You are on page 1of 16

BEZPŁATNA GAZETA TORUŃSKA | NR 6 | 6 GRUDNIA 2013 | ISSN 4008-3456

kuLtura sTR.14

Oleksandra Tretyakova mieszka w Polsce od dziesięciu lat. Pochodzi spod Kijowa. Nie wierzy, że na Ukrainie dojdzie do zmiany 4

Przeżył tylko ocalony
Poznał walkę na okręcie marynarki wojennej od kuchni. Dosłownie

Podchody XXI wieku? Młodzi wybierają GPS i geocaching

6

Konflikt wokół ekranów akustycznych na Trasie Średnicowej

8 10

Następny numer 20 grudnia

Torunianka Zofia Czuruk-Mielniczek wraz z ojcem uratowała w czasie II wojny światowej kilkudziesięciu Żydów. Dotarliśmy do jednego z ocalonych, który żyje do dziś w Izraelu. “Gdyby profesor Czuruk żył, całowałbym go na kolanach po rękach” - mówi Josef Eyntov. Oboje opowiedzieli nam o Lwowie z czasów Holocaustu.

2

to ważne

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

stopka redakcyjna
Redakcja „Tylko Toruń”
Złotoria, ul. 8 marca 28 redakcja@tylkotorun.pl

Wydawca

Goldendorf

Redaktor naczelny
Radosław Rzeszotek goldendorf@goldendorf.pl

Sekretarze redakcji

Agnieszka Korzeniewska (aga@tylkotorun.pl), Tomasz Więcławski (GSM 535 405 385)

Dział reportażu i publicystyki
Maciej Koprowicz, Marcin Tokarz

Dział informacyjny
Fot. ADAM ZAKRZEWSKI

Łukasz Piecyk, Jacek Laskowski, Aleksandra Radzikowska, Michał Ciechowski

FELIETON

Kto pierwszy skoczy z mostu?
mówi się, że Michał Zaleski zrealizował doskonały plan utrzymania się przy władzy. Budowy mostu i dróg zagwarantowały mu popularność, którą potrafi zręcznie wzmacniać dzięki dobremu PR-owi. Nie ma się co dziwić. Michał Zaleski jest już prezydentem Torunia niejako z zawodu, zna miasto i mieszkańców od podszewki. Na pewno wie, co robi. Martwię się jednak co będzie po otwarciu mostu... Czym wtedy Toruń będzie żył? O czym rozpisywać się będą wszystkie gazety? Jakie wstęgi będzie można przeciąć? Czego wtedy będzie można prezydentowi pogratulować? Obawiam się, że medialno-propagandowy tasiemiec „most w Toruniu” na łamach zagości dopiero, kiedy ktoś skacząc z niego, postanowi zakończyć żywot. Most na Wiśle to gruba sprawa. Trudno będzie ją przebić, zwłaszcza, że prognozy budżetowe Torunia nie zapowiadają rekordowych wzrostów. Miasto się wyludnia – nie mieszka już w nim przecież nawet 200 tysięcy osób. Hasło, że most łączy to, co najważniejsze, nie brzmi zbyt trafnie. Wpasowałbym je raczej do opisu stosunków polsko-ukraińskich, na których ostatnio zna się prawie każdy polityk. Z ich ust, od lewa do prawa słyszymy frazesy o poparciu i sympatii dla narodu ukraińskiego. Zaczynamy żyć w przekonaniu, że i Ukraińcy darzą nas tak wielką sympatią jak my ich. Czy jednak jest tak naprawdę? Nasza gazeta nie udaje. Studiująca w Toruniu Ukrainka (o której piszemy na stronie 4) przyznaje wprost, że Ukraińcy wizyt polskich emisariuszy nie traktują poważnie. Widzą w nich raczej chęć zaistnienia w ojczystych mediach. W polską przyjaźń na Ukrainie wierzy mało kto. Podobnie stało się z nowym toruńskim mostem. Jest już samodzielnym bytem, samonapędzającym się tematem dla mediów. Okazją do zaistnienia, ciepłem, przy którym każdy chce się ogrzać. Dlatego tęsknię już za normalnością, bo czemu mam się dziwić i zachwycać faktem, że zbudowano wreszcie most, o który mieszkańcy Torunia prosili od przynajmniej kilkunastu lat? Po to przecież wybrani zostali rajcy i prezydent. Orderów za obowiązek się nie wręcza.

Kultura Zdjęcia

Łukasz Piecyk Adam Zakrzewski, Łukasz Piecyk, Maciej Pagała

REKLAMA

RADOSŁAW RZESZOTEK

T

Małgorzata Kramarz (GSM 607 908 607), Karol Przybylski (GSM 665 169 292), Kinga Baranowska (GSM 796 302 471), Anna Nowak (GSM 512 390 244) reklama@tylkotorun.pl

Skład Druk

rąby miejskie obwieściły wielkie otwarcie. Toruń zyskał nowy symbol gwarantujący malowniczy plener telewizyjnych seriali. Most wygląda porządnie, bo i sporo kosztował. Z całą pewnością pasowałby do miast wielkości Gdańska czy Wrocławia. Czy Toruń stać na taki obiekt – dopiero się przekonamy. Od dwóch lat na toruńskich salonach

Studio Tylko Toruń Express Media Sp. z o.o.

Redakcja nie odpowiada za treść ogłoszeń. *** Na podstawie art.25 ust. 1 pkt 1b ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych Agencja Public Relations Goldendorf zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie materiałów opublikowanych w “Tylko Toruń” jest zabronione bez zgody wydawcy.

ISSN 4008-3456

Płomień daje nadzieję
Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom jest jedną
z najważniejszych akcji organizowanych przez Caritas

W

Fot. ADAM ZAKRZEWSKI

minioną sobotę na lodowisku Tor-Tor rozbłysło światło świecy Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom inaugurujące kolejną edycję akcji. Podobne świece już drugą dekadę rozświetlają nasze wigilijne stoły. - Mamy możliwość pokazania, że Kościół otacza człowieka nie tylko na poziomie przekazu religijnego, nauczania i doktryny, ale wykonuje także konkretne działania – mówi ks. prałat Daniel Adamowicz, dyrektor Caritas Diecezji Toruńskiej. – W Polsce jest prawie 1,5 mln potrzebujących dzieci. Co roku możemy kupić w swojej parafi świecę „Caritas”. Od niedawna istnieje także bardziej mobilna alternatywa w postaci zamówienia przez sms-a. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie świeca jest nieodzownym symbolem akcji, która w tym roku działa pod hasłem „rozjaśnij dzieciom przyszłość”.

- Co roku uczestniczę w wizycie duszpasterskiej, którą nazywamy kolędą – mówi ks. Adamowicz. – Kiedy odwiedzam domy i widzę w niektórych całą kolekcję świec z poprzednich lat, jest to dla mnie piękne doświadczenie. Sobotnia inauguracja tegorocznej edycji Wigilijnego Dzieła Pomocy była dużą atrakcją dla kilku tysięcy dzieci zebranych na widowni Tor-Toru. Największe emocje wzbudziło pojawienie się na lodzie samochodów policji i straży pożarnej, wraz z którymi zjawił się także Święty Mikołaj. Podczas imprezy podsumowano także dwie akcje, „Warto być bohaterem” i „Jestem widoczny – jestem bezpieczny”. W ramach tej drugiej, wszystkie dzieci na widowni otrzymały kamizelki odblaskowe. (MK)

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

reklama

3

4

to czytaj

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Przyjaciółka, kochanka i terrorysta
Mieszkanka Torunia nie mogła uwierzyć w słowa prezentera wiadomości. Według informacji,
które podawał, przyjaźniła się z poszukiwanym od 17 lat przestępcą należącym do organizacji ETA
miesięcznego pobytu u swojego chrzestnego w Liverpoolu. - Przedtem on i Natalia bardzo często odwiedzali moją rodzinę, toteż miałam okazję dobrze go poznać. Franco bezinteresownie pomagał nam w domowych naprawach i przeprowadzce. Miał wysoką kulturę osobistą. Był wręcz szarmancki, ale nie sztywny. Łatwo udawało mu się nas rozbawić. A do tego wszystkiego był niesamowicie przystojny. Z jego oczu biło ciepło, nie żądza mordu, czy szaleństwo... Domek w żarówce Pytania o rodzinę czy dawne zajęcia, Franco zbywał żartami. Nikt nie dociekał. Każdy cieszył się jego towarzystwem. Przed pojmaniem Raula nic w jego zachowaniu nie wydawało się podejrzane. - Wcześniej człowiekowi coś takiego nawet przez myśl nie przeszło - mówi Zbigniew H., chrzestny Katarzyny Z. i były przyjaciel Franco. - Natalia ufała mu bezgranicznie, a tak naprawdę nic o nim nie wiedziała. Reszta rodziny tym bardziej. Później zacząłem kojarzyć fakty. Gdy szliśmy z Franco grupą, on zawsze był na czele. Kilka dni przed obławą, krył się za nami. Myśleliśmy, że się wygłupiał... Jak słyszał policyjną syrenę, zaraz proponował zmianę lokalu. Ale najbardziej uderzały nas jego umiejętności manualne. Bez drżenia rąk, pensetą w środku żarówki, potrafił tworzyć jakieś domki z kawałeczków plastiku, chmurki z waty. Takie upominki dawał Natalii... Śmierć ośmiu setek - Jak na razie hiszpański sąd oskarżył Raula Villotę o posiadanie broni i materiałów wybuchowych oraz przynależność do organizacji terrorystycznej, jaką jest ETA - informuje prof. Ryszard Machnikowski, ekspert ds. terroryzmu. - Zarzucił mu także próbę podłożenia bomby w samochodzie policjanta w czerwcu 1991 r. w miejscowości Vizcaya. Na miejscu terrorystycznego działania doszło do strzelaniny. Wtedy Villota został ujęty po raz pierwszy. Cztery lata później opuścił areszt za kaucją. W 1995 roku miał stawić się na rozprawę, ale rozpoczął ucieczkę, która trwała 17 lat. Od tamtej pory hiszpańska policja ścigała go międzynarodowym listem gończym. W ciągu 43 lat działania ETA, śmierć poniosło 800 ludzi. Raul Villota był przywódcą Matala, oddziału bojowego odpowiedzialnego za zamachy bombowe. W ich wyniku zginęło kilkunastu ludzi. W tym oficer policji z Baracaldo. Pierwsza ofiara Villoty w mundurze. - Gdy dowiedziałam się o tym wszystkim z telewizji, poczułam ścisk w żołądku - Katarzyna Z. łapie się za brzuch. - Przecież Franco i Raul to ten sam facet, z którym piłam piwo i śmiałam się przy rodzinnym obiedzie. Oszukał nas wszystkich... W 1990 roku, Raul Fuentes Villota wstąpił w szeregi ETA. Rozpoczął wtedy szkolenie z obsługi broni i materiałów wybuchowych. Od stworzenia pierwszej bomby dzieliło go ostatnie zadanie manualne. W trzy minuty, za pomocą pensety, musiał skonstruować model geometryczny osadzony wewnątrz żarówki. W następnych etapach szkolenia nauczył się jak wysadzić wroga w powietrze. Tak, by wokół zasiać terror.

