Szosa wołokołamska

Aleksander Bek

Spis treści
Na przedniej linii ...................................................................................................................................... 3 Człowiek bez nazwiska ........................................................................................................................ 3 Strach................................................................................................................................................... 7 Sądźcie mnie!..................................................................................................................................... 12 Nie umierać, lecz żyć! ........................................................................................................................ 18 General Panfiłow ............................................................................................................................... 24 Trzy miesiące temu............................................................................................................................ 32 Koń „Łysek“ i „końska historia“ ......................................................................................................... 39 Pierwszy marsz .................................................................................................................................. 45 Naprzód! ............................................................................................................................................ 51 Spróbujcie, zmierzcie się z nami!....................................................................................................... 58 Bój.......................................................................................................................................................... 62 Znowu u Baurdżana Momysz-Uły ...................................................................................................... 62 W przeddzień bitwy ........................................................................................................................... 64 Godzina w towarzystwie Panfiłowa .................................................................................................. 68 Bitwa na drodze................................................................................................................................. 78 Oddałeś Moskwę! .............................................................................................................................. 88 Jeszcze jeden bój o drogę .................................................................................................................. 94 Dwudziesty trzeci października ....................................................................................................... 103 23 października - u schyłku dnia ...................................................................................................... 116 Jesteśmy tutaj! ................................................................................................................................ 127 W domu gajowego .......................................................................................................................... 139 Osiemdziesiąt siedem ...................................................................................................................... 146 Ranek ............................................................................................................................................... 151 Na skrzyżowaniu dróg ..................................................................................................................... 155 W Wołokołamsku u Panfiłowa ........................................................................................................ 169

Na przedniej linii
Opowieść Baurdżana Momysz-Uły, oficera armii czerwonej, o strachu i nieustraszoności

Jeśli człowiekowi zdarzy się w życiu ujrzeć coś niezwykłego, na przykład: wybuch ziejącej ogniem góry, który zniósł z powierzchni ziemi kwitnące osiedle ludzkie, powstanie uciemiężonego narodu przeciw wszechmocnemu władcy lub najazd nieznanego i nieposkromionego plemienia na ziemię ojczystą - wszystko to winien przelać na papier. Jeśli zaś nie jest obeznany ze sztuką snucia słów opowieści za pomocą pałeczki do pisania, winien opowiedzieć swe wspomnienia człowiekowi doświadczonemu w piśmie, aby ten na trwałym papierze opisał, co mu opowiedziano - dla pouczenia wnuków i prawnuków. Z opowieści W. Jana „Dżengis Chan“

Człowiek bez nazwiska
1 W książce tej spełniam tylko rolę sumiennego i starannego kronikarza. Oto są jej dzieje. 2 - Nie - odpowiedział ostro Baurdżan Momysz-Uły - nic wam nie opowiem. Nie znoszę, kiedy ludzie piszą o wojnie na podstawie cudzych słów. - Dlaczego? Odpowiedział pytaniem. - Czy wiecie, co to jest miłość? - Wiem. - Przed wojną również sądziłem, że wiem. Kochałem kobietę, poznałem, co to jest namiętność, lecz wszystko to jest niczym w porównaniu z uczuciem miłości rodzącym się w walce. Na wojnie, w walce, rodzi się najsilniejsza miłość i najsilniejsza nienawiść, o jakich ludzie, którzy tego nie przeżyli, nie mają pojęcia. A czy zdajecie sobie sprawę z tego, co to jest walka wewnętrzna, co to jest poczucie obowiązku albo, jak my to nazywamy, sumienie żołnierza? - Rozumiem - odpowiedziałem mniej pewnie. - Nie, nie rozumiecie tego. Nie macie pojęcia o tym, jak walczą ze sobą, jak szarpią się nawzajem i wyrywają sobie włosy dwa uczucia: strach i obowiązek. Najdrapieżniejszy zwierz nie potrafi walczyć tak zaciekle, jak te dwa uczucia. Wiecie, co to jest sumienie człowieka pracy, sumienie człowieka w ogóle, ale o sumieniu żołnierza nic nie wiecie. Czy rzucaliście już kiedyś granat w schron nieprzyjaciela? - Nie...

- Więc jakże będziecie pisać? Żołnierz naciera wraz ze swoją kompanią, strzelają do niego z karabinów maszynowych, obok padają jego koledzy, a on wciąż czołga się i czołga. Mija godzina - sześćdziesiąt minut. Każda minuta liczy sześćdziesiąt sekund. I w ciągu każdej sekundy może on być ze sto razy zabity. A mimo to czołga się. To jest sumienie żołnierza, jego obowiązek. A radość? Czy wiecie, co to jest uczucie radości? - Chyba i tego nie wiem - odpowiedziałem. - Słusznie! Znacie radosne uczucie miłości, a może i radość twórczości. Najprawdopodobniej żona dzieliła się z wami szczęściem macierzyństwa. Ale kto nie zaznał radości zwycięstwa nad wrogiem, radości z powodu czynu bojowego, ten nie zna najsilniejszego, najpłomienniejszego uczucia radości. Więc jakże będziecie o tym pisać? Macie zamiar zmyślać? Na stole leżał numer czasopisma z reportażem o panfiłowcach, o żołnierzach tego pułku, którym dowodził Baurdżan Momysz-Uły. Przysunął gwałtownie pismo do lampy - ruchy jego były porywcze nawet wtedy, gdy rzucał zapałkę po zapaleniu papierosa - przejrzał kartki, pochylił się nad otwartą stronicą i odsunął zeszyt czasopisma. - Nie mogę czytać! - rzekł. - Na wojnie czytałem książkę napisaną krwią, nie atramentem i nie ołówkiem. Lecz cóż możecie wy napisać o wojnie? Próbowałem oponować, ale Baurdżan Momysz-Uły był nieprzejednany. - Nie - powiedział ostro - nienawidzę kłamstwa, wy zaś nie napiszecie prawdy. 3 Długo szukałem człowieka, który mógłby mi opowiedzieć o bitwie pod Moskwą, człowieka, którego opowiadanie ujęłoby cel i istotny sens tej operacji, a zarazem zaprowadziłoby mnie tam, gdzie wszystko zostaje wystawione na próbę, gdzie wszystko się decyduje - w bój. Nie będę opisywać moich poszukiwań. Opowiem tylko to, co jest niezbędne. Z przestudiowanego przeze mnie materiału wiedziałem, że nacierając w październiku i listopadzie 1941 r. na Moskwę i usiłując zewrzeć kleszcze wokół naszej stolicy, nieprzyjaciel równocześnie parł do celu wprost, zadając główny cios wzdłuż szosy wołokołamskiej, następnie zaś wzdłuż leningradzkiej. W ciężkich dniach października, kiedy Niemcy przełamali front pod Wiaźmą i na czołgach, motocyklach, ciężarówkach posuwali się w kierunku Moskwy, na przedpolach szosy wołokołamskiej zagrodziła im drogę 316 dywizja piechoty, obecnie znana powszechnie jako 8 dywizja gwardii im. generała-majora Iwana Panfiłowa. Nieprzyjaciel, rozpocząwszy drugą, listopadową, ofensywę na Moskwę, wbijał klin w tym samym kierunku - i znów walczyli tutaj panfiłowcy. W siedmiodniowej bitwie pod Kriukowem, w odległości trzydziestu kilometrów od Moskwy, panfiłowcy wespół z innymi jednostkami Armii Czerwonej wstrzymali napór Niemców i odparli nieprzyjaciela. Udałem się do panfiłowców nie znając jeszcze ani nazwiska, ani stopnia wojskowego tego człowieka, który opowie mi historię wielkiej dwumiesięcznej bitwy. Miałem jednak głębokie przeświadczenie, że go spotkam. I rzeczywiście spotkałem go. Był to Baurdżan Momysz-Uły - w dniach bitwy pod Moskwą starszy lejtenant, dziś zaś, po dwu latach pułkownik gwardii.

4 Zapoznając się ze mną wymienił swoje nazwisko. Nie dosłyszałem, więc zapytałem jeszcze raz. - Baurdżan Momysz-Uły - powtórzył wymawiając wyraźnie sylaby. Wydało mi się, że w tonie, jakim to powiedział, brzmi nuta zniecierpliwienia. Lubi widocznie, by go rozumiano od razu, pomyślałem sobie. Zwyczajem korespondenta wyjąłem notes. - Przepraszam, jak się pisze wasze nazwisko? Odpowiedział: - Nie mam nazwiska. Byłem zdumiony. Wytłumaczył mi, że w przekładzie na rosyjski Momysz-Uły oznacza „syn Momysza“. - Jest to imię mego ojca - ciągnął dalej. - A nazwiska nie mam. Rozumiecie? - Nie, nie rozumiem. Spojrzał na mnie i nic nie powiedział. Dopiero później, kiedy zapoznaliśmy się bliżej, dowiedziałem się, dlaczego mówi o sobie jako o człowieku bez nazwiska. - Byłem i będę Kazachem - rzek!. - Kiedy uczyłem się w szkole razem z Rosjanami, wiele dzieci kazachskich zamiast swoich imion zaczęło przybierać odpowiednie imiona rosyjskie: Kostia zamiast Kuranbek, Szura - zamiast Szułpan. Mnie dzieci zaczęły nazywać Borysem, Bori... Mówiłem: „Nie jestem Borią, byłem i pozostanę Baurdżanem“. A chłopcy na to: „Boria!“ Krzyczałem: „Boria? Masz za Borię!“ Jak tylko ktoś nazwał mnie Borią, dostawał po karku. Dochodziło nie tylko do łez, lecz nawet do przelewu krwi. Wreszcie dyrektor szkoły, dobry i mądry staruszek, zebrał naszą klasę i rzekł: „Nie nazywajcie go Borią, ma on ładne imię Baurdżan“. Momysz-Uły chciał się uśmiechnąć, ale mu się nie udało. Ostro zarysowane, jak gdyby wyrzeźbione wargi poruszyły się, drgnęły i zwarły się. Twarz jego nie wyrażała owej macierzyńskiej łagodności cechującej, jak powszechnie sądzą, ludzi Wschodu. Spotyka się wiele twarzy, które wydają się wyrzeźbione - jedne z wyjątkową starannością, inne znów niedbale, byle jak. Twarz Baurdżana Momysz-Uły robiła właśnie wrażenie rzeźby. Zdawała się być wyryta w brązie ostrym narzędziem, które nie pozostawiło ani jednej łagodnej, miękkiej linii. Twarz ta obudziła we mnie pewne wspomnienie z lat dziecięcych. Na sztywnych granatowych okładkach dziel Mayne Reida czy Fenimore Coopera był wytłoczony ostry profil Indianina. Wydawało mi się, że profil Baurdżana przypomina ów wypukły wizerunek. Z jego mongolskiej śniadej twarzy o nieco wystających kościach policzkowych, zazwyczaj spokojnej, w chwili gniewu nie podobna było nic wyczytać, świeciła jedynie para wielkich, czarnych oczu. Przyglądałem mu się i na nowo ogarniało mnie zdumienie. Człowiek o tak silnym poczuciu dumy narodowej, który w obronie honoru swego kazachskiego imienia staczał krwawe bójki, opowiadał o tym wszystkim po rosyjsku, swobodnie władał całym bogactwem tego języka. Nawet wzruszony, mówił poprawnie, budował zdania bez zarzutu, jedynie pewna powolność jego mowy brzmiała nienaturalnie. Spostrzegłem, że kiedy mówił po kazachsku, słowa jego płynęły potoczyściej. Wziął papierosa, z trzaskiem zamknął papierośnicę i powiedział uparcie:

- Jeżeli mimo wszystko będziecie kiedykolwiek o mnie pisali, proszę nazywać mnie po kazachsku: Baurdżan Momysz-Uły. Niechaj wiedzą wszyscy, że jestem Kazachem, pastuchem, który pasał barany w stepie, że jestem człowiekiem bez nazwiska. 5 Od razu pierwszego wieczora naszej znajomości miałem szczęście być obecnym przy rozmowie Baurdżana Momysz-Uły z przybyłymi do pułku oficerami - ludźmi, którzy jeszcze nie wąchali prochu. Baurdżan mówił o duszy żołnierza. Rozwijał swą myśl wolno i opowiedział między innymi o jednej z bitew koło szosy wołokołamskiej. Serce we mnie zadrżało. Szybko wyjąłem notes, usiadłem w pobliżu lampy, która paliła się bez szkła, i zacząłem skwapliwie notować. Nie wierzyłem jeszcze we własne szczęście, ale czułem: oto są stronice tak długo oczekiwanej opowieści. Po skończonej rozmowie skorzystałem z okazji i poprosiłem Baurdżana, by od początku do końca opowiedział historię wołokołamskiej szosy. - Nie - odpowiedział Baurdżan Momysz-Uły - nic wam nie opowiem. Czytelnik zna już dalszy przebieg naszej rozmowy. 6 Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że Baurdżan Momysz-Uły w tym wypadku był niesprawiedliwy. Pragnąłem tego samego co on: prawdy. Jego charakterystyki i oceny ludzi, zwłaszcza tych, którzy nie zaznali życia żołnierskiego, były jednak częstokroć zbyt surowe. Sądzę, że można by to częściowo wytłumaczyć młodością Baurdżana. W tym czasie, gdyśmy się poznali, ukończył właśnie trzydzieści lat. Otrzymawszy kategoryczną odmowę przestałem nalegać, w ciągu jednak wielu dni nie odstępowałem Baurdżana. Lubił i umiał opowiadać. Korzystałem z okazji i starając się nie przeszkadzać mu, cierpliwie notowałem. Przyzwyczaił się do mnie. Przyjaciele Baurdżana opowiedzieli mi historię jego życia. W szkole dano mu dwa przezwiska: „Wielkooki“ i „Szan Tymes“. To drugie przezwisko oznacza w dosłownym przekładzie: „niedostępny dla kurzu“. Była to nazwa legendarnego konia, który pędził z taką szybkością, że nawet kurz, wzbity jego kopytami, nie osiadał na nim. Pewnego razu powiedziałem do Baurdżana: - A jednak napiszę o was. I gdzieś w jakimś miejscu wspomnę, że w szkole nazywano was „Szan Tymes“. Uśmiechnął się. Uśmiech zmieniał jego twarz - surowe, niby dłutem rzeźbione oblicze nabierało nagle dziecinnego wyrazu. - A wy jesteście koniem artyleryjskim - powiedział łagodnie. - Nie obrażajcie się, to komplement. Koń artyleryjski idzie wolno, trudno go zawrócić, ale kiedy zawraca, ciągnie za sobą również działo. „Zawróciliście“ mnie... Opowiem wam wszystko, co chcecie. Ale pod warunkiem... musicie pisać prawdę. Skończoną książkę przyniesiecie mi. Zgoda?

- Zgoda - odpowiedziałem. Jego wielkie czarne oczy spoglądały na mnie badawczo. - Bierzcie papier, ołówek - rzekł. - Piszcie: „Rozdział pierwszy. Strach“.

Strach
1 - Piszcie - powiedział Baurdżan Momysz-Uły. - „Rozdział pierwszy, Strach“. Pomyślał chwilkę, po czym rzeki: - „Nie znając strachu panfiłowcy rwali się do boju...“ Jak wam się zdaje - dobry początek? - Nie wiem - odpowiedziałem ostrożnie. Tak piszą kaprale od literatury - powiedział ostro. W ciągu tych paru dni, które tu spędziliście, kazałem was umyślnie oprowadzać po takich miejscach, gdzie od czasu do czasu wybuchają dwie, trzy miny, gdzie czasami świszczą kule. Chciałem, żebyście poznali uczucie strachu. Nie macie potrzeby przyznawać się, wiem doskonale, że musieliście pokonywać w sobie strach. Czemu więc wy i wasi koledzy-pisarze mniemacie, że wojują jacyś nadprzyrodzeni ludzie, a nie tacy sami jak wy? Dlaczego sądzicie, że żołnierz wyzuty jest z uczuć ludzkich właściwych wam? Jesteście może zdania, że bohaterstwo - to dar przyrody? Albo może dar magazyniera, który wraz z płaszczem wydaje kwit na nieustraszoność zaznaczając w spisie: „otrzymał“? Byłem dość długo na wojnie, zostałem dowódcą pułku i mam, zdaje mi się, dość podstaw, by oświadczyć: rzeczywistość wygląda inaczej! Na co liczyli Niemcy, gdy wtargnęli do naszego olbrzymiego kraju? Byli przekonani, że wraz z nimi uda się na wyprawę wschodnią na czele kolumn pancernych generał Strach, przed którym wszystko, co żywe, pochyli głowy lub rzuci się do ucieczki. Nasza pierwsza bitwa w nocy z 15 na 16 października 1941 roku była również bitwą ze strachem. A po siedmiu tygodniach, kiedy odparliśmy Niemców spod Moskwy, pobiegł za nimi również generał Strach. Wreszcie Niemcy zaznali - może po raz pierwszy podczas tej wojny - co to znaczy, kiedy komuś strach depce po piętach. 2 Do połowy października, do chwili rozpoczęcia się walk na pozycjach pod Moskwą, nie uczestniczyliśmy w bitwach. Po wyruszeniu z Kazachstanu w ciągu półtora miesiąca przebywaliśmy w błotach obwodu leningradzkiego, w odległości trzydziestu do czterdziestu kilometrów od frontu, na tak zwanej drugiej linii obrony, stanowiąc odwód naczelnego dowództwa. Rano 6 października otrzymałem rozkaz wymarszu z batalionem w kierunku najbliższej mijanki. Czekały już tam na nas wagony towarowe i platformy. W nocy, po załadowaniu się batalionu, pociąg ruszył. Dokąd? Tego chwilowo nie powinien był wiedzieć nikt, nawet ja - dowódca batalionu.

Zdawało się, że jedziemy nie na front, lecz w przeciwnym kierunku. Pociąg pędził do stacji węzłowej Bołogoje nigdzie się nie zatrzymując. Po drodze powiedziano nam, że na stacji Bołogoje czeka nas obiad. Ale ktoś wciąż poganiał, wciąż popędzał nasz pociąg. Obiadu nie zdążono nam rozdać. Zmiany parowozu dokonano w ciągu dwóch, trzech minut. Sygnał lokomotywy - i pociąg ruszył w dalszą drogę. Każdy był ciekawy, w jakim kierunku pojedziemy z Bołogoje. Wkrótce wyjaśniło się - pociąg szedł w kierunku Moskwy. Tam właśnie co półtorej - co dwie godziny pędziły, nie zwalniając biegu na małych przystankach, nasze transporty - 316 dywizja piechoty. Po co, w jakim celu, przerzucają nas tam? Nie wiadomo. Dlaczego pędzimy z taką szybkością? Dokąd, jaką drogą ruszymy z Moskwy dalej? Gdzie się zatrzymamy? Nie wiadomo, nie wiadomo. Niezwykła szybkość ruchu wprawiła nas wszystkich w stan trwożnego podniecenia. Myśleliśmy: nareszcie zaczyna się dla nas prawdziwe życie żołnierzy, nareszcie zabieramy się do czynu, idziemy w bój! 3 7 października wyładowaliśmy się w lesie w pobliżu Wołokołamska, w odległości stu dwudziestu kilometrów na zachód od Moskwy. Wezwano mnie na stację do dowódcy pułku. Wryły mi się głęboko w pamięć niskie, żelazne wieże ciągnące się wzdłuż toru kolejowego, pokryte w celu zamaskowania szarymi i zielonymi pasmami. Były to zbiorniki benzyny. Czy mogłem wówczas przypuszczać, że wkrótce ujrzę, jak na tle ponurego październikowego nieba te żelazne wieże bez żadnego dźwięku - dźwięk dobiegł dopiero później - bez ognia i dymu, którym pokrył się horyzont dopiero po chwili, że ujrzę, jak te wieże uniosą się wszystkie naraz w górę i wolno, jak gdyby zawisnąwszy na chwilę w powietrzu, runą z powrotem na ziemię? Kiedy zbliżyłem się do budynku stacji, z którego później pozostał jedynie pozbawiony dachu szkielet z cegły i długie pasma sadzy nad wybitymi oknami, ujrzałem z dala długi pociąg składający się z platform załadowanych działami. Ktoś mnie zawołał. Obok pociągu ujrzałem pułkownika Malinina, dowódcę pułku artylerii naszej dywizji. - Jak się wam te cacka podobają, odszczepieńcze - powiedział Malinin. - Ładne, co? Nazywał mnie odszczepieńcem, od kiedy się dowiedział, że ja, artylerzysta i dowódca baterii, na własne życzenie przeniosłem się do piechoty. Działa były posmarowane fabrycznie - grubą warstwą ciemnego, gęstego smaru armatniego. Przybyły one tutaj przed chwilą jako uzupełnienie naszej artylerii dywizyjnej. - Oho - powiedziałem - są wśród nich i ciężkie. - Te hipopotamy będziemy ustawiać jako działa forteczne...

- Czy długo tu pozostaniemy? - Przezimujemy chyba. Obejmujemy wołokołamski RU. Wiecie chyba, że RU to skrót oznaczający rejon umocniony? Byłem rozczarowany. A więc znów będziemy na tyłach, znów w odwodzie. Nie wiedziałem, że daleko na przedzie, za Wiaźmą, Niemcy przecięli front osłaniający Moskwę, że cztery dni temu Hitler wobec całego świata oświadczył przez radio: „Armia Czerwona jest unicestwiona, droga na Moskwę stoi otworem“. A Moskwa budowała w owym czasie gorączkowo nową linię frontu w odległości stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu kilometrów od miasta, na pozycjach, które weszły do historii jako „dalekie przedpola stolicy“. Z dworców moskiewskich bez przemówień i orkiestr odchodziły bataliony komunistyczne w cywilnej odzieży. Broń i umundurowanie żołnierze otrzymywali w drodze. Na dzień, dwa przed naszym przybyciem przerzucono samochodami ciężarowymi przez Wołokołamsk w kierunku Morza Moskiewskiego Oficerską Szkolę im. Rady Najwyższej. Tuż za nią udała się tam wraz z działami ćwiczebnymi Moskiewska Oficerska Szkoła Artylerii odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Moskwa - używam tego wielkiego słowa symbolicznie, mając przy tym na myśli Kwaterę Główną, Kreml, Stalina - Moskwa wysyłała przeciwko nieprzyjacielowi świeże siły i sprzęt bojowy, między innymi również i te działa. W sztabie pułku potwierdzono, że dywizja otrzymała rozkaz objęcia i umocnienia wołokołamskiego rejonu umocnionego. Wskazano mi odcinek mego batalionu. 4 Wieczorem rozpoczęliśmy marsz nocny w kierunku rzeki Ruzy, położonej w odległości trzydziestu kilometrów od Wołokołamska. Jako mieszkaniec południowego Kazachstanu, przyzwyczajony byłem do późnej zimy, tutaj zaś, pod Moskwą, na początku października poranki były już mroźne. O świcie po zamarzniętej drodze, po stwardniałym, rozkopanym przez kola biocie, zbliżyliśmy się do wsi Nowlanskoje, największego osiedla na odcinku wyznaczonym naszemu batalionowi. Oko moje od razu spostrzegło kontury niewysokiej dzwonnicy, czerniejącej na tle zamglonego nieba. Pozostawiłem batalion w pobliżu wsi w lesie, sam zaś razem z dowódcami kompanii udałem się na rozpoznanie. Batalionowi memu wyznaczono odcinek obrony: siedem kilometrów wzdłuż brzegu wąskiej, krętej rzeki Ruzy. Według regulaminu taki odcinek podczas bitwy za duży jest nawet dla pułku. Nie niepokoiło mnie to jednak. Byłem przekonany, że jeśli nieprzyjaciel istotnie dotrze kiedykolwiek tutaj, spotka się na przestrzeni tych siedmiu kilometrów nie z jednym batalionem, lecz z dziesięcioma naszymi batalionami. Z takim wyrachowaniem, mówiłem sobie, trzeba przygotować umocnienia. Nie spodziewajcie się po mnie, że odmaluję w sposób artystyczny przyrodę. Nie wiem nawet, czy rozpościerający się przede mną widok był ładny, czy też nie. Na ciemnym zwierciadle wąskiej, spokojnej Ruzy leżały wielkie, jakby rzeźbione liście, z których latem prawdopodobnie wykwitały białe lilie. Jest to, być może, piękne, ja jednak zanotowałem sobie: nędzna rzeczułka - płytka i dogodna do przeprawy dla nieprzyjaciela.

Jednakże stoki brzegu z naszej strony uczyniliśmy niedostępnymi dla czołgów. W dół ku wodzie opadał urwisty taras, zwany w języku wojskowym przeciwczołgowym skopem stoku lub krótko „skarpą“. Brzeg błyszczał od świeżo wykopanej gliny z wyciśniętymi na niej śladami łopat. Daleko za rzeką widać było otwarte pole i masywy leśne. W pewnym miejscu, nieco na ukos od wsi Nowlanskoje, las znajdujący się na przeciwległym brzegu sięgał prawie do rzeki. Posiadał wszystko, czego mógł sobie życzyć artysta-malarz malujący rosyjski las na jesieni, ale co do mnie, to wydał mi się obrzydliwy: najprawdopodobniej tu właśnie, ukrywając się przed naszym ogniem, mógł skoncentrować nieprzyjaciel swe siły do ataku. Do diabła z tymi sosnami i świerkami! Wyrąbać je! Odsunąć las od rzeki! Jakkolwiek nikt z nas, jak już mówiłem, nie spodziewał się tutaj w najbliższym czasie walk, to jednak postawiono przed nami zadanie umocnienia skraju obrony. Trzeba było więc zadanie to wykonać z największą sumiennością, jak przystoi oficerom i żołnierzom Armii Czerwonej. 5 Następnego dnia ujrzeliśmy pierwszych zwiastunów odwrotu. Wlekli się mieszkańcy, którzy pozostawili gdzieś cały swój dobytek. Widać było wśród nich żołnierzy; niewielkimi grupami wydostawali się z okrążenia. Dzień był pochmurny, wiał zimny wiatr. Drobny, kolący śnieg, niby kasza, pokrył trawę i skupiał się niewielkimi plamami koło stwardniałych grudek zoranej ziemi. Była pora obiadowa. Żołnierze jedli kryjąc się przed wiatrem za kopczykami gliny albo w nie wykończonych okopach. Idąc wzdłuż linii, zaznaczonej sterczącymi w ziemi łopatami, usłyszałem: - Nie, chłopcy, nie uderzy on stamtąd, skąd oczekujecie... Nie lubi on leźć tam, gdzie się go spodziewają!... Brzęczały łyżki. W dole, za niewysokim nasypem, kilku żołnierzy jadło obiad. - A cóż on lubi? Z wymowy poznałem, że pytanie to zadał Kazach. - Oskrzydli i basta... A wtedy dowiesz się, co lubi... I znów odezwał się Kazach: - A co wtedy? Czyj to okop? Kto tu jest z Kazachów? Pamięć podpowiedziała mi, że to może być Barambajew. Tak, tu znajdowała się obsługa jego karabinu maszynowego. Albo Galliulin... Obydwaj należeli do tej samej obsługi karabinu maszynowego. - Wtedy nie daj się - powiedział jakiś inny głos. - U Niemców zginiesz... - Las nas ukryje... Do lasu on nie lubi chodzić. I znowu cicho zabrzęczały łyżki. Milczenie przerwał czyjś nieznany glos. - Worek mój tam został i menażka. Siedzieliśmy, jedliśmy tak jak teraz, aż tu nagle... Domyśliłem się: razem z moimi żołnierzami jedli tu obiad ci, którzy wydostali się z okrążenia. Chciałem się wtrącić, gdy nagle przyszła mi do głowy pewna myśl... W pobliżu ujrzałem błyszczącą stal

lufy karabinu maszynowego, ukrytego za starannie ułożoną darniną. Obok karabinu maszynowego dyżurował żołnierz z obsługi. W magazynie sterczała taśma z nabojami. - Czy w porządku? - spytałem. - Wystarczy nacisnąć, towarzyszu dowódco batalionu! Przykucnąłem, wycelowałem w powierzchnię rzeki i nacisnąłem na język spustowy. Karabin maszynowy zatrząsł się i dał serię. Zajęci budową schronów, nie strzelaliśmy tu jeszcze - były to pierwsze strzały, które rozległy się nad skrajem naszej obrony. Ktoś wyskoczył z dołu. - Alarm! - krzyknąłem. - do broni! I w tej samej chwili, jak fałszywe echo, odezwał się czyjś glos: - Niemcy! Głos był dziwnie przygłuszony, człowiek nie wykrzyknął, lecz raczej wyszeptał to słowo, jak gdyby Niemcy byli obok, jak gdyby bal się, że Niemcy go usłyszą. W następnej chwili ludzie zaczęli uciekać. Nie zdążyłem nawet zauważyć, jak się to stało. Wszystko odbyło się w mgnieniu oka. Do lasu było niedaleko - sto pięćdziesiąt do dwustu kroków. Ludzie biegli w tym kierunku. W pobliżu usłyszałem wściekły okrzyk: - Stój! Po chwili tym samym głosem ktoś zaczął siarczyście kląć. Był to cekaemista Błocha. Gdy mnie spostrzegł, pobiegł w moim kierunku, do karabinu maszynowego. Przeniknęło mnie ostre niby igła uczucie miłości. Żadnej kobiety nie kochałem tak jak biegnącego ku mnie Błochę. Teraz zatrzymał się Galliulin, olbrzymiego wzrostu Kazach, tragarz z zawodu, który z łatwością dźwigał na swych szerokich barach ciężki karabin maszynowy. Opuścił głowę i przyciskając rękę do serca, w milczeniu prosił o wybaczenie, podczas gdy nogi niosły go już w moją stronę razem z Błochą. Następny biegł ku mnie Murin w okularach: przed wojną był aspirantem konserwatorium i pisywał artykuły z dziedziny historii muzyki. Ale ktoś popchnął go wskazując mu pobliski las i Murin znów pomknął jak zając, lecz ponownie odwrócił się i stanął. Jego spocona twarz na wątłej szyi zwracała się to w moją stronę, to znów w stronę lasu. Po chwili przetarł szkła palcami i pobiegł z powrotem do mnie. Wszyscy oni należeli do jednej drużyny, stanowili obsługę tego samego karabinu maszynowego... Brakło teraz tylko dowódcy drużyny - sierżanta Barambajewa. Często przyglądałem się, jak zwinnie Kazach Barambajew składa i rozkłada karabin maszynowy, z jaką łatwością niczym mechanik odnajduje defekty. Oto i my, Kazachowie, podobnie jak Rosjanie, stajemy się narodem mechaników, myślałem sobie niekiedy, obserwując Barambajewa. A teraz Barambajew przemknął prawdopodobnie niepostrzeżenie nie mając odwagi spojrzeć mi w oczy... W milczeniu patrzyłem na powracających... Wiedziałem, że moi żołnierze są uczciwymi ludźmi. W tej chwili dręczyło ich uczucie wstydu. W jaki sposób zaoszczędzić im w przyszłości tak męczącego

uczucia, uratować ich od hańby? Czyż mogę mieć pewność, że i w przyszłości nie rzucą się do ucieczki, a potem znów nie będą rozumieli, jak się to mogło im zdarzyć? Cóż miałem z nimi robić? Perswadować? Porozmawiać? Skrzyczeć? Wsadzić do aresztu? Odpowiedzcie, proszę, co miałem robić?

Sądźcie mnie!
1 Siedziałem w swoim schronie podparłszy opuszczoną głowę rękami tak oto (Baurdżan Momysz-Uły pokazał, jak) i utkwiwszy wzrok w podłodze rozmyślałem. - Czy można wejść, towarzyszu dowódco batalionu? Kiwnąłem na znak zgody, nie podnosząc głowy. Wszedł oficer polityczny kompanii ciężkich karabinów maszynowych, Dżałmuhammed Bozżanow. - Aksakał - powiedział cicho Bozżanow po kazachsku. Aksakał oznacza dosłownie „siwobrody“ - tak nazywają u nas najstarszego w rodzie - ojca. Aksakałem nazywał mnie niekiedy Bozżanow. Spojrzałem na Bozżanowa. Jego okrągła poczciwa twarz wyrażała zdenerwowanie. - Aksakał... W kompanii zaszedł niezwykły wypadek. Sierżant Barambajew przestrzelił sobie rękę. - Barambajew? - Tak jest... Doznałem uczucia, jak gdyby ktoś mnie ścisnął za serce. Barambajew był Kazachem tak samo jak i ja, miał złote serce. Był dowódcą obsługi ciężkiego karabinu maszynowego. To jego właśnie nie doczekałem się wówczas. - Coś z nim zrobił? Zabiłeś go? - Nie... Opatrzyłem i... - I co? - Aresztowałem go i przyprowadziłem do was... - Gdzie jest? Wprowadź go tutaj! Tak... A więc mam w batalionie pierwszego zdrajcę, który sam sobie zadał ranę. I kto okazał się tym zdrajcą? Barambajew... Wszedł stąpając zwolna. W pierwszej chwili nie poznałem go, Twarz miał szarą, obrzękłą, jak gdyby zastygłą - podobna była do maski. Taki wyraz twarzy mają zazwyczaj umysłowo chorzy. Zabandażowana lewa ręka Barambajewa zwisała: bandaż był zakrwawiony. Jego prawa ręka drgnęła ale spotkawszy się z moim wzrokiem Barambajew nie odważył się zasalutować i opuścił bojaźliwie rękę.

- Mów - rozkazałem. - Sam nie wiem, towarzyszu dowódco batalionu, jak się to stało... Jakoś niechcący... Sam nie wiem jak. Powtarzał w kółko te słowa. - Mów. Nie usłyszał ode mnie ani jednego obelżywego słowa, chociaż się tego widocznie spodziewał. Zdarzają się w życiu chwile, kiedy wszelkie wymyślanie nie ma już żadnego sensu. Barambajew opowiedział, że biegnąc w stronę lasu potknął się, upadł i wówczas karabin wystrzelił. - Kłamstwo! - powiedziałem. - Jesteś tchórzem! Zdrajcą! Ta kich jak ty ojczyzna tępi! Spojrzałem na zegarek. Było około godziny piętnastej. - Lejtenancie Rachimow! Rachimow, szef sztabu batalionu, wstał. - Lejtenancie Rachimow! Proszę tu przysłać szeregowca Błochę Niech się stawi niezwłocznie. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. - Za godzinę i kwadrans - o szesnastej zero zero - zarządzić zbiórkę batalionu na polance na skraju lasu... To wszystko. Możecie odejść - rozkazałem Rachimowowi. - Co chcecie ze mną zrobić? Co chcecie ze mną zrobić? - jednym tchem, jakby obawiając się, że nie zdąży, wymówił Barambajew. - Zostaniesz rozstrzelany przed frontem batalionu! I nagle Barambajew klęknął. Swe ręce, zarówno zdrową, jak i obandażowaną, zaplamioną krwią - świadectwo haniebnego czynu wyciągnął ku mnie. - Towarzyszu dowódco batalionu... powiem prawdę... Towarzyszu dowódco... To ja sam... Umyślnie... - Powstań! - powiedziałem. - Przynajmniej w obliczu śmierci nie zachowuj się jak nędzny robak. - Wybaczcie... - Wstań! Wstał. - Ech, Barambajew - łagodnie zwrócił się do niego Bozżanow. - Powiedz mi, coś ty sobie myślał? Przez chwilę zdawało mi się, że to ja wypowiedziałem te słowa, że wyrwało mi się to, czego nie wolno i nie należało mówić. - Nie myślałem - wyszeptał Barambajew - nie myślałem ani przez chwilę. Sam nie wiem, jak się to stało. Znów czepiał się tych słów jak tonący brzytwy. - Nie kłam, Barambajew! - powiedział Bozżanow. - Mów dowódcy batalionu prawdę.

- Ależ to prawda, święta prawda... Patrzę... Krew... oprzytomniałem - po co to zrobiłem? Szatan skusił... Nie rozstrzeliwujcie mnie, przebaczcie mi, towarzyszu dowódco batalionu! Możliwe, że w tej chwili mówił prawdę. Możliwe, że tak właśnie odbyło się wszystko: zamroczenie, błyskawiczna katastrofa - strach wziął górę nad rozsądkiem. Ale tak właśnie ludzie uciekają z pola walki, popełniają zbrodnię wobec ojczyzny nie zdając sobie potem częstokroć sprawy z tego, jak się to mogło stać. Zwróciłem się do Bozżanowa: - Zamiast Barambajewa dowódcą drużyny będzie Błocha. I ta drużyna, ludzie, z którymi razem żył i których porzucił ratując się ucieczką, rozstrzelają go przed frontem batalionu. Bozżanow nachylił się do mnie i szepnął: - Aksakał, a czy mamy prawo? - Tak - odpowiedziałem. - Później zdam komu trzeba sprawę, ale teraz, za godzinę, wykonam to, o czym mówiłem. A wy przygotujecie tymczasem meldunek. Ciężko dysząc wszedł do schronu szeregowiec Błocha i poruszając jasnymi, ledwo zaznaczonymi brwiami zameldował w sposób niezupełnie regulaminowy, że się stawił. - Czy ty wiesz, po co cię wezwano? - spytałem. - Nie, towarzyszu dowódco batalionu. - Spójrz na tego tu... Poznajesz? Wskazałem na Barambajewa. - Ech, ty!... - rzekł Błocha. Ton, jakim to powiedział, był pełen pogardy i politowania. - i morda twoja stała się jakaś plugawa. - Rozstrzelacie go wy - zwróciłem się do Błochy - wasza drużyna. Błocha zbladł. Zaczerpnął powietrza, westchnął pełną piersią i rzekł: - Według rozkazu, towarzyszu dowódco batalionu. - Wyznaczam was na dowódcę drużyny. Wraz z oficerem politycznym Bozżanowem - przygotujcie ludzi. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Podszedłem do Barambajewa i zdarłem z jego munduru dystynkcje i czerwoną gwiazdę. Stał z poszarzałą, znieruchomiałą twarzą; ręce opadły mu bezradnie. 2 W oznaczonym czasie, punktualnie o czwartej - poszedłem do batalionu, który ustawił się w kształcie podkowy. Pośrodku wolnej od ludzi przestrzeni stał Barambajew w płaszczu, zwrócony twarzą do szeregów. - Batalion, baczność! - podał komendę Rachimow.

W panującej dokoła ciszy rozległ się i zamarł dźwięk niezwykły, uchwytny tylko dla ucha dowódcy: to poruszyły się i zastygły naraz wszystkie karabiny. Zasmuconą duszę napełniło na chwilę uczucie radości. Nie, to już nie tłum odziany w szare płaszcze to żołnierze, siła, batalion. - Na wasz rozkaz batalion gotów! - zameldował Rachimow. W takiej chwili, na tym skrawku ziemi rosyjskiej, wobec stojącego przed szeregami człowieka bez pasa i bez gwiazdy, z haniebną raną na zabandażowanej ręce - wzruszały nawet zwykłe słowa meldunku. - Dowódco drużyny, Błocha! Wraz z drużyną - do mnie! - rozkazałem. W milczeniu szli przez pole - na przedzie niewysoki Błocha i olbrzymi Galliulin, tuż za nim Murin i Dobriakow, który wczoraj miał służbę przy karabinach maszynowych; poważni, skupieni, szli jeden za drugim, starając się w obliczu kilkuset ludzi zachować spokój. Byli jednak zdenerwowani. Błocha dał komendę: „Drużyna, stój!“ Wszystkie karabiny opuściły się jednocześnie „do nogi“. Błocha spojrzał na mnie, zapomniał jednak zameldować. Poszedłem sam do niego i zasalutowałem. W odpowiedzi również zasalutował i niezupełnie przepisowo zameldował, że wraz z drużyną stawił się na rozkaz. Tu spytacie zapewne, po co to wszystko, w dodatku w takich okolicznościach? Otóż właśnie w takiej chwili starałem się podkreślić w każdym drobiazgu, że jesteśmy wojskiem, jednostką wojskową. Drużyna ustawiła się w szereg i na komendę wykonała w tył zwrot. Powiedziałem: - Towarzysze żołnierze i dowódcy! - Ludzie, którzy tu stoją przed wami, rzucili się wczoraj do ucieczki, kiedy wydałem komendę: „Alarm! Do broni!“ Po chwili jednak odzyskali panowanie nad sobą i wrócili... Tylko jeden spośród nich nie wrócił - ich dowódca... Przestrzelił sobie rękę, żeby wymigać się od frontu. Ten tchórz, który zdradził ojczyznę, będzie teraz na mój rozkaz rozstrzelany. Oto on! Odwróciłem się w stronę Barambajewa i wskazałem na niego palcem. Patrzył na mnie, wyłącznie na mnie, chwytając się kurczowo ostatniej nadziei. Mówiłem dalej: - On kocha życie, pragnie się cieszyć powietrzem, ziemią, niebem, rozkoszować się własnym oddechem, uderzeniami swego serca. Więc postanowił: wy umierajcie, a ja będę żył. Tak żyją pasożyty - cudzym kosztem. Słuchano mnie w milczeniu, bez ruchu. Kilkuset żołnierzy stojących przede mną wiedziało: nie wszyscy pozostaną przy życiu, wielu spośród nich wytrąci z szeregu śmierć. Ale w ciągu tych kilku minut przekraczali jakąś granicę i w słowach wyraziłem to, co zrodziło się w ich duszach. - Tak, będą tacy, którzy polegną w boju. Ale tego, kto zginie śmiercią żołnierza, ojczyzna nie zapomni. Synowie i córki będą mówili z dumą, że ojciec ich był bohaterem Wojny Narodowej. Będą o nim mówili również jego wnukowie i prawnukowie. Ale czy wszyscy zginiemy? Nie. Żołnierz idzie do boju

nie po to, by umrzeć, lecz by zabijać wroga. I tego, kto po spełnieniu swego obowiązku, po stoczonych bojach wróci do domu, ludzie będą również nazywali bohaterem Wojny Narodowej. Jak dumnie, jak słodko brzmi słowo: bohater. My, uczciwi żołnierze, doznamy słodkiego uczucia chwały, a ty... - Tu znów zwróciłem się w stronę Barambajewa - będziesz tu leżał jak padlina, bez czci i honoru. Dzieci twoje wyrzekną się ciebie. - Wybaczcie - cicho wymówił Barambajew po kazachska. - Zlitujcie się nad dziećmi. - Co, przypomniałeś sobie dzieci? One stały się dziećmi zdrajcy. Będą ze wstydem wspominały twoje imię, będą ukrywały, kto był ich ojcem. Żona twoja zostanie wdową po tchórzu, zdrajcy, którego rozstrzelano przed frontem oddziału. Przeklnie dzień, w którym została twoją żoną. Napiszemy o tobie do domu. Niech tam wszyscy wiedzą, że sami zgładziliście siebie. - Wybaczcie... Poślijcie mnie w bój... Słowa te wymówił nie bardzo głośno, ale poczułem, że słyszeli go wszyscy. - Nie! - odrzekłem. - My wszyscy ruszymy w bój! Cały batalion pójdzie w bój! Czyż widzisz tych oto żołnierzy, którym rozkazałem wystąpić z szeregów? Poznałeś ich? To żołnierze drużyny, której byłeś dowódcą... Rzucili się do ucieczki wraz z tobą, ale zawrócili. Toteż nie pozbawieni zostali zaszczytu brania udziału w walce. Mieszkałeś z nimi razem, jadłeś z nimi z jednej menażki, przykrywałeś się jednym płaszczem jak uczciwy żołnierz. Oni ruszą w bój - Błocha i Galliulin, Murin i Dobriakow. Wszyscy ruszą w bój wystawiając swą pierś na pociski i kule. Ale przedtem rozstrzelają ciebie tchórza, który uciekł z pola walki. I podałem komendę: - Drużyna, w tył zwrot! Żołnierze zbledli wykonując mój rozkaz. Poczułem, że i mnie przeszył zimny dreszcz. - Szeregowiec Błocha! Zdejmcie płaszcz ze zdrajcy! Błocha z ponurą twarzą zbliżył się do Bararnbajewa. Barambajew7 podniósł niezabandażowaną rękę i sam zaczął zdejmować płaszcz. Zdziwiło mnie to. Ten, który, zdawałoby się, tak pragnął żyć, bardziej niż wszyscy inni - nie miał woli życia w sobie. Szedł na śmierć bezwolny, złamany. Płaszcz został zdjęty. Błocha rzucił go na ziemię i wrócił do drużyny. - Zdrajca, w tył zwrot! Barambajew po raz ostatni rzucił na mnie błagalne spojrzenie - i odwrócił się tyłem. Podałem komendę: - W tchórza, w zdrajcę ojczyzny, w krzywoprzysięzcę... drużyna... Żołnierze wymierzyli karabiny i zamarli na miejscu. Tylko jeden karabin drżał... Murin stał drżąc na całym ciele, wargi jego zbielały. I nagle zrobiło mi się strasznie żal Bararnbajewa. 3 Zdawało się, że karabin, który drży w rękach Murina, woła: „Zlituj się nad nim, wybacz mu!“

I żołnierze, którzy jeszcze nie uczestniczyli w walkach, którym obce było jeszcze uczucie nienawiści do tchórza i którzy teraz z naprężeniem czekali na mój rozkaz: „Ognia!“, jakby również prosili: „Nie trzeba tego, wybacz!“. I nagle wiatr ścichł na chwilę, jak gdyby po to, bym mógł wyraźniej usłyszeć tę nie wypowiedzianą prośbę. Widziałem przed sobą szerokie plecy Galliulina, który o głowę przewyższał wszystkich innych. Był on gotów wykonać rozkaz - i oto teraz ten Kazach mierzył w Kazacha, który zaledwie przed kilku godzinami był jego najbliższym przyjacielem. Zdawało się, że całą swą postawą Galliulin woła: „Nie zmuszaj nas, wybacz!“. Przypomniałem sobie wszystko, co wiedziałem dobrego o Barambajewie: jak troskliwie i zwinnie składał i rozkładał karabin maszynowy niczym rusznikarz; jak w głębi duszy byłem dumny z tego, że oto i my, Kazachowie, stajemy się narodem mechaników. ...Nie jestem zwierzęciem, jestem człowiekiem. I krzyknąłem: - Wróć! Zdawało się, że karabiny nie opuściły się, lecz opadły, jak gdyby były z żelaza. I w tejże chwili ciężar spadł mi z serca. - Barambajew! - zawołałem. Odwrócił się i spojrzał na mnie niepewnym i pytającym wzrokiem, ale w oczach jego płonęła już radość życia. - Włóż płaszcz! - Ja? - Włóż płaszcz! Do szeregu, marsz! Uśmiechnął się nieśmiało, potem roześmiał się, chwycił płaszcz i wkładając go w biegu, nie trafiając w rękawy, pobiegł do drużyny. Murin, poczciwy okularnik Murin, któremu drżała ręka trzymająca karabin, dawał mu po cichu znak dłonią opuszczonej ręki: „Stań obok“ - a potem po koleżeńsku szturchnął go w bok. Barambajew był znów żołnierzem, kolegą. Podszedłem do Barambajewa i uderzyłem go po ramieniu. - Będziesz teraz walczył? Kiwnął głową i uśmiechnął się. I wszyscy dokoła uśmiechali się. Wszyscy odczuli jakąś ulgę... I wyście chyba odczuli ulgę! I czytelnicy tej powieści także westchną zapewne z ulgą, gdy dojdą do komendy „Wróć!“ A w rzeczywistości było inaczej. Wszystko, co powiedziałem przed chwilą, przemknęło mi tylko przez myśl jak marzenie. Było inaczej. ...Gdy zauważyłem, że Murinowi drży ręka z wycelowanym karabinem, krzyknąłem:

- Murin, drżysz? Drgnął, wyprostował się i mocniej przycisnął karabin. Ręka stała się pewniejsza. Powtórzyłem komendę: - W tchórza, zdrajcę ojczyzny, w krzywoprzysięzcę... drużyna... ognia! I tchórza rozstrzelano. Sądźcie mnie! Kiedyś ojca mego, koczownika, ukąsił w pustyni jadowity pająk. Ojciec był sam wśród piasków, obok nie było nikogo prócz wielbłąda. Jad tego pająka jest śmiertelny. Ojciec wyjął nóż i wyciął sobie kawał ciała - z tego miejsca, gdzie ukąsił go pająk. To samo uczyniłem teraz i ja, wyciąłem nożem kawał własnego ciała. Jestem człowiekiem - i wszystko, co ludzkie, buntowało się we mnie: „Nie trzeba, zlituj się, przebacz!“ Nie przebaczyłem jednak. Jestem dowódcą, ojcem. Zabiłem syna, ale przede mną stało kilkuset synów. Obowiązkiem moim było zapisać krwią w ich sercach: nie ma zmiłowania dla zdrajcy i być nie może! Chciałem, żeby każdy żołnierz wiedział: jeżeli stchórzysz, popełnisz zdradę - nikt ci nie przebaczy, chociażby nawet jak najbardziej tego chciał. Opiszcie to - niech przeczytają ci wszyscy, którzy włożyli lub zamierzają włożyć mundur żołnierski. Niechaj wiedzą: jeżeli był z ciebie nawet dobry chłop, jeżeli cię przedtem nawet kochano i chwalono, mimo to za przestępstwo wojskowe, za tchórzostwo, za zdradę będziesz ukarany śmiercią.

Nie umierać, lecz żyć!
1 Z rana znów dokonałem objazdu odcinka. Tak samo jak wczoraj żołnierze kopali schrony. Twarze mieli ponure. Nie słychać było śmiechu, oczy na próżno szukały wesołej twarzy. Podjeżdżam. Widzę, że żołnierz przykrył schron żerdziami i przysypał z wierzchu ziemią. - Coś ty zrobił? - Schron, towarzyszu dowódco batalionu. - A co tam z wierzchu? - Drzewka, towarzyszu dowódco batalionu. - Wyłaź stamtąd, zaraz ci pokażę, co to za drzewka. Żołnierz wyskoczył z okopu. Wyjąłem rewolwer i wpakowałem kilka naboi w cienki pokład z drzewek. - Właź z powrotem! Spójrz, czy kule przeszły na wylot.

Po chwili żołnierz odpowiada: - Przeszły, towarzyszu dowódco. - Cóżeś ty więc zbudował? Co to ma być, szałas ogrodnika czy jak? Przed słońcem będziesz się tam ukrywał? Dlaczego nie odpowiadasz? Czerwonoarmista mówi niechętnie: - Ona człowieka wszędzie znajdzie... - Kto „ona?“ Nie odpowiada. Rzecz jasna - boi się śmierci. Pytam: - Cóż, żyć ci się nie chce? - Chce, towarzyszu dowódco batalionu! - No to wyrzuć do diabła te twoje kijki. Kładź belki grubość; słupa telegraficznego, pięć rzędów, żeby żaden pocisk, jeżeli trafi, nie mógł przebić... Czerwonoarmista niezdecydowanie spogląda na okop, to znów na las: tam, w lesie, z dala od skraju, trzeba rąbać drzewa i stamtąd wlec je tutaj. - Jakoś to będzie, może nie trafi - powiada. A więc przetrwało i tutaj - to tak trudne do wytępienia: „Jakoś to będzie“. Rozrzucić! - krzyknąłem. - I znów każę ci rozrzucić, jeżeli ni? ułożysz w pięć rzędów. Żołnierz westchnął, wziął łopatę i zaczął odrzucać nasypaną z wierzchu ziemię. Przyglądam mu się w milczeniu. Ciągle jeszcze nie wierzy, że z tego schronu, niedostępny dla wroga, będzie zabijać faszystów. 2 Niektóre plutony ćwiczyły się tego dnia - zgodnie z planem - w ostrym strzelaniu. Na przeciwległym brzegu, skąd mógł nadciągnąć nieprzyjaciel, ustawiono w różnych odległościach, bliżej i dalej, tarcze przedstawiające faszystów w różnych postawach. Chciałem, by każdy żołnierz nauczył się strzelać ze swego schronu, ze swego „domu“ podziemnego; chciałem, aby każdy punkt położony na terenie przed naszymi okopami znajdował się pod celnym ogniem batalionu. Do tarcz strzelano z karabinów maszynowych i zwykłych. Schodziłem do okopów i uczyłem żołnierzy. - Chybiłeś! Pomyśl, dlaczego? Czy źle wycelowałeś, czy źle trzymałeś karabin? Sprawdź celownik... wystrzel jeszcze raz... Wreszcie żołnierz pakował w malowaną gębę hitlerowską dwa na boje z trzech wystrzelonych. Był to wynik nienajgorszy. Żołnierzowi trudno było wówczas ukryć uczucie dumy.

3 Tymczasem myśl moja pracowała bez przerwy. Myślałem - podczas objazdu siedmiokilometrowego odcinka, po powrocie wieczorem do schronu, podczas pracy w sztabie, w nocy - wciąż myślałem. Co się stało z batalionem? Czy wczoraj rozstrzeliwując zdrajcę, który uciekł ratując własne życie - nie zabiłem równocześnie z tą salwą wielkiego umiłowania życia, czy nie stłumiłem potężnego instynktu samozachowawczego? Przypomniałem sobie następującą myśl, którą wyczytałem w jakimś artykule: „Podczas walki zmagają się w człowieku dwie siły: świadomość obowiązku i instynkt samozachowawczy. Zaczyna oddziaływać trzecia siła - karność - i wówczas świadomość obowiązku bierze górę“. Czy tak jest w rzeczywistości? Nasz dowódca, generał Panfiłow był innego zdania. Kiedyś w AłmaAcie, w czasie nocnej rozmowy (nie pytajcie, nie przeszkadzajcie mi, później opowiem wam całą rozmowę), Panfiłow powiedział: „Żołnierz idzie w bój nie po to, by umrzeć, lecz po to, by żyć“. Bardzo mi się spodobały te słowa i powtarzałem je niekiedy. Teraz, przygotowując się do pierwszego boju i myśląc o batalionie, któremu wypadło walczyć pod Moskwą, przypomniałem sobie słowa Panfiłowa. - Czyżby tylko w ucieczce ujawniała się wola życia, instynkt samozachowawczy - ten potężny odwieczny motor, właściwy każdej istocie żyjącej? Czy instynkt ten nie osiąga punktu kulminacyjnego wówczas, gdy żywa istota walczy, bije się, drapie, gryzie w śmiertelnej walce z wrogiem, broni się i napada? Nie! W tej niebywałej wojnie o przyszłość naszego kraju i każdego z nas umiłowanie i chęć do życia, wiecznie żywy instynkt samozachowawczy, winny stać się naszymi sprzymierzeńcami, a nie przeciwnikami. 4 O określonej godzinie, zgodnie z rozkładem zajęć, odbywały się w kompaniach pogadanki lub czytano na głos gazety. Postanowiłem pójść do oddziałów, posłuchać, co mówią oficerowie polityczni żołnierzom. W pierwszej kompanii przeprowadzał pogadankę oficer Dordia. Trzymając w ręku karabiny żołnierze zwartą grupą siedzieli pod gołym niebem w pobliżu okopów. Padał drobny śnieg. Na ciemnozielonych igłach sosen osiadły już pierwsze płatki. Dokoła panowała cisza, lecz każdy od czasu do czasu spoglądał z wielkim naprężeniem w dal. Wszyscy oczekiwali, że oto za chwilę rozlegnie się straszny łoskot, że ze świstem i wyciem, o których jak dotąd wiedziano jedynie z opowiadań, padną tutaj pociski i miny, ukażą się pędzące przez pole i strzelające w biegu czołgi, a z lasu padając na ziemię i znów się podnosząc wybiegną ludzie w zielonych płaszczach - ci, którzy chcą nas zabić. Dordia przemawiał zaglądając niekiedy do notatek. Były to słowa prawdy, święte słowa. Mówił o tym, że faszyści niemieccy napadli zdradziecko na nasz kraj, że wróg zagraża Moskwie, że ojczyzna żąda, by każdy z nas, jeżeli zajdzie potrzeba, poległ na posterunku, lecz nie przepuścił nieprzyjaciela, że my, żołnierze Armii Czerwonej, obowiązani jesteśmy walczyć nie szczędząc tego, co najdroższe - własnego życia. Spojrzałem na żołnierzy. Siedzieli przylgnąwszy do siebie i głowy mieli opuszczone lub zmęczeni patrzyli przed siebie.

Ech, oficerze polityczny Dordia, nie bardzo cię jakoś słuchają... Czułem, że męczy to i samego Dordię, marzyciela, który przed wojną był nauczycielem. Nie jest on bynajmniej gościem w batalionie. Podobnie jak tych, do których przemawiał, czekał i jego pierwszy w życiu bój. Być może jutro lub pojutrze będzie musiał z bijącym jak młot sercem przebiegać z okopu do okopu pod ogniem nieprzyjaciela, a obok będzie z hukiem wylatywała w powietrze ziemia. I tam właśnie, a nie pod spokojnym niebem - wypadnie rozmawiać z żołnierzami. Widziałem go później w takich chwilach - z właściwym sobie uśmiechem przemawiał własnymi, nie zanotowanymi na papierku, słowami. Ale owego dnia, przeżywając podobnie jak wszyscy coś bezgranicznie ważnego, nie znajdował jeszcze właściwych słów, nie potrafił jeszcze swoimi uczuciami zespolić serc żołnierzy. Powtarzał w kółko. „Ojczyzna żąda, ojczyzna rozkazuje...“ Kiedy wymawiał: „Będziemy wałczyli na śmierć, umrzemy, lecz nie cofniemy się“ - czuło się, że wyraża swoje myśli, zdecydowaną wolę, która w nim dojrzała, ale... Po cóż, oficerze polityczny Dordia, uciekasz się do gotowych frazesów? Przecież nie tylko stal, lecz również słowa, i to nawet najbardziej święte - zużywają się jak tryby ze startymi zębami, gdy przez długi czas nie poprawia się gwintowego nacięcia. Najważniejsze zaś, po co bez przerwy powtarzasz „umrzeć, umrzeć“? Czy o tym należy mówić obecnie? Sądzisz, że w słowie tym tkwi bezlitosna prawda o wojnie, którą trzeba jasno widzieć nie odwracając od niej wzroku, z którą trzeba się pogodzić? Nie, Dordia, nie na tym, nie na tym polega okrutna prawda wojny. 5 Zaczekałem, aż Dordia skończył. Potem spytałem jednego z żołnierzy: - Czy wiesz, co to jest ojczyzna? - Wiem, towarzyszu dowódco batalionu. - A więc mów... - Ojczyzna to nasz Związek Radziecki, nasze terytorium. - Siądź. Pytam innego: - A ty co powiesz? - Ojczyzna to... tam, gdzie się urodziłem. No, jakby to powiedzieć... miejscowość... - Siądź. A ty jak sądzisz? - Ojczyzna? To nasza władza radziecka... To... Dajmy na to Moskwa... Otóż bronimy jej teraz. Nie byłem tam... Nie widziałem jej ale to ojczyzna. - A zatem nigdyś ojczyzny nie widział? Milczenie.

- A więc, cóż to jest ojczyzna? Zaczęli prosić, bym im wytłumaczył. - Zgoda... Wszyscy mówiliście słusznie, a jednak... Czy chcesz tyć? - Chcę. - A ty? - Chcę. - A ty? - Chcę. - Kto nie chce żyć, niech podniesie rękę. Nie podniosła się ani jedna ręka. Ale twarze nie były już tak ponure - słowa moje wzbudziły zainteresowanie. W owych dniach żołnierze wiele razy słyszeli słowo: „śmierć” ja natomiast mówiłem o życiu. - A więc wszyscy chcecie żyć? Świetnie. Złap komara i spytaj go „Chcesz żyć?“, a on zapiszczy w odpowiedzi: „Chcę!“ A cóż ty, komarze, robisz w tym celu? - „Ssę krew“. A ty, żołnierzu, co robisz w tym celu? Czerwonoarmista milczy. Pytam dalej: - Jesteś żonaty? - Tak. - Czy kochasz żonę? Zmieszał się. - Mów - kochasz ją? Gdybym nie kochał, to bym się nie ożenił. Słusznie. Dzieci masz? Mam syna i córkę. - Chatę masz? - Mam. - Przyzwoitą? - Mnie się podoba. - Czy chciałbyś wrócić do domu, uścisnąć żonę, dzieci? - Teraz nie chcę myśleć o domu... trzeba wojować. - No, a po wojnie. Chciałbyś? - Któż by tam nie chciał...

- Nie, ty nie chcesz! - Jak to nie chcę? - Od ciebie zależy, czy wrócisz do domu, czy nie wrócisz. To jest w twojej mocy. Pragniesz pozostać przy życiu? A więc powinieneś zabić tego, kto pragnie zabić ciebie. A coś ty zrobił, żeby wyjść cało z walki i wrócić po wojnie do domu? Czy celnie strzelasz z karabinu.” - Nie... - A widzisz... Więc nie zabijesz wroga - on ciebie zabije. Nie wrócisz do domu. Czy dobrze biegasz? - Nieźle. - Czy umiesz dobrze się czołgać? - Nie... - No, widzisz... Trafi cię kula wroga. Po co więc mówisz, że chcesz żyć? Potrafisz dobrze rzucać granaty, maskować się, okopywać? - To ostatnie robię dobrze. - Kłamiesz! Lenisz się. Ile razy zmuszałem cię do tego, byś rozrzucał pułap? - Jeden jedyny raz... - I mimo to oświadczasz, że chcesz żyć? Nieprawda, nie chcesz żyć! Czy nie mam racji, towarzysze? On nie chce żyć! Widzę już na niektórych twarzach uśmiech - innym zrobiło się nieco lżej na sercu. Ale czerwonoarmista mówi: - Nie, towarzyszu dowódco, chcę żyć... - Nie wystarczy sama chęć... trzeba ją poprzeć czynem. Ty powtarzasz w kółko, że pragniesz żyć, czyny zaś twoje pchają cię w mogiłę. A ja cię stamtąd haczykiem wyciągam. Rozległ się śmiech, pierwszy szczery śmiech w ciągu ostatnich dwu dni. Mówiłem dalej. Kiedy rozrzucam cienki pułap nad twoim schronem, robię to dla twojego dobra. Przecież ja tam siedzieć nie będę. Kiedy udzielam ci nagany za to, że karabin twój jest brudny, robię to dla twojego dobra. Nie ja przecież będę z niego strzelał. Wszystko, czego się od ciebie wymaga, wszystkie rozkazy, które dowódcy tobie wydają - wszystko to robi się dla twego dobra. Czyś zrozumiał wreszcie, co to jest ojczyzna? - Nie, towarzyszu dowódco batalionu. - Ojczyzna - to ty! Zabij tego, kto pragnie zabić ciebie! Dla czyjego to dobra? Dla twojego, żony twojej, twojego ojca i matki, twoich dzieci! Ojczyzna - toś ty sam, twoja rodzina, twoja żona i dzieci. Żołnierze słuchali uważnie. Obok mnie usiadł Dordia. Odrzuciwszy w tył głowę przyglądał mi się i od czasu do czasu mrugał oczyma, gdy płatek śnieżny spadał mu na rzęsy. Niekiedy uśmiechał się mimo woli.

Mówiąc zwracałem się również do niego. Chciałbym, by również on, oficer polityczny Dordia, który podobnie jak inni przygotowywał się do pierwszego boju, upewnił się, że okrutna prawda wojny tkwiła nie w słowie: „umrzyj“, lecz w słowie „zabij“. Nie użyłem wyrazu „instynkt“, ale apelowałem również do niego, do potężnego instynktu samozachowawczego. Starałem się go rozbudzić i zmobilizować w celu zwycięstwa w walce. - Wróg zmierza do tego, by zabić zarówno ciebie, jak i mnie - ciągnąłem dalej. - Pouczam cię, żądam od ciebie: zabij go; umiej zabijać, ponieważ my musimy żyć. I każdy z nas żąda, rozkazuję ci: zabij - bo my chcemy żyć. I ty żądasz od swych towarzyszy, obowiązany jesteś żądać, jeżeli rzeczywiście chcesz żyć - zabij! Obowiązany jesteś żądać od innych, nie dopuść do tego, żeby ciebie zabili, umiej sam zabijać! Słusznie powiedziałeś: Ojczyzna - to Związek Radziecki, Moskwa. Ale prócz tego Ojczyzna - toś ty sam, Ojczyzna - to ja, Ojczyzna - to my wszyscy, nasze rodziny, nasze matki, żony i dzieci. Ojczyzna to nasz naród. Nakazują nam: żyj i zabijaj! Możliwe, że cię mimo to trafi kula, ale przedtem zabij! Wytęp jak najwięcej nieprzyjaciół! Uratujesz w ten sposób życie temu, temu i temu (palcami wskazywałem żołnierzy), życie twych kolegów, z którymi łączy cię wspólny okop i oręż! Ja, wasz dowódca, chcę wypełnić nakaz naszych żon i matek, nakaz naszego narodu, chcę was poprowadzić do boju nie po to, byście polegli, lecz po to, byście żyli! Zrozumieliście? Skończyłem! Dowódco kompanii! Odprowadzić ludzi na stanowiska ogniowe! 6 Rozległa się komenda: „Pierwszy pluton - w dwuszeregu zbiórka“, „drugi pluton - w dwuszeregu zbiórka!...“ Żołnierze zrywali się z miejsc, pędzili do szeregów, stali prosto, jak nakazywał regulamin. Chwiejna linia bagnetów wyrównywała się szybko. Odczuwało się wyraźnie, że są to szeregi bojowe, siła zdyscyplinowana, posłuszna dowódcy. Możliwe, że moje przemówienie było nieco naiwne, ale zdawało mi się w tej chwili, kiedy je wygłaszałem, że udało mi się osiągnąć to, co sobie postawiłem za cel. Nie odstępując od nakazów sumienia, obowiązku czy honoru, ludzie wyzbywali się natarczywej, przygnębiającej myśli: „umrzeć“.

General Panfiłow
1 Przyjechał do nas następnego dnia - trzynastego. Nie spodziewaliśmy się go; przypadek jednak zrządził, że w sztabie właśnie znajdowali się zawezwani przeze mnie dowódcy kompanii. Zbyteczną jest chyba rzeczą opisywać pomieszczenie naszego sztabu. Spójrzcie dokoła: tam, w lesie położonym pod Moskwą, mieściliśmy się tak samo - w schronie w wilgotnej skrzynce z belek, wkopanej w ziemię, w której nie podobna było oprzeć się o ścianę: były one pokryte smołą. We dnie i w nocy paliła się lampa. Z zewnątrz w różnych kierunkach biegły druty telefoniczne, które się tu łączyły jak gdyby zaciśnięte w pięść. Dowódcy kreślili na mapach schematy pól minowych - trzeba tam było w nocy umieścić miny. Dla ruchu kołowego pozostawiono jedynie szosę oraz most koło wsi Nowlanskoje, resztę dróg zaminowano.

Na stole obok lampy leżał duży arkusz papieru rysunkowego, byt na nim nakreślony schemat naszej obrony. Wykonał go szef sztabu Rachimow, który świetnie rysował i kreślił. Zachowałem ten schemat. Może chcecie go obejrzeć? Ładny, co? Nie tylko ładny, lecz również bardzo dokładny. Ta zygzakowata niebieskawa linia - to rzeka Ruza. Linia łamana wzdłuż brzegu - to skop stoku brzegowego, tj. skarpa. Ciemnozieloną barwą znaczone są lasy. Czarne kropki po tamtej stronie - to pola minowe. Płytkie czerwone luki, zwrócone zewnętrzną stroną na zachód - to przedni skraj naszej linii obrony. Różnymi znakami - jak widzicie, są one również czerwone - oznaczono rowy strzeleckie, gniazda karabinów maszynowych, działka przeciwpancerne i działka połowę przydzielone do batalionu. Wyznaczona nam linia była, jak wam wiadomo, bardzo długa: na batalion wypadło siedem kilometrów. Nasz batalion, broniący tej linii, przypominał, jak się potem wyraził Panfiłow, „niteczkę“. Owego dnia - trzynastego października - nawet mi na myśl nie przyszło, że ta oto „niteczka“ będzie w rejonie szosy wołokołamskiej jedyną przeszkodą przegradzającą drogę Niemcom, kiedy rwąc się ku Moskwie wyjdą na „dalekie przedpola“, na nasz skraj obrony. Ale... Dowódcy kompanii siedzieli dokoła lampy, zaznaczając na swoich mapach pola minowe. Toczyła się wesoła rozmowa - o trzynastce. - Mnie osobiście trzynastka przynosi szczęście - mówił lejtenant Krajew, dowódca kompanii ciężkich karabinów maszynowych. - Urodziłem się trzynastego, trzynastego również ożeniłem się. Wszystko, do czego zabieram się trzynastego, udaje mi się, czego zapragnę - ziści się. Miał dziwny sposób wysławiania się. Warczał - i nie zawsze można było się zorientować: czy żartuje, czy mówi poważnie. - Czego na przykład zapragnęliście dzisiaj? - spytał ktoś z obecnych. Wszyscy z zainteresowaniem spojrzeli na szczupłą, o szerokich kościach policzkowych, rozszerzającą się ku dołowi twarz Krajewa. Wiadomo było powszechnie, że ma niepospolitą zdolność „odwalania kawałów“ i wymyślania niestworzonych rzeczy. - Butelki koniaku - warknął i zatrząsł się od głośnego śmiechu. Wszedł szef sztabu Rachimow. Chodził zawsze szybkim krokiem i bezszelestnie - wydawało się, że na nogach ma pantofle filcowe, a nie wysokie buty. Towarzyszu dowódco baonu, wasz rozkaz został wykonany - rzekł zwykłym, spokojnym głosem. Wysłałem go z plutonem konnych zwiadowców na rozpoznanie polecając wyjaśnić, w jakiej odległości od nas toczy się bój. Sztab pułku nie miał w tej sprawie żadnych pewnych danych. Rachimow powrócił niespodziewanie szybko. - Wyjaśniliście? - spytałem. - Tak jest, towarzyszu dowódco baonu. - Meldujcie. - Czy wolno mi będzie złożyć meldunek na piśmie? - powiedział wręczając zapisaną kartkę.

