B l i t z

N o

4 .

0 5 / 2 0 0 6

w w w . b l i t z z i n . p r v . p l

b

l

i

t

z

z

i

n

@

o

p

.

p

l

G

y

u

l

a

S

z

i

n

i

Zmierzch bajki
z węgierskiego przełożyła

E w a

M o d e r

Czy nastała tysiąc druga noc? Koniec bajki? Usta Szeherezady odpoczywają, a ludzie na próżno oczekują wielkiego bajarza przyszłości? Nawet wróble – najmniej wrażliwe i najmniej wieszcze kręgi światowego ptactwa – ćwierkają, że „nowocześni prozaicy zaniedbali bajkę”. Jeśli rzeczywiście tak się stało, możemy opłakiwać wielką stratę, bo najbardziej pierwotny, najbardziej naiwny element opowieści poszedł w zatratę. Obumiera drzewo, z którego przez tyle tysiącleci padał deszcz kwiatów przecudnej urody. Zanim jeszcze kirem okryjemy głowy, przeprowadźmy raz poważne badania lub przynajmniej chłodnym okiem koronera spójrzmy na stygnące zwłoki. Czy to rzeczywiście prawda, że bajka umarła? La poesia non muore - mówi któryś włoski poeta i jeśli rzeczywiście poezja nigdy nie umrze, dlaczego miałaby umrzeć bajka? W każdej narracji, czy w jej najbardziej pierwotnej, czy w najnowocześniejszej postaci, są dwa elementy, których nie może zabraknąć jak podmiotu i orzeczenia w zdaniu. Pierwszy stanowi to, co opowiadamy, drugi, jak mówimy. Jeśli pierwszy nazwiemy „bajką”, a drugi stylem, przechrzcimy tylko i rozdzielimy dwoje bliźniąt, bardziej zespolonych ze sobą niż jakiekolwiek syjamskie rodzeństwo. Jeśli jedno umrze, razem z nim ginie drugie. Nie można sobie wyobrazić tych dwojga osobno. Ale! – bo jest też jedno „ale” – ludzkie słowa są nie tylko po to, żeby osłonić nimi myśli, ale często również po to, żeby przykryć ubóstwo tego, co mamy do powiedzenia. A zatem narracji można też nadużyć. Weźmy najsłabszy i najmilszy przypadek, kiedy dowcipny, zajmujący, doświadczony autor jakąś nieciekawą, nudną historię bez znaczenia opowie z taką przebiegłością, sprytem, pikanterią, że całkowicie zapominamy, a przynajmniej wybaczamy cienką, marną „bajkę”. Gorsze przypadki mnożą się legionami. Mało treści wieloma słowami, dużo treści w kilku niejasnych słowach i tak dalej. Jest tyle rodzajów złej prozy na świecie, ile mówiących w sposób zły, nudny, czy pośpieszny jąkał, gaduł lub milczków. Jak wąski jest krąg dobrej prozy, tak szeroki złej. Przy ogromnej produkcji, którą zalano czytelników, nie można się

dziwić, że kwitnie tyle egzemplarzy złej prozy. Tyle „nowel” konsumuje współczesna publika i tylu prozaików pragnie wyżyć z tego wielkiego popytu, że cóż się dziwić, jeśli każdy okaleczony, dziwaczny, zdławiony głos dochodzi do słowa. A więc zarzut, że współcześni prozaicy zaniedbali bajkę, prawdopodobnie dotyczy przede wszystkim dzisiejszej nadprodukcji i odczucie, o którym już nawet wróble ćwierkają, stąd się wywodzi. Zarzut ten jest jak najbardziej uprawniony wobec tych, którzy jako ludzie i artyści bez talentu ani powołania chwytają się tej stosunkowo wysoko dochodowej gałęzi przemysłu i którzy w walce o przetrwanie nie przebierają w środkach, a możliwe, że wcześniej czy później zdyskredytują ten wyjątkowy gatunek, który nazywają nowelą. I to byłoby jeszcze większą stratą, bo współczesnemu, bardziej gorączkowemu, niespokojnemu modelowi czytelnictwa ta właśnie forma najbardziej odpowiada. Gazety i pisma przez minione dziesięciolecia podbiły wyjątkowo wielki i barwny poczet wybitnych talentów pisarskich dla narracji mniej lub bardziej krótkiego oddechu, dla noweli. Maupassant, Lemaitre, Anatole France, Tołstoj, Dostojewski, Czechow, Gorki, De Amicis, Fogazzaro, D’Annunzio, Kipling – by choć bez namysłu przywołać nazwiska, które dają wyobrażenie o rozkwicie noweli, porównywalnym tylko do Boccacio i włoskiego renesansu – epoki nowel. Z tych nowoczesnych narracji, jak sądzę, wyłoni się wkrótce jakiś dekameron, którego każdy jeden błyskotliwy majstersztyk żyć będzie w zbiorowej świadomości świata, przylgnie do naszych zmysłów i rzuci barwne, sugestywne obrazy na grunt nie tylko naszej fantazji, ale często i naszej woli, naszych postanowień. Nie można dość wyraźnie zaznaczyć, że nowela – będąc drabinką linową, schadzką wielkich twórców z zapominalskimi, niewdzięcznymi i pewnie dlatego irytującymi czytelnikami – właśnie w naszej epoce osiągnęła szczyt i odgrywa epokową rolę w kształtowaniu gustu tłumów. Teraz miałaby umrzeć bajka! Teraz, w naszych czasach, kiedy możemy się oglądać za kilkoma prozaikami większymi od Boccacio a Bandello sam siebie potrafi po stokroć przewyższyć w ciągu jednego roku. Jednak oskarżenia, skargi, wyrzuty żyją dalej i wesoło ćwierkają. Kto? Gdyby bliżej przyjrzeć się tym oskarżycielom, można by z zaskoczeniem stwierdzić, że to właśnie ci wykrzykują „złodziej!”, którzy od dawna trzymają łup pod pachą. Trzeba rozumieć język tych ludzi, którym posługują się w dobrej wierze. Oni przez „bajkę” rozumieją to, co już Voltaire nazwał „fable

convenue”. Te z ojca na syna przekazywane elementy tworzenia bajki, które przypominają niektóre wymagające cierpliwości układanki, które można złożyć - przy pewnym „łamaniu głowy” i odrobinie sprytu – w pewną, zawsze z góry określoną formę, wzór. Ilu, ilu jeszcze uprawia to zabijające duszę, mechaniczne rzemiosło, które zawsze ma swoją publikę, tak jak każda tego rodzaju łamigłówka, która udaje myślenie, głowienie się, spryt. Coś podobnego kryje się czasem również w sztukach teatralnych pod nazwą „imbroglio” lub „technika”. Ci panowie, którzy chcieliby zabezpieczeni jakąś „regula de tri” obchodzić się z nowelą, bardzo się obawiają o dość dochodowe i łatwe gałęzie przemysłu, więc zapełniają powietrze okrzykiem, że „bajka dogorywa”, albo że „trzeba bajki dla ludu”. A potem reszta ćwierka za nimi. A nowela nie tylko jest tak rozwiązła, że o jej kształcie często decydują demagogiczne hasła, ale w dzisiejszych czasach jest też gatunkiem, który z powodu wielkiej popularności i spiętrzenia wystąpił z brzegów. Toteż jest czasem wodą na młyn krzyczących panów. Wyobraźmy sobie, że świat ma określony zasób bajek. Bo wprawdzie życie jest nieskończone, poecie trzeba sięgnąć „in das volle Menschenleben”, ale łowić tam bardzo trudno. Doświadczeni rybacy mówią, że rzadko chwyta niezła sztuka a i wtedy może się okazać, że ryba już raz miotała się na haczyku, a więc nie jest nowa. Trzeba też przemyśleć, ilu ludzi poprzedzało nas przez tysiąclecia. Ale nawet nie oglądając się daleko, przecież tylko w poprzednich dziesięcioleciach i obecnych latach, kiedy nowela zalewa rynek wydawniczy, jakże nieskończenie wiele „ryb” trzeba było wyłowić z głębokiego życia ludzkiego i w jakie bezdenne odmęty zejść, żeby kilka nowszych, bardziej zaskakujących gatunków wypłynęło na światło dzienne. Najbogatszy zasób się wyczerpie, choćby tylko dla jednej epoki. Dlaczego właśnie teraz nie miałby nastąpić moment, kiedy w sieć wpada niewiele ryb, albo zgoła żadna? Głębokie, pesymistyczne przeświadczenie, że nie ma nic nowego pod słońcem, chyba właśnie do tego się odnosi, że to, co człowiek widzi, słyszy, zauważa, czego doświadcza, nigdy nie jest takie, żeby przynajmniej tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy, albo Bóg wie ilu ludzi nie pomyślało przed nim. Świat jest nieskończony, nieskończone jest życie, ale umysł ludzki jest skończony. Istota tego, co jest do powiedzenia, jest właśnie tak ograniczona jak nasze oczy, uszy, i w ogóle możliwości naszych zmysłów. Umysł właściwie zawsze czerpie swoje podstawowe impresje z tego samego wąskiego kręgu. Przeróżni są tylko ludzie, oczy i zmysły, które

przekazują nam zawsze to samo. Ale człowiek to jeszcze nie narrator, a co więcej nie mistrz narracji. Bo narrator zaczyna się z chwilą, gdy potrafi nam sugestywnie dać odczuć coś, co widział, słyszał, o czym myślał; mistrz narracji zaczyna się tam, gdzie potrafi tak dać odczuć swoje impresje jak przed nim nikt, a przynajmniej niewielu. Prawdziwy ciężar sztuki opowiadania nie leży więc w tym, co mówimy i co ze względu na swoje podstawy rzeczywiście skończone, tylko to, jak mówimy, co jest z kolei nieskończone. Właśnie ten silnie indywidualny kolor, zapach, dźwięk, który dobywa się ze sztuki, mami laika, który stając przed nową bajką, jest zaskoczony bajeczną inwencją poety. Nie dostrzega, że oferuje mu się jedną z najstarszych prawd świata lub sto razy opracowany przypadek w takim oświetleniu, które rzeczywiście jest nowe i rzeczywiście artystyczne. Co więcej, ręka artysty tam działa najpewniej, gdzie przed nim już tysiące i tysiące próbowało, nierzadko na próżno. Jakoś tak sobie wyobrażam, że bardzo stare i bardzo cenne bajki poniewierają się, lśnią na świecie jak szlachetne kamienie ze wschodu, na których nie można sobie wyobrazić wielu faset, dopóki nie nadejdzie artysta i na jedynym jeszcze możliwym miejscu wyszlifuje fasetę nową, od której kamień stanie się jeszcze bardziej świetlisty i lśniący, całkiem nowy. Ja martwiłem się o bajkę tylko wtedy, gdy sięgały po nią nieostrożne i niegodne ręce. Obawiam się natomiast o pisarzy, na których coraz bardziej napiera, których zżera sfora dyletantów, najliczniejsza sfora na świecie. Oni tak długo będą wyć: „bajka”, aż publiczność da się nabrać i bardziej będzie ciekawa ich małostkowych układanek niż dążeń nowoczesnych pisarzy. Właśnie w naszych czasach, w czasach w pełnej krasie kwitnącej noweli – kiedy śladami wielkich mistrzów cała generacja posuwa się naprzód i nowe sposoby widzenia, nowe wrażenia wnosi w skromne ramy noweli, kiedy nowela swoją subtelnością naprawdę przypomina medalion tym, że w tak niewielkiej formie całe poruszenie, cały świat się w niej roi – coraz groźniej brzmi okrzyk demagogów: „Nie ma bajki! Bajka umarła!” Możliwe, że wcześniej czy później bajarze stracą ochotę i zatrzymają się przed nagonką. Czyż nie ten właśnie wiek przepowiedział Oskar Wilde w małej paraboli, znanej nam zaledwie ze wspomnień André Gide’a: Był sobie raz człowiek, którego wszyscy we wsi bardzo lubili, bo zawsze opowiadał ludziom bajki. Każdego ranka opuszczał wieś. A kiedy wracał do domu, wszyscy mieszkańcy wioski, którzy cały dzień pracowali, gromadzili się wokół niego i tak mówili: „Powiedz no, co widziałeś?”

Rozpoczynał bajkę i mówił: „Widziałem w lesie fauna, jak na fujarce grał do tańca drobnym sylfidom.” „Mów dalej, co widziałeś.” - zachęcali go ludzie. „Kiedy dotarłem nad brzeg morza, widziałem trzy syreny na falach, jak zielonymi grzebieniami czesały złote włosy...” Ludziom bardzo się podobało, że znał takie piękne bajki. Pewnego dnia, jak każdego ranka, opuścił wieś. Ale kiedy dotarł nad morze, zobaczył oto trzy syreny, trzy syreny czeszące złote włosy zielonymi grzebieniami. A kiedy poszedł dalej i znalazł się w lesie, zobaczył fauna grającego na fujarce do tańca drobnym sylfidom. A kiedy wieczorem wrócił do wsi i ludzie, jak się należy, tak do niego mówili: „Powiedz no, co widziałeś?” – powiedział im: „Nic nie widziałem.” Tyle o „bajce”, którą tak długo będą wywoływać z lasu, aż przyjdzie raz bajarz i rzeczywiście powie, że nic nie widział. – Nie bajka umrze, tylko nowela. „La poesia non muore.” I bajka też jest wieczna.
podstawa przekładu: Nyugat nr 1, rok 1908

J a r o s ł a w

P a w ł o w s k i

Gdzie jest Wally?
Potąd mam fikcji o powrocie do nie istniejącego domu, do martwego kota w martwym mieszkaniu, do zmartwiałej lub egzystencjalnie zmartwionej poetki, do twoich dzieci, zakopanej wśród rabaty przed blokiem Wandy (co nie zdążyła chcieć być germanistką) i wyskrobanego chyba z nosa łobuziaka Sławka, do nie wyłączonego żelazka i do czego bądź jeszcze. Dość już czerniącego się od wągrów nosa, zapuszczonych paznokci, pękniętych kącików ust, warg niezasromanego sromu, porosłego buszem rudych włosów anus mundi (mam analny stosunek do świata, rzekła Manuela), krawatów kwitnących od plwociny twoich pacjentów, na wskroś bikiniarskich skarpetek, zadraskowanych w serduszka bokserek, angielskich

koszul z lumpeksu oraz zarówno wiecznie oszczanych hajdawerów, jak i krwią miesięczną skalanych spódniczek. Przestań wreszcie snuć opowieści o łóżkowych przygodach w salonie z meblami (my też byliśmy bezradni wobec wyboru mebli, byłeś kapryśny zupełnie jak Franz z tą, jak jej tam było?), o tym, że tworzymy się w procesie dyferencjacji, żeśmy nie z żebra Adama, lecz z kłącza, że coincidentia oppositorum, zapewne źle przez ciebie zdeklinowana lub źle, brutalnie, chamsko wręcz wyrwana z trzewi Kuzańczyka, stanowi dostateczną rację dla twej skłonności do otępiania się wobec mojego pożądania ostrości. To się naprawdę musi skończyć, musisz doprowadzić do porządku swoją zaplamioną garderobę, zedrzeć proszkiem do pieczenia, jak radzi Tina, warstwę kamienia nazębnego, zerwać z teiną, kofeiną, kokainą, heroiną, amfetaminą, meskaliną, witaminą C tudzież, w celu przegnania z podwórza pieprzonego kataryniarza, z LSD, landrynkami, poppersem i calgonem. I koniecznie koniec z nieklasycznymi definicjami prawdy oraz tymi doprawdy, nieledwie zaprawdę pierdolonymi enumeracjami. Zmyj z siebie wreszcie zeskorupiały makijaż, pozbądź się skłonności do masek, odwyknij od konfabulacji. Musisz przecież w końcu odnaleźć wrota purgatorium, a nawet jeśli nie wyrzucą cię stamtąd, jak wyrzucają cię z większości knajp w dwóch miastach, powtarzam, nawet jeśli doznasz gruntownego oczyszczenia, metafizycznego arcypeelingu, to nadal na nic nie licz, albowiem przestało mi zależeć. Mi, mi, mi, Misiek. Na takie dictum odpowiedzieć mogę tylko ostatecznym rozwiązaniem. Jakkolwiek nie jestem rozmiarów gipsowego krasnala, ani, tym bardziej, porcelanowej lalki z Drezna, wciskam w otwór twarz, która jest raczej przedmiotem niż podmiotem, skoro tak ją łatwo stracić. Z resztą idzie mi nieco trudniej, powiem więcej, przedsięwzięcie wymaga zaiste niemałego wysiłku (przede wszystkim woli i wyobrażenia), ale, nawykły do czynienia cudów, po paru minutach mieszczę się cały w cylindrze. Panuje tu wilgoć, przychodzi mi więc na myśl, że to wcale niezgorzej, że nie jestem z cukru ani z gipsu, choć przecież moja cielesność i tak niezbyt mnie zachwyca. Zanim cię poznałem, odrażała mnie do tego stopnia, że chciałem wetknąć głowę do kuchenki mikrofalowej, ale w porę się zreflektowałem: to gdzieś już było, to oklepane niczym moje plecy, policzki i pośladki. Zwinięty w kłębek, staję się oto ponownie martwym kotem, poczciwym Pankracym, z którym tamtej sylwestrowej nocy usiłowałaś zagrać tandetne, acz wciąż frenetyczne tango. Oblane obleśnym igristoje instrumenty jednakowoż wcale nie stroiły i pewnie dlatego jestem tutaj. Czuję się coraz lepiej, aklimatyzuję się, wąsy w dziurki wtykam, takoż pazurki, wyprężam swawolnie kość ogonową, zaczyna być miło, ciepło, przytulnie. Czekam, czekam, czekam, ale nic mnie już nie poruszy, nic nie wprawi w ruch cylindra, nikt nie nadusi przycisku, skoro nigdy nie przestąpisz progu domu tego, jakikolwiek jego byłby i twój status ontologiczny. Tu nigdy nie

