You are on page 1of 86

Opowiadania o zwierzętach

Konrad Lorenz

PRZEDMOWA
Od się dokonuje w złości. Rośnie pełne wspaniałości W ciągu nocy - i bywa mgłą zadmione. To, co z miłości pochodzi. Ciągle do życia się rodzi. Dojrzewa późno i jest błogosławione. Peter Rosegger Aby móc pisad o zwierzętach, musi się posiadad ciepłe i prawdziwe uczucie dla żyjącego stworzenia. Można mi przyznad, że je posiadam; piękny wiersz Piotra Roseggera nie dlatego jednak przyszedł mi na myśl, że ta książka wynikła przede wszystkim z mojej miłości do zwierzęcia, lecz z mojej irytacji z powodu książek traktujących o zwierzętach. Muszę bowiem wyznad: jeśli kiedykolwiek w życiu popełniłem coś w złości, to było właśnie napisanie owych opowiadao o zwierzętach. Złośd z powodu czego? Z powodu wielu niesłychanie złych, zakłamanych historyjek o zwierzętach, jakie dziś oferują we wszystkich księgarniach; złośd na owych licznych pismaków, którzy udają, że mówią o zwierzęciu, nie znając go jednak wcale. Kto każe pszczole „rozdziawiad paszczę i krzyczed” albo walczącym szczupakom skakad sobie wzajemnie do gardła, ten udowadnia, że nie ma nawet zielonego pojęcia o wyglądzie zwierzęcia, które - jak twierdzi - opisuje na podstawie własnego oglądu i z miłością. Gdyby pewne wiadomości kompetentnych związków hodowców wystarczyły do napisania książki o zwierzętach, to ludzie tacy, jak na przykład starszy Heck, Bengt Berg, Paul Eipper, Ernest Seton Thompson lub Wasza Kwonnesin byliby głupcami, ponieważ całe życie poświęcili badaniu zwierząt. Nie należy pominąd faktu, ile błędów i nieporozumieo wniosły owe nieodpowiedzialne historyjki o zwierzętach w kręgi czytelników, zwłaszcza jeśli idzie o żywo reagującą młodzież. Proszę nie odpowiadad, że fałszerstwa są dozwoloną swobodą artystycznego przedstawiania. Oczywiście, poetom wolno „stylizowad” zwierzę - jak każdy inny przedmiot - wedle potrzeb poetyckiej techniki: wilki i pantery R. Kiplinga, jego nieporównywalny Mungo Rikkitikkitawi mówią jak ludzie, pszczoła Maja Waldemara Bonselsa potrafi nawet byd uprzejma i prawdziwa jak oni. Takie stylizacje dozwolone są wyłącznie temu, kto rzeczywiście zna zwierzęta. Również artysta plastyk nie może odtwarzad przedmiotu swego dzieła z naukową dokładnością. Ale po trzykrod biada mu, jeśli tego nie potrafi, a jego stylizacja jest jedynie płaszczykiem nieumiejętności. Jestem przyrodnikiem, nie artystą. Toteż nie pozwolę sobie na żadne swobody i stylizacje. Poza tym sądzę, że nie potrzeba żadnej swobody, wystarczy raczej - podobnie jak w każdej naukowej pracy trzymad się faktów, jeśli chce się czytelnikowi zademonstrowad piękno zwierzęcia. Albowiem prawdy przyrody organicznej posiadają ujmujące i napawające szacunkiem piękno i stają się jeszcze piękniejsze, im głębiej wniknąd w ich szczegóły i osobliwości. Nierozsądna jest opinia, iż rzeczowośd badao, wiedza, znajomośd naturalnych związków pomniejszają radośd z cudowności przyrody. Przeciwnie: im więcej człowiek wie o żywej rzeczywistości natury, tym głębiej i trwalej go ona wzrusza. Każdy dobry, pracujący z sukcesem biolog doszedł do swego życiowego zawodu dzięki wewnętrznej radości, jaką daje piękno żyjącej istoty, a poznanie, które stało się jego udziałem w tym

zawodzie, pogłębiło z kolei radośd z pracy i przyrody. Jeszcze więcej niż w innych działach nauki o życiu odnosi się to do tej dziedziny badao, której poświęciłem pracę całego życia - do badao nad zachowaniem się zwierząt. Owo badanie wymaga tak bezpośredniej zażyłości z żyjącym stworzeniem, a również tak nadludzkiej cierpliwości obserwatora, że nie wystarczyłoby samo teoretyczne zainteresowanie się zwierzęciem, aby podtrzymad wytrwałośd, gdyby nie miłośd, która właśnie w zachowaniu się człowieka i zwierzęcia potrafiła także dostrzec coś pokrewnego, co już przeczuwała. Tak więc mam nadzieję, że ta książka nie będzie mi poczytana za złe. Bo chod napisałem ją, jak przyznaję, w gniewie, ten gniew pochodził przecież z miłości. Altenberg, latem 1949 Konrad Lorenz

KŁOPOTY ZE ZWIERZĘTAMI
Dlaczego opowiadam najpierw o ciemnych stronach współżycia ze zwierzętami? Ponieważ miara gotowości znoszenia tych ciemnych stron, ponoszenia ofiar, jest zarazem miarą miłości do zwierząt. Nieśmiertelna wdzięcznośd należy się moim cierpliwym rodzicom, którzy tylko kiwali głowami lub wzdychali z przyzwoleniem, ilekrod jako uczeo lub młody student sprowadzałem właśnie do domu nowego i prawdopodobnie wyrządzającego szkody przyszłego domownika. A ile zniosła, ile wycierpiała moja żona z biegiem lat! Kto bowiem śmiałby oczekiwad od żony, że pozwoli na to, by po mieszkaniu biegał oswojony szczur, który wygryza z prześcieradeł małe ładne płatki, aby utapetowad nimi swoje gniazdo? Albo żeby kakadu odgryzała z bielizny suszącej się w ogrodzie wszystkie guziki? Albo żeby oswojona dzika gęś nocowała w sypialni, którą opuszczała rano wylatując przez otwarte okno? (Gęsi gęgawe załatwiają swą potrzebę w pokoju.) A co powiedziałaby każda inna żona, jeśliby się okazało, że ładne niebieskie kleksy, którymi ptaki śpiewające po spożyciu gron czarnego bzu ozdobiły wszystkie meble i zasłony, nie dadzą się absolutnie usunąd? Co powiedziałaby, gdyby... i tak dalej, i tak dalej. Zapytają mnie na pewno: czy to wszystko jest bezwarunkowo konieczne? A ja odpowiem głośno i wyraźnie: tak. Oczywiście można trzymad zwierzęta w komfortowych klatkach, poznad jednak wyżej zorganizowane i duchowo bardziej rozwinięte zwierzęta można jedynie wówczas, gdy pozwoli się im swobodnie poruszad. Jakże biedna, wewnętrznie okaleczała jest taka trzymana w klatce małpiatka, małpa lub większa papuga, a jak niewiarygodnie żywe, interesujące i zajmujące jest to samo zwierzę chowane w całkowitej wolności? W tym wypadku jednak trzeba byd przygotowanym na szkody i kłopoty. Już z czysto naukowych i metodycznych względów trzymanie wyżej zorganizowanych zwierząt w nieograniczonej swobodzie jest od dawna moją specjalnością, podobnie jak znaczną częśd moich badao przeprowadzałem na żyjących na wolności, oswojonych zwierzętach. Siatka w Altenbergu spełniała odwrotną rolę niż zwykle; miała przeszkadzad zwierzętom, aby nie wchodziły do domu i ogródka przed domem. Było im także surowo zabronione przebywanie w obrębie siatki okalającej piękne rabaty kwietne. Ale podobnie jak dla małych dzieci - Wszystko, co zakazane, posiada magiczną siłę przyciągania dla takich mądrych zwierząt. Poza tym cudownie przywiązane do człowieka gęsi gęgawe domagały się stale ludzkiego towarzystwa. Tak więc zawsze, nim się człowiek obejrzał, pasło się do dwudziestu, trzydziestu dzikich gęsi na rabatach kwiatowych albo - co gorsza - z głośnym powitalnym gęganiem ptaki te wpadały na werandę. Niesłychanie trudno jest bowiem utrzymad z daleka od jakiegoś miejsca ptaka, który umie latad, a nie boi się człowieka. Nie pomagają tu ani przeraźliwe krzyki, ani gwałtowne ruchy rąk. Jako jedyny środek odstraszający pozostaje wielki jaskrawoczerwony parasol ogrodowy. Podobna rycerzowi z lancą doskakiwała moja żona ze złożonym parasolem pod pachą do stadka dzikich gęsi, które zaczynały objadad świeżo posadzone kwiaty, wydawała głośny okrzyk bojowy i jednym zamachem otwierała parasol. Tego nawet dla naszych gęsi było za wiele: z szumem skrzydeł wzbijały się w powietrze. Niestety mój ojciec udaremniał wszystkie wychowawcze metody mojej żony. Starszy pan lubił bardzo gęsi gęgawe, przede wszystkim z powodu rycerskiego, odważnego zachowania się gąsiorów. Nie można mu więc było przeszkodzid w codziennym zapraszaniu tych ptaków na podwieczorek na werandę. A ponieważ w tym czasie już trochę niedowidział, nie zauważał również namacalnych skutków takich gęsich wizyt, chyba że bezpośrednio w nie wdepnął. Gdy pewnego dnia w porze podwieczorku wyszedłem do ogrodu, ku mojemu zdziwieniu nie zastałem tam już stadka moich gęsi. Przeczuwając coś złego, pobiegłem do gabinetu ojca i oto, co ujrzałem. Na pięknym perskim dywanie

stały dwadzieścia cztery gęsi dokoła starszego pana, który pił przy biurku herbatę, czytał spokojnie gazetę i rzucał ptakom raz po raz kawałki chleba. W obcym pomieszczeniu gęsi były trochę nerwowe, co odbiło się w sposób widocznie przykry na działalności ich jelit. Podobnie bowiem jak i inne zwierzęta, które muszą przetrawid sporo włókien roślinnych, gęsi także posiadają dobrze wykształcone jelito ślepe, w którym bakterie rozpuszczające celulozę czynią ów błonnik przydatnym dla ciała. Z reguły na sześd do ośmiu regularnych wypróżnieo przypada jedno z treścią ślepej kiszki, i ta wydalina ma charakterystyczną -ostrą woo oraz ciemnozieloną barwę. Jeśli zaś dzika gęś jest nerwowa lub strwożona, wypróżnienia ślepej kiszki następują jedno po drugim. Od owej wizyty w gabinecie ojca minęło lat jedenaście; ciemnozielone kleksy na dywanie zmieniły tymczasem kolor na żółtozielony. Tak więc zwierzęta żyły wprawdzie w całkowitej wolności, ale związane z naszym domem. Zawsze chciały byd z nami, nigdy nie chciały od nas odejśd. Jeśli gdzie indziej woła się: „Ptak wymknął się z klatki, zamykajcie prędko okna!”, u nas wołało się: „Na miłośd boską, zamknijcie okna, kakadu (kruk, lemur mongo, kapucynka) chce wejśd do środka!” Najładniejsze odwrotne zastosowanie klatki wymyśliła moja żona, kiedy nasze najstarsze dziecko było jeszcze bardzo małe. Chowaliśmy wtedy właśnie kilka dużych i zdolnych do obrony zwierzaków - parę kruków, kilka kakadu żółtoczubych, dwa lemury mongo oraz jedną małpkę kapucynkę, których to zwierząt - zwłaszcza kruków - nie można było zostawiad sam na sam z dzieckiem. Tak więc żona zbudowała w ogrodzie dużą klatkę i wstawiła do niej... kojec do chodzenia. Zdolności i skłonnośd do wyrządzania szkody stoją niestety u zwierząt wyższego rzędu w stosunku wprost proporcjonalnym do ich duchowego rozwoju. Dlatego zwłaszcza małp nie można pozostawiad samopas bez nadzoru, w wypadku małpiatek jednak, przede wszystkim ślicznego lemura mongo, który przez wiele lat był naszym uroczym i wesołym towarzyszem, jest to możliwe, ponieważ te małpiatki nie posiadają jeszcze badawczych zainteresowao wobec domowych urządzeo i sprzętów. Prawdziwe małpy natomiast, nawet małpy Nowego Świata (Platyrhinae) stojące niżej pod względem rodowodu interesują się żarliwie każdym dla nich nowym sprzętem i „eksperymentują” z nim. Chociaż jest to nader interesujące z punktu widzenia psychologii zwierzęcej, na dłuższą metę finansowo trudno temu podoład. Oto przykład: Jako młody student hodowałem w wiedeoskim mieszkaniu rodziców wspaniałą, dużą kapucynkę (Cebus Fatuellus), samicę imieniem Gloria. Zamieszkiwała ona obszerną klatkę w moim pokoju. Gdy byłem w domu i mogłem ją dozorowad, wolno jej było swobodnie uganiad po pokoju, gdy wychodziłem, zamykałem ją w klatce, w której się straszliwie nudziła i czyniła wszystko możliwe, aby jak najprędzej się z niej wydostad. Pewnego dnia, kiedy po dłuższej nieobecności wróciłem wieczorem do domu i przekręciłem wyłącznik, światło nie rozbłysło, ale chichot Glorii, dochodzący nie z klatki, lecz z karnisza pod sufitem, nie pozostawiał wątpliwości co do przyczyny sprawczej owego zakłócenia w sieci prądu. Kiedy po chwili wróciłem z zapaloną świecą, moim zdumionym oczom przedstawił się następujący obraz: Gloria ściągnęła ciężką brązową lampę nocną ze stolika i powlekła ją w poprzek przez pokój, nie wyciągając przy tym wtyczki ze ściany, po czym podciągnęła lampę na umieszczone najwyżej akwarium i z impetem, niby łomem, rozbiła grubą pokrywę szklaną, tak że lampa wpadła do wody. Stąd krótkie spięcie! Potem, a może przedtem, otwarła trudno odmykający się zamek szafy bibliotecznej - wobec małych rozmiarów kluczyka czyn zadziwiający! - wyjęła drugi i czwarty tom Podręcznika do nauki o chorobach wewnętrznych Stumpla, zaniosła te książki na stojak z akwariami i

tam podarła je w drobne strzępy, które bez reszty wrzuciła do akwarium. Na podłodze leżały tylko puste okładki. W akwarium zaś kuliły się smutne ukwiały z czułkami pełnymi papieru. Najbardziej interesująca w tym zdarzeniu była ścisła rzeczowośd owej „eksperymentalnej zabawy”; małpka musiała przez dłuższy czas zajmowad się tym jednym zadaniem. Już ze względów czysto fizycznych praca wykonana przez tak małe zwierzę budziła uznanie. Ale była cokolwiek za droga! A co pozytywnego można przeciwstawid tym nie kooczącym się i bardzo kosztownym kłopotom z żyjącymi na wolności czworonożnymi domownikami? Pomijając względy metodyczne, które dla pewnych badao psychologii zwierzęcej czynią koniecznym posiadanie psychicznie zdrowych, nie podlegających szkodliwym wpływom niewoli zwierząt doświadczalnych, takie żyjące na wolności zwierzę, które mogłoby uciec, a jednak pozostaje, i to pozostaje z powodu przywiązania do mnie, ma w sobie nieopisany urok. Kiedy podczas przechadzek po naddunajskich łąkach słyszę dźwięczne wołanie kruka i na moją odpowiedź wysoko pod niebem czarny ptak ściąga skrzydła, w szumiącym pędzie spada na dół, z nagłym impetem hamuje i z czułością, wyzbywszy się ciężaru, ląduje na moim ramieniu - to samo już wynagradza wszystkie podarte książki i wszystkie zjedzone do szczętu kacze jajka, które kruk ma na sumieniu. Czar takiego przeżycia nie znika nawet wówczas, kiedy powtarza się ono codziennie, a ów ptak Wotana jest dla mnie tak samo naturalnym domownikiem, jak dla kogo innego pies lub kot. Bo zwierzę, które raz się spoufali, darzy nie tylko tym, czego użycza w danym momencie swego istnienia, ale również tym wszystkim, o czym w danej chwili przypomina. I tak pewnego razu w mglisty dzieo przedwiośnia zszedłem na dół, nad Dunaj. Nad wąską, jeszcze zimową i ciemną wstęgą rzeki ciągnęły gągoły, tracze bielaczki, tracze długodzioby i nurogęsi, tu i ówdzie gromadka gęsi zbożowych i białoczelnych, a między nimi, jakby tak byd musiało, stadko gęsi gęgawych. Spostrzegam, że gęsi, która leci jako druga w lewym członie trójkątnej falangi, brak skrzydła. I na ten widok uświadamiam sobie naraz wszystko, co wiem o tej jednej gęsi i o jej ułamanej lotce, w jaki sposób ona się ułamała. Bo oczywiście to moje gęsi gęgawe ciągną tutaj, innych nie ma na Dunaju, nawet w porze ciągów. Ta druga gęś w lewym skrzydle trójkąta to gąsior Martin. Swego czasu zaręczył się on z moją oswojoną gęsią Martina i stąd został ochrzczony jej imieniem (przedtem był tylko cyfrą, gdyż jedynie gęsi przeze mnie wychowane otrzymywały imiona). Otóż narzeczony gęsi gęgawej towarzyszy swej młodej wybrance dosłownie na każdym kroku. Ponieważ jednak Martina poruszała się całkiem swobodnie i bez lęku we wszystkich pomieszczeniach naszego domu, nie bacząc na wątpliwości swego wyrosłego na wolności narzeczonego, ów zmuszony był również przekraczad progi nie znanych sobie pomieszczeo. Wiadomo, jak wielkie zahamowania ma dzika gęś - ów ptak wolnych przestrzeni przed wejściem chodby pomiędzy krzewy i drzewa. Toteż Martin wydawał się małym bohaterem, kiedy z wyciągniętą szyją przekraczał za swoją wybraną bramę domu, a potem po schodach szedł za nią aż do sypialni. Widzę go jeszcze, jak stoi na środku pokoju, wyprostowany, pióra przesadnie gładko przywarte do ciała, dziób otwarty, drży z wewnętrznego napięcia, a przecież głośnym sykiem wzywa do walki tego kogoś wielkiego i nieznajomego. Nagle z tyłu zamykają się z trzaskiem drzwi. Teraz nawet gąsior bohater nie może pozostad niezłomnym. Wzbija się w górę, prosto w szklany żyrandol. Żyrandol stracił kilka wisiorków, a rycerz Martin jedno skrzydło.

To zatem wiem o brakującym skrzydle gęsi, która leci jako druga w lewej flance, ale wiem jeszcze więcej, wiem coś bardziej pocieszającego. Wiem na przykład: kiedy teraz wrócę z przechadzki do domu, moje gęsi będą stały na schodach wiodących na werandę i powitają mnie z wyciągniętymi szyjami, co u gęsi oznacza to samo, co u psa machanie ogonem. I gdy śledzę jeszcze gęsi, które lecąc nisko nad wodą znikają za najbliższym zakrętem, ogarnia mnie nagle zdumienie nad rzeczami dobrze znanymi - owo zdumienie, które jest aktem narodzin filozofii. Jestem głęboko zdumiony, że dane mi było wejśd w tak zażyły kontakt z dziko żyjącym ptakiem, i odczuwam to jako coś dziwnie uszczęśliwiającego - jak gdyby przez ten fakt unieważnione zostało w drobnej cząsteczce wygnanie z raju. Kruki wyginęły, z ostrzeliwanego Królewca, gdzie wykładałem ostatnio na uniwersytecie, dzikie gęsi wywędrowały, Bóg wie dokąd. Z wszystkich moich żyjących na wolności ptaków pozostały tylko kawki. Były to pierwsze ptaki, jakie osiedliłem w Altenbergu. Owi ponadczasowi kompani wciąż jeszcze zataczają kręgi nad wysokimi szczytami dachów, a ich dźwięczne wołania, których znaczenie w pełni rozumiem, wciąż jeszcze dochodzą poprzez szyb ogrzewniczy do mojego gabinetu. I wciąż jeszcze ich gniazda zatykają co roku dymniki i co roku wynikają kłopoty z powodu objedzonych czereśni sąsiadów. Zrozumiałe jest więc chyba, że nie tylko naukowe rezultaty wynagradzają przykrości i koszty, ale nadto coś więcej, dużo, dużo więcej.

COŚ, CO NIE PRZYNOSI SZKODY: AKWARIUM
Nie kosztuje prawie nic, a przecież jest cudowne: pokryj dno szklanego zbiornika garstką czystego piasku, wetknij do niego parę gałązek zwykłych roślin wodnych, wlej ostrożnie parę litrów wody z wodociągu i postaw to wszystko na nasłonecznionym parapecie. Kiedy woda się wyklaruje i roślinki zaczną rosnąd, wsadź do zbiornika kilka małych rybek albo - jeszcze lepiej - idź z jakimś słojem i kasarkiem nad najbliższe bajoro - parę pociągnięd siatką i masz mnogośd żywych organizmów. Dziś jeszcze cały czas dzieciostwa zawiera się dla mnie w takiej siatce, która bynajmniej nie musi byd doskonałym instrumentem z mosiężnym pałąkiem i siecią z gazy młynarskiej. Tradycja żąda raczej, aby sporządzid ją samemu w ciągu dziesięciu minut - pałąk ze skręconego drutu, woreczek z pooczoch, kawałka firanki lub z pieluszki. Takim właśnie kasarkiem łowiłem, mając lat dziewięd, pierwsze dafnie dla moich rybek, odkrywając przy tym mały świat cudów bajorka, który od razu mnie urzekł. Za kasarkiem poszła lupa, za lupą z kolei skromny mikroskop i tak nieodwołalnie został wyznaczony mój los. Bo kto ogląda oczyma piękno, ten nie jest skazany na śmierd, jak sądzi Platen1, lecz, jeśli dojrzy piękno natury, jest na naturę skazany. A jeśli naprawdę ma widzące oczy, zostanie z całą pewnością jej badaczem. Przeciągasz więc swoją siatkę po wodnych roślinach pobliskiego bajora, przy czym - rzecz prosta twoje buty nasiąkają wodą i mułem. Jeśli dobrze wybrałeś miejsce i znalazłeś stawek, w którym „coś się dziej e”, dno siatki roi się od przeźroczystych jak szkło, mrowiących się i wijących żyjątek. Odwracasz woreczek do góry dnem i wyrzucasz jego zawartośd do słoja, napełniwszy go przedtem wodą. Wróciwszy do domu, wylewasz swój połów ostrożnie do akwarium i oglądasz mały świat, który masz teraz przed oczyma i pod ręką. Akwarium jest światem. Bo - podobnie jak w naturalnej kałuży czy jeziorze, jak w ogóle na całej naszej planecie - również w akwarium zwierzęce i roślinne istoty żyją w pewnej biologicznej równowadze. Roślina zużywa kwas węglowy, wydzielony przez zwierzę, a ze swej strony wydziela tlen. Niesłuszne jest powiedzenie, że roślina nie oddycha jak zwierzę, lecz „odwrotnie”. Wdycha tak samo jak ono tlen i wydycha kwas węglowy. Ale oprócz tego i niezależnie od tego roślina rosnąc pobiera kwas węglowy, to znaczy zużywa węgiel dla budowy własnego organizmu i wydziela przy tym tlen, wydziela go więcej, niż potrzebuje do oddychania. I tą nadwyżką tlenu oddychają ludzie i zwierzęta. W koocu zaś roślina potrafi zużytkowad również wydaliny i zwłoki innych stworzeo i wprowadzid je z powrotem do wielkiego krążenia materii. Każde zachwianie owego krążenia materii, zachwianie równowagi we współżyciu organizmów zwierzęcych i roślinnych pociąga za sobą złe skutki. Niejednego -- czy to dziecko, czy człowieka dorosłego - kusiło, aby wprowadzid jeszcze jedną piękną rybę do akwarium, które i tak, aż do granic wydajności zielonych roślin, pełne było zwierząt. I właśnie przez tę jedną rybę może zginąd cały troskliwie strzeżony i ukochany świat akwarium. Bo jeśli jest w nim za dużo zwierząt, powstaje niedobór tlenu. Wskutek tego ginie któreś z żyjątek, którego śmierci można wcale nie zauważyd. Gnijące zwłoki powodują ogromne pomnożenie bakterii w zbiorniku, woda mętnieje, zawartośd tlenu maleje coraz bardziej, wskutek czego giną dalsze zwierzęta, zagłada szerzy się z szybkością lawiny, w koocu marnieje również wegetacja - i to, co przed paru dniami było ślicznym małym jeziorkiem z bujnie krzewiącymi się roślinkami i żywymi stworzonkami, jest teraz szkaradną, cuchnącą bryją.