K

MARCIN TOKARZ

atarzyna Z. nie wiedziała, że sympatią darzyła wielokrotnego zamachowca ściganego przez brytyjskie tajne służby wywiadowcze. Myślała, że ma na imię Franco i jest mężczyzną, którego wiele kobiet zazdrości jej przyjaciółce. Poznała zaledwie jedną z siedmiu twarzy Raula Fuentesa Villoty. Terrorysta od lat był na celowniku brytyjskiej i hiszpańskiej policji. Przywódca bojowego oddziału ETA, zamieszany w liczne morderstwa i ich próby, został zdemaskowany. Podejrzewał, że jest obserwowany. Liverpool przestał być bezpieczną kryjówką. Robotnicy naprzeciwko mieszkania Franco, 24 godziny na dobę, robili remont w miejscu, które go nie wymagało. Dlatego 16 listopada ubiegłego roku, jak nigdy dotąd, nie chciał odprowadzić swojej dziewczyny pod same drzwi jej biura. Nim zdążył ją opuścić, sprzedawca waty cukrowej przystawił mu pistolet do skroni. Dwaj mężczyźni, uprawiający jogging, powalili go na ziemię i skuli kajdankami. Zza krzaków wyjechały wozy policyjne i karetka. Agenci MI6 podejrzewali, że partnerka Raula Fuentesa Villoty może tego nie wytrzymać. Mieli rację. Natalia W. zemdlała. To nie żadna pomyłka

47-letni Raul Fuentes Villota wciąż oczekuje na swoją sprawę w areszcie śledczym w Liverpoolu.
- Franco, czyli Raul przeczuwał, że w końcu go dorwą - opowiada Katarzyna Z., przyjaciółka Natalii W. i jej chłopaka, który okazał się jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w Europie. - W czasie obławy policja przetrząsnęła całe jego mieszkanie. Oprócz siedmiu paszportów, zagranicznej waluty i pistoletu znaleźli list pożegnalny do Natalii. Leżał między pozwoleniami na liczne rodzaje broni. Nie zabrakło, też licencji na prowadzenie czołgu... List napisał tak, żeby Natalia nie łudziła się, że cała sytuacja jest jakąś pomył-

Fot. DAILYMAIL.CO.UK

ką. Prosił, żeby nie próbowała go odzyskać, bo jest już skończony. Przyznał się w nim do popełnionych morderstw i prawdziwej tożsamości. Natalia W. nie była w stanie jej wykryć, choć z Raulem spotykała się od 10 lat. W nocy był wspaniałym kochankiem. Rano przynosił śniadanie do łóżka. Potem odprowadzał ją pod same drzwi miejsca jej pracy. - Gdy doszło do zatrzymania Franco, byłam już z powrotem w Toruniu - opowiada Katarzyna Z., która Raula Villotę poznała podczas

Rosja ciągnie Ukrainę w dół
Oleksandra Tretyakova mieszka w Polsce od dziesięciu lat. Pochodzi spod Kijowa.
Podział państwa jest niezwykle wyraźny. Mieszkańcy stolicy i zachodniej części Ukrainy popierają integrację z Unią Europejską. Donieck i cały wschód trzyma z Rosją. - W tej części naszego kraju mieszka bardzo wielu Rosjan i rosyjskojęzycznych Ukraińców - opowiada Oleksandra Tretyakova. - Oni myślą zupełnie innymi kategoriami. Wielu chciałoby, chociaż nie wiem, jak to sobie wyobrażają, żeby wróciły czasy Związku Radzieckiego. Część dalej wierzy w komunizm. Są tacy, którzy nawet języka ukraińskiego nie znają. Sytuacja nie jest prosta. Klasyczny pat. Z jednej strony ulica domaga się wznowienia negocjacji z UE, odwołania obecnego premiera i zmian na szczytach władzy, a z drugiej opozycja jest na tyle słaba i podzielona, że nie widać alternatywy. - Rozumiem moich rodaków - mówi studentka dziennikarstwa. - Walczą w słusznej sprawie, bo stowarzyszenie, a potem wstąpienie do UE, wyszłoby naszemu krajowi na plus. Tam w wielu miejscach panuje bieda. Jeżeli Polacy narzekają na drogi, to co mają powiedzieć Ukraińcy? Problem polega na tym, że za Kliczką, który teraz stał się przywódcą wieców i manifestacji, nigdy nie stanie tylu ludzi, żeby mógł rządzić. Wschód nie poprze takiego prezydenta czy premiera. Nie zaufają mu. Nie ma żadnego męża stanu

Nie wierzy, że na Ukrainie dojdzie do zmiany. Wschód cały czas jest rosyjski, a wielu nie wie, o co walczy
- Wielu nie wraca już na Ukrainę - mówi Oleksandra Tretyakowa. - Na wschód od polskich granic nie ma bowiem państwa w pełni europejskiego. Ludzie liczą, że UE może pomóc ekonomicznie. Tak wiele jest bowiem do zrobienia. Na ukraińskiej wsi bardzo łatwo znaleźć wszechogarniającą biedę, stare lepianki - obraz, który w Polsce już ginie. Jakby czas zatrzymał się tam w miejscu kilkadziesiąt lat temu. Młoda mieszkanka Torunia bardzo chciałaby, żeby jej kraj zintegrował się z zachodnią Europą. - Rosja ciągnie Ukrainę tylko w dół tłumaczy studentka. - UE mogłaby pomóc, chociaż częściowo, wyciągnąć kraj na wyższy poziom. Nie widzę jednak obecnie na to większych szans. Janukowycz jest wierny Moskwie. Nie chce zaogniać sytuacji wewnętrznej, więc imituje działania w stosunku do Zachodu. Gdy przychodzi jednak do decydowania, jak miało to miejsce ostatnio, opowiada się jednoznacznie za opcją rosyjską. To się nie zmieni. Czy jest dla jego rządów realna alternatywa? - Taką wydawał się Juszczenko - odpowiada Tretyakova. - Naród wybrał jednak znów Janukowycza.

TOMASZ WIĘCŁAWSKI

U

kraina nie znika z ekranów telewizorów od kilku dni. Z wypiekami na twarzy śledzimy wydarzenia na kijowskim Majdanie. Torunianie, którzy pochodzą stamtąd, patrzą z dystansem na szanse stowarzyszenia ich ojczyzny z Unią Europejska. Prezydent Janukowycz uważany jest za wiernego Rosji. Tak krwawo, jak w ostatnich dniach, nie było w Kijowie nawet w trakcie Pomarańczowej Rewolucji. Przyjaciele studentki dziennikarstwa, z pochodzenia Ukrainki, ślady krwi znajdują na każdym kroku. Ta zbroczyła ulice, chodniki, podłogi w metrze i miejskich autobusach. - Władza postępuje niezwykle brutalnie - mówi Oleksandra Tretyakova, mieszkająca w Toruniu od 10 lat. - Nigdy nie wiadomo do czego Janukowycz może się posunąć. Opowieści o tym, że nie wiedział nic o akcji milicji, można włożyć między bajki. On decyduje o użyciu siły.

Oleksandra Tretyakova nie wierzy w zmiany na Ukrainie.
czy opatrznościowego, który mógłby zjednoczyć podzielone społeczeństwo. Trudno wyrokować, jak zakończą się wydarzenia, których świadkami jesteśmy obecnie. Ukraińcy nie postrzegają jednak Polaków, jako swoich jedynych i prawdziwych sprzymierzeńców. - Polscy politycy zbijają na mojej ojczyźnie kapitał polityczny - mówi dwudziestolatka. - Jest wiele antagonizmów między naszymi narodami. Odczułam to w Polsce parokrotnie. Kiedy chodziłam do podsta-

Fot. ADAM ZAKRZEWSKI

wówki czy gimnazjum niewybredne komentarze były na porządku dziennym. Jak ktoś ma nisko rozwiniętą kulturę osobistą, to potrafi szybko dokleić łatkę. No bo przecież po co do Polski przyjeżdżają Ukrainki i Rosjanki? To bardzo krzywdzące. Na studiach jest już znacznie lepiej. Z wykształceniem i wiekiem przychodzi nieco większa tolerancja. Młodzi Ukraińcy, którzy wyjeżdżają do Polski czy na Zachód, wiedzą, jak wiele ich kraj traci znajdując się w orbicie rosyjskich wpływów.

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

to czytaj

5

Powiesili wszystkich Józefków za Żydów
Błąkał się po ulicach Lwowa. Była zima przełomu 1943 i 1944 roku. Znał w miejście jeden adres - ul. Akademicka 1. Tam mieściło się biuro prof. Czuruka. Doskonale wiedział, że jeśli Niemcy rozpoznają semickie rysy, rozstrzelają go i jego wybawiciela na miejscu. Obcy człowiek wyciągnął jednak do niego rękę. Dał mu 70 lat życia.
się jej uciec do Austrii. Może jakiś Niemiec się zlitował patrząc na śliczną kobietę. Potem na piechotę wracała do brata. Pokazali jej tylko przestrzelone zaświadczenie. Ukraińcy, którzy uciekali na Zachód potrzebowali dokumentów. Zabijali wiec Polaków, którzy mieli papiery. Naprzeciwko rodziny Czuruków mieszkali lekarze. Rodzina Jonasów. - Oboje byli lekarzami - wspomina torunianka. - Mieli córkę. Ojcu udało się uratować ich wszystkich. Gdy tata umierał w 1950 roku doktor Jonas przyjechał do szpitala. Robił co mógł. żeby uratować mu życie. Więzienie na Mokotowie, gdzie wtrącili go funkcjonariusze UB, zniszczyło jednak doszczętnie jego zdrowie. Zmarł 3 maja. Doktor płakał jak dziecko. W 1942 roku Niemcy zdecydowali o likwidacji getta lwowskiego. Wielu Żydów próbowało uciekać i szukać schronienia. Strzelano do nich jak do kaczek. Część wiedziała, że ich jedyną deską ratunku jest rodzina Czuruków. - Moja babcia wyjechała kilka miesięcy wcześniej ze Lwowa, ale nadal była zameldowana - skrupulatnie opowiada Zofia Czuruk-Mielniczek. - Ojciec postanowił, że Żydówka, która potrzebuje pomocy, zajmie jej miejsce. Serce kołatało mi niesamowicie, jak usłyszałam głosy ukraińskich milicjantów na schodach. Od razu zaczęłam grać na pianinie i robić teatr. Przychodziło mi to łatwo, bo dziecinną miałam jeszcze urodę. Nie mogliśmy zdradzić się jednym ruchem. Weszli do kuchni. Od razu rozpoznali Żydówkę. Tata zrobił jednak wielką awanturę, że chcą zabrać jego teściową. Oni by tego nie zrobili. Wszystkich nas zastrzeliliby na miejscu. Jakimś cudem jednak uwierzyli i poszli dalej. Córka ukrywanej Żydówki oraz jej mąż, również dostali aryjskie dokumenty. Postanowili wyjechać do Warszawy. Starsza pani nie chciała być dla nich kulą u nogi. Wzięła końską dawkę tabletek psychotropowych. Zmarła. Jej córka zginęła później w stolicy. Nie mogła zostawić potrzebujących na pastwę losu. Była lekarzem. Na 10 lat zesłany na Kołymę Tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata prof. Czuruk nie dostałby jednak, - Nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby tam pojechać - mówi torunianka. - Nie chce tego oglądać. Moje serce by nie wytrzymało. Wspomina 1945 rok. Radziecki żołnierz zapukał do drzwi. - W drzwiach stanął Gruzin, niesłychanie przystojny - opowiada sędziwa dziś kobieta. - Chciał się dowiedzieć co u Jonasów. Ich córka flirtowała z nim na początku wojny. Kilka lat był jej wierny. Nie mógł uwierzyć, gdy powiedziałam mu, że żyje, ale wyszła za mąż. Płakał jak bóbr. Powiedział, że Gruzini dają słowo kobiecie na całe życie. Wyszedł. Takie historie też się na wojnie zdarzały. Mieszkanka Torunia sama też była w AK. Trafiła po wojnie do ciotki do Krakowa. Do dziś, gdy tylko zamknie oczy, ma przed oczami Lwów pogrążony w wojennej zawierusze. - Zabijali Żydów za sam fakt istnienia mówi cichym głosem. - Rodzina Józefków pomagała im, jak mogła. Niemcy byli jednak czujni. Znaleźli żydowską kryjówkę. Ku przestrodze dla innych powiesili całą rodzinę w centrum miasta. Mój brat na początku ich nie poznał. Później dostrzegł jednak buty naszego kolegi z podwórka.... Bronka. Współpraca Michał Ciechowski