rozchodzi się ni głos, ni w tylnej kieszeni spodni but mój obok zgrzebnego grzebienia, więc o co się, u licha, rozchodzi? W środku nocy, cichej nocy, mniejsza o drobiazgi, o to, że za oknem jakaś drze się ściera, że Przybylska zawodzi gdzieś o waszej sławnej jesieni, że ludzie przejeżdżają w samochodach, a często gęsto samochody przejeżdżają ludzi i koty, ba, jak pewnie pamiętasz, jakiś facet sam się przejechał, kiedy palił gumy i po husarsku wyskoczył, zblokowawszy gaz paskiem od spodni, co nawet dla ciebie oczywiste, bo zdawałaś, zdaje się, na prawo jazdy, ale chyba nie w tę noc cichą, mimo że mróz trzaska i trzaska nie domknięte okno, a takoż Mikołaj ze swoim wilczurkiem, i jak wyżej iż mimo (w smak tobie, bezbożny inwertyto!) agonalny krzyk wydają z siebie synapsy transmutujące się ekstatycznie w glej, naturallement pod wpływem uprzedniej przemiany wody w beaujolais, a tegoż, nie mniej konsekracyjnie, w ocet, ocet, którego kwaśnej woni ślad skwapliwie wyniuchuję z pozostawionych w ferworze wyprowadzki ubrań twoich, gdy naraz w środku tej cichej nocy słyszę: śmielej, mam swój bęben, bęben mój, ktoś śpiewa, nawet wiem, kto sepleni tę o bębnie pieśń. Kiedy walczy, walczy, on z nim jest, gdy zwycięża, śpiewa pieśń. Więc zwyciężyłaś, twój bęben, bęben twój lśni jak camembert albo jak gówniany księżyc z obrazów, dajmy na to, Friedricha, do którego zresztą przekręciłem z okazji imienin i kiedy o tym myślę, przypomina mi się inny popowy numer, nie, protestuję, nie masz racji, pop nie jest z gruntu niegodziwy, ot, na przykład ten wzruszająco opuszczony Wiśniewski nieźle imituje efebicznego mistyfikatora Chattertona, no, ale wracając do tematu, numer był taki, że coś tam, że you can turn me on, powiedzmy, że właśnie tak, że you can also turn me, zmęczonego śledziennika, off w kuchni, kiblu, łazience albo w pomieszczeniu gospodarczym, jak u moich rodziców, którzy tak wiosennie pachną pod pachami, ponieważ nie palą w sypialni, się do siebie, jak również stosują zmiękczacz do tkanin, briz, sól nabłyszczającą, a ja, wyrodny synuś, córa pod każdym względem marnotrawna, zaczęłam już używać borygo wzorem kędzierzawego starca, co wypełnił sobą cały autobus, a w autobusie linii nocnej prócz tego zmierzchającego bożyszcza nie znalazł się ani jeden bęben całkiem blaszany, dokładnie taki, jaki widział nurkujący w asyście myszy martwy kot. Problem w tym, że nie mogłam wykrztusić tego, co powyżej, bo choć całkiem jestem inteligentna z tymi moimi osiemnastymi programami, to wciąż nadaję się głównie do wirowania i wibrowania w środku nocy (pamiętasz tę ulotkę za wycieraczką? ognisty wibropokaz, dzwoń!) ku uciesze złośliwego, mało dostojewskiego idioty, który we mnie znalazł schronienie. Przed. Nikczemnością życia doczesnego. Tym, co mi się myśli, Misiek.

E w a

M o d e r

Sześć wierszy
Scena instrukcji
Ratujmy zdezelowane zdrowie! Skoro potrzebne są do tego, jak się okazuje, jeden człowiek plus jeden telefon plus sporządzone przez tegoż człowieka, a zamieszczane w gazecie codzienne inseraty – nikt chyba nie powie, że nie stać na to oddziałów jedynego w Polsce, wyspecjalizowanego przedsiębiorstwa organizacji wczasów. Zbudujemy nowe społeczeństwo, nareszcie wstąpimy na drogę wiedzy i postępu, niech forma promieniuje z twarzy jak z najlepszych bakłażanów! Czcigodni i beznamiętni wielcy mistrzowie i my udajmy się do swoich hoteli.

Połowy
Wielka amfibia z naukowcami podpływa pod burtę naszego trawlera. Albatrosy, foki, krabojady, Weddella, samice słoni morskich. Widziane przez bulaj statku lato antarktyczne w pełni w pingwinim osiedlu. Opuszczone bazy wielorybnicze. Wyspy są bezludne, czynne tylko w czasie polowań. Ryby ze szkła – białokrwiste, arktyczne kraby, taśmy pełne kryli, dryfujące góry lodowe. Pomorniki żywią się padliną, rozszarpują też chore pingwiny.

Sinobrody
I – Po co mnie pani zaprosiła. Nie chcę siedzieć w tym saloniku, Chcę zobaczyć, jak on je z ręki! – W ten sposób będą podstawy do szerszych uogólnień i podjęcia tematu przez zespół, którym pokieruję. Nie spieszy mi się tak bardzo. Świetnie prowadzisz – powiedział z fałszywym uznaniem. – Dziękuję, że dałaś mi rączkę. II Było tak przenikliwie Zimno. Choćby w administracji – Życzenia, gratulacje, kondolencje, Przekazywanie pozdrowień, ustępowanie miejsca. Ten zamek doprowadzał mnie do rozpaczy. Wiem, że zrobiliście coś, co jest dla mnie dobre, Mówię: czuję do was coś dobrego z tego powodu, Mówię to, bo chcę żebyście wiedzieli, co czuję; Przypuszczam, że chcielibyście, żebym to powiedziała.

Skała
– Widzisz, zabrał ją do siebie w złe towarzystwo. Marynarze z obnażonymi torsami, a także pasażerowie, stali przy burtach i przepatrywali pieniące się fale, jakby czegoś szukając. Sztorm brał szturmem nagie skały. – Panie kapitanie, czy przy takiej pogodzie nie grozi nam niebezpieczeństwo? – spytała dystyngowana, tęgawa lady, odwracając przerażony wzrok. – Możemy udać się do kajuty, tam będzie zaciszniej. – Co znowu! Chcę zobaczyć to słynne cudo. Wszyscy wiedzieli jaka jest groźna, ale kiedy Jack przybywał na pomoc, przejście przesmyku nie nastręczało trudności. Statek wiernie odtwarzał trasę delfina.

Ujmujące przymioty
W miarę nabywania wiedzy będziesz w stanie przyjmować pokarm stały czyli głębsze prawdy. Jeśli będziesz postępować zgodnie z zasadami wyłuszczonymi w piśmie z kart tej księgi popłynie duchowe światło. Na przykład świadomość tego co dzieje się po śmierci uwalnia nas od strachu przed umarłymi albo zadręczania się myślą: czy nasi zmarli bliscy nie muszą teraz cierpieć? Dzięki wiedzy o upadłych aniołach unikamy sideł spirytyzmu i rozumiemy dlaczego jest tyle zła na świecie. Nie jesteśmy żebrakami, jesteśmy głusi. Prosimy o drobną pomoc abyśmy mogli żyć w tym społeczeństwie. Dajemy ci to za jedyne 5 złotych. Jeśli ofiarujesz więcej to znaczy że jesteś dobrym człowiekiem. Ujmujące przymioty: współczucie, radość, życzliwość i wiara. Kto je przejawia?

Wypadki
Kunsztowna chińska filiżanka zakręciła się w półobrocie srebrnym brzegiem, po czym z przyjemnym brzękiem rozsypała się na marmurowej posadzce gubiąc błękitne ptaki, liście i drzewa. – To był wypadek. – dodałam, aby zatrzeć nieco ten ton, który, jak mi się wydało, wyraźnie przeszkodził mojej drogiej przyjaciółce w rozmyślaniach. Zawsze wierzyłam w jej smak, urządziła wnętrza z niebywałą gracją, dbając o najmniejszy detal. – Jeśli mogę ci zasugerować, powinnaś teraz policzyć do dziesięciu. To pozwoli ci odzyskać równowagę ducha. Działanie pod wpływem impulsu nigdy nie jest wskazane. Dwa razy pomyśleć przed, żeby potem siebie nie winić. Czy wiesz już, co zrobisz ze szczątkami? – zapytałam jak najbardziej uprzejmie. – Zawołam kogoś. – wysiliłam się na odpowiedź, może niezbyt przekonująco, jednak udzielać mi porad w takim momencie, to już zwykła bezczelność. – Zawsze uważałam, że liczy się pierwsza myśl. Wątpliwości stanowią nadmierny zbytek. Na szufelce osiadł blady obłoczek porcelanowego pyłu.

H

T o m a s z

N o w a k

Dochodzenie
Flann Murdock ocknął się na podłodze przydrożnej budki telefonicznej z policzkiem przyciśniętym do brudnej szyby. Południowe słońce przesączało się przez szkło, kładąc się rozgrzanymi plackami na zarośniętej twarzy mężczyzny. Na podłodze leżał melonik oraz nadtłuczona, próżna flaszka Old Belmullen Whiskey. Murdock jęknął, złapał się za głowę i usiadł z trudem. Rozejrzał się. Był – jako się rzekło – w przydrożnej budce telefonicznej. Budka była stara. Stary był aparat z słuchawką wielką i wygiętą jak niemodny, wiekowy prysznic. Stara była książka telefoniczna z paginami żółtymi i zmiętymi. Gdy Flann przywdział swój sponiewierany melonik, również poczuł się stary. Wstał z trudem i wyszedł na zewnątrz. Stado wędrujących na zachód sójek obrzuciło go nieufnym spojrzeniem i zdał sobie sprawę, że może faktycznie wygląda nieco nieświeżo... Poprawił krawat pod rozchełstanym kołnierzem, strzepnął poły prochowca i przylizał wystające spod ronda melonika włosy. Przed nim, w oddali, majaczyło morze. Szosa, stara i prosta, wiodła z nikąd donikąd. – Jasna cholera – zaklął Flann i wrócił do budki. Zdjął słuchawkę i wykręcił na tarczy numer do biura. – Bardzo mi przykro, ale wybrany numer nie istnieje – wyjaśniła seksownym głosem słuchawka. – Jeśli jednak poświęcisz mi chwilę, opowiem ci... Murdock klepnął w widełki i głos zamilkł. Wykręcił inny numer. – Bardzo mi przykro... – zaczęła słuchawka. – Niech cię szlag! Murdock sięgnął po książkę telefoniczną, przerzucił kilka stron i wybrał trzeci numer od góry. Betty Mason. – Bardzo mi przykro... Sally Finnegan. – Bardzo mi przykro... Simon Ramsey. – Bardzo mi przykro... Mary Lu Morgan. – Bardzo mi przykro, ale wybrany numer nie istnieje. Jeśli jednak poświęcisz mi chwilę...