1

Platen Hademünde August (1796-1885) – poeta niemiecki: jego liryka wyraża tendencje demokratyczne i wolnościowe (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Postępowy miłośnik akwarium zapobiega takiemu niebezpieczeostwu poprzez sztuczne przewietrzanie wody. Te techniczne środki pomniejszają jednak swoisty urok akwarium, który polega właśnie na tym, że ów mały wodny światek sam siebie utrzymuje przy życiu i poza karmieniem zwierząt i czyszczeniem przedniej szyby nie wymaga żadnej biologicznej pomocy opiekuna. Jeśli bowiem w akwarium panuje właściwa równowaga, nie wymaga ono żadnego czyszczenia! Jeśli rezygnuje się z ryb dużych, przede wszystkim z takich, które grzebią w dnie, to nie szkodzi wcale, że z ekskrementów zwierzęcych oraz obumierających części roślin wytwarza się z wolna warstwa szlamu. Jest ona nawet pożądana, gdyż przesyca i użyźnia pierwotnie jałowy grunt. Mimo szlamu woda pozostaje kryształowo przejrzysta i bezwonna jak w jeziorze alpejskim. Biologicznie sensowne i najładniejsze akwarium sporządza się na wiosnę i obsadza niewielu pędami roślinnymi. Jedynie bowiem rośliny w ten sposób wyrosłe dostosowują się do szczególnych warunków tego właśnie pojemnika i trwają, natomiast wszystkie części wegetacji osadzone w akwarium już w stanie gotowym tracą wiele ze swej urody. Dwa oddalone od siebie na łokied akwaria są bowiem tak samo wyraźnie charakterystycznymi indywidualnościami, jak dwa jeziora odległe od siebie o godziny drogi. To właśnie jest tak cudowne w nowym akwarium, że przy jego urządzaniu nigdy nie wiadomo, jak się ono rozwinie i jak będzie wyglądało, gdy osiągnie swoją własną, indywidualną równowagę. Przyjmijmy, że urządza się w tym samym czasie i z tych samych materiałów trzy zbiorniki, które stoją obok siebie na tej samej desce, że wszystkie trzy wyposaża się w moczarkę (Elodea) oraz wywłócznik (Myriophyllum); w pierwszym kłębi się wnet gęsta dżungla moczarki, a delikatne wywłóczniki zostają całkowicie wypchnięte, w drugim dzieje się coś podobnego z moczarką, w trzecim zaś oba gatunki znoszą się doskonale i wytwarza się - pozornie z niczego urocza wegetacja delikatnej, rozgałęzionej na kształt kandelabra ramienicy (Nitella flexilis). Tak różnie zachowywałyby się owe trzy zbiorniki - posiadałyby także różne właściwości biologiczne, byłyby korzystne dla różnych zwierząt - słowem, mimo że założony w tych samych warunkach, każdy zbiornik wytworzyłby swój odrębny świat. Pewne poczucie taktu i samoopanowania jest konieczne, by pozostawid akwarium „jego wolę”, nawet życzliwa ingerencja opiekuna może wiele zniszczyd. Oczywiście, można również urządzid „piękny” zbiornik, ze sztuczną glebą i dowolnie rozłożonymi roślinami; filtr zapobiegnie wszelkiemu tworzeniu się szlamu, a sztuczne przewietrzanie pozwoli na hodowlę większej ilości ryb, niżby to było możliwe bez tego rodzaju pomocy. Rośliny są w tym wypadku jedynie ozdobą, zwierzęta wcale ich nie potrzebują, dzięki sztucznemu doprowadzeniu tlenu mają go pod dostatkiem, by móc żyd. O gustach można dysputowad. Ja w każdym razie pod akwarium rozumiem taką wspólnotę, która sama utrzymuje się w biologicznej równowadze. To drugie zaś jest „stajnią”, mianowicie zbiornikiem sztucznie czyszczonym i pod względem higieny bez zarzutu - zbiornikiem, który nie jest celem sam dla siebie, lecz tylko środkiem do hodowania pewnych zwierząt. Duże doświadczenie i doskonałe wyczucie biologiczne pozwalają już jednak do pewnego stopnia określid ogólny charakter żywego świata, jaki ma się rozwinąd w akwarium, jeśli, rzecz prosta, wybierze się rozważnie grunt denny, lokalizację zbiornika, warunki cieplne i świetlne, a w koocu jego zwierzęcych mieszkaoców. I to jest najwyższa sztuka opieki nad akwarium. Jej mistrzem był mój tragicznie zmarły przyjaciel Bernard Hellmann. W jednym z jego akwariów udało mu się stworzyd szczególnie doskonałą kopię określonego środowiska naturalnego, mianowicie jeziora Altaus. Zbiornik był duży, bardzo wysoki, chłodny i niezbyt wyeksponowany na światło, jego wegetacja w

kryształowo przejrzystej wodzie składała się ze szklistych, jasnozielonych odmian roślin, na których odbywa się tarło, kamienisty grunt porastały: ciemny mech zdrojek (Fontinalis) oraz delikatna ramiennica (Chara). Z większych zwierząt zbiornik zawierał tylko kilka maleokich pstrągów, strzebli potokowych oraz małego raka rzecznego, zatem nie więcej, niż to odpowiada gęstości mieszkaoców w naturalnym jeziorze. Na to bowiem należy zwrócid największą uwagę, jeśli się chce hodowad wrażliwsze zwierzęta wodne. Większośd cudzoziemskich ozdobnych rybek, jakie widujemy w akwariach naszych miłośników, ułatwia nam to zadanie o tyle, że również w naturze są one mieszkaocami małych, niezbyt czystych stawków. Nieduże bowiem bajorko tropikalne, którego woda przez cały rok posiada jednostajną ciepłotę i jest mocno nasłoneczniona, łatwo skopiowad za pomocą taniego elektrycznego grzejnika na każdym oknie wychodzącym na południe - bądź co bądź łatwiej niż jakikolwiek typ naszych ojczystych wód. Dlatego, wyłącznie dlatego bez porównania trudniej jest hodowad ryby naszych jezior i potoków niż większośd ryb tropikalnych. Teraz łatwiej też zrozumied, czemu radziłem przede wszystkim łowid wyżej opisaną tradycyjną siatką żyjątka z najbliższej kałuży. Pielęgnowałem setki akwariów, ale z miłością odnosiłem się do najzwyklejszych, najtaoszych i - żeby tak rzec - najbanalniejszych akwariów bajorkowych, ponieważ w ich ścianach mieściła się najbardziej naturalna i najpełniejsza wspólnota biologiczna. Godzinami można siedzied przed takim akwarium i gubid się w rozmyślaniach, w myślach mądrych i myślach dziwacznych, podobnie jak przed płomieniem kominka lub chyżym nurtem strumyka. I można się przy tym uczyd. Jeśli to całe rozeznacie, które w takich godzinach medytacji przed akwarium rzuciłbym na jedną szalę, na drugą zaś to, co zyskałem z książek - jakże wysoko w górę poszłaby ta druga szala!

DWA DRAPIEŻCE W AKWARIUM
W małym światku kałuży żyją straszliwe drapieżcę, okrucieostwo bezlitosnej walki o byt rozgrywa się tu przed naszymi oczyma. Jeśli wrzuci się do zbiornika zmieszany połów z siatki, który jednak nie powinien zawierad zbyt wielu zwierzątek, już wkrótce będzie można obserwowad próbkę takiej walki. Bo prawdopodobnie między mieszkaocami akwarium znajdzie się też larwa chrząszcza wodnego, pływaka żółtobrzeżka (Dytiscus). W stosunku do nieznacznych rozmiarów złowionych żyjątek wobec ich żarłoczności i wyrafinowanych metod uśmiercania bledną obok tej larwy tak osławieni rozbójnicy, jak tygrysy, lwy, wilki, szablogrzbiety, rekiny oraz osy drapieżne, wszystkie te drapieżniki są łagodnymi jagniątkami wobec larwy dytiscusa. Jest to smukły owad o kształcie opływowym, długości około sześciu centymetrów; szerokie szczeciniaste wiosła na sześciu nóżkach umożliwiają mu szybkie i pewne ruchy w wodzie. Płaska, szeroka główka posiada parę potężnych cęgowatych żuwaczek, są one wydrążone i służą jako strzykawki do trucizny, a równocześnie wsysają pokarm. Żyjątko przyczaja się cicho na wodnych roślinach, nagle w szybkim ataku rzuca się na upatrzony łup, i to od dołu, z błyskawiczną szybkością strzela w górę główka, tak że ofiara dostaje się w kleszcze. Łupem zaś jest dla tego zbója wszystko, co się porusza lub co chod trochę „czud zwierzęciem”. Niekiedy zdarzało się, że gdy stałem spokojnie w wodzie stawku, zostałem „ukąszony” przez larwę pływaka żółtobrzeżka: nawet dla człowieka zastrzyk trującego soku trawiennego jest ogromnie bolesny. Te larwy bowiem należą do nielicznych zwierząt, które - żeby się tak wyrazid - trawią „poza domem”. Wydzielina gruczołów, zastrzyknięta przez puste cęgi ofierze, rozpuszcza jej wnętrzności w płynną bryję, która tym samym kanałem wędruje do żołądka drapieżcy. Nawet spore zwierzęta zdobyczne, jak grube kijanki czy larwy ważek, ukąszone przez poczwarkę dytiscusa, drętwieją po paru odruchach obronnych, ich wnętrzności, u wielu zwierzątek wodnych mniej lub bardziej przeźroczyste, mętnieją jakby utrwalone w formalinie, zwierzę pęcznieje, wydaje się najpierw powiększone, a potem z wolna kurczy się, zamienia w wiotki woreczek skóry, wiszący w śmiertelnych kleszczach i w koocu porzucony. W ciasnej przestrzeni akwarium kilka dużych larw pływaka żółtobrzeżka zżera bez reszty w ciągu niewielu dni wszystko, co żyje i ma rozmiary przekraczające pół centymetra. A potem? Potem te poczwarki pożerają się wzajemnie, jeśli już uprzednio tego nie uczyniły, przy czym wcale nie idzie o to, która jest większa i silniejsza, tylko która pierwsza zaatakuje. Niejednokrotnie widziałem, jak dwie tej samej mniej więcej wielkości larwy jednocześnie napadły na siebie i obie ginęły szybką śmiercią na skutek wewnętrznego rozkładu. Bardzo mało jest zwierząt, które w skrajnej potrzebie, w obliczu głodowej śmierci, atakują zwierzę tego samego gatunku i tej samej wielkości w zamiarze pożarcia go. Z pewnością mogę to stwierdzid jedynie w odniesieniu do wędrownych szczurów i paru innych pokrewnych gryzoniów; że wilki robią coś podobnego, w to wątpię na podstawie wymownych faktów, o których później będzie mowa. Larwy dytiscusa jednak pożerają larwy tego samego gatunku i tej samej wielkości nawet wówczas, gdy inna żywnośd jest w pobliżu. Tego - o ile wiem - nie robi żadne inne zwierzę. Nieco mniej brutalnym, wytworniejszym i łagodniejszym drapieżnikiem jest larwa dużej ważki żagnicy, zwanej „diabelską igłą” - ważki o wspaniale błękitnym i żółtym rysunku skrzydeł. Dorosła ważka jest świetnym latawcem - istny sokół pośród owadów. Jeśli wyrzucid połów bajora do miski, by wykluczyd najgorsze drapieżcę, można znaleźd niekiedy spore larwy również o linii opływowej,

których sposób poruszania się od razu wpada w oczy. Smukłe, przeważnie zielono i żółto porysowane torpedy, z nóżkami przywartymi ściśle do ciała, mkną naprzód szybko i rzutami. Za pomocą czego właściwie się poruszają, pozostaje zrazu tajemnicą. Jeśli przyjrzed się im z osobna w płaskiej miseczce, widad, że owe larwy są... pojazdami rakietowymi. Z czubka ich odwłoku wytryska bowiem ostry, maleoki promyk wody, który odrzutem popycha zwierzę naprzód. Koocowy odcinek jelita tworzy pusty pęcherzyk, wewnątrz suto wyposażony w skrzelotchawki, i ten pęcherzyk w sensownej kombinacji służy jednocześnie oddychaniu i ruchowi. Larwy żagnicy nie polują nigdy pływając; jeszcze bardziej niż larwy pływaka żółto brzeżka czyhają na łup. Jeśli zdobycz zjawi się w polu widzenia larwy, zostaje bacznie wypatrzona; larwa powoli obraca główkę i ciało w odpowiednim kierunku i śledzi ruchy zwierzątka przeznaczonego na pożarcie. To uporczywe fiksowanie ofiary można zaobserwowad tylko u bardzo niewielu bezkręgowców. W przeciwieostwie do larw chrząszcza, poczwarka żagnicy widzi także bardzo powolne ruchy, na przykład pełzanie ślimaka, który też często pada ofiarą larw ważki, a rzadko tylko larw chrząszcza. Powoli, bardzo powoli, krok za krokiem, skrada się larwa żagnicy do łupu, jest od niego oddalona o trzy do czterech centymetrów i nagle - co to się stało? - trzyma wierzgającą ofiarę między żuwaczkami. Brak oczu kamery szybkobieżnej nie pozwala dostrzec dokładnie, co się dzieje; można jedynie zauważyd, że coś w rodzaju języka strzeliło gwałtownie z główki larwy do łupu i porwało go w zasięg żarłocznych żuwaczek. Jeśli ktoś widział kiedykolwiek jedzącego kameleona, natychmiast przyjdzie mu na myśl nagłe wysunięcie i cofnięcie się jego lepkiego języka. Ale „bumerang” żagnicy nie jest językiem, jest przekształconą wargą dolną, złożoną z dwóch członów ruchomych oraz chwytliwych obcęgów. Już przez samo fiksowanie łupu larwy żagnicy sprawiają wrażenie dziwnie „inteligentnych”, a wrażenie to potęguje się, gdy obserwowad inne jeszcze osobliwości ich zachowania. W przeciwieostwie do ślepej furii larw pływaka żółtobrzeżka nie tykają zwierząt powyżej pewnej określonej wielkości nawet wówczas, gdy długo głodowały. Trzymałem całe tygodnie larwy żagnicy w jednym zbiorniku z rybami i nigdy nie zdarzyło mi się dojrzed, aby zaatakowały lub uszkodziły rybkę większą od siebie; osobliwe jest także to, że owe larwy nigdy nie sięgają po zdobycz już upolowaną i wijącą się z wolna między żuwaczkami drugiej larwy, natomiast chwytają od razu kawałek świeżego mięsa, którym w sposób podobny poruszałem na szklanym pręciku przed ich oczyma. W moim wielkim akwarium okoni dojrzewa zawsze kilka larw żagnicy. Ich rozwój trwa długo, przeszło rok. A potem, w pewien piękny letni dzieo, nadchodzi wreszcie doniosła chwila: poczwarka pnie się z wolna po łodydze rośliny w górę i wynurza się z wody. Siedzi tam przez jakiś czas spokojnie, a potem jak przy każdym zrzucaniu skóry - pęka skórka zewnętrzna nad grzbietową partią segmentów piersiowych i cudowny dojrzały owad wysnuwa się powoli z osłony. Potrwa jeszcze parę godzin, zanim skrzydła osiągną pełną wielkośd i stwardnieją. Cudowne zdarzenie -- patrzed, jak szybko twardniejący płyn pod wielkim ciśnieniem zostaje wtłoczony w subtelne rozgałęzienia żyłek w ich skrzydłach. Po czym otwierasz okno i życzysz gościowi twojego akwarium szczęścia i pomyślnych wiatrów w jego owadzim żywocie.

RYBIA KREW
Zadziwiające, jaką ślepą wiarą cieszą się mądrości przysłów. Także wówczas, gdy to, co głoszą, jest fałszywe lub wprowadza w błąd. Lis nie jest wcale chytrzejszy od innych drapieżników, jest dużo głupszy od wilka czy psa; gołąb nie jest bynajmniej łagodny, a co się tyczy ryb, plotka szerzy o nich jedynie nieprawdę: ryba nie jest ani taka „rybiokrwista”, jak się mówi o nudnych ludziach, ani taka niezawodnie zdrowa, jak to wyraża zwrot „zdrów jak ryba”. W istocie zaś nie ma innej grupy zwierząt, którą już na wolności, w naturze, dręczyłyby choroby zakaźne tak, jak się to dzieje z rybami. Nie widziałem nigdy, aby świeżo schwytany ptak, jaszczurka lub jakiś ssak zawlekły zakaźną chorobę do mojego zwierzyoca; natomiast każda ryba musi przejśd kwarantannę w osobnym akwarium. W przeciwnym razie mogę się założyd o sto na jeden, że w bardzo krótkim czasie wystąpią na płetwach dawnych mieszkaoców akwarium białe punkciki, których każdy hodowca tak bardzo się obawia, oznaczają one bowiem infekcję pierwotniakiem pasożytniczym (Ichthyphtirius). I znowu, na przekór znanemu porzekadłu, o całowaniu żadnego zwierzęcia nie wiemy tak dokładnie, jak o całowaniu się ryb. Znam wiele zwierząt oraz ich zachowanie się w najintymniejszych sytuacjach życiowych, w dzikiej ekstazie walki i miłości, ale nie znam zwierzęcia - z wyjątkiem dzikiego kanarka które krewkością oraz temperamentem przewyższałoby samca ciernika w okresie godów, bojownika syjamskiego lub też wychowujące potomstwo indyjskie pielęgnice (Cichlidae). Miłośd nie odmienia w ten sposób żadnego zwierzęcia, żadne nie żarzy się, w dosłownym tego słowa znaczeniu, z namiętności, tak jak ciernik lub bojownik. Kto potrafiłby słowem, a kto jak malarz farbą odtworzyd ów pałający szkarłat, jaki czyni boki samca ciernika szklistymi i przejrzystymi, i ów tęczowo mieniący się, zielono-błękitny koloryt jego grzbietu, którego barwę i siłę światła można porównad jedynie z rurkami Geisslera, i wreszcie ową aż raniącą szmaragdową zielonośd oczu! W myśl reguł malarskiego smaku te kolory powinny się straszliwie zwalczad, a jednak tworzą razem znakomitą symfonię, zespoloną ręką Wielkiego Mistrza. U bojownika syjamskiego owa wspaniałośd barw nie jest stale widoczna. Mała brązowoszara ryba, leżąca w kącie akwarium ze złożonymi płetwami, nie zdradza jeszcze niczego. Dopiero gdy zbliża się do niej druga, tak samo niepozorna, i gdy się wzajemnie spostrzegą, rozżagwia się cała niewiarygodna wspaniałośd i niemal tak szybko, jak purpurowieje drucik jarzeniowy, obwód prądu zamyka się. Płetwy rozpościerają się tworząc ornamentalne kształty tak nagle, że oczekuje się przy tym szelestu, jak przy szybkim otwarciu parasola. I teraz następuje taniec pałającej namiętności - taniec o życie lub śmierd, o byt lub niebyt. Bo z początku nie wiadomo jeszcze, czy ów taniec będzie taocem miłosnym i zawiedzie do skojarzenia, czy też w podobnie płynny sposób rozwinie się w krwawą walkę. Bojowniki syjamskie bowiem poznają płed swego własnego gatunku nie przez zwykłe przyjrzenie się, lecz doświadczają jej dzięki sposobowi, w jaki partner odpowiada na ściśle „zrytualizowane”, odziedziczone, instynktowne ruchy tancerza. Spotkanie dwóch obcych bojowników syjamskich zaczyna się od tak zwanego „imponowania”, od chełpliwego przedstawiania się, w którym każda świetlista plama barwna i każdy tęczowy promieo wspaniałych płetw ma wywoład najmocniejszy efekt. Wobec wspaniałości samca, wyposażona skromniej samiczka wnet zwija flagę w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo składa płetwy i - jeśli niechętna jest skojarzeniu - natychmiast czmycha. Jeśli jednak chętna jest samcowi, zbliża się do

niego w swoisty miękki, „nieśmiały” sposób, więc w pozycji, która jest przeciwieostwem chełpliwości. I teraz rozpoczynają się miłosne igry, które dzięki uroczej subtelności ruchów dorównują wspaniałości bojowego taoca dwóch samców. Jeśli jednak spotkają się dwa samce, dochodzi do prawdziwej orgii wzajemnej chełpliwości najpiękniejszy widok, jaki może przedstawiad akwarium. Każdy poszczególny ruch następuje wedle ściśle wyznaczonych prawideł i posiada określone znaczenie symboliczne, podobnie jak gesty w rytualnych taocach Syjamczyków i Indonezyjczyków. Rzuca się wręcz w oczy podobieostwo stylu oraz egzotycznej gracji w opanowaniu namiętności u zwierzęcia i człowieka. Poszczególne ruchy uwidoczniają wręcz, że mają za sobą długi historyczny rozwój i że swój specjalny, subtelnie wypracowany kształt zawdzięczają prastarej rytualizacji. Ale można też zaobserwowad, że owa rytualizacja jest u człowieka wynikiem historycznego przekazu narodu, u zwierzęcia natomiast filogenetycznego rozwoju odziedziczonych, wrodzonych sposobów poruszania się gatunku. Filogenetyczne badanie takich „zrytualizowanych”, pełnych wyrazu ruchów oraz porównanie podobnych ceremoniałów u gatunków pokrewnych jest niezwykle pouczające. I właśnie o historii tych ruchów wiemy więcej niż o powstawaniu wszystkich innych tak zwanych „instynktów”. Ale o tym będzie mowa gdzie indziej. Po tej wycieczce powródmy do bojowego taoca samców. Ma on dokładnie takie samo znaczenie, co słowny pojedynek chełpliwości i obelg homeryckich bohaterów lub chłopów alpejskich, jaki dziś jeszcze bywa prologiem przed bitką w szynku. Usiłuje się zastraszyd przeciwnika, w sobie samym zaś spotęgowad podniecenie i niezbędną odwagę działania. Długotrwałe preludium, jego rytualny charakter i przede wszystkim wystawnośd i wspaniałośd barw oraz rozpostarte płetwy, służące wyłącznie do onieśmielenia przeciwnika, nie do czynów - to wszystko dla nie wtajemniczonego pozbawione jest groźnej powagi. Właśnie to piękno sprawia, że walczący wydają się mniej okrutni, niż są w rzeczywistości, nie dowierza się ich śmiertelnej odwadze i zaciętej dzielności - podobnie jak mężczyznom malajskim, których powab ma w sobie coś niemal kobiecego; a przecież i oni, i ryby potrafią walczyd do upadłego. W istocie bowiem walki bojowników syjamskich prowadzą często do śmierci jednego z wrogów. Kiedy podniecenie wzmaga się tak, że następuje pierwszy cios sztyletem, po paru minutach w płetwach widnieją szerokie rysy, po paru dalszych zaś płetwy rozdarte są w strzępy. Sposób atakowania tej ryby syjamskiej, podobnie jak wszystkich ryb bojowych, polega faktycznie na pchnięciu sztyletem, a nie na ukąszeniu. Ryba rozdziawia pyszczek tak szeroko, że wszystkie zęby sterczą do przodu i w tej pozycji z zadziwiającą siłą muskularnego ciała atakuje bok przeciwnika. Uderzenie ryby długości kilku zaledwie centymetrów jest tak silne i twarde, że powoduje wyraźnie dosłyszalny dźwięk, jeśli zęby przypadkiem natrafią na szybę zbiornika. „Imponowanie” może trwad godzinami, ale kiedy wreszcie zacznie się bój, nieraz już po paru minutach jeden z przeciwników, śmiertelnie ranny, leży na dnie akwarium. Całkiem inne niż boje syjamskich bojowników są walki naszych europejskich cierników. W przeciwieostwie do bojowników rozpłomienia się ciernik w okresie godowym nie tylko wówczas, gdy dostrzeże przeciwnika lub damę, lecz płonie, ilekrod znajduje się w pobliżu wybranego przez siebie miejsca na gniazdo. Przewodnim motywem jego walki jest: „My home is my castle”2. Jeśli wyjmie się
2

Mój dom jest moją twierdzą (ang.).

ciernika z gniazda, jeśli z macierzystego zbiornika przeniesie się go do innego i umieści obok drugiego ciernika, ani mu w głowie walka; staje się potulny i niepozorny. Jest rzeczą niemożliwą używanie cierników do walk pokazowych, jak to od stuleci praktykują w odniesieniu do swych ryb Syjamczycy. Dopiero gdy znajdzie swój dom, potrafi ciernik wzbudzid w sobie pełny żar namiętności i płciowego podniecenia. Poważną walkę cierników można ujrzed tylko wówczas, gdy hoduje się te ryby w jednym dużym akwarium, w którym dwa samce budują swoje gniazda. Bojowośd ciernika jest w każdej chwili odwrotnie proporcjonalna do oddalenia od gniazdka. Przy samym gnieździe jest wściekłym bojownikiem, który zaatakuje nawet rękę ludzką. Im dalej jednak pływając oddala się od swej kwatery głównej, tym bardziej słabnie jego chęd walki. Jeśli dwa samce ciernika spotkają się, można w myśl powyższego przepowiedzied z całą pewnością, jak zakooczy się walka: ucieknie ten, który jest dalej od gniazda. W bezpośredniej bliskości swego gniazda nawet najmniejszy pokona największego, względna moc bojowa poszczególnego ciernika wyraża się jedynie w wielkości terytorium, które zdoła utrzymad wolnym od rywali. Zwyciężony, ucieka oczywiście do domu; oczywiście zwycięzcy również nabrzmiewa grzebieo i wściekły ściga tamtego. Przy tym oddala się coraz bardziej od własnej kwatery i jego odwaga maleje w tym samym stopniu, w jakim wzmaga się odwaga rywala-uciekiniera. W pobliżu twojego gniazda ów przed chwilą upadły na duchu uzyskuje nowe siły; nagle odwraca się i z dziką furią rzuca na swego prześladowcę. Wywiązuje się nowa walka i ta kooczy się z absolutną pewnością zwycięstwa tego, który został najpierw pokonany, i polowanie zaczyna się od nowa. Cała ta sprawa powtarza się kilkakrotnie, wzajemne prześladowanie oscyluje między obu terytoriami, amplitudy akcji są coraz słabsze, aż w koocu ustają całkiem na pewnej dośd stałej „granicy”. Dwaj walczący stają w postawie grożącej naprzeciw siebie, niczym waoki-wstaoki - głowa na dole, ogon na górze, przy czym zwracają się ku sobie bokami, kierując groźnie w stronę przeciwnika kolec brzuszny, i wykonują dziwaczne, skierowane ku dołowi, niby kopiące ruchy, które wyglądają tak, jakby ryby chciały pobierad żywnośd z dna; w rzeczywistości jednak jest to „rytualizacja” ruchów, za pomocą których żłobią w dnie jamkę gniazdową. Owe ruchy można zauważyd zawsze wtedy, kiedy ryby nie odważają się już walczyd. Inaczej niż syjamskie bojowniki, cierniki nie grożą przed rozpoczęciem walki, atak i kontratak następuje raczej tak szybko, że oko obserwatora ledwo może nadążyd, a duży kolec brzuszny, tak groźnie wyglądający, gra przy tym rolę podrzędną; mimo to dzika „walka wręcz” cierników sprawia wrażenie o wiele groźniejsze niż ceremonialny taniec wojenny ryb bojowych. Ale gdy u tamtych już po paru ciosach zieją w płetwach głębokie rysy, cierniki nie odnoszą ran widzialnych gołym okiem. Chociaż w nowym „Brehmie” można przeczytad: „Kolce użyte są z taką mocą, że nieraz jeden z walczących pada przebity...” świadczy to tylko o tym, że piszący te słowa nie próbował nigdy „przebid” ciernika. Ciernik bowiem wyślizguje się kilkakrotnie nawet pod ostrym skalpelem, zanim uda się zedrzed jego twardą skórę, nawet w miejscach, gdzie nie jest opancerzony. Połóż martwego ciernika na miękkim podłożu (które bądź co bądź jest lepszym oparciem niż woda), weź ostrą igłę (dziesięciokrotnie ostrzejszą od kolca ciernika) i spróbuj przebid rybę. Zadziwisz się. Rzecz prosta, że w ciasnej przestrzeni zbiornika rybi samiec prześladuje słabszego ostatecznie aż do śmierci, gnając go tu i tam, strzępiąc mu płetwy i drąc skórę, ale czegoś podobnego mogą też dokonad króliki lub synogarlice.