TOMASZ WIĘCŁAWSKI

O

jciec Zofii Czuruk-Mielniczek z Torunia uratował kilkudziesięciu Żydów w czasie II wojny światowej. Zmarł wycieńczony pobytem w więzieniu. Josef Eyntov ma dziś 92 lata i mieszka w Izraelu. Na kolanach całowałby po rękach swojego wybawcę - pośmiertnie uznanego w 2010 roku Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata. - Patrzyłam na wojnę oczami dziecka, chociaż byłam już pełnoletnia - wspomina Zofia Czuruk-Mielniczek, mieszkanka Torunia. - Nasz dom już przed wojną był otwarty dla wszystkich potrzebujący. Przewinęli się przez niego oficerowie, ziemianie, księża, zakonnicy oraz uchodźcy. Ojciec był profesorem akademickim. Uczył języków słowiańskich. Miał silny kręgosłup moralny. Wiedział, że słabszego nigdy nie wolno zostawić w potrzebie. Niemcy przejęli z rąk Rosjan Lwów w lecie 1941 roku. Żydzi nie byli dla nich ludźmi. Wszystkich należało zamknąć w gettcie. Eksterminacja - to zakładał plan Hitlera. - Doskonale wiedzieliśmy, co grozi za ukrywanie Żydów - wspomina Zofia Czuruk-Mielniczek. - Żołnierze III Rzeszy się nie patyczkowali. Od razu kula w łeb albo pętla na szyję. Tata pomógł jednak dziesiątkom osób. Wracała na piechotę, by znaleźć ciało Julian Szpringer był bardzo uzdolnionym młodych chłopcem, uczniem profesora Czuruka. Miał siostrę. Byli Żydami. - Siostra Julka była śliczną dziewczyną - wspomina córka sprawiedliwego wśród narodów świata. - Udało się załatwić im aryjskie papiery. Pomogła Armia Krajowa. Trafili do majątków ziemskich zarządzanych przez Niemców. Dziewczynę jednak ktoś zakapował. Nie wiem jakim cudem, ale udało

Zofia Czuruk-Mielniczek doskonale pamięta Lwów pogrążony w wojnie, Josef Eyntov błąkający się bez dokumentów po mieście był skazany na śmierć.

Fot. ADAM ZAKRZEWSKI ARCHIWUM

gdyby nie przypadkowe zrządzenie losu. Josef Eyntov przyjechał w 2006 roku do Polski na zjazd drugiego pokolenia przemyskich Żydów. - Tam opowiadaliśmy sobie historie wojenne - wspomina Josef Eyntov, dziś 92-letni mieszkaniec Izraela. - Jeden z kolegów powiedział po usłyszeniu mojej, że zna ją z książki. Od razu zapytałem z jakiej. Okazało się, że syn mojego wybawcy opisał losy swojej rodziny i moje, z nimi splecione, w książce. Odnalazłem wydawnictwo i odszukałem Zofię Czuruk. Od razu wystąpiłem o przyznanie temu szlachetnemu człowiekowi tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Całowałbym na klęczkach po rękach Eyntov doskonale pamięta Lwów z początku 1944 roku. - Nie mogłem wiedzieć nic o moim wybawicielu - mówi mieszkaniec Izraela. Jakby znał jakieś szczegóły, to torturowany mógłbym je zdradzić. Nie mogliśmy tak ryzykować. Pytano mnie czy nie boję się chodzić po Lwowie. Uważałem, że nie mam tak charakterystycznej żydowskiej urody. Profesor śmiał się i grał słowami, że wyglądam „jak Czech - trzech Żydów”. Nie można było

poddać się psychicznie. To byłby koniec. Po wojnie ocalony Żyd trafił już w 1946 roku do Izraela. Jego żonę też uratowali przed śmiercią Polacy. Przed Oświęcimiem uchroniła ją polska mniszka. - Żonie udało się odnaleźć ją bardzo szybko - opowiada Josef Eyntov. - Ja na ślad profesora Czuruka nie mogłem trafić. Cała jego rodzina została rozrzucona po świecie. Gdybym po wojnie mógł go spotkać chociaż jeden raz. O mój Boże... Całowałbym go na klęczkach po rękach. Ludzi tak wielkiej szlachetności, jak on i jego rodzina, nie ma wielu. Przecież oni nie mieli żadnego interesu, żeby pomagać obcym sobie ludziom. Tak byli jednak wychowani. Buty Bronka Józefka Zofia Czuruk-Mielniczek łamiącym głosem opowiada historię swojej rodziny. Brat za przynależność do AK trafił na Kołymę. Był tam do 1955 roku. Ojciec umarł bardzo szybko. Matka bez środków do życia, w ogromnej biedzie została w Lwowie. Czekała na powrót syna z sowieckiego łagru. W 1955 roku znów go ujrzała. Stryj pomagał w Warszawie Żydom. Ktoś podkablował go Niemcom. Wywieźli go wraz z żoną i córką do obozu zagłady do Oświęcimia.

od redakcji
Izrael czci ofiary i bohaterów Holocaustu. W 1953 roku Kneset, czyli izraelski parlament, zainicjował działalność Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Zagłady Yad Vashem w Jerozolimie. W ten sposób ocaleni pragnęli oddać hołd swoim dobroczyńcom. Jednym z podstawowych zadań Yad Vashem stało się honorowanie ratujących mianem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Wnioski o przyznanie tytułu mogą składać uratowani lub ich najbliżsi. Działalność Instytutu będzie kontynuowana tak długo, jak długo wnoszone będą prośby o wyróżnienie. Najliczniejszą grupę narodową wśród Sprawiedliwych stanowią Polacy. Listę „Sprawiedliwych wśród Narodó Świata” można znaleź stronie internetowej www.sprawiedliwi.org.pl

Wilk morski w fartuchu
Mirosław Sawicki zakotwiczył swoje życie na lewym brzegu Wisły.
Kucharz na okręcie marynarki wojennej jest najważniejszy. Bez niego wszyscy pomrą z głodu
MARCIN TOKARZ

6

lewobrzeżni

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Na Podgórzu w dzień targowy…
Stragany w końcu pojawią
się na lewobrzeżu

M

orze wzmaga apetyt, a "Biały", według menu wiszącego w kambuzie, miałby podać znów jedno z trzech dań opartych na rybnych konserwach. Zaciągnięty na pokład, w charakterze kucharza okrętowego, ze swej wiedzy kulinarnej postanowił uczynić okład dla załogi wycieńczonej żelazną dyscypliną. Sympatii starszych stażem nie zdobył donosicielstwem czy lizusostwem, ale metodą starą jak świat. Trafiał przez żołądek do serca. Wielu z nich za karę nie spało od trzech dni. Energię czerpali jedynie z posiłków, które zawsze przywodziły na myśl ten, który mama przygotowywała na lądzie. Dla Mirosława Sawickiego, zaspokojenie głodu trzydziestu pięciu członków załogi okrętu rakietowego "Orty Kołobrzeg", było wyzwaniem. Dobrego jedzenia pragnęli bardziej niż seksu. Łagodziło ono bezwzględność i okrucieństwo starszych stażem. Tego dnia planowanie menu było jego najmniejszym zmartwieniem. Okręt stracił dwa z trzech silników i na otwartym morzu wpadł w sidła sztormu o sile 8 stopni w skali Beauforta. - Przeżyłem nie raz piekło, ale to... urywa i kręci głową z niedowierzaniem. Miałem śmierć w oczach. Łajba przewróciła się na bok. Straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, szukałem dojścia do szalupy ratunkowej. Zamiast niej, znalazłem młodych marynarzy leżących w wodzie zmieszanej z ich własną krwią i wymiocinami. Kambuz Sawickiego zamienił się wtedy w ruinę. W achterpiku fruwające gretingi poprzecinały zbiorniki na wodę. Puszki rybne były poskręcane, jakby ręką robota. Kuchenkę zmiażdżyły ciężkie, blaszane szafki. Okręt nie zatonął dlatego, że przed