Flann Murdock odwiesił słuchawkę. – Nie działa – usłyszał za sobą. Odwrócił się. Przy budce stał różowy cadillac. Za kółkiem siedziała niemłoda kobieta. Wielkie, tłuste piersi wylewały się jej z niedopiętej koszuli. Usta pomarszczone jak suszone śliwki lśniły mięsiście karminową szminką. – Nigdy nie działała, kochanieńki. To bardzo stara i bardzo samotna budka. Murdock kiwnął głową. – Skąd się tu wziąłeś, złociutki? – zagadnęła kobieta. Flann trącił butem flaszkę Old Belmullen. Wzruszył ramionami. – Nie wiem – stwierdził. – Po prostu się obudziłem. – Ha! – grymas rozbawienia wykrzywił twarz kobiety. – Taki duży mężczyzna, a taka słaba głowa. Kochany! –Tia – mruknął Murdock. – I co teraz zrobisz, króliczku? Flann cmoknął, rozejrzał się bezradnie, poprawił melonik i chrząknął. – Mogłabyś mnie gdzieś podwieźć. Gdzieś gdzie jest telefon. Kobieta roześmiała się perliście. – Mogłabym – przyznała, po czym zmierzyła go powłóczystym spojrzeniem. – Mogłabym i chciałabym. Wskakuj. Flann Murdock wgramolił się do auta. Natychmiast owionął go duszny zapach perfum, potu i czegoś jeszcze. Od czegoś jeszcze zrobiło mu się mdło. – Wdowa McCoy – przedstawiła się kobieta. – Flann Murdock. Detektyw – odparł Murdock, przełykając ślinę. – Dokąd jedziemy? – spytał, gdy cadillac odpalił z głębokim kaszlnięciem. – Och, przed siebie – roześmiała się wdowa McCoy. – Ach. A będzie tam telefon? – Ja tam będę, robaczku. Jak chcesz whiskey, to sięgnij do schowka. Flann Murdock westchnął. Sięgnął do schowka, odkręcił flaszkę i zaczął pić, zapadając się coraz bardziej w różowy zaduch cadillaca. Nad budką telefoniczną nastało popołudnie, a potem wieczór. Sójki gdzieś sobie poszły, wybrzeże zaś było za daleko, aby otulić ją swym kojącym szumem. Gdy o zmierzchu rozdzwonił się telefon nie było nikogo, kto chciałby go odebrać. Długie i tęskne dzwonki niosły się bezpłodnie w dal.

Wszystko na ten temat
rozmowa z

Kub

ą

Mokrosi

ń

skim

Marcin Czerkasow:

Zdaje się, że już na początku będziemy mieli z Tobą mały kłopot, bo o ile przyzwyczaiłeś nas już do myślenia o sobie jako o prozaiku, to w gruncie rzeczy szerszej publiczności dałeś się poznać raczej od strony swojej poetyckiej twórczości. Wydałeś książeczkę pod wdzięcznym tytułem karate koń, dałeś nawet wieczór autorski z okazji jej wydania, podczas którego zagrał legendarny zespół Snowman i ogólnie było całkiem zabawnie. W jaki sposób do tego doszło?

Kuba Mokrosiński: Parę lat temu, któregoś zniszczonego popołudnia, miałem
ogromną ochotę pomyśleć o sobie jako o wielkim pisarzu. Jak zwykle nie mogłem wpaść na żaden pomysł, co by tu innego ze sobą począć w tym umeblowanym bez reszty świecie, tyle że nie byłem w stanie myśleć wystarczająco jasno, by zabrać się za rozpisywanie rozleglejszych konstrukcji. Przeglądałem jakieś potworne wierszyki, które bazgrałem w wieku 15 lat dla zaspokojenia własnej próżności i zacząłem przerabiać pierwszy z brzegu, pętląc, gmatwając, zasłaniając ile tylko było tam do zasłonięcia – w zgodzie z paranoją obrazków, jaką miałem wtedy w głowie. Skończyło się to tym, że z oryginału zostały ze dwa przymiotniki, a z techniki zrobiłem sobie metodę oszustwa, z defnicji dość elastyczną. Co prawda nie zostałem tego popołudnia wielkim pisarzem, ale przynajmniej miałem coś napisane, uzyskując w ten sposób moralne prawo do zalania się w jakimś barze. W ten sam sposób ustalił się pewien ciąg zdarzeń, coś w rodzaju prawidła, dzięki któremu parę dni później mogłem Tobie, jako mojemu implikowanemu poecie, podrzucić z osiem sonetów pod fałszywym nazwiskiem, żeby nie kompromitować własnego. Najpierw uznałeś, że są świetne, następnie że niezłe, a następnie Kęder opublikował je w „Fa-art”. Następnie kilka innych opublikowała warszawska „Twórczość”, kilka „HA!art”, co nastęnie przekonało łódzkie wydawnictwo ASTRA do wydrukowana parunastu jeszcze innych razem z wyżej wymienionymi pod postacią katalogu o nazwie karate koń. Szczerze mówiąc, najchętniej oddałbym go do rzeźni. Co do tego, że na tzw. wieczorze autorskim było zabawnie, to Snowman wystąpił w ramach miłosnej transakcji – od paru lat przyjaźnię się z Michałem Kowalonkiem (wokal, gitara), nie pamiętam czy zacząłem pisać teksty dla Snowmana dlatego, że przepadam za Michałem, czy dlatego zacząłem za nim przepadać, że piszę teksty. Pewnie to pierwsze. Swoją

drogą na liście post-jazz-psycho-rock-pop-delic-z-odrobiną-fusion-i-oceanu utworów Snowmana znajdują się angielskie wersje dwóch kawałków z karate konia. To niesamowite uczucie słyszeć, jak Michał wyśpiewuje twoje teksty. Nie jedzcie w McDonaldzie, nie chodźcie do kościoła, nie globalizujcie, zostańcie lepiej w domach i oglądajcie MTV Awards wręczane przez Orlando Blooma. Orlando czy Angelina, to się jeszcze zobaczy, a na razie niedługo płyta, zapraszam na koncerty. Całusy dla wszystkich bałwanów i Angie.
Całkiem niedawno wróciłeś z Irlandii, gdzie uczestniczyłeś w festiwalu poetyckim, w trakcie którego działo się ponoć całkiem sporo interesujących rzeczy. Z tego, co słyszałem przynajmniej niektórzy Irlandczycy mają dość specyficzny sposób przedstawiania swoich tekstów. Możesz powiedzieć, jak to wyglądało?

No tak, wróciłem, a przecież mogłem zostać barmanem albo bankierem. Rzeczy działy się te same co zwykle, czyli alkohol, gadanina, poezja i nocne wyprawy, tyle że w Cork po 23 to nawet na stacji nie ma już paliwa. Za to sporo interesujących postaci. Wszystko razem nazywało się SoundEye Poetry, i nie tylko Festival: ponad czterdziestu artystów ze świata anglojęzycznego, Amerykanie, Szkoci, Australijczycy itd., jeden Chińczyk na emigracji, jeden Hebrajczyk, no i ja, w roli ikony Europy Wschodniej i młodzieży w ogóle. Parę gwiazd, paru genialnych poetów i poetek, m. in. Susan Howe, Trevor Joyce, Charles Bernstein, Amir Or, John Wilkinson, Royal Dutch. Poezja poezją, a w knajpie plakat: „it’s all about the stout”. W temacie: czytanie poezji zza biurka sporo fenomenalnych wystąpień, właśnie bardziej wystąpień niż odczytów, i to chyba jedyna droga do ocalenia tekstu jako zjawiska społecznego zgromadzenia. Recytacje łamane, improwizowane, melorecytacje, pastisze poezji śpiewanej, stukt, raban, pisk, dialog pozorowany, video, video-stereo, a czasem także nuda w towarzystwie skrzypiec. Zaprzyjaźniłem się z paroma dzielnymi artystami, z których co drugi był profesorem uniwersytetu w Pensylwanii albo L.A., ale do Polski próbujemy ściągnąć Stephena Rodefera, starego beatnika i kumpla Ginsberga, oraz Seana Bonneya, eksperymentalnego poetę z Londynu. Impreza planowana jest na marzec, Zachód spotyka Wschód, sztuka nie w kulturze, ale ponad podziałami itp. Za organizację wzięło się stowarzyszenie V. I. T. R. I. O. L.
Jako poeta występujesz za granicą, a czy w najbliższym czasie planujesz jakiś lokalny tour de force?

Co najwyżej przeczytam coś na wspomnianej imprezie z Rodeferem i Bonneyem. Udaje mi się poetę ze względnym powodzeniem, ale muszę wreszcie wrócić do mojego głównego projektu, który z poezją niewiele ma wspólnego. Poza tym mam na głowie magisterkę z filozofii i zimowe

rachunki za prąd. Lokalny tour de force z Awarii do Dragona i z powrotem.
Jesteś też autorem wielce niescenicznego dramatu pt.: Alicja, którego fragmentu parę osób miało okazję wysłuchać w poznańskim Meskalu. Myślę, że to fantastyczny kawałek. Jednak nie wszyscy zainteresowani mogą wiedzieć, o co dokładnie chodziło w tym projekcie, który przygotowywałeś wspólnie z teatrem Usta-Usta. Podobno był jakiś telefon?

Współpracowałem z Teatrem Usta-Usta przy eksperymentalnej sztuce przygotowywanej na Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta 2005. Rzecz rozgrywała się w słuchawce telefonicznej, coś w rodzaju interaktywnego słuchowiska. Kilka wersji opowieści, co do rozwoju których decydował uczestnik, wciskając sugerowane klawisze w telefonie. Telefon funkcjonował na czas festiwalu, ale mam nadzieję, że jeszcze coś z tym zrobimy, bo trochę szkoda, żeby to się zmarnowało. Ja odpowiedzialny byłem za jedną z trzech wersji historii, czy raczej za jeden z modeli narracyjnych, a dokładniej za halucynacje, perwersje i nonsens. Potem okazało się, że muszę także współreżyserować. W nagraniach udział wzięli aktorzy z Teatru Polskiego i Nowego. Z kolei Mike, którego już pamiętacie ze słynnej grupy instrumentalno-wokalnej, reżyserował, nagrywał, pędził samochodem tu itam, choć miał tylko udźwiękawiać. Bawiliśmy się pysznie i prawie całkiem za darmo! Pozdrawiam sekcję dolarową. Na szczęście teksty, które napisałem do Alicji 0-700, są poskręcane na tyle literacko, że jeśli podreperuję je fabularnie, to same dadzą sobie radę w świecie.
W jaki sposób wpłynęło na Twój sposób myślenia o literaturze pisarstwo spod szyldu Noveau Roman? Zdaje się, że dość wysoko cenisz sobie twórczość Robbes-Grilleta?

No nie wiem, fascynacje wydają się użyteczne o tyle, o ile można je szybko przełamać, wykrzywić, okraść i okłamać. Jeśli jest inaczej, to przydają się bardziej jako pocieszenie. Innymi słowy, wiele pomysłów na oglądanie, które w niepotrzebnie zdroworozsądkowy sposób uznałem sobie za własne, odnalazłem u Francuzów, szczególnie u Robbes-Grilleta. Stąd chyba fascynacja, ponieważ jego pisanie wydało mi się znajome... B yć m oże pi s ani e/ cz yta ni e prz ynaj m nie j w j ednym z r ozum ie ń j es t funkc j ą nar cys t ycz ną. Uwaga, mam sentencję: byle nie obrierało sobie za temat miłości własnej autora, bo właśnie wtedy trąci grafomanią. Tak czy inaczej, to, co ujrzałem u Grilleta ze trzy lata temu, pomogło mi precyzyjniej uświadomić sobie to, co tylko wydawało mi się, że dość intuicyjnie wiem już i tak bez obcych wpływów. Czasami bywa to dość zabawne: kończyłem akurat Alicję, kiedy udało mi się zdobyć Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym Grilleta. W środku kryminalna, nieco bardziej oschła i matematyczna wariacja na temat. Nawet nie warto uważać tego za jakiś dziwaczny przypadek. Jeśli zaś idzie o Simona, to

przeczytawszy pierwszą stronę Drogi przez Flandrię juz miałem dosyć, bo widziałem jak, nawet j eś l i ni e wi edz i ał em co. C udowna ks ią żka . G dybym m i ał kogoś os zuki wa ć, to właśnie Simona. Pozostałych stron jeszcze nie czytałem.
Co sądzisz o roli konstrukcji w tekstach literackich? Czy odgórnie ustalone schematy, arbitralne ograniczenia, np. liczba osób, które mają się pojawić w fabule, liczba określająca ilość wystąpień danego motywu, czy nawet słowa w obrębie uprzednio ustalonej przestrzeni, mogą wpłynąć pozytywnie na pisanie, czy jest to raczej kwestia osławionego „natchnienia”?

Pewnie, że mogą, a natchnienie w tym przypadku to zdolność znajdywania schematów w Trzecim Królestwie Myśli ufundowanym przez Gottlieba Frege. Znajdywania, uzgadniania, szlifowania niewidzialnych spojeń, płynnego poruszania się w obrębie i nakładania jednego schematu na drugi, z wierzchu, od spodu i promieniście. Natchnienie to miał Mickiewicz, kiedy rozmijał się z ironią. Też bym chciał pisać jak Rilke, głęboko, dotkliwie i po imieniu, ale ponieważ patos mnie zawodzi, to właśnie próbuję znaleźć fikcyjne, tzn. fałszywe i mylące, epistemologiczne uprawomocnienie dla tego rodzaju zabiegów – w projekcie, o którym wspomniałem powyżej.
A jak odnosisz się do takich eksperymentów, jak pisarstwo Raymonda Roussella, czy powieści Harry’ego Mathewsa, opartych – być może – wyłącznie na takich całkiem skomplikowanych strukturach?

Świetny, przewrotnie kantowski pomysł, będący dowodem na to, jak skrępowanie i zaprogramowanie wyobraźni potrafi ją wyzwolić. Czyli natchnienie to swawola i dogadzanie. Z drugiej strony okazuje się postmodernistycznie, że pisanie o prawdzie (o świecie zewnętrznym? Czy lepiej rzeczywistym?) możemy z czystym sumieniem pozostawić ewangelistom i Hannie Krall. K ażdy hoł ubi zda nie , kt óre uw aża z a w ła s ne, a m oj e j e st t aki e , że j e śl i m argi na li z owanym i pr oble m am i s poł e cznym i i e tni cz nymi za j mow al i by si ę publ i cyś c i i hi s t orycy, t o pi s ar ze m ogl i by wówc zas z aj ąć s ię pi s ani e m. Zdaje się, że trochę tu podskakuję nad pytaniem, ale myślę sobie, że programowe, ametodyczne pisanie istnieje wyłącznie u populistów lub w czystej, niespotkanej jeszcze przez czytelnika postaci, bo nawet pisane antyparanoiczne, gdzie nic się z niczym nie łączy, można uznać za premedytację. Czyli uprzedni namysł. Proust byłby świetnym przykładem, gdyby mniej się zajmował mistyką i tworzeniem artefaktu, a więcej samym pisaniem, co oczywiście na jedno wychodzi, jeśli przyjrzeć się bez mrużenia oczu. Ważne jest dla mnie pisanie świadome i każda nowa metoda jest warta realizacji, choćby po to, by przekonać się, co ciekawego powyprawia z tekstem. Wkurzyły mnie jednak Przemiany Mathewsa, bo powielił w nich metodę z Locus Solus Roussella, niewiele w niej zmieniając.

Mimo to Khubla Khan i natchnionego Arrabala też świetnie się czyta. Nie mówiąc już o Sonetach krymskich, szczególnie tych w wykonaniu Andrzeja Sosnowskiego.
Skądinąd wiem, że całkiem żywo – jako prozaika – zajmują Cię kwestie, które dałoby się powiązać z pewnego rodzaju zagadnieniami epistemologicznymi, tzn. pisanie, którego tematem byłby sam sposób postrzegania rzeczywistości, a także w dalszej perspektywie, również sposób jej przedstawiania. Nie nosisz się przypadkiem z zamiarem napisania jakiegoś epistemologicznego kryminału?

Kryminał epistemologiczny to świetna nazwa, poważnie, najwyższa pora, by ten gatunek zrobił furorę na polskim rynku. Oniryczna podróż do centrum wydarzeń. Albo tak: śledztwo zaprowadziło ich w głebinę snu... Jest listopad – pod choinkę jak znalazł. Może będę w Wyborczej zamiast Grocholi? A twoje wiersze w Świątecznej w miejsce Rymkiewicza? [śmiech] Ale to nie do końca tak. Epistemologia uzyska swą cenę w momencie rozprowadzenia po tekście, jedynie wewnątrz tekstu: chodzi o epistemologię doraźną, a nie filozoficzne, zawodowe rozważania nad procesem przekształcania doświadczeń w wiedzę, następnie zdesantowane na pisanie. Idzie mi o epistemologię fikcyjną, stworzoną kłamliwie na potrzeby tekstu. Pewne zabiegi formalne mają znajdować łudzące usprawiedliwienie w dziedzinie postrzegania tzw. rzeczywistości, ale to wszystko w tekście, na pokaz, na płask, z nadużyciem, ma to być zresztą także samym „co” tekstu. Brzmi to dość pokracznie, ale gwarantuję, że będą też gonitwy, strzelaniny, seks, wątki jak z najlepszych komiksów o Die Fantastische Vier, a do tego pełna rozmachu krytyka społeczna, oczywiście rzekoma i oblepiona przypadkami, które wynikają ze sztywnych, odgórnie odkrytych algorytmów kierowania tekstem. Zapraszam do księgarń! Jeszcze nie napisałem. I dlatego tak opowiadam. Roboczy tytuł wymyśliłem sobie „Na płask”. Ale żadnego przedstawiania postrzegania rzeczywistości, bo za dużo tutaj rzeczowników. Za to kryminał pasuje znakomicie, bo u podstaw, czy też, jak wolicie, w sercu opowieści nasz bohater rozpoznaje, w znakomitej i budzącej piękną grozę scenie, zbrodnię dokonaną na funkcji postrzgania, a co za tym idzie – pamięci. Czy winowajcą jest sam intelekt? Jungowska matka? Pojęcie zbrodni jako takiej? Kliniczny przypadek afazji, ewentualnie hipokamp? A może siostra bohatera? Wkrótce się przekonamy. Dzięki za rozmowę, Marcin.
Poznań, kwiecień 2006

Kuba Mokrosiński

THE RADICAL ALICE
Początek. Strzelnica. Hipnoza
Kolba karabinu sterczy znad mojego ramienia, przymykam oko, mierzę dokładnie, pociągam za spust, uczepiona moich spodni dziewczynka, odświętnie ubrana i z grubym makijażem na twarzy, z rękoma ubabranymi szminką i wata cukrową, która wypycha jej policzki, wydostając się co jakiś czas na zewnątrz w postaci małych kłębuszków, co znacząco ogranicza widoczność i łaskocze w ucho, utrudniając tym samym celowanie, układa przed sobą schludny stosik gumowych armat, kaczek i królików o podziurawionych kulami czołach, i domaga się więcej, czepiając się moich spodni, co w znacznym stopniu utrudnia celowanie do królików, kaczek oraz aramat wykonanych z gumy lub watu cukrowej i ustawionych w schludnych rzędach w głębi za kontuarem, zza którego sterczy kolba mojego karabinu. Przymykam jedno oko, mierzę dokładnie, pociagam za spust, po spodniach cieknie mi roztopiona w słońcu guma bądź też cukrowa wata, dziewczynka schyla się, obejmuje mnie za nogi i zaczyna zlizywać płyn z moich kolan, babrząc sobie przy tym ręce i rozmazując grubą warstwę makijażu, która tak zaintrygowała operatora tej wesołej strzelnicy. Ów schludnie ubrany człowiek, w ciemnych, zamszowych półbutach, krawacie, i welwetowej marynarce, z zegarkiem na łańcuszku dyskretnie wymykającym się z kieszeni wewnętrznej kamizelki, w białych, skórkowych rękawiczkach, w cylindrze, z rzeźbioną w drewnie laską opartą wygodnie o wewnętrzną ściankę kontuaru, wręcza mi z ironicznym uśmiechem kolejną zabawkę, która słusznie mi się należy, jako że właśnie przedziurawiłem jej czoło. „Widzę, iż pan i pańska siostra jesteście stałymi bywalcami naszego lunaparku. Znaczy to, że będziemy spotykać się częściej” – mówi ten człowiek, wręczając mi przy tym kolejną zabawkę, której przedziurawiono czoło. Odgarnia jej z czoła niesforne loki i głaszcze po buzi ubabranej gumą i sokiem z białej czekolady. „Śliczne dziecko”, mówi z przemiłym uśmiechem. „Ale chyba powinna się wykąpać. Znam tu taką jedną przytulną łazienkę”.

„Pan wie, jak rozmawiać z kobietami” – odpowiada uczepiona moich spodni dziewczynka. „A ty, chłopczyku, podaj mi proszę którąś z tych kąpielowych kaczek, coś to je dla mnie wygrał przed chwilą. Chyba nie zbiedniejesz, jak któraś ci ubędzie. Ja idę się wykąpać” mówi, i posyła cukrowego całusa operatorowi tej wesołej strzelnicy.

Dzień. Wstęp do łazienki
Dziewczyna przyciska chciwie zabawkę do dziecinnej piersi, posłusznie ustawia się w kolejce do kabiny kąpielowej, ja zostaję z pustymi rękami, za szybą kabiny telefon dzwoni jak oszalały i dziewczyna w recepcji, zresztą ta sama, która wbiegła tu przed chwilą, nie zwraca nań uwagi, kontuar wykonano z drewna, na drewnianej ścianie za jej plecami umieszczono tablicę wykonaną z drewna, każdy z kluczy uczepiony jest drewnianego wisiorka w kształcie prostopadłościanu i numer kabiny wypalono czarnym węglem, chciałbym wiedzieć, czy jeden z nich przysługuje i mnie, i którą kabinę otwiera, jako że nie dostrzegam, by którakolwiek z nich była oznaczona numerem, który mógłby odpowiadać numerowi wypalonemu czarnym węglem na jednym z kluczy obciążonych drewnianymi wisiorkami spośród tych, które widoczne są na oszklonej tablicy wiszącej na ścianie za kontuarem, za którym młoda dziewczyna o staro wyglądającej, pomarszczonej jak nasączone wodą drewno twarzy, udaje bądź nie zwraca uwagi na ostry dzwonek telefonu dochodzący z wnętrza kabiny o jednakowo szklanych drzwiach i ścianach, stojącej w mroku recepcji, w głębi, za kontuarem, po lewej, pozbawionej numeru, który nie tylko mógłby ułatwić pracę tej niedoświadczonej recepcjonistce, gdyby ta pragnęła wręczyć odpowiedni klucz hotelowym gościom marzącym o kąpieli, ale i sam gość, z pewnością zatroskany własnymi sprawami i nie mający ochoty na zajmowanie się drobiazgiem, o który powinna zadbać obsługa tej sauny, uznałby z pewnością zgodność pomiędzy numerem przedstawionym na załączonym do klucza, drewnianym ciężarku, a numerem wymalowanym, czy też zawieszonym, na drzwiach prowadzących do kabiny za proste i pożyteczne udogodnienie, co dodatnio wpłynęłoby na ostateczną ocenę, jaką wystawiłby w myślach, czy też na załączanym do każdego z kluczy kwestionariuszu, obsłudze sauny, jej wewnętrznej strukturze i płynności cyrkulacji. Jakże chciałoby się już przechadzać wśród orzeźwiających wodotrysków, w tym najpiękniejszym z aquaparków i wodnych ogrodów! Dziecko-staruszka, która najwyraźniej posiada w zwyczaju

wykorzystywanie chwilowego zamyślenia gości, by zaczerpnąć kilka pokaźnych łyków z butelki ukrytej pod kontuarem, nie zwraca uwagi na hałas dzwonka, dość niedbale tłumiony przez szklaną szybę kabiny, w której umieszczono rzeźbiony w drewnie aparat telefoniczny. Pochylam się nieco ku niej, by odczytać imię wypisane czarnym flamastrem na identyfikatorze wpiętym w jedną z jej nagich, sprężystych piersi. Malutka pracownica nazywa się Aldona lub Algebra, trudno o pewność w tym ciemnym, bryzgającym kroplami wrzącej wody pomieszczeniu. „Aldono. Marzę o kąpieli. Czy są jeszcze jakieś wolne kabiny?” – pytam. „Algebro. Czy mogłabyś wskazać mi którąś z kabin, o ile oczywiście są jeszcze wolne? Chciałbym się wykąpać. Proszę o klucz”. „Algebro? Czy można…” Dziewczyna posiada irytujący zwyczaj popijania z butelki, którą musiała już wcześniej, z rozmysłem, odkorkować i ukryć pod kontuarem. Złoty kluczyk zawieszony na cienkim rzemyku kołysze się w rowku jej odkrytego biustu, ilekroć Aldona przechyla głowę, by zaczerpnąć łyk usypiającego zmysły, w szczególności zaś zmysł słuchu, napoju. Uśmiecha się do mnie bezczelnie. Mam ochotę wytargać ją za uszy i sprać po tyłku jak dawniej. Wygląda na pijaną, co znacząco obniża jej kompetencje recepcjonistki. „Posłuchaj, moja paniusiu. Jeśli natychmiast nie dostanę tego kluczyka, wezwę tu policję. Kapisze?” Algebra odstawia butelkę do sobie tylko znanej skrytki pod kontuarem i rozgląda się po blacie, podnosi leżący na nim korek, po czym znika pod ladą. Z kolei ja wspinam się na kontuar, i z góry wychylam głowę najdalej jak tylko potrafię, aby zajrzeć do mrocznej niszy wydrążonej poniżej. Dziewczyna, oparta wygodnie o wewnętrzną ściankę kontuaru, ma markotną minę. Wydaje się, że płakała. Obejmujący jej skąpo odziane ciało mężczyzna, schludnie ubrany, w ciemnych, zamszowych półbutach, krawacie i welwetowej marynarce, z zegarkiem na łańcuszku dyskretnie wymykającym się z kieszeni wewnętrznej kamizelki, w białych, skórkowych rękawiczkach, w cylindrze, z rzeźbioną w drewnie laską opartą wygodnie o wewnętrzną ściankę kontuaru, zwraca ku mnie zamyślone, smutne spojrzenie: „Głuchoniema. Nie słyszy pana. Nie mówi do pana.” Głaszcze ją pieszczotliwie po włosach. Odsuwam się, zawstydzony. Jestem już przy wyjściu, gdy zza kontuaru dobiega mnie złośliwy dziewczęcy chichot: „Tylko nie tutaj, nie, tu nie”. Odwracam się na pięcie. Alicja stoi za kontuarem zwrócona do mnie nagimi plecami, oparta łokciami o blat i ze zwieszoną głową, przyglądając się czemuś w dole, a co rozgrywa się, jak można przypuszczać, w kryjówce między jej nogami. Tuż obok, w okolicach jej prawego ramienia, ułożono schludny stosik: miękki ręcznik frotte, zaś na ręczniku kąpielowa zabawka:

kaczuszka, czy też królica, trudno o pewność w tak zaparowanym pomieszczeniu – i złoty kluczyk na rzemyku. Dołączona kartka głosi: „ZAPRASZAMY DO AQUAPARKU”. I cóż ja mam zrobić? Zabrać sprzęt kąpielowy i udać się do kabiny, czy wytargać Alicję za uszy od tyłu?

Dzień. Łazienka
Uszy są ciepłe i miękkie w dotyku, mniej więcej tak, jak dwie klamki w tych samych drzwiach, umiejscowione naprzeciw siebie, po przeciwległych stronach szklanej szyby, zaparowanej od wewnątrz i przezroczystej na zewnątrz, co z zewnątrz pozwala dostrzec jak na dłoni zaparowanie wnętrza, a co tym samym przekonuje nas, jak wyraźnie mamy się tu, po stronie zewnętrznej, gdzie nieliczne kłęby pary, wydostawszy się przez szparę u podstawy kabiny, rozpuszczają się leniwie w słonecznym, niedzielnym poranku, który licznie przybyłe tu rodziny postanowiły wykorzystać jako pretekst do leniuchowania i zdrowej rozrywki w wodnym ogrodzie numer czternaście znajdującym się przy ulicy Wodnej numer czternaście, Poznań, duże miasto w zachodniej Polsce, Polska, Europa, wiek dwudziesty pierwszy, w przestrzeni pracowicie rozlokowanej dookoła mojej skromnej osoby tkwiącej już od dobrych czternastu minut w obszernych kąpielówkach, w klapkach, z kąpielową zabawką pod pachą, z ręcznikiem frotte przerzuconym byle jak przez ramię, osuwającym się przy najdrobniejszym ruchu na śliską od wilgoci posadzkę, na której drobne stopy obrażonej przed chwilą dziewczyny pozostawiły zniekształcone ślady ucieczki w na wpół fałszywą intymność przebieralni, jako że każdą z kabin postawionych w tym aquaparku sklecono z przezroczystych, szlanych ścianek, i gdyby nie fakt, iż para wodna gęsto unosząca się wewnątrz maskuje wszelką jej zawartość, bez wątpienia byłbym w raju dla niedzielnych podglądaczy. Rzędom kabin ze mną w środku odpowiada kilkanaście głębokich, wieloosobowych wanien, w oddali, na horyzoncie, poskręcane kształty karuzeli wodnej, zaś w samym sercu ogrodu płyciutki basen, w którym umieszczono murzyńskiego doktora w welwetowych kąpielówkach, wraz z całym asortymentem zabawek kąpielowych: sterty piskliwych kaczuszek i gumowych królików z odstającymi uszami walają się na obrzeżach basenu, pływają niezgrabnie na powierzchni, przywierają do kończyn opalonego na węgiel handlarza, który, nie mogąc się od nich opędzić, rozkłada bezradnie ręce i śmieje się jowialnie, życzliwie, wabiąc w ten sposób nie podejrzewające niczego dzieciaki i ich równie niedomyślnych rodziców, którzy, rozkojarzeni niedzielną atmosferą

beztroski i nieładu, płacą grube pieniądze za tę kłamliwą przyjemność, jaką dziecko czerpie z wpychania wychlorowanych paluchów we wszelkie możliwe otwory oferowanych przez Murzyna gumowych istot: królików, kaczek, nakręcanych orłów bielików, białych myszek, gołębi, papużek, naparstków, armat i świetlistych, wodoodpornych noży, i największej ze wszystkich atrakcji, jakie rząd polsko-niemiecki zdecydował się sprowadzić tu prosto z Afryki: gumowego lustra w sterczącym, obłym kształcie. Dzieciaki, podążając za radą pana sklepikarza, znajdują sobie nową rozrywkę. Nakręciwszy ile wlezie swe świeżo wycyganione zabawki ustawiają je w prostej linii, wytyczonej na śliskiej, marmurowej posadzce przez ślady stóp jednej z dziewczynek w białym kostiumiku, właśnie tej, którą obserwuję od samego rana. Dosłownie chwilę wcześniej, złośliwie wytargana za uszy przez któregoś z towarzyszy zabaw, brata czy też siostrzeńca, postanawia wziąć na nim srogi rewanż. Kopniak, który wymierza jego ulubionej zabawce, jest jednocześnie sygnałem do startu. Rozpoczyna się ptasi wyścig. Raz, dwa, trzy i wszystkie zabawki zaczynają pędzić w dowolnych kierunkach, przystając i znów biegnąc, jak im się tylko podoba, tak że trudno mi ustalić moment zakończenia wyścigu, szczególnie, iż dziurka od klucza w znaczący sposób ogranicza moje pole widzenia. „Kto zwyciężył? Kto zwyciężył?” – krzyczą dzieciaki, podczas gdy ostatnia z biegnących zabawek zatacza się na włochatych króliczych nóżkach i po krótkiej walce z równowagą ląduje w basenie, kołysząc się teraz na migotliwej wodnej tafli, w bliskim sąsiedztwie kolan Murzynasprzedawcy. Dziewczynka w białym kostiumiku podskakuje z uciechy i zerka na brata triumfalnie: „Wygrałam, wygrałam!”. Zręcznym chwytem Murzyn wyławia zabawkę i demonstruje ją zebranym. „Alicja tak strasznie dobrze gra na wyścigach, że grając z nią nie ma się żadnej nadziei na wygraną”, oznajmia. „Wskakuj tu do mnie, mała. Należy ci się nagroda”. Ojciec, czy też brat dziewczynki popycha ją delikatnie w kierunku basenu: „No idź, idź, nie bój się. Należy ci się nagroda”. Dziecko bierze krótki rozbieg i skacze prosto w objęcia sprzedawcy. Pozostałe dzieciaki klaszczą i wiwatują, ciasne kąpielówki Murzyna z trudem powstrzymują największą erekcję, jaką zdarzyło mi się widzieć, rodzice kiwają głowami uśmiechając się przyjaźnie do siebie. Alicja tuli się do czarnego, całkiem rozbrojona. Ten mówi: „Główną nagrodą w tej rozgrywce jest sprowadzone z mojej afrykańskiej ojczyzny na specjalne zamówienie rządu wklęskłe, gumowe lustro w formie naparstka. Proszę, jest twoje. Czy wiesz, jak się z tym obchodzić?”. Alicja kiwa głową, po czym, przytrzymawana za stopy przez sprzedawcę,

zwiesza się głową w dół i gramoli w okolice jego kąpielówek. Odsłania je i zaczyna dopasowywać naparstek. W kabinie, z której oglądam ten niedzielny obrazek, dzwoni telefon.

Sen. Wykład
Rozdarcie w sukience Alicji ma kształt rozprutego arbuza o soczystym, krwiście czerwonym miękiszu, cieknącym po brodzie, ramionach i pomiędzy palcami, wprost na karty opowieści zatytułowanej INSTRUKCJA OBSŁUGI TRAGEDII, trzymanej na kolanach przez znajomo wyglądającego mężczyznę, na okładce której widnieje sugestywny obrazek, gdzie dwie nagie postaci splecione w czułym uścisku spoczywają na miękkiej sofie, zaś mały chłopczyk, z palcem w buzi i z bezmyślnym wyrazem twarzy stojący w nogach tego kunsztownie zdobionego mebla – łatwo domyślić się dlaczego artysta zdecydował się na dekoracje w dwuwymiarowej formie pieczonego królika – wskazuje upapraną od czekolady rączką na dziwaczny przedmiot wiszący nad głowami tamtych dwojga, w pierwszej chwili do złudzenia przypominający świeżo wyszorowane ostrze gilotyny, zaś w drugiej już z całą pewnością przedstawiający na sposób metaforyczny pytanie: „kto ukradł batonik?”, niemalże wykrzyczane w moim kierunku przez właścicielkę rozdartej w pół sukni, jak gdyby zagniewaną z powodu tego drobnego incydentu, za jaki można by uznać może nieco zbyt pospieszne odsłonięcie przeze mnie i tak już rozdartej kotary, zza której mali chłopcy, trafiwszy po długich poszukiwaniach do tej kabiny, zwykli byli podglądać wyrysowaną na tkwiącej w głębi ścianie scenę, na której to dwa soczyste arbuzy, rozpędzone niczym dwie bilardowe kule do złudzenia przypominające kobiece piersi, zderzają się gwałtownie ze sobą i splatają w ciasnym uścisku, przymuszone dotykiem tego mężczyzny o schludnym wyglądzie, o inteligentnym wyrazie twarzy, drobnych dłoniach wpiętych w wytwornie skórkowe rękawiczki, wertujących teraz pospiesznie karty powieści o intrygującym tytule INSTRUKCJA OBSŁUGI TRAGEDII, i aksamitnym, jak mogę się już przekonać, głosie, który tak często hipnotyzował małą siostrę, odrywał od zajęć, zatrzymywał w biegu, odgarniał z czułością splątane bezładnie włosy, nadmuchiwał balonik w kształcie królika bądź kaczuszki, czy też zmywał plamy mlecznej czekolady z dziecięcej buzi i pomagał wysupłać się z ciasnej sukienki, używając w tym celu błyszczącego, wyszorowanego do czysta ostrza, a co tak często kończyło się rozdarciem materiału w jednym bądź kilku

miejscach, w okolicach szyi, na której kolekcjonowane przez długie tygodnie poparzenia i ciche jęki przechodzą miarowo w zawodzenie, które znakomicie słychać nawet zza tak grubej tkaniny, z jakiej wykonano tu kotary, równie wyraźnie, jeśli nie bardziej, jak to pytanie wyszeptane w czułej chwili przez mężczyznę: „kto zdmuchnął balonik?”, a które, po rozdarciu zasłony posuwistym cięciem noża, okazuje się być jedynie kwestią wypowiedzianą przez jednego z bohaterów książki, którą doktor trzyma w jednej ręce, drugą obejmując moją siostrę zaplątaną w suknię tu i ówdzie upapraną czymś, co w pierwszej chwili wydaje się być sosem z czekolady, i co przy bliższych oględzinach okazuje się być INSTRUKCJĄ OBSŁUGI TRAGEDII, spisaną własnoręcznie przez jednego z bohaterów sceny wystawianej w tej kabinie i teraz właśnie odczytywaną znużonej upałem młodziutkiej córce: „Prawo numer czterdzieści dwa. Piec martenowski. Jest gorąco jak w martenowskim piecu. Parzy jak piec. Palić w piecu. Sumienie pali mnie jak w piecu. Na wypadek tragedii postępować następująco. Uporządkować wszystko. Następnie przeliczyć. Z kolei wszystko powiązać. Po drugie: wziąć nóż. Uderzyć nożem w czuły punkt. Jeśli ta metoda zawiedzie, użyć noża do rozcinania wszelkich powiązań. Na tragedię nie ma rady. Można natomiast ją obsługiwać. Zatem raz jeszcze: kto ukradł batonik?”. „Mam cię dosyć. Wszędzie za nami łazisz. Zajmij się swoimi sprawami. Idź do swojego pokoju”, mówi kobieta zakrywając się ręcznikiem frotte, pięknie zdobionym w kąpielowe kaczki, batony i króliki szczerzące ostre jak noże zęby, „Zetnijmy mu głowę. Jest jasne, że to on tu kradnie. Ściąć go”. „Daj mi ten nóż, synu. Balonik możesz sobie zatrzymać, jeśli rzeczywiście nie potrafisz się z nim rozstać”, mówi mężczyzna jakby był na wykładzie z działań etycznych, wachlując się przy tym przetłuszczoną broszurą, jedną z tych, jakich dziesiątki walają się po podłodze tej niesprzątanej od miesięcy kabiny hotelowej.

Rozmawiam z doktorem o przyszłości
Maszeruję przez zrujnowaną okolicę trzymając w górze tablicę z napisem „SZUKAM DOKTORA”, choć nie widać nikogo, kto mógłby ją odczytać. Domy na tej ulicy wykonano z dykty. To dwuwymiarowe makiety, na wypadek, gdyby ktoś zdecydował się zrzucić na mnie atomową bombę. W rynsztokach ulicy po obu stronach pluska się zatrważająca liczba zwłok; ze względów profilaktycznych mieszkańców pomordowano już wcześniej. Kto stoi za tą zbrodnią? Doktor? Alicja? Czy może ja sam, w chwili

roztargnienia, nacisnąłem czerwony guzik i brzuchaty muchomorek wyrósł nad tym spokojnym miastem, zamieniając nasz Poznań w kupę gruzów? Małe Alicje, rozrzucone po tej spokojnej okolicy w najwymyślniejszych pozach, jakie można uzyskać przy pomocy rigor mortis, patrzą na mnie z wyrzutem w szklanych oczach. Zrujnowane miasto roi się od dwymiarowych mieszkańców, których ze względu na względy bezpieczeństwa zastąpiono makietkami z dykty. Czyjaś złośliwa ręka wymalowała ponure grymasy na twarzach tych kukieł: za tym żartem zapewne ukrywa się Doktor. Czy też Alicja? A może to ja, w chwili przejściowej nieobecności tak zwanego ja, dorysowałem te krwawe, roześmiane usta? Idę ulicą. Mijam zrujnowane potworki. Wszystkie śmieją się ze mnie: jest tu pan prefekt, nakręcany ksiądz i dzika kaczka, Szary Człowiek Bez Piątej Klepki, i nawet Murzyn z aquaparku, przebrany dziś za doktora, oderwał się od pracy, byle tylko zaprezentować swoją szyderczo wykrzywioną buzię. Idę pustymi ulicami. Domy popadły w ruinę i o rynsztok też nikt nie dba. Szukam Doktora! Wycisnę krwawe piętno na jego twarzy! Zrzucę mu atomową bombę na głowę! A może Alicji? A może sobie? Gdzie są wszyscy? Gdzie jest Doktor? A Alicja? Idę pustymi ulicami przez opustoszałą, zaniedbaną okolicę. Jest pusto, cicho, i tylko szelest przesuwanych przede mną kukieł zakłóca mój niedzielny spokój. Kto pociąga za sznurki? Doktor? Alicja? Czy ten nóż, który trzymam w dłoni, potrafi je przeciąć? Jest cicho, pusto, i tylko dźwięk telefonicznego dzwonka w kabinie znajdującej się jednocześnie po obu stronach ulicy zakłóca to spokojne, niedzielne popołudnie. Otwieram drzwi do kabiny w chwili, gdy jej mieszkaniec odkłada słuchawkę na widełki. Wygląda mi na strażaka: leży rozwalony w hamaku z książką w ręku i popija drinka z parasolką w kształcie grzybka. Kask rzucił w kąt kabiny, długi szlauch sterczy mu z niedbale zawiązanych spodni. Wielkie białe skórkowe rękawice zatknął sobie za pas, by wygodniej chwycić za szklankę. Bez słowa demonstruję tablicę z napisem „SZUKAM DOKTORA”. Tamten siorbie głośno i rzecze: „Trafłiłeś pod właściwy adres, przyjacielu. Co też ci dolega? Masz kłopoty z mową?”. „Tak jest, proszę pana. Wyczuwam tu jakąś zmowę. Podobno krzywdzi pan małe siostry”. „Ależ skąd. Widzisz przecież, że mam co innego do roboty. Nie mówiąc już o tym – jak mógłbym skrzywdzić kogolwiek czymś TAKIM”? – mówi i wskazuje na potwornie splątany szlauch u swoich stóp. „Nawet jej nie tknąłem. A skoro już jesteśmy w kabinie, to może zadzwoń do niej. Sama ci powie, jak to nie było. Ale decyduj się chłopcze. Jestem trochę zajęty. Rozumiesz, na służbie. Każą nam przerabiać Artauda”. Kłamliwy gad! Jak każdy strażak, kłamie jak z nut. A może to Alicja

kłamie? Czy wreszcie to ja sam siebie okłamuję? Co powinienem zrobić? Przejechać się złotym nożem po tym jego szlauchu, czy zadzwonić do pannicy? A może wcisnę po prostu ten ładny czerwony guzik wpięty w sam środek telefonicznego aparatu i zrzucę wodorówkę na Poznań i Hiroszimę za jednym zamachem? Co zrobię? Co się okaże? Kto kogo okłamie, a kto ujdzie z życiem? Czas dokonać prawdziwych wyborów. Ale które to prawdziwe? I za którym iść impulsem, zanim skończą mi się wszystkie?

K

M a r c i n

C z e r k a s o w

Czas i chaos
Zeszłej nocy spałem na kamieniu pośrodku szerokiej anonimowej rzeki. Później wypadłem z kalendarza na wiele miesięcy. W budynku z fioletowymi ścianami spotkałem mężczyznę z widokówką zamiast uśmiechu. Było tam kilkoro przyjaciół, w znakomitych nastrojach przechodzili do sedna sprawy, nie dbając o szczegóły. W pewnym sensie było to czarujące. Lecz później sprawy zaczęły się gmatwać. Poczułem się nienajlepiej, musiałem opuścić całą intrygę przez kuchenne okno. Na zewnątrz księżyc gadał do śmieciarzy, którzy obrzucali go gniewnymi, niepewnymi spojrzeniami, nie wiedząc, co mają myśleć o nowej polityce nocy spętanej przez dziwne kontrowersje i powiązania. „Jeśli przerażają cię formalności, zostań z nami – łagodnie perswadowały gardenie – wiemy o rzeczach, o których wy, ludzie, wiecie zbyt mało z uwagi na perspektywy, w jakich postanowiliście zamieszkać, opuszczając pierwotne drzewa wyobrażenia o własnej naturze.” Przez chwilę słyszałem ten jazgot zieleni paradującej przez światło dnia za drzwiami, lecz wbrew pozorom zostało jeszcze trochę do zrobienia w tej materii, która wlecze się za nami przez tygodnie, żmudne dni, przecinki roztargnionego okresu, drobiny rozmontowanego czasu.