I tak samo różne, jak w gniewie i walce, te dwie pełne temperamentu ryby są też w miłości. A przecież mają coś wspólnego. U obu gatunków samczyk, nie samiczka, bierze na siebie budowę gniazda oraz troskę o potomstwo. I jeden, i drugi przyszły ojciec rodziny nie wcześniej myśli o miłości, aż jest gotowa kołyska dla oczekiwanych dzieciątek. Ale na tym kooczą się podobieostwa i zaczynają różnice. Kołyska ciernika leży - żeby tak rzec - pod podłogą, kołyska bojownika nad sufitem, to znaczy ciernik wygrzebuje jamkę w dnie zbiornika, bojownik natomiast buduje ją na powierzchni wody: pierwsza ryba używa do budowy włókien roślinnych oraz wydzieliny nerek, druga - powietrza i śliny. Tak jest, powietrzny pałac bojownika, a także jego bliskich krewnych składa się z niewielkiego, nieco nad powierzchnię wody sterczącego gniazdka, złożonego ze ściśle do siebie przylegających pęcherzyków powietrznych, pociągniętych z wierzchu lepką śliną, i bardzo trwałych. Już w trakcie budowy samczyk lśni najpiękniejszymi barwami, a te zyskują jeszcze głębię i świetlistośd, gdy zbliża się samiczka. Błyskawicznie samczyk gna ku niej i pałając zatrzymuje się. Jeśli dama gotowa jest pójśd za głosem natury, daje to do poznania w ten sposób, że przybiera pewną ściśle określoną barwę o nieregularnych poprzecznych prążkach i ze złożonymi ciasno płetwami płynie ku samczykowi, który drżąc rozpościera jak najszerzej wszystkie płetwy i ustawia się ciągle w ten sposób, aby ukazad wybrance wspaniały widok swej całej bocznej strony. W następnej jednak chwili zamaszystym, pełnym gracji, wijącym się ruchem płynie w kierunku gniazdka. Zachęcający sens owego gestu jest natychmiast zrozumiały, chodby oglądało się tę scenkę po raz pierwszy. Podobnie pojmuje się od razu istotę „rytualizacji” owego pływającego ruchu. Wszystko, co może dodad jej optycznego efektu, jest niezmiernie przesadzone, jak wicie się ciała lub wachlowanie płetwy ogonowej. Natomiast pomniejszone jest wszystko, co odnosi tylko efekt mechaniczny. Bo ruch ten mówi: „Odpływam od ciebie, pośpiesz się i płyo za mną!”, przy czym ryba nie odpływa ani daleko, ani prędko i wkrótce powraca znowu do samiczki, która z wahaniem i nieśmiało płynie za samcem. W ten sposób samiczka zostaje w koocu zwabiona pod powietrzne gniazdko. I teraz następuje cudowny pląs miłosny, który alpejscy miłośnicy ozdobnych rybek zowią „Schuhplattler”3, co jest niewątpliwym nietaktem; taniec ryb bowiem swym delikatnym wdziękiem przypomina raczej menuet, ogólnie jednak jego styl odpowiada tanecznemu transowi świątynnej tancerki z Bali. Według zasady samiec musi podczas tego miłosnego taoca zwracad ku swej damie zawsze wspaniałą stronę boczną, dama zaś musi stale stad wobec niego pod kątem prostym. Samiec nie śmie ani przez chwilę oglądad jej boku, w przeciwnym razie staje się zły i nierycersko brutalny, gdyż stanie bokiem u tych ryb - podobnie jak u wielu innych - oznacza gotową do walki męskośd i dlatego w każdym samcu wzbudza momentalnie zmianę nastroju; najwyższa miłośd zamienia się w najdzikszą pasję. Ponieważ samczyk nie chce oddalad się od gniazdka, kręci się w kółko dokoła samiczki, a że ta postępuje za każdym ruchem partnera, kierując w jego stronę stale front, pląsy wiją się w ciasnym kręgu. Coraz intensywniej żarzą się barwy, coraz bardziej podniecone są ruchy, koło zacieśnia się coraz bardziej, aż wreszcie ciała ryb zetkną się. Wówczas samczyk ogarnia nagle samiczkę: łagodnie obraca ją na grzbiet i drżąc dopełniają oboje wielkiego aktu płodzenia: jednocześnie wydalają ikrę i nasienie. Po skojarzeniu samiczka leży przez kilka sekund na grzbiecie jak odurzona; samczyk jednak już w następnej chwili musi się zająd ważną sprawą. Maleokie, przejrzyste jak szkło jajeczka są bowiem znacznie cięższe od wody i natychmiast spadają w głąb. Ale pozycja skojarzeniowa jest urządzona tak
3

Ludowy taniec tyrolski

mądrze, że opadające jajeczka muszą przesunąd się obok skierowanej na dół główki samczyka; i młody ojciec natychmiast się nimi zajmuje. Łagodnie rozluźnia uścisk, ześlizguje się w dół za jajeczkami, zbiera starannie pyszczkiem jedno po drugim, zanosi je od razu do gniazdka i upycha między powietrznymi pęcherzykami. Jego pośpiech jest konieczny. Bo, gdyby się chod o sekundę spóźnił, nie tylko nie znalazłby w mule dna przejrzystych kuleczek, ale samiczka ocknęłaby się tymczasem i popłynęła również ku jajeczkom, aby je zbierad. Aha, myślisz, dobra żona, chce pomóc mężowi, zaraz popłynie do góry i wpakuje ikrę do gniazdka. Ale daremnie byś na to czekał. Bo te jajeczka zostałyby nieodwołalnie połknięte i pożarte. Samiec wie zatem dobrze, czemu musi się śpieszyd, wie także, czemu nie może ścierpied samiczki w pobliżu gniazdka, kiedy po dziesięciu do dwudziestu aktach skojarzenia pozbyła się całego zapasa jajeczek. Odmienny jest ceremoniał rycerskich pielęgnic, cichlidów. U nich obie płci dbają wspólnie o potomstwo, które w zwartej gromadce idzie za rodzicami jak pisklęta za kwoką. W ewolucyjnym szeregu istot żywych widzimy po raz pierwszy u ryb pielęgnicowatych zachowanie, które ludzie u siebie uważają za wielce zasłużone i moralne: mąż i żona po doniosłym i szczęśliwie dokonanym akcie płodzenia pozostają nadal w trwałym stadle, i to nie tylko tak długo, póki wymaga tego opieka nad potomstwem, ale - i to jest ważne - również potem. Ogólnie „małżeostwem” nazywa się już stan, gdy obie płci troszczą się o wychowanie potomstwa, chociaż w tym wypadku osobisty związek małżonków wcale nie musi istnied. Ale w rodzinie cichlidów on istnieje. Aby stwierdzid obiektywnie, czy jakieś zwierzę poznaje swego współmałżonka osobiście, jako indywiduum, trzeba zastąpid je doświadczalnie przez inne zwierzę tej samej płci, znajdujące się w tej samej fazie cyklu rozrodczego. Jeśli na przykład w wysiadującej jajka parze ptaków zastąpid samiczkę inną, która znajduje się już w psychofizjologicznym stadium karmienia piskląt, jej instynktowne czynności nie będą - rzecz prosta - odpowiadały czynnościom samca. Wynika zatem przykra niezgodnośd, o której trudno orzec, czy ptasi mąż naprawdę zauważa, że obecna żona nie jest dawną żoną, czy też bierze jej tylko za złe, że się „fałszywie zachowuje”. Oczywiście było dla mnie ogromnie ważne dowiedzenie się, jak pielęgnicowate - jedyne ryby, które faktycznie zawierają małżeostwo zachowują się w tym wypadku. Do tego doświadczenia potrzebne były dwie pary tego samego gatunku, obie w tej samej fazie rozrodczej. Warunek ten został spełniony dzięki dwóm parom wspaniałej dużej południowoamerykaoskiej pielęgnicy perłowej (Herichthys cyanoguttatus), zwanej po niemiecku „niebiesko nakrapianą rybą bohaterską”. Nazwa ta jest trafna: na aksamitno-czarnym tle turkusowe, tęczowo mieniące się cętki tworzą splątaną mozaikę przecudnej piękności, a wysiadująca jajeczka parka tych ryb okazuje nawet wobec największego przeciwnika odwagę iście bohaterską, jaka na pewno uprawnia je do tej nazwy. Moich pięd młodych rybek tego gatunku nie posiadało na razie turkusowych cętek ani bohaterskiej odwagi. Po paru tygodniach intensywnego żywienia i pomyślnego wzrostu w bardzo dużym, nasłonecznionym akwarium pewnego dnia na jednej z dwóch największych ryb ukazały się błękitne cętki i równocześnie zrodziła się odwaga. Ryba zajęła lewy przedni kąt zbiornika, wyżłobiła parę głębokich jamek i zaczęła przygotowywad do tarła gładki kamieo, czyszcząc go starannie z alg i innych naleciałości (odpowiednie kamienie już wcześniej umieściliśmy w kątach akwarium). Cztery dalsze ryby, zbite w trwożną gromadkę, stały w prawym górnym i tylnym kącie. Ale już następnego dnia jedna z nich, mniejsza, nałożyła również swój wspaniały strój - aksamitnoczarny staniczek, bez

turkusowych cętek, zdradzał, że to samiczka. I samiec zaczął od razu prowadzid do swego domu uroczą damę z ceremoniałem podobnym do tego, jaki widzieliśmy u cierników i bojowników. Para stała teraz nad wspomnianym kamieniem tarliskowym oraz wygrzebanymi jamkami i broniła zaciekle tego rewiru. Trzem pozostałym rybom było bynajmniej nie do śmiechu, a za określoną w samej nazwie odwagą tych zwierząt przemawia to, że po paru dniach druga wielka ryba ośmieliła się i wywalczyła posiadanie prawego przedniego dolnego kąta akwarium. Obecnie więc dwa samce siedziały naprzeciw siebie jak dwaj wrodzy raubritterzy na swych zamkach. Granica przebiegała bliżej zamku drugiego samca, który nieco później wszedł w okres godowy, i to wydaje się zrozumiałe, jeśli pomyśled, że gdyby wychynął ze swego kąta, miałby dwoje przeciwników, chod samiczka atakowała nie tak wściekle jak samiec. Samotny samiec - nazwiemy go po prostu nr 2 mimo to wciąż na nowo wypływał ze swojej twierdzy na szerokie wody, chcąc zwabid samiczkę nr 1 do swego gniazdka. Te usiłowania jednak spełzały na niczym, efektem były jedynie potężne szturchaoce ze strony samiczki w jego nie osłonięty bok, ilekrod próbował umizgad się w postawie bocznej. Taki stan rzeczy trwał przez kilka dni. Potem jednak zdawało się, że nadszedł happy end i podwójne wesele, gdyż druga samiczka przybrała również godowy strój. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Podobnie bowiem jak samczyk nr 2 nie oglądał się na tę nową, obleczoną w godową szatę samiczkę, tak i ta dama nie chciała o nim słyszed. Starała się raczej wciąż na nowo ofiarowad swe wdzięki samcowi nr 1. Ilekrod ów samiec płynął w stronę swego gniazdka, samiczka nr 2 pośpieszała za nim w pozycji „prowadzonej do gniazdka” małżonki. Czuła się kuszona przez to gniazdo, ilekrod obcy mąż dążył w tamtą stronę. Jego żona zdawała się pojmowad sytuację; w każdym razie nacierała wściekle na zbliżającego się intruza, gdy tymczasem samiec postępował bardziej opieszale. Samiec nr 2 i samica nr 2 nie oglądali się na siebie, każde z nich miało oczy jedynie dla szczęśliwego współmałżonka pierwszej pary, który jednak nie zwracał na nich uwagi. Ten stan rzeczy trwałby z pewnością dłużej, gdyby nie moja ingerencja: przeniosłem samca i samiczkę nr 2 do innego, lecz identycznego akwarium. Rozłączona z obiektami swych zapędów miłosnych i ta parka złączyła się i stała małżeostwem. Po paru dniach obydwie pary odbyły jednocześnie tarło. Teraz miałem więc to, czego chciałem, mianowicie dwie pary gatunku cichlidów w dokładnie tej samej fazie cyklu rozrodczego. Ponieważ zależało mi bardzo na hodowli tych rzadkich wówczas ryb, poczekałem z moim eksperymentem, aż dzieci obu par były na tyle duże, że od biedy także przy całkowitym zerwaniu związku rodziców mogły same wyrosnąd. Po czym zamieniłem samiczki. Rezultat był dwuznaczny i nie dał wyraźnej odpowiedzi na pytanie, czy ryba osobiście poznaje swoją samiczkę, albowiem interpretacja, jaką mam dla tego, co teraz nastąpiło, niejednemu zda się zbyt śmiała i domaga się dalszego eksperymentalnego potwierdzenia. Samczyk nr 2 przyjął od razu zamienioną samiczkę nr 1. Nie wydawało mi się jednak, jakoby nie zauważył żadnej różnicy, nie, jego ruchy podczas „zmiany warty” i przy każdym spotkaniu z samiczką zdawały się teraz przybierad na zapale i intensywności. Jeśli chodzi o samiczkę, to i ona natychmiast zgodziła się na ceremonie samczyka i bez tard wcieliła się w swoją rolę jako współ wychowawczyni potomstwa. To niewiele - zdawałoby się - mówiło, ponieważ samiczka tej ryby, podobnie jak gorliwa kwoka, koncentruje się intensywnie na gromadce małych, zaś dla samca przejawia zainteresowanie wyłącznie jako dla obroocy rodziny i swojego zastępcy w służeniu młodym.

Całkiem inaczej przebiegały wydarzenia w drugim akwarium, gdzie przydałem samiczkę nr 2 samcowi nr 1 i jego potomstwu. I tu również samiczka zwracała uwagę jedynie na młode, podpłynęła zaraz do ich gromadki, stanęła nad nią i - sama zaniepokojona przeniesieniem - zaczęła gromadzid dzieci jak strwożona kwoka. Dokładnie to samo robiła samiczka nr 1 w tamtym zbiorniku. Ale podczas gdy tam samiec nr 2 przyjmował zluzowanie go przez zamienioną samiczkę z pełnym żaru ceremoniałem, samiec nr 1 zatrzymał się nieufnie przy gromadce malców, nie uważał się wcale za zluzowanego, w następnej zaś chwili zaatakował wściekłym pchnięciem nie przeczuwającą niczego samiczkę w odsłonięty bok. Natychmiast kilka srebrnych łusek, niczym płatki miki, osunęło się na dno, tak ze musiałem prędko interweniowad, aby ocalid samiczkę, inaczej w ciągu paru minut zostałaby zadręczona na śmierd. Co się stało? Otóż samiec, który otrzymał ładniejszą samiczkę, tę, o którą już uprzednio zabiegał, był zadowolony z zamiany. Drugi jednak, któremu zabrałem jego piękną żonkę i zamiast niej podstawiłem już uprzednio wzgardzoną damę, był - i chyba słusznie - wściekły. Znamienne, że o wiele brutalniej ją zaatakował, niż to czynił dawniej, w obecności swej prawowitej małżonki. To, że samczyk nr 2, który otrzymał „lepszą” samiczką, zauważył różnicę, wydaje mi się prawdopodobne, ale przysiąc na to nie mogę. Jeszcze bardziej interesujące i dla obserwatora wdzięczniejsze niż miłosne sprawy tych najosobliwszych ryb jest ich troska o potomstwo. Sumienna „służba” przy gnieździe, z „wachlowaniem” wody do gniazdka wedle obyczaju cierników, póki kołyska zawiera ikrę lub maleokie rybiątka, wojskowa punktualnośd w luzowaniu jednego z małżonków przez drugiego, a potem - gdy dzieci są już zdolne do pływania - troskliwe wodzenie posłusznej gromadki - to obrazki, jakich się nie zapomina. Ale najbardziej uroczy jest moment, gdy umiejące już pływad rybki idą spad. Tak jest, aż do wieku, gdy osiągną kilka tygodni, co wieczór, gdy się ściemni, młode odprowadzane są do jamki, w której spędziły najwcześniejsze dzieciostwo. Matka czuwa nad gniazdkiem i pewnymi określonymi ruchami zwabia małe. U pięknej ryby akary czerwonej (Hemichromis bimaculata), o szkarłatnych, nakrapianych tęczowymi, jasnoniebieskimi kropkami łuskach, gra przy tym szczególną rolę wspaniała jak prawdziwe klejnoty płetwa grzbietowa. Wachluje ona nią w szybkim tempie do góry i na dół, przy czym niewielkie klejnoty migoczą jak telegraf lustrzany. Na ten sygnał nadpływają rybki i pod wabiącą matką gromadzą się w jamce. W tym czasie ojciec opływa cały zbiornik, poszukując ewentualnych maruderów. Nie wabi ich nawet, tylko inhaluje je po prostu do pyszczka, płynie do gniazda i wydmuchuje do jamki. Tak potraktowane dziecko opada natychmiast na dno i tam leży. Dzięki mądremu odruchowemu urządzeniu pęcherz pławny śpiących rybek z rodu cichlidów ściąga się bowiem tak mocno, że stają się one cięższe od wody i niby małe kamyczki leżą w jamce, tak samo jak to robiły będąc noworodkami, gdy ich pęcherz nie był jeszcze wypełniony gazem. Ta sama reakcja nabierania ciężaru zostaje wyzwolona wtedy, gdy rodzic bierze młode do pyszczka. Bez tego mechanizmu niemożliwością byłoby dla ojca, zbierającego wieczorem maleostwa, je zatrzymad. Właśnie podczas takiego transportu zagubionych dzieci zaobserwowałem pewnego razu postępowanie samca z gatunku akar czerwonych, które mnie wprawiło w zdumienie. Przyszedłem do instytutu późnym popołudniem, zmierzchało już. Mimo to chciałem nakarmid kilka ryb, które tego dnia nic jeszcze nie jadły, między nimi również parę akar czerwonych, które wychowywały potomstwo. Gdy podszedłem do akwarium, wszystkie niemal małe były już w jamce, nad którą matka

trzymała wiernie straż. Nie podpłynęła też do karmy, kiedy wrzuciłem do zbiornika kawałki dżdżownicy. Natomiast ojca, który zdenerwowany poszukiwał w wodzie zabłąkanych dzieci, odwiodła od tego zajęcia apetyczna częśd dolna dżdżownicy (z nieznanych powodów tę częśd przekładają nad przednią wszystkie zwierzęta pożerające robaki). Podpłynął i chwycił robaka, nie mógł go jednak natychmiast połknąd z powodu jego wielkości. I akurat gdy żuł z pełnym pyszczkiem, dojrzał zabłąkanego samotnego malca. Jak zelektryzowany sprężył się, pognał za dzieckiem i wessał je do swego pełnego pyszczka. To był naprawdę moment pełen napięcia! Ryba miała teraz w pyszczku dwa przedmioty, z których jeden winien był dostad się do żołądka, drugi do gniazdka. Co się stanie? Muszę przyznad, że w tamtej chwili nie dałbym ani pięciu groszy za życie małej rybki. Ale to, co się stało, było naprawdę wspaniałe. Ryba stała sztywno, z pełnym pyszczkiem, ale nie żuła. Jeśli kiedykolwiek widziałem rybę myślącą, to właśnie wówczas - zważywszy, jakie to dziwne, że ryba może popaśd w sytuację prawdziwie konfliktową i że zwierzę zachowuje się w tym wypadku podobnie jak człowiek, to znaczy zablokowane z wszystkich stron staje i nie może ani posunąd się naprzód, ani się cofnąd. Kilka sekund stał ojciec Hemichromus jak zamurowany, ale widad było, że coś w nim pracuje. A potem rozwiązał ów konflikt w sposób budzący wręcz szacunek. Wypluł całą zawartośd pyszczka: robak opadł na dno, rybiątko, stając się cięższe w wyżej opisany sposób, opadło również. Potem rodzic zwrócił się zdecydowanie do robaka i zeżarł go bez pośpiechu, nie tracąc jednak z oczu leżącego obok dziecka. Gdy skooczył ucztę, wessał dziecko i zaniósł je do domu, do matki. Kilku studentów, którzy tę scenę obserwowali, zaczęło z uciechy klaskad.

PONADCZASOWI KOMPANI
W kominie śpiewa wiosenna burza, szumią stare świerki przed oknem mojego gabinetu, podniecone, kołyszą ramionami. I nagle w obszar chmurnego nieba, stojący w ramach okna, spada z góry tuzin czarnych opływowych lub kroplopodobnych rakiet. Spadają ciężko jak kamienie, spadają tuż ponad wierzchołkami drzew, nagle wyrastają im duże czarne skrzydła i rakiety stają się ptakami, lekkimi wiechciami z piór, które burza porywa, unosi w górę i wymiata z pola mojego widzenia. Podchodzę do okna, by oglądad jedyną w swoim rodzaju grę, jaką kawki uprawiają z wichurą. Grę?... Tak jest, grę w całym tego słowa znaczeniu - ruch znany i wykonywany z rozkoszą dla niego samego, a nie dla osiągnięcia jakiegoś celu. Zaznaczam: ruch wyuczony, a nie przekazany instynktem. Bo właśnie to, co te ptaki dwiczą - wykorzystanie wiatru, dokładne oszacowanie odległości, przede wszystkim jednak znajomośd lokalnych warunków powietrznych i miejsc, w których przy tym właśnie kierunku wiatru tworzą się wiatry wstępujące, powietrzne dziury czy wiry - wszystko to nie jest dobrem dziedzicznym, lecz indywidualnie nabytym. A jakie rzeczy wyprawiają kawki z wiatrem! Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wiatr igra z kawkami jak kot z myszą. Ale tutaj role są zamienione: to ptaki igrają z wiatrem. Niemal, zawsze tylko niemal, poddają się woli burzy, zezwalają, by wiatr wstępujący rzucał je wysoko, wysoko w niebo, przy czym zdaje się, jakby spadały do góry - a potem małym, powolnym ruchem jednego skrzydła odwracają się na grzbiet, na ułamek sekundy otwierają płaszczyznę nośną od dołu, przeciw wiatrowi, spadają lotem wielokrotnie przyśpieszonym na dół, odwracają się znowu maleokim ruchem skrzydeł w normalne położenie i teraz, ze złożonymi prawie zupełnie skrzydłami, śmigają wściekłym lotem setki metrów na zachód, przeciw wichrowi, który chce je dmuchnąd na wschód. Nie zużywają na to wcale siły, ślepy olbrzym sam musi wykonad całą pracę potrzebną, by pognad w powietrze ptasie ciało z szybkością większą niż sto kilometrów na godzinę, kawka sama nie przyczynia się do tego, wykonuje jedynie dwie lub trzy opieszałe, ledwo zauważalne zmiany pozycji czarnych skrzydeł. Oto suwerenne opanowanie surowej mocy, upajający tryumf żyjącego organizmu nad żywiołowymi siłami materii nieorganicznej. Minęły dwadzieścia cztery lata, odkąd pierwsza kawka latała tak dokoła szczytu domu w Altenbergu, odkąd straciłem serce z miłości do tych ptaków o srebrnych oczach. I jak to nieraz bywa z wielkimi miłościami życia, nie myślałem nic szczególnego, gdy poznałem moją pierwszą młodą kawkę. Siedziała w sklepie ze zwierzętami Rozalii Bongar, gdzie od przeszło czterdziestu lat jestem stałym klientem, siedziała w dośd ponurej klatce i nabyłem ją za cztery szylingi. Nie kupiłem jej z pobudek naukowych, ale dlatego, że akurat miałem ochotę zatkad dużą, czerwoną, żółto obramowaną paszczę młodego ptaka dobrym pokarmem. Miałem zamiar wypuścid ptaka na wolnośd, gdy się usamodzielni. To uczyniłem istotnie, ale z tym nieoczekiwanym rezultatem, że do dziś jeszcze gnieżdżą się kawki pod moim dachem. Nigdy żaden akt współczucia zwierzęciu nie opłacił mi się tak sowicie. Niewiele ptaków, w ogóle niewiele zwierząt wyższych - tworzące paostwa owady należą do innego rozdziału - ma tak wysoko rozwinięte życie rodzinne i towarzyskie, jak kawki. Z tej przyczyny mało tylko zwierzęcych dzieci jest tak wzruszająco bezradnych i tak uroczo przywiązanych do opiekuna, jak młode kawki. Kiedy dutki jej piór zrogowaciały i moja kawka zdolna była do lotu, okazywała dziecięce wręcz przywiązanie do mojej osoby. W domu latała za mną z pokoju do pokoju, a gdy zmuszony byłem

zostawid ją samą, wydawała rozpaczliwy krzyk „czok”. Tym imieniem właśnie ją przezwaliśmy. I z tego wyrosła tradycja, aby wszystkie pojedynczo hodowane młode kawki nazywad jej głosem wabiącym. Takie dziecko kawki, pełne młodzieoczego przywiązania do swego opiekuna, zaspokaja też wiele naukowych zainteresowao. Można udad się z ptakiem na dwór, studiowad jego lot, zdobywanie żywności, sposoby zachowania się w naturalnym otoczeniu, nie zacieśnionym prętami klatki, a jednak w najbliższym sąsiedztwie. Mam wrażenie, że żadne inne zwierzę nie nauczyło mnie tyle, i to rzeczy tak istotnych, jak kawka Czok (w lecie roku 1926). Dzięki mojej umiejętności naśladowania krzyku kawki Czok polubiła mnie wkrótce bardziej od innych ludzi, towarzyszyła mi wiernie jak pies, latając obok na dalekich wędrówkach, ba, nawet gdy jechałem rowerem. Chociaż niewątpliwie znała mnie osobiście i jej przywiązanie odnosiło się jednoznacznie do mnie, nieraz w jej postępowaniu ujawniało się w sposób dziwny coś instynktownego, podobnego niemal do refleksu. Jeśli na przykład ktoś szedł dużo prędzej ode mnie i wyprzedzał mnie, kawka stale mnie opuszczała i przyłączała się do obcego. Co prawda, wnet zauważała swoją „omyłkę” i wracała do mnie, z wiekiem owa korektura następowała coraz szybciej. Ale drobny start, pewną intencję ruchu, aby postępowad za idącym szybciej, można było zauważyd również potem. W o wiele większy konflikt duchowy popadała Czok, kiedy przed nami zjawiała się jedna lub kilka latających wron. Widok bijącej czarnej pary skrzydeł, które się szybko oddalały, wzbudzał nieuchronnie w młodej kawce przemożny, silny instynkt, aby za nią polecied. Czok nie potrafiła się oprzed, a przykre doświadczenia w tym względzie niczego jej nie nauczyły. Za każdą bowiem wroną pomykała jak zaślepiona i w ten sposób nieraz gromada wron wiodła ptaka tak daleko, że o mały włos byłby zaginął. Osobliwe było też jego zachowanie, gdy wrony lądowały. W chwili kiedy już nie latały, kiedy więc ustał czar bijących czarnych skrzydeł, ptak czuł się osamotniany i przyzywał mnie szczególnym żałosnym wołaniem, jakim młoda kawka przyzywa rodziców. Skoro w odpowiedzi usłyszał moje wołanie, zrywał się i leciał do mnie, i to tak energicznie, że bardzo często podrywał także wrony i przylatywał do mnie na czele całej gromady. W takim wypadku musiałem już z daleka pokazywad się wronom, w przeciwnym razie następowała inna komplikacja. Z początku bowiem, zanim poznałem owo niebezpieczeostwo, leciały za kawką i zbliżały się do mnie nie dostrzegając mnie. A gdy wreszcie mnie dojrzały, popadały w panikę i uciekały tak gwałtownie, że i mój ptak, zarażony ogólnym strachem, zostawał znowu porwany przez ich stadko. We wszystkich przypadkach społecznego zachowania się, których przedmiot ustala się przez indywidualne doświadczenie, był więc ten ptak nastawiony na człowieka. Podobnie jak Kiplingowski Mowgli określał siebie jako wilka, on, gdyby umiał mówid, z pewnością określiłby się jako człowiek. Jedynie sygnał bijących czarnych skrzydeł rozumiał wrodzonym instynktem: „Led z nami!” Uczłowieczając nieco można by powiedzied, że dopóki chodził, uważał się za człowieka, ale gdy wzleciał, uważał się za wronę siwą, bo jej czarne łopoczące skrzydła poznał jako pierwsze. Kiedy w Mowglim obudziła się miłośd, wszechmocny instynkt zmusił go do opuszczenia swych braci wilków i powrotu do ludzi. Poeta miał tu prawdopodobnie słusznośd; mamy wszelkie powody, by przyjąd, że u człowieka oraz większości ssaków przedmiot miłości seksualnej bywa rozpoznany dzięki nieomylnym, odziedziczonym znakom. U ptaków jest inaczej; wyhodowane samotnie ptaki, które nigdy nie widziały osobników sobie podobnych, w większości wypadków „nie wiedzą”, do jakiego

należą gatunku, to znaczy że ich zmysł towarzyski oraz popęd płciowy kieruje się ku tym istotom, wśród których spędziły pewne wryte w pamięd fazy młodzieoczego rozwoju - stąd w większości wypadków ku człowiekowi W pewnych okolicznościach mogą nawet występowad przeróżne zboczenia. Na przykład gęś domowa, samica, którą obecnie posiadam, jako jedyna spośród dziesięciorga gąsiątek ozdrawiała po przejściu gruźlicy drobiu, wyrosła zatem wyłącznie w towarzystwie kur. Chod w odpowiednim czasie sprawiliśmy jej dorodnego gąsiora, zakochała się śmiertelnie w naszym kogucie rasy Rhode Island i zalecała się tylko do niego, nie bacząc całkiem na konkury gąsiora. Podobny, niemal tragikomiczny wypadek dotyczył białego pawia z schönbruoskiego ogrodu zoologicznego. Ponieważ jedynie on ostał się po przedwcześnie wyklutym i przez kiepską pogodę zniszczonym rodzeostwie, przeniesiono go do najcieplejszego pomieszczenia w zoo, jakie wówczas było do dyspozycji, mianowicie do żółwi olbrzymów. Nieszczęsny ptak tokował potem przez całe życie tylko do żółwia olbrzyma, a pozostawał ślepy i głuchy na wdzięki najśliczniejszych pawic. Jest typowe dla tego osobliwego procesu fiksacji życia płciowego wobec pewnego przedmiotu, że nie może on się cofnąd. Gdy Czok dorosła, zakochała się w naszej gosposi, która właśnie w tym czasie wyszła za mąż i przeniosła się do oddalonej o trzy kilometry miejscowości. Po kilku dniach Czok odszukała jej siedzibę i zakwaterowała się w jej domu. Jedynie nocą odwiedzała swojo miejscu na strychu naszego domu. Ale w połowie czerwca, po okresie miłości i lęgu kawek, ptak wrócił nagle do nas i zaadoptował jedną z czternastu młodych kawek, które owej wiosny wyhodowałem. Wobec tego przybranego dziecka zachowywała się Czok nawet w najbłahszych szczegółach tak samo, jak zachowują się normalnie kawki wobec swych młodych. Sposoby zachowania się wobec potomstwa muszą oczywiście byd sprawą wrodzoną, gdyż własne młode są pierwszymi istotami, które taki ptak ujrzy. Gdyby ptak nie reagował instynktownie utrwalonymi, odziedziczonymi sposobami zachowania się, to niechybnie zmiażdżyłby młode i pożarł je, jak to czyni z każdym innym stworzeniem tej samej wielkości. Trzeba tu dodad, ze Czok była samiczką i bez wątpienia w owej młodej gosposi dojrzała kawkę samca, jej zachowanie jest tu zupełnie jednoznaczne. U ptaków nie ma mowy o tak zwanej regule skrzyżowania (Überkreuzregel), w myśl której samice zwierząt czują pociąg do mężczyzn, a samce do kobiet, nie ma o tym mowy nawet u papug, o których często tak się twierdzi. Tak na przykład inna, kupiona już jako dorosła, kawka samczyk zakochała się we mnie i traktowała mnie pod każdym względem jak kawkę samicę. Przez całe godziny próbował ów ptak zmusid mnie, abym wpełzł do wybranego przezeo gniazda wielkości paru decymetrów. Podobnie jeden wychowany wśród ludzi wróbel domowy próbował zwabid mnie do kieszeni mojej własnej marynarki. Ów samiec kawki stał się jednak szczególnie uciążliwy dzięki temu, że zawsze pragnął karmid mnie najbardziej - wedle jego smaku - wyszukanymi smakołykami. „Rozumiał” przy tym, że usta człowieka są anatomicznie otworem wprowadzającym żywnośd, i uszczęśliwiałem go wręcz, gdy po jego odpowiednim dźwięku proszalnym otwierałem usta. Było to z mojej strony niemałe poświęcenie, bo nawet ja nie cierpię rozszarpanych i zmieszanych ze śliną kawki mączników. Jeśli zaś nie otwierałem ust, co jest chyba zrozumiałe, musiałem pilnie osłaniad uszy, w przeciwnym razie, zanim się spostrzegłem, miałem ucho zapchane ciepłą bryją z mącznika, i to aż po błonę bębenkową, ponieważ kawka przywykła pchad języczkiem pokarm głęboko w gardło małego ptaszka. Ten szalony na punkcie karmienia samiec kawki „używał” moich uszu jednak tylko wówczas, gdy wzbraniałem mu ust, zawsze najpierw próbował z ustami.

To że w roku 1927 mogłem wyhodowad czternaście młodych kawek, jest wyłącznie zasługą Czok. Ponieważ w wielu przypadkach jej instynktowne zachowanie się zatraciło sens wobec człowieka i w ogóle pozostawało niezrozumiałe, obudziła się we mnie ciekawośd i pragnienie osiedlenia kolonii oswojonych i wolno latających kawek, aby studiowad ich zachowanie się w życiu płciowym i rodzinnym. A że niemożliwe było każdą z osobna z czternastu młodych kawek wodzid i zastępowad jej rodziców, jak to robiłem z Czok, i że dzięki niej poznałem kiepskie zdolności orientacyjne młodych kawek, musiałem wymyślid nowe sposoby, by związad owe kawki z miejscem zamieszkania. Po dogłębnym namyśle wpadłem na następujące rozwiązanie, które okazało się pomyślne. Przed włazem dachowym strychu, na którym Czok już mieszkała od dłuższego czasu, zbudowałem długą klatkę, złożoną z dwóch przegród; wspierała się ona na szerokiej na metr, murowanej rynnie dachowej i zajmowała niemal całą wąską stronę dachu Młode kawki oznaczyłem indywidualnie kolorowymi obrączkami, które zarazem były ich nazwami: Niebieskoniebieska, Czerwononóżka itd. Z początku Czok była nieco zmieszana budowlanymi zmianami w najbliższym sąsiedztwie jej pomieszczenia; dopiero po kilku dniach przyzwyczaiła się, wylatywała i wlatywała przez spadającą klapę w siatkowym dachu przedniej części klatki. Potem przeniosłem Czok z dwiema najbardziej oswojonymi młodymi kawkami, Niebieskoniebieską i Niebieskoczerwoną do przedniej przegrody klatki i tam je zamknąłem. Resztę kawek zamknąłem w tylnej przegrodzie. Podzielone w ten sposób ptaki pozostawiłem parę dni samym sobie. Miało to na celu zatrzymad ptaki, które jaka pierwsze miały swobodnie wylecied, dzięki towarzyskim więziom z pozostałymi. Jak juz wspomniałem, w tym właśnie czasie Czok zaczęła się szczególnie interesowad jedną z młodych kawek, zwaną Lewożółtą, i to się szczęśliwie złożyło, bo wszak właśnie z tego powodu przybyła na czas dla prób, które teraz opiszę. Rozmyślnie nie wybrałem Lewożółtej do pierwszych prób swobodnego latania, liczyłem bowiem, że Czok z miłości do niej; pozostanie w pobliżu domu. W przeciwnym, razie obawiałbym się, że Czok wraz z umiejącą już dobrze latad Lewożółtą przeniesie się do swej ukochanej pani Unterauer, do St. Andrä. Nadzieja, że młode kawki polecą za Czok, jak ona poleciała za mną, sprawdziła się tylko częściowo. Kiedy po raz pierwszy otwarłem drzwiczki, Czok oczywiście znalazła się od razu poza klatką, pełna werwy wzbiła się do góry i w kilka sekund potem znikła z pola widzenia. Co do młodych kawek natomiast, upłynęło dużo czasu, nim odważyły się wylecied przez nowy dla nich otwór. Wreszcie zrobiły to obie jednocześnie akurat w chwili, gdy Czok przelatywała obok, i próbowały lecied za nią. Ponieważ jednak Czok nie brała pod uwagę powolniejszego i bardziej równomiernego lotu młodych, straciła je z oczu zaraz podczas swego pierwszego lotu nurkowego. Później, gdy Lewożółta także wylatywała swobodnie, Czok latała przed nią całkiem powoli, co chwila oglądała się za nią przez ramię, jak to czynią rodzice kawek wodzący swoje młode w locie. O resztę, młodych kawek Czok w ogóle nie dbała, ale i one nie pojmowały widocznie, że Czok posiada znajomośd miejsca i przestrzeni, jakiej im było brak, i że nadaje się na przywódcę lepiej niż któraś z nich. Ilekrod wypuszczałem trzy lub cztery kawki, występował dziwny i niebezpieczny objaw. Głupie dzieci szukały najwidoczniej „wodzenia” jedno u drugiego, to znaczy, każde z nich starało się latad za innym. Tak więc krążyły w powietrzu bez celu i kierunku, przy czym niestety wznosiły się coraz wyżej. A ponieważ w tym wieku nie są jeszcze zdolne do lotu nurkowego, dzięki któremu dojrzałe kawki

szybko opadają, zachowanie młodych kawek kooczy się zwykle tak, że im wyżej się wzbiją, tym bardziej się zagubią. Z czternastu kawek dzieci kilka zaginęło w ten sposób, ponieważ w tym czasie brak było starej pełnowartościowej kawki - Czok liczyła zaledwie rok, nie osiągnęła nawet dojrzałości płciowej - która by, jak to jeszcze dokładnie opowiem, tego rodzaju zbłąkaoców przywiodła z powrotem do domu. Zauważyd można także inne niedobre skutki braku wodzących rodziców. Młode kawki nie posiadają bowiem wrodzonych reakcji na zagrażających im wrogów. Sroka, kaczka, rudzik oraz wiele innych ptaków cofają się, gotowe do ucieczki natychmiast, gdy dostrzegą kota, lisa lub chodby wiewiórkę. Czynią to również i wtedy, gdy już od młodości wychowane są przez człowieka i nie mają jeszcze żadnego doświadczenia z wrogami. Oswojona młoda sroka nigdy nie da się złapad przez kota, a najbardziej oswojona dzika kaczka reaguje na czerwone futerko, ciągnięte na sznurku wzdłuż stawu, jakby dokładnie wiedziała, jakie właściwości posiada jej odwieczny wróg lis. Staje się trwożliwa i ostrożna, ostrzega, schodzi do wody; niespuszczając jednak ani na chwilę lisiej atrapy z oczu. Wie lub, aby wyrazid to jaśniej, jej wrodzone sposoby reakcji „wiedzą”, że lis nie umie ani latad, ani pływad dośd szybko, by chwycid kaczkę w wodzie. Sens całego zachowania polega na tym, że raz odkryty lis jest trzymany w „ewidencji”, jego obecnośd podana do ogólnej wiadomości, wskutek czego udaremnia ma się polowanie. Otóż takiej znajomości wroga, instynktownie wrodzonej u tamtych ptaków, młode kawki muszą uczyd się osobiście. I to przez prawdziwe przekazanie: rodzice przekazują swoje osobiste doświadczenia dzieciom z pokolenia na pokolenie. Jedyną wrodzoną reakcją kawki na wroga jest następujące zachowanie się wściekła napaśd na istotę, która niesie coś czarnego, chyboczącego lub wierzgającego. Ptak przybiera wówczas postawę pochyloną, drży z na pół otwartymi skrzydłami i wydaje grzechoczący ton ostrzegawczy, którego ostry, metaliczny dźwięk nawet człowiek pojmuje jako wyraz rozgoryczenia i furii. Spokojnie można sięgnąd po oswojoną kawkę, by ją wepchnąd do klatki lub obciąd jej paznokcie. Niebezpieczne staje się to dopiero, gdy się ma dwie kawki. I tak Czok nie miała nigdy za złe, gdy ją brałem do ręki. Ale gdy owych czternaście młodych ptaków przybyło do nas, nie wolno mi było w obecności Czok pozwolid sobie na wzięcie jednego z nich do ręki. Kiedy, nie przeczuwając niczego, zrobiłem to po raz pierwszy, poza mną rozległo się owo szataoskie, zatrważające grzechotanie, czarna strzała śmignęła mi nad barkiem na rękę trzymającą małą kawkę i zdumiony ujrzałem okrągłą, głęboko wyrytą dziurę w grzbiecie dłoni. Natychmiast zrozumiałem ślepą odruchowośd tego ataku. Czok była bowiem wówczas bardzo ze mną zaprzyjaźniona i całym sercem nienawidziła czternaściorga młodych kawek (Lewożółtą zaadoptowała znacznie później), tak że musiałem ich stale strzec przed nią, inaczej gotowa była uśmiercid wszystkie. Ale przecież „nie mogła widzied”, że wziąłem małą kawkę do ręki. Dzięki przypadkowej obserwacji tego lata ślepy, odruchowy charakter opisanej reakcji stał się dla mnie wyraźniejszy. W zapadającym zmierzchu wróciłem z kąpieli w Dunaju do domu i pośpieszyłem na dach, by - jak co dzieo - zwabid kawki do klatki i ułożyd je do snu. Kiedy, otoczony rojem ptaków, stałem w rynnie dachowej, poczułem nagle coś mokrego i zimnego na ciele: były to moje czarne kąpielówki które w pośpiechu wetknąłem do kieszeni. Teraz wyciągnąłem je, a - w następnej chwili otoczyła mnie chmara grzechoczących kawek i padły bolesne ciosy ich dziobów w rękę, w której trzymałem kąpielówki.

Duża lustrzana kamera refleksowa nie budziła nigdy zgorszenia, chod była czarna i nosiłem ją w ręku; natomiast gdy tylko wyciągałem czarne papierowe okładki filmu, kawki natychmiast zaczynały grzechotad i atakowad mnie, prawdopodobnie dlatego, że papier chybotał na wietrze. Nie grało przy tym żadnej roli, że znały mnie jako nie niebezpiecznego, jako przyjaciela. Jeśli tylko miałem w ręku cos czarnego, poruszającego się, byłem napiętnowany jako pożeracz kawek. Zdumiewające jest jednak, że nawet kawce może się przytrafid coś podobnego: pewnego razu widziałem atak grzechoczących kawek na jedną z samiczek, która niosła do gniazda lotkę kruka. Oswojone kawki natomiast nie grzechoczą i nie atakują, gdy trzymasz przed nimi na ręku ich własne młode, póki te jeszcze są nagie i nieczarne. Ale od dnia w którym wyskakują dutki pierwszych piór, kiedy więc grzbiety ptaków stają się nagle czarne, nie wolno ich tknąd, jeśli się nie chce narazid na wściekły atak. Po takim ataku kawki stają się wielce nieufne wobec wszystkiego, co było akurat wrogiem. Trudno nam wczud się w szczególną jakośd przeżycia, związanego widocznie z jakimś głęboko podniecającym instynktem działania. Nasze afekty - wściekłośd, nienawiśd, trwoga - dadzą się porównad z odpowiednimi uczuciami zwierząt jedynie w stopniu minimalnym. Nie wiemy, co kawka wówczas przeżywa, nie można jednak wątpid, że owo przeżycie jest bardzo specyficzne i uczuciowo silne. Owo żarliwe uczucie niesłychanie szybko ryje w pamięci zwierzęcia niewymazalny związek myślowy między znamienna sytuacją a osobą „zbrodniarza”. Jeśli wywoład dwa, trzy kolejne grzechoczące ataki - najbardziej nawet oswojonej kawki - zniszczy me na zawsze wieź między sobą a ptakiem. Odtąd będzie grzechotał już na sam twój widok, nawet bez czegoś czarnego i chyboczącego w twoich rękach. Co więcej, tej jednej kawce udaje się przekonad wszystkie inne o twojej; niegodziwości! Grzechotanie jest ogromnie zaraźliwe, wywołuje atak u wszystkich kawek, które je słyszą, tak samo pewnie jak widok czegoś czarnego i ruchomego. „Zła obmowa”, że widziało się kogoś raz lub dwa razy z czymś takim, szerzy się niczym pożar iw okamgnieniu wszystkie kawki w bliższej i dalszej okolicy znają cię jako drapieżnika, na widok którego należy grzechotad.. Pierwotny sens owej grzechoczącej reakcji, polega niewątpliwie na tym, aby bronid napadniętego przez drapieżcę współplemieoca, wyratowad go lub przynajmniej utrudnid napastnikowi radowanie się łupem w ten sposób, aby na przyszłośd obrzydzid mu łowy na kawki. Jeśli na przykład jastrząb z tego powodu mniej chętnie zjada kawki niż inne ptaki, które nie obrzydzają ma łowów; owa reakcja musi się już okazad dla kawek „rentowna”, to znaczy posiadad znaczną wartośd dla utrzymania gatunku. W tej pierwotnej funkcji reakcja grzechotania, istnieje również u samotnie żyjących ptaków z rodzaju krukowatych, jak wrony, sroki oraz kruki. Analogiczne sposoby zachowania obserwuje się także u drobnych ptaków. Wraz z filogenetycznym rozwojem życia stadnego ptaków z rodu krukowatych, przede wszystkim kawek, do tego pierwotnego znaczenia - reakcji obronnej osobnika tego samego gatunku - dołącza się nowe, jeszcze ważniejsze: dzięki tej reakcji młodym, niedoświadczonym ptakom wpaja się zgodnie z tradycją znajomośd zwierzęcia, którego powinny się obawiad jako drapieżcy. Zaznaczana, wpaja się prawdziwą, a więc zdobytą znajomośd rzeczy, a nie instynktowną analogię takiej wiedzy. Proszę się; zastanowid, jakie to wszystko jest osobliwe: zwierzę, które instynktownie „nie zna” swojego wroga, dowiaduje się od starszych, doświadczonych współplemieoców, kogo ma się jako wroga obawiad jako drapieżcy. Zaznaczam: wpaja się prawdziwą, a więc zdobytą znajomośd rzeczy, nie instynktowną analogię takiej wiedzy.

Proszę się zastanowid, jakie to wszystko jest osobliwe: zwierzę, które instynktownie „nie zna” swego wroga, dowiaduje się od starszych, doświadczonych współplemieoców, kogo ma się jako wroga obawiad. To jest prawdziwa tradycja - przekazywanie z ojca na syna osobiście zdobytej wiedzy. Dzieci ludzkie mogłyby sobie brad z tego przykład, jak poważnie młode kawki traktują życzliwe ostrzeżenia rodziców. Jeśli ukaże się istota, dotychczas nie znana młodym, wystarczy, aby wodząca stara kawka raz jeden zagrzechotała, a już wytwarza się na zawsze związek między obrazem wroga i „ostrzeżeniem”. U żyjących na wolności kawek bardzo rzadko się zdarza, by młode niedoświadczone zwierzę poznało niebezpieczeostwo ze strony drapieżnika dopiero wówczas, gdy zaatakuje z czymś czarnym i trzepoczącym w szponach. Kawki latają zawsze w gęstych stadach, można więc przyjąd, że wśród nich jest zawsze doświadczony ptak, który na sam widok, rozbójnika zaczyna grzechotad. Moich czternaście kawek nie miało zrazu nikogo, kto by je ostrzegał. Bez ostrzegawczego sygnału ze strony rodziców młody ptak siedzi spokojnie, gdy podpełza kot, siada nawet przed nosem pierwszego lepszego kocura, uważając go za równie przyjaznego i niewinnego jak ludzie, w kręgu których wyrósł. Nie dziwota więc, że gromadka moich kawek w pierwszym okresie swobodnych lotów wybitnie zeszczuplała. Uświadomiwszy sobie to niebezpieczeostwo i jego przyczyny, wypuszczałem moje ptaki tylko w godzinach dziennego światła, wówczas bowiem mało wałęsa się kotów. Wymagało sporo czasu i cierpliwości, by wieczorem na czas zwabid ptaki do klatki. Strzeżenie worka z pchłami jest drobnostką wobec zadania, by zwabid czternaście kawek do klatki. Nie wolno mi było przecież ich tknąd, i podczas gdy jedną z nich, która akurat siadła mi na ręce, wtykałem do klatki, dwie inne wyrwały się z niej znowu. Nawet gdy używałem przedniej części klatki jako śluzy, co wieczór trwało około godziny, zanim wszystkie ptaki siedziały za prętami. I tak żyłem z moimi kawkami, a każdą z nich znałem dokładnie z „twarzy”, żeby tak rzec z fizjognomii, nie potrzebowałem wcale patrzed na kolorowe obrączki na nóżce. Oczywiście łatwiej to powiedzied, niż tego dokonad. Aby poznad każdą osobiście, trzeba naprawdę przeżyd dużo czasu w stałym kontakcie z nimi. Bez tej przesłanki niemożliwe byłoby wniknięcie w szczegóły towarzyskiego życia kawek. A czy te ptaki również znają się wzajemnie tak dobrze? Wielu uczonych zoopsychologów nie chciało w to wierzyd, zwalczali nawet energicznie podobną możliwośd. Mimo to mogę zapewnid: każdy z osobna członek mojej kolonii kawek wiedział dokładnie o drugim, kim on jest. Wynika to już z prostego faktu hierarchii. Każdy hodowca kur wie, że nawet wśród najgłupszych mieszkaoców naszych kurników istnieje ścisły porządek starszeostwa, wedle którego jedna kura czuje lęk przed drugą. Po paru drobnych utarczkach, które nawet nie muszą byd „rękoczynami”, każde z tych zwierząt wie, zarówno przed kim ma ustąpid, jak też kto ma ustąpid przed nim. O tej pozycji w obrębie hierarchii stanowią nie tylko siły fizyczne danego ptaka, ale co najmniej w takiej samej mierze jego osobista odwaga, energia, powiedziałbym, pewnośd siebie. Podobne hierarchie u ptaków żyjących stadnie są ogromnie konserwatywne. Kto w jakimś sporze ulega, chodby tylko „moralnie”, ten pamięta to długo i nie odważy się wystąpid przeciw swemu zwycięzcy, przyjąwszy, rzecz prosta, że zwierzęta pozostają stale razem. Podobnie zachowują się nawet najmędrsze i najwyżej stojące ssaki. Spory hierarchiczne w kolonii kawek różnią się w jednym zasadniczym punkcie od sporów w kurniku. Tam stojącym w hierarchii najniżej nie jest wcale do śmiechu. W każdym sztucznym zgromadzeniu żyjących nietowarzysko zwierząt, a więc w kurniku oraz wśród drobnych ptaków w wolierze, wyższe

rangą osobniki chętnie i z pasją atakują podporządkowane sobie. Inaczej jest u kawek. W społeczności kawek wysokie rangą osobniki, zwłaszcza sam „despota”, bynajmniej nie atakują tych, które w hierarchii stoją nisko; są rozdrażnione jedynie wobec tych ptaków, które stoją bezpośrednio pod nimi, przede wszystkim despota wobec „pretendenta do tronu”, a więc nr 1 wobec nru 2. Przykład: kawka A siedzi na miejscu karmienia i zajada. Zbliża się dumnie kawka B w „postawie imponującej”, z wysoko podniesioną głową i wypiętym karkiem; kawka A cofa się nieco, poza tym jednak nie przeszkadza sobie w jedzeniu. Nadchodzi kawka C, jej „postawa imponująca” jest mniej wyraźna. Teraz niespodziewanie kawka A ucieka natychmiast, B przyjmuje postawę groźną, stroszy pióra na grzbiecie, atakuje kawkę C i przepędza ją. Wyjaśnienie: kawka C stała w hierarchii między tamtymi dwiema, dośd blisko podrzędnej A, by ją przestraszyd, dośd blisko wyższej w hierarchii B, by wywoład jej złośd. Stojące bardzo wysoko w hierarchii kawki zachowują się wobec nisko stojących wyraźnie wielkodusznie, traktują je pod pewnymi względami jak powietrze, a ich postawa imponująca wobec nich jest czystą formalnością; jedynie przy całkowitym zbliżeniu przechodzi w postawę groźną, prawie nigdy w prawdziwy atak. Drażliwośd stojących wysoko w hierarchii jest dokładnie stopniowana według rangi podporządkowanych sobie ptaków. To, samo w sobie proste, zachowanie się znajduje też odbicie w nadzwyczaj „sprawiedliwym” rozsądzaniu kłótni między członkami kolonii. Podobnie jak u nas, ludzi, tak i u kawek ekspresja uczud działa sugestywnie nawet na tego, kogo nie ma na myśli. I tak wysokie rangą kawki wtrącają się energicznie w spór podporządkowanych sobie ptaków, jeśli ich spory przybierają gwałtowniejsze formy. Ponieważ zaś interweniujący jest zawsze bardziej drażliwy wobec stojącego w hierarchii wyżej niż wobec stojącego niżej, więc wyższa rangą kawka, przede wszystkim despota, działa według rycerskiej zasady: tam gdzie są silniejsi, staję po stronie słabszego. A ponieważ poważny spór niemal zawsze toczy się o miejsce na gniazdo - we wszystkich innych wypadkach słabszy cofa się bez walki - owo zachowanie silnych samców chroni gniazda słabych członków kolonii i chroni bardzo skutecznie. Raz wdrożona, owa społeczna hierarchia kolonii kawek jest przestrzegana bardzo konserwatywnie. Nie zauważyłem nigdy jakiegoś spontanicznego, więc bez zewnętrznej przyczyny, przeszeregowania, na przykład, by jakaś stojąca nisko w hierarchii nagle się zbuntowała. W mojej kolonii kawek raz jeden zdarzyło się, że „despota” został zdetronizowany, i to przez powracającego dawnego członka kolonii, który podczas długiej nieobecności zatracił głęboko wdrożony respekt przed władcą. Podwójny z Rositten tak zwał się ów „zbrodniarz” z powodu dwóch obrączek z Rositten4 - wrócił do domu jesienią 1931 roku, świeżo upierzony i wzmocniony letnimi wyprawami, i od razu w pierwszej utarczce pokonał Żółtozielonego, dotychczasowego przywódcę. Było to godne uwagi z dwóch przyczyn; po pierwsze Podwójny z Rositten miał w tej walce również małżonkę Żółtozielonego przeciw sobie (on sam był nieżonaty), po wtóre liczył dopiero półtora roku, tymczasem Żółtozielony był jednym z czternaściorga piskląt roku 1927. Interesujący był także sposób, w jaki dowiedziałem się o tej rewolucji. Ujrzałem bowiem nagle na miejscu karmienia, jak pewna mała, bardzo delikatna i stojąca nisko w hierarchii młoda samiczka zbliża się coraz to bardziej ku Żółtozielonemu, w koocu, jakby tak byd musiało, przyjmuje nawet postawę imponującą; w odpowiedzi na to duży samiec cicho i bez oporu ustąpił placu, Kiedy potem dostrzegłem, że ów miody bohater pozbawił dawnego przywódcę władzy, sądziłem, zrazu, że
4

Stacja ornitologiczna w Rositten na Mierzei -Kurooskiej.

zdetronizowany despota jest; tak onieśmielony świeżym wrażeniem swej porażki, że również innym członkom kolonii, jak tej młodej samiczce, udaje się zapędzid go w kozi róg. Alę mój wniosek był mylny. Żółtozielony został pokonany przez Podwójnego z Rositten i był odtąd jednoznacznie na stałe numerem 2. Ale Podwójny z Rositten, zaraz po powrocie, zakochał się w owej młodej kawce i w ciągu dwóch dni zaręczył się z nią. A ponieważ małżonkowie kawkowego stadła w każdym sporze wiernie i odważnie stają jedno .za drugim i między nimi nie istnieje hierarchia; we właściwym sensie tego słowa, oboje posiadają automatycznie tę samą rangę w rozprawach z innymi członkami kolonii. Narzeczona zatem w chwili zaręczyn awansuje siłą rzeczy do rangi narzeczonego. Odwrotnie byd nie może: niezłomne prawo przypisuję bowiem, że żaden samiec nie może poślubid samiczki stojącej wyżej w hierarchii od niego. Nadzwyczajne w całej tej sprawie jest nawet nie samo przeszeregowanie, lecz szybkośd, z jaką rozchodzi się w kolonii wieśd, że taka małą kawka, do tej pory bita przez większośd współplemieoców, od dziś jest „panią prezydentową” i nie wolno nawet krzywo spojrzed na nią. A zdumiewa wręcz, że ona sama o tym wie! Zwierzęta potrafią bardzo szybko stawad się potulne i trwożne po kiepskich doświadczeniach. Ale zrozumied, że istniejące dotychczas niebezpieczeostwo zostało usunięte i wobec tego zyskad odwagę, to o wiele więcej. Owa mała kawka po czterdziestu ośmiu godzinach już wiedziała, na co może sobie pozwolid i niestety trzeba powiedzied, że z tych nowych praw robiła często użytek. Przy tym nie okazywała jednak owej nobliwej, czy też „zblazowanej” tolerancji, jaką mają zwykle wysokie rangą kawki wobec podporządkowanych sobie; wykorzystywała raczej każdą okolicznośd, aby swym dawnym przełożonym utrzed nosa. Nie zadowalała się przy tym wyłącznie postawą imponującą, tylko zaraz brała się do rękoczynów. Słowem zachowywała się wielce ordynarnie. Nie, nie uczłowieczam niczego tym wyrażeniem, jeśli się tylko pojmie, że to, co zwiemy wszechludzkim, zawsze niemal jest czymś przedludzkim, a więc tym, co mamy wspólnego z wyżej stojącymi zwierzętami. Proszę mi wierzyd: na pewno nie rzutuję ludzkich właściwości na zwierzę. Czynię raczej coś odwrotnego: pokazuję, ile zwierzęcego dziedzictwa tkwi dziś jeszcze w człowieku. A kiedy mówię, że samczyk kawki zakochał się nagle w samiczce, i to również nie jest antropomorfizacją. Właśnie w tym punkcie, w „zakochaniu się” - „falling in love” mówi plastycznie Anglik - niektóre wyżej stojące ptaki i ssaki zachowują się zupełnie jak człowiek. Także u kawek wielka miłośd zjawia się nagle, z dnia na dzieo - i znowu jak u człowieka - niekiedy typowo „na pierwsze wejrzenie”, niektórzy zaręczają się w tym wypadku natychmiast. Należy tu dodad, że zażyłośd wspólnego przebywania nie sprzyja osobliwemu zabiegowi narzeczeostwa w takiej mierze, jak by należało sądzid. Zależnie od okoliczności nieraz dopiero przejściowe oddalenie powoduje to, czego nie było w długoletniej intymności. I tak u dzikich gęsi zaobserwowałem, że niekiedy zaręczyny święcono dopiero wówczas, gdy dwoje partnerów, już dawno z sobą zaprzyjaźnionych, zobaczyło się znowu po dłuższej rozłące. Wbrew przesądowi, że w miłości i małżeostwie zwierząt przeważa moment „zwierzęcy”, więc brutalnie zmysłowy, należy podkreślid, że właśnie w życiu takich zwierząt, u których miłośd i małżeostwo grają wielką rolę, zaręczyny prawie zawsze wyprzedzają znacznie cielesne połączenie. Kawki zaręczają się na wiosnę następującą po ich urodzeniu, ale dopiero na drugą wiosnę są zdolne do rozrodczości. Podobnie gęsi gęgawe. U obu tych rodzajów normalny czas narzeczeostwa trwa mniej więcej rok. Zaloty kawki samca są - podobnie jak zaloty gąsiora i ostatecznie młodzieoców rodu

ludzkiego - podobne; nie mają bowiem do dyspozycji żadnych szczególnych organów tokowania, żadnych pstrych piór jak u pawia, żadnych specjalnych narządów głosowych, jak u słowika. Chcący zawrzed małżeostwo samiec kawki musi więc potrafid także bez tego rodzaju pomocy „coś z siebie zrobid”. Sposób zaś, w jaki osiąga ów cel, pod niejednym względem przypomina żywo zachowanie człowieka. Młodzieniec z gatunku kawek „chełpi się” nadmierną siłą, wszystkie jego ruchy cechuje jakieś chciane napięcie, nie traci w ogóle ani na chwilę postawy imponującej (nadmiernie wyciągnięta szyja i sforsowany kark). Ustawicznie też szuka zaczepki z innymi kawkami, wdaje się nawet w walkę z przełożonymi, których zazwyczaj się boi. Ale tylko wówczas, gdy „ona” patrzy. Przede wszystkim jednak usiłuje sprawid wrażenie na swej wybrance posiadaniem potencjalnej jamki gniazdowej, z której wyrzuca wszystkie inne kawki, niezależnie od ich rangi, i w której rozlega się jego wabiący do gniazda zew - wysokie, ostre „cik, cik, cik”. Owo wabienie do gniazda jest zrazu tylko symboliczne. W tym stadium nie chodzi o to, czy owa jamka jest odpowiednia, by naprawdę w niej się gnieździd. Jakiś ciemny kąt, jakaś mała dziupla, zbyt ciasna, by zwierzę naprawdę mogło do niej wpełznąd, wystarczy zupełnie do tej ceremonii wołania „cik, cik, cik”. Wspomniany już samiec kawki, który usiłował mi wpychad bryję z mącznika do ucha, wyśpiewywał owo „cik” ze szczególną przyjemnością na brzegu niedużego garnka z mącznikami. A nasze wolno żyjące kawki używają do tego celu górnych otworów dymników domu, chociaż nigdy nie zakładają w nich gniazd. I wówczas owo „cik, cik” ; rozbrzmiewa na przedwiośniu tajemniczo z różnych pieców. Wszystkie formy takich zalotów kieruje samczyk ku jednej, dokładnie oznaczonej samiczce, Ale w jaki sposób, ona dowiaduje się, że całe to przedstawienie przeznaczone jest tylko dla niej? Robi to „mowa oczu”. Samczyk bowiem, w trakcie swych występów spogląda stale na wybrankę i natychmiast przerywa swoje umizgi, gdy ona odfrunie, czego zresztą tak pochopnie nie czyni, jeśli Interesuje się młodzieocem. Bardzo osobliwa, a dla kogoś, kto nie uczłowiecza, niesłychanie zabawna, jest różnica między mową oczu zalotnika i samiczki, o którą „młodzian” się stara. Podczas gdy samczyk bez przerwy i bez osłonek, patrzy z żarem, na „dziewczynę”, ona rozgląda się pozornie na wszystkie strony, tylko nie w stronę tokującego samca. W istocie jednak zerka w jego stronę, rzuca mu krótkie, ułamek sekundy trwające spojrzenia, a przecież dostatecznie długie, by dokładnie wiedzied, że całe to czarowanie jest przeznaczone dla niej, i dostatecznie długie na to, aby on wiedział, że ona o tym wie. Jeśli bowiem samiczka jest doprawdy niezainteresowana, i wcale nie zerka w; jego stronę, młodzieniec rezygnuje ze swych daremnych usiłowao równie prędko jak... ludzie. Swoje przyzwolenie, swą zgodę: wyraża dziewica kawka w ten sposób, że przed samcem, który nadciąga w pełnej postawie imponującej, schyla się i trzepoce w osobliwy sposób skrzydłami i ogonem. Ów sposób poruszania się odpowiada symbolicznemu „zrytualizowanemu” zaproszeniu do skojarzenia. Nie prowadzi on jednak nigdy do skojarzenia, jest tylko czystą ceremonią powitania; zamężne kawki zwykły pozdrawiad swych mężów tak samo również poza okresem parzenia się. Ceremonia ta zatraciła zupełnie swoje filogenetyczne, pierwotne i bezpośrednio seksualne znaczenie i obecnie wyraża czułe podporządkowanie się samiczki wobec męża. Od momentu, kiedy narzeczona w ten sposób „uległa” samcowi, jej pewnośd siebie wzrasta i samica staje się zaczepna wobec innych członków kolonii; dla samiczek zaręczyny niemal zawsze oznaczają

gwałtowny awans w hierarchii, ponieważ, póki są niezamężne, jako przeciętnie mniejsze j słabsze, stoją ogólnie niżej w rejestrze niż samce. Świeżo zaręczona para tworzy wierną sobie wspólnotę opiekuoczą, każde z nich broni z furią drugiego. Jest to naprawdę konieczne, gdyż oboje muszą przeciw konkurencji starszych i wyższych rangą par wywalczyd sobie gniazdo i utrzymad się w nim. Z prawdziwym wzruszeniem obserwuje się tę upartą miłośd. Niemal stale w postawie maksymalnie imponującej, oddaleni od siebie nie więcej niż o metr - tak wędrują przez życie. Wygląda, jakby nawzajem dumne były z siebie, kiedy tak poważnie kroczą „ramię przy ramieniu”, z mocno nastroszonymi piórkami głowy, tak że czarne aksamitne czapeczki i jasnoszare jedwabiste karki wyglądają piękniej i żywiej. I chod nawet szorstcy wobec innych, są czuli wobec siebie. Każdy smakołyk, jaki znajdzie samiec, podtyka on samiczce, ta zaś przyjmuje dar z „żebraczym gestem” młodego ptaka.” W ogóle w ich „miłosnym” szepcie można usłyszed dziecinne tony, jakich poza tym nie mają dorosłe kawki. Jakże ludzkie wydaje się to także! przecież i u nas ludzi za każdą formą czułości zjawia się także niezaprzeczalna skłonnośd do zdziecinniania. Czyż wszystkie pieszczotliwe imiona, dyktowane nam przez czułośd, nie są zdrobnieniami? Najwyraźniejszą oznaką czułości, jaką rozporządza samiczka, jest czyszczenie piórek na główce ukochanego; Więc pielęgnowanie tego miejsca, którego on sam nie może dziobem dosięgnąd. Zaprzyjaźnione ze sobą kawki podobnie jak wiele innych żyjących stadnie ptaków i ssaków świadczą sobie wzajemnie usługi w zakresie „społecznej pielęgnacji skóry” również bez erotycznej podbudowy. Żadne jednak inne zwierzę nie czyni tego z taką gorliwością, jak zakochana samiczka kawki. Całymi minutami - co jest u tych żywych ptaków czasem długim - może „przeczesywad” prześliczne, jedwabiste długie piórka na karku małżonka, podczas gdy ten z rozkosznie na pół przymkniętymi oczyma i nastroszonymi maksymalnie piórami nadstawia małżonce karku. U żadnego innego stworzenia, nawet u przysłowiowych gołębi lub nierozłączek czułośd małżeoskiej miłości nie znajduje tak wzruszającego i uderzającego wyrazu, jak właśnie u kawek. A najpiękniejsze jest to, że owa czułośd nie wygasa po wielu latach wiernego pożycia, lecz raczej rośnie. Kawki są długowiecznymi ptakami, osiągają nieraz wiek starczy, podobnie jak ludzie. A ponieważ kawki, jak powiedziałem, zaręczają się w pierwszym roku życia, a w drugim już się pobierają, ich związek trwa długo, może nawet dłużej niż małżeostwa ludzi. I jeszcze po wielu latach mąż karmi żonę tak samo tkliwie, a ona znajduje jeszcze takie same ciche, drżące z wewnętrznego napięcia tony miłosne, jak podczas pierwszej wiosny, która była też pierwszą wiosną ich życia. Z wielu zaręczyn i małżeostw, które widziałem i mogłem obserwowad, tylko jedno jedyne nie było trwałe - samczyk i samiczka rozeszli się niedługo po zaręczynach. Winę zaś tego niepowodzenia ponosi pewna, obdarzona nadmiernym temperamentem młoda kawka, zwana Lewozieloną. Na przedwiośniu roku 1928, więc pierwszej wiosny po wykluciu się „czternastki” z roku 1927, ówczesny despota Żółtozielony zaręczył się najpierw z Czerwonożółtą, najładniejszą ze stojących do dyspozycji dziewic, mnie również ona podobałaby się najbardziej. Niebieskożółty, numer 2 kolonii, zalecał się najpierw także - o ile mogłem zauważyd - do Czerwonożółtej, ale wkrótce potem zaręczył się z Czerwononóżką, dosyd dużą i jak na samiczkę silną kawką. Zaręczyny NiebieskożółtyCzerwononóżka odbyły się bez wielkiego poruszenia i o wiele powolniej niż Zielonożółtego z Czerwonożółtą - dla nich nie była to ta wielka miłośd.

Pewien określony czas, w którym jednoroczne kawki zaczynają dojrzewad płciowo, jest różny. Wymienione uprzednio kawki już z koocem marca i początkiem kwietnia były „boy-conscious”, Lewozielona dopiero z początkiem maja. Ale wtenczas pojawiła się na planie zarówno nagle, jak intensywnie. Jak już powiedziałem, była ona mała i w hierarchii stała dośd nisko. Szarośd na jej karku nie bardzo lśniła, i według ludzkich pojęd była o wiele brzydsza od Czerwononóżki, nie mówiąc już o Czerwonożółtej. Ale posiadała temperament. Zakochała się w Niebieskożółtym, a jej miłośd była o tyle trwalsza od miłości Czerwononóżki, że - aby uprzedzid koniec w beletrystycznie wyzbyty artyzmu sposób - wysadziła z siodła ładniejszą i silniejszą rywalkę. Pierwszą oznaką początku tego miłosnego dramatu była pewna zaobserwowana przeze mnie scena. Niebieskożółty siedział spokojnie na górnym kancie otwartych drzwiczek klatki i pozwalał siedzącej obok niego z lewej strony Czerwononóżce drapad swoje piórka na karku. Wtem, przez żadne z nich nie zauważona, wylądowała również na kancie drzwiczek Lewozielona. Zrazu siedziała w odległości około metra od tamtej pary i tylko zerkała pełna napięcia w stronę zakochanych. Potem powoli i ostrożnie zaczęła się przesuwad ku Niebieskożółtemu, z wyciągniętą szyją i wyraźną gotowością ucieczki, aż wreszcie, przysunąwszy się całkiem, zaczęła także grzebad w piórkach samca. Niebieskożółty nie zauważył zrazu, że teraz drapią go z obu stron, bo - jak wyżej opisałem - z przymkniętymi oczyma oddawał się przyjemności tego zabiegu. Czerwononóżka również niczego nie zmiarkowała, ponieważ duży i tęgi, w tej chwili na dobitkę nastroszony samiec między nią a Lewozieloną zasłaniał jej widok. Ta zawikłana sytuacja trwała parę minut, póki Niebieskożółty nie otwarł przypadkiem prawego oka i nie dojrzał obcej samiczki. Prychnął wściekły i natychmiast ją trzepnął. Teraz i Czerwononóżka odkryła rywalkę, ponieważ zaczepna postawa samczyka odsłoniła jej widok. Jednym susem skoczyła przez swego narzeczonego i rzuciła się na małą kawkę tak szybko i z taką furią, że miałem wrażenie, iż - w przeciwieostwie do mnie - nie w tej dopiero chwili odkryła poważne zamiary rywalki. Prawowita narzeczona pojęła jasno sytuację: nigdy dotąd i nigdy potem nie widziałem kawki prześladowanej tak zawzięcie, jak wówczas Czerwononóżka prześladowała Lewozieloną. Ale bez skutku. Bo drobniejsza i bardziej żylasta Lewozieloną górowała w locie nad tamtą. Tak więc gdy narzeczona po dłuższym ściganiu rywalki w powietrzu lądowała z powrotem bez tchu przy swym narzeczonym, Lewozielona natomiast, która przybywała niecałe pół minuty później, była w doskonałej formie. I to zdecydowało. Natrętne zalecanki miłosne Lewozielonej były mało kunsztowne, ale zadziwiająco wytrwałe. Dzieo w dzieo, bez przerwy prześladowała ową parkę. Ilekrod prawowita narzeczona ją przepędzała, bez względu na to, jak daleko ścigała ją w locie, w kilka sekund po powrocie Czerwononóżki do narzeczonego zjawiała się również, natarczywa jak kleszcz, Lewozielona. Niebieskożółty z początku zachowywał się wobec niej nieprzychylnie. Wprawdzie nie ścigał jej, ale nie śmiała zbliżyd się w zasięg jego dzioba, w przeciwnym razie narażała się na twarde ciosy. Nie wierzę w to, aby jej kobiecośd chroniła ją przed wyraźnym prześladowaniem, to oszczędzanie jej zawdzięczała raczej niepisanemu prawu, w myśl którego wysokie rangą kawki nie oglądają się tak bardzo na stojących niżej współplemieoców. Lewozielona wykorzystywała bezwstydnie wielkodusznośd Niebieskożółtego i trzymała go rozmyślnie między sobą a Czerwononóżka. Dopóki para była zajęta, szła za nią wprawdzie wszędzie, ale ostrożnie, w pewnej odległości. Ale gdy tamci w miłym nastroju odpoczynku zbliżali się do siebie,

Lewozielona dołączała się zaraz. Gdy Czerwononóżka czyściła piórka narzeczonego, Lewozielona zakradała się natychmiast z drugiej strony, aby też trochę podrapad. Kropla póty drąży... Ataki Czerwononóżki traciły z wolna, bardzo powoli na sile, a Niebieskożółty powoli przyzwyczaił się do tego, że go drapano równocześnie z dwóch stron. I w koocu zobaczyłem scenę, która mną wstrząsnęła: Niebieskożółty siedział i pozwalał narzeczonej czyścid swoją potylicę. Z drugiej strony to samo robiła mała Lewozielona. Nagle Czerwononóżka z jakiegoś powodu przestała drapad i oddaliła się. Wielki samczyk otwarł oczy i ujrzał Lewozieloną po drugiej stronie. Czy ją uderzył dziobem? Czy ją przepędził? Nie. Z rozwagą odwrócił główkę i z pełnym rozmysłem nadstawił małej miejsce w tyle główki wymagające oczyszczenia, po czym znów zamknął oczy. Od tej pory Lewozielona czyniła szybkie postępy w pozyskiwaniu jego łask. W parę dni potem ujrzałem, że karmi ją normalnie i czule; co prawda Czerwononóżki przy tym nie było. Oczywiście, przeceniałoby się niezmiernie duchowe zdolności ptaka, gdyby przyjąd, że zrobił to „poza plecami” swej prawowitej narzeczonej. Gdyby Czerwononóżka była w tamtej .chwili na miejscu,ona zapewne otrzymałaby smaczny kąsek, .ale ponieważ jej nie było, kąsek przypadł w udziale innej. W miarę, jak Lewozielona stawała się coraz pewniejsza samca, występowała tez coraz bezczelniej, wobec Czerwononóżki. Nie uciekała już tak bezwarunkowo przed nią, a tu i-ówdzie rozgrywały się nawet walki między nimi. Osobliwe było wówczas zachowanie się Niebieskożółtego, Podczas gdy normalnie stanąłby po stronie swej narzeczonej; przeciw każdej innej kawce, teraz popadał najwidoczniej w konflikt. Groził wprawdzie małej zalotnicy, ale nigdy czynnie jej nie zaatakował, ba; pewnego razu widziałem, że zrobił nawet lekki gest grożący w stronę dawnej narzeczonej. Trudno było nie dostrzec jego zahamowao, jego „zakłopotania” w tej konfliktowej sytuacji. Koniec romansu przyszedł nagle i dramatycznie: pewnego dnia Niebieskożółty zniknął, a wraz z nim zniknęła - Lewozielona. Z pewnością tym dwojgu dojrzałym w tym samym czasie i doświadczonym ptakom nie przydarzyło się nieszczęście. Nie ulega wątpliwości, że po prostu razem odleciały. Sytuacje konfliktowe są dręczące zarówno dla ludzi, jak dla zwierząt. Uważam więc za możliwe, że to sprzecznośd nie dających się pogodzid uczud wygnała samca kawki na obczyznę. Nigdy nie widziałem, aby coś podobnego zdarzyło się u zamężnych starszych par. Nie sądzę również, aby to się w ogóle zdarzało. Wszystkie stadła kawek, obserwowane przeze mnie czas dłuższy, żyły z sobą wiernie aż do śmierci. Wdowcy i wdowy wprawdzie wchodzą powtórnie w związki małżeoskie, jeśli znajdą odpowiednich partnerów, co jednak dla starych i stojących wysoko w hierarchii samic nie jest sprawą łatwą. W drugim roku życia kawki stają się zdolne do rozrodczości. Właściwie są już do niej zdolne w drugiej jesieni życia, bezpośrednio po pierwszym całkowitym pierzeniu się, w którym odnawiają nie tylko małe piórka, ale także duże lotki skrzydeł i ogona. Po tym pierzeniu się, w pogodne dni jesienne, zwierzęta są wyraźnie w nastroju rozrodczym, szczególnie w nastroju „wabienia do gniazda”. Opisane wyżej „cik cik” rozbrzmiewa wszędzie i wytrwale. Gdy nastają chłody, owa tak zwana „popierzeniowa pseudowiosna” mija, lecz nastrój rozrodczości trwa nadal i tak w ciepłe dni zimowe od czasu do czasu dźwięczy w dymnikach stale „cik”. W lutym i marcu sprawa staje się poważna i „cikanie” nie ma kooca. W tym czasie dochodzi też do pewnej „ceremonii”, która jest najbardziej interesującym momentem w stadnym życiu kawek.

Mniej więcej w ostatnich dniach marca, kiedy „nastrój cikania” osiąga punkt szczytowy, w jakiejś niszy muru lub w którymś z kominów ów koncert nabrzmiewa do niewiarygodnego natężenia. Równocześnie jego tonacja zmienia się, staje się głębsza i pełniejsza, dźwięczy teraz jak „jüp, jüp, jüp”, w bardzo szybkim staccato i z o wiele szybszą częstotliwością niż zwyczajne „cik”, a pod koniec strofy wzmaga się aż do szaleostwa. Jednocześnie z wszystkich stron zlatują się kawki do owej niszy i w najwyższym podnieceniu, z nastroszonymi piórami, w postawie bardzo groźnej wtórują koncertowi w tonacji „jüp”. Co to oznacza? Coś bardzo dziwnego: wkroczenie ogółu przeciw zakłócającemu spokój awanturnikowi. By zrozumied lepiej ową społeczną reakcję, która jest wrodzona, więc instynktowna, musimy cofnąd się nieco wstecz. Zazwyczaj kawka, która cika w swej jamce gniazdowej, nie bywa tak łatwo atakowana, napastnik bowiem jest wobec niej w sytuacji o wiele gorszej. Kawka posiada dwie, zarówno pod względem formy, jak też znaczenia postawy grożące. Jeśli chodzi o rozprawę natury wyłącznie społecznohierarchicznej, rywale grożą sobie w pozycji wyciągniętej, z piórami położonymi po sobie. Ta postawa oznacza groźbę wzlecenia w górę i spadnięcia przeciwnikowi na grzbiet. Z niej bowiem rozwija się także owa wspólna wielu ptasim gatunkom forma walki, podczas której partnerzy wzbijają się w górę i każdy z nich stara się przewyższyd drugiego i położyd go na grzbiecie. Druga postawa grożąca u kawek jest przeciwieostwem tamtej; ptak pochyla się, główkę i szyję ściąga w dół, przez co powstaje osobliwy garb, pióra zaś stroszy możliwie jak najmocniej. Ogon wyciąga zawsze krzywo w stronę przeciwnika i wachluje nim. W ten sposób ptak osiąga możliwie maksymalną wielkośd. O ile pierwsza postawa oznacza: „Jeśli prędziutko nie ustąpisz mi placu, zaatakuję cię z góry”, to druga znaczy: „Tutaj, gdzie tkwię, będę się bronid do upadłego, a nie ustąpię!”. Ptak stojący wyżej w hierarchii, który spotyka niższego od siebie w pierwszej postawie grożącej i chce go przepędzid, cofa się zwykle, jeśli przeciwnik przybierze drugą postawę. Jedynie w wypadku gdy jemu samemu zachciewa się tego miejsca, atakuje dalej, przechodząc również do postawy grożącej. W tej postawie dwaj partnerzy siedzą długo naprzeciw siebie i każdy zwraca ku przeciwnikowi stronę boczną i rozwinięty ster ogona. Przy tym nigdy nie atakują czynnie, jedynie dziobami wykonują wściekłe, ostre ciosy w stronę wroga i prychają głośno. Wynik takiej utarczki rozstrzyga jedynie kwestia, kto dłużej wytrzyma. Opisana ceremonia „cikania” jest z konieczności związana z drugą postawą grożącą, charakterystyczną dla obrony miejsca. Kawka w innym położeniu nie potrafi wydad głosu „cik”. Podobnie jak u wszystkich zwierząt, które wytyczają granice swych rewirów, również u kawek „posiadanie pewnego terytorium” polega na tym, że „w domu” ptak walczy o wiele intensywniej niż na obcym rewirze. Cikająca zatem we własnym gnieździe kawka jest od początku w korzystniejszej sytuacji wobec każdego intruza, i to równoważy nawet największe różnice hierarchii, istniejące między poszczególnymi członkami kolonii. Zaciekłe współzawodnictwo o posiadanie przydatnych jam gniazdowych może jednak doprowadzid do tego, że kiedyś osobnik o wiele silniejszy zaatakuje i pobije o wiele słabszego w jego gnieździe. W tym właśnie, wcale nieczęstym, wypadku objawia się ów osobliwy sposób zachowania, który określiłem jako „reakcję jüpania”. Cikanie napadniętego posiadacza gniazda wzmaga się przede wszystkim gwałtownie i przechodzi z wolna w „tonację jüp, jüp, jüp”. Jeśli jego małżonka już wcześniej nie przyleciała na pomoc, to zjawia się teraz z nastroszonymi piórami, wtóruje wściekle w

„tonacji” „jüp” i atakuje intruza. Jeśli zaś ten się nie cofnie; następuje rzecz niewiarygodna: wszystkie znajdujące się w zasięgu słyszalności kawki rzucają się nagle z głośnym jüp w stronę gniazda zagrożonego współplemieoca i cała walka kooczy się w gęstym kłębowisku ptaków, w orgiastycznym crescendo, accelerando i fortissimo ogólnego jüpania. Po tym gwałtownym wyładowaniu podniecenia ptaki trzeźwieją i spokojnie się rozchodzą. Tylko posiadacz gniazda siedzi w swoim już nie zagrożonym domu i cicho cika. Dla uładzenia sporu wystarczy na ogół tylko, aby zbiegło się wiele kawek. Przede wszystkim dlatego, że pierwotny .napastnik „jüpuje” wraz z innymi. Dla obserwatora, który uczłowiecza, wygląda to tak, jakby ów mąciciel pokoju pragnął chytrze odwrócid podejrzenie od siebie wołając: „Trzymajcie złodzieja„. W rzeczywistości jednaka napastnika porywa ogólne podniecone jüpanie, nie wie wcale, że to on jest przyczyną całego tumultu. Tak więc wołając „jüp” kręci się na wszystkie strony, jakby szukał napastnika, co znaczy naprawdę go szuka. Nieraz widziałem, że spieszący na pomoc członkowie kolonii rozpoznawali niegodziwca i, zależnie od okoliczności, dotkliwie go pobili. W roku 1928; właściwym despotą osiedla kawek była sroka: ten aspołeczny ptak, przewyższający siłą każdą pojedynczą kawkę, wdzierał się nieraz przemocą do jam gniazdowych, zamieszkałych, przez parę kawek, i zmuszał je przez to do jüpania. Chociaż sroka nie posiada oczywiście organu na „reakcję jüpania” i niepohamowanie walczyła dalej; gromadnie, działające kawki dawały jej tak w kośd, że wkrótce oduczyła się gruntownie eskapad da kawczych gniazd i nigdy nie wyrządziła krzywdy kawczym pisklętom, czego się poważnie obawiałem. Rolę główną w reakcjach jüpania i grzechotania odgrywają stare, silne i wysokie rangą samce kawek; zresztą także pod innymi jeszcze względami dbają one o społecznośd. Jesienią roku 1929 na polach w najbliższym sąsiedztwie naszego domu siadła potężna chmara przeciągających kawek i gawronów, razem może sto pięddziesiąt do dwustu sztuk. I wszystkie moje tamtegoroczne i z poprzedniego roku kawki zmieszały się z tym rojem i zagubiły nie do odnalezienia i nie do rozpoznania wśród przybyszów! Tylko parę starych ptaków pozostało w domu. Odczułem tę sytuację zdecydowanie jako katastrofę, widziałem, jak przepada dwuletnia praca, wiedziałem wszakże, jaką siłę przyciągania wywiera taki wędrujący ptasi rój na młode kawki. Ta masa par czarnych skrzydeł wywołuje istne upojenie, namawia, by polecied z nimi, i w istocie praca dwóch lat zostałaby doszczętnie zniszczona, gdyby nie Żółtozielony i Niebieskożółty. Te dwa stare samce, jedyne w ich wieku w kolonii, latały ustawicznie z domu na łąki pełne ptactwa. Tam zaś zrobiły coś tak niewiarygodnego, że nawet mnie teraz, gdy o tym piszę, nachodzą wątpliwości, gdyby nie sprawdzono wielokrotnie owego zdumiewającego zachowania się starych, gdyby nie zostało to doświadczalnie potwierdzone. Dwa stare samce wyszukiwały mianowicie w wielkiej pomieszanej chmarze każdą z osobna naszą kawkę. Potem zmuszały ją do wzlecenia w ściśle określony sposób, jakim posługują się także rodzice kawki wobec swych dzieci, kiedy trzeba je zwabid z zagrożonego miejsca: stary ptak od tyłu wzlatuje tuż nad grzbietem młodego i w momencie, gdy znajduje się w linii pionowej nad nim, wykonuje szybki, chwiejny ruch boczny, ze złożonym ogonem. Ta „ceremonia” podrywa siedzącego ptaka z odruchową pewnością w górę. I tak właśnie postępowały Żółtozielony i Niebieskożółty: leciały - jak to już zaobserwowaliśmy u Czok - przed ciągnącym za nim młodym ptakiem i przywodziły go prościutko „jak na sznurku” do domu. Podczas całej tej procedury samce wydawały osobliwy głos wabiący, wyraźnie różniący się ciemnym, głuchym tonem oraz długością od zwykłego i wysokiego timbre i krótkiego zawołania kawek. Jeśli zwykłe zawołanie brzmi jak wysokie

„kja”, to ów szczególny wabiący zew brzmiał jak „kju” lub „kjo”. Słyszałem już przedtem ów głos, zdawałem sobie z tego sprawę, ale dopiero teraz zrozumiałem jego znaczenie. Dwa stare samce pracowały gorączkowo. Dobrze tresowane owczarki nie są gorliwsze i dzielniejsze, gdy z większego stada wydzielają i skupiają swoje owce. Pracowały bez przerwy aż do głębokiego zmierzchu, kiedy kawki zwykle dawno już siedzą na miejscu i śpią. Nie miały zaś łatwej pracy, bo przyholowane z trudem do domu młode nie chciały tam zostad, lecz wciąż na nowo umykały do wędrownej chmary na łąkach. Z dziesięciu młodych ptaków, przywiedzionych przez stare do domu, dziewięd uciekło znowu, ale gdy późnym wieczorem - podczas wędrówek ptaki krukowate zasypiają później niż „w domu” - ciągnąca chmara powędrowała dalej, z westchnieniem ulgi stwierdziłem, że z naszych młodych kawek brak było tylko dwóch. To znamienne wydarzenie kazało mi odtąd zwracad baczniejszą uwagę na rozmaite znaczenie dźwięków „kja” i „kju”. I tak kawka woła „kja”, kiedy jest w „nastroju wylatywania”, kiedy więc odlatuje z kolonii. Dźwięk „kju” natomiast oznacza kierunek do domu. Już dawno zauważyłem, że wędrujące gromady kawek inaczej, jaśniejszym tonem wołają niż moje ptaki. Teraz wiedziałem dlaczego. Z dala od ojczyzny, oderwane całkowicie od kolonii, w której spędziły dzieciostwo, nie znają kawki dźwięku „kju”, który oznacza nastrój powrotu do domu, tak więc w tych okolicznościach słychad dźwięk wędrówki „kja”, W związku z tym interesujące byłoby prześledzenie, czy dźwięk „kju” słychad również w gromadach wędrownych, kiedy ptaki wiosną rozpoczynają ciągi powrotne. Zimą w każdym razie słyszy się u wędrowców jedynie jasne, czyste „kja”, gdy w gromadce moich ptaków o tej porze roku także w najbliższym otoczeniu kolonii nie brak nigdy dźwiękowego składnika nastroju powrotu. Głosy „kja” i „kju” są wyłącznie wyrazem nastroju ptaków, nie są jednak świadomym wezwaniem innych, aby leciały w pole lub do domu. Ale ów całkowicie pozbawiony zamiaru wyraz własnego nastroju działa w najwyższym stopniu zarażająco, podobnie jak u człowieka ziewanie. Jedynie to wzajemne „zarażenie nastrojem” powoduje, że wszystkie kawki w koocu robią to samo, na przykład w zwartej masie lecą do domu To „dostrajanie” może trwad bardzo długo, a zachowanie się zwierząt sprawia na człowieku wrażenie niezdecydowania, i słusznie. Bo zwierzętom brak właśnie zdolności świadomej decyzji na określony sposób postępowania, to znaczy tłumienia wszelkich innych bodźców na korzyśd jednego. Obserwatora może wręcz denerwowad, kiedy taka gromada kawek przez pół godziny waha się między nastrojem „kja” i „kju”. Siedzi taka gromada na polu, parę kilometrów od domu, przestała już szukad karmy. A więc ptaki wnet odlecą do domu - „wnet” bądź co bądź tylko według pojęcia kawek. Jeśli wreszcie kilka ptaków, przeważnie starych i mocno reagujących, podrywa się do lotu z wołaniem „kju”, porywają zrazu za sobą całą chmarę, ale gdy już są w powietrzu, okazuje się, że bardzo wiele spośród nich jest jeszcze w nastroju „kja”. Pośród nie kooczących się zawołao „kja” i „kju” gromada krąży w powietrzu i w koocu ląduje znowu na polu, może nawet dalej od domu, niż była przedtem. Powtarza się to z tuzin razy; dopiero z wolna komponent „kju” zaczyna dominowad i dopiero, gdy osiąga znaczną przewagę, nastrój powrotu rośnie jak lawina i ptaki „jednogłośnie”, w dosłownym tego słowa znaczeniu, lecą do domu. Po kilku latach moją kolonię kawek nawiedziła katastrofa, której przyczyny dotychczas nie umiem wyjaśnid. Aby uniknąd strat spowodowanych zimowymi ciągami, trzymałem ptaki od listopada do lutego w wolierze, którą powierzyłem pieczy opłacanego pomocnika - uchodził on za sumiennego - w tym

czasie bowiem mieszkałem jeszcze w Wiedniu. Pewnego dnia wszystkie ptaki zginęły. W siatce klatki ziała dziura, wyrwana może wichurą, dwie kawki znaleziono martwe, inne zniknęły. Może do klatki wdarła się kuna? Nie wiem. Ta strata była jedną z najcięższych, jakie poniosłem w swoich trudach opiekuna i obserwatora zwierząt. Ale mimo to przyniosła ona również coś dobrego, mianowicie okazję do dalszych obserwacji, które bez niej byłyby prawdopodobnie niemożliwe. To dobre zaczęło się już po trzech dniach, kiedy jedna z kawek nagle się zjawiła. Była to Żółtoczerwona, eks-królowa, pierwsza kawka, która w Altenbergu wysiedziała jajka i wychowała potomstwo. Ze względu na nią, aby nie była taka samotna, wyhodowałem znowu cztery młode kawki i gdy umiary latad, posadziłem je do woliery z Żółtoczerwona. Ale zajęty wówczas tysiącem spraw, nie zauważyłem, że w siatce klatki zieje znowu dziura. I zanim jeszcze przywykły do Żółtoczerwonej, wszystkie cztery młode ptaki wyleciały; w zwartej gromadce, szukając jedno u drugiego wodzenia, kołowały wysoko, coraz wyżej, aż w koocu wylądowały na stoku góry, daleko od domu, w gęstym lesie bukowym. Tam nie mogłem ich dosięgnąd, a ponieważ nie były przyzwyczajone do przylatywania na moje wołanie, straciłem nadzieję, że je znów ujrzę. Oczywiście Żółtoczerwona mogłaby je zwabid z powrotem za pomocą dźwięku „kju”. Stare zwierzęta, „consules”, troszczą się wszak o każdego młodszego członka kolonii, który ma zamiar ulecied. Ale Żółtoczerwona nie traktowała czterech młodych jako członków kolonii, była z nimi bowiem dopiero pół dnia. W rozpaczy wpadłem na genialny pomysł. Wspiąłem się na strych i po chwili wynurzyłem się z wielką czarno-żółtą chorągwią pod pachą, która wiele razy powiewała na domu mojego ojca z okazji rocznicy urodzin starego Franciszka Józefa. I stojąc na szczycie dachu, wysoko przy piorunochronie, wymachiwałem tym rekwizytem politycznego anachronizmu. Co chciałem osiągnąd? Próbowałem tym straszydłem pchnąd Żółtoczerwona tak wysoko w górę, aby spostrzegły ją młode kawki w lesie i zaczęły woład. Wówczas - miałem nadzieję stara odpowie może wabiącym do gniazda „kju” i sprowadzi zagubione do domu. Żółtoczerwona zataczała kręgi wysoko w przestworze, ale nie dośd wysoko. Wyrzucałem z całego gardła indiaoskie ryki, jeden po drugim, i machałem jak szalony chorągwią Franciszka Józefa. Na wiejskim gościocu zaczęli się zbierad ludzie. Odłożyłem jednak wyjaśnienie na później, wrzeszczałem i wywijałem chorągwią. Żółtoczerwona wzbiła się jeszcze o parę metrów wyżej. I wówczas zaczęła woład jedna z młodych na stoku. Przestałem machad chorągwią i bez tchu patrzyłem w górę, gdzie krążyła stara kawka. I klnę się na wszystkie ptakogłowe bogi Egiptu - kawka zmieniła uderzenie skrzydeł, zaczęła zdecydowanie znowu się wznosid, po czym wzięła kierunek na las i wołała „kju, kju”, wracajcie, wracajcie do domu! Zwinąłem co prędzej chorągiew i zniknąłem w luce dachowej. W dziesięd minut potem cała czwórka była już w domu; stara była tak samo zmęczona, jak ja. Odtąd jednak pilnie strzegła młodych i nie pozwalała im samym wylatywad. Z czterech młodych kawek wyrosła z latami liczna kolonia, na której szczycie stała samica, owa Żółtoczerwona. A ponieważ różnica wieku między nią a resztą ptaków była duża, cieszyła się większym autorytetem u wszystkich kawek niż zwykle despota kolonii. Zdolnością trzymania w kupie całej gromady Żółtoczerwona przewyższała innych władców, jakich dotąd miało moje osiedle. Wiernie czuwała nad wszystkimi młodymi, dla wszystkich była matką, gdyż sama nie miała dzieci.

Ładnie byłoby zakooczyd życiową powieśd o Żółtoczerwonej w następujący sposób: „Bezżenna westalka jako wyzbyta egoizmu strażniczka dobra ogółu”... nastrojowy byłby to wydźwięk. To, co się jednak naprawdę stało, jest tak kiczowatym happy endem, że waham się, czy go opowiedzied. Trzy lata po wielkiej katastrofie z kawkami, w słoneczny, wietrzny dzieo przedwiośnia, w prawdziwy dzieo ptasich ciągów, gdy jedna za drugą wysoko pod niebem przeciągały gromady kawek i gawronów, z jednej chmary oderwał się bezskrzydły, torpedowały pocisk i runął ze świstem na dół. Ale nad naszym domem pocisk zamienił się w ptaka, który zakooczył spadanie lekkim rozmachem skrzydeł i, wyzbyty ciężaru, wylądował na chorągiewce na dachu. Siedział tam tedy ogromny samiec kawczy o niebiesko lśniących skrzydłach, z tak wspaniałą, jedwabistą, niemal biało błyszczącą grzywą na karku, jakiej nie widziałem nigdy przedtem u żadnej kawki. I królowa, Żółtoczerwona, skapitulowała błyskawicznie. Z władczej herod-baby zrobiła się znowu nieśmiała, pokorna dziewczyna, która tak ładnie kiwała ogonem i tak uroczo drżały jej skrzydła, jak u całkiem młodej narzeczonej. Już w parę godzin po zjawieniu się samca byli oboje jednym sercem i jedną duszą i zachowywali się jak dawno zaślubiona para. Interesujące było również to, że ów duży przybysz nie musiał toczyd żadnych walk z innymi kawkami. Jego uznanie za hegemona przez dotychczasową władczynię naznaczyło go w oczach wszystkich członków kolonii jako numer 1. Tylko u psów widuję coś podobnego. Nie posiadam naukowego, niepodważalnego dowodu, że ów stary samiec był Żółtozielonym, zaginionym mężem Żółtoczerwonej. Kolorowe obrączki celuloidowe od dawna podarte odpadły, Żółtoczerwona także ich już nie miała. Ale bez wątpienia był ów ptak członkiem dawnej kolonii, świadczyło o tym jego oswojenie i to, że bez chwili namysłu wszedł do wnętrza strychu. Dziko wyrosłe kawki, które się u nas osiedlały, zachowywały się zawsze inaczej. Był z pewnością jednym z czterech czy pięciu najstarszych członków pierwszej kolonii. Ja jednak wierzę i spodziewam się, że stary wojownik był istotnie Żółtozielonym. Oboje wydali na świat wiele młodych piskląt, które wyhodowali. Dziś w Altenbergu jest więcej kawek niż jam gniazdowych. W każdej niszy muru, w każdym dymniku mieści się gniazdo. Niedługo przed ostatnią wojną mój ojciec w swej autobiografii pisał o kawkach altenberskich: „Roje tych czarnych kompanów krążą zwłaszcza pod wieczór dookoła wysokich szczytów domu i porozumiewają się między sobą przenikliwymi głosami. Niekiedy zdaje mi się, że je rozumiem, ze wołają - jako wierni ojczyźnie i ponadczasowi towarzysze będziemy krążyd dookoła naszego gniazda, póki kamieo tkwi tu na kamieniu i użycza nam schronu”! Ponadczasowi kompani! W istocie jest w kawce coś z ponadczasowości, co przemawia w sposób szczególny do naszych serc. Kiedy jesienią lub w łagodny dzieo zimowy intonują swe pieśni wiosenne, kiedy uprawiają szaleoczą grę z siłami burzy, przedstawiają dla mnie zawsze jakieś wartości uczuciowe, pokrewne tym, jakie ma zieleo ośnieżonych jodeł lub pieśo strzyżyka w przejrzysty mroźny dzieo, lub tym, które uczyniły choinkę symbolem nadziei i trwania. Czok dawno już zniknęła, spotkał ją nieznany los. Żołtoczerwoną w starczym wieku zastrzelił pewien miły sąsiad z małokalibrowej flinty, znalazłem ją martwą w ogrodzie. Ale kolonia kawek w Altenbergu żyje. Kawki latają dookoła Altenbergu, latają dokładnie tymi samymi trasami, które Czok pierwsza wytyczała, używają, by osiągnąd wysokośd, tych samych wiatrów wstępujących, które Czok pierwsza rozpoznała.

Postępują zgodnie z wszystkimi tradycjami, jakie panowały w pierwszej kolonu i które Żółtoczerwona ocaliła i przeniosła do obecnej. Jak wdzięczny byłbym mojemu losowi, gdybym i ja mógł odnaleźd w życiu tylko jedną jedyną drogę, którą - osobniki mojego gatunku z późniejszych pokoleo - kroczyłyby jeszcze, nie mówiąc o jakimś „wietrze wstępującym”, który w odległej przyszłości pomógłby komuś z ludzi „osiągnąd wysokośd”.

PIERŚCIEŃ SALOMONA
Napisane jest, że król Salomon rozmawiał z ptactwem, bydlętami, rybami i robactwem. To potrafię także. Wprawdzie nie z wszystkimi zwierzętami, jak rzekomo umiał stary król; przyznaję, że tu on góruje nade mną. Ale rozmawiam z kilkoma gatunkami, które dobrze znam, i nie trzeba mi do tego czarodziejskiego pierścienia. Tu więc ja góruję nad starym królem, ten bowiem bez swego pierścienia nie rozumiał mowy nawet najlepiej znanych mu zwierząt. A kiedy stracił ów pierścieo, jego serce opancerzyło się nawet wobec świata zwierząt. Salomon odrzucił pono pierścieo w gniewie, gdy pewien słowik zdradził mu, że jedna z jego dziewięciuset dziewięddziesięciu dziewięciu żon kocha kogoś młodszego. Tak przynajmniej opowiada J. V. Widmann w czarującej legendzie Święty.i zwierzęta. Było to albo bardzo mądrze, albo bardzo głupio ze strony Salomona. Co do mnie, uważam w każdym razie za nie „fair” używanie w obcowaniu ze zwierzętami czarodziejskich pierścieni. Bez żadnego czarodziejstwa żyjące istoty opowiadają człowiekowi najpiękniejsze historie, te mianowicie, które są prawdziwe. A prawda jest w naturze zawsze jeszcze o wiele piękniejsza od wszystkiego, co mogą wymyślid nasi poeci - jedyni prawdziwi czarodzieje, jacy istnieją na świecie. Nie ma nic szczególnego w tym, że rozumie się „vocabularium” niektórych zwierząt. My też możemy mówid d o zwierząt, przynajmniej, jeśli to leży w zakresie możliwości naszych fizycznych środków wyrażania się i jeśli zwierzęta są gotowe podjąd z nami kontakt. Należy jednak bardzo uważad, żeby się nie przejęzyczyd, jak się pewnego razu zdarzyło mojemu przyjacielowi Alfredowi Seitzowi. Kręciliśmy wówczas na naddunajskich łąkach, w pewien dzieo wczesnego lata, film o naszych gęsiach gęgawych. Powoli ciągnęliśmy przez dziewiczy krajobraz, woda, pastwiska i trzciny, powoli, bardzo powoli, bo tempo naszego marszu odpowiadało najwyższej szybkości trzynastu młodych kaczek krzyżówek i dziewięciu małych gąsiątek, które w wyciągniętej kolumnie dreptały za nami. W koocu znaleźliśmy piękne, malownicze miejsce, które Alfred uznał za odpowiednie do zdjęd. Poświęcił się też natychmiast swojej pracy, a i ja także sposobiłem się do naukowego prowadzenia całego przedsięwzięcia. Na razie polegało to na tym, że wygrzewałem się w słonku na jednej z wysepek. Alfred stał po brzuch w wodzie z czyhającą kamerą, wytężonym wzrokiem i zwierzęcą cierpliwością. Słooce doskwierało, ważki brzęczały, wodne żabki rechotały. Powoli zdrzemnąłem się i słyszałem jeszcze jakby, z oddali, że Alfred kłóci się z kaczkami, które wciąż nie w porę zjawiały się w polu widzenia kamery. Walczyłem jeszcze ciężko z decyzją, aby się podnieśd i zwabid do siebie kaczątka, kiedy nagle posłyszałem, jak Alfred zdenerwowany mówi: „Gęgę... gę... ech, chciałem powiedzied „kwak”, „kwak”. Przejęzyczył się przemawiając do kacząt językiem gęsi gęgawej. Przyjaciel Alfred wymawiał oczywiście te dźwięki z pełnym akcentem „gęsim” czy raczej „kaczym”; właśnie dlatego wtrącone w środek „ech, chciałem powiedzied” sprawiało nieodparcie komiczne wrażenie. Mowy we właściwym tego słowa znaczeniu zwierzęta oczywiście nie posiadają. Każdy osobnik należący do wyższego gatunku zwierząt, przede wszystkim żyjące stadnie kawki lub gęsi gęgawe, posiadają wrodzony kodeks sygnalny wypowiedzi dźwiękowych oraz poruszeo. Wrodzona jest także zarówno zdolnośd wysyłania sygnałów, jak i to, by je właściwie „zrozumied”, to znaczy odpowiedzied w sposób dążący sensownie do utrzymania gatunku. Wraz z poznaniem tego, potwierdzonym licznymi spostrzeżeniami i eksperymentami, przepada znaczna częśd podobieostwa, jakie przy powierzchownej obserwacji mają wszystkie zwierzęce „środki porozumiewania się” z ludzką mową; owo podobieostwo zmniejsza się jeszcze bardziej, gdy człowiek z wolna uświadamia sobie, że zwierzę w swoich wszystkich wypowiedziach dźwiękowych i poruszeniowych bynajmniej nie ma świadomego

