Na posterunku we Francji

Stanisław Zabiełło

Spis treści
Część pierwsza ......................................................................................................................................... 3 I Wojna ................................................................................................................................................ 3 II Z Rumunii do Paryża ....................................................................................................................... 12 III Rząd w Angers ............................................................................................................................... 22 IV Francuski „Wrzesień” .................................................................................................................... 36 V Od improwizacji do organizacji ...................................................................................................... 49 Część druga ............................................................................................................................................ 63 VI Przedstawiciel rządu...................................................................................................................... 63 VII Pod zmienionym szyldem ............................................................................................................. 76 VIII Akcja opiekuńcza ......................................................................................................................... 91 IX Za fasadą legalności ..................................................................................................................... 107 X Ostatni akt .................................................................................................................................... 121

Część pierwsza
I Wojna
W dniu 1 września 1939 r. obudziły mnie z głębokiego snu, gdzieś przed szóstą rano, odgłosy niedalekich strzałów i wybuchów. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, że to już wojna. Poprzedniego dnia późnym wieczorem zadzwonił do mnie, jak zawsze, gdy miało miejsce ważniejsze wydarzenie polityczne, mój stary znajomy, płk Jan Kowalewski1 podając treść tylko co wysłuchanego

1

Płk Jan Kowalewski (1892-1965), attaché wojskowy w Moskwie, potem w Bukareszcie 1928-1937. Szef sztabu OZONu w 1937. Dyrektor przedsiębiorstwa skupu surowców strategicznych TISSA 1937-1939.

komunikatu radiowego z Berlina o dwuminutowej wizycie ambasadora Lipskiego2 u Ribbentropa3 oraz o nieaktualnych już propozycjach niemieckich zawierających żądanie ustąpienia Gdańska i przeprowadzenia plebiscytu na Pomorzu (Korytarz). Doszliśmy do wspólnego przekonania, iż klamka już zapadła, gdyż szanse na to, by to był ostatni paroksyzm zimnej wojny, są minimalne. Przy okazji Kowalewski opowiadał mi o świeżo odbytej rozmowie z szefem Sztabu Głównego gen. Stachiewiczem4 i z jego najbliższymi współpracownikami. Był zaskoczony, że tak inteligentni ludzie nie mają za grosz wyobraźni i imaginacji. Uwaga ta dopomogła mi potem bardzo do zrozumienia wyjściowego błędu koncepcji obronnych naszych strategów, wśród których płk Jaklicz5 oceniany był przez Francuzów jako wyjątkowo zdolny oficer. Mieli oni dzięki świetnej pracy naszego wywiadu wszelkie dane, by należycie ocenić niemieckie siły i możliwości, a jednak nie potrafili uzmysłowić sobie skuteczności nowoczesnej techniki wojskowej łączącej wzmożoną siłę ognia ze zwiększoną szybkością ruchu. Naturalnie nie to było jedynie przyczyną klęski. Nie zważając na wczesną porę, udałem się do mego biura w Ministerstwie Spraw Zagranicznych6. Po drodze, widząc przelatujące samoloty, powiedziałem do taksówkarza: „Doczekaliśmy się Niemców nad Warszawą”. Nie chciał temu wierzyć, twierdząc, że loty i salwy artyleryjskie to po prostu ćwiczenia obrony powietrznej. Gdy powołałem się na ogłoszony już komunikat oficjalny o rozpoczęciu działań wojennych, powiedział: „To i lepiej, że się to wszystko raz wyjaśni. Oduczymy ich raz na zawsze grożenia nam”. Taki był wówczas vox populi. Przecenianie własnych sił i wiara w skuteczność pomocy sprzymierzeńców zachodnich było zjawiskiem powszechnym wśród szerokich mas ludności i wśród inteligencji. My w Ministerstwie Spraw Zagranicznych byliśmy mniej optymistyczni. Orientowaliśmy się w ogromnej dysproporcji sił i mieliśmy poważne obawy, czy Francja i Wielka Brytania wypełnią swe zobowiązania wobec nas. Wiedzieliśmy, że Francuzi żądają od nas wytrzymania nacisku prawie wszystkich sił niemieckich przez co najmniej sześć tygodni, gdyż czas ten jest im niezbędny dla przeprowadzenia mobilizacji i koncentracji przed podjęciem szerokiej ofensywy na linie obronne Rzeszy, do której zobowiązali się w majowym protokole Gamelin - Kasprzycki7. Z kół sztabowych informowano nas, że polskie Naczelne Dowództwo zapewniało o możności utrzymania frontu do sześciu miesięcy, potwierdzenie czego można znaleźć w ogłoszonych już dokumentach francuskich. Jasne było jednak, że nasza linia obronna ustabilizować się może w najlepszym wypadku (po rozpoczęciu natarcia francuskiego) dopiero gdzieś na Wiśle. Wiązały się z tym przygotowania do ewakuacji władz rządowych z Warszawy do rejonu lubelskiego. Dla MSZ i korpusu dyplomatycznego przydzielono Nałęczów, gdzie kupiono dla naszych celów biurowych specjalną willę. Zrobiono to
2 3

Józef Lipski (1894-1960), naczelnik wydziału zachodniego MSZ 1928 -1933, ambasador w Berlinie 1933-1939. Joachim von Ribbentrop (1893-1946), ambasador niemiecki w Londynie 1936-1938, minister spraw zagranicznych 1938- 1945. 4 Gen. Wacław Stachiewicz, ur. 1894, szef Sztabu Głównego 1935-1939. 5 Płk Józef Jaklicz, ur. 1894, szef oddziału operacyjnego Sztabu Głównego, zastępca szefa Sztabu Głównego w 1939. 6 Siedziba MSZ znajdowała się w niedawno odrestaurowanym Pałacu Brühlowskim przy ówczesnym placu Marszałka Piłsudskiego (dziś Zwycięstwa). Gmach po wojnie nie został odbudowany. 7 Porozumienie wykonawcze do sojuszu wojskowego z 1921 r. podpisane zostało 17. V. 1939 w Paryżu przez gen. Gamelin ze strony francuskiej, a gen. Kasprzyckiego ze strony polskiej. Gen. Maurice Gamelin (1872-1958), szef sztabu armii francuskiej 1931-1935, potem szef sztabu Obrony Narodowej z tytułem wiceprzewodniczącego Najwyższej Rady Wojennej (desygnowany naczelny wódz) 1935 1939. Naczelny wódz sił sojuszniczych we Francji 1939-1940. Gen. Tadeusz Kasprzycki, ur. 1891, wiceminister spraw wojskowych 1932-1935, potem minister spraw wojskowych do 1939.

jednak poufnie, na nazwisko teścia Becka8, co wywołało nawet uwłaczające mu plotki. Świeżo zawartego paktu radziecko-niemieckiego nie traktowaliśmy jako bezpośredniego zagrożenia naszych tyłów, lecz tylko jako unikanie przez Związek Radziecki wciągnięcia go do zbliżającej się wojny europejskiej. Nie było nam natomiast znane zabezpieczanie się Moskwy na wypadek klęski militarnej Polski, z czym łączył się znany protokół do umowy z 23 sierpnia 1939 r. o podziale sfer wpływów. Nie wyobrażaliśmy sobie, że Francja i Wielka Brytania mogą rozpocząć wojnę i jednocześnie nie przyjść nam z pomocą. Ich interes utrzymania dwóch frontów przeciwko Niemcom wydawał się bezsporny. Dlatego też nie traciliśmy nadziei, że jeżeli tylko nasi sojusznicy wypowiedzą wojnę Trzeciej Rzeszy, wyjdziemy z niej pomyślnie, poprawiając nawet naszą sytuację międzynarodową, aczkolwiek pierwsze zwłaszcza miesiące będą niezmiernie ciężkie. Nic więc dziwnego, że w ciągu pierwszych trzech dni wojny, gdy oczekiwaliśmy na decydujący krok angielsko-francuski, nerwowość w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i w naszych placówkach dyplomatycznych była ogromna, co znajduje odbicie w licznych ogłoszonych już dokumentach urzędowych z tych czasów. Dopiero 3 września wieczorem odetchnęliśmy z ulgą, chociaż mieliśmy już wiadomości, że sytuacja na froncie zaczyna być tragiczna. Nasi przyjaciele i zwykli informatorzy sztabowi stawali się coraz bardziej powściągliwi, ale chociażby z ostrożnie redagowanych komunikatów Naczelnego Dowództwa można było się zorientować, że armia Bortnowskiego9 na Pomorzu została rozbita oraz że nieprzyjacielowi udało się przerwać nasze linie obronne w rejonie Częstochowy. Nie pamiętam już nawet, kto poinformował mnie, że naczelny wódz wysłał pośpiesznie do Kielc swego pierwszego oficera sztabu, którego dobrze znałem, płk Kazimierza Glabisza10, dla organizowania obrony. Dzień 4 września przyniósł dalsze złe wiadomości o niepowodzeniach armii „Łódź” gen. Rómmla11 oraz o możliwym zagrożeniu Warszawy od strony północnej. W naszym ministerstwie wydane już zostały zarządzenia dotyczące ewakuacji. Całość podzielono na dwa tzw. eszelony: „ciężki”, obejmujący wydziały konsularne i administracyjno-gospodarcze, oraz „lekki”, w skład którego wchodziły wydziały polityczne, protokół dyplomatyczny i gabinet ministra. Ten ostatni miał pozostać wraz z min. Beckiem w Warszawie do czasu przebywania w niej władz najwyższych. Eszelon ciężki rozpoczęto przerzucać już 4 września wieczorem. Przy tej okazji Beck wydał pewne zarządzenia personalne. I tak m. in. dyrektor Biura Personalnego i Departamentu Konsularnego Drymmer12 otrzymał tytuł II wiceministra dla kierowania eszelonem ciężkim, ja zaś uzyskałem formalnie stanowisko zastępcy dyrektora do spraw wschodnich Kobylańskiego13, którą to funkcję pełniłem faktycznie prawie od roku, kierując jednocześnie od 1934 r. sprawami radzieckimi.

8

Płk Józef Beck (1894-1944), szef gabinetu Piłsudskiego 1926-1930, podsekretarz stanu w MSZ 1930-1932, minister spraw zagranicznych 1932-1939. 9 Gen. Władysław Bortnowski (1891-1966), inspektor armii w Toruniu 1935-1939, dowódca armii „Pomorze” podczas kampanii wrześniowej 1939. 10 Płk (w latach wojny gen.) Kazimierz Glabisz, ur. 1893, oficer do zleceń Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych 1931-1939. 11 Gen. Juliusz Rómmel, ur. 1881, inspektor armii 1926-1939, dowódca armii „Łódź” podczas kampanii wrześniowej 1939. 12 Kpt. Tomir Wiktor Drymmer, ur. 1898. Do 1929 zawodowy oficer, potem w MSZ. Dyrektor Biura Personalnego 1931-1939 i jednocześnie dyrektor departamentu konsularnego 1933 -1939. II wiceminister we wrześniu 1939. 13 Ppłk Tadeusz Kobylański, ur. 1895. Zawodowy wojskowy do 1929, w tym attaché wojskowy w Moskwie 19251928. Radca poselstwa w Bukareszcie 1929-1935, wicedyrektor do spraw wschodnich 1935-1939. Struktura organizacyjna MSZ była przestarzała i skomplikowana. Dyrektoriat polityczny przestał istnieć w 1930, a naczelnicy trzech głównych wydziałów politycznych, wschodniego, zachodniego i ustrojów

Nazajutrz rano Kobylański uprzedził mnie telefonicznie, że mam się zaraz zjawić w MSZ „gotowy do drogi”. Zrozumiałem dobrze, co to znaczy. Rzeczywiście brano już pod uwagę możliwość rychłego pojawienia się na północno-wschodnim i południowo-zachodnim przedpolu Warszawy zmotoryzowanych podjazdów niemieckich. W pięknym i solidnym gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych panował niezwykły rozgardiasz. Pakowano skrzynie, palono archiwa (w praktyce zdołano zniszczyć tylko niewielką część), a w wielkim hallu kotłowali się przybywający wraz z rodzinami urzędnicy, których miano odwozić zarekwirowanymi autobusami na Dworzec Wschodni. Wielu moich kolegów, którym udało się zapewnić sobie jakiś samochód lub miejsce w nim, wyjeżdżało bezpośrednio do Nałęczowa, gdzie udali się już wszyscy szefowie obcych placówek dyplomatycznych w towarzystwie swych najbliższych współpracowników. Osobiście musiałem się zająć wysegregowaniem najważniejszych i najpotrzebniejszych akt z naszej kancelarii dla zapakowania w skrzynię, która miała nam towarzyszyć. Nie zdawałem sobie wówczas jeszcze sprawy z chaosu, w jakim znaleźliśmy się, i przyzwyczajony do niemal bezbłędnego funkcjonowania naszego aparatu wykonawczo-usługowego, byłem przekonany, że skrzynia z aktami zostanie automatycznie dostarczona na miejsce przeznaczenia. Tymczasem w parę godzin później na bocznej rampie Dworca Wschodniego, gdzie ładowaliśmy się do przygotowanego dla nas pociągu ewakuacyjnego, zobaczyłem taką samą skrzynię z aktami Wydziału Ustrojów Międzynarodowych, którą na skutek mej interwencji umieszczono w naszym wagonie. Natomiast skrzynia z aktami Wydziału PIII gdzieś zaginęła i nie wiem, co się z nią później stało. Przeznaczony dla nas pociąg składał się z trzynastu wagonów pulmanowskich, które miały zabrać wyższych urzędników różnych resortów. Dla MSZ przypadło ich najwięcej, bo trzy. Ten, do którego wsiedliśmy z przyjaciółmi, był mocno postrzelany i podziurawiony, gdyż poprzedniego dnia lotnictwo niemieckie bombardowało Dworzec Wschodni. Właśnie ze względu na naloty i zakorkowanie linii kolejowych przez transporty wojskowe przetrzymano nas na tej rampie do zmierzchu. Skierowano nas też nie bezpośrednio na Lublin, lecz okrężną drogą na Brześć. Gdy zaczęło się rozwidniać, zauważyliśmy, że dopiero mijamy Mińsk Mazowiecki. W Siedlcach czekała nas jeszcze większa niespodzianka. Cel naszej podróży znajdował się na południu, podczas gdy skierowano nas na północ do Puszczy Białowieskiej, skąd okólną drogą przez Czeremchę i Brześć mieliśmy podążać do rejonu lubelskiego, tym razem już w dzień. Gdy wyjeżdżaliśmy z lasów na stację w Czeremsze, wyśledził nas jakiś pilot z eskadry niemieckiej. Uratowała nam życie przytomność umysłu maszynisty naszego pociągu, który nagle włączył tylny bieg. W chwili gdy bomby niemieckie padały na tory przed stacją, my cofaliśmy się w kierunku lasu. Potem przez dłuższy czas eskadra krążyła nad naszym pociągiem, zasypując go bombami, ale jakoś nikomu nic się nie stało, a pociąg był w dalszym ciągu zdolny do drogi. Zresztą ogromna większość bomb nie wybuchała. Mówiono potem, że Niemcy używali w kampanii wrześniowej amunicję zdobytą w Czechosłowacji, unieszkodliwianą przez uprawiających sabotaż robotników czeskich. Nie jest to jednak pewne. Tegoż wieczora przeżyliśmy jeszcze jeden alarm lotniczy pośrodku mostu kolejowego na Bugu pod Brześciem (siedziba Naczelnego Dowództwa). Sytuacja była specjalnie nieprzyjemna, gdyż niemożność wydostania się z pociągu działała wysoce deprymująco na przemęczonych już podróżą pasażerów naszego transportu. Na drugi dzień z rana znaleźliśmy się niespodziewanie w Lubomli,

międzynarodowych, otrzymali tytuły wicedyrektorów, podlegając bezpośrednio ministrowi. Największe referaty wydziałów politycznych, jak np. radziecki, którym kierowałem 1934 -1939, odpowiadały faktycznie wydziałom.

gdzie nam oświadczono, że nadeszła telegraficzna dyspozycja premiera Sławoj-Składkowskiego14, aby skierować nasz pociąg do Kiwerc, gdyż rząd zostaje przeniesiony z rejonu Lublina na Wołyń. Już to samo świadczyło, że sytuacja jest coraz gorsza. Wieczorem, po paru dalszych alarmach lotniczych, dotarliśmy do Kiwerc. Po dłuższym oczekiwaniu dowiedzieliśmy się, że Łuck został przeznaczony na siedzibę rządu (prezydent Mościcki15 rezydował w radziwiłłowskiej Ołyce), natomiast MSZ i korpus dyplomatyczny mają udać się do Krzemieńca. Zjechaliśmy tam w nocy z 7 na 8 września, a na drugi dzień stwierdziliśmy, że nasi koledzy z Nałęczowa już tam przybyli i objęli w posiadanie szacowne mury historycznego Liceum Krzemienieckiego. Kierował nimi wiceminister Jan Szembek16, bo Beck, w towarzystwie Schätzla17 i Kobylańskiego, bawił jeszcze w Brześciu przy boku marszałka Rydza-Śmigłego18. Zostałem zaraz wezwany przez Szembeka, który był zaniepokojony świeżo otrzymanymi wiadomościami o ogłoszonej przez rząd radziecki mobilizacji w dwóch graniczących z Polską okręgach wojskowych, ukraińskim i białoruskim. Wyraziłem przekonanie, że Związek Radziecki nie zechce dopuścić, aby opuszczone przez nas, w związku z tworzeniem rezerwatu wołyńsko-galicyjskiego, kresy północno-wschodnie zostały zajęte przez armię niemiecką, co przesądzałoby o dostaniu się państw bałtyckich w orbitę wpływów hitlerowskiej Rzeszy. Dlatego uważałem, że należy się liczyć z wkroczeniem na tamtejsze tereny Armii Czerwonej. W związku z tym wydelegowałem 9 września do Wilna paru urzędników ministerstwa, z kierownikiem referatu litewskiego Bohdanem Kościałkowskim19 na czele, by obserwowali sytuację na miejscu i raportowali o niej. W praktyce dobrnęli oni do Wilna już po wkroczeniu tam wojsk radzieckich. Później okazało się, że podobnie ocenił nasze położenie Schätzel w rozmowie z Rydzem i Beckiem w Brześciu. W związku z tym, że większość niepotrzebnych już urzędników MSZ skierowano do Wiśniowca i do Zbaraża, Szembek polecił mi zorganizować paroosobową sprężystą komórkę do spraw wschodnich. Pamiętam w związku z tym pewną przykrą scenę. Jeden z urzędników, znany zresztą poeta, którego nie wytypowałem do pracy, bo w podróży ewakuacyjnej wykazał słabe opanowanie nerwowe i nie należał do wybitnych pracowników, zaczął mnie błagać, aby go zatrzymać przy sobie, bo, jak twierdził, bezczynność doprowadzi go do szału. To utwierdziło mnie tylko w podjętej decyzji. Wtedy rzucił się na kolana i zaczął histerycznie całować moje ręce. Gdy wściekły huknąłem na niego, szlochał, że jestem bez serca i że mi nigdy tego nie zapomni. Przy spotkaniu pięć lat potem w Londynie był jak najbardziej wylewny i mówił, że nie ma już do mnie pretensji, choć opisał mnie brzydko w swych pamiętnikach wojennych. W parę dni później miałem w Krzemieńcu nieco podobny wypadek. Spotkał mnie jeden z głośnych literatów, który przerażony możliwością dostania się w ręce Niemców żądał ode mnie, abym mu wyrobił w MSZ paszport na wyjazd za granicę. W pierwszej chwili nie zorientowałem się, o co chodzi, i powiedziałem mu, że przecież MSZ wydaje tylko paszporty służbowe i dyplomatyczne, do których on

14

Gen. Felicjan Sławoj-Składkowski (1885-1963), lekarz wojskowy. Minister spraw wewnętrznych 1926-1929, 1930-1931 i 1936-1939, premier 1936-1939. 15 Prof. Ignacy Mościcki (1867-1946), prezydent Rzeczypospolitej 1926-1939. 16 Jan Szembek (1881-1945). Kolejno poseł w Budapeszcie, Brukseli i Bukareszcie 1919 -1932, podsekretarz stanu w MSZ 1932-1939. 17 Płk Tadeusz Schätzel, ur. 1891, szef II Oddziału Sztabu Głównego 1926-1929. Następnie w MSZ. Wicedyrektor do spraw wschodnich 1930-1935. Wicemarszałek Sejmu 1935-1938. Przedstawiciel Naczelnego Dowództwa przy MSZ we wrześniu 1939. 18 Marszałek Edward Rydz-Śmigły (1886-1941), inspektor armii 1921-1935, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych 1935-1939. Naczelny wódz i desygnowany następca prezydenta we wrześniu 1939. 19 Bohdan Zyndram-Kościałkowski, ur. 1899, kierownik referatu litewskiego MSZ 1936 -1939.

nie ma prawa, a gdy nalegał, rozgniewałem się i obcesowo odmówiłem. Zresztą w parę godzin później załatwił mu to jeden z moich przyjaciół, ale w danym wypadku literat mi rzeczywiście nie wybaczył, bo dziś odwraca się ostentacyjnie przy spotkaniach. Dopiero po przejściach wrześniowych doszedłem do przekonania, że w obu wypadkach nie miałem o tyle racji, że trzeba być wyrozumiałym na nerwowe przeżywanie przez ludzi tragicznych wydarzeń i zawsze źle jest nie podać ręki człowiekowi potrzebującemu pomocy, a im ktoś okazuje się słabszy, tym bardziej jej potrzebuje. W przyszłości starałem się tego trzymać w okazjach, których, niestety, nie zabrakło. W dniu 10 września zjawił się w Krzemieńcu Beck, który chciał - jak pisze w swych pamiętnikach nawiązać kontakt z przebywającym tam korpusem dyplomatycznym. Po niedawnym bombardowaniu Krzemieńca, miasteczka nie posiadającego żadnego obiektu wojskowego i pozbawionego wszelkiego znaczenia strategicznego, dyplomaci zdradzali oznaki wyraźnego zdenerwowania20. Najpilniejszą sprawą było kołatanie o pomoc wojskową sojuszników zachodnich. Anglicy mieli przecież według umowy bombardować zaplecze niemieckiego frontu wschodniego, tymczasem, po niezbyt udanym nalocie na Helgoland, wstrzymali wszelkie operacje powietrzne nad Rzeszą pod pretekstem, że może to ściągnąć retorsyjne naloty na Wyspy Brytyjskie. Francuzi zobowiązali się do podjęcia szerokiej ofensywy w Nadrenii najpóźniej w 15 dni po wybuchu wojny, poprzedzając ją lokalnymi akcjami, aby odciągnąć siły niemieckie z naszego frontu. Jedynie przyspieszenie tej akcji mogło nam dać szansę utrzymania się, zwłaszcza gdyby to było poparte wydatnym bombardowaniem Niemiec przez Royal Air Force. Nasze Naczelne Dowództwo szturmowało o to stale akredytowane przy nim wojskowe misje sojuszników zachodnich i naciskało na Becka, aby podejmował odpowiednią akcję w drodze dyplomatycznej, co zresztą placówki nasze w Londynie i Paryżu robiły już od początku. Okazało się przy tym, że Naczelne Dowództwo nie dysponuje stacją radiową, za pomocą której mogłoby porozumiewać się z zagranicą, toteż zarówno ono, jak i zachodnie misje wojskowe korzystały z iskrówki MSZ działającej od roku i mającej utrzymywać łączność z naszymi głównymi przedstawicielstwami dyplomatycznymi. Wiadomości z otoczenia Becka dawały nam dostatecznie jasny obraz przegranej i braku możliwości utrzymania się w tzw. rezerwacie wołyńskim. Potwierdziło to zjawienie się u mnie 12 września ambasadora radzieckiego Szaronowa21 (w towarzystwie swego attaché wojskowego), który oświadczył, że „wobec niemożności nawiązania kontaktu z Moskwą” udaje się do Szepietówki (stacja graniczna po stronie USRR), aby stamtąd zatelefonować do swych władz, prosi więc o zawizowanie paszportów dyplomatycznych jego i wszystkich znajdujących się w Krzemieńcu jego współpracowników. W formie pośredniego komentarza Szaronow poruszył w dalszej rozmowie sytuację na froncie. Moją uwagę, że właśnie Sosnkowski22 przeprowadza zwycięską akcję na zachód od Lwowa, a Kutrzeba23 toczy dużą bitwę w rejonie Kutna, radziecki attaché wojskowy skwitował krótką repliką: „Ale COP straciliście”. Miało to znaczyć, że materialnie nie mamy już możliwości prowadzenia dalszej wojny. Sens wizyty i wyjazdu był jasny. Żegnając się ze mną ambasador Szaronow zrobił aluzję do pozytywnego oceniania przez właściwe władze radzieckie mej wieloletniej pracy na odcinku stosunków polsko-radzieckich: „Dla pana bramy
20

Hitlerowskie komunikaty radiowe podawały od paru dni, iż w Krzemieńcu znajduje się polskie MSZ i korpus dyplomatyczny. 21 Mikołaj Szaronow, dyplomata radziecki. Poseł w Atenach 1937-1939, ambasador w Polsce 1939. 22 Gen. Kazimierz Sosnkowski, ur. 1885, inspektor armii 1927-1939. Dowódca Frontu Karpackiego w kampanii wrześniowej 1939. 23 Gen. Tadeusz Kutrzeba (1886-1947), komendant Wyższej Szkoły Wojennej 1928-1939, dowódca armii „Poznań” w kampanii wrześniowej 1939.

ZSRR będą zawsze otwarte”. W książce o agresji niemieckiej w Polsce24 Noel25 twierdzi, że to jego perswazje skłoniły Becka do wystąpienia z inicjatywą przeniesienia siedziby polskich władz naczelnych bliżej granicy rumuńskiej. Było to przede wszystkim wynikiem pogarszającej się sytuacji militarnej: zagony niemieckie dochodziły już do Chełma. Na pewno też zaalarmowała Becka moja rozmowa z dyplomatami radzieckimi, którą powtórzyłem zaraz swemu przyjacielowi, dyrektorowi gabinetu ministra Michałowi Łubieńskiemu26. W parę godzin później zgłosił się do mnie pracujący w ambasadzie tureckiej w charakterze tłumacza emigrant tatarski z Krymu, który bardzo poruszony poinformował mnie, że przed chwilą wyszła depesza szyfrowa do Ankary, donosząca z bardzo pewnego źródła o spodziewanym lada dzień wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski. Beck pojechał do Łucka na naradę z prezydentem, premierem i naczelnym wodzem, po czym 13 września rozpoczęły się przygotowania do dalszej ewakuacji. Obejmowała ona tylko urzędników MSZ pracujących w gmachu Liceum Krzemienieckiego, a więc uznanych za podstawową i niezbędną ekipę. Dochodziło do nich grono młodych praktykantów, którzy w warunkach komplikacji wojennych i konieczności improwizowania okazywali się bardzo pożyteczni. Jeden z nich, na przykład, wysłany dla zdobycia benzyny zdobył skądsiś całą cysternę, dzięki czemu nasza ogromna kolumna samochodowa mogła wyruszyć w drogę do Kut. Pozostawali natomiast w Wiśniowcu i Zbarażu pracownicy ministerstwa poprzednio odsiani, a więc większość ciężkiego eszelonu i urzędnicy polityczni, którzy nie przeszli selekcji w Krzemieńcu. Nie trzeba dodawać, że wywołało to dużo pretensji i rozgoryczenia. Osobiście nie miałem ochoty udawać się na tułaczkę zagraniczną, co było rzeczą właściwie już przesądzoną, i powiedziałem Kobylańskiemu, że również pod okupacją będą potrzebni ludzie aktywni, chociażby w pracach podziemnych, które już wówczas zaczynano przygotowywać. Szef mój, z którym miałem napięte stosunki, nie miał obiekcji, ale już po paru godzinach powiedział mi, że Beck stanowczo nie zgadza się na moje pozostanie w kraju, ponieważ jako czołowy ekspert od spraw wschodnich będę potrzebny w warunkach pracy na obczyźnie. Otrzymałem więc służbowe polecenie towarzyszenia ekipie ministerialnej, która miała wraz z ministrem udać się za granicę. Ewakuację organizował Drymmer. Podzielono nas, nie posiadających własnych samochodów, na 20osobowe grupy, przydzielając każdej autobus i wyznaczając w nim komendanta, a w ich liczbie również i mnie. W ostatniej chwili dołączył do nas ambasador Lipski z częścią swych współpracowników, którzy jechali z Berlina przez Danię i kraje bałtyckie. Z personelem pomocniczym wszelkich stopni i rodzinami było nas około dwustu osób. Wszyscy, zarówno wyjeżdżający jak pozostający na miejscu, otrzymali trzymiesięczne pobory z góry. Obserwując mych kolegów w warunkach nerwowego napięcia i zdenerwowania znajdowałem potwierdzenie spostrzeżeń, które poczyniłem swego czasu podczas pobytu na froncie w kampanii 1920 r., a mianowicie, że nie jest prawdziwą odwagą brak strachu na tle bądź nieodczuwania obawy śmierci (są i tacy, a do nich ja należę), bądź niezdawania sobie sprawy z realności nie bezpieczeństwa. Prawdziwą odwagą jest opanowanie siłą woli w pełni uświadomionego lub instynktownego strachu śmierci, bądź też rozklekotania nerwowego. Mogłem wówczas obserwować dwa wielce typowe przykłady. Jeden z mych przyjaciół przeżywał chorobliwie każde niebezpieczeństwo, ale na ogół trzymał się przy nas dzielnie i tylko gdy przychodziło odprężenie, kładł się od razu do łóżka, tak był wyczerpany i niezdolny do czegokolwiek. Inna rzecz, że gdy w rok potem znalazł się izolowany od osób bliskich
24 25

Przekład polski: Instytut Wyd. PAX, Warszawa 1966. Leon Noël, ur. 1888, poseł francuski w Pradze 1932-1935, ambasador przy rządzie polskim 1935-1940. 26 Michał Łubieński, ur. 1896, w MSZ od 1918. Dyrektor Gabinetu Ministra 1935-1939.

w obliczu jeszcze nawet całkowicie niewykrystalizowanego niebezpieczeństwa, tak się go przestraszył, że uciekł do kraju neutralnego opuszczając powierzony mu posterunek. Dopiero po napisaniu tych linii uświadomiłem sobie, że gdy po sześciu latach znaleźliśmy się w Londynie, ja z tzw. kartą bohaterską, a wyżej wspomniany mój przyjaciel z kartą dezertera, to dla węższego i szerszego koła naszych znajomych okres wojenny jak gdyby nie istniał i my obaj byliśmy tylko starymi kolegami, z którymi się z radością znowu spotyka. Nie umiem powiedzieć, czy to było dobrze, czy źle. Chyba jest to po prostu naturalne. Inny kolega dostał w Krzemieńcu polecenie spalenia (po oblaniu dostarczoną mu benzyną) części archiwum MSZ, która została wywieziona z Warszawy ze względu na swą wartość historyczną. Były to przede wszystkim oryginały traktatów międzynarodowych z okresu międzywojennego, w tym traktatów pokoju z Wersalu i Rygi. Człowiek ten tak się obawiał, że może się spóźnić i nas nie dogonić, że rozkazu nie wykonał, przekazując spalenie skrzyń z dokumentami w wypadku zbliżania się jakichś wojsk obcych miejscowemu nauczycielowi. Ten z kolei benzynę schował, a skrzynie powrzucał do stawu, skąd je jakoby później wyciągnięto. W każdym razie dalszy los tych archiwów nie jest mi znany. W danym wypadku mało kto o tym incydencie wiedział. Mieliśmy czekać gotowi do drogi na sygnał wyjazdu. Nastąpiło to już nazajutrz, 14 września rano. Tym razem mieliśmy drogę stosunkowo spokojną, gdyż tylko pod Tarnopolem ostrzelały nas, zresztą bezskutecznie, samoloty niemieckie. Nauczeni różnymi doświadczeniami, jechaliśmy ostrożnie, nie zwartą kolumną, lecz zachowując dystans co najmniej 500 m między poszczególnymi samochodami. Mój autokar zepsuł się, gdy już zapadał mrok, musieliśmy więc przenocować w Horodence, w gmachu miejscowej szkoły, wśród tłumu uciekinierów. Wobec tego, że naczelne władze państwowe rozlokowały się w okolicy Kosowa, falę uciekinierów kierowano na Zaleszczyki. Dzięki temu bez trudu dobrnęliśmy następnego ranka do Kut, gdzie zakwaterowało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych i paru głównych ambasadorów: francuski, angielski, amerykański i turecki, bo reszta korpusu dyplomatycznego, przerażona przeżytym w Krzemieńcu bombardowaniem, udała się już poprzednio przez Zaleszczyki do Rumunii. Zawsze troskliwa i uczynna Kazimiera Iłłakowiczówna27 zarezerwowała dla paru z nas wygodne jak na warunki wojenne kwatery (zrobiła to również i w Krzemieńcu). Teraz nie było nawet mowy o pozorach urzędowania. Tylko niestrudzony Drymmer urządzał wciąż nowe zebrania i przeprowadzał ankiety, kto chce udać się zagranicę, a kto woli zostać w kraju. W praktyce nie miało to żadnego znaczenia, bo ostatecznie dla uniknięcia spotkania z wojskami radzieckimi wyjechali wszyscy. Okazało się zresztą, że przedostanie się w głąb kraju nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Ambasador Lipski zwrócił się do Becka, że pod okupacją niemiecką potrzebny będzie ktoś, kto potrafiłby prowadzić rozmowy z władzami niemieckimi, służąc jako pośrednik między nimi a ludnością kraju. Sądził, że on sam jest najbardziej powołany do tej roli ze względu na swe rozległe znajomości w niemieckich kołach wojskowych i partyjnych28. Beck całkowicie aprobował tę myśl, ale gdy 17 września Lipski wyruszył pieszo z Kut w towarzystwie swego przyjaciela Potockiego, aby przedostać się do Warszawy, musiał zawrócić już na drugi dzień ze względu na wrogą i groźną postawę miejscowej ludności ukraińskiej.

27

Kazimiera Iłłakowicz, ur. 1892, poetka, w MSZ od 1919. Delegowana do sekretariatu osobistego Piłsudskiego 1926-1935. Radca w Gabinecie Ministra MSZ 1935-1939. 28 Błędem byłoby widzieć w tym jakieś zamysły kolaboracji z okupantem. Epizod ten jest tylko dowodem, jak nie zdawano sobie wówczas zupełnie sprawy, czym jest okupacja hitlerowska. Wyobrażano ją sobie na wzór stanu rzeczy z lat 1915-1918, gdy Niemcy utrzymywali kontakt z przedstawicielami społeczeństwa po lskiego.

Chwilowo, 16 września, w Kutach panował całkowity spokój. Min. Arciszewski29 powiedział mi, że sprawa tranzytu naszego przez Rumunię do Francji jest w zasadzie załatwiona, a on dostał od Becka polecenie udania się do Czerniowiec, aby tam omówić z centralnymi władzami rumuńskimi techniczną stronę przejazdu. Zaproponował mi, że przy okazji wymieni dla mnie jakąś sumę złotych na leje, abym nie miał z tym później kłopotu. Dzięki temu mogłem potem dopomóc paru kolegom, uzyskałem bowiem jeszcze 10 lejów za złotego, podczas gdy od następnego dnia rząd rumuński wymieniał tylko ograniczoną kwotę i to po kursie jeden lej za złotówkę. Arciszewski wrócił wieczorem samochodem z Czerniowiec, mówiąc, że do zapowiedzianej rozmowy z rumuńskim ministrem policji jeszcze nie doszło, gdyż ze zwykłą u Rumunów niepunktualnością ma on przybyć z Bukaresztu dopiero następnego ranka. W świetle późniejszego rozwoju wypadków nie jest bynajmniej rzeczą pewną, czy to nieudane spotkanie w Czerniowcach było jedynie wynikiem tradycyjnego bałaganu. W każdym razie ze wschodu nie mieliśmy żadnych nowych sygnałów. Właśnie przyjechał do Kut Jerzy Niezbrzycki30, ówczesny ekspert od spraw radzieckich przy Naczelnym Dowództwie, aby przedyskutować ze mną te sprawy. Obaj wyraziliśmy zdziwienie, że wbrew przewidywaniom nie ma jakiegoś wystąpienia Związku Radzieckiego. Niezbrzycki poinformował mnie również, że marszałek Rydz-Śmigły wyznaczył płk Wendę31 organizatorem prac podziemnych pod okupacją niemiecką, przeznaczając ewentualnie jego, Niezbrzyckiego, jako kierownika takich samych aktywności po stronie radzieckiej. Był cudowny, wprost letni dzień. Aby spokojnie porozmawiać, weszliśmy na wysoką połoninę, skąd roztaczał się wspaniały widok. Rozkoszowaliśmy się nim i odpoczywaliśmy po dwóch tygodniach szarpiących nerwy. To była ostatnia przyjemna chwila na ziemi ojczystej. W nocy z 16 na 17 września źle spałem i ciągle się budziłem. Około piątej rano wyszedłem przed dom sołtysa, w którym mieszkałem, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Zamieniłem przez otwarte okno parę słów z dyżurującym przy telefonie w urzędzie gminnym sekretarzem Becka i z Michałem Łubieńskim, który też tam się znalazł. W tej chwili zadzwonił alarmowo telefon. To KOP32 meldował znad granicy polsko-radzieckiej o wkraczaniu kolumn Armii Czerwonej na terytorium Rzeczypospolitej. Pomimo wszystko wrażenie było kolosalne. Zaczęły się gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Z trudem zebrałem wszystkich pasażerów mego autokaru. Na wolne miejsca dobrałem jeszcze parę osób, które się pogubiły i nie miały z kim się zabrać. Dopiero koło dziesiątej dotarliśmy do mostu granicznego na Czeremoszu. Posuwaliśmy się krok za krokiem, bo wytworzył się zator samochodów osobowych, autokarów i ciężarówek, zarówno cywilnych, jak wojskowych. Nad naszymi głowami leciały samoloty szukające schronienia w Rumunii. Gdy wjeżdżaliśmy na most, w autokarze panowała grobowa cisza. Wiedziałem, że jedziemy w nieznane, że czekają nas ciężkie chwile, ale nie przypuszczałem, że wrócę na polską ziemię dopiero po ośmiu latach.

29

Mirosław Arciszewski (1893-1963), poseł w Rydze 1929-1932 i w Bukareszcie 1932-1939, zastępca podsekretarza stanu MSZ 1938-1939, delegat do spraw uchodźców w Rumunii 1939-1940, dyrektor departamentu politycznego MSZ 1941- 1942, poseł w Argentynie 1942-1945. 30 Kpt. Jerzy Niezbrzycki (pseud. lit. Ryszard Wraga), ur. 1901, pracownik II Oddziału Sztabu Głównego od 1922. Szef wywiadu „Wschód” 1932-1939. 31 Płk Zygmunt Wenda (1896-1941), adiutant Piłsudskiego 1926-1930, oficer do zleceń Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych 1932-1938. Szef Sztabu OZONu 1938-1939. 32 KOP - Korpus Ochrony Pogranicza, utworzony w 1924 r. dla granicy wschodniej.

II Z Rumunii do Paryża
Na moście granicznym staliśmy długo, bo jak się okazało, Rumuni na ogół nie robili trudności z wpuszczaniem, lecz starym dobrym zwyczajem biurokratycznym zaczęli sporządzać listę wyjeżdżających na podstawie przedstawianych indywidualnie paszportów lub dowodów osobistych (wiz wjazdowych jednak nie żądali). Mieliśmy wszyscy paszporty dyplomatyczne; jeszcze na parę dni przed wybuchem wojny polecono nam zaopatrzyć się we wszystkie najważniejsze wizy państw zachodnich, wystawiane obcym dyplomatom na rok i uprawniające do wielokrotnego przekraczania granicy. Chodziło o to, aby w razie potrzeby być gotowym do natychmiastowej podróży służbowej bez czekania na pracochłonne formalności. Większość z nas zlekceważyła zarządzenie o wizach, co przysporzyło nam w przyszłości wiele dodatkowych kłopotów. Sumienni urzędnicy uzyskali natomiast cenną premię, bo zaraz po klęsce mogli udawać się, gdzie tylko chcieli. W pierwszych tygodniach okupacji stosunki były na tyle jeszcze nieustabilizowane, że paru naszych kolegów, którzy znaleźli się wówczas w Warszawie i mieli ważne wizy dyplomatyczne, w tym niemieckie, nabyło na tej podstawie legalne bilety na wyjazd za granicę w niemieckim już biurze podróży i bez trudności wyjechało przez Wiedeń i Włochy na Zachód. Pomimo najlepszych chęci nieszczęsny komisarz rumuński na punkcie granicznym, otoczony przez tłum zdenerwowanych uchodźców i rozrywany przez nich na wszystkie strony, nie mógł sobie dać rady. Nawet zorganizowanie mu przez nas pomocy w postaci dyktowania niezbędnych personaliów niewiele przyspieszyło załatwianie sprawy. Dopiero przyjazd rumuńskiego ministra policji, którego na posterunku granicznym zdołał złapać Arciszewski, rozładował korek. Minister polecił wpuszczać wszystkich bez jakiejkolwiek formalności i nie kończący się sznur samochodów ruszył z miejsca. Był to już jednak prawie wieczór. Parę kilometrów dalej stał obok zepsutego samochodu znany mi jeszcze z lat pierwszej wojny światowej Władysław Raczkiewicz33, który podróżował bez szofera, tylko ze swym szwagrem, a zarazem sekretarzem, i rozpaczliwie spoglądał na przejeżdżające wozy. Kazałem zatrzymać się naszemu kierowcy i zobaczyć, czy nie da się naprędce usunąć uszkodzenia, co wywołało wyraźne niezadowolenie paru towarzyszy podróży, którzy twierdzili, że w takiej sytuacji nie powinniśmy tracić czasu na uprzejmości. Większość poparła mnie jednak, gdy tłumaczyłem, że właśnie teraz, gdy znaleźliśmy się w trudnych warunkach na obczyźnie, obowiązuje nas tym bardziej niesienie sobie wzajemnie pomocy. Awaria okazała się na szczęście drobna i fachowy mechanik dał sobie z nią radę w kilka minut. Nikt z nas nie przypuszczał, że wspomożony będzie w dziesięć dni później prezydentem Rzeczypospolitej. Gdy wjeżdżaliśmy do Czerniowiec, było już zupełnie ciemno. Mijaliśmy ciągnącą się kolumnę różnego typu wozów, w której rozpoznawałem najróżniejszych znajomych. To fala z Zaleszczyk spotkała się z falą z Kut. Policja rumuńska nie wpuszczała do miasta zwykłych uchodźców, robiąc wyjątki tylko dla dygnitarzy państwowych. Nam otwierały drogę paszporty dyplomatyczne. Czerniowce nie były jeszcze bardzo zatłoczone i można nawet było, choć z trudem (napiwek dla portiera), znaleźć pokój w hotelu. Większość pasażerów mego autokaru zabrały na nocleg rodziny polonijne, gdy

33

Władysław Raczkiewicz (1885-1947), adwokat. Od 1919 szereg wyższych stanowisk w administracji wewnętrznej. Minister spraw wewnętrznych 1922, 1924-1925 i 1935. Marszałek Senatu 1930-1935. W latach 1938-1939 wojewoda pomorski i przewodniczący Światowego Związku Polaków.

zatrzymaliśmy się koło domu kultury miejscowej mniejszości polskiej, ongiś za czasów austriackich bardzo licznej. Na drugi dzień z rana poszliśmy po informacje do miejscowego konsulatu polskiego. Wkrótce napłynęły wiadomości o zarysowujących się poważnych trudnościach, gdyż Rumuni uznali za naruszenie podstawowego warunku nieprzejawiania na ich terenie aktywności politycznych nadanie przez naszego wicekonsula z Czerniowiec na miejscowej poczcie depesz zawierających orędzie prezydenta Mościckiego do narodu, podpisane w momencie opuszczania granic Rzeczypospolitej, oraz przyjęcie przez Becka w pałacu metropolity, który mu przydzielono na rezydencję, ambasadorów angielskiego i tureckiego. Rumuński szef protokołu dyplomatycznego przedstawił Beckowi do podpisania cyrograf stwierdzający, że naczelne władze polskie rezygnują z pełnienia swych funkcji, aby nie stwarzać trudności sojuszniczej Rumunii. Gdy Beck stanowczo odmówił, oświadczono mu, że wobec niebezpieczeństwa przebywania tak blisko granicy radzieckiej prezydent, rząd i naczelny wódz powinni udać się zaraz do wyznaczonych im w głębi kraju miejsc pobytu, aby tam oczekiwać na wyjaśnienie sprawy wyjazdu do Francji. Wkrótce potem Michał Łubieński zawiadomił mnie, że mam towarzyszyć ministrowi do miejscowości kuracyjnej Slanic, w której przebywać będzie cały rząd. Paru innych ekspertów od najważniejszych zagadnień miał z polecenia Becka wytypować Schätzel. Do ekipy powołano poza tym Drymmera z paroma współpracownikami, kilku urzędników gabinetu ministra i protokołu dyplomatycznego, sporą garstkę pracowników wydziału prasowego, który nadal obsługiwał ministra wiadomościami bieżącymi ze świata, czerpiąc je głównie z nasłuchów radiowych, oraz kilku rzutkich praktykantów do zleceń specjalnych. Arciszewskiego Beck wydelegował zaraz do Bukaresztu w celu organizowania pomocy uchodźcom, Szembeka zaś do Budapesztu, aby uzyskać od tamtejszych władz zgodę na dalsze wyjazdy przekraczających granicę węgierską Polaków, wojskowych i cywilnych, i obietnicę życzliwego ich traktowania. Premier Sławoj-Składkowski, Beck i paru innych ministrów zapewniło sobie możność udania się wraz z rodzinami samochodem do Slanica. Dla wszystkich innych podstawiono na stacji Czerniowce pociąg specjalny z paroma wagonami I klasy, wagonem restauracyjnym i dwiema salonkami, które zostały odczepione po drodze. W jednej z nich jechał prezydent Mościcki do Bicaz, a w drugiej marszałek Rydz-Śmigły do Craiovej. Już w pociągu rozgorzały między nami zażarte dyskusje, czy Rydz jako naczelny wódz miał prawo opuszczać kraj. Większość uważała, że ponieważ armia polska walczyła jeszcze z najeźdźcą, powinien udać się samolotem do obleganej stolicy, chociażby z narażeniem własnego życia. Mniejszość była zdania, powołując się na słowa samego Rydza, że miał przed sobą trzy wyjścia: stanięcie na czele jakiegoś batalionu i śmierć na ostatnim szańcu, przedostanie się do broniącej się jeszcze Warszawy, co zakładało pójście po kapitulacji do niewoli, albo też wyjazd za granicę dla kierowania dalszą walką zbrojną (przykład Serbii z I wojny światowej). Zdaniem obrońców decyzji marszałka, dwa pierwsze rozwiązania zostałyby przyjęte przez świat jako swego rodzaju „Finis Poloniae”, podczas gdy na korzyść trzeciego przemawiało, iż w danym wypadku Rydz działał nie tylko jako naczelny wódz, ale i jako desygnowany zgodnie z konstytucją w wypadku wojny następca prezydenta. Do niedawna właściwie powszechnie potępiano krok Rydza-Śmigłego, nie jestem jednak pewien, czy historia werdykt ten utrzyma. Rydz na pewno nie dorósł do trudnych zadań, które przed nim stanęły, ale też na pewno nie zasługuje na takie potępienie, z którym się często na tle emocjonalnych sądów spotyka. Ustroju społeczno-politycznego skazanego przez historię na zagładę nie uratowałby nawet geniusz. Późnym wieczorem 18 września 1939 r. dotarliśmy do Slanica, małej, przypominającej nieco Zakopane, miejscowości górskiej, położonej w dolinie bez wyjścia. Przydzielono nam zupełnie

przyzwoity nowoczesny hotel. Jako jeden z dwóch kwatermistrzów rozlokowałem rząd na pierwszym piętrze, a urzędników MSZ z Beckiem na parterze. W ciągu następnych dni przybyło wiele nowych osób. Chociaż wjazd do Slanica był w zasadzie zamknięty, a my byliśmy de facto internowani, bo nie wolno nam było wyjeżdżać bez specjalnej przepustki (symbolizował to zamknięty szlaban na jedynej drodze dojazdowej), podczas gdy zwykli uchodźcy mieli w zasadzie większą swobodę ruchu, obecność rządu ściągała różnych dotychczasowych dygnitarzy, działaczy i prominentów, którzy przywykli być blisko wielkiego ołtarza i dziś jeszcze uważali przebywanie z nim pod jednym dachem za zaszczyt. Nie odstręczało ich nawet rozmieszczanie w dalszych i na ogół nie ogrzewanych pawilonach. Inna rzecz, że byliśmy poniekąd uprzywilejowani, bo traktowano nas jako „honorowych gości”, to znaczy nie płaciliśmy za mieszkanie i utrzymanie. Rozliczenie miało nastąpić w przyszłości w oparciu o przejęte przez Rumunów mienie państwowe wielomilionowej wartości. Jedzenie było zupełnie dobre, a nawet na żądanie podawano wino i wódkę do posiłków. Młodemu pokoleniu wyda się to nieprawdopodobne, ale nikt tego nie nadużywał. Obracając się przez kilkanaście dni wśród górnych „dwustu” reżimu sanacyjnego, robiliśmy smutne obserwacje. Mało było zrozumienia tragedii, którą świeżo przeżyliśmy. Brakowało poczucia odpowiedzialności za klęskę. Ludzie ci uważali się nadal za jedynie powołanych do dalszego rządzenia, woda sodowa musowała im wciąż w głowach, a jeszcze bardziej rażące niż dawniej było nadmierne przywiązywanie wagi do form. Smutne wrażenie robiło zwoływanie codziennych posiedzeń Rady Ministrów, na których już nic nie było do decydowania. Niektórzy ministrowie czuli się głęboko urażeni, otrzymawszy dla swych kilkoosobowych rodzin tylko dwa lub trzy pokoje. Dygnitarze unikali siadania przy jednym stole z podwładnymi i wszelkiego familiaryzowania się z „młodszą bracią”. Domagali się przestrzegania preseansów i tabeli stanowisk. Tylko paru ministrów, jak Juliusz Poniatowski34 i (o dziwo!) Kostek-Biernacki35, zachowywało się skromnie i przyzwoicie. Gdy natomiast z moim przyjacielem Kunickim36 zająłem się sprawą wymiany złotych na leje, przyznane nam w globalnej kwocie przez władze rumuńskie, ci sami dygnitarze przymilali się do nas, aby otrzymać parę dodatkowych lejów z pozostałej końcówki. Po paru dniach przekonaliśmy się, że nasze internowanie nie jest bynajmniej całkowite. Właściwie każdy mógł dostać, kiedy chciał, przepustkę na nominalnie parodniowy wyjazd w dowolnym kierunku, z tym że nikt nie troszczył się, czy następował powrót do Slanica. Trudności pojawiły się na skutek zamordowania w drodze porachunków partyjnych premiera Calinescu37 przez członka faszyzującej, a więc prohitlerowskiej Żelaznej Gwardii. Pociągnęło to za sobą wręcz barbarzyńskie represje. Jednego dnia wymordowano bez sądu w każdej miejscowości od kilku do kilkunastu rozmaitych „wrogów reżimu”, przy czym było rzecz prosta moc porachunków osobistych. Ich trupy leżały na placach i ulicach, nie grzebane przez parę dni dla zastraszenia innych. Gdy po dwóch latach doszli z kolei do władzy sympatycy faszyzmu, dokonali niemniej spektakularnej rozprawy z winnymi rzezi wrześniowej. W stosunku do nas ten sam rząd łączył pobłażliwość z perfidią. Po zagarnięciu milionowej wartości mienia wojskowego i częściowo cywilnego (tylko złoto nasze prześliznęło się, przy czym pozostaje

34

Juliusz Poniatowski, ur. 1886, minister rolnictwa 1918 i 1934-1939. Kurator Liceum Krzemienieckiego 19261934. 35 Płk Wacław Kostek-Biernacki (1884-1957). Zawodowy wojskowy do 1932. Komendant twierdzy w Brześciu 1930, wojewoda poleski w 1932-1939, minister bez teki i główny szef etapów wojskowych we wrześniu 1939. 36 Tadeusz Kunicki (1900-1951), w MSZ od 1921. Kierownik referatu niemieckiego 1931-1933, zastępca naczelnika wydziału zachodniego 1933-1939. 37 Armand Calinescu (1893-1939), premier Rumunii 1938- 1939, zamordowany przez członka „Żelaznej Gwardii” z zemsty za śmierć w więzieniu jej twórcy i przywódcy Corneliu Zelea Codreanu (1903-1938).

jeszcze do zbadania, czy było to rzeczywiście zasługą Matuszewskiego38), ówczesne władze rumuńskie popierały wyjazd za granicę uchodźców polskich i patrzyły przez palce na ucieczki z obozów internowania naszych wojskowych, gdyż wolały mieć mniej gęb do wyżywienia i jak najmniej kłopotów z przymusowymi gośćmi. Czułe były natomiast, ze względu na zagranicę, na punkcie najwyższych czynników państwowych Rzeczypospolitej. Tych nie chcieli wypuszczać, bo już zjawienie się w Bukareszcie marszałka Senatu Miedzińskiego39 i Sejmu Makowskiego40 wywołało 26 września gwałtowne protesty miejscowego poselstwa niemieckiego. Początkowo mniej zwracali uwagi na mało eksponowanych ministrów. Na przykład Grażyńskiemu41, który został już podczas wojny ministrem propagandy i czuł się bardziej niż inni zagrożony ze względu na swą antyniemiecką działalność na Śląsku, wystawiliśmy paszport na inne nazwisko i wyjechał bez żadnych trudności. Zresztą w kraju, w którym wówczas wszystko znaczyła łapówka, a władze wykonawcze, gdy nie były osobiście zainteresowane, wykazywały niebywałą nieudolność, po roku udało się uciec prawie wszystkim byłym matadorom reżimu pomajowego. Tylko Becka pilnowano do końca i uniemożliwiono mu ucieczkę. Nie miejsce tu na szersze omawianie sprawy internowania rządu polskiego w Rumunii. Zrobiłem to w sposób bardziej wyczerpujący w mej książce „O rząd i granice”. Wspomnę tylko, że natychmiast po zainstalowaniu się ¡w Slanicu Beck polecił telefonować do naszego ambasadora w Bukareszcie, Rogera Raczyńskiego42, domagając się od niego energicznej interwencji u władz naczelnych, włącznie z królem, zorganizowania mu spotkania z ministrem Gafencu43 i terminowego wysłania przekazanych w formie zaszyfrowanych telefonogramów depesz do Paryża i Londynu z instrukcjami, aby rządy tych państw skłoniły Bukareszt do udzielenia zgody na wyjazd prezydenta i ministrów do Francji, gdzie nasze władze miały korzystać z eksterytorialnej gościnności na wzór precedensu z I wojny światowej. Roger Raczyński, który - jak się później okazało - skontaktował się już, pod wpływem swego radcy Alfreda Ponińskiego44, z kandydatami do władzy, Sikorskim45, Strońskim46, Zaleskim47 et consortes, i popierał utworzenie nowego rządu odpowiadającego Francji (inspiracja Noëla), albo w ogóle do telefonu nie podchodził, albo wykrętnie tłumaczył, że istnieją chwilowo trudności nie do pokonania. Przekazanych depesz nie wysyłał i domagał się zaprzestania ich przetelefonowywania, gdyż rzekomo potwierdza to tylko oskarżenia Rumunów, że rząd polski kontynuuje wbrew swym zobowiązaniom i dobrym obyczajom międzynarodowym działalność polityczną na terenie państwa neutralnego. Sam na wezwanie nie przybył zasłaniając się brakiem czasu, a po ponownych naleganiach wydelegował do
38

Płk Ignacy Matuszewski (1891-1946). Zawodowcy wojskowy do 1926. Dyrektor departamentu administracyjnego MSZ, a potem poseł w Budapeszcie 1928 -1929. Kierownik Ministerstwa Skarbu 1929-1931. Następnie naczelny publicysta „Gazety Polskiej”. 39 Płk Bogusław Miedziński, ur. 1891, poseł do Sejmu 1922-1938. Minister Poczt i Telegrafów 1926-1929. Naczelny redaktor „Gazety Polskiej” 1929-1938. Marszałek Senatu 1938-1939. 40 Prof. Wacław Makowski (1880-1946), minister sprawiedliwości 1922-1923. Współtwórca konstytucji 1935. Wicemarszałek Sejmu 1935-1938, marszałek Sejmu 1938-1939. 41 Michał Grażyński (1890-1965), wojewoda śląski 1926-1939, minister prasy i propagandy we wrześniu 1939. 42 Roger Raczyński (1889-1945), wojewoda poznański 1928-1934, wiceminister rolnictwa 1934-1936, ambasador w Bukareszcie 1938-1940. 43 Grigore Gafencu (1892-1957), dyplomata rumuński. Minister spraw zagranicznych 1938-1940, poseł w Moskwie 1940- 1941. 44 Alfred Poniński, ur. 1896, urzędnik MSZ od 1918. Radca ambasady w Bukareszcie 1936-1940. 45 Gen. Władysław Sikorski (1881-1943), premier 1922-1923, minister spraw wojskowych 1924-1925. Bez przydziału 1928-1939. Premier, minister spraw wojskowych i naczelny wódz 1939-1943. 46 Prof. Stanisław Stroński (1882-1955), poseł do Sejmu 1922-1935. Redaktor naczelny „Rzeczypospolitej” i „Warszawianki” 1919-1933, publicysta „Kuriera Warszawskiego”. Minister informacji i dokumentacji 1939 1942. 47 August Zaleski, ur. 1883, minister spraw zagranicznych 1926-1932. Prezes Rady Naczelnej Banku Handlowego w Warszawie 1932-1939. Ponownie minister spraw zagranicznych 1939-1941, szef Kancelarii Cywilnej Prezydenta 1943-1945.

Slanica sekretarza ambasady Narzymskiego48, który należał do grona wojskowych wciągniętych przez Becka do MSZ, ale nastawiał się już, skąd wiatr wieje. Na wszystkie pytania i polecenia miał tylko odpowiedź: „Nie wiem” i „Nie można”. Słusznie więc chyba mówiliśmy już wówczas, że drzwi zatrzaśnięte przez Rumunów zamknęła na klucz nasza ambasada. Dopiero po wojnie dowiedzieliśmy się, że właśnie w tym samym czasie Poniński składał w imieniu ambasady podziękowania ministrowi spraw zagranicznych Gafencu za stanowisko zajęte wobec Polski i władz naczelnych Rzeczypospolitej. Beck, który wyraźnie górował nad pozostałymi członkami rządu i narzucał im swą wolę, zorientował się chyba bardzo szybko, że sprawa wyjazdu z Rumunii jest przegrana. To zdaje się z jego inspiracji prezydent Mościcki wyznaczył na swego następcę (anulując nominację Rydza) gen. WieniawęDługoszowskiego49, przekazując mu następnie swoje funkcje, aby mógł utworzyć nowy rząd na Zachodzie. Ludzie ci nie wyobrażali sobie, aby trzonem nowego gabinetu mógł być ktoś inny niż wierni do końca piłsudczycy; zwłaszcza Beck był przekonany, że teka spraw zagranicznych nie może nie przypaść jemu. Między Slanikiem a siedzibą prezydenta w Bicaz krążyli stale wysłańcy Becka, przeważnie ktoś z małżeństwa Drymmerów, pewnie po to, by wpływać na decyzje Mościckiego. Gdy kombinacja z Wieniawą upadła, zaczęto wymieniać trzy nazwiska jedynie możliwych, bo mających wolne ręce na Zachodzie, kandydatów: Zaleskiego, Raczkiewicza i kardynała Hlonda50 (tradycja interrexa). Ludzie z otoczenia Becka twierdzili nawet, że stawia on na pierwszym miejscu Zaleskiego, mimo znanej wrogości między nimi, gdyż w ten sposób pragnie zabezpieczyć się przed jego ewentualną kontrkandydaturą do teki spraw zagranicznych. Głębokie przekonanie Becka, że tylko on powinien, ze względu na oddane usługi, kierować nadal polską akcją dyplomatyczną na arenie międzynarodowej i że właściwie jest to sprawa oczywista, znajdowało potwierdzenie w tym, że jednocześnie snuł plany zorganizowania pracy MSZ w warunkach emigracyjnych. Projektował stworzenie specjalnego biura do spraw wschodnich z siedzibą w Belgradzie lub Konstantynopolu, pod kierunkiem Schätzla i ze mną jako jego głównym współpracownikiem. Nie byłem tym zachwycony, bo Schätzla cechowała zbytnia ostrożność w podejmowaniu decyzji, dzielenie każdego włosa na czworo i traktowanie współpracowników jako tych, którzy jedynie dostarczają materiałów do przemyśleń, ale powiedziałem, że polecenie służbowe wykonam. Sytuację wyjaśniło ogłoszenie w Paryżu objęcia prezydentury przez Władysława Raczkiewicza, który z kolei mianował Sikorskiego premierem, a Zaleskiego ministrem spraw zagranicznych. Bliscy Beckowi ludzie nie ukrywali, że był to dla niego ogromny szok. Czuł się on już po przejściach wrześniowych bardzo źle i prawie stale chorował, trawiony przez gruźlicę, która go zmogła w parę lat później. Na wiadomość o utworzeniu nowego rządu Beck zwołał nas na odprawę, na której podziękował nam za dotychczasową współpracę i lojalność, co było aluzją do tych, którzy na własną rękę podążyli od razu na Zachód. Oświadczył, że mamy teraz pełne prawo oddania się do dyspozycji nowych władz, i jak gdyby odpowiadając na czynione mu już bądź spodziewane zarzuty, powiedział, że w trudnej sytuacji nie można było zrobić więcej, a w każdym razie nieprzemijającą jego zasługą jest, iż druga wojna światowa rozpoczęła się o Gdańsk. W zwykłym języku oznaczało to, że Beck poczytuje sobie za zasługę, iż w sprawie Gdańska nie doszło do nowego Monachium, lecz mocarstwa zachodnie zdecydowały się poprzeć zbrojnie nasze non
48

Kpt. Tadeusz Narzymski, ur. 1902, oficer zawodowy do 1934. Sekretarz poselstwa w Helsinkach 1934-1938, w Bukareszcie 1938-1939. 49 Gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (1881-1942), zawodowy wojskowy do 1938, wieloletni adiutant Piłsudskiego. Ambasador przy Kwirynale 1938-1940. 50 Kardynał August Hlond (1881-1948), biskup śląski 1922- 1926, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański i prymas polski 1926-1948, kardynał od 1927.

possumus w obliczu żądań Hitlera. Ta argumentacja zrobiła na nas wówczas duże wrażenie, gdyż nawet po ciężkim doświadczeniu nieudzielenia nam we wrześniu pomocy wojskowej (wbrew zobowiązaniom podjętym przez naszych sprzymierzeńców), uważaliśmy, że przewaga potencjału sił Francji i Wielkiej Brytanii, posiadających zapewnione zaplecze materiałowe Stanów Zjednoczonych, okaże się tak przygniatająca, że nie będzie mogło być nawet mowy w bliższej lub dalszej przyszłości o sukcesach hitlerowskiej Rzeszy. Dlatego sam fakt wypowiedzenia wojny w naszej obronie przez sojuszników zachodnich traktowaliśmy jako przesądzone przy końcu wojny zwycięstwo naszej sprawy, chociaż zanim to nastąpi, czekają nas jeszcze cięższe niż dotychczas przeżycia. Dziś z perspektywy czasu sprawa wygląda inaczej. Tylko zacietrzewieni nie uznają, że jedyną wówczas drogą ratowania pokoju było zbliżenie do Związku Radzieckiego, które torowałoby możliwość powstania wielkiej polityczno-wojskowej koalicji antyhitlerowskiej. Beckowska apologia własnej polityki, wyrażona najpełniej w wydanych pośmiertnie w Szwajcarii jego pamiętnikach, odrzucana jest dziś całkowicie i bezapelacyjnie na podstawie wymowy faktów, a historia nie przyzna mu taryfy ulgowej nawet przyjmując, że reżimowi sanacyjnemu trudniej było niż komukolwiek innemu przeprowadzić radykalną zmianę polityki wobec komunistycznego Związku Radzieckiego. Zaraz po wspomnianej odprawie kilku z nas zapowiedziało swój zamiar natychmiastowego wyjazdu, aby stanąć do dyspozycji nowego ministra. Nikt nam tego prawa nie kwestionował, jednakże czołowi przedstawiciele koterii beckowskiej nie umieli ukryć swej dezaprobaty, wyrażanej chociażby w gloryfikacji wierności tych, którzy zdecydowali się zostać przy byłym ministrze albo przynajmniej wstrzymali się od oferowania usług jego następcy. Gdy poszedłem pożegnać się z leżącym w łóżku Beckiem, przyjął mnie całkowicie poprawnie i powiedział parę miłych słów o mym wkładzie w pracę ministerstwa, ale nawet w tych wypadkach nie zdobył się na ton rozmowy towarzyskiej. Ubawił mnie natomiast Schätzel, odznaczający się do dziś dnia mentalnością skrajnie sekciarską, dla którego każdy człowiek o innych poglądach jest wrogiem, a w najlepszym wypadku jednostką bezwartościową. Gdy powiedziałem, iż kieruje mną poczucie obowiązku utrzymania wartościowej części dorobku dwudziestoletniej pracy MSZ, pożegnał mnie słowami: „A jednak jest pan porządnym człowiekiem”. Uzyskanie przepustki i wyjazd do Bukaresztu nie nastręczyły żadnych trudności. Pierwsze kroki skierowaliśmy do naszej ambasady. Cicha i spokojna zazwyczaj dzielnica willowa zatłoczona była tysiącami samochodów o polskich znakach rejestracyjnych. Przed bramą ambasady kłębił się rozwrzeszczany tłum pragnący dostać się do środka. Każdy miał jakąś sprawę, jakiegoś znajomego czy nieznajomego do odwiedzenia, jakąś prośbę czy pretensję do zgłoszenia, każdy uważał, że jemu się specjalnie spieszy i że on przede wszystkim musi być załatwiony. Ale pilnujący wejścia cerber wpuszczał tylko po parę osób i przede wszystkim tych, którzy mieli wezwanie ambasady czy konsulatu lub rezydujących tam komórek wojskowych. Większość czekających zgłaszała się zresztą nie pod właściwy adres, gdyż działał już doraźnie stworzony obywatelski komitet pomocy dla uchodźców, w którym jedną z głównych ról odgrywał wspomniany już płk Jan Kowalewski. Na szczęście woźny poznał mnie z daleka i nie tylko zaraz przepuścił, ale i wytłumaczył, w jaki sposób okólną drogą dostawać się do tej oblężonej twierdzy. W ambasadzie byłem w zażyłych stosunkach ze wszystkimi, włącznie z ambasadorem Raczyńskim toteż przyjęto mnie tam z otwartymi rękami. W gmachu biurowym wciągnięci wobec nawału potrzeb do pracy urzędnicy ministerstwa urzędowali dosłownie wszędzie, gdzie można było postawić stolik i krzesło: w poczekalniach, w hallu, na schodach itd. Również prywatne mieszkanie Raczyńskiego na wyższym piętrze zapchane było przez co najmniej trzydziestu przejezdnych krewnych i przyjaciół ambasadora, tak że chcąc rozmówić się, musieliśmy zamknąć się w łazience. Widać było, że jest przemęczony i że przeżywa dotąd decyzje, które powziął. Bolał go widocznie zarzut nielojalności, z którym się spotykał ze strony zwolenników usuniętego reżimu, gdyż na wszelkie sposoby starał się wytłumaczyć mi swe postępowanie. Poniński

natomiast, jak zawsze cyniczny oportunista, chełpił się ważnością odegranej roli i dopiero teraz, w paryskich „Zeszytach Historycznych” z 1964 r., stara się ją jakoś zatuszować. W ambasadzie poinformowano mnie, że Sikorski rozpoczął urzędowanie od zwrócenia się do Francuzów z prośbą o udzielanie wiz wjazdowych tylko tym obywatelom polskim, którzy znajdują się na sporządzonych, przez niego listach, składanych stopniowo władzom francuskim. Selekcja ta miała zabezpieczyć go przed napływem przeciwników politycznych, których wpływy we francuskich kołach politycznych mogłyby podważać jego własne, oraz eliminować elementy urzędnicze i oficerskie związane bliżej z sanacją. Z drugiej strony miała ona przyspieszyć ściąganie ludzi, na których nowy rząd chciał się przede wszystkim oprzeć, a mianowicie działaczy z tzw. legalnej opozycji. Przyjaciele z ambasady zapewniali mnie, że ich to zasadniczo tylko pośrednio obowiązuje, gdyż mają zadanie wypchać z Rumunii na zachód lub południe jak najwięcej ludzi, tak by w razie potrzeby mogli być do rozporządzenia rządu. W każdym razie, jeżeli załatwię sobie wizy francuskie i inne, wciągną mnie zaraz na listę wyjeżdżających i wypłacą pieniądze na drogę. Usilnie doradzali, aby się pośpieszyć, bo „przy nowej władzy, kto pierwszy, ten lepszy”. Chociaż nie znałem wówczas ani Sikorskiego, ani nikogo z jego otoczenia, a z Zaleskim nigdy nie miałem zbyt dobrych stosunków, mogłem liczyć na powołanie mnie do dalszych prac w dotychczasowym resorcie, gdyż należałem do tzw. wewnętrznej opozycji w MSZ, to znaczy do urzędników krytykujących naruszanie przez Becka i jego biernych wykonawców równowagi w stosunkach z Moskwą i Berlinem oraz niedocenianie niebezpieczeństwa niemieckiego. Wiadomo było jednak, że zacznie się zaciekła walka o każdy etat, a ponieważ byłem jeszcze na tyle naiwny, by uważać się za niezbędnego, postanowiłem udać się zaraz do Paryża, nie czekając na zaproszenie, które mogło gdzieś ugrzęznąć w bałaganie organizujących się biur. Ze strony Rumunów żadnych trudności nie było. Otrzymanie wizy tranzytowej zależało tylko od posiadania wizy docelowej, ale właśnie z nią wystąpiła komplikacja. We francuskiej ambasadzie w Bukareszcie zajmujący się sprawami polskimi sekretarz ambasady w Warszawie Lagarde51 wręcz odmówił wizy wjazdowej do Francji, zasłaniając się rozporządzeniami z Paryża. Doradzał natomiast podjęcie tam starań za pośrednictwem naszej ambasady. Było jasne, że Francuzi skrupulatnie wykonują prośbę Sikorskiego, o ile w ogóle nie oni ją inspirowali, gdyż takie ograniczenie napływu Polaków leżało w ich interesie. Gdy w parę lat później opowiadałem w Vichy współpracującemu ze mną w ruchu oporu Lagarde’owi o trudnościach, które miałem w jesieni 1939 r. z otrzymaniem wizy wjazdowej do Francji, wyraził żal, że nie zwróciłem się do niego bezpośrednio. Speszył się bardzo, gdy mu powiedziałem, że to właśnie on wizy tej odmówił. Wówczas w Bukareszcie wspomniałem o tych trudnościach w rozmowie z jednym z mych wojskowych przyjaciół spotkanych przypadkowo. Znał dobrze francuskiego attaché wojskowego w Bukareszcie i zaofiarował się z nim pomówić o tej sprawie. Jakoby wyraził mu oburzenie z powodu niewpuszczania do Francji cennego dla wszystkich sojuszników specjalisty. W każdym razie skutek był natychmiastowy. Otrzymałem wizę nie tylko dla siebie, ale i cztery dodatkowe do mojej dyspozycji dla kolegów, których uznam za potrzebnych w dalszych pracach rządu polskiego. Wybrałem Kunickiego, głównego znawcę spraw niemieckich, Marlewskiego52 (z żoną), eksperta od spraw gdańskich i morskich, oraz Knolla53, który znał dobrze cały przebieg konfliktu z Czechosłowacją i sprawy Zaolzia, wywołującej nadal ożywione dyskusje.

51

Hr. Jean Vyau de Lagarde, ur. 1908, w dyplomacji francuskiej od 1933. Sekretarz ambasady w Warszawie 1936-1939 i w Bukareszcie 1942-1944. 52 Józef Marlewski (1901-1955), w MSZ od 1922. Kierownik referatu morskiego i Ligi Narodów 1935-1939. 53 Wacław Knoll, ur. 1904, w MSZ od 1927. Kierownik referatu Europy Środkowej 1938 -1939.

Do Paryża przyjechaliśmy przez Jugosławię i Włochy w pierwszym tygodniu października. Zgłosiłem się zaraz do ambasadora Łukasiewicza54, z którym łączyły mnie przyjacielskie stosunki z czasów mojej pracy w Moskwie. Ucieszył się bardzo z mego przyjazdu i powitał okrzykiem: „Jaki i gdzie błąd popełniliśmy?!” Pytanie to było na ustach wszystkich, którzy głębiej przemyśleli katastrofę wrześniową, zwłaszcza o ile poczuwali się do ponoszenia chociażby cząstki odpowiedzialności. Większość odpowiadała powierzchownie, bez głębszego przeanalizowania zagadnienia, że winę ponosi tamten rząd, wyciągając wobec tego wniosek, że wystarczy w takiej sytuacji zmienić ludzi u steru. Ci, którzy szukali merytorycznych przyczyn politycznych, wytykali Beckowi najczęściej, zgodnie z endeckimi nawykami myślenia lub z tzw. ideologią ligową, niedostateczne orientowanie się na mocarstwa zachodnie i lekceważenie możliwości kolektywnego bezpieczeństwa, które dawała procedura Ligi Narodów. Inni widzieli niedostateczność takiej odpowiedzi, ale nie umieli dostrzec racjonalnego wyjścia. Zbyt silne były nawyki tradycyjnego patrzenia na Rosję czy Związek Radziecki jako na wroga. Trzeba będzie dopiero załamania się mitu sojuszników zachodnich po klęsce Francji i ujawnienia słabości Wielkiej Brytanii, absolutnego nieliczenia się mocarstw anglosaskich z interesami protegowanego przez nich rządu emigracyjnego, spotkania się racji stanu państwa radzieckiego z racją stanu Polski już ludowej, aby wnioski narzuciły się dla ludzi dobrej woli w sposób oczywisty. Chwilowo w dyskusji z Łukasiewiczem dreptaliśmy na miejscu, gotowi do samokrytyki, lecz nie umieliśmy jej racjonalnie przeprowadzić. Dostrzegaliśmy błędy politycznej taktyki, a nie założeń zasadniczych. Łukasiewicz był na pewno gorącym patriotą i niesłuszne są stwierdzenia niektórych pamiętnikarzy, że miał umysł ciasny i ograniczony. Brak mu było cech klasycznego dyplomaty, gdyż był zbyt nerwowy i nie umiał dostatecznie opanowywać swych wzruszeń, ale miał prawdziwe zacięcie polityczne. Mimo swych zdolności i inteligencji miał jak na polityka o szerszych horyzontach poważne luki w wykształceniu i oczytaniu graniczące z ignorancją. Zbyt wczesne wejście do aktywnej polityki i błyskotliwa kariera nie pozostawiły mu miejsca i czasu na pogłębione studia i przemyślenia. Jako dwudziestoparoletni student objął stanowisko osobistego sekretarza czołowego działacza Polonii rosyjskiej Aleksandra Lednickiego55, po czym przy jego poparciu został sekretarzem Komisji Likwidacyjnej do spraw Królestwa Polskiego, będącej de facto ministerstwem do spraw polskich Rządu Tymczasowego Rosji przedkomunistycznej. Od 1919 r. zaczął pracować w MSZ niepodległej Polski od razu na wyższych funkcjach kierownika referatu rosyjskiego, naczelnika wydziału wschodniego, dyrektora departamentu politycznego, potem konsularnego, posła w Rydze i Wiedniu, ambasadora w Moskwie i w Paryżu. Przed wojną mówiło się, że jedynym następcą Becka spośród zawodowych dyplomatów mógłby być tylko Łukasiewicz. Swego czasu dostrzegł on trafnie złe strony istniejącego reżimu sejmowładztwa, ale jako właściwe lekarstwo przyjął na wiarę formułę Piłsudskiego o potężnym państwie poprzez silne rządy. W koncepcjach Becka, z którym łączyły go stosunki tylko formalnie przyjacielskie, pociągała go przede wszystkim niezależność („mocarstwowość”) polityki polskiej wobec wielkich potęg. Przebywając przez parę lat w przymusowej bezczynności na terenie angielskim, Łukasiewicz dokonał rewelacyjnego dla siebie odkrycia. Studiując rozwój myśli politycznej i obserwując rzeczywistość brytyjską, urzeczony został liberalizmem zachodnim. Pod wpływem teorii o wolności jednostek odrzucił rzeczywistość Polski Ludowej, nie dostrzegając za dyktaturą proletariatu celów większej sprawiedliwości społecznej, a w stosunkach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z sąsiadem radzieckim widział tylko zależność satelicką.

54 55

Juliusz Łukasiewicz (1892-1951), w MSZ od 1919. Ambasador w Moskwie 1933-1936 i w Paryżu 1936-1939. Aleksander Lednicki (1866-1934), adwokat i polityk, Członek I Dumy 1906. Czołowy działacz organizacji polskich w Rosji w latach I wojny światowej. Prezes Komisji Likwidacyjnej dc spraw Królestwa Polskiego 1917, przedstawiciel Rady Regencyjnej w Rosji 1917-1918.

Po wojnie, wzywany przez swego przyjaciela Bullitta56, pojechał jako przedstawiciel londyńskiej emigracji do Waszyngtonu, aby walczyć o pomoc Stanów Zjednoczonych w ustanowieniu w Polsce burżuazyjnej demokracji. Zorientowawszy się na miejscu, jak dalece nierealne są tego rodzaju nadzieje i marzenia, popełnił samobójstwo. W dalszym ciągu Łukasiewicz opowiadał mi, jak bezskutecznie kołatał u najwyższych czynników francuskich o obiecaną pomoc dla krwawiącej w nierównych zapasach z hitlerowską nawałą Polski. Początkowo przyjmowano go z otwartymi rękami, zalecając jednocześnie najwyższy wysiłek, aby przetrwać. Wiemy dziś, że chodziło wyłącznie o krycie przez Polskę mobilizacji i koncentracji sił alianckich za linią Maginota. W miarę, jak przy ujawnianiu się złej woli Francuzów interwencje Łukasiewicza stawały się coraz bardziej natarczywe i gwałtowne, zażenowani rozmówcy przejawiali coraz wyraźniejszą niechęć do wysłuchiwania jego żądań i zbywali go bezceremonialnie pod różnymi pretekstami. Jedynie Gamelin, zataiwszy co prawda układ z Anglikami o niepodejmowaniu przed upływem roku działań ofensywnych przeciwko Wehrmachtowi, powiedział zupełnie szczerze: „Mógłbym przełamać linię Zygfryda, ale kosztowałoby to Francję pół miliona młodych ludzi, a to byłoby równoznaczne z klęską biologiczną”. Ten sam Gamelin zakazał przyjmować polskiego attaché wojskowego płk Fydę57, który nie grzeszył inteligencją, ale po legionowemu nie owijał słów w bawełnę i wytykał sztabowi francuskiemu niedotrzymywanie zawartych układów. Następnie Łukasiewicz przeszedł do relacjonowania sprawy powstania rządu emigracyjnego, w czym brał aktywny udział. Wiele jego informacji potwierdzili później inni świadkowie tych wydarzeń. Nie mam więc powodów, aby wątpić w prawdziwość nakreślonego mi podczas tej rozmowy obrazu. Natychmiast po otrzymaniu wiadomości o internowaniu polskich władz naczelnych w Rumunii i po urwaniu się bezpośredniego kontaktu z nimi (jak widzieliśmy, z powodu sabotażu uprawianego przez ambasadę w Bukareszcie) Łukasiewicz zaprosił na konferencję do Paryża dla przedyskutowania wytworzonej sytuacji i ustalenia wspólnej linii postępowania dwóch czołowych ambasadorów naszych na zachodzie, Edwarda Raczyńskiego58 z Londynu i Wieniawę-Długoszowskiego z Rzymu (Kwirynał). Wobec zjawienia się w tym czasie Władysława Sikorskiego, którego bliskie stosunki z francuskimi kolami wojskowymi i politycznymi były dobrze znane, postanowił go, jak się wyraził, zneutralizować przez powierzenie mu dowództwa mających się tworzyć oddziałów polskich we Francji. Na podstawie poprzednich ustaleń i świeżo zawartego porozumienia ambasada uzyskała prawo przeprowadzenia mobilizacji wśród ponad półmilionowej rzeszy obywateli polskich we Francji w celu sformowania z nich, orientacyjnie przynajmniej, jednej dywizji, która miała walczyć pod rozkazami Naczelnego Dowództwa francuskiego na froncie zachodnim. Na dowódcę przewidziany był początkowo poprzednik Fydy na stanowisku attaché wojskowego w Paryżu, płk Błeszyński59, ale prawo przedstawiania władzom francuskim odpowiedniego kandydata przysługiwało ambasadorowi. Wysunięcie Sikorskiego ucieszyło Francuzów, którzy na własną rękę przyznali mu od razu tytuł dowódcy wojsk polskich nie tylko we Francji, ale i na Zachodzie.

56

William Bullitt, ur. 1891. Zaufany współpracownik Wilsona i Roosevelta. Ambasador w Moskwie 1933 -1936 i w Paryżu 1936-1940. 57 Płk Wojciech Fyda (1894-1947?). Szef adiutantury prezydenta 1932-1935, attaché wojskowy w Paryżu 19351939. 58 Edward Raczyński, ur. 1891, w MSZ od 1919. Delegat przy Lidze Narodów 1932-1934, ambasador w Londynie 1934-1945. 59 Płk (w latach wojny gen.) Jerzy Ferek-Błeszyński, ur. 1888. Attaché wojskowy w Paryżu 1925-1933. Wiceminister WRiOP 1936-1939.

Wieniawa przybył do Paryża w towarzystwie szefa Kancelarii Cywilnej prezydenta, min. Łepkowskiego60, który wręczył mu po drodze nominację Mościckiego. Łukasiewicz kazał więc zaraz wydrukować kolejny numer Dziennika Ustaw RP (wycofany potem z obiegu) z odnośnymi dekretami. O dokonanej zmianie na stanowisku głowy państwa powiadomił natychmiast urzędującego podsekretarza stanu na Quai d’Orsay (ministrem był sam premier Daladier61 po usunięciu na początku wojny skompromitowanego monachijczyka Bonneta62) Champetier de Ribes63, który przyjął to do wiadomości. Za kulisami zawrzało. Nie mógł się z tym pogodzić ani Sikorski, którego Wieniawa nigdy nie dopuściłby do władzy, ani Noël, który dążył do stworzenia rządu całkowicie profrancuskiego. Już następnego dnia Daladier powiadomił Łukasiewicza, że załatwienie sprawy prezydentury było bardzo niefortunne i że rząd francuski „nie będzie mógł przyjaźnie współpracować z żadnym rządem powołanym przez Wieniawę-Długoszowskiego”. Łukasiewicz odrzucił z oburzeniem wszelkie ingerowanie w sprawy wewnętrzne sojusznika polskiego. Sytuacja wymagała jednak jakiegoś rozwiązania, zwłaszcza że równoczesny protest francuski przeciwko nominacji Wieniawy, złożony w Bukareszcie na ręce ambasadora Raczyńskiego, został przez tego ostatniego przyjęty z obietnicą uzyskania od Mościckiego zmiany decyzji. WieniawaDługoszowski też nie chciał, aby jego osoba była przeszkodą w utworzeniu rządu, którego potrzebowała sprawa polska. W Paryżu rozpoczęła się seria ożywionych narad i przetargów. W parę dni później opowiadał mi mój ministerialny przyjaciel Wszelaki64, że gdy jako jeden z pierwszych przyjechał do Paryża, grupa Sikorskiego zaproponowała mu (zdaje się zrobił to Strasburger65) wykorzystanie ważnego na wyjazd do Szwajcarii paszportu dyplomatycznego dla doręczenia Paderewskiemu66 listu i osobistego skłonienia go do przyjęcia prezydentury. Paderewski odmówił jednak kategorycznie, powołując się na bardzo zły stan zdrowia. Łukasiewicz relacjonował mi dalej, że w naradach brali udział Łepkowski, jako mandatariusz prezydenta Mościckiego, Sikorski, Stroński, Zaleski i przybyły świeżo do Paryża, w drodze do Stanów Zjednoczonych, Władysław Raczkiewicz, który jako stary znajomy Łukasiewicza z Petersburga (był tam prezesem polskich organizacji studenckich) zamieszkał u niego w ambasadzie. Sam Łukasiewicz forsował na prezydenta Sosnkowskiego, ale ponieważ nie było pewne, czy udało mu się przedostać na Węgry i czy będzie mógł stamtąd wyjechać na zachód, kandydatura ta odpadła. Sprawę trzeba było załatwić natychmiast. W grę wchodziło i tu jedynie trzech realnych, bo łatwo osiągalnych kandydatów: Raczkiewicz, Zaleski i kardynał Hlond. Wreszcie uzgodniono, że prezydentem będzie Raczkiewicz, premierem Stroński, a ministrem spraw zagranicznych Zaleski, podczas gdy Sikorski zachowa dowództwo nad wojskami polskimi na Zachodzie. W ostatniej chwili Stroński wycofał się, aby zrobić miejsce dla Sikorskiego. Łukasiewicz wyraził na to zgodę pod warunkiem, że Sikorski ustąpi

60

Stanisław Łepkowski (1892-1962). Poseł w Budapeszcie 1932-1936. Szef Kancelarii Cywilnej prezydenta 19361939. Konsul generalny w Pretorii 1939-1945. 61 Edward Daladier, ur. 1883, przywódca partii radykałów. Wielokrotny minister i szef rządu. Premier i minister obrony narodowej w 1938-1940, minister spraw zagranicznych, 1939-1940. 62 Georges Bonnet, ur. 1889, wieloletni minister z partii radykałów, minister spraw zagranicznych 1938 -1939, następnie minister sprawiedliwości do lutego 1940. Jeden z czołowych monachijczyków. 63 August Champetier de Ribes (1882-1937), prawnik i polityk chadecki, wiceminister spraw zagranicznych 1939-1940. 64 Jan Wszelaki (1884-1965), w MSZ od 1918. Radca ekonomiczny 1935-1939. 65 Henryk Strasburger (1887-1951), Komisarz Generalny w Gdańsku 1924-1932. Przewodniczący Rady Naczelnej „Lewiatana” 1932-1939. Podsekretarz stanu Prezydium Rady Ministrów w październiku 1939. Minister skarbu w rządach emigracyjnych 1939-1943. 66 Ignacy Józef Paderewski (1860-1941), pianista i kompozytor. Premier i minister spraw zagranicznych 1919. Współtwórca „Frontu Morges” 1936. Przewodniczący emigracyjnej Rady Narodowej 1939 -1941.

miejsca Sosnkowskiemu, gdy przybędzie on do Francji. Odpowiedź Sikorskiego, że podporządkuje się Sosnkowskiemu jako najstarszemu rangą generałowi, Łukasiewicz uznał za wystarczającą. Z wywodów tych i zebranych później informacji wynikało, że Łukasiewicz bronił ciągłości starego reżimu i starał się najpierw nie dopuścić Sikorskiego do władzy, a potem możliwie ograniczyć jego pole działania, jako tego, którego Piłsudski uznawał za swego wroga. Musiał się jednak liczyć z ujawniającymi się coraz bardziej nastrojami społeczeństwa, które zdecydowanie potępiało rządy sanacyjne, oraz z żądaniami tzw. legalnej opozycji, popieranej w całej rozciągłości przez francuskie koła rządowe i polityczne. Sikorski zaś zdawał sobie sprawę, że chcąc utrzymać formy legalistyczne nie może pominąć Łukasiewicza, który jedyny reprezentował oficjalnie w oczach Francuzów majestat Rzeczypospolitej. Zważywszy przy tym, że nie miał pod ręką żadnego odpowiedniego kandydata na prezydenta, a sam wolał rządzić niż reprezentować, zgodził się kompromisowo na osobę Raczkiewicza, człowieka układnego i raczej miękkiego, który dokonał nie lada sztuki zajmowania wysokich stanowisk przy wszystkich kolejnych rządach i reżimach. W ciągu dwudziestolecia był bez przerwy albo wojewodą, albo ministrem spraw wewnętrznych, a przez parę lat marszałkiem Senatu. W gruncie rzeczy był bardziej urzędnikiem niż politykiem. Używając starej terminologii, można go określić jako niezależnego narodowca i „państwowca”. Na tym tle znajdował wspólny język z rządami pomajowymi. Osiągnięte porozumienie miało stworzyć równowagę między starym a nowym, między „czwartą brygadą” reżimu sanacyjnego a dawną legalną opozycją. Ale Sikorski liczył na to, że nowy prezydent nie będzie stanowił dla niego zbyt wielkiej przeszkody, zwłaszcza gdy uzyskał od niego zobowiązanie, że w istotnych sprawach nie będzie wykorzystywał szerokich prerogatyw, które mu dawała konstytucja 1935 r., bez porozumienia z szefem rządu. Wkrótce dla wszystkich stało się jasne, że Sikorski wziął mocno wodze w swe ręce i że to on kieruje nawą emigracyjną, skupiając stanowisko premiera, ministra spraw wojskowych i naczelnego wodza (po dobrowolnej rezygnacji marszałka Rydza-Śmigłego).

III Rząd w Angers
Pierwszy rząd na emigracji w Paryżu, utworzony na początku października 1939 r. pod przewodnictwem gen. Władysława Sikorskiego, miał skład całkowicie przypadkowy. Weszli do niego ci, którzy byli pod ręką, to znaczy znaleźli się już we Francji i mieli jakieś podstawy do reprezentowania poszczególnych partii czy ugrupowań. W zasadzie miał to być rząd zgody i jedności narodowej (tak w każdym razie rozumieli go Raczkiewicz i Łukasiewicz), toteż reprezentowane w nim były nie tylko cztery stronnictwa dawnej opozycji (PPS, ludowcy, endecja i Partia Pracy), ale również umiarkowane osobistości z kół sanacyjnych, a ściślej mówiąc piłsudczykowskich, bądź krytycznie nastawione do polityki Becka (Zaleski), bądź od dawna już schodzące na pozycje klasycznego konserwatyzmu jak Adam Koc67. Właśnie z powodu tej przypadkowości i napływu do Paryża coraz to nowych pretendentów do tek ministerialnych gabinet ulegał zmianom i dopiero gdzieś na początku listopada przybrał wreszcie swe definitywne oblicze. Przy bliższej obserwacji można wtedy było w nim dostrzec pewne wewnętrzne więzy logiczne. Występowały dwie odrębne grupy, które skrótowo nazywaliśmy Front Morges i Bank Handlowy.
67

Adam Koc, ur. 1891, prezes Banku Polskiego 1936. Szef OZONu 1937-1938. Minister skarbu w październiku 1939, następnie wiceminister skarbu 1939-1940.

Trzonem pierwszej byli bowiem politycy, którzy poczynając od 1936 r. grupowali się ponad głowami swych partii – pod przewodem politycznym Sikorskiego - wokół sztandarowej osoby Paderewskiego (nazwa pochodzi od jego szwajcarskiej siedziby). Zwalczali oni głównie politykę zagraniczną rządów pomajowych, szykując się do realizacji, po objęciu władzy, orientacji zdecydowanie profrancuskiej. Do grupy tej można było zaliczyć, poza premierem, Strońskiego, Hallera68, Kota69, Ładosia70, Popiela71, a poniekąd Seydę72 i Stańczyka73. Grupa druga to tak zwane sfery gospodarcze skupiające się wokół Banku Handlowego w Warszawie, kontrolowanego, jak wiadomo, przez kapitał brytyjski. Ścisłe związki z nim szły w parze z orientacją wyraźnie proangielską. Zaleski był prezesem tego banku, Strasburger i Falter74 członkami jego rady nadzorczej, Koc jako prezes Banku Polskiego i wiceminister skarbu utrzymywał z nim bliskie stosunki. Związani interesami z Bankiem Handlowym byli również: bogaty ziemianin i przemysłowiec Jan Ciechanowski75 oraz wzięty adwokat Zygmunt Graliński76. Dodatkowym łącznikiem dla niejednego z nich była przynależność do masonerii. Jestem najdalszy od przeceniania roli i możliwości tej osławionej organizacji, ale też nie należy traktować jej jako całkowitego mitu. Trzeba ją tylko sprowadzić do właściwego celu praktycznego, którym jest pomaganie sobie nawzajem w karierze życiowej, a zwłaszcza politycznej, występujące pod osłoną służenia jakimś wzniosłym ideałom i frazeologii bynajmniej niejednakowej we wszystkich odłamach wolnomularstwa. Jestem w tych sprawach tylko ogólnikowo zorientowany, ale powszechnie wiadomo, że tzw. Wielki Wschód szermuje wszędzie hasłami laickiego (antyklerykalnego) humanitaryzmu, podczas gdy loże obrządku szkockiego grupują przeważnie elementy bardziej konserwatywne (u nas były to przede wszystkim sfery gospodarcze). Wpływy masonerii w Europie (w krajach anglosaskich sprawa wygląda zupełnie inaczej) zależały zawsze od ilości związanych z nią polityków, którzy potrafili dojść do władzy. Dlatego miała ona bezwzględnie duże znaczenie we Francji za czasów Trzeciej Republiki i we Włoszech przed pierwszą wojną światową, natomiast nie odgrywała prawie żadnej roli w Polsce, zwłaszcza po potępieniu jej przez piłsudczyków jako „obcej agentury”. Stąd też typowe dla masonerii polskiej bardziej gorliwe niż gdzie indziej wypieranie się tej przynależności, poza paroma czołowymi postaciami kierowniczymi jak Strug77, Stępowski78, Kipa79 czy

68

Gen. Józef Haller (1873-1960), przewodniczący Rady Naczelnej Stronnictwa Pracy 1936 -1939, minister w rządach emigracyjnych 1939-1944. 69 Prof. Stanisław Kot, ur. 1885, czołowy działacz NKN, Stronnictwa Ludowego i „Frontu Morges”. Minister do spraw krajowych w rządzie Sikorskiego 1939-1941, ambasador w ZSRR 1941-1942, minister propagandy 19431944. 70 Aleksander Ładoś (1891-1963), działacz Stronnictwa Ludowego i publicysta. W MSZ 1919-1927. Minister bez teki 1939, następnie poseł w Bernie 1940-1945. 71 Karol Popiel, ur. 1889, adwokat i działacz chadecki, wieloletni poseł do Sejmu, wiceminister opieki społecznej w rządach emigracyjnych 1939-1941 oraz minister sprawiedliwości 1941- 1944. 72 Marian Seyda, ur. 1879, redaktor naczelny „Kuriera Poznańskiego” 1906-1939, minister w rządach emigracyjnych 1939- 1944. 73 Jan Stańczyk (1889-1952), sekretarz generalny Związku Zawodowego Górników 1919 -1939, minister pracy i opieki społecznej w rządach emigracyjnych 1939-1944. 74 Alfred Falter (1881-1954), czołowy przemysłowiec górnośląski i prezes „ROBURa”, członek Rady Banku Polskiego i Rady Naczelnej Banku Handlowego w Warszawie do 1939. Wiceminister skarbu 1939-1940. 75 Jan Ciechanowski, ur. 1887, w MSZ 1919-1929 i następnie sekretarz generalny MSZ 1939-1941. Ambasador w Waszyngtonie 1941-1945. 76 Zygmunt Graliński (1897-1940), adwokat i działacz Stronnictwa Ludowego. W MSZ 1926 -1928. Poseł do Sejmu 1928- 1930, podsekretarz stanu MSZ 1939-1940. 77 Andrzej Strug (właśc. nazwisko Tadeusz Gałecki) (1871- 1937), pisarz i działacz PPS. 78 Stanisław Stępowski (1870-1952), publicysta i działacz społeczny, dyrektor Biblioteki Min. Rolnictwa 1924 1939. 79 Prof. Emil Kipa (1886-1958), historyk. Urzędnik MSZ 1919-1939.

Kołodziejski80. Wydaje mi się, że przy powstawaniu pierwszego rządu polskiego na emigracji w Paryżu solidarność „synów wdowy” wystąpiła w sposób bardzo znamienny. Ministrów tych przeważnie znałem bądź z kontaktów służbowych, bądź ze stosunków towarzyskobrydżowych. Nie miałem o nich zbyt wysokiego wyobrażenia jako o sternikach skołatanej nawy Rzeczypospolitej. Naturalnie byli to ludzie inteligentni, nawet często bardzo zdolni, ale wobec działaczy zajmujących naczelne stanowiska państwowe trzeba stosować inną, znacznie wyższą miarę. Muszą oni mieć to, co Anglosasi nazywają leadership, czyli umiejętność organizowania pracy i kierowania ludźmi, a poza tym jakąś specjalną iskrę polityczną umożliwiającą nie tylko twórczą myśl, ale również i jej zwycięskie urzeczywistnianie w walce z koncepcjami uznawanymi za błędne i szkodliwe. Tego właśnie było zupełnie brak całej ekipie Sikorskiego. O Zaleskim będzie jeszcze mowa przy okazji charakterystyki stosunków w MSZ. Stańczyk był i pozostał prowincjonalnym bonzą związkowym. Oportunista, obrotny, podejrzliwy i przywiązany do korzyści, które daje przewodniczenie i ministrowanie, nie miał większego autorytetu ani w rządzie, ani we własnym Komitecie Zagranicznym PPS. Aleksander Ładoś, salonowy ludowiec, miał doświadczenie dyplomatyczne i był dobrym dziennikarzem-publicystą. Jednakże to były jego granice. Do progów ministerialnych nie dorósł. Józef Haller był od dawna czymś w rodzaju mitu narodowego i chyba tylko dlatego został przed wojną przewodniczącym Rady Naczelnej Partii Pracy. O jego poziomie świadczą najlepiej wydane pośmiertnie w Londynie pamiętniki. Mógł być wprowadzony wśród innych do rządu jako symbol przeszłości, ale trudno było od niego więcej wymagać. Poważny dziennikarz i zasłużony działacz Stronnictwa Narodowego, Marian Seyda, odznaczał się typowymi dla Poznańczyków, wyrobionymi w twardej szkole pruskiej cechami, jak poszanowanie autorytetu, poczucie dyscypliny i zmysł realizmu. Nie był tak zacietrzewiony partyjnie i sekciarski jak inni endecy. Już jednak kierowanie Ministerstwem Spraw Zagranicznych w tzw. rządzie Chienopiasta z 1923 r. wykazało, że brak mu danych, aby sprawować funkcję ministra. Adam Koc miał ładną kartę jako jeden z szefów POW przy końcu pierwszej wojny światowej i tym kapitałem żył długo. Nie zrozumiał wyjściowej idei OZONu, który według Stpiczyńskiego81 miał rozszerzyć bazę społeczną reżimu i zdemokratyzować obóz rządzący, natomiast sprowadził go na tory reakcyjne. Wziął za dobrą monetę frazeologię liberalną, za pomocą której finansiści angielscy osłaniają walkę o swe interesy, i z tych pozycji zwalczał, zresztą i tak zbyt nieśmiałe, plany Kwiatkowskiego82 rozbudowy gospodarki polskiej. Teraz był już tylko sybarytą, który troszczył się o dobrą kuchnię i pragnął, aby dano mu spokój. Dlatego nie robił trudności z ustąpieniem fotela ministra skarbu Strasburgerowi. Ten ostatni był wytrawnym urzędnikiem i pozostał nim nawet w charakterze prezesa Rady Nadzorczej „Lewiatana”. Miał nawet szersze koncepcje, ale nie chciał i chyba nie potrafił walczyć o ich urzeczywistnienie. Świetny publicysta i mówca, nie mieszczący się w ciasnych ramach endecji, profesor Stanisław Stroński, bardzo inteligentny, dowcipny i odznaczający się zacnym charakterem, był jak najdalszy od wszelkiego zacietrzewienia i dogmatyzmu. Sam kpił ze swego urzędowania jako minister informacji i dokumentacji. Nadawał się do wszystkiego, tylko nie do partycypowania w walkach wewnętrznych o wpływy, kompetencje i dobrze płatne synekury, które tak się krzewiły za kulisami rządu emigracyjnego. Długo też w tym rządzie nie utrzymał się. Gen. Kazimierz Sosnkowski nie był pozbawiony ogromnych zalet umysłu, chociaż zwykle lepiej wiedział, jak nie należy postępować, niż co trzeba zrobić. Brakowało mu zawsze decyzji, siły woli i przebojowości. Natomiast za nich wszystkich razem miał charakter i wolę prof. Stanisław Kot. Wybitny naukowiec, którego pasją było
80 81

Henryk Kołodziejski (1884-1953), działacz społeczny, dyrektor Biblioteki Sejmowej 1919-1939. Wojciech Stpiczyński (1894-1936), publicysta i polityk, redaktor naczelny „Głosu Prawdy” 1922 -1929 i „Kuriera Porannego” 1932-1936, polityczny doradca Rydza-Śmigłego 1935-1936. 82 Prof. Eugeniusz Kwiatkowski, ur. 1888, inżynier i ekonomista, minister przemysłu i handlu 1926-1930, wicepremier i minister skarbu 1935-1939.

mieszanie w tyglu politycznym i rządzenie, przywiązywał większą wagę do zakulisowego pociągania nici niż do zajmowania eksponowanego miejsca. Przy Sikorskim był szarą eminencją i złym duchem. Wszystko u niego sprowadzało się do personaliów, przy stosowaniu jedynego kryterium: aktywnego wysługiwania się aktualnemu reżimowi, personifikowanemu konkretnie przez Sikorskiego. Wiązało się z tym ocenianie ludzi nie według ich wartości i fachowości, lecz jedynie według ich etykietek politycznych, właściwych czy sztucznie im przyczepianych. Kot był przykładem, jak posiadanie cennych danych może iść w parze ze szkodliwością w działaniu politycznym. Sam Sikorski przerastał o głowę swych kolegów ministerialnych. Miał dane na prawdziwego męża stanu: rozum, zdolności, zmysł polityczny, rozległe horyzonty i konsekwentne dążenie do celu, to jest do władzy. W dalszym rozwoju, po na ogół udanym starcie w charakterze przejściowego premiera na przełomie 1922/1923, przeszkodziły mu dwie rzeczy. Primo podjęcie walki z piłsudczykami na niewłaściwej płaszczyźnie tworzenia w wojsku własnej kontrkliki, secundo traktowanie, podobnie jak Aleksander Skrzyński83, gloryfikacji swej własnej osoby jako czegoś równoznacznego z propagandą dla Polski. Przyszły potem lata odsunięcia od władzy i stanowisk przez reżim pomajowy, co pozostawiło u niezmiernie ambitnego i posiadającego poczucie wielkich możliwości człowieka osad rozgoryczenia i nieopanowaną chęć odegrania się na swych prześladowcach. Już jako szef rządu na emigracji miał świadomość wyższości nad ekipą, którą kierował, co powiększało tendencję do apodyktyczności i koncentrowania wszystkich zasadniczych spraw w swym ręku. Zbyt często nie umiał już opanowywać chęci pogrążania swych przeciwników osobistych z dawnych czy obecnych czasów. Utrudniało mu to właściwy dobór współpracowników. Wierność dla siebie stawiał bowiem wyżej niż kwalifikacje. Zachował przyjaźń i zaufanie do ludzi, z którymi był blisko w latach niełaski i izolacji, chociaż nie wszyscy ci, którzy byli wówczas jego cennymi informatorami i pośrednikami, nadawali się potem do roli doradców szefa rządu84. W sprawach personalnych najgorsze były wpływy otaczającej Sikorskiego kamaryli, która grając na jego próżności i pamiętliwości podsuwała mu wszelkiego rodzaju rzeczywiste czy urojone pretensje do ludzi, których nie chciała do niego dopuszczać lub których się chciała pozbyć. Często wysoce pouczające są wiadomości „ze schodów kuchennych”. Mój zaprzyjaźniony szofer, Konstanty Sawicz, który woził mnie szereg lat w Moskwie i potem w czasach mej odpowiedzialnej pracy we Francji (aresztowany wraz z moimi domownikami, zginął w 1944 r. od bomby alianckiej w Buchenwaldzie), był w czasach angerskich kierowcą Sikorskiego. Opowiadał mi później powtarzającą się często scenę, że gdy ten ostatni rozmawiał z towarzyszącą mu zwykle w podróżach córką85 lub z którymś z braci

83

Aleksander Skrzyński (1882-1931), poseł w Bukareszcie 1919-1922, minister spraw zagranicznych 1922-1923 i 1924- 1926, premier 1925-1926. 84 Byli to przede wszystkim Danysz i Aubac na terenie Francji, a Retinger na terenie Londynu. Pierwszy, o ile pamiętam, obywatel francuski, był starym przyjacielem Sikorskiego, który go zrobił w 1939 r. szefem swego sekretariatu, ale rozczarował się do niego i nie wziął z sobą do Anglii. Stefan Aubac, recte Aue rbach, francuski dziennikarz, z pochodzenia polski Żyd, był typowym na gruncie paryskim wścibskim i dobrze poinformowanym reporterem, ale bez większego polotu. Józef Retinger natomiast był indywidualnością nieprzeciętną. Odznaczał się inteligencją, odwagą i obrotnością. Jedni traktowali go jako awanturnika związanego z Intelligence Service, drudzy natomiast wysoko cenili jego i jego ogromne stosunki w szerokich kołach londyńskich. W swej barwnej drodze życiowej był agentem Komitetu Narodowego Polskiego, organizował z ramienia Anglików przewroty w Meksyku, został w latach wojny szefem sekretariatu i doradcą Sikorskiego. Był przejściowo pierwszym chargé d’affaires w Moskwie w 1941. W 1944 udał się jako tajny emisariusz rządu emigracyjnego do kraju i bawił tam parę miesięcy, po czym wrócił znów samolotem. Po wojnie stał się gorliwym propagatorem idei europejskiej. 85 Córka Władysława Sikorskiego, Zofia Leśniowska, była na emigracji członkiem Zarządu Głównego PCK. Zginęła w katastrofie gibraltarskiej 1943.

Borkowskich86, a padało jakieś najwidoczniej niemiłe dla nich nazwisko, zaczynali zaraz przypominać wszystkie możliwie złe rzeczy, które ten człowiek rzekomo na Sikorskiego kiedykolwiek powiedział czy napisał. Niejednokrotnie kończyło się to żachnięciem Sikorskiego: „Dajcie mi wreszcie spokój z tymi waszymi plotkami!” Sikorski miał poza tym mentalność satelicką. Całe życie był zwolennikiem jakiejś orientacji, w latach I wojny światowej - austriackiej, w okresie II Rzeczypospolitej - francuskiej, po klęsce Francji angielskiej. Nie wyobrażał sobie nigdy innej polityki dla Polski, jak w oparciu o możnego protektora. Tym różnił się w zasadniczy sposób od Piłsudskiego, który przy wszystkich swych wadach i błędach chciał na pewno dla Rzeczypospolitej polityki samodzielnej i niezależnej. Po opublikowaniu książki „O rząd i granice” spotkałem się wielokrotnie z zarzutami, że krzywdząco przedstawiłem Sikorskiego, że czuję wobec niego jakąś subiektywną wrogość. Nie poczuwam się do tego. Chciałem tylko pokazać jego, jak i innych, w działaniu, bo to było niezbędne dla wyjaśnienia omawianej problematyki. Jeżeli obraz wypadł inaczej niż utarte wyobrażenia, to wina nie mej tendencyjności, lecz wymowy faktów. Po klęsce wrześniowej Sikorski stał się dla bardzo dużej części społeczeństwa polskiego symbolem zarówno kontynuowania walki o niepodległość, jak i powstania po zwycięstwie nowej, lepszej Polski. Tymczasem Sikorski odcinał się od metod, ale nie od treści rządów przedwrześniowych, i wbrew sztucznie tworzonej legendzie szukał tylko lepszych sposobów realizowania tej samej co dawniej polityki dwóch wrogów. Do wyciągnięcia właściwych wniosków ze zmieniającej się radykalnie sytuacji przeszkadzała mu obawa utraty popularności w społeczeństwie i możności kontynuowania rządów po wojnie. W odciętym od świata kraju pod okupacją nie orientowano się w ogólnej sytuacji międzynarodowej i w posunięciach politycznych Sikorskiego, traktując go do końca jako świetlany symbol. Przedwczesna śmierć przeszkodziła w pojawieniu się rozczarowań. Stąd żywotność do dziś dnia legendy Sikorskiego. Gdy przyjechałem do Paryża w październiku 1939 r., nowy rząd przejawiał „radosną twórczość”. Każdy minister wyrabiał sobie stosunki i klientelę, organizował na swą modłę powierzony mu resort, targował się z kolegami o kompetencje i fundusze. Za kulisami toczyła się zaciekła walka o każde stanowisko, o każdy etat. W warunkach uchodźczej tułaczki znośne przetrwanie zapewnić mogła tylko jakaś posada rządowa. Nie należy przy tym zapominać, że na emigracji nawet jeśli się ma zabezpieczone podstawowe środki utrzymania, najcięższą rzeczą jest bezczynność i poczucie bezużyteczności. Częstym zjawiskiem jest niemożność stworzenia sobie własnego życia wewnętrznego, zmuszenie siebie do samodzielnej pracy umysłowej czy też do dodatkowych studiów. Stąd powszechnym zjawiskiem stało się, że uchodźcy walczyli per fas et nefas o posady czy synekury państwowe. Wiązały się z tym dwa łatwo dostrzegalne zjawiska, prowadzące w praktyce do kultu niekompetencji. Pierwsze to wysunięcie od razu przez dawne stronnictwa opozycyjne zasady klucza partyjnego przy obsadzie wszystkich stanowisk. Wywołane to było zarówno niechęcią do dawnego aparatu urzędniczego, który współpracował ze znienawidzonym reżimem sanacyjnym, jak i naciskiem własnej klienteli, składającej się przeważnie z pozbawionych obecnie możności zarobkowania przedstawicieli wolnych zawodów. Ludzie ci zachowali poczucie krzywdy z powodu niedopuszczenia ich swego czasu do lepiej zabezpieczających, zwłaszcza w czasach kryzysu ekonomicznego, stanowisk urzędniczych, toteż obecnie toczyli tym energiczniej walkę o etaty mające im dać podwójną satysfakcję. Każdy uważał, że potrafi robić wszystko, lekceważąc potrzebę pewnej fachowości i rutyny
86

Bracia Borkowscy, major i rotmistrz rezerwy, byli starymi przyjaciółmi Sikorskiego i w latach wojny stanowili jego powierników, pracując w adiutanturze. Po wojnie jeden z nich został dyrektorem Instytutu imienia gen. Sikorskiego w Londynie.

urzędniczej. Zjawisko drugie to porachunki partyjno-personalne, które się rozpoczęły na wielką skalę, formalnie pod szyldem ukarania winnych, ale w gruncie rzeczy zasłaniającym niewypowiedzianą chęć robienia wolnych miejsc dla swoich ludzi. Moc było żalów i pretensji wywoływanych generalną nagonką na piłsudczyków. Jak zwykle w takich wypadkach lepiej wychodzili oportuniści i karierowicze, zmieniający od razu chorągiewkę, niż ludzie zachowujący godność i swe szczere przekonania. Występowały nieraz bolesne konflikty sumienia (samobójstwo Wieniawy). Od pracy odsunięto wielu ludzi wartościowych i pożytecznych. Szerzyły się intrygi i donosy, często anonimowe, chętnie przyjmowane przez nowe władze. Jedną z najobrzydliwszych rzeczy było bezkarne szafowanie, przeważnie dla skompromitowania przeciwnika lub uznanego za niebezpiecznego konkurenta, wyssanymi z palca oskarżeniami o roztrwonienie i zmarnowanie mienia państwowego w chwili klęski lub też o zatajenie przed nowym rządem sum znajdujących się w dyspozycji delikwenta. Wypadków takich było niemało, przy czym podejrzewano gromadzenie przez nową opozycję sanacyjną funduszy dla finansowania akcji antyrządowej. Między innymi z takimi uwłaczającymi zarzutami spotkał się parokrotnie wspomniany Jan Kowalewski jako dyrektor przedsiębiorstwa skupu surowców strategicznych TISSA, które miało konta w wielu krajach zagranicznych. Ktoś z otoczenia Sikorskiego, pamiętając, że ten ostatni kiedyś bardzo cenił Kowalewskiego, i chcąc nie dopuścić do nowego zbliżenia, podał w wątpliwość, czy przekazał on do dyspozycji skarbu państwa wszystkie salda z kont walutowych, czym postawił go w sytuacji z przysłowia rosyjskiego: „dokażi, czto ty nie wierblud”. Kowalewskiemu zabrało parę miesięcy czasu zgromadzenie danych wykazujących, że nie jest złośliwym malwersantem. Cel został jednak osiągnięty, bo w międzyczasie istotne stanowiska zostały już obsadzone. Wszystkie te bolesne sprawy najostrzej występowały na terenie wojska. Poza Ministerstwem Spraw Zagranicznych kadra urzędnicza w małej tylko części znalazła się w Rumunii, a jeszcze w mniejszej przedostała się do Francji przez ucho igielne segregacji Sikorskiego. Oficerów za to napłynęło znacznie więcej niż żołnierzy, w tym wprost proporcjonalnie więcej oficerów wyższych stopni. W armii zwolenników Sikorskiego było już bardzo mało, zdecydowani ideowi piłsudczycy stanowili mniejszość, przeważali natomiast oficerowie niezaangażowani politycznie, ale wychowani w poszanowaniu Piłsudskiego, co znajdowało dodatkową pożywkę w ostatnich rozczarowaniach i porównaniach z Rydzem-Śmigłym. Pole do przesiewania i selekcji było więc bardzo szerokie. Jak widzieliśmy, Sikorski połączył w swych rękach funkcje naczelnego wodza i ministra obrony narodowej. Jako szefa sztabu dobrał sobie niezmiernie zdolnego, ale mocno niezrównoważonego płk Kędziora87, z którym utrzymywał dobre stosunki od czasów swej „niełaski”. Organizację wojska za Zachodzie powierzył dwóm wiceministrom, gen. Kukielowi88 i płk Modelskiemu89. Kukiel, poważny naukowiec i historyk ruchów niepodległościowych i dziejów wojskowości, człowiek prawy i zasługujący na szacunek, był w dziedzinie politycznej, strategicznej i organizacyjnej raczej laikiem. Załatwianie spraw personalnych przypadło płk Modelskiemu, usuniętemu z wojska w ramach czystek pomajowych, długoletniemu kierownikowi Związku Hallerczyków, który nie mógł darować lekceważącego traktowania ich przez obóz legionowy. W jego ciasnym i ograniczonym umyśle głęboko zapadła chęć zemsty, dla realizowania której znajdował teraz rozległe możliwości.

87

Płk Aleksander Kędzior, ur. 1897, zawodowy wojskowy, do 1939 attaché wojskowy w Lizbonie. Szef sztabu Naczelnego Dowództwa 1939-1940. 88 Gen. Marian Kukiel, ur. 1885, prof. historii, kustosz Muzeum im. Czartoryskich do 1939. W latach wojny wiceminister spraw wojskowych 1939-1942, a następnie minister spraw wojskowych 1942-1945. 89 Gen. Izydor Modelski (1888-1962), do 1926 zawodowy wojskowy w randze pułkownika, następnie kierownik Związku Hallerczyków. W rządzie emigracyjnym II wiceminister spraw wojskowych 1939 -1942.

W wojsku działy się też smutne rzeczy. Przeciwników politycznych podzielono na „szkodliwych” i „mniej niebezpiecznych”. Pierwszych albo nie dopuszczono do Francji, albo też, gdy jednak tam się przedostawali, zamykano w swego rodzaju obozie internowania w małej miejscowości Cerisay (departament Deux Sèvres), jak np. Niezbrzyckiego, lub trzymano w dalekim Algierze, jak gen. Stachiewicza. Dla drugich stworzono specjalne zgrupowanie w Vichy, w postaci kadry rezerwowej oficerów, nie znajdujących zastosowania w tworzonych czterech dywizjach i w innych formacjach. Zgłaszających się do oddziałów liniowych, z gotowością służenia na niższych nawet przydziałach albo wprost w charakterze żołnierzy, bardzo często odrzucano, gdyż mogłoby to prowadzić do moralnej rehabilitacji (np. odmowa zatrudnienia gen. Rayskiego90 w charakterze zwykłego pilota czy SławojSkładkowskiego jako lekarza wojskowego na Bliskim Wschodzie). Stosowano to zarówno do wyższych wojskowych, jak i nieraz do dygnitarzy cywilnych, związanych ze starym reżimem. Wyjątkiem, spowodowanym przede wszystkim stosunkami towarzyskimi, było wyrażenie zgody na przyjęcie do wojska w charakterze ochotnika prawie pięćdziesięcioletniego ambasadora Lipskiego, ze skierowaniem go do szkoły podchorążych w Coëtquidan. Było to zresztą szeroko wykorzystane propagandowo dla wykazywania liberalizmu nowych władz. W stosunku do urzędników postępowano raczej odwrotnie niż do oficerów. Tych, których chciano się pozbyć, kierowano chętnie do wojska lub skłaniano do zgłaszania się na ochotnika, nie zwracając uwagi na możliwości znacznie racjonalniejszego wykorzystania ich wiedzy fachowej. Potworzone bez sensu i składu urzędy narobiły od razu ogromnego bałaganu. Najgorsze było, że wszyscy nowo upieczeni ministrowie i dyrektorzy czuli się powołani do występowania na własną rękę wobec różnych władz francuskich i to w sposób niejednokrotnie sprzeczny. Dochodziło do tego, że co sprytniejsi matadorzy wyrabiali sobie stosunki we francuskich kołach politycznych, aby je wykorzystywać dla interwencji w swoich sprawach u czynników polskich. Dokuczyło to po miesiącu samym Francuzom, toteż zażądali scentralizowania i skierowania do jednego kanału wszelkich démarches w sprawach polskich, a sam Sikorski zrozumiał, że w taki sposób pracować nie można. Tak więc zapadła decyzja przeniesienia agend rządu emigracyjnego gdzieś na prowincję. Zaproponowano Sikorskiemu bądź znaną miejscowość kuracyjną Vichy, bądź też urocze miasteczko (stolicę departamentu) Angers, położone o parę godzin jazdy od Paryża i cieszące się sławą przyjemnego klimatu: „Angers - le climat le plus doux de France”. Sikorski wybrał Angers ze względu na lepszą komunikację z Paryżem, gdzie pozostawały nadal wszystkie władze wojskowe, z Naczelnym Dowództwem i Ministerstwem Obrony Narodowej (siedziba w Hôtel Regina). Sam Sikorski, jako dzielący swój czas na prace cywilne i wojskowe, rezydował częściowo w Angers, a częściowo w Paryżu. Na takie załatwienie sprawy wpłynął w decydującym stopniu stosunek Sikorskiego do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zanim do tego przejdę, poświęcę parę słów wyjaśnieniu, kto stał na czele mego resortu i jak został on zorganizowany w nowych warunkach. Ministrem był, jak już wspomniałem, August Zaleski. Stanowisko to piastował już poprzednio w latach od 1926 do 1932, gdy został usunięty przez Piłsudskiego na rzecz bardziej bojowego Becka. Odmówił wówczas nominacji na ambasadora w Londynie, gdyż nie chciał służyć pod rozkazami swego dotychczasowego współpracownika, któremu zarzucał nielojalność w postaci rewidowania biurka, kontrolowania korespondencji itd. Krytykował zupełnie otwarcie jego późniejszą politykę zagraniczną, głównie niedostateczne orientowanie się na mocarstwa zachodnie, a zwłaszcza na Wielką Brytanię. Zaleski miał doskonale opanowaną technikę dyplomatyczną, ale cechowała go bierność i ogromne lenistwo, graniczące coraz bardziej z zobojętnieniem. Gdy był po raz pierwszy
90

Gen. Ludomił Rayski, ur. 1892, szef lotnictwa wojskowego 1926-1938.

ministrem, dłuższe niż dziesięciominutowe sprawozdania szefów nawet najważniejszych placówek dyplomatycznych tak go nużyły, że przestawał słuchać. Śmiano się, że aby uzyskać potrzebną decyzję, trzeba było wprowadzić ministra w dobry humor opowiadając mu jakąś ciekawą i nieznaną anegdotę (nie było to rzeczą łatwą), którą zaraz skrzętnie zapisywał i przy okazjach towarzyskich opowiadał. Anegdoty były jego hobby. Poza tym lubił brydża, ale grał słabo. Relacjonując swą rozmowę z Zaleskim na początku 1940 r., amerykański podsekretarz stanu Sumner Welles91 pisze w swych pamiętnikach, że wyczuł w nim nuty defetystyczne. Taki wniosek jest krzywdzący, bo nie można kwestionować jego patriotycznej dobrej woli, ale na pewno był sceptykiem i nie stać go było na stawianie czoła nawałnicom. W trudnej sytuacji potrafił tylko, jak w 1941 r., podać się do dymisji. Był poprawnym ministrem w czasach spokoju i stabilizacji, natomiast nie nadawał się na kierownika dyplomacji emigracyjnej w obliczu piętrzących się trudności i komplikacji wojennych. Na wiceministra przydzielono mu z klucza partyjnego ludowca, adwokata Zygmunta Gralińskiego, który był przez parę lat urzędnikiem MSZ, zanim został wybrany na posła do Sejmu w 1928 r. Istnieje we Francji rozpowszechniony typ polityka, który startuje od zera jako zdecydowany lewicowiec, a po dojściu do majątku i zrobieniu kariery utrzymuje dotychczasową frazeologię, ale już tylko jako szyld dla konserwatywnego bourgeois. Na tej drodze był Graliński, działacz radykalnego skrzydła Wyzwolenia, a potem jeden z przywódców lewicy Stronnictwa Ludowego, który poprzez radcostwo prawne w Prudentialu92 związał się z kapitałem brytyjskim i Bankiem Handlowym. Był bystry i inteligentny, toteż rozczarował się prędko do stosunków emigracyjnych i nie miałem trudności w przekonywaniu go, że im dłużej będzie trwała okupacja i im będzie cięższa, tym bardziej społeczeństwo nie zechce mieć po wojnie na czele rządu ludzi, którzy podczas niej byli za granicą, to znaczy nie cierpieli wraz z nim. Graliński wyłamywał się coraz bardziej spod partyjnego dyktanda Kota, za co zapłacił utratą stanowiska, bo jego jedynie zrobiono odpowiedzialnym za skandaliczny przebieg ewakuacji do Anglii w czerwcu 1940 r. Pośrednio zapłacił też za to życiem, bo wkrótce potem zatonął na statku storpedowanym przez Niemców w drodze do Kanady. Faktyczną prawą ręką i przyjacielem Zaleskiego był Jan Ciechanowski, który otrzymał nieznany u nas dotąd tytuł sekretarza generalnego MSZ. Wytrawny dyplomata i dobry ekonomista, świetny znawca Zachodu, potknął się będąc posłem w Waszyngtonie na rokowaniach o pożyczkę amerykańską. Piłsudski kazał go zwolnić za zbytnią ustępliwość wobec tamtejszych finansistów. Zachował od tego czasu żal do sanacji, a jednocześnie jako członek arystokratycznego Klubu Myśliwskiego snobował ludzi rządzących o legionowych manierach. Rozciągał to zresztą na większość członków ekipy Sikorskiego. Tak na przykład Gralińskiego traktował z arogancką uprzejmością i usiłował trzymać go na bocznym torze jako „obce ciało”. Pomimo coraz większego w okresie angerskim sceptycyzmu i zniechęcenia, Ciechanowski mógłby być bardzo pożyteczny dzięki rozległym stosunkom, które posiadał zarówno osobiście, jak i przez żonę, bogatą cudzoziemkę, ale w moim przynajmniej przekonaniu był zanadto kosmopolitą. Poczuwał się całkowicie do polskości i na pewno byłby bardzo urażony, gdyby ktoś kwestionował jego uczucia patriotyczne, jednakże patrzał na wszystko przez pryzmat dorównania i naśladowania Zachodu. Stąd fałszywy kąt widzenia w ocenie najważniejszych problemów i absolutna niemożność zrozumienia Związku Radzieckiego. To na Ciechanowskiego spadło zadanie stworzenia dopasowanej do nowych potrzeb centrali MSZ i dobranie dla niej odpowiedniego personelu. Zaleski rezerwował dla siebie tylko ostatnie słowo, a Graliński za mało orientował się w zagadnieniach i w ludziach. Jasne było, że stara i ciężka struktura
91

Sumner Welles (1892-1961), amerykański dyplomata i zaufany współpracownik Roosevelta, podsekretarz stanu 1933-1943. 92 Towarzystwo akcyjne, kontrolowane przez kapitał angielski, które wybudowało przed wojną w Warszawie pierwszy „drapacz chmur”, dzisiaj hotel „Warszawa”.

powinna być zredukowana do małej i operatywnej grupy. Kilku z nas, wytypowanych w pierwszym rzucie, wciągnięto do dyskusji nad nową organizacją. Charakterystyczne było, że zapanowała od razu tendencja do całkowitego odcięcia się od form przeszłości, bez względu na to, czy jest to potrzebne i uzasadnione. Miało to być chyba jakimś symbolem odnowy, przy zachowaniu meritum dawnej polityki. Tak na przykład podział na dwie zasadnicze grupy zagadnień, zachodnich i wschodnich, narzucał się w naszej sytuacji geopolitycznej sam przez się. Tymczasem Ciechanowski wystąpił z oryginalną, ale dość mętną koncepcją wyodrębnienia trzech działów: państw sprzymierzonych, państw wrogich i państw neutralnych. Nad tym można było przynajmniej dyskutować, podczas gdy propozycja radcy ambasady w Paryżu Frankowskiego93 (nigdy nie pracował w centrali, bo zawsze przebywał za granicą) była wręcz zaskakująca. Powiedział on, że najwłaściwiej będzie skopiować wzór organizacyjny Quai d’Orsay. Był mocno dotknięty, że nikt nie pofatygował się nawet tłumaczyć mu, iż Polska ma zupełnie inny zakres i kierunek zainteresowań światowych niż Francja. Ze swej strony bardzo stanowczo przypominałem, że główną wagę mają dla nas stosunki z obu wielkimi sąsiadami, Związkiem Radzieckim i Rzeszą Niemiecką, co musi znaleźć wyraz w organizowaniu pracy ministerialnej. Ostatecznie postanowiono powołać sześć referatów politycznych, z których każdy podlegał bezpośrednio sekretarzowi generalnemu: do spraw sojuszników zachodnich (Józef Potocki94), niemieckich (Kunicki), radzieckich (ja), amerykańskoazjatyckich (Wszelaki) i prasowych (Ksawery Zaleski95, brat ministra). Każdy z nas zajmował się poza tym sprawami sąsiednich państw mniejszych, np. ja krajami bałtyckimi i Bliskim Wschodem. Radcami prawnymi ministerstwa pozostali nadal dwaj wybitni specjaliści, Kulski96 i Potulicki. Protokół objął Morstin97. Całość uzupełniał mały gabinet ministra (sekretariat), poza tym wydziały konsularny i budżetowo-gospodarczy oraz komórki do spraw szyfrów i radiotelegrafii. Tak więc wykorzystano tylko dawną kadrę ministerialną wyłączywszy tych, którzy zaangażowali się w bezkrytyczne popieranie polityki Becka. Zaleski oburzał się swego czasu na zalew ministerstwa przez niefachowy element wojskowy toteż wyeliminował go w pierwszym rzędzie. Nigdy nie brak jednak paradoksów; właśnie Zaleski od razu mianował szefem personalnym wojskowego, mjr Szumowskiego98. Zresztą nie miał on w praktyce nic do powiedzenia, zwłaszcza gdy Zaleski ściągnął z Madrytu swego dawnego dyrektora gabinetu i zaufanego człowieka, Mariana Szumlakowskiego99, lubującego się w rozgrywkach i intrygach personalnych. Kumulował on od tego czasu funkcje dyrektora gabinetu ministra ze stanowiskiem posła w Madrycie. Przy rekrutacji personelu Ciechanowski kierował się przede wszystkim względami snobistycznymi, ale poza nimi uwzględniał też czynnik fachowości. Miano Zaleskiemu za złe, że odrzucił starego, dobrego i inteligentnego urzędnika, jakim był Michał Łubieński, tylko dlatego, że zajmując stanowisko dyrektora gabinetu Becka był z nim w dobrych stosunkach. Przypominano, że gdy Zaleski opuszczał fotel ministra, prosił następcę o dobry przydział za granicą dla swego totumfackiego, Szumlakowskiego, który też został

93

Feliks Frankowski (1892-1963), w MSZ od 1919. Sekretarz, a następnie radca ambasady w Paryżu w 1926 1939, chargé d’affaires 1939-1940. 94 Józef Potocki, ur. 1895, w MSZ cd 1919. Wicedyrektor spraw zachodnich 1933-1939. 95 Ksawery Zaleski (1892-1946), w MSZ od 1922. Radca ambasady w Tokio 1938, kierownik referatu angielskiego 1939. 96 Władysław Kulski, ur. 1903, w MSZ od 1928. Radca Delegatury przy Lidze Narodów 1933 -1936, naczelnik wydziału prawnego 1936-1939. 97 Paweł Morstin (1888-1940), zastępca dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ 1935 -1939. 98 Mjr Tadeusz Szumowski, ur. 1899, attaché wojskowy w Bernie 1938 -1939, szef personalny MSZ 1939-1940, następnie sekretarz ambasady w Londynie do 1945. 99 Marian Szumlakowski (1893-1961), w MSZ od 1918. Dyrektor Gabinetu Ministra 1927-1932. Poseł w Lizbonie 1933-1935 i w Madrycie 1935-1944.

posłem najpierw w Lizbonie, potem w Madrycie. Tymczasem Łubieńskiemu odmówiono początkowo nawet przyjęcia do wojska. Ale właśnie ten nie zmieniony, fachowy skład MSZ był solą w oku wszystkich entuzjastów klucza partyjnego, których zawiodły nadzieje na atrakcyjne wakanse. Posypały się zaraz oskarżenia, że to rezerwat beckowców, klan hrabiowski, garstka uprzywilejowanych itd. Odbijało się to na pracy, gdyż zawsze odczuwaliśmy w innych resortach i u członków rządu wyraźną niechęć, a nawet wrogość do nas. Nasze wystąpienia i wnioski pozostawały zwykle bez echa. Naturalnie, tępił nas głównie Kot. Natomiast Graliński zgrał się, w każdym razie z paroma z nas, bardzo prędko. Tę sytuację ogólną pogarszał negatywny stosunek Sikorskiego do Zaleskiego i do MSZ jako takiego. Zachował on ansę do służby dyplomatycznej z czasów, gdy nasze placówki zagraniczne manifestacyjnie go ignorowały, a nawet czasami wręcz szpiegowały jego kroki. Sam Zaleski nie był człowiekiem, z którym Sikorski mógłby znaleźć wspólny język. Dochodziła do tego rozbieżność orientacji i względy merytoryczne. W warunkach przebywania rządu w obcym kraju specjalnie niewskazana była jakakolwiek wielotorowość i brak koordynacji w stosunkach z gospodarzami, a nie było miejsca i potrzeby na parostopniowe załatwianie bieżących spraw. W zasadzie do oficjalnego kontaktowania się z Francuzami było powołane jedynie MSZ, bądź bezpośrednio bądź poprzez ambasadę w Paryżu. Ale odsuwałoby to od wyłącznie istotnych i ważnych działań premiera Sikorskiego, który uważał, że tylko on zdolny jest do należytego ustawienia wzajemnej współpracy z Francją, i miał rzeczywiście ku temu największe dane. W ambasadzie rządził wciąż zdecydowanie wrogi mu Łukasiewicz, który na wiadomość o zapowiedzianym przyjeździe Sosnkowskiego do Paryża zaczął z naciskiem przypominać Sikorskiemu przyjęte poprzednio zobowiązanie100. Sytuację ułatwili Francuzi, którzy z własnej inicjatywy (ale może zakulisowo zainspirowani przez Sikorskiego) zażądali odwołania Łukasiewicza ze stanowiska ambasadora w Paryżu, zarzucając mu zbyt gwałtowne i nerwowe zachowanie w dniach wrześniowych. Pod kierownictwem chargé d’affaires Feliksa Frankowskiego, człowieka, u którego gładkość i rutyna zastępowały horyzont polityczny, i który dążył przede wszystkim do tego, by nie narazić się władzy, ambasada większej roli odgrywać nie mogła. Nominację nowego ambasadora utrudniała rywalizacja między partiami rządowymi, które chciały zdobyć dla siebie dający tyle możliwości eksponowany posterunek bądź wspaniałą synekurę. Ostatecznie po przewlekłych przetargach wybór padł na dotychczasowego posła w Sofii, związanego ongiś z Wyzwoleniem, Adama Tarnowskiego101 (nie miał nic wspólnego ze znaną rodziną magnacką), którego popierał Zaleski. Przemawiał za nim fakt, że nie znosił go Piłsudski, bowiem - jak mówiono - to właśnie z inicjatywy Tarnowskiego Wyzwolenie wysunęło swego czasu kandydaturę Narutowicza na prezydenta, co krzyżowało rachuby marszałka, który liczył na to, że sam będzie kierował sprawami wojskowymi jako szef sztabu głównego, podczas gdy sprawy zagraniczne będą w rękach jego zaufanego, Narutowicza. W praktyce Tarnowski, człowiek zrównoważony i zwolennik „systemu ligowego”, nie zdołał objąć placówki w Paryżu przed katastrofą Francji. Sikorski nie chciał pozostawiać kontaktów z Francuzami w rękach Zaleskiego, gdyż, pomijając negatywną ocenę jego osoby, widział w nim rzecznika orientacji anglofilskiej. Dlatego też zarezerwował wyłącznie dla siebie rozmowy z francuskimi kołami rządowymi i politycznymi, pozostawiając Zaleskiemu stosunki z Anglikami, ale i tu zastrzegł sobie decydującą wymianę zdań z

100

Sikorski załatwił to w ten sposób, że Sosnkowski uzyskał nominację na desygnowanego następcę prezyden ta. Jednocześnie został ministrem bez teki i objął dowództwo tworzonego w kraju ZWZ. 101 Adam Tarnowski (1892-1956), w MSZ od 1919. Dyrektor departamentu politycznego 1928-1930, poseł w Sofii 1930-1940.

rządem brytyjskim w sprawach najważniejszych. Przypieczętowaniem tego miało być usunięcie MSZ z Paryża na prowincję, co zostało dokonane w ramach ogólnej przeprowadzki rządu do Angers. Pozostawienie naczelnych władz wojskowych w Paryżu stwarzało Sikorskiemu dogodny pretekst do przebywania tam, co ułatwiało kontakty z Francuzami. Tak więc w listopadzie 1939 r. zainstalowaliśmy się w Angers. Rząd rozmieścił się w zarekwirowanych domach i mieszkaniach, a dla Raczkiewicza, Sikorskiego i Zaleskiego wynajęto w okolicy pałace, które czasami trzeba było przystosowywać do zamieszkania w zimie. Pamiętam, że już po wojnie właściciel pięknego pałacu Pignerolles, który przeznaczono dla prezydenta, wytoczył rządowi francuskiemu proces o zainstalowanie centralnego ogrzewania, żądając jego usunięcia. To już zbyt daleko posunięte przywiązanie do tradycji. We Francji każdą rezydencję wiejską nazywają potocznie château, a właśnie pod Angers takich „pałacyków” było bardzo dużo, bo wszyscy zamożniejsi mieszczanie lub właściciele trochę większej winnicy chcieli mieć letnią rezydencję. Stąd nie było trudności w znalezieniu takich willi dla ministrów i dygnitarzy czy dla szczątkowego już korpusu dyplomatycznego. Dla nas, braci urzędniczej, zarezerwowano pokoje w hotelach. Większość, zwłaszcza ci, którzy mieli na miejscu rodziny, skorzystali z tego tylko przejściowo, później wynajęli na mieście mieszkania czy pokoje, o co było wówczas bardzo łatwo. Pobory nasze, w porównaniu do personelu dyplomatycznego we Francji, były raczej niskie, ale samotnym pozwalały na nieskrępowane życie. Otrzymywałem około 6 tysięcy franków miesięcznie, z czego płaciłem za bardzo duży pokój w starym, dobrym hotelu „Le Cheval Blanc” wraz z przyzwoitym utrzymaniem (śniadanie i dwa czterodaniowe posiłki) niecałe 90 franków dziennie. Ci, którzy prowadzili, przynajmniej częściowo, własne gospodarstwo, wydawali znacznie mniej. W hotelu, w którym mieszkałem, ulokowała się wkrótce potem nowo utworzona Rada Narodowa. Miała ona grać rolę quasi-parlamentu. Powołano do niej drogą nominacji przede wszystkim przedstawicieli stronnictw rządowych, a poza tym różne osobistości: znanych publicystów - CatMackiewicza102 i Nowakowskiego103, gen. Żeligowskiego104, biskupa polowego Gawlinę105, reprezentacje Polonii we Francji i mniejszości żydowskiej w Polsce itd. Nominalnym właściwie przewodniczącym Rady zgodził się zostać Paderewski, który przyjechał na inauguracyjną sesję. Zastępował go zwykle I wiceprzewodniczący Stanisław Mikołajczyk106, rozpoczynający wielką karierę życiową, która zaprowadziła go od prowincjonalnego działacza ludowego i agrarnego, idącego zawsze na rękę miejscowym ziemianom, do fotela premierowskiego i uczestnictwa w historycznych wydarzeniach wojennych. Drugim wiceprzewodniczącym był Tadeusz Bielecki107, leader Stronnictwa Narodowego i czołowy przedstawiciel młodego pokolenia endeckiego, które na krótko przed wojną opanowało wszystkie władze partyjne. Bielecki, człowiek osobiście sympatyczny i dobroduszny, łączył z właściwym wszystkim endekom zacietrzewieniem partyjnym, bardzo wąskie horyzonty umysłowe. Rada Narodowa miała mieć charakter opiniodawczy, lecz w praktyce stała się jedynie gadalnicą. Rząd wykorzystywał ją głównie jako trybunę dla swych enuncjacji, po których następowały zwykle
102 103

Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966), redaktor i wydawca „Słowa” w Wilnie, poseł do Sejmu 1928-1935. Zygmunt Nowakowski (właśc. nazwisko Tempka) (1889-1963), dyrektor teatru w Krakowie 1926-1929. Felietonista krakowskiego „IKC” 1929-1939. 104 Gen. Lucjan Żeligowski (1865-1946), minister spraw wojskowych 1925-1926, poseł do Sejmu 1935-1939. 105 Arcybiskup Józef Gawlina (1892-1964), biskup śląski, potem polowy 1934-1945. 106 Stanisław Mikołajczyk (1900-1966), działacz Stronnictwa Ludowego w Wielkopolsce i dyrektor tamtejszej Izby Rolniczej do 1939, wiceprezes Rady Narodowej 1939-1941, wicepremier i minister spraw wewnętrznych 1941-1943, premier 1943-1944. 107 Tadeusz Bielecki, ur. 1901, poseł do Sejmu 1930-1935. Przewodniczący Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego od 1938. Wiceprezes Rady Narodowej 1939-1942.

jednomyślne uchwały. Nie będzie błędem, jeśli określi się ją jako stworzenie dodatkowych synekur dla zaprzyjaźnionych działaczy. Na biura dla MSZ przeznaczono dość przyzwoitą jak na miasteczko prowincjonalne, odizolowaną od zewnątrz kamienicę dochodową. Pokoje były duże i słoneczne, na górze można było urządzić naszą iskrówkę, która nadal działała bez zarzutu i oddawała nam duże usługi. Francuzi tolerowali jej używanie w gmachu eksterytorialnym. W pięciu pokojach na pierwszym piętrze rozmieścił się nasz dział polityczny wraz z kancelarią. Na parterze oddzielne pokoje mieli Zaleski, Graliński i Ciechanowski. Wydziały konsularny i budżetowo-gospodarczy ulokowały się w oddzielnych mieszkaniach na mieście. Urzędowaliśmy systemem francuskim dwa razy dziennie od 9 do 12 i od 15 do 18. Każdy z nas miał roboty nie więcej niż na dwie godziny. Najwięcej czasu pochłaniały nam ożywione dyskusje wewnętrzne, w minimalnym tylko stopniu służbowe. Zaczęły jednak już wchodzić w modę nie kończące się, przeważnie jałowe konferencje międzyministerialne, produkt nadmiaru czasu, niekompetencji i obawy odpowiedzialności. Miłą rozrywką były dość częste wyjazdy służbowe do Paryża, dla których każdy pretekst był dobry, na przykład parokrotne stawanie przed komisją poborową, która i tak uznawała nas jako nie podlegających mobilizacji z powodu zajmowania odpowiedzialnych stanowisk państwowych. Zupełną nowością była konieczność uzgadniania poszczególnych posunięć ministerialnych z kierownikami partii rządowych przebywającymi na ogół w Paryżu. Zwykle było to zadaniem Gralińskiego, ale gdy np. wchodziły w grę zagadnienia, w których nie czuł się on kompetentny, zwracał się do kogoś z nas. Tak było, gdy prosił mnie, abym omówił z endekami sprawę ukraińską, której, jak wiadomo, nie chcieli oni nigdy uznawać. Rzeczywiście na próżno tłumaczyłem im, że z chwilą gdy mamy w Polsce kilka milionów Ukraińców (zakładając dalsze trwanie granicy ryskiej), to trzeba, abyśmy w tej kwestii zajęli jakieś stanowisko i pomyśleli o sposobach umożliwiających współpracę. Endecy zgodzili się co prawda cofnąć veto przeciwko otwarciu zresztą bardzo nikłych kredytów budżetowych dla subwencjonowania propolskich ugrupowań ukraińskich, ale z uporem powtarzali, że jedynie współpraca między Rosją a Polską złamać może irredentę ukraińską, negując rozwiązania sprawy w ramach Związku Radzieckiego. Dzięki ich sprzeciwom nie można było wprowadzić choćby symbolicznego przedstawiciela mniejszości ukraińskiej do Rady Narodowej. Rząd emigracyjny powołał już wtedy specjalne biuro do studiowania przyszłych celów wojny. Poza zatrudnieniem kilkunasto- czy też nawet kilkudziesięcioosobowego personelu, biuro to ewidencjonowało chwilowo tematy do studiów i zamawiało różne referaty z tych dziedzin. My w ministerstwie przystąpiliśmy też do wewnętrznej wymiany zdań, zwłaszcza w kwestii przyszłej granicy polsko-niemieckiej. Konieczność odzyskania Gdańska i reszty Górnego Śląska, która po plebiscycie 1921 r. pozostała przy Rzeszy Niemieckiej, uchodziła za bezsporną. Wysuwano też potrzebę poszerzenia naszego wybrzeża bałtyckiego gdzieś aż po Ustkę oraz uzyskania węzłów kolejowych w Pile, Krzyżu i Międzyrzeczu, których nie przyznano nam w Traktacie Wersalskim. Ale już przyłączenie Prus Wschodnich wzbudzało wątpliwości, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę z niemożności utrzymania przedwojennego stanu rzeczy. Przerażała świadomość, że w grę wchodzić będzie problem dalszych paru milionów Niemców. Liczono się, że połowa wyjedzie do Rzeszy dobrowolnie lub pod pewnym naciskiem ale nie wyobrażaliśmy sobie, aby można było zastosować radykalne przesiedlania wszystkich Niemców. Dotyczyło to również problemów wschodnich. To ze strony endeków padały luźne uwagi, że należałoby się zastanowić nad wyparciem Ukraińców na stronę radziecką. Nie pamiętam natomiast, aby ktokolwiek wówczas kwestionował możność utrzymania granicy z 1921 r. Dyskutowaliśmy tylko

sprawy bałtyckie, zabezpieczenie naszych interesów w tym rejonie i możliwości wolnego dostępu do otwartego morza. Gdy wspomniałem o tym Ciechanowskiemu, skrzywił się i powiedział, że niepotrzebnie tracimy czas, bo przecież Anglicy zapewnią sobie na pewno bazy strategiczne na Kanale Kilońskim i przypuszczalnie również w cieśninach duńskich, a z chwilą gdy ich interesy będą dobrze zabezpieczone, to i nasze również. Wywody takie były niezmiernie charakterystyczne dla ówczesnego kierownictwa MSZ. Wśród nowo utworzonych urzędów były też komisje, wojskowa i cywilna, do zbadania przyczyn katastrofy wrześniowej. Większą działalność przejawiała komisja wojskowa, usuwająca z wojska elementy niepożądane. Na jej czele stał płk Mally108. Przypomina mi się w związku z tą komisją zabawny epizod. Jeden z kompletów komisji przesłuchiwał m.in. Jerzego Niezbrzyckiego, który w ostatnim roku przed klęską sprawował z ramienia Rydza-Śmigłego swego rodzaju kontrolę nad „Polską Zbrojną”. Zapytano go, kto był autorem artykułu redakcyjnego, ogłoszonego na parę tygodni przed wojną, w którym potraktowano lekceważąco potencjał armii niemieckiej zgodnie z tendencją do krzepienia serc: „szapkami zakidajem”. Niezbrzycki ociągał się z wymienieniem nazwiska, a gdy go do tego przymuszano, powiedział, że nazwiska podać nie może i prosi usilnie o nienaleganie. Zwiększyło to nacisk komisji, która zagroziła przesłuchiwanemu wszelkiego rodzaju sankcjami karnymi. Na to Niezbrzycki z udanym zażenowaniem powiedział: „Artykuł napisał płk Mally”. Przesłuchanie przerwano natychmiast. Komisja cywilna chyba w ogóle żadnych konkretnych kroków nie podjęła. Najwidoczniej zadowolono się samym faktem jej powołania, co można było propagandowo wykorzystywać między innymi wobec kraju. Kiedyś zjawił się u nas w Angers były urzędnik MSZ, a potem adwokat i działacz endecki z Łodzi, którego Kunicki znał jeszcze jako sztubaka z Kijowa. Zapytał się nas całkiem prywatnie, jak zebrać materiały do sprawy ultymatywnego rewindykowania Zaolzia przez Becka. Powiedzieliśmy mu, że dziś nie moment na rozwałkowywanie tej sprawy, gdyż najpierw trzeba ją definitywnie załatwić z Czechosłowakami w drodze przyjaznych rozmów dyplomatycznych. Nasze prace bieżące sprowadzały się przede wszystkim do pisania i rozsyłania do wszystkich państw utrzymujących stosunki z rządem emigracyjnym różnego rodzaju not protestacyjnych z okazji coraz to straszniejszych zbrodni popełnianych przez hitlerowców w okupowanej Polsce, a także z powodu każdego aktu prawodawczego Związku Radzieckiego, dotyczącego ziem zabużańskich. Poza tym braliśmy czynny udział w redagowaniu tzw. polskiej Białej księgi, wydanej następnie w językach francuskim, angielskim i niemieckim (materiały naświetlające wybuch wojny), oraz wydawnictwa obrazującego bestialstwa niemieckie podczas wojny i okupacji (tzw. Czarna księga). Sprawa pierwsza wymagała stałego porozumiewania się z Francuzami, ale i oni konsultowali nas przy wydawaniu swej Żółtej księgi. Odbywało się to przede wszystkim za pośrednictwem ambasadora Noela, który był nadal akredytowany przy rządzie polskim w Angers i przebywając w jednej z podmiejskich rezydencji śledził dyskretnie nasze aktywności. Opracowując Czarną księgę otrzymywaliśmy do poufnej wiadomości różne ciekawsze dane o sytuacji w kraju. Z jednej strony były to informacje o początkowych, bardzo krótkotrwałych próbach niemieckich nawiązania jakichś kontaktów z germanofilami działającymi w Polsce oraz o memoriałach składanych władzom okupacyjnym przez Władysława Studnickiego109. Z drugiej strony dochodziły do nas wiadomości o rozmowach podejmowanych przez władze radzieckie z osobistościami polskimi

108 109

Płk Fryderyk Mally, ur. 1893, oficer do zleceń w GISZ do 1939. Władysław Gisbert-Studnicki (1865-1953), polityk, publicysta i ekonomista. Działacz ugrupowań aktywistycznych podczas I wojny światowej, zwolennik orientacji proniemieckiej.

będącymi w ich zasięgu, jak np. z Januszem Radziwiłłem110, generałami Langnerem111 i Andersem112 itd., w sprawie utworzenia jakiegoś komitetu polskiego, który by pracował nad zbliżeniem polskoradzieckim na platformie wspólnego uświadamiania sobie niebezpieczeństwa, które może zaistnieć i po wojnie ze strony reaktywowanego w jakiejś nowej formie pruskiego Drang nach Osten. W małym światku polskim w Angers żadna tajemnica nie mogła się długo utrzymać, toteż przez różnych znajomych panów i panie (pracujące w kancelariach) dowiadywaliśmy się zaraz o wszystkim, co wiedziały inne urzędy. Natomiast sprawy tak zwanej wielkiej polityki, czyli najważniejsze zagadnienia podejmowane przez Sikorskiego w rozmowach z decydującymi czynnikami francuskimi i angielskimi (o których wiemy dziś częściowo z ogłoszonych już dokumentów), dochodziły do naszej wiadomości tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Zdaje się, że po prostu premier nie informował o nich bardziej wyczerpująco ani członków rządu, ani kierownictwa MSZ. Łatwo było też dostrzec wzrastającą wrogość Zaleskiego i Ciechanowskiego do Sikorskiego. Przejawiało się to chociażby w tym, że gdy sugerowaliśmy im uzyskanie w jakiejś sprawie decyzji premiera, zwykle machali tylko ręką manifestując w ten sposób, że to beznadziejne. Kiedyś nawet Ciechanowski powiedział mi ironicznie, że on sam nie będzie się narażał na odmowę, ale jeżeli chcę, to mogę udać się z tym do premiera osobiście. W danym wypadku poszedłem, a że miałem dużo znajomych w Sekretariacie Rady Ministrów, więc dostałem się bez trudu do Sikorskiego i uzyskałem od niego potrzebną decyzję. Ciechanowski nie ukrywał zdziwienia z powodu takiego obrotu rzeczy. Nie wiem do dziś dnia, czy do tego przyczynił się jasny i zdecydowany sposób zreferowania przeze mnie sprawy, czy też złośliwa chęć Sikorskiego pokazania urzędnikom, ponad głowami ich szefów, że jest rzeczowy i idzie, gdy potrzeba, na rękę. A może też stopień zadrażnienia był już tak duży, że Zaleski i Ciechanowski podejrzewali złe intencje nawet tam, gdzie ich nie było, i złościli tylko Sikorskiego swym sposobem podchodzenia do niego. Ze spraw bieżących, którym poświęciłem więcej czasu, muszę jeszcze wspomnieć o ewakuacji na Zachód uchodźców polskich, którzy znaleźli się na terenie krajów bałtyckich, a zwłaszcza Litwy. Ilość pragnących wyjechać zwiększyła się znacznie, gdy Wilno zostało na mocy specjalnego porozumienia radziecko-litewskiego przyłączone do Republiki Litewskiej. Z biegiem czasu trudności rosły coraz bardziej, aż z wiosną 1940 r. ustały wszystkie możliwości wyjazdów. Rad byłem, że udało mi się również utorować drogę do Paryża mojej matce, którą wstrząsy wojenne rzuciły ostatnio do Wilna, a która potem zamieszkała w Paryżu z moją siostrą, przebywającą już tam od paru lat. Tak minęła wyjątkowo w tym roku surowa zima i przyszła piękna, słoneczna wiosna. Nasze spokojne wegetowanie, będące jednak w gruncie rzeczy tylko zewnętrzną fasadą nurtujących nas coraz bardziej rozczarowań i zdenerwowania, przerwał grom, jakim było uderzenie niemieckiej pięści zbrojnej na Holandię, Belgię i Francję w dniu 10 maja 1940 r. Okres parysko-angerski zbliżał się do końca.

110

Janusz Radziwiłł, ur. 1880, przywódca konserwatystów w Polsce. Poseł do Sejmu, a potem senator 1928 1939. 111 Gen. Władysław Langner, ur. 1896, dowódca DOK Lwów do 1939. 112 Gen. Władysław Anders, ur. 1892, dowódca samodzielnej brygady kawalerii do 1939, dowódca wojska polskiego w ZSRR 1941-1942.

IV Francuski „Wrzesień”
Przerwanie frontu już 14 maja 1940 r. w najmniej spodziewanym miejscu (sztaby francuskie uważały, że niemieckie kolumny pancerne nie zdołają przedrzeć się przez bezdroża Lasu Argońskiego) otworzyło Niemcom drogę do Paryża. Okazało się, że żadnej drugiej linii obronnej ani żadnych rezerw na zapleczu Sedanu, gdzie skierowany został główny atak niemiecki, nie było. Hitler mógł zająć stolicę Francji o cztery tygodnie wcześniej, ale chyba słusznie uznał, że chwilowo pilniejszą rzeczą jest rozgromienie głównych żywych sił nieprzyjacielskich. Dlatego zmechanizowane dywizje Wehrmachtu skręciły na zachód i po dojściu do morza przeprowadziły likwidację wyborowych sił francuskich, angielskiego korpusu ekspedycyjnego i armii belgijskiej. Jak wiadomo, z otoczonej Dunkierki wydostało się, dzięki wspaniale zaimprowizowanej przez Anglików ewakuacji drogą morską, kilkaset tysięcy żołnierzy głównie brytyjskich, a tylko po części francuskich (jeden z powodów późniejszych pretensji), ale całe kosztowne nowoczesne wyposażenie i uzbrojenie dostało się w ręce Niemców. Pomimo podjętych przez następcę Gamelina, gen. Weyganda113, wysiłków stworzenia nowej linii obronnej wzdłuż Marny i Sekwany, dalsze operacje wojenne Niemców można określić jako wykończeniowe. Sprawa klęski francuskiej wywołała gwałtowne dyskusje już zaraz po kapitulacji, a toczą się one nadal po dziś dzień, oświetlane coraz to z innego reflektora politycznego. Wysuwa się najczęściej dwa zespoły przyczyn. Pierwszy to rzekoma całkowita dekompozycja ówczesnej Francji, obejmująca zarówno nieudolność rządów, jak i powszechną niechęć społeczeństwa, a więc i żołnierzy, do prowadzenia wojny, której powodu na ogół nie rozumiano. Drugi to przewaga wpływów elementów reakcyjno-faszyzujących, które wypowiadały się przeciwko wojnie z hitlerowską Rzeszą w imię wspólnego poczucia zagrożenia klasowego przez ruchy rewolucyjne i na tym tle sabotowały wysiłek zbrojny i demoralizowały swą propagandą społeczeństwo. Prawdy należy zawsze szukać gdzieś pośrodku, przy odrzucaniu jaskrawości obu podanych tłumaczeń, w których istnieje podstawowy zrąb prawdy. Jednakże dodać też trzeba trzeci zespół przyczyn, a mianowicie błędy naczelnych władz wojskowych, które nie umiały domagać się od rządu należytych środków dla wzmocnienia sił zbrojnych kraju, a te, które miały w swej dyspozycji, zużytkowały źle. Przypomnę, że Francja miała więcej czołgów niż Niemcy, ale nie umiała ich właściwie wykorzystać. O tym jednak Francuzi bardzo niechętnie mówią i piszą, bo od czasów sprawy Dreyfusa114 panuje przekonanie, iż nie należy podrywać autorytetu armii narodowej. Świadomość popełnionych w tej dziedzinie błędów na pewno istnieje i jednym ze źródeł dojścia do władzy de Gaulle’a115 było poczucie konieczności wzajemnego dostosowania polityki zagranicznej i siły militarnej Francji.

113

Gen. Maxime Weygand (właśc. nazwisko de Nimal) (1867-1965), najbliższy współpracownik marsz. Focha, szef sztabu obrony narodowej 1930-1934, naczelny wódz wojsk sojuszniczych na Zachodzie w maju -czerwcu 1940, minister spraw wojskowych rządu Pétaina, potem jego pełnomocny delegat na Afrykę Francuską do lata 1941. 114 Kpt. Alfred Dreyfus (1859-1935), skazany fałszywie za szpiegostwo na rzecz Niemiec, co zapoczątkowało wielką akcję polityczną w jego obronie przeciwko sferom wojskowym, które ze względów prestiżowych broniły wszelkimi środkami niesłusznego wyroku. 115 Gen. Charles de Gaulle, ur. 1890, wiceminister obrony narodowej w czerwcu 1940, twórca i przywódca Komitetu Wolnej Francji w Londynie 1940-1943.

Francuski plan kampanii był niedobry i niekonsekwentny. We francuskiej myśli wojskowej, od czasów zwycięstwa defensywnych zasad Pétaina116 nad ofensywnymi metodami Focha117, zapanowała, jeśli chodzi o strategię, koncepcja szukania bezpieczeństwa za silnie rozbudowanymi fortyfikacjami granicznymi (linia Maginota). Jednakże nie przedłużono ich ani wzdłuż granicy belgijskiej do morza, ani razem z Belgami naprzeciwko granicy niemieckiej aż do Holandii. Rozpoczęto co prawda w ostatniej chwili budowę umocnień polowych od Sedanu do Dunkierki, ale była to prowizorka niezdolna powstrzymać potężnego przeciwnika. Sztaby francuskie przewidywały atak niemiecki poprzez terytorium belgijskie, toteż dyspozycje Gamelina zawierały powierzenie na ten wypadek prawemu skrzydłu frontu, wzdłuż linii Maginota, zadania biernej obrony, podczas gdy skrzydło lewe, składające się z najlepszych dwóch armii francuskich, miało ruszyć na spotkanie wojskom niemieckim w Belgii, z ostatecznym celem obsadzenia nie ufortyfikowanej linii Mozy. Było to częściowe wprowadzenie zasady wojny manewrowej dla armii tkwiącej po uszy w doktrynie stacjonarnodefensywnej. Wódz naczelny Gamelin był wybitnie zdolnym wojskowym, ale o mentalności profesorskiej (przypominał w tym nieco naszego Stachiewicza). Przewidywał i przemyślał chyba wszystkie możliwości nowoczesnej wojny, ale nie umiał wyciągnąć z tego praktycznych wniosków. Owszem, pisał na te tematy liczne memoriały i rozkazy przeznaczone dla podwładnych sztabów, jednakże w formie raczej materiałów do przemyśleń niż wiążących dyrektyw, toteż szkolony i wychowany na doświadczeniach poprzedniej wojny korpus oficerski nie przywiązywał do nich większego znaczenia. W napisanych po wojnie pamiętnikach Gamelin powołuje się szeroko na te swe elaboraty, aby udowadniać, iż zrobił wszystko, co od niego zależało. W większości jego pisanych rozkazów i dyspozycji dostrzec można znacznie większą troskę o to, jak go osądzi historia, niż o bezpośrednie wyniki podejmowanych działań wojennych. Specjalna odpowiedzialność spada na Gamelina i jego współpracowników za niewyciągnięcie konsekwencji z doświadczeń kampanii wrześniowej w Polsce. Nasi sztabowcy opracowali dla nich szerokie syntetyczne omówienie wniosków, które należy wyciągnąć ze stosowania przez Wehrmacht nowych metod prowadzenia wojny. Francuzi zlekceważyli to jednak, widząc w naszej klęsce jedynie nieudolność dowództwa polskiego, bez zastanowienia się nad grającymi swą ważną rolę przyczynami merytorycznymi. Załamanie linii obronnej pod Sedanem wywołało w Paryżu panikę, która wyraziła się w dość bezładnej ewakuacji najpierw rodzin i mniej potrzebnych urzędników państwowych oraz w paleniu na podwórzach pałacowych głównych resortów (zwłaszcza Quai d’Orsay) tajnych akt. Przejściowe odwrócenie się bezpośredniego zagrożenia od Paryża przyniosło pewne uspokojenie i decyzję rządu trwania w stolicy, jak długo się da. Natomiast fala uciekinierów z Belgii i departamentów północnych zwiększała się z dnia na dzień. Wkrótce dotarła ona do Angers: z okien naszego budynku ministerialnego, położonego przy głównej arterii przelotowej, widzieliśmy nie kończący się sznur samochodów z przymocowanymi na dachach materacami. Miały one chronić od serii karabinów maszynowych, których lotnicy niemieccy nie szczędzili ludności cywilnej i we Francji. Niektórzy jechali z całym dobytkiem, meblami i nawet inwentarzem żywym. Ten sam obraz można było obserwować na szosach prowadzących z północy na południe. Wszyscy podążali za Loarę sądząc, że tam Niemcy w żadnym wypadku nie dojdą. Niewątpliwie nasza kampania propagandowa o okropnościach niemieckich w Polsce powiększyła rozmiary exodusu francuskiego. Summa summarum to, co widzieliśmy, przypominało bardzo Polskę z września 1939 r., z tym tylko, że tutaj przeważały pojazdy

116

Marsz. Filip Pétain (1856-1951), naczelny dowódca armii francuskiej 1917-1919, inspektor sił zbrojnych 1920-1930, szef państwa 1940-1944. 117 Marsz. Ferdynand Foch (1851-1929), naczelny wódz sojuszniczych sił zbrojnych przy końcu I wojny światowej.

mechaniczne, a fala była wielokrotnie większa. Później, im bardziej zbliżał się front, tym więcej pojawiało się najróżnorodniejszych pojazdów, z rowerami i z ciągnionymi przez ludzi wózkami włącznie. My na ogół orientowaliśmy się w przebiegu i mechanizmie Blitzkriegu. Po przeczytaniu rozkazu dziennego Gamelina, że obrona przygotowanych linii frontu stałego przestała być aktualna i że trzeba przechodzić do wojny ruchowej, nie mieliśmy wątpliwości, iż na tej płaszczyźnie armia francuska nie może dorównać niemieckim dywizjom zmechanizowanym. Powtarzający się stale w oficjalnych komunikatach Naczelnego Dowództwa nowotwór żargonu sztabowego „quolmater”, odpowiadający polskiemu pojęciu latania dziury, świadczył, że Francuzi nie wyrzekają się jednak nadal przebrzmiałej obrony linearnej, rozpraszając tylko główne siły frontowe. Bez trudu też rozszyfrowaliśmy mające uspokoić społeczeństwo przemówienie premiera Paul Reynaud118, w którym znalazło się historyczne zdanie: „A jeżeli tylko cud może uratować Francję, wierzę w cud”. Rzeczywiście, jak dziś wiemy, był to krzyk rozpaczy po uświadomieniu sobie wyczerpania możliwości militarnych Wielkiej Brytanii i nierealności oczekiwanej pomocy Stanów Zjednoczonych. Charakterystyczne, że wielu zarówno Francuzów, jak i Polaków nie chciało uważać tych tragicznych wiadomości za prawdę. Powszechny był jeszcze mit o potędze Francji, oparty na wspomnieniach z I wojny światowej, gdy dwa razy śmiertelne zdawałoby się niebezpieczeństwo, w 1914 r. nad Marną i w 1918 r. pod Chemin des Dames, zakończyło się niespodziewaną odmianą losu. Obserwowałem u wielu rodaków uporczywe odrzucanie myśli o zbliżającej się kolejnej katastrofie, tym razem naszych gospodarzy francuskich. Tak myślał też chyba sam Sikorski, którego cała dotychczasowa koncepcja polityczna oparta była na niezłomnym przekonaniu o górującej potędze sił zbrojnych naszej „wielkiej siostrzycy” Francji, popartej jeszcze materialnymi zasobami Zjednoczonego Królestwa, a pośrednio również Stanów Zjednoczonych. Nie pamiętam już, dlaczego obecny byłem na tajnym posiedzeniu Rady Narodowej w pierwszej dekadzie czerwca, na którym premier Sikorski przekonywał w swym exposé, że sytuacja wojskowa Francji jest całkowicie pomyślna, a nowo mianowany wódz naczelny gen. Weygand znalazł sposób na powstrzymanie taranowych uderzeń niemieckich oddziałów pancernych przez odpowiednie zgrupowanie artylerii polowej. Argumentacja była słaba, ale wobec rzucenia przez Sikorskiego na szalę całego swego autorytetu jako uznanego stratega obecni na posiedzeniu wychodzili na ogół przekonani i pocieszeni. Smutnym rozczarowaniem było ogłoszenie, o ile się nie mylę, tego samego dnia wieczorem komunikatu francuskiego o przełamaniu przez Niemców linii obrony na Sekwanie i o ogłoszeniu Paryża miastem otwartym, z czym szedł w parze wyjazd rządu Paul Reynaud ze stolicy, najpierw w okolice Tours, a następnie, gdy i tam zbliżali się Niemcy, do Bordeaux. Jeśli chodzi o mnie, miałem wychodząc z posiedzenia Rady Narodowej świadomość, że prawda wygląda w rzeczywistości zupełnie inaczej. Stawiałem sobie pytanie, czy Sikorski wierzy w to, co mówi, czy też okłamuje polityków emigracyjnych „ku pokrzepieniu serc”. Przyszły rozwój wypadków świadczy, że raczej i on nie chciał godzić się z myślą o możliwości załamania się Francji i czepiał się każdej iskierki nadziei, a wierząc głęboko w ostateczne zwycięstwo naszej sprawy, chciał zalęknionym towarzyszom wpoić choć trochę swego optymizmu, używając ku temu niefortunnych środków. My w ministerstwie od dawna mówiliśmy głośno, że w obliczu komplikującej się sytuacji na froncie nie wolno zamykać oczu na najgorszą ewentualność i już teraz trzeba zastanowić się nad odpowiednimi krokami, a nawet przystąpić bez rozgłosu do przygotowywania kolejnej ewakuacji

118

Paul Reynaud (1878-1966), prawicowy polityk francuski i wielokrotny minister. Premier, minister spraw zagranicznych i obrony narodowej w marcu-czerwcu 1940.

przez Hiszpanię i Portugalię. Rzucało się w oczy, że ani nasi szefowie, ani członkowie rządu nie podejmują w tej dziedzinie jakiejkolwiek inicjatywy, uważając najwidoczniej, że będzie to mogło ściągnąć na nas oskarżenia Francuzów, iż Polacy przejawiają defetyzm. Nasze rozmowy musiały przeniknąć do wiadomości władz francuskich, bo ambasador Noël wystąpił z interwencją u Zaleskiego, skarżąc się na „szerzenie paniki przez pracowników rządu polskiego”. Zaleski zwołał od razu, pierwszą zresztą i ostatnią, odprawę ogólną wytykając nam gorzko małoduszność i brak zaufania do sojusznika francuskiego. Swą perorę minister zakończył mniej więcej w następujący sposób: „Nie potrzebują się panowie niczego obawiać. Gdyby zaszło jakieś nieprzewidziane nieszczęście, rząd zorganizuje należycie ewakuację, nie tak, jak postępował rząd poprzedni”. Była to aluzja do pozostawienia większości personelu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w okolicy Krzemieńca. Po odprawie powiedzieliśmy sobie z goryczą, że łatwo robić „kazionny” optymizm, gdy ma się do dyspozycji samochód, którym można w każdej chwili wyjechać w dowolnym kierunku, zabierając rodzinę i manatki. Rozzłościło nas dodatkowo zarządzenie złożenia naszych paszportów dyplomatycznych dla wymiany na nowe. Wiedzieliśmy, że wobec inflacji polskich paszportów dyplomatycznych, wystawianych masowo na prawo i lewo w Krzemieńcu, Kutach, nieoficjalnie w Rumunii, a potem znów w Paryżu i Angers, na całym świecie uchodzą za znacznie solidniejsze stare paszporty przedwojenne, zaopatrzone w liczne wizy różnych krajów. Dwa dni później przyszedłszy rano do ministerstwa zastałem niebywały rejwach. Okazało się, że ambasador Noël przekazał właśnie Zaleskiemu rozporządzenie władz francuskich o naszym natychmiastowym wyjeździe z Angers ze względu na zagrożenie tego miasta przez Niemców. Było to w przeddzień zajęcia przez nich Paryża. Podstawiony późnym wieczorem na stacji pociąg specjalny miał zawieźć wszystkich urzędników, a w praktyce wszystkich znajdujących się w Angers Polaków oraz archiwa państwowe, do Lourdes. Natomiast prezydent, członkowie rządu i Rada Narodowa (Sikorski był nieobecny) udawali się samochodami do Libourne, niedużego miasta położonego niedaleko nowej siedziby rządu francuskiego - Bordeaux i jego portu Vernon. Mnie osobiście Zaleski zaproponował w bardzo uprzejmy sposób, abym pozostał jeszcze parę dni w Angers dla przypilnowania całości ewakuacji urzędników i opuszczenia zajmowanych lokali oraz uregulowania ewentualnych pretensji finansowych. Powiedział, że na pewno dam sobie radę i że zwraca się do mnie, ponieważ jestem jednym z nielicznych urzędników samotnych. Na moje zapytanie, jak sobie wyobraża moje wydostanie się z Angers, poinformował mnie, że chwilowo pozostaje tam jeszcze gen. Kukiel z grupą wyższych wojskowych z Ministerstwa Obrony Narodowej, toteż na pewno zdołam się z nim zabrać, gdy oni z kolei przystąpią do ewakuacji. Sytuacja była więc jasna. Lourdes, położone w Pirenejach, pozbawione jest prostych połączeń kolejowych i drogowych z Hiszpanią. W wypadku zagrożenia południowej Francji przez Niemców wywiezieni tam pracownicy rządu polskiego mieliby bardzo małe możliwości wydostania się za granicę. Zgadzając się na narzucony przez Francuzów schemat innego potraktowania władz naczelnych, a innego ich urzędników, koła rządowe zadowalały się zabezpieczeniem dla siebie możności wyjazdu z Francji za morze, nie troszcząc się ani o urzędników, ani o sposób, w jaki będą w przyszłości pracowały biura państwowe. Tylko Prezydium Rady Ministrów i paru ministrów zapewniło możność wyjazdu z sobą samochodami służbowymi gronu pracowników uznanych za niezbędnych. Z Zaleskim, poza Gralińskim i Ciechanowskim, jechali tylko jego sekretarz Karol

Kraczkiewicz119 i sekretarka Waleria Grabowska120. Tyle zostało z pięknych słów ministra na niedawnej odprawie. W tych warunkach, kto tylko mógł, urządzał się w jakimś samochodzie prywatnym czy państwowym, rezygnując z ewakuacji pociągiem, aby na własną rękę przedostać się do Libourne, by móc trzymać się bliżej członków rządu. Dzień miałem bardzo męczący i nerwowy, gdyż do nawału pracy dochodziły komplikacje osobiste, tak że brak było czasu na zastanawianie się nad wytworzoną sytuacją. Gdy późnym wieczorem żegnał się ze mną Wszelaki, mówiąc, że chyba znowu się gdzieś prędko spotkamy, odparłem odruchowo: „Bardzo wątpię, bo ja za morze nie pojadę”. Rzeczywiście nigdy się już więcej z nim nie widziałem, bo gdy latem 1945 r. przyjechałem do Londynu, on przebywał od roku w Waszyngtonie, a dziś już nie żyje. Podczas tej rozmowy 13 czerwca 1940 r. zdecydowałem się prawie bezwiednie nie towarzyszyć rządowi emigracyjnemu w jego dalszych peregrynacjach. Złożyło się na to wiele przyczyn, jak rozczarowanie do nowego reżimu, obrzydzenie wywołane gierkami politycznymi i rozgrywkami personalnymi, świadomość jałowości prowadzonych prac i tego, że przestałem być potrzebny, a wreszcie pewne związane z tym rozgoryczenie. Brałem też pod uwagę ewentualność w wypadku pozostania we Francji możliwości powrotu do kraju. Po ostatnim już wyjeździe 14 czerwca rano Prezydium Rady Ministrów i urzędu do cywilnych spraw krajowych Kota nie miałem już wiele do roboty. W lokalach opuszczonych przez ministerstwa znalazłem na biurkach i w szufladach sporo dokumentów, często tajnych, które zaraz niszczyłem. Rachunków do zapłacenia też nie było dużo. Wolny czas spędzałem na rozmowach z wiceministrem obrony narodowej gen. Kukielem, przy czym stwierdzałem, że jestem lepiej zorientowany w mechanizmie Blitzkriegu. Nie dziwiłem się zbytnio, że historyk wojskowości nie zna się na nowoczesnej broni pancernej i lotnictwie, natomiast szokowało mnie, że otaczający go oficerowie mają mentalność przede wszystkim urzędniczą. Pocieszałem się, że na szczęście personel ministerialny działań wojskowych prowadzić nie potrzebuje. W dniu 16 czerwca adiutant Kukiela rtm. Czarkowski-Golejewski (znany ongiś sportowiec lotniczy) przekazał mi z jego polecenia sensacyjną wiadomość: przed chwilą telefonował zaprzyjaźniony z Polakami wieloletni wychowawca i wykładowca naszej Wyższej Szkoły Wojennej gen. Faury121 (właśnie miał organizować obronę tzw. bastionu bretońskiego), z zawiadomieniem, że kapitulacja Francji jest przesądzona, i z prośbą o zawiadomienie o tym jak najszybciej gen. Sikorskiego, którego on sam nie mógł odszukać. Działo się to w dniu, w którym premier Reynaud zrezygnował z walki o swą koncepcję kontynuowania wojny w oparciu o Afrykę Północną i francuskie imperium kolonialne, przekazując władzę w ręce zwolennika kapitulacji, marszałka Pétaina, za którym stał cały obóz defetystyczny i germanofilski. Sikorski widocznie nie orientował się w sytuacji, gdyż zamiast być w tak trudnych chwilach wraz z prezydentem i rządem w Libourne oraz utrzymywać stały kontakt z naczelnymi czynnikami francuskimi, tkwił przy tzw. ciężkim eszelonie sztabu Weyganda w Vichy, bez szans spotkania się z nim.

119

Karol Kraczkiewicz, ur. 1904, w MSZ od 1926. Sekretarz ambasady w Berlinie 1936-1939, sekretarz ministra spraw zagranicznych 1939-1940. 120 Waleria Grabowska (1892-1964), pracownica sekretariatu wszystkich ministrów spraw zagranicznych 1920 1945. 121 Gen. Ludwik Faury, wieloletni do 1927 dyrektor nauk w warszawskiej Wyższej Szkole Wojennej, szef francuskiej misji wojskowej przy polskim naczelnym dowództwie we wrześniu 1939.

Usprawiedliwiał to później chęcią utrzymywania kontaktu z oddziałami polskimi walczącymi na froncie północno-wschodnim, co również było nierealne. Jak wiadomo, dwie pierwsze dywizje polskie sformowane we Francji znajdowały się na froncie alzacko-lotaryńskim, biorąc udział w walkach na zapleczu otoczonej już linii Maginota. Pierwsza dywizja poniosła duże straty i po kapitulacji Francji rozwiązano ją, przy czym część żołnierzy trafiła do niewoli, część, pochodząca zwłaszcza ze starej emigracji, wróciła do swych domów, część zaś przedzierała się na południe, aby szukać możliwości kontynuowania walki. Druga dywizja została zepchnięta wraz z korpusem francuskim, do którego należała, na terytorium Szwajcarii i lata wojny spędziła internowana w tym neutralnym kraju. Na froncie walczyły też luźne oddziały nie sformowanej jeszcze całkowicie brygady pancernej gen. Maczka122. Dywizje trzecia i czwarta były dopiero w fazie formowania w obozach Coëtquidan i Parthenay. Wreszcie lotnictwo nasze rozrzucone było po różnych bazach francuskich. Na los otoczonych już przez Niemców dywizji polskich Sikorski wpłynąć nic mógł, natomiast obowiązkiem jego było zatroszczenie się o ratowanie reszty i o przygotowanie ewakuacji. Po otrzymaniu od gen. Faury alarmujących wieści Kukiel zatelefonował zaraz do Sikorskiego w Vichy, ale nie zastał go w hotelu, więc pozostawił mu telefonogram, dla pewności wysłał jeszcze depeszę, a poza tym poprosił, abym udał się zaraz z jego adiutantem, Czarkowskim-Golejewskim, samochodem do Vichy w celu przedstawienia Sikorskiemu wytworzonej sytuacji. Przebycie w ówczesnych warunkach kilkusetkilometrowej odległości między Angers i Vichy nie było rzeczą łatwą. Chociaż droga była rokadowa w stosunku do linii frontu, trzeba było przecinać kilkanaście większych lub mniejszych magistral z północy na południe, po których tłumy uchodźców i wojskowych podążały na oślep przed siebie, tworząc straszliwe korki, zwłaszcza na mostach przez Loarę. Po kilkunastogodzinnej podróży dobrnęliśmy 17 czerwca z rana do Vichy, gdzie stwierdziliśmy, że Sikorski otrzymał zawiadomienie Kukiela i od razu wyruszył do Libourne. Tam też w Vichy, w stołówce polskiego oficerskiego ośrodka zapasowego, usłyszeliśmy o godzinie dwunastej przez megafony słynną mowę nowego premiera marszałka Pétaina, zapowiadającą zwrócenie się do nieprzyjaciela o zaprzestanie ognia. Żołnierze francuscy przyjmowali na ogół tę mowę jako koniec wojny i zwolnienie z obowiązku przestrzegania dyscypliny wojskowej. Jednocześnie zaczęły napływać alarmujące wiadomości, które następnie okazały się przedwczesne, o zbliżaniu się niemieckich czołówek pancernych do Moulins, stolicy departamentu, w którym położone jest Vichy. Znajdujący się w Vichy oficerowie polscy postanowili podążać na własną rękę do któregoś z portów francuskich na wybrzeżu południowo-zachodnim, aby następnie przedostawać się do Anglii, gdyż było już wiadome, że tam właśnie kierowani mają być wszyscy ewakuowani. My również nie mieliśmy co robić w Vichy i późnym wieczorem wyruszyliśmy w drogę do Libourne. Dzięki posiadaniu dobrej mapy przeskoczyliśmy jakoś z zapchanych uciekinierami dróg w okolicy Vichy na magistralę prowadzącą do Bordeaux, po której posuwały się w przeciwnych kierunkach dwie nie kończące się fale przeważnie wojskowych pojazdów mechanicznych. Kolosalny bałagan i rozprzężenie świadczyły o całkowitej klęsce, a nastawienie żołnierzy przypominało znaną mi dobrze atmosferę przedrewolucyjną w Rosji w 1917 roku. Pod adresem naszego samochodu padały często wrogie okrzyki, podejrzewano w nim widać obecność jakichś szarż. Gdy zabrakło nam benzyny, dostaliśmy ją bez trudu od żołnierzy, kiedy udowodniliśmy, że jesteśmy cudzoziemcami, co ułatwiły polskie mundury Czarkowskiego-Golejewskiego i szofera. Następnego ranka przyjechaliśmy do Libourne. Zapewniwszy sobie locum (odstąpił mi pokój wyjeżdżający dalej z rodziną samochodem Kowalewski), udałem się do gmachu zajmowanego przez
122

Gen. Stanisław Maczek, ur. 1892, dowódca brygady zmotoryzowanej w kampanii wrześniowej 1939, dowódca brygady pancernej w wojsku polskim we Francji w 1940.

resztki polskiego aparatu państwowego, gdzie zastałem sytuację, która w swym tragicznym bezhołowiu dochodziła do granic komizmu. Poprzedniego dnia ambasada brytyjska zaoferowała prezydentowi Raczkiewiczowi i członkom rządu krążownik angielski dla przewiezienia ich do Zjednoczonego Królestwa, które z kolei udzieliło nam eksterytorialnej gościnności. Prezydent Raczkiewicz z zaproszenia skorzystał i udał się zaraz do Londynu w towarzystwie ministra Zaleskiego. Pozostali ministrowie, jeszcze chyba pod nieobecność Sikorskiego, unieśli się honorem twierdząc, że nie mogą wyjeżdżać pierwsi, gdy los wojska i uchodźców polskich nie jest zabezpieczony. Gdy jednak przyjechałem do Libourne, połowy ich już nie było, a pozostała część rozproszyła się w poszukiwaniu miejsc na statkach lub wiz do Hiszpanii i Portugalii. Anglicy zarezerwowali równocześnie na jednym ze swych statków ponad sto miejsc dla wyjeżdżających Polaków. Ambasador brytyjski skontaktował z kapitanem tego statku jednego z wyższych urzędników MSZ, którego dobrze znał, przy czym ustalono, że będą przyjmowane osoby posiadające karty wstępu z podpisem tego urzędnika. Jednakże po powrocie do Libourne ten sumienny pracownik wypisał pełnomocnictwo na wystawianie przepustek spotkanemu koledze, a sam załadował się natychmiast na wspomniany statek wraz z całą swą rodziną. Z kolei nowy pełnomocnik wyjechał, pozostawiając na stole swe upoważnienie, ale już z pustym miejscem dla wypełnienia nazwiska następnego męża zaufania. Pokazano mi ten dokument, ale nie potrafiono wytłumaczyć, czy ktoś z Polaków z wolnych miejsc na statku skorzystał. W każdym razie już go nie było, bo odpłynął do Wielkiej Brytanii. Natknąłem się od razu na nie kończące się posiedzenie Rady Narodowej, na którym dyskutowano między innymi nad zasadniczym problemem, czy przyłączyć się do podjętych przez Francję rokowań rozejmowych z Niemcami, czy też zamanifestować kontynuowanie wojny. To ostatnie stanowisko jako bardziej patriotyczne przeważyło, ale wszystko to nie było poważne, gdyż o pozycji Polski decydował wyłącznie Sikorski, który właśnie w tej chwili oczekiwał na wiadomość z Londynu, gdzie miał się spotkać z Churchillem. Jedyną konkretną uchwałą Rady Narodowej było zwrócenie się do rządu z prośbą, aby każdy z jej członków otrzymał paszport dyplomatyczny, dla bezpieczeństwa również paszport zwykły, oraz na wszelki wypadek jeszcze paszport konsularny wystawiony na inne nazwisko. Dla spełnienia tej prośby oraz w ogóle dla wystawiania potrzebnych paszportów, wyrabiania wiz, uzyskiwania różnych dokumentów od władz francuskich itd. potrzebne były biura MSZ. Tymczasem żadnego z urzędników ministerialnych już w Libourne nie było (nie licząc przejezdnych), gdyż większość została wywieziona do Lourdes, a ci, którzy przybyli na własną rękę do Libourne, zdołali już przeważnie załadować się na któryś ze statków udających się do Anglii. Spotkałem tylko sekretarza Zaleskiego, który ucieszył się na mój widok: „Dobrze, że pan tu się zjawił. Minister polecił mi odwieźć natychmiast jego samochód i sekretarkę do Lizbony, a tymczasem ciągle mnie tu łapią, abym załatwiał jakieś sprawy”. Zapewniłem go, że może spokojnie wypełnić dyspozycje swego szefa, gdyż zajmę się tym, co tu można jeszcze zrobić. Spośród personelu pomocniczego zdołałem zebrać parę osób dobrej woli i przy ich ofiarnej pomocy zaczęliśmy załatwiać rzeczy najpilniejsze. Specjalna wdzięczność należy się energicznej i inteligentnej pani Halinie Jaworskiej, żonie znanego, nie żyjącego już sinologa, profesora Uniwersytetu Warszawskiego. Niezmiernie ułatwił pracę fakt, że udało się nam wciągnąć (w zamian za obietnicę wywiezienia na południe Francji) szczątkowy personel biurowy ambasady francuskiej przy rządzie polskim, który też znalazł się w Libourne. Samego Noëla nie było, bo jego dawny szef i przyjaciel

Laval123, zakulisowy inspirator Pétaina i jego rządu, wysunął go na cywilnego delegata do rokowań rozejmowych z Niemcami w Compiègne. Zdezorientowany i bezpański personel jego ambasady nie robił żadnych trudności w wystawianiu nam wszystkich niezbędnych papierków o magicznie działającej pieczęci Republiki. Chodziło przede wszystkim o wizy wyjazdowe, glejty podróżne pozwalające na cyrkulowanie kolejami i po drogach bitych, upoważnienia do otrzymywania benzyny, najróżnorodniejsze zaświadczenia dla władz francuskich itd. Premier Sikorski odlatywał właśnie do Londynu samolotem, którym przyjechał po niego pośredniczący między nim a Anglikami Retinger. Powszechnie uważa się dotąd i pisze, że to Sikorski wystąpił z inicjatywą rozmówienia się z Churchillem, aby uzyskać od niego wyjaśnienia, czy Wielka Brytania będzie kontynuowała wojnę po klęsce Francji. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że to Churchill, przed zaangażowaniem się w szerszą pomoc dla rozbitków polskich, chciał wybadać, kim jest i co myśli szef naszego rządu, z którym będzie miał potem do czynienia. Jak wiemy, spotkanie to zapoczątkowało ich przyjazną współpracę. Pod nieobecność Sikorskiego całością ewakuacji wojskowej kierował Sosnkowski, który właśnie przybył do Libourne ze swej dotychczasowej kwatery w Wandei. Sprawy cywilne wziął w swe ręce prof. Kot, jedyny minister, który w tych momentach nie stracił głowy i wykazał konieczną energię. Po wybitnie negatywnej jego charakterystyce ogólnej, którą dałem poprzednio, sprawiedliwość nakazuje odnotować i rys pozytywny. Do spraw, które wówczas pomyślnie załatwiono, z niemałym moim udziałem, należało wyasygnowanie trzymiesięcznej odprawy dla wszystkich urzędników państwowych, co powierzono komisji pod przewodnictwem Jerzego Zdziechowskiego124, ściągnięcie z zamku nad Loarą, w którym były one przechowane, skarbów wawelskich (w tym arrasy) i wyekspediowanie ich za morze, sprowadzenie z Lourdes i wysłanie do Anglii archiwów angerskich itd. Przy tej ostatniej sprawie Kot chciał, abym osobiście przypilnował załadowania ich na statek, ale wytłumaczyłem mu, że powinien to zrobić ktoś, kto chce wyjechać i będzie mógł towarzyszyć tym archiwom do Londynu. Wobec tego, że postanowiłem zostać we Francji, podjąłem się znaleźć odpowiedniego kandydata, co przyszło mi bez trudności. Jednym z najważniejszych problemów, które należało rozwiązać, była sprawa opieki nad Polakami pozostającymi we Francji, a zwłaszcza nad uchodźcami wojennymi, będącymi dotąd na całkowitym utrzymaniu rządu i nie integrowanymi do gospodarki francuskiej jak stara emigracja. Ale nawet i ona miała trudności, gdyż wielu robotników polskich z rodzinami ewakuowano z departamentów północnych i z Alzacji-Lotaryngii na południe. Należało przewidywać, że pod okupacją niemiecką wszyscy ci ludzie będą potrzebowali pomocy moralnej i materialnej. Minister pracy i opieki społecznej, Stańczyk, który jeden z pierwszych zrobił skok do Wielkiej Brytanii, zostawił co prawda przed wyjazdem jakąś listę osób mających tworzyć komitet opiekuńczy we Francji, ale chyba z większością wyznaczonych nie porozumiał się bezpośrednio i nie sprawdził, czy zamierzają pozostać na miejscu. Wielu z nich wyjechało już za granicę, a reszta rozproszyła się po Francji. Wściekły z powodu takiego załatwienia sprawy, Sikorski spotkał przed odlotem do Londynu konsulów polskich z Brukseli i Mediolanu, Feliksa Chiczewskiego125 i Witolda Kozłowskiego126, którzy
123

Pierre Laval (1883-1945), polityk francuski, najpierw lewicowy, potem skrajnie prawicowy. Premier w 1931 i 1935. Przywódca 1939-1940 obozu antywojennego w imię orientacji antyradzieckiej i prohitlerowskiej. Wicepremier w rządzie Pétaina 1940, szef rządu 1942-1944. 124 Jerzy Zdziechowski, ur. 1880, ekonomista i polityk endecki. Poseł do Sejmu 1922-1928, minister skarbu 19251926. 125 Feliks Chiczewski, ur. 1889, w MSZ od 1920. Konsul w Brukseli 1928-1934 i 1939-1940, w Lipsku 1936-1939. 126 Witold Kozłowski (1888-1948), urzędnik ambasady w Rzymie 1925-1929, kierownik referatu włoskiego w centrali MSZ 1929-1939, redaktor „Polityki Narodów” do 1939, konsul w Mediolanie 1939 -1940.

po ewakuacji swych placówek poszukiwali na próżno Ministerstwa Spraw Zagranicznych, aby stawić się do jego dyspozycji. Nie zastanawiając się, czy nadają się do tego, powierzył misję opieki nad Polakami we Francji Chiczewskiemu, a Kozłowskiego wyznaczył na jego zastępcę. Chiczewski był ciasnym, strachliwym, obrażającym się i zazdrosnym urzędnikiem, na którego poza tym fatalny wpływ wywierała jego małomieszczańska żona, Francuzka, wielka entuzjastka Pétaina. Kozłowski natomiast był człowiekiem wysokiej wartości, rozumnym i wszechstronnie wykształconym (studia historyczne, filozoficzne i archeologiczne). Był przede wszystkim naukowcem, ale wskutek zbiegu okoliczności został pracownikiem MSZ, specjalistą od spraw włoskich i redaktorem półurzędowego miesięcznika „Polityka Narodów”. Ze wszystkich tych funkcji wywiązywał się najzupełniej dobrze, ale na pewno nie nadawał się do prac organizacyjnych ani tym bardziej do prowadzenia szerszej akcji społeczno-politycznej w ciężkich warunkach wojennych pod okupacją i to w sposób na wpół konspiracyjny. Umarł zaraz po wojnie nie dokończywszy rozpoczętej we Francji bardzo ciekawej pracy o starożytnościach słowiańskich. Chwilowo obaj, przyjąwszy polecenie Sikorskiego do wiadomości, spieszyli do Lourdes, gdzie przebywały ich rodziny i starzy koledzy ministerialni. Tymczasem poszukiwał ich gwałtownie minister skarbu Strasburger i naczelny dyrektor Banku Polskiego Barański127, którzy otrzymali od premiera polecenie przekazania im pozostałości kasowych Skarbu Państwa i Banku Polskiego jako wyjściowego funduszu akcji opiekuńczej. Natknąwszy się na mnie, człowieka zaprzyjaźnionego, zrezygnowali z dalszych poszukiwań, prosząc, abym wziął od nich te pieniądze i doręczył wspomnianym konsulom, których zresztą nie znali. Wyraziłem zgodę i zaproponowałem wyszukanie spokojnego kąta, gdzie byśmy mogli sporządzić protokół zdawczo-odbiorczy i przeliczyć gotówkę. Strasburger i Barański żachnęli się, że nie mają na to czasu, gdyż muszą śpieszyć na statek, który ma ich zabrać do Anglii. Podyktowali mi tylko skrypt, że otrzymałem od nich walizkę zawierającą mniej więcej siedem milionów (o ile dobrze pamiętam) franków i różne waluty równowartości około 40 tysięcy dolarów. Podpisany przeze mnie kwit zabrali z sobą w pośpiechu, żegnając się ze mną serdecznie i dziękując za uprzejmą przysługę. Wkrótce potem udało mi się odszukać Chiczewskiego i Kozłowskiego, którzy pieniądze porządnie przeliczyli i spisali protokół odbiorczy. Następnie wyjechali zaraz do Lourdes, zabierając powierzone im fundusze. Niezależnie od premiera Sikorskiego, minister Kot, w miejsce anulowanego komitetu Stańczyka, opracował nowy jego skład, bardziej realny i uzgodniony z zainteresowanymi. Do nowego komitetu weszło przede wszystkim paru działaczy starej Polonii francuskiej, jak przewodniczący Związku Polaków we Francji Szymanowski128, sekretarz generalny tego związku Piotr Kalinowski129, prezeska Ligi Kobiet we Francji Anna de Gontaut-Biron130. Poza tym powołano do niego byłego posła z chadecji, adwokata Wacława Bitnera131, sekretarza generalnego PCK Gustawa Zielińskiego132, działacza katolickiego księdza Kaczyńskiego133 i innych. Aby uniknąć dwutorowości w związku z misją
127 128

Leon Barański, ur. 1895, naczelny dyrektor Banku Polskiego 1931-1939. Józef Szymanowski, zm. 1942, górnik, prezes Związku Polaków we Francji. 129 Piotr Kalinowski, nauczyciel ludowy, narodowo-katolicki działacz Polonii francuskiej i sekretarz generalny Związku Polaków do 1942. 130 Anna de Gontaut-Biron, wdowa po francuskim radcy handlowym w Warszawie, uczestniczka walk legionów polskich w latach I wojny światowej, przewodnicząca Ligi Kobiet we Francji do 1939. 131 Wacław Bitner, ur. 1893, adwokat, poseł do Sejmu 1922 -1930, członek Rady Naczelnej chadecji, potem Stronnictwa Pracy 1919-1939. 132 Gustaw Zieliński, zm. 1946, zbliżony do lewicy sanacyjnej, długoletni d yrektor gabinetu ministra pracy i opieki społecznej do 1939, sekretarz generalny PCK we Francji 1939-1940. 133 Ks. Zygmunt Kaczyński (1894-1952), działacz chrześcijańskiej demokracji, poseł do sejmu 1922-1928, dyrektor Agencji Katolickiej 1929-1939.

Chiczewskiego i Kozłowskiego, wprowadzono też ich obu do komitetu. Jako najwłaściwszą i najpraktyczniejszą formę działania uznano występowanie pod firmą Polskiego Czerwonego Krzyża we Francji. Sikorski przyleciał 20 czerwca na parę godzin samolotem z Londynu, aby wydać ostatnie dyspozycje. Wiązały się one z uzyskaną od Churchilla obietnicą, iż statki polskie (w tym zwłaszcza „Batory”, „Sobieski” i „Chrobry”) oraz kilka statków angielskich skierowane zostaną do portów francuskich na wybrzeżu atlantyckim, m. in. do La Rochelle, ale głównie do Bajonny i Saint-Jean-de-Luz. Miały one przewieźć do Anglii wszystkich polskich żołnierzy i oficerów i w miarę wolnych miejsc również uchodźców cywilnych. Większość formujących się będących w rozsypce oddziałów polskich podążała na własną rękę do portów atlantyckich. Teraz uzyskały one potrzebne rozkazy, wskazujące jako właściwy punkt koncentracji przede wszystkim Bajonnę. Absurdalna sytuacja wytworzyła się natomiast z Brygadą Podhalańską, która właśnie wsławiła się pod Narvikiem i po ewakuowaniu do Anglii została nie wiadomo po co i dlaczego przerzucona do Bretanii w momencie już przesądzonej klęski Francji. Poza jednym zdaje się batalionem musiała być rozwiązana i spotkał ją taki sam los jak Pierwszą Dywizję. Przy rozwiązywaniu tych formacji wojskowi z wychodźstwa przedwojennego powrócili przeważnie do swych domów i rodzin, natomiast przybyli do Francji po kampanii wrześniowej woleli dla uniknięcia niewoli niemieckiej przedzierać się na południe, skąd, jak przypuszczali, łatwiej będzie dostać się do oddziałów polskich w Anglii lub na Bliskim Wschodzie. Najłatwiej dawała sobie z tym radę inteligencja, zwłaszcza ci, którzy mówili po francusku, a więc i oficerowie, toteż okazało się potem, że do Wielkiej Brytanii przedostała się prawie taka sama ilość oficerów jak żołnierzy. Po wydaniu ostatnich rozkazów Sikorski odleciał do Londynu w towarzystwie Sosnkowskiego i Kukiela. Dalszą ewakuację dozorować miał minister Kot, który w tym celu udawał się do Bajonny. Zaproponował mi towarzyszenie mu dla dalszego kierowania szczątkowym biurem. Zgodziłem się na to tym bardziej, że miałem już wolne ręce. Wśród ogromnej ilości znajomych przewalających się przez Libourne spotkałem moją starą przyjaciółkę, Marię Pinińską, która wraz z mężem, attaché lotniczym w Paryżu, i córkami podążała własnym samochodem do portu w Vernon. Wobec tego, że wozu z sobą zabrać nie mogli, zaproponowali, że mi go zostawią, o ile znajdę kierowcę, który ich odwiezie i wróci. W ten sposób stałem się właścicielem najnowszego modelu Citroën ze znakami rejestracyjnymi paryskiego korpusu dyplomatycznego, co następnie niezmiernie mi ułatwiło cyrkulowanie po Francji, bo ograniczało interwencję policji, przyzwyczajonej szanować znak CD. Potrzebowałem jeszcze sekretarki, która by potrafiła prowadzić samochód. Dostarczyła mi jej pani Jaworska w postaci swej młodziutkiej koleżanki z Prezydium Rady Ministrów, Tali Miniszewskiej, przed wojną urzędniczki konsulatu w Szczecinie, która robiąc z siebie pierwszą naiwną, nie pozbawiona była sprytu. Tak więc wyruszyliśmy dużą kolumną samochodową w drogę do Bajonny, zabierając z sobą, zgodnie z obietnicą, relikt ambasady francuskiej wraz z bagażami Noëla. Był to dobry uczynek i interesowny, bo urzędnicy ci byli nam niezmiernie potrzebni. Po drodze przeżyliśmy jeszcze efektowny fajerwerk: niemieckie bombardowanie lotnicze na moście przez Garonnę połączone z letnią burzą z piorunami i z wysadzaniem przez saperów sąsiedniego mostu. Roboty w Bajonnie było moc. Rozeszła się lotem błyskawicy wiadomość, że można stamtąd wyjeżdżać statkami do Anglii, tędy podążali też ci, którzy wybrali drogę lądową do Hiszpanii. Ściągało tu więc tysiące Polaków, którzy pragnęli się zaopatrzyć w ważne paszporty z francuskimi wizami wyjazdowymi albo w przepustki na statek. Jako ciekawostkę wspomnę, że pierwszy pakiet paszportów polskich (konsularnych) wystawiłem dla grona osób z otoczenia pretendenta do tronu austriackiego, arcyksięcia Ottona Habsburga (chyba i dla niego też). W obawie przed dostaniem się

w ręce hitlerowców zgłosił się jeszcze w Libourne do Sikorskiego z prośbą o formalne przyjęcie do wojska polskiego na ochotnika, na co ten zgodził się (stara miłość nie rdzewieje), polecając wystawić paszporty polskie jemu i jego świcie. Sprawami wiz hiszpańskich i portugalskich w zasadzie nie zajmowaliśmy się, poza nielicznymi wyjątkami, bo to było ponad nasze siły. Przed konsulatami tych państw w Bajonnie działy się dantejskie sceny. Minimalny personel, obliczony na bardzo ograniczoną w czasach normalnych klientelę, nie mógł sobie absolutnie dać rady z wielotysięcznym i wielojęzycznym tłumem oblegającym dzień i noc konsulaty. Paru znajomych, którzy wyrwali się z tego tłumu i przybyli do nas (urzędowaliśmy i mieszkaliśmy w udzielonym nam do dyspozycji budynku szkolnym), ledwie poznałem. W tych warunkach nic dziwnego, że pracownicy tych konsulatów tracili głowę. Kierownik placówki portugalskiej dostał jakiegoś szoku nerwowego. Z balkonu swego urzędu rzucał w kłębiący się tłum kartki z nagryzmolonym podpisem wołając: „Wizy, wizy, wizy”. Szałem paniki i strachu przed Niemcami opanowani byli, co łatwo daje się wytłumaczyć, przede wszystkim Żydzi, toteż oni stanowili ogromny procent wśród starających się o wyjazd z Francji. Podobnie, jeżeli nie gorzej, było na hiszpańskim posterunku granicznym w Hendaye, gdzie gęsty tłum starał się, nieraz bez żadnych dokumentów, przedostać na stronę hiszpańską. Tamtejsze władze broniły się przed tym, sprawdzając jeszcze bardziej rygorystycznie niż zwykle dokumenty podróżne. Pełno tam było tragedii i komedii. Moja stara znajoma, żona ostatniego komisarza generalnego RP w Gdańsku, Mariana Chodackiego, opowiadała mi ze łzami w oczach, że strażnicy hiszpańscy nie przepuścili jej, mimo iż posiadała ważny paszport dyplomatyczny z wizami, ponieważ nie chcieli dać wiary, że ta wyglądająca okropnie i obdarta po dwóch dobach szamotania się wśród tłumu kobieta jest panią ministrową. Pomogliśmy jej później w przedostaniu się za granicę. Usiłowaliśmy torować drogę naszym rodakom, ściągając z Lourdes Józefa Potockiego (później naszego ostatniego posła w Madrycie) i Józefa Marlewskiego, aby jeden w San Sebastian, a drugi w Hendaye, starali się przekonywać władze hiszpańskie o konieczności bardziej liberalnego traktowania uchodźców polskich, oraz aby w miarę możności przychodzili z pomocą w indywidualnych wypadkach. Sprowadziliśmy też telefonicznie z Madrytu sekretarza tamtejszego poselstwa polskiego, aby ze swej strony interweniował u czynników hiszpańskich, lecz okazał się on skończonym fajtłapą, a jego szef, Marian Szumlakowski, ani wówczas, ani później nie odznaczał się chęcią dopomagania ludziom. Na statki ewakuacyjne do Anglii kierowaliśmy przede wszystkim wojskowych, którzy przyjmowani byli bez żadnych formalności i dokumentów, o ile byli w mundurach. Zauważyłem natomiast, że niejeden oficer zdołał już się przebrać po cywilnemu. Nie czyniliśmy jednakże trudności i osobom prywatnym. Nie było wypadku, abym odmówił komukolwiek przepustki na statek, wychodziłem bowiem z założenia, że miejsce zawsze się tam jakoś znajdzie. Główna masa rodaków wolała jednak podążać drogą lądową, pewnie pod wpływem codziennych komunikatów o masowym zatapianiu statków alianckich przez Niemców. Poza tym niektórzy ciężko znosili podróż morską w warunkach stałych alarmów, a jeden z moich przyjaciół ministerialnych, Paweł Morstin, zmarł podczas jednego z nich na atak serca. Gorzej było z dobytkiem, zwłaszcza z większymi bagażami i samochodami, których absolutnie nie można było ładować na statki stojące na redzie. Porzucano je na plaży tak, aby niszczyły je fale przypływu. Natomiast, jeśli chodzi o waluty, Kot wydał słuszne zarządzenie, zobowiązujące wszystkie urzędy cywilne czy wojskowe i w ogóle wszystkich wyjeżdżających, do składania posiadanych franków francuskich na moje ręce. Za otrzymane ode mnie poświadczenie miano w Anglii wypłacać równowartość w tamtejszej walucie. Zebrałem w ten sposób prawie 5 milionów franków.

Kot udał się zaraz do Lourdes, aby zorientować się w sytuacji miejscowego skupiska polskiego. Stwierdził, że trzymiesięczne odszkodowanie jest wypłacane i że powstał miejscowy komitet polski do załatwiania spraw opiekuńczych. Główny cel podróży, skłonienie przebywającego tam kardynała Hlonda do wyjazdu w ślad za rządem do Londynu, nie został osiągnięty. Kardynał oświadczył, że wobec nie wyjaśnionej jeszcze sytuacji, co będzie we Francji, za wcześnie jest myśleć o wyjeździe. W parę dni później na prośbę Kota ponowiłem namowy. Kardynał odpowiedział mi wówczas, że stworzenie tzw. strefy wolnej czyni opuszczenie Francji niepotrzebne i zadowolił się dostarczeniem mu przez nas samochodu, którym mógł każdej chwili udać się do Hiszpanii; miał bowiem zapewniony ze strony tamtejszego sąsiedniego biskupa wolny wjazd. W Lourdes Kot odnalazł i przywiózł następnie do Bajonny paru działaczy politycznych ze zbliżonych mu ugrupowań. Zgromadzonym tam uchodźcom z Angers kazał zakomunikować o istniejących jeszcze możliwościach wyjazdu do Anglii. W praktyce niewielu z tego skorzystało, gdyż większa grupa chętnych zamarudziła z powodu trudności w znalezieniu środków transportowych i gdy nareszcie przybyła do Bajonny paroma ciężarówkami, już nawet Kot ze współpracownikami był na morzu. Zresztą większość, zwłaszcza pracowników państwowych, wolała chwilowo pomimo wszystko pozostawać we Francji. Było to wywołane inercją, obawą przed wyjazdem do kraju, którego nawet język na ogół nie był znany, i łudzeniem się, że można będzie w każdej chwili wyjechać z Francji, gdy sytuacja się wyjaśni, jak to miało miejsce w Rumunii. Podczas pobytu w Lourdes Kot usiłował skontaktować się z Chiczewskim i Kozłowskim, aby omówić z nimi problem przyszłej opieki nad pozostającymi we Francji rodakami. Chiczewskiego nie mógł odnaleźć, gdyż pojechał do Tuluzy na pierwsze posiedzenie wspomnianego już komitetu, wyznaczonego jeszcze w Libourne. Natomiast w rozmowie z Kozłowskim uprzytomnił sobie, że ten ostatni rozumie powierzone zadanie jako swego rodzaju kontynuowanie normalnej pracy konsularnej w warunkach legalności. Zastrzegł się jednak uczciwie z góry, że nie czuje się na siłach do prowadzenia pod okupacją niemiecką jakiejkolwiek akcji typu chociażby półkonspiracyjnego. Kot zareagował ostro, cofając mu udzielone przez Sikorskiego pełnomocnictwo. Po powrocie do Bajonny Kot powtórzył mi tę rozmowę i po oświadczeniu, że bardzo chętnie weźmie mnie z sobą do Anglii, zaproponował na wypadek, gdybym trwał przy decyzji pozostania we Francji, abym objął całą akcję opieki w warunkach zależnie od okoliczności bądź jawnych, bądź konspiracyjnych. Gdy podziękowałem za możność wyjazdu i zgodziłem się na proponowaną mi pracę we Francji, powiedział, że trzeba będzie jakoś załatwić sprawę Chiczewskiego, który prawdopodobnie zajmuje podobną postawę jak Kozłowski. Nie chcąc całkowicie przekreślać dyspozycji Sikorskiego, polecił mi rozmówić się z Chiczewskim dla sprawdzenia, czy można na niego liczyć przy ewentualności prac tajnych. W wypadku negatywnym miałem wręczyć mu pismo podpisane przez Kota, cofające pełnomocnictwo na moją korzyść, z poleceniem oddania mi wszystkich posiadanych na akcję społeczną funduszy. Gdybym uznał, że można go wykorzystać, miałem objąć funkcję Kozłowskiego, z tym że Kot wyraził nadzieję, że to ja będę kołem napędowym naszej działalności. Chciał mi jeszcze zostawić jakieś pismo legitymujące mnie, ale uznałem to za zbędne, co przyczyniło mi potem trochę kłopotu. To właśnie w charakterze desygnowanego pełnomocnika zbierałem wspomnianą walutę francuską, która wraz z pieniędzmi zostawionymi przez Strasburgera miała stanowić wyjściowy fundusz dla prac opiekuńczych we Francji. Wkrótce po rozpoczęciu pracy w Bajonnie dowiedzieliśmy się, że w sąsiedniej głośnej miejscowości letniskowej Biarritz przebywa chargé d’affaires we Francji Frankowski w towarzystwie paru dyplomatycznych współpracowników oraz konsulów polskich z Francji, częściowo wraz ze swym personelem. Pracownicy ambasady zostali już wkrótce po 15 maja ewakuowani do jednej z południowych miejscowości kuracyjnych Salies-du-Salat, natomiast „góra” miała towarzyszyć

rządowi francuskiemu, ale wolała znaleźć się bliżej granicy hiszpańskiej. Co gorzej, Frankowski polecił konsulom zawiesić urzędowanie kierowanych przez nich placówek, chociaż nie były one jeszcze bezpośrednio zagrożone, a konsulów wezwał do siebie do Biarritz. Na mocy tego zarządzenia na przykład w Tuluzie, gdzie spływała duża fala uchodźców ze starej i nowej emigracji, konsul Dygat134 zamknął swój urząd, przed którym tysiące Polaków czekało na pomoc i opiekę. Sytuację starał się ratować przejeżdżający przez Tuluzę w drodze do Lourdes wspomniany już działacz chadecki i desygnowany członek Komitetu Opiekuńczego we Francji Bitner, który przy pomocy przedwojennego wiceministra przemysłu i handlu Rosego135 i paru pozostałych na miejscu urzędników uruchomił jakoś prace konsulatu. Stał się on w ten sposób jedynym czynnym ośrodkiem polskim na południu Francji. Konsulat nie miał jednak do dyspozycji ani grosza, gdyż Dygat zabrał wyjeżdżając całą kasę. Kot udał się ze mną do Frankowskiego w Biarritz, aby omówić z nim załatwienie wielu pilnych spraw. Z praktycznych rzeczy bieżących chodziło nam głównie o uzyskanie pomocy fachowego personelu dla załatwiania coraz liczniejszych spraw paszportowych. Z tym nie mieliśmy kłopotu. Konsul generalny z Lille Kawałkowski136 dostarczył nam czterech swych wytrawnych urzędników wraz z odpowiednią liczbą blankietów paszportowych, a że mieli oni prawo podpisu (dotychczas wszystkie dokumenty musiałem podpisywać osobiście), nasze prace biurowe w Bajonnie przebiegały znacznie sprawniej i mogliśmy załatwiać wszystkich ustawiających się w długie kolejki interesantów. W rozmowie z Frankowskim chodziło nam jednak głównie o to, aby zawiadomił zaraz centralne władze francuskie o objęciu po wyjeździe rządu i placówek dyplomatyczno-konsularnych opieki nad Polakami przez Polski Czerwony Krzyż we Francji, z prośbą o umożliwienie mu pracy i o potraktowanie uchodźców polskich na równi z obywatelami francuskimi. Chodziło też o przypomnienie władzom francuskim, że znajdujący się na terenie Francji wojskowi polscy są pełnoprawnymi kombatantami, nie mogą być więc narażeni na specjalne represje niemieckich władz okupacyjnych. Dla załatwienia tych i paru jeszcze innych mniejszych spraw domagaliśmy się, aby Frankowski, który stracił kontakt z centralnymi władzami francuskimi, udał się nazajutrz do Bordeaux. Frankowski wyraźnie nie wykazywał entuzjazmu do tej misji i wynajdywał różne trudności. Kot zaczął ostro wymawiać Frankowskiemu jego całą postawę, a w szczególności zaniknięcie konsulatów i brak troski o pozostających we Francji Polaków. Rozmowa stawała się coraz bardziej nieprzyjemna, zwłaszcza dla mnie, gdyż od trzech lat miałem na wniosek Łukasiewicza zająć miejsce Frankowskiego i tylko komplikująca się sytuacja międzynarodowa powodowała, że Beck odkładał moją nominację. Ostatecznie rozstaliśmy się z formalną obietnicą, że Frankowski uda się nazajutrz do Bordeaux dla dokonania niezbędnych démarches we francuskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Następnego dnia stwierdziliśmy z oburzeniem, że jeszcze do Bordeaux nie pojechał. Kot zdenerwował się już wyraźnie i telefonicznie oświadczył Frankowskiemu, iż daje mu rozkaz służbowy w imieniu rządu, aby najpóźniej nazajutrz rano udał się do Bordeaux. Gdy następnego ranka zadzwoniliśmy do hotelu, dowiedzieliśmy się ze zdumieniem, że wszyscy dyplomaci polscy wyjechali już samochodami do Hiszpanii.

134

Stanisław Dygat, ur. 1891, w MSZ od 1924. Kierownik referatu komunikacji centrali MSZ w 1937 -1939, konsul w Tuluzie 1939-1940. 135 Adam Rose (1895-1951), wiceminister przemysłu i handlu 1936-1939. 136 Aleksander Kawałkowski (1899-1965), kpt. dyplomowany w Wojskowym Biurze Historycznym do 1933, dyrektor departamentu w Ministerstwie WRiOP do 1936, konsul generalny w Lille i radca emigracyjny przy ambasadzie w Paryżu 1936-1940.

Frankowski tłumaczył mi się później, że gdy zadzwonił do francuskiego MSZ w Bordeaux, aby uprzedzić o swym przyjeździe dla przeprowadzenia rozmów, otrzymał ostrzeżenie, że po drodze może już mieć „nieprzyjemne spotkania”. Przyjął to jako radę natychmiastowego opuszczenia Francji, do której się zastosował. Rzeczywiście niemieckie czołówki zmotoryzowane posuwały się już na wysokości Bordeaux w kierunku Bajonny i granicy francusko-hiszpańskiej, ale niedopuszczalnym był wyjazd bez porozumienia się z nami i bez uprzedzenia nas o grożącym niebezpieczeństwie. Nikt z tego powodu złego słowa Frankowskiemu nie powiedział i, jak zobaczymy dalej, po miesiącu wrócił on znów do Francji, aby kontynuować urzędowanie. I jego objęła cicha amnestia, udzielona przez Sikorskiego po przyjeździe do Londynu wszystkim, którzy się skompromitowali paniczną ucieczką w momencie klęski Francji. Wywołało to co prawda kilkudniowy kryzys gabinetowy na tle próby wykorzystania tej sprawy przez koła sanacyjne dla obalenia Sikorskiego, ale w gruncie rzeczy wysunięcie odpowiedzialności za skandaliczne zachowanie się we Francji było tylko pretekstem przy rozgrywkach politycznych. Tymczasem urzędowaliśmy dalej w Bajonnie, wypychając dalsze partie Polaków na ostatnie już statki ewakuacyjne. Anglicy uprzedzili nas, że sytuacja staje się niebezpieczna i że już tylko kontrtorpedowiec Royal Navy czekać będzie w nocy na zabranie resztek rządu polskiego. W ciągu dnia zjawił się jeszcze z Tuluzy Bitner, aby złożyć Kotowi sprawozdanie ze swej działalności i otrzymać mandat na dalszą akcję. Kot już z nim rozmawiać nie chciał, natomiast skierował go do mnie137. Bitner przedstawił mi, że trzeba udzielać zasiłków uchodźcom, którzy znaleźli się bez żadnych środków materialnych, ale przede wszystkim należy organizować przerzucanie na większą skalę przez morze do Północnej Afryki i przez góry do Hiszpanii wojskowych naszych, którzy nie zdołali załadować się w Saint-Jean-de-Luz i napływają wciąż pojedynczo i grupami z rozwiązanych jednostek polskich. Ten kierunek działania wydał mi się bezsporny, toteż z zebranych przeze mnie pieniędzy wyasygnowałem mu milion franków, zapowiadając, że niedługo zobaczymy się w Tuluzie. Wieczorem raz jeszcze omówiłem wszystkie sprawy z Kotem, który prosił mnie o systematyczne informowanie go w Londynie o rozwoju sytuacji. Późną nocą pożegnałem się w Biarritz z nim i z moimi dotychczasowymi współpracownikami, którzy udawali się na kontrtorpedowiec angielski stojący na redzie w Saint-Jean-de -Luz. Następnego dnia załatwiłem już tylko paru zgłaszających się interesantów, gdyż wiadomość, że władze polskie wyjechały, rozeszła się błyskawicznie i napływ ustał od razu. Wieczorem otrzymałem informacje, że Niemcy zbliżają się do Bajonny. Załadowałem się na swój samochód i pilotując ciężarówki z przybyłymi z opóźnieniem z Lourdes urzędnikami udałem się w drogę, aby przystąpić do akcji opieki nad Polakami we Francji.

V Od improwizacji do organizacji
Gdy 25 czerwca 1940 r. wjeżdżałem wczesnym rankiem samochodem do Lourdes, głośniki podawały komunikat rządu francuskiego o warunkach zawieszenia broni z Niemcami i Włochami. Najważniejszy
137

Na przełomie 1958/1959 ogłosiłem w tygodniku „Kierunki” cykl artykułów poświęcony temu same mu tematowi co niniejsza książka. Bitner zakwestionował w ogłoszonym tamże artykule moją relację o jego roli we Francji, przedstawiając ją w sposób znacznie bardziej eksponowany i cytując liczne błędne cyfry i dane. Podczas mych pobytów w Paryżu 1960 i 1984 sprawdziłem ścisłość mych wspomnień u świadków tych wydarzeń i okazało się, że moja pamięć jest lepsza. Bitner padł ofiarą tak częstego w starszym wieku pamiętania nie tak, jak było, lecz tak, jak by się chciało, żeby było.

był dla nas punkt o utworzeniu we Francji dwóch stref. Pierwsza, znajdująca się pod bezpośrednim zarządem niemieckich wojsk okupacyjnych, obejmowała w zasadzie obszar na północ od Loary oraz pas wzdłuż wybrzeża atlantyckiego aż po granicę hiszpańską. W pozostałej części Francji (2/5 całości) działał nadal, formalnie biorąc w sposób niezawisły, rząd francuski (stąd potoczna nazwa strefy wolnej), utrzymujący też suwerenność nad zamorskim imperium Francji. W praktyce warunki zawieszenia broni stawiały go w całkowitej zależności politycznej i ekonomicznej od Rzeszy Niemieckiej. Nie będę się tu wdawał w przedstawianie dziejów Francji pod okupacją. Przypomnę tylko, że rząd Pétaina, który podpisał rozejm w Compiègne, przeniósł się do Vichy, gdzie francuskie Zgromadzenie Narodowe uchwaliło nieograniczone pełnomocnictwa dla starego marszałka, do prawa zmiany konstytucji włącznie. Działając w charakterze szefa państwa o nieograniczonych pełnomocnictwach (nawet nazwę Republiki skasowano), Pétain rozpoczął od wprowadzenia w życie tzw. rewolucji narodowej, czyli przebudowy ustroju społecznego i gospodarczego w duchu skrajnie reakcyjnym, a nawet wręcz faszyzującym. Upraszczając, można powiedzieć, że w łonie nowego reżimu ścierały się dwie koncepcje. Tak zwani „attentyści”, powołujący się na rzekomo ukrytą myśl zgrzybiałego, ale zawsze chytrego marszałka, głosili, że trzeba jakoś przeczekać do czasu, gdy wyjaśnią się losy wojny. Używali oni formuły: „Należy ratować meble, gdy dom płonie”. Otwarci kolaboracjoniści byli przekonani, że klęska Anglii i zwycięstwo Niemiec są przesądzone, toteż trzeba już teraz ubiegać się o możliwie korzystne dla Francji miejsce w hitlerowskim „nowym ładzie”. Pétain zgodził się po spotkaniu z Hitlerem w Montoire firmować politykę „honorowej kolaboracji”, ale usunął jednocześnie jej czołowego reprezentanta Lavala, zastępując go przez admirała Darlana138, bardziej antyangielskiego niż proniemieckiego, którego jednak logika rzeczy pchała coraz dalej po drodze kapitulacji przed żądaniami okupanta. Niemcy nie zapomnieli jednak afrontu z Lavalem i narzucili go z powrotem z rozszerzonymi kompetencjami szefa rządu, sprowadzając coraz bardziej rolę Pétaina do biernego firmowania reżimu, zwłaszcza po okupowaniu całości terytorium Francji metropolitalnej w dniu 11 listopada 1942 r. Z naszego punktu widzenia wiadomość o strefie nie okupowanej była pomyślna. Zakładaliśmy słusznie, że władze francuskie będą raczej tolerowały charytatywną akcję organizacji polskiej, dzięki czemu zaistnieje legalna podstawa wyjściowa dla naszej działalności, umożliwiając również przez to akcję typu półjawnego. Stworzyło to jednocześnie nową sytuację dla mojej rozmowy z Chiczewskim, którą odbyłem zaraz po przyjeździe do Lourdes. Znałem go od dawna z pracy w ministerstwie i wiedziałem, jaki to kaliber człowieka. Poinformował mnie, że wraca właśnie z Tuluzy, gdzie odbyło się pierwsze wstępne posiedzenie komitetu, mającego działać pod firmą Polskiego Czerwonego Krzyża we Francji, z udziałem tylko paru członków, na którym przyjęto do wiadomości jego nominację i wybrano go wobec tego przewodniczącym tego komitetu czy też zarządu. Pierwsze zebranie rzeczowe ma się odbyć za dwa dni w Tuluzie. Chiczewski nie ukrywał, że nie brał w ogóle pod uwagę działalności w warunkach konspiracyjnych, ale jest zdania, że przy zarysowujących się perspektywach nic nie stoi na przeszkodzie jego pracy na niwie opiekuńczej. Pokazałem Chiczewskiemu pismo Kota, ale nie chciałem rozpoczynać mej działalności od przykrych walk personalnych i kompetencyjnych. Oświadczyłem mu, że możemy pracować razem uzupełniając
138

Admirał Jean-François Darlan (1881-1943), dowódca floty francuskiej w latach 1931-1942, wicepremier i minister spraw zagranicznych w rządzie Pétaina 1941-1942. Szef zarządu cywilnego i wojskowego w Afryce z ramienia Anglosasów w listopadzie-grudniu 1942.

się nawzajem. Widać było, że jest bardzo wdzięczny za moją postawę, zapewniał mnie, że nie będzie mi w niczym robił trudności. Zrozumiałem, że chodzi mu o prestiżową satysfakcję zajmowania pierwszego miejsca, natomiast nie ma żadnej ambicji faktycznego przewodzenia. Odbyte w gmachu konsulatu tuluzańskiego, który stał się na dwa miesiące naszą siedzibą, pierwsze posiedzenie pełnego komitetu nie było łatwe i minęło w sztywnej atmosferze. Poza Chiczewskim i mną obecni byli przebywający już w Tuluzie wspomniani przedstawiciele starej emigracji: Szymanowski, Kalinowski i Anna Gontaut-Biron przybyli świeżo z Bordeaux, sekretarz generalny Zarządu Głównego PCK Gustaw Zieliński, wraz z szefem zakupów tego zarządu, niejakim Chądzyńskim, oraz Bitner, ksiądz Kaczyński i przedwojenna działaczka krajowych organizacji kobiecych Wanda Ładzina, w okresie angerskim członek Zarządu Głównego PCK. Spotykaliśmy się w większości po raz pierwszy, toteż patrzyliśmy na siebie raczej podejrzliwie. Można było dostrzec niechęć działaczy społecznych we Francji do elementu urzędniczego, reprezentowanego przede wszystkim przeze mnie. Ludzie ci mieli różne doświadczenia z mało taktownymi nieraz i arbitralnie sobie poczynającymi urzędnikami ambasady czy konsulatów, toteż z góry traktowali nieufnie każdego nie znanego im wysłannika władz centralnych. Kwestia działania pod firmą Czerwonego Krzyża nie wzbudzała w tym gronie żadnych zastrzeżeń. Gdy przyszło do konstytuowania zarządu, prezesurę Chiczewskiego uznano za załatwioną. Natomiast wysunięcie przez niego bardzo nieśmiało mej osoby na wiceprzewodniczącego wywołało natychmiastowe zgłoszenie kandydatury starego Szymanowskiego, przewodniczącego Związku Polaków we Francji, z którym nie chciałem konkurować. Sekretarzem został automatycznie Zieliński, który piastował to stanowisko w Zarządzie Głównym. W tej sytuacji zależało mi specjalnie na funkcji skarbnika, gdyż dysponowanie pieniędzmi, zwłaszcza w warunkach pracy improwizowanej, przesądzało o decydującym wpływie na wszystkie posunięcia. Chiczewski i tym razem mętnie mówił, że Kotowi bardzo zależy na mej aktywnej pracy w komitecie, co wśród zebranych ludzi bynajmniej nie było rekomendacją, bo reputacja Kota była ustalona. Padły też od razu zapytania, czy nie ma innej kandydatury. Na ostateczną akceptację mojej wpłynęła przede wszystkim świadomość, że mam w ręku dużą sumę pieniędzy. Do zarządu weszli poza tym: panie Gontaut-Biron i Ładzina oraz Kalinowski i Chądzyński. Niezadowolony, że nie może odgrywać pierwszej roli, ksiądz Kaczyński trzymał się manifestacyjnie na uboczu, natomiast zaraz podjął starania, aby nas pokłócić, licząc, że ułatwi mu to wywieranie przeważającego wpływu. Na szczęście wyjechał wkrótce, zniechęcony, przez Hiszpanię do Anglii, pozostawiając za sobą niezadowolenie i pretensje z powodu niewyliczenia się z pobranych sum. Później został ministrem Oświaty w rządzie Mikołajczyka. W takim składzie rozpoczęliśmy pracę, która pochłonęła nas bez reszty. O Chiczewskim już pisałem, Szymanowski, stary górnik z zagłębia Ruhry, który zaraz po pierwszej wojnie światowej przybył do północnych departamentów Francji wraz z wielką grupą tzw. Westfalaków, był człowiekiem bardzo zacnym i zasługującym na szacunek. Rzadko zabierał głos, ale odznaczał się zdrowym rozsądkiem i głosował zawsze po dobrej stronie. Był uczulony na matactwa i krętactwa, a takich ludzi określał mocnym, lapidarnym słowem. Zgodnie ze zwyczajem francuskim, że przewodniczenie jest funkcją raczej honorową, a faktyczna władza spoczywa w rękach sekretarza generalnego, Związkiem Polaków kierował Piotr Kalinowski. Karierę od nauczyciela ludowego, poprzez doktorat na Uniwersytecie Katolickim w Lille, do czołowego stanowiska wśród wychodźstwa zarobkowego, zrobił popierany przez placówki konsularne, co zaciążyło na jego stosunku do urzędów państwowych. Orłem nie był, ale miał sporo sprytu i umiał bronić interesów starej emigracji, której sprawami zajmował się w naszym zarządzie. Gustaw Zieliński, długoletni dyrektor gabinetu ministra pracy i opieki społecznej,

należał do „Naprawiaczy”139, którzy zawsze starali się ulokować w bliskim otoczeniu ministrów, aby móc wywierać wpływ na ich postawę. Miał na pewno dużo cennego doświadczenia w dziedzinie opieki społecznej. Pani Anna Gontaut-Biron, Polka, wdowa po francuskim radcy handlowym w Warszawie, w latach międzywojennych przewodnicząca Ligi Kobiet we Francji, należała ostatnio do Zarządu Głównego PCK już na terenie Francji. Entuzjazmowała się każdą pracą, której się podejmowała. Odznaczała się ogromnym dynamizmem i umiejętnością nawiązywania kontaktów z ludźmi, czym oddawała nam zawsze duże usługi. Pani Ładzina, aktywistka krajowych organizacji kobiecych starego typu, swego czasu poseł do Sejmu z ramienia endecji, niezbyt pasowała do naszego grona, toteż prędko wyjechała na Lazurowe Wybrzeże, gdzie zajęła się rozdawaniem dewocjonalii i pouczeń moralnych uchodźcom, a przyjeżdżała tylko na ważniejsze posiedzenia naszego zarządu. O Chądzyńskim, który objął dział gospodarczy w naszych pracach, będzie jeszcze mowa. Dla zwiększenia operatywności działania i podejmowania szybkich decyzji w bieżących pilnych sprawach, zwłaszcza w dziedzinie asygnowania niezbędnych funduszy, zaproponowałem utworzenie trzyosobowego prezydium w składzie Chiczewski, Zieliński i ja. Zieliński zorientował się szybko, że mam tendencję do brania wszystkich spraw w swe ręce, więc powiedział mi, że z góry akceptuje moje posunięcia pod warunkiem, że go o wszystkim będę informował. Zważywszy, że miałem podobnego rodzaju zobowiązania Chiczewskiego, otrzymałem wolne ręce do pracy, uzyskując zawsze w razie potrzeby potwierdzenie post factum dla mych decyzji ze strony całego zarządu, który stopniowo zaczął mi okazywać coraz większe zaufanie. Z Lourdes przywiozłem jedną z najlepszych urzędniczek MSZ, panią Marię Zajączkowską, która od tego czasu była dla mnie do końca naszej pracy we Francji niezastąpioną sekretarką i opiekunką. Wraz z Talą Miniszewską i moim kuzynem Edwardem Borowskim, przed wojną praktykantem w MSZ, stanowili oni to, co żartobliwie nazywano „sztab pana Zabiełło”. Na szczęśliwy pomysł wpadła Miniszewska, gdy zaproponowała, abym wyrobił jej papiery francuskie. Wówczas jeszcze fałszowanie dla celów konspiracyjnych dowodów osobistych nie weszło w powszechne użycie, toteż sprawa była bardziej skomplikowana. Skorzystałem z tego, że dowiozłem aż do Tuluzy relikt ambasady francuskiej przy rządzie polskim, i otrzymałem od niej jak najbardziej formalne zaświadczenie, że obywatel francuski de Moine, który w pierwszych dniach wojny poślubił Polkę, Natalię Miniszewską, zginął podczas bombardowania Warszawy. Na tej podstawie wdowa uzyskała bez trudności w tuluzańskim urzędzie stanu cywilnego wszystkie zastępcze papiery na miejsce tych, które zginęły w zawierusze wojennej. Wynikało z nich, że jest pełnoprawną obywatelką francuską. Wkrótce okazało się, jak bardzo przydała się ta zmiana nazwiska: tylko bowiem obywatele francuscy zachowali większą swobodę poruszania się, podczas gdy Polacy musieli brać specjalne przepustki przy każdym przejeździe z jednego departamentu do drugiego. Pierwszą rzeczą, którą musiałem uregulować, było uzgodnienie zakresu kompetencji między konsulatem w Tuluzie a PCK. Doszedłem bez trudu do porozumienia z Bitnerem, że konsulat będzie załatwiał wszystkie sprawy obywatelstwa, paszportowe oraz wydawania wszelkiego rodzaju dokumentów i zaświadczeń typu notarialnego, zgodnie ze swymi właściwymi uprawnieniami. Poza tym weźmie w swe ręce sprawę nielegalnej już ewakuacji wojskowych i cywilów, zgłaszających chęć stawienia się do dyspozycji rządu w Londynie. Natomiast PCK przejął całość opieki materialnej i moralnej nad wszystkimi Polakami we Francji, w tym również nad żołnierzami, którzy oczekiwali formalnego zdemobilizowania przez władze francuskie. Wszystko było tym pilniejsze, że
139

Związek Naprawy Rzeczypospolitej („Naprawiacze”), jedno z ugrupowań lewicy sanacyjnej wyłonione przez działaczy młodzieżowej Organizacji Młodzieży Narodowej i pochodnych ugrupowań „Młoda Polska”, „Straż Kresowa”, „Rady Ludowe” itd.

przyspieszony wyjazd rządu, a zwłaszcza ambasady i konsulatów, był dla wszystkich Polaków ogromnym wstrząsem. Na każdym kroku słyszało się rozgoryczone głosy, że „sami uciekli, a nas pozostawili na łaskę losu”. Sam fakt dalszego działania konsulatu w Tuluzie był czynnikiem bardzo pozytywnym, ale zwłaszcza na początku niewiele mógł on zrobić. Zarówno troska o autorytet na przyszłość władz Rzeczypospolitej, jak i konieczność udzielania pomocy ludziom potrzebującym zmuszały nas do szybkiej i maksymalnie wydatnej akcji. Przed klęską Francji na pełnym utrzymaniu Ministerstwa Opieki Społecznej znajdowało się wiele tysięcy nigdzie nie zatrudnionych uchodźców z kraju i członków rodzin zmobilizowanych wojskowych. Przygniatająca większość z nich została wraz z pracownikami licznych biur i urzędów powstałych we Francji po wrześniu 1939 roku skierowana na południe. Do skupisk polskich ściągało też wielu rodaków zatrudnionych z polecenia naszego rządu we francuskim przemyśle zbrojeniowym, którzy obecnie pozbawieni zostali pracy. Wszyscy ci ludzie znaleźli się bez środków utrzymania i często nawet bez dachu nad głową, a w najlepszym wypadku z małym zapasem gotówki (trzymiesięczne odszkodowanie dla urzędników państwowych i zwolnionych przez Francuzów pracowników przemysłowych), którą chowali na czarną godzinę. Domagali się oni natychmiastowej pomocy rządowej, a i wśród ewakuowanych z północy czy też tych, którzy sami uciekli, było sporo rodzin polskich ze starej emigracji, które urządzały się co prawda łatwiej, ale też potrzebowały wsparcia materialnego. Dotyczyło to zwłaszcza rodzin zmobilizowanych żołnierzy polskich, którzy nie wrócili do swych domów. Dużym atutem w uruchamianiu akcji opiekuńczej była niezmiernie charakterystyczna dla Polaków zdolność organizacyjnego improwizowania w trudnych warunkach. Wprowadza to zawsze w zdumienie cudzoziemców przyzwyczajonych do potocznych twierdzeń o anarchii polskiej i polnisches Wirtschaft. Obserwowaliśmy wielokrotnie takie zjawiska, występujące najjaskrawiej w okresie wojennej tułaczki i w ogóle na obczyźnie. Inna rzecz, że zdolność tworzenia z niczego nie idzie u nas w parze z umiejętnością zdyscyplinowanej i systematycznej pracy w warunkach ustabilizowanych, w czym celują Anglicy i Niemcy. U nas, podobnie zresztą jak u Francuzów, występuje od razu niemniej charakterystyczna cecha: każdy jest mądrzejszy i każdy zrobiłby lepiej. W warunkach klęski Francji i bezładnej ewakuacji mogliśmy stwierdzić, jak w każdej miejscowości, w której znalazło się trochę więcej uchodźców polskich, powstawały zaraz jakieś lokalne komiteciki, krzątające się wokoło interesów tej grupy i wydostające od Francuzów maksimum możliwych świadczeń. Zadaniem naszym stało się skoordynowanie tej gorączkowej działalności i nadanie jej jednolitego kursu we wspólnym dla wszystkich nurcie. Oczywiście powstawały od razu pewne zadrażnienia ambicjonalne i prestiżowe, ale na to mieliśmy lekarstwo w postaci powoływania najaktywniejszych i najdzielniejszych jednostek do pracy w tworzonym przez nas aparacie. Było to traktowane jako wyróżnienie i dawało, dzięki wypłacaniu przez nas bardzo niskich, ale wystarczających na pokrycie niezbędnych potrzeb poborów, możność łatwiejszego przetrwania przez okres przejściowy, który zapowiadał się na długo. Sobie również wyznaczyliśmy pewne minimalne płace. Później przybrało to formę małych dodatków gotówkowych (w zależności od stanu rodzinnego), obok mieszkania i utrzymania na równi z podopiecznymi. Polacy stanowili tylko drobny procent uciekinierów wojennych, którzy zalali południe Francji, koczując w samochodach i na ulicach oraz zajmując za zgodą władz wolne lokale szkolne, nie zajęte budynki koszarowe i różne gmachy użyteczności publicznej. Naturalnie Francuzów było najwięcej; liczono ich na miliony, Belgów na setki tysięcy, Polaków na dziesiątki tysięcy, Holendrów i Luksemburczyków na tysiące. Można sobie wyobrazić, że nawet bogaty i zasobny rejon rolniczy został po tygodniu kompletnie objedzony i potrzebna była pomoc rządowa.

Władze francuskie opracowały całą serię zarządzeń, aby przyjść z pomocą uciekinierom. Na ich dobro trzeba zapisać, że nie robiły żadnej różnicy między swymi obywatelami a cudzoziemcami, którzy znaleźli się w podobnie tragicznej sytuacji. Najważniejszy był dekret przewidujący wypłacanie allokacji, czyli zasiłków, przez cały czas przymusowego wojennego przebywania poza swymi ogniskami domowymi. Ustalone zasiłki były bardzo małe, ale stanowić mogły fundament, na którym zamierzaliśmy oprzeć pomoc dla rzesz bezdomnych uchodźców polskich. Dekret allokacyjny wymagał przed wprowadzeniem go w życie mozolnej akcji przygotowawczej, obejmującej przede wszystkim zewidencjonowanie uciekinierów i zorganizowanie skomplikowanej sprawozdawczości, gdyż na początek wymagano każdorazowego podpisu wszystkich, którzy z jakiejkolwiek formy świadczeń państwowych korzystali. Natychmiast po zapoznaniu się z tym dekretem zaproponowaliśmy lokalnym władzom departamentu Tuluzy, gdzie skupiło się najwięcej pozbawionych środków do życia uciekinierów polskich, że jako Polski Czerwony Krzyż we Francji podejmiemy się rozdziału przewidzianych allokacji we wszystkich miejscowościach, gdzie są skupienia Polaków, a nawet że zaczniemy je od razu zaliczkowo wypłacać z własnych funduszów, aż całość akcji francuskiej stanie na nogach, z tym oczywiście, że zaawansowane sumy zostaną nam następnie zwrócone. Władze francuskie były sceptyczne, ale wyraziły zgodę. Niewiele zresztą ryzykowały. W wypadku złego wywiązania się z podjętego przez nas zadania mogły zawsze odrzucić przedstawioną przez nas dokumentację, nie zwracając nam pieniędzy. Tymczasem akcja powiodła się nam nadspodziewanie dobrze. Powierzyliśmy ją na miejscu w Tuluzie byłemu dyrektorowi banku PKO w Paryżu, Aleksandrowi Lisiewiczowi, który już po paru dniach przystąpił do zaliczkowego wypłacania codziennych zasiłków. Mianowaliśmy zaraz Lisiewicza kierownikiem działu opieki społecznej w naszym zarządzie i rozszerzyliśmy analogiczną akcję na dwa dalsze większe skupiska polskie w Lourdes i Bagnères-de-Bigorre. Zadowolenie władz francuskich było całkowite, co umożliwiało rozciągnięcie precedensów z Tuluzy i Lourdes na inne departamenty o większej liczbie uciekinierów polskich. Dotyczyło to przede wszystkim rejonu Marsylii i Nicei. Wyłożone przez nas awansem sumy doszły do wysokości ponad półtora miliona franków i zostały przez rząd francuski zwrócone PCK w ciągu, zdaje się, trzech miesięcy. Francuzi stawiali nas za wzór innym cudzoziemcom, przede wszystkim Belgom, którzy zdołali zmontować podobną akcję dopiero po paru miesiącach, chociaż nie odmawialiśmy im porad, o które się do nas zwracali. Zresztą problem Belgów i większości uchodźców francuskich został wkrótce rozwiązany, gdy niemieckie władze okupacyjne zaczęły udzielać pozwoleń na powrót do swych domostw. W południowej Francji pozostała natomiast duża liczba uchodźców z Alzacji i Lotaryngii, która powiększyła się wkrótce o dalszych, tym razem przymusowych wysiedleńców, gdy Niemcy przyłączyli te prowincje de facto do Rzeszy i zaczęli likwidować uświadomiony element francuski. Specjalna też była sytuacja w północnych departamentach Francji (Nord i Pas de Calais), z których Niemcy zrobili wydzieloną z całości strefę zakazaną. Wszystko to powodowało, że większość ewakuowanej ludności polskiej z północy i wschodu pozostała w strefie tzw. wolnej i obciążyła nasze konto opiekuńcze. Na marginesie wspomnę, że tylko pojedyncze osoby spośród polskich uchodźców wojennych zwracały się do władz niemieckich z prośbą o (w zasadzie zawsze uwzględnianą) zgodę na powrót do kraju. Zajmowaliśmy w tej sprawie stanowisko neutralne, powstrzymując się zarówno od namawiania, jak i od odradzania. Pchnięcie naprzód sprawy allokacji było tylko krokiem wstępnym w zapewnianiu uchodźcom polskim trwałego dachu nad głową i utrzymania, co pozwoliłoby im przetrwać wojnę. Kontynuowaliśmy działalność zapoczątkowaną przez polskie Ministerstwo Opieki Społecznej w Angers, a mianowicie rozbudowę sieci schronisk z pełnym utrzymaniem dla bezdomnych podopiecznych. Było to możliwe

dzięki istnieniu na południu Francji ogromnej liczby miejscowości kuracyjnych i odpoczynkowych z licznymi hotelami i hotelikami (odpowiednik pensjonatów) z możliwym, lecz nie obowiązkowym pełnym utrzymaniem dla wczasowiczów i turystów. Właściciele chętnie zawierali z nami długoterminowe kontrakty wynajmu po cenach ulgowych, gdyż lokale te zwykle były wykorzystywane tylko sezonowo przez część roku, a poza tym liczono się z brakiem klienteli i trudnością jej wyżywienia w warunkach wojennych. Poza allokacjami francuskimi podstawą organizowanego przez nas systemu żywienia zbiorowego w schroniskach stał się wprowadzony wkrótce system kartkowy. Był on bardzo uciążliwy dla ludności, gdyż przydzielane racje ledwo wystarczały na głodową wegetację, ale przynajmniej były realnie osiągalne i można było zawsze na nie liczyć. Ułatwiało nam to sytuację, umożliwiając planowe kalkulowanie. Zakładaliśmy więc, że dodając do allokacji francuskich po parę franków dziennie na każdego podopiecznego będziemy mogli zapewnić mieszkańcom schronisk względnie przyzwoite i kulturalne warunki oczekiwania na lepszą przyszłość. Należało tylko działać możliwie szybko, aby wykorzystać dobrą jeszcze dla nas koniunkturę w hotelarstwie i uprzedzić ewentualnych konkurentów. Bardzo pilną rzeczą było też rozładowanie nadmiernie zagęszczonych skupisk polskich w rejonach Tuluzy i Lourdes - Bagnères przez stworzenie sieci schronisk bardziej równomiernie rozrzuconych po całym terytorium południowej Francji. Zagęszczenie sprzyjało występowaniu nadmiernej nerwowości, na którym to tle szerzyło się bujnie rozgoryczenie i niezadowolenie z władz polskich. Pośpiechu wymagało też gromadzenie większych zapasów żywności dla schronisk, gdyż nie mieliśmy wątpliwości, że w najbliższym czasie zostanie wprowadzony system kartkowy. Poleciliśmy więc robienie zapasów, aby choć przez pewien czas móc uzupełniać mizerne racje rządowe. Możliwości takie, początkowo jeszcze legalne, a potem już tylko półlegalne, umiał w sposób niezmiernie zręczny i obrotny wykorzystywać nasz szef wydziału gospodarczego Chądzyński, jak się później okazało, bynajmniej nie bezinteresownie. Całej akcji trzeba było nadać formy organizacyjne. Dlatego też podzieliliśmy obszar strefy nieokupowanej na trzy okręgi: w dwóch, tuluzańskim i marsylskim, znajdowały się już większe skupiska uchodźców polskich, a trzeci, z centrum w Grenoble, miał się stać nowym rejonem tworzenia schronisk. Na czele każdego okręgu postawiliśmy delegata wyposażonego w bardzo szerokie pełnomocnictwa. W tych warunkach dużą wagę trzeba było przywiązywać do właściwej obsady personalnej kierownictwa delegatur. Na szczęście dysponowaliśmy pierwszorzędnym materiałem ludzkim o dużym doświadczeniu życiowym i organizacyjnym. Wybór mój padł na osoby, których potrzebne zalety znane mi były od dawna. Delegatem na okręg Tuluzy został mój kolega szkolny i uniwersytecki (należeliśmy wówczas do przeciwstawnych organizacji studenckich) Zdzisław Woydat140, długoletni sekretarz generalny Banku Rolnego, który na emigracji we Francji stał na czele polskiej YMCA. Nie zawiodłem się na nim. Wykazał duże zdolności organizacyjne i sprężystość w działaniu, ale był raczej nie lubiany przez współpracowników z powodu twardej ręki, stawiania dużych wymagań i skłonności do zapisywania wszystkich osiągnięć w pracy na swoje konto. Dla zorganizowania delegatury w Grenoble

140

Zdzisław Woydat, ur. 1901, działacz młodzieży rad ykalny, potem sekretarz generalny Banku Rolnego do 1939 i członek dyrekcji YMCA w Polsce.

wytypowałem Czesława Bobrowskiego141, niepospolicie zdolnego i rzutkiego, najpierw urzędnika Ministerstwa Przemysłu i Handlu, a potem dyrektora departamentu ekonomicznego Ministerstwa Rolnictwa, leadera grupy młodych ekonomistów polskich (etatystów). W Polsce Ludowej zajął on potem czołowe stanowiska w dziedzinie gospodarczej i naukowej. Przy tworzeniu w rejonie Grenoble nowych schronisk miał jedno z nich przeznaczyć dla grona intelektualistów, aby stworzyć im warunki dla pracy twórczej. Schronisko to powstało w Grand Hôtel w Grenoble, co umożliwiało korzystanie z cennej biblioteki przy tamtejszej starej uczelni. Bobrowski okazał się dla nas wartościowym nabytkiem. Wreszcie okręg Marsylii powierzyliśmy Obrębskiemu142, byłemu długoletniemu konsulowi generalnemu w tym mieście, który doskonale znał miejscowe warunki i posiadał szerokie stosunki wśród tamtejszych władz i społeczeństwa. Rozpoczął pracę od razu od dużego sukcesu, bo wykorzystując swe znajomości zdołał położyć rękę na opuszczonym tzw. Szpitalu Angielskim w Marsylii z pełnym urządzeniem. Pod wytrawnym kierownictwem dr Nowotnego, znanego lekarza z Zakopanego (zginął później bohatersko z rąk hitlerowców), piękny ten obiekt lecznictwa zamkniętego stał się wkrótce głównym ośrodkiem naszej służby zdrowia, przeznaczonym ¡zwłaszcza dla byłych wojskowych, i służył poza tym jako wypadowa baza dla przygotowywanych nielegalnych wyjazdów przy tzw. ewakuacji wojskowej. Obrębski mógłby być bardzo pożyteczny w swej pracy, gdyby nie ujawniająca się u niego coraz bardziej skłonność do zakulisowych gierek i kopania dołków. Przy okazji wyjazdu Obrębskiego do Marsylii prosiłem go, aby się rozejrzał, czy jest możliwe uruchomienie miejscowego konsulatu generalnego, opuszczonego jak i inne na polecenie Frankowskiego przez swego kierownika Adama Lisiewicza. Z analogiczną misją skierowałem do Lyonu, który świeżo ewakuowały wojska niemieckie, zastępcę konsula z Lille Domańskiego, znającego miejscowe stosunki z poprzedniej pracy w konsulacie lyońskim. Uruchomienie tych dwóch konsulatów nastąpiło wkrótce potem, ale już w związku z powrotem wraz z chargé d’affaires Frankowskim tamtejszych konsulów, jak o tym jeszcze będzie mowa. Drugim podstawowym zadaniem stojącym przed nami była opieka nad żołnierzami polskimi. Jak wspomniałem, nie wszyscy zdołali się ewakuować, a ilość przebywających w strefie nieokupowanej zwiększała się codziennie wskutek napływu tych, którym udało się wydostać spod okupacji niemieckiej, oraz tych, którzy chcieli załatwić francuskie formalności demobilizacyjne ze wszystkimi wypływającymi z tego korzyściami. Orientacyjnie było wszystkich ponad 15 tysięcy. Część tych wojskowych pragnęła wydostać się z Francji i dalej walczyć. Inni, przeważnie żołnierze ze starej emigracji, nie brali pod uwagę opuszczenia Francji i mieli zamiar wrócić do pozbawionych ich opieki rodzin. Dla nich przede wszystkim niezbędne były formalności demobilizacyjne. Większość zajmowała postawę bierną, to znaczy chwilowo czekała na załatwienie formalności wojskowych i dalsze rozporządzenia władz francuskich czy polskich. Nieskoordynowane poczynania ewakuacyjne usiłował wziąć w swe ręce konsulat w Tuluzie; akcja ta była dla nas podwójnie ważna. Chodziło o zwiększenie liczebności wojska, które rekonstruował w Anglii Sikorski, i o to, by ludzie ci nie dostali się w ręce Niemców. Uważaliśmy, że już w Północnej Afryce będą bezpieczniejsi niż we Francji metropolitalnej. Natomiast podstawowym zadaniem naszym jako instytucji opiekuńczej było zajęcie się żołnierzami, których władze francuskie starały się grupować w dwóch specjalnych obozach polskich, położonych jeden na północ od Marsylii (Carpiagne), a drugi na północ od Tuluzy (Caylus).

141

Czesław Bobrowski, ur. 1904, ekonomista, kierownik referatu radzieckiego w Ministerstwie Przemysłu i Handlu i dyrektor Sowpoltorgu w Moskwie, a potem dyrektor departamentu ekonomicznego Ministerstwa Rolnictwa do 1939. Redaktor etatystycznej „Gospodarki Narodowej”. 142 Witold Obrębski, ur. 1891, w MSZ od 1919. Konsul generalny w Marsylii 1932 -1938 i ponownie 1939-1949.

Nastroje wśród tych żołnierzy, niejednokrotnie porzuconych przez oficerów, były, powiedzmy otwarcie, wręcz złe. Zaraźliwie działał przykład rozprzężenia i demoralizacji, panoszących się nagminnie wśród wojskowych francuskich. W obu obozach przeważał element rozgoryczony i zanarchizowany. Postępujący rozkład groził, że łudzi tych nie będzie już można w przyszłości wykorzystać. Zakładaliśmy bowiem początkowo, że będą oni jeszcze niezbędni przy końcu wojny, bądź we Francji, bądź gdzie indziej. Wezwawszy wyższych dowódców, m. in. gen. Szyszko Bohusza143, który znalazł się w Tuluzie, aby nakazali oficerom bezzwłoczne zaopiekowanie się tymi żołnierzami, postanowiliśmy pomóc im materialnie oraz zorganizować jakieś zajęcia i rozrywki. Na ten cel nie żałowaliśmy pieniędzy. Staraliśmy się też u wojskowych władz francuskich o szybkie załatwianie formalności demobilizacyjnych i przyznanie Polakom takich samych wypłat jak Francuzom (nie mieliśmy z tym nigdy trudności) oraz o wydawanie im należnego utrzymania i zaopatrzenia. W razie potrzeby dostarczaliśmy żołnierzom do obozów naszymi ciężarówkami rzeczy brakujące z różnych składów, na których mogliśmy położyć rękę. Szeroko organizowaliśmy warsztaty pracy typu rzemieślniczego. Przywiązywaliśmy do tego dużą wagę, gdyż dawało to ważne w istniejących warunkach zajęcie bieżące i przygotowywało do zarobkowania na przyszłość. Poza tym urządzaliśmy boiska sportowe, różnego typu gry i zabawy, świetlice z pełnym wyposażeniem, odczyty, występy artystyczne, filmy, przedstawienia amatorskie itd. Okazało się, że włożony wysiłek nie idzie na marne i zaczyna przynosić owoce. Nastroje w obozach powoli poprawiały się, chociaż nadal nie były najlepsze. W miarę napływu oficerów o dobrej woli coraz łatwiej było przystępować do podstawowego zadania, za które uważaliśmy wpajanie w żołnierzy, że są nadal kadrą wojska polskiego na obczyźnie. W pracach organizacyjnych wśród żołnierzy wyróżnił się wspomniany już były wiceminister Adam Rose. Dla rodzin ewakuowanych wojskowych polskich, które pozostały we Francji, utworzyliśmy specjalne schroniska. Zajął się tym płk Marian Romeyko144, właściciel posiadłości pod Cannes (nazywała się Malakhoff), który w naszym imieniu wynajął w tym celu parę hoteli w pięknej miejscowości nadmorskiej Juan-les-Pins. Chodziło o to, aby wojskowi w Anglii byli spokojni o los bliskich. W praktyce były to niemal wyłącznie żony oficerów, które stanowiły zbiorowisko niezmiernie trudne i kłopotliwe. Aby skończyć ze sprawami wojskowymi, dodam, że zaraz na początku naszej działalności w Tuluzie zgłosiło się do mnie paru znanych mi oficerów z II Oddziału z zawiadomieniem, że zamierzają zorganizować wywiad antyniemiecki na terenie Francji, oraz z prośbą o pomoc materialną i techniczną. Udzieliłem im jednorazowej subwencji i przekazałem do dyspozycji nasz ministerialny sprzęt radiowo-nadawczy wraz z personelem, który pozostał na terenie Francji. Umożliwiło im to nawiązanie kontaktu z Londynem i natychmiastowe podjęcie działalności wywiadowczej, która następnie pięknie się rozwinęła, zwłaszcza od czasu gdy na jej czele stanął wspomniany przed chwilą płk Romeyko. Do końca okupacji oddawała ona sztabom sojuszników zachodnich wielkie usługi. Już w pierwszych dniach naszego urzędowania podjęliśmy inicjatywę w kierunku nawiązania kontaktów z jeńcami polskimi i pomagania im; znaleźli się oni razem z Francuzami w wielkim obozie żołnierskim zorganizowanym przez Niemców w Châteaubriant (Bretania). Mogliśmy jednak to zrobić tylko za pośrednictwem Francuskiego Czerwonego Krzyża. Dzięki pani Gontaut-Biron uzyskaliśmy jego zgodę oraz wiele darów w naturze. Na czele zorganizowanej w ten sposób kolumny

143

Gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz, ur. 1897, oficer zawodowy. Dowódca Brygady Podhalańskiej w wyprawie norweskiej 1940. Szef Polskiej Misji Wojskowej w ZSRR 1941. 144 Płk Marian Romeyko, ur. 1897, dyplomowany oficer lotnictwa i wykładowca Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie, attaché wojskowy w Rzymie 1937-1940.

samochodowej postawiliśmy sprytnego i obrotnego przedwojennego przedstawiciela Orbisu we Francji, Bernarda. Wypad udał się nadspodziewanie dobrze. Bernard bez żadnych trudności przekroczył granicę strefy okupacyjnej, a wojskowe władze niemieckie były zdziwione szybkością, z jaką „Francuski Czerwony Krzyż” przystąpił do niesienia pomocy swym jeńcom wojennym. Bernard łatwo dotarł do obozu w Châteaubriant, gdzie odnalazł Polaków i dopomógł im od razu w uruchomieniu akcji niezbyt jeszcze wówczas trudnych ucieczek, zwłaszcza gdy się miało zapewnioną pomoc okolicznych Polaków, pracujących przeważnie na fermach francuskich. Naturalnie niepostrzeżone ucieczki można było organizować tylko dla pojedynczych ludzi, ale akcja szła dobrze. Po kilku tygodniach obóz zlikwidowano; prawie wszystkich jeńców przeniesiono w głąb Niemiec. Po tej pomyślnie zakończonej wyprawie Bernarda niemieckie dowództwo wojskowe w Bordeaux wyraziło zgodę na dalsze transporty darów, dostarczając niezbędnych przepustek i nawet benzyny, o którą było coraz trudniej. Bernard zdołał odbyć jeszcze parę podróży, przywożąc z jednej z nich mienie PCK porzucone w Bordeaux. Francuzi chętnie skorzystali z utorowanej drogi, co nam było tylko na rękę, gdyż przy okazji czerpaliśmy z ich zasobów, a nawet benzyny, niemiecką zaś zatrzymaliśmy dla naszych potrzeb. Pozwoliło to korzystać nam z parku samochodowego (rzecz ważna z powodu przeciążenia transportu kolejowego) jeszcze przez pewien czas, dopóki władze francuskie nie wydały całkowitego zakazu sprzedaży benzyny z wyjątkiem garstki osób uprzywilejowanych i korpusu dyplomatycznego. Później wzorem Francuzów zaczęliśmy przerabiać nasze wozy na napęd gazogenowy. Akcja jeniecka przyniosła nam duże korzyści na przyszłość, gdyż zapoczątkowała bliskie i przyjazne stosunki z Francuskim Czerwonym Krzyżem, który nabrał o nas dobrego wyobrażenia i odwdzięczył się nam w przyszłości w sposób stokrotny, o czym jeszcze będzie mowa. Wszystkie te prace wymagały przede wszystkim pieniędzy. Poza sumami, które wniósł Chiczewski z funduszów pozostawionych przez Strasburgera, i tym, co zebrałem w Bajonnie, jeszcze Zieliński przywiózł z Bordeaux około półtora miliona franków w gotówce i dokumenty na cztery miliony franków zdeponowanych w bankach paryskich. Ta ostatnia suma była chwilowo nie do podjęcia ze względu na zablokowanie kont przez okupanta i niemożność dotarcia do Paryża. Razem dysponowaliśmy więc niecałymi 14 milionami franków (nie licząc sum walutowych). Kot zapewniał przed odjazdem, że możemy liczyć na dopływ gotówki, ale chwilowo było to jeszcze widłami na wodzie pisane. Do majątku PCK należało też całe mienie państwowe pozostawione we Francji w postaci zwłaszcza samochodów osobowych, ciężarówek i różnego sprzętu biurowego. Jednym z pierwszych naszych kroków było polecenie odszukania tego mienia, zewidencjonowanie go i zabezpieczenie przed przywłaszczeniem przez osoby niepowołane. Większą wartość przedstawiał zwłaszcza park samochodowy liczący setki wozów, w większości przybyłych z kraju przez Rumunię. W przyszłości zostanie on prawie całkowicie rozprzedany, przynosząc PCK sporą sumkę. W pierwszym okresie naszej pracy stanąłem na stanowisku, że brak pieniędzy nie powinien uniemożliwiać robienia rzeczy niezbędnych, pilnych i dających natychmiastowe rezultaty. Dlatego też traktowałem na ogół liberalnie wnioski finansowe naszych terenowych współpracowników, o ile były one rzeczowe i należycie uzasadnione. Zdawałem sobie sprawę, że część z nich stawia wnioski na wyrost, przyzwyczajona do automatycznego kreślenia i redukowania, co bywało praktykowane przy ustalaniu budżetu państwowego. Odwoływałem się jednak do ich poczucia obywatelskiego i do potrzeby przestrzegania podstawowej zasady najskromniejszego i najoszczędniejszego gospodarowania przyznanymi już funduszami społecznymi. Na zebraniach zarządu tłumaczyłem, że

w gorączkowej pracy improwizowanej mniejszym złem jest wydanie zbędnej złotówki niż zaniechanie czegoś koniecznego. Od początku też wyjaśniałem naszym delegatom i przedstawicielom, że należy odróżniać budżet zwykły, który musi być jak najskromniejszy, od wydatków jednorazowych, nadzwyczajnych, inwestycyjnych czy też przeznaczonych na robienie zapasów. Taka gospodarka mogła trwać tylko przez bardzo krótki okres przejściowy, toteż na porządku dziennym stanęła wówczas sprawa nowej organizacji naszej pracy i twardej dyscypliny finansowej. Wiązało się to z całą pozycją PCK we Francji, zarówno wobec władz polskich, jak i francuskich. Kładliśmy zawsze duży nacisk na to, że nasza praca nie ma zupełnie charakteru politycznego, i nie spieszyliśmy się z nawiązywaniem kontaktów z centralnymi władzami francuskimi, przeniesionymi w międzyczasie z Bordeaux do Vichy. Chwilowo nie odczuwaliśmy braku oficjalnego uznania naszej akcji, a uważaliśmy, że dużo lepiej będzie rozpocząć rozmowy z przedstawicielami rządu francuskiego na ten temat, gdy będziemy mogli wykazać się już szeregiem pozytywnych osiągnięć. Tymczasem liczni pozostali we Francji działacze polityczni i dygnitarze przedwojenni byli zupełnie innego zdania. Z przekąsem i niechęcią odnosili się do zarządu PCK we Francji, składającego się z ludzi na ogół mało znanych i nie eksponowanych w przekroju ogólnopolskim. Lekceważyli naszą działalność opiekuńczą, myśląc tylko o tzw. wielkiej polityce i o zasadniczych rozmowach z rządem francuskim. Chcieli narzucać mu się pojedynczo lub grupowo jako reprezentacja polityczna Polaków we Francji. Było rzeczą zupełnie zrozumiałą, że premier Sikorski, atakowany po przybyciu do Londynu przez swych przeciwników za nieprzewidzenie klęski Francji i niezabezpieczenie naszych interesów, szukał dostępu do najwyższych władz francuskich, aby załatwić dwie główne i w danej chwili najbardziej aktualne sprawy, a mianowicie kwestię naszego złota i kwestię wojskowych polskich we Francji. W tym celu wysłał do Vichy dla przeprowadzenia w jego imieniu rozmów z rządem francuskim i z samym Pétainem długoletniego totumfackiego Ignacego Paderewskiego Sylwina Strakacza, mianowanego w okresie angerskim konsulem generalnym w Genewie i przedstawicielem polskim przy Lidze Narodów. Misja ta nie dała spodziewanych rezultatów. Sprawa złota została już w naszej literaturze dostatecznie naświetlona145. Przypomnę tu tylko, że zostało ono załadowane w Bordeaux, wraz ze złotem Banku Francji i Banku Belgii, na krążownik francuski mający przewieźć ten cenny ładunek na kontynent amerykański. Po drodze okręt ten został cofnięty, z polecenia nowego rządu marszałka Pétaina, i skierowany do Dakaru, skąd całe złoto przewieziono do Bamako w Sudanie francuskim, dzisiaj stolicy Mali. W przyszłości niejednokrotnie musiałem się tą sprawą zajmować. Już jednak wówczas Francuzi stali na stanowisku, że wszelkie poruszanie kwestii złota jest niebezpieczne, gdyż ściąga uwagę Niemców, którzy mogą zaraz zażądać jego wydania. Starania o wywiezienie wszystkich wojskowych polskich były równie beznadziejne, ponieważ warunki zawieszenia broni w Compiègne przewidywały niewypuszczanie poza granice Francji ludzi zdolnych do noszenia broni (w wieku podlegającym mobilizacji), a skrupulatne wypełnianie zobowiązań rozejmowych było kamieniem węgielnym całej polityki reżimu Vichy. Francuzi więc nie chcieli nawet słyszeć o oficjalnym oddaniu wojskowych polskich z Francji do dyspozycji Sikorskiego, zaś prośba Strakacza o niedyskryminowanie ich przy demobilizacji w porównaniu do żołnierzy francuskich i przychylne ich traktowanie była o tyle bezprzedmiotowa, że władze francuskie postępowały tak z własnej inicjatywy.

145

Przede wszystkim rozprawa dyr. Zygmunta Karpińskiego „Los złota polskiego podczas II wojny światowej”, Warszawa 1958.

Rozmowy Strakacza w Vichy, aczkolwiek w praktyce bezcelowe, miały swe wyjściowe uzasadnienie i nie wzbudzały u nikogo orientującego się w tych sprawach jakichkolwiek wątpliwości. Gorzej było, gdy w charakterze jedynie powołanych do występowania w roli rzeczników interesów polskich zaczęły zabierać głos osoby zupełnie przypadkowe. Odnosiło się to przede wszystkim do Bitnera i Obrębskiego, którzy nawiązali kontakt ze Strakaczem, żeby pod jego osłoną odgrywać czołową rolę, oraz do wręcz chorego na mitomanię byłego posła w Teheranie Stanisława Hempla146, który narzucał się francuskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych z różnego rodzaju projektami i propozycjami. Inna grupa matadorów przebywających na południu Francji zjawiła się w Tuluzie, aby zaproponować mnie i Bitnerowi wspólne stworzenie politycznego komitetu polskiego jako reprezentacji Polonii we Francji i podjęcie rozmów z francuskimi czynnikami politycznymi, Naturalnie starej emigracji panowie ci nie dostrzegali w ogóle, a nas dwóch, działających już praktycznie na terenie Francji, chcieli wyraźnie podporządkować sobie, majoryzując w swym komitecie. Oparłem się stanowczo takim projektom, tłumacząc, że dla akcji opiekuńczej wystarcza konsulat i nasz PCK, podczas gdy sprawa stosunków politycznych z rządem francuskim z Vichy, który podpisał kapitulację, łamiąc formalne zobowiązania sojusznicze wobec Rzeczypospolitej, należy jedynie do rządu naszego w Londynie, bez którego wiedzy i zgody nie wolno nam się angażować. Mój protest wywołał wielkie niezadowolenie, bo ukrytą myślą tych działaczy było stworzenie polskiego ośrodka politycznego konkurującego z Sikorskim i jego rządem. Tylko paru z nich, jak na przykład Kajetan Morawski147, Stanisław Cat-Mackiewicz, Ignacy Matuszewski, ograniczyło się następnie do załatwiania sobie wyjazdu za granicę. Większość pozostałych, w tej liczbie przywódca endeków Bielecki, Jerzy Zdziechowski, Emeryk Hutten-Czapski148, i inni, podążyła zaraz do Vichy, gdzie obok Hempla i przybyłego tam również Adama Rose szukała możliwości kontaktu z decydującymi czynnikami francuskimi. Władze francuskie, a przede wszystkim Ministerstwo Spraw Zagranicznych, odczuwały potrzebę oficjalnego reprezentanta strony polskiej. Wśród dyplomatów francuskich przeważali attentyści, którzy w imię ewentualnych przyszłych potrzeb politycznych nie chcieli tracić kontaktu z rządem polskim, a dla administracji było rzeczą ważną móc załatwiać z kimś kompetentnym sprawy związane z istnieniem we Francji sześćsettysięcznej masy obywateli polskich. Właśnie dlatego Francuzi niechętnie przyjmowali awanse niepowołanych rzeczników i mieli dość dzikiej konkurencji w tej dziedzinie. Tu leży źródło zwrócenia się kierownictwa francuskiej polityki zagranicznej do przebywającego już w Lizbonie ostatniego polskiego chargé d’affaires Feliksa Frankowskiego, aby wrócił niezwłocznie do Francji i objął urzędowanie wraz z ambasadą i trzema możliwymi do uruchomienia konsulatami w strefie wolnej. Istnienie nadal w Vichy przedstawicielstw dyplomatycznych Belgii, Holandii, Norwegii, Danii i Luksemburga, a więc krajów okupowanych przez Niemców, zachęcało Francuzów do próby reaktywowania placówek polskich. Nie znam treści wymiany zdań na ten temat między Frankowskim a rządem polskim w Londynie, w każdym razie wrócił on ze swymi współpracownikami w drugiej połowie lipca 1940 r. do Vichy. Niestety nie uznał za potrzebne jechać przez Tuluzę (zresztą najkrótszą drogą), aby porozumieć się z nami i zapoznać się z tym, czego w czasie jego nieobecności dokonał już PCK i konsulat w Tuluzie. Wydelegował tylko w tym celu Aleksandra Kawałkowskiego, który pełnił wówczas funkcję radcy emigracyjnego ambasady. Przedstawiliśmy mu szczegółowo sytuację, potrzeby i podjęte już przez nas

146 147

Stanisław Hempel, ur. 1891, w MSZ od 1919. Poseł w Teheranie 1925 -1938, następnie senator. Kajetan Dzierżykraj-Morawski, ur. 1892, w MSZ 1918-1935. Wiceminister skarbu 1937-1939, sekretarz generalny MSZ w Londynie 1941-1943, po czym ambasador przy rządzie de Gaulle’a w Algierze i Paryżu. 148 Emeryk Hutten-Czapski, ur. 1897, działacz organizacji ziemiańskich i poseł na Sejm 1928 -1935.

kroki. Wyczuliśmy jednak od razu, że wzajemne stosunki nie będą zbyt łatwe, bo ambasada była skłonna uważać, że podczas jej nieobecności nic się nie działo i że punktem wyjściowym jej działalności ma być sytuacja, jaka istniała w chwili jej ewakuacji. Było to swego rodzaju samousprawiedliwienie się, ale w sposób, który nas oburzał. Krótkie spięcie nastąpiło od razu w sprawie konsulatu w Tuluzie. Podkreślaliśmy wyraźnie, że uruchomienie pozostałych konsulatów jest konieczne i przyczyni się do poszukiwanego przez nas wszystkich odprężenia w nastrojach mas uchodźczych. Uważaliśmy za rzecz naturalną, że konsulaty w Lyonie i Marsylii obejmą ich dawni szefowie. Natomiast twierdziliśmy z naciskiem, że byłoby rzeczą niesłuszną, a nawet niesprawiedliwą, gdyby Bitner, który oddał duże usługi uruchamiając w trudnych chwilach działalność konsulatu w Tuluzie, został teraz usunięty na rzecz wracającego z zagranicy Dygata. Kawałkowski uznał nasze stanowisko w tej sprawie za absolutnie nie do przyjęcia. Powróciliśmy do niej w tydzień później. Udaliśmy się wówczas wraz z Chiczewskim i Zielińskim, jako prezydium zarządu PCK we Francji, do Vichy w celu przeprowadzenia rozmów z kierownikiem ambasady Frankowskim. Nie chciał on uwzględnić naszej argumentacji, powołując się na legalistyczny motyw, że exequatur rządu francuskiego posiada jedynie Dygat. Godził się najwyżej na pozostawienie Bitnera w Tuluzie w charakterze zastępcy konsula. Była spora doza słuszności w tym stanowisku, ale w ogólnym kontekście potwierdzało to tylko nasze przekonanie, że ambasada odnosi się niechętnie do wszystkiego, co zostało zrobione w ostatnich tygodniach, gdyż uwypukla to tylko szkodliwość jej zbyt pospiesznego wyjazdu. Ostatecznie uzyskaliśmy jedynie odłożenie o dwa tygodnie przekazanie kierownictwa konsulatu w Tuluzie Dygatowi przez Bitnera. Ten ostatni nie zgodził się pracować nadal w konsulacie w roli podwładnego urzędnika, toteż powierzyliśmy mu w zarządzie PCK dział wojskowy. Okazało się jednak, że pomimo dobrych chęci i ofiarności rutyna adwokata i działacza politycznego nie sprzyjała pracy administracyjno-organizacyjnej ujętej w ramy biurokratycznej (w dobrym tego słowa znaczeniu) systematyczności i porządku. Przekonaliśmy się wkrótce, że ze strony Bitnera na żadną pomoc nie możemy liczyć, a jego zacięcie polityczne wnosi nuty raczej dla nas niepożądane. Musiałem użyć całej mej nabytej w szkole dyplomatycznej umiejętności przekonywania, aby go namówić na wyjazd do Londynu pod pretekstem konieczności wyłożenia tamtejszym czynnikom rządowym naszych potrzeb, ze szczególnym uwzględnieniem spraw wojskowych. Nie myliłem się, sądząc, że gdy tam pojedzie, to już nie wróci. Był on typowym potwierdzeniem, że człowiek cenny i wartościowy w jednym wypadku, do współpracy w drugim się nie nadaje. W naszych rozmowach z Frankowskim okazało się od razu, że ambasada pragnie odebrać nam wszystkie fundusze i sprowadzić PCK do roli biernego organu wykonawczego w sprawach opieki społecznej. Uważaliśmy taką tendencję dla nas za krzywdzącą po bezspornych osiągnięciach wstępnych, którymi mogliśmy się poszczycić. Broniliśmy energicznie naszej samodzielności i naszych pieniędzy, nie kwestionując naturalnie praw ambasady do kierownictwa politycznego i do kontroli naszych poczynań. Ułatwiło nam sytuację, że po sprawozdaniu, które posłałem Kotowi z pierwszej fazy naszych prac, Zarząd Główny PCK w Londynie zatwierdził Chiczewskiego, Zielińskiego i mnie jako swych pełnomocników na terenie Francji i przesłał nam za pośrednictwem ambasady podziękowanie za rozwijanie pożytecznej aktywności. Pozwoliło mi to na nieustępliwość w rozmowach z Frankowskim, a wiedziałem, że to jest jedyny sposób na niego. Jeszcze tylko urzędujący przy nim znów jako attaché wojskowy gen. Juliusz

Kleeberg149, który automatycznie przejął kierownictwo nad wojskową ewakuacją, usiłował nas przekonać, że ma szanse wysłania większej ilości naszych ludzi statkami na Bliski Wschód, ale płacąc za to sporą sumą w dolarach. Byłem bardzo sceptyczny co do realności tych projektów po niejednym już złym doświadczeniu z nabywaniem statków i opłacaniem z góry przejazdu, ale wytłumaczyłem moim kolegom, że nie mamy prawa robić trudności w tak ważnej sprawie, ściągając na siebie formalną odpowiedzialność za niepowodzenie ewakuacji. Wypłaciliśmy Kleebergowi 30 tysięcy dolarów, czyli znaczną część naszej rezerwy walutowej. O ile się orientuję, niewiele z tymi pieniędzmi zdziałał. Poza tym wobec tego, że ambasada rzeczywiście nie miała pieniędzy, bo nie zorganizowała sobie jeszcze ich dopływu z Londynu, pożyczyliśmy jej na krótki termin milion franków. Radca finansowy ambasady Władysław Houwalt był człowiekiem solidnym, i wiedziałem, że nie zawiodę się na jego zobowiązaniu. Ambasada niechętna była również naszemu postanowieniu przeniesienia się do Vichy, ale i w tym wypadku nasza argumentacja była nie do odparcia. Czas było zacząć kierować naszą akcją opiekuńczą ze szczebla centralnego i uzyskać oficjalne akredytowanie przy władzach rządowych. Ostatni argument Frankowskiego o kolosalnym już wtedy zatłoczeniu prowizorycznej stolicy był też łatwy do odparcia, bo ścisły zakaz osiedlania się tam osobom nie zatrudnionym w instytucjach użyteczności publicznej wchodził dopiero w życie, a na miejscu istniały jeszcze z czasów przed klęską Francji dwa schroniska polskie w wynajętych dużych hotelach, które - zgodnie z ówczesną praktyką - tylko częściowo zostały zarekwirowane na użytek urzędów państwowych i ich personelu. Kierowniczka tych schronisk, pani Maria Krąkowska, zarezerwowała w tych hotelach wystarczającą ilość miejsc dla całego naszego personelu. Wkrótce potem pod naciskiem władz francuskich zlikwidowaliśmy oba schroniska, rozmieszczając ich mieszkańców w schroniskach prowincjonalnych i zrzekliśmy się jednego z hoteli o większej ilości miejsc. Zatrzymaliśmy natomiast sporo lokali w drugim i porządniejszym hotelu „Alexandra et des Anglais”, w tym jedynie ogrzewane pokoje na pierwszym i drugim piętrze. Lecz nawet i tu marzliśmy okropnie, gdy przyszła sroga zima 1940 r. na 1941, a przestarzałe przewody elektryczne nie pozwalały na używanie piecyków. Na biura Zarządu PCK udało się nam wynająć samodzielną, nie podlegającą rekwizycji willę dziesięciopokojową. Z przeniesieniem do Vichy wiązała się nasza decyzja zreorganizowania metod pracy i przystosowania ich do bardziej ustabilizowanych warunków. Przystąpiliśmy do tworzenia normalnego aparatu wykonawczego z podziałem na sekcje kierowane przez odpowiednio dobranych i wytrawnych pracowników, a nie przez przypadkowo wyznaczonych członków Zarządu. W całej ostrości stanęła też sprawa władz naczelnych naszego PCK. Jeszcze przed przeprowadzką z Tuluzy zostałem telefonicznie wezwany przez Frankowskiego do Vichy. Okazało się, że po powrocie ambasady wspomniani już politycy i dygnitarze przestali narzucać się Francuzom, ale kolejne ataki skierowali na PCK, któremu zarzucali zarówno rzekomo zbyt małą reprezentatywność, jak i złą jakoby działalność. Jako przykład tych zarzutów przytoczę, że Rose opowiadał na wszystkie strony, iż trwonię pieniądze, bo gdy kierował akcją w obozach żołnierskich, dałem mu sumę, o którą prosił, a on przecież mógłby zrobić to samo za mniejsze pieniądze. Odpowiadałem po prostu, że sam siebie dyskredytuje, bo jeżeli tak jest troskliwy o grosz publiczny, to powinien był zaoszczędzić, co było możliwe, i wpłacić z powrotem do kasy PCK. Cała akcja nie była trudna do rozszyfrowania. Sytuacja nieco się wyjaśniła i ludziom uśmiechało się przejęcie w swe ręce roboty już rozkręconej i dającej okazję do przyszłego politycznego

149

Gen. Juliusz Kleeberg, ur. 1890, oficer zawodowy. Dowódca brygady kawalerii do 1939, attaché wojskowy we Francji 1939-1940.

dyskontowania. Występowali wobec Frankowskiego z różnymi projektami zmian, które sprowadzały się do usunięcia dotychczasowych członków Zarządu PCK. To właśnie było powodem wezwania mnie do ambasady. Przez prostą lojalność broniłem energicznie istniejącego składu, twierdząc, że brutalne usunięcie go po tym, co zostało zrobione, byłoby niedopuszczalną niesprawiedliwością, ale przyznawałem, że konieczne są pewne zmiany personalne i wprowadzenie paru nowych ludzi, cieszących się poważaniem w skupiskach wychodźców z kraju. Z dłuższej rozmowy z Frankowskim wyłoniła się koncepcja pozostawienia istniejącego już Zarządu w nieco zmienionym składzie, ale ustanowienia nad nim swego rodzaju Rady Naczelnej składającej się z poważnych i szanowanych działaczy obu emigracji. Opracowaliśmy na miejscu szkicowy projekt takiej Rady, przy czym uwzględniliśmy też różne propozycje personalne składane dotychczas ambasadzie. Frankowski, jak zawsze, wolał nie angażować się w wiążące dyskusje i listę przesłał do Londynu jako nieobowiązującą propozycję z prośbą o wyznaczenie projektowanego komitetu. Odpowiedzi długo nie było. Byliśmy całkowicie pochłonięci reorganizacją pracy już w Vichy, gdy niespodziewanie w pierwszych dniach września wezwał mnie Frankowski i w największej tajemnicy oświadczył, iż wskutek nacisków niemieckich władz okupacyjnych oficjalne placówki polskie we Francji zostaną przypuszczalnie w niedługim czasie zamknięte. Przewidując tę ewentualność, rząd nasz wydał już odpowiednie dyspozycje. Zostanie utworzony komitet społeczny dla kierowania akcją opiekuńczą w składzie zbliżonym do naszej propozycji. Poza tym po zlikwidowaniu ambasady funkcja nieoficjalnego przedstawiciela rządu we Francji została przez rząd powierzona mnie.

Część druga
VI Przedstawiciel rządu
Zerwanie stosunków dyplomatycznych między rządem francuskim marszałka Pétaina w Vichy a polskim rządem na emigracji w Londynie zostało dokonane w połowie września 1940 r. wbrew woli Francuzów, na żądanie niemieckiej komisji kontroli wykonania zawieszenia broni, urzędującej stale w Wiesbadenie. Istnieje różnica w przedstawianiu tej sprawy przez ówczesnego sekretarza generalnego francuskiego MSZ Franciszka Charles-Roux w jego pamiętnikach wojennych150, a tym, jak mnie wówczas na gorąco informował nasz chargé d’affaires we Francji Feliks Frankowski. Charles-Roux pisze, że Niemcy chcieli zmusić Francję do uznania zawczasu nieistnienia państwa polskiego i dlatego zażądali na początku sierpnia 1940 r. zlikwidowania ambasady i konsulatów polskich we Francji, powołując się na artykuł rozejmu w Compiègne, który w sposób ogólnikowy zobowiązywał Francję do niepodejmowania wrogich kroków wobec Rzeszy Niemieckiej. Francuskie MSZ opracowało 12 sierpnia 1940 r. memoriał kwestionujący pod względem prawnym powoływanie się na ten właśnie wspomniany artykuł, ale rzecz prosta nie odniosło to żadnego skutku. CharlesRoux, przeciwnik polityki kolaboracji, nadmienia, że „wreszcie żądania niemieckie stały się

150

François Charles-Roux, ur. 1879, dyplomata francuski. Ambasador przy Watykanie 1932-1940, sekretarz generalny francuskiego MSZ mai-wrzesień 1940. Po wojnie prezes „Kompanii Kanału Sueskiego”. Autor m. in. książki „Cinq mois tragiques aux Affaires Etrangères”, Paris 1950.

natarczywe”. Jego zdaniem dopiero po zamknięciu polskich placówek dyplomatyczno-konsularnych Niemcy wystąpili kolejno o zlikwidowanie przedstawicielstw Belgii, Holandii, Norwegii i Luksemburga. Według wersji Frankowskiego, którą raczej potwierdzają moje osobiste wspomnienia, Niemcy domagali się, aby Francja zerwała stosunki dyplomatyczne ze wszystkimi państwami, z którymi Trzecia Rzesza jest w stanie wojny. Vichy podporządkowało się temu, ale z wyłączeniem Polski, gdyż sofistycznie interpretowało sens żądań niemieckich jako nie dotyczących nas, ponieważ strona niemiecka nie uznaje istnienia państwa polskiego, a wobec tego nie może ono być z Rzeszą w stanie wojny. Przedłużyło to jedynie sprawę o parę tygodni, bo okupanci, dowiedziawszy się o istnieniu nadal w Vichy ambasady polskiej, natychmiast kazali ją zamknąć. Informując mnie o przyszłych funkcjach, które mam spełniać we Francji, Frankowski twierdził, że sprawa będzie aktualna nie wcześniej niż za tydzień. Skorzystałem z tego i pojechałem na południe Francji, aby zobaczyć się z matką i siostrą, które przebywały w nowo utworzonym polskim schronisku w Hyères niedaleko Marsylii. Chciałem je urządzić w Nicei, gdzie mieszkało wielu naszych przyjaciół i znajomych. Ledwo jednak dojechałem samochodem do Marsylii (od mego pobytu w Lourdes woził mnie wspomniany już szofer Konstanty Sawicz), gdy tamtejszy konsul generalny Adam Lisiewicz zawiadomił mnie, że ambasada prosi, abym terminowo wrócił do Vichy. Wiedziałem, że to oznacza początek nowego okresu mej pracy na terenie Francji. Wobec Frankowskiego, konsulów i personelu ambasady Francuzi okazali daleko posuniętą kurtuazję, tak samo zresztą jak wobec innych zamykanych pod przymusem przedstawicielstw zagranicznych. Pozostawili do wyboru bądź wyjazd z Francji z wszystkimi ułatwieniami, bez stosowania w danym wypadku ograniczeń narzuconych przez władze okupacyjne, bądź pozostanie na terytorium francuskim w warunkach również uprzywilejowanych, bo z prawem pracy zarobkowej (rzecz zawsze tak trudna tam do uzyskania), poruszania się po całej strefie nieokupowanej bez specjalnych glejtów podróży wymaganych od cudzoziemców oraz zamieszkiwania w dowolnej miejscowości, włącznie z Vichy, które zostało już wówczas zamknięte dla wszystkich nie pracujących tam w urzędach państwowych i nie traktowanych w sposób uprzywilejowany (np. korpus dyplomatyczny). Decyzje były różne. Wraz z Frankowskim wyjeżdżali: radca ambasady Aleksander Mohl151, I sekretarz Aleksander Mniszek152 i radca finansowy Władysław Houwalt153 oraz parę osób z personelu pomocniczego. Na prośbę Frankowskiego wziąłem do siebie jego służącego, Jana Ludwińskiego, zatrudniając go w charakterze woźnego. Zdecydowali się pozostać i współpracować ze mną154: radca emigracyjny Aleksander Kawałkowski, I sekretarz ambasady Wiesław Dąbrowski155 i II sekretarz Kazimierz Sośnicki156. Z konsulów wyjechał Lisiewicz z Marsylii, natomiast Dygat z Tuluzy i
151

Aleksander Mohl (1899-1953), wieloletni sekretarz marszałka senatu, sekretarz ambasady w Paryżu 1936 1940. 152 Aleksander Mniszek, ur. 1904, w MSZ od 1931. Do 1939 urzędnik protokołu dyplomatycznego, szef sekretariatu premiera 1939-1940, sekretarz ambasady we Francji 1940, zastępca szefa protokołu w Londynie 1941-1945. 153 Władysław Houwalt, ur. 1910, urzędnik Ministerstwa Skarbu, od wiosny 1939 radca finansowy ambasady w Paryżu. 154 Recenzując kilka lat temu cykl moich artykułów, które ogłosiłem w „Kierunkach” na ten sam temat co niniejsza książka, Aleksander Kawałkowski zgłosił pretensje, że nie uwypukliłem kolegialności naszych prac, a więc roli w nich jego, Dąbrowskiego i Sośnickiego. Nie uznaję tego zarzutu za słuszny, gdyż o metodzie pracy zbiorowej pisałem, natomiast z chwilą, gdy tylko ja ponosiłem pełną odpowiedzialność, przypadała mi też pełnia władzy, również wobec współpracowników. 155 Wiesław Dąbrowski (1894-1965), w MSZ 1920-1933, po czym pracownik kontraktowy ambasady w Paryżu w 1933-1940, w latach wojny z tytułem I sekretarza. 156 Kazimierz Sośnicki (1908-1944), w MSZ od 1930. Sekretarz ambasady w Paryżu 1937-1940.

Mierzyński157 z Lyonu poprosili o umieszczenie ich we wspomnianym schronisku dla intelektualistów w Grenoble. Personel konsularny pozostał na miejscu, pracując dalej w nowej, kierowanej przeze mnie sieci. Sprawy wyjazdu personelu ambasady francuskiej MSZ powierzyło zastępcy szefa tamtejszego protokołu dyplomatycznego. Delegowany do kontaktów z nim sekretarz ambasady Mniszek przedłożył mu do opatrzenia dyplomatycznymi wizami wyjazdowymi, oprócz paszportów garstki pracowników ambasady, jeszcze paszporty kilkunastu innych osób, które chcieliśmy przy tej okazji wywieźć z Francji. Dobroduszny dyplomata francuski patrzył na to przez palce, z chwilą gdy mógł być kryty magiczną formułą „prawa wyjazdu pracowników zlikwidowanych przedstawicielstw polskich”. Widząc takie możliwości zaczęliśmy podrzucać do zawizowania coraz więcej paszportów i namówiliśmy Mniszka, aby pozostał jeszcze czas jakiś dla kontynuowania tego procederu nawet po wyjeździe Frankowskiego i towarzyszy. Tylko na zamknięcie ambasady Francuzi dali sztywny trzydniowy termin, natomiast na szybki wyjazd nikt nie nalegał. Mniszek był znany z uczynności, więc poza paszportami, które mu dawaliśmy, przyjmował je od każdego, kto się zgłosił. Co parę dni udawał się do zaprzyjaźnionego urzędnika protokołu dyplomatycznego z pakietem paszportów, tym razem już tylko zwykłych, i wracał z bezcennymi dyplomatycznymi wizami wyjazdowymi. Fama o takich możliwościach rozeszła się szeroko i do Vichy zaczęli napływać różni spryciarze. Zaczęto mówić, że Mniszek wyrabia wizy za pieniądze. Okazało się, że jakiś spryciarz po załatwieniu własnej sprawy, zaczął nasyłać znajomych, każąc sobie płacić po kilkanaście tysięcy franków rzekomo dla Mniszka. Powiedziałem mu więc, że już najwyższy czas struny nie przeciągać i wyjechać. Cały proceder nie był zresztą taki prosty, jak by się zdawało. Dyplomatyczne stosunki między Francją i Wielką Brytanią zostały zerwane po zatopieniu floty francuskiej przez angielską marynarkę wojenną w porcie wojskowym Mers el-Kebir pod Oranem. Wobec tego nie można było uzyskać we Francji angielskiej wizy docelowej, od której zależało otrzymanie hiszpańskich i portugalskich wiz tranzytowych. Ze swej strony Portugalia, przerażona kolosalnym napływem cudzoziemców, którzy w dużej mierze pozostawali tam na stałe, a w każdym razie oczekiwali nieraz bardzo długo na dalszą podróż, odmawiała z zasady wiz wjazdowych, aby zmuszać przejezdnych do prędkiego opuszczania kraju. Polacy nie mieli też najmniejszych szans uzyskania wiz wjazdowych do Hiszpanii, która odmawiając Niemcom przystąpienia do wojny, tym bardziej starała się nie narażać się im w drobnych sprawach. Wobec tego, że angielskie wizy wjazdowe można było w praktyce otrzymywać tylko w Lizbonie, stanęła sprawa zaopatrywania paszportów polskich w jakieś chociażby fikcyjne wizy docelowe. Jedyny do takich rzeczy Mniszek urobił ambasadora brazylijskiego, nie mniej dobrodusznego niż wspomniany Francuz z protokołu dyplomatycznego, starszego pana (nazywał się, zdaje się, Souza Dantas), który bez chwili wahania wystawiał wizy wjazdowe do Brazylii na wszystkich paszportach: dyplomatycznych, służbowych i konsularnych, które mu stosami przedstawiał Mniszek. Za swe dobre serce został biedak usunięty ze służby dyplomatycznej przez swych przełożonych w Rio de Janeiro i umarł przed paru laty w Paryżu. W tej sytuacji, pod pretekstem ewakuowania jakichś dziesięciu osób z ambasady, wysłaliśmy za granicę ponad trzystu ludzi. Jedni z nich mogli być na Zachodzie z korzyścią i racjonalniej wykorzystani w walce z wrogiem niemieckim (zawodowi urzędnicy i wszelkiego typu fachowcy), drudzy ratowali się

157

Władysław Mierzyński (1901-1943), w MSZ od 1922. Sekretarz ambasady w Paryżu 1933-1936, konsul w Lyonie 1937-1940.

w ten sposób od niebezpieczeństwa dostania się w ręce Niemców, a w wypadku Żydów - od niechybnej śmierci. Mniszek oddał mi jeszcze jedną przysługę. W rejonie Tuluzy odnaleziono partię ewakuowanych z Paryża archiwów, które okazały się wartościowe (m. in. wywiezione z Warszawy archiwum belwederskie, niezmiernie cenne dla historyków). Pięć czy sześć walizek z tymi dokumentami dałem do zabrania z sobą wyjeżdżającemu przez Afrykę Północną Mniszkowi, który dostarczył je do Lizbony.158 O wzięcie paru pozostałych poprosiłem ministra Kajetana Morawskiego, który chciał udać się do Londynu. Wystarałem mu się jeszcze, w drodze wyjątku, tym razem rzeczywiście ostatnią francuską wizę dyplomatyczną na wyjazd. Kajetan Morawski objął w Londynie stanowisko sekretarza generalnego naszego MSZ po Ciechanowskim, a następnie był ambasadorem przy rządzie tymczasowym de Gaulle’a w Algierze i Paryżu. Zachowuję z nim do dziś przyjazne stosunki. Po wyjeździe Frankowskiego stanąłem od razu przed skomplikowanymi zadaniami. Sytuacji nie miałem łatwej, i to zarówno od strony polskiej, jak i zewnętrznej. Ci sami dostojnicy, którzy pomstowali na niedostateczną reprezentatywność zarządu PCK, nie ukrywali swego niezadowolenia z powodu mojej nominacji. Uważali, że jestem za młody, mam za niski stopień służbowy i nie dysponuję dostatecznym doświadczeniem czy też znajomością terenu. Niektórych drażniło, że nie można przyczepić mi żadnej określonej etykiety partyjnej. Bielecki namawiał mnie gorąco na zapisanie się do Stronnictwa Narodowego i był urażony, gdy mu powiedziałem, że nigdy nie zmieszczę się w jakichś ramach partyjnych, bo mam umysł zanadto niezależny i krytyczny. Wszyscy byli przekonani, że bardzo prędko skompromituję się i będzie wolne miejsce dla któregoś z nich. Chwilowo podchwytliwie śledzili każdy mój krok i słowo, a niektórzy posuwali się do złośliwego przekręcania mych wypowiedzi, aby potem rozdzierać nad nimi szaty. Doszedłem do przekonania, że najlepszym sposobem, jeżeli nie całkowitego zneutralizowania, to w każdym razie znacznego rozładowania wrogiej atmosfery, wytwarzanej przez wszystkich tych ludzi, będzie danie im pola do aktywnej pracy. Adama Rose wysunąłem na stanowisko faktycznego kierownika PCK. Wielu byłych ministrów i dygnitarzy rozlokowałem w aparacie opiekuńczym, gdzie przeważnie okazali się bardzo pożyteczni. Hempla wprowadziłem do komisji rewizyjnej PCK. Emeryka Hutten-Czapskiego mianowałem moim delegatem na francuską Afrykę Północną z misją kierowania całością tamtejszych prac polskich. Dał sobie z tym doskonale radę i robił wszystko, co było możliwe. Z całą świadomością, że jest to posunięcie szachowe, zaproponowałem Jerzemu Zdziechowskiemu wyjazd do Paryża i objęcie kierownictwa akcji w strefie okupowanej. Odpowiedział, że mógłby to zrobić tylko za zgodą władz niemieckich, co w grę nie wchodzi. W ten sposób ograniczyłem jego zachowaną do końca niechęć wobec mnie. Niektórych polityków namawiałem na wyjazd do Londynu (np. Bieleckiego, wiceprzewodniczącego działającej już tam Rady Narodowej). Wielu z nich zrozumiało, że większego pola do popisu dla siebie we Francji nie znajdą, toteż przy mojej pomocy wyjeżdżali z Francji. Te posunięcia personalne, połączone ze stopniowym opanowywaniem przeze mnie sytuacji na wszystkich odcinkach pracy, umacniały moją pozycję osobistą. Jeszcze gdy 3 maja 1941 r. przyjmowałem w swoim biurze w Vichy życzenia z okazji święta narodowego od działającego tam aktywu polskiego, paru dawnych opozycjonistów narzekało, że za mało ich honoruję i nie rozesłałem im specjalnych zaproszeń. Już jednak wkrótce potem mój autorytet był tak ugruntowany, że nikt nie kwestionował mojej roli i wydawanych dyspozycji.

158

Dziś materiały te znajdują się w Instytucie im. Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku i są szeroko wykorzystywane przez historyków w Stanach Zjednoczonych.

Na początku nie byłem zdecydowany, czy zgodnie z sugestiami Frankowskiego zakonspirować dla bezpieczeństwa moją funkcję przedstawiciela rządu i poinformować o niej tylko władze instytucji i organizacji polskich, których pracami miałem kierować, czy też występować otwarcie wobec Polaków we Francji jako reprezentant władz polskich. Na tę właśnie stronę przeważyła szalę stugębna fama o objęciu przeze mnie, na podstawie umowy z Francuzami, eksponowanej funkcji generalnego dyrektora Biur Polskich, które powszechnie uważano za kontynuację ambasady. Rozwiązanie takie było znacznie lepsze, bo dla morale mas uchodźczych samo przebywanie we Francji reprezentanta rządu, który miał się nimi opiekować, było czynnikiem krzepiącym. Dlatego nie protestowałem, gdy podczas wizytowania różnych ośrodków polskich tytułowano mnie powszechnie panem ministrem lub panem ambasadorem. Wielką satysfakcją i ułatwieniem trudnego startu były dla mnie gratulacje z powodu objęcia przeze mnie tej funkcji od władz Związku Polaków we Francji. Szymanowski i Kalinowski oświadczyli, iż początkowo byli w stosunku do mnie nastawieni nieufnie, ale dziś, poznawszy mnie na podstawie dotychczasowej współpracy, uważają, że dla interesów starej emigracji nie mogło być lepszego załatwienia sprawy. Nasza współpraca była do końca oparta na wzajemnym szacunku i zaufaniu, chociaż bywały próby narzucania się niepotrzebnych pośredników. Największą pomocą, niezbędną dla mnie zwłaszcza w pierwszym okresie, była jednak cenna współpraca trzech dawnych urzędników ambasady: Kawałkowskiego, Dąbrowskiego i Sośnickiego. Najbardziej skomplikowany casus przedstawiał Aleksander Kawałkowski. Był to człowiek bardzo zdolny, energiczny, ambitny i ze zdecydowaną wolą dojścia do władzy. Karierę robił własnymi siłami, rozpoczynając od zera, bez majątku i stosunków, które dawniej były rzeczą prawie niezbędną. Był najpierw zawodowym wojskowym, pracował w Wojskowym Biurze Historycznym, potem za czasów rządów pułkownikowskich powołany został do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego na dyrektora departamentu (coś w rodzaju działu młodzieżowo-ideologicznego). Gdy wraz z przyjściem Świętosławskiego159 powiał wiatr bardziej liberalny, Kawałkowski utracił swe stanowisko, ale Beck wziął go pod swoje skrzydła i wysłał do Francji w charakterze konsula generalnego w Lille, pełniącego jednocześnie funkcję radcy emigracyjnego ambasady. W jesieni 1939 r. jako komisarz cywilny przeprowadził sprawnie mobilizację Polaków we Francji. Zrozumiał prędko, jakim błędem pod kątem widzenia przyszłości był wyjazd z Francji w czerwcu 1940 r., toteż teraz postanowił to odrobić. Już z pierwszej jego rozmowy ze mną, w której zapewniał gorąco o swej lojalności we wspólnej pracy i wypytywał o mój stopień służbowy, wyczułem żal, że to nie jemu przypadło moje stanowisko. Uważając mnie za człowieka nie zorientowanego w terenie francuskim, chciał przyjąć rolę niezbędnego doradcy, a wobec mas uchodźczych - ich opiekuna. Od początku liczył na spuściznę po mnie, z czym zdradził się w momencie wkraczania Niemców do strefy dotąd nie okupowanej, gdy depeszował swymi kanałami do Mikołajczyka, że ja na pewno nie utrzymam się i że trzeba już myśleć o znającym teren francuski następcy (depeszę tę pokazano mi podczas śledztwa gestapo wraz z innymi depeszami rozszyfrowanymi przez nich w Bernie). Ogólnie biorąc, zawsze ceniłem współpracę Kawałkowskiego i z perspektywy nie mam do niego żadnych pretensji. Natomiast w pracy społecznej, jaką prowadziliśmy, dawał się odczuwać jego podstawowy brak, a mianowicie kanciastość, apodyktyczność i nieco bufonowaty sposób bycia, który zresztą zacierał się u niego następnie w miarę ponoszenia coraz większej odpowiedzialności (organizowanie ruchu oporu, stanowisko ostatniego przedstawiciela rządu we Francji). Zupełnie innym typem człowieka był Wiesław Dąbrowski. Za młodu miał jakieś ciężkie przeżycia osobiste, po których opuścił kraj i osiadł w Paryżu, gdzie pracował jako wicekonsul. Odwołany do
159

Prof. Wojciech Świętosławski, ur. 1881, chemik i fizyk. Minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego 1938-1939.

centrali wolał podać się do dymisji niż wracać do Polski. Znalazł zatrudnienie w ambasadzie jako kontraktowy referent prawnych zagadnień francusko-polskich konwencji emigracyjnej. W reżimie Sikorskiego, z którym utrzymywał stosunki w czasach jego niełaski, został I sekretarzem ambasady. Był to typowy intelektualista, esteta i kolekcjoner dzieł sztuki, a zwłaszcza chińskiej porcelany z epoki Ming. Ale ten człowiek wrażliwy i subtelny, nie pozbawiony dobrego wyczucia politycznego, miał jednocześnie w sposób zaskakujący zacięcie biurokratyczne, które mu utrudniało dostrzeganie spoza akt i spraw żywego człowieka. Wspaniale znał Francuzów, ich język i sprawy, a bardzo chętnie w dyskusjach z nimi używał zwrotu, że jest tak samo jak oni racjonalistą i kartezjaninem. Okazywał mi zawsze szacunek i sympatię. Byłem chyba ostatni, którego podczas mego pobytu w Paryżu w końcu 1964 r. odwiedził przed swą długą, śmiertelną chorobą (rak). Zachowałem o nim jak najlepsze wspomnienia. Wreszcie Kazimierz Sośnicki. Dobry i zdolny urzędnik, był mi szczerze oddany i wraz z panią Zajączkowską doskonale prowadził moje biuro podręczne. Mógł mieć przed sobą piękną przyszłość dyplomatyczną, ale zginął w Buchenwaldzie od bomby alianckiej. Jednakże i on miał swego rodzaju deformację urzędniczą. Dbał bardzo o prestiż i autorytet urzędu, lecz ludzi traktował jako klientów według znanej parodii: nie urząd dla człowieka, lecz człowiek dla urzędu. Jego żona, pani Genowefa, była i jest po dziś dzień gorliwą działaczką społeczną, cały swój czas i możliwości poświęcając na niesienie pomocy tym, którzy tego potrzebują. Zdając sobie sprawę, że nie dorównywam moim współpracownikom w znajomości zagadnień Polonii francuskiej i miejscowych stosunków, oraz nie chcąc zależeć całkowicie w każdej sprawie od doradców, zastosowałem od początku metodę pracy kolektywnej. Zbieraliśmy się codziennie z rana i po zapoznaniu się z prasą omawialiśmy zarówno sytuację ogólną, jak i bieżące zagadnienia, które stawały na porządku dziennym. Dawało to dobre rezultaty zarówno dla spraw, nad którymi mieliśmy pieczę, jak i dla mnie osobiście, bo stopniowo wdrażałem się w problematykę dotychczas mi obcą. Po paru miesiącach czułem się już całkowicie pewnie na tym gruncie, ale kontynuowaliśmy metody pracy, które zdały egzamin, aż do czasu, gdy musiałem przenieść się z Vichy do Châtel-Guyon, a Kawałkowski zamieszkał w Lyonie, o czym będzie jeszcze mowa. Odtąd wszystkie sprawy omawiałem w zasadzie bezpośrednio z kierownikami poszczególnych działów u siebie w domu, bądź podczas licznych podróży służbowych i cotygodniowych wyjazdów do Vichy. Machina była już puszczona w ruch i trzeba było przede wszystkim dostosować się do wciąż nowych warunków i sytuacji. Cechą charakterystyczną naszej pracy był brak jakichkolwiek odgórnych instrukcji czy dyrektyw. Frankowski ograniczył się do powiedzenia mi, że moim zadaniem jest opieka nad Polakami, przebywającymi we Francji, aby ułatwić im przetrwanie trudnego okresu wojennego. Początkowe rozmowy jego z francuskim MSZ zakładały, że mam w tym współpracować z władzami francuskimi. Nie należę do ludzi szukających zabezpieczenia w odgórnych dyspozycjach na papierze. Dlatego uznałem, że sytuacja, w której się znalazłem, ma swoje dobre strony i jest może nawet wygodniejsza. Ale w toku dalszych prac stawałem parokrotnie przed dylematem, jakie mają być granice współpracy z władzami francuskimi wobec ich coraz ściślejszej kolaboracji z okupantem oraz kroków zmierzających do ograniczenia naszej samodzielności, co było zresztą wynikiem wzrastającej kontroli niemieckiej. Stawiałem wówczas te pytania w korespondencji z naszym MSZ, prosząc o ramowe wskazówki co do dopuszczalnej granicy współpracy. Nigdy odpowiedzi nie otrzymałem. Wkrótce zrozumiałem, o co chodzi. Początkowo polski rząd emigracyjny w Londynie nie uznawał komitetu Wolnej Francji gen. de Gaulle’a jako faktycznego rządu Francji i dostałem kiedyś nawet polecenie uroczystego złożenia takiej deklaracji rządowi francuskiemu w Vichy. W takim wypadku moje nieoficjalne akredytowanie przy centralnych władzach reżimu pétainowskiego było specjalną

formą kontynuowania de facto stosunków dyplomatycznych z Francją jako taką. Później sytuacja zaczęła ulegać ewolucji i następowało coraz większe zbliżenie między Sikorskim a de Gaulle’em, co znalazło też wyraz we wzajemnym akredytowaniu agentów dyplomatycznych. Zbiegło się to z przesunięciami personalno-organizacyjnymi w naszym MSZ. W pierwszym roku, poza oficjalną korespondencją, utrzymywałem stały kontakt listowny z ówczesnym dyrektorem departamentu politycznego, zaprzyjaźnionym min. Mirosławem Arciszewskim, który życzliwie oceniał moją pracę i starał się zawsze być mi pomocny. Gdy został posłem w Argentynie, sprawy francuskie przejął całkowicie Frankowski, występujący jednocześnie jako przedstawiciel przy komitecie de Gaulle’a. Unikał on wyraźnie obciążenia siebie i ministerstwa odpowiedzialnością za to, co robię we Francji i za moje kontakty z rządem Pétaina. Wychodził z wygodnego założenia, że w wypadku, gdy reżim Vichy utrzyma się przy władzy, będzie można zawsze powiedzieć, iż występowałem jako nieoficjalny reprezentant Rzeczypospolitej, a gdyby doszli do głosu gaulliści - zdezawuować mnie jako działającego na własną rękę. Stąd odpowiednie wycieniowywanie korespondencji urzędowej do mnie w sprawach francuskich. Nie przejmowałem się zbytnio brakiem rzeczowej współpracy z Frankowskim, ponieważ jedyną rzeczą, której naprawdę potrzebowałem od rządu w Londynie, były pieniądze, a z tym kłopotu nie miałem. Ambasada pozostawiła mi tylko minimalne kwoty, nie licząc mało realnych avoirów państwowych oraz funduszów PCK, z których, rzecz prosta, nie mogłem czerpać na inne wydatki i które przekazałem w całości nowemu zarządowi. Jedynie Biurom Polskim ambasada przeznaczyła za pośrednictwem konsulów sumy odpowiadające trzymiesięcznemu budżetowi. W ciągu tego czasu miałem dostać pierwszą partię pieniędzy na potrzeby terenowe, z obietnicą dalszych systematycznych wpłat. Rozejrzawszy się w sytuacji ustaliłem mój pierwszy budżet na cztery miliony franków, z tego trzy miliony na akcję opiekuńczą PCK, a jeden milion na wszystkie inne wydatki. O ile pamiętam, koszta Biur Polskich wynosiły miesięcznie około 300 tysięcy franków. Od razu spotkała mnie przykra niespodzianka. Wyjeżdżający z Marsylii konsul generalny Lisiewicz okazał hojną rękę i nie troszcząc się, co będzie po nim, porozdzielał między różnymi potrzebującymi (a takich nigdy nie było brak) cały fundusz przeznaczony na trzymiesięczne wydatki Biura Polskiego. Motywował to podobno tym, że po wyjeździe ambasady i konsulów nie będzie już na terenie Francji żadnej polskiej akcji, więc lepiej pieniądze te użyć na pokrycie kilku doraźnych potrzeb, niż aby się miały zmarnować. Oburzenie moje było tym większe, że rzeczywiście musiałem wysupłać na utrzymanie Biura w Marsylii moje ostatnie rezerwy, ograniczając jednocześnie na okres przejściowy wydatki innych biur. Bezkarność takich sprawek weszła już wówczas widocznie w zwyczaj, bo chociaż złożyłem odpowiedni raport, nie wyciągnięto żadnych konsekwencji, i Lisiewicz pracował nadal w MSZ na wyższych stanowiskach aż do 1945 r. Można wyobrazić sobie moje zdenerwowanie, gdy zbliżał się koniec trzymiesięcznego okresu, a pieniędzy nie było. Dopiero w grudniu 1940 r. zgłosił się do mnie jakiś Amerykanin i wręczył paczkę od Houwalta z Lizbony, w której było 5 milionów franków. Odetchnąłem z ulgą, bo i w Czerwonym Krzyżu kasy były już puste. Takie przykre oczekiwanie dosłownie do ostatniego dnia, po którym cała nasza robota musiałaby być zlikwidowana (nikt nie udzieliłby kredytu ani na komorne hotelowe, ani na zakup żywności), zdarzyło mi się jeszcze dwa razy. Mieliśmy jakoś szczęście i przy Bożej pomocy pieniądze napływały na pięć minut przed dwunastą i to najróżnorodniejszymi drogami. Trudność polegała na tym, że jak zawsze w krajach, w których istnieje duża dysproporcja między kursem oficjalnym a kursem faktycznym (czarnogiełdowym), wwóz franków na teren Francji był

surowo zakazany. Zakupywanie franków w sposób legalny, a więc płacenie za nie twardą walutą160, zwiększałoby wielokrotnie koszt akcji opiekuńczej we Francji. Chodziło więc o znajdowanie okólnych, powiedzmy wyraźnie, nielegalnych dróg przesyłania pieniędzy do Francji. Krzątał się koło tego bardzo dzielnie Houwalt w Lizbonie, którego tam trzymano specjalnie dla załatwiania naszych spraw pieniężnych. O ile tylko dostawał potrzebne transfery od naszego rządu, nabywał bardzo łatwo i tanio franki w Portugalii, które potem przesyłał mi przez cudzoziemca nie podlegającego rewizji celnej lub pocztą dyplomatyczną zaprzyjaźnionego państwa. Z biegiem czasu coraz częściej stosował transakcje clearingowe i kompensacyjne, bo pełno było we Francji osób, które za zdewaluowane franki chętnie nabywały mocną walutę w krajach neutralnych. Naturalnie było to ciężkie przestępstwo dewizowe. Odbywało się to w ten sposób, że Houwalt uprzedzał mnie przez jakiegoś kuriera dyplomatycznego, że zgłosi się do mnie ktoś z oznaczoną sumą, po czym mam wysłać do niego, Houwalta, depeszę obojętnej treści, z dodaniem na końcu trzech umówionych słów. Na podstawie takiej mojej depeszy sprzedawca otrzymywał ustaloną sumę walutową w Lizbonie. Przedkładałem Londynowi globalną wysokość budżetu miesięcznego, z wyszczególnieniem wydatków na poszczególne działy naszej akcji. Nie było nigdy jakichkolwiek zastrzeżeń i uwag na temat tych preliminarzy, a nasze Ministerstwo Skarbu asygnowało na tej podstawie odpowiednie sumy przesyłając je Houwaltowi w Portugalii również wszelkimi możliwymi drogami, najczęściej poza plecami Anglików. Jak już wspomniałem, nasze pierwsze budżety miesięczne wynosiły 4 miliony franków. W miarę wzrostu cen i coraz szerszego rozwoju naszej działalności budżety wzrastały aż do 10 milionów franków miesięcznie, na którym to poziomie ustaliły się w 1942 r. O ile początkowo dotacje dla PCK (później TOPF) wynosiły 4/5 całości, to w ostatnim okresie nie przekraczały 50 procent. Było to przede wszystkim wynikiem przechodzenia na bezpośrednie finansowanie przeze mnie tych dziedzin wydatków PCK, które mogły być zakwestionowane przez coraz bardziej natarczywą kontrolę francuskich władz administracyjnych. Dotyczyło to między innymi wszelkiego typu wydatków wojskowych, dotacji na akcję w Afryce Północnej, prac kulturalno-oświatowych, subwencji dla różnych organizacji, poborów władz naczelnych i Komitetu Społecznego, itd. Dążyłem od początku do posiadania rezerwy kasowej w wysokości co najmniej trzymiesięcznego budżetu dla całego terenu, aby uniknąć wspomnianych denerwujących i niebezpiecznych oczekiwań do ostatniej chwili na gotówkę. Osiągnąłem to dopiero latem 1942 r. gdy Londyn zaaprobował moje stanowisko, a zwiększenie przekazów na Lizbonę pozwoliło mi zgromadzić przy pomocy Houwalta, w momencie okupowania tzw. strefy wolnej przez Niemców, około 60 milionów franków w kasie, co odpowiadało 6-miesięcznej rezerwie. Obliczyłem kiedyś, że podczas mej dwu- i półletniej pracy w charakterze przedstawiciela rządu we Francji przeszło przez moje ręce ponad 300 milionów franków, wydatkowanych à discrétion. Dla zorientowania się podam, że w tym czasie wartość dolara na francuskim czarnym rynku wynosiła 120-140 franków. Otrzymując tak poważne sumy w praktyce bez ograniczeń i bez konieczności rozliczenia się, przywiązywałem tym większą wagę do oszczędnego gospodarowania i do skrupulatnego prowadzenia kontrolowanej periodycznie księgowości w subwencjonowanych instytucjach i organizacjach. Jednocześnie w moim biurze podręcznym prowadzona była centralna księga

160

Angielski funt sterling był traktowany jako twarda waluta, ale w latach wojny rząd brytyjski, aby przeciwdziałać próbom spekulacji dewizowych, wprowadził surową reglamentację wszelkich obrotów zagranicznych. Stąd wielkie trudności naszego rządu przy każdym transferze ze swego budżetu w funtach do któregoś z krajów poza strefą bloku sterlingowego oraz konieczność dokładnego uzasadniania władzom angielskim każdej pozycji.

buchalteryjna, zawierająca (często pod kwiatkiem) wszystkie czynione wydatki. Poza tym istniało tam szczegółowe rozliczenie budżetu własnego tego biura z przydzielanej mu miesięcznie kwoty. Latem 1942 r. skorzystałem z okazji wyjazdu do Anglii przebywającego dotąd w Grenoble wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli Okoniewskiego, aby prosić go o przejrzenie mej księgowości pod kątem kasowym i celowości wydatków. Parę drugorzędnych zakwestionowań wypływających z przedwojennej rutyny, jak np. kosztów eksploatacji mego prywatnego samochodu, którego używałem do podróży po Francji, wyjaśniłem bez większych trudności. Protokół z wynikami tej kontroli, zawierający uznanie dla mojego gospodarowania funduszami publicznymi, wiceprezes NIK zabrał z sobą do Londynu, gdzie przyjęto go do wiadomości. Gdy w maju 1945 r. wróciłem z hitlerowskich obozów koncentracyjnych do Londynu, a ówczesny minister spraw zagranicznych Adam Tarnowski gratulował mi mej karty francuskiej, wręczając mi jedyne przyznawane w latach wojny odznaczenie dla osób cywilnych, Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami, zapytałem go, w jaki sposób mam rozliczyć się z sum wydatkowanych przed paru laty. Odpowiedział, że to zupełnie zbyteczne, bo ma do mnie całkowite zaufanie, a poza tym, po co mam się fatygować, jeżeli moi następcy też tego nie zrobili. O ile w sprawach merytorycznych i finansowych Londyn nas w niczym nie krępował, to w sprawach personalnych próby ingerowania powtarzały się stale. Zaczęło się od tego, że wraz z moją nominacją min. Zaleski przysłał dyspozycję, aby moje miejsce w zarządzie Czerwonego Krzyża objął zaprzyjaźniony z nim od dawna były referent prasowy Ministerstwa Komunikacji Wacław Kościałkowski, urzędnik stosunkowo jeszcze młody i przebywający od klęski Francji w Lourdes. Był to miły i kulturalny człowiek, z którym chętnie rozmawiałem, ale w moim najgłębszym przekonaniu nie nadawał się do roli faktycznego kierownika prac opiekuńczych przy takim prezesie jak Chiczewski. Zdecydowałem się więc na samowolny krok i nie mówiąc Kościałkowskiemu o tej depeszy, namówiłem go, aby jako członek Komitetu Społecznego pozostał w Lourdes dla opieki nad tamtejszym skupiskiem polskim i jako łącznik w razie potrzeby między kardynałem Hlondem a mną. Do MSZ natomiast wysłałem raport o ukonstytuowaniu nowego zarządu PCK, z podaniem motywów, które mną przy tym kierowały, a bez jakiejkolwiek wzmianki o sprawie Kościałkowskiego. Wobec braku reakcji na to ze strony Londynu, doszedłem do przekonania, że mogę nie brać poważnie różnych napływających do mnie dezyderatów personalnych (chodziło zwykle o pracę lub zapomogę dla kogoś). Tak więc gdy przyszło z Londynu pismo, iż minister skarbu wyznacza jako swego reprezentanta we Francji wspomnianego już Witolda Obrębskiego. kierującego wówczas delegaturą PCK w Marsylii, postąpiłem tak samo jak z Kościałkowskim. Nie miałem zbytniego zaufania do prostolinijności jego charakteru, toteż wolałem nie dopuszczać go do zawsze drażliwych spraw dysponowania pieniędzmi. Zrobiłem natomiast Obrębskiego przewodniczącym komisji rewizyjnej PCK. Gdy, nie pamiętam już dlaczego, opuszczał to stanowisko, wprowadziłem go z kolei w drodze kooptacji do Komitetu Społecznego. Przy tej okazji niepotrzebnie powiedziałem mu o niedoszłej desygnacji na przedstawiciela ministra skarbu, czym zrobiłem sobie wroga, chociaż Obrębski zapewniał mnie, że bez mojej zgody takiej funkcji by nie objął. Nie miałem natomiast zastrzeżeń, gdy minister propagandy Stroński powołał Jerzego Zdziechowskiego na swego przedstawiciela we Francji. Wiadomo było dobrze, że jeśli chodzi o prasę i propagandę, nic nie było na naszym terenie do zrobienia, z czego doskonale zdawał sobie sprawę tak inteligentny człowiek jak Zdziechowski, toteż ograniczał się do przesyłania Strońskiemu raportów sytuacyjnych. Najzabawniejsze było, że nie chciał on korzystać z mojego pośrednictwa dla przesyłania tych raportów do Londynu, gdyż głośno twierdził, że chce się w ten sposób zabezpieczyć przed

wykorzystywaniem przeze mnie jego cennych rozważań o sytuacji politycznej we Francji. Gdy jednak szukał własnych kanałów, aby przesyłać je do Londynu, okazało się, że każdy prowadził w praktyce do mnie. Kiedyś, powiedziałem mu to w żartobliwej formie, ale nie zmienił swej taktyki. Nie miałem żadnych trudności z osobistym wysłannikiem ministra pracy i opieki społecznej Stańczyka, którym był Stanisław Jurkiewicz. Natomiast trudno powiedzieć to o pozostawionym przez prof. Kota przedstawicielu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, młodym działaczu ludowym z prowincji, którego nazwiska wolę nie wymieniać. Swe zadanie rozumiał jako szpiegowanie naszej pracy przy pomocy werbowanych agentów oraz doszukiwania się w każdym zatrudnionym jakiejś orientacji politycznej. Wyniki swych studiów ujmował w sążnistych, przejrzyście szyfrowanych raportach, w których przedstawiał mnie jako ślepe narzędzie w rękach otaczającej mnie mafii sanacyjnej. Swą naiwność posuwał aż do wręczania mi tych elaboratów dla dalszego przesyłania ich do Londynu. Nie robiłem mu z tym żadnych trudności, gdyż z lekceważeniem traktowałem to tanie donosicielstwo. Ale po pewnym czasie osobnikowi temu znudziła się praca delatorska, więc cały swój czas zaczął spędzać w kasynach gry w Nicei i: Monte Carlo (mieszkał na Lazurowym Wybrzeżu). Zwracałem mu parokrotnie uwagę, że wywołuje to zgorszenie wśród uchodźców i podejrzenia (podzielane zresztą i przeze mnie), że przegrywa pieniądze państwowe (o ile pamiętam, wypłacałem mu na prośbę Kota jakąś miesięczną subwencję). Gdy to nie poskutkowało, zażądałem kategorycznie jego wyjazdu z Francji. Spotkawszy się z oporem z jego strony, napisałem o wszystkim dokładny raport do Londynu na ręce ministra spraw wewnętrznych. Nie pamiętam już, czy na tej podstawie został on odwołany, dość że w drugiej połowie 1942 r. znikł z terenu Francji. Zresztą zły przykład dawał sam Sikorski. Bodaj w 1941 r. nasz poufny współpracownik, armator Władysław Potocki, dostał przez swe osobiste stosunki pozwolenie udania się na parę tygodni do Anglii dla załatwienia spraw majątkowych (zarekwirowane statki), co było pretekstem wykorzystanym przez kierownictwo naszego wywiadu. Działo się to w okresie, gdy przez dłuższy czas wszelkie wyjazdy Polaków do Wielkiej Brytanii były niemożliwe, więc i ja skorzystałem z tej okazji polecając Potockiemu zreferowanie sferom rządowym całości naszej sytuacji i naszych potrzeb. Po przyjeździe Potocki odbył w Londynie szereg rozmów z poszczególnymi ministrami i miał wyznaczoną audiencję u Sikorskiego. Ale dzień przedtem spotkał się z nim na przyjęciu prywatnym. Sikorski zapytał go obcesowo: „Co tam Polacy we Francji mówią o mnie?” Nie przygotowany na takie pytanie Potocki wymamrotał coś w rodzaju, że mają większe kłopoty niż zajmowanie się sprawami personalnymi rządu. Sikorski obrócił się na pięcie i już Potocki dla niego nie istniał. Audiencja się nie odbyła i Potocki wrócił do Francji bez rozmowy z premierem. Szeroko starałem się rozwijać dział informacyjno-raportowy. Vichy było dobrym punktem obserwacyjnym dla całości zagadnień europejskich, które musiały interesować nasz rząd i które poprzez znajomości w kołach politycznych i dyplomatycznych na ogół, jak dziś widać z perspektywy, trafnie naświetlaliśmy. Dochodziły do tego codzienne wiadomości, które otrzymywałem bądź z francuskiego MSZ (wspomniany de Lagarde, obecnie ambasador w Czarnej Afryce), bądź z gabinetu Pétaina (Pierre Sébillou, obecnie ambasador w Kopenhadze). Na tej podstawie mogłem poczynając od kwietnia 1941 r. donosić do naszego ministerstwa o postanowionym już zaatakowaniu Rosji przez Hitlera i o przyczynach parokrotnego odkładania tej ofensywy. Myliliśmy się tylko doszukując się jakichś pretekstów, których użyją Niemcy przy agresji na ZSRR. Jak wiadomo, zrobili to nie fatygując się o zachowanie pozorów. Nie będę ukrywał, że w pierwszych miesiącach mej odpowiedzialnej pracy na terenie Francji dość czarno patrzyłem w przyszłość. Chciałem wierzyć, że ostateczne zwycięstwo będzie po naszej stronie, ale nie wiedziałem, jak to może nastąpić. Liczyłem się z tym, iż Wyspy Brytyjskie zostaną w jesieni zajęte przez Niemców, gdyż Anglicy nie będą mieli żadnych środków dla odparcia desantu po

wykruszeniu się lotnictwa w bitwie powietrznej z Luftwaffe. Było dla mnie jasne, że sama flota brytyjska nie zdoła przeszkodzić operacji desantowej, o ile zostanie pozbawiona ochrony Royal Air Force. O tyle się nie myliłem, że dając rozkaz do rozpoczęcia przygotowanej bitwy powietrznej Hitler nie miał zdecydowanej woli zwycięskiego przeprowadzenia operacji desantowej i kazał wstrzymać ofensywę lotniczą w momencie, gdy siły przeciwnika były już u skraju całkowitego wyczerpania. Uważałem jednak, że nawet przy pesymistycznym patrzeniu w przyszłość należy kontynuować walkę na wszystkich frontach i wszystkimi sposobami, przeciwstawiając się nastrojom defetystycznym, gdyż zawsze znaleźć się może jakaś nieprzewidziana szansa. Poza tym ujawnianie sceptycyzmu oddziaływałoby szkodliwie na morale uchodźców polskich we Francji, których oczy były zwrócone na nas. Możliwości zwycięstwa dostrzegłem dopiero, gdy pojawiły się wiadomości o planowanej agresji Niemców na ZSRR. Jak wielu innych znawców, przeceniałem szkodliwe skutki stalinowskiego terroru na obronność Kraju Rad, ale zakładając, że ofensywa niemiecka zatrzyma się dopiero na Wołdze czy Uralu, nie miałem wątpliwości, że nie będzie to oznaczało pogromu Związku Radzieckiego. Przyjmując, że tak utworzony front wschodni utrzyma się nawet długo, do czasu aż ZSRR zmobilizuje ogromne zasoby azjatyckiej Rosji, sądziłem, że okupowanie tak ogromnych obszarów i pilnowanie frontu wobec wciąż możliwej kontrofensywy radzieckiej zaabsorbuje na wschodzie gros sił Wehrmachtu, co umożliwi Anglosasom stworzenie drugiego frontu we Francji. Nawet w takim wypadku nie dostrzegałem rychłego końca wojny. Nieraz na pytanie mych współpracowników, jak oceniam perspektywy czasowe, odpowiadałem, że polityk nie jest prorokiem, lecz powinien przewidywać na podstawie jakichś konkretnych przesłanek. Nic nie wskazuje na możliwość zakończenia wojny przed dwoma laty, poza który to czas mój wzrok nie sięga. Tak powtarzałem przez trzy lata, aż dopiero po bitwie stalingradzkiej (ale to już było w więzieniu) ograniczyłem niemożność dojrzenia daty zwycięstwa do jednego roku, a latem 1944 - do pół roku. Główną uwagę w działalności raportowej poświęcaliśmy, rzecz prosta, polityce francuskiej, zarówno zagranicznej jak i wewnętrznej, która i dla nas, i dla rządu w Londynie stanowiła ważny problem, aktualnie i jeśli chodzi o przyszłość. Wiesław Dąbrowski przypomniał mi w ostatniej rozmowie, którą odbyłem z nim w Paryżu w 1964 r., jak w 1941 r. mówiłem, że po wojnie Francuzi powieszą Pétaina i Lavala, ale w kilkadziesiąt lat później będą się zastanawiali, czy nie wystawić im pomników. Na tle dyskusyjności ówczesnej polityki zagranicznej Francji dawałem w ten sposób wyraz odwiecznemu ścieraniu się dwóch przeciwstawnych postaw: mierz siły na zamiary i dostosowuj zamiary do sił. Popełniałem natomiast zasadniczy błąd, gdyż nie dostrzegałem, że wewnętrzna polityka rządu, realizującego reakcyjną tzw. rewolucję narodową, nigdy nie będzie mogła być wybaczona. Już jednak w 1942 r. stało się oczywiste, że rojenie o stworzeniu w ramach Nowego Ładu bloku łacińskiego (Francja, Włochy i Hiszpania), który miałby równoważyć Rzeszę Niemiecką, są całkowicie nierealne, a angażowanie się w kierunku faszyzacji kraju przykuwa automatycznie Francję do rydwanu hitlerowskiego. Niektóre pozytywne reformy rządu Vichy, jak nowe ustawodawstwo rodzinne, ułatwiające przezwyciężenie kryzysu demograficznego, czy aktywizowanie lekceważonego dotąd rolnictwa, przyćmione zostały wkrótce przez całość polityki antynarodowej. Dochodzę tu do zasadniczej sprawy stosunku oficjalnej Francji okresu pétainowskiego do naszych prac i aktywności. O szczegółowej sytuacji na poszczególnych odcinkach naszej działalności będzie jeszcze mowa przy okazji ich omawiania w następnych rozdziałach. Tutaj chciałbym tylko naświetlić tło ogólne, bo jest ono niezbędne dla uplastycznienia mej ekspozycji. Jak przed chwilą widzieliśmy, ogólna ocena reżimu Vichy jest obiektywnie biorąc nietrudna, bo wypada jednoznacznie. Inaczej rzecz się ma, gdy podejdziemy do tego od strony subiektywnych

nastawień personelu urzędniczego poszczególnych odcinków aparatu państwowego tego reżimu, a w praktyce nasz los zależał przede wszystkim od tych ludzi. W tym wypadku unikać należy niezmiernie szkodliwych uogólnień i symplifikacji. Fałszuje to obraz i uniemożliwia zrozumienie, jak mogliśmy tyle i tak długo działać. Trzeba przede wszystkim zdawać sobie sprawę, że w ówczesnej rzeczywistości francuskiej występowały nie pokrywające się bynajmniej między sobą podziały, jak patrioci i ludzie wysługujący się okupantowi, przekonania proniemieckie i antyniemieckie, zwolennicy kolaboracji i bojownicy ruchu oporu, gaulliści i pétainowcy. U ludzi z aparatu wykonawczego, z którym mieliśmy do czynienia, występowały różne pobudki, jak współpraca z rządem w imię często ślepej wiary w Pétaina, w jego przebiegłość, chytrość i umiejętność oszukiwania okupanta, czy też służenie reżimowi siłą rozpędu, przez bierność, bo to władza legalna, bo trzeba żyć, bo to spokojniej i pewniej, bo nie wiadomo jeszcze, co będzie, bo można na tym zrobić karierę itd. I jeszcze jedna rzecz. Tych wszystkich kategorii i odmian nie można traktować statycznie. W miarę rozwoju sytuacji i koniunktury ich granice i linie podziału przesuwały się lub zacierały. Tak na przykład ogromnie w pierwszym okresie liczni attentyści, głoszący, że w oczekiwaniu na przeważenie szali w zmaganiach światowych na którąś ze stron ostrożność nakazuje nie drażnić okupanta, aby Francja poniosła możliwie najmniejsze straty, zaczęli w pewnym momencie, gdy z obu stron stanęła sprawa, „kto nie z nami, ten przeciwko nam”, znikać ze sceny, aż wreszcie podzielili się bądź na raczej biernych „résistants”, bądź na pokornych wykonawców woli okupanta, faktycznych kolaborantów. Jak więc, przy istnieniu w aparacie państwowym tak różnorodnych w swych nastawieniach i przekonaniach elementów, wyglądała sprawa ich stosunku do kwestii polskiej we Francji? Reżim jako taki nie miał żadnych powodów do wrogości wobec Polaków i był właściwie skłonny do okazywania im sympatii, jako do braci w nieszczęściu. Jednakże zasadniczym kryterium jego stosunku do nas było, czy aby nie przysporzymy mu poważniejszych kłopotów, ściągając gniew i niezadowolenie okupanta, traktującego nas niezmiennie jako wroga. Nawet kolaboracjonistyczny rząd miał na swym sumieniu dość grzeszków niezbyt ścisłego i mało lojalnego wykonywania różnych paragrafów zawieszenia broni, aby obciążać się jeszcze winą tolerowania antyniemieckiej w formie i duchu aktywności Polaków we Francji. Wobec tego groźni dla nas byli we władzach francuskich ci wszyscy, którzy zaangażowali się bardziej lub mniej szczerze w politykę kolaboracji, a poza tym karierowicze i oportuniści, pragnący wyróżnić się gorliwością w tępieniu wszystkiego, co może być podciągnięte pod schemat działalności antypaństwowej. Ale niebezpieczni byli również ci współpracujący z ruchem oporu urzędnicy, którzy w trosce o zachowanie korzystnych dla swej sprawy stanowisk państwowych gotowi byli okazywać służbistość na odcinku dla wąsko pojmowanych interesów francuskich najmniej ważnym, a mianowicie stosunku do cudzoziemców. Po wojnie stwierdzone zostało, że paru najbardziej dla nas wówczas dokuczliwych legalistów było zaangażowanymi gaullistami. Na szczęście dla nas główny zastęp odpowiedzialnych urzędników francuskich zgadzał się z najróżnorodniejszych pobudek patrzeć przez palce na wszystko, co robimy, pod warunkiem jednak, aby ten liberalizm, a nawet tolerancję można było pokryć jakąś fikcją formalno-prawną. Francuz jest w zasadzie, o ile nie wchodzi w grę jego interes osobisty, raczej dobroduszny i dobrotliwy, daje się łatwo zagadać i przekonać, zwłaszcza gdy ma tendencję do elastycznego traktowania przepisów i gdy rozmówca potrafi pozyskać jego sympatię. Beneficjowaliśmy z tego wszystkiego bardzo szeroko. Gdy jednak przyłapano nas na gorącym uczynku naruszania podstawowych zakazów oraz uprawiania konkretnej akcji antyniemieckiej, a z biegiem czasu coraz więcej było z naszej strony poczynań wręcz bojowych, ściągaliśmy na siebie nieuniknione środki represyjne. Najczęściej jednak sprawa wyglądała w ten sposób, że albo rewizje i aresztowania dokonywane były możliwie dyskretnie i cicho, aby

okupant nie dowiedział się o tym i nie zaczął się wtrącać, albo też odbywało się to z wielką ostentacją, aby wywołać dobre wrażenie u kontrolerów niemieckich. Ale w obu wypadkach, zwłaszcza w pierwszych dwóch latach nowego reżimu, wszystko kończyło się zwykle zatuszowaniem śledztwa i wypuszczeniem pod jakimś pozorem uwięzionych, aby mogli oni bądź opuścić granice Francji, bądź kontynuować dalej w innym miejscu swą dotychczasową działalność. Dlatego też straty nasze w tym okresie były minimalne. Natomiast ogromną pomocą we wszystkich naszych pracach byli przyjaźni nam i życzliwi Francuzi w aparacie państwowym, których nie było mało. Z reguły prawie zaliczali się do nich wszyscy ci, którzy bądź swego czasu pracowali w Polsce, bądź zdążyli się już zetknąć z naszymi sprawami. Należy przy tym zaznaczyć, że nie wszyscy gorliwie nam pomagający Francuzi należeli do ruchu oporu. Owszem, członkowie tego ruchu uznawali nas za towarzyszy broni we wspólnym froncie antyhitlerowskim, ale było wielu Francuzów nam przychylnych i wśród różnych odmian pétainowców. Wszyscy ci ludzie przestrzegali nas o grożącym niebezpieczeństwie, doradzali, jak uniknąć komplikacji, i pomagali w maskowaniu naszych „trefnych” prac. Wreszcie muszę wspomnieć o Francuzach, którzy dobrowolnie i świadomie z nami współpracowali, gdyż widzieli w nas niezłomny zastęp ruchu oporu przeciwko okupantowi niemieckiemu. Jedni wchodzili bezpośrednio do naszej sieci tajnej, drudzy stawali do naszej dyspozycji bez zadzierzgania więzów organizacyjnych. Przykładem tych ostatnich byli wspomniani już dyplomaci francuscy Jean de Lagarde i Pierre Sébillou dostarczający mi bezinteresownie wszelkich informacji i gotowi załatwić każdą sprawę, o którą poproszę. Wśród pierwszych należy wymienić przede wszystkim pułkownika, po wojnie generała rezerwy, Franciszka Michel, przez wiele lat dyrektora naczelnego z ramienia kapitału francuskiego Skarbofermu na Górnym Śląsku, który pozostawił tam jak najgorsze wspomnienie, bo był typowym Francuzem troszczącym się przede wszystkim o interesy strony, którą reprezentował, i posuwającym bardzo daleko wyzysk personelu najemnego. Powszechnie sądzi się, że to on był pra wzorem negatywnego dyrektora kopalni, Francuza, ze znanej powieści KadenBandrowskiego „Czarne skrzydła”. Ale ten sam człowiek był prawdziwym patriotą francuskim i przyjacielem Polski, toteż natychmiast po klęsce Francji, gdy nie zarysowało się jeszcze wyraźnie powstawanie francuskich grup oporu, zgłosił swe usługi ukonstytuowanemu już naszemu wywiadowi i mnie osobiście. Dobrze się wówczas nam przysłużył. Jest to jeszcze jeden dowód, jak nie należy zbyt pochopnie przyklejać etykiety, zły czy dobry, rezerwując je dla określonych czynów czy cech, a nie dla całego człowieka. Pozostaje jeszcze sprawa omówienia stanowiska, jakie zajmowaliśmy wówczas we Francji wobec rodzącego się ruchu gaullistowskiego. Jak mi opowiadano, wkrótce po wyzwoleniu Francji, latem 1944 r., na jednej z odpraw urządzonych przez reaktywowaną już przy ulicy Talleyranda w Paryżu naszą ambasadę, Witold Obrębski przedstawił wyciągnięte z archiwum marsylskiego pismo z moim podpisem, zakazujące Biurom Polskim utrzymywania wszelkich stosunków z gaullizmem, i złośliwie zapytał, czy jest ono nadal aktualne. Odpowiedziano mu, moim zdaniem w sposób jak najbardziej fałszywy, że nie należy wracać do przeszłości i pismo zniszczyć. Było ono wówczas, gdy je rozsyłałem, całkowicie słuszne i potrzebne. Gaullizm był ruchem konspiracyjnym i nie było rzeczą organów terenowych zajmujących się opieką prawną (Biura Polskie) czy materialną (oddziały PCK) wchodzenie z nim w kontakt, co by tylko nastawiło przeciwko nam miejscowych przedstawicieli władz francuskich, traktujących ten ruch jako antypaństwowy. Rozmowy polityczne z gaullistami mogły mieć miejsce wyłącznie na szczeblu najwyższym w Londynie, a we Francji do utrzymywania kontaktów z nimi powołane były tylko czynniki naczelne reprezentowane przeze mnie i moich bezpośrednich współpracowników. Tak też i było.

Ale i na tym poziomie stosunki te, wobec półjawnego charakteru naszych prac, musiały być luźne i ograniczone do utrzymywania stanu możliwości natychmiastowego przejścia do bliskiej współpracy. Chwilowo nie mogliśmy kompromitować się otwartą przyjaźnią z ruchem uznawanym przez reżim za swego największego wroga. Dlatego mieliśmy dostatecznie szerokie, ale nie krępujące kontakty z różnymi, jeszcze rozproszonymi i pracującymi w sposób nie skoordynowany organizacjami francuskiego ruchu oporu przez szefostwo wywiadu z płk Marianem Romeyko na czele, przez Władysława Potockiego, przez Annę Gontaut-Biron i różnych zaprzyjaźnionych Francuzów w aparacie państwowym. Gdy Potockiego aresztowano właśnie za współpracę z jedną z organizacji gaullistowskich, wydostałem go bez trudności z więzienia i mógł kontynuować pracę jako łącznik z francuskim wywiadem lotniczym dostarczającym naszej Dwójce w Londynie cennych wiadomości o Luftwaffe we Francji. Ze strony francuskiego ruchu oporu spotykałem się z życzliwością. Po okupowaniu przez Niemców całej strefy wolnej zgłosił się do mnie pracujący w Ministerstwie Pracy referent spraw polskich mjr Louture z propozycją dostarczenia mi samolotu, gdybym z powodu zaistniałego dla mnie niebezpieczeństwa czy też z innej przyczyny chciał udać się do Londynu. Podziękowałem mu oświadczając, że mam zamiar pozostać na terenie Francji, ale taka możliwość może się przydać, wrócę więc do tego przy okazji następnego pobytu w Vichy. Moje aresztowanie przeszkodziło w odbyciu tej drugiej rozmowy. W następnych rozdziałach przejdę do omawiania najważniejszych działów naszej pracy we Francji. Chcę tu jeszcze raz podkreślić to, co już wspomniałem, że wszystkie moje wywody i uwagi dotyczą jedynie okresu bezpośredniej aktywności, to jest czasów od lata 1940 do 10 grudnia 1942 r., co zbiega się z grubsza z okresem istnienia tzw. strefy nieokupowanej. Później stosunki będą się coraz bardziej zmieniać, ale znam je już tylko z opowiadań innych i z materiałów źródłowych. Książka ta natomiast oparta jest przede wszystkim na moich wspomnieniach osobistych.

VII Pod zmienionym szyldem
Jak wspomniałem, dla Francuzów niewygodny był brak na ich terytorium przedstawicielstw polskich, i to zarówno ze względów politycznych, jak i praktyczno-administracyjnych. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych161 przeważali attentyści i umiarkowani kolaboracjoniści, których poczucie godności narodowej urażone zostało brutalnym żądaniem niemieckim zamknięcia naszych oficjalnych placówek. Władze administracyjne natomiast stawały przed trudnością, jak załatwiać w takim wypadku sprawy przynależności państwowej i dokumentów osobistych wielu obywateli polskich, co było niezbędne zarówno dla tych ludzi, jak i dla urzędów francuskich. Przed wojną obliczano ilość obywateli polskich zamieszkujących stale we Francji na około 600 tysięcy, z czego do 100 tysięcy pochodzenia żydowskiego, głównie w rejonie paryskim. Z Żydami tymi sprawa była dość skomplikowana. W większości uciekli oni nielegalnie z Rosji po rewolucji październikowej, w okresie przesuwania się frontów podczas wojny domowej 1917-1920, i po zwykle bardzo krótkim pobycie w Polsce byli wysyłani między innymi do Francji przez żydowskie organizacje charytatywne (JOINT). Żyli tam latami bez ważnych dowodów osobistych (sprawy rodzinne załatwiali w kahałach),
161

Trudno do tego okresu stosować tradycyjną nazwę Quai d’Orsay, pochodzącą od ulicy nadbrzeżnej w Paryżu, przy której mieści się gmach MSZ. Podczas wojny jego siedziba w Vichy mieściła się w Hôtel Majestic, tym samym, w którym mieszkał i urzędował marszałek Pétain.

ale figurowali w rejestrach francuskich jako pochodzący z Polski, bo stamtąd legalnie przybyli, chociaż często nawet nie znali naszego języka. Ich przynależność państwowa była zawsze przedmiotem sporów między konsulatami RP a władzami francuskimi, co m. in. spowodowało wydanie bardzo krytykowanego dekretu o automatycznym pozbawieniu obywatelstwa polskiego osób zagranicą, które przez 10 lat nie zwróciły się ani razu do właściwych konsulatów. W praktyce rozporządzenie to dotknęło boleśnie komunistów polskich. Jeżeli chodzi o właściwych Polaków (była też pewna liczba obywateli polskich - Ukraińców), to mieszkali oni w większości w rejonach górniczych północnej Francji i w Alzacji-Lotaryngii. W strefie nieokupowanej, w której jedynie mogły legalnie działać nasze konsulaty, obliczano ilość obywateli polskich na około 150 tysięcy, w tym większe skupienia robotnicze w basenach węglowych Montceau-les-Mines, Saint-Etienne itd., oraz spora liczba polskiej ludności rolniczej w Gaskonii, Limousin i w rejonie Tuluzy. Do 15-20 tysięcy szacowano uchodźców wojennych, cywilnych i wojskowych (stan stale płynny). Dla załatwiania spraw osobistych tych Polaków władze francuskie potrzebowały jakichś wyspecjalizowanych urzędów. Rzecz stawała się dla nich tym bardziej ważna, że w związku z warunkami wojennymi wzrastało zapotrzebowanie na wszelkiego typu dokumenty i zaświadczenia osobiste, wymagane przy systemie kartkowym, wystawianiu niezbędnych dla cudzoziemców przepustek, poruszaniu się między departamentami, przy ścisłym przestrzeganiu konieczności posiadania dowodów osobistych itd. Stąd na pierwszą wiadomość o żądaniach niemieckich w rozmowach między Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Vichy stanęła sprawa przekształcenia konsulatów polskich w jakieś Biura Polskie o kompetencjach wystawiania zaświadczeń tożsamości i innych dokumentów typu notarialnego. Frankowski nie wciągnął mnie do wstępnych rozmów na ten temat z MSZ i właściwie postawił mnie przed faktem dokonanym. W tych pertraktacjach zostało w ogólnych zarysach ustalone: primo, że konsulaty nasze zostaną przekształcone w Biura Polskie o ograniczonych zadaniach prawnoadministracyjnych, i secundo, że przy francuskim MSZ akredytowany zostanie nieoficjalny przedstawiciel rządu polskiego dla utrzymywania niezbędnych kontaktów dyplomatycznych, który dla pozostałych władz francuskich będzie rzecznikiem interesów ludności polskiej we Francji. W takim to właśnie charakterze zostałem przez wyjeżdżającego chargé d’affaires Feliksa Frankowskiego wprowadzony do obejmującego właśnie (po Charles-Roux, który nie mieścił się w ramach nowej polityki) stanowisko sekretarza generalnego MSZ Rochat162, długoletniego dyrektora gabinetu paru kolejnych ministrów spraw zagranicznych, którego poznałem w tym charakterze w Warszawie podczas wizyty ministra Delbos163 w 1937 r. Rochat przyjął mnie jak najuprzejmiej i obiecał wszelką pomoc w mej pracy. Jako stałego partnera do bieżących kontaktów wyznaczył mi dyrektora do spraw europejskich Pierre Bressy164, który był ongiś radcą ambasady francuskiej w Warszawie. Miałem z nim uzgadniać praktyczne zagadnienia funkcjonowania Biur Polskich i załatwiać wszelkie inne sprawy. Rochat zapewniał, że w każdej chwili, jeśli będzie trzeba, mogę się do niego zgłosić. Był to z jego strony typowy frazes dyplomatyczny, bo gdy w następnym roku dwukrotnie prosiłem go o przyjęcie, chcąc złożyć mu jakieś oświadczenie w imieniu rządu polskiego w Londynie,

162

Charles Rochat (1892-1962), dyplomata francuski. Dyrektor Gabinetu Ministra 1934-1940, następnie dyrektor Departamentu Politycznego, a w latach 1940-1944 Sekretarz Generalny MSZ. 163 Yvon Delbos (1885-1963), polityk francuski z partii radykalnej. Minister spraw zagranicznych 1937-1938. 164 Pierre Bressy, ur. 1890, dyplomata francuski. Radca ambasady w Warszawie 1931-1938, po czym wicedyrektor do spraw europejskich w MSZ, a 1940-1944 dyrektor departamentu politycznego.

zawsze okazywało się, że jest bardzo zajęty i weksluje mnie na Bressy’ego. Po prostu nie chciał kompromitować się przyjmowaniem mnie w swym biurze. Z góry było powiedziane, że na czele Biur Polskich nie mogą stać konsulowie, którzy mieli formalne exequatur na terenie Francji. Powstawała więc konieczność obsady kierowniczych stanowisk w Biurach Polskich. I w tym wypadku stanąłem właściwie przed faktem dokonanym. Na kierownika Biura w Marsylii przewidziano Jana Małęczyńskiego165, w Tuluzie - Bernarda Fuksiewicza166, a w Lyonie - Stefana Domańskiego167. Byli to wszystko ludzie wytypowani przez Dąbrowskiego, który miał się zajmować tymi sprawami, spośród osób sobie znanych z dotychczasowej pracy we Francji. Podając mi te nazwiska, Dąbrowski powiedział wprawdzie uprzejmie, że to mnie przysługuje ostatni głos, jeśli chodzi o przyjęcie lub odrzucenie tych kandydatów, ale sprawa była już z nimi omówiona i wolałem nie komplikować sytuacji przez wprowadzanie zmian. Wszystkich trzech znałem zresztą osobiście i zasadniczych zastrzeżeń nie miałem. Uważałem natomiast, że wśród kilkunastu odpowiedzialnych urzędników naszego MSZ, znajdujących się wówczas na terenie Francji nieokupowanej, można było znaleźć parę osób o wyższym poziomie i lepszych kwalifikacjach. Najważniejszą rzeczą było jednak natychmiastowe przystąpienie do kontynuowania prac konsularnych pod nowym szyldem. Małęczyński był urzędnikiem niezmiernie gładkim, obrotnym i zręcznym. Cechę szczególną stanowiły powierzchowność i efekciarstwo, stawianie na pierwszym miejscu swego interesu i swej kariery. Nie byłem zachwycony jego działalnością, ale ostatecznie przez cały czas dawał on sobie ze wszystkim radę. Fuksiewicz z Tuluzy był przez szereg lat urzędnikiem centrali MSZ i dopiero po równoczesnym ukończeniu studiów wyższych został przed samą wojną mianowany sekretarzem poselstwa w Kownie. W ministerstwie żywe jeszcze było stopniowanie hierarchiczne i snobistyczne rozróżnianie między urzędnikami dyplomatycznymi, konsularnymi i administracyjno-rachunkowymi168. Fuksiewicz wyniósł z tego wyraźny kompleks niższości, który występował u niego zwłaszcza pod wpływem alkoholu, oraz niechęć do „tych gładkich i tych lepszych”. Wybitnym pracownikiem nie był, ale Biuro Polskie prowadził porządnie. Wreszcie Domański z Lyonu należał do gatunku spokojnych, rzeczowych i zdyscyplinowanych urzędników wykonawczych. W delikatnych warunkach, w których - jak zobaczymy - się znalazł, wywiązał się z zadania poprawnie, chociaż brakowało mu nieraz taktu i wyrobienia. Nie zrażało mnie do niego, gdy z różnych stron szeptano mi, iż jest to „człowiek Kawałkowskiego”, bo nie było to dla mnie dyskwalifikacją. Odrębnym zagadnieniem była sprawa Biura Polskiego w Nicei. Istniał tam tylko od dawna konsulat honorowy, to znaczy taki tytuł posiadał jeden z miejscowych notabli francuskich, z normalnymi w takich wypadkach zadaniami ułatwiania i propagowania stosunków handlowych z Polską. Z biegiem czasu zaczął w okresie międzywojennym zakorzeniać się zwyczaj przydzielania takim konsulatom honorowym, w rejonach o większej liczbie obywateli polskich lub w warunkach trudnej komunikacji z kompetentnym konsulatem RP, urzędników kontraktowych z prawem podpisu dla załatwiania spraw administracyjno-paszportowych. Wobec napływu na Lazurowe Wybrzeże sporej fali uchodźców z Polski (tych zamożniejszych) przydzielono w jesieni 1939 r. do konsulatu honorowego w

165 166

Jan Małęczyński, ur. 1903, w MSZ od 1928. Konsul w Opolu 1936-1939. Bernard Fuksiewicz, ur. 1897, w MSZ od 1922. Sekretarz poselstwa w Kownie 1939. 167 Stefan Domański (1895-1949), w MSZ od 1924. Konsul w Lille 1939-1940. 168 Próbował jakiś czas z tym walczyć dyrektor personalny Drymmer, dążąc do pewnego zdemokratyzowania MSZ. Jednakże w ostatnich dwóch latach przed wojną, gdy pasierbica Becka, Burhardtówna, dorosła, zaczęto znów zwracać większą uwagę na prezencję, dobre wychowanie i pochodzenie przyjmowanych praktykantów MSZ, których Beckowie traktowali jako potencjalne towarzystwo dla zaczynającej bywać na balach „Buby”.

Nicei byłego attaché ambasady w Berlinie Zbigniewa Szuberta169 ze względu na występującą już u niego gruźlicę, która go zabrała zaraz po wojnie. Jako nie posiadający formalnego exequatur mógł on nadal urzędować w Biurze Polskim w Nicei, przy boku jego nominalnego dyrektora, dotychczasowego francuskiego konsula honorowego, który doskonale zrozumiał swą rolę i do niczego się nie wtrącał. Konsulat honorowy istniał też od dawna w Księstwie Monaco. Na jego czele stał znany uczony, dyrektor muzeum oceanicznego w Monte Carlo, dr Mieczysław Oxner. Formalnie biorąc, układ o Biurach Polskich nie obejmował samodzielnego państwa Monaco, więc mógł się tam utrzymać konsulat honorowy. Przydzieliliśmy tam tylko w charakterze etatowego urzędnika konsularnego dotychczasowego wicekonsula z Mediolanu Ludomira Komierowskiego170, który aresztowany przez Włochów w 1942 r. za pracę dla naszego wywiadu szczęśliwie przeżył więzienia rzymskie i berlińskie. Natomiast Oxner, jako Żyd polski, trafił w r. 1943 w jednym z kolejnych transportów z Francji do pieców krematoryjnych Oświęcimia. Poza sferą nieokupowaną moje oficjalne kompetencje generalnego dyrektora Biur Polskich obejmowały również zamorskie posiadłości Francji, naturalnie te, które uznawały rząd Pétaina w Vichy. Konsulaty honorowe w Afryce, do których przydzielani byli poprzednio urzędnicy konsularni, a mianowicie w Algierze, Tunisie, Casablance, Dakarze i Tananariwie, przekształcono na Biura Polskie. Jak już wspomniałem, wydelegowałem w charakterze pełnomocnika na Afrykę Emeryka HuttenCzapskiego, który objął ogólne kierownictwo Biur Polskich w Afryce, mając do pomocy Edwarda Borowskiego jako dyrektora Biura w Algierze. Poza tym podlegały Czapskiemu: Biuro w Casablance (Maroko), do którego przydzieliłem w charakterze kierownika jednego z wybitniejszych byłych praktykantów MSZ, Zbigniewa Błażyńskiego, w Tunisie (pod kierownictwem dawnego urzędnika kontraktowego Leona Bohdanowicza), w Dakarze w Afryce Zachodniej (pod kierownictwem dawnego urzędnika kontraktowego Józefa Mańkowskiego) oraz w Tananariwie na Madagaskarze (nazwiska kierownika nie pamiętam). Istniał jeszcze problem terenów mandatowych Syrii i Libanu. Przed, samą wojną uruchomiono tam etatowy wicekonsulat, a na wiosnę 1940 r. przekształcono go w konsulat generalny, kierowany przez min. Karola Badera171, gdyż na Bliskim Wschodzie formowała się Brygada Karpacka i napływało tam dużo uchodźców polskich z Rumunii i Węgier. W momencie kapitulacji Francji Bader wyjechał do Palestyny (była w rękach angielskich), a wobec tego na czele Biura Polskiego w Bejrucie stanął tamtejszy pracownik, inż. Kraczkiewicz. Mogłem z nim mieć tylko bardzo luźny kontakt, toteż ograniczyłem się do posłania mu naszej instrukcji ramowej i formularzy wydawanych zaświadczeń. Po zajęciu Syrii i Libanu przez wojska angielsko-gaullistowskie na początku 1941 r. Biuro Polskie w Bejrucie przestało istnieć i ponownie uruchomiono tam konsulat generalny, ale już poza moim zasięgiem. Pierwszym zadaniem w mej nowej roli było uzgodnienie z władzami francuskimi warunków funkcjonowania Biur Polskich i zorganizowanie ich normalnej pracy. Od razu starły się dwa sposoby interpretowania roli i charakteru tych szczątkowych placówek polskich. Władze francuskie, ściślej mówiąc Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a zwłaszcza Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, domagały się maksymalnego ich ograniczenia, traktując Biura przede
169 170

Zbigniew Szubert (1905-1946), w MSZ od 1930. Attaché ambasady w Berlinie 1936-1939. Ludomir Komierowski (1883-1954), urzędnik kontraktowy ambasady w Rzymie 1919 -1933, następnie w Mediolanie do 1940. 171 Karol Bader (1887-1957), w MSZ 1918-1931 (ostatnie stanowisko - poseł w Wiedniu). Ponownie od 1939 jako konsul generalny w Bejrucie 1940 i poseł w Teheranie 1942-1945.

wszystkim utylitarnie, pod kątem własnych potrzeb, to znaczy załatwiania administracyjnych spraw, akt stanu cywilnego tak licznych we Francji obywateli polskich. W obawie wywołania niezadowolenia i protestów niemieckich organów, kontrolujących wykonanie postanowień rozejmowych, chciały one uniknąć wrażenia jakiejkolwiek ciągłości między byłymi konsulatami RP a nowymi Biurami Polskimi. Z tych samych powodów Francuzi zgłaszali obiekcje przeciwko utworzeniu w Vichy centralnego, kierowanego przeze mnie urzędu, który by był organem zwierzchnim nad Biurami Polskimi. Uważali oni, zresztą całkowicie słusznie, że taki urząd byłby trochę kontynuacją zlikwidowanej ambasady. Nasz punkt widzenia był diametralnie przeciwny. Chodziło o to, aby Polonia francuska, która, jak wiadomo, była niezmiernie rozgoryczona przedwczesną ucieczką urzędów polskich w czerwcu 1940 r., nie odniosła znowu wrażenia, że likwidacja dotychczasowych placówek oficjalnych oznacza pozostawienie jej bez opieki ze strony rządu polskiego. Symbolem, że tak nie jest, miało być moje urzędowanie w prowizorycznej stolicy Francji w Vichy, jako przedstawiciela rządu, na czele swego rodzaju reliktu ambasady, oraz ciągłość pracy konsulatów, jedynie ze zmienioną nazwą. Pierwsze rozmowy ze stroną francuską były dość trudne. Zażądała ona, aby Biura Polskie ograniczyły się jedynie do wystawiania zaświadczeń o pochodzeniu i zmieniły swe adresy, to znaczy opuściły dotychczasowe gmachy konsularne. Zgadzała się jedynie na dalsze urzędowanie dotychczasowego personelu pomocniczego jako elementu fachowego. Chciała, aby Biura Polskie były jednostkami zupełnie samodzielnymi, rezerwując dla mnie rolę tylko ich męża zaufania dla koordynacji prac i utrzymywania kontaktu z francuskimi władzami centralnymi. Ze swej strony operowałem argumentem, że będąc czynnikiem finansującym Biura Polskie i mając dyskrecjonalną władzę mianowania i odwoływania ich kierowników wraz z personelem, muszę mieć rolę nadrzędną i potrzebuję w tym celu biura centralnego. Ostatecznie wywalczyliśmy rozwiązanie kompromisowe, uwzględniające praktycznie nasze postulaty. Biura Polskie w dawnych lokalach służbowych zachowały prawo wystawiania nie tylko dokumentów stanu cywilnego, ale i występowania wobec władz terenowych w obronie interesów obywateli polskich. Dawało to im możność kontynuowania większości dotychczasowych prac (z wyjątkiem zakresu spraw handlowych), bez wyraźnego manifestowania tego na zewnątrz. W dziedzinie dokumentów personalnych Biura Polskie straciły prawo wystawiania paszportów konsularnych, natomiast jako dowody zastępcze wprowadzono zaświadczenia o dotychczasowym obywatelstwie (certificat d’origine), które były do przyjęcia dla niemieckich władz kontrolnych nie uznających formalnie państwowości polskiej, ale też nie zawierały niemożliwego dla nas do przyjęcia określenia „były obywatel polski”. Jeżeli chodzi o mój statut, to przyznano mi oficjalnie tytuł generalnego dyrektora Biur Polskich z rezydencją w prowizorycznej stolicy, Vichy. Zostałem urzędowo akredytowany przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych i przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych dla występowania w charakterze rzecznika interesów ludności polskiej. Aby uniknąć niepotrzebnego zwracania uwagi czynników okupacyjnych, zrezygnowałem z tworzenia większego urzędu centralnego, ale strona francuska zgodziła się, że mogę dysponować lokalem biurowym z niezbędnym personelem pomocniczym. Nie wywołała zastrzeżeń przedstawiona przeze mnie lista tego personelu w składzie sekretarki osobistej, buchaltera, kancelistki, szofera i woźnego, co równało się przyznaniu tym osobom prawa przebywania w Vichy. Poza tym przyjęto ustnie do wiadomości, że trzej wyżej wspomniani dawni urzędnicy dyplomatyczni ambasady - Kawałkowski, Dąbrowski i Sośnicki, którzy na podstawie uzgodnienia przy likwidacji przedstawicielstwa dyplomatycznego uzyskali prawo rezydowania w Vichy, będą moimi bezpośrednimi współpracownikami, upoważnionymi do występowania wobec władz francuskich w imieniu dyrektora generalnego Biur Polskich.

Takie rozwiązanie stwarzało formalny punkt wyjścia dla utrzymania pozorów ciągłości dotychczasowych placówek dyplomatycznych i konsularnych. Nie potrzeba było nawet przekonywać Polaków we Francji, że dyrekcja generalna Biur Polskich to dalszy ciąg ambasady, a Biura Polskie to zmieniona forma konsulatów. Fakt działania tych komórek, dającego konkretne efekty, świadczył sam przez się, że opieka ze strony władz polskich istnieje nadal. W praktyce nowo utworzona Generalna Dyrekcja Biur Polskich rozwinęła się do rozmiarów sporego urzędu. Najstarszym rangą i funkcją współpracownikiem był Kawałkowski, który objął dział spraw społecznych, a zwłaszcza zagadnienia starej emigracji, z wyjątkiem spraw PCK, które zachowałem bezpośrednio w swych rękach. Później, jak zobaczymy, poświęci się on całkowicie tworzeniu organizacji bojowej, Polskiej Organizacji Walki o Niepodległość. Dąbrowskiemu przypadły kontakty z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w ramach całości zagadnień Biur Polskich. Poza tym miał on w swej kompetencji problematykę prawną, w której był specjalistą, oraz opracowywanie wszystkich elaboratów dla władz francuskich, gdyż nikt lepiej od niego nie znał języka i terminologii używanej przez biurokrację francuską. Sośnicki, poza prowadzeniem mego sekretariatu, zastępował mnie w kontaktach z MSZ oraz w stosunkach z korpusem dyplomatycznym, zwłaszcza z Amerykanami. Nieco później podjął się on opracowywania raportów o sytuacji w Polsce na podstawie dostarczanej nam przez zaprzyjaźnionych urzędników delegacji francuskiej do spraw rozejmowych w Wiesbadenie niemieckiej prasy krajowej (głównie „Krakauer Zeitung”). Referentem prasowym był znany poeta i dawny urzędnik prasowy ambasady w Paryżu Jan Brzękowski172, który codziennie zapoznawał nas z całością prasy francuskiej i na jej podstawie opracowywał odpowiednie raporty dla naszego MSZ w Londynie. Jak już pisałem, sekretarką moją była pani Maria Zajączkowska, a całość uzupełniali dostarczeni przez Kawałkowskiego byli pracownicy konsulatu generalnego w Lille, ekonomista Władysław Gubrynowicz173 i urzędniczka kancelaryjna Jadwiga Łobodzińska174. Początkowo naszym lokalem biurowym był wspomniany już hotel „Alexandra”. Wkrótce jednak zażądano od nas jego opuszczenia, bo rezydujące obok władze policyjne chciały go przejąć dla własnych potrzeb i użyły argumentu, że przebywanie nasze w największym hotelu przy wjeździe do miasta ściąga na nas niepotrzebnie uwagę. Właścicielom hotelu pozostawiono jedynie parę pokojów dla ich stałych klientów, co umożliwiło mi zachowanie jednego z nich do mojej dyspozycji. Korzystałem z niego do końca, nawet wtedy gdy wraz ze współpracownikami przeniosłem się do Châtel-Guyon. Zdawało się, że w tak zatłoczonym Vichy trudno będzie znaleźć dla -nas jakiś przyzwoity lokal. Tymczasem już po paru dniach wynajęliśmy nieduży hotelik do całkowitej naszej dyspozycji, z zarezerwowaniem tylko małego mieszkanka na parterze dla właścicielek. Na pierwszym piętrze urządziliśmy parę pokoi biurowych i mój gabinet. Na dwóch wyższych piętrach zamieszkali ci z naszych współpracowników, którzy nie mieli własnego locum na mieście. W salce restauracyjnej na parterze była nasza wspólna stołówka. Jeśli Dyrekcja Generalna Biur Polskich we Francji miała być jakąś namiastką ambasady, jednym z głównych i pierwszych zadań stawało się nawiązanie stałej łączności z rządem polskim w Londynie. Po otrzymaniu nominacji na przedstawiciela rządu wracałem automatycznie do pionu MSZ, toteż zaprzestałem bezpośredniej korespondencji z Kotem i raportowania mu o sytuacji we Francji, przechodząc do systematycznego informowania o wszystkim mego resortu macierzystego. Należało

172

Jan Brzękowski, ur. 1903, poeta, współtwórca awangardy krakowskiej. Od 1928 referat prasy francuskiej w ambasadzie w Paryżu. 173 Władysław Gubrynowicz, ur. 1911, ekonomista, urzędnik konsulatu generalnego w Lille 1938 -1940. 174 Jadwiga Łobodzińska, ur. 1901, urzędniczka konsulatu generalnego w Lille 1937-1940.

rozwiązać problem stałej łączności pocztowej (kurier dyplomatyczny) oraz doraźnej wymiany depesz szyfrowanych dla spraw pilnych. Z gotowością przesyłania naszej korespondencji do Londynu swą cotygodniową pocztą dyplomatyczną do Lizbony wystąpili Francuzi. Skorzystałem z tego parę razy, aż wreszcie zadzwonił do mnie Bressy i gdy do niego przyszedłem, wręczył mi zapieczętowany pakiet z naszego poselstwa w Lizbonie. Poprosił jednak, abym go przy nim otworzył, po czym wskazał jeden z listów, pytając, jaka jest jego treść. Dałem niedwuznacznie wyraz zdziwieniu, ale chcąc zaznaczyć swą lojalność wobec gospodarzy francuskich, spełniłem jego prośbę. Był to akurat przesłany za pośrednictwem Watykanu list do kardynała Hlonda od jakichś zakonników w Wielkopolsce, relacjonujący tamtejsze prześladowania duchowieństwa przez Niemców. Zabierając przesyłkę, pożegnałem się z Bressy’m chłodno i powiedziałem, że nie będę go więcej trudził pośrednictwem w naszej korespondencji, bo znajdę inną drogę. Był tym dość speszony, coś mamrotał o koniecznościach wojennych, ale chyba w gruncie rzeczy wcale się nie martwił z takiego zakończenia sprawy. Francuzi chcieli zdaje się jedynie uniknąć przesyłania naszej korespondencji z Londynu zwykłą pocztą, co umożliwiałoby jej cenzurowanie przez Niemców. Po różnych próbach ustaliło się systematyczne korzystanie z kuriera amerykańskiego, po zasadniczym omówieniu przeze mnie sprawy z radcą ambasady Stanów Zjednoczonych w Vichy, głośnym później dyplomatą Murphy175. Do załatwiania tej sprawy wyznaczyłem Sośnickiego. Raz na tydzień w sobotę zjawiał się w ambasadzie amerykańskiej, wręczał do wysłania nasz pakiet i otrzymywał nadeszłą właśnie dla nas zapieczętowaną pocztę. Kurier amerykański jeździł na trasie Lizbona, Madryt, Vichy i Berno, więc mogliśmy też korespondować tą drogą z Ładosiem w Szwajcarii. Amerykanie postawili dwa warunki: aby pakiet nie był duży, w zasadzie nie przekraczający rozmiaru większej koperty, oraz aby znajdowała się w nim tylko moja korespondencja urzędowa, ze specjalnym wykluczeniem wszelkich przesyłek pieniężnych (troska o nienaruszanie francuskich przepisów dewizowych). W praktyce zastrzeżenia te nie okazały się groźne. Zakładałem, że wywiad amerykański sprawdza w Lizbonie zawartość naszych obustronnych przesyłek, ale w każdym razie tolerowano, że Houwalt wkładał od czasu do czasu paromilionowe pakiety prasowanych banknotów tysiącfrankowych, a i my niejednokrotnie wysyłaliśmy do Berna dolary do wymiany, gdyż tam uzyskiwało się kurs znacznie wyższy niż nawet czarnogiełdowy we Francji. Rosły też z biegiem czasu rozmiary mych przesyłek pocztowych, które przybrały wreszcie objętość dużych paczek. Zwiększała się coraz bardziej nasza korespondencja urzędowa, jak również i działalność polityczno-i raportowa. Sporo miejsca zajmowała odbywająca się również za moim pośrednictwem korespondencja z Londynem różnych komórek polskich na terenie Francji, zwłaszcza wywiadu, którego poczta, chociaż składająca się przeważnie z mikrofilmów, rosła coraz bardziej, w miarę pomyślnego rozwijania się jego aktywności. Wreszcie nie odmawiałem rodakom przesyłania korespondencji prywatnej dla uniknięcia cenzury. Droga amerykańska działała sprawnie aż do likwidacji ambasady Stanów Zjednoczonych w Vichy, co miało miejsce w przeddzień mego aresztowania. Zastępczo i dorywczo korzystałem też z dobrych usług poselstwa meksykańskiego, ale nie miało ono regularnego kuriera. Poza tym niejednokrotnie wykorzystałem okazje przez zgłaszających się do mnie przejezdnych dyplomatów obcych. Bodaj w 1942 r. wystąpiło do mnie z ofertą dostarczania przesyłek do Lizbony szefostwo wywiadu francuskiego w Sztabie Głównym, rezydujące w Clermont-Ferrand.
175

Robert Murphy, ur. 1894, dyplomata amerykański od 1922. Radca ambasady we Francji od 1936, a w 1942 specjalny przedstawiciel prezydenta we francuskiej Afryce Północnej. Doradca do spraw niemieckich amerykańskiego dowództwa w Europie 1943-1949.

W tym wypadku byłem bardzo ostrożny i ograniczyłem się do stałego otrzymywania tą drogą polskiej prasy i wydawnictw z Londynu. Po wojnie dowiedziałem się, że szef tego wywiadu, z którym zresztą kontaktowałem się wyłącznie za pośrednictwem Sośnickiego, był bardzo aktywnie zaangażowany w działalność gaullistowską. Został pierwszym po wojnie francuskim attaché wojskowym w Polsce i przysporzył mi niechcący sporo kłopotu pragnąc spotkać się ze mną po moim powrocie do Warszawy. Umarł zaraz potem w 1948 r. Znacznie trudniej szła sprawa uruchomienia stałej korespondencji telegraficznej. Frankowski zostawił mi co prawda stary materiał szyfrowy (na wiosnę 1940 r. wymieniono go w Angers na nowy, podejrzewając słusznie, że stary może być już znany Niemcom), ale pozostał problem znalezienia sposobu nadawania zaszyfrowanych depesz, co, jak wiadomo, jest przywilejem tylko oficjalnych placówek dyplomatycznych. Dorywczo przesyłaliśmy kurierem amerykańskim zaszyfrowane teksty do poselstwa naszego w Bernie dla dalszego przetelegrafowania do Londynu i otrzymywaliśmy czasami depesze stamtąd w ten sam sposób, ale była to droga bardzo długa i uciążliwa. Przypomina mi się w związku z tym następujący epizod. Kiedyś ministerstwo przesłało dla mnie do Berna specjalnie obszerną i bardzo pilną depeszę szyfrową. Ładoś postanowił doręczyć mi ją przez sekretarza poselstwa Stanisława Nahlika176, dziś profesora prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy spotkałem się z nim w Grenoble, zaczął dyktować mi z pamięci parostronicowe kolumny pięciocyfrowych grup (bo taki był ostatni kształt naszego szyfru), a później okazało się, że nie popełnił najmniejszego błędu. Ku memu wielkiemu zdumieniu wyjaśnił, że ma nieprzeciętny dar pamięci wzrokowej, więc wolał nauczyć się tych tysięcy cyfr na pamięć niż ryzykować przewożenie kompromitującego papieru. Znałem zresztą parę innych osób o podobnej, wręcz fenomenalnej pamięci wzrokowej czy słuchowej. Opowiadano mi kiedyś o przedwojennym amerykańskim ambasadorze w Japonii, Grew177, który miał tę cechę posuniętą do tak chorobliwego stopnia, iż w ogóle nie mógł czytać, gdyż całe strony tekstu utrwalały mu się od razu w mózgu, przemęczając go nadmiernie. Wszystko musiano mu tylko referować, bo pamięć słuchową miał normalną. Najczęściej korzystałem z pośrednictwa tajnej radiostacji naszego wywiadu we Francji, zwłaszcza od czasu, gdy zjawił się u mnie jakiś przyjezdny cudzoziemiec i wręczył paczkę wielkości zwykłej ręcznej (portable) maszyny do pisania, co okazało się małą, nowoczesną stacją nadawczo-odbiorczą (jakoby patent polski) przeznaczoną dla płk Romeyki. Ale i ta droga nie była zbyt pewna. Romeyko szedł mi zawsze jak najbardziej na rękę, ale w wypadku jakichś trudności technicznych naturalnie pierwszeństwo miały depesze wojskowe. Nie zawsze sumienni byli radiotelegrafiści. Kiedyś znaleziono u nich wetknięty w jakiś kąt zwitek moich przeterminowanych już depesz. Poza tym trzeba było niejednokrotnie po takie depesze jeździć raz do Nicei, drugi raz do Tuluzy, trzeci do Nimes, a każdy wyjazd był w warunkach ówczesnych skomplikowany i często musiałem jechać sam. Dopiero gdzieś latem 1942 r. Romeyko otrzymał większą partię tych małych nowoczesnych iskrówek i jedną z nich odstąpił mnie do wyłącznej dyspozycji. Za pośrednictwem mego kolegi ministerialnego Łasińskiego178, który właśnie wydostał się z niemieckiego obozu jenieckiego, wynająłem w ChâtelGuyon, gdzie wówczas mieszkałem, odosobnioną w stosunkowo dużym ogrodzie willę. Łasiński zamieszkał w niej z żoną i dziećmi w charakterze bogatego cudzoziemca, a odstąpiony mi przez

176

Stanisław Nahlik, ur. 1911, w MSZ od 1936. Sekretarz poselstwa w Bernie 1939 -1945. Dziś profesor prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim. 177 Joseph Grew, ur. 1880, dyplomata amerykański. Ambasador w Tokio 1932-1941, zastępca sekretarza stanu 1944-1945. 178 Zbigniew Łasiński, ur. 1904, w MSZ od 1928. Radca wydziału prasowego centrali MSZ 1936 -1939.

naszych wojskowych radiotelegrafista występował w charakterze ogrodnika-służącego. Rozwiązało mi to na pewien czas całkowicie problem. Wśród rozległych dziedzin działalności, które musiałem obejmować jako przedstawiciel rządu, formalnie na pierwszym miejscu stało kierowanie Biurami Polskimi, gdyż to ich istnienie było usprawiedliwieniem mego funkcjonowania w charakterze półoficjalnym. Natychmiast po uzgodnieniu z francuskim MSZ szczegółów statusu Biur i mego osobistego, w październiku 1940 r. zwołałem do Nicei konferencję dyrektorów Biur Polskich we Francji metropolitalnej dla przedyskutowania i uzgodnienia wszystkich aspektów politycznych, społecznych i administracyjnych pracy w nowych warunkach. W towarzystwie Kawałkowskiego i Dąbrowskiego omówiłem z nimi sytuację, starając się przeciąć od razu wszelkie próby traktowania mej roli jako nominalnej. Nie obeszło się wtedy i nieraz później bez pewnych zgrzytów, ale niezbędna, zwłaszcza w trudnych warunkach, dyscyplina została zaprowadzona, a częste moje rozjazdy w terenie i osobiste spotkania z dyrektorami Biur przyczyniły się do zacieśnienia z nimi współpracy i ugruntowania mego autorytetu, co stało się specjalnie ważne, gdy wskutek utworzenia tajnej organizacji montowanej przez Kawałkowskiego powstała sytuacja dość dwuznaczna. Jeżeli chodzi o stronę francuską, to w sprawach Biur Polskich nie spotykałem się w Ministerstwie Spraw Zagranicznych z większymi trudnościami i współpraca na tym odcinku rozwijała się w sposób całkowicie zadowalający. Gorzej ułożyły się stosunki z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Będąc akredytowany również przy nim, zwróciłem się o przyjęcie mnie przez szefa Sûreté179. W przeddzień tej wizyty dowiedziałem się, że władze administracyjne sprzeciwiają się utworzeniu Biura Polskiego w Nicei, powołując się, formalnie zresztą całkowicie prawidłowo, na fakt, że nie było tam nigdy konsula etatowego, a Biura zostały powołane dla zastąpienia tych ostatnich. Poza tym ministerstwo zakwestionowało też nominację Domańskiego na kierownika Biura w Lyonie, wysuwając niesprecyzowane zastrzeżenia przeciwko jego osobie. Nigdy nie dowiedziałem się, czy Domański popełnił u progu swej działalności w Lyonie jakiś fałszywy krok wobec miejscowych władz, czy administracja już poprzednio miała do niego jakieś pretensje, czy też wreszcie chodziło przede wszystkim o sprawdzenie, czy rzeczywiście, jak twierdziłem w MSZ, jestem władny załatwiać wszystkie sprawy Biur Polskich bez odwoływania się do Londynu, czemu Sûreté było od początku przeciwne. Najprawdopodobniej decydujący był motyw ostatni, z tym że wybór padł na Domańskiego ze względu na jakieś jego potknięcia, do których mi się nie przyznał. Początkowo rozmowa z dygnitarzem służby bezpieczeństwa miała charakter bardzo nieprzyjemny. Szef Sûreté pomylił nazwiska i gdy przedstawiłem mu towarzyszącego mi Wiesława Dąbrowskiego, był przekonany, że wprowadziłem Domańskiego, co wywołało od razu u niego ton sztywny i niechętny. Dopiero gdy wyjaśniło się, że chodzi o moje alter ego w stosunkach z MSZ, nastrój się poprawił i mój rozmówca poprosił swego szefa gabinetu, z którym Dąbrowski miał w przyszłości na bieżąco utrzymywać służbowy kontakt. W rozmowie we czwórkę wszystkie nasze wysiłki i wytworzona długoletnią praktyką umiejętność Dąbrowskiego pertraktowania z władzami francuskimi nie wystarczyły, aby utrzymać w całości nasze stanowisko, toteż musieliśmy pójść na kompromis. W sprawie Nicei przeciwstawialiśmy względom formalnym momenty utylitarne (masowy napływ ludności polskiej), powołując się przy tym na opinię

179

Jednym z głównych pionów francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych jest Sûreté Générale, odpowiadająca z grubsza biorąc naszemu Urzędowi Bezpieczeństwa. W ramach Sûreté, obok działu właściwej policji, istnieje też specjalny departament Surveillance du Territoire (nadzoru terytorialnego), któremu podlegają między innymi wszystkie sprawy cudzoziemców we Francji. Dlatego miałem do czynienia przede wszystkim z tym departamentem i z jego zwierzchnikiem, szefem Sûreté Générale.

miejscowej prefektury. Ostatecznie dyrektor Sûreté zgodził się na utrzymanie Biura Polskiego w Nicei, o ile otrzyma potwierdzenie naszych słów od miejscowego prefekta, co rzeczywiście nastąpiło, i placówka ta dotrwała aż do wyzwolenia. Natomiast w toku dyskusji zrozumieliśmy, że sprawę Domańskiego Ministerstwo Spraw Wewnętrznych traktuje jako prestiżową i nie zgadza się na żadne ustępstwa, wobec czego musieliśmy uwzględnić jego żądania. Zważywszy, że zarówno Kawałkowski, jak Dąbrowski nalegali, abym nie zwalniał Domańskiego, znalazłem następujące rozwiązanie. Przedstawię Francuzom nowego dyrektora Biura w Lyonie, który będzie jednak tylko figurantem podpisującym papiery i przeprowadzającym w razie potrzeby rozmowy z miejscowymi władzami. Natomiast faktyczne kierownictwo zachowa Domański, występujący formalnie jako doradca nowego dyrektora. Kandydata, który zgodził się na odgrywanie tej roli, znalazłem w osobie przebywającego w schronisku dla intelektualistów w Grenoble Leona Koppensa180, byłego konsula we Wrocławiu, tłumacza poezji niemieckiej, człowieka bardzo kulturalnego i taktownego. Francuzi przyjęli do wiadomości tę nominację, a w drażliwej sytuacji Koppens umiał znaleźć właściwą linię. Miejscowe władze również nie kwestionowały wytworzonego stanu rzeczy, który przetrwał do kolejnej zmiany szyldu. Przez jakiś czas stosunki nasze z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych układały się na ogół poprawnie, ale stopniowo cała nasza aktywność o wyraźnym ostrzu antyniemieckim doprowadziła policję do symplicystycznego stawiania znaku równości między nami i gaullistami, symbolizującymi w jej oczach postawę antypaństwową. Sprawy typu aresztowania Władysława Potockiego (w ramach likwidacji jednej z siatek ruchu oporu) utwierdzały ją w tym przekonaniu. W ministerstwie zarysowały się dwa stanowiska. Władze administracyjne były całkowicie zadowolone z istnienia i prac Biur Polskich, podczas gdy policja węszyła uprawianie przez nas akcji szkodliwej dla reżimu i, jak się potem dowiedziałem, zapisała mnie w swych kartotekach jako „przeciwnika Pétaina”, co w przyszłości drogo mnie kosztowało. Inaczej natomiast układały się moje stosunki z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, a ściślej mówiąc z głównym partnerem, dyrektorem do spraw europejskich Bressy’m. Był to wytrawny i inteligentny dyplomata, ściśle trzymający się odgórnych instrukcji, pozbawiony do tego woli i charakteru. Mówił zawsze o swej przyjaźni dla Polski i Polaków, ale zbyt często brała w nim górę wrogość do reżimu piłsudczykowskiego, którą wyniósł z czasów swej pracy na stanowisku radcy ambasady w Warszawie. Nić sympatii nigdy się między nami nie wytworzyła, choć wiedziałem, że z biegiem czasu wyraża się o mnie coraz bardziej pozytywnie. W gruncie rzeczy o atmosferze w naszych okresowo dość częstych rozmowach decydował charakter spraw, które tego dnia poruszałem. Jeżeli były to rzeczy łatwe i nie wymagały z jego strony angażowania się, wszystko szło gładko, rozmowa była towarzyska i przyjemna. Gdy jednak w grę wchodziły sprawy trudne i drażliwe, nie umiał ukrywać rozdrażnienia, że stawiam go w kłopotliwej sytuacji i zmuszam do faktycznego przyznania się, iż Francję nie stać na jakikolwiek samodzielny krok. Inna rzecz, że nasze ministerstwo w Londynie pracowało schematycznie i przesyłało mi często polecenia interweniowania w sprawach, które z góry traktowałem jako nierealne, właśnie wobec ograniczonych możliwości francuskiego MSZ. Początkowo wypełniałem służbiście instrukcje, ale stopniowo nauczyłem się zbywać je formalistycznie, nie zrażając Bressy’ego, którego potrzebowałem do rzeczy ważniejszych i możliwych do przeprowadzenia. Natomiast nie krępowałem się mówić mu prawdy, gdy coś leżało mi na wątrobie. Pamiętam, że uczuł się specjalnie dotknięty, gdy po przeczytaniu w prorządowym piśmie artykułu zawierającego twierdzenie, iż Beck był jurgieltnikiem hitlerowskim, powiedziałem mu: „Wiem dobrze, że moja démarche nie może mieć praktycznego
180

Leon Koppens, ur. 1890, w MSZ od 1921. Konsul we Wrocławiu 1937 -1939.

skutku, ale nie mogę się powstrzymać od wyrażenia oburzenia z powodu takiego określenia polskiej polityki zagranicznej, i to bez względu na stopień negatywnej oceny samego Becka i jego polityki. Mam też nadzieję, że MSZ znajdzie sposób zapobieżenia, aby podobnie kłamliwe insynuacje się nie ukazywały”. Przez dobre parę tygodni Bressy narzekał wobec wspólnych przyjaciół na moje wystąpienie i gdy miałem do niego jakąś sprawę, udawał zajętego, odsyłając mnie do kierownika referatu wschodnioeuropejskiego Broustra, dawnego sekretarza ambasady w Warszawie, który był urzędnikiem jak najbardziej poprawnym, ale całkowicie nijakim. W miarę jak nacisk niemiecki na rząd francuski w Vichy wzrastał, a nowy premier Laval angażował się w sposób jednoznaczny po drodze kolaboracji, Bressy czuł się coraz bardziej skrępowany moją hipoteką, obawiając się, że może to mu zaszkodzić. Równolegle z tym wzrastała moja odruchowa niechęć do niego (pomimo że starałem się zrozumieć jego sytuację), a później, gdy sprawy Biur Polskich przejął we francuskim MSZ wydział do spraw cudzoziemców, już tylko w razie specjalnej konieczności odwiedzałem departament polityczny. Muszę jednak zapisać na dobro Bressy’ego, że właśnie wtedy, gdy MSW zaczęło mnie dusić, skąd mam pieniądze na akcje opiekuńcze, pozwalał mi zasłaniać się tym, że bez upoważnienia Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie mogę nikomu udzielać informacji. Pół roku później jeden z dygnitarzy gestapo zapytał mnie przy przesłuchaniu, gdy padło nazwisko Bressy’ego, jak ustosunkowywał się on do moich próśb i interwencji. Błysnęła mi myśl, że wystarczy, abym powiedział prawdę, to jest, że starał się zawsze siedzieć na dwóch stołkach, aby ściągnąć na niego grube nieprzyjemności ze strony Niemców. Rzecz prosta, tego nie zrobiłem i powiedziałem, że był zawsze urzędnikiem niezwykle formalistycznym i trudnym w stosunkach. Może zresztą zrobiłbym mu przysługę powiedzeniem prawdy, bo po wyzwoleniu został zwolniony ze służby dyplomatycznej jako jeden z odpowiedzialnych za politykę kolaboracji. Ale i tak wykręcił się sianem, bo nie wciągnięto go do pozbawiającej praw politycznych kategorii „hańby narodowej” (l’indignité nationale) i urządził się od razu, rzecz znamienna, w wydziale zagranicznym Comité des Forges181. Po wojnie spotkałem go kiedyś w salonie naszej wspólnej przyjaciółki, pani Regi Lubelskiej. Był nieco zażenowany, ale gratulował mi powrotu z piekła koncentracyjnego i mówił coś o „robieniu, co można”. Bressy miał rację, że Niemcy pilnie obserwują naszą działalność we Francji. W parę miesięcy po żądaniu zlikwidowania PCK we Francji, przekształconego, jak zobaczymy poniżej, na Towarzystwo Opieki nad Polakami we Francji (TOPF), niemiecka komisja kontroli wykonania zawieszenia broni w Wiesbadenie zażądała w końcu lata 1941 r. zamknięcia Biur Polskich, jako działających jeszcze urzędów polskich. Francuzi oświadczyli mi, że nie mogę nie podporządkować się tym żądaniom, ale gotowi są poszukać ze mną jakiegoś rozwiązania zastępczego, opartego na zasadzie, że dotychczasowe Biura Polskie przejęte zostaną przez francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Jako negocjatora wyznaczono mi naczelnika wydziału cudzoziemców”, konsula Verdier182. Rokowania były długie i trudne. Znowu starły się dwie przeciwstawne tendencje. Stronie francuskiej chodziło przede wszystkim o utrzymanie komórek administracyjnych załatwiających sprawy dokumentów osobistych licznych obywateli polskich, o ile można bez obarczania się dodatkowymi kosztami i bez ściągania na siebie jakichś trudności z zewnątrz. My natomiast walczyliśmy ząb za ząb, aby obywatele polscy nie spadli do bezpaństwowców oraz aby zmiana była tylko nominalna. Wobec znanego skąpstwa Francuzów głównym moim argumentem okazało się zapewnienie, że będę nadal

181

Comité des Forges, naczelna organizacja jednocząca francuskie przedsiębiorstwa metalurgiczne, która odgrywała zawsze ogromną rolę w życiu politycznym i gospodarczym Francji. 182 Abel Verdier, ur. 1901, dyplomata francuski od 1925. Konsul w Saarbrücken 1935 -1940, dyrektor departamentu konsularnego MSZ 1940-1944.

finansował te Biura, co pozwoliło mi, po ustaleniu tej zasady, na stawianie sprawy: „płacę, wobec tego muszę mieć głos decydujący”. Uzgodniony ostatecznie schemat wyglądał w sposób następujący. Biura Polskie stają się organami terenowymi istniejącego już wydziału do spraw cudzoziemców i apatrydów (nansenowców), przybierając nową nazwę Biura do spraw polskich przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wobec tego na ich czele mają stać urzędnicy francuscy, mianowani i opłacani przez MSZ, otrzymają oni do pomocy wyznaczonych przeze mnie „doradców technicznych”183 spośród fachowego personelu polskiego. Biura miały zachować dotychczasowych urzędników polskich i zajmowane dotąd lokale (dawne konsulaty). Myślą przewodnią zawartego porozumienia było, że faktycznie biorąc wszystko pozostaje bez zmian, bo kierować pracami Biur będą „doradcy techniczni” pod zewnętrzną firmą nominatów francuskich, sprowadzonych de facto do roli nadzorców. Aby maskarada ta nie rzucała się zbytnio w oczy, zgodziłem się nie uwzględniać w zasadzie przy nominacji „doradców technicznych” dotychczasowych dyrektorów Biur Polskich. Na szczeblu centralnym kierownictwo przemianowanych Biur objął oficjalnie szef nowo utworzonej sekcji polskiej w wydziale cudzoziemców MSZ konsul Chastemps. Przejął on mój dotychczasowy lokal biurowy i część personelu pomocniczego. I on również otrzymał do pomocy polskiego „doradcę technicznego”, którym został Wiesław Dąbrowski. Verdier i Chastemps mieli działać w ścisłym porozumieniu ze mną, gdyż byłem nadal nieoficjalnie uznawany jako rzecznik interesów Polaków we Francji. Zastrzegłem sobie prawo decydowania o wszystkich zmianach personalnych i organizacyjnych oraz dokonywania inspekcji Biur, co przyjęte zostało do wiadomości. W terenie realizacja ustaleń wyglądała w ten sposób, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych mianowało dyrektorami czterech Biur we Francji metropolitalnej emerytowanych już bądź będących w stanie dyspozycji starych konsulów, dla których były to niespodziewanie korzystne synekury. Ja zaś, po przesunięciu Domańskiego do aparatu Związku Polaków we Francji, mianowałem „doradcą technicznym” w Lyonie konsula Bohdana Samborskiego184, pracującego dotychczas w zarządzie polskiej YMCA w Tuluzie. W Marsylii i Tuluzie „doradcami technicznymi” zostali najstarsi rangą spośród miejscowych urzędników konsularnych, z tym że dotychczasowi dyrektorzy, po przeniesieniu się z mieszkań służbowych w konsulatach na miasto, funkcjonowali nadal jako moi nieoficjalni pełnomocnicy do nadzorowania prac nowych Biur. Natomiast w Nicei, gdzie dotychczas Szubert nie zajmował formalnie stanowiska dyrektora Biura Polskiego, jako że był nim teoretycznie przedwojenny konsul honorowy, mogłem utrzymać go w charakterze „doradcy technicznego”. Reorganizacja Biur Polskich nie objęła Afryki Francuskiej. Biura w Algierze, Tunisie, Casablance i Dakarze działały nadal pod naczelnym kierownictwem Emeryka Czapskiego jako mego pełnomocnika. Możność ingerowania kontrolerów niemieckich była tam znacznie mniejsza i mieli oni tam przede wszystkim inne kłopoty. Poza tym władze francuskie w Afryce dysponowały od czasu wielkorządztwa gen. Weyganda udzieloną im przez rząd Pétaina stosunkowo dużą samodzielnością, co przy nastawieniu coraz bardziej antyniemieckim stwarzało dla nas łatwiejszą koniunkturę. Zresztą możność komunikacji z Afryką Północną stawała się coraz bardziej trudna i ograniczyła się wreszcie do sporadycznych przelotów samolotów na podstawie specjalnych przepustek wystawionych przez włoską komisję kontroli zawieszenia broni. W końcu lata 1941 r. udało się jeszcze Czapskiemu przylecieć do metropolii, aby zdać mi sprawę z sytuacji i omówić kierunek prac, ale gdy potem starałem się o pozwolenie udania się do Algieru dla inspekcji tamtejszego Biura Polskiego,
183

Jest to dosłowne tłumaczenie z francuskiego, niezbyt ścisłe merytorycznie, bo francuskie określenie „technique” oznacza przede wszystkim „fachowy” czy też „rzeczowy”. 184 Bohdan Samborski, ur. 1894, w MSZ od 1918. Naczelnik wydziału konsularnego centrali MSZ 1938-1939.

spotykałem się zawsze ze zdecydowaną odmową Włochów, przypuszczalnie inspirowanych w tym kierunku przez Niemców. Postawieni na czele Biur konsulowie francuscy dostosowali się na ogół do narzuconej przez nas linii, w czym pewną rolę odgrywało między innymi i to, że chociaż mieli pobory francuskie, wypłacałem im dodatki funkcyjne i reprezentacyjne oraz pokrywałem koszty podróży i inne wydatki służbowe, co ich zobowiązywało. W większości wypadków były to stare, poczciwe pryki, które przede wszystkim dbały o swój spokój, ale na ogół miały dużo dobrych chęci i sympatii dla Polski. Mnie osobiście okazywali oni wiele szacunku i gotowości dopomagania, czasami na podłożu snobistycznym. Tylko dyrektor w Marsylii, dawny konsul z Warszawy, okazał się człowiekiem pełnym energii, z chęcią rządzenia naprawdę w swym Biurze, co wywoływało częste konflikty ze mną. Specjalnie ostro wystąpiłem przeciwko niemu, gdy próbował w Biurze marsylskim połączyć sprawy polskie ze sprawami nansenowskimi (rosyjska emigracja polityczna), co było dla mnie nie do przyjęcia, ponieważ mogło stwarzać pozory identyfikowania obywateli polskich z bezpaństwowcami. Dużym ułatwieniem w stosunkach z francuskimi dyrektorami Biur było bezwarunkowe poparcie, które udzielał nam zawsze Chastemps. Był to zacny i pełen dobrej woli człowiek, nad którym Dąbrowski i ja górowaliśmy całkowicie. Gdy mu z grubsza naszkicowałem zakres i rozmiary naszych prac, luźno wspominając o działaniach półjawnych (np. ewakuacja wojskowa), nie ukrywał swego zachwytu i uznania dla nas, co miało ten dobry skutek, że robił nam cenną reklamę u władz francuskich i w miarę swych skromnych możliwości starał się iść nam na rękę. Dobrze na tym wyszedł, bo po wyzwoleniu zrobił jak na skostniałe stosunki panujące jeszcze na Quai d’Orsay rewolucyjny skok ze służby konsularnej do dyplomatycznej, obejmując w departamencie politycznym funkcje referenta do spraw polskich. Dziś jest na emeryturze i chwali się chętnie swymi „zasługami dla polskiego ruchu oporu”. Verdier był mniej łatwy we współpracy, ale i on wykazał sporo dobrej woli. Musiał być związany w jakiś sposób z gaullizmem, bo po wojnie został ambasadorem najpierw w Ameryce Południowej, a potem w Finlandii. W dużej mierze dzięki tym życzliwym ludziom Biura Polskie pod szyldem francuskim przetrwały wszystkie dalsze wstrząsy okupacyjne i kolejne fale aresztowań ich pracowników, aż wreszcie po wyzwoleniu stały się znów pełnoprawnymi konsulatami Rzeczypospolitej. Przekształcenie Biur Polskich oznaczało również likwidację Generalnej Dyrekcji jako mego oficjalnego szyldu. Od tego czasu byłem już formalnie biorąc tylko osobą prywatną, chociaż traktowaną przez władze francuskie ze specjalnymi względami. Strona francuska prosiła mnie jedynie o przeniesienie się z Vichy do jakiejkolwiek innej miejscowości, aby nie zwracać uwagi Niemców moją stałą obecnością w prowizorycznej stolicy. Wszystko to nie było dla mnie zbyt bolesnym ciosem, gdyż nie potrzebowałem już jakiegoś formalnego tytułu czy etykiety. Stałem się już dostatecznie znany, a autorytet mój był na tyle ugruntowany, że dla jego utrzymania wystarczał fakt mej widocznej obecności. Również wszystkie koła i kółka rozbudowanego aparatu były puszczone w ruch i wystarczało całkowicie dorywcze ich nastawianie. Dysponowałem nadal mym samochodem z benzyną zdobywaną „na lewo”, przy czym dla pozoru posługiwałem się od czasu do czasu bonami benzynowymi ambasady amerykańskiej, uzyskiwanymi zresztą też środkami nielegalnymi. Dlatego postanowiłem zamieszkać w jednej z dość licznych w okolicach Vichy rezydencji wiejskich (châteaux). Dzięki arystokratycznym koneksjom Anny de Gontaut-Biron, z którą łączyła mnie przetrwała po dziś dzień bliska przyjaźń, otrzymałem moc ofert. Wymagania moje nie były zbyt duże, a kwestia kosztów nie grała większej roli. Chodziło tylko, aby

dom miał światło, opał i kanalizację, bo telefon podejmowałem się założyć we własnym zakresie. W żadnym z kilkunastu obiektów, które oglądałem, tych trzech rzeczy razem nie było. Po miesięcznych poszukiwaniach zdecydowałem się na trochę dalej położoną od Vichy (50 km) ośmiopokojową willę w miejscowości kuracyjnej Châtel-Guyon (departament Puy-de-Dôme), ale i tu wystąpiły trudności. Właściciel, były portier hotelowy z Monte Carlo, nie zgadzał się na moje przeniesienie do czasu zakończenia procesu wytoczonego przez niego Towarzystwu Kanału Sueskiego, które zajmując przejściowo ten dom po ewakuacji z Paryża miało rzekomo wypalić dziurę w podłodze któregoś pokoju. Na próżno tłumaczyłem mu, że zwlekając z wynajęciem więcej traci, niż zyska przez proces, i wyrażałem gotowość pokrycia wysokości sporu z własnej kieszeni, jeżeli zrezygnuje z procesu i umożliwi mi natychmiastowe wprowadzenie się. Po długich namysłach uparty Francuz ustąpił wreszcie, ale po opieczętowaniu uszkodzonego pokoju, tak aby mogła być tam dokonana wizja lokalna. Dopiero po paru miesiącach, zaprzyjaźniwszy się, skłoniliśmy go do przyjęcia odszkodowania i oddania nam tego pokoju. Do Châtel-Guyon przeniosłem się wraz z moimi najbliższymi współpracownikami: Marią Zajączkowską, Sośnickimi, Sawiczami i służącym Ludwińskim. W Vichy pozostał tylko Dąbrowski wraz z pomocą biurową, Gubrynowiczem i Łobodzińską, dla których stworzyliśmy fikcję specjalnej delegatury TOPF w wydzielonym i zamkniętym dla zwykłych przyjezdnych rejonie Vichy. Kawałkowski przeniósł się do Lyonu iw związku ze swymi pracami tworzenia cywilnej organizacji bojowej ruchu oporu, czemu się już wówczas właściwie całkowicie poświęcił. Ja sam spędzałem trzy dni w tygodniu w Vichy; w tym czasie odbywało się wręczanie i odbieranie kuriera dyplomatycznego od Amerykanów. Pozostałe zaś cztery dni przebywałem w Châtel-Guyon, o ile nie byłem w objazdach terenowych, co miało miejsce parę razy w miesiącu. Gdyby nie wyczerpująca praca, coraz bardziej nerwowa atmosfera i lawinowo wzrastające trudności, pobyt w Châtel-Guyon byłby naprawdę rozkoszny. Mieszkaliśmy, jak na warunki wojenne, bardzo wygodnie. Zajmowałem parter, moi współpracownicy pierwsze piętro. Dom był przyzwoity, w ogródku, położony nieco za miastem, w pięknym wąwozie wśród lasów, nad górską rzeczką. Powietrze czyste i zdrowe (500 m nad poziomem morza). Pomimo niezmiernie wówczas trudnych warunków aprowizacyjnych we Francji południowej, rozwiązaliśmy ten problem bardzo pomyślnie, bo Sawicz przywoził żywność z sąsiednich wiosek górskich, a poza tym zaopatrywał nas w towary czarnorynkowe zaprzyjaźniony Żyd z Warszawy, obywatel kanadyjski, właściciel fermy we Francji i szofer ambasady amerykańskiej. Mawiał do mnie swym nalewkowskim akcentem: „Ja na panu dyrektorze nic nie zarabiam, ja tylko chcę, aby pan dyrektor zapisał u siebie, że Józiek Braun to dobry Żyd”. Biedak zginął później wraz z tylu innymi w Oświęcimiu. Jedynym minusem nowego locum było to, że przy ówczesnym drastycznym ograniczeniu środków lokomocji znajdował się o 5 kilometrów od kolei (stacja Riom w połowie drogi między Vichy a Clermont-Ferrand). Problem rozwiązywał nam jednak samochód, którym przez dłuższy czas posługiwałem się jako głównym środkiem lokomocji przy rozjazdach po strefie nieokupowanej Francji. Władze francuskie denerwowała moja możność poruszania się w sposób ułatwiający unikanie kontroli coraz więcej inwigilującej mnie policji. Najpierw polecono mi zmienić znaki rejestracyjne Korpusu Dyplomatycznego na zwykłe, potem ograniczono prawo jazdy tylko do dwóch departamentów, w których znajdowały się Vichy i Châtel -Guyon, wreszcie przy końcu 1942 r. pozwolono mi już korzystać z samochodu tylko na trasie Châtel-Guyon stacja kolejowa Riom. Do końca jednak miałem długoterminowy glejt na prawo podróżowania po całej strefie nieokupowanej i wszystkimi kolejami. W ogóle w sprawach bytowych miejscowe władze francuskie okazywały mi zawsze dużo względów.

Aby skończyć ze stosunkami z urzędami francuskimi, wspomnę jeszcze o Ministerstwie Finansów, bo o innych resortach będzie mowa w rozdziale o opiece społecznej. Współpraca z nim była tylko dorywcza, ale znalazłem tam jak najżyczliwszego partnera do rozmów w postaci poleconego mi przez Houwalta młodego jeszcze wówczas urzędnika departamentu obrotu pieniężnego (Mouvement des fonds), Guillaume Guindey, który był przed wojną referentem spraw polskich, a po wyzwoleniu zrobił wspaniałą karierę finansową. Ma dziś najwyższy tytuł generalnego inspektora finansów i stoi na czele wielkiego banku Wspólnego Rynku. Starał się on zawsze uwzględniać moje prośby. Tak na przykład kiedyś, poszukując sposobu ściągania sum frankowych z zagranicy, wpadłem na pomysł oświadczenia Francuzom, iż nasze urzędy państwowe opuszczając w czerwcu 1940 r. Francję pozostawiły w Lizbonie większe fundusze w walucie frankowej, które wobec ich niewymienialności na dewizy twarde i zakazu wwożenia do Francji leżą tam bezużytecznie. Sugerowałem, że mogłyby one być wykorzystane dla naszej akcji opiekuńczej, gdybyśmy uzyskali prawo ich sprowadzenia z Lizbony. Bressy upoważnił mnie do przeprowadzenia odpowiednich rozmów z Ministerstwem Finansów i dzięki Guindey otrzymałem po paru miesiącach przekaz w wysokości około półtora miliona franków, bo poprosiłem zaraz Houwalta, aby zakupił taką sumę franków wpłacając je na rachunek poselstwa francuskiego w Lizbonie. Zarówno ta transakcja, jak parę mniejszych przekazów walutowych na moje imię pozwalały mi przez dłuższy czas operować fikcją, że otrzymuję legalnie pieniądze z zagranicy. Ale najlepsza wola Guindey nie wystarczała dla załatwienia kwestii naszego złota w taki sposób, jak sobie tego życzył nasz rząd, który co pewien czas przesyłał mi ponaglenia, abym uzyskał zwrot depozytu złota. Dla Sikorskiego odzyskanie go było niezmiernie ważne z trzech powodów. Primo, stwarzałoby nam większą swobodę ruchów w sprawach finansowych, bo użytkowanie kredytów angielskich było ściśle reglamentowane, a istniały zawsze ogromne trudności w wymianie funta sterlinga na dolary czy inną walutę stałą. Secundo, naciskał w tym kierunku Churchill, bo Wielkiej Brytanii, która wyczerpała już wtedy prawie całkowicie swe własne zapasy złota i walut, przydałyby się bardzo zasoby sojuszników. Tertio, uratowanie złota po ostrych zarzutach, które ściągnął na siebie premier i minister skarbu za niezabezpieczenie go w momencie klęski Francji, byłoby dla rządu Sikorskiego ogromnym sukcesem prestiżowym do wykorzystania na arenie wewnętrzno-politycznej. Rozumiałem to wszystko, ale musiałem przyznawać rację Guindey, gdy mi z naciskiem tłumaczył, że najbardziej ważną i trudną rzeczą jest nie tyle zwrócenie nam złota, bo to w istniejących warunkach w ogóle nie jest realne, ile ocalenie go przed zachłannością Niemców. Francuzi bronili złota własnego, belgijskiego i polskiego, wykorzystując panoszący się w starych urzędach niemieckich biurokratyczny formalizm i legalizm, bo wysuwali fikcję prawną, iż rząd francuski nie ma prawa dysponowania tymi zapasami złota, gdyż występuje tylko w charakterze deponenta własności należącej do trzech banków prywatnych, Banku Francji, Banku Belgii i Banku Polskiego. Twierdzili, że w takiej sytuacji mogą wydać Niemcom złoto tylko na podstawie należycie prawomocnego upoważnienia władz naczelnych danego banku. Niemcy przedstawili wkrótce taki dokument, uzyskany od urzędującej nadal w Brukseli dyrekcji Banku Belgii. Natomiast w stosunku do złota polskiego nie zdołali tego osiągnąć, bo w Generalnym Gubernatorstwie Bank Polski nie działał, a jego dyrekcja znajdowała się poza zasięgiem ich rąk. Guindey nie mylił się twierdząc, że sprawa wisi na włosku, bo wszelki rozgłos może ściągnąć uwagę któregoś z kierowniczych czynników niemieckich, który stuknie pięścią w stół i każe złoto wydać, nie oglądając się na żadną papierową legalność. Z dużym trudem przekonałem wreszcie nasze sfery rządowe, że bezpieczniej jest zaniechać bezcelowych démarches, które w praktyce mogą tylko zaszkodzić sprawie, i od początku 1942 r. zapanowała w tej kwestii cisza. Przyszłość przyznała słuszność naszemu stanowisku, gdyż złoto

przeleżało spokojnie w Sudanie do końca 1942 r., gdy cała Afryka Francuska przeszła pod kontrolę aliantów.

VIII Akcja opiekuńcza
Zakres moich kompetencji jako przedstawiciela rządu we Francji nie mieścił się w ramach żadnego schematu przedwojennego. Wszystkie moje wysiłki i prace podporządkowane były jedynej dyrektywie: robić, co można. Ja sam musiałem decydować, co trzeba i należy, jak i kiedy. Bezsporną i najważniejszą dziedziną mej działalności była opieka nad Polakami, którzy znajdowali się wówczas we Francji. Stanowiła ona właściwą rację mego funkcjonowania w charakterze przedstawiciela rządu, jako że wszystko inne sprowadzało się do wykorzystywania wytworzonej sytuacji. Nie pomylę się twierdząc, że przygniatająca większość naszej energii i możliwości pochłonięta była przez tę właśnie problematykę. Jak wiemy, stroną prawno-administracyjną troski o interesy Polonii francuskiej zajmowały się Biura Polskie, działające pod takim czy innym szyldem. Z jej punktu widzenia na pewno bardziej istotnym był zakres opieki materialnej, z którą związane było zaspokajanie potrzeb kulturalnych. Zadanie to przypadło różnym działającym już przed wojną lub nowo powstałym organizacjom społecznym i kulturalno-oświatowym, z Polskim Czerwonym Krzyżem (później TOPF) na czele. Rolą moją było finansowanie tych organizacji, koordynowanie i nadzorowanie ich prac. Rząd polski w Londynie, jak już wspomniałem, powierzył prace opiekuńcze specjalnemu Komitetowi Społecznemu. Powstał od razu problem, jak ułożą się stosunki między mną a tym Komitetem. Istniały teoretycznie trzy możliwości: 1) Komitet jest czynnikiem naczelnym, a ja jego organem wykonawczym, 2) ja mam pełnię władzy, a Komitet jest ciałem doradczym w sprawach opiekuńczych, 3) harmonijna współpraca dwóch równorzędnych władz. W zasadzie pragnąłem stosować tę trzecią metodę, ale praktyka życiowa przesądziła na korzyść drugiej ewentualności. Było to związane ze składem personalnym Komitetu. Wśród dwunastu osób, wyznaczonych przez Londyn do Komitetu Społecznego, było siedmiu dotychczasowych członków zarządu PCK, a mianowicie Chiczewski, Zieliński, Szymanowski, Kalinowski, Gontaut-Biron, Ładzina i ja. Poza tym weszli do niego Jurkiewicz, Rose, Kożuchowski, Woydat i Kościałkowski185. O większości z nich już pisałem, wspomnę jeszcze o Jurkiewiczu i Kożuchowskim186. Stanisław Jurkiewicz, przybyły jeszcze za czasów urzędowania Frankowskiego przedstawiciel ministra pracy i opieki społecznej, Stańczyka, czynny działacz PPS (z prawego skrzydła), był w pierwszych pomajowych rządach Piłsudskiego i Bartla ministrem pracy. Otrzymał potem panem bene merentium w postaci przynoszącej duże dochody rejentury w Warszawie. Po wojnie wrócił do kraju i został rzecznikiem świata pracy w Najwyższym Trybunale Ubezpieczeń Społecznych. Był bezspornie najpoważniejszym członkiem Komitetu Społecznego i cieszył się powszechnym szacunkiem. Ceniłem

185

Wacław Zyndram-Kościałkowski, ur. 1905, w MSZ 1928-1934, następnie w Ministerstwie Komunikacji. Ponownie w MSZ (1940) jako delegat do Ministerstwa Propagandy. 186 Józef Kożuchowski, ur. 1886, ekonomista i działacz społeczny, wiceminister przemysłu i handlu 1932-1934, Zastępca prezesa Banku Gospodarstwa Krajowego 1934-1938. Wiceminister skarbu 1938-1939.

w nim przede wszystkim umiar, rozwagę i duże poczucie sprawiedliwości społecznej. Odnosił się do mnie raczej krytycznie, ale współpraca nasza układała się zawsze rzeczowo i lojalnie. Drugim wartościowym członkiem Komitetu był Józef Kożuchowski, do 1939 r. wiceminister skarbu, poprzednio zastępca prezesa Banku Gospodarstwa Krajowego. W latach przed pierwszą wojną światową należał do kierownictwa słynnej konspiracji młodzieżowej „Zet” i był czynnym działaczem organizacji niepodległościowych. Miał powiązania osobiste zarówno z lewicą sanacyjną, jak i z legalną opozycją. Odznaczał się taktem i rozsądkiem, a na posiedzeniach Komitetu Społecznego starał się stać jak gdyby na uboczu, nie angażując się do ewentualnych dyskusji i polemik. Miałem pewność, że nie da się wciągnąć do jakichkolwiek zakulisowych gierek i intryg. Na jednym z pierwszych posiedzeń Komitetu Społecznego dokooptowaliśmy na mój wniosek Kawałkowskiego, z racji pełnionych przez niego funkcji w Generalnej Dyrekcji Biur Polskich, oraz inż. Baranieckiego. Ta ostatnia sprawa wiązała się z interwencjami Bieleckiego, domagającego się stosowania klucza partyjnego, a więc wprowadzenia do władz różnych instytucji polskich we Francji przedstawicieli Stronnictwa Narodowego, powołując się na obecność w nich szeregu działaczy lewicowych. Odrzucałem kategorycznie wszelkie tendencje do upartyjnienia akcji opiekuńczej, ale dążąc do „godziwego kompromisu”, powiedziałem Bieleckiemu, że chętnie wciągnę do współpracy tych jego przyjaciół politycznych, których kwalifikacje mogą być w niej pożyteczne. Tak więc wprowadziłem do Komitetu Społecznego inż. Baranieckiego (kierownika organizacji Stronnictwa Narodowego we Francji) w charakterze przedstawiciela licznie tam reprezentowanego środowiska inteligencji technicznej. Był to człowiek nieco mniej zacietrzewiony partyjnie niż inni endecy, ale nie odznaczał się większą inteligencją. Na ogół nie miałem z nim poważniejszych trudności i jakoś umiałem go przekonywać. Poza tym do komisji rewizyjnej PCK wszedł na polecenie Bieleckiego urzędnik bankowy, którego nazwiska nie pamiętam, a w wydziale kulturalno-oświatowym PCK podjęło z biegiem czasu pracę dwóch znanych na gruncie warszawskim młodych dziennikarzy ze środowiska „ABC” i „Prosto z Mostu”, Wasiutyński i Nowosad. Aby skończyć ze składem personalnym Komitetu Społecznego, wspomnę jeszcze, że gdy PCK został przekształcony w Towarzystwo Opieki nad Polakami we Francji, stojący na jego czele prof. Zygmunt Zaleski187 został też ex officio wprowadzony do Komitetu. Wreszcie na wiosnę 1942 r. dokooptowano Obrębskiego, a jednocześnie na wniosek Jurkiewicza wszedł do Komitetu przebywający w schronisku dla intelektualistów w Grenoble młody historyk i działacz lewicy socjalistycznej Henryk Jabłoński188, dziś minister oświaty i szkolnictwa wyższego. Uważałem tę kooptację za zadośćuczynienie za niesłuszne uniemożliwienie mu rok przedtem prowadzenia prasowej akcji jednolitofrontowej. Rozwinął on szerszą działalność w instytucji opiekuńczej dopiero nieco później, po moim aresztowaniu i po zawieszeniu prac Komitetu Społecznego (śmierć Szymanowskiego, aresztowanie Zaleskiego, Kalinowskiego, Zielińskiego, Kościałkowskiego i A. Gontaut-Biron, wyjazd do Szwajcarii Jurkiewicza i Rosego, przejście do podziemia Kawałkowskiego itd). Przy takim składzie personalnym Komitetu Społecznego wytworzyła się sytuacja, w której tylko mniejszość (Jurkiewicz, Zieliński, Rose i Kościałkowski) zajmowała stanowisko niezależne i miała w poszczególnych sprawach własne zdanie. Większość gotowa była zawsze popierać mnie bez zastrzeżeń, co zaciążyło na kształtowaniu się wzajemnych stosunków między mną a Komitetem. Już

187

Prof. Zygmunt Zaleski, ur. 1894, polonista. Współpracownik Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu 1918 1919. W latach międzywojennych przedstawiciel Ministerstwa WRiOP w Paryżu i lektor języka polskiego na Sorbonie. 188 Prof. Henryk Jabłoński, ur. 1909, historyk i działacz społeczny z lewicowego odłamu PPS. Sekretarz naukowy PAN 1955-1965, następnie minister oświaty i szkolnictwa wyższego.

od początku ograniczył on swój zakres działania, przyjmując na zewnątrz formę Rady Naczelnej PCK we Francji, co przesądziło, że z jego kompetencji wypadła działalność wszystkich innych organizacji społecznych. Wiązało się z tym również objęcie przewodnictwa Komitetu Społecznego przez Chiczewskiego jako prezesa PCK. Sekretarzem Komitetu był do końca Gustaw Zieliński. Mój prestiż w Komitecie zwiększył się jeszcze bardziej, gdy „mniejszość” zażądała latem 1941 r. ustąpienia Chiczewskiego z przewodnictwa zarzucając mu niepoważne zachowywanie się wobec władz francuskich i ujawnienie kuratorowi PCK płk Michelowi faktu istnienia poufnego Komitetu Społecznego189. W wyniku powstałego na tym tle zatargu wewnętrznego objąłem na prośbę obu stron przewodnictwo w Komitecie jako czynnik nadrzędny i arbiter. Następnie, po przeniesieniu się zarządu TOPF do Grenoble, powierzyłem Jurkiewiczowi, Zielińskiemu i Rosemu nadzór nad jego pracami. Od tego czasu przede wszystkim z nimi omawiałem prowadzone przez TOPF sprawy opiekuńcze, a posiedzenia Komitetu Społecznego stawały się coraz bardziej formalnością. O ile mnie pamięć nie myli, w pierwszej połowie 1942 r. odbyły się tylko dwa posiedzenia tego Komitetu, a w drugiej połowie tego roku już ani jedno. W rozdziale „Od improwizacji do organizacji” omówiłem już pierwszą fazę działalności głównej instytucji opiekuńczej, Polskiego Czerwonego Krzyża we Francji. Stworzony w tym czasie wyjściowy zrąb organizacyjny opieki zamkniętej, w postaci sieci schronisk zapewniających tysiącom wychodźców polskich dach nad głową i podstawowe utrzymanie, wymagał wykończenia i doskonalenia. Z kolei trzeba było sięgnąć głębiej, obejmując akcją opiekuńczą rozrzuconych w terenie Polaków, którzy się jakoś urządzili na własną rękę, ale potrzebowali dodatkowej pomocy. Należało też usystematyzować i ująć w ścisłe ramy całość pomocy materialnej oraz starać się o zaspokojenie potrzeb kulturalnych podopiecznych, co było specjalnie ważne, bo w warunkach tułaczki wojennej, a zwłaszcza bezczynnego bytowania, mogło grozić szerzenie się demoralizacji i związanych z nią nastrojów defetystycznych. Wreszcie przejście do długofalowych metod ustabilizowanej pracy wymagało, jak poprzednio zaznaczyłem, przebudowy aparatu kierowniczego, a to tym bardziej, że objęcie przeze mnie funkcji przedstawiciela rządu pozostawiło wolne miejsce faktycznego sternika PCK. Przybranie przez Komitet Społeczny formy zewnętrznej Rady Naczelnej PCK, do której weszli wszyscy dotychczasowi członkowie Zarządu (z wyjątkiem Chądzyńskiego) oraz stworzenie centralnego aparatu biurowego z objęciem kierownictwa jego działów przez odpowiedzialnych pracowników sprowadzało istnienie wieloosobowego zarządu do fikcji prawnej. Przy opracowywaniu statutu, który miał być zalegalizowany przez władze francuskie, musieliśmy uwzględniać miejscowe zwyczaje, w których istotne znaczenie miał tylko prezes i sekretarz generalny, a zwłaszcza ten ostatni rozumiany tu jako dyrektor zarządzający. Najważniejszą więc rzeczą było właściwe obsadzenie tego stanowiska, bo personalna obsada innych miejsc w zarządzie była już sprawą drugorzędną. Szukając człowieka o dużych zdolnościach organizacyjnych, znającego sprawy i energicznego, zatrzymałem się na Adamie Rose i Czesławie Bobrowskim. Obaj nadawali się jak najbardziej na wyżej wspomniane stanowisko. Na rzecz Rosego przeważyła wypróbowana już wieloletnią praktyką rokowań handlowych zdolność prowadzenia rozmów z Francuzami i fakt, że należał on do najaktywniejszych opozycjonistów, a więc stworzenie mu możności działania powinno przyczynić się do rozładowania napiętej atmosfery. Nie żałowałem później tego wyboru, bo chociaż miałem jeszcze z Rosem parę starć na tle jego nielojalnych posunięć, to na pewno zorganizował on doskonale prace PCK i umiejętnie nimi kierował.
189

Nie przywiązywałem do tego większego znaczenia, bo płk Michel był, jak już o tym pisałem, związany z nami pracami konspiracyjnymi. Natomiast członkowie Komitetu Społecznego o tym nie wiedzieli, a ja nie mogłem ich o tym informować.

Na zastępcę Rosego wytypowałem byłego dyrektora Związku Izb Przemysłowo-Handlowych w Warszawie Józefa Jakubowskiego190, dotychczasowego kierownika komitetu polskiego w Lourdes, a potem zastępcę Woydata w Tuluzie. Rose przewyższał go rzutkością i umiejętnością utrzymywania stosunków z władzami francuskimi, natomiast Jakubowski był dobry jako taktowny, poważny, sumienny i rzeczowy kierownik prac biurowych. Doświadczenia niełatwej współpracy z rządami pułkownikowskimi wyrobiły w nim ustępliwość wobec nakazów z góry i brak energii w utrzymaniu swego punktu widzenia, ale jako czynnik organizacyjno-wykonawczy oddawał zawsze ogromne usługi. Poza tym do aparatu PCK wprowadziliśmy szereg bardzo poważnych i wartościowych ludzi, jak wytrawny znawca zagadnień administracyjnych, przed wojną wiceminister spraw wewnętrznych, Maurycy Jaroszyński191, prezes Państwowego Urzędu Ubezpieczeń Społecznych Józef Biesiekierski192, dyrektor Państwowego Instytutu Rozrachunkowego Wencel, ekonomista Siebeneichen, były delegat RP przy Lidze Narodów Tytus Komarnicki193 i wielu innych. Po reorganizacji zarządu nie wszedł w jego skład Chądzyński, którego wszyscy uznali słusznie za nieodpowiedniego. Miałem z nim bardzo dużo kłopotów, gdyż powoływał się na prawa nabyte i twierdził, że nic nie może go zmusić do ustąpienia. Widząc, że przywiązuje specjalną wagę do spraw pieniężnych, przekonałem go, mówiąc, iż jeśli obejmie proponowane mu stanowisko inspektora do spraw zakupów, finansowo wyjdzie na tym lepiej. Wkrótce jednak nabraliśmy przekonania, że przy bardzo sprawnym załatwianiu dla nas śliskich spraw zakupów, często nielegalnych, Chądzyński zapewnia sobie jednocześnie spore zyski i zaczyna prowadzić na własną rękę transakcje czarnorynkowe. Zapadła więc decyzja zwolnienia go całkowicie z pracy, co - ku naszemu zdziwieniu poszło bez większych trudności. Niebawem dowiedzieliśmy się, jakie było tego źródło. Wspomniałem już, że Chądzyński miał wraz z Zielińskim prawo podpisu w imieniu Zarządu Głównego PCK działającego po wrześniu 1939 r. we Francji. Mogli więc oni za wspólnym podpisem podjąć fundusze PCK, które pozostały na rachunkach w bankach paryskich, chwilowo zablokowanych przez władze okupacyjne. Gdy Bernard przetarł drogę dla wypadów do strefy okupowanej, zlecaliśmy mu parokrotnie dotrzeć do Paryża dla zorientowania się w sytuacji przebywających tam Polaków oraz w możliwościach przychodzenia im z pomocą. Referując wyniki tych podróży, wspomniał raz przy okazji, że istnieją jakoby możliwości podejmowania pieniędzy z rachunków bankowych. Chądzyński zgłosił gotowość towarzyszenia Bernardowi przy następnym jego wyjeździe do Paryża, by podjąć starania o odzyskanie sum z kont PCK. Na wszelki wypadek Zieliński udzielił mu podpisu in blanco na odpowiednich dokumentach i upoważnieniach. Chądzyński przywiózł z Paryża tylko kilkaset tysięcy franków z jakiegoś mniejszego konta, oświadczając nam, że zasadnicza część funduszów, w wysokości co najmniej paru milionów franków, została przez niemieckie władze okupacyjne zasekwestrowana jako mienie polskie. Już po zwolnieniu Chądzyńskiego z PCK udało mi się sprawdzić, że popełnił on malwersację, bo podjął z banku całą sumę, lecz zatrzymał ją dla siebie. Wszelkie wypróbowane przez nas środki zmuszenia go do zwrotu pieniędzy nie dały rezultatu. Cynicznie przyznał mi się do przywłaszczenia, mówiąc, że liczył się z góry

190

Józef Jakubowski, ur. 1902, ekonomista. Wieloletni dyrektor Związku Izb Przemysłowo-Handlowych w Warszawie do 1939 i kandydat na posła do Sejmu z Warszawy w wyborach 1935. 191 Prof. Maurycy Jaroszyński, ur. 1890, do 1939 wiceminister spraw wewnętrznych do spraw administracyjnych. 192 Józef Biesiekierski, ur. 1894, wieloletni wyższy urzędnik Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, do 1939 prezes Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. 193 Tytus Komarnicki, ur. 1896, w MSZ od 1918. Delegat przy Lidze Narodów 1934 -1939, poseł w Bernie 19381940, poseł przy rządzie holenderskim w Londynie 1944 -1945.

z pozbawieniem go przez nas środków utrzymania, toteż podjęty kapitał zainwestował w jakiś interes dla zapewnienia sobie możności życia i odda go dopiero po wojnie. Wytoczenie mu procesu sądowego było zupełnie niemożliwe, bo ujawniłoby to wobec władz niemieckich prowadzenie przez nas akcji nielegalnej i roztaczanie działalności na strefę okupowaną. Obawialiśmy się poza tym, że tego typu osobnik gotów jest nas zaszachować wejściem w kontakt z władzami okupacyjnymi, co miałoby katastrofalne następstwa. Po wyczerpaniu wszystkich innych środków zdecydowałem się na ostateczny krok. Poleciłem poinformować poufnie o całej sprawie życzliwych urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Dąbrowski przyjaźnił się i mieszkał razem z jednym z tamtejszych dyrektorów), z prośbą o zamknięcie Chądzyńskiego jako oszusta w jednym ze stworzonych na początku wojny miejsc odosobnienia, do chwili gdy będzie można mu wytoczyć sprawę karną. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że przy pomocy grubszej łapówki wydostał się na wolność i grozi, że się na nas zemści. Interweniowałem więc raz jeszcze, tym razem na tyle skutecznie, że osobnik ten z obozu już się do końca wojny nie wydostał. Po wojnie zgłosił się do mnie w Paryżu przedstawiciel francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych prosząc o wyjaśnienia w sprawie Chądzyńskiego, gdyż według ich akt został on uwięziony na mój wniosek. Opisałem mu całą sprawę i już jako osoba całkowicie prywatna skierowałem go do działającego jeszcze w Paryżu PCK. Nie interesowałem się zresztą, co było dalej. W każdym razie był to jedyny wypadek, że ktoś dostał się do obozu odosobnienia z mojej inicjatywy, bo zwykle to właśnie ja interweniowałem, czasami z pozytywnym skutkiem, o zwolnienie Polaków, o których się dowiadywałem, iż są we francuskich obozach koncentracyjnych. Pierwszym krokiem nowego zarządu było uzyskanie formalnego uznania i zatwierdzenie statusu prawnego przez władze francuskie. Po zapewnieniu całkowitego poparcia ze strony miejscowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych poszło to zupełnie gładko, co pozwoliło też pozostać w Vichy aparatowi centralnemu instytucji opiekuńczej. Jednakże strona francuska postawiła jako warunek mianowanie przez nią kuratora, który miał nadzorować całą działalność PCK. Nie można było na to się nie zgodzić, toteż główna batalia rozegrała się o osobę kandydata na to stanowisko. W przetargach na ten temat między MSZ a władzami administracyjnymi udało nam się zakulisowo wpłynąć na nominację wspomnianego już płk Michela, przy czym, jak dowiedziałem się, przeważyła szalę jego dobra znajomość języka polskiego. Tak obsadzony urząd kuratora wyszedł PCK tylko na dobre. Michel brał na siebie interwencje u władz francuskich w ważniejszych sprawach i nie krępował niczym naszej wewnętrznej działalności. To, że władze PCK nie wiedziały o poufnych powiązaniach Michela z nami, skłaniało je tylko do ostrożności i ścisłego trzymania się swych kompetencji, co było jak najbardziej pożądane. Stara znajomość Rosego z Michelem też ułatwiała współpracę. Wszystko to okazało się bardzo cenne, gdy w czerwcu 1941 r. niemieckie władze kontrolne zażądały zlikwidowania Polskiego Czerwonego Krzyża we Francji, powołując się na to, że nazwa ta przysługuje jedynie odpowiedniej instytucji działającej w Generalnym Gubernatorstwie, która żadnego upoważnienia występowania w jej imieniu we Francji nikomu nie dawała. I w tym wypadku Francuzi gotowi byli pójść nam jak najbardziej na rękę i polecili Michelowi opracowanie w porozumieniu z nami nowych form, umożliwiających kontynuowanie akcji opiekuńczej. Początkowo dawny zarząd robił trudności, gdyż chodziło mu o to, by w imię ciągłości pracy parę osób spośród jego składu znalazło się również we władzach nowej instytucji. Musiałem sprawę wziąć w swe ręce i sfinalizowałem ją pomyślnie z Michelem, ale jego przełożeni zażądali kategorycznie, aby zmienić całkowicie osobistości firmujące, zarówno w centrali, jak i w delegaturach terenowych. Musieliśmy się do tego dostosować, co miało przynajmniej tę dobrą stronę, że ułatwiło nam pozbycie

się Chiczewskiego, który stawał się coraz bardziej balastem. Powołano do życia nowe stowarzyszenie prywatne użyteczności publicznej pod nazwą „Groupement d’Assistance aux Polonais en France” (GAPF), czyli „Towarzystwo Opieki nad Polakami we Francji” (TOPF), o kompetencjach zasadniczo takich samych, jakie miał PCK. Nowo powstała instytucja miała działać pod nadzorem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Pracy (podlegała mu Opieka Społeczna), a kuratorem został bardzo nam życzliwy Francuz, mjr Roger Kaeppelin, ongiś oficer II Oddziału, potem korespondent Havasa w Warszawie, wreszcie były przedstawiciel w Polsce francuskiego Monopolu Tytoniowego, ożeniony z Polką, który po wojnie został jako aktywny gaullista generałem rezerwy. Podwójna kuratela była dla nas raczej wygodna, ponieważ pozwalała wygrywać przeciwko sobie obydwa resorty. W Ministerstwie Pracy mieliśmy dużo przyjaciół idących nam w miarę możności na rękę, podczas gdy centralne władze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych traktowały coraz bardziej podejrzliwie wszystkie nasze poczynania. W tym właśnie czasie straciliśmy cenną współpracę Michela. Został on przypadkowo zatrzymany przez gestapo w pasie granicznym, gdy udawał się do strefy okupowanej. Przesiedział prawie rok w więzieniu pod śledztwem, ale wobec całkowitego braku dowodów przeciwko niemu zwolniono go ostatecznie. Gdy wrócił następnego lata do Vichy, opowiadał mi tak plastycznie o swym pobycie w izolatce więzienia we Fresnes, że gdy po paru miesiącach i ja tam trafiłem, nie wiedząc, gdzie mnie przywieźli, nie miałem żadnej wątpliwości, że to właśnie Fresnes. W poszukiwaniu kandydata na prezesa TOPF zatrzymaliśmy się na Franciszku Pułaskim194, historyku, ongiś marszałku Rady Stanu za czasów pierwszej wojny światowej, potem wieloletnim kierowniku (aż do śmierci po wojnie) głośnej Biblioteki Polskiej w Paryżu, oraz prof. Zygmuncie Zaleskim, który w latach międzywojennych był przedstawicielem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego na Francję i w tym charakterze zwierzchnikiem wszystkich lektorów polskich na tamtejszych uniwersytetach (sam był wykładowcą w Paryżu). Wybór nasz padł ostatecznie na tego ostatniego, gdyż współpracował już z nami jako dyrektor niedawno uruchomionej polskiej szkoły średniej w Villard-de-Lans. Moje stosunki z nim układały się rzeczowo i zupełnie zadowalająco. Jako dyrektor szkoły i prezes TOPF dobrze zasłużył się naszej sprawie. Przeżył szczęśliwie Buchenwald i mieszka dotąd w Paryżu, korzystając z wystarczającej renty jako francuski „résistant” i komandor Legii Honorowej. Kluczowe stanowisko sekretarza generalnego TOPF objął po Rosem jego dotychczasowy zastępca Józef Jakubowski, który - jako że stosunkami z Francuzami zajął się Zaleski - był „the right man on the right place”. Początkowo miał do pomocy Maurycego Jaroszyńskiego, a po jego wyjeździe do Londynu - Tytusa Komarnickiego. Pierwszy wnosił bogate doświadczenie administracyjne, drugi dyplomatyczne. Jak już wspominałem, nadzór nad tak ukonstytuowanym zarządem TOPF sprawowała „trójka” z Komitetu Społecznego: Jurkiewicz, Zieliński i Rose. Na żądanie Francuzów aparat centralny TOPF musiał się przenieść z Vichy do małego miasteczka prowincjonalnego w dolinie Rodanu, Romans. Miało ono niedogodne położenie i było daleko od większych skupisk polskich, co niezmiernie utrudniało pracę. Już po paru miesiącach udało się nam uzyskać zgodę władz administracyjnych na przeniesienie biur zarządu do Grenoble, gdzie wynajęto na

194

Franciszek Pułaski (1875-1956), historyk, marszałek Rady Stanu 1918, kierownik Biura Prac Kongresowych 1918-1920, dyrektor Biblioteki Polskiej w Paryżu 1925-1956.

przedmieściu La Tronche ogromną parcelę z budynkami i składami, w których można było wygodnie się zagospodarować. Nasza instytucja opiekuńcza przetrwała aż do wyzwolenia. Zaszły też zmiany w organizacji terytorialnej. Trzy pierwsze delegatury PCK zostały już poprzednio podzielone: utworzono nowe okręgi w Nimes, Lyonie i w Limoges195. Wszystkie sześć delegatur TOPF zostały obsadzone przez nowych ludzi, których znaleźliśmy bez trudu wśród wyróżniających się dotąd zdolnościami i energią aktywistów. Strona organizacyjno-administracyjna stała więc zawsze na wysokim poziomie. Natomiast w agendach terenowych stale groziło zbiurokratyzowanie pracy, toteż ciągle musiałem walczyć o większe uczulenie społeczne i bardziej bezpośredni stosunek do człowieka. Chlubnym wyjątkiem był tu przede wszystkim Czesław Bobrowski, który po przymusowym opuszczeniu kierownictwa delegatury w Grenoble został inspektorem TOPF do zleceń specjalnych. Właśnie w 1941 r. zaczynał się już pod naciskiem Niemców kurs antysemicki w strefie nieokupowanej. Pierwsze ciosy spadły na Żydów cudzoziemskich. Zaczęło się od masowych obław i osadzenia ich w specjalnych obozach przejściowych. Wiedzieliśmy już o tragicznym losie Żydów w Polsce i o zamiarze wydawania internowanych w strefie nieokupowanej Żydów w ręce władz hitlerowskich dla wysyłki na wschód. Podjęliśmy więc od razu szeroką akcję ratunkową. Dałem przede wszystkim polecenie, aby Biura Polskie dokładały wszelkich starań, by ratować zagrożonych, nie cofając się przed fałszowaniem dowodów osobistych i wystawianiem fikcyjnych świadectw aryjskości. Było to o tyle ułatwione, że władze francuskie, zwłaszcza na południu, nie orientowały się zupełnie w zewnętrznym typie żydowskim. Udało się nam uchronić od internowania, przynajmniej czasowo, wielu Żydów polskich, a niekiedy zdołaliśmy nawet wyciągać z obozu takich, którzy tam trafili. Specjalną gorliwością w tym względzie i nieliczeniem się z własnym bezpieczeństwem odznaczała się urzędniczka Biura Polskiego w Nicei, pani Natalia Szpakowska196. Główny ciężar akcji ratunkowej spoczął jednak na wyznaczonym w tym celu przez TOPF Bobrowskim. Jedynym pełnym zabezpieczeniem było przerzucanie Żydów przez zieloną granicę do Szwajcarii (już Hiszpania nie była pewna). Bobrowski włożył w to dużo serca i zapału, mogąc poszczycić się poważnymi osiągnięciami. Tym bardziej byłem zaskoczony i oburzony, gdy po wojnie Bobrowski, już jako prezes Głównego Urzędu Planowania, a potem poseł w Szwecji, musiał się tłumaczyć z jakichś bezpodstawnych i anonimowych oskarżeń, iż prześladował we Francji Żydów, co w końcu zmusiło go do przebywania za granicą aż do r. 1956, kiedy to został całkowicie zrehabilitowany. Głównym zadaniem PCK, a potem TOPF było niesienie pomocy materialnej. Istniała opieka zamknięta i opieka otwarta. Opieką zamkniętą było przede wszystkim utrzymywanie rozbudowanej sieci schronisk, w których przebywało 4-5 tysięcy osób. Byli to inwalidzi, rodziny wojskowe, bezrobotni ze starej emigracji, ale głównie różnego rodzaju uchodźcy wojenni. Otrzymywali oni w schroniskach bezpłatne mieszkanie i utrzymanie, oparte na podstawowym obowiązującym systemie kartkowym z pewnymi dodatkami dostarczanymi przez Zarząd Główny bądź zdobywanymi we własnym zakresie przez kierowników schronisk. Wszystko zależało od ich obrotności i przemyślności. Na ogół prawie wszyscy umieli kombinować z miejscowymi władzami na korzyść podopiecznych. Poza tym każdy mieszkaniec schronisk otrzymywał miesięcznie kilkadziesiąt franków gotówką na drobne wydatki. Chcąc przeciwdziałać nastrojom beznadziejności wywoływanym przez bezczynność, instytucja opiekuńcza organizowała różnego rodzaju zajęcia i rozrywki, nie szczędząc w tym celu wysiłków
195

W Algierii istniała od końca 1940 r. specjalna delegatura PCK pod kierownictwem E. Hutten-Czapskiego, przemianowana następnie również na delegaturę TOPF. 196 Natalia Szpakowska (1892-1957), w MSZ od 1928. Urzędniczka poselstwa w Bernie 1936-1939, Biura Polskiego w Nicei 1940-1944.

i wydatków. Obejmowało to możliwe do uruchomienia prace rękodzielnicze, kursy samokształceniowe, pogadanki, przedstawienia, chóry, sporty itd. Wszędzie starano się tworzyć czytelnie i biblioteki, zasilane między innymi przez powielane w biurze centralnym wydawnictwa oraz książki i gazety, które sprowadzałem z Londynu. Nierzadkie były gazetki ścienne i tego typu wydawnictwa własne. W większych kompleksach schronisk istniały ochronki dla dzieci i własna opieka lekarska. Tę ostatnią uzupełniał wspomniany szpital w Marsylii, sanatorium dla gruźlików w Hauteville oraz zakład dla rekonwalescentów w Bagnols-les-Bains. W trosce o kształcenie młodzieży podjęliśmy starania o reaktywowanie koedukacyjnej szkoły średniej utworzonej w Paryżu w jesieni 1939 r. dla dzieci uchodźców. Rozpadła się ona podczas klęski Francji, ale dzięki stosunkom prof. Zaleskiego we francuskim Ministerstwie Oświaty uruchomiliśmy ją ponownie w jesieni 1940 r. w miejscowości kuracyjnej Villard-de-Lans pod Grenoble, wraz z internatem, utrzymywanym przez PCK, a potem TOPF na prawach schroniska. Język wykładowy i program był czysto polski (oparty w zasadzie na wzorach krajowych), ale uzyskaliśmy pełne prawa szkół francuskich, tak że młodzież nasza po zdobyciu matury w Villard-de-Lans mogła podejmować studia w wyższych uczelniach francuskich. Dyrektorem szkoły został prof. Zaleski, a jego zastępcą i następcą był Wacław Godlewski, lektor polski na uniwersytecie w Lille (dziś jest tam profesorem). Inspektorką szkoły była pani Aleksandrowicz, wizytatorka szkolnictwa więziennego z Warszawy, która jednak nie potrafiła znaleźć właściwych metod postępowania z trudniejszą niż zwykle młodzieżą, toteż musieliśmy zastąpić ją kimś innym. Młodzież ta wymagała specjalnej czujności i serdecznej opieki, co niełatwo przychodziło starym pedagogom. Była ona gorąco patriotyczna, ofiarna, łatwo zapalna i niezbyt zdyscyplinowana. Pracę z nią utrudniały nam znacznie czynniki wojskowe, które w swej działalności ewakuacyjnej, o której będzie jeszcze mowa, szły nieraz po linii najmniejszego oporu sięgając przede wszystkim do najłatwiej dostępnego materiału ludzkiego ze szkoły w Villard-de-Lans, przeciwko czemu stanowczo protestowałem. Osobiście poświęcałem dużo czasu i uwagi tej szkole, wizytując ją sam parę razy do roku. Na urządzanych przy tej okazji akademiach starałem się tłumaczyć młodzieży, że w istniejącej sytuacji polityczno-wojskowej, a zwłaszcza wobec tępienia przez okupanta inteligencji naszej w kraju, pierwszym obowiązkiem jest wykorzystywanie obecnych możliwości dla zdobywania wiedzy i wykształcenia, które będą niezbędne przy kolosalnych zadaniach, jakie staną przed Polską po wojnie. Dodawałem, że rozumiem ich chęć walki, bo sam należę do pokolenia, które chwyciło za karabin w bardzo młodym wieku, ale powinni nam zaufać, że jak przyjdzie właściwy moment, sami damy sygnał do wystąpienia. Jak mówili mi wychowawcy i zaprzyjaźnieni uczniowie, spotykało się to na ogół z życzliwym przyjęciem. Nie zapominaliśmy też o sportach i rozrywkach kulturalnych dla szkoły, w której kształciło się wiele setek młodzieży. Uzupełnieniem tej akcji było ułatwianie starszej młodzieży zapisywania się na wyższe uczelnie francuskie na podstawie matur krajowych. Stare przyjaźnie Zaleskiego z paru kolejnymi ministrami oświaty (spośród profesury francuskiej) umożliwiły nam pomyślne rozwiązanie tego problemu. Rozmiary tych studiów rozszerzały się z roku na rok. Na początku roku akademickiego 1942/1943 TOPF udzielał już kilkuset stypendiów studenckich. Jeszcze więcej młodzieży polskiej uczęszczało do różnych szkół zawodowych i na kursy techniczne. Urządziliśmy dla nich parę specjalnych internatów. Przyznawane nagrody miały zachęcać do wydatnej nauki i aktywnego udziału w życiu sportowym. Opieka otwarta obejmowała miesięczne zasiłki pieniężne dla znajdujących się w trudnych warunkach materialnych uchodźców ze starej i nowej emigracji, którzy mieszkali samodzielnie i prowadzili własne gospodarstwo, ale mieli zbyt niskie zarobki. W zasadzie był to ryczałt odpowiadający kosztowi

utrzymania danej rodziny w opiece zamkniętej, bo w każdej chwili, na jej żądanie, mogła ona być przyjęta do jednego z istniejących w tym rejonie schronisk. Do opieki otwartej zaliczyć też trzeba pomoc w postaci dożywiania i odzieży dla zdemobilizowanych żołnierzy polskich, o których będzie mowa w następnym rozdziale. Działając w zasadzie tylko w strefie tzw. wolnej, główna instytucja opiekuńcza nie mogła pomijać Polaków ze strefy okupowanej i zakazanej. W tym wypadku musieliśmy nieść im pomoc w sposób pośredni. Nieoceniona Anna Gontaut-Biron umożliwiła nam skontaktowanie się z działającym od dawna w Paryżu międzynarodowym Towarzystwem Pomocy dla Imigrantów. Podjęło się ono specjalnej opieki nad naszymi rodakami na północ od Loary i udzielania jednorazowych lub stałych zasiłków najbardziej potrzebującym z dostarczanych przez nas funduszy. Równolegle wpłacaliśmy poza tym co miesiąc pewne sumy Francuskiemu Czerwonemu Krzyżowi w Paryżu, by w swych akcjach uwzględniał obywateli polskich. Coraz większego znaczenia nabierała utworzona przy nim komórka dla opieki (paczki i korespondencja) nad Polakami znajdującymi się w więzieniach niemieckich, zwłaszcza w rejonie Paryża. Kierowała nią pracująca niezmiernie ofiarnie pani Anna Bohomolec. Później przez prawie trzy lata sam korzystałem szeroko z tej akcji. We wciąż jeszcze licznym skupieniu polskim w Paryżu powstała we własnym zakresie inicjatywa stworzenia akcji samopomocy pod firmą Caritasu. Wyróżniali się w niej rektor misji katolickiej ksiądz Cegiełka i dyrektor Banku PKO Szymon Konarski. Niestety do gestapo paryskiego przydzielono specjalnego referenta spraw polskich (o nazwisku, o ile się nie mylę, Strobel), który znał dobrze nasz język i przy pomocy skaptowanych „volksdeutschów” usiłował położyć rękę na istniejących jeszcze w Paryżu instytucjach polskich (parę schronisk, sierociniec, kuchnia popularna itd.) oraz inwigilować środowisko polskie. Ofiarą jego działalności padli między innymi ksiądz Cegiełka i Konarski. Ten ostatni wydostał się po paru miesiącach szczęśliwie z więzienia, natomiast ksiądz Cegiełka trafił do Dachau, skąd ze zniszczonym całkowicie zdrowiem (gruźlica) wrócił po wojnie do Paryża. Natarczywe interesowanie się Strobela naszą działalnością, a zwłaszcza kontaktami z Paryżem, zmuszało nas do specjalnej ostrożności i tym cenniejsza dla nas była współpraca z Towarzystwem Pomocy dla Imigrantów i z Francuskim Czerwonym Krzyżem. W Biurach PCK, a potem TOPF, dziedzina opieki w strefie okupowanej połączona była w jednym wydziale ze sprawami jenieckimi. Kierowała nim Anna Gontaut-Biron. Pisałem już, że dzięki doskonałej marce, jaką wyrobiliśmy sobie we Francuskim Czerwonym Krzyżu, uzyskaliśmy w nim zgodę na dostarczanie polskim jeńcom wojennym z kampanii 1940 r. takiej samej pomocy jak jeńcom francuskim w Oflagach i Stalagach niemieckich. Przez pewien czas istniało parę obozów jenieckich, gdzie było trochę Polaków, w Alzacji i Lotaryngii, dokąd mogły docierać nasze konwoje z Vichy. Straciliśmy już jednak wtedy Bernarda, który podczas kilku pobytów w Paryżu przekonał się, że można tam robić znakomite interesy czarnorynkowe, toteż sprowadziwszy z Anglii żonę, podziękował nam za współpracę i osiadł na stałe w Paryżu, zaopatrzony w zdobyte z Warszawy za drogie pieniądze dokumenty stwierdzające jego rzekomo stuprocentową aryjskość. Dorobił się sporej fortuny i gdy po wojnie wytoczono mu proces o niesłuszne wzbogacenie się spekulacjami, powoływał się na zasługi dla „polskiego ruchu oporu” (robił też jakieś transakcje clearingowe dla organizacji Kawałkowskiego). Zwracano się w tej sprawie i do mnie, lecz ograniczyłem się do suchego podania znanych mi faktów. Z kolejnymi konwojami do Alzacji i Lotaryngii udawała się osobiście pani Gontaut-Biron. Trafiła tam do jeńców polskich i do istniejących jeszcze skupisk starej emigracji zarobkowej, organizując przy ich pomocy parę udanych ucieczek z obozów jenieckich. Po kilku miesiącach i te obozy w AlzacjiLotaryngii zlikwidowano, przenosząc je w głąb Niemiec.

Od tego czasu można już było tylko wysyłać paczki jenieckie. Pod szyldem opieki nad jeńcami polskimi z kampanii francuskiej otrzymywaliśmy od Francuskiego Czerwonego Krzyża duży kontyngent kwartalny paczek, które mogliśmy rozsyłać we własnym zakresie. O ile mnie pamięć nie myli, wynosiło to początkowo nawet kilkanaście tysięcy paczek, a po kolejnych redukcjach (we Francji był głód i brak towarów) - wynosił wciąż jeszcze dobrych parę tysięcy. Ale i to było dużo więcej, niż wynosiła globalna ilość jeńców polskich z armii naszej we Francji. Częściowo więc z paczek tych mogli korzystać i jeńcy z kampanii wrześniowej. Zbieraliśmy na wszystkie strony wiadomości o takich jeńcach, aby móc wysyłać paczki imienne. Sporo adresów przywoziła Anna Gontaut-Biron ze swych podróży do Genewy, gdzie uzyskiwała je od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, z którym utrzymywaliśmy bliskie kontakty. Zważywszy, że mieliśmy jeszcze zawsze wolne kontyngenty paczek, posyłaliśmy je zbiorowo na adres poszczególnych obozów polskich w Niemczech, w których wiedzieliśmy, że znajdują się Polacy, dla podziału między nimi. Wszystko to przetrwało aż do wyzwolenia Francji. Przy okazji załatwiliśmy w genewskim Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu sprawę pośrednictwa w korespondencji z jeńcami wojennymi i z rodzinami uchodźców w kraju, gdyż Niemcy nie zezwalali na bezpośrednią wymianę listów między Francją a Generalnym Gubernatorstwem. Pośredniczyliśmy nawet w korespondencji między wielu Polakami w Anglii a krajem, gdy nie chcieli oni zdradzać swego miejsca pobytu, aby nie szkodzić bliskim. Sprawą tą zajmowała się specjalnie gorliwie żona mego sekretarza, pani Genowefa Sośnicka. Wszystkie te akcje były kosztowne nawet przy liczeniu się z każdym groszem. Wyjściowy kapitał wyczerpał się szybko i PCK mógł przetrwać do czasu rozpoczęcia przeze mnie wypłacania mu regularnych subsydiów (od 1 stycznia 1941 r.) tylko dlatego, że uzyskał niespodziewaną pomoc z funduszów amerykańskich. Jeszcze podczas urzędowania w Vichy naszej ambasady zgłosił się do niej przedstawiciel amerykańskiego funduszu pomocy wojennej dla Polski, niejaki Stevenson, który dysponował kapitałem około 15 milionów franków w bankach francuskich. Likwidując swą działalność na tamtym terenie objawił gotowość przekazania tych sum na akcję opiekuńczą naszego PCK, z tym, że zostaną one użyte wyłącznie na dożywianie Polaków w schroniskach. Przysporzyło to naszej centralnej rachunkowości sporo kłopotu, gdyż trzeba było przedstawiać Stevensonowi specjalne rozliczenia i sprawozdania (Amerykanie są na tym punkcie zawsze bardzo czuli), ale dzięki temu przebrnęliśmy jakoś przez najtrudniejszy okres. Potem PCK i TOPF nie miały już większych kłopotów pieniężnych, gdyż ani razu nie zawiodły moje wpłaty, a zwiększenie wydatków uzgadnialiśmy między sobą bez trudności. Jak już wspominałem, budżet wzrósł, przy stosunkowo ustabilizowanych cenach, z trzech do pięciu milionów franków miesięcznie, z tym że wziąłem na siebie wszystkie wydatki, możliwe do zakwestionowania przez kontrolerów francuskich, których działalność stawała się z biegiem czasu coraz bardziej natrętna. Poważniejsze kłopoty na tym odcinku zaczęły się zwłaszcza latem 1942 r. Nowo mianowany urzędnik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który miał nadzorować działalność TOPF, był młodym gorliwcem, traktującym swą rolę z biurokratyczną pedanterią. Przebierając się w togę życzliwości, wypytywał zarząd TOPF, skąd pochodzą fundusze na pokrywanie tak wielkich wydatków. Zapytany przez kierownictwo instytucji opiekuńczej, co należy mu odpowiadać, powiedziałem, iż wystarczy suche oświadczenie, że pieniędzy dostarczam ja. Przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych nie zadowolił się tym naturalnie, lecz odszukał mnie, aby postawić to samo pytanie. Powiedziałem ogólnikowo, że wszystkie sprawy, a więc i tę, załatwiam bezpośrednio z Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Jak już wspomniałem, Bressy poparł mnie w tym wypadku całkowicie i spławił z kwitkiem interweniującego z kolei u niego gorliwca. Ten jednak nie dał za wygraną i raz jeszcze

usiłował mnie zmusić do wyjawienia źródła pieniędzy, nie cofając się przed groźbami. Stałem dalej twardo na stanowisku, że bez upoważnienia MSZ nie mogę zdradzić przed innymi resortami poufnych spraw, o których wie rząd francuski. Nie mogłem zajmować innej postawy, gdyż sam fakt ujawnienia otrzymywania pieniędzy z Londynu wystarczyłby, aby władze policyjne zażądały likwidacji TOPF, a poza tym musiałbym się przyznać do nielegalnych transakcji walutowych. Zdawałem sobie sprawę, że robię sobie w ten sposób wroga, który może poważnie zaszkodzić instytucji opiekuńczej. Postanowiłem więc zapewnić jej stały dopływ pieniędzy z zagranicy drogą legalną, pod formą subsydium przesyłanego przez jakąś światową organizację charytatywną. Wyłożyłem całą tę sprawę naszym władzom w Londynie podkreślając, że chociaż wiem, iż obarczy to poważnie szczupłe fundusze walutowe rządu, to jednak jest niezbędne dla utrzymania prac TOPF. Prosiłem o przekazywanie miesięcznie dwóch milionów franków, licząc, że pozostałość budżetu opiekuńczego będzie mogła być pod taką osłoną pokrywana z dostarczanych przeze mnie dalej funduszów we frankach francuskich. Londyn uznał moje argumenty i załatwił tym razem sprawę bardzo szybko. Już w październiku zostałem powiadomiony, że poczynając od 1 stycznia 1943 r. TOPF będzie regularnie otrzymywał przekazy z Lizbony w wysokości dwóch milionów franków miesięcznie w charakterze daru od Rady Polonii Amerykańskiej. Zważywszy, że już wówczas miałem w swej kasie poważne rezerwy, mogłem zabezpieczyć egzystencję TOPF na całą pierwszą połowę 1943 r., wypłacając mu różnicę między zapowiedzianymi wpłatami a faktycznym budżetem. Uchroniło to istnienie TOPF po moim aresztowaniu, bowiem kontroler Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stawał się coraz bardziej natarczywy. Gdy dowiedział się o stałych przekazach z Lizbony, zaczął ściśle sprawdzać, czy wydatki nie przekraczają ich wysokości. TOPF musiał od tego czasu prowadzić podwójną buchalterię, jedną obejmującą wydatki do okazywania władzom francuskim, a drugą realną. Udawało się to do wyzwolenia latem 1944 r. Dużym ułatwieniem dla nas był życzliwy stosunek Ministerstwa Pracy. Już na wiosnę 1942 r., gdy zarysowała się groźba przymusowego wywożenia osób nie zatrudnionych na roboty do Niemiec, ministerstwo to zaproponowało nam formalne przejęcie, dla większego bezpieczeństwa, pod swą firmę wszystkich naszych schronisk, aby swym cudzoziemskim charakterem nie ściągały uwagi okupanta. I w tym wypadku była to tylko zmiana szyldu, bo kierownictwo schronisk pozostało na wszystkich szczeblach w rękach polskich. Tylko w ostateczności powoływano do ich administracji Francuzów o wypróbowanej lojalności i niezawodnej życzliwości. Finansowanie schronisk poprzez Ministerstwo Pracy pozwoliło na manipulacje buchalteryjne chroniące przed kontrolą władz administracyjnych.

Największą polską organizacją społeczną we Francji w latach przedwojennych był Związek Polaków we Francji, pretendujący do reprezentowania całości Polonii francuskiej i ściśle związany z naszymi placówkami dyplomatyczno-konsularnymi. Poza nimi stali tylko komuniści, tworzący z reguły sekcje polskie w ramach klasowych organizacji francuskich. Poprzez osoby Józefa Szymanowskiego i Piotra Kalinowskiego Związek Polaków był reprezentowany we władzach PCK i w Komitecie Społecznym. Moja współpraca ze Związkiem układała się jak najlepiej, a moje postulaty znajdowały w nim całkowite zrozumienie. Przed wojną działalność Związku Polaków obejmowała przede wszystkim departamenty północne i wschodnie, gdzie, jak wiadomo, istniały główne skupiska emigracji zarobkowej i gdzie działały różne stowarzyszenia polskie, w dużej mierze przeniesione swego czasu z Niemiec przez wielką falę

Westfalczyków. Na południe od Loary większe rozproszenie emigrantów polskich, przeważnie świeższej daty, przybyłych z kraju w różnym czasie i z różnych okolic, utrudniało pracę Związku Polaków, który tereny te traktował wyraźnie po macoszemu. Postanowiliśmy wykorzystać fakt, że władze Związku Polaków znajdują się chwilowo w strefie nieokupowanej, aby zaktywizować tam jego działalność, co miałoby duże znaczenie na przyszłość. Naturalnie praca wśród tamtejszej Polonii, rozsianej w dużej mierze po osiedlach wiejskich (robotnicy rolni lub drobni dzierżawcy), nie była łatwa, ale konieczna z punktu widzenia zadań utrzymywania w niej przywiązania do polskości i doraźnego pobudzania ducha patriotyzmu. Zarząd Związku Polaków otrzymywał zawsze subsydia rządowe. Kontynuowałem ich wypłacanie w wysokości umożliwiającej nie tylko dalsze prowadzenie akcji organizacyjnej we Francji południowej, ale i jej możliwie szerokie rozbudowanie przez tworzenie nowych kół i docieranie do niezrzeszonych grup polskich. Specjalny nacisk położyliśmy na rozbudowę sieci szkół polskich (kursów języka polskiego), co należało do głównych zadań Związku Polaków. W ciągu dwóch lat ich liczba w strefie nieokupowanej uległa podwojeniu w porównaniu do stanu sprzed wojny. Poza tym, zważywszy na wiejski charakter zajęć większości tamtejszych Polaków, zwiększyliśmy znacznie liczbę i zakres działania polskich instruktorów rolnych. Było to o tyle ważne, że gospodarka rolna na ogromnych obszarach Francji południowej była jeszcze wówczas (a zdaje się jest i dziś) w sposób niewiarygodny zacofana, a rolnicy przybywający z Polski uchodzili za nosicieli postępu. Wystarczy powiedzieć, że w większych majątkach do dziś dnia góruje połownictwo, że używanie sochy było tam wówczas na porządku dziennym, a w Owernii, gdzie mieszkałem, w wioskach przeważały chaty kurne, co wprowadzało w zdumienie mego szofera Sawicza, który w swej rodzinnej Mińszczyźnie podobnych domów nie znał. Przed wojną nasz Bank Rolny zainicjował akcję dopomagania polskiej ludności wiejskiej we Francji, aby mogła poprawić swą sytuację przechodząc od stanu robotnika rolnego do połownika, od połownika do drobnego dzierżawcy, a od dzierżawcy do samodzielnego właściciela gospodarstwa. W tym celu zakupił kilkanaście majątków ziemskich, głównie w rejonie Tuluzy, które miały być parcelowane między emigrantów polskich. Wojna zahamowała tę akcję, ale należało nie dopuścić do zmarnowania osiągniętych już rezultatów i utrzymać wszystko w stanie umożliwiającym po wojnie dalsze kontynuowanie podjętych wysiłków. Opiekę nad tym sprawował Woydat, który posiadał odpowiednie pełnomocnictwa jako przedwojenny sekretarz generalny Banku Rolnego. Ułatwiałem mu to zadanie przede wszystkim przez częściowe przynajmniej odblokowanie sum, które te gospodarstwa posiadały na rachunkach Banku PKO. Bank ten był jedyną polską instytucją finansową we Francji, której zadanie polegało na drenowaniu oszczędności naszej emigracji zarobkowej dla obracania nimi na dobro polskiego stanu posiadania. Najważniejsze było zachowanie zaufania Polonii francuskiej do własnej kasy oszczędnościowej, toteż w okresach dewaluacji złotego rząd przyznawał PKO we Francji specjalne subsydia dla zabezpieczenia właścicieli kont od związanych z tym strat. Dlatego też gdy po wrześniu 1939 r. paryska PKO została odcięta od swej centrali w Warszawie, Ministerstwo Skarbu umożliwiło jej pełne, na życzenie, wypłacanie wkładów oszczędnościowych. Po klęsce Francji sytuacja Banku skomplikowała się jeszcze bardziej. Część jego personelu z dyrektorem Pawlikiewiczem została wraz z archiwami ewakuowana do Tuluzy, podczas gdy reszta, z dyrektorem Szymonem Konarskim na czele, pozostała w Paryżu. Wszelka współpraca z bankami paryskimi, z którymi PKO utrzymywało kontakt, chwilowo ustała. Gdy sytuacja nieco się uspokoiła, każdy z dyrektorów chciał koniecznie uruchomić bank w miejscu, gdzie przebywał, uważając siebie za jedynie upoważnionego. Zapoczątkowało to między nimi homeryczne, ale bardzo szkodliwe boje

kompetencyjno-prestiżowe, które szczegółowo i tendencyjnie opisał w swych wydanych w Paryżu wspomnieniach wojennych dyrektor Konarski. Świadomie jednak przemilczał fakt, że obie strony odwołały się do mnie. Stanąłem na stanowisku, że jedynie istotną rzeczą jest, aby emigranci polscy wiedzieli, że ich bank nadal istnieje i że w razie potrzeby mogą z niego wycofać część swych wkładów. Z tego względu było nawet wskazane, aby działał zarówno prowizoryczny oddział w Tuluzie dla strefy tzw. wolnej, jak i dawna agenda w Paryżu dla strefy okupowanej. W obliczu dwóch zacietrzewionych pieniaczy nie chciałem wypowiadać się, który z nich ma rację pod względem formalno-prawnym, natomiast pragnąłem umożliwić obu oddziałom podjęcie pracy. Doprowadziłem do tego, że część personelu i archiwów, bez których Konarski nie mógł wznowić działalności, wróciła do Paryża. Przesłałem mu też trochę pieniędzy, aby mógł przetrwać pierwszy okres, zanim nie zdoła zmobilizować środków pieniężnych we własnym zakresie. Pod tym względem w znacznie gorszej sytuacji był oddział Pawlikiewicza w Tuluzie, przyznałem mu więc miesięczny zasiłek, umożliwiający przynajmniej minimalną skalę działania. W wypadkach nadzwyczajnych, gdy udowadniano mi konieczność bądź celowość jakiejś większej wypłaty, nie cofałem się przed jednorazowym subsydium. Muszę powiedzieć, że ogół właścicieli wkładów oszczędnościowych wykazał wielką dyscyplinę i zrozumienie sytuacji, tak że nigdy za czasów mego urzędowania nie wystąpił run na wycofywanie pieniędzy. Ale PKO przysporzyło mi jeszcze jednego kłopotu. Dyrektor naczelny Banku PKO Modrycki znalazł się również na emigracji we Francji i został zawieszony w swych funkcjach przez Ministerstwo Skarbu. Posunięcie to było pod względem prawnym dyskusyjne, a spór o pobory między Modryckim a kierownikami oddziału PKO we Francji, nie załatwiony do klęski Francji, przeszedł w stanie zaostrzonym na teren strefy nieokupowanej, gdzie Modrycki przebywał w Grenoble, a Pawlikiewicz w Tuluzie. Na prośbę tego ostatniego, który, gdyby nawet uznał słuszność pretensji Modryckiego, nie miał funduszów na ich pokrycie, wystąpiłem w charakterze rozjemcy. Sprawa była na tyle zabagniona, że musiałem dołożyć ogromnych wysiłków dla doprowadzenia do kompromisu w postaci ulokowania całej rodziny Modryckiego w schronisku „Grand Hôtel” w Grenoble wraz z wypłacaniem mu z mych funduszy małej renty miesięcznej.197 Wśród większych instytucji polskich we Francji, z których pracami miałem stale do czynienia, wymienić jeszcze należy polską YMCA. Po wrześniu 1939 r. jeden z jej krajowych kierowników, Zdzisław Woydat, przyjechał do Tuluzy i nawiązawszy kontakt z centralą amerykańską, uzyskał od niej pewne jednorazowe subsydium dla rozwinięcia działalności. Zgodnie ze statutem i zakorzenioną tradycją objęło to prowadzenie ognisk kulturalno-oświatowych i rozrywkowo-sportowych w środowiskach młodzieżowych i przy różnych jednostkach wojskowych. Po klęsce Francji dopływ pieniędzy ze Stanów Zjednoczonych ustał zupełnie, ale Woydat i paru jego najbliższych współpracowników (wspomniany konsul Samborski, właściciel sklepu Wedla w Paryżu Kułakowski, początkowo Czesław Bobrowski i inni) postanowili kontynuować pracę widząc dla YMCA szerokie pole działania w obozach zdemobilizowanych żołnierzy, w batalionach pracy, o których będzie mowa w następnym rozdziale, oraz wśród młodzieży studiującej. Przy małej pomocy finansowej z mojej strony wykazali się oni piękną robotą. Specjalną zasługą YMCA było uruchomienie różnych kursów rzemieślniczych dla pracującej młodzieży. Pisałem już o pracach kulturalnych PCK-TOPF, o powielaniu różnych skryptów, podręczników i materiałów oświatowych, prowadzeniu czytelni i bibliotek, do których między innymi sprowadzałem
197

Wielu zacietrzewionych emigrantów politycznych na Zachodzie, w tym i Szymon Konarski, woli w ogóle nawet nie wspominać osób, których grzechem w ich oczach jest tylko powrót po wojnie do kraju. Co gorzej, czasami wręcz przeinaczają prawdę, aby tylko nie przyznać im jakichkolwiek zasług czy osiągnięć.

z Anglii ukazujące się tam polskie wydawnictwa książkowe i czasopisma, cieszące się wielkim powodzeniem, bo głód słowa polskiego był ogromny. Dysponowaliśmy też pewnym zestawem starych filmów polskich, które wyświetlaliśmy w schroniskach. Gdy znany wydawca florencki, Samuel Tyszkiewicz, znalazł się po zdemobilizowaniu w Nicei i chciał tam uruchomić swą oficynę druków artystycznych, umożliwiłem mu nabycie brakujących czcionek i trudno wówczas osiągalnego specjalnego papieru. Rezultatem tego było kilkanaście pięknych tomików z utworami głównie poetów polskich przebywających wówczas we Francji (Wierzyński, Paczkowski i inni). Poza tym troszczyłem się o dalsze utrzymywanie lektoratów polskich przy uniwersytetach francuskich w strefie nieokupowanej, aby przynajmniej podtrzymywać zainteresowanie miejscowego społeczeństwa problematyką polską. Z tych samych pobudek popieraliśmy różne dawne inicjatywy, o ile zaistniała potrzeba. Tak na przykład przygotowanie do druku paru gotowych już prac uczonych francuskich o Komisji Edukacyjnej, Kościuszce itd. utknęło z powodu drobnych trudności finansowych, więc postaraliśmy się o ich usunięcie. Pomagaliśmy również pani Rose Bailly, znanej działaczce na niwie kulturalnego zbliżenia polsko-francuskiego, w kontynuowaniu jej owocnej pracy. Nieraz spotykaliśmy się z koniecznością ratowania czy zabezpieczania polskiego mienia artystycznego. Przykładowo wymienię uchronienie od licytacji z powodu nieopłacenia składowego paru wagonów cennych zbiorów rodziny Kościelskich czy zabezpieczenie spuścizny malarskiej zmarłej właśnie w owym czasie w Paryżu wielkiej malarki, Olgi Boznańskiej. W jednym z zamków nad Loarą przechowywane było pod opieką Francuzów wartościowe wyposażenie naszej ambasady w Paryżu. Nadzorowaliśmy jego konserwację, usiłując ukryć przed okiem okupanta. Dziś jest ono znów na miejscu w Pałacu Żagańskim (Hôtel de Sagan) przy ulicy Saint-Dominique. Mniej udane było uruchomienie w Grenoble specjalnego schroniska dla intelektualistów w miejscowym Grand-Hôtel. W zasadzie słusznym pomysłem było zgrupowanie ludzi o wyższym poziomie zainteresowań i wykształcenia, ale nadzieje nasze, że stanie się to centrum prac naukowych zawiodły. Jedynie znany filozof, ks. Jakubisiak198, wraz z gronem uczniów (m. in. obecnym dyrektorem Biblioteki Polskiej w Londynie Ireną Gałęzowską i dzisiejszym kierownikiem Biblioteki Polskiej w Paryżu, historykiem dr Czesławem Chowańcem) oraz wspomniany już dr Witold Kozłowski prowadzili poważniejsze studia. Reszta trawiła czas na jałowych dyskusjach i polemikach politycznych. Jedynym bardziej wartościowym dorobkiem kolektywu Grand-Hôtel było wydanie 1 listopada 1941 r. pod redakcją historyka Władysława Pobóg-Malinowskiego199 Księgi Zbiorowej, poświęconej polskiemu wysiłkowi zbrojnemu w drugiej wojnie światowej. We Francji wychodziło wówczas tylko jedno polskie pismo, gazeta codzienna „Wiarus Polski”, założona przed kilkudziesięciu laty w Westfalii przez działacza polonijnego Jana Brejskiego200. W latach międzywojennych ukazywała się ona w Lille, a w maju 1940 r. została ewakuowana do Lyonu. Redaktor i wydawca „Wiarusa” Nawrocki (zięć Brejskiego) był pokłócony z prawie wszystkimi organizacjami starej emigracji, co utrudniało współpracę z nim. Moje próby poprawy stosunków nie dawały rezultatu. „Wiarus Polski” był pismem całkowicie bezbarwnym i jałowym, co było o tyle zrozumiałe, że inaczej nie utrzymałby się wobec surowej cenzury francuskiej, a Nawrocki traktował je

198

Ks. prof. Augustyn Jakubisiak (1884-1945), filozof, kapelan armii Hallera 1918-1919, zamieszkujący stale w Paryżu. Ogłosił szereg prac w języku polskim i francuskim. 199 Władysław Pobóg-Malinowski (1894-1962), historyk, początkowo oficer zawodowy i pracownik Wojskowego Biura Historycznego, po czym kierownik referatu archiwalno-bibliotecznego MSZ 1932-1939. 200 Jan Brejski (1863-1934), polityk i działacz społeczny z Narodowego Stronnictwa Robotniczego, poseł do Reichstagu 1903-1918, pierwszy wojewoda pomorski 1920-1924, wydawca „Wiarusa Polskiego” w Bochum, potem w Lille 1891-1934.

jako przedsiębiorstwo komercyjne201. Mimo to doceniałem wartość drukowanego słowa polskiego, zwłaszcza dla szerokich rzesz starej emigracji, toteż aprobowałem pośrednie popieranie „Wiarusa” przez PCK-TOPF w postaci ryczałtowego prenumerowania większej ilości egzemplarzy dla naszych schronisk, a gdy doszły do mnie słuchy o rzekomym zagrożeniu pisma ze strony władz francuskich, stawałem w jego obronie w rozmowach z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, kładąc nacisk na jego polityczną nieszkodliwość i niepożądane rozgoryczenie wśród Polonii francuskiej, wywołane jego zamknięciem.

Na zakończenie wspomnę jeszcze o duszpasterstwie. Już przed wojną istniała w Paryżu Polska Misja Katolicka (rektorem był ksiądz Cegiełka), której zadaniem było kierowanie pracami księży polskich, działających wśród naszej emigracji we Francji. Po zajęciu północnej Francji przez Niemców na czele duszpasterstwa polskiego we Francji południowej stanął dziekan z Lyonu, kanonik Robakowski, ongiś zasłużony działacz plebiscytowy na Warmii. To było główną przyczyną jego późniejszego wysłania przez gestapo do Buchenwaldu, gdzie rozpoznany jako ksiądz (duchowieństwo katolickie było tam podwójnie prześladowane) nie dożył wyzwolenia. Utrzymywałem z nim ścisły kontakt i przekonałem o celowości wykorzystania wielu młodych księży z kraju, którzy znaleźli się na południu Francji, do prac duszpasterskich nie tylko w schroniskach i w polskich batalionach pracy, ale również w skupiskach starej emigracji zarobkowej, do których dawniej księża polscy docierali tylko bardzo rzadko. Zdawaliśmy sobie sprawę, że każdy taki dodatkowy ksiądz w terenie to zwiększenie kręgu oddziaływania polskości oraz możliwość uruchomienia nowego punktu nauczania dzieci religii w języku polskim. Zwierzchni nadzór nad duszpasterstwem polskim we Francji sprawował przebywający wówczas w Lourdes ksiądz prymas kardynał August Hlond. W pierwszych dniach wojny rząd polski powierzył mu misję udania się do Rzymu dla przeciwdziałania w Watykanie wpływom niemieckim i obrony na tamtejszym terenie interesów polskich, ku czemu był on jak najbardziej powołany, gdyż świeżo przyczynił się walnie do szybkiej elekcji Piusa XII, który mu okazywał dużo sympatii i szacunku. Wyrazem tego była propozycja objęcia przez niego funkcji kardynała kurialnego w Rzymie, o co zresztą Polska przez długi czas bezskutecznie walczyła. Kardynał Hlond odmówił jednak tego zaszczytu, gdyż wśród biskupów polskich nie widział w tym czasie żadnego dostatecznie politycznie wyrobionego dla przejęcia od niego roli naturalnego rzecznika duchowieństwa polskiego wobec rządu. To właśnie z powodu tej misji kardynał Hlond wyjechał z Poznania już w pierwszych dniach wojny i wraz z nuncjuszem papieskim202 przekroczył granicę rumuńską jeszcze przed 17 września 1939 r. Tymczasem fakt opuszczenia Polski w tym właśnie momencie spowodował wiele rozgoryczenia w stosunku do niego wśród społeczeństwa polskiego w kraju, które nie orientowało się w prawdziwych powodach tego wyjazdu i odczuwało boleśnie opuszczenie go w nieszczęściu przez zwierzchnika Kościoła w Polsce.

201

Gdy napisałem o tym w „Kierunkach”, Nawrocki poczuł się urażony i w obszernym liście do redakcji cytował szereg głosów podkreślających zasługi podczas wojny „Wiarusa Polskiego” dla polskości we Francji. Nie rozumiem, dlaczego stwierdzenie, że pismo było traktowane jako przedsiębiorstwo dochodowe, może w czymkolwiek dyskredytować jego właściciela i wykluczać odgrywanie przezeń pożytecznej roli, co wyraźnie przyznaję. 202 Nuncjuszem papieskim w Warszawie był w latach 1936-1939 arcybiskup Filippo Cortesi, który formalnie zachował to stanowisko do śmierci w Rzymie w latach pięćdziesiątych.

W przededniu przystąpienia Włoch do wojny po stronie III Rzeszy (czerwiec 1940 r.) Watykan usilnie nalegał, aby kardynał Hlond opuścił Rzym i przeniósł się do któregoś z krajów, w których nie mogłaby go dosięgnąć ręka hitlerowska. Zgodnie z życzeniem rządu polskiego, który chciał mieć prymasa Rzeczypospolitej przy sobie, udał się on do Francji akurat w momencie jej klęski i skorzystał z gościnności biskupa w Lourdes. Jak już pisałem, wkrótce potem minister Kot usilnie, ale bezskutecznie nalegał na kardynała, aby wyjechał do Anglii w ślad za rządem, dostarczając mu ku temu wszystkie niezbędne środki. I później rząd nasz polecał mi wielokrotnie, abym starał się wpłynąć na prymasa i uzyskał jego zgodę na wyjazd do Anglii lub ostatecznie do Kanady. W tym celu, oraz dla ułatwienia sprawy wobec władz francuskich, nasze czynniki londyńskie wyrobiły mu specjalne zaproszenie od kardynała z Kanady, którym tradycyjnie jest zawsze Francuz kanadyjski. Kardynał Hlond mówił mi zupełnie otwarcie, że rozumie stanowisko naszego rządu, ale z Francji wyjechać nie chce. Nie ukrywał wobec mnie, darząc mnie zaufaniem i prosząc, abym nie komunikował tego do Londynu, iż wie, co się na temat jego wyjazdu mówi w kraju, a nie chce, aby jeszcze raz mówiono, że znów ucieka przed Niemcami zamiast pozostać wśród rodaków. Gdy tłumaczyłem, że grozić mu może niebezpieczeństwo ze strony władz okupacyjnych, odpowiadał, iż ma zapewnienie sąsiedniego biskupa hiszpańskiego, że w razie konieczności może nawet bez wizy przekroczyć bliską granicę, do której dojechałby znajdującym się w jego dyspozycji samochodem (z którego zresztą nie korzystał). Starałem się ułatwiać kardynałowi Hlondowi materialne warunki jego pobytu w Lourdes, gdyż chociaż traktowany był jako gość przez miejscowego biskupa francuskiego, to jednak wraz ze swymi dwoma kapelanami nie miał poza tym żadnych środków pieniężnych. Niejednokrotnie pośredniczyłem w jego korespondencji zewnętrznej i prosiłem Wacława Kościałkowskiego, aby był do jego dyspozycji i w razie potrzeby informował mnie zaraz o wszystkich jego życzeniach. Muszę zaznaczyć, że władze francuskie zawsze okazywały kardynałowi daleko idącą kurtuazję. Jeszcze raz namawiałem kardynała Hlonda na udanie się za granicę podczas mego ostatniego widzenia się z nim w jesieni 1942 r., gdy niebezpieczeństwo okupacji całej Francji było już zupełnie widoczne. Popatrzył mi w oczy i jako jedyną odpowiedź powiedział: „A pan przecież nie wyjeżdża”. Nie nalegałem więcej. Jak wiadomo, gdy władze okupacyjne nakazały wysiedlenie wszystkich cudzoziemców z pasa przygranicznego, kardynał Hlond został przesiedlony do Sabaudii, skąd wkrótce hitlerowcy wywieźli go i internowali w jednym z klasztorów nadreńskich, gdzie przebywał aż do klęski Niemiec. W ciągu dwu i pół lat mej ówczesnej pracy we Francji utrzymywałem z kardynałem Hlondem stały kontakt i odwiedzałem go w Lourdes przy okazji każdego mego pobytu w okręgu tuluzańskim. Informowałem go o sytuacji ogólnej i o stanie naszych spraw we Francji. Długie i szczere rozmowy z nim pozostawiły mi głębokie wrażenie. Był to nie tylko świątobliwy kapłan, ale również człowiek o bardzo szerokim umyśle i szczery patriota. Nie ulega wątpliwości, że wrogość w stosunku do siebie, którą wyczuwał w okupowanym przez Niemców kraju, bolała go głęboko i pozostawiła ślad w postaci wytworzonego kompleksu. Jestem przekonany, że zaciążyło to następnie na jego postawie, gdy wrócił do kraju w 1945 r., w formie unikania ponownej utraty popularności, podczas gdy przed wojną stawiał czoło naciskom ze strony konserwatywnej części duchowieństwa.

Aby skończyć ze sprawami kościelnymi, wspomnę jeszcze, że w Vichy pozostawałem w stałych stosunkach z radcą nuncjatury papieskiej monsignorem Pacini203, który poprzednio przebywał w tym samym charakterze w Warszawie, a potem był chargé d’affaires przy rządzie polskim w Angers. Interesował się on zawsze żywo sprawami polskimi i wyświadczył mi parokrotnie cenne usługi.

IX Za fasadą legalności
Po omówieniu naszych działalności dyplomatycznych, konsularnych i opiekuńczych pozostaje dziedzina prac tajnych, które są najbliższe ścisłemu pojęciu ruchu oporu. Właściwie ruchem oporu określić można całą naszą działalność, ponieważ nastawiona była na antyniemiecki patriotyzm, na trwanie w imię woli zwycięstwa, na przygotowywanie się do nowych wysiłków i ofiar. Ale nie zabrakło Polonii francuskiej chęci do bardziej bezpośredniego udziału w walce z wrogiem poprzez przygotowywanie bezpośredniego wystąpienia zbrojnego. Na czoło wysuwa się tu problem kilkunastu tysięcy żołnierzy polskich, którzy nawet przy formalnej demobilizacji francuskiej tworzyli potencjalną kadrę wojska polskiego do użycia natychmiast poza Francją lub gdy nadejdzie odpowiednia chwila na miejscu. Odrębne zagadnienie stanowili żołnierze ze starej emigracji, którzy powrócili do swych domów i zajęć, będąc formalnie zdemobilizowani lub nie. Na wielu z nich można było liczyć, że wezwani znów do szeregów stawią się na rozkaz, ale chwilowo na skutek rozproszenia w obu strefach nie można było objąć ich bardziej regularną pracą wojskową. Omawiając sprawy wojskowych polskich we Francji, ich zdemobilizowanie i zgrupowanie w dwóch wspomnianych obozach, podkreśliłem, że gospodarze nasi wykazali maksimum dobrej woli w traktowaniu naszych kombatantów jako swych pełnoprawnych towarzyszy broni. Sytuacja prawna wyglądała w ten sposób, że w uwagach zgłoszonych przez delegację francuską podczas rokowań o zawieszenie broni w Compiègne figurowała następująca kontrpropozycja: „Sytuacja obcych wojsk służących w armii francuskiej lub przy jej boku i sytuacja uchodźców z krajów obcych, szukających schronienia we Francji, będzie przedmiotem układu późniejszego, opartego na zasadach honorowych i humanitarnych”. Odpowiedź niemiecka brzmiała: „Rząd niemiecki, nie wysuwając sam tej sprawy, uważa, że może ona być uregulowana przez traktat pokoju. Sytuacja tymczasowa przedłuży się w zasadzie aż do traktatu pokoju. Pod tym względem armia niemiecka nie formułuje żadnego żądania na ten temat”204. Tej wymiany zdań nie znaliśmy, ale w praktyce z niej korzystaliśmy. Stanowisko w sprawie wojska polskiego we Francji naszego rządu w Londynie, a ściślej mówiąc gen. Sikorskiego, podaję na podstawie istniejącej już literatury historycznej przedmiotu. W grę wchodzi przede wszystkim „Wojskowy i konspiracyjny wysiłek polski we Francji 1939-1945”205, broszura napisana na podstawie przeprowadzonych ankiet przez Władysława Pobóg-Malinowskiego, który jednak wycofał swe nazwisko, gdy jego szefowie (Polska Misja Wojskowa w Paryżu podległa rządowi

203

Alfredo Pacini, ur. 1888, dyplomata papieski, Do 1939 audytor (radca) nuncjatury w Warszawie, po czym chargé d'affaires Watykanu przy rządzie polskim w Angers 1939-1940, a w latach 1940-1944 audytor nuncjatury w Vichy. Po wojnie nuncjusz apostolski w Urugwaju. 204 Weygand „Mémoires”, t. III, s. 260. Należy na marginesie zaznaczyć, że hitlerowcy zapewnili sobie w umowie z Compiègne wydanie na żądanie przez władze pétainowskie niemieckich emigrantów politycznych, którzy szukali schronienia we Francji. 205 „Wojskowy i konspiracyjny wysiłek Polaków we Francji w 1939-1945”, Paryż 1946. Wydawnictwo wydziału kulturalno-oświatowego polskiej wojskowej misji likwidacyjnej we Francji.

londyńskiemu) wprowadzili zmiany redakcyjne typu apologetycznego. Poza tym posłużyłem się rozprawą Andrzeja Pibera „Misja Strakacza w rządzie Vichy”206. Wykorzystał on papiery po Paderewskim i angielski pamiętnik żony jego sekretarza, Strakaczowej, ale jest to materiał tylko pomocniczy, toteż autor, bez znajomości tła sprawy i podstawowych faktów, popełnia wiele błędów i nieścisłości, wyciągając na takiej podstawie fałszywe wnioski.207 Instrukcje gen. Sikorskiego z lipca 1940 r. dla wracającego do Francji w charakterze attaché wojskowego przy naszej ambasadzie w Vichy gen. Juliusza Kleeberga wyznaczały go „dowódcą wojsk polskich we Francji”, z poleceniem przeprowadzenia ewakuacji i organizowania życia wojskowego w oczekiwaniu ewakuacji bądź działań na terenie Francji oraz opieki nad wojskowymi polskimi i ich rodzinami. Sylwin Strakacz, który z polecenia Sikorskiego jeździł do Vichy w sprawie żołnierzy polskich we Francji, złożył tam w końcu lipca 1940 r., w porozumieniu z już działającą ambasadą, aidemémoire, które przyjmowało zasadę demobilizacji, ale wysuwało jednocześnie nierealny postulat pełnego prawa zdemobilizowanych wyjazdu do krajów obcych lub też do kolonii francuskich. Oprócz tego strona polska domagała się zabezpieczenia zdemobilizowanym czynnego życia w społeczeństwie francuskim (activité sociale), umożliwiającego uczciwą egzystencję, co w praktyce oznaczało uzyskanie karty pracy oraz zorganizowanie dla chwilowo nie wyjeżdżających i nie zarabiających na własną rękę specjalnych kompanii pracy (compagnies des travailleurs) z kadrą polskich oficerów, do użycia w pracach rolnych, z tym że zostaną one dla bezpieczeństwa wywiezione do Afryki Północnej. Francuzi odrzucili wszystkie punkty aide-mémoire, które mogłyby im ściągnąć interwencje i protesty niemieckich władz okupacyjnych, a mianowicie prawo wyjazdu zdemobilizowanych żołnierzy, polskofrancuski charakter komisji demobilizacyjnych, zewnętrzne pozory polskiej organizacji wojskowej w kompaniach pracy, ich przeniesienie do Afryki Północnej itd. Sami natomiast nosili się z zamiarem tworzenia kompanii pracy, a przy demobilizacji stosowali całkowite równouprawnienie. Wojskowi polscy potraktowani zostali tak jak Francuzi. Żołnierze mogli się demobilizować w dowolnie obranym punkcie i otrzymali prócz zaległego żołdu premię demobilizacyjną w wysokości tysiąca franków. Oficerom aspirantom (podchorążym) i zawodowym podoficerom wypłacono wstecz gażę z dodatkiem frontowym za maj i czerwiec oraz premię demobilizacyjną w wysokości trzymiesięcznych poborów. Wszystkim oficerom i aspirantom przyznano miesięczne „allokacje” w wysokości 900-1200 franków, w zależności od stopnia. Było to bardzo mało, ale w zasadzie umożliwiało przeżycie w oparciu o obowiązujący system kartkowy. Oficerowie otrzymali poza tym odszkodowanie pieniężne za zagubione w wyniku działań wojennych rzeczy osobiste. Inwalidom wypłacono prowizoryczne zaliczki. Żony oficerów przebywających w niemieckich obozach jenieckich lub internowanych w Szwajcarii (nasza II Dywizja Strzelecka) otrzymywały połowę dawnych poborów swych małżonków.

206

„Najnowsze dzieje Polski. Materiały i studia z dziejów II wojny światowej”, t. VII, Warszawa 1963, s. 5 -19. Cytowane przez Pibera z pamiętnika Amelii Strakaczowej „Paderewski As I Knew Him”, New Brunswick 1949. 207 Już po napisaniu tego rozdziału ukazał się tom IX wydawnictwa „Najnowsze dzieje Polski. Materiały i Studia z okresu II Wojny Światowej”, Warszawa 1965, w którym Witold Biegański ogłosił „Sprawozdanie z działalności Dowództwa Wojsk Polskich we Francji w okresie 1940-1943”, sporządzone 4 stycznia 1944 r. przez gen. Juliusza Kleeberga. Z zadowoleniem stwierdziłem na podstawie tego sporządzonego na świeżo raportu, że nie potrzebowałem w niczym zmieniać swego tekstu. Stwierdziłem natomiast parę rażących błędów u Kleeberga. Pisze on, że 13 lutego 1941 r. byłem wraz z Kawałkowskim w obozie Garrigues, gdzie patronowałem akcji wzywania wojskowych do niewyjeżdżania do Anglii. Nigdy w tym obozie nie byłem i w ogóle celowo nie odwiedzałem skupisk wojskowych. Kleeberg padł ofiarą jakiejś plotki, wyrosłej na gruncie mego krytycznego stanowiska do źle prowadzonej ewakuacji, w której - idąc po linii najmniejszego oporu - sięgano do uczniów szkoły polskiej w Villard de Lans. Poza tym Kleeberg nieściśle przedstawił sprawy finansowe, gdyż nie chce przyznać się do tego, że subwencjonowałem jego akcje wojskowe z własnej inicjatywy.

Po jakimś czasie stworzono dla spóźnionych lub napływających z niemieckiej niewoli specjalny polski ośrodek demobilizacyjny w Auch. Działała też w Mirandę komisja likwidacyjna wojska polskiego (Organe de Liquidation de l’ Armée Polonaise en France), która przygotowywała przyszłe rozrachunki z rządem polskim, a jednocześnie występowała jako ostatnia instancja we wszystkich sprawach dotyczących demobilizacji, weryfikacji, ewidencji, dyscypliny sądowo-karnej oraz wypłat pieniężnych. Ona też wyznaczała nominalnie miejsca pobytu dla zdemobilizowanych i przydzielonych do kompanii pracy. Wszystko to razem pozwoliło stronie francuskiej na złożenie za pośrednictwem swej delegacji przy Niemieckiej Komisji Kontroli Rozbrojenia w Wiesbadenie oświadczenia z 21 sierpnia 1940 r., że „los resztek armii polskiej został uregulowany”, bo oficerowie mieszkają pod nadzorem (résidence surveillée), żołnierze zaś znaleźli się w oddziałach pracy (groupement de travail), o ile przed wojną nie mieli prawa mieszkania i zarobkowania we Francji. W praktyce ta résidence surveillée była groźna tylko na papierze, bo komisja likwidacyjna w Mirande ograniczała się do odnotowywania podawanych miejsc zamieszkania poszczególnych oficerów i aspirantów (przeważnie w którymś z naszych schronisk) oraz ewentualnych zmian adresów, co było jej zresztą potrzebne dla regularnego przesyłania miesięcznych allokacji. Kompanie pracy były, jak widzieliśmy, postulowane również przez stronę polską. Sprawa oceny celowości i korzyści tych kompanii pracy, składających się z naszych zdemobilizowanych żołnierzy, nie jest bynajmniej prosta. Wobec tego, że zgodnie z dyspozycjami, które otrzymał gen. Kleeberg od Naczelnego Wodza, traktowaliśmy tych żołnierzy jako tylko formalnie zdemobilizowanych, a będących faktycznie nadal w służbie czynnej i przebywających w „obszarze wyczekiwania”, zgrupowanie ich razem w zwartych oddziałach dawało możność łatwiejszego utrzymywania w rękach przez dowództwo polskie, pod warunkiem, rzecz prosta, że będzie ono w tych kompaniach pracy reprezentowane. W tej sytuacji musiało ono nie tylko dążyć do obecności we wspomnianych okręgach wyczekiwania, ale również stwarzać warunki dla rozwijania w nich potrzebnej działalności. Takie rozwiązanie miało jednak i ujemne strony. Francuzi szli nam bardzo na rękę, ale w trosce o pozory nie chcieli tworzyć oddziałów nominalnie polskich, lecz tylko kompanie robotników cudzoziemskich. W szczytowym momencie ponad pięć tysięcy żołnierzy polskich, wchodzących w skład około dwudziestu kompanii pracy, tworzyło w nich tylko większe lub mniejsze grupy208. Jedynie parę z nich w Sabaudii (obóz Servières) tworzyło jednostki czysto polskie. Oficjalnie obowiązywała ścisła dyscyplina pracy, której stopień przestrzegania zależał od miejscowego dowódcy francuskiego. Na ogół mogliśmy liczyć na to, że Francuzi będą tolerować znikanie z ewidencji nawet całych grup polskich przeznaczonych do ewakuacji, jeżeli na ich miejsce podstawimy innych, tak żeby liczba ogólna się zgadzała. Ale i bez tego życzliwi dowódcy ograniczali się do składania swym władzom opóźnionych meldunków o zmniejszeniu stanu ilościowego209. Warunki pracy i bytu były przeważnie bardzo ciężkie. Kompanie zatrudniano głównie przy robotach leśnych, najczęściej wysoko w górach, w trudnych warunkach klimatycznych, bez dostatecznie ciepłego ubrania i mieszkania. Specjalnie uciążliwa była praca w górnictwie i przy budowie zapór wodnych, najlżejsza - na roli, ale to były tylko rzadkie wypadki. Zarobki były bardzo niskie. Po

208

Do kompanii tych Francuzi włączali nie tylko zdemobilizowanych żołnierzy obcokrajowych (prawie wyłącznie Polaków), lecz również robotników cudzoziemskich, którzy w warunkach wojennych znaleźli się bez pracy. 209 Istniała w Guiurs (Pireneje) specjalna kompania karna, do której wysyłano za ciężkie przewinienia dyscyplinarne i za samowolne opuszczanie obozów pracy. Niestety było w niej dużo Polaków, albo z powodu gorliwości niektórych dowódców francuskich, albo łapanych przy próbach nielegalnego wydostania się z Francji.

potrąceniach na koszty mizernego utrzymania i polowego zakwaterowania robotnicy otrzymywali na rękę przeciętnie około 25 franków dziennie. Otwierało się więc szerokie pole do działalności naszych instytucji opiekuńczych. W aparacie centralnym PCK-TOPF istniał specjalny wydział wojskowy pod kierownictwem mjr Łuckiego210, który pozostawał w ścisłym kontakcie z gen. Kleebergiem. Komórka ta dostarczała polskim grupom w kompaniach pracy pożywienie i odzież, a wraz z YMCA prowadziła dla nich akcje kulturalnooświatowe. Bez tych świadczeń los naszych żołnierzy w kompaniach pracy byłby nieporównanie gorszy. Zwierzchnictwa nad tymi skupieniami sprawował z ramienia rządu polskiego gen. Juliusz Kleeberg, który po zlikwidowaniu ambasady pozostał we Francji, aby kontynuować wypełnianie powierzonej mu przez gen. Sikorskiego misji „dowodzenia pozostałym we Francji wojskiem polskim”. Poza organizowaniem nielegalnej ewakuacji, o czym będzie jeszcze mowa. Kleeberg określał swe zadanie jako 1) walkę o prawa żołnierzy polskich, 2) stworzenie form organizacyjnych, które by najbardziej odpowiadały stojącym przed nami celom, oraz 3) obronę wojskowych polskich przed dostaniem się w ręce niemieckie. Kleeberg był w gruncie rzeczy niezbyt inteligentny, małostkowy, zawistny i przywiązujący wagę do zewnętrznej strony władzy, chociaż rekompensował to charakterem bezsprzecznie uczciwym i przyzwoitym. O głowę przerastał go jego zastępca i od 1943 r. następca, płk Jaklicz, ale zgodnie z normalnymi zwyczajami w wojsku nie miał nic do powiedzenia, dopóki pełną odpowiedzialność ponosił jego szef. Kleeberg chciał od razu uzyskać wszystko i prędko. W tym celu starał się przede wszystkim o przyjęcie przez marszałka Pétaina. Ułatwiłem mu to dzięki swym stosunkom, ale sam nie poszedłem, bo nie chciałem, aby spotkanie miało charakter polityczny, wiążący w czymkolwiek nasz rząd w Londynie, podczas gdy najwłaściwsza była rozmowa „między żołnierzami”. Nie dała ona nic konkretnego. Tak samo jak przy poprzedniej rozmowie ze Strakaczem, Pétain skwitował prośby polskie paru grzecznościowymi frazesami o swej sympatii i życzliwości dla Polski oraz o chęci zabezpieczenia losu Polaków, oczywiście „w granicach istniejących możliwości”. Natychmiast potem przeszedł zgodnie ze swym zwyczajem do monologu usprawiedliwiającego jego linię polityczną. Obejmowało to głębokie pragnienie, aby „Niemców diabli wzięli”, ale przy konieczności liczenia się z rzeczywistością, która wygląda fatalnie, bo on, Pétain, nie wierzy, aby Wielka Brytania mogła złamać ogromną potęgę hitlerowską. Rozmowa Kleeberga ze starym szefem państwa potwierdziła jedynie to, co i tak było wiadome, a punkt ciężkości dalszej walki o możność ingerowania w życie wewnętrzne kompanii pracy oraz oddziaływania moralnego i materialnego na skupienia żołnierskie przeniósł się na niższe ogniwa władz francuskich zajmujące się tymi kompaniami. Nasze starania doprowadziły po paru miesiącach do przyjęcia zasady, iż na każdych pięćdziesięciu robotników polskich w kompaniach pracy może być przy nich jeden nasz oficer i paru podoficerów w charakterze personelu nadzorczego lub tłumaczy. Wkrótce ten stan rzeczy ustalił się wszędzie tam, gdzie pracowali zdemobilizowani żołnierze polscy, a wielokrotnie również polscy podoficerowie obejmowali funkcje w aparacie administracyjnogospodarczym kompanii pracy. Zaczęło się w nich również pojawiać więcej naszych oficerów, lekarzy, kapelanów i referentów kulturalno-oświatowych. W dniach wolnych od pracy organizowano różnego typu ćwiczenia wojskowe pod płaszczykiem zaprawy fizycznej.

210

Mjr Jerzy Łucki, ur. 1898, oficer zawodowy. W przededniu wojny dowodził jedynym, stacjonowanym w Łucku batalionem nowoczesnych czołgów, stanowiących specjalną rezerwę naczelnego wodza.

Francuzi patrzyli na to wszystko życzliwym okiem, gdyż sami prowadzili analogiczne akcje w tworzonych wówczas licznie organizacjach młodzieżowych szykujących świeże kadry przyszłych oddziałów narodowego wojska. Właśnie w tych pracach przejawiała się najjaskrawiej działalność patriotycznego odłamu pétainowców, zanim nie musiała zejść do podziemia po okupacji całej Francji w listopadzie 1942 r. Z tym ruchem młodzieżowo-wojskowym staraliśmy się utrzymywać stały kontakt, przy czym wyróżniał się współpracą z bardzo wówczas aktywnymi odnośnymi środowiskami katolickimi były członek kierownictwa harcerskiego w Polsce, Henryk Kapiszewski211, po wojnie historyk w środowisku krakowskim. Dla kierowania całością akcji wojskowej gen. Kleeberg stworzył cztery okręgi: śródziemnomorski (Marsylia), tuluzański, grenoblański (Lyon) i środkowy (Mont-Dore). Sam miał kwaterę główną w Marsylii, gdzie jego sztabem kierował mjr Mizgier-Chojnacki212. Młodsi oficerowie i aspiranci, nie wykorzystani w ramach kompanii pracy, zostali w większości umieszczeni w czerwonokrzyskim schronisku w Montmirail, starsi - najpierw w Évaux-les-Bains, potem w Mont-Dore, a najstarsi wiekiem i niezdolni już do aktywnej służby, w Bormes-les-Mimozas. Dla podoficerów stworzono specjalny ośrodek szkoleniowy w Gréoux-les-Bains, a inwalidzi skupieni zostali w Lourdes, oczywiście pod firmą naszych schronisk. Pieniądze na tę akcję, w wysokości 300 tysięcy franków miesięcznie, dostarczałem ze swego budżetu gen. Kleebergowi, który działał w ścisłym porozumieniu ze mną. Ostatecznie na początku lata 1942 r. udało się Kleebergowi zalegalizować w sposób zakamuflowany swą organizację. I tym razem strona francuska nie chciała ściągać uwagi władz okupacyjnych specjalną umową z Polakami, więc potraktowała sprawę jako generalne uregulowanie statusu cudzoziemskich kompanii pracy, choć w praktyce było wiadome, że odnosi się to tylko do nas. Oficjalnym punktem wyjścia było stworzenie całego aparatu rzeczników i obrońców interesów zatrudnionych obcokrajowców, który by jednocześnie mógł ułatwiać władzom francuskim administrowanie kompaniami pracy. Stąd powołano do życia całą hierarchię „tłumaczy”. Gen. Kleeberg, półoficjalnie występujący jako najstarszy rangą oficer polski we Francji, otrzymał formalny tytuł naczelnego tłumacza (interprète général) i miał pozostawać w stałym kontakcie z centralnymi władzami francuskimi w Vichy, w których kompetencji znajdowali się zdemobilizowani żołnierze polscy (głównie Ministerstwo Spraw Wojskowych i Ministerstwo Pracy). Uzyskał on prawo interweniowania na wszystkich szczeblach administracji francuskiej w sprawach bytu i warunków pracy polskich robotników w kompaniach pracy oraz stawiania wniosków dotyczących poprawy ich losu. W związku z tym został upoważniony do dokonywania w każdej chwili inspekcji tych kompanii i otrzymał stały glejt pozwalający na wolne poruszanie się po całym terytorium strefy nieokupowanej (taką samą przepustkę miałem ja). Poza tym to on wyznaczał i odwoływał podległy mu personel wykonawczy na szczeblu okręgów, które odgrywały rolę jego aparatu kontrolującego, oraz zatwierdzał właściwe nominacje na miejscu, w kompaniach pracy. Czterej dowódcy okręgów zasadniczego aparatu kleebergowskiego otrzymali oficjalne tytuły głównych tłumaczy (interprète principal), o kompetencjach podobnych do tych, jakie miał „tłumacz naczelny”, którego byli organem, ale tylko w odniesieniu do podległego im obszaru. Zostali akredytowani przy odpowiednich francuskich władzach prowincjonalnych. Wreszcie na dole hierarchii każdy francuski dowódca kompanii pracy otrzymał do pomocy oficera polskiego, któremu przyznano nazwę szefa tłumaczy (interprète chef), i występował jako doradca we wszystkich

211

Henryk Kapiszewski (1899-1965), działacz młodzieżowy, pracownik śląskiego wojewódzkiego urzędu 1926 1939, na początku 1939 przydzielony do departamentu konsularnego MSZ. 212 Mjr Włodzimierz Mizgier-Chojnacki, ur. 1890, oficer zawodowy. Po wojnie mianowany generałem przez rząd emigracyjny w Londynie.

sprawach związanych z polskimi robotnikami kompanii. Podlegali mu służbowo wszyscy przydzieleni do kompanii oficerowie i podoficerowie polscy, figurujący oficjalnie jako „tłumacze”. Umowa obejmowała również zakłady kadrowe. Tak na przykład schronisko w Évaux-les-Bains, pełniące rolę centrum wyszkolenia i prac w stosunku do 120 naszych oficerów, otrzymało pod kierownictwem przydzielonego komendanta francuskiego nową nazwę ośrodka przeszkolenia zawodowego (Centre de Rééducation Professionnel). Pod tą firmą kontynuowane były nadal prace wojskowe. Cała ta struktura świadczyła, że wojskowe czynniki francuskie213 gotowe były tolerować naszą akcję wojskową, o ile była ona prowadzona ostrożnie, bez rozgłosu. Naturalnie francuscy dowódcy kompanii pracy nie byli skłonni do przekazywania całej swej władzy przydzielonym oficerom polskim i rezerwowali wyłącznie dla siebie kwestie wykonywanych robót i dyscypliny wewnętrznej, ale prawie nigdzie nie mieszali się do funkcji dowódczych „tłumaczy”, które zresztą ułatwiały im znacznie zadania administracyjne. Życzliwość sfer francuskich dla naszych zdemobilizowanych żołnierzy w kompaniach pracy wystąpiła najbardziej jaskrawo w związku z toczącą się wtedy akcją werbunku na roboty do Niemiec. Na początku 1942 r., po ponownym dojściu do władzy Lavala, Niemcy zażądali od Francji kilkusettysięcznego kontyngentu robotników do wysłania na prace w Rzeszy, przy czym ilościowe ich wymogi wzrastały stale. Laval wytargował tylko, że o ile Francuzi wywiążą się z postawionego przed nimi zadania, werbunek będzie miał charakter wyłącznie dobrowolny, bez stosowania pracy przymusowej, oraz że w miarę wysyłania robotników do Niemiec nastąpi częściowe zwalnianie i odsyłanie do kraju pewnej ilości francuskich jeńców wojennych z kampanii 1940 r. (tak zwaną relève). W takich warunkach sytuacja naszych żołnierzy w kompaniach pracy była bardzo zagrożona, gdyż zaistniała dla Francuzów poważna pokusa przeznaczania na roboty do Niemiec przede wszystkim robotników obcokrajowych. Jednakże parokrotne zapewnienia najwyższych czynników francuskich z marszałkiem Pétainem na czele, że nie pójdą na wydawanie hitlerowcom Polaków, okazały się prawdą. Polskie kompanie pracy przetrwały aż do czasu, gdy mocno już zresztą przerzedzone poszły do „maquis” jako oddziały walczące w ruchu oporu. Również zgrupowania cywilne w naszych schroniskach nie musiały nigdy dostarczać „ochotników” do pracy w Niemczech. Wśród wielu złych wspomnień, które Polacy zachowali z lat pobytu we Francji podczas drugiej wojny światowej, powinno się znaleźć miejsce i na pamięć o rzeczach zasługujących na wdzięczność. Ze sprawami wojskowymi wiązała się ściśle druga dziedzina naszych prac poufnych, a mianowicie tzw. ewakuacja, przy czym w grę wchodziło przede wszystkim wysyłanie za granicę polskich oficerów i żołnierzy. Pierwszy etap żywiołowych inicjatyw i chaotycznych akcji na tym odcinku zakończył się wraz z powrotem do Francji gen. Kleeberga w lipcu 1940 r. Spore były jeszcze w nim możliwości wyjazdów legalnych czy półlegalnych, ale już wówczas coraz częściej przedostawano się do Wielkiej Brytanii bezpośrednio lub poprzez kraje neutralne - drogą nielegalną. Trudno jest ustalić bilans tego okresu,
213

Od czasu tzw. rewolucji narodowej we Francji nastąpiła daleko idąca militaryzacja cywilnych urzędów francuskich, gdyż reżim nie dowierzał staremu, związanemu z tradycyjnymi stronnictwami, aparatowi wykonawczemu. Miało to poza tym zabezpieczyć byt redukowanym po wojnie oficerom. Proces ten objął przede wszystkim resorty mające do czynienia z szeroko rozumianym kompleksem zagadnień wojskowych. Tak na przykład wydział zajmujący się kompaniami pracy robotników cudzoziemskich w Ministerstwie Pracy obsadzony był wyłącznie przez oficerów. Ułatwiło to nam sytuację, gdyż z reguły wojskowi francuscy wykazywali najwięcej zrozumienia i sympatii dla swych polskich towarzyszy broni.

ale nie wygląda on chyba źle. Przeważały poczynania nierealne i niepoważne, ale ostatecznie w ogólnym rozgardiaszu parę tysięcy najdzielniejszych i najbardziej przedsiębiorczych jednostek, w tym kilku dowódców dywizji i brygad, zdołało wydostać się na obszary wolne, skąd można było dalej prowadzić walkę z wrogiem. Etap drugi zainaugurowały próby gen. Kleeberga scentralizowania i ujednolicenia ewakuacji, teraz już wyłącznie drogą nielegalną, bowiem w wyniku natarczywych żądań okupanta niemieckiego Francuzi musieli szczelnie zamknąć granice i wprowadzić daleko idące ograniczenia wyjazdowe, obejmujące przede wszystkim mężczyzn w wieku zdolnym do służby wojskowej. Przeprowadzenie ewakuacji zostało powierzone specjalnej komórce w Marsylii, którą kierował mjr Słowikowski214 i eks-rotmistrz Iwaszkiewicz215, a następnie od maja 1941 r. mjr Mizgier-Chojnacki, jednocześnie szef sztabu gen. Kleeberga. Początkowo z trudem tylko udawało mu się opanowywać sytuację, w której pragnących wyjechać było wielu, a możliwości małe. Istniały tylko dwie możliwe w danej chwili drogi: przez zieloną granicę w Pirenejach do Hiszpanii i dalej do Lizbony, skąd wyjazd do Wielkiej Brytanii był już znacznie łatwiejszy, oraz statkami z portów śródziemnomorskich do jakiegoś kraju, skąd były większe możliwości przedostawania się do wojska polskiego. Przerzucanie przez Pireneje było względnie łatwe, bo można zawsze było liczyć na życzliwą pomoc, często bezinteresowną, zawodowych przemytników. Zanim władze frankistowskie zorientowały się w sytuacji, wielu Polakom udało się przedostać tą drogą do Portugalii unikając kontroli granicznej. Gdy jednak Hiszpanie obsadzili lepiej granicę francuską i zaczęli wyłapywać nielegalnych pasażerów wewnątrz kraju, uwidocznił się brak przygotowania przez komórkę marsylską i władze nasze w Londynie bardziej bezpiecznej drogi przez Hiszpanię. Tylko ci, którzy potrafili dostać się do konsulatu angielskiego w Barcelonie, mieli zapewnioną opiekę i możność kontynuowania drogi. Polacy łapani w pasie granicznym byli wydawani niejednokrotnie władzom francuskim i trafiali bądź do karnej kompanii pracy w Guiurs, bądź do obozu koncentracyjnego w Vernet pod Tuluzą. Nie wydanych w ręce francuskie i przetrzymanych w głębi kraju Hiszpanie kierowali do specjalnego obozu koncentracyjnego w Miranda-del-Ebro. Nasze poselstwo w Madrycie, z posłem Marianem Szumlakowskim na czele, nie umiało, a nawet chyba nie chciało (aby nie psuć sobie stosunków z władzami frankistowskimi) zajmować się energiczniej pomocą dla rodaków dążących do Portugalii. Nie robiło też nic dla wydobycia nieszczęśliwców z Mirandy, gdzie przebywali oni miesiącami, a nawet latami. Dopiero gdzieś w 1943 r. Anglicy uzyskali od Hiszpanów zwolnienie wszystkich zatrzymanych uciekinierów. Poczynając od 1941 r. mało komu udawało się przedostać przez Scyllę i Charybdę. Do wyjątków należała grupa przebranych za księży, którym, jak wiadomo, Hiszpanie okazują specjalny szacunek. Nie lepiej wyglądała sytuacja na morzu. Początkowo dość często próbowano przepłacać marynarzy francuskich, aby przemycali naszych wojskowych na statkach udających się do Syrii i Libanu, do portów zachodniej Afryki lub do Algierii. Nie zawsze się to udawało z winy obu stron, jednakowo nieraz niesolidnych i lekkomyślnych. W 1941 r. resztki tych możliwości urwały się wobec niemal całkowitego ustania francuskich regularnych rejsów morskich. Wynajmowano też lub kupowano za drogie pieniądze stateczki i barki, które miały przewozić naszych żołnierzy do bezpiecznego portu.
214 215

Mjr dypl. Edward Słowikowski, ur. 1897. Przed wojną oficer w Oddziale II Sztabu Głównego. Jerzy Iwaszkiewicz, były rotmistrz 17 pułku ułanów, który w wyniku jakiejś afery wyszedł z wojska i wstąpił do francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Był on jednym z pierwszych organizatorów nielegalnej ewakuacji z Francji i wykazał w tym dużą obrotność. Aresztowany w 1943 przez gestapo na swym posterunku w Pirenejach, wywieziony został do obozu koncentracyjnego w Niemczech, skąd, zdaje się, wrócił żywy.

Prawie zawsze były one jednak zatrzymywane na wodach terytorialnych przez patrole francuskie lub hiszpańskie. Niejednokrotnie też Polacy padali ofiarą oszustów, marnując cenne i z trudem osiągalne dewizy. Wobec niewspółmiernie dużych strat i kosztów zaniechano wkrótce tych praktyk. Ogólny bilans drugiego okresu ewakuacji wypadł całkowicie ujemnie. Ponoszone ofiary przekraczały wielokrotnie liczbę ludzi, których udawało się dostarczyć do dyspozycji polskiego dowództwa naczelnego. Londyńskie wydawnictwo „Polskie Siły Zbrojne” podaje, że w lipcu 1940 r. przybyło do Wielkiej Brytanii z Francji około 2 tysięcy wojskowych, natomiast w drugiej połowie 1940 r. liczba ich spadła do 500, a w ciągu całego roku 1941 r. dotarło już tylko 374. Dochodzi do tego jeszcze pewna ilość żołnierzy i oficerów, którym udało się przedostać z Francji do Syrii i Libanu, skąd łatwo było osiągnąć Brygadę Karpacką, oraz około tysiąca wojskowych, którzy trafili do Afryki Północnej. Na przełomie 1941-1942 r. nastąpiło definitywne unormowanie ewakuacji, co rozpoczęło etap trzeci. Ministerstwo Obrony Narodowej w Londynie (wydziałem ewakuacji kierował płk Glabisz) wydało dokładne polecenie ustalające kolejność preferencji poszczególnych grup przy ewakuacji i ich wzajemny stosunek. Pierwszeństwo przy wyjazdach przyznano lotnikom i broni pancernej, potem szli saperzy, artylerzyści i żołnierze liniowi, przede wszystkim młodzi, zdrowi i mający doświadczenie bojowe. Oficerów nie mogło być w zasadzie więcej niż jeden na piętnastu żołnierzy. Komórka ewakuacyjna w Marsylii otrzymała całkowitą autonomię i została podporządkowana bezpośrednio Londynowi, skąd otrzymywała dyspozycje i pieniądze. Udało się też w tym czasie zorganizować stosunkowo sprawnie działający sposób wywożenia ewakuowanych. Nieduży polski statek ze specjalnie przeszkoloną załogą, który mógł zabierać około stu osób, odbywał orientacyjnie co sześć tygodni rejs między Gibraltarem a wybrzeżem francuskim, dokąd podpływał nocą w jakimś określonym iskrówką punkcie między Marsylią i Niceą. Partie przygotowanych do wyjazdu, zgrupowane pod pozorem leczenia w szpitalu polskim w Marsylii, przewożono do punktu załadowania ustalonego przeważnie na zalesionym wybrzeżu, gdyż czasem trzeba było długo czekać na statek. Wszystko musiało odbywać się bardzo cicho, aby nie ściągnąć uwagi patroli francuskich, zresztą pracujących już w tym czasie bardzo opieszale. W ciągu 1942 r. (okupowanie w listopadzie całej Francji uniemożliwiło kontynuowanie tego procederu) odbyło się siedem takich kolejnych rejsów, wykonanych pomyślnie i bardzo sprawnie, co z uznaniem podkreślał przydzielony w charakterze kontrolera oficer marynarki brytyjskiej. Niejednokrotnie przewoziliśmy w ten sposób na prośbę gaullistowskich organizacji ruchu oporu również Francuzów. Musieliśmy jednak być bardzo ostrożni, bo umiejętność pracy konspiracyjnej stała jeszcze wówczas u naszych przyjaciół francuskich bardzo nisko. Kiedyś nasz pracownik posłyszał siedząc w kawiarni w Nicei rozmowę przy sąsiednim stoliku jakiegoś Francuza, który żegnał się z przyjaciółmi, opowiadając im głośno, że w nocy wyjeżdża tajnym statkiem polskim, który zbliży się do brzegu niedaleko Nicei. Zresztą podobne fakty lekkomyślności miały miejsce i z oficerami polskimi. Nie były to jedyne kłopoty. Nie zawsze wszystko szło łatwo i gładko. Należy pamiętać, że trzeba było dokonywać selekcji ludzi w różnych miejscowościach w głębi Francji oraz przewozić ich i lokować w szpitalu marsylskim w warunkach, gdy każdy Polak musiał mieć dla przejazdu koleją specjalną przepustkę, gdy zwolnienie z pracy chociażby na parę dni w kompanii i obozie nie było bynajmniej rzeczą łatwą, a w policji francuskiej było coraz więcej gorliwców węszących wszędzie „działalność gaullistowską”, czyli w jej zrozumieniu antypaństwowe akcje naszych organizacji. Czasami statek spóźniał się i trzeba było oczekiwać na niego na wybrzeżu przez parę nocy pod rząd, wracając na dzień do szpitala w Marsylii. Raz doszło nawet do niebezpiecznej wpadki. Patrol żandarmerii francuskiej natknął się w nocy na grupę Polaków czekających na statek, który się spóźniał. Przy sprawdzaniu dokumentów okazało się,

że wszyscy rzekomo leczą się w Marsylii, co naprowadziło Francuzów na trop naszej akcji. Awantura była ogromna i groziło nam zlikwidowanie szpitala. Ale mieliśmy już wyrobione stosunki, a poza tym władze policyjne w Marsylii nie były zainteresowane w rozdmuchiwaniu sprawy. Zatuszowano ją prędko, aresztowanych wypuszczono, a władze w Vichy nie zostały powiadomione o incydencie. Niefortunni podróżnicy wyjechali następnym transportem, już z wybrzeża sąsiedniej prefektury. Podobny wypadek miał miejsce i w Algierii, gdzie było dużo żołnierzy polskich, których miejscowe władze trzymały w obozach pracy. W znacznie trudniejszych warunkach komunikacji wewnętrznej (ogromne odległości) przygotowano i tam ewakuację podobnym stateczkiem większej partii naszych wojskowych. Gdy wreszcie zebrano się na wybrzeżu i oczekiwano na statek, okazało się, że właśnie w tym miejscu jakiś dygnitarz francuski urządził reprezentacyjne polowanie, w którym do kotła trafili nasi żołnierze. W Afryce Północnej stosunki były znacznie bardziej liberalne, więc żadnej sprawy nie wytoczono, ale wysłano wszystkich przyłapanych do znacznie cięższej pracy przy budowie kolei w głębi Sahary, skąd nie było już mowy o ucieczce. W tym samym czasie otworzyły się też większe możliwości wyjazdów legalnych, Francuzi zaczęli łatwiej wydawać pozwolenia wyjazdowe wszystkim osobom, które miały odpowiednie wizy zagraniczne, naturalnie o ile osoby te nie były w wieku poborowym. Dlatego przy wystawianiu delikwentom dokumentów osobistych Biura Polskie bez ceremonii dodawały brakujących kilka czy nawet kilkanaście lat, co Francuzi przyjmowali dobrodusznymi żartami. Drogę legalną rezerwowaliśmy jednak przede wszystkim dla ewakuacji cywilnej, którą nadzorowałem osobiście. W grę wchodzili przede wszystkim ludzie wzywani do prac rządowych w Londynie, osobistości, którym grozić by mogły represje okupanta, oraz rodziny wojskowe, których wyjazd ustał zupełnie w końcu 1940 r. Specjalnie cenną kategorię stanowili fachowcy, zwłaszcza techniczni, bo ich wiedza mogła być w sposób wartościowy wykorzystana we wspólnym wysiłku antyhitlerowskim. W związku z tym dopomogłem inż. Wierzejskiemu216, człowiekowi bardzo energicznemu, lecz kłótliwemu i ciężkiemu we współpracy, w zorganizowaniu stowarzyszenia inżynierów i techników we Francji, obejmującego ponad tysiąc członków. Przy pomocy tego stowarzyszenia można ich było zewidencjonować i otoczyć specjalną opieką jako materiał bardzo potrzebny. Stworzone formy organizacyjne umożliwiły, poprzez Wierzejskiego i jego pomocników, stopniowe ekspediowanie elementu wyselekcjonowanego na Zachód. Prowadzenie akcji ewakuacji legalnej było niezmiernie żmudne i skomplikowane, szczególnie jeśli chodzi o organizowanie wyjazdów grupowych, bo osobom pojedynczym łatwiej było wyskoczyć, zwłaszcza jeżeli nasze władze londyńskie ułatwiały sprawę w Lizbonie przy pomocy Anglików. Dla nas punktem wyjścia było wspomniane już udzielanie przez Francuzów pozwoleń na wyjazd dopiero po przedstawieniu wszystkich niezbędnych promes wizowych przez wchodzące w grę konsulaty zagraniczne. Tu zaczynała się gehenna. Coraz to większe trudności czynili Portugalczycy, którzy w istniejącej sytuacji stanowili punkt węzłowy, bo dopiero z Lizbony władze nasze w Londynie mogły kierować ludzi tam, gdzie im byli oni potrzebni. Portugalczycy stwierdzili, że większość osób przyjeżdżających do Portugalii, nawet tylko z wizami tranzytowymi, pozostaje tam na stałe, powołując się na rzeczywistą czy też jedynie pozorną niemożność, z powodu trudności komunikacyjnych, udawania się dalej do kraju wizy docelowej lub do Anglii. Chodziło zresztą nie tylko o Polaków. Dlatego władze portugalskie wydały rozporządzenie, że wizy tranzytowe będą wydawane tylko osobom które obok wizy docelowej mają jeszcze opłacony bilet przejazdowy statkiem do tego kraju,
216

Inż. Witold Wierzejski, naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Uzbrojenia w Warszawie 1930 -1939.

co później zostało jeszcze zaostrzone obowiązkiem przedstawiania rezerwacji miejsca na konkretnym statku. Mieliśmy więc dodatkowy kłopot. Sprawa wiz docelowych okazała się najłatwiejsza, bo rozwiązywał ją pomyślnie były urzędnik MSZ Mazur217, przydzielony w tym celu specjalnie do Biura Polskiego w Marsylii, które scentralizowało wszystkie sprawy wyjazdowe. Miał on wielką łatwość nawiązywania stosunków towarzyskich i zapewnił sobie w konsulatach południowoamerykańskich możność uzyskiwania kiedy chciał i ile chciał fikcyjnych wiz docelowych. Poważniejsze trudności zaczynały się dopiero, gdy trzeba było w Lizbonie wykupywać imienne bilety na określony statek, chociaż kwestia kosztów nie grała większej roli, bo amatorów na wyjazd za ocean było tylu, że w każdej chwili można było te bilety odprzedać. Niestety statki z Lizbony na półkulę zachodnią odpływały bardzo rzadko i miejsca na nich były już od dawna wykupione, czasem na dwa lata naprzód. Nie wybrnęlibyśmy z tego nigdy, gdyby nie życzliwość i dobra wola wielkiej żydowskiej organizacji opiekuńczej JOINT, która organizując emigrację swych rodaków do Ameryki (stanowili oni większość napływających do Lizbony uciekinierów z Europy) wykupywała z góry większość biletów, a w miarę możności wynajmowała nawet specjalne statki. JOINT zgodził się odstępować nam po kilkadziesiąt miejsc na każdy statek, wiedząc zresztą, że jest to w gruncie rzeczy pewna rezerwa dla niego, gdyż Polacy, po przybyciu do Lizbony, pozbędą się zaraz swych biletów. Procedura wyglądała więc w ten sposób, że najpierw trzeba było wytypować i przygotować odpowiednią grupę wyjeżdżających, zaopatrując ją w dokumenty osobiste, możliwe do przyjęcia przez administracyjne władze francuskie. Czasami konieczne było poprzednie przesiedlenie delikwentów z prefektury, gdzie urzędnicy byli bardziej rygorystyczni i nieprzychylni, do takiej, gdzie mieliśmy wypróbowanych przyjaciół. Po skompletowaniu grupy podawano telegraficznie do Lizbony nazwiska osób mających wyjechać. Na jakieś dziesięć dni przed nigdy nie znaną naprzód datą odpłynięcia statku do Ameryki Południowej nadchodziły stamtąd imienne zaświadczenia dla przyszłych pasażerów, za których opłacono bilety na statek i zarezerwowano na nim miejsca. Imienność listy miała tę niedogodność, że o ile ktoś się raptem rozmyślił lub prosił o przełożenie wyjazdu na inny termin, traciliśmy automatycznie miejsce. Dopiero na podstawie takich zaświadczeń oraz uzyskanej promesy jakiejś południowoamerykańskiej wizy docelowej konsulat portugalski w Marsylii przystępował do załatwiania sprawy. Sprawdzał w Lizbonie, czy przedstawione przez nas dane odpowiadają rzeczywistości, i dopiero wówczas wystawiał promesę wizy tranzytowej. Bez niej nie można było uzyskać promesy tranzytowej wizy hiszpańskiej, co z kolei warunkowało otrzymanie francuskiego pozwolenia wyjazdowego. Teraz dopiero zaczynało się techniczne finalizowanie sprawy w urzędach francuskich i w konsulatach zagranicznych, i kupowanie biletów. Parodniowy przejazd do Lizbony musiał się mieścić w ramach wspomnianych dziesięciu dni. Wymagało to karkołomnego tempa i życzliwej współpracy wszystkich wchodzących w grę urzędów, gdyż każda zwłoka groziła spóźnieniem się na statek, a więc i odmową portugalskich władz granicznych wpuszczania do ich kraju nawet na podstawie wystawionej już wizy tranzytowej. Z biegiem czasu Wierzejski i jego pomocnicy nauczyli się załatwiać to wszystko tak sprawnie, że w ciągu 1942 r. wysłaliśmy tą drogą z Francji ponad 500 cennych fachowców, którzy znaleźli zatrudnienie częściowo w Wielkiej Brytanii, częściowo w jej dominiach czy koloniach. Naturalnie możliwości te ustały z chwilą wkroczenia Niemców do strefy nieokupowanej i obsadzenia przez nich granicy. Odtąd trzeba było wrócić do znacznie już usprawnionej drogi przez zieloną granicę hiszpańską do Portugalii, zaczęły się też na szeroką skalę ucieczki przez góry do Szwajcarii.

217

Tadeusz Mazur, ur. 1903, w MSZ od 1928. Radca w referacie francuskim centrali MSZ do 1939.

W końcu 1940 r. powstała z inicjatywy Anglików przy polskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Londynie komórka tak zwanych „prac kontynentalnych”, mająca kierować działalnością dywersyjnosabotażową w krajach europejskich okupowanych przez hitlerowców, dostosowując ją do potrzeb strategicznych sojuszników zachodnich. Szef referatu francuskiego tej komórki, były kierownik działu prasowego ambasady w Paryżu Jan Librach218, zwrócił się na początku 1941 r. do swego przyjaciela i kolegi Kawałkowskiego z propozycją stworzenia odpowiedniej organizacji we Francji, zaznaczając, że przewidziane są dla niej w przyszłości konkretne i ważne zadania. Gdy Kawałkowski pokazał mi ten list, pierwsza moja reakcja była negatywna. Takie akcje zwiększyłyby bowiem ofiary wśród Polonii francuskiej, podczas gdy zostaliśmy powołani do możliwego ułatwiania jej przetrwania. Poza tym dość ponieśliśmy i ponosimy strat w kraju, aby jeszcze wyręczać Francuzów na ich terenie w prowadzeniu aktywnego ruchu oporu. Kawałkowski odpowiedział zgodnie z tymi wskazówkami, ale Librach nalegał w dalszym ciągu w sposób coraz bardziej natarczywy. Po zastanowieniu się i ponownym przedyskutowaniu sprawy z Kawałkowskim zmieniłem zdanie, wychodząc z założenia, że z chwilą gdy prowadzimy wojnę totalną, Polacy powinni wszędzie i wszelkimi sposobami włączać się do walki z wrogiem, bez względu na ponoszone straty. W wahaniach moich odzwierciedliło się odwieczne ścieranie się dwóch podstawowych metod postępowania: racjonalnego oszczędzania sił i romantycznej ofiarności. Pierwszą drogą szli w latach drugiej wojny światowej Czesi, którzy pod przewodem Benesza uważali, iż wystarczy tylko zewnętrzne manifestowanie walki, a wszystkie siły należy zachować do ewentualnego decydującego i opłacalnego wystąpienia. Droga polska - to nieszczędzenie swej krwi pod sztandarem „za naszą i waszą wolność”. Dylemat istnieje do dziś i będzie istniał jeszcze chyba długo. Kawałkowskiego najbardziej przekonał ustęp z ostatniego listu Libracha, że jeżeli on się nie podejmie projektowanego zadania, to trzeba je będzie powierzyć innym ludziom, którzy nie wiadomo jak je wykonają i w jaki sposób będą to potem politycznie dyskontować. Dostrzegł też w tym swą wielką szansę wybicia się. Po zdecydowaniu się przystąpił z całą energią i entuzjazmem do tworzenia konspiracji cywilnej pod nazwą Polska Organizacja Walki o Niepodległość (POWN), na której czele stanął sam w charakterze komendanta, posługując się pseudonimem Albin, potem Justyn. W maju 1941 r. przybył z Londynu brytyjskim okrętem podwodnym przeznaczony do pomocy Kawałkowskiemu działacz polonijny z Francji Wacław Bitner. Został on szefem tak zwanej kwatery głównej w Lyonie, dokąd przeniósł się również Kawałkowski. W czerwcu przyjeżdżająca do męża pani Irena Bernardowa przywiozła materiały szyfrowe i szczegółowe instrukcje. Potem nadeszły pieniądze (POWN miała być finansowana bezpośrednio z Londynu), stacje nadawcze dla korespondencji iskrowej i różne środki techniczne. Według wiadomości przywiezionych przez Bitnera Londynowi chodziło przede wszystkim o przygotowanie akcji, która by ułatwiła projektowany desant aliantów na północno-zachodnim wybrzeżu Francji poprzez wywołanie w tym momencie strajku generalnego, jednorazowe przecięcie we wskazanym dniu linii komunikacyjnych i łączności na zapleczu frontu niemieckiego oraz opanowanie paru terenów, na których mogliby lądować spadochroniarze sojuszników. Istnienie w departamentach Nord i Pas-de-Calais dużych skupisk emigracyjnych robotników polskich podnosiło wagę projektowanej akcji i czyniło ją bardziej realną.

218

Jan Librach, ur. 1904, w MSZ od 1926. I sekretarz ambasady w Paryżu 1935-1939.

W dążeniu do nadania swej organizacji większego znaczenia Kawałkowski uznał, że realizacja tego podstawowego zadania powinna iść w parze z montowaniem ruchu oporu we wszystkich polskich skupiskach emigracyjnych, tak aby przez bieżące prace propagandowe, dywersyjno-sabotażowe i wywiadowcze doprowadzić do włączenia się Polaków do ogólnofrancuskiego powstania, które miało wybuchnąć w momencie desantu. Miał rację, twierdząc, że taki wspólny front będzie miał ogromne znaczenie dla powojennego współżycia polsko-francuskiego. Po zakończeniu prac wstępnych POWN zaczęła formalnie działać 6 września 1941 r., chociaż „Rozkaz nr 1” głównego komendanta Kawałkowskiego nosi datę 21 listopada 1941 r. Stwierdzał on, że „dla zapewnienia dalszego udziału Polaków z Francji w wojnie z Niemcami została założona polska organizacja wojskowa we Francji”. Zbudowano ją na systemie oddolnych „piątek”, których kierownicy wchodzili w skład wyższych „sekcji”. Następnymi szczeblami były „placówki”, „okręgi”, „podgrupy” i „grupy”. Grup było dwie: jedna południowa, obejmująca strefę tzw. wolną, i druga północna - strefę okupowaną. Zakładając działanie przede wszystkim wśród starej emigracji robotniczej, Kawałkowski oparł się przy organizowaniu POWN głównie na Związku Polaków i jego aparacie. Stąd na swego zastępcę, obok zaufanego przyjaciela Wiesława Dąbrowskiego, powołał Piotra Kalinowskiego. Poza tym do kierowniczego aktywu werbował przede wszystkim znanych mu urzędników polskiej służby zagranicznej. Tak na przykład na czele grupy południowej postawił Bohdana Samborskiego, podgrupę tuluzańską powierzył Bernardowi Fuksiewiczowi, a szefem kwatery głównej, po Bitnerze, który w grudniu 1942 r. pojechał do Londynu w charakterze specjalnego kuriera (wrócił po paru miesiącach), zrobił przedwojennego naczelnika wydziału prasowego centrali MSZ, Wiktora Skiwskiego219, który niedawno wydostał się z niemieckiego obozu jenieckiego, gdzie przebywał pod przybranym nazwiskiem. Do okupacji tzw. strefy wolnej, kiedy to rozpoczęły się aresztowania szeregu kierowniczych działaczy polskich, prace POWN utrzymywane były w fazie przygotowań do czynnych akcji zbrojnych. Obejmowały one przede wszystkim budowanie zrębów organizacyjnych, a więc wszystkich szczebli od góry do dołu. Stworzono rozbudowany system „piątek”, które chwilowo miały podtrzymywać w otoczeniu ducha patriotycznego i wolę walki z okupantem, rozszerzać wpływy organizacji w masach emigracyjnych, kolportować „bibułę”, zdobywać informacje typu wywiadowczego oraz opracowywać sposoby sabotowania produkcji przeznaczonej dla okupanta. Rozwinięto szeroko akcję tajnych wydawnictw prasowych, na które składały się pisma periodyczne oraz doraźne ulotki i odezwy. Głównym organem POWN, pod redakcją znanego satyryka Jerzego Paczkowskiego220, była „Walka” przeznaczona w zasadzie wyłącznie dla członków zaprzysiężonych. Do bardziej masowych wydawnictw należały „Komunikat”, „Sztandar”, „Polska Praca” itd. W literaturze szerzej kolportowanej przez „piątki”, a przeznaczonej przede wszystkim dla robotników, poza motywami patriotycznymi i antyhitlerowskimi wyraźne były akcenty społecznie radykalne i wysuwały się na czoło hasła walki o lepszą demokratyczną Polskę. Było to wynikiem świadomości, że skuteczność wezwań do boju z okupantem zależy głównie od wyraźnego wskazania jego celu społeczno-politycznego. Zwłaszcza na północy POWN szukała kontaktu ze stosunkowo wpływowymi przed wojną grupami socjalistów polskich, które zaraz po okupacji próbowały kontynuować działalność w sposób konspiracyjny, grupując się wokoło J. Szczerbińskiego (członek Rady Narodowej 1939-1940), W. Barana, T. Krawczyńskiego i innych.
219 220

Wiktor Skiwski (1900-1956), w MSZ od 1923. Naczelnik wydziału prasowego centrali 1935-1939. Jerzy Paczkowski (1905-1945), poeta i satyryk. Redaktor naczelny „Cyrulika Warszawskiego” 1926-1936, następnie pracownik wydziału prasowego ambasady w Paryżu 1937-1939.

Prace wśród skupień robotniczych musiały doprowadzić do zetknięcia się z aktywnościami komunistów polskich, działających w ramach ruchu oporu kierowanego przez Komunistyczną Partię Francji. Przedstawiciel tych komunistów, występujący pod pseudonimem płk Wolf, próbował w jesieni 1942 r. wejść w kontakt z kierownictwem POWN. Powiadomiony przez Kawałkowskiego stanąłem na stanowisku, że nie należy stronić od rozmów i współpracy, gdyż łączy nas wspólna walka przeciwko wrogowi, a dzieląca nas wówczas sprawa stosunku do Związku Radzieckiego (kwestia ziem wschodnich) może być chwilowo przemilczana. Po moim aresztowaniu, które nastąpiło wkrótce potem, kontakt ten, zdaje się, został przerwany. POWN zorganizowała w tym okresie w Grenoble parę kursów instruktorskich dla aktywu kierowniczego, a w Lourdes w lutym 1942 r. specjalny tygodniowy kurs techniczno-ideologiczny z udziałem 24 uczestników. Uczono tam posługiwania się bronią i materiałami wybuchowymi pod kątem przyszłych zadań dywersyjnych i sabotażowych. Dla akcji tych niezbędne były dostawy odpowiedniego materiału z Anglii, co miało być dokonywane w drodze zrzutów spadochronowych. Już pierwsza taka operacja w rejonie Périgueux zakończyła się niepowodzeniem, bo cały zrzut z wyjątkiem radiotelegrafisty z aparatem nadawczym dostał się w ręce żandarmerii francuskiej. Co gorzej nadawcy, chcąc uniknąć nieporozumienia, wymalowali na zasobnikach znak „pol”, co natychmiast naprowadziło władze francuskie na ślad działalności polskiej. Od tego czasu, i w związku z aferami, o których jeszcze będzie mowa, policja pétainowska była nastawiona do nas zdecydowanie wrogo, co po rozciągnięciu działalności gestapo na strefę nieokupowaną zwiększyło znacznie nasze ofiary. W drugiej połowie 1942 r. liczba nieudanych zrzutów była z powodu błędów popełnianych przez obie strony ciągle jeszcze znaczna. Siłą rzeczy organizacja POWN rozwinęła się szybciej i szerzej w strefie południowej, gdzie praca była łatwiejsza. Stopniowo objęła ona również północ, dokąd wydelegowano w charakterze organizatora najpierw działacza polonijnego Remigiusza Szczęsnego, a następnie poetę Jerzego Paczkowskiego i jego brata Tadeusza. Podjęto również udane próby penetrowania do Belgii, gdzie istniały wielkie skupiska robotników polskich. Zdecydowanie złą stroną zresztą bardzo ofiarnej i wydajnej działalności Kawałkowskiego było, że poszedł on po linii wciągania do swej organizacji w charakterze zaprzysiężonych członków właściwie wszystkich lepszych pracowników Biur Polskich, Związku Polaków oraz wielu aktywistów innych naszych organizacji. Chwilowo, zważywszy, że Kawałkowski okazywał mi dużo szacunku i zaufania uznając całkowicie mój autorytet, nie powodowało to większych trudności. Jeśli chodzi o POWN i inne prace tajne, zachowałem sobie jedynie rolę autorytatywnego konsultanta i koordynatora. Szkodliwość wytworzonej przez Kawałkowskiego sytuacji wystąpiła już jednak zaraz za czasów mego następcy, Tytusa Komarnickiego, gdy stanął on w obliczu faktu, że wszyscy jego współpracownicy są organizacyjnie uzależnieni od podległego mu komendanta POWN, pretendującego do całkowitej samodzielności. Kawałkowski świadomie wykorzystywał ten stan rzeczy dla podkreślania swej decydującej roli i sam przyznał mi się po wojnie, że nie poczuwał się wobec Komarnickiego do obowiązku tak szerokiego informowania go i konsultowania, jak robił to wobec mnie. Nigdy nie zrozumiał, że ambicja prowadziła go do nadużywania wytworzonej w warunkach konspiracji niezależności, i czuł się skrzywdzony spotykając się z zarzutami nielojalności. Tendencja do wybierania drogi najłatwiejszej, w postaci wciągania do prac konspiracyjnych przede wszystkim wypróbowanych pracowników naszych organizacji we Francji, występowała właściwie we wszystkich pionach działalności tajnej, chociaż przestrzegałem przed tym ich kierowników, zwracając uwagę, że w ten sposób narażają istnienie niezbędnych instytucji polskich i podcinają własną gałąź,

bo ich trwanie stanowi przecież najlepszy parawan. Przyznawali mi rację, ale za zasłoną konspiracji i obowiązku przestrzegania ścisłej tajemnicy organizacyjnej przez werbowanych robili dalej swoje. Najmniej kłopotów pod tym względem miałem z szefem wywiadu na Francję płk Romeyko, z którym współpraca układała się bardzo dobrze ze względu na jego wybitne zalety umysłu i poczucie odpowiedzialności. A czasem sytuacje były trudne, chociażby dlatego, że płk Romeyko musiał zajmować się jednocześnie kontrwywiadem. Przytoczę dwa charakterystyczne wypadki: W końcu 1941 r. zjawił się w południowej Francji pewien młody człowiek (znałem go nieco przed wojną) i opowiedział nam, iż pragnąc wydostać się spod okupacji w Polsce, jechał do Paryża razem z kurierem AK, któremu, jako że zna dobrze kraj i język, miał dopomóc w przedostaniu się do strefy nieokupowanej. Tymczasem zgubili się w Paryżu i on zjawił się sam jeden. Romeyko sprawdził zaraz poprzez Londyn w Warszawie prawdziwość tej wersji i otrzymał odpowiedź, że nic tam nie wiedzą o takim jegomościu, toteż należy obawiać się prowokacji. Na szczęście zjawił się tymczasem wspomniany kurier i potwierdził prawdziwość tej informacji, tak że mogliśmy zwolnić delikwenta ze ścisłej izolacji od środowiska polskiego. A propos kurierów krajowych wspomnę marginesowo, że niejednokrotnie mieliśmy możność dopomagania im w przejeździe przez Francję. Informowano ich zwykle, że w południowej Francji działają organizacje polskie, do których mogą w razie potrzeby się zwracać. Między innymi dotyczy to głośnego swego czasu z odczytów na Zachodzie i książki-bestsellera Jana Karskiego221, który jako specjalny kurier Dowództwa AK i Delegatury Rządu na kraj wiózł pierwsze wiadomości o eksterminacji Żydów i obozach zagłady w Treblince, Majdanku. Chełmie itd. Przejeżdżając przez Lyon, Karski natknął się przypadkowo na swego przedwojennego szefa, konsula Samborskiego, który go skontaktował z Kawałkowskim i ze mną. Od niego miałem najpełniejsze relacje o sytuacji w kraju i o prowadzonych tam pracach podziemnych. Drugi wypadek, o którym chcę wspomnieć, był bardziej drastyczny. Moja zaufana współpracownica, o której już poprzednio pisałem, Natalia Miniszewska, pełniła w pewnym okresie funkcję łączniczki między płk Romeyko a mną przewożąc dokumenty i pocztę. Kiedyś stanęliśmy wobec zbiegu okoliczności, który pozwalał przypuszczać, że może być w kontakcie z Niemcami. Postanowiliśmy więc poddać ją obserwacji i na kolejną podróż Romeyko wręczył jej tylko fikcyjną pocztę do przewiezienia. Pech chciał, że w drodze wysiadła tylko raz z pociągu i na jakiejś stacji rozmawiała z osobnikiem, którego od dawna uważaliśmy słusznie za bardzo podejrzanego. Po przedyskutowaniu sprawy doszliśmy do przekonania, że nie możemy krzywdzić dziewczyny wyłącznie na podstawie poszlak. Przeniosłem ją z Grenoble do Lyonu do innej pracy, gdzie poddana została paru próbom, które wypadły jak najbardziej pomyślnie. Zresztą wkrótce potem aresztowano ją w ramach jednej z akcji antypolskich prowadzonych przez gestapo i wywieziono do Ravensbrück. Gdy stamtąd wróciła cało, powiedziałem jej o naszych niesłusznych podejrzeniach. Dziś wyszła za mąż i mieszka w Australii. Opieranie aktywności podziemnej na istniejącym już aparacie polskim zrobiło nam największą szkodę w wypadku „dzikiej” organizacji wywiadowczo-dywersyjnej „Nurmi”. Latem 1941 r. doniesiono mi, że w okolicach Tuluzy zrzucony został przez Anglików porucznik wojsk polskich Dzierzgowski, który złamał nogę i leży w szpitalu tuluzańskim. Wobec tego, że byłem tam wówczas przejazdem, prosił, abym go odwiedził, powołując się na przedwojenną znajomość. Przypuszczałem, że ma to związek z pracami POWN, a że trzymałem się zawsze zasady utrzymywania kontaktów służbowych tylko
221

Jan Karski (właśc. nazwisko Jan Kozielewski), ur. 1910, urzędnik MSZ 1937-1939. Po przyjeździe w 1942 z Warszawy do Londynu informował szeroko opinię anglosaską o tzw. polskim państwie podziemnym. W ramach tej akcji propagandowej wydał w Stanach Zjednoczonych po angielsku książkę o polskim państwie podziemnym, która stała się bestsellerem 1944 r. i została przetłumaczona na wiele języków.

z szefami organizacji podziemnych, skierowałem do niego Kawałkowskiego. Z rozmowy, w której Dzierzgowski prosił o pomoc w zorganizowaniu sieci wywiadowczo-dywersyjnej, jaką mu polecono zmontować, wynikało, że nie ma mandatu od jakiegokolwiek odpowiedzialnego resortu polskiego, lecz najprawdopodobniej wysłany został przez Anglików (co potem potwierdziło się), którzy, jak o tym wiedzieliśmy, niejednokrotnie posługiwali się w pracy wywiadowczej Polakami ponad głowami naszych władz. W tej sytuacji odmówiłem wszelkiego poparcia i kazałem powiedzieć Dzierzgowskiemu, że jego inicjatywa ma charakter dywersyjny w stosunku do prac przez nas prowadzonych. Pomimo to Dzierzgowski zaczął tworzyć organizację, która otrzymała kryptonim „Nurmi”. W ciągu roku swego istnienia, od września 1941 r. do września 1942 r. wciągnęła ona około 200 osób. Niestety, byli to przeważnie pracownicy naszych instytucji, w tym TOPF, oraz częściowo oficerowie z aparatu Kleeberga. Tak na przykład kierowniczą rolę odgrywali: pracownik Biura Polskiego w Tuluzie i działacz harcerski Franciszek Bahyrycz oraz przedstawiciel Kleeberga w Lyonie mjr Zdrojewski, który wysunął na kierownika organizacji „Nurmi” (po wyjeździe Dzierzgowskiego) kpt. Jaculewicza. Działalność organizacji obejmowała wywiad oraz rozpracowywanie różnych obiektów wojskowych i strategicznych pod kątem przygotowywanych akcji sabotażowych. Poza tym przeprowadziła ona szereg akcji dywersyjnych i zamachów terrorystycznych, między innymi rzucenie w teatrze marsylskim bomby podczas koncertu filharmonii berlińskiej. Praca „Nurmi” prowadzona była niezbyt ostrożnie i bez przestrzegania ścisłych zasad konspiracji. Latem 1942 r. nastąpił pogrom organizacji przez policję pétainowską, przy czym aresztowano około 50 osób z Bahyryczem i Jaculewiczem na czele. Części uwięzionych (m. in. Bahyryczowi) udało się uciec przy pomocy Polaków udzielonej z zewnątrz, kilkanaście osób zwolniono z powodu braku podstaw do wytoczenia sprawy, a pozostali przeszli przez śledztwo w Albi, częściowo z wolnej stopy. Wyrok specjalnego trybunału w Tuluzie był łagodny dla obecnych, a surowy dla uciekinierów. Ostatecznie udało się nam sprawę zatuszować, a reszta więzionych została wypuszczona na wolność w chwili okupowania południa Francji przez hitlerowców. Sprawa „Nurmi” wywołała w skupiskach polskich wiele złej krwi i zdenerwowania. Podnosiły się głosy domagające się, abym zakazał surowo wszystkim Połakom prowadzenia jakichkolwiek prac podziemnych. Ze względów zrozumiałych nie mogłem tego zrobić i uspokajałem ludzi podkreślając, że za aferę „Nurmi” nie możemy ponosić odpowiedzialności, gdyż organizacja ta działała bez naszej zgody i poza naszymi plecami. Francuskie władze policyjne były jednak przekonane, że wykryto tylko małe odgałęzienie „polskiej działalności antyniemieckiej”, co może narazić Francuzów na represje ze strony okupanta. Jeżeli chodzi o angielskie źródła organizacji „Nurmi”, to zważywszy, że wchodzili do niej właściwie wyłącznie Polacy i że naszym czynnikom londyńskim chodziło o możliwe eksponowanie na zewnątrz różnorodnego wkładu polskiego do walki z Niemcami, Ministerstwo Obrony Narodowej w Londynie, przechodząc do porządku nad naszymi protestami z powodu akcji por. Dzierzgowskiego, wydało 29 października 1943 r. rozkaz uznający „Nurmi” za polską formację wojskową, która działała na terenie nieprzyjacielskim, z przyznaniem jej członkom wszelkich praw żołnierzy armii czynnej.

X Ostatni akt

Poczynając od połowy 1942 r. chmury na naszym horyzoncie zaczęły się coraz bardziej zagęszczać. Groźba wywożenia Polaków na roboty do Rzeszy Niemieckiej, aresztowania w związku ze sprawą „Nurmi”, zwiększająca się wrogość policji pétainowskiej i coraz bardziej natrętna kontrola francuskich władz administracyjnych nad działalnością instytucji polskich, a także wisząca już w powietrzu groźba rozszerzenia okupacji - wszystko to powodowało pogorszenie nastrojów wśród społeczności uchodźczej i w aparacie opiekuńczym. Skorzystałem ze zwołanej w jesieni 1942 r. do Grenoble odprawy kierowników poszczególnych okręgów terenowych TOPF oraz odpowiedzialnych pracowników jego zarządu głównego, aby wziąć byka za rogi. W dłuższym przemówieniu nie taiłem, że sytuacja się pogorszyła i będzie się pogarszała, że czekają nas ciężkie czasy i nieuniknione ciężkie ofiary, ale z naciskiem przypominałem, że stoimy w pierwszym szeregu frontu bojowego, z wszystkimi tego konsekwencjami. Wytykałem kierownikom okręgów nadmierny optymizm w ocenie sytuacji, niesygnalizowanie bądź niedostrzeganie fluktuacji nastrojów w masach podopiecznych oraz niepodejmowanie starań dla podtrzymywania ich morale. Oni ze swej strony narzekali na nadmierne tendencje centralistyczne w aparacie kierowniczym TOPF oraz na suche, urzędnicze podejście z jego strony do wszystkich spraw. W każdym razie konferencja uświadomiła nam braki i ułatwiła późniejsze stawianie czoła coraz większym trudnościom w związku z rozszerzeniem bezpośredniej okupacji. Było to ostatnie moje spotkanie z naczelnymi władzami instytucji opiekuńczej. Tymczasem niepowodzenia i wpadki mnożyły się. Płk Romeyko, w dążeniu do usprawnienia i poszerzenia prac wywiadu anty niemieckiego, uruchomił za pośrednictwem swej dzielnej współpracowniczki, Marii Sapieżyny (córki min. Jerzego Zdziechowskiego), specjalną komórkę w Rzymie. Wciągnięto tam do pracy paru przedstawicieli miejscowych uchodźców polskich i młodych księży. W wyniku jakiejś nieostrożności czy też może nawet zdrady, włoska policja faszystowska wpadła na trop tej siatki i dokonała szeregu aresztowań, w tym (za pośrednictwem policji francuskiej) Marii Sapieżyny w Nicei i wicekonsula Komierowskiego w Monaco. Zagrożony bezpośrednio przez wpadkę swej najbliższej pomocnicy, płk Romeyko musiał szukać schronienia w Szwajcarii222. Po paru tygodniach cios padł na moje bliskie otoczenie. Wiedzieliśmy już, że od pewnego czasu Niemcy zmusili władze francuskie, aby dopuszczały agentów gestapo do bezpośredniej współpracy na podstawie papierów stwierdzających, że są urzędnikami policji francuskiej. Istniało poza tym w Vichy oficjalne przedstawicielstwo gestapo, które nieraz obserwowałem, bo mieściło się w willi położonej naprzeciwko mieszkania Anny de Gontaut-Biron, u której jadałem zawsze obiady podczas pobytów w Vichy. Kiedyś właśnie będąc w Vichy, dowiedziałem się, że pojawiły się ostatnio na południu Francji niemieckie ekipy radiolokacyjne dla tropienia tajnych stacji nadawczych. Było już ich wtedy w strefie nieokupowanej tyle, że jak fachowcy mówili żartobliwie, tłok się robi w eterze. Rząd w Vichy wydał co prawda surowe prawa, przewidujące karę śmierci za posługiwanie się nielegalnymi iskrówkami, ale w praktyce niewiele robiono dla ich wykrywania.

222

Sprawa rzymska nie miała dalszych reperkusji. Władze włoskie prowadziły śledztwo w sprawie polskiej, w której zamieszanych było parę osób spośród arystokracji włoskiej, raczej opieszale. Po obaleniu reżimu faszystowskiego i okupowaniu Rzymu przez hitlerowców, oskarżeni Polacy zostali wywiezieni do Berlina, gdzie na Alexander Platz siedzieli bez śledztwa, bo ich papiery gdzieś w Rzymie zaginęły (może ktoś je usunął). W trakcie pertraktacji z Himmlerem w sprawie zakończenia wojny przewodniczący Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, hr. Bernadotte, uzyskał na prośbę zainteresowanych rodzin zwolnienie Sapieżyny i towarzyszy oraz wywiózł ich do Sztokholmu.

Ekipy niemieckie rozpoczęły od razu energiczną działalność, której ofiarą padły już pierwszego dnia liczne nadajniki, w tym dwa pracujące w rejonie Lyonu dla POWN. W samym Vichy omal nie wpadł współpracujący z nami i komunikujący się bezpośrednio z Londynem francuski wywiad lotniczy. Radiolokacja niemiecka ustaliła obwód dwóch sąsiadujących kamieniczek w mieście, na którym działała iskrówka, ale Niemcy zaczęli rewizję nie od domu, w którym znajdował się francuski urząd wojskowy, lecz od tego drugiego, dzięki czemu zdołano w porę wynieść kompromitujący aparat. Wróciłem natychmiast do siebie, do Châtel-Guyon, gdzie zakazałem surowo Łasińskiemu i jego radiotelegrafiście podejmowania jakichkolwiek rozmów w eterze przed obmyśleniem nowych środków zabezpieczających. Młody i lekkomyślny operator zlekceważył moje przestrogi. Już na drugi dzień rano, nie mając nawet depesz do nadania, chciał sprawdzić, czy łączność działa dobrze, i uciął krótką rozmówkę ze swym kolegą londyńskim. Wystarczyło to, aby krążąca w okolicy ekipa niemiecka ustaliła od razu teren willi Łasińskiego i wpadła do niej akurat w momencie, gdy mechanik chował aparat do przygotowanej skrytki. Obaj zostali natychmiast aresztowani i wywiezieni do więzienia francuskiego w Clermont-Ferrand. Żonę i dzieci Łasińskiego pozostawiono w spokoju, ale w towarzystwie dwóch policjantów francuskich, którzy mieli robić „kocioł”. Traktowali oni na szczęście swe zadania całkowicie niepoważnie i nie zrobili nawet zleconej im rewizji w domu, co umożliwiło nam wyniesienie materiałów szyfrowych, których Łasiński nie zdążył zniszczyć. Podjąłem od razu energiczne starania, aby zwolnić Łasińskiego i jego towarzysza. Trafiłem nawet z prośbą o interwencję do przyjaciela i plenipotenta Lavala (ten ostatni pochodził z okolic, w których mieszkałem). Po paru dniach powiedział mi ów rejent, że niestety nic nie da się zrobić i że szef policji tajnej radził mu, aby więcej tą sprawą się nie zajmował, bo śmierdzi. Zrozumiałem, że aresztowani trzymani są do dyspozycji władz niemieckich. W dwa miesiące później przewożony byłem do znanego więzienia Fresnes razem z Łasińskim, który mi opowiadał przebieg śledztwa. Zaskakujące było, że nie padło podczas niego ani razu moje nazwisko. Później prowadzono dwa razy Łasińskiego na fikcyjne rozstrzelanie i ostatecznie odesłano wraz z jego radiooperatorem do Mauthausen. Obaj skorzystali wówczas z wywalczonego przez Lavala zapewnienia władz okupacyjnych, iż nikt z Francji nie będzie rozstrzelany poza wypadkami śmierci jakiegoś Niemca. Wkrótce potem gestapo już się niczym nie krępowało. Łasiński i radiotelegrafista wyszli z Mauthausen żywi i wrócili do Francji po końcu wojny. W tym czasie miałem kłopoty z koordynacją poszczególnych pionów prac konspiracyjnych, które się między sobą zahaczały, wywołując sprzeczne aspiracje i spory kompetencyjne, jak również walkę o priorytet, monopol i głos decydujący. Powodowało to konieczność mej bezpośredniej interwencji. Po zakończeniu cyklu prac organizacyjnych gen. Kleeberg postanowił, po naradzie ze mną, udać się do Londynu dla uzyskania od gen. Sikorskiego wiążących instrukcji dotyczących celów i zadań polskiej akcji wojskowej we Francji. Kleeberg był poza tym niezadowolony z prowadzenia przez POWN prac wojskowych i chciał uzyskać w Londynie podporządkowanie ich sobie. Wykorzystał wspomniane już rejsy statku polskiego do Gibraltaru i tą drogą dostał się jesienią 1942 r. do Londynu. Odbył tam szereg niezbędnych rozmów, w tym również z premierem i naczelnym wodzem gen. Sikorskim, a po miesięcznym pobycie wrócił na angielskiej łodzi podwodnej, która go wysadziła u śródziemnomorskich wybrzeży Francji. Dowiedziałem się od niego, że według Sikorskiego główne uderzenie sojuszników zachodnich pójdzie przez Bałkany w kierunku Czechosłowacji i Polski, aby w ten sposób zaszachować siły niemieckie zaangażowane nadal w walkach na terytorium Związku Radzieckiego. Przewidziana była również dywersyjna operacja desantowa w północnej Francji przez kanał La Manche (właśnie miał miejsce, nieudany zresztą, próbny wypad angielsko-kanadyjski na Dieppe), podczas której byłoby pożądane

ogólne powstanie we Francji, a Polacy będą mogli odegrać w nim poważną rolę w charakterze inicjatora wystąpień politycznych (strajk generalny) i działań zbrojnych. Zadaniem Kleeberga miało być przygotowanie podległych mu oddziałów do wystąpienia wojskowego. O broń będzie musiał się starać przede wszystkim we własnym zakresie, wykorzystując ogromne jej zasoby, pochowane w strefie nieokupowanej przez wojskowe władze francuskie przed czujnym okiem niemieckich komisji kontrolnych właśnie dla wykorzystania w takim momencie. W związku z tymi zadaniami Sikorski zatwierdził Kleeberga na stanowisku zwierzchnika nad polskimi siłami zbrojnymi we Francji i przyznał mu uprawnienia dowódcy odrębnego korpusu. Oświadczono mu też, że przygotowania do akcji powstańczej ma prowadzić w porozumieniu z wywiadem wojskowym i z istniejącą już na terenie Francji cywilną organizacją walki czynnej, czyli kierowaną przez Kawałkowskiego POWN. Kleeberg zrozumiał to w ten sposób, że jest w zakresie prac wojskowych i bojowych zwierzchnikiem tych pionów, co wywołało w ich kierownictwach od razu gwałtowne protesty, pretensje i powoływanie się na bezpośrednią podległość odnośnych organizacji Londynowi. Dla wyjaśnienia tych spraw oraz usunięcia wyłaniających się w pracach podziemnych pionów trudności merytorycznych, konspiracyjnych i prestiżowych zwołałem na 7 listopada 1942 r. do mej siedziby w Châtel-Guyon naradę z udziałem gen. Kleeberga i jego zastępcy płk Jaklicza, Kawałkowskiego z POWN oraz zastępcy i następcy płk Romeyki, porucznika marynarki Leona Śliwińskiego, który godnie kontynuował kierowanie naszym wywiadem we Francji. Dyskusja była żywa, gdyż występowały sprzeczne tendencje i nastawienia, ale ostatecznie okazało się, że Kleeberg przywiązuje większą wagę do strony formalnej niż do istoty rzeczy. Umożliwiło to znalezienie wspólnej platformy. Ustalono, że wszystkie trzy organizacje mają całkowitą samodzielność w zakresie prac bieżących i poszczególnych własnych zadań specjalnych, przy konieczności utrzymywania stałych kontaktów na szczeblu najwyższym. Dotyczyło to w szczególności całej działalności sabotażowo-dywersyjnej i politycznej POWN, która uznała, że w momencie rozpoczęcia się powstania ogólnego we Francji podporządkuje się rozkazom gen. Kleeberga jako najwyższego wojskowego dowódcy w terenie. W związku z tym będzie on miał prawo udzielania dyrektyw i wskazówek w dziedzinie przygotowania i szkolenia działań bojowych. W stosunkach z wywiadem uznano prawo zwierzchności gen. Kleeberga nad poszczególnymi zatrudnionymi w nim oficerami, ale bez możności ingerowania w jego zadania właściwe. Wreszcie stwierdzono, że w zasadzie prace wywiadowcze sieci Romeyki-Śliwińskiego i POWN wzajemnie się nie wykluczają, a w wypadkach występowania jakichś szkodliwych krzyżowań winno nastąpić uzgodnienie w drodze bezpośrednich rozmów między władzami kierowniczymi. W ten sposób kładliśmy fundamenty pod bardziej skoordynowaną i harmonijną działalność różnych odcinków ruchu oporu. Niestety decyzje te pozostały tylko wskazówkami na przyszłość, gdyż już następnego dnia sytuacja ogólna zmieniła się radykalnie. W dniu 8 listopada 1942 r. wszystkie radiostacje przyniosły wiadomość o lądowaniu wojsk angielsko-amerykańskich w Algierii i Maroko, co otwierało nową fazę wojny na Zachodzie. Gen. Kleeberg wrócił zaraz z drogi, aby omówić ze mną sytuację. Uznaliśmy, że operacja w Afryce Północnej jest potwierdzeniem informacji przywiezionej z Londynu o zamiarze sojuszników zachodnich skierowania głównego uderzenia przez Bałkany, oraz że w związku z tym desant we Francji północno-zachodniej, z którym miała być związana akcja powstania ogólnego z udziałem między innymi i Polaków, odłożono na później. Nie mieliśmy wątpliwości, że nastąpi natychmiastowa okupacja tzw. Francji wolnej przez wojska niemieckie i przypuszczalnie również włoskie (strefa po Rodan). Wszystko to zmuszało nas do podjęcia szybkich decyzji.

Doszliśmy z gen. Kleebergiem do przekonania, że naszym wojskowym we Francji grozić może poważne niebezpieczeństwo ze strony okupantów, zwłaszcza niemieckich, oraz że dotychczasowe projekty utrzymania zwartych oddziałów polskich, przygotowanych do czynnego wystąpienia w powstaniu, stały się już znacznie mniej realne. Zdecydowaliśmy się więc na jednorazową masową akcję przerzucenia możliwie dużej liczby wojskowych polskich przez zieloną granicę do Hiszpanii, a w razie specjalnie dużego niebezpieczeństwa przez znacznie łatwiejszą granicę do Szwajcarii, skąd jednak z kolei było bardzo trudno wydostać się do Anglii, gdyż jedynie realna droga nielegalna wiodła przez Francję. Sądziliśmy, że w zamieszaniu pierwszych tygodni po wkroczeniu Niemców do południowej Francji będzie to możliwe, a jeżeli nawet większość przerzucanych zostanie internowana w Hiszpanii, łatwiej ich będzie wydostać stamtąd dla dalszego skierowania do formacji polskich na Zachodzie niż bezpośrednio z Francji. Zakładaliśmy słusznie, że zarysowujący się już przełom w działaniach wojennych na wszystkich frontach (bitwa pod El Alamein, obrona Stalingradu, opanowanie wszystkich kolonii francuskich) nie pozostanie bez wpływu na stanowisko rządu frankistowskiego, od którego łatwiej będzie teraz Anglosasom uzyskać wypuszczenie przetrzymywanych zbiegów, wśród których Polacy stanowili zresztą jedynie pewien procent. Masowa ewakuacja wymagała pieniędzy. Poza dziesięciomiesięczną dotacją z góry, wypłaciłem na ten cel Kleebergowi dodatkowy milion franków, tak że dysponując czterema milionami mógł on już rozpocząć akcję. Wydał też zaraz niezbędne dyspozycje i poczynając od 17 listopada 1942 r. pierwsze większe grupy wojskowych polskich zaczęły przechodzić przez Pireneje, kierowane przez istniejące tam od dawna nasze placówki ewakuacyjne, które współpracowały z miejscową ludnością i z przemytnikami. W pierwszej chwili Hiszpanie wykazali dezorientację i raczej tolerowali exodus z Francji, ale gdy fala uciekinierów francuskich przybrała ogromne rozmiary (zwłaszcza po zlikwidowaniu przez Niemców pozostałej jeszcze po rozejmie armii francuskiej), a hitlerowcy wszczęli energiczne protesty, władze frankistowskie obsadziły silnie pas graniczny i zaczęły przerzucać z powrotem zbiegów, co równało się zwykle wydaniu ich w ręce okupanta. W takiej sytuacji akcja masowej ewakuacji wojskowych polskich przez Hiszpanię musiała być chwilowo z dniem 30 listopada wstrzymana. Sam Kleeberg, który ściągnął na siebie tą akcją uwagę policji pétainowskiej (kontrolowanej coraz bardziej przez okupanta), poczuł się na tyle zagrożony, że z dniem 4 grudnia 1942 r. przekazał swe funkcje płk Jakliczowi, który je kontynuował już w warunkach ścisłej konspiracji. Po paru miesiącach ukrywania się gen. Kleeberg wyjechał z Francji w sposób nielegalny, udając się w kwietniu 1943 r. do Londynu. Na drugi dzień po mej ostatniej rozmowie z Kleebergiem otrzymałem natarczywe wezwanie do Lyonu, gdzie, jak się okazało, zjawił się kurier z kraju, któremu po drodze w Szwajcarii podano moje nazwisko jako tego, który mu umożliwi dalszą podróż przez Hiszpanię do Lizbony i Londynu. W dniu tym było już publiczną tajemnicą, że nazajutrz rano nastąpi wkroczenie Wehrmachtu do południowej Francji. Skorzystałem z okazji, że zgłosili się do mnie w Lyonie wszyscy kierownicy POWN, Związku Polaków oraz miejscowego Biura Polskiego i Delegatury TOPF, aby wydać im ostatnie dyspozycje, a mianowicie polecenie kontynuowania nawet w zmienionych warunkach dotychczasowych prac, tylko ze zdwojoną ostrożnością i z przechodzeniem osób bezpośrednio zagrożonych do podziemia. Już od paru miesięcy przygotowywaliśmy na szerszą skalę możność zdobywania fikcyjnych papierów francuskich, ułatwiających ukrywanie się, jak również niezbędnych lokali konspiracyjnych.

Gdy rankiem 11 listopada 1942 r. wracałem koleją z Lyonu do Vichy, wojska niemieckie zalewały już dotychczasową wolną strefę i rozbrajały resztki armii francuskiej, które tylko w jednym wypadku (gen. de Lattre de Tassigny223) próbowały stawiać opór. W prowizorycznej stolicy Francji marszałek Rundstedt224, pod osłoną stojącego na stacji niemieckiego pociągu pancernego, meldował się u Pétaina, notyfikując mu wojskową okupację pozostałej części kraju. W Vichy czekała na mnie dotkliwa wiadomość. Kazimierz Sośnicki, nie wiedząc jeszcze o obsadzeniu gmachu ambasady amerykańskiej przez kontrwywiad niemiecki, przybył tam jak zwykle dla odebrania kolejnej poczty dyplomatycznej z Lizbony. Na szczęście nie zabrał z sobą naszej poczty do wysłania, gdyż czekała ona na mój powrót z Lyonu. Gdy do wieczora stamtąd nie wrócił, nie mieliśmy już wątpliwości, że dostał się w ręce niemieckie, tym bardziej że dowiedziałem się już, iż cały personel ambasady amerykańskiej skierowany został do pociągu ewakuacyjnego, który miał go wywieźć przez Hiszpanię. W takiej sytuacji musiałem się zdecydować na natychmiastowe przejście do podziemia, gdyż nie mogłem nie liczyć się z możliwością jednoczesnego poszukiwania mnie w Châtel-Guyon. Wkrótce jednak otrzymałem wiadomość, że na razie jest tam spokój, a Sośnicki zjawił się nazajutrz rano zdrów i cały. Okazało się, że gdy wszedł do gmachu amerykańskiego, natknął się od razu na znajomego sekretarza ambasady, który pod kontrolą oficerów niemieckich w ubraniach cywilnych kończył wywożenie mienia i archiwów. Przytomny dyplomata powitał Sośnickiego okrzykiem, że już się spóźnił, bo wizy do Stanów Zjednoczonych w tych warunkach otrzymać nie może. Sośnickiego zaraz wylegitymowano i zrewidowano, przy czym polski paszport dyplomatyczny, który miał przy sobie, zdawał się potwierdzać podaną wersję. Przetrzymano go przez 24 godziny wraz z innymi przybyłymi do gmachu amerykańskiego, głównie dostawcami i zatrudnioną na miejscu służbą, po czym wypuszczono nawet bez spisania protokołu. Oficer kontrwywiadu powiedział tylko Sośnickiemu, że okupacja wojskowa nic nie zmieni pod względem administracyjnym, toteż będzie mógł spokojnie mieszkać dalej jako osoba prywatna, choć dodał, że miał szczęście, bo gdyby trafił na gestapo, to tak łatwo by się z jego rąk nie wydostał. Stanąłem przed koniecznością wybrania dalszej drogi. Nie ulegało wątpliwości, że nie będę mógł dalej przebywać legalnie we Francji i jednocześnie prowadzić działalność półurzędową. Trzeba było albo opuścić Francję, albo przejść do pracy podziemnej, aby kontynuować dotychczasowe funkcje w sposób konspiracyjny. Otrzymałem wkrótce wiadomość od naszego rządu w Londynie, że mam natychmiast wracać, jeżeli tylko grozić mi będzie jakieś niebezpieczeństwo. Nie chciałem się do tego dostosować, gdyż uważałem, że nie mam jeszcze noża na gardle. Poza tym trzymałem się starej zasady, że kapitan nie opuszcza pierwszy zagrożonego statku. Zdawało mi się, że wywołałoby to w środowiskach polskich we Francji bardzo złe wrażenie. Byłem na tyle na widoku u naszych rodaków, że nie mogło to przejść niepostrzeżenie, a przyspieszony mój wyjazd zrobić by mógł wrażenie, że to jeszcze raz w trudnych okolicznościach przedstawiciel rządu ucieka, pozostawiając Polaków we Francji na łaskę losu. Gdybym jednak przeszedł od razu do podziemia, myślano by tak samo, gdyż trudno byłoby rozgłaszać na wszystkie strony, że ukrywam się przed gestapo. Postanowiłem więc poczekać jeszcze parę

223

Gen. Jean Lattre de Tassigny (1889-1952), dowódca dywizji we francuskiej armii rozejmowej 1940-1942, potem dowódca I Armii francuskiej pod wodzą de Gaulle’a, która dokonała desantu w Południowej Francji. Pośmiertnie mianowany marszałkiem. 224 Marszałek Karol von Rundstedt (1875-1953), zawodowy oficer niemiecki, W latach II wojny światowej kolejno dowódca frontu w Polsce, Związku Radzieckim i we Francji, w tej ostatniej 1942-1945.

tygodni, co było tym bardziej konieczne, iż musiałem przygotować moje przejście do konspiracji, wydać niezbędne dyspozycje i rozprowadzić ogromne fundusze rezerwowe, które zebrały się w mojej kasie pancernej w Châtel-Guyon. Zwykła ostrożność nakazywała zapewnić sobie na wszelki wypadek możność nielegalnego wyjazdu. Wspomniałem już poprzednio o propozycji przerzucenia mnie do Afryki Północnej samolotem francuskim przez organizację gaullistowską. Tymczasem Kawałkowski, prawdopodobnie pod wpływem moich rozmów z Dąbrowskim w Vichy, wysłał depeszę do wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Stanisława Mikołajczyka, w której twierdził, że na pewno nie będę mógł utrzymać się we Francji. Konieczne jest więc wyznaczenie mego następcy, którym może być tylko ktoś zorientowany w całości naszych prac legalnych i tajnych. Nie ulega wątpliwości, że myślał o sobie. Moja decyzja późniejszego przejścia do pracy w podziemiu nie była tak ryzykowna i lekkomyślna, jakby się pozornie zdawało. Władze francuskie zachęcały mnie zawsze do wytrwania, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych, szereg czołowych osobistości w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i moja prefektura w Clermont-Ferrand zapewniały mnie zawsze, że w wypadku jakiegoś niebezpieczeństwa, a zwłaszcza żądania hitlerowców wydania mnie w ich ręce, zostanę o tym zawczasu uprzedzony, tak abym miał możność ukrycia się, zachowując z nimi nadal poufny kontakt. Miałem okazję przekonać się, że Niemcy utrzymali działalność administracji francuskiej oraz że władze nie tylko nie przejawiają większej gorliwości niż poprzednio, ale odwrotnie, tuszują, gdy tylko mogą, wszystkie sprawy wiążące się z ruchem oporu przeciwko okupantom. Sytuację zmieniło dopiero późniejsze rozpoczęcie działalności policyjnej osławionej służby bezpieczeństwa Legionu Francuskiego Darnanda225, która wyspecjalizowała się w ściganiu wszelkich przejawów ruchu oporu i opozycji wobec reżimu pétainowskiego, a jako gorliwe narzędzie w rękach gestapo licytowała się z nimi w brutalności i bezwzględności przy akcjach represyjnych i prowadzeniu śledztw. Wychodziłem poza tym z założenia, że nawet przy nieuniknionym zwiększeniu aktywności gestapo na nowo okupowanych terenach, nie stanie się to od razu i że na początku będzie ono miało większe kłopoty i pilniejsze sprawy niż w istocie rzeczy drugorzędne dla nich na terenie Francji zagadnienie aktywności polskiej. Tu właśnie popełniłem fatalny błąd, chociaż pomyłka w obliczeniach czasowych liczyła się tylko na godziny. Już w okresie aresztowań w związku ze sprawą „Nurmi” i z innymi wypadkami226 oraz gdy zostałem poddany ścisłej inwigilacji przez policję francuską, musiałem się liczyć z najgorszą ewentualnością, a więc zapewnić sobie jakiegoś następcę. Nie chciałem tego pozostawiać ani decyzji Londynu, który w zagadnieniach personalnych kierował się zwykle motywami przypadkowymi, lekceważąc względy rzeczowe oraz stan i potrzeby terenu, ani automatyczności działania, przy którym moje obowiązki przejąłby mój oficjalny zastępca, Aleksander Kawałkowski. W istniejących warunkach nie uważałem, aby nadawał się na przedstawiciela rządu ze względu na brak autorytetu w środowiskach polskich, a nawet wyraźną niepopularność wśród uchodźstwa wojennego, na przerost ambicji i polityczne związki z sanacją oraz na niedocenianie społecznej strony naszych aktywności. Pamiętając własne trudne początki, gdy musiałem z dużym wysiłkiem ugruntowywać swój autorytet wśród współpracowników i w społeczności uchodźczej, szukałem kogoś poważnego, czyj prestiż

225

Joseph Darnand (1897-1945), działacz prawicowych organizacji kombatanckich we Francji. Szef straży porządkowej przy pétainowskiej Legii Francuskiej, przekształconej potem w tzw. Milicję, używaną do walki z ruchem oporu, gdy Darnand został w 1943 r. wiceministrem spraw wewnętrznych do spraw bezpieczeństwa. 226 Przy tej okazji ustanowiłem zasadę, że rodziny otrzymują aż do zwolnienia aresztowanego jego pełne pobory.

osobisty zwalniałby od potrzeby stawiania czoła różnym zawiściom. Poza tym musiałem brać pod uwagę wyrobienie polityczno-dyplomatyczne, zdolności organizacyjne i tzw. leadership oraz znajomość terenu i naszych spraw. Pomyślałem o byłym ambasadorze w Moskwie Wacławie Grzybowskim227 (przebywał w grenoblańskim Grand-Hôtel) i wspomnianym już Tytusie Komarnickim. Pierwszy górował inteligencją, wiekiem i urzędem, ale był raczej pięknoduchem. Paroletnie kontakty z nim jako naszym przedstawicielem w Związku Radzieckim nie dawały mi zbyt wysokiego wyobrażenia o jego energii, umiejętności obchodzenia się z ludźmi i zaletach organizacyjnoadministracyjnych. Poza tym nie był zupełnie wprowadzony do naszych prac we Francji. Komarnicki, były przedstawiciel przy Lidze Narodów i poseł w Bernie, miał duże znajomości we francuskich kołach politycznych i znał dobrze samego Lavala, należał raczej do typu ludzi zdecydowanych i wiedzących, czego chcą, oraz wyróżnił się pozytywnie na wyższych stanowiskach w naszej instytucji opiekuńczej, ostatnio jako zastępca sekretarza generalnego TOPF. Rozmawiałem z nim w Grenoble, uzyskałem jego zgodę i prosiłem, aby desygnację tę zachował w ścisłej tajemnicy, gdyż ma wystąpić na widowni dopiero w chwili, gdy z jakiegokolwiek bądź powodu nie będę mógł kontynuować mej dotychczasowej działalności. Świadomie ograniczałem się do kręgu pracowników naszej służby zagranicznej. Jedyne dwie osoby spoza niego, które mogły wchodzić w grę z powodu swego ciężaru gatunkowego i stosunków z Francuzami, a mianowicie Jerzy Zdziechowski i Franciszek Pułaski, były zbyt nieżyczliwie nastawione do wszystkiego, co się dotychczas na odcinku polskim we Francji robiło. Doświadczenie dyplomatyczne, znajomość języka i kraju były rzeczą niezmiernie w danym wypadku ważną ze względu na stosunki z francuskimi władzami centralnymi. Musiałem też brać pod uwagę duże poczucie klanowości MSZ-owej u moich bezpośrednich współpracowników, przy którym tytuł posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Komarnickiego mógł znacznie ułatwić uznanie jego autorytetu i stanowiska. Tu jednak omyliłem się. Kawałkowski i Dąbrowski przyjęli co prawda do wiadomości zakomunikowaną im przez Sośnickiego po moim aresztowaniu decyzję o wyznaczeniu Komarnickiego, ale uznali to od razu za błąd, który pozbawia szefa POWN należnego mu stanowiska228. W stosunkach służbowych z nowym przedstawicielem rządu Kawałkowski ograniczał się do formalnej lojalności, nie ułatwiając mu w niczym jego trudnych zadań i izolując go w praktyce przez przenoszenie punktu ciężkości na coraz bardziej rozbudowywaną i skupiającą wszystko POWN. Zmusiło to po roku Komarnickiego do rezygnacji i wyjazdu do Anglii, gdzie został posłem przy emigracyjnym rządzie holenderskim.

227 228

Wacław Grzybowski (1887-1959), poseł w Pradze 1927-1935, ambasador w Moskwie 1936-1939. Gdy wróciłem z Niemiec, zarówno Kawałkowski, jak Dąbrowski nie ukrywali, że mieli do mnie żal z powodu wyznaczenia Komarnickiego. Nie zmieniło to jednak ich stosunku do mnie, zresztą nawet po moim powrocie do kraju, co wśród pewnej kategorii naszych emigrantów bynajmniej nie było zjawiskiem zwykłym. Już ta książka była prawie napisana, gdy w lipcu 1965 r. odwiedził mnie po przyjeździe do Warszawy Kawałkowski. Opowiadał szczegółowo o swych planach i nadziejach odegrania roli na odcinku stosunków polsko-francuskich. Przy okazji wspomniał, że poczuł się dotknięty moją wzmianką w pierwszym wydaniu „O rząd i granice”, iż został przedstawicielem rządu we Francji, „dość samozwańczo”. Nie ukrywał, że stworzył rzeczywiście stan dokona ny, ale zwracał uwagę, że został on potem zalegalizowany przez rząd emigracyjny w Londynie. „Niech pan pamięta, że start w życiu miałem bardzo trudny i do wszystkiego sam dochodziłem, a jak doszedłem, musiałem zaczynać na nowo.” Rzeczywiście po wojnie przeszedł do pracy na odcinku gospodarczym i dużym wysiłkiem wybił się na stanowisko dyrektora w przedsiębiorstwach rotszyldowskich. Właśnie otrzymał tam wysoką emeryturę. Po tej rozmowie skreśliłem w drugim wydaniu „O rząd i granice” słowo „samozwańczo”, ale z tego, co w tej książce o Kawałkowskim napisałem, nic nie zmieniłem. Wkrótce potem, będąc ciężko chory na serce, zmarł nagle w Genewie.

W dniu 9 grudnia 1942 r. wszystkie niezbędne dyspozycje i rozporządzenia zostały wydane, fundusze rozprowadzone, a podręczne archiwum i pozostałe pieniądze były już pochowane poza zajmowaną dotąd willą. Nazajutrz rano miałem wyjechać przez Vichy w objazd terenu i do Grenoble. W jednym z tamtejszych okolicznych zameczków górskich przygotowywano mi prowizoryczną zakonspirowaną siedzibę, a dotychczasowa kwatera w Châtel-Guyon miała jeszcze przez jakiś czas pozostać jako punkt informacyjno-łącznikowy. Wyłaniała się trudność z powodu inwigilowania mnie przez policję pétainowską, ale miałem nadzieję, że podczas podróży okólnej uda mi się ją zgubić. Gdy wszyscy w domu rozeszli się do siebie, rozległo się gwałtowne dobijanie do drzwi wejściowych. To szef tajnej policji francuskiej Buffet przybył osobiście w towarzystwie kilku współpracowników, aby pod jaskrawo naciągniętym pretekstem jakiejś błahej nieformalności w moim kwartalnym pozwoleniu poruszania się po południowej Francji zażądać, abym udał się z nim do Vichy. Gdy zaznaczyłem, że rozumiem, iż to jest aresztowanie, odpowiedział pośrednio: „Pan jest wrogiem rządów marszałka”. Moją ripostę, że to są wyraźne kpiny, skwitował krótko, że sprawa jest bardzo poważna. Zauważyłem od razu, że w otoczeniu Buffeta znajduje się dwóch agentów gestapo, doskonale mówiących po francusku i udających funkcjonariuszy policji pétainowskiej. Gdy to w pewnej chwili powiedziałem Buffetowi, zdziwił się bardzo i chciał koniecznie wiedzieć, jak mogłem się w tym zorientować. Dopiero później dowiedziałem się, jak doszło do mego aresztowania przez policję francuską. Władze niemieckie zwróciły się o wydanie mnie w ich ręce, jako kierownika prac polskich we Francji, bezpośrednio do wicepremiera w rządzie Lavala, admirała Platona229, zajmującego się stosunkami z obu okupantami. Wiedząc o kontaktach moich z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i z administracyjnym działem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zwrócił się z tym do wspomnianego szefa tajnej policji, który określił mnie jako „przeciwnika Pétaina”. To przeważyło szalę. Buffet otrzymał polecenie osobistego dokonania mego aresztowania w sposób na tyle ostrożny, aby towarzyszący mu agenci gestapo nie znaleźli dowodów mej półurzędowej współpracy z rządem Pétaina-Lavala. W ten sposób te czynniki francuskie, które zobowiązały się poprzednio zawczasu mnie uprzedzić, nie wiedziały o niczym i stanęły nazajutrz przed faktem dokonanym. Podczas gdy ubierałem się i za radą Buffeta pakowałem trochę rzeczy do walizki, obaj agenci gestapo myszkowali po mojej willi. Korzystając z chwilowej ich nieobecności w pokoju, jeden z funkcjonariuszy francuskich zapytał mnie na ucho, czy mam w domu broń i dokumenty. Oczywiście chodziło tylko o te ostatnie. Dopiero gdy go uspokoiłem, że nic podejrzanego w domu nie ma, Buffet wydał głośno rozkaz przeprowadzenia w całej willi szczegółowej rewizji. Nie dała ona żadnych rezultatów poza zabraniem około trzech milionów franków, które przygotowałem dla siebie na drogę. Konfiskata była tylko czasowa i pieniądze zwrócono nazajutrz, gdyż zeznałem, że są one przeznaczone na utrzymywanie Biur Polskich. Mych domowników chwilowo nie ruszono230, natomiast mnie przewieziono do biura tajnej policji w Vichy, gdzie po spisaniu protokołu aresztowania231, zostałem wydany w ręce tych samych towarzyszących Buffetowi gestapowców, którzy już niemieckim
229

Charles Platon (1886-1946), admirał francuski. Wsławił się obroną i ewakuacją Dunkierki, której był komendantem. W rządach Pétaina i Lavala 1940-1943 zajmował stanowiska ministra kolonii, marynarki, do spraw rodziny, i wicepremiera. 230 Zostali oni następnie aresztowani i wysłani do niemieckich obozów koncentracyjnych na początku stycznia 1943 r., widocznie na dodatkowy rozkaz z Berlina. 231 Francuzi przywiązywali zawsze dużą wagę do formalistycznego legalizmu. Dopiero gdy opuszczałem próg mego domu, jeden z funkcjonariuszy francuskich dokonał nieznacznie symbolicznego aktu aresztowania, kładąc dłoń na mym ramieniu, bo według litery prawa francuskiego nie można nikogo aresztować w godzinach nocnych w jego mieszkaniu.

samochodem wojskowym odtransportowali mnie do więzienia w Moulins, pierwszego miasta prefekturalnego po drugiej stronie linii demarkacyjnej, która została nadal utrzymana. W parę dni później zostałem przewieziony do znanego więzienia pod Paryżem Fresnes wraz z kilku Polakami (m. in. Łasiński i jego radiotelegrafista), wydanymi jednocześnie z więzień francuskich w ręce gestapo. Śledztwo moje trwało rok. Miałem o tyle szczęście, że prowadzili je przeważnie oficerowie kontrwywiadu niemieckiego, którzy potrafili być bardzo brutalni, ale na ogół nie posuwali się tak daleko jak gestapo. Naszą sprawą zajął się kontrwywiad dlatego, że po wpadce rzymskiej i po aresztowaniach w rejonie Cannes ludzi z naszego wywiadu (paru Francuzów i paru Polaków) i po przejęciu szeregu zaszyfrowanych depesz Kawałkowskiego nadawanych przez Berno, był przekonany, iż na terenie Francji działa jedna tylko tajna organizacja polska typu wywiadowczego, której kierownik znajduje się w moim otoczeniu232. Przy przesłuchiwaniu Niemców nie interesowała zupełnie moja działalność urzędowa i półoficjalna, natomiast chcieli ode mnie wydostać, kim jest „Justyn” i z kogo składa się kierownictwo „tajnej organizacji polskiej”. Udawało mi się zawsze bronić argumentem, że jako zwierzchnik prac opiekuńczych nie miałem prawa narażać istnienia instytucji polskich, utrzymując jakikolwiek kontakt z pracami konspiracyjnymi. Mówiłem, że jeżeli takie były i jeżeli ktoś z mych współpracowników był w nie zamieszany, to nie mógł mnie o tym informować, gdyż zakazałbym mu surowo niebezpiecznej dla prowadzonych przeze mnie prac opiekuńczych działalności. Dopiero po pół roku przekazano mnie gestapo (na Avenue Foch w Paryżu), które poprowadziło już śledztwo formalne, bo przesłuchiwania przez kontrwywiad nie były nawet protokołowane. W praktyce na Avenue Foch stawiano mi, jedynie w sposób bardziej natarczywy, te same pytania co oficerowie kontrwywiadu. Wkrótce zorientowałem się, że nie mają żadnych konkretnych dowodów i że należy z uporem powtarzać wciąż tę samą wersję nie dając się złapać na kłamstwie, bo wtedy następuje zaostrzenie metod śledztwa. Przekonał się o tym boleśnie prof. Zaleski, którego zbili po jakiejś drobnej niezręcznej próbie zatajenia prawdy. Wraz z Zaleskim, Kalinowskim, Fuksiewiczem, Mierzyńskim i innymi korzystaliśmy z tego, że aresztowano nas w ramach rozprawy z kierowniczymi działaczami polskimi we Francji przy jedynie luźnych poszlakach, iż możemy coś wiedzieć o akcjach tajnych. Kiedyś zdenerwowałem się i powiedziałem, że nawet torturami nie mogą wydostać ode mnie czegoś, czego nie wiem, na co przesłuchujący mnie pułkownik sztabu generalnego powiedział, że zajmowałem zbyt wysokie stanowiska, aby w stosunku do mnie stosować takie metody. Później trzymano nas we Fresnes już tylko na wypadek, gdyby doszły jakieś nowe, obciążające nas materiały lub gdybyśmy byli potrzebni jako świadkowie przy sprawach innych oskarżonych polskich. Wreszcie w styczniu 1944 r. wysłano nas, w ramach ogólnej akcji oczyszczania przepełnionych więzień we Francji, w kilkunastotysięcznych transportach do Buchenwaldu, a stamtąd do związanego z nim administracyjnie obozu Dora. Była to jedna z najstraszniejszych kaźni hitlerowskich, stosunkowo mniej znana u nas w Polsce, natomiast głośna na Zachodzie, gdyż zginęło tam kilkadziesiąt tysięcy Francuzów, Belgów, Holendrów itd. Obóz główny, wraz z paru filiami, obsługiwał budowę szeroko zakrojonej sieci tuneli podziemnych w górach Harzu. W gotowych już galeriach (częściowo rozpoczętych w latach pierwszej wojny światowej) montowano z nadsyłanych części znane rakiety V2. Inne dopiero wykuwano w skale dla

232

Kawałkowski popełniał błąd, wymieniając w depeszach do Londynu moje nazwisko zamiast posługiwać się jakimś kryptonimem.

niemieckiego przemysłu wojennego, gnębionego przez bombardowania powietrzne lotnictwa alianckiego. Gdy na początku 1944 r. przybyłem do Dory, był to jej okres najtragiczniejszy. Przy okropnych warunkach pracy, mieszkania i wyżywienia śmiertelność była olbrzymia. Obliczano, że przeciętnie biorąc, poza fachowymi górnikami, pracujący tam więźniowie nie mogą wytrzymać dłużej niż 2-3 tygodnie. Po paru miesiącach warunki nieco się poprawiły, gdyż sami Niemcy doszli do przekonania, że w ten sposób nie nadążą w dostarczaniu niezbędnej siły roboczej. Zmniejszono godziny pracy z 12 na 8 (trzy zmiany), pobudowano baraki mieszkalne, przyznano dodatki żywnościowe dla ciężko pracujących itd. Ale mimo to dziennie umierało setki ludzi. Wyszedłem z tego żyw istnym cudem i dzięki pomocy dobrych ludzi, choć parokrotnie stałem na progu śmierci. Gdy w końcu marca 1945 r. ofensywa amerykańska już się zbliżała, przystąpiono do ewakuowania nas i ostatecznie, po wielu perypetiach i podróżach koleją po całych Niemczech, trafiliśmy do obozu w Bergen-Belsen. Tam, 15 kwietnia 1945 r., zostałem wreszcie uwolniony przez wojska brytyjskie, uniknąwszy jeszcze raz śmierci, gdy miano nas wszystkich wytruć233. Po moim aresztowaniu przeszła we Francji duża fala zarządzonych przez Niemców represji wobec kierowniczych działaczy polskich, o których już wspomniałem. Mój sygnał alarmowy pozwolił jednak wielu zagrożonym na przejście zawczasu do pracy podziemnej. Dotyczyło to przede wszystkim Aleksandra Kawałkowskiego, który do końca kierował POWN, oraz Wiesława Dąbrowskiego, utrzymującego do wyzwolenia Francji poufne kontakty z Ministerstwem Spraw Zagranicznych w sprawach Biur Polskich. Później represje wobec poszczególnych pracowników Biur Polskich i TOPF stawały się coraz częstsze i cięższe, ale instytucje funkcjonowały nadal, gdyż na miejsca aresztowanych przychodzili ludzie nowi, wyznaczeni z góry. Ciosy, i to czasami bardzo ciężkie, spadały też na POWN, wywiad i aparat wojskowy, jednakże nigdy władze hitlerowskie, działające już wówczas bezpośrednio na całym terytorium Francji, nie zdołały zlikwidować kierowniczych centrów polskich organizacji podziemnych, które po każdych stratach stawały znów na nogi i kontynuowały aktywność aż do wyzwolenia latem 1944 roku. Aresztowani Polacy wykazywali bowiem na ogół w śledztwach szczególną odporność i nie dopuszczali do wykrycia dalszych ogniw swej organizacji, o czym mówili mi przesłuchujący mnie oficerowie kontrwywiadu niemieckiego. Znamienne było również, że o ile według oficjalnych statystyk ponad 80 procent deportowanych do hitlerowskich obozów koncentracyjnych Francuzów poniosło tam śmierć z wyczerpania i wycieńczenia, to w wypadku Polaków aresztowanych we Francji i wywiezionych do obozów koncentracyjnych w Niemczech razem z Francuzami stosunek procentowy między tymi, którzy zmarli, a tymi, którzy wrócili, był wprost odwrotny, wyżyło i wróciło około 80 procent Polaków. Świadczy to chlubnie o harcie i odporności naszych rodaków. Dla wytrwania bowiem w tragicznie ciężkich warunkach „świata koncentracyjnego” potrzeba było, poza sumą szczęśliwych zbiegów okoliczności, w odpowiedniej chwili bratersko wyciągniętej ręki kolegów oraz zdrowia, sił i wytrzymałości, jeszcze jednego nadzwyczaj istotnego czynnika, a mianowicie siły moralnej, z którą związana jest zawsze wola przetrwania, oraz świadomości, o co się walczy i za co się cierpi. Tego właśnie, na ogół biorąc, brakowało zwykle ludziom z Zachodu.
233

Anglicy nauczyli się w Afryce Północnej przeprowadzać zaraz po zajęciu jakichś miejscowości analizę wody i żywności, bo spotykali się często z zatrutymi na pustyni studniami. W danym wypadku stwierdzili, że cały przygotowany do rozdania häftlingom jako racja dzienna chleb był zatruty z rozkazu Berlina, jako protest przeciwko dobrowolnemu wydaniu naszego obozu w ręce Anglików przez Wehrmacht.

Polacy są wspaniałym narodem i gdyby byli tak samo wytrwali w pracy codziennej, jak bywają nadzwyczajni w chwilach tragicznych i ciężkich, to rzeczywiście stać by ich było na „ruszenie z posad bryły świata”. W książce tej w każdym razie chciałem złożyć hołd wszystkim Polakom z Francji, którzy w sposób zwykle mało efektowny, na obcej ziemi, włożyli swój wkład do wspólnej walki o wolność i niepodległość.

INSTYTUT WYDAWNICZY PAX WARSZAWA 1967 Wydanie I. Nakład 10 000 + 350 Ark. wyd. 14,2 Ark. druk. 19,25 Ark. druk. m/gł kl. III 60 g 82X104/32 z fabryki papieru w Kluczach Oddano do składania 15. VII. 1966 podpisano do druku 2. II. 1967 Druk ukończono w lutym 1967 Zam. 1168-66 E-02 Cena zł 28,Printed in Poland by Katowickie Zakłady Graficzne, Katowice

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful