You are on page 1of 221

JULIAN ŁUKASZEWSKI

PAMIĘTNIK
1862-1864 r.

Edycja

komputerowa: www.zrodla.historyczne.prv.pl

Mail:

historian@z.pl

MMIV®

2

Specjalne podziękowania dla p. Jerzego Łukaszewskiego za udostępnienie pamiętników swego prapradziadka.

3

PRZEDMOWA AUTORA

Gdy na zegarze wiekowym wybije poświęceń godzina, kto się ich odrzeka, aby pozostać sam, spokojny, cały i nietknięty — ten Już do Polski nie należy. B. Bolesławita, Zagadki

Siedem lat minęło od wybuchu styczniowego. Trawa bujnie porosła na grobach poległych i zamęczonych; żywych rozbitków szczodrze ugoszczono obelgą, szyderstwem, klątwą. Nil admirari! Choć bolesna to kolej rzeczy — lecz zwykła, że wśród ruin chwast i padalce się lęgną. Więc naprzód! w imię prawdy przedwiecznej i niespożytego ducha Polski — niech się biorą karczownicy do pracy. 1 Wziąwszy czynny udział w powstaniu 1863 roku poczuwam się do odpowiedzialności zdania sprawy z czynności; posiadając zaś znaczną ilość dokumentów i obeznany z ogólnym przebiegiem powstania, zamierzyłem skreślić obraz uczestnictwa w powstaniu jednej z dzielnic polskich — zaboru pruskiego. W pierwszej części tego opusculum ogłaszam najprzód dokumenta, które zdołałem uratować z powszechnego zamętu — będzie to cenny przyczynek dla przyszłego historyka; potem składam raport najjaśniejszej publiczności z osobistych przygód mych i czynności, oparty na zapiskach pod wrażeniem chwili kreślonych i na przypomnieniach. O ile dokumenta są

4

wyrazem bezstronnym — przedmiotowej rzeczywistości, o tyle raport w formie pamiętnika ujęty jest najsubiektywniejszym przedstawieniem moich widzimisię, przekonań, sympatii i nienawiści. Naprzód o stronności mej uprzedzam — choć z drugiej strony uręczam, że starałem się jak najwierniej przedstawić własną winę i błędy. W drugiej części spiszę historię pragmatyczną działań i roli, jaką odegrywał zabór pruski od początku do końca ostatniej walki o niepodległość. Dziś spełnić to jest niepodobieństwem — dla braku potrzebnych materiałów. Udawałem się na wszystkie strony, gdziem tylko spodziewał się zasięgnąć języka. Niestety, kilku zaledwie ziomków przysłało mi swe sprawozdania, wielu przyobiecało — na wiatr, inni wcale nawet nic odpowiedzieli; ba! nawet tacy się znaleźli, którzy mniej więcej w tym odpisali sensie, co jeden świeżuteńki profesor historii — wyraźnie powtarzam, historii, na uniwersytecie mi odpisał: „tempi passati! na cóż się komu zda wiedzieć o nich" (!?), tj. o wypadkach 63 r. — brawo panie dziejopisie! Termin więc pojawienia się drugiej części dziś nie jest pewny; zależeć to będzie od pomocy danej mi przez ziomków, którzy czynny brali udział w pracach organizacji narodowej. Upraszam najuprzejmiej o przysyłanie mi memoriałów, uwag, notatek odnoszących się do działalności zaboru pruskiego w ciągu powstania. Od takiej przysługi obywatelskiej nikt by się wymawiać nie powinien. Wreszcie słów kilka na odparcie zarzutu, którego autor na pewno się spodziewa — względem przedwczesności w publikowaniu niniejszej pracy. — Już w r. z., gdy w „Mrówce" pojawił się maluczki wstęp z moich pamiętników, posypały się ze zaboru pruskiego protestacje przeciw wymienieniu kilku nazwisk. Cóż

5

to teraz będzie, gdy cały szereg faktów i osobistości wystąpi na scenę? Zdrada! denuncjacja! Otóż tak źle nie jest. Biorąc rzeczy na rozum, rodacy z zaboru pruskiego nie potrzebują się wcale obawiać ponownych prześladowań od Prusaków. W czasie akcji rząd pruski więził, sądził, karał, — ale to li z pobudek wyższej polityki, dziś uważałby to za śmieszne, a nawet nie odważyłby się zdeptać najpierwotniejszego prawa, że raz osądzonego winowajcę powtórnie za tę samą rzecz do odpowiedzialności pociągać niepodobna. Składanie się niewinnością także licha warte! Nieprzyjaciele nasi lepiej nas oceniają jak my sami, lojalności naszej nie wierzą mimo zaklęć i przysięg uroczystych — żeśmy najwierniejsi ich poddani! Powiadają, że gdy ktoś wstawiając się królowi Wilhelmowi tłumaczył, iż Polacy oskarżeni o zdradę stanu całkiem są niewinni, ten odpowiadał z naciskiem: „Nein, nein, sie sind Alle schuldig, denn wenn sie es nicht waren, würden sie sein — Schurken!" Wątpić należy, aby kto po takim wypowiedzeniu chciał się podawać za niewinnego. Tak! jesteśmy i będziemy winowajcami wobec wrogów, dopóki Polakami być nie przestaniemy; a gdy to nastąpi, wtedy zostaniemy — „Schurken"! Sprawiedliwiej nie mógł zawyrokować król pruski. Pobudki strachów widzę gdzie indziej — nie wśród wrogów naszych, ale wśród własnych rodaków. Wielu nie grzesząc zbytkiem odwagi cywilnej wobec dzisiejszej reakcji w kraju, chciałoby pokryć patriotyczne swe czyny z powstania — wieczna niepamięcią; inni zaś robią to, aby zagłuszyć sumienie, które im wyrzuca odstępstwo od zasad, brak moralnej wartości, że bezczeszczą i błotem obrzucają to, co przed niewielu laty za święte, wielkie, nietykalne uwielbiali. — Dla mnie byłyby to zbyt mizerne powody, abym milczał. Atoli,

6

gdy zabór pruski dość podrzędną rolę odegrał w wielkim dramacie 1863 r., gdy ograniczył się na wysłaniu ochotniczych oddziałów i zasiłków w broni i przyborach wojennych, zbyteczną byłoby dotykać wielu osobistości, więc je pomijać będę wedle możności. Bądźcie więc spokojni, Panowie Bracia! nie zdradzę Was! drzemki waszej popowstańczej nie przerwę — głośnym wymówieniem nazwiska.
1 maja 1871 r.

Dr J. Łukaszewski

7

PAMIĘTNIK 1862-1864 r.

ROBOTY PRZEDPOWSTAŃCZE

Zacznijmy ab ovo. Urodziłem się w r. 1835 pod Gnieznem we wsi Skorzęcinie. Ojciec, Franciszek Ksawery, początkowo był nauczycielem ludowym, później już po kilkoletnim pożyciu z matką mą udał się na uniwersytet do Wrocławia. Dopełniwszy wykształcenia, rozpoczął krwawy zawód literacki i pedagoga, wydał dzieł kilka1, pisywał do rozmaitych czasopism, niedługo atoli padł ofiarą piersiowej choroby, i w 39 roku żywota umarł. Stało się to w r. 1851. Od dwóch lat rozpocząłem naukę w gimnazjum trzemeszeńskim, z którego w roku 1858 ze zaświadczeniem maturitatis udałem się na uniwersytet. Poświęciłem się zawodowi lekarskiemu i uczęszczałem z kolei na wszechnice w Gryfu, Pradze, Krakowie i Berlinie2, gdziem w roku 1862 5 sierpnia zakończył studia akademickie, promocją na doktora medycyny i chirurgii. Zimą tegoż roku rozpocząłem egzamina rządowe na praktycznego lekarza, ale wypadki polityczne w kraju powołały mnie w inną sferę działania, zanim cel mój naukowy dopiąć mogłem. Nie posiadając odpowiednich funduszów z domu na tak kosztowną sztukę lekarską, otrzymywałem przez cały ciąg studiów hojną pomoc materialną od zacnego męża — Seweryna Mielżyńskiego z Miłosławia * i dwurazowe wsparcie z Towarzystwa Naukowej
* Opuściłem tytuł hrabiego, którego prawy ten patriota się całkiem wyparł, jak to świadczą własne Jego słowa w liście do mnie

8

Pomocy w Poznaniu3. Dług ten publiczny pracą całego życia spłacić postanowiłem, dotąd niestety! nie na wielem krajowi się przydał, i nie wiadomo, czy z tego powolnego konania na tułactwie, jakiekolwiek wykwitną owoce!

*
W Berlinie istniało od dawna pomiędzy akademicką młodzieżą polską Towarzystwo Literackie4, którego marszałkiem na półrocze letnie r. 1862 zostałem wybrany. Wspominam o tym z dumą; czas ten był bowiem początkiem najpiękniejszej epoki w życiu moim — dla młodzieży zaś polskiej na uniwersytetach za granicą i w kraju zostającej — zaszczytem i chlubą. Z grona to akademików berlińskich wyszła wtedy myśl uczczenia cieniów śp. Lelewela pomnikiem — nie z kamienia, ale z żywego czynu miłości i uwielbienia i przez utworzenie funduszu „imienia Lelewela", z którego by pobierał stypendium rodak, pracujący w pocie czoła nad historią ojczysta i językami słowiańskimi. W pierwszą tedy rocznicę śmierci tego męża na uroczystym zebraniu akademików polskich w Berlinie, do których wskutek zaproszenia przyłączyło się i koło posłów, skreśliwszy żywot i zasługi zmarłego, wypowiedziałem publicznie myśl młodzieży co do stypendium i zaprosiłem wszystkich przytomnych do składki i poparcia w dalszych kołach zamiarów naszych. Zaraz na miejscu zebrano przeszło 300 talarów, które stały się zawiązkiem funduszu Lelewelowego, wynoszącego obecnie najmniej 6000 talarów.
pisanym w dniu 29 listopada 1858, zachowanym u mnie jako drogocenną pamiątkę: „Ściskam Cię serdecznie, a nie maltretuj mnie hrabią, bo tego tytułu tylko kpom używać pozwolono". Piękny komplement dla naszych łubkowych „grafów" pofabrykowanych w kancelariach pruskich, austriackich, moskiewskich za pieniądze — lub co gorsza — czasami za podłość!

9

Fundusz ten zostaje pod opieką i nadzorem Towarzystwa Naukowej Pomocy w Poznaniu — odrębnie od właściwych kapitałów Towarzystwa administrowany. O ile mi wiadomo, dyrekcja naukowej pomocy nie zawiadomiła dotąd powszechności o stanie tego iunduszu i na co odsetki obracane zostają, do czego — jeśli istotnie nic podobnego dotąd nie opublikowała — niniejszym ją wzywam, jako jeden z założycieli i ten, który z polecenia młodzieży traktował i ułożył tę sprawę z Towarzystwem Naukowej Pomocy. Chociaż już przedtem młódź akademicka pobudzona ruchem w kraju znosiła się ze sobą, teraz z powodu owego funduszu zawiązały się tym ściślejsze stosunki. Młodzież polska w Berlinie rozesłała w tej sprawie odezwę, którą przytaczam: Bracia! Czwartek, dzień 29 maja jest pierwszą rocznicą śmierci śp. Joachima Lelewela. Nie tu miejsce rozwodzić się nad zasługami zmarłego, lecz przypomnieć się godzi — iż był wzorem służącego krajowi obywatela, nauczycielem dwóch ostatnich pokoleń, patriarchą całej dziś kształcącej się młodzieży polskiej. Słuszna tedy, aby ta młodzież w smutną rocznicę uczciła pamięć drogiego sobie męża trwałym, życiu jego odpowiednim pomnikiem. Przyznacie, że nie na czasie dzisiaj stawiać pomnik z kamienia i ze surowym życiem, a skromnością, z ostatnią wolą zmarłego niezgodny. Tymi uwagami kierowana młodzież polska w Berlinie, powzięła dzisiaj myśl uczczenia cieniów przewodnika naszego, założeniem stypendium nazwisko Lelewela noszącego, które pod bezpośredni nadzór Towarzystwa Pomocy Naukowej w Poznaniu oddane, otrzymywać będzie Polak, poświęcający się historii i literaturze ojczystej. Nie będąc w możności sami tak znacznego kapitału dostarczyć, dzielimy się z Wami Bracia tą myślą w naszym gronie poczętą, z tą pew-

10

ną nadzieją, że jej jako cudzej nie odepchniecie, ale owszem podjąwszy za wspólną uznać zechcecie, że przyczynicie się choć skromnym datkiem do urzeczywistnienia tego pomysłu — wzorem, pracą, cnotami śp. Lelewela natchnionego. Obok naszej składki przy spodziewanym udziale obywateli i młodzieży w kraju, jako też waszym, Bracia, po obcych rozrzuceni wszechnicach, spodziewamy się, że na rok przyszły uzyskamy nowego towarzysza, który się szczycić będzie, że fundusz na kształcenie się dali mu koledzy, któremu wzorem i bodźcem do sumiennej a wytrwałej pracy będzie miano, jakim ten fundusz ochrzczony. Oczekując rychłej odpowiedzi przesyłamy Wam bratnie pozdrowienie.
Berlin, dnia 27 maja 1862

Nie było uniwersytetu, nie było znaczniejszego zakładu, nie było gimnazjum w kraju i za granicą, żeby choć małym datkiem lub dobrym, słowem nie przyczyniono się do utworzenia tego pomnika aere perennius dla śp. Lelewela. Pominąć nie wolno, że prócz tego szczególniej zabór pruski czynny w tej sprawie wziął udział i obywatele już to na zjazdach, już też przez redakcje pism publicznych z ogłoszonymi składkami znacznie powiększyli sumę zebraną przez młodzież. Głowa „białych" w Poznańskiem A. Łączyński6, sam jeden, ofiarował na ten cel 1000 tal. Było to wspaniałe, ale i ostatnie dzieło poczęte przez młodych, dokonane przez starszych. Wkrótce miały nieprzewidziane wypadki rozerwać ten brylantowy sojusz młodzieńczego natchnienia i zapału, z dojrzałą rozwaga i rozumem wiekowych i rzucić jednych pod sztandar rewolucji, drugich — reakcji. Kto winien? obiedwie strony. Starcy okazali za mało rozumu i odwagi: młodzież za wiele serca i płochości.

11

W skutku chodzenia za sprawą funduszu Lelewelowego, znalazły się inne punkta zetknięcia, a porozumienie się, choć bez określonego ściśle celu, pomiędzy młodzieżą polską za granicą i w kraju stawało się niezbędną potrzebą. Wszystkie niemieckie uniwersyteta, potem zakłady w Gandawie (czasowo) i Leodium, wreszcie Kraków i Lwów zgodziły się na jeden programmat: udzielania sobie szczegółowych sprawozdań o życiu, działaniach i potrzebach akademickich, tworzenia wszędzie towarzystw opartych na jednych zasadach, zawiązania ściślejszych stosunków z krajem i tamtejszym ruchem. Układy Towarzystwa berlińskiego z Towarzystwem Młodzieży Polskiej w Paryżu spełzły na niczym, ponieważ ostatnie chciało od razu zepchnąć całą młodzież na drogę politycznej działalności, czemu z gruntu byłem przeciwny, radząc tak długo, dopóki kraj nas nie powoła czynem do innej pracy — pilnować nauki. Dość ważna odegrało rolę to Towarzystwo Młodzieży Polskiej w Paryżu, więc warte osobnego wspomnienia. Powstało w lipcu 1861 r., złożone ze świeżutkiej emigracji i krajowej młodzieży czasowo za granicą przebywającej. Celem Towarzystwa było: Utrzymanie ciągłych stosunków z krajem, a raczej z partią ruchu, uświadomienie jej o tym wszystkiem, co się dzieje, dziać może na Zachodzie w sprawach polityczno-rewolucyjnych, wreszcie kształcenie i podtrzymywanie w członkach ducha rewolucyjnego i gotowości do powstania. Z początku było pod wyłącznym i bezpośrednim wpływem jen. Mierosławskiego7, raz, że był najsympatyczniejszym ze starej emigracji dla młodzieży, potem, iż rzeczywiście wówczas on jeden we Wychodźstwie był czynnym, a przynajmniej ruchliwym; zresztą zostawał w dość ścisłych stosunkach z Garibaldim, który go dnia 19 października 1860 r. powołał

12

na dowódcę mającej się tworzyć we Włoszech legii cudzoziemskiej, przygotowywanej na wiosenną wyprawę 1861 r. do południowej Słowiańszczyzny8. Na te legiony i akademicy berlińscy zebrali blisko tysiąc talarów, które jak najhaniebniej przywłaszczył sobie wybrany na karjera niejaki Mikulski z Kongresówki9, człowiek wiekowy, ojciec rodziny. Wskutek tego pod koniec roku 1861, gdy niezbitymi dowodami oszustwo stwierdzono, złożono w Berlinie sąd na Mikulskiego i in contumaciam — ponieważ mimo wezwań oskarżony ani pieniędzy nie zwrócił, ani się nie stawił do tłumaczenia — odsądziwszy go od czci i wiary, napiętnowano infamisem. Członkowie Towarzystwa paryskiego, gorliwie się zajęli zbieraniem funduszów, lecz więcej jeszcze zaciąganiem młodzieży z kraju do tych legionów. Gdy zaś wyprawa i legiony nie przyszły do skutku, a z kraju dużo wyszło ochotnika, podniesiono w Towarzystwie projekt założenia szkoły wojskowej, ponieważ dotąd istniały tylko dorywcze kursa wojskowe w Paryżu, nie odpowiadające potrzebom. Powstała tedy szkoła w Genui, przeniesiona później do Cuneo10, zostająca pod protekcją rządu włoskiego. Zakład ten, składający się w znacznej części z członków Towarzystwa, był powierzony pod zarząd jen. Mierosławskiemu. Następnie dyrektorem zakładu kuneeńskiego został jenerał Wysocki 11. Szkoła ta wiele rokująca dla nas, założona w październiku 1861 r. przez ministerium Ratazzego12 — 26 czerwca 1862 r. zwiniętą została wskutek parcia Prus i Moskwy, tajemnie popieranych przez Napoleona, które postawiły zniesienie szkoły kuneeńskiej, za conditio sine qua non — uznania królestwa włoskiego. Po stanowczym zerwaniu z Mierosławskim (w lutym r. 1862) Towarzystwo paryskie postanowiło poddać się

13

bezwarunkowo pod rozkazy Organizacji krajowej 13, z jednym warunkiem, jeśli w zasadach nastąpi zupełna zgoda, to jest, jeżeli Organizacja krajowa pójdzie drogą wiodącą do powstania, rewolucji. W tym celu wysłano natychmiast do kraju Milowicza Włodzimierza 14 i Wasilewskiego Gustawa15. W czasie kilkutygodniowego pobytu na miejscu przekonali się wysłańcy, że ścisłej organizacji rewolucyjnej jeszcze nie ma, a stronnictwo czynu, choć silne zapałem a nawet liczbą, znajduje się wciąż w stanie kiełkowania i bezładu. Toteż zawiązawszy li osobiste stosunki z wybitniejszymi osobistościami ze stronnictwa ruchu, wrócili pod koniec marca do Paryża, wziąwszy zarazem obietnicę od kilku kółek rewolucyjnych w Warszawie, że po użyciu wszelkich środków, w celu zorganizowania stronnictwa ruchu, i ustanowieniu16 naczelnej jego władzy, będzie wysłany do Towarzystwa młodzieży pełnomocnik z kraju. Istotnie przybył on do Paryża już w końcu kwietnia 17. Dla traktowania z tym pełnomocnikiem, oraz do utrzymania ciągłych stosunków z władzą rewolucyjną, Towarzystwo wybrało z łona swego komisję złożoną z Milowicza, Padlewskiego Zygmunta 18 i Wasilewskiego. Komisja ta posiadała nieograniczone pełnomocnictwo, czynności zaś jej zostawały tajemnicą nawet dla Towarzystwa aż do chwili powstania. Ramy Towarzystwa rozszerzono; potworzyły się sekcje: Gandawa, Leodium, Turyn i inne; starano się zawiązać stosunki z młodzieżą po uniwersytetach zagranicznych; komisja tymczasem poddała całe Towarzystwo pod rozkazy władzy rewolucyjnej w kraju, z której w miesiąc potem (w czerwcu) wyłonił się Komitet Narodowy Centralny. Jeden z członków komisji, Padłewski, wszedł w skład Komitetu, znaczniejsza część członków Towarzystwa i uczniów szkoły kuneeńskiej wyruszyła

14

do kraju i tam z czasem zajęła rozmaite stanowiska w organizacji narodowej, reszta została na Zachodzie, Towarzystwo wegetować zaczęło, aż zupełnie istnieć przestało, wszedłszy w skład ogólnej powstańczej organizacji. W czerwcu przybył do Berlina, ówczesny prezes Towarzystwa Młodzieży w Paryżu, Milowicz, aby osobiście doprowadzić do skutku połączenie z naszym „Towarzystwem narodowym". Pojaśnił mnie bliżej co do robót tajemnych w kraju, nalegał na zjednoczenie, do porozumienia wszelako ostatecznego z nami nie przyszło. — Tymczasem w zaborze moskiewskim istotnie z utworzeniem Komitetu Centralnego wzięto się rączo i wedle pewnego planu do pracy rewolucyjnej; młodzież rozbiegła się po kraju i na dobre poczęła szerzyć propagandę w Kongresówce, zabranych prowincjach i Galicji, strzały zaś na Lüdersa, księcia Konstantego i Wielopolskiego19 okazały, że wydobywają się na wierzch żywioły, które nie rachują się z nikim i niczym. — Wtedy to nadeszło do Berlina, jako też i do innych uniwersytetów zagranicznych, zaproszenie młodzieży krakowskiej na ogólny zjazd w połowie października do stolicy Krakusa, w celu bliższego porozumienia się nad działaniami naszymi w myśl poprzednio przyjętego programmatu. Było to już pod koniec semestru (w lipcu) — wielu akademików rozjechało się, porozumienie trudne. Trzy: berliński, grajfswaldzki i wrocławski uniwersyteta, obdarzyły mnie pełnomocnictwem i poleciły udać się samemu do Krakowa. Skądinąd wiedziałem dobrze, że poza tym niewinnym zjazdem delegatów młodzieży, co innego się święciło. Dlatego poprzedzając czas od sierpnia do października w Ks. Poznańskim, starałem się sondować tu i ówdzie opinię, próbowałem domacać się, co zwłaszcza szlachta

15

robi i jak zapatruje się na ruch w zaborze moskiewskim. Przekonałem się, że organizacją tak zwaną „białych" całe Poznańskie było objęte, że w powiatach wybrani „mężowie zaufania" nic prawie nie robili, zbierali tu i ówdzie jedynie składki, lubo tłumiąc wszelki gorętszy poryw. Żywioł rewolucyjny w Księstwie, mając widomą głowę w okrzyczanym za mierosławczyka G[uttrym] Aleksandrze20 i T[aczanowskim] Edmundzie21, nie posiadał żadnej organizacji. Z ważniejszych działań wiadomym było tylko to, że G[uttry] i K(oczorowski] Adolf22 wysłani do Warszawy, aby się przypatrzyć z bliska i porozumieć z kim należy. Przybywszy do Warszawy G[uttry] traktował z Komitetem Centralnym, wszelako nie wziął na siebie żadnych pozytywnych zobowiązań, rychłemu wybuchowi powstania będąc wprost przeciwny; K[oczorowski] zaś poza plecami G[uttrego] prowadził konszachty z „białymi" i porozumiał się zupełnie, co do dalszych robót w Poznańskiem. W Prusach Zachodnich było jawne przychylenie się na stronę ruchu i żywsze stosunki z Królestwem — a nawet ajenci rewolucyjni, najprzód C[wierczakiewicz] Józef23, później D[emontowicz] Józef24, prócz tego dużo młodzieży, która umkła przed uwięzieniem i udawała się na emigrację. Z obywateli tamecznych najczynniejszymi byli bez zaprzeczenia w robotach przedpowstańczych: I[łowiecki] Józef25 i S[ulerzyski] Natalis 26, Ogólny prąd ruchu narodowego w zaborze pruskim objawiał się wówczas — jak w całej Polsce — przez śpiew pieśni religijno-narodowych, procesje, pielgrzymki, obchodzenie uroczyste dni historycznych itd., w czym duchowieństwo, zwłaszcza młodsze, żarliwie przewodniczyło, mimo gwałtownego ucisku i prześla-

16

dowań rządu pruskiego. Kary pieniężne i więzienie nie ominęły prawie nikogo z księży. Takie postępowanie dawało otuchę, że duchowni w zaborze pruskim i nadal pozostaną wiernymi sprawie narodowej, lecz niestety z wybuchem powstania karta się odwróciła: mało tylko stanęło przy chorągwi wojennej, wielu trzymało się na uboczu, nawet usuwając się od najlżejszych ciężarów — jak płacenie podatków, niejeden zaś stał się zaciętym przeciwnikiem powstania i paraliżował roboty. Księży z poświęceniem, oddanych całą duszą sprawie na palcach wyliczyć by można: kilku wikariuszów, kilku zaledwie proboszczów; im wyżej w hierarchii, tym większy chłód i martwota. Zmarły arcybiskup Przyłuski27, wprawdzie pod lekkim naciskiem, płacił wszelako podatek narodowy, ilekroć razy zażądano, czego by dzisiejszy28 na pewno nie uczynił. Przybywszy do Krakowa 29, zastałem ten niedawno zaspany jeszcze gród ożywiony masą młodzieży spod zaboru moskiewskiego, zwłaszcza dużo Litwinów. Wszyscy garnęli się pod skrzydła „almae matris" lub techniki. Kiedym po raz pierwszy był w Krakowie (w kwietniu 1861 r.) nie zasmakowałem w miejscowym żywiole, prócz bowiem kilkunastu ludzi żywych 30 i kilku serdecznych kolegów — reszta strupieszała, obojętna, pełzająca z dnia na dzień, bez spójni a pełna sobkostwa i ultrabigoterii. Teraz inne owiało mnie życie; jędrność młodzieńcza, serdeczność, zapał, zbratanie, wzrok wytężony w przyszłość. Przybysze z ziemi Kiejstuta, z zabranych prowincji i Królestwa odmłodzili krakowskich autochtonów. Na jednym ze zebrań umyślnie dla zamaskowania celu licznym, zetknąłem się z delegowanym od Komitetu Centralnego z Warszawy S[zwarcem] B[ronisławem]31. Treść rozmowy naszej była mniej więcej następująca. Wszedłszy in

17

medias res, zapytał mnie delegat, jaki duch panuje w Poznańskiem? czy organizacja narodowa napotkałaby na wielkie przeszkody? jak zapatruję się na ruch narodowy w zaborze moskiewskim? Wypowiedziałem otwarcie zdanie moje, że choć pochodzę z Księstwa, nie wżyłem się dostatecznie w życie społeczne, w które, ukończywszy co tylko studia uniwersyteckie, mam dopiero wstąpić. Starałem się przecież z nim zapoznać od lat kilku, badając niektóre warstwy naszego poznańskiego społeczeństwa, a przebywając corocznie w czasie wakacji w innych stronach i rozpatrując się w różnych ludziach. Właściwej młodzieży, która by stanowiła ferment rewolucyjny, zabór pruski dla braku uniwersytetu, akademii lub coś podobnego nie posiada. Szlachta po wsiach, inteligencja na posadach do legalnego odporu wobec pruskiego nacisku nawykłe, choćby się przechyliła na stronę ruchu nie będzie przydatna, umiejąca li wedle paragrafów prawnych i stypulacji traktatowych regulować działanie. Zresztą nawyczki, urojenia, przesądy szlacheckie mimo większej, jak gdziekolwiek w Polsce ogłady i postępowych — na pozór — zasad, głęboko są w tajnikach duszy zakorzenione, a w stanowczej chwili wyszedłszy na jaw gotowe wykrzywić, podkopać, zniszczyć dzieło ruchu narodowego w Księstwie. Najlepszym dowodem, że wielu z mieszczaństwa lub inteligencji, zdobywszy sobie jakie takie stanowisko wpływowe w społeczeństwie, czy też doszedłszy do znaczniejszego majątku, zaraz przedzierzgają się w panów, inaczej padają ofiarą pod naciskiem w ten sposób rekrutującej się, a przemożnej falangi szlacheckiej. W organizacji zatem narodowej najlepiej by było pominąć szlachtę zupełnie, lecz tym bardziej rachować się z nimi, bo już stanowią choć źle sformowany

18

zastęp i ogromne środki materialne. Dlatego tym mniej radziłbym wchodzić z nimi w jakiekolwiek kompromisy, bo stojąc wyżej od nas rutyną i pieniędzmi, zawsze nas wywiodą w pole; ale gdy przyjdzie do czynu — zapał nasz, wiara w dobrą sprawę i potęga ducha, przeważą na naszą korzyść, w tej chwili ochotnie da szlachta wszystko na ołtarz Ojczyzny, albo dać będzie musiała! Chłop, mieszczanie, oficjaliści wiejscy, nauczyciele, księża, niżsi urzędnicy — oto materiał obfity dla każdego powstania, ale ostrożnie i umiejętnie postępować należy, aby szlachta nie przeszkodziła, Prusak nie zwietrzył, co się święci. Co do mnie, osobiście, choć przekonany jestem, że Polska tylko własnymi siłami, a w ostateczności przez zbrojny wybuch na niepodległość wybić się potrafi, mimo tego nie widzę w obecnym ruchu odpowiednich danych, że właściwą postępujemy drogą do pożądanego celu. Moim przekonaniem tylko człowiek zajmujący pewne stanowisko w społeczeństwie może z pożytkiem pracować dla kraju w każdej chwili i w każdym położeniu. O ile mi zaś wiadomo ruchem w zaborze moskiewskim głównie kieruje młodzież -nie znająca alfabetu życia publicznego, pełna zapału, ale bez jasnego poglądu na rzeczy, nie zdolna wybrać odpowiednich do działania środków, mimo najgorętszej miłości ojczyzny. Gdy zaś szlachty en bloc użyć nie można ani nie należy, gdy mężowie wytrawnego doświadczenia, nauki i używający poważania stoją na uboczu, dlatego działania partii ruchu nie przyspieszać, ale na lata całe rozłożyć trzeba, aby nabrać wprawy, doświadczenia, a zwłaszcza, aby niższe warstwy należycie przygotować do akcji. Delegowany twierdził, że Komitet Centralny właśnie w tym duchu najsilniej pracuje, aby dla sprawy

19

wyzwolenia pozyskać chłopa i rzemieślnika, że o powstaniu nikt rozsądny obecnie nie myśli, ledwie za rok lub dwa, ale z rozbudzenia narodu korzystać i organizację we wszystkich dzielnicach Polski rozkrzewiać trzeba, by jak najwięcej materiału rewolucyjnego nagromadzić, uporządkować, i wszystkie siły narodu w danej chwili do czynu popchnąć. Młodzież rzeczywiście pobudza naród, lecz tylokrotnie dowody dojrzałości złożyła i taktu w manifestacjach publicznych, iż trzeba być chyba uprzedzonym, aby jej coś złego zarzucać. Zresztą organizacją kierują ludzie, którzy obok gorącego serca posiadają doświadczenie życia, stanowisko, potrzebne wiadomości i wiek niepierwszej młodości, jak to sam tego jestem dowodem. Zwróciłem tedy uwagę, że co innego jest takt, instynkt i dojrzałość w manifestacjach uczuciowych, za jakie uważam dotychczasowe demonstracje religijne, śpiewy, obchody, stroje, święcenie pamiątek przeszłości — a co innego doświadczenie, dojrzałość, gruntowna znajomość, pewność siebie w ciężkich przejściach walki narodowej, gdy trzeba będzie praktycznych chwytać się środków, siłą fizyczną pokonywać wroga, a wiedzą go przewyższać. — Po tym przemówieniu na znak zgody uścisnęliśmy się i przeszliśmy także z teorii do praktyki. Delegat zawezwał mnie, abym gdy organizacji dotąd w Poznańskiem, mimo traktowania z G[uttrym], zawiązać się nie udało, podjął się tego zadania i jako agent Komitetu Centralnego roboty organizacyjne rozpoczął. Zawiadomił mnie oraz, że w Prusiech Zachodnich znajduje się już wysłaniec komitetu 32, z którym by porozumieć się należało dla jednomyślności w działaniu. Na to zażądałem pozytywnych dowodów o sile i rozmiarach organizacji narodowej w zaborze moskiewskim,

20

bez przeświadczenia bowiem, iż stronnictwo czynu rzeczywiście posiada warunki bytu i żywotności, że rozporządza odpowiednimi siłami, nie myślałem niczego się podejmować. Oczywista, że to było trudne do spełnienia żądanie, a dziś widzę, że nawet niemożliwe. Aby osięgnąć matematyczną pewność w tym względzie, trzeba było mi wyruszyć w zabór moskiewski i tam naocznie przekonać się o wszystkim. Delegat oświadczył mi tylko, że wtajemniczać mnie w plany komitetu, potęgę i rozgałęzienie a ustrój organizacji nie może tak długo, aż do niej nie przystąpię i nie zaprzysięgnę. Winienem mu zawierzyć na słowo, że stronnictwo ruchu z całą sumiennością przystąpiło do pracy i świadomością odpowiedzialności, jaką wobec narodu na siebie wzięło, odwołał się na dwuletnią duchową walkę z wrogiem, na demonstracje i wzmagające się objawy rządniejszej konspiracji, na słowo obecnych kilku członków z organizacji krakowskiej, wreszcie podał mi kilkunastotysięczną liczbę zaprzysięgłych, których ilość z każdym dniem się wzmaga. Wiara w ludzi i sprawa nie kazała mi wątpić w te dość chwiejne dowody. O ile serce się rwało, by uczestniczyć w gotujących się wielkich wypadkach, o ile wymowa: gorące wywody delegata, gwar roznamiętniający zebranej młodzieży popychały mnie do stanowczego kroku, odłożyłem przecież do następnego dnia — ostatnie słowo. Wmieszaliśmy się pomiędzy bawiącą się młodzież. Całe zebranie nosiło charakter podniosły a serdeczny. Po kilku mowach okolicznościowych, po improwizowanym przez J. K. Turskiego 33 kazaniu na „Czas", w którym wybornie przedrzeźniał wymowę osławionego później księdza Goliana34, zagrzmiała naraz ze stu kilkudziesięciu piersi młodzieńczych uroczysta melodia pieśni Janusza35: Białe Orlę, której ostatnia zwrotka:

21

Wielka, wielka wojna będzie! Oj, niejeden Moskal zginie, Lecz i Orlę krwią opłynie W Polsce mogił nam przybędzie!

na zawsze wryła mi się w duszę — smutnym przeczuciem. Jak dziś widzę piękną, wyniosłą, natchnioną postać późniejszego męczennika i bohatera S[zwarcego] B[ronisława], który gdzieś tam zaprzepaszczony w kaźni moskiewskiej, powoli dogorywa, w jego oczach zabłysły gromy, odbiła się na obliczu przyszłość straszna, ale promienna, zalana krwią, gruzami zasypana, ale święta męczeństwem i nieśmiertelną wiarą w zbawienie Ojczyzny! — Wystarczający sobie, nie zwykłem przez modlitwę uciekać się do nadprzyrodzonych potęg, za tego jednego atoli człowieka, cierpiącego od tylu lat męki Prometeusza, szlę do bóstwa gorące modły, aby go wybawił ze szponów moskiewskich, bo ludzka pomoc nadaremna. Bracie i druhu! pamięci twej świece ostatnia łzę, która spłynęła na wiadomość, żeś popadł w ręce wroga36; na zawsze oko suchym zostanie, boś ty był ostatnim, któregom czcił i kochał całą duszą! Zaraz po tym zgromadzeniu, udałem się do przyjaciół, którzy dotąd także bezpośredniego nie wzięli udziału w robotach sprzysiężenia. W poufnej a serdecznej rozmowie roztrząsaliśmy tak żywo każdego obchodzącą sprawę organizacji i ruchu w zaborze moskiewskim. Wreszcie na drugi dzień rano, sam na sam zrobiłem rachunek sumienia i zdecydowałem się przyjąć na siebie powierzoną mi misję w Poznańskiem, ale pod pewnymi warunkami. Prócz poglądu i widzimisię na ówczesny ruch polityczny, nie przystając w niejednym do zasad przyjętych przez Komitet Centralny, prócz pewnych wątpliwości co do istotnej potęgi i rozgałęzienia organizacji narodowej — w tak stanowczej

22

chwili życia jeszcze osobiste stosunki nasuwały mi uwagi, które w rachunek wciągnąć byłem powinien. Odbywszy doktorat medycyny niedawno, miałem jeszcze przed sobą mozolny egzamin na lekarza praktycznego, z czym uporawszy się od razu zająłbym poważne stanowisko w społeczeństwie poznańskim, wywiązałbym się z długu wdzięczności ludzi zacnych, którzy mi przyszli w pomoc przez cały czas studiów, stałbym się podporą osieroconej od dawna familii. Przystępując do organizacji, trzeba było zrezygnować z tych planów, bo dwom panom służyć niepodobna. Wymieniam wszystkie refleksje — z umysłu. Człowiek nieprzywiązany do gleby rodzinnej, do rodziny, przyjaciół itd. niezdolny jest wyrobić w sobie bezinteresownej miłości ojczystej, dla której znów wszystko poświęcić należy. Łudzi siebie i drugich, kto twierdzi, że bez poprzedniej walki rozpaczliwej z prywatnymi więzami gotów jest do nieograniczonych ofiar dla narodów, ludzkości. W każdym człowieku tkwi choćby odrobina sobkostwa; szczęśliwy, jeżeli w szlachetnych czerpie je pobudkach. Taka jest reguła dla powszednich ludzi. Wyjątki może stanowią istoty wyjątkowe — geniusze, a tych ani przed, ani w czasie powstania nie było. Dopiero po zakończonej tragedii wylęgli się z mętów krajowych wielcy mężowie stanu, którzy post festum zaczęli rozgłaszać, że całe nieszczęście naprzód przewidzieli i dlatego właśnie do dzieła szaleńców ręki nie przyłożyli, chyba pod groźbą. Ale czemuż nie przeszkodzili szaleństwu? Dlaczego zgłupiałym wzrokiem i założywszy ręce patrzyli na gotującą się zgubę i zatratę narodu? Panowie! jak niewczesne były krzyki i lamenty, gdy powstanie wybuchło, tak bezwstydne są ujadania panoszących się dziś na pustym cmentarzysku, którzy

23

krociom, zabitym, zamęczonym przez wroga śmią urągać wyrzutem, że naród wtrącony w przepaść, i wobec tysięcy konających powolnie na Sybirze, w katorgach lub tułactwie na szerokim świecie występują z oskarżeniem zamykającym wrota do kraju, że ,,niepoprawni" 37. U niejednego stara to piosenka, iż każdy wybuch zbrojny za wczesny, lecz pozwólcie, aby inni inaczej myśleli i na inną śpiewali nutę. Zresztą, czy w czas, czy też w niewczas rozpoczęta krwawa walka z wrogiem dowodzi jedno, iż naród już dłużej ciemięstwa znieść nie potrafił, że nadludzkie znosił cierpienia, że bądź co bądź czuł nieprzepartej zmiany potrzebę. A gdy tego na drodze pokoju osiągnąć mu nie dozwolono, przemocą stargał kajdany. Zbyt nisko sobie cenią naród, którzy utrzymują, że kilku szaleńcom dał się otumanić i wciągnąć do walki. Gdyby w r. 1863 nie było już w Polsce nagromadzonego aż do zbytku materiału palnego, gdyby naród nie był ocknął się z długiego letargu i nie poczuł dojmujących boleści — zaprawdę! ani setki najzręczniejszych agitatorów nie zdołałyby popchnąć masy na drogę rewolucji. Ostatnie powstanie było przede wszystkim — koniecznością. Powal człowieka o ziemię, gnieć piersi kolanem, z początku może będzie się szamotał z tobą, potem z rezygnacją ulegnie przemocy, ale wreszcie gdy wskutek bezmiernego ucisku zabraknie mu oddechu, gdy krew do głowy uderzy, wtedy dobędzie ostatnich sił z rozpaczy, by zrzucić z siebie przeciwnika, choćby potem i skonać przyszło. A cóż dopiero dziwić się narodowi, posiadającemu tyle żywotności, tyle wspomnień, tyle potrzeb, tyle popędów, tyle marzeń, że z bronią w ręku toruje sobie drogę do wolności, gdy dobrocią, uległością i cierpliwym wyczekiwaniem osiągnąć jej nie może.

24

Inna rzecz z przygotowaniem środków do powstania. — W tym. względzie cała odpowiedzialność spada na ludzi czynu. W ich bowiem ręku spoczywała władza nad wzburzonymi masami, oni na dobry skutek przyrzekli obrachować powstanie38 przez zgromadzenie i odpowiedni rozkład pomocniczych środków i czynników do walki; oni powinni byli tak się urządzić, aby na każdy wypadek byli panami sytuacji, a więc, aby nie dali się zmusić do jakiego bądź nieprzewidzianego kroku. Ludzie czynu widzieli konieczność powstania, skoro zaś nie czekając katastrofy z założonymi rękoma, chwycili śmiało za ster; podjęli się tym samym pokierować nawą ojczysta — dobrze. Sternik zaś, nie tylko, że znać ma drogę przed sobą, ale i porę, w której od brzegu odbić należy i rafy podmorskie, które wymijać należy. Ludzie nie widzący rewolucji trudno, aby odpowiadali za czyny, dopóki wybuch nie nastąpił. Ale od dnia 22 stycznia 1863 r. dzielą wszyscy jedne losy i biorą wspólną odpowiedzialność przed narodem, potomnością, historią. Tyle odpowiedzi mędrcom-grabarzom, którzy dziś konspiracji i powstaniom odśpiewują pogrzebne „Requiescat", a na nieszczęśliwych pogrobowców, dogorywających poza Ojczyzną, w dowód braterskiej miłości, rzucają w oczy — anathema! Lecz i na tym tułaczym chlebie wypaśli się geniusze, krajowym mędrcom spowinowaceni, bez których Polska — zerem. Dlaczegóż to w czasie akcji nie zajaśnieli wielkością? czemu tak oględnie stronili od osobistego wystąpienia w kraju? Trzeba było nadstawić karku pod szubienicą, zmierzyć się oko w oko z nieprzyjacielem na różnych stanowiskach, wtedy każdy miałby prawo sądzić i potępiać — ale tak! to wara — od wyroków! aby snać na rzekomego sędziego nie spadł wstyd i hańba!

25

Zaliczając się do pospolitych ludzi, rozważałem tedy nie tylko sprawy publiczne same przez się, ale i w stosunku do osobistych moich interesów. Na takie] podstawie, następujące postawiłem warunki przystąpienia mego do organizacji, które delegowany komitetu, z wyrozumieniem przyjął: 1. Stosując się do celu i zasad kardynalnych organizacji narodowej w wyborze atoli środków, do przeprowadzenia takowej w Księstwie, zastrzegam sobie zupełną swobodę, biorąc naturalnie i całkowitą odpowiedzialność na siebie. 2. W stosunkach mych, uznaje tylko Komitet Centralny nad sobą i z nim wprost we wszystkich sprawach znosić się będę. 3. Ponieważ rozkrzewienie organizacji narodowej na lata się rozkłada dla kompletnego przygotowania dla wybuchu, użyteczniejszym stanę się zająwszy samodzielne stanowisko jako lekarz w Poznańskiem. Dlatego wymawiam sobie, że aż do końca lutego 1863 r. obok nawiązywania organizacji w Księstwie, głównie w Berlinie przebywać będę, dla skończenia egzaminów, po czym wolny będąc, oddać się mogę swobodnie sprawie publicznej. Pobyt chwilowy mój w Berlinie bardzo był na rękę delegowanemu, ponieważ komitet dotąd nie posiadał pośredniego punktu dla komunikowania się z emigracją na Zachodzie. — Podjąłem się tedy i ułatwiania przesyłek lub ludzi przez stolicę pruską. Gdy tak zgoda we wszystkich kwestiach nastąpiła, wręczył mi delegowany komitetu formularz przysięgi, wedle którego się przyrzekało posłuszeństwo naczelnej władzy, oddanie się zupełne sprawie narodowej na przyjętych przez partię ruchu kardynalnych zasadach, tajemnicę bezwarunkową tak co do osób, jak i działań w organizacji, chociażby przychodziło życiem przypłacić.

26

Uznając słuszność wymagań, złożyłem przysięgę przez proste podanie ręki obecnemu członkowi z ławy krakowskiej 39, oświadczając, że przytoczone w rocie przysiężnej warunki uroczyście wypełnić zobowiązuje się, co uznano za wystarczające zamiast zwykłego ceremoniału z krucyfiksem itd. skrupulatnie w organizacji przedpowstańczej przestrzeganego. Zaprzysięganie w każdym tajnym związku jest konieczne czy w ten, czy w ów sposób wykonywane. Człowiek bowiem tak jest w ogóle dziś słabą, chwiejną istotą, iż pod lada naciskiem okoliczności, przypadku ugina się i zmienia. Ktokolwiek zaś posiada choć cokolwiek poczucia własnej godności, prędzej się cofnie przed zdradą na samą myśl złożonej kiedyś wobec świadków przysięgi, aniżeli gdy bez uroczystego przyrzeczenia do spisku jakiegoś przystąpił. Zwłaszcza u ludzi wiary, zapału, ale mniej oświeconych i słabego charakteru, bez przysięgi obyć się niepodobna, człowiek zaś wykształcony, silnych zasad przez dane słowo, stawia jedną tamę więcej chwilowemu zachowaniu się lub zmienności. Przed i na początku powstania nikogo nie przypuszczono do organizacji bez dokładnej znajomości osób i uroczystej przysięgi, toteż zdrady nigdzie nie było; później, gdy z postępem powstania, roboty organizacyjne coraz to więcej się ujawniały, a obok tego i rozprzęgały przez napływ najróżnorodniejszych żywiołów, zmienność, niewiara i zdrada poczęły w szeregach powstańczych się pojawiać coraz częściej. Po załatwieniu tej koniecznej wówczas formalności, przystąpiliśmy do szczegółowego rozbioru naszego zadania. Delegowany objaśnił mnie o ustroju organizacji i komitetu, o planach na przyszłość, opatrzył mnie instrukcjami, formularzami, odezwami i różnymi dokumentami; nominacje zaś urzędową przyrzekł niezwłocznie nadesłać z Warszawy. Z mej znów strony

27

oświadczyłem, iż organizację rozpocznę od dołu, zawiązując dziesiątki i organizując pojedyncze powiaty, potem dopiero pomyśle, o centralnej władzy dla Księstwa, gdy już na prowincji pewną zdobędę sobie siłę i przewagę. Przed rozpoczęciem wszelkiej pracy porozumienie się z G[uttrym] było niezbędnym, bo choć sam nie chciał wziąć na siebie przeprowadzenia jakiego bądź związku rewolucyjnego w Poznańskiem, który uważał za zbyteczny, tusząc sobie, że w potrzebie wszystko co gorętsze za nim pójdzie; chociaż nie zgadzał się z forsownym kierunkiem prac komitetowych; wszelako jako prawy patriota i zacny człowiek nie powinien by odmówić moralnego poparcia, gdyby tylko przez to, że wiedząc o mej misji, tamy moim robotom nie będzie stawiał. Z tego powodu zetknąłem się jeszcze z Zyg[muntern] P[adlewskim]40, co tylko do Krakowa przybyłym, a udającym się do kraju, i rozmówiwszy się z nim o Poznańskiem, o G[uttrym] i sprawach stykających się z mym posłanictwem, wziąłem list do G[uttrego] rekomendujący mnie jako agenta i wzywający go do dania mi wszelkiej patriotycznej pomocy. Pismo to wraz z innymi papierami, później w Działyńskich pałacu znalezione przez Prusaków, znajduje się w aktach osławionego procesu, wytoczonego przez „Kammergericht" berliński wielu rodakom z zaboru pruskiego w r. 1865. Brzmi zaś znów spolszczone podług owych aktów jak następuje:
Kraków, dnia 20 października 1862. Szanowny pośle!

Oddawca tego listu upoważniony jest przez Centralny Komitet Narodowy do działania w W. Ks. Poznańskim. Nie wątpię, że dla dopięcia tego zamiaru całego

28

Twego wpływu i wszelkiej mu pomocy użyczysz, więc nie wzywam Cię nawet do tego. Piszę jedynie, aby Ci przypomnieć niezbędną potrzebę urządzenia w Poznańskiem komunikacji pogranicznych i utworzenia jakiego bądź związku, z którym by wnijść w stosunki, i na którego współdziałanie w razie koniecznej a nagłej potrzeby, z pewnością rachować by można; dziś, nie wiedząc, czy dużo mamy czasu przed sobą, kiedy nas zaskoczy nagła potrzeba rozpoczęcia transportów, urządzania składów albo przesyłek ludzi, bardzo trudno obyć się bez naprzód umówionych a pewnych punktów komunikacyjnych. Nie posiadając takowych, łatwo zdarzyć się nam może, iż przy pierwszej próbie znajdziemy się w Wielkopolsce, jakby na obcej ziemi. Temu trzeba koniecznie i to jak najśpieszniej zaradzić. Gdyby ci się udało cośkolwiek w tym względzie uskutecznić, pewno nie omieszkasz porozumieć się z wiadomymi ci osobami w Warszawie, a ci wkrótce do ciebie się zgłoszą. Podróż moja idzie bardzo oporem, mimo to wkrótce stanę na miejscu. Jakżeż ci się udała wycieczka? Poruszając raz jeszcze nasze sprawy Twemu wypróbowanemu patriotyzmowi a siebie łaskawej pamięci, przesyłam Ci wyrazy szacunku i szczere serdeczne pozdrowienie. Do widzenia Twój Z.P. Spal ten list. P. G[uttry] nie spalił listu, zachowując go raczej dla Prusaków41, którzy najpocieszniejsze z tego dokumentu wywodzili kombinacje i łamigłówki! zamachy stanu i zbrodnie! W Krakowie spotkałem się z K[azimierzem] S[czanieckim]42 poznańczykiem, noszącym się z mysią in-

29

stalowania się przy Uniwersytecie Jagiellońskim, jako docent prawniczego wydziału. Ponieważ miał rozgałęzione stosunki pomiędzy młodzieżą krakowską, przy tym obrotny, ruchawy — postanowiłem go użyć za pośrednika pomiędzy organizacją krakowską a poznańską. Zaprzysiągłem go tedy, lecz później pożytku z niego nie miałem, a przynajmniej takiego, jakim sobie założył. Załatwiwszy się w Krakowie ze wszystkim ruszyłem na powrót w Poznańskie, Po drodze zatrzymałem się we Wrocławiu, skąd niezwłocznie (dnia 25 października) wysłałem do G[uttrego] przebywającego chwilowo w Poznaniu list, w którym zapraszam na schadzkę w celu stanowczego porozumienia się w sprawie publicznej. Nim ruszyłem ku Wielkopolsce, objaśniłem zaufanych we Wrocławiu akademików o cela i zamiarach zjazdu krakowskiego, o podjętej przeze mnie misji; po czym zaprzysiągłem Sm[iśniewicza] Wł[adysława] 43 i młodego Karola L[ibelta]44, polecając im, aby przysposabiali zwolna młodzież, ale bez gromadnego zaciągania w szeregi organizacji. Zaprzysięgać i wtajemniczać w roboty tylko najdzielniejszych i najzaufańszych — reszta niech się spokojnie uczy. G[uttrego] w Poznaniu nie zastałem, z przejażdżki do Częstochowy udał się zaraz do siebie na wieś. Wysłałem mu więc pocztą list P[adlewskiego], prosząc, aby co rychlej przybył do miasta. Tymczasem wyruszyłem w powiat średzki i wrzesiński w zamiarze zawiązania organizacji narodowej, a równocześnie napisałem do dwóch zaufanych z powiatu pieszewskiego. — Ani w średzkim, ani we wrzesińskim, nie udało mi się od razu wynaleźć odpowiednich ludzi do związku. Miałem tam dużo znajomych, bez gruntownego atoli zbadania ich sposobu myślenia nie mogłem się

30

odważyć, aby komuś powierzyć ten pierwszy zawiązek, zwykle stanowczo decydujący o pomyślności lub zawodzie następnych robót konspiracyjnych. W ogólnych więc tylko zarysach przygotowałem grunt, wskazując na niezbędną potrzebę rychłego zorganizowania się w imieniu jednych zasad i zakupywania pojedynczo palnej broni, która kiedyś dla naszej braci w Królestwie przydać się może. Z powrotem zastałem w Poznaniu G[uttrego], jako też owych dwóch z pleszewskiego, którzy z zapałem zgodzili się na wszystko, złożyli przysięgę, zabrali instrukcje i ruszyli spiesznie do domów, żądni pracy i pełni wiary w lepszą przyszłość. G[uttry] oświadczył mi z góry, że co powiedział dawniej w Warszawie, od tego i teraz nie widzi potrzeby odstępować, z robotami Komitetu Centralnego się nie zgadza, uważając je za przyśpieszone, a tym samym nie dojrzałe, że obowiązań żadnych się nie podejmuje, i nic na siebie nie bierze, ale i mnie przeszkadzać nie myśli, owszem życzy jak najlepszego powodzenia, gdy osobistego poparcia dać nie może. Przy powtórnym widzeniu się, wyraził G[uttry] zdziwienie, iż musiało zajść jakieś nieporozumienie, albowiem z taka samą misją przybył do Poznania ktoś inny: D[emontowicz] agent z Prus Zachodnich. Radził mi tedy odszukać D[emontowicza] dla uniknięcia zawikłań i wskazał mi K[azimierza] S[zulca] 45, przez którego miałem być wprowadzony na posiedzenie zapowiedziane w tym dniu. dla ukonstytuowania się komitetu. Pobiegłem natychmiast, szukałem wszędzie, lecz na nieszczęście S[zulca] nigdzie znaleźć nie mogłem. G[uttry] zaraz wyjechał, nie czekając, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie mając chwilowo czego zatrzymywać się dłużej w Poznaniu, zwłaszcza że była największa potrzeba,

31

abym ruszył do Berlina, gdzie i do egzaminów trzeba było się zgłosić, i nominacja z Warszawy wraz z innymi papierami nadejść już powinna była, bez czego niepodobna mi było wystąpić urzędownie wobec nieznanych mi osób i rozpocząć roboty; przed wyjazdem napisałem jeszcze do Komitetu Centralnego, zawiadamiając o wystąpieniu D[emontowicza] i prosząc o wyjaśnienie tej sprawy, potem w mieszkaniu S[zulca] zostawiłem kilka słów dla D[emontowicza], wsiadłem wieczorem na kolej i tak stanąłem w pierwszych dniach listopada w Berlinie. Zastałem z Warszawy tylko druki tajemnie tam wychodzące, które rozesłałem w rozmaite miejsca Poznańskiego. Przy tej sposobności poleciłem w pleszewskim powiecie, aby się rączo wzięto do zorganizowania, chcąc się przekonać, o ile próba się uda. Dowiedziałem się, że w Poznaniu na owym posiedzeniu za inicjatywą D[emontowicza], utworzył się z żywiołów gorętszych komitet złożony z 10-12 osób bez określonego programmatu więcej dla przeciwstawienia się komitetowi „białych" — również luźnemu i nieokreślonemu ciału. W każdym razie był to pierwszy krok rewolucyjny, jak ruch wywołany przeze mnie w powiecie pleszewskim, pierwszym objawem organizacji narodowej w Poznańskiem. Wadą komitetu była wielka liczba członków i brak wytkniętego celu, stąd nic nie zrobiwszy, rozbić się wkrótce musiał; nieszczęściem organizacji pleszewskiej było, że stanęła samotnie, a nawet w łonie powiatu natrafiła na opór, więc owoców nie wydała takich, jakich się spodziewać należało. Lecz o tym później. Przybywszy do Berlina, zgłosiłem się niezwłocznie do egzaminów. Pierwszy atoli termin naznaczono mi tuż przed Bożym Narodzeniem. Miałem tedy dość czasu do ostatecznego przygotowania się, a nawet zapisa-

32

łem się na kurs operacyjny, który wszelako już w połowie zaniechać musiałem. Nawał bowiem zajęć wynikających z mego stanowiska, jako agenta komitetu, niebawem tak się zwiększył, żem musiał się zdecydować jednemu tylko służyć bogowi. Łatwo się domyślić, na którą stronę się przechyliłem, a to tym bardziej, żem z prześcigających się wypadków widział jasno jak na dłoni, że wybuch nie na lata, ale na miesiące dojrzewa, Dziwiłem się i pojąć tego do dziś nie mogę, jak ludzie, nawet zupełnie wtajemniczeni w ruch i życie ówczesne narodu, nie widzieli, że stoją na wulkanie lada chwilę grozą wojny wybuchnąć mogącym. Jedno tylko tłumaczy, że człowiek w akcji im czynniejszy bierze udział w jakiej sprawie, tym pospolicie mniej widzi przed sobą i niezdolen dostrzec ostatecznych konsekwencji działania. Ja z boku stałem, więc bardziej znajdowałem się w położeniu ogarnięcia myślą całej sieci rozwijających się szybko wypadków i prawie instynktowo przewidziałem bliską walkę, com też publicznie wypowiedział w mowie w czasie obchodu dnia 29 listopada wygłoszonej. Całkiem więc przerzuciłem się na łono rewolucji i wyłącznie zająłem się spełnieniem misji podwójnej, powierzonej mi przez Komitet Centralny. Druki przesyłane często z Warszawy rozrzucałem w różne strony tak Ks. Poznańskiego, jak i po części w Prusach Zachodnich, polecając podawanie sobie z rąk do rąk. Podobne bezimiennie rozsyłane odezwy były dla mieszkańców w zaborze pruskim podniecającą nowością. Zdawało mi się, iż w ten sposób spowoduje się bezwiedne przechylenie się umysłów na korzyść rewolucyjnego ruchu. I rzeczywiście była to wyborna propaganda przygotowująca do nieprzewidzianych wówczas wypadków.

33

Najważniejszą czynnością w Berlinie było pośrednictwo moje w znoszeniu się Komitetu Centralnego z organami ruchu na wychodźstwie i odwrotnie. Przesyłki książeczek i odezw dla wojska moskiewskiego, kierowane przez Hercena i Bakunina46, także szły na moje ręce, jak niemniej przeznaczone dla krajowej organizacji kilka podręcznych wydoskonalonych drukarni. Wreszcie i o wyszukaniu dróg dla prowadzić się mającej broni myśleć zaczęto. Liczba przekradających się do kraju z Zachodu młodych wychodźców z każdym dniem rosła — a wszystkich idących przez Berlin trzeba było zaopatrywać w potrzebne fundusze, legitymacje i wskazywać, którędy dalej udawać się mieli. Początkowe wydatki z własnej kieszeni pokrywałem, mając do 400 tal. zebranych, później atoli przesłał mi komitet na ten cel kilka tysięcy rubli — do wiernych rąk jak się wyraził. Wszystkie te czynności sam odbywałem, nie starając się wcale o szerzenie sprzysiężenia pomiędzy akademikami, a pragnąc, aby do ostatniej chwili zostawali przy nauce. W dowód zaufania wybrali mnie powtórnie marszałkiem towarzystwa, chociaż już akademikiem być przestałem. Przyjąłem ten zaszczytny urząd warunkowo tylko, że każdej chwili wycofnąć się mogę, gdy okoliczności do innych obowiązków mnie powołają. Będąc primus inter pares, mogłem tę poczciwą młodzież każdej chwili powołać do służby publicznej, wiec przedwczesne wtajemniczenie w roboty przygotowawcze do powstania uważałem nie tylko za zbyteczne, ale nawet szkodliwe. Kilku tylko było na innej drodze, obznajmionych z prawdziwym stanem rzeczy, lecz i przed tymi do pewnego stopnia ukrywałem moją misję. Jak najwięcej oszczędzając w pracy mej akademików, zwróciłem starania ku przebywającym wówczas

34

oficerom serbskim, by zjednać sobie ich przyjaźń i możliwą na przyszłość pomoc. Oswajałem ich tedy . z wolna z myślą rychłej walki w Polsce o niepodległość i pragnąłem wszczepić to przekonanie, iż jeśli kiedy, to teraz najlepsza pora do zawarcia sojuszu pomiędzy ludźmi czynu, pochodzącymi z różnych, lecz wszędzie równą znoszących niewolę ludów słowiańskich. Od kilku lat nosiłem się z tą myślą, szukając sposobu urzeczywistnienia. Będąc w 1860 r. przez pół roku w Pradze czeskiej, znalazłem się wpośród Bułgarów, Serbów, Kroatów, Słowaków, Morawian i Czechów. Próbowałem tedy utworzyć związek, w którym początkowo tylko po dwóch z każdej narodowości wstąpić miało. Wróciwszy każdy do ojczyzny zobowiązany był propagować ideę zbratania Słowian w imię wolności, obeznawać z historią i charakterem pojedynczych ludów, po roku zaś albo osobiście przybyć na zjazd doroczny, albo zdać piśmiennie sprawę z czynności. Zawiązało się takie kółko, lecz spełzło na niczym, każdy wróciwszy do siebie, zapomniał, a raczej nie chciał sobie przypomnieć, danego przyrzeczenia. Gdy więc nowa sposobność się nadarzyła urzeczywistnienia mej idee fixe, chwyciłem się oburącz i nie bez powodzenia. Serbowie, a było ich wtedy w Berlinie do trzydziestu, z zapałem przyjęli podaną dłoń bratnią, większość wojskowych nawet przyrzekła, gdy przyjdzie do wybuchu w Polsce, iść razem z nami bić Moskala, reszta zaś miała się udać na propagandę do południowej Słowiańszczyzny, a zwłaszcza do Serbii, aby popchnąć rząd książęcy 47 do wyzwolenia zupełnego spod jarzma tureckiego i austriackiego reszty współplemieńców, Powziąwszy taki plan, przedstawili oficerowie zbiorowo ministrowi wojny w Białogrodzie, że w Prusiech

35

dosyć się już napatrzyli praktyce wojskowej i życzą sobie niezwłocznie powrócić do domu. Ministerium prośbę tę stanowczo odrzuciło, wydając rozporządzenie, aby wszyscy w pruskiej służbie do ostatniej chwili, tj. przez cały rok, wybyli. Wskutek takiej odprawy, nie myśląc wcale dłużej na miejscu pozostawać, oficerowie podali się do dymisji, którą ostatecznie rząd serbski przyjął, ale z obostrzeniem, że więcej do armii narodowej przypuszczeni nie będą. a w dodatku nie jeden później doznał srogiego prześladowania ze strony władzy. Niebawem wybuchło i powstanie nasze. Kiedy dawniej kilkunastu wojaków rwało się do walki, teraz zaledwie trzech pozostało wiernymi danemu słowu, a czwarty cywilny — i to przysiągłbym więcej z potrzeby, aniżeli z rzetelnego przekonania. Na pierwszym wstępie bowiem zażądali, aby zapłacić ich długi, bo inaczej ruszyć się im niepodobna. Interes ten kosztował przeszło 1000 talarów, lecz zapłaciłem, wojskowych bowiem w początkach powstania brak był niezmierny. Udali się w Poznańskie, skąd już to z oddziałem Junga 48, już też z Taczanowskim ruszyli w pole. Jeden wkrótce nawrócił i udał się wprost do Serbii, z pozostałych dwóch jeden zostawał bezczynnie przy Taczanowskim, drugi uwijał się z oddziałem konnym po Kaliskiem. Pierwszy był zdatny i dzielny oficer ze sztabu i szkoda wielka, że nie umiano obszernych jego wiadomości zużytkować, nic więc dziwnego, że rozczarowany wrócił do Serbii, a odepchnięty od własnego rządu, poszedł niestety koniecznością zniewolony w służbę armii moskiewskiej. Drugi Markowicz, dobry żołnierz, ale straszny letkiewicz. Po ignacewskiej bitwie49 wrócił w Poznańskie, a stamtąd czym prędzej czmychnął do Berlina, gdziem go w kilka miesięcy później spotkał znów zadłużonego

36

po uszy. Gorzko począł wyrzekać na Poznańczyków, że go tu umyślnie wywieźli i bez grosza pozostawili, że dotąd go łudzą sformowaniem nowego oddziału konnicy, na którego czele pragnie stanąć jak najspieszniej. Pierwsze fałsz, drugie prawda. Wiedząc, że sie sam naparł do Berlina, i że otrzymał aż nadto pieniędzy na drogę, które rychło roztrwonił, a wreszcie nie dowierzając bardzo wojennemu jego animuszowi, chcąc się przekonać, czy rzeczywiście ma ochotę wyruszenia w pole, zaproponowałem mu przejażdżkę w Prusy Zachodnie, gdzie nie obiecywany złudnie, ale gotowy otrzyma szwadron i wyruszy natychmiast w Płockie. W zamian przyrzekłem wszystkie długi zapłacić i od stóp do głowy uzbroić pod jednym maluczkim waruneczkiem, że niezwłocznie pojedzie ze mną na miejsce przeznaczenia. Tak przyparty na drugi dzień stawić się przyobiecał z ostateczną decyzją, lecz jakoś mu nie pilno było, bo i po trzech dniach nie ukazał się więcej. Gdym w r. 1865 był w Serbii, dowiedziałem się, że tenże Markowicz na Polaków niestworzone wygaduje rzeczy. Przedstawiłem więc prawdziwy stan sprawy, że właśnie miły Marko najmniej miał racji skarżenia się i szkalowania, bo nawet, gdy już nie chciał iść bić się, dano mu pieniędzy na powrót do ojczyzny. Z tego jednego wypadku nie sądźmy źle o pobratymczym narodzie, którego całą winą, że młodziutki jeszcze, stąd chwiejny w przekonaniach, chwilowym porywem się kierujący. Materiał z ludu serbskiego nieoceniony do silnej budowy społeczności narodowej, lecz jeszcze za surowy, choć samorodny. Obcowanie Polaków z Serbami nader potrzebne dla wspólnych interesów. Miałem sposobność poznania wielu, tak za granicą, jak we własnym ich kraju i śmiało rzec mogę, że obok Polaków najjędrniejszy to naród słowiański, wiele na

37

przyszłość obiecujący, a nad nami tym wyższy, że posiada ustrój społeczny, oparty na szerokiej podstawie zasad demokratycznych. W Serbii nie ma żadnych kast, wszyscy sobie równi nie tylko wobec prawa, ale i w pożyciu towarzyskim. Dlatego szczególniej na emigracji polskiej w Serbii ciąży święty obowiązek obznajmiania nas z dziejami Serbów, charakterem, zwyczajami, zapoznać z urządzeniami tak politycznymi, jak społecznymi, zwracać uwagę na kierunek, w jakim ten lud się rozwija. Z drugiej strony winniśmy Serbom przedstawić sprawę Polski, jako warunek niezbędny wolności wszystkich Słowian, dać rękojmie naszego braterstwa i dobrej woli. Mistycznym symbolem takiego przymierza Serbów z Polakami, oby były krzyże, najwaleczniejszym z wojowników serbskich dane z pierwszej armaty zdobytej na Turkach, która dziwnym trafem zbiegiem okoliczności, była pochodzenia polskiego50. Lecz wróćmy do poprzedniego wątku. — Jeszcze latem zawezwał S[eweryn] E[lżanowski] 51, abym pisywał dla „Przeglądu Rzeczy Polskich" odpowiednie artykuły, za co dobrze płacić przyobiecał. Skorzystałem z tej oferty w ostatnim kwartale 1862 r., przesyłając kilka korespondencji i rozpraw, w których pomiędzy innymi starałem się głównie Centralny Narodowy Komitet postawić na wyniosłym stanowisku prawowitej, naczelnej a jedynej władzy narodowej, a pragnąc odsłonić zamach mrgr. Wielopolskiego, który wydrukowaniem podchwyconego urywku z projektu organizacji Centralnego Komitetu Rewolucyjnego i postawieniem obok znanego rozkazu Centralnego Komitetu Narodowego, zarządzającego podatek powszechny na rzecz przyszłego powstania — umyślnie i w złej woli pomieszał oba te dokumenta, aby skompromitować wobec kraju Komitet Narodowy,

38

a tym samym zadać cios śmiertelny dążeniom i robotom organizacji narodowej * 52. Komitet Narodowy jawnie wystąpił do walki i obosiecznie odparł wrogą zaczepkę. Choć już od połowy czerwca ukonstytuowany, dopiero we wrześniu pierwszy raz jawnie wystąpił z programmatem prac przygotowanych, których ostatecznym celem miało być powstanie53. Stan ówczesny kraju, pomimo silnego rozbudzenia ducha w ludności miejskiej, urzędnikach i części młodzieży szlacheckiej, był tego rodzaju, że Komitet Centralny Narodowy przeprowadzając swe plany na każdym kroku spotykał olbrzymie trudności i przeszkody, a środków materialnych w ręku nie miał prawie żadnych. Szlachta i kapitaliści miejscy, związani w organizację "białych" i ślepo posłuszni swej ,,Dyrekcji" 54, nie tylko nie popierali Komitetu Narodowego, ale przeciwnie uważali cała organizację narodową za wrogą partie, a plany jej za szaleństwo, od którego, aby się wykupić, gotowi byli stanąć po strome Wielopolskiego, właśnie wiozącego z Petersburga obietnice reform i rychłego przybycia w. ks. Konstantego jako namiestnika 55. Aby rozbić ten sojusz i postawić przepaść nieprzebytą pomiędzy rządem najezdniczym a legalistami naszymi, trzeba było się chwycić środków ostatecznych. Objawem tego usposobienia były zamachy na Konstantego i margrabiego; otóż trzeba przyznać, że osiągnęły zamierzony skutek, bo zmusiły Moskwę do zrzucenia maski i chwycenia się środków represyjnych, które już dawno zdecydowanymi były — ale ukrywano się
* Ciekawego czytelnika odsyłam głównie do zeszytu „Rzeczy Polskich" z 12 grudnia 1862 r. w którym Korespondencja z kraju i artykuł Organizacja Społeczna najlepiej uwydatniają ówczesne moje zapatrywanie się na sprawy publiczne56. Zasad tam wygłoszonych nie zachwiała ani burza rewolucji, ani powolne dziś konanie na wygnaniu.

39

z ich wykonaniem, a tak teraz wszystko wyszło na jaw i, co najważniejsza, zamachy uniemożliwiły wszelkie zbliżenie się pomiędzy najazdem a naszymi „lojalnymi". Już wtedy wypadki te w opinii krajowej i za granicą wywołały z jednej strony bezwzględne potępienie, a z drugiej zupełne uznanie. Dziś zastanawiając się po tylu latach, z czystym sumieniem wypowiadam zdanie moje, że w czasie powszechnego letargu, gdy naród cierpliwie znosi jarzmo niewoli, podobny zamach nazwałbym szaleństwem, bo bez celu spełnionym, a nawet zbrodnią, bo niepotrzebnie jeszcze większy ucisk na kraj sprowadzający. Inaczej się rzeczy mają, gdy naród się ocknął i szuka światła, by wyjść z ciemnicy; wtedy należy łamać wszelkie przeszkody w drodze stojące, a im potężniejszych, niezwykłszych używa się środków, tym pewniejsze zwycięstwo. Kwestia prawa, moralności w takich razach nie może być wątpliwą, stoi ona po stronie uciemiężonego, któremu wszelkie boskie i ludzkie prawa nie tylko pozwalają, ale nawet nakazują, pod karą utraty człowieczeństwa, pozbyć się swego oprawcy. W ogólnym tedy rozbudzeniu narodu było posłuszne Komitetowi Narodowemu wszystko, co pragnęło zbrojnej walki z najazdem i gotowe było w każdej chwili stanąć na placu boju; śmiało też można powiedzieć, że pod względem liczby ludzi należących do organizacji narodowej, karności i gotowości do wszelkich ofiar, rzeczy stały równie dobrze w lipcu 1862 r., jak w chwili wybuchu powstania. Ale środków do walki: pieniędzy i broni, nie było wcale, a zdobyć je inaczej jak przez organizację „białych" szlachecką nie było sposobu. Toteż wszystkie usiłowania i prace musiał Komitet Narodowy zwrócić przeważnie w tę stronę, a dzieje przedpowstańcze z tej epoki stanowią ciągłą

40

walką lub układy pomiędzy organizacją „ruchu" a organizacją „białą". Tak fatalnemu położeniu w kraju przypisać należy, że Komitet Narodowy późno pomyślał o związkach ze zagranicą. Pierwszym ważniejszym krokiem w tym kierunku było wysłanie Agatona G[illera]57 (we wrześniu 1862 r.) do Londynu i Paryża w celu porozumienia się z emigracją naszą i rewolucjonistami europejskimi. Skutkiem tego wynikło ostateczne zerwanie z jenerałem Mierosławskim, którego stronnicy zawiązali w Warszawie wzwyż wzmiankowany Komitet rewolucyjny58, i zawarcie ugody z H[ercenem], B[akuninem] itd.59 Ugoda ta, zatwierdzona później przez Komitet nasz Narodowy i wojskowy moskiewski, związki wzajemnie w działaniach miały sobie dopomagać. Tymczasem już w październiku gruchnęła wieść zatrważająca po kraju, że pobór rekruta ma nastąpić w styczniu następnego roku i to w sposób dotąd niepraktykowany, wymierzony właśnie przeciw najjędrniejszym żywiołom ruchu narodowego60, Pod wpływem tak niepomyślnej wiadomości, przygotowania powstańcze przybrały charakter gorączkowego pośpiechu — a całą czynność za granicą skoncentrowano do jednej myśli — zakupna broni. Niepodobna przy tej sposobności pominąć faktu, że gdy ajent Komitetu Narodowego J. Ć[wierczakiewicz] w Londynie oświadczył Mazziniemu i rewolucjonistom moskiewskim, że powstanie61 bardzo prawdopodobnie z powodu rekrutacji w Polsce na wiosnę wybuchnąć może, i zapytywał o ile wolno liczyć na poparcie ze strony europejskich rewolucjonistów, tak Mazzini, jak Moskale stanowczo oświadczyli, iż nie będąc wcale na tak rychły wybuch przygotowani, żadnego poparcia nie obiecują, a powstanie na wiosnę uważają za największą klęskę nie tylko dla Polski, ale i w ogóle dla spra-

41

wy wolności w Europie. Pod koniec października, Mazzini nawet napisał do Komitetu Narodowego, zaklinając go w imię wolności ludów, aby odroczono powstanie na chwilę bardziej przyjazną62. Tymczasem w kraju znaczna część z organizacji białej i całe duchowieństwo połączyło się z Komitetem Narodowym, a skutkiem tego do kasy głównej zaczęły napływać pieniądze 61. Pierwsze dni listopada na ręce Ć[wierczakiewicza] nadeszły do Paryża pierwsze pieniądze na broń w sumie 50 000 franków. Jednocześnie Komitet Narodowy zamianował Komisję Broni w Paryżu, złożoną z Ć[wierczakiewicza], M[ilowicza] i S[zachowskiego]64 pod prezydencją jen. Wysockiego, której nakazano, aby bez zwłoki zajęła się zakupem broni i obmyśleniem środków dostawienia jej w jak najkrótszym terminie do kraju. Broń zamówiono częścią w Genui, a częścią w Londynie, ale pieniędzy na zapłacenie nie było, gdyż owe 50 000 fr. wystarczyły zaledwie na zadatek. W tym względzie dowiodła Komisja Broni, jak i późniejsze podobne instytucje, brak praktycznego zmysłu i doświadczenia. Od razu rzucano się na wielkie rzeczy, zamawiano dziesiątki tysięcy karabinów, kiedy zaledwie na setki wystarczało grosza; każdą obietnicę brano za fakt dokonany, każde sympatyczne słowo za brzęczącą monetę. Nie dziw, że potem rzeczywistość nie dopisała. Ile było pieniędzy w ręku, tyle stosunkowo należało zakupić i wysłać broni. Również nieszczęśliwą była myśl szukania broni daleko, kiedy należało kupować ją jak najbliżej kraju. Czynności Komisji Broni dla braku gotówki musiały chromieć, a w rezultacie zejść na zero aż do połowy grudnia. Natomiast Komisja nie żałowała atramentu i trudu, rozpisując się na wszystkie strony, podając co raz to nowsze projekta transportu lub plany najtańszego za-

42

kupna broni, to znów jeden na drugiego rzucając winę niepowodzenia, to wreszcie wyrzekając, że z kraju pieniądze nie nadchodzą. Formalnie zarzucony byłem korespondencjami z Komisji Broni, by je ekspediować dla Komitetu Narodowego, przy czym i ja cały nie uszedłem. Szczególniej Ć[wierczakiewicz] nie było prawie dnia, w którym by łokciowego nie napisał memoriału. Zacny, poczciwy, pełen pomysłów wybornych — ale na papierze, lecz w praktyce życia nieporadny i ciężki, M[ilowicz] znów rzutki, przedsiębiorczy, lecz zbyt roztrzepany, nieakuratny, podejmujący się naraz za wiele rzeczy, aby mógł je statecznie wykonać. Wiem, że raz powołuje L[iskego] Ks[awerego] 65 z Wrocławia do Królewca na dzień oznaczony i godzinę, lecz zajęty innymi sprawami, zapomina o tym zupełnie. Powołany zaś przeczekawszy się nadaremnie cały tydzień i nie wiedząc, gdzie go szukać, powrócił z niczym na swoje stanowisko. Pod koniec grudnia, przybył do Paryża Fr[anciszek] G[odlewski] 66 z pieniędzmi i ponownym rozkazem spiesznego transportu zakupionej broni. Lecz na domiar nieszczęścia, policja francuska zawiadomiona przez ambasadę moskiewską o stosunkach Ć[wierczakiewicza] i M[ilowicza] z Mazzinim na wyraźne żądanie Budberga, potulna, zarządziła rewizję w ich mieszkaniach i zaaresztowała wraz z G[odlewskim] C7. Papiery przy nich zabrane zawierały w sobie pomiędzy innymi wytknięte drogi, którędy broń miała iść do kraju, oraz adresa ludzi, mających pośredniczyć, lub zająć się transportem. Rząd francuski nie omieszkał udzielić tych notatek wrogom naszym. Skutkiem tego nastąpić musiała zwłoka, zamieszanie — a broni na dzień wybuchu w kraju nie było. Nie lepiej udawały się pojedyncze usiłowania w spro-

43

wadzce broni — przed powstaniem. W grudniu 1862 r. ajent województwa płockiego E[dward] R[olski]68, wraz z Dem[ontowiczem] agentem Prus Zachodnich, był aż w Leodium, gdzie dawszy zadatek, zamówił za przeszło 15 000 fr. broni. Z powrotem Dem[ontowicz] zatrzymał się w Berlinie, aby się; widzieć ze mną. Teraz dopiero wyjaśniła się sprawa poznańska. Dem[ontowicz] choć nieupoważniony, ale rozumiejąc dobrze potrzebę choćby jakiegoś zawiązku organizacji narodowej w Wielkopolsce, udał się do Poznania i na własną rękę utworzył komitet, o czym do Warszawy zaraportował. Nieszczęście chciało, żeśmy się przed tym nie znali, ani spotkać nie mogli, robota nie byłaby się rozczepiła, owszem zdwoiła równoczesnym utworzeniem władzy naczelnej i szerzeniem organizacji od dołu po powiatach. Aby złe choć w części naprawić, uradziliśmy udać się bez zwłoki w Poznańskie do Witolda T[urny], jednego z najczynniejszych członków w komitecie utworzonym staraniem Dem[ontowicza]69. Ciało to szachowane przez „białych", nie poparte oficjalnym wpływem Gut[trego] stojącego wciąż na uboczu, ograniczyło się na samym Poznaniu i właściwie istniało bez celu. Przedstawiłem tedy Witoldowi, że komitet bez silnej organizacji powiatowej nic nie wart; jeśli decyduje się na tej podstawie działać, najlepiej by było, aby pozostając w komitecie zamianowanym był przez Komitet Centralny — agentem w moje miejsce. T[urno] ze zapałem przystał na wszystko i przyrzekł za poradą naszą udać się natychmiast wprost do Warszawy, w celu przedstawienia naszych projektów i naradzenia się z Komitetem Centralnym nad przeprowadzeniem organizacji narodowej w całym Poznańskiem. Potrzeba postawienia kogoś na czele robót powstańczych w tej prowincji, co by imieniem i stanowiskiem

44

zaimponował ogółowi, stawała się coraz gwałtowniejszą, zwłaszcza że moja organizacja pleszewska natrafiła na groźne przeszkody. W końcu listopada otrzymałem z Warszawy kwity sznurowe z poleceniem wybierania ofiar na rzecz powstania. Posłałem je w różne punkta Księstwa, najwięcej oczywiście w organizowany powiat pleszewski. Zaprzysięgli nie ograniczyli się na składkach pomiędzy sobą, ale próbowali i u ludzi dobrej woli stojących poza organizacją. Zdarzyło się, że w początku [6] XII u śp. księdza Wrzesińskiego, bardzo gorliwego patrioty, dojrzał któryś z obywateli taki kwit sznurowy. Uderzył na trwogę, kwit zabrał i takowy jako corpus delicti u Taczanowskiego złożył. Tajemna więc organizacja nasza odkryła się w części i to notabene przed ludźmi, którzy należeli do obozu Gut[trego]. Dwaj okręgowi nasi udali się wezwani do T[aczanowskiego], starali się tłumaczyć, o ile na to przysięga tajemnicy zezwalała, — nic nie pomogło, zafukano ich, okrzyknięto mierosławczykami, nazwano samozwańcami itd. — Nieporozumienie takie nie byłoby zaszło, gdyby Gut[try] poufnie był zawiadomił swoich, o tworzącej się pod auspicjami Komitetu C. N. organizacji. — W takim stanie rzeczy wystąpienie na widownię człowieka z poświęceniem, a przy tym posiadającego wpływy i znaczenie, było nam bardzo na rękę i rokować sobie było można wielkie korzyści dla sprawy. T[urno] udał się do Warszawy i w początku stycznia wrócił z nominacją na agenta pełnomocnego w Wielkopolsce. 10 t. m. oddałem mu zawiązek organizacji, składający się z 80-kilku zaprzysięgłych. W kasie było tylko 50 tal., jeszcze bowiem w grudniu poleciłem okręgowym skupywać broń, ołów i proch. Wydano na to 200 tal. Suma to maluczka na pozór, ale wielka co do znaczenia, złożyli ja ludzie, oddający krwawo za-

45

pracowany grosz na ołtarz ojczyzny. Do rozpoczętej przeze mnie organizacji weszli: jeden dzierżawca, oficjaliści prywatni, księża, rzemieślnicy, nauczyciele wiejscy, lekarze; słowem bogaci w zasoby duchowne, ale w materialne — goli. Z właścicieli ziemskich, tak zwanej szlachty nikt przyjętym nie był, postawiłem to z początku za warunek kardynalny. Po zjeździe u T[urny] udaliśmy się z Dem[ontowiczem] do Bydgoszczy, gdzie czekało kilku z organizacji Prus Zachodnich i z Królestwa, — pomiędzy którymi poznałem dzielnego E.[s] Was[ilewskiego]70. Miałem tu odebrać pieniądze na broń zamówioną w Leodium, lecz obywatel, u którego były złożone w depozycie, się nie stawił. Ponieważ Dem[ontowicz] od niejakiego czasu słabował i choroba z każdym dniem się wzmagała, odwiozłem go aż do Królewca, aby mu tam w załatwieniu interesów dopomóc. W kilka dni wróciłem do Berlina (około 5 stycznia)71, zastałem papiery od Komitetu Centralnego, pomiędzy innymi blankiety do wezwania znakomitszych wojskowych z zaboru pruskiego na zjazd do Warszawy 72. Posłałem niezwłocznie jedno takie wezwanie T[aczanowskiemu], którego zdanie, jako posiadającego ogólne zaufanie w Poznańskiem w roztrząsaniu możliwości powstania, byłoby nie bez znaczenia. Zwłaszcza w ostatnich latach zyskał wiele popularności i to u chłopów, gdy zeszłego lata urządzał w powiecie pleszewskim różne zabawy, wyścigi, konną musztrę, strzelanie do celu 73. Teraz, mimo urzędowego przez Komitet Centralny wezwania, o ile mi wiadomo, do Warszawy nie pojechał, okazywał atoli ochotę bojowniczą — aż do wybuchu. Później, jak wielu innych, ochłódł i zaledwie pod naciskiem opinii 15 kwiet[nia] w pole wyruszył. Prócz listów z Warszawy nadeszły nareszcie i pieniądze ze zachodnich Prus na broń leodyjską —

46

13 333 fr., a w sama porę, bo termin wypłaty upływał i zadatek mógł przepaść. Udałem się pośpiesznie sam do Leodium, aby W[ysockiemu], któremu oddano ten interes w ręce74, pieniądze wypłacić, o zarządzeniu transportów naocznie się przekonać oraz z młodzieżą przebywającą wonczas w Leodium w niektórych zaległych porozumieć się sprawach. Transport wymyślony przez W[ysockiego] wydał mi się arcyniepraktycznym i za powolny, ale będąc obcy tej sprawie i nie chcąc mieszaniem się opóźnić jeszcze bardziej wysyłki, wypłaciłem pieniądze, a załatwiwszy się ze wszystkim w 4 dni wróciłem nazad do Berlina. Nieprzewidywanie bliskiej katastrofy w kraju było zwłaszcza u starszych tak wielkie, że np. płk God[ebski] 75 dał mi na drogę kilkanaście egzemplarzy swego dziełka do rozprzedaży, mimo przedstawień z mej strony, że czasy nie po temu. Tymczasem młodzież, niby ptactwo przepowiadające burzę, coraz gromadniej ciągnęła od zachodu, a każdy w przekonaniu, że po przestąpieniu granicy rozpocznie się taniec z Moskwą. Potrzeba było ich zaopatrzyć w informacje, oznaczyć kwaterę nad granicą, i niejednemu dać pieniędzy na drogę. Początkowo opędzałem potrzeby własnymi pieniędzmi, których po wycofnięciu z ministerium tax examinowych miałem przeszło 300 tal., później przysłał mi Komitet Centralny przez Kraków większą sumę, nareszcie od Mil[owicza], czy P[adlewskiego] otrzymałem w Wrocławiu około 2000 tal. — Mieszkanie moje 76 zamieniło się w istny zajazd. Nie było dnia, w którym by kilku z wiary do Berlina nie przybyło. Krom tego rozliczna korespondencja przychodząca na moje ręce, przesyłki druków, kuriery — wszystko to mimo zachowanej ostrożności musiało zwrócić uwagę policji pruskiej, zwłaszcza gdy w papierach zebranych przez policję paryską u M[liowicza],

47

God[lewskiego] itd., a udzielonych ambasadzie moskiewskiej, znalazło się kilkakrotnie wymienione moje nazwisko 77. Zaczęto mnie obserwować z daleka, lecz gdy listy przychodziły do mnie na obce, a niewinne adresa, a dom, w którym mieszkałem posiadał licznych lokatorów, dopatrzeć coś podejrzanego było trudno, więc i policja była tyle grzeczną, że mnie czas jakiś w pokoju zostawiła, czekając zapewne na sposobność ujęcia mnie na gorącym uczynku. Przestrzeżony atoli o tak czułej opiece przez kilku poczciwych berlińczyków, tym większą zachowałem ostrożność. Z nowym rokiem złożyłem urząd marszałka, zachowując zawsze z młodzieżą akademicką serdeczne stosunki. Tak nadszedł dzień 22 stycznia. O wybuchu, choć nie o terminie, byłem na kilka dni wprzódy zawiadomiony listem od Komitetu Centr., którym mi polecił telegraficznie zawezwać imiennie mi naznaczonych kilku wojskowych z Francji i Włoch. Mimo to na wezwanie niejednokrotne władzy krajowej, nikt w pierwszej chwili się nie stawił, prócz tych, którzy już byli w kraju albo czekali w Galicji lub w zaborze pruskim. Jeden jenerał W[ysocki] oświadczył się z bezwarunkową gotowością służenia ojczyźnie każdej chwili. — Na pierwszą wiadomość o powstaniu w Kongresówce zawrzało pomiędzy polonią w Berlinie jak w kotle parowym. Młodzież dotąd spokojnie ucząca się, rzuca książki, wysprzedaje wszystko, składa pieniądze na broń i koszta podróży. Był młodzieniec z mińskiej guberni, operowany przed tygodniem przez sławnego Langenbeka 78 rana nie zagojona, powtórzenie operacji niezbędne. Zrywa sie z pościeli, biegnie wraz z innymi do kraju. Był przy nim ojciec staruszek, nie studził tego zapału, ale sam pomagając w obandażowaniu chorej nogi, powtarzał: „i mnie pilno, jako marszałek powinienem być pierwszy przy apelu na czele mego powiatu,

48

dalej synu — w imię Boga tam na rodzinnej odradzającej się ziemi noga szybko ci wyzdrowieje!" Dziś jeszcze na wspomnienie tego starca i tego dzieciucha schorzałego, biegnących za głosem powstającej ojczyzny — przejmują mnie dreszcze czci i poszanowania. Nie dziw tedy, że zapał ogarnął wszystkich. Na posiedzeniu nadzwyczajnym Towarzystwa akademików, jednogłośnie oddano się pod rozkazy Komitetu Centr.— z warunkiem, aby natychmiast wyruszyć na linię bojową 79. Przepraszam, nie jednogłośnie, bo znalazło się aż 7 młodych starców, którzy się odszczepili od ogółu i nie tylko że udziału w składkach na uzbrojenie biedniejszych kolegów nie wzięli, ale nawet próbowali odmawiać, buntować, straszyć. Młodzież w zbyt podniosłym znajdowała się nastrojeniu ducha, aby wzgardą się odpłacić tym targowiczanom, skończyło się na wyśmianiu tych dyplomatów. Fatalnej tej siódemce hetmanił C80 z Kongresówki. Poczciwiec później się nawrócił, latem trafiłem go w Warszawie, jak kołatał do Rządu prosząc o odpowiednie zajęcie. Poradziłem, ażeby mu kazano wziąć karabin i ruszyć do lasu, bo na dyplomatów czas jeszcze nie nadszedł. Posłowie polscy przebywający w Berlinie 81 w większej części przyczynili się składkami na wyekwipowanie akademików — ze zastrzeżeniem na instrumenta chirurgiczne! Ja z pomiędzy komitetowych zużyłem na ten cel przeszło 200 tal. Mimo oporu okrzyknięto mnie naczelnikiem. Postanowiłem nie rzucać na ślepo tego kwiatu młodzieży, ale spożytkować jak najlepiej dla kraju. Kilku posłałem T[urnie] do pomocy, resztę po odebraniu wiadomości, że w Prusach Zachodnich formuje się silny oddział w Płockie82, partiami zacząłem wysyłać w pierwszych dniach lutego na rozmaite punkta w ziemi chełmińskiej mi wskazane. W tymże czasie otrzymałem jedyny transport broni leodyjskiej:

49

30 kilka rewolwerów, i odpowiednią ilość ładunków — co wszystko na wskazany mi adres, prócz jednej paki ładunków, zaraz dalej wyekspediowałem. Albowiem naznaczony wtedy komisarzem nadzwyczajnym J[ackowski] T[eodor]83 osądził, że kupno i sposób wysełki broni zamówionej przez R[uszczewskiego?] 84 były jak najgorsze, zadatek tedy dał za wygraną, a resztę pieniędzy z interesu wycofnął. — Po wyprawieniu młodzieży otrzymałem kategoryczny rozkaz od Komitetu Centralnego, aby polecić T[urnie] większą energię, T[aczanowskiego] zaś skłonić, aby jak najśpieszniej pojawił się w Kaliskiem. Udałem do T[urny], któremu po prostu udzieliłem rozkazu, potem nie zatrzymując się, ruszyłem na wieś do T[aczanowskiego], lecz minąłem się w drodze. Wracam tedy do Poznania 85, gdzie też zastaję: G[uttrego], M[ateckiego?]86 i innych, zajmujących się na serio sprowadzeniem broni (!) i formacją oddziałów, mimo że jeszcze przed kilku dniami posłał G[uttry] akademika heidelberskiego Al. W.87 np. w średzkie, gdzie ra swoją rękę zamierzono się formować, z rozkazem surowym, aby nic nie zaczynać!! Już to stanowczością żaden z uznanych koryfeuszów rewolucyjnych w Poznańskiem nie grzeszył; gdy przeciwnie dotąd ludzie spokojni, bez barwy politycznej, jak np. R[aczyński], Dz[iałyński]88, nie oglądali się na nic, ani na nikogo, popierali powstanie całymi siłami, wprawiając w zadziwienie swą rzutkością, poświęceniem bez granic, zrozumieniem dobrym ważności pierwszych dni po wybuchu. — Cześć im! Ponieważ pobyt mój w Poznańskiem mógł się przedłużyć, a ekspedytura w Berlinie była konieczną, naznaczyłem w zastępstwie jednego z moich kolegów uniwersyteckich 89. Nieborak ani się nie rozpatrzył uczciwie w stolicy Kohenzolerów, a już poszedł do

50

kozy. Było to fatalne qui pro quo. Policja nareszcie po zniknięciu młodzieży akademickiej z Berlina, a ujęciu niektórych po drodze z kartkami kwaterunkowymi, opatrzonymi moim podpisem, zdecydowała się nareszcie bliższą ze mną zabrać znajomość. Niestety byłem już za górami, złapano tedy mego koleżkę, który dotąd niewinny, miał li zamiar grzeszenia. Przetrząśnięto całe mieszkanie nadaremnie i tylko znaleziono jedną pakę ładunków rewolwerowych, których nie uścigłem wyekspediować. Odprowadzono tedy do więzienia pana brata, a zrewidowawszy go, znaleziono do mnie list z Londynu bez znaczenia, wraz z wekslem na moje nazwisko, wartości 803 1/2 tal. oraz gotówką 1546 tal. i 50 rbs. Tak znaczna suma u biednego akademika oczywiście utwierdziła sędziego śledczego w podejrzeniu jakichś politycznych zamachów. O tym wypadku otrzymałem telegrafem wiadomość. Nie mogąc obliczyć skutków takiej niespodzianki, udałem się zuchwale dnia 18 lutego do Berlina, aby na miejscu rozpatrzyć się w położeniu i zarządzić odpowiednie środki. Zakwaterowałem się u poczciwych Serbów, wśród których jako wojskowych, byłem całkiem bezpieczny. Najprzód młodego L[ibelta] wysłałem na zwiady do mego pomieszkania, konstablery zaczajeni wciąż czekali na moje przybycie. Chcąc wydostać niektóre papiery ze skrytki, którą ja tyłko odszukać mogłem, przebrałem się za oficera serbskiego, i miałem tę satysfakcję, że w sieni domu, gdziem mieszkał, najprzyzwoiciej salutowało mnie aż dwóch policystów. O mało, że nie parsknąłem im w oczy śmiechem! — Przekonawszy się, że ani w Berlinie, ani w zaborze pruskim nie mam co dłużej popasać, bo i listy gończe za mną puszczono, na szczęście bardzo niedokładne, postanowiłem ruszyć za drugimi do lasu. — Już prawie na wyjezdnym otrzymałem zawiadomienie od

51

Ć[wierczakiewicza] z Londynu, że B[akunin] ofiarowuje usługi rządowi powstańczemu i pragnie udać się na plac boju do jednego z silniejszych oddziałów, aby stamtąd szerzyć propagandę na naszą korzyść w armii moskiewskiej i zniewolić sołdatów do opuszczenia szeregów masami. B[akunin] od pierwszej chwili powstania nosił sie z tą myślą i już wzwyż wymienionego nadzwyczajnego komisarza broni J[ackowskiego] T[eodora] zaatakował w styczniu, aby go zabrał z sobą do Polski. Teraz żądano, abym natychmiast o tym Rząd Tymczasowy zawiadomił, oraz kogoś świadomego drogi, wysłał do Danii, który by B[akunina] bezpiecznie doprowadził do pierwszego lepszego hufca zbrojnego. Równocześnie i G[uttry] otrzymał pismo podobnej treści, wprost od B[akunina]90, a że był wtedy w Berlinie, widząc się ze mną, zaproponował mi, abym się sam udał do Kopenhagi w tym interesie. Wymówiłem się, pragnąc jak najspieszniej ruszyć do kraju, i poradziłem wysłać młodego Libelta, sam zaś ostatecznie zdecydowałem się zaczekać do powrotu i w razie przybycia B[akunina], podjąłem się go doprowadzić do obozu najbliższego. Libelt wyruszył natychmiast przez Hamburg do stolicy Danii, gdzie oddawszy B[akuninowi] przynależne mu papiery i udzieliwszy wyjaśnień, po tygodniowym pobycie wrócił — sam. B'[akunin] na przedstawienie G[uttrego] powstrzymał się z wyjazdem do obozu, ażby nie otrzymał wezwania od którego z dowódców. Otóż nowa próbka wyższej polityki naszych poznańskich rewolucjonistów! Jak to pięknie umieli kark skręcić najpoczciwszym chęciom! byle tylko nie wybiec poza kółko utartej rutyny czy lojalności. Nikt nie zaprzeczy, że obecność tego starego spiskowca moskiewskiego na placu boju nieobliczalne korzyści wydałaby dla sprawy wolności, obawa zaś, że na oddział, w którym by przebywał B[akunin], tłuszcza Moskwy się zwaliłaby i zgnio-

52

tła od razu 91. . . B[akunina] nie było, mimo to oddziały nasze rozbijano, niszczono, aby nazajutrz -nowe powstawały. Znając osobiście L[angiewicza] 92, którego imię wonczas było w ustach wszystkich, wystosował B[akunin] doń pismo, wyłuszczające cały plan i sposób propagandy, jaką urządzić zamyślił. Z listem tym trzeba było śpieszyć, ofiarą taką pogardzać nie należało. Gdy zaś w czasie nieobecności Lfibelta] całkiem uporałem się z mojemi interesami, naznaczywszy R[óżyckiego] L[eopolda]93 agentem w Berlinie na moje miejsce, pragnąc czym prędzej wydostać się ze szponów czyhającej na mnie policji pruskiej, podjąłem się sam doręczyć list powyższy L[angiewiczowi], tusząc sobie, że żywym słowem spotęguję wagę czynionych przez B[akunina] propozycji i wyjednam, aby go natychmiast do obozu sprowadzono. Za paszportem jednego z przyjaciół Serbów, wyruszyłem tedy w pierwszych dniach marca do Galicji. Po drodze wstąpiłem do Wrocławia, gdziem uściskał i czule przeprosił owego nieszczęsnego zastępcę mego, którego Prusacy przed kilku dniami na wolność wypuścili. Gotówkę mu zwrócono, weksel został do mych akt oskarżenia dołączony94. Pieniędzmi zarządziłem w ten sposób, żem [do] poprzednio już danych dołączył jeszcze 700 tal. dla Serbów, 100 na instrumenta chirurgiczne, 150 koledze na dalsze roboty, resztę około 500 tal. wziąłem do Krakowa, gdziem stanął 8 marca?5, właśnie gdy pierwsze zaczęły rozchodzić się pogłoski o gotującej się dyktaturze.
WYCIECZKA DO OBOZU DYKTATORA.

Stary gród Jagiellonów w godową przybrał się szatę, na pooraną wiekami i niedolą twarz staruszka wytrysły rumieńce zapału i nowego życia, co krok

53

spotykałeś się z gromadką ochoczo dążącą do obozu, po domach istne arsenały i magazyny wojenne. Poza tym chrzęstem broni i prawie jawnym zbrojeniem się, zasłyszeć było można szepty i narady naszych wielkich dyplomatów, zżymania się i pogróżki mierosławczyków, przytłumione westchnienia zwolenników rządu warszawskiego obok tajemniczych min knowaczy dyktatury. Chociaż miałem z dawna stosunki z organizacją krakowską, a w ławie serdecznego przyjaciela, który mi przyobiecał niezwłocznie ułatwić podróż do obozu L[angiewicza], wydział trudniący się dostawą podwód i przewodników tylu miał na głowie ochotników do ekspediowania, tyle przyborów wojennych, a jeszcze więcej wiktuałów smakowitych — uchowaj Boże, żeby dla szeregowców, nie — dla jeneralicji i dworu przyszłego dyktatora, iż trudno było, aby od razu mną się zajął. W tym gruchnęła wiadomość po Krakowie — L[angiewicz] ogłosił się dnia 10 marca w Goszczy dyktatorem. Pierwszym następstwem tej wieści było, że Austriacy zamknęli granicę, i odtąd coraz to ściślej i surowiej z powstańcami postępować zaczęli. Dwakroć próbowałem się przedostać do Kongresówki — zawsze na próżno. Gdy dyktatura stała się faktem, autorowie jej wynurzyli się z półcienia i łatwo było rozpoznać po gęstej minie i niezwykłym majestacie w postawie, ruchach itd., że już podzielili pomiędzy siebie teki ministerialne i wielkorządztwa. Najwięcej mnie zaintrygowało, że delegat z poznańskiego komitetu Ł[ubieński] B[ogusław]96 także należał do tych konszachtów, — Nie wiedziałem wonczas, że właśnie to w Wielkopolsce urodziła się pierwsza myśl dyktatury — w zasadzie. Osoba jest fabrykatem 97 galicyjskim. Ł[ubieńskiego] mając jako człowieka prawego oraz jako przyjaciela i zwolennika G[uttrego] nie mogłem

54

zrazu przypuścić, aby przeciwko Rządowi Tymczasowemu się obrócił. Po znajomości odwiedziłem go i, gdy przeszliśmy do bieżących wypadków, oświadczyłem, że dyktatura jest wywołana jakąś niecną intrygą, w którą rząd na próżno by chciano wmieszać. Jeśli zaś z Warszawy nie zapobieżono takiemu skandalowi, lub nie zaprotestowano, dowodzi, że rząd raz zaskoczony niespodzianką, po wtóre, nie chcąc zapewne całej sprawy wyjawieniem zdemoralizowania powiększyć, milczy i czeka na przebieg wypadków. — Zwracając się do osoby, wyraziłem otuchę, że Ł[ubieński] do wydania na świat tak bolesnej karykatury pewno się nie przyczynił. Lecz jakież odczarowanie! Pan Ł[ubieński] B[ogusław] oświadczył mi z namaszczeniem, że dziś już nie pora debatować nad faktem dokonanym, raczej obowiązkiem każdego Polaka jest teraz popierać powstanie całymi siłami, a przede wszystkim iść do obozu i bić się do upadłego. Przy tym całą postawą, gestem, wzrokiem, tak mi starał się zaimponować, żem od razu uwierzył, a czego przedtem przypuścić nie chciałem, że Ł[ubieński] rzeczywiście już godnie przedstawiał powierzoną mu rolę: wojewody krakowskiego i członka rządu cywilnego 98. Spokorniałem. Oddawszy głęboki pokłon, przyznałem ze skruchą najzupełniejszą rację argumentom, i oświadczyłem, że słuchając tak poważnego głosu, zaraz wybieram się do obozu i spodziewam się, że tam spotkamy się na linii bojowej. W dwa dni później przedostałem się nareszcie do Kongresówki. Dążąc do Goszczy, po drodze dowiaduję się, że L[angiewicz] ruszył z tego pamiętnego miejsca i stanie na noc w Markocicach99. Zwróciłem się zatem w kierunku wymienionej wioski. Po drodze spotykałem to pieszo, to powózkami. dążących do obozu ochotników. Inni znów wracali z obozu do Krakowa. Droga stawała się niebezpieczna, bo języka zasięgnąć

55

niepodobna było, którędy idą Moskale. Nie jeden, co się wybrał w dyplomatycznej misji do obozu lub z ciekawości, wolał z honorem cofnąć się do granicy, aż nie dowie się czegoś pewnego, jak spotkać się z nahajką kozacką lub czymś gorszym. Ja postanowiłem bądź co bądź, dotrzeć do obozu, papiery mi powierzone wręczyć dyktatorowi i zaciągnąć się do szeregu. Dufny w szczęśliwą gwiazdę, zabierałem po drodze dawane mi przez cofających się papiery, gazety i inne fatałaszki. Pomiędzy tymi, otrzymałem ostrzeżenie dla L[angiewicza], aby miał się na baczności, bo Moskale wysłali z Warszawy dwie kobiety, których fotografie dołączono, aby go struły. Już zmrok zapadł, gdyśmy w kilkanaście wozów przybyli pod Markocice, Było nas przeszło 40, po większej części uzbrojonych od stóp do głów. Dla pewności wzięliśmy z ostatniej wsi przewodnika, który przodem wysunął się, aby zobaczyć, co się w Markocicach dzieje. Niebawem zadyszany wraca, oznajmiając, że zamiast naszych uwijają się kozacy po wsi, radzi więc, czym prędzej się cofnąć. Jedni poszli za zdaniem chłopa, drudzy gorętsi, przypuszczając, że nasi gdzieś w pobliżu znajdować się muszą, chcieli podsunąć się pod wieś cichaczem i sprawić kozuniom porządną frycówkę. Chłopi wiozący nas zaczęli wyprzęgać konie, gotując się do ucieczki, za nic w świecie nie pragnęli oczekiwać końca niepewnej bójki; wreszcie część powstańców stanowczo się oświadczyła, że do wsi nie pójdzie. Powstało zamieszanie i zgiełk. Zaledwie rewolwer przyłożony do piersi podszytych tchórzem, nakłonił do odwrotu w porządku. Rzuciliśmy się nazad drogą ku Krakowu. Rejterowaliśmy tak, aż het! po, północy, oglądając się na wszystkie strony, azali gdzie z ziemi Moskal nie wyrośnie. Gdy nareszcie już i konie po całodziennym trudzie ustawały i nas zmę-

56

czenie do snu morzyło, postanowiliśmy w najbliższej wiosce zanocować. Wysłaliśmy naprzód dwóch konnych, którzy by czyhającego na naszą zgubę wroga, ze zasadzki wywabili. — Z krzykiem i hukiem przelecieli przez wieś i szczęśliwie wrócili nazad. Krom psów ujadania nic więcej słychać nie było. Ruszyliśmy zatem do dworu na posiłek i nocleg. Podsunęliśmy się cichaczem w podwórze, tylko z jednego okna światełko migało. Psy posłyszawszy nasze kroki, znów uderzyły na alarm, wybiegł roznegliżowany gospodarz, a poznawszy swoich, gościnnie gromadę zaprosił do siebie. Choć była pewność, że Moskale w tę stronę się nie odważą jeszcze, dla bezpieczeństwa atoli zacnego gospodarza i własnego, ochotnicy posiliwszy się, poszli w pobliski lasek na nocleg. We dworze zostało nas tylko dwóch. Jaka była moja radość, gdym zastał tu poczciwego E[tgensa?] 100. Dał mi na drogę dla obozowców plik ,,Czasu", trąbiącego hosanna dyktatorowi i bohatyrskim jego czynom. Z krzykiem wyruszyliśmy w drogę wedle wskazówek gospodarza, kierując się na Racławice. Wzięliśmy tylko dwie podwody, główny orszak szedł piechotą. Przybywszy do tej pamiętnej wioski, rozpytywaliśmy się mieszkańców za oddziałem L[angiewicza]. Powiedziano, że musi być teraz na drodze ku Wielkiemu Chełmowi, ale nie radzą nam iść za nim, bo byśmy łatwo wpadli w ręce Moskwie, która przed godziną za Racławicami w lesie napadła na jakiegoś Anglika 101 i panią, spokojnie jadących. Trzeba było znów kołować, aby z przodu zajść oddziałowi drogę. — Około południa przybyliśmy do wioski, której nazwiska dziś już nie pamiętam. Tam dopiero zasięgnęliśmy języka, że L[angiewicz] o małą milkę, pomiędzy Wielkim a Małym Chełmem się znajduje, ale nie pewna doń przeprawa, bo kozacy naokoło plądrują i zdaje się, że

57

dziś tam przyjdzie do walnej bitwy. Naocznym dowodem niebezpieczeństwa był sam właściciel wioski, którego co tylko przywieziono strasznie pokaleczonego z wizyty giebułtowskiej, gdzie i kilku powstańców, posilających się herbatą, Moskale ubili102. Uradzono zatem wysłać kogoś ze zawiadomieniem do obozu. Znalazł się zuch, który konno ofiarował się tam udać, i najpóźniej w kilka godzin przywieźć odpowiedź. — Napisałem tedy jenerałowi karteczkę, że wiozę mu ważne papiery oraz że znajduję się [wśród] kilkudziesięciu zbrojnych powstańców, oczekujemy rozkazu i przewodnika, który by nas doprowadził do oddziału. Ochotnicy znów udali się do lasu — na wypoczynek. Nie minęło dwóch godzin, gdy z przeciwnej strony pojawia się kilku jezdnych, w których z radością poznaliśmy naszych. Był to rekonesans większej partii, idącej z Krakowa. Wysłano spiesznie po spoczywających w lesie, aby z większymi połączyć się siłami, zostawiając polecenie na miejscu dla wysłańca, skoro wróci z obozu, żeby wprost udał się za nami. W wiossce o pół mili odległej, znajdował się przerzeczony oddział krakowski. Przedstawiłem się dowódcy, raportując, żem wysłał do dyktatora i na odpowiedź czekać należy. Tymczasem wieczór się zbliżył, posłańca ani widno, w oddziale zaś nie wiedzieć skąd rozchodzić poczęły się wieści, że L[angiewicz] ruszył dalej — gdzie? niewiadomo! Rada wojenna zadecydowała cofnąć się ku granicy austriackiej na Igołomię. Zaklinałem, aby się zatrzymać jeszcze, lecz nadaremnie. Około ósmej wieczorem ruszono na całą noc podwodami. Tak fatalnej drogi nie zapomnę nigdy. Być tak bliskim celu, poić się nadzieją złączenia się z oddziałem, na którego [s] zwrócone oczy całego narodu, chcieć powitać choćby skarykaturowaną dyktaturę — i znów się cofnąć! to okropnie! Złość trzeba było na

58

kimś wywrzeć, bo mnie aż dławiła. Zacząłem wtedy wymyślać, co się zmieści na mazgajstwo galileuszów, lecz zrobiono mnie uważnym, iż nikt mnie nie siłował iść z oddziałem, który z wyższych względów strategicznych taką a nie inną obrał drogę, że skoro sam wyruszyłem z Krakowa, i miałem jakąś tam misję, toż i sam starać się powinienem, aby się dostać do dyktatora. Takimi argumentami zamalowali mi gębę niecnoty galicyjskie, zamilkłem, bo mieli zupełną rację. Ha! pomyślałem sobie, głupstwoś zrobił, teraz trzeba się fügen in's Unvermeidliche. Przybyliśmy dobrze po północy do jakiejś wioszczyny, w której zatrzymaliśmy się popasem. Zgryziony, umęczony, rzuciłem się na posłanie, aby smutek przespać. Niedługo snem się cieszyłem, bo nad rankiem zatrąbiono na pobudkę i dalej w pochód w igołomskie lasy. Już oddział cały uszykował się do pochodu, gdy cwałem dopada nas jeździec, w którym poznaję zucha-posłańca. Biedaczysko goniło całą noc za nami, by wręczyć rozkaz jenerała, aby niezwłocznie udać się do Działoszyc, gdzie nas czekać będzie. Wiadomość tę oddział cały powitał niekłamanym okrzykiem radości, ja zaś miną tryumfującą, że wszystko taki na moje. Tymi samymi podwodami ruszyliśmy nazad, — około południa byliśmy bez wszelkich wypadków w Działoszycach, gdzie nas zawiadomiono, że dyktator już jest w pochodzie na Chrobrzą i każe pośpieszać za sobą. Wypoczęliśmy trochę za miastem, każdy z ochotników czyści broń, poprawia odzienie, konnica stawa ordynkiem, aby jak najkorzystniej przedstawić się wodzowi. Hej! ramię do ramienia! marsz! przy odgłosie śpiewów wojennych. Z pół mili za Działoszycami ujrzeliśmy naraz wśród wąwozów długim wężem ciągnący się oddział. Nadbiega ku nam gromadka jezdnych, partia nasza prze-

59

szło 150 ludzi wynosząca, stawa frontem, w tyle wozy z bronią zapaśną i amunicją. Nie wiedzieliśmy właściwie, kto przed nami! Gdy cienki głosik zadźwięczał w powietrzu: „Bracia, oto nasz Dyktator! niech żyje!" Wiara huknęła całym gardłem hurrah! niech żyje!! zanim zobaczyła małego człowieka, cale gęstej miny — przed sobą. Był — to L[angiewicz], zaprezentowała nam go panna Pustowójtówna 103. Dowódca nasz zdał raport. Jenerał wydał odpowiednie rozkazy i dalej w drogę. — Jako luźny pośpieszyłem w szeregi, które ślimaczym chodem posuwały się naprzód. — Szukałem znajomych, pragnąłem upoić się widokiem tego dzielnego oddziału, który niejedną odbył bójkę z Moskalami, wryć w pamięć obraz rycerstwa wolności. Szczerze wyznam, że przykre wrażenie wyniosłem z pierwszego rzutu oka. Jedyny oddział żuawów Rochebruna104, poprzedzony bandą grajków, prezentował się dobrze tak postawą, jak doborem i jakim takim mundurunkiem. Inne bataliony zaopatrzone w najrozmaitszą broń, obdarte, ale dzielne miny. No, a kosynierzy, Boże się pożal. Prawda, że to były kompanie quasi karne, do których, o zgrozo! panowie dowódzcy czasami pozwalali sobie żuawa lub strzelca, gdy przeskrobał, posyłać na pokutę. Piękne pojęcia — ani słowa — o braterstwie i równości, o szacunku dla żołnierza walczącego za niepodległość ojczyzny! Przy tym byłem świadkiem oburzającego wypadku. Jeden ze strzelców zawinięty w szal szkocki wystąpił z szeregu i boczną obok szedł ścieżką. Nie spodobało się to jednemu z jenerałów, rzucił się na niego jak szalony, najzelżywszymi obdarzając wyrazy. Szmer złowrogi rozległ się po szeregach, a gdy pan jenerał chwycił za rewolwer, odgrażając się, że w łeb wypali, kto się odezwie, wtedy podniósł się okrzyk buntu i karabiny zadźwięczały groźnie. Jenerał zbity

60

z pantałyku ustąpił przed nadchodzącą burzą. Smutne następstwa beztaktu i nieposzanowania własnej i swych żołnierzy godności! Wreszcie i ogromny sztab wcale mi nie przypadł do gustu, zbyt odbijał paniczykostwem od obozowej chudoby. Mimo tego wszystkiego serce przepełnione było niewymowną rozkoszą, na widok tej przeszło 3000 gromady mogącej się stać zawiązkiem armii narodowej. Niejedną tam dłoń znajoma uściskałem, spotkałem wczoraj łobuzów, dziś bohaterów krwi nieszczędzących na okupienie błędów młodości. Mimo znużenia i niedostatku, mimo niedbalstwa ze strony zarządu i intryg pewnych koterii, jednoczyła zawsze tłum ten różnorodny, wiara w przyszłość i gorąca miłość ojczyzny. Człowiek wielkiego serca, poświęcający wszystko osobiste dla sprawy publicznej, i posiadający przymioty naczelnego wodza, poprowadziłby taki oddział przez zwycięstwa na świata koniec. Niestety, takich ludzi powstanie ostatnie nie wydobyło na jaw. Byli cfiarnicy ślepo idący za głosem ojczyzny, na rzeź siebie i drugich oddający, ale krótkowidze; byli głowacze mogący sprostać zadaniu, lecz bez ciepła ożywczego miłości, prącego do wielkich czynów lub też zamknięci w skorupie egoizmu i ambitnych zachcianek; byli wreszcie poczciwi, bezinteresowni pracownicy, choć nie geniusze ani fanatycy, wyśmienity materiał w zorganizowanym społeczeństwie, ale bezsilni i wśród ogólnego chaosu, na nieodpowiednich postawieni pozycjach; stwierdzam fakt, nad pobudkami tego zjawiska szeroko by się rozpisać można. O tym gdzie indziej, bo właśnie w ostatniej wsi przed Chrobrzą zatrzymał się dyktator, usiadł nade drogą przy prostym stoliku, popijając wodę i jedząc suchy kawałek czarnego chleba. Cały oddział defiluje w porządku wzorowym, zatrzymując się aż dopiero za

61

wsią na chwilkę wytchnienia. Tu złożyłem wodzowi wszystkie papiery, jakie posiadałem, i otrzymałem rozkaz stawienia się wieczorem w głównej kwaterze. Tymczasem we dworze rozgospodarował się szybko sztab, zastawiono przekąskę, wynaleziono dobrze zaopatrzoną piwnicę. Udał się tam w końcu i dyktator, czy atoli po spartańskim posiłku krynicznej wody i razowca, skosztował hrabiowskich przysmaczków? nie wiem, bom zgubił znajomych, wstępu zaś do dworu wzbronił mi strzelec postawiony przy drzwiach na warcie. Mimo demokratycznego usposobienia, zgniewała mnie ta odprawa, zwłaszcza żem był diabelnie głodny i dufny w charakter mego ambasadorstwa, naprzód sobie ostrzyłem zęby na z dala woniejące potrawy. Niebawem dyktator ruszył za wojskiem, mnie się dostało miejsce na wozie wyładowanym bateriami rozlicznego kalibru — butelek. Było to winko nec plus ultra. Cerberem strzegącym tego skarbca był jakiś stary wiarus-kapitan, który aż szabli dobywać musiał na natrętów, obsiadających wóz jak osy. Wlekliśmy się do margrabiowskiej włości żółwim krokiem. Aby czas i nudności czczego żołądka zabić, pocieszałem się kroplami długie życie dającego węgrzyna, błogosławiąc tego, który mnie na tak zbawczy osadził rydwan. Chcąc zaś od razu zjednać sobie przychylność i łaski współtowarzyszy przyszłych bojów, cichaczem wydobywałem spod siebie raz po raz butelczywo, oddając, kto się nawinął. Stąd najkomiczniejsze sceny. Nadjeżdża kolega szkolny i ziomek z Poznańskiego. Po serdecznym uścisku, jakżeż go nie ugościć? Wsuwam mu butelkę długoszyjczastą. Kapitan cerber zoczywszy taką malwersację, krzyczy w niebogłosy, że to St. Julien przeznaczony dla sztabu! Ł.105 szybko odtrąca główkę, uradowany tak nieoszacowaną zdobyczą. Lecz za pier-

62

wszym a potężnym haustem, rzuca precz od siebie butelkę, piwa na wszystkie strony, klnąc co się zmieści: Toż to najpodlejsza siwucha i do tego kamforą czy diabłem zaprawiona! Śmiech homeryczny. Trzebaż było biedakowi dać lepsze płukanie, macam za jakąś pąkatą — no i tą razą nie chybiłem, był to maślak niepierwszej młodości. Kapitan-cerber nie mogąc się w końcu zgodzić, wyższymi strategii zapewne powodowany względami, na tę moją zbytnią szczodrobliwość, oświadczył, że jeśli się poważę raz jeszcze naruszyć własność publiczną (tj. sztabu), zrzuci mnie z woza. Jako człek spokojny, choć bym staruszkowi był dał radę i miałem silnych sprzymierzeńców, przycupłem na takie dictum acerbum, a nawet samego mnie odeszła ochota zasiłać się kosztem własności publicznej. Wreszcie około 9 wieczorem przywlekliśmy się do Chrobrzy p. W[ielopolskiego]106. Tu już przynajmniej doczekałem się po całodziennym poście na kawał prażonego nad ogniskiem mięsa, więc w dobrym humorze czekałem na rozhowor z dyktatorem. Późno wezwany byłem. Najprzód wyraził zdziwienie, czemu dotąd nikt do niego nie przybył z Warszawy, mimo że kilku wysłał do Rządu posłańców, a przecież należałoby jak najprędzej uregulować stosunki, nowym stanem zmienione. Langiewicz zdawał mi się w dobrej wierze rozumieć, że dyktaturę ofiarowano mu z wiedzą i wola Rządu Tymczasowego. Oświadczyłem mu tedy delikatnym sposobem, że o ile mnie wiadomo, to myśl dyktatury powstała w kołach, nie mających styczności z Rządem, ale sadzę, że fakt dokonany zaakceptować należy, zwłaszcza że jenerał przeszłością swą najlepszą daje rękojmię, iż rzecz dalej prowadzić będzie na podstawach przyjętych przez Komitet Centralny. Zresztą zwróciłem uwagę, że ad hoc umocowany M. Sok[ołowski] 107 był podobno w obozie, w

63

celu traktowania. Dyktator żywo odrzucił, że tylko z ludźmi osobiście mu znanymi układać się może. Co do Bakunina oświadczył, iż obecność jego w jakimkolwiek obozie uważa za szkodliwą i niebezpieczną, przybycie bowiem takiej osobistości na plac boju ściągnąć musi za sobą wielkie siły Moskali, którzy wiedzą, że Bakunin piwa dobrego by im nawarzył. Już dziś po ogłoszeniu się dyktatorem, walą mu się na kark ze wszech stron. Ot znów sofistyka, pomyślałem sobie, a la poznańskich rewolucjonistów, nie bał się Moskali, gdy się ogłasza? dyktatorem, a obawia się ich dla Bakunina. Próbowałem przekonać, lecz na próżno, bo w końcu oświadczył mi, że moskiewskim liberałom nie ufa, i jest przekonany o bezsilności całego związku z nimi. — Nie mogę pominąć jeszcze jednego orzeczenia jenerała Langiewicza w kwestii dyktatury, które mi utkwiło w pamięci. W toku mowy wynurzył się, że szlachta zniewoliła go głównie do przyjęcia najwyższej władzy; byli pomiędzy nimi ludzie z różnych dzielnic kraju, znani z powagi i patriotyzmu, a więc za wyraz opinii publicznej ich uważać był zniewolony, dziś jednak żałuje, że przyjął ten niepomierny ciężar na siebie. Wreszcie gdyby tego nie zrobił, byłby się niezawodnie Mierosławski ogłosił dyktatorem, co by było niechybną zgubą dla kraju. Rozpytywał potem szczegółowo o zabór pruski, rachując wiele na G[uttrego], którego zamianował komisarzem wojennym (naczelnikiem cywilnym naznaczony był hr. galicyjski S[korupka])108. Po spełnieniu misji mej, poprosiłem jenerała, aby mnie przyjął do oddziału jako ochotnika albo lekarza. Oparł się temu stanowczo, mówiąc, że żołnierzy ma aż zanadto (!) i na lekarskiej pomocy mu nie zbywa, bo prócz wojskowych, miejscowi lekarze z największą ochotą, poświęcają się rannym. W obozie będę

64

stanowił jednostkę, władającą jednym karabinem, gdy przeciwnie w organizacji kraju, daleko większe usługi dla sprawy przynieść mogę, dlatego powziął już zamiar, aby mnie zamianować pomocnikiem przy G[uttrym]. Rozwinął myśl w ten sposób, że miałem być alter ego komisarza wojennego w Poznańskiem, i jako przedstawiciel partii ruchu energiczny nadać kierunek organizacji wielkopolskiej. Stosownie do tego przyobiecał mi dać piśmienne instrukcje i polecił, abym nazajutrz wyruszył w drogę. Udałem się po tej rozmowie do szefa sztabu, zacnego Ben[tkowskiego]109, który już poprzednio najserdeczniej mnie powitał. O tak szczytnym charakterze człowieka nie łatwo znaleźć w naszych czasach. Był on duszą obozu, z daleka się trzymał od wielkich kabał i zatargów, najgorliwiej spełniał swe obowiązki, mimo że do ostatniej chwili był przeciwny powstaniu, z zapałem walczył do upadłego. Jedną tylko posiadał wadę, czy cnotę, że był zanadto służbistym, poza zakres swego działania nigdy wyjść nie chciał, chociażby z tego w nadzwyczajnych wypadkach oczywista wynikła dla sprawy korzyść. — Gdym odebrał z Warszawy wiadomość, że wybuch lada dzień nastąpi i żebym się starał oficerów zdolnych z zaboru pruskiego dla powstania zjednywać, udałem się i do B[entkowskiego] wonczas posłującego w Berlinie. Zaledwie z daleka tylko dotknąłem tej materii, zburczał mnie i stanowczo oświadczył, że powstanie uważa za zgubę kraju i ręki do tego nigdy nie przyłoży. Atoli, gdy pierwsza nadeszła wiadomość o wybuchu, pięknego poranku, nic nikomu nie powiedziawszy, szanowny poseł wsiadł na kolej i wprost do Krakowa pojechał; tam od razu do pierwszego wyruszył oddziału i dopiero po przejściu Langiewicza wrócił do Galicji zmizerowany i schorzały, lecz i tu nie ustał w pracy, aż go Austriacy nie osa-

65

dzili pod Telegrafem 110. W kabale po boju pod Grochowiskami, wskutek której Langiewicz potajemnie opuścił wojsko111. B[entkowski] nie miał najmniejszego udziału Daj Boże, abyśmy takich mężów mieli więcej, co na każdym stanowisku, jakby na wyłomie, dotrwać umieją aż do końca! Nazajutrz 17 marca otrzymałem nominację i odpowiednie instrukcje. Dano mi podwodę i dwóch zbrojnych w konwoju. Wyruszyłem dopiero z południa w chwili, gdy obóz zwinięto, udając się w dalszy pochód, a Moskale tuż, tuż następowali. Oddział ruszył ku Wiśle, ja na powrót droga, którą przybyłem — do Krakowa. Widziałem z daleka od Pińczowa ciągnącą Moskwę, przez Działoszyce przedostać się już nie mogłem, bo i tam wróg nadciągnął; otarłem się tylko o pikiety kozackie; wtem deszcz lunął, droga się rozbłociła, na wieczór ściągnęliśmy na pierwszy przeprząg. We dworze opustoszałym zastaliśmy tylko dwoje sług i śliczną gosposię, która ze łzami w oczach błagała, abyśmy zanocowali, bo wpadniemy na pewno w ręce włóczących się kozaków. Tak rzewne prośby i nadzieja przespania słoty w miękkiej pościeli wcale zdawały się powabnymi memu rycerskiemu duchowi, ale rady starego wiarusa (a był to znów ten kapitan-cerber, lecz niestety bez skarbów butelkowych), że lepiej jechać nocą i przy deszczu, bo właśnie w taką porę Moskal nosa nie wyścibi — przemówiły do rozumu i całkiem nas przekonały. Pożegnaliśmy się tedy z pięknymi oczyma gosposi i ciepłym łóżkiem, a ruszyliśmy przy klątwie wiozących nas chłopów w deszcz i ciemnicę, że oko wykol, tak iż trzeba latarnią po drodze przyświecać. Ile razy wywróciliśmy, ile drogi pieszo się przeszło, ile razy utknęło się po same uszy w błocie, ile kpów poczciwy stary cerber oberwał, o tym i nie wspominam. Nad rankiem ściągnęliśmy aż za Racła-

66

wice, znów do tego poczciwca, który już trzema dniami wprzódy gościny mi udzielił. Najprzód upewnił nas co do moskaluszków. poradził z błota się obmyć, szaty wysuszyć, coś przekąsić i napić się, a na to wszystko spać się położyć. Któż by nie usłuchał tak zbawiennej rady? spaliśmy jak najęci do białego dnia i zaledwie o 10-tej wyruszyliśmy w drogę. Powieziono nas innym szlakiem i szczęśliwie dostawiono do galicyjskiej granicy. Do Krakowa podążyliśmy piechotą i z biedą dobiliśmy się ledwie na wieczór. Przeszedłszy w ciągu pięciodniowej tej wycieczki rozmaite opały, zmęczony byłem fizycznie i moralnie. Zaledwie na drugi dzień (19 marca) około południa wyszedłem na miasto odszukać znajomych, pierwsze słowo, którem usłyszał: Langiewicz przeszedł do Galicji, przez Austriaków ujęty, oddział w puch rozbity, Czachowski112 tylko udał się ze swoimi w Świętokrzyskie Góry — uderzyło mnie gromem. Co? oddział, który przedwczoraj widziałem, zniszczony! Co? owa z takim trudem wyszrubowana dyktatura, po 10-ciodniowem nicestwie w niwecz obrócona! Nie wierzyłem — przeczyłem — przecież wracam spod Chrobrzy, widziałem na własne oczy trzytysięczny zastęp! Odczarowałem się zbyt prędko, nad wieczorem pojawili się pierwsi zwiastuni nieszczęścia tym haniebniejszego, że po zwycięstwie pod Grochowiskami, intrygami oddział zniweczono, dyktatora na dudka wystrychnięto. Szkoda tak dzielnego człowieka! szkoda tego oddziału, z którego wylęgło się na wielką skalę uciekinierstwo i kabała. Już przed kilku dniami przybył z Warszawy Stefan B[obrowski]113, za nim G[iller] i J[ózef] J[anowski] 114. Trudno opisać zamęt i oszołomienie dni następnych. Wszyscy potracili głowy, jeden Stefan zrozumiał położenie rzeczy i po pierwszej faktycznej wieści o uję-

67

ciu Langiewicza wydał odezwę, że Rząd Narodowy po upadku dyktatury na powrót bierze najwyższą władzę i powstanie dalej prowadzi115. Tym krokiem od razu zapanował nad chaosem i wykluwającymi się apetytami partii, przywracając prawowity porządek, zwichnięty chwilowo przez kamarilę dyktatorialną. Nie dosyć na tym, oddał jenerałowi Wysockiemu zarząd wojenny 116, i do akt złożył memoriał rządowy, wyjaśniający Langiewiczowi zamach kilku ludzi, których brzydki charakter faktami stwierdzono117. Potem rozpoczęły się rokowania z rozmaitymi partiami, w czym arcydyplomatyczny Gil[ler] więcej popsuł, jak dopomagał. Przekonany jestem, że gdyby B[obrowski] miał wolne ręce, byłby wszystko szczęśliwie i na pożytek sprawy załatwił i uporządkował. Dziś autor Historii powstania narodu polskiego w r. 1863/1864, inaczej tę rzecz przedstawia118, mimo to przekonania mego zmienić nie mogę w sprawach, na które własnymi patrzyłem oczyma. Gil[ler] należy do najwybitniejszych postaci naszego powstania, niezmordowanej pracy, bystrego rozumu, wielkiej bezinteresowności. Grzeszy jedynie bezmierną zarozumiałością, sądząc, że co się stało dobrego w czasie powstania, tylko z jego wyszło głowy; dopóki on był w Rządzie, dopóty wszystko szło jak najświetniej, gdzie jego nie było — tam głupota i płaskość, jeśli już nie — nikczemność. Szanuję i czczę autora Powstania, dla jego wielkich cnót, ale czułem się w obowiązku podać klucz do bezstronnego osądzenia dzieł jego. Zresztą opinia już wtedy przypisywała, że bruździ nie tyle ze złej woli, ile raczej wskutek zaślepienia Chrz[anowskiego]119, którego uważano za jednego z motorów dyktatury. Były to parne czasy; nie dziw więc, że znaleźli się w Krakowie ludzie nie przebierający w środkach, którzy nosili się z myślą, aby doraźnym sądem pozbyć

68

się obudwóch. Nie mówię tego ze słyszenia, ale oparty na fakcie, że dyskutowano tę sprawę w mej obecności i tylko rzewne słowa Stefana zdołały uśmierzyć rozjątrzonych. Za to we własnej sprawie nie umiał sobie poradzić, ani nie znalazł u nikogo skutecznej pomocy. Wskutek wzwyż wzmiankowanego memoriału rządowego do Langiewicza puszczonego w kurs publiczności niewiadomym sposobem S.[s] Gr[abowski] 120, ów główny flecista w kabale dyktatorialnej, czuł się obrażonym na honorze (!) i zażądał satysfakcji. B[obrowski] mógł bezpieczenie odrzucić wszelkie usprawiedliwienie się, boć to był akt urzędowy, ale powodowany bezstronną szlachetnością, oddał tę sprawę sądowi polubownemu. Pierwszy pod prezydencją jenerała K[ruszewskiego]121 uznał się za niekompetentnego, aby mógł czynności rządowe roztrząsać. Tu podobno miał nastąpić epizod podania ręki przez G[illera], a odrzucenia jej przez B[obrowskiego] 122. Sfabrykowano sąd drugi, rozpoczęto intrygi i wyszło nareszcie na to, że wyrok zapadł — konieczności pojedynku. W czasach, gdzie się ważyły losy całego narodu, ludzie poważni wiekiem, urzędem, stanowiskiem, debatowali nad tym, czy za niepodanie ręki jeden drugiego zabić powinien! Horribile dictu! Stefan oddał całą sprawę Kazimierzowi Kr[asickiemu] z Poznańskiego 123, sekundantowi, a serdecznemu swemu przyjacielowi, bo sam musiał wracać do Warszawy. P. K[rasicki] tak wybornie zrozumiał położenie rzeczy, tak pięknie odpłacił się za przyjaźń i zaufanie, tak ślicznie ze wszystkim się ułatwił, iż wkrótce Stefanowi doniósł, aby czym prędzej na naznaczony termin w Poznańskie przybył, ponieważ pojedynek, i to ze względu na oczy Stefana zapewne, na pistolety wybrany. Trzeba wiedzieć, że B[obrowski] na trzy zaledwie kroki, potrafił rozróżnić jedną osobę od drugiej, tak osłabiony miał wzrok. Niech

69

to posłuży za ilustrację, do tego niecnego niby pojedynku pistoletowego. Jeśli w ogóle zmazanie hańby lub obelgi w naszym stuleciu przez poranienie, lub śmierć jest anachronizmem barbarzyńskim, to pojedynek w takich okolicznościach — i z takim człowiekiem jak B[obrowski], był po prostu wyrafinowanyn mordem. Nie cofam wyrazu, dodam jeszcze, że nie tyle przeciwnik, co własny sekundant i przyjacie B[obrowskiego] zasłużył wobec sądu historii i własnego sumienia na wyrok wiekuistego potępienia. Cały ten wypadek tyle w sobie mieści potwornej zbrodni, że pióro wypada z drżącej od oburzenia ręki, a myśl ze wstrętem odwraca się od zagłębiania się w tę ciemnię występku. O! biada narodowi, który obojętnie patrzy na zabójstwa swych bohaterów i przewodników! po trzykroć biada tym, którzy przyczynili się do ich zagłady! — Cześć pamięci Stefana B[obrowskiego], gdy inni ginęli z rąk tłuszczy moskiewskiej — on jeden poniósł śmierć od własnych rodaków, i to wedle wszelkich form usankcjonowanych przez — dobrze i wysoko urodzonych 124.
KOMISARIAT PRUS ZACHODNICH

Członkowie Rządu bawiący polecili mi udać się niezwłocznie w Prusy Zachodnie, aby przyjść w pomoc z bronią i ochotnikiem województwu płockiemu. B[obrowski] na dniu 27 marca wystawił mi nominację na komisarza pełnomocnego, równobrzmiącą wziąłem dla G[uttrego] — na Poznańskie 125. Ofiarowano wprzódy hr. R[aczyńskiemu], lecz ten stanowczo się wymówił, będąc przekonania, że na własną rękę niekrępowany urzędami więcej dobrego dokonać potrafi, czego rzeczywiście i dowiódł. Do Krakowa przybył jako delegowany z Komitetu Wielkopolskiego. Ruszyłem do Poznania, gdziem od Komitetu Wielkopolskiego126

70

wziął poświadczenie tożsamości osoby i prawnosci powierzonej mi funkcji, a zabrawszy przygotowaną tam pieczątkę, stanąłem na klasycznej ziemi Prus Zachodnich, najprzód przestępując progi u R[adkiewicza] S[tanisława]127, który przez dyktatorialnych niedawno był naznaczony naczelnikiem Prus Zachodnich. Zacny ten mąż bez wszelkich trudności zdał mi służbę, objaśnił o stanie organizacji narodowej, obznajomił z ludźmi i stosunkami miejscowymi, tak że prosiłem go od razu, aby przyjął stanowisko głównego kasjera oraz mego pomocnika z władzą alter ego w powiatach z jednej strony Wisły leżących, ja zaś objąłem z drugiej strony. Pierwsze miały być rezerwą, spichlerzem, drugie rzeczywistą pomocą powstaniu. Udałem się dalej w głąb Prus Zachodnich, wypełniłem luki organizacji i zająłem się przede wszystkim formacją oddziału i zebraniem zapaśnej broni. — Prusy Zachodnie od dawna stanowiły podatniejszy grunt, aniżeli Poznańskie dla wszelkiej pracy szczeronarodowej. Było tam kilku ludzi, którzy potrafili nadać umysłom ruch ku gorętszym czynom. Z końcem r. 1861 J. Ć[wierczakiewiczowi], zmuszonemu wydalić się przed Moskwą za granicę, poleciło kółko patriotyczne -wybadać usposobienie rodaków w zaborze pruskim i pobudzić do współudziału w ruchu narodowym, biorącym impuls z Warszawy. Usposobienie atoli agenta całkiem nie kwadrowało z taką misją, objął więc to stanowisko w marcu 1862 r. J. D[emontowicz], który przy czynnej pomocy miejscowych zorganizował powierzoną mu prowincję. W październiku tego roku udał się jako delegat Prus Zachodnich Ł[yskowski] M[ieczysław] 128 w celu porozumienia się stanowczego z Komitetem Centralnym co do dalszych robót. Wynikiem narad było, ze Prusy Zachodnie stanęły całkiem po stronie partii ruchu i na pierwszy odgłos powsta-

71

nia zobowiązały się zebrane pieniądze do 15 000 tal. oddać do dyspozycji. Święcie dotrzymano zobowiązań — nawet częściowo przed powstaniem. Panowanie 10-ciodniowe dyktatury nie zwichnęło ducha patriotycznego w Prusach Zachodnich. Znalazłem się tedy wśród ludzi chętnie pracujących dla powstania. Zadanie do spełnienia nader łatwe. Rozpisany 5-cioletni podatek dochodowy z góry — przyjęto bez szemrania, choć przed powstaniem złożono już dwuletni. Oddział, choć mały, bo w 110 ludzi, sformował się już w kwietniu i ze zapasową bronią i amunicją, przekroczył 22 kwietnia granicę. Nieszczęście chciało, że Padlewski Zygmunt, wyczekujący z utęsknieniem za bronią, samotrzeć naprzód się wysunąwszy na spotkanie tego oddziału, wpadł w ręce Moskali 129 Nowa, wielka klęska dla powstania! Nowa, wielka kara dla Rządu Narodowego, nie posiadającego do tej chwili i później żadnego wojskowego w swym łonie, że tak znakomitego oficera nie tylko nie powstrzymał, ale po prostu ułatwił, podsunął wyjście do lasu, z czym? z pięścią! Żołnierza było pod dostatkiem, ale uczciwej broni ani kawałka. I na takie to stracone stanowisko wysyłać takiego człowieka, jakim był Zygmunt P[adlewski]. Zarzuci kto, że wtedy, gdyby Rząd zaczął oszczędzać ludzi zdolniejszych, na placu boju stanęłoby wojsko bez wodzów, a raczej nic by się nie zebrało, bo nie byłoby komu przewodzić! Jako ogólnej reguły — oszczędzania nie przyjmuję, ale w ważnych wyjątkach, gdy nie można było jakiejś osobistości nikim zastąpić — do takich wyjątków należał niezaprzeczenie P[adlewski], B[obrowski] i kilku — wyraźnie mówię kilku — innych. Oddziałek z Zachodnich Prus, przez złych przewodników prowadzony, nie zdybał się naprzód z naszymi, ale z Moskalami. Po pierwszych wystrzałach młody

72

żołnierz, który jeszcze nigdy prochu nie wąchał, rozpierzchnął się, zwłaszcza gdy sam dowódca głowę stracił. Broń zapasowa i amunicja ocalone, kilku padło, reszta wróciła, nic nie wskórawszy, do domu. Odznaczył się tak przy formacji, jak na polu bitwy młodzieniec D[ziałowski] 130, który niezawodnie przez czas pewien do najdzielniejszych należał pracowników. Oby dziś w czasach pokoju równym zapałem, energią i wytrwaniem się odznaczał, jako prawy obywatel-Polak, i elektryzował zmartwiałe, jak ongi porywał za sobą nawet zapaleńców, na polu konspiratorskiej pracy i w czasie bójki! Rozważywszy, że w Płockiem dużo ludzi, a mało broni, w Prusach zaś Zachodnich brak ludzi, a wszelkie środki do zakupienia i wysyłania powstańcom materiału wojennego, całe działanie organizacji zwróciło się do wybierania szybkiego podatków, zakupna i dostawy broni. Sam zawiozłem do Poznania, gdzie miano drogi upewnione w interesie transportu rekwizytów wojskowych, w pierwszych dniach maja — jeśli się nie mylę — 13 500 tal., które przeszły do rachunków Komisji Broni w Leodium 131. Prócz tego sprowadzano na własną rękę, i to się na j szczęśliwie j udawało. Prawie przez pół roku woził nieustannie pewien młodzieniec Mi[aćkowski]132 karabiny z Bydgoszczy, aż na granicę Płockiego w rozmaite punkta, i ani razu przez Prusaków nie był schwytany. Najmniej 2500 sztuk dostawił. — Do czerwca większa część pięcioletniego podatku dochodowego była zebrana, tak że udając się po Zielonych Świątkach do Warszawy, wykazałem się wcale świetnym stanem kasy. Właśnie przybyłem po pierwszym gwałtownym 133 przewrocie w łonie Rządu . Dwa miesiące upłynęły od upadku dyktatury; pora to była najsposobniejsza, w której można było powstanie rozszerzyć, na bez-

73

piecznych utrwalić podstawach. Najważniejszą rzeczą — wyzyskać chwilę. Gdy po ujęciu L[angiewicza], partia białych en masse weszła do organizacji powstańczej, a krzykacze, radykaliści przycichli, należało wycisnąć ich jak cytrynę, nie dozwalając, aby się opamiętali, przyszli do siebie; przeszkodzić na zawsze, aby na nowo gmach organizacji narodowej nie minowali. Niestety! Rząd ówczesny, choć złożony z ludzi zacnych, rozumnych, prawych patriotów, nie posiadał w łonie swym ani jednego męża — czynu! Działanie każdej władzy powstańczej streszcza się w dwóch słowach: skarb i wojsko. Wprawdzie Rząd Narodowy rozpisał w kwietniu nowy podatek, ale z jednej strony zbyt szczupły i niewystarczający nawet na pokrycie najgwałtowniejszych potrzeb powstania, z drugiej nie zdobył się na wynalezienie środków szybkiego poboru, choć tak maluczkiej daniny. Na polu walki oddziały wyrastały jak grzyby, biły się i nikły bez ładu, planu i wszelkiej odpowiedzialności. Każdy dowódca, choćby kilkudziesięciu ludzi — działał na własną rękę i nikogo nie słuchał, jak nie chciał. Nie tylko do czerwca, ale i później, wydziałem wojny kierowali dorywczo rozmaici członkowie rządu i to cywilni zwykle, jak G[iller] i J[anowski]. Nikt nie wzdrygnął się na samą myśl, że to występek, powstanie zostawić bez steru wojskowego. Krom politycznych środków, wypadało koniecznie nakreślić z góry jednolity, szeroki plan operacji wojennych, a to jedynie żołnierz fachowy, ukształcony, wykonać był zdolen. Powstanie tedy tlało, podniecane samoistnym zapałem narodu, który w początkach rwał się do walki z wrogiem, ale wzmóc się, ogarnąć cały kraj nie mogło — dla braku umiejętnego, wojskowego kierownictwa z góry. Bohaterem dnia w owym czasie był jenerał T[aczanowski], poddający Rządowi wcale energiczne projekta — pospoli-

74

tego ruszenia. Była to myśl zbawcza, choćby w niektórych województwach nie dala się od razu uskutecznić. Lecz sam zwrot do ludu, propaganda, której zaniechano, były to rzeczy niezmiernej wagi. Rząd Narodowy przeląkł się i nakazał jenerałowi zaniechanie tak arcyrewolucyjnych zamiarów. Dyplomatyczne względy przemogły, do których najenergiczniejszy z członków Rządu G[iller] zawsze miał pewien pociąg, a drugi R[uprecht] 134 otwartym był zwolennikiem. Frazes tego ostatniego przejdzie do historii: „Wystarczy — tak miał powtarzać — jak w jednym powiecie padnie jeden strzał na tydzień, aby Europa Polskę zbawiła". Si non e vero e ben trovato! Naturalnym następstwem tak chwiejnego postępowania był żal, obawa, zwątpienie, w dalszym biegu: rozdrażnienie, opór i bunt. Dawna opozycja podniosła głowę, wykonawcy zamachu prędko się znaleźli, mając takiego zucha jak O[lszańskiego] na czele135. Niestety! że te zuchy byli to ludzie gorącego serca, poświęceń bez miary — lecz prostaczkowie, nie mający pojęcia o następstwach kroku, jaki uczynić zamierzyli. Haj! na Soplicę! Rząd niedołężny! rząd pacyfikuje powstanie! zdradza! precz z nim! Dotąd pięknie i logicznie. Rząd obcesowo rozbito, lecz nikomu ze sprawców na myśl nie przyszło przysposobić uprzednio nowy, nie zastanowiono się, że powstanie bez steru, jak okręt wśród burzy i godziny bez szkód niepowetowanych ostać się nie może. Otóż w tym głupota i lekkomyślność występna. Zaledwie l czerwca sformował się Rząd Narodowy przez organizacją stolicy, do którego weszli z dawniejszych: A[wejde]136 i J[anowski], z nowych: B[ąkowski], D[obrowolski], K[obylański] i M[alinowski]137. D[obrowolski] był duszą tego Rządu; A[wejde], posiadający całą tradycję powstania, został sekretarzem stanu; z nim

75

więc głównie znosiłem się w sprawach mego komisorstwa, a odebrawszy różne zlecenia, ruszyłem po tygodniowym pobycie na powrót do Prus Zachodnich. Na wybieraniu podatków, zakupie i transportowaniu broni i innych przyborów wojennych, na rozwinięciu organizacji narodowej i zawiązaniu ściślejszych stosunków z pogranicznymi województwami w zaborze moskiewskim zeszło całe lato. Roboty były tak dyskretnie, ostrożnie prowadzone, że Prusacy, mimo najszczerszych chęci, nic wykryć nie mogli. Po ujawnieniu organizacji w Poznańskiem przez ujęcie papierów hrabiego Dz[iałyńskiego] 138, rząd pruski znalazł pewne wskazówki, że i w Prusach Zachodnich coś się święci, zwłaszcza że raz po raz chwytano znaczniejsze transporta broni. Rozpoczęły się z nową zajadłością rewizje, prześladowania, gonitwy. Skończyło się na zasadzeniu do kozy kilku obywateli i na tym basta! 139 Więcej oberwało się Prusom Wschodnim! 140 O istnieniu organizacji w Prusach Zachodnich rząd nic prawie nie wiedział, o mnie tym mniej, chociaż w ciągłych byłem rozjazdach z powiatu do powiatu, rzadko poza obręb mego działania się wydalając. Nieraz słyszałem, zwykle jeżdżąc „obywatelską pocztą", rozmawiających pomiędzy sobą woźniców o „panu komitecie", nieraz zapytywali mnie poczciwcy o wiadomości z pola bitwy. Korzystając z danej okazji zbliżenia się do ludu i propagowania na rzecz powstania, opowiadałem o wszędzie obecnej władzy tajemnego Rządu Narodowego, o okrucieństwach Moskwy, o bohaterstwie powstańców, o prawdziwym raju na ziemi, gdy Polska stanie się znów niepodległą i wolną. Poczciwy woźnica, zasłuchany w tak cudowne opowieści, zapomniał o swym furmaństwie i jak najpiękniej wywraca na gładkiej drodze. Nabawiwszy się guzów co nie miara, świę-

76

ciem postanowił zaniechać propagandy wśród ludzi siedzących na koziełku. — W lipcu zawiadomił mnie Rząd o nominacji Stanikomisarzem pełnomocnym sława F[rankowskiego]141 na zabór pruski, polecając, abym, obeznany ze stosunkami miejscowymi, był pomocnym w przeprowadzeniu nowej formy organizacyjnej. Wkrótce po tym przybył do Prus Zachodnich samże F[rankowski]. Zdałem mu sprawę z dotychczasowych czynności w moim komisariacie, który, dzięki Bogu, reform nie potrzebował. Porozumieliśmy się co do zakroju nowej organizacji na cały zabór i ułożyliśmy się zjechać w Poznaniu za kilka tygodni. F[rankowski] bowiem oświadczył, że musi wprzódy nader ważne interesa załatwić we Francji, zanim może przystąpić do pracy w zaborze pruskim. Dowiedziałem się później, że szło o wymianę owych listów zastawnych, zabranych w czerwcu z banku przez Wasz[kowskiego]142. Po wyjeździe Fr[ankowskiego] uporządkowałem rachunki, sporządziłem odpowiednie spisy, a oddawszy czasowo władzę komisarską zacnemu R[adkiewiczowi] ruszyłem do Warszawy. Tam zaledwie dni trzy zabawiłem — tyle tylko, żem zdał służbę Rządowi wraz z rachunkami, z czego mnie zakwitowano dekretem z dnia 26 lipca nr 1080 143. Polecono mi spieszny powrót do zaboru pruskiego, w celu zwrócenia Fr[ankowskiego] z drogi, którego podróż Rządowi wcale nie była po myśli144. Udałem się aż do Wrocławia, lecz nadaremnie. Posłałem tedy pismo Rządu za Fr[ankowskim], a sam w okolicach Poznania nań czekać postanowiłem. Tydzień minął na próżnym wyczekiwaniu. Prosiłem K[azimierza] S[zulca], aby ruszył na zwiady. Szczęśliwie się udało — bo w kilka dni, przybyli obydwaj. — Rozbierając rozmaite kwestie przekonałem się, że organizacja zaboru pruskiego stała się dla Fr[ankowskiego] sprawą

77

drugorzędną. Na pierwszym planie stanął obecnie zamach przeciw Rządowi, któren coute que coute opozycja pod egidą Ch[mieleńskiego] 145 zwalić postanowiła. Z fanatycznym zapałem, w silnej wierze, że zbawi kraj, chwycił się Fr[ankowski] tej myśli i wszędzie szukał sprzymierzeńców i pomocy. Gdy i mnie chciał zawerbować do tej sprawy, wręcz oświadczyłem, żem nigdy nie należał, ani należeć nie będę do jakiej bądź roboty destrukcyjnej; dopóki trwa powstanie, Rząd nie osłabiać, ale owszem popierać należy wszelkimi siłami, jeśli zły, można bez pokątnych machinacji go usunąć, zwłaszcza wytworzywszy konfederacją wszystkich komisarzy na prowincji. Rząd podtrzymywać — umiem, obalić go nie jestem zdolny. Jeśli tedy opozycja przejdzie do steru, może liczyć, że na każdym stanowisku jakie mi poruczy, wiernie dla dobra sprawy publicznej pracować będę. W końcu Ffrankowski] dał się nakłonić namowom S[zulca] i moim, aby w Poznaniu coś stanowczego postanowić. Udał się do Komitetu Wielkopolskiego 146, który na ręce swego komisarza Ł[ubieńskiego] już nad projektem nowej organizacji uwagi swe złożył. Rozpoczęły się debaty, targi, intryżki, aż zniecierpliwiony Fr[ankowski] krótko wszystko zakończył przez rozwiązanie Komitetu i przyjęcie za ustawę projektu przezeń skreślonego. Nie mogąc atoli na doczekaniu utworzyć nowej i to naczelnej dla całego zaboru władzy pozostawił rzeczy in statu quo, zezwalając, aby Komitet pod dawnymi warunkami dalej prowizorycznie urzędował. Ruszyliśmy w drogę, F[rankowski] jak mówił do Warszawy, ja do Prus Zachodnich, gdziem się miał dowiedzieć o rezultacie knowań. Odtąd go już nie widziałem. Na odjezdnym zostawił mi przeznaczone przez Rząd na broń znaczne pieniądze (zdaje mi się do 30 000 fr.), które przelałem do kasy Prus Zachodnich.

78

Minął miesiąc, żadnych nie odebrałem wieści, nawet od Rządu. Wtem pod koniec września przywiózł mi wysłany przeze mnie kurier wezwanie, abym, załatwiwszy jak najśpieszniej bieżące sprawy, oddał czasowo komuś zaufanemu służbę komisariatu, a sam niezwłocznie przybył na czas nieograniczony do Warszawy. Stosownie do rozmowy i układów dawniejszych z F[rankowskim] wyrozumiałem od razu, że musiała zajść nowa zmiana w rządzie, a więc i dla mnie nowe pole działania się odkryło147. Nie spodziewając się wrócić tak rychło w strony, w których od pół roku byłem czynny, należało zostawić następcy wszystko w porządku. A chociaż od dwóch miesięcy już byłem na wylocie, niepodobna było na razie uregulować toku organizacji, tak aby sprawa publiczna w niczym nie szwankowała. Dlatego wybrałem się w drogę dopiero szóstego października, zamianowawszy na komisarza województwa chełmińskiego oraz czasowego mego zastępcę K[alksteina]148, człowieka młodego, mającego zachowanie w całych Prusiech Zachodnich, nie tylko przez pamięć na chlubne stanowisko i zasługi zmarłego ojca, lecz zarazem wskutek osobistej wartości i prawego charakteru. Jedną posiadał wadę, że był powolnym i za miękki w sprawach publicznych, natomiast można się było zawsze spuścić na rzetelność i akuratność poruczonego mu obowiązku. Powiatami z lewego brzegu Wisły objętych nazwą województwa pomorskiego zawiadywał już od dawna R[adkiewicz].
[POWOŁANIE NA KOMISARZA W ZABORZE PRUSKIM]

Z wyjazdem do Warszawy nastąpił nowy zwrot w zawodzie moim publicznym oraz zaszły niektóre zmiany w stosunkach mych prywatnych, które wywarły wpływ nie zawsze korzystny na dalsze koleje mej działalności. Wiedząc po co jadę do stolicy, przeczuwając.

79

że wziąwszy udział w pracach rządu, każdej chwili stanąć mogę pod szubienicą, albo na drodze do Sybiru, nie mogłem nie wnijść w siebie, nie rozpatrzyć się w zasobach duszy i nie potrącić o niektóre uczucia, namiętnostki czasowe, przygłuszone, zmartwiałe. Wyznaję, że w tak stanowczej chwili odezwały się, obok poświęcenia się dla ojczyzny — instynkt zachowawczy i miłość własna. Z natury i przez wychowanie usposobiony do racjonalnego traktowania każdej sprawy, nie przeceniałem nigdy sił, zdolnych rozniecić powstanie i trudno mi było się przekonać o dojrzałości i żelaznej woli narodu, wybijającego się na wolność, zwłaszcza, mając żywo przed oczyma i obraz dziejowego upadku naszego, i smutne rozbicie, rozstrój społeczny, uboóstwo tak duchowe, jak materialne w teraźniejszości. Widząc atoli, że naród rwie się w rozpaczy do broni, poczytywałem sobie za obowiązek Polaka nie — aby powstrzymywać, studzić, przeszkadzać, gdy już za późno, lecz żeby oddać się bezwarunkowo, całą duszą sprawie wyzwolenia się mieczem spod jarzma niewoli i sumiennie pełnić na każdym stanowisku poruczoną mi służbę. Zresztą uzupełniły to przekonanie przykłady. Gzy to w przedpowstańczych robotach, czy już wśród szczęku broni, patrząc na tyle aż nadludzkich ofiar, stykając się nieraz z ludźmi prawdziwie świętymi, przekonałem się naocznie i uwierzyłem, że w narodzie naszym, mimo strupieszałych lub gnijących warstw, znajdują się żywioły, niespożyte pierwiastki tak jędrne, zdrowe, niepokalane, że tylko światła i dobrej woli, miłości i wytrwania potrzeba, a uzyskanie niepodległości było możliwe i w ówczesnych nawet stosunkach. Do tego konieczną wszelako, aby każdy, biorący udział w walce, zrzekł się przynajmniej przez czas boju szczęścia ziemskiego, aby zerwał z własną przeszłością, poprzecinał węzły rodzinne, przyjaźni, miłości i całą swą istotę,

80

wszystkie uczucia, myśli, uczynki, złożył w ofierze na ołtarz ojczyzny. Dziś — żołnierze, bijący się za niepodległość i wolność narodu, winni stawić na kartę — wszystko; im nie wolno zachować cośkolwiek dla siebie na lepsze czasy! Jak Chrystus kazał młodzieńcowi z Kafarnaum rozdać całe mienie ubogim, rzucić dom i rodzinę, i pójść za mistrzem: tak i my pragnąc swobody, nie targujmy się o cenę, za którą okupić ją możemy. — Niejeden nazwie to ideologią, głów wybujałych mrzonką, lecz w takim razie i niepodległość Polski, własnymi siłami zdobytą, do chorobliwych urojeń zaliczyć wypada. — Nie przeczę, że krom zbrojnego powstania są inne jeszcze drogi do osiągnięcia wolności, atoli tym mniej bezpieczne, im więcej od zasady powyżej wzmiankowanej odbiegają. — Sumiennie powiedzieć mogę, żem do października starał się przynajmniej dościgać ideał, którym sobie wytworzył, a choć nieraz inne uczucia się odzywały, nakazywałem im milczenie. A trzeba wam wiedzieć, żem miał wtedy lat 28, i rozmaite już przechodziłem koleje, w których niezasłużenie dużo szczęścia opatrznościowego doznawałem, co zwłaszcza skłonność mą do awanturniczego życia, do przygód trubadura bardzo rozwinęło. Nie dziw tedy, że w chwili tak stanowczej wyjazdu mego do Warszawy odezwały się, dotąd tłumione wyłączną pracą dla powstania, podrzędne uczucia i namiętności, żem je sam rozniecił, aby w nich znaleźć podporę a potężnego bodźca do przemożenia czyhających na mnie niebezpieczeństw. Wielu poczytuje miłość dla kobiety, jako źródło wielkich, bohatyrskich czynów. Nie przeczę, ale prawda ta nie da się zastosować do każdego położenia. Komu potrzeba aż pięknych ócz dziewicy, aby podsycić miłość do kraju, ten w połowie tylko oddaje siebie ojczyźnie i połowiczne będzie jego

81

działanie, choćby wszystkie wytężył siły, temu połowa tylko zasług około dobra publicznego policzoną będzie. — Naturalnie, mówi się tu o położeniach wyjątkowych, do których zaliczam każde powstanie lub inną katastrofę, wstrząsającą całym narodem. — Takiego błędu niestety, i ja się dopuściłem, chociaż to była miłość czysta, — świetlana a pełna udręczeń. Oh! bo wśród burz żywota, gdy zabraknie natchnienia, zapału, wiary — i najsilniejsze poczucie obowiązku nie zawsze wystarczy, ani wyrozumowane przekonanie nie pokrzepi. Wtedy człowiek szuka wytchnienia na łonie kobiety i żeni postacie świata idealnego z potrzebami życia powszedniego. W zwykłych prawidłowych stosunkach tworzą one cudowną harmonię, ale wśród huraganu rewolucji krzyczącym są dysonansem. Dosyć, żem tuż przed wyjazdem oświadczył się pannie S.149 i byłem przyjęty. Przyrzekliśmy sobie, że po skończonej walce (jakbym wiedział niby, że wyjdę cało!?) zaraz ślub weźmiemy, tymczasem miłość nasza miała pozostać w tajemnicy, nawet przed najbliższymi krewnymi. Pierwszy to raz zmarnotrawiłem trzy dni dla osobistych widoków. Trzy dni — wiek szczęścia i rozkoszy! Przy rozłączeniu zamieniliśmy z bogdanką pierścionki i za błogosławieństwem jej poczciwej matki, wyruszyłem w drogę pełen otuchy, odwagi, wiary w przyszłość świetną i szczęśliwą. Silne — choć nie pierwsze — uczucie miłości, rozpromieniło mnie, a dusza rwała się — do czynu. Bez przeszkód stanąłem w Warszawie, jako ekonom — Niemiec, w hotelu ,,Niemieckim" 150. Zgłosiłem się do znanych mi osób, lecz widocznie za późno przybyłem. Rząd znowu się „spuryfikował", najsprzeczniejsze żywioły targały organizacją stolicy, mieszającej się coraz więcej do spraw rządu. F[rankowskiego] nie zastałem, z innymi jakoś trudno było uczciwie i otwar-

82

cie się rozmówić, a nawet unikano wszelkich wyjaśnień, po co tak nagle byłem powołany i to na czas nieograniczony, a teraz nie odbieram żadnych zleceń? Nie dziwmy się, trafiłem w Warszawie na dnie popłochu, smutku, zamieszania. Dzień przed przybyciem mym do stolicy ujęli Moskale dzielnego naczelnika miasta J[ózefa] P[iotrowskiego]151, przy którym znaleźli i pieczęć jego urzędu. Obostrzony nakaz zamykania bram i drzwi domów utrudnił do tego stopnia komunikację, że nieraz pół doby czekać trzeba było na sposobność, aby na kilka chwil pomówić ze sobą. Zwiększające się aresztowania przerzedziły szeregi pracowników, stąd brak odpowiednich ludzi coraz więcej dolegał. Słowem wybiła pierwsza godzina grozy, a przed zwątpieniem uchronić się zaledwie zdołali najdzielniejsi. Rząd ówczesny pozbywszy się nareszcie w końcu września Ch[mieleńskiego], któremu dano nadzwyczajną misję do Galicji, i Fr[ankowskiego], któremu poradzono zająć się nieodwołalnie zorganizowaniem zaboru pruskiego, składał się z A[snyka]152, D[obrowolskiego], K[obylańskiego], J[anowskiego]153 i w miejsce ujętego P[iotrowskiego] świeżo mianowanego naczelnika miasta..... osobistość, którą opatrzność do dziś dnia uchowała od prześladowań Moskwy 154. Nie znam drugiego podobnego przykładu, aby człowiek czynny od samego początku i nie oszczędzający się bynajmniej tak szalone miał szczęście, że nawet podejrzenia na siebie nie zwrócił. Szczęść Ci Boże i nadal — druhu i towarzyszu wspólnej pracy. — Wydział spraw wewnętrznych, początkowo objął J[anowski], B[iechoński]155 zaś sekretariat stanu, którego, gdy na komisarza pełnomocnego w województwo krakowskie wysłano, znów zastąpił J[anowski], tego zaś K[obylański]. Taka puryfikacja opozycyjnego obozu odbywała się oględnie i powoli za inicjatywą D[obrowolskiego] nie tylko w Rządzie, ale

83

i w wydziałach. Przez to hałaśliwą partię Ch[mieleńskiego] całkiem na bok usunięto, a Rządu skład zrobił się więcej jednolitym i jednomyślnym. Najwięcej kłopotu było z Wydziałem Wojny, w którym K[obylański] bruździł nieustannie. Przez powołanie wszelako G[alęzowskiego] do Rządu156, referenta z tegoż Wydziału, usunięto ostatnią przeszkodę do zamierzonego przeistoczenia. Przybył do Warszawy 12 października Tr[augutt]15r powołany na naczelnika i reformatora Rządu Narodowego. Wobec powszechnego rozprzężenia organizacji, naprzeciw z każdym dniem bardziej srożącej się Moskwy, ze względu na zbliżającą się porę zimową, trzeba było koniecznie stanowcze powziąć postanowienie i zaprowadzić tak w rządzie, jak i w całej organizacji radykalne przeobrażenia. Na dniu 17 października Tr[augutt] dobitnie wykazał zebranym członkom Rządu oczywiste niepodobieństwo kierowania powstaniem w sposób dotąd praktykowany, żeby nad wszelkimi ważniejszymi sprawami collegialiter obradowano, oraz zwrócił uwagę na grożące dla istnienia rządu niebezpieczeństwo ze strony Moskwy, które najprzód zażegnać wypada. Pierwszym warunkiem, aby władza naczelna w jednym skupiła się ręku, a potem, że najgłębsza tajemnica osoby kierowników pokrywać — pro bono publico — powinna. Dlatego w imię świętej sprawy wzywa członków rządu do złożenia mandatów, ponieważ jest zdecydowanym tylko na swój sposób nowy rząd sformułować. Oporu nikt nie stawił, już to przyznając słuszność żądaniom T[raugutta], już też nie mając odwagi w tak stanowczej chwili wystąpić z brzemienną w następstwa opozycją. Tak więc z dnia 17 października jenerał T[raugutt] wziął na barki całe powstanie i zupełną odpowiedzialność za następstwa. Z religijną wiarą i wyższym namaszczeniem

84

przystąpił do dzieła, nadludzkie robił wysilenia, aby pobudzić mdlejących do walki z wrogiem i był święcie przeświadczonym, że z wiosną rozniecić potrafi pożar wojny w całej Polsce i zgniecie Moskwę bez pomocy obcej. W tak szczytnych zamiarach znalazł, jako współtowarzyszy trudu, kilku ludzi niemniejszej odwagi i poświęcenia, walczących bez wytchnienia, nie tylko z wzrastającą przemocą Moskwy, ale i z wzmagającym się zwątpieniem i rozpaczą własnych ziomków. Stawiali czoło do ostatniego tchu wszelkim przeciwnościom, — a popadłszy przez niecną zdradę w ręce wroga, z pogardą na obliczach stanęli pod szubienicami, w przekonaniu, że święcie spełnili swe posłannictwo 158. — Był to jedyny rząd w ciągu całego powstania, który sprostał swemu zadaniu, lecz stanął za późno na czele narodu, aby mógł go zbawić. Toteż ze śmiercią Tr[augutta] i towarzyszy Polska zstąpiła na powrót do grobu! — Trafiłem tedy na czas niezaprzeczenie ważnych zmian, a gdy przy tym może obawiano się we mnie ukrytego stronnika z parafii Ch[mieleńskiego], zbywano mnie z dnia na dzień przyrzeczeniami, a roboty żadnej nie dano. Rozdrażniony bezczynnością, zażądałem stanowczo od Rządu, aby mną, czy to w Warszawie, czy gdziekolwiek indziej rozporządził, dłużej bowiem czekać nie myślę i sam sobie służbę na polu publicznym znajdę. Gorączka nieprzeparta czynu mnie pożerała, w desperacji umyślnie całymi dniami włóczyłem się po ulicach Warszawy szukając choćby jakiejś awantury. Na moje umartwienie, i tu nawet żaden policjant nie raczył mnie zaczepić, mimo wysokich butów, jakie zwykle nosiłem. Lecz za to miałem tak szpetnie cudzoziemską fizjognomię i tak wspaniały „cylinder" na głowie, że mimo woli wyglądałem jak najlojalniejszy

85

Szwab z najgłębszych Niemiec. Raz tylko spóźniwszy się w moich wycieczkach, gdym o zmroku wracał do hotelu, powstrzymał mnie tuż przed bramą podchmielony strażnik, wrzeszcząc, czemu nie mam latarki. Nie tracąc animuszu, odepchnąłem natręta i zacząłem kląć po niemiecku, odgrażając się konsulatem jegomości króla pruskiego. Nie wiem czy mnie sołdat zrozumiał lub nie, dość że zeskromniał i swobodnie do hotelu puścił. Za to w nocy najadłem się potężnego strachu. — Otoczono hotel wojskiem, szukano do białego dnia po piwnicach, pokojach, a nawet i strychach. Lecz bogowie czuwali nade mną; żaden Moskal do mnie nie zajrzał, choć w sąsiednim pokoju jakieś panie z łóżek wyproszono i jak najściślejszą odbyto rewizję. Słowem, przez cały mój pobyt w Warszawie półmiesięczny, gdy nieraz, tuż przy mnie na ulicy chwytano i do rewiru najniewinniejszych odstawiano przechodniów, dzięki twarzy bezwąsnej, ocienionej umyślnie brodą kroju a la niemiecki „Handwerker"; dzięki cylindrowemu kapeluszowi na głowie, potężnej szpicrucie w ręku; dzięki pieczołowitości rządu pruskiego, który tak w gimnazjum, jak na wszechnicy do takiej biegłości w mowie niemieckiej doprowadził mój język, że nie tylko Jean Paula i Hegla narzeczem umiejętnie się wyjęzyczyć umiałem, lecz co praktyczniejsza, żem się wyuczył kląć i zwymyślać podług najnowszej metody, używanej przez berlińskich łobuzów, dorożkarzy i premier-ministrów; — dzięki wreszcie opatrznościowej opiece; chodziłem wszędzie swobodnie nawet w bocznych uliczkach z Nowego Światu ku Wiśle, dokąd i carski policjant w pojedynkę nie odważył się chodzić. Na koniec po rozlicznych staraniach i rozmowach bezowocnych, zażądał Rząd ode mnie memoriału, w którym miałem przedstawić stan rzeczy w zaborze

86

pruskim, poczynić uwagi i wnioski, sobie samemu wytknąć stanowisko, na którym bym najlepiej sprawie publicznej służyć potrafił. Z ochotą wziąłem się do pracy, spodziewając się rychłego rozstrzygnięcia mych losów. Było to znów 15 października, a więc w rocznicę przystąpienia mego do organizacji narodowej. Przez jeden ten rok przeszedłem, doświadczyłem], zestarzałem się więcej, jakby to w spokojnych czasach zaledwie po dziesięciu nastąpiło leciech. Na początku mego raportu skreśliłem tedy, gdzie byłem czynny, jakiem stanowiska zajmował, wedle jakich postępowałem zasad. Przedstawiłem Rządowi konieczną potrzebę szybkiego zorganizowania zaboru pruskiego, a zwłaszcza Księstwa Poznańskiego, gdzie wskutek rozporządzeń Fr[ankowskiego] roboty zawieszone od sierpnia. — Proponowałem Rządowi scentralizowanie władzy wedle projektu Fr[ankowskiego] zmodyfikowanego o tyle, aby komisarz nie był krępowany w swym zakresie działania i rzeczywiście był pełnomocnym. Zabór pruski mógłby stanowić niewyczerpany zasiłek dla powstania w ludziach i broni, gdyby Rząd więcej nań zwracał uwagę. Ze zbliżającą się zimą, uważałem za konieczne walkę zbrojną podtrzymywać, nie tyle dla osiągnięcia materialnych korzyści, ile dla wyzyskania czasu, aby pod osłoną niepokojących nieprzyjaciela oddziałów, wpływać na lud i przygotować się tak, aby na wiosnę pospolite ruszenie wywołać. Zabór pruski w tym względzie wiele zrobić może przez dostawę przyborów wojennych i zasiłek ochotnikiem; oddziałów bowiem większych nader trudna będzie formacja przy takim nawale wojska pruskiego w pasie granicznym. Co się tknie mej osoby, oddaję się do dyspozycji Rządowi i przyjmuję każde stanowisko, warując sobie jedynie, jak to w ciągu roku zawsze czyniłem, niepodzielność pracy i niezawisłość w danym zakresie, gdyż

87

wtedy tylko za skuteczność mego działania poręczam i wszelką odpowiedzialność na siebie wziąć mogę. — Znów kilka dni upłynęło zanim dalej traktować było podobna. Rząd zaproponował mi, abym w Wydziale Spraw Wewnętrznych zajął miejsce jako referent dla zaboru pruskiego i austriackiego, dla których, mimo ważnych ról, jakie w powstaniu odgrywać były powinny, reprezentanta przy Rządzie dotąd nie było. Wprawdzie już w początkach wybuchu poruszono myśl, aby z Litwy, Rusi, Galicji i zaboru pruskiego powołać ludzi miejscowych, którzy by z jednej strony Rząd o stosunkach i potrzebach odrębnych każdej z wymienionych prowincji objaśniali, a z drugiej byli stróżami i przedstawicielami tych ziem z głosem decydującym w sprawach dotyczących się dzielnic. Czasowo tylko dla Litwy i Rusi wprowadzono w życie tę tak zdrową a pożyteczną myśl159; w pierwszej chwili ze zapałem przyjąłem propozycję Rządu, byłem bowiem przekonany, że znów podjęto pomysł reprezentacji pojedynczych dzielnic, lecz rozpatrzywszy się bliżej, zwłaszcza objaśniony przez zacnego naczelnika miasta o stanie rzeczy, byłem zmuszony wyrzec się tego stanowiska. Archiwum galicyjskie, zbyt było urywkowe, niedokładne i z tak stronniczych złożone sprawozdań 160, iż budować na nim nic niepodobna było, Galicję zaś samą za mało znałem, abym z czystym sumieniem mógł popierać wobec Rządu wnioski i plany organizacyjne, odpowiednie tej krainie. Zostawał więc zabór pruski osierocony zwłaszcza w Poznańskiem z najdzielniejszych ludzi, zamkniętych w pruskiem więzieniu161; rzucony na opatrzność bożą przez Fr[ankowskiego], który podstępnie tam wysłany, jakby na wygnanie, na odwet wolał konspiracją przeciw Rządowi i spieniężeniem listów na Zachodzie się zajmować, jak pracować na stanowisku mu powierzonym. W takich okolicznościach większa

88

była potrzeba człowieka, który by w Poznańskiem ład zaprowadził, zabór pruski pod jedną złączył władzę, a przede wszystkim Fr[ankowskiego] spowodował do powrotu i przeprowadzenia zupełnej organizacji, aniżeli wszelkie, choćby najlepsze rozporządzenia wychodzące z Warszawy. Takim rozmyślaniem spowodowany, Rząd zaniechał referentury, mnie zaś wysłał z misją ad hoc — rozpatrzenia się na miejscu w stanie rzeczy, zawezwania F[rankowskiego] do pracy i zdania szczegółowego raportu o wszystkim, co się tknie zaboru pruskiego wraz z przedstawieniem odpowiednich wniosków do sankcji. Otrzymałem tedy odpowiednie instrukcje i nominację z rozkazem niezwłocznego wyjazdu. Do takiego obrotu przyczynił się przeważnie naczelnik miasta 162, znający mnie od dawna. Otwarcie mi powiedział, że w Warszawie przy dokonywającej się radykalnej przemianie rządu, nic takiego dla mnie nie ma, abym z pożytkiem dla sprawy i odpowiednio do mego usposobienia mógł działać, że jako obcy stosunkom miejscowym w nader drażliwym i trudnym znajdowałbym się położeniu, wobec ścierających się żywiołów, że wreszcie sam Rząd ostatecznie jeszcze się nie wypuryfikował i dotąd nie wiadomo, czy się utrzyma przy swoim T[raugutt] i z jakich ludzi złoży maszynę rządową. Radził mi więc szczerze, przyjąć powierzoną mi misję, przyrzekając solennie w czasie mej nieobecności przygotować mi zakres działania najodpowiedniejszy. Wyruszyłem choć z ciężkim sercem w drogę; przykre uczucie zawodu i rozczarowanie mnie pognębiło. Im więcej zbliżałem się do granicy, tym w zgryźliwszy wpadałem humor. Przyczyniła się do tego niemało — miłość własna. Wyobrażałem sobie, jak tam moja narzeczona modli się za mną do Boga, aby mnie uchro-

89

nił od niebezpieczeństw, jak się lęka i trwoży, to znów jest dumną, że kocha człowieka, który tam w stolicy pod okiem argusowym wroga pracuje dla dobra ojczyzny. I ja marzyłem przygody, kaźnie, tortury, widzi Bóg, że wtedy śmierć byłaby mi rozkoszą, triumfem; naprzód więc przygotowywałem się, naprężyłem ducha, aby godnie spotkać się w sercu Polski z nieprzyjacielem, twarzą w twarz, pragnąłem zapasów herkulicznych, by nie zmarniała potęga wołi wywołana uczuciem miłości, ale jak największe przyniosła korzyści dla sprawy publicznej, a dla mnie choćby odrobinę sławy. Tymczasem cały ten pobyt w Warszawie był dla mnie najfatalniejszym zawodem, w niczym nie przyczyniłem się przez długie trzy tygodnie dla dobra kraju, nawet zbiry moskiewskie nie raczyli mi wywatować boków! — Niejednemu wydadzą się śmiesznymi te młodzieńcze zapędy i sam myślę, że przy moim realistycznym usposobieniu, kilka nahajek, którymi tak szczodrze darzyło kozactwo mieszkańców Warszawy, na moim grzbiecie nie wywołałoby uczucia rozkoszy niebiańskiej, a przecież upewniam was, żem wtedy był zdolen do poświęcenia, ofiar bez granic, czułem w sobie tyle energii, tyle potęgi duchowej, że do wszelkich przedsięwzięć, choćby najzuchwalszych, byłem gotów. Nie miałoż mnie więc smucić, żem wracał z gołymi rękoma, bez zasług, bez pożytku, bez sińców! Dążyłem wprost do Poznania, aby jak najśpieszniej zdać Rządowi sprawę z mej wycieczki, tak mnie korciło wrócić do Warszawy. Stanąwszy w stolicy Wielkopolan, skomunikowałem się niezwłocznie z Komitetem, który przez jednego z członków z życzliwym pośpiechem sumiennie przedstawił opłakany stan organizacji. Komitet istniał na pieczątce tylko i to od dwóch miesiący, tj. od czasu, w którym F[rankowski] mając w myśli zorganizowa-

90

nie zaboru rozwiązał najprzód Komitet Wielkopolski za dyspensą funkcjonujący dalej. Gdy pełnomocnik od tego czasu ledwie raz się zjawił i to w przejeździe, i nic nie postanowił innego, to i Komitet nie bardzo rwał się do roboty, wygodnie odpoczywając na statu quo. Stąd w kasach pieniądze leżały bez użytku, przybory wojenne się psuły, ochotnicy po kwaterach gnuśnieli, organizacja powiatowa rozbita. Od dwóch przeszło miesięcy chętni ze smutkiem, trutnie z radości pozakładali ręce, wyczekując w nieczynności zapowiedzianych zmian. Bądź jak bądź F[rankowski] fatalny grzech popełnił, że nie podał się od razu do dymisji, lecz wciąż w charakterze pełnomocnika na zabór pruski pozostawał i wszystkim innym się zajmował szczerze, a najmniej swym komisarstwern. Dopóki był w zaborze moskiewskim, należał do najdzielniejszych a najsumienniejszych pracowników. Rząd Narodowy użył środka przez despotów praktykowanego. Naznaczył umyślnie F[rankowskiego] na zabór pruski, aby go się pozbyć i wpływu w Warszawie pozbawić. Zamiast litości i przebaczenia za tak niegodne postępowanie Rządu, F[rankowski] zapragnął odwetu. Począł konspirować i dokazał swego, że Rząd mu nienawistny zwalił. — Czy sprawa na tym zyskała? Czy ma czyste sumienie wobec następstw tego gwałtownego kroku? Szlachetną byłaby zemsta za doznaną krzywdę, gdyby był zabór pruski zelektryzował swoim nazwiskiem, które otoczone było czcią i zaufaniem i gdyby materiał oddający mu się chętnie, przerzucił na teatr wojny. W owych czasach byłby to fakt dla powstania nieobrachowanych korzyści. Tak zaś trzy miesiące najlepsze zeszły na niczym, Poznańskie przerwało żywe węzły, jakie łączyły je za D[ziałyńskiego] z powstaniem, zwątpienie i obojętność wskutek bezczynności pozagnieżdżały się wszędzie —

91

oto skutki jednego fałszywego kroku tak Rządu, jak komisarza. — W Poznaniu o F[rankowskim] dowiedzieć się nie mogłem, zastałem li przybyłego niedawno pomocnika komisarza Nestora D[ulauransa]163, chodzącego koło szlachty, ale nie posiadającego żadnych instrukcji działania. Komitet wręczył mi ostatni raport w kopii, który dawno do Rządu wysłano, jako wierny obraz położenia rzeczy w Poznańskiem. Gdym przybył164 z Warszawy pod koniec października 1863 r., wydelegowany ze strony Rządu w celu zbadania na miejscu stanu rzeczy, a zwłaszcza co zrobił i gdzie się obraca komisarz pełnomocny S[tanisław] Fr[ankowski] — otrzymałem prócz objaśnień ustnych, ze strony Komitetu Wielkopolskiego i raport zamieszczony tu na czele dokumentów165. Komisarz Rządu przy Komitecie jeszcze we wrześniu wysłał go do Warszawy; lecz w drodze gdzieś zaginął, Rząd go bowiem nigdy nie odebrał. W październiku tenże komisarz B[ogusław] Ł[ubieński] aresztowany przez Prusaków, następcą wybrany bez wiedzy rządu L[eon] W[egner]166, od którego ten raport otrzymałem. Jeden egzemplarz powinien się znajdować w aktach Izby Obrachunkowej w Paryżu, dokąd go wraz z rachunkami przesłałem (r. 1864). Ważny to dokument, bo mieszczący wiele danych, a napisany przez obywatela miejscowego, dosyć obiektywnie zapatrującego się wtedy na sprawę publiczna. Dla lepszego poinformowania się nie koleją żelazną, lecz rzemiennym dyszlem ruszyłem przez powiat średzki, gnieźnieński, wągrowiecki, szubski, inowrocławski do Torunia, dokąd zwołałem kilku najzaufańszych, dla naradzenia się w tak stanowczej chwili, jak postąpić. Stanęło na tym, abym wysłał szczegółowe sprawozdanie do Rządu o stanie rzeczy w zaborze pruskim i zażądał czasowego pełnomocnictwa do utworzenia jednolitej organizacji, tak w Poznańskiem, jak w Prusach Zachodnich i Wschodnich. Zwłaszcza, aby urato-

92

wać Poznańskie od zupełnego rozbicia, należało rozpocząć roboty jak najśpieszniej. Marzenia mej. duszy ustąpiły na drugie pole, gdym ujrzał przed sobą cel tak poważny. Wszelkie skrupuły usunięte. Gdy Prusy Zachodnie funkcjonowały, chodziło o zorganizowanie Księstwa, a to przez postanowienie naczelnej Rady dla całego zaboru, złożonej z ludzi miejscowych, z których jeden byłby komisarzem rządu z zupełną władza wykonawczą. Do reszty członków Rady należałoby ustawodawstwo i sankcja pieniędzy potrzebnych na sprawę publiczną. Komisarz miałby pod sobą naczelników wojewódzkich i powiatowych do utrzymania administracji i poboru podatków. Do przeprowadzenia tej sprawy potrzebowałem miesiąca czasu, po czym wróciłbym na powrót do Warszawy, gdybym mógł się stać użytecznym, wiedząc jak rzeczy idą w zaborze pruskim. — Jak zwykle, tak i tę ekspedycję powiozła do Rządu jedna z zacnych niewiast naszych pani T.167, której poświęcenia dość wzniosłymi słowy uczcić nie waham się. A nie pierwszy to raz dowiodła ona gorącej, choć cichej miłości ojczyzny; lecz wtedy była i mocno cierpiąca, i przy nadziei, mimo to sama ofiarowała się udać w niebezpieczną podróż mimo zaklęć trocha tchórzliwego męża i moich perswazji. Nie ujmuję bynajmniej innym niewiastom polskim, owszem, przy nadarzającej się sposobności oświadczam, że Polki z Prus Zachodnich odznaczały się do ostatniej chwili powstania pochopnością do ofiar, tworzyły do końca sforną organizację niewieścią, która wielkie nam pożytki przynosiła. Znam szanowną matronę, która, wśród włóczącego się po wszystkich drogach żołnierstwa pruskiego, przewoziła z córkami ukryte w sukniach drogocenne sztucery amerykańskie o 18-tu strzałach. Inne znów nieustannie przygotowywały ubranie dla powstańców, skubały szarpie, wybierały podatki,

93

przewoziły korespondencje — mimo nienawyknienia do takiej pracy, mimo niefortunnych a nieraz pociesznych próbek, np. opacznego zszywania do siebie nienależących kawałków ubioru męskiego inexprimables. Osławionemu księdzu Pawłowi Kamińskiemu 168, kiedy przed powstaniem jeszcze otoczony blaskiem narodowego męczennika, zabłąkał się do Prus Zachodnich, nie podobały się niewiasty tamtejsze. Zgadnijcie czemu? ot — bo nie znalazł je dość przystojnymi, więc rzucił na nie anatema w śp. Nadwiślaninie. Nie myślę się sprzeciwiać z wielebnym misjonarzem o gusta, oświecony Duchem Świętym, niezawodnie posiada wytworniejsze pojęcia o nadobności i wdziękach niewieścich, aniżeli ja mizerny heretyk — powtarzam atoli raz jeszcze, że Polki z Prus Zachodnich, z małym wyjątkiem, jaśniały pięknością wielkiego poświęcenia dla sprawy narodowej i niejedna walczyła o lepszą z czcigodną Emilią S[czaniecką]169, Seweryn[ów]ą 170 171 M[ielżyńską] , Marcelową Mfotty] , M[oraczew172 ską] , ogół zaś kobiet z Prus, kto wie czy nie przewyższał pod względem patriotyzmu panie z Księstwa. Odpowiedź z Warszawy szybko nadeszła. Było to w pierwszych dniach listopada. Rząd dał mi zupełne pełnomocnictwo do przeprowadzenia organizacji, wedle zakreślonego przeze mnie planu, oraz zamianował mnie komisarzem pełnomocnym na cały zabór. Nemo propheta in patria, pomyślałem sobie, byłoby polityczniej, gdyby bez tego tytułu Rząd li zorganizowanie zaboru mi poruczył. Widząc periculum in mora, udałem się natychmiast do Poznania z mocnym postanowieniem zasilenia nagromadzonymi w Poznańskiem zapasami upadającego powstania w Królestwie. W Prusiech Zachodnich, ponieważ organizacja szła swoim trybem, pozamykałem rachunki, naznaczyłem na stałego naczelnika w województwie chełmińskim dziel-

94

nego L[eona Czarlińskiego], w pomorskim zać J[ackowskiego]173. Do najdzielniejszych174 pracowników organizacji w zaborze pruskim niezaprzeczenie należał naczelnik woj. Chełmińskiego L[eon] C[zarliński], Należny hołd mu się należy za jego niezmordowaną czynność, energię i poświęcenie. Nie dziw, że go się bali i nienawidzili ludzie nikczemni i tchórze. Jeden z nich X175 posunął się do najhaniebniejszych intryg i oszczerstw, wskutek tego wezwany przez L. C[zarlińskiego] do honorowej rozprawy w oryginalny sposób. Obaj mieli wstąpić do szeregów powstańczych i na pierwszy iść ogień. L. C[zarliński] dotrzymał słowa — X, jak każdy nikczemnik, ani się nie pokazał nawet, mimo że przystał na taką rozprawę. Stanowi on jeden z tych rzadkich wyjątków w zaborze pruskim, co wziąwszy pieniądze publiczne, nie potrafił ani nie chciał się później z nich wyrachować. Takich ludzi trzeba choć późno stawiać pod pręgierz opinii publicznej! Bolesną dla mnie ta wzmianka, zwłaszcza że musiałem obok mówić o najzacniejszym L. C[zarlińskim]. Atoli puris omnia pura. Zaś z R[adkiewiczem] porozumiałem się po drodze, aby wstąpił do władzy naczelnej i przeniósł się na mieszkanie do Poznania. Publicznie winienem temu mężowi wyrazić cześć za gotowość i niezmordowaną pracę w ciągu całego powstania. Nie oglądając się na nic, szedł zawsze drogą prostą, a potrafił przy tym tak roztropnie urządzić swe czynności, że z władzami pruskimi nigdy w żadne nie popadł obroty. Miałci niekiedy i on błędy, lecz któż bez ale? Kilku tylko znam ludzi w zaborze pruskim, którzy miłością dla kraju dorośli do wysokości wypadków, a do tych zaliczam i zacnego R[adkiewicza].
[KOMISARIAT I WYDZIAŁ WYKONAWCZY]

Przybywszy do Poznania poprosiłem, aby Komitet zebrał się w komplecie, ponieważ mam do przedłożę-

95

nia ważne od Rządu rozporządzenia. Z niektórymi członkami wprzódy prywatnie rozmówiłem się o moim posłannictwie, a nawet jeden z nich podjął się w myśl moją utworzyć nową władzę. Wręczyłem mu tedy blankiety, które za wspólnym porozumieniem wypełniwszy, wręczyć miał nowym członkom nowej naczelnej władzy. Z Prus Zachodnich wstępował jeden, z Poznania lub prowincji jeden i dwóch z dawnego Komitetu Wielkopolskiego176. Reszta członków w senatory. Ponieważ już za F[rankowskiego] myślano o wytworzeniu jednej władzy na cały zabór, więc przygotowano się do tego aktu — dwoma olbrzymimi pieczęciami, jedną dla komisarza pełnomocnego, drugą dla „Wydziału Wykonawczego Rządu Narodowego w zaborze pruskim". Choć nie zgadzałem się na tę nazwę, przystałem, bo mi chodziło o treść, a nie o formę. Pieczęć moją, ponieważ zbyt lojalnego była kalibru, wrzuciłem za kilka dni do Warty — wydziałowa została aż do końca 177. Myśl osiową w tyrn projekcie stanowiło scentralizowanie władzy w ręku komisarza rządowego, doradcze stanowisko wydziału, podział zaboru na województwa, aby już geograficznie nawzajem się uzupełniały w formacji zbrojnych oddziałów dla powstania w zaborze moskiewskim. W skutku takiego zapatrywania się, władze dotychczas prowincjonalne a samodzielne, to jest Komitet Wielkopolski, Komisariaty Prus Wschodnich i Zachodnich, dłużej istnieć nie mogły. Oświadczyłem więc zgromadzonym, że komisariaty powyższe już są rozwiązane i na odpowiednie zasadom województwa podzielone; a ponieważ i Komitet Poznański de jure wskutek postanowienia mego poprzednika także już rozwiązany, więc ja przystępuję tylko do faktycznego zwolnienia szanownych członków z dotychczasowego stanowiska, prosząc o zdanie rachun-

96

ków i służby w moje ręce. Dotąd wszystko szło jak najlepiej. Komitetowi słabą tylko stawiali opozycję memu projektowi i w końcu przyrzekli za dni kilka ułożyć rachunki i złożyć służbę. Gdym atoli przy końcu posiedzenia oświadczył, że od nowej pracy głównie na nowych oprę się siłach — spostrzegłem, że to niemile przyjętym było. Tym większe powstało zgorszenie, gdy się prywatnie dowiedziano, że skład nowej władzy zadecydowany, do której tylko dwóch z komitetu wnijść ma. Dlatego, gdy w trzy dni po pierwszym posiedzeniu zszedłem się z byłymi członkami Komitetu w celu odebrania sprawozdań i służby, przekonałem się, że usposobienie ich całkiem się zmieniło. O ile wtedy okazali się chętnymi do posłuszeństwa woli Rządu, o tyle teraz stanęli w twardej opozycji, wywołanej nie tylko obrażoną miłością własną ustępujących, lecz i podbechtywaniem Nestora D[ulaurans], owego niedoszłego pomocnika F[rankowskiego]. Oświadczono mi wręcz, że mimo nominacji mej, mimo pełnomocnictwa na zaprowadzenie nowej organizacji, na rozwiązanie Komitetu Wielkopolskiego zgody nie ma, ponieważ o tym Rząd nic nie pisze. Gdyby zaś istotnie rozwiązanie było zadekretowane, w takim razie członkowie Komitetu sposobem, w jaki komisarz tę uchwałę przeprowadził, czują się dotkliwie obrażeni, czego za uczciwą pracę nigdy się nie spodziewali. Rozważywszy wszystko razem, postanawiają na stanowisku tak długo pozostać, aż wprost od Rządu nie odbiorą zawiadomienia, że Komitet rozwiązać się ma i dopóki sami jeszcze raz nie przedstawią uwag i wskazówek, które dziś w chwili przesilenia za konieczne do uwzględnienia poczytują. W końcu proszą mnie, abym wspólnie z nimi ułożył projekt organizacji, od razu do przeprowadzenia takowej przystąpił, o wszystkim Rząd zawiadomił i Komitetowi wskazał drogę, aby się z naj-

97

wyższą władzą narodową bezpośrednio skomunikowali. Każdy bezstronny przyzna, że tylko zła wola i obrażona miłość własna, a nie dobro sprawy podyktowało komitetowym podobne postępowanie. Poprzednio bynajmniej nie zaprzeczano prawa F[rankowskiemu], gdy li na podstawie nominacji na komisarza pełnomocnego zadekretował rozwiązanie Komitetu; teraz gdy następca opatrzony daleko większą władzą, chce de facto wykonać uchwałę poprzednika, Komitet stawia opór. Skoro wskutek nowej organizacji powstać miała jedna władza naczelna dla całego zaboru, wtedy zdrowy rozum dyktował, że eo ipso dotychczasowe cząstkowe, prowincjonalne instytucje istnieć przestają. Podszepty więc stronnicze złych namiętności podsunęły mniemanie, że Rząd czy też komisarz w,skutek jakichś niechęci Komitet rozwiązuje. Widoczna, że komitetowi bardzo mizerne posiadali wyobrażenie o Rządzie Narodowym, posądzając go, że jest zdolny kierować się względami parafialnej polityki, komisarzowi zaś członkowie komitetu byli zupełnie nieznani, obcy, krom dwóch, dla których był i jest do dzisiaj z wszelkim szacunkiem i poważaniem, znając ich jako ludzi nieposzlakowanej prawości i gorącej miłości ojczyzny. Jestem do tyla bezstronnym, że nie posądzam wcale komitetowych o to, czym mnie utraktować za dobre osądzili. Obstawanie przy starym trybie rzeczy, wyznawanie zasad kontrrewolucyjnych (naturalnie w cichości serca), wreszcie niemile draśnięta ambicja, oto pobudki buntu przeciw prawowitym uchwałom rządowym. Wyznaję, że z mej strony było bardzo nie politycznym, wyrugowanie większości Komitetu z przyszłego wydziału tak sans facon nie ocukrzywszy pigułki panegirykiem wysławiającym działalność Komitetu, ani nie podziękowawszy ze strony Rządu za poniesione trudy. Ależ na Boga! trudno było przypuszczać, aby

98

tak zasłużeni ojcowie ojczyzny, zważali na czcze formy gdy szło o czyny — i żeby żądali podzięki za niespełnienie swych obowiązków. z czystym sumieniem żaden z ówczesnych komitetowych powiedzieć nie mógł, że w ostatnich miesiącach podał rękę powstaniu, że choćby utrzymał w porządku to, co mu dawniej Komitet zostawił w spuściźnie. W raporcie swym uprzednim do Rządu sam Komitet wydał na siebie wyrok. — Wyrozumiawszy motywa postępowania komitetowych i przejrzawszy machinacje Nestora D[ulauransa] stanowczo oświadczyłem, że z obecnymi na posiedzeniu panami od tej chwili w żadne urzędowe stosunki nie wchodzę, ponieważ Komitet de jurę od trzech miesięcy, de facto zaś od trzech dni nie istnieje, że postaram się dla usunięcia skrupułu i uspokojenia zbyt drażliwej sumienności o wszelkie potrzebne dokumenta u Rządu, że organizacji wspólnie z panami rozpoczynać nie mogę, pomijając formalnie powody, choćby już dlatego, że Komitet Wielkopolski tylko jedną część zaboru reprezentuje, musiałbym tedy zwoływać jeszcze obywateli z Prus Zachodnich, przygotowywać się na rozwlekłe a niepewne skutku rozprawy — gdy wedle rozkazu Rządu rzecz cała jest uproszczona tym, że wedle mego planu ja sam zorganizowaniu się zaboru mam nadać impuls. Co się zaś tyczę komunikacji z Rządem, proszę aby się postarano o zaufanego kuriera, który by tak moje, jak i panów zabrał do Warszawy papiery, ostrzegam atoli, że następstwa za zwłokę w przeprowadzeniu organizacji sobie tylko przypiszecie i sami przed własnym i narodu sumieniem odpowiecie. Drogę do Rządu na wyjezdnym wskażę sam kurierowi. Lecz nadaremnie czekałem za nim kilka dni, natomiast dowiedziałem się pobocznie, że komitetowi za poradą Nestorka wysyłają kogoś zaufanego do Warszawy 178, mnie zostawiając na lodzie. Widząc, że to

99

gra w podstępy, nie miałem co popasać w Poznaniu. Udałem się w Prusy Zachodnie, gdziem nie miał kłopotu z wysłaniem kogoś do Rządu. Panna W.179 ofiarowała się do tej niebezpiecznej przeprawy i misję szczęśliwie spełniła. Po jej wyjeździe rozmyśliłem się i sam ruszyłem do Warszawy, aby przyśpieszyć rozwiązanie kwestii i ustnie dopełnić, com napisał. Przez czas mej niebytności ujął silną dłonią ster rządu T[raugutt], roboty powstańcze porządniej i raźniej iść zaczęły, otucha i wiara w lepszą przyszłość w serca wstąpiła. Najprzód skomunikowałem się ze sekretarzem stanu J[anowskim], na wezwanie wygotowałem projekta, do potrzebnych mi dokumentów, a zwłaszcza zarys szczegółowy organizacji dla zaboru pruskiego. Tą razą na nudy z bezczynności nie mogłem narzekać, od rana do później, nocy nieustannie byłem zajęty pisaniem, debatami. Szybko więc wszystkie papiery do ostatniej decyzji przygotowane były. Zanim uchwała zapadła, T[raugutt] zawezwał mnie na konferencję w cztery oczy. Po wspólnej wymianie zdań i najobszerniejszym poglądzie na całą sprawę powstania, otrzymałem od Naczelnika Rządu instrukcje ustne, tajne, których papierowi powierzać nie było bezpiecznie. Dla większego skupienia ducha, konferencja odbyła się wieczorem, w ciemnym pokoju, przy zamkniętych drzwiach. Gdy nareszcie w sekretariacie stanu przygotowano dla mnie uchwalone dokumenta do ekspedycji, trafia po długim macaniu posłaniec komitetowych z Poznania nareszcie na organizację miejską, a przez nią do Rządu. — Przywiezione papiery zawierały: 1. bardzo uczciwie i dość bezstronnie napisany raport Komitetu, usposabiający czytającego na korzyść piszących, 2. pismo Nestora D[ulaurans] stronnicze i oszczercze, zarówno komitetowych jak mnie błotem obrzucające,

100

do najpodrzędniejszych zaledwie używają go robót, ale to umyślnie, systematycznie się dzieje, że usuwają ludzi energicznych, niepohamowanych w miłości zasad demokratycznych; przy okazji więc ofiaruje Rządowi swe powolne usługi, mogąc być prawą ręką każdego komisarza, którego Rząd zamianuje. W tym guście rozprawiał jeszcze długo i szeroko. Wśród kupy kłamstw, niedorzeczności, blagi, wybłysnął niejeden fakt prawdziwy o sprężynach zakulisowych życia w Poznańskiem, co mi się na później bardzo przydało. Nasłuchawszy się do syta, pożegnałem nareszcie plotkarza zapewnieniem, że wdzięcznym mu będąc za tak mała konwersację, a szczególniej za tak charakterystyczne odsłonięcie wartości wewnętrznej komisarza, wierną zdam, choć poufnie, relację Rządowi, niemniej że go polecę gorąco wyjeżdżającemu wkrótce do zaboru pruskiego reprezentantowi rządowemu, bo rzeczywiście szkoda, aby tak dzielny mąż marniał w bezczynności. — Rozpisałem się nad tym komicznym spotkaniem obszerniej, aby przy nadarzonej sposobności dotknąć w ogóle ważnego nader przedmiotu i sumienności w wypełnieniu poruczonych zleceń. Piętnując na tym miejscu niegodziwe postępowanie jednej osobistości, z żalem wyznać należy, że w powstaniu 1863 r. przekraczanie atrybucji, nadużywanie zaufania w kimś położonego stało się u wielu członków organizacji nałogiem, stąd zamęt, nieporozumienia, zawody, — istne plagi egipskie na naród wybijający się na wolność. Takie same następstwa zaszły w powyższym wypadku. Zwykły kurier pozował w Warszawie na zaufanego ambasadora, wysłanego z Komitetu Wielkopolskiego do traktowania z Rządem. Wróciwszy do Poznania z prostym pokwitowaniem, iż papiery odebrano, w braku odpowiedzi piśmiennej, nadłożył gębą. Plótł komitetowym smalone duby, a przede

101

wszystkim upewniał, że dzięki jego osobistej interwencji, Rząd Ł[ukaszewskiego] z komisarstwa złożył i że wkrótce przybędzie jeden z członków Rządu, dla nominowania z miejscowych nowego komisarza i zadosyćuczynienia wszelkim żądaniom Komitetu. Jakież więc niemiłe odczarowanie i przykre zdziwienie, gdym pod koniec listopada zjawił się w Poznaniu i przedłożył exkomitetowym całą pakę legitymujących mnie papierów. Reskrypt ten181 wynikł z oporu Komitetu Wielkopolskiego, który rozwiązać się nie dał, mimo nominacji nowego komisarza pełnomocnego i instrukcji mu przez Rząd danej na piśmie, do zorganizowania całego zaboru w jedną całość. Był to opór bezzasadny, z poziomych wynikający pobudek, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na dokument Nr 1182, w którym najwyraźniej ówczesny komisarz komitetowy, nie robiący nic bez komitetu, donosi Rządowi, że komisarz pełnomocny St. F[rankowski] Komitet rozwiązał i tylko prowizorycznie pozwolił mu funkcjonować aż do powrotu jego. Opór ten opóźnił wszelkie działania w Poznańskiem więcej jak o miesiąc. Pan Serafin zgłupiał, gdy się dowiedział, że ów mniemany członek Rządu w Warszawie a Ł[ukaszewski] to jedna osoba. Lecz i tu sobie poradził, aby wybrnąć z tak krytycznego położenia. Kłamstwo i blagę przypieczętował podłym oszczerstwem. Pokątne rozgłasza, że papiery zawiezione przez niego nawet do wiadomości Rządu nie doszły, ponieważ podstępem je przejąłem i w ten sposób Rząd oszukawszy, zrobiłem, co mi się żywnie podobało. O tym oszczerstwie Serafinka dowiedziałem się dopiero później, bo komitetowi zbyt byli rozsądni i dostateczne mieli dowody w ręku, aby taką gadaninę wziąć za dobrą monetę. Ale milczeli dyplomatycznie, zachowując ad meliora tempora tę historyjkę, jako wyborną broń przeciwko

102

mnie w stosownej porze. Pozwolono cichaczem rozsiewać uwłaczające mi baśnie, którym żaden z komitetowych nie wierzył w tym jedynym zamiarze, aby od samego początku kompromitować moją pozycję, utrudniać roboty, zdyskredytować wobec ziomków. W końcu po otrzymaniu dziękczynnego pisma od Rządu, za dotychczasowe wierne spełnienie obowiązków, komitetowi widząc, że „Ustawa zasadnicza" wedle ich wniosków, choć częściowo zmodyfikowana, ulegli konieczności i ustąpili. Ustawa ta 183 zasadnicza dla zaboru pruskiego stała się istnym zarzewiem niezgody, przez swą dwulicowość i wyrafinowaną chęć dogodzenia wszystkim. Ja wprost żądałem pełnej władzy wykonawczej, koncentrującej się w komisarzu pełnomocnym i wybranych przezeń naczelników wojewódzkich. Wydział zaś miał się składać z ludzi miejscowych, powszechnie szanowanych, a prawych i zgodnych z polityką Rządu Narodowego, a raczej ideą powstania. W ich ręku spoczywałaby władza ustawodawcza dla szczegółowych potrzeb zaboru, rozkład podatków i kontrola nad skarbem. Ustawa przez Rząd ukuta z mego projektu i wniosków Komitetu Wielkopolskiego wypadła zbyt połowicznie, i aż nadto dostarczała kruczków prawniczych do rozterek pomiędzy komisarzem pełnomocnym a resztą członków Wydziału. Rząd, pokładając całkiem we mnie zaufanie, dał mi od razu blankiety do zamianowania członków naczelnej władzy na zabór pruski. Powołałem trzech obywateli z Poznańskiego, jednego z Prus Zachodnich. Na dniu l grudnia Wydział się ukonstytuował, przejął służbę, rachunki, dokumenta i rekwizyta wojskowe od Komitetu Wielkopolskiego, komisarzów Prus Zachodnich i Wschodnich, podzielił zabór na 5 województw, jako to: poznańskie, średzkie, bydgoskie, pomorskie, chełmińskie, zamianował dla każdego naczelników woje-

103

wódzkich, wreszcie zadecydował wydać odezwę do rodaków w zaborze, manifestując w niej zmiany zaszłe w organizacji narodowej. Wedle brulionu brzmi odezwa ta, jak następuje: „Już jedenaście upłynęło miesięcy od chwili, w której naród nasz haniebnego jarzma dziczy barbarzyńskiej dłużej znieść nie mogąc, walkę z Moskwą rozpoczął. W rozlicznych bitwach strumienie najlepszej krwi za świętą sprawę przelane dowiodły ostatecznie światu, że trwamy w niezachwianym zamiarze nam wydarte najwyższe dobro na ziemi, nie przedawnione prawa bytu odzyskać i ojczyznę z niewoli wywalczyć. Naród, który pragnie swobody, dla niej krew i mienie poświęcać będzie! o! musi być wolnym! — Bracia! ojczyzna nasza zostanie wolną i niepodległą, wytrwajmy tylko w poświęceniach, a dzieci i wnuki błogosławić nas będą. — Jak dotąd tak i nadal walka toczyć się będzie li przeciw Moskwie najokrutniejszemu wrogowi naszego bytu. Udział rodaków z innych dzielnic rozszarpanej ojczyzny, a więc i nasze uczestnictwo pozostanie jak dotąd pomocnicze tylko. Wytrwajmy mężnie mimo prześladowania, przeszkód i gwałtu na tym stanowisku tak długo, dopóki dzicz moskiewska świętą ziemię naszą kalać nie przestanie, a z krwi naszej nie wykwitnie wolność. — Pragnąc wszystkie siły i zasoby nasze ku poparciu walki przeciw Moskwie połączyć i zjednoczyć, a usiłowaniem naszym nadać odpowiedni ład, karność i jednolitość, Rząd Narodowy uchwalił wytworzenie jednej naczelnej władzy na cały zabór pruski. Stanął tedy na czele pracy narodowej w zaborze pruskim Wydział Wykonawczy, który po zwinięciu wszystkich dotąd istniejących władz prowincjonalnych, z dniem dzisiejszym rozpoczął działalność. — Bracia w zaborze pruskim! Wydział Wykonawczy uznając waszą dotychczasową ochoczość w nie-

104

sieniu ofiar na ołtarz ojczyzny, odwołuje się do waszych serc z wezwaniem do nowych poświęceń. Walka trwająca przez zimę, ze zbliżającą wiosną się spotęguje i rozprzestrzeni odpowiednio do nieprzepartej woli narodu, który wtedy dopiero broń złożyć postanowił, gdy dzicz moskiewska raz na zawsze wyrzecze się panowania nad nami. Chwila wielka, w której losy naszego kraju się rozstrzygną, nadeszła. — Bracia! wobec tej uroczystej chwili, świadcząc się przelaną krwią bohaterów i męczenników naszych, wznosimy do was głos. Wytrwajcie w ochocie do ofiar, gromadźcie środki i zasoby do rozpoczynającego się boju na śmierć lub życie, a wolna ojczyzna, potomność używająca niepodległości Was błogosławić będzie! Pozdrowienie i braterstwo". (Pieczęć komisarza pełnom. Wydziału Wykonawczego) 184. Z utworzeniem 185 władzy centralnej na zabór pruski potrzebną była manifestacja wobec ziomków, motywująca tę zmianę, oraz ujawniająca charakter a cel dalszych robót. Wystosowano więc odezwę od Wydziału, w której — pomiędzy innymi — powiedziało się, że zabór pruski i nadal zatrzymuje stanowisko pomocnicze wobec powstania braci w zaborze moskiewskim, jak to Rząd Narodowy niejednokrotnie wprzódy ogłaszał. Nie przeczę, żem otrzymał ustną instrukcję, będąc w Warszawie, aby przy pewnych ewentualnościach zrobić powstanie i w zaborze pruskim. Okoliczności te atoli, były w tak dalekim polu, iż mogły wchodzić w rachunek li jako pozycja szalonego hazardu, nigdy — ściśle określonej pracy, której treścią było: dostarczanie powstaniu jak najwięcej broni i przyborów wojskowych, werbowanie wyborowego ochotnika; wysyłanie go na plac boju. Z tego wychodząc stanowiska, byłem w zgodzie z resztą członków Wydziału, aby odzywając się do publiczności, położyć nacisk na to, żeby każdy niósł jak najenergiczniejszą pomoc powstaniu. Stało się to, w celu ścisłego wytknięcia kierunku nieskonsolidowanym jeszcze przez organizację usiłowa-

105

niom powszechności, a nie z obawy lub chęci okpienia Prusaków. Rząd Narodowy osądził to wystąpienie za niepolityczne i, mimo kilkakrotnych wyjaśnień z mej strony, przekonać się nie dał. Dlaczego? doprawdy do dziś nie rozumiem! Powstanie w tym czasie ledwie dyszyło, upadek ducha szerzył się w narodzie zaraźliwie, reakcja na dobre minować zaczęła gmach organizacji narodowej przerzedzonej długą walką, pod obuchem srogiego barbarzyństwa Moskwy. Wprawdzie łudzono się nadzieją odżywienia powstańczych sił z nadchodzącą wiosną — i rzeczywiście chłopi coraz więcej lgnąć poczęli do powstania, gdy ujrzeli, że tak długo się trzyma, lecz za to w stanach społeczeństwa wyższych — gromadna dezercja. Przypuściwszy, że powstanie z wiosną by się wzmogło, to i wtedy potężniejszą dźwignia byłaby pomoc braci walczącej, dana w broni i żołnierzu, aniżeli hazardowy ruch powstańczy w zaborze pruskim, który by Prusacy rychło przygnietli, a tym samym odcięli ostatnie źródło zasiłku. Rząd zamierzał przy pewnych okolicznościach przerzucić powstańcze masy z zaboru moskiewskiego do pruskiego i powołać mieszkańców do broni — na co? aby Europę zmusić do interwencji na naszą korzyść!!! Ustawa zasadnicza z dnia 22 listopada stanowiła węgielny kamień całej tej nowej organizacji. Niestety była zbyt dwulicowa i arcymisternie ułożona, ażeby nie stała się powodem do ciągłych sporów i walk — o władzę. Przybywszy do Warszawy, zaproponowałem Rządowi ustrój organizacji nader prosty. Na czele zaboru z władzą nieograniczoną wykonawczą — komisarz pełnomocny; przy nim Rada złożona z obywateli zaboru pruskiego, ustanawiająca podatki, obradująca nad projektami rządowymi, podająca ze swej strony wnioski tyczące się urządzeń zaboru, które gdyby komisarz odrzucił, oddają się Rządowi do rozstrzygnięcia, wreszcie kontrolująca rachunki, tj. dochody i wydatki w całym zaborze. Władzę wykonawczą dzierżą po woje-

106

wództwach komisarze wojewódzcy, wprost przez pełnomocnika mianowani i od niego tylko zależni; wreszcie naczelnicy powiatów przez komisarzy na własną odpowiedzialność ustanowieni. Zdawało mi się, że w ten sposób organizacja sprężyście, szybko i wedle jednej myśli funkcjonować będzie, a potem że znajdując się w ręku ludzi wierzących w zbawienie kraju przez powstanie, odeprze wszelkie zakusy reakcyjne. Gdyby nie poprzednie zajścia z komitetowymi, a co ważniejsza, gdyby nie wzgląd Rządu na krytyczne położenie, którego wewnętrznym rozprzężeniem i niezgoda zwiększać nie należało: projekt mój niezawodnie z małymi modyfikacjami byłby zatwierdzony. Lecz widząc opór komitetowych, nie chciał Rząd stanowczym wystąpieniem a odjęciem autonomii popchnąć ich do otwartego buntu (czego ja, znając lepiej stosunki miejscowe, wcale się nie obawiałem), ustąpił w głównych punktach przedstawieniom Komitetu, ale tak, żeby komisarz w każdym razie przesadzone pretensje zaszachować potrafił. Tak dyplomatyczny pomysł byłby wyborny w stosunkach normalnych, ale nigdy w powstaniu, gdzie widzi Bóg! kruczki wyrafinowane, szermierka finesami wcale nie popłaca i zwykle szkodę przynosi. Jedynym hasłem w powstaniu jest naprzód! wciąż naprzód! kto przystawa. rozgląda się, przyczaja, waży — zginał jak żona Lotowa. oglądająca się na Sodomę. — Na podstawie takiej to myśli, wyrodziła się owa dwoistość w „Ustawie zasadniczej", wedle której np. komisarz pełnomocniczy był prezesem Wydziału Wykonawczego, a przecież nic wykonać nie mógł; bo atrybucje jego ograniczały się na kontroli i na: nie pozwalam, a wiec tamowaniu! Członkowie zaś Wydziału dzierżyli właściwa władzę wykonawczą, zarazem będąc i ustawodawcami. Jeśli kiedy, to w czasie krwawej walki potrzeba zespolenia władzy w jednym ręku, a nie

107

rozdrobnienia jej pomiędzy wielu z równymi atrybucjami. Jeżeli gdzie, to u nas konieczną było, aby idea niepodległości reprezentowana przez Rząd powstańczy nie tylko panowała, ale i rządziła w każdym zakątku Polski bez pardonu dla jakiejkolwiek partii. Dziś widzę to jaśniej jak ongi, choć i wtedy przedstawiałem Rządowi nader trudne położenie komisarza wobec tak zawiłej i wyrafinowanej „Ustawy" i opierałem się tak daleko posuniętym ustępstwom. Rząd pozostał przy swoim. Moją rzeczą było wtedy — nie przyjąć w takich warunkach misji mi powierzonej. Nie uczyniłem tego, zdecydowałem się na paktowanie z przeciwnikami nie tylko politycznymi, ale osobiście mi nawet niechętnymi. Wchodząc w myśl Rządu, popełniłem błąd fatalny, dopuszczając kilku takich niechętnych do organizacji i to na stanowiska nader ważne, jednego do Wydziału, dwóch jako wojewódzkich186 już na samym początku. Oto pierworodny grzech (pominąwszy chylenie się powstania ku upadkowi), który zakaził bezpłodnością wszystkie usiłowania, i goryczą napawał aż do ostatniej chwili mego urzędowania. Ufność w siebie, ambicja nierozsądna, że zdołam przełamać wszelkie przeszkody z jednej strony; szczera chęć służenia najkorzystniej sprawie publicznej i przekonanie, że chwilowo nie było nikogo, co by skuteczniej z tego zadania się wywiązał — z drugiej: popchnęły mnie torem, na którym prócz upokorzenia, oszczerstw i zawiści — zaledwie uznanie kilku ludzi i czyste sumienie w zysku uniosłem. Ale gorzkie to doświadczenie nauczyło mnie, że w rewolucji, kto paktuje z przeciwnikami, półśrodków się chwyta, a nie idzie na przebój z czystymi zasadami, ten na próżno rzuca się i szamoce na wszystkie strony, paść musi, a po nim deptać będą — nie tylko przeciwnicy, ale i mniemani zwolennicy i przyjaciele.

108

Tak i ze mną się stało. Daj Boże? aby raz ostatni? pięknie to być bohaterem tragicznym w dramacie; w życiu zaś powszednim pożyteczniej — zostać jeżem, — Rozpocząłem więc roboty pod auspicjami wcale nie do zazdrości, zwłaszcza gdy weźmiemy na uwagę ogólny stan powstania. Zima na karku, wybór dygnitarstwa wojskowego i cywilnego za granicami kraju po całej Europie rozpierzchły, powstanie samo zaledwie tlejące, jeden jenerał Bos[ak]187 dokazywał cudów, prowadząc więcej rozgłośną, jak skuteczną kampanię zimową. Rząd nadludzkie robił wysilenia, aby organizację w kraju ustalić, materiał wojenny gromadzić, rozbiegłych przywołać na stanowiska; wszystko nadaremnie — godzina zwątpienia wybiła — nie ma ratunku, Bóg rzekł: Za późno! w zaborze pruskim aż do kwietnia 1864 roku umysły skłaniały się w ogóle jeszcze ku popieraniu zapowiedzianego z wiosną ogólnego ruchu. Gdy nadzieje i tu zawiodły, od dawna minująca reakcja podniosła głowę, szybko rozsadziła nie wykończoną organizację, szczepiąc w zastępach pracowników podejrzliwość, matactwo i zdradę, aż w końcu wszystkie ogniwa popękały, ogólny powstał chaos, z którego wyłoniła się demoralizacja, spodlenie, a pozostała- na dnie bezgłowa tłuszcza rozbitków, winiących się, prześladujących nawzajem. Rzućmy zasłonę zapomnienia na te smutne objawy upadku ducha narodowego, a przejdźmy do szczegółów w czasie rządów Wydziału Wykonawczego. Już w samym początku188 natrafiałem na opór u członków Wydziału, zwłaszcza tych, którzy przeszli z Komitetu Wielkopolskiego, i to o błahostki, które wszelako mi wskazywały cierniową drogę, jaka przede mną stoi. Dlatego prosiłem Rząd ponownie, aby skoro organizacja wchodzi w tryb, przeznaczył mnie na inne stanowisko, a zwłaszcza przysłał kogoś całkiem ob-

109

cego, bo nemo propheta in patria. Do tego odnosi się ustęp w piśmie Rządu, zachęcający mnie do wytrwania. Już na pierwszych sesjach jeden z członków: Maciek 189 (nomen-omen! tą razą pseudonim tylko) położył sobie zadanie, podjazdowymi utarczkami zdobywać dla wydziałowych coraz to szersze atrybucje a obkrawać i tak szczuplutką władzę komisarza. Postawił dwa wnioski, które większością głosów po dłuższej debacie przyjęli: 1) że do ważności obrad i postanowień Wydziału potrzebna jest na posiedzeniu komisarza pełnomocnego i trzech członków Wydziału obecność (wedle „Ustawy" wystarczyło 2 członków i komisarz); 2) że każdy członek Wydziału włącznie pełnomocnika tylko .za uchwałą prawną Wydziału może podnieść większe kwoty z kasy głównej, po uprzednim oznaczeniu celu ich użycia. Namacalne, że modyfikacje te „Ustawy" głównie przeciw komisarzowi skierowane były. Mimo to nie sprzeciwiłem się ich uchwale 190. Pierwszy bowiem wniosek był niedorzeczny. Komisarz głosujący, zawsze, a przy równości głosów posiadający votum rozstrzygające, byle tylko miał za sobą jednego członka Wydziału, zawsze zwycięża czy dwóch czy trzech członków potrzebnych do uchwały. Drugi wniosek miał więcej słuszności za sobą. Skoroć kolegialnie sprawy się dyskutowały i robiły, wypłata pieniędzy z kasy za uchwałą Wydziału uskuteczniać się powinna. Naturalnie, że wnioskodawcy ukryty cel był, aby komisarzowi przede wszystkim zagrodzić drogę do kasy, by przypadkiem nie użył pieniędzy na jakie ultrarewolucyjne zamachy lub inne niezgodne z przekonaniem wydziałowych cele. Widząc miły Macioś, że pierwszy atak się udał, jął się czepiać innych paragrafów „Ustawy zasadniczej", w których władza komisarza zdawała mu się być niejasno sformułowaną, lub za wielką. Tego mi było za

110

wiele. Oświadczyłem, że podobne dyskusje wcale są nie na czasie. Prawa choćby najmądrzejsze, gdzie nie ma dobrej woli i zaufania, na nic się nie zdadzą. Dziwić się należy, że członkowie Wydziału zamiast skierować swą działalność na zaprowadzenie i ustalenie organizacji po województwach, marnują czas na bezpłodnych sporach o władzę. Wprzódy trzeba zapracować, a potem żądać nagrody. Dotąd zaś nic się nie zrobiło. Ażeby raz koniec położyć podobnym zamiarom, protestuję i zakładam veto przeciw wszelkim dalszym modyfikacjom Ustawy. Mimo to nie ludzie, ale zaszłe później okoliczności przyczyniły się do uśpienia na czas niejaki przesadzonych pretensji ze strony niektórych członków Wydziału. Już 4 grudnia instrukcje dla województw i powiatów były wygotowane i niebawem rozesłane z poleceniem szybkiego zorganizowania. Dla łatwiejszego znoszenia się z wojewódzkimi i dopilnowania robót, każdy z członków Wydziału wziął na siebie referat jednego województwa — i był obowiązany na każdym zwyczajnym posiedzeniu zdawać sprawę i stawiać odpowiednie wnioski tyczące się odnośnych województw 191. Uchwalono wreszcie pobór 4-letniego podatku dochodowego. Większość wydziałowa sparaliżowała tę operacje, przeprowadziwszy uchwałę, aby najprzód zebrać zaległości i 2-letni podatek, a później dopiero resztę 192. Widząc taką opieszałość a miękość rozporządzenia, niejeden z kontrybuentów ociągał się ze zapłatą i pierwszej raty, zwłaszcza gdy trafiły się przypadki samowolnej zmiany i tłumaczenia uchwały podatkowej. I tak wojewódzki średzki, hr. P[otulicki] z Jezior 193, polecony na to stanowisko jako człek wielkiego wpływu i niby szczery stronnik powstania — rozporządził się i dwuletni podatek jeszcze na dwie raty rozłożył. Obok przeprowadzenia organizacji poboru podat-

111

ków — trzecią z rzędu, a nie mniej ważną, sprawą trzeba było się zająć — zakupnem i sprowadzeniem broni. Dyrektor sekcji wojskowej Maciek bardzo energicznie wziął się do dzieła. Zawiązał stosunki na nowo z Komisją Broni w Leodium, pootwierał sobie drogi, poustanawiał agentów tak, że w drugiej połowie grudnia broń i inne rekwizyta wojenne z zagranicy nadchodzić poczęły; to zaś, co było w kraju, rozlokowywano stosownie do potrzeb formujących się oddziałów. Ehre, wem Ehre geführt! Dla wykonania tego rozporządzenia 194, jak niemniej i dla innych potrzeb, Wydział utworzył agentury zwłaszcza w Berlinie i Wrocławiu, które wybierały z niemałym trudem podatki od zbiegłych z kraju właścicieli dóbr i bogaczy. Podaję tu urywek ciekawy z raportu Agenta w Wrocławiu J. Z.195 za miesiąc marzec 1864 r. Do Komisarza Pełnomocnego w zaborze pruskim. Obywatelu ! Zdaję niniejszym drugie sprawozdanie z mych czynności, nadmieniam przy tym, że stanowisko moje ze względu na liczne dość, a nikczemne subiekta, które tu z Kongresówki napłynęły, nieraz bardzo jest przykre — uważam więc za stosowne, by mi Szanowny Komisarz pozwolił ogłosić kilku obywateli imiennie w następnym okólniku województwa kaliskiego, jako wyłamujących się spod ustaw Rządu Narodowego, a rozsiewaniem niecnych zasad, dążących do rozdwojenia nas po dawnemu. Wprawdzie egzekucja wykonana na ob. A[rnoldzie?] 196 nakłoniła niektórych do większej uległości i posłuszeństwa rozkazom Rządu Narodowego, ale mimo tego do dziś kilku nie zapłaciło podatku zagranicznego, chociaż stosunki ich finansowe, sądząc z rozmaitych wydatków, dość świetne być muszą: a) W ostatnich dniach lutego zjechał tu emisariusz szatana Roman R[adoliński?] ze Zborowa w Kaliskiem 197, który na zebraniu u J. B.198 objawem nikczemnych swych zasad, wielkie na słabszych zrobił wrażenie, namawiał obywateli z zaboru moskiewskie-

112

go, tu zamieszkałych, do podpisania adresu wiernopoddańczego do cara. Wiadomość tę mam od obywatela, który intrygom tym był obecny, nie mogłem atoli stwierdzić wieści, jakoby czterech adres ten podpisało. b) Broń z Glewic nie może jeszcze być wziętą, zbyt ma być przez policję strzeżoną. Co się tyczy broni, znajdującej się na składzie u Carf[unkla]199 donoszę, że w pierwszych dniach marca wyjechał tenże do Drezna, gdzie oznajmił, że 300 dobrych karabinów i tyleż pałaszy znajduje się u niego w Wrocławiu na składzie, i w przeciągu dni 14 muszą być od niego odebrane. Zjechał więc tu z Drezna jako delegowany po broń ob. Gr[abowski] 200 i Land[owski?]201. Spędzili spokojnie w Wrocławiu dwa tygodnie, w dniu dopiero, kiedy termin odebrania broni upłynął, uprosili sobie, ale to ustnie u Carf[unkla], by dwa dni jeszcze broń na składzie leżeć mogła, gdyż droga do transportowania nie jest bezpieczną. Termin ostateczny przeminął, broń nie wzięta, a obaj delegaci wyjechali. c) Na miejsce Carf [unkla] wyszukałem innego speditora, który się podjął na składzie u siebie broń przechowywać; jest to człowiek dość rzetelny i niejedna przysługę już mi wyświadczył. d) Drukarnię zakupił ob. płk Kop[ernicki]202 w Krakowie, która w tych dniach do Wrocławia nadejdzie; przeznaczył ją nam do użytku. Mam .. . zaufanego litografa, który już litografował kopię depeszy Cz[artoryskiego]203 i podjął się naszą drukarnią wszystko nam oddrukować. e) Broń zabraną mi r.z. w ilości 10 karabinów odebrałem z policji i w pierwszych dniach b.m. wręczyłem ją w powiat kościański, w Śmiglu X. M.204, na co kwit załączam. f) (Następuje spis osób przebywających w Wrocławiu ze zaboru moskiewskiego). g) Podatek zagraniczny poleciłem opłacać stosownie do rozporządzeń Rządu Narodowego, miesięcznie 15 złp. od osoby, tj. pełnoletniej 205 Oprócz tego naznaczyłem obywatelom od lat kilku stale tu zamieszkałym złożyć naraz półroczny klasyczny podatek, od czego się z wyjątkiem profesora C[ybulskiego]206 — żaden nie uchylił; biedniejsi zaś rzemieślnicy, których przy

113

zbieraniu podatku tego pominąłem, przesłali mi także kilka srebrników i zobowiązali się, stosownie do możności miesięcznie, ale dowolny podatek opłacać. Rozporządzenie Rządu Narodowego, tyczące się zbierania podatku na rzecz funduszu przeznaczonego na wsparcie dla rodzin pozostałych po poległych etc.207, odebrałem dopiero wczoraj, podatek ten więc zacznę zbierać od l kwietnia. h) Tu podaje agent spis 21 osób, które zapłaciły w marcu podatek zagraniczny razem 105 1/2 tal., 14 rubli, 20 złp. i 15 franków. O ile roszczenia Maćka dążące do zagarnięcia całej władzy dla członków Wydziału były szkodliwe i niewczesne, o tyle praca jego jako dyrektora wojny zasługuje na bezwzględne uznanie. W pięciu tygodniach więcej zrobił, jak inni w pięciu miesiącach. Tak czynnego a sumiennego członka bodaj czy Wydział później posiadał. Już w pierwszym miesiącu dotknęła Wydział wielka klęska. Prusacy zaaresztowali najprzód Sowę, dyrektora sekcji administracyjnej, później zaś w początku stycznia Maćka 208. Pierwszy duszą i ciałem był oddany sprawie powstania, człowiek czynny i wżyty w roboty organizacji narodowej. Tak więc dwie najważniejsze sekcje Wydziału pozbawione zostały naczelników. Była to szkoda nie powetowana. Widząc, że przez ten wypadek zatamować albo nawet przerwać się mogą transporta, udałem się sam do Leodium, aby z Komisją Broni porozumieć się w tej kwestii. Krom tego miałem na myśli skomunikować się z jenerałem Mierosławskim, Aby wycofnął z zaboru pruskiego swoich ludzi, którzy jako wysłańcy organizatora jeneralnego po danej mu dymisji prawie żadnej misji wykonywać nie mogli209. Z G[uttrym] o broń się ułożyłem. W połowie grudnia 1863 r. 210 po załatwieniu wstępnych, organizacyjnych robót, udałem się do Leodium,

114

aby z Komisją Broni ułożyć się co do zakup na i dostawy materiału wojennego. W sprawie tej traktowałem z A. G[uttrym], który z jenerałem L. M[ierosławskim] naonczas, jeśli sie. nie mylę, po raz pierwszy do otwartej wystąpił walki211. ułożyliśmy się w ten sposób, że broń przeznaczona dla województw kaliskiego, mazowieckiego i płockiego, dla augustowskiego, Litwy i Żmudzi, przy pomocy władz narodowych w zaborze pruskim rozsyłać się będzie. W zakupie zaś broni na rachunek zaboru pruskiego członek Wydziału zarządzający sekcją wojskową i transportów znosić się będzie directe z Komisją Broni. Zażądał przy tym A. G[uttry], aby mu wyszukać dogodne punkta graniczne i donieść mu które, ponieważ znalazł się przedsiębiorca [Lemaire], który na własne ryzyko chce wszelki materiał wojenny dostawić aż do granicy zaboru moskiewskiego 212. Udałem się po tym do jenerała M[ierosławskiego] w zamiarze pokojowego załatwienia nieporozumień wynikłych z niepewności o dymisji danej jeneralnemu organizatorowi poza granicami zaboru moskiewskiego. Nigdym w życiu nie kierował się ani uprzedzeniem, ani sympatią, dlatego nie potrafiłbym zapisać się pod sztandar jakiejś partyjki lub takową sam utworzyć. Udając się do jenerała M[ierosławskiego] miałem na myśli oświadczyć, iż rzeczywiście jeneralną organizację zewnętrzną Rząd zwinął i dlatego wysłanników jeneralnego organizatora tolerować nie będę w zaborze pruskim, co też na wstępie oświadczyłem. Wywiązała się stąd ciekawa scena. Jenerał wpadał w natchnienie, improwizował, roztoczył całe bogactwo podniosłych myśli i wymowy ognistej, których mu nikt zaprzeczyć nie zdoła. Dotykam tylko punktów najważniejszych, zamieszczonych później w mym raporcie do Rządu z dnia 22 grudnia. Jenerał oświadczył, że w żakowski sposób podrzuconego świstka, obwieszczającego mu dymisję, za wiarygodny akt Rządu przyjąć nie może. Organizacja jeneralna zbyt ważną była instytucją, za rozległe miała pole działania i takowe w istocie rozwinęła, aby gołosłowną, bez wszelkich form objawioną dymisja zniesiona być mogła. Jenerał zaangażował się w rozmaite obstalunki materiału wojennego na wielką skalę i to pod osobistą odpowie-

115

dzialnością, boć Rząd Narodowy przez obcych uznany nie był. Któż więc może jenerała zastąpić? Kto zasłoni go przed sądem narodu? kontrahentów? własnego sumienia? W tym względzie jenerał M[ierosławski] miał zupełną po sobie słuszność. Rząd powinien był równocześnie z dymisją obmyślić środki do przejęcia i zamknięcia w rozsądny sposób czynności organizatora jeneralnego poza granicami, powinien był wyznaczyć do tej misji kilku ludzi — a nie wysyłać dymisji przez okazje od Anasza do Kajfasza213. A. G[uttry], choć osobiście, ale nie urzędownie wręczył dymisję jenerałowi M[ierosławskiemu], a nawet chociażby to był uczynił, dalszych kroków przedsięwziąć nie mógł, nie będąc do tego umocowany. — Z drugiej strony błędnym zupełnie było zapatrywanie się jenerała M[ierosławskiego] względem stanowiska ówczesnego Rządu Narodowego. Jenerał chciał koniecznie, aby Rząd Narodowy panował, tj. był niejako bożyszczem powstania, symbolem uwydatniającym ducha narodowego, rządy zaś zdał na ludzi poza granicami teatru wojny, którzy by się ujawnili i niekrępowani przemocą kierowali walką o niepodległość. Jeśli organizatorstwo zagraniczne o kilkaset mil od kraju odległe było niepraktycznym, to kierowanie powstaniem ze zagranicy było śmiesznym. Rządu Narodowego potęga nie objawiała się li w Warszawie, li w członkach Rządu, ale w całej organizacji narodowej, rozgałęzionej po kraju, w każdym czynniku uczciwie działającym. Mimo przeszkód i ucisku ze strony Moskwy, nawet w pierwszych miesiącach r. 1864 łatwiej było się skomunikować z władzami narodowymi w kraju — aniżeli z komisarzami nadzwyczajnymi i agentami dyplomatycznymi i wojskowymi za granicą. Rząd Narodowy z zasady, jako wynik ostateczny wszystkich sił żywotnych narodu, winien być w samym ognisku walki i tego też nigdy nie zaniechał, uświęcając zasadę tę śmiercią na szubienicy ostatnich członków Rządu. Nie dosyć, że jenerały, pułkowniki, majory, że komisarze wojewódzcy, organizatorowie, agenci, że przewielebna opozycja quand même i obserwacyjne korpusy en bloc z dala trzymały się od teatru wojny i ze zagranicy wysyłali rozporządzenia do kraju, jak za dobrych czasów,

116

nawet żądając pod zagrożeniem surowych kar — dwutygodniowych (!) raportów; cóż by się było stało, gdyby utworzyło się ministerium najjaśniej panującego Rządu Narodowego i osiadło także za granicą? Oto resztki organizacji, jeszcze prędzej byłyby się rozpierzchły, a każdy szukałby zbawienia za granicą! Dlatego wynurzyłem jenerałowi M[ierosławskiemu], że o tak niepodobnych rzeczach Rząd ani nie myśli nawet, ja sam zaś na każdym kroku podobnym zachciankom opierać się będę i rzeczywiście zawsze i później opór stawiłem. Wreszcie jenerał oświadczył mi, że broń z Komisji Broni wziąć mogę i wezmę, skoro A. G[uttry] sam się teraz rozporządza, on wszelako, jako organizator, protestuje i nie pozwala. Zwrócił mi uwagę, że ja i tylu innych odpowiadać będziemy przed sądem potomności, gdy ojczyzna znów zginie, a nie zasłonią nas wtedy odebrane rozkazy Rządu, który jest tylko fikcją. Przyszedłszy na chwilkę do słowa, oświadczyłem jenerałowi krótko raz jeszcze a węzłowato: że przybyłem do niego li z oświadczeniem, iż wysłanników organizatora jeneralnego poza granicami — w zaborze pruskim, ani uznać ani przyjąć nie mogę, ponieważ ustnie mi Rząd ogłosił tegoż dymisję, proszę więc jenerała, aby zawiadomił o tym swych obywateli, którzy, jeśli poddadzą się decyzji Rządu, wedle kwalifikacji do robót w zaborze przyjętymi będą. Zresztą zaraportuję Rządowi rozmowę niniejszą z jeneralem i odpowiednie postawię wnioski, co też uczyniłem, a wskutek czego otrzymałem okólnik ze sekretariatu stanu nr 3998 (nr VIII dokumentów) i pismo Rządu nr IX, do którego objaśnienie to się odnosi214. Z jenerałem M[ierosławskim] miałem dużo kłopotu, mimo bowiem zaręczeń, że będąc w zeszłym miesiącu w Warszawie, odebrałem od Rządu ustne zawiadomienie, iż organizatorstwo jeneralne poza granicami kraju zwinięte i żadnych uroszczeń z tej strony ścierpieć nie powinienem, M[ierosławski] przekonać mnie usiłował o niepodobieństwie dymisji, zaklinał, groził, abym planom jego w zaborze pruskim nie stawiał

117

tamy. Jowiszowe pioruny i demostenesowa wymowa tą razą pozostały bez skutku. Zbyt wyraźny i jasny miałem rozkaz od Rządu w tym względzie, abym mógł się zawahać choćby chwilowo. Nie omieszkałem atoli zaraportować do Warszawy o niektórych słusznych żalach jenerała, przedstawiając, żeby nie jątrząc, w sprawiedliwy sposób drażliwą sprawę załatwić. — Oficerowie G[rabowski] i S[kowroński]215 byli razem z innymi wysłani przez organizację jeneralną zewnętrzną — do zaboru pruskiego, gdy atoli instytucja ta zwiniętą została, zgłosili się do Wydziału o przyjęcie w służbę narodową. Byłem zmuszony odwołać się wprzódy do Rządu, wiedząc, że oficerowie ci zbiegli spod sądu wojennego. Stosownie do polecenia Rządu odniosłem się do władz kompetentnych, aby złożono sąd na tych oficerów. Wskutek tego G[rabowski] wyrokiem sądu koleżeńskiego uniewinniony i przyjęty do oddziałów formujących się w Mazowieckie. Pod koniec grudnia objechałem województwa Księstwa Poznańskiego i przekonałem się, że i organizacja, i pobór podatków żółwim naprzód postępuje krokiem. Powróciwszy do Poznania, przedstawiłem członkom Wydziału, że potrzeba energiczniejszego z góry nacisku, albowiem w takim stanie rzeczy i oddziałów formacja cierpi niezmiernie. Radziłem wysłać osobnych agentów, którzy by nic więcej nie mieli do czynienia, jak wypełniać luki w organizacji i egzekwować podatki. Wydział zdecydował się zaledwie na wysłanie okólnika do wszystkich wojewódzkich, aby do 10 stycznia organizacja była ukończona, remanenta podatkowe ściągnięte i do kasy głównej przelane. Niestety, czas ten błogi minął, w którym rozporządzenie piśmienne z pieczątką działało magicznie na umysły — teraz potrzeba — argumentów dotykalnych ad hominem! Na miejsce S[owy] zawezwałem dotychczasowego naczel-

118

nika województwa poznańskiego, nominację otrzymał atoli tylko jako zastępca. Człowiek ten216 necessitate coactus szedł za ogólnym prądem, z przekonania atoli był zawsze przeciwny powstaniu. Trzymając się polityki radykalnej, należało takie indywidua całkiem wykluczyć z organizacji. Wszedłszy atoli na drogę paktowania z partiami, musiałem się uciekać do dyplomatycznych wykrętów. Napierany przez członków Wydziału, aby C[hłapowskiego] zamianować dyrektorem administracyjnym, ponieważ stanowiskiem swym i nazwiskiem pociągnie za sobą partię chłodnych i konserwatystów, a zwłaszcza przy rozpisać się mającej pożyczce narodowej wielce pożytecznym być może, zgodziłem się niby z oporem, ale w duszy byłem zadowolniony z tej propozycji. Spodziewałem się bowiem tą nominacją prowizoryczna osiągnąć trzy rzeczy: 1) zadowolnić członków Wydziału; 2) wycofnąć C[hłapowskiego] ze stanowiska naczelnika województwa, na którym w danym razie więcej by zaszkodzić mógł jak w Wydziale; 3) przez nominację ad intérim zostawiłem sobie furtkę usunięcia go każdej chwili, gdyby bruździł. Gdy przyaresztowano Maćka, zaprosiłem C[hłapowskiego], aby objął dyrektorstwo wojny (naturalnie wciąż intermistycznie), ponieważ już uprzednio zajmował się formacją oddziału i transportami broni. Sekcję administracji objął zacny, ale miękiego temperamentu W[egner], pod pesudonimem Omega. Mimo wielorakich napierań, aby C[hłapowskiego] przedstawić Rządowi do nominacji na rzeczywistego członka Wydziału, przez kilka miesięcy tego nie uczyniłem, ale dopiero wtedy, gdym się przekonał, że zdradę knuje, a czas nie był po temu, aby usunięcie jednego człowieka mogło powstrzymać szerzącą się reakcję. Otrzymał tedy C[hłapowski] nominację tak dawno wyczekiwaną w chwili,

119

w której organizacja, wskutek jego i consortes machiawelstwa podminowana, rozsypywać się zaczęła. Nominacja ta zostanie mu piętnem na całe życie i nagrodą, że się tak po meternichowsku przysłużył sprawie narodowej. Lecz o tym później! Zaledwie C[hłapowski] pod pseudonimem: Beta rozglądnął się w Wydziale, a już podjął od pewnego czasu zaniechaną walkę o prawa Wydziału. Stawił, poparty przez większość, wniosek, aby raporta miesięczne wydziałowe składane Rządowi Narodowemu, jako wszelkie inne akta urzędowe Wydziału, opatrywane były pieczęcią Wydziału, zanim za pośrednictwem komisarza pełnomocnego Rządowi przesłane będą, tym bardziej że członkowie Wydziału za czynności swe są Rządowi odpowiedzialnymi. Motywa tego żądania znajdują [się] w tyt. V aef. „Ustawy zasadniczej" 217. Na pierwszy rzut oka zdawałby się wniosek ten niewinny a sprawiedliwy. Po bliższym rozpatrzeniu się atoli wyjdzie oliwa na wierzch. Wnioskiem tym chciano zaprowadzić kontrolę nad korespondencją komisarza pełnomocnego nie tylko z innymi władzami narodowymi, ale nawet z Rządem. Mimo rutyny dyplomatycznej wnioskodawcy plan bardzo niezręcznie był ukartowany. W ,,Ustawie zasadniczej" tytuł V ustęp a) brzmi: Wydziałowi przysłużą „wybór środków do wprowadzenia w wykonanie postanowień i rozporządzeń Rządu Narodowego do zaboru pruskiego odnoszących się, z zupełnym przyjęciem na siebie odpowiedzialności za takowe przed Rządem Narodowym". Zastosowanie lego ustępu do powyższego wniosku nie wykazuje najmniejszego logicznego związku, środki bowiem, których Wydział ma użyć do wykonania rozkazów Rządu i za które stawa się odpowiedzialnym — to są czyny, to praca całej organizacji w zaborze pruskim, bynajmniej zaś napisanie jakiegoś tam rozporządzenia lub

120

raportu, opatrzonego pieczęcią Wydziału. Później mieliśmy przykłady, że na posiedzeniu Wydziału uchwalono jakąś robotę i ujęto ją we formę rozporządzenia, któremu atoli przy ekspedycji na województwa towarzyszyła ustna instrukcja jednego z członków Wydziału, nakazująca, aby tego papieru nie brać na serio i — po przeczytaniu odłożyć ad acta. Dowodów takiego jezuickiego oszustwa znajdzie czytelnik pod dostatkiem w dokumentach, np. dział II nr XX 218; albo protokół z 32 posiedzenia Wydziału219. Co się zaś tknie ustępów e, f, tytuł V, tych prawomocności komisarz nigdy nie uchybiał, jak to sarni członkowie Wydziału przyznali. Dyrektor bowiem wojny co posiedzenie zdawał sprawę z postępu robót w jego dziale i nikt mu nie bronił ułożyć raportu miesięcznego dla Rządu, nawet było to jego obowiązkiem. Dyrektor skarbu przesłał już Rządowi i Izbie Obrachunkowej * miesięczny ra* Na mocy rozporządzenia Rządu Narodowego z dn. 10 października 1863220 pod nr 3276 ustanowiona w Paryżu Izba Obrachunkowa, której się winny [przysłać obrachunki ze sum na powstanie zebranych i wydanych. Żądania tej Izby były ogromne — prawie niemożliwe do wykonania wśród okoliczności, w jakich organizacja w kraju się znajdowała, izba zaś chciała, aby każda ,pozycj.a usprawiedliwioną była dowodami, tak rachunki, jak i dowody opatrzome pieczęcią władzy odpowiedniej lub komisarza pełnomocnego221. Jeżeli władze zrobiły jakie wydatku lub przyjmowały wpływy na podstawie ogólnych rozporządzeń rządowych, nadesłać trzeba kopie tychże rozporządzeń. O tym wszystkim zawiadomił mnie komisarz Rządu ,przy izbie Obrachunkowej pismem z dnia 15 grudnia t.r., które Wydziałowi do wiadomości natychmiast podałem, aby dyrektor skarbu wiedział, jak sobie postąpić. Dziwnych to rzeczy222 wymagała ta szanowna Laba Obrachunkowa, nie dosyć jej było na ścisłej rachunkowości, pożądała jeszcze formalmej historii od początku powstania. Ci panowie w Paryżu widocznie najmniejszego wyobrażenia nie mieli o trudnościach, z jakimi organizacja narodowa na każdym kroku miała do czynienia, zapomnieli, że najmniejszy świstek, schwytany przez wroga, pociągał za sobą więzienie, Sybir, szubienicę. Z początku powstania wiara i zaufanie do ludzi tak było wielkie, że nikt nie zapytywał o zdanie rachunków z sum przyjętych. Jeszcze w czerwcu 1863 r. sam narzuciłem się z rachunkami Rządowi Narodowemu, kiedym zarządzał Prusami Zachodnimi. Komitet Wielkopolski ani karteczki nie zachował po katastrofie hr. D[ziałyńskiego]. Za nic w świecie nikt nie zezwolił, aby w jakim akcie

121

chunek z dochodu i wydatków wraz z dowodami, i nie ma najmniejszego powodu, aby tego i nadal czynić nie miał. Wreszcie jeżeli większością głosów zapadnie uchwała jaka co do zmian w urządzeniach już istniejących itd., komisarz komunikuje ją Rządowi, z odpowiednim naturalnie objaśnieniem ze swej strony, że jest za, lub przeciw. Nie można więc zrozumieć, czego właściwie chce wnioskodawca, skoro od początku istnienia Wydziału dzieje się wszystko tak, jak sobie życzy w powyższym wniosku. Jeśli zaś rozumie i chce, aby i raporta, które komisarz zdaje Rządowi od siebie, były przedkładane Wydziałowi do podpieczętowania, wtedy zaprotestować muszę przeciw podobnym uroszczeniom. Albowiem komisarz pełnomocny nie tylko jest członkiem Wydziału, ale zarazem reprezentantem Rządu, reszta zaś członków są reprezentantami li zaboru pruskiego, lub też są natury takiej, że wymagają najgłębszej tajemnicy. Niech więc członkowie Wydziału wybiją sobie z głowy podobne zachcianki. Mając każdy jasno wytknięty cel, niech stara się go osiągnąć, a ojczyźnie dobrze się zasłuży; dążąc zaś do wtrącania się w politykę ogólną Rządu, przyczyniają się tylko do zamieszania i osłabienia władzy kierującej powstaniem. — Podobnym pretensjom dziwić się nie należy, panowie z Wielkopolski posłując na sejmie pruskim przywykli do parlamentarnego traktowania spraw pańwładzy narodowej nazwiska figurowały. Mimo tego, rachunkowość w zaborze pruskim szła swoim porządkiem, chociaż niszczono wszelkie ślady piśmienme. Zresztą, choćby się dało zatrzymywać jakieś dowody rachunkowe, niepodobieństwem było bawić się w biurokrację, kiedy krew się lala. Niższy urzędnik wyższemu Składał rachunki z dowodami, które po sprawdzeniu zaraz niszczono, i tak szło od szczebla na szczebel. Dostatecznym było, gdyby Wydział Wykonawczy wysyłał był do Izby Obrachunkowej sumaryczny wykaz dochodów i rozchodów. Kasy znajdowały się w ręku ludzi miejscowych, powszechnie poważanych, najmniejszą kwotę wydawano li za asygnacją kompetentnej władzy, i na tym basta!

122

stwa i zdaje im się, że są niejako cząstką Rządu. Tymczasem wiadomo, że hr. Bismarck223 lub inny jaki minister bynajmniej się nie wywnętrza przed reprezentacja narodową, jeśli tego nie uważa za pożyteczne i w rezultacie robi, co mu się żywnie podoba. Cóż dopiero powiedzieć o Rządzie powstańczym, za którym wielu szło wbrew przekonaniu, ot! dlatego że musieli. Pięknie by wyszedł, gdyby przed przeciwnikami powstania się spowiadał ze swych planów; a chociażby to byli ludzie uczciwi, którzy by zdradzić nie umieli, to przecież są rzeczy, których rozgadywać niepodobna, których wartość na tym właśnie się zasadza, aby były sekretne. Zrozumie to każde dziecko, ale członkowie Wydziału tego pojąć nie mogli, tj. nie chcieli. Skoro zaś przyszło raz do wyjaśnień w tej kwestii, oświadczyłem, że wedle „Ustawy" właśnie przeciwnie rzeczy stoją. Nie członkowie Wydziału komisarza, lecz komisarz członków Wydziału i cała organizację zaboru ma prawo kontrolowania. Żadne rozporządzenie w sprawach administracji, wojskowych i prasy, uchwalone przez Wydział, nie jest prawomocne, jeśli nie będzie zatwierdzone przez komisarza i odtąd z kancelarii sekretarza pierw wyekspediowane być nie powinno, zanim nie będzie opatrzone pieczęcią komisarską na znak aprobacji, a to w moc tyt. VII. Na tym zakończyły się debaty. Członkowie Wydziału zastrzegli sobie postawienie umotywowanego wniosku w tym względzie i oddanie się pod decyzją Rządu; komisarz nic nie nadmienił przeciw podobnemu postępowaniu, bo legalnemu; oświadczył tylko, że przeciw uchwale założył veto, o wniosku zaś raportować będzie Rządowi nieprzychylnie. Członkowie zaniechali apelacji do Rządu, i znów na pewien czas zapanował spokój w łonie Wydziału, każdy v/edle ochoty zajął się swymi obowiązkami. —

123

W tym czasie224 wszczął się nowy spór pomiędzy panami wydziałowymi a mną. Chcieli koniecznie z 4-ech sekcji Wydziału utworzyć 5, a nawet 6. Rozdrobniłaby się działalność jeszcze bardziej władzy centralnej i doprowadziłaby była do zupełnego zastoju. Nie mogąc wyrzucić choć jednej z istniejących już sekcji, obstawałem przy status quo, co też Rząd zatwierdził. Krom tego mieli wydziałowi w powiększeniu liczby sekcji nieszpetny planik, aby stanowisko moje całkiem ubezwładnić. Gdy bowiem sprawy kolegialn[i]e i przez większość głosów się rozstrzygały w Wydziale, trudniej byłoby mi stawać przeciwko sześciu jak przeciwko czterem. Zadecydowano, aby do 22 stycznia wyszły dwa oddziały, jeden z województwa poznańskiego i średzkiego, drugi z bydgoskiego. Na wniosek naczelnika województwa chełmińskiego225, przedłużono termin wyjścia stamtąd oddziałów, ponieważ ruszyć postanowiono w 1200 ludzi. Dyrektor skarbu krzątał się, napierał, groził, aby przyspieszyć pobór podatków, mimo to bez dostatecznego poparcia Wydziału, sumy do kasy głównej wpływały powoli i kapaniną. Województwa chełmińskie i pomorskie, mimo że już 7-letni złożyły podatek, teraz zobowiązały się od razu 4-letnie zapłacić, co też z małymi wyjątkami nastąpiło. Trzy województwa zaś Księstwa Poznańskiego ociągały się ze zapłatą dwuletniego. Nie tyle winni kontrybuenci, co naczelnicy powiatowi, a szczególnie wojewódzcy, traktujący operację tę chłodno i opieszale. — W styczniu zaprowadzono także w Poznańskiem organizację niewiast, która w Prusach Zachodnich tak wielkie przynosiła nam korzyści226. — Będąc od roku ścigany listami gończymi przez Prusaków, zachować musiałem wielką ostrożność, aby pobytu mego w Poznaniu nie wykryto. Wynalazłem kilka pomieszkań wyśmienitych tak, że nawet w razie

124

niespodzianej wizyty pana Barensprunga227, bezpiecznie mogłem się ulotnić. Mimo półrocznego przebywania w Poznaniu, policja ani nawet się nie domyśliła, że jestem stałym mieszkańcem. Wprawdzie tak bardzo stałym — nie, bom był w ciągłych rozjazdach po województwach, nader rzadko wydalając się z zaboru 228. Wszelako przestrzeń od Wrocławia do Królewca mimo kolei żelaznej dość jest wielką, a przecież często ją przebiegać byłem zmuszony. W obu tych miastach były agentury, niemniej i w Berlinie. Zarzuty 229 czynione przez Rząd agentowi w Prusach Wschodnich były zupełnie uzasadnione, S[tanisław] R[ichter] 230, kolega mój z uniwersytetu, piastował ten urząd czas krótki, lecz jak najgorzej, — nie tyle ze zlej woli, ale raczej z nieudolności. Umiał tylko wyrzekać, kłócić się, a nic nie zrobił. Dziś poczciwiec — jako dobrowolny emigrant — osiadł w stolicy brandeburów 231, sądząc, że w kraju za szczupły zakres działania dla jego zdolności. Pozuje na filantropijnego reprezentanta wiedzy polskiej w ognisku Prusaków, a kto wie czy z czasem nie zostanie co najmniej przeorem „vom grauen Haus". — Za to poprzednik jego Piotr Drzewiecki, zmarły w r. 1869232 jako lekarz praktyczny w Szubinie, należał do wyborowych robotników w organizacji naszej. Ale zbyt gorącej duszy, do rozpaczy przywiedziony straszną klęską narodu, zwątpił przedwcześnie tak, że po powstaniu został zwolennikiem mrzonki panslawistycznej, pod hegemonią — Moskwy. Lecz wkrótce się z tego wyleczył i rozpoczął pracę budowniczą w swym powiecie i od razu zjednał sobie wszystkich, wcieleniem nowych myśli, gdy śmierć przedwczesna wyrwała go z szeregów sporadycznych pracowników wśród ogólnego ubezwładnienia po katastrofie 1863 r. Sit ei terra levis! Królewiecka agentura była nader ważną instytucją, zasilała w broń Litwę, Augustowskie, a po części i Płockie. Szczególniej od 1 sierpnia 1863 do końca roku wielkie usługi oddała powstaniu. Naczelnikiem w tym

125

czasie był Piotr D[rzewiecki], człowiek sumienny a energiczny. Komisja Broni wtedy prawie nic nie dostarczała, trzeba samemu było szukać dróg, broni, pośredników. Korespondencja z Wydziałem Litewskim233 tyczyła się głównie transportu broni. Zabór pruski zaawansował 8000 tal. na tę sprawę dla Litwy, która była ogołocona z funduszów. Kapitały zaś, które D[łuski] AV Paryżu "miał odebrać od B[onoldiego], obłożone zostały aresztem przez jen. Mierosławskiego 234. Zresztą D[łuski] najmniejszej nie okazywał ochoty, ani do zajęcia się transportem broni na Litwę, ani objęciem później dowództwa naczelnego, danego mu przez Rząd Narodowy. Opuszczając kraj, znajdował się w usposobieniu zwątpienia nieograniczonego. Mimo zaklęć i perswazji agenta w Królewcu, nie chciał się tam zatrzymać, ale podążał chyżo na Zachód. Z inicjatywy Wydziału Litewskiego wychodził w Królewcu potajemnie „Głos z Litwy" redagowany przez Drzewieckiego i Ł[epkowskiego]235. Funduszów na to wydawnictwo dostarczał także Wydział Litewski. Od 1 sierpnia do końca roku dostawiła agentura Prus Wschodnich w zabór moskiewski ogółem: karabinów, sztucerów 789 sztuk, pałaszy 595, pistoletów 322, karabinków kawaleryjskich 211, rewolwerów 26, grotów do lanc 140, Ponieważ najakuratniej prowadzone były sprawozdania z czynności agentury królewieckiej, nie będzie od rzeczy podać je szczegółowo. W Augustowskie wprowadzono pałaszy 227, pendentów do pałaszy 250, pałaszy oficerskich z pendentami 31, sztucerów z bagnetami wraz z przyborami 324, pistoletów z przyborami par 219, karabinków kawaleryjskich z przyborami 50, kulbak 25, wojłoków 100, ostróg par 150, rewolwerów 8, map sekcji 6, lunet 6, kompasów 6, kapiszonów zwyczajnych 30 000, grotów do lanc 100. Zapas dla Augustowskiego 50 pałaszy,

126

6 rewolwerów, 2 oficerskie pałasze, 200 form do rozmaitej broni, 200 sztucerów z przyborami i bagnetem, 105 kulbak, 4 jugi. W listopadzie zabrali Prusacy w Ełku: 90 pałaszy (z tych 50 przysłanych od Komisji Broni) i 100 rzemieni do lanc. Augustowskie złożyło do kasy agentury Prus Wschodnich ogółem: 19 244 tal., wydano z tego 18 874 tal. — Do Litwy posłano: 53 sztucerów z przyborami i bagnetem, 50 pistoletów z przyborami, 13 pałaszy z przyborami, 2 centnary prochu, 10 centnarów ołowiu, 100 pendentów, 50 ładownic, 200 rzemieni do sztucerów. Na granicy zostało broni bagnetowej 120 sztuk, pistoletów par 50, pałaszy sztuk 40, kapiszonów 40 000, prochu 2 centnary. Prusacy zabrali: 13 sztucerów z bagnetami, 37 pałas/y. Litwa złożyła tylko 3000 talarów, wydano zaś z kasy agentury 8526 tal. Dla powiatu prasnyskiego posłano: 50 sztucerów z przyborami, 100 pałaszy z pendentami, 100 ostróg, 35 000 kapiszonów, l rewolwer, l lunetę, 50 rzemieni do sztucerów, 2 podręczne sztućce chirurgiczne, 4 torby skórzane, l torbę do listów, 1 mapę województwa płockiego. Prusacy zabrali 175 karabinów francuskich przysłanych z Komisji Broni, 25 par pistoletów, 50 pałaszy z pendentami, 50 000 kapiszonów, 6 par ostróg oficerskich, 22 form, 5 olstr do rewolwerów, 5 ładownic oficerskich, 3 pałasze oficerskie z pendentami, 4 centnary ołowiu. Prasnyskie złożyło 2000 tal., kasa zaś agentury wydała 2483 tal. 2 złp. 18 grp. — Pułtuskie odebrało sztucerów 30, form 6, kul 600, pałaszy 110, pendentów 60, karabinków kawaler [yjskich] 50, kluczy 30. Prusacy zabrali 50 pendentów, 10 form. Pułtuskie złożyło 3053 tal., wydatki nie wyjaśnione — Mławskie złożyło 250 tal., wydano 202,5 tal., dostarczono, o ile wiadomo, tylko 200 ładownic. — Dla Ostrołęckiego dawniejsze dostawy niewiadome. Przed 1 sierpnia S[zulc] wysłał, lecz Pru-

127

sacy złapali: 150 sztucerów z bagnetami, 50 pałaszy, 54 sztucerów bez bagneta, 139 par pistoletów, 77 000 kapiszonów, 100 pendentów, 100 rzemieni, 1/2 centnara prochu i rozmaite formy. Doszło tylko 10 par pistoletów, 17 rewolwerów, 10 centnarów ołowiu, 3,5 centnara prochu, 200 ładownic. Za D[rzewieckiegoj Prusacy jeszcze wzięli: 50 karabinów francuskich, 8 karabinów minie, 50 kawaler, ładownic, 30 pendentów, 9 par olster, 29 000 kapiszonów, 8 form; doszło tylko 30 par ostróg i świstawki. Powiat ten złożył w agenturze 9768 tal., rozchód niepewno podany około 9000 tal. — Później w grudniu dla Litwy złożono na granicy: 95 emfieldów 236, 64 franc. karabinów, 140 pałaszów, 50 par pistoletów, 40 000 kapiszonów, 2 centnary prochu, w kraju zaś złożono, ale nikt nie odebrał: 118 franc. karabinów, 13 pałaszy, 25 par pistoletów, 2 centnary prochu, 10 centnarów ołowiu, 100 pendentów, 50 nabojów, 200 pasów do sztucerów. W Prusach Wschodnich, kilka mil od granicy litewskiej, złożono: 80 emfieldów, 50 karabinków kawaler., 50 pałaszy, 20 000 kapiszonów i ostrogi. — Dla Augustowskiego posłano 40 grotów do lanc i 16 rewolwerów. — W Płockie przeprawiono: 52 karabinów franc. z przyborami i 80 pałaszy przez Komisję Broni przysłanych; od agentury: 7 sztucerów, 2 pałasze oficerskie, 7 par pistoletów, 164 funty ołowiu, 120 funtów prochu, 50 000 kapiszonów, 31 form — wreszcie 200 sztucerów i kilkadziesiąt tysięcy ostrych nabojów. Komisja Broni osobno dla Prasnyskiego przysłała: 52 karabinów franc., 1 formę, 5 wałków, 1 łyżkę do ołowiu, 55 kominków, 55 krętaków, 80 pałaszy; zaś dla Litwy: 30 karabinów francuskich, kominki, krętaki, formę, miarkę, łyżkę, nabój na próbę. Koszta przesyłki opłacała agentura. — Wreszcie w końcu roku nadeszło z Komisji Broni dla Litwy 30 franc. karabinów, 30

128

kominków, 30 krętaków, 5 wałków, 1 ładunek, 1 mieszek do prochu, agentura za 20 emfieldów. Tak samo dla Augustowskiego wysłała: 80 pistoletów, 50 karabinków kawaleryjskich, 40 000 kapiszonów, 24 krętaków, 130 kominków, 34 form, 16 rewolwerów, l munsztuk angielski; dalej 150 sztucerów minie, l dubeltówkę, 150 kominków, 24 krętaków, 8 form o 10 otworach, 51 kawaler, karabinków, 50 kominków, 3 formy, 8 krętaków. — Z Komisji Broni dla Płockiego: 70 pałaszy, 10 kawał, karabinów z przyborami (10 stępli, 10 form), 25 karabinów francuskich z przyborami, ze strony zaś agentury 25 pałaszy, 3 pałasze oficerskie z pendentami, 2 rewolwery, 1 sztylet. — W końcu kasa agentury się wyczerpała, zwłaszcza że żądania z zaboru moskiewskiego wzmagały się, ale pieniędzy prawie nic nie przysłano. Wprawdzie Wydział Wykonawczy w grudniu wyasygnował 1000 tal., a w styczniu 4000 tal., w lutym 3000 tal., lecz to agenturze nie wystarczało; później choćby był chciał Wydział coś dać jeszcze, to funduszów nie wystarczyło. Wskutek zlecenia Rządu, oraz niniejszego pisma 237, Wydział zaasygnował dla Płockiego oddziału 1000 tal. Ol[szański], ledwie odebrał pieniądze, rzucił wszystko i wyjechał do Drezna. Po zebraniu szczegółowych wiadomości, pokazało się, że w tej sprawie Ol[szański] tyle nie winien, ile agent płocki N.238, który zapłaciwszy gwałtowniejsze długi, poradził O[lszańskiemu] z resztą sumy wyjechać za granicę. We finansach naszych przeszkodą stanęła pomiędzy, innymi i pożyczka narodowa 239, którą kierowała Komisja Długu z Paryża. Rząd pismem z dnia 23 listopada 1863 r.240 zawiadomił mnie, że też komisję umocował do bezpośredniego porozumienia się ze mną w przedmiocie zarządzenia jak najszybszego i najskutecz-

129

niejszego, tak pożyczki przymusowej, jak i ogólnej narodowej. Dlatego od początku nalegałem na Wydział, aby jak najrychlej zebrać z województw spisy opłacających podatek dochodowy rządowi pruskiemu, i takim sposobem posiadać modłę, wedle której pożyczkę rozpisaćby można. Komisja tymczasem, nie powiedziawszy mi ani słowa, zamianowała głównym poborcą na cały zabór — P[latera] 241, który miał złożyć komitet pożyczkowy dla ułatwienia tej operacji finansowej. Wyborem tym pokierowały znów względy uboczne, dyplomatyczne, dlatego też zawieść musiały. P[later], znany jako jeden z „najbielszych", uchodził za powagę finansową w Poznańskiem, który na żadne rezyko się nie puszcza i w podjęciu jakiego interesu nader, a może i zbyt okazywał się ostrożnym. Sądzono więc, że skoro wiadomym będzie szanownej publice, że taki kalkulator stanie jako główny poborca pożyczki przymusowej i ogólnej narodowej, pieniądz się posypie bez najmniejszej trudności. Ochoczość, z jaką P[later] podjął się tej misji, dodawała otuchy. Tymczasem dalszy przebieg rzeczy okazał, że P[later] dlatego jedynie z taką ochotą się okazywał, aby w swoje szpony uchwycić i zdławić poroniony pomysł tej niewczesnej pożyczki. Zresztą taki Cz[artoryskil jako prezes Komisji Długu mógł tylko takiego P[latera] wybrać na poborcę. Śmiesznymi więc się wydają późniejsze skargi na komitet pożyczkowy, który de facto nigdy nie istniał, i na poborcę, który tumaniąc na wszelkie sposoby, w końcu oświadczył, że pożyczkę trzeba odłożyć ad feliciora tempora; daremnymi odzywania się poniewczasie do mnie, abym siłą, mocą pożyczkę wyegzekwował. Konferowałem kilka razy [z] zacnym poborcą i przekonałem się tylko, że szlachcic wykręca się jak piskorz. Gdym go bowiem na serio przycisnął, aby rozkazy Rządu wypełnił bez zwłoki i zbierań z rozdawaniem listów zastawnych raz

130

początek zrobił, oświadczył mi z uroczystą miną, że już je rozesłał, lecz wielu nawet i słyszeć o tym nie chcą, i nawet agentów jego po prostu za drzwi wyprosili, potrzebuje koniecznie pomocy od władz administracyjnych. Natychmiast poprosiłem go o nazwiska się opierających, uręczając go, że w kilka dni pieniądze odbierze. Na takie dictum acerbum poborca zmiękł, począł bąkać to i owo, że tę sprawę do jutra odłożyć musi itd. Na drugi dzień już go nie było w Poznaniu, czmychnął i już więcej się z nim zetknąć nie mogłem, — Cała sprawa 242 pożyczki przymusowej była płodem poronionym — bo za późno o tym pomyślano, a potem oddano ją w rękę ludzi — finansistów, ergo, którzy swej i innych kieszeni oszczędzali. Na zabór pruski mianowano P[latera], znanego reakcjonistę, którego szlachta na sztych brała. Osłupiałem, gdym się o tym dowiedział. Kilkakrotnie konferowałem z tym panern, zwłaszcza chcąc ułożyć się z nim co do rozkładu pożyczki, aby nie zrobić zamieszania w zbieraniu zwykłego podatku. Po pierwszym widzeniu, przekonałem się, że panu P[laterowi] ani w głowie brać się na serio do wybierania pożyczki. Przedstawiłem mu później rozkazy Rządu i rozporządzenia z Komisji Długu, wzywając do energicznej pracy, wtedy zawsze zasłaniał się jakimiś formalnościami, nareszcie mi oświadczył, iż rzeczywiście próbował wybierać pożyczkę, ale nikt nie chce płacić. Poprosiłem go tedy, aby mi wskazał tych renitentów i wygotował odpowiednie wezwania, a ręczę, że w dwóch tygodniach złożę do kasy należność. Pan delegat na takie dictum acerbum spolitykował, a wreszcie czmychnął tak, żem się już z nim zetknąć nie potrafił. — Rzeczywiście w zaborze pruskim, choć już zwykłe podatki szły oporem, jednak pożyczka przymusowa pod firmą Cz[artoryskiego] byłaby znalazła pokup. Wzgląd, jaki kierował Komisją Długu w wyborze pana P[latera] jako powagi finansowej i człowieka znanego z przezorności (delikatnie się wyrażając), chybił celu, pan P[later] nic nie zrobił, ale nawet

131

psuł zamiary uczciwszych obywateli, którzy chętnie przyjęli projekt pożyczki. Mnie trudno było mieszać się w tę sprawę, raz, że miałem aż nadto do czynienia w moim zakresie, a po tym każde czynniejsze wystąpienie w takich sferach, do których pan P[later] należał, dałoby pochop do zrzucenia winy na moją n i eprzezorną żarliwość. Zwróciłem tylko uwagę Rządowi, że byłaby Komisja Długu lepiej sobie postąpiła, gdyby była ze mną wprzódy się porozumiała co do wyboru osoby na delegata nowego. Pożyczce byłem przeciwny, bo dawała malkontentom wyborny powód do krzyków, że są przeciążeni ofiarami i posłużyła za pozór do zatamowania i odwleczenia poboru 2-letniego podatku rozpisanego przez Wydział. Pożyczkę w r. 1864 trudno było przeprowadzić w Galicji, a tym mniej w zaborze moskiewskim; cały więc ciężar spadał na zabór pruski, co było i niesprawiedliwym, i bez korzyści dla sprawy. Zresztą prawdą a Bogiem najmniejszej ochoty nie miałem zbierać w krwawym pocie pieniądze, aby je przelewać do kas paryskich — umywałem więc o ile możności ręce od całej tej operacji, aby się sprawdziło przysłowie: wybito Franka (mnie), za Stefana (poborcę). Mimo to popierałem tę sprawę w Wydziale, który gorliwszym się okazał od poborcy ad hoc wyznaczonego. Na posiedzeniu z dnia 5 marca uchwalono, że pożyczka przymusowa odkłada się na czas nieoznaczony, od dobrowolnie zaś dających będzie przyjęta za pośrednictwem naczelników wojewódzkich. Dwuletnia rata podatku liczyć się będzie à conto pożyczki243. Toż przynajmniej otwarcie i jasno wypowiedziane, że nic nie damy! a przy tym co za grzeczność obywatelska! Wydział dozwala wojewódzkim odbierać od tych, którzy z własnej a nieprzymuszanej woli z pieniędzmi się narzucają, i czy chcą czy nie chcą zaliczać się będzie ta ofiara na zwykły ich podatek dochodowy!!

132

Jak się wyżej powiedziało, Wydział postanowił już od jesieni się formujące dwa oddziały wielkopolskie, nr 6 w bydgoskiem i nr 8 w średzkiem, wysłać na plac boju najpóźniej 22 stycznia i nawet odpowiednie wydał rozkazy do wymarszu. Obiedwie te partie obliczono na 700 ludzi dobrze uzbrojonych. Wydział w dobrej wierze i gorliwie zajmował się ukończeniem formacji tych zastępów. Gdy atoli pozostający za granicą naczelnicy dywizji mazowieckiej i kaliskiej odebrali od Rządu zawezwanie, aby z Wydziałem porozumieli się co do zużytkowania ochotników gotowych do wyjścia dla województw im oddanych, znów termin przejścia granicy odroczony został. Albowiem tak Kop[ernicki], jak Racz[kowski]244 oświadczyli, że dla skutecznego oddziałania na przytłumione powstanie w Kongresówce niezbędną jest. aby wkroczyły większe siły zbrojne i to od razu na rozmaitych punktach. Żądanie, ani słowa, całkiem słuszne. W celu bliższych układów udał się B[eta] 245 jako prowizoryczny dyrektor sekcji wojskowej w Wydziale w Bydgoskie, do płka R[aczkowskiego], ja zaś zjechałem się 18 lutego w powiecie śremskim z płkiem K[opernickim], któremu przedstawiłem faktyczny stan rzeczy, tj. że gotowych stoi 110 konnicy i 250 piechoty, karabinów dwukalibrowych przeszło sztuk 400 i odpowiedni mundurunek. Brak ochotnika łatwo dopełnić, trudniej daleko dostarczyć więcej broni. Oto wszystko, co w tej chwili Kaliskiemu ofiarować możemy. Płk K[opernicki] nawzajem wyłuszczył plan swój, który ze stanowiska wojskowego był doskonałym. — Dowiódł, że małe oddziałki i to nie razem, ale w przerwach po sobie wysyłane pozostaną bez żadnej korzyści dla powstania — przeciwnie rozbite zaszkodzą szerząc demoralizację. Przemożną dziś Moskwę zaszachować jedynie można przez wesłanie równoczesne w kilku punktach silnych oddziałów do

133

Kongresówki. Dlatego najlepiej by było, aby oddziały formujące się Cal[liera]246, Racz[kowskiego] równocześnie wtargnęły w zabór moskiewski razem z partią kaliską. Z takiej podstawy wychodząc, zażądał naczelnik dywizji kaliskiej, abyśmy mu postawili 2 bataliony piechoty i 2 szwadrony jazdy. Każdy batalion składać się ma z 500 strzelców i 80 kosynierów; szwadron po 100 koni. Uzbrojenie: dla strzelców 1000 sztucerów bagnetowych jednokalibrowych ze 100 ładunkami na chłopa, dla kawalerii: karabinek, para pistoletów i pałasz. Umundurowanie: płaszcze, wełniane kaftaniki lub koszule, spodnie i buty wysokie, kociołki na 8 ludzi itd., nawet o bindach kochany pułkownik nie zapomniał. Dotąd wszystko jak najlepiej, gdyby nie końcowy warunek, że cała ta armia powstańcza w dwóch tygodniach powinna być gotowa do wymarszu. Wcale nie żartuję, mówiąc o armii, bo zabór pruski, dawniej przy ogólnym zapale, współudziale ludzi z przekonaniem i słabszym nacisku Prusaków, nie mógł się nigdy zdobyć na utworzenie tak wielkiej siły zbrojnej od razu, a cóż dopiero teraz, gdy wszystko na gorsze się zmieniło?! Przedstawiłem więc z całą oględnością płkowi K[opernickiemu], że podobne żądanie postawione jest bez najmniejszego względu na stosunki, w jakich się obecnie organizacja narodowa w zaborze pruskim znajduje, że gdybyśmy nawet Prusaków nie mieli na karku, ale zupełną swobodę działania, niepodobieństwem byłoby w 14 dniach zebrać i uzbroić 1360 ludzi. Nie posiadając jednokalibrowej broni, trzeba ją sprowadzić z Leodium. Nim dojdzie na miejsce przeznaczenia — na ileż to niebezpieczeństw, przeszkód, zwłoki trzeba być przygotowanym? a ile Prusacy zabiorą?! W takim położeniu może by lepiej było skompletować, co jest, i wyruszyć z połową siły i troszkę mieszaną bronią, byle prędzej, boć w rezultacie podstawą dzia-

134

łania pozostanie zawsze zabór moskiewski, oddziały zaś od nas wysyłane niejako za zapałkę do rozniecenia ognia powstańczego służyć mają. Jeśli tam jest materiał palny przysposobiony, wtedy lada iskierka wystarczy do wybuchu, skoro zaś wszystko się wypaliło, wtedy i najliczniejsze bataliony na nic się nie zdadzą. Płk K[opernicki] nie umiał wnijść w sytuację, zasłaniając się rozkazem Rządu Narodowego, nakazującym mu niezwłoczny wymarsz, od jednokalibrowości broni także odstąpić nie chciał, wygłaszając pamiętne słowa, że i 999 karabinów nie przyjmie, jeśli tysiączny będzie innego kalibru. Oświadczyłem tedy stanowczo, że organizacja zaboru pruskiego pod żadnym warunkiem w dwóch tygodniach żądanego zastępu zbrojnego sformować nie może, bo to jest istnym niepodobieństwem, lecz przy sprzyjających okolicznościach za dwa miesiące z pewnością. Płk K[opernicki] zobowiązał się dostawić wszystkich oficerów, co tak trudnym nie było, zważywszy, że prawie wszystko przebywało za granicą. Obiecał także wystarać się o broń bliżej złożoną w Dreźnie lub Gota, później atoli sam się przekonał, że nic z tego. Ustanowiliśmy także od razu organizatorów wojskowych, tak wojewódzkich jak powiatowych, od których płk K[opernicki] żądał jak najczęstszych raportów o postępie robót. Nic bym nie miał przeciw temu, gdyby naczelnik dywizji kaliskiej pozostawał w okolicach, w których się formowały bataliony, ale skoro po naradzie wracał na leże zimowe do Wrocławia, uważałem za potrzebne zwrócić uwagę na zamieszanie, jakie wyniknąć musi, gdy do dwóch władz niezależnych: Wydziału Wykonawczego i naczelnika Kaliskiego podwładni organizatorowie podwójne raporta składać i różne od tychże władz instrukcje odbierać będą. Wreszcie takim znoszeniem się ze zagranicą, będąc ze zasady przeciwnym, oświadczyłem, że uważam żądanie

135

płka K[opernickiego] za niewłaściwe, a przepisom organizacji zaboru pruskiego przeciwne. Dlatego naczelnik dywizji kaliskiej powinien się zdecydować albo sam stanąć na czele formacji zbrojnych zastępów, pozostać na miejscu i bezpośrednio komunikować się z Wydziałem, albo też zostawić wolną rękę organizacji zaboru pruskiego i objąć dowództwo nad gotową do wymarszu partią. Wreszcie przyrzekłem natychmiast wysłać po broń do Leodium i spowodowałem nowy zjazd z dyrektorem sekcji wojskowej, wojewódzkimi itd., w celu szczegółowych układów i podziału pracy co też na dniu 25 lutego nastąpiło. Płk K[opernicki], z krwi i kości wyrutynowany żołnierz, nie mógł pojąć — jak i wielu innych oficerów z armii regularnej — aby bić się można z pożytkiem bez należytego uzbrojenia — rewolucyjna ruchawka, która wedle słów Leona Fr[ankowskiego]247 dopiero na Moskalach broń sobie zdobywać miała, była dla człowieka wrośniętego w szynel armii rosyjskiej co najmniej szaleństwem. Kto całe życie, jak płk K[opernicki], patrzył trzeźwym wzrokiem taktyka na każdą wojnę i nie rozumiał, aby coś było niepodobieństwem, gdy jest ujęte w formę: ,,wsio po ukazu"; ten zaniewidział całkiem, skoro chciał patrzeć przez powiększające szkła zapału, poświęcenia, rozpaczy, wreszcie — narodu rwącego się do broni! Płk K[opernicki] do ostatniej chwili żył nadzieją wystąpienia raz jeszcze na plac boju i do końca pracował w dobrej wierze, za co należy mu się cześć i poszanowanie mimo płocho a nietaktownie rzucanych później obelg na komisarza zaboru pruskiego i całą organizację. — Ubliżenie takie własnej i drugich powadze wytłumaczyć i uniewinnić należy dotkliwą, ale zasłużoną admonicją Rządu, jaką wraz z Racz[kowskim] w marcu otrzymał. Na nieszczęście byłem pośrednikiem w udzieleniu tej noty, mnie też dostał się

136

pierwszy wybuch żalu i rozdrażnienia. Przyszło do cierpkiej korespondencji, w której, mimo gwałtownych prowokacji, zachowałem bezstronność i spokój, bom z jednej strony uszanował serdeczny ból zacnego płka K[opernickiego], a z drugiej czułem się całkiem niewinny w tej sprawie. Nieszczęsne to pismo Rządu do mnie248 nabawiło mnie dużo nieprzyjemności. Stosownie do rozkazu przesłałem płkom K[opernickiemu] i R[aczkowskiemu] osnowę ich się tyczącą, ale bardzo złagodzoną w wyrażeniach. Płk R[aczkowski] połknął pigułkę milcząc, za to płk K[opernicki] uczuł się tym tak boleśnie dotknięty, że rozżalony, aż mnie posądził, jakobym z własnego natchnienia podobne pismo doń wystosował. Nie żałował żółci dla rnnie. Nolens volens, aby go przekonać, posłałem mu tedy dosłowną kopią reskryptu rządowego. W rzeczy samej zbyt szorstko się obszedł Rząd z płkami K[opernickim] i R[aczkowskim], mężami, którzy dobrze zasłużyli się sprawie powstania, mimo to miał dużo słuszności za sobą, jak to się później okazało. Obadwa te raporta dowódcy dywizji kaliskiej płka K[opernickiego]249 przesłał mi Rząd w oryginale do wiadomości, w celu abym się wytłumaczył z zarzutów. O ile płk R[aczkowski] do niczego nie chciał się mieszać, o tyle płk K[opernicki] pedantycznie do najmniejszych drobnostek się wtrącał. Byłem temu przeciwny, raz że płk K[opernicki] nie pozostawał na miejscu formacji, lecz przesiadywał w Wrocławiu, dokąd sobie kazał przesyłać prawie od każdego urzędnika raporta, potem, że obawiałem się zamieszania, gdy obok organizatora ad hoc do formacji oddziałów kaliskich i organizatorów cząstkowych, obok kontrolujących komisarzy wojewódzkich — jeszcze trzecia władza naczelnika dywizyjnego, rozporządzenia wydawała. Sądziłem, że wystarczy, jeżeli naczelnik kaliski komunikować się będzie z organizatorem. Dalej jak to z wzmiankowanych raportów się okazuje, pragnął płk Kfopernicki] w prędkim czasie postawić na linii bojowej armię regularną, zaopatrzoną w 1000 karabinów

137

jednokalibrowych. Niestety na miejscu takiej broni ani tyle nie było. Trzeba nowego zakupna i to aż z Leodium. Broń zakupiono łatwo, lecz z transportem największa trudność. Formacja oddziałów mimo najszczerszej chęci w miesiącu ukończyć się nie mogła, ale w trzech. Przyznaję, żem nieudolny w rzeczach wojskowych i tylko z konieczności musiałem nieraz i w tym decydować, przyznaję żem miał skrępowane ręce przez resztę członków Wydziału, lecz otrząść się z tych więzów niepodobna było. Nikt mi przecież z czystym sumieniem zarzucić nie może, ażebym się powodował kiedykolwiek w czasie powstania zachciankami ambicyjnymi ze szkodą sprawy. W czasach, w których objąłem zarząd w zaborze pruskim, potrzeba było geniuszu, co by z niczego wszystko stworzył, a w piersiach zastygłych ludzi potrafił rozżarzyć płomień fanatycznego zapału, albo trza było żelazną dłonią Marata ująć cugle i terroryzmem bezdusznym całą prowincję zmusić do czynu. Nie było mi danym być jednym lub drugim, zwyczajny człowiek, zwykłymi chodziłem drogami. Bolało wreszcie płka K[opernickiego], że zabrano mu dla dywizji mazowieckiej Budziszewskiego z kawalerią250. Lecz Wydziałowi przysłużało prawo formujące się w zaborze oddziały wysyłać tam, gdzie osądzi właściwym. Płk R[aczkowski] wychodził w marcu, płk K[opernicki] zaledwie w maju, Budziszewski zaś był gotów od jesieni. Nic dziwnego, że wysłano go z pierwszymi oddziałami. Płk K[opernicki] zbyt był łatwowierny i lada ploteczkę brał za dobrą monetę; spotykamy się więc w jego raportach z najopaczniejszymi wyobrażeniami o rzeczach i ludziach. Mimo to, był to jeden z najzacniejszych naszych dowódców i chluba naszego powstania. Wyszedłszy na tułactwo, zamienił oręż na pług, w pocie czoła uczciwie pracując na kawałek chleba dla siebie i rodziny 251, może służyć za wzór żołnierza — obywatela, wzbudzającego cześć wśród obcych i swoich. Formacja oddziałów kaliskich, wlokąca się miesiącami, doczekała się czasów otwartej reakcji, ze zamówionej broni 800 sztuk nadeszło do Poznania, drugie

138

800 Prusacy w drodze przytrzymali. Płk K[opernicki] podał się do dymisji, nikt po nim o wkroczeniu w Kaliskie już nie myślał. Przeciwnie całkiem rzeczy się mają z naczelnikiem dywizji mazowieckiej. Przez kilka miesięcy siedząc w Poznańskiem, nie dał i znaku życia i dopiero wskutek natarczywych poszukiwań Rządu odszukany wobec formujących się oddziałów dla Mazowieckiego zastrzegł sobie z góry, iż do niczego mieszać się nie myśli, a dowództwo, dopiero po przejściu granicy na terytorium swego województwa obejmie. Wydział tedy naznaczył majora L[utticha] 252 głównodowodzącym. Za wspólnym porozumieniem ułożono plan następujący. Na północ od Gopła wyjść miały dwa oddziały piechoty z asekuracją kawalerii i to jeden z powiatu inowrocławskiego, drugi z mogilnickiego; na południe od Gopła zaś jeden silny oddział z Gnieźnieńskiego. Formacja od miesięcy przysposabiana, postępowała szybko, nie tylko wedle raportów organizatora N.253, ale i wedle doniesień majora L[utticha], tak że przeszło 500 ochotnika było gotowego i znaczne zapasy broni, zwłaszcza gdy darowane poprzednio kilkaset sztuk karabinów dla Mazowieckiego S[yrewiczo]wi 254 Wydział przyłączył do tej wyprawy. Widząc, że bataliony kaliskie nie tak prędko wyruszą w pole, Wydział po naznaczeniu terminu, w którym L[uttich] miał wkroczyć w Mazowieckie, zadecydował, aby jeszcze jazdę B[udziszewskiego] od tylu miesięcy stojąca bezczynnie w średzkim powiecie przyłączyć od razu do wyprawy płka R[aczkowskiego], a za nią pchnąć później piechotę z bronią, której płk K[opernicki] jako różnokalibrowej przyjąć nie chciał, zwłaszcza że i za L[uttichem] wkroczyć miał w dni kilka podpłk K[ujawa]255 z nowymi zastępami. Rozkazano więc rotmistrzowi B[udziszewskiemu], aby niezwłocznie się porozumiał z płkiem R[aczkowskim], co do wyjścia i kie-

139

runku, w którym po przekroczeniu dążyć powinien, aby się połączyć z główną siłą. B[udziszewski] osobiście się udał [do] R[aczkowskiego], a odebrawszy szczegółowe instrukcje wrócił na stanowisko, zdając komu innemu urząd nadany mu ostatnimi czasami organizatora cząstkowego dla oddziałów kaliskich. Płk R[aczkowski] odznaczył się w powstaniu jako dzielny żołnierz i dowódca; nie tylko Rządu szczycił się zaufaniem, ale nawet u Poznańczyków posiadał dobre imię, tak, że z pewną dumą spoglądano, iż tak znakomity oficer poprowadzi ochocze zastępy wielkopolskie do walki. Jeden z magnatów, i to wcale nieprzychylny powstaniu, ofiarował z własnej chęci dowódcy pysznego, jak dla powstańca, wierzchowca. Płk R[aczkowski] co najmniej to bardzo niepolitycznie sobie postąpił, krytykując ostro a niesłusznie przysłany mu podarunek. Krom tego dla własnego i oficerów uekwipowania, wymagał pretensjonalnie rozmaitych fatałaszek, nie kwadrujących wcale z poważnym, stanowiskiem żołnierza bijącego się za wolność i niepodległość ojczyzny, B[eta] ambicjonujący, aby oddział pod jego auspicjami się tworzący, jak najświetniej wypadł, wszelkie żądania zaspokajał. Wydział nareszcie zawiadomiony został o zapadłej uchwale, że 21 marca w nocy wyprawa w Mazowieckie się uskuteczni. Z niekłamaną niecierpliwością wyczekiwano pierwszych wieści o tym pierwszym zbrojnym ruchu, mającym niejako dać świadectwo żywotności robót podjętych przez Wydział. Jakież rozczarowanie i prostracja ducha, gdy rozbiegła się pogłoska o dobrowolnym rozpuszczeniu oddziału przez dowódców z jednej, a rozpędzeniu innych i zabraniu broni przez Prusaków z drugiej strony! Faktem jest, że na dwa punkta zboru w Mogilnickiem i obok w Inowrocławskiem, ani połowa ochotników się nie stawiła. Płk R[aczkowski], przy jednym z tych oddziałów się

140

znajdując, spowodował rozejście się do domów. Bezpośrednim skutkiem tego kroku było, że Prusacy zwiezioną na plac zboru broń i rekwizyta wojskowe, w pośpiechu źle ukryte, znaleźli i zabrali. Wedle urzędowego ich sprawozdania, odkryli 273 wybornych jednokalibrowych sztucerów bagnetowych, przeszło 300 płaszczy, kożuszków, rękawic i czapek futrzanych, kaftaników, toreb płóciennych, 18 skrzyń i 2 worki ładunków, ładownice, pałasze itd.256 Sami Prusacy podziwiali tak kompletne i wyborne wyekwipowanie powstańców. Główny oddział piechoty w Gnieźnieńskiem zaskoczony na punkcie zboru przez wojsko pruskie, pierzchnął na cztery wiatry. Tu znowu część broni i przyborów zabrano (blisko 200 karabinów). Oddział konny Budziszewskiego szczęśliwie przeszedł granicę, lecz zewsząd ścigany przez Moskwę, trzeciego dnia rozbity, wrócił w zabór pruski. Tu jest miejsce257 wyjaśnienia nieudanej wyprawy w Mazowieckie. Formacją oddziałów objął za zgodą Wydziału i dowódcy I dywizji (mazowieckiej) major Lüttich. Miano wyruszyć równocześnie z trzech punktów. Dwa miejsca zboru były w powiecie inowrocławskim i na pograniczu mogilnickiego, na milę od siebie oddalone, trzecie w gnieźnieńskim o trzy mile. Plan cały ułożony został przez oficerów, organizator miejscowy miał przygotować broń, rynsztunek i ochotnika. Delegat ze strony Wydziału T. Ch[łapowski] dyrygował. Po wyjściu tych oddziałów, mających wynosić do 500 ludzi, zaraz miał ruszyć na drugi dzień podpłk K[ujawa]. Ponieważ przy tych oddziałach kawalerii kilkanaście zaledwie było koni, Wydział postanowił czekający od jesieni szwadron rotmistrza B[udziszewskiego] przyłączyć do tej wyprawy, choć był przeznaczony w Kaliskie, lecz tam zaledwie za miesiąc oddziały wesłać było podobieństwem. B[udziszewski] porozumiał się z naczelnikiem dywizji I, od którego otrzymał marszrutę. Oto faktyczne przedstawienie rzeczy. Dodać

141

jeszcze należy, że naczelnik dywizji I, od dawna przesiadujący w powiecie inowrocławskim, odsuwał się stanowczo od formacji tych oddziałów i dopiero po przekroczeniu granicy naczelne dowództwo objąć zamierzył. — Wyprawa ta spełzła na niczym wskutek: 1) nieszczęsnych okoliczności, do których zaliczam przypadkowe, czy też naprowadzone, zetknięcie się wojska pruskiego z ludźmi zbierającymi się na punkt zboru w powiecie gnieźnieńskim; 2) wskutek niedbalstwa i nieporadności władz cywilnych, które, zwłaszcza w najważniejszym punkcie, gdzie przebywał dowódca, nie dostarczyli obiecanej liczby ochotnika; 3) lecz największa wina spada na majora L[utticha] i dowódcę I dywizji, płka R[aczkowskiego]. Przypuśćmy nawet, że oficerowie ci przybywszy na jeden z punktów zboru znaleźli niedostateczną liczbę żołnierza, ależ nie wiedzieli, co się dzieje z drugim oddziałem o milkę odległym, z trzecim o trzy mile, wreszcie z konnicą B[udziszewskiego] o dziesięć mil, przekraczającego granicę! Nie zadali sobie nawet tyle trudu, aby dowiedzieć się o stan najbliższego oddziału, lecz przesłali mu nad rariem bez wszystkiego rozkaz rozejścia się. Oddział gnieźnieński (gdyby był przeszedł granicę) i B[udziszewskiego] oddano z czystym sumieniem na zagładę. Płk R[aczkowski] zbłądził nadto, że nie biorąc do ostatniej chwili udziału we formacji, wystąpił naraz na miejscu zboru z niewinnym zapytaniem do oficerów, którzy po przejściu granicy, mieli zaraz przejść pod jego komendę, ,,czy chcą wziąć na siebie odpowiedzialność i przejść z taką garstką?" Odpowiedź nie była trudna do przewidzenia. Lecz czemuż to płk R[aczkowski] nie zapytał się oficerów, a zwłaszcza dowódcy chwilowego majora L[utticha], czy nie przeszedłszy granicy, biorą na siebie odpowiedzialność za to, co się stanie z trzema innymi oddziałami? czy nie lękają się demoralizujących skutków, jakie wywrzeć musi na prowincją nieudana wyprawa? czy pamiętają o rozporządzeniu Rządu piętnującym tych, którzy rozpuszczają oddziały? Płk Rjaczkowski] sam powiada, że konnica B[udziszewskiego] nigdy by się nie mogła przedrzeć w bory Kaźmierskie. Lecz na Boga, toż nie trzeba było wytyczać drogi, której odbyć nie był w sta-

142

nie. — B[udziszewskil nie poszedł na oślep, ale wedle rozkazu płka R[aczkowskiego]. Żałuję bardzo, że niemam pod ręką dokumentów zebranych w tej sprawie przeze mnie, oddałem je dla wytoczenia śledztwa późniejszemu organizatorowi J. D[ziałyńskiemu]. Ciekawetakże były sprawozdania, zwłaszcza podpułkownika K[ujawy], rzucające jaskrawe światło na przebieg tej wyprawy, z czego nabrałem przekonania, że władze cywilne zgrzeszyły przez niedołęstwo i nieudolność — ale w dobrej wierze, władze zaś wojskowe przez zwątpienie i lekkomyślność graniczącą oniemal ze złą wiarą. Ogłoszenie o zbiegach, o którym mowa w reskrypcie, brzmi jak następuje, .. 258 Przedstawiłem rządowi, czyby publikując to ogłoszenie w gazetach nie wypadało zmienić ustępu: „Wszyscy ci z powyżej wymienionych urzędników narodowych, którzy do 1 marca r, b. do kraju nie wrócą, tracą prawo obywatelstwa polskiego i nie inaczej mogą je odzyskać, jak tylko wstępując (do wojsk narodowych) jako szeregowcy". Wyglądało to bowiem, jakby wojsko narodowe służyło za instytut poprawczy i karny dla winnych, co znów by było ubliżeniem dla żołnierza wolności. Na własne oczy widziałem w obozie jen. Langiewicza w Chrobrzy, jak wskazano strzelca za małe przekroczenie służbowe — do kosynierów za karę. Było to poniżenie bez taktu i demoralizujące, które niemniej i w innych oddziałach się praktykowano. Obawiając się tedy, żeby przez ogłoszenie dosłowne o zbiegach nie wyrodziły się mylne pojęcia o kompaniach karnych w wojsku narodowym, zakomunikowałem spiesznie to moje zapatrywanie się Rządowi, który uznał je za nieuzasadnione, a w dodatku oberwałem majestatyczną bure!259 Zachodzi teraz pytanie, kto zawinił, że oznaczona ilość ochotników na termin się nie stawiła? Najprzód skonstatować trzeba, iż w każdej podobnej wyprawie zdarzały się braki w przyborach wojskowych, nigdy atoli nie dał się uczuć niedostatek żołnierza. Tu przeciwnie — rzeczy potrzebnych do uzbrojenia było aż

143

zanadto, tak że zapasy należało zabrać ze sobą w Mazowieckie, lecz zabrakło ochotników, a raczej byli, lecz nie stawili się na miejsce zboru. Pierwszy to fakt w swoim rodzaju. Później z zarządzonego śledztwa pokazało się, że organizacja cywilna w kilku miejscowościach rzeczywiście spóźniła się ze zawiadomieniem o wyjściu tak, że żadną miarą żołnierze na czas stanąć u zboru nie mogli, ale wykazało się także, że ze strony wojskowej wydano wielom ochotnikom rozkaz stawienia się o dzień później, lub w punktach całkiem innych od naznaczonych zborów. Fakt ten prócz doniesień władz cywilnych, głównie podniósł podpłk K[ujawa] w swym raporcie, kładąc nacisk, że był wydany do ochotników nienależących do jego formacji, lecz nie przez niego — naprzód sobie to zastrzega, aby go nie posądzono, że stał się mimowolnym powodem tego zamieszania. Który z oficerów wydał tak szkodliwy rozkaz, wyśledzić sie nie dało, zwłaszcza że śledztwo do połowy zaledwie doprowadzonym było 260. Bądź co bądź — jedno stało się jawnym a odrażającym — zła wiara płka R[aczkowskiego]. Rzeczy nie zmienia, ani winy nie umniejsza wzgląd, że część wyprawy udaremnili Prusacy przez rozbicie, a wyjście sto kilkudziesięciu ludzi byłoby oddaniem się dobrowolnym na rzeź. Faktem pozostanie, że pułkownik, nie wiedząc co się dzieje z trzema oddziałami, czwarty rozpuścił i najspokojniej na wygodne leże zimowe powrócił. O milkę od oddziału, do którego się płk R[aczkowski] udał, znajdował się drugi B[obrowicza], który stał aż do świtu, aie wiedząc co ze sobą zrobić. Nikt go się przez całą noc ze sztabu głównego nie zapytał, czy egzystuje i w jakiej sile? natomiast odebrał nad ranem gołosłowny rozkaz rozejścia się do domu. O gnieźnieńskim oddziale i o kawalerii B[udziszewskiego] choćby chciał kto co wiedzieć, nie było podobnym dla wielkiej odległości.

144

Podziwiać trzeba stoicyzm płka R[aczkowskiego] i majora L[ütticha] z najzimniejszą krwią oddających na pastwę losu kilkuset ludzi. Poświęcili kawalerią B[udziszewskiego], byliby poświęcili oddział gnieźnieński, gdyby szczęśliwym trafem wojsko pruskie nie było zapobiegło większemu nieszczęściu. Płk R[aczkowski] zapomniał o świeżym dekrecie Rządu, karą śmierci ścigającym tych, którzy rozpuszczają oddział, nie zastanowił się nad fatalnymi skutkami stąd wynikającymi. Nad czym atoli najwięcej ubolewać trzeba to, że płk R[aczkowski] własną niewiarę i zwątpienie w żywotność powstania chce koniecznie osłonić winą innych, upiększyć nagłym rozbłyskiem zapału — gdy już za późno. Nie myślę bynajmniej uniewinniać władz cywilnych, zgrzeszyły grubo niedołęstwem i nieumiejętnością, pracowały jednak w dobrej wierze. Na płku R[aczkowskim] i na mjrze L[üttichu]261 ciąży wina nieograniczonej lekkomyślności i niedbalstwa. Major L[üttich] jako dowódca i jego oficerowie powinni byli kontrolować ściśle roboty organizatora i władz cywilnych, powinni przede wszystkim wiedzieć o każdym z ochotników. Toż organizacja cywilna, co do niej głównie należało: dostawienie rekwizytów i broni na oznaczone miejsca, zrobiła, wiarogodnymi na to świadkami są — Prusacy. Bezpośrednia zaś kontrola nad ochotnikami, ich rozkwaterowanie należało już do oficerów i podoficerów — winni byli wiedzieć, ilu mają żołnierza. Płk R[aczkowski] także byłby lepiej zrobił, gdyby zamiast u młodziutkiego S.262 po zadawnionych trudach wojennych odpoczywać, powagą swego stanowiska czynnie wpływał na formację oddziałów, które w końcu sam w ogień miał poprowadzić! Nie trzeba było się spuszczać na nieporadność władz cywilnych, ale od razu w silne dłonie ująć organizację wojskową, jak to poniewczasie uczynić zamierzył. Rząd Narodowy

145

bardzo sprawiedliwie osądził postępowanie płka R[aczkowskiego] z jego własnego raportu, tak pośpiesznie wysłanego do Warszawy. Otrzymał nie tylko dymisję jako dowódca dywizji mazowieckiej, ale co gorsza wykreślony został z wojsk polskich. Tak to nieraz jedna chwila obłędu, upadku ducha i najdzielniejszego człowieka ściąga na dół w motłoch uciekinierów sprawy narodowej. Rząd narodowy 263 dał płkowi R[aczkowskiemu] dymisję li tylko na podstawie przesłanego przez tegoż raportu. Wyprawa miała nastąpić w dniu 21 na 22 marca, a już 23 t. m. wysłał płk R[aczkowski] raport do Rządu drogą, którą mu poprzednio dla łatwiejszego skomunikowania się z Rządem wskazałem. Ze strony zaś organizacji zaboru pruskiego Rząd odebrał dopiero z dnia 31 marca datowane sprawozdanie. Prędzej raportować nie mogłem, aż nie nadeszły do Wydziału sprawozdania organizatora miejscowego, dowódcy nominalnego całej wyprawy majora L[ütticha] i wreszcie od innych władz narodowych. Zestawiam te daty dla odparcia już wtedy przez płka R[aczkowskiego] rozsiewanych domysłów, że otrzymał dymisję wskutek mego oczerniającego go raportu. Z porównania powyższych dat. wykazuje się po czyjej strome słuszność. Dodam jeszcze, że ja wyprawiałem me raporta z Poznania, i dopiero po odebraniu sprawozdań z prowincji, płk R[aczkowski] zaś widocznie na punkcie zboru już przygotowywał pismo swe do Rządu i był przy źródle ekspedycji naszej — w Bydgoszczy. Niedoszła wyprawa w Mazowieckie dała hasło do śmielszych knowań reakcji w Księstwie Poznańskim a po części i w Zachodnich Prusach, szczególniej przeciw zaprowadzonej organizacji wojennej. Przedsięwzięcia wojskowej natury chromiały i dlatego że w Wydziale Wyk[onawczym] nie było rzeczywistego or-

146

ganizatora fachowego, a działającego wedle przekonania. Z początku sądziłem, że znajdą kogoś z miejscowych odpowiedniego na to stanowisko, lecz prędko się opatrzyłem, że to nadaremne. Zacząłem więc szturmować do Rządu, który naznaczył po dłuższym szukaniu płka Ł[askiego] 264. Czekałem z niecierpliwością na niego, gdym znów odebrał niefortunną wiadomość, że przyaresztowany przez Austriaków. Organizacji wojskowej potrzeba z każdym dniem wzrastała, przywiedziony do ostateczności, zamierzyłem niewinne coup d'état urządzić. Poznałem przypadkowo porucznika K[uczewskiego]265 z Litwy, człowieka wymownego i po trochu blagiera. Bądąc całkiem nieznany w zaborze pruskim, odpowiadał w zupełności moim zamiarom. Posiadając blankiet od Rządu, zamianowałem go prowizorycznie organizatorem ogólnym, członkom zaś Wydziału, nie określając bliżej sposobu nominacji, przedstawiłem go jako organizatora naznaczonego przez Rząd. Cały Wydział równie niecierpliwie wyczekiwał tej nominacji i nader przychylnie przyjął K[uczewskiego], który w pierwszej chwili postawił się dobrze i olśnił wymową. Na posiedzeniu tedy z dnia 11 marca uchwalił jednogłośnie Wydział ,,organizację wojenno-polityczną" przedstawioną przez Kucz[ew266 skiego] . Tego tylko chciałem. Skoro władza wykonawcza głównie spoczywać będzie w ręku niezależnych i przeważnie wojskowych, wtedy spodziewać się można lepszych — jak dotąd z prac organizacyjnych — rezultatów. Przez organizatora głównego267 majora K[uczewskiego] zaprojektowana, przez Wydział jednogłośnie przyjęta — organizacja, całkiem wojenny zakrój mająca, wyborną była, że dwoistość władz zniosła i całą akcję oddała w ręce ludzi czynu. Ściśle zakreślonym

147

było, co wypada czynić cywilnym, a co wojskowym władzom. Sięgnęła do gruntu, bo zamierzyła wciągnąć w ruch powstańczy cały naród — przede wszystkim najniższe warstwy społeczeństwa — chłopów. Niestety za późno było, aby owoce wydała, przed pół rokiem było jeszcze na czasie, Z początku z zapałem przyjęta, bo trudy i niebezpieczeństwa zdjęte z obywateli, bo doświadczenie okazało, że dotychczasowa dwulicowa organizacja do niczego nie doprowadziła. Lecz zapał prędko ostygł, gdy z góry zaczęto wichrzyć, podejrzewając organizację wojenną o zamiary dalej sięgające, jak pomoc dawna powstańcza, gdy przekonywano się, że główna myśl skierowana na lud, do którego szlachta wszelki przystęp dotąd zatamować się starała. Strach ma wielkie oczy, a nagłe niebezpieczeństwo tchórzów doprowadza do rozpaczliwej odwagi. Reakcja dotąd pokątnie tylko ujadająca, chwiejna, bez planu — widząc się zaskoczoną przez widmo rzeczywistej rewolucji, zcszeregowała się i na wszystkich punktach rozpoczęła rozkładające działanie. Stąd instrukcje nr IX i X268 zaledwie tu i ówdzie wykonano, zaś instrukcję o sądach cywilnych (nr XII)269, zaledwie uchwaloną w Wydziale, niezwłocznie wycofnięto. Organizacja wojskowa szybko się rozwinęła, bo ludzi chętnych nigdy nie brakło, lecz spotykając się na każdym kroku ze systematycznym oporem, ze złą wolą a czasami z formalnym buntem nakazanym z góry, wkrótce rozchwiać się musiała. Wydziałowi w pierwszej chwili ani się spostrzegli jak wpadli w łapkę i że sobie sami spod nóg grunt usunęli. Oddawszy organizatorom wojewódzkim przeprowadzenie szczegółowe organizacji wojennej po powiatach. K[uczewski] za moją poradą sam się udał do Leodium po broń dla oddziałów kaliskich, interes dobrze załatwił, lecz z powrotem zachciało mu się zawadzić o Paryż, aby się tam pokazać w całej okazałości organizatora głównego na zabór pruski. Próżność ta naraziła go na wcale nieprzewidziane nieprzyjemności.

148

Przez uwięzienie płka Łaskiego 270, naznaczonego na organizatora w zaborze pruskim, znów spełzła nadzieja ujęcia sprawy wojskowej w ręce człowieka fachowego. Widząc sam nieporadność sekcji wojskowej Wydziału Wykonawczego, kierowanej przez cywilnych, oraz mając na względzie bliskość terminu do akcji, ze zbliżającą się wiosna, zanominowałem sam, posiadając odpowiedni blankiet od rządu, choćby tymczasowo organizatora ogólnego w osobie porucznika J. K[uczewskiego]. Posiadał jeden przymiot, który na chwilę zaimponował panom z Wydziału — był wymownym i ruchliwym. Zdolności wojskowych ocenić nie mogłem, bo się na tym nie znam. Skutek prześcignął oczekiwanie. Członkowie Wydziału, raz mniemając, że wprost od Rządu przysłany, potem wymową i porwaniem się jego blagierskim olśnieni, bez namysłu, jednogłośnie przyjęli tak nazwaną organizację wojskowo-policyjną. Szło o jak najszybsze przeprowadzenie tego rewolucyjnego dzieła, nim by się moszerdzieje opamiętali. Co się też w znacznej części zrobiło. Wady atoli K[uczewskiego] zbyt prędko wychodziły na jaw. Koniecznie chciał, abym go przedstawił Rządowi do stopnia pułkownikowskiego, nie mogłem tego uczynić i prosiłem Rząd, aby najwyżej majorem go zanominował. K[uczewski] atoli bez wszystkiego w pismach swych pułkownikiem tytułować się zaczął271. Gdy już organizatorowie wojewódzcy byli naznaczeni, gdy organizacja wojskowa zaczęła na dobre się krzewić, poradziłem K[uczewskiemu], aby sam udał się do Leodłum, i sam wybrał broń dla pułku. Chętnie chwycił się tego, boć to schlebiało pokazać się za granicą tak wielkim dygnitarzem. Interes broni załatwił dobrze. Ale niepotrzebnie zawadził o Paryż, gdzie sekcja III Wydziału Wojny gospodarzyła absolutnie. Bez wiedzy rządu, bez porozumienia się ze mną, zamianowano tam organizatorem na zabór pruski J[ana] D[ziałyńskiego]. — Dwóch tedy pojawiło się papieży! Nadzwyczajny komisarz dymisjonował K[uczewskiego]272, któremu na dobitek odebrano podstępem papeiry w Dreźnie. Oparłem się tak arbitralnemu postępowaniu i wymówiłem sobie raz na zawsze wtrącanie się władz paryskich do

149

zaboru pruskiego. K[uczewskiemu] atoli poradziłem po załatwieniu tej sprawy, aby dobrowolnie podał się do dymisji, bo dobro sprawy wymaga popierać wybór J. D[ziałyńskiego] na organizatora, skoro tylko go rząd zatwierdzi. K[uczewski] po chwilowym wahaniu się ustąpił. Jedną zasługę ma, mimo wad i nieudolności na tak ważne stanowisko, że wprowadził pierwszy organizację wojskową, która o kilka miesięcy pierwej nieobrachowane byłaby przyniosła dla powstania korzyści. Zastąpił go jako zastępca organizatora — major Gross 273. W tym czasie forytował agent wojenny w Paryżu274 D[ziałyńskiego] J[ana] na stanowisko, które K[uczewski] chwilowo zajmował, a nawet nie czekając decyzji Rządu na organizatora głównego zamianował. Dowiedziawszy się o K[uczewskim], usunąć go przy pomocy komisarza nadzwyczajnego postanowił. P[rzybylski], nie porozumiawszy się ze mną poprzednio i nie rozpatrzywszy rzeczy, bez wszystkiego zawiesił w urzędzie mego nominata. Wiedząc jak daleko sięga władza komisarza nadzwyczajnego, energicznie wystąpiłem przeciw podobnym nadużyciom i zaprzeczyłem mu prawa do podobnego kroku, chociaż bardzo chętnie widziałbym D[ziałyńskiego] J[ana] na stanowisku organizatora w zaborze pruskim. W instrukcji z dnia 7 grudnia 1863 r., danej przez Rząd komisarzowi nadzwyczajnemu, określoną jest czynność jego w zaborze pruskim, jak następuje: „Zawezwiecie komisarza pełnom., aby w powierzonej wam czynności posłużył za przewodnika; z nim wspólnie zarządzicie ogólną inspekcję i Rządowi Narodowemu szczegółowe przedłożycie sprawozdanie z robót organizacyjnych i materiału powstańczego, szczególniejszą zwracając uwagę na: 1. zbiór aktów komitetu od samego początku zacząwszy; 2. skontrolowanie sum wydanych dotąd na rzecz powstania i sum pozostających do dyspozycji; 3. organiza-

150

cję narodową, jej znaczenie i ważność; 4. urządzenie regularne] komunikacji z Warszawą; 5. czynności agentów broni. Na ten punkt wraz z komisarzem pełn. przede wszystkim nastawać macie i sporządzić spis broni wprowadzonej do kraju, jako i tej, którą rząd pruski skonfiskował, donosząc zarazem, azali jest jeszcze możebnym przez Prusy broń wprowadzać i pod jakimi warunkami. Troskliwie zajmiecie się wytknięciem dróg i ułatwieniem ekspedycji przez zamianowanie obrotnych agentów i postaracie się o dostawców dla województwa augustowskiego i pogranicza Litwy, które w broń i przybory wojskowe tylko z Prus zaopatrywać się mogą. 6. Nie przesądzając przyczyny faktem jest, że Rząd Narodowy nie posiada dokładnych wiadomości, co w zaborze pruskim dotąd na rzecz powstania uczyniono, dlatego przy pomocy komisarza pełnomocnego zbierzecie wszelkie dane i Rządowi je zaraportujecie. 7. Porozumiecie się z komisarzem pełnomocnym w celu przedstawienia Rządowi Narodowemu kandydatów na agentów policji tajnej w Berlinie, Bydgoszczy i Aleksandrowie, a tymczasem wygotujecie im instrukcje, regulujące drogi, za pomocą których z Wydziałem Policji w Warszawie znosić się mają. 8. Przedstawicie kandydata na tajnego agenta w Poznaniu, któremu Wydział Policji instrukcje nadeśle itd." 275 Komisarz nadzwyczajny przed swym przebyciem wysłał do Poznania pomocnika P[oznańskiego]276, do skontrolowania kas zaboru pruskiego. Poczciwy towiańczyk zapomniał, po co był przysłany, a wziął się do propagandy, która zamiast braterstwa i zgody, niechęci i złe namiętności roznieciła. Wydarzył się w tym czasie pierwszy objaw buntu — i to ze strony naczelnika miasta Poznania. Naczelnik miasta S[ypniewski?]277 od dawna zany z kilkoma członkami Wydziału, próbował podkozwią-

151

pywać stanowisko komisarza pełnomocnego, który posiadał własną policję, złożoną z kilku zaufanych ludzi, donoszących mi nie tylko o zamiarach policji pruskiej, lecz niemniej o czynnościach ważniejszych członków organizacji, a w ogóle o usposobieniu ludności. Podbechtywany przez członków Wydziału, bez samoistnego charakteru, dotknięty rodzajem kołowacizny umysłowej, naczelnik miasta nareszcie wystąpił jawnie przeciw komisarzowi pełnomocnemu, zakazując pieczçtarzowi wyrobu kilku pieczątek, którem nakazał jak najśpieszniej wygotować. Dowiedziawszy się o tym buncie, udałem się sam cło naczelnika miasta, zażądałem wytłumaczenia się, a gdy to nie nastąpiło, zawiesiłem go w urzędowaniu, rozkazując, aby niezwłocznie zdał służbę czasowo naznaczonemu przeze mnie zastępcy. Protokół dla skonstatowania faktu278 spisał zastępca komisarza pełnomocnego, aby członkom Wydziału przedstawić prawne powody zasuspendowania naczelnika miasta. Panowie z Wydziału próbowali oporu, boć żal im było postradać własną kreaturę. Ponieważ wkrótce potem przybył do Poznania komisarz nadzwyczajny P[rzybylski], pokusił się wykonać coup d'état, co niestety skończyło się nader ucieszną sceną. Po posiedzeniu, na którym znajdował się P[rzybylski], wpadł naraz do pokoju były naczelnik miasta i stanąwszy przed komisarzem nadzwyczajnym w dramatycznej pozie, przypominającej żywo posła Suchodolskiego z czteroletniego sejmu279, lamentującym głosem zaczął zawodzić skargi na mnie, zaklinając P[rzybylskiego], aby natychmiast mnie usunął, inaczej — Ojczyzna zginąć musi. Komisarz nadzwyczajny cierpliwie wysłuchawszy tę jeremiadę, oświadczył, że pan S[ypniewski?] bardzo niewłaściwie sobie postąpił, wchodząc bez pozwolenia w miejsce, gdzie się posiedzenie odbywało i wskazał właściwą drogę do zażaleń do Rządu Narodowego. Spostrzegłszy, że zrobili fiasko, panowie z Wydziału wyprowadzili byłego naczelnika jak niepysznego — za drzwi. W pierwszej chwili, mając dwóch ludzi z mej policji pod ręką, chciałem natychmiast przyaresztować pana S[ypniewskiego?] i osadzić w bezpiecznym miejscu na jaki tydzień, lecz przekonany przez komisarza nadzwyczaj-

152

nego, zaniechałem tego zamiaru, czego do dziś żałuję, bo pan S[ypniewski?] w kilka dni potem, powtórzył w miejscu prywatnym, w obecności kilku członków organizacji z prowincji przybyłych — podobną scenę. Uważając go za wariata, poradziłem zimne okłady na głowę. Rada widać poskutkowała, odtąd bowiem kochany wartogłów — przycichł. Nakazałem przez mego agenta pieczętarzowi przygotować dla organizatorów wojskowych maluczkie pieczątki w kształcie guzików. Naczelnik miasta ni stąd, ni zowąd zakazał roboty nawet wtedy, gdy wyraźne wprost ode mnie otrzymał upewnienie, że ja a nie kto inny pieczątki zamówił. Zuchwalstwo takie wymagało przykładnej kary, zwłaszcza że to nie pierwszy raz pokazywał naczelnik miasta taką złą wolę. Wysłałem mu przez moich dwóch ludzi suspendowanie w urzędzie i rozkaz, aby niezwłocznie zdał służbę czasowo zamianowanemu następcy. W razie oporu nakazałem użyć gwałtu. Wystarczyła pogróżka. Naczelnik miasta uległ konieczności, ale czując się wolnym, oddał się w opiekę Wydziału. Chciano go koniecznie przy urzędzie utrzymać, ja nie tylko przy zawieszeniu w funkcji pozostałem, ale jeszcze zażądałem sądu na występek naczelnika miasta. Gdy tedy pojawił się -ów pomocnik komisarza nadzwyczajnego 280, wydziałowi przedstawili mu sprawę z naczelnikiem miasta w najczarniejszych kolorach. Poczciwy towiańczyk przybiega do mnie zaklinając, aby dla miłości bliźniego zapomnieć, wybaczyć i — na urzędzie naczelnika miasta pozostawić. Grzecznie ale stanowczo zganiłem pośrednikowi nieproszonemu jego postępowanie, radząc, aby lepiej nie mieszał się do rzeczy, które doń nie należą, a patrzał tego, po co go tu przysłano. Mimo towiańskiego namaszczenia i pobłażliwości, wziął sobie bardzo do serca słowa prawdy i rozgniewany pojechał naprzeciw komisarza nadzwyczajnego281, lecz nieba-

153

wem wrócił, przywożąc wydziałowym tę błogą wiadomość, że dni mojego komisarstwa policzone. Już przed tym objeżdżałem trzy województwa Księstwa, aby popychać rozwój organizacji wojennej i formację batalionów kaliskich. Teraz udałem się w Prusy Zachodnie, gdzie naznaczona na dniu 28 marca wyprawa w Płockie spełzła na niczym. Organizatorem naznaczono na woj. chełmińskie i pomorskie rotmistrza B[udziszewskiego] 282, który wśród burzącej się reakcji z rozbitków niedoszłej wyprawy, na nowo miał formować oddziały. Była to praca Syzyfa. Już kilkakrotnie wypowiedziałem i tu jeszcze raz powtarzam, że Prusy Zachodnie, a w szczególności woj. chełmińskie, od samego początku aż do ostatniej godziny powstania, odznaczały się przed całym zaborem pruskim — ofiarnością, wytrwaniem i zapałem. Toteż zdawało się, że przez zimę przygotowująca się wyprawa, przejdzie wszelkie oczekiwania. Naczelnik woj. chełmińskiego „Budrys", jedyny może w zaborze człowiek, który wszystko dla powstania gotów był poświęcić, a przy tym posiadający dar organizacyjny niezrównany, połączony wedle potrzeby to z energią zuchwałą, to z przebiegłą ostrożnością, przygotował broń i przybory wojenne na wielką skalę. Odezwałem się 283 do komisarza Rządu w Dreźnie 284, aby co rychlej wysłał w zabór pruski kilku zdolnych oficerów, zwłaszcza dla formujących się oddziałów w Prusach Zachodnich. Niezwłocznie przybył pułkownik E[dmund] C[allier] i mimo doznanych wprzódy przykrości, z zapałem a energią podjął się wyprawy w Płockie. Przedstawiłem Rządowi, iż dobrze by było, tak chętnego a rzadkiego oficera naznaczyć naczelnikiem wojennym woj. płockiego, w miejsce zamianowanego majora O[lszewskiego] 285, który wedle zebranych wiadomości na miejscu, przez moich agentów, nie dorów-

154

nywał w tym względzie płkowi C[allierowi]. Rząd wszelako propozycją moją odrzucił. Skoro tedy przybył tak dzielny oficer jak płk C [allier] w lutym do Prus Zachodnich, jako dowódca wyprawy w Płockie, formacja ograniczywszy się teraz głównie na zebraniu i rozlokowaniu ochotników, szybko ukończoną została tak, że już 21 marca 1200 ludzi kompletnie uzbrojonych mogło wyruszyć w pole. Organizacja cywilna zobowiązaną była li do przystawienia gotowej broni i rekwizytów na oznaczone przez wojskowych punkta, — ochotnikami zaś oficerowie sami jako organizatorowie cząstkowi rozrządzali wedle zapadłego na radzie wojennej planu. Gdy się dowiedziała pewna maluczka klika, że C [allier] rzeczywiście chce 21 marca wkroczyć do Płockiego, przelękła się okropnie i koniecznie ruch ten zbrojny sparaliżować postanowiła. Podjudzono tedy kilku referentów powiatowych, aby oświadczyli, że proch się popsuł, ładunki nie gotowe, broni tak szybko na oznaczone miejsca przewieźć niepodobna, dlatego proszą o tydzień przynajmniej zwłoki. — C[allier] nie przeczuwając podstępu, choć niechętnie, odroczył wyjście na noc z 28 na 29 marca. Czas ten wystarczył, aby zamysły zdradzieckie kilku niekczemników dojrzały. — Agenta rozwożącego broń użyto za główne narzędzie. M[aćkowski] 286, młody chłopak, — wielce się zasłużył sprawie przez nieprzerwane a szczęśliwa przewożenie broni. Trudnił się tym rzemiosłem prawie od roku, ani razu przez Prusaków nie złapany. Powodzenie wbiło go -v końcu w dumę, z której klika owa skorzystać umiała. Uroiwszy sobie, że na coś lepszego zdać się może, jak na agenta broni, chętnie dał ucho podszeptom poważnych sensatów, przed których rozumem, znaczeniem i stanowiskiem nie tylko on bił czołem. Podmówiony rozkazów danych mu co do przystawienia broni w

155

punkta zboru nie wykonał, naczelnika swego okłamał, a wreszcie zniknął. M[aćkowski] pobierał pensję z kasy narodowej i jeszcze za mego komisarstwa w Prusach Zachodnich otrzymał surową instrukcję, — że za najlżejsze uchybienie wedle praw wojennych karanym będzie. Za to, co teraz zrobił, zasłużył na śmierć, która by go niechybnie była spotkała, gdyby nie wzgląd na rzeczywiste zasługi oddane powstaniu, na wiek młodociany i ograniczoność umysłową, [co] wszystko razem zniewoliło mnie później do zaniechania sądów na niego, zwłaszcza że i czasy nie były po temu, aby za podobne występki sprawiedliwość wymierzać. M[aćkowski] był ślepym narzędziem reakcji, na karę zasłużyli moralni sprawcy jego występku — a przede wszystkim K[owalski]287 z Lubawskiego, który w tej, jak i w innych kabałach, rej wodził. Człowiek nieokrzesany, pyszałek a ciasnej głowy, — z początku garnął się do pracy powstańczej, bo tym sposobem wydobył się na wierzch z nicości i stanął menerem w powiecie. Przez jego ręce szło dużo broni w Płockie, za przemycanie przez granicę wydawał szalone sumy, a gdy zażądano rachunków, zwykle wyrachować się nie mógł, a w końcu wprost odmówił wyrachowania się z powierzonej sumy — około 1000 tal. Nie posądzam K[owalskiego] wcale o nadużycie, ale o nieporządek i lekkomyślne szafowanie pieniędzmi narodowymi. Był to jedyny w Zachodnich Prusach wypadek, że członek organizacji i to obywatel possesionatus, i choć nie bene to przynajmniej legaliter natus, za niewyrachowanie się ze sum mu powierzonych z organizacji wykluczony został. Gdy B[udrys] jako wojewódzki wykonawcą i przestrzegaczem był tej uchwały, powziął doń banita zaciekła nienawiść i spoza węgła wszędzie mu szkodzić usiłował. B[udrys] ojciec dzieciom, zawikłany przez ofiary dla powstania majątkowo, du-

156

sza całego województwa chełmińskiego, dotknięty przez takiego nikczemnika na honorze, proponuje pojedynek, jedynie rozsądny w owych czasach. — Obaj mają wyjść z oddziałami w Płockie i wspołszarżę na nieprzyjaciela w pierwszej potyczce. B[udrys] się stawił, K[owalski], choć kawaler (prawda stary), bez rodziny, bez obowiązków, zużyty, wolał niecnymi intrygami zniszczyć całą wyprawę w Płockie, aniżeli stawić się do tak chlubnego pojedynku. Co więcej w tym czasie rozgorzał satyra miłością do młodziutkiej niewinnej pensjonarki, i to złożył u nóg bogdanki — trofea swoje. — Bez upiększeń przedstawiłem nagą prawdę, ale i bez uprzedzeń osobistych, z K[owalskim] bowiem prócz urzędowych stosunków, żadnych innych nie miałem, ani nie podałem mu sposobności do przyjaźni lub nienawiści. Uważając go atoli jako głównego sprawcę nieudanej się wyprawy w Płockie, zmuszony byłem napiętnować go, jak na to zasłużył. — Płk C[allier] zamierzał wyruszyć czterema kompaniami. Pierwsza toruńska, pod dowództwem J[asińskiego], którego atoli przed wyprawą Prusacy przyaresztowali. Na jego miejsce naznaczony B[ednarski] 288 stchórzył, a napiwszy się na fantazję, obóz opuścił. Za to łajdactwo kazałem następcy C[alliera] majorowi B[udziszewskiemu] ująć B[ednarskiego] i sąd nań złożyć. Poczęto go ścigać, lecz szlachta dowiedziawszy się, o co idzie, sama tak pożytecznego im człowieka chroniąc, za granicę wysłała. Druga kompania — brodnicka, pod K[ossakowskim] 289 przedostała się szczęśliwie w powiat prasnyski, lecz na samym wstępie zmuszona do bitwy, przez Moskali zniesioną została. Trzecia kompania, środkowa, miała przejść na czele z Ca[llierem] — po aresztowaniu go przez Prusaków rozeszła się do domu. Kiedy na trzy dni przed wyjściem organizator powiatu lubawskiego rozkazał broń przeznaczoną dla

157

swej kompanii ruszyć i ku miejscu zbornemu posunąć, obywatele stawili opór, nie chcąc broni u nich złożonej ani wydać, ani dalej ekspediować. Pachniało to otwartym buntem. Cal [lier] zawiadomiony pośpieszył na miejsce i jakoś trafił tym panom do przekonania, że spokornieli i nieprawnie zatrzymaną własność publiczną wydali komu należało. Wróciwszy na stanowisko, zastał nowe kłopoty wskutek przeniewierstwa agenta broni M[aćkowskiego], o którym wyżej wzmiankowaliśmy. Całą dobę w poszukiwaniach za przechowaną bronią C[allier] wymykał się szczęśliwie tropiącym go Prusakom. Nadaremne usiłowania. Ani broni nie odszukał, ani zbierającego się ochotnika do boju poprowadzić nie mógł. — Drugiej nocy aż w powiecie lubawskim w sąsiedztwie siedziby pana K[owalskiego] obsadzony przez wojsko pruskie dostał się do więzienia wraz z wiernymi towarzyszami. — Prowadzone później przez B[udziszewskiego] w tej sprawie śledztwo wykryło ważne poszlaki, iż po prostu zadenuncjowano Prusakom o całej wyprawie. Gdy atoli papiery, które posiadam, faktycznych dowodów nie zawierają, wolę rzucić zasłonę, aby rozdarłszy ją, nie spotkać się twarzą w twarz z nikczemną zdradą. Zamknijmy oczy i powiedzmy sobie: ot! fatum! allah kerim! Czwarta kompania: lubawska, w komplecie zebrana i uzbrojona, przed wkroczeniem w Płockie straciła swych dowódców: Piotra Cz[arlińskiego] 290, który rzeczywiście ciężko zaniemógł i O[lszewskiego], który specyficznie niemieckiej dostał choroby: Kanonenfieber. Ścigana przez Prusaków, niebawem po przekroczeniu granicy przez Moskwę rozbitą została. Kompania ta zasługuje na szczególną wzmiankę, dlatego że przeważnie składała się z Kaszubów od Gdańska. Któż by był pomyślał, że w cząstce tej, o której istnieniu może i niejeden nie wie wcale, uważanej za straconą,

158

tak gorące biją serca polskie. Wybrało się do 200 chłopa z tamtych stron, a idąc od wybrzeża Bałtyku ku granicy województwa Płockiego na drogę nie przyjęli ani złamanego szeląga żołdu, ani innej pomocy. Za najem nie idziemy się bić, mówili, za braci naszych, dajcie nam broń na Moskala, o resztę się nie kłopoczcie. I szli piechotą, podwód nie przyjmując, wśród zimy, własnym kosztem, z oczyma wytężonymi w stronę, skąd dusza ich zdawała się słyszeć jęki knutowanych współbraci, chwycili za broń, przeszli granicę, padli pod obuchem przemocy. Może myślicie, że rozpierzchli się i pobiegli chyżo do domu? — Nie, mimo perswazji naszych mężów stanu i dyplomatów powiatowych stali na pograniczu gotowi na apel. — Dopiero gdy później i starszyzna wojskowa powiedziała im, że wszystko stracone, ze łzą w oku powlekli się znów o własnych środkach do domu. I któż to są ci bohatyrowie, przed którymi każdy z nas czołem uderzy? Ot! biedny chłop-kaszuba, pośmiewisko obcym i własnym rodakom! Tak więc spełzł ostatni zakus zbrojny w zaborze pruskim, o którym płk Cal[lier] w swym dziełku Trzy chwile dosadnie się wyraża: ,,Jeden major rzeczywiście zachorował, drugi oczekiwał dnia wystąpienia, aby przekonać się ostatecznie o swej chorobie, trzeci upił się jak nieboskie stworzenie, a mnie syn obywatelski, za przewózkę broni płatny, zostawił bez niej w chwili, gdy swoich ludzi uzbroić miałem" 291. Z naszej strony dodalibyśmy jeszcze dla wypełnienia obrazu: całą zaś wyprawę, owoc kilkomiesięcznych wysiłków całych Prus Zachodnich, zniweczyła szajka tchórzów, jaśniewielmożnych kajdaniarzy, którym przewodził sławetny K[owalski], chcący coûte que coûte starokawalerskie trofea złożyć na ołtarzu prawowitego hymenu,

159

choćby przyszło dobić się do tego szczęścia — szelmostwem. Dii bene vertant! Zarządziwszy co najpotrzebniejsze w Prusach Zachodnich, pośpieszyłem do Poznania. Przybył nareszcie i komisarz nadzwyczajny292. Na posiedzeniu z 28 kwietnia członkowie Wydziału składali szczegółowe sprawozdania z swych sekcji, po czym wszczęły się gorące rozprawy. Na zapytanie jednego z członków, co Rząd Narodowy w obecnym stanie dalej zamyśla robić, komisarz nadzwyczajny w gorącej przemowie, najprzód wyraził zdziwienie nad podobną interpelacją. Rząd powstańczy nic innego robić nie może, tylko poruszyć w narodzie wszystkie żywioły i pchnąć je do jednego celu — do powstania, do walki z wrogiem na śmierć lub życie, w tym kierunku działa, wszystkie władze narodowe idą za nim, żywi przekonanie niezłomne, że i Wydział zaboru pruskiego, zaniechawszy sprzeczek w własnym gronie, nie pozostanie w tyle, ale i nadal jak dotąd, czynem powstanie popierać będzie. W ciągu tych rozpraw, jeden z członków odezwał się z czczym frazesem, że zabór pruski nie cofa się przed ofiarami, lecz w obecnym położeniu rzeczą najwłaściwszą stanie na stanowisku z nabitą bronią, gdzie czekać będzie na dobrą sposobność. Zapytałem, jakaż to będzie ta dobra okazja? czy może np. gdy nieprzyjaciel zbliży się na odległość strzału? a nuż wcale się nie pokaże? co wtedy? Mimo to większością 4 przeciw l Wydział uchwalił: przygotowywać wszystko do wyprawienia oddziałów, nie oznaczywszy jednak terminu ich wyjścia. W dyplomatycznym słownictwie nazywa się to — zbrojna neutralność. Z przekonania osobistego293 pilnie przestrzegałem, aby z władzy a powagi Rządu Narodowego nic się nie uroniło. Wyznaję, że wstrętną mi była wzmagająca się

160

liczba dygnitarzy zagranicznych. Niestety sam Rząd dawał w tym względzie gorszący przykład. Jeśli kto był poszlakowany przez Moskwę, albo wydawał się niebezpiecznym Rządowi Narodowemu, natychmiast wysyłano go w senatory — za granicę. Stąd powstali nadzwyczajni komisarze, organizatorowie jeneralni, agentury wojskowe i dyplomatyczne, naczelnicy województw przesiadujący za granica, a wszyscy wydający siarczyste rozkazy do kraju i urzędujący w najlepsze — choćby o sto mil od teatru wojny. Sam tego doświadczyłem niejednokrotnie, gdym otrzymywał wezwania, ba! nawet rozkazy od tych władz za granicą całkiem sprzeczne z instrukcjami odebranymi od Rządu. Zwracałem wiec w kilku raportach uwagę Rządu na tę sprawę, a przede wszystkim ostrzegałem przed niebezpieczeństwem możliwego sformowania się niby — filii Rządu Narodowego za granicą. Z tą myślą nosił się niejeden, choć nie był wcale stronnikiem jenerała Mierosławskiego. Proponowałem nawet Rządowi, aby krom niezbędnych kilkunastu ludzi potrzebnych za granicą, np. do zakupna i transportu wojennego materiału, wszystkich innych zawezwać przynajmniej, aby w zaborze austriackim i pruskim przebywali, dopomagając w robotach miejscowych. Rząd niesłusznie dał mi cierpką odprawę, słusznie zaś żądał ode mnie dowodów na potwierdzenie mych obaw i podejrzeń. Niestety! zbyt wiele miałem do czynienia u siebie, temu nawet nie wydołałem, trudno więc było udawać mi się za granicę dla zbierania niezbitych dowodów. Zamilkłem więc, warując sobie, aby przynajmniej w zaborze pruskim władze zagraniczne nie mieszały się do prac prowadzonych, i tak później nawet wymogłem na rządzie przy nominacji J. D[ziałyńskiego] na organizatora ogólnego w zaborze, że będzie urzędował w miejscu, albo postawi swego alter ego, jeśli w zaborze pruskim oprzeć się nie będzie mógł 294. W końcu zawezwał komisarz nadzwyczajny, aby Wydział krom prezesa wybrał jeszcze jednego członka na zjazd notablów do Drezna, gdzie ostatecznie zakrój organizacji wedle chwilowego położenia zadecydować

161

miano, oraz, ażeby wszystkie rachunki i dokumenta jakie są, do Izby Obrachunkowej w Paryżu jak najśpieszniej wysłano. — Potrzeba urządzenia w Poznaniu policji narodowej była niezbędną. Miejscowi całkiem do tego nie byli zdatni, przywykli od maleńkości do jawnego, legalnego postępowania. Trzeba było urządzić policję z kilku agentów co najsprytniejszych, którzy by wszędzie wcisnąć się potrafili. Taka kontrmina przeciw machinacjom osławionego Bärensprunga była konieczna, komisarz nadzwyczajny polecił mi szybkie wprowadzenie w życie tej instytucji, obiecując przysłać mi dwóch znamienitych członków ze Straży Bezpieczeństwa warszawskiej. Przedstawiłem na posiedzeniu z 4 maja te sprawę Wydziałowi i zażądałem wyasygnowania na ten cel z kasy 1000 tal.295 Wydział, wystraszywszy się tak srogiej instytucji, ani słuchać nie chciał o niej i asygnowania pieniędzy odmówił. Wtedy namówiłem komisarza nadzwyczajnego, aby wprost na mocy prawa mu przysługującego zażądał tej sumy dla siebie, co też uczynił. Lecz wydziałowi wzięli na kieł, prosili o wyjaśnienie, na jaki cel pieniądze te użyte będą. Komisarz nadzwyczajny oświadczył, że wprawdzie nie jest obowiązany się tłumaczyć, trzymając się litery prawa, gdzie atoli idzie o dobro sprawy i o bratnią zgodę, tam on chętnie poświęca formę, więc nie tai, że te 1000 tal. mają być użyte na utworzenie tajnej policji w Poznaniu. Na tak gentelmenowskie postępowanie odpowiedział Wydział sucho, że pieniędzy na policję nie da. Podobny krok dawał do myślenia, był to pierwszy jawny opór woli Rządu, pierwsza próba buntu, za którą niebawem nastąpiły jawne odstępstwo i zdrada. W tej chwili popełniłem błąd nie do przebaczenia. — Należało raz skończyć robaczywa rolę dyplomatyzowania i paktowania, sposobność sama się nastręczyła: było rozpędzić Wydział na cztery wiatry, urządzonej

162

już organizacji wojenno-policyjnej na prowincji oddać zupełną władzę. Wtedy chociażby się było z czasem okazało, że powstanie niepowrotnie upadło, rozwiązałaby się organizacja w sposób uczciwy i z honorem, uniknęłoby się niezgody, podstępów i nikczemnych sposobików deptania po upadłych. Nie stanąłem na wysokości położenia rzeczy, danej chwili nie umiałem wyzyskać — wkrótce też poniosłem zasłużoną karę: w miesiąc wydziałowi przywłaszczyli sobie całkowitą władzę, organizację wojenną rozbili, ogólną zaszczepili nieufność i podjudzanie jednych na drugich, na ostatku mnie zbałamuconej opinii na pastwę oddali. — Jak się wyżej powiedziało, za pierwszym objawem buntu nastąpiły inne. Rząd Narodowy osobnym pismem nakazał Wydziałowi wypłatę kilkuset talarów na wydobycie 1500 karabinów, procesowanych w Gdańsku. Wydział oparł się tak kategorycznemu rozporządzeniu, żądając po impertynencku wprzódy przedłożenia sobie wyroku sądowego w sprawie tej już zapadłego. Panowie z Wydziału296 pierwszy raz stawili opór wprost rozporządzeniom Rządu Narodowego, w sprawie zaliczki na przyaresztowaną broń mazowiecką, uczynili to w mej nieobecności na posiedzeniu 30 Wydziału 297. Nie mogąc wydostać w uczciwy sposób pieniędzy na urządzenie policji, z odrazą byłem zmuszony po raz pierwszy chwycić się podstępów, żądając większych sum na wydatki służbowe. Urządziłem tedy policję z pięciu ludzi w Poznaniu i jednego agenta miałem w Bydgoszczy. Przez te kilka tygodni co istniała ta tajna policja, już wiele stosunkowo zrobiła. Wiedziałem o wszystkich knowaniach reakcji z jednej strony, a z drugiej o podrzędniejszych zamiarach policji pruskiej, jak np. o rewizjach. Ja sam zawdzięczam tym moim agentom, że dwukrotnie wymknąłem się z łapki, zastawionej na mnie przez Bärensprunga, raz na ulicy,

163

drugi raz w Hotelu Krakowskim, dokąd szpieg pruski aż do drzwi pokoju, do którego wszedłem, mnie odprowadził. W ten sposób kilku innych uniknęło więzienia. — W połowie tedy maja odbył się wielki zjazd najznamienitszych członków organizacji, przebywających za granicą, że tylko wymienię: jenerałów: B[osaka], K[ruka], R[óżyckiego], ks. S[apiehę], W[acława] P[rzybylskiego], J[ózefa] J[anowskiego], Bfiernawskiego], D[ziałyńskiego] jako desygnowanego organizatora na zabór pruski, O[hłapowskiego] jako delegata Wydziału itd. itd.298 Pokazało się wtedy, jak olbrzymie w narodzie wśród takich katastrof jak powstanie dokonywają się przemiany, jak szybko po sobie następują wypadki i położenia, różniące się od siebie całkiem co do istoty i znaczenia. Co wczoraj było na porządku dziennym, dziś jest bez treści, a jutro należeć będzie do rupieci archeologicznej, co przed chwilą stawało się koniecznością, obecnie wyradzało się w nonsens i szaleństwo. A stąd dalszym wynikiem, że jeśli w czasach powszednich emigrowanie jest dla kraju nieszczęściem, w chwilach przewrotu politycznego zejście choćby czasowe ze stanowiska, opuszczenie areny zapasów z wrogiem w zamiarze przygotowania się za granicą do nowej walki — staje się dla sprawy niepowetowaną klęską. Na owym zjeździe drezdeńskim okazało się, że ludzie najzacniejsi, najdzielniejsi, którzy zaledwie przed kilku tygodniami kraj opuścili, już ówczesnego zwrotu sprawy pojąć nie byli w stanie. Cóż dopiero mówić o tych, co na miesiące liczyli pobyt swój za granicą albo nawet na lata! We wszystkich zgromadzeniach i naradach dominowała złudna myśl rozpoczęcia na nowo powstania itd. wedle gigantycznych projektów. Na papierze ćmiło się od kroćset tysięcy ochotnika, gdzieś się obrócił, odbijały ci się o uszy korpusy,

164

dywizje, pospolite ruszenie, wyprawy lądem i morzem itd. itd. Ból niewysłowiony pognębił mą duszę, wiedząc co się dzieje w kraju, a patrząc na zamysły kwintesencji z organizacji narodowej za granicą, straciłem ostatni promyk nadziei, ażeby powstanie jeszcze wskrzesić można. Wedle planów drezdeńskich, zabór pruski miał się stać deską zbawienia dla powstania. D[ziałyński], przez władze narodowe za granicą przebywające na organizatora zaboru kreowany, rozwinął cały szereg pomysłów, wedle których Polskę zbawić należało. Uwielbiać trzeba było poświęcenie tego białego kruka wśród strupieszałej magnaterii naszej, czcić gorącą wiarę i zaufanie w pomyślność powstania, a przecież boleć należało nad zupełnym niezrozumieniem sytuacji w zaborze pruskim. Sądził, że wszyscy, jak to w początkach było, tchną najlepszym duchem i jak dawniej tak i teraz pójdą za jego głosem. Lecz zapomniał, że już ongi oddziały powstawały raczej wysiłkiem jednostek, aniżeli współudziałem ogółu, a cóż dopiero dzisiaj myśleć o pospolitym ruszeniu z zaboru pruskiego na pomoc braciom gniecionym przez Moskwę! Pod jenerałem Kr[ukiem] zadecydował zarządzić wyprawę na Żmudź z Prus Wschodnich, Poznańskie i Prusy Zachodnie podzielił na istną szachownicę, skąd wzdłuż całego pogranicza ze zaborem moskiewskim jeden oddział za drugim bez przerwy wychodzić miały, tak zupełnie, jakby ani jednego żołnierza pruskiego nie było. D[ziałyński] nie był zamianowany stanowczo przez Rząd organizatorem, w ostatnim reskrypcie z dnia 30 kwietnia, który przywiozłem z sobą do Drezna, najdowodniej się to pokazuje299. Później to nastąpiło na moje przedstawienie, ale tylko pod tym warunkiem, że organizator główny w zaborze, a nie za granicą, przebywać będzie.

165

Mimo to, nie chcąc wszczynać bezużytecznych sporów, reskryptu owego nikomu nie pokazałem i z D[ziałyńskim] jako z organizatorem zaboru traktowałem. Wręczyłem mu potrzebne dokumenta i papiery śledztwa w sprawie wyprawy mazowieckiej, prosząc o rychłe złożenie sądu w tej tak piekącej kwestii. Przy obradach nad zaborem pruskim występowałem sam jeden przeciw projektowanemu „Statutowi organicznemu", nie dlatego żeby był zły, ale że nie na czasie. Takiej ustawy potrzeba było w początkach, gdy powstanie chcąc nie chcąc wszyscy popierali. Teraz, gdy zapał ostygł, ludzie przekonania po więzieniach lub za granicą, a wsteczne żywioły proces fermentacyjnego rozkładu rozpoczęły, taka na wszystkie warstwy społeczeństwa obrachowana organizacja, większe jeszcze rozbestwienie reakcyjne i zaciekłość oporu wywołać musiała. Uwagi moje, perswazje były głosem wołającego na puszczy, bo wśród obradujących bogdaj czy nie sam jeden byłem, com do ostatniej chwili przed zjazdem stał na stanowisku, pozostawał w ciągłych stosunkach z Rządem i pogranicznymi województwami zaboru moskiewskiego, a wiedział dobrze, co się dzieje w Galicji — słowem, trzymając ręce na żywotnych arteriach powstania, miałem świadomość bolesnej prawdy, że życie ucieka niepowrotnie. Ulżyć było można konaniu przejednaniem i miłością; środki gwałtowne przyśpieszały koniecznie rozpasanie przedśmiertne ślepych namiętności i skon wszeteczny. Widząc, że słowa moje nie przekonają nikogo, a niejednego rozdrażniły, zamilkłem, poddając się woli wszystkich. Będący ze mną delegat Wydziału machiawełicznie potakiwał roztrząsanym projektom, raz po raz pro décorum skromne robiąc przedstawienia. Postępowanie to wyrachowane było, aby obradujących przekonać o uległości Wydziału, a w istocie, aby do głębi

166

poznać plany obradujących i wedle tego z powrotem urządzić kontrminy. — Spisano tedy ,,Ustawę organiczną", którą J. J[anowski], niedawno przybyły z Warszawy, w imieniu Rządu zatwierdził i Rządowi do ostatecznego zatwierdzenia przedstawił. Był to pleonasmus — tj. po polsku: dwa grzyby w barszcz. Albowiem jeśli J[anowski] miał prawo w imieniu Rządu zatwierdzać cośkolwiek, wtedy szkoda była drogiego czasu na przesyłkę papierów do Warszawy, a nawet zgubnym dla czczych formalności zwłóczyć robotę; jeżeli zaś sankcja Rządu była niezbędnie konieczną, wtedy zatwierdzanie z pierwszej ręki przez J[anowskiego] stawało się co najmniej zbytecznym. Ustawa ta organiczna 300 nigdy nie weszła w życie, a nawet sankcji Rządu nie otrzymała, bo go właściwie już nie było. Zwołane w maju 1864 roku wielkie zebranie do Drezna głównych dowódców i komisarzy uplanowało wiele rzeczy, które na niczym spełzły, bo w kraju już przygasło ognisko, a którego prądy elektryczne pobudzały kraj do nowych ofiar i zapasów. Bolesnym było patrzeć, jak ludzie zasłużeni, przed kilku nieraz miesiącami opuściwszy kraj, teraz zupełnie nie zrozumieli położenia sprawy i łudzili się różowymi nadziejami i projektowali nowe wyprawy, i uchwalali nowe radykalne zmiany. Do tych należał zacny J. D[ziałyński], który w tym czasie podjął się jeszcze dźwignąć powstanie, biorąc za podstawę działania zabór pruski. Stąd wynikła owa „Ustawa organiczna", najwyśmienitsza w świecie, gdyby był duch w narodzie i materiał taki, jak na początku powstania. W naradach nad tą „Ustawą" brałem udział ja i jeden z członków Wydziału T. Ch[łapowski] (a raczej zastępca członka). Bez ogródki przedstawiłem niemożliwość przeprowadzenia takiej organizacji przy ogólnym zwątpieniu, podsycanym umyślnie przez reakcję sięgającą aż do Wydziału. A szkoda, bo lepszej ustawy dla zaboru pruskiego wymyślić nie było podobna. Nie chciano mi wierzyć. T. Ch[łapowski] dyplomatycznie,

167

tylko przeciw niektórym występował paragrafom, zapewniając atoli, że przy pomocy obecnego Wydziału da się wiele zrobić. Odwołano się do Wydziału, aby Rządowi zakomunikował swoje uwagi nad ,,Ustawą", które też wypadły tak, że gdyby je Rząd przyjął, znów by unicestwiły całą projektowaną organizację. Do sankcji Rządu miał pozostać status quo. Lecz panowie z Wydziału potrafili otumanić komisarza nadzwyczajnego J[anowskiego], jen. K[ruka], a przede wszystkim quasi mianowanego organizatora głównego D[ziałyńskiego] i zatamowali, oczekując tej sankcji, wszelką działalność w zaborze. Tak najlepsze intencje i plany najzacniejszych ludzi użyte zostały przez kilku krętaczy dyplomatycznych za narzędzie nawet do rozbicia dotychczasowej zaledwie sklejonej organizacji. W Warszawie Rządu w rzeczywistości nie było, pojedyncze wydziały przetrzebione strasznie, zaledwie funkcjonowały, jedyny W[aszkowski] naczelnik miasta dokazywał cudów, utrzymywał niezmordowaną swą czynnością pozory silnego Rządu. J[anowski], któremu dobrze były znane powyższe okoliczności, wraz z P[rzybylskim] przemyśli wali. jaki by Rząd ze zbliżającą się akcją wedle owych gigantycznych planów zakreśloną tę nową fazę powstania zamanifestował. Zaproponowali mi, abym skoro zatwierdzenie „Ustawy organicznej" nadejdzie, rozgłosił, że wziąłem dymisję, cichaczem zaś udał się do Warszawy, gdzie B[osak] i M[ierosławski] także się stawić mieli, dla zasilenia a resp. zreformowania Rządu Narodowego. W przekonaniu, że akcja tak szumnie zapowiedziana do skutku nie przyjdzie, ani też żeby dogorywające powstanie na nowo się rozżarzyło: w dalszej konsekwencji działanie Rządu w dotychczasowym kierunku propagowania zbrojnej walki za bezskuteczne a nawet niemożliwe osądzić byłem zmuszony. Mimo to bez namysłu przystałem na zrobioną mi propozycję. Przybity, zgryziony, obdarty z wszelkich nadziei, chwyciłem się tej ostatniej deski

168

zbawienia, na której spodziewałem się drogą najkrótszą dostać na łono Abrahama!
Co mi tam! wszystko mi jedno, Czy dziś, czy jutro Porzucę tę ziemię biedną, I rzucę ciało — jak futro. Oh! bo jak w futrze, tak w ciele Dusza się nieraz spociła.

Oto słowami poety (Wasilewskiego)301 najlepiej odmalowany ówczesny stan mej duszy. Idąc do Warszawy, wiedziałem, że głowa nałożę wraz z towarzyszami. Consummatum est — w tym streszczała się nasza misja; chodziło tedy, aby jak najgodniej wywiązać się z tak zaszczytnego zadania. Dla uchylenia płonnych usiłowań, mających na celu wskrzeszenie powstania i umniejszenia cierpień a klęsk publicznych; dla wytrącenia nieprzyjacielowi po naszym upadku broni duchowej roznoszącej pożogę niezgody, odstępstwa, wzajemne nienawiści; dla wypowiedzenia ostatniej woli konającego powstania i przypomnienia Europie, że bez niepodległej Polski spokoju zażywać nie będzie: uważałem za konieczne, aby się sformował przedśmiertny Rząd Narodowy, manifestujący się jednym aktem uroczystym wobec całego świata. Pod hasłem: morituri te salutant należało narodowi przedstawić, że na dziś walki zbrojnej dłużej prowadzić z pożytkiem niepodobna. Dobrowolne zaś ustąpienie z placu bojów to ma za sobą, że zbliży do siebie, przejedna, zespoli ogniwem miłości powaśnioną dziatwę jednej matki, wystawi przez to trwałą tamę przeciw gwałtom i bezprawiu barbarzyńskiej dziczy caratu. W końcu wypadło rozporządzenie własnością publiczną, której Rząd Narodowy był dotychczas szafarzem. Pierwszą rzeczą byłoby zaopatrzenie wdów i sierot po poległych lub na Sybir pognanych, resztę zaś zasobów

169

oddać stowarzyszeniu choćby najkonserwatywniejszych, byle prawych ziomków, na krzewienie przemysłu, podniesienie rolnictwa, rozszerzenie ogólnej oświaty. Tym sposobem od razu podałoby się rękę kamienującym się partiom i rzuciłoby się naturalny most wiodący od szczęku broni do prac pokojowych. Spełniwszy to wszystko, a przynajmniej dawszy inicjatywę do tej ekspiacyjnej akcji, winni członkowie Rządu krótkim manifestem zakląć naród, aby z wrogami nigdy w żadne ugody nie wchodził, ofiarowaną przez nieprzyjaciela zgodę aby odpychał ze wzgardą, nie oglądał się na nikogo, li pracą wytrwałą budząc powszechne zaufanie do własnych sił i utwierdzając się w przekonaniu, że Ojczyzna wolną i niepodległą być musi. Po tym manifeście Rząd Narodowy zrywa tajemniczość go otaczającą, na swoje barki bierze odpowiedzialność za wszystkich i wszystko, spokojnie przyjmuje całą zemstę rozszalałej Moskwy: Rząd Narodowy się ujawnia w Warszawie! Oto plan, jaki zamyśliłem przeprowadzić, wszedłszy w skład proponowanego Rządu. Tymczasem wróciłem na moje stanowisko w zaborze pruskim, aby wychylić do dna kielich goryczy. Pośpieszył przede mną delegat Wydziału 302. Odtąd rozpoczyna się systematyczne a skryte paraliżowanie wszelkich robót, nie mówię powstańczych, ale nawet organizacyjnych. Sekretarz Wydziału L[ambda], zażądał w kwietniu kilkudniowego urlopu. Jako zastępcę zamianowano Łop[acińskiego] 303, któremu urlopowany sekretarz oddał archiwum i pieczęć wielką Wydziału. Po niejakim czasie zmiarkowali wydziałowi, że wielkie popełnili głupstwo, oddając z rąk oddanego im L[ambdy] pieczęć i dokumenta takiemu rewolucjoniście Ł[opacińskiemu]. Wzięto się do podstępu, aby głupi krok naprawić. Przed wyjazdem moim do Drezna

170

Wydział uchwalił instrukcję dla sądów cywilnych, zaraz po sesji zastępca sekretarza ekspediował ten dokument na województwa. Wtem zjawia się u niego urlopowany sekretarz L[ambda] i prosi, aby mu pozwolił na chwilę pieczęci dla przyłożenia jej na niektórych zaległych pismach Wydziału, które niezwłocznie teraz mają być wy słane. Ł[opaciński] nie domyślając zdrady dał pieczęć i — więcej się z nią nie zobaczył. Dowiedziawszy się o tym, zawezwałem L[ambdę] do tłumaczenia, jak śmiał, nie będąc w urzędowaniu, zabierać pieczęć, nakazując natychmiast zwrot takowej. L[ambda] począł tumanić; nie mając czasu z nim się zabawiać, dałem mu dymisję, aby i pozoru nie miał do dłuższego przetrzymywania pieczęci. Na posiedzenie Wydziału w czasie mojej nieobecności L[ambda] stawił się, aby zdać służbę, ale szanowni członkowie orzekli, ,,że pomimo otrzymanej dymisji, sekretarz ma prawo i obowiązek posiadać pieczęć Wydziału, i że takowa przy nim zostanie, aż do ogólnego posiedzenia". Na to naturalnie L[ambda] oświadczył, że pieczęć zatrzymuje i złoży ją temu z członków Wydziału, od którego ją przyjął. Wróciwszy z Drezna przeforsowałem usunięcie ze sekretarstwa L[ambdy]; zamianowany został w jego miejsce Ł[opaciński], mimo to do pieczęci już nie przyszedł, jeden z wydziałowych pod rozmaitymi pozorami ją przetrzymywał. W krótkim czasie Ł[opaciński] rozniemógł ciężko, na śmiertelnym łożu spoczywającemu chciano wykraść jeszcze protokoły i dokumenta Wydziału, lecz je obronił i w porę do mnie odesłał. Wśród strasznych bólów skonał. Pokój jego popiołom! Była to jedna z tych sympatycznych istot, które każdego chwytają za serce — nawet przeciwników politycznych. Zaraz po powrocie z Drezna zwołałem dnia 24 ma304 ja posiedzenie. Członkowie Wydziału już przy goto-

171

wali na piśmie nad „Ustawą organiczną" uwagi wcale inaczej brzmiące, aniżeli obietnice delegata Wydziału w Dreźnie. Po prostu przedstawiono Rządowi Narodowemu, że ustawa jest niewykonalna i zażądano cofnięcia jej305. Poprosiłem członków, aby uwagi swe ułożyli w memoriał dla przesłania go jak najśpieszniej do Warszawy. Chodziło mi o dostarczenie dowodów dwulicowego postępowania wydziałowych. Zacny dyrektor skarbu 306, widząc na jak brudne zanosi się kabały, podał się do dymisji, lecz nie przyjąłem, proponując mu urlop. Tak samo zrobił później i dyrektor administracji307, nie chcący choćby nominalnie być wmieszanym w niecne intrygi. Po posiedzeniu z dnia 24 maja zrobiłem objazd 3 województw Księstwa i przekonałem się na wstępie o sygnalizowanej mi jawnej reakcji na prowincji. Już w końcu kwietnia włóczyły się po prowincji ad hoc przez Wydział potajemnie wysłane i dobrze zapłacone indywidua, podjudzając urzędników cywilnych organizacji przeciwko wojskowym. Obok tego polecali ci agenci zawieszenie wszelkich czynności, choćby przez wyższą władzę nakazanych — a robić to tylko, co osoby dobrze znane wprost z Wydziału polecą. Zwłaszcza przeciw rozporządzeniom komisarza pełnomocnego i jego pomocników działać, którzy otwartą wojnę prowadzą już nie tylko z Wydziałem, ale z wszystkimi rozsądnymi mieszkańcami, usiłując popchnąć zabór w otchłań rewolucji i terroryzmu — dlatego i propagandzie politycznej wśród ludu krzewionej wszelkimi sposobami przeszkodzić. Jednego takiego ptaszka odkryłem. Nazywał się jeśli się nie mylę K.308 Dawniej przesiadując jako guwerner u Witolda T[urny], pozował na ultraczerwonego, teraz przeszedł na żołd Wydziału i był jednym z najczynniej szych agentów - prowokatorów reakcji. Mając dowody w ręku, posłałem za nim

172

jednego z moich ludzi z wyrokiem przyaresztowania, odstawienia do najbliższego organizatora wojskowego, wyliczenia 30 bizunów ze stosowną nauką moralną. Tropiącego wysłannika mego na nieszczęście Prusacy przypadkowo wprzódy schwycili, zanim wyrok wykonać zdołał. W objażdżce mej wpadłem krom tego na ślady, jakoby Wydział zaraz po powrocie delegata z zjazdu drezdeńskiego rozesłał do wojewódzkich jakiś poufny okólnik, którego atoli w oryginale na razie wyszperać nie mogłem 309. Zgryziony takim obrotem rzeczy, wróciłem do Poznania, aby członkom Wydziału przedstawić, na jaką odpowiedzialność tak niegodnym postępowaniem się narażają. Raz i drugi poprosiłem na posiedzenie, ale nikt się nie stawił. Dowiedziawszy się przez moją policję, że wydziałowi już kilka odbyli posiedzeń i moje wezwanie ignorować zamierzają, posłałem im króciutkie ultimatum, aby na wyznaczone przez mnie posiedzenie przybyli, w przeciwnym razie uważać będę, że się już nie poczuwają do obowiązków na nich ciążących, a mnie zmuszą do chwycenia się środków im wcale nieprzyjemnych310. Na takie dictum acerbum przybyło dwóch członków Wydziału i jeden zastępca, — posiedzenie zatem było prawomocne. Zagaiłem sesję sprawozdaniem com widział na prowincji. Stan województwa i Księstwa grozi rozpadnięciem się organizacji i wymaga ze strony Wydziału energicznej pomocy. Natomiast widzę, że członkowie nie tylko obojętnym spoglądają okiem na wszystko złe, które się dzieje, ale niejako bezczynnością swą potwierdzają pogłoski, jakoby destrukcja ta z góry przez niektórych wydziałowych (tu wymieniłem nazwiska) nakazaną była. Dokumenta te 311 poświadczają demoralizację i upadek ducha na prowincji, wywołane przez powolną re-

173

akcję, idącą z góry od niektórych członków Wydziału. Raport organizatora województwa poznańskiego 312 zasługuje na szczególniejszą uwagę, bo pochodzi od człowieka miejscowego, ze wszech miar zacnego i nader przedmiotowo zapatrującego się na smutny stan rzeczy. Raport komisarza średzkiego województwa313 odczytałem na posiedzeniu Wydziału. — Członek, o którym wiedziałem na pewno, że rozsiewał te demoralizujące wieści, zaprzeczył wszystkiemu. Wreszcie raport organizatora Prus Zachodnich (nr XXII) majora B[udziszewskiego] był niejako testamentem rozpadającej się tam organizacji, ostatnim krzykiem boleści konającego człowieka 314. Po mnie zabrał głos Ch[łapowski] zawiadamiając, że członkowie Wydziału bynajmniej nie są bezczynni, owszem spełniają swe obowiązki sumiennie. Od 24 maja odbyli już trzy posiedzenia, na które komisarza pełnomocnego nie wezwali, bo po prostu nie mają najmniejszego doń zaufania — raz że jeszcze w listopadzie roku zeszłego będąc w Warszawie przejął i zniweczył papiery byłego komisarza wielkopolskiego, później zaś zamianowanego przez siebie samowolnie organizatora przedstawił Wydziałowi jako przysłanego z Rządu. Wyraziłem moje zdziwienie, dlaczego to szanowni członkowie dopiero dzisiaj dają mi wotum niezaufania za fakta, z których jeden zdarzył się na początku mego urzędowania, drugi zaś przed przeszło dwoma miesiącami. Zarzuty tedy mi czynione mają tylko posłużyć za płaszczyk osłaniający bezprawne postępowanie członków Wydziału, mimo to odeprzeć je muszę jako fałsz wierutny, aby na przyszłość i taka nawet wrzekoma zasłona nie zasłaniała bezwstydu reakcyjnej nagości. Papiery komitetowe Rząd w listopadzie roku zeszłego odebrał, a nawet zanadto uwzględnił przy napisaniu ustawy do teraz obowiązującej, osobnym pismem podziękował komitetowym za oddane sprawie

174

usługi itd. Gdyby tak jawne dowody nie wystarczyły, powołuję się na świadectwo żyjącego dotąd J. J[anowskiego], który wtedy był sekretarzem stanu. Dziwię się, czemu to delegat Wydziału na zjeździe drezdeńskim nie rozpytał się o tę sprawę obecnego tam J[anowskiego], byłby osiągnął pewność i niepotrzebnie aż do dziś sumienie obciążał sobie podejrzeniem bezpodstawnym. Co do zamianowania K[uczewskiego], organizatorem uczyniłem to na podstawie danego mu naprzód przez Rząd Narodowy blankietu ad hoc — i w takim razie czyniący mi obecnie z tego zarzut, bezprawnie zasiada w Wydziale, bo także przeze mnie zanominowany niedawno został na fundamencie podobnego blankietu 315. Zresztą Rząd najwyraźniej K[uczewskiego] organizatorem zatwierdza w piśmie z dnia 30 kwietnia roku bieżącego 316, co względem oskarżającego członka jeszcze nie nastąpiło, więc mógłbym go każdej chwili, gdyby tego uznał potrzebę, usunąć z Wydziału, lecz niech się nie obawia, obecność jego w Wydziale obecnie uważam za konieczną. Wracając do głównego punktu — niezaufania, nie daje ono bynajmniej członkom prawa odbywania posiedzeń. Nie macie we mnie ufności, jest zastępca komisarza, z nim obradujcie, bo przecież jemu nic zarzucić nie możecie. Odbywając posiedzenia bez komisarza, zdeptaliście ustawę, na mocy której sprawujecie wasze urzęda, popełniliście bezprawie, za następstwa sami odpowiecie. Jeśli taka swywola panuje w górze wśród ojców ojczyzny, nie dziw, że u dołu organizacja się rozsypuje na atomy. Tak jest, nie macie panowie do mnie zaufania, ale nie dla przytoczonych powodów — ot! nie ufacie mi, abym był zdolny razem z wami podstępem burzyć organizację powstańczą, nie wierzycie, abym wyrzekł się propagandy rewolucyjnej. Otóż oświadczam uroczyście, że zdaniem moim powstania obecnie

175

wskrzesić niepodobna, formacja oddziałów i sprowadzenie broni jest bezużytecznym wysiłkiem. Mimo to, do ostatniej chwili stać i rozkazy Rządu Narodowego spełniać będę, dopóki inaczej nie postanowi. Wydział Wykonawczy powinien był dawno przedstawić otwarcie i bezwzględnie Rządowi to, co myśli, to co potajemnie robi — gdyby nie był wysłuchanym, podać się in gremio do dymisji i zawiadomić o tym rodaków odezwą, wyłuszczając powody ustąpienia. Opinia publiczna osądziłaby, po której stronie słuszność i co dalej wypada czynić. Atoli pod żadnym warunkiem nie godzi się pozostawać na dawnym stanowisku na to, aby pod taką zasłoną szerzyć reakcją i demoralizację. Na to oświadczyli jednogłośnie członkowie Wydziału, że z dniem dzisiejszym wszelkie czynności zawieszają, zwłaszcza gdy de jure organizator główny D[ziałyński] już objął służbę. Załatwiono bieżące sprawy, po czym zamknąłem ostatnie to legalne posiedzenie Wydziału na dniu 19 czerwca 1864 roku. Wyczekując odpowiedzi co do „Ustawy organicznej" ze strony Rządu i sposobiąc się do szubienicznej podróży do Warszawy, objeżdżałem dalej województwa, zachowując się całkiem biernie wobec rozszalałej reakcji. Zbierałem skrzętnie fakta i wreszcie udało mi się wydostać kilka dokumentów dowodzących niezbicie zdrady Wydziału, a raczej szajki wsteczników, podszywających się pod tę nazwę i frymarczących pieczęcią. Oświadczam raz jeszcze, że czcigodni R[adkiewicz] i W[egner] członkowie Wydziału czynnego nie wzięli udziału w tej niecnej robocie; natomiast głównie Ch[łapowski] dyrektor sekcji transportów, potem 317 były członek Wydziału i Sw[iderSz[ułdrzyński] 318 ski] zastępca dyrektora skarbu rej tam wodzili. Trzy te dokumenta 319 okryją sromem na zawsze autorów. Reakcyjnych zamachów nie odważyli się

176

członkowie Wydziału i ich satelici spełnić w biały dzień, z odkrytą przyłbicą, ale podminowali organizację chyłkiem przez fałsz i poziome kłamstwo. Dzień 18 maja w dziejach organizacji narodowej zaboru pruskiego pozostanie plamą niestartą. Z jednej strony wydaje Wydział patriotyczną odezwę Do Braci w zaborze pruskim wzywając do ofiar, niezmordowanej pracy i ufności w przyszłość, a z drugiej — i to, w tym samym dniu — rozsyła tajemny okólnik do wojewódzkich, w którym dając z siebie przykład, wzywa członków organizacji do odszczepieństwa, do zdrady Rządu Narodowego. Nikt nie zaprzeczy, ze w maju 1864 r. powstanie dogorywało, ze znikały nadzieje prowadzenia dałej walki o niepodległość. Lecz na Boga, widząc kraj w tak rozpaczliwym położeniu, na cóż wzywać publicznie do wytrwania, a cichcem zadawać kłam sobie samemu i zaszczepiać jad niezgody i nikczemnych intryg pomiędzy rodaków?! Panowie z Wydziału przecież to byli ludzie poważni z wieku i urzędu! rozsądniej, a przynajmniej uczciwiej byliby sobie postąpili, gdyby byli złożyli swe mandaty jawnie wypowiadając, że wszystko stracone i dalej iść nie wolno. Zostając zaś na stanowisku, na którym Rząd Narodowy ich postawił, rozsyłając okólniki, które wedle „Ustawy zasadniczej" bez zatwierdzenia komisarza na świat wyjść nie mogły, fałszując fakta, uzurpując sobie władzę — stali się (nie cofam słowa) winnymi zdrady. Na szczęście, że do karygodnego tego postępowania przyłożył rękę tylko jeden rzeczywisty członek Wydziału i dwóch zastępców. Dwóch innych członków, ludzi zacnych i nieposzlakowanych, widząc na jak niecne zanosi się machinacje odsunęli się od wszystkiego. Żałuję, że dziś nie wolno mi jeszcze nazwisk wymienić, jednych na hańbę, drugich na chwałę. Nikt zasad na gruncie moralnym opartych, a choćby niezgodnych z naszym przekonaniem, potępiać nie powinien. Niechaj każdy wiernie a statecznie broni, co uznał być prawdą i treścią swego żywota, niech szuka zwolenników i propaguje swoje wyznanie wiary, ale conditio sine qua non, żeby godziwymi środka-

177

mi dążyć do celu. Reakcja kontrpowstańcza w zaborze pruskim miała rację bytu wobec dogorywającej walki zbrojnej, zadaniem jej było: ukoić bóle, zagoić rany, słowem rozwagi i pobłażliwości rozburzone niezwyczajnymi wypadkami umysły uspokoić i ku zwykłym zwrócić zatrudnieniom, pozostałe z walki zasoby wojskowe zebrać i spieniężyć w celu użycia zabranych sum na potrzeby publiczne, ale pokojowe, wreszcie otoczyć bratnią opieką tych kilkudziesięciu rozbitków z powstania, którzy wyrzuceni gwałtownie ze zajmowanego dotąd stanowiska w społeczeństwie, oddani na pastwę losu, potrzebowali pomocy i rady uczciwej, aby nie upaść, nie pójść fałszywymi drogami, nie oddać się rozpaczy. Reakcja tymczasem szła o lepsze z wrogami naszymi, tak względem zniszczenia nawet śladów organizacji narodowej, jak w prześladowaniu, czernieniu, upokarzaniu pozostałych powstańców; w zaciekłości swej nawet prześcigła rządy najezdnicze, które otwarcie i jawnie walczyły przeciw powstaniu, reakcja zaś nasza podstępem zdradzieckim, chyłkiem zza węgła zadawała ciosy własnym rodakom. Wydział pod datą 18 maja wydaje manifest do Braci w zaborze pruskim, w którym powołując się na dotychczasowe ich wierne popieranie powstania, wzywa w obecnej decydującej o naszym bycie chwili do nowych ofiar i wytrwałości aż do końca. W tym samym dnia łamie ustawę zasadniczą, wydaje potajemny okólnik 320 do naczelników cywilnych województw321, mający na celu: 1. powaśnienie organizacji cywilnej z wojskową, 2. powstrzymanie rozporządzeń dawniej uchwalonych, 3. sparaliżowanie formacji oddziałów, 4. zdyskredytowanie i podanie w podejrzenie tak komisarza pełnomocnego i jego agentów, jak niemniej całą organizację wojenno-polityczną. Na posiedzeniu ostatnim z dnia 19 czerw-

178

ca członkowie Wydziału oświadczyli, że zawieszają swe czynności, zostawiając dalszą robotę organizatorowi głównemu. Mimo to nie ustają w zamachach przeciw zachwianej już organizacji i w kilka dni po tak uroczystym zapewnieniu zadają jej ostatni cios okólnikiem z dnia 24 czerwca322. Dokument ten jest przepełniony kłamstwami, obłudą i bezczelnością. Na wstępie oświadcza Wydział, że nie znosząc się od pewnego czasu bezpośrednio z Rządem Narodowym: „nie był dostatecznie poinformowany o dalszych jego zamiarach". — Co słowo to fałsz. Członkowie Wydziału nigdy z Rządem w bezpośrednich nie pozostawali stosunkach, organem, przez który Wydział jako władza komunikował się z Rządem, był zawsze komisarz pełnomocny. O zamiarach zaś Rządu, o ile to potrzebnym było dla wiadomości Wydziału, był on poinformowany aż do 19 czerwca, kiedym na posiedzeniu ostatnim zakomunikował różne reskrypta rządowe. Niemniej komisarz nadzwyczajny, jak i zjazd drezdeński, zbyt dobitnie objaśnił wydziałowym zamiary Rządu. — Okólnik dalej konstatuje różnicę zdań pomiędzy komisarzem pełnomocnym a wydziałowymi, przypisując naturalnie pierwszemu najzgubniejsze ,,dla dobra kraju" zamiary. Mimo to Wydział do tej chwili nie wystąpił nieprzyjaźnie przeciw organowi Rządu Narodowego, aby nawet pozoru nieposłuszeństwa i kontrrewolucyjnych knowań na siebie nie ściągnąć. Ha! co za bezczelności Więc rozsyłanie agentów po województwach wzywających do zaniechania formacji oddziałów itd. — to nic? więc ustna instrukcja dana przez Ch[łapowskiego] — członka Wydziału — na początku maja wojewódzkiemu średzkiemu, upoważniająca do niewypełniania i uważania za nieważne wszelkich rozkazów i rozporządzeń — to także nic? Wreszcie okólnik pod

179

pieczęcią Wydziału bez wiedzy komisarza wydany na dniu 18 maja i to nic? Lecz idźmy dalej. Wydział dopiero teraz z ust organizatora nieograniczoną władzą opatrzonego dowiedziawszy się, że Rząd Narodowy zaniechał myśli wyprowadzenia zbrojnych oddziałów „z Księstwa do Królestwa", przystępuje z najczystszym sumieniem do zniszczenia organizacji wojenno-policyjnej, która go tyle niepokoju nabawiała, do pośpiesznej sprzedaży koni i rekwizytów wojennych, do zagarnięcia wszelkich sum narodowych, rozrzuconych po powiatach, wreszcie do serdecznego pozbycia się wychodźców z Królestwa i byłych wojskowych! Finis coronat opus! Wydział nie byłby z własnej inicjatywy nigdy na krok tak stanowczy się odważył, nie ma bowiem lojalniejszej od niego władzy?? Więc też nie Wydział, ale sam Rząd Narodowy przez usta wszechwładnego organizatora zadekretował — śmierć Organizacji Narodowej!! Zostawiam byłemu organizatorowi odpowiedź na tak ciężki zarzut uczyniony mu przez Wydział. Nim to nastąpi, w obronie Rządu ja stawam i zarzucam Wydziałowi — kłamstwo i oszczerstwo. Rząd Narodowy nie usankcjonował nawet „Ustawy organicznej" — po prostu z tej przyczyny, że nie był w komplecie, Rząd oddał władzę nad zaborem komisarzowi poza granicami zaboru moskiewskiego naznaczonemu, a ten nigdy nie polecił rozbicia organizacji, ani nawet zawieszenia robót. O organizatorze D[ziałyńskim] zaś wiem tyle, że pozostawił aż do swego przybycia status quo, tj. miało się wykończać rozpoczętą formację oddziałów kaliskich i płockich; wiem dalej, że wysłał swego alter ego i kilku urzędników do Poznania, którzy przez wydziałowych w pole wywiedzeni, z niczym powrócili. Od początku więc tej sprawy, aż do końca trzymał się Wydział jezuickiej zasady: cel uświęca

180

środki. Nie wzdrygał się przed niczym. Kłamstwem, oszczerstwem, obłudą wojował na wszystkie strony. I nie dziw — matadorowie tej kabały — czerpali natchnienia z szajki świętoszków, których mistrzem przebiegły ksiądz K[ajsiewicz], a sztandarem ohydny „Tygodnik Katolicki" 323. — W takim stanie rzeczy najrozsądniejszym było co najprędzej zejść z oczu roznamiętnionej reakcji. O wyjeździe do Warszawy nie było co myśleć, żaden z postanowionych kandydatów się nie zgłaszał, komisarze nadzwyczajni gdzieś aż do Włoch czy Hiszpanii zabłądzili. W ciągu miesiąca przygotowałem sobie wyborny paszport, a los szczęśliwy zdarzył, że pewna zacna dama, Rosjanka, mająca nawet u dworu carskiego pewne znaczenie, a więc tym większy posłuch u urzędników, dała mi list do sławnego Trepowa 324 rekomendujący mnie jako wyśmienitego guwernera i człowieka tak spokojnego usposobienia, iż na zupełne zasługuję zaufanie. Byłbym więc przez pewien czas bezpiecznie w Warszawie mógł pracować, ale sam jeden abym się udawał i to bez mandatu — nie było sensu. Zażądałem tedy od Rządu dymisji i wskazania komu mam oddać służbę. Rząd polecił mi udać się do komisarza świeżo zamianowanego poza granicami zaboru moskiewskiego 325. Był to ostatni reskrypt326, jaki odebrałem pod pieczęcią Rządu, bo rzeczywistego Rządu właściwie już nie było, ale tylko rozbitki niektórych wydziałów Rządu. Komisarza pełnomocnego poza granicami zaboru moskiewskiego ani nie widziałem, anim się z nim skomunikować nie mógł, choć zażądałem, widząc wszystko stracone, dymisji i odebrania służby. Smutne wrażenie robi to ostatnie pismo dogorywającego Rządu, jeszcze chciałby się ubrać w majestatu powagę, jeszczeby pragnął dowieść, że żyje — lecz niestety, poza tą draperią widać próchno!

181

Mimo kilkukrotnych raportów, odpowiedzi żadnej nie odebrałem. Sądząc, żem zrobił swoje, pomyślałem w końcu o uregulowaniu moich prywatnych interesów. Najmniejszej nie czując skłonności wysiad[yw]ania kilkuletniego kozy pruskiej, nie pozostawało mi nic innego, jak — wyemigrowanie. Jako lekarz spodziewałem się wszędzie znaleźć kawałek chleba. Udając się w świat daleki, postanowiłem zabezpieczyć się od bezcelowego tułactwa — małżeństwem.
[ZAKOŃCZENIE]

Moja narzeczona, mimo że znikły nadzieje, abym ministrem został w przyszłej Polsce, wierną mi pozostała; za to ojciec, widząc mnie znów bardzo pospolitym człowiekiem i to bez zapewnionej przyszłości, jedynaczki na niepewne losy oddać nie chciał. Miłość w końcu przemogła wszelkie przeszkody. Choć ścigany przez Prusaków, załatwiłem się z wszelkimi formalnościami ślubnymi, nawet z ambony zapowiadany byłem. Wynalazłem księdza na ustroniu, który ślub nam dać się ofiarował. Wszystko było gotowe, dzień naznaczony. Skorciło mnie przed wyjazdem za granicę pożegnać kilka osób mi przychylnych. Pojechałem do czcigodnego D. L.327, którego dom był dla mnie jakby drugi rodzicielski. Przepędziwszy dni kilka, jednego wieczora zabierałem się do wyjazdu, bo nazajutrz ślub brać miałem w miejscu o kilka mil oddalonym. Namówiono mnie, abym do rana się zatrzymał. Coś mnie parło, aby wyjeżdżać, jakieś złe przeczucie mną targało — mimo to zanocowałem. Ledwie dnieć zaczęło, gdy wpada ekonom do pokoju z krzykiem, że żandarmi przyjechali na rewizję. Rozespany zrywam się z pościeli i żądam klucza do znanego mi schowka, który już kilkakrotnie uratował mnie od szpon policji pruskiej. Szukanie na rozbój — klucz przepadł. Straciłem głowę,

182

ratunku na oślep szukając, wyskakuję oknem do ogrodu. Żandarmi mnie dostrzegli, hejże! za mną w pogoń. Zginąłem! ucieczka daremna. Rzuciłem tedy tylko pugilares z niektórymi papierami w krzaki i dałem się ująć. Z triumfem odprowadzili mnie żandarmi do dworu, niebawem i wojsko nadciągnęło. Przyznam się szczerze, żem w moim życiu tak głupiej nie miał miny, jak w ten dzień fatalny, prowadzony wśród żołdactwa do najbliższego miasta. Ot! wyprawili mi wesele Prusaczyska! pomyślałem, widocznie, że śmierć i żona od Boga przeznaczona. Przy śledztwie wydałem się za powstańca z Królestwa uciekającego za granicę, prosiłem zatem panów Prusaków o ułatwienie mi tej podróży. Byli jednak innego zdania i mieli wielką ochotę odesłać mnie do Poznania, czego znów ja wcale sobie nie życzyłem. Wszedłszy do więzienia, pierwsza myśl jak najprędzej uciec, ale zwykłą drogą uskutecznić tego nie można było, bo mnie bardzo pilnowano. Od pierwszego dnia zacząłem częstować wódką każdego na warcie postawionego u mnie żołnierza. Mimo sumiennego przestrzegania obowiązków, z czego armia pruska jest znaną, kieliszek siwuchy utorował mi drogę do porozumienia się z mymi przyjaciółmi i zrobienia przygotowań do ucieczki. Na przekupienie pewnych osobistości trzeba było pieniędzy. Zawiadomiłem jednego z przyjaciół, aby mi dostarczył 400 talarów. Chwilowo sam będąc bez grosza, objeżdżał okoliczną szlachtę, szukając na swoje imię pożyczki. Lecz którykolwiek się dowiedział o celu, że to na moje wyswobodzenie, każdy odmówił! Jeśli kto — to on odpokutować powinien za wszystkich, siedzą nasi, niech i on się przesiedzi, nie damy pieniędzy! tak mówili rodacy, prawowierni katolicy, ludzie niby ucywilizowani, z pretensjami do wyższości w narodzie. Poczciwy Pantaś 328 aż do Żyda się udać musiał i pieniędzy na

183

procent pożyczyć. Osoba, która zdecydowała się ułatwić mi ucieczkę, zażądała grubej sumy w nagrodę — zapłaciłem; gdy atoli nadeszła chwila stanowcza działania, bardzo mało mi dopomogła, zostawiając mnie własnemu przemysłowi. Noc była ciemna, deszcz lał jak z cebra. Dostałem z miasta poprzednio morfiny, domieszałem ją do wódki i poczęstowałem mego argusa. Wypił jeden, drugi kieliszek, lecz tylko się rozmarzył. Wtem wszedł jego kolega pilnujący z podwórza mego okna, zmokły zapragnął także rozgrzać się kordiałem. Wcale mi to nie było na rękę, trzeba było i tego spajać, a tu czas zmiany warty się zbliżał. Gorączkowo tedy zacząłem go traktować, lecz się ociągał z piciem, widząc że kamrad ścięty jak cztery dziewki, po trochu już podrzemuje. Dla dodania mu odwagi sam przypiłem do niego, a dodając mu resztę rozpuszczonej morfiny prawie gwałtem wlałem mu w gardziel. Lecz szelma Pomorczyk tęga miał głowę, trzymał się ostro a tu zaledwie pół godziny do zmiany warty. Oparty na karabinie, zapierał mi wyjście drzwiami, za to kamrad jego w najlepsze chrapał. Widząc że i wódka, i morfina zbyt powolnie działają, przyskoczyłem nagle do gapiącego się żołdaka, jednym zamachem wciągnąłem do celi więziennej, wyskoczyłem do sieni, drzwi zatarasowałem i hejże! w nogi. Topografii miasta329 nie znałem dobrze, instynktem kierując się, szczęśliwie wydostałem się na czyste pole — w stronę, gdzie właśnie miały na mnie czekać ukryte konie. Lecz za późno przybyłem, trzeba było opętane dwie mile piechotą kłusować, zanim dostałem się do znajomego, który mnie niezwłocznie do Bydgoszczy odesłał. Siedziałem ośm dni w więzieniu, kosztował mnie ten figiel przeszło 400 tal. i był powodem, żem bez żony wyruszył na emigrację. Panna młoda przybyła wraz z rodziną na dzień naznaczony

184

ślubu; minął dzień, dwa — aż trzeciego nadeszła kartka ode mnie z więzienia pisana, w której nie chcąc, aby wiedziano, żem uwięziony, napisałem, że nagle do Warszawy powołany zostałem, ślub więc odłożyć trzeba. Łatwo sobie wystawić płacz i zgrzytanie zębów po takiej wiadomości, lecz dalipan i mnie nie lepiej było na sercu. Rozkoszować nadzieją, że za kilka godzin nastąpi połączenie na zawsze z ukochaną istotą i wyjazd za granicę, a znaleźć się natomiast w lochu więziennym, rozdzielającym mnie na długie lata, a może na zawsze od bogdanki, pozbawiający swobody, niweczący całą przyszłość — zaiste! położenie nie do zazdrości. Wypadek ten, gdyby nie wesoła a nawet komiczna ucieczka z kozy, zawiera w sobie tyle sytuacji dramatycznych, że wybornie posłużyłby za tło do jakiej eschylowskiej tragedii. Ale ponieważ żyjemy w wieku XIX po objawieniu idealnej nauki Chrystusa, więc fatum, chcące koniecznie dwojga kochanków wystrychnąć na bohatyrkę i bohatyra szczytnego dramatu, ustąpić musiało względom praktycznym i przyzwoitości. Mimo obawy, że będę ściganym, zatrzymałem się jeszcze przez dwa tygodnie w Bydgoszczy, aby spowodować nowy termin ślubu. Ojciec atoli mej narzeczonej zerwał wszelkie zobowiązania, obiecując oddać rękę jedynaczki wtedy, gdy już pewne a donośne zajmę stanowisko. Za tego odkosza przyrzekłem odpłacić się z procentami. Tymczasem wydobyłem z kasy Prus Zachodnich pieniądze na zapłacenie długu więziennego, zebrałem wszystkie dokumenta tu ogłoszone, które znajdowały się u różnych osób przechowane, opłaciłem agenta bydgoskiego, utrzymującego wciąż komunikację z Warszawą, zarazem Rząd zawiadamiając po raz ostatni, że wynoszę się za granicę, jako der letzte der Mohikaner 330. W pierwszych dniach września stanąłem na gościn-

185

nej ziemi Szwajcarów. Tu mnie zaskoczyła jeszcze jedna niespodzianka, którą ponieważ się odnosi do sprawy publicznej, na zakończenie opowiem. — Rząd Narodowy właściwie już nie istniał, ani nawet nie miał racji bytu, skoro powstanie upadło. Skoro jednak jakimś uroczystym aktem nie zamknął swych czynności, owszem gdy raz po raz pojawiały się pisma z Warszawy, podpieczętowane pieczęcią Rządu Narodowego: ludzie krótkowidzący albo wielkiej wiary byli najświęciej przekonani, że Rząd wciąż istnieje i działa. Tymczasem inni ambitni, chcieli za granicą karykaturować tę cudowną instytucję, dobijali się o łachman majestatu, galwanizowali trupa, myśląc, że powetują teraz kunktatorstwo, bezczynność, jaką w pierwszych chwilach powstania się odznaczali. — Otóż tedy w październiku odebrałem od G[uttrego], piastującego naówczas urząd komisarza Francji331, list, w którym wykazując niby konieczność prowadzenia dalej walki zbrojnej, wzywa mnie, abym mu wskazał w zaborze pruskim ludzi zaufanych i zdolnych do wytworzenia nowej organizacji powstańczej, oraz podał miejscowości, gdzie by najlepiej broń składać można dla formować się mających oddziałów. W pierwszej chwili myślałem, że to żart, ale w tak poważnych rzeczach się nie żartuje. Przeczytałem raz jeszcze, a ból i politowanie nad zaślepieniem podyktowały mi słowa do p. G[uttrego], którymi myślałem, że go przekonam o niedorzeczności poruszonych przez niego zamiarów. Nie mogłem pominąć uwagi, że p. G[uttry], gdy była pora działania, gdy przed powstaniem zaklinano go, aby w Poznańskiem przysposabiał materiał powstańczy, wtedy umywał od wszystkiego ręce i komitetowi wyrzucał przedwczesność i parcie do powstania; gdy zaś już wybuchło, to jedną ręką pomagał, a drugą hamował, aż dopiero skoro Dz[iałyński] stanął na czele robót,

186

wtedy i p. G[uttry] się rozruchał i stawał się coraz zapaleńszym zwolennikiem powstania i Rządu tak dalece, że gdy ani jednego, ani drugiego już nie było, wtedy nawet jeszcze na serio marzył o bojach. Przedstawiłem tedy p. G[uttremu], że dziś powstańcze zamiary są całkiem niemożliwe i tylko rozjątrzą tym bardziej tak zaborców naszych, jak i panoszącą się już reakcję domową. W zaborze pruskim nie znajdzie bogdaj czy kilku ludzi, którzy by wierzyli w możność jakiejś powstańczej roboty, nikogo zaś nie ma, co by się podjął takiego zadania. Więc żądaniu zadosyć uczynić nie mogę, — a radzę zaniechanie podobnych mrzonek. — Musiałem trafić w samo sedno, bom zwykle tak poważnego i przyzwoitego p. G[uttrego] ujrzał naraz strasznie po grubiańsku dąsającego się. „Nie rozumiem — pisze mi pan G[uttry] — skąd wywodzisz prawo do pisania podobnego listu do mnie, do krytykowania moich czynności przedpowstańczych i na początku powstania dokonanych . . Aby być Cato censorius, trzeba mieć i wiek po temu, i rozum, i zasługi". Wreszcie, kończy pan G[uttry] oświadczeniem, że dalszych mych listów w tej materii czytać nie będzie, zmusza mnie więc tym samym, że dziś tu dopiero mu kilku słowami odpowiadam. Panie G[uttry]! prawo krytykowania wywodzę najprzód z tej logicznej zasady, o której zdajecie się nie wiedzieć, że człowieka oddającego się sprawom publicznym sadzić nie tylko może, ale powinien każdy, choćby najlichszy prostaczek, jeśli mu miła ojczyzna. — Można kogoś krytykować błędnie, nie znając wszystkich danych, wtedy rzeczą jest krytykowanego, dać objaśnienia, atoli nie wolno mu nakazywać milczenia krzykiem: nie masz aspan prawa! Coś podobnego po republikaninie i demokracie, za jakiego zawsze p.

187

G[uttrego] uważam i cenię, nigdym się nie spodziewał. — Wprawdzie absolutyzm swój ogranicza pan G[uttry] podając pewne kryteria, dające prawo do krytykowania, lecz są one także nader zagadkowej wartości. Aby być Cato censorius, trzeba mieć wedle pana G[uttrego] 1) wiek po temu. Szkoda wielka, że nowożytny nasz Likurg nie oznaczył od razu, ile to lat mieć potrzeba, aby mieć kwalifikacją krytyka? A może też wedle osobistości krytykowanej zmienia się liczba lat? W takim razie wartałoby podać od razu tabelę wedle szematu np. p. G[uttrego] krytykować można dopiero w roku życia 60, Kurzynę, gdy kto ma lat 40, Napoleona, gdy lat 99, Bismarcka zaś — dopiero wtedy, jak się dojdzie do lat Matuzalowych. Nie zapominajmy o francuskim przysłowiu: la valeur n'attend pas le nombre des années. Drugą kwalifikacją krytyki jest — rozum. Nic słuszniejszego. — Pozwolę sobie jednej tylko uwagi, że na osądzenie faktów, zdarzeń w historii bieżącej najlepiej mieć — rozum chłopski, a jeszcze lepiej specyficznie — owczarski. Tak jak pan G[uttry] zapatruje się na tę sprawę, to potrzeba by ad hoc wyznaczyć komisję, złożoną z lekarzy i prawników, która by taksowała rozum każdego krytyka. Niestety, choć nam brak rozmaitych swobód, wolności myśli nikt człowieka pozbawić nie może, ani nawet sam Bóg! Trzecia kwalifikacja pana G[uttrego] — jest już całkiem podejrzana, powiada bowiem, że krytykować tylko ten może, kto ma zasługi, tj. trzeba mieć dyplom przynajmniej doktora krytyki, inaczej ani rusz, albo też trzeba więcej lub tyle zrobić dla sprawy publicznej, co krytykowany: szlachcic szlachcica, jenerał jenerała, poseł posła, ksiądz księdza, szewc szewca — czyn czyna poczytajet! A nuż mi fabrykant obuwia za drogie pieniądze złe zrobi buty!

188

ha! trzeba milczeć, bo tylko równy równego — tj, szewc szewca sądzić może. Odnosząc do mnie te guttrowskie kwalifikacje, powiem bez ogródek, że zasług nie mam żadnych, bom zawsze był tego przekonania, że robiąc coś dla kraju, spełnia się po prostu obowiązek i nie należy się mówić o zasługach. — Co do rozumu, to dalipan wystarcza mi go aż nadto, aby godnie osądzić wielkie czyny pana G[uttrego]. Wreszcie co do wieku, — właśnie miałem 29 rok życia, trzy dni i 12 godzin, gdym dal odpowiedź na list nieszczęsny pana G[uttrego], jest to wiek wcale przyzwoity, dozwalający w ucywilizowanych państwach nawet głupcom zajmować poważne stanowiska w ustroju społecznym. Nikt by mi za złe nie wziął — gdybym powyższe kwalifikacje na samym ich twórcy zastosował. Ale gdy tylko z konieczności o osobistości zaczepiać zwykłem, wolę opowiadanie moje zakończyć życzeniem, ażeby ludzie jednych zasad postępowych, jednych dążności przebaczali sobie winy, byli pobłażliwymi na błędy, prawdę i sprawiedliwość mieli za drużki żywota. — Potrzebniejsze to tym bardziej dziś, gdy po siedmioletnim letargu kraj się nie budzi do pracy, — jęcząc tylko nad klęskami zadanymi przez ostatnie powstanie, reakcja zaś zamiast słabnąć, potężnieje z dniem każdym i tuczy się obłudą i fałszem. — Ofiary ostatniej katastrofy były wielkie, lecz niczym są w porównaniu z ruiną przygotowywaną nam przez zaborców. Otóż Prusacy od 1863 roku, trzecią już wojnę pro— wadzą 332. Ileż to krwi przelali i przeleją nasi żołnierze za sprawę cudzą! na rzecz despotyzmu, — ileż to ciężarów się przysporzy zaborowi pruskiemu! mimo to nikt nie odważy się zaprotestować przeciw takiej niedoli, nikt się nie pożali; — milcząc idzie tłum niewolników na rzeź, — zdobywając sobie walecznością

189

szydercze pochwały Bismarcka. Austria najżywotniejsze soki wysysa z Galicji; co połknąć nie może, to zatruwa jadem obskurantyzmu lub szczepowej niezgody. Mimo to ojcowie ojczyzny galilejskiej cuchną z daleka serwilizmem, dla drobnych zysków frymarczą godnością całego kraju, oddają skarby swej ziemi na pastwę nienasyconych chuci Hubsburgów. Nie dziw. że z takiego cudzołóstwa rodzą się bękarty stańczykowe 333. Natomiast w zaborze moskiewskim, na tym teatrze najdzikszych gwałtów i rozboju hordy barbarzyńskiej, — duch polski co chwila tryska nowym życiem. Het! tam z dalekiej Litwy, odzywa się głos potężnej wiary ks. Piotrowicza 334, świat zdumiewający. Emigracja zbezczeszczana systematycznie, uparcie przez „zonanizowanych" pismaków krakowskich, pozostaje dotąd mimo wysiłków ludzi uczciwych — spluwaczką narodu. — Niechaj tym fabrykantom „niepoprawnych", wynalazcom „mdłej pożądliwości onanicznych ruchów" 335, autorom partii „Stańczyków", „wykolejnego patriotyzmu'' woźnym Pan Bóg przebaczy i nie karze dłuższym zaślepieniem, inaczej chwilowy obłęd zamieni się dłuższym trwaniem w istną wariację, czego najgorszym nawet ludziom nie życzymy. Poza tą skandaliczną, gorszącą i rozwielmożnioną reakcją stoi na drugim polu dopiero skromna, cicha, bezinteresowna praca ludzi dobrej woli, którzy tak w kraju, jak na wychodźstwie mimo krzyków i obelg, wiernie a twardo stoją przy sztandarze narodowym, wytrwale pracują nad rozkrzewieniem oświaty powszechnej, zaszczepieniem zdrowych pojęć i zasad, wreszcie nad ugruntowaniem w całym narodzie wielkiej, potężnej miłości ojczyzny. Szczęść Wam Boże! zacni robotnicy w winnicy przyszłej Rzeczypospolitej Polskiej. Jassy, dnia 5 sierpnia 1870 r.

190

PRZYPISY DO PAMIĘTNIKA

Były to m. in. Elementarz polski dla szkól katolickich wiejskich i miejskich (Leszno 1844), takiż Elementarz polsko-niemiecki (Leszno 1845), Książka do czytania, podług A. Pręussa i J. Vettera (Berlin 1847), Nauka pisania listów (Gliwice 1847), Słownik podręczny icyrazów obcych i rzadkich (Królewiec 1847), Wszystkie pozycje te miały po kilka wydań. Estreicher, Bibliografia, t. III. 2 Na uniwersytet w Pradze przeniósł się Łukaszewski w roku akademickim 1860 - 1861. Na 2 semestr t. r. przeniósł się do Krakowa. Od jesieni 1861 studiował w Berlinie. 3 Tow. Naukowej Pomocy, założone w 1842 przez drą K. Marcinkowskiego, udzielało stypendiów kształcącej się, zdolnej młodzieży polskiej. 4 Tradycje organizacyjne polskiej kolonii studenckiej w Berlinie sięgają 1818 r. A. Karbowiak, Młodzież polska akademicka za granicą, Kraków 1910, s. 115, wspomina o polskim „Zgromadzeniu Bibliotek" na Uniw. Berlińskim, czynnym w 1. 1849 - 1852. Być może cytowane tu Tow. Literackie wywodziło się z owej wcześniejszej organizacji. 5 Seweryn Mielżyński (1805-1872), właściciel ziemski, uczestnik powstań 1831 i 1848 r., współzałożyciel Tow. Przyjaciół Nauk w Poznaniu. List tu cytowany, por. B. Oss. rps 4397, k. 394. 6 Adolf Łączyński (1796 - 1870), właściciel ziemski i polityk konserwatywny. 7 Ludwik Mierosławski (1814 -1878), emigracyjny polityk demokratyczny, autor dzieł z zakresu historii wojskowości, przywódca powstania poznańskiego w 1848 r. 8 Giuseppe Garibaldi (1807 -1882), przywódca ruchu rewolucyjnego we Włoszech, powołał do życia Legion międzynarodowy w okresie sprawowania przez siebie dyktatury w Neapolu. Legion miał wziąć udział w przewidywanej wojnie z Au-

1

191

strią, dając początek powstaniom na Węgrzech i w Polsce. Po złożeniu władzy przez Garibaldiego w listopadzie 1860 r. formacja Legionu została zaniechana. 9 Osobistość skądinąd nieznana. 10 Przeniesienie szkoły do Cuneo w Piemoncie nastąpiło na wiosnę 1862 r. 11 Józef Wysocki (1809 - 1875), dowódca legionu polskiego w powstaniu węgierskim 1849 r. 12 Urbano Rattazzi (1810 - 1873), szef rządu włoskiego od marca do grudnia 1862 r. 13 Organizacja obozu czerwonych w zaborze rosyjskim od października 1861 r. miała na czele tajny Komitet zwany „Miejskim", lub tez „Komitetem Ruchu". Na wiosnę 1862 r. wchodzili w jego skład: Jarosław Dąbrowski, Ignacy Chmieleński i Stanisław Matuszewicz. 14 Włodzimierz Milowicz (1838 - 1884), współzałożyciel Związku Trojnickiego na Uniw. Kijowskim, w 1862 r. agent zagraniczny Komitetu Centralnego Narodowego. 15 Gustaw Wasilewski (1839-1863), uczestnik Związku Trojnickiego, słuchacz szkoły wojskowej w Genui, w powstaniu komisarz wojewódzki lubelski; poległ 24 IV 1863. 16 Pierwodruk: ustanowienie. 17 Był nim Józef Narzymski (1839 - 1872), organizator manifestacji warszawskich w lutym 1861 r., członek Rządu Narodowego we wrześniu 1863 r., później autor dramatyczny. 18 Zygmunt Padlewski (1835 -1863), oficer i uczestnik organizacji rewolucyjnej w armii carskiej, członek Komitetu Centralnego od października 1862 r., naczelnik wojenny woj. płockiego od stycznia 1863 r., rozstrzelany w Płocku 15 V 1863 r. 19 Do gen. Aleksandra Lüdersa (1790 - 1874), p.o. namiestnika carskiego w Królestwie Polskim, strzelał 27 VI 1862 r. Andrzej Potebnia. Do mianowanego po nim namiestnika, w.ks. Konstantego Mikołajewicza (1827-1892), strzelał 4 VII 1862 r. Ludwik Jaroszyński. Na Aleksandra Wielopolskiego (1803 -1877), naczelnika rządu cywilnego w Królestwie, usiłowali dokonać zamachów: Ludwik Ryll i Jan Rzońca (7 i 15 VIII 1862 r.). Zamachy były dziełem lewego skrzydła warszawskiej organizacji czerwonej. 20 Nazwisko rozwiązane w „Mrówce". Aleksander Guttry (1813-1891), właściciel ziemski, uczestnik powstań 1831 i 1848 r., już w latach 50-tych odsunął się od Mierosławskiego i zajmo-

192

wał w tym czasie pozycję centrową między obozem białych i czerwonych. 21 J. w. Edmund Taczanowski (1822 - 1879), właściciel ziemski, w 1849 r. wziął udział w rewolucji włoskiej, w 1863 r. naczelnik wojskowy woj. kaliskiego w stopniu generała. 22 J. w. Adolf Koczorowski (1823 - 1893), właściciel ziemski, polityk konserwatywny. 23 J. w. Józef Cwierczakiewicz (1822 - 1869), w 1861 r. był agentem w Prusach Zachodnich, następnie zaś agentem dyplomatycznym KCN za granicą. Odwołany ze stanowiska w maju 1863 r. 24 J. w. Józef Demontowicz (1823 - 1876), od marca 1862 r. następca Ćwierczakiewicza jako agent KCN na Prusy Zachodnie. Na wiosnę 1863 r. komisarz rządowy wyprawy morskiej skierowanej z Anglii ku brzegom Żmudzi; później agent dyplomatyczny w Skandynawii. 25 W „Mrówce" błędna pisownia Jałowiecki. Józef Iłowiecki (1825 -1871), właściciel ziemski z pow. wąbrzeskiego, aktywny uczestnik przygotowań powstańczych w 1863 r. 26 Nazwisko rozwiązane w „Mrówce". Natalis Sulerzyski (1801 - 1878), właściciel ziemski z pow. wąbrzeskiego, uczestnik wielu poczynań spiskowych począwszy od 1831 r. 27 Leon Przyłuski (1789 -1865), arcybiskup gnieźnieński i poznański od 1844. W 1. 1861 - 1862 przeciwstawiał sic manifestacjom patriotycznym w kościołach; w 1863 r. współpracował z ruchem narodowym. 28 Arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim został w 1865 Mieczysław Ledóchowski (1822 - 1902), przeciwnik polskich dążeń niepodległościowych. W 1874 r., na tle konfliktu pomiędzy rządem pruskim a Kościołem został aresztowany i usunięty z diecezji. 29 13-14 X 1862 r. bawił jeszcze Łukaszewski w Poznaniu. Por. raport Bärensprunsa z 1 VII 1863, WAPP PP, vol. 896. 30 Do kolegów Łukaszewskiego należeli: późniejszy kompozytor Władysław Żeleński oraz późniejszy profesor UJ Stanisław Janikowski. Por. ich listy, B.Oss. rps 4397, k. 234 - 247. 31 Bronisław Szwarce (1834 -1904), członek KCN od lipca 1862 r., aresztowany w końcu grudnia, więziony długie lata w Schlusselburgu i na Syberii. Niektórzy badacze sądzili, że litery SB oznaczają Stefana Bobrowskiego, który jednakże zginął w 1863 r., podczas gdy wchodzący tu w grę „delegowany", jak o tym mowa niżej, jest w 1870 „gdzieś tam zaprze-

193

paszczony w kaźni moskiewskiej". Łukaszewski podkreśla też, że jego rozmówca jest „nie pierwszej młodości" (Bobrowski liczył wtedy lat 22). 32 Demontowicz. 33 W. Tokarz, Kraków w początkach powstania styczniowego, t. I, Kraków 1915, s. 117, sądzi, że idzie tu o Kazimierza Józefa Turowskiego (um, 1874), dziennikarza związanego z czerwonymi. Był jednak wówczas wśród studentów krakowskich Jan Kanty Turski, por. Korespondencję K. Szajnochy, t. II, Wrocław 1959, s. 347. 34 Zygmunt Golian (1824 - 1885), kaznodzieja krakowski, w l. 1862 - 1867 profesor Akademii Duchownej w Warszawie, gwałtowny przeciwnik czerwonej konspiracji. Dziennik krakowski "Czas" w 1. 1861 - 1862 zwalczał ideę porozumienia Polaków z caratem, był więc krytykowany przez skrajnych konserwatystów. 35 Wincentego Pola (1807 - 1872). 38 Szwarce został aresztowany w Warszawie 23 XII 1862 r. 37 Aluzja do tytułu broszury J. Szujskiego (Kraków 1868), potępiającej czerwonych wychodźców, myślących o wznowieniu akcji konspiracyjnej. 38 program organizacji narodowej z 24 VII 1862 r. stawiał za cel „przygotowanie kraju do powszechnego, a na dobry skutek obrachowanego powstania". Dokumenty KCN i RN, s. 3. 39 Ławami nazywały się komitety spiskowe w Krakowie i Lwowie, związane z warszawska organizacją czerwoną. Głównymi działaczami Ławy krakowskiej byli Alfred Szczepański i Ludwik Kubala. 40 Nazwisko rozwiązane w „Mrówce". 41 List ten wpadł w ręce policji pruskiej w kwietniu 1863 r., co zmusiło Guttrego do ucieczki z kraju. 42 W „Mrówce" figuruje jako K. Szcz. Kazimierz Sczaniecki (1836 -1918), urodzony w Poznaniu, doktorat praw zrobił w Lipsku w 1862 r., po czym zabiegał o habilitację na Uniw. w Krakowie. W 1863 r. czynny tamże w organizacji powstańczej. Por. Powstanie styczniowe w pamiętnikach K, Sczanieckiego, Kraków 1963, s. 7 - 9. 43 Nazwisko rozszyfrowuje H. Barycz, Polska młodzież akademicka we Wrocławiu przed powstaniem styczniowym, „Sobótka" 1946, s. 215. 44 Nazwisko rozwiązane w „Mrówce". Karol Libelt, ur. 1843, syn filozofa, poległ pod Brdowem 22 IV 1863 r.

194

J. w. Kazimierz Szulc (1824 - 1887), nauczyciel gimnazjalny w Poznaniu, historyk, w 1863 r. komisarz rządowy w Prusach Wschodnich. 46 Aleksander Hercen (1812 - 1870) i Michał Bakunin (1814 - 1876) współdziałali z polskim obozem czerwonych, m. in. jako organizatorzy agitacji w szeregach armii carskiej okupującej Polskę. 47 Księciem serbskim był w 1. 1860 - 1869 Michał Obrenovic. 48 Leon Young de Blankenheim, ochotnik francuski i dowódca oddziału w powstaniu styczniowym, poległ 29 IV 1863 r, 49 Bitwa pod Ignacewem stoczona przez Taczanowskiego 8 V 1863 r. Raport Bärensprunga z 18 IV 1863 r. sygnalizował przyjazd z Berlina 2 Serbów: por. Efraima Markovica i por. Jerzego Mickovica. Zabór pruski, s. 60. 50 Nie jest jasne, czy mowa tu o powstaniu serbskim 1815 r., czy o zatargu zbrojnym między Serbami a Turkami w 1862 r. 51 Seweryn Elżanowski (1821 -1874) był w 1. 1857 - 1863 redaktorem „Przeglądu Rzeczy Polskich", centrowego organu emigracji polskiej w Paryżu. 52 Komitet Narodowy Rewolucyjny, zawiązany latem 1862 w Warszawie za sprawą Mierosławskiego stawiał sobie za cel podporządkowanie temu generałowi organizacji czerwonej. Wiedząc, że Mierosławski w oczach ziemiaństwa polskiego uchodzi za niebezpiecznego radykała, propaganda Wielopolskiego głosiła, że stoi on na czele KCN. Dekret KCN o podatku został wydany w połowie października 1862 r., por. Dokumenty KCN i RN, s. 23 n. 53 Por. ibidem, s. 14 - 16, odezwa z 1 IX 1862. 54 W skład tajnej Dyrekcji obozu białych wchodzili w owym czasie: L. Kronenberg, E. Jürgens, K. Ruprecht, J. Paszkiewicz i W. Zamoyski. 55 Wielopolski objął stanowisko w połowie czerwca, Konstanty w początku lipca 1862 r. 56 Korespondencja z kraju (s. 40-50) datowana 16 XI 1862 r. i sygnowana 2 gwiazdkami, referowała z pochwałą program KCN, do którego „Przegląd" odnosił sią dotąd z rezerwą. Artykuł „nadesłany" pt. Organizacja społeczna (s. 50 - 67), sygnowany Sx, przedstawiał stosunek do ruchu różnych grup społeczeństwa, potępiał egoizm posiadającej szlachty i wskazywał, że „rzemieślnik i wieśniak to rdzeń narodu i siła jego fizyczna". Redakcja zgłaszała wobec artykułu niektóre zastrzeżenia. 57 Agaton Giller (1831 -1887) był członkiem KCN od połowy

45

195

czerwca 1862 r. do pierwszych dni stycznia 1863 r., następnie zaś od marca do maja członkiem Rządu Narodowego. Reprezentował prawe skrzydło obozu czerwonych. 58 Przyczyną zerwania była odmowa KCN podporządkowania się rozkazom Mierosławskiego; ten ostatni zaś oskarżył KCN, że w układach z Hercenem i Bakuninem przyznał Litwie i Rusi prawo do samostanowienia. 59 Nazwiska rozwiązane w „Mrówce". Ugoda przybrała formę wymiany listów pomiędzy KCN a redakcją „Kołokoła", ogłoszonych w tym piśmie l i 15 X 1862 r. Por. Współpraca rewolucyjna polsko-rosyjska, Moskwa 1963, t. I, s. 525 - 543. Układ ten potwierdzony został w grudniu t. r. w porozumieniu zawartym pomiędzy Padlewskim, jako wysłannikiem KCN, a Komitetem Ziemli i Woli w Petersburgu. 60 Urzędowa zapowiedź o poborze do wojska carskiego wskazanych imiennie rekrutów została ogłoszona w „Dzienniku Powszechnym" 8 X 1862 r. Ogłoszenie to nie wymieniało daty poboru. 61 W pierwodruku omyłka: złe powstanie, 62 Por. w tej sprawie pisma Giuseppe Mazziniego (1805 - 1872) do F. Pulszkiego z 28 X, 27 XI 1862. F. Pulszky, Meine Zeit, mein Leben, t. IV, Presburg 1883, s. 127 - 129. 63 Przed wybuchem powstania tylko niewielkie grupy ziemiaństwa, a w niektórych diecezjach liczniejsze grupy niższego kleru, podporządkowały się rozkazom KCN. 64 Nazwiska rozwiązane w „Mrówce". Stanisław Szachowski (1843-1906) student Szkoły Sztuk Pięknych, aktywny w manifestacjach 1861 r. W 1863 r. należał do lewicowej opozycji przeciw Rządowi Narodowemu. We wrześniu mianowany komisarzem pełnomocnym woj. kaliskiego. 65 Ksawery Liske (1838 -1891), student Uniwersytetu Wrocławskiego, później zasłużony historyk. W 1862 był „gospodarzem" nielegalnej organizacji studenckiej, tzw. Bractwa. H. Barycz, op. cit., s. 195. O jego współdziałaniu z ruchem por. raport Bärensprunga z 22 III 1863, Zabór pruski, s. 37. 66 Nazwisko rozwiązane w „Mrówce". Franciszek Godlewski (1834 -1863) jeden z czynniejszych agentów obozu ruchu od 1858. W jesieni 1862 r. członek KCN, wyprawiony do Paryża ok. 10 XII. Poległ pod Pawą 4 II 1863. 67 Andrej Budberg (1820 -1881), dyplomata rosyjski, niedawno właśnie (1862) przeniesiony z placówki berlińskiej do

196

Paryża. Do wspomnianych aresztowań doszło w nocy na 21 XII 1862 r. 68 Edward Kolski, komisarz KCN w woj. płockim, zginął pod Drążdżewem 12 II 1863 r. 69 Por. T. Żychliński, Wspomnienia z r. 1863, Poznań 1888 s. 76. Witold Turno (1835 -1863), syn zamożnego ziemianina; poległ 9 V pod Ignacewem. 70 Mowa zapewne o wspomnianym wyżej Gustawie Wasilewskim, w danym momencie komisarzu woj. płockiego. Autor omyłkowo daje inicjał imienia E, mając w pamięci poetę Edmunda Wasilewskiego. 71 Cyt. raport Bärensprunga z 1 VII 1863 r. notuje 12 I t. r. wyjazd Łukaszewskiego z Poznania do Berlina. 72 KCN już w grudniu 1862 r. zapraszał do Warszawy na narady wojskowe wielu oficerów typowanych na dowódców w powstaniu. 73 Taczanowski miał zawodowe wykształcenie oficera pruskiego oraz majątek w pow. pleszewskim. 74 Por. wyżej, s. 71. 75 Józef Godebski (1803 - 1868), emigrant z 1831 r., b. oficer armii belgijskiej, był autorem podręcznika wojskowego: Géométrie du jalon (1845). Stopień pułkownika uzyskał w 1863 r., gdy powołany został na członka Komisji Broni w Liège, 76 Ul. Schumannstrasse 1. Cyt. raport Bärensprunga 1 VII 1863. 77 Wskazywał go m. in. KCN w piśmie do Komisji Zagranicznej z 28 XI 1862 r. jako pośrednika na trasie Paryż—Berlin—Warszawa. Por. Anklageschrift... gegen die Beteiligten,.. wegen Hochverrats, Berlin 1864, t. II, s. 63-65. 78 Maksymilian Langenbeck (1818 - 1877), znakomity chirurg berliński, przyjaciel sprawy polskiej. 79 Nazwiska niektórych akademików, którzy udali się do powstania, odtwarza A. Bukowski, op. cit., s. 53. 80 Osoba trudna do zidentyfikowania. 81 Mowa o posłach polskich do sejmu pruskiego. W wyborach z 30 III 1862 r. przeszło ich 23, m. in. W. Bentkowski, T. Chłapowski, J. Działyński, A. Guttry, B. Łubieński, S. Plater i inne osoby niebawem zaangażowane w powstaniu. Prezesem Koła Polskiego był K. Libelt. 82 Formował się w pow. lubawskim, por. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 142 n. 83 Teodor Jackowski (1831 - 1885), właściciel ziemski w pow.

197

chełmińskim, czynny w organizacji narodowej. Nazwisko jego jako agenta sprowadzającego broń do Prus Zachodnich wymienia A. Guttry w piśmie do Izby Obrachunkowej z 4 II 1865, BPP 10, vol. 483/6, k. 29. 84 Hieronim Ruszczewski (1813-1880), ze starej emigracji, b. członek Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, w końcu 1862 r. zajęty wysyłką broni z Paryża. Por. odpisy jego korespondencji, B. PAN rps 2324, t. I, k. 107, t. II, k. 187. 85 Cyt. raport Bärensprunga z l VII 1863 r. odnotował pobyt Łukaszewskiego w Bazarze poznańskim 2-3 II i 15-16 II 1863 r. 86 Wśród poznańskich działaczy organicznych, którzy acz z opóźnieniem przyszli z pomocą powstaniu, mogą wchodzić w grę: Stanisław Motty (1827 -1900), prawnik, poseł do sejmu pruskiego, albo też Teofil Matecki (1810 -1886), lekarz i społecznik. 87 Wśród osób, z którymi współpracował Łukaszewski w Poznaniu w 1864, figuruje niejaki Wilhelm Alkiewicz. Raport Bärensprunga 22 XI 1864, WAPP PP, vol. 896. Poszlaka to za słaba dla identyfikacji. 88 Roger Raczyński (1819 - 1864) i Jan Działyński (1829 - 1880), magnaci wielkopolscy, przychodzili z pomocą powstaniu od momentu jego wybuchu, następnie zaś stanęli na czele Komitetu Wielkopolskiego. 89 Nazwiska nie udało się ustalić. 90 Pisma Bakunina do Rządu Narodowego, Londyn 21 II, oraz do Guttrego, Kopenhaga 2 III 1863, Współpraca rewolucyjna, t. II, s. 22 - 30. 91 Brak orzeczenia: zapewne: była płonna. 92 Marian Langiewicz (1827 -1887), w styczniu 1863 r. mianowany naczelnikiem wojskowym woj. sandomierskiego, stoczył wiele bitew, które przyniosły mu rozgłos, a 10 III ogłosił się dyktatorem. 93 Leopold Różycki (1838 -1904) z Zajączkowa w pow. lubawskim, kolega Łukaszewskiego z Uniw. w Berlinie, äw 1863 agent Komisji Broni w Niemczech. Por. Polska działalność dyplomatyczna 1863 - 1864, t. II, Warszawa 1963, s. 398. A. Bukowski, op. cit., s, 161. 94 Por. rachunek J. Cwierczakiewicza, 26 VI 1863, BPP IO, vol. 481/6, k. 14 - 18: „Posłano Łukaszewskiemu do Berlina na listowne żądanie Milowicza" tal. 807 sgr 18 = Ł 119 s. 1. „Weksel w liście nadeszłym do Berlina pod nieobecność Łukaszew-

198

skiego zabrała policja wraz z innymi papierami. Wszelkie starania o wydobycie tych pieniędzy nie odniosły skutku. Jedyny sposób pozostaje, aby Łukaszewski indosował załączoną sekundę, a pieniądze w Berlinie wypłacone być muszą". 95 Data zdaje się mylna. Cyt. raport komisarza z Miłosławia z 28 VII 1863 r. stwierdza, że Łukaszewski odmeldował się stamtąd 12 III podając, że wyjeżdża do Wiednia „dla zwiedzenia szpitali". Gdyby stanął w Krakowie już 8 III, nic by go nie usprawiedliwiało, że nie zawiózł od razu listu Bakunina do obozu Langiewicza w Goszczy. 96 Bogusław Łubieński (1825 - 1885), właściciel ziemski, członek kolejnych komitetów wielkopolskich, od kwietnia do września 1863 r. komisarz rządowy w Poznańskiem. 97 W pierwodruku fabrykantem. 98 10 III 1863 r. dyktator Langiewicz mianował Łubieńskiego komisarzem rządowym na Galicję Zachodnią. 99 Właściwie Marchocice. Langiewicz stał tu obozem 13 III. 100 Z tekstu wynika, że był to dawny znajomy Łukaszewskiego rodem z Krakowa, najpewniej więc tamtejszy student. Adres studentów krakowskich z 6 VII 1862 r. (Korespondencja K. Szajnochy, t. II, s. 346 - 349) zawiera, sądzić można, nazwiska patriotycznie zaangażowanej młodzieży. Figurują w nim na literę E: Józef Ekielski (1842 -1930), późniejszy urzędnik Wydziału Krajowego, Walery Eliasz (1840 -1905), późniejszy malarz, oraz Józef Etgens, poległy pod Imbramowicami 15 VIII 1863 r. Najprawdopodobniejszy wydaje się ten ostatni. 101 Był to Lejb Finkenstein, Żyd pochodzenia polskiego osiadły w Londynie i noszący tu nazwisko Funkestone. Trudnił się on dostawą broni dla Langiewicza. 102 w Giebułtowie 15 III rano oddział rosyjski zabił kilku maruderów z oddziału Langiewicza, a poranił wspomnianego Funkestona. Majątek ten należał do Bielskiego. 105 Anna Henryka Pustowojtow (1838 -1881), córka generała rosyjskiego i Polki, wsławiła się jako adiutant Langiewicza. Po powstaniu na emigracji poślubiła S. Löwenhardta, 104 Franciszek Rochebrune (1829 -1870), b. oficer francuski, prowadził w Krakowie szkołę szermierki. W początku powstania zorganizował oddział „żuawów śmierci". Po upadku Langiewicza pełnił przejściowo funkcje naczelnika wojskowego woj. krakowskiego. 105 Nazwiska tego b. ucznia gimnazjum w Trzemesznie nie udało się odtworzyć.

199

W Chrobrzu, rezydencji Wielopolskiego, Langiewicz nocował z 16 na 17 III. 107 Marian Sokołowski (1839-1911), b. student Uniw. Kijowskiego, używany był do różnych misji zarówno przez Rząd Tymczasowy, jak i przez Dyrekcję białych. W relacji swej z lat 90-tych, B.PAN rps 2045, s. 118, twierdzi, że widział się w obozie z Langiewiczem. Następnie był czas krótki komisarzem rządowym na Rusi, 108 Leon Skorupka (1821 - 1875), poseł na sejm krajowy i polityk biały. Odwołany z Poznania po upadku Langiewicza, był członkiem Wydziału Wykonawczego Galicji Zachodniej, a od lata 1863 r. agentem dyplomatycznym w Wiedniu. 109 Władysław Bentkowski (1817 - 1887), uczestnik kampanii węgierskiej 1849 r., redaktor „Dziennika Poznańskiego". Wbrew przypuszczeniu Łukaszewskiego był on w obozie Langiewicza mężem zaufania białych. 110 Pod Telegrafem — żartobliwa nazwa więzienia w Krakowie. Bentkowskiego aresztowano 9 IV 1863 r. 111 Bitwa pod Grochowiskami została stoczona 18 III; Langiewicz opuścił obóz następnego dnia. 112 Dionizy Czachowski (1810 -1863), pułkownik, uczestnik kampanii Langiewicza, później szczęśliwy dowódca partyzantki sandomierskiej, poległ 6 XI 1863 r. pod Wierzchowiskami. 113 Stefan Bobrowski (1840 -1863), naczelnik m. Warszawy i przewodniczący Komisji Wykonawczej Rządu Tymczasowego w pierwszych tygodniach po wybuchu. Przybył do Krakowa 20 III 1863 r. dla wyświetlenia intrygi, która doprowadziła Langiewicza do dyktatury. 114 Giller i Józef Janowskt (1832 - 1914), członkowie Rządu Tymczasowego, przybyli do Krakowa dla porozumienia się z dyktatorem 17 III, a wiec przed Bobrowskim. 115 Odezwa Bobrowskiego z 21 III 1863 r., Dokumenty KCN i RN, s. 69. 116 Wysocki mianowany został dyrektorem Wydziału Wojny przez Langiewicza; Bobrowski zatwierdził go na tym stanowisku. 117 Mowa o piśmie TRN do Langiewicza z 16 III 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 64 - 66. 118 por. A. Giller, Historia powstania narodu polskiego, t. I, Paryż 1867, s. 42 - 45. 119 Leon Chrzanowski (1828 -1899), redaktor krakowskiego „Czasu", niebawem po wybuchu powstania nawiązał stosunki

106

200

z obozem ruchu, z główną myślą opanowania steru powstania przez białych. 120 Adam Grabowski (1827 -1899), zrujnowany arystokrata, agent Dyrekcji białych, wykorzystany w Krakowie przez organizatorów dyktatury w roli rzekomego pełnomocnika Rządu Tymczasowego. 121 Ignacy Kruszewski (1799 -1879), uczestnik powstania 1831 r., później w służbie belgijskiej, następca gen, Wysockiego jako dyrektor Wydziału Wojny w Krakowie. 122 Bobrowski odmówił podania ręki Grabowskiemu uznając w nim politycznego oszusta. Giller podał mu rękę, ponieważ należał do uczestników intrygi, która doprowadziła do dyktatury. 123 Kazimierz Krasicki (um, 1881), ziemianin z Poznańskiego, w 1868 r. poseł do sejmu pruskiego, należał do przyjaciół Langiewicza. Nie jest jasne, gdzie i kiedy mógł się zaprzyjaźnić z Bobrowskim. 124 Bobrowski poległ w pojedynku z Grabowskim 12 IV 1863 r., w okolicy Rawicza. 123 Nominacja dla Guttrego z 27 III 1863 r., Anklageschrift, t. I, s. 40. 126 w skład jego wchodzili: J. Działyński, A. Guttry, M. Jaroczyński, W. Kosiński, W. Niegolewski, R. Raczyński i W. Wolniewicz. 127 Stanisław Radkiewicz (1799 -1875), właściciel ziemski z Pomorza Gdańskiego, b. major w powstaniu 1831 r. Por. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 185. 128 Mieczysław Łyskowski (1825 -1894), sędzia, poseł do sejmu pruskiego. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 61. 129 Oddział ten, dowodzony przez Henryka Łowińskiego (pseud. Szermentowski) rozminął się z Padlewskim i został rozbity 23 IV pod Nietrzebą. Zdążający na jego spotkanie Padlewski został aresztowany 21 IV koło Borzymina. Podejrzewano, że do aresztowania przyczynili się jego biali przeciwnicy. Por. W. Karbowski, Zygmunt Padlewski, Warszawa 1969, s. 376- 381. 130 Zygmunt Działowski (1843 -1878), syn ziemianina, czynny w organizacji Prus Zachodnich aż do aresztowania we wrześniu 1863 r. Por. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 149. 131 W rachunkach Komisji Broni w Liège suma 13500 tal. zaksięgowana została 7 V 1863 r. jako wpływ od B. Łubieńskiego z kasy W. Ks. Poznańskiego, BPP IO, vol. 472.

201

Roman Maćkowski, skądinąd nie znany, rodem, zdaje się, z Torunia. Por. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 127. 133 Zielone Święta w 1863 r. przypadały 24 V. W wilię 23 V czerwona opozycja wykradła pieczęcie Rządu Narodowego zmuszając go do ustąpienia. Por. A. Giller do Łukaszewskiego 23 VII 1867 r., B.Oss. rps 4397, k. 115: „W Warszawie z Drzewieckim byłeś w miesiącu maju 1863 r., wiem, że w tym czasie z tego powodu, żeś mi wymawiał nominację Taczanowskiego jenerała, on zaś w maju był nominowany". Z tego ujęcia wynikałoby, że Łukaszewski przybył do Warszawy przed zamachem zielonoświątecznym. 134 Karol Ruprecht (1821 -1875), uczestnik spisków warszawskich lat 40-tych, sybirak, członek Dyrekcji białych w 1862 r., wszedł do Rządu Narodowego w kwietniu 1863 r. właśnie z ramienia białych. 135 Stanisław Olszański, wśród wybitniejszych czerwieńców warszawskich jedyny na literę O, jako magazynier na Dworcu Wiedeńskim stał na czele organizacji kolejowej. Nie należał do inicjatorów zamachu, ale go umożliwił przechodząc na stronę opozycji wraz z Włodzimierzem Lempke, intendentem m. Warszawy. Litera O mogłaby oznaczać i Lempkego, który nosił pseudonim Okularnik. Por. J. K. Janowski, Pamiętniki o powstaniu styczniowym, t. II, Warszawa 1927, s. 3. 136 Oskar Awejde (1837 -1897), prawnik, był członkiem wszystkich kolejnych władz powstańczych od października 1862 do lipca 1863 r. Aresztowany, złożył w śledztwie obszerne, kompromitujące zeznania. 137 Henryk Bąkowski, urzędnik sądowy; Franciszek Dobrowolski (1830 - 1896), adwokat, po powstaniu redaktor „Dziennika Poznańskiego"; Piotr Kobylański (1823-1868), adwokat; Erazm Malinowski, adwokat. Stąd nazwa „rządu czerwonych prawników". 138 Papiery te wpadły w ręce policji w czasie rewizji w Pałacu Działyńskich w Poznaniu 28 IV 1863 r. 139 Por. zestawienie osób aresztowanych, A. Bukowski, op, cit., s. 79 - 84, 140 17 V 1863 r. aresztowany został w Gdańsku Jan Röhr (1816 - 1877), architekt, komisarz rządowy na Prusy Wschodnie. 141 Stanisław Frankowski (1840 - 1899), jeden z najwcześniejszych działaczy organizacji warszawskiej, od jesieni 1862 komisarz woj. mazowieckiego, od marca 1863 r. kaliskiego. Należał do opozycji czerwonej.

132

202

W dniach 6-8 VI 1863 r. z Kasy Głównej Królestwa zabrano na rzecz powstania ok. 24 min złp., jednakże tylko drobną część w gotówce, a resztę w papierach procentowych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, które potem bez powodzenia starano się spieniężyć za granicą. Aleksander Waszkowski (1841 - 1865), okręgowy organizacji miejskiej, był głównym wykonawcą zaboru. Ostatni naczelnik m. Warszawy od grudnia 1863 r. aż do aresztowania w grudniu 1864 r. i śmierci na szubienicy. 143 Por. aneks 3. 144 Por. pismo RN do S. Frankowskiego, 5 IX 1863 r., Prasa tajna, t. III, Wrocław 1970, s. 316. 145 Ignacy Chmieleński v. Chmieliński (1837 - 1871), członek Komitetu Ruchu w 1. 1861 -1862, następnie agent KCN za granicą. Jeden z przywódców opozycji przeciw Rządowi Narodowemu, przez krótki czas członek rządu we wrześniu 1863 r. 146 W skład jego wchodzili: W. Wierzbiński, T. Chłapowski, T. Matecki, S. Motty, I. Ch[lebowski?] i L. Wegner. Relacja B. Łubieńskiego, Bibl. Raczyńskich, rps. 1098. 147 Czerwony Rząd Narodowy doszedł do władzy 14 IX 1863 r. 148 Antoni Kalkstein, por. A. Bukowski, op. cit., s. 45; S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 186. Ojciec jego, Karol, właściciel ziemski, zmarł w 1862. 149 Nazwiska narzeczonej Łukaszewskiego nie udało się ustalić. Mogłaby ew. wchodzić w grę wymieniona w aneksie 11 „panna Józefa Siemiątkowska". Jednakże litera S może być też inicjałem imienia, nie nazwiska. 150 Hotel Niemiecki, ul. Długa 31. 151 Józef Piotrowski (1836 -1863), poprzednio komisarz rządowy augustowski, naczelnik m. Warszawy od połowy września, aresztowany 9 X, stracony 21 XI 1863 r. 152 Adam Asnyk (1838 -1897), późniejszy znany poeta, należał do najwcześniejszych kółek czerwonych w Warszawie; współpracował z I. Chmieleńskim. 153 Janowski wszedł do rządu wrześniowego jako sekretarz stanu dopiero 16 X 1863 r., w przededniu jego upadku. Litera J może też oznaczać Józefa Narzymskiego, członka rządu od l X. 154 Mowa o Adolfie Pepłowskim (1843 -1916), poprzednio naczelniku m. Częstochowy, a naczelniku m. Warszwy od połowy października do końca listopada 1863 r. Nie jest ścisłe,

142

203

aby uchował się od prześladowań, spędził bowiem kilka lat na zesłaniu. Władze carskie nie odkryły jednak jego rzeczywistej funkcji, dzięki czemu mógł on po powrocie z zesłania objąć stanowisko adwokata. 155 Wojciech Biechoński (1839 -1926), komisarz woj. krakowskiego w początkowym okresie powstania, wrócił na to stanowisko 15 X 1863 r. 158 Józef Gałęzowski (1834-1916), oficer armii carskiej, profesor Akademii Wojskowej w Petersburgu, był członkiem, a następnie dyrektorem Wydziału Wojny, nie wchodził jednak w skład rządu. 157 Romuald Traugutt (1825 - 1864) od maja do lipca 1863 r. dowodził oddziałami partyzanckimi na Polesiu; od połowy sierpnia w misji zagranicznej; powrócił do Warszawy 10 X. 158 Traugutt został aresztowany 12 IV 1864 r.; stracony na szubienicy wraz z R. Krajewskim, J. Jeziorańskim, J. Toczyskim i R. Żulińskim 5 VIII 1864 r. 159 Delegatem Litwy w RN był Wacław Przybylski, delegatem Rusi Marian Dubiecki. 160 przez cały czas powstania toczył się w Galicji spór między lokalnymi komitetami i władzami narodowymi, o składzie przeważnie ziemiańskim, a komisarzami przysłanymi z Warszawy, o zakres kompetencji i o kierunek polityki. Obie strony w tym sporze odwoływały się do Rządu Narodowego. 161 W czasie rewizji w Pałacu Działyńskich trafiły do rąk policji liczne nazwiska urzędników organizacji w Poznańskiem, którzy też zostali aresztowani. 162 Pepłowski. 163 Nestor du Laurans (urn. 1868), b. urzędnik kolejowy w Wilnie, od końca 1862 r. komisarz przy kolejnych władzach narodowych na Litwie. Usunięty z tego stanowiska, został wysłany latem 1863 r. do Poznania, do pomocy Frankowskiemu. 164 Objaśnienie do działu I, nr I. 165 oryginał z datą 22 IX 1863 r., B. Czart, rps 3881, k. 92. Przedruk: Zabór pruski, s. 144 - 147. 166 Leon Wegner (1824 -1873), historyk, sekretarz generalny Tow. Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Jedyny członek Komitetu Wielkopolskiego z inicjałami LW. 167 Nazwisko nie ustalone. 168 Paweł Kamiński (1834 - 1907), neofita, od 1859 r. ksiądz, czynny w ruchu patriotycznym w Warszawie 1861 r. W 1863

204

kapelan w obozie Langiewicza, autor odezw w duchu radykalnym. W 1866 r. ogłosił w Paryżu broszurę atakującą obóz białych. W 1871 r. przystał na Górnym Śląsku do sekty starokatolików. Artykułu jego w „Nadwiślaninie" nie odnaleziono. „Nadwiślanin" ukazywał się w Chełmnie w 1. 1850-1867, w czasie powstania sympatyzował z obozem czerwonych. 169 Emilia Sczaniecka (1804 - 1896), ziemianka, patriotka i filantropka, opiekowała się rannymi w 1831 i 1848 r. 170 Franciszka z Wilksyckich Mielżyńska (um. 1874), żona opiekuna Łukaszewskiego. 171 Waleria z Bukowieckich Motty (um. 1893), żona Marcelego, nauczyciela gimnazjalnego w Poznaniu i autora Przechadzek po mieście. 172 Bibianna Moraczewska (1811 -1887), literatka i emancypantka, uczestniczka robót demokratycznych w Poznańskiem od lat 40-tych. 173 Leon Czarliński (1835 -1918), pseud. Budrys, oraz Hiacynt Jackowski (1805 -1877). Obaj byli właścicielami ziemskimi. Inicjały rozwiązuje S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 186 - 187. Woj. pomorskie obejmowało część Prus Zach. na lewym brzegu Wisły, a woj. chełmińskie na prawym. 174 Objaśnienie do działu II, nr XII. Jest to raport L. Czarlińskiego z l III 1864, wyd. I, s. 142-145. 175 Kowalski ze Trzcina, por. s. 187. 176 Z Prus Zachodnich wszedł do Wydziału, jak wynika z tekstu, Radkiewicz (pseud. Teofil). Z dawnego Komitetu Władysław Wierzbiński (1831-1888), urzędnik sądowy (pseud. Maciek) oraz Leon Wegner (pseud. Omega). „Z Poznania lub prowincji" wszedł ktoś nie ustalony o pseud. Sowa. Por. aneks l protokół 1. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 186. „Posiedzenia Komitetu odbywały się u panien Danysz, w ich mieszkaniu przy ul. Małe Garbary". P. W. Zakrzewski, Pamiętnik wielkopolskiego powstańca z 1863 r., Poznań 1934, s. 88. 177 Podobizny pieczęci Wydziału Wykonawczego i komisarza pełnomocnego, por. fascimile aneksu 22. 178 Zaufany- ów, nazwany niżej Serafinem, niestety, nie zidentyfikowany. 179 Nie zidentyfikowana. 180 Hotel Angielski przy ul. Wierzbowej. 181 Objaśnienie do działu I, nr III. Jest to pismo RN z 22 XI 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 273. 182 por. przypis 165.

205

Objaśnienie do działu I, nr IV. Tekst ustawy z 22 XT 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 273 - 275. 184 Odezwa ta, przedrukowana w tłum, niemieckim, Zabór pruski, s. 162 n., została tam przypisana Mierosławskiemu. 185 Objaśnienie do działu I, nr XIII. Jest to pismo RN z 27 I 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 310. 186 Autor ma na myśli wojewódzkiego poznańskiego, którym był T. Chłapowski, oraz średzkiego, J. Potulickiego. 187 Józef Hauke-Bosak (1834 -1871), naczelnik wojskowy woj. krakowskiego i sandomierskiego od października 1863 r., utrzymał się w terenie do kwietnia 1864 r. 188 Objaśnienie do działu I, nr IXb. Idzie o pismo RN z 29 XII 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 298. 189 wierzbiński. 190 Por. aneks l, protokół 2. 191 Ibidem, protokół 3. 192 Por. aneks 2. 193 Właścicielem Jezior był w 1863 r. Józef Potulicki (1828-1870). W numerariuszu akt Wydziału Wykonawczego (wyd. I, s. 192) figuruje on pod pseud. „Pateli". 194 Objaśnienie do działu I, nr VII. Jest to pismo RN z 30 XI 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 277 - 278. 195 Por. aneks 9. JZ — czy nie Jan Zagórski (1842 - 1909), później na emigracji głośny stronnik M. Bakunina? Por. J. Borejsza, W kręgu wielkich wygnańców, Warszawa 1963, s. 50t. 196 Jest to jedyna w Kaliskiem, dość wtedy rozrodzona rodzina ziemiańska na literę A. 197 Roman Radoliński (1806 -1876) był właścicielem Żelazkowa w Kaliskiem. 198 Nie zidentyfikowany. 199 Juliusz Carfunkel v. Karfunkel, komisant warszawskiego domu „Giwartowski i ska" we Wrocławiu, uzyskał od agenta broni Zdzisława Janczewskiego zaliczkę na broń, w wysokości 50250 tal., którą sprzeniewierzył. Równocześnie denuncjował policji wrocławskiej Janczewskiego i innych agentów powstańczych. Por. pismo Izby Obrachunkowej do A. Guttrego, 17 IV 1864, BPP I O, vol. 474/3d, k. 11. W. Daniłowski, Notatki do pamiętników, Kraków 1908, s. 375. 200 Prawdopodobnie Józef Grabowski (1826 -1899), inżynier, w 1863 r. komisarz pełnomocny RN w Galicji, a następnie

183

206

komisarz RN u boku Mierosławskiego jako organizatora jeneralnego. 201 Paweł Landowski (1843 - 1894), naczelnik żandarmerii narodowej w Warszawie, następnie dowódca oddziału partyzanckiego. O jego stosunkach z Wrocławiem por. W. Daniłowski, op. cit., s. 330. 202 Franciszek Kopernicki (1824 - 1892), b„ oficer armii carskiej, od września 1863 do maja 1864 r. naczelnik wojskowy woj. kaliskiego, kwaterujący podówczas we Wrocławiu. Jego Pamiętnik z powstania styczniowego, Warszawa 1959, urywa się na schyłku 1863 r., a sprawy następnego roku podaje w krótkim streszczeniu (s. 90 - 91). 203 Mowa o Władysławie Czartoryskim (1828 -1894), przywódcy konserwatywnego skrzydła emigracji po śmierci jego ojca Adama, agencie dyplomatycznym RN od maja 1863 do kwietnia 1864 r. Idzie, jak się wydaje, o jego odpowiedź z 20 II 1864 r. na memoriał grupy ziemian kaliskich, domagających się zakończenia powstania. Czartoryski opowiadał się wtedy za kontynuacją walki. Por. B, Czart, rps 5739, k. 721 - 725. Polska działalność dyplomatyczna, t. I, Warszawa 1938, s. 444 -446. 204 Nie zidentyfikowany; być może idzie o księdza. 205 Dekret RN z 22 XI 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 272, nakładał na wszystkich obywateli polskich przebywających za granicą bez misji urzędowej podatek w wysokości 15 złp miesięcznie. 208 Wojciech Cybulski (1808 - 1867), profesor języków i literatur słowiańskich, zrazu w Berlinie (1842), a od 1860 r. we Wrocławiu. 207 Dekret z 22 II 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 326. 208 por. raport Barensprunga z 12 I 1864, Zabór pruski, s. 180. 209 Mierosławski został mianowany we wrześniu 1863 r. organizatorem generalnym sił zbrojnych poza granicami zaboru rosyjskiego. Z tego tytułu ustanowił w Galicji i zaborze pruskim sieć podwładnych sobie agentów. W listopadzie RN udzielił Mierosławskiemu dymisji, tym samym jego podwładni utracili charakter urzędowy. 210 Objaśnienie do działu I, nr IXa. 211 Guttry należał do zwolenników Mierosławskiego w latach 40-tych. Już przed 1863 r. przeciwstawiał się jego propagandzie w Poznańskiem. Zerwanie nastąpiło w chwili, gdy Guttry jako agent broni w Liège przyjął do wiadomości dy-

207

misję udzieloną Mierosławskiemu ze stanowiska organizatora. Polemika między dwoma eks-przyjaciółmi ciągnęła się na emigracji w ciągu lat następnych. 212 Lemaire, kupiec z Liège, należał do głównych dostawców Komisji Broni od maja 1863 r. W końcu t.r. został aresztowany przez władze pruskie w Berlinie. Por. A. Guttry do Izby Obrachunkowej, 20 VI 1864, BP IO vol. 473/5, k. 49 - 50. 213 Pismo RN z dymisją dla Mierosîawskiego zawiózł z Krakowa do Liège A. Gorayski (S. Koźmian, Rok 1863, t. I, s. 231). Wysyłka była otoczona tajemnicą, szło bowiem o to, aby dymisja została doręczona publicznie, a nie została przechwycona w drodze, 214 Por. 2 pisma RN z 29 XII 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 296 - 298. 215 Objaśnienie do działu I, nr X. Jest to pismo Wydziału Wojny z 4 I 1864 r., wyd. I, s. 21. Wymienieni tu: Władysław Grabowski, latem 1863 dowodził oddziałem jazdy w woj. mazowieckim; Robert Skowroński, b. oficer austriacki; RN odebrał mu dowództwo po przegranej pod Dalikowem 10 IX 1863 r. 216 Tadeusz Chłapowski (1826 -1879), zamożny właściciel ziemski, polityk katolicko-konserwatywny. Por. Zabór pruski, s. 279. 217 Mowa o ustawie z 22 XI 1863, Dokumenty KCN i RN, s. 274. 218 w cyt. raporcie A. Kr..., komisarza woj. średzkiego, z 21 V 1864, wyd. I, s. 162, czytamy: „Skoro wrócił z Poznania naczelnik pow. średzkiego, który podał do wiadomości powszechnej, że jeden z członków Wydziału Wykonawczego, widząc się z nim w Poznaniu, zapewniwszy go z jednej strony o zupełnym zawieszeniu na czas pewien wszelkich prac organizacyjnych, upoważnił z drugiej strony do niewypełnienia i uważania za nieważne wszelkich rozkazów i rozporządzeń, jakie by skądinąd w przyszłości przychodzić miały. Rozpowszechnienie powyższej wersji tak łatwo trafiającej do dzisiejszego usposobienia i przekonania obywateli województwa kompletnie odebrało mi możność działania". 219 Por. aneks 1. 220 Ma być 16 X 1863, por. Dokumenty KCN i RN, s. 248. 221 Karol Ruprecht, por. aneksy 6 i 12. 222 Objaśnienie do działu I, nr XLI i XLII. Są to 2 pisma Izby Obrachunkowej z 31 V 1864, wyd. I, s. 85 - 91.

208

Otto Bismarck (1815 - 1898) był szefem rządu pruskiego i ministrem spraw zagranicznych od końca 1862. 224 Objaśnienie do działu I, nr XIXb. Jest to pismo RN z 25 III 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 376 - 378. 225 Czarlińskiego. 226 Por. wyd. I, s. 212-214, Instrukcja dla Stowarzyszenia Niewiast w zaborze pruskim z 4 V 1864. 227 Edmund Bärensprung (1816 - 1868), prezydent policji pruskiej w Poznaniu, wyjątkowo dobrze zorientowany w polskich działaniach niepodległościowych w tej prowincji. W 1858 r. organizator głośnej prowokacji, której ofiarą padło jedno z lewicowych stowarzyszeń emigracyjnych, Gromada Rewolucyjna Londyn. 228 Czy Łukaszewski nie dojeżdżał wtedy i do Warszawy? F. Dobrowolski pisał doń z Drezna 21 III 1870 r.: „Była nawet chwila, żem miał się widzieć z Panem w r. 1864 w Warszawie w miesiącu styczniu czy lutym, kiedy tam Pan zajrzałeś i w Hotelu Angielskim pod imieniem Ojca Abrahama miałem Sz. Pana odwiedzić". B.Oss. rps 4397, k. 330. 229 Objaśnienie do działu I, nr XIVb. Jest to pismo RN z 17 II 1864. Dokumenty KCN i RN, s. 320-323. 230 Stanisław Richter (pseud. Andrzej Janota), Por. jego raporty z 14 II, 3 i 19 IV 1864, wyd. I, s. 131 - 137. B. Groniowska, Rola Prus Wschodnich w powstaniu styczniowym, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie" 1960, nr 1, s. 25. 231 Berlinie. Aluzja: ,,vom grauen Haus" niezrozumiała. 232 Piotr Drzewiecki (1838 - 1868) był kolegą Łukaszewskiego ze studiów w Greifswaldzie. Por. B. Groniowska, op. cit., s. 17. 233 Objaśnienie do działu I, nr XXVII - XXXII. Są to pisma Wydziału Wykonawczego w Prowincjach Litwy, 2 VII 1863, 24 I, 29 II i 14 IV 1864, wyd. I, s. 63 - 67. 234 Idzie o sumę ok. 400 tyś. fr., którą dysponował za granicą Achilles Bonoldi (1821 -1871), osiadły w Wilnie artysta włoskiego pochodzenia, w 1863 r. agent zagraniczny kolejnych władz powstańczych na Litwie. Sumy te miał przekazać Bolesławowi Dłuskiemu (1826 -1906) pseud. Jabłonowski, lekarzowi, w 1863 r. dowódcy partyzantki na Żmudzi, w 1864 r. komisarzowi pełnomocnemu litewskiemu za granicą. Część tej sumy za zgodą Bonoldiego została złożona jako kaucja w kontrakcie na zakup broni ze wspomnianym wyżej kupcem Lemaire — i na tą sumę położył areszt Mierosławski, jako dymisjonowany organizator generalny. Wywiązał się stąd długo-

223

209

trwały proces przed sądem belgijskim. Por. A. Guttry, Pan Ludwik Mierosławski, jego dzieła i działania, Liège 1870, s. 18 n. Aneksy 13 i 16. Dłuski do S. Richtera 26 II 1864, wyd. I, s. 66 - 67. 233 „Głos z Litwy" wychodził od l II do l IV 1864, por. Prasa tajna, t. III, s. 199 n. Por. pisma Wydziału Wykonawczego Litwy do S. Richtera, 24 I, 29 II 1864, wyd. I, s. 64 - 66, ze wzmianką o „Michale Ł". Pozwala to przypuszczać, iż mowa o Michale Lepko wskim, kandydacie praw Uni w. Petersburskiego, rodem z po w. dynaburskiego. W 1863 r. był on aktywnym członkiem organizacji miejskiej w Wilnie, a w końcu t.r. zbiegł za granicę. Por, Powstanie na Litwie i Białorusi 1863-1864, Moskwa 1965, s. 559. 236 Karabinów marki Enfield. 237 Objaśnienie do działu I, nr XXXVI. Jest to pismo ppłka Ostroroga, naczelnika siły zbrojnej woj. płockiego z 11 IV 1864 r. (wyd. I s. 71 - 72, mylna data 11 II). Ostroróg pisze, że RN zlecił mu udać się do Łukaszewskiego po zasiłek 1000 tal. „dla zebrania oddziałów w woj. płockim". Tymczasem „ja pc obliczeniu się, nie mając najmniej 4000 tal. ruszyć się nie mogę". Poprzednik mój płk Topór otrzymał dymisję „za powolne działanie i stracenie zimy". „Jeżeli ja nie będę mia] pomocy, nie będę oczekiwał tego zhańbienia, a w przeciągu 8 dni podaję prośbę o uwolnienie". Z komentarza Łukaszewskiego wynika, że Ostroróg to pseudonim Teofila Olszańskiego, b. oficera armii carskiej, mianowanego w istocie w marcu 1864 r. naczelnikiem w woj. płockim. Por. Dokumenty KCN i RN, s. 353, oraz aneksy 17 - 18. L. Ratajczyk, Polska wojna partyzancka 1863 -1864, Warszawa 1966, s. 324, traktuje Olszańskiego i Ostroroga jako 2 różne osoby. 238 Nazwiska nie dało się ustalić. Wątpliwe, by chodziło o płka L. Navone, por. aneksy 6 i 8. 239 Pożyczkę narodową od „zamożniejszych kapitalistów krajowych" zadekretował RN 5 VII 1863 r. w wysokości 21 min złp, powołując dla znegocjowania jej Komisję Długu Narodowego w Paryżu. Dekret z 10 X 1863 r. podwyższył pożyczkę do 40 mln — tym razem wezwani zostali do udziału „wszyscy obywatele ziem polskich". Dokumenty KCN i RN, s. 177. Proces R. Traugutta, Warszawa I960, t. I, s. 286. 240 Dokumenty KCN i RN, s. 276. 241 Stanisław Plater (1822 -1890), właściciel ziemski, korespondent Hotelu Lambert. W 1864 Komisja Długu przekazała

210

mu obligacji na sumę 1,75 min złp, które następnie zwrócił nie sprzedane. W księdze kontrolnej obligacji odnotowano w dniach 31 I — l II 1864 r. wydanie dla Poznańskiego obligacji na sumę 2 375 tyś. złp., za pokwitowaniem T. Chłapowskiego i L. Trzetrzewińskiego. BPP IO, vol. 472, 476a. 242 Objaśnienie do działu I, nr XXXIII: RN. Komisja Długu Narodowego do ob. komisarza pełnomocnego w zaborze pruskim, Paryż 5 I 1864, nr 167. "Po porozumieniu się z delegatem naszym do ściągnięcia pożyczki w zaborze pruskim wyznaczonym w kwestii przypadkowej równoczesności w ściąganiu pożyczki przez tegoż, a podatku przez Wydział w zaborze pruskim — dla nieopóźnienia z jednej strony wpływu pożyczki, z drugiej zaś dla zapewnienia Wydziałowi potrzebnych funduszów, jako jeden z punktów instrukcji dla naszego delegata postanowiliśmy: 1) aby pożyczkę bez uwagi na podatek bezzwłocznie od wszystkich majątkowo odpowiednich obywateli ściągał, 2) ażeby zawezwał Wydział, iżby tych, od których pożyczkę ściągnie, chwilowo podatkiem nie okładał, 3) ażeby sumę, jaka od uiszczających się z pożyczki jako podatek przez Wydział mogłaby być ściągniętą z wpływów pożyczkowych, kasie Wydziału zaforszusował, 4) ażeby zawezwał Wydział, iżby suma ta po kilku miesiącach, tj. gdy podatek od osób pożyczką obłożonych przez Wydział będzie ściągnięty, z kasy Wydziału do kasy Komisji przesłaną została. O tej modyfikacji w danej delegatowi naszemu instrukcji mam zaszczyt Was, Obywatelu, i Wydział w zaborze pruskim zawiadomić i powtórnie zawezwać o chętne dopomożenie delegatowi w jak najszybszym ściąganiu pożyczki. Prezes (—) W. Czartoryski. Sekretarz (—) J. B[anzemer1". Wyd. I, s. 68. 243 Zobacz aneks 1, protokół 17. RN. Komisarz rządowy do komisarza pełnomocnego w zaborze pruskim, Paryż 11 III 1864, nr 38. "Główny nasz poborca w W. Ks. Poznańskim pod datą 5 III 1864 r. donosi Komisji Długu Narodowego, że miejscowy komitet pożyczkowy ze względu na upadek ducha mieszkańców postanowił pożyczkę ogólną narodową jednogłośnie odłożyć do czasu, w którym opinia publiczna rozbudzona nowymi faktami żywotności powstania mocniejszej presji nie wywrze na pieniężną klasę większych właścicieli. Komisja Długu Narodowego również, jak komisarz rządowy przy niej, przekonani są, że W Ks. Poznańskie, które w kolei historycznej naszych walk o niepodległość dało tyle dowodów patriotyzmu i poświęcenia, więcej ma ducha obywatelskiego, niżcii komitet po-

211

życzkowy sądzi, że szanuje Rząd Narodowy i uznaje jego postanowienia. Uważają zatem to postanowienie komitetu pożyczkowego za żadne i niebyłe i wzywają Cię, Obywatelu, abyś oświadczywszy to członkom komitet składającym wezwał ich natychmiast pod najsurowszą osobistą odpowiedzialnością do wykonania postanowień rządowych. (—) K. Ruprecht". Wyd. I, s. 69. 244 Płk Wincenty Raczkowski przed powstaniem służył wojskowo w Brazylii. Towarzyszył Mierosławskiemu w jego kampanii kujawskiej w lutym 1863 r. W czerwcu t.r. dowodził oddziałem w Kaliskiem. 245 Tadeusz Chłapowski. 246 Edmund Gallier (1833-1893), b. oficer legii cudzoziemskiej, latem 1863 r. naczelnik wojskowy woj. mazowieckiego. W początku 1864 r, organizował oddział w woj. chełmińskim, z zamiarem wkroczenia w Płockie. 247 Leon Frankowski (1843 - 1863), brat Stanisława, uczestnik konspiracji warszawskiej od ławy szkolnej, jeden z najruchliwszych agentów KCN. W 1863 r. komisarz rządowy w Lubelskiem. Stracony na szubienicy 16 IV 1863 r. Przypisywano mu hasło: Gołymi rękami zdobywać mamy karabiny, a karabinami armaty! 248 Objaśnienie do działu I, nr XVI. Jest to pismo RN z 12 III 1864. Dokumenty KCN i RN, s. 351 n. Traugutt ostro naganiał w nim obu pułkownikom, że zwlekają, z powrotem na plac boju. 249 Objaśnienie do działu I, nr XLa i b. Są to raporty z 14 III i 2 IV 1864 r., wyd. I, s. 77 - 85. Treść ich została sparafrazowana powyżej. Por. też aneksy 15 i 16. 250 Franciszek Budziszewski (1833 - 1866), b. oficer legii cudzoziemskiej, wkroczył w Kaliskie z oddziałem jazdy 22 III 1864 r. i tegoż dnia został rozbity. 251 W 1. 1865 - 1869 Kopernicki dzierżawił niewielki folwark w północnej Mołdawii, w sąsiedztwie Łukaszewskiego. Obaj współpracowali w Gminie Michaleny Zjednoczenia Emigracji Polskiej. Por. jego listy, B.Oss. spr 4397. 252 Aleksander Lüttich (nazwisko wymienione poniżej bez skrótu), b. uczeń szkoły wojskowej w Genui, wojował w Kaliskiem od stycznia do lipca 1863 r. Por. T. Oxiński, Wspomnienia, Warszawa 1965. 253 Idzie być może o majora Nowaka, por. aneks 21. 254 Emeryk Syrewicz, lekarz wojskowy, dowodził w woj.

212

mazowieckim od lipca do listopada 1863 r. Z innych mazowieckich dowódców z celownikiem nazwiska na -wi mógłby wchodzić w grę rtm. Schenk, wspomniany w raporcie Raczkowskiego z 30 III 1864, wyd. I, s. 76. 255 Cyt. raport Raczkowskiego wymienia ppłka Kujawę, który „formuje 1 batalion strzelców na północ Gopła" oraz „ma wkroczyć na Kujawy". Być może wchodzi w grą Henryk Mierzyński, major z 1831 r. ranny pod Kleczewem 10 VI 1863, nazywany „dziadusiem kujawskim". S. Zieliński, Bitwy i potyczki, Rapperswil 1913, s. 205. 256 Por. raport landrata Glaesera, 30 III 1864 r., Zabór pruski, s. 224. 257 Objaśnienie do działu I, nr XXXIX. Jest to pismo W. Raczkowskiego z 30 III 1864 r., wyd. I, s. 74 - 77. 258 Objaśnienie do działu I, nr XIVc. Jest to pismo RN z 27 I 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 310 n. Ibidem, s. 312, dekret z tegoż dnia w niniejszym wydawnictwie opuszczony. 259 17 II 1864 r. Traugutt pisał do Łukaszewskiego: „Ogłoszenie o zbiegach powinno pozostać literalnie takim, jak od nas wyszło, jeżeliście przetrzymali, najgorzej postąpiliście i nigdy nic podobnego nie róbcie". Dokumenty KCN i RN, s. 322. 260 Dalsze szczegóły śledztwa por. aneks 21. 261 Nazwisko wymienia cyt. raport Raczkowskiego, 30 III 1864, wyd. I, s. 75. 262 Nazwisko nie zidentyfikowane, idzie zapewne o właściciela ziemskiego z sąsiedztwa. 263 Objaśnienie do działu I, nr XX - XXI. Zaczyna się ono od słów: „Dckumenta te odnoszą się do nieudałej wyprawy w Mazowieckie, o której na innym miejscu pomówimy". Są to pisma Wydziału Wojny RN do Łukaszewskiego i Raczkowskiego z 31 III 1864, wyd. I, s. 43 - 46. 264 Pełne nazwisko por. niżej. Zdzisław Łaski latem 1863 r. dowodził oddziałem żandarmerii narodowej na Podlasiu. 265 Pełne nazwisko wymienia pismo RN z 25 III 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 376. Jerzy Poraj - Kuczewski, syn ziemianina z pow. trockiego, b. oficer armii carskiej, członek organizacji litewskiej od 1862 r. O jego działalności por. pismo Wydziału Wykonawczego Litwy z 14 IV 1864, wyd. I, s. 67. Fragment pamiętników, Ruch rewolucyjny na Litwie i Białorusi, Moskwa 1964, s. 188 - 199. 266 Odnośną instrukcję przedrukował S. Gawęda, op. cit., s. 106 n.

213

Objaśnienie do działu III, nr VIII-XII, tj. do zbioru instrukcji, w większości przedrukowanych w wydawnictwie: Zabór pruski, lub też u S. Gawędy, op. cit. 268 Instrukcja dla władz cywilnych w zaborze pruskim, Zabór pruski, s. 106-108. „Dalszym rozprowadzeniem" tej instrukcji nazywa Łukaszewski tekst następujący: Organizacja policji miejskiej. 1. We wszystkich miastach, w których konsystuje wojsko, ma być uorganizowana policja narodowa, 2. Zwierzchnikami policji będą setnicy, a nad tymi organizatorowie okręgowi. 3. Setnik wybierze spomiędzy mieszkańców miasta i organizacji przysięgłej ilość ludzi stosowną do potrzeb miasta, najgodniejszych zaufania i mających stosunki i znajomości, których do zamianowania organizatorowi okręgowemu przedstawi. 4. Tacy przybierają nazwę członków policji narodowej, 5. Członkowie policji odbywać będą dyżury dzienne i nocne, z której to służby złożą raport setnikowi, jako zwierzchnikowi policji. Dyżury nocne mają być z całą przezornością uskutecznione. 6. Obowiązkiem policji jest śledzić wszystkie obroty wojska pruskiego, a widząc wymarsz natychmiast uwiadomić wsie, do których prawdopodobnie wojsko się udaje. 7. Tym końcem, usilnym staraniem policji narodowej będzie przekupienie lub wejście w pozorne stosunki przyjaźni z urzędnikami landratur i policji, jako też z żandarmerią pruską. Tym sposobem dowiadywać się o mających się odbyć rewizjach we wsiach okolicznych i natychmiast ostrzegać interesowanych na ich koszta. 8. Każdy członek policji codziennie ze swej służby, czyli odbytego dyżuru, setnik co 10 dni począwszy od l każdego miesiąca lub częściej, gdy tego zajdzie potrzeba, złoży raport szczegółowy organizatorowi okręgowemu. 9. Każdy członek policji, jeżeli będzie żądał, ma być płatnym tak za dzień, jak za noc. tę tylko, w których służbę odbywał, złp 2, które setnik wypłaci. — Instrukcja co do organizacji policji. Główną wskazówką i podstawą do urządzenia policji wiejskiej jest instrukcja dla policji miejskiej. Poleca się jednak organizatorom okręgowym, aby wspólnie z setnikami uorganizowali nieprzerwany łańcuch wiejskich poczt policyjnych, tak aby każdy policjant wiejski znał wokoło siebie najbliższe punkta, iżby się z każdym w razie potrzeby mógł porozumieć. Do policji wiejskiej należy także obserwowanie idącego wojska, aby wsie, do których ono dąży, uprzedzić o tym, i śledzić ludzi źle myślących we wsiach dla dania o nich wiadomości setnikom do stosownego użytku. Członkowie policji wiejskiej wynagrodzeni

267

214

są za każdą posługę. Wynagrodzenie to zostawia się organizatorowi okręgowemu, którego wysokość każdorazową oznaczy i wypłaci na ręce setnika, jeśli członek policji narodowej takowe przyjmie lub zażąda. Zabrania się fałszywych alarmów. Każdy fałszywy alarm powinien być przez setnika sprawdzony, wyśledzony i do stanowczego ukarania przedstawiony. — Uwaga I. Czyni się tutaj szczególna uwaga tak co do policji miejskiej, jak wiejskiej, aby dający znać o przechodzie wojska dokładnie powiedział miejsce i godzinę, w których się wojsko znajdowało. Odbierający zaś wiadomość ma obowiązek wypytać o to, a to dlatego, aby okoliczność ta przcpomnioną nie była. Uwaga II. Dyżury tak dzienne, jak nocne urządzać we wsiach najbliższych tego miasta, w którym wojsko stoi, dla obserwowania idącego patrolu lub jadącego żandarma i ostrzeżenia przyległych dworów. Za takie dyżury wynagradzać stale po złp 2, jak w miastach. Uwaga III. Instrukcja wskazuje tylko ogólne zasady, resztę zaś urządzenia oddaje się setnikowi do jego rozumienia rzeczy i jego przezorności zostawiając, aby przedmiot tyczący się policji traktowany był jak najenergiczniej, jak najlepiej, z całą przezornością i sumiennością, jako przedmiot w organizacji bardzo ważny i nieodzowny. Wyd. I, s. 209 - 212. 269 S. Gawęda, op. cit., s. 108 n. 270 Objaśnienie do działu I, nr XIXa, tj. do cyt. wyżej pisma RN z 25 III 1864 r. 271 Por. jego pismo z 30 IV 1864, podpisane „płk Poraj", Zabór pruski, s. 244 - 245, mylnie przypisane J. Działyńskiemu. Także wyd. I, s. 123. 272 Komisarzem nadzwyczajnym RN za granicą był od grudnia 1863 r. Wacław Przybylski (1828-1872). Por. jego pismo do komisarza pełnomocnego w zaborze pruskim, Paryż 18 III 1864, nr 196: Przysłany przez Was jako organizator zaboru pruskiego ob. Poraj v. Kuczewski po zebraniu o nim szczegółowych wiadomości nie dawał przeszłością swoją koniecznych rękojmi dla zapewnienia [powodzenia?] przedsięwzięciu przez Was mu powierzonemu. Oprócz tego z woli RN mianowany został organizatorem w zaborze pruskim ob. Jan D[ziałyński] i rozdwojenie robót przyniosłoby krzywdę sprawie, tym bardziej że ob. Poraj bardzo niekorzystny zrobił wybór ludzi. Stosując się do woli Rządu ajent wojskowy w Paryżu otrzymał polecenie zawieszenia ob. Poraja w urzędowaniu, ściągnięcia z niego rachunków i zdania Wam sprawy o wszystkim. Robo-

215

ty organizacyjne idą. Nowy organizator od paru tygodni krząta się z poświęceniem. Środki finansowe odszukać potrafi, chciejcie go tylko wspierać. Doszły mię wiadomości, że potrzebujecie ludzi do organizacji zaboru pruskiego; przyślijcie mi wiadomości, do jakich zajęć potrzebujecie, a moim będzie staraniem odszukać ich i do Was posłać. Pozdrowienie i braterstwo". Wyd. I, s. 73. W następnym piśmie z 6 IV 1864 (wyd. I, s. 74) Przybylski stwierdził: „Jeżeli zawiniłem przeciwko Wam, to tylko niezachowaniem formy, lecz tam, gdzie idzie o sprawę, poświęcam zawsze formę dla treści... Stosownie więc do tego poleciłem odebrać służbę od ob. Poraja, że zaś ob. Poraj nie daje najmniejszej gwarancji roboty, to najlepiej możecie Obywatelu przekonać się z załączającej się opinii ob. T., b. komisarza wojskowego woj. augustowskiego". Por. objaśnienie do działu I, nr XXXVII i XXXVIII: Z tych 2 pism bije najoczywistsza dowolność władz narodowych za granicą. Agent wojskowy w Paryżu sua sponte zanominował na organizatora w zaborze pruskim J. D[ziałyńskiego] i nie czekając zatwierdzenia Rządu, ani nie zniósłszy się ze mną w tej sprawie, osądził rzecz za skończoną, spowodował komisarza nadzwyczajnego do dania dymisji mianowanemu z mej porqki K[uczewskiemu]. Tymczasem Rząd wcale nie zatwierdził w organizatorstwie J. D[ziałyńskiego], ale położył poprzednio conditio sine qua non — aby J. D[ziałyński] stale przebywał w zaborze. 273 Zapewne Seweryn Gross (ur. 1821), ziemianin z pow. telszewskiego, w 1863 dowódca partii na Żmudzi pod pseud. Aleksandrajtis. Po powstaniu zmarł jako uczestnik wyprawy przyrodniczej do płd. Afryki. Por. Pamiętniki J. Gieysztora, Wilno 1913, t. I, s. 328, oraz aneks 21. 274 Był nim Eugeniusz Kaczkowski (pseud. Dębiński, Kot, 1820 -1887), poprzednio oficer armii francuskiej, a w 1863 r. członek Wydziału Wojny RN. Mianując Działyńskiego organizatorem sił zbrojnych w zaborze pruskim (22 II 1864) Kaczkowski przekroczył swoje kompetencje. 275 Por. Dokumenty KCN i RN, s. 283 - 286, 276 Nazwisko wymienia Kopernicki w piśmie do Przybylskiego 5 IV 1864, BPP IO vol. 474/3c, k. 41. Por. S. Szpotański, Andrzej Towiański, Warszawa 1938, s. 274. 277 Objaśnienie do działu II, nr XVIII. W spisach członków organizacji przejętych w kwietniu 1863 r. przez władze pruskie jako naczelnik m. Poznania figurował A. Sypniewski. W

216

styczniu 1864 r. policja zrobiła u niego rewizję, ale bez rezultatu. Por. Zabór pruski, s. 81, 180. Być może krewny znanego w Poznaniu kupca winnego, Felicjana Sypniewskiego. 278 Protokół z 29 IV 1864, wyd. I, s. 158 n, 279 Wojciech Suchodolski (1749 -1826), poseł chełmski na sejmie czteroletnim, członek partii hetmańskiej, a przeciwnik obozu reform. 280 Poznański. 281 Przybylskiego. Nieścisłe: Przybylski bawił już wtedy w Poznaniu, por. s. 191. 282 por. podpisany przezeń raport, wyd. I, s. 157, 283 Objaśnienie do działu I, nr XVIII. Jest to pismo RN z 17 III 1864, Dokumenty KCN i RN, s. 353 n. 284 Leona Trzetrzewińskiego, por. A. Lewak, Polska działalność, t. II, s. 399, oraz aneks 8. 285 Poniżej oznaczony jako OL S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 168, nazywa go dowódcą kompanii lubawskiej. 286 Nazwisko wymienia raport Budziszewskiego, wyd. I, s. 157. 287 Nazwisko ustala S. Myśliborski-Wołowski, op. cit. s, 86. Był on właścicielem majątku Trzcin. 288 Oba nazwiska, por. S. Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 168. 289 Ibidem, s. 170. Adolf Kossakowski poległ pod Łapinóżkiem 29 III 1864. 290 Ibidem, s. 169. Piotr Czarliński (ur. 1836, pseud. Piotr Czarny) właściciel ziemski, pruski oficer rezerwy, w maju 1863 r. dowodził oddziałem w Płockiem w randze majora. 291 E. Gallier, Trzy ustępy z powstania polskiego 1863 - 64, Poznań 1868, s. 120 n. 292 Por. pismo W. Przybylskiego do RN, Poznań 28 IV 1864: „Przybyłem tu od dni kilku. - Komisarz pełnomocny poczciwy i zacny jako człowiek, ale jako urzędnik trochę niezupełnie zręczny; uparty jest i zbyt o swoje dostojeństwo dbały, sprawie wszelako szczerze oddany, wierny jej i ruchawy, choć niewielkiej głowy. Wydział i cała niemal organizacja cywilna z szlachty złożona nie śmie jeszcze wyraźnie wypowiedzieć posłuszeństwa, ale knuje pokątnie, skądinąd zaś są to ludzie w gruncie poczciwi i dobrego imienia. Antagonizm między Wydziałem i komisarzem zbyt wielki zachodzi, rozdrażnienie graniczy z krańcowościami i wątpię, czy się uda jakkolwiek zgodnie to załatwić". B. Nar., rps 6000, t. V, k. 5.

217

Objaśnienie do działu I, nr XIVa — cyt. wyżej pismo RN z 17 II 1864. 294 O tym żądaniu Łukaszewskiego por. Z. Podczaski do J. Dzialyńskiego, Poznań 29 IV 1864, B. Kórn. rps 7408, s. 120 n. Działyński 2 V posłał wyciąg z tego listu A. Sapieże z następującym komentarzem: „Organizator zwraca uwagę na fakt, że te bezczelne uwagi robione były jego zastępcy z urzędową nominacją przebywającemu od dawna w Poznaniu. Czy może przyjąć odpowiedzialność za wypadki wynikające z tak bezprzykładnego pojmowania rzeczy?" BPP IO rps 474/3c, k. 11. 295 Por. aneks 1 protokół 28. 296 Objaśnienie do działu I, nr XXII - XXIII. Są to pisma Wydziału Wojny RN z 30 IV i 26 V 1864, wyd. 1, s. 43 - 49. 297 9 V 1864. 298 por. aneks 21. S. Kieniewicz, Adam Sapieha, Lwów 1939, s. 146. 299 Por. wyd. I, s. 47. 300 Objaśnienie do działu III, nr XIII. Zabór pruski, s. 256 -260. 301 Edmund Wasilewski (1814-1846) romantyczny poeta krakowski. 302 T. Chłapowski. 303 por. aneks 1, protokół 27, gdzie Lambda mianowany p. o. sekretarza Wydziału i p. o. członka sekcji skarbu. Nazwisko jego autor (aneks 25) określa inicjałem M, piętnując go jako przywódcę reakcji N. du Laurans w piśmie z 9 VII 1864, Zabór pruski, s. 277, wśród czołowych reakcjonistów w Wydziale wymienia S. Mottego. Kpt. Józef Łopaciński (um. 1864), od 16 IV 1864 r. organizator wojskowy woj. średzkiego. S. Gawęda, op. cit., s. 112. 304 W tekście mylnie 29 V. 305 Por. aneks 23, legenda. 306 Radkiewicz. 307 Wegner. 308 Nie zidentyfikowany, 309 Por. aneks 24. 310 Por. aneks l, protokół 33 oraz aneksy 25 - 27. 311 Objaśnienie do działu II, nr XIX - XXII. 312 Organizator woj. poznańskiego W. Z[akrzewski?]. Raport jego do majora Grossa z 15 V 1864 r. z prośbą o dymisję wobec przeszkód stawianych jego działaniu, wyd. 1, s. 159 -162.

293

218
313

218.

Ibidem, s. 162 n. Fragment tego raportu, por. przypis

Organizator wojskowy woj. pomorskiego i chełmińskiego do komisarza pełnomocnego w zaborze pruskim, raport. 10 VII 1864. W braku wyższej władzy organizacyjno-wojskowej, która od 3 już miesięcy nie raczyła spytać się przynajmniej nas, skromnych urzędników organizacji wojskowej pracujących po województwach o czynności nasze, zechciejcie Obywatelu przyjąć i przedstawić niniejszy mój raport władzy właściwej. Stosownie do instrukcji z d. 27 III r. b. i uzupełniającego jej [s] rozporządzenia p. ob. organizatora na zabór pruski w tym czasie mjr. Grossa tylko organizacja wojskowo-policyjna wprowadzoną została w życie w województwach mi powierzonych. W kilku nawet powiatach, mianowicie w lubawskim (woj. chełmińskie) i w starogardzkim (woj. pomorskie) wcale organizatorów umieścić nie mogłem, już to dla większej w tych stronach czujności Prusaków, już to dla niechęci własnych a nielicznych obywateli ziemskich. Woj. pomorskie nie posiadało przy objęciu urzędowania mego żadnych zasobów w broni i rekwizytach wojskowych, odesławszy w marcu jeszcze wszystkie te efekta do woj. chełmińskiego, gdzie płk C[allier], uwięziony później przez Prusaków, formował swój oddział. Zastałem więc tam tylko rozrzuconych po powiatach 8 koni kawaleryjskich, nad którymi naczelnikowi cywilnemu i zastępcy wojew. w tym województwie ob. But[lerowi] dozór poleciłem. Jeden z tych koni w pow. świeckim został sprzedany jako przeze mnie za niezdatnego uznany. Otrzymane za niego pieniądze posiada kasa powiatowa, oprócz tego-naczelnik cywilny województwa ma w swym ręku pieniądze do tzw. kasy końskiej należące, a złożone przez obywateli, którzy zamiast koni dali gotówkę na ich zakupienie. Organizatorowie więc powiatowi zajmowali się głównie utrzymywaniem policji narodowej i rozszerzaniem propagandy między ludem, werbując oprócz tego i zaprzysięgając, gdzie to bez narażenia interesu publicznego zrobić można było, ochotników. Takich ochotników szczególnie w pow. gniewskim i na Kaszubach ok, 180 każdej chwili dostać można. Organizatorami powiatowymi byli: 1. pow. świecki ppor. Nejman, 2. Chojnicki rtm. Graski, 3. złotowski ob. Eustachy, 4. gniewski naczelnik cywilny powiatowy, 5. wej[he]rowski, 6. kościerzyński, 7. kartuski — zastępca mój ob. Butler i ob. An... jako jego pomocnik. Dziesiątki nie wszędzie można było formować dla nadzwyczajnych

314

219

środków ostrożności i szpiegostwa zaprowadzonego przez Prusaków, ale staram się przez miejscowych mieszkańców z niższej warstwy społeczeństwa, bo ci jedynie szczerze nam pomagać chcieli, utrzymywać jakąkolwiek kontrolę i znać liczbę zawerbowanych. Powtarzam, że ostatnie raporta organizatorów powiatowych wykazy wały liczby ochotników 180 ludzi. Woj. chełmińskie: W tym województwie zastałem, mianowicie w pow. brodnickim, chełmińskim i toruńskim, znaczną liczbę dawnych ochotników z nieudanej wyprawy płka Gallier, również kilkudziesięciu rozbitków z oddziałów płockich. Materiały wojenne i zapasy zachowane i o których wie naczelnik cywilny województwa, posiadający także dokładny ich spis przeze mnie ratyfikowany, są następujące mniej więcej: 240 karabinów i sztucerów dla piechoty, 20 rewolwerów, 250 mundurów letnich, 250 par spodni, 250 płaszczy, 100 karabinów kawaleryjskich, 100 pałaszy kawaleryjskich, 36 kulbak, 40 koni (około) u obywateli ulokowanych. Oprócz tych efektów jest jeszcze broni ok. 160 sztuk w Toruniu i Grudziądzu, również buty, spodnie i kulbaki w Toruniu i Brodnicy, za które jeszcze kilkaset tal. dopłacić należy, a które dla braku funduszów nie mogły być odebrane. Organizatorowie powiatowi byli następujący: 1. Pow. chełmiński, 2. toruński — mjr. Włodek i por. Zalewski, 3. brodnicki ppor. G. Ochotników pow. chełmiński 92, toruński 48, brodnicki 66, suma 206. We wszystkich tych powiatach było ustanowionych kilkunastu podoficerów i ochotnicy zostawali pod ich dozorem rozkwaterowani u obywateli Polaków. Żandarmeria zaprowadzona w pow. brodnickim ukarała śmiercią za rozkazem 3 szpiegów pruskich, którzy broń wydali Prusakom, w Toruńskim potrzeba było 2 razy ukarać cieleśnie ochotników dopuszczających się nadużyć i w jednym razie wymierzyć chłostę niechętnemu bardzo dla naszej sprawy obywatelowi, co się uskuteczniło. Robota postępowała ciągle i szła pomyślnie, dopóki była dobra wola u właścicieli ziemskich. Oficerowie, podoficerowie i żandarmi w służbie odbierali żołd stosownie do postanowienia organizatora głównego mjr. Grossa, zatwierdzonego przez Wydział Wykonawczy i komisarza pełnomocnego. Pod d. 18 V Wydział Wykonawczy przesłał już naczelnikom cywilnym województwa ostrzeżenie i rozkaz, aby się opierali wszelkiemu energicznemu działaniu organizacji wojskowej. To zrobiło już zły efekt, bo u szlachty polskiej rozporządzenie każde urzędowe jest przedmiotem do traktowania na sejmikach, wizytach i naradach, a liczne wy-

220

ciągane stąd wnioski i komentarze wykrzywiać je tylko muszą, szkodząc przeto sprawie. Wrażenia jednak tego rozporządzenia udało nam się jeszcze zatrzeć i robota postępowała, chociaż gdzieniegdzie z oporem. Ostatnie rozporządzenie Wydziału z d. 24 VI, które wprost zakazuje wszystkim urzędnikom słuchać jakichkolwiek bądź rozkazów pod inną jak Wydziału pieczęcią wydawanych i rozwiązujące organizacją wojskową, udziela[jąc] wszystkim jej urzędnikom dymisji, stawia mnie w niepodobieństwie pracowania dalej. Z tejże samej przyczyny nie mogę przyjść w pomoc ani co do ludzi, ani co do broni jen. Krukowi, przez którego w imieniu organizatora głównego na zabór pruski byłem o to zawezwany. Zechciejcie ob. Komisarzu zakomunikować ten mój raport komu należy, abym mógł, dostawszy prawną dymisję, której teraz żądam, zadysponować w inny sposób moją osobą. /—/ Major Budziszewski. Wy d. I, s. 165 - 168. 315 Aluzja do Chłapowskiego. 316 Por. wyd. I, s. 47. 317 Zygmunt Szułdrzyński, właściciel Lubasza (ur. 1830), por, p. W. Zakrzewski, op. cit., s. 88. 318 Doktor Władysław Swiderski (1824 -1892), por. cyt. pismo N. du Lauransa z 9 VII 1864 r. 319 Objaśnienie do działu III, nr XXIV - XXVI. Mowa o okólnikach Wydziału Wykonawczego z 18 i 21 V oraz 24 VI1864. Zabór pruski, s. 262-263. S. Gawęda, op. cit., s. 115-116. 320 W pierwodruku mylny odsyłacz: Dokumenta, dział II, nr XXIII, gdy omawiany okólnik znajduje się pod nr XXIV. Zabór pruski, s. 261. 321 W pierwodruku mylnie: województwa. 322 por. Zabór pruski, s. 274. 323 Hieronim Kajsiewicz (1812 - 1873), zakonnik zmartwychwstaniec, głośny z powodu ogłoszenia w chwili wybuchu powstania Listu do braci księży grzesznie spiskujących i do braci szlachty niemądrze umiarkowanej, w którym kategorycznie potępił dążenie do niepodległości drogą rewolucyjną. List ten ukazał się w „Tygodniku Katolickim", wydawanym w Grodzisku Wielkopolskim. 324 Teodor Trepow (1803 -1889), od końca 1863 do 1866 generał-policmajster Królestwa Polskiego. 325 Jana Kurzyny. 326 Objaśnienie do działu I, nr XXV. Pismo z 2 VI 1864, wyd. 1, s. 52.

221

Najpewniej: Doktora Libella. 328 Pantaleon Libelt, starszy syn filozofa Karola. 329 Zapewne Inowrocław, stosunkowo bliski Czeszewa, majątku Libelta. 330 Por. aneks 27. Pełnienie funkcji swych jako zastępcy przekazał Łukaszewski E. Kesslerowi, por. S. Gawęda, op, cit. s. 118. 331 Guttry pełnił ten urząd od lipca 1864 r. z ramienia J. Kurzyny. 332 w wyd. I: drugą już wojnę. 18 VII 1870 Łukaszewski prosił Kraszewskiego o zmianę przymiotnika na „trzecią", w zw. z wybuchem wojny francusko-pruskiej. 333 Aluzja do Teki Stańczyka, pamfletu politycznego ogłoszonego przez grupę konserwatystów krakowskich w 1869 r., a skierowanego przeciwko epigonom powstania styczniowego. 334 Ksiądz Stanisław Piotrowicz, proboszcz u św. Rafała w Wilnie (um. 1897), 25 III 1870 r. publicznie spalił na ambonie narzucony mu przez władze modlitewnik rosyjski, rzucając przekleństwo na tych, którzy się nim posługują. Zesłany do gub. archangielskiej, spędził na wygnaniu 24 lata. P. Kubicki, Bojownicy kapłani, t. III, cz. II, Sandomierz 1936, s. 48 n. 335 „Onanicznymi ruchami" nazywała Teka Stańczyka konspirację polską.

327