T
Mirosław Sawicki jest obecnie szefem kuchni w Zajeździe Rogatka w Rogówku.
sztormem wymieniono uszczelki od hangaru. Polak głodny, Polak zły Na pokład okrętu marynarki wojennej zwykle zaciągano po pięciu miesiącach szkolenia. Mirosław Sawicki był już doświadczonym kucharzem. Wystarczyło mu trzydzieści kilka dni, by jako jedyny z rocznika, trafił w szeregi starszych marynarzy. Najmłodszym stażem spluwali oni w twarz. Za nic mieli ich potrzebę snu. - Wiedziałem, że psychicznie nie przetrwam tej nagonki, jeśli nie dam od siebie czegoś, na czym im zależy - wspomina były kucharz okrętowy, którego brwi, zarost i włosy pokryła już siwizna. - Polak głodny, to Polak zły. Jak najedzony, to leniwy i zadowolony. Skorzystałem, nie tylko ja, ale cała załoga. Służba wojskowa w marynarce wojennej miała charakter liniowy i trwała trzy lata. W tym czasie marynarze byli skazani na jedzenie każdego dnia wyłącznie rybnych konserw. Na "Orcie Kołobrzeg" zmieniło się to, odkąd chochlą w garze zaczął mieszać Mirosław Sawicki. - Na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem dogadałem się z załogą, że każdego dnia, jeden z marynarzy dostanie mniejszą rację żywności - opowiada 52 letni torunianin, który w marynarce wojennej służył w latach 1983-1986. - Zgodzili się i pierwszy raz od lat zjedli kolację wigilijną składającą się z dwunastu potraw. Kucharz, smażeniem sznycli i zapiekanek z serem w panierce, zyskał szacunek u starszych marynarzy. Nie był jednak w stanie robić rzeczy niemożliwych. Raz kazano mu jednocześnie czyścić relingi i gotować bigos dla całej załogi. W efekcie miał do wyboru albo zjeść spaleniznę i nie spać przez jedną noc, albo odpuścić i nie przespać trzech. Sen był tam na wagę złota... Za mundurem panny sznurem - Opowieści pana Mirka zawsze fascynują - uśmiecha się Marysia, kelnerka zajazdu Rogatka w Rogówku, w którym Mirosław Sawicki jest obecnie szefem kuchni. - Trzydzieści lat temu pewnie niejedna panienka chciała zedrzeć z niego mundur... Ilość przywilejów rosła wraz z długością stażu. Niezamężne kobiety tylko czekały, aż grupa młodzieńców w moro dostanie przepustkę i zjawi się na potańcówce. - Nie raz, nie dwa wróciłem na okręt bez guzików w marynarce... - Mirosław Sawicki zaczyna skromnie. - Dziewczęta wyrywały je nam na pamiątkę, z nadzieją, że kiedyś przyszyją. Mariola całą młodość czekała, aż zobaczy znów tego przystojnego kucharza. Od koleżanek dowiedziała się, że Mirek Sawicki uratował tonącego marynarza, który zasnął na warcie na molo i wpadł do lodowatej wody. O takim mężczyźnie marzyła. Potrafiącym gotować bohaterze... Został jej po nim jedynie guzik. Kucharz wolał jednak odespać swoją służbę w objęciach innej kobiety.
Fot. ADAM ZAKRZEWSKI ARCHIWUM PRYWATNE

argowiska przy Szosie Chełmińskiej, Mickiewicza i Szosie Lubickiej od lat służą torunianom jako źródło świeżej i taniej żywności. W przyszłym roku dołączy do nich targ na Podgórzu. Pomysł stworzenia takiego miejsca na lewobrzeżu i jego lokalizacja dyskutowana była w 2012 roku na konsultacjach społecznych z mieszkańcami. Zdecydowano się na okolice ulic Drzymały, Jabłońskiego i Okólnej. Konkurs na powołanie operatora targu ogłoszony w 2012 roku nie przyniósł rozstrzygnięcia, ostatecznie operatorem zostały więc Targi Toruńskie. Przetarg na wykonanie miejsca targowego wygrała włocławska firma Girder. Docelowo na Podgórzu ma stanąć 26 zadaszonych straganów i 8 stanowisk, na których będzie można handlować z samochodów. Sprzedawane na nich mają być głównie owoce i warzywa. Teren targowiska zaopatrzony będzie w wodę, kanalizację, energię elektryczną i ogólnodostępny szalet. Wielkością zbliżony będzie do targu na Mickiewicza, zajmować będzie ok. 1500 m2 powierzchni. Już za kilka dni planowany jest start prac budowlanych na terenie targu. Do końca kwietnia mają one się zakończyć, w maju targowisko zostanie uruchomione. Na dwa miesiące przed oddaniem go do użytku Targi Toruńskie rozpoczną nabór kupców. (MK)

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

reklama

7

Skrzynka pełna niespodzianek
Miłośnicy geocachingu mówią żartobliwie, że to szukanie pudełek po margarynie w
niu skrzynek nie ma granic – mówi Natalia Łożykowska, toruńska miłośniczka tej gry, uczennica Liceum Akademickiego . – Często to małe pudełeczko z przyczepionym magnesem, tzw. mikromagnetyk. Zdarzyło mi się odnajdywać wielkie zakopane skrzynie czy wręcz... butlę gazową w roli cache’a. Żartujemy, że ta zabawa to szukanie pudełek po margarynie w krzakach. Również miejsce ukrycia takiego pojemnika potrafi być bardzo oryginalne. - Znajdowałam „kesze” ukryte na środku jeziora, dwa metry pod wodą i dziesięć nad ziemią – opowiada Natalia. – W okolicach Torunia działa cacher, który lubuje się w pojemnikach zakopanych w ziemi na pół metra. Łopaty i łódki Wyprawa do miejsc ukrycia pojemników wymaga pewnego przygotowania. Niezbędna jest mobilna baza skrzynek, na przykład w telefonie. Często cacherzy wyruszają „na sucho” – po prostu zapamiętując wskazówki czy zdjęcia miejsca, do którego się wybierają. Niekiedy amatorzy gry podpierają się GPS-em, by ustalić lokalizację. W przypadku skrzynek ukrytych w niezwykły sposób „w terenie” konieczny może być do-

8

na własnym podwórku

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

krzakach. Współczesna wersja podchodów zapewnia dawkę adrenaliny i umożliwia odkrycie magicznych miejsc
poszczuć psami. Często jednak bywa, że są zadowoleni mając u siebie coś takiego. Jak kiedyś zostaliśmy zdemaskowani, to gospodarz cieszył się, że przyszliśmy, bo od trzech dni żaden cacher tam nie był. Perełki wtajemniczonych Odwiedzając polskie serwisy geocachingu – opencaching.pl i geocaching.pl – można przekonać się, że Toruń jest dla miłośników gry wymarzonym miejscem na wypad. Plan miasta jest cały zielony od punktów oznaczających cache. - Wiele jest naszych, więc mogę nie być obiektywny, ale uważam, że toruńskie skrzynki są świetne – twierdzi Wojtek. – Powinno się wykorzystać geocaching do promocji miasta. Niektóre gminy w Polsce nawiązują kontakt z cacherami, bo gra staje się coraz popularniejsza i niewątpliwie przyciąga ludzi tam, gdzie z innego powodu by nie dotarli. Z pomocą gry można odkryć ciekawe miejsca, których nie znajdziemy w żadnym przewodniku ani w internecie prawdziwe perełki, o jakich wie tylko garstka wtajemniczonych.

MACIEJ KOPROWICZ

S

pacer po Starym Mieście zachwyci każdego turystę przybywającego do Torunia, lecz na autochtonach znających każdy kąt tego miejsca nie zrobi już wrażenia. Nawet oni nie wiedzą, że Dom Kopernika, Krzywa Wieża i kościół Wniebowzięcia skrywają pewną tajemnicę. Ten sekret to niewielkich rozmiarów pudełeczko, które jest obiektem pożądania grona wtajemniczonych. Potrafią oni przebyć dla jego odnalezienia setki kilometrów... To pudełeczko to tzw. cache. Miłośnicy gry o nazwie geocaching, celowo ukrywają takie obiekty w rozmaitych interesujących miejscach, na stronach internetowych zabawy zamieszczając wskazówki do ich odnalezienia. Znalazca może odnotować swoje odkrycie w logbooku – specjalnym zeszycie umieszczonym w skrzynce, a także na stronie www. Najbardziej zaawansowani mają na koncie tysiące znalezionych pojemników. - Wyobraźnia geocacherów w tworze-

Odnalezienie niepozornego pudełeczka zwanego cache może wymagać specjalnego ekwipunku.
datkowy ekwipunek. - Jeśli skrzynka ukryta jest na drzewie, może się przydać lina- mówi Wojtek. - Gdy odnajdujemy ją wewnątrz obiektów, przyda się nam latarka, a do zakopanych łopata – Przy opisie skrzynki na stronie twórca pisze, jakiego dodatkowego sprzętu potrzeba – klucza francuskiego, a może łódki. Wyruszając na wyprawę warto pomyśleć

Fot. ŁUKASZ PIECYK

o czymś, co odwróci uwagę postronnych obserwatorów od poszukiwań. Może to być notorycznie rozwiązujący się but, do którego trzeba się schylać, rowerowy łańcuch, który ciągle spada, albo węszący po zakamarkach pies. - Czasem zdarzy się wpadka, i cacher zostaje nakryty – mówi Natalia. – Właściciel posesji, gdzie jest ukryta skrzynka, może

Prezent zamknięty w ramce
Pamiątkowa sesja fotograficzna

G

maleństwa to prezent na całe życie

dyby tak można zatrzymać magię świąt na długie lata? Szczególnie takich świąt, kiedy przybywa na świat kolejny członek rodziny. Czas narodzin dziecka jest zawsze szczególny, pełno w nim ekscytacji z powodu powiększenia się rodziny, ale zawsze jest także tyle spraw do załatwienia, a czas płynie tak szybko, za szybko! Na święta warto rodzinie z nowym potomkiem, zafundować wyjątkowy prezent i to wcale niedrogi. Co powiecie na indywidualną sesję zdjęciową małego, nowego członka rodziny, który jeszcze nie umie mówić, ba, nawet chodzić! Słodko leży w swoim łóżeczku, uśmiecha się rozkoszną, chodź bezzębną buzią... To najpiękniejszy widok zarówno dla jego rodziców, jak i pozostałych członków wielopokoleniowej rodziny. W pierwszym roku życia dziecka rozwój następuję bardzo dynamicznie,

z tygodnia na tydzień jego wygląd się zmienia niemalże na naszych oczach. Czemu by nie zatrzymać tego momentu na dłużej, na zawsze? Na zdjęciach, wykonanych przez profesjonalną fotograf, jest to możliwe. Taka sesja będzie także doskonałym prezentem świątecznym dla dziadków czy cioci. Dwie przyjemności w jednym! Idealny prezent i niepowtarzalna pamiątka. A bohater sesji, nieświadomy całego zamieszania, jak gdyby nigdy nic, przeciąga się słodko na kołderce, szczerząc różowe dziąsełka, z których jakby przebijało coś białego... O, pierwszy ząbek! Schowajmy go na szczęście kiedy wypadnie, bo pamiątka na zdjęciach w pięknym albumie, pozostanie na całe życie- bohatera sesji i całej jego rodziny. (AK)

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Naprawa czyni cuda
Pochopna decyzja może nas sporo kosztować.
Warto się zastanowić, czy nie wystarczy nam zwykła naprawa

reklama

9

J

eśli Twoje okna są w coraz gorszym stanie, to nie oznacza, że czeka Cię ich wymiana. Nie każdy bowiem wie, że można je skutecznie na-

prawić. Efekt może naprawdę zaskoczyć. Boom na okna plastikowe rozpoczął się w połowie lat 90. Wtedy Polacy szturmem zaczęli kupować okna od przeróżnych producentów – zarówno od renomowanych marek jak i przypadkowych firm, które chciały zyskać na obecnych trendach. Dziś wielu z tych producentów już nie ma, a wraz z nimi zniknął serwis gwarantujący naprawę okna. - Po kilku latach od montażu plastik wymaga oceny fachowca – twierdzi Sebastian Auguściak z firmy Fenster Technik. W wielu przypadkach mo-

żemy przywrócić okno do stanu zbliżonego do fabrycznego. Jedną z rzeczy, z którymi serwisanci mają najczęściej do czynienia, są uszczelki. W miarę upływu czasu starzeją się i odkształcają. Wtedy możemy zapomnieć o dobrej izolacji. Jednak gdy przez nasze okno wieje, nie trzeba od razu zastanawiać się nad jego wymianą. Wystarczy fachowiec, który zajmie się wymianą uszczelek. To nieporównywalnie mały koszt w stosunku do zakupu nowego okna. Poprawek wymaga także błędnie pracujące okucie (ciężko obracająca się klamka, której nie można ustawić w położeniu wyjściowym, uszkodzone zawiasy, brak szczelności okna). Okucia okienne poddawane są sporym obciążeniom w trakcie użytkowania, co w połączeniu z brakiem okresowej regulacji, może prowadzić nawet do ich uszkodzenia. Warto co jakiś czas zlecić dokonanie przeglądu i konserwacji okien, co pozwoli wyeliminować poważniejsze naprawy w przyszłości. Trzeba także zwrócić uwagę na szyby. Mogą się one rozszczelniać, a to prowadzi do zmatowienia pakietu szybowego oraz pogorszenia właściwości izolacyjnych. W takich wypadkach konieczna jest wymiana, która odbywa się w domu klienta bez konieczności demontażu okna i bez ryzyka jego uszkodzenia. Istnieje również możliwość wymiany starych wkładów szybowych na nowe, o znacznie lepszych parametrach izolacyjnych. - W większości przypadków możemy naprawić praktycznie wszystko oraz poprawić szczelność i funkcjonalność okna – mówi Sebastian Auguściak z firmy Fenster Technik, która od 17 lat zajmuje się stolarką PCV. - Żeby jednak ocenić stopień zużycia produktu, konieczna jest wizyta fachowca. Ekspertyzę wykonujemy gratis. Niejednokrotnie okna są jednak w takim stanie, że koszt naprawy przerósłby cenę wymiany. Wtedy proponujemy indywidualne doradztwo w sprawie doboru okna. Warto zastanowić się nad takimi kwestiami jak kolor, izolacyjność cieplna (współczynnik U) czy materiał, z którego okno ma być wykonane. Firma Fenster Technik zaprasza zainteresowane osoby do swojej siedziby w Toruniu, ul. Polna 129. Kontakt: 56/650 91 59, fenster@fenster.com.pl.

10 Stary Toruń/blokowisko

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Skrzaty, trolle i wilkołaki
Piwnica Rycerska zmieniła się w Morię. Tolkienowskiego pejzażu tam nie
brakowało. Za stołami zasiedli miłośnicy RPG-ów - tych realnych i wirtualnych
rii. Problem polegał jednak na tym, że w wiele dni tygodnia krasnoludzka siedziba Środziemia świeciła pustkami. - Czasami przychodziłem tam, a poza barmanem i jego dwójką znajomych nie było nikogo - mówi Damian. - Nigdy nie widziałem takich tłumów, jakie są w najpopularniejszych lokalach. Dla mnie był to atut, ale widać koszty przewyższały zyski. Prowadzenie klubu z pomysłem zawsze obarczone jest ryzykiem. Masa nie przyjdzie, a wielu krasnoludów jest po prostu za leniwych, żeby ruszyć się z wyra lub odejść od World of Warcraft czy Tibii. Właściciel klubu robił, co mógł. Od zapowiadanego wielokrotnie końca świata mury Morii miały ochronić jej bywalców. Wymyślnych piw i innych trunków nie brakowało. Fantastyka fantastyką, ale człowiek nie wielbłąd, napić się musi. Alternatywność klub pokazał nawet w czasie EURO 2012, gdy ogłoszono go lokalem wolnym od święta piłkarskiego. To nie mogło się dobrze skończyć. Piłkarze odjechali, a klub upadł. - Żałuję, że tak się stało - mówi Ania. Nie powiem jednak, że się nie spodziewałam. Ilu może być w Toruniu miłośników podobnych klimatów? A przecież każdy nie spędzi pięciu dni w tygodniu w klubie. Trzeba znaleźć czas na RPG-i i książki.

Uroda w każdym miejscu
Mobilny salon urody to coraz popularniejsza usługa w naszym kraju. W domu klienta można zrobić praktycznie wszystko

TOMASZ WIĘCŁAWSKI

U

W

Mieszkańcy chcą innych ekranów
Mieszkańcy ul. Świerkowej w Toruniu uważają, że dźwiękochłonne
niósł się główny projektant firmy Kontrakt Sp. z. o. o. - Ekrany zlokalizowane naprzeciw posesji przy ul. Świerkowej 2 analiza określa na minimalną wysokość 6 metrów i ich położenie wzdłuż krawędzi jezdni – pisze w odpowiedzi wystosowanej 18 listopada inż. Paweł Iwański. – Natomiast ekrany zlokalizowane przy tzw. „dawnym boisku” na tyłach domostw analiza określa na minimalną wysokość 4,5 metra i ich położenie na skarpie. Zarzut mieszkańców, jakoby te ekrany miały być tej samej wysokości, zdaniem Nadzoru Autorskiego nie znajduje podstaw merytorycznych. To nie jedyna kwestia, o której mówią mieszkańcy. Już wiele miesięcy temu wnioskowali do Miejskiego Zarządu Dróg w Toruniu o zachowanie możliwości dojazdu do posesji i ogródków od strony ul. Wschodniej. Podczas konsultacji społecznych przedstawiono rozwiązanie polegające na zastosowaniu tzw. śluzy w ekranie. - Dla przejazdu sprzętu ciężkiego i służb ratowniczych w pierwszym przęśle ekranu najbliższej posesji przy ul. Świerkowej 2 jest przewidziana możliwość przejazdu awaryjnego – w sierpniu odpowiedział mieszkańcom pisemnie Andrzej Glonek, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg w Toruniu. – Dojście oraz dojazd dla lekkiego sprzętu ogrodniczego do działki 420/15 obręb 50 zostało przewidziane na szerokość 2,5 metra. Z takiego rozwiązania spornej sytuacji mieszkańcy byliby zadowoleni. Póki co, prace w związku z instalowaniem ekranów wciąż trwają, więc niemożliwa jest ocena ich ostatecznego stanu. - Miejmy nadzieję, że prace zakończą się w zgodzie z naszymi ustaleniami i treścią ostatnich pism, które dostaliśmy w odpowiedzi – dodaje Mirosław Tarkowski. – To

Tolkiena Moria była krasnoludzką siedzibą. W realnym życiu stworów z książek fantasy nie spotykamy na każdym kroku. W kamienicy przy ul. Piekary 41 tych jednak nie brakowała. A przynajmniej ich wyznawców i kolegów. Długo nie płakano po Piwnicy Rycerskiej. Na jej zgliszczach powstała Moria. Wielu bywalców się nie zmieniło. Przywiązanie do miejsca robi bowiem swoje. - Lubiłem imprezy tematyczne w tym lokalu - mówi Damian, absolwent informatyki na UMK. - Przychodziłem do tego klubu regularnie. Był jednym z niewielu, w których można było pogadać, a muzyka nie zabijała wszystkich myśli. No chyba, że akurat był koncert. Te cieszyły się sporą popularnością. „Czarnych” w Toruniu nie brakuje. Metal i ciężki rock nigdy nie wyjdą z mody. Szkoda, że wielu z tego w pewnym wieku wyrasta. Okazałe brody mężczyzn przycho-

Wiele historii utkali bywalcy Moriii. Szkoda, że ciekawe miejsca giną z imprezowej mapy Torunia. dzących do lokalu świadczyłyby jednak o tym, że z bajek tak łatwo się nie wyrasta. Umiłowanie dla alternatywnego świata - to wspólny mianownik, który łączył klientelę Morii. Większość osób tam przychodzących na pamięć znała dzieła Sapkowskiego, Pratchetta czy Tolkiena. Niektórzy nawet przypominali swoim wyglądem krasnoludzką brać. - Pamiętam imprezę z okazji Halloween - opowiada Ania, studentka V roku fi-

Fot. NADAESŁANE

lologii angielskiej. - Strzygi, zombie, upiory, kostucha - czego tam nie brakowało. Bawiłam się jak nigdy tego dnia. Nie mogłam sobie również odpuścić przyjścia na przebieraną imprezę pod hasłem „dziwki i alfonsi”. Byłam bardzo ciekawa, jak będzie to wyglądało. Festiwal Gier i Fantastyki „Copernicon” był doskonałą okazją do rozreklamowania lokalu. Rzeczywiście, jego uczestnicy kierowali swoje kroki do Mo-

instalacje zlokalizowane na tyłach ich domostw nie spełnią odpowiednio swoich funkcji
nie jest też tak, że narzekamy na inwestycje. Bardzo cieszymy się jako mieszkańcy z tego, że nasze miasto się rozwija. Kilka tygodni po otwarciu mostu zniknie wielki entuzjazm, a my zostaniemy w naszych domach z nierozwiązanymi problemami. Chcemy mieszkać przy ul. Świerkowej i stąd wynika nasza aktywna i zaangażowana postawa. Nie chcemy nikogo oskarżać, bo nie o to chodzi. Mieszkańcom zależy jedynie na tym, by to, co zostało ustalone podczas konsultacji społecznych znalazło swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. (AR)

czasie opieki nad dziećmi, przy przygotowaniach do ślubu czy w trakcie pieczenia ciasta – na dbanie o swój wygląd czas znajdzie się zawsze. Nie trzeba w końcu wychodzić z domu, aby zapewnić sobie profesjonalne zabiegi znane z salonów kosmetycznych. Wystarczy umówić się z mobilną kosmetyczką. Taki rodzaj usług w Polsce jest coraz popularniejszy. To wyjście naprzeciw osobom, które chcą zaoszczędzić trochę czasu. Nie trzeba wychodzić z domu i tracić nerwów w korkach. Wystarczy zadzwonić do salonu, wybrać odpowiedni termin, a cały potrzebny sprzęt przyjedzie do naszego domu razem z kosmetologiem. W samym mieście i w promieniu 20 km od Torunia dojazd jest bezpłatny. - Potrzebujemy odrobiny miejsca, abyśmy mogły rozstawić się ze wszystkimi akcesoriami – wyjaśnia Katarzyna Trejderowska z Mobilnego i Stacjonarnego Studia Urody Lalen. – Zabieramy ze sobą wszystkie urządzenia potrzebne do wykonania wybranego zabiegu, a nawet przenośne łóżko. Dla osób, które chcą jednak na chwilę wyrwać się z mieszkania i przy kawie lub herbacie zadbać o wygląd, salon urody Lalen prowadzi także usługi kosmetyczne w tradycyjny sposób przy ulicy Lelewela 3. Ich zakres w obu wariantach jest jednak praktycznie ten sam i obejmuje m. in. malowanie paznokci, przedłużanie rzęs włosiem z norek (naturalny efekt bez wrażenia sztuczności), zabiegi wyszczuplające, modelujące czy pedicure kosmetyczny i leczniczy. Do tego dochodzi także opalanie natryskowe, które za sprawą specjalnego namiotu i urządzenia można wykonać także u klienta. Zapewnia ono równomiernie opalaną skórę. - Zgłasza się do nas także sporo panów, którzy wybierają najczęściej relaksacyjne zabiegi na twarz – mówi Katarzyna Trejderowska. – Co ciekawe, w czasie wizyt domowych u pań, to ich partnerzy najczęściej dopytują o poszczególne kroki zabiegów. Mobilny salon urody to także szczególna propozycja przed zbliżającymi się świętami czy nadchodzącą zabawą sylwestrową. Wtedy największą popularnością cieszą się zabiegi dające natychmiastowy efekt. - Klientki przed ważnymi wydarzeniami najczęściej wybierają profesjonalne makijaże czy przedłużanie paznokci – poleca Katarzyna Trejderowska. – Na odprężenie polecamy także masaże relaksacyjne również te z wykorzystaniem gorących kamienie.

Według mieszkańców postawione ekrany są zbyt niskie.

M

Fot. ADAM ZAKRZEWSKI

ontaż ekranów akustycznych to część projektów, które są realizowane przy okazji budowy mostu i dróg dojazdowych. Wraz ze zmianą organizacji ruchu, konieczna stała się także instalacja ekranów akustycznych, które ochronią mieszkańców przed nadmiernym hałasem. Te instalowane przy ul. Świerkowej od wielu miesięcy stanowią przyczynę do dialogu i wymiany pism pomiędzy jej mieszkańcami, a instytucjami realizującymi projekty. - Chcemy tylko, żeby nasze problemy zostały zauważone – mówi Michał Tarkowski, mieszkaniec ul. Świerkowej. – Pierwotny plan był taki, by zostały one umiejscowione w granicy niektórych działek, dokładniej w płotach. Nie mogliśmy na to pozwolić. Po negocjacjach podjęto ustalenia, by ekrany akustyczne umiejscowić jak najbliżej źródła hałasu, czyli przy drodze i chodniku. Wątpliwości wzbudzał jedynie fakt odległo-

ści ekranów na tyłach posesji mieszkańców ul. Świerkowej. Okazało się, że w związku z przebiegającymi tam instalacjami, ekrany muszą być od chodnika i drogi nieco oddalone. - W takim przypadku nie było o czym dyskutować – dodaje Mirosław Tarkowski. – Rozumiemy tę sytuację, jednak w związku z tym trzeba było zejść z cokołami pod słupy ekranów znacznie poniżej poziomu drogi. Różnica między jezdnią a terenem zielonym, na którym je ustawiono wynosi 1-1,5 metra. W takim wypadku, gdy zniwelujemy tę odległość, zostają 3 metry wysokości ekranu, który rzeczywiście chroni nas przed hałasem. Minimalnie powinno być to 4,5 m. Czy nie może to wyglądać w ten sposób, jak naprzeciwko posesji? Czy nie można o te 1,5 metra zwiększyć wysokości ekranów? Do sprawy, po wystosowaniu przez mieszkańców odpowiedniego pisma, od-

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

żyj zdrowo

11

Prezent też może być magiczny
Czas mieniących się na wystawach sklepowych, kolorowych świateł i wszędobylskiego
białego puchu nadchodzi. Już niedługo obdarujemy naszych bliskich gwiazdkowymi prezentami. Co zrobić, by ich wybór był trafiony?

K

siążka autorstwa ulubionego pisarza, płyta kultowego zespołu czy gruby, ręcznie robiony sweter. To już świąteczne klasyki z półki oczywistych prezentów. Nieprawdą jest, że podczas obdarowywania bliskiej nam osoby liczy się jedynie gest. I nie chodzi tu o jego wartość czy rozmiar. Warto zastanowić się, co najcenniejszego możemy innym ofiarować. Być może jest to czas? Każdy z nas pamięta te chwile, gdy jako dziecko wyczekiwał pierwszej gwiazdy na niebie i wizyty gościa w czerwonym płaszczu. W worku pełnym prezentów skrywał on tak naprawdę nie wyczekiwane przez nas rzeczy, lecz radość i szczęście. One jedynie materializowały się w postaci lalki, ciepłych rękawiczek czy kolejki maszynowej. Dlatego dziś, gdy już o tym wiemy, do obdarowywania nie powinniśmy podchodzić schematycznie. Niech nie będzie to dla nas przykry obowiązek. Znając pasje, upodobania i marzenia bliskich nam osób, poświęćmy czas i uwagę na to, by tego dnia potraktować ich szczególnie. Czy nie o to chodzi w wigilijny wieczór? Nie dajmy się zwariować kolorowymi wystawami sklepowymi, setkami okazyjnych promocji i pakietów. Niech każdy, w granicach swoich możliwości finansowych i chęci, rozważy, co będzie dla bliskich lepszym prezentem. Ofiarowywany co roku gruby, wełniany szalik czy wspólnie spędzony z drugą oso-

bą czas? Przecież prezent także może być magiczny. - Do każdego powinniśmy podchodzić indywidualnie – mówi Renata Jassowicz, właściciel  Beauty Essence Oriental Day SPA. – Należy zastanowić się, czy jesteśmy w stanie odchodzić od schematów i definiować potrzeby innych. Prezent nie musi mieć postaci materialnej. Czas, który możemy poświęcić bliskiej nam osobie jest bezcenny. Jego na talony się nie wykupi. Niech zatem jedyną formą zaskoczenia w bożonarodzeniowym podarunku nie będzie jego kolor. Zamiast niebieskiej czapki w gwiazdki ta w

renifery, i gra już nie z tej samej serii, co ostatnio. Postawmy na odrobinę szaleństwa i niestandardowości. Partnerowi, który spodziewa się tych samych, co każdego roku perfum, zaproponujmy karnet na kurs taneczny czy wspólne treningi w siłowni. Mamie, zamiast kuchennych rękawic podarujmy pobyt w salonie SPA. Dziecku, w zamian za słodycze i kolejną plastikową zabawkę, zaproponujmy wyjazd do parku rozrywki, teatru czy związany z jego zainteresowaniami kurs. Czy to nie lepsze rozwiązanie, niż przywołana już wyżej umowna czapka w renifery? - Przed wyborem prezentu powin-

niśmy zastanowić się nad jego rodzajem – dodaje Renata Jassowicz. – Czy kierujemy się zdrowiem, estetyką, a może wplatamy w nasze działania element żartu i zaskoczenia? Stąd dla panów popularnym podarunkiem stały się karnety do salonów pielęgnacyjnych, a panie coraz częściej biorą udział w sesjach sportów ekstremalnych. Dla rozwoju i ducha i ciała schematy nie mają znaczenia. Poczucia kobiecości nie zatraci się w sportowym kombinezonie, podobnie jak wizyta u kosmetyczki nie pozbawi nikogo męskości. One są stanami umysłu. Pozwólmy sobie zatem na odrobinę

szaleństwa. Co stoi na przeszkodzie, by tegorocznym prezentem wigilijnym był ten, który w umowny schemat się nie wpisuje? Nic. Jedynie nasza inwencja twórcza i chęci. Zadbajmy zatem o duszę i ciało. I niekoniecznie musi się to objawiać grubymi, wełnianymi skarpetami, nowym mikserem i grą komputerową. - Jestem przekonana, że gdy do wyboru prezentu podejdziemy ze swobodą i pomysłem, to będzie on trafiony – dodaje Renata Jassowicz. – Gabinety SPA stawiają na relaks, niwelowanie stresu i aspekty zdrowotne, tak jak kluby fitness czy siłownie. Wspólnie spędzony w takich miejscach czas może okazać się bezcenny. Podobnie jest z warsztatami rozwoju osobistego. Z trafionym prezentem powinny się wiązać nasze wspomnienia i pozytywne odczucia. Tych nowy rodzaj perfum nie zagwarantuje z pewnością. Zawsze możemy je kupić sami. Czy po latach lepiej jest wspominać kolekcję starych flakoników, czy wspólnie spędzone chwile? Oczywiście, że to czas jest najbardziej wartościowym prezentem. A to, czy objawia się kursem gotowania, górską wycieczką czy pojedynczym karnetem do ulubionego miejsca nie ma już znaczenia. Właśnie ten rodzaj szczęścia w swoim worku powinien skrywać starszy pan w czerwonym płaszczu. Czy to nie my nim tak naprawdę jesteśmy? (AR)

Moc radości i zabawy
R
Kalendarz Pałacu Romantycznego przez najbliższe dwa miesiące jest wypełniony atrakcyjnymi propozycjami. W Turznie można spędzić święta Bożego Narodzenia jak i Noc Sylwestrową
skorzystać z oferty cateringowej Pałacu Romantycznego. W świątecznej ofercie znajdą paszteciki w kilku smakach, tradycyjnie przyrządzone ryby, a także dania specjalne jak pasztet wieprzowy czy pasztet z dzika. Bal na tysiąc par Gospodarze Pałacu Romantycznego nie zapominają jednak o szampańskiej zabawie, którą rozpocznie Pałacowy Bal Sylwestrowy. - Będzie to noc pełna szyku, dobrego smaku, luksusu, bezmiaru tańca oraz zachwycającej muzyki na żywo – wylicza Lidia Predenkiewicz. – Nasi goście będą mieli okazję skorzystać z open baru z wysublimowaną kuchnią świata oraz wyrafinowanymi trunkami. To będzie niezapomniana noc z mnóstwem atrakcji i niespodzianek. Jednym z najważniejszych elementów Pałacowego Balu jest na pewno licytacja, z której dochód zostanie przeznaczony na cel charytatywny. Całość dopełni noworoczny kulig z pochodniami i grzanym winem oraz ślizgawka na lodowisku przy muzyce. Dla osób, którym nie dość zabawy po Pałacowym Balu, w Turznie 25 stycznia odbędzie się także Karnawałowy Bal. Organizatorzy na razie nie zdradzają szczegółów, ale wszyscy chętni mogą spodziewać się licznych niespodzianek. odzinny klimat i wykwintne dania to niełatwe połączenie. Są jednak miejsca, które potrafią połączyć te dwie rzeczy, uzupełniając nimi świąteczną atmosferę. Smak i tradycja w końcu potrzebują należytej oprawy. Tę na pewno zapewni Pałac Romantyczny w Turznie. Najbliższy czas to świetna okazja zarówno do świętowania jak i zabawy. Bożonarodzeniowy nastrój zapewni świąteczne menu, które w Restauracji Marconi pojawi się w mikołajki. - Będzie to specjalna, świąteczna oferta kulinarna – zapowiada Lidia Predenkiewicz, kierownik gastronomii w Pałacu Romantycznym. – Nasza mini karta Świąteczny Repertuar Smaków z mnóstwem rozgrzewających, aromatycznych, świątecznych potraw zapewni nam kwintesencję najbardziej rodzinnych świąt. Szczególnie polecamy wędzonego karpia na sałatach, aromatyczną zupę dyniową z krewetką, lina w sosie piernikowym oraz pierogi z makiem i bakaliami. Familijna uroczystość poza domem Rodzinne święta w zgodzie z tradycją i wieloma atrakcjami? To możliwe także poza domem. Pałac Romantyczny na Wigilię i Boże Narodzenie przygotował specjalną ofertę. W jej ramach rodzice z pociechami (dzieci do 7 lat

12 smaczne święta

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Święta oraz karnawałowa zabawa będą niezapomnianym przeżyciem w zimowej scenerii Pałacu Romantycznego w Turznie

nie płacą za nocleg i wyżywienie) mogą przeżyć naprawdę wyjątkowe chwile przy ognisku, dostając prezenty od prawdziwego św. Mikołaja czy spędzić czas na ślizgawce. Wszystkie te dodatkowe atrakcje to uzupełnienie najważniejszego elementu grudniowych świąt, czyli kolacji

wigilijnej. Dania podczas tej uroczystej chwili można wybrać z menu przygotowanego specjalnie na tę okazję. Święta w Pałacu Romantycznym trwają jednak dzień dłużej, ponieważ 27 grudnia odbędzie się tam wieczór z kolędami przy akompaniamencie klasycznych instrumentów. Dźwięk

skrzypiec będzie towarzyszył gościom w Turznie także podczas wykwintnej kolacji, na którą już teraz Państwa serdecznie zapraszamy. Natomiast osoby, które zdecydują się spędzić Boże Narodzenie w domu, ale chciałyby zapewnić swoim kubkom smakowym niebywałych odczuć, mogą

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

smaczne święta 13

W trosce o świąteczny stół
Wieczerza wigilijna to wyjątkowa okazja do tego, aby spędzić czas
w gronie najbliższych, wśród bogato zastawionego stołu. W polskiej tradycji duże znaczenie ma to, co tego dnia się na nim znajduje

P

rzy blasku rozmigotanych świateł, dźwiękach kolęd i cudownie pachnącej choince. Kolacja wigilijna to jeden z głównych akcentów świąt Bożego Narodzenia. Czas na chwilę staje w miejscu, a do domów zapraszamy naszych najbliższych, by wspólnie z nimi celebrować ten ważny dla wszystkich dzień. W natłoku codziennych obowiązków i przedświątecznych porządków często zdarza się, że nie mamy wystarczającej ilości czasu, by przyjąć ich w odpowiedni sposób. W takim przypadku przygotowanie dwunastu tradycyjnych potraw graniczy niemal z cudem. Jeśli nie chcemy wypaść źle w oczach rodziny, bardzo zależy nam na tym, bo podane przez nas do stołu potrawy smakowały wszystkim, a nie mamy czasu, by oddać się wielogodzinnemu gotowaniu - istnieje

rozwiązanie tej sytuacji. Firmy w każdej niemal okolicy oferują świąteczny katering, z menu dostosowanym do potrzeb indywidualnych klienta. - Jako główną potrawę wigilijną, klient zamówił kiedyś pieczonego indyka z warzywami. – mówi z uśmiechem Hanna Ludwisiak z zajazdu „Pieprz i Wanilia”. – Nie był to najlepszy wybór, ale i tego typu zapytania się zdarzają. W świątecznych jadłospisach wciąż jest jednak więcej tradycyjnych kompozycji. Jedynie czasem dobrze nam wszystkim znana potrawa doprawiona jest w nieco inny sposób. Niby tradycja, lecz w innym wykonaniu. Dlatego w świątecznym menu, nie tylko w restauracji, ale i na naszych stołach, królują ryby. Tradycyjnego karpia po żydowsku, łososia w panierce czy śledzi w oleju podczas wigilijnej wieczerzy kosz-

tuje niemal każdy. Jeśli nie mamy czasu na ich przygotowanie, a bardzo zależy nam na tym, by znalazły się w spisie świątecznych potraw, nie wstydźmy się skorzystać z kateringu. Złożone zamówienia z pewnością zostaną zrealizowane w zgodzie z naszym gustem. - W świątecznym menu przeważają ryby i tradycyjne potrawy wigilijne – ocenia Hanna Ludwisiak. – Hitami są pstrąg faszerowany i

roladki z łososia w sosie twarogowo-ziołowym. Niby tradycja, lecz z nutą zaskoczenia. Czasem wystarczy niewielka zmiana, by potrawie nadać niepowtarzalny smak. To propozycja dla tych klientów, którzy szukają nowych kulinarnych rozwiązań. Dla tych, którym bliższa jest tradycja i dobrze znane smaki, przygotowujemy dania w standardowy sposób. Na stole nie może zabraknąć też

ruskich pierogów i tych faszerowanych mięsem i grzybami. Barszcz również występuje niemal zawsze w parze z pasztecikami. Krokiety, smażone rybne filety, pieczony kurczak – te dania także cieszą się dużą popularnością wśród rodaków. Szczególnie kurczak, który jeszcze do niedawna kojarzony był raczej z niedzielnym obiadem, niż wigilijną wieczerzą, w towarzystwie ziołowego aromatu jest częstym gościem na świątecznych stołach. – W naszej restauracji wszystkie dania robione są ze świeżych produktów i w zależności od odpowiednich zamówień – dodaje Hanna Ludwisiak. – Wszystkie potrawy są dobrej jakości, niezależnie od rodzaju i wielkości zamówienia. Najrzadziej klienci proszą o przygotowanie zupy, a najczęściej o to, co z wieczerzą wigilijna kojarzy im się od dziecka. Staramy się te oczekiwania spełniać. Co więcej, oprócz dań głównych oferujemy też przekąski i desery. Szarlotka, sernik z brzoskwinią czy strucla z makiem idealnie nadają się na deser po obfitej kolacji. W trosce o świąteczny stół nie zapominajmy o różnorodności dań, które oferujemy swoim najbliższym. I nieistotne jest to, czy potraw będzie dwanaście. Ważne, by były one dobrane według odpowiedniego pomysłu. Jeśli nie mamy czasu na jego realizację, nie wahajmy się sięgnąć po pomoc, którą oferują nam profesjonaliści. To żaden wstyd, lecz smaczna przyjemność. (AR)

Mam przywilej pracy z geniuszami
O współpracy z Tomem Hanksem, poradach dla początkujących w branży filmowej
i ulubionych przebraniach, z podwójnym zdobywcą Oscara, wybitnym amerykańskim scenografem, znanym z filmów „Avatar”, „Park Jurajski”, czy „Wojna Światów”, Rickiem Carterem, rozmawia Marcin Tokarz
Wydawał się pan zdziwiony, gdy odbierał nagrodę za szczególną wrażliwość wizualną na tegorocznym Camerimage. Nie byłem zdziwiony wyczytaniem mojego nazwiska. Jednak kompletnie zaskoczyło mnie, że byłem pierwszym, który miał się pojawić na scenie. Myślałem, że przede mną odbierze nagrody co najmniej kilka osób. W takich chwilach człowiek wolałby się mentalnie przygotować. Poczułem, jakby nagle wyrwano mnie ze snu. Na początku miałem problemy z wykrztuszeniem z siebie słów, które przygotowałem. Szedłem trochę na żywioł. Nie wiedziałem też, na jakiej zasadzie odbędzie się tłumaczenie dla publiczności. „Cast Away”, „Polar Express”, “Forrest Gump”. Bardzo często przychodzi panu współpracować z Tomem Hanks’em. Czy to przypadek? Rzeczywiście, mieliśmy okazję pracować wspólnie parę razy na planie, ale to totalny przypadek. Choć i wielka przyjemność. Oglądanie go w „Cast Away” czy “Forrest Gump”, jest jak podziwianie obrazu. Nigdy nie jesteś w stanie jednoznacznie go zinterpretować. W „Cast Away” musiał opisać swojego bohatera w odniesieniu do jego alter ego. W tym przypadku... piłki do siatkówki. Potem widzisz go w „Expressie Polarnym”, w którym zagrał pięć głównych postaci i myślisz: “niech mnie, ten człowiek sprawdzi się w każdej roli”. Zadajesz sobie pytanie, jaki jest na co dzień? Ja sobie zadaje. Dzięki obserwowaniu jego kariery “od kuchni” mogę powiedzieć, że znam prawdziwego Toma Hanksa. Ma pan na koncie dwa Oscary oraz wiele innych cennych nagród. Czy w takiej sytuacji stawia pan sobie jeszcze jakieś cele zawodowe? N a g r o d y to taka wisienka na torcie, którą jest współpraca z fantastycznymi ludźmi. Przez te wszystkie lata miałem szczęście spotykać się z najlepszymi. Razem tworzyliśmy dzieła docenione przez widzów na całym świecie. Myślę, że cele, jakie sobie wyznaczam nigdy się nie spełnią. W mojej pracy liczy się kreatywność, której pokłady przecież nigdy się nie kończą. Wspierana przez, stale rozwijające się, nowoczesne technologie manipulowania obrazem, rozrasta się. To, co jeszcze niedawno było rewolucyjne, dziś jest oklepane i stosowane u wszystkich w branży. Moim zadaniem jest wyprzedzać pomysły innych. Tworzyć coś świeżego, nowego, niepowtarzalnego. Taki był właśnie “Avatar”. Równolegle konstruowaliśmy świat rzeczywisty i komputerowy. Aż w końcu one się splotły. Końcowy efekt został okupiony wieloma zarwanymi nocami, ale było warto. Komponuje pan otoczenie planu filmowego, ale także stroje aktorów. Za kogo chciałby przebrać s i ę Rick Carter? Sam nie cierpię tego robić. Choć w dzieciństwie zdarzyło mi się przebrać za Davy Crocketta i Zorro. Mama naciskała... Wielu widzi w panu geniusza, a już na pewno autorytet w swojej dziedzinie. Geniuszem nie jestem. Wiem o tym, bo w swojej pracy miałem okazję poznać wielu z nich. Za scenografię wielokrotnie odpowiadałem w filmach w reżyserii Stevena Spielberga czy Roberta Zemeckisa. To dopiero są geniusze. Albo polski operator kamery, Janusz Kamiński, z którym spotkałem się na planach “I.A. Sztuczna Inteligencja”, “Wojny Światów” i “Lincolna”. To, co potrafił zrobić ze światłem i cieniem było prawdziwym dziełem sztuki. Co powiedziałby pan młodym ludziom chcącym pójść w pana ślady? Dobrze jest wiedzieć jedną rzecz, nim po raz pierwszy przekroczy się próg drzwi do własnego biura dyrektora artystycznego czy scenografa. Swoich ludzi trzeba obdarzać zaufaniem. Wtedy wykonają najlepszą, albo najgorszą pracę swojego życia. Za to ty dowiesz się, ile tak na prawdę są warci. Jednak najważniejszym jest szukać tych, którzy pomogą ci rozwiązać każdy problem, bo zależy im na twoim dobrym samopoczuciu. Skupiając się wyłącznie na pracy, nim się obejrzysz, będziesz samotny. Prędzej czy później wypalisz się, a twoje dzieła przestaną zachwycać.

14 kultura

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

ZAPOWIEDZI

Od Nowa
12. koncert specjalny pamięci Grzegorza Ciechowskiego
kiedy: 14 grudnia, godz. 20 cena: 60 zł - przedsprzedaż, 70 zł - w dniu koncertu

Lizard King

Cinema City

HRP Pamela

C

oroczne święto fanów Republiki i Grzegorza Ciechowskiego przypada już w przyszły weekend. Kto dołączy do Grzegorza Turnaua, Tymona Tymańskiego, Voo Voo czy Kobranocki, którzy mają już za sobą swoje występy na toruńskim memoriale Grzegorza Ciechowskiego? - W tym roku przygotowaliśmy bardzo szczególny program. Tradycyjnie postanowiliśmy nie zdradzać zbyt wielu szczegółów na temat koncertu ani też nazwisk zaproszonych gości - zapowiadają organizatorzy. Zdradzić możemy jedynie, że w tym roku zaproszonym muzykom towarzyszyć będą muzycy Republiki – wszyscy żyjący członkowie zespołu pojawią się tego wieczoru na scenie. Koncert przygotowywany jest w duchu prawdziwej Republiki, ma być swoistym powrotem do źródeł. Podczas koncertu wręczona zostanie Nagroda Artystyczna Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego dla MISI FURTAK. Bilety można nabyć w klubie Od Nowa oraz w sklepie z pamiątkami

Tides From Nebula

P
przy Flisaku w Ratuszu na Rynku Staromiejskim 1 Szczegóły także na www. tylkotorun.pl.

kiedy: 8 grudnia, godz. 19, cena: 30 zł - przedsprzedaż, 35 zł w dniu koncertu

Mikołajki

kiedy: 6-8 grudnia

JARY OZ

kiedy: 9 grudnia, godz. 19 cena: za darmo

o ponad dwóch latach od wydania „Earthshine” Tides From Nebula powracają z trzecim albumem. Nowa płyta zatytułowana „Eternal Movement” ukazała się 2 października. Teraz po europejskiej trasie muzycy z Warszawy wracają do kraju, aby promować trzeci krążek w swoim dorobku. TFN supportować będą zespoły Frames i Disperse.

N

a najmłodszych czekać będą słodkie niespodzianki, magiczne warsztaty tworzenia ozdób choinkowych. Młodzi kinomaniacy będą mogli odwiedzić magiczną „Krainę Lodu”, poznać wesołego marzyciela „Ryśka Lwie serce”, razem z sympatycznym elfem Bernardem „Uratować Mikołaja” oraz znaleźć odpowiedź na pytanie „Gdzie jest gwiazdka”.

W

klubie wystąpi Krzysztof Jaryczewski ze swoim nowym zespołem JARY OZ. W składzie tej grupy, oprócz Krzysztofa, zagrają też dwaj inni, byli członkowie Oddziału Zamkniętego-Krzysztof Zawadka (gitara, chórki) oraz Zbyszek Bieniak (wokal, chórki). Na nowej scenie HRP Pamela będzie więc królowała rock’n’rollowa energia z najlepszego okresu Oddziału Zamkniętego.

Tylko Toruń

www.tylkotorun.pl

Piątek 6 grudnia 2013 r.

Zadawanie kontrolowanego bólu
Na ulicy wszystko zależy od odporności psychicznej. Zawodnicy ćwiczący jiu-jitsu
wiedzą, jak wykorzystać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Brutalność wypleniono ze sportowej walki
w judo. - Brazylijska odmiana tego sportu, powszechnie spotykana na zawodach, charakteryzuje się dużą ilością technik parterowych, dźwigni i sposobów poddań. W klasycznej odmianie jest więcej „stójki”, walki w dystansie, obaleń i rzutów. Judo, które jest elementem brazylijskiego jiu-jitsu, w klubie „Bushi” ćwiczą już dzieci nieumiejące jeszcze chodzić. - Prowadzimy taką grupę - mówi Dariusz Huczuk. - Nie ma tam stałej liczby osób, ale rodzice chętnie przyprowadzają maluszki. Szczególnie, jak ktoś w rodzinie zasmakował już sztuk czy sportów walki. Malutkie dzieci głównie turlają się po podłodze. Przez zabawę oswajają się jednak z treningiem i aktywnością ruchową. Rodzice też często włączają się w ruch fizyczny. Nie o kondycję i tężyznę fizyczną jedynie chodzi. Jak każda azjatycka sztuka walki, tak i jiu-jitsu, kładzie duży nacisk na samorozwój. - Trzeba być niezwykle upartym i cierpliwym, żeby się czegoś nauczyć - wskazuje trener z dwudziestoletnim stażem. - Zwycięstwa w zawodach są ważne, bo nikt nie staje do sportowej rywalizacji, żeby przegrać. Nie mniej ważne jest jednak pokonywanie własnych słabości i ograniczeń. Znajomość swojego ciała i jego reakcji, to klucz do umiejętnego posługiwania się wytrenowanymi technikami.
TOMASZ WIĘCŁAWSKI

sport

15

Z

dania odnośnie korzeni jiu-jitsu są podzielone. Niektórzy odnajdują je w Indiach. Inni wskazują Japonię, gdzie, bezsprzecznie, ta sztuka walki się rozwinęła. Każdy wojownik musi z uporem dążyć do celu. Charakter jest często ważniejszy niż warunki fizyczne. W Toruniu jest sporo amatorów tej dyscypliny sportu. - Odmian jiu-jitsu i formuł, w których walczą zawodnicy, jest klika - mówi Dariusz Huczuk, trener w klubie Ju-Jitsu „Bushi” Toruń, posiadacz 3 dana w tej sztuce walki i 2

Zwycięzcą nie jest ten, kto nie upadł, ale ten, który się podniósł

Dariusz Huczuk jest trenerm sztuk walki od dwudziestu lat. Wychował medalistów międzynarodowych imprez.

Fot. ADAM ZAKRZEWSKI

Zawodnicy z Torunia jeżdżą na turnieje w całej Polsce. Zdarzają się również sukcesy międzynarodowe. - Trenowałem kilka lat temu chłopaka, który zdobył medal mistrzostw Europy i zajął piąte miejsce na mistrzostwach świata - wskazuje Dariusz Huczuk. - Chłop był bardzo charakterystyczny. Ważył z 200 kilogramów. Teraz mieszka w Norwegii. Z tego co wiem, dalej związany jest ze sztukami walki. Za ojca brazylijskiego jiu-jitsu uważa się Gastao Gracie. To on uczynił ze sztuki walki

sposób na własne życie. Jako młodzian przeprowadził się z rodziną do Rio de Janeiro. Tam walczył sam i uczył tego innych. Na pojedynki zawsze wyzywał większych od siebie. W Brazylii otworzył pierwszą szkołę zwaną „Academia Gracie de Jiu-Jitsu”. „Sztuka łagodności”, bo tak tłumaczy się japońską nazwę, wywodzi się z samoobrony. Najważniejsze jest bowiem, by nie dać się zaskoczyć i umieć odeprzeć atak. - Nie mogę powiedzieć, że zawsze, gdy ktoś nas zaatakuje na ulicy, umiejętności,

które zdobyliśmy na treningach, pomogą nam wyjść z opresji - dodaje trener jiu-jitsu. - Dużo zależy od tego, jak człowiek radzi sobie ze stresem. W czasie walki na zawodach wiadomo, kto jest przeciwnikiem. Gdy spacerujemy po Starym Mieście, nie mamy takiej wiedzy. Obecny trener młodych adeptów sztuk walki sam również był zawodnikiem. - Na poważnie skończyłem swoją karierę, o ile o czymś takim można mówić, dziesięć lat temu - opowiada Dariusz Huczuk. - Doznałem poważnej kontuzji. Próbowałem wrócić po dwóch latach do współzawodnictwa, ale po takiej przerwie nie jest to łatwe. Dużą frajdę mam jednak, gdy moi podopieczni zdobywają medale. Z każdego zawodnika jestem jednak dumny, bo wiem, że tu nie o miejsca chodzi. Szkoleniowcy starają się wpoić zawodnikom od najmłodszych lat wartości, które pomogą im w dorosłym życiu. Charakter wykuwa się na sali treningowej. Jeżeli ktoś przychodzi na nią tylko po to, żeby się z kimś bić, nie ma czego szukać. Szacunek dla rywala jest tak samo ważny, jak ten do samego siebie. Przegrać można zawsze. Tak samo jak w życiu. Trzeba jednak wiedzieć, jak zmierzyć się z porażką. Bo zwycięzcą nie jest ten, kto nie upadł, ale ten, który się podniósł.

Pomóżmy toruniance zostać miss
Martyna Grzębska bierze udział w konkursie piękności Miss Polski 2013. Do jutra do godziny
24:00 można głosować na jej kandydaturę

O

rganizatorzy przedsięwzięcia od trzydziestu lat wybierają najpiękniejszą Polkę, która reprezentuje kraj podczas konkursu Miss World. Po etapach regionalnych i wyborze pięćdziesięciu półfinalistek, wytypowano uczestniczki gali finałowej. Toruń będzie miał na niej swój akcent. Nasz region 8 grudnia w Płocku reprezentować będzie osiemnastolatka, Martyna Grzębska. Po otrzymaniu tytułu Miss Polski Kujaw i Pomorza, ma również szanse na końcowy sukces. O tym, kto zdobędzie koronę i odpowiednie wyróżnienia, zadecyduje jury konkursu, jednak publiczność również może zaangażować się w głosowanie. - O wynikach dowiemy się dopiero na gali finałowej, lecz Martyna ma duże szanse na ten tytuł – ocenia Izabela Kęsicka, koordynator i organizator regionalnych wyborów. – Obecnie kandydatki przebywają na zgrupowaniu, podczas którego przygotowują się wraz z choreografem do finałowego wystąpienia. Dobierane są też dla nich odpowiednie stroje, w których zaprezentują się podczas niedzielnego wieczoru. Do jutra, do godziny 24:00 internauci mogą typować swoje kandydatki w rankingu Miss Polski Internautów. Głos oddawać można raz na 24 godziny, na stronie Wirtualnej Polski, gdzie znajduje się oficjalny ranking konkursu pod szyldem Miss Polski. Pomóżmy Martynie zostać Miss Polski 2013! (AR)