zamiaru wpływad poprzez nie na drugiego osobnika tego samego gatunku. Również samotnie wyhodowane i trzymane gęsi gęgawe, kaczki krzyżówki lub kawki wydają te sygnały, gdy są w odpowiednim nastroju. Proces ten przebiega w tym wypadku bardzo „mechanicznie” i nieuchronnie, więc wyraźnie mało podobnie do reakcji ludzkich. W zachowaniu człowieka występują również mimiczne znaki, które siłą rzeczy przenoszą nastrój; musisz ziewad, gdy ktoś zaczyna ziewad, aby wymienid tu najbardziej znany przykład. Oczywiście te mimiczne znaki, poprzez które wyraża się na przykład nastrój ziewania, są łatwo uchwytnymi i stosunkowo silnymi bodźcami, których wyzwalające działanie wydaje się zrozumiałe. Ale nie trzeba wcale tak mocnych i wpadających w oko sygnałów, aby przenieśd jakiś nastrój. Przeciwnie, jest wręcz charakterystyczne dla tego procesu, że przemawia on do niezwykle subtelnych, drobnych i nieraz nieuchwytnych dla świadomej obserwacji poruszeo. Tajemniczy aparat nadawczy i odbiorczy, który pośredniczy w nieświadomym przenoszeniu uczud i afektów, jest prastary, o wiele starszy niż ludzkośd. Tylko u człowieka kurczył się on bez wątpienia w miarę, jak rozwijała się nasza, ze słów złożona, mowa. Człowiekowi nie potrzeba najdrobniejszych poruszeo intencjonalnych, aby wyrazid każdorazowy nastrój, może go wszak wyrazid słowami. Kawki czy psy są jednak zdane na to, by wzajemnie „odczytywad sobie z oczu”, co każde z nich uczyni w następnej chwili. Z tego powodu u wyższych i żżyjących towarzysko zwierząt jest ów przekazujący nastrój aparat, zarówno nadawczy, jak odbiorczy, o wiele lepiej wykształcony i bardziej wyspecjalizowany niż u człowieka. Wszystkie wypowiedzi dźwiękowe zwierząt, jak: „kja” i ,.kju” kawki, jak wielo- i małozgłoskowy dźwięk kontaktu głosowego gęsi gęgawej - wszystko to nie da się porównad z mową ludzką, tylko wyłącznie z takimi wyrażeniami nastroju, jak ziewanie, marszczenie czoła, uśmiech i tym podobne, które są wyrażane nieświadomie oraz w sposób wrodzony i tak samo są rozumiane. „Słowa” różnych „języków” zwierzęcych są jedynie wykrzyknikami. Chociaż człowiek może również rozporządzad licznymi odcieniami nieświadomej mimiki, żaden Józef Kainz czy Emil Janings nie potrafi mimicznie dad do zrozumienia, czy chce iśd pieszo, czy latad, jak to potrafi gęś gęgawa, lub też zaznaczyd, że chce wracad do domu czy też lecied dalej, jak to czyni kawka. Jeśli aparat nadawczy u zwierząt jest o wiele sprawniejszy niż u człowieka, to samo dotyczy aparatu odbiorczego, przenoszącego nastrój. Ten potrafi nie tylko selektywnie rozróżniad większą liczbę sygnałów, przemawia również - aby zachowad to porównanie - do o wiele szczuplejszych energii nadawczych niż nasza. Jest wręcz niewiarygodne, jak minimalne, dla człowieka całkiem niedostrzegalne, znaki potrafią zwierzęta przyjąd i odpowiednio wykorzystad. Jeśli z gromady kawek, szukających pokarmu na ziemi, pojedynczy ptak wzlęci po to, by usiąśd na najbliższej jabłoni i czyścid sobie piórka, żadna kawka nawet się nie obejrzy. Ale jeśli wzleci po to, by odbyd dalszą trasę, to wzlatuje za nią również - zależnie od ..autorytetu” członka gromady - jego małżonka lub też większa grupa kawek, chodby ta, co się pierwsza wzbiła w powietrze, ani razu nie zawołała „kju”. Jeśli w tych wypadkach doskonały znawca kawek potrafi jeszcze robid to, co zwierzęta, to jest odbierad sensownie najsubtelniejsze znaki, w innych wypadkach nie jest to już możliwe. Już „aparat odbiorczy” psów przewyższa daleko nasze analogiczne zdolności. Każdy znawca psów wie, z jaką niesamowitą wprost pewnością wierny pies poznaje po swym panu, czy ten opuszcza pokój dla jakiegoś nie interesującego psa celu, czy też czeka go gorąco utęskniony spacer. Niektóre psy jednak wykazują tu jeszcze większe uzdolnienia. I tak moja suka, owczarka Ti to, prababka psa, którego obecnie posiadam, wiedziała „telepatycznie”, który człowiek i kiedy działa mi na nerwy. I nie można jej było powstrzymad, aby nie ugryzła takich ludzi łagodnie, lecz stanowczo w tyłek. Szczególnie

niebezpieczne było to dla starszych autorytatywnych panów, którzy w dyskusjach ze mną zajmowali stanowisko „a w ogóle jesteś za młody”. Jeśli obcy powiedział coś takiego, natychmiast łapał się wystraszony za miejsce, w które Tito wymierzyła mu karę. Całkiem niezrozumiałe było dla mnie, że kara wymierzana była także wówczas, gdy pies leżał pod stołem, nie mógł więc widzied twarzy ani gestów ludzkich; skąd zatem wiedział, kto rozmawia z kim, kto jest moim przeciwnikiem? Owo subtelne zrozumienie każdego nastroju pana nie jest oczywiście „telepatią”. Niektóre zwierzęta zdolne są spostrzegad rzeczy zdumiewająco drobne, uchodzące oczom człowieka. Pies, który koncentruje całą uwagę na tym, by byd do usług pana, pies, który dosłownie „zawisa na jego wargach”, może w tym dojśd do perfekcji. Ale i konie dokonują rzeczy godnych uwagi. Chcę tu opowiedzied o paru sztuczkach, jakie kilku zwierzętom przyniosły nawet sławę. Niektórzy pamiętają jeszcze „mądrego Jasia”; były też jeszcze inne „myślące konie”, które potrafiły nawet obliczad pierwiastki sześcienne, był cudowny Airdale terier Rolf, który doszedł do tego, że podyktował swej pani swój testament.

Wszystkie te liczące, mówiące i myślące zwierzęta „mówią” znakami stukania lub dźwiękami szczekania, których sens jest ustalony według wzoru alfabetu Morse'a. Ich występy są na pierwszy rzut oka naprawdę zdumiewające. Wzywają cię, abyś sam wypróbował. Przedstawiają cię dzielnemu koniowi, jamnikowi lub zwierzęciu, o które właśnie chodzi. Pytasz, ile jest dwa razy dwa, jamnik patrzy bacznie na ciebie i szczeka cztery razy. Jeszcze bardziej zdumiewa koo, gdyż podczas stukania nie zwraca nawet uwagi na pytającego, konie bowiem widzą nawet to, na co akurat nie „patrzą wprost”, widzą wyraźnie tak zwanym pośrednim widzeniem najmniejsze nawet ruchy. Ty sam bowiem zdradzasz „myślącemu” zwierzęciu poprawne rozwiązanie przez mimowolną informację za pomocą najdrobniejszych znaków. Jeśli sam nie znasz rozwiązania, zrozpaczone, biedne zwierzą szczeka, lub stuka wciąż dalej, daremnie czekając na znak, który mu powie, że już ma przestad. Ale bardzo niewielu ludzi nawet przy najwyższym napięciu samoobserwacji i samoopanowania potrafi zapobiec temu nieświadomemu i nie chcianemu dawaniu znaków. To, że jedynie człowiek znajduje rozwiązanie i przekazuje je rzekomo myślącemu zwierzęciu, udowodnił kiedyś jeden z moich kolegów wypróbowując bardzo sławnego jamnika, należącego do pewnej starej panny. Metoda była perfidna; na przedniej stronie tabliczki, sklejonej z kilku warstw przeźroczystego papieru, wypisane było tłustymi literami proste zadanie matematyczne, z tyłu jednak można było w przebijającym świetle dostrzec jeszcze inne cyfry. Kiedy owa dama pokazała pieskowi tabliczkę, wyszczekiwał zawsze tylko te rozwiązania, które odpowiadały cyfrom widocznym dla jego pani, a nie tym, które pies sam mógł odczytad. W koocu mój przyjaciel zaprezentował jamnikowi papierek, przesiąknięty zapachem jamniczki w okresie rui. Jamnik podniecony obwąchał papierek i zamachał ogonem. Pies wiedział dokładnie, co wywąchał! Ale jego pani nie wiedziała. Kiedy spytał psa, czym pachnie papier, jamnik alfabetem Morse'a odrzekł: „serem”. Ogromna wręcz wrażliwośd niektórych zwierząt na określone najdrobniejsze ruchy, jak na przykład opisaną wyżej zdolnośd psa do zauważania przyjaznych lub wrogich uczud, jakie jego pan żywi wobec drugiego człowieka, jest oczywiście bardzo osobliwa. Naiwnie uczłowieczający obserwator może więc sądzid, że stworzenie, które odgaduje nawet takie wewnętrzne, nie wypowiedziane myśli, musi rozumied każde słowo, które wymawia ulubiony pan. Zapomina się przy tym, że zdolnośd rozumienia

najsubtelniejszych poruszeo u zwierząt stadnych właśnie dlatego jest tak rozwinięta, ponieważ nie rozumieją słów, ponieważ nie umieją mówid. Żadne zwierzę nie wypowiada czegokolwiek w świadomym zamiarze, aby namówid współplemieoca do określonego zachowania. Wszystkie ruchy i dźwięki wyrażeniowe, pośredniczące w „porozumieniu się” zwierząt, wysyłane są przez „nadajnik” jako wykrzykniki. Jeśli twój pies szturcha cię nosem, skomli, biegnie do drzwi i drapie je lub też kładzie łapy na muszli zlewu pod wodociągiem i rozgląda się pytająco, to za pomocą tych ruchów czyni coś, co jest bardziej zbliżone do ludzkiej mowy niż wszystko, co może „powiedzied” gęś gęgawa lub kawka, mimo że ich subtelnie zróżnicowane dźwięki są jasno zrozumiałe i celowe. Pies chce spowodowad, abyś otworzył drzwi lub odkręcił kurek, to, co robi, jest świadomym, skierowanym ku pewnemu celowi wystąpieniem wobec zaprzyjaźnionego z nim człowieka. Kawka jednak czy gęś gęgawa daje zupełnie nieświadomie wyraz swemu wewnętrznemu nastrojowi, jej „kju” czy „kja” lub dźwięk ostrzegawczy wyrywa się jej bez zamiaru, musi go wydad w odpowiednim nastroju, nie może go stłumid, wydaje go również wówczas, gdy jest całkiem sama. Poza tym to, co czyni pies, jest „wyuczone” i „rozsądne”, to, co czynią i mówią ptaki, jest całkowicie wrodzone i odziedziczone. Każdy pies ma inne metody, by uczynid się zrozumiałym dla swego pana, a także ten sam pies, zależnie od każdorazowej sytuacji, używa innych środków, by osiągnąd swój cel, Moja suka Stasi zeżarła kiedyś coś, co jej nie posłużyło, musiała więc w nocy „wyjśd”. Byłem wówczas zmęczony i spałem mocno, nie udało się jej więc obudzid mnie zwykłymi sygnałami. Kiedy szturchała mnie nosem i skomliła, zaryłem się jeszcze głębiej w poduszki i koce. Natenczas zdecydowanie skoczyła na łóżko, wygrzebała mnie z koców i po prostu zepchnęła z łóżka. Podobnej, dostosowanej do celu zmiany zachowania się brak zupełnie ruchom wyrażeniowym i sygnałom dźwiękowym ptaków. Papugi oraz liczne ptaki z rodziny krukowatych potrafią - jak wiadomo - „mówid”, czyli naśladowad ludzki głos, przy czym niekiedy jest możliwy związek myślowy między dźwiękami a określonym przeżyciem. Owo naśladownictwo nie jest niczym innym, jak tak zwanym przedrzeźnianiem, które obserwujemy u wielu ptaków śpiewających; zaganiacze, czerwonogrzbieta dzierzba, podróżniczek, szpak oraz inne jeszcze ptaki są w tym wprost mistrzami. Przedrzeźniające, a więc nie wrodzone dźwięki wyrażają owe ptaki wyłącznie w śpiewie, bez żadnego stosunku do sensu poszczególnych zgłosek. To samo odnosi się do szpaków, srok i kawek, które potrafią wiele osiągnąd w imitowaniu ludzkich głosów. Inna jest sprawa z „mową” dużych kruków i przede wszystkim dużych papug. Ich wymawianie ludzkich słów nosi również wyraźnie charakter niezamierzonej zabawy, zbliżonej do śpiewu innych, duchowo niżej stojących ptaków. Ale pojedyncze wyrażenia dźwiękowe kruków i papug stały się dziwnie niezależne; trudno zaprzeczyd, że są w nich całkiem określone i niemal (niemal!) sensowne powiązania myślowe. Wiele papug żako oraz niektóre amazonki mówią „dzieo dobry” wyłącznie rano, i to tylko raz, a więc z sensem. Otto Koehler posiadał prastarą papugę żako, która miała brzydki zwyczaj wyskubywania sobie piór, wskutek czego była prawie całkiem naga i wołano na nią Sęp. Ten Sęp nie był na pewno ładny, wybaczano mu to jednak ze względu na jego językowe uzdolnienia. Mówił z sensem „dzieo dobry” i „dobry wieczór”, a gdy jakiś gośd wstawał, aby się pożegnad, ptak wypowiadał życzliwym,

głębokim głosem piwosza: „No, to do widzenia!” Trzeba zaznaczyd, że mówił to jedynie wówczas, gdy goście naprawdę się żegnali. Podobnie jak myślące psy, ta papuga również nastawiona była na najdelikatniejsze, nieświadomie dawane znaki, że sprawa jest „poważna” - jakie to były znaki, nie zdołaliśmy się nigdy dowiedzied. Ani razu nie udało się sprowokowad jej „do widzenia” sfingowanym pożegnaniem. Ale gdy gośd naprawdę odchodził, chodby żegnano się możliwie niezauważenie, zawsze, jakby dla drwiny, słychad było: „No, to do widzenia!” Znany ornitolog berlioski, pułkownik von Lukanus, posiadał również papugę żako, która zasłynęła z powodu swej pamięci. Prócz innych ptaków Lukanus hodował także oswojonego dudka o przezwisku „Czubek”. Umiejąca dobrze mówid papuga przyswoiła sobie wnet to słówko. Dudki niestety nie żyją długo w niewoli, za to długo żyją papugi. Czubek odszedł więc wkrótce na zawsze i zdawało się, że papuga zapomniała jego imienia, w każdym razie nigdy go nie wymawiała. Po dziewięciu latach pułkownik Lukanus dostał nowego dudka, a kiedy papuga ujrzała go po raz pierwszy, natychmiast powiedziała i potem powtórzyła: „Czubek... czubek...” Chociaż mocna jest pamięd tych długowiecznych ptaków, jednak uczą się one powoli. Każdy, kto chce wyuczyd szpaka lub papugę nowego słowa, wie, w jaką trzeba się uzbroid cierpliwośd, jak niestrudzenie trzeba powtarzad wciąż to słowo. A jednak takie ptaki wyjątkowo potrafią naśladowad słowa, które słyszały rzadko, może nawet tylko raz jeden. Ale to zdarza się jedynie w „wyjątkowych okolicznościach” największego zdenerwowania; ja sam znam z obserwacji jedynie dwa takie wypadki, za które mogę ręczyd. Mój brat posiadał przez całe lata oswojoną, uroczą, żywą i posiadającą niezwykłe zdolności językowe papugę amazonkę imieniem Papagalo. Ten Papagalo, póki żył u nas w Altenbergu, latał swobodnie, podobnie jak wszystkie inne ptaki. Dobrze mówiący ptak, który swobodnie lata od drzewa do drzewa, wymawiając przy tym ludzkie słowa, sprawia wrażenie o wiele komiczniejsze niż ptak siedzący w klatce i mówiący. Gdy Papagalo z głośnym wołaniem „Gdzie jest pan doktór?” hasał w okolicy, niekiedy naprawdę w poszukiwaniu swego pana, był to widok po prostu urzekający. Jeszcze śmieszniejsza, ale w pewnym sensie też osobliwa była następująca sprawa: Papagalo nie obawiał się niczego i nikogo prócz kominiarza. Ptaki w ogóle lękają się przedmiotów, które są na górze, co zapewne ma związek z wrodzoną trwogą przed spadającym z góry drapieżcą. Tak więc wszystko, co się rysuje na tle nieba, ma dla nich coś z uczuciowej tonacji „drapieżny ptak”. Kiedy czarny człowiek, niesamowity już przez swój ubiór i różniący się od innych ludzi, pojawiał się, stojąc na kominie, na tle nieba, Papagalo popadał w paniczną trwogę i z głośnym skrzeczeniem odlatywał tak daleko, że lękaliśmy się o jego powrót. W kilka miesięcy później, gdy kominiarz przybył po raz wtóry, Papagalo siedział akurat na chorągiewce na dachu i złościł się na kawki, które chciały także tam usiąśd. Nagle spostrzegłem, że zrobił się smukły i, zerkając trwożnie na dół, poderwał się i odleciał krzycząc bez ustanku przenikliwymi dźwiękami: „Kominiarz idzie! Kominiarz idzie!” W następnej chwili czarna postad przeszła przez bramę wiodącą na podwórze. Nie udało mi się już niestety stwierdzid, jak często Papagalo widział przedtem kominiarza i jak często słyszał podniecone wołanie naszej kucharki, zapowiadające jego przyjście. W głosie Papagala brzmiał bowiem niedwuznacznie głos tej damy. Ale częściej jak dwa, najwyżej trzy razy z pewnością jej wołania nie słyszał, a i to zawsze w odstępach paromiesięcznych.

Drugi, znany mi wypadek, gdy „mówiący” ptak powtórzył ludzkie słowa i znowu całe zdanie, po jednym lub kilkakrotnym usłyszeniu, dotyczy wrony siwej. „Jaś”, jak zwało się owo zwierzę, mógł współzawodniczyd w uzdolnieniach językowych z najbardziej utalentowaną papugą. Jaś, wyhodowany przez pewnego urzędnika kolejowego w sąsiedniej wsi St. Andrä-Wördern, latał swobodnie i wyrósł na pokaźnego i zdrowego ptaka - dobre świadectwo dla uzdolnieo opiekuoczego żywiciela, na przekór bowiem ogólnie rozpowszechnianemu zdaniu niełatwo jest wyhodowad wrony, które potraktowane, jak się je zwykle traktuje - rozwijają się w okaleczałe stworzenia, jak to bezlitośnie przedstawił Wilhelm Busch. Pewnego dnia wiejscy chłopcy przynieśli mi zabłoconą wronę siwą, z obciętymi prawie całkiem lotkami i ogonem, tak że z trudem rozpoznałem w niej pięknego Jasia. Kupiłem ptaka, bo z zasady kupuję wszystkie zwierzęce biedactwa przynoszone przez wiejskich urwisów, po części z litości, po części dlatego, że wśród nabytych w ten sposób stworzeo może się znajdowad coś naprawdę rzadkiego. Po czym zadzwoniłem do właściciela Jasia, który opowiedział, że istotnie ptaka nie było od paru dni, i prosił, bym do następnego pierzenia wziął ptaka w opiekę. Posadziłem więc wronę do woliery bażantów i karmiłem ją pożywnym jadłem, aby w okresie mającego wkrótce nastąpid pierzenia dostała piękne nowe lotki i pióra w ogonie. Już w czasie, gdy Jaś z konieczności siedział zamknięty, poznałem go jako zdumiewającego artystę słowa. Czego ja nie usłyszałem! Przede wszystkim to, co może słyszed taka oswojona wrona siedząca na drzewie przy gościocu - mianowicie to, co wiejskie urwipołcie o niej gadają. W nie fałszowanym dialekcie dolnoaustriackim Jaś deklamował: „Odwal się, słyszysz, chodź no tu, idź, popatrz, tam siedzi, idżże, idź, Ferdek, tam siedzi!” itd. Podczas pierzenia się miły ptak ozdrowiał zupełnie, toteż gdy tylko odzyskał zdolnośd latania, wypuściłem go. Natychmiast wrócił do swego dawnego pana, do Wördern, ale odwiedzał nas regularnie i zawsze był mile widzianym gościem. Pewnego razu znikł na przeciąg kilku tygodni. A gdy się znowu zjawił, zauważyłem, że ma złamany tylny palec u nogi, który się krzywo zrósł. I ten złamany palec stanowi pointę całej historii o Jasiu, mówiącej wronie. Dowiedzieliśmy się bowiem, skąd się wziął ów mały defekt urody. A od kogo? Proszę mi wierzyd lub nie wierzyd: Jaś sam opowiedział nam! Kiedy bowiem po dłuższej nieobecności zjawił się u nas znowu, łobuzerskim akcentem wypowiedział te bogate w treśd słowa: „Złapaliśmy go tłukiem pięściowym!” Nie można było wątpid w prawdziwośd tych słów. Podobnie jak naszemu Papagalowi, tak i Jasiowi wryło się w pamięd zdanie, które z pewnością nieczęsto słyszał, a wryło się dlatego, że ptak usłyszał je w wielkim podnieceniu, widocznie bezpośrednio po schwytaniu go. W jaki sposób się oswobodził, tego nam Jaś niestety nie zdradził. W takich wypadkach antropomorfizujący przyjaciel zwierząt przysięga na wszystkie świętości, że ptak rozumie, co mówi. O tym, rzecz prosta, nie ma mowy. Również najlepiej „mówiące” ptaki, które, jak widzieliśmy, potrafią dzięki określonym związkom myślowym połączyd swoje wypowiedzi dźwiękowe z pewnymi zdarzeniami, nie nauczą się nigdy sprzęgad swej umiejętności z najprostszym celem. Otto Koehler, mający największe osiągnięcia w naukowej tresurze ptaków, badacz, któremu udało się wytresowad gołębie domowe tak, że naprawdę potrafiły liczyd do sześciu, próbował także swoją już wspomnianą, wysoce uzdolnioną papugę zwaną Sępem wytresowad tak, aby mówiła „jeśd”, gdy jest głodna, i „woda”, gdy jej się chciało pid. To mu się nie udało i nie udało się dotychczas nikomu. Sam w sobie jest ów fakt bardzo dziwny, ponieważ papuga potrafi najwidoczniej „kojarzyd” to, co mówi, a także potrafi wyuczyd się innych poruszeo ekspresyjnych, służących do osiągnięcia swych celów, nawet takich, które zmierzają wyłącznie do tego, aby spowodowad ludzkiego opiekuna do pewnych określonych czynności.

Do bardzo groteskowego i komicznego zachowania się tego rodzaju przywykła pewna oswojona papużka z rodziny papug Nanday, własnośd Karola Frischa. Badacz ów pozwalał ptakowi opuszczad klatkę i fruwad swobodnie w pokoju tylko wtedy, gdy zauważył, że zwierzę miało akurat wypróżnienie, więc w ciągu następnych dziesięciu minut nie będzie zagrażało pięknym meblom. Papuga w bardzo krótkim czasie pojęła ów związek, a że namiętnie lubiła latad, wyciskała z siebie przemocą i demonstracyjnie maleoką wydalinę, ilekrod profesor Frisch podchodził do klatki. Tak jest, wyciskała w rozpaczy nawet wtedy, gdy wcale nie mogła nic istotnego sprodukowad, groziło więc, że sobie zaszkodzi, tak się dręczyła. No i trzeba było wypuścid ją, aby nie patrzed na jej mękę. A mądry „Sęp”, o wiele mądrzejszy od małej papużki, nie mógł się absolutnie nauczyd wymawiania słowa „jeśd”, gdy był głodny. Wydaje się, że cały skomplikowany aparat krtani i mózgu, umożliwiający naśladownictwo i związek myślowy, nie rozwija żadnych dla nas zrozumiałych funkcji, służących utrzymaniu gatunku. Daremnie człowiek pyta, „po co” on istnieje. Znam tylko jednego jedynego ptaka, który nauczył się używad słowa ludzkiego, kiedy czegoś chciał, który zatem z wyuczoną wypowiedzią dźwiękową łączył jakiś cel. I na pewno nie jest przypadkiem, że potrafił to ten właśnie ptak, którego uważam za stojącego duchowo najwyżej z wszystkich ptaków, mianowicie kruk. Kruki mają określone, wrodzone zawołanie, które odpowiada dźwiękowi „kja” kawek i oznacza wezwanie do wzlecenia w górą - metalicznie ostre, a przy tym dźwięczne „rakra” lub „krakrakra”. Jeśli ptak chce nakłonid zaprzyjaźnionego krewniaka, który siedzi na ziemi, aby z nim poleciał, wykonuje takie same ruchy, jakie widzieliśmy u kawek. Od tyłu wzlatuje tuż nad drugim krukiem, kołysze złożonym ogonem, wołając przy tym szczególnie ostro i głośno swoje „krakra”, które brzmi jak następujące po sobie małe eksplozje. Kruk Roa, nazwany tak według zwykłego dźwięku kontaktu głosowego młodych swego gatunku, jeszcze w starym wieku przyjaźnił się ze mną. Ilekrod nie miał nic innego w planie, towarzyszył mi na dalekich przechadzkach, nawet na wyprawach motorówką po Dunaju, nawet gdy jeździłem na nartach. W wieku starczym był bardzo lękliwy nie tylko wobec obcych, czuł również silną niechęd do miejscowości, w których kiedyś dawniej go przestraszono lub miewał jakieś przykre doświadczenia. Nie tylko nie chciał do mnie sfrunąd w tych miejscowościach, ale nie mógł też spokojnie patrzed, że ja przebywam w takich według niego niebezpiecznych miejscach. I podobnie jak rodzice kawek chcą zachęcid młode, aby wzleciały i poleciały z nimi, tak i Roa szumiącym lotem nurkowym spadał spod nieba, od tyłu przelatywał tuż nad moją głową, machał ogonem i znowu wzbijał się w powietrze, patrząc wówczas na mnie przez bark. Przy tym odziedziczonym i wrodzonym sposobie poruszania się nie wydawał jednak odziedziczonego i wrodzonego sygnału wabiącego swego gatunku, lecz ludzkim głosem wołał „Roa, Roa”. Osobliwe w tej sprawie było to, że Roa znał także specyficzne zawołanie wabiące swego gatunku, owo krakrakra, i wobec innych kruków zawsze go używał. Do swej małżonki mówił krakrakra, gdy chciał ją poderwad do lotu, do swego ludzkiego przyjaciela jednak mówił ludzkim głosem. Jakakolwiek tresura jest w tym wypadku wykluczona. Można ją wziąd pod uwagę jedynie wtedy, gdyby ptak całkiem przypadkowo powiedział „Roa” i ja również przypadkiem podszedłbym do niego. Ale tak z pewnością nie było. Stary kruk musiał więc pojąd, że „Roa” jest moim zewem wabiącym. Salomon nie był zatem jedynym, który umiał mówid do zwierząt, ale Roa jest do dziś jedynym zwierzęciem, które przemówiło do człowieka ludzkim słowem z myślą i zrozumieniem, chodby to był tylko krzyk wabiący.

GĄSIĄTKO MARTINA
Nadszedł wielki dzieo. Dwadzieścia dziewięd dni wysiadywałem moich dwadzieścia cennych jajek gęsi gęgawych. To znaczy, sam wysiadywałem tylko przez ostatnie dwa dni, przedtem zdałem się na grubą białą gęś domową oraz równie grubą i białą indyczkę, które to robiły o wiele chętniej i bardziej fachowo ode mnie. Dopiero na dwa ostatnie dni przed wylęgiem odebrałem indyczce dziesięd matowobiałych jaj i włożyłem je do inkubatora, gęś musiała sama uporad się ze swoimi. Chciałem bowiem czuwad nad procesem wykluwania się piskląt. A więc to był ten dzieo. Ważne sprawy muszą się dokonywad w takim jaju gęsi gęgawej. Gdy przyłożysz ucho, usłyszysz wewnątrz lekki trzask i grzebanie, a teraz, tak, teraz słyszysz całkiem wyraźnie cichutkie, mile brzmiące „pi”. Dopiero w godzinę potem jajo ma otwór, a w tym otworze widad pierwsze, co można zobaczyd z nowego ptaka: koniuszek nosa i siedzący na nim ząb jajowy. Ruch głowy, dzięki któremu ząb jajowy od wewnątrz napiera na powłokę jaja, powoduje nie tylko pęknięcia skorupki, ale pociąga za sobą również ruch leżącego w nim i zwiniętego ptaszka, który w ten sposób powoli i stopniowo kręci się dokoła podłużnej osi jaja. Ząb jajowy porusza się zatem wzdłuż „równoleżnika” wewnątrz skorupki i na tej linii wyłamuje połączony z sobą szereg otworków, aż w koocu, gdy krąg się zamknie, ruch w górę szyjki pisklęcia unosi cały tępy koniec skorupki. Z trudem, powoli, oswobadza się długa szyjka, która nie może jeszcze udźwignąd ciężaru łepka, kark także pozostaje jeszcze zakrzywiony w dół w pozycji embrionalnej, w której powstał i którą miał, odkąd w ogóle egzystował... Potrwa jeszcze kilka godzin, nim członki się rozprostują i nabiorą giętkości, nim mięśnie się wzmocnią i zaczną funkcjonowad organy labiryntu, utrzymujące równowagę, nim mała gąska zorientuje się, gdzie góra, a gdzie dół, i będzie mogła prosto i swobodnie podźwignąd główkę. To mokre coś, co wypełza ze skorupki, jest bardzo szpetne, godne pożałowania i przede wszystkim wygląda na bardziej mokre, niż jest naprawdę. Gdy się go dotknie, czuje się jedynie wilgod. Wrażenie, że biedne ubranko z piórek jest mokre i wilgotne, pochodzi stąd, że każde piórko puchu tkwi jeszcze, ciasno złożone, w delikatnej jak tchnienie osłonce. W tej formie pojedynczy puszek nie grubszy jest od włosa, a wszystkie te włoski są zlepione w pasemka bogatym w białko płynem otoczki jajowej, tak że w jaju zajmują jak najmniej miejsca. Po wyschnięciu osłonki rozpadają się w proch i uwalniają zawarty w nich puch. Więc to nie puch wysycha, puch jest od początku suchy, ponieważ owe osłonki chronią go przed płynem jaja. Pękanie tych osłonek przyśpieszają ruchy piskląt, które ocierają się o rodzeostwo i o pióra wysiadującej jaja matki. Jeśli brak tego ocierania, jak w wypadku mojej pierwszej, wyklutej w inkubatorze gęsi gęga we j, osłonki te trwają dłużej. W tym wypadku można zainscenizowad zaskakującą małą sztuczkę. Bierze się pisklę do jednej ręki, do drugiej natłuszczony kłaczek waty i miękko przesuwa się watką „pod piórkowy włos” pisklęcia; łamliwe osłonki rozpadają się przy tym na delikatne, podobne do łupieżu cząsteczki, a gąska zmienia się w sposób czarodziejski: tam, gdzie przesunął się kłaczek waty, wy kwitł gęsty, zwiewny las delikatnego, złocistoszarozielonego puchu i w ciągu kilku sekund zamiast nagiego, zlepionego wilgocią potworka trzymasz w ręku milutką, okrągłą poduszeczkę puchową podwójnej niż przedtem wielkości. Moja pierwsza mała gąska gęgawa przyszła więc na świat. Zaczekałem, póki pod elektryczną poduszką grzejną, zastępującą brzuch matki, nie wzmocni się na tyle, by móc unieśd główkę i przejśd parę kroków.

Przekrzywiwszy łepek spojrzała na mnie w górę dużym, ciemnym oczkiem. Jednym oczkiem, gdyż jak większośd ptaków również gęś gęgawa „fiksuje” jednym okiem, jeśli chce zobaczyd coś całkiem dokładnie. Długo, bardzo długo spozierało na mnie małe gąsiątko. A gdy poruszyłem się i wyrzekłem parę słów, napięta czujnośd rozluźniła się nagle i maleoka gąska powitała mnie. Z wysuniętą szyjką i przegiętym karkiem wydała bardzo prędki i wielozgłoskowy dźwięk kontaktu głosowego gęsi gęgawych, który u małych piskląt brzmi jak cichy, żarliwy szept. Powitała mnie tak samo, kubek w kubek tak samo, jak wita dorosła gęś gęgawa i jak to będzie robiła jeszcze tysiące razy w życiu. Właśnie tak, jakby już tysiąc razy witała w ten sam sposób. Nawet najlepszy znawca tego ceremoniału nie mógłby po niej poznad, że czyni to po raz pierwszy w swym gęsim życiu. A ja nie wiedziałem jeszcze, jak ciężkie zobowiązania wziąłem na siebie dzięki temu, że wytrzymałem lustrowanie ciemnym oczkiem i nierozważnie wypowiedzianym słówkiem wyzwoliłem pierwszą ceremonię powitania. Wysiedziane przez indyczkę pierwsze pisklęta chciałem po ich wykluciu powierzyd wspomnianej już gęsi domowej, która wysiedziała wprawdzie tylko dziesięd jaj, ale wodzid mogła śmiało dwadzieścia piskląt. Tymczasem, zanim moje pisklę było „gotowe”, pod gęsią wylęgły się trzy dalsze. Zaniosłem moje dziecko do ogrodu, gdzie gruba biała siedziała w psiej budzie, skąd bezwzględnie przegnała prawowitego właściciela, Wolfa Pierwszego. Wetknąłem moje gąsiątko głęboko pod miękki, biały brzuch starej gęsi, pewien, że zrobiłem wszystko, co do mnie należało. Ale okazało się, że jeszcze wielu rzeczy muszę się nauczyd. Po paru minutach, gdy w szczęsnej medytacji siedziałem przed gęsim gniazdem, nagle spod dużej białej zabrzmiał cichy, jakby pytający szept „wiwiwiwi?” Na co rzeczowo i uspokajająco odpowiedziała stara gęś tym samym dźwiękiem kontaktu głosowego, tylko w dorosłej tonacji „gęgęgę”. Ale zamiast się uspokoid, jak uczyniłoby każde roztropne gąsiątko, moje wyczołgało się szybko spod ciepłego upierzenia, spojrzało jednym okiem w górę, w twarz przybranej matki i głośno płacząc odbiegło od niej: „pfüp, pfüp, pfüp”, tak mniej więcej brzmi „kwilenie osieroconej” małej gąski gęgawe j, właściwe wszystkim młodym, uciekającym z gniazda ptakom. Wyprostowane, wciąż głośno kwilące biedne dziecko. Stało w połowie drogi między gęsią a mną. Poruszyłam się lekko... i już ustał płacz i dziecko z wyciągniętą szyjką szło ku mnie, żarliwie witając „wiwiwiwiwi”. To było naprawdę wzruszające, ale nie miałem zamiaru grad roli gęsiej matki. Chwyciłem więc pisklę, wpakowałem je głęboko pod brzuch starej i uciekłem. Nie uszedłem ani dziewięciu kroków, kiedy znów posłyszałem za sobą „pfüp... pfüp... pfüp”, i biedna gąska nadbiegła zrozpaczona. Stad jeszcze nie umiała, umiała tylko siedzied na piętach, a przy powolnym chodzeniu była także powolna i chybotliwa. Ale z konieczności opanowała już sposób poruszania się za pomocą bardzo prędkiego, skaczącego biegu. U niektórych ptaków kurowatych to samo osobliwe, a jednak celowe następstwo w opanowaniu różnych sposobów poruszania się jest jeszcze wyraźniejsze. Zwłaszcza małe kuropatwy i bażanty potrafią o wiele wcześniej biec niż powoli chodzid lub stad. Kamieo by się wzruszył widząc, jak biedne pisklę płacząc zachłystującym się głosikiem przybiegło za mną, potykając się i zataczając, ale ze zdumiewającą chyżością i zdecydowaniem, których znaczenie było zupełnie jasne: to ja, nie biała gęś domowa, jestem jego matką. Wzdychając wziąłem na siebie ten mój krzyżyk i zaniosłem go do domu. Chod wówczas ważył zaledwie sto gramów, wiedziałem dobrze, jak ciężko będzie go dźwigad, ile rzetelnej pracy i czasu będzie kosztowało, aby go nieśd z godnością.

Zrobiłem tak, jak gdybym to ja adoptował małą gąskę, a nie ona mnie. Na uroczystych chrzcinach otrzymała imię Martina. Reszta dnia upłynęła tak, jak zwykła upływad gęsiej matce. Poszliśmy na łąkę zbierad delikatną młodą trawę i udało mi się przekonad moje dziecko, że posiekane twarde jajo zmieszane z pokrzywą jest świetnym jadłem. A dziecku z kolei udało się przekonad mnie, że - przynajmniej na razie - jest całkiem niemożliwe, abym chod na minutę je opuścił i pozostawił samo. Natychmiast bowiem wpadało w taką rozpacz i trwogę, płakało tak wzruszająco, że po kilku próbach poddawałem się i zmajstrowałem mały koszyczek z uchwytem, w którym mogłem je stale nosid. Tylko sen dziecka umożliwiał mi swobodne poruszanie się. Nie spało ono nigdy długo naraz, co w ciągu pierwszego dnia nie rzuciło mi się w oczy. Ale za to w nocy... Na noc przygotowałem mojemu gąsiątku cudowną, elektrycznie ogrzewaną kołyskę, która już niejednemu małemu uciekinierowi zastępowała ciepłą pierś matczyną. Kiedy późnym wieczorem wsunąłem małą Martinę pod ciepłą poduszeczkę, zadowolona wydała zaraz ów cichy, szybki szept, który u młodych gęsi jest wyrazem senności i brzmi jak „wirrr”. Postawiłem skrzynkę z ciepłą kołyską w kącie pokoju i sam też się położyłem. Ale w chwili gdy miałem zasnąd, usłyszałem, że Martina cicho i jakby zaspana powtarza swoje „wirrr”. Nie ruszyłem się. Wtedy dobiegł mnie nieco głośniej i jakby ze skargą dźwięk kontaktu głosowego wiwiwiwi? Selma Lagerlof, której książka o małym Nilsie Holgersonie wywarła na mnie takie wrażenie w dzieciostwie, z genialnym wczuciem się odgadła znaczenie owego dźwięku, przekładając go na ludzki język: „Tu jestem, gdzie ty jesteś?” „Wiwiwiwi tu jestem, gdzie ty jesteś?” Wciąż jeszcze nie odpowiadałem, zaryłem się głębiej w poduszki, żywiąc nadzieję, że „dziecko” wkrótce znów zaśnie. Ale nie. Wiwiwiwi - zabrzmiało w kołysce - jeszcze dźwięk kontaktu głosowego, ale już podszyty groźnym tonem kwilenia osieroconego - tu jestem, gdzie jesteś ty?, z opuszczonymi kącikami ust i wywiniętą dolną wargą, to znaczy u gęsi z wyciągniętą szyjką i nastroszonymi piórkami na głowie. I w następnej chwili zaczęło się - ostre, przenikliwe pfüp, pfüp, pfüp... Musiałem wyjśd z łóżka i podejśd do skrzynki. Martina przyjęła mnie powitaniem wiwiwi, uszczęśliwiona, że nie jest już sama wśród nocy i ciemności. Wsunąłem ją łagodnie pod poduszeczkę. Zasnęła natychmiast według programu. Ja także. Ale już po niespełna godzinie, mniej więcej o wpół do jedenastej, na nowo obudziło mnie pytające wiwiwi, i opisane zjawisko powtórzyło się jota w jotę. Kwadrans przed dwunastą po raz trzeci. A potem o pierwszej w nocy. Piętnaście minut przed trzecią zdobyłem się na gruntowną zmianę próbnego porządku. Wziąłem kołyskę i postawiłem ją w zasięgu mojej ręki obok wezgłowia łóżka. Kiedy o wpół do czwartej, jak przewidziałem, nadeszło znowu pytające „tu jestem, gdzie ty jesteś?”, odparłem w łamanym języku gęsi gęgawych „gęgęgę” i zapukałem lekko w poduszeczkę grzejną. Wirrr, powiedziała Martina, już śpię, dobranoc. Nauczyłem się wkrótce bez budzenia się mówid gęgęgę. Mam wrażenie, że dziś jeszcze odpowiedziałbym tak samo, gdybym mocno spał, a ktoś cicho szepnął wiwiwi. Co prawda, wczesnym rankiem, gdy się rozjaśniło, moje gęganie i stukanie w poduszeczkę już nie wystarczyło. W świetle dnia Martina spostrzegła, że poduszeczka nie jest mną, chciała iśd do mnie i płakała. Co robisz, gdy urocze, gorąco ukochane dziecko ludzkie głośno beczy o wpół do piątej rano? Oczywiście bierzesz je do siebie, do łóżka, z cichą prośbą do nieba, aby aniołek jeszcze przynajmniej kwadransik spał spokojnie. I aniołek zasypia. I ty śpisz z rozkoszą dalej, aż... tak, aż z boku poczujesz wilgod i chłód. Te niemiłe skutki nie występowały nigdy u mojej Martiny. Dopóki młoda gąska znajduje się w błogostanie „bezpiecznego schronu u matki”, nie zanieczyszcza się nigdy. Jeśli się jednak obudzi i chce wstad, musisz ją jak najprędzej wydalid z łóżka.

Martina była w ogóle cudownie grzecznym dzieckiem. To, że nie potrafiła ani przez chwilę byd sama, nie było uporem. Wystarczy pomyśled, że dla młodego pisklęcia normalnie, w otwartym rewirze, oznacza to pewną śmierd, jeśli zagubi matkę i rodzeostwo. Jest biologicznie sensowne, że taka zagubiona owieczka nie myśli o jedzeniu ani spaniu, tylko każdą iskierkę energii, aż do zupełnego wyczerpania, zużywa na wołanie o pomoc, które może pozwoli odnaleźd jej matkę. Jeśli posiada się kilka młodych dzikich gęsi, mających z sobą jakieś powiązanie, to przy pewnym rygorze udaje się przyzwyczaid je z wolna do samotności. Pojedyncze zwierzę natomiast zapłakałoby się dosłownie na śmierd. Owa głęboka, instynktowna niechęd do samotności związała Martinę mocno z moją osobą. Martina towarzyszyła mi wszędzie, zadowolona, gdy pracowałem przy biurku, a jej wolno było siedzied pod moim krzesłem Nie była uciążliwa, wystarczyło jej, gdy odpowiadałem nieartykułowanym chrząknięciem, ilekrod dźwiękiem kontaktu głosowego pytała, czy „tu jestem” i czy żyję. W dzieo pytała co kilka minut, w nocy co godzina. Chciałbym znad albo raczej nie chciałbym znad człowieka, którego przywiązanie takiego gąsiątka nie zachwyciłoby i nie wzruszyło; jak taka żywa, olbrzymia bazia wierzbowa miarowym krokiem, z właściwą wszystkim gęsiom zabawną godnością, kroczy za tobą, albo gdy idziesz za prędko, biegnie ku tobie wytężając siły, z szeroko rozpostartymi skrzydełkami. Wzruszające, chod zarazem szarpiące nerwy, podobnie jak płacz ludzkiego niemowlęcia, jest „kwilenie osieroconego”, które brzmi natychmiast, jeśli chod na chwilę wyjdziesz z pokoju; jeszcze bardziej wzrusza, już bez zdenerwowania, podniecona radośd, gdy się znowu zjawisz, intensywne powitanie, które nie ma kooca. Ale najpiękniejsze w tym tkliwym przywiązaniu gąsiątka jest to, że można wyjśd z ptakiem na dwór i w całkowicie naturalnym otoczeniu, a jednak w ścisłym kontakcie z dzikim, nie oswojonym stworzeniem przebywad razem i obserwowad je. Ponieważ i tak musiałem ze względu na Martinę grad rolę gęsiej matki, nie próbowałem wcale, jak zrazu zamierzałem, podsunąd domowej gęsi dalszych dziewięciu gąsiątek, które w ciągu następnych dwóch dni wykluły się pod indyczką. Dziesięd małych gąsek gęgawych domaga się nie większej, raczej mniejszej pieczy niż jedna, a to dlatego, że łatwiej jest zostawid je same. Dziwne było to, że Martina nie znalazła siostrzanej bliskości w gromadce tych dziewięciu gąsek, chociaż za dnia, zwłaszcza na wspólnych spacerach, przebywała z nimi często. Wprawdzie po początkowych małych utarczkach traktowały ją te gąski jak siostrzyczkę, ona jednak niewiele sobie z nich robiła. W każdym razie nigdy nie czuła ich braku i zawsze była gotowa odejśd ze mną od nich. Chod tamta dziewiątka, tak samo jak Martina, uważała mnie za gęsią matkę, ich więź wzajemna była tak samo mocna, jak związek ze mną. To znaczy, były szczęśliwe i spokojne, kiedy przebywały po pierwsze razem, a po wtóre ze mną. Z początku próbowałem zabierad na spacer razem z Martina tylko dwoje z jej rodzeostwa. Dla szybszego przejścia dalekiej trasy, na przykład gościoca wiodącego do Dunaju, pakowałem gąski po prostu do koszyka i niosłem je w nim, ponadto dla zamierzonych obserwacji wystarczyły zupełnie trzy lub cztery ptaki, toteż większośd pozostawiałem w domu. To jednak okazało się niemożliwe, gdyż taka rozłączona z gromadką rodzeostwa mniejszośd stale była niespokojna i strwożona, pomimo mojej obecności zawsze skłonna do „kwilenia osieroconego”, wciąż na nowo przystawała i nie chciała iśd za mną. Owa reakcja na brak rodzeostwa była mniej osobista niż zależna od ilości. Jeśli bowiem brałem większośd gąsek i zostawiałem w domu tylko dwie lub trzy, zachowywały się przyzwoicie i spokojnie, ale wówczas pozostałe w domu zapłakiwały się omal nie na śmierd. Musiałem przeto na moje wycieczki zabierad albo samą Martinę, albo wszystkie dziesięd

gąsek. Kiedy w następnym roku hodowałem znowu gromadkę piskląt, nauczony doświadczeniem, od początku wziąłem pod opiekę tylko cztery dzieciątka. Niewiarygodnie dużo czasu spędziłem tego pierwszego „gęsiego lata” z moim dziesięciorgiem dzieci i niewiarygodnie dużo nauczyły mnie one. Szczęśliwa nauka, w której zasadnicza częśd badao polega na tym, że nago drepcze się po naddunajskich łąkach i pływa w towarzystwie gromadki dzikich gęsi. Jestem człowiekiem bardzo leniwym, tak leniwym, że o wiele lepszy ze mnie obserwator niż eksperymentator. W istocie pracuję jedynie pod przymusem najcięższych Kantowskich moralnych imperatywów, zawsze wbrew moim naturalnym skłonnościom. W takim czysto obserwującym życiu i pracy z dziko żyjącymi zwierzętami wspaniałe jest to, że zwierzęta same są tak cudownie leniwe. Idiotyczny pośpiech pracy nowoczesnego człowieka cywilizowanego, któremu brak nawet czasu, by posiadł prawdziwą kulturę, jest obcy zwierzęciu. Nawet pszczoły i mrówki, owe symbole pilności, spędzają większą częśd dnia na dolce far niente, tylko wówczas nie widzi się tych obłudników, ponieważ - gdy nie pracują - siedzą w swych budowlach. A zwierzęta nie pozwalają się przynaglad. Jeśli chce się poznad dzikie gęsi, musi się żyd z nimi, a gdy się chce z nimi żyd, musi się przystosowad do ich życiowego tempa. Człowiek, nie wyposażony przez naturę danym od Boga lenistwem, tego nie potrafi. Człowiek strukturalnie pilny i czynny oszalałby, gdyby od niego żądano, aby całe lato żył pomiędzy gęsiami jak gęś, jak to ja - z małymi przerwami - uczyniłem. Co najmniej połowę dnia dzikie gęsi leżą i przeżuwają. Z drugiej połowy dnia potrzeba im na pasienie się, licząc skromnie, trzy czwarte. Rozproszone pomiędzy fazami posilania się i przeżuwania okresy czynności, na których obserwacji mi zależy, zliczone razem dadzą najwyżej ósmą częśd czasu spędzonego bez snu. Tak więc dzikie gęsi byłyby okropnie nudnym towarzystwem, gdyby to, co robią w tej ósmej części dnia, nie było tak bardzo interesujące. Jeśli z gromadką gęsi gęgawych pętasz się po naddunajskich łąkach, możesz z czystym sumieniem leniuchowad, jesteś bowiem przez siedem ósmych dnia zmuszony do leżenia w słoocu, wprawdzie z otwartą, gotową do strzału kamerą, ale absolutnie nie musisz stale pilnowad twoich ptaków; wyszkolone ucho bowiem dosłyszy i pozna natychmiast po brzmieniu ich głosów, kiedy zwierzęta przestają spad lub paśd się i zajmowad bardziej interesującymi sprawami. Można oczywiście, póki gąski są jeszcze małe i mocno do siebie przywiązane, po prostu odejśd wabiąc je, i zmusid do pójścia za tobą. O ile zna się dźwięki wyrażeniowe gęsi gęgawej i potrafi je naśladowad, można też gromadkę dorosłych gęsi, które już nie trzymają się ciebie tak bezwarunkowo, zmusid do tego, aby odeszły z danego miejsca, wzleciały w powietrze lub zrobiły cokolwiek innego. Ale z tego rodzaju wpływaniem na ptaki trzeba byd ostrożnym i oszczędnym, nie wolno wyjśd poza to, co robią w tym względzie gęsi rodziciele. Małe gąsiątka nie tylko cieleśnie, lecz i duchowo szybko się męczą, jeśli nie zostawia się ich w spokoju; od mojej Martiny niewątpliwie zbyt dużo wymagałem w pierwszych dniach jej życia, dlatego pozostała niewielka, była nerwowa i chuda. Większe gąski, u których obawa samotności nie jest już taka przemożna, nie ulegają po prostu temu naciskowi, pozostają na łące i zaczynają się paśd. Mimo to należy także wobec nich postępowad rozsądnie i oszczędnie z wszelkimi próbami głosowymi i innymi, przede wszystkim dlatego, że w przeciwnym razie zacierają się i tępieją reakcje, które chce się badad. Oto przykład: gęsi reagują instynktownie na dźwięk wyrażeniowy rodziców lub innych osobników tego samego gatunku, który wyraża zamiar zmiany miejsca. Owo wyrażenie dźwiękowe może ludzki opiekun dobrze imitowad i w ten sposób zmusid gęsi, aby szły za nim. Jeśli czyni to jednak zbyt często, to znaczy o wiele częściej niż owo przenoszenie nastroju zdarza się normalnie w gęsim życiu, reakcja opóźnia się. Następstwem jest zaś to, że zwierzęta nie reagują już wcale na odpowiednie wyrażenia dźwiękowe. Tak więc opiekun na skutek negatywnej tresury, na skutek tak

zwanego „przetresowania” zniszczył właśnie ów wrodzony, odziedziczony sposób reakcji, jaki chciał badad. By uniknąd tego błędu, trzeba mied naprawdę to, co słusznie nazywamy „zwierzęcą cierpliwością”. Szczególnie interesujące są wypowiedzi dźwiękowe, które u gęsi gęgawej wyrażają nastrój odchodzenia, odpływania lub odlatywania. Już całkiem małe gąski reagują w sposób wrodzony na najsubtelniejsze odcienie tego dośd skomplikowanego języka. Zwyczajny dźwięk kontaktu głosowego, znane ciche i prędkie gęganie, rozlega się od czasu do czasu także wówczas, gdy zwierzęta siedzą spokojnie, gdy się pasą lub kroczą powoli. Brzmi on wskutek silnych tonów górnych, jakie w nim dźwięczą, swoiście łamliwie oraz zawiera sześd do dziesięciu zgłosek. Ilośd zgłosek i natężenie wysokich tonów górnych są przy zwykłym dźwięku kontaktu głosowego równoległe względem siebie, stoją jednak w stosunku odwrotnym do siły dźwięku. Im więcej głosek zawiera gęganie, tym brzmi ono wyżej i ciszej. Jeśli te trzy cechy są wyraźne, ten dźwięk oznacza najwyższą błogośd, zwierzęta nie są zatem skłonne opuścid wkrótce danego miejsca. Wielozgłoskowe wysokie i ciche gęganie, przełożone na język ludzki, znaczy więc: „Tutaj jest dobrze, tu chcemy zostad”, znaczy także: „Tu jestem, czy ty też tu jeszcze jesteś?” W miarę, jak nastrój zmiany miejsca uwydatnia się w gęsi, zmienia się również dźwięk kontaktu głosowego, i to tak, że liczba zgłosek maleje, wysokie tony górne zanikają i gęganie przybiera na sile. Sześciozgłoskowe gęganie odpowiada już powolnemu, ale stałemu kroczeniu naprzód, gdy na przykład zwierzęta na skąpym pastwisku muszą od źdźbła do źdźbła uczynid krok lub dwa kroki. Przy pięciozgłoskowym gęganiu panuje już wyraźny nastrój marszowy, rzadko jeszcze któraś z gęsi zatrzymuje się przy jakiejś trawce, zwierzęta myślą o tym, by iśd dalej. Czterozgłoskowośd ujawnia już silny motyw zmiany miejsca, gęś w tym wypadku wysuwa daleko szyję. Trzy zgłoskowy dźwięk oznacza szybkie tempo marszu, szyja wydłuża się jeszcze bardziej, zapowiada się już nadejście nastroju wzlatywania. Dwuzgłoskowy, zawsze bardzo głęboki i głośny dźwięk kontaktu głosowego „gęgę, gęgę” oznacza niedwuznacznie, że gęś w następnej chwili wzbije się w powietrze. Jeśli nie pojawia się nastrój latania, jeśli gęś idąc lub pływając dokonuje zamierzonej zmiany miejsca, ma do dyspozycji szczególne wyrażenie dźwiękowe, które wyraża właśnie to, a nie co innego. Mniej więcej między trzy- a czterozgłoskowym gęganiem, akurat tam, gdzie w innych wypadkach można by podejrzewad nastrój latania, gęś wydaje głośne, ostro odcinające się, trzyzgłoskowe wołanie, którego mocno zaznaczona zgłoska środkowa leży o całych sześd tonów wyżej niż dwie pozostałe, więc mniej więcej tak: gegigę... Wodzący rodzice, których młode nie są jeszcze zdolne do lotu, ze zrozumiałych powodów popadają szczególnie często w nastrój zmiany miejsca z podkreśleniem zamiaru, że nie wzlecą. U gęsi domowych, wodzących pisklęta, słychad to wołanie szczególnie często, co na znawcy sprawia nieraz komiczne wrażenie, ponieważ te grube ptaki i bez tego zaledwie potrafią wzbid się w powietrze, dlatego ich ciągłe zapewnienia, że zamierzoną zmianą miejsca przedsięwezmą pieszo, a nie w locie, są całkiem zbyteczne. Ponieważ jednak wszystkie te wyrażenia nastroju są czysto instynktowne i odziedziczone, zwierzęta, rzