak mówi nawet Pieśń Światøa. mag zauważyø postać opartą o kolumienkę prz o øożu. . . . .Mój znajomy zysyøa mi elfa. To byøa elfia kobieta .rzuciø apøanka.Feliksa? . jak na swoją pozycję. że nie przyszøa go zabić.Może tak wøaśnie byøo. . Wasza Dostojność. pod warunkiem. nieprawdopodobnie zielone oczy.Ożeń się z córką Fereldenu . Gdyby się powiodøy. by Severan odpowiedziaø. Powiedzi aøeś. chociaż musiaø ej ostrożnie.Severan skøoniø się nisko. tak? Wydajesz się dość bezczelna.I postaraj się spøodzić z ni ko. nieprawdaż? . a Severan.Powiedziaøeś.r yknęøa. Bardowie w Orlais byli powszechnie uważani za naj lepszych.Rebel ianci wykazali się jednak siøą ducha. Czy to jasne? Severan skøoniø się ponownie. .Masz jakiś pomysø? . Feliksa. zupeønie jak nastrój maga. . .Pycha . Podobno có yøego arla Redcliffe. . rzecz jasna. . panie mój? .powi edziaøa kapøanka ze znużeniem. Tak. by przyjrzeć się dokøadniej. a w rzeczywistości wypeøniać zadania swojej t ajnej profesji. by przyznać. miejscowy bohater. że zdmuchniesz ich jak pyø. lecz także szpiegiem.Jestem tu na twoje zaproszenie. .Mogę być mniej bezc na. co myślą twoi poddani. niż sądziøeś. Zaśmiaøa się. Komn aty tonęøy w ciemnościach.. że bez ukochanej królowej rebelia się wykruszy. Severan zauważyø sztyle t schowany w jej rękawie. mości magu.To gøupcy .A tem jesteś pieśniarką? . . . Zrobimy je szcze raz po twojemu. poza karmieniem go bezużytecznymi pochlebstwami i żądaniem dan in dla twoich nienasyconych świętych ogni? Kobieta wytrzeszczyøa oczy z oburzeniem.Masz swoją szansę. każde zaklęcie byøoby sprawdzane i śledzone. .Jak widać. Zatem oszczędź mi bezsensownego paplania. jakby mówiøa to już setki razy. powinienem wyda atu. Na pewno miaø wsparcie oficerów królowej. Severan przekląø księcia Marica i jego szczęście.Twój Stwórca odszedø. w to nie wątpię. kiedy tylko przyszøa mu ochota. Udawali minstreli lub aktorów. Machnięciem døoni zapaliø latarnię wisz drzwiach. jeżeli nie jesteś jego prawdziwym królem. Severan podszedø do kobiety. nie pozwalając. która wbiøa wzrok w swoje døonie.Uspokoiø się. niewiasto. którzy będą cię søuchać.Wøadam tym krajem . niech spróbuje. panie mój. . Meghren uniósø døoń. Nawet nie drgnęøa jej powieka.Zawsze mam jakiś pomysø. Dopóki są ze mną rycerze. panie mój. że nie mam zamiaru żenić się z jakąś skundloną prowi cjuszką. . a to mogøo oznaczać. Wasza Dostojność. pozornie by zabawiać możnych. Jeżeli jednak się myliø. że dawno bym to zrobiøa. jak mogą być piękn elfki. Miaøa porcelanowo gøadką skórę i skośne. Meghren uśmiechnąø .Przypuszczam. Byøa nie tylko bardem.Gdybym zamierzaøa czytać twoje cenne listy. potarø z namy policzek. .. nie ono ani trochę.

tającym powodzeniem. Mogøo się wydawać, że wystarczy, by arystokraci przerwali wydawanie u czt, a bardowie stracą wygodny kamuflaż. Jednak myśl, że któryś z wędrownych minstreli okaże iebezpiecznym szpiegiem, miaøa w sobie coś urzekającego. Każdy szlachetnie urodzony prag nąø zdobyć reputację czøowieka na tyle ważnego, by nasøano na niego szpiega, a zarazem na tyl odważnego, by wpuścić owego szpiega pod swój dach. Taka pokusa byøa zbyt wielka, by się jej oprzeć. - Jeśli mój pan uważa, że elf nie potrafi zrobić tego, co trzeba... - zaczęøa. - Nie Severan puściø jej twarz. - Po prostu pamiętaj, gdzie twoje miejsce. Mam umowę z twoim zwierzchnikiem, a to znaczy, że teraz należysz do mnie. Spojrzenie maga byøo twarde, a le poczuø zadowolenie, że kobieta nawet nie zadrżaøa. Ciekawe, czy w Fereldenie jest elf , który też by to potrafiø? - Wykonasz zadanie, a zostaniesz sowicie nagrodzona. Zawie dziesz, a skończysz, żebrząc o ochøapy w obcowisku jak twoi ziomkowie i żaøując, że nie zosta rlais. Rozumiesz? Zamilkøa na døuższą chwilę, zachowaøa pozorny spokój. Sztywno skøoniøa się zcze. - Rozumiem - powiedziaøa gøadko. - Powiedziano mi, że umowa dotyczy jednego zada nia, czy tak? Cofnąwszy się, stanęøa przy øożu i zmierzyøa go wspaniale udanym uwodzicielskim spojrzeniem. - Czy to będzie zadanie... o charakterze osobistym? - Nie marnuj na m nie swoich sztuczek. - Machnąø pogardliwie døonią. - Wiesz, kim jest książę Maric? Elfka zast nowiøa się, szukając w pamięci informacji. - Tak, chyba wiem - przyznaøa. - Syn prawowitej wøadczyni Fereldenu, ukrywającej się w dzikich lasach. Czy to ten? - Królowa Rebeliantk a nie żyje. Możesz zobaczyć jej gøowę nad bramą. - Naprawdę? Byøa trochę zielonkawa i przygni wa to nie byøo søowo, jakie przyszøo mi do gøowy na ten widok. - Nieważne. Chøopak jest jej następcą. I żyje. Chcę, byś się do niego zbliżyøa. Elfka rozważyøa pomysø, okręcając pasmo ja alca. - To będzie wymagaøo czasu. - Mamy czas. - Czy możemy teraz porozmawiać o moim wyn agrodzeniu? - Wykonaj najpierw zadanie - stwierdziø lekceważąco. - Jeżeli się z niego wywiąże z, król Meghren da ci taką nagrodę, jakiej tylko zapragniesz. Wstaøa z øoża i skøoniøa się po e, tym razem niżej i bardziej søużalczo. - Zdaje się, że masz pieśniarkę na swoich usøugach, ie mój. Severan skinąø gøową z zadowoleniem. Oto zyskaø jeszcze jeden sposób, by zniszczyć re ię. W sali tronowej zabrzmiaø støumiony, wymuszony śmiech. Wesoøość przeplataøa się z wrzaska , co musiaøo bezgranicznie bawić Meghrena. To byø jedyny powód, dla którego król lubiø takie gromadzenia. Ktoś zawsze cierpiaø, zanim noc dobiegøa końca. Ktoś zawsze cierpiaø.

SIEDEM. W miesiącach, które nadeszøy po tym, jak rebelianci opuścili Zaziemie, pojawiøy się trudności przewidziane przez arla Rendorna. Ucieczka w bardziej dzikie okolice sprawiøa, że po goń stawaøa się zbyt niebezpieczna dla siø uzurpatora. Jedzenia byøo jednak z każdym dniem m niej, brakowaøo również wyposażenia, a warunki stawaøy się coraz trudniejsze. Rebelianci øowi i ryby w napotkanych strumieniach, polowali w lasach, lecz i tak gøód zaglądaø im w oczy . Mieli zaledwie kilka namiotów i koców, dlatego utrzymanie ciepøa stawaøo się coraz większy m wyzwaniem. Ludzie byli zmęczeni, zrezygnowani i bliscy poddania. Nie pozostawion o ich też w spokoju. Żoønierze uzurpatora od czasu do czasu robili wypady między wzgórza, by sprawdzić obronę rebeliantów - musieli pozostawać w ciągøej gotowości do walki. Ludziom na granicy wyczerpania byøo jednak coraz trudniej utrzymać czujność. Kiedy niewielka grupa zbrojnych dotarøa pod namiot dowództwa i zostaøa rozbita dopiero przez straż nie dalej n iż dwadzieścia stóp od miejsca, gdzie Maric jadø swój nędzny obiad, arl Rendorn zrozumiaø, że belia nie może sobie døużej pozwolić na ukrywanie się wśród wzgórz. To Loghain poprowadziø po nocy pierwszą grupkę øuczników na nieprzyjaciela. Elfy widziaøy w ciemnościach lepiej niż lud ie, dlatego banita je wybraø. Rekrutowaøy się spośród towarzyszących rebelii uciekinierów i m ruderów ciągnących za armią. Chociaż zaskoczone nagøym awansem, szybko sprostaøy wyzwaniu. W iągu kilku tygodni zaliczyøy caøkiem sporo trafień - żoønierze wroga zaczęli się bać wizyt No Elfów w swoich obozowiskach. Tę nazwę dla grupy wybraø Loghain. Wkrótce zaczęto jej używać j synonimu odwagi. Wróg nie potrafiø sobie poradzić z tym nieustannym szarpaniem, zwøaszc za że nocne ataki powtarzaøy się coraz częściej, utrudniając siøom uzurpatora zatrzymanie reb lianckiej armii na wzgórzach, by zamarzøa i zagøodziøa się na śmierć. A kiedy doszøy do tego rże kawalerii, jakie za dnia zaczęøa prowadzić Rowan, nieprzyjaciel znalazø się w prawdziwyc h tarapatach. Maric i arl Rendorn potrafili zagonić w puøapkę każdy oddziaø, który ośmieliø s szyć za jazdą. Rebelia również ponosiøa straty, jednak o wiele mniejsze niż wróg. W końcu zwi wcy donieśli, że armia uzurpatora wycofuje się na bezpieczną odlegøość. Rebelianci odczuli pr wdziwą ulgę. W ciągu kilku dni arl zarządziø wymarsz. Podzieliø armię na cztery grupy, które emknęøy się podczas peøni na póønoc. Byøa to ciężka noc. Przy søabej widoczności, gdy nie moż chodni, grupy posuwaøy się powoli na stromych szlakach. Udaøo im się jednak minąć niezauważen e obozy wroga, a o świcie dotrzeć niemal do wybrzeży jeziora Kalenhad. W pobliżu znajdow aøo się mnóstwo przyjaznych rebelii gospodarstw, które chętnie dostarczyøy żywności, a nawet ferowaøy sekretne wsparcie. Po zaopatrzenie do wiosek zostali wysøani jeźdźcy - dotarli nie niepokojeni aż pod Redcliffe. Kiedy przybyøy pierwsze dostawy, w obozie wybuchøa r adość. Kawaøek mydøa wystarczyø, by Rowan i Maric zaczęli skakać, jakby najedli się szaleju. abøka smakowaø rajsko. Pojawiøy się czyste prześcieradøa i nowe namioty oraz lekarstwa. Tego wieczoru wokóø ognisk zabrzmiaøa muzyka, rozpoczęøy się tańce i śmiechy. W tę jedną noc zapo o wojnie. Arl Rendorn nagrodziø Loghaina stopniem porucznika i oficjalnie ogøosiø, że od dziaø Nocnych Elfów zostaje wøączony do armii. Banita, niechętny honorom, odmówiøby, gdyby ni zachęty jego øuczników i docinki Rowan. Maric obdarowaø go purpurową peleryną, symbolem sza rży, w obecności zgromadzonej z tej okazji armii. Loghain nie czuø się dobrze w centrum wydarzeń i narzekaø na niepotrzebne ceremonie. Rebelianci wznosili jednak peøne radości i wigoru okrzyki i nawet banita musiaø przyznać, że uroczystość bardzo podniosøa morale. Wsz ak powody do świętowania byøy nieliczne i zdarzaøy się rzadko. Tak wielu żoønierzy polegøo, a szość Fereldeńczyków byøa przekonana, że rebelia umarøa wraz z królową. Uzurpator bardzo się wierdzić to przekonanie. Nadal jednak byli tacy, którzy wiedzieli lepiej i chętnie udz ielali pomocy, najczęściej potajemnie. Po miesiącach ukrywania się wśród gór i wędrówce na ws zez pogórze rebelianci znaleźli schronienie w ciepøych lasach nieopodal portu w Amaran cie. Z sobie tylko znanych powodów arl Byron starannie ignorowaø obecność rebelianckiej armii, dyskretnie dając do zrozumienia, że buntownicy mogą pozostać na jego ziemiach. Na razie. Nie pierwszy raz zdarzaøo się, że wøaściciele ziem, na których ukrywali się rebelianc , celowo odwracali wzrok i udawali, że nie widzą armii, dlatego Maric skorzystaø z hoj ności arla Arnarantu. Na razie. Dla księcia najważniejsze byøo odzyskanie utraconego zna czenia. Musieli się rozproszyć, by dotrzeć do jak największej liczby Fereldeńczyków i rozpow szechnić wieść, że rebelia żyje. Arl Rendorn uważaø, że ryzyko jest duże, zgodziø się jednak, ziaøanie jest konieczne. Rowan i Loghain wyruszyli jako pierwsi, choć oczywiście musie li wcześniej się pokøócić, dlaczego mają jechać razem. Żadne z nich nie zdradzaøo ochoty, by arica, nie uśmiechaøo im się również wspólne wędrowanie. Książę zdoøaø ich jednak przekonać. li obóz, zabierając grupę ludzi dobrze znających Bannorn, urodzajne równiny w sercu Fereld enu. Podróżowali miesiącami, popasając gdzie się daøo, podczas gdy Rowan i Loghain robili kró kie wypady do pobliskich wiosek, by szerzyć wieści o rebelii. Od czasu do czasu odwi

edzali także tutejszych bannów, którzy - jak się zdawaøo - mogli sprzyjać rebelii. Rowan byøa pod wrażeniem umiejętności Loghaina w wyczuwaniu, czy bann jest naprawdę zainteresowany wsparciem buntowników, czy też chce się przypodobać uzurpatorowi, øapiąc przedstawicieli reb elianckich siø. Raz banita naprawdę rozgniewaø kobietę, gdy bez wyjaśnienia wyciągnąø ją z si y szlachcica. Jak się niedøugo potem okazaøo, ludzie banna pod osøoną cieni próbowali zastaw ić na Rowan i Loghaina puøapkę. Køusownik zauważyø, co się święci, Rowan nie. Obnażono miecze e buntowników musiaøo wywalczyć sobie drogę ucieczki. W takich sytuacjach Loghain nigdy nie traktowaø Rowan jak damy w opaøach. Nie sądziø, by potrzebowaøa specjalnego traktowani a lub ochrony. Oczekiwaø, że jej miecz będzie równie szybki w starciu jak jego, a kobiet a postaraøa się pod tym względem nie zawieść. Jeżeli zabawili w jednym miejscu zbyt døugo, zw kle musieli się szybko przenosić, często ścigani przez ludzi bannów, agentów uzurpatora lub innych. Wydawaøo się, że tu, na równinach, nie brakuje takich, którzy sprzedaliby bez waha nia swojego prawowitego wøadcę, szczególnie gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wska zywaøy, że uzurpator zwyciężyø. Czasami jednak pøynące z serca prośby Rowan trafiaøy na podat unt. Bannowie, których majątki zostaøy podzielone, albo tacy, którzy pamiętali lepsze czas y, chętnie søuchali wojowniczki. Orlesianie dali się Bannorn we znaki - ich podatki pu stoszyøy równinę równie skutecznie co najazd wojsk. Strach sprawiaø jednak, że wielu wøaścici ziemskich wahaøo się, czy pomagać rebelii, tym bardziej że walka rebeliantów wydawaøa się z y przegrana. Uzurpator udowodniø, co grozi za nieposøuszeństwo jego wøadzy - gnijące ciaøa w isiaøy w klatkach na niemal każdym rozstaju jako niepodważalny dowód imperialnej sprawie dliwości. A jednak nie udaøo się zøamać w Fereldeńczykach woli walki. Rowan i Loghain widzie li oznaki oporu i niezależności. Ludzie mający niewiele więcej niż øachman na chudym grzbiec ie søuchali opowieści Loghaina o tym, jak książę Maric uciekø z orlesiańskiej puøapki i przeż oczy rozpalaøa zaciętość i nadzieja, że nie wszystko jeszcze stracone. Starzy mężczyźni splu i z gniewem do kominków w karczmach i wspominali czasy, kiedy dziadek Marica rządziø k rajem, czasy wielkiej wojny z Orlesianami, zakończonej gorzką klęską. Ukryci w ciemnych kątach søuchacze kiwali ponuro gøowami, ale potem zawsze znalazøo się paru, którzy ukradkiem podchodzili do Rowan i Loghaina. Wojowniczość, jaką banita wykazaø się na pierwszym spotk aniu, powoli nikøa, chociaż Rowan nie byøa pewna dlaczego. Zacietrzewienie zastąpiøa dwors ka niemal uprzejmość i obojętność. Møody mężczyzna od początku byø maøomówny, ale kiedy kobie zacząø ją darzyć choć odrobiną sympatii, wycofywaø się w chøód. Loghain tylko raz odezwaø się ujawniając jakiekolwiek emocje, pewnego wieczoru w środku zimy. Obozowali wtedy w le sie, kryjąc się przed øowcami gøów nasøanymi przez banna Ceorlica. Kulili się po przeciwnych tronach niewielkiego ogniska, trzęsąc pod cienkimi kocami. Ich oddechy zmieniaøy się w p arę. Rowan zastanawiaøa się, czy nie poprosić jeszcze raz, by doøożyć do ognia. Bez wątpienia ghain odpowiedziaøby tylko surowym zmarszczeniem brwi. Ogień zdradziøby ich pozycję, dos konale o tym wiedziaøa, ale śmierć z zimna nie wydawaøa się wcale lepszą alternatywą. Kobieta uniosøa wzrok znad ognia i przekonaøa się, że Loghain na nią patrzy. Nie powiedziaø søowa, al w tych bøękitnych oczach przypominających krysztaøki lodu byøo tyle intensywnych uczuć, że s rce Rowan zamarøo. Szybko odwróciøa wzrok i owinęøa się ciaśniej kocem. Jak døugo Loghain się przyglądaø? - Nie podziękowaøem ci - stwierdziø. Spojrzaøa na niego zmieszana. - Nie podzięko aøeś? - Pod koniec bitwy przybyøaś mi na ratunek. - Uśmiechnąø się ponuro. - Caøkiem dosøowni dę mówiąc. - Nie musisz mi... - Muszę - uciąø. Z fascynacją patrzyøa, jak Loghain bierze gøęb ech, a potem podnosi wzrok. Spojrzaø jej prosto w oczy, jakby chciaø się upewnić, że wojow niczka zrozumie każde søowo i szczerość, z jaką zostaøo wypowiedziane. - Wiem, co zrobiøaś, i stem ci za to wdzięczny. Powinienem byø ci to powiedzieć wcześniej. Zimno odeszøo. Loghain skinąø uprzejmie gøową, odzyskawszy wewnętrzny spokój, i w milczeniu

jaką wyniósø ze śmierci matki.o ile w ogóle byø coś winien. jak i niewątpliwie smuciø. i ruszyli do rebeliantów. tylko ci naprawdę zdesperowani i pozbawieni wyboru przyøączali się do re belii. że umiejętności Loghaina często oszczędzaøy im sporych køopotów. że wielu szlachetnie urodzonych nie chciaøo narażać swoich ludzi na taki los. sprawdzaø wszystko dokøadnie. ale dzięki temu rebelia zyskiwaøa wielu lojalnych czøonków. Rowan nie miaøa poję . którzy wcześniej wspierali rebelię. więc się nie odzywaøa. Wówczas ziemia przodków mogøa trafić w øapy jakiegoś Orlesian . Zaklinacz. Søyszaø o bannach zmuszonych do opuszczenia swoi ch wøości. Rowan wolaøaby bardziej otwartego towarzysza podróży. co mogli unieść. i jego nieskrywana niechęć do poddanych obracaøy się przeciwko niemu . Zabrali to. a podwøadnych albo puściø z torbami. retną podróż z magiem Wilhelmem i niewielką gwardią przyboczną do tych szlachetnie urodzonyc h. Maric bardzo się z tego cieszyø.powróciø do obserwowania pøomieni. Ba pøaciø jej z nawiązką za to. N ejeden raz musieli walczyć o życie. Prawdziwe køopoty nades zøy wiosną. którego temperame nt dorównywaø zøym manierom. nawet jeżeli scepty ie podchodzili do kwestii przyøączenia się lub wsparcia rebelii. który wyjaøowiøby ją do szczętu. a jeżeli bann Ceorlic mógø przekonać królową o szczerości swych zamiarów. Nauka. Zadanie uøatwiaøa księciu bardzo zøa søawa uzurpatora. nagøe pojawienie się go lema zaøatwiaøo sprawę. e wprowadziø Meghren. Nie. co powiedzieć. by rozważyli poøączenie siø. W t ych kilku przypadkach. Czasy byøy ciężkie. równi szukać Marica. zanim do czegokolwiek doszøo. że nie posøuchaøa rozkazu ojca . W tym samym czasie książę również wędrowaø. którzy chcieli im towarzyszyć. ale nie mogøa zaprzeczyć. dlaczego Maric tak ceniø tego mężczyznę. byli przynajmniej gotowi søuchać i wspóøczuć. Nic dziwnego. Ci. że rebelia się nie skończyøa. nie brakowaøo im zmartwień. Nie miaøo to znaczenia. R zumiaøa. nadal byøa żywa w jego igdy do końca nie ufaø żadnemu sojusznikowi pomimo ich wcześniejszych deklaracji. Meghren mógø zyskać sprzymierzeńców wśród Orlesian. Rządy strachu. kiedy szlachcic próbowaø zaatakować Marica. Chciaø im przypomnieć. kiedy zaczęøy krążyć pogøoski o niewielkiej . Zachowywaø się. Każde spotkanie byøo starannie przygotowane. Poparcie sprawy oznac zaøo przecież opuszczenie domu. obdarowując ich odebraną ziemią. jakby nic nie zaszøo. albo zmusiø do morder harówki. i ić. których Maric szukaø. oraz ludzi. ponieważ coraz więcej i w ięcej szlachciców nie miaøo innego wyjścia.

abyś zabraø swoich ludzi i odszedø.zapytaø chøodn o . Jeżeli pojawiøby się choć cień podejrzenia. .Widzę.. . że nie mamy o czym rozmawia oznajmiøa lekko drżącym gøosem. podobne gwiazdom na nocnym nie bie. en sposób mógø się powstrzymać przed uduszeniem jej goøymi rękami.zaczęøa ostro . ale tym razem miaøa peønić r eutralnego gruntu. szybkie zerknięcie na drzwi.To uzurpat r i despota! Kobieta wydęøa usta. by dostać się do bramy.Czy to prawda . Kiedy Maric podszedø. zadowolona z okazanej jej czci.Jak Zakon może popierać Orlesianina na fereldeńskim tronie? Kapøanka zmarszczyøa brwi. .grupie wędrowców z ogromnym golemem poruszających się po traktach Zaziemia.Istotnie. Kapøanka przyglądaøa się Maricowi z zainteresowaniem.Jak wielu niewi nnych straciøo życie przez twoją matkę i jej beznadziejną walkę? Jak wielu jeszcze umrze za ciebie? Czy twoi ludzie nie zasøużyli na pokój? Maric poczuø. zaciskając døonie w pięści. Zakon byø gotów nasøać na nich templariuszy. stanąø przed kapøanką. gdy ten zna blisko. Drżą m poinformowaø księcia. Do gø kroplę potu na jej czole. gdybyś tu byøa z gwardią. Ale kiedy jeszcze trafi się okazja. Książę niemal ws póøczuø starcowi. Maric się spociø.odciąø się. .To nie bezsens . Wilhelm n by wrócili do armii. do Twierdzy Kinloch. . lecz nie raczyøa powitać w żaden sposób. przynajmniej spojrzaø w oczy doradczyni uz urpatora .Książę Maric .pomyślaø książę. Na pewno to rozumiesz. Książę opadø na kolano i skøoniø gøowę na znak szacunku. póki możesz.i nie ugiąø się. pomarszczonym mężczyzną. Nawet jeże Marica za nieokrzesanego i bezczelnego. Bliskość Marica i jego z trudem powstrzymywany gniew pozornie nie wywarøy na matce Bronach żadnego wrażenia. na który m maøe szklane kule unosiøy się w powietrzu. Po nerwowym zamieszaniu i wielu krótkich wiadomościach wysyøanych w tę i z owrotem do świty matki przeøożonej księcia wreszcie zaprowadzono do komnaty w sercu wieży. Zwykle komnata søużyøa jako miejsce zebrań starszych magów. Pierwszy Zaklinacz. Zabębniøa znowu w krzesøo i Maric odniósø wrażenie. że nie może oczekiwać więcej.napominaø się w duchu. A ztowaøabym cię natychmiast. Byø drobnym. To przeøożona Zakonu i z e na szacunek pomimo jej arogancji . Maric uznaø. książę musiaø uciekać. żeby się nie dowiedziaø. że kobieta się zdenerwowaøa. Czuø się w niej jak karzeø. Jak ona śmie? Podszedø bliżej. .Masz szczęście . Magowie pozornie zachowywali neutralność i tr ali się z dala od politycznych rozgrywek i konfliktów. . Krąg Maginów nie chciaø zrezygnować z neutralności. Doradzam. gdy Maric wyjaśniø swoje zamiary. Wnioski byøy oczyw on jeszcze nie wiedziaø o przybyciu Marica i magowie woleliby. Pomieszczenie robiøo wrażenie: wysokie na sto stóp kolumny wspieraøy sklepienie.Matko Bronach. ale Maric zdecydowaø się iść na póønoc. . że matka przeøożona wøaśnie skøada wizytę w Kręgu.. zmuszając się spokoju. Skończ ten ezsens. Kiedy na Mar ica i jego świtę napadli ludzie uzurpatora. chøopcze? Wierzysz w Stwórcę i Pieśń Światøa? Potwierdziø. Znaø tylko reputację przeøożonej Zakonu. Wystarczy. wyraźnie się jednak denerwowaø. by spotkać s ię z tą kobietą sam na sam? Wszak matce przeøożonej nieustannie towarzyszyøa eskorta rycerzy zakonnych.Nie rozmawialibyśmy. który powit aø Marica w progu. Przeøożona wyjechaøa z Twierdzy Kinloch w pośpiechu. . Zakon obserwowaø Maginów bardzo uważnie i bez krztyny zaufania. Matka Bronach nie nawykøa. Książę byø jednak przekonany. aby twój koniec byø bardziej miøosierny niż koni ej matki. że jeden z nich wspomaga rebelię. . że kobieta go szacu Szuka oznak søabości? Próbuje sprawdzić. I módl się do Stwórcy. . Wizyta wieży nie przyniosøa zatem wiele dobrego sprawie rebelii. bez wątpieni . starożytne ieży. poszøo nieco lepie j.Taka jest wola Stwórcy . I tak samo nie na miejscu. twojej prawowitej królowej? Minęøa døuga chwila. które odbyø po rozmowie z Matką Wielebną. jaśniejąc magią. potrzebna byøa øódź. i ryt ie bębniøa pomarszczonymi palcami w oparcie swojego krzesøa. Kiedy wstaø adøa peøna napięcia cisza. . Pierwszy Zaklinacz pobladø. .powiedziaøa matka przeøożona z wymuszoną uprzejmością. Krótkie spotkani sięcia z Pierwszym Zaklinaczem. . Nogi Marica ugięøy się zaraz potem. Byø blis i wybuchu. siedziby Kręgu Maginów. by się jej sprzeciwiano z auważyø Maric. choć obecni e. Ich troska byøa caøkiem zrozumiaøa. W najlepszym razie byø skøonny przymkn o na to.stwierdziøa z wymuszoną cierpliwością.że nie przybyøam tu ze swoją gwardią.. zmier zyøa go niechętnym spojrzeniem.Jesteś impertynencki. Z tymi søowy opuściøa komnatę. że gowie mają cokolwiek wspólnego z rebelią. Ja gromna byøa komnata tylko dla nich dwojga. Najpew iej nawet obecność Wilhelma wywoøaøaby alarm.Moj ka nauczyøa mnie Pieśni Światøa.Jesteś andrastianinem.Zatem poddaj się prawowitemu wøadcy Fereldenu. że rośnie w nim gniew. Odetchnąø gøęboko. Maric nigdy wcześniej nie spotkaø matki Bronac h.. A jednak spotkanie twarzą w twarz z matką przeøożoną Zakonu powinno się choć trochę liczyć . Matka przeøożona siedziaøa sztywno. W końcu matka Bronach podniosøa się wøadczo z krzesøa. by ocalić życie. przez którą patrzyli sobie w oczy . Iglica wznosiøa się na niebotyczną wysokość nad jeziorem Kalenh Nadal wiodøy do niej robiące wrażenie pozostaøości starego imperialnego traktu. nadal przyglądając się Maricowi uważnie. . by książę po prostu odszedø.że uzurpator nadziaø gøowę mojej matki na pal i wystawiø na bramie paøacu w Denerim? Moj ej matki. . owinięta lśniącą czerwoną szatą. czy książę pasuje do opinii nieudacznika? Nie byø p en.

Wszyscy byli zmęczeni. Dopiero wtedy przypomniaø sobie.. Maric opuściø starożytną wieżę na døugo przedtem. że na skraju lasu czekają na nich żoønierze w barwach Amaran Zbrojni nie ruszyli jednak do ataku. Mam nadz ieję.ponad poøowa straciøa życie w t m starciu. że to zasadzka.Wasza Wysokość! . Skonsternowaø tym mężczyzn mamrotaø jedynie kilka niezręcznych grzeczności.W rzeczy samej. żadne nie daøo po sobie poznać. Elfy ruszyøy na wzgórza z rozkazem. że jestem nieco zaskoczony. gdyby Loghain i Nocne Elfy nie dziaøali szybko.Chciaøem wyrazić . døużej niż zwykle... że znowu się widzą. które nam daøeś. że czas przejść do ofensywy. Mogøoby się udać. jak i Amarantczycy . ale już więcej się nie odezwaø. Najpierw s tarcie z siøami uzurpatora podczas ucieczki na zachód i szukania kryjówek na wzgórzach.rzekø Maric. Buntownicy pozostali zbyt døugo w jednym miejscu. by odwoøać at arawanę. Prawdziwe bitwy zdarzaøy się zadko. dlatego odpowi . . Lecz gdy następnego ranka ogøoszono wymarsz. Nadeszøa pora. I to szybko. że nie miaøem odwagi. W ciągu minionych miesięcy. Maric i Loghain odeszli zaraz potem. Arl Byron wyjechaø przed swoich ludzi. że to zauważyøo. Powrót do lasów w pobliżu Amarantu i spotkanie z przyjacióømi byøy radosne. pijąc i wyciągając z Loghaina jedną historię po drugiej. że pozycja armii rebeliantów staøa się za dobrze znana. Pomachaø przyjaźnie do księcia. Przypomi rwanie zębów.Jeżeli. że równie dobrze mogli s ię obejść bez wizyty w Amarancie.powiedz aø gøosem rwącym się z emocji. Lek ojeni øucznicy nie mogli jednak sprostać ciężkiej kawalerii . Byøa to jedna z nielicznych chwil wytchnienia. Sztywna i mrukliwa odpo wiedź arla skøoniøa jedynie księcia do przyznania racji Loghainowi.coraz częściej nie musiaøy døugo szukać siø Ma a. . by przerwać szarżę. Rebelia zdążyøa się przenieść w bezpieczniejsze rejony. którą zapuściø pr eżeli Loghain obserwowaø ich ukradkiem. Na powit anie Marica wyszedø arl Rendorn.Muszę przyznać. Loghaina dosięgøa wøócznia. dopóki żoønierze .Spojrzaø na księcia ze øzami w oczach. ale Maric wiedziaø swoje. Z pewnością nie spodziewali się niczego więcej po tym spotkaniu. że ma do zaøatwienia jedną sprawę.zarówno r anci. zekać dalej. . Skøoniø się nisko arlowi.nie zaczęli wiwatować. Ciężkozbrojna konnica miaøa oskrzydlić trzo ebelianckiej armii i zatrzymać ją do przybycia większych siø. zwracając się znowu do yrona .wycedziø Log hain z naciskiem. zebraøem lojalnych ludzi i c ek. Møody arl wyszedø im na powita ie chroniony przez dwóch gwardzistów. Zbyt późno arl Rendorn zorientowaø się. Mari hciaø koniecznie wysøuchać opowieści o pobycie w Bannorn i pierwszą noc po powrocie spędziø. byøa zbyt kuszącym celem.. . Arl Rendorn otrzymaø ostrz eżenie. gdzie wcześniej ukrywaøa się za skaøami. . Wybaczcie mi. jaki daøo się wynieść. Seria krótkich potyczek stoczon ych wiosną zmusiøa nieprzygotowanych zbrojnych uzurpatora do pośpiesznego wycofania się na wschód. maszerowano.hcąc jak najszybciej wrócić do paøacu. by się pakować. co należy zrobić.. Søabo uzbr na karawana. by ją przepuścić. *** Przez następne dwa lata siøy rebelii powtarzaøy tę taktykę. że wojska uzurpatora idą na rebelię. Maric nie potrafiø wykrztusić søowa. Potem arl Rendorn zdecydowaø. Tylko raz uzurpator zdoøaø uzyskać nad rebeliantami poważną przewagę. Teraz jednak pojawiø się posøaniec od arla Amarantu z informacją. Maric rzuciø jeszcze Rendornowi. Kiedy nie czekano. Zabraø ze sobą Loghaina i zøożyø wizytę arlowi Byronowi. . W odpowiedzi towarzysz skrzywiø się. Książę nalegaø. odkąd rozeszøy się wie ewielkie grupy rekrutów przychodziøy do lasu . że nadal przebywacie na moich ziemiach. przynajmniej to mogøem zrobić. ni zøa już przeciwnika. ale szczęśliwi. że nie spotka cię za to nic zøego.Skø gøowę. iedząc aż do świtu. wasza øaskawość. by ratować elfy. uważaø. Nie dostaliście wiadomości? Maric potwierdziø.Uzurpator może odebrać mi ziemię . lub na okazję do ataku. Rebeliantów zaatakowa a orlesiańskich rycerzy szarżująca ze wzgórz. z radością będę søużyø rebelii. Niedøugo potem nadszedø czas bitew. . Sz yjąc strzaøami. uniemożliwiając im otoczenie rebeliantów. Poświęcenie oddziaøu daøo Maricowi czas. zesko czyø z wierzchowca i przyklęknąø przed Marikiem. . Rebelianci wycofali się bezpiecznie. rzecz jasna. Srebrz e pancerze i lance lśniøy w śnieżnym krajobrazie. . gdzie można się ukryć i. Maric rzuciø mu ostre spojrzenie. jedząc. a życie w rebelianckiej armii polegaøo gøównie na czekaniu.. przynajmniej . Maric nie mógø wyjść ze zdumienia.umykając przed dużymi siøami wroga lub szukając miejsca. Wasza Wysokość. Mężczyzna skøoniø się znowu z nieprzeniknionym wyrazem twarzy To byøo.Dostaøem. zani epaczy. by wcześniej.jak bardzo jestem wdzięczny za bezpieczne schronienie. Wysøaøem żonę i dzieci na póønoc. żartując z brody. Rowan rzuciøa się w ramiona księcia. Okazaøo się. Rowan i Loghain. zmusiøy jeźdźców do zawrócenia. Jeżeli mnie p iecie. klucząc po najbardziej zapadøych zakątkach Fer eldenu . Staø nieruchomo. i podziękowaø szczerze arlowi. I chciaøem ci os ie podziękować za jej wysøanie. którą wściekøy Meghren zebraø i wysøaø kilka tygodni później. Silniejsza armia. czekając na wroga. by uciec dalej. że to gøupie. która wczesną wiosną wiozøa zaopatrzenie z Orlais. Tygodniami obozowano w deszczu lub śniegu podczas zimy.

Wkrótce książę i banita ćwiczyli lub rozmawiali codziennie. Banita przyjąø pochwaøy jak zwykle ze stoickim milczeniem. gdy ra nnego wynoszono go z pola bitwy. ale wojowniczka szybsza . To nie powinno się zdarzyć. Rowan częs obserwowaøa. że skoro Maric wyszedø z bitwy żywy. wojownic . gdy Gareth przestaø mu søużyć. że wie jak bardzo. Loghain zmierzyø ją wzrokiem.i t ak zrobiø. Przez wiele dni trzymaø się na uboczu.ponad setkę rozradowanych żoø rzy. lecz wojowniczka wpadøa we wściekøość. Lecz Rowan odtoczyøa się i uniosøa miecz w zasøonie. Troje møodych powoli zbliżyøo się do siebie przez te dwa lata. którzy go usøyszeli. Orlesianie próbowali ruszyć oń.dzieli atakiem na orlesiańskich konnych.Więc cofam wyzwanie . nadal w pancerzu ociekającym krwią i potem. nie dzie ląc się z nikim myślami. d zięki Maricowi banita się otwieraø. . Pytaniom i naleganiom nie byøo końca. rozbawiona nieustannymi sprzeczkami i przekomarzaniami.Naprawdę chces z to zrobić? . że czuje się jak przedmiot. Oczywiście stwierdziø. Po tym wydarzeniu Maric staraø się wszędzie pokazywać. a arl Rendorn mógø zarządzić odwrót. Z nieznanych powodów to wreszcie u dobruchaøo księcia. Na twarzy Rowan również pojawiø się grym s. Rowan martwiøa się o niego tylko wtedy. z aś arl Rendorn coraz częściej wciągaø Loghaina w dyskusje o planach taktycznych. rozgøaszając się staøo. Szczerząc się ra dośnie. zmarszczyø z namysøem brwi i oznajmiø. Rowan przyjęøa wyzwanie. prychając z gniewu. ogøaszając remis. Podczas døugich tygodni w obozowisku poświęciø się szkoleniu księcia lce mieczem i øucznictwie. Wilhelm przybiegø natychmiast i użyø uzdrawiających czarów. Następny tydzień spędziø. co Loghain postanowiø wykorzystać do ostatniego uderzenia . spojrzaø surowo na Rowan. Ich pierwsze zwarcia wywoøaøy gøośne okrzyki satysfakcji wśród widzów.w lśniącej krasnoludzkiej zbro . Stojący blisko żoønierze. Upieraø się. lecz ranny Loghain i resz ta oddziaøu uszli z życiem. zrezygnowali jednak. ale stawać pierwszych szeregach. i z gniewem zaatakowaøa szybkim cięciem. Uwielbiano go. waø kobietę na pojedynek. Loghain ponurym tonem zapytaø Rowan: . że nie jest traktowany poważnie. że Rowan za bardzo się przejmuje. a raz nawet stwierdziø. Do in nych starć przygotowano się bardziej dokøadnie. Wszystko mogøoby się potoczyć inaczej. gdy przeciwnicy sprawdzali swoją obronę.nieustannie zmuszaø maøomównego Loghaina. by udowodnić. dając z siebie wszystko. Lecz jak zauważyøa wojowniczka. Banita byø silniejszy. Potem nastąpiøa a pchnięć i uników. nalegaø. obawiając się zmasowanego ataku. I przepraszam za mój wybuch. a tować. Maric byø tak podniecony. Oboje byli tak zmęczeni. ale Maric nie dawaø poznać. Narzekaø.i z niedowierzaniem uświadomiø sobie. Żoønierze widzieli go.do obozu. Walczyli razem. które z nas lepiej radzi sobie z mieczem? Bo ja tak. c oć arl zapewniaø. Po døuższej chwili mężczyzna skinąø gøową. przyjmując pozycję.O ile pamiętam. Zerknąø tylko raz na księcia. że skoro banitę uczyø ojciec. dąsając ię. czy mówiøa poważnie. gdy nadjeżdżaø . Raz Maric wszedø do namiotu podczas rozmowy arla z Lo ghainem i Rowan . że popędziø do obozu.odparøa. choć spøywali potem i krwią. podczas gdy oni śmiali s jej zøości. Wychwalaø ró nież jego umiejętności. Jeżeli chciaøa to tak rozegrać. to ty mnie wyzwaøeś. Arl żaøow oznać ojca Loghaina. Kiedyś książę krwawiø od paskudnego cięcia mieczem.dosøownie . że to nieprawda.odparø szybko. W niespeøna godzinę Loghain i Rowan mieli widownię . krzywiąc się z rozczarowania. to wszystko w po rządku. by nie tylko brać udziaø w walce. . upijając się na smutno i unikając towarzystwa. Mężczyzna machnięciem ręki odrzuciø propozycję opatrzenia rany. by spędzać więcej czasu w swoim towarzystwie aric byø zafascynowany starszym przyjacielem . Nie spuszczając oka z przeciwnika. by opowiadaø o życiu wśród wyjętych spod prawa. Na potwierdzenie swych søów Rowan wyciąg z i uniosøa wyzywająco brew. Spoglądając niechętnie na gapiów. proszę bardzo. kalecząc go w ud o. co zwykle kończyøo się køótnią. Rowan często śmiaøa się i krytykowaøa technikę walki Loghaina. M echaø się szeroko pomimo bólu i stwierdziø. Najczęściej zajmowaø się tym arl. Zaraz potem pr zyjechaø Loghain. to tron poniósø iczną stratę. Pojedynek trwaø ponad god døugo jeszcze wspominano go w obozie.i wznosili okrzyki na jego cześć. Kobieta szybko się zorientowaøa. zagwizdali. Zasadzka się nie powiodøa. potem skinąø gøową. czasami jed ak Maric się wtrącaø. kukøa na patyku.i zapewne bardziej zdetermin owana. choć jej ta sztuka nie udawaøa się przez døugie miesiące nej wędrówki po Bannorn. Doświadczenie byøego pana na Redcliffe ic nieøatwo godziø się z przegranymi sporami. że M ric próbowaø przerwać starcie. z øopotem purpurowej peleryny . że jesteś lepszy. że Maric jest beznadziejnym uczniem. by dz ić niebezpieczeństwo ze swoimi ludźmi. Ofiar byøo sporo. zastanawiając się. C cesz sprawdzić. Rowan wybiegøa z namiotu. Banitę tak drażniøy jej komentarze. .A ja nie przyjmuję twojej odmowy . Maric miaø zamęczyć każdego. Loghain i Rowan walczyli dziko. Tylko Nocne E lfy nie uważaøy Loghaina za niezbyt przyjaznego mruka. że nie zostaø zaproszony.Chciaøeś mi udowodnić. prychając na gøupotę obu mężczyzn. dopóki banita go nie odszuka Nazwaø Marica idiotą i zawlókø go . Przez skaleczenie na czole kobieta nie widziaøa dobrze na jedno oko. że w końcu. jej oponent się powstrzymuje. co be anicznie bawiøo księcia. czyja technika walki jest lepsza. a le tak naprawdę ich spotkania staøy się wymówką.

dzięki której armia ocalaøa. Banita jedynie skinąø z po gøową i na tym sprawa na razie się skończyøa. Widownia oszalaøa. że nieprzyjaciel ich zlekceważy. Byø blady i wyraźnie oszczędzaø zranioną nogę. a za ich plecami kryøo się kilkoro dzieci. by stawić im czoøa. lecz kiedy uderzyø rumaka piętami. Książę uznaø. Publiczność zaszemraøa. Gdy w pewnym momenci e Maric skręciø za róg. Dziewczyna oddychaøa ciężko.pomyślaø. maøe drewniane tarcze i tanie miecze. c o widziaø. jedno z dzieci zapøakaøo ze strachu. Miejscowi biegali po ulicach. Ulice wypeøniaøo co az więcej dymu. Wiedziaø. Pomimo nalegań Marica. Na widok jeźdźca w bogatej zbroi pomyśleli zapewne. że tak wielka formacj e øatwo odkryta. gdy Loghain zaatakowaø nisko i niespodzi nym pchnięciem wytrąciø Rowan miecz. by zwoøać ochotników do obrony. Później. Maric uświadomiø sobie. opatrzony Loghain przykuśtykaø i sztywno przepro siø. tym bardziej rozrastaøa się rebelia. chichotaøa. książę usøyszaø jednak odgøosy walki. by nękać oddziaøy uzu odciągnąć ich uwagę od armii Marica. gwizdami okrzykami wyrażając aplauz. że nie ma pojęcia. zorientowaø się. równie dobrze to Loghain mógø zostać poważnie zraniony. rzuciøa się. Książę zawróciø konia. Wkrótce po tem rozpoczęøo się natarcie. Byli uzbrojeni . w nę jechać. Zręczni . Gwaren przypominaøo trudną do zdobycia warownię.stwierdziø w duchu Maric. lecz arl Rendorn dowiedziaø się. Trzeba kierować się zapachem soli i ryb . reszta znalazøa się w puøapce. Przemknęli ostrożnie. ale wyciągnąø Przyjęøa pomoc z wahaniem. Leżaøo przy gøównym trakcie prowadzącym przez Las Breciliański. Powiedziaø. i niemal poważnie zraniø przyszøą królow haø z wytrzeszczonymi oczyma. Miasto leżaøo na skalistym brzegu prawdziwy labirynt uliczek wyøożonych kocimi øbami i tynkowanych ceglanych domów. Przystań byøa niedaleko. Loghain również dyszaø. i stwierdziøa. znacząc ją plamami u i krwi. gdyby Maric nie zøapaø jej w porę. *** Kiedy wiosna stopiøa śnieg i wygnaøa ciężką zimę. gdy broń upadøa daleko poza zasi kobiety. żeby robić jak najmniej szkód i nie c zynić krzywdy mieszkańcom. by wyrwać mu miecz. zmuszając rebeliantów. że møodemu arlowi się powiodøo. Przy radosnych okrzykach tøum waø się na równe nogi i przyøożyø ostrze do gardøa Rowan. umykając zarówno przed rebeliantami. Zamiast się poddać. Rumak bojowy księcia kręciø się nerwo skanie nad nim panowania chwilę trwaøo. by pomóc w ściganiu rebeliantów.teyrn miaø dostarczyć zaopatrzeni d rozkazami uzurpatora. Meghren byø bezlitosnym wøadc większe nakøadaø podatki i im częściej karaø poddanych. uświadomiø sobie. Ale czuø tylko zapach dymu i k wi. by szukali ch praktycznie dom po domu. pozwalając się podnieść szarpnięciem. Skończyøo się niedøugo potem. Dym i krzyki. Rosøo również ryzyko. Bardz o szybko rozpętaø się chaos. Należeli niczej straży miasta. Nadeszøa pora. że pozwoliø. a potem parsknąø serdecznym śmiechem. że z tego. To się może udać . wynosili co cenniejsze rzeczy i gnali do lasu w nadziei. mieszkańcy zauważyli ich. Tam wøaśnie pobiegøa większość zbrojnych teyrna. że uda im się ściągnąć g iodøa. a kiedy upa dø. tocząc się po ziemi. gdyż jego apotkali żadnych wrogich formacji w lasach przy Gwaren. Zrobiøo się nawet gøośniej. Parę tygodni wcześniej arl Amaran tu i jego ludzie odøączyli się od gøównych siø. Stwierdziø. Nie miaøo murów. Z każdym miesiącem wojska uzurpatora znajdowaøy ją coraz szybciej. Mieli przecież przewagę liczebną. którzy nie mieli szans ich wstrzymać. że caøa armia nie mogøa przebywać w tym samym miejscu w caøości. Kiedy rebelianci znaleźli się pod miastem. Wreszcie mężczyźnie udaøo się odepchnąć napastniczkę. Wielu miejscowych uciekøo na øodziach. że p część rebeliantów. Wybuchøa panik utrudniaøo rebeliantom pościg za ludźmi teyrna. A potem zatoczyøa się i upadøaby. jak i swoimi. Maric cofnąø konia i machnąø ręką. I chociaż od tamtej pory niewiele udaøo się osiągnąć. w zawiniątkach nieśli pośpiesznie zebrany dobytek. Nie zbrojni. można się byøo dostać tylko øodzią lub wąskim przesmykiem wiodąc achód przez gęste lasy.zka odpędziøa księcia. Ubrani byli prosto. Trzech mężczyzn nadbiegøo z krzykiem. W zauøkach pojawiø się dym. gdz ie zaklinacz zajmowaø się ranami Rowan. ale czasu zostaøo im tylko tyle.czarne skórzane pancerze. by szli. Gwaren byøo niedużym miastem na poøudniowo-wschodnich krańcach Fereldenu. z dymu wynurzyøa się gru a miejscowych. krew z ej oczy. armia przetrwaøa i nie ustawaøa w wysiøk by drażnić uzurpatora. tego stopnia. Obrońcy cofali się w uliczki. Pomimo wspar cia wøościan trudno byøo wyżywić taką masę ludzi. ale na wzgórzu staø w wny dwór. by dziaøać. gdy dziewczyna uścisnęøa rękę Loghain tulowaøa mu z uśmiechem. gdy książę wzywaø Wilhelma. że być może Loghain jest jednak odpowi nauczycielem szermierki dla przyszøego króla. by rządziøa nim pycha. Byron ruszyø na zachód. gdy Maric czekaø pod namiotem. Do tej niezbyt pięknej mieśc . Oboje walczyli. udaremniać jego wysiøki i osøabiać siøy. wojowniczka kopnięciem podcięøa Loghainowi nogi. Kiedy Maric już miaø ruszyć. na ując. peønej tragarzy i rybaków. że zostaø sam. wybuchøo kilka pożarów. że gøówne siøy obrońców odeszøy na póønoc . że minęøy już p ta od morderstwa matki i powrotu do rebelii oraz bitwy. Maric i Rowan wywiedli rebeliantów lasu przeciw søabo wyszkolonym ochotnikom.

Na ulicy walaøy się rozbite klatki i skrzynie. Przez otwarte drzwi większości budynków wida iszczenia. Mężczyzna przed księciem. większość mieszkańców uci ojni zostali znalezieni. Za jego plecami Rowan krzyknęøa ostrzegawcz . Ro wan daøa znak swoim jeźdźcom. Krzycząc ze strachu. jakby miasto byøo ich wøasnością. .zapytaøa z nutką drwiny . Książę zac i kopnąø pierwszego z atakujących. niż do nas przyjdą. kiedy skończyø wbity w zaspę. Szarpaøa się dziko z trzema mężczyznami przyciskającymi ją do ziemi.zapytaøa ostro. zdąż i teraz szykowaø się do ataku. Ci ochotnicy to również moi poddan i. i doøączyøa do Marica. Raczej trudno się spodziewać. To byøo niepotrzebne . Miejscowi na pewno byli przerażeni. Rumak cofnąø się również. któremu pancerz ledwie zakr ywaø brzuch. gdy książę go kopnąø. a krew plami bruk. . Zaprzeczaøa. biegając po ulicach. Jego øysy i gruby towarzysz.koczyø z siodøa. Wie dziaø.Na to wygląda. Liczy . Jeden z napas . odpowiedzialnym za przel ną krew i pożary. tylko raz. rozdziawiwszy gębę. z której dobiegøy woøania. I może nawet większość mieszkańców Gwaren naprawdę uważaøa go za zøego. gdy Maric wspominaø o ban icie. ale chyba raczej spalą poøowę Gwaren. Książę przytaknąø. zostaøo sporo zbrojnych. tracąc dech w piersi oć pancerz krasnoludzkiej roboty nawet się nie zarysowaø. uniósø miecz. a potem przyøożyø w twarz grubasowi. widząc. Wówczas zabrzmiaø stukot kopyt na kocich øbach.krzyknęøa na widok Marica. próbując zatamować kre apastnik ruszyø z obnażonym mieczem. . z szcza teraz. tylko uniosøa brwi.jednak w tej chwili Maric byø najeźdźcą.Ugasi poż ry. brzęknęøy miecze. że tak . Pøomienie dogasaøy. zmieszana. lecz nic ważnego się nie dziaøo. że mieszkańcy wyjdą. wyraźnie chciaø uciec. Może przestępcy lub skazańcy? Byli brudni i mieli to gr oźne spojrzenie. jednak nie dość szybko. które nie pozostawiaøo żadnych wątpliwości co do ich zamiarów. gdzieniegdzie leżaøy ciaøa. co zamierzali. Zresz na ucieczkę byøo za późno. dwaj pozostali odwrócili się. Jeden z muskularnych mężcz yø ją w twarz. . by stawić czoøa księciu. Maric byø spokojny.Upadek wychodzi mi najlepiej . . tylko zarżaø niespokojnie. by odparować cios pierwszego z napastników. Za rogiem znajdowaø się rowar i tam Maric ujrzaø tę.Zapewne zajmie nam to caøą noc. Skąd się wzięøy? Ktoś je wypuściø? P na rozeźlone. . Lecz uwagę Marica przyciągnąø inny dźwięk. . . pomóż mi! Bøagam! . a potem nadjechaø Loghain i pomógø mu się wydostać. .przyznaø Maric z ciężkim westchnieniem. czyż nie? Lecz teraz nic nie mógø zrobić. Jednym z jeźdźcó yøa Rowan. który upadø. Może później . uśmiechnąø się sz .no. Banita stwie rdziø potem. szczękając zębami. Na twarzy miaøa smugi potu i popioøu. zeszøej zimy. Maric zawróciø rum aka i ruszyø w stronę. gdy zwróciø jej na to uwagę. a co zaskakujące . wyciągając miecz w samą porę.Nadal mamy do przeszukan ia część miasta . Jeszcze nie. Piękną elfkę o miodowych lokach. ale Maric zasøoniø się i uskoczyø w póøobrocie.Brać go! Brać go! .krzyczaø z podnieceniem jeden z przec iwników.Oby spadø deszcz . zanim wskoczyø na siodøo. jeżeli wkrótce nie zostanie ugaszony. jak wszem wobec gøosiø Meghren.Znowu spadøeś z konia? . Dziewczyna przyjrzaøa mu się uważnie odwróciøa się do swoich ludzi i gestem nakazaøa. ric wytarø miecz o leżące w pobliżu siano. Konni dopadli ich bez trudu.Nadal masz ochotę spróbować? . Loghain chyba się przebiø.Wkrótce będzie. Opancerzona pięść rozbiøa nos. kiedy w iżu zwaliø się dach i pøomienie strzeliøy w niebo. . rzucili się do uci czki. W pobliżu rozlegøy się støumione prośby o pomo .wszędzie plątaøy się kury.zachichotaø. Czterej ocho nicy zorientowali się. że ma wsparcie. èysy strażnik krzyknąø.zapytaø M Za strażnikiem z dymu wybiegøo jeszcze czterech pokrwawionych zbrojnych.Zatem Gwaren jest nasze? . Rowan sprawiaøa wrażenie zdenerwowanej. Ostrze odbiøo się od zbroi na ramieniu Marica. która krzyczaøa. Ruszyøa z uniesionym mieczem. Nie czekając. To nie byli jego ludzie nie wyglądali też na miejscowych. że Maric miaø absurdalne szczęście. więc i tym razem książę po prostu zignorowaø twarzy wojowniczki. by ruszali. W ziąø wodze i uspokoiø zwierzę. szare chmury. że się poddadzą. gdakaøy. Od tam ghain.pomyślaø. . Żoønierz rzed Marikiem patrzyø na nią tępo.zapytaø Rowan. że zaraz znajdą się w puøapce. Ni dążyø jednak zasøonić się przed uderzeniem drugiego. by na nią nie czekali. Maric podszedø do swojego rumaka. W oknach pobliskie go budynku mignęøy przestraszone twarze. ale ją zlekceważyø. że ogień się rozprzestrzeni. Książę obserwowaø ponuro.Walka przeniosøa się pod warownię. zamachnąø się mieczem. Poleciaø na ścianę. Pierwszy przeciwnik. lecz nie iegø. To ocaliøo mu życie. Zaczęli razem prz ukiwać miasto. jak zawsze. Zmierzyø wzrokiem napastnik a. Zauøek wypeøniøy køęby dymu. Strażnik nerwowo oblizaø usta. Na ulicac h walaøy się śmieci. Rowan w pędzie rozpøataøa mu gardøo. Koszulę miaøa Walczyøa i tylko dlatego napastnicy nie zdoøali jeszcze zrobić tego. Na widok M arica zamarli zaskoczeni. a nogi jakby wrosøy mu w ziemię. lecz ta. . jak da. W oddali zagrzm aøo i Rowan spojrzaøa na ciężkie. jak pożar niszczy kolejny dom. Na miøość Stwórcy.Sądzę.oznajmiøa. i Rowan żartowali ze zdarzenia bezlitośnie. zanim tamten uniósø m z do pchnięcia. plując przy każdym søowie.powiedziaøa. Zataczaj grubas uciekø z wrzaskiem. Nie spadø z ko nia od lat . Maric bezradnie patrzyø. Jej zielony pióropusz powiewaø nad heømem. bez amozwańca. ten. Wrogowie go nie zauważyli. Stukot kopyt ucichø i Rowan zdjęøa eøm. ubraną w biaøy podróżny.

Przeciwnie. b iwnik nadziaø się na rękojeść.. rzecz jasna. że nie wie. Nadjechaøa Rowan. które odwiedzaø z matką. to na kobietę. Chyba uznaø.Zostaw ją! . gdy jego pan wyciągn by stawić czoøa dwóm pozostaøym przeciwnikom. zrobiø krok i pozwoliø. żeby należaøa do niej. Rumak cofnąø się.ników wyciągnąø nóż. No o ataku. Ale Maric zwracaø się do nich jak do innych żoønierzy. Książę się nie cofnąø. ale książę nie sądziø. w pędzie unosząc miecz. Musku arny mężczyzna patrzyø to na Marica. elfka bezradnie szarpnęøa się w uścisku. Leżaøa. pani? . Poza paskudnymi siniakami i p zadrapaniami na ramionach elfce chyba nic się nie staøo.uderzyø rumaka piętami i ruszyø na mężczyznę. że odwrót będzie lepszym wyj niż starcie. zeskakując z siodøa. Elfka podniosøa na Marica zaøzawione oczy. a Maric wyprowadziø c szyję... posøawszy wcze sięciu spojrzenie. które mówiøo. .poniewczasie uświadomiø sobie. bo puściø elfkę i rzuciø się do ucieczki.. .Czy nic ci nie jest. Z urwanym westchnieniem mężczyzna upadø. e . jak się ma zwracać do elfki. tak nieprawdopodobnie zielone.W imieniu korony nakazuję ją puścić! Muskula mężczyzna tylko zacisnąø mocniej døonie. . chociaż widywaø ich czasami w zamkach. Maric nie zawahaø się . że książę nie potrafiø oderwać od nich spojrzenia. Maric pośpieszyø z pomo elfiej kobiecie. próbując okryć się rozdartym odzieniem i szlochając rozdzierająco. W ciele nie byøo już ży ruk. Wśród reb liantów byøy elfy. Książę zawróciø konia i kopnąø mężczyznę w gøowę. N braniu byøa krew.ryknąø Maric. Napastnik runąø jak worek ziemniaków. Jego bøąd. Rowan ruszyøa w pogoń. lecz z ż nich nie rozmawiaø. Nigdy nie miaø søużących. Drugi obna rzuciø się z krzykiem na Marica. . co wojowniczka sądzi o tej sytuacji.

Zarumieniøa się. .To jest Katriel . Jestem posøanniczką o d arla Amarantu. . Maric i Rowan nie porusz yli się. W wiec. b do was dotarøa..Dotrze tu zapewne za dzień lub dwa.I ta legia tu zmierza? . przebiegając szybko wzrokiem po søowach potwie ających jego najgorsze obawy. którzy zaatakowali jego øaskawość. ale tutaj pan owaøo takie zamieszanie. Z wahaniem pozwo liøa.. .powiedziaøa cicho. moja narzeczona.. albo przez Przes myk Breciliański.odpowiedziaøa Katriel. nigdy nie miaø okazji pr zekonać się. . jednak zøo już się staøo. .Przybyøam najszybciej jak mogøam. Maric zdjąø pelerynę i narz ciø elfce na ramiona. Znaleźli się w puøapce.Jesteście dla mnie zbyt uprzejmi. krok.Przykro mi. W oddali z szarych niebios dobiegø huk grzmotu. . by ciaśniej owinąć się peleryną. że to bardzo ważne. padø niedaleko od miasta. . Powiedziaø. co wywoøaøo grymas zøo a twarzy wojowniczki..Oczywiście. że możesz.Wysøaliśmy Byrona. podarta koszula znowu jej się rozchyliøa.Szukaøaś mnie? .Posøanniczką! Katriel nerwowo spuśc iøa zielone oczy.Nie miaøam wyboru. idą przez las. nied ko miasta. Nie widziaøam tego na wøasne oczy. Aż do teraz. Legia orlesiańskiej jazdy i magowie. Miaøam do was dotrzeć przed nimi. że zajmie atakujących tak døugo. napotkaø gnie wne spojrzenie wracającej Rowan.Zajeździøam konia na śmierć. skonsternowany. Ale nie miaø wyboru. tylko wymienili spojrzenia. Cofnąø się zbyt pośpiesznie od elfki. ię taką popularnością w zamtuzach Denerim. Dziękuję. . ale nie umiem określić dokøadniej. pos yøając elfce niepewne spojrzenie. .Mam na imię Katriel . panie mój. . Są tuż za mną.Bez wątpienia.A to lady Rowan. wprost na nadchodzącą armię.Maric dokonaø niezręcznej prezentacji. nie. Maric wziąø je z wahaniem. Deszcz powstrzymaø pożary w Gwaren. a nawet jeżeli si da.odr zekøa Katriel. Oczy Rowan rozszerzyøy się czujnie. . . .Wam także jestem wdzięczna. . Dziewczyna wydawaøa się delikatna i krucha.Co to znaczy: pokonany? Kiedy to się staøo? .powtórzyø Maric zaskoczony. ie. którego mi dano. które wcześniej podniosøa. Spojrzaøa na niego z przerażeniem. ale po iedziaø. wstydliwie zaciskając døoń. panie . . Wasza Wysok ość. by odwróciø u wojsk uzurpatora.Ale jak się tu znalazøaś? I co wøaściwie robiøaś? . .Elfka odwróciøa si ca. . że muszę was ostrzec za wszelką cenę. że speøniøa swoje zadanie. Król musiaø to za planować. K atriel dygnęøa przed kobietą.Na miøość St am jest napisane? Blady jak ściana. ledwie przesøonięty peleryną. pani..Och. Kiedy Maric podniósø wzrok. fce wyraźnie ulżyøo. .Jego øaskawość zostaø pokonany.Wyciągnęøa kilka zalakowanych zwojów. że elfie kobiety mają dla mężczyzn urok. Maric przyøap jej wdzięcznie wygiętą szyję i dekolt. żeby dotrzeć na czas do Jego Wysokości. na czym ten urok polega. odwracając gøowę.Szukaøam was.Co? . .zapytaøa Rowan. Opanowanie sytuacji potrwa døużej niż dzień.. . Z pomocą Marica uniosøa zawiniątko leżące w pobliżu. Jego øaskawość powiedziaø. który sprawiaø. by książę otuliø ją purpurową tkaniną. a miasto ogarnąø chaos. . Katriel wyjęøa spod peleryny zawiniątko. Ci sami ludzie.. Wasza W ysokość. Musiaøo upaść podczas Kiedy się wyprostowaøa. jak się tylko da.wymamrotaøa Rowan. panie mój. Poczuø ciężar w żoøądku. jedyne szlaki.. Poprosiøam tych mężczyzn o oc. W warownym dworze nadal trwaøa walka. wiodøy albo przez morze.. . Nigdy nie byø w stolicy.Spojrzaøa bøagalnie na księcia. w nich zaś spoczywaøy pergaminowe zwoje. .Rowan podeszøa do posøanniczki rzona. . Maric.. Rozwinąø jeden z listów i zacząø czytać.. ale chyba powinnam być bardziej ostrożna. To tylko peleryna. próbując zdjąć okrycie. Zawieraøo skórzany pas z kieszeniami..Pokonany! .. podniósø na nią wzrok. panie! Jak mogøabym?. Moja. . Przebiegøam resztę drogi. e. Książę søyszaø.Cztery dni temu . którymi można opuścić Gwaren. Dopadli arla. .

ale Maric i arl Rendorn sprzeciwili się temu stanowczo. Na pewno jeden z zastępców poprowadz równie dobrze. zrobi się niepr yjemnie . zaśmiecaøy bruk. a dym unosiø się z ich poczerniaøych szkieletów. Dotarli do kryjówek dwie godziny temu. gdy żoønierze szykowali uzbrojenie. a nie którzy nawet pøakali. ale reszta wolaøa siedzieć w swoich kryjówkach. W pozostaøych domach dookoøa ryn ku znajdowali się żoønierze. gdy tylko speøni ży e ojca. Arl Rendorn początkowo się najeżyø. lecz wiele budyn ków wokóø placu zapadøo się lub spaliøo. by sprzedać towary. c zekając. skoro obiecaø. bez wątpienia uzyskane przez zwiadowców jeszcze przed atakiem na ludzi arla.z fe erią barw wystawianych na kramach tkanin. Arl Rendorn zadbaø. żeby na Maric zekaøa øódź . mógø to również zrobić pan na Amarancie. jak ie pozostaøy po bitwie z poprzedniego dnia. aż pojawi się wróg. gdzie czaiø się książę. tylko jeśli przemocą zaciągnie tam Marica. I przybyø. kim byli. mignęøy mu jasne wøosy Marica. Porucznik rebelianckich siø. Grupa ukryøa się w cieniu. by pewnego dni a przybyø prawdziwy wøadca Fereldenu i uwolniø ich od nędzy i udręki. Ludzie są podejrzliwi .maøy slup z tró czący niewielką zaøogę. a dobytek nie zostanie rozk radziony. kiedy zrozumieli. trzeba by go najpierw pozbawić przytomności i zaciągnąć siøą. dlaczego arl nie przybyø osobiście. Mi eszkańcy Gwaren okazali się bardzo pomocni. że w oknie o zczonej piekarni. śmierdziaø rybą . Loghain wiedziaø. Bywaøy chwile. Przed świtem. których Orlesianie traktowali jak psy. by znaleźli jak najwięcej tych. Loghain wiedziaø. że podziw i ulga z wienia się Marica są szczere. jak to się staøo. Jeszcze jeden nieprzewidziany element. dzie byli zmęczeni. który może zepsuć pośpiesznie wymyślony plan . N ajbardziej potrzebującym zapewniono zaopatrzenie i nakazano pozostać tam. Przez caøą noc trwaøo przywracanie porządku i przygotowania do walki. ię ukryli. czy i on oddaøby życie w podobnej sytuacji. Oczywiście. Arl Rend orn. Posøanniczka Byrona przyniosøa użyteczne informacje o siøach uzurpatora. nie każdy byø niezadowolony z pojawienia się rebeliantów. To powinna być najbardziej kolorowa część Gwaren . w którym się czaiø. których nikt nie zdążyø zabrać. że wśród przybyszów mogli się ukryć zabójcy. towarzysz księcia.jak najszybciej zebrać rozproszoną w mieści ię i ukryć ją w Gwaren. Jeżeli wróg nie pokaże się niedøugo. Pomimo wyczerpan ia zdenerwowanie trzymaøo ich na nogach. Na szczęście wróg ich nie rozczarowaø. Sklep. Jeżeli tej møodej elfce udaøo się w ić wrogą armię. że przerażający książę Maric ni a zamiaru gwaøcić. Wielu schroniøo się w warowni.powiedziaøa Rowan. a na odpoczyn ek prawie nie byøo czasu.stwierdziø mężczyzna. grupki ludzi podeszøy do stanowiska dowodzenia przed posiadøością. którego los spocząø w rękac Loghaina tak dawno temu czy upøynęøy dopiero trzy lata? Wydawaøo się. Kupcy zbierali s tu regularnie. nie poznawaø wøasnego odbicia. S elii mogą zostać rozbite i zmuszone do odwrotu w mateczniki Lasu Breciliańskiego. Zostawić ślady.OSIEM. czyż nie? Lo hain przyglądaø im się ponuro. Odarci z wszystkiego poza godnością. Ledwie skończyøa się jedna bitwa. że od tamtego zdarzen ia minęøa wieczność. że wolność w Gwaren może trwać ledwie okamgnienie. Ludzie. gdzieniegdzie leżaøy ciaøa. których wzięli podczas zdobywania warowni. Nadal nie byø pew ien. że skończyø w rebelii. a żaden z towarzyszących Loghainowi elfów nie zasnąø. a najciężej ranni zostali prze niesieni na górę. że odejdzie. Wielu nawet się nie pokazaøo. Loghain zastanawiaø się. A Rowan jdzie na pokøad. dopóki nie skończy się bitwa.by książę zdoøaø uciec. gdy patrząc w lustro. Loghain zas tanawiaø się również. a te go z pewnością buntownicy nie zdoøają przeżyć. że w Fereldenie byøo wielu chętnych do poświęcania się dla ch. że nie grozi im żadna krzywda. Zresztą Loghain nie spodz iewaø się innej reakcji. Rowan posøaøa mężczyzn. natychmiast puściø niespotykaną wiązkę przekleństw. Loghain zmarszczyø brwi. widziaøa to w ich oczach. świadomy. gdzie zajęli się nimi miejscowi oraz cywile z rebelianckiego obozu. Loghain wiedziaø doskonale. Wraz z poranną mżawką . Pomysø Loghaina byø prosty . Res bytku. beczek i skrzyń. Zdawaøo się jednak. Pośpiesznie opatrywano obrażenia. aby uniknąć komplikac i.przerażenia zmieszanego z bezradnością . Tu powinni tøoczyć s ię ludzie. butelek. po rzewając. rzecz jasna. Deszcz zapobiegø pożarom. że arl mógø się nie fatygować. Maric dobr nie wejdzie na pokøad. Ledwie skończyø się atak na warowną posiadøość m pośpiechu nadjechali Maric i Rowan z wieścią o nadchodzącej armii uzurpatora. jeżeli wypadki potoczą się bardzo źle . Większość więźniów zamknięto na strychu warowni i zostawiono bez str tak wøaśnie miaøo być. bez wątpienia zgubione podczas ucieczki do lasu. już czekaøa ich kolejna. że nigdy nie zapomni wyrazu twarzy księcia .odór kontrastowaø ostro rwowym zapachem strachu skulonych obok elfickich øuczników. i zapewnili ich. Ale później uznaø. choć Loghain ich nie widziaø. A jednak nadal tu pozostawaø. rabować i zabijać. że rebelia tu byøa i umknęøa przez morz onowaø nawet zabicie jeńców. Miaø jednak wrażenie.uznaø Loghain. dotykali. lecz Loghain stara ię myśleć jasno. gdzie byli . ale w szarym świetle poranka Loghain widziaø jedynie dym i zniszczenia.gdy miejscowi otoczyli go. ranny od strzaøy. modlili się w ciemnościach. Przez okno widać byøo prawie caøy rynek miasta. by wyglądaøo.

. Pozwólmy im pomóc powiedziaø. Loghain nalegaø. .ryknąø mag i uderzyø dziewczy Loghain zwalczyø pragnienie. Przeszukajcie miasto. którzy zaatakowali miasto. Trzy k obiety i mężczyzna. w n ajgorszym przypadku.spod ciężkich pa cerzy wystawaøy purpurowe kaftany. czy arl i Maric mieli rację. . że nic nie zauważą. Loghain nie znaø tego języka. niż walczyć. Sojusz między Kalabrią i rebelią wydawaø się co prawda iezwykøy. Mag pogøadziø w yśleniu brodę. jakie myśli przepøywają przez jego gøowę. że napastnicy wyskoczą z cienia. że książę wolaø po prostu wziąć nogi za pas. nieważne jak br udnej i nędznej. èatwo ich byøo dostrzec . Uśmiechnąø się. kobieto? . Jeździec oddaliø się.. Zøoty smok b Kalabrii. mnąc nędzną suknię i odwracając oczy. Wyglądali na zaniepokojonych. To byli miejscowi.Tak mi się wydaje.krzyknąø gniewnie mag i mie owi natychmiast zamilkli. obserwując zbliżającą się konnicę. . czujność . co wydawaøo się. kuląc się ze strachu. jeżeli któryś z tych gø dradzi? Wystarczy.. Rebelianci musieli tylko odczekać. Loghain rozpoznaø tylko jedną.Jedno z was . Lecz zabrzmiaø tylko pisk i okrzyki przerażenia. Przez chwilę obaj konferowali cicho. Jeszcze nie . A teraz Rowan klęczaøa przed ciemnoskórym magiem.Odpøynęli na statkach. skierowaø do nadjeżdżającej p li reszty konnicy i krzyknąø kilka zdań po orlesiańsku. zerkając g oźnie na pomysøodawcę. Ja nie wiem. I dobrze .Wiele statków.wszystko zgodn ie z planem.Rowan opuściøa gøowę. Arl się zgodziø.Køamiesz! . barykad na ulicach.tylko jedno! . Ale nie tego. Jeźdźcy zwrócili się w ich stronę. Rzeczywiście. Mag sprawiaø wrażenie niezadowolon ego.rzuciø mag do miejscowych.. Rycerze wokóø niego nosili żóøte peleryny i wykwintne pióropusze. co wam powiedzieć. rycerze z dworu uzurpatora. Jakby bestia. Zgøosiøa się na ochotnika do tej ryzykownej roli.Byøy duże . odegraøa caøe przedstawienie z kuleni em się. K rótki rozkaz i nieszczęśników podprowadzono do maga i jego eskorty na środku rynku. Arl w końcu ustą Maric stwierdziø. Jego postawa wskazywaøa. Ale tylko Loghain wiedziaø. aż wojska uzurpatora wejdą jak najdalej w gøąb miasta . bitwy nie będzie.Wszystkie statki odpøynęøy stąd wiele dni temu! . d póki nie zaczną przeszukiwać budynków. Niektórzy jeźdźcy zdejmowali heømy i rozglądali się o wiele spokojniej. ..wytrzyma. brzmiaøo to tak. Orlesianom nietrudno byøo uwierzyć.oznajmiøa. Przypøynęøy i zabraøy żoønierzy. że powie o ukrywających się w domach rebeliantach. ale przynajmniej gniew mu przeszedø. sir. Ale j rojni jeźdźcy i towarzyszący im zwykli żoønierze zachowywali. na rękawach widniaø imperialny znak: zøote póøsøońce.Opisz sta padøo następne polecenie. Co będzie. To sprawi. podejrzane. Starzec przyglądaø się uwa e jej i pozostaøym. żeby poszøa tylko Rowan.pomyślaø Loghain. Pośród nich Loghain dostrzegø nową posta noskórego. Bądźcie czujni. który przechyliwszy się w siod le. Wrogowie spodziewali się otwartego starcia lub.. arzyszyøa im też spora grupa lżej uzbrojonych jeźdźców. biaøobrodego starca w żóøtych szatach. sir magu. . ale do myślaø się znaczenia usøyszanych søów.powie mi.Wstań . . Nie tylko Loghain ryzykuje życie . Gdzie s ebelianci? . . jak mamroczą i paplają o rebeliantach. . że nie pamięta. a potem uciekli . rzecz jasna. Zrobiøa to niechętnie. ale tym razem przeszkodziø mu jeden z rycerzy.To byøy inne statki! Nie wiem czyje! Rozgniewany mag uniósø po nownie rękę. n ajszybciej jak można. jakby chcieli powiedzieć wszystko naraz. Rycerze rozluźnili się ni eco i schowali broń. To nie potrwa døugo . Loghain niemal widziaø. Rowan uniosøa gøowę. Jak na razie szøo dobrze. by wyskoczyć z kryjówki i rzucić się na mężczyznę.Na żaglach byøo coś wymalowane. że nikt na nich nie czeka. Również ich znaczenia Loghain o się domyśliø. Pomysøodawca dyplomatycznie gapiø się wtedy w ziemię. rzecz jasna. Wyś . ale możliwy. że Rowan będzie ardziej wiarygodna. nie przyjrzaøam się dokøadnie. . kraju na dalekiej póønocy.Jakich statkach? O czym ty mówisz. Mag. Møodą kobietą o kasztanowych wøosach i twa ubrudzonej popioøem byøa Rowan. kiedy ostatni raz widziaø Rowan w sukni. Rowan spuściøa gøowę i milczaøa. Żony rybaków i cieśla wyglądali na odpow iednio przerażonych widokiem zbrojnych oraz maga. Ja.na pewn obawiali się. Loghain søyszaø wyraźnie.i się pierwsi jeźdźcy. udając strac h i pokorę.Te statki nie cumowaøy tu døugo. gdy zobaczyli paru miejscowych w øachmanach poplamionych krwią. bez wątpienia. Logh zacisnąø døoń na øuku. wyciągając miecze jąc się do ataku.Cisza! . Rowan nie by eplarnianym kwiatuszkiem . . ale nalegaøa.pytali się nawzajem. Pora na kolejną część planu . sir magu Rowan udawaøa desperację. Oczywiście. żony dwóch rybaków i cieśla. Stary mag ponownie wbiø spojrzenie w R .uznaø Loghain. coś wyszeptaø. by pozwolon u pomóc księciu. . by przekonać się. A Loghain czekaø teraz nerwowo. jak uciekli rebelianci . Kilka osób wyb egøo z jakiegoś domu prosto na konnicę.wydukaøa. Ojciec chciaø się sprzeciwić.Zøota bestia? Czy to byø smok? . zabierzcie wszystko. jękiem i trzymaniem za policzek. ale Loghain byø pewien. który bøagaø. że przywykø do uży siøy. że graøa.napominaø się. Śniadoskóry czarodziej posøaø karcące spojrze ie eskorcie. Większość konnych posuwaøa się powoli przez rynek.rozkazaø. Orlesiańscy dowódcy naradzali się między sobą i po døuższej chwili zwr o maga.Ja. co się przyda. Skoro t chórzliwi rebelianci uciekli. Ten skinąø niechętnie gøową i zaraz zabrzmiaøy rozkazy. . Ale Maric miaø do nich zaufanie i niezachwianą wiarę. .

Maric zmaga rugim.øucznicy starali się chronić księcia. . Dwie kolejne strzaøy pomknęøy do biaøobrodego mężczyzny . Syknę ie. Użyøa go natychmiast . Za nim pojawili się øucznicy. Strumień energii wyciągnąø się w jej stronę jak wąż.. by się wytrzeć. Podobne komendy wydaøby również Loghain. Wzdrygnęøa się pod dotykiem. Pomarszczona døoń pogøaskaøa pierś Rowan. Wystawaøa z niego strz aøa. A l Rendorn na pewno zamykaø teraz wroga od tyøu. Zaklęcie już jej nie pętaøo. czego się dowiedziaø. Co za szkoda. kobieta przykucnęøa. by unikną adkowego trafienia lub ciosu. . lecz nadal nie próbowaøa się wyrwać. Mag bezradnie podniósø wzrok na ryce bok. co wywoøaøo na twarzy maga grymas zadowolenia . Nie tak byøo w planie! Za wcześnie! aric. zacierając ręce le nagle znieruchomiaø. rońcie księcia i lady Rowan! . . ponieważ z ust starca chlusnęøa krew. druga przebiøa gardøo. Rowan spojrzaøa twardo. strzepnąø niewidoczny ekoltu kobiety.Ale trzeba nauczyć cię manier . Kobieta sp unęøa magowi w twarz. Niemal obojętnie uderzyø Rowan m ocno w policzek. wyskoczywszy przez okno piekarni i uniósøszy miecz. Maric. ale nie zdążyø . by stawić czoøa jednemu z napastników.jedna minęøa go o wøos. który jak szalony przebijaø się do Rowan z ciężkozbrojnych jeźdźców ruszyø za Marikiem. Natychmiast pomk nęøy strzaøy .zachichotaø. rozmawiali w swoim języku. . wyciągając rękę. nie ruszyøa się z miejsca.Ach . że reszta miejscowych cofnęøa się z autenty cznym przestrachem. . . Uśmiechnąø się lubieżnie. Czy odczekali wystarczająco døugo? Loghain obserwowaø uważnie. dlatego Loghain i arl planowali. najwyraźniej usatysfakcjonowany tym . Mag. Konni wyglądali na caøkiem uspokojonych. Zgodnie z planem rebelianci mieli wtedy zablokować wąskie uliczki wiodące na ry nek. ciemna strużka krwi rozlewaøa się na żóøtej szacie. powietrze zaiskrzyøo od energii. obaj mieli w oczach przerażenie. Przerwaø tylko po to. Przeciwnik byø doświadczony. charcząc. gdyby chciaø szybko zaøatwić sprawę. że rebelian ci nie zabrali cię ze sobą. Rowan nie próbo adal z kamienną twarzą spoglądając na maga. Pęta energii zacisnęøy się.Loghain celnie umieściø strz i koønierzem rycerza. Nie powiem. ty durniu! . nie zdążyø się jednak odezwać. odcinając tych.I namiętna. Otoczyø oc.Odważna . podoba mi się. Ruszyli na niego dwaj konni. Starzec upadø.. woøali. uniósø kobietę nad ziemię i unieruchomiø. sprawiając.przyparøa charczącego maga do ziemi i wbiøa mu ostrze w pierś. Odwróciø się. gdy tylko znalazø się blisko.èadna jesteś jak na rybaczkę.Naprzód! Atakować To krzyczaø Maric. Zamieszanie rosøo. gdy uciekli.rozkazaø Loghain swoim ludziom.westchnąø z zachwytem. aż w Gwaren znajdzie się jak najwięcej żoø ierzy.ijcie kogoś do warowni. którzy znajdowali się na r ynku. ryk i haøasy musiaøy nieść się daleko poza rynek. jak Maric w końcu doci era do Rowan przez walczący tøum. szyjąc strzaøami w szeregi rycerzy oraz ciężkozbrojnych piechurów. Z niedowierzaniem popatrzyø na swój tors. że czubek miecza musiaø dojść do przeøyku. Rowan zerwaøa się. spojrzaø na Rowan. by podprowadzono wozy z zaopatrze iem i rozøożono namioty. rozjeżdżając się pośpiechu. Nieprzyjacielscy dowódcy raczej nie posøaliby wszystkich do mias ta.zakląø Loghain. rzuciø jej miecz. Powietrze natychmiast p rzecięøo więcej strzaø. To już nie potrwa døugo. Naparøa t ak mocno. Reszta rebe iantów natychmiast opuściøa kryjówki i ruszyøa na rynek. że poczekają. Oszczędnym gestem wezwaø Nocne Elfy. Na placu pojawiøo się więcej żoønierzy. Ma popatrzyø na Rowan wstrząśnięty.powiedziaø czarodziej z mieszaniną rozba ienia i namysøu. od pozostaøych. Mężczyzna podszedø bliżej. z øatwością odpieraø .

stwierdziø. To ludzie wysøani nieda wno z Kręgu Maginów w Orlais.Orlesianie wrócą .wrzasnęøa przerażona Rowan. już drzemaø. rzuciø też pomysø. mierząc Marica surowym spojrzeniem. ale to nic poważnego. a potem u ricu! .Wynajmiemy. Zachwiaø się. zaś konnica na rynku zostaøa pokonana. drewna i øodzi rybackich. która mogøa zacząć oblegać miasto. Na razie.Ranny.Możemy je zablokować. coraz więcej rebe tøoczyøo się na rynku. i zaczęli się gøośno uciszać. Kiedy próbowaøa rozpiąć zbroję. A zamieszanie okazaøo się przydatne .lepsze to niż odsiecz. Sądzę. Wydawaøo się. a kiedy skończyli pracę. jak mieli nadzieję . cięøa go w szyję z póøobrotu. Chciaøa go podnieść. Rzuciøa się do leżącego i krwawiącego mocno Marica.Arl porzuciø tę kwestię. a książę poczuø pulso oku.Maric mrugnąø zaskoczon eźmiemy statki? .r nym Elfom. by ich uwolnić. . by sprawdzić ranę. Arl Rendorn pozwoliø im od jechać. . ale e ruszaø. A Row odeszøa nawet wtedy.wzruszyø ramionami książę. Rebelianci uwolnili miasto spod wøadzy uzurpatora. lecz mag stwierdziø sucho. Książę przez chwilę przetrawiaø tę wi e. że przeżyjesz. czy miaøby siøy. że moja córka o tym wie. że żaden z zabitych magó ie jest prawą ręką Meghrena.. Ciekawe. choć Maric nie byø tego świadom. Ujrzaøa tylko. W końcu żoønierze zorientowali się. Arl otworzyø jedną z gøównych ulic. i rz się na tego.Chyba nie mieliśmy szczęścia Ani jeden mag nie pasowaø do rysopisu. co na to powie król Meghren? Jak wyjaśni tę zawstydzającą sprawę imperatorowi? Rzecz jasna. . Zrobię to znowu. W Gwaren z p ewnością nie brakuje cieślów. których miaø pod ręką. przypomniaø o konieczności jak najszybszego powiadomienia mies zkańców. Loghain skrzywiø się. że obiecaø ci skręcić kark.Byø tak na cie bie wściekøy. by stawić mu czoøa. by wyczoøgać się z posøania. . Rycerz zręcznie ominąø zasøonę Marica i pchnąø go w bok. Tym razem mamy wybór.Szlaki prowadzące z lasu są wąskie . by zrównaøy Gwaren z ziemią .To prawda. Wokóø toczyøa się bitwa. . a przynajmniej tak twierdziø arl Rendorn. Rebelianci nie uwięzili w zasadzce tak wielu z brojnych. .zabito jeszcze dwóch magów.Niestety.Oczywiście. .Przynajmniej wiadomo. Rendorn skinąø gøową.Zrobiøaby dl to samo . jaki udaøo nam się zdobyć. odrzuciø øuk i wyjąø miecz. Uśmiechnąø się tylko lekko i zmieniø temat: . ale kiedy ycerz się odwróciø. Książę skuliø się. z którym walczyøa. Miasto jest teraz nasze. Arl Rendorn zachichotaø i zapewniø. Kiedy w końcu się oc knąø. . gdyby ię nie wmieszaø? Zapewne uratowaøeś jej życie.. byø wieczór. . . musiaøa się upewnić. ale nie dość skutecznie. Zanim się zorientowaø. Severanem. by wysøać wieści do możnych Fereldenu i powiado wolnieniu miasta. ale wątpiø. marszcząc brwi. Jej miecz odbiø się bezużytecznie od pancerza.Tak. Odwróciøa się. że poradzi sobie ze szczegóøami. wyrwali z orlesiańskich øap kawaøek Fereldenu. Kazaø księciu odpoczywać i wyszedø.Cóż rzec? Mam wspaniaøych przyjaci rzyglądaø się księciu przez døugą chwilę. .Kto wie co ten mag zrobiøby Rowan. że już po bitwie. by się przygotować. Wilhelm zmierzyø go zagadkowym spojrzeniem. .dając kolejne świadectwo imperialnej wszechmocy. Kopnięciem pozbyøa się zbrojnego. ..Żyøa.. Jedna trafiøa Orlesianina w gøowę. j zebija go rój strzaø. Zanim uzurpator zbierze wystarczająco duże siøy. .Ale jest czas. Ki ku dowódców jazdy wolaøo się przegrupować jak najdalej od Gwaren. . okazaøo się. jeśli zajdzie potrzeba.pchnięcia. Na dziedzińcu pod warownią zapewne stanęøo ich już sporo. Trysnęøa krew i przeciwnik zwaliø się na zi olejny jeździec ruszyø na Rowan z tyøu.Jaki wybór? Arl zastanowiø się przez chwilę. zdążymy przygot wać dość statków.A Loghain? Z nim wsz ystko dobrze? .z powodu zbyt pośpiesznego ataku. który zraniø księcia. Podsøuchana rzeczka. . by nas pokonać. gdyby nie Rowan i Loghain. którzy wynieśli go z samego serca bitwy i opatrzyli ranę.zapytaø Maric. Póøprzytomny Maric przysøuchiwaø się mężc jącym w pobliżu namiot. Rowan sz ozwarøa przerażone oczy..Więc z Rowan wszystko w porządku? . Trafiøy go dwie strzaøy. kiedy sprawdzaøem niedawno. To nie byøa pocieszająca myśl.. . że są p o namiocie. . by go spowolnić. . *** Walka trwaøa jeszcze kilka godzin. po czym wyskoczyø przez okno i popędziø w uliczkę. Nie mógø jednak mieć do księcia p retensji za ratowanie córki. Czary Wilhelma uzdrowiøy najcięższe obrażenia. .o owagą Marica. że Krąg w Fereldenie dotrzymaø søowa zauważyø Maric.Starszy mężczyzna westchnąø. Maric chętnie poszedøby z nimi. rozejrzaøa się bezradnie. Pomimo czujności w gøos ie arla Maric przymknąø oczy i uśmiechnąø się szeroko. Ale nie opuściø cię aż do przybycia Wilhelma. Książe rozpromieniø się nieoczekiwanie. wysyøając za nimi wszystkich øuczników.Arl zmarszczyø brwi. pozwalając uciec z miasta . rwawiøby się na śmierć. .Osøaniać mnie . ruszyli opróżnić piwniczkę zonej tawernie przy dokach. Albo zbudujemy. . by przeprowadzić armię wzdøuż wybrzeża. o ile mogę od ejść? Na skinienie gøowy arla opuściø namiot. że chce coś powiedzie nowaø. rubaszne żarty i śmiechy bawiøy księcia. odpychając przeciwnika. Przekazaø Maric co się dzieje w Gwaren. Wraz z cis . Søyszane søowa powoli zaczęøy się mieszać i rozmywać. Może to i lepiej? Zapewne tylko zdenerwowaøby żoønierzy.Statki? . imperator może przysø następne legiony rycerzy. ręce splamiøa jej krew. a potem spadø z siodøa an nie czekaøa.

Czøowieka. Wydawaøo mu się.. panie mój? Maric nie byø pewien. .Nie.Chyba wrócę kied ndziej...Ci mężczyźni..Uważa jestem piękna. panie. a potem wyżej. . Muszę przyznać. że zostaliście ciężko ranni. . przepraszam. do których pr zywykøa. Maric z uśmiechem przerwaø jej uniesieniem døoni.... który nawiedziø księcia tej nocy. Ale kiedy postać podeszø bliżej. Wyciągnęøa døoń i przesunęøa palcem po bandażu. Tyle że wasz byø buøany.Och. Modliøam się.. choć dotąd nie miaøa okazji. Nagle przypomniaø sobie o swojej nagości i poczuø się jeszcz e bardziej zmieszany.Nieoczekiwanie Katriel zdaøa sobie sprawę. gdy elfka się zawahaøa. . dźwigając się. jeże li przeszkadzam. Odlegøość między nimi zniknęø gdy Maric przyciągnąø elfkę i pocaøowaø. .Ja. uświa siøy się ruszyć. więc podciągnąø futro.Dlaczego miaøbym nie pamiętać? . Miaøa na sobie nowe ubranie. że to nie Rowan. że w migotliwym blasku latarni wyglądaøa nieziemsko. panie mój . pochrapując. Maric uznaø. ale nie miaøam pojęcia!.Och. . Naprawdę.dszedø sen. jaki zakøóciø ciszę. ale nie ciężki. która ją sprzedaøa. . Skøoniøa się nisko.Rowan? .. el. ni e nazywaj mnie panem. ... że nie ma na sobie nic poza bandażami i futrem... Katriel uciszyøa go.zająknąø się. Jak mógøbym zapomnieć? Jesteś taka piękna. Maric podniósø wzrok i napo kaø zielone oczy pod póøprzymkniętymi powiekami.To znaczy nie chcę.. by kopnięciem obudzić żoønierza. . ię wykorzystać.. lecz Katriel. Pamiętacie moje imię? Marica zaskoczyøy je . Zupeøn k bajkowy rycerz na biaøym koniu. Jej skóra byøa tak miękka. żeby mężczyzna. Dotyk jedwabiu byø jednak tak przyjemny. elfia posøanniczka. Maric odd ychaø szybko. gdy latarnia wewnątrz namiotu przygasøa.pomyślaø Maric.Jeżeli chcecie. które kwitną tylko w najwspanialszych ogrodach. W namiocie panow zraniony bok dokuczaø znacznie mniej.. Ja nie chcę. Oczywiście. Nie powinnam. Przetarø zaspane oczy.. Nie zranili cię. . ile czasu minęøo.Nie. Pojawiliście się w samą porę.Nie. Chuda kobieta. nie potrafiø oderwać oczu od elfki. byś czuøa się w obowiązku. choć wiedziaø. . przygryzając nerwowo usta.Nic mi nie jest. . . . Katriel. Jej ocz y zabøysøy nieoczekiwaną radością. Książę nie miaø pojęcia. że cię pamiętam. køadąc mu palec na ustach. Elfka okazywaøa jedynie trosk e Maric zesztywniaø pod jej dotykiem. rumieniąc się znowu. do kogo mówi.Ja.. .Jestem tylko elfem. co na to odpowiedzieć. Przepraszam.Nie wykorzystujecie mnie. które søużyøo za pled. *** Rowan zastygøa w kamiennej ciszy. Odwróciøa wzrok. Maric p dziwiaø.Uśmiechnęøa się. by wyciągnąć suk akwy. .Zostanę z wami. Ciepøo i szczerze . że tu przyszøa. Co.. Ludzie.spytaø niepewnie. Skulony nieopodal strażnik spaø gøęboko. tak różny od skór i metalu. a kiedy ich spo enia się spotkaøy. Teraz żaøowaøa. Jej zielone oczy lśniøy urzekająco w świetle latarni.. Zawiesiøa latarnię u wezgøowia i przysiadøa na posøaniu. panie mój . . jeżeli zamiast elfiej kobiety do Marica . panie mój. nie. Gdybyś nie przybyøa w porę. . .Nie wykorzystujesz mnie . Rowan potrząsnęøa gøo .. Zarumieniø się jeszcze bardziej. ..Nic nie szkodz i. Ani razu nie zwróciø się do niej po imieniu.przerwaø jej szybko. .Proszę. nim znowu się ocknąø.. Dlatego Rowan ją kupiøa wbrew radom.Ale. jakby chciaøa wyjść.powiedziaøa z wahaniem.Elfka przysøoniøa latarnię i odwróciøa się. panie mój! Nie powinnam.. że ktoś znalazø ci ubranie . że za ic w świecie by nie zaprzeczyø. . . panie mój. Byø to jedyny dźwięk. Żaøowaøa. Elfka spojrzaøa na wdzięcznie przechylając gøowę. by usiąść. Wojowni czka miaøa na sobie czerwoną jedwabną suknię z Kalabrii. W wejściu pojawiøa się drobna postać z migoczącą latar ią. nie spuszczając z niego oczu. czując pokusę. Musiaøam się przekonać na wøasne oczy. zaraz jednak podniosøa wzrok i uśmiechnęøa się. . Jesteśmy ci zobowiązani przerwaø zmieszany. Ich twarze dzieliø zaledwie cal. szybko spuściøa powieki. Aromat podniecający i søod ki. Nie mógø wstać. Większość z nic nawet nas nie zauważa. ie! To prawda! Søyszaøam. jak prosta biaøa suknia otula jej ciaøo. by się osøo ucieszyøo go. lecz w jej gøosie zabrzmiaøy uwodzicielskie nuty. Moja matka przez caøe życie byøa pokojówką w domu pewnego szlachcica .. zauważyøa. nie . nie mielibyśmy czasu na przygot owanie obrony miasta. abyś myślaøa. które zapewne zbudziøy Marica. ma za szerokie ramiona na taki fason... a ci ne pod jego pieszczotą. . jak sobie wyobrażaø.Och! Zapomn się. staøo się jasne.. zaczekaj siø cicho Maric. że Rowan jest zbyt muskularna. gdy kobieta się c ofnęøa.p owiedziaøa poważnie. i w jej oczach bøysnąø strach.Prawie be lnie postąpiøa krok i przesunęøa po opatrunku delikatną døonią.. lecz stojąc w ciemności.Widzę. niczym e teryczny duch o zøotych wøosach. . ale musiaøam wiedzieć na pewno. . że ją wøożyøa.. Wtedy zauważyøa bandaż na brzuchu Marica.Nie masz za co przepraszać. .. a Maric uświadomiø sob ie. jak rz adkie kwiaty. wprawiając w ruch cienie. dlaczego tu przyszøaś? Do mojego namiotu? Elfka wstydliwie opuściøa gøowę. który uratowa ie zginąø. Katriel powoli zbliżyøa się. prawda? . odsøaniającą ramiona. Odwróciøa się znowu. Nawet jej zapach byø oszaøamiający..Pamiętacie. Maric zamrugaø i spuściø wzrok na futro. że dostrzegø sylwetkę kobiety. że nie jestem pewien.powtórzyøa.rzuci .. po torsie siążę zadrżaø i przeøknąø ślinę..

odwracali wzr ok. Nie chcę tego søuchać powiedziaøa sobie. . Żoønierze zasøużyli na to. Wydawaø s zmieszany widokiem kobiety. Stoją naprzeciw siebie tak blisko.przyszedøby zabójca? Ale rebelianci byli wyczerpani po døugiej walce i bez wątpienia gwa rdzista wysøany na wartę ledwie trzymaø się na nogach.prychnęøa w duch omysø. Wyszøa spomiędzy namiotów na pusty dziedziniec przed warownią. gdy mężczyźni wymykali się do tawern. jak na niego patrzys z.. Wz y wdech. Chciaøa zedrzeć suknię. Nie będę taką kobietą. Kiedy z namiotu dobiegø cichy jęk. . . Byøo jej niedobrze.. Czegokolwiek chciaøeś ode mnie. . Rowan uniosøa døoń.Dość! .powiedziaø o panowanym tonem. Może to tylko wyobraźnia . myśląc. opuścić warownię i zagubić się wśród leśnych cieni. objęøa się tylko ramionami.Nie jestem gøupi . .Na miøość Stwórcy. Odetchnęøa gøęboko. po tym jak Orlesianie uciekli w rozsypce do las u. nareszc znalazøa w sobie siøę. W końcu przystanąø i niepewnie spojrzaø na Rowan.Rowan? Odwróciøa się gwaøtowni Loghaina.nieważne. Czy w jej życiu będzie jedynie krew? Rowan poszøa do Marica.. . by się między nimi ukryć. Na gøadkich pøytach jej kroki staøy się wolniejsze.Loghain odezwaø się cicho. nie rób tego . Chciaøa. Zamiast odejść.. Zaskoczone spojrzenie przeszyøo ją do samego serca. tylko tę lekką. Pragnęøa siebie. Tren jej sukni pøynąø po kamiennej posadzce. jak piją. miaø na sobie tylko prostą koszulę i skórzane spodnie. że masz zostać królową u jego boku. niekiedy jeden na drugim. nie ma śpiących żoønierzy i namiot oni. Cienie w lesie poruszaøy się.. Wiem . ale się nie przyøączyøa. burdeli lub winiarni.lecz tylko jemu. . Nie obejrzaøa się. gdy się cofnęøa.powtórzyøa bøagalnie. . ujmując jej zimne døonie.Nie rób tego . Rowan cofnęøa się jeszcze bardziej i odwróciøa. Cokolwiek myślaøeś. .Po prostu zos aw mnie w spokoju. nadal nie potrafię prze o tobie myśleć. porwać ją na strzępy i wyrzucić. wbijając wzrok w ziemię. . . Czuøa spojrzenie tych lodowatych oczu. Loghain popatrzyø n dręką. Gniewne øzy popøynęøy jej po policzkach.. że smutek w oczach Loghaina s ię pogøębiø. To tylko sprawiøo. gdzie staø.. bezużyteczną szmatkę. Loghain z powagą skinąø gøową døugi czas milczaø. Rowan widziaøa. èatwo byøoby udawać. że nie ma na sobie zbroi. Byø obandażowany. Mężczyzna postąpiø bliżej. Søowa zabrzmiaøy szorstko i ostatecznie. Nie zachęcano do øupienia. Wielu ludzi spaøo na ziemi.w gøosie Rowan brzmiaøa gorycz.poprosiøa søabo.Widziaøem. wyrywając døonie z jego uścisku. a serce ścisnąø jej mróz. .. Jego oczy przypominaøy krysztaøki lodu i wywoøaøy u niej dreszcz. że tak musi być.Doprawdy? .Nie . że zostaøaś mu przeznaczona. Loghai ozostaø tam. Przez trzy lata pr waøem się z tym pogodzić.. wyprostowaøa się i spojrzaø iężyc. myśląc. Rowan odeszøa sztywno. nawet nie musiaøa patrzeć w jego stronę. wreszcie zamarøy. Świętowano bez opamiętania.syknęøa Rowan.Nie mogøam spać.I dlatego. Mogøa wspom o tamtą chwilę na początku bitwy. by zcić tak wspaniaøe zwycięstwo.Wiem. Stąpaøa bezszelestnie pr zowisko. by mag cierpiaø. że wokóø nie obozuje żadna armia. .. Wiedziaøem to od dnia.stwierdziø mężczyzna.Wyglądasz prześlicznie . by go uciszyć. wykrzywiøa usta. ale zignorowaøa pragnienie. . . zaøożyøaś elegancką suknię i wyszøaś na sp ie odpowiedziaøa. we dwoje. rozdzieleni przepaścią nie do prze bycia. ale nic to jej nie obchodziøo. księżyc świeciø jasno na ie. a jednak. mówiøem sobie. Tak bardzo chciaøa wrazić magowi miecz. Od na niego nie patrzeć. że wøaśnie nie myśląc . Wiatr świstaø między kamiennymi murami warowni. Wojowniczka mogøa wybaczyć bezimienne mu żoønierzowi tę lekkomyślność . lecz rebelianccy dowódcy nie mieli wyjścia . Rowan tu nie zosta .. wściekøość odbieraø ozsądek. Jak zawsze.Wytarøa oczy i raz jeszcze pożaøowaøa. W tym sęk.To ty . tylko to się liczyøo. nic a nic. by się ruszyć. zanim się odezwaøa. .. kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Powietrze przesiąkøo od orem piwa.

że będzie już daleko. musiaø osøaniać usta i nos chustką. Prawie się przewróciø i przekląø siarczyście się odzyskać równowagę.Wiem. Co staøo się z siostrą Ailis? Spojr .żoønierze zaczęli zbierać polegøych. zaciskając zęby z wściekøości. Niedøugo po rne køęby dymu ze stosów pogrzebowych uniosøy się w niebo i znikøy na morskim wietrze. niepewni swego losu. którzy spędzili noc. Ci. Ale te nadeszøa pora. który nieopodal myø się z zadowoleniem. .Nie skradaøem się. jasne wøosy miaø w nieøadzie.wcale dużo. Arl Rendorn szybko się zorientowaø.prychnąø ks iążę. jaki znali. Nad Gwaren wzeszøo søońce i w mieście wybuchøa gorączkowa krzątanina. dumnie unosząc ogon.Na tchnienie Stwórcy. Tym. W warowni na szczycie wzgórza panowaø spokój. spakowane starannie. . Loghain nie podniósø wzroku. że doprowadzę cię do armii rebeliantów. Życie musiaøo się toczyć dalej.te søowa brzmiaøy pusto nawet w jego wøasnych uszach. że Mari nie musiaø pytać dokąd. Muszę edzieć. wiedziaøem. Nic się nie staøo.Muszę znaleźć. gniewne kroki. a ciemny. których nie wezwano do pomocy w mieście. . Loghain spojrzaø mu w oczy. Otwarto skøady zboża i magazyny z zaopatrze niem. Dokąd s erasz? Kiedy wracasz? Loghain skończyø zapinanie popręgu nerwowym szarpnięciem. . kto nie. większość zwierząt ub bez pośpiechu przeżuwaøa siano. A jednak na sznurach ranie. Emocje w jego gøosie sprawiøy. że p ich po nocnych ekscesach byøa jeszcze pijana. to się nie mogøo udać. d ano materace i żywność. pod bosymi stopami zaszeleściøy ro rzucone resztki siana. Nieliczni søużący teyrna wracali o trożnie. zajmujący się gotowaniem i praniem przemykali na palcach po korytarzach warowni.Potrząsnąø gøową z niedowierzaniem. w nadziei. że chces z odejść! . choć tu i tam widać byøo ruch. Bandaże na brzuchu plamiøa krew. Gruby øaciaty kot. to. ilu zdoøaø . Od bardzo zdziwionej prośbą møodej pomocnicy dostaø namiot i zęt obozowy. Do pr acy wzięli się cywile towarzyszący rebelianckiej armii. Książę byø blady i spocony. i wymaszerowaø przez niedomknięte drzwi. podobnie jak parę znoszonych butów. . co zostaøo po ojcu. że trzeba zaprowadzić porządek.zapytaø. ale zaraz umilkø. Zamarø jednak na widok coraz większej k acji na twarzy księcia. spali smacznie. którzy dwa dni spęd w ukryciu. Oparø się ciężk anej kuli i dysząc. Maricu .ostatecznie zasøużyø na nią. co staøo się z jego ludźmi. wyczuwaøo się tu niemal namacal ne przygnębienie. niewa kto rządziø. Więc o co? . co ten mag może zrobić Rowan. Maric chybotliwie z bliżyø się do Loghaina na wyciągnięcie ramienia. W stajniach nadal nie byøo nikogo. A potem odwróciø się do wierzcho ca i podniósø sakwy. Przykuśtykaø w pośpiechu. A potem z ich pomocą postawiø na nogi więk szość żoønierzy.Nie bądź gøupi! . dlaczego t z? Dlaczego tak nagle? Loghain søuchaø go z kamienną twarzą. Odór p lonych ciaø czuć byøo w każdym zauøku. zaś podniszczone rybackie øodzie przecięøy fale.. Loghainie. by zabrać się do przygotowania posiøku i sprzątnięcia największych zniszczeń. Loghain nie odpowiedziaø. . podszedø bliżej. Wszystko to zrobiø ukradkiem. . .Nie o to chodzi. Kto przeżyø. Maric zmarszczyø brwi i kulejąc. kuląc się w pogorzeliskach. W nocy przy świetle pochodni odnalazø swój wysøużony skórzany pancerz w jednym z wozów z zaopatrzeniem.Nie potrzebujesz mnie.. w których dawno temu przyb yø do obozu rebeliantów. krzywiąc się smutno. biorąc pod uwagę.Powinienem byø odejść dawno temu. a potem obróciø się do Marica. na co boleśnie jasno wskazywaø brak butów i koszuli aric zdążyø zaøożyć jedynie wytarte spodnie. Dobrze b yøo znowu mieć go na sobie. mierząc Loghaina uważnym spojrzeniem. . Przyrzekøem. że ma dość. co zwykle czyniø w chwilach zdenerwowania.Wiedziaøem! .. co robisz.Muszę wracać . Wysøano ludzi do patrolowania ulic i rozpowszechniania wieści. Wszak nie juczy się szlachet nego rumaka jak muøa. . Na szczęście Loghain miaø niewiele do zabrania. Po prostu pomyślaøem. A co najważniejsze . że nie musisz nigdzie jechać . Obudziø tylu oficerów. Muszę go pogrzebać. skupiony na poprawianiu popręgu.. zbierając swoje rzeczy. . Kilka sakw podróżnych leżaøo nieopodal.Maric cofnąø się o krok. . Miasto byøo zbyt spokojne.Zdaje ci się. Niestety.I wiem. tøusty popióø osiadaø na każdej powierzchni.stwierdziø czujnie. zanim jeszcze Maric wpadø do stajni. spojrzaø na Loghaina podejrzliwie. z niedowierzaniem patrząc na zniszcz enia i ruiny. Mężczyzna usøyszaø nierówne.stwierdziø twardo Loghain. kiedy warownia się obudzi. . . wyraźni ana nie pozwala mu normalnie chodzić i miotać się jak zwierzę w klatce. że mieszkańcy aren są bezpieczni pod rządami księcia Marica. teraz powoli przechodzili ulicami. którego nic nie rozpraszaøo. i zrobiøem to. ale lekkie. by odejść.Tak? Więc jak to nazwać? Siodøasz konia przed świtem. Roz je od razu.Jesteś na mnie zøy za wczoraj ie wiedziaøem. skradaøeś się po obozie.Po prostu nadeszøa pora. Ci. Søona morska bryza rozwiewaøa nieco odór gnijących ciaø unoszący się w zauøkach smutnym. z trudem øapiąc oddech. . uznaø. nikomu nie mówiąc søowa. szarym niebiosom. a potem odwróciø. że dokąd się wybieras z? . ale niechętni.DZIEWIĘĆ. Po krótkim wahaniu Loghain postanowiø zatrzymać pelerynę porucznika . wiek odważyø się wyjść na zewnątrz. by porzucić jedyny dom. Lecz jeden z większych rumaków bojowych zostaø wyprowadzo ny z boksu i cierpliwie wyczyszczony przez Loghaina przed osiodøaniem. w jakie zmieniøy się ich domy.Gdy tylko mi powiedziano.

Maric już miaø odpowiedzieć. Kobieta wskazaøa na niego. Nic więcej nie można byøo dodać. której nigdy nie uważaø za swoją k w niezrozumiaøy sposób przez minione trzy lata on i książę zostali przyjacióømi. To ty zarzuciøeś mojemu ojcu. Caøą resztę można byøo równie dobrze zrobić beze mnie. że szuka argumentów. twój ojcie to rozumiaø.pokrzy iwania i tupot nóg.Ale sądziøam.Czyż twój przyszøy król? Czy nie jesteś mu winien lojalności? Z tego. Tu zrobiøem już swoje i teraz muszę wrócić. kiedy d sza zapragnie. Kulejąc. że ich twarze dzieliø ledwie cal. Loghain zaśmiaø się sucho i p drapaø po gøowie. . Jej pancerz zostaø wyczyszczony i lśniø teraz srebrzyście. .Bzdura. Naprawdę musisz to zrobić? . gdy wojowniczka przeszyøa go zimnym spojrzeni em i zmarszczyøa brwi. Zlekceważyøa go. bym zostaø . Loghain zesztywniaø.powied ziaø Loghain z pozornym spokojem. Rowan wyprostowaøa się sztywno. ale zawahaø się.Na twarzy Rowan znowu zagościø ch li naprawdę pragniesz odejść.. Cisza trwaøa døugo.Spojrzaøa twardo. podc an wyprostowaøa się.. czym z asøużyø sobie na tak wrogie powitanie.przekonać przyjaciela. teraz gdy tak wiele zostaøo do zrobienia. Zesztywniaø i westchnąø w duchu. zaś Loghain postaraø się niczego zauważyć. Nie tutaj.Mogę cię pasować . Wyglądaø na zaskoczonego i urażonego. Nawet z tym lodowatym grymasem na twarzy. Na zewnątrz zrobiøo się gøośniej i Loghain usøyszaø zbliż ię kroki. . Logh ain poczuø. nie daø tego po sobie poznać. jej pancerz zalśniø.My nie możemy. Nares zcie udaøo nam się zadać Meghrenowi naprawdę mocny cios.zapytaø Maric. .Tak.To byli ludzie.. że jest zbyt maøo elastyczny. .Co tu się dzieje? . Jeżeli Maric wyczuø napięcie. . . o których mój ojciec się troszczyø.poprosiøa. Wreszcie Rowan cofnęøa niechętnie. na jej twarzy odmalowaøo się zmieszanie.zapytaøa ostro.Zrobiøem wszystko. Więc mów do mnie.Więc dlac mam wrażenie. . Bez wątpienia Maric obudziø poøowę armii. . ale zaraz spoważniaø. Nie chciaøby.zapytaøa kobieta.Moja pamięć ma się caøkiem dobrze. Oparø się ciężko na kuli i obserwowaø. wyraźnie nie rozumiejąc. Loghainie. że jesteś lepszym czøowiekiem. Wygląda ślicznie . . . Nie jestem też jednym z twoich rycerzy. Książę milczaø. jakby chciaøa coś powiedzieć. Nie ma tu dla mnie miejs ca. .owagą na Marica.Skinęøa gøową. tak jak ty. Loghain. Nikt cię nie zatrzyma. że uciekasz bez søowa? Loghain westchnąø. Kroki zbrojnego. że tylko ja potrafię wyciągnąć z ciebie więcej niż trzy søowa naraz. Jestem tylko porucznikiem. Maric .nie potrafiø znieść jej spojrzenia.mruknąø Logha n ponuro. To przez Ma ica zginąø ojciec. Mężczyzna się nie cofnąø.Nocne Elfy to mój jedyny wkøad w ebelię.Maric wyszczerzy uśmiechu. podszedø do o enia jednego z boksów i oparø się o nie z grymasem.Odchodzę . . .Czyż nie jesteś Fereldeńczykiem? . nie tak naprawdę. odejdź.Do tego nie jestem ci potrzebny. . nie zatrzymam cię. który kiedyś wpad o w lesie. za którym kryø się tamowany gniew.Bøaganie w jej szarych oczach przeczyøo twardym søowom. Nie jestem jednym z twoich rebeliantów. . Najlepsze p lany taktyczne byøy twoje.Rowan. że gniew w nim umarø. ale nie wydusiøa ani søowa. Wreszcie Maric niechętnie odwróciø zrok. Ale jeżel i są sprawy dla ciebie ważniejsze.pomyślaø Log ain. . To rzekø mężczyzna. przychodzić i odchodzić. Bez ciebie rebelia nie zaszøaby tak daleko. Mam obowiązki. Potrzebujemy cię! Rowan postąpiøa krok. . to kiedy? Minęøy trzy ata. .Zd aje się. Mamy tylko jeden wybór: wypędzić Orlesian z Fereldenu lub umrzeć. by jeszcze iej chwili . zanim przyszedø do stajni.parsknąø. dusząc w zarodku køótni którą się zanosiøo. jak Loghain koń ować juki i zakøada koøczan.Nie w ten sposób. Rowan nareszcie zdoøaøa się odezwać. co mi powiedziaø. Mówisz do mnie przez caøy czas. Jak to się aøo? Loghain nadal nie byø pewien. . Typowe.To twój przyjaciel czy nie? Nie walczyl iście razem przez minione lata? Nie walczyliśmy wspólnie we troje? Czy ta więź nie jest ważn iejsza niż wszystko inne? . wywróciø jego życie do góry nogami i narobiø tych wszystkich køopotów. a Loghain musiaø zaangażować się w wojnę. nie spuszczając wzroku z twarzy Loghaina. nie .zabrzmiaøo to niemal jak groźba.Ni odchodź . podchodząc do Loghaina tak blisko. Dlaczego nie to? Loghain prychnąø pogardliwie.. Nie pragniesz go pokonać? Przecież chciaøeś zrobić wszystko dla swojego ojca. . Spojrzenie Rowan zøagodniaøo. co to.Próbowaøem go przekonać. Przez døugą chwilę tylko na siebie patrzyli.Wiem. W oddali rozlegøy się odgøosy budzącego się dworu . .A co z Orlesianami? . Nie pozwoli Loghainowi øatwo się wymknąć. Na dobre.A ty żądasz więcej? ak.Nie zwykøem dużo mówić. celowo nie patrząc.wtrąciø Maric ostrzejszym tonem. to nie. Poøożyø Loghainowi døoń na ramieniu gestem zatroskanego przy iela. o i pamiętasz. gdy Rowan stanęøa w progu. ...oznajmiø Loghain. Zamykaø i rozkurczaø pięści z gniewu. . . co do nich czujesz. żebym ic opuściø. choć widać byøo. zaciskając usta. o co mnie poproszono .Rowan . Loghain westchnąø ciężko i odwróciø się . Dlatego milczaø.Mylisz się. . . chodzisz? Na dobre? .Maric ma rację. dziękuję. Kasztanowe loki. Otworzyøa parę razy usta .L . żeby zostaø . . to proszę bardzo.Jeżeli nie teraz.wtrąciø Maric z westchnieniem. . jeszcze mokre po myciu. Rowan t rdzi.Loghain wróciø do mocowania sakw. . że przypisujesz mi zbyt wiele zasøug . . Ws rząśnięty Maric uniósø gøowę. . . . Loghain spojrzaø wyzywająco w czy księcia. kleiøy jej się do jasnych policzków.Nie ma żadnego powodu.ostrzegø Maric ni epewnie.

skomentowaøa Rowan oschle.przerwaø Loghain.Chciaøem odejść. . przepaść między nimi wydawaøa się ni mal widoczna. Powoli skinęøa gøową.. którym nie pozwalaøa popø in nie miaø nic więcej do powiedzenia.Zgoda. . . Pr oszę. Moment nieskończonej agonii.Maric odezwaø się z namysøem . . ale zrobiø to zbyt szybko. który dla kontrastu wydawaø się bardzo z siebie zadowolony. że powinien coś powiedzieć.Au! Ostrożnie z tym! . a potem spojrzaø na Loghai a. Co gorsza.Loghain n ie miaø co do tego wątpliwości. ostrożnie dotykając opatrunku. Ten wzruszyø tylko ra mionami. . . Wiem też. Bo zecież nie ma innego sposobu. Wyprostowaøa się z kamienną twarzą. czy zapamięta tę chwilę. . .wtrąciø Maric. My wszyscy. że powinniśmy to zrobić wøaśnie teraz . . Jesteś tu. czøowieku! Nie powinieneś mieć trochę godności? Odrobinę? . spoglądając na Mar ca. nie zdążyø jednak zapytać. niż sądziøaś.nigdy nie obiecywaøeś.westchnęøa Rowan. Tak pewnie będzie najlepiej. . Roześmiali się wszyscy troje.. Stali wśród kurzu i siana. książę osunąø się na kolana. o co chodzi. Pomogøa księciu odzyskać równowagę. Ję byøby upadø. że cisza staøa się przeszkodą nie do pokonania. Rowan cofnęøa się od ięcia jak oparzona. pytająco patrzyø na księc a. a potem odsunęøa s aric spojrzaø na nią zmieszany. Potem kiwnąø gøową.kompletnie oszalaø. Zacząø wstawać. Arl zastanowiø się krótko. z oczyma peønymi øez. Zostaję. . prawda? . Rumak. Parsknęøa z odrazą. kobieta zapytaøa: . że zostanę. wiem..Nie dokonalibyśmy tego wszystkiego bez ciebie.D aj mi skończyć . bo jestem gorszym czøowiekiem. . która wydawaøa się wiecznością. że potrafisz prowadzić żo i nie byøo. Żadne z nich się nie odezwaøo.Nic więcej wartego zabrania nie byøo.On jest. żebyśmy z Marikiem nie dziękowali Stwór ją obecność.Wilhelm na pew mnie za to zabije. Myślę. nie powinnam być jedynym powodem. .Jak dzo po męsku.westchnąø z rezygnacją.. jak bardzo ważny jesteś dla nas i naszej sprawy.Byøoby niezøe widowisko. Miaø e. Logh ain pomyślaø.Nie za każdym.Rana ci się otworzy . . Wróciø więc do juków. Loghain zastan awiaø się. nie musicie.Jeżeli zamierzasz gonić mnie za każdym razem. oddychając szybko i po się po wysiøku. jeże li naprawdę zamierza zostać. . nawet arl.L nie Mac Tir. ale napięcie rosøo z każdym uderzeniem serca. . ponieważ przesiąkając ez bandaż krew zaczęøa spøywać mu po nodze. czekaø gotów do drogi. Rowan odwróciøa się do wyjścia.Uhm.nakazaø..Spojrzaø na nią twardo. dla którego zostajesz. Mar c skrzywiø się. czy będzie potrzebowaø tego wspomnienia jak tarczy. Maric zachichotaø. . . . że powinniśmy zrobić o czym rozmawialiśmy parę dni temu. podczas gdy pozostali dowódcy zerkali na niego wyczekująco.. Loghain zacisnąø powieki.Maricu.Zaraz . . amiona na piersi.. mój książę . Stali nieruchomo. Arl sprawiaø wrażenie zmieszanego.Mówię poważnie. że zostaniesz. że zostajesz? Goniøbym cię nawet w bieliźnie. osiodøany i objuczony.spytaø Loghaina.pomyślaø Loghain ponuro. Po chwili.Powiedziaøem już. søuchając zamieszania na zewnątrz i parskania koni. Zbroja kobiety zadrapaøa go w nagi tors i Maric szarpnąø się w uścisku. Arl skrzywiø się z powątpiewaniem.. wzruszając ra nami. zaczynaøo s ię kruszyć. . nie porzucaj tego. gdy byli sami. Jedno byøo pewne . gdy z wysiøkiem ukląkø. .Ja i godność? oro masz być królem i tak dalej. minęøa. . . . by odejść.uśmiechnąø się arl. ostatnie lata nigdy by nie nadeszøy. a ja zacząøem na tobie polegać. . czy zapamięta siøę ukrytą za tym bezgranicznie nieszczęśliwym zmarszczen iem brwi kobiety Zastanawiaø się.Chciaøeś odejść z m owodu? Przystanąø. .Myślę.Wybierasz się dokądś? .Jak sobie życzysz. prowadząc arla i innych oficerów. Maric uśmiechnąø się szeroko. . Twoja szarża nie oddaje. ale Maric powstrzyma døonią. by go podtrzymać. Ogrodzenie zatrzeszczaøo. marszcząc br wi. Loghain z niedowierzaniem potrząsnąø gøową.Czy to znaczy.Tak.Bøagam cię. Trzeba byøo wymknąć się po ciemku.. gdyby Rowan go nie podtrzymaøa.Ach! . . Dowiodøeś. Odwróciø się do Loghaina. prawda? Westchnąø z irytacją. Rowan i Loghain spojrzeli w różne strony . . jakich mam. . .. .W jego przypadku to może być wsz ystko. lecz ta chwila rad nęøa. Przygarbiø . Kobieta spojrzaøa na niego. wybuchając jednocześnie śmiechem. czując na plecach sp nie Rowan..Ale nadeszøy. zostawiając pancerz i resztę rzeczy . uznaliśmy.oznajmiø Maric. że godność zabraøa mi Rowan. . jak sam widzisz.Zapewne od nad miernego wysiøku . . . że o wiele bardziej odpowiednia będzie . gdy uśmiech wojowniczki zniknąø. Loghain spoglądaø na Marica przerażon ale i poruszony jego pretensjonalną pozą.chwila. dobrze søużyøeś księciu przez minione lata.N tchnienie Stwórcy. że gdy cię nie spotkaø.ostrzegø szorstko. Prawdopodobnie.. Po pewnym czasie prz ykuśtykaø Maric.Już nie.. a potem z nowu spoważniaø i spojrzaø na Loghaina. postanowienie.Co on teraz wymyśliø? Loghain wzruszyø ramionami. Zatem choć nie urodziøeś się w rycerskim stanie. Loghain potrząsnąø gø wą i bez søowa zacząø luzować mu uprząż. Loghain czuø się teraz jak tchórz. lśnią i kasztanowe loki.Nie byøo dnia.Teraz? A potem zauważyø na wpóø okulbac o rumaka i zmarszczyø brwi. czy wyryje mu się w pamięci ksztaøt policzka Rowan.. .. wasza øaskawość . Podtrzymując się kurczowo o grodzenia. al rawiø ją gestem.Nie jesteś. a potem chwyciø kulę i pokuśtykaø do drzwi jak czøowiek gnany gnieniem speønienia najważniejszej w życiu misji.Uśmiechnąø się smutno. gdy spróbuję odjechać.Zaczekaj! . . Ty i Rowan jesteście jedynymi przyjacióømi. by stąd uciec. Zaniepokojona Rowan rzuciøa się.Myślę.

wymienili zdumione spojrzen ia.Nie. nieprzewidywalny... Maric przeøknąø ślinę. abym zostaø . czu ję się zaszczycony. Nie miaø pojęcia. co znaczy ten gest. Nikt nie zauważyø.zamknij się. teś skøonny przyjąć ten awans.mówiø dalej Rendorn. Przysięgam. . . .Loghain skrzywiø się. . . że ja. ale masz je. Książę zamkn ta ze søyszalnym køapnięciem. gdy w osø eniu patrzyø na arla. wbijając wzrok w zi A potem niezdarnie przyklęknąø na jedno kolano przed Marikiem. Tym razem to Maric poczuø osøupienie.Moje polecenia dla większości oficerów będziesz przekazy waø wøaśnie ty i oczekuję.Żaden ze mnie rycerz . . . na ile cenisz s obie moje søowo. Ksią mieszany.roześmiaø się Rendorn. byś wiedziaø.To nie øapówka . Protesty utknęøy mu w gardle. .lecz ty lko zamarø.Kącik ust starszego mężczyzny drgnąø w rozbawieniu.dla ciebie ranga komendanta. Ujrzaø wyciągniętą døoń arla i uścisnąø ją os zja . nie. jakby nie miaø pojęcia. że będę ci søużyø najlepiej jak tylko zdoøam.przerwaø mu Loghain . Loghain mógø tylko gapić się z rozdziawionymi ustami..To nieporozumienie.. . wyczuwając nagrodę . Oczywiście. a potem znowu na Loghaina. Byø . że przejmiesz ode mnie część logistycznych obowiązków..wykrztusiø Loghain. gdy w m niu odwróciøa się i odeszøa.. Maric uśmiechaø się szeroko ze szczęścia. zanim zdążyø pomyśleć. .stwierdz z mocą. Maric popatrzyø na Loghaina ze skrajnym przerażeniem.. Maric szczerzyø się nadal radośnie i również wyciągnąø rękę. To znaczy wiem. że jesteś loj alny. Bezradnie spojrzaø na arla Rendorna i Rowan. patrząc ca twardo zostanę..Dowiod tych sprawach jesteś dość. tylko na nią patrzyø. Lec ezdolny wydusić søowa. Nie jestem szlachetnie urodzony i nie mam pojęcia.Ale komendant twojej armii powinien być związany z tobą przysięgą wierności lub czy podobnym. Loghain już miaø znowu przerwać. Loghainie .Jeżeli naprawdę chcesz. jeżeli tak bardzo mi ufasz.. bo gardøo mu się zacisnęøo ze wz woje søowo znaczy dla mnie bardzo wiele. nie! Nie potrzebuję od ciebie żadnych przysiąg! .. Świeżo mianowany zastępca na czelnego dowódcy miaø wrażenie.Przyjm ję .Co robisz? Loghain zmars zczyø brwi.Maricu .dodaø Maric. .Nie. A jeżeli chcesz mi powierzyć swoją armię.wyznaø szczerze... ale kiwnięciem gøowy potwierdziø swoją decyzję. . . Rowan powoli cofnęøa się do wyjścia. Jesteś moim przyjacielem i moim księciem.. . .E. którzy stali za plecami arla. że Maric to zaplanowaø..Maricu. Coś nie tak? . Wstrząśnięci oficerowie. Na twarzy wykwitø mu palący niec.To stawia cię tuż za mną w dowodzenia . . nigdy nie.zacząø Loghain.Po prostu chciaøem. a twój ojciec byø wielkim. że wøaśnie robi z siebie gøupca. cofnąø døoń.

ni e wiedząc. . .. Møody mężczyzna spojrzaø na nich. . potrząsają milczącym niedowierzaniu. Maric wyszczerzyø się jak wariat. co się robi w takich sytuacjach. Jestem gøupcem . .Maric zachicho taø i wspierając się na oficerach.naprawdę wzruszony do gøębi serca. Oficerowie zasalutowali. by uczcić twój awans? . Loghain staø przez chwilę.prychnąø Loghain..Zaøożę się. . pokuśtykaø do drzwi. że nawet po wczorajszej nocy znajdziemy tu butelkę w na lub dwie. A potem ruszyø za Marikiem.pomyślaø.A jaki jest lepszy sposób. jakby sprawdzaø brzmienie tytuøu. .Wøożysz przynajmniej koszulę? .Komendan t Loghain . Loghain powoli wstaø. Arl Rendorn skinąø gøową w milczeniu le na twarzy jaśniaøa mu duma.Skoro nalegasz.powiedziaø gøośno.Raczej pijaka lub dwóch . Mężczyzna zaśmiaø się ponuro brzmi naprawdę dziwacznie.

Ulga tego czøowieka byøa mal namacalna. Okazaøo się jednak. Ku jego wściekøości znalazø o kilku śmiaøków. że uzurpator się nie dowie. Rowan nalegaøa na to przedstawien ie. budziøa ich iepokój. A ci. Przynajmniej poøowa zgromadz komnacie gości nigdy nie towarzyszyøa rebelianckiej armii. Czemu miaøby się spodziewać. Nadeszøy nawet wieści. zabijając Marica. że przybyszów byøo o wiele więcej. a le gdy tak się nie staøo. Cho ciaż siøy Meghrena próbowaøy dostać się do Gwaren. jak się okazaøo. nie bacząc na gniew uzurpatora. energicznie zająø się swoimi obowiązkami. którzy wesprą armię księcia materialnie. teraz okazaøa się wyjątk skuteczna . Zapewne z tego powodu kol ejne gøowy ozdobiøy bramy paøacu w Denerim. że książę ma szczere i uczciwe zamiary.DZIESIĘĆ. zøożonego z rebelianckiej szlachty i ty ch. jeśli los się odwróci. zapewne cieszyli się i odczuwali ulgę. które miaøyby popøynąć i zdobyć Gwaren. Uśmiechy miejscowych bez wątpienia szybko zbledną. z tego też powodu uzurpator musiaø zaoferować niebotyczne wynagrodzenia za w ynajęcie statków i zaøóg. Na szczęście. Meghren miaø związane ręce. Arla Rendorna martwiøo. a tak przynajmniej mówili szlachcice. pierwszy od czasów klęsk dziada. gdy widziaø. M aric szydziø ze środków bezpieczeństwa w warowni. jak siedzącego na ozdobnym krześle księ ia zaczyna ogarniać coraz większa nerwowość na widok tøoczących się przy stoøach gości. Szlaki lądowe prowadzące do Gwaren byøy zamknięte. ią to wyøącznie pod warunkiem. Byli to ziemianie. Reputacja elfów wśród Orlesian i ich sojuszników utwierdziøa się . jaką rebelia udoskonaliøa na poøudniu. ilu z tych ludzi pod koniec dnia podaruje Ma ricowi coś więcej niż søowa zachęty? Niewielu. Arl Rendorn obawiaø się. Oczywiście. aczkolwiek przekazywali wieści w bardzo zawoalowanej formie. skoro rebelia nadal mogøa się swobodnie poruszać. Przez tnie tygodnie uzurpator nie uøatwiø życia rebelii. paru rlesianom nie udaøo się opuścić Gwaren na czas. ale Loghain zastanawiaø się. zanim znalazø ię w pobliżu miasta. Fereldeńczyk z dziada pradziada. jak zauważyø Loghain. Poza tym wieści zapewne dotrą do Denerim. że uciekinierzy zaczynają powracać do swych domów. a czerwieniejące coraz bardziej twarze rozc iągaøy uśmiechy. kiedy Maric pozostawiø go na stanowisku i daø mu pozwolenie na korzystanie ze wsparcia żoønierzy dla przywrócenia prawa i porządku. Jeżeli wierzyć pogøoskom. że Maric jest dość silny. czy ich nie zakwestionuje. Lecz Loghain musiaø przyzn ać. Nieszczęśnik porysowaø podøo ak byø przerażony . ale panowanie nad nim .a Loghain byø dumny z roli. Pechowcy czy nie. by nie skończyć strzaøą w gardle. ale jak dotąd do tego nie doszøo. na początku przy każdym poleceniu oglądając się na Marica. ale na szczęście nie za d nich dobrobyt miasta. kiedy to nastąpi. Wśród gości muszą być . również miesz waren przekonali się do nowego wøadcy. uważnie obserwowano. by naprawić zniszczenia i zadbać o dach nad gøową dla poszkodowan . Okupacja Gwaren stanowiøa wrzód na orlesiańskim pośladku . I na pewno o wiele więcej. którzy przybyli morzem. Tych. w jakiej się znaleźli. niż przypuszczaø. że są koniecz Zdobycie miasta to jedno. którzy pragnęli zapewnić o swojej wierno Zwiększono również wysiøki. Regularnie nękaøy oddziaøy uzurpatora w lesie. Na pewno nie byøy to jedyne problemy. że imperator Florian w końcu przyśle uzurpatorowi flotę do patrolowania wybrzeża. Gdy się w końcu upewniø. traktowany źle przez Orlesian wøadających wybrzeżem. by mieć wøasny dwór. których wypuszczono. Gøówna sala warowni Gwaren byøa zatøoczona. którzy ośmielili się przybyć. zaś pod warownią ustawiøy się kolejki tych. Taktyka. to przyzwoity czøowiek. Warownię otoczyøa straż. na wygnaniu. nawet niewielkiego. Burmistrz ostrożnie sprawdzaø swoją dzę. Gwaren øatwo daøo się bronić. Wino laøo się strumieniami. którym nie powiodøo się w imperium. że rebelianccy najeźdźcy będą lepsi? Prz y wstrząs. niż Maric arzyć. jaką jego Nocne Elfy odegraøy w dziaøaniach osøab iających nieprzyjaciela. Loghain z trudem hamowaø uśmiech. garść kupców oraz rzemieślników.rebelia nie ośmieliøa się na taką man ację przed zdobyciem Gwaren. Port pozostaø otwarty i po krótkim okresie niepewności z nowym wigorem powróciø w nim handel.to zupeønie inna sprawa. a także søużący możniejszych gwardziści. Sytuacja. Powszechnie zaakceptowano Marica jako przyszøeg o króla. nie byø trudny do obrony. Starzy i wydziedziczeni. Maric spotkaø się z burmistrzem. że w armii Meghrena żoønierze odmawiają wychodzenia w nocy na wartę. Na szczęście. Loghain nie zamierzaø ryzykowa zechcą udowodnić swoją lojalność Meghrenowi. prowadzący przez dzikie lasy. Fereldeńczyków nigdy nie ci do morza. Nigdy nie miaøa søużyć za komnatę reprezentacyjną iego dworu. niewiele mó obić. że bunt rośnie w siøę.uważano je teraz za bezwzględnych zabójców. okaza niezależności od Meghrena mogøo okazać się przydatne . Przesmyk Breciliański.żoønierze musieli go przywlec przed oblicze księcia. Pozorn ie okazywali lojalność. Tymcza sem uzurpator zbieraø siøy zdolne przedrzeć się przez Przesmyk Breciliański i zaatakować mia sto. zostaøy zmuszone do odwrotu. ale nawet Rowan zgodziøa się. Na korzyść księcia dziaøaøa też zwykøa ludzka ciekawość. Na razie rebelianci byli bezpieczni. szlaki wodne nie zostaøy zablokowane. ale trudno byøo niego wyjść.dowodziøa. Krąż ogøoski. piln nież więźniów w lochach. Nawet jeżeli obecność księcia i jego świty w warowni wiązaøa się z pewnym ryzykiem.

Wiem. Poczekaø. W iemy jednak wszyscy. którą teraz nosi uzurpator! Na te søowa wybuchøy wiwaty. by podzielić się z nimi uwagami lub uczuciami. Wieści o rzadko nadarzającej się okazji. wodząc spojrzeniem po tøumie.Przede wszystkim. jeźdźcach wysøanych przez impe atora. a nie formalna uprzejmość. Fereldeńczycy powstaliby już dawno. Jego gøos øatwo poniósø się po cichej sal liście mnie o to wcześniej. wielu szlachciców wst aczęøo klaskać z entuzjazmem. by mocno dopiec Orlesianom. Loghain wyob rażaø sobie. Wielu ze zgromadzonych wyraźnie się martwiøo. co arl mu powiedziaø pomyślaø Loghain. Haøasy w sali zaczęøy cichnąć. Arl Byron nie żyje. większość szlachty wróciøa na swoj ca przy stoøach.Chcę. gdy Maric nareszcie podniósø się ze o miejsca. która obserwowaøa uroczystość spod ścian. gdy jego nauki poszøy na marne. Wiem. W jego oczach pøonąø ogień. Uzurpator søynąø przecież z tego. . Sala szybko zamilkøa.odbyøa się. Ceremonialnie uderzyø drzewcem trzy razy w kamie zkę . arl Rendorn i r ebeliancka gwardia przyboczna. a nawet j eżeli uda nam się ją pokonać teraz. Loghain byø skøonny się z tym zgodzić. . ale Maric uciszyø go uniesieniem døoni. niektórzy z e smutku.Nasze miecze należą do ciebie. jak starszy mężczyzna zbladø. Ponad pięć tysięcy suwerenów.Ks hnąø się zøośliwie. Maric p owiódø spojrzeniem po zgromadzonych.Bez tych pieniędzy Meghren zmuszony będzie albo naøożyć a Ferelden wyższe daniny. Gdyby nie ich obecność. . do twierdzy na chodnim Wzgórzu. Zamierzam aøożyć koronę. albo wyciągnąć rękę do swojego imperatora i żebrać o wsparcie. co czują. co powinien mówić i jak się zachować . Przypominając sobie czas spędzony w Bannorn. Niechaj ża den miecz nie zostanie obnażony. tego Rowan byøa przekonana. podobnie jak Rowan. matkę księcia. .Teyrn Voric zostaø oskarżony o udzielenie schronienia moje j matce i mnie. skandujących gøośno i z powagą: .. wśród nich arl rn. że nie zlekcew wykle wszystkiego. . Znali Królową Rebeliantkę. umilkøy najcichsze nawet szepty. Nie zaprosiøem was jednak tutaj. Zrobiø krok naprzód. byście byli świadkami koron W komnacie podniósø się szmer zaskoczenia. że uczyniliśmy pierwszy krok do odzyskania ojczyzny. gdy arl Rendorn ogøos iø moją matkę prawowitą królową. albo desperacja. co się staøo. a potem ruszyø powoli między stoøami. Aż za dobr ze wiedzieli. jak na króla przystaøo. a Loghain cichym gøosem przyøączyø się do zgromadzonych. Rendorn przez wiele godzin u czyø Marica. Każdy z obecnych byø boleśnie świadom. tylko raz. którą wybraø z garderoby dawnego pana warowni. gdyby nie krople potu na nerwowo zmarszczonym czole. dopóki doszczętnie nie zgniją. że książę wydaje się drobniejszy w czarnej.zacząø Maric. by ich ciaøa wisiaøy n ku w Denerim. aby moja koronacja . Szepty i szmery umilkøy. Zresztą dyplomację pozostawiø księciu. A potem uzurpator oddaø Gwaren swojemu kuzy nowi. że wielu z was byøo w Redcliffe. Loghain dostrzegaø jednak w oczach Marica. Żoønierz po nownie uderzyø drzewcem. . Zask one oczy skierowaøy się na Marica. by mnie tutaj powitaø. że książę ma inne plany.Wøadza Meghrena opiera się na ciężkozbrojnej konnicy. Zza krzesøa Marica wystąpiø żoønierz z døugą wøócznią i zwojem. niż przyø belii. Po co zatem tu jesteście? . Lecz wyglądaø przy tym dostojnie. a traktowani będziecie z szacunkiem należnym. a z pewnością wyglądaøby jeszcze bardziej. Meghren skazaø caøą jego rodzinę na śmierć i rozkazaø.pomyślaø. . a czary z winem brzęczaøy częściej i częściej. lecz większość obserwowaøa go wyczekująco. Jednak dotarøy do nas n we wieści. którzy woleli zostać na swoich wøościach. gdzie staø. zanim ucichøy okrzyki radości. Loghain pozostaø tam. jaką cenę trzeba pøacić za z ięstwo Orlesian i ile muszą poświęcić ci. Wiem też. Rozmowy robiøy się coraz gøośniejsze. po cz wycofaø. Żoønierz rozwinąø pergamin i zacząø czytać: W tym uroczystym dniu dziewięćdz ziewiątego roku Wieku Bøogosøawionego witajcie na dworze księcia Marica Theirina. Loghainowi się to spodobaøo. że żoød dla legionów uzurpatora zostanie przesøany na póønocne wybrzeże. Ich roczny żoød. Żoønierz zwinąø pergamin i skøoniø się nisko Maricowi. co się staøo z teyrnem Vorikiem. pierwszego króla Fereldenu. Gdybyż t ylko teyrn Voric żyø. Książę nadal staø w milczeniu.. Loghain pomyślaø. imperator przyśle następne legie. Wielu szlachciców spuściøo wzrok. aż szepty się nasilą.iedzy. gdy zasiądę na tronie Kalenhada. Ty bezczelny dra niu . Loghain widziaø.Drogo zapøaciliśmy za tę wiedzę. że większość przybyøej szlachty przywiodøa do Gwaren albo nadziej . że nie obdarzaø nikogo dobrodziejstwem wątpliwości. W sali panowaøa cisza jak makiem zasiaø. nad czym się zast anawiacie: Co możemy zrobić przeciwko konnicy? Pokonaøa nas podczas najazdu. że szepty oraz szmery umilkø ak ucięte nożem. Niektórzy szlachcice za szeptać między sobą. prawda? W komnacie zapanowaø smu tek. obszytej gronostajam szacie. co myślicie .triumfalny dźwięk odbiø się echem od sklepienia i sprawiø. ale to dzięki ni iemy. Niektórzy milczeli wstrząśnięci lub zaskoczeni. abyście pr zekonali się na wøasne oczy.podjąø Maric.formalności podpatrzone na prawdziwym dw orze. Byø przyjacielem mojej matki i chciaøbym. . syna k rólowej Moiry Theirin i potomka krwi Kalenhada. Mam nadzieję. Komnatą wstrząsnęøy o rachu i zdumienia oraz gniewne pytania.Albowiem zamierzamy uzurpatorowi zabrać to zøoto. . .rzekø gøośniej . dys gorętsze. Pochylali się w stronę sąsiadów. Nie znali Marica tak jak on. szlachcice patrzyli tylko na księcia. inni ze wstydu. panie! Gdybyż to tylko byøa awda.

. Nie spodobaøo im się erwsze miasto. teraz w milczeniu rusz yli do wyjścia. liczyø. wielu szlachciców zerwaøo się z krzeseø i zaczęøo krzyczeć na Marica.nie rozumiem. Bez wątpienia nieszczęśnik zastanawiaø się teraz. że plan księcia jest ryzykowny! Ale pomyślcie. więc wynająøem parę galer z Antivy. Jeż nak napadną na Gwaren. Sala ucic høa. przyjaciele! Wielu z przybyøych zerwaøo się na równe nogi. gdy zabrzmiaø poniósø się echem po komnacie. co nastąpi. . zdawaøo się.krzyknęøa siwowøosa bannora. A co. Jak chcecie się dostać na Z achodnie Wzgórze? Podobno wojska uzurpatora stacjonują na Przesmyku Breciliańskim. Maric uniósø døoń. Dwaj møodsi bannowie. Prawdą jest. którzy od początku bez entuzjazmu trzymali się na dystans. Sprawy wymykaøy mu się spod kontroli. Ale książę nie mu o niczym wiedzieć. ale nie powiem. Zgromadzeni przerw ali mu rykiem dezaprobaty.Mam obawy co do tego planu.stwierdziø twardo. zostaøy osiągnięte dzięki podjętemu ryzyku! Arl cofnąø się. . skawość. . niż zyska. . Wedøug Loghaina dziaøania Marica wiązaøy się z dużym ryzykiem. . którego Lo ghain poznaø podczas wędrówki przez Bannorn. ile zobaczyli .Nie będę køamaø . co mamy. jakimi cies zy się nasz książę. kilku mężczyzn uderzyøo ięściami w stoøy. a wielu innych panów na wøościach wzięøo to z potępienia. Zapytaø o to. jak m niemam? . że nieszczęsny burmistrz. W komnacie znowu wybuchøo zamieszani e.si edzieli spokojnie. którzy należeli do rebelii i wspierali ją od dawna . by zgromadzeni usøyszeli. nie zdoøamy ich powstrzymać.upewniø się Maric wystarczająco gøośno.Książę Maric nie køa Nie możemy pozostać w Gwaren! Prawdą jest.oznajmiø ponuro. Kobieta niemal niezauważalnie skinęøa gøową w odpowiedzi. O Maricu wiedzieli tylko tyle. W tøumie zabrzmiaøy domyślne ro bawione chichoty. a kilka osób p wtórzyøo jej pytanie. haøasy w sali wyraźnie ucichøy. Kiedy tylko zostaø zauważony. Arl Rendorn zrobiø kolejny krok. Loghain byø pewien. wróciwszy na krzesøo u szczytu komnaty. . czy armia księcia zyska dodatkowych żoønierzy? Rebelia więcej straci. jeżeli odzyska wøadz miastem. choć haøas się wzmagaø.Uzu tor nie ma jeszcze kontroli nad drogami morskimi. Każdy bez trudu mógø przecież uznać. niewielcy wøaściciele ziemscy z póønocy. pobladø jak ściana. że jego ciężka niebieska szata przygniecie go do podøogi. ale warownia nie oparøaby się atakowi wielkiej armii.w ic h oczach byø albo bardzo odważny. jeśli szlachta go nie poprze? A jeśli nawet poprze. że porzucicie Gwaren? Maric søuchaø okrzyków.. Na dodatek z miasta trudno się wycofać dlatego próba utrzymania go maøymi siøami byøaby w tej chwili co najmniej nierozważna.Moje obawy są lękami starego czøowieka. które rebelii udaøo się uwolnić. . które wybuchøy po pytaniu starca. krzywiąc się lub wydymając usta. robiąc krok naprzód. że ws lię. Uśmiechnąø się lekko. jeżeli am się uda! Harmider narastaø. zostanie opuszczone.Ale! Ale są też korzyści. wstaø i uniósø døoń. by zwrócić na siebie uwagę nych. Ale książę pragnąø jej. by ich przekrzyczeć. Wraz z trzema żoønierzami ukradkiem opuściø natę w ślad za bannami. skoro przejąø Gwaren. że wszystko. . Stary b ann Tremaine wyglądaø na zmieszanego.Tak døugo żyliście pod orlesiańskim butem. dlaczego Maricowi za leżaøo na aprobacie ludzi z zewnątrz. kręcąc gøową ze smutnym niedowierzaniem.Zechciej mi wybaczyć. iedzący przy jednym ze stoøów. Harmider trwaø døugą chwilę. Czy nie będziecie musieli ich pokonać. Inni spojrzeli na arla.Bann Tremaine. Bann skøoniø się cunkiem. Loghain wiedziaø. W ten sposób dostaniemy się na póønocne wybrzeże. którego z apewne nie uda mu się døugo utrzymać. wstaø z miejsca obok księcia ie czuø się dobrze w oficjalnych szatach. Maric wyglądaø na zden owanego i pociø się coraz mocniej. Skrzywiø się lekko. .ali zapewne też arla Rendorna. Ale większość szlachty nie miaøa o tym pojęcia. Dopiero gdy Maric skinąø. Loghain podchwyciø spojrzenie Rowan stojącej pod przeciwlegøą ścianą. nie będziemy w stanie utrzymać Gwaren bez względu na to.Wasza Wysokość . Ni e odezwaø się.Statki . a gøos tak cichy i szeleszczący.Jeżeli te go nie zrobimy. .Musimy pozbawić uzurpatora wsparcia . Bann Tremaine u siadø. że przeøoży się ona na rialne. a aø przegøosowany. zmuszając arla do podniesienia gøosu.zacząø bann . Nie byø pewien.Ale czy to nie znaczy. . znany i szanowany.Nie ma wyjścia! . Jeden ze starszych bannów. by lepiej søy co powie nestor. Maric posøaø mężczyźnie uśmiech wdzięczności. że wielu gości uniosøo się nad stoøami. a nawet pozwoli wpøynąć na Zjazd Możnych. albo bardzo gøupi. że nie pamiętacie ak to jest uderzyć wroga i wygrać! Jego søowom odpowiedziaøy wiwaty. marszcząc z konsternacją brwi. że Gw aren można bronić døugo.Co myśli o tym arl Rendorn? . Nat ychmiast rozlegøo się: Ale co się stanie z nami? Loghain zauważyø.. ale na niektórych twarzach pojawiøy się grymasy zmartwienia. co się stanie. który nadal pozostawaø prawomocną wøadzą w denie. Maric niewzruszenie na to pozwoliø. Loghain zerknąø na tych. gdzie dokøadnie wyląduje moja armia.. . Wszystkie sukcesy. ale tym razem haøas nie ucichø.krzyknąø ksi eście zostanie garnizon! Mam nadzieję. Loghain wiedziaø . że siøy uzurpatora ruszą na póønoc za naszą armią. że Maricowi się to nie spodoba. . przez ten książęcy dwór. by dostać się na póønoc? . gotowi wyjść. . który nie sprawiaø wrażenia zadowolonego. co zrobi Meghren. przeznaczyliśmy na wynajęci e statków. Skórę miaø ja gamin. Loghain spieraø się o to już wcześniej. co zapewne wszystkim chodziøo po gøowi e: .wyjaśniø Maric. miasto.

Jeżeli k tokolwiek ma szansę. wątpili. którzy je przekazali z Z achodniego Wzgórza. spoglądając wyzywająco na czony tøum. a na policzkach wykwitøy rumieńce. Jego søowa zlekcew ażono. skorzystam z pomocy każd ego. stanęli jak wmurowani. że taka ostroucha zdoøa otworzyć bramy twierdzy? Loghain zauważyø. Bann odprawiø ich krótko. Pomogą nam zakraść się do twierdzy ako søużba i otworzyć bramy. kto mi zaoferuje wsparcie! Podszedø do banna Donalla i spojrzaø mu prosto w ocz y. Ruszyø przed siebie.wyglądaøo na to. Wyzywająco spojrzaø na rudowøosego banna przez chwilę sprawiaø wrażenie. Możni mu nie wierzyli. Katriel wytrzeszczyøa oczy z zaskoczenia.warknąø Maric. którzy chcieli wyjść.Sądzisz. Znamy imiona tych. elfka. wasza øaskawość.i na samą myśl.Ona. że pewnego dnia rebelianci będą stali w tej sali? Jak wielu z was uważaøo. nie tylko je przekazaøa. Skromnie dygnęøa przed szlachtą. dając szlachcie czas na przetrawienie tych søów. jak to się staøo. że możemy przebierać wśród takich ludzi. Wyszøa na oświetlony środek komnaty. By tego dokonać. To jej zasøug a. czy możemy zdobyć Zachodnie Wzgórze! . że Maric upada na duchu. ego dokonać! . . ponieważ nadarzyøa się nam okazja.To jest kobie . skryta w cieniu. Arl Byron byø najpotężniejszy z nich. by zostać jedną z faøszywych søużących. nie racząc nawet zaofiarować noclegu lub poczęstunku.rzekø Loghain . ale dopiero po chwili u daøo mu się przekrzyczeć haøas. a raczej spory. że jestem lekkomyślny? . Ci. Wyciągnąø miecz. Jeżeli szukacie powodu. że caøe srebro zdobyte w Gware a pójść na żeglugę.Zmierz zimnym spojrzeniem. Szlachci spoglądali teraz tylko na niego. was trzymamy tu dwór i w wolnym czasie zastanawiamy się. Zanim zdążyø odpowiedzieć bannowi.krzyknąø Loghain. odziana w zieloną.A jak wielu z was przewidziaøo. że śmierć królowej oznacza koniec rebelii? A jednak jesteśmy t taj! Jego søowa powitaøa cisza. Maric wstaø. Byø to gruby mężczyzna z kręconymi rudymi wøosami bann Donall.zawoøaø .Powiedziaøem wam o tym . zaczęøy się nasilać. Czy gniewu. Staøa w najd zym kącie sali.ryknąø. I musimy dziaøać teraz! Książę odwróciø się . którzy pragną wolności Fereldenu. ale po døugim i szczegóøowym przesøucha mrukliwie zrewidować swoją opinię . nie musicie daleko szukać. Początkowo Loghain nie podejrzewaø. Przerwaø. jakiego Loghain jeszcze nie widziaø. że elfka dotarøa caøa i zdrowa do Gwaren. Metaliczny świst i widok nagiego ostrza skutecznie uc szyøy zebranych.prychnąø Maric. . która przyniosøa wieści od arla Byrona. Zmierzyø chøodnym wzrokiem stojących najbliżej. że jakaś elfia niewolnica chce poświęcić swe bezwartościowe życie dla lepszych od si bie? Jakie są szanse. a potem tylko staøa z opuszczoną gøową. Loghain widziaø. już wcześniej powstrzymywaøa i ch przed przyøączeniem się do rebelii. a policzki poczerwieniaøy mu z gniewu.jak każdy porządny Fereldeńczyk . ale jej umiejętności na pew okażą się przydatne. ta kobieta zgøosiøa się na ochotnika. Rekomendację arla trudno byøo jednak nazwać entuzjastyczną. by dotrzeć na środek komnaty. L n miaø dość søuchania. by plan przyniósø im realne korzyści. Wyszedø z tøumu. w jaki sposób pokonać uzurpatora? M usimy dziaøać. . jaśniaø w nich gniew tak wielki.Śmiesz porównywać nas do ostrouchych? . ile banita dobrze pamiętaø. Gruby mężczyzna cofnąø się o krok.Co nas o bchodzi.ryknąø. Rebelia miaøa szczęście. .ni e potrafiø orzec. zanim znalazø elfią kobietę o jasnych wøosach. .Co ięcej. . zaraz jed nak opuściøa gøowę. Logha kazaø ją mieczem. Oczywiście. Loghain odwróciø się i powiódø spojrzeniem po twarzach.Ty tam! Katriel! Wystąp! Katriel zerknęøa na Marica. że Katriel zostaøa agentką arla Byrona. Jeszcze jeden powód. Myśl o odwecie. ale kiedy książę ski hęcająco gøową. dostawaø gęsiej skórki.ej. To ludzie i elfy wspierający rebelię. uzurpator będzie nadal rządzi Druga szansa może się nie nadarzyć! Ale nie zrobimy wszystkiego sami! Podniosøo się więcej o krzyków niechęci i sprzeciwu. Sceptycyzm ogarnąø zgromadz onych i rozmowy.po ain. można uderz ie uzurpatora. o ając towarzyszących mu ludzi.która przyniosøa nam wieści.Uważacie. jeżeli się uderzy w jego konnicę. A jej życie nie jest bez iowe. . . jaki zgotuje im Meghren Szalony. . wielu możnych zerwaøo się z krzeseø i z oburzeniem wygrażaøo Loghainowi pięś wet nie drgnąø. dla którego żyjemy. czy wstydu . albo zwyczajnie się bali. aby realizować ten plan . Nie ufaø morzu . Wielu poczuøo się obrażonych. tym bardziej że postanowiøa zaryzykować życie dla takic ignorantów jak ty. że liczy sobie dziesięć stóp więcej. zdobną suknię. Podczas prywatnych rozmów arl sprzeciwiaø się stanowczo wyprawie na statkach. że o zy elfki staøy się puste. . Porzuciø swoje z emie dla Marica i co go spotkaøo? Starzy mężczyźni potrząsali gøowami. nie powstaną teraz. Oczy mu po iemniaøy.bo potrzebujemy pomocy! eżeli ci. reszta spoglądaøa wstrząśni Wątpicie. szczególnie jeden szlachcic. że elfka odegraøa sporą rolę w zdobyciu macji o Zachodnim Wzgórzu. Nikt mu nie odpowied Że chcę wyrzucić nasze øupy w bøoto? Że stracę je na gøupie plany? Powiadam wam. udowodniøa. wykonaøa polecenie. Wielu chciaøo wyjść. że jest o wiele bardziej odważna i chętna do pomocy księciu niż caøa ta sala peøna dumnych Fereldeńczyków! Gniewne odpowiedzi znowu wy peøniøy komnatę. Loghain i Rowan spotkali się z nim podczas wędrówek po Bannor n. . teraz już nie można byøo spr awdzić. by wszyscy mogli ją zyć. że elfka jest kimś więcej niż posøańcem. . Doceniam tę kobietę i jej zasøugi. roztrącając tøum. to wøaśnie ona . Maric wyszedø na środek sali.

że Maric nie wie. czy c rzerażenie. jakie spadną na sojuszników.. Wielu odwróciøo wzrok. czy nie podzielą losu banna Donalla . jakiej nie miaøa Królowa Rebeliantka. że tym. spoglądając w jej zielone oczy. by mogli opuścić dwór i nie spotkaøa ich z tego powodu żadna krzywda. I że tera z pojawiøa się szansa zadania najeźdźcy dotkliwego ciosu . lecz po to. i przestać czekać. czy ostrze nie zwróci się przeciw któremuś z nich. rzecz jasna. tøum przebiegø szmer przerażenia. Loghain nie potra . . wielu się zamyśliøo. marszcząc brwi. nie przy opiekuńczym Maricu. wilgotna plama rozlewaøa się na p iersi trupa i spøywaøa na podøogę.Król Meghre niedøugo tu przybędzie! Powinniśmy zamknąć tego szczeniaka w klatce i oddać go naszemu wøadc .Przyrzekam jednak. Poza tym nieprzekonani bannowie obawiali się reperkusji. . I. Ze wstrętem kopnąø ciaøo banna Donalla. Niektórzy klaskali..Ten møokos zaszedø tak daleko tylko dzięki arlowi Rendornowi! Doskonale o tym wiecie! . Z ust wypøynęøa mu strużka krwi. Wyciągnąø do niej rękę.wydukaøa w końcu. . . To wasz pra król. którzy podjęli się misji otwarcia wrót twierdzy na Zachodnim Wzgórzu.Wy bacz . że jeżeli wrot a twierdzy nie staną otworem. Kiedy na sali wr eszcie zapadøa peøna napięcia cisza. . Nie wiedziaøa.Ale trzeba byøo to w końcu powiedzieć. gdy rebelia poniesie klęskę. Argumenty i gniewne przekrzykiwania mieszaøy się ze sobą.szansa. Na twarzy martwego mężczyzny malo yraz przerażenia. Wielu mężczyzn i wiele kobiet w pobliżu księcia opadøo na kolano. nie staøo. . poniecham ataku. Wierzę w to. wyglądaø j ca. wierzę. N awet Maric spoglądaø na Loghaina pytająco. Lecz gniew powoli przygasaø i kiedy Maric stanąø przed rzędami stoøów. którzy odmówili Maricow wsparcia. jak się zachować. . Ban onall znowu wysunąø się przed tøum. czy rozbawienie. Wielu możnych opuściøo warownię. ale nie wyglądaøa na przestraszoną. że wstrząsnęøa szlachcicami i uświadomiøa im. prawdę mówiąc. . Kiedy elfka z przerażeniem ujęøa jego døoń. .Katriel. że w ogóle tu przybyliśmy! Søowa rudowøosego banna przyjęto w niezręcz milczeniu. niepewni.Bann Donall odwróc iø się do zgromadzonych. by ginęli w imię przegranej sprawy. Maric uparø się. W komnacie panowaøa absolutna cisza. banita spokojnie wytarø miecz o ozdobne szaty banna Donalla. by musieli się tym martwić. Zauważyø.Oszaleliście? .Też tak sądzę.wrzasnąø.. lecz nikt się nie uszyø.. Ciaøo z gøuchym øoskotem upadøo na posadzkę. że kilku możnych nadal się cofa przerażonych morderstwem. gdy możni próbowali zejść Loghainowi z Patrzyli na miecz z obawą. j. Ci. co miaøo się na Zachodnim Wzgórzu. czego chcieli. by Maric uzyskaø ich zgodę na dalsze posunięcia lub by się z nim spierać o taktykę.Tak. To byøo. Loghain podszedø do niego i wbiø mu miecz w pier Bann z bezgranicznym niedowierzaniem spojrzaø na obnażone ostrze. zrobili to z ciężkim sercem. K iel zamrugaøa szybko. Nie po to.Ufam. ale wielu też pozostaøo ob jętnych. nie obiecując niczego. W gøębi duszy po prostu nie potrafili uwierzyć. gestykulując zamaszyście. . puste oczy spoglądaøy w sufit. nadal stojącego przed zgromadzeniem z elfką u boku. że księciu powiedzie się lepiej niż jego dziadowi podcz as orlesiańskiego najazdu. Zarumieniøa się jeszcze ba rdziej i odwróciøa wzrok. Byøa wyraźnie zmieszana i wzruszona.lub zachować się. jak przystaøo na prawdziwych Fereld eńczyków. Harmider podniósø się znowu. . Loghain widziaø strach w ich oczach. się iedzie. stosowne. .choć tak się. *** W ostatecznym rozrachunku dostali.Ale wrota będą otwarte. Zrobię wszystko. równie liczni potrząsali scep ie gøowami. Prowadzimy wojnę z Orlesianami. Krzesøa zaszuraøy.Odwróciø się do banna Donalla. by sobie przypomnieli. Ciemna. Zdawaøo się. oczywiście.Musimy spojrzeć prawdzie w oczy! . zanim ten się dowie.huknąø. Trząsø się ze zdenerwowania i aø mięsiste pięści.Zapominacie się . że ich døugie języki zaważą na tym.. Zanim mężczyzna podjąø przemowę.mruknąø. nadal trzymając Katriel za rękę. szukając poparcia. Z sali nie padøo ani jedno søowo. Loghain odwróciø się do księcia.. . aż wykonamy za was caøą brudną robotę.wycedziø Loghain. podprowadziø ją hnąø się øagodnie.oznajmiø. Przy odrobinie szczęścia szanse Marica nie zostaøy jeszcze zupeønie przekreślone. Oczywiście. Maric ująø Katriel pod brodę i uniósø jej gøo iechnąø się szeroko. Nie zamierzam bezcelowo poświęcać wiernyc h mi ludzi. Zamierzacie søuchać tego dzieciaka i jego wymysøów?! W komnacie zapadøa c Maric zmierzyø banna zimnym spojrzeniem. a niektórzy pró nawet wyjść ukradkiem. . dopóki nie minie zagrożenie. którym miaø zostać. Wielu przyglądaøo się martwemu bannowi.To nie żebrak bøagający o jaømużnę. że Stwórca nie bez powodu przywiódø do mnie tę kobietę .Ja. . Kobieta spojrzaø na niego czujnie. ale nie odpowiedziaø. Zacharczaø.Możecie się zająć wymyślaniem. . po co zostali zaproszeni ren. a teraz powoli od bierają wam wøości. Wytarø usta i ecz. Nie mieli pewności.podjąø Loghain . gdy Loghain wyciągnąø miecz. że toczy się wojna z Orlesianami. musieli pozo stać w Gwaren. Loghain wątpiø. wszyscy søuchali jego søów z uwagą. ale wielu zgromadzonych ponuro pokiwaøo gøowami. . Śmierć banna Donalla o tyle pr zysøużyøa się sprawie. w jaki sposób dokonacie zdrady i po raz kolejny ucaøu ie but uzurpatora . którzy najechali nasze ziemie. Wasz wybór. co w mojej mocy.

Meghren pociø się w pogniecionej koszuli i wyglądaø przerośnięte. że pomieszczenie byøo mroczne i ciasne. którzy wsparli rebelię. Materace i poduszki leżaøy w nieøadzie. Bez wątpienia uznali także. Jeżeli Ferelden wzywa .. po prostu powiedz mi. ale czy król raczyø wziąć to pod uwagę? W dodatku gorącz ka opieraøa się magicznym sposobom uzdrawiania. oraz dwoma szczerzącymi się ogarami. co tam jest napisane! Umieram! W tym kraju panu ją straszne choroby! Oby ta się nie rozniosøa! Matka Bronach wydęøa usta. najlepiej wykonan e z drewna. Jej czerwone szaty opadaøy na podøo gę w eleganckich faødach. gotowych na każdy roz az. rozpieszczone dziecko. jakby przeszedø przez nią tajfun.. To wøaśnie pamięć o Kalenhadzie i o matce Marica tak naprawdę skøoniøa bannów do zaoferowania rebeliantom swego wsparcia . wykonane przez najlepszych r zemieślników. Komnatę za drzwiami zdobiøy orlesiańskie meble. Jeżeli zginie. nie zwracając uwagi na luksusowy wystrój. poøożyøa ją sobie na kolana aøa. Ci.. a sufit wspieraøy duże drewniane wręgi. nawet żoønie rzy.warto by je porąbać na drzazgi i spalić na oøtarzu Zakonu.iø ich za to winić. Podaø zwój królowi. tak się nie staøo. Król spoczywaø w pościeli. Loghain wiedziaø.codziennie warczaø król . Ten list dostarczono zaledwie godzinę t emu. Zauważyø również. Cóż to by byøa za h zmarnować takie dzieøo sztuki. Severan ostrzegø go. ale Meghren tylko machnąø døonią. Maric nie miaø wyjścia. któr wyglądaøa. Jedzenie. Niespecjalnie go to obchodziøo. Warunek bannów byø zrozumiaøy: rebelia mogøa podejmować niebezpieczne starcia z wrogiem. Na szczęście.z ot ramami czy bez nich. nadal przytykając mokry ręcznik do zy. z wyrzeźbioną na nich szcze góøową mapą Fereldenu. ale kiedy padøo . . . Severan wyjąø spod szaty rulon pergaminu. jakby Fereldeńczycy nadal byli barbarzyńcami żyjącymi w lasach.jęknąø Meghren niespokojnie. Może kilka dni w øóżku. Żądanie zaskoczyøo księcia. Kiedy Severan wszedø.Zechciej rozważyć Wasza Dostojność. które Me hrenowi podarowaø sam markiz Salmontu. a jednak Meghren wciąż byø niezadowolony. co mogli. pluszowy dywan z delikatnym geometrycznym wzorem. ogromne øoże z mahoniu i lśniące lustro.biegaø prawie n ago po ogrodach podczas jednego ze swoich przyjęć. Wiszące na ścianach malowidøa. przepadnie krew pierwszego króla Fereldenu. Mag zauważyø. Lecz w tej chwili Meghrena otocz enie raczej nie obchodziøo.powiedziel i . tak jak zrobiø to arl Byron .stawimy się na wezwanie. jak dotąd nie wprowadziø tej myśli w czyn. Komnata typowo fereldeńska . Jak można delektować się pięknem skoro wszędzie czuć smród psiego øajna i kapusty? Mag prychnąø pogardliwie na to wspomnienie .ze øzami w oczach i rękoma na sercu. Niektórzy z bannów uklękli przed Marikiem i zadeklarowali swoją wierność.byli więźniami księcia. wycierając pot z czoøa haftowanym znikiem. wraz z nim umrze caøy ród Kalenhada. jedwabne niebieskie draperie. Książę będzie ich potrzebowaø. że książka byøa transkr ych strof Pieśni Światøa. wyposażenie. Król niedawno zapadø na gorączkę. Chyba nie tylko Severan postanowiø dzisiaj torturować króla. by zdobyć Zachodnie Wzgórze .z us szczerej i twardej bannory . Dla tych kobiet i mężczyzn tradycja znaczyøa to samo co Ferelden . którzy postan esprzeć rebelię. ze zøym samopoczuciem i katarem przypomni Meghrenowi. miaøo maøe okna. że w najgorszym wypadk u zyskają doskonaøą wymówkę . ale Loghain byø dla nich tylko zabójcą.Pow iedz. zamknęøa książkę. . że o tej porze r oku jest za zimno na takie ekscesy. postawili jeden twardy warunek: Maric nie będzie się narażaø na niebezpiecz eństwo podczas bitwy na Zachodnim Wzgórzu. że sprawy mogøy przybrać zupeønie inny obrót. Severan zastukaø koøatką i bez czekania na pozwolenie pchnąø c e skrzydøo.W rzeczy samej. jakby wøaśnie poøknęøa coś wyjątkowo niesmacznego. by ud ekorować paøac. ale ostatni z Theirinów nie powinien ryzykować życia. gdy oznajmiono im. Najwyra ej padøy ofiarą furii wywoøanej gorączką. gdy tylko bannow ie doøączą do jej szeregów.inni je poparli. że powinien søuchać Severana. przedstawiające starożytne bitwy. *** Severan pośpiesznie przemierzaø mroczny korytarz. Wrota byøy drewniane i niezwykle stare.Och. czy ta choroba nie zostaøa zesøana na ciebie przez Stwórcę jako nauczka. Marica zaczęli wielbić.. musiaø się zgodzić. Liczebność rebelianckiej armii podwoi się. Jego żóøte szaty powiewaøy. Matka Bronach przysiadøa na stoøku przy wezgøowiu. Wasza Dostojność. Dwóch pokojowych staøo pod ścianą. waza z czerwonego krysztaøu. Naturalnie pomieszczenie to nie odpowiadaøo obecnemu królowi. że nikt z możnych. . zakurzona i zapomnia na w jednej z nisz. Na szczę e. Żaden z tych ludzi nie sprzeciwiø się. Nawet najpiękniejsze meble nie zdoøaøy jednak ukr yć. że pozostaną go Marica jeszcze przez kilka tygodni. . Wszystkie te przedmioty zostaøy przywiezione z Orlais. że masz dobre wieści! . które stanowiøy symbol tego kra Choćby z tego powodu . nie potraf eć mu w oczy.i dla takiego Fer eldenu gotowi byli oddać sprawie wszystko. gdy zbliżaø się do wielkich podwójnych drzwi wiodących do prywa komnat królewskich. Nic dziwnego . nic nie mogli zrobić.wszystko musiaøo być duże i solidne. Zaraz opadø na poduszki z gøębokim westchnieniem.

żywy.Teraz dopadniem y ich wszystkich . że dorwie rebelianckiego księcia. Cicho.. przyrzekam. zaciskając usta w wąską kreskę. nie odpowiadając. Życzę sobie. Severan rozwinąø per amin i zerknąø na jego treść. .Meghren zerwaø się z posøania. Co gorsza.Jasne! .Nie zaaranżowaøam tego spotkania. g y tylko miaø okazję.. Podniósø cynową czarę ze stolika nocnego i przeøknąø trochę wody. Severan wyszedø. Jeszcze raz wytarø nos.krzyknąø m zwinąø się w ataku kaszlu. . . Wymieniaøaś uprzejmoś eraz siedzisz tu i pouczasz mnie! . jakie na nim ciążą. A potem spalić miasto do goøej ziemi.. że nasza posøanniczka bardzo przypadøa do gustu rebelianckiemu księciu.I pamiętaj. . Kiedy się uspokoiø.Søyszaøem . . a reszta niech się toczy wedøug twojego planu.książę umrze.. . popatrzyø żaøośnie na Severana.I z tego powodu poświęcil iśmy tylu rycerzy? . a Maric zginie.Lepiej. biorąc czystą chusteczkę ze stosu.Czy to twoje życzenie. gdy mieliśm okazję. będącej częścią ataku. Okazuje się. Severan powoli pochyliø się w ukøonie. nie wyślemy go jako podarunku dla imperatora. I tyle. Nic więcej.Przyniosøam ci jedynie søowo Andrasty i Stwórcy. . niż mag się spodziewaø. mogøem øatwo. żeby książę znik rostu! Machnąø ręką. Rebelia zamierza zaatakować Zachodnie Wzgórze.. żeby ostatni potomek Kalenhada nie par adowaø przed swoimi ludźmi wycedziøa. .Powiedzi zecież.Zmieniøem zdanie! . Zdaje się.Proszę. . ani tym bardziej fereldeński Krąg Maginów nie byø skory do wspóøpracy.Król opadø na poduszki pokonany. magu . która rozmawiaøa niedawno z tym rebelianckim psem! Matka Wielebna zm arszczyøa brwi. k stoliku przy øożu.A teraz mówię co innego! Matka Bronach z aprobatą pokiwaøa gøową. gniotąc chusteczkę. . K ról wysmarkaø nos.Ro wiaøaś z nim! .Król wydaø ro magu. ale raport. Zgodnie z twoją wolą. .Nie zawiedź mn az drugi. Meghren zachichotaø. i potrwa jeszcze kilka døugich d ni.Spojrzaøa znacząco na Severana. ale bezmyślnie przytaknąø søowom matki rzeøożonej. Książę Ma ric znajdzie się w twoich rękach.wymamrotaø Meghren. . . Dowództwo rebelianckiej armii zgodziøo się wøączyć naszą ażnej misji. a ten równie znacząco ją zignorowaø. Chcę.powiedz iaø w końcu. Kobieta odpowiedziaøa groźnym. nim minie miesiąc.. tak? .Niech polegnie na polu bitwy. .Zmieniøem zdanie. Życzę sobie.Nasza agentka donosi. pociągając żaøośnie nosem.To znaczy. Będzie lepiej. . którzy nie cą się podporządkować twojej wøadzy. Jaka szkoda. Król westchnąø.warknąø Severan. że tej agentce się udaøo. Meghren nie sprawiaø wrażeni . życie straciøo również trzech zaklinaczy z Kręgu w Val Cheveaux. . Miaø nadzieję. Severan zmarszczyø brwi. .Na dobre pozbędziemy się rebelii. który pozostawaø ta m . . Mógø się jednak cieszyć jedynie końcowym rezultatem. niezauważenie. Może powinieneś się prz zeć bliżej magom.Nie rozumiem. Wasza Dostojność? Czy raczej Zakonu? Matka Bronach ze sztywniaøa. niewzruszonym spojrzeniem. Wasza Dostojność.. Severan spodziewaø się strat pod G waren.O tak. . a popioøy rzucić w morze. W asza Dostojność. choć tak naprawdę nie musiaø. . jaki otrzymaø. Król Meghren myślaø o tym p rzez chwilę.. Odbiøo mu się g zmierzyø oboje wzrokiem i zmarszczyø brwi. Wasza Dos tojność.zapewniø Severan spokojnie.Rebelia zostanie zniszczona pod Z achodnim Wzgórzem. Severa n zostaø upokorzony jako mag i teraz ani orlesiański. żeby Maric zginąø. . . . oczy rozbøysøy mu dziko. Wasza Dosto ność. jeżeli Maric umrze. .Nie . że gorączka króla okaże się bardziej rna na czarodziejskie leczenie. Zaklinacz najchętniej udusiøby Marica wøasnymi rękami. gdy tylko ten zostanie doprowadzony do paøacu . co muszę teraz zn Od zdrajczyni. .Meghren kichnąø. poniżyø go ogromnie w oczach króla . by książę Maric zginąø.Nie będzie u. .Przypomniaøam jedynie Jego Dostojności o obowiązkach .Powinniśmy rozbić buntowników pod Gwaren. Skoro chciaøeś. by wzmianka o obowiązkach napeøniøa go entuzjazmem.tak wielu rycerzy polegøo. a potem popatrzyø na matkę Bronach.Meghren jęknąø gøośno i spojrzaø na maga w poszukiwaniu wsparcia. . . Maric zebraø Fereldeńczyków. Na ziemi zalegaøa równie duża sterta zużytych i pogniecionych szmatek. Z irytacją zwinąø pergamin. że plan s wiódø.

odkąd się pojawiøa na Zachodnim Wzgórzu. Żoønierze stacjonujący na Zachodnim Wzgórzu nie poświęcali jej nawet spojrzenia. by ety wyglądaøy gorzej. gdy rozcięøo mu gardøo. . żeby przedstawiø ją arlowi By i jako bezpieczny kontakt z rebelią. Katriel. triel zostaøa wzięta na pomocnicę praczki. ale swego czasu liczyøa więcej mieszkańców. A potem uwiodøa żoønierza z gwardii. Gdyby elfka wiedziaøa. zastępowaøa starszą kobietę. nim zdoøaø tknąć Katriel choć palcem. Plotki i intrygi søużyøy za broń do utrzyma pozycji. prawda? Tutaj byøo zupeønie inaczej. jakieś skazy ukryte pod ja powøoką.kamienna twierdza mająca strzec wybrzeża przed øupieżczymi napadami korsarzy.A ty jesteś czøowiekiem Severana.JEDENAŚCIE. strażnica również przestaøa być potrzebna. musiaø grać wedøug tych samych reguø. szczerzącym się jak gøupiec księciu.nawet tu. Pewien paniczyk drwiø z niewielkiego ostrza. Ale lepiej zachować ostrożność. A jednak twierdza wyglądaøa na zapomnianą.po z ostrym. Zanim dostaøa zadanie zb liżenia się do księcia. czujnie obserwując zakapturzoną postać. które skrywa książę. Jak bardzo Maric byø szczery ! I jak bardzo podobny do swojego kraju. by stać się niezastąpiona. czy byøa to znudzona żona prowincjonalnego sędziego czy elegancka księżna żyjąca wspaniaøej posiadøości w stolicy . a ci. czy skrywają pancerz. kto nie zasøużyøby na swój los. Wyższe kondygnacje byøy zamknięte. nawet ona poczuøa. A kiedy tych zabrakøo. którzy ich wykorzystywali. Zachodnie Wzgórze byøo targanym przez wiatry. podobnie jak większość pomieszczeń w hach. lecz gdy tamtej pie wszej nocy Maric spojrzaø Katriel w oczy. To byøa krwawa gra. Katriel oczekiwaøa. dlatego wysokie wieże niemal opustoszaøy. że te mury nawiedzane są przez duchy. W twier dzy na Zachodnim Wzgórzu øatwo byøo zabøądzić i znaleźć się w korytarzu zawalonym poøamanymi . Mistrz. Nie mogøa sobie pozwolić na bøąd. który tyle lat szkoliø elfkę na pieśniarkę. gdy myślaøa o tym jasnowøosym. Nie lubiøa tego miejsca. Zbyt często interesy wymagaøy wędrówki przez opuszczone korytarze. a m iejscowi odzywają się tylko szeptem. by znaleźć się jak najbliżej tych. dziś tylko setki. Ale ten czøowiek byø podobny do Meghrena. Niektórych drzwi nie otwierano od dziesięcioleci. nie musiaøaby się wcześniej tak trudzić. Stacjonowal i tu żoønierze wraz z garstką cywilów i søużby. że to z braku gøębi. gdzie jedyny m dźwiękiem byøo echo wøasnych kroków. by nie narażać się na ich gniew. czy nie. Przed sądami imperium nie stawal i niewinni . albo przepaść z kretesem. al ie odezwaøa. Zdusiøa natychmiast ukøucie żalu.Ty jesteś Katriel . Posøaø jej groźne spojrzenie . Powtarzaøa sobie. Przez tydzień zostawiaøa noty w ustalonych wcześni miejscach . A teraz wróciøa.i szpiedzy rebelii zniknęli. søuchając wycia wiatru między ciemnymi krokwiami. obcym akcentem. Katriel spokojnie cz ekaøa. o ile nie søużyøy za skøady. ja ie poczuøa z tego powodu. Jeśli ktoś miaø choć odrobinę wøadzy.by zajść wyżej. a tacy ludzie wiedzieli. Przez lata pobytu w Orlais Katriel nigdy nie spotkaøa kogoś. Ludzie znali tylko ciężką pracę. Szaty przybysza byøy brudne. Po tylet ukryty pod odzieniem. do którego wysyøaøa informac e.po tem øatwo się go pozbyøa. Døugo trwaøo. Wznosiøo się wśród skaø nad M rzem Przebudzonych . zanim Katriel do tego przywykøa. Tylko do tego byø jej potrzebny gwardzista . że trudno jej utrzymać pozo ry. Mężczyzna zsunąø kaptur. ci prości lu dzie. Tydzień minąø. w Fereldenie. ukazując śniadą skórę i ostre rysy twarzy. Powiadano. A potem pojawiø się M aric. by wmieszać się w tøum søużby. albo musieli ją uwielbiać. co reszta aryst . ukryta w cieniu. Podobnie jak zwolennicy księcia. liwości. Nie przeżyøby dnia na dworze w Val Royeaux. że odkryje jakieś brudne sekrety. ale niczego nie znalazøa. Katriel odwróciøa się. Wślizgiwali się do środka budowli jeden po drugim. Zakapturzona post trzymaøa się kilka stóp od elfki i skøoniøa lekko na znak szacunku. Przydawaøy się jeszcze ze względu na umiejscowienie przy nadbrz eżnych traktach wiodących z Orlais. że gra toczy się wszędzie . èopot skrzydeø niemal zamaskowa er zbliżających się kroków. Należaøo sprawić. Wiatr zaw yø wśród starych krokwi i zabøąkany goøąb zerwaø się do lotu. przez prawie rok cierpliwie wkradaøa się w øaski sympatyków rebelii. którą choroba zmusiøa rotu w rodzinne strony. pokrytymi wieloletnim kurzem. biednym miejscem. przyøapaøa uśmiechu. jak gøosiøo znane powiedzenie . w których można by się ukryć. szøo się po trupach. Katriel skinęøa gøową. Zapewne uśpiony agent. . Za uśmiechami na dworze imperatora kryøy się sztylety i nawet najbiedniejszy søuga spiskowaø. którzy w niej brali udziaø. nie potrafiøa stwierdzić. że nadchodząca postać w kapturze to tajemniczy kontakt. gdy elfka je wyciągnęøa przestaø jednak. odkąd elfka i reszta agentów rebelii do o twierdzy. jakich Katriel n dziaøa wśród mieszkańców twierdzy. lecz p atrzyli sobie w oczy. jak øatwo zd obędzie jego zaufanie. i wypaść lepiej na ich tle. Hańbą byøoby ak nauczyciel bardów zostaje zamknięty w lochu za porażkę swojej uczennicy. O e. którzy mieli więcej wøadzy to nie Orlais. Nieważne. Kompletnie pozbawiony finezji. Zresztą czemu by mieli? Katriel byøa tu wcześniej. Rivanin. z którymi Katriel pracowaøa przez døugie miesiące.tylko gøupcy i ci. Jego uśmiech z niknąøby w mrokach podziemi i nigdy nie powróciø. spaliøby się ze wstydu. W twierdzy na Zachodnim W zgórzu bez wątpienia byøo dość miejsc.

Zajęto się? Co to znaczy? Zost m wynajęta. jeże i. Ciemne oczy obserwowaøy ją czujnie. .Wiemy o tym . Tak um rze po prostu szybciej. Na poøudnie od Zachodniego Wzgórza jest obóz. Katriel zamilkøa. . marszcząc brwi. . że zostaniesz n agrodzona tak. Przyrzekøam. Severan się ucieszy. że to zrobię..Chciaøam poczekać. . .. Musi zginąć i tak się stanie. .A ty nie p owinieneś zapominać.Czekal eszøej nocy. . Rebel a zostanie rozbita w proch i pyø. .Nie powinnaś wspominać imienia naszego pracodawcy tak lekko. jak rozkazaøaś. .Książę Maric nie idzie z armią. . .. jak obiecaø. . . elfko.Wrota w tej chwili stają otwor em.przerwaø Rivanin niecierpli wie.To śmieszne! Mogøam to zaøatwić już pierwszej nocy z księciem.Nie køopocz się więcej rebelian em. gdy tylko rozpocznie się bitwa. by osobiście dostarczyć księcia Marica do króla Meghrena. ale ten się nie Żoønierze maszerują maøymi grupami przez wzgórza i będą na miejscu rano. aż dostanę najnowsze wieści od armii.. w któ a przeczekać bitwę.Katriel w zamyśleniu musnęøa się zwojem w skroń. . . Wyciągnęøa go w stronę mężczyzny. Co ma znaczy gøa zmiana? Wzruszyø ramionami. .Rozumiem. . .Co za różnica? Ten gøupiec i tak zostaøby stracony.Katrie l gniewnie zrobiøa krok w stronę mężczyzny. Zaatakują. . którzy mi towarzyszyli? Mężczyzna skinąø krótko gøową.Uśmiechnąø się zimno.Jest jeden køopot.powtórzyø mężczyzna z irytacją. dla kogo pojawiøeś się w tej twierdzy.Się szatę i wyjęøa zwinięty arkusz pergaminu.Co takiego? .Już się tym zajęto .. .Uniosøa brew. Kazaø mi przekazać. że tw i ludzie zajęli się agentami. Rozmieszczenie straży. .Za zachodnim nawisem ukryte są duże siøy gotowe do walki. gdy tylk rota twierdzy zostaną otwarte. To mi się nie uda. . ale Rivanin się nie cofnąø.Już się tym zajęto.

pomyślaøa ponuro Katriel . a gdy rozpraszaøa się wśród skalist ych wzgórz. Katriel nie daøa po sobie poznać. Ale naw et gdyby Katriel pomogøa Maricowi. książę jej za to nie podziękuje. nawet jeśli Mari c przeżyje bitwę. Skoro Severan naprawdę chciaø z lfkę. Oddziaøy wroga nie czekaøy na nich na piaszczystym brzegu. Mężczyzna zachichotaø groźnym. . Opowiada o zdarzeniach. gdybym zamiast pochwaø musiaø przesøać magowi wiadomość. Jej szty let przeciąø powietrze. ja i mag będziemy kwita . co powinna zrobić.Jestem tutaj. że jego maø tkaø nieszczęśliwy wypadek podczas bitwy. wrota są otwarte! Loghain skinąø tylko gøową. elfko. Katriel spojrzaøa na swoje døonie i poczuøa dreszcz na widok krw i. Jak na razie wszystko szøo zgodnie z planem. Lecz co się staøo. niemożliwa do wprowadzenia w życie. Je stem więcej niż tylko szpiegiem. jak sądzę. że jest opuszczony i rzadko ktoś tam zagląda. wsiąkając w szatę popatrzyø na elfkę. klęcząc.A zatem. Katriel wzruszyøa ramionami. niż się spodziewaøa. świadoma. w starym. że wrota twierdzy zostaøy otwarte. że to dal spoglądaøa twardo w oczy Rivanina. ale w oczach bøysnąø domysø. że rebelianci nie zostaną zauważeni . . Spoglądaøa na ciaøo agenta i zastanawiaøa się. lecz elfka nie byøa ani trochę czyściejsza. że jest przystojny. I znacznie więcej niż tylko elfem .Przybyøem. Cóż by to byø za wstyd. I powiedzieć. Obserwuje. *** . Należaøy do kupców. Ale ty zrobi miaøaś zrobić. Katriel zamarøa. sięgając po ukrytą broń. musiaøa się tym zająć. Te niewinne oczy.oznajmiøa spokojnie. Jeżeli w twierdzy byøy duchy. z oddali przyglądając się tw dzy. Katriel znieruchomiaøa. przynajmniej na alarm w . gdzie ukryøy się siøy pod wodzą arla Rendorna. Bard musi znać historię.w jej gøosie brzmiaø lód a kiedy Rivanin próbowaø dźgnąć ją krótkim mieczem. tak ufne. bez wątpienia gromadziøy się teraz w pobliżu. przypominając sobie. na który armia dotarøa w szalupach. na pewno umrze później. by powitać nowego w swoim gronie. koniec. Rivanin zacisnąø na nim døoń.ot. by jej nie powtarzać. Wzbudza namiętn ości u innych. . Mężczyzna zatocz na kolana. Po døugiej chwili po zøa bliżej i sięgnęøa po sztylet.Dø y wsunęøa się pod pelerynę. I to wszys tko. zaczęøa wycierać palce i ostrze. W oddali rozlegøo się støumi zwonienie.upieraøa się Katriel .Mówiono. Przed odejściem z Gwaren s ziewaø się ataku z zaskoczenia. Rivanin wytrzeszczyø gdy uświadomiø sobie. . Przez gøowę przemknęøa jej myśl. groźnie wyglądają ym posterunku. Przed oczyma duszy Katriel ujrzaøa twarz księcia. kontrastująca z wyblak ych kamieni. To musiaøa być prawda gdyby ktok olwiek spróbowaø wejść na wieżę. o losie Rivanina . Zatoczyø się. by wykonać specjalne zadanie. Byøa wściekøa. co to znaczy być t m.nie? .Nie? Czyż cię nie nająø do søużby? . ale nie miaø siø. ani po zachodniej stronie twierdzy.Komendancie. Jego wysokie wieże wzbudzaøy dreszcz. nie spotkaøy ich żadne niespodzianki. Chust ka przesiąkøa krwią. jasnoczerwona. niskim gøosem. Napięcie rosøo jak przejmujące wycie wiatru nad gøową elfki i Rivanina ie søużę Severanowi .Skrzywiø się.powiedziaøa w duchu. a jeżeli na dodatek nakazaø Rivaninowi zabić Katriel.Dostaøam si aøym trudem. jaki sens mu teraz pomagać? Jak stwierdziø Rivanin. by wykorzystać jeszcze koniec sezonu handlowego. ale Katri el zapewniøa.Dostarczyøaś księcia i jego armię. Teraz czekaø na kolejny atak. to się nie odstanie. Nam. Wyjąwszy chustkę. A jednak møodego mężczyznę niepokoiøo. A teraz jest już po wszystkim. Rivan n wyciągnąø miecz i chciaø go wrazić w Katriel. by stawić o odøogę. . w y jęk i wyciągnąø sztylet z rany. że mag zmi nki umowy. wznoszącym się na klifie. zręcznie wykonaøa unik. Elfka rzuciøa chustkę i zaczęøa biec. ale nigdy w nich nie uczestniczy. Tamtej nocy w namiocie byø taki delikatny. Jeszcze nie. Podcza s podróży przez Morze Przebudzonych rebelianci nie natknęli się nawet na jeden statek ani piratów. jak niewielka odlegøość eliøa ją od mężczyzny. Orlesianie postanowili zająć si ikiem na wøasną rękę. j cze jedno ciaøo wśród stosu trupów nie robiøo żadnej różnicy. I koniec. Charczaø. bo miaøam dostarczyć księcia n dwór . Sygnaø. lecz trzyma się na dystans. .natknięto się jedynie na kilka wozów. ani orlesiańskich fregat czy innych. co źle wróżyøo dalszym posunięciom. Katriel mogøa odejść. zanim mężczyzna zdążyø zrobić krok w jej stronę. a jednak nie potrafiøa się jej pozbyć. a wokóø niego zaczęøa się rozlewać kaøuża krwi. O wiele bar dziej. Kiedy tak się stanie. Loghain ulokowaø się ze swoimi ludźmi na wschód od twierdzy. kim byøa. to okazaø się większym gøupc m. którzy p ali bocznymi szlakami. Istniaøy spore szanse. co zechce. że niewielkie ostrze po rękojeść wbiøo mu się w gardøo.a nie go zabić. Wszystko na nic. Krew trysnęøa i popøynęøa po szyi agenta. A będzie jeszcze więcej zabitych . Ani jeden dowódca nie meldowaø o napotka nym oporze lub puøapkach .Zapewne Severan ci nie wspomniaø. ale elfka byøa dla niego za szybka. ale panuje nad swoimi. . I opuścić twierdzę jeszcze przed oblężeniem. a Katriel przyglądaøa mu się beznamiętnie. Przecież poprowadziøa go iczym jagnię na rzeź. że wszystko idzie tak gøadko. prawdopodobnie skończyøby ze zøamanym karkiem po døugim upad niszczonych schodów. niż elfka sądziøa. Zatem dlaczego Katr u byøa? Bo to jeszcze nie koniec . by przekazać ci nowe rozkazy. .ani tuta j.

ulgą skinęøa gøową i zawróciøa konia. Nieopodal kilka Nocnych Elfów ściskaøo z niepokojem øuki i rozglądaøo się po wzgórzach. by ostrzec Marica. pokonają obrońców w godzinę. . Wiedziaø. .Ja nie. Liczne oddziaøy maszerowaøy u stóp wzgórza i wspin aøy się drogą prowadzącą pod gøówne wrota. . . Poruczn ik patrzyø na Loghaina z czystym przerażeniem. Jej rumak drobiø nerwowo. szmer narastaø. ..Musiaøy zostać ślady.. wtrąciøa niepewnie Rowan. . arl Rendorn nawet więcej . echaøam z kilkoma ludźmi. Rozumiaøa.musieli znaleźć księcia..Widać już jakiś ruch? Elf spojrzaø w dal. ale bez heømu.. jest tutaj. Ty poprowadzisz żoønierzy. Ocalić go albo pomścić jego śmierć. gøosy się podnosiøy.. . . Ale obóz jest pusty. że nietrudno będzie uszkodzić koøowrót. więc bramy nie da się zamknąć szybko i øatwo. Żoønierz zasalutowaø i odszedø wydać rozkazy. Szybko. Kilku żoønierzy niemal krzyknęøo. że czuøa to samo. Żoønierze napięli się nerwowo. że spraw ymykają mu się spod kontroli. Wiedziaøem! . że coś jest nie tak. Loghain czuø w piersi chøód. cokolwiek. Loghain zmarszczyø brwi. Nie widziaøam. co u møodego komendanta wywoøywaøo gęsią skórkę. Nawet nie widziaøam Marica. Loghain oczekiwaø niemal. Jeżeli rebelia przegra tę bit wę. nie wrócili na czas.pomyśl aø Loghain. Loghain miaø ze so bą czterystu ludzi.Znaleźć? Jak? . Ale. al szedø jak po maśle. zręcznie przemykającą między w górzami. Ruszajmy. że wrota się zatrzasną..Co się dzieje? Nie rus zamy? Loghain posøaø mu ostre spojrzenie.. gdy książę przedzieraø się przez las. .Ar zaatakuje pierwszy. W szystko się mogøo zaraz rozpaść.Co? Kto?! Kto zaatakowaø? Rowan z trudem øapaøa oddech. Poszukamy ich. Zacisnąø tylko ręce na szyi owca i zmrużyø oczy.. W twierdzy widać byøo poruszenie. Potem spojrzaø na Rowan i skinąø krótko. zostawiając pr ażonego porucznika z rebeliantami... U urpator wiedziaø.. Nie wiedziaø nawet.. Nieopodal żoønierze zaczynali szemrać z niepokojem. Bez wahania uderzyø konia piętami i pogalopowaø w dóø zbocza na spotkanie z kobi etą. lub uciekli. dosøownie wszystko..Loghainie! . Uzurpator.urwaøa. ator byø nieprzygotowany? Czy to w ogóle możliwe? Jakby w odpowiedzi w oddali zabrzmiaøo rżenie i tętent kopyt. ale zapewne takie zachowanie nie zaskarbiøoby mu szacunku żoønierzy. Chcesz zost ać? Rowan spojrzaøa z poczuciem winy w stronę twierdzy. lfce udawaøo się dotrzymać każdej obietnicy. Zaatakowano obóz! Maric jest w niebezpieczeństwi . fa chu przebiegøy przez oddziaøy. jakie rebelii udaøo się zgro madzić. . do jakiego nie przywykø. Każdy z nich mógø być zdrajcą.. Niepokój narastaø. Dlatego Loghain i Rowan porzucili swo je obowiązki ..Wykonaj! . Książę przypuszczaø. Jego rum rsknąø niespokojnie. dlatego wø zwróciøa się do niego. by ostrzegli ojca ... inni ruszyli zaraz za nim. Komendant miaø ochotę dać mu w z rzeć z twarzy ten zadowolony uśmieszek. *** Ból rozszarpywaø nogę Marica. . Oboje uderzyli rumaki piętami i ruszyli na wschód.Maric.Maric nas potrzebuje. Loghain s dnego z nich. To na pewno nie może być takie pro awda? Jeżeli siøy arla wejdą do twierdzy. Arl Rendorn już tu jest. Loghain i reszta dowódców zachowali czujność. To nie miaøo jednak znaczenia.Ruszyøam do obozu. Loghain wychyliø się z kryjówki i u adjeżdżającą Rowan. Miaøa na sobie zbroję. lecz żadnych ozn u. że się zatrzymali. przysøaniając oczy przed søońcem. .twierdzy. Jego koń potykaø się . .zwróciø się do jednego z poruczników. ale i rumaka traf iøa strzaøa lub dwie. Ludz e Loghaina może nawet nie będą musieli tam iść.mówiøa Rowan ze znużeniem. żeby sprawdzić. Mężczyzna się zamyśliø. jak nie szybciej. Wszyscy tu są! Loghainowi krew ścięøa się w żyøach. gdy mężczyzna się z nią zrównaø. Rzecz jasna. . Jednak nic równie uspokajającego się nie zdarzyøo. Loghain byø winie acielowi przynajmniej tyle.podjech aø do niego jeden z dowódców oddziaøu. że nie tylko jego.Komendancie! . Rzeczywiście. Miaø niemal namacalne wrażenie..Wysøaøam ludzi. gnany strachem... . Zostaø zaatakow any. nie mógø się jednak zatrzymać i sprawdzić. . ale biegø nadal. byøa spocona i zmęczona.. Katriel don iosøa. . Maric byø z ny i drażniø się z Loghainem. że ten na siøę szuka køopotów.Niektórzy z moich zwiadowców. Oczywiście.Zatrzymamy się na razie . A potem z wahaniem potrząsnęøa gøową. Czyżby udaøo im się przemknąć niezauważenie. jaką zøożyøa. .rozkazaø Loghain. Myślaøam. gdy gaøęzie biøy go po twarzy. Møodszy dowód ca pobladø jak kreda. Nie. Najgorszy byø wyraz przerażenia na jej twarzy.Popatrzyøa na Loghaina z p rzestrachem. . by pomóc arlowi. kobi eta miaøa problemy z jego opanowaniem. niezdolna mówić dalej . Jego wojska czekaøy. Spojrzaø na galopującą obok Rowan. .C-co?! . i spojrzaøa na Loghaina tak. jakby mógø wszystko naprawić. czując.Rowan wstrzym ierzchowca.Zebrać ludzi?. wszystko pójdzie na marne. którą oblegaø jej ojciec.. Nadchodzi caøa armia. Loghain poklepaø go odruchowo. Armia uzurpatora nadchodzi... czekając na bitwę. gdzie dokøadnie jest . pozostaøy jednak otwarte.Zbierz ludzi i rusza j do twierdzy. Arl byø zdany na siebie.Potrząsnęøa z niedowierzaniem gøową. Trzeba go znaleźć. a Maric zginie.. że Loghain pomoże jej bez wahania. w tym wielu obcych przysøanych przez bannów po spotkaniu w nadmorskiej warowni . Skierowaøa wahania do Loghaina.największe siøy.

Osunąø się bezwøadnie na nierówny grunt. zapewne żoønierze najemni w barwach uzurpatora Zsiedli z koni i ruszyli na Marica. Ciąø twarz przeciwnika. że coraz częściej zdaje się na wierzchowca. Żoønierze zaczęli mieć wątpliwości. . że widzi ścieżkę. Prawie upuściø broń. rzucające gøębokie cienie.. . Kiedy tak leżaø. jak b ardzo się myliø? To nie byø zbyt dobry blef. Byø przystojny. Skręcaø się niemal z bólu. cichym. zanim mężczyzna zdoøaø wyprowadzić następny cios. Wiatr pogøaskaø go po tw arzy i Maric poczuø øaskotanie tam. Wierzchowiec Marica rżaø żaø ie. Wspaniale . mógø jechać prosto n . opierając plecami o pień. Byøo zimno. Choćby to. że to musi być dowódca grupy. zerkając nerwowo na zranionego towarzysza. Zdaje się. strzaøa w jego nodze ocieraøa się o pień. Książę cofnąø się pod drzewo. Ledwie søyszaø. Wspomnienie nie przyniosøo ze sobą str achu. . Za każdym razem. gdy noga konia uwięzøa między korzeniami. gdy zraniona no ię pod nim.ale jednak: w puøapce. M aric zacisnąø palce na rękojeści i zmusiø się. Dowódca uśmiechnąø się jeszcze erzej. Książę bez trudu uchyliø się przed pierwszym atakiem. a potem wszystko się rozmyøo. Zwierzę zarża ie. ale zaraz niknęøa. jak wilk w puø e . że poøamaø sobie kręgosøup. Miaø nadzieję.i upadø mimo wszystko. że książ dzie na bitwę. a jednak zdoøaø si ana. Szelest i bolesne rżenie przyprawiaøy o zawroty gøowy. ani jak daleko z tyøu znajduje się pogoń. . Kiedy min na fala zawrotów gøowy. Drżąc i zataczając się. Przez moment widziaø tylko światøo i drzewa. Maric omal się nie przewróciø. To staøo się tak szybko. lecz spokój i niemal przyjemność Maric poczuø się tak. kiedy las tańczyø mu przed oczyma. a to nie skończy się dobrze. gdy książę zbyt blisko mijaø dr o. gdy dwóch zbrojnych ruszyøo na niego równ Cięli mocno. że nie może pójść z nimi. Książę z wiaø się niebezpiecznie. c areszcie zauważyø zøamane drzewce. Zdążyø tylko rozciąć tyø namiotu i wskoczyć na najbliższego wierzchowca ierze zapewnili mu trochę czasu na ucieczkę . Maric stanąø prosto. . Maric napiąø się. Lecz ból też wydawaø się odlegøy. Czoø o wystający korzeń i zasyczaø od oślepiającego bólu. Omal się nie przewróciø. ale na szczęście miaø miecz. W pewnym momencie skręciø ze ście na porośnięte rzadkim lasem wzgórza.No. g e jest obóz Marica? Skąd wiedziaø. e.Lepiej dla c iebie będzie. a ten zatoczyø się. pozwala by zwierzę wybieraøo drogę. jak koń przewraca się z dzikim k ikiem. Lecz wiele wyjaśniaøa. Usta w zywiø mu pogardliwy grymas. . kiedy zabito jego matkę. Maric poczuø nagøy wstrząs i spadø. . unosząc iecz do zasøony przed kolejnym.ni dokąd zmierza. uświadomiø sobie.bez wątpienia zaatakuje napastników . groźnym tonem. wyciągnąø ramię.zaledwie kilka chwil. Maric nie czuø nawet pulsującej rany w nodze. czy ich ofiara aby na pewno byøa tak bezradna. W jednej chwili książę zyø. gdy zatoczyø ostrzem przed żoønierzami. a potem cofnąø się do pierwszego i ciąø. że równie dobrze jak uciekać. miotając się w krzakach.Powiedziaøem.pomyślaø. . A zatem to byøa puøapka? Ale jakim sposobem?. zasøaniając oczy opancerzonymi døońmi. Ciemnowøosy dowódca zachichotaø. Wierzchowiec jęczaø w a gonii.Który z was chce pierwszy się przekonać. zdrętwiaøe palce z trud cisnęøy się na rękojeści. jak im . Dźwięk wydawaø się odlegøy i nieważny. Między drzew ostrzegø zbliżające się postacie. Ich ofiara byøa groźna. utrzymać równowagę. usiøując wstać tylko po to. i narzekaø.Machnąø niecierpliwie ręką do reszty żoønierzy. lecz niezdarnie. Ośmiu ludzi. ale odparø ostrze drugiego z żoøni y. gdy wyjmowaø miecz z pochwy. że ledwie potrafisz go unieść! Inni zachichotali i podeszli bliżej. To nie mogøa być prawda.Dość gadania. Zacisnąø zęby z bólu i przetarø oczy. Rozlegø się mdlący trzask øamanej kości. W tej chwili król Meghren miażdży twoją żaøosną arm liśmy na ciebie i buntowników od samego początku.odlegøy okrzyk nie brzmiaø jaźnie. Przed uchøa mu biel. Przez gøowę przemykaøy mu chaotyczne myśli. Kierowaø się w stronę bitwy czy wręcz przeciwnie? Skąd wróg wiedziaø. jak armia rusza na twierdzę. spojrza niebo przebijające między koøysanymi wiatrem koronami. Niedalekie okrzyki sprowadziøy księcia na ziemię.Widzę go! . Żoønierz upadø.Skończcie to rozka dnak żaden z nich nie chciaø być pierwszym. miaø wrażenie. by stanąć prosto pomimo zranionej nogi. Przypomniaøo mu to n c. i ucieczkę przez las. by odzyskać równowagę . Maric nie miaø pojęcia. Krzyczaø w ago ii.Tak ci się zdaje? powiedziaø powoli. Mar ic byø ubrudzony zimnym bøotem. Maric krwawiø mocno i za wszelką cenę staraø się ować świadomość nieprzytomny na pewno spadnie z konia. Nie miaø iodøa ani zbroi. po czym rozejrzaø się czujnie. skąd wrogowie wiedzieli. miaø ciemne wąsy i brodę oraz i orlesiański akcent.zawoøaø drwiąco jeden z żoønierzy. skończcie to! . że książę nie weźmie udziaøu w bitwie? Popoøudniowe søońce korony drzew. który zacznie walczyć z księciem. jeżeli zaøatwimy to szybko.I co t z zrobisz? .. że zgubi pościg wśród drzew. boleśnie tøukąc się w gøowę. zieciaku. . Tak wøaśnie umrę? Zagoniony i zaszlachtowany lę? Nadchodzący żoønierze wyglądali na pewnych siebie. Pozosta cofnęli się o krok.wrzasnąø dowódca. już. Las okazaø k bardziej przeszkodą niż pomocą w ucieczce.Køamiesz. Maric uznaø. odøóż ten miecz. a w następnej towarzy u gwardziści zginęli. w którą stronę się skierowa ami wydawaøo mu się. . gdzie z rany na gøowie pøynęøa krew.. jakby w każdej chwili mógø odpøy ecznie w siną dal. jakby jej wcale nie byøo. Książę przekozioøkowaø w powietrzu. by upaść bezwøadnie przy każdej rozpaczliwej próbie. A to znaczyøo. . uderzyø cięż i straciø oddech.

a wtedy spomiędzy drzew pomknęøa strzaøa i utkwiøa mu w piersi.krzyknąø zmartwiony Loghain. umarøy. Od odpier ania ich ataków Maricowi zdrętwiaøo ramię. Unieśli miecze. . dopóki w piersi biøo mu serce. i z wysiøkiem wyrwaø swój miecz. Nogi mu się trzęsøy. Maricu! . która zerwaøa się do lotu. k to się ma skończyć? Po tym wszystkim. . że walczyøa z kilkoma przeciwnikami. søyszaø w oddali tętent konia. jak døugo Rowan w ytrzyma? Maric obawiaø się. miaøa øuk i wypuściøa kolejną strzaøę. Szykowali się.w niebieskiej pelerynie i czarnym ubraniu.. Pocisk utkwiø w ok enia przewróciøa Orlesianina na plecy. kim są prz li. gdy ostrze wyszøo z bezwøadnego ciaøa. wyginając się.Skończcie to! . Jego wrzask o echem po lesie i spøoszyø gromadkę ptaków. . Skuliø się t o. Nagle musiaø walczyć z dwoma przeciwnikami. podcz y jego towarzysz patrzyø na niego wstrząśnięty Maric wykorzystaø okazję. jakby c dprawić . Maric bardzo chciaø pomóc.zawoøaø gorączkowo Loghain. ale nie umiaø określić dokøadnie.krzyknąø Loghain. Książę za le tylko opadø na kolano. by wykonać rozkaz dowód cy. że przeciwnikowi w chlusnęøa z ust. Trzej żoønierze zbyt późno zdali sobie sprawę. Druga postać. Niech wrogowie podejdą. Maric zmrużyø oczy. Rowan i Loghain zaciekle walczyli z czterema przeciwnikami. Rowan w końcu przedarøa się przez ob jednego z przeciwników i rozpøataøa mu gardøo. Trysnęøa krew.Maricu! Nic ci nie jest? .. że uz ator Meghren będzie się uśmiechaø z satysfakcją za każdym razem. którego zabiø. Loghain odpieraø ataki inne go żoønierza. ech spróbują.Nie! . . gdy zobaczyø zbrojnych w barwach uzurpatora. Z trudem utrzymywaø się na zranionej nodze. że døużej niż on. którzy nadbiegali z odsieczą. nadbiegających z lasu. co mógø zrobić. jakby mi nic nie byøo? . Byø pewien. Drugi próbowaø uciec w bok. Ostrze. by zaatakować. zachwiaø się i upadø. Zbrojny upa dø. Maric krzyknąø z bólu i odepchnąø miecz. Z nie aøym trudem i za cenę jeszcze kilku skaleczeń udaøo mu się w końcu sprawić. Między drzewami ujrzaø a konie. w skórze. Żoønierz. że ta grupa wystarczy? Przystojny dowódca odwróciø się w stronę jeźdźców. Wrogowie cofnęli ani. . to nie stracić przytomności. Ciekawe. ale jedyne. przywróc do rzeczywistości. Podkute kopyta. jakby nie miaøo prawa znajdować się w jego ciele. co r biøa. jak zdoøa . którzy omal nie zwalil i go z nóg. Mężczyzna upadø. Nie. Jedna w zbroi . który ledwie go sparowaø. Tym razem Maric wiedziaø. Usøyszeli zbliżając y się tętent. ale byøo jasne. Nadzieje księci wsparcie. Rumaki stanęøy. Gniew na myśl. Atak m iaø taką siøę. krzycząc. posyøając następną strzaøę. . Nie byøo wątpliwości.A wyglądam. że ruszą wspólnie. Mrożący krew w żyøach wrzask urwaø się nagle rzeciemu ze zbrojnych udaøo się umknąć przed jeźdźcem. a jeździec stratowaø go tak jak poprzedniego.powtórzyø dowódca zza ich pleców. Kobieta ruszyøa na jego towarzysza. że gøowa ozdobi bramę paøacu królewskiego w Denerim. Upadø skulony. rebelia konana? Wszystko na darmo? Maric uniósø miecz ponad gøowę i uwolniø wściekøość.odkrzyknąø Maric.kobieta .Razem! Żoønierze unieśli zaciskając zęby i ignorując krzyki towarzysza broni. em oka dostrzegø. tak szybko zadawali ciosy. pociągając za sobą wbity w brzuch miecz Marica. Gniew na myśl. . Maric rozpoznaø kobietę . by lepiej widz ylwetki wśród cieni. Døonie mu się trzęsøy z wysiøku. Mężczyzna spojrzaø rozumienia na drzewce. Książę nie miaø siø.Co tu robicie? Gdzie arm ia? Żoønierze wroga otrząsnęli się z zaskoczenia i ruszyli do ataku. ale przeciwnicy mieli przewagę. Rozejrzaø się. że żoønierz. . Zaciskając zęby. gdy spojrzy na gøowę Marica. W zamieszaniu Maric s traciø z oczu przyjacióø. unosząc døoń. kaptur zsu . cz pognaø prosto do Marica i jego przyjacióø. Ale nie zamierzaø u zostawić przyjacióø. r ozpryskując bøoto i liście. Ostrze gøośno uderzaøo o ostrze. Rowan rzuciøa się na resztę grupy. Kolejni ludzie uzurpatora? Doprawdy potrzebne im byøo wsparcie? Zdaje się. Ale byøa blisko. krzyczących gniewnie i dobywających broni. rżąc gøo nąø się z siodøa. a kie dy wyciągnęøa døugi sztylet i rzuciøa się na ostatniego z orlesiańskich zbrojnych. Zbliżali się kolejni żoønierze. døawiąc się i zatacza kolana. Rumak zatrzymaø się i cofnąø. Zdoøaø wstać chyba tylko nadludzkim iøkiem woli. które cięøo go przez obojczyk. .Ratujemy cię.Maricu! . zataczając mieczem szeroki øuk. Ostatni żoønie ze walczyli o życie.się wydawaøo. ty durniu! .Maricu! Wiej! .usøyszaø obok Rowan. książę pokuśtyk żoønierza. Ledwie mógø go utrzymać i omal ni się na plecy. Marica ogarnęøa ulga. ruszyli. choć pot zalewaø mu oczy. zanim ciaøo dowódcy dotknęøo ziemi. Książę zabierze ze sobą tak wielu. a jeźdźcy zeskoczyli z siodeø. że to kolejny Or nin.podeszøa do żoønierzy. Kolejna strzaøa świsnęøa w powietrzu i jeden z przec iwników księcia wrzasnąø. Chcieli dopaść księcia jak najszybciej. Księcia przepeøniaø gniew. gdy pocisk wbiø mu się w plecy.gdy rumak stratowaø jednego z nich. Jednak zakapturzony jeździec nie zeskoczyø z siodøa i nie przyøączyø się do napastników. zybysz nie byø orlesiańskim zbrojnym . Maric zerknąø. ale na przeszkodzie stanęøy mu drzewa. Pr zyjaciel przestaø strzelać i pośpieszyø kobiecie na pomoc z obnażonym mieczem.nauczą się szanować krew Theirin nie wyglądali na przestraszonych. bo od jej krzyku zadźwięczaøo mu w uszach.odwrzasnąø. Uciekaj. co udaøo im się osiągnąć? Przyjaciele martwi. że nie da rady trzem. która o wøos m go ze zbrojnych.zawoøaøa Rowan z przestrachem. tuż obok gøowy matki. póki możesz! Nie powstrzymamy ich wszystkich! Zbierając resztki siø. i stanęli.

którzy walczyli z Rowan i L ainem. gdy tu jechaøaś? . jak elfka dźga sztyletem przeciwnika. Rowan otarøa spocone czoøo. Jego Wysokość ma w kie szczęście. owijają ię niebieską peleryną. w niebo unosiøy się potężne køęby dymu. że nie wiedziaøam. Jeszcze iel podniosøa się znad żoønierza. Loghain poklepaø ją po ramieniu i plecach. niemal groteskowo najeżonych strzaøami.Chcesz o coś zapytać. powitaø ich straszny wido k.wydyszaøa ic skamieniaø ze zdumienia.ię. Z pew y pożar. gdy książę osunąø się bezwøadnie w ranny i blady.odparøa z niechę tem zdjęøa rękawice i zaczęøa sprawdzać zawartość torby.. Trząsø się i traciø mnóstwo krwi. gdy wrota twierdzy zostaøy otwarte. jak u dotarøaś. . Katriel wbiøa go w s zyję mężczyzny i rozpøataøa mu gardøo. gdy przecięøa mu ramię. z zakrwawio sztyletem w døoni.Czy nie mówiøem. wpadli w panikę. że posiøki nie nadeszøy. i zbliżyøa do Rowan. . Żoønierz próbowaø się zasøonić. *** Maric zwisaø z siodøa Loghaina. Katriel. .Loghain wyraźnie obawiaø się podejść bliżej. Wstrząśnięty Maric mógø tylk eć. Bez pośpiechu zdjąø øuk z ramienia. Zøamana strzaøa stercząca z uda świadczyøa tylko o jednym z poważniejszych o brażeń. Nagle w lesie zrobiøo się cicho.Wasza Wysokość! spoglądając uważnie na księcia. Kiedy trzej pozostali żoønierze.Dziękuję . posyøa jąc jego miecz w powietrze. . Za pierwszym razem natrafili na nich. by ominąć żoønierzy wroga. Katriel nadal klęczaøa nad mężczyzną. twierdza być może również.upewniø się Maric drżącym gøosem.Zauważyøaś coś. uchodziøy z niego niczym strumień wina z otwartej beczki. ale ż n?. że nie wszyscy żoønierze zginęli. ..powiedziaøa cicho. Siøy go opusz czaøy. Ciaøa leżaøy wszędzie. Chyba poczuøa to spojrzenie. Unosząc wysoko sztylet. Wspomnieli o ataku na księcia.. wiele ciaø.Z troską spojrzaøa na go bez przytomności Marica. zrozumieli. . Zbliżając ię do twierdzy.Nie. Rowan z kamienną twarzą sp obraz śmierci. Kiedy nareszcie opuścili las.Może się p dzą. Rowan potrząsnęøa gøową. Chyba dobrze. ale jeźdźcom udaøo się umknąć i zgubić pogoń. Loghaina i Katriel z bardzo. musieli dwukrotnie zbaczać z drogi. Kilku krzyknęøo i ruszyøo do ataku. Nie wyglądaøa na zaniepokojoną tą uwagą. sprawdzając. co robić. Śledziøam ich.Maricu! . ale nie miaøam już cza wysøać wiadomości. bardzo daleka. panie? . .krzyknęøa Rowan.setki zbrojnych maszerowaøy traktem d o twierdzy. Wracali galopem na Zachodnie Wzgórze. Rowan rozbroiøa jednego. ale przyjęøa sakwę. Nad polem bitwy unosiø się zapach krwi. Rozglądaøa się czujnie.Maric nadal oddychaø. żebyś mnie tak nie nazywaøa?. Kobieta tylko skinęøa gøową i wskazaøa na Marica. jakby szukaøa innych napastników wśród cieni i dr . bo odpowiedziaøa równie uważnym. ale nie wiadomo. Ostatni ze zbrojnych rzu ciø się do ucieczki.. czy któryś z magów uzurpatora. potkaniu zachowywali czujność i w porę zauważyli oddziaøy idące na póønoc. które staøy między drzewami lub cofaøy się nerwowo od achu krwi. Rowan spojrzaøa na elfkę podejrzliwie.Maric uśmiechną ko. . Rowan wstaøa. że spogląda na Rowan. . Loghain pchnąø w jej stronę swojego przec wnika i Rowan tylko nadstawiøa ostrze . czy roznieciø go Wilhelm. .. . Ciaøa.pomyślaø . odd aøa ciężko i urywanie. a jęki świadczyøy. Bitwa nadal trwaøa. w powietrzu u iø się zapach świeżej krwi. którego zasztyletowaøa. Z ramienia zsu ewielką torbę i wyciągnęøa do kobiety. . że Maric jest nieprzytomny i nie może tego widzieć .. . czy nie odnio søa ran. Loghain zawróciø i adziø niewielką kawalkadę na wschód. Loghain skrzywiø się tylko i odrzuciø zakrwawion y miecz. Walka kierowaøa się na wzgórza. przerywając rozmowę. . .Mam bandaże i leki . Z jękiem ostatni z wrogów zwaliø się iście i więcej nie podniósø. Loghain patrzyø na Katriel badawczo. Zemdlaø. søychać byøo wyraźnie odgøosy starcia dwu armii.. w dogodnym m omencie.Niech to! Musimy się szyć. musimy wracać. *** . . czując zawrót gøowy i powracającą søabość. ciaøa. odsøaniając spiczaste uszy i kaskadę jasnych loków. ainie. W koronach z øopotem zerwaøo się do lotu kilka ptaków.Muszę przyznać. panie? . że bitwa się zaczęøa. Jej oczy nie zdradzaøy żadnych uczuć ani myśli. którego zabiøa.Katriel? . Katriel wskazaøa na konie. Podsøuchaøam rozmowę tych mężczyzn.Nie przyjechaøam tu przez przypadek. .Nie widziaøeś.żoønierz nadziaø się sam.Maric przeżyje. jak przyjechaøam.Jedynie to. ledwie opuścili las . że większość spoczywających na polu to rebelianci. Wsunęøa sztylet do pochwy przy pasie i wstaøa powoli. Powróciøo też wrażenie odpøywania i oddalenia ydaøo się. Las pøonąø.Zastanawiam się. rzucając się na ratunek. Krew splamiøa jej pelerynę i spøynęøa z ostrza na døon oczy wypeøniaøa zjadliwa zøość.. Nietrudno byøo trafić. podnosiø swój miecz.Po prostu przybyøaś. wrzeszcząc ze strachu. . pan ie. zaøożyø strzaøę na cięciwę i wycelowaø w uciekin k świsnąø między drzewami i utkwiø w plecach żoønierza. Nie uszøo uwadz rojga jeźdźców. ale z każdym uderze go wysiøki stawaøy się coraz mniej skuteczne. że zdążyøeś mu z pomocą. Kobieta pochyliøa się . Kto wie co się dzieje w twierdzy? Loghain popatrzyø na Katriel.Mną się nie przejmuj .

Musiaø znaleźć arla . ci rzucili się za nimi w pogoń. Pochøonęøa ich ciemność.gdzi trzon armii? Czy rebelianci ukryli się w twierdzy? A może uciekli? Odgøosy walki i kr zyki stawaøy się coraz gøośniejsze. Wiatr zmieniø kierunek. Kilka razy Loghain obawiaø się. Rowan z roztargnieniem skinęøa gøową i skierowal się w dóø skalistego zbocza. okazaøo się. Ta chwila spokoju wydawaøa się nieprawd opodobna. Albo ktoś jej przesz odziø. Armia reb elii zostaøa rozbita. a potem cicho zaproponowaøa. że Maric mu się wyślizgnie (Jakże typowe: spaść z koni ie teraz . Dostrzegli niewy aźne sylwetki. oboje byli poplamieni krwią. migotliwy zachód søońca. Tym raz m dym dziaøaø na korzyść uciekinierów i kawaleria wreszcie zrezygnowaøa. mieni spoglądali na barwny. Loghain i Rowan wymienili spojrzenia. w zamieszaniu wszystko mogøo się zdarzyć. To byøa desperacka. Lepiej. ale na szczęście książę pozostaø na siodle. Wokóø kręciøo się mnóstwo ludzi. może grupy zbrojnych. że okrążyli wzgórze i kierowali się na poøudnie. . by nie wpadli n rop księcia. nim zapadnie mrok.Loghain. Próba zdobycia twierdzy zakończyøa się caøkowitą porażką. by znaleźli schronienie. Loghain i jego towarzyszki próbowali wydostać się z dymu. Ciemn e køęby przesøoniøy drogę. Dym nie pozwalaø im odnaleźć arla i swoich ludzi. dopóki søońce nie zaszøo. Jakim prawem reszta Fereldenu nie zdawaøa sobie sprawy z tego. lecz także oddech. Żoønierze wyzwali ich do walki a kiedy jeźdźcy zawrócili. co się dziaøo ? Mogøaby przynajmniej zadrżeć ziemia. Jeźdźcy kluczyli wśród skaø.mamrotaø do siebie komendant). I Loghain wiedziaø. żoønierze uzurpatora będą ścigać i dobijać tych. odbierając im nie tylko wzrok. Otaczaøy ic h køęby dymu. Loghain pomyślaø o zatarciu śladów .jeżeli armia rebelii zosta konana. Katriel obser ich w milczeniu. co przeżyli. przerażająca opada. Zaraz potem natknęli się na sporą grupę orlesiańskich rycerzy. że Rowan rozumiaøa. ale Loghain wolaø ich unikać. Kiedy uciek wreszcie wydostali się z dymu. Musieli też porządnie opatrzyć Marica.

ale większość stanowili zwykli przestę cy. którzy stawali się zbyt ciekawscy. co? Krasnolud p okiwaø gøową.Czasami tak. . . . jaką od grywaøy w spoøeczności.Byøem tylko gościnny. to użyć zióø elfki i czekać. Bez wątpienia zastanawiaø się. Lecz jedyne.A ty? W wozie jest dużo miejsca. niej owijając się szalem. . Jeden z osiøków na wozie podniósø gøowę. Zaczęøo mu się śpieszyć do dalszej drogi i Rowan nie wyciągnęøa już z niego nic więcej. . że świdrujące oczka krasnoluda zbyt często ze na jej biust. że książę doznaø wstrząsu z konia. Kobieta nie zdjęøa døoni z miecza. oraz ostrzegøa. by zatrzymać się w jakiejś wiosce.Obozują niedaleko. J j søowa zawisøy w powietrzu. Krasnolud na koźle rzuciø Rowan podejrzliwe spojrzenie. prezentując brudne. Miaø dumną.Jak to się staøo.Uśmiech nąø się. są czyste. Z uprzejmym skinieniem krasnolud ruszyø dalej. Ale nawet tacy jak on byli uważa ni za lepszych od tych. brązowawe zęby.zaakcentowaø ostatnie søowo i przesunąø językiem po wargach. którzy wybrali życie na powierzchni. co dokøadnie ma na myśli. Minione dziewięć dni caøa czwórka spęd unikaniu patroli i jak najszybszym oddalaniu się od Zachodniego Wzgórza. . . .Nie mieliśmy ostatnio okazji. jeżeli będzie cie mili? . że nie można już byøo dostrzec szczegóøów. ale nie byøo innego wyjścia. Może żoønierzy? Widzieliśmy oddziaø parę temu i nie chcielibyśmy się znowu na kogoś podobnego natknąć. Przy ognisku siedziaøa tylko Katri el.burknąø. .. *** Potem handlarz nie byø już tak skory do rozmowy. że mam miecz i nie zawaham się go użyć? . nie wspomi ając o trzech ludzkich osiøkach. niskim gøosem.Ach tak? . grzejąc døonie. rozczarow ane westchnienie miaøo zapewne znaczyć. by usunęli ich tatuaże. .. Byøo im øatwiej. świdrujące oczka przes unęøy się z broni i z roztargnieniem wróciøy do piersi Rowan. gdy spojrzaø w dal.Rowan p na rękojeści przy pasie. ale wszyscy idą na poøudnie w pogo ni za tymi waszymi rebeliantami. choć krasnoludowi na pewno nie umknąø ten szczegóø ubioru kobiety. Poza tym nie mieli wiele więc ej .Moi przyjaciele i ja podróżowaliśmy . . czy widziaøeś kogoś jeszcze na drodze w tych okolicach? Albo może søyszaøeś? drodze? Niby kogo miaøbym spotkać? . Kongres Kl nów zmiażdżyøby ich w okamgnieniu. Do nik. Trudno nawet zamkną akim jak ty gęby. co mogli zrobić. Jego wzrok zamgliøa melancholia. Krasnolud mruknąø potwierdzają . byli nieco bard ziej godni zaufania niż ich pobratymcy żyjący tradycyjnie w podziemiach. . krasnoludy prowadzące gospodarstwa i zajmujące się handlem nosiøy pię hańby i nie mogøy nigdy powrócić do Orzammaru. Namiot byø podarunkiem od pielg rzymów i dawaø nieco zøudną ochronę przed zimnem i otoczeniem. . dobrze kobieta walczy i czy warto ryzykować. . że niektórzy z wygnańców poszli do magów z prośbą. umieci e wybaczać. Na ile Rowan się orientowaøa.Co to za przyjaciele? . Jego znużone.No. dając do zrozumieni a. szukając azylu politycznego. by to sprawdzić. . jak minęøa. Ale ten krasnolud naj aźniej się swoim nie przejmowaø. . Tylko nieliczni.To go chyba rozbawiøo.Jak chcesz .Na pewno . Nienawidziøa tej obszarpanej sukni.Wątpię. Plotki gøosiøy. Rowan odpowiedziaøa mu twardym spojrzeniem. gdyby osiøek jednak zmieniø zdan e i postanowiø jej poszukać na poboczu gøównego traktu. niektóre z kras oludów wyszøy spod ziemi..Wy. że krasnolud raczej nie zamierzaø sprawdzać.O niczym innym się nie mówi. leniwie majtających nogami po obu stronach pojazdu i najwyraźniej peøniących rolę straży. że w Orzammarze krasn olud byø bezkastowym. że na niektórych utworzyøy się rozlewiska po wczorajszej u ie. Mógø być przemytnikiem. acz osiøek odwróciø wzrok o wiele wcześniej. døugą brodę zaplecioną w ezyjne warkoczyki. najwyraźniej zai resowany rozmową. które ze szlaków. mógø się sam utrzymać w siodle. którą Loghain wytargowaø tydzień temu o d pielgrzymów. Nie podobaøo jej się. Tyle razy musieli radzić sobie z grupkami zbrojnych. gdy krasnolud przygryzø z namysøem usta. to trzeba przyznać. a Rowan nie zaprzeczyøa. Katriel uważaøa. Romboidalny tatuaż pod prawym okiem oznaczaø.uśmiechnęøa się Rowan. W zamian powiedziaøa mu. Pomimo ważnej roli. urodzeni już na powierzchni i nienoszący tatuaży.Panują tam chyba bardzo surowe prawa. nie kryjąc obrz ydzenia. . żeby pohandlować. a Maric spaø w namiocie pod drzewem. .Zapewne nie zauważyøeś. tak na wszelki wypadek. dopóki wóz nie oddaliø się n e.Zanim odejdę iaøabym zapytać. Kobieta paradująca w peønej zbroi przyciągaøaby u agę. że ludzka kobieta o niczym nie søysz zapytaø krasnolud gøębokim.W tych okolicach jedyni zbrojni to Orlesianie. by moi przyjaciele byli tak chętni do dzielenia ognia dziś wieczorem. dziej że w jego okrytym wozie znajdowaøo się mnóstwo dóbr. Gdyby wygnańcy próbowali powstać i wrócić do domu.wyjaśniøa Rowan. podchmurni. gdy trzeciego dnia Maric odzyskaø przytomność i choć wciąż ny od utraty krwi. nie wiem. Ruszyøa okrężną drogą do obozu. co wywoøywaøo u kobiety czujność. że Rowan s traciøa rachubę.DWANAŚCIE. które skrzętnie ukryto. przypominających øachmany. a jeden z jego najemnych osiøków rz uciø Rowan tęskne spojrzenie..trochę brudnych ubrań.D aczego ich nie odwiedzimy? Może nawet podzielę się z wami zapasami i sprzętem. najniżej w hierarchii spoøecznej. .

gdzie nauczyøa się jeździć konno i posøugiwać sztyletem? Ni acowaøa w gospodarstwie . . by nie powiedzieć czegoś.Znalazøam suche drewno. które zdawaøy się przeg Czy Rowan powinna się martwić? Nie byøa damą i zdążyøa się już przekonać. Co powiedziaøyby na postępowanie Marica prawdziwe dam y dworu? Rowan byøa wojowniczką. jakie przekazaø jej krasnolud. co z pewnością nie byøoby ani uprzejme..Zauw ażyøam. Może to po prostu zazdrość.Więc co tu robisz. Kiedy znaleźli się na morzu. Kimś więcej niż przestraszoną elfką. Żyøa. Katriel wsk zaøa na maøy garnuszek przy ogniu. a jednak coś tu nadal n ie pasowaøo. którą cerowaøa. co tylko sprawiøo. . Czekaøa zatem. ale zapewne bez porównania lżej niż elfowi takiemu jak Katriel. przysøana z Orlais.Wszyscy robicie dokøadnie to samo .. Byø czas.. . odkąd g o znaøa.w jej gøosie brzmi nuty niechęci i dezaprobaty. Zresztą Maric byø zbyt zajęty. że Maric traktowaø acióøkę.Naprawdę w to wierzys z? . zastanawiając się. ale na pewno Katriel byøa kimś więcej. Unikaøa księcia od tamtej nocy Gwaren. Rowan zasøugiwaøa. nigdy nie widziaøa.Rowan podeszøa do namiotu. że nie miaøa wiele do powiedzenia.bez wątpienia za ga Katriel.I nie ma potrzeby.Ni e jesteś z Fereldenu . Przez wszystkie te lata. że szalejące w gøowie Rowan myśli staøy się jeszcze trud ze do opanowania. Maric patrzyø na Katriel jak na egzotyczny. że jesteśmy równi .Ale nie jesteśmy. Bandaże zmieniano regularnie . ale nie potrafiøa się na to zdobyć.Wiem. . Lecz w zachowaniu Katriel byøo coś.upomniaøa się Rowan. . popøynęl różnych statkach. A może się myliøa? Gøos Katriel byø taki smutny i.Chciaøam tylko powiedzieć.szczegól szy broni. nawet jeżeli elfy zapewn to samo myślaøy o ludziach. jak żyøa.owszem. .domyśliøa się cz Katriel miaøa chyba dość szycia i po døuższej chwili ze znużeniem odøożyøa je na kolana. Zamrugaøa z zaskoczeniem i wstaøa. .Nie bądź Nic o mnie nie wiesz. udając. to zniewaga..Myślaøam... . Wielu rebeliantów przyøączyøo się do buntu tylko z desperacji. zostaøa wychowana przez ojca. czyż nie? Lecz na dnie duszy Rowan nadal skrywaøa nadzieję.odgryzøa się Rowan ze zøością. w ając. . Nie znosiøa przebywać z elfką sam na sam. Katriel w końcu zauważyøa Rowan. zawsze sprawiaøy wrażen że coś ukrywają. . Rowan nigdy nie byøa b ogata. byś mnie tytuøowaøa.. Rowan stanęøa obok namiotu.Nie pochodzę stąd. kiedy dziaøa jej zauroczenie Marikiem. Ona jest tutaj dla Marica . Orlesianie mogą sobie wierzyć.pomyślaøa Rowan. ale będę musiaøa zmienić Jego Wysokości opatrunki. Choć Katriel przybyøa im na ratunek.stwierdziøa sztywno. Rowan zwolniøa kroku. czy powinna podzielić się wieściam . Ale Rowan czuøa się winna z powodu tych uprzedzeń.Nie. peøen żalu? Może nie tylko jego miaøa na myśli.Maric wyzdrowieje.Mogę zagotować więcej wody. Wtedy byøa wyczerpana i nieuzbrojona. . kiedy nie wyobrażaøam sobie. nawet ja. dlatego staraøa się zachować swoje odczucia tylko dla siebie. że. Nic dziwnego. Czy Maric i Katriel spotykali się nadal po tamtej nocy? Row bardzo chciaøaby zapytać. Elfka zma rszczyøa brwi i spuściøa wzrok. a to zdarzaøo się często. Trudno byøo zgadnąć. To Marica . bo Logha in polowaø. co wzbudz niepokój. nie potrzebuję wody . Jeżeli jednak tamta noc nie byøa jedyna. Zielone oczy zalśniøy.Oczywiście. że zdążyøaś się już tego nauczyć. Zaskoczona Rowan musiaøa ugryźć się w język. podnosząc koszulę. by się za kimś uganiaø. nawet po ś Lecz Rowan.przerwaøa jej Katriel.Nie jestem tu ze względu na miøość do Fereldenu nienawiść do Orlais. . a Katriel patrzyøa.E lfka spojrzaøa w ogień. że Stwó adziø wøadców na tronach ich imperium. Tutaj każdy czøowiek ocenia ny jest po uczynkach. co wøaśnie r odkryøam. mężczyzn mogących zginąć następnego dnia w walce o sprawy.oznajmiøa.Nawet komendant Loghain. . że wyświadczacie mi przysøugę. Zostaøam tu. Jakb yście wierzyli. . a R owan pożaøowaøa prędkich søów. Katriel prychnęøa pogardliwie. dziwnymi oczyma. gdy odbiøy się w nich pøomienie. zaś cz as upøywaø z męczącą powolnością. że miaøaś . . które warto chronić.odp røa Rowan. Udawanie. by to zauważyć.wykrztusiøa wreszcie. nie ukochaną. .. . Maric jęknąø nerwowo. a ko bieta raczej nie miaøa ochoty im tego powtarzać... Może nie jestem waszą søużącą. Rowan nadal musiaøa się gryźć w język.. niż zda aøo się na pierwszy rzut oka. pani . Katriel tylko patrzyøa n a nią zielonymi. spotkaøa się też z żądzą. oszaøam . pani. jeżeli w to nie wierzysz Dlaczego w ogóle pomogøaś rebelii? Katriel zesztywniaøa i jej spojrzenie stwardniaøo.. Przynajmniej leków im nie brakowaøo. ale na zawsz ozostanę elfem. Maric i Loghain na pewno też będą chcieli je usøyszeć. . że wszystko ma swoje granice. jeżeli t nie chwilowe pożądanie. nawet król. czując na plecach spojrzenie elfki śledzące każdy jej ru h. że zdoøam zrobić to. I że są rzeczy. ale tutaj jest inaczej.A ty nie? . Niektórzy mężczyźni . Surowe zmarsz zki między jej brwiami tylko się pogøębiøy.Przepraszam westchnęøa. ale niewiele wiedziaøa o prawdziwej nędzy i trudach. którą Rowan i Maric uratow rzed gwaøtem w Gwaren. . wcześnie straciwszy matkę.Nie miaøam prawa. Zagrzaø m trochę. co myślą elfy. zwøaszcza na tym pustkowiu. ani pomocne. Gdzie søużyøa? Gdzieś. A kiedy próbowaøa z nią rozmawiać. jeżeli chcesz. który søabo znaø się na ubtelnościach damsko-męskich związków. . że jest inaczej. lecz coś więcej. jaka ogarniaøa mężczyzn . To byøo tak niepodobne do Marica. . że pewnego ia książę przyjdzie do niej z wøasnej woli. . co chciaøaś powiedzieć. . ale się nie obudziø. by o tym wiedzieć. dotarøszy na skraj obozu.

Arl i książę.Twojego ciaøa nie daøo się odróżnić od innych i dlatego nie zostaøo znalezione.. W chøodnym milczeniu. jedyny w tym niew elkim gronie potrafiø polować. wymięty i z zabandażowaną gøową Maric wyglądaø na wykoń oć większość dnia przesypiaø. Zaledwie chøop . że Maric również spoglądaø za elfką. . Do księcia søowa dotarøy ze sporym opóźnieniem. podchodząc do obozu z parą zająców na ramieniu. . obaj polegli pod Zachodnim W em.Ja? Nic nie zrobiøem. Jak na zøość. że jej nie . Mnóstwo zbr .Nie. że rebelianci wracają do Gwaren.Tak byøoby øatwiej . by udusić księcia. . .zapytaø Marica.W każdym razie część naszej armii z oøaøa ujść z życiem.warknęøa w duchu.. Krasnolud mówiø. Lepiej udawać. Katriel wzięøa z bezszelestnie opuściøa obóz. Rowan wzruszyøa ram ionami. musimy tam dotrzeć. Książę zamrugaø zaskoczony. . jak przy jmą wieść o śmierci arla. . udając. Zostaøa rozbita pod Zachodnim Wzgórzem. Loghain wzruszyø ramionami.Uzurpator i ch ściga. Tak przynajmniej twierdzi uzurpa tor. Rowan westchnęøa. z jaką øatwością przyszøy jej te søowa. Ogøosiø również. którego Rowan nie potrafiøa się pozbyć. wojowniczk a doszøa do wniosku. Część arm ocalaøa. smukøymi palcami. więc pośpieszyøa w wyjaśnieniem: . . . .przyznaøa. nie jestem pewna. Musiaøa odchrząknąć.zapytaø Maric. Ton wojowniczki zmieszaø księcia. narzekając na zimny wiat Rowan obserwowaøa w milczeniu. Kie szaøa o tym od krasnoluda.Nie trzeba. Trochę potrwaøo.Wøaśnie tak. pani? Czy to wøaśnie proponujesz? . preteksty elfki. Bez søowa podeszøa do Marica.syknęøa Rowan. by pozbyć się ucisku w gardle. nie przejdziemy przez P rzesmyk Breciliański. pocierając twarz ze zmęczenia. tuż obok. ero po chwili uśmiechnąø się krzywo. jako że nie miaø na sobie koszuli. wbijając wzrok w taniec pøomieni wśró rew i polan.Niezbyt to miøe z jego strony.. Zdjąø øuk i poøożyø go obok.To nie będzie nic dobrego . W jeg o obecnej kondycji nie byøoby to żadne wyzwanie. krzywym uśmiechem. krążą plotki. Nie miaøa pojęcia. Starcie woli między kobietami trwaøo jeszcze przez chwilę. opanowując pragnienie. jak elfka podaje mu pocerowane okrycie. Katriel patrzyøa w ogień. A e uzurpator ogøosiø zwycięstwo.przyznaøa ponuro..mam. Rowan powoli opadøa na køodę naprzeciw niego. Maric patrzyø na nią jak og ny. . . .poprosiø Maric. ale w zgoøa i awet się z tym nie kryje . Jak twierdzi handlarz. . Rowan! A co z twoją rodziną? Rowan pomyślaøa o swoich braciach. Zaczepki arica.Nie. Loghain zmarszczyø brwi. Zaspany. Potrafię oprawić zdobycz. To nie taka zøa wiadomość. Rowan pocz uøa się jak piąte koøo u wozu. czy søyszeli o śmierci ojca .wtrąciø nonszala ncko Loghain. Jej twarz zachmurzyøa się ze smutku. .O mojej koszuli? Wygląda jak nowa . ciężar w piersi.Jeżeli chcesz czegoś innego.westchnąø.T z! Katriel z gracją podniosøa się z ziemi i sięgnęøa po ubite przez Loghaina zwierzęta. .r ozlegø się schrypnięty gøos.Zaczekać po co? . co doprowadzaøo wojowniczkę do szaøu. . grymas na jej twarzy zmieniø się w øa ny uśmiech. . ale byøo to bezcelowe.Jesteś pewna? Że to prawda? . Spojr aø na nią uważnie. jaka ich øączyøa.C zuję potrzebę.. Teagan tylko osiem. I to jak najszybciej.Och? Tak to nazywasz? Rowan zmarszczyøa brwi. . zøe wieści. Rowan się nie cofnęøa.Nie tak prędko. . Książę odsunąø døonie od zy miaø puste. I pozostaø o ten. .. że nic się nie dzieje. że po raz pierwszy i ostatni przeprosiøa tę elfkę.Nie. Wojowniczka uświadomiøa sobie. Przeżycie ich czworga zależaøo od niego. nie będzie . że tam. by zrobić coś pożytecznego.. . jakie potem nastąpiøo. Wrogowie będą między ami a Gwaren i za nami. .Chcesz się zaprzyjaźnić ze mną.stwierdziøa elfka. Loghain w zamyśleniu zmarszczyø brwi. Zauw wszy gniew kobiety.Musimy porozmawiać . A potem elfka się odwróciøa. więc nie odpowiedziaøa księciu. . Eamon miaø teraz piętnaście lat.Co się dzieje? .No.Więc wynajmijmy statek . Komendant pat rzyø za nią w zamyśleniu. Zdumiewające. Maric pojaśniaø.zażartowaø. Ani Katriel. spøynęøa z niej caøa krew. . . . myślaøa. Rowan próbowaøa.Gøowa ojca zawisøa na bramie.. Ostroż dotknąø opatrunku na czole.. że Maric nie żyje.Mari cu . . .Nie wiem nawet.odezwaøa się ponuro . Nadal byli u krewnych w Wolnych Marchiach. prawda? Rowan zesztywniaøa. to søuchamy .Co takiego? . Nie chodzi o twoją prze klętą koszulę. .Nie mamy pieniędzy.skrzywiø się ric.Nie powinniśmy zaczekać na Loghaina? . prawda? . ale nie wszyscy zginęli. Nadal jest strzeżony przez orlesiańskie oddziaøy. Próbo ynie zachować się przyjaźnie. . Maric przyjąø o dzienie z wdzięcznością. na trakcie. że w uż niewiele strzaø. . zanim ko ta zapanowaøa nad wøasnymi uczuciami. Rowan zauważyøa. podszedø do ogniska i wyciągnąø ręce nad pøomieniem. Nie potrafiøa nawet zø wić ryby. rozluźniając się nieco w cieple bijącym od ognia.To wøaśnie ogøosiø. Nie ukrywali wcale niezdarnej bliskości.Nie chciaøam cię obrazić. że elfk a znowu jej się przygląda. Och. Rowan zacisnęøa gniewnie usta. by dotknąć jego ramienia døugimi. . .iający kwiat . po prostu mi powiedz.na Rowan nie spojrzaø tak nawet raz.Kobieta spojrzaøa na Marica z ponurym. pomogøa mu wstać i podejść do ogniska. by Loghain ulegø. Nawet jeżeli zdoøamy dotrzeć na wybrzeże przed jego armią. Rowan zauważyøa.Trzeba . Rowan urwaøa.Co tym razem zrobiøeś? ..Uniosøa døoń. To wystarczyøo.Od początku. Eamoni e i Teaganie.o yzøa się Rowan. kierując się nad brzeg pobliskiego strumienia. Rozcierając igorem ramiona.Mój ojciec nie żyje. Skrzyżowaøy spojrzenia. że drogi na wschód są patrolowane.Nie. książę westchnąø.

oznajmiøa zimno Rowan. z trudem utrzymaø na nogach.Wiem dobrze.Gdybyś nie przyszedø mi na pomoc. .Arl nie byø gøupcem.Przepraszam . a potem pchnęøa go w pierś . choć żadne z nich nie chciaøo się do tego przyznać adomość sytuacji. Pewnie wyszøo. . poszukać.To nie takie proste.przerwaø jej Mari na póønoc.A to jest mój rozkaz! . Rowan usiadøa sz tywno. odruchowo potarø bolący policzek. co powiedzieć le jakoś nic nie przychodziøo im do gøowy.Nie chcę tego więcej søyszeć . a jednocześnie jak gøupi. ..Gdybyście zostali na swoich miejscach . Moja matka umarøa.Królewski rozkaz od księcia Marica dla komendantów jego armii? Mężczyzna zacisnąø zęby. jak narasta w niej gniew.Loghain uniósø brwi. Maric spojrzaø na komendant a. Walczymy o przetrwanie. ponieważ na innych szlakach czekali żoønierze uzurpatora.I tyle? . . że za bardzo.Ale jesteś ważny.Ale kiedy będziemy. . Albo przynajmniej wycofalibyście na czas swoich ludzi i teraz bylibyście w Gwaren. choć nie pojmowaøa. . .Przemytnik? . . . Wilków dotkniętych plagą . Ogień t zaskaø przygnębiająco. . Między mężczyznami zapadøo niewypowiedziane.Mój ojciec poprowadziø kiedyś wyjętych spod prawa zbyt blisko siedliska wilków. . . . co należy. Maric zwróciø na nią oczy peøne øez. A przynajmniej ocali j żoønierzy..Powinniśmy wracać na póønocne wybrzeże. . prędzej czy później zauważą nas ludzie uzurpatora.To co? Mamy się bøąkać po bezdrożach i próbować przejścia przez Przesmyk Brecili stać się do Gwaren przez las? Loghain potarø policzek z namysøem. .Nie . Popatrzyø na Ro ardziej zaskoczony i oburzony niż zøy.. Miaøa ochotę go poca honorowy i szlachetny potrafiø czasem być.Kobieta zerwaøa się.Przykro mi. Uderzenie poniosøo się eche j ciszy. że Rowa Loghain tak po prostu by go zostawili.. Książę odwróciø gøowę. powinniście pozwolić mi umrzeć. . .odgryzø się Maric . Loghain nie podniósø wzroku.Oj .. Być na to gotowi.Prośba o obietnicę. Maricu. I jestem za to wdzięczny.burknąø Loghain. zdoøalibyśmy wygrać bitwę pod Zachodnim Wzgórzem.Tak mi się zdaje. bo cię uratowal iśmy . Rebelianci oddaliby za ciebie życie bez chwil i wahania.Oszal syknęøa Rowan. Donikąd to nas nie prowadzi.westchnąø książę ze znużeniem. .To rozkaz? .Ich krew splamiøa nie twoje ręce...przerwaø jej.stwie rdziøa Rowan. krew nie miaøaby żadnego znaczenia.. Odwróciø się i spojrzaø na nią.. a ja nie znam tamtych okolic.Czasami jesteś .To wszystko? Jeżeli arl Rendorn nie żyje. Znaleźli się pod Zachodnim Wzgórzem z mojego powodu. niż mieć na rękach krew moich ludzi. .Jestem za nich odpowiedzialny! . . .A my odpowiadamy za ciebie! Bo jesteś. księciem! .Przestań być takim p rzeklętym idealistą. którzy zrobią. .Przypuszczam.Nie chodzi o to. Poświęciøaś wiele . .w ymamrotaø Maric żaøośnie. której nikt nie wyc zekiwaø. o czym mówię. czując. Logha nie odezwaø. . Gniew z niego uszedø. by mnie znaleźć i uratować. że jestem niewdzięczny. Będziesz zdany tylko na siebie. jeśli zapomniaøeś! Podeszøa do Marica. . Rowan widziaøa to. . to nie ma nikogo. Zastanawiali się. . . A jed nak Maricowi to wystarczyøo. niech to zaraza. .. że są.Na tchnienie Stwórcy! Dlaczego po mnie przyszliście? Dlaczego?! .krzyknąø książę z uporem. że czujesz się winny. Zmarszczyø brwi i zacisnąø mocniej splecione døonie le nie powiedziaø søowa. kto poprowadziøby armię! .Nie . .Jesteś ostatni z królewskiej i. Ja też mogę.prychnąø Loghain. Zachwiaø się i usiadø na køodzie z przygnębieniem wypisanym nie tyl twarzy. by pozbyć się tego orlesiańskiego bękarta. Zamilkli. w tym sześcioro dzieci.Skrzywiø się na wspomnienie tamtej chwili.. .Wolę rozkaz . .gøos Marica drżaø z emocji.odezwaø się cicho Loghain.Twój ojciec nie żyje.Wiesz.. o co mi chodzi . . Naprawdę sądziø. Chodzi o to. prawda? . i życie. lecz ważne porozumienie. . Na pewno są ludzie. Loghain podniósø wzrok. . Po prostu nie potrafię przestać myśleć o rebelii. patrząc sobie w oczy a ogień trzaskaø gøośno na wietrze.Ja tylko. uniósø jedynie brew. . w jakiej się znaleźli. Wøaśnie dlatego znaleźli się pod Za im Wzgórzem! .Tak samo jak t y i Loghain! . Oczy jarzyøy mu się niczym żar. zmieszany i zraniony. Sprawiaø wrażenie. . byøa jak czarna burzowa chmura. . Książę zerwaø się z gniewem. pozostaøych. zimny podmuch tańczyø między drzewami. . Książę zatoczyø się. Spoliczkowaøa go. . A jeżeli będziemy się trz ymać zbyt blisko traktu. skoro istniaø chociaż cień szansy. że nigdy się tego nie dowie my. Milcząc. jakby miaø się zaraz rozpøakać. .Może masz rację. Straciø czte nastu ludzi. Trzeba by znaleźć szlak przez góry. Maric westchnąø gøęboko i potrząsnąø gøową.Wiedziaø. że jeszcze zd oøają coś zrobić? Loghain w zamyśleniu wpatrywaø się w ognisko. Rowan miaøa ochotę uderzyć księcia. Wolaøbym umrzeć. al musimy się teraz o to spierać. jego dowódcy t e.Spojrzaø na Loghain a. Stali naprzeciw siebie.. a my jesteśmy tutaj. Rozumiem to.Następny razem nie przyjdę ci na ratunek.S kinęøa gøową. oczekując. To dlatego odjechaø. Spoglądaø to na o na Loghaina.mocno.zapytaøa. by posa ronie potomka Kalenhada. rzucając księciu ostre spojrzenie. Wyglądaø na poważnie zmartwionego. Gdyby M eghren byø dobrym wøadcą Fereldenu.mówiøa dalej Rowan. a jej gøos ociekaø jadem. gdy patrzyø w ogień. Ale mimo to poprowa ludzi wøaśnie tamtędy.. .jnych. ale. gdybyśmy im powiedzieli. że waży się twój los. że zgodzi się z Logha Rowan jednak tylko staøa.Nadal istnieje øańcuch dowodzenia . mógøbyś wpøynąć na los tej bitwy.Nie bądź gøupi .odpowiedziaø Maric. Rowan potrząsnęøa gøo zę.

Dlaczego mnie spoliczkowaøaś? Loghain odchrząknąø. jak wiele mrocznych pomiotów znajduje się teraz p od ziemią. .uśmiechnąø się Mari A potem spojrzaø zmieszany na kobietę. marszcząc brwi. zmartwiony. ale Marica bardziej inter esowaø pomysø elfki... Wzruszyøa ramion . .Przejście może być zawalone . któr . .Tak. Rowan prawie mogøa je zobaczyć.Och.Kilka tygodni zapew e.Może armia lepiej radzi sobie bez nas? .odparøa zduszony gøosem. by używać portu. . . N ie zapominajmy o Katriel. .Ale. zamknięte.Doøożyøa do ognia.Ale skoro uzurpator tak dobrze køamie. Tylko ciężko mi.Maricu! . . Książę spojrzaø na Loghaina z zaskoczeniem.Przepraszam.Raczej ośmiu . Możemy skorzystać z Gøębokich Szla by podróżować? Teoretycznie? . .To bolaøo! Pragnę wam przypom ieć.zachichotaø. . Katriel kiwnęøa gøową. rzecz jasna. że komendant podzielaø jej wątpliwości.. .Nie wiadomo. że ty pamiętasz? .ciec byø. że się nie mylisz.Zamknij się . Staraøam się puścić to mimo uszu. .Zgadzam się z Marikiem. Maric zamrugaø.podsunąø Loghain z rozbawieniem. Loghain zerknąø na Rowan .rozlegø się cichy gøos wracającej do obozowiska Katriel.No proszę! Jesteś w ty aprawdę dobry .skrzywiø się Loghain. żeby ludzie przestali uważać go za wodza. Chciaø. Maric podniósø się. ale jego cierpliwość w końcu się wyczerpaøa. wzdychając gøęboko.przypomniaø. . Jego odpowiedź zaskoczyøa Rowan. Pøomienie strzeliøy w górę.dodaøa Katriel. Wasza W ysokość. . Loghain czekaø cierpliwie. .warknęøa Rowan.. Kr udy zamknęøy Gøębokie Szlaki. rzecz jasna..stwierdziøa Rowan oschle. zupeønie puste. tak.Skąd wiesz o Szlakach? Katriel uśmiechnęøa się zagadkowo.Ale na Gøębokich Szlakach przynajmniej mamy szansę. . . Dawno temu. .Myślaøem.za pytaø. Chyba musimy zdecydować. co robić . . macie inne wyjście. prawda? dekscytowany zwróciø się do Loghaina.Mamy inne wyjście? Zakøadam. Maric pokiwaø ponuro gøową. że woli raczej mieć przywódcę.Albo żeby zostać rozszarpanym i zjedzonym. . gdy tylko tam we jdziemy . Maric zadrżaø i owi iaśniej koszulą. . . Gøęboki aki mogą być peøne pomiotu lub. Przyjaciele sie dzieli w milczeniu. pozostawiające wrażenie pustki i bezsiøy. że należy do Marica? . .. . by uwolnić elfkę od ciężaru. Ale te przejścia już nie istnieją. Mężczyzna nie ukrywaø zwątpienia.poprawiø Loghain. co robić .. że na bramie paøacu si gøowa.To znaczy czy to nie przez te potwory. gdzie szukać? Katriel skinęøa gøową. . . że możemy jedynie poszukać drogi przez Las Breciliańsk ile tam dotrzemy. . Na pewno poradziøbym sobie z tymi. które dyś należaøy do królestwa krasnoludów.Ale czy na tych szlakach nie ma teraz mrocznego pomiotu? . jak jego nadzieje odżywają. Niosøa oskórowane i oprawio ne zające oraz wiązkę drewna. . co zastaniemy pod .Wiem wiele rzeczy.Naprawdę jesteś w tym dobry . ale y niosøy się aż nad strumień. Przejęli nawet zwę.westchnęøa Rowan. . pani..dorzuciøa Rowan.Ach.Rowan uśmiechnęøa się ponuro. dlaczego nie wywiesiø drugiej gøowy i nie powiedziaø.Może wcale nie byøo tam żadnej gøowy. sycząc i trzas z oburzeniem. . Historia peøna jest nauk..Zdajesz sobie sprawę. Waham s czy o tym wspominać. Wieki minęøy. . . niż takiego. przyglądając się.książę przerwaø ciszę. . o ile uda się znaleźć drogę.Sądzę. o ile się wie. Rowan przewróciøa oczyma. ..zapy Rowan.. . któremu trudno jest dowodzić. . żebym zrobiøa to zno wu? .Skończyøa ukøadać gaøęzie.Trzech zabiøa Katriel.Spoliczkowaøaś mnie. .spojrzaø na nią z powagą ojciec może jednak żyje. o ile pragnie się z nich korzystać. Ale siostra Aili s powiedziaøa. Wejścia od Orzam maru są.. Wojowniczka wiedziaøa.Caøa okolica was søyszaøa. .Wiesz .Co powiesz na jedenas tu? . czym jest mro czny pomiot? To straszne. Wo jowniczka zwalczyøa napøywające do oczu øzy. zbrukane zøem potwory! Nie mamy pojęcia. .Elfka spojrzaøa znacząco na Loghaina.Wøaściwi e tak . Søabo nam idz a? . niezdarnie. . który krasnoludy zbudowaøy i porzuciøy. jak ktoś. kto nigdy w cześniej tego nie robiø.Bez M arica na pewno . Wasza Wysokość.Podziemne trakty. . jak Katriel przysuw a się do ogniska. Przecież Maric nie zginąø. że to gøowa twojego ojca. szaøaś naszą rozmowę? .Książ nąø się promiennie.Stąd moje wahanie Myśli wirowaøy w gøowie Marica. choć wątpliwe. wzięøa od Marica zające i zaczęøa nabijać . . Wszyscy czuli to samo znużenie.A jak to się staøo.. .Nie trzymaj nas w niepewności .Mieliśmy ować.Søyszeliście o Gøębokich Szlakach? Loghain powoli skinąø gøową. Ludzie przybyli tam później. by przyciągnąć ich uwagę. Serce jej się ścisnęøo. I jeden z tych. .Można jednak zn aleźć wejście od powierzchni. Krasnolud powiedziaø. kiedy opanowaø je mroczny pomiot. sześcioma zbrojny mi? Byøo ich sześciu? . .Wierzcie mi lub nie. że po prostu dwoi mi się w oczach . zamknięto Gøębokie Szlaki? Elfka skinęøa powoli gøową. . odkąd ostatni raz wyszøy na powierzchnię i zostaøy pokonane.Ej! . istnieją. sir.. jak wspomniaøaś. .Podróż przez Las Breciliański będzie trwaøa døugo.Chcesz. A raczej tak mi się wydaje. pa ni. .Mam nadzieję. w iesz. ale to nie znaczy. . wpatrując się w ogień. gdzie ich szukać.. który powoli zaczynaø dogasać. . by jeszcze o tym pamiętali. ale Gwaren zostaøo wzniesione na fundamentach krasnoludzkiej strażnicy. a potem zaraz dalej grzać się przy ogniu. że to øatwe.zachichotaø książę. że nie prosiøem was o ratunek. gdy aøa.Mnie też pocieszysz? .napomniaøa go Rowan.Nie wierzyøa w to ani przez chwilę..A mamy inne wyjście? . Gøębokich Szlaków prowadzi do Gwaren? .I tak. Poklepaø Marica uspokajająco po ramieniu.A ty.

próbując . spoglądając na Katriel.Sprawdźmy tę pieczęć. Wasza Wysokość.Minęliśmy je niedawno.Co sądzisz? . . że powinniśmy podjąć ryzyko. a az poprowadzisz mnie i moich przyjacióø do podziemi.ziemią.. która mnie tytuøuje.Zrobię wszystko.stwierdziø Loghain Albo umrzemy. co w mojej mocy. co mówi. gdy już się tam znajd ziemy? . damy sobie spokój i pójdziemy przez Las Breciliański.Pamiętam opowieść. dobrze? Chyba mam dość bicia na dziś.Spojrzaøa na Marica z troską. Jeżeli nie będziemy mogli otworzyć wejścia do podziemi lub trafimy na ślady mrocznych stworzeń. . . Dlatego pomyślaøa o podziemnej drodze.. W końc westchnęøa ciężko. czy idziemy w dobrym kierunku.... . . Mężczyźni bywają ta .Zamilkø.Wielka kamienna kolumna na wzgórzu. pani trąciøa elfka.Przynajmniej nie zacznij mnie policzkować. W ten sposób decyzja zapadøa. Zapowiadaøa się naprawdę zimna noc.Myślę. jakby dopiero teraz zdaø sobie sprawę z tego. Widziaøam ją z daleka. T dziwne. żeby prawdzić. Wasza Wysokość. . . ale zaraz skinąø stanowcz o gøową. Elfka potrząsnęøa gøową z niedowierzaniem..Poza tym jesteś teraz jedyną osobą. . .stwierdziø Ma ic twardo. Nie wiem. W oddali zahuczaø grz mot.Zachichotaø cicho. Wejście jest zapieczęt owane. by doprowadzić was do waszych ludzi . . . jesteś bardzo dziwnym czøo kiem. . Maric zerknąø na Loghaina. patrząc Maricowi prosto w oczy.Bo jesteście księciem. . .powtórzyøa bez entuzjazmu. że informacje Katriel są prawdziwe. że elfka nie znajdzie przejścia lub nie będzie mogøa go otworzyć.Zróbmy to . czy zdoøamy je otworzyć.Jesteś pewna? Ten Gøęboki Szlak wiedzie prosto do G aren? Będziemy mogli się zorientować. lecz nadal upierasz się przy form alnościach? . próbując .Ale. mimo że Gøęboki Szlak mógøby ich znacznie szybcie rowadzić do Gwaren niż inne drogi. . Rowan i Loghain wymienili milczące spojrzenia. ...Ciągle mnie tytuøujesz. nt uniósø brew. . . . .obiecaøa Katriel.Sądzę. . .Przyrzekam.Albo umrzemy. że informacje Katriel okażą się prawdziwe.Albo umrzemy. że powinniśmy wiedzieć więcej. nawet jeśli Katriel zna wejście do Gøębokich Szlaków. Rowan podejrzewaøa jednak.. .Jesteście.. Kobieta miaøa nikøą nadzieję.Jednak.odparøa elfka ostrożnie. Książę skrzywiø się z zbawieniem. Rowan spojrzaøa na nich z powątpiewaniem. Zawsze się okazywaøo.Pomogøaś ocalić mi życie. przysøuchu jąc się przekomarzaniom Marica i Katriel.zgodziø się Maric. Musiaøabym zobaczyć z bliska. próbując .

używając żywicznych gaøęzi i pasm odartych z tkaniny namiotu. eżnie od zamiarów dawnych budowniczych. Im bardziej światøo przygasaøo.. Teraz byøa zniszczona. tak jak reszta budowli. Katr iel nie miaøa pojęcia. gdyby pozo nietknięta. który z daleka wy glądaø jak jaskinia w skalistym zboczu. ponownie w lśniącej zbroi. Loghain nakazaø. Spróbowaø uśmiechnąć się pokrzepiająco. ważniejsze.Może to ludzie. Jeżeli ostatnio byøy tu inne stworzenia niż nietoperze.Søyszaøam wiele opowieści o zaginionych podróżnych w okolicy tych wzgórz. że to pozostaøości impon jącej ośmiokątnej metalowej bramy. Zdobiøy ją geometryczne wzory z gøębokich i szerokich rytó które ongiś mogøy skøadać się na obrazy lub søowa. Trudno jednak powiedzieć.Zapamiętamy . . że nie są świeże .może e znaleźć świeżej wody. a potem wraz z resztą ruszyø w gøąb przejścia. dlaczego nikt od dawien dawna nie widywaø mrocznego pomiotu na powierzc hni .. jak døugo będą pod ziemią. teraz jednak pokrywaø go brud. . trącając jeden z piszczeli z odrazą. .zauważyø Maric.ostrzegøa . . jak tylko zdoø li okaże się. ważasz.Nie będzie jak polować . że zstępują do grobu. niekończą e się stopnie wiodące w mrok. wystających z ziemi i bøota. Wędrowcy mieli wrażenie.przypuszczalnie potwory udusiøy się przed wiekami w podziemiach. jeśli nie będziemy mogli wrócić? Mężczyzna z nie przeglądać zapasy.wyszeptaøa ponuro. jakie udaøo im się zrobić. że to najgøupsza rzecz. Katriel zerknęøa na nią groźn . Z bliska okazaøo się jednak. wrócimy.zapytaøa Rowan. Nawet nietoperze nie lataøy tak gøęboko pod ziemią.Nie. Twarz miaø ponurą. Wędrowcy musieli iść bardzo ostrożnie. by napeønili wszystkie posiadane bukøaki i flaszki. opalizu jący w pøomieniu pochodni. jako ludzkie. søownie przegryzionych. Może kiedyś korytarz byø piękny. lecz teraz nigdzie nie byøo ani śladu obecności jakichkolwiek istot. . . a potem zaczęl przygotowywać pochodnie. Na ścianach daøo się zauważyć nawet niezdarne ryty pozostawione prz ez tych. Katriel zajrzaøa w gøąb p a. Jednak kilka zdecydowanie nie należaøo do żadnej z tych trzech ras. Loghain martwiø się. zdali sobie sprawę. Dopiero kiedy podeszli bliżej. b y nie pozwolić wyjść temu.. by udaøo się odcyfrować caøość. Budowla zamykająca przejście na pewno mogøaby søużyć za warownię lub maøy fort.szerokie. . A dalej pojawiøy się stopnie . . rozpadających się w pyø worków i. usiadøa ob .Ale to nie znaczy. Czworo wędrowców posuwaøo się w rzód. Rowan. że gdy krasnoludy używaøy Gøębokich Szlaków i panowaø tu nieustanny ruch . . Nadal musimy za chować ostrożność.. W nieruchomym powietrzu unosiø się kurz. ryty zniknęøy. Przejście częściowo byøo zasypane. rzejrzaø też zapasy.powietrze zapewniaøy świetnie zaprojektow ane kominy. Czy stoczono tu bitwę? . czy też uniemożliwić wejście do podziemi.Wtedy umrzemy. .Trudno powiedzieć. Jedno ze skrzydeø wisiaøo na ogromnych zawiasach. .Urzekające. Rozøożyø na kamieniach wyschnięte paski mięsa jąc się w bębnienie deszczu o skaøy na zewnątrz. wygøadzonym przed wiekami przez kra snoludzkich rzemieślników. jakby rumowisko powstaøo od środka.stwierdziø Loghain. czy chodziøo o to. Katriel ruszyøa pod resztki øuku. d o kogo należaøy . . Strażnica najwyraźniej zostaøa iegdyś splądrowana. poza stosem kamieni i brudu na progu wy glądaøo. że teraz nas oszukuje. *** Znalezienie drogi w dóø nie zajęøo im wiele czasu. że możemy ufać tej elfce? . na jaką się zgodziliśmy? . w którym zapewne znajdowaøa się brama. Przejście byøo czyste. nie zostawiøy śladów Widzę tylko odchody.Możliwe.To dobry znak. Wiele schodów kruszyøo s . transportowano zaopatrzenie . Prawie caøy dzień zajęøo im szukanie kolumny.Wiesz. Znaleźli również to. przeciśnięcie się między stertami gøazów wymagaøo zal niewielkiego wysiøku. aż wreszcie blada poświ nia caøkowicie utonęøa w dusznej ciemności. lecz teraz brązowe porosty i pøaty rdzy za zbyt wiele. Rozbili obóz nieopodal bramy. o której mówiøa Katriel. odcina jąca drogę na powierzchnię. bø i odchody nietoperzy. tym większe narastaøo napięcie. Rowan nie wygląda na przekonaną. . czy na dole nie zabraknie powietrza. Kat riel wyjaśniøa. którzy używali tego przejścia i postanowili zaznaczyć swoją obecność w tym miejscu.Loghain zerknąø na Katriel i Marica meandrujących gøazów i zbierających gaøęzie.pr zono towary. Starych kości. że stos skøada się gøównie z ko . Większość ledwie rozpoznać. przyglądając się uważniej kościom. co kryøo się pod ziemią.TRZYNAŚCIE.Pójdziemy tak daleko.skrzywiø się lekko Logh . ecz kiedy korytarz zacząø ostro opadać w dóø.A co.Rowan przewróciøa oczami. krasnoludzkie lub nawet elfie. Po kilku godzinach wędrowcy dotarli do dawnego posterunku lub strażnic y. częściowo pogrzebanych. c zapieczętowanym wejściem. Dalej stąpali po pøaskim podøożu. Byøo otwarte. stare klepienia zwisaøy pokryte kurzem pajęczyny. ostrożnie stąpają iędzy wilgotnymi i niepewnymi kamieniami. że nie damy rady. jak dawno temu próbowano je zablokować gøazami. W każdej bajce jest ziarno prawdy.Zgadza się. Nie byøo to zby t pocieszające. Ża go ruchu. ale kto wie czy wszystko dziaøa tak samo dobrze jak kiedyś? To by na pew no wyjaśniaøo. W korytarzach leżaøo mnóstwo przerdzewiaøych wózków górniczych. . Ludzie i elf patrzyli na otwór.

Maric poc hyliø się nad ramieniem elfki.To jest to. szynach.ostrzegø cicho Loghain. byø już najwyższy czas. a nie wielomilową warstwę skaø. Po mosty między budowlami wspieraøy się ongiś na wysokich kolumnach z wyrytymi pasmami run. czując to samo co Rowan . a owady . W unoszącym się jak mgøa kurzu i søabym blasku pøomienia widoczność sięgaøa ziesięciu stóp. Ostrożnie . Miejscami trzeba byøo iść po zynach ciągnących się środkiem korytarza. że byøy tu owady. . Pozostaøa trójka mogøa zamknąć oczy ać. Przez dwa dni wędrowali korytarzem za schodami. niczym kamienne szkielety okryte caøunem pajęczyn. musieli zaufać elfce.T o na pewno krasnoludzki . Kiedy nikt się nie ruszaø. można byøo dostrzec blade lśnienie pajęczyn koøyszących się nieznacz ysoko pod sklepieniem. Ale warta pozwalaøa im poczuć się lepiej. zapewne pod wøasnym ciężarem. ile powietrza byøo w tunelu .Gwaren? . a im gøębiej w thaig.spøywa søużyøa do oświetlenia korytarza. . ile się daøo. Pokrzepiający widok stwierdziø. Miaø rację. Loghain i Rowan wymienili nieufne spojrzenia. . skąd dobiegaø. by zajmować się ranami Marica. w którym za ich życia nie postaøa stopa żadnego krasnoluda. . .uśmiechnąø się Maric. Kawerna byøa zrujnowana. Caøa czwórka tr od ręką. Rowan denerwowaøa się. by rozøożyć obóz. więc nie wiadomo na pewno .lub jakie stworzenia przyciągnie światøo.. . Musiaøy tu być kominy lub inne przewody. Pierwsze rozwidlenie. Gøównie stare i zakurzone. cho in nalegaø. by przyjrzeć się lepiej znakowi. ale książę nie zauważyø jej reakcji. że wędrują traktem. niemal ni zpoznawalne szare pasma. odleg . Pozostaøa trójka otworzyøa szerzej oczy. Coraz wyraź iej widać również byøo. że ciągle schodzą. Pierwszej nocy pod ziemią żadne z nich nie zmrużyøo oka. zanim wędrowcy znaleźli się schodów. surowe statuy krasnoludów. w którym wokóø obozowiska tańczyøy niewyraźne cienie. ale po pewnym czasie stwierdziøa. Wiele godzin minęøo. by można byøo zobaczyć thaig w caøej okazaøości. . o jaki ch wspomniaøa Katriel. wejście do niej tar asowaøy gøazy. Oczyścili kawaøek posadzki. P yny zresztą wisiaøy wszędzie. ale nie posuwają się naprzód. ale elfka nie wiedziaøa. by oczyścić przejście. Obecność paj naczaøa.Czujecie to? zapytaøa Rowan. Chociaż zdawaø się opuszczony.Widzicie? Skøada się z dwóch symboli: gwah i ren. nikt nie potrafiø powiedzieć.delikatne muśnięcia na skórze.życie. M byøa magia. zawieszając je w czasie. niepewnie stąpając między gruzami. chociaż żaden atak nie nadszedø.odetchnąø Maric. zwieszaøy się zewsząd. szczególnie rany a gøowie. Søychać byøo również dźwięki. Mniej niż dzień później . . co raz gøębiej i gøębiej w mrok.bardzo wiele. Dotknęøa policzka i rozejrzaøa się niespo nie. . tak? Strażnica krasnoludów nosiøa tę s wę. Pokrywaøy ściany budowli jak wstęgi gazy. wygøadzone przez czas.choć wyczucie czasu również zac zawodzić w podziemiach.jak wyjaśniøa Katriel . chociaż krasnoludy nie używaøy czarów.zapadaøo. wrażenie. Maric cieszy nak. Katriel zesztywniaøa nerwo wo.Katriel podniosøa gøow popatrzyøa na Marica. Opa ciężko niczym caøun. Sól i przystań.Ale nie mam pewności. ale Loghainowi udaøo się zauważyć także kilka nowych sieci i niew ielkie pająki umykające przed światøem pochodni. Gdy czwórka wędrowców przystanęøa. W otaczających ich ciemnościach komendant j uż dawno straciø poczucie kierunku.. teraz jej nie . Gdy skońc ich oczom ukazaøo się miejsce. . w której znajdowaøa się krasnoludzka osada. zakøócana jedynie odgøosami zdøawionych oddechów i szmerem nóg ocierając kamienie. jaskin ię. m byøy starsze i gęściejsze. Zdaniem księcia. cofając pochodnię. by nie podpalić pajęczyn. Wyda krasnoludzkie miasto otoczyø kokon.wymamrotaøa. Dźwięk pojawiaø się i znikaø. otulając mrokiem i ciszą. Prawdę mówiąc do nich podkraść. ale niewiele mogli zrobić. że nad gøowami mają niebo. że nie natknęli się na mroczny pomiot. Teraz większość z nich leżaøa poøamana.To pow ietrze .Wydaje mi się. Wzdøuż ścian w podøodze ciągnęøy się gøębokie rowy. że napis wskazuje prawą odnogę. by wydarzenia przybraøy lepszy obrót.Tu jest przepøyw powietrza. co obecny port. że kurz wiruje w podmuchach niezauważalnego niemal wiatru. znaczyø runiczny wzór na ścianach. . można byøo dostrze rzy ścianach i ledwie rozpoznawalne. Po oczyszczeniu. Pozostaø jedynie kurz i cichy mrok.wędrowcy natknęli się na thaig. co dawaøo atriel okazję. Loghain zapytaø. Czworo wędrowców godzinami odwalaøo kamienie. można byøo usøyszeć w oddali støumione klikanie w ciemn i. z kurzu i drobniejs zych kamieni Katriel zaczęøa go studiować niemal z nosem w rytach i pochodnią w døoni. do jakiego dotarli wędro wcy. Pajęczyn byøo jeszcze więcej. że leki jednak zadziaøaøy i obrażenia goją się do e. O tak . by nie rozpalać zbyt dużego ognia. Pojedynczo trzymali wartę i spoglądali w rozjaśniany t lko jedną pochodnią mrok. marszcząc brwi. Powietrze pøynęøo z góry i się bacznie przyjrzeć. Zatrzymywali się regularnie na odpoczynek i posiøki. yøy z mroku wspomnienia wielkich kamiennych budowli sięgających sklepienia jaskini.Lepsze twoje przypusz czenia niż moje . To nie byøa przyjemna myśl. skąd się braøa. aż w końcu światøo pochodni nie mogøo przez nie przeniknąć. Nie wiadomo. po których ongiś zapewne kursowaøy górnicz ki. Skądkolwiek jednak spøywaøa. Elfka obawiaøa się zakażenia. Lecz najgorsza byøa cisza. Pożar rozpr estrzeniøby się w okamgnieniu i ze sklepienia zaczęøyby spadać pøonące sieci. Klepnęøa jeden ze znaków powtarzający się kilka razy. może wøaśnie takie. Migoczące pochodnie nie dawaøy dość światøa. którymi .

wojowniczka nie pozwoliøa się przewrócić i zaatakowaøa ponownie. że to Patron .Elfk a starøa więcej kurzu. . Katriel zbladøa. Pająk przed Rowan ruszyø jednak naprzód.Patron to nie ktoś zwyczajny. Rowan zachwiaøa się pod impetem ataku. Towarzys ze podróży odwrócili się. międ zy którymi się ciągnąø. Katriel uniosøa pochodnię i przetarøa kilka symboli døonią. pomnik s poczywaø na prostopadøościennym postumencie pokrytym zakurzonymi runami. Jak się okazaøo.syknąø Loghain ostrzegawczo. øapiąc dziewczynę za nogi. że ten byø kowalem. wrzące smugi na metalu. Albo idziemy naprzód. Odwróciø się. To niedościgøy wzór. Przeszli przez døugi pomost. że pomnik wykut jednej bryøy marmuru. zadzierając gøowę. Wydawaøo się. Loghain skinąø gøową. budowniczy domów. a przynajmniej nie wid zieliśmy żadnej innej drogi. I wiele by zapewne oddaøy za informację o tym pomn iku. gigantycznego wojownika. Zupeønie jakby chciaø wøasnej rany. by stawić czoøa kolejnym agresorom. Pająk odepchnąø miecz. który sięgaø czoøem setek stóp wzwyż. A w ślad za pierwszym pojawiøy się następne . . Katriel niechętnie ulegøa. Tylko oczy byøy wyrazistsze . .Musimy sprawdzić. Odgøos odbijaø się echem od ścian.zawoøaø Maric. Posuwali s ię powoli. by obejść to miejsce. choć w ciemności niewiele mogøa zobaczyć. Kolejna bestia zsunęøa się z góry. którzy się nadzwyczajnie wyróżnili.To. Upuszczony miecz zadźwięczaø na kamieniach. po raz ostatni spo na giganta i potrząsając z niedowierzaniem gøową. gdy ta nagle umknęøa do góry w ciemność. .krzyknęøa. Pociągnąø mocno w dó a znowu wrzasnęøa. Rozbrzmiaøo i umilkøo. jacy żyli i żyją na świecie. o wøos chybiając Loghaina. . jaką wędrowcy w życiu widzieli. Stękając z wysiøku. ale Rowan zręcznie cięøa go mieczem w øeb. Ka yknęøa z przerażenia. Zasyczaø. nadawany przez krasnoludów tym. To legendarny tytuø. broń w gotowości. . Ledwie ośmielali się oddychać. nieoma ytrącając go Rowan z døoni. Maric deptaø mu po pię Czy to nie pogorszy jedynie sytuacji? . t czerwień. wyblakøe barwy. skoczyø i uderzyø w najbliższą ścianę. którzy uciekali z pol idzenia. Już miaø pochwycić Katriel.. Nawet elfka nie wierzyøa wøasnym domysøom. .Patron. Wytrzeszczyøa oczy na widok pająka nieco większego od czøo . W ciszy zakøócane ylko szmerem ubrań i kroków ten obcy dźwięk bardzo się wyróżniaø.spøywający z nich ciemny jad pozostawiaø tylko dymiące. .Na tchnienie Stwórcy . .Tam! . Maric pokręciø gøową.Nie ma sposobu.wymamrotaøa Rowan. ale ze wszystkich s tron. caøą czwórką. ale i tak byøa to największa rzecz. Elfka tylko krzyk . t krasnoludzki kowal .Rowan! . pochøonięta odkryciem. ale na pewno nie byøo zøudzeniem. próbując skoczyć na ofiarę. Logha in byø już na nogach. albo wracamy do wyjścia na powierzchn ię. lśniącymi ślepiami. kiedy ludzie i elf starali się wypatrzyć w mroku zagrożenie. .wrzasnąø książę. możemy spalić pajęczyny.Czy możemy iść dalej? Elfka posøaøa jej ostre spo jrzenie. Ze strache zęøa się rozglądać. Z rany t iaøa posoka. jednak køy nie przebiø ancerza .w mroku rozbøysøy wilgotne oczy.Loghainie! .Nie dotykaj . .. a Katriel podeszøa bliżej z wytrzeszczonymi oczami.nalegaøa Rowan.spojrzaøa dla krasnoludów ogromne znaczenie. popękany i zniszczony jak mury budowli.Wspaniale. starając się nie wywoøać żadnego haøasu. Kamień monumentu zwietrzaø. . umykając nerwowo przed mieczem lub pochodnią Rowan.Pomóż mi! Mę ruszyø natychmiast i chwyciø wierzgające mu nad gøową nogi przyjaciela. Tak nazywa się tylko największ ych spośród krasnoludów. a na krawędzi światøa rzucanego przez pochodnie zacz ię poruszać coraz więcej cieni. Tylko Maric zauważyø za plecami elfki poje dynczą srebrzystą nić. .zdziwiø się Maric. Pochodnie zatacza okie øuki. gdy potwór liø się. rkając czujnie w górę.Może powinniśmy zawrócić? . Później . gdy ciężar Marica ściągnąø ją w dóø i oboje zakoøysali się niebezpieczn mroku wybuchøo podniecone klekotanie . Cofnęøa się spod monumentu. Potwór zaskrzeczaø. po czym ciąø w przednie odnóża kreatury. Lecz widzieli ty lko poøamane portyki.dobiegaøo nie tylko z góry.się wyraźniejsze. a potem przy akompaniamencie nieprzyjem nego plaśnięcia caøa trójka uderzyøa o kamienną podøogę. nabrzmiaøe o wøoki uniosøy się na granicy światøa i mroku. To .wyszeptaøa. .wyszeptaø Maric. Na jednej ze ścian zachowaøy się resztki malowidøa. Mężczyzna uskocz róciø się niemal równocześnie.. dotyka chyba sklepienia kawerny.Jeśli będzie trzeba.Co to za odgøosy? Kamienie? N odpowiedziaø. . Cienie tańczyøy drwiąco w døawiącej ciszy.Co t ego? . . machając nogami. szczegóøy zacieraøy się w mroku.Powiedziaøem: jeśli będzie trzeba. . zniszczone kolumny i jeszcze więcej ruin.wysze Rowan.Zdaje się. Stali u stóp olbrzymiej statuy. Pająk za taø gniewnie.i spoglądaøy na czw oro wędrowców z zaskoczeniem. Najwaleczniejsi wojownicy. Pająk osøoniø się prz potem przechyliø gøowę i spojrzaø na Katriel czarnymi. .. Czci się ich jak bogów.Więc im powiedzmy. plecy w plecy. obnażając oślizgøe k klekocząc urywanie. . Loghain ruszyø naprzód z wyciągniętym mieczem. Loghain przystanąø i Maric omal na niego nie wpadø. Tak naprawdę nie byøo nad czym dyskutować. Wøochate odnóża przebieraøy z niesamowitą prędk twory wspinaøy się po niciach. by wbić køy w zdobycz.krzyknąø ostrzegawczo mężczyzna. gdy w górze zabrzmiaø klekot. ale kobiecie udaøo się znowu unieść ostrze. Każdy krok na rumowisku stawiali os ie. . unosząc przednie nogi. Myślę. oraz niewyraźny zarys twarzy. lecz elfka zignorowaøa polecenie. . gdy jeden z mroc sztaøtów wynurzyø się z ciemności. uda się stąd wyjść.

. Ogromne pająk taøy ataku i umykaøy teraz we wszystkie strony. pociąg za sobą nieprzytomną Katriel i Marica. próbując podbiec do księcia. gdy spojrzaø w górę. . jeden z niewielu dachów. Ostrze prze biøo chitynowy pancerz z mokrym trzaskiem. wraz z drżeniem i søabością. Jedna z nich pomknęøa w stronę Rowan. Ile czasu minęøo? Czy nadal byø na G im Szlaku? Czy już byli bezpieczni? Kiedy próbowaø się odezwać. Maric zamrugaø w nagøej jasności.Naprzód! . Potwór szarpnąø odnóżami i zapiszczaø gøośno. czy k awerna zwali im się na gøowy .. posoka trysnęøa na wszystkie strony. Loghain szedø za nimi. . Skrze ię cofnąø.z przerażenia. biorąc zbyt gøęboki wdech i krztusząc s Żadne z ludzi nie wiedziaøo.wymamrotaøa. Byøa to kopuøa z zaśniedziaøego zøota. Podniósø miecz Marica i przy asającą pochodnię. Rowan wes chnęøa.Nie ruszaj się jeszcze. ale Rowan cofnęøa się. który rozpøywaø się w ciele. Dym bardziej podobny do kurzu osiadaø na twarzach i ramionach. Torsje przyszøy falami. który zøapaø ją zręcznie pomimo søabego światøa. jakie się nie zapad owan pomogøa Maricowi nieść Katriel. że książę nie zdążyø się zasøonić . w której øatwo byøo dostrz mnóstwo pajęczych sylwetek biegnących po ścianach. podsuwając Maricowi flaszkę po raz drugi i tym razem pozwalając się porządniej napić. I dobrze. W køębach dymu widzieli tylko jasną. mo dna tkanina przesunęøa mu się po czole. ciemnej śliny. jak Katriel osuwa się bezwøadn e. zani ardziej przechyliø naczynie. biaøa posoka spøywaøa mu ze zran Mężczyzna przycisnąø stopą tuøów monstra. skrzecząc. i wraziø miecz niemal pionowo . Chwilę kaszlaø. Monstrum się cofnęøo Rowan zdążyøa zatopić mu miecz w brzuchu. r a napastniczkę. pomogøa mu wstać. a po zwisających obok pajęczyn. nadal przebierając nogami.Ale przynajmniej pożar się skończyø. po trząsając gøową. Lecz wówczas p o ścianie przebiegø kolejny pająk i zastąpiø jej drogę. Przez chwilę zdawaøo się. minie . i niem zdaø sobie sprawę. Rowan zaatakowaøa bez wahania . Trysnęøa biaøa krew nie krew i pająk. komendant wyszarpnąø ostrze z martwego pająka.gdy z Loghainem przebijali się p rzez nieznośne gorąco. gdy wielki pająk spadø prosto na nich i zatopiø køy w ramieniu Katri el. . ciaøo zwaliøo. bo Maric się zakrztusiø. pozbywając s ię obrzydliwej.za oøaø ochryple z wysiøku. ciąg e do pobliskiej kopuøy. Zaraz jedna . Przewrócony pająk zacząø się podnosić. Jego krzyk zlaø się z wr askiem towarzyszki. Gøowa potwora potoczyøa się po kamieniach. Dam ci coś do picia.z pajęczynami i pająkami . Powietrze umykaøo w górę. lecz nie wyprowadziø ciosu. wskazując najbliższy budynek oświe pożarem. migotliwą poświatę szalejącego p sklepieniem pożaru. Nic nie widziaø. zmuszając go koku i ucieczki w górę. zaraz potem Rowan. a Rowan podbiegøa do Marica. ***Kiedy się ocknąø. zaciskając zęby z wysiøku.krzyknąø. a gøo azaø mu leżeć spokojnie. kiedy ze sklepienia zaczęøy spadać skrawki pøonących pajęczyn. że jej ciaøem zaczynają targać konwulsje. Maric wbiø miecz z boku gøowy potwora. Powietrze zostaøo wciągnięte w górę. pozbawiając potwora części odnóża. Dotyk na ramieniu sprawiø. cudownie zimna woda spøynęøa do gardøa. Kobieta przewróciøa się.Tam! . zaś ich mrożące krew skrzeki przeszøy w kako fonię. czarne strużki rozbiegaøy się i rozgaø skórą elfki niczym mroczne pęknięcia. Przy ustach poczuø butelkę. a nad p adø czarny. To. która niemal zagøuszaøa ryk pøomieni. Rowan cięøa z rozmachem. Obok księcia staø Loghain. że się nie zapalą. . Poruszanie zdawaøo się przedzieraniem przez bagno. gdy ten chciaø usiąść. Żrące punkty na jej ramieniu już zaczynaøy puchnąć. Pożar roz pod sklepieniem oświetliø ruiny. Zastraszająco dużo sylwetek. Szybko. Elfka szarpnęøa się. którą ledwie byøo widać w oleis h køębach. Odór spalenizny wypeøniaø otoczenie. Woda smakowaøa cudownie i Maric leżaø. Przez okamgnienie Maric zastanawiaø się. Loghain skoczyø i k mrożący krew skrzek.Maricu! . by je unieruchomić. zaraz jednak pøomień erczaø i pomknąø w górę po sieci. .Nie! . zanim uderzyøa o ziemię. że Maric instyn wnie sięgnąø po miecz. gdy huk ognia stawaø się coraz gøośniejszy. gdy przebijali się do kopuøy. Maric potrząsnąø gøową os araz jednak oczy rozszerzyøy mu się ze strachu. a potem odwróciøo się tak szyb ko. gdy uświadomiø sobie. widząc. Elfka dopadøa do księcia.potoczyø się bezwøadnie po ziemi. prawie nie czym oddychać. Kobieta cięøa bez namysøu.Loghainie! Musimy się ukr Zaciskając zęby. nadal byøo ciemno. wdzieraø się do ust i pøuc. Monstrum zadrżaøo. Książę zakląø.zamaszystym ruchem wyprowadziøa cios. rozkoszując się oczyszczającym chøodem. Bardzo szybko. Dźwignąø Marica na nogi i razem podnieśli nieprzytomne kobiety. Maric czuø oszoøomienie.wrzasnąø Maric. Leżaø na twardym podøożu. Silna døoń powstrzymaøa Marica. Z trudem obróciø ostrze. dokąd wøaściwie idą. o klekotu niosøo się wokóø nawet wtedy..zawoøaøa em Katriel. który natychmiast przesøoniø widoczność i zdøawiø dech w piersiach lud elfki. ale musisz pić powol i.Zbierajmy się! . . Ból przeszyø mu ciaøo. gęsty dym. I wtedy nagle zaczęøo się ssanie. Broń rzuciø księciu. Rowan także ruszyøa w jego kierunku. Maric zacząø kaszleć ochryple.zawoøaø Loghain. Miaø ochotę pić bez pr . odwróciøa i wbiøa sztylet w jedno z wielu oczu. jedynie zachrypiaø sucho i z akaszlaø. że krtań ma sklejoną atramentowym kurzem. A potem zemdlaø. Książę chwyciø ją w ramiona. .

Loghain odwróciø się plecami do ognia i spojrzaø z powagą na Marica.Co macie na myśli? .Zmrużyø oczy. ale byø bardzo wyraźny. Maricu.Byøem skøonny uznać ją za posøanniczkę.odparø Loghain znad maøego ogniska. Co takiego zrobiøa..Przyszøa mi na pom oc .Wydaje nam się.Nie wiem. nawet jasne loki wydawaøy się tøuste i ciemne. I chyba nie tylko oni. Pod ziemią trudno określić czas. nie wiemy. O na wie . dza. Ki edy on byø nieprzytomny. lecz nie taki. ale kiedy się zajęøy pøomieniem.. Widziaø sposó niego patrzyli. .Ale woda jest świeża. może komnaty dokøadnie pod kopuøą? Czy ego czasu forum? Teatr? Maric søyszaø kiedyś.Nie ocknęøa się jeszcze .przyznaø sz czerze Loghain. Loghain dmuchaø w ogień. uświadomiø sobie Maric. Znaøa go od dzieciństwa.Loghainowi udaøo się wyssać większość jadu. Wszyscy czworo byli pokryci tym kurzem. . że wytwarza wodę. Raczej jak uderzenia kamienia o kamień. niczego udawać. siadając. . Jego zøość szybko się ulotniøa. Maric mógø jedynie usøyszeć nieodlegøy plusk wody. Gniew. zanim zrobiøo się naprawdę źle . Myślę. .wychrypiaø Maric. Wy lądaø na bardzo zmieszanego. że chciaøa być jak najdalej od niego. ale się nie odwróciø. jakie uøożyø. . że i tak wszystko pójdzie wbrew planom. . . .Wierz lub nie.zyø czujnie oczy. Znajdowaø się wewnątrz budynku.Albo ją zostawić . . pewnie wytarta z brudu. .pokryte wiekowym kurzem. siedząc obok siebie. oni dyskutowali o porzuceniu elfki.Rowan! . którego kopulasty dach ledwie majaczyø iepøym blasku ogniska.. .Czy Katriel. te baczne spojrzenia. czy w ogóle coś zrobiøa . Książę zerkaø na przyjacióø. Katriel leżaøa obok z zabandażowanym ra . . o których nie chciaøa rozmawiać. Ale jak to brzmiaøo? Rowan też nie musiaø niczego udowadniać an i udawać. . Ma ic zamilkø zaskoczony.odpowiedziaøa twardo Rowan. tylko twar z. to co z tego? . Chciaø wyznać. którą znaleźliśmy w Gwaren. nie patrząc na nikogo. gdy zrozumiaøa. . Szkoda. oczywiście.zacząø znowu Loghain ostrzegawczo. Uniosøa døoń.Maric byø wstrząśnięty.Z tyøu jest duży zbiornik.Myślisz. uciszając Loghaina. Maric chci aø powiedzieć Rowan.Nie ma śladu pająków . . podczas których wojownicy walczyli o chwaøę i honor. Byøa pokryta czarnym kurzem. Rowan odruchowo wyciągnęøa rękę. czując falę gniewu. . czy to rozsądne. Maric uświadomiø sobie. Dob nie podzieliøa się swoją wiedzą.I powraca świeże powie rze. Z zadowoleniem spojrzaø na ognisko i wyprostowaø się. Próbowaøa t o ukryć. ale nawet dla niego byøo jasne. Z oddali dochodziø jakiś dźwięk.odpowiedziaøa Rowan ostrzej . Loghain skiną . . gdy po raz pierwszy spada śnieg.dodaøa cicho wojow a. ale cofnęøa ją z wahaniem.mruknąø. Jeżeli gdzieś w pobliżu znajduje się droga wiodąca do Gwaren.zap ytaø. A potem nareszcie dostrzegø w oczach Rowan zranioną dumę. . jak ten wydawany p rzez pająki. Książę zesztywniaø.Nie m ożemy zostać tu zbyt døugo. . że nie musi jej nicz udowadniać.Jak døugo tu teśmy? .uświadomiø sobie Maric.. ale w pobliżu jest woda . by jej ufać. który chciaø się wtrącić. Zostaø częściowo zniszczony i zrobiø się strumie gia. ale posøuchaø.. Kobieta zerknęøa na Loghaina. Plamy czerni rozciągaøy się przy otworze søużącym kiedyś za drzwi lub okno. Maric koc . Policzek. bøędy i winy lepiej niż on sam.mruknąø Logha dlaøem.Maricu. Cisza wydawaøa się absolutna. że ta elfka mnie niepokoi. . Może to byøo miejsce takich pojedynków? Choć nie wydawaøo się dość duże. jak powiedzie Katriel. trz ją szybko znaleźć. Tysiące razy zastanawiaø się. sprawiaøa wrażenie nieco czyściejszej. To nie jest zwykøa elfia søużąca. Już rozmawiali o Katriel.. by go rozpalić mocniej. .Zdaje się. by zabili mnie żoønierze uzurpatora.Mówicie poważnie? .Och . znaøa jego wady. których o niej nie wiemy. że księciu nic nie dolega. pomóc.. zyø brwi. nad którym unosiøy się równie cie mne chmury. . Nie potrafiø powiedzieć. tøumiøa dźwięki niczym w dniu.niczym morze czerni.Maricu. a zdumienie zmieniaøo się w oburzenie. Na zewnątrz pulastej komnaty widok byø gorszy .Pająki mogą wrócić .Wiem tylko. W ciemności bøysnęøy iskry i zaraz potem niewielki pøomień. . . że wøaśnie to sø y. że krasnoludy toczyøy między sobą pojedynki naz wane świadectwem. że najgorsze za nami. Zjednoczony front. tarasowe schod y wiodące do niżej poøożonej środkowej części budowli. że nie możemy zabrać ze so tej misy. gdy o nią chodzi . Nie wiem na jak døugo.dodaøa Rowan. zamiast poprowadzić nas prosto w øapy wroga.Mogøa bez trudu pozwolić. bez wątpienia . misa.Zostawić ją? Bo jest ranna? .pozostaøości po zniszczony h ścianach lub meblach . że jest wiele rzeczy. .wzdryg wan. że przy Katriel czuje się speøniony. że t o ta sama kobieta.Udaøo mi się wciągnąć cię pod kopuøę. Wskazaø niedbale na jedną z najbardziej zrujno wanych ścian.. . nawet szpiega arla Byrona.I weź pod uwagę. Dostrzegø również døugie.Nie o to chod zi . Wszystko teraz nabieraøo sensu.stwierdziøa beznamiętnie. ską hodzi ten odgøos. . Nie powiesz. ale w ogóle caøa jask inia. Ale jej umiejętności.upieraø się książę. co wam się nie podoba? . Doszedø tylko do wniosku. krzyczącą wniebogøosy o ratunek. Na szczęście mamy jej leki. że nie jesteś zbyt obiektywny. . I będziemy musieli nieść Katriel.Tak. Wokóø leżaøy niewielkie stosy i rumowiska . że to rozsądne? . Rowan wzięøa gøębszy oddech. odpędziøy c mógø znowu widzieć. wycierając twarz z popioøu.stw ierdziø Loghain. Poøamane k waøki drewna.Na i.Ile czasu minęøo? .z Rowan. trzaskaøy i prychaøy. .. bo samo opatrzeni any mogøo nie wystarczyć. . Tamten dzień przed odpøyn ięciem z Gwaren..

W pe momencie wszystko się zepsuøo. od lat.. gdy kamień wbiø mu się w plecy. że książę diotą.. . Nareszcie Rowan uniosøa gøowę i spojrzaøa na niego twardo. że wojowniczk zrozumie. Zerknąø na Rowan. Maric wziąø gøęboki wdech...Rowan acząø . Podniosøa się powoli.. strzepując czarny pop olanników. by ujrzeć.Chcę . Gdyby chciaøa .Nie. w tej ciemności peønej gigantycznych pająków.Na tchnienie Stwórcy. do jakich mó obec mnie poczuwać. .stwierdziøa zimno. Loghain tylko spoglądaø na przyjaciela z niedow ierzaniem. ale wøaśnie to zrobiø. Maric odwróciø się. że powinni po prostu zostawić elfkę. Ależ tak. naprawdę sądzicie. a te umiaø. że w pobliżu mogą się czaić wielkie pająki. Twarz kobiety byøa jak kamień. Na samą myśl..Nie sądziøem. I nie mógø awać. .Nie oglądając się. .Nie. Loghain rzuciø Maricowi spojrzenie jasno mówiące. Loghain popatrzyø na przyjaciela z zaskoczeniem.może powinniśmy porozmawiać. choć wyglądaø. niechętnie kiwając gøowami. potem na Marica. Powinienem byø pomyśleć wcześniej. Zwolniøabym cię ze wszelkich zobowiązań. wiedziaø. coraz bardziej zahipnot ny ich tańcem na drwach. odchylając się na øokciach.Nie wiem. świergotu ptaków czy nawet klekotu pająków. W gøębi duszy miaø nadzieję. czyż nie? . Na pewno Rowan nie. Wolaøby porozmawiać o czymś innym. że ją zraniø. z skając zdecydowanie szczękę.Ach . gdyby Logha in wyjąø nóż i wbiø mu w plecy. Zawsze byliśmy na wojnie i nie myślaøem. dostawaø gęsiej skórki.Miaøeś miaø obok cichy gøos.Wiem.. . Podniosøa się szybko.Nigdy nie chciaøem cię zranić. . ale z Katriel byøo po prostu. . . . z ndorn zginąø. . Rowan robiøa wszystko. Maric westchnąø.. skąd się wzięøo.stwierdziøa chøodno . To byøo okrutne. Krzyknij. że ją tu zostawię? Nikt nie zasøuguje na taki los. Pewnie dlatego Loghain byø na niego z nie wiadomo. . Jak wytøu te sprzeczności u Katriel? Maric westchnąø.Przestań . Kochasz ją.wtrąciø Loghain. Rozstanę się z Katriel tąpiøo døugie. Maric nie miaø na to żadnej odpowiedzi. a potem zdecydować. rozsądnym mężczyzną. Czy Maric naprawdę chciaø to zobaczyć na wøasne oczy ? Ale dlaczego Rowan i Loghain przenosili swój gniew na Katriel? Maric nie potrafiø tego pojąć.nie chciaøem.Myślę. Wybaczcie. Rowan zebraøa swoje rzeczy. Nawet jeżeli uda się przejść ten tunel i dotrz do Gwaren na czas. Gdyby naprawdę nie miaø pojęcia. w jej z .aø Rowan. Nie podobaøa im się ta decyz ja. Uratowaøa nam życie. że nie søychać tu wycia wiatru. ale też chyba nie byli do końca przekonani. czøowieku! Kochasz ją? Maric skuliø się tylko. nie byøoby mu t no powiedzieć o Katriel. co powiedzieć . odeszøa w c ność rumowiska na tyøach komnaty.rzekø tylko. co Rowan czuøa. niezręczne milczenie.obiecaø cicho. jeś ie. Byøoby lepiej. z trudem. . jak resztki rebelianckich siø ra z na zawsze ulegają potędze uzurpatora. Katriel się obudziøa. to chyba tylko po to. wolaø. Katriel nie chciaøa ich skrzywdzić.szepnąø z powagą . Rowan.. że wasze podejrzenia s szne. gdyby Katriel się obudziøa.. Na dodatek książę zawiódø zaufanie Rowan. że nie narzekaøa na zaręczyny od wielu lat. Bardz o powoli zwróciø na Rowan spojrzenie peøne cierpienia. . Kobietą z umiejętnościami. Jeśli chcesz.. inaczej.Powiedz m i tylko jedno: czy to nadal trwa? Po tej pierwszej nocy? Maric poczuø się bezradny.Rowan . że nie powiedziaøeś mi wcześniej.odpowiedziaø. Wszy yle nie ta cisza. celowo go ignorując. I po co b y wcześniej pomagaøa rebelii? Książę spoglądaø w migoczące pøomienie.Zakończę to .. I nie potrafiø tego naprawić. .przyznaø cicho Maric. Rozumiaø Rowan.. ..Dowiedziaøa się o czym? . chyba. skończę to. Jako nastolatki oboje narzekali z goryczą na zaaranżowane przez rodziców za ręczyny i skrycie wyśmiewali pomysø maøżeństwa. że ją kocham. ale Maric wiedziaø. ale w tej chwili wolaø póømrok. Loghain w zamyśle iu potarø policzek. . że trzeba doøoż drewna. Rowan skinęøa gøową. .I nadzwyczajną ko bietą. że mógøby się na to zgodzić. Chodźmy i. Nie tego chcę. Ale Loghain? Byø zwykøym.Ale. Jego plan okazaø się porażką. .Nie ma potrzeby . czymkolwiek. Dość już t ghain i Rowan spojrzeli po sobie. . . . . że søuchaøa uważ nąø urywanie. by Maric zostawiø ją w podziemiach? To nie miaøo sensu. . Przykro mi t ylko.Zamierzam się trochę umyć. Kiedy tak na iego patrzyøa. by cienie podeszøy bliżej.To nie miejsce. czy coś jeszcze da się naprawić.Tak .Tak . Wyczuwaø napięcie między nią i elfką już wcześniej..wykorzystaøaby jedną z wielu okazji. . Maric nie rozumiaø... . ale Rowan nie zamierzaøa odpuścić. Wolaø chøód w powie Myśl. wydawaøa się zupeønie nierealna. .powiedziaø niepewnie. co mówimy.Może powinniśmy ją przesøuchać. .przerwaøa mu spokoj nie Rowan. . y nie patrzeć na księcia.żebyś posøuchaø tego.Rozumiem. że jesteś dla mnie ważna. i skrzywiø. .Pilnuj ognia. że miaøby tu zost szego wroga.Ale. Cisza kawerny przytøoczyøa ludzi i przez okamgnienie Ma ric żaøowaø.Jest elfką . aż nagle twarz mu znieruchomiaøa. Wiesz. jakby poøkn zo gorzkiego. . Spojrzaøa mu w oczy.. To znaczy nigdy o tym nie rozmaw ialiśmy. Nigdy nie chciaø zranić Rowan. Maric uświadomiø sobie.I nawet jeżeli się zgodzę. żebyś się dowie w ten sposób. Skąd u niego podejrzen triel? Dlaczego chciaø. Spojrzaø w oczy Rowan. Maric straciø większość armii. dlaczego sądzili. że o tym nie wiedziaø.A potem ruszyø za Rowan. Ognisko powoli zaczynaøo przygasać i Maric wiedziaø.Popatrzyø na przyjacióø z wyrzutem.p zyznaø szczerze. Chociaż Rowan oczekiwaøa ej odpowiedzi. za które powinniśmy być wdzięczni. . . Rowan patrzyøa w ziemię. by o tym mówić.

Mój książę? To brzmi o wiele lepiej niż Wasza Wysokość. jeżeli wszystko skończy się tutaj. by przyjrzeć się opatrunkowi na r eniu. ale m. niż jestem .Wiem . powstrzymując kolejne øzy. Proszę ic ująø jej døoń i pogøaskaø pieszczotliwie. Rowan zastanowiøa się. Skinęøa gøową. R owan ponownie zabraøa się do czyszczenia napierśnika. Ująø kobietę pod brodę i odwróciø jej twarz do światøa. potrzebowaøa chwili samotności. Byøa daleko od ogniska.Odejdę. ponuro wpat mienie. Niewiele øez popøynęøo jej p rzy. co robiøaś wcześniej i gdzie byøaś. jeśli sobie życzysz. De . W asza Wys. . na którego wszyscy pa z nadzieją. . ale nie miaø znaczenia. co powinienem wiedzieć. jakby chciaøa coś wiedzieć. Milczeli przez chwilę.Zdawaøo się. .Nie chodzi o to.w jej gøosie brzmiaøa niepewność. którą. . . Kobietą. kim jesteś. Przez chwilę zdawaøo się. gdzie się znalazøa. ale wolaø się upewnić. . że to ie ją zraniøo.Naprawdę jesteś gøupcem . Wydawaøo się. znisz czonych ścianach.ych oczach pojawiø się smutek i oddalenie. Przysięgam. .W porządku. niż powinnam. że jestem tym czøowiekiem. dla podkreślenia swoich søów dotknęøa jego døoni.westchnęøa. znam cię .Och. . Najdelikatniejsza skóra. A potem ją pocaøowaø. że rozpøac re.uśmiechnąø się Maric.Dlaczego mnie bronisz. lecz migo tliwa poświata nadal dawaøa nieco światøa.. czego? Nie wiedziaø. . Wiem.Kciukiem starø øzę.wyznaøa.Jak możesz sama tego nie wiedz eć? Elfka spuściøa oczy i odsunęøa delikatnie jego døoń. że jestem elfem. . ale nie umiaøa. nawet z myślą. w odlegøym kącie komnaty. Czuøa się lepiej oku.To jeszcze nie koniec .Udaję kogoś innego. przed ziomkami. .P owinieneś søuchać przyjacióø. . . Jej obce. Nawet teraz czuøa jego spojrzenie. przyciągnąø elfkę do ognisk Boli cię? Chyba byøa zadowolona z ciepøa. popøynęøy wraz z gorzkim.Wøaśnie . .szepnęøa. Po policzkach Katriel øzy. tak się skøada. że mogą się do niej podkraść wielkie pająki.Nie. Rozejrzaøa się po zrujnowanej komnacie. Katriel spojrzaøa na niego ze szczerym zdumieniem. Powoli wycisnęøa szmatkę i przesunęøa p etalu. . Rowan nie przeszkadzaøa ciemność. że nie mieli racji. jak daleko ciągnąø się strumyk. Cudzoziemką zatem. sprawdzając zapewne. że nawet ubrudzona popioøem pozost ak delikatna. niepewna o odpowiedzieć. Zachichotaø ponuro.Miaøeś rację. ale opanowaøa szloch. nie wierz w to . Maricu? Nic o mnie nie wiesz.Nie mogę.przyznaø. . zanim jeszcze zobaczyøa cień jego sylwetki w odlegøej poświacie. powoli rozw zemienie i ostrożnie odkøadając części pancerza.od dziaø cicho. .. Niech spróbują. że jesteś elfem. aøy Loghain. elfie oczy przesunęøy s ię po twarzy Marica. co edziaøam? .Oprzy tomniaøaś! . . by Maric je zobaczyø. . . .Na delikatnej twarzy Katriel støumiony blask ogniska wywoøywa igotliwe cienie. że Rowan jest bezpieczna.Przepraszam ..Nie.Wiem wszystko. . . Dobra i warta miøości.. Bez pochodni trudno byøo ocenić. . Loghain obserwowaø jej ruchy w ciemności. by dostrzec powagę na jego twarzy. Pochodnia mogøaby jedynie przyciągnąć køopoty. jak døugo udaję księcia? Udaję. Uśmiechnąø się do elfki mutno.Wiem.przerwaø jej. Potem zmoczyøa szmatkę i zaczęøa go czyścić..Zawsze można coś zrobić.Maricu .To tak jak ja . Tak naprawdę nie trzeba byøo czyści oi pomimo nieprzyjemnej szorstkości. odkøadając wilgotną szmatkę. . . . Albo kobietą. Poruszaø się cicho. ale kobieta nie chciaøa.Jak możes nie tak krótko. Zanurzyø palce w wodz ie. kim byøaś. Loghain podszedø bliżej i usiadø przy strumieniu. W jej gøosie brzmiaøa smutna rezygnacja. kogo chcą ujrzeć na tronie. Ani Loghain. . jaka jesteś. . . . ostrożnie. . . Søyszaøeś.Wøaśnie o cię kocham. Ważne.Nie wiem.Przynajmniej w twoich ustach.Søyszę cię . że to byø żaøosn lepiej. Katriel zamrugaøa. Ująø jej døoń. A ona ulegøa. W gøębi duszy poczuøaby zape inę satysfakcji. ani Rowan nie powinni mówić o tobie w ten sposób tylko d latego. . kopule i rumowiskach. wywoøując cichy plusk..Maric z radością podsunąø się bliżej. jaka zostaøa na jej powierzchni po walce z pająka mi. Nie zasøużyø sobie na jej øzy. Zdumiewające. . smutnym śmiechem. Rowan jednak musiaøa odejść. N ieważne.Trochę . Odpowiedziaøa mu melancholijnym uśmiechem. .od powiedziaø. mój książę. Wykręciøa szyję. Kimś.Nie miaøem pojęcia .rzuciøa w cienie. Zdjęøa napierśnik i resztę. jeżeli się uda? Ludzie zobaczą.Westchnęøa niepew . jakiej Maric w życiu dotykaø. co się stanie. Zawsze. ozbitej wielkiej misy przez lata wypøukaøa sobie koryto i teraz wypøywaøa wartką strugą gdzi eś na zewnątrz. Musisz przestać. jakby szukaøy. . wystarczająco jednak.Wyobrażasz sobie. kocham. kryjąc øzy. że to mnie abije. Ledwie go widziaøa w gęsty m póømroku.. . . za kogo chcą walczyć. A jednak stajesz w mojej obronie przed swoimi przyjacióømi. . że elfka jest zatros kana. Usøyszaøa haina.Że miaøem rację.zaprotestowaø.Ująø jej twarz szepcząc: . Kimś.Musisz przestać mnie bronić. Elfka otworzyøa i zamknęøa usta. Nerwowo spojrzaøa na Marica. Zapewne nie chciaø przeszkadzać.wyszeptaø Maric. Nie powinniśmy być razem. Nie mówi mi się tego często.. Potrząsnąø z niedow em gøową.M asz pojęcie.wzięøa gøęboki oddech powinieneś wiedzieć. *** Rowan usiadøa w ciemności. W końcu westchnęøa z rezygnacją.Chcę wiedzieć tylko jedno: czy ty też możesz mnie pokochać.stwierd ziøa cicho.A widzisz? . .Bardziej. gdyby się podkradøy. Odwróciøa gøowę.

Pewnego dnia . Zamarø.Maric może jeszcze zmienić zdanie.westchnęøa . .Nie.Rowan nagle zm ieniøa temat. zdumiaøa się. èzy znowu napøynęøy Rowan do oczu. . Miaøa nadzieję. . czując ucisk w krtani. Loghain za wahaø się lekko.N-nic nie zobaczy. .Tęsknię za ojcem . Kobieta uniosøa døoń i de nie pogøaskaøa policzek mężczyzny. że zakręciøo jej się w gøowie. co wøaściwie mówi.. Palce Loghaina musnęøy jej policzek delikatnie. . caøując ją tak namiętnie. . jakby oboje stali nad przepaścią i mogli runąć w otchøań. Winiøem Marica za śmierć mojego ojca. że Loghain zamyśliø się nad czymś ponuro. by odejść.Nie . że. czyż nie? ..Za to. gøębszych uczuć. krtań ścisnąø z trudem opanowany szloch.zaprotestowaøa.Zasøugujesz na więcej niż udawanie. Wtedy uświadom obie. amyśliø się.Nie jestem nim . Wystarczyøo jedno niepowodzenie.Doprawdy? . . że niemal szeptem.Przepraszam . . niemal czuøa zøowies ciężar jego myśli. .przyznaø Loghain. . I byøo cudownie. .N ie sądzę. nie mnie.odpowiedziaø w końcu z nieskrywaną goryczą. .Wierz mi. Rowan. Wtedy øatwiej byøo udawać.Byøoby øatwiej .odpowiedziaøa spokojnie. Wyciągnąø rękę i pieszczotliwie odgarnąø jej kosmyk z czoøa. . I wtedy przeklnie się. Myślę.A za ojca? Nad tym musiaøa się zastanowić. Nie ty jedna pragnęøabyś znienawidzić Marica. Czuøa bliskość Loghaina.A ja winiøem . że to sen. Po tym. Nie por szyø się.Nie musisz tego søuchać.Maric potrzebuje ciebie. Mokry od øez. Loghain zignorowaø przepros iny.wyszeptaø. Kobieta odwróci Skąd wiesz? Gøos zdradzaø jej uczucia i w duchu przeklęøa się za brak opanowania.èzy napøynęøy jej do oczu i n e mogøa ich powstrzymać.gdybym go po prostu znienawidziøa.szepnęøa i iøa sobie. a nie ja. że to ona przyciągnęøa jego wzrok. Rowan ujęøa jego døo oli uniosøa do twarzy. a kiedy ich usta się rozdzieliøy. że to prawda. że jesteśmy søabi. bo nie ma nic do oglądania .Za to wszystko? Nie. Rowan zadrżaøa. choć wiedziaøa. . . Nigdy nie obchodziø nie tron. by sprawdziøy się jej najgorsze obawy: byøa søaba krucha jak każda kobieta.A potem z większą stanowczością: .szepnąø øagodnie. mam prawo. . Biø o choć w kawernie byøo chøodno. Wydawaøo jej się. . tak cich . Przez wszystkie t e lata myślaøam. . Przynajmniej jest szczęśliwy.Jego gøos zabrzmiaø chrapliwi y dokończyø z mocą: . .nerwowaøo ją to. . . .Winisz go? . A wtedy Loghain pocaøowaø ją znowu. . choć już prawi go nie widziaøa.. c zrobiø. Zobaczy wspaniaøą wojowniczkę. że Maricowi i mnie pisane jest być razem. że teśmy silni. który lada chwila się rozwieje. . I mnie. .Wzruszyøa ramionami. . A potem Loghain zacząø wstawać. Oto ona .Nie wydaje mi się.Nie chciaøem. że uśmiecha się tylko do mnie. . Nie dlatego. .I mam nadz ego dnia Maric to zrozumie i zobaczy. .wojowniczka.pewnego dnia Maric zobaczy. . .Umilkøa. niemal ze strac hem.Mylisz się .Byøam gøupia. że byøo warto.zapytaø niepewnie.I tęsknię za dawnym Marikiem. piękną kobietę.Nieprawda . że on również nie mógø jej zobaczyć. Może rzeczywiście nienawidzę tej nieszczęsnej elfki tylko dlatego. Wiedzieliśm co robimy. co miaø przez caøy cz as. Kurczowo zacisnęøa døo erśniku. że to żaøosne.powiedziaø Loghain z goryczą . . że byø takim gøupcem.Zostań. Dlatego. że się spotkaliśmy.Nie.Trudno go nienawidzić. Loghain obejmowaø Rowan tak kurczowo.. Zaraz jednak gwa wnie uniósø Rowan w ramionach. A on nas potrzebuje.Ale nie potrafimy go nienawidzić. . I czasami umiaøam sobie wmówić. kogoś. że ojciec przyznaøby nam rację. Ty też byś nie zmieniø. Nie tak jak ojca. Oszukiwaøam się tylko. doskonale. jakby mężczyzna obawiaø się. kto wart jest caøkowitego oddania. Otoczyøa ich ciemność. Ale uśmiech Marica sprawiaø.Nie chcę Marica . Przepraszam. tym razem powoli Poøożyø ją ostrożnie na kamieniach przy magicznym strumieniu w zapomnianych od wieków ruina ch. Znowu zapadøo milczenie i Rowan ponownie wróciøa do czyszc zenia zbroi. dowodząca oddz jeźdźców. Za to że zmusiø mojego ojca do dziaøania. Rowan odwróciøa si o chwyciøa go za rękę.To bez znacze . . żeby zmieniø zdanie. .

a wrażenie. że nie ma czym oddychać. że muszą szybko odejść z tego miejsca. czuøa uderzenia s rca mężczyzny. uświadomiwszy sobie. by d gnia. Światøo przyciągnęøo z ciemności Loghaina. Migoczące pøomienie obnażyøy jego nagi tors i uświadomiøy Katriel. przygnębienie stawaøo się niemal przytøaczające. jakby chciaø ją chronić nawet we śnie. że otula ją gigantyczny kokon pajęczej sieci. a Maric leży obok niej. co ją otula. sprawiøo. To byøo przyjemne. że jedyne. krzepiące doznanie i elfk a rozluźniøa się. ostrożnie stawiając kroki na wiekowej kamiennej podøod e. Katriel zadrżaøa i wyplątaøa się z uścisku Marica. a jej serce przestaøo øomotać. Żadne z nich się nie odez aøo. Wiedzieli. nie skomentowaøo tego. Wciąż gr eczeństwo. w nigdy nie powiedzieć Maricowi prawdy. Wokóø panowaøa ni nna ciemność. Spakowali się szybko. Przytrzymaøa jego døoń. ludzkich nóg. bo niewiele byøo do pakowania opuścili obozowisko. li rozlegøo się støumione klekotanie. co staøo się w nocy. tutaj. Uspokoiøa się natychmiast . Myśl. Caøa czwórka nie chciaøa rozma ko czym prędzej ruszyć w dalszą wędrówkę. lecz kiedy reszta wędrowców zaczęøa się budzić. że niemal krzy knęøa. po czy m oboje spojrzeli w inne strony i zaczęli nakøadać zbroje. Byøo za późno. zdawaøa się bardzo pociągająca. że zaraz się udusi w delikatnych jak jedwab ch. Przeżyøa chwilę przerażenia. Z uniesionymi wysoko pochodniami meandrowali wąsk imi ścieżkami między ruinami budynków. Pająki co prawda się nie pojawiøy. gdy nie mogøa sobie przypomnie zie jest. Wydaøo jej się. Katriel obudziøa się w ciemności. Wzrok elfki i Loghaina spotkaø się na chwilę. Wokóø tańczyøy .CZTERNAŚCIE. Zdawaøo jej się. to ramiona Marica. że mogøaby tak leżeć zawsze. dotyk jego torsu na plecach. Wyszedø zza rumowiska na tyøach komnaty. o ile to w ogóle byøa noc. Kiedy Maric się ocknąø. W ramionach księcia øat iej też byøo znieść świadomość. Søyszaøa przy uchu spokojny oddech. na zawsze pozostanie milczeniem. jeżeli nie chcą się n zić na kolejne spotkanie z pająkami. że nieopodal bez wątpienia czają się wielkie pająki.i wtedy poczuøa niepewny ruch nóg. że wszyst chciaøa powiedzieć. gdz pøynęøa woda. obejmując Katriel. uśmiechnąø epøo do Katriel i pogøaskaø ją po policzku. że ona sama est ubrana. że oszaleje . Spaø.

zerkając w ciemność. Spoczywaøo tu także . Grupa minęøa szeroką promenadę. Nie umiaøa jednak powstrzymać żalu.Gdyby dać światøo trochę wyżej. niektóre kilkustopową lub szą warstwą. . pociągnęøy ze sobą wiele pająków. Rzeczywiści z promenady øatwo byøo dostrzec. ale też pieśniarkę. a miasto obróciøo się w ruiny.Można tam wejść? . ludzie i elfka przystaw ali czujnie. a nawet bajarkę. wielkie fontanny z wyso kimi wodotryskami. Stosy ioøów i lepkich.zapytaøa. pokryte ku m i popioøem? . a za każdym razem. . Krasnoludzk iny okrywaø czarny popióø od krańca do krańca kawerny. pomarszczonych wstęg pokrywaøy najbliższą okolicę. W popiele leżaø uøowia z rozrzuconymi bezwøadnie wøochatymi odnóżami. któryc h ksztaøtów trudno byøo się domyślić i do których niepodobna byøo dotrzeć przez rumowiska. że musi je tak szybko opuścić. Kiedyś w skale wykuto paøac. że mogøaby dowiedzieć się więcej i opowie jscu innym. Elfce pękaøo serce. Katriel w raziøa sobie dumne øuki fasady i schody prowadzące z jednego tarasu na następny. jak wyglądaøo to miejsce. że ich lud uciekø. by o nich opowiedzieć. ukazując korytarze bez wątpieni a tworzące prawdziwy labirynt wewnątrz skaøy. Naprawdę chcesz je zobaczyć z bliska? Katriel zadrżaøa na samą myśl i z niechę rząsnęøa gøową. Szkolenie na barda uczyniøo z Katriel szpiega. A te ruiny wręcz krzyczaøy. którzy nie mają najmniejszego pojęcia o starożytnych miastach. Kupców sp rzedających towary w kramach na kolorowych pøytach dziedzińca. Kiedy sieci spøonęøy i spadøy. Jak teraz musieli się czuć ci kamienni wøadcy. by dać wędrowcom pojęcie. Siedlisko pająków zauważyø Loghain. Ongiś panowaø tu majestat .cienie.Na tych posągach są zapewne gn iazda pająków.teraz pozostaø tylko kurz i ruiny. W powietrzu nadal wisiaø kurz. kiedy jeszcze żyøy tu kra ludy: ogromne kamienne przypory rzeźbione runami i równie wielkie posągi królów spoglądaøy z y na swój lud i miasto. Widok monumentów napeøniø Katriel smutkiem. kiedy w oddali rozlegaø się klekot. Søabe światøo pochodni nie sięgaøo d le wystarczyøo. Rowan spojrzaøa na nią z niedowierzaniem. jakie znajdują się pod ich stopami. gotowi stawić czoøa napaści. Po i paøacu straszyøy przewróconymi kolumnami i rozpadlinami. ale wię szość pajęczyn pokrywających sklepienie thaigu zniknęøa. że wøaśnie tutaj spadøo najwięcej spalonych pajęczyn. widząc. mogøabym się l rzeć tym posągom. z obnażoną bronią.

Żadne z czworga wędrowców nie odezwaøo się potem.baśnie okazaøy się prawdą. zapewne przez tę samą siøę. . Za aøy o nich. Lud ieli wrażenie. że nie sposób byøo określić.podjęøa.prychnęøa Rowan pogardliwie. A reszta.Usiøowali dostać si mmaru na wøasną rękę. że topór wyglądaø na prymitywny. Nikt z czwórki nie widziaø w życiu mrocznego pomiotu i dopóki nie natknęli się na kości.Zapewne nie wszyscy zginęli.Rowan zaklęøa pod nosem. które zostaøy porzucone i czekaøy na śmierć.Podania mówią.To mogøy być slumsy . Nie wykonaø go żaden snoludzki kowal . Nie byøo na to odpowiedzi. . a co gorsza. Większość przerdzewiaøa .Pewnego dnia bezk astowi wyszli ze slumsów i zobaczyli. ale z pewnością nie należaøa do czøowieka.zapytaøa ostro elfka. by cokolwiek przeczytać. zanim znaleźli wyjście z thaigu. Poczuøa frustrację. Istotnie.Jedzą mroczne pomioty? . .W każdej spoøeczności są nędzarze. . .odpa ahaniem.Rozøożyøa ramiona. że inni mieszkańcy opuścili thaig. Katriel zastanawiaøa się. a potem podniósø jakiś przedmiot.Szlachetn ie urodzeni na pewno tak nie postąpili. że elfka wie. Minęø gie godziny.Mogę spróbować . Nie chciaøa nikogo przestraszyć. Sz ach krasnoludów. ciemnych i zwęglonych. Nie z erzaøa jednak dzielić się tymi myślami. jak to mówi. lecz tak zniszczonych.Usøyszel iśmy już dość opowieści .wiele kości. że to się nie staøo.westchnęøa. że zginą marnie w mroku i kurzu. jak ich poprowadzić. gdy mroczne pomioty skaziøy oblicze ziemi potężnymi Plagami. Nikt nie odpowiedziaø. I czy będzie wówczas tym samym czøowiek . Skaøa wokóø byøa poszar i potøuczona. Więcej niż ziarno . które grupa minęøa wcześniej. że to prawda. którymi dostali się d emi. choć niektóre większe.A kto przeżyø. Reszta po prostu czekaøa na k niec. że to narzędzie nigdy nie miaøo søużyć do ścinania drzew. czy wszyscy są bezpieczni. Książę trzymaø topór. która wyważyøa wrota. że w ludzkich spoøeczeństwach jest inaczej? Czy lud ciekający z miasta przed zagrożeniem upewniliby się. że niektórzy z bezkastowców próbowali uciec . czy po latach sprawowania wøadzy k siążę się zmieni. że są zbyt zamazane i niewyraźne. Elfka bez zastanowienia sięgnęøa między kości. zapewne pozosta mów. . nad gøowami n awet nie zobaczą nieba. . .Nie wiem. Może niektórzy z uciekinierów dotarli do Orzammaru. że to droga do Gwaren? .stwier ziøa Katriel podczas wspinaczki. Nie po na kolumna. W ciągnęøa czaszkę. by opowiedzieć. Maric by się upewniø. że roztrzaskaøa al na kilkustopowe kawaøki. I søysząc.Dlaczego nie? . jak wcześniej mogøy wyglądać. że elfom w obcowiskach nic nie groz i? Maric się oburzyø. Popatrzyø ponu . Puste miasto.Możesz sprawdzić? .przerdzewiaøe ostrze z kawaøka czarnego metalu zostaøo byle jak przy mocowane do trzonka.I czy to w ogóle są drogowskazy. . Byøa wielka. Wędrowcy brnęli przez kości i popi oøy sięgające im niekiedy do bioder. kto broniøby nędzarzy przed mrocznym pomiotem. równie niebezpiecznych i nieznanych. Gniew natychmiast opuściø Katriel. że bajania o dawnych wojnach. .Te kości mogą należeć do kogokolwiek ziøa Rowan. wysoka na p onad czterdzieści stóp. z zaokrąglonym ostrzem i szpikulcem po p zeciwnej stronie. Stą o szczątkach zdawaøo się gorsze niż chodzenie po truchøach pająków czy mrocznych pomiotów. nie sądzili nawet. te nie zostaøy zniszczone przez rdzę i czas.zdziwiø się Maric. Przypominaøa nieco ludzką. .Ja tak. To ona radziøa. Śpieszyli się. tylko opowi edzieć o wydarzeniach z przeszøości. Tymczasem coraz bardziej prawdopodobne byøo. nawet nie próbując uciekać. Katri posøaøa mu gniewne spojrzenie. a w nim nikogo.zapytaø Loghain. wskazując nierozpoznawalne rumowisko. wiodøa w gøąb skaøy. . niepewnie spoglądając na czaszkę.. jakby na dowód. zawierają choć ziarno pra wdy.przerwaø Loghain ostro.. Maric zadrżaø. . Nie ma sensu przecież udawać. żadna ściana. . że Maric musiaø ją trzymać oburącz. że kiedy szlachetne rody uciekøy z Gøębokich Szlaków. że krzyki dawno zmarøych nawet po wiekach odbijają się od ścian jaskini. by przejść do portu po ziemnym traktem. Wspięli się na rumowisko. ale nawet on wyglądaø na poruszonego. O ele bardziej interesujące byøo jednak. którzy kowali żyjący tu lud. Jeżeli nie należaøy do pomiotu. . pozbędzie tej dziecinnej naiwności. lecz wyważone z taką siøą. Uklękøa z pochodnią i przez następną godzinę z okøadem oglądaøa runy na ścianach. który umiaøaby rozpoznać. Żyli w nich bezkastowi. można nawet uwierzyć. Dalej byøy tylko cienie. W przeciwieństwie do wrót. i Katriel nie potrafiøa znale nego symbolu. jakby ktoś rozkopaø stary cmentarz i lekceważąco ozrzuciø pozostaøości po spoczywających w mogiøach zmarøych. . Søyszaøam opowieści.Znajdowaøy się w każdym thaigu. Pozostali odwrócili s ię do niego zdziwieni.To chyba pożywienie pająków rdziøa Katriel cicho. Ludzie liczyli.Wspaniale. Zachichotaøa. Wielki. a kilka nawet caø Uwagę Katriel przykuøa jedna z takich stert. Maric patrzyø na rumowis ko i po chwili wahania pochyliø się. Gøównie odøamki. Jakby tę część miasta zniszczyø jakiś kataklizm lub nie zostaøa zbu a równie solidnie jak dzielnice. dokąd prowadzi to przejście . . o czasa ch. lecz milczaøa. co się staø ? Elfka wzruszyøa ramionami niezmieszana. Ale nie uciekali dość szybko.Skąd mamy wiedzieć. . potrząsając wą. . Myślisz. Ogromna dwuskrzydøowa brama. zostawiøy ich. Broń byøa tak ciężka.ostatnie świadectwo najeźdźców. Promenadę pokrywaøy podobne kości. Reszta spoczywa pod naszymi stopami. Wr przyznaøa. . . Maric odwróciø się do Katriel. . to z pewnością do innych p twornych stworzeń.Doprawdy? .

kby chciaøy pokazać. Katriel wyjęøa czujnie szt ylet. . wszystkie kruche i zakurzone. nasilaø się też odór rozkøadu. Byøy to pierwsze szczątki świadczące. . prawda? . gdy spoglądaøa w mrok. . Wędrowcy stanęli jak wrośnięci w ziemię. Albo to.dodaøa Rowan. Ale żadne szkolenie nie przygotowaøo jej na walkę z potworami. . gdzie ścia tunelu się zawaliøy. .. niż pomagaøa znaleźć drogę.Co to? . wystarczy spojrzeć na ściany. Krążyøy opowie . gdy z przodu dobiegø nowy dźwięk. . no! . . Musimy iść tędy. ale elfka go doceniøa.Maric z ciekawością zbliżyø ię do szkieletu. nie dba o to. Wyglądaøo na to. że krasnolud usiadø tutaj. Jakby wiele stworzeń obudziøo się nagle w ciemnościach i zaczęøo skradać p skaøach. z zajadøości ostarają się opętać wszystko.oghaina. zaś poczucie przytøoczenia odbieraøo dech w piersi .Możemy się przekonać na wøasne oczy.. M aric wyczuø obawy Katriel i objąø ją pokrzepiająco. że w podziemnych pasażach nie przebywa wyøącznie monstra. że pomioty polują na pająki.zaproponowaøa cicho Rowan.oburzyø się Loghain bez zøości.Chodźmy . dzię ie będzie już pajęczyn. jak choćby to pod pachą. Ostrze odpadøo od trzonka i uderzyøo w podøoże z gøuchym stukiem. Wiadomo przecież.Ale nie ma innej drogi.Mroczny pomiot . ale czerwonawa migocząca poświata bardziej denerwow aøa wędrowców. Nawet kamienne ściany wyglądaøy n ukane. a potem zmarszczyøa brwi. Echo odbiøo się od ian kawerny i jakby w odpowiedzi z oddali zabrzmiaøo klekotanie.Rozmyśliøem się . o choroby? Mrocz roznosi zarazy. które moglibyśmy spalić . . . tak m.zauważyø Loghain.rzuciø Maric lekko. Log hain zauważyø jednak. z bronią w pogotowiu.Zasøona w takich miejscach jest cienka i to. cudownie .westchnąø Loghain z troską. A coś na pewno się zdarzy. Pojedyncze odøamki kości przechodziøy powoli w coraz większ stosy. co żywe. nie tylko ten. . gdzie leżaøo mnóstwo starych p ucheø. że trzeba je spalić.Ostro . którym szøa czwórka wędrowców. Zaøożę się. której dotknie .Czasami zachowujecie się jak mali chøopcy.wymamrotaø Maric. . co je . a cienie zamykaøy się wokóø. . A jeżeli tylko wydostaną się ze swojej dziedziny. Wędrowcy uznali. Zasøona jest na tyle cienka by przepuścić duchy i demony.odrzekøa Katriel ochry ple. . dlaczego ciaøo pozostawiono nietknięte.èadnie z twojej strony. a odór rozkøadu staø się zjeøczaøy i duszący. Rowan westchnęøa. gdzie nastąpiøo wiele śmierci.Och.Coś je zjada . Loghain ukryø rozbawiony uśmieszek.Książę wzruszyø ramionami. Okrywaø go zardzewiaøy n pierśnik i wielki heøm. Wkrótce dotarøa do miejsca. . . jak przeciąć gardøo i gdzie wbić ostrze. co byøo żywe jeszcze niedawno. gdy ludzie popatrzyli na nią z niechęcią. po prostu rzućcie mnie im na pożarcie. zerkając na Katriel. Loghain prychnąø. .Maric urwaø. . że w ciemności obserwuje ją wiele oczu. To oczywiste.ale z ludźmi.na nieznanych szlakach daleko od domu. a dzień nie będzie stracony.Nie. .prychnąø Maric.domyśliøa się Katriel. że tam. kiedy potwory będą mni e przeżuwać. Mogøo się wydawać.ostrzegøa Marica. . Wśród kości i częś walaøy się martwe robaki.Ty chciaøeś tędy iść. Nadal byøy tu p kilka grodziøo nawet tunel. Szkielet krasnoluda spoczywaø pod ścianą. że nie życzą sobie niczyjej obecności.Może to. jak się pojawiø. Czuli to. . Trafili na miejsce. co je zjada.mruknąø Log hain.Przecież tylko proponowaøem bardzo rozsądne. nienaturaln e ciche skrobanie. że będzie z ciebie pożywne dan n mówi. Bez lęku stawiøaby czoøa o wiele lepiej uzbr jonemu przeciwnikowi. . .Powinniśmy się martwić. .Więc to moja wina. Nie mieli wyjścia. że nic tam nie dostrzega.Brakuje tylko smoka. by pożywić się zwøokami.Świetnie! . . Na ścianach coraz wyraźniej widoczna byøa wilgoć i ośl zegniøe grzyby.Żadne no-n Sam zacząøeś. Rowan ze rknęøa na pleśń na ścianach i zwalczyøa mdøości.. . że to zaproponowaø Przez te kilka miesięcy zrobiøeś się pulchniutki. Drobny gest.No. . . On także spoglą i nie sprawiaø wrażenia zadowolonego. Katriel zastanawiaøa się. może cię zaa takować.. Reszta zdąży uciec. Korytarz wydawaø się ciemniejszy ile to możliwe. musieli iść dalej. Kilka dwukrotnie większych niż te z thaigu. czyja wina to nie jest. co im się przydarzy. Miaøa wrażen e. Wiedziaøa. Pochodnie nie świeciøy tak jasno jak wcześniej.Zjada pająki? . ż ziemią znajdowaøo się więcej korytarzy.Może powinniśmy wrócić . co za nią.roześmiaø się cicho Maric. W jej gøosie brzmiaøa obawa. Jesteśmy na terenie mrocznego pomiotu.Wrócić do pająków? . Albo tak tylko przypuszczaøa. *** Kilka godzin zeszøo im na żmudnej wędrówce nową odnogą Gøębokich Szlaków. czekając na ofiary. że sieci byøo dużo mniej niż w thaigu. Szmer ucichø równie . . Loghainem m roczny pomiot pewnie by się udøawiø. Niektóre nawet świeciøy. W pobliż byøo sporo potworów chętnych. odsøaniając jaskinie i wnęki oraz zawalone przejścia.Kiedy pojawią się mrocz e pomioty. by odpocząć lub rozmyśl oją śmiercią .Maric skrzywiø się z odrazą Może to zemsta. I roz czøonkowane. Niemal wierzchnię pokrywaøy grzyby.Nie ma sensu unikać prawdy.W żoøądku czuøa nieustępliwy węzeø strachu walczyć . . . by pokonać lub za znaøa wrażliwe miejsca. że jestem pulchniutki? .Nie rzucajcie mnie pomiotom na poż rcie.ludzie i elfka czekali z n iepokojem. Z obnażoną bronią grupa ruszyøa czujnie naprzód.Bruka nawet ziemię.

zapytaøa Rowan. próbując wyciągnąć to.Może powinniśmy znaleźć gdzie øatwiej będzie się bronić. Otrzeźwiające søowa.Myślę. którego dotknąø miecz. szeroko otwartymi o czyma nerwowo przeczesywaøa cienie. Rowan ruch em gøowy wskazaøa na szkielet.warknąø zdenerwowany. Pleśń ponownie się cofnęøa. M aric cofnąø się o krok. Maric miaø odpowiedzieć. Niskie brzęczenie dochodziøo wøaśnie od niego.Ostrożnie . Rowan zmarszczyøa brwi. ale ze spiczastymi uszami i szerokimi. Wsunąø døonie między gøazy. .zapytaø Loghain. Posuwaø się bez pośpiechu. .Loghain zmarszczyø brwi. idąca powoli w ich stronę. że zdobyøeś nowy miecz .zawoøaøa Katriel. . Jak døugo tu byø? Czy ten kras nolud specjalnie chciaø ukryć miecz. szaleńczo pragnące posiadać ciaøo i życie.Ten miecz jest lekki! Jakby nic nie ważyø! . czy gøazy przysypaøy broń przez przypadek? Czy zmarøy b yø szlachcicem. Maric zwolniø. tak jak w staryc baśniach. demonicz . przeøykając gøośno ślinę. . Zerknęøa na . Szkielet przewróciø się na bok. .powiedziaøa. . obrzydliwa pleśń cofnęøa się przed tym dotknięciem. . krostowatej twarzy wybrzuszaøy się biaøe oczy. Chociaż najczę zdobywaø go w walce ze straszną bestią lub wykradaø ze skarbca potężnego smoka. wydając støumiony śmiertelny szept jakby jednej istoty o tysiącu ustach. . Maric szedø pierwszy z obnażonym mieczem krasnoluda. wskazując za siebie. a wraz z nimi daøo się søyszeć dziwne mruczenie. nawet szybciej.Maric nieoczekiwanie zatoczyø si tyø. Stworzenie nosiøo zbroję z niedopasowanych wysiøku. będzie tego dużo? Książę nerwowo oblizaø usta. przygnie ionym kilkoma dużymi kamieniami. . .Myślisz. lśniącymi bøękitnie i jaśniej chyba niż pochodnie.Z powrotem do ruin? A jeżeli będą nas ścigać nawet tak daleko? . co się po dowaøo. że niektóre metale przyjmują runy lepiej niż inne.Ale dlac zego ten krasnolud tu siedziaø? Dlaczego mroczne pomioty nie znalazøy go i nie dopadøy ? Jakby w odpowiedzi na to pytanie Maric. Maric jest podobny do baśniowych królów. Za pierwszym pojawiøo się jeszcze więcej st e sylwetki. że to kary atura czøowieka. spoglądając na ludzi i elfkę pożądliwie.Nie. czy też jednym z bezkastowych. a pożywieniem. U tych. ale kości smoków są najlepsze.Nigdy czegoś takiego nie søyszaøam. . zamachnąwszy się.twych ciaøach lub szkieletach poruszanych przez duchy. niektórych pordzewiaøych. byø teraz tylko nagi kamień. Brzmiaøo nisko i obco.Co to jest? . heøm potoczyø z gøośnym brzękiem niach. ale i po licznych runach. Pozostali spojrzeli na szkielet. machając bezøadnie d czem przy próbach odzyskania równowagi. wyglądaø jak nowy. Ludzie zamarli. W bladej. po czym j dźgnąø mieczem. a potem żyø døugo i szczęśliwie ze swoją Po trudnościach i zawirowaniach losu zawsze następowaøo radosne zakończenie.. Wibrujący dźw rezonowaø w piersiach i wywoøywaø gęsią skórkę. co jego. Blade lśn ienie run dodawaøo otuchy. ale zapatrzyø ię na wyciągnięty spod kamieni miecz. ostrożnie puknąø heøm. Niedøugo potem grupa ruszyøa dal ej. tym bardziej byøo jasne. Bohater wychodziø z labiryntu. Loghain uchyliø się przed starym ostrzem i podtr zymaø towarzysza. Katriel nigdy czegoś takiego nie widziaøa. . innych związanych kawa kóry. Książę niemal upadø. gdy kamienie ustąpiøy. ciemna. Stworzenia po mrukiwaøy chórem. Książę zamachnąø się i twarz rozjaśniø mu zachwyt. Zaklinacze mówili. odetchnąø z ulgą zmrużyø oczy z ciekawością i pochyliø się nad prawym ramieniem zmarøego krasnoluda. zostawiając szkielet. Miecz ze smoczej kości byø bezcenny. Przybysz miaø groźnie wyglądający miecz i machaø nim bez niemal śpiewnie. Rdza nie tknęøa ecza. gdy ujrzeli. . musnąø ostrzem najbliższą ścianę. które wydawaøa gromada stworów idących za nim wśród cieni. Lecz nie rzuciø się do ataku. . a kości rozsypaøy pod ciężarem starej zbroi. jak sądzę . Książę zmarszczyø brwi.Katriel uśmiechnęøa się na myśl. że. że Maric ma czarodziejski miecz. że takie istoty ni e istniaøy. Nadciągaøy też mniejsze po iemal tak niskie jak krasnoludy. Stwór pomruki pojękiwaø cicho. Bo przecież w baśniach wszystko kończyøo się dobrze. że jest odpowied a króla.stwierdziø Loghain. Na pierwszy r ut oka wyglądaøa jak czøowiek. jak z ciemności wynurza się potężna postać. Jednak myśl.Patrzcie tam! .Pomóc ci? .Chyba nie mogøy go tknąć epnąø Maric z zachwytem.Jest coraz gøośniejsze.. gdzie chyba każdy przystojny wøadca lub bohater posiadaø taki oręż. . .Na krew Andrast epnąø z podziwem. . . Myślę.Gdzie? . ale to nie znaczyøo. Wytarø pot z czoøa i popatrzyø na Marica.Nie mam pojęcia. a kiedy nic się nie staøo. Poznaøa nie tylko po barwie. których pancerze lub odzienie byøy nieko mpletne. próbującym dotrzeć do Orzammaru? Czy umarø w samotności? . kawaøków różnych pancerzy. jakby grupa byøa zagrożeniem.To mógø być również król. . a jego gøos d o innych podobnych. rękojeść rzeźbioną w a ostrze zdobione runami. zęby szczerzyøy się w zøowrogim grymasie. Broń miaøa barwę kości søoniowej. podobaøa się elfce.Kość smoka . niektóre noszące strzępiaste turbany i przepaski na oczach. choć bardzo ulotnej.Miejmy nie spotka nas ten sam los. daøo się dostrzec wstrętną ciemną skórę pokrytą bliznami. że nie mal je wytępili. inne odziane w dziwaczne zbroje z groźnymi kolcami. Wydaøa przy tym nieprzyjemny odg e w miejscu. .Wiesz może? Elfka zadrżaøa zdziwiona.Zgaduję. . To atego podobno przed wiekami myśliwi z Nevarry polowali na smoki tak zaciekle. ale im bliżej podchodziøa.Rowan gotowaøa się do ataku.stwierdziøa Kat iel bez wahania. . Odlegøe szmery i ruchy stawaøy się coraz gøoś iejsze.

w jakim posuwaøy się pomioty. Tylko kilku krasnol udów zginęøo. Dźwięk zdawaø się gøośny. Czysta furia i n ienawiść. Kiedy pierwszy z pomio tów znalazø się blisko.Ostrożnie . ale teraz byøy wrogami naszyc h wrogów. Nie byøa wojowniczką jak pozostali. kolejni przechodzili przez ciaøa polegøych i bez wahania rzucali się do walki. który ośmieli się podejść. odsøaniając rząd poøamanych zębów. Maric spojrzaø na Katriel zaskoczony.obrazy czaszek z køami spr awiaøy. Wbiø ostrze w bok pomiot Stworzenie zaryczaøo z bólu. gøodny. eni jego przykøadem Rowan i Maric zrobili to samo . Rowan staøa obok nieg . jękliwy pomruk osiągnąø crescendo. Mroczne stwory zbliżaøy się nieuchronnie. skóra zapieniøa się i zasyczaøa. Jeden z krasno ludów wydaø gardøowy okrzyk bojowy i z gracją zacząø przebijać się przez szeregi stworów. przyjmując na zbroję kolejny cios. Loghain uniósø miecz i ugią i. krasnoludy mogøy okazać się gorsze od mrocznego pomiotu. I ten wrzask wytrąciø resztę hordy z transu. . gdy stwór. Stwory ryknęøy w odp owiedzi i ruszyøy do ataku. Książę machnąø groźnie świecącym mieczem na najbliższego stwora. gotów do starcia z pierwszym krasnoludem. kto byø ich prawdziwym wrogiem. Rowan i Katriel wycofali się powoli i czujnie. Obserwowali zbliżające się pomioty. caøkowicie niepotrzebnie. gulgoczącym wrzaskiem. Ludzie i elfka przylgnęli do ściany korytarza. rzucając go na p obratymców. Mroczne pomiot y zaczęøy krzyczeć z przerażenia. W parę chwil później starcie się skończyøo.Rowan musiaøa krzyczeć do Marica. Katriel ledwie udaøo się odparować sztyletem cios miecza. A potem większość stworów odwróciøa się i zaczęøa syczeć z oburze ronę źródøa dźwięku. ale i skuteczność broni.z tego. Coraz trudniej byøo wyprowadzać atak. a mężczyzna kopnąø je. by zdobyć pożywienie? Z pewnością byli to wojownicy . Po tak døugiej wędrówce spotkanie kogoś normalnego w tym przygnębiając mroku wydawaøo się niemożliwe.ostrzegø Loghain. Lud elfka stali przy ścianie. zaraz przywaleni ciaøami pomiotu zabitego przez ich rozgniewanych towarzyszy. gdy pierwszy stwór z gromady podszedø bliżej. Maric zrobiø krok i ciąø smoczym mieczem pier ika. lecz atletyczni.Chyba nic z teg . . . Pomiot i krasnoludy znaøy się i zabijaøy z nieskrywaną satysfakcją. acz nieuchron nie podchodziøy do ludzi i elfki.zapytaø Maric z nutkami paniki w gøosi . Dwadzieścia stóp. Pozostaø po nich jedynie stos trupów i kaøuże ciemnej krwi. co przesz li? I wówczas bitwę przerwaø dźwięk rogu: trzy przenikliwe nuty. wykorzystując nie tylko przewagę døugości. krasnoludzcy wojownicy mieli umalowane twarze .Cofnąć się yknąø. Stwór cofnąø się ym. Rowan pchnęøa elfkę za siebie. mi nąø ją o wøos. . czy ich też należy zaszlachtować. Czy to znaczyøo ocalenie? Ratunek? Czy też krasnoludy przys zøy tu. Efekt byø dramatyczny. Ale choć ofiary znalazøy się pce. umięśni ni i okryci kolczugami z brązu. . Rowan odwróciøa się i nagle zatrzymaøa. zanim mroczny pomiot nie zacząø przypiera ch do ściany. wskazywaøa jasno. a potem zacząø siać zniszczenie precyzyjnymi. z którym się zmagaø. Zabøysøy bøękitne światøa i zaraz potem na Gøębokim Szlaku pojawiøy się udy. powoli. a ludzie zamierzali wykorzystać tę okazję. lampy lśniøy szafirowo i z øatwością rozpraszaøy cienie. co wiedziaøa . że nowi napastnicy stanowią większe zagrożenie. a reszta.niscy. przyglądaøa się teraz podejrzliwie ludzi elfce. pomrukując i sycząc cicho. W miejscach. nagląc Może twój nowy miecz ich powstrzyma? .Loghainie! . gdy ich szeregi się przerzedziøy. Choć Rowan i Loghain pokonywali jedn ego przeciwnika po drugim. wyszarpując miecz. lecz elfka też nic nie rozumiaøa. Katriel rozejrzaøa się z rozpaczą. by bronić się przed rzezią. Byli otoczeni. Loghain nie zaprzestaø w alki. Niedobitki stworów umykaøy w gøąb tu rzeszcząc.Mroczny pomiot . których dotknęøo ostrze. z jaką rzuciøy się na krasnoludy. Maric zatacz zem szerokie øuki. które odbiøy się echem w tun i uciszyøy mroczny pomiot. ale nawet nie zwolniø. że wyglądali naprawdę groźnie. przynajmniej przez chwilę. Loghain kopnąø mniejszego stwora. Mro pomioty natychmiast zdaøy sobie sprawę. niemal w tym samym tempie . żeby przebić się prz z denerwujący haøas. niemal cznie odpychający. unosząc broń. Katriel szøa za towarzyszami z wahaniem . L oghain uniósø miecz ostrzegawczo.Skąd się tam wzięli? .nymi uśmiechami. Większość zaczęøa uciekać ory uwięzione między ludźmi i krasnoludami walczyøy zajadle i desperacko. W migotliwym świetle pochodni widać byøo sylwetki zachodzące czworo wędr owców od tyøu. dlat ego zaprzestaøy ataku na Marica i Loghaina. czuøa się bezużyteczna. która ychaøa mroczny pomiot samym dotykiem. Niektórzy wojown icy padli ranni. pocąc się ze strachu. Czy tak się to skończy? Po tym wszystkim. przynajmniej pięćdziesięciu. Maric. Dziesięć. Żadne stworzenia nie wykazywaøy jednak pośpiechu.odkrzyknąø Maric. jak naj bliżej siebie. Co dziw iejsze. jakby zastanawiając się. Wibrujący. odwróciø się do niego plecami. . Zajadøość obrony iaøaøa na korzyść ludzi. i zaatakowaø następne. stwory nie przyśpieszyøy. obnażyø køy i zaryczaø. niektórzy nieśli również tarnie na døugich drzewcach. nie żadne monstra z podziemi. Dzierżyli ozdobne miecze i wøócznie. plecy w plecy. Niemal tak groźnie jak mroczny pomiot. czystymi cięciami.stwierdziøa Katriel. zagøuszając wszystko opró eustannego klangoru stali o stal. Tylko ich pomruk staø się gøośniejszy i wyższy.i po chwili troje ludzi zaczęøo pr zebijać się do krasnoludów. Mroczny asyczaø gniewnie.wykrz tusiøa ze strachem.

na Gøębokich Szlakach.. patrząc na elfkę pytająco.A na imię mi Nalthur. A potem posøaø Loghainowi twarde spojrzenie. ale søowa byøy zupeønie zrozumiaøe . aż wreszcie n iechętnie schowaø miecz.Niewiele iem . yglądaø na zdenerwowanego. wy. Loghain groźnie uniósø broń. . Do gøowy mi nie przyszøo. .również w pozycji bojowej.Mówicie królewskim? .. Czy krasnoludy zamierzają ich obrabować? Za bić? Zostawić w podziemiu? Cisza stawaøa się coraz bardziej napięta. wybacz nam brak manier. Ale któż inny wszedøby na Gøębokie Szlaki tak daleko od Orzammaru? I jeszcze te czaszki wymalowane na twarzach . biorąc pod uwagę. czy to jeszcze nie koniec walki. . Po ch wili wzruszyø ramionami. Ale na Kamień! Jeżeli tak ie macie życzenie. starannie wymawiając każdą sylabę wny. zast nawiając. chyląc z szacunkiem gøowę przed krasnoludzkim wojownikiem. Loghain uniósø brew. posoka ociekaøa z miecza. Miaø na sobie zøotą zbroję z kolcami.żadnej groźby. krępy wojownik z czarną brodą i pomalowaną na biaøo øysiną. że na wojowniku zrobiøo to wrażenie.zaprotestowaøa Katriel. Zbierzcie naszych polegøych rozkazaø krasnoludom. .A co to takiego? . Ubranie miaø caøe spryskane ciemną krwią pomiotu. sir krasnoludzie. . . .Nie przypominam sobie. tak że przypominaøa nagą cza erzyø Marica świdrującym spojrzeniem. .A kto niby was nauczyø tej mowy. a potem znowu podniósø wz rok na Marica.Bywa.stwierdziø spokojnie. a jednak powoli poøożyø broń na ziemi uniósø ręce. potem na krasnoluda. Twój oddziaø też tu jest. by pokazać krasnoludom. prawda? Byøo to jedynie podejrzenie. może nawet przestraszonego. aż w końcu Maric ostrożn podszedø bliżej. . Krasnolud wzruszyø ramionami. żebyśmy wyrazili ochotę. tu. Akcent brzmiaø obco. Maric posøaø krasnoludowi bolesny uśmiech.Co z was za gøupcy.. że chodzicie po Gøębokich Szlakach? Szukacie swoich polegøych? Mari c chrząknąø zakøopotany. Krasnolud popatrzyø na nich z rozbawieniem. krasnolud patrzyø to na swoich wo jowników. gdy tylko odejdę z moimi ludźmi. że chcecie tu zostać i poczekać. jeżeli wam życie miøe. U jego boku Rowan zacisnęøa mocniej døoń na r miecza. Proszę.Przeży u ciężkie chwile.Muszę przyznać. powierzchniowcy? .Jesteś. pomimo wyraźnego zmęczenia. jak niew iele Katriel wiedziaøa o krasnoludach. Katriel stanęøa obok księcia.zapytaø. jak krasnolud. . Nie zostawajcie w tyle. czøowieku. Wydawaøo się.No. Wy je steście Legionem Umarøych. a w ręce skrwawio møot bojowy niemal tak wielki. powierzchniowcy. zastanawiając się nad wyraźnie niezbyt przyjemnym wyborem. ..warknąø. to na obcych.Masz ra cję. że my szukamy naszych polegøych.. Jesteśmy. nie będę się narzucaø.Wøaśnie dlatego.to wøaśnie uwolniøo mglist e wspomnienie starej opowieści. Wzdychając ze znużeniem. że umiecie zaskocz yć. Katriel wysunęøa się przed nich. że nie ma zøych zamiarów. . . jakby chciaø powiedzieć: A c o mam zrobić? Loghain popatrzyø najpierw na Marica. by pójść z wami . .Zarzuciø møot na ramię. aż mroczn pomiot przerobi was na miaø. prawda? nolud zerknąø na towarzyszy z rozbawieniem i zachichotaø ponuro. Weźmiemy powi erzchniowców do obozu. Z radością pójdziemy do waszego obozu.. który go dzierżyø. Wyciągnąø otwarte døonie w ic uste ręce .

Pomiędzy nimi otwieraøa się przepaść. Ciemność podziemi rozświetlaøy tylko bøękitne latarnie. choć wydawaøa się bardziej majestatyczna . byście w . a potem dźwignęli ponad gøowam i i ponieśli. że wøaśnie ją oc zczono najpierw. którzy wøaśnie przekraczali bramę. ale przecież pożąd nie miøość. kiedy rozpo czynali wędrówkę Gøębokim Szlakiem. wyblakøy i niewyraźny. Katriel pr zypomniaøa sobie.stracili bl iskich. ażenie byøo starannie uøożone . Ci wszyscy . . Może sąd przelewają øzy za jego towarzyszami broni? Na ile znaøa tych troje . Wytrwaliście sto dwanaście nocy. Maric popeøniaø bøędy. ale w tym wøaśnie byø køopot. Na środku kawerny znajdowaøa się wielka statua krasnoluda p odtrzymująca na ramionach sklepienie niczym przygniatające brzemię. Obserwowaøa Marica. Jas inia za wrotami byøa maøa. Najbardziej czysta byøa jednak statua.PIĘTNAŚCIE. chrapliwym języku. by ich opøakać? A Katriel przyczyniøa się do ich strat. a książę nawet o tym nie wiedziaø . dokąd wiodą inne ścieżki. że musiaøaby żyć bez Marica. Patrzyøa na øzy Marica. Spojrzenie miaø nieobecne. Pieśń odbij d kamiennych ścian Gøębokiego Szlaku. Nalthurowi i reszcie Legionu Umarøych powrót z gośćmi do obozu zająø kilka godzin.Spoczyw jcie w spokoju. którą ludzie i elfka minęli. gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiøy się bøękitne latarnie. patrzyøa. ja iel nigdy nie zdoøa pokonać. Wszyscy zatrzymali się. ale czuøa jedynie pustkę w sercu. wskazówki. jak równie uważnie świdruje wzrokiem Marica. . A obok szedø Loghain. który ukradø nasze wøości! Jeszcze jedną noc przelewaliśmy krew wroga i søuchaliśm ego krzyków przerażenia! Krasnoludy jak jeden mąż potrząsnęøy bronią i ryknęøy na potwierdzen o byøa sto dwunasta noc od naszej śmierci! .zawoøaø. Nie zasøugi na to. że mówią o stracie. otulili je pøaszczami.Przeżyliśmy jeszcze jedną noc. Nie na wsz ystko pozwalamy mieszkańcom powierzchni. odwróciø się do wojownikó . która porastaøa wszystko niczym kleisty. którego lojalność byøa na sprzedaż.przepaść. skoro zdradziøa. W ko egion Umarøych dotarø do strażnicy podobnej do tej. czy w ogóle byøa zdolna do miøości. Krasnolud zcy wojownicy zabrali ciaøa polegøych. gdyby Maric umarø. dzie walczyli z mrocznym pomiotem. ale Katriel uświadomiøa sobie. Kiedyś widziaøa rysunek w księdze z najstarszymi legendami krasnoludów. że im dalej żaøobny kondukt sze labirynt tuneli. A potem zauważyøa.zapytaøa Katriel. Dziś nadeszøa pora. Masy wna brama zamykająca przejście zostaøa naprawiona. Nawet tutaj byli tacy. Rowan i Loghaina. Wspóøczucie to søabość . bracia i siostry! . jakim tonem wymawiasz jego imię. Warta odezwaøa się. A teraz elfka mogøa zobaczyć tę pos tać na wøasne oczy. Jedynym śladem po mrocznym pomiocie byøa pleśń. Nie czekając na odpowiedź. jak książę opøakiwaø zmarøych pod szafirowymi ami. Życie ich czwórki zależaøo teraz już tylko od krasnoludów . którzy troszczyli się o zmarøych. a ich marsz prz minaø kondukt pogrzebowy.I tej nocy pięciu z nas odzy skaøo spokój. ale wiedziaøa. przyjaciele. gdy tylko Nalthur uniósø ramiona . kobieto. niosąc się gøęboko w mrok. ale nie dostrzegøa niczego poza rumo wiskami i zgnilizną. . któr adal żyøy w tej ciemności. Kr Nalthur przyglądaø jej się bacznie. ze wszystkimi wspaniaøymi szczegóøami. Możliwe. a ona nie protestowaøa. tym mniejsze byøy szanse. czy mieli jednak czas.caøkiem możliwe.niezbędna cecha s piega. lecz wysoka. że krasnoludy postaraøy się oczyścić i uprzątnąć strażnicę. zastąpione peøną powagi ciszą. z dobudowanymi ścianami dziaøowymi i wieloma prz ejściami do mniejszych nisz. nieste ty.po najmniejszą miskę i kubek na stole. że kobieta niedawno straciøa ojca. Nigdy ni o ani niczego nie opøakiwaøa. . Okrzyki umilkøy. Ten posterunek byø jednak o wiele mniej zniszczony. W iedziaøa to. że zabøądziøa. Z mrokiem w o czach. by wreszcie zøożyć je u stóp Nalthura na posadzce. Elfka nie miaøa pojęcia.To król Endrin Kamienny Møot burknąø Nalthur gniewnie. czy uroniøaby øzę.Uważaj. gdy krasnoludy podawaøy sobie n gøowami otulone ciaøa polegøych. a to znaczyøo.ludzie i krasnoludy . God ziny mijaøy powoli. który również pieśni krasnoludów.Czy to Endrin Kamienny Møot? . . a na jej straży staøy uzbrojone po zęby k rasnoludy. by dostrzec jakieś chara terystyczne znaki. Katriel mogøa nie rozumieć søów.tak uczono Katriel . Wyglądaøo. gdy wsøuchiwaø się w żaøobny rapsod. a zbroję wyrzeźbiono w ośmiokąty pok yte lśniącymi runami. że jego instynkt przyn ej raz go zawiódø. . Elfka wyciągaøa szyję. czuøa na sobie jego spojrzenie. że nie może dzielić z nim żalu. W gøębi duszy baøa się myśli. tylko iść za krasnoludami. Śpiewali przy tym pieśń żaøobną w nieznanym.woøaø przywódca. A jednak nie można byøo zrobić nic więcej. Zastanawiaøa się. jaki wędrowcy widzieli w zrujnowanym thaigu. zaintrygowany ich żaøobą. oleisty szlam. że uda im się odnaleźć drogę powrotną do miejsca. a na dodatek niezbyt udany. Przecież zaufaø Katriel. Posąg miaø heøm z rogami tak szerokimi jak jego barki. Wiedziaøa. Katriel przerażaøa świadomość.Jeszcze jedną noc zemsty na pomiocie.. Nic nie leżaøo porzuco nigdzie ani śladu baøaganu. Maric chyba nie miaø oporów. by zaufać Nalthurowi i jego Legionowi. Krasnoludy dwukrotnie skręc ez chwili namysøu w odnogi Gøębokiego Szlaku. Czy myślaø o matce? Objąø Rowan ramieniem w ge e pocieszenia. patrząc z zachwyte m na posąg.a je raz się wahaøa. Szkolenie na barda pozbawiøo ją wspóøczucia . jak wyzwanie dla istot.. Jej spojrzenie również byøo nieobecne. Przypominaøa monumen t.

a eknąø gøośno i wytarø brodę wierzchem døoni. Trzech krasnoludów i duża.Nie wrócę tam nigdy. żeby mroczny pomiot nie mógø się do nich dobrać. .westchnąø Maric. Nie wiem. że są sprawy.zapewniø szybko Maric. .Gøębinowiec .Nie tak gøodni. Krasnolud poprowadziø ich do jednego z pomies zczeń w kawernie.Tak naprawdę wszyscy jesteśmy gøodni. przekazują s biercom majątek. . Staøo akże wąskie.Spotkalibyście je przed mrocznym pomiotem. sprawdz ając wojsko. to powinna rócić do twoich ludzi. Natychmiast zaczęli nimi uderzać w skaøę za statuą. Ku charka przeniosøa wzrok na Marica i pozostaøych.Jego ciemne oczy staøy się nieobecne. by pogrzebać większość z nas.On i jego ludzie są martwi . . Większość z nas powróci do Ka a.Ale dla was zrobię wyjątek. a na koniec Nalthur. . Skąd ich wziąøeś? . . jak ostrzegaø. . a potem. Krasnolud przyglądaø mu się zagadkowo. By oczyśc e imiona. które minęliśmy. podobnie jak dóø.wyjaśniø krasnolud z krzywym uśmiechem. ale to nie jest miecz jednego z moich ludzi. patrzyli na niego z szacunkiem. Może to broń kogoś z twoich? A nawet jeżeli nie. .Zerknąø na gości z nadziej Nie macie czasem? Rowan spojrzaøa w swoją miskę. jak się wam wydawaøo? .W tej jaskini jest dość miejsca. o których nie chce rozmawiać z obcymi.Większość? Krasnolud skinąø ponuro gøową.uśmiechnąø się krasno .Gøębi-co? . èomot kruszonej skaøy niósø się po jaskini.przyznaø Maric. . a potem zerkali podejrzliwie na idących za nim wysokich ludzi i elfa. w porządku.Z ludzkiego rodu królewskiego.Jestem książę Maric Theirin.uznaøa Katriel. Parę tygodni temu skońc zyøy się nam zapasy. ale książę tylko machnąø ręką. wyjąø zza pasa poplamiony krwią miecz i podaø kra To wyrób twojego ludu. . . Wyjęøa miski i napeøniøa je potraw iedy nikt się nie ruszyø. . Ludzie musieli nisko pochylać gøowy. A potem wyciągn . Zauważywszy. co znaleźliście. . .Nadal . . . . chrząknęøa znacząco na Marica. co? . Maricu. .Chyba wiem. .Nadal wśród żywych. Odstawiø swoje naczyn ie i ponownie przyjrzaø się każdemu z ludzi i elfce z osobna. snolud pochøonąø zawartość miski w kilku kęsach i skończyø. Haøa ybko.Ci nie przypominają mrocznego pomio tu. . Nie podchodzimy do thaigu ze w zględu na splugawione pająki. Książę w końcu sięgnąø po naczynie.zapyta .Jeszcze niegotowe . przesuwając krótki palec po jaśnie jących znakach. zdejmując zbroje. Jesteśmy tu ponad dwa miesiące. .zachichotaøa. czøowieku. . skąd wrócili z pikami.. zanim wyjdą na Gøębokie Szlaki.Zacna broń.Po. Krasnolud zaprowadziø gości do kilku ziemnych palenis k wykutych przy ścianie kawerny. Rowan zamrugaøa z zaskoczeniem . al e sporo już wybiliśmy w tej okolicy. Maric wziąø miecz z zakøopotaniem. . Lepiej ją porzucić. . . .Mają. jakby chciaø zaprotest ować. A kiedy Nalthur przechodziø obok. przez co można by komnatę tę wziąć za skøad.dokończyø be znamiętnie. To teraz twoje ostrze. W ciszy wielu krasnoludów ruszyøo na tyøy jaskini.. skoro wykonaøy ją krasnoludy. Ma taką ceremonię.Z zainteresowaniem przyjrzaø się runom. Nie p jąøeś tego jeszcze? . wyobrażasz sobie? . . Byli sami. o masz na myśli . Mogę obejrzeć? Loghain wyglądaø. a potem wymieniø niezdarnie uścisk døoni z Marikiem. by opatrz yć rany.Książę potrząsnąø gøową.Czyżby? Loghain zmarszczyø brwi.wzruszyø ramionami Nalthur. się robi coś takiego? Nalthur zaśmiaø się gorzko.Z Gøębokiego Szlaku. To pewnie k watera krasnoludzkiego przywódcy . Jeśli się odzywali. ale wygodne øóżko.Ale.Polityka Orzam maru jest bardziej zabójcza niż Gøębokie Szlaki. jak widzę? . Żegnają się z bliskimi..Tak . .. Nalthur w yjaśniø: .Tak . . . by przejść przez drzwi. Maric jadø bez obaw. Wykujemy grób i zøo m ciaøa. Krasnoludzcy wojownicy. jakby nagøe zrobiøo jej się niedobrze. Nalthur usiadø na nim i zabraø się do posiøku.By spøacić nasze døugi.Nie mogę zwrócić tego oręża Orzammarowi . aż wreszcie zatrzymaø spojrz enie na mieczu Marica. Wtedy pr dą pomioty. Po patrzyø na przyjaciela. że przybysze spoglądają na to ze zmieszaniem. Katriel ostrożnie upiøa najpierw wywaru.Czyli nie. . Goście znaleźl iejsca i również zaczęli jeść.Przedstawiø każde z nich.Rzuciø im posępne spojrzenie.Nie wrócimy do Kamienia . Kobieta zmierzyøa Nalthura niezadowolonym spojrzeniem i wytarøa døonie w fartuc h. zanim reszta doszøa do poøowy.. w których bulgotaøa potrawka.W końcu zostanie nas tylko garstka.. . a to moi towarzysze.Nie wiesz? . jak mi się zdaje. . Co ja bym daø za porządny stek z bryøkowca. niedaleko ruin.Nie wydaje mi się. futra i broń. Wstaø. to tylko szeptem.Znaleźliśmy go przy szkielecie. Jesteście gøodni? .Twarz wykrzywiø mu ponury grymas. . øadna krasnoludzka kobieta p ociøo się przy wielkich metalowych kotøach.Zerknąø na ludzi kę.Nie . rozeszli się w milczeniu. .Nie. . pogrzeb. . potem odchodzą i nie wracają. choć przestrzeń wypeøniaøy schludnie spak owane i poukøadane skrzynie. zli w jego ślady. którzy nie br li udziaøu w przygotowaniu mogiøy. a potem oddaø go księciu rękojeścią do przodu.St ek z bryøkowca? Krasnolud westchnąø z rozczarowaniem.Caøkiem niezøe .Przeszliście przez thaig Ortan? .T a wieść zrobiøa na Nalthurze wrażenie.To wiele wyjaśnia. . b yś musiaø to wyjaśniać.Loghain przerwaø jedzenie.Na nic mi się nie przyda. By oczyścić nasze rody.rócili do Kamienia.wyjaśniøa Katriel z wahaniem. naprawdę.bu rknęøa krasnoludzka kobieta. .Co to jest? . jakby pier wszy raz miaø do czynienia z tym gestem.odpowiedziaø natychmiast Loghain. roztaczając mięsny romat. pod opiekę Pierwszego Patrona.

któr odziø. .Prawdę mówiąc.Nie chcemy wam przeszkadzać w umieraniu czy coś.chichotaø. Katriel dotknęøa jego døoni.. to codzienne zabijanie mrocznego pomiotu robi się trochę nudne. krasnoludy. Tu.dodaø Maric. Maricu. . . jakby krasnolud powiedziaø znany żart. W Orzammarze sprawy zaøatwia się szybko. . ale patrzyø na krasnoluda bacznie. . że kras noludy potrafią.przyznaø szczerze Maric. . Maric nie odpowiedziaø. søużyøo im również w życiu codziennym.No dobrze. Co jeszcz e mamy robić na Gøębokich Szlakach? . .No. .H a! . Spojrzaø spode øba na Loghaina i Ma rica. ile tylko się da. to wybraliście zøą drogę.przerwaø mu przyjac el.To tchórze .Choć nie wiem. Rowan uniosøa brew. . ja ego sprawy byøa pomoc twoich ludzi i twoja. Loghain wstaø. . Dlate estem. Ich søawetne wyczucie kamienia nie tylko stanowiøo obiekt religijnej czci.Ach! Oczywiście! .I parsknąø śmiechem. byle z nami nie iść. nigdy. przelewając tyle krwi. Wreszcie powoli Loghain skøoniø gøowę. .A co powiedziaøb na walkę z ludźmi? Nalthur zerknąø na księcia podejrzliwie. szczerząc zęby.Krasnoludy tam nie wychodzą. . Będzie mógø powiedzieć Kongresowi Klanów. Jeżel aleźć spokój.My.Nie wiem.dl a krasnoluda nawet samo to søowo byøo przerażające. .Wydaje mi się. więc tak. otrzymaøy od wøadcy wiele do . wzruszyø ramionami. o których wspomniaøeś. Row an i Maric wymienili zmartwione spojrzenia.Możemy zrobić nawet więcej. będzie mógø zøożyć wizytę w Orzammarze. które mają honor . . jak mógøbym się wam odpø ie jestem jeszcze królem. Na et jeżeli nigdy nam się to nie uda. . . a potem jeszcze trochę. Na Kamień.Walczę o odzyskanie tronu i wøadzy. rozważając nieoczekiwany pomysø. . zapewne rozważając.Och . którą Maric może dla ciebie zrobić . kt . . wysoki przyjacielu. Krasnolud tylko prychnąø. na dole..Ale rzadko zdarzają się dodatkowe komplikacje.Lepiej cofnij te søowa oghain się nie poruszyø. Wiedziaøa. Bezkresne morze obrzydliwości. . . Krasnolud zm rszczyø brwi.przyznaø. zaøatwiamy to tak samo. . co ty nie powiesz? . . by zwrócić n uwagę. co nasze. tak? . Nalthur søuchaø spokojnie. Opowieść o ich przygodach zajęøa niewiele czasu. To jest nasza sprawa. kto odważyø się przejść przez thaig Ortan. A po tem wzruszyø ramionami. że nikt z goś i się nie śmieje. Kiedy się uspokoiø. Po co mieli byśmy przeżyć? .Przeraża ich widok nieba. Nalthur zerwaø się. Maric westchnąø.Pod nieboskøonem? . niech to kurz.Nalthur sprawiaø wrażenie zaskoczonego. . Ale jeżeli ty i twoi ludzie szukacie śmierci. . co podchmurni robią na powierzchni. . jeż będziecie chcieli zauważyøa Rowan.Potraktowaøeś nas dobrze. nie zasøużyøeś na obelgi. Nalthur uśmiechnąø się szeroko. że na powierzchni jest więcej ludzi. . do którego może my powrócić.. Szliście na póønoc.Ale to prawda! .Prz epraszam . mogę wam obiecać wspaniaøą bitwę z przeciwnikiem innym niż mroczny pomiot.Nie potrafimy tego stwierdzić pod ziemią .powiedziaøa. jak ostatnio søyszaøem. gdy umrzemy.Ale was przecie ygnano z Orzammaru? Jaki honor macie do stracenia? Krasnolud zastanowiø się. będziemy walczyć jak prawdziwe krasnoludy.powiedziaø Maric. . Zawsze jest więcej ohydy. Uniósø go groźnie. Usta Marica powoli rozciągnąø uśmiech. Może nigdy nie będę. Rowan uniosøa wzrok zaskoczona. byø z ie ślepy i uważany za kalekę. krzywiąc paskudnie. że odrzuciø go Kamień. . . Możemy was dzić.prychnąø krasnolud. Okazywano mu wspóøczucie i mówiono.Wasze niebo j est bardziej przerażające niż wszystkie hordy mrocznego pomiotu! Śmiaø się szczerze z wøasneg żartu i napięcie się rozwiaøo.. .. że nie musicie walczyć z mrocznym pomiotem? . . . to byøo.jakby.Loghain nie opanowaø zaskoczenia. . To nie nasza sprawa.Ale co byøo. . .Machnąø ręką z irytacją.Przydaøaby się wasza pomoc w Gwaren. Każdy pretekst jest dobry. .Maric się uśmiechnąø.Śmierć na powie hni . mamy mroczne pomioty do zabicia i Kamień. a potem tylko lekko wzruszyø rami onami.Zapewne uda wam się tutaj przeżyć przez døugi czas.Gdybyś mógø nam wskazać.Nie możemy wrócić do Orzammaru.Chodźmy więc.Musimy d stać się na powierzchnię . o ile nie będzie za późno .. .Wzruszyø ramiona mi i beknąø raz jeszcze.Krasnolud poklepaø księcia po plecach i niemal zwaliø go z niskiego stoøka. tak smutnie okaleczonych przez naturę. .To znacz y.Zresztą to zaszczyt zabijać mroczny pomiot. walczyć. by odebrać to.Nie te.Jego uśmi ech staø się sardoniczny. . . kiwając ty ko gøową ze wspóøczuciem. .Jeżeli zostani królem. . rewidując swoje zdanie o ludziach.Jest jedna rzecz. Morze podeszøo pod strażnicę.Co?! . choć tego nie widać. Żaden Ród nie pozostaje neutralny. Nie zauważyliście. Nalthur uniósø ręce. b y Rody ubiegaøy się o tron . nie ma się czym martwić. Napięcie rosøo w komnacie. .Zrobicie to? .mruknąø Nalthur bez entuzjazmu. zasøuguje na odrobinę szac ie pozwolimy wam wędrować samotnie przez Gøębokie Szlaki. jak sądzę? .rzekø szczerze.To znaczy walkę na powierzchni ? . chwyciø swój møot. jaką miaø mój ród. każdy.. Nie znajdzi emy tu pomocy. które w końcu nas zaleje. .podsunąø Loghain.Nie mamy też nic do zyskania. czy przyjąć przeprosiny.Jesteśmy martwi. prawda? Krasnoludy. Tutaj jesteście bliżej Gwaren. Widząc jednak. że to w kierunku? .zawahaø się książę. Jeżeli idziecie do Gwaren.Och. gdy przychodzi czas.wyjaśniøa Katriel.Twój lud zaw sze traktowaø ludzkich królów z szacunkiem.To wszystko wyjaśnia. który nie miaø zmysøu kamienia. Krasnolud.. które wspieraøy ludzkiego króla w trakcie oblężenia Marnas Pell podczas Czwartej Plagi.

co mocn o komplikuje sytuację. . przywrócenie bilansu na zero. e lfka na pewno by zabøądziøa. Ruszyø do przodu. . jaki stosunek ma ją do niej Loghain i Rowan. A z niewielką ilością jedzenia i wody szanse ludzi.Zdaje się. by zrównać się z elfką. a im døużej trwaøa podróż.ponieważ nie mieli innego wyjścia.zajmowali się pracami obozowymi. lecz . wielomilowych tuneli w twardej ska le. W końcu spojrz księcia. tym razem z urazą. . Rowan zapytaøa. tym bardziej Loghain zaczynaø rozumieć. nie zostawisz go na górze. ańbieni lub zrujnowani. To. *** W dwie godziny Legion Umarøych byø gotów do wędrówki Gøębokim Szlakiem. że nie. Oczy Nalthura bøysnęøy zainte resowaniem.Cóż . Wielu krasnoludów zamykaøo oczy i Loghain zastanawiaø się. prawdy.napomniaø się Loghain. . że nie będzie żadnego sklepienia nad gøowami. Jeden z tych krasnoludów zostaø nawet Patronem. Maric musiaø zapewniać raz po raz.odezwaø się w końcu Loghain oschle. Za wozami z ekwipunkiem i zapas ami grupa tylnej straży rozglądaøa się czujnie. Nawet gdyby nie byøo tu mrocznego pomiotu. by z szacunkiem d otknąć podestu.Maric może nigdy nie zostać królem. Zazwyczaj. oczy mu lśniøy. Podejrzliwie zmrużyøa oczy.. że nie udaøo im się dob ukrywać swoich podejrzeń. że nie pokøad sz wielkiej ufności w zdolności swojego przyjaciela. Podczas pakowania każdy z wojowników zatrzymywaø się przy statui. odwracając wzro k. . nieskończone niebiosa . na niebie jest gorące søońce. . . który podtrzymywaø sklepienie jask ini. owszem. który zostawiøeś. Posuwali się teraz o wiele szybciej.Zrobisz to? Maric skinąø gøową.że bardzo nam pomogøaś. jeszcze nie wierząc w to. Tak.Tylko o n. któż oparøby się takiej możliwości? . Loghain byø pod wrażeniem ich efektywności. . nikt nigdy nie upadø w bo i nie zginąø na wieki.rzekøa søabo . Loghain przypuszczaø. Maric wą. że znowu zostawiają go samego na pastwę kurzu i mr nego pomiotu? Kilku czøonków Legionu Umarøych. Rozumiesz to? Nalthur wyglądaø na rozbawionego ostrzeżeniem. ale. ale popatrzyøa na Loghaina z lekkim zaskoczeniem. czy nie nadchodzą mroczne pomioty. Wiedziaøaś. w milczeniu ciągnęøo wózki i przyglądaøo się Katriel ukradkiem. Nieważne. Mężczyzna obserwowaø elfkę podczas podróży. że będzie mógø speøni nicę. a tylko ogromna pusta przestrzeń. oczyszc zenie z win. . c y Maric wygra walkę. . . co mogøo się przydać yøo cenne.Chcę prosić tylko o jedno . który szedø na czele pochodu. ale nigdy nie widziaøy elfa. Może prosiøy starożytnego wøadcę. P rzywrócisz nas Kamieniowi. Zrobię. jaką możemy wyś ich krewnym. Na szczęście spotkaliśmy krasnoludy .A zatem jest coś. Wzruszyøa ramionami. Na ile Loghain mógø się zorientować.W rzeczy samej. Odpowiedź byøa prosta: rasnoludy widywaøy ludzi w Orzammarze. krasnoludy zrozumiaøy od razu.To prawda. czy zanoszą modlit y do swojego przodka. Albo wiedziaøa. co zastaną na pow zchni. . Nie pogrzebiesz nas pod niebos køonem. gdzie zacząø pokrzykiwać na swoich wojownikó iwy stukot pik natychmiast się urwaø. nie będzie bezpiecznych.jak p oznana na początku kucharka . Loghain spojrzaø c e na krasnoluda.mruknąø Loghain. któż by się oparø? Elfka znowu odw k. . którzy nie byli wojownikami. że Katriel nigdy nie udaø ię doprowadzić Marica i reszty do Gwaren. Krasnoludy znaøy dobrze Gøębokie Szlaki. poza najważniejszym: ogromnym posągiem wøadcy. sięgaøy zera.powiedziaø do Katriel . .Jestem realistą .na te wieści pobladøy i za częøy się nerwowo wiercić. Katriel uśmiechnęøa się søodko. Pomysø el jednak okazaø się dobry.Tak. co daje im Legion. Krasnoludy spakow ekwipunek i zaopatrzenie.Przyrzekam. Rowan się nie przyøączyøa. albo się domyślaøa.Zerknęøa na mężczyznę znacząco. Jej chøodna postawa dawaøa do zrozumienia. Zaszczyt dla rodu.Zatem możesz liczyć na naszą pomoc . co zaszøo. Wszyscy ludzie tacy są? . krasnoludy zabraøy ze strażnicy wszystko. ednak znaleźliśmy pomoc. Loghain wraz z Rowan i Katriel poszedø z taborem w środku pochodu. w rzeczy samej. że dla krasnoludów liczy się każda przysøuga.Tak. jak søaba jest na to szansa. . to starcie piętna hańby. W komnacie ludzie i elfka patrzyli na Marica.wodów uznania. sir? .Przyøączyli się do Legionu Umarøych . że wyjdą spo iemi caøo.oznajmiø Nalthur. że uzurpator mógø już dotrzeć do Gwaren.. Unikaøa i jego. .Chc byś wiedziaøa .. A jednak te wøa e kwestie najbardziej niepokoiøy wojowników urodzonych w podziemiach.Jeżeli ktoś z nas polegnie. Oczywiście to zależy. dlaczego to robią. Søuchali go w ponurym milczeniu.. ponieważ zacisnąø nerwowo szczękę. Nie ma pewności. nie pochowasz w brudzie.Zdaje się. co możesz zyskać eżeli wyjdziesz na powierzchnię. i Row atrząc jedynie na Marica. Stanowczym krok iem opuściø komnatę i wyszedø na środek kawerny. Skoro mogą zrobi j. a droga byøa przyjemniejsza. pomagając ci.Sama ta myśl musiaøa niepokoić krasnoluda.stwierdziø z powagą Nalthur. . Spojrzaøa na niego z pon zujnością. Nalthur przetrawiaø pomysø døuższą chwilę. by nad nimi czuwaø lub zesøaø im szyb onorową śmierć? A może tylko przepraszaøy. że Katriel nie chce roz . Najlepsze. Maric wraz z Na lthurem stanąø przed najstarszymi z wojowników i staraø się im wytøumaczyć. Lecz wzmianka. ale nikogo ni e oślepiøo na zawsze ani też nigdy nie spadøo na ziemię i nikogo nie spaliøo.

n awet magię mrocznego pomiotu. ile tylko zdoøają.mawiać z Loghainem.powiedziaøa z goryczą. Nie wiedziaø wystarczająco wiele o krasnoludzkiej architekturze.Jest zbyt ufny. døonie zaciskaøy się na rękojeści broni w oczekiwaniu na kolejny at k. . Loghain prawie jej wspóøczuø. Loghain døugo zastanawiaø się nad odpowiedzią. czy za rumowiskiem odkryją przejście. Kiedy zbliżyli się do strażnicy pod Gwaren. To nie powstrzymaøo ich od dodatkowej czujności. brodząc niemal po s yję w wodzie. Krasnoludy nie przejmowaøy się jednak tak bardzo zagrożenie m. jak ludzcy magowie. . czy nie ma tam podziemnego portu. Ich cie mne oczy świdrowaøy mrok. Po tych dwóch atakach mroczny pomiot trzymaø się na dystans.rzekø be namiętnie. Ten jeden raz krasnoludy spoglądaøy z ponurą zazdrością na wysokich ludzi i el fa. który spoglądaø w milczeniu na przechodzących. a Nalthur pomrukiwaø gniewnie.skomentowaø Nalthur z krzywym uśmiechem. oblewając Gøęboki Szlak szafirowym blaskiem. że są z natury odporne na magię. to jednak pragnęøy zabra bą za Zasøonę tak wiele potworów. Nie chodziøo o to. gdy roztarøa ramiona i popatrzyøa z czuøością n ia. Piski budziøy nerwowość. która kiedyś byøa strażnicą ren. stalagmity oraz nacieki żóøtawego wapienia zbieraøy się przy naturalny ch skalnych zbiornikach. Parę razy Legion zmuszony byø się zatrzymać i odgruzować przejście w zapadniętych tunela h. Stalaktyty. ale też czuøy respekt przed ich liczebnością.Pr zyøączyøem się dla siebie. czy orze i jezioro się øączą. jakby by li intruzami w tym królestwie ciszy i ciemności. ale nie rzekøy søowa. ponieważ z hordami tych potworów często szli emisariusze .A ty przyøączyøeś się dla niego ozięble. że mroczny pomiot zniszczyø najlepszą krasnoludzką inżynie rię. Kapanie odbijaøo się echem od ścian. podobnego do przystani w naz iemnym Gwaren? Interesujący pomysø. Niezwykle szybkie . Nalthur pozwalaø im uciec. a kolumna krasn oludów kontynuowaøa podróż przez cienie.Wiem . . a kakofonia powitaøa przybyszy. Krasnoludy wyjaśniøy ludziom. że nawet Legion nie ścigaø mrocznych pomiotów ich domeny. z dumą stwierdzając. że to kolejny rodzaj mrocznego pomio tu. by zostać królem . którą on we mnie widzi. musiaø przenieść zapasy. I to będzie dla niego trudne. że ono we mnie jest. . Atak jednak nie nadszedø.w jej gøosie zabrzmiaøa rezygnacja i pustka. natrafiø na Maric . by czuć się pew nie. wysokie i chude kreatury z døugimi pazurami.Dla niego? . w korytarzach p ojawiøo się coraz więcej wody. bym naprawdę staøa się tą osobą. raz z tyøu.mro czny pomiot. ale Loghain bez przerwy o tym myślaø. raz od przodu. Poważne i szczere søowa sprawiøy. Loghain zastanawiaø się.odezwaø się w końcu Loghain. bocznych jaskiń pod Gøębokimi Szlakami. Przyznaø. Wokóø podziemnego jeziora ciągnęøa się wąska grobla. przelewając krew i prując flaki.Nie . Zawsze patrzyøy. Pojawiø się również mroczny pomiot. . Powietrze w jaskini byøo ciężkie i wilgotne. który potrafiø rzucać zaklęcia.stwierdziø Nalt hur. Krasnoludzkie latarnie koøysaøy się ich gøowami. Kiedy ko nwój natrafiø na niemal caøkiem zalany korytarz. tam czekaøa niechybna śmierć.Maric nie jest jeszcze gotów. Jego zimne. ale mężczyzna to zignorowaø. ale wędrowcy mieli szczęście. spøywającej po ścianach i zbierającej się w nieckach i pęknięc mienia. tym bardziej wydaje mi się. by dać się po prostu achtować.Ale wkrótce musi być go tów. gdy stanęli w bramie strażnicy. z których krople kapaøy w mroczną taflę. . ale świeże.A kiedy na mnie patrzy. Podążając za jej wzrokiem. ze spokojną precyzją zmuszając monstra do ucieczki w ciemność. Przy każdym takim przymusowym postoju nie byøo wiadomo. Wysyøają czary . .zapytaø. bøękitne oczy odszukaøy jej zielone . że Katriel spojrzaøa na niego w cholijnym zamyśleniu. Przeciwlegøy brzeg podzi emnego jeziora niknąø w ciemności i nie można go byøo dostrzec. Pochód minąø posąg pod ścianą. Dwukrotnie przy puściøy nagøy atak. Nagle wydaøa się bardzo krucha. W rzeczy samej nic więcej nie byøo do dodania. Im døużej przebywam z Marikiem. daw mnianego i zniszczonego strażnika.Dlaczego przyøączyøaś się do nas? . Choć śmierci krasnoludy się nie obawiaøy. . ale Legion Umarøych szybko sobie z nimi por adziø. Stwory nienawidziøy krasnoludów. Loghain pokiwaø domyślnie gøową.Maric jest dobrym czøowiekiem . Woda niepokoiøa Loghaina. że to prawie możli we. Loghain wróciø do Rowan. a ze sklepienia zwieszaøy ne stalaktyty. ujące piski w oddali. Czy tunele ciągnęøy się pod dnem morza? I czy w takim razie w jednej z pierwszych napotkanych w tej okolicy jaskiń nie powin na pojawić się søona woda? Nalthur zapewniø. W milczeniu przytaknęøa ruchem gøowy. widzi we mnie także dobro.przyznaø. że absolutnie nie. uż przy skalistym nabrzeżu z tafli jeziora wznosiøa się na setki stóp w górę metalowa konstru .i to Katriel pierwsza odw róciøa wzrok. jakie stanowić mogli emisariusze. . W końcu znaleźli strażnicę Gwaren. Nawet nie zdawaøam sobie sprawy. zapach rdzy i soli przenikaø wilgotne powietrze. Czasami tylko søychać byøo obce. . Stwory czaiøy si anicy światøa rzucanego przez bøękitne latarnie i patrzyøy. Znajdowaøa się wewnątrz wielkiej kawerny wypeønionej morską wodą. *** Mniej niż dzień później karawana natrafiøa na ruiny budowli. Tam znajdowaøo się ich siedlisko.

To k w haøasie bitwy i huku ciosów golema o zbroje i kamienie. I o ile ciśnienie cię nie zabije. Wydawaøo się. że raczej nie. Zawiasy jęknęøy. oznajmiając Maricowi. Dzwonienie rozbrzmiewaøo godzinami.Wy. gdy ciosy wysyøaøy ich na ściany lub do wody. którą Maric i jego towarzysze minęli. Byø to kamienny golem. Jeżeli byø tu wiatr. . . aby objąć dowództwo. To byli ich ludzie . ale w chaosie nie mógø niczego dostrzec. Ironia losu. W wąskim przejściu nie . który natychmiast natarø na krasnoludów. że nie widać byøo sklepienia. by odsøonić mechanizm zamka. Zerknęli na siebie . . patrzyøy tylko z zachwytem. Nalthur rozkazaø Legionowi przymocować do bramy haki z linami. Nalthur zdawaø sobie spra co próbują osiągnąć. aż w końcu udaøo się oczyścić wrota na t . Po trzecim zaaplikowaniu kwasu kowal oznajmi wi można otworzyć. by skuli nalo t i sprawdzili. wchodząc w podziemia.Rozumiem zate . Kamienny golem ruszyø na Loghaina. .mruknąø. mogliście coś tu nabudować. że ma zøe wieści: zamek zardzewiaø. . co jest za nią.. co jest pod spodem. czy w ogól e warto køopotać się wrotami. wymachując pięściami. jak wyjaśniø Maricowi Nalthur. Loghain przyglądaø się mętnej wodzie w jaskini. . I o ile uda ci się wstrzymać oddech na dość døugo. Z tego. którzy pociągnęli z caøych siø. Wrota powoli zaczęøy się uchylać. zasoloną ciecz. szukając m ga. że niegd yś wychodziøo stąd tysiące rur.Przerwać walkę! Na miøość Stwórcy! Nikt go nie søuchaø. to znaczyøo. do czego søużyøy. Reszta cofnęøa się. Krasnoludy otworzyøy fiolki i zalaøy mechanizm. Po døugich oględzinach st wierdziø w końcu. wysoki na ponad dziesięć stó . trzymany w maøych fiolkach. . zacisnęli zęby py w ziemię. . który krasnoludy przywiozøy na wózkach. Pobiegø przed krasnoludzkie szeregi i nie bacząc na niebezpiecz two. że zasøaniaøa mechanizm zamykający.Do broni. przy a uderzenie.Zerknąø na Marica.krzyczaø książę.ludzie Marica.zabrzmiaø krótki rozkaz za plecami golema. Podmuch powietrza? Mężczyzna uniósø brwi. Loghain wysunąø miecz.wtrąciøa Katriel. ludzie. do których wrócili. Do wypalania potrze ny byø kwas. pocierając w zamyśleniu policzek. Logh odepchnąø żoønierza zamierzającego wøaśnie ciąć Marica. . do czego søuży ur Krasnoludy nic nie powiedziaøy. czy to byøa jakaś twierdza. by uniknąć ataku na miast lthur westchnąø. że krasnolud nie miaø pewności. Nie można byøo odgadnąć. że.Inaczej caøa ta droga na nic i trzeba będzi e wracać. . . książę u Rowan i Loghain natychmiast podbiegli na pomoc. czy dotrze się do morza? Czy można popøynąć w górę i wydostać się chnię? Krasnolud spojrzaø na niego z powątpiewaniem. Nalthur od razu rozkazaø swoim ludziom. Warstwa nacieku okazaøa się tak gruba. bitwa stawaøa się zajadlejsza.Nie bądź gøupcem! . z tyøu znajdowaøa się tylko wąska grobla i jezioro. Rezultat byø natyc . Musieli go wypalić. równie przer zewiaøych i zwapniaøych. ludzie.Zatem w najlepszym razie będziemy musieli przebić się przez dwa zamknięci a.Nawet jeżeli uda się nam otworzyć tę bramę .Nie przypominam sobie nawet wzmianki o przejściu do podziemnej strażni cy krasnoludów. . Zaskoczone krasnoludy nawet n e próbowaøy się bronić. Zabrzmiaø klangor stali i øomot pięści gole a. by się wycofaø. Krasnoludy tym razem nie cofnęøy się ani o krok.O ile śluza będzie otwarta. Krasnoludy zaniosøy się kaszlem. który z gøośnym rykiem ruszyø do ataku. ..ryknąø. wydając ryk gniewu. uniósø ręce. O ile w ogóle się uda. byø kowalem . byøy nadal zamknięte. Do każde j przydzieliø pięciu wojowników.wymruczaø . a Loghain ruszyø na przód. choć pokryte rdzą i wapieniem. Lecz te wrota. wibrujący skrzek poniósø się A potem cal po calu brama się poddaøa i ze skrzypieniem i trzaskiem zardzewiaøego met alu otwarøa podwoje. Krasnoludy mogøy walczyć lub dać się za albo wpaść do wody i utonąć. pociekøa pierwsza krew. . nawiewana przez natychmiast rozp oznawalny podmuch świeżego powietrza. co søyszaøem. Aby dot rzeć na powierzchnię.Stać! . Maric zapytaø. tak wiele. mieszkańcy Gwaren mogli zamurować przejście. a Loghain nie mógø na to patrzyć z spokojem. Rowan zmar szczyøa brwi. . zadzierając gøowy. gotów wbić mężczyznę w ziemię lub pogruchotać mu czaszkę. z obnażonymi mieczami. Przypomin aø mętną. wy. W rezultacie pojaw iøy się køęby żrącego dymu i bøękitne pøomienie.Bramę zapieczętowano przed wiekami . Śmiertelne zamieszanie rozprzestrzeniaøo się jak pożar.To atak! . nie zrozumiecie . czy będą musieli walczyć z wøasnymi żoønierzami. niemal w caøości porośnięta rdzą i biaøymi wapiennymi naciekami. Golem uderzyø pięścią ryzykownie blisko Marica. Zza drzwi wyszli rebelianccy żoønierz e. aż dotarli do bramy obnej do tej. wyciągając miecze.cja. Napięli się. Wiele rur. nikøo w ścianach jaskini. Uniósø p pięści. zbrojnych. Rowan odpa røa ataki kilku zbrojnych i pomagaøa Maricowi dźwignąć się na nogi. Kilku starszych krasnoludów mogøo im się lepiej przyjrzeć. Nagl hmury kurzu wynurzyøa się ogromna postać.Kiedy pomioty z ajęøy Gøębokie Szlaki. Je den z nich.nie mo. Nalthur wreszcie przerwaø milczenie. ale nie mógø rozkazać Legionowi.Stop! . lecz teraz pewnie rd ewiaøy na dnie jeziora. . Przeszli c drogę tylko po to. Mężczyzna rozejrzaø się. ale kras olud tylko popatrzyø na niego z odrazą. Za nią podniosøa się chmura kurzu.za życia. Legionie! Do broni! Za golemem nad szedø tøum ludzi.ryknąø ponownie... musieli przejść przez niebezpiecznie wąską groblę. by umrzeć w bitwie z ludźmi. a N ruszyø przed nich. Søyszaøy jed ynie kapanie wody.ryknąø. A gdyby przepøynąć jezioro. . . zastanawiając się.Przerwać walkę! .

.zapyt drżącym gøosem. Tym razem moc rozbiøa się o tors Marica. Spojrzenie maga przesunęøo się po nich. co jeszcze powiedzieć. Na schodach i za wielkimi wrotami zaczęl i tøoczyć się inni rebelianci. by zebrano tych. Uniósø døoń. Wilhelm wytrzeszczyø oczy.Myśleliśmy. ale gdy ludzie postąpili krok. Wilhelmie. byliśmy pewni. książę uniósø pięść nad gøową.mag ostrzegø żoønierzy przez ramię. Maric zamarø. . a to.søyszaø ich okrzyki. a Loghain poøo døoń na ramieniu.powied Poczuø tak wielką ulgę. ledwie panując nad szlochem.Kto wspomniaø imię księcia? . Podszedø do żoønierzy. Loghain i Rowan stanęli za nim. k olei wbijali w niego przerażony wzrok. i zdesperowani. Nad trojgiem ludzi górowaø golem. którzy zostali ranni lub wpadli do jeziora. Nalthur wykorzystaø okazję i rozkazaø krasnoludom cofnąć się. że ty również.. ale ponownie nie zdarzyøo się nic więcej.powiedziaø mag do księcia. Maric przez krótką chwilę czuø. . Ty żyjesz? Maric podszedø szybko i ująø døonie maga.To naprawdę on! Przez armię przeszøa fala zdumienia. nadzieją. Mag zerknąø za siebie.Ty.Armia rebelii istnieje nadal. nadal trzymali się z tyøu.gøos mu się zaøamaø i Wilhelm tylko potrząsnąø z niedowierzaniem gøową. a potem w spojrzaø na milczący Legion Umarøych. . że w acone. ale zaraz wróciøo do Marica i stwa dniaøo. gdy spoglądaø na klęczące szeregi. I jak jeden mąż z anci zerwali się na równe nogi. .potwierdziø cicho.. Loghain i Rowan zbliżyli się ostrożnie. skąd zaraz dobiegøy radosne nawoøywania.Panie mój? . że po policzkach popøynęøy mu øzy. Maric widziaø to w ich oczach.hmiastowy stwór zastygø w bezruchu.W zawoøaø z ulgą i z radością ruszyø do zaklinacza. Wilhelm zdumiaø się jeszcze bardziej i rzuciø kolejny czar. A jeszcze więcej lud zi znajdowaøo się na górze . . Tak wielu tøoczyøo się w tym cie m przejściu.. . który zatrząsø podziemiem i przetoczyø się echem po Gøębokich Szlakach. Jesteśmy tu naprawdę. Aż cofnąø się o krok na widok księcia. . a potem ukląkø p m bez wahania. A jednak przetrwali. Zza golem a wynurzyøa się postać z kozią bródką.To on . . Udaøo się? Naprawdę się udaøo? Wilhelm pokiwaø gøową. .zapytaø książę. na daø nieruchomy jak gøaz. w żóøtych szatach. Wieść niosøa się szybko i niektórzy rzucili się w górę schodów wio iasta.poza tym nic się nie z mieniøo. . . Wojska rozstąpiøy się jak m e.To ja.powied ziaø do nich. jakby n edziaø. patrząc na księcia z nadzieją rozjaśniającą twarze. gdzie szere gi zbrojnych przyglądaøy się scenie z nieskrywaną czujnością i zmieszaniem. . Rozjarzyøa się natychmiast przywoøaną mocą. Reszta zbrojnych za przykøadem Wilhelma opadøa na kolana i zdjęøa heømy na znak szacunku. . i Rowan. Wielu miaø øzy na policzkach. Nikt nie zdoøaø wykrztusić søowa. odpowiadając mu radosnym rykiem. ale kiedy tylko dostrzegli Marica. gdy ot ata zaklęcia.. Wt edy dopiero Maric odwróciø się do swoich ludzkich żoønierzy. Krasnoludy wykonaøy polecenia w milczeniu. krasnoludy groźnie zwarøy szeregi. Uzurpator ogøosiø. Pomiędzy obiema siøami pojawiøa się wolna przestrzeń. by rzucić się w pościg. Naprawdę .To może być sztuczka. Niscy wojownicy posøuchali ez szemrania.A zatem nie przybyliśmy za późno .Myśleliśmy. kiedy Rowan i Loghain przywiedli go do obozu na Zaziemiu. . Patrzyø z niedo rzaniem. rozejrzaø się po żoønierzach. Maric nie drgnąø. Myśleliśmy. opuszczając broń.Bądźcie ostrożni . . Maric rozpoznaø ją natychmiast.Nie poznajesz mnie? . a blask przemknąø po jego ciele . Ludzie przerwali walkę i rozejrzeli się ze zmieszani em. że to k ak. Rowan i Marica.. Nalthur zacząø wydawać rozkazy. że zginąøeś . .zabrzmiaøo ostre pytanie.Udaøo się. Maric również skinąø gøową ze zrozumieniem i powagą. Byli gøodni i zmęczeni. I Loghain. Patrząc na swoich ludzi. Cisza w jaskini aż zadzwoniøa w uszach. Rendorn zginąø. gdy mag osunąø się na kolana przed księciem. ten szacunek i nadzieję. żoønierze zaczęli szepta iędzy sobą z podnieceniem. Oczy Wilhelma byøy wielkie j ak spodki wypeønione øzami. . Zamknąø jedynie oczy. również uklękli. pozostawiając pośrodku Loghaina. iluz nas zmylić. n zostaøa caøkiem rozbita. którą widziaø po r zy.

marszcząc brwi. Ledwie znosiø obecność pøatnerzy. powróciø do obcowiska i opowiedziaø swoim lamentującym mu się przydarzyøo. nie obchodziøy nędzne elfy. lepiej. Lecz teraz mag miaø do przekazania znacznie gorsze wieści i żadnego posøugacza na kozøa ofiarnego pod ręką. że śmietana dla króla się zwarzyøa. Tydzień temu trafiøo na szczupøego elfiego chøopca do posøug. a gwardia pośpiesznie się wycofywaøa. zaś pot na czole byø zbyt widoczny Król domyśli się treści listu. że nerwowy nastrój udzieliø się nawet zwierzętom. lecz jak zwykle na søużących. Usta zacisnąø w wąską kreskę. . że zbroja robi wrażenie. øomotaøo za szybko. Choć tak naprawdę . Severanowi drżaøy døonie. . jakby chciaøy wyøamać drzwi swoich boksów. siedzącą na stoøku w najdalszym kącie stajni i o zymiarkę. gniew wą siøą rozpalony tą bezczelną ingerencją mógø dotknąć żoønierza.i jeszcze raz rozważyø. a kowale cofnęli się o krok. a na to Severan nie zamierzaø sobi e pozwolić. Kilku søużących kryøo się po kątach.nawet nie znalazø się w pobliżu bitwy. by powitać stojącego w drzwiach Severana. To nie byøy dobre wieści. Meghren dostrzegø minę matki Bronach i odwróciø się. by paliøy raczej wøasn omy niż ludzkie siedziby. pozostawiając rozgniewane elfy. Meghren zamarø i zmrużyø oczy. by zobaczyć. kiedy zauważyø matkę Bronach. . To byø śmiaøy ruch. søużący przeżyø. Meghren oczywiście zaprzeczyø. gdy czytaø pergamin. co zrobi mag. Severan znalazø Meghrena w stajniach. ponieważ nagle zaschøo mu w gardle. czy w ogóle przekazać Meghrenowi zøe wieści. Severan uznaø. . Może nawet pr zøa tylko po to. I w obcowisku wybuchøy zamieszki. Nie mógø powstrzymać się od zerkania na miecz a wøadcy. Zdawaøo się. że tempe a w stajni nagle spadøa. rzecz jasna. Kiedy król się wreszcie cofnąø i odwróciø.prz onu zauważyøa go. gdy zacząø się gøód. dlaczego kobieta tu byøa. który nie zauważyø. Pancerz byø kuty ze zøota. a kiedy skończyø zwinąø arkusz. prawie nieprzesøoniętych kórą . Krew trysnęøa na podøogę.odparø. by skupiø go nie na Severanie. nagolenni i ocierają kostki. jaki dostrzegø na swojej twarzy .pomyśl aø Severan. zanim mag otworzy usta. . a mężczyzna zatoczyø się. w obcowisku zrobiøo się sp jniej. Mag spojrzaø w lustro. Meghren mógø w każdej chwili ruszyć na gwardzistę.wycedziø. może zranić Severana . . Wedøug raportów miejski garnizon mus iaø zabarykadować i zamknąć dzielnicę. nie byøo innego wyjścia.C o tak stoicie? Pøatnerze zerwali się pośpiesznie.i to zranić pow . nie warto jeszcze pogarszać jego nastro ju nieodpowiednio podawanymi informacjami. Wydawaøo się.Są wieści z Gwaren. Odkąd Meghren udaø się z armią pod Zach ie Wzgórze. Skøadaø się z wielu części. Na jej twarzy wykwitø lekki uśmiech. ale żoønierze mogli tylko stać i patrzeć. .jak zapewnili maga d owódcy polowi . Jego wrzas komnat królewskich gwardię paøacową.prezent od przymilnego kupca z Antivy. że to czy tamto zapięcie jest zbyt mocno zaciśnięte. Ogiery dkutymi kopytami klepisko i ogrodzenie. przerywając Na ich twarzach odmalowaøo się zmieszanie.O co chodzi ty m razem? Ufam. Severan nie miaø pojęcia. Zabawne . Meghrena. zdesperowany kapitan gwardii podnió krwawione ciaøo. ale tego rodzaju problemy utrudniaøy życie Severanowi. Mag j uż miaø wejść. Byøoby lepiej. Jeżeli wøadca wpadnie w gniew. Ozdobny czy nie. nawet imperatora. wie ciø się z niewygody i warczaø. dopasowujących mu nową zbroję. że wiedziaøa. zbyt przestr y pomóc rzemieślnikom. dostaø obsesji na punkcie militariów.Tak . Meghren już byø w paskudnym humorze. Severan wytarø czoøo jedwabną chus zką . gdy już byøo po wszystkim. Nie spodobaø mu się strach.Ach. Ale nie. na na ku wygrawerowano z pietyzmem lwią gøowę. Søużba pomknęøa do wyjścia. Zdaje się. po polu walki odbyø tylko przejażdżkę owozie. Ale król nie zrobiø nic poz i zgrzytaniem. że wpadli na siebie i n iemal przewrócili króla. jak Meghren k je posøugacza. ci o ścianie. Meghren ryknąø z gniewu i kopnąø opancerzonym butem w najbliższy cel Trafiø jednego z rzemieślników w nos. gdy spoglądaø w okno. a rękawice drapią skórę. przygøadziø ciemne wøosy i po raø się uspokoić serce. gdyby ten gøupiec po prostu zatøukø elfa na śmierć i porządnie wyø wściekøość. Jak dla niego. Spojrzaø w oczy s emu odbiciu. jeżeli król zechce go użyć. Mag od chrząknąø. Nie. ale nie zdążyø się cofnąć . Niestety. to ty . Przy wøadcy kręciøo się dwóch umięśnionych pøatnerzy. tak pośpiesznie. Po czterech dniach. a Meghren wygląda w niej jak wielki król. że masz wieści z Gwaren? Ta sprawa ciągnie się już stanowczo za døugo.strój godny wielkiego króla.SZESNAŚCIE. który bøagaø maga o zaøatwienie audiencji u k róla .warknąø na nich król.Na co się gapicie? .

. Dźwięk zabrzmiaø zaskakując na maga wyczekująco.Prawie. ale gardøo miaø ściśnięte.Mieliśmy? .Jak to się staøo. Gdybyś c hociaż poczekaø do odbicia Gwaren.Ze zøowrogim grymasem wyciągnąø ran zmarszczyø brwi i spojrzaø na króla surowo. kiwając gøową. Wyglądaøa na naprawdę wstrząśniętą.Nieoczekiwane trudności? . że każde może należeć do niego! . że mó iele razy: ciaøo księcia nie zostaøo odnalezione po bitwie pod Zachodnim Wzgórzem! .. .Ude rzyø pięścią w drzwi najbliższego boksu.Chciaøbym usøyszeć te wieści . . czy uda nam się utrzymać mias to. Zanim naczelny dowódca armii zdoøaø przegrupować siøy i ruszyć w ludzie z Gwaren powstali. i pomógø mu wstać. . Nie powiedziaø søowa. Wyglądaøa na wyjątkowo zadowoloną z siebie. dlaczego nie udaøo się po arstki rebeliantów? Chøopak mógø przeżyć bitwę. Ale rebeliantom udaøo się namówić do pomocy krasnoludy.H ! To twoja wina. Magowi zapewne sprawiøoby to satysfakcję. by moi poszukiwacze sprawdzili. . Severan modliø się. L ba polegøych byøa. Nie wiadomo.odrzekø Severan. . Nie wiadomo. tylko patrzyø na maga. gdzie mieliśmy ich gonić i wybić. ale za to doskonale wyszkolonych do wa lki.Żyje? Jakim cudem? . .Po czole pociekøa mu kolejna strużka potu. . skąd ich wzięli.My.. co tam zostaøo . Drugi pøatnerz wytrzeszczyø na niego przerażone o czy. jak za ran.Wøaśni tedy zaczęøy się zamieszki. Oczy króla køością.Mag nerwowo zerknąø na króla. jakie otrzymaøem.Ale powiedziaøeś.powtórzyø zjadliwie. że ks iążę przeżyø? Znowu? I jak udaøo mu się dotrzeć do Gwaren? .Pragnę przypomnieć. kto by mu ws eszcie zwróciø oczy na Severana... niewiasto! . Natychmiast tego pożaøowaø. Wasza Dostojność. uniósø pergamin. .Ile razy ostrzegaøem musimy mieć pewność. ale tylko na jedno uderzenie serca.wycedziø Meghren.Niedo bitki tych gøupich rebeliantów to wszystko. .Precz. Tej wiadomości chyba wcześniej nie søyszaøa. Niezbyt wielu. . durnie! . miasto znowu stanęøo mieniach.. . Caøe miasto uw rtwychwstaø! Że zostaø wskrzeszony przez Stwórcę! To byøa gra. star się odzyskać spokój. . Wasza Dostojność. . który klęczaø pod bokse m i trzymaø się za zakrwawiony nos. nieprzyjemnym ton I ja również . . że zostali pokonani? Rebelianci. . zapewne szukając kogoś.zdziwiøa się matka Bronach. napadli j e z zaskoczenia. . .Pokonal liantów . Gwaren okazaøo się trudne do zdobycia. zanim ogøosisz jego śmierć? Wszystkie raporty. Meghren prychnąø z odrazą. Zdobyliśmy Gwaren powiedziaø krótko Severan.Walka w Gwaren byøa krwawa. .odparø Severan. Meghren odwróciø się do matki Bronach. .szepnąø wstrząśnięty Meghr Severan. .Nie.wybuchø Meghren.Powiedziaøe a nie że należy.. by król tego ni e zauważyø.. tak jak wielu innych. gdy król odwróc się na powrót do Severana. Generaø Yaris polegø. krasnoludy i caøa r szta? Severan skinąø gøową na potwierdzenie.Tak . którzy zdobyli Zachodnie Wzgórze. rozglądaø po stajni. który nie zmieniø się. Na szczęście Meghren bardziej zajęty byø sobą.Przeøożona Zakonu zerwaøa się ze stoøka i owinęøa zerwoną szatą.I to nie jest dobra wieść? Severan ne wowo obróciø w palcach zwój pergaminu..dodaøa matka Bronach.zażądaø niskim. Severan utrzymywaø gniewną pos ale pot spøywaø mu z czoøa. . Wysøaøem do Gw ren konnicę i poøowę zbrojnych. strasząc nieszczęsnego konia. Severan pró aø przeøknąć ślinę. Obaj czym prędzej opuścili stajnię. ale przecież nie umie czynić cudów! . co za różnica. Twierdziøeś. że to wystarcz . zyskali pewność.tak powiedziaøeś.wrzeszczaø Meghren.Byø w Gwaren.Krasnoludy zabiøy ponad poøowę ciężkozbrojnej jazdy. Podbiegø do towarzysza.. Lecz po chwili Meghren westchnąø i nadąsaø się jak dziecko.. . Me en patrzyø na ich ucieczkę z wyrazem zawodu na twarzy.Mieliśmy ogromną przewagę liczebną. Żywy czy martwy. ale Severan od razu zacząø myśleć o uci .Rebelia . Prosiøem o czas.Moja wina? .To na pewno nie byøy zamieszki. Chciaøabym wiedzieć. imponująca.Al am byøo tak wiele spalonych ciaø! Powiedziaøeś. I pojawiøy się... . Odchrząknąø tylko. . Nie wiadomo. gdyby nie byø tak kompletnie przerażony. stwierd ają wyraźnie: książę Maric pojawiø się w Gwaren tuż przed atakiem naszych siø. ruszyli na nasze wojska. Jak mi powiedziano. Zaraz jednak zamknąø oczy. unosząc ręce. że nawet konie go obserwują. Niecierpliwie tupaø obcasem w drew ną podøogę i wziąwszy się pod boki. Buntownicy cofali się na Przesmyk Breciliański. Matka Bronach z niepoko jem podeszøa bliżej.Książę Maric żyje . . zdawaøo się. nieoczekiwane trudności.Poøowę! .

. . . kto cokolwiek znaczyø w Fereldenie.To nie jest zøy pomysø zgodziø się Severan. Severan odwróciø się. ani kapøanka nie wiedzieli. Dziś rano wyb zamieszki w Redcliffe. Zwøaszcza tu. Poradzisz sobie. odwracając się do niej gwaøtownie.Wasza Dostojność. Meghren cofnąø się.Sytuacja się pogarsza . że ich wøościanie się zbuntują. ma zawisnąć! Te fereldeńskie psy muszą się nauczyć.Żadna pomyøka! To demon.Może zadziaøać. . . Przeøożona przywarøa plecami do ściany. niż gdyby rebelia zostaøa na zawsze rozbita pod Gw aren. abyś to ty mu przysøaø wsparcie z e. prawda? Severan skinąø gøową. by odejść. ..wrzasnąø Meghren. nie ponosząc surowych konsekwencji. zaciśnięte zęby wyszczerzyø zaledwie o cal o jej twarzy. które nam jeszcze zostaøy? Tak. jeżeli trzeba byøo coś cy orlesiańskich wojsk podlegali tylko Severanowi. że nie powróciø z martwych. na atrząc królowi w oczy. gdy tylko zeszli mu z oczu. Kiedy Severan przemierzaø ponownie korytarze paøacu. Nawet Meghren nie mógø jej skrzywdzić.zaczęøa powoli matka Bronach.Powiem. Ale też ostrzegø. wiedziaø. pogardą.. .skrzywiø się mag. mości mag . . Meghren zamyśliø się.Zatem zrób to. Spojrzenie króla byøo przeszywające. Meghren zapomniaø o nich obojgu. by król byø zajęty caøymi dniami tym. zbierz siøy. Lecz z araz potem mag przypomniaø sobie. To będzie ostatni raz. cichym tonem. że sprawy wyglądają poważnie. Fereldeńczycy przekonają się. Nawet kanclerz prosiø Severana o pomoc. .rozkazaø Meghren groźnym. Twarz miaø purpurową i przeøożona Zakonu cofnęøa się niepewnie.co się wydarzy. .Powi esz im ..Roześlij heroldów. aż się odezw Ale ani mag.Co? Zamieszki? Kto się ośmieliø? Wycelowaø palec w Severana. .Severan podszedø do wøa dcy i spojrzaø mu prosto w oczy. Matka Bronach ponownie skinęøa gøową. cofnąø się od kapøanki i kobieta odetchnęøa gøośno. jeżeli będą się oba li. To może być także twoj a szansa.Nie jestem tu po to. To więcej. że jej søowa rozgniewają wøadcę. Arl Redcliffe poprosiø.. Zapluø s z oburzenia. Obaj starali się.I co z tego? . gøadząc brodę w zamyśleniu. Wasza Dostojność. .Czy to wystarczy? . że więcej zbrojnych nie przyśle. ale nie wyglądaø na zbyt pewnego siebie. gdy należaøo ustalić te rminarz zajęć wøadcy. że ten psi ks iążę nie jest zbawcą. choćby tylko podej rzany o sprzyjanie rebelii. . by okazać miøosier dowodnij ludziom. . Buntownicy nie będą mi dość siø. które wstaø robu księcia.Powiesz Fereldeńczykom. W ostatnim liś przyrzekø nam dwa legiony. potykając o stoøek. Pozornie wszystkie decyzje podejmowaø Meghren. z e tylko po to. niż t rzeba.Wyślę wieści do imperatora. lecz Me yciø go za ramię.Nie wyślą ludzi. że Maric żyje. tonem. . w Ferelde Nawet pobity i przerażony pies będzie kąsaø. Krótko i szybko. odwracając z przerażeniem gøowę. którego spodziewaø się król. I z pewnością nie będzie jedyny.Wykonaj! . Severan przemknęøo nawet przez myśl.Dodając do tego siøy. Egzekucje zapobiegawcze mogøy przynieść zgoøa odmienny skutek niż ten.Zajmiesz się rebelią. . Możemy zniszczyć rebelię. że powinna szukać maga. gdyby zaszøa potrzeba. że to pomyøka. kto jest ich panem! . O wiele spokojniejszy król odwróciø się do Severana. w końcu to matka przeøożona Fer ldenu. zanim rozpocz niesz.Czy nie m a wysøać więcej żoønierzy? . . by to się rozniosøo jak z araza! Jednym skokiem znalazø się przy kapøance. . Tym razem każdy bann z Bannorn ma wysøać wszystkich ludzi zdatnych do noszenia broni! . rozumiesz? Skinęøa gøową..To będzie też twoja ostatnia szansa. będzie mógø obrócić sytuację na wøasną korz siaø przyznać. Większość ludzi w paøacu wiedziaøa już. . Meghren zerknąø na nich. gdy wiedziaøa. Jeżeli rozegra to ostrożnie. Bez maga król nie umiaøby znaleźć wøasnego zadka. .. że jesteś lepszym królem niż ten niedorostek.. waszmość magu. Czy to jasne? Severan skinąø gøową i Meghren go puściø. jeżeli zapędzi się go w puøapkę bez wyjścia. i to jak najszybciej. a caøa reszta to. ogøoś pobór. który rezerwowaøa jedynie na specjalne oka zje. Wasza Dostojność . Zaraz za nim wyszøa również matka Bronach. Arystokraci przychodzili do nie go po rozwiązanie problemów.ryknąø kr umaki w stajni stanęøy dęba i zarżaøy w odpowiedzi. Poprawiøa szatę. A wieść coraz szybciej niesie się dalej.Rozniosøa się wieść.. Wasza Dostojność. ale na jej czole pozosta potu. Wróciø do nerwowego p rzymierzania nowej zbroi. by wybawić tych nędznych fereldeńskich gøupców od twoich rządów.To nie konkurs! Ja jestem je ynym królem. że siøy rebelii powrócą i zaatakują Gwaren ponownie.Chcę egzekucji! Każdy.Oczywiście. Nie wyglądaøa na z loną. tylko skøo iø się nisko i opuściø stajnie.Chyba nie pojmujesz.to nawet lepiej. . Zøo.. Niech się wije. . Powiesz im to.. czy nie powinien interweniować.zauważyø w duchu. A jednak z Meghrenem należaøo postępować ostrożnie. Że wstaø z martwych. Seve . Nie powiedziaø jednak tego na gøos.Nigdy! . malkontenci! Nie pozwolę. myśli w irowaøy mu w gøowie. ale każdy. co powiedzieć. żeby im pomagać! . .próbowaø wtrącić ostrzegawczo Severan. to.K renie! . .Meghren oburzony wypadø ze stajni. że niespecjalnie lubi tę kobietę. a potem zająć się innymi zamieszkami. że zadziaøa. by ci się przeciwstawić. . że będzie miaø ki døug wdzięczności . że to Severan jest najważniejszy. wbijając wzrok w zie .Wieść się rozniosøa.Może nadeszøa pora. Szybkie pokonanie rebelii sprawi. co wychodziøo m lepiej: zabawianiem się. . co to znacz adzierać z potęgą Orlais! Oni i ten ich psi książę! Severan i matka Bronach patrzyli na nieg o z mieszaniną przerażenia i zdumienia. ale możliwe. jakby czekając.

Zwycięstwa? To znaczy. Møody paź wyszedø z baczyø Severana i podbiegø do niego nerwowo. przebiegaøy po niej bøękitne bøyski. Zignorowaø te doznani . Co ona knuøa? Zdawaøo się. miaøa wiarygodne usprawiedliwienie dla swojej nieobecności. . .A jeżeli poproszę. . ale uznaø to nie będzie rozważne posunięcie. .A zatem mamy problem do rozwiązania.odpowiedz iaøa Katriel. mag wolaø się zabezpieczyć. że wy. żeby elfka chciaøa go skrzywdzić. panie. by przeżyć bezpośrednią konfrontację z królem. czując brzęczenie w tyle gøowy. rzecz jasna.Tak. Miaøam ci dostarczyć księcia Maric ego. Nie zrobię tego. Matka Bronach wciąż coś szeptaøa prosto w królewskie uszy. Mag skoncentrowaø się.Kobie . Tylko spoglądaøa na Se verana wyczekująco.Elfka.Severan uniósø døoń i ognik uformo iększą pøonącą kulę. . Severan zdoøaø tylko otworzyć i zamknąć usta. . . .Nie. . Katriel z roz targnieniem przeglądaøa jeden z dzienników maga. gdy zmi eniøeś plan dotyczący Zachodniego Wzgórza.Møodzieniec przeøknąø nerwowo inę. ni więcej. by przez jakiś czas unikać króla. więc Me ghren mógø się dowiedzieć.Katriel Gdzie jest teraz? .N owe wieści? .ie doszedø jeszcze do takiej wøadzy.Jej zielone oczy zalśniøy groźnie. Kiedy wieść o tym się rozniesie.Ufam.Skrzyżowaøa ramiona na piersi i zmarszczyøa brwi .Rozumiem . Niewielka kuøa ognia zamigotaøa mu w døoni.T o dobrze . że masz dobre wyjaśnienie swojego zniknięcia . . Ko zęøa wirować mu przed oczyma. co to jest. czy teraz przyprowadzisz mi księcia Marica. jeżeli te zy. co robi jego doradca. że inaczej się umawialiśmy.Szk . choć nie byøo øatwo wymknąć się bez zania podejrzeń. iążę w Gwaren to naprawdę Maric? Nie żaden udający go sobowtór? . Severan czekaø na dokøadniejsze wyjaśnienia. by się umyć? Dobry Komnata byøa ciemna. I tak musi umrzeć. Potrząsnęøa tylko gøową. Severan nie odpowiedziaø. uniósø jednak døoń i wywoøaø magiczny ognik. ze splecionymi ramionami. Na szczęście. minąø go w pośpiechu. ale nie nadeszøy. Mag spojr wająco.zawoøaø. Katriel wyprostowaøa się. . Wysøaøa mnie. Potem przyjechaøam tutaj. Szukaøem was wszędzie! .Nasz kontrakt zostaø zerwany w chwili. Chociaż nie wydawaøo się prawdopodobne. jak pamiętaø: zøote loki spadające na plecy i majestatyczne.Przydaøyby się najświeższe wiadomości z Gwaren. Później. Miaøa na sobie zakurzony strój podróżny ze skóry i lekko śmierdziaøa otem i koniem. wzmo cniø aurę chroniącego go czaru i baczniej przyjrzaø się Katriel. Ognista kula na jego døoni zamigotaøa i znikøa.A co z naszą umową? Zapewniono mnie. ale p ki rozchodzą się zbyt øatwo. . Severan nie czekaø na dalsze søowa pazia. dokøadniejszego rozważenia. Przyp szczaø. czy nie zginęøa. B rzęczenie w gøowie stawaøo się coraz gorsze. Gwardziści co prawda nie ośmielą się wypytywać maga.Muszę ci chyba przypomnieć. z trudem øapiąc oddech.Nie zrobię tego. Powiedziaøa. ale twarz ogarnąø mu paraliż.T ieważne. . gdy podszedø bliżej. Lecz skoro Katriel wróciøa. Spokojnie odøożyøa d nnik i spojrzaøa na maga bez emocji. będzie spore zamieszanie. .odrzekø. a potem otworzyø Katriel wyglądaøa tak samo. że ma na imię Katriel i że ją znacie. . . myśli ogarniaøo otępienie. które budziøy podejrzenia. Czyżby podróżowaøa w pośpiechu i nie zatrzymaøa się nawet. Rozważaø wezwanie straży. Uznaø.Nadal jesteś w obozie rebeliantów z księciem Marikiem? Czy też zgubiøaś się pod Zachodnim Wzgórzem? . . Nogi się . bardowie. Katriel wykonaøa znakomitą robotę pod Zachodnim Wzgórzem. musiaø chwycić się kolumienki przy øożu. że zostaøo to zrobione jak należy. Świeciøa jeszcze jaśniej. . byø to dobry znak. pomimo pośpiechu.Rozumiem. Choć wcześniej twoi ludzie wyrżnęli poøowę mies a. . Mag zastanawiaø się nawet. że gdy wykonaøa zadanie. Pozostaøo jednak kilka niewyjaśnio nych kwestii. .I dlaczego nie skontaktowaøaś się ze mną i nie uprzedziø się u mnie pojawisz? Zazwyczaj nie lubiø popisywać się czarami. ż ka nie zauważyøa dyskomfortu maga.Panie! .Ni ierdziøa cicho. zostaøa zdekonspirowana. jak ustaliliśmy wcześniej ? Potrząsnęøa gøową. Severan tylko machnąø ręką.To on . co mógøby podsøuchać Meghren? Dlatego pod swoimi komn tami Severan rzuciø na siebie czar ochronny.Nie. Zabijesz go.W waszych komnatach. panie. mag miaøby przy iej pretekst. Dojście do kwater zajęøo Severanowi parę chwil. że kontratak rebelii zakończyø się sukcesem? Zno wu są w Gwaren? Katriel skinęøa gøową. Nie wiedząc. panie. Z twoją pomocą mogę uderzyć na siøy rebelii i zniszczyć je raz na zawsze. . gdy wysunęøa się zza biurka. . Poirytowan y zmarszczyø brwi. teraz mag musiaø się zająć rebelią.Mam . Severan nie byø pewien. Zakøadam. Ni mniej. póømrok rozjaśniaøa tylko latarnia na biurku Severana. ale po em zniknęøa w podejrzanych okolicznościach. a przynajmniej byøam do zwycięstwa w Gwaren.odparø sztywno mag. Odetchnąø gøęboko. Przy odrobinie szczęścia gniew króla na kapøankę uda się podsycić. abym was znalazø. Zdumiony chciaø zakląć. . ignorując narastające brzęczenie. Mag przystanąø. jakby zachęcając ją do ataku sztyletami. Wydawaøa się bardziej poważna niż przy pierwszej rozmowie. . . tym razem upewnisz się. Severan umilkø. prz enikliwie zielone oczy.potwierdziøa. lecz wówczas brzęczen ie staøo się nie do wytrzymania. że ta demonstracja byøa wystarczająco wymowna.Przyszøa jakaś kobieta. O ile. Czujnie nie spuszczaø oka z elfki. A kto wie. .Nadal jestem przy księciu Maricu. tak? Katriel nawet nie drgnęøa. by nie upaść. które na pewno miaøa ukryte w odzieniu.rzuciø beznamiętnie. nade wszystko cenici e swój honor. co z tego wyniknie. Gdyby byøy zøe.

zaøamywaøy. Elfka wskazaøa na drzwi. - Trucizna wchøonięta przez skórę. Posmarowaøam nią klam oli zaczęøa się zbliżać do maga, podczas gdy on równie powoli osuwaø się na kolana. Każda pró ku kończyøa się tylko bolesnym skurczem gardøa utrudniającym zøapanie oddechu. Katriel stanęø ad Severanem i spojrzaøa na niego ze smutkiem. Zdawaøo się, że to, co robi, nie sprawia jej radości - choć dla maga byøo to marne pocieszenie. Serce øomotaøo mu szaleńczo, a w umyśl pozostaø tylko krzyk, by coś zrobić, ruszyć się, znaleźć wyjście z tej puøapki paraliżu. - N erzam cię zabić - oznajmiøa cicho elfka. - Powinnam, ale miaøeś rację: mój honor, nieważne, i jest wart, nie pozwala mi tego uczynić. Kucnęøa przy sparaliżowanym mężczyźnie i rozluźniøa m tę pod szyją, by uøatwić oddychanie. Severan próbowaø sięgnąć po broń leżącą niedaleko, tuż p , twarz mu poczerwieniaøa, a na czoøo wystąpiø pot, ale ramię ani drgnęøo. Katriel przyglądaø ym wysiøkom obojętnie. - Zapamiętaj to sobie, magu: gdybym cię zabiøa, winą za taki koniec o barczyć należaøoby twoją pychę. Gdy byøam bardem, nauczyøam się, że ludzi przy wøadzy też moż m bardziej wierzą w swoją potęgę, tym bardziej są podatni na ciosy. Mag popatrzyø na elfkę, p agnąc dać upust wściekøości, rzucić obelgi, sięgnąć do tej smukøej szyi i zacisnąć na niej pa e mógø nic zrobić, tylko sapać i splunąć. Spojrzenie Katriel stwardniaøo. - Nie jestem twoją gu - oznajmiøa beznamiętnie. - Nie søużę już nikomu. Przybyøam, by ci to powiedzieć. Elfka ws i ruszyøa do drzwi, a Severan leżaø, walcząc ze wszystkich siø z trucizną, jaka rozlewaøa mu ię w żyøach. Katriel zatrzymaøa się jeszcze w progu. - Jeżeli jesteś mądry, porzucisz swoje p y i wrócisz tam, skąd przyszedøeś. Jeżeli tu zostaniesz, umrzesz. Zapewniam cię, że tak się s ie. - Spojrzaøa raz jeszcze, jej twarz nieco zøagodniaøa, lecz elfka wzruszeniem ramio n pozbyøa się tego uczucia. - Potraktuj to ostrzeżenie jak uprzejmość. Z tymi søowy odeszøa. everan leżaø na zimnej posadzce swojej sypialni, próbując sięgnąć po broń. Powoli zaczynaøo m o coraz lepiej udawać. Zapewne powinien się cieszyć, że zachowaø życie. Okazaø się gøupcem, p ając sobie na lekkomyślność. Lecz kiedy strużki potu żøobiøy na jego czole wilgotne ślady, Se mógø myśleć tylko o jednym. Zemsta. Elfka zapøaci za tę obrazę. A potem zapøaci ten rebelian książę i caøa reszta. Och, zapøacą., wszyscy zapøacą. Będą cierpieć. Døugo.

SIEDEMNAŚCIE. W komnacie Loghain przyglądaø się Maricowi w milczeniu. Byli wyczerpani po paru dniach nieustannej walki, po której w końcu zdoøali odeprzeć wojska uzurpatora i obronić Gwaren. Lecz Maric nie spocząø na laurach - kuliø się przy biurku, pisząc list za listem. Loghain mógø tylko zgadywać, ile ich już napisaø. Trzech jeźdźców czekaøo, by zanieść wiadomości do nnych części królestwa. Loghain byø jednak pewien, że wieść o powrocie Marica rozniesie się s ciej niż listy dostarczane przez konnych posøańców. Mimo to książę postanowiø, że zaznaczy sw cność osobiście, przynajmniej wśród szlachty Fereldenu. Zresztą po zwycięstwie warto byøo kuć , póki gorące, zwøaszcza że zostaøo okupione krwią - i tej krwi spøynęøo naprawdę dużo. Liczb ertelnych w Gwaren byøa przytøaczająca. Orlesianie postanowili rozprawić się z powstaniem brutalnie, tak brutalnie i bezlitośnie, że Maric poczuø się w obowiązku zawrócić armię, choć ii ledwie starczyøo siø na toczenie walk, a na dodatek miaøa uciekać. Lecz książę czuø się od dzialny za ludzi w Gwaren. Loghain nie miaø co do tego żadnych wątpliwości. Maric patrzyø na ulice peøne ciaø mężczyzn i kobiet, którzy rzucili się na ciężkozbrojnych jeźdźców tylko d wierzyli w prawowitego wøadcę Fereldenu. Loghain wiedziaø, że cząstka duszy księcia umarøa wr z z mieszkańcami Gwaren. Sytuacja byøa rozpaczliwa, gdy rebelianci zaatakowali kawal erzystów pacyfikujących miasto. Kilka dni wcześniej buntowniczym siøom ledwie udaøo się wyrw ać kawalerii i byø to raczej øut szczęścia niż zasøuga rozsądnej taktyki. Lecz żoønierze uzur nie wzięli pod uwagę, że rebelianci mogą wrócić, dlatego skupili się wyøącznie na rzeźni niew h cywili. Maric wpadø w furię, uzasadnioną bez dwóch zdań, ale jednak furię. Nawet kiedy kaw alerzyści uciekli z Gwaren, Loghain musiaø ze wszystkich siø powstrzymywać księcia, by nie kazaø ich ścigać. Armia rebelii zostaøa zdziesiątkowana i nie byøa w stanie ruszyć na nikogo Na szczęście Loghainowi i Rowan udaøo się przekonać Marica, by zostaø w nadmorskiej warowni . Musieli odzyskać siøy. Żoønierzom należaøo opatrzyć rany, a umarøym tak wielu umarøym - wzn y pogrzebowe. I to wøaśnie ludzie robili od wielu dni. Wznosili stosy pogrzebowe. Po wietrze przesycaø żrący dym, który, jak się wydawaøo, nigdy się nie rozwiewaø. Tylko Legion n braø udziaøu w ceremoniach żaøobnych. Krasnoludy opøakiwaøy swoje straty - równie ciężkie jak ty ludzi - lecz wydawaøy się także zadowolone, że towarzysze broni zginęli w tak wspaniaøej bitwie. Nalthur uścisnąø døoń Marica, obiecując szybki powrót, a potem wraz z resztą Legionu uszyø na Gøębokie Szlaki, by oddać polegøych Kamieniowi. Loghain miaø nadzieję, że mroczny po t ich tam nie dopadnie. Przerażające, że od wieków pod ziemią żyøy te potworne stworzenia, o tórych ludzie zdążyli zapomnieć. Na początku Maric wychodziø na ulice Gwaren, a raczej to, c o z nich zostaøo, i staraø się uczestniczyć w pogrzebach wraz z nielicznymi kapøankami Zak onu, którym udaøo się przeżyć. Lecz gdziekolwiek by się ruszyø, śledziøy go oczy ludzi. Ludzi erwowali każdy krok księcia, køaniali się nisko i nie chcieli podnieść się z klęczek, gdy o t rosiø. Szeptali też za plecami Marica. Zmartwychwstaøy. Wysøany przez Stwórcę, by nareszcie wyzwolić Ferelden od jarzma Orlais. Ta cześć krępowaøa księcia. Chociaż misja Marica nigdy si ie zmieniøa, dopiero teraz wydaøa się innym ludziom realna, namacalna. Nagle zaczęto uważać, że księciu się uda, i zapomniano o klęsce pod Zachodnim Wzgórzem. A Maric daøby się raczej z bić, niż zawiódø nadzieje, jakie pokøadaøo w nim Gwaren. Z Denerim uciekający na zachód przyn li wieści, że uzurpator zacisnąø żelazną pięść wøadzy - podobno na bramie paøacu wisi tyle gø cza miejsca na kolejne. Ale cierpliwość Fereldeńczyków się wyczerpaøa. Szeregi rebelii zasil ali uciekinierzy. Loghain zakøadaø, że doøączą do nich następni, nawet gdy Maric ruszy z wojs iem na zachód. Ludzie narażali życie, by przyjść z pomocą księciu, dlatego on pomimo ryzyka s araø się rozpalić ten pøomień buntu - jakby myślaø, że zdoøa to uczynić w pojedynkę. Może zdo rzeszedø przez komnatę, kątem oka zerkając jeszcze na śpiących w korytarzu żoønierzy. Armii z aøo zaledwie kilka namiotów, ale już ani trochę energii, by je postawić. Większość zbrojnych , gdzie staøa, i zasnęøa z wyczerpania, starając się choć trochę odzyskać siøy. Ludzie byli t . A jutro się to nie zmieni. - Maricu, musimy porozmawiać - powiedziaø Loghain poważnym tonem. Maric uniósø gøowę znad pisma. Oczy miaø przekrwione i zmęczone z niewyspania. Byø w n ch też bøysk, który Loghainowi się nie spodobaø, bøysk nerwowej energii, która objawiøa się p pierwszy, kiedy książę opuściø Gøębokie Szlaki i ujrzaø, jak niewiele zostaøo z armii w Gwar a zewnątrz padaøo, bøyskawice od czasu do czasu przecinaøy nocne niebo. Deszcz byø dobry, oczyszczaø powietrze z dymu. Poza świeczką na stole nic nie rozjaśniaøo ciemności komnaty. Z nalezienie porządnej latarni byøo trudne, kawalerowie ogoøocili warownię ze wszystkiego, co cenne lub przydatne. Ale Maric, rzecz jasna, nie poddaø się z tak drobnego powod u. Doprawdy powinien byø się udać na spoczynek już dawno temu. Loghain zacząø się nawet zasta awiać, czy może to nakazać księciu. Ale sprawa, z którą przyszedø, nie mogøa czekać. - Porozm - powtórzyø Maric bez zrozumienia. Loghain zøożyø ramiona na piersi i oparø się o biurko, sta annie dobierając søowa. To, co chciaø powiedzieć, wymagaøo ostrożności. - O Katriel. Maric pr

chnąø, gniewnie machając ręką. - Ty znowu o niej? - Ująø pióro i powróciø do pisania. - Myśla iliśmy to już na Gøębokich Szlakach. Nie chcę o tym więcej rozmawiać. Silna døoń wyrwaøa Mari rgamin spod ręki. - Chcesz tego czy nie, musimy porozmawiać - stwierdziø twardo Loghai n. - Na to wygląda. - Maricu, co ty wyprawiasz? Do jednej uniesionej brwi doøączyøa drug a - na twarzy księcia odmalowaøo się zdziwienie. - Co wyprawiam z czym? Loghain westch nąø ciężko i nerwowo potarø czoøo. - Kochasz ją. Rozumiem to lepiej, niż ci się wydaje. Ale d go? Jak kobieta, która pojawiøa się znikąd, mogøa cię tak øatwo owinąć sobie wokóø palca? Ksi ychmiast. - Czy to coś zøego, że ją kocham? - Zamierzasz z niej zrobić swoją królową? - Może. ric nie spojrzaø przyjacielowi w oczy. - Jakie to ma znaczenie? Nie wiadomo nawet, czy w ogóle zasiądę na tronie. Czy zawsze muszę się troszczyć o przyszøość? Loghain skrzywiø o wzrok stwardniaø. Maric niechętnie popatrzyø mu w oczy. To, że ledwie mógø wytrzymać to zim e, bøękitne spojrzenie, wiele mówiøo o uczuciach księcia. - Arl Rendorn nie żyje - Loghain w ypowiedziaø te søowa z wahaniem, ale jednak wypowiedziaø. - Rowan nie ma powodu, by na dal utrzymywać zaręczyny. Naprawdę chcesz pozwolić, by je zerwaøa? I związaøa się z kimś inny ric spojrzaø w ziemię. - Ona już się związaøa - odpowiedziaø cicho. - Myślisz, że nie wiem? S siaøy w ciszy, dopóki Maric nie podniósø wzroku. Ich oczy się spotkaøy. Oczywiście, że wie yślaø Loghain z goryczą. Jak mógøby nie wiedzieć? Poøożyø døoń na ramieniu księcia. - Zatrzym . Maric zerwaø się gniewnie, wyrywając przyjacielowi, krzesøo upadøo z øoskotem. Kiedy znowu spojrzaø na Loghaina, na twarzy malowaøo mu się zdenerwowanie i pogarda. - Jak możesz m nie o to prosić? - zapytaø. - Jak ty możesz o to prosić? - Rowan jest twoją królową - stwierd iø Loghain twardo. - Zawsze o tym wiedziaøem. - Moją królową... - powtórzyø książę gorzko. jak dawno temu zdecydowano o tym za mnie i za nią? Nie wiem nawet, czy Rowan kiedy kolwiek tego chciaøa. - Ona nadal cię kocha. Maric odwróciø się, rozbity i zmęczony, potrząsa tylko gøową z rozdrażnieniem. Chciaø coś powiedzieć, ale powstrzymaø się w ostatniej chwili. twarzy odmalowaø mu się żal. A potem książę spojrzaø oskarżycielsko na Loghaina. Zapadøo nie milczenie, gdy zabrakøo søów, gdy nie wiadomo byøo, jakie należy wybrać. Bøyskawica ponownie rozdarøa ciemność. - Chcesz wiedzieć, dlaczego kocham Katriel? - rzuciø Maric wściekøym, ostr m tonem. - Katriel widzi we mnie mężczyznę. Ta wspaniaøa kobieta, elfka, kiedy patrzy na mnie, nie widzi syna Królowej Rebeliantki. Nie widzi we mnie Marica niezdary, który ledwie trzyma się w siodle i nie potrafi porządnie machnąć mieczem. - Już od dawna taki n ie jesteś... - Kiedy pośpieszyøem jej z pomocą, Katriel nie wątpiøa, że ją uratuję. I kiedy p do mnie tamtej pierwszej nocy, pragnęøa mnie. Mnie. - Wyciągnąø døonie do Loghaina, jakby bø gaø, by przyjaciel zrozumiaø. - Nikt... Nikt nigdy na mnie tak nie patrzyø. I na pewno nie Rowan. Kiedy myślaø o wojowniczce, sprawiaø wrażenie, jakby cierpiaø. - Ja... wiem, że Rowan mnie kocha. Ale kiedy na mnie patrzy, widzi Marica. Chøopca, z którym dorastaøa. Kiedy Katriel na mnie patrzy, widzi mężczyznę. Księcia. Loghain zmarszczyø brwi. - Wielu ludzi tak cię widzi. W tym również wiele kobiet - prychnąø. - Nie mogøeś nie zauważyć, jak na ie patrzą, Maricu. Nie jesteś aż takim gøupcem. - Katriel jest wyjątkowa. Spotkaøeś kogoś pod ego do niej? Uratowaøa nas, poprowadziøa przez Gøębokie Szlaki, walczyøa razem z nami. - M aric potarø grzbiet nosa z widomą frustracją, potrząsając gøową. - Dlaczego ty tego nie widzi z? Nie wiem, czy Katriel będzie moją królową, ale czy to byøoby aż takie zøe? - To elfka. Myś z, że twoi poddani zgodzą się na elfią królową? - Może będą musieli. - Bądź poważny, Maricu. ważny! - Maric przemierzyø komnatę, jego gniew narastaø. - Dlaczego wszyscy nagle próbują mi mówić, co powinienem robić? Jak mam być królem, skoro nie wolno mi samodzielnie podejmować decyzji? - I wydaje ci się, że to będzie decyzja godna króla, tak? - Czemu nie? - rzuciø k siążę zjadliwie. - Od kiedy to ty wiesz, co to znaczy być królem? - Natychmiast pożaøowaø ost ich søów. Szybko uniósø døonie. - Nie, czekaj, nie chciaøem... - Wkrótce będziesz musiaø podj trudnych decyzji, Maricu - przerwaø mu Loghain, mrużąc lodowate, bøękitne oczy. - Dokonać wy borów, których dotychczas unikaøeś. Masz wroga do pokonania, a chociaż nie mam pojęcia, jak być królem, to wiem doskonale, jak zwyciężać w walce. Pytanie tylko, czy ty naprawdę chcesz zwyciężyć? Maric nie odpowiedziaø, jedynie patrzyø z gniewem na przyjaciela. Loghain powol i pokiwaø gøową. - Rozumiem. W gøębi duszy nie chciaø mówić dalej. Serce mu się ścisnęøo bole wiaø się, jak to się staøo, że w ogóle zdoøaø powiedzieć aż tyle. Parę lat temu wystarczaøo m ciec prowadzi wyjętych spod prawa. Decyzje Loghaina nie dotyczyøy nikogo poza nim sa mym i to mu caøkowicie odpowiadaøo. A potem pojawiø się Maric i Loghain nieoczekiwanie z nalazø się w rebelianckiej armii. Od śmierci arla Rendorna nie znalazø się nikt inny, kto by podźwignąø brzemię odpowiedzialności. Życie lub śmierć rebeliantów zależaøo teraz tylko od jakie podejmą Maric i Loghain, a jeżeli nie podejmą wøaściwych, Orlesianie wygrają. Uzurpat or zwycięży. - Zatem jest coś, o czym musisz wiedzieć - westchnąø niechętnie Loghain. - Mam n dzieję, że to nie dotyczy Katriel. - Kazaøem ją śledzić. - Loghain oderwaø się od biurka i pr

którą kochaø . .Zerknęøa na Loghaina podej .Nie.odparø Loghain. Pojechaøa na póønoc. . Loghain! Już rabialiśmy.Nie pojechaøa do Amarantu. . a może wstyd? èzy popøynęøy elfce po czkach i odwróciøaby się. Byøo mu niedobrze. Elfka zamknęøa drzwi i postaraøa się. Loghain widziaø.. Zachwiaøa się. Maric cofnąø się . A teraz pojechaøa do Denerim.powiedziaø Loghain ochry ple. choć Maric potrząsaø gøową jąc je odrzucić.Muszę wiedzieć. akcentując każde søowo. Nadchodziøa zmiana pór roku. Rebelianci musieli podjąć jakieś dziaøania przed zimą albo czekać bezczynnie aż do wiosn . Elfka wyglądaøa na obojętną. a w duchu powtarzaø sobie raz po raz.Ale. jak po ogromnym wysiøku. opierając się o ścianę. A p otem jakże dogodnie zginąø wraz ze swoimi ludźmi.Wøaśnie tu idzie..Myślaøam.. Dlaczeg o? Jak myślisz. I co mam z tym zrobić? Nie mogę po prostu. Widać byøo. To nie byøo pytanie.Kazaøeś ją śledzić? .. . Co jej się udaøo. jakby siøy ją nagl le nie oderwaøa spojrzenia od pøonących oczu Marica.. że będziesz już spaø. Nie trwaøo to døugo.powtórzyø. Spojrzenie miaø twarde. .O czym ty mówisz? . nie kr ających nim sprzecznych uczuć.coś byøo nie tak.wyglądaø. Loghain obserwowaø go z przeciwlegøego kąta komnaty. . jej jasne loki przylgnęøy do bladej twar y. dlaczego to zrobiøa? Pytanie zawisøo w ciszy. Od morza wiaøa ostra bryza.Musisz podjąć decyzję. . ja zaraz miaø wybuchnąć gniewem.zaprotestowaø. nie sądzisz? . może mia To nie musi być tak. pod chodząc krok do księcia. Zamarøa jednak natychmiast . by jej twarz nie zdradzaøa żadnych zuć.odezwaø się Maric.. .Więc ją zapytaj . ale nie cofnęøa si nie drgnęøa. Maricu . Na razie to Maric i Loghain czekali. zanim sens tych søów i jego implikacje dotarø księcia. Loghain milczaø. Oddychaø pøytko. Albo wszystko naraz.Dlaczego arl Byron nigdy nie wspomniaø.Idzie tu.Na tchnienie Stwórcy. za oknami rozszumiaøa się ulewa. . to nieprawda . Książę z niedowierzaniem potrząsnąø gøową. że książę z trudem powstrzymywaø wściekø teraz . mój książę taøa. Za miesiąc spa ieg.Próbowaøam ci powiedzieć. jak myślisz. . Maric zacisnąø niemal bezkrwiste teraz wargi. Maric podszedø do niej. . .. Próbowaøam ci powiedzieć. . że nie jestem tą.Może jej zadaniem byøo tylko zdobyć twoje zaufanie. Świeca na biurku aczęøa przygasać.oznajmiø. Katriel ocaliøa nam życie.Co wiem? Oczy Katriel wypeøniø żal. .zaoponowaø Maric. . Zielone oczy pobiegøy najpierw do Loghaina spoglądającego wrogo z j ednego kąta komnaty. dobrze się czujesz? . a potem do Marica. który do rana wyziębi wybrzeże. wślizgnęøa się do śr a sobie skórzany strój podróżny i ociekaøa deszczem.Pomyśl.Może jej zadanie nie na tym polegaøo. jak oczywiste wnioski nasuwają się same.zapytaøa. do paøacu królewskiego. że ma tak dobrego szpiega? Przecież powiedziaø nam o innych agentach.przycisnąø go Loghain. . gdyby książę jej nie powstrzymaø.To dlatego ty tu jesteś. Maricu. jakby szykowaø się na euchronny atak mdøości. a wraz z nią z liżaø się sztorm.Może miaøa powód. Przeżywaø tortury.Loghain wynurzyø się z mroku. z rękoma na kolanach.Byøaś w Denerim . mogøa to zrobić w każdej chw . Chwilę zajęøo. Nie odwróciøa wzrok A zatem już wiesz. . pøaczem lub zwymiotować.. I ty także. Książę ująø Katri na i spojrzaø jej w oczy.. Gdyby chciaøa mnie zabić. zrezygnowaną nawet. Wyglądaø. .Myślaøam.zedø nerwowo na drugi koniec komnaty. rozdarty między lojalnością wobec Fereldenu a lojalnością wobec kobiety.Jesteś królem .. .nawet Loghain mógø to dostrzec. Maric zmrużyø oczy. Do Denerim. . gdy czekali nierucho mo. Niezręczne milczenie zapadøo między nimi. jakby dost . Ma ic spojrzaø na przyjaciela zmrużonymi oczyma. Maric uniósø rękę wzburzony.. . Maric staø pochylony.Nie wiesz na pew no .. że to konieczne. . Kolejna bøyskawica rozświetliøa niebo i twar z księcia przepeønioną cierpieniem. ale nadal byø blady wyglądaø na chorego.Nie byøo Maricu.. a jego uścisk na drob ych ramionach elfki staø się mocniejszy. który zdoøaø się już wyprostować. Drzwi komnaty otworzyøy się ze zgrzytem i Katriel. by zapobiec ujawnieniu naszych planów przez szlachtę? Kto mógø przygotować tak starannie puøapkę? Komu ufaøeś? . Døugą pelerynę zrzuciøa na podøogę. którzy mogliby potw ierdzić tożsamość Katriel. a zaraz potem przez niebo przetoczyø się grzmot. Wyczuøa namacalne napięcie. starając się zac ować spokój i chøód. Gøos rwaø jej się od emocji. .Mój książę. meandrując ostrożnie między śpiącymi żoønierzami. . Razem ze wszystkimi.Kto mógø nas wydać i tak doszczętnie zniszczyć pod Zachodnim Wzgó m? Po tych wszystkich wysiøkach. za którą mnie e nie chciaøeś søuchać. . . Noc za oknami przecięøa bøyskawica. ona udaøa się do paøacu. Jest późno.

Szpiegiem. że cię kocham. a po policzkach ciekøy jej øzy puściø ostrze. Loghain ponuro skiną .rzuciø.Sprawiedliwość. nie spuszczając oczu z Kat Staøa tam. . Zacisnąø zęby.Wszystko dobrze! . czy mu się to podoba czy nie. .A co z Zachodnim Wzgórzem? . ale w jego gøosie zab rakøo zajadøości. tak krucha. królewskiego maga.Skinęøa ic puściø ją wówczas. .Maricu! Pomyśl o przyszøości.Ty i Rowan. Tylko patrzyøa.I po co? Katriel skinęøa gøową. ale nie zatrzymaøa się. Puste. wstrząsana szlochem. a ty będziesz musiaø je wyrwać! Książę wygląd oøomionego. Jestem gøupcem. niemal czarnej w dogasającym świetle. zmrużyø oczy.Nie wierz w nic.Uniósø miecz.p wtórzyø mocniej Maric. zastąpione pogardą.gøos mu się zaøamaø. Po policzkach spøywaøy mu øzy. Trzaśnięcie uderzenia odbiøo się echem od ścian i wstrząśnięty Maric spojrzaø na jaciela z niedowierzaniem. Nie czekając na dalsze pytania. by zatrzymać zbliżaj lfkę. a potem tylko spokojnym.. Krew popøynęøa po ostrzu.Wcale nie . gdy elfka postąpiøa kolejny krok. Spojrzaø na Loghaina. Drżaø od tøumionego gniewu.powtórzyø Maric gøucho. . ale Loghain nim potrząsnąø. lodowatym gniewem. zginając się z bólu i agonii. . Zrobiøeś.Przestań .Ona cię zdradziøa. że pobielaøy mu køykcie. Smutek i przerażenie wykrzywiøy również twarz ks . że prawie niedo szalnie. Podeszøa bliżej. . gdy zaniep okojeni żoønierze chcieli się dowiedzieć. Runy zapulsowaøy.Byøem gøupcem. mój książę . Maricu.odpowiedziaø mu Log n z powagą. To jest sprawiedliwość.Bardem. Książę zamarø.Pomóż mi! Musimy móc! Loghain nie ruszyø się jednak z miejsca. Próbowaøa tylko spojrzeniem powiedzieć mu: Nie każ mi tego robić. . Dla ciebie . Rozpøakaøa się mocniej.Wynoś się . a ja nie chciaøem søuchać. Z Orlais. zeba.Tak mi przykro .wyszeptaø gorzko.Ufaøe ja ci wierzyøem.Miaøeś rację .. nie próbowaøa zasøonić.. Rozlegøo się øomotanie i zza drzwi dobiegøy støumione pytania. Ni a Katriel. gdy uświadomiø sobie. choć jej oczy nadal na niego patrzą. z nim nie uświadomiø sobie. o dniach. rozszerzone oczy. Ponownie się odwróciø i przeszedø przez komnatę. Lekceważąc miecz. gdy czysto przeciąø Elfka westchnęøa. Maric potrząsnąø gøową. Al adal się zbliżaøa. Staø nieruchomo. Marikiem wstrząsaøy konwulsyjne dreszcze. Twarz wykrzywiø mu wstręt pomies zerażeniem. ale døoń nadal drżaøa. lekko dotknęøa twarzy k sięcia. jasna strużka krwi poci ekøa jej z ust. komnatę wypeøniø bøękitny blask groźnie broń. chwytając księcia za ramię. . W komnacie z padøa ciemność rozpraszana dogorywającym pøomykiem świecy.wys pokojnie. rękojeść ściskaø tak mocno.Sprawiedliwość . Loghain przykucnąø. Runy zalśniøy jaśniej niż dogasająca świeca. . Mocno. Miaøam cię znaleźć i przyprowa zić do niego. . nieważne. A potem cofnąø się. podszedø do siedzącego na podøodze Mari ca. Powoli pokręciø gøową. Loghain tylko patrzyø. Poøożyø księciu døoń na ramieniu i spojrzaø w puste. Nie zamierzaø cofnąć się już ani o krok. . nie mógø jednak oderwać od niej oczu. Z krzykiem wstrętu i wści køości odepchnąø døoń Katriel. Maric od oczy. . miecz nie wydaø dźwięku.Jestem pieśniarką . co zrobiø. co zechcą.To ja.Ale musisz uwierzyć. ien mężczyzna . ale się nie wtrącaø. . mówiøa dal ej: . Bezwøadne niczym lalka ciaøo przewróciøo się. zmieniając się w niedowierzanie i przerażenie. . prostując się. nadal jednak nie wypuszczaø miecza. Lecz książę to zignorowaø. . Skuliøa się. spoglądając księciu w twarz. . kim jest Katriel . Mocno. gdy z oczu księcia znikø przerażenie. . Z oczu nadal pøynęøy øzy. a potem ruszyø na e uniesionym mieczem. Wstrząsnęøy nim dreszcze. Powiedziaø swoim ludziom. którzy przeszukiwali moje rodzinne g ospodarstwo. Ręce miaø nej. Oczy mu pøonęøy. kim byøam wcześniej i co r m. gdy Maric zatrzymaø się tuż przed Katriel. ale nie odeszøa.Zostaøam tu przysøana przez Severana. oboje powtarzaliście mi. podniósø miecz i wyciągnąø z pochwy ostrz e smoczej kości. Katriel spoglądaøa z udręką w rów warz Marica. Maric tylko patrzyø.wyszeptaø. Wrzasnąø w dzikiej furii. nienawiść i gniew znikaøy. Twarz krzywiø mu smutek. I śmiaø się z nasze .rozka køadąc mu døoń na ramieniu.Powiedziaøeś.Muszę? . zasøaniając porzucone ostrze. .po twierdziø Loghain. ale. Na podøodze zebra rwi. Katriel z trudem øapaøa oddech. choć w jeg ach również zabøysøy øzy. kiedy zasiądziesz na tronie? Orl sianie zapuścili korzenie gøęboko w Fereldenie. że nie obchodzi cię. To byøa prawda. gdy Maric z Katri el osuwali się na podøogę. Książę patrzyø na swoje døonie. Elfka skuliøa się. ale nie podszedø. Loghain uderzyø go w warz. jakby nie rozumiaø zego nimi dokonaø. że mogą wziąć wszystko. . Maricu.odrzekø Maric. czy wszystko w porządku. Nie odezwaøa się. A kiedy Maric się nie odezwaø. Nie powinienem być królem. I naprawdę byøo mu przykro. gdy siøy z niej uszøy i powoli zaczęøa osuwać się n siążę zøapaø ją. których nie próbowaø n opanować. .Dowódca Orlesian. Cofnąø døonie jak oparzony i odstąpiø. przybliżyø się do księcia. którą musi wymierzać król. musiaø przeøkną .Oczy Katriel poczerwieniaøy od pøaczu. Jej spojrzenie byøo puste i bezradne. że elfka jest martwa. . . Minąø ją szybko. ale nie odwróciøa wzroku. Jak wiele razy będziesz musiaø wymierzać sprawiedliwość. Kiedy nadal nie zareagowaøa. Wszystko byøo prawdą. Nie sku liøa się.. Puściø miecz i konwulsyjnie odsunąø się od ciaøa.zapytaø książę tak cicho. Chciaøem wszystko rzucić.Wynoś się .Jak śmiesz.p triel niechętnie. Odwróciø się do Katriel plecami i spojrzaø Loghaina. . które nade dą. . Elfka staøa blisko. szlochając żaøośnie. nie cofnęøa. Zdradziøa nas wszystkich. . To nie musi się stać w ten sposób.

żebyś ujrzaø prawdę.. .odrzekø twardo.Loghainie! . że go wykorzystuje. Wziąwszy gøęboki wdech.Powiedziaøeś. by o on podjąø decyzję. jaka rola jej przypadøa.. kiedy zobaczyø. Nie wiedziaøem.Chciaøeś tego . To. .Powie dz mi. co się staøo. Rowan zamarøa wstrząśnięta.szepnęøa. trzyøem do końca. podeszøa do niego ze zøością. ale ja ani przez chwilę tak nie myślaøem.Ja. że Severan yø nagrodę za gøowę Katriel.Ale uratowaøa Maricowi życie! Uratowaøa nam życie! A Maric ją kochaø! Jak mogøeś mu t robić? A wtedy uświadomiøa sobie. Dlatego zostaliśmy wyjęci spod prawa. by potwierdziøy się jej podejrzenia.. .To by niczego nie zmieniøo . Ojciec uważaø. I tak się staø Ale Katriel zaskoczyøa również ją. Mój ojciec wściekaø się jak zwierzę i żoønierze pobili go. A jednak Rowan pozwoliøa.A co. i mieliśmy rację. . Bezmyślnie wytarø døonie o podøogę i chwiejnie wstaø. Próbowaøa sobie wyobrazić.Wskazaø na martwe ciaøo Katriel. Drzwi otworzyøy się z wahaniem. . aż straciø przytomność. Poderżnąø jej gardøo. Loghain byø jak lód. to Rowan wydaøa az. tak jak ulegøa twoja matka. Skinąø gøową. . że musiaøa. gdy Maric sta iaøem elfki.. Przeøknąø ciężko. dowódca powiedziaø. i Rowan poczuøa. Podejrzewaliśm jest odpowiedzialna za masakrę pod Zachodnim Wzgórzem. i zatrzasnąø je za sobą. dopóki nie wróciø. a potem wszedø mężczyzna.oznajmiø tylko.Ale powiedziaøeś Maricowi wsz . że muszą. Kazaø nas trzymać. byśmy patrzyli. . To zwiadowcy Rowan odkryli wy mykającą się elfkę.Poszukiwano go za morderstwo. to byøa sprawiedliwość.iewu. że chcesz wygrać tę wojnę. co Maric bić. a rany. uś . że mógøby jej przebaczyć. Za pewne Wilhelm będzie chciaø osobiście zająć się jej obrażeniami. . że może go skrzywdzić . swędziaøy koszmarnie pod opatrunkami. Rowan nie odpowiedziaøa. jakby zaraz miaø zemdleć. To byøo dobre. wyczekująco uniosøa brew.Rowan. . . że to jest d e.I? Co p ziaø Maric? Co ona powiedziaøa? Zdawaøo się. by tego robiø. Twarz miaø ni chomą jak kamień i Rowan przypomniaøo się Zachodnie Wzgórze. Loghain patrzyø nieporuszenie. atkę. *** Rowan staøa przy oknie.. c orlesiańskiemu draniowi. by śledzić Katriel. Muszę zostać sam. .Staøo się . czując mdøo podszedø i chwyciø ją za ramiona. że stoję obok. by konfrontacja odbyøa się tylko między nimi dwoma. Rowan cofnęøa się o krok. że to zabawne. Mężczyzna powstrzymaø ją uniesieniem døoni. pozostawiając tylko ciemność. a potem powiedziaø mi. Rowan nie podobaøo się to milczenie. Nie musiaøa pytać to to. i mieliśmy rację. zawiódø mnie. a bøyskawica znowu rozdarøa ciemność. caøa moja rodzina zostanie zabita. by się odezwać.Powiedziaøeś mu . Maricu. Maric patrzyø z wyrzutem. . że poszedø śladem Orlesian i zabiø ich dowódcę we śnie. obserwując bøyskawice.ledwie udawaøo jej się wykrztusić søowa. wypaliøy się w mojej pa a zawsze. jak czuli. li oboje się myliliśmy? . gdy za o daninie. ale niemal pragnęøa. zanim podjąø opowieść. Ale Loghain potrafiø. ostrożnie do jąc søowa.Kiedy mężczyzna nie odpowiedziaø. że zawiódø moją matkę. Ponieważ Rowan dręczyøa myśl. Spoczywaøo w kaøuży czarnej krwi. zawibrowaø w piersi. gdy zacisnąø zęby. zaciskając mocno palce. Porzucili wówcz s swoich ludzi i postąpili tak. odwróciøa się do Loghaina. . . kiedy skończyø.. ponieważ chciaøa.Maric ją zabiø. Elementy øamigøówk i zaczęøy ukøadać się w caøość i serce kobiety ogarnąø chøód.Chciaøem. jakby chciaøa go po aglić. co Rowan chciaøa wiedzieć.Katriel nie żyje .Co? zdumiaøa się. ale nie rze kø søowa. .Nie myliliśmy się. rawdę go skrzywdziøa. Loghain spojrzaø mu w oczy i w tym spojrzeniu nie byøo wyrzutów sumienia. Uważaø. Z n owierzaniem potrząsnęøa gøową. Na zewnątrz bø awica rozświetliøa niebo i zgasøa.. ukrywając tę informację. . Zamknąø ocz a Maric tylko na niego patrzyø w milczeniu. że Katriel jest szpiegiem. Kiedy zabrzmiaøo pukanie. ale Loghain uniósø døoń. zapøakaø nad zwøokami ale byøo jeszcze gorzej.Wzdrygnąø się. .Nie wróciøa? Uzurpator ją. .Tak. co doprowadzaøo kobietę do szaøu.. Loghain czekaø. Ale zara . P Loghaina. Kiedy ojciec się ocknąø. że Loghain się waha.Gøos Loghaina staø się ochrypøy.Jej krzyki byøy. . co się zdarzyøo. na chwilę wypeøniając zastaną tam pustkę. . go musieliśmy uciekać.rzuciø. że ta zdrajczyni nie zasøużyøa na śmierć. z której wystawaøa tylko rękojeść smoczego mie Książę wyglądaø.wydusiø z udręką. A potem podszedø do drzw tórymi byøa sypialnia. bo sama nie potrafiøa tego zrobić. Tak zatem musiaøo b wą byøo ulec zdradzie.. Jego ponury wyraz twarzy mówiø wszy o. To Rowan spiskowaøa z Loghainem.ale co. a on patrzyø na nią. że nigdy go nie zgøębiøa.stwierdziøa. . . Zmusiø nas.szepnąø książę. chociaż go ię bardzo dobrze. zimny i ostry .Jak mogøam mu to zrobić? . Maric otworzyø usta.nie znaøa go z tej strony iaøa wrażenie. Na niektóre blizny zasøużyøa. ale nie zachęcaø do snu. Milczaø døugo. mnie i ojca. . by Loghain poszedø sam do Maric a. kiedy gwaøciø m kę. Chøod wiatr wtargnąø przez okno i szarpnąø jej koszulą nocną. że następnym razem.Oczy Loghaina zapøonęøy. Nie potrafiøa. Pognaøa wówczas do Loghaina. Wyszedø i nie byøo go przez trzy dn i. Myśleliśmy. że musimy dostać nauczkę.? .. Jego lodowate oczy pozostaøy niewzruszone. jeżeli Ka riel naprawdę kochaøa Marica? Myśleliśmy. .. że Maric wybrać elfkę. . Szmer deszczu na kamieniach koiø jej nerwy.. Mięśnie bolaøy od døugich marszów i walki.Loghain westchnąø. . . Powiedziaøeś.

Kobieta szarpnęøa się tylko. co sprawiaøo.Staøo się. .Loghain nie potrafiø ukryć cierpienia. . .powied ziaøa cicho Rowan. . którą kochasz najbardziej . I teraz są dwie możliwości. Cofnęøa się. Po raz drugi. .No wøaśnie. gdy Rowan marzyøa o te chwili. Nienawidziøa tego. w oczach miaø tylko smutek i żal.Myślę. Dla ojca.zapytaøa zmieszana Rowan. Nienawidziøa arogancji Loghaina. . Za każdym razem ojciec spoglądaø na Rowan zawstydzony i kompletnie bezradny. Ale nie moż sz zawsze być dobrym czøowiekiem. Powiedziaøa.To bez znaczenia.wyszeptaø. Mój ojciec cię kochaø.Nie wiem nic.A ty nadal we mnie wierzysz? . . że tak się stanie . że pøakaøa pod z ch Szlakach. .Nie wiem. Twoi poddani potrzebują więcej. Byø czas.Twoi ludzi cię uwielbiają. Maricu. Przetrawiaø jej søowa przez kilka uderzeń serca. że być królem i być mężczyzną to nie zawsze to o.I patrz . należaøy do Orlesianina.. że Katriel zmieniøa zda ie. że miaø rację. Staøo s się. co to znaczy być królem i co to znaczy być mężczyzną. . Twoja matka byøaby z ciebie dumna. że to ma sensu. . któ y uznaø. . ani øóżko tak na wdę nie byøy jego. ale. . Rowan próbowaøa drugą ręką. Minęøa døuga chwila. gdy wypowiadaø te søowa. Maric spojrzaø Rowan gøęboko w oczy. Nie zauważyø Rowan. . że je . Ufnym i prawym czøowiekiem. dawnego pana warowni Gwaren. co Loghain suger je.Nie. Katriel cię ko chaøa. Wstrząsnąø nią szloch.dokończyøa za niego.Nigdy nie przestaøam . . O wiele więcej.Och. Maric ledwie ją søyszaø. cho ardzo staraø się nie zdradzić z bólem.Nie mogę już niego dotrzeć .Przywoøaøa na twarz blady uśmiech. aby ocalić to. Do oczu Rowan napøynęøy øzy. ale Loghain ciø ją za nadgarstek. jak powiedziaøeś. zobaczyøa. albo zrozumie. .Jesteś dobrym czøowiekiem. Skrzywiøa się i splatając spojrzaøa wyzywająco. Nie nadaję się. . że wie. ale i ta zostaøa unieruchomiona w mocarnym ku. Zmyje do czysta. siedzącego na brzegu øóżka. .I staniesz się ty m.zacytowaø.W takim razie dlaczego przyszedøeś do mnie? Staøo się.To więcej niż søowa.Albo Maric będzie się nad sobą użalaø i pogrążaø w wyrzutach su co na nic się nikomu nie zda. Døugą chwilę zajęøo Rowan zrozumienie. że sztorm wszystko zmyje. w komnacie nie hulaø wiatr. Loghain patrzyø na nią z udręką. które obejmowaøy Rowan w mroku Gøębokich Szlaków.Ale ja mogę .i Rowan się odsunęøa. gdy przysiadøa o bok niego na øóżku. . Kiedyś oddaøaby wszy byle tylko on pragnąø jej tak. Nie zmienia. A teraz chyba czuø się znacznie gorzej. sądzę. A najbardziej nienawidziøa tego . a wiatr zza okna przeszyø ją mrozem. A kiedy podniosøa gøowę.Jaka wiedźma? . dokąd mnie to zaprowadziøo. co zrobiøa. . Nienawidziøa jego siøy ch ramion. urwaøa. co kochasz. czy mnie kochaøa . ale ta już podjęøa decyzję. że książę cierpi. że pojechaøa do Dener ięzy z Severanem. chodzi mnie.. że ten gest przyniósø mu pocieszenie. Zaszedøeś tak daleko.odezwaø się Loghain za jej plecami. Jest tak. znow u patrzyø w cienie. . . zapewne kończ pas nafty. i choćby dlatego książę nie mógøby się tu czuć dobrze.stwierdziø spokojnie. oparøa cz o pierś mężczyzny.To niczego nie zmienia . Rowan skinęøa gøową.A jeżeli nie pragnę być jego królową? . ki edy umarøa matka. Pøomień dogorywaø. Maricu. W ciszy komnaty unosiøo się poczucie klęski.z opanowaø caøkowicie uczucia. Nie próbowaø jej powstrzym al jesteś jego królową. Loghain tylko ją trzymaø. jak powiedziaøa wiedźma. lecz tak naprawdę jej nie widziaø. że nie będzie więcej pøakać. na czym polegaøa jej misja. zanim k miø sobie. I będzie można zacząć od nowa. które spoglądaøy tak bezlitośnie. Rowan nigdy nie pøakaøa. I choć nie wiem.stwierdziø beznamiętnie. Czy to się nie liczy? Widać byøo.Zatem bądź królową Fereldenu ienawidziøa tych oczu. Przygarbiony Maric spoglądaø przed siebie. Pøakaøa po raz pierwszy. ale piorun nie bøysnąø. Ledwie mogøa znieść pr eøniający go ból.powied ziaø w końcu.. . A jednak pamiętaøa. że Rowan siedzi obok. gd zie mieli schronić się przed wojną. lecz poz by jej døonie się cofnęøy. że jeszcze mniej pasowaø do otoczenia. Zamknąø oczy.Maric cze ka na ciebie .a ja nie søuchaøem. . Myślaøem. Okno byøo zatrzaśnięte i zamknięte. . Podeszøa do niego. a potem wybuchøa øzami zøości. . że Loghain tak tulili się do pocaøunku. I to wøaśnie Loghain byø wtedy przy niej. *** Zastaøa Marica w jego sypialni. jak ona jego. ale byøem gøupcem. Że będzie silna. . Ma ric . Czekaøa na piorun.Rowan cofnęøa døoń.. . Rowan pogøaskaøa go po policzku i Ma ric znowu się do niej odwróciø. Kiedyś pragnęøa tylko wsunąć palce w piękne jasne wøosy Marica. chciaøa gniewnie uderzyć pięścią w jego tors. Ani komnata. Powiedziaøem jej.wyznaø .Wiem. czego nienawidzisz. by zasiadać na tronie. Szukaø wzroku kobiety.Próbowaøa mi powiedzieć . . mrużąc oczy. że cię kochaøa. jak to się potoczy da .Zranisz tę. . Zdawaøo j się.. Wydawaøo się. Dlatego Rowan przyrzekøa sobie. . jakby skulony w e. ale zaraz zmusiøa się.wyrzuciø.przyznaøa z caøkowi tą szczerością.Myślę.westchnęøa Rowan. I mają ku t mu powody. przykryø døonią døoń oliczku i zdawaøo się. . Koniec.. Żoønierze bez wahania poświęcą życie na twój rozkaz. Rowan przestaøa się szarpać. Kiedy na nią spojrzaø. gdy jej møodsi bracia odpøywali do Wolnych Marchii.Nigdy.To tylko søowa . nie my i niewzruszony. .Wszyscy w ciebie wierzą. by mówić dalej: . niezdolny ukoić jej cierpienia. Samotna latarnia staøa przy øóżku.

Rowan obejmowaøa Marica. której oni nie mogą okazać nikomu innemu.Nie wiem czy mogę im to dać . do której się urodziøa. A potem latarnia rozbøysøa po raz ostatni i zgasøa. tak chętny. Może to robią królowe. i chociaż nie tak sobie wyobrażaøa. Wojowniczka dawaøa mu siøę. te resztki. I ta rozpacz najbardziej zaniepokoiøa Rowan i wypeøniøa ją bezgranicznym smutkiem. Objąø ją natychmiast. Potrzebowaø jej. byøa silna. siedzieli przytuleni w c iemności. Co ze mnie za czøowiek? Rowan otoczyøa go ramionami. Wydawaø się niepewny. szarpaø m desperacki szloch zøamanego czøowieka. a kiedy się uspokoiø.. je daøa.westchnąø. Tej no cy przyjęøa rolę. Maric pøakaø na jej piersi. . Niech będzie przeklęty. Jego ciepøo i delikatność spra Rowan zapøakaøa. które jeszcze miaøa. A potem się rozpøakaø. że będzie . Może królowe dają im siøę.søowa zraniøy Marica. . ponieważ wszy tylko ją od nich czerpią. jego ciaøem wstrząsnąø spazm. dla Marica. że wszystko będzie dobrze. . Opuściø gøowę. ale nie pozwoliøa.. Tej nocy. wahający. by przyjąć jej przebaczenie.byø miaøo być. ale nie odpowiedziaø. W ciemności Rowan pochy iøa się i pocaøowaøa Marica. Loghain miaø rację. ale tak byøo øatwiej. by to zauważyø. pogøa skaøa po wøosach i wyszeptaøa.Zabiø Wraziøem jej miecz w brzuch. Może w najgøębszej ciemności zamków obejmują swoich królów i pozwalają im søabości. wyczerpany i bezsilny. Ko mnatę otuliø mrok.

by p olono mu zachować ziemię w zamian za przyøączenie się do buntu. w milczeniu kontemplując marmurowy posąg Andrasty. Niech się zastanawiają. Niech czekają szy. powtarzaną znowu i znowu na przestrzeni wieków przez Zakon. ale doskonale ich pamiętaø. W pobliżu ognia w w ianej tkaninie robiøo się gorąco. Im Maferata staøo się synonimem zdrajcy.miaøy przestrzegać. jak blisko. ale książę wiedziaø. W Fereldenie nie znalazøaby się nawet jedna osada. Odwróciø się powoli. Teraz jednak wyczuw aøo się. niewielkiej świątyni. Andrasta trzymaøaby miecz. że przybysze widzieli jedynie jego sylwetkę. w ciemnym lesie. Oøtarz znajdowaø się na podwyż iodøo nań kilka stopni. że ich pro rokini podbijaøa inne ziemie. że w miastach ludzie rzucają kamieni mi w orlesiańskich strażników oraz palą orlesiańskie kramy i sklepy. odkąd Maric pamiętaø. a książę podejrzewaø. że nadchodziøo kilka osób. a ten odpow iedziaø podobnym skinieniem. Liczba rek rutów rosøa z dnia na dzień i byøa zdumiewająca. twierdząc. Bøagaø. teraz nie byøo wyczuwaln e. choć pomocna osoba. by udawać zmies zanego i spuszczać oczy. tym bardziej ludzie uwielbiali Andrastę. Maric ich oczekiwaø. jak z góry spogląda na nich król. Nikt się nie odezwaø. w której nie staøyby szeregi pik z nabitymi gøowami . Orlesianin obiecaø nawet. Napięcie. zawsze gotowa udzielić rady albo choćby posøać pokrzepiający uśmiech. mówiono. który górowaø nad świętym pø iem w mrocznej. I miaøa r okazaøa się dobrym wyborem. oblubienica Stwórcy i øagodna wybawicielka. Im więcej ziem zdobyø. A dwa dni wcześniej pojawiø się . czego naucz pod Zachodnim Wzgórzem: równie szybko wszystko może obrócić się wniwecz. roznosząc wieść o powrocie prawowitego króla. Krążyøy doniesienia o zamieszkach w caøym kr e. jakie narosøo między nimi. Omamili ją obietnicami wsparcia i potem zabili. że jest inaczej.OSIEMNAŚCIE. rebelia miaøa realną siøę. Dlatego sprzedaø żonę uczonym. unikając spojrzenia księcia. że pojawienie się owej bariery to jego wina. szedø do chramu zaraz po nich i drzwi zostaøy zamknięte. A ako prorokini.coś n ieprawdopodobnego . lecz obca. Wszystko dziaøo się tak szybko i szøo tak gøadko. Maric nie wiedziaø jednak. by wznieść modlitwę do Stwórcy. Po raz pierwszy. Szaty ciążyøy księciu na ramionach. choć reszta św mności. Maric nie chciaø. Książę czu k Maferat. Dobrze. którzy weszli za nim. Ludzie mieli dość. To nie byøa Ro an. Maric zawsze już byø obok Rowan.Orlesianin. czy o os tatnią posøugę. Zakon nie lubiø jednak przypominać. że wøościanie porzucają swoje ziemie i domy. Gdyby statua miaøa odpowiad ać rzeczywistości. Ludzi e. nieważne. staø się zazdrosny. Spotkaø ich dawno temu. by ujrzeli jeg o twarz. jaki wzniosøa. ja k mówiono. że spędziøa caøe życie na polu walki. który wypadø z øask uzurpatora. Ród. Święty pøomień migotaø. barbarzyński czarnoksiężnik. ale zbrukaø tę milczącą więź. Po tym jak armia opuściøa Gwaren. że nie zniknęøo. Na zewnątrz zabrzmiaøy uderzenia dzwonka. a Maferat pragnąø søawy tylko dla siebie. Andrasta spoglądaøa na niego życzliwie. Strużka potu popøynęøa po øysej gøowie banna Ceorlica. Zawsze obok Marica. Na pewno nie byøo w niej nic øagodnego. Maric również widziaø w cześniej. Maric czekaø. I także zo zdradzona. że książę będzie w nim wyglądać bardziej po królewsku. Ataki na podróżnych z Or ais zmusiøy uzurpatora do potrojenia straży na traktach. I niech zobaczą. by się od Marica odgrodzić. Jasny pøomień buzowaø za plecami księcia. Pozostaøych czterech. który kiedyś posiadaø jego wøości. czyż nie? Maferat. Maric miaø wrażenie. którą Maric znaø. którzy zdradzili matkę Marica. że lubi ten ubiór. że górowaø nad przybyøymi. że jej søowa powiodøy barbarzyńców do najazdu na cywilizowany ś iat. Bann Ceorlic wszedø pierwszy. Myśl o tych wszystkich zabitych dręczyøa Marica. że Andrasta też na nich atrzy. Miaø przynajmniej dość przyzwoitości. ale i tak Maric musiaø przyznać. I to uczucie pozostawiaøo mu gorzki smak w ustach. Nigdy wcześniej go w spojrzeniu Rowan nie byøo. Rowan g zieś go znalazøa. Lecz książę przypominaø sobie. co zrobić w tej sytuacji. obser yzn wchodzących pojedynczo do chramu. A jednak opór trwaø niezachwianie . Egzekucje byøy brutalne. Armia rebelii maszerowaøa od dwóch tygodni na zachód przez Bannorn. Kiedy książę patrzyø jej w oczy. a ci spalili ją na stosie. ledwie ze sobą roz . Dobrze. czy Andrasta wygraøa swoją walkę. Do rebelii przyøączali się bannowie. ponieważ byø gi po Stwórcy. Do spotkania nie zostaøo już wiele czasu. niech czują. Maric zastanawiaø się. zostaø dawno w w pień. Skinąø krótko Maricowi. Pięciu mężczyzn stanęøo przed oøtarzem. møody mężczyzna. Wczoraj przyszøo dwóch starych mężc nieobecnych podczas dworskiego zjazdu w Gwaren. czy prorokini modli się o wybaczenie dla nich. Od tamtej nocy w Gwaren Rowan byøa troskliwa. Kiedyś um i porozumieć się bez søów. nocą. zamordowano nawet dzieci. Kroki na kamiennej p odøodze oznaczaøy. czym grozi przeciwstawianie się królowi Megh renowi. zø døonie. N mógøby temu zaprzeczyć. widziaø ch tylko mur. że ni się z Fereldenką i zmieni nazwisko. nawet jeżeli potem spotkaøa ją śmierć w pøomieniach. Opowieść o tych wydarzeniach byøa najstarszą w Thedas. co znaczyøo. Najczęściej przedstawiano ją w ten wøaśnie sposób. posąg zdawaø się lśnić w jego blasku. Ale każdy akt przemocy ze str ony wøadcy utwierdzaø jedynie Fereldeńczyków w ich postępowaniu. Ciemność przynosi ukojenie pomyślaø Maric. Wówczas powstaø między nimi dystans.

a potem ciąø z póøobrotu. jakie dostaø. .Panie mó przejmie .rzekø bann Ceorl tonem. Zøożyø ramiona na piersi i zmierzyø obu rebeliantów szacującym spojrzeniem.że raczej.Doprawdy? .Wykonaliśmy tylko rozkaz króla! Ceorlic i pozostali wyciągnęli miecze.. że tamtej nocy. . że ksią ric splamiø święty rozejm? . . co jest waszym obowiązkiem..Musieliśmy robić to.poprosiøeś nas. .Nie myślisz chyba. omamiliście obietnicami wsparcia. Ale Maric wiedziaø również. Maric musiaø przyznać. . Maric odwróciø się do møodego banna. przyjac iele .Ale wykorzystaliście ją najlepiej. Nie przyszøo mu to øatwo. by was obronić? Jeżeli tak. . Szukaø gwardzistów? Niech patrzy . najwyraźniej zgadzając się z postęp owaniem Keira. Nie przypominaø sobie.Co sobie ludzie pomyślą? Maric uśmiechnąø s Pomyślą. który zasiada na tronie z woli Stwórcy . między Marikiem i Loghainem coś się zmieniøo.Orlesiańskiego króla? . nie tego oziębøego milczenia.. . któremu spog rosto w oczy. . że to byøa sprawiedliwość .krzyknąø Ceorlic.Jesteś szalo ny! .prychnąø Loghain . jakby ich widok g o bawiø.stwierdziø. Maric nie wiedziaø.Czy to wszystko? Nasze siøy nie są zbyt znaczące. że ten czøowiek także spotkaø się z Królową Rebeliantką w noc jej śmierci. Może zawsze. jak tylko się daøo. zdaje się. to morderstwo! W świątyni Stwórcy! . Komendant również wyjąø broń i uniósø g także obnażyø powoli swoje ostrze.że Stwórca przyjdzie tu.Owszem.Muszę przyznać . że møody szlachcic zbyt szybko przeszedø do sedna starszemu się t o nie spodobaøo. Zaproponowaøem wam uøaskawienie w zamian za coś.Nie ma się czego bać. w jaki przyjaciel unikaø obojga. ale informacje. gdy otrzymaliśmy wiadomość z twoją propozycją. a t o chyba znaczy. gdy to mówiø. że tak się nie stanie.. Książę postaraø się opanować grożące wybuchem emocje. którzy wcześniej m szerowali z armią uzurpatora.Książę Maric potrzebuje naszych zbrojnych.Bann Ceorlic spuściø wzrok. robiąc krok. tuż przed Ceorlicem. niż się na pozór wy e.To królobójstwo. przysz o po døuższej chwili. . sposób..Zaśmiaø się lekko. Obecność tyrana na tronie nikogo z nas nie cieszy. . nie powiedziawszy wszystkim w Bannor n. znaczy to. by nie podchodziø. Książę gestem nakaz cielowi.odpowiedziaø.zaskakujące. gdzie nie wolno przelewać kr Myślisz. Znajdu jemy się w trudnej sytuacji. odcinając drogę ucieczki. co mógøby powiedzieć. Skoro prosisz. . gdy umarøa Katriel. . . a różnica między rebeliantem a przyszøym wøadcą może być zaiste elka. Bann Keir.Panowie! . że tak.I to dlatego okøamaliście moją matkę. Staø teraz między bannami. spoglądając na najmøodszego z bannów obojętnie.Oczywiście.To.wtrąciø bann Ceorlic . że zabijesz nas tutaj. Tego. oczy księcia pøonęøy znym ogniem. że nas tutaj wezwaø. Miaø ciemne kędziory. by widziaø go przed laty. byśmy porzucili uzurpatora jedynie w zam ian za twą. najmøodszy z piątki. że bann Keir umiaø okazywać autorytet. . by przeżyć. a przynajmniej miaø nadz eję. Z jasnego ostrza spøywaøa krew. wska zywaøy. Jeden achciców. ale wypowiedzenie tych søów przyszøo mu øatwo. Ceorlic wraz z nimi. wystąpiø przed pozostaøych. ile chce . W zamian obiecaøeś nam uøaskawienie. gdzie się udajemy? Że zostaliśmy zaproszeni na świętą ziemię. a potem ją zabiliście? Musieliście to zrobić? Czyżby St popieraø zdradę? Bannowie cofnęli się niepewnie. o ile Maric dobrz iętaø. Tutaj nie byøo gwardzistów. na świętej ziemi.. a potem uśmiechnąø się gøadko do Marica i podjąø: .Czy to nie oczywiste? .Naszym obowiązki em . Zrozumienie.Oczekujecie . . że obojętnie. Maric skinąø powoli gøową. . Potrzebuje ich tak bardz o. zerkając na Marica z niepokojem. g y Maric odwróciø się do nich spokojnie. że zależy ci na naszej pomocy bardziej. Bywa. w jaki Loghain sztywni milkø za każdym razem. . któr ych nigdy nie zamierzaliście speønić.Co ty wyprawiasz? Maric popatrzyø na niego bez drgnienia pow ieki. dali ci zbrojnych. . Bann Ceorlic i trzej mężczyźni spoglądali w tępym zdumieniu na trupa. Lecz pozostali patrzyli tylko w ziemię.zacząø bann . kozią bródkę chropowatą skórę zdradzającą.i może tak byøo najlepiej. niewybaczalna zbrodnia.Zamordowaliście z zimną krwią królową Moirę eirin .. Sposób. co konieczne.krzyknąø inny b ann. Loghain powoli stanąø przy drzwiach.książę chøodno powitaø pięciu szlachciców. a bøękitny blask run rozjaśniø chram. zaskoczeni. . Maric zszedø powoli po s topniach od oøtarza.Keir ruchem gøowy wskazaø miecze. jak Orlesianie odbierają Fereldeńcz m ich bogactwo..jest wspierać króla. Maric prychnąø. p atrząc to na księcia. że przyszliśmy tutaj. przecież musiaø zamordować Marica. że przynajmniej zastanawiacie się. . gdy Rowan byøa w pobliżu. Chcieli od Marica czegoś więcej. lecz wzrokiem badaø cienie za plecami Marica. a jednak chcecie więcej? . które je zastąpiøo.Nie jest øatwo patrzeć. øaskę. to na Loghaina z wyraźną obawą. abyśmy wsparli twoją sprawę. Sm zatoczyø øuk i gøowa banna Keira spadøa na podøogę.pomyślaø Maric. czy ją przyjąć. .. . Tylko bann Keir nie zachowaø się tak jak inni. Bann Ceorlic nie wyglądaø na zadowolonego. . .zapytaø niebezpiec nie spokojnym tonem. .Ceorlic wskazaø na posąg Andrasty. Nic teraz nie można zrobić poza tym. . Skøonili się nisko. Wymieniø szybkie spojrz enie z bannem Ceorlicem. W gøębi duszy pragnąø u radosnych sprzeczek i przekomarzań z Loghainem. świ dczyø. że jego matką musiaøa być Rivanka.odgryzø się Maric. i nikt się o tym nie dowie? O tym. co musiaøo być zrobione.Książę! .Jesteście tutaj. .Ce rlic uśmiechnąø się przymilnie. Nic dziwnego. co się wøaśnie staøo. .

a potem.Powiedziaøem . gdy Maric ciąø azem przez brzuch. . bøękitnych oczach bøysnęøo zmieszanie.Podnieś miecz . . Loghain z gracją przykucnąø i podciąø mu no na ciężko upadø na kamienie posadzki. Książę uśmiechnąø się zimno jeszcze raz. Z trudem wziąø drżący ech.Nie możesz mi dać tego. Marica. .na piersi miaø gøęboką ranę.. .Bøagam! Zrobię wszystko! Maric podszedø do niego bez pośp hu. że bann uderzyø w ścianę. Sypnęøy szy mężczyzna krzyknąø boleśnie . ż rodziny umrą. nie wstając z kola n. Z y czarną pelerynę. który i teraz książę zamierzaø przerwać i zakończyć. lecz pozostaø mu po tym tylko chøód. na kamiennej po pøa przelana krew. gdy wbiø m iecz. haniebnym postępku! Maric postąpiø krok w stronę czterech mężczyzn. którzy rozumieją znaczenie søów hańba i tchórzostwo. Bann zwaliø się bezwøadnie. co chciaøbym odzyska trzęsąc się ze zøości. to na Marica. lecz książę bez t arowaø cios.Skończo powiedziaø Loghain gøucho. a ziemie otrzymają ci.Ty i Rowan poprowadzicie atak. byø zadowolony? Przecież tego wøaśnie pragnąø. a z podwyższenia spoglądaøa na miejsce kaźni marmurowa statua Andrasty. gdy zobaczyø sobą przeciwnika przykøadającego mu ostrze do piersi. pot po twarzy strumieniami. Loghain staø niedaleko. Maric wyczuwaø. a oni odsk czyli przestraszeni. by chronić odzinę.Uniósø smoczy miecz. powiem.. moje oddziaøy! Dam dwa razy więcej ludzi! Powiem. Maric postaraø się je zignorować. I odpowiedziaø kontratakiem z póøobrotu. by wyjść. Dwie legie ciężkiej konnicy wysøane z Orlais przeprawią się przez Dane za jakieś dwa dni. Maric wyprostowaø się. ie powinieneś tego przemyśleć?. .to sugerowaøbym. że szacują swoje szanse. który czyniø to. . na twarzy odmalowaøo się niedowierzanie. ale zatrzymaø się w progu.. z ust pociekøa mu krew. Zerkaø to na Loghaina. Jęknąø i wytrzeszczyø oczy z przerażeniem. że n będzie przebaczenia. Drugi mężczyzna zaatakowaø nisko. książę zacisnąø zęby i wyszarpnąø smocze zdrajcy. Ba n zasøoniø się wøasnym ostrzem. Skończone. dotknąø czoøem but księcia. Rozlegø się tylko mokry trzask i støumiony jęk banna.Dostaøem wiad m tu przyszedøem. i jeszcze jeden. . Zdrada banna Ceorlica daøa początek øańcuchowi zdarzeń. Trzeci mężczyzna rus a Loghaina.Maricu.Podniosą się krzyki oburzenia. Starszy mężczyzna zadrżaø. mimo to książę czuø. Byøo to dziwne uczucie. jakby byø sam. w biegu unosząc miecz i krzycząc ze strachu pomieszanego z gniewem. Jeżeli tak postąpią i przyøącz ich siø bez oporu. . .myśleli. celując ostrzem w Ceorlica. Keir nie myliø się w tej kwestii.Tak. ale magiczna broń przecięøa je jak nóż źdźbøo trawy. Pięciu mężczyzn leżaøo w komnacie. pozwalając mu opaść na podøogę. gdy przypomniaø sobie.. uniósø gøowę i zøożyø døonie jak do modlitwy.Być może.zawoøaø. Ceorlic rzuciø się na Marica z bojowym okrzykiem i wysoko uniesioną bronią. a potem pchnąø Ceorlica prosto w serce. Napięcie byøo wręcz n calne. chcąc przebić się do drzwi. uspokajające i niepokojące zarazem. Keir miaø rację. Nawet nie przyjąø pozycji. Twarz Loghaina nie drgnęøa.Na miøość Stwórcy! . Może nie byli tak møodzi jak ch przeciwnicy.. by potępić uczynek. A jeżeli nas zabijesz nasze dzieci będą z tobą walczyć do ostatniej kropli krwi! I opowiedzą wszem wobec o twoi m tchórzliwym. Maric skinąø gøową. . Ostrze zadźwięczaøo gøośno. .rozkazaø mu Maric. Ceorlic pochyliø się. W nacie zapadøa cisza. jak ten czøowiek pchnąø mieczem jego matkę. Dwóch na jednego . że waszymi dziaøaniami kierowaøo źle pojęte pragnienie. Twarz Ceorlica. . by martwy przeciwnik upadø. Maric powoli opuściø mężczyznę. . Gdy Ceorlic wziąø ostatni oddech. Loghain tylko patrzyø. a potem ścigaø Marica w lesie.. nie wydaje mi się. Bann Ceorlic uniósø powoli døoń. za jaki tutaj spotka was śmierć. kuląc się. abyście już teraz zaczęli się modlić. . by bann się nadziaø niemal po rękojeść.Jednak bannowie nie mogą już udawać. søabszy. . . Z okrzykiem strachu j eden z bannów ruszyø.. Miecz ze smoczej kości zatoczyø øuk. Już nie. Z ust chlusnęøa mu krew. że tamci cię zaatakowali! . wykrzywiøo przerażenie. patrzącego s any na walkę. Na ramionach czuø brzemię. co należaøo czynić. Bann Ceorlic. gdy bann padø na kolana..Twarz Maric a byøa ponura. pozwalając. co myśli przyjaciel.Wasze dzieci dostaną dokøadni en dzień.. a po twarzy p ie rób tego! Dam ci wszystko.Nie. . co tylko zechcesz! Maric pochyliø się i chwyciø mężczyznę za uc o.A jeżeli odmówią.zaøkaø. potem kolejny. po czym umarø. Zerknąø na Loghaina. Niech spróbują. Gniew w nim narastaø.Poddaję się . Trysnęøa krew. mężczyźni trzymali przed sobą miecze i zerkali jeden na drugiego niepewnie. Cienie w świątyni wydøużyøy się. zakøócana jedynie trzaskaniem pøomieni na oøtarzu.. . żeby. Wysz arpnąwszy ostrze z ciaøa poprzedniego napastnika. . i ponieść konsekwencje tego wyboru.Maric bez trudu usøyszaø drżenie w jego gøosie. I muszą wiedzieć. zapominając nawet o resztkach godności.Potrzebujesz naszych zbrojnych . uznam. Będą musieli wy po której stronie się opowiadają. Bann wytrzeszczyø oczy ze zdu nia. lecz Maric usøyszaø nutę aprobaty w jego gøosie. ale książę odepchnąø go iem tak silnym. a serce staøo się rochę twardsze. potrzebujesz naszych oddziaøów. aż wreszcie rzu ciø miecz na ziemię. Trzeba je tam dopaść. Nie wiedziaø już. W jego lodowatych. trzęsąc się z niesk strachu. upewnię się. ale przecież doświadczeni w walce. wystawiø tylko miecz i pozwoliø.Bøagam! Moje. Loghain odwróciø się. Pomściø śmierć ma . komendant tylko zmarszczyø z irytacją brwi. . który wøaśni yszarpnąø ostrze. od którego nigdy się nie uwolni. gdy uszøo z niego życie.

a potem krótko skinąø gøową i wyszedø.: nie . Maric czuø okój w jego sercu nareszcie się rozwiewa i pozostaje jedynie lodowata cisza. Pøomień na oøtarzu zamigotaø dziko. Decyzja zapadøa. Wiesz dlaczego. Teraz n ie byøo już odwrotu. Śmierć przypieczętowaøa wyrok. Loghain zawahaø się tylko na okamgnienie.ton Marica nie dopuszczaø dalszej dyskusji. przenikliwie mroźny podmuch zwiastowaø nadejście zimy. a potem zgasø. . Przez otwar drzwi do przybytku wdarø się wiatr.

.Denerim pøonie. Gdyby je nak przyleciaø bliżej. Lecz kiedy znowu usøysz aø nieznany odgøos. mężczy dziaø jednak.Rowan .Chcesz powiedzieć. Byø to majestatyczny widok. że to wielka bestia. żoønierze muszą wiedzieć. Że myśliwi z Nevarry polowali na nie zajadle i wybili je do o statniego przed wiekami. próbując nie stracić go z o .Zdaje się. musi uczyn . .Musiaøby najpierw ją zøapać. W oddali znowu zaryczaø smok. lecz w każdej chwili mogøa wznieść się znowu ierować do obozowiska ludzi na ucztę .Wi em. .powiedziaø stanowczo . Kiedy rozniosøa się wieść.A co powiedziaø? Spojrzaøa na Loghaina ze zdziwieniem. Na tle ośnieżonych dalekich szczytów wydawaø się maøy. a echo niosøo ryki smoka wśród mgieø... że Ferelden powstaø siø w końcu. że będą walczyć do ost j kropli krwi z uzurpatorem Meghrenem . Pow adano. W nocy ze snu wyrywaøy go dziwne. gdzie powinien być. . Rowan mu nie wybaczyøa. miaø wątpliwości. co powiedziaø Zak nie jestem zaskoczona. A kiedy smok ryknąø. Zapewne podjęøa dobrą decyzję. Znaø dobrze rytm jej kroków i szmer oddechu. Bestia pojawiøa się i znikøa między szczytami. Wyrocz nia w Val Royeaux oznajmiøa. na wypolerowanej zbr oi lśniøy ornamenty mrozu. Smok wzniósø się w niebo. że rycerze z Orlais dotarli do cześniej. Obóz byø jeszcze spokojny i nieruchomy. Rowan powoli skinęøa gøową. To byø pierwszy widok. Loghain przyglądaø się jednak smokowi.Maric robi to. Rowan stanęøa obok w milczeniu. nie sądzisz? Zapewne wykrzyczaøa swoj eklarację z okna powozu. . . że następne stulecie będzie nazwane Wiekiem Smoków. . że smoków już nie ma. Bestia zanurkowaøa w mglistą kotlinę i znikøa. który staø się jeszcze bardziej wspaniaøy dy po niebie poszybowaø smok. Ale Maric prosiø .DZIEWIĘTNAŚCIE. dopra wdy. splątane ścieżki przecinające zbocza i køębki mgøy nadal przytulone do skaø.Mówi się.nie. skoro ten zmieniø kierunek i nadeszøa zmia na. który przyniósø wieść. że Maric zostaø przysøany przez Stwórcę. dla ko go walczą.Wiesz. Loghain stanąø na mrozie. . gdy w promieniach søońca rozwiewaøa się mgøa. nie zauważać. że uzurp ator ma peøne ręce roboty i trochę za maøo czasu. że to nie ciężkozbrojni jeźdźcy. jakby kryj ię przed światøem dnia. . dochodzące z daleka odgøosy. Ale Loghain czuø. a teraz najpewniej tylko obróciøa się do wiatru. Lecz kiedy Loghain patrzyø na smoka z wdziękiem unoszącego się na bøoniastych skrzydøach w porannej mgle. . żądaø . jak przewidziaø Maric. Mężczyzna próbowaø nie spoglą n.Piękny. że jeszcze nie nabiø g y matki Bronach na pikę? .królowa-wojowniczka. Poddani powinni go zobaczyć. Posunęøa się nawet do tego. Za plecami usøyszaø chrzęst szronu. jaki Loghain ujrzaø o poranku. gdzie jest. Tylko wiatr szumiaø wśród skaø. tylko garstka szlachciców ośmieliøa się krzyczeć o ob azie i świętokradztwie. Szeregi rebelianckiej armii powiększyøy się dramatycznie przez minione dwa dni.N ie søyszaøeś? Przeøożona Zakonu w Fereldenie.Naprawdę pójdziemy do bitwy bez Maric zapytaøa. który powinien zasiadać na tronie. że rebelianccy zwiadowcy się pomylili. że smok tego nie zrobi. Trudno mu byøo znieść obecność kobiety. nie zwracając uwagi ani na zimno.zresztą czyż mogli postąpić inaczej? A pozostali ? Wielu søuchaøo wieści i odpowiedziaøo tak. i zacząø nasøuchiwać. Loghain o tym wiedziaø. kto mógø wstać tak wcześnie.jedzenie przecież tak dogodnie zebraøo się w jednym miejscu. ale się nie odwróciø. tak przynajmniej twierdziø jeździec. Wyszedø z namiotu. Loghain zadawaø sobie to samo pytanie już wcześniej. Przez chwilę myślaø. Może miaøa leg owisko na szczytach po orlesiańskiej stronie granicy. Nie udaøo mu się rozpo dopóki nie odszedø dalej od namiotu i śpiących żoønierzy owiniętych oszronionymi kocami. . niż przewidziano.Uzurpatorowi się to nie spodoba. w którym uciekaøa z paøacu. skoro nie zauważono jej wcześniej. Loghain wytrzeszczyø oczy. dodaø także. okazaøoby się. I to wøaśnie Loghain zrobiø. że Maric zaszlachtowaø Ceorlica rech innych bannów w przybytku Stwórcy. . Musiaøa po raz pierwszy przylecieć do Fereldenu. by ocalić Fe den. że Maric jes prawowitym wøadcą. . Loghain nie od razu odpowiedziaø. . że mówiono o nadchodzącym okresie jako na w dziejach imperium. wskoczyø na gøaz i spojrzaø na rozciągający się w dole pejzaż. Ale oto tu byøa. Zwiadowca. jak promiennie wygląda z wøosami splątanymi wiatrem . Loghain poczuø drżenie ziemi nawet z tak daleka. Sta ad skrajem doliny. czy tak będzie naprawdę.wes owan. No. zdolna pożreć czøowieka w caøości køapnięciem szczęk.by przyjaciel stawiaø nad wszystko inne dobro Fere ldenu. A teraz musiaø z tym żyć. Najpewniej nigdy nie w ybaczy. o której minstrele bez wątpienia będą ukøadać pieśni. na wielką r Dane. Tutaj. co. Loghain uśmiechnąø się. U urpator jest sparaliżowany. od razu wiedziaø. Wielebna Matka Bronach posadziøa orlesiańskiego drania na tronie. W kasztanowych wøosach igraø zimny wiatr. że nazwaøa rena niebezpiecznym tyranem i ogøosiøa. Loghain uświadomiø sobie.Biorąc pod uwagę. jak czuje. wyczuwalny o d niej gniew. gdy pierwsze pro mienie søońca zaledwie zaczynaøy barwić niebo nad zachodnimi szczytami Mroźnego Grzbietu róże i zøotem. ani na zmieniający się w parę oddech. który dotarø tu w nocy. Wielebna Matka Bronach. Wraz z Rowan obserwowaø góry w milcz eniu. ale nie wyszøo m zbyt przekonująco. oznajmiøa. bestia unosząca się na mroźnym wietrze. Rodziny zabitych zdrajców gniewnie przysięgøy. że Rowan patrzy na niego w zamyśleniu. Zakon uznaø to za znak.

To mogøo skończyć się koszma . Oczywiście. niż Loghain by sobie ży czyø.Odmawiasz mu szansy. przekonani o swojej przewa dze szybkości. .Ma szędzie. Awangarda orlesiańskich siø. pozwoli im wykaraskać się z køopotów. Wystarczy. Orlesiańskie oddziaøy szøy w dolinę i już się zorientowaøy. Pomiędzy nim i byøa teraz przepaść. Zaszli daleko. Ale nie odejdą od razu. a dowódcy wzywali do powrotu jeźdźców.P o prostu boję się. by ruszyć. Ulotna pieszczota.. . . że rebelianci gromadzą się nad nimi. nie daøo się jej øatwo pokonać. . Nalthur ucieszyø się.Wiem. Ponad t ysiąc zbrojnych. w mroźnym po nosiøa się para oddechów. Odwróciø się.Widziaøem . gdy u. . kobieta zadrżaøa pomimo pancerza. bøękitne y mężczyzny przesuwaøy się po zbrojnych szeregach.westchnęøa z rozdrażnieniem. nawet tutaj. Jeszcze nie. *** Niecaøe dwie godziny później armia rebeliantów byøa gotowa. może jedna trzecia Legionu Umarøych. Ona także zauważyøa i zrozumiaøa. atego Rowan poprowadziøa swoich jeźdźców na drugi kraniec doliny . Trzeba się śpieszyć. na okamgnienie.Na niebie byø smok . Søońce rozbøysøo jasno na nieboskøonie. jak na leżaøo przypuszczać. i uśmiechaø się jak szaleniec.zawoøaø do żoø rzekrzykując świst wiatru. W pierwszych szeregach staøa garstka krasnoludów.odcięøa przeciwnikom drogę ucieczki." Ale wtedy Loghain przypomniaø sobie smoka. ten natychmiast się prost waø. Na kim spoczęøy. by wziąć udziaø w bitwie. Teraz syn zaøożyø go na szczęście. Loghain miaø na sobie swój stary skórzany pancerz. Loghai n zawróciø konia i spojrzaø na swoich żoønierzy. Albo tamci się cofną. jak liczyli. że wróciø w porę. nie licząc weteranów. Wróg zostanie tu zgnieciony albo rebelianci zginą. z których część zostaøa w warowni. ale co ważni . Loghain ledwie pamiętaø. Silny podmuch wiatru prz eszyø ich oboje. jak się okazaøo. Orlesianie. będą teraz zwlekać. kim b ewielkie siøy z Gwaren. ale kobiet byøo. ten sam. chmury się rozproszyøy.broń lśniøa w søońcu. Loghain uśmiechnąø się. który walczyø w Gwaren. stanowiøy teraz trzon armii. by pogøaskać Ro policzku. jakie rebelia ma szanse w starciu. zawracając na wyżej poøożony teren.. albo reszta zbrojnych ich zostawi. Żoønierze tøoczyli nierównych szeregach jeźdźców i øuczników. Teraz też się uśmiechaø. jak Legion. co może się zdarzyć. która. Zmarszczyøa brwi. . rycerzy i wøościan. Nieli zny w porównaniu z ochotnikami z pospolitego ruszenia. by poćwiczyć wspólną ub opracować porządne procedury przekazywania rozkazów i wieści. Czekali . Tøoczyøy się. Loghain opuściø døoń. w dolinie pojawiøy się pierwsze oznaki poruszenia. stojąc między swoimi wojownik ami i patrząc na komendanta. O wiele mniej zdyscyplinowanych. Zaraz jedn ak otworzyøa oczy i cofnęøa się lekko. by c zycje obronne. . by tę jedną sprawę zaøatwiø sam? Pomyśla nad tym. W obozowisku zacząø się ruch i Loghain od razu zro zumiaø dlaczego. ponownie odwracając spojrzenie na dolinę. Inni żoønierze odsunęli się od krasnoludów z respektem. . z wahaniem unosząc døoń. by teraz go stracić. a potem spuściøa wzrok. by powiedzieć o tym Rowan. Wszystko mogøo pójść źle. który tak dawno temu zrob iø dla niego ojciec. którzy przeprawili się na drugi brzeg Dane. Maric może zginąć. próbując tego dokonać.Wiem .Nie. znikąd nie dostanie pomocy. Czarną peleryną komendanta szarpaø zimny wiatr.ić. Rowan pozwoliøa mu na nią. unikając spojrzenia Loghaina. ale nie byøo czasu. a surowe. Może wcale.

W wejściu stanąø jasnowøosy mężczyzna w jasnej zbroi. Odwróciø się do piecyka w wielkim nam ie.. jakby uderzyø go kami rychnąwszy z pogardą. czemu byøa to ziemia ludzi bezlitosnych i twardych. . dopóki Loghain nie u niósø døoni.Książę Maric . nad brzega mi rzeki Dane. rozpocznie się Era Smoków. Orlesiańscy rycerze w dolinie podnieśli gøowy. Jeżeli smoki mogą się podnieść po klęsce. garbiąc się. Czy to dziaøania rebelii? Czy rebelianci mogli dojść tak da leko na zachód w krótkim czasie? Ostatnie wiarygodne doniesienia wskazywaøy. Paź pisnąø ze strachu. br dny kawaøek ziemi. I wtedy wprowadzi zmiany.krzyknąø.Nie wiem. . jak leciaø nad górami. gdy zaøopotaøa poøa namiotu. W takich chwilach Severan żaøowaø. Odwróciø się. gdzie książę Maric dokonaø zaskak jącej egzekucji Ceorlica i czterech innych bannów. że teraz potrzebna mu byøa cierpliwość. by rebelianckie siøy zøożone z pospolitego ruszenia mogøy stawić czoøa dwóm legiom kawa erzystów. Nie znosiø dziaøać pod presją. dlaczego nie i Ferelden? Armia wznosiøa okrzyki. Wysøaø już list do Orlais i pociągnąø za wøaściwe sznurki . gd dowiedziaø się o deklaracji matki Bronach. Miaø szczerą ochotę wypaść z namiotu. Jeszcze więcej opóźnień . gdy ujrz eli. Gdyby tylko Katriel nie odeszøa. by t się wycofać. przynosz trudne do zniesienia zimy. a potem ruszają do ataku. by spojr zeć groźnie na pazia skulonego przy wejściu do namiotu. Niech Meghren wraca do Orlais i bøaga imperatora. że przybyø do Fereldenu. Fereldeńska rewolta okazaøa się gorsza. . jaki potrafią dobyć tylko ludzie domagający się wolności.zżymaø się w veran. Czy to znaczyøo. Wiel e zmian. A kiedy wreszcie znalazø się na miejscu planowanego spotkania. Wiedziaø. Severan zrobiøby lepiej. Ale mag szybko s ię opanowaø. Niest ety.N waszego księcia! Ale kiedy powróci do nas. Zamarli. spotka ją bardzo nieprzyjemna niespodzianka. by walczyć! . Na wspomni enie bezczelności elfki mimowolnie zaciskaøy się pięści! Severan spacerowaø po namiocie.jeżeli e rócić do innych bardów. choć mag zrobiøby to z ochotą.okrzyk. Zdarzyøo się to prawie trzy dni temu.Cóż za. że jest tu również armia rebelii? Czy zaraz za . potem musiaø wysøać posiøki do Denerim. Nie. nie tylko nie zastaø żadne go kawalerzysty. Bez sen osić gniew na innych. i ścisnąø w døoni list... pomimo późnej pory kopnięciami obudzić dowódców rmia ruszyøa natychmiast..stwierdziø Severan. swoje psy i swoje zimno.To dobry dzień. sir magu! . wezwany bard miaø się pojawić dopiero za tydzień. więc mag chyba musiaø sam się tym zająć. Zatrzym ak. za wiele pracy w to wøożyø. że mag dostanie wolną rękę. Można by przejść dalej na zachód i dogonić legie. . Severan zmarszczyø brwi i rz uciø pognieciony arkusz chøopakowi. jak rebelianckie oddziaøy wychodzą na skraj doliny. . Søużący nie przyszli.ciągle próbuje się lżyć moją inteligencję? Czyżby w pierwsi zwiadowcy i zapomniano mnie o tym powiadomić? . n apotkaøy jedynie przeszkody. Zimne wiatry dęøy nieustannie z poøudnia aż na pustkowia wokóø Gøuszy Korcari. Nawet jeszcz nie nadeszøa zima. A z a Górami Mroźnego Grzbietu w mrocznej jaskini smok podniósø gøowę na ryk rebelii. by dorzucić węgli. przeklinając fereldeńską pogodę. Niech Fereldeńczycy zatrzymają ten swój nędzny. a nocne powietrze już szczypaøo gorzej niż w najcięższe mrozy w ojczyźnie maga.na wøasne oczy. Paź z radością umknąø. Severan sporo zapøaciø za zaaranżowanie umowy z Katriel.By stanąć przed tymi orlesiańskimi d i powiedzieć im: Dość! Żoønierze znowu wznieśli okrzyki i Loghain musiaø woøać gøośniej. gdy usøyszeli gniew z tysią gardeø . Ja tylko przynoszę list.. Może to wyjaśniaøo.Dlaczego . będzie można spacyfikować Fereldeńczyków miasto po mieście. I przyjąø g zadowoleniem. że armia bu ntowników stacjonowaøa w pobliżu jednej z wiosek w Bannorn. *** Severan otuliø się gronostajowym pøaszczem. mag odprawiø posøańca machnięciem døoni. Meghren będzie tak wdzięczny i ta k caøkowicie zależny od Severana. niespodzianka widzieć cię tutaj zywiście byøa niespodzianka. tak. A kiedy to się skończy. by zdobyć informacje i przeprowadzić zwiad. oddamy mu skradziony tron! Tu. W oczach miaø śmierć. ale kiedy armia rebelii zostanie rozbita. Severan zebraø wojsko i wyruszyø na spo tkanie legii kawalerzystów przybywających z Orlais.. ze zøością kopiąc poduszki. okryty urowym pøaszczem. O. przyjaciele! Dzisiaj świat usøyszy nasz ryk! I ryk się podniósø. . Najpierw zatrzymaøy go zamieszki w Wysokożu. osada po osadz ie jeżeli zajdzie taka potrzeba. a to opóźniøo dziaøania maga jeszcze bardziej. a wcześniej przez ponad tydzień Severan nie dostaø żadnych wieści. Ale zaraz odpędzaø te myśli.Ja.wycedziø mag . by pozwoliø mu zostać na dworze i nigdy tutaj nie wracać przecież tego wøaśnie pragnie najbardziej. gdyby wróciø do Kręgu Maginów i zacząø od nowa. który wøaśnie møodzieniec. Nie wydawaøo się prawdopo obne. ale kawalerzystów nigdzie nie byøo w idać. a musiaø zapøacić jeszcze więcej za nowy kontrakt. potrząsając mieczami i wøóczniami. Ale na razie Severan miaø tylko wiele problemów. niż przewidywaø.Paź sk uliø się jeszcze bardziej. . ale wcześniejsze wysiøki. ale mimo to maga dręczyøy wątpliwości. Przybysz dzierżyø døugi miecz z magicznymi runami na ostrzu. u i otuliø się ciaśniej biaøym gronostajowym pøaszczem.

. W każdym razie køuøo oczy i paliøo ga rdøo. Twarz Marica wykrzywiø gniew. . lecz Maric zbl iżaø się nieuchronnie. sz tego miejsca żywy! . a . powiedziaøa. coraz przebijaøy się przez świst magicznej zamieci. krzycząc z bólu. i życie. .trafiøa Marica w pierś. Zatoczyø się na pokryte szronem krzesøo. . Z bolesnym okrzykiem upadø na kufer. Na zewnątrz rozlegøy aniepokojone woøania. kaszląc spazmatycznie. a z rany w aøa i krew.Twoi strażnicy są . Książę uśmiechnąø się bez radości. Ale skoro mnie wyręczyøeś. . rozkaz w starożyt języku tevinterskim.nie byø pewien. walcząc z agonią i bólem. co mi zrobiøa. Ledwie widziaø. a miecz zanurzyø się w sercu Severana. gdzie smocze ostrze dotknęøo magicznej osøony Severana. Uniósø miecz i opuściø go z impe scu. gdy czarodziejski miecz wchøonąø energię zaklętej tarczy. Lecz niezależnie od wrażenia. Severan wypowiedziaø jedno søowo. Severan wykonaø krótki gest. W tyle gøowy mag usøyszaø znajome buczenie. p szronem ściany i podøogę. Skóra na twarzy mu popękaøa. Severan zawyø z przerażenia. Maric musiaø teraz walczyć nie tylko z bólem. Mag wycelowaø buøawą w Marica.cznie się atak? Na pewno książę nie byøby tak gøupi. Czoøgaø się teraz szybciej.. . Mag zamierzaø rzuc zaklęcie na bezradną ofiarę. Na srebrzystej zbroi nat ychmiast wykwitøy lodowe wzory. Severan podszedø powoli do wstrząsanego bolesnymi konwulsjami Ma rica. próbowaø jeszcze przywoøać inny czar.Powiedziaøa ci? . miecz nie da mu zwycięstwa. Mag spazmatycznie wciągnąø powietrze.Nie fatyguj się wzywaniem pomocy.Severan z zaintrygowaniem pogøadziø bródkę. a jego ciaøo zacząø ogarniać .przeciwnik mógø przecież dobiec do Severana z mieczem. gdy puls mu zwalniaø. a nawet rytuaø wyrywający ducha z ciaøa i chroniący przed śmiercią. Maric natarø na maga.Jak? Mó siążę? A czemuż to? Nie odpowiedziawszy.Nie żyje. Książę wstaø. ale zwinąø się z bólu. Sever an spojrzaø na księcia z wyzywającą pewnością siebie.Po tym.. møody czøowieku? A wøaściwie jak mnie znalazøeś? Maric obróciø bok i zaciskając zęby. Ni nie może się tak skończyć! Nie tak! Próbowaø jeszcze przywoøać zaklęcia.Naprawdę wydawaøo ci się. przywoøując czar magicznej osøony. gdy pøomień w gardle stawaø się coraz bardziej intensywny. Zupeønie nie tak. Severan musiaø przy niem. . ale byøo za późno. . co to jest. Mrużąc oczy. ale nieoczekiwanie Maric uniósø døoń. . Severan ponownie byø pod wrażeniem. . dźwignąø się na kolana.wysyczaø mimo bólu. Szybko uniósø døoń i rzuciø zaklęcie. gdy czarodziejska tarcza rozpadøa s zty.. Nie spuszczając oka z in . Przez gøowę galopowaøy mu urywane myśli. mój książę. a Severan zabl okowaø cios buøawą. wolaøbym zab tę elficką sukę wøasnymi rękami. ja mag miaø przed sobą. jakie umiaø zrobić te n møodzieniec. Mag wybaøusz gdy ujrzaø moc książęcego miecza. które go ocalą . spalającym go niczym biaøy pożar. próbowaø się odczoøgać jak najdalej od miejsca. na ziemię. trysnęøy iskry.Nie nazywaj mnie tak. Møody czøowiek wyglądaø w każdym calu jak król i wojownik. Na døoni zamigotaø m mień. Zdawać by si ogøo. Lecz bezwøad poz iaø go również mocy i Severan mógø tylko krzyczeć w myślach. Mag nie zostaø ranny. ruszyø do maga.Po to przyszedøeś? To może okazać się sze. Chmura kurzu. Wzrok Severana zacząø się przejaśniać. Uniósø døonie w odruchowym geście onnym. kim jes teś. które przedstawiaøy go zupeønie inaczej niż zabójcę. przewracając lżejsze meble i rozwiewając pergaminy.Co za szkoda chnąø Severan. . Maga otuliøa ledwie widocz na poświata. Buøawa wytoczyøa się z bezwøadnych palców i Severan legø nieruchomo. Napisaøa w nim.Zabiję cię wcześniej. . Ostrze wbiøo się w ciaøo maga aric naparø na nie caøym ciężarem. co zrobiø książę.Zostawiøa mi list.wykrzyknąø mag z gniewem. .Mógøbym krzyknąć tak gøośno. Maric stanąø nad magi iąc się z wściekøości i zaciskając palce na rękojeści broni. brudu i pyøu iadøa na twarzy Severana . Zaciskając zęby i kulejąc.powiedziaø Maric. Bøysnęøo i mroźny wiatr rozhulaø się nagle. na twarzy i rękach miaø krew z pękniętej skóry. ale i ze śni eżycą. rzaø na maga. by przyjść sam. chyba będę musiaø na tobie poćwic które wymyśliøem dla niej. I wte po policzkach księcia pøyną øzy. Wewnątrz namiotu zaczęøa się burza.i zgasø.. że wez tu caøą armię. Bøysnąø jasny pøomień. . Wiatr nadal hulaø wokóø. Wysiøkiem woli Severan uniósø w jego stronę døoń. Ubranie księcia pokryøa warstewka szronu. Kaszląc i charcząc. omal nie pociągając na ziemię części wielkiego namiotu. Siøa uderzenia podbiøa księcia do góry. rzuciø kilka søów p evintersku. Okrzyki na zewnątrz stawaøy się gøośniejsze i bliższe.Prezent od Katriel . Wyciągnąwszy ramię. drżąc z wysiøku i bólu. Udaøo mu się chyba tylko dzięki czy oli. . unosząc miecz. a przenikliwe zimno przeszyøo księcia. kuląc się z bólu. W miejscu zetknięcia się broni prysøy biaøe iskry i pøomień.wrzasnąø przerażony Severan. że chciaø rozerwać namiot. .Nie! . żøobiąc wilgotne ścieżki na śnieżnobiaøej od szronu twarzy. Z palców Severana str wica . z ran popøynęøa zastygająca szybko krew. .cz wiające. Kiedy c wzniósø miecz po raz drugi. że możesz wej ego obozu i zabić mnie ot tak. . spoglądając na przeciwnika beznamiętnie. Książę znowu byø na kolanach.A gdzie jest elfka? ..Je jeden dar od Katriel . czujnie unosząc miecz. a jasnowøosy książę podszedø bliżej. niż myślisz. Lecz książę podniósø li. jak cię znaleźć i jak pokonać. jak można się spodziewać na podstawie pogøosek.wysyczaø. Mag zgiąø się wpóø i cofnąø. po którego zbroi przebiegaøy iskry wyøadowań. Ozdobna buøawa przeleciaøa przez namiot i wskoczyøa w døoń maga. Już wiedziaø. w którym dowaø się Maric .

by zdrajcy zapøacili.Dziękuję ci. Drugi ze zbrojnych. nie można wybaczyć. Z grymasem książę wyszarpnąø miecz z bezwøadnego ciaøa. Za tę część duszy. Zamarli na widok martwego maga oraz klęcząc ad nim Marica. że byøa śledzona w drodze do Denerim dziaøa. . A potem yjaśniøa dokøadnie. Ten mężczyzna zapøaciø za swoją ncję. Do środka wpadøo dwóch żoønierzy. Dlatego zaøatwiø to szybko. Zapøaciø za rządy żelaznej ręki.w ric. Krew powoli rozlewaøa się na bieli oszronionej podøogi. Znalazø list w maøym sekretarzyku w komnacie Katri el następnego ranka po jej śmierci. jak podejść Severana i zabić. Wiedziaøa. Bez niego . niektóre rozbrzmiewaøy bardzo blisko. Jeden ze zbrojnych otrząsnąø się z zaskoczenia szybciej i z bojowym okrzy kiem natarø na księcia. a potem pchnąø je szybko. którzy staną Maricowi na drodze. Przygarbiø się w wypeønionym ocie i pozwoliø øzom pøynąć. Katriel . unosząc miecz. pozostawiając gøębo rozprysk krwi. A potem życzyøa Maricowi szczęścia.uzurpator bę e zgubiony. Utracony tron zostanie odzyskany. . Katriel wiedziaøa. przebijając pierś przeciwnika. że książę się zbliża. co uczyniøa. że znajdzie sposób. W pobliżu rozbrzmiewaøo coraz więcej gøosów. Wkrótce do namiotu przybiegnie więcej zbrojnych . widząc. którą utraciø po drodze się. lecz Maric tylko cofnąø ostrze. ale pozostaø bitwy Maric zamierzaø toczyć sam.napisaøa Katriel . Za Katriel. Zmiesz ne krzyki niosøy się po obozie. Loghain i Rowan dzisiaj za niego walczyli. co ją czeka po powrocie. czując. Krzyk zamarø na ustach nieznanego żoønierza. wybaøuszyø o chu. Poprzysiągø. I niech Stwórca ma w opiece tych. i znalazø. jakby jej nigdy nie byøo. I teraz należaøo tylko stko zakończyć. Książę zapøakaø. Mag się nie poruszyø. ale nie będzie trwaøo døugo. Idę po ciebie. jakie sprawowaø uzurpator. Napast nik zacharczaø przed śmiercią. Za matkę. Ale od teraz nie będzie już litości. Smoczy miecz z øatwością rozdarø napierśnik i ciaøo. I znikø. Szron i lód jednak pozostaøy. a Maric drugim cięciem trafiø go w szyję. Zbrojny padø na kolana. Zostawiøa otwartą szufladę z pismem na wierzchu. W obozie rob ię zamieszanie. Maric winien byø jednak Severanowi wdzięczność za przysøanie Katri el. Ty jesteś następny. Z ponurym spo kojem Maric przestąpiø przez ciaøo. Maric wstaø i wyprowadziø cięcie szerokim øukiem niema w tej samej chwili. zale gając biaøą warstwą śniegu oraz mgøy na poøamanych meblach i rozrzuconych drobiazgach.zamglonych śmiercią oczach zastygøo niedowierzanie. Z tą milczącą obietnicą Mar iø się i wyszedø w ciemność. *** Zamieć w namiocie znikøa. I dlatego wøaśnie stawiø mu czoøa osobiście. Patrzyø przez chwilę. Maric obejrzaø się na martwego maga. że tego. nie m ożna byøo go nie zauważyć. i za przybycie w niegodnych zamiarach do Fereldenu. Meghrenie. Maric spojrzaø na leżąc go u jego stóp maga. jak ogarnia go smutek. a Ferelden znow u będzie wolny. Napisaøa. Chciaø wybiec i wezwać pomoc.

a jej syn kochaø je równie mocno jak matkę.jak je określiø teyrn Loghain. Walki tr waøy jeszcze przez trzy lata. Na pewno n do Loghaina. Døugie jasne wøosy spadøy mu na oczy. że przez wiele tygodni nie wychodziø z komnat. Królowa gasøa z dnia na dzień. . Oczywiście. Pierwszego amba sadora Orlais w Fereldenie. wielkie oczy Czy moi rodzice się nie kochali? Ach. Wyszczerzyø się promiennie. Uzurpator Meghre n do końca nie chciaø uznać porażki.zapytaøa w końcu kapøanka. do kogo mogøaby się zwrócić. Byø przekonany gra pojedynek.Twój ojciec pojedynkowaø się z Meghrenem na dachu fort u Drakon.uznaøa. to przecież ambasador nie musi tego wiedzieć.pomimo opowieści o legendarnej przyjaźni z królem Marikiem igdy nie pojawiø się w paøacu.zgodziøa się matka Ailis. inne. gdy chøopiec klasnąø z radości. Cailan znowu uśmiechnąø się szeroko.O czym te raz myślisz.Pewnie nie .To nie tak. a dwór zaczynaø się bać. gdzie skończyø czytać. . zjednocze i. dzi ecko. Niektóre tomy już mocno sczytaø. k tórzy nareszcie stali się wolni. . Rowan za sze cichøa. przysøanego dwa lata temu. wygrali. edy twoja matka umarøa . To atnia gøowa. My również straciliśmy wielu żoønierzy. Chøopiec skinąø gøową. Ailis dostrzegøa to od razu.K apøanka umilkøa. nie byøo go tam.Ale co się staøo z uzurpatorem? Nie braø udziaøu w Bitwi e nad Rzeką Dane. Matka Ailis wzięøa gøęboki wdech. Zabarykadowaø się z nielicznymi poplecznikami w forcie Drakon. Z roztargnieniem wyciągnęøa pomarszczoną døoń i pogøaskaøa Cailana po jasnej czuprynie. który uważaø króla Marica za bohatera i niedościgø zór. Nie można byøo zauważyć. . Cailan przekartkowaø książkę trzymaną na kolanach. aż w końcu twój ojciec wyzwaø go na pojedynek. Wspani aøy tom z pięknymi malunkami. gdy chøopiec w ierciø się na krześle z podniecenia. W paøacu nie byøo nikogo. Twoi rodzice wiedzieli. Cóż w tym dziwne go? Nie byø jedynym chøopcem w Fereldenie. Zauważyøa.Ailis ostrożnie dobieraøa teraz søowa twój ojciec byø tak smutny. której nie potrafili wstrzymać najbieglejsi z Kręgu Maginów. zastanawiając się. Matka Ailis przygląd høopcu przez døugą chwilę. dopiero czekaøy na dokøadniejsze przejrzenie. Caøy Ferelden świętowaø tamten dzień . Nawet twoja matka omal nie umarøa. . a caøy zamek o arnęøa trwoga. A także poøowa naszej armii. Nalthur i Legion Umarøy ch polegli walecznie. søuchaø z uwagą .W tej warowni wewnątrz góry? . . Cailana awsze fascynowaøy opowieści. że wkrótce będzie o is nie wiedziaøa. że zwykøy wøościan z nich. Zachichotaøa. tutaj. . jaki byø prezentem od ambasadora Orlais. Westchnęøa gøęboko i ujęøa go pod b dzice darzyli się wzajemnym szacunkiem i przywiązaniem. w mieście. Meghren siedziaø tam sześć dni. . Naród opøakiwaø ukochaną królową. Ale król Maric chciaø. Jak na dwunastolatka. Królowa Rowan niestrudzeni e wypeøniaøa paøac woluminami. które z czasem zmieniøy się w miøość. uzurpator nie mógø przepuścić okazji i przyjąø wyzwanie. . Cailan uniósø zamy wzrok znad zapisanych stron. nim ponownie odgarnęøa mu kosmyki pieszczotliwym gestem. jednak . że chøopiec nie zrozumiaø.ludziom ogromnie się podobaøo.Ale nie wygraø! .Ale wygrali? Matka Ailis uśmiechnęøa się z rozbawieniem do møodego Cailana. møodemu Cailanowi podobaøy się obrazki z książki. W biblio tece søychać byøo tylko szum jesiennego wiatru za oknami i szelest kartek. a to byøo dla nich ba ważne. a kiedy zabiø uzurpatora. nie byøoby nas tutaj. przedstawiające orlesiańskich rycerzy i bit y. by odbudować zniszczenia i pomóc ludziom. Rzecz jasna. odciąø mu gøowę i nabiø ją na pikę przed bramą paøacu. Gdy tylko ktoś wspomniaø przy królowej imię Loghaina. Ailis pamiętaøa równie dobrze. Teyrn Loghain poślubiø miøą kobietę i aø się ślicznej córki. czyż nie? .Zostali królem i królową Fereldenu. by jego syn d wiedziaø się wszystkiego.Uśmiechnęøa się øagodnie. Teyrn Loghain strasznie się o to r zgniewaø. . . prawda? Cailan kiwnąø gøową z ponu rą miną. najbardziej jednak uwielbiaø te o jego ojcu. drogi chøopcze? . aż w końcu spokojnie z nęøa oczy i zasnęøa na wieki.EPILOG. Pamiętasz to. że muszą dziaøać wspólnie. møody czøowieku. Wtedy wøaśnie Loghain zasøynąø jako Bohater znad Rzeki Dane. a król spoglądaø na nią ze smutkiem.Wøaśnie tej.Pewnie nie. po koronacji nowej wøadczyni imperium. Ale to byø wielki dzień dla Fereldenu. Król od czasu do czasu o . Przybyø z wieloma darami. Na døugie tygodnie król Maric zamknąø się w komnatach i tylko s aø przy biurku lub patrzyø w ogień. nie wygraø.Na pewno sam się domyśliøeś. . I ten tytuø nosi do dzisiaj. a jeżeli nawet wypeøniaøy mu gøowę raczej myślami o zwycięstwie Fereldeńczyków niż potędze . że imperator Florian odmówiø uz rpatorowi dalszego wsparcia.Nie. . Miesiące wyniszczającej choroby. Prawie się nie odzywaø i jadø coraz mniej. Gdyby wygrali. èapówki . . przyjmując tę wieść z powag A potem opuściø wzrok na książkę. jaka ozdobiøa paøacowe wrota. Po wojnie Maric podniósø go do godności szlacheckiej i mianowaø teyrnem Gwa ren. Cailan uniósø poważne.Nie. zanim twój ojciec nareszcie go pokonaø. Po wojnie mieli wiele do zrobienia. Nasze siøy zdziesiątkowaøy Orlesian tak bardzo.Loghain poprowadziø armię rebelii do wspaniaøeg o zwycięstwa. prawda? Matka Ailis zaśmiaøa się tylko. jeszcze nowe. by to się udaøo. I dlatego imię Loghaina nieczęsto wymawiano na dworze. czy opowiadać dalej. staø się bohaterem i dostąpiø tylu zaszczytów. Także w tej chwili Cailan byø obøożony książk . co robić.pootwieranymi na stronach. .

gdzie rozrzuciøa popioøy jego ojca wraz z popioøami ludzi.To samo zawsze mówi ojciec. że nie kochaø twojej ma tki. . matko Ailis? . Będziesz mógø się mu pochwalić. Nie istnieje nic. I tam. Kapøanka żyøa w maøej osadzie na póønoc od Gøuszy. gdy się tam wybieraø. Z kamienną twarzą wszedø do komnat króla i z zasnąø drzwi. A potem nagle drzwi się otw arøy.A czy będę tak dobrym król ojciec? Roześmiaøa się na to pytanie.Myślę. by p stać w paøacu.westchnąø Cailan. ale także Moiry Rebeliantki i Marica Wybawiciela. . gdy Loghain ją odnala zø.dwiedzaø Gwaren. mój drogi chøopcze. Ailis pieszczotliwie zmierzwiøa chøopcu wøosy i wstaøa zesøa. Bøagaø ją o przebaczenie. Odpowied oliøa møodego księcia. kiedy usøyszaøa o mężczyźnie.Myślisz. Ailis przypomniaøa sobie dzień. I tam wspólnie ją opøakali. . Siedzieli tam z Marikiem przez døugie godziny. tak. a potem popatrzyø na kobietę z namysøem. Nie znaczy to jednak. że później będzie czas na opowieści. Katriel. Wówczas Ailis dotrzymywaøa jej milczącego towarzystwa. Masz w żyøach k nie tylko Kalenhada Wielkiego. czego nie mógøbyś dokonać. ja też kiedyś będę królem. Potrząsając gøową z rozbawieniem. a Ailis powiedziaøa. śmiejąc się gøośno. Wiele czasu zajęøo jej zebranie ich i zøożenie na spoczynek na wzgórzu przy dzie. podbiegø i porwaø ją w ramiona.rzadko się przecież nawet uśmiechaø. .Jesteś Theirinem. Z podnieceniem pobiegø przez korytarze paøacu i zniknąø niemal natychm ast. A potem zaprowadziøa Loghaina na miejsce. møody czøowieku. gdy ten pøakaø jak dziecko. Chøopiec przewróciø westchnąø ze znużeniem.Chodź. Chociaż wątpię. Módlmy się. czy będę tak dobrym królem jak Twój ojciec myślaø tak samo. Wątpię. by nie stąpiøo to wkrótce. Ailis nie miaøa co do tego wątpliwości. gdzie zøożono popi oøy królowej. że opowie mi jeszcze jedną historię? Chcę się do ieć więcej o smokach! . Przespaceruj się ze swoją starą nauczycielką.Kiedy twój ojciec odejdzie. jak wspaniaøym søuchaczem dzisiaj byøeś. lecz za każdym razem. Kiedy Loghain uj rzaø Ailis w domu opieki dla chorych. królowa znajdowaøa wymówkę. Cailan zamknąø książk rzez chwilę podziwiaø grawerowaną skórzaną oprawę. Ailis obejmowaøa Loghaina. bym dożyøa twojej koronacji. jeżeli tylko się przyøożysz.Pamiętam . a Loghain przybyø. matka Ailis chwyciøa laskę i powoli ruszyøa w ślad za lanem. a ona pøa kaøa wraz z nim. W końcu jednak kapøanka wyprawiøa posøańca do Gwaren. byøo inne. Nigdy nie powinieneś w to wątpić. . Ca z uśmiechem zerwaø się z miejsca. Gar th na pewno byøby dumny z syna. co twój ojciec o elfickiej kobiety. . mój maøy. który wy spod prawa zabitych przez ludzi uzurpatora i podobno szukaø ojca. Ale nie dzisiaj. . poszukamy twoj ojca w ogrodach. . To niego tak niepodobne . że nie ma czego wybaczać. w deszczu. których Gareth p róbowaø chronić. Teyrn Loghain i król Maric bez søowa wyszli i udali się do miejsca.To.

Related Interests