Przeczytałem trzy słowa. „Przed nami Niemcy“. Przejął mnie dreszcz. Czyżby przyszedł czas na nas? Mądry, bardzo mądry jest Rachimow. Dowiedziawszy się od wartownika, że w schronie jestem nie sam - nakreślił - zanim - wszedł - te trzy słowa, by nie wypowiedzieć ich na głos i ani swoim wyglądem, ani tonem nie przestraszyć obecnych, zaskoczonych tą niespodziewaną wiadomością. Rzuciłem wzrokiem na schemat - ujrzałem pola minowe, rzekę z ciągnącym się wzdłuż brzegu skopem stoku, schrony przykryte pułapem z czterema rzędami belek, karabiny maszynowe i działa, i wreszcie ludzi w płaszczach żołnierskich. Spytałem po kazachsku: - Czyś sam widział? - Tak - odpowiedział. - Gdzie? - W odległości dwudziestu do dwudziestu pięciu kilometrów stąd. We wsi Sierieda i w innych wsiach. - Zdaje mi się, Krajew - powiedziałem po rosyjsku - że wasze życzenie się spełni. Przybyło pod waszym adresem wiele flaszek z koniakiem. Wszyscy pytająco spojrzeli na mnie. - I z rumem - mówiłem dalej. - Przed nami są Niemcy. Rachimow, zapoznajcie nas z sytuacją. Rachimowa wysłuchano w milczeniu i tylko Krajew mruknął: - No i cóż, bardzo dobrze... - Cóż w tym dobrego? - spytał ktoś. - A czy stać na jednym miejscu jest lepiej? Za długośmy już stali... Nie pytając o zezwolenie wbiegł do schronu mój ordynans Sinczenko. - Towarzyszu dowódco batalionu, generał... - szepnął głośno - idzie tu. Szybko włożyłem czapkę, doprowadziłem do porządku mundur i wybiegłem na spotkanie. Ale w tej chwili otworzyły się już drzwi... do schronu wszedł dowódca dywizji, generał-major Iwan Wasiljewicz Panfiłow. 2 Stanąłem na baczność i zameldowałem: - Towarzyszu generale! Melduję: batalion zajęty jest umocnienieniem skraju obrony. Dowódcy kompanii przerysowują schemat pól minowych. Melduje dowódca batalionu, starszy lejtenant Baurdżan Momysz-Uły. Panfiłow zapytał: - Gzy były jakieś nadzwyczajne wypadki?

„Wie“ - przemknęło mi przez głowę. Odpowiedziałem: - Tak jest, towarzyszu generale. Tchórz, który sam siebie zranił w rękę, został rozstrzelany przed frontem batalionu. - Dlaczegoście go nie oddali pod sąd? Zacząłem nerwowo tłumaczyć, dlaczego tak postąpiłem. Mówiłem, że w innych okolicznościach byłbym go oddał pod sąd. Ale w tym wypadku trzeba było zareagować niezwłocznie, wobec czego wziąłem na siebie odpowiedzialność. Panfiłow nie przerywał mi. Widziałem go po raz pierwszy w krótkim kożuszku. Miękki, biały kożuszek z juchty pachniał z lekka i przyjemnie dziegciem. Zrobiony nie na miarę, był na niego za szeroki, ale już się ułożył na figurze, uwydatniając zapadłą pierś przepasaną pasem koalicyjnym i przygarbione plecy. Słuchając nie patrzył na mnie i pochylił swą pomarszczoną szyję. Zdawało mi się, że nie aprobuje mego postępowania. - Rozstrzelaliście osobiście? - spytał. - Nie, towarzyszu generale... Rozstrzelała drużyna, którą dowodził. Ale ja wydałem rozkaz... Panfiłow uniósł głowę. Gęste brwi nad maleńkimi, z lekka skośnymi oczami były ściągnięte. - Uczyniliście słusznie - powiedział. Po namyśle powtórzył. - Słusznie uczyniliście, towarzyszu MomyszUły. Złóżcie raport na piśmie. Dopiero teraz, zdaje się, zauważył, że wszyscy dokoła stoją. - Siadajcie, towarzysze, siadajcie - powiedział. Odpiął pas i zaczął zdejmować kożuszek. W sukiennej bluzie, przyozdobionej ledwo dostrzegalnymi gwiazdkami koloru ochronnego, jeszcze wyraźniej uwydatniały się jego przygarbione plecy. - Zimnawo tu jednak u was, towarzyszu Momysz-Uły... Dlaczego w piecyku nie palicie? I gorącej herbaty pewnie też nie ma? Podszedł do żelaznego piecyka, dotknął ręką zimnej rury, zajrzał za piec, jak gdyby tam czegoś szukał. Zobaczył siekierę, przykucnął i zręcznie lekkimi, lecz umiejętnymi uderzeniami zaczął rozłupywać polano na drobne kawałki. Podbiegł do niego Rachimow. - Towarzyszu generale, proszę pozwolić, ja... - A po co? Lubię to zajęcie... Innym razem będziecie oczywiście sami musieli zatroszczyć się o swego dowódcę. Taki już miał zwyczaj Panfiłow - częstokroć udzielał nagany nie wprost, lecz za pomocą, że tak powiem, uderzenia flankowego. Nigdy nie widziałem, by ktoś układał polana tak jak Panfiłow. Niektóre większe „ważył“ najpierw w ręku. Jedno polano włożył do pieca, ale zawahał się i wyciągnął je z powrotem. Nie wiem, jesteście być może zdania, że generałowi nie przystało wahać się nawet wówczas, gdy pali w piecu. Ale kiedy Panfiłow podłożył kory brzozowej i zapalił zapałkę, w piecu od razu zatrzeszczało.

Chwilę jeszcze siedział przy piecu. Czerwone błyski mieniły się na jego pięćdziesięcioletniej twarzy, pokrytej zmarszczkami, lecz nie zdradzającej zmęczenia. - No tak - powiedział wstając - tak jest jakoś weselej. - Czy skończyliście, towarzyszu Momysz-Uły? - Tak jest, towarzyszu generale. Podałem mu krótki raport. Przeczytał go, stojąc przy lampie, położył papier na stole, zanurzył pióro w atramencie i westchnąwszy napisał: „Akceptuję“. 3 Na stole, jak wiecie, leżał świetnie wykonany schemat naszych pozycji obronnych. Panfiłow odsunął raport i długo przyglądał się schematowi. - Zakorkowaliście się, jak widzę, nieźle - powiedział. - Potem przejdę się z wami, towarzyszu Momysz-Uły, chcę to wszystko zobaczyć w terenie... Zwrócił się do dowódców: - Czy znacie sytuację, towarzysze? Wyciągnął z torby polowej mapę - już nieco zniszczoną i wytartą na zgięciach, rozwinął ją i położył na schemacie. - Proszę, towarzysze, bliżej - powiedział. - Nieprzyjaciel przedarł się tu i tu... Wskazał na mapie kilka miejscowości w pobliżu Wiaźmy. Spojrzał na otaczających go dowódców: czy aby wszyscy widzą to, co pokazuje na mapie, czy wszyscy go zrozumieli, po czym mówił dalej: - Wojska nasze walczą w rejonie Gżacka i Syczewki... Oto główne ośrodki oporu. Nie zatemperowanym końcem ołówka nakreślił lekko w różnych miejscach mapy kilka nieforemnych, nierównych półokrągłych linii. Potem znów spojrzał na swych słuchaczy. - Sądziliście, być może - powiedział kładąc ołówek - że ci „wojacy“, którzy w ostatnich dniach przechodzili tędy, to właśnie nasze wojsko? Uśmiechnął się i od małych jego oczu pobiegły, niby gęsie łapki, drobne zmarszczki. Nikt nie miał odwagi potwierdzić, tylko Krajew kiwnął głową. - Przyznajcie się, sądziliście tak? Nikt nie odpowiedział. Panfiłow poruszył sprawę, która legła jak zmora ciężarem na ich sercach. - Nie, towarzysze. Armia walczy. Czy Niemcy pozwoliliby siedzieć nam tutaj tak długo, gdyby nie walczyły z nimi nasze formacje? Teraz nieprzyjaciel dotarł do naszej linii obrony, ale są to tylko niewielkie oddziały... Nasze wojska, które walczą na tyłach wroga, paraliżują jego ruchy. Dywizja ma bardzo długi pas do obrony, lecz... Panfiłow zamilkł. - Do naszej dywizji przydzielono kilka pułków artylerii przeciwpancernej. Liczby ich nie wymienię. Jest to rezerwa artylerii naczelnego dowództwa.

Panfiłow znów wziął do ręki ołówek i zaczął przyglądać się mapie. Jego głowa o krótko ostrzyżonych włosach, wśród których, jak się zdawało, czarnych było tyle co i siwych - pochyliła się nad mapą. Oczy, którymi oglądał znaki topograficzne, zmrużyły się, jak gdyby usiłował dostrzec coś niewyraźnego. - Na czym polega obecnie nasze zadanie? - cichym głosem spytał jak gdyby samego siebie. - Polega ono na tym, by uraczyć Niemców tą artylerią tam, gdzie spróbują nam zadać główny cios. Jeżeli główny cios spróbują zadać tu, na waszym odcinku, wówczas wesprze was rezerwa artylerii naczelnego dowództwa. Możecie, towarzysze dowódcy, zakomunikować to swoim żołnierzom. Zresztą, ile czasu potrzebujecie, towarzyszu Momysz-Uły, by zebrać batalion? - Na alarm, towarzyszu generale? - Nie, po co na alarm? Czy wystarczy godzina? - Tak jest, towarzyszu generale... Przyjeżdżając do nas, Panfiłow po sprawdzeniu gotowości bojowej rozmawiał zazwyczaj z żołnierzami. Teraz jednak wyjął zegarek, potarł kciukiem szkło i rzekł: - Nie trzeba zwoływać batalionu, towarzyszu Momysz-Uły. Nie mogę, mój kontroler nie pozwala i wskazał na zegarek. - Tak więc, towarzysze dowódcy, zaczniemy wojować... Podejdą łotry położymy ich trupem. Jeszcze raz podejdą - znowu położymy trupem. Będziemy ich przepuszczali jakby przez młynek. Panfiłow wstał - wszyscy natychmiast wstali. - Jak przez młynek... Panfiłow powtórzył te słowa, które wypowiedział Stalin, i jak gdyby przysłuchując się ich dźwiękowi uśmiechnął się. - Czy zrozumieliście mnie, towarzysze? Kończąc rozmowę Panfiłow prawie zawsze zadawał to pytanie i przyglądał się uważnie twarzom swych rozmówców. - A teraz... Teraz byłoby dobrze wypić szklankę herbaty. Zdaje się, że była o tym mowa? Zawołałem: - Sinczenko! Samowar! Biegiem! - Ho-ho, zaopatrzyliście się nawet w samowar? Widzę, towarzyszu dowódco batalionu, że zaczynacie się orientować w sprawach wojennych... Wszyscy się uśmiechnęli. Panfiłow zarażał swą pewną postawą, która nie miała w sobie nic sztucznego i którą nie afiszował się. Pożegnał się z dowódcami, złożył i schował mapę. Na stole znów leżał barwny arkusz z pięknie naszkicowanym schematem naszych pozycji obronnych. Panfiłow znowu przyglądał mu się ze dwie, trzy minuty i nic nie mówił. Wbiegł Sinczenko niosąc buchający parą samowar. - Wolnego, wolnego - powiedział Panfiłow. - Po co biec z samowarem w rękach?

- Po to jest wojna, towarzyszu generale - odpowiedział Sinczenko. - Żeby biegać? Sinczenko zwinnie postawił samowar na stole. - Biegam z obrachunkiem. Odpowiedź spodobała się Panfiłowi. - Nieźle, nieźle - rzekł. - Ale teraz, towarzyszu, trzeba będzie wojować nie tylko z obrachunkiem. - Az czym, towarzyszu generale? - Z potrójnym obrachunkiem - Panfiłow roześmiał się. - Czy nie macie zielonej herbaty cegiełkowej? Panfiłow długie lata mieszkał w Azji Środkowej i przyzwyczaił się do tej herbaty. - Nie mamy, towarzyszu generale. - Szkoda... Ano, pokażcie, co zaparzyliście? Sinczenko podał napoczętą paczkę. Panfiłow spojrzał na opakowanie, powąchał: - Niezła... Trochę wywietrzała. Przydałoby się, towarzyszu, pudełko... Dajcie czajnik, ja się tym zajmę. Dwukrotnie wypłukał wrzątkiem mały biały czajnik, wrzucił szczyptę herbaty, dodał jeszcze, po czym bez wody postawił na ogień. - Niech się zagrzeje - rzekł. Przed nami byli Niemcy, za nami - Moskwa, Panfiłow zaś na przednim skraju smakowicie i ze znawstwem zaparzał herbatę. - Schematu, towarzyszu Momysz-Uły, nie chowajcie - powiedział Panfiłow - razem go obejrzymy... Czemuż to jesteście smutni, towarzyszu? Panfiłow powiedział to łagodnym tonem; ale ja ledwo nie upadłem, jak gdyby uderzył mnie tym pytaniem. Przecież dopiero wczoraj zadałem to pytanie jednemu ze swoich żołnierzy. Czyżbym ja robił takie samo wrażenie, jakie wczoraj zrobili na mnie moi żołnierze? - Co was, towarzyszu Momysz-Uły, niepokoi? Nie wstawajcie. Siedźcie, proszę, siedźcie... - Widzicie, towarzyszu generale... - W tonie, jakim to powiedziałem, stwierdziłem z przykrością nutę niepewności, tę samą nutę, którą kleszczami wyciągałem z innych. - Powiedzcie mi, towarzyszu generale, czy batalion rzeczywiście będzie musiał bronić siedmiokilometrowego odcinka? - Nie... Kilka chwil Panfiłow milczał. Przymrużył oczy i uśmiechnął się. - Nie... Dziś jeszcze zabiorę wam jedną kompanię waszego pułku... Potem, być może, zabiorę jeszcze jedną... Tak więc, towarzyszu Momysz-Uły, będziecie musieli zaopiekować się jeszcze jednym, może półtora kilometrem...

- Jeszcze kilometrem? - A cóż robić, towarzyszu Momysz-Uły? Poradźcie. Panfiłow powiedział to bez krzty ironii i wraz ze stołkiem przysunął się do mnie - żywo, jak zawsze, jak gdybym ja, starszy lejtenant, mógł rzeczywiście udzielić jakiejkolwiek rady jemu, generałowi. - Więc cóż robić? - powtórzył. - Przecież jesteśmy niteczką. Przerwać tę niteczkę nietrudno... A jeżeli przerwie gdzieś... Na pewno przerwie. Cóż dalej? W oczekiwaniu odpowiedzi przyjrzał mi się z zaciekawieniem. Milczałem. - Otóż właśnie, ze względu na to „dalej“ zabieram kompanię... Nieostrożnie? Spytał tak, jak gdybym ja to powiedział. Ale ja słuchałem nie otwierając ust. - Teraz nie można być ostrożnym... Teraz trzeba być - znów chytrze zmrużył oczy - po trzykroć ostrożnym... Wtedy, przypuszczam, będziemy mogli na tym odcinku na drodze do Wołokołamska przytrzymać go z miesiąc... - Na drodze do Wołokołamska? Cofać się, towarzyszu generale? - Sądzę, że nie będzie można siedzieć na jednym miejscu. Trzeba działać tak, by wszędzie, gdzie się przedrze, miał przeciwko sobie nasze wojska. Rozumiecie mnie? - Rozumiem, towarzyszu generale. Generał wstał, podszedł do samowaru, nalał do czajniczka wrzątku, postawił z powrotem na ogień i wrócił. Stojąc pochylił się nad szkicem i znów, jak poprzednio, powiedział: - Zakorkowaliście się mocno. W tonie, jakim to powiedział, nie czuło się aprobaty. - Jakoś bardzo ciasno. Czy nie pozostawiliście tu zbyt mało przejść? - I wziąwszy ołówek wskazał na pola minowe. - Czy nie zamknęliście tu, towarzyszu Momysz-Uły, samego siebie? - Ale to przecież przed nami, towarzyszu generale - odpowiedziałem zdziwiony. - Otóż właśnie, że przed... Nie można się ruszyć, ciasno... Pomyślałem sobie: „ciasno“? Na moich siedmiu kilometrach ciasno? Co on mówi? Nie naciskając na ołówek Panfiłow cienkimi liniami nakreślił kilka przejść przez zapory minowe. Wciąż jeszcze nie rozumiałem, w jakim celu. A tymczasem Panfiłow lekkim dotknięciem zwykłego czarnego ołówka - innego ołówka nie lubił - narysował strzałkę, która przekreśliła piękny schemat naszej linii obronnej, biegła naprzód, w kierunku ugrupowania wojsk niemieckich. Nie mogłem pojąć, czego on właściwie chce. Abyśmy - siedmiuset ludzi, którzy zajmują siedmiokilometrowy odcinek frontu - przeszli do natarcia, zaatakowali gromadzące się wojska niemieckie? I to po udzielonej przez niego informacji, że zabierze mi kompanię, że batalion będzie musiał obsadzić jeszcze jeden do półtora kilometra; po oświadczeniu, że trzeba być po trzykroć

„wyrachowanym“ i ostrożnym? Po słowach: „Na drodze do Wołokołamska?“ I cóż to ma być? Rozkaz? - Gdybym był w waszej sytuacji - powiedział cieniując z lekka strzałkę .- pomyślałbym o tym... Narysował krzywą, która od ostrza strzałki biegła z powrotem w kierunku skraju naszej obrony i spojrzał na mnie. - Pomyślałbym. A na waszym obrazku nie widzę nawet cienia myśli o tym... Panfiłow wyjął zegarek i zwrócił się w stronę samowaru. - Ten pan również ma swoje wymagania... Wypijemy po szklance herbaty i pójdziemy... - Czy przenocujecie u nas, towarzyszu generale? - spytał Sinczenko. - Nie, towarzyszu... Teraz nie ma czasu na nocowanie. I w nocy teraz trzeba czuwać jak we dnie... Uśmiechnął się, wziął czajnik, zdjął pokrywkę, powąchał i rzekł: - Teraz to jest napój, jak się należy... Podał mi szklankę i figlarnie przymrużył oczy. - A przecież dziś mamy niewielki jubileusz... Nasza dywizja ukończyła dziś dokładnie trzy miesiące... Należałoby urządzić obchód, jak się patrzy, ale... Zdążymy jeszcze... I minęło dokładnie trzy miesiące od chwili, kiedyśmy się z wami, towarzyszu Momysz-Uły, spotkali po raz pierwszy... Czy pamiętacie, jak chwacko przemaszerowaliście wówczas przede mną? I znów się uśmiechnął.

Trzy miesiące temu
1 Tak, pamiętałem. Było to trzy miesiące temu, 13 lipca 1941 roku. Przechodziłem przez podwórze Komisariatu Wojskowego Kazachstanu, gdzie pracowałem jako instruktor. Patrzę, pośrodku podwórza stoi niewysoki, nieco zgarbiony człowiek w generalskim mundurze w towarzystwie dwóch majorów. Generał stał odwrócony z założonymi w tył rękami, nogi miał z lekka rozstawione. Twarz, którą widziałem tylko z profilu, wydała mi się bardzo śniada, prawie taka jak moja. Pochylił głowę przysłuchując się, co mu mówił jeden z majorów. Zza wysokiego generalskiego kołnierza wyglądała opalona na brąz, poorana głębokimi zmarszczkami szyja. Z racji swego stanowiska artylerzysty nosiłem ostrogi i - muszę przyznać się do tej słabości - nie zwykłe, lecz posrebrzane, wydające przyjemny dźwięk. Mijając generała przemaszerowałem przed nim równym krokiem. Odbijałem: raz - dzyń; dwa - dzyń! Generał odwrócił się, spojrzał w moją stronę i odsalutował. Twarz miał młodszą od szyi. W wąsach przystrzyżonych po angielsku - w postaci dwu małych kwadratów - nie było siwych włosów. Ostro występowały kości policzkowe. W jego przymrużonych wąskich i lekko skośnych oczach było coś mongolskiego.

Pomyślałem sobie - zapewne Tatar. Zaciekawiony, przeczuwając coś niezwykłego, wszedłem do pokoju, gdzie wraz z kilkoma współpracownikami załatwiałem mało interesujące mnie wówczas sprawy. Zapytałem towarzyszy: „Co to za generał? Po co przyszedł do nas?“ Powiedziano mi, że jest to generał Panfiłow, komisarz wojskowy Kirgizji. - Czy wiecie, kto to jest wojskowy komisarz republiki? Jest to kierownik komisariatu wojskowego instytucji radzieckiej, zajmujący się ewidencją osób, podlegających obowiązkowi służby wojskowej, mobilizacją, przysposobieniem wojskowym młodzieży w wieku przedpoborowym. Między naszymi dwoma Komisariatami Wojskowymi - Kirgizji i Kazachstanu - istniała umowa o współzawodnictwie socjalistycznym. Raz lub dwa razy do roku zawieraliśmy nową umowę. Sądzono powszechnie, że właśnie w związku z tym przyjechał generał Panfiłow. Usiadłem przy stole, wziąłem teczkę i zajrzałem do niej. Przypominam sobie, że tego dnia układałem plan komsomolskiego biegu na przełaj. Była to oczywiście rzecz potrzebna i pożyteczna, możecie sami wybrać odpowiednie określenie, ale... Ale praca nad tym jakoś mnie nie zadowalała. Prawie miesiąc temu rozpoczęła się wojna, gazety podawały coraz nowe kierunki działań, wymieniały coraz nowe miasta zdobyte przez nieprzyjaciela, ja zaś, starszy lejtenant Armii Czerwonej, siedziałem w AłmaAcie, w odległości trzech tysięcy kilometrów od frontu, i układałem plan komsomolskiego biegu na przełaj. Źle! Bardzo źle, Baurdżanie! 2 Otworzyły się drzwi i wszedł generał w towarzystwie obydwu majorów. Wstaliśmy. - Siądźcie, proszę, siądźcie - powiedział generał. - Dzień dobry... Po przywitaniu usiedliśmy. - Który z was jest starszym lejtenantem Momysz-Uły? - spytał generał. Cóż to znaczy? Dlaczego generał pyta o mnie? Zdenerwowany wstałem z miejsca. Generał uśmiechnął się. Miał grube wargi i okrągły rosyjski nos pomiędzy wystającymi mongolskimi kośćmi policzkowymi. - Proszę, siądźcie, towarzyszu Momysz-Uły, siądźcie. Mówił nieco ochrypłym, cichym głosem. Podszedł do mnie, przysunął krzesło, usiadł, zdjął generalską czapkę z czerwonym otokiem i położył ją na stole. Czarne, krótko ostrzyżone włosy były mocno przyprószone siwizną. W całej jego postaci, w jego twarzy, w sposobie mówienia nie było, zdaje się, nic władczego. Tylko brwi mocno zarysowane, tworzące jakby linię łamaną, prawie pod kątem prostym, przeczyły temu. Siwizna nie dotknęła jego brwi i wąsów. - A więc zapoznajmy się - powiedział - jestem Panfiłow, Iwan Wasiljewicz. Czy wiecie, że tu u nas w Ałma-Acie formuje się nowa dywizja? - Nie wiem.

- Otóż... dowódcą dywizji mianowano mnie. Z rozkazu dowództwa Środkowo-Azjatyckiego Okręgu Wojskowego przydzielono was do mojej dywizji na stanowisko dowódcy batalionu. Wyjął rozkaz i doręczył mi go. - Rozmieściliśmy się tymczasem, towarzyszu Momysz-Uły, w domu Armii Czerwonej. Przekażcie komuś wasze sprawy i przyjdźcie. Wstał, skinął wszystkim głową na pożegnanie i skierował się do wyjścia. Szedł lekko, jak gdyby był o wiele młodszy niż w rzeczywistości. W drzwiach generał zatrzymał się, odwrócił, wyjął zegarek, spojrzał i pogładził kciukiem szkło. - Proszę mi powiedzieć, towarzyszu Momysz-Uły, ile potrzebujecie czasu, by przekazać wasze sprawy? - Niewiele. Mogę się stawić za dwie godziny. Pomyślał. - Nie, nie trzeba. Jesteście żonaci? - Tak jest. - A więc... pożegnajcie się dziś z rodziną i przyjdźcie do mnie jutro o dwunastej. Schował zegarek i wyszedł. 3 Nazajutrz, za pięć dwunasta, wchodziłem po szerokich schodach do przedsionka domu Armii Czerwonej. Przed domem nie było warty. Wewnątrz nie spotkałem również ani jednego wojskowego. Nowa dywizja nie miała jeszcze, jak widać, sztabu. Woźny wskazał mi pokój, w którym mieszkał generał. Zapukałem. Poznałem ochrypły głos generała i wszedłem. Mały, zgarbiony, z głową wciśniętą w ramiona, generał siedział przy dużym biurku i przeglądał jakieś papiery. Potem często spotykałem się z Panfiłowem, ale tylko wtedy widziałem go zajętego papierami. Jedynym papierem, z którym później, pod Moskwą, nigdy się nie rozstawał, była mapa sztabowa. I teraz leżała przed nim mapa. Poznałem ją od razu: był to plan miasta i okolic Ałma-Aty. Na mapie leżał zegarek z odpiętym rzemykiem. Generał spojrzał na zegarek, szybko wstał, odsunął ciężki fotel i wyszedł zza biurka. Uderzyły mnie jego energiczne ruchy, zupełnie nie odpowiadające wiekowi. Miałem wrażenie, że cieszy go możliwość oderwania się od papierów. Rozmawialiśmy stojąc. Panfiłow przechadzał się po pokoju, przystawał przede mną z założonymi w tył rękami. Jak się później przekonałem, była to jego ulubiona poza. - Otóż - rozpoczął - dywizji, towarzyszu Momysz-Uły, nie ma jeszcze. Nie ma ani sztabu, ani pułków, ani batalionów. A zatem nie macie kim dowodzić. Ale wszystko to będzie, sformujemy wszystko. A tymczasem będziecie mi musieli pomóc. Chcę się was poradzić... Jak sądzicie, gdzie można by szybko pobielić kotły?

Zauważył widocznie w moich oczach zdziwienie i powiedział: - Nasza dywizja będzie jakby dywizją pospolitego ruszenia: zostaje sformowana ponad plan. Na nowy ekwipunek nie ma co liczyć. Nie zażądamy go nawet. Powiedziałem, że spółdzielnia w Ałma-Acie ma w mieście szereg drobnych warsztatów. - A kto nimi kieruje? - spytał żywo. - Znacie go? Co to za człowiek? Pytał i słuchał z zaciekawieniem. Musiałem odpowiedzieć na wiele innych, przeważnie tego rodzaju pytań, przy czym nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Panfiłow interesuje się sprawami, którymi, zdawałoby się, nie wypada interesować się generałowi. Ale generał był widocznie innego zdania. Pod koniec rozmowy, wręczając mi arkusz papieru, dał polecenie: - Macie tu spis adresów lokali - powiedział - w których zamierzam urządzić punkty formowania jednostek dywizji. Trzeba te lokale obejrzeć i sprawdzić, czy się nadają. Trzeba obejrzeć podwórza czy będzie można tam ćwiczyć. Trzeba sprawdzić, czy są kuchnie, kotły itd. Oddając mi spis, spojrzał na mnie i powiedział: - Czy zrozumieliście mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Spojrzał na zegarek. - Ile czasu potrzebujecie, by wykonać polecenie? - Do wieczora, towarzyszu generale. Zmarszczył brwi z niezadowoleniem. - Co znaczy do wieczora? - Do godziny szóstej, towarzyszu generale. Pomyślał: - Do szóstej... Nie... Zameldujcie mi o wykonaniu polecenia o godzinie ósmej. 4 Mijały dni, byłem wciąż zajęty załatwianiem drobnych poleceń generała. A tymczasem rodziła się, powstawała do życia dywizja, przybywali dowódcy. Pewnego razu, po wyjściu od Panfiłowa, spotkałem pułkownika artylerii. Miał długie nogi i pociągłą twarz ze zmarszczkami koło ust. Ustąpiłem mu w przejściu. Pułkownik spojrzał na moje patki i stanął. - Artylerzysta? - spytał. - Tak jest, towarzyszu pułkowniku. - Do mojej dyspozycji? - Nie wiem. Wyznaczony zostałem na stanowisko dowódcy batalionu.

- W piechocie? Jak to? Pójdziemy do generała. W toku rozmowy u generała dowiedziałem się, że porywczy pułkownik był to przybyły przed chwilą dowódca pułku artylerii naszej dywizji. - Proszę, towarzyszu generale, skierować go do mojej dyspozycji. Niech od razu, dzisiaj, przyjmie dyon. Panfiłow zwrócił się do mnie: - A cóż wy, towarzyszu Momysz-Uły, o tym sądzicie? Czy dacie sobie radę z dyonem? - Nie, towarzyszu generale, nie dam rady. Panfiłow usiadł wygodniej. W przymrużonych, o mongolskim typie oczach widać było zaciekawienie. Była to jedna z cech mu właściwych: niezgaszona, nieosłabiona przez wiek, zadziwiająca w jego latach - ciekawość. Zdawało się, oczekiwał z zainteresowaniem, co powie na to pułkownik. - Jak to, nie dacie sobie rady? - gniewnie zapytał pułkownik. Dowodziliście baterią? - Tak jest. - A więc doskonale... Albo może mam postawić zamiast was na dyon majora? Może oficera dyplomowanego? Takich ani jednego nam nie przyślą. Proszę, towarzyszu generale, uznać tę sprawę za przesądzoną i załatwioną. Na to z pełnym szacunkiem, lecz stanowczo powiedziałem: - Towarzyszu generale! Uważam za swój obowiązek powiedzieć uczciwie: z dyonem nie dam sobie rady, brak mi wykształcenia. Czy wiecie, kto ponosi winę za mój ówczesny upór? Profesor Diakonow, który prawdopodobnie nawet nie wie o moim istnieniu. Autor kapitalnej pracy „Teoria ognia artyleryjskiego“ w trzech tomach, człowiek, którego uwielbiają wszyscy artylerzyści składając mu hołd za jego uczoność. Nie znam wyższej matematyki, ukończyłem po szkole średniej tylko dziewięciomiesięczne kursy artyleryjskie, toteż nie dałem sobie rady, nie opanowałem tej pracy. Cóż ze mnie za dowódca dyonu, jakże będę kierował ogniem baterii, jeśli nie potrafię obliczyć wystrzału według Diakonowa ani wykonać dokładnie „salwy diakonowskiej“? W późniejszym dopiero czasie, obserwując na wojnie artylerię i artylerzystów zrozumiałem, że rację miał jednak pułkownik. Wojna to najlepsza akademia. Walcząc na wojnie, po pewnym czasie, dowodziłem niegorzej od innych i nie zrobiłbym wstydu artylerii. - Czegóż wy chcecie? - spytał pułkownik. - Baterii - rzekłem. - Co znowu! Mam młodszych lejtenantów na stanowiskach dowódców baterii. Czy chcecie pójść do sztabu na pomocnika szefa sztabu? Wymknęło mi się: - Broń Boże! Generał, który z zainteresowaniem słuchał naszej rozmowy, roześmiał się.

- Nie macie racji, towarzyszu Momysz-Uły... Sztab to niekoniecznie papiery. I niekoniecznie czerwony ołówek... - Jaki czerwony ołówek? - spytał pułkownik. - Zdaje mi się, że to dotyczy i was, pułkowniku - żartobliwie powiedział Panfiłow. - Później wam opowiem. Następnie już poważnie dodał: - Rozważę to. Możecie odejść, towarzyszu Momysz-Uły. Dalszy ciąg nastąpił tej samej nocy. 5 Tego wieczora byłem oficerem inspekcyjnym sztabu. Panfiłow pracował do późna w nocy. Nie tylko na froncie pod Moskwą, lecz również w Ałma-Acie sypiał niewiele - cztery do pięciu godzin na dobę. Jak zwykle stale wzywał do siebie dowódców. Rodziła się dywizja. W szkołach, które latem stały pustkami, urządziliśmy nasze punkty formowania jednostek dywizji. Ściągali tam wówczas powołani do służby wojskowej, z tłumoczkami i walizkami mieszkańcy miasta i okolicznych kołchozów. Byli to często ludzie już niemłodzi, w wieku trzydziestu, trzydziestu pięciu lat, którzy przeważnie nigdy przedtem w wojsku nie służyli. Jakimi ludźmi w średnim wieku, z cenzusem, którzy w komisariatach wojskowych znajdują się zazwyczaj na specjalnej liście „pozawojskowej“, uzupełniał Kazachstan swoją dywizję, formującą się ponad plan, podobnie jak jednostki pospolitego ruszenia. O tej godzinie przyszli panfiłowcy spali. W dużym murowanym domu zapanowała wreszcie cisza. Skrzypnęły drzwi, w korytarzu rozległy się kroki. Wstałem, poprawiłem mundur, gdyż poznałem generała po chodzie. Zajrzał przez otwarte drzwi. - Jesteście tu, towarzyszu Momysz-Uły? Macie służbę? - Panfiłow trzymał ręcznik. Był bez generalskiego munduru. Miał na sobie białą nocną koszulę, odsłaniającą pierś. Twarz zdradzała zmęczenie. Spojrzał na mnie, wszedł do pokoju i odłożył ręcznik. W pokoju było pełno dymu. Panfiłow otworzył okno i usiadł na parapecie. - Myślałem o was, towarzyszu Momysz-Uły, wiele myślałem - powiedział. - Poradźcie mi, co mam z wami zrobić. - Towarzyszu generale, pójdę tam, gdzie mi rozkażą. Ale jeśli pytacie o moje zdanie... - A więc, jeśli pytam o wasze zdanie... - ...to ja bym prosił, towarzyszu generale, o powierzenie mi nie dyonu, lecz baterii lub batalionu. - Batalion? Dowodzić batalionem - to rzecz niełatwa - mówił dalej, jak gdyby kontynuując rozpoczętą poprzednio rozmowę - nie, niełatwa... Czy interesowaliście się kiedyś taktyką ogólną? Czytaliście coś na ten temat? Wymieniłem kilka książek. - A bój odwrotowy? Czyście się tym interesowali?

- Nie, towarzyszu generale. - To niełatwo wam będzie dowodzić batalionem - powtórzył Panfiłow. - Możliwe - rąbnąłem. - Ale umrzeć potrafię z honorem, towarzyszu generale. - Razem z batalionem? - Razem z batalionem. Panfiłow roześmiał się nagle. - Bardzo dziękuję za takiego dowódcę... Nie, towarzyszu Momysz-Uły, spróbujcie stoczyć na czele batalionu dziesięć bitew, dwadzieścia bitew, trzydzieści bitew i zachować batalion. Wtedy żołnierz będzie wam wdzięczny. Zeskoczył z parapetu i usiadł obok mnie na kanapie. - Sam jestem żołnierzem... Żołnierz nie chce umierać. Idzie do boju po to, by żyć, a nie umrzeć. I dowódców potrzebuje właśnie takich... A wy z łatwością powiadacie „umrę wraz z batalionem“... W batalionie, towarzyszu Momysz-Uły, jest siedmiuset żołnierzy... Jakże mogą wam ich powierzyć? Milczałem. Milczał również Panfiłow przyglądając mi się uważnie. Wreszcie powiedział: - Cóż wy na to, towarzyszu Momysz-Uły? Czy podejmujecie się poprowadzić ludzi w bój nie po to, by umrzeć, lecz po to, by żyć? - Podejmuję się, towarzyszu generale. - Świetnie odpowiedzieliście, jak przystało na żołnierza... A czy wiecie, co trzeba w tym celu zrobić? - Pozwólcie, towarzyszu generale, że was poproszę, abyście sami mi to powiedzieli. - Chytra bestia... Chytra... Po pierwsze, towarzyszu Momysz-Uły - i uderzył się w czoło - powiem wam poufnie - żartobliwie szepnął generał - na wojnie także spotyka się głupców. Po czym przestał się uśmiechać i ciągnął: - Oprócz tego potrzebna jest jeszcze jedna ważna rzecz... Bardzo ważna i okrutna. Dyscyplina! 6 Jeszcze kilka dni pozostałem w sztabie wykonując polecenia generała. Przyglądając mu się zrozumiałem, jak kieruje dywizją ten na pozór łagodny człowiek. Nie zawsze jednak był łagodny. Pewnego razu zauważyłem, jak oficer sztabowy, który przyzwyczaił się widocznie do stałego: „Siądźcie, proszę, siądźcie“, wszedł do Panfiłowa i usiadł bez zaproszenia. - Proszę wstać! - powiedział ostro Panfiłow. - Wyjdźcie z pokoju, pomyślcie sobie trochę za drzwiami, potem wrócicie. Wkrótce spostrzegłem, że w każdej sprawie uciekał się do pomocy wiernego towarzysza, małego dokładnego mechanizmu - zegarka kieszonkowego. Panfiłow zawsze zadawał pytanie: - Ile czasu potrzebujecie na to?

Po otrzymaniu odpowiedzi zwykle myślał. Później sam wyznaczał potrzebny okres czasu, niekiedy skracając, ale przeważnie przedłużając go w porównaniu z tym, jaki mu wymieniono. I nigdy nie zapomniał sprawdzić, czy wykonano jego polecenie w oznaczonym terminie. Byłem pewnego razu świadkiem, jak zwymyślał dowódcę, który nie wykonał polecenia na czas. - Jesteście oficerem niesumiennym, niezdyscyplinowanym. Znam was zaledwie kilka dni, ale, niestety, przekonałem się, że okazaliście się człowiekiem leniwym. Ściągnął swe dziwne brwi i wydało się, że załamują się pod bardziej ostrym kątem niż zazwyczaj. Nie krzyczał, tylko mówił trochę głośniej i nieco dobitniej niż zwykle. Miało to taki skutek, że człowiekowi robiło się szczególnie ciężko na sercu. Utkwił mi w pamięci pewien drobny fakt. Z polecenia generała odebrałem i przewiozłem do magazynu wraz z grupą czerwonoarmistów pierwszy moździerz przysłany do dywizji Panfiłow wyraził chęć obejrzenia moździerza. Krzyknąłem przez okno pomagającemu mi żołnierzowi: - Przynieście z magazynu moździerz! Za pięć minut bądźcie tu! Odwróciłem się i ujrzałem Panfiłowa, który zmrużywszy oczy patrzył na mnie takim samym ironicznym spojrzeniem, jakie raz już zmusiło mnie do zaczerwienienia się. - Za pięć minut, towarzyszu Momysz-Uły - powiedział generał - nie zdąży wrócić. Panfiłow nic więcej nie powiedział. Ale byłem zdumiony tą jego prostą uwagą. Ileż to razy nie zastanawiając się mówiłem: „Za pięć minut!“ Ale Panfiłow zastanawiał się.

Koń „Łysek“ i „końska historia“
1 Nadszedł wreszcie dzień, w którym pożegnawszy się z generałem wyjechałem, by objąć dowództwo nad batalionem. Ale przedtem zdarzył się pewien wypadek, który muszę opowiedzieć Dla przejażdżek po mieście brałem konia ze sztabu dywizji. By; to ładny, rosły koń - Łysek, bardzo silnie reagujący na ruch cugli. W ciągu półtora tygodnia mego pobytu w sztabie nauczyłem go bardzo wielu rzeczy. Ale do batalionu, już przeniesionego za miasto do stanicy Tałgar w odległości dwudziestu pięciu kilometrów od Ałma-Aty, miałem pojechać samochodem, który szedł właśnie w tamtą stronę. Wstałem rano o godzinie piątej, kiedy w sztabie panowała jeszcze zupełna cisza, i wyszedłem na podwórze. Samochód spóźnił się. Chciałem na pożegnanie odwiedzić Łyska. W stajni poklepałem go i pogłaskałem. Miękkim pyskiem szukał mojej dłoni, gdyż przywykł, że za posłuszeństwo dawałem mu kawałek chleba lub cukru. Ale teraz nic nie dałem Łyskowi, nie było za co... Zaczął uderzać przednimi nogami jak przy kłusie hiszpańskim, tak jak go uczyłem. Uśmiechnąłem się, osiodłałem go i wyprowadziłem ze stajni.

Przejechałem kilka razy dokoła podwórza, po czym puściłem konia skróconym galopem, a następnie, zamyśliwszy się nad czymś - kłusem hiszpańskim. Było, jak już powiedziałem, bardzo wcześnie. Zdawało się, że na podwórzu nie ma żywej duszy. Nagle usłyszałem: - Gdybyście potrafili, towarzyszu Momysz-Uły, tak samo kierować batalionem... Na ganku stał generał. Zmieszany, zeskoczyłem z konia. - Proszę sobie nie przeszkadzać - powiedział Panfiłow - przyglądam się z przyjemnością. Podszedł. - Więc taki, okazuje się, macie zwyczaj... A tam - i pokazał w dal - czy potraficie tak samo kierować? Odpowiedziałem: - Towarzyszu generale... Kiedyś powiedziano mi zupełnie to samo. To jest, niezupełnie powiedziano. - To ciekawe, bardzo ciekawe... Proszę, opowiedzcie... Ale już żałowałem. Kto mnie u licha ciągnął za język? Po co będę zabierał generałowi czas jakimiś historyjkami, które miały znaczenie tylko dla mnie? Starając się być zwięzłym, zacząłem opowiadać, że kiedyś jako młodszy lejtenant nie umiałem utrzymać w karności swego plutonu. Niejednokrotnie karano mnie, aż wreszcie zawezwał mnie dowódca pułku i wygłosił odczyt o tym, jak należy kierować koniem. To pomogło. - Nie, proszę, opowiedzcie mi dokładniej... Co on wam powiedział? - dopytywał się Panfiłow. - Mówił o dobrym jeźdźcu, o tym, że dobry jeździec potrafi zrobić świecę, puścić konia kłusem hiszpańskim i nawet zatańczyć... Następnie o środkach kierowania koniem. Są to, po pierwsze, wodze: wędzidłowe, munsztukowe - to już jest kierowanie... - Tak, tak... Ciekawe... - Mówił, że dobry jeździec nigdy nie używa całej ręki, a nawet dłoni... Konia szarpie jedynie świniopas. No i tak dalej, w tym rodzaju. - Nie, nie... Proszę, opowiadajcie dalej. Cóż on jeszcze mówił? Panfiłow, zdawało się, był tym wszystkim niezwykle zainteresowany. Uśmiechał się, uśmiechały się zmarszczki dokoła oczu. - Mówił również o innych środkach kierowania koniem. O przesunięciu nieuchwytnym ruchem punktu oparcia na grzbiecie konia. O nodze jeźdźca. Istnieje dwadzieścia różnych sposobów kierowania koniem samą tylko ostrogą - przez uderzenie wprost, lekkie dotknięcie, itd. Ale dobry jeździec rzadko kiedy używa ostróg. Wystarczy, że naciśnie konia łydką - i ten od razu pojmuje. Jak to osiągnąć? - Właśnie, właśnie... Jak to osiągnąć? Zaciekawienie Panfiłowa porwało mnie. Teraz mówiłem z zapałem: - Właśnie, jak zmusić konia do tego, by niezwłocznie spełniał każde żądanie jeźdźca? Rzecz najważniejsza - to uporczywe zdążanie do postawionego sobie celu. Jeżeli żądanie nie zostało

wypełnione - ukarz, nigdy nie przepuszczaj tego bezkarnie! Jeżeli wypełnione zostało dobrze pochwal! Wszystko to mówił spokojnie, po czym rzekł: „Możecie odejść“... - Cóż wy na to? - Z początku nie rozumiałem, po co mnie zawezwano. Odwróciłem się i wyszedłem. Na progu jakby mnie ktoś uderzył po głowie: Cóż to, człowieka uważa za konia? Mnie uważa za konia?! Chciałem wrócić i krzyknąć: „Nie jestem koniem!“ Panfiłow trząsł się od śmiechu. Nigdy nie widziałem go tak wesołego. Wyjął chusteczkę i zaczął wycierać łzy iskrzące się w oczach. Wreszcie powiedział: - Niegłupia, wcale niegłupia historia. A więc szarpią tylko świniopasy? Śmiejąc się pogłaskał Łyska i zapytał: - Podoba się wam ten koń, towarzyszu Momysz-Uły? - Bardzo, towarzyszu generale... - Zabierzcie go ze sobą-. To podarunek... Niech będzie z wami w batalionie. I za każdym razem, kiedy będziecie wsiadali na niego, przypomnijcie sobie „końską historię“... Czy zrozumieliście mnie? - Według rozkazu, towarzyszu generale, przypomnę sobie. Dziękuję, towarzyszu generale! Nie czekałem już na auto i wierzchem na Łysku pojechałem do batalionu. 2 Umówiliśmy się z wami, że nie będę opisywał przyrody. Znajdą się inni, którzy zrobią to znacznie lepiej. Kiedyś po wojnie przyjedziecie do mnie latem w gościnę i zobaczycie sami, jak piękny jest Kazachstan. Opiszecie wtedy okolice Ałma-Aty, stanicę Tałgar i burzliwą rzekę górską Tałgarkę. Po przyjeździe do stanicy odszukałem siedzibę instytutu rolniczego, w której rozmieścił się batalion. Zapoznałem się z szefem sztabu, szczuplutkim, ruchliwym Kazachem Rachimowem, byłym agronomem. Nosił jeszcze cywilne ubranie. Na marynarce miał odznakę alpinisty. Ale ten mój alpinista nie umiał ani stanąć na baczność, ani zameldować się. Obejrzałem w jego towarzystwie dom. Wszędzie było pełno ludzi, ale mundur wojskowy miałem tylko ja na sobie. Ludzie włóczyli się po korytarzach, leżeli, śpiewali. Zarządziłem zbiórkę batalionu. Ludzie ustawiali się w szeregi długo, nieumiejętnie. Alpinista jako tako wyrównał szeregi, podał komendę: „Baczność“ i wybałuszył na mnie oczy, zamiast złożyć raport. Westchnąłem ciężko i podszedłem do szeregów. Przywitałem się. Powiedziałem, kim jestem, i zawiadomiłem, że zostałem mianowany dowódcą batalionu. Czy mogłem wówczas przypuszczać, że ci sami ludzie, którzy nie potrafili wyrównać szeregów i stali tak niezgrabnie, wsławią się kiedyś w bitwie o Moskwę wraz z całą dywizją Panfiłowa? Ze pokocham tych ludzi tak, jak nigdy jeszcze nikogo nie kochałem? Powiedziałem im wtedy: - Ojczyzna zawezwała nas do szeregów. Macie na sobie wciąż jeszcze cywilne ubrania. Wczoraj byliście ludźmi różnych zawodów -byli wśród was i zwykli kołchoźnicy, i dyrektorzy. Poczynając od

dnia dzisiejszego jesteście szeregowcami i podoficerami Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Ja jestem waszym dowódcą. Ja rozkazuję - wy podporządkowujecie się. Ja narzucam wam swoją wolę wy ją wykonujecie. Umyślnie mówiłem w sposób tak ostry. - Każdy z was będzie wykonywać wszystko, co ja rozkażę. Wczoraj mogliście sprzeczać się ze swoim zwierzchnikiem; mieliście prawo dyskutować, czy słowa jego są słuszne, czy postąpił we właściwy sposób. Od dnia dzisiejszego ojczyzna pozbawia was tego prawa. Poczynając od dnia dzisiejszego jedynym prawem jest dla was rozkaz dowódcy. Ojczyzna powierzyła mi rozkazywanie, wam kazała wykonywać moje rozkazy. Regulamin wojskowy jest surowy, ale na nim opiera się wojsko. Czy chcecie odeprzeć wroga, który zamierza ujarzmić nasz kraj? Wiedzcie więc, że wszystko to jest potrzebne do zwycięstwa. Następnie krótko mówiłem o uczciwości, obowiązku i honorze. Uczciwość wobec ojczyzny, wobec własnego rządu, wobec dowódcy - to najwyższa cnota żołnierza. - Człowiek może posiadać wiedzę, zdolności - mówiłem dalej - być zwinny i doświadczony, jeżeli jednak obca mu jest świadomość obowiązku wojskowego - niechaj nie spodziewa się po mnie litości! I wreszcie honor. Wytłumaczyłem to na swój sposób. Istnieją dwa przysłowia kazachskie. Jedno z nich głosi: „Zając umiera od szumu trzciny, bohater umiera w obronie honoru“. Drugie przysłowie składa się z niewielu słów: „Honor jest silniejszy od śmierci“. Powiedziałem to po kazachsku i przetłumaczyłem na język rosyjski. Batalion w jedne; trzeciej składał się z Kazachów, reszta byli to Rosjanie i Ukraińcy Kiedy skończyłem, w szeregach ktoś śmiało powiedział na głos: - Towarzyszu dowódco batalionu! Czy mogę powiedzieć... Z szeregów wystąpił krzepki młodzieniec w cienkiej czarnej koszuli, pod którą uwydatniały się szerokie bary. - Nie pozwalam - powiedziałem. - To nie wiec. Dowódcy kompanii! Odprowadzić kompanie. Takie było moje pierwsze przemówienie, taka była moja pierwsza znajomość z batalionem. 3 Spieszyłem korytarzem do przygotowanego dla mnie pokoju. - Towarzyszu dowódco batalionu! Proszę mi pozwolić zameldować... Przede mną stał żołnierz - ten sam, który pierwszy nazwał mnie dowódcą batalionu. Włosy miał jeszcze nie ostrzyżone. Tylna część głowy była ogolona, spod czapki wyglądał kędzierzawy czub. - Nazwisko? - spytałem. - Szeregowiec Kurbatow. Stojąc na baczność miał postawę prawdziwie wojskową. - W wojsku służyłeś? - Nie, towarzyszu dowódco batalionu... Służyłem w zmilitaryzowanej straży kolejowej.

- A więc, towarzyszu Kurbatow... Aby się zwrócić do dowódcy batalionu, trzeba otrzymać zezwolenie dowódcy kompanii... Zwróćcie się do niego... - On, towarzyszu dowódco batalionu, nie uwzględnia... Ja w sprawie ochrony... Tylnych drzwi, towarzyszu dowódco batalionu, nikt nie pilnuje, furtki również... A jeżeli nagle, towarzyszu dowódco... Zuch, pomyślałem sobie. Spodobał mi się jego zapal, upór, otwarte spojrzenie, szerokie barki. Ale powiedziałem coś zupełnie innego. - W tył zwrot! Odmaszerować! Kurbatow poczerwieniał. Przez chwilę wahał się, potem zrobił w tył zwrot i pomaszerował po korytarzu. Zwróciłem się do Rachimowa, który stał obok mnie. - Towarzyszu szefie sztabu! Szeregowca Kurbatowa mianujcie dowódcą drużyny. Z tyłu ktoś dotknął mnie. Odwróciłem się, zauważyłem, jak ktoś niepewnie cofnął rękę. - Zwracałem się do mego dowódcy... Powiedział, żebym się zwrócił do was, towarzyszu dowódco batalionu. Ujrzałem człowieka w okularach. Było to moje pierwsze spotkanie z Murinem. W marynarce, w krawacie, który zjechał troszkę na bok. uśmiechał się nie wiedząc, gdzie ma podziać ręce. Chociaż był już lipiec, jego delikatne dłonie były prawie nieopalone, tak sarno zresztą jak biała podłużna twarz. - Ja, towarzyszu dowódco batalionu, zostałem skierowany do służby pomocniczej. Ale prosiłem, żeby mnie wcielono do batalionu - oświadczył z dumą. - Dowiodłem im, że okulary moje całkowicie wyrównają braki wzroku... Na przykład tam na suficie... Proszę spojrzeć, towarzyszu dowódco batalionu... Mucha! Widzę ją zupełnie wyraźnie... - Dobrze, towarzyszu, przekonałem się. Dalej. - W batalionie jednak przydzielono mnie znowu do służby pomocniczej. Dano mi konia i wózek. A ja nie mam najmniejszego pojęcia, co to jest koń. I nie po to wstąpiłem do szeregów... Chciałbym, towarzyszu dowódco batalionu, aby mnie przydzielono do kompanii ciężkich karabinów maszynowych! Spytałem, jak się nazywa, i powiedziałem: - Można, towarzyszu Murin, zrobię to. Idźcie... Ale on, zdaje się, nie miał pewności, że sprawa jest załatwiona. Pragnął przytoczyć dodatkowe argumenty. - Słyszałem wasze przemówienie, towarzyszu dowódco batalionu... Macie zupełną rację... Każdy wasz rozkaz jest dla mnie prawem obowiązującym. - Idźcie - powtórzyłem. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i jak gdyby nigdy nic, mówił dalej.

- Ja, towarzyszu dowódco batalionu, jestem muzykiem. Aspirantem konserwatorium. Ale teraz wszyscy powinni strzelać. Aby lepiej to wyrazić, pokręcił palcami. Krzyknąłem: - Jak stoicie? Ręce! Murin, przerażony, wyprostował się. - Dwa razy powtórzyłem: „Idźcie“. A wy co? Wydaje się wam, że prosicie, aby wam zaufano rzecz najtrudniejszą: strzelanie! Nie, towarzyszu Murin, najtrudniejszą, najcięższą rzeczą w armii jest posłuszeństwo! Murin otworzył usta, by odpowiedzieć, ale ja mówiłem dalej: - Nieraz będziecie mieli wrażenie, że dowódca nie ma racji i zechcecie podyskutować, a w odpowiedzi usłyszycie: „Milczeć!“ Przyrzekam wam to. Idźcie. Murin odszedł. 4 Tego dnia zapoznałem się z dowódcami kompanii i plutonów; opracowałem rozkład ćwiczeń, zorganizowałem służbę wartowniczą, zajęty byłem sprawami łączności, gospodarstwa i dopiero późno wieczorem pozostałem sam. Wyjąłem z torby polowej regulaminy piechoty, które mi dano w sztabie, i zabrałem się do czytania. Potem odsunąłem je i zacząłem rozmyślać. W jaki sposób, w ciągu niezwykle krótkiego czasu, uczynić z siedmiuset ludzi uczciwych, oddanych ojczyźnie, ale nie wojskowych, nie wyszkolonych w duchu dyscypliny - jak z nich uczynić siłę bojową, która potrafi oprzeć się nieprzyjacielowi i stać się dla niego groźną. Tej nocy myślałem o wielkiej wojnie, na którą wyruszę z batalionem, o życiu i śmierci, o rzeczy najdonioślejszej, podstawowej, nad którą myśl nieczęsto się zatrzymuje. Przypomniałem sobie „końską historię“. Generał Panfiłow śmiał się, ja śmiałem się również, tymczasem jednak... Przypomniałem sobie, jak to ze mnie, wolnego Kazacha, konia stepowego, nie znoszącego wędzideł, zrobiono żołnierza. Ciężko, niewypowiedzianie ciężko upłynęły moje pierwsze miesiące w wojsku. Uważałem za rzecz poniżającą biec do dowódcy, stać przed nim na baczność, słuchać zwięzłych rozkazów: „Bez gadania!“ „W tył zwrot!“ Wszystko się we mnie buntowało: „Dlaczego bez gadania? Czyżbym był niewolnikiem? Czy nie jestem takim samym człowiekiem jak on?“ Bladłem i czerwieniłem się na przemian. Odpowiadałem zuchwale, nie podporządkowywałem się. Czy wiecie, co wreszcie ze mną zrobiono? Posłano mnie do szkoły oficerskiej i mianowano oficerem Armii Czerwonej. Dopiero stopniowo zrozumiałem konieczność bezwarunkowego, zupełnego, absolutnego podporządkowania się woli dowódcy. Jest to fundament wojska. Bez tego ludzie nawet najbardziej miłujący ojczyznę nie zwyciężają w boju. Bez tego pułki i bataliony przekształcają się w niezorganizowany tłum. Wiedziałem jedno: jeżeli nie potrafię być nieugięty, jeżeli nie potrafię zaprowadzić surowej dyscypliny - wygubię mój batalion - siedmiuset obywateli radzieckich, których powierzył mi Panfiłow.

Podpowiedziało mi to całe moje niewielkie, lecz ciężko zdobyte doświadczenie żołnierza, mówił mi o tym na pożegnanie generał Panfiłow. W jaki jednak sposób osiągnąć to jak najprędzej? Przecież miałem do rozporządzenia tylko liczone dni, kilka tygodni... W jaki sposób w tak krótkim czasie stworzyć zdyscyplinowaną, wyszkoloną, groźną dla nieprzyjaciela siłę, której na imię batalion?

Pierwszy marsz
1 Nie będę ze wszystkimi szczegółami opowiadał, jak szkoliłem żołnierzy i uczyłem ich przezwyciężać trudności. Nie starczyłoby mi na to czasu. Opiszę tylko jeden marsz. Upłynęło siedem czy osiem dni od chwili, kiedy objąłem dowództwo batalionu. Byliśmy już umundurowani i uzbrojeni. Uczyliśmy się obchodzić z karabinem, okopywać się, biegać, czołgać się, maszerować. Wieczorem otrzymaliśmy rozkaz: wyruszyć nad ranem, przejść pięćdziesiąt kilometrów, dotrzeć do określonego punktu w dolinie rzeki. Przenocować tam i do końca następnego dnia przejść te same pięćdziesiąt kilometrów i wrócić do Tałgaru. Równie uciążliwe marszruty wyznaczono i innym batalionom - generał Panfiłow przyzwyczajał dywizję do odbywania forsownych marszów. Ludzie przygotowali się do marszu z wieczora, w nocy odpoczęli i ledwo świt, kiedy słońce jeszcze nie wzeszło, batalion ustawił się w szeregi. Wy, jako człowiek, który nigdy nie był żołnierzem, bylibyście prawdopodobnie zdania, że macie przed sobą groźną jednostkę wojskową. Szeregi stały równo, na karabinach błyszczały nowiuteńkie bagnety. Żołnierze byli w pełnym rynsztunku: zwinięte płaszcze, maski gazowe i saperki w zielonych niewypłowiałych pokrowcach; hełmy stalowe, przymocowane do plecaków. Na pasach, obciągając je z lekka w tył, wisiały granaty i ładownice, w których znajdowało się po sto dwadzieścia ostrych naboi. ...Obciągając je z lekka... A u wielu nawet nie z lekka. Oko moje od razu to spostrzegło. Widziałem niedostatecznie szczelnie zwinięte płaszcze, plecaki ze źle ściągniętymi pasami; torby z granatami zwisające na brzuch. Niewielu spośród żołnierzy wyróżniało się prawdziwie żołnierską postawą. Wśród tych niewielu był Kurbatow. Wywołałem go z szeregu i powiedziałem: - Towarzysze! Oto podoficer, który przygotowując się do marszu włożył rynsztunek tak, jak przystoi żołnierzowi. W marszu lżej mu będzie niż innym. Spójrzcie, jak wszystko ma w porządku, jak ściągnięty jest jego rzemień. Niejednokrotnie objaśniałem, pokazywałem, jak to zrobić. Ale język mój jest zapewne nie dość ostry. Więcej nie będę mówił, udzielam głosu waszemu zwiniętemu płaszczowi, waszej saperce, plecakowi... Niech teraz przemówią do was... Sądzicie, że nie mają języka? Mają! I ostrzejszy niż mój! Szeregowiec Harkusza, do mnie! Podbiegł zawsze uśmiechnięty Harkusza o zadartym nosie. Torba z granatami spełzała mu na . brzuch i kołysała się przy chodzeniu.

- Jesteście gotowi do marszu? - Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu. - Stańcie obok Kurbatowa. Szeregowiec Gołubcow, do mnie! Płaszcz Gołubcowa był zwinięty tak grubo, że dotykał policzka. Plecak wisiał luźno na plecach. - Jesteście gotowi do marszu? - Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu. - Stańcie obok Harkuszy. Wybrałem w ten sposób około dziesięciu, na których wszystko wisiało szczególnie luźno, i postawiłem ich na przedzie kolumny. - Batalion, baczność! W prawo zwrot! Kierunek za mną marsz! Ruszyliśmy. Maszerowałem obok tych, których wywołałem, spoglądając na nich cały czas jednym okiem. Dziesięć, piętnaście minut szli z łatwością. Torba z granatami cały czas uderzała Harkuszę z lekka po nogach Wreszcie w kierunku torby wyciągnęła się ręka, aby ją poprawić. Gołubcow chciał odepchnąć zawiniątko z płaszczem. Szorstkie sukno żołnierskie zaczęło nacierać mu szyję. Trzeciego łopata uderzała po tylnej części. Poprawiali w czasie marszu, ale to nie pomagało. Po następnych dziesięciu minutach Harkusza przechylił się w tył i wysunął brzuch naprzód, aby przytrzymać kołyszącą się torbę. Kiedy spostrzegł, że na niego patrzę, uśmiechnął się z wysiłkiem. Gołubcow kręcąc szyją usiłował odepchnąć zwinięty płaszcz. Zaczął mu dokuczać również plecak. Wsunąwszy rękę pod rzemień usiłował niepostrzeżenie pociągnąć torbę w górę. Harkusza już nie wystawiał brzucha - szedł jak gdyby miał krzywy bok i zwolnił kroku. Rozkazałem: Harkusza, dłuższy krok! Nie pozostawać w tyle za Kurbatowem! Przemaszerowaliśmy w ten sposób sześć kilometrów. I znów pokazałem żołnierzom Kurbatowa, a następnie krzyknąłem: - Harkusza, do mnie! Podbiegł skurczony. W szeregach rozległ się śmiech. - A więc, Harkusza, melduj. Jesteś gotów do marszu? Harkusza milczał ponuro. - Z granatami rozmawiałeś? - Rozmawiałem... - Opowiedz żołnierzom, co ci mówiły.

Milczał. - Mów, nie wstydź się... Co mam mówić? Żołnierz słowu nie wierzy, sam chce wymacać... - Wymacałeś? - Nie ja wymacałem, lecz one mnie... I tu Harkusza palnął słówko, które nie nadaje się do druku. Żołnierze śmieli się. Harkusza, który ulżył sobie, śmiał się również. Zawołałem Gołubcowa, spoconego, z natartą do czerwoności szyją. - Towarzysze, spójrzcie teraz na tego... Rozmawiałeś ze swym zwiniętym płaszczem? Z plecakiem rozmawiałeś? Powiedz, czego cię nauczyły... Gołubcowa również zmusiłem do mówienia. W ten sposób po kolei zademonstrowałem żołnierzom wszystkich tych, którzy mieli udrękę z rynsztunkiem. Potem powiedziałem: - Komu trudno chodzić, kiedy płaszcz jest źle zwinięty, kiedy torba z granatami lub plecak jest nie na miejscu? Żołnierzowi czy dowódcy batalionu? Żołnierzowi! Mówiłem wam to nieraz, ale wyście na pewno myśleli: „Dobrze, zrobimy to dla niego, byle się nie czepiał“. I robiliście to byle jak. Okazało się jednak, że to wcale nie dla niego, lecz dla siebie. Rzeczy nauczyły już wielu. Teraz na postoju niech każdy z was sprawdzi i poprawi rynsztunek. Jeżeli zobaczę, że i teraz któryś z was mnie nie zrozumiał, wywołam z szeregów, niechaj w mojej obecności porozmawia z rzeczami, niech się przekona, że rzeczy mają język ostrzejszy niż ja. Po tym krótkim postoju nie miałem potrzeby wywoływać kogokolwiek z szeregów. Nikt już nie chciał rozmawiać z rzeczami. 2 Batalion znów rusza w drogę. Pięćdziesiąt kilometrów w lipcowej spiekocie - to droga niełatwa, zwłaszcza dla ludzi nieprzyzwyczajonych do marszu. Dowódcy kompanii i oficerowie polityczni szli na przedzie swych jednostek. Jedynie ja jechałem konno. Przepuszczałem obok siebie szeregi, potem pędzę na czoło kolumny - i znów przepuszczam. Patrzę - kompanie zaczynają się wydłużać, niektórzy żołnierze zostają w tyle. Zwróciłem uwagę dowódców. Po pewnym czasie znów sprawdziłem. Moje słowa nic nie pomogły, kolumna wydłuża się coraz bardziej. Pogadałem z dowódcami trochę ostrzej - znów nie poskutkowało. I w tym wypadku słowa nie pomogły. Niektórzy spośród dowódców sami się zmęczyli. Wyjechałem na czoło batalionu i krzyknąłem: - Dowódca kompanii ciężkich karabinów maszynowych na czoło kolumny! Podać dalej! Po kwadransie przybiegł zdyszany długonogi Krajew. - Towarzyszu dowódco batalionu, melduję się na rozkaz!

- Dlaczego wasza kompania wydłużyła się? Dlaczego nie zachowujecie dystansu? Nie mam zamiaru sto razy powtarzać wam tego! Dopóki nie zaprowadzicie porządku, będę was wzywał na czoło kolumny! Skończyłem, możecie odejść! Biec wzdłuż szeregów batalionu przeganiając go - to rzecz niełatwa. Droga wynosi prawie kilometr. Następnie wezwałem dowódcę drugiej kompanii, Siewriukowa. Był to człowiek niemłody, przed wojną był głównym księgowym fabryki wyrobów tytoniowych w Ałma-Acie. Kiedy przybiegł do mnie, nie mógł złapać tchu. W odpowiedzi na moje słowa Siewriukow rzeki: - Towarzyszu dowódco batalionu, żołnierzom bardzo ciężko. Czy nie można by części rynsztunku położyć na wozy? Ostro odmówiłem. - Co w takim razie robić z pozostającymi w tyle? Jak zmusić człowieka, jeżeli on już nie może?... - Czego nie może? Wykonać rozkazu? Siewriukow zamilkł. Każdy z dowódców jeden raz był u mnie. Ale wciąż jeszcze w kompanii Siewriukowa ludzie pozostawali w tyle. Spojrzałem na niego, czterdziestoletniego zmęczonego człowieka, maszerującego na czele kompanii. Po białawych, dokładnie przystrzyżonych skroniach, po zakurzonej twarzy - spływały strumyki potu Czy rzeczywiście nie można się obejść bez tego, żeby jeszcze raz tu biegł? Przecież to dla niego bardzo uciążliwe! Ale cóż robić? Siewriukow lituje się nad żołnierzami, ja się nad nim zlituję, a potem... Co będzie z nami tam - na froncie? Pocwałowałem na Łysku na czoło kolumny i krzyknąłem: - Dowódca drugiej kompanii, na czoło kolumny! Teraz wreszcie pomogło. Przepuszczając przed siebie szeregi ujrzałem, że Siewriukow idzie już nie na przedzie, lecz z tyłu kompanii. Wygląd miał energiczny i nawet głos mu się zmienił: słyszałem, jak rozkazywał ostrym tonem. Szeregi batalionu były znów uporządkowane, odległość między kolumnami zaznaczyła się znów wyraźnie, nikt już nie pozostawał w tyle. W ten sposób zrobiwszy pięćdziesiąt kilometrów przybyliśmy na miejsce przeznaczenia w całkowitym porządku. Ale ludzie byli zmęczeni. Na komendę: „Rozejść się“ - żołnierze jak martwi rzucili się na ziemię. Wszyscy myśleli, że teraz zostanie rozdany obiad, będzie można sobie podjeść, a potem zasnąć! Ale stało się zupełnie inaczej. 3 W pochód wzięliśmy ze sobą według przepisów kilka kuchni polowych. Kiedy jednak zatrzymaliśmy się na nocleg, rozkazałem: drzewa dla kuchni nie brać i produktów do kotłów nie kłaść, lecz rozdać je

w stanie surowym żołnierzom, według normy przepisowej: tyle a tyle gramów mięsa, tyle a tyle kaszy, tłuszczu itd. Żołnierzom i dowódcom oczy wylazły na wierzch. Przecież wszystko to jest surowe - co z tym zrobić? Wielu spośród nich nigdy w życiu nie gotowało, nie miało pojęcia, jak ugotować zupę. Rozległy się głosy: - Mamy przecież kuchnię! Krzyknąłem: - Milczeć! Wykonać, co rozkazałem! Niech każdy sam przygotuje kolację! I oto w rozległym stepie kazachskim, na brzegu rzeki Ili, zapłonęło kilkaset ognisk. Niektórzy żołnierze byli tak zmęczeni, tak zdehumorowani, że nic sobie nie ugotowali, położyli się spać o pustym żołądku. Innym znów przypaliła się kasza - więcej wyrzucili, niż zjedli. Była to dla nich pierwsza lekcja sztuki kulinarnej. Z rana znów nie pozwoliłem rozpalać ognia w kuchniach i rozkazałem wydać żołnierzom racje żywnościowe. Następnie zarządziłem zbiórkę batalionu i zwróciłem się do żołnierzy z takim mniej więcej przemówieniem: - Po pierwsze: jesteście, towarzysze, niezadowoleni, że wypadło wam maszerować tak długo, a marsz był tak uciążliwy. Wszystko to zrobione było celowo. Będziemy musieli wojować, przejść nie pięćdziesiąt i nie sto, lecz wiele setek kilometrów. Na wojnie, po to by oszukać nieprzyjaciela, by zadać mu nieoczekiwany cios, będziemy musieli odbywać marsze jeszcze bardziej długotrwałe, jeszcze bardziej uciążliwe. To, coście wczoraj przeżyli, są to fraszki w porównaniu z tym, co was czeka na froncie. Sławny rosyjski wódz Suworow tak właśnie wychował swoich żołnierzy, którzy otrzymali miano cudownych bohaterów. Zostawił on nam przykazanie: „Ciężko jest na ćwiczeniach, będzie łatwo w boju“. Czy chcecie walczyć jak wojska Suworowa? Kto nie chce - dwa kroki naprzód! Nikt się nie ruszył. Mówiłem dalej: - Po drugie: Jesteście niezadowoleni, że wydano wam surowe mięso, chociaż mamy kuchnie, i że zmuszono was, zmęczonych, do gotowania sobie zupy w kociołkach. Myślicie, że na froncie kuchnia zawsze będzie pod ręką? Mylicie się. Na froncie kuchnie będą pozostawały w tyle. Czasami będziecie głodowali! Słyszycie? Będziecie głodowali, nie będziecie też mieli co palić! Solennie to wam przyrzekam. Taka jest wojna, takie jest życie żołnierza broniącego ojczyzny. Czasami naje się od syta, kiedy indziej znów nie będzie miał co włożyć do ust. Cierp, ale strzeż honoru żołnierskiego! Głowa do góry! Każdy powinien umieć gotować! Co z ciebie za żołnierz, co z ciebie za wojak, jeżeli nie potrafisz ugotować sobie zupy! Wiem, że niektórzy z was nigdy w życiu nie gotowali. Wiem, że wielu przychodząc do restauracji wołało: „Kelner! Kufel piwa i befsztyk po angielsku!“ A tu nagle zamiast befsztyka marsz pięćdziesięciokilometrowy, w dodatku z ciężarem trzydziestodwukilogramowym na plecach. A po tym wszystkim trzeba sobie jeszcze ugotować zupę. Kiedyście ją gotowali nienawidziliście mnie! Czy prawda? Rozległy się glosy: „Prawda, towarzyszu dowódco batalionu, prawda!“ Między mną a żołnierzami jakby przebiegi prąd elektryczny, nawiązała się nić porozumienia. Ja rozumiałem ich, oni mnie swego dowódcę. Spróbujcie, proszę, opisać, jakim uczuciem napełnia serce człowieka taka łączność. Mam wątpliwości, czy się wam uda: nie przeżywaliście tego.

4 Ruszyliśmy w drogę powrotną. Do naszego obozu w Tałgarze prowadziła znakomita szosa. Po takiej szosie łatwo się idzie. Łatwo - a więc do diabła z szosą, oddalmy się od niej. Czy na wojnie chodzić będziemy po szosach? Rozkazałem, aby ludzi poprowadzono nie szosą i aby oddalono się od niej o sto do dwustu metrów. Jeżeli droga pokryta będzie kamieniami - maszerujcie po kamieniach, jeżeli napotkacie parów naprzód przez parów; jeżeli natkniecie się na piasek - marsz przez piasek. Dzień był gorący, bez wiatru. Nielitościwie prażyło słońce. Zdawało się, że powietrze drga - zdarzają się takie dni: od rozpalonej jak piec ziemi unoszą się w górę przezroczyste strugi. Krótkie postoje urządzaliśmy nie nad strumykami i nie w cieniu, lecz pod palącym słońcem. Wiedziałem, że ludziom jest ciężko... Ale wiedziałem również, że wymaga tego wojna, że wymaga tego zwycięstwo. 5 W pobliżu Tałgaru podjechał do nas na małym koniku generał Panfiłow. Wyjechał na spotkanie powracających batalionów. Ujrzawszy generała czerwonoarmiści przyjęli postawę żołnierską i doprowadzili do porządku umundurowanie, na komendę kompanie zaczęły maszerować równym krokiem; żołnierze zmęczeni, lecz idący równo i miarowo, mieli dumnie wzniesione głowy: oto jacy jesteśmy! Panfiłow uśmiechnął się. Od maleńkich oczu po ogorzałej, jakby osmolonej twarzy rozpłynęła się sieć drobnych zmarszczek. Stanął w strzemionach i krzyknął: - Wspaniale maszerujecie! Dziękuję, towarzysze, w imieniu służby! - Służymy Związkowi Radzieckiemu! Batalion wrzasnął to tak głośno, że koń się przestraszył. Panfiłow mimo woli chwycił za wodze, pokiwał głową i roześmiał się. Teraz i ja wraz z innymi wykrzyknąłem te słowa. Odpowiedziałem nie tylko generałowi. Każdemu żołnierzowi, każdemu dowódcy, własnemu sumieniu, każdemu, kto - na głos czy milcząco - zadałby pytanie: „Dlaczegoś taki surowy?“ - mógłbym z dumą odpowiedzieć to samo: „Służę Związkowi Radzieckiemu!“ Wróciliśmy w wyznaczonym czasie. Odbyłem przegląd kompanii, które ustawiły się w czworoboku dokoła mnie. Czerwonoarmiści schudli, sczernieli, furażerki były przepocone, ciężkie buty zakurzone. Stali z karabinami u nogi. Byli zmęczeni, nogi mieli obolałe, teraz pragnęli tylko jednego - położyć się; a jednak cierpliwie czekali, aż padnie komenda. Nie opierali się jak starcy na karabinach i czując na sobie spojrzenie dowódcy prostowali się. Byli to już nie ci sami ludzie, którzy tydzień temu stali tutaj na placu w czapkach, marynarkach, trykotowych koszulach. Byli nawet już inni niż wówczas, gdy w nowym, nieumiejętnie wdzianym umundurowaniu wychodzili o świcie w marsz - pierwszy wielki marsz. Teraz byli to żołnierze, którzy zaszczytnie zdali pierwszy egzamin wojskowy. Takie oto były wyniki marszu.

Naprzód!
1 Chciałbym wiele jeszcze opowiedzieć o tym, jak przygotowywaliśmy się do walki, jak do batalionu przyjeżdżał generał Panfiłow, jak rozmawiał z żołnierzami i powtarzał im i mnie: „Zwycięstwo trzeba kuć przed bitwą“. Ale... nie zatrzymujmy się na tym. Nastąpiła wreszcie chwila, dla której wzięliśmy do rąk karabiny, dla której uczyliśmy się rzemiosła żołnierskiego, stania na baczność i podporządkowywania się dowództwu, bezapelacyjnego wykonywania jego rozkazów: nadeszła chwila, kiedy mieliśmy przeżyć to, co nosi nazwę boju. Po przybyciu pod Moskwę zajęliśmy odcinek w pobliżu Wołokołamska; w tym miejscu, na naszym odcinku, ukazał się trzynastego października nieprzyjaciel, wyszkolona, zmotoryzowana armia bandytów, która daleko na zachodzie przełamała nasz front i rzuciła się w kierunku Moskwy wykonując, jak się zdawało Niemcom, ostatni akt „wojny błyskawicznej“. Tego dnia, trzynastego października, kiedy oddział rozpoznawczy doniósł, że przed nami znajdują się Niemcy, do batalionu, jak wiadomo, przyjechał generał Panfiłow. Generał wypił dwie szklanki mocnej, gorącej herbaty, spojrzał na zegarek i powiedział: - Dziękuję, towarzyszu Momysz-Uły... starczy... Chodźmy na skraj obrony. W pobliżu, na skraju lasu, czekał na generała samochód. Tylne kola były szczelnie okręcone łańcuchami; w stalowych ogniwach nagromadził się ubity, sczerniały śnieg. Wszystko dokoła było pokryte śniegiem; w tych dniach ustaliła się sanna przy lekkim przymrozku; na zachmurzonym niebie nie było widać, jak we dnie, świecącej białawej plamy, poza którą znajdowało się słońce; na horyzoncie ukazały się niewyraźne żółtawe pasma, ale w śnieżnej bieli wieczór wydawał się jasny. Po pięciu minutach byliśmy na odcinku drugiej kompanii. Panfiłow z łatwością wskakiwał do rowów, właził pod pułapy, wyglądał przez strzelnice, sprawdzając pole obstrzału. Brał karabin i próbował, czy wygodnie strzelać, zadawał żołnierzom zwykłe, banalne pytania, np.: „jak karmią?“, „czy wydają dosyć machorki?“ Odpowiadając na pytania żołnierze patrzyli na generała pełnymi oczekiwania oczami. W rowkach strzeleckich rozeszła się wiadomość, którą przynieśli zwiadowcy: przed nami są Niemcy. Panfiłow rozmawiał, dowcipkował - ale oczy żołnierzy były pełne oczekiwania - czekali, zdawało się, że generał wypowie jakieś niezwykłe słowo, które należy znać podczas bitwy i dzięki któremu wraża siła nie będzie więcej straszna. Po zwiedzeniu kilku okopów Panfiłow w milczeniu szedł brzegiem ciemnej, niezamarzłej Ruzy. Głowę miał opuszczoną, jak zwykle, gdy myślał. Poprawiając po drodze czapkę, spod której wyglądały starannie wygolone skronie, podbiegł do generała dowódca kompanii Siewriukow, a za nim, w odległości trzech, czterech kroków, zachowując stale ten sam dystans biegło kilku czerwonoarmistów. Po wysłuchaniu raportu Panfiłow spytał:

- A co to za świta? - To moi łącznicy, towarzyszu generale. - I wciąż tak biegają za wami? - Tak jest, towarzyszu generale! A jeżeli nagle zajdzie potrzeba... - To dobrze... Bardzo dobrze... I wasze okopy, towarzyszu Siewriukow, zbudowane są z sensem... Niemłoda twarz byłego głównego buchaltera poczerwieniała z zadowolenia. - Pomyślałem sobie, towarzyszu generale - zaczął rozważnie wywodzić Siewriukow - nagle będziecie chcieli zebrać kompanię, pomówić. A łączników mam pod ręką. Wszyscy to są, towarzyszu generale, szybkobiegacze. Proszę dać rozkaz, a za dziesięć minut kompania będzie tu. Panfiłow wyciągnął zegarek, spojrzał, pomyślał. - Za dziesięć minut? Tutaj? - Tak jest, towarzyszu generale. - To dobrze... Bardzo dobrze... A proszę mi powiedzieć, towarzyszu Siewriukow, w ciągu ilu minut moglibyście skoncentrować kompanię tam? I odwróciwszy się Panfiłow wskazał na drugi brzeg Ruzy. - Tam? - zapytał Siewriukow. - Tak... Siewriukow spojrzał na wskazujący palec generała, następnie na punkt, do którego prowadziła od palca powietrzna linia prosta. Było jeszcze dość widno, żeby dostrzec wyraźnie - ręka wskazywała na las położony na przeciwległym brzegu rzeki. Ale Siewriukow jeszcze raz spytał: - Po tamtej stronie? - No, oczywiście po tamtej, towarzyszu Siewriukow. Siewriukow spojrzał na czarną niezamarzłą rzekę, zwrócił głowę w stronę, gdzie w odległości półtora kilometra znajdował się most ukryty za skrętem rzeki; wyjął chusteczkę, wytarł niezręcznie nos i znów zaczął przyglądać się rzece. Panfiłow czekał w milczeniu. - Nie wiem... Czy w bród, towarzyszu generale? Tam pośrodku woda sięga wyżej pasa. Ludzie przemokną, towarzyszu generale! - Ależ nie... Po co mieliby moknąć? Przecież to nie lato. Postarajmy się wojować nie moknąc. A więc, towarzyszu Siewriukow, w ciągu ilu minut? - Nie wiem... Na to, towarzyszu generale, trzeba nie minut, lecz... Panfiłow obrócił się do mnie. - Źle, towarzyszu Momysz-Uły - powiedział dobitnie.

Po raz pierwszy generał Panfiłow użył w stosunku do mnie wyrazu „źle“. Podobnego wyrazu nie słyszałem nigdy przedtem ani też później - podczas bitwy pod Moskwą. - Źle - powtórzył generał. - Dlaczego nie przygotowaliście niewielkich mostów z desek? Dlaczego nie ma tratew, łódek? Okopaliście się w ziemi - umiejętnie, rozsądnie... Teraz czekacie, aż uderzy na was Niemiec. To już niedorzeczność. A co, jeżeli bardziej dogodnie będzie odeprzeć uderzenie uderzeniem; a co, jeżeli wytworzy się sytuacja pozwalająca na zadanie ciosu nieprzyjacielowi? Czy jesteście przygotowani do tego? Nieprzyjaciel jest teraz bezczelny, zarozumiały - trzeba to wykorzystać. A wy, towarzyszu Momysz-Uły, nie pomyśleliście o tym. Mówił surowo, bez właściwej mu łagodności. Stałem na baczność i, czerwony ze wstydu, wysłuchałem nagany. 2 Generał znów odwrócił się do Siewriukowa. - A zatem, towarzyszu Siewriukow, nie możecie w szybkim tempie skoncentrować tam kompanii? Źle... Pomyślcie o tym. A ile czasu zajmie przegrupowanie skrzydłowe kompanii? - Przegrupowanie skrzydłowe? Jaką linię zająć, towarzyszu generale? Panfiłow wskazał na skraj lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowódcy batalionu i skąd przywiozło nas auto pozostawiając na śniegu ślad już ledwo widoczny w zmroku. - Oto linia, towarzyszu Siewriukow - od lasu do brzegu... Cel: osłona batalionu od skrzydła. Siewriukow po namyśle rzekł: - Od piętnastu do dwudziestu minut, towarzyszu generale. Panfiłow ożywił się. - Czy aby nie fantazjujecie? A więc wykonujcie... Wydajcie komendę, towarzyszu Siewriukow. Liczę czas. Siewriukow zasalutował, zrobił w tył zwrot i nie śpiesząc się poszedł do swych ordynansów. Z pół minuty stał w milczeniu, oglądając teren. Wołałem do niego wzrokiem: „Czego marudzisz? Szybciej, szybciej!“ I nagle ochrypły szept: „Zuch, zastanawia się“. To Panfiłow z uśmiechem szepnął mi na ucho. Jego twarz nie była już tak surowa. Z zaciekawieniem obserwował Siewriukowa. A tymczasem Siewriukow wskazywał punkty obserwacyjne. - Pluton karabinów maszynowych osłania, potem cofa się ostatni... Muratów, biegiem marsz! Panfiłow nie mógł się powstrzymać i kiwnął głową na znak zgody. Czterdziestoletni lejtenant, były główny buchalter fabryki tytoniowej w Ałma-Acie, wyraźnie mu się podobał. Muratów, mały, krzepki Tatar, pędził już wzdłuż brzegu, wyrzucając butami bryły śniegu. Za nim popędził inny, a w przeciwnym kierunku jeszcze inny. W stronę lasu biegł wysoki Bełwicki, który przed wojną był studentem instytutu pedagogicznego. Stanął jak latarnia w linii, którą wyznaczył generał. Przemknęła myśl: „Błąd! pod obstrzałem człowiek tak stać nie będzie“. Ale Siewriukow dawał mu energicznie znaki ręką, pokazując, żeby się nachylił. Bełwicki nie zrozumiał, Siewriukow sam się nachylił, aż tamten domyślił się, o co chodzi. W coraz gęściej zapadającym zmroku ukazała się wreszcie pierwsza biegnąca w kierunku lasu tyraliera. Poznałem atletyczną postać Galliulina, który w biegu nachylił się nad karabinem

maszynowym, ale nawet w tej pozycji przewyższał innych. Pluton karabinów maszynowych przyczaił się leżąc na ziemi. Omijając go biegli w kierunku lasu strzelcy trzymając karabiny do ataku. Oto rzucają się na śnieg. Na białym polu zarysowuje się czarna kropkowana granica nowej linii obronnej. Miałem wrażenie, że zegarek, który Panfiłow trzymał w ręku, spoglądając nań od czasu do czasu, wybija sekundy wewnątrz mnie. Każda sekunda wybijała: „dobrze! dobrze! dobrze!“ Nie wiem, czy mnie rozumiecie. Przecież to był mój batalion, dzieło mojej pracy, w które włożyłem wszystko, co było w mojej mocy, batalion, o którym według regulaminu powinienem mówić „ja“. Nagle przemknęła znów przez głowę myśl: „A czy potrafimy tak samo wykonać manewr pod obstrzałem, kiedy nad polem walki będą leciały kule, kiedy z hukiem i trzaskiem będą pękały pociski i miny? Co będzie, jeżeli wtedy ktoś w panice krzyknie: «Jesteśmy otoczeni!» i pobiegnie w kierunku lasu? Co, jeżeli zarazi tą paniką innych, którzy pobiegną za nim? Nie, nie! Takiego żołnierza położą na miejscu trupem dowódcy, zastrzelą koledzy-żołnierze!“ Żołnierze biegli koło nas, kładli się na ziemi i od razu zaczynali pracować saperkami, nasypując przed sobą niewielkie pagórki śniegu. Wrócili wysłani przez Siewriukowa żołnierze i znów zebrali się dokoła niego. Na polu zabarwionym już na fioletowo zarysowała się znów sylwetka Galliulina dźwigającego na atletycznych plecach karabin maszynowy. Pluton karabinów maszynowych, który osłaniał przegrupowującą się kompanię, cofał się, by zająć swe miejsce na linii obronnej kompanii. Teraz przez pole biegł tylko jeden człowiek, który pozostał w tyle. Siewriukow śledził go wzrokiem. Zaczekał, aż żołnierz ten padł na śnieg, i podszedł do Panfiłowa. - Towarzyszu generale! Zgodnie z Waszym rozkazem, kompania wykonała przegrupowanie skrzydłowe. Zajęliśmy linię obronną, którą wyznaczyliście! Panfiłow zmrużonymi oczami patrzał na zegarek. - Świetnie! - zawołał. - Osiemnaście i pół minuty. Świetnie, towarzyszu Siewriukow! Świetnie, towarzyszu Momysz-Uły... Nie wyjadę, zanim nie podziękuję żołnierzom! Jeżeli z takimi żołnierzami nie potrafimy pobić wroga, to nie jesteśmy nic warci. Jakich jeszcze mają nam dać żołnierzy? Zarządźcie tutaj szybko zbiórkę kompanii, towarzyszu Siewriukow... Znów popędzili gońcy. Wkrótce zaczęły przybywać plutony i kompania zebrała się wokół generała. Siewriukow równając szeregi, podał komendę: „Baczność!“ i złożył meldunek generałowi: Było już ciemno, twarzy żołnierzy nie było widać, ale zarysy kompanii występowały bardzo wyraźnie. Panfiiow nie lubił wygłaszać przemówień, wolał zazwyczaj gawędzić z siedzącymi dokoła żołnierzami, ale dzisiaj przemówił do kompanii - co prawda bardzo krótko. Przemówienie trwało dwie, trzy minuty. Nie ukrywając radości pochwalił żołnierzy. - Powiem wam, towarzysze, jako stary żołnierz - powiedział cichym głosem - że z takimi żołnierzami nic nie jest straszne. Nawet nie widząc jego twarzy można było poznać po głosie, że się uśmiecha. Chwilę milczał i nagle zadał jak gdyby samemu sobie pytanie:

- Co to jest żołnierz? Żołnierz musi się wszystkim podporządkować - musi stać przed każdym dowódcą na baczność, musi wykonywać rozkazy. To najniższy stopień wojskowy. Ale czym jest rozkaz bez żołnierza? Jest myślą, fantazją, marzeniem. Najlepszy, najmądrzejszy rozkaz zostanie marzeniem, fantazją, jeżeli żołnierz jest źle wyszkolony. Zdolność bojowa wojska - to, towarzysze, przede wszystkim zdolność bojowa żołnierza. Na wojnie żołnierz jest siłą decydującą. Jeżeli kompania działa tak, jak działaliście przed chwilą wy, jeżeli wykonuje rozkazy tak jak wy... nie ujrzy Niemiec Moskwy! Dziękuję, towarzysze, za znakomite wyszkolenie bojowe! Dziękuję w imieniu służby. Nad polem rozległo się: - Służymy Związkowi Radzieckiemu! I znów zapanowała cisza. - Dziękuję, towarzyszu Siewriukow - powiedział generał i uścisnął rękę dowódcy kompanii. - Z takimi orłami sam czuję się orłem. W ciszy, która panowała dokoła, słowa te usłyszeli wszyscy. I znów można było poznać po głosie, że Panfiłow uśmiecha się. Uśmiechali się również żołnierze. Przecież bywa tak, że uśmiech odczuwa się poprzez mrok i poprzez ciszę, ale na tym właśnie polegało moje nieszczęście, moja męka, że tego wieczora, po udzielonej mi naganie, która wciąż mnie dręczyła, nie odczuwałem wzniosłego uczucia zespolenia z żołnierzami, o którym opowiadałem i które niejednokrotnie było dla mnie nagrodą. Nie widziałem twarzy. Być może, że ludzie się uśmiechali, możliwe jednak, że wciąż jeszcze dręczyło ich oczekiwanie, że byli smutni i mieli nadzieję, iż generał obdarzy ich jakimś magicznym słowem, które dopomoże w boju; nie zdawali sobie sprawy, że słowo to zostało już wypowiedziane. Nie słyszałem oddechu kompanii, nie widziałem jej oblicza. Moment ten wraz z otrzymaną naganą był karą za jakiś poważny błąd. Na czym polegał ten błąd? Analizowałem ostre słowa generała... „Nie widzę nawet, żebyście pomyśleli o tym“ - powiedział wskazując strzałką kierunek uderzenia na nieprzyjaciela. Pomyśleć! Słusznie, pewnych spraw nie przemyślałem do ostatka, czegoś nie doprowadziłem do końca. I nie tylko w sprawie pól minowych i środków przeprawy, ale nawet jeśli chodzi o dusze żołnierzy. Ale czego, czego? Ach, gdyby tak jeden zwycięski bój - oto czego nam potrzeba! Odprowadziłem generała do auta. - Prowadźcie jak najstaranniej rozpoznanie - mówił stojąc na stopniu. - Posyłajcie możliwie więcej ludzi naprzód. Nie wolno, by skurczeni siedzieli wciąż w ziemi. Niech się przyjrzą Niemcom przed bitwą! Podał mi na pożegnanie rękę i zatrzymując moją mówił dalej: - Czy wiecie, towarzyszu Momysz-Uły, czego brak batalionowi? Musi choćby raz pobić wroga. Drgnąłem. Mówił właśnie o tym, czego sam namiętnie pragnąłem.

- Wówczas, towarzyszu Momysz-Uły, nie będzie to już batalion. Nie, wówczas będzie to prawdziwy bułat ze stali! Czy wiecie, co to jest bułat? Wzoru wycyzelowanego na jego klindze nie potrafi zetrzeć żadna siła na świecie. Czy zrozumieliście mnie? - Tak... aksakał... Sam nie wiem, jak mi się wyrwało to słowo. Nazwałem Panfiłowa tak, jak Bozżanow nazywał mnie, jak my Kazachowie, nazywamy starszego w rodzie, ojca. Poczułem, że uścisnął mi rękę. - Nie czekajcie, lecz sami szukajcie okazji! I jeżeli się nadarzy, obliczcie i bijcie! Rozważcie to, towarzyszu Momysz-Uły. Przysunąwszy się do mnie, by lepiej mnie widzieć, znów spytał: - Zrozumieliście mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Panfiłow obydwiema rękami, po kazachsku, uścisnął mi rękę. Była to pieszczota. Drzwiczki za Panfiłowem zatrzasnęły się. Auto z przyćmionymi latarniami ruszyło przez śnieżne pole. Długo jeszcze stałem na miejscu, patrząc za oddalającym się generałem. 3 W nocy ułożyliśmy plan. O świcie trzy drużyny - po jednej z każdej kompanii piechoty - różnymi drogami wyruszyły na rozpoznanie. Następnie co dwie godziny, według planu, drużyna po drużynie przeprawiały się za rzekę i szły naprzód - tam, skąd zbliżali się Niemcy. Żołnierze otrzymali zadanie: zobaczyć na własne oczy żywych Niemców i wrócić. Chciałem, by żołnierze sami przekonali się, że będą mieli do czynienia nie z okrytymi łuską potworami o długich ogonach, nie z duchami leśnymi lub smokami ziejącymi ogniem, lecz z ludźmi. Z ludźmi zdemoralizowanymi wprawdzie, o duszy morderców, ale ludźmi mającymi takie same ciała jak my, ciała pokryte skórą, którą łatwo przebija bagnet i kula - słowem, z istotami, które można zabić. Ostrożnie, trzymając się skraju lasu, żołnierze czołgali się w kierunku wsi, po cichu wołali kołchoźników, dowiadywali się, gdzie są Niemcy, ilu ich jest. I dowiedziawszy się pełzli dalej, aby popatrzeć na Niemca. Kiedy szli pierwszy raz, odczuwali strach, ale szli. Szli naprzód. Zza krzaków, spoza płotów, z dołów, ze ściernisk, z ogrodów przyglądali się, jak wyglądają wrogowie, którzy chcą nas zabić. Drużyna po drużynie wracały. Żołnierze na wyścigi opowiadali, jak Niemcy chodzili po wsi, jak się myli i jedli, jak strzelali do kur i śmieli się, jak gadali o czymś po niemiecku. Rachimow zadawał pytania dowódcom drużyn, wyjaśniał, jaka jest liczebność i uzbrojenie nieprzyjaciela, jego ruchy; wszystko to Rachimow dokładnie notował. A ja słuchając tych opowiadań żołnierzy wpatrywałem się w twarze, badałem tętno batalionu. Wielu wracało z rozpoznania w stanie bardzo ożywionym, jednak u niektórych wciąż jeszcze tkwił smutek w oczach - ci jeszcze nie wyzbyli się strachu. Jedna drużyna, na czele z Kurbatowem, wróciła szczególnie wesoła. Kurbatow chwacko zasalutował, stuknął obcasami i patrząc na mnie śmiejącymi się, czarnymi oczami powiedział:

- Towarzyszu dowódco batalionu, melduję, że rozkazu nie wykonałem. - Co to ma znaczyć? - Miałem rozkaz nie strzelać, ale sama ręka zaczęła działać. Dwa razy wystrzeliłem... Tak samo szeregowiec Harkusza. - No i co? - Dwóch położyliśmy trupem, towarzyszu dowódco batalionu. Aż mi tchu zabrakło - zabierały łotry kobiecie wieprza... Uczepiła się jednego z nich, leży na ziemi, płacze. A on ją obcasem w twarz. Nie wytrzymałem, wycelowałem... bac, bac. I szeregowiec Harkusza również. No i upadli na ziemię... Harkusza - ten sam, który kiedyś podczas pierwszego marszu umęczył się z torbą z granatami dorzucił słówko. - A ja, towarzyszu dowódco batalionu, miałem jeszcze jedną przyczynę. - Jaką? Harkusza spojrzał na towarzyszy i mrugnął porozumiewawczo: - Rosjanin własnym oczom nie wierzy, musi pomacać. - No i jak? Pomacałeś? Bierze ich kula? - To za mało, towarzyszu dowódco batalionu... Mam ochotę inaczej pomacać. I Harkusza palnął coś takiego, co się do druku nie nadaje. Dokoła wszyscy się roześmieli. Słuchałem z przyjemnością. Tego dnia śmiech, niezwykle łaskawy i kapryśny gość - kilka razy zjawiał się w naszym gronie. Ale nie pozostawał długo. Miało się wrażenie, że tylko na chwilę siadał obok nas, następnie odlatywał i znowu wracał, jak gdyby zastanawiając się, czy nie zawitać do nas na stałe. Podeszli do mnie: poważny Błocha, Galliulin, Murin - wszyscy z obsługi karabinów maszynowych. - Towarzyszu dowódco batalionu, pozwólcie, proszę, powiedzieć kilka słów - powiedział Błocha. Pozwoliłem. Błocha szturchnął Galliulina łokciem w bok. Murin pchnął go z tyłu. Olbrzymi Kazach o śniadej i połyskującej twarzy powiedział nieśmiało: - Towarzyszu dowódco batalionu... - O co chodzi? - Towarzyszu dowódco batalionu, czy nie gniewacie się na nas? - Nie, nie gniewam się. - A dlaczego to wszyscy idą popatrzyć na wroga, a my z obsługi karabinów maszynowych nie byliśmy jeszcze? - Dokąd was posłać z karabinem maszynowym? Karabiny maszynowe są tu potrzebne. - A my nie na długo, towarzyszu dowódco batalionu... I od razu wrócimy. Murin nie wytrzymał. - Towarzyszu dowódco batalionu, my na jedną noc. W nocy też na nich popatrzymy. Podpalimy coś i oni wybiegną. I pozwólcie nam, towarzyszu dowódco batalionu, zużyć po jednej taśmie.

Do batalionu niewątpliwie zawitało coś nowego. Murin był interesującym człowiekiem. Zauważyłem, że pierwszy spuszczał nos na kwintę, kiedy nastrój w batalionie stawał się kiepski, i jemu również pierwszemu poprawiał się humor, kiedy nastrój w batalionie stawał się lepszy. On pierwszy, jak się zdawało, odzwierciedlał oblicze bojowe batalionu, oblicze, które czasami było niejasne, to znów nabierało wyraźnych rysów. Wiedziałem, że człowiek ten nie jest jeszcze wycyzelowanym wzorem na klindze, którego nic na świecie nie zetrze. O stalowej klindze bułata opowiedział mi, jak wiecie, Panfiłow. Im głębiej zastanawiałem się nad wskazówkami, których nam udzielał, im uważniej przyglądałem się żołnierzom i przysłuchiwałem się doniesieniom zwiadowców, -ich słowom i intonacji, tym wyraźniejszych kształtów nabierał pewien pomysł. Odpowiedziałem moim kaemowcom: - Dobrze, Galliulin. Nie stanie się wam krzywda. Jutro będziecie mieli robotę.

Spróbujcie, zmierzcie się z nami!
1 Pomysł był następujący. W odległości mniej więcej dwudziestu kilometrów przed nami znajdowała się duża wieś Sierieda, ta sama wieś, w której 13 października szef sztabu Rachimow, na czele plutonu konnych zwiadowców, stwierdził obecność Niemców. We wsi tej zbiegało się kilka traktów, w stronę Wołokołamska, Kalinina i Możajska. Porównując doniesienia żołnierzy i oficerów, którzy prowadzili rozpoznanie, zadając pytania uchodzącym przed Niemcami mieszkańcom, stwierdziliśmy, że nieprzyjaciel urządził w Sieriedzie coś w rodzaju punktu etapowego. Rozmieściły się tam magazyny żywnościowe i amunicyjne oraz składy materiałów pędnych. Tam zatrzymywały się na nocleg przechodzące do wyznaczonych punktów oddziały wojsk niemieckich, które następnie skierowywano na północ - do Kalinina, na południe - po drodze prowadzącej do Możajska, obchodząc w ten sposób z dwóch stron nasze pozycje obronne. Powstała myśl: czy nie należałoby zaatakować tej wsi nie czekając na uderzenie ze strony Niemców? Czy nie należałoby dokonać wypadu na Sieriedę? Ale Panfiłow powiedział: „Obliczcie! Obliczcie i bijcie!“ Wysłałem na rozpoznanie oddział składający się z dowódców; dowódcą oddziału mianowałem Rachimowa. Trzydziestodwuletni Kazach o europejskich rysach twarzy był zawołanym sportowcem i turystą. Mówiłem już, zdaje się; że w Kazachstanie zyskał sobie pewien rozgłos jako alpinista. Chodził szybko i równocześnie nie spieszył się. Prócz zimnej krwi i niezwykle rzadkiej u ludzi dokładności w wykonywaniu rozkazów - miał on jeszcze jedną zaletę - nieocenioną na wojnie zdolność orientowania się w terenie. Miało się wrażenie, że widzi w ciemności. Z niecierpliwością oczekiwałem powrotu Rachimowa. Wyruszył 14 października pod wieczór i nie było go przez następną noc i następny ranek. Wreszcie w południe powrócił. Wszystko się zgadzało. W Sieriedzie rzeczywiście znajdował się punkt etapowy; zwożą tam sprzęt; nocują tam większe formacje, które z rana kontynuują marsz. Ochrona

Sieriedy zorganizowana jest kiepsko. Niemcy widocznie są przekonani, że nikt nie odważy się na nich napaść. Postanowiłem: tej samej nocy dokonam napadu. Do wieczora sformowaliśmy oddział ze stu ludzi, po jednym, dwóch żołnierzy z każdej drużyny. Wzięcie udziału w wypadzie uważano za nagrodę dla żołnierzy. Zadanie było następujące: o późnej godzinie nocnej wpaść z trzech stron do Sieriedy, zakłuć i powystrzelać Niemców, podpalić magazyny, wziąć jeńców i jeśli starczy czasu, wyłożyć miny na drogach prowadzących do Sieriedy i z Sieriedy. Utrzymać się we wsi nie było potrzeby, należało nad ranem wrócić do miejsca postoju batalionu. Dowódca pułku dał zgodę, ale nie pozwolił, bym poszedł z oddziałem. Na dowódcę oddziału wyznaczyłem Rachimowa, jako oficer polityczny wysłany został Bozżanow. Wieczorem, kiedy ściemniało, stu żołnierzy stanęło na skraju lasu, w pobliżu schronu sztabu. Nad nierówną linią czapek wznosiła się głowa Galliulina i można się było domyślić, że obok niego stoi mały, krępy Błocha. Dotrzymałem przyrzeczenia: obsługa karabinów maszynowych wyruszała również na nocną wyprawę. Znów nie widziałem twarzy, lecz czułem w ciemności jakby prąd elektryczny. Drżałem nerwowo i wiedziałem, nawet nie dotykając żołnierzy, że oni również drżą nie ze strachu, lecz z niecierpliwości; było to podniecenie przed walką. Przyszło mi do głowy stare przysłowie kazachskie, które przypomniał niedawno Bozżanow. Powtórzyłem je oddziałowi: - Wróg jest straszny, póki nie spróbowałeś smaku jego krwi. Idźcie, towarzysze! Sprawdźcie, z czego się składa. Czy będzie krwawił, kiedy go spotka wasza kula? Czy będzie wył, kiedy mu wbijecie w ciało bagnet! Czy umierając będzie gryzł zębami ziemię? Niechaj gryzie - poczęstujcie go naszą ziemią! Spróbujcie, jaki ma smak jego krew! Generał Panfiłow nazwał was orłami! Naprzód, orły! Rachimow poprowadził żołnierzy. Patrzyłem, jak kolumna znika w półmgle. Podszedł do mnie Krajew. - Dlaczego nie pozwoliliście mi pójść z nimi, towarzyszu dowódco batalionu? - Mnie również nie pozwolono, Krajew. Tego wieczora obaj zazdrościliśmy żołnierzom. Nastąpiła noc z piętnastego na szesnasty października, noc pierwszego boju. 2 Tej nocy nie mogłem zasnąć. Nie mogłem również usiedzieć w schronie. Kręciłem się na skraju lasu, chodziłem po ścieżce i nie po ścieżce i wciąż spoglądałem na zachód, dokąd poszedł oddział, nadstawiałem ucha, jak gdyby stamtąd, z odległości, mogły dojść huki wystrzałów albo krzyki. W dzień od strony południa słychać było huk armat. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że tego dnia, 15 października, kolumny czołgów niemieckich rzucono w kierunku Moskwy - miały one obejść lewe skrzydło naszej dywizji: że tam, w pobliżu sowchozu Bułyczewo - zanotujcie sobie tę nazwę, zostanie ona kiedyś złotymi zgłoskami wyryta w marmurze, w przyszłym klubie-pałacu naszej dywizji panfiłowcy rozpoczęli bój. W nocy tam również nastąpiła cisza.

Na końcu wydeptanej, czerniejącej wśród otaczającego śniegu ścieżki, która prowadziła do schronu sztabowego, stał wartownik. Patrzył w tym samym kierunku co i ja; sto orłów wyruszyło do boju; cały batalion czekał: co przyniesie pierwsze starcie z Niemcami? Bez przerwy spoglądałem na zegarek. Świecące w ciemności wskazówki pokazywały trzecią, pół do czwartej, czwartą... Jak wprzódy oko napotykało wszędzie ciemności, wytężone ucho chwytało całkowitą ciszę. Nagle na niebie coś zabłysło. Nie, to złudzenie... I znów ukazała się na niebie ledwo dostrzegalna zamglona smuga... Co to? Świta? Ale czyż tam wschodzi słońce? Przywidziało mi się - niebo znów było ciemne... I znów coś zabłysło na niebie... I zgasło... I znów jakiś blask... Teraz widać go było wyraźnie, niekiedy rozlewał się po niebie, to znów kurczył się - ale nie znikał. Nabrał różowego koloru. Przyglądałem mu się jak zaczarowany. Jak gdyby rozwiane potężnymi płucami nocne niebo zalewała pulsująca fala ognia - łuna. Wartownik odetchnął z ulgą: - Palą ich nasi! Biją ich! Chciałem coś odpowiedzieć, ale nie mogłem. Z radości skurcz chwycił mnie za gardło. Radość pulsowała we mnie jak luna na niebie. Miałem wrażenie, że w żyłach moich płynie nie krew, lecz radość! 3 Oddział wrócił nad ranem. Z bliskich i dalekich okopów biegli mu na spotkanie żołnierze. Radośnie witając powracających przyglądali się ze zdziwieniem i zaciekawieniem nędznej figurce wziętego do niewoli Niemca, którego oddział wziął ze sobą wraz z resztą zdobyczy. Niemiec siedział na wozie: miał na sobie zielonkawy mundur i takąż pilotkę, patrzył na wszystko spode łba, obracając wolno głowę, osadzoną na żylastej szyi z występującą naprzód dużą grdyką. - Można będzie z nim pogadać - powiedział Bozżanow. - Rozumie trochę po rosyjsku. Jak nazwisko? Jeniec coś mruknął. - Głośniej! - krzyknął na niego Bozżanow. Nigdy jeszcze nie widziałem mojego poczciwego Bozżanowa tak groźnego. Ręce Niemca same opadły w dół, stanął na baczność przed Kazachem i wyraźnie wymienił swoje nazwisko. Wszyscy przyglądali się żywemu, rozmawiającemu Niemcowi. - Żonaty? - Nie... Kawaler... Bozżanow głośno się roześmiał. Jego dobroduszna, pełna twarz stała się jeszcze starsza, maleńkie oczki znikły. Śmieli się wszyscy: „Kawaler! A to ci dopiero kawaler!“ Niemiec oglądał się dokoła. Ktoś krzyknął: - Ciszej, posłuchajcie, co powie oficer polityczny... Bozżanow podniósł rękę. - Oficer polityczny powiada: śmiejcie się.

I prawdopodobnie dla samego siebie nieoczekiwanie zakończył aforyzmem, bardzo rozpowszechnionym później w batalionie. - Śmiech - to na froncie rzecz najpoważniejsza. Starając się mówić wolno i wyraźnie Bozżanow zaczął wypytywać jeńca o plany dowództwa niemieckiego. Jeniec nie od razu zrozumiał. Wreszcie uchwyciwszy sens pytania powiedział, kalecząc słowa rosyjskie: - Śniadanie - Wolokolamsk, kolacja - Moskau. Wymówił to wszystko poważnie, stojąc na baczność, widocznie tu nawet, w niewoli, nie wątpił, że tak właśnie będzie: „śniadanie - Wolokolamsk, kolacja - Moskau“. I znów wszyscy dokoła wybuchnęli śmiechem... Czułem, jak pod wpływem tego niepohamowanego śmiechu żołnierze wyzbywają się strachu. Kręcąc szyją jeniec rzucał z ukosa spojrzenie na wszystkie strony. Nie rozumiał, co się stało z tymi Rosjanami. Tak oto wygraliśmy pierwszą bitwę. Tak oto na naszym odcinku poniósł klęskę generał Strach. 4 Rachimow i Bozżanow złożyli mi szczegółowy meldunek o nocnym wypadzie. Jest oczywiście rzeczą jasną, że przebieg bitwy był niezupełnie taki, jak przewidywał plan. Jedna grupa, natknąwszy się przypadkowo na patrol, rozpoczęła działania, zanim jeszcze wieś została całkowicie otoczona. Żołnierze wpadli do domów, przebijali faszystów bagnetami i strzelali do nich; ale wciąż jeszcze pozostawał szereg wyjść nie odciętych przez nas. Wielu Niemcom udało się uciec. Opamiętali się jednak i zorganizowali obronę wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Oddział położył trupem ze dwustu hitlerowców, podminował drogi, podpalił mnóstwo samochodów i kilka magazynów, w tym również zbiornik z benzyną. Niemcom udało się jednak uratować coś niecoś na innym końcu wsi. Ale główny cel wyprawy został osiągnięty. Żołnierze widzieli uciekających przed nimi Niemców, słyszeli, jak wyli umierający faszyści, wypróbowali ich skórę kulą i bagnetem, spróbowali smaku wrażej krwi. Razem z Rachimowem i Bozżanowem szedłem wzdłuż skraju obrony. Żołnierze, uczestnicy wyprawy, rozeszli się do plutonów i kompanii. Na mój rozkaz zajęcia i wszelka praca zostały przerwane na dwie godziny. Wszędzie grupy żołnierzy zbierały się wokół bohaterów, którzy dali łupnia Niemcom. To tam, to ówdzie rozlegał się śmiech. Wszędzie na mój widok rozlegała się komenda: „Wstać! Baczność!“ Już to samo pozwalało odczuć duszę żołnierza. Jak wesoło brzmiały te słowa owego dnia! Po drodze spotkałem Murina, który z obsługą ciężkiego karabinu maszynowego również uczestniczył w wypadzie nocnym. Kiedy mnie ujrzał z dala, przybrał wojowniczą postawę; znajdując się jeszcze w odległości dobrych dziesięciu metrów zaczął maszerować równym krokiem. Byliśmy na przednim skraju. Od Niemców oddzielał nas tylko pas ziemi, który na froncie nazywają „neutralnym“. A tymczasem Murin przemaszerował przed dowódcą batalionu, jak gdyby był na defiladzie. Odsalutowałem. Murin spoglądając na mnie uśmiechnął się. W odpowiedzi uśmiechnąłem się również. I tyle. Nie stanęliśmy, nie powiedzieliśmy sobie wzajem ani słowa, lecz znów, jak w nocy, duszę napełniło uczucie radości. Czułem, że go lubię i że on mnie również lubi.

To były cudowne chwile szczęścia, specyficznego szczęścia dowódcy, który czuje, że tworzy niepodzielną całość z batalionem. Uświadomiłem sobie, że w batalionie rodzi się dzisiaj męstwo. Dokoła niby nic się nie zmieniło. Poza czarną niezamarzłą rzeką ciągnęła się biała przestrzeń. Spod wczesnego śniegu wyglądały gdzieniegdzie płachetki zaoranej ziemi. Z dala czernił się las. W dalszym ciągu wiedziałem, że lada chwila wszystko zahuczy: po śniegu, pozostawiając czarne ślady, popełzną czołgi; z lasu, padając i znów się podnosząc, pobiegną ludzie w zielonkawych płaszczach, uzbrojeni w pistolety maszynowe, ludzie, którzy pragną nas zabić; ale wewnątrz siebie słyszałem głos: „Spróbujcie, zmierzcie się z nami!“ Zdawało mi się, że w spojrzeniach, w słowach, w uśmiechu, w uśmiechu, który teraz stale nam towarzyszył, czytam to samo: „Spróbujcie, zmierzcie się z nami!“ Takim stał się owego dnia nasz batalion, nasz stalowy bułat. Chciałbym wyrazić to w sposób obrazowy, na przykład: nasz batalion stawał się bułatem, zahartowaną, ostrą, wzorzystą klingą, która kraje ciało, z której nic na świecie nie potrafi zetrzeć wycyzelowanego wzoru. Ale bądźmy skromniejsi: tego dnia ukończyliśmy zaledwie średnie wykształcenie żołnierskie. Ostatnia klasa tej szkoły - to cios, czyli - w terminologii wojskowej pchnięcie bagnetem nie w manekin, lecz w żywe ciało nieprzyjaciela. Uderzenie to, które uwolniło nas od strachu, udało się nam stosunkowo łatwo w brawurowym ataku nocnym. Ciężkie bitwy, straszne próby męstwa - wszystko to czekało nas w przyszłości. Wielka dwumiesięczna walka pod Moskwą dopiero się zaczynała. W ciągu tych dwóch miesięcy pierwszy batalion pułku tałgarskiego stoczył trzydzieści pięć bitew; przez pewien czas należeliśmy do odwodów dywizji generała Panfiłowa; rzucano nas w bój, zgodnie z zasadami sztuki wojskowej, w szczególnie ciężkich sytuacjach; biliśmy się pod Wołokołamskiem, pod Istrą, pod Kriukowem; zwyciężyliśmy i przepędziliśmy wroga. O naszych trzydziestu pięciu bitwach opowiem później. A teraz... - Teraz - powiedział Baurdżan Momysz-Uły - postawcie dużą kropkę. Piszcie: koniec pierwszej opowieści.

Bój
Druga opowieść o panfiłowcach.

„O wojnie, o wstrząsających cierpieniach ludzkich trzeba pisać tylko prawdę - nie wystylizowaną, lecz płynącą z serca i duszy, utrzymaną w ramach zakreślonych przez etykę i prawo wojenne, przez krwawe doświadczenie wojny...“ Z listu pułkownika gwardii Baurdżana Momysz-Uły do redaktora czasopisma „Znamia“

Znowu u Baurdżana Momysz-Uły

1 Człowiekowi temu, który żąda od pisarza „prawdy płynącej z serca i duszy“, mojemu bohaterowi Baurdżanowi Momysz-Uły, przywiozłem na front do ziemianki maszynopis poprzedniej opowieści. Maszynopis został dość uroczyście wydobyty z plecaka i położony na stole. Ale upłynęło wiele godzin, zanim Baurdżan Momysz-Uły - dowódca pułku gwardii - mógł się nim zająć. Wreszcie znalazł wolną chwilę, przysunął maszynopis bliżej do naftowej lampy i pochylił się nad pierwszą stronicą. Nie widzieliśmy się pół roku. Przez ten czas Momysz-Uły schudł, cienie na jego twarzy były ciemne, ostre kąciki dużych oczu, niezwykłych dla Mongoła, zabarwiła żółć - dało się we znaki napięcie wywołane wojną. Ostro zarysowany w świetle lampy profil przypominał, jak i poprzednio, profil Indianina, znany z książek dla młodzieży. Szybko przeczytał pierwszy rozdział, zawierający historię powstania książki. W rozdziale tym opisałem znajomość z Baurdżanem, wrażenie, jakie wywarł na mnie wygląd, zachowanie się i charakter tego zadziwiającego człowieka. Po przeczytaniu wstępu rzucił okiem na zakończenie, potem spojrzał na mnie - w oczach jego nie było życzliwości. - Dlaczego cały czas powtarzacie, że jestem Kazachem? - powiedział niecierpliwie. - Napisaliście o tym raz jeden - i starczy. Ma się wrażenie, że wykrzykujecie: - „Spójrzcie, co za okaz natury!“ Obrażacie tego, którego chcielibyście przygarnąć do serca. Jest to pieszczota hipopotama... Na mojej twarzy odbiło się widoczne zmartwienie: pisałem, pisałem - i oto rezultaty. Baurdżan uśmiechnął się. - Ale hipopotamów jest wiele - powiedział. - I nie ma rady, trzeba pogodzić się z ich pieszczotami. 2 Wcisnąłem się w kąt, w półmrok, ażeby nie przeszkadzać, i obserwowałem stamtąd rzecz, której świadkiem autor bywa nieczęsto: oto bohater powieści czytał powieść o sobie. Baurdżan Momysz-Uły czytał powieść o Baurdżanie Momysz-Uły. Któregoś dnia prosiłem Baurdżana, by opowiedział mi o swym dzieciństwie, o latach młodzieńczych, o swym życiu osobistym. Odpowiedział lakonicznie: „To zbyteczne”. „Dlaczego? To mi jest potrzebne“ „Nie wam opowiadam“ - rzekł. „Nie mnie?“ „Nie wam, lecz całemu pokoleniu. Opowiadam o tym, co przeżyliśmy pod Moskwą, o czynach bohaterskich batalionu panfiłowców. Byłoby rzeczą głupią i nieszlachetną przemycić do tej powieści własny życiorys“. Nie udało mi się przekonać Baurdżana: mój bohater był upartym, nieustępliwym człowiekiem. Pochylony nad rękopisem nie garbił się jednak. Od czasu do czasu szybkim ruchem wąskiej, szczupłej dłoni odrzucał przeczytaną stronicę. Niekiedy gładził swe czarne jak smoła włosy, które znów uporczywie podnosiły się w górę, gdy tylko opuszczał rękę. Przyglądałem się mu z ciemnego kąta. Oto wyciągnął rękę do leżącej na stole otwartej srebrnej papierośnicy, wziął papierosa i przez pewien czas, zatopiony w myślach, obracał go nad lampą, by wysuszyć tytoń. Wreszcie zapalił papierosa i czytał dalej, nie robiąc żadnych uwag, nie wymawiając ani słowa.

Oto znów podniósł głowę - tym razem gwałtownym ruchem - wyjął z planszetki ołówek i zaczął coś pisać w poprzek bladofioletowej stronicy maszynopisu. Nie będę cytował wszystkich jego uwag. Przytoczę coś niecoś z rozmowy, którą prowadziliśmy po przeczytaniu rękopisu. 3 - Nie czuję Moskwy, nie czuję atmosfery bitwy pod Moskwą - mówił Baurdżan. - Nie potraficie oddać momentu historycznego - października 1941 roku. Sąd jego, jak zwykle, był surowy - niekiedy niesprawiedliwie surowy. - Następnie, nie zgadzam się z waszą oceną strachu. - Z moją? Dlaczego z moją? Streściłem tylko wasze myśli... - Możliwe... Możliwe, że opowiadałem mniej więcej tak, jak na pisaliście. Ale z tego, co napisaliście, widzę, że wyszło coś brutalnego, niezdarnego, nieociosanego. Przecież strach bywa różnego rodzaju i o różnym nasileniu, podobnie jak miłość: strach bywa mały i wielki, tu zaś (wskazał na rękopis) ludzi od razu ogarnia dziki strach w stopniu najwyższym, okropne przerażenie - a po tym wszystkim zupełnie, wyzbywają się strachu. Niesłusznie! W dodatku jednocześnie poniżyliście żołnierza. Zaprotestowałem. Ale Baurdżan obstawał przy swoim. - Tak, poniżyliście. Napoleon powiedział: „Człowiekiem kieruje strach i osobisty interes“. Do takiego rozumienia człowieka staczacie się niekiedy i wy. Nie spuszczając ze mnie spojrzenia swych dużych czarnych oczu, mówił dalej: - Ludźmi kieruje strach i interes osobisty... A ideały? A szlachetność, sumienie, honor, patriotyzm, gotowość do dzielenia z towarzyszami trudności i niebezpieczeństw, poświęcenie się w walce? Czyż to są tylko puste słowa? Czy bez tego moglibyśmy zwyciężyć? - Baurdżan był niezadowolony ze mnie, z samego siebie, ze swego opowiadania. - Dlaczego - pytał - nie daliście opisów porażek? Dlaczego nie opowiedzieliście o smutnych rozmyślaniach, zrodzonych przez te porażki? Przecież opowiedziałem wam o tym wszystkim. Milczałem. - Gdyby front literatury - ostro powiedział Baurdżan - był rzeczywiście frontem, na którym tchórzów rozstrzeliwują, rozstrzelano by was już dawno. Spostrzegłszy, jak mnie jego słowa zmartwiły, uśmiechnął się znowu i dodał: - Zwłaszcza gdybym ja tam był dowódcą. I z tym upartym i bezwzględnym człowiekiem, który tak surowy sąd wydał o pierwszej opowieści, zabraliśmy się do opracowania następnej.

W przeddzień bitwy

1 - Nasza druga opowieść - rozpoczął Baurażan Momysz-Uły - wkłada na nas jeszcze większą odpowiedzialność. Dotąd mówiliśmy o przygotowaniu żołnierza. Teraz mowa będzie o bitwie. Niełatwa to rzecz stać się żołnierzem; nie łatwo dowódcy zaprowadzić karność wśród wojsk; jeszcze trudniej wojować. 2 - Dnia 16 października 1941 roku - mówił dalej Baurdżan Momysz-Uły - ja, dowódca batalionu, leżałem na łóżku polowym w swoim schronie. Od Moskwy dzieliło mnie sto trzydzieści kilometrów. Z daleka słychać było kanonadę, niekiedy wzmagającą się, to znów przycichającą. Głuchy jej grzmot dochodził z lewej strony - z odległości dwudziestu do dwudziestu pięciu kilometrów. Tam, na lewym skrzydle dywizji, Niemcy, jak dowiedzieliśmy się później, usiłowali atakiem czołgów dokonać wyłomu w naszej obronie. A tymczasem u nas, na odcinku batalionu, było zupełnie cicho. Nieprzyjaciel nie zbliżał się do skraju obrony batalionu, do centralnego odcinka tak zwanego Wołokołamskiego Rejonu Ufortyfikowanego. Leżałem i rozmyślałem. Dokuczał mi stale mój ordynans, Sinczenko, jedyny człowiek w batalionie, który miał prawo zrzędzić na mnie. To kąpiel była dla mnie gotowa, to znów obiad. - Później... Nie przeszkadzaj. - Powtarzacie w kółko: nie przeszkadzaj, nie przeszkadzaj. V przecież cały dzień nic nie robicie. - Myślę. Zrozumiałeś? Myślę! - Bo to człowiek może tyle myśleć? - Może. Jeżeli cię z powodu mojej głupoty zabiją, to co ja wówczas powiem twojej żonie? A przecież jesteś w batalionie nie sam. Może i wy również uważacie, że dowódca batalionu - zwłaszcza w takiej chwili, w przededniu bitwy obowiązany jest coś robić: rozmawiać przez telefon, wzywać swoich podkomendnych, wydawać rozkazy. Ale nasz generał Panfiłow niejednokrotnie pouczał mnie, że najważniejszym obowiązkiem dowódcy - jest myśleć, stale myśleć. 3 Jak wiecie, w nocy na szesnasty października stu moich żołnierzy wyruszyło na odległość dwudziestu kilometrów, by zaatakować ugrupowania nieprzyjacielskie. Wrócili jako zwycięzcy. To pierwsze zwycięstwo przeobraziło duszę żołnierza, przeobraziło batalion. A dalej? Nasza zuchwała operacja nie mogła, oczywiście, nic zmienić w ogólnej sytuacji na froncie. My, siedmiuset żołnierzy pierwszego batalionu tałgarskiego pułku, broniliśmy na przedpolach Moskwy ośmiokilometrowego odcinka, na którym koncentrowały się dywizje niemieckie. Zaczęły mnie znów dręczyć myśli, które nie dawały mi spokoju w ciągu ostatnich dwóch, trzech dni.

Zajmując odcinek na chwilę nawet nie przypuszczałem, jak wiecie, że tu, na tej pozycji, na tym ośmiokilometrowym pasie, nieprzyjaciel będzie miał przeciwko sobie tylko jeden batalion; sądziłem, że z tylu, za nami, będzie zbudowana druga i może jeszcze trzecia linia obronna, wzdłuż których będą rozmieszczone inne jednostki Armii Czerwonej; przypuszczałem, że po odparciu pierwszego uderzenia wroga i zatrzymaniu go na pewien czas - cofniemy się na pozycje zajmowane przez nasze główne siły. Ale przed dwoma czy trzema dniami dowiedzieliśmy się, że przed naszymi liniami znajduje się hitlerowska armia, która przełamała front pod Wiaźmą, że drugiej linii obrony za nami nie ma, że Wołokołamska i szosy wołokołamskiej - prostej, bezpośredniej drogi na Moskwę - broni tylko nasza dywizja rozciągnięta na tym wielokilometrowym froncie oraz kilka pułków artylerii przeciwpancernej. Tak złożyły się okoliczności wojny. Powstrzymać nieprzyjaciela na przedpolach Moskwy drobnymi siłami, powstrzymać go, dopóki przybędą rezerwy - takie było wówczas zadanie postawione przed Armią Czerwoną. 4 Nie będę używał takich wyrażeń, jak: ojczyzna rozkazuje, ojczyzna żąda... Nie chcę używać zbytecznych słów, gdy mowa o miłości ojczyzny. Możecie nie wątpić, że nie mniej silnie niż wy czuję, czym jest ojczyzna socjalistyczna, czym jest kraj, którego bronimy, w którym żyjemy. Cale umiłowanie ojczyzny, wszystek zapał, uczucie najgłębsze - wszystko to w owych dniach skoncentrowało się wokół jednej sprawy - jak obronić pozycję batalionu, jak wykonać zadanie wyznaczone naszemu batalionowi. Leżąc na łóżku polowym widziałem w wyobraźni, jak nieprzyjaciel po przebyciu dwunastu do piętnastu kilometrów nie umocnionego pasa, który w tej chwili oddzielał nas od Niemców, dotrze do brzegów Ruzy, do naszych pozycji. Napotkawszy opór naszej linii obronnej skoncentruje po kryjomu, gdzieś w lesie pod osłoną nocy, w miejscu, które sam obierze, grupę uderzeniową, ściągnie artylerię i następnie, gdy będzie już zupełnie gotów, ugrupuje wojska na swój ulubiony sposób: w klin - ruszy naprzód na wąskim odcinku, od połowy do jednego kilometra, na odcinku, którego broni zaledwie jeden pluton piechoty i jedna drużyna karabinów maszynowych. Przy tym nie miałem odwodów. Zwykłe obliczenie odległości wskazywało na to, że Niemcy dokonując szybkiego i nieoczekiwanego ataku mogą przełamać naszą linię obronną - zanim nadejdą posiłki z innych odcinków - na tym niemożliwym do ustalenia z góry kilometrze. A czy nie można odgadnąć, jakie miejsce, jaki kilometr Niemcy będą uważali za najdogodniejszy, najodpowiedniejszy do natarcia, jeśli w myślach stanąć na miejscu nieprzyjaciela, jeśli przeobrazić się na chwilę w dowódcę ugrupowania wojsk niemieckich? Ale nieprzyjaciel przecież też nie jest głupi. Ja staram się myśleć za niego, a on ze swej strony postara się myśleć za mnie. Z łatwością, oczywiście, odgadnie moje zamiary i znajdzie sposób, żeby mnie oszukać. Uderzy w jednym miejscu, dokąd pośpiesznie ściągnę moje kompanie, przerzucę moździerze i działa, a tymczasem inne ugrupowanie przekroczy ogołocony z wojsk odcinek frontu. Może już teraz nawet, w odległości dwudziestu kilometrów, z uśmiechem czyta w moich myślach.

W swej wyobraźni widziałem twarz dowódcy niemieckiego ugrupowania, które koncentruje się naprzeciw nas: zarozumiała, starannie ogolona fizjonomia Niemca, z odznakami pułkownika, a nawet generała. Przeciw moim ośmiu kilometrom, przeciw mojemu batalionowi rzuci on jutro lub pojutrze mniej więcej dywizję, ściągając wchodzące w nią jednostki z głębi obrony. Wpatrując się uporczywie w wyimaginowane oblicze niemieckiego dowódcy, z którym w walce już teraz, leżąc na łóżku, muszę wygrać bitwę - bitwę intelektu z intelektem - usiłując sobie wyobrazić bieg jego myśli, jego plany, powtarzałem sobie: Baurdżan, nie licz na to, że masz przed sobą głupca. Ale oczy, które, zdawało się, widziały przed sobą: przenikliwe, okrutne, niemłode oczy, w których gotów był zapłonąć ogień hazardu wojennego i które długo z zainteresowaniem mogły wpatrywać się w mapę, w tej chwili były bez wyrazu, bez myśli. Niemiecki pułkownik czy generał odnosił się z pogardą do mnie, do stawiającego mu opór batalionu - kilkuset żołnierzy, broniących ośmiokilometrowego odcinka na przedpolach Moskwy. Nudził się. Uważał, że wojna na wschodzie jest już wygrana; droga do Moskwy stoi otworem; pozostawało tylko zmiażdżyć mimochodem drobne oddziały; lekceważył nas; uważał za zbyt wielki zaszczyt dla nas wysilać swój mózg. A może się mylę? Może doświadczenie wojny - bohaterski opór wojsk pogranicznych Armii Czerwonej, walki obronne pod Smoleńskiem, obrona Odessy, Leningradu - zmusiły go do zastanowienia się? Może nasza nocna wyprawa, nasze wyzwanie przekonały go, że pod Moskwą czeka go walka na śmierć i życie? Wątpliwe... Temu zdobywcy, przeświadczonemu, że za parę dni będzie oglądał z samochodu place i ulice Moskwy, nocna wyprawa setki czerwonoarmistów wydawała się zapewne konwulsyjną próbą wypadu partyzanckiego, wypadu, jakich również w przyszłości będzie niemało i z którymi da sobie radę gestapo i żandarmeria połowa. Odczułem intuicyjnie, że zgadłem, że przeniknąłem do czaszki przeciwnika. Ogarnęła mnie wściekłość, nienawiść. Gardzisz mną? Nudzisz się? Poczekaj, zmusimy cię do myślenia! A tymczasem... A tymczasem po tym „zawodowym zwycięzcy“, nie raczącym zaprzątać swej głowy myślami, należało się spodziewać działań według przyjętego szablonu. Jest on powszechnie znany. Po przebyciu w ciągu kilku godzin dwunastu do piętnastu kilometrów nieumocnionego pasa i odrzuceniu naszych oddziałów ubezpieczających... Musiałem się uśmiechnąć. Po przeniknięciu do mózgu przeciwnika nie o wiele się posunąłem naprzód: zrobiłem koło i wróciłem do punktu, z którego wyszedłem. 5 Powiedziałem: szablon jest powszechnie znany. Czy tak jest w rzeczywistości? Znałem wojnę z literatury, z podręczników, z regulaminów, z rozmów z tymi, którzy uczestniczyli w bitwach; brałem udział w ćwiczeniach, ćwiczyłem żołnierzy; wyruszyłem z nimi na front; a przecież wojna pozostawała dla mnie tajemnicą, podobnie jak dla każdego, kto nie był jej uczestnikiem. W Polsce, we Francji hitlerowcy zademonstrowali swój sposób prowadzenia wojny: po przełamaniu w kilku miejscach linii frontu posuwali się szybko naprzód na czołgach, ciężarówkach, motocyklach, likwidując opór rozproszonych i otoczonych grup. Tak samo próbowali działać i u nas. W toku rozmyślania i ja również użyłem szablonowych wyrazów: odrzucając, przełamując, likwidując, lecz co to znaczy? Dlaczego likwidując? Jak się to odbywa?

Nie patrząc na mapę, którą znałem na pamięć, widziałem kręte brzegi wąskiej, płynącej wolno Ruzy, nasz skraj obrony - łańcuch, składający się z szeregu stanowisk karabinów maszynowych i piechoty. Z tyłu, w lesie, stało w ukryciu osiem dział przydzielanych do batalionu: wzdłuż brzegu rzeki przed naszym przednim skrajem przebiegała spadzista pochyła ściana ścięta przeciw czołgom, zwana w terminologii wojskowej przeciwczołgowym skopem stoku lub krótko - skarpą. Wzrok wybiegał dalej, za rzekę, w kierunku nieprzyjaciela. Widziałem szczegółowo pas położony między naszymi a niemieckimi wojskami, opuszczony już przez nas, lecz jeszcze nie zajęty przez hitlerowców; widziałem drogi prowadzące z punktów koncentracji wojsk niemieckich do naszych pozycji; widziałem parowy i lasy jak gdyby umyślnie stworzone do urządzania zasadzek. Bolało mnie serce, ilekroć wyobrażałem sobie, jak to niemieckie kolumny, nie napotykając oporu, będą przechodziły koło tych parowów i lasów, dziś jeszcze dostępnych dla nas, parowów i lasów, w których mogłyby się przyczaić całe kompanie. W mojej głowie zrodziła się myśl o zadaniu uderzenia od tyłu, z zasadzki, w plecy kolumnom, które jeszcze nie rozwinęły szyków i które zostaną w ten sposób wzięte w dwa ognie. Powstawał plan boju spotkaniowego - zaatakowanie znienacka nieprzyjaciela, gdy będzie się zbliżał do linii frontu. Ale skąd wziąć siły do tego? Czy wyprowadzić batalion z umocnień? Podczas swych niedawnych odwiedzin generał Panfiłow zwracał uporczywie moją uwagę na możliwość zaatakowania Niemców w odpowiedzi na ich natarcie, jeśli się oczywiście nadarzy okazja. Ale mam przecież zaledwie siedmiuset żołnierzy na osiem kilometrów frontu. Nie mogę przecież rzucić do ataku całego batalionu pozostawiając skraj obrony bez wojska. Nie jestem w stanie opisać męki dowódcy: za mało sił... za mało sil... Będąc w myślach na miejscu przeciwnika widziałem wiele sposobów rozwiązania stojącego przed nim zadania - przełamania linii obrony mego batalionu. Sam zaś nie mogłem ułożyć planu, znaleźć rozwiązania, pozwalającego zapobiec przełamaniu obrony na moim odcinku. Męczyłem się okrutnie, sam sobie wymyślałem. Czułem ból w całym ciele, jak gdyby mnie kto zbił. 6 Wieczorem otrzymałem rozkaz: o godzinie piątej rano stawić się w rejonie mego sąsiada z lewej strony, w ziemiance dowódcy graniczącego z nami batalionu.

Godzina w towarzystwie Panfiłowa
1 Do mego sąsiada z lewej strony pojechałem konno. Podkreślcie, proszę, z lewej. Chciałbym, żebyście sobie choć z grubsza, ale wyraźnie zdawali sprawę z sytuacji. Jeszcze raz wyobraźcie sobie linię obrony batalionu, biegnącą wzdłuż rzeki Ruzy. Stańcie twarzą do przeciwnika. Trzeba, żebyście w przyszłości mieli przed sobą wyraźny obraz: to a to dzieje się przed wami, przed frontem batalionu: to a to z prawej strony, to a to z lewej strony, gdzie takie same bataliony jak nasz broniły tak samo długich odcinków. Po wczesnej zimie, niezwykłej w październiku, kiedy to w przeciągu półtora, dwóch tygodni mieliśmy już sannę, pogoda zmieniła się. Mróz zelżał, nastąpiła jesienna słota. Noce były ciemne, bezksiężycowe.

Obawiając się, że w ciemności mogę wraz z koniem wpaść do jakiegoś dołu, pojechałem nie wprost, wzdłuż brzegu, lecz drogą polną, dokoła. Koń z trudem posuwał się naprzód, nawet stępa. Łysek, opuszczając łeb, z chlustem wyciągał nogi z lepkiego błota. Siedziałem nieruchomo w siodle, pogrążony w myślach. Zacząłem spotykać po drodze żołnierzy idących w tym samym kierunku. Ocknąłem się. Któż to? Świeże oddziały? Posiłki? Zapalałem od czasu do czasu latarkę elektryczną i jej światło przeszywało ciemności. Co się stało? Czy ci ludzie pozostali w tyle za swoim oddziałem? Idą we dwóch, we trzech, w zesztywniałych pelerynach, z których ścieka bez przerwy woda. Sterczą lufy karabinów. Ktoś pyta: - Towarzyszu dowódco, jak daleko do Sipunowa? Mówię: - Z jakiego oddziału? Skąd? Dowiaduję się: przechodził tędy w nocy batalion zapasowy z Wołokołamska; moi rozmówcy to żołnierze, którzy podczas marszu pozostali w tyle. Znów pytają, jak daleko do Sipunowa. Odpowiadam i pozostawiam ich za sobą. Przez pewien czas nikogo nie spotykam. Dokoła panuje cisza; nie słychać nawet dalekiej kanonady. Ale oto na przedzie ktoś znowu wlecze się z trudem. Potem jeszcze dwaj, trzej. Cieszą mnie posiłki, ale... Ale, do diabła, jak oni maszerują. Nie czuje się szkoły, jaką nam dał Panfiłow: nasze oddziały nie rozciągały się wzdłuż całej szosy, żołnierze nie pozostawali w tyle. Po chwili z boku zaświeciły ogniki papierosów. Kilku żołnierzy leży obok rowu przydrożnego palą; zbolałe ze zmęczenia ciało nie reaguje na wilgoć. I ze wszystkich stron słyszę wciąż to samo pytanie: jak daleko do Sipunowa? Jechałem również w kierunku Sipunowa. W pobliżu tej wsi, w lesie, znajdowało się stanowisko dowódcy sąsiedniego batalionu 2 Dobrnąłem wreszcie i po wilgotnych stopniach zacząłem schodzie do ziemianki, stanowiska dowódcy. - A, towarzysz Momysz-Uły, witam... Był to tak dobrze znany mi ochrypły głos. Ujrzałem generała Panfiłowa. Siedział koło żelaznego piecyka i suszył nogi. Jeden but zdjął i szczupłą, niedużą nogę trzymał koło rozżarzonego pieca. Obok niego siedział jego adiutant - młodziutki rumiany lejtenant; w drugim kącie - nieznajomy mi kapitan. Stanąłem na baczność i zameldowałem o przybyciu. Panfiłom wyjął zegarek, spojrzał. - Zdejmcie płaszcz. Siądźcie koło ognia. Wstał, rozłożył wilgotne z jednej strony onuce, postawił nogę na suchej części płótna i szybko, umiejętnie, po żołniersku, bez jednej fałdy zawinął onucę. Potem włożył but.

Pociemniały od deszczu płaszcz, ze skromnymi gwiazdkami, o barwie ochronnej, sechł nad piecykiem. Przyjmując nową jednostkę wojskową przybyłą do dywizji, Panfiłow był widocznie na pozycjach; długo przebywał na deszczu i, być może, nie spał całą noc. Jednakże jego śniada, pokryta zmarszczkami twarz o czarnych przystrzyżonych wąsikach mimo zmęczenia nie była ponura. - Czy słyszeliście, towarzyszu Momysz-Uły, jak myśmy się dziś spisali? - spytał z uśmiechem, przymrużywszy oczy. Trudno wyrazić, jak przyjemnie działał na mnie w tej chwili jego spokojny, życzliwy glos, jego figlarnie połyskujące, przymrużone oczy. Poczułem nagle, że nie jestem samotny, że nie zostałem pozostawiony samemu sobie przed obliczem nieprzyjaciela, będącego w posiadaniu czegoś osobliwego, jakiejś tajemnicy wojennej, której nie mam ja, człowiek niedoświadczony w bitwach. Pomyślałem: tajemnicę tę zna również nasz generał - żołnierz pierwszej wojny światowej, później, po rewolucji, dowódca batalionu, pułku, dywizji. Uśmiechając się Panfiłow w krótkich słowach opowiedział o wydarzeniach poprzedniego dnia, o bitwie na lewym skrzydle dywizji, w okolicach sowchozu Bułyczewo. Nieprzyjaciel rzucił tam do szturmu grupę pancerną usiłując za jednym zamachem wyjść na szosę wołokołamską. Około osiemdziesiąt czołgów niemieckich przekroczyło naszą linię obrony, ale ogień naszych wojsk odciął fale piechoty niemieckiej od poprzedzających je czołgów. Grupa pancerna, nie wsparta przez piechotę, natknęła się w głębi naszej obrony na artylerię i straciwszy blisko dwadzieścia czołgów zawróciła, cofając się w kierunku swej podstawy wyjściowej i porzucając zajęte poprzednio miejscowości. Panfiłow mówił: - Odparliśmy... - westchnął żartobliwie. - Uf... Ale się bałem! Tylko nikomu o tym nie mówcie, towarzyszu Momysz-Uły. Przecież czołgi przedarły się... On - Panfiłow wskazał na adiutanta - był tam ze mną, coś niecoś widział. Powiedz no - jak żołnierze odpierali atak? Adiutant skoczył i powiedział radośnie: - Własną piersią odparli, towarzyszu generale. Dziwne, ostro wygięte czarne brwi Panfiłowa uniosły się w niezadowoleniu. - Piersią? - zapytał. - Nie, łaskawco, pierś łatwo można przebić każdym ostrym narzędziem, a nie tylko kulą. Głupstwa gadasz - piersią! Otóż to, zaufaj takiemu dziwakowi w mundurze wojskowym kompanię, a poprowadzi ją do ataku piersią przeciw czołgom. Nie piersią, lecz ogniem! Odparliśmy ogniem z dział! Nie widziałeś czy co? Adiutant zgodził się pośpiesznie. Ale Panfiłow powtórzył zjadliwie: - Piersią... Idź i spójrz, czy nakarmiono konie... I powiedz, żeby za pół godziny były osiodłane. Adiutant zasalutował i wyszedł zmieszany. - Młody - powiedział łagodnie Panfiłow. Spojrzał na mnie, potem na nieznajomego kapitana i zaczął bębnić palcami po stole. - Nie wolno walczyć piersią żołnierza - powiedział - zwłaszcza teraz... Mamy tu pod Moskwą niewiele wojska... Trzeba oszczędzać żołnierza.

Słuchałem generała w napięciu, starając się znaleźć w jego słowach odpowiedzi na dręczące mnie pytania - ale tymczasem nie znajdowałem. Pomyślał chwilę i dodał: - Oszczędzać nie w słowach, lecz czynem, ogniem. 3 Panfiłow mówił dalej: - Macie teraz, towarzyszu Momysz-Uły, nowego sąsiada... Zapoznajcie się z nim: kapitan Szyłow. Kapitan stał przy stole. Wysoki, przystojny, zbyt młody jak na swoją szarżę, wyglądał na lat dwadzieścia siedem. Na głowie zamiast czapki futrzanej, jaką mieli wszyscy żołnierze i oficerowie dywizji Panfiłowa, nosił czapkę koloru khaki z amarantowym otokiem piechoty. Nie wymówił dotąd ani słowa, ale nawet to milczenie, dopóki nie zwrócił się do niego ktoś starszy rangą, obok umundurowania, postawy itd. zdradzało w nim oficera zawodowego. Przywitaliśmy się. - Jechaliście drogą, towarzyszu Momysz-Uły? - spytał Panfiłow. - Tak jest, towarzyszu generale. - Czy wielu żołnierzy pozostało w tyle? - Wielu! - odpowiedziałem. Panfiłowowi wymknęło się niezadowolone: - Oh... Zwrócił się do kapitana, który poczerwieniał i stanął na baczność. Ale zamiast nagany Panfiłow powiedział: - Wiem, wiem, kapitanie, o czym myślicie. Nie wiadomo, kto ich wychował, uczył, a teraz ja, kapitan Szyłow, będę musiał za nich odpowiadać. Czy nie tak? Panfiłow uśmiechnął się; uśmiechnął się również Szyłow. - Nie towarzyszu generale, nie tak! - Nie tak? Generał żywo przysunął się do kapitana. Jego maleńkie oczy błyszczały ciekawością. Szyłow stanowczym głosem odpowiedział: - Nie o sobie myślę, towarzyszu generale. Obawiam się, że żołnierze będą musieli zapłacić za to zbyt drogo. Czy mogę wyjść, aby wydać odpowiednie zarządzenie, towarzyszu generale? - Chcecie dać burę tym, którzy pozostali w tyle za batalionem? - Nie, towarzyszu generale. Trzeba natrzeć uszu dowódcom. I każę również wyjaśnić, komu się należy podwójna porcja. Panfiłow roześmiał się. - No dobrze, dobrze, kapitanie. - Czy mogę wyjść?

- Proszę, zaczekajcie. Panfiłow chwilę milczał. Pogrążył się w myślach. Następnie powiedział: - A więc, towarzyszu Momysz-Uły - macie teraz nowego sąsiada. Batalion jest słaby, źle wyszkolony. Zgoda, kapitanie? - Tak jest, towarzyszu generale. Zwróciwszy się do mnie Panfiłow tłumaczył mi, że do dywizji przydzielono znajdujący się w Wołokołamsku batalion zapasowy. Kapitan Szyłow dopiero kilka dni temu objął nad nim dowództwo. - Poprzedniego dowódcę zmuszony byłem usunąć - mówił Panfiłow. - Nie umiał trzymać żołnierzy w karbach, żałował ich. Dziwak! Przecież żałować ludzi to znaczy właśnie nie żałować ich wcale! Zrozumieliście mnie, kapitanie? - Tak jest. Wiem o tym, towarzyszu generale. Kilka sekund Panfiłow przyglądał się młodej twarzy kapitana Szyłowa, a potem zwrócił się do mnie. - Was, towarzyszu Momysz-Uły, wezwałem w następującej sprawie... Zamieniłem się cały w słuch... Ale generał po prostu powiedział, że powinienem razem z kapitanem Szyłowem obejrzeć styk i międzypole. - Jeżeli nieprzyjaciel wedrze się w miejsce zetknięcia się batalionów, bijcie go wspólnymi siłami. Przygotowujcie się do tego. Uzgodnijcie w terenie wszystkie kwestie łączności i wspólnych działań. Pomagajcie sobie nawzajem w groźnej chwili. Panfiłow jeszcze raz spojrzał uważnie na kapitana i pozwolił mu wyjść. Mnie jednak w dalszym ciągu męczyły nie rozwiązane kwestie. „Bijcie ich wspólnymi siłami!“ Jak? Jakimi siłami? Zabrać ludzi z okopów? Ogołocić, odsłonić front? A jeśli nieprzyjaciel uderzy równocześnie i w innym miejscu? „Bijcie go wspólnymi siłami“. A przecież nieprzyjaciel będzie i nas bił! Będzie bił przeważającymi siłami, w różnych miejscach, z różnych stron. Sposób osiągnięcia zwycięstwa w tej walce pozostawał dla mnie nadal osłonięty tajemnicą. 4 Drzwi za kapitanem zamknęły się. - Zdaje mi się, że to złota głowa - powiedział w zamyśleniu Panfiłow. - Tylko... A więc, towarzyszu Momysz-Uły, czy wielu żołnierzy pozostało w tyle za batalionem? Bardzo wielu? - Bardzo, towarzyszu generale. - Ech, nawet człowiek o złotej głowie łyknie biedy, jeżeli żołnierz nie jest wyszkolony. Twarz Panfiłowa stała się nagle zmęczona, ponura. Ale po chwili spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Jego maleńkie oczy z drobnym zmarszczkami dokoła zabłysły żywo. - Słucham was, towarzyszu Momysz-Uły, opowiadajcie... Złożyłem krótki meldunek o udanym wypadzie nocnym. Ale Panfiłow zadawał pytania, żądał, bym mu opowiedział szczegóły. I znów, jak to już było kilka razy, meldunek zamienił się w rozmowę. Mrugnąwszy porozumiewawczo Panfiłow powiedział:

- Towarzyszu Momysz-Uły! Opowiedzcie to wszystko Szyłowowi Dodajcie mu bodźca... Chciałbym, aby jutro i on trzepnął nieprzyjaciela na wasz sposób. Generał nie powinszował mi, nie ściskał ręki, nie mówił: świetnie! zuch! - ale pochwalił inaczej, w sposób rzeczowy; jego serdeczność była również rzeczowa. - Oto, towarzyszu Momysz-Uły - mówił dalej - oto nauczyliście się bić Niemców. Odpowiedziałem smutnie: - Nie, towarzyszu generale, nie nauczyłem się. Brwi generała uniosły się w górę. - Jak to? - Towarzyszu generale, dziś cały dzień łamię sobie głowę nad tym. Kiedy w myślach jestem na miejscu nieprzyjaciela - zwyciężam z łatwością. Kiedy myślę za siebie - nie wiem, jak go bić, jak odrzucić. Twarz Panfiłowa sposępniała. Jakiś czas milczał, przyglądałem mu się. Następnie rozkazał: - Złóżcie szczegółowy raport! Weźcie mapę! 5 Rozłożyłem swoją mapę na stole. Czerwonym ołówkiem nakreślona była na niej nasza linia obronna, nigdzie jeszcze nie naruszona, nie zmieniona przez walkę. Z obydwu stron naszego odcinka batalionowego ciągnęła się linia obronna sąsiednich batalionów. Linia ta, łańcuszek o rzadkich ogniwach w postaci pojedynczych stanowisk strzeleckich i gniazd karabinów maszynowych - osłaniała Moskwę przed nieprzyjacielem. Zakomunikowałem szczerze, że po zanalizowaniu sytuacji nie widzę żadnej możliwości, aby własnymi siłami zapobiec przełamaniu przez nieprzyjaciela frontu na odcinku batalionu. Trudno wymówić coś podobnego - każdy dowódca zrozumie mnie - ale mimo to wymówiłem. Panfiłow skinął głową, abym mówił dalej. Opowiedziałem o dręczących mnie myślach: o tym, że nie mam w odwodzie ani jednego plutonu; że gdyby nieprzyjaciel uderzył znienacka, nie będę miał czym wesprzeć mojego batalionu, nie będę miał czym odeprzeć nieprzyjaciela. - Jestem przekonany, towarzyszu generale, że mój batalion nie cofnie się, lecz potrafi, jeżeli będzie potrzeba, umrzeć na stanowisku, ale... - Nie spieszcie się umierać, uczcie się walczyć - przerwał mi Panfiłow. - Ale mówcie dalej, towarzyszu Momysz-Uły, mówcie dalej. - Następnie, towarzyszu generale, niepokoi mnie tego rodzaju sprawca... Obecnie linię obronną batalionu oddziela od nieprzyjaciela pas szerokości najwyżej piętnastu kilometrów. Pokazałem Panfiłowowi ten pas na mapie. Panfiłow znów skinął głową. - I cóż, towarzyszu generale, mamy mu ten pas oddać bez sprzeciwu? - Nie rozumiem. Jak to oddać? Wytłumaczyłem: - Przecież, gdy nieprzyjaciel wyprze nasze ubezpieczenie, szybko dotrze, towarzyszu generale... - Dlaczego wyprze?

Panfiłow słuchał dotąd uważnie i w skupieniu. Ale tu, po raz pierwszy podczas naszej rozmowy, na twarzy jego odbiło się niezadowolenie. Powtórzył ostro: - Dlaczego wyprze? Nie odpowiedziałem. Dla mnie było rzeczą jasną, że jeden lub dwa pododdziały ubezpieczające, liczące od dziesięciu do dwudziestu ludzi, nie potrafią zatrzymać znacznych sił nieprzyjaciela. - Podziwiam was, towarzyszu Momysz-Uły - powiedział generał. - Pobiliście przecież Niemców? - Ale, towarzyszu generale, wtedy my byliśmy stroną napadającą... I w dodatku w nocy, znienacka... - Podziwiam was - powtórzył generał. - Myślałem, towarzyszu Momysz-Uły, że zrozumieliście prostą zasadę: żołnierz nie powinien siedzieć i czekać, aż go śmierć spotka. Powinien nieść śmierć nieprzyjacielowi, napadać. Bo przecież jeżeli człowiek sam nie gra, to staje się igraszką w ręku innych. - Jakże tu napadać, towarzyszu generale? Czy znowu na Sieriedę? Nieprzyjaciel ma się tam już na baczności. - A to co? Panfiłow szybkim ruchem chwycił ołówek i wskazał na mapie pas między pozycjami naszymi i nieprzyjacielskimi. - Macie pod jednym względem rację, towarzyszu Momysz-Uły: kiedy przeciwnik dotrze bezpośrednio do naszej linii obronnej, to go nasza nitka nie zatrzyma. Ale przecież musi w tym celu dotrzeć. Powiadacie: wyprze... Nie, towarzyszu Momysz-Uły, ten pas jest właśnie stworzony do walki... Weźcie tam inicjatywę ognia artyleryjskiego w swoje ręce, napadajcie... W jakich miejscach znajduje się ubezpieczenie? Pokazałem. Od linii nieprzyjacielskich do pozycji naszego batalionu prowadziły dwie drogi: droga polowa i trakt. Na każdej z tych dróg wystawiliśmy oddział ubezpieczający w odległości trzech, czterech kilometrów od linii obrony naszego batalionu. Panfiłow sposępniał. - Ilu ludzi jest w tym pododdziale? Odpowiedziałem. - To za mało, towarzyszu Momysz-Uły. Tu powinny działać wzmocnione plutony. Dajcie im jak najwięcej ręcznych karabinów maszynowych. Ciężkich nie trzeba. Grupy powinny być niczym nie obciążone, zdolne do szybkiego manewrowania. I posyłajcie je śmiało jak najdalej w kierunku nieprzyjaciela. Niechaj witają nieprzyjaciela ogniem, jeżeli spróbuje w tym miejscu posunąć się naprzód. - Ale nieprzyjaciel, towarzyszu generale, obejdzie je... Obejdzie z dwóch stron. Panfiłow uśmiechnął się. - Sądzicie, że: „gdzie przejdzie jeleń, tam również przejdzie żołnierz; gdzie przejdzie żołnierz, tam również przejdzie armia?“ To, towarzyszu Momysz-Uły, nie dotyczy Niemców. Czy wiecie, jak Niemcy obecnie wojują? „Gdzie przejdzie ciężarówka, tam również przejdzie armia“. A powiedzcie mi, jak się przez te jary i wąwozy potrafią przedostać samochody, jeżeli drogi są zaryglowane? Powiedzcie, towarzyszu Momysz-Uły, którędy? - W takim razie, wyprze...

- Wyprze? Nie tak łatwo wyprzeć pluton uzbrojony w trzy do czterech karabinów maszynowych. Trzeba rozwinąć ugrupowanie, zawiązać bój... To zajmie, towarzyszu Momysz-Uły, pół dnia... Niech obejdzie, to nie straszne. Byleby nie otoczył. Trzeba się w odpowiedniej chwili cofnąć, wyśliznąć. Mniej więcej tak... Panfiłow ołówkiem dotknął z lekka mapy i przegrodził jedną z dróg w pobliżu wsi, zajętej przez Niemców: następnie ołówek zboczył z drogi, zrobił pętlę i wrócił w innym miejscu na drogę, trochę bliżej linii obrony batalionu. Generał spojrzał, czy śledzę i rozumiem go, zrobił jeszcze jedną pętlę, następnie jeszcze jedną, coraz bliżej naszego skraju obrony. - Spójrzcie - powiedział - co za spirala, sprężyna. Ile razy zmusicie nieprzyjaciela do tego, że będzie uderzał w próżnię? Ile dni zejdzie na to na próżno? Cóż pan na to, szanowny panie nieprzyjacielu? Rozważałem. Przecież myślałem o czymś podobnym, ale przed rozmową z Panfiłowetn nie mogłem się wyzbyć hipnotyzującego wpływu umocnień: zdawało mi się, że nie mam prawa wyprowadzić ludzi z rowów strzeleckich. 6 Wszedł adiutant Panfiłowa. - Konie są osiodłane, towarzyszu generale. Panfiłow spojrzał na zegarek. - Dobrze... Zadzwońcie, proszę, do sztabu, że za dziesięć minut wyjeżdżamy. Dotknął kołnierza i pleców płaszcza, który schnął koło pieca, przykucnął, dorzucił drzewa do paleniska i minutę siedział tak przed otwartymi drzwiczkami pieca. W tych prostych ruchach wyczułem znów, podobnie jak podczas poprzedniego spotkania, pewność siebie. Czuło się, że generał jest przygotowany do walki przemyślanej i długotrwałej. Następnie Panfiłow wrócił do mapy, rzucił na nią spojrzenie i zaczął obracać ołówkiem. - Oczywiście, towarzyszu Momysz-Uły - powiedział. - Bitwa może mieć inny przebieg, nie taki, o jakim teraz mówiliśmy. Walczy nie ołówek, nie mapa, na której naszkicowano przebieg bitwy - walczy człowiek. Mówił we właściwy sobie sposób, jak gdyby rozmyślając na glos. - Wybierzcie dla wzmocnionych plutonów - ciągnął dalej - odważnych i łebskich dowódców, żeby tu mieli coś niecoś. Uderzył się w czoło. - Spośród tych, którzy uczestniczyli w wypadzie nocnym, towarzyszu generale? Panfiłow przymrużył oczy. - Ja, towarzyszu dowódco batalionu, nie zamierzam dowodzić zamiast was batalionem. Mam dywizję. Będziecie musieli sami sobie poradzić; wybrać stanowiska między pozycjami naszymi a nieprzyjacielskimi dla oddziałów ubezpieczających, wyznaczyć dowódców. Pomyślał jednak chwilę, potem rzeki: - Nie, po co posyłać tych, którzy już uczestniczyli w operacji? Niechaj również inni powąchają prochu. Wszyscy muszą wojować. Ale uświadomcie sobie, towarzyszu Momysz-Uły, rzecz najważniejszą: nie

przepuszczajcie Niemców za nic w świecie, nie przepuszczajcie ich po drogach. Nie pozwólcie im zbliżyć się do skraju obrony batalionu. Dziś nieprzyjaciel znajduje się w odległości mniej więcej piętnastu kilometrów. To bardzo niewiele, towarzyszu Momysz-Uły, jeżeli się nie napotka oporu, i bardzo wiele, jeżeli każdy lasek, każde wzgórze stawia opór. Znów rzucił spojrzenie na mapę, chwilę milczał i mówił dalej: - Jeszcze jedna sprawa, towarzyszu Momysz-Uły. Sprawdźcie, jaka jest zdolność manewrowa batalionu. I stale zważajcie, czy gotowe są wozy, uprząż, konie. Na wojnie bywa różnie. Bądźcie gotowi na rozkaz z góry natychmiast wszystko tu zwinąć i w szybkim tempie wyruszyć. Miałem wrażenie, że jest to jakaś przenośnia, że jego słowa są niejasne. Po co on mi to wszystko mówi? I znowu postanowiłem wyrazić bez ogródek swoje zdumienie. - Towarzyszu generale, pozwólcie, że zadam pytanie. - Proszę, proszę. W tym celu właśnie rozmawiamy. - Nie rozumiem, towarzyszu generale. Przecież nieprzyjaciel zbliży się do skraju obrony batalionu. Powiedzieliście: nie utrzymamy. Pozwólcie, że zadam pytanie. Jak wyglądają perspektywy? Do czego powinienem być gotów ja, dowódca batalionu? Do odwrotu? Panfiłow zaczął bębnić palcami po stole. Świadczyło to, że odpowiedź sprawia mu trudność. - A jakiego zdania jesteście wy sami, towarzyszu Momysz-Uły? - Nie wiem, towarzyszu generale. - Wiecie, co wam powiem, towarzyszu Momysz-Uły - rzekł po namyśle - dowódca powinien zawsze rozważyć najgorszy wariant. Nasze zadanie polega na tym, by utrzymać drogi. Jeżeli Niemcy przełamią front, przed nimi na drogach powinny znów znaleźć się nasze wojska. Oto dlaczego zabrałem stąd batalion. Chciałem zabrać wasz batalion, ale broni on bardzo ważnej drogi. Pokazał mi na mapie drogę - Sierieda-Wołokołamsk, którą przecinała w poprzek czerwona linia batalionu. - Nie linia ma znaczenie, lecz droga, towarzyszu Momysz-Uły. Jeśli zajdzie potrzeba, śmiało wyprowadźcie ludzi z okopów, ale brońcie drogi. Zrozumieliście mnie? - Tak jest, towarzyszu generale. Podszedł do płaszcza i wkładając go zapytał: - Czy znacie następującą zagadkę: „Co na świecie jest najdłuższe, a zarazem najkrótsze, najszybsze, a równocześnie najwolniejsze, co najbardziej lekceważą i czego najbardziej żałują?“ Domyśliłem się nie od razu. Panfiłow zadowolony, że dał mi trudny orzech do zgryzienia, wyjął zegarek i pokazał mi go: - Ot co! Czas! Obecnie nasze zadanie polega na walce o czas - odbierać nieprzyjacielowi czas. Odprowadźcie mnie. Wyszliśmy ze schronu. 7 Był szary świt. Drzewa ledwo majaczyły przez mgłę. Przyprowadzili konia. Panfiłow obejrzał się.

- A gdzie się podział Szyłow? Idźmy na razie pieszo, żeby mógł nas dogonić. Po drodze Panfiłow spytał mnie, co robią ludzie na naszym odcinku. Zameldowałem, że batalion kopie rowy łączące. Panfiłow stanął. - Czym kopiecie? - Czym? Oczywiście, łopatami, towarzyszu generale. - Łopatami? Rozumiem, trzeba kopać - powiedział to łagodnie, ze zwykłym sobie humorem. Narzuciliście tam chyba sporo ziemi. Musicie teraz, towarzyszu Momysz-Uły, kopać pozorne rowy. Trzeba używać fortelów, oszukiwać. Zdziwiłem się. Z rozmowy z generałem odniosłem wrażenie, że nie przypisuje szczególnego znaczenia linii obronnej. Z tego, co powiedział, wynikało teraz, że tak nie jest. Odpowiedziałem: - Rozkaz, kopać pozorne rowy, towarzyszu generale. Dogonił nas biegnąc kapitan Szyłow. Obok drogi, w tym miejscu, gdzie kończyła się ścieżka, stał żołnierz na warcie - chłopak w wieku lat dwudziestu, o poważnych szarych oczach. Nie bardzo zgrabnie, lecz starannie zasalutował generałowi prezentując broń. - Jak się powodzi, żołnierzu? Chłopak zmieszał się. W owym czasie w naszej armii nie używano w stosunku do czerwonoarmistów wyrazu „żołnierz“. Mówiono: „czerwonoarmista“, „bojownik“. Po raz pierwszy może nazwano go żołnierzem. Panfiłow zauważywszy, że żołnierz się zmieszał, rzekł: - Żołnierz - to wielkie słowo. My wszyscy jesteśmy żołnierzami. No, powiedz, jak ci się powodzi? - Dobrze, towarzyszu generale. Panfiłow spojrzał w dół. Ciężkie buty żołnierza były zabłocone: błoto pokrywało nawet sznurowadła. Widać było, że żołnierz ów oczyszczał swe rzeczy z błota zapewne gałązką lub kawałkiem drzewa, lecz ślady pozostały na mokrych owijaczach i nawet wyżej. Ręka trzymająca karabin zsiniała od porannego zimna. - Dobrze? - powiedział Panfiłow wolno. - No, a powiedz mi, jak przeszedł marsz? - Dobrze, towarzyszu generale. Panfiłow zwrócił się do Szyłowa. - Towarzyszu Szyłow, jak przeszedł marsz? - Źle, towarzyszu generale. - Oho... Okazuje się, że ty, żołnierzu, skłamałeś. - Panfiłow uśmiechnął się. - No, mówże, mów, jak ci się powodzi? Wartownik powtórzył uporczywie: - Dobrze, towarzyszu generale.

- Nie - powiedział Panfiłow. - Czy podczas wojny może się powodzić dobrze? Maszerować w nocy, w deszcz, po takim błocisku - co w tym dobrego? Spałeś po marszu? Nie. Jadłeś? Nie. Musisz tu stać na wietrze, na wskroś przemoknięty, albo kopać rowy strzeleckie. A jutro lub pojutrze pójdziesz w bój, gdzie poleje się krew. Co w tym dobrego? Żołnierz słabo się uśmiechnął. Panfiłow mówił dalej: - Nie, bracie, na wojnie żołnierzowi dobrze się nie powodzi... Ale nasi ojcowie umieli to mężnie znosić, umieli przezwyciężać trudności życia bojowego, bić wroga. Ty, bracie, nie stykałeś się jeszcze z wrogiem w boju... Ale walczyć z zimnem, ze zmęczeniem, z biedą żołnierską - to to samo co stoczyć bój - potrzebna jest do tego taka sama odwaga. I mimo to nie zwiesiłeś głowy, nie stękasz... To dobrze, żołnierzu! Jak się nazywasz? - Połzunow, towarzyszu generale... Chciałem właśnie powiedzieć to samo co i wy, towarzyszu generale... - Znakomite nazwisko... Był taki słynny mechanik... Chciałeś... Dlaczegoś nie powiedział? - Wybaczcie, towarzyszu generale. Po prostu nie pomyślałem. - Żołnierz zawsze powinien myśleć. Żołnierz musi walczyć rozumem. A więc, Połzunow... Będę o tobie pamiętał. Chcę jeszcze usłyszeć o tobie. Zrozumiałeś mnie? - Zrozumiałem, towarzyszu generale. Zadumany, z utkwionymi w ziemię oczami, Panfiłow szedł wolno drogą. Spojrzał na Szyłowa i na mnie. - Ciężkie jest życie żołnierza - powiedział. - Nie ma co, ciężkie. Trzeba żołnierzowi mówić o tym wprost w oczy, a jeżeli kłamie, od razu sprostować. Milczał chwilę, rozmyślał. - Nie oszczędzajcie żołnierza przed bitwą, towarzyszu Szyłow, ale podczas bitwy... Oszczędzajcie żołnierzy podczas bitwy, oszczędzajcie. W słowach tych nie było nic z rozkazu. Były one czymś więcej - nakazem. Dreszcz mnie przeszedł. Ale zaraz potem Panfiłow już innym tonem, tonem zwierzchnika, surowo powiedział: - Oszczędzajcie... Innych formacji, innych żołnierzy nie mamy obecnie tu, pod Moskwą. Jeżeli tych stracimy, nie będziemy mieli czym zatrzymać Niemców. Pożegnał się, skoczył na konia i ruszył kłusem brzegiem szosy.

Bitwa na drodze
1 Zgodnie ze wskazówkami Panfiłowa zwiedziłem wraz z kapitanem Szyłowem rejon styku. Obejrzeliśmy teren i umówiliśmy się co do wspólnych działań, co do pomocy koleżeńskiej podczas bitwy.

Pożegnałem się z kapitanem. Z powrotem do sztabu wracałem wzdłuż rzeki. Po bezsennej nocy, spędzonej na męczących rozmyślaniach, po rozmowie z Panfiłowem, kiedy system nerwowy pozostawał znów w napięciu, nie czułem się, rzecz dziwna, zmęczony; przeciwnie było mi zadziwiająco lekko na sercu. Ociężałość, z jaką siedziałem na koniu w nocy, znikła, żadna myśl mnie nie gnębiła. Zdawało się, że nawet Łysek biegnie z większą łatwością. Wokół było cicho. Nie słychać kanonady - ani bliskiej, ani dalekiej. Tego dnia, siedemnastego października, cisza zapanowała również tam, gdzie wczoraj czołgi niemieckie usiłowały przełamać naszą linię obronną, gdzie rozlegał się szczęk broni. Do dziś dnia pamiętam tę ciszę; pamiętam czarne jak węgiel niebo; grząskie pole i niewielkie na nim kałuże połyskujące blaskiem ołowiu; pamiętam ziemię, którą żołnierze kopiąc rowy wyrzucali łopatami, żółtawą gliniastą ziemię okolic podmoskiewskich. Z powodu tej gliny Panfiłow dopiero co zrobił mi wymówkę; zdradzała ona dyslokację stanowisk ogniowych, trzeba ją było niezwłocznie uprzątnąć, rozrzucić po całym polu, ale wówczas, w przejmującej ciszy, przyglądałem się tej ziemi, pasmom gliniastej gleby - przyglądałem się utrwalając ją w pamięci na zawsze. Za rzeką widać było czarną, mokrą drogę, która ginęła w pobliskim lesie. Po tej stronie droga ta, zaznaczona słupami telegraficznymi, wspinała się na wysoki brzeg i przecinała linię obronną batalionu. Obok ciemnych od deszczu domków wiejskich, obok niskiej murowanej cerkwi prowadziła tam, dokąd zdążał wróg - do szosy wołokołamskiej, do Moskwy. Dotąd pamiętam niespokojne, pytające spojrzenie kobiety, które poczułem na sobie przez chwilę, kiedy Łysek szedł drobnym kłusem przez wieś położoną wzdłuż rzeki. Wryła mi się w pamięć jej twarz niemłoda, sczerniała od słońca, wiatru i pracy, o nieco wyblakłych jasnoniebieskich oczach - twarz rosyjskiej chłopki, rosyjskiej kobiety. Zdawało się, że chce mnie spytać: „Dokąd?“ „Jakie przynosisz wieści“? „Co będzie z nami“? Zdawało się, że prosi: „Powiedz choć słówko, uspokój“. Ale ominęliśmy już wieś. Zobaczyłem trzymającego kociołek czerwonoarmistę, który pochylił się ku maleńkiemu chłopcu. Czerwonoarmista wyprostował się; poznałem sprytną i dobroduszną twarz kaemisty Błochy, jego drużyna stała w pobliżu. Błocha od razu spoważniał, ściągnął ledwo zarysowane brwi i zasalutował. Z tak samo poważnym wyrazem twarzy zasalutował również chłopiec. Była to zwykła scenka; niekiedy człowiek spojrzy i zapomni, ale tego rana chłopiec z taką ufnością spoglądający na wojskowego, żołnierza, wzruszył mnie, aż mi się serce ścisnęło. Przecież wszystko, co przed chwilą przemknęło przede mną - to - mój kraj, mój naród, nasz ustrój. Czy można tedy nie walczyć zaciekle, na śmierć i życie, w obronie bezbronnego pięcioletniego chłopca, który mi zasalutował, którego, póki w swych rękach mamy broń, siłę i władzę, nikt nie odważy się skrzywdzić, którego nikt w naszym kraju nie będzie ciemiężył. 2 Minąłem wieś i podjechałem do plutonu lejtenanta Brudnego. Żołnierze tego plutonu, podobnie jak innych plutonów, zajęci byli kopaniem rowów łączących. Jakiś człowiek, obnażony do pasa, nie bacząc na wilgoć i zimno rąbał ziemię kilofem. Jego szerokie spocone plecy błyszczały jak lakierowane. Był to Kurbatow, zastępca dowódcy plutonu.

- Sam się zabrałem do roboty - powiedział. - Grunt jest tu kamienisty, trzeba pomóc. No, i rozgrzać się... Muskularny, silny - stał spokojnie, z obnażoną piersią na przejmującym wietrze październikowym. Często wzbudzał we mnie zachwyt i dumę ten człowiek, w którym uderzała jakaś szczególna uroda żołnierza. Ale teraz powiedziałem: - Coście tyle ziemi ponarzucali? Z odległości trzech kilometrów widać. Porozrzucajcie ją jak najprędzej, zrównajcie ją. Gdzie lejtenant? Lejtenant Brudny, maleńki, ruchliwy, w dobrze leżącym, mocno obciągniętym płaszczu wojskowym biegł już do mnie. Raport jego był bez zarzutu. Powiedziałem mu: - Niech ludzie kończą pracę. Niech wszystko zamaskują. Wydajcie rozkazy, towarzyszu lejtenancie, a potem biegiem do mnie, do sztabu batalionu. Odpowiedział szybko: - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Lejtenant Brudny był jednym z dwóch dowódców wybranych przeze mnie do wykonania zadania, które generał nakreślił ołówkiem na mapie. Na stanowisku dowódcy - w schronie - czekał na mnie mój maleńki sztab; szef sztabu lejtenant Rachimow i mój najmłodszy adiutant lejtenant Donskich. Rachimow zameldował: nic nowego nie zaszło; nieprzyjaciel w dalszym ciągu zachowuje się spokojnie, nie wysyła nadal grup rozpoznawczych. Zająłem się z Rachimowem załatwieniem niektórych pilnych spraw. Schemat pozornych pozycji nakreślił on już kilka dni temu. Rozkazałem, by rozpoczęto natychmiast kopanie pozornych pozycji, natomiast zaprzestano pracy na przednim skraju, z wyjątkiem prac mających na celu maskowanie. - Słucham, towarzyszu dowódco - powiedział Rachimow. - Czy mogę wykonywać? - Proszę. Rachimow spojrzał na lejtenanta Donskich. - Towarzyszu dowódco, czy potrzebny wam jest teraz lejtenant Donskich? - Potrzebny. Rachimow zasalutował i wyszedł. Wkrótce zadyszany, z zaczerwienioną twarzą, zjawił się Brudny. Jego mądre oczy obiegły schron i zatrzymały się na mnie; było w nich zdziwienie i oczekiwanie. Donskich siedział przy stole pisząc coś. - Donskich! Chodźcie tu bliżej. Weźcie ze sobą mapę. Postanowiłem mianować mego adiutanta, komsomolca Donskich, dowódcą drugiego wzmocnionego plutonu. 3 Obaj - zarówno Brudny, jak Donskich - byli komsomolcami obaj ukończyli niedawno szkolę średnią i spędziwszy następnie pewien czas w szkole oficerskiej zostali lejtenantami.

Podczas formowania dywizji Donskich został mianowany dowódcą kompanii, później jednak zdjęto go ze stanowiska za nie dość energiczne postępowanie. Nieśmiały, wstydliwy, nie umiał być surowy dla tych, którzy zawinili. Wymagalność, surowość w stosunku do podkomendnych - cechy konieczne dla dowódcy - były mu obce, ale gdy go zdjęto ze stanowiska dowódcy kompanii, był przez długi czas bardzo smutny. Rozumiałem go - zdawało mu się: „Ech, nie zaufali ci, komsomolcu Donskich, poprowadzenia kompanii do boju“. Przed dwoma dniami, piętnastego października, kiedy w kompaniach dobierano żołnierzy do wypadu nocnego, podszedł do mnie Donskich i spuściwszy oczy powiedział: „Towarzyszu dowódco batalionu, pozwólcie mi pójść z oddziałem“. Ale na tę zuchwałą wyprawę nocną został już wyznaczony mój starszy adiutant i zarazem szef sztabu, Rachimow. Odpowiedziałem lejtenantowi Donskich krótko: „Nie“. Donskich odszedł nie od razu. Powinienem był może powiedzieć: „Zaczekaj, Donskich, przydasz się jeszcze! Jeszcze będziesz wojował“. Ale nie powiedziałem ani słowa. Milczał również Donskich. Miałem możność przyjrzeć się swemu adiutantowi. Podobała mi się jego duma, niegadatliwość i powaga, z jaką wykonywał polecenia. Teraz znów stał przede mną, wyciągając do mnie mapę. Człowiek zawsze pragnie widzieć twarz i spojrzenie tego, komu poleca jakieś zadanie. Mieszkaliśmy w tej samej ziemiance - a przecież nie mogłem powstrzymać się od tego, by nie przyjrzeć się raz jeszcze twarzy lejtenanta Donskich szczerej twarzy o delikatnej, prawie dziewczęcej cerze. Podobał mi się również Brudny. Był chyba moim najlepszym dowódcą plutonu. Niezwykle pomysłowy, zręczny, potrafił szybciej od innych zdobyć, gdzie tylko było można, różny sprzęt pomocniczy: łopaty, siekiery i piły w jego plutonie były zawsze w dobrym stanie; w pracy pluton jego przodował i Brudny pragnął zawsze - któż nie ma swoich słabostek? - aby to nie uszło mojej uwagi. W takich razach ten mały, przemyślny człowieczek był bardzo prostoduszny - zdawało się, że jego czarne oczki błagają: pochwal mnie. Pewnego razu miałem okazję przekonać się, że Brudny nie jest tchórzem. Budowę umocnień ziemnych wykończył wcześniej niż inne plutony. Oglądając te umocnienia odniosłem wrażenie, że czołowe nasypy są słabe. Spytałem Brudnego: „Uważasz, że to gotowe?“ - „Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu“. - „Umieścisz tam swoich żołnierzy?“ - „Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu“. Wziąłem karabin od jednego z żołnierzy. „Brudny, właź tam!“ Zrozumiał i zbladł. Powiedziałem: „Chciałeś powsadzać tam żołnierzy, narażając ich na kule, teraz właź tam. Będę strzelał!“ Brudny wahał się jedną chwilę, potem zasalutował, zrobił w tył zwrot i skoczył do rowu strzeleckiego. Krzyknąłem: „Stój! Odejdź na bok!“ Odszedł. Wystrzeliłem. Kula nie przeszła, nie przebiła nasypu. Brudny miał prawo być dumny. Jego triumfujące spojrzenie mówiło jak gdyby: „No i cóż? Pochwalże!“ Odtąd, od czasu, kiedy przekonałem się o jego postawie żołnierskiej, pokochałem tego czarnookiego, dziarskiego lejtenanta. - Siądź, Brudny! Siądź, Donskich - powiedziałem. 4 Donskich rozłożył mapę. W myśli zdecydowałem już, gdzie będą urządzone zasadzki; ale postanowiłem decyzję swą jeszcze raz sprawdzić na mapie. Potem wyjaśniłem zadanie: przyczaić się przy drogach, umocnić i zatrzymać się tam nie dopuszczając, by niemieckie kolumny samochodowe i artyleria posuwały się tymi drogami; drobne grupy zwiadowców przepuszczać bez wystrzałów, natomiast kolumny przyjmować salwami karabinowymi i seriami z karabinów maszynowych. Oszołomiwszy nieprzyjaciela nieoczekiwanymi atakami ogniowymi żołnierze będą mogli łatwo się wycofać.

- Ale nie to jest waszym celem - mówiłem dalej. -= Przeciwnie, trzeba zaczekać, aż nieprzyjaciel opamięta się ostatecznie, dopóki nie rozpocznie boju. Nie wypuszczajcie z rąk drogi. Zmuście nieprzyjaciela do tego, by rozwinął swe ugrupowanie bojowe przeciwko wam. To po pierwsze. Czy zrozumieliście? - Zrozumiałem - niepewnym głosem odpowiedział Brudny. Jego twarz, zazwyczaj bardzo ruchliwa, była teraz sztywna, skupiona. Donskich milczał. - Czy zrozumiałeś, Donskich? - spytałem. - Zrozumiałem, towarzyszu dowódco. Zginąć, lecz nie przepuścić... - Nie, Donskich. Nie ginąć, lecz działać. Manewrować. Napadać. - Napadać? - spytał Brudny. - Tak. Napadać z zasadzki. Wytrzebić ogniem możliwie najwięcej hitlerowców. Następnie zaczekać. Niech przeciwnik rozwinie swe ugrupowanie bojowe, podejmie bój, wyśle wojska, by was otoczyć. Wtedy trzeba się wyśliznąć i znów w innym miejscu wyjść na drogę, wyprzedzić nieprzyjaciela, znów przegrodzić mu drogę. Nakreśliłem na mapie spiralę Panfiłowa. - W ten sposób zmusimy nieprzyjaciela do przedwczesnego rozwinięcia ugrupowania bojowego, do bezskutecznego atakowania nas. Słowem, wystrychniemy go na dudka; potem jeżeli znów ruszy naprzód, trzeba napadać. - Napadać? - ponownie spytał Brudny. Jego twarz ożywiła się, oczy błyszczały. Donskich uśmiechnął się milcząc. Zrozumiał również. Słowo „napadać“, którego nauczył mnie Panfiłow, miało jakiś magiczny wpływ. Uczyniło zadanie od razu zrozumiałe, wstrząsnęło do głębi duszy, przeobraziło ludzi, dodało odwagi. Pomyślałem sobie: to nie tylko taktyka, to jest coś więcej. Omawialiśmy szczegóły. Brudny był podniecony. Jego mózg wprawiony w ruch zaczął pracować. Zastanawiał się już, gdzie ukryć i jak zamaskować ludzi. Powiedziałem: - Tak, żołnierze muszą się okopać, zamaskować. Mówię to zwłaszcza do ciebie, Donskich. Tutaj, Donskich, nie wolno się litować. Donskich milcząc patrzył na mnie. Powtórzyłem słowa Panfiłowa. - Żałować - znaczy nie żałować. Zrozumiałeś? Donskich odpowiedział stanowczym tonem: - Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu! Jego niebieskie oczy były już inne niż pół godziny temu - pociemniały, stały się bardziej surowe. O ojczyźnie, o Moskwie nie wspominaliśmy podczas naszej rozmowy ani słowem, ale i ojczyzna, i Moskwa kryły się za wszystkim, co mówiliśmy, żyły w każdym z nas.

5 Lejtenanci wyszli, żeby przygotować plutony do drogi. Zamyśliłem się znów. Dziwi was to? Decyzja zapadła, rozkaz został wydany, wyjaśniony, zrozumiany przez wykonawców - cóż więc jeszcze pozostało? Pozostał bój. Kiedy będziecie pisali o wojnie, nie zapomnijcie, proszę, uwzględnić jednej drobnostki: na wojnie istnieje nieprzyjaciel, który nie zawsze postępuje tak, jak wy byście chcieli. Czułem: w walce intelektu z intelektem - my odnieśliśmy zwycięstwo, odniósł zwycięstwo Panfiłow, lecz dalej? Czy Niemcy jak barany wystawią się na kule raz, drugi, trzeci? Co przedsięweźmie nieprzyjaciel potem, gdy dowódca niemiecki, butny pan „Wielkich Niemiec“, zrobi nam zaszczyt i zacznie myśleć? Na wojnie istnieje nie jeden, lecz dwa plany; nie jeden, lecz dwa rozkazy. Podczas bitwy czyjś plan, czyjś rozkaz nie zostanie wykonany. Dlaczego? Proszę mi odpowiedzieć: dlaczego? 6 O zmroku plutony były gotowe do wymarszu. Grupa lejtenanta Donskich ustawiła się na moście przez rzekę Ruzę. Podjechałem na koniu do żołnierzy. Było ich niewielu - pięćdziesięciu czterech. Wszyscy dźwigali ciężary na plecach. Czterej nieśli ręczne karabiny maszynowe, inni włożyli do plecaków zalutowane pudla z nabojami dla karabinów ręcznych i maszynowych; telefoniści mieli na plecach zwoje drutu elektrycznego. Oddziałowi towarzyszyli sanitariusze. Na prawym skrzydle, uzbrojony tak samo jak wszyscy w karabin, stał zastępca dowódcy plutonu, sierżant Wołkow, ślusarz z zawodu - zawsze pochmurny i zły przy pełnieniu obowiązków służbowych. Zeszłej nocy uczestniczył w napadzie na Sieriedę; zabijał, jak mi opowiedzieli, milcząc; niewiele mówił również po powrocie. Umyślnie połączyłem ich - młodego lejtenanta Donskich i doświadczonego, czterdziestoletniego Wołkowa. Ponieważ nie było jeszcze ciemno, poznawałem wszystkich. Wielu z nich będzie po raz pierwszy strzelać do wrogów. Niejednemu zatrzepocze, zamrze jutro serce, kiedy się pierwszy raz znajdzie pod ogniem broni nieprzyjaciela. - Co wam powiedzieć, żołnierze, na drogę? Wszystko, co mogłem wam powiedzieć, powiedziałem już; co miałem do oddania - oddałem. A teraz, na pożegnanie... - Baczność! W lewo zwrot! Ładuj broń! Do samotnej jodły w wierzchołek, salwami, pluton... Cicho i groźnie szczęknęły dobrze naoliwione zamki karabinów. Pięćdziesiąt luf uniosło się w górę. Na wysokim brzegu widać było ciemne kontury wysokiej, potężnej jodły. Żołnierze czekali na rozkaz strzelania. Krzyknąłem: - Ognia!

Rozległo się: r-r-r... Na chwilę powstała ognista linia wybuchów, która oświetliła bagnety i końce luf. Usłyszeliśmy trzask przestrzelonych gałęzi - łamiąc się spadały na śnieg. Znowu szczęknęły zamki karabinów, które znów znieruchomiały przyciśnięte do ramion. Nie było już czarnej zwartej masy igliwia, w miejscach, skąd spadły gałęzie, szarzało niebo. - Ognia! Znów błysnęły czerwone żądła; zabrzmiała salwa, spadały ciężkie gałęzie. - Ognia! Po trzeciej salwie wierzchołek zgiął się jakby podrąbany, potem zadrżał, wyprostował się i znów zaczął się przechylać, opadając coraz niżej. Jeszcze kilka chwil chwiał się, potem runął na dolne gałęzie i łamiąc je spadł na ziemię. Zamiast ostrego wierzchołka stał teraz na tle nieba ścięty, wyszczerbiony stożek. Podałem komendę: „Do nogi broń!“ i powiedziałem: - Dobrze strzelacie! Żołnierze odpowiedzieli zgodnie: - Służymy Związkowi Radzieckiemu! - Otóż tak właśnie bijcie wroga! Na rozkaz, salwą! Żeby śmierć kosiła, lecz nie przypominała drobnego deszczu! Ufajcie swemu karabinowi, towarzysze! Lejtenant Donskich, możecie wyruszyć. W innym miejscu pożegnałem się z plutonem Brudnego. 7 Spodziewałem się, że następnego dnia, osiemnastego października, pluton lejtenanta Donskich lub lejtenanta Brudnego rozpocznie bój. Ale zarówno osiemnastego, jak dziewiętnastego Niemcy nie posuwali się na naszym odcinku. Obie zasadzki przyczaiły się na skraju lasu i wyryły ukrycia podziemne, obliczone na długotrwały bój. Na wierzchołkach sosen siedzieli obserwatorzy patrząc w kierunku, w którym znajdowali się Niemcy. Ale obie drogi były zupełnie puste. Kilka razy dziennie w określonych godzinach Donskich i Brudny zawiadamiali mnie telefonicznie: „Nieprzyjaciel nie pokazuje się“. Na całym centralnym odcinku wołokołamskiego rejonu ufortyfikowanego - zarówno na naszym, jak również na odcinkach sąsiednich batalionów - nie odczuwaliśmy żadnego nacisku wroga: Niemcy nie wysyłali tutaj nawet oddziałów rozpoznawczych. Ale z boku, spoza lewego skrzydła odcinka, zajmowanego przez batalion, zza lasów, wśród których ginęła rzeka Ruza, słychać było nieprzerwany huk armat. Tam walczyła nasza artyleria przeciwpancerna. Tam właśnie, na lewym skrzydle dywizji, Panfiłow skoncentrował wszystkie przeciwlotnicze karabiny maszynowe, również te, które poprzednio wspierały nasz batalion. Przerzucił tam jedną kompanię batalionu zajmującego odcinek na prawo od nas i rozkazał wypełnić pozostałymi wojskami ogołocony odcinek. W nocy orientowaliśmy się w przebiegu bitwy według lun, we dnie - według kanonady. Huk armat nie zbliżał się, przeciwnie, oddalał, ale oddalał się w głąb naszego frontu, posuwając się coraz dalej, na tyły naszego batalionu. W ogólnych zarysach znałem sytuację. Oś uderzenia niemieckiego pozostawała ta sama co i szesnastego. Niemcy ściągnęli posiłki i posunęli się naprzód. Dwie czy trzy dywizje niemieckie, w tym

jedna pancerna, przedarły się na drogę z Możajska do Wołokołamska, na przebiegającą za nami, tak zwaną drogę rokadową (napiszcie, proszę, w nawiasach: drogą rokadową nazywa się droga, która biegnie prostopadle albo pod kątem do magistrali, czyli w tym wypadku do szosy wołokołamskiej). Przedarły się i ruszyły w kierunku Wołokołamska. Nasz batalion osłaniał wojska walczące na drodze rokadowej od uderzenia na tyły albo na skrzydło. Ale Niemcy nie zbliżali się do nas. Między nami i nieprzyjacielem w dalszym ciągu była pusta przestrzeń szerokości dwunastu, piętnastu kilometrów. 8 Dwudziestego października Donskich zatelefonował o niezwykłej godzinie. - Towarzyszu dowódco batalionu, ciężarówka na drodze. Niemiecka piechota. - Czy jedna ciężarówka? - Jedna - Przepuścić. Po kilku minutach Donskich zatelefonował: - Towarzyszu dowódco batalionu, ukazała się kolumna samochodów. Również z piechotą. - Ile? - Końca nie widać. Jak dotąd dziesięć. Nie, dopiero co powiedziano mi, że jeszcze dwie. - No, Donskich... - powiedziałem. - Trzymaj się - zakończył zdanie Donskich. Słyszałem przez słuchawkę, jak Donskich westchnął. - Czy nie tak, towarzyszu dowódco batalionu? - Tak. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Nie przepuścimy... Donskich odszedł. A ja nadal stałem przy telefonie przyciskając słuchawkę do ucha. Na drugim końcu drutu telefonicznego, który był ukryty w ziemi, znajdował się łącznik. Komunikował mi, co się dzieje. Słuch mój zaostrzył się. Reagowałem nie tylko na słowa, lecz również na intonację, z jaką były wypowiedziane. Znajdując się w schronie sztabu, w odległości ośmiu kilometrów od plutonu, widziałem jak gdyby wszystko to, co widział ze swego okopu łącznik. Podłużne ciężarówki jechały wolno drogą, która w tym czasie znów zamarzła, stała się twarda i teraz była z lekka przyprószona wczesnym śniegiem październikowym. Na ławkach umocowanych z obu stron każdej ciężarówki i wewnątrz pudła siedzieli żołnierze niemieccy, uzbrojeni w karabiny i pistolety maszynowe. Obecnie wydaje się to nieprawdopodobieństwem, ale wówczas pod Moskwą, w październiku 1941 roku, ruchy ofensywne wojsk niemieckich odbywały się w taki właśnie sposób: niekiedy bez uprzedniego rozpoznania, bez ubezpieczenia, bez straży przedniej i bocznej, wygodnie, ciężarówkami, tak byli pewni, że w razie spotkania potrafią przepędzić „Rusów“. A „Rus“ przyczaił się na skraju lasu, nie spuszczając oczu z ludzi w zielonkawych płaszczach i furażerkach, którzy jeździli po naszej ziemi, jakby byli jej panami - leżał przyciskając do siebie wycelowany karabin i czekając na rozkaz „ognia“. Nagle wydało mi się, że w membranie słychać jakiś szczęk.

- Halo, co tam słychać? Jeszcze raz ten sam dźwięk. - Halo, co tam słychać? - powtórzyłem. - Strzelamy, towarzyszu dowódco batalionu. I ja również strzelam. - Salwami? - Tak jest, na komendę, towarzyszu dowódco batalionu. - A Niemcy? Nastąpiło nieznośnie długie milczenie. - Uciekają - krzyknął łącznik. - Jak Boga kocham, uciekają... Nie posiadałem się z radości. Wróg ucieka. A więc to tak się odbywa, to tak uciekają na wojnie! Więc mamy w sobie tę moc, która potrafi razić wroga - jego duszę i ciało, która spowodowała, że wróg zapomniał o dyscyplinie, zapomniał, że jest „wyższą“ rasą, zdobywcą świata, że ma niezwyciężoną armię. Ech, gdybym miał teraz kawalerię. Zaczęlibyśmy ścigać go i rąbać tak długo, jak długo by się nie opamiętał i uciekał. Upajało mnie nie tylko zwycięstwo, lecz i tajemnica zwycięstwa, którą zaczynałem rozumieć. A więc mamy w sobie tę moc! Na imię jej... Nie, w tej chwili nie potrafiłem jeszcze nazwać jej po imieniu. 9 Po pewnym czasie Donskich zakomunikował mi telefonicznie: w ciągu pierwszych kilku minut nasz pluton położył trupem blisko stu hitlerowców, drugie tyle, a może i więcej, ocalało; hitlerowcy rzucili się do ucieczki, ale potem przywrócili porządek, rozwinęli ugrupowanie bojowe, okopali się, zaczęli strzelać. - Dobrze. O to właśnie chodziło - powiedziałem. - Pobaw się z nimi. Niech trochę podrepczą w miejscu. Ludzi ukryj. Ale bądź czujny, patrz na wszystkie strony. Śledziłem przebieg bitwy według doniesień telefonicznych. Z początku Niemcy otworzyli ogień z pistoletów maszynowych, karabinów, erkaemów i cekaemów, następnie zaczęły działać moździerze. W owym czasie armia hitlerowska miała przewagę nad nami - była wyposażona w mnóstwo moździerzy. Zmotoryzowana piechota wiozła je ze sobą na ciężarówkach jak drzewo. Żołnierze weszli do schronów. Niemiecki oddział rozpoznawczy, który po dwugodzinnym obstrzale zbliżył się do lasu, został przyjęty ogniem. Pluton żył, pluton nie ustępował z drogi. Poinformowałem telefonicznie dowódców kompanii o przebiegu bitwy i kazałem poinformować o tym niezwłocznie żołnierzy, żeby wiedzieli, jak ich koledzy biją wroga. Dowódca drugiej kompanii, stateczny, czterdziestoletni lejtenant Siewriukow, odpowiedział: - Żołnierze już wiedzą, towarzyszu dowódco batalionu. - Skąd? - Funkcjonuje, towarzyszu dowódco batalionu, żołnierski telefon bez drutu. Czułem, że Siewriukow się uśmiecha.

- Co za telefon? - Przybyli ranni. I na wyścigi opowiadają. Zdumiony jestem, towarzyszu dowódco... Zastanowił się, nim wypowiedział swą myśl. Słuchałem go z uśmiechem, z zaciekawieniem. - Zdumiony jestem... Ludzie są ranni - to jest przecież cierpienie, ból - a mimo to są weseli. „Zadaliśmy im bobu“. - i wiecie co? - ból dzięki temu jest ponoć mniej dotkliwy... Okazuje się, towarzyszu dowódco batalionu, że ranni potrafią dodawać otuchy. - Ilu przybyło rannych? - Czterech... Są wprawdzie opatrzeni, ale mimo to należałoby ich jak najprędzej odesłać na punkt opatrunkowy. A to jest niemożliwe: bez przerwy opowiadają o tym, jak się bili. Radość, która była w jego głosie, tętniła również we mnie; odłożyłem słuchawkę. Mój szef sztabu, szczupły, małomówny i szybko orientujący się Rachimow, wstał i powiedział: - Czy mogę, towarzyszu dowódco batalionu, pójść do rannych, aby szczegółowo wyjaśnić sytuację? - Proszę. 10 Po pewnym czasie Donskich znów mnie zawezwał do telefonu. Powiedział mi, że od skrzydeł tyraliery niemieckiej oddzieliły się dwie grupy, po czterdziestu żołnierzy w każdej, z wyraźnym zamiarem otoczenia plutonu. W głosie lejtenanta przebijała trwoga. Zrozumiałem: ogarnął go przestrach, chciałby spytać, czy nie czas już wycofać się, ale Donskich, wstydliwy, dumny Donskich - mimo to nie zadał mi tego pytania. - Nic strasznego, Donskich - powiedziałem. - Wyślij żołnierzy, niech śledzą. Jeżeli nadarzy się okazja niech sypną ogniem. Nie bój się. Nieprzyjaciel ciebie się boi. Następna informacja lejtenanta Donskich głosiła: - Towarzyszu dowódco batalionu! Ostrzeliwują nas z trzech stron - krzyczą: „Rus, poddaj się“. - A ty? - My również strzelamy. - Świetnie, przetrzymaj ich jeszcze, Donskich. W odpowiedzi Donskich powiedział: - Towarzyszu dowódco batalionu! Mogą nas otoczyć... - To nic, Donskich. Wieczór blisko. W ciemności wyrwiesz się. Trzymaj się, mój drogi. Słowo to wyrwało mi się mimo woli. Mówiłem z nim, niebieskookim lejtenantem, nie według regulaminu, lecz od serca. Jak to wam wytłumaczyć - człowiekowi, który nie zakosztował wojny? Myślicie sobie być może: czego się Donskich denerwował? Wydaje wam się może, że brak mu było odwagi? Ale zrozumcie, proszę, w czasach pokojowych znajdował się przy biurku, nie przy maszynie, nie na placu ćwiczeń. Dokoła była śmierć. Słyszał jej świst - widział ją - Niemcy strzelali kulami świetlnymi: leciały ze wszystkich stron w postaci czerwonych i niebieskawych świetlików.

Przelatywały tuż obok, nieomal dotykając. I serce wbrew rozumowi i woli trzepotało w piersi. Donskich nie był ani mechanizmem, ani martwym klocem, nie był też kawałkiem żelaza. Przeżywał swój pierwszy bój - niezwykle krytyczny moment w życiu człowieka. Oddzielało nas osiem kilometrów - ale odczuwałem bicie jego serca. Nie tylko rozkazywałem dotykałem jego serca. Siła ducha, którą starałem się raczej instynktownie niż świadomie podtrzymać w nim - w oficerze bezpośrednio prowadzącym bój - udzielała się również jego żołnierzom. I nagle - właśnie nagle, zupełnie jakoś niespodziewanie, Donskich ze wzruszeniem w głosie zawiadomił mnie, że Niemcy cofnęli się. Z początku nie uwierzyłem. Ale okienko schronu sztabowego było już ciemne; na dworze była noc. Wkrótce Donskich potwierdził; tak, strzelali, krzyczeli i cofnęli się zabierając pod osłoną ciemności poległych. Była to drobna utarczka, ale drżałem ze szczęścia, chciało mi się śmiać; chciałem skoczyć na konia i popędzić tam - do lejtenanta Donskich, do żołnierzy, do naszych bohaterów... W nocy pluton lejtenanta Donskich przeniósł się na inną pozycję.

Oddałeś Moskwę!
1 Następnego rana znów głucho zahuczały działa za naszymi plecami w głębi naszego ufortyfikowanego rejonu. Lecz na odcinku batalionu było cicho. W zawczasu ustalonych godzinach Donskich i Brudny komunikowali: drogi są puste. Tam, daleko na przedzie, obserwatorzy siedząc na wysokich drzewach, podobnie jak wczoraj, śledzili Niemców. Czekałem na nieprzewidziany wynik telefonu. Rozległ się wreszcie. Dyżurny telefonista powiedział: - Towarzyszu dowódco batalionu, stamtąd... Telefonista żył wspólnym życiem z nami: komentarze były zbyteczne - zrozumiałem skąd. - Słucham... - Towarzyszu dowódco batalionu, to ci dopiero historia: niemieccy kawalerzyści... jadą drogą. Poznaję Brudnego, któż inny mógłby mówić tak prędko. Przyszła widać kolej na niego. Pluton Brudnego, jak wiecie, przyczaił się przy drugiej drodze. - Ilu? - Dwudziestu. - Przepuścić. W ślad za kawalerzystami ukazali się motocykliści. Nieprzyjaciel działał dziś ostrożniej: wysłał straż przednią. Ale żołnierze byli umiejętnie schowani w lasku. Przydrożny lasek, w którym pluton Brudnego urządził zasadzkę, był niewielki. Ale w pobliżu, w odległości zaledwie pół kilometra, był inny lasek, do którego w dogodnej chwili można było przebiec, żeby następnie, wymknąwszy się nieprzyjacielowi, wrócić na drogę.

Godzinę później Niemcy, wierzchem i na motocyklach, jechali z powrotem - droga do rzeki wydala im się wolna. Wkrótce Brudny zakomunikował mi, że widać kolumnę ciężarówek z piechotą. Uważając, że droga jest wolna, Niemcy, podobnie jak wczoraj, jechali samochodami, bez straży bocznej. - Przygotowałeś się? - Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu. Jesteśmy przygotowani. - Niech się zbliżą, a wtedy napadnij! Działaj spokojnie. W słuchawce rozległ się spokojny, poważny glos: - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. O zajściach informował mnie znów łącznik. Na drodze, której broni! Brudny, działo się to samo co wczoraj... Salwa z zasadzki. Druga, Trzecia. I znów powtórzyło się to samo. Niemcy zeskoczyli z ciężarówek i zaczęli uciekać zapominając wszystkiego, czego ich uczono: zapomnieli, że istnieje komenda, dyscyplina, że są niezwyciężeni; stali się tłumem ogarniętym paniką. Wypytywałem telefonistę, który z dalekiego lasu informował mnie o przebiegu bitwy. - Uciekają? Okopali się? Odpowiedz dokładnie! - Uciekają, towarzyszu dowódco batalionu... Ale wieją! Dopiero co znów ich zdzieliliśmy. Wczoraj jeszcze zastanawiałem się nad tym, jak powinni byliby zachować się Niemcy, których niespodzianie zaczęto prażyć salwami. Niezwłocznie paść na ziemię, przywrzeć do niej, prowadzić morderczy ogień w odpowiedzi na ogień nieprzyjaciela. Zdawałoby się, że nawet bez rozkazu, kierując się jedynie instynktem samozachowawczym, powinni byli tak właśnie postąpić. Okazuje się jednak, że na wojnie istnieje siła, która paraliżuje zdolność orientowania się, odbiera człowiekowi rozsądek, urządza mu najdziwaczniejsze kawały, czyniąc zeń łatwą zdobycz dla śmierci. 2 Nieoczekiwanie, zaraz na samym początku bitwy, przerwana została łączność z plutonem Brudnego. Wysłałem telefonistów, by sprawdzili linię. Wrócili natknąwszy się na Niemców. Wypytywałem telefonistów bardzo szczegółowo, gdyż nie rozumiałem, co się stało. Nieprzyjaciel zaczął do nich strzelać ze wsi położonej przy drodze. Telefoniści nie wiedzieli, ilu tam jest Niemców, czy przedostały się tam ciężarówki. Gdzie jest nasz pluton? Co się z nim stało? Czyżby był otoczony? Czyżby Brudny - zdolny i roztropny dowódca - przeoczył moment, kiedy należało się wymknąć? Co robić? Nie pozwolę przecież, żeby moi ludzie zginęli. Ale jak im pomóc? Czym? Zapragnąłem mocno sam stanąć na czele plutonu i przyjść im z odsieczą. Ale nie, nie mam prawa, jestem odpowiedzialny za batalion, za osiem kilometrów frontu - obowiązany jestem pozostać tu. Kazałem zamilknąć sercu, które wyrywało się do swoich, aby im pomóc, i usiłowałem z zimną krwią zanalizować sytuację. Przypuśćmy, że pluton jest otoczony. Ale czy podobna, żeby pięćdziesięciu moich żołnierzy, pięćdziesięciu synów, poddało się? Podniosło ręce do góry? Nigdy, będą walczyli w obronie życia. Wierzyłem w to, wierzyłem w moich żołnierzy, w dowódcę. Mają karabiny, mają cztery ręczne karabiny maszynowe, pod dostatkiem naboi, niech nieprzyjaciel spróbuje zbliżyć się do nich!

Wysłałem na pomoc półpluton pieszych zwiadowców. Półpluton! Takimi oto siłami prowadziliśmy wówczas wojnę. Dowódca otrzymał ode mnie rozkaz: „Zbliż się niepostrzeżenie, nie nadstawiaj zbytecznie karku; działaj rozumnie, spokojnie, czekaj, aż się ściemni; wtedy skomunikuj się z Brudnym, pomóż mu“. Jak bardzo pragnąłem ujrzeć żołnierzy, powiedzieć im kilka prostych, dobrych słów, przepojonych miłością ku nim. Ale poleciłem, by zakomunikowano Brudnemu: po wyrwaniu się z otoczenia winien wraz z plutonem znów wyjść na drogę, zgodnie z rozkazem; niech jutro z innej zasadzki przywita Niemców ogniem. 3 Pożegnałem się z dowódcą i wyszedłem ze schronu. Niebo było spowite mgłą. Chmury leżały nisko nad głową. Do zmroku pozostawało ze dwie godziny. Nie chciałem nikogo widzieć, z nikim rozmawiać. Myśl moja zajęta była wyłącznie odciętym plutonem, losem pięćdziesięciu żołnierzy, którzy walczą gdzieś w przydrożnym lesie. Znów zapragnąłem być z nimi. Wolnym krokiem szedłem w kierunku rzeki. Czerwonoarmiści ryli zamarzłą ziemię, wlekli budulec, przygotowując pozorne pozycje. Nie miałem chęci tam pójść. Z daleka wydawało mi się, że pracują z dużymi przerwami, że marudzą... Szybciej! Pięćdziesięciu naszych żołnierzy broni się, walczy za rzeką, wywalczając dla nas niezbędne godziny, minuty, wiążąc wroga. Udaremniają plany nieprzyjaciela. Czułem: jeżeli podejdę, napięcie znajdzie ujście - skrzyczę winnych i niewinnych. Ucho starało się chwycić wystrzały moździerzy za rzeką. Ale tam panowała cisza. A jeżeli tam się wszystko już skończyło? I nigdy już nie ujrzę Brudnego, Kurbatowa i innych?... Później, kiedy serce stwardniało na wojnie, rzadko reagowało tak żywo i boleśnie. Wróciłem do schronu. Czekałem na zwiadowców, na wiadomości. - Towarzyszu dowódco batalionu, wzywają was do telefonu - powiedział telefonista. Dzwonił dowódca drugiej kompanii, lejtenant Siewriukow. Meldował: - Towarzyszu dowódco batalionu! Pluton lejtenanta Brudnego wydostał się z okrążenia. 4 Szybko spytałem: - Skąd o tym wiecie? - Jak to skąd? Przecież są tutaj. - Gdzie? - Przecież melduję - mówił Siewriukow we właściwy sobie sposób, bez pośpiechu, co doprowadzało mnie niekiedy do szaleństwa - przecież melduję, towarzyszu dowódco batalionu, że są tutaj. Wrócili do kompanii. - Kto? Jeszcze nie rozumiałem albo raczej rozumiem już, ale... Ale może za chwilę wyjaśni się, że tak nie jest. Siewriukow odpowiedział:

- Lejtenant Brudny... I żołnierze... Ci, którzy wrócili. Sześciu zostało zabitych, towarzyszu dowódco batalionu. - A Niemcy? A droga? Pytanie to wyrwało mi się mimo woli, bo po cóż właściwie było pytać? Przecież wszystko jest jasne... Usłyszałem odpowiedź Siewriukowa: drogę zajął nieprzyjaciel. Milczałem. Siewriukow spytał: - Towarzyszu dowódco batalionu, czy jesteście przy telefonie? - Tak. - Czy mam zawezwać do telefonu Brudnego? - Nie trzeba. - Czy mam przyjść do was? - Nie trzeba. - Więc cóż? - Czekajcie na mnie. Położyłem słuchawkę, ale nie od razu wstałem z miejsca. 5 A więc zaszło to, co było najokropniejsze. Nie tylko utrata drogi była ciężkim ciosem. Spodziewałem się tego. Nawet według naszego własnego planu taktycznego musiało się to stać jutro lub pojutrze. Ale dziś mój lejtenant, mój pluton, moi żołnierze cofnęli się, porzucili drogę bez rozkazu. Uciekli! To właśnie mnie przygnębiło. Dlatego też nie mogłem od razu wstać z miejsca. Po kilku minutach podjechałem do stanowiska dowódcy drugiej kompanii. Niedaleko stąd trzy dni temu, pamiętnego wieczoru, odprowadzałem o zmroku żołnierzy. I teraz panował zmrok. Ale wówczas, trzy dni temu, stały przede mną równe szeregi. Teraz czerwonoarmiści, którzy wrócili, leżeli i siedzieli zmęczeni na ziemi pokrytej pierwszym śniegiem. Przed schronem, u stóp stromego pagórka ginącego wśród fałdzistego brzegu - stała grupa oficerów. Jeden z nich - człowiek niewielkiego wzrostu - wystąpił naprzód i pobiegł w moim kierunku. Biegnąc podał komendę: - Wstać! Baczność! Był to Brudny. Zbliżywszy się do mnie zasalutował i stanął na baczność. - Towarzyszu dowódco batalionu - zaczął rzeczowo. Przerwałem mu: - Lejtenant Siewriukow! Do mnie! Czterdziestoletni Siewriukow, były główny księgowy fabryki wyrobów tytoniowych w Ałma-Acie, ociężałym krokiem podszedł do mnie: - Kto spośród was jest najstarszym oficerem?

- Ja, towarzyszu dowódco batalionu. - Więc dlaczego nie wy podajecie komendę? Dlaczego pluton nie jest ustawiony? Co to za banda? W dwuszeregu zbiórka! Dowódcy do szeregu! Podszedł do mnie Bozżanow, oficer polityczny kompanii karabinów maszynowych. Cicho spytał po kazachsku: - Co się stało? Odpowiedziałem po rosyjsku: - Czy was, towarzyszu oficerze polityczny, mój rozkaz nie dotyczy? Do szeregu! Kilka sekund Bozżanow stał nieruchomo, zwróciwszy ku mnie swą okrągłą twarz. Widać było wyraźnie, że chce coś powiedzieć, ale nie zdecydował się. Rozumiał, że w tej chwili nie zniosę żadnych łagodzących perswazji, nie pozwolę na to, by mówił. Równe szeregi żołnierzy czerniały na tle śniegu. Było cicho. Tylko z dala, z głębi naszego terytorium ze wschodu - słychać było głuchy huk armat. Podszedłem do szeregów. Raport złożył mi Siewriukow. Obok, w natężonej postawie, wyprostowany stał Brudny. Zwróciłem się do niego: - Meldujcie! Zaczął mówić pośpiesznie: - Towarzyszu dowódco batalionu. Dziś wzmocniony pluton pod moim dowództwem zgładził około stu faszystów. Ale zostaliśmy otoczeni. Zdecydowałem: atakować, wyrwać się... - Dobrze. Ale dlaczegoście ponownie nie wyszli na drogę? - Towarzyszu dowódco batalionu, Niemcy ścigali nas... - Ścigali? Wykrzyknąłem to słowo z wściekłością, z nienawiścią. - Ścigali? Jak w ogóle mogłeś wymówić to słowo? Nieprzyjaciel oświadczył, że będzie nas gonił do Uralu, więc uważasz, że tak się właśnie stanie? Oddamy Moskwę, oddamy nasz kraj, przybiegniemy do rodzin, do starców, do kobiet i powiemy im: ścigano nas... Tak? Odpowiedz... Brudny milczał. - Szkoda - mówiłem dalej - że słów twoich nie słyszały kobiety. Spoliczkowałyby cię, naplułyby ci w twarz. Jesteś tchórzem, a nie oficerem Armii Czerwonej. Z głębi znów dobiegł głuchy huk dział. - Czy słyszysz? Niemcy są również tam - z tylu, za nami. Tam nieprzyjaciel rwie się ku Moskwie. Tam walczą nasi bracia. My, nasz batalion, osłaniamy ich tutaj przed uderzeniem od skrzydła. Ufają nam, wierzą, że utrzymamy się, że nie przepuścimy wroga. I ja zaufałem tobie. Broniłeś drogi, zamknąłeś ją. I stchórzyłeś. Uciekłeś. Myślisz, żeś oddał drogę? Nie, oddałeś Moskwę. - Ja... ja... ja myślałem... - Rozmowa z tobą jest skończona. Idź. - Dokąd?

- Tam, gdzie według rozkazu powinieneś się znajdować. Pokazałem za rzekę. Głowa Brudnego drgnęła nerwowo - zdawało się, że chce spojrzeć w kierunku, w którym wskazuje moja ręka. Ale nie wykonał zamierzonego ruchu i w dalszym ciągu stał przede mną nieruchomo na baczność. Stał osłupiały, jak gdyby to, co zaszło, okropniejsze od śmierci, nie dotarło do jego świadomości; stał czekając, że powiem jeszcze jakieś ostatnie słowo. Ale ja milcząc patrzyłem mu prosto w twarz. Byłem w tej chwili jak skamieniały. Nie czułem w sercu najmniejszej litości. Zrozumie mnie każdy, kto uczestniczył w wojnie; w takich chwilach nienawiść jak ogień wypala wszystkie uczucia, które są z nią sprzeczne. Brudny zrozumiał: wszystko zostało powiedziane. Potrafił zebrać siły i zasalutować. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu! Zrobił w tył zwrot i poszedł, coraz bardziej przyśpieszając kroku, jak gdyby pragnął jak najprędzej zniknąć z oczu, poszedł w kierunku mostu przez Ruzę w gęstą mgłę, tam, gdzie przyczaił się wróg. Od czarnej ściany plutonu oderwał się człowiek i pobiegł za Brudnym. Usłyszeliśmy wszyscy: - Towarzyszu lejtenancie, pójdę z wami... Poznałem wysoką, barczystą postać Kurbatowa z przewieszonym przez ramię pistoletem maszynowym, poznałem go po głosie. - Kurbatow, wróć. Stanął. - Towarzyszu dowódco batalionu, my też jesteśmy winni. - Kto ci pozwolił wystąpić z szeregu? - Towarzyszu dowódco batalionu, tam człowiek nie może pójść sam. Tam... - Kto ci pozwolił wystąpić z szeregu? Na miejsce! Jeżeli trzeba, zwróć się do mnie, tak jak należy się zwracać do dowódcy w Armii Czerwonej. Kurbatow wrócił do szeregów. - Towarzyszu dowódco batalionu - powiedział - czy mogę zwrócić się do was z prośbą? - Nie pozwalam. To nie wiec. Wiem - uciekaliście razem ze swoim dowódcą. Ale odpowiada za was dowódca. Jeżeli on każe uciekać, jesteście obowiązani uciekać! Czy wszyscy mnie słyszą? Jeżeli dowódca każe uciekać, jesteście obowiązani uciekać. Odpowiedzialność ponosi on. Ale z chwilą, kiedy dowódca daje rozkaz: „stój“, to zarówno on sam, jak i każdy z was, każdy uczciwy żołnierz, obowiązany jest zabić tego, kto rzuci się do ucieczki. Wasz dowódca nie potrafił ująć was w karby, zatrzymać was, zastrzelić na miejscu tych, którzy go nie usłuchali. Poniesie za to karę. Nagle zza mgły, w której przepadł Brudny, wynurzyła się jak czarne widmo jego postać. Obok nienawiści, która znów mnie ogarnęła, poczułem dla niego pogardę. A więc - wrócił, by mnie prosić. Stchórzył i teraz? - Czego chcesz? - Towarzyszu dowódco batalionu, komu mam oddać dokumenty?

- Jakie? - Legitymacja komsomolska, legitymacja dowódcy, listy. Wezwałem Bozżanowa. - Towarzyszu oficerze polityczny, proszę przyjąć dokumenty. Brudny wyciągnął z kieszeni cienką paczkę papierów i oddał Bozżanowowi. - Aksakał - ledwo dosłyszalnym głosem szepnął mi Bozżanow. Nic więcej nie powiedział, ale błagał mnie tym jednym słowem. Brudny stał z opuszczoną głową. Wydawało mi się, że to wybieg tchórza. Zapewne wracając liczył na to, że dowódca batalionu zawezwie oficera politycznego, który wstawi się za nim. Pomyślałem sobie: a więc tutaj używasz wybiegów, a nie przeciwko wrogowi? Chciałem ci dać możność uratowania honoru, a jeśli znów stchórzyłeś, niech cię diabli wezmą, giń okryty hańbą. - Brudny - powiedziałem - możesz zatrzymać dokumenty. Możesz tam nie iść. Tu oto masz inną drogę. I pokazałem na ścieżkę prowadzącą na tyły. - Idź do sztabu pułku... Zamelduj, że wypędziłem cię z batalionu, oddałem pod sąd... Usprawiedliwiaj się sam. Brudny zaczerpnął powietrza. Z ledwo dosłyszalnym, świszczącym dźwiękiem, podobnym do łkania. - Towarzyszu dowódco batalionu, ja... ja dowiodę... zabiję... - głos mu drżał: to, co tłumił dotychczas, wybuchło nagle - zabiję tam wartownika... Przyniosę jego broń, jego papiery... dowiodę. Słuchałem. Stopniowo malała, znikała nienawiść. Chciałem szepnąć tak, by tylko on dosłyszał: „Zuch, zuch, tak właśnie trzeba!“ Serce we mnie drgnęło. Nikt jednak nie dowiedział się o tym. Bozżanow zapalił latarkę elektryczną. Promień latarki oświetlił pociemniałą, wychudłą twarz Brudnego - oczy głęboko zapadnięte, policzki pokryte czerwonymi plamami. Dalej światło padło na paczkę papierów. Bozżanow wziął ją do siebie. Latarka zgasła. Odwróciwszy się Brudny szybkim krokiem poszedł w kierunku rzeki. Krzyknąłem: - Kurbatow, daj lejtenantowi pistolet maszynowy. To jedynie mogłem dla niego uczynić. Byłem odpowiedzialny za nieugiętość batalionu, za odcinek, za hart duszy i za pozycje wzdłuż brzegu Ruzy, które osłaniały Moskwę.

Jeszcze jeden bój o drogę
1 Wróciwszy do schronu sztabu, zawezwałem do siebie Kurbatowa Wszedł z ponurą twarzą. Wróg zmusił do ucieczki również jego - człowieka o dumnie wzniesionej głowie, rosłego, silnego i, zdawałoby się, odważnego. Dlaczego? Dlaczego tak się stało? Musiałem to wiedzieć. - Opowiedz - rzekłem - co się tam z wami stało? Dlaczegoście uciekli?

Kurbatow opowiadał bardzo zwięźle. Podczas potyczki z Niemcami, którzy się okopali, rozległy się strzały, z tyłu, zupełnie z bliska. Kule świetlne zza drzew zaczęły ranić żołnierzy w plecy. Brudny krzyknął: „Za mną!“, i pluton z najeżonymi do ataku bagnetami wybiegł z lasu, by ukryć się w sąsiednim zagajniku, jak to było z góry przewidziane. Ale i stamtąd poleciały kule w biegnących żołnierzy. Ktoś upadł, ktoś inny krzyknął. Ludzie rzucili się w bok, ale od tej chwili nie byli już w stanie się zatrzymać. Wszędzie dosięgały ich kule świetlne. Niemcy strzelając szli w ślad za nimi; w języku wojskowym nazywają to: „deptali po piętach“. Spytałem: - Iluż tam było tych fizylierów, którzy was ścigali? Kurbatow ponuro odpowiedział. - Nie wiem, towarzyszu dowódco batalionu. - Chyba z tuzin, a może i mniej? Kurbatow milczał opuściwszy głowę. - Idź - powiedziałem. 2 Kurbatow wyszedł. Co przeżywał ten mój żołnierz? Widziałem, że mu wstyd. Wstyd... Czy zastanawialiście się, co to znaczy? Jeżeli na wojnie wstyd w żołnierzu zostanie zabity, jeżeli ten potępiający głos wewnętrzny zamilknie, żadne wyszkolenie, żadna dyscyplina nie potrafi już wtedy scementować wojska. Kurbatow, ścigany przez kule, uciekał wraz z innymi. Strach krzyczał mu do uszu: - Zginąłeś; zgubione jest twoje młode życie, zaraz cię zabiją albo na zawsze okaleczą. Ratuj się, chowaj się, uciekaj! Ale mówił również inny władczy głos: - Nie, zatrzymaj się! Uciekając postępujesz nikczemnie i haniebnie. Ludzie będą tobą pogardzać jako tchórzem! Zatrzymaj się, walcz, bądź godnym synem swej ojczyzny! O, jak bardzo potrzebna była w chwili tej rozpaczliwej walki wewnętrznej, kiedy szala przechyla się to w jedną, to w drugą stronę, kiedy duszę żołnierza rozdzierały sprzeczne uczucia - jak bardzo w takiej chwili potrzebna była komenda! Spokojny, głośny, stanowczy rozkaz dowódcy - byłby rozkazem udzielonym przez ojczyznę synowi. Rozkaz wyrwałby żołnierza z pazurów zwątpienia; rozkaz zmobilizowałby nie tylko to, co zostało zaszczepione przez wyszkolenie wojskowe, przez dyscyplinę, lecz również najszlachetniejsze uczucia - sumienie, honor, patriotyzm. Brudny stracił głowę, przepuścił moment, kiedy mógł i obowiązany był podać komendę. Wskutek tego pluton został w boju rozbity. Wskutek tego uczciwy żołnierz wstydził się teraz spojrzeć mi w oczy. 3 Dowódca plutonu poniósł karę za swe przewinienie.

A ja? Przecież za wszystko, co się działo i co się dzieje w batalionie, za każdą porażkę w boju, za każdy wypadek ucieczki, za każdego dowódcę i żołnierza ponoszę odpowiedzialność ja. Jeżeli mój pluton nie wykonał rozkazu bojowego - znaczy to, że rozkazu bojowego nie wykonałem ja. Zawiadomiłem dowódcę pułku o tym, co się stało, udzieliłem wymaganych ode mnie wyjaśnień i odłożyłem słuchawkę... I zacząłem spowiadać się przed surowym sędzią - przed własnym sumieniem, własnym rozsądkiem. Obowiązany byłem stwierdzić, na czym polega moja wina. Czy aby nie na tym, że dowódcą plutonu mianowałem nieodpowiedniego człowieka? Może powinienem był zauważyć zawczasu, że jest tchórzem? Nie, nie na tym. Przecież nawet po ucieczce, po surowym ukaraniu go przed frontem żołnierzy, potrafił znów rozbudzić w moim sercu miłość ku sobie, wykazać, że jest człowiekiem o głębokim poczuciu honoru. Cóż więc zaszło w nim tam, pod gradem kul? Dlaczego zapomniał o obowiązku dowódcy? Na czym polegał mój błąd? Jeszcze kilka dni temu, kiedy zaznajamiałem lejtenantów z ich zadaniem, pomyślałem sobie: czy rzeczywiście Niemcy raz, drugi i trzeci, jak barany, nadstawią karku pod nasze ciosy, pod salwy naszych karabinów? Przeciwnik okazał się jednak mądrzejszy, niż przypuszczałem. Rzecz jasna, że już po pierwszej walce o drogę zmusiliśmy dowódcę wojsk niemieckich do zastanowienia się nad sytuacją; uczynił to wcześniej, niż myślałem. Na wypadek boju z zasadzką opracował widocznie jakiś plan, którego zawczasu nie odgadłem. Na taktykę uderzenia znienacka odpowiedział taką samą taktyką. Zmusił do ucieczki i gnał mój pluton, moich żołnierzy, stosując ten sam środek - niespodziewany atak ogniowy z bliska, który poprzednio zmusił do ucieczki jego własnych żołnierzy ogarniętych paniką. Dziś zwyciężył on, zmuszając mnie do ucieczki - użyłem w myśli właśnie tego wyrazu „mnie“ - ale nie dlatego, że jego oficerowie i żołnierze byli mężniejsi lub lepiej wyszkoleni. Nie zwyciężył mnie również przewagą liczebną, według naszego planu taktycznego można było przeciwko dużej liczbie nieprzyjaciół walczyć długo nieznacznymi siłami. Zwyciężył mnie z kolei swoim planem, pociągnięciem taktycznym, intelektem. Tak, za mało wczoraj rozmyślałem! Zostałem rozbity jeszcze przed rozpoczęciem bitwy. Na tym polegała moja wina. 4 Oglądałem uważnie mapę; odtwarzałem w wyobraźni obraz walki, obraz ucieczki; starałem się odgadnąć, jak mój wróg, dowódca niemiecki, przygotował i zrealizował swój plan. Moi żołnierze uciekli. Oglądałem w myślach ucieczkę. Widziałem, jak zdyszani pędzili przed siebie, popędzani smugami świetlnych kul, popędzani przez śmierć. Ile zagajników, krzaków, jarów było na drodze ich ucieczki. Można się było ukryć, natychmiast okopać, odwrócić wszystkie lufy w stronę nieprzyjaciela, triumfującego, ogarniętego hazardem pogoni, dać mu się zbliżyć i z zimną krwią strzelać doń z bliska. Brudny nie zachował zimnej krwi. Stracił panowanie nad własną duszą i nad duszami żołnierzy; na tym polegało jego przestępstwo. Ale ja, dowódca batalionu, obowiązany byłem wczoraj, jeszcze przed bitwą, pomyśleć za niego, przewidzieć.

Nieprzyjaciel zagarnął drogę. Ale tylko jedną. Drugiej jeszcze nie ma w swoich rękach. Na drugiej, zmieniwszy miejsce zasadzki, czekał na Niemców pluton lejtenanta Donskich. Jutro nieprzyjaciel spróbuje w jakikolwiek bądź sposób zmusić do ucieczki również ten pluton. A więc dobrze, szanowny obywatelu „Wielkich Niemiec“ - spróbuj pan. 5 Połączyłem się telefonicznie z lejtenatern Donskich i rozkazałem, by wziął ze sobą ochronę i zgłosił się do mnie. Po blisko półtorej godzinie Donskich przybył. Na pierwszy rzut oka nie zmienił się. Cerę miał tak samo białą, delikatną. Ujrzawszy mnie zarumienił się. Ale już pierwszy jego ruch, pierwsze słowa pozwoliły mi stwierdzić: Donskich zmienił się. Kiedy spotkał się z moim wzrokiem, uśmiechnął się; był to dawny nieśmiały uśmiech, ale miał w sobie coś nowego - jakąś moc wewnętrzną; jak gdyby uświadamiał sobie, że ma prawo się uśmiechnąć. Ruchy stały się pewniejsze, szybsze. Zasalutował swobodniej niż przedtem: zameldował, że się zjawił. - Siądź - powiedziałem. - Wyciągnij mapę. Na mapie, którą rozłożył Donskich, miejsce zasadzek nie było w ogóle zaznaczone. W takich wypadkach nie wolno powierzać mapie tajemnicy. Ale miejsce pierwszego boju - nie było już tajemnicą. Donskich, jak gdyby dla upamiętnienia, otoczył je czerwonym kołem. Spojrzałem na nie. Wiedzieliśmy obaj, że dokonała się wielka próba ducha; przeżyliśmy tam wielką radość zwycięstwa, zdawaliśmy sobie z tego sprawę, a jednak żaden z nas nie wymówił na ten temat ani słowa. - Czy pamiętasz, Donskich - powiedziałem - o czym mówiliśmy z tobą zeszłym razem? - Może się zdarzyć, że wróg otoczy ludzi w zasadzce. Do tego można jeszcze dopuścić. Ale w żadnym razie nie wolno dopuścić do całkowitego otoczenia. Donskich skinął głową. Spojrzenie jego mówiło mi, że rozumie, o co chodzi. Ciągnąłem dalej: - Ale nieprzyjaciel może otoczyć niespodzianie. Na przykład... Otoczy cię z tej strony... Nie zatemperowanym końcem ołówka pokazałem ten ruch na mapie. - Wtedy będziesz miał wyjście tędy. Wyśliźniesz się, zaczniesz się cofać, a tymczasem nieprzyjaciel, który zbliżył się niepostrzeżenie, przeciął ci drogę, czeka już tu na ciebie, widzi cię już. I przyjmie wystrzałami prosto w twarz. Co będzie wtedy? - Co? - zapytał Donskich. - Na bagnety! - Ech, Donskich... Sięgnąć bagnetem - to długa droga: nieprzyjaciel powystrzela. Czy nie stracisz głowy? Nie rzucisz się do ucieczki. Donskich podniósł z lekka głowę. - Ja, towarzyszu dowódco batalionu, nie będę uciekał. - Nie o tobie tylko mowa. A żołnierze? Donskich milczał spoglądając na mapę. Myślał szukając rzetelnej odpowiedzi. - Oczywiście, Donskich, trzeba walczyć nawet w najbardziej rozpaczliwej sytuacji. Ale po cóż mamy się znaleźć w takiej sytuacji? Pozostawmy to Niemcom. Bagnetem zabijesz jednego, rozumem - tysiące. Tak, Donskich, powiada przysłowie kazachskie... - Ale jak, towarzyszu dowódco batalionu?

Młodzieńcze niebieskie oczy lejtenanta patrzyły na mnie z ufnością. - Uciekać! - powiedziałem - uciekać bezładnie, w popłochu, jak tego chcą Niemcy. Przez dziesięć, a nawet piętnaście minut dla pozoru udawaj panikę. Niech ścigają. To właśnie jest nam potrzebne! Inicjatywa w grze będzie należała do nas i my zmusimy ich, rozumiesz mnie, zmusimy podstępem - by nas ścigali. Trzymaj się bliżej drogi. Stocz się do tego jaru (znów pokazałem na mapie nie zatemperowanym końcem ołówka). Albo wybierz inne, bardziej odpowiednie miejsce. Trzeba będzie ukryć się tam i okopać w mgnieniu oka. Niech pierwsza grupa przepuści Niemców. Druga zaś poczęstuje ich seriami z karabinów maszynowych i salwami prosto w twarz. Rzucą się w bok, zawrócą i zaczną uciekać. Trzeba w nich wówczas chlusnąć ogniem, wybić do nogi wszystkich, którzy nas ścigali! Rozumiesz? Przeżywając w myślach walkę spojrzałem na lejtenanta z triumfującym uśmiechem. Donskich nie odpowiedział mi uśmiechem. Widziałem z jego oczu, że uchwycił myśl, ale w głębi źrenic, które jakby na chwilę zastygły, wyczytałem, że się wzdraga. Nie od razu zrozumiałem, co się z nim dzieje. Lejtenanta Donskich obleciał, być może, chwilowy strach na myśl o rzezi, krwawej rzezi, którą miał sprawić Niemcom. Odpowiedział jednak spokojnie: - Zrozumiałem, towarzyszu dowódco batalionu. Omówiliśmy różne szczegóły. Następnie powiedziałem: - Wytłumacz ten manewr żołnierzom. Donskich zapytał: - Manewr? Słowo to wydało mu się nie wiedzieć dlaczego dziwne. Zapewne dotąd wyraz „manewr“ kojarzył się w jego umyśle nie z tym, co go czekało - nie z zabijaniem nieprzyjaciół. Ale natychmiast odpowiedział przepisowo: - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. - A więc, Donskich, to wszystko. Wstał. Temu młodzieńcowi o delikatnej twarzy i wrażliwej duszy wypadnie jutro zwabić nieprzyjaciela podstępem w zasadzkę i zabijać z bliska biegnących oszalałych ludzi. Nie wątpiłem, że potrafi to zrobić. 6 Zdawało się, że doświadczenie naszej dzisiejszej porażki winno stać się zapowiedzią jutrzejszego zwycięstwa. Czułem ulgę. Po odejściu lejtenanta Donskich położyłem się, przykryłem płaszczem i odwróciłem się do ściany zamierzając usnąć. Przed zamkniętymi oczami zarysowała się mapa topograficzna, zarysowała się pełna uwagi twarz lejtenanta. Nie zatemperowanym końcem ołówka dotykam mapy i pokazuję mu: „Zaczną uciekać, pobiegną tutaj, a tu znów przywitamy ich salwami!“

I nagle chwila ta wryła mi się w pamięć z niezwykłą siłą - zobaczyłem: nie mój ołówek dotyka mapy, a czyjś obcy. Ja miałem zwykły czarny ołówek, ten zaś, który dotyka mapy, jest polakierowany na czerwono, jest graniasty, ma ostro zatemperowane niebieskie żądło. I ręka jest też nie moja. Biała, pokryta jasnorudawymi włoskami. Spojrzenie moje pobiegło w górę - od ręki do twarzy. Tak, to był on, mój przeciwnik, niemiecki dowódca o bezlitosnym spojrzeniu. Zwracając się do jakiegoś stojącego obok człowieka wymówił słowo w słowo to samo, co przed chwilą powiedziałem ja: „Zaczną uciekać, pobiegną tutaj, tu znów ich przywitamy .salwami“. I na mapie spod ołówka wyjrzał nie jar, nie jutrzejsza zasadzka, lecz odcinek mego batalionu. Wytężyłem wzrok, by ujrzeć, zanotować w pamięci miejsce, na które wskazywał ołówek. Całym ciałem nachyliłem się gwałtownie naprzód. I otworzyłem oczy... W schronie paliła się lampa naftowa. W kącie przy telefonie siedział telefonista. Odwróciłem się znów do ściany i zacząłem drzemać. Przypomniałem sobie twarz Brudnego, oświetloną na chwilę latarką; twarz pełną męki, lecz nie pozbawioną wyrazu dumy. Głęboko osadzone oczy, gorączkowe plamy na wychudłych policzkach. Przypomniałem sobie jego drżący, gorączkowy glos w ostatniej chwili - „dowiodę wam“. Potem jeszcze coś; wreszcie wszystko się zmieniło - ogarnął mnie ciężki, męczący sen. 7 Z rana, ledwo się przebudziłem, mój ordynans Sinczenko dość tajemniczo zameldował mi: - Towarzyszu dowódco batalionu - wskazał na drzwi - lejtenant Brudny... Czeka, aż wstaniecie. - Po co przyszedł? Ale serce zakołatało w piersi. Wrócił? Wykonał to, o czym mówił na pożegnanie? Sinczenko dodał pośpiesznie: - Chodził, towarzyszu dowódco batalionu, do Niemców. Przyniósł pistolety maszynowe. Teraz siedzi, z nikim nie rozmawia, chce mówić z wami osobiście. - Niech wejdzie - powiedziałem. Sinczenko znikł. Za chwilę drzwi znów się otworzyły. Nie mówiąc ani słowa, z zaciśniętymi ustami, Brudny podszedł do stołu, przy którym siedziałem, i położył przede mną dwa niemieckie pistolety maszynowe, dwie legitymacje żołnierskie, listy, zeszyt, niemieckie pieniądze papierowe i monetę. Jego głęboko zapadłe czarne oczy patrzyły na mnie, nie unikając mego spojrzenia, ale dziko, spode łba. Chciałem mu powiedzieć: „Siądź“. Ale nagle poczułem, że nie mogę wymówić ani słowa, że skurcz ścisnął mi gardło. Wziąłem papierosa, wstałem, zacząłem szukać w płaszczu zapałek, chociaż miałem je w kieszeni spodni. Zapaliłem papierosa, stanąłem przy oknie i wyjrzałem na świat, na pnie i korzenie sosen, na śnieg, którym gdzieniegdzie między drzewami była przyprószona ziemia. Potem odwróciłem się i powiedziałem spokojnie: - Siądź, Brudny... Jadłeś śniadanie? Brudny nie odpowiedział; i on również nie mógł w tej chwili wymówić ani słowa. Przez otwarte drzwi zajrzał Sinczenko; podbiegł do mnie i szepnął mi do ucha: - Czy wódki do śniadania podać, towarzyszu dowódco batalionu?

Mój poczciwy Sinczenko wiedział podobnie jak wszyscy w batalionie o wczorajszej historii. I teraz zrozumiał wszystko. - Tak - powiedziałem - nalej lejtenantowi kieliszek. Śniadanie jedliśmy razem. Brudny opowiadał o swej nocnej wędrówce, o tym, jak zabił dwóch Niemców. Oczy, które od wódki stały się wilgotne i błyszczące, od czasu do czasu iskrzyły się filuternie przypominając dawnego Brudnego. - Co się tam wczoraj z tobą stało? - spytałem. - Jakżeś mógł się cofnąć bez rozkazu? Stal się posępny - nie chciał o tym mówić. - Przecież wiecie... - Nie wiem... Powiedział jeszcze bardziej niechętnie: - Przecież sami powiedzieliście... - Stchórzyłeś? Kiwnął głową. Teraz, kiedy powtórzyłem wczorajsze słowo, łatwiej mu było mówić o tym. - Sam nie mogę pojąć, towarzyszu dowódco batalionu... Było tak, jakby się wyrazić... Jak gdyby kamieniem po łbie... I jak gdybym nie był już więcej sobą... Przestałem rozumieć... Plecy Brudnego drgnęły nerwowo... - Jak gdyby kamieniem - powtórzył. Zapłonęły nagle przede mną słowa, których już od dawna szukała moja myśl. - Porażenie psychiki! Mózgu! Duszy! Dziwna rzecz, ale właśnie ten moment, w którym, zdawałoby się, nic szczególnego nie zaszło, utkwił mi w pamięci na równi z najbardziej silnymi przeżyciami wojny. Porażenie psychiki - w tej chwili po raz pierwszy uświadomiłem sobie jasno tę prostą prawdę. Przecież nie ma żadnych tajemniczych promieni dla oddziaływania na psychikę. Przecież wojnę prowadzi się narzędziami przeznaczonymi do fizycznego wytępienia wroga, przecież narzędzia te kaleczą ciało, a nie duszę i psychikę. Nie, właśnie że również duszę! I potem, gdy psychika została porażona, gdy człowiek został złamany na duchu, można go gnać, dopędzać, zabijać, brać do niewoli tłumy nieprzyjaciół. Nieprzyjaciel dąży do tego, by zrobić to z nami. Raz jeden udała się panu - szanowny obywatelu „Wielkich Niemiec“ - taka historia w stosunku do mnie, do mojego plutonu. Ale - na tym koniec! Do Brudnego powiedziałem: - Posłuchaj... Plutonu ci tymczasem nie dam... Ale przypuszczam, że Niemców nie boisz się już teraz. Będę cię posyłał do nich. Mianuję cię zastępcą dowódcy plutonu zwiadowczego. Brudny zerwał się rozpromieniony: - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu.

Pożegnałem się z nim. Porażenie psychiki! Przecież zjawisko to znane jest od najdawniejszych czasów. I od najdawniejszych czasów osiąga się to dzięki uderzeniu znienacka. I czy nie na tym polega kunszt wojenny w boju, w taktyce, by za pomocą uderzenia znienacka oszołomić nieprzyjaciela i zabezpieczyć przed takim samym niespodziewanym uderzeniem własne wojsko? Myśli te nie są nowe; ale w toku wojny, po długich, częstokroć męczących rozmyślaniach, sukcesach i niepowodzeniach wojennych, odkryłem i zrozumiałem je na nowo. I przedtem majaczyły one już przede mną niewyraźnie. Ale teraz tajemnica boju była dla mnie jasna! Tak mi się zdawało. Ale tego samego dnia, kilka godzin później, nieprzyjaciel dowiódł mi, że bynajmniej nie wszystko zrozumiałem; dowiódł, że istnieją również inne prawa boju. Na wojnie zaś dowody, jak wiadomo, są nieco inne niż w logice czy matematyce. Na wojnie dowody są napisane krwią. 8 Oto, co powiedzieli mi żołnierze plutonu lejtenanta Donskich, którzy wrócili z pola bitwy. Tego dnia, dwudziestego drugiego października, nieprzyjaciel przerzucając przed frontem batalionu artylerię i ładunki - drogą zagarniętą przez niego, wznowił ruch również na drugiej drodze, po której wczoraj zasadzka urządzona przez lejtenanta Donskich nie przepuściła Niemców. Teraz Niemcy posuwali się naprzód ostrożniej i pieszo, w rozsypce, ostrzeliwując z pistoletów maszynowych przydrożne lasy i krzaki. Próżne ciężarówki jechały wolno obok żołnierzy. Pluton lejtenanta Donskich przywitał teraz Niemców salwami. Ale nieprzyjaciel był na to przygotowany. Niemcy od razu padli na ziemię. Następnie, przebiegając z miejsca na miejsce, zaczęli otaczać pluton. Teraz rozpoczęła się realizacja naszego planu, nastał czas udawania „paniki“ - bezładnego uciekania w rozsypkę. To zostało zrobione. Niemcy widząc uciekających zaczęli krzyczeć: „A Rus wieje! Naprzód!“ I zaczęła się pogoń. Nasi żołnierze zgodnie z planem uciekali nie oddalając się zbytnio od drogi. Niemieccy szoferzy puścili w ruch motory; żołnierze powłazili na ciężarówki i stojąc w pudłach samochodów strzelali w ruchu, ścigali naszych żołnierzy z komfortem, w samochodach. Pluton stoczył się do jaru. Żołnierze ukryli się szybko za krzakami i pagórkami z obydwu stron drogi. Ukazały się samochody. Uniesieni pogonią Niemcy strzelali na chybił trafił, przedziurawiając powietrze świetlnymi kulami. „Gdzie Rus? Dokąd uciekł?! Naprzód!“ Nagle salwa z boku. I ogień przeciwszturmowy na bliski dystans z karabinów maszynowych. Padli zabici, rozległy się krzyki. Część szoferów padła pod kulami, inni wyskakiwali z kabinek, nie zdążywszy wyłączyć motorów. Samochody zderzyły się. Z boku padała salwa za salwą, ogień, ogień bez przerwy. Niemcy, oszołomieni, ogarnięci strachem, rzucali się z samochodów na ziemię; uciekali jak oszalałe stado. A w plecy raził ich ogień, raziła śmierć. I nagle z drugiej strony, z tej, w którą Niemcy, ukrywając się za samochodami, uciekli przed kulami, znów śmiertelny cios w twarz, znów salwa, znów podobny do uderzenia sztyletu przeciwszturmowy ogień ręcznych karabinów maszynowych.

Właśnie w tej chwili zaszło to, czego nie przewidziałem. Drugi cios, uderzenie znienacka, przywróciło jakby nieprzyjacielowi zdrowy rozsądek. Niemcy zrobili jedyną rzecz, która mogła ich uratować od ostatecznego unicestwienia: wyjący, rozwścieczony tłum jak fala rzucił się naprzód przeciwko kulom, na naszą zasadzkę. Możliwe, że rozpacz dodała Niemcom sit albo też w krytycznej chwili ich dowódca odzyskał panowanie nad nimi. Niemcy rzucili się na naszą rzadką tyralierę. Wyprzedzały ich długie ogniste linie świetlnych kul. I wszystko od razu się zmieniło. Zaczęło działać elementarne prawo wojny - prawo liczby, prawo przewagi liczebnej i ogniowej. Przeszło dwustu rozwścieczonych ludzi, ogarniętych szałem mordowania, pędziło w kierunku naszych żołnierzy, których była garstka, pół plutonu, dwudziestu pięciu ludzi. W samym planie boju, jak to zrozumiałem później, krył się błąd. Walcząc drobnymi siłami przeciwko wielkim, nie wolno nieprzyjaciela obchodzić ani otaczać. Takie oto były gorzkie nauki boju. Co mógł zrobić Donskich? W takich strasznych chwilach męstwo albo zupełnie opuszcza człowieka, albo ujawnia się z niebywałą silą. A męstwo dowódcy - to przede wszystkim: rozsądek, przytomność umysłu, jasno i ostro pracująca myśl. Donskich rozkazał cofać się przez parów do pobliskiego lasku. Sam zaś - mężny, szlachetny oficerkomsomolec - pozostał przy ręcznym karabinie maszynowym osłaniając wraz z kilkoma żołnierzami odwrót plutonu. Niemcy strzelając zbliżali się coraz bardziej, ale Donskich przeszywał ich kulami z karabinu maszynowego, kosząc jednego po drugim i zamykając wejście do parowu - najkrótszą drogę pogoni. Został ranny kilkoma kulami, ale strzelał w dalszym ciągu, nie czując w zapale walki, że spływa krwią. Z tylu za lejtenantem Donskich zaterkotał nasz drugi karabin maszynowy. To ponury Wołkow, zastępca dowódcy plutonu, osłaniał odwrót lejtenanta. Donskich był jeszcze w stanie przebiec kilka kroków w kierunku swoich żołnierzy, ale trafiony ponownie kulą upadł. A Wołkow - wyrzucał krótkie i długie serie, nie dając Niemcom zbliżyć się do lejtenanta. Żołnierze czołgając się wyciągnęli lejtenanta z pola walki i zanieśli go na skraj lasu. Tam opatrzono lejtenantowi Donskich siedem ran postrzałowych. A sierżant Wołkow - małomówny, zły podczas pełnienia obowiązków służbowych i w boju „człowiek sprawiedliwy“, jak go nazwali żołnierze - poległ obok swego karabinu maszynowego. 9 Tak oto Niemcy zdobyli pas położony między naszymi a ich pozycjami. Ja, dowódca batalionu, nie jestem oczywiście powołany do opisania ogólnej sytuacji operacyjnej pod Moskwą albo chociażby tylko na odcinku wołokołamskim. Jednakże w danym wypadku, wbrew tej naszej zasadzie, powiem krótko, co następuje: przeglądając w późniejszym okresie zebrane dla muzeum dokumenty o czynach bojowych panfiłowców przeczytałem niektóre komunikaty operacyjne armii generała Rokossowskiego, która broniła rejonu Wołokołamska. Komunikat z dwudziestego drugiego października głosił: „Dziś wieczorem nieprzyjaciel zakończył koncentrację głównego ugrupowania na lewym skrzydle naszej armii i grupy wspierającej, skierowanej przeciwko centralnej części naszej armii“. Przeciwko centralnej części... W owe dni był to nasz batalion oraz dwa sąsiednie bataliony z przydzieloną do nich artylerią - dwa tysiące czerwonoarmistów na dwadzieścia kilometrów frontu.

Dwudziesty trzeci października
1 Dwudziestego trzeciego października o świcie zjawił się nad nami niemiecki samolot korekcyjny. Ma on skrzydła od tyłu skośne jak komar: czerwonoarmiści przezywali go garbusem. Później przywykliśmy do „garbusów“, nauczyliśmy się je strącać, nauczyliśmy je należnego szacunku zachowaj przyzwoitą odległość, komarze! Tego jednak rana widzieliśmy „garbusa“ po raz pierwszy. Bezkarnie krążył w niskich jesiennych chmurach zahaczając niekiedy o szary ich skraj, czasem znów, wyłączając motor, spadał spiralą w dół, aby wyśledzić nas z mniejszej wysokości. W batalionie brak było broni przeciwlotniczej. Mówiłem już, że przeciwlotnicze karabiny maszynowe na rozkaz Panfiłowa kierowano na lewe skrzydło dywizji, gdzie nieprzyjaciel rzucając do ataku czołgi wprowadzał równocześnie do boju lotnictwo. Nie wiedziałem wówczas, że można samoloty strącać salwami karabinów - tę stosunkowo nieskomplikowaną tajemnicę odkryliśmy dopiero później. Wszyscy śledzili oczami „garbusa“. Przypominam sobie na przykład taki moment. Samolot wzbił się w górę, znikł na chwilę w obłokach, wynurzył się i nagle wszystko naokoło zahuczało. Błysnęły płomienie i na polu wybuchły słupy ziemi. Nie zdążyły jeszcze opaść te pierwsze, jeszcze widać było wolno padające kawałki zamarzniętej ziemi, a już obok wybuchały nowe pociski. Świst lecących pocisków, charakter wybuchów pozwoliły mi stwierdzić, że nieprzyjaciel prowadzi skoncentrowany ogień z dział różnego kalibru, że równocześnie strzela z moździerzy. Wyjąłem zegarek. Było dwie minuty po dziewiątej. Po powrocie do ukrytego w lesie schronu sztabowego i wysłuchaniu raportów kompanijnych złożyłem telefonicznie meldunek dowódcy pułku: o dziewiątej zero-zero artyleria nieprzyjacielska zaczęła intensywnie ostrzeliwać przedni skraj na całym odcinku batalionu. Odpowiedziano mi, że tak samo intensywnie nieprzyjaciel ostrzeliwuje batalion z prawej strony. 2 Było rzeczą jasną: jest to artyleryjskie przygotowanie natarcia. W takich chwilach wszyscy mają nerwy niezwykle napięte. Ucho chwyta ciągły łoskot, szczególnie głośny pod ziemią; ciało odczuwa drżenie belek w schronie; z góry poprzez ciężki pułap, kiedy wybuchy są bliskie, sypią się padając na podłogę, na stół bryłki ziemi. Ale nerwy są najbardziej napięte w chwilach ciszy. Wszyscy milczą, wszyscy oczekują nowych uderzeń... Cisza... A więc... Ale znów: trach, trach... I znów huk, wybuchy, znów drgają belki, znów ludzie oczekują najgroźniejszego ciszy. Niemcy - to kawalarze. Tego dnia, grając na naszych nerwach, kilka razy przerywali na przeciąg dwóch czy trzech minut strzelaninę, a potem rozpoczynali znowu. Nie podobna było wprost dłużej wytrzymać. Gdyby choć prędzej rozpoczęli atak. Ale minęło pół godziny, godzina, a potem jeszcze godzina - bombardowanie trwało nadal. Ja, który do niedawna byłem jeszcze artylerzystą, nie przypuszczałem, by skoncentrowany i skombinowany ogień artylerii, skierowany przeciw umocnieniom polowym, przeciw naszym pozycjom, które nie miały ani jednego żelbetonowego schronu, mógł trwać tyle godzin. Niemieckie działa wyrzucały wagony

pocisków - wszystko, co ściągnęli tutaj z zaplecza, kiedy się zatrzymali - gruntownie rozdrabniając ziemię, licząc na to, że w ten sposób niewątpliwie zdruzgocą naszą obronę, zdziesiątkują, zmiażdżą nas i następnie uderzeniem piechoty z łatwością zakończą sprawę. Od czasu do czasu rozmawiałem telefonicznie z dowódcami kompanii. Komunikowali mi: nie udało się nigdzie stwierdzić koncentracji piechoty niemieckiej. Łączność często się przerywała. Odłamki wciąż zrywały druty telefoniczne. Dyżurni telefoniści łączyli druty pod obstrzałem nieprzyjacielskim. W połowie dnia, kiedy nie wiadomo który już raz znów przecięto druty, dyżurny wymknął się ze schronu, a ja wyszedłem tuż za nim, by zobaczyć, co się dzieje na świecie. Pociski wpadały również do lasu. Coś huknęło wśród wierzchołków drzew; zatrzeszczało złamane drzewo, posypały się gałązki. Zapragnąłem w tej chwili znaleźć się znów pod ziemią. Ale w myślach przywołałem się do porządku i wyszedłem na skraj lasu. Nad nami w dalszym ciągu krążył „garbus“. Na zaśnieżonym polu zrytym lejami i przyprószonym pyłem, gdzieniegdzie niemal czarnym, w różnych miejscach wciąż wylatywała w powietrze ziemia - niekiedy nisko, opadając na wszystkie strony w jaskrawym świetle płomieni; to znów stawały słupy, wysokie jak las, kiedy wybuchał pocisk ciężkiej artylerii. Po kilku minutach nerwy uspokoiły się trochę, przestałem drżeć, spokojniej reagowałem na huki, widziałem już, co się dzieje wokoło. I nagle cisza. Znów napięcie nerwowe. Potem głuchy trzask w niebie i ostry, przeraźliwy świst, od którego cierpnie skóra. Znów trzask i przenikliwy świst. Tak wybuchają szrapnele. Przylgnąłem do drzewa, czując, że znów trzęsie mną jak w febrze. Niemcy, jak się okazało, po krótkiej przerwie zmienili kombinację pocisków - kombinację wybuchów, dźwięków i efektów wzrokowych. Teraz bili szrapnelami i pociskami rozpryskowymi, które z zastraszającym hukiem wybuchały w płomieniach tuż nad ziemią. Dla żołnierza, ukrytego w rowie strzeleckim, tego rodzaju pociski nie są niebezpieczne, ale Niemcy dążyli do tego, by złamać ludzi na duchu, bombardowali psychikę żołnierza. W ciągu tych minut, przylgnąwszy do drzewa, usiłowałem odgadywać, uczyłem się rozumieć chwyty nieprzyjaciela. Następnie zaczęły wybuchać pociski burzące, wyrzucając w powietrze czarne góry ziemi i gęsty, podobny do węglowego, pył materiałów wybuchowych. Silny wybuch wyrzucił w powietrze belki i kloce, ukryte dotąd pod nasypem. Oczywiście, niemiecki lotnik, korygujący ogień artylerii, w tej chwili zatriumfował. Ale uśmiechałem się złośliwie i ja. Udał się nasz fortel wojenny. Nieprzyjaciel kilka godzin z rzędu gromił pozorną pozycję. Podobne do grzybów, ukryte za nasypem, przysypane śniegiem, w którym specjalnie wydeptywaliśmy ścieżki, pozorne schrony ciągnęły się - dość widoczne dla oka - wzdłuż rzeki. A rzeczywiste pozycje, w których ukryli się żołnierze, wykopaliśmy, jak wiadomo, bliżej rzeki w pochyłościach nadbrzeżnych i pokryliśmy trzema lub czterema rzędami wielkich drzew do wysokości brzegu. Strzelając wprost do celu albo nawet po powierzchni, Niemcy walili również w brzeg, jednakże aby przebić nasze umocnienia, trzeba byłoby trafić nie w ciężkie górne pułapy, lecz w stosunkowo słaby

nasyp czołowy. Linia naszej obrony była, jak wiadomo, tak rzadko obsadzona, że straty batalionu w ludziach były przypadkowe i minimalne. 3 Około czwartej po południu nieprzyjaciel wzmógł gwałtowny ogień w rejonie drugiej kompanii, w okolicach wsi Nowlanskoje, tam gdzie przechodzi droga z Sieriedy do Wołokołamska. Stwierdziłem to od razu według detonacji i wstrząsów. Zatelefonowałem niezwłocznie do dowódcy drugiej kompanii Siewriukowa. - Nie ma go... Poznałem glos jednego z łączników - niziutkiego Muratowa, Tatara. - A gdzie jest? - Poczołgał się na punkt obserwacyjny... - A dlaczego ty pozostałeś? - Chciał pójść sam, żeby nikt nie wiedział. On, towarzyszu dowódco batalionu, zna taktykę. Muratów mówił żywo. W takich chwilach człowiek jest szczególnie wrażliwy nawet na odcienie w głosie żołnierza; przysłuchuje się im z taką samą uwagą, z jaką czyta raport bojowy. Wezwano mnie do drugiego telefonu. Mówił Siewriukow. - Czy to wy, towarzyszu dowódco batalionu? - Tak. Gdzie się znajdujecie? Skąd mówicie? - Znajduję się na punkcie obserwacyjnym artylerii... Patrzę przez lornetę artyleryjską... Bardzo ciekawy widok. Nawet teraz, w ogniu artylerii, pozostawał tak samo powolny jak zazwyczaj. Popędzałem go przez zadawanie pytań. - Co tam widzicie ciekawego? - Niemcy skoncentrowali swe siły na skraju lasu... Roi się tam od nich... Krzątają się... Oficer niemiecki również patrzy przez lornetę. - Ilu ich tam jest? - Żeby nie skłamać, z batalion, prawdopodobnie... Myślę, towarzyszu dowódco batalionu, że trzeba by ich było... - A po co tu myśleć? Zawołajcie do telefonu Kuchtarienkę! Szybko! - To właśnie miałem na myśli, towarzyszu dowódco batalionu... Denerwowała mnie często powolność Siewriukowa. A przecież nie chciałbym mieć żadnego innego dowódcy kompanii zamiast czterdziestoletniego rozważnego Siewriukowa, który tego dnia niejednokrotnie czołgał się przez straszne pola, był w rowach strzeleckich i na punktach obserwacyjnych. Do telefonu podszedł lejtenant Kuchtarienko - artylerzysta korygujący ogień. Osiem dział, przydzielonych do batalionu i ukrytych w lesie, cały dzień milczało nie zdradzając swej obecności aż

do decydującego momentu. Moment ten się zbliżał. Skraj lasu, gdzie Niemcy skoncentrowali swe siły do ataku, jak zresztą cala przestrzeń przed linią frontu batalionu były od dawna wystrzelane przez naszą artylerię. Mój plan bitwy był następujący: puścić w ruch ukrytą artylerię dopiero w chwili, gdy przeznaczone do ataku siły nieprzyjacielskie przygotują się do natarcia; uderzyć jak kamieniem po łbie, oszołomić, rozproszyć, zerwać atak. Miałem chęć podać komendę: „W skoncentrowane siły nieprzyjaciela, ze wszystkich dział, ognia!“ Ale należało przede wszystkim dać kilka strzałów próbnych, skorygować ogień, „dokręcić“, jak powiadają nasi artylerzyści, odpowiednio do siły wiatru, ciśnienia atmosferycznego, usuwania się ziemi pod ciężarem dział i wielu innych, niestałych czynników. Potrzeba na to było niewiele czasu - zaledwie dwóch do trzech minut. Ale czy pamiętacie zagadkę Panfiłowa na temat czasu? Czy wiecie, co się może stać na wojnie w ciągu dwóch, trzech minut? 4 Po wydaniu rozkazu nie odłożyłem słuchawki włączonej do sieci artyleryjskiej. Słyszę, że stanowiskom ogniowym artylerii podano komendę: - Do dział! Ładować i zameldować! Następnie Kuchtarienko - żywe oko ukrytych w lesie dział - wskazał współrzędne. Ktoś je powtarza. Teraz lufy dział podnoszą się wolno w górę. A czas mija, czas upływa... Wreszcie słyszę: - Gotowe! I od razu komenda Kuchtarienki: - Po dwa pociski! Szybki ogień! Znów milczenie, nie słychać przepisowego meldunku o wykonaniu, mijają sekundy... Widocznie jednak nie wszystko jest gotowe. Szybciej, szybciej do diabla! I nagle słychać przez słuchawkę to słowo. Kuchtarienko krzyczy: - Szybciej! Wtrącam swoje słowo: - Kuchtarienko, co się tam dzieje? - Niemcy przygotowują się, towarzyszu dowódco batalionu, wkładają plecaki, hełmy. Kuchtarienko krzyczy: - Stanowisko ogniowe! - Słucham! - Szybciej! - Wystrzał! Wystrzał! Seria!

Wśród nieustannych huków, które przytępiają słuch, nie podobna odróżnić naszych strzałów, ale pociski wyleciały, lecą - tymczasem próbne, tylko dwa. Kuchtarienko ujrzy za chwilę wybuchy. Czy padną daleko od celu? A może od razu trafią do celu? Przecież bywa i tak. Nie! Kuchtarienko koryguje: - Cel plus jeden. Na prawo zero... I nagle silny huk w membranie i zdanie się urywa. - Kuchtarienko! Nie ma odpowiedzi. - Kuchtarienko! Grobowa cisza... Na prawo zero... Zero dziewięć? Zero trzy? A może zero, zero trzy? Mamy dużo pocisków, osiem dział, ale w chwili, kiedy są najbardziej potrzebne, przeklęty przypadek zrządził, że oniemiały. Dyżurny służby łączności artylerii wybiegł już na linię - ale czas mijał bezpowrotnie... Jednakże nie łączność została przerwana. Nieszczęście, jak się okazało, było znacznie większe. Zawołano mnie do innego telefonu. Ze stanowiska dowódcy drugiej kompanii mówił znów Muratów mały żołnierzyk, który kilka minut temu odpowiadał tak wesoło na moje pytania... Teraz mówił przybitym głosem: - Towarzyszu dowódco batalionu, dowódca kompanii został ranny. - Gdzie? Czy ciężko? - Nie wiem... Jeszcze go nie przynieśli... Są tam również inni, nie wiem, zabici czy ranni. - Gdzie tam? - Na obserwacyjnym... Stąd wszyscy poszli, by wynieść dowódcę i innych... Mnie zostawiono... Kazali, żebym do was dzwonił... - Co się tam stało... na punkcie obserwacyjnym? Wymówiłem to z trudem, wiedząc już, że stało się nieszczęście - Zburzony... Milczałem. Muratów czekał trochę, później żałośnie spytał: - Dokąd mam pójść, towarzyszu dowódco batalionu? Kto będzie nami teraz dowodził? Odczułem osierocenie żołnierza, który został bez dowódcy. Za chwilę huk umilknie i nastąpi straszliwa cisza: za chwilę skoncentrowana piechota niemiecka, przygotowana do ataku, przekroczy rzekę - a tymczasem punkt obserwacyjny jest zburzony, działa oślepły, kompania została bez dowódcy. Powiedziałem:

- Muratów, zbierz łączników. Niech zawiadomią plutony; lejtenant Siewriukow został ranny; na stanowisku dowódcy kompanii zamiast niego znajduje się dowódca batalionu. Zaraz przyjdę. Odłożyłem słuchawkę i rozkazałem szefowi sztabu Rachimowowi: - Połączcie się niezwłocznie z Krajewem. Niech się zgłosi, by objąć dowództwo nad drugą kompanią. Następnie zawołałem: - Sinczenko! Konia! 5 Popędziliśmy galopem przez pole - ja na Łysku, za mną mój ordynans Sinczenko. Łysek podniósł swe cienkie uszy w górę; pędziłem wprost, ściągnąwszy krótko cugle, nie pozwalałem, by rzucał się w bok przy wybuchach. Myśl pracowała bez przerwy: „Szybciej, szybciej! Byleby nie cisza! Byleby zdążyć!“ Z przeciwnej strony, ze wsi Nowlanskoje, wypadła cwałem taczanka. Woźnica popędzał batem konie. Wzdłuż boku jednego z koni płynęła krew. - Stój! Woźnica nie od razu zahamował. - Stój! Na tylnym siedzeniu ujrzałem Kuchtarienkę. Na niezwykle bladej jego twarzy cętkami osiadła ziemia. W poprzek czoła widać było świeże zadraśnięcie, wokół którego skrzepła już krew. Na powalanym gliną płaszczu wisiała lorneta artyleryjska. - Kuchtarienko, dokąd? - Na... na... - jak jąkała nie mógł od razu wymówić słowa. - Na stanowisko ogniowe, towarzyszu dowódco batalionu. - Po co? - Punkt obserwacyjny... - Wiem! Odpowiedz - po co? Uciekasz? Z powrotem! - Towarzyszu dowódco, ja... - Z powrotem! Kuchtarienko spojrzał na mnie szeroko otwartymi, jak gdyby martwymi oczami, w których zastygł przeżyty strach. Nagłe, pod wpływem władczego spojrzenia dowódcy, zmieniły się źrenice Kuchtarienki, jak gdyby ktoś od wewnątrz wstawił mu inne. Zerwał się z miejsca i ryknął głosem jeszcze bardziej wściekłym niż ja: - Z powrotem! I zaczął kląć na czym świat stoi.

Popędziliśmy do wsi. Za mną, nie zważając na drogę i stale podrzucając w górę wóz, pędziła ociężała para koni artyleryjskich. W cerkwi, zakończonej dzwonnicą, znajdował się punkt opatrunkowy. Na ulicy za murem cerkiewnym, osłaniającym od kul, rozmieściła się kuchnia batalionowa. Dowódca plutonu gospodarczego, lejtenant Borysow, stanął na baczność. - Borysow, łączność w porządku? - W porządku, towarzyszu dowódco batalionu. - Gdzie telefon? - Tutaj, towarzyszu dowódco batalionu, w budce dozorcy. Na oko odległość od dzwonnicy do budki wynosiła mniej więcej sto pięćdziesiąt metrów. - Drut masz? Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź rozkazałem: - Szybko telefon na dzwonnicę! Biegiem! Każda sekunda jest droga, Borysow! Po kamiennych schodkach przedsionka wbiegłem do cerkwi. Uderzył mnie zapach krwi. Na słomie przykrytej płaszczami leżeli ranni. - Towarzyszu dowódco batalionu... To cichym głosem wołał mnie Siewriukow. Szybko podszedłem do niego i uścisnąłem jego dziwnie ciężkie, pożółkłe dłonie. - Przepraszam cię, Siewriukow... Nie mogę teraz... Ale Siewriukow nie puszczał mnie. Jego niemłoda twarz, z przyprószonymi siwizną skroniami, z wyraźnie czerniejącą szczecinką na policzkach, schudła i była bardzo blada. - Kto mnie zastępuje? - Ja, Siewriukow. Wybacz, nie mam więcej czasu... Uścisnąłem i puściłem jego ciężkie ręce. Siewriukow patrzył za mną, uśmiechając się słabo. Na dzwonnicę biegł telefonista z aparatem telefonicznym. Ciągnął za sobą cienki drut. Po drodze zatrzymał mnie nasz lekarz, Krasnienko. - Towarzyszu dowódco batalionu, jak tam sprawy? - Zajmijcie się, proszę, waszymi sprawami. Opatrujcie i jak najszybciej ewakuujcie rannych. Spytał zaniepokojony: - Jak najszybciej? Rozgniewało mnie to: - Jeśli jeszcze raz zauważę, że na słowo „jak najszybciej“ wykrzywi się wam fizjonomia, postąpię z wami jak z tchórzem. Czy zrozumieliście? Idźcie...

Po krętych schodach wszedłem na dzwonnicę. Kuchtarienko już tam był. Przykucnąwszy obserwował nieprzyjaciela przez lornetę spoza murowanej balustrady. Telefonista przymocowywał drut do telefonu. - O ile na prawo? - spytałem. Kuchtarienko spojrzał na mnie ze zdziwieniem, potem zrozumiał. - Zero pięć - odpowiedział. Zwróciłem się do telefonisty. - Czy prędko? - Za chwilę, towarzyszu dowódco batalionu. Kuchtarienko podał mi lornetę. Przystosowałem ją do wzroku, obejrzałem zębatą linię lasu, która przysunęła się bardzo blisko - i nagle ujrzałem zupełnie wyraźnie Niemców; zdawało się, że dzieli mnie od nich pięćdziesiąt kroków. Nie stali wprawdzie na baczność, lecz uformowani już byli w szeregach. Można było odróżnić pododdziały: poszczególne grupy - prawdopodobnie plutony ustawione były w niewielkich od siebie odstępach w następującym porządku: na przedzie - jedna drużyna, z tyłu, na obydwu skrzydłach - dwie drużyny. Oficerowie, również w hełmach, wyjęli już rewolwery, które Niemcy - widziałem to wtedy po raz pierwszy - noszą z lewej strony na brzuchu... A więc oto są ci, którzy zbliżyli się do Moskwy - zawodowi zwycięzcy! Za chwilę pójdą w bród przez rzekę. 6 - Gotowe! - powiedział telefonista. - Łączność, towarzyszu dowódco batalionu, funkcjonuje. - Połącz ze stanowiskiem ogniowym... I oto wreszcie podana została komenda, zakończone rozpoczęte zdanie. - Cel plus jeden! Na prawo - zero - zero pięć! Dwa pociski, szybki ogień! Oddałem lornetę Kuchtarience. Nie rozróżniając już Niemców wpatrywałem się w skraj lasu gołym okiem, czekając w napięciu na wybuchy. Między drzewami błysnęło, potem tuż obok siebie ukazał się w dwóch miejscach dym. Nie wierzyłem sam sobie, ale przecież zdawało mi się, że trafiliśmy wprost do celu. - Wprost do celu - powiedział Kuchtarienko opuszczając lornetę. Twarz, obsypana cętkami ziemi gdzieniegdzie już rozmazanej, z opuchniętym zadrapaniem w poprzek czoła, promieniała. Nie słuchając do końca chwyciłem słuchawkę telefoniczną i podałem komendę: - Ze wszystkich dział, pociskami odłamkowymi po osiem na działo, bateria, szybki ogień! Kuchtarienko uprzejmie i z dumą podał mi lornetę. Obserwowałem. Widocznie próbne strzały zraniły kogoś. W jednym miejscu stało kilku Niemców, odwróconych do nas plecami. Schylili się nad rannym. Ale szeregi stały nieruchomo. Módlcie się teraz do waszego Boga! Poprzez huk i grzmot, na który ucho już nie reagowało, usłyszeliśmy głos naszych dział. Przechyliłem się przez balustradę i oglądałem przez lornetę skraj lasu:

tam, gdzie skoncentrowali się Niemcy, buchały płomienie, unosiła się w powietrzu ziemia, padały drzewa, wylatywały w górę pistolety maszynowe i hełmy. Kuchtarienko przemocą pociągnął mnie w tył. - Padnij! - krzyknął. Zauważono nas. Z ogłuszającym ohydnym szumem przeleciał koło dzwonnicy „garbus“. Strzelał z karabinu maszynowego. Kilka kul uderzyło w czworokątny słup pozostawiając ślepe otwory. Samolot przeleciał tak nisko, że zdawało mi się, iż widzę zwróconą do nas wykrzywioną twarz lotnika. Wiedziałem, że trzeba się rzucić na ziemię, ale w żaden sposób nie mogłem przezwyciężyć w sobie uczucia, które nie pozwalało mi paść przed Niemcem. Wyciągnąłem szybko rewolwer i nie spuszczając oka z samolotu, naciskałem na kurek tak długo, aż opróżniłem cały magazyn. Samolot oddalił się po linii prostej. W dzwonnicę zaczęto strzelać z dział. Jeden pocisk trafił poniżej nas, w grube, mocne obmurowanie. Otoczyła nas chmura drobnego pyłu ceglastego, który zazgrzytał w zębach. Ale doznałem wrażenia, że pociski nieprzyjacielskie są nieprawdziwe, że dzieje się to wszystko w kinie, że wybuchają one na ekranie, gdzieś obok, ale zarazem w innym świecie - nie tak jak nasze; nasze uderzają i miażdżą, rozszarpują ciała żołnierzy nieprzyjacielskich. Znów przeleciał „garbus“. I znów padały kule. Ukryłem się za słupem. Telefonista jęknął. - Gdzie cię raniło? Czy potrafisz zejść na dół? - Potrafię, towarzyszu dowódco batalionu. Wezwałem przez telefon Borysowa. - Telefonista został ranny. Przyślij na dzwonnicę innego. Nie zdążyłem jeszcze wymówić tych słów, gdy usłyszałem, że mówię dziwnie głośno. Zapanowała zupełna cisza. Straszna, pulsująca w uszach cisza. Tylko gdzieś, z odległości, z tylu dochodził huk armat. Tam nasi toczyli walki; Niemcy przygotowywali się, by runąć na nich nowym klinem poprzez naszą osłonę. Rozkazałem Kuchtarience: - Kieruj ogniem! Wal bez litości, jeżeli znowu spróbują. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Teraz biegłem na dół, skacząc przez dwa stopnie; jak najszybciej z powrotem do kompanii. 7 Znów na Łysku, znowu galopem przez wieś, ku rzece. Wzdłuż brzegu przyprószonego śniegiem, na którym gdzieniegdzie widniały czarne plamy wybuchów, biegł pędem żołnierz z karabinem w ręku. Podjechałem. Patrzyły na mnie czarne małe oczki niziutkiego Muratowa, który stanął i momentalnie przykucnął. - Zejdźcie, towarzyszu dowódco batalionu, zejdźcie - zaczął mówić pośpiesznie. - Dokąd pędzisz? - Do plutonu... Zakomunikować, że dowództwo nad kompanią objął oficer polityczny Bozżanow.

I dodał jakby dla usprawiedliwienia: - Długo was nie było, towarzyszu dowódco batalionu, a on... - Dobrze. Pędź. Na stanowisku dowódcy kompanii, przed głębokim schronem, w odległości pięćdziesięciu kroków od linii rowów strzeleckich, których istnienia można się było jedynie domyślać dzięki wąskim pasemkom rowów łączących, zatrzymałem Łyska i zeskoczyłem na ziemię. Uszy Łyska nie drgały, nie strzygł już nimi. Dzięki ci, koniku! Dziś pierwszy raz byliśmy razem pod obstrzałem. Chciałem go pogłaskać... Ale nie ma czasu, ani chwili czasu, mój przyjacielu! Oddałem wodze Sinczence i dotknąłem ostrożnie uzdy. Łysek wilgotnymi wargami delikatnie pochwycił moje palce i na chwilę je zatrzymał. Ujrzałem wilgotne oko. Odwróciłem się i podszedłem szybko do pokrytych lodem schodów prowadzących do schronu. Po drodze krzyknąłem: - Sinczenko, do parowu! W panujących pod ziemią ciemnościach nie od razu dostrzegłem Bozżanowa. Na ziemi, opierając się plecami o ściany, siedzieli żołnierze. Wszyscy wstali zasłaniając skąpe światło z otworu czołowego nasypu. Nie widząc twarzy pomyślałem sobie: co to jest, dlaczego tu tylu ludzi? Bozżanow zameldował, że objął dowództwo zamiast Siewriukowa. Bozżanow, oficer polityczny kompanii karabinów maszynowych, która ze względu na charakter naszej obrony była rozmieszczona w postaci oddzielnych gniazd ogniowych wzdłuż linii frontu, przez cały dzień bądź biegnąc, bądź czołgając się przechodził od jednego stanowiska ogniowego do drugiego, odwiedzając obsługę. Z chwilą gdy nieprzyjaciel pół godziny temu skoncentrował ogień na wsi Nowlanskoje, na odcinku drugiej kompanii, Bozżanow pobiegł do wsi. Pierwsze pytanie, które zadałem, brzmiało: - Co się dzieje przed frontem kompanii? Gdzie jest nieprzyjaciel? - Nie rusza się, towarzyszu dowódco batalionu. Oczy moje przyzwyczaiły się do ciemności. W kącie, podpierając pochyloną głową górne belki, stal Galliulin. - Co to za ludzie? - zapytałem. - Po co tu przyszli? Bozżanow wytłumaczył mi, że spodziewając się ataku Niemców postanowił przerzucić na stanowisko dowódcy kompanii jeden karabin maszynowy, jako ruchomy punkt oporu, żeby być przygotowanym na wszelkie ewentualności. - Słusznie! - powiedziałem. Bozżanow był człowiekiem nieco korpulentnym o okrągłej twarzy, ale niezwykle ruchliwym, „żywe srebro“, jak to mówią. W tej chwili stał przede mną wyprostowany i meldował zwięźle, przepisowo. W jego spojrzeniu można było poznać napięcie nerwowe. Świadczyły o tym również zaciśnięte usta i skąpe, pewne ruchy. Bozżanow uczestniczył w wojnie fińskiej w charakterze oficera politycznego niejednokrotnie brał udział w bitwach i został odznaczony medalem „Za odwagę“. Mówił często o tym, że chciałby zostać oficerem liniowym. Jego życzenie ziściło się teraz, w groźnej chwili boju. Przed czarnym cielskiem karabinu maszynowego, zaopatrzonego w taśmę, z lufą wstawioną do strzelnicy, stał na baczność Błocha. Nie usiadł, chociaż mu zezwoliłem, nie oparł się o ścianę, był poważny; jego ledwo zarysowane, jasne brwi drgały nerwowo.

Ruchliwy Murin, przed wojną aspirant konserwatorium, przylgnął do belek nasypu czołowego obok obserwatora i uporczywie patrzył przez otwór w dal. Zbliżyłem się do nich. Nierówny brzeg i skop przeciwczołgowy zasłaniały rzekę; przeciwny brzeg rzeki widać było wyraźnie. Bez lornety artyleryjskiej nie mogłem rozróżnić połamanych, strzaskanych drzew, tam gdzie przed chwilą wybuchały pociski. Można było jedynie zauważyć kilka choin leżących na ziemi. Umożliwiały one orientację. Stamtąd właśnie powinni byli wyjść Niemcy. Niech spróbują! Kuchatarienko siedzi na dzwonnicy, działa są wycelowane w to miejsce, wycelowane są również ciężkie karabiny maszynowe, karabiny, erkaemy. Cisza... Pustka... Rozległ się ostry, pojedynczy wystrzał z działa niemieckiego. Wytężyłem wzrok spodziewając się, że ujrzę wybiegające z lasu zielonkawe figurki. Ale w tej samej chwili jakby setki miotów zabębniły na blasze. Niemcy znów walili do naszego przedniego skraju: do cerkwi, w której stwierdzili obecność obserwatora; do dział, które zdradziły swe stanowiska. - A więc teraz już się nie ruszycie - rzekł Błocha. Wszyscy zrozumieli, co ma na myśli Błocha. Pierwszy atak odparto zanim się rozpoczął - został zduszony w zarodku przez ogień artyleryjski. Niemcy nie odważyli się ruszyć do ataku z podstawy wyjściowej, zasypywanej naszymi pociskami. Ale dzień jeszcze się nie skończył. Spojrzałem na zegarek. Było pięć minut po trzeciej - siódma godzina bombardowania. Zatelefonowałem do sztabu batalionu i rozkazałem: działa i korygujący artylerzysta pozostaną na miejscach; do cerkwi jeszcze jednego korygującego ogień artylerzystę z zapasowymi środkami łączności, ażeby w razie gdy pocisk artyleryjski trafi bezpośrednio w nasz punkt obserwacyjny, można było niezwłocznie przywrócić punkt obserwacyjny na dzwonnicy; czerwonoarmiści i oficerowie plutonu gospodarczego wraz z sanitariuszami winni przenieść rannych do parowu w lesie. - Krajew stawił się na wasz rozkaz - zakomunikował mi Rachimow. - Czy mam go przysłać? - Nie. Niech zaczeka, zaraz będę w sztabie. 8 Postanowiłem przed powrotem do sztabu odwiedzić żołnierzy w rowach strzeleckich. Wyszedłem ze schronu, usiadłem w rowie strzeleckim i zacząłem się rozglądać... Niebo się wypogodziło. Za rzeką wyjrzało zza chmur słońce. Snopy promieni padały trochę na ukos, pokryty pyłem śnieg nie iskrzył się. Za dwie czy trzy godziny nastąpi mrok. Z huku armat, z gęstości ognia niemieckiego wywnioskowałem, że nastąpi atak. Nastąpi gdzieś. Gdzieś tutaj, w pobliżu. Dzień bojowy nie skończył się na samej tylko strzelaninie. Jak gdyby biorąc odwet Niemcy bili z dział i moździerzy różnego kalibru po przednim skraju naszej obrony. Część pocisków, przeszywając ze świstem powietrze, padała tam, gdzie w ukrytych pozycjach, w schronach, ustawione były nasze armaty. Część pocisków padała w pobliżu. W polu mniej było teraz wybuchów niż w dzień. Padały bliżej - obok grzbietu wzgórz nadbrzeżnych, tam gdzie na stokach wyryte były ledwo dostrzegalne wejścia. Sądząc ze zmiany kierunku ognia, nieprzyjaciel odnalazł naszą ukrytą linię obronną. Zdradził ją widocznie ruch biegnących tam i z powrotem łączników i dowódców. Skurczony, stojąc na stopniu wąskich schodków, obserwowałem wybuchy. Nie wiem dlaczego, ale poczułem, że mi zimno... Byłem bez płaszcza, w watowanej kurtce, ściągniętej pasem.

A może lepiej nie iść tam, do okopów? W chwili gdy zadałem sobie to pytanie, zrozumiałem, że się boję. Zdawało się, że tysiące pazurów wbiło się w moją kurtkę; że tysiące pudów trzyma mnie w okopie. Wyrwałem się z pazurów, zrzuciłem tysiące pudów - i biegiem marsz do brzegu. Kiedy pędziłem na koniu przez pole, a następnie kiedy biegłem na dzwonnicę, nie zwracałem uwagi na pociski - a teraz... Spróbujcie, może uda się wam później to opisać. Ja zaś opowiem o tym krótko: po dziesięciu krokach miałem mokre plecy. Do rowu strzeleckiego wszedłem jednak, jak przystało na dowódcę. - Dzień dobry, żołnierzu! - Dzień dobry, towarzyszu dowódco batalionu! O, jak dobrze czułem się tam po przebyciu otwartego pola - W mrocznej piwnicy, pokrytej ciężkimi belkami. Był to okop dla jednego żołnierza - tak zwane pojedyncze stanowisko strzeleckie. Dotychczas pamiętam twarz żołnierza, jego nazwisko. Zanotujcie sobie: Sudaruszkin, żołnierz rosyjski, chłop, kołchoźnik spod Ałma-Aty. Był blady i poważny; czapka z czerwoną gwiazdą zsunęła mu się na bok. Prawie osiem godzin słyszał huki, od których trzęsła się i opadała ze ścian ziemia. Cały dzień patrzył przez strzelnicę na rzekę i na przeciwległy brzeg; był tu samotny, był sam na sam ze sobą. Wyjrzałem przez strzelnicę - miałem stąd rozległe pole widzenia; szerokie pasmo pól na drugim brzegu, pokryte białym śniegiem, widać było zupełnie wyraźnie. Co mam powiedzieć żołnierzowi? Przecież wszystko jest jasne: jeżeli Niemcy się pokażą - trzeba do nich celować i zabijać. Jeżeli my nie zabijemy ich - oni zabiją nas. Przez strzelnicę wyglądał bagnet gotowego do strzału karabinu. Przy wstrząsach na karabin padały kawałki zmarzłej ziemi, niektóre z nich przylgnęły do smaru. Zagadnąłem go surowo: - Sudaruszkin, dlaczego karabin jest brudny? - Słucham, towarzyszu dowódco batalionu, zaraz wyczyszczę... Będzie w porządeczku... Wsunął skwapliwie rękę do kieszeni wyciągając nieskomplikowane mienie żołnierskie. Było mu przyjemnie, że w takiej chwili strofuję go jak w zwykłych warunkach; poczuł się silniejszy, spokojniejszy pod mocną ręką dowódcy. Oczyszczając zamek z kurzu szmatami spoglądał od czasu do czasu na mnie, jak gdyby prosząc: „Jeszcze mnie trochę zbesztaj, stwierdź, że jeszcze jest coś nie w porządku, pozostań jeszcze!“ Sudaruszkin, gdybyś wiedział, jak bardzo pragnąłbym tu pozostać. nie wychodzić tam, gdzie diabli wiedzą co człowiekowi spadnie na łeb. Znów wpiły się we mnie pazury, znów nogi moje stały się ciężkie, jak gdyby ktoś przywiązał do nich wiele pudów. Sam szukałem, czego bym się mógł uczepić, by pozostać jeszcze chwilę. Ale wszystko było w porządku - nawet naboje leżały nie na ziemi, lecz w otwartym plecaku. Spojrzałem dookoła, w górę. Jakże przyjemnie było widzieć teraz nad głową te nie ociosane pnie choiny, z gruba tylko oczyszczone z gałęzi. Sudaruszkin spojrzał w tym samym kierunku, uśmiechnęliśmy się obaj, przypomnieliśmy sobie, jak rozrzucałem cienki nasyp, jak kazałem nosić ciężkie belki pokrzykując na niezadowolonych. Sudaruszkin spytał: - Jak sądzicie, towarzyszu dowódco batalionu, czy będzie tej nocy atak? Jak chętnie bym spytał kogoś. Ale odpowiedziałem stanowczym tonem:

- Będzie, dziś jeszcze wypróbujemy na nich karabiny. Z żołnierzem nie wolno bawić się w chowanego. Nie wolno w jego obecności wzdychać: „a może to jakoś minie...“ Jest na wojnie, powinien wiedzieć, że znajduje się tam, gdzie zabijają, że przyszedł tu, aby zabijać nieprzyjaciela. - Popraw czapkę - powiedziałem. - Miej się na baczności. Dziś położymy ich trupem koło tej rzeczki. I znów skupiając wszystkie siły wewnętrzne wyrwałem się z pazurów i wyszedłem z okopu. Ale zauważcie: teraz stało się to łatwiej niż poprzednio, ciążyło na mnie nie tysiąc, lecz tylko pięćset pudów. A już po dziesięciu minutach, kiedy wbiegłem do ostatniego ze zwiedzanych przeze mnie okopów, nie czułem ani grama ciężaru. I jeszcze jedno: jest rzeczą zupełnie zbyteczną, by dowódca batalionu biegał pod ogniem artylerii po okopach. Jest to zbyteczna, niedopuszczalna gra ze śmiercią. Sądziłem jednak, że w pierwszym boju dowódca batalionu może sobie na to pozwolić. Żołnierze będą potem mówili: „Nasz dowódca nie jest tchórzem, przyszedł do nas pod ogniem artyleryjskim, kiedy człowiek boi się wyjść za potrzebą“. Wystarczy, myślałem dalej, że zrobiłem to raz jeden; będą o tym wszyscy pamiętali i żołnierz mi zaufa. A to ma wielkie znaczenie na wojnie. Czy ty, dowódco, możesz wobec własnego sumienia rzec: wierzę w moich żołnierzy? Tak, możesz, jeżeli żołnierz wierzy w ciebie! A jednak biegałem niepotrzebnie... Ileż to razy później musiałem z konieczności biec tam, gdzie panowała śmierć, ileż razy zmuszony byłem ze złością, wyzywająco, jak na przykład na dzwonnicy patrzeć w czarne oczodoły tej baby Jagi. 9 Muszę opowiedzieć o pewnym zdarzeniu, które mnie trochę zdziwiło, miało zaś miejsce właśnie wtedy, kiedy biegłem z okopu do okopu. Biegnę i nagle widzę: ktoś wyskoczył spod ziemi i schylony pędzi mi co sił na spotkanie. Co takiego? Cóż to za półgłówek? Do siebie, oczywiście, nie stosowałem tego. Co za półgłówek biega pod takim ogniem wzdłuż przedniego skraju? Ba, to przecież Tołstunow... Zdaje mi się, że jeszcze o nim nie mówiłem. Na krótko przed bitwą przyszedł do mnie i przedstawił się: „Instruktor pułku do spraw propagandy, popracuję w waszym batalionie“. Przyznam się, że spojrzałem na niego z niechęcią. Nie, w powierzchowności ani w twarzy nie miał nic nieprzyjemnego. Był bardzo opanowany, zachowywał się z godnością. Wyczuwało się w nim wojskowego. Od razu, z pierwszej krótkiej rozmowy, dowiedziałem się, że Tołstunow służy w szeregach armii już od dziesięciu lat, że rozpoczął służbę jako szeregowiec. A jednak spojrzałem na niego z niechęcią. Tołstunow został przydzielony do batalionu na nieokreślony czas. Jeżeli mam mówić prawdę, to przyznam się, że odczułem to jako pewne ograniczenie mojej władzy. Według regulaminu Tołstunow nie korzystał w batalionie z żadnych praw, nie był moim komisarzem (komisarzy w owym czasie bataliony nie miały), ale... zapoznając się ze mną Tołstunow powiedział: „Skierował mnie do waszego batalionu komisarz pułku“. „Dobrze - pomyślałem sobie - idź i rób, co ci kazano. Zobaczymy, jak się będziesz zachowywał podczas boju“. I nagle - to spotkanie. - Dowódco batalionu! - Tołstunow zawsze nazywał mnie tak. - Dowódco batalionu, co tu robisz? Padnij!

- Sam padnij! - Ano, padnę. Rzuciliśmy się obaj na ziemię. - Dowódco batalionu, co tu robisz? - A ty co robisz? - Jestem tu z urzędu... Jego piwne oczy śmiały się. Do diabła, czyżby się domyślał, co o nim sądzę? - Z urzędu? - A tak. Żołnierzowi weselej na sercu, kiedy człowiek doń zajrzy. Myśli sobie, że skoro dowódca przyszedł do niego, to znów nie jest tak strasznie... W pobliżu wybuchł pocisk. Dowódca batalionu i instruktor do spraw propagandy przylgnęli do ziemi starając się gdziekolwiek ukryć głowy. Uderzyła fala powietrzna. Tołstunow podniósł głowę - twarz jego zbladła. Powiedział poważnie: - No i masz, nie tak strasznie... Zbytecznie biegasz tu, dowódco batalionu. Sami sobie damy z tym radę... No, bywaj... Zapoznaliśmy się wreszcie... Wstał wymachując na pożegnanie ręką. Za sekundę biegliśmy, ile sił starczy, w różne strony. „Zapoznaliśmy się wreszcie“... A więc taki jest Tołstunow... Właściwie tu dopiero zaczęła się nasza znajomość. Nie spostrzegłem nawet, kiedy zaczęliśmy sobie mówić „ty“. Zajrzałem jeszcze do dwóch czy trzech okopów, w których przed chwilą był Tołstunow. Tak, żołnierze w tych okopach byli weselsi, spokojniejsi. Tak oto my, oficerowie liniowi i polityczni, odpieraliśmy bombardowanie „psychiczne“ Niemców. Tak oto toczył się bój, w którym ani jeden żołnierz nie wystrzelił dotąd ani razu. Ale czy nie dosyć biegania na dzisiaj? Od rzeki, od przedniego skraju, zawróciłem w kierunku lasu. Przed samym skrajem lasu wybuch nad moją głową pocisk rozpryskowy. Od razu rzuciłem się na ziemię. Odłamki pocisków rozpryskowych, wybuchających w powietrzu, lecą naprzód.. Zatrzęsła się sosna, sypnął śnieg, na korze ukazały się świeże białe blizny. Poczułem nieprzyjemne bicie serca. W lesie wierny Sinczenko, który przez cały czas postępował za mną z końmi, idąc wzdłuż lasu, od razu przyprowadzi! Łyska. Czas, najwyższy czas - do sztabu.

23 października - u schyłku dnia

1 W sztabie czekał na mnie dowódca kompanii karabinów maszynowych, Krajew. Po jego twarzy wzdłuż skroni i podbródka płynęła krew. Krajew wycierał ją gniewnie, rozmazując po swej kanciastej twarzy. Ale czerwona smuga znów występowała na powierzchni zakrzepłej krwi. - Co ci jest, Krajew? - Diabli wiedzą... zahaczyło... - Idź na punkt opatrunkowy. Rachimow, czy rannych przenieśli z cerkwi w inne miejsce? - Przenoszą, towarzyszu dowódco batalionu. Punkt opatrunkowy urządziliśmy w lesie, w domku gajowego. - Dobrze. Idź tam, Krajew. - Nie pójdę... Powiedział to ponuro, uparcie. Krzyknąłem: - Czy mam cię w takim stanie posłać, żebyś mi ludzi straszył? Umyj się, daj się opatrzyć. Potem pomówimy. Sinczenko, dwie menażki z wodą dla lejtenanta Krajewa. Uśmiechnąwszy się ponuro Krajew wyszedł. Lecz nie sądzone było mu tego dnia pójść na opatrunek. Do telefonu wezwał mnie dowódca pułku, major Jelin. - Momysz-Uły? Czy to ty? Nieprzyjaciel atakuje szóstą kompanię w rejonie Krasnaja Gora. W tej chwili wdarli się do okopów. Pomóż mi. Kogo tam masz pod ręką koło sztabu? Major Jelin, który uczestniczył już w dwóch wojnach, był człowiekiem zrównoważonym, o mocnych nerwach. I w tej chwili wymawiając słowa: „pomóż mi!“ oddychał zupełnie spokojnie. Wieś Krasnaja Gora znajdowała się w odległości dwóch i pół kilometra na prawo od wsi Nowlanskoje. Czym rozporządzałem? Oddziałem ochrony sztabu, kilkoma odpoczywającymi telefonistami, plutonem gospodarczym. Zameldowałem o tym. - Rusz ich na pomoc szóstej kompanii. Weź pod uwagę, że z północy idzie tam pluton pod dowództwem lejtenanta Isłamkułowa. Uprzedź ludzi, żeby się nie powystrzelali nawzajem. O wykonaniu zamelduj! Kazałem Rachimowowi zaalarmować pluton gospodarczy oraz wszystkich, którzy się znajdują w pobliżu sztabu, i opuściłem schron. W lesie zapadał już zmierzch. Nie opodal mył się Krajew. Jego nieforemna twarz o szerokiej szczęce i gęstych zwisających brwiach była już zupełnie czysta, ale spływająca po twarzy woda różowiła się. - Krajew. Przybiegł. Po mokrej twarzy znowu płynęła smuga krwi. Wytarł ją gniewnie. Miałem zamiar poprzednio mianować Krajewa dowódcą drugiej kompanii. Ale... on poprowadzi oddział do Krasnej Gory. Ze schronu wybiegł telefonista. - Towarzyszu dowódco batalionu, wzywają was do telefonu. - Kto?

- Dowódca pułku. Niezwłocznie. Teraz major Jelin mówił prędko i nerwowo. - Momysz-Uły! Odwołaj! Za późno! Nieprzyjaciel wdarł się w wyrwę rozszerzając ją: jedna grupa idzie tutaj, w kierunku sztabu. Ja się cofam. Druga, której liczebności nie mogę określić, posuwa się w twoim kierunku, na skrzydło. Przygotuj się do obrony... Trzymaj się! Potem... Głos jego nagle zamilkł, łączność została przerwana. W martwej membranie nie słychać było ani szumu, ani trzasku, spowodowanego wyładowaniem elektryczności. Cisza... Odłożyłem słuchawkę, która była już zbędna. I znów uderzyła mnie nieprzyjemna cisza. Cicho było nie tylko w membranie. Dokoła również panowała cisza. Artyleria nieprzyjacielska przestała ostrzeliwać nasz odcinek. Co to? Czy za chwilę nastąpi atak? Czy piechota zamierza przerwać obronę drugiej kompanii? Nie, front został już przerwany. 2 Front został przerwany. Niemcy są już na tym brzegu i posuwają się w głąb terenu. Idą również w naszym kierunku, ale nie od tej strony, gdzie droga jest przegrodzona okopami, gdzie czekają na nich w gotowości bojowej żołnierze przy strzelnicach, żeby uraczyć ich kulami, gdzie każdy skrawek ziemi mógł w każdej chwili znaleźć się pod obstrzałem naszych dział i karabinów maszynowych. Idą z boku i z tyłu, przez nie osłonione pole, gdzie nie mają przed sobą żadnego frontu. Na chwilę w wyobraźni ujrzałem swoich żołnierzy zaskoczonych w ciemnych studniach-okopach wyrytych w stokach nadbrzeżnych - z tyłu nie było strzelnic. Spojrzałem szybko na zegarek. Była za kwadrans czwarta. Rachimow, zawsze czujny, rozumiejący zazwyczaj wszystko bez zbędnych słów, położył przede mną mapę. Spotkawszy się z jego pytającym spojrzeniem skinąłem twierdząco głową. - W rejonie Krasnaja Gora? - zapytał. - Tak. Patrzyłem na mapę słuchając, jak bije zegar, jak mijają sekundy, czując, że nie czas na oglądanie, że trzeba działać. Ale siłą woli zmuszałem siebie do obejrzenia mapy. O, gdybyście potrafili opisać tę chwilę - jedną chwilę, którą ja, dowódca, miałem do swej dyspozycji, żeby powziąć decyzję! Oddać Nowlanskoje! Oddać wieś, położoną na szosie tak ważnej dla nieprzyjaciela, po której na samochodach uderzy wprost w bok naszego bratniego pułku, walczącego na drodze rokadowej. Ne łatwo mi było odpowiedzieć samemu sobie: tak, oddać! Ale inaczej nie uratuję batalionu. A jeżeli uratuję... Wówczas zobaczymy jeszcze, do kogo będzie należała droga. Na mapie - tymczasem tylko na mapie - powstała nowa linia obronna, idąca poprzez pole, przecinająca drogę Niemcom. Zakomunikowałem Rachimowowi swoją decyzję i kazałem wysłać działa na skraj lasu, w kierunku nowej linii obronnej. Wydałem jeszcze kilka rozkazów i wybiegłem ze schronu. - Sinczenko! - Jestem. - Konia! I dla Rachimowa! Dla Krajewa! Krajew, za mną!

I znów przez to samo pole - teraz już ciche - popędziliśmy do drugiej kompanii. Pół nieba było już wolne od chmur. Gdzieś nisko nad ziemią bilo wprost w oczy czerwone słońce. 3 Pognałem Łyska galopem. Nagle nad głową zaczęły latać czerwone świetliki. Stanąłem na chwilę w strzemionach i rzuciłem okiem dokoła; w tej chwili ujrzałem Niemców. Szli tym samym polem, przez które my pędziliśmy na przełaj. W odległości mniej więcej kilometra od nas szli tyralierą, wyprostowani, w szyku rozproszonym, w odstępach dwóch, trzech kroków. Wiedziałem, że Niemcy mają płaszcze i hełmy zielonkawe, ale teraz na śnieżnym tle wydawali się czarni. Szli i terkocząc pistoletami maszynowymi w marszu, dla wzbudzenia strachu wypuszczali tysiące kul świetlnych. A dobry konik pędził dalej. Przed stanowiskiem dowódcy kompanii Galliulin dźwigał już na plecach karabin maszynowy. Jeden z łączników biegł na ukos w kierunku rzeki na skrzydło batalionu. Rachimow zdążył już tu zatelefonować i wytłumaczyć wyznaczone kompanii zadanie. Bozżanow wyszedł z okopów, by wyprowadzić obsługę karabinu maszynowego. Obok stali łącznicy: mały dziobaty Muratów i wysoki Biełwicki, przed wojną student instytutu pedagogicznego. Muratów, jak gdyby marzł, uderzał nogą o nogę. Podjechawszy rozkazałem: - Bozżanow! Poprowadzisz karabiny maszynowe. Powtórz zadanie! - Umrzeć - powiedział głucho - ale... - Żyć! Stanowisko ogniowe musi żyć! Trzymaj się, aż zorganizujemy na skrzydłach nową pozycję obronną!... - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Stanowisko ogniowe musi żyć... - Przejdź parowem. Działaj z zimną krwią. Wyczekaj, niech się zbliżą... Spojrzałem na Murina, Dobriakowa, Błochę, strasznie obładowanych taśmami. - Biegiem! Towarzysze, zmuście siłą tę bandę do rzucenia się na ziemię! Krajew, za mną! Sinczenko, za mną! Podszedł do mnie Muratów. - A my, towarzyszu dowódco batalionu? - zapytał. - Z oficerem politycznym! Łącznicy, telefoniści, obserwatorzy, wszyscy pójdziecie z oficerem politycznym! Popędziliśmy polem w lukę między rzeką a wsią poza Nowlanskoje, na skrzydła batalionu. Stąd, zza wzgórza, nie widać było maszerujących Niemców, ale ze skrajnych okopów żołnierze już wyszli: niektórzy siedzieli na schodach wysuwając z ziemi tylko głowę, gdzieniegdzie stały niewielkie grupy; wszyscy patrzyli tam, wstecz, gdzie rozległ się terkot pistoletów maszynowych, skąd wylatywały w niebo czerwone smugi świecących kul. Od krwawej czerwonej kuli zachodzącego słońca padały na ziemię ukośne promienie. Dowódca plutonu z drugiej kompanii, młody lejtenant Burnaszow, wybiegi kilka kroków naprzód w kierunku wystrzałów i stanął głęboko wstrząśnięty i zmieszany. Łącznik nie przyszedł tu jeszcze.

Oszołomiony niespodziewanym biegiem wydarzeń Burnaszow, nie mając rozkazu, nie wiedział, co robić, jaką podać komendę. Stracił panowanie nad sobą, być może, na chwilę, ale w przeciągu tej chwili strasznej, krytycznej chwili - żołnierze stracili dowódcę. Nie widać było podoficerów - byli oczywiście gdzieś tutaj w pobliżu, ale nie wyodrębniali się spośród pozostałej masy żołnierzy. Dyscyplina wojskowa, postawa wojskowa, które umiałem zawsze dostrzec od pierwszego wejrzenia, zostały tu podważone przez nagłe i nieoczekiwane wypadki. Zrozumiałem: tak właśnie giną cale bataliony. Nikt jeszcze nie rzucił się do ucieczki, ale... Jeden czerwonoarmista, nie spuszczając oczu ze świecących smug, wolno poruszał się w miejscu, następnie zaczął wolno posuwać się w stronę brzegu. Tymczasem wolno... Tymczasem jeden... Ale jeżeli ten rzuci się do ucieczki, czy nie zaczną za jego przykładem uciekać również wszyscy inni? I nagle ktoś energicznym ruchem ręki wskazał w kierunku uchodzącego czerwonoarmisty. To dziwne... Kto się tu rozporządza? Kto z taką stanowczością wskazał ręką? Poznałem z odległości wysmukłą postać Tołstunowa. Odetchnąłem od razu z ulgą. Przeszło mi przez myśl: dobrze, że on tu jest. W tej samej chwili usłyszałem groźny okrzyk: - Dokąd? Ani kroku bez rozkazu! Słowa te wykrzyknął organizator partyjny, szeregowiec Bukiejew, mały Kazach o spiczastym nosie. I dopiero wtedy zauważyłem w różnych miejscach jeszcze kilka postaci wyodrębniających się spośród reszty. Tołstunow, który znajdował się pośrodku, jak gdyby użyczał innym swej skupionej woli, która z taką wyrazistością przebijała w jego milczącej postaci. Nie był to zwykły dla oka dowódcy batalionu trzon plutonu, ale widziałem: ci ludzie w tej chwili trzymają, cementują pluton. Przemówiła w ten sposób inna siła, której na imię partia. Podjechałem bliżej i krzyknąłem: - Burnaszow! Czegoś taki kwaśny? Gdzie są dowódcy drużyn? Burnaszow drgnął, poczerwieniał. Wstyd mu było, że mógł do takiego stopnia stracić panowanie nad sobą. Krzyknął pośpiesznie: - Dowódcy drużyn, do mnie! Krótko i głośno obwieściłem im swoją decyzję: przygotować się do obrony na skrzydłach, oddać przeciwnikowi wieś. Potem rozkazałem: - Dowódca pierwszej drużyny, wyprowadzić żołnierzy! Każdy musi wiedzieć, gdzie ma wyznaczone miejsce według kolejności numerów! Pierwszą drużynę poprowadzę ja! Drugą - Tołstunow! Trzecią Burnaszow! Krajew, obejmij dowództwo nad kompanią. Wyprowadź następny pluton. Przyłączysz się do nas. Wysadź w powietrze most. - Rozkaz - towarzyszu dowódco batalionu. - Tołstunow - do swej drużyny! - Dowódco batalionu, ja myślę...

- Nie ma co myśleć... Zachować odległość pięćdziesięciu metrów. Nie pozostawać w tyle. Nie skupiać się. Pierwsza drużyna na moją komendę: Kierunek za mną! Biegiem, marsz! Przycisnąwszy zgięte w łokciu ręce do piersi pobiegłem szybko niestromym zboczem, koło ciemnych domów wsi i polem zoranym pociskami w kierunku lasu. W połyskujących szybach okien odbijało się zachodzące słońce. Z tyłu słychać było tupot nóg - to biegli za mną żołnierze mego oddziału. 4 Byłem już na pół drogi, gdy znów ujrzałem Niemców. Oho, jak już są blisko, jak wyrosły posuwające się po śniegu czarne figury. Idą szybko: sto metrów - na minutę. A my musimy biec jeszcze długo... Skraj lasu jest daleko, niby kraniec świata. Nawet do pierwszych drzew pozostało prawie pół kilometra. Szarpnąłem się gwałtownie i przyśpieszyłem biegu starając się nie chwytać powietrza ustami, żeby oddychać równo, a jednak chwytałem je czasami wciągając przez silnie zaciśnięte zęby. Niemiecka tyraliera zauważyła nas. Czerwone smugi krzyżując się przecięły powietrze z przodu i z tyłu, unosiły się nad głową lub z lekkim sykiem gasły u nóg. Niemcy strzelali nie celując, w marszu, ale nie żałowali kul. Z tyłu ktoś upadł. Rozległ się szarpiący nerwy krzyk: - Towarzysze!... Obejrzałem się i krzyknąłem: - Za mną! Podniosą go! Niemców pchał instynkt pogoni - aha, Rus ucieka! - i także przyśpieszyli kroku. Ale i las był już niedaleko - o sto kroków. I nagle z rozpaczą poczułem, że opuszczają mnie siły. Dało mi się we znaki gwałtowne szarpnięcie i przyśpieszenie biegu podczas drogi. Sapanie, tupot nóg coraz bliższe, moi żołnierze doganiają mnie. Był rozkaz: nie iść gromadą. A oni skupili się jednak. Tak, taki marsz w obliczu wroga, pod obstrzałem pistoletów maszynowych z brzmiącym w uszach rozdzierającym okrzykiem rannego - to nie zmiana szyku podczas ćwiczeń. - Drużyna, stój! Czy rozumiecie? W tej chwili, w tym rozkazie, w jednym słowie „stój“ skondensowały się nasze poprzednie dzieje, dzieje batalionu panfiłowców. Tu znalazła swój wyraz świadomość obowiązku wobec ojczyzny i „stanie na baczność“, i zwykłe, bezlitosne: „spełnić rozkaz!“, które stało się nawykiem, to jest drugą naturą żołnierza; i rozstrzelanie tchórza przed frontem oddziału, i nocny atak na Sieriedę, gdzie już raz zwyciężyliśmy Niemca, zwyciężyliśmy strach. A nużby żołnierze nie zatrzymali się i z rozbiegu rzucili się do lasu?... Wtedy - nie mógłby żyć nadal dowódca batalionu Baurdżan Momysz-Uły. Takie są prawa w naszej armii - za niesławną ucieczkę żołnierzy ponosi odpowiedzialność zniesławiony dowódca. Żołnierze stali, ciężko dysząc - stali obok mnie. - Dowódca drużyny! - Jestem! - Kładź się tutaj! Strzelaj! Prawoskrzydłowy!

- Ja! - Chodź tutaj! Kładź się! Strzelaj! Rozsypać się! Odległość pięć metrów! Gdzie się kładziesz? Odbiegnij dalej! Tutaj! Strzelaj! 5 Popełniłem błąd. Trzeba było położyć się, ale nie strzelać, przygotować się, wziąć na cel, nieco uspokoić szalony łomot krwi i dopiero wtedy na dany sygnał chlusnąć salwami. Żołnierze nie strzelali jednocześnie, strzelali w gorączkowym pośpiechu i jak w gorączce niedokładnie. Niemcy szli na nas łańcuchem, sypiąc potokiem świecących kul i żaden z nich nie padał. Słońce, o wiele jaśniejsze niż dnia poprzedniego, rzucało promienie z boku i oświetlało ich. Nie wydawali się już czarną, niewyraźną masą. Słońce znów zabarwiło wszystkich. Pod zielonkawymi kaskami bielały twarze bez zarostu, na niektórych błyszczały binokle. Ale dlaczego, dlaczego żaden z nich nie pada? Dopiero w tym momencie zrozumiałem, że Niemcy w rzeczywistości są jeszcze dość daleko, w odległości trzystu do czterystu metrów. A myśmy palili do nich pozostawiwszy w pośpiechu celownik na pierwszej podziałce, na stumetrówce. - Celownik dwa i pół - zawołałem, starając się przekrzyczeć kanonadę. Przez pola, w ślad za nami, biegła drużyna Tołstunowa. Spoza domów wsi Nowlanskoje wyłoniła się trzecia drużyna. Ze wsi wyjeżdżały galopem naładowane wózki. Woźnice popędzali konie... Niemcy zbliżali się. W ich szeregu padł jeden, drugi... Ale i u nas rozległ się czyjś jęk. Odległy koniec łańcucha wroga skrył się za domami. Przeciwnik już w Nowlanskoje, zajął wieś. A inni idą, idą naprzód. Zaraz rozlegnie się komenda: biegiem marsz! Zmierzyłem okiem odległość. Zmiażdżą nas! Ach, czyście doznawali kiedy podobnego uczucia, ssącego aż do torsji: zmiażdżą nas! - Karabin maszynowy! - Gdzie jesteście, Bozżanow, Murin, Błocha? Gdzie karabin maszynowy? Gdzie karabin? Tuż obok ktoś krzyknął zawodząc: - Ojej... umieram... ojej... Rozpaczliwy krzyk szarpał nerwy, paraliżował męstwo. Każdego prześladowało wrażenie: zaraz to samo stanie się i ze mną, zaraz i we mnie ugodzi kula, z ciała tryśnie krew, krzyknę w śmiertelnej męce. Powiadam: każdego z nas... I mnie także... Tak, ja także dygotałem, słuchając tego straszliwego zawodzenia: od brzucha aż do gardła pełzł chłód, pozbawiał sił, paraliżował wolę. Spojrzałem w tym kierunku, skąd słychać było jęki. Oto on - ranny - siedzi w śniegu, bez czapki, twarz ma powalaną świeżą krwią, która cieknie z podbródka na płaszcz. Jakie ma straszne, białe oczy: oczodoły się rozszerzyły, białka powiększyły się niezwykle. A tuż obok leży ktoś, twarzą w śniegu, ścisnąwszy głowę rękami, jakby po to, ażeby nic nie widzieć, nie słyszeć. Co to? - Czy zabity? Nie, ręce trzęsą mu się jak w febrze... Obok na śniegu czerni się pistolet maszynowy. Któż to jest? To szeregowiec Dżylbajew - Kazach. Nie jest ranny, stchórzył tylko,

nikczemnik! Przez ciebie jednego hańba pokryje nasz naród; przez ciebie będą mówić o nas, Kazachach: „To tchórze, ojczyznę mają tylko na języku, a nie w sercu“. Rzuciłem się ku niemu. - Dżylbajew! Drgnął, oderwał od śniegu ziemisto bladą twarz. - Kanalio! Strzelaj! Chwycił pistolet maszynowy, przycisnął do ramienia, pośpiesznie wystrzelił. Powiedziałem: - Celuj spokojnie. Zabijaj. Spojrzał na mnie. Oczy miał wciąż jeszcze przerażone, ale już przytomne. Odpowiedział cicho: - Będę strzelał, aksakał. A Niemcy szli... Szli pewnie, szybko, wyprostowani, terkocząc w marszu pistoletami maszynowymi, które zdawały się wyposażone w długie ogniste ostrza sięgające ku nam - tak wyglądały pociski smugowe wylatujące bez przerwy z pistoletów maszynowych. Rozumiałem, że Niemcy zmierzali do tego, żeby nas ogłuszyć i oślepić, żeby nikt z nas nie był w stanie podnieść głowy, żeby nikt nie mógł celować z zimną krwią. Ech, nie wytrzymamy, nie wytrzymamy! Gdzież Bozżanow? Gdzie karabin maszynowy? Dlaczego milczy karabin maszynowy? A ranny wciąż krzyczy. Podbiegłem ku niemu. Ujrzałem z bliska twarz zalaną krwią, czerwone, mokre ręce. - Kładź się! Milcz! - Oj!... - Milcz! Gryź czapkę, gryź płaszcz, jeśli cię boli, ale milcz! I ten dobry, uczciwy żołnierz - zamilkł. Aż oto nareszcie... Nareszcie - terkotanie karabinu maszynowego... Długa salwa: tak-tak-tak-tak... Oho, jak blisko dal im podejść Bozżanow. Panował nad sobą nie zdradzając się niczym, do ostatniej chwili. Za to teraz karabin maszynowy uderzał jak sztylet, niespodziewanie blisko, śmiertelnie. Pierwsze salwy skosiły środek niemieckiego szeregu. O, jak tam zawrzało! Po raz pierwszy usłyszałem, jak wróg krzyczy. Później mieliśmy nieraz okazję przekonać się, że to jest jedna z osobliwości niemieckiej armii: podczas walki, wobec oporu lub niepowodzenia, ranni Niemcy wrzeszczą na cały głos wołając o pomoc - tak prawie nigdy nie krzyczą nasi żołnierze. Mieliśmy jednak przed sobą zdyscyplinowaną silę. Rozległa się cudzoziemska komenda i łańcuch Niemców, z naszego końca nie tknięty przez karabin maszynowy, od razu padł na ziemię. No, teraz można będzie odetchnąć. Po chwili przyczołgał się do mnie Tołstunow. - Jak myślisz, dowódco batalionu? Hura? Zrobiłem przeczący ruch głową. Przeciwnik zachował równowagę. A w takich wypadkach „hura“ to sprawa niezbyt prosta.

Ale „hura“ tego wieczoru jednak zabrzmiało. Nie tylko mój batalion istniał na świecie i nie ja sam kierowałem walką. „Hura“ zabrzmiało tam, gdzie ani my, ani Niemcy nie spodziewali się tego. 6 Z klinu leśnego, nieco w tyle za leżącymi Niemcami, ukazał się biegnący w rozsypce szereg. W promieniach dogasającego słońca ujrzeliśmy czerwonoarmistów: nasze czapki, nasze płaszcze, nasze bagnety pochylone ku przodowi. Nie było ich wielu - czterdziestu, pięćdziesięciu. Domyśliłem się: był to pluton lejtenanta Isłamkułowa, wysłany z innego miejsca na przerwaną linię frontu. Teraz nie my, ale Niemcy mieli doświadczyć, czym jest uderzenie na skrzydła i na tyły, Ale i Niemcy, możecie być tego pewni, znali manewr polegający na zajęciu obrony skrzydłowej. Koniec łańcucha podniósł się, Niemcy strzelając zaczęli się cofać tworząc łuk. - Dowódco batalionu! - odezwał się rozgorączkowany Tołstunow. Skinąłem w jego stronę: tak... Następnie krzyknąłem: - Powtórzyć w szeregu: przygotować się do ataku! I nie poznałem własnego głosu - był przyduszony, zachrypnięty, Od żołnierza do żołnierza niosły się te słowa: „przygotować się do ataku“. I każdemu, rzecz jasna, zamarło i nierówno zabiło serce. Od strony lasu biegi łańcuch żołnierzy, którzy przyszli nam na pomoc; stamtąd dochodziło ciche: „h-ua-a-a“! Niemcy szybko przegrupowywali swe szeregi. Naprzeciw nas linia Niemców zrzedła, ale podciągnięto tam już dwa ręczne karabiny maszynowe, które przedtem podążały zapewne nieco w tyle za atakującymi żołnierzami. Jeden z karabinów maszynowych, znajdujący się bliżej prawego końca łańcucha, tego, gdzie ja się znajdowałem, rozpoczął już strzelaninę - spotęgował się nieprzyjemny świst nad głowami. A w naszym szeregu strzelanina przycichła; żołnierze leżeli ściskając karabiny, w oczekiwaniu momentu, o którym każdy myślał od chwili mobilizacji do wojska, który wydaje się każdemu najstraszniejszy na wojnie - w oczekiwaniu komendy: „do ataku“. Byłem zaskoczony tą mimowolną przerwą w strzelaniu: nie tak trzeba, nie tak! Nie było już jednak czasu, aby to zmienić. Trzeba działać jak najszybciej, dopóki wróg jeszcze się nie opamiętał, póki nie zostały ustawione i wprowadzone w bój inne karabiny maszynowe. Krzyknąłem: - Burnaszow! Lejtenant Burnaszow - dowódca plutonu, ten sam, który niedawno zaczerwienił się tak silnie ze wstydu, że stracił na chwilę panowanie nad sobą - leżał z lewej strony łańcucha, o sto metrów ode mnie. Szybko uniósł się i opuścił rękę na znak, że słyszy. - Burnaszow, prowadź! Minęła sekunda. Pewnieście nieraz czytali i słyszeli o przejawach zbiorowego bohaterstwa w Armii Czerwonej. To prawda, to święte słowa. Wiedzcie jednak - zbiorowe bohaterstwo nie ujawnia się, jeśli brak przywódcy, jeśli nie ma tego, kto idzie pierwszy. Nie łatwo ruszyć do ataku. I nikt nie ruszy, jeśli nie będzie pierwszego, jeśli nie podniesie się jeden i nie pójdzie naprzód pociągając za sobą pozostałych.

Burnaszew podniósł się. Na tle zachodzącego słońca zarysowała się sylwetka jego pochylonej nieco naprzód postaci. Przed nim, na poziomie ramienia, ciemną zaostrzoną smugą widniał bagnet lejtenant wyrwał komuś karabin. Poruszał otwartymi ustami. Oderwawszy się od ziemi, spełniając rozkaz - nie tylko mój, lecz zarazem rozkaz, który ojczyzna dala swemu synowi - Burnaszow krzyknął, aż rozległo się w polu: - Za Ojczyznę! Za Stalina! Przedtem zdarzało mi się nieraz czytać w gazetach opisy ataków. Prawie zawsze ludzie szli do ataku z tym okrzykiem. Na papierze wyglądało to czasem jakoś już zbyt łatwo i myślałem: kiedy nastąpi nasza kolej, kiedy trzeba będzie iść na bagnety, zapewne wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej. Ale oto w tej podniosłej i strasznej chwili Burnaszow, rwąc tysiące więzów, które pod obstrzałem przykuwają człowieka do ziemi, ruszył naprzód krzycząc właśnie tak: - Za Ojczyznę! Za Stalina! Hura-a-a! Kilka kroków Burnaszow przebiegł sam, lecz oto zerwał się drugi, trzeci żołnierz... I w różnych punktach naszego szeregu podniosły się i ruszyły przed siebie postacie żołnierzy - wstali, rzecz jasna, nie wszyscy od razu, wielu dopiero co sprzęgało siły, żeby się oderwać od ziemi, lecz już za lejtenantem biegli ci, którzy wyprzedzając innych pierwsi dążą za przewodnikiem. W tej chwili rozległo się terkotanie drugiego karabinu maszynowego. Teraz zaterkotał niemiecki karabin maszynowy z lewej strony i zasypał ogniem biegnących do ataku. Głos Burnaszowa oberwał się, Burnaszow upadł, jakby potknął się o drut przeciągnięty pod nogami. Zdawało się, że zaraz wstanie, że znów krzyknie, pobiegnie dalej, i ci, którzy jeszcze nie wstali, wszyscy pobiegną na wroga z nim razem, z wyciągniętymi przed sobą bagnetami. Lecz Burnaszow leżał nieruchomo, z twarzą w śniegu, a obok niego padli i inni, tak samo jak i on, rozpostarłszy ręce. Niemieckie karabiny maszynowe nie przestawały bić. Znów ktoś upadł, ktoś inny obejrzał się... Jeszcze chwila i wszyscy, żywi i martwi - wszyscy padli na śnieg, przywarli do ziemi, żołnierze kompanii patrzyli na tych, którzy padli, na rozciągniętego na śniegu lejtenanta, podciętego kulą po pierwszych krokach; żołnierze na coś czekali. I znowu ktoś podniósł się, i znów wśród terkotu karabinów maszynowych zabrzmiał ponad polem apel: - Za Ojczyznę! Za Stalina! Głos był nienaturalnie wysoki, lecz po akcencie, który nie brzmiał po rosyjsku, po chudej, niskiej figurce wszyscy poznali czerwonoarmistę Bukajewa. Ale i ten padł, zaledwie ruszył naprzód. Czułem, jak spręża się moje ciało, palce zagarnęły i zacisnęły śnieg. Przeciw nam działały dwa karabiny maszynowe; w zmroku wyraźnie widać było długi drgający płomień, który wylatywał z luf; płomień ten niejasno oświetlał obsługę cekaemów, która klęczała, zasłonięta do połowy tarczami, i osłaniała przegrupowanie się Niemców, nie dając nam iść na bagnety, wstrzymując nas huraganowym ogniem. Nasi towarzysze - czterdziestu, pięćdziesięciu czerwonoarmistów, którzy potrafili znaleźć odpowiedni moment, aby uderzyć w plecy wroga - zbliżali się do Niemców; ci stworzyli również z tamtej strony

linię frontu i rozpoczęli już tam ogień - a myśmy leżeli przyciśnięci do ziemi, leżeli skazując na zagładę garść naszych odważnych braci. Cóż to? Czy mamy tak leżeć i okazać się tchórzami, zdrajcami naszych braci? I nagle poczułem, że wszystkie spojrzenia utkwione są we mnie; poczułem, że ja, starszy oficer, dowódca batalionu, niczym centralny punkt walki skupiam na sobie całą uwagę. Zdawało mi się, że wszyscy czekają, co powie, jak postąpi dowódca batalionu. I zdając sobie dokładnie sprawę, że popełniam szaleństwo, rzuciłem się naprzód, żeby pociągnąć innych własnym przykładem. Ale w tej samej chwili Tołstunow chwycił mnie mocno za ramiona i przycisnął do śniegu. Zaklął siarczyście po rosyjsku. - Nie rób głupstw, nie waż się, dowódco batalionu! Ja... Jego przyjemna, z gruba ciosana twarz w jednej chwili zmieniła się; mięśnie twarzy stężały, skamieniały. Uczynił gwałtowny ruch, żeby wstać, ale teraz ja chwyciłem go za rękę. Nie, nie chcę stracić także Tołstunowa. Opanowałem się już, znowu byłem dowódcą batalionu. Poprzednie uczucie stało się jeszcze wyraźniejsze: zdawało mi się, że wszyscy, co do jednego, kątem oka patrzą na mnie. Żołnierze oczywiście zauważyli: dowódca batalionu chciał wstać i nie wstał; oficer polityczny chciał wstać i nie wstał. Instynkt, nigdy nie porzucający dowódcy podczas walki, powiedział mi: mój daremny wysiłek, żeby się podnieść, zamącił świadomość żołnierzy. Jeśli dowódca chciał wstać, ale się nie podniósł, to znaczy, że wstać nie można. Dowódca powinien wiedzieć, że podczas walki każde jego słowo, ruch, wyraz twarzy działają na wszystkich, wszyscy je podchwytują; powinien wiedzieć, że kierować walką to znaczy nie tylko kierować ogniem lub przesunięciem wojsk, ale i kierować psychiką żołnierzy, ich duchem. Opamiętałem się już. Słusznie, to nie jest zadaniem dowódcy batalionu - prowadzenie kompanii do walki na bagnety. Przypomniałem sobie, czego nas uczono, przypomniałem sobie słowa Panfiłowa: „Nie wolno walczyć żywą silą piechoty. Oszczędzaj żołnierzy. Oszczędzaj za pomocą manewrowania i ognia“... Opowiadam wam o tym rozwlekle i szczegółowo, lecz tam, w polu, trwało to tylko sekundy. W ciągu tych sekund uczyłem się, jak i my wszyscy, uczyłem się walczyć. Krzyknąłem: - Gęsty ogień do obsługi karabinów maszynowych. Z erkaemów - długimi salwami do obsługi karabinów! Żeby nie mogli podnieść się z ziemi! Żołnierze zrozumieli. Teraz nasze kule zaświstały nad głowami strzelających Niemców. Jeden nasz karabin maszynowy stał nie opodal. On także przycichł po tym, jak rozkazałem Burnaszowowi: „Prowadź“! Teraz żołnierze obsługujący karabin pośpiesznie wstawiali nowy magazyn. Tołstunow szybko czołgał się w jego stronę. Żołnierze strzelali gorączkowo. Oto odezwał się i ten karabin maszynowy. Aha - Niemcy położyli się przy karabinach maszynowych, ukryli za tarczami. Aha - któryś z nich został postrzelony. Jeden z karabinów maszynowych zaciął się, długi ostry płomień przestał się ukazywać. Być może, że tam zmieniają magazyn. Nie, pod gradem kul to nie jest rzeczą łatwą... Więc... Czekałem na odpowiednią chwilę, żeby dać komendę. Ale nie zdążyłem dać komendy. Nad szeregiem rozległ się płomienny krzyk Tołstunowa.

- Komuniści! Ten okrzyk był zwrócony do wszystkich, nie tylko do komunistów. Ujrzeliśmy, jak Tołstunow podniósł się z erkaemem w rękach i pobiegł przyciskając do siebie kolbę, krzycząc i strzelając w biegu. I znów nad polem zabrzmiały te same słowa. Po raz trzeci zabrzmiał gorący zew pełen uczucia: - Za Ojczyznę! Za Stalina! Hura! Glos Tołstunowa rozpłynął się w chórze innych głosów. Żołnierze zerwali się. Z wściekłym krzykiem, z twarzami wykrzywionymi nienawiścią, wyprzedzając Tołstunowa, szli na wroga, aby się z nim zetknąć twarzą w twarz. W tym momencie wałki zdążyłem zauważyć wzniesioną ku górze ogromną, o charakterystycznym kształcie kolbę erkaemu - Tołstunow wystrzeliwszy wszystkie naboje chwycił za lufę i niczym pałkę uniósł nad głową ciężka kolbę karabinu maszynowego. Niemcy nie odpowiedzieli na atak, nie przyjęli wyzwania do walki na bagnety. Ugrupowanie ich zostało zmięte. Uciekali przed nami. Ścigając wroga, zabijając tych, których można było dosięgnąć, nasza druga kompania oraz pluton lejtenanta Isłamkułowra (ten sam, który uderzeniem w tył wroga rozpoczął świetny kontratak) z różnych stron wdarły się do wsi Nowlanskoje.

Jesteśmy tutaj!
1 W ślad za żołnierzami poszedłem do wsi. Trwała tu strzelanina, ruch. Czerwonoarmiści oczyszczali wieś z tych Niemców, którzy nie zdążyli się wycofać. Obok, nie widząc mnie, z pistoletem maszynowym w ręku, przebiegi chudziutki Kazach Abil Dżylbajew. Poły płaszcza miał zatknięte za pas, czapkę rozwiązaną, nauszniki jej chwiały się jak uszy cielaka, kiedy przestraszony skacze na łące. Dżylbajew, zdyszany, podbiegł do towarzysza, także Kazacha, i wskazał palcem w nieokreślonym kierunku. - Tam faszysta... strzela, diabeł... Chodźmy... Porozumieli się i razem pobiegli z powrotem. Abil biegł przed siebie, rozgorączkowany, trzymając pistolet maszynowy w pogotowiu. A jego towarzysz zaczął się oddalać - jak widać, chciał wroga podejść z boku. I nagle w największym pędzie - stop! - Abil odwrócił się w stronę towarzysza i krzyknął: - Ej, Monarbek, jak to będzie po niemiecku? Zdaje się, hult? Wybuchnąłem śmiechem. Kilka dni temu batalion otrzymał rozkaz: każdy żołnierz musi znać dziesięć słów po niemiecku: stój, poddaj się, marsz za mną i tak dalej. Ale nie było czasu sprawdzić. Towarzysz zatrzymał się także. Wołali do siebie po kazachsku: - Jakeś powiedział?

- Zdaje się, hult? - Dobrze. I przyjaciele pobiegli znowu. Krzyknąłem za nimi: - Nie tak, Dżylbajew! Halt! Abil obejrzał się, ujrzał dowódcę batalionu i pomknął jeszcze szybciej, a nauszniki chwiały mu się w biegu. Roześmiałem się znowu. Szedłem, śmiałem się i dziwiłem się temu nieopanowanemu wybuchowi śmiechu. Tak wyładowywało się nerwowe napięcie bojowe. - Baurdżan! Czego się śmiejesz! Kto to? Już dawno nikt nie zwracał się do mnie po imieniu. Z uśmiechem zbliżył się lejtenant Muhametkuł Isłamkułow. Pobiegłem w jego stronę. Mahametkuł stanął na baczność i zasalutował. - Towarzyszu starszy lejtenancie! Zgodnie z rozkazem przybyłem wraz z plutonem do waszej dyspozycji. Dowódca plutonu lejtenant Islamkułow. Obydwiema rękami, bez słowa, uścisnąłem jego dłoń. Znaliśmy się już dawno, jeszcze z Ałma-Aty. Tam Muhametkuł Isłamkułow był dziennikarzem, współpracownikiem gazety „Socjalistyczny Kazachstan“. Teraz z czulą miłością, jakiej nie znalem w czasach przedwojennych, patrzyłem na jego piękną twarz, koloru jasnego brązu; zachwycałem się nim - wysokim, zgrabnym, uśmiechniętym. Tutaj, w decydującej chwili, Isłamkułow okazał się prawdziwym żołnierzem: odważnym i zręcznym. To nie jest rzecz łatwa - skradać się za przeciwnikiem w oczekiwaniu odpowiedniego momentu i gdy taki moment nastąpi, znienacka uderzyć na wroga z tyłu. Powiedziałem mu: - Doprowadź do porządku swój pluton. Potem przyjdź do mnie do sztabu. Pogadamy. Bój przycichł. Niemcy, którzy ocaleli, uchodzili za rzekę, szli w bród po pas, po pierś w lodowatej wodzie. Inni, dalej od rzeki, rzucili się ku Krasnej Górze. Tam też żołnierze doganiali uciekających. O zmroku widać było błyski wystrzałów - to bronili się jeszcze ścigani poszczególni żołnierze wroga. 2 Nagle zza rzeki, z miejsca, gdzie ukryła się dosyć zwarta grupa Niemców, uniosły się ku górze sygnały świetlne. Nie oświetliły wybrzeży, tylko w ciemnej toni odbiły się mętne kolorowe światła rakiet. Dwie zielone, pomarańczowa, biała, potem znów dwie zielone. Mrok, przerwa i znów sześć rakiet w tej samej kolejności. - Rzecz jasna - Niemcy przesyłali wiadomości. Ale jakie? Czy informowali o tym, co się stało? A może prosili o pomoc, dawali znać o przygotowującym się ataku? W odpowiedzi w rozmaitych punktach ukazały się sygnały świetlne. Spojrzałem na horyzont, cały w ognistych zygzakach. Oho! Do diaska, dokąd zalazł przeciwnik! Byliśmy w paszczy zwierza.

Zamajaczyły Cwietki, Żytacha i inne wsie za rzeką naprzeciw naszych okopów, wsie, które podczas przegrupowania na przestrzeni dwóch kilometrów były częściowo porzucone przez naszych żołnierzy. To otwarty odcinek frontu. A na tym brzegu, w górę rzeki Ruzy, posyłała rakiety Krasnaja Gora. Nieco z boku, w głębi, widać było fajerwerki nad Nowoszczurinem, gdzie we dnie znajdował się sztab pułku; potem, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi wokół nas, ukazywały się nad Jemielianowem, nad Łazariewem... Dalej ciemna przestrzeń, spokojne, wieczorne niebo, nie poprzerzynane ogniami... Lecz przestrzeń ta była dziwnie wąska. Obróciwszy się plecami w stronę Krasnej Gory patrzyłem zdumiony. Zdawało się, że rakiety wybuchają i nad wsią Sipunowo. Co to jest? Przecież tam znajduje się batalion kapitana Szyłowa, to jego tyły. Ognie powoli bladły i znikły rozsypując się na drobne iskierki... Zrobiło się ciemno. Nie, to nie Sipunowo. Sądząc z czasu, który upłynął, z charakteru uderzenia, zmierzającego po przerwaniu frontu do przedarcia się w głąb, przeciwnik nie mógł tam przeniknąć. Niemcy zapewne i tu urządzają jakieś surowe kawały. Przeraziliśmy się jakiegoś sygnalisty, którego Niemcy zawczasu przerzucili na nasze tyły. Powinienem teraz, powinienem koniecznie być w sztabie, porozumieć się stamtąd z kapitanem Szyłowem, wyjaśnić, skąd te dziwne rakiety na jego tyłach, zorganizować poszukiwanie. Działaj, działaj sam, wydawaj rozkazy beze mnie, Rachimow! Należy wyjaśnić, wyjaśnić jak najprędzej, co to za sztuczki tam, koło Sipunowa. I tak jest nam ciężko... Prawie wszystkie drogi krzyżujące się we wsi Nowlanskoje są w rękach przeciwnika. Jeśli wróg przerzuci tu na ciężarówkach albo biegiem swą piechotę z różnych stron, wszystko się zawali. Uderzą nas w plecy i nic nie uratuje moich żołnierzy, którzy się rozbiegli po polu roznamiętnieni walką. Odszukawszy Krajewa kazałem mu wyprowadzić kompanię ze wsi i okopać się w poprzek pola na tej linii, z której ruszyliśmy do ataku. Następnie poszedłem do sztabu. Na skraju lasu, nieco w głębi, obok miejsca, gdzie znajdował się sztab batalionu, stały ukryte wśród drzew moje armaty. Było ich osiem. Zgodnie z rozkazem przesunięto je tutaj. Ciemne lufy patrzyły na drogę, która szła z Nowoszczurina. Wezwałem dowódcę. - Czy trzymasz drogę na muszce? - Tak, towarzyszu dowódco batalionu. - Przepuścić Niemców do wsi Nowlanskoje, jeśli się ukażą. - Przepuścić? - Tak. Widzisz wieś? Przed nami, w odległości siedmiuset metrów, ciągnęła się szeroka ulica, oznaczona czarnymi sylwetkami domów. Stąd nawołując się wzajemnie, szukając w marszu swych drużyn i plutonów, cofali się nasi żołnierze. - Widzę. - Skieruj lufy w stronę ulicy. Niech przeciwnik zajmie wieś. Wtedy go stukniemy mierząc wprost. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu.

Na horyzoncie znów zajaśniały rakiety. Pierwsze nad Nowoszczurinem, następnie dokoła. I znów kolorowe smugi przecięły niebo daleko za lasem, z tej strony, gdzie leżało Sipunowo. Co za licho? Trzeba biec do sztabu. 3 Wszedłem do schronu, w którym mieścił się sztab. Wszyscy wstali. Wśród zebranych zauważyłem Isłamkułowa. Lecz z dala od lampy, w kącie, ktoś siedział nadal, utkwiwszy oczy w podłodze, jakby nie widząc nic wokół. Na głowie miał nie czapkę z nausznikami, jak my wszyscy, lecz czapkę koloru ochronnego z malinowym otokiem, jaki nosi piechota. - Kapitanie Szyłow! To wy? Kapitan wstał opierając się o brzeg stołu. Powoli podniósł rękę do czapki. Pamiętam pierwsze wrażenie: jak ten człowiek cierpi, jak panuje nad cierpieniem. Co się z nim dzieje? Czy jest ranny? Dlaczego jest tutaj? - Co z wami, kapitanie? - Nie odpowiedział. Powtórzyłem pytanie. - Co z wami? Co z batalionem? - Batalion... - kącik jego ust zadrgał kilkakrotnie. Szybko, jakby coś przełknął. Potem wyrzekł: Batalion został rozbity. Spojrzał na mnie oczekując pytań. Ujrzałem jego oczy. Ciężko oparty o stół nie odwrócił spojrzenia. O co pytać? „Batalion został rozbity“... A ty? A ty, dowódco batalionu? Nie, teraz nie czas na to, nie czas na te pytania. „Batalion został rozbity!“ Szyłow u mnie w schronie, w moim sztabie... A więc? Więc front został przerwany i z lewej strony. Nie mogłem złapać oddechu. Klatkę piersiową dławił ciężar, jakbym leżał pod osypiskiem, przyduszony zwaloną ziemią. Szyłow usiadł utkwiwszy oczy w podłodze. - Czy mogę zameldować? - spytał Rachimow. Odpowiedziałem: - Mówcie. 4 Rachimow rozłożył mapę. Meldując spoglądał na znaki topograficzne. Machinalnie śledziłem ruchy jego ołówka, zatemperowanego starannie jak zwykle. Równym, opanowanym głosem Rachimow wymienił godzinę i minutę, kiedy stało się nieszczęście. Ale źle go słyszałem i nie rozumiałem dobrze. Jakby skądś z daleka dochodził mnie głos: „Bez artyleryjskiego przygotowania, nagle, nieprzyjaciel zaatakował batalion kapitana Szyłowa. Następnie przerwawszy linię obronną pod wsią Sipunowo“... Mimo woli wyobraziłem sobie, co nastąpiło potem. Odżyły w pamięci niedawne chwile. Żołnierze wyszli z rowów strzeleckich... Niektórzy stali w przejściach, inni zgrupowani po dwóch, po trzech...

Wszyscy patrzyli poza siebie, tam gdzie trzaskały pistolety maszynowe, skąd wylatywały w górę czerwone rakiety. W sercach popłoch. Gdzie się schronić? Niemcy są z przodu i z tyłu... Jeszcze chwila i... batalion nie istnieje... Rachimow mówił dalej. Jak widać, oddziały niemieckie, które przed wieczorem przerwały linię obrony z obu stron naszego odcinka, zajmowanego przez batalion, nie spotkały się jeszcze na naszych tyłach. Nasz konny oddział rozpoznawczy, wysłany na tyły, był kilkakrotnie ostrzelany. Lecz w niektórych wsiach nikt nie zatrzymywał naszych jeźdźców. Niemcy przeszli bokiem. Przez te punkty, polnymi drogami, można było się przemknąć. Rachimow wskazał na mapie te drogi. Poprzednia linia obrony, linia zwartych ogniw przegradzających drogę do Moskwy, została starta gumką. Gumka starła ołówek, starła połysk papieru, na mapie zostały ledwie dostrzegalne ślady. Poprzedni skraj batalionu, na nowo oznaczony na mapie, ciągnął się linią krzywą w kształcie podkowy. Obydwa jej końce były odrąbane, obydwa opierały się o próżnię. Nie, nie o próżnię. Mieliśmy sąsiadów, sąsiadem z prawej strony byli Niemcy, sąsiadem z lewej strony byli Niemcy; za nami, na nie osłoniętych tyłach, dokąd Rachimow przerzucił dwa karabiny maszynowe i wysłał warty, za nami także byli Niemcy. Rachimow przypuszczał, że o zmroku Niemcy zakończyli swój dzień bojowy. Znaliśmy ich obyczaje: w nocy spać, wojować we dnie. Przed świtem zapewne nie przedsięwezmą nowych posunięć. Wąski przesmyk, który mógł nas wyprowadzić do swoich, prawdopodobnie nie zostanie zajęty aż do świtu. Rachimow meldował spokojnie, rzeczowo, zwięźle. Bardzo ceniłem jego ścisłość w mówieniu. Był dokładny nawet w tych sprawach, o których nic nie wiedział - wtedy tak się właśnie wyrażał: nie wiem. Nie wiedział, jakie są siły przeciwnika, który przerwał naszą obronę w dwóch miejscach; nie wiedział, gdzie się znajduje sztab pułku, czy dostał się do niewoli, czy też zginął, nie wiedział, dokąd cofają się nasze oddziały, ale ustalił, że tam, do swoich, można się przemknąć. Przedwstępne rozkazy Rachimow wydał beze mnie. Amunicja, prowiant, sprzęt techniczny, punkt sanitarny - to wszystko było już na wozach, konie stały w zaprzęgu. W chwili krytycznej Rachimow działał szybko i mądrze; meldował bez zbędnego gestu niepokoju, bez nerwowej nutki w głosie. A ja milczałem. 5 Należało powiedzieć „tak“ i batalion, przygotowany do wymarszu, ruszyłby w drogę, aby wyśliznąć się z paszczy wroga. Lecz ja milczałem. Zrozumcie mnie. Przed czterema godzinami mówił ze mną przez telefon dowódca pułku, major Jelin. Pamiętam tę rozmowę dosłownie, pamiętam każde słowo z szybkich oderwanych zdań: „MomyszUły, to ty? Za późno. Odwołaj. Przeciwnik przerwał linię. Jedna kolumna posuwa się w kierunku sztabu pułku. Ja się cofam. Druga, której liczebności nie mogę określić, posuwa się w twoim kierunku, chce ci zajść na skrzydło. Przygotuj się do obrony! Trzymaj się! Potem...“ I nagle, jak gdyby obcążkami obcięto glos, łączność się urwała. „Potem...“ - Co potem? Cofaj się? Wstyd wyznać, lecz była chwila, w której gotów byłem oszukać sam siebie. Gotów byłem przekonywać i namawiać samego siebie: „Przecież słyszałeś, słyszałeś także ostatnie słowo, nie całe, ale pierwszą sylabę, pierwsze litery - potem cof...“

Kłamstwo. Nie kłam, nie lawiruj przed własnym sumieniem. Słyszałeś, nie? Czy dowódca kazał ci się cofać, czy też nie masz takiego rozkazu? Rachimow czekał. Należało powiedzieć „tak“ i batalion, przygotowany do wymarszu, ruszyłby w drogę, aby wyśliznąć się z paszczy wroga. Lecz ja milczałem. Nie miałem takiego rozkazu. Czy mógł major Jelin powiedzieć: „Cofaj się“? Tak przecież sam oświadczył: „Ja się cofam“... Ale mógł i nie powiedzieć. Przed dwiema godzinami sytuacja była inna. Na lewo od nas front nie był przerwany, nie było wyłomu. A teraz? Gdzie jest teraz dowódca pułku? „Ja się cofam“. Dokąd? Łączność została przerwana wcześniej, aniżeli zdążył powiedzieć, dokąd, w którą stronę, jaką drogą albo i całkiem bez drogi cofał się jego sztab, prawie zupełnie bezbronny. Dowódca pułku nie miał odwodów, tam, w sztabie, posiadano jeden karabin maszynowy; tam wraz z oficerami było co najwyżej trzydziestu, czterdziestu ludzi. Gdzie są? Czy jeszcze żyją? Czy dowódca pułku wie, że nasz batalion wpadł w pułapkę? Zapewne wydałby taki rozkaz: „Korzystając z ciemności cofnijcie się i rankiem, jak spod ziemi, stańcie znów przed wrogiem na nowej linii obrony“. Ale łączność została przerwana, jesteśmy odcięci. Rachimow czeka. Za ścianami schronu ugrupowany w kształcie podkowy czeka batalion. A ja milczę. Nie mam rozkazu. Telefonista powiedział: - Towarzyszu dowódco batalionu, do was. - Kto? - Lejtenant Krajew. Wziąłem słuchawkę. Z nikim nie chciało mi się mówić, opanowała mnie dziwna apatia. Krajew zakomunikował, że nieprzyjaciel znowu zajął Nowlanskoje, opuszczone przez nas. Zgodnie z doniesieniem obserwatorów weszło tam czternaście ciężarówek z piechotą. - Skąd? Jaką drogą? - Z Nowoszczurina. Jak widać, w Nowoszczurinie wróg urządził punkt zborny i stamtąd kierował na nas zmotoryzowaną piechotę. Ktoś wszedł. Innym razem obejrzałbym się natychmiast... Teraz nie miałem ochoty odwrócić głowy, by ujrzeć kogokolwiek, wysłuchać czegokolwiek i cokolwiek odpowiedzieć... Trzymając słuchawkę mruknąłem przez ramię: - Do Rachimowa... Krajew komunikował szczegóły.

- Rozeszli się po wsi, towarzyszu dowódco batalionu. Zapalili światło w domach. Okien nie zaciemniają Kilka ciężarówek pomknęło ku rzece. Zdaje się, że z pontonami. Ha, czyżby już dzisiaj Niemcy zbudowali nowy most na miejsce tego, któryśmy wysadzili w powietrze? Jak widać, niemiecka maszyna wojenna nie zatrzymała swych działań na przeciąg nocy i funkcjonuje nadal. - Czy nas widzą? - spytałem. - Nie... Ale od naszej strony postawili posterunki. Zapewne i karabiny maszynowe gdzieś tam stoją. Myślę jednak, towarzyszu dowódco batalionu, że do rana się nie ruszą. Jak zwykle, Krajew mówił tak, jakby się zziajał. Zamilkł, ale w słuchawce telefonu słychać było jego oddech. Krajew także czegoś ode mnie oczekiwał, chciał usłyszeć moje słowo. Ale cóż ja mogłem, cóż powinienem był mu powiedzieć? 7 Powiedziałem: - Dobrze. I odłożyłem słuchawkę. W kącie siedział Szyłow nie ruszając się, nie zmieniając pozycji. Koło lampy stal poważny i skupiony Isłamkułow. - Gdzie Rachimow? - spytałem. - Wyszedł do zwiadowców. Przywieźli wiadomości. - Co tam nowego? - Nie wiem... Zdaje się, że nic szczególnego. Popatrzyłem na Islamkułowa długim, niewesołym spojrzeniem. Miałem ochotę zapytać: „Czy ty mnie rozumiesz, przyjacielu?“ Czarne oczy, czujne, mądre, odpowiedziały: „Rozumiem“. 8 Istnieje stare kazachskie przysłowie: honor jest silniejszy od śmierci. Trzy miesiące temu we wsi Tałgar, niedaleko Ałma-Aty, w gorący lipcowy dzień, przemawiałem po raz pierwszy do batalionu, do kilkuset ludzi, jeszcze ubranych po cywilnemu, do tych, co z karabinami w ręku leżą teraz na śniegu, na zamarzłej ziemi w okolicach Moskwy. Przytoczyłem wtedy to przysłowie, to przykazanie rycerza. Tam właśnie, w Ałma-Acie, pewnej nocy mówił ze mną Panfiłow. W dużym murowanym gmachu, w sztabie dywizji, spali wszyscy, oprócz dyżurnych. Nie spał także Panfiłow. O tej późnej godzinie, zmęczony, bez munduru generalskiego, w białej nocnej koszuli, z ręcznikiem w ręce, zajrzał do dyżurki. Miałem właśnie służbę. - Siadajcie, towarzyszu Momysz-Uły, siadajcie! Usiadł i on. Rozpoczęliśmy niezapomnianą dla mnie rozmowę. Po kilku pytaniach Panfiłow powiedział w zamyśleniu: - „Tak, niełatwo wam będzie dowodzić batalionem, towarzyszu Momysz-Uły!“ To mnie ubodło. Powiedziałem: - „Ale umrzeć potrafię z honorem, towarzyszu generale. Wraz z batalionem“ Panfiłow roześmiał się. - Dziękuję za takiego dowódcę. Jak to się łatwo mówi: umrę z batalionem! Batalion, towarzyszu Momysz-Uły, liczy siedmiuset ludzi. Jeśli potraficie przeprowadzić dziesięć bitew, dwadzieścia bitew, trzydzieści bitew i zachować swój batalion, wtedy żołnierz wam za to podziękuje!

I ostatnie słowa, które usłyszałem odeń kilka dni temu i które, brzmiały jak testament, słowa powiedziane w chwali rozstania, głosiły to samo. „Dbajcie o każdego żołnierza. Innego wojska, innych żołnierzy tu, pod Moskwą, nie mamy. Jeśli ich stracicie, któż zatrzyma Niemców?“ Po co więc ta udręka? Rachimow przygotował wszystko; bagaż załadowany, trzeba tylko wyrzec: „Niech tak będzie“ i batalion ruszy naprzód, batalion będzie uratowany. Ale ja nie mam rozkazu; jestem pozbawiony łączności radiowej. W takiej chwili, kiedy front został przerwany, kiedy Niemcy dwiema kolumnami, coraz szersze zataczając kręgi, suną w stronę Wołokołamska, zajmując drogi, przecinając druty, dezorganizując nasze środki dowodzenia i łączności, czy ja mogę w takiej chwili, czy mam prawo czekać, aż wejdzie oficer łącznikowy i wręczy mi rozkaz? A jeśli oficer nie trafił do nas, jeśli wszędzie napotykał Niemców? Jeśli został zabity? Jeśli zabłądził omijając bite drogi? Majaczyło mi natrętnie: wśród nocy rozbrzmiewa i wzywa glos Panfiłowa. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słyszę albo raczej chwytam, odczuwam, jak z daleka wola do mnie, jak powtarza: Wychodź! Wyprowadź batalion! Jesteście potrzebni, żeby osłonić Moskwę? Widziałem w wyobraźni, jak radośnie nas wita, jak ściska mi rękę i pyta: - Batalion cały? - Tak, towarzyszu generale! - Armaty, karabiny maszynowe? - Mamy ze sobą, towarzyszu generale... Nie, do diabla, zjawy! To mistyka, autosugestia. Dowódca nie ma prawa ulegać tajemniczym podszeptom. Ma przecież rozum. Na wojnie trzeba kierować się rozumem - mówił Panfiłow. 9 Przypomniało mi się każde słowo powiedziane przez Panfiłowa podczas naszego ostatniego spotkania. „...Wroga nitką nie zatrzymamy!“ „...Bądźcie zawsze gotowi do wymarszu, abyście mogli szybka przerzucać się z miejsca na miejsce“. „..Postępujcie tak, żeby wszędzie, gdzie tylko przedarł się wróg spotykał na drogach nasze oddziały“. Przypomniała mi się panfiłowska „sprężyna-spirala“. Przecież, gdyśmy się spotkali u kapitana Szyłowa, Panfiłow wtajemniczył mnie w swoje myśli, chciał, żebym ja, dowódca batalionu, skoncentrował operacyjny plan dowódcy dywizji, chciał, ażebym w zmiennej sytuacji bojowej, wśród wstrząsów i skoków bitwy, działał rozumiejąc i domyślając się tutaj to słowo jest użyte właściwie - czego ode mnie chce ten, który kieruje walką. To nie mistyczne nawoływania, nie czary, nie autosugestia. Więc czemu zwlekam? Dosyć przeżywania., Trzeba otrząsnąć się z przeklętej słabości. Na moje słowo czekają. Trzeba wydać rozkazy. 10 Wrócił Rachimow. - Co tam? - Nieduża przykrość. Wróg zajął Dołgorukowkę. - Dołgorukowkę?

- Tak... Na tej drodze, która była wolna. Weszła tam, jak donoszą, niewielka grupa - około czterdziestu ludzi, jeden pluton. Rachimow wskazał na mapie Dołgorukowkę w wąskim zygzakowatym zaułku, słabo zaznaczonym przerywaną linią, jedno wygięcie otoczył granatowym ołówkiem. Przejście zostało zamknięte. Tak... Wróg nie traci czasu. Ruch trwa. Chociaż jest już noc, niemiecka maszyna wojenna jeszcze nie ucichła, jeszcze się obraca. - Rozmawiałem ze zwiadowcami - ciągnął dalej Rachimow. - Czy mogę zameldować, jakie są moje spostrzeżenia? - Proszę. Rachimow oświadczył, że według niego, uwzględniając właściwości terenowe, można postąpić dwojako. Na półtora kilometra przed Dołgorukowką, nie dochodząc do niej, skręcić w pole i polaną, wśród lasu, gdzie nie ma ani jarów, ani ściętych pni, gdzie wraz z piechotą łatwo przejdą armaty i obozy, obejść wieś. Potem, zrobiwszy takie koło, można znów wyjść na drogę. Można także, rzecz jasna, zgnieść Niemców w Dołgorukowce, ale to się zapewne nie uda bez hałasu... A to zaalarmuje wroga... - Kto był zwiadowcą w tej okolicy? - spytałem. - Niech tu przyjdzie, biegiem. Rachimow otworzył drzwi i zawołał kogoś. Do schronu wszedł pośpiesznie lejtenant Brudny. 11 Lejtenant Brudny! Ten sam, któremu przed kilkoma dniami powiedziałem: „Tchórzu! Tyś oddał Moskwę!“ Ten, który wygnany z batalionu poszedł z powrotem w kierunku nieprzyjaciela, a rankiem przyniósł broń i dokumenty dwóch hitlerowców, których w nocy zakłuł; przyniósł i położył przede mną jako swój utracony i znów odzyskany honor. Mianowałem go, jak zapewne pamiętacie, zastępcą dowódcy plutonu zwiadowców. - Towarzyszu dowódco batalionu, melduję swoje przybycie. Stal przede mną - bystry, dziarski, rozpromieniony. Ja zaś patrzyłem na niego wstrząśnięty. To jemu, jemu krzyknąłem niedawno: „Tchórzu, tyś oddał Moskwę!“ A więc tak, więc to tak bywa, że się wycofuje bez rozkazu. Tu i wizje, i hipnotyczne nawoływania, i rozmyślania o żołnierzach, i logiczne wywody - wszystko prowadzi do jednego: cofnij się! Więc to tak! - Więc i rozważania pchają mnie do tego samego, więc i one są na usługach strachu. Nie otrzymałem rozkazu o odwrocie, niech więc diabli wezmą rozważania. Nie, nie mam racji! Czyż nie powtarzał nam Panfiłow, że dowódca zawsze, w każdej okoliczności, winien działać z zastanowieniem, z rozmysłem? Znów starałem się przedstawić sobie sytuację, w jakiej znalazła się dywizja po przerwaniu frontu przez Niemców, starałem się przedstawić sobie, jakby działał Panfiłow, jaki byłby jego plan obrony. „Nie linia jest ważna - ważna jest droga“ - przekonywał mnie niedawno. Droga idąca przez Nowlanskoje została powierzona nam, mojemu batalionowi. Panfiłow zna nas, zna mnie. Być może, że właśnie w tej chwili Panfiłow rozważa - batalion Momysz-Uły nie odda drogi, nie cofnie się bez rozkazu. Być może właśnie na to liczy, kiedy manewrując niewielkimi silami rozmieszcza oddziały ubezpieczające, przesuwa formacje, ażeby w głębi zamknąć linię frontu.

A jeśli to nie jest tak? Jeśli Panfiłowowi brak żołnierzy, żeby zlikwidować wyrwę frontu? Jeśli mu natychmiast potrzebny jest nasz batalion? Jeśli rozkaz o cofnięciu się został wysłany, a oficer łącznikowy nie zdołał już dotrzeć do nas? Nie wiem! Nie mam rozkazu - i to wystarcza. Nie zdradziłem niczym wahań, które szarpały mną przed chwilą. O walkach wewnętrznych dowódcy batalionu wie tylko on sam. W batalionie jest jedynym rozkazodawcą. Sam decyduje i dyktuje rozkazy. Zdecydowałem więc. 12 - Cóż, Brudny - odezwałem się - czyś gotów do drogi? Znasz przejścia? Brudny odpowiedział czupurnie: - To dla mnie, towarzyszu dowódco batalionu, jakby szczeniaka podkuć. Przeprowadzę i wyprowadzę... Obok Dołgorukowki przejdziemy spokojnie. Kapitan Szyłow podniósł się gwałtownie. Już od dłuższego czasu siedział z podniesioną głową i przysłuchiwał się. - Towarzyszu starszy lejtenancie... Tutaj ze mną jest kilku moich żołnierzy. Oni proszą, aby ich wykorzystano w tej grupie, która pójdzie przodem, gdy batalion będzie się przedzierał... Szyłow znów mówił skąpo i skończywszy zacisnął wargi, jakby powstrzymując cisnące się na usta słowa. Ale ani jednym słowem Szyłow nie starał się wybielić samego siebie, nie starał się opowiedzieć, jak się to stało, że stracił swój batalion i znajduje się tutaj. Widziałem jak i przedtem, że cierpi, że hamuje wewnętrzny ból, ale odpowiedź moja była krótka. - Nie będę się, przedzierał. Nie mam takiego rozkazu. Wszyscy milczeli, jak należy milczeć, kiedy dowódca ogłasza swoją decyzję. Jednym zdaniem przekreśliłem rozporządzenia, które Rachimow wydał podczas mojej nieobecności, ale jego spokojne oblicze nie wyrażało nic oprócz uwagi. Pochyliwszy nieco głowę Rachimow wstał, gotów, jak zwykle, wysłuchać, zrozumieć i wykonać. Ciągnąłem dalej: - Będę walczył w okrążeniu... Regulamin Armii Czerwonej, jak już wam mówiłem, każe dowódcy, gdy mówi o swym oddziale, używać zwrotu „ja“. „Ja“ dowódcy to jego żołnierze. Oni będą walczyć w okrążeniu. - Wy, lejtenancie Brudny, będziecie musieli tej nocy powędrować między Niemców. Pójdziecie we dwójkę z Kurbatowem. Wskazałem mu na mapie dziesięć, dwanaście wsi, gdzie, jak przewidywałem, mógł się znajdować sztab pułku. Jeśli w tej wsi są Niemcy - mówiłem Brudnemu - przekradajcie się do następnej. Jeśli i ta jest zajęta przez wroga, idźcie dalej. Zadanie bojowe: nie wpaść pod obstrzał. Znajdźcie sztab pułku, zameldujcie o sytuacji i wracajcie tutaj z rozkazem. - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Brudny wyszedł. Kapitan Szyłow zbliżył się do mapy.

- Moje działa są tam - powiedział z wysiłkiem. - Gdzie? Wysadzone w powietrze? - Nie... Porzucone w lesie... Tutaj... I zaznaczył ołówkiem na mapie. - Słuchajcie, kapitanie - powiedziałem. - Czy nie można by było spróbować wyciągnąć je stamtąd? Weźcie moje konie, weźcie żołnierzy... Pójdziecie? Szyłow uśmiechnął się ponuro kątem ust. - Nie, teraz ze mnie nie piechur... Odwróciwszy się ku mnie odrzucił połę płaszcza. Ujrzałem rozprute spodnie, przeciętą cholewę. Spuchnięta noga była obandażowana. Przez gazę sączyła się krew, sukno spodni nasiąkło krwią. - Czyście byli na punkcie opatrunkowym? - spytałem. Kość cała? - Diabli ją wiedzą... Żołnierze zrobili opatrunek... Działa porzucili... - Szyłow po raz pierwszy zaklął siarczyście - a mnie wynieśli... Nie zginając w kolanie przestrzelonej nogi ciężko usiadł na stoiku. - Sinczenko - zawołałem. - Nosze! Prędko! Szyłow milczał długo, potem odezwał się: - Oto siedzę, myślę o batalionie i nie mogę rozstrzygnąć: czy mój batalion został rozbity zgodnie z prawami wojennymi... Tak, żołnierze nie byli wyszkoleni jak należy... Znów zaklął i spojrzawszy na mnie, z nieoczekiwaną siłą ciągnął nadal: - Myślicie pewnie, że się rozbiegli jak barany? Nie, dwie kompanie walczyły dzielnie... I przecież nie porzucili swego dowódcy: przecież... I Szyłow znów nie dokończył, zacisnął wargi. Do schronu przynieśli nosze. Opierając się na Sinczence Szyłow z trudem wstał. Isłamkułowowi rozkazałem, aby poprowadził swój pluton i wyszedł na tyły wsi Dołgorukowki. Ten oddział nie wchodzi w skład batalionu, nie uważałem więc za właściwe zatrzymywać u siebie czterdziestu, pięćdziesięciu żołnierzy wiedząc, że Panfiłow wytęża teraz wszystkie siły, aby małą ilością wojska przegrodzić nieprzyjacielowi wszystkie drogi, że Panfiłowowi w tej chwili potrzebna jest każda drużyna, każdy pluton. Islamkułow poczerwieniał i próbował protestować. Zrodziło się w nim szlachetne pragnienie podzielenia z nami losu. Ale nie pozwoliłem mu oponować. Rachimow zapytał: - Czy wejdziemy do lasu? Obrona wzdłuż skraju? - Tak.

Rachimow o nic więcej nie pytał, wziął papier i nakreśliwszy od ręki zarysy lasu począł wyznaczać kompanijne odcinki obrony okrężnej. Wraz z Islamkułowem wyszedłem ze schronu. Było ciemno i cicho. Działa zamilkły; nie było słychać bliskich ani dalekich odgłosów walki. Nad czarnymi gałęziami drzew świeciły gwiazdy. - Idź - powiedziałem - tam jesteś potrzebniejszy. Wtedy powiedział z wahaniem: - Baurdżan... Milcząc zezwoliłem w chwili rozstania tak się nazwać. Wtedy powtórzył śmielej: - Baurdżan, jeśli tak jest naprawdę, jeśli tam jest potrzebniejszy jeden pluton, to batalion... to batalion... Pomyśl tylko... - Nie mogę, Islamkułow, nie mam prawa. Idź! Nie pocałowaliśmy się. To nie jest w zwyczaju naszego narodu. 14 Rachimow w ciągu kilku minut nakreślił od ręki szkic: nasz las, zwany przez ludność miejscową „wyspą“, pobliskie miejscowości, pobliskie polany i drogi. Zarys wyspy był podzielony na odcinki poszczególnych kompanii. W centrum był zaznaczony dom leśnika, gdzie znajdował się punkt opatrunkowy. Było rzeczą wiadomą, że dom jest obszerny, i za moją zgodą Rachimow narysował chorągiewkę - przenosiliśmy tam, w samo centrum, stanowisko dowódcy batalionu. Szkic był od razu opracowany na czysto, od razu skopiowany w czterech egzemplarzach dla doręczenia dowódcom kompanii. Podając schemat do podpisania Rachimow dodał: - Nocą okopiemy się nie zauważeni. Zresztą i rano nie zauważą. Żachnąłem się. Ech, Rachimow! Czegoś mu brakło do tego, żeby być nie tylko szefem sztabu, ale i dowódcą. - Telefonisto - odezwałem się - wezwijcie baterię... - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu.. Proszę mówić, towarzyszu dowódco batalionu. Przy telefonie dowódca baterii. Wziąłem słuchawkę: - Czy obserwujecie przeciwnika? Czy Niemcy są we wsi? - - Tak, towarzyszu dowódco batalionu. Zgodnie z rozkazem pozwoliłem im przejść. - Co robią? - Na rzece przy ogniskach naprawiają most. Inni siedzą w domach albo na ulicy obok swych aut. - Działa wycelowane? - Wycelowane. - Uderz, mierząc wprost, salwami, czterdzieści pocisków, żeby zawrzeszczeli.

- Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu - czterdzieści pocisków salwami. Po chwili poprzez grubą warstwę ziemi dotarła do naszego podziemia salwa armatnia. Wcale nie chciałem być nie zauważony. Grzmotem armat, które nagle rozbrzmiały nad milczącymi polami i zahuczały w mroku, dawałem znać: jesteśmy tutaj. Atakujcie nas; zwróćcie przeciwko nam, skierujcie na nas artylerię i piechotę. Uderzcie z powietrza, jesteśmy tutaj. Pozbawieni łączności, wzięci w kleszcze, nie odeszliśmy, chociaż wabiła nas ostatnia nie zajęta droga wąska ścieżka, której nie będzie już jutro. Zostaliśmy tutaj nie po to, żeby się schować, ale po to, aby przykuć do siebie wroga, ściągnąć na siebie uderzenia przeznaczone dla tych, którzy na nowym skraju obrony osłaniali Moskwę. Nasze działa waliły w widomy cel, wprost, z odległości siedmiuset metrów. Każda salwa głosiła: nie odeszliśmy, jesteśmy tutaj. W jakimś tam nie znanym nam punkcie słyszy nas sztab pułku. Gdzieś tam podniósł głowę Panfiłow i uniósłszy w górę brwi powiedział z radością: „Oho!“ Znowu wezwałem do telefonu dowódcę baterii. - Jak tam? Wrzeszczą? Jeszcze salwę na domy! Burzącymi. Wyszedłem ze schronu. Niedaleko zagrały armaty. Na niebo padł biały odblask. W lesie znów mrok, znów cisza... I nagle, jakby jakieś spóźnione echo, rozległy się głuche uderzenia innych armat. Wyciągnąłem szyję przysłuchując się chciwie. Armaty znowu się odezwały. Grzmiały w odległości dziesięciu kilometrów z prawej strony i trudno było ustalić dokładnie - jakby na linii batalionu, na linii Ruzy. Z dali, z głębi, dochodził bardzo odległy, ale przeciągły i potężny dźwięk. Zdawało się, że z tamtej strony ktoś dotknął basowych strun niewidocznie przeciągniętych na niebie. To „Katiusza!“ Setkami pocisków, wypuszczonych jednocześnie i tworzących w locie podobny huk, gdzieś tam, daleko, daleko, częstują nasi wrogów podczas ich noclegu. Huk przebrzmiał. W lesie znów cicho, ciemno.

W domu gajowego
1 Gruba ściana z belek dzieliła dom gajowego na dwie części. Wszystkich rannych przeniesiono do jednej połowy, w drugiej, gdzie zainstalowano już środki łączności, zebrali się wezwani przeze mnie dowódcy oddziałów, oficerowie polityczni. Oświadczyłem: - Słuchajcie mego rozkazu!

Po pierwsze: batalion jest otoczony. Moja decyzja: walczyć w okrążeniu aż do otrzymania rozkazu cofnięcia się. Odcinki obrony okrężnej zostały wyznaczone i wskazane dowódcom kompanii. Pracować w nocy, ażeby do rana każdy żołnierz miał wykopany rów strzelecki o pełnym profilu. Po drugie: nie poddawać się do niewoli, jeńców nie brać. Wszyscy dowódcy mają prawo rozstrzeliwania tchórzów na miejscu. Po trzecie: oszczędzać amunicji. Strzelanie z karabinów lub erkaemów i cekaemów do odległego celu jest zabronione. Strzelać tylko na pewniaka. Rannym i zabitym zabierać karabiny i naboje. Broń zabitych niszczyć, z ich nabojów korzystać. Strzelać do przedostatniego naboju. Ostatni nabój - dla siebie. Po czwarte: artyleria ma strzelać wyłącznie wprost do żywego celu. Strzelać do przedostatniego pocisku. Ostatnim wysadzać działa. Po piąte: podać to wszystko do wiadomości żołnierzy. 2 Wysłuchano rozkazu. Zaczekałem, czy nie będzie jakichś pytań. Ale nikt o nic nie pytał. Naftowa lampa, potrzaskując z lekka, słabo oświetlała belkowane ściany domu gajowego: tu znajdowało się obecnie stanowisko dowódcy batalionu. Dowódcy i oficerowie polityczni odeszli do swych oddziałów. Zatrzymałem oficera politycznego kompanii karabinów maszynowych, Bozżanowa. - Bozżanow, gdzie są twoje orły? - Tu, towarzyszu dowódco batalionu, obok sztabu. - Ilu ich jest? - Ośmiu. Było tam kilku łączników i obsługa karabinu maszynowego Błochy - ta sama, która w czasie ostatniego boju przypuściła na bliską odległość posuwającą się naprzód tyralierę wroga i biła do niej ogniem przeciwszturmowym. - Udasz się ze swym oddziałem na tyły Niemców - powiedziałem. Rozłożyłem na stole mapę i pokazałem Bozżanowowi to miejsce, w którym kapitan Szyłow zrobił znak ołówkiem. Tam, w zapadłym kącie sąsiedniego lasu, zostały porzucone działa i pociski, należące do batalionu Szyłowa. Trzeba spróbować wykraść je nieprzyjacielowi sprzed nosa. - Weź konie, uprząż, ludzi. Działaj sprytnie i cicho... - Aksakał... - z uśmiechem powiedział Bozżanow. - Co? - Aksakał, chciałem was prosić. Niech ci ludzie będą już moim pododdziałem. Wiecie już, że karabiny maszynowe należały u nas do kompanii strzeleckiej i w batalionie, w gruncie rzeczy, nie było już osobnej kompanii karabinów maszynowych, której oficerem politycznym był formalnie Bozżanow. - I cóż to będzie za pododdział? Bozżanow szybko odpowiedział: - Odwód dowódcy batalionu... Wasz oddział, towarzyszu dowódco batalionu. - A więc, towarzyszu dowódco odwodu - powiedziałem - chodźmy do twego wojska.

3 W głąb lasu przenikał mętny blask księżyca. - Stój! Kto idzie? - Murin, to ty? - spytał Bozżanow, zamiast odpowiedzi. - Ja, towarzyszu oficerze polityczny. Całe wojsko Bozżanowa mieściło się pod jedną sosną. Żołnierze spali na posłaniu z igliwia, przytuleni do siebie, okryci aż po głowy pelerynami. Murin miał służbę. Obok piramidki karabinów czerniał cekaem. - Murin, trzeba zbudzić ludzi - powiedział Bozżanow. Olbrzymi Galliulin, zmorzony snem, spał mocniej od innych. Ocknął się, usiadł i znowu zwalił się na miękkie igliwie. Ledwo zdołano go dobudzić. - Wziąć karabiny, ustawić się! - dał cicho komendę Bozżanow. Obrzuciwszy wzrokiem swój niewielki oddział wystąpił naprzód i złożył raport. - Ogłoście mój rozkaz - powiedziałem. - Słuchajcie, towarzysze - zaczął Bozżanow zbliżywszy się do ustawionych żołnierzy - batalion jest otoczony... Potem, tak samo cicho, wyłożył punkt po punkcie treść rozkazu: zająć obronę okrężną, do niewoli się nie poddawać, oszczędzać amunicji, strzelać na pewniaka. Bozżanow mówił dalej: - Mamy działa, karabiny maszynowe, mamy braterstwo bojowe... Tylko spróbuj, przystąp... Powiedziałem: - Towarzyszu oficerze polityczny. Wyjaśnijcie zadanie grupy. Bozżanow spokojnie objaśnił, że muszą iść na tyły Niemców po porzucone w lesie działa. - Możecie się rozejść - powiedziałem, kiedy skończył. - Przygotujcie się. Sprawdźcie broń. Zbierzcie rzeczy. Ale najpierw chodźcie tu, przyjaciele. W ciągu jednej chwili byli przy mnie. Tylko długi Murin pozostał na warcie przy karabinie maszynowym. Chciał również słyszeć, o czym będzie mowa. Więc zwrócił się ku nam głową i wyciągnął szyję, w świetle księżyca błysnęły jego szkła. - Przyjaciele! - Po raz pierwszy nazwałem tak swoich żołnierzy. Nigdy mi się nie podobało, gdy zwracając się do żołnierzy mówiono „chłopcy“. Czy to zabawa dziecięca, czy jak? Ale „przyjaciele“ - to co innego i teraz odruchowo wypowiedziałem to słowo. - Dzisiaj biliście się, towarzysze, dobrze, mądrze... Żołnierze nie stali w szyku. Razem odpowiedzieć nie mogli. Wszyscy milczeli. - Teraz postarajcie się sprytnie wyciągnąć po cichu te działa i pociski. Wtedy będziemy bogaci. Muratów powiedział:

- Towarzyszu dowódco batalionu, kiełbasy trzeba by wziąć ze sobą. Chciał nas widocznie rozśmieszyć, lecz nikt się nie zaśmiał. Gdy wyczul brak aprobaty ze strony kolegów, dodał pośpiesznie: - Towarzyszu dowódco batalionu, to nie dowcip. Może Niemcy mają tam czołgi. Opowiadają, że oni śpią w czołgach, a na noc do czołgów przywiązują psy. - Nie pleć byle czego... - surowo powiedział Błocha. Nie było to byle co. O psach należało rzeczywiście pomyśleć, ale w tej chwili trzeba było innych słów, innej rozmowy- Słów nie było. Wszyscy milczeli. - Towarzyszu dowódco batalionu, czy mogę powiedzieć? - zapytał Murin. Czekałem niecierpliwie, co powie. Ale Murin po prostu zapytał: - Gdzie zostawić karabin maszynowy? Przypomniałem sobie, jak trzy miesiące temu po raz pierwszy podszedł do mnie: w marynarce, w krawacie, który nieco zjechał mu na bok, w okularach, długi, niezgrabny, nie wiedział, jak ma stać przed dowódcą, gdzie ma podziać swe cienkie nieopalone ręce. Przyszedł ze skargą. „Towarzyszu dowódco batalionu, zaliczono mnie do służby pomocniczej. Dano konia i wóz. A ja absolutnie nie mam pojęcia, co to jest koń. I nie po to zgłosiłem się do wojska“. Przypominam sobie, jak ulegając panice haniebnie uciekał wraz z innymi, gdy w pobliżu nagle zaterkotał karabin maszynowy i ktoś krzyknął: „Niemcy“. Karabin mu się trząsł, kiedy stojąc w szeregu mierzył do zdrajcy, do tchórza, którego kazałem rozstrzelać przed frontem batalionu. Być może, silniej niż ktokolwiek inny przeżył Murin strach wojny. Teraz usłyszawszy rozkaz, dowiedziawszy się o tym, że trzeba iść na tyły wroga, po prostu zapytał: - Gdzie zostawić cekaem? - Wątpię, towarzyszu Murin, czy się tam przydacie. Z końmi nie dacie sobie rady. Pozostańcie tu, przy cekaemie. Spodziewałem się zwykłej żołnierskiej odpowiedzi: „według rozkazu!“, ale nie nastąpiła. Murin przemówił po chwilowej przerwie: - Towarzyszu dowódco batalionu, czy mogę was prosić... w takiej chwili... - Zatrzymał się, odetchnął i ciągnął dalej głuchym głosem. - W takiej chwili, towarzyszu dowódco batalionu, człowiek chce być ze swoimi towarzyszami. Proszę was: gdzie oni, tam i ja... A więc tak... Więc jak inni był również podniecony, myślał, rozumiał, jak ciężka to była chwila dla batalionu. Kierował nim w tej chwili nie tylko obowiązek służbowy i poczucie dyscypliny, lecz bardziej podniosłe uczucie - była to decyzja, by umrzeć za ojczyznę, lecz nie poddać się, nie cofnąć, nie ustąpić wrogowi. Sięgnąłem na chwilę w głąb duszy batalionu, miałem teraz pewność, że będziemy zabijać wroga, zabijać aż do ostatniego naboju. Powiedziałem: - Dobrze, Murin. Galliulin, bierz cekaem. Bierzcie taśmy. Odnieście do sztabu. Błocha, ustaw ludzi. W drogę, towarzysze. 4 Mijały nocne godziny, nocne dumania.

Żołnierze, obrąbując odnogi korzeni, okopywali się w zmarzłej ziemi, wzdłuż całego skraju lasu. Poszły w ruch piły, padały drzewa, wyrąbywano ścieżki, aby można było manewrować działami. Nie kryliśmy się. Niech wróg wie: jesteśmy tu! Wróg nie będzie panował nad drogą prowadzącą do Nowlanskoje: droga jest pod obstrzałem naszych dział. Tu, obok naszej wysepki, nie przejdą jego auta, nie przejdzie artyleria. Lecz cóż z tego? Kolumny płyną innymi drogami, przez inne miejscowości, przez Sipunowo, przez Krasną Gorę. Ale przecież stamtąd, spoza Krasnej Gory, odezwały się nasze działa. Gdzieś trzymali się nasi: gdzieś wgryźli się w ziemię jak i my, zamknęli Niemcom drogę w różnych miejscach. Front jest mimo wszystko pokawałkowany, zapora przerwana. Niemcy, omijając nas, posuwają się w kierunku Wołokołamska, w kierunku Moskwy! Czy uda się zatrzymać wroga pod Wołokołamskiem? Znów nieodparcie ogarnęło mnie pragnienie, aby być tam - razem z Panfiłowem, ze swoimi. Gdzie jest w tej chwili Brudny? Czy powróci przed świtem? Czy przywiezie rozkaz? Nie, Baurdżanie, nie czekaj... Sztab pułku może jest już otoczony. A jutro, pojutrze linia frontu będzie o trzydzieści, czterdzieści kilometrów poza nami. I rozkaz nie dojdzie, rozkazu nie będzie. Co będzie wówczas? Jestem dowódcą, moim obowiązkiem jest rozważyć na trzeźwo najgorszą możliwość. Rozkaz nie przyjdzie. Co będzie wówczas? Przeciwnik zewrze koło, zaproponuje poddanie się, my odpowiemy kulami. Ufałem żołnierzom batalionu. Wiedziałem: oni ufają mnie, swemu dowódcy. Teraz oto ryją ziemię, pochylają się ku matce ziemi, opiekunce żołnierza. W umocnieniach ziemnych nie dosięgną nas pociski ani bomby. Trzeba by skupić tu całą artylerię, którą Niemcy rzucili na Moskwę, aby nas zniszczyć ogniem z dział. A bombardowanie przetrzymamy. Przetrzymamy i głód. Są konie - koniny starczy na długo. Spróbujcie tylko, ruszcie nas, spróbujcie nas zmiażdżyć. Mam sześciuset pięćdziesięciu żołnierzy. Każdy zabije kilku Niemców, zanim padnie w boju. Potrzeba dywizji, aby zniszczyć nasz batalion. Niech Niemcy zapłacą tę cenę za batalion żołnierzy generała Panfiłowa. Tak rozmyślałem siedząc w nowym punkcie dowództwa, w domu gajowego. Tu już stał telefon, druty telefoniczne prowadziły do kompani i dział. Stąd będę mógł kierować oporem, będę mógł przerzucić siły na spotkanie wroga. Jeśli zrobiwszy wyłom dostanie się do lasu, będziemy się bić w lesie, będziemy zabijać spoza drzew, spoza pni. Ostatnia linia, ostatnia granica obrony, będzie tu, przy domu gajowego. Zluzowani wartownicy i telefoniści nie śpią, ryją umocnienia dokoła sztabu, ryją doły, rowy ciągłe, rezerwowe gniazda karabinów maszynowych, zwalają drzewa na zawały. Okna założymy belkami, przetniemy w zrębie strzelnice, będziemy się bili nawet w tym domu. Przyniesiono tu dwie skrzynie granatów, w sieni stoi karabin maszynowy. Ufałem swym żołnierzom, swym dowódcom: Niemcy nikogo nie wezmą żywcem. Dręczyła niepokojąca myśl: a ranni? 5 A ranni? Co z nimi będzie? Poprzez sień przeszedłem na drugą połowę, do rannych.

Knot w lampie był przykręcony. Nasz felczer, stary niebieskooki Kiriejew, palił w piecu. Drzwiczki pieca były otwarte. Odblask ognia migotał na belkach ściany, na szarych kocach, na twarzach. Ktoś majaczył. Ktoś cicho powiedział: - Towarzyszu dowódco batalionu! Zbliżyłem się na palcach. To wolał mnie Siewriukow. Leżał na wznak, na skraju naprędce skleconej pryczy, głowa, wciśnięta w poduszki, nie uniosła się. Oddychał wydając lekki świszczący dźwięk, odłamki pocisku przebiły mu pierś, rany były ciężkie, ale nie śmiertelne. Przez chwilę doznałem dziwnego wrażenia: wydało mi się, że jest już ranny bardzo dawno, w rzeczywistości zdarzyło się to zaledwie kilka godzin temu. Usiadłem na chwilę przy nim, w nogach. Oparłszy się na łokciach Siewriukow usiłował podnieść się, lecz głowa mu opadła i jęknął głucho. Podbiegł Kiriejew. Układał ostrożnie Siewriukowa i łagodnym zrzędzącym tonem strofował go niby nieposłuszne dziecko. - Idźcie już, Kiriejew - rzekł krótko Siewriukow. Milczał, póki felczer nie odszedł do pieca. Potem szepnął: - Pochylcie się trochę. Chcę wiedzieć, co się tam dzieje. - Pokazał oczyma na ścianę. - Co jest, towarzyszu dowódco batalionu? - Jak to, co jest? - Dlaczego nie wysyłacie nas na tyły? Co odpowiedzieć? Oszukać? Nie. Niech Siewriukow wie. Odpowiedziałem: - Batalion jest otoczony. Siewriukow zamknął oczy. Wydawało się, że jego twarz obrosła szczeciną, ze starannie zaczesanymi szpakowatymi włosami na skroniach, leży na białej poduszce bez życia. O czym myślał? Ciemne rzęsy uniosły się. - Towarzyszu dowódco batalionu... Proszę mi dać broń... - Tak, to trzeba będzie zrobić, Siewriukow. Wydam zarządzenie... Chciałem wstać, ale Siewriukow ujął mnie za rękę. - Wy... Wy nie zostawicie? Nie zostawicie nas? Uczepił się mnie ręką i oczami. - Nie, Siewriukow, nie zostawię. Palce rozluźniły się. Uśmiechnął się do mnie lekko, ufał swemu dowódcy batalionu. Z ciężkim sercem, bez szmeru poszedłem ku drzwiom. Ale usłyszałem jeszcze raz: - Towarzyszu dowódco batalionu... Zbliżyłem się. Głowa w białym, czystym bandażu wydawała się dziwnie duża. Opatrunek zakrywał czoło, ale twarz była odsłonięta. Na kołdrze leżała nieruchomo, jakby już nie należała do niego, zabandażowana ręka. Również była dziwnie wielka.

- Kiedy ci się to wydarzyło? - Czy nie pamiętacie, towarzyszu dowódco batalionu? Tak, to był on... Przypomniałem sobie teraz twarz, zalaną krwią, mokre, czerwone ręce, okropne jednostajne krzyki. Sudaruszkin zapytał: - Odpędzili go? Po co przedwcześnie zamącać mu spokój duszy. Powiedziałem: - Tak. - Dzięki ci... A mnie, towarzyszu dowódco batalionu, mnie puszczą do domu na odpoczynek? - Oczywiście - odpowiedziałem. Uśmiechnął się. - A potem, towarzyszu dowódco batalionu, potem znów do was przyjdę, będę znów waszym żołnierzem... - Oczywiście... Szybko odszedłem, aby nie słuchać pytań i odpowiadając nie kłamać. Obejrzawszy się ujrzałem kapitana Szyłowa. Na wpół siedząc, okryty kołdrą tylko do pasa, opierał się plecami o belkowaną ścianę i patrzył na mnie. Kaganek rzucał słabe światło, głębokie cienie jaskrawo odcinały jego wychudzoną twarz. Prawdopodobnie nie mógł i nie usiłował nawet zasnąć. Przywieziony ze zmiażdżoną nogą, był tu jedynym rannym, który wiedział o tym, co na razie pozostawało tajemnicą dla reszty. Wiedział i milczał. Milczał nawet teraz, o nic nie pytał, nie rozwarł nawet warg. Tak mijały nocne godziny. 6 Brudny nie wracał. Bozżanow nie wracał. Konno wyruszyłem na skraj lasu, ku linii robót. Żołnierze kopali rowy strzeleckie zagłębiając się w ziemię po pas, po ramiona i głębiej. Niektórzy skryli się całkowicie, tylko z czarnych dołów podnosiły się w górę łopaty wyrzucając ziemię. Księżyc świecił jasno, to znów zachodził mgłą. Mróz zelżał. Patrzyłem w ciemną dal, skąd mógł się zjawić Brudny. Miałem chęć znowu dać salwę z dział w kierunku Nowoszczurina. My nie śpimy i nie pozwolimy wam spać! Lecz należało oszczędzać pocisków; były potrzebne, aby panować nad drogą, aby w odpowiedniej chwili powitać kartaczami atakujące tyraliery nieprzyjaciela. Noc dłużyła się ogromnie. Od skraju lasu skierowałem Łyska z powrotem do sztabu. Dobry koń szedł wolno pomiędzy drzewami. Nie popędzałem go. I po co? Około godziny pierwszej w nocy w sztabie zahuczał telefon. - Towarzyszu dowódco batalionu, proszą was - powiedział telefonista.

Dzwonił Muratów. Bozżanow wysłał naprzód swego szybkobiegacza, aby zawiadomić mnie, że jego oddział zbliża się wraz z wydobytymi pociskami i działami. Łysek stał osiodłany. Pośpieszyłem na spotkanie. Czterysta pocisków, ho, ho! Teraz można walnąć w Nowlanskoje, w Nowoszczurino. Tam do izb ponajeżdżało na nocleg pełno hitlerowców. Zaraz będziecie wyć, wyskoczycie z ciepła, panowie zwycięzcy! My nie śpimy i wam nie damy spać.

Osiemdziesiąt siedem
1 Konno, w asyście Sinczenki, spotkałem kolumnę w pobliżu lasu. Stanąłem przepuszczając zaprzęgi. Ciężkie koła artyleryjskie przebijały śnieg aż do czarnego gruntu. Bozżanow meldował z ożywieniem: nikt nie przeszkodził jego maleńkiemu wojsku. Nie spotkał ani niemieckich patroli, ani wart; kiedy Niemcy nocują we wsi, nie pilnują lasu. Łysek poznał natychmiast Dżałmuhammeda, wyciągnął do niego pysk. Ten często głaskał i częstował konia i teraz w zębach Łyska zachrzęścił cukier. Maleńkiemu wojsku... Jakiemu tam do diabła maleńkiemu? Cóż to? Skąd on wziął tylu ludzi? Obok koni, obok dział szły postacie z karabinami, w płaszczach. Spytałem: - Kogo sprowadziłeś? Kto to jest? Bozżanow odpowiedział radośnie: - Blisko sto osób, towarzyszu dowódco batalionu. Z batalionu Szyłowa. Wychodzili z lasu grupami po dwóch, po trzech. Omal że nas nie całowali. Wydałem rozkaz: - Kolumna stój! Konie stanęły, ustal skrzyp kół. - Towarzyszu dowódco batalionu - powiedział Bozżanow po kazachsku. Mianujcie mnie ich dowódcą. Ja ich sprowadziłem, ja ich poprowadzę do boju. Dajcie nam zadanie, wyznaczcie odcinek bojowy 2 Nie rozumiejąc mowy kazachskiej, słuchali wszyscy tłocząc się koło Łyska. Staliśmy przy drodze, która szła w kierunku Dołgorukowki i prowadziła do naszych. Wzdłuż wąskiego zaułka patrolował tam nasz konny zwiad, który miał zadanie: śledzić bezustannie, czy droga jest wolna, czy nie zamknęła się, nie znikła szczelina. Wezwawszy jednego z młodszych dowódców konnego zwiadu spytałem: - Co nowego? - Nic... Cisza, towarzyszu dowódco batalionu. Odwróciwszy się do ludzi, którzy stali i słuchali, powiedziałem:

- Karabiny wszyscy mają? - Wszyscy... Wszyscy... - Niech każdy odpowiada tylko za siebie. Granaty są? - Są! Ja mam. Jestem Połzunow. W waszej obecności rozmawiał ze mną generał. Pamiętacie? Połzunow... Nie mogłem go dojrzeć we mgle, ale przypomniałem sobie młodzieńcze oblicze, pulchne, z lekka wydęte wargi, poważne szare oczy, przypomniałem sobie upartą odpowiedź: „Dobrze, towarzyszu generale“. - Połzunow będzie u was starszym. Ustaw ludzi. Niech przybiorą postawę wojskową. Kto ma granaty, na prawe skrzydło. Nie oczekując już innej komendy ludzie ustawili się pośpiesznie. Wydałem komendę: - Równaj! Połzunow, wyrównaj szeregi! Baczność! Rozmowy przerwać! Nie poruszać się! Kolejno odlicz! Połzunow zameldował, że w szeregach wraz z nim jest osiemdziesięciu siedmiu żołnierzy. Powiedziałem: - Dowódcą oddziału mianuję oficera politycznego Bozżanowa. W prawo zwrot! Kierunek za mną, marsz! 3 Ująwszy wodze puściłem Łyska równym, niezbyt szybkim krokiem. Za mną dwójkami postępowali ludzie, osiemdziesiąt siedem osób. Obok mnie szedł Bozżanow. Zaczęło się pasmo brudnego, niemal czarnego śniegu. Łysek obchodził leje. Oto linia naszych dawnych rowów strzeleckich. Teraz są ciche i puste. Z boku, ze wsi Nowlanskoje, widać było dwa, trzy oświetlone okna, Niemcy nie obawiali się nas, nie dbali o zasłanianie okien. Ogarnęła mnie nienawiść. No, czekajcie! Minęliśmy linię pustych okopów i zeszliśmy w dół ku rzece. Znaliśmy tu każdy bród, każdą belkę przerzuconą z jednego brzegu na drugi. Przy jednym takim mostku zatrzymałem ludzi. Rzeka płynęła z szumem ponad przerzuconymi belkami tworząc niewielki biały próg. Po tamtej stronie, w odległości stu kroków od wody, czerniał las. Półgłosem wyjaśniłem zadanie: podejść do Nowlanskoje lasem z tamtego brzegu, pod wsią znowu przejść rzekę w bród, wedrzeć się do wsi, powybijać Niemców, podpalić auta, podpalić most pontonowy. Potem spytałem: - Zrozumiano? Odpowiedzieli półgłosem: - Zrozumiano!

- Przechodzić tutaj, pojedynczo. Potem posuwać się gęsiego, w odstępach - rozkazałem. - Połzunow, naprzód. Pobiegł schylony, trzymając przed sobą karabin gotowy do strzału. Zatrzymał się przed mostkiem, wszedł na oślizgłe belki. Potem znikł na ciemnym tle rzeki. Wkrótce sylwetka jego ukazała się na jasnej pochyłości przeciwległego brzegu. Połzunow wdrapał się po zboczu, przed samym wierzchołkiem przywarł do ziemi, potem podniósł się, wyprostował i poszedł w stronę lasu. Powiedziałem: - Prawoskrzydłowy, naprzód! W lesie iść gęsiego, w kolejności numerów. Odległość pięć do ośmiu kroków. Dotknąłem wodzy i Łysek wszedł do rzeki. Było tu płytko, woda sięgała końskiego brzucha. Po dopędzeniu Połzunowa jechałem pomiędzy drzewami na samym przedzie, nie oddalając się od skraju lasu. Nie oglądałem się. Robiło się cieplej, z gałęzi padały krople. Obłoki zasłoniły księżyc, który ledwo przeświecał mętną i rozpływającą się plamą. Wyszliśmy na skraj lasu. Obok była droga, która prowadziła do wsi Nowlanskoje. W pobliżu znajdował się most pontonowy, potem był wzgórek, na wzgórku leżała wieś. Parę okien świeciło jasno. Ludzie podchodzili pojedynczo. Zamykał oddział Bozżanow. Kazałem ustawić się w szyku. - Połzunow! Przelicz, ilu jest obecnych! Obszedł wszystkich i szeptem zameldował: - Osiemdziesięciu siedmiu, towarzyszu dowódco. 4 Doszedł nas zbliżający się warkot motoru samochodowego. Zwróciłem głowę w stronę, z której dochodził dźwięk, gdy nagle poprzez drzewa padło na nas blade światło reflektorów. Latarnie auta, które wjechało na łagodną pochyłość, świeciły pełnym światłem. Światła padły w naszą stronę. Nikt nie poruszył się w szyku. Wszyscy stali bladzi, ściskając błyszczące w świetle karabiny i patrząc z napięciem przed siebie. Powoli przesuwały się czarne, jakby rzeźbione cienie drzew. Światło pomknęło dalej. Białe pasma, kołysząc się to w górę, to w dół, stawały się coraz krótsze, aż padły na drogę. Zeskoczyłem z konia. Oślepiony światłem reflektorów nic nie mogłem rozpoznać, tylko w mroku majaczyły białe nogi Łyska. - Padnij! - Obserwować! - rozkazałem. Oczy znów przyzwyczaiły się do ciemności... Światło reflektora odbiło się w wodzie. Słychać było stuk auta o przęsła mostu. Przed autem błysnęła czerwona plama latarki elektrycznej. Samochód wjechał na tamten brzeg i zahamował. Przed autem, w paśmie światła, ukazał się wartownik. Niektóre jego gesty były zrozumiałe. Odwróciwszy się ze dwa razy, wskazał ręką na las, w którym ukrył się nasz batalion, a potem w kierunku wsi Krasnaja Gora. Tamtędy widocznie trzeba było objeżdżać.

Zahuczał motor. Auto ruszyło pod górę, latarnie na chwilę wyrwały z ciemności zalaną blaskiem ulicę z długimi ciężarówkami, stojącymi obok domów. Potem snopy światła popełzły w bok i ruszyły wzdłuż brzegu drogą okrężną. Ktoś podszedł do mnie: - Towarzyszu dowódco, ja się podejmę. Był to znajomy głos. - Paszko? - Według rozkazu... Ja się podejmę. - Czego? - Zdejmę go... - Wartownika? W jaki sposób? Paszko uchylił płaszcza, błysnęło jasne ostrze fińskiego noża. - Bądźcie spok... - powiedział. - Potem gwizdnę. - Nie wolno... - Podałem mu elektryczną latarkę. - Weź. Zapalisz trzy razy. Schował latarkę pod czapką. - Mogę zdobyczną dać sygnał... czerwoną. Można? - Można... Zapalisz trzy razy: droga wolna. Dasz sobie sam radę? - Dam... - Idź... Paszko szybko zniknął. No, niech będzie, co będzie... Cofnąć się już nie podobna. Cóż, wpadniemy tak - całą hordą? Przywołałem Bozżanowa. - Podziel ludzi na grupy, po dziesięć osób... Z jedną grupą pójdziesz sam: uderzysz od tyłu na straż, która stoi naprzeciwko batalionu. Druga grupa ma zadanie: podpalić most... Pozostałe niech działają we wsi, wszyscy z granatami niech idą tam... - Rozkaz, towarzyszu dowódco batalionu. Bozżanow wydał odpowiednie rozkazy. Przejechały jeszcze dwa auta. W paśmie światła znów ukazał się wartownik. Reflektory znów zalały blaskiem ulicę. W którymś domu otworzyły się drzwi. Wyszedł jakiś wysoki człowiek, w bieliźnie, boso i przeciągając się ze snu postał na ganku. - Patrzcie, jak te łotry sypiają na froncie - w domach, na łóżkach, rozbierają się do bielizny. Wszystko znów utonęło w mroku. Białe snopy świateł kołysząc się skręciły na bok i ruszyły okrężną drogą.

Leżeliśmy wpatrując się z napięciem w tę stronę, gdzie znikł Paszko. Czy mu się uda? Czy da sygnał? A potem? Jak to się odbędzie - co potem? Kiedy będzie sygnał?... Mijają długie, męczące minuty. Aha, zdaje się, że jest... W ciemności obok mostu w czyjejś niewidzialnej ręce zjawił się czerwony krążek... Zawisł i znikł... Raz... Błysnął znów... Dwa.., Potem trzy. Powiedziałem: - Powstań! Przygotuj się! Granaty w pogotowiu! No, towarzysze! Żołnierska zasada: wóz albo przewóz. Wedrzeć się w milczeniu. Bozżanow, prowadź! - Przez most? - Tak. Szeptem wydał komendę: - Za mną! I pobiegł. Za nim rzucili się wszyscy. Po chwili byli już na moście. 5 Wszystko się udało... Udało się nieprawdopodobnie łatwo. Powoli wjechałem przez most do wsi, oświetlonej purpurową łuną pożaru. Gdzieniegdzie pękały granaty, wszędzie słychać było huk wystrzałów, rozlegały się krzyki i jęki. To nie był bój, tylko pobojowisko. Wystawiwszy ubezpieczenie od strony lasu, do którego cofnął się nasz batalion, hitlerowcy rozebrali się i ulokowali na noc w łóżkach lub na sianie. Gdy usłyszeli strzały, wybuchy granatów, w popłochu zaczęli wyskakiwać i chować się, gdzie tylko było można: pod łóżkami, na piecach, w piwnicach, w szopach. Wyciągnięto ich stamtąd, drżących z zimna i strachu. Nie będę opisywał tych scen. Radość, która ogarnęła nas w pierwszej chwili, połączyła się z grozą. Czy rozumiecie to: radość i zarazem groza... Płonął most oblany benzyną. Widniały zarysy ciemnego masywu cerkwi. Któryż to raz w ciągu tej jednej doby powracałem tu, do tej cerkwi; szyby wyleciały, otwory okienne ziały pustką, w rozbitym szkle odbijał się blask płomieni. Poleciłem Sinczence szukać Bozżanowa; kazałem zebrać żołnierzy i prowadzić ich do batalionu. 6 Łysek znów sunął pomiędzy drzewami w stronę domu gajowego. W wielkiej belkowanej izbie sztabu paliła się lampa. Podniósł się Rachimow, twarz miał zmęczoną. Czy pytać? Spytałem, chociaż odpowiedź była wypisana na jego twarzy. Tak. Brudnego nie było, rozkazu nie było

Przynieśli kolację, ale nie byłem głodny... Wkrótce zjawił się Bozżanow. Miał dla mnie podarunek: niemiecką lornetę. Zbliżał się ranek. Zegar wskazywał blisko trzecią godzinę. Należało przespać się do rana. Ale czułem: nie zasnę. - Kładź się, Rachimow, odpocznij - powiedziałem. - A wy? Zawołałem Sinczenkę. - Sinczenko, czy jest wódka? Wypijesz, Rachimow?... Wymówił się. Nalałem Bozżanowowi, nalałem sobie. Wypiję, może wtedy zasnę...

Ranek
1 Położyłem się podsunąwszy pod głowę stebnowaną kurtkę watowaną, jeszcze pachnącą pożarem. Zapaliłem papierosa, spojrzałem na zegarek, ujrzałem na ławce swą futrzaną czapkę. Leżała dość daleko, nie na swoim miejscu. Należało ją podnieść, przywiązać do rzemyka futerału rewolwerowego, aby w razie czego, jeśli zbudzi mnie alarm, nie szukać... Ale nie miałem ochoty myśleć ani o alarmach, ani o niczym, co mnie jeszcze czekało. Jednak mimo wszystko wstałem i zadając sobie gwałt, przezwyciężając się, zrobiłem tych kilka kroków po czapkę, która przypominała mi otaczającą mnie rzeczywistość. Pragnąłem zapomnienia, chciałem uciec myślami z tego domu, z lasu. Położyłem się znowu, zamknąłem oczy... Przed oczyma przemknęły mi drogie obrazy przeszłości. Trudno je wszystkie spamiętać. Przewinęło się ich wiele. Jedno wiem dobrze: myślałem nie tylko o sobie, myślałem także o batalionie. Zresztą to też było o sobie. W chwilach tych strzępy moich marzeń nie były, oczywiście, zgodne z paragrafem regulaminu, nakazującym dowódcy mówić o swej formacji: „ja“. Dla mnie był to nie paragraf, tylko honor, sumienie, twórczość, namiętność. Jak jeszcze można to wyrazić? Zaprawdę, włożyłem w sprawę mego batalionu całą swą istotę. Był to mój twór, jedyne, co stworzyłem na ziemi. Przypominały mi się rozmaite rzeczy. Były wśród nich pewnie i drobiazgi, i rzeczy wzruszające, i śmieszne. Na przykład? Dobrze, oto macie „na przykład“. 2 W słoneczny dzień sierpniowy batalion poszedł na strzelnicę. Rozbiliśmy obóz nad brzegiem bystrej górskiej rzeczki Tałgarki. Nie opodal stanicy Tałgar zieleniły się sady, w których rosły olbrzymie, najlepsze w świecie jabłka z Ałma-Aty. Dokoła rozciągał się równy, spalony przez słońce step. Lecz na południu ponad stepem wznoszą się przedgórza Tiań-Szań. Gdzieś wysoko, zaznaczone ledwo widoczną kreską na tle błyszczącego nieba, świeciły wieczne śniegi na szczytach gór. To jest południowy Kazachstan - jego piękna nie potrafię nigdy opisać.

Step - to idealna strzelnica. Jest tuż obok, nie tylko pod ręką, ale dosłownie pod nogą, jest gładka jak deska do prasowania. Łatwo i przyjemnie - przejść dwa, trzy kilometry po takiej równinie, postrzelać i wrócić. Ale ja przecież przygotowywałem ludzi do wojny. Łatwa? Przyjemna droga? A więc, jeśli tak, to nic nie warta! Poprowadziłem tedy batalion w góry. Wspięliśmy się na pierwszy taras. Pełno tu było suchych i kłujących krzaków, pełzających krzewów „kuraj“. Nie, tu strzelać nie można. Na następny taras prowadziło strome kamieniste wejście. Batalion, naprzód! Za mną! Wspinali się pod górę. Spod żołnierskich butów z szumem potoczyły się w dół kamienie. Dostali się wreszcie. Do diabla, i tu nie ma gdzie strzelać. Wznosi się ściana soczystej trawy, wysokiej, niemal wzrostu ludzkiego. Więc dokąd iść? Wyżej, na zboczach, widać ciemną zieleń dąbrowy. Takie są kontrasty w górach. Ale taki jest, nawiasem mówiąc, cały Kazachstan. Czy słyszeliście legendę o stworzeniu Kazachstanu? Na początku świata Bóg stworzył niebo i ziemię, morze i oceany, wszystkie kraje, wszystkie lądy, lecz o Kazachstanie zapomniał. Przypomniał sobie w ostatniej chwili, gdy już zabrakło materiału. Więc z różnych miejsc szybko pozdejmował po kawałeczku: - koniuszek Ameryki, brzeżek Włoch, skrawek pustyni afrykańskiej, pasemko Kaukazu - złożył to wszystko razem i przylepił w tym miejscu, gdzie miał się znajdować Kazachstan. Tam, w ojczyźnie mojej, znajdziecie wszystko: wiecznie nagie, jak gdyby przeklęte przez niebo, bezwodne przestrzenie przesycone solą i najbardziej błogosławione krainy. Ale gdzie mamy strzelać? Ustawiłem batalion czwórkami i poprowadziłem tę ścianę na ścianę trawy. Przeszli tam i z powrotem kilkakrotnie. Ciężkie wojskowe buty gniotły, łamały, tratowały trawę. Wreszcie przemaszerowali wyciągając rękoma ocalałe źdźbła. Stanąłem z boku, cieszyłem się tym widokiem. Jaka to siła - batalion! Wkrótce nadejdzie chwila i mój batalion - zdyscyplinowany, gotowy do boju, zahartowany - zacznie kosić chmary wrogów i przejdzie po nich tak jak teraz, wdeptując ich w ziemię. Wiedziałem, że wojna tak nie wygląda, lecz mimo to wyobrażałem ją sobie w ten sposób. W trawie wykoszono długi obszerny czworokąt. Na jednym końcu ustawiono tarcze, do których żołnierze mieli strzelać. Batalion wciąż jeszcze stał w szyku. Wszyscy widzieli głowy w hełmach ze swastyką, narysowane węglem na arkuszach dykty. Pragnąłem jeszcze raz uzmysłowić sobie siłę batalionu. Kazałem pierwszemu szeregowi paść na ziemię, drugiemu - strzelać z kolana, potem wydałem komendę: - Przeciw faszystom... Batalion salwą... Zatrzymałem się. Kilkaset karabinów skierowanych było w stronę czterech tarcz. Regulamin bojowy nie polecał wówczas batalionowi strzelania salwami, ale próbowałem: - Ognia! Do diabła! Po jednej salwie pozostaliśmy bez tarcz do strzelania. Jakby je ścięło. Siedemset wystrzałów od razu - to straszna rzecz. Paliki, do których były przybite tarcze, przecięte były kulami, dykta rozszczepiona, rozdarta. I kląłem, i śmiałem się zarazem: wspinaliśmy się, utorowaliśmy strzelnicę i znów nie można strzelać... W ten sposób uczyliśmy się, w ten sposób kruszyliśmy wroga, zanim jeszcze wzięliśmy udział w walkach. A tu... Ale o tym, co „tu“, nie chciałem myśleć.

I znów przechodziły przed oczyma drogie obrazy przeszłości. Nie, nie tylko o batalionie. Również o innych sprawach. Przewinęło się wiele obrazów, bardzo wiele. 3 Nagle zabrzmiał głos Brudnego. - Towarzyszu dowódco batalionu... Zerwałem się. Rachimow już zdążył wstać. Płaszcz jego leżał na podłodze. I mój niezwykle staranny, opanowany szef sztabu nie podniósł go. Uśmiechał się. Patrzył na Brudnego i Kurbatowa. Weszli we dwójkę. Na ich płaszczach jeszcze świeciła gładka warstwa niezaschniętego błota: pewnie gdzieś musieli się czołgać. - Towarzyszu dowódco batalionu, melduję... Pamiętam, przemknęła myśl - czy to wszystko nie sen. Nie, to był najprawdziwszy Brudny - jego szybka mowa, ruchliwe spojrzenie, rozpalone policzki. - Macie rozkaz? - Jest, towarzyszu dowódco batalionu. Brudny wręczył mi kartkę. Dowódca pułku major Jelin nakazywał odwrót. W kilku pośpiesznie napisanych wierszach komunikował, że w lesie za wsią Dołgorukowką będzie na nas czekał jeden z oficerów sztabu; ten wskaże nam dalszą marszrutę na Wołokołamsk - tam zbiera się pułk. Na Wołokołamsk! Cofnąć się o trzydzieści kilometrów! Ale na przeżywanie nie ma czasu. Spojrzałem na zegarek. Pół do czwartej. Czyżbym leżał zaledwie kilka minut? Czy zegarek nie stoi? Nie. Pól do czwartej. A o siódmej świta. 4 W mroku po grząskiej ziemi posuwają się kolumny marszowe batalionu. Idą żołnierze, jadą działa, taczanki z karabinami maszynowymi, wozy z amunicją, wózki sanitarne, potem znowu żołnierze. Z przyzwyczajenia przepuszczam szeregi obok siebie, potem popędzam Łyska, mijam je i znowu przepuszczam. Chwilami na czarnym niebie ukazuje się mętna plama księżyca. Kolumnę prowadzi Krajew. Jego kompania idzie na czele. Rozpryskując wodę i wymachując długimi rękami, jak zwykle z lekka pochylony naprzód, wciąż wybija krok nadając tempo. Za nim czwórkami postępują żołnierze. Kompania przechodzi. Za nią jadą wozy plutonu sanitarnego, znajdującego się pomiędzy oddziałami bojowymi. Mamy ze sobą czterdziestu rannych. Poznaję naszego felczera, starego Kiriejewa, nieco ociężałego, z brzuszkiem. Nawet teraz nie przestaje troszczyć się o rannych; idzie obok wozu, pochyla się nad kimś, coś tam poprawia i znika we mgle. Ominąwszy Dołgorukowkę zbliżamy się do drogi, tej samej, o której nieraz była mowa w naszej powieści, drogi bitej, która prowadziła w stronę Wołokołamska i niemal pod kątem prostym dochodziła w tym miejscu do wołokołamskiej szosy. Kilka dni temu, szesnastego października, zebrawszy potężne siły Niemcy zaatakowali tę drogę chcąc jednym uderzeniem przełamać naszą obronę, potem, z miejsca, na czołgach, ciężarówkach i motocyklach wedrzeć się szosą wołokołamską do Moskwy. Niemcy odparci pod sowchozem

Bułyczewo, zatrzymani potem i w innych miejscowościach, wiedząc, jak niewielkie siły walczą przeciw nim na tym odcinku, nie mogli się pogodzić z niepowodzeniem. Wydawało im się: jeszcze jeden wysiłek, jeszcze jeden cios, a przeszkoda będzie pokonana i stanie otworem droga na Moskwę - asfalt szosy wołokołamskiej. Nasze oddziały broniące drogi cofały się. Lecz nazajutrz te same pułki, te same bataliony znów stawały na drodze wroga, znów zmuszały go do prowadzenia długiej i uporczywej walki. Za każdym razem Niemcy myśleli: to ostatnia próba oporu, ostatni bój, i uparcie atakowali nie chcąc rezygnować z obranego kierunku. Szosa wołokołamska pozostawała nadal osią ich głównego uderzenia. 5 Za Dołgorukowką oczekiwał nas zastępca szefa sztabu pułku, lejtenant Kurganski. Wraz z Kurganskim przybyło do batalionu kilka wozów z żywnością. Przysłano nam tonę białego chleba, wypieczonego w nocy w Wolokołamsku. Wozy pozostawiliśmy w lesie. Postanowiłem ukryć tu batalion, rozdać żywność, dać ludziom wytchnąć, nakarmić konie. Jednak silne konie artyleryjskie miały odbyć drogę powrotną. W opuszczonym przez nas lesie ukryłem sześć dział i czterysta pocisków - te same, któreśmy zdobyli w nocy. Postanowiłem jeszcze raz sprzątnąć je sprzed nosa Niemców. Na wschodzie zaczęło świtać, ale mgła spowijała wszystko dokoła. Batalion wchodził do lasu. Podjechałem do Bozżanowa. - Bozżanow! Zatrzymaj swoich! Dziesięć kroków w bok! Po wydaniu innym pododdziałom komendy: „na wprost!“ obejrzałem mój nieprzewidziany etatem odwód. Zamykali szeregi moi żołnierze z obsługi karabinów maszynowych, którzy stali z brzegu, obok cekaemu. Dalej w szeregach byli ci, których w nocy przyjąłem do batalionu. Rozkazałem Bozżanowowi wziąć konie artyleryjskie i korzystając z mgły spróbować przywieźć tu pociski i działa. - Bierz cały swój oddział. Otocz działa ze wszystkich czterech stron. Jeśli natrafisz na drobną grupę staraj się ją zniszczyć. Ale w poważną walkę się nie wdawaj. Raczej wysadź działa w powietrze i cofnij się. Działaj szybko. Pamiętaj - czekamy tu na ciebie. Bozżanow stanął na baczność, zasalutował sprężyście i odpowiedział: - Według rozkazu, towarzyszu dowódco batalionu. Wydawało mi się, że jest zgrabniejszy niż zwykle: twarz jego wyrażała energię, podobała mu się rola dowódcy, podobało mu się, że może samodzielnie wykonywać zuchwałe zadania. 6 Żołnierze rozpalili ogniska, gotowali herbatę, suszyli się. Wielu narąbało gałęzi choiny i spało na nich na zielonej, żołnierskiej pierzynie. W kuchniach polowych gotowała się zupa mięsna. Batalion odpoczywał wystawiwszy dokoła warty. Świtało. Śnieg topniał. Mgła unosiła się w górę. Zapowiadał się pochmurny poranek. Około dziewiątej, gdy według moich obliczeń Bozżanow powinien był już wrócić, usłyszeliśmy na niebie szybko zbliżający się warkot samolotów. Ujrzeliśmy je. Niemieckie bombowce szły nisko, pod obłokami, nieco z boku od nas. Niemal natychmiast rozpoczęły z ziemi swój koncert niewidoczne dla

nas karabiny maszynowe i działa. Zagrzmiały silne wybuchy bomb lotniczych. Samoloty szły falami, grupa za grupą, i zrzucały swój ładunek w jakimś punkcie, położonym o cztery czy pięć kilometrów od nas, tam gdzie przebiegała szosa prowadząca do Wołokołamska. Nagle strzelanina gwałtownie się wzmogła. Na niebie już nie było samolotów, lecz tam, gdzie dopiero co spadły bomby, grzmiały teraz armaty - nie dziesięć czy dwadzieścia, lecz chyba ze sto lub sto pięćdziesiąt dział. Moi kawalerzyści, wysłani tam, donieśli: odbywa się atak czołgowy Niemców i nasza artyleria walczy z czołgami. Wkrótce rozpoczęła się strzelanina również z drugiej strony od nas - też w odległości czterech czy pięciu kilometrów. Ogień artylerii był tam o wiele słabszy, lecz słychać było strzały z karabinów zwykłych i maszynowych. A Bozżanow nie wracał... Diabeł mnie skusił, żeby urządzić tu postój batalionu. Diabeł skusił, by wysłać konie i żołnierzy po działa... Trzeba było tam na miejscu wysadzić działa w powietrze i byłby koniec! Gdzie się teraz podzieję bez artyleryjskich zaprzęgów? I nie o zaprzęgi tylko idzie... Czyż mogę, nie doczekawszy się oddziału, odejść, porzucić swoich? Muszę cofnąć się jak najszybciej, tak jak mi polecono w rozkazie, i nie mogę się ruszyć... Powiedziałem do Rachimowa: - Rozkażcie wszystkim dowódcom kompanii, niech zarządzą zbiórkę i zorganizują obronę okrężną.

Na skrzyżowaniu dróg
1 Na szosie, do której oko nie sięgało, po chwilowym zaciszu znów zahuczały armaty. Wśród ciągłego huku ucho z rzadka tylko rozróżniało poszczególne strzały. Po drugiej stronie bój również nie ustawał. A Bozżanowa nie ma. Do diabła! Przeklinałem i siebie, i jego; wysłałem mu na spotkanie konny zwiad, zadręczałem się. Ale złość się czy nie, człowieku, wszystko jedno - z miejsca ruszyć nie mogłem. Sam się tu wpakowałem, sam się zagrzebałem... Żołnierze kopali na skraju lasu obronę okrężną. Kazałem to robić na wszelki wypadek... Niechby się tylko zjawił Bozżanow, a natychmiast ruszymy dalej. Żołnierze pozrzędzą: „na próżno ryliśmy“. Daj Boże, aby to było na próżno. Wraz z Rachimowem dokonałem przeglądu kompanii. Po krótkim odpoczynku, po zjedzeniu białego chleba i gorącej mięsnej zupy, ludzie nabrali humoru. Witano mnie żarcikami. Pobliski huk dział i strzelanina, którą słychać było zewsząd, nie wywierały szczególnego wrażenia. To dla nas nie pierwszyzna, strach należał już do przeszłości, do historii batalionu. Pomyślałem sobie: nie zginiemy. 2 Wezwałem do sztabu dowódców kompanii. Wyjaśniłem, że oddział Bozżanowa udał się po armaty, lecz nie powraca, chociaż termin przewidziany na tę wyprawę upłynął. I zakomunikowałem im swoją decyzję: batalion nie odejdzie, póki nasi nie wrócą. Jeżeli trzeba będzie, przyjdziemy im z pomocą.

Po oczach poznałem: wszyscy zrozumieli, z uznaniem przyjęli ten rozkaz. Pomówiłem z dowódcami i zwolniłem ich. Wyszliśmy razem z namiotu sztabowego. Między drzewami ujrzeliśmy jeźdźca. Z daleka krzyczał radośnie: - Idą! Zatrzymali się wszyscy. Jeździec przywiózł nam tak upragnioną wiadomość: nasi idą, oddział Bozżanowa zbliża się do lasu i ciągnie działa. Teraz wreszcie mogłem wydać rozkaz kontynuowania marszu na Wołokołamsk. - Wszyscy na miejsca! - powiedziałem. - Przygotować się do marszu. Filimonow, zaczekaj! Filimonow, czterdziestoletni, szczupły i energiczny lejtenant, był dowódcą trzeciej kompanii. Dałem mu takie zadanie: natychmiast wyruszyć ze swoją kompanią jako straż przednia. Tak należy w warunkach bojowych uszykować batalion w marszu: straż przednia wyprzedza główną kolumnę o trzy do czterech kilometrów. Obejrzeliśmy razem z Filimonowem mapę. Prostą i najbardziej dla nas wygodną drogą była szosa. Z powodu odwilży wszystkie okoliczne drogi na pewno zmieniły się w grzęzawiska, z wyjątkiem tego jednego twardego pasma. Ale na tę właśnie drogę z kilku punktów parli dwiema czy trzema grupami Niemcy. Nakreśliłem marszrutę cięższą, lecz pewniejszą. Należało przeciąć szosę, potem skręcić na północ i bocznymi drogami dojść do Wołokołamska. Filimonow powinien był natychmiast ruszyć tą marszrutą wyprzedzając o przepisową odległość główną kolumnę batalionu. Filimonow pobiegł do kompanii. Sinczenko przyprowadził Łyska. Wskoczyłem na konia i pojechałem do oddziału Bozżanowa. Wielkie konie artyleryjskie z wysiłkiem ciągnęły działa po bezdrożu łożyskiem płytkiego parowu. Mgła zlizała cienki pokrowiec śniegu. Koła cięły darń. Żołnierze wsparli się nogami w mokrą trawę i pomagali koniom. Na mnie spoglądali posępnie. Ktoś zaklął ponuro. Ktoś powiedział: - Ech, towarzyszu dowódco batalionu... Prą wszystkimi drogami... Inny, utkwiwszy wzrok w ziemi, mruknął: - A jemu co? Smagnie batem kobyłę i tuś go widz... Poznałem Paszkę. - Paszko, coś ty powiedział? - Nic... Należało przywołać go do porządku, ale zmilczałem. Nie rozumiałem, co się stało z ludźmi. Przecież szczęśliwie powrócili z trudnej, niebezpiecznej wyprawy, z honorem wypełnili zadanie bojowe. Czemuż więc zamiast dumy, zamiast radości - to przygnębienie. Podszedł Bozżanow. Zazwyczaj ożywiony, uśmiechnięty, miał teraz również posępny wyraz twarzy. Bozżanow zaczął meldować przepisowo, ale przerwałem mu:

- Co się tam u was stało? Czemu jesteście tak wszyscy oklapnięci? Zniżywszy głos Bozżanow powiedział niechętnie: - Dowiedzieli się... - O czym się dowiedzieli? - Nasi zewsząd się wycofali. A my znów... - Jakie znów? Co to za bzdury? Bozżanow spojrzał mi przeciągle w oczy i powiedział ze smutkiem: - Towarzyszu dowódco batalionu, czemu tak ze mną mówicie? Przecież wiecie, że ja... Ale znów mu przerwałem: - Twoje „ja“ - patrz! - Wskazałem na posępnych żołnierzy, którzy ciągnęli armaty. - Pamiętaj o nich: ty odpowiadasz za ludzi. No, co „my znów“? - Znów sami... - Skąd to wziąłeś? - Samiśmy widzieli, jak ściągano posterunki. Wszyscy się cofali... Już dawno, towarzyszu dowódco batalionu. - Ach, więc to tak! - Przypomniały się słowa Siewriukowa o „żołnierskim telefonie bez drutu“. Jakże cieszył nas ten „telefon“ wówczas, w chwilach powodzenia wojennego. Ale teraz, w czasie odwrotu było inaczej. Powoli posuwały się działa i jaszcze z pociskami. Zamyślony spoglądałem na ludzi. Znów ujrzałem Paszkę. Z opuszczoną wciąż głową wraz z innymi popychał armaty, całą siłą muskularnego ciała pchał działo, wparłszy się obcasami w miękką, odtajałą ziemię. Błoto oblepiło mu buty, widoczne były jednak wysokie eleganckie cholewy z żółtego chromu. Mimo woli spytałem Bozżanowa: - Skąd on ma te buty? Bozżanow odpowiedział: - Zdjął w Nowlanskoje z Niemca. Zabił oficera i zdjął. Tak, dziwny chłop z tego Paszki. Odważny, ale... Ale nie ma jeszcze, nie wyczuwa się w nim, jak już to zauważyłem w nocy, najważniejszej cnoty żołnierza - karności, zdyscyplinowania, którą wpaja się drogą uporczywych ćwiczeń wojskowych i która staje się drugą naturą żołnierza. Żałowałem, że przed chwilą nie zbeształem go. To wpłynęłoby na innych... Trzeba było, aby wszyscy usłyszeli natychmiast słowo dowódcy. Ale nie było już na to czasu. Musiałem bezzwłocznie sprawdzić wiadomość, którą przywiózł Bozżanow: wyjaśnić sytuację, zorientować się, powziąć decyzję. 3 Wystrzały armatnie, które niedawno zlewały się w przeciągły huk, stawały się rzadsze, ale brzmiały donośniej. Czy dlatego, że były bliższe, czy może dlatego, że tu poza lasem drzewa nie tłumiły huku. Natomiast terkotanie karabinów i cekaemów oddaliło się, odeszło gdzieś daleko w bok.

A przed nami, jak i poprzednio, było pusto: odcinek drogi pobłyskujący kałużami i błotem, wilgotne stoki parowu, wyraźnie zarysowany na tle szarego nieba nierówny wierzchołek zasłaniający horyzont, z tyłu las. Ciężko znaleźć się bez określonego zadania wśród oddzielnych ognisk walki, kiedy nic dokładnie nie wiesz, nic nie widzisz. Bezpieczeństwa batalionu strzegły rozstawione patrole, ale po informacjach Bozżanowa postanowiłem rozejrzeć się dokoła z jakiegoś najbliższego wzgórza, zobaczyć, co się dzieje. Powiedziałem Bozżanowowi: - Wciągaj działa do lasu. Ja tylko dopadnę wzgórka, rozejrzę się. Sinczenko ruszył za mną, lecz kazałem mu czekać na skraju lasu. Po chwili Łysek wyniósł mnie na szczyt pagórka. Stamtąd ujrzałem wieś, rozrzuconą wzdłuż szosy. Dostrzegłem szybkie białe wybuchy strzałów armatnich. Skierowałem tam lornetę. Nasza artyleria cofała się. Traktory, ciągnące działa, wypełzały ze wsi i posuwały się polem, skręcając z szosy w bok. Obok armat szli artylerzyści. Rozróżniłem wysoką postać pułkownika Malinina, dowódcy pułku artylerii. Ujrzałem przez lornetę, jak się zatrzymał, wyjął i otworzył papierośnicę, wziął papierosa i zapalił - wszystko to zrobił powoli, ze świadomie podkreślonym spokojem. Potem zatrzymał mijające go właśnie działo i wskazał jakiś kierunek. Traktor ruszył dalej, artylerzyści stanęli na swoich miejscach. Skierowawszy lornetę w stronę, którą wskazał Malinin, po raz pierwszy ujrzałem niemieckie czołgi... Białe krzyże na sinawo-czarnym opancerzeniu, płomień buchający z wysmukłych luf... Strzelając w ruchu czołgi wchodziły do wsi. Chciałoby się, nie odrywając wzroku, obserwować tę bitwę, oglądać rozwijającą się przede mną wstęgę współczesnej wojny, ale opuściłem lornetę i spojrzałem wokoło. Drogą, która prowadziła na szosę, pędzili moi jeźdźcy. Pomyślałem: pewnie zetknęli się gdzieś z nadciągającymi tu Niemcami; nasze oddziały, cofające się na północ, prawdopodobnie już opuściły tę drogę polną. W jaki teraz sposób, którędy wydostaniemy się stąd? Należało natychmiast przerzucić batalion na drugą stronę drogi polnej, dopóki wolne jest wejście na szosę, aby nas nie odcięli, nie zamknęli w kątownicy dróg. Z niepokojem dalej obserwowałem okolicę, gdy nagle ujrzałem kompanię Filimonowa, która już wyruszyła zgodnie z moim rozkazem. Uszykowana w kolumnę marszową kompania wyruszyła parowem nie widząc czołgów ani tego, co się dzieje we wsi, posuwała się w tę stronę prosto w łapy Niemców. Czy on oszalał? Idzie, do diabła, jak ślepy! Z wściekłością uderzyłem ostrogami Łyska, który zadrżał z bólu. Mijając las i batalion pomknąłem galopem za kompanią. 4 Dogoniłem. - Kompania, stój! Filimonow, dokąd leziesz? Zaskoczony odpowiedział: - Według rozkazu, towarzyszu dowódco batalionu! - Dokąd idziesz?

- Chciałem, towarzyszu dowódco batalionu, tym parowem dojść do wsi. A potem iść ustaloną marszrutą. - Czemuś nie wysłał patroli? We wsi są Niemcy! Na jego czerwonej twarzy ukazał się wyraz skonsternowania. On, Jefim Filimonow, który potem stal się jednym z bohaterów batalionu, omal nie wyprowadził teraz swej kompanii, pozbawionej zupełnie broni przeciwpancernej, wprost na czołgi wroga; wiódł żołnierzy jarem nie wiedząc, co się dzieje dokoła. Zdążyłem go zatrzymać; kompania nie straciła ani jednego żołnierza, ale stracono wiele czasu. Ktoś pędził do nas konno parowem, pędził co tchu, galopem. Poznałem szarą kobyłę Sinczenki. Zatrzymał się. - Towarzyszu dowódco batalionu, pouciekali... - Kto? Był zdenerwowany, szybko oddychał i nie odpowiadając ciągnął dalej: - Zobaczyli was... Krzyknęli: „dowódca batalionu uciekł“. I rzucili się... - Kto? - Ci... wczorajsi... których przyjęliście... - A batalion? - Nie wiem... Na drodze są już Niemcy. Ci krzyknęli: „dowódca batalionu uciekł“ i rzucili się w różne strony. A ja zaraz po was... Zawołałem: - Filimonow! Kompania wraca! Biegiem! Sinczenko za mną! I po raz drugi tego dnia dałem ostrogi Łyskowi. 5 Popędziłem w stronę lasu. Z daleka wydawało się, że jest pusty. Czyżby naprawdę był pusty? Czyżby to była panika? Czyż moja broń, mój batalion, rozleciał się w jednej chwili. Więc nie ma po co żyć? Ale nie wierzę, nie wierzę. Gdy pędziłem w stronę lasu, dostrzegłem na skraju kilka osób. Jak gdyby na mnie czekali. Dopadłem ich. Ujrzałem posępną twarz Krajewa, ujrzałem linię nie dokończonych stanowisk strzeleckich, pagórki świeżo wykopanej ziemi. Żołnierzy nie było. - Krajew! Co się dzieje z batalionem? Gdzie są żołnierze? Zasalutowawszy odpowiedział: - Towarzyszu dowódco batalionu, była komenda przygotować się do marszu... - Więc... Gdzie jest kompania? - Uszykowana czeka w lesie... W kompanii, towarzyszu dowódco, jest wszystko w porządku.

- Więc co się stało? Gdzie? Krajew wskazał w kierunku miejsca, gdzie kilka minut temu spotkałem oddział powracający z działami. Mruknął posępnie: - Tam... No, tak szybko nic z niego nie da się wydobyć. Łysek poniósł mnie galopem. Z jakiegoś punktu na sekundę odsłoniła się droga polna. Jadą auta, pełno aut, suną ciągniki z armatami. Niemcy! Teraz z góry, do parowu. Dwóch dział jeszcze nie wciągnięto do lasu. Obok dział stali stłoczeni ci, których wczoraj po nocnej walce w Nowlanskoje przyjąłem do batalionu. Nie wyciągali dział, nie pracowali, bezładnie przywarli do ugrzęzłych kół, do stojących koni. Ujrzałem Bozżanowa; był blady, gorączkowo zaciskał wargi. - Bozżanow! - zawołałem. - Czy oni krzyczeli, że dowódca batalionu uciekł? W milczeniu kiwnął głową. Wargi jego były wciąż zacięte, znajoma okrągła twarz miała wyraz tak surowy, że zmieniła się nie do poznania, policzki zapadły, rysy się zaostrzyły. - Oto jest wasz dowódca batalionu! Czy wszyscy widzą? Spojrzałem na tłum żołnierzy. - No, wszyscy widzicie dowódcę batalionu? Wszyscy słyszycie? Bozżanow, doprowadź ludzi do porządku! Wciągnij armaty! Potem przyjdziesz do sztabu, do mnie, wyznaczę ci odcinek do obrony. Dotknąłem wodzy: dobry, wypoczęty konik, posłuszny najmniejszej woli jeźdźca, ruszył do namiotu sztabowego, do lasu. 6 Znaleźliśmy się w kątownicy niemieckich kolumn. Batalion był znów odcięty. Jeżeli przyszły krytyk naszej powieści będzie uważał za właściwe oskarżyć o to kogoś, ułatwię mu zadanie, to ja zawiniłem! Bez ryzyka nie ma wojny! Zaryzykowałem, posłałem ludzi na tyły po zostawione tam pociski i armaty. Armaty zostały wydobyte, ale batalion ugrzązł, batalion został odcięty. Teraz nie wyjdziemy stąd aż do zmroku. Czy nie narobiłem błędów? Możliwe. Czy nie należało działać bardziej mądrze, bardziej przewidująco? Możliwe. Jeśli na to zasłużyłem, niechaj mnie zbesztają bez pardonu za te błędy, ale nie chcę uchodzić za nieomylnego, nie jestem „złotym“ dowódcą, takim, co go można do rany przyłożyć. Znaleźliśmy się w kątownicy niemieckich kolumn. Bitą drogą szły czołgi. Za nimi dwoma rzędami, na Wołokołamsk, na Moskwę, szła artyleria, jechały ciężarówki z piechotą i amunicją. Mimo nas posuwało się zgrupowanie wojsk niemieckich w kierunku głównego uderzenia nieprzyjaciela. A drogą polną w tym samym kierunku wchodziły na szosę transporty zgrupowania wspierającego, które przedarły się wczoraj obok nas. Na skrzyżowaniu dróg powstawał korek. Niemiecka służba drogowa już regulowała ruch zatrzymując to jedną, to drugą kolumnę.

Patrzyłem przez lornetę. Na ławkach umieszczonych w długich chyboczących się w czasie ruchu ciężarówkach siedzieli niemieccy żołnierze, niemal wyłącznie najmłodsze roczniki - w letnich furażerkach, ubrani w cienkie płaszcze. Wielu wsunęło zziębnięte ręce w rękawy, dokuczała im zimna październikowa wilgoć. Nacierali, zbliżali się do Moskwy, lecz ani w ich zachowaniu, ani na twarzach nie można było dostrzec podniecenia z powodu zwycięstwa. Dla nich, zdobywców, to był chleb powszedni. Byli pewni, że zawsze tak będą jechać, wciąż naprzód i naprzód! Podszedł do mnie dowódca baterii artyleryjskiej. - Czy działa są wycelowane? - zapytałem. - Tak jest, towarzyszu dowódco batalionu. - Załadować działa i zameldować! W części lasu najbardziej wysuniętej w stronę skrzyżowania dróg ustawiliśmy osiem armat. Część artylerzystów została przerzucona do innego punktu, gdzie stało sześć armat batalionu Szyłowa. Odległość od lasu do skrzyżowania dróg wynosiła zaledwie kilometr, wieś leżała tuż przed nami, niemieckie ciężarówki znajdowały się w zasięgu strzału armatniego i były dobrze widoczne; to się nazywa: bić na wprost. - Gotowe - zameldował dowódca baterii. - Zaczynaj! Bić salwami! Salwami! Rozległa się komenda: - Bateria... Pauza. - Ognia! Błysnęło. Buchnęło. Zadrżała ziemia. Widziałem przez lornetę: poleciały kawałki drzewa i blachy. - Ognia! Niemcy zeskakiwali z ciężarówek, kryli się w rowach przydrożnych po obu stronach drogi, znikła gdzieś służba regulacji ruchu. - Ognia! Nie, panowie zwycięzcy, nie przejdziecie tu! Odcięliście nas? - Nie. Nasz ogień odciął wam drogę, rozbił wasze kolumny. Pilno wam do Moskwy. Zatrzymajcie się. Najprzód zmierzcie się z nami, jeśli łaska, spróbujcie zgnieść batalion Armii Czerwonej. 7 Ruch na szosie został wstrzymany. Nasze salwy armatnie paraliżowały ruch kolumn niemieckich. Tylne ciężarówki z trudem zawracały i omijając samochody jadące im naprzeciw wracały do wsi zatrzymując się w miejscach, gdzie znów powstawały korki. Pozostawiłem w tej części lasu dwie armaty. Kazałem bić w niemieckie samochody, a potem, kiedy przeciwnik zacznie odpowiadać, zmienić pozycję.

Pozostałe armaty przetoczyliśmy przez las, toporami i piłami torując szybko drogę do skraju położonego najbliżej wsi. Żołnierze korygujący ogień wdrapali się na sosny z lornetami, z aparatami telefonicznymi. Z tych punktów obserwacyjnych donieśli: wieś zapchana jest samochodami, zostają one skierowane na boczną drogę polną, ale tam ciężarówki grzęzną w błocie. Powiedziałem dowódcy baterii: - Dodaj im żaru! Rzuć w to skupisko sześćdziesiąt pocisków. Potem czekaj na dalsze rozkazy. Jeżeli się ruszą, powtórzymy. Poszedłem w kierunku sztabu. Kompanie zajęły w lesie obronę okrężną. Żołnierze wryli się w ziemię. Klin lasu, w którym umocniliśmy się teraz, był obszerniejszy od naszej wczorajszej wysepki, ale nie poprzestając na tym umyślnie szerzej rozciągnąłem obronę, aby zmniejszyć straty od niemieckiego ognia, który jak się spodziewałem, musiał nastąpić. Jeden pluton karabinów maszynowych i trzy plutony strzeleckie zostały odsunięte w głąb i rozmieszczone w różnych punktach jako odwód. Żołnierzom odwodu kazano kopać dla siebie rowy. Punkt opatrunkowy z rannymi ukryty był również w umocnieniach ziemnych, w wąskich rowach ciągłych. Pluton gospodarczy kopał schrony dla koni. Stanowisko dowódcy batalionu nie mieściło się już w namiocie, tylko w ziemi, pod wielowarstwowym belkowanym nakryciem. Jak zwykle, paliła się tam lampa, stal znajomy stół, w kącie ulokowali się telefoniści i na przywitanie, jak zwykle, wstał ze swego miejsca Rachimow. Zadzwoniłem tam, gdzie rozmieściły się na stanowiskach ogniowych armaty Szyłowa. Skierowane były na drogę polną zapchaną teraz zniszczonymi autami. Kazałem wystrzelić pięćdziesiąt pocisków na najbliższą wieś na drodze polnej, gdzie skupiły się auta. Czułem: nieprzyjaciel jest osaczony. Jest przygwożdżony: ani w tę, ani w tamtą stronę. Teraz pokaże nam swą paszczę. Cóż, zobaczymy, czy potrafi nas połknąć... Czy mu nie stanie w poprzek gardła ten kolcami najeżony kąsek. Nie wiem, czy znacie to uczucie skupienia sił twórczych, kiedy mózg chwyta i analizuje wszystko z niezwykłą jasnością, a ciało odczuwa cudowną lekkość. Z różnych stron grzmiały moje armaty. Myśmy nacierali. Myśmy prowadzili grę. Wczorajszego przygnębienia, wczorajszych obaw - jak gdyby nigdy nie było. 8 Zasada taktyki wojny błyskawicznej, stosowana przez Niemców jeszcze w Polsce, w Holandii, w Belgii i we Francji, polegała, jak wiadomo, między innymi na następującym chwycie: po przełamaniu w różnych miejscach linii frontu pędzili naprzód, wciąż naprzód, pozostawiając za sobą rozdzielone, rozdarte, zdemoralizowane oddziały nieprzyjaciela. Pod Moskwą to się hitlerowcom nie udało. Będę jednak opowiadał tylko o swoim batalionie. Zostaliśmy odcięci w czasie marszu, na postoju, powtórzę w nawiasie: z mojej winy, w pobliżu jedynej w tej okolicy twardej, bitej drogi. Niemcy mogli pędzić tą drogą naprzód, ale myśmy z kolei przecięli ją naszym ogniem. W języku wojskowym nazywa się to: kontrolować drogę za pomocą ognia. W ten sposób zmusiliśmy Niemców zamiast - „naprzód, naprzód!“ do zajęcia się likwidacją gniazda oporu. Zmusiliśmy... w języku wojskowym to się nazywa: narzucić swą wolę nieprzyjacielowi.

Niemcy zaczęli siec las pociskami i minami. Myśmy odpowiadali manewrując swoją artylerią. Skupiwszy w jednym miejscu wszystkie czternaście armat dawaliśmy kilka salw na tyły przeciwnika, potem szybko rozrzuciwszy artylerię po dwa lub cztery działa, ostrzeliwaliśmy szybkim ogniem inne punkty. Z wierzchołków sosen mogliśmy dojrzeć sześć wiosek. Wszystkie sześć były zajęte przez Niemców. Dopiekaliśmy wrogowi kolejno w tych punktach, gdyż pocisków i armat mieliśmy dosyć. Przeleciało dziewięć bombowców. Wyjąc przeciągle przeszły w lot nurkowy. Las drżał od ciężkich wybuchów. I cóż? Matka ziemia obroniła... ucierpiały głównie konie, dla których nie zdążono przygotować schronów. Czternaście zabitych koni, dwie rozbite armaty i sześciu ludzi rannych - oto wynik nalotu lotniczego. Około południa, daleko, w odległości jakich piętnastu kilometrów na północ, to jest od strony Wołokołamska, zagrzmiały znowu, jak z rana, armaty. Chwilami dalekie wystrzały zlewały się w jeden grzmot; jeśli sądzić z huku, strzelało tam nie dziesięć i nie dwadzieścia, lecz tak jak rano: sto lub sto pięćdziesiąt armat. Później dowiedzieliśmy się, że inny pułk artyleryjski przywitał tam niemieckie czołgi. A tymczasem myśmy nie przepuszczali posiłków, które szły tą drogą, nie przepuszczaliśmy artylerii, zmotoryzowanej piechoty, amunicji. Trzykrotnie atakowały nas tyraliery piechoty. Za każdym razem dopuszczaliśmy ich na niewielki dystans, a potem salwami karabinów i ogniem przeciwszturmowym karabinów maszynowych miażdżyliśmy niemieckie tyraliery zmuszając pozostałych przy życiu żołnierzy do czołgania się po ziemi i cofania się. Jeden z ataków rozpoczęli tam, gdzie właśnie znajdowało się kilka naszych armat manewrujących w lesie. Nadarzył się wypadek - wypadek, którego oczekuje w głębi duszy każdy prawdziwy artylerzysta - możność przywitania piechoty przeciwnika kartaczami. Czy wiecie, co to znaczy strzelać kartaczami? Pocisk wyrzucony z lufy rozrywa się w powietrzu, w locie, na tysiące odłamków, na tysiące palących ostrych kropli, które z wielką silą biją w twarz nacierającej piechoty. Tego dnia trzykrotnie dowiedliśmy wrogom słuszności elementarnej prawdy wojskowej: daremnym wysiłkiem jest atakowanie pod ogniem przeciwszturmowym, daremnym wysiłkiem jest atakowanie pozycji, jeśli nie są zniszczone gniazda ogniowe, jeśli duch obrońców nie jest zdławiony. Lecz ileż czasu, ile artyleryjskich pocisków musieliby zużyć Niemcy, gdyby chcieli nas zgnieść. Czas oto, co stracili przez nas Niemcy. Niszczyliśmy im również ludzi, żywą siłę bojową. Nieznacznie zapadł wieczór. Czas było już pomyśleć o odejściu. Ale, wyobraźcie sobie, nie chciało mi się odchodzić. Nasza amunicja wyczerpała się, gdyby nie to, powojowałbym na tym miejscu jeszcze dobę, jeszcze dobę przytrzymałbym tu nieprzyjaciela, pobawiłbym się z nim... Już nie czułem lęku. Znikły, pozostały gdzieś we wczorajszym lesie moje męczące rozmyślania. Tak wyzbyłem się lęku przed okrążeniem. Tak ukończyłem pierwszy kurs wyższego wykształcenia wojskowego. 9 Zapadł zmrok. Zwiadowcy donieśli: wszystkie okoliczne wsie są obsadzone przez wojska niemieckie, dokoła każdej wsi wystawiono silne ubezpieczenie. Wszystkie drogi odwrotu są dla batalionu odcięte. Ale główna szosa, póki my tu jesteśmy, nie należy do Niemców. Niemcy, korzystając z ciemności, spróbowali znowu posuwać się szosą. Ale myśmy im nie pozwolili. Usiłowali objechać szosę bocznymi drogami. Ale myśmy im przeszkadzali, strzelaliśmy po rozwidleniu dróg. Miałem uczucie, że przyciąłem przeciwnikowi ogon. I nie chciało mi się go wypuszczać.

O dziewiątej czy dziesiątej godzinie wieczorem przybył wysłany przez Panfiłowa lejtenant Anisjin. Podał mi kartkę od generała: natychmiast wychodzić z okrążenia, wyprowadzić batalion w stronę Wołokołamska. Anisjin przedostał się do nas lasem. Odległość między batalionem i naszymi wojskami dochodziła do dwudziestu pięciu kilometrów. Jak przebyć tę przestrzeń? Można cofnąć się lasem. Spójrzcie na mapę - widzicie wydłużone pasmo lasu, z kilkoma przerwami ciągnie się ono na północ, podchodząc bezpośrednio do Wołokołamska. Piechota przejdzie lasem łatwo. Ale armaty, tabory? Czy porzucić je? Powziąłem decyzję: przedostać się w ciemności do masywu leśnego i maszerować kierując się kompasem wprost na Wołokołamsk, torując toporami drogę dla artylerii i taborów. Daliśmy pożegnalny koncert, pożegnalne salwy z dział, godząc w niemieckie tyły wszędzie, gdzie sięgały nasze armaty. A teraz do widzenia, panowie! Spotkamy się jeszcze. Batalion zaczął zbierać się do marszu. 10 W ciemności posuwamy się wciąż naprzód lasem. Był to stary, wiekowy rezerwat. Pracują piły i siekiery, zwalamy i odsuwamy na bok drzewa, wyrąbujemy przejścia, wyrąbujemy po sobie. W batalionie jest siedemdziesiąt pił, sto pięćdziesiąt siekier - wszystkie są w ruchu. Idziemy wciąż naprzód. W ciemności słabo świeciły świeżo ścięte pnie. Wyrąbanym przejściem ciągną wózki, wozy sanitarne, armaty. Mamy ze sobą dwanaście dział. Dwa zostały zniszczone w boju i ostatecznie wysadzone przez nas w powietrze. Straciliśmy około dwudziestu koni, ale i ciężarów mamy mniej: przeszło tysiąc pocisków wystrzeliliśmy, pozostała tylko żelazna racja. Niewiele pozostało i jaszczy z nabojami. Na wozach nie ma chleba, konserw, kasz, warzyw, coś niecoś tylko zostawiono dla rannych. Już czas, już czas odchodzić. Jutro byłoby ciężko. Idziemy, tniemy, rąbiemy. Posuwamy się powoli. W niektórych miejscach, w wiatrołomie, w gęstwinie, robiliśmy mniej niż kilometr na godzinę. Mimo wszystko jednak torujemy sobie przejście według kompasu. Na dziesiątki lat zostawiamy pamiątkę po sobie. Posuwamy się bez postojów; bez wytchnienia, tylko co godzinę zmieniają się oddziały przy pracy. Świt zastaje nas w lesie, w ruchu. Wysokie pnie padają ze świstem, z hukiem, łamiąc swym ciężarem i gniotąc pod sobą młode drzewka i uschnięte pnie i gałęzie. Nagle wszystko staje. Cichną piły. Urywa się stuk siekier. Jakiś spóźniony wierzchołek świszcząc zakreślił łuk i rąbanie ustaje! Straż przednia doniosła: batalion zbliżył się do polany idącej w poprzek lasu. Przechodziła tamtędy droga polna, która prowadziła w stronę szosy. Droga ta zajęta była przez nieprzyjaciela. 11 Stoję na skraju lasu i patrzę. Pełzną ciężarówki, więzną w błocie, stają. Te z ławkami, które wiozą piechotę, jadą próżne, ale w pudłach, obok kabin, jak drzewo ułożone były lufy moździerzy. Żołnierze idą pieszo podpierając i wyciągając z błota auta. Niektóre samochody są po brzegi naładowane amunicją, inne - ciągną lekkie armaty. Gdzieś w autach leżą karabiny maszynowe, granaty. Stoję pięć, dziesięć minut, patrzę i rozmyślam. Auta wciąż pełzną, spod kół pryskają ukośne fontanny błota. Piechota podpiera auta i wraz z nimi posuwa się naprzód. Jeźdźcy, których wysłałem na skraj

lasu, powrócili z wiadomością: końca nie widać. Tędy przepływa potok, któremu wczoraj przecięliśmy drogę przy szosie. Polana miała blisko kilometr szerokości. Trzeba przebyć ten kilometr, przebyć i zniknąć w leżącej naprzeciw ścianie lasu. Co robić? Przygotować działa? Zdjąć z wózków karabiny maszynowe? Rozpocząć bitwę? Ale pocisków prawie nie ma. Nabojów zostało niewiele. Przeczekać do nocy? Nie wolno! Przeciwnik dowiedział się już na pewno albo wkrótce się dowie, że porzuciliśmy nasze wczorajsze gniazdo. Idąc w ślad za nami korytarzem, który przerąbaliśmy, mogą nas w każdej chwili tu odkryć, a batalion nie ma już czym się bronić, długo nie potrafimy odpowiadać ogniem na ogień nieprzyjaciela. Co prawda, można by spróbować cofnąć się w głąb lasu, ukryć się aż do zapadnięcia zmroku. Niemcy nie lubią przenikać w głąb lasów, wolą nie rozpoczynać tam bojów. Ale mam rozkaz: prowadzić batalion w kierunku Wołokołamska. Oczekuje nas Panfiłow. Potrzebni jesteśmy tam, aby ogniem przywitać te hordy, potrzebni jesteśmy jak najprędzej, aby podeprzeć naszą przegrodę uginającą się pod naporem wroga. Trzeba się przedrzeć! Przebić się natychmiast! Jak? Niespodziewanym atakiem na bagnety? Zaskoczeni znienacka, Niemcy niewątpliwie nie okażą w pierwszej chwili poważnego oporu. Zmieszają się, gdy w ciszy zagrzmi nagle groźne rosyjskie „hura“. Po przebiciu szerokiej bramy ukryjemy się po obu stronach drogi i utrzymamy to przejście dotąd, aż przejdą nasze wozy, artyleria, ranni. Stworzymy im zasłonę ogniową, na ten cel starczy nabojów. Potem wyruszą i cofną się kompanie. Ich odejście trzeba będzie również osłonić. Jak? Dwoma karabinami maszynowymi. Najcięższe zadanie, nieludzko ciężkie zadanie wypadnie do spełnienia obsłudze cekaemów, tym, którzy zostaną ostatni, aby walczyć oko w oko z nacierającym wrogiem. Ci ludzie nie będą mieli osłony, nie ujdą cało. Do takiego czynu, do takiego bohaterstwa potrzebni są ludzie najbardziej nieugięci, najbardziej oddani. Ci, którzy będą strzelać do ostatniego tchu, którzy spełnią do końca święty obowiązek żołnierza, wypełnią rozkaz i nie cofną się! Ciężko... Ciężko powiedzieć nawet samemu sobie: „ostatnia pozostanie obsługa karabinu maszynowego Błochy“. Zostanie na zawsze na tej leśnej polanie. I Bozżanow... Tak, wraz z obsługą cekaemów zostanie Bozżanow. Teraz jestem spokojny o to, że przy cekaemach nikt nie drgnie, że cofniemy się w porządku, że zdołamy zabrać ze sobą wszystkich rannych i zabitych. Wszystkich... Prócz ostatniej garstki bohaterów. 12 Batalion w ciszy ściągał do skraju lasu. Wydałem rozkaz: - Podaj dalej: dowódcy kompanii - do mnie. Oficer polityczny Bozżanow - do mnie! Jak to powiem Bozżanowowi? Jak wymówię: „Dżałmuhammed, składam ciebie w ofierze“? Oczekując dowódców wpatrywałem się ciągle w zwolna posuwający się potok niemieckich aut. Na razie nie widać tam najmniejszych objawów niepokoju. Nikt nie przypuszcza, że tuż obok znajduje się ukryty w lesie batalion Armii Czerwonej.

A może działać inaczej? Może... Ale to okropne ryzyko. Obejrzałem się na żołnierzy, którzy stali cicho pomiędzy drzewami nie odrywając oczu od Niemców. Każdy z mych żołnierzy miał karabin, każdy miał w ładownicy przepisową ilość nabojów - po sto dwadzieścia na każdego. A jeżeli jednak... Ach, karabinie, mój karabinie, czy nie wyratujesz nas? Do diabła - jeżeli zdecydujemy się na wykonanie ryzykownego pomysłu, który zawładnął całkowicie mymi myślami, to w razie niepowodzenia możemy wszyscy zginąć, ale za to, jeżeli się uda, wszyscy zostaniemy przy życiu, nikogo nie trzeba będzie składać w ofierze w paszczę śmierci. Cóż, ryzyko - to szlachetna rzecz. Nie, ryzyko bez rozwagi nie jest szlachetne. Ale w tym wypadku przecież rozważyłem sprawę. Znów spojrzałem na żołnierzy. Jeśli zapytać któregokolwiek z nich: „Jak myślisz - czy pozostawić na zgubę kilku towarzyszy, żeby uratować resztę, czy też zaryzykować: albo wszyscy zginiemy, albo wszyscy bez reszty wyjdziemy cało“ - każdy z nich powie: „zaryzykujemy“. No dobrze, przyjaciele! Nikogo nie zostawimy. Kolejno zjawiali się dowódcy. Z czułością spojrzałem na Bozżanowa. Zauważył to, zdziwiony wpatrywał się we mnie i nieśmiało uśmiechnął się w odpowiedzi. 13 Wyjaśniłem dowódcom pomysł przedarcia się. Wyglądało to tak: batalion ustawia się w jeden szereg tworząc romb. Wewnątrz rombu umieszczamy wozy i armaty. Na moją komendę batalion posuwa się wolnym krokiem, zachowując kształt rombu. Karabiny trzymać gotowe do strzału. Na moją komendę strzelać salwami w marszu. Strzelać nie w powietrze i nie w ziemię, ale mierząc bezpośrednio, celując wprost w nieprzyjaciela. W lesie trudno było się ustawić. Na przedzie w ostrym kącie umieściłem Rachimowa, w bocznych kątach - Krajewa i Filimonowra, z tylu zamykał kolumnę Bozżanow. Oddział Bozżanowa, mój nie przewidziany planem odwód, osłaniał tyły. Powiedziałem im, naszym przybranym dzieciom: - Wyznaczam wam, towarzysze, najbardziej odpowiedzialne miejsce. Ufam wam! Jeśli pójdzie dobrze - wszystkie grzechy wam się zapomni. Rozdano im dodatkowo granaty, w tej liczbie i wielkie, przeciwczołgowe, aby pod koniec, gdy batalion już się przedrze, spowodować kilka wybuchów w kolumnie niemieckich aut. Wyszedłem z tylnego kąta i mijając wozy i armaty stanąłem na przedzie, obok Rachimowa. Obejrzałem się. Wydałem cicho rozkaz: - Batalion... marsz! I poszedłem. Poprowadziłem naprzód najeżony romb. Niemcy nie od razu zrozumieli, kim jesteśmy, co za dziwna milcząca kolumna wysuwa się z lasu. Wielu w dalszym ciągu pchało auta, inni zwróceni w naszą stronę, parzyli ze zdziwieniem. Była to dla nich rzeczywiście rzecz niepojęta. Czerwonoarmiści nie idą na bagnety, nie krzyczą „hura“, to nie jest natarcie. Chcą się poddać? Ale nie podobna... Zwariowali? Jakie osiemdziesiąt, sto metrów pozwolili nam przejść nie wszczynając alarmu. Potem zabrzmiał rozkazująco okrzyk w języku niemieckim. Zorientowałem się: niektórzy rzucili się do aut, do broni, do karabinów maszynowych. Właśnie zorientowałem się: czas rozłożył się teraz jakby na najdrobniejsze odcinki.

- Batalion... Chwila ciszy. Nikt nie podniósł karabinu. Jak wiecie, otrzymali rozkaz strzelania w ruchu z ręki przyciskając kolbę do ładownicy. - Ognia! Ciszę rozdarła salwa. - Ognia! Wydając urywany grzmiący huk, który budził dreszcz zgrozy, wysłaliśmy znów wachlarzem kilkaset naboi. - Ognia! Myśmy szli i strzelali. To straszna rzecz - salwy ognia batalionowego, jeden zbiorowy strzał z siedmiuset karabinów, powtarzający się w różnych odstępach czasu. Przycisnęliśmy wrogów do ziemi, nie daliśmy im podnieść głowy, poruszyć się. Myśmy szli i strzelali, miażdżąc wszystko na swojej drodze. Ani jeden żołnierz nie wyszedł z szeregu, ani jeden nie drgnął. Prowadziłem batalion w przerwę pomiędzy autami. Na drodze, w błocie, leżeli zabici hitlerowcy. Wydając komendę prowadziłem batalion prosto, nie zbaczając. Ludzie, konie, armaty i wozy przeszli po trupach poprzez niemiecką kolumnę. Batalion minął drogę. Rozległo się kilka wybuchów: to działały nasze granaty. A my posuwamy się wciąż naprzód i strzelamy salwami. W jednej z przerw pomiędzy salwami krzyknąłem: - Batalion! Słuchać komendy lejtenanta Rachimowa! Teraz Rachimow wykrzykiwał „Ognia!“... Żołnierze odwracali się i strzelali. W dalszym ciągu nie pozwalaliśmy wrogowi podnieść głowy, poruszyć się. Pozostając wewnątrz rombu, poszedłem z powrotem, omijając wozy i armaty, i zająłem stanowisko obok Bozżanowa. Do lasu pozostało dwieście, dwieście pięćdziesiąt kroków. Ani jeden Niemiec nie mógł dotąd użyć broni. Nagle z dala ukazało się kilka czołgów. Szły na nas z wciąż wzrastającym zgrzytem i strzelały w ruchu z karabinów maszynowych. Wytężając głos komenderowałem: - Batalion! Biegiem! Konie - galopem! Do lasu! Wszyscy pomknęli. I tylko garstka - tylny kąt, żołnierze Szyłowa - Bozżanowa, wciąż jeszcze szli, spoglądając na Bozżanowa i na mnie. Mimo napięcia, jakie panowało, roześmiałem się. Do diabła, no i oduczyłem ich od biegania. Krzyknąłem do nich: - A wam co - potrzeba osobnej komendy? Za mną! Biegiem! Pobiegliśmy i my. A z tyłu słychać szczęk, huk i terkot karabinów maszynowych. Ludzie, wozy, armaty - wchodzili już w las. Przed samym lasem, jakie dwadzieścia, trzydzieści kroków, upadłem. Umyślnie. Należało obejrzeć się; czy nie ma rannych, czy nie pozostawiono kogoś w polu bezbronnego, bez pomocy; jeśli pozostawiono choćby jednego, trzeba jakoś zatrzymać wroga, wynieść rannych i zabitych z pola. Ale nikogo nie pozostawiono. Dwaj żołnierze pochyleni nisko biegli niosąc kogoś na rękach.

Rozejrzałem się dokoła. Obok mnie upadł Bozżanow i jeszcze pięć osób. Wśród nich był Połzunow. Ukrył się za pniakiem; był nieco blady, wyciągnął uważnie szyję, jego rozumne, jasne oczy szybko rozglądały się po okolicy, w ręku trzymał gotowy do rzutu przeciwczołgowy ciężki granat. Jego twarz z pulchnymi młodzieńczymi wargami, która wryła mi się w pamięć owego ranka, kiedy z Połzunowem rozmawiał Panfiłow, była teraz zupełnie zmieniona. Zastanawiało w niej skupienie i stanowczość. Krzyknąłem: - Połzunow! Jeżeli zobaczę jeszcze generała, usłyszy on o tobie. Połzunow uśmiechnął się. Zakomenderowałem: - No, dalej, biegiem! Za mną. Skoczyliśmy i pomknęliśmy znów w stronę lasu. Z jakiegoś czołgu skierowano na nas strumień kul świetlnych. Jedna z nich syknęła mi nieprzyjemnie koło nogi. Ale w lesie ustawiły się już nasze armaty. Buch! Buch! Nadeszła chwila naruszenia żelaznych porcji. W biegu obejrzałem się. Jeden czołg z rozwalonymi gąsienicami obracał się w miejscu, niby wielki huczący bąk. Pozostałe zatrzymały się. Niełatwa to rzecz dla czołgów iść na armaty bezpiecznie ukryte poza stuletnimi sosnami. Wpadliśmy do lasu. Czołgi, warcząc i wciąż jeszcze strzelając, zaczęły się wycofywać. 14 Kilkakrotnie mówiłem w tej powieści o strzelaniu salwami. Robiłem to umyślnie. Chciałem, aby niektóre myśli mojej prawdziwej, nie wymyślonej powieści zostały jak gdyby wyróżnione tłustym drukiem, kursywą. Sposób ten jest oczywiście nieco wulgarny. Byłoby o wiele przyjemniej, gdyby krytyka sama wyjaśniła wszelkie aluzje, zestawiła pewne momenty i wytłumaczyła, co do czego należy. Ale chodzi tu nie o miłość, którą każdy przeżył i która dla każdego jest zrozumiała, lecz o technikę prowadzenia boju, o zagadnienia sztuki wojennej, o wojskową specjalność. Dlatego wszystko wytłumaczymy sami. Doświadczenie wojny nauczyło nas, dowódców, że we współczesnym boju, zarówno w obronie, jak i w natarciu, decydującym środkiem oddziaływania na nieprzyjaciela, na jego psychikę - jest ogień. Przy tym najpewniej działa niespodziewany ogień, oszałamiający, błyskawicznie paraliżujący wolę. W boju zwycięża ten, kto potrafi wziąć inicjatywę ognia w swoje ręce, posiąść przewagę ogniową w odpowiednim momencie i w odpowiednim kierunku skupić wachlarz siejących śmierć trajektorii. W boju zwycięża ten, kto potrafi przycisnąć przeciwnika do ziemi, ogłuszyć go i oślepić, aby następnie zniszczyć bezlitośnie. Uważam się za ucznia Panfiłowa i pragnę być godny tego miana. A Panfiłow, jak już wiecie, uporczywie powtarzał: „Dbajcie o żołnierza! Okazujcie mu swą dbałość nie tylko słowami, ale czynem, ogniem!“ Tak, piechotę trzeba chronić za pomocą ognia i manewrowania. Trzeba torować i oczyszczać jej drogę za pomocą ognia, ognia i jeszcze raz ognia! Mam tu na myśli nie tylko artylerię. Licz na artylerię, ale i sam nie zasypiaj! Artyleria nie będzie zamiast ciebie strzelać z karabinu, artyleria nie będzie zamiast ciebie kierować twoją kompanią, twoim batalionem. To są także słowa Panfiłowa, wypowiedziane pewnego razu podczas zajęć.

Tak, piechota ma dość siły, aby swoje posunięcia osłonić własnym ogniem. Piechota ma broń o wielkiej sile - broń, która umiejętnie wykorzystana, szczególnie w wojnie manewrowej, ruchowej, sparaliżuje psychikę nieprzyjaciela. Bronią tą jest salwa karabinowa. Siła salwy karabinowej tkwi w tym, że taka salwa jest niespodziewana, a podstawą, pominąwszy wybór odpowiedniej chwili dla rozpoczęcia ognia, jest znów i jeszcze raz dyscyplina. Takie oto myśli chciałbym wyróżnić kursywą: trzeba posuwać naprzód piechotę z pomocą ognia, i to nie tylko artyleryjskiego, ale i jej własnego, z pomocą salw karabinowych ognia piechoty.

W Wołokołamsku u Panfiłowa
1 Znowu idziemy przez las. Tniemy, wycinamy, wyrąbujemy drogę. Wołokołamsk niedaleko. Słychać strzelaninę. Oto skraj lasu. Stąd w oddali majaczą dzwonnice. Nieco z boku i bliżej ku nam czerwienieją wzniesione z cegły budynki stacji Wołokołamsk. Stacja jest oddalona od miasta o kilka kilometrów. Na stacji wre walka. Nagle unoszą się tam w powietrze pękate, żelazne wieże - ogromne zbiorniki benzyny - przez chwilę zawisły, potem ciężko osiadły na ziemi i rozleciały się. Bucha płomień i dym. Następnie rozlega się huk wybuchu. Stacja jest jeszcze w naszych rękach. Ale wojska już wysadzają kolej, składy i zbiorniki, żeby nie zostawić wrogowi ani kropli benzyny, ani ziarna zboża. Idę z batalionem ku miastu. Zatrzymują nas posterunki. To żołnierze naszego pułku. Od nich dowiaduję się, że sztab pułku znajduje się w mieście, w dzielnicy północno-wschodniej. Do miasta idziemy brukowaną drogą, dalej ciągnie się asfalt, ciągnie się aż do samej Moskwy, jest to owa szosa wołokołamska, która tak nęci Niemców. O sto kroków od pierwszych domków zatrzymałem batalion na krótki postój, na jednego papierosa. A po dziesięciu minutach kolumnami, ze wszystkimi działami, taczankami z cekaemami, jaszczami i wozami, rozstawionymi między oddziałami, ruszyliśmy ku miastu. Szedłem na przedzie, powierzywszy Łyska ordynansowi. 2 Pamiętam wrażenie, jakie wywarł Wołokołamsk. Niektóre domy, przede wszystkim w centrum, były rozbite przez bomby lotnicze. Jak widać, lotnictwo wroga nieraz robiło naloty na miasto. Ciężka bomba rozwaliła drewniany skład mąki. Jeden narożnik był wyrwany, w wyłomie sterczały zaostrzone końce rozłupanych belek, dach zapadł się, brama i ramy okienne wyleciały w powietrze. Mąka, rozsypana przez wybuch, nie tknięta tu ani stopą ludzką, ani kołami - szarą warstwą pokryła brzegi przydrożnego rowu. Na jezdni pod stopami chrzęściło szkło. Mąkę z rozbitego składu rozdawano ludności. Widać było pewien porządek, jakąś kolejkę, lecz mąki już nie ważono. Rozdawano ją z pośpiechem, sypiąc wiadrami do nastawionych worków, do powłoczek. A myśmy szli w szeregu, czwórkami, równo i w nogę. Zdawało się, że na ulicy wszyscy dokądś śpieszą, biegną, miotają się niespokojnie, zdawało się, że nikt z mieszkańców nie potrafi już chodzić spokojnie.

Oto po drodze znów rozwalony przez bombę nieduży drewniany dom, znów zwalone na bok belki ze świeżymi żółtymi śladami załamań, znów chrzęst szkła pod nogami. Obok ruin na skraju chodnika leżą zwłoki starej kobiety. Wiatr porusza siwymi, potarganymi włosami. Nieduża kałuża krwi krzepnie na ziemi wokół głowy. Jak widać, czyjeś ręce odsunęły zabitą na bok i teraz obok zwłok nie ma nikogo; ani bliskich, ani ciekawych. Z murowanej kamienicy o pustych czarnych otworach zamiast okien fala powietrza zerwała szyld, który zawisł na jednym haku i którego nikt już nie poprawia. Ulicą przechodzi patrol; na skrzyżowaniu ulic, z karabinem na ramieniu, z czerwoną opaską na rękawie, stoi żołnierz i reguluje ruch. Na nasz widok staje na baczność i salutuje. W mieście panuje wojskowy lad, lecz z poprzedniego, zwykłego ładu cywilnego nie pozostało już ani śladu. Mieszkańcy mijają nas szybko, biegną tu i tam, rzucają w pośpiechu jakieś zdania, niektórzy przenoszą rzeczy z miejsca na miejsce i wszyscy śpieszą się, śpieszą. Pamiętam, wydawało mi się wówczas, że tak zapewne zachowują się pasażerowie rozbitego przez burzę okrętu, wyrzuconego na nieznane skały. Duszę ogarnia strach: za chwilę wiązadła pękną, okręt pójdzie na dno. Przed bramą jakiegoś domu stoi wyrostek lat siedemnastu. Na sekundę spotkały się nasze spojrzenia. Patrzy badawczo, lecz spode łba. Młodzieńcza twarz jest bardzo poważna, głowa nieco pochylona naprzód. W tej postawie i w tym spojrzeniu dojrzałem upór i wyrzut. Po jakichś stu metrach, głośno licząc krok, obejrzałem się na szeregi batalionu i znów zauważyłem tego samego chłopca przed bramą. Stal nadal bez ruchu jakby na uboczu tego zamieszania i zgiełku. Później, kiedyśmy się dowiedzieli o walce wołokołamskich partyzantów z zaborcami, o ośmiu powieszonych w Wołokołamsku, przypomniał mi się nie wiadomo czemu ten młodzieniec. Pomyślałem, że właśnie on musiał być wśród tych, którzy walczyli. Nie był sam w mieście. Ale wtedy, w ten niewesoły październikowy poranek, rzuciła się nam w oczy jedynie bieganina uliczna i niepokój. Zapewne coś podobnego działo się i w wielu innych miastach, nad którymi zawisła straszliwa zagłada wszystkiego, czym się żyło przedtem, zawisła katastrofa - okupacja. Jeszcze nie zdobyte przez wroga, nie opuszczone przez nas miasto było jak gdyby już podbite, podbite przez strach. A myśmy szli i szli ponuro rozglądając się wokół. Na nas patrzono także. Ulicami miasta, dokąd przenikał ze stacji dym pogorzeliska, szli żołnierze w bojowym rynsztunku, przestrzegając przepisowych odstępów między szeregami, z oficerami na czele oddziałów, z armatami, karabinami maszynowymi i taborami. Nie, nie odstukiwaliśmy kroków, nie kroczyliśmy jak na defiladzie. Żołnierze szli ponuro, byli zmęczeni, nie spodziewali się wypoczynku lub radości, lecz jeszcze cięższych walk, ale pod spojrzeniami mieszkańców prostowali się, szli równo, miarowym krokiem. I patrzono na nas bez entuzjazmu, nikt nie zachwycał się nami. Wojska, które cofają się, nie wywołują zachwytu, armia, która się cofa, nie budzi entuzjazmu. Kobiety patrzyły z litością, niektóre wycierały łzy. Wielu najpewniej myślało, że wojska już porzucają miasto. Przerażone, smutne spojrzenia zdawały się pytać: „Czyżby wszystko było skończone? Czyżby przepadło wszystko, czemuśmy poświęcili nasze siły, nasze marzenia?“ Ciężki, ciężki był ten przemarsz przez miasto, lecz w odpowiedzi na spojrzenia mieszkańców, w odpowiedzi na panikę, niepokój, strach, który ogarnął miasto, dumnie wznosiliśmy głowy, prężyli ramiona, uparcie i ze złością stawiali kroki.

Każdy swym krokiem, jak gdyby wspólnym krokiem setek żołnierzy, odpowiadaliśmy: - Nie, okręt radziecki nie zatonie. Nie, to nie katastrofa, to wojna. Żołnierskim krokiem odpowiadaliśmy na strach, na niepokój, na litość. - Nie, nie jesteśmy nędznymi resztkami, wydostającymi się z okrążenia, rozbitymi przez wroga. My to zorganizowana armia radziecka, która sobie uświadomiła własną siłę na polu walki. Biliśmy hitlerowców, kroczyliśmy po ich trupach, patrzcie na nas, przechodzimy koło was w szyku bojowym, z podniesionymi głowami jak dumny oddział wojsk, oddział Armii Czerwonej, wielkiej i groźnej Armii Stalina! 3 Batalion zbliżał się do północno-wschodniego przedmieścia, gdzie znajdował się sztab pułku. W jednym z domów, pamiętam jego czyściutkie niebieskie okiennice, nagle, jakby od silnego pchnięcia, szeroko otworzyło się okno. W gwałtownym ruchu wyjrzał z niego komisarz pułku, Piotr Łogwinienko, i radośnie zamachał nam ręką. A z ganku biegł już nam na spotkanie siwawy major szef sztabu pułku, Sorokin. Uścisnął mi rękę, a jego niemłode oczy, które już wiele widziały, błyszczały ze wzruszenia. Łogwinienko, który znalazł się zaraz na ulicy, pochwycił mnie w objęcia, pociągnął na bok i zaczął całować. Z temperamentem, burzliwie wyrażał swe uczucia. A dla mnie była to chwila zdumienia. Dlaczego nas tak witają? Po drodze myślałem, że raczej otrzymamy naganę za opóźnienie. I dopiero teraz zrozumiałem, jak denerwowali się nasi towarzysze, jak niepokoili się o losy batalionu odciętego przez Niemców, dawno nie dającego znać o sobie. Po cichu nieraz musiała ich trapić ponura myśl o naszej śmierci, po cichu niejeden, być może, posyłał nam bolesne słowa pożegnania. Dowódca pułku, major Jelin - opanowany i skryty - stal w milczeniu na ganku i patrzył na przechodzące szeregi. Podszedłem do niego z raportem. Wysłuchawszy powiedział krótko: - Dobrze, przyjdziecie później z dokładnym sprawozdaniem. A tymczasem rozlokujcie batalion po kwaterach. Można odpocząć. Nasz pułk stanowi odwód dowódcy dywizji. W jego spokojnym głosie przy wymawianiu ostatnich słów zadźwięczała duma. Jelin nie potrafił jej ukryć. Podczas poprzedniej wojny światowej był młodym oficerem, potem wojskowym zawodowym Armii Czerwonej, dumny był z tej armii, do której miał honor należeć. Czy rozumiecie, jaki sens miało wówczas, po tym wszystkim, co się przeżyło, to zwykłe zdanie: „pułk stanowi odwód dowódcy dywizji“?Oznaczało ono, że po tym, jak Niemcy przerwali front, po dwóch - trzech krytycznych dniach i nocach dywizja stoi znowu w obliczu wroga, gotowa do walki obronnej, z silną grupą odwodową, rozmieszczoną nieco w głębi. To zwykłe zdanie wyjaśniło, że przed hitlerowcami, którzy przerwali front, wyrósł nowy front, że Moskwa jest osłonięta jak przedtem. Batalion wciąż szedł i szedł. Ciągnęły armaty. Zjawił się adiutant Panfiłowa, młody, rumiany lejtenant. Zasalutował: - Towarzyszu Momysz-Uły! Do generała! - A gdzie generał? - Chodźmy. W tym domku. Generał, wiecie, spojrzał w okno: Co to takiego? Skąd tyle wojska?

I adiutant roześmiał się. Wezwałem Rachimowa; kazałem rozkwaterować ludzi i poszedłem za adiutantem. 4 Przez pokój przejściowy, gdzie ulokowali się telefoniści z aparatami, gdzie dyżurowali oficerowie sztabu, wszedłem do Panfiłowa. Szybkim ruchem wstał zza stołu, na którym także znajdowały się telefony i leżała rozłożona mapa sztabowa. Stanąłem na baczność i chciałem meldować. Ale Panfiłow nie pozwolił. Szybko zbliżył się do mnie, wziął za rękę i silnie uścisnął - uścisnął nie po rosyjsku, ale tak, jak to jest w zwyczaju mego narodu, u Kazachów, obydwiema rękami. - Siadajcie, towarzyszu Momysz-Uły, siadajcie... Herbaty chcecie? I czegoś dla wzmocnienia? I nie czekając na odpowiedź otworzył drzwi i powiedział do kogoś: - Dajcie tu obiad, zakąskę, samowar... I wszystko, co trzeba. Potem zwrócił się ku mnie. Jego uśmiechnięte maleńkie oczy, osadzone nieco ukośnie, po mongolsku, pełne były serdeczności. - Siadajcie. Opowiadajcie. Czy duże macie straty w ludziach? Wymieniłem liczbę zabitych. - Rannych wywieźliście? - Tak, towarzyszu generale! - Czyście kazali ludziom odpocząć, wysuszyć odzież? Czyście kazali ich nakarmić? - Tak, towarzyszu generale! Panfiłow zbliżył się do aparatu telefonicznego, połączył się z szefem sztabu dywizji i rozkazał mu natychmiast zameldować do sztabu armii, Rokossowskiemu, że do Wołokołamska przedarł się pełnowartościowy batalion, który znajdował się dotąd na tyłach wroga. Wysłuchawszy z kolei przez telefon jakiejś wiadomości, Panfiłow pochylił się nad mapą i zaczął o coś wypytywać. Usłyszałem: - Az północy? Spokojnie? Kiedy mieliście stamtąd ostatnie wiadomości? A później? Nie mam zaufania, moi drodzy, do tej ciszy. Spytajcie jeszcze raz, wyjaśnijcie... I przyślijcie, proszę, do mnie kapitana Hofmana ze wszystkimi raportami. Odłożywszy słuchawkę Panfiłow przez pewien czas nadal studiował mapę. Twarz miał poważną, nawet ponurą... Parokrotnie cicho zachichotał. Machinalnie wyciągnął papierośnicę, wziął stamtąd papierosa i w zamyśleniu zastukał ustnikiem po stole, następnie, opamiętawszy się, spojrzał na mnie. - Przepraszam... I szybko wyciągnął ku mnie otwartą papierośnicę. - Cóż, towarzyszu Momysz-Uły, opowiadajcie. Opowiadajcie o wszystkim.

5 Postanowiłem złożyć raport jak najzwięźlej, ażeby nie zatrzymywać generała i nie zabrać mu zbyt wiele czasu. Zdawało mi się, że teraz, w atmosferze walki pełnej napięcia, nie może on, rzecz jasna, zajmować się mną i moim raportem. - Dwudziestego trzeciego października wieczorem... zacząłem... - Patrzcie, od czego zaczął - przerwał Panfiłow - poczekajcie z dwudziestym trzecim października... Opowiedzcie najpierw o walkach na drodze. Pamiętacie naszą „spiralę“, sprężynę? No, jakżeż działała tam u was? Te drobne potyczki, te niewielkie ze względu na swój rozmach działania, walki drobnych grup plutonu, Donskich i plutonu Brudnego - teraz, po wydarzeniach, które tylekroć groziły zagładą całemu batalionowi, odsunęły się ode mnie gdzieś bardzo daleko. Dziwne - po co Panfiłow o to pyta? Jakie znaczenie mają teraz nasze dawne, pierwsze potyczki? Panfiłow uśmiechnął się, jakby zgadując, o czym myślę. - Moje wojska - powiedział - to moja akademia. Można to samo powiedzieć i o was, towarzyszu Momysz-Uły. Wasz batalion - to wasza akademia. A więc, czegoście się nauczyli? Od tych słów nagle zrobiło mi się ciepło na sercu. Chociaż starałem się zachować spokój ducha, obraz miasta opanowanego przez strach podziałał na mnie, rzecz jasna, przygnębiająco. A Panfiłow w tym mieście, w pokoiku, do którego wyraźnie dolatywał huk armat, spytał z uśmiechem: „A więc czegoście się nauczyli?“ I nagle udzieliły mi się jego spokój i pewność siebie. Pochylony ku mnie całym ciałem Panfiłow z żywym i szczerym zainteresowaniem czekał na odpowiedź. Czego się naprawdę nauczyłem? A więc, było nie było, wyłożę najgłówniejsze. Powiedziałem: - Towarzyszu generale, zrozumiałem, że wojna błyskawiczna, którą chcą prowadzić przeciw nam Niemcy, to wojna psychiczna. I ja uczyłem się, towarzyszu generale, bić ich tą samą bronią. - Jakżeście powiedzieli? Wojna psychiczna? - Tak, towarzyszu generale. Bywa atak psychiczny, a tutaj cala wojna jest wojną psychiczną... - Psychiczną?... - znów z pytającym akcentem powtórzył Panfiłow. Zgodnie ze swym zwyczajem, generał milczał przez chwilę, myślał. Czekałem z drżeniem, co powie dalej, lecz w tej samej chwili otworzono drzwi. Ktoś spytał: - Czy można wejść? - Tak, tak, wejdźcie! Wszedł szef oddziału operacyjnego sztabu dywizji, kapitan Hofman, z dużą czarną teczką. - Przybyłem na rozkaz... - Tak, tak, siadajcie. Wstałem, jak nakazywała przyzwoitość. - Dokąd, towarzyszu Momysz-Uły? - powiedział Panfiłow.

Następnie zażartował: - Chcecie zamknąć książkę w najciekawszym miejscu? Tak się nie robi. Czy mógł przewidzieć, że słowa te znajdą się kiedyś istotnie na stronicach książki? - Częstujcie się tymczasem... Panfiłow uprzejmie wskazał na stół, gdzie już od pewnego czasu stał przygotowany dla mnie obiad. 6 Nie uważałem za właściwe przysłuchiwać się cicho prowadzonej rozmowie. Lecz pojedyncze zdania dolatywały do mnie. Panfiłow, jak mimo woli uświadomiłem sobie, nie dowierzał uspokajającym raportom z jakiegoś odcinka frontu, dotychczas względnie cichego, oddalonego od kierunku, w którym szło główne natarcie Niemców. Zażądał, aby gruntownie i skrupulatnie sprawdzono te informacje. Potem usłyszałem: - Czyście zrozumieli? Takim pytaniem nasz generał zwykle kończył rozmowę. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, jak Panfiłow wymawia te dwa słowa: to nie było dla niego puste powiedzonko, zwykłe powtarzanie natrętnie narzucającego się zdania. To nie było powiedzonko, lecz rzeczywiste pytanie, które Panfiłow zadawał wpatrując się w tego, do kogo się zwracał. Zasalutowawszy, kapitan skierował się już ku wyjściu, ale Panfiłow znów zwrócił się do niego. Usłyszałem pytanie, któremu w tej chwili nie nadałem znaczenia: jego sens stał się dla mnie jasny nieco później. Panfiłow spytał: Czy przedstawiciel siedemdziesiątej ósmej jedzie do nas? - Tak, towarzyszu generale. Wkrótce tu będzie. - Dobrze. Skierujcie go, proszę, do mnie od razu. Skinieniem głowy pożegnał kapitana. Potem podszedł do mnie i powiedział: - Jedzcie, jedzcie, towarzyszu Momysz-Uły. Wstałem i podziękowałem. - Siadajcie, proszę, siadajcie. Staroświecki pękaty samowar, podany do stołu, wyśpiewywał piskliwą, przycichającą melodię. Panfiłow nalał mnie i sobie mocnej, gorącej herbaty, usiadł, wciągnął nozdrzami parę, unoszącą się ze szklanki, cichutko mlasnął językiem i uśmiechnął się. Miałem ochotę wyłożyć swoje myśli o wojnie psychicznej, powrócić do tego, na czym nam pi zerwali, ale Panfiłow sam pokierował rozmową. - A więc towarzyszu Momysz-Uły - powiedział - opowiadajcie kolejno, po porządku. Jak wypadło to, cośmy z wami zaznaczyli ołóweczkiem na mapie? Jak plutony dawały sobie radę po drodze?

Zacząłem swój raport. Panfiłow słuchał uważnie, popijając herbatę maleńkimi łykami. Od czasu do czasu rzucał zwięzłe uwagi, na razie zresztą nie poruszając rzeczy ważnych... Tak na przykład zapytał o lejtenanta Donskich. - Czy posłaliście list do domu, do jego bliskich? - Nie, towarzyszu generale. - Szkoda. To niedobrze, towarzyszu Momysz-Uły, nie po żołniersku. I nie po ludzku. Napiszcie, proszę. Napiszcie także do komitetu Komsomołu. Lejtenanta Brudnego Panfiłow kazał powołać na poprzednie stanowisko. - Zasłużył na to - wyjaśnił generał. - I w ogóle, towarzyszu Momysz-Uły, bez szczególnej potrzeby nie należy przerzucać ludzi. Żołnierz przyzwyczaja się do swego dowódcy jak do własnego karabinu. Ale mówcie dalej, mówcie dalej... Opowiedziałem o dwudziestym trzecim października, o tym jak batalion został otoczony przez wroga. Odsunąwszy szklankę Panfiłow słuchał, z lekka pochylony ku mnie, przyglądając mi się bacznie, jak gdyby czytał z mych słów więcej, aniżeli ja w nie wkładałem. Mój raport wyjaśnił Panfiłowowi niektóre szczegóły bitwy, która ciągnęła się aż dotąd, chociaż już przeszła w drugą fazę... Być może, że dopiero teraz Panfiłow całkowicie uświadomił sobie, dlaczego w pewnej chwili, dwie doby temu, kierując natężoną walką, poczuł nagle, że słabnie nacisk wroga, że można nieco odetchnąć. Wtedy to, w tej właśnie chwili, z dala od Wołokołamska, z dala od swoich, wstąpiły w bój nasze działa, nasz batalion, otoczony u skrzyżowania dróg. Kolumny wroga zostały rozdzielone, główna droga odcięta i na pewien czas Niemcom zabrakło sił do rozwinięcia natarcia, do udzielenia pomocy swym wojskom. W czasie walki wszystko to wydawało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Ale dzisiejszy przypadek Panfiłow następnego dnia stosował jako przemyślane i świadome posunięcie taktyczne. O tym zdołałem się przekonać w kilka dni później, gdy w nowych warunkach Panfiłow dawał mi nowe zadania bojowe. Tak, jego armia była jego akademią. 7 Przeżywając znowu wzruszenia walki opisałem, jak salwami torowaliśmy sobie drogę poprzez kolumny wojsk niemieckich, jak przeszliśmy po trupach. W duszy byłem dumny ze zwycięstwa na polanie wśród lasu - tam, podczas tej krótkotrwałej walki, poczułem po raz pierwszy, że opanowuję nie tylko wiedzę, lecz i sztukę wojenną. - Opowiadacie o tym tak - powiedział z uśmiechem Panfiłow - jak gdyby strzelanie salwami było waszym wynalazkiem. Myśmy, towarzyszu Momysz-Uły, strzelali tak jeszcze w carskiej armii, strzelaliśmy na komendę: „Kompania salwami pal!“... Pomyślawszy przez chwilę, ciągnął znowu: - Ale to nie jest zarzut przeciwko wam, towarzyszu Momysz-Uły. Dobrze, bardzo dobrze, żeście się tak zapalili do tego. Róbcie tak i na przyszłość. Uczcie tego swoich ludzi. Zamilkł, patrząc na mnie dobrotliwie i czekając, co jeszcze powiem. Odezwałem się: - To wszystko, towarzyszu generale. Panfiłow wstał, przeszedł się po pokoju...

- Wojna psychiczna... - odezwał się nieoczekiwanie. - Nie, to słowo, towarzyszu Momysz-Uły, nie ogarnia, nie obejmuje obecnej wojny. Nasza wojna jest pojęciem szerszym... Lecz jeżeli macie na myśli zjawisko, jak: czolgo-strach, automato-strach, okrążenio-strach i temu podobne (Panfiłow użył właśnie tych dziwacznych skojarzeń słownych, które wówczas usłyszałem po raz pierwszy), to macie najzupełniejszą słuszność. Podszedłszy do stołu, na którym leżała mapa, przywołał mnie: - Proszę tutaj, towarzyszu Momysz-Uły. Następnie zwięźle zapoznał mnie z sytuacją. Przeciwnik nacierał na Wołokołamsk z północy i południa, przeniknął na wschód od Wołokołamska pomiędzy dwie szosy, zagroził tyłom dywizji, ale nie udało mu się jeszcze ani w jednym punkcie wyjść na szosę wołokołamską. - Tutaj jest krucho i tutaj dosyć ciężko - mówił Panfiłow, wskazując na mapę. - A ja siedzę tu i narażam sztab na niebezpieczeństwo. Trzeba by było nieco odsunąć sztab, ale wtedy zanim się obejrzysz i sztaby pułków nieco się odsuną. No i dowódca batalionu także poszuka sobie wygodniejszej rezydencji. A wszystko to będzie zgodne z przepisami, zgodne z prawem. Tymczasem po okopach rozejdzie się szept: „Sztaby odchodzą“. I zanim się obejrzysz, żołnierz straci spokój i hart. Panfiłow uśmiechnął się znowu swym czarującym i mądrym uśmiechem. - Wojna psychiczna... - Panfiłow chrząknął, nie przestając się uśmiechać. Jak widać, to określenie przypadło mu jednak do gustu. - Tak, można było na tym pasie obrony (Panfiłow pokazał porzucony przez nas pas obronny przed Wołokołamskiem), można by tu było Niemca przytrzymać z miesiąc, ale ktoś tam dał się złapać na jego sztuczki, gdzieniegdzie udało mu się nas podejść. A jednak już prawie dwa tygodnie, jeśli liczyć od piętnastego, wodzimy go tu za nos. I okazuje się, towarzyszu MomyszUły, że nawet zwyciężając można okazać się zwyciężonym. - Jak to, towarzyszu generale? - A cena? - żywo odpowiedział Panfiłow. - Cena, którą się płaci za zwycięstwo? Wymieniwszy w przybliżeniu cyfrę strat poniesionych przez przeciwnika w okresie walki pod Wołokołamskiem (około piętnastu tysięcy zabitych i rannych), Panfiłow powiedział, że chociaż cyfra ta sama przez się nie jest zbyt wielka, daje się ona jednak niezwykle we znaki tej grupie niemieckich wojsk, która chce się przedostać na szosę wołokołamską. - Ale najważniejszym czynnikiem dla nas jest teraz czas - ciągnął dalej Panfiłow. Przysłuchując się głuchemu łoskotowi armat, zwrócił twarz w tym kierunku, potem znów spojrzawszy na mnie, nagle mrugnął porozumiewawczo. - Hałasu u nich nie brak - odezwał się - ale gdzież jest ta błyskawiczność... Gdzie, towarzyszu MomyszUły? Nasza armia złamała ją, odebrała Hitlerowi - i myśmy także brali w tym udział. Myśmy, towarzyszu Momysz-Uły, wygrali i wygramy na czasie. Milczał przez chwilę, po czym powtórzył: - Tak, nawet zwyciężając można się okazać zwyciężonym. Czyście mnie zrozumieli, towarzyszu Momysz-Uły? Zbliżał się koniec rozmowy, Panfiłow zadawał ostatnie pytania.

- No, a żołnierze? Co, według was, wyniósł z tych walk żołnierz? Czy zrozumiał, czym jest to, cośmy nazwali wojną psychiczną? Czy pojął, czym jest wróg? Nagle przypomniałem sobie Połzunowa. - Przepraszam, towarzyszu generale. Zapomniałem opowiedzieć o Połzunowie. Panfiłow uniósł brwi, przypomniał sobie... - A... Tak, tak... - powiedział z zaciekawieniem. 8 Drzwi otworzyły się znowu. Wszedł adiutant. - Towarzyszu generale, przyszedł podpułkownik Witiewski. Ze sztabu siedemdziesiątej ósmej dywizji strzeleckiej. Panfiłow spojrzał na zegarek. - Dobrze, bardzo dobrze. Potem machinalnie przygładził włosy, musnął czarnego, podciętego wąsa, nieco wyprostował zgięte plecy. Jak widać, miało to być ważne spotkanie. Jednakże, spojrzawszy na mnie, powiedział do adiutanta: - Poproście, ażeby nieco poczekał. Nie chciał urywać rozmowy ze mną. Nasz generał umiał szczodrze udzielać czasu dowódcy batalionu. - Więc, więc... Cóż Połzunow?... - zapytał. Opowiedziałem, jaki był Połzunow, kiedy wyszedł z lasu w liczbie tych, których nazwałem „uciekinierami“, opowiedziałem, jakim widziałem go w ostatniej walce, kiedy czujnym, jasnym, mądrym spojrzeniem ogarnął okolicę z granatem przeciwczołgowym w pogotowiu. - Oddajcie mu pozdrowienie ode mnie! - powiedział Panfiłow. - Nie zapomnijcie mu powtórzyć. Każdy żołnierz, towarzyszu Momysz-Uły, pragnie usłyszeć ciepłe słowo za swą wierną służbę. Jeszcze nie żegnając się ze mną, wyciągnął do mnie rękę i zatrzymawszy moją dłoń w swojej, znów uścisnął ją gorąco, serdecznie, obiema rękami, po kazachsku. - Proszę was, towarzyszu Momysz-Uły, abyście natychmiast przedstawili do nagrody tych, którzy na to zasłużyli. Proszę, żeby jeszcze dzisiaj lista i charakterystyki znalazły się u mnie... A teraz idźcie. Zdaje się, że będę mógł pozwolić waszemu batalionowi odpocząć do jutra. Wszystkiego dobrego... Wyprzedzając mnie, szybko zbliżył się do drzwi i otworzył je. - Towarzyszu pułkowniku, proszę. Wszedł podpułkownik w czapce z czerwonym otokiem, jakie się nosi na tyłach. Chciałem wyjść, ale Panfiłow pociągnął mnie za rękaw. Wskazawszy oczyma na wchodzącego szepnął mi do ucha: - To posiłki, towarzyszu Momysz-Uły, z Dalekiego Wschodu. Pędzili przez dwanaście dni. Zdążyli. Oto, widzicie, towarzyszu Momysz-Uły, jaki jest sens walki obronnej pod Wołokołamskiem. Czas, zyskaliśmy na czasie!

Mgłą wzruszenia, mgłą szczęścia pokryły się na chwilę jego oczy. Zamykając za sobą drzwi, jeszcze raz ujrzałem generała Panfiłowa - kładł na stole zegarek kieszonkowy z odpiętym paseczkiem. Mały, zgarbiony, z opaloną, pomarszczoną szyją, stał plecami do drzwi i uprzejmym gestem wskazywał podpułkownikowi krzesło. A drugą ręką - raczej tylko dużym palcem, machinalnie gładził wypukłe szkiełko zegarka. ...Na ulicy padał silny deszcz. Pułap ciemnego nieba zawisł nisko. Koło stacji grzmiały armaty. Pachniało pogorzeliskiem. Wszystko wokół było pokryte całunem ruchomej mgły.

KSIĄŻKA i WIEDZA WARSZAWA 1953 Tytuł oryginału: Волоколамское шоссе - Александр Бек Przełożył z języka rosyjskiego STEFAN KLONOWSKI Okładkę projektował Stanisław Töpfer Redaktor: Hanna Rzechte „Książka i Wiedza“, Warszawa, czerwiec 1953 r. Wyd. VI. * Nakład 50 000 + 223 egz. * Obj. ark. wyd. 14,6. * Obj. ark. druk. 15. Papier druk. sat. kl. V 70 g, 59½ X 84½/16. * Oddano do składu dn. 4.III 53. Podpis, do druku dn. 12.V 53. * Druk ukończ, dn 25.VI. 53. Tłoczono w Zakł. Graf. i Wyd. Dom Słowa Polskiego. Nr zam. 1231/A. * 4-B-50840. Cena zł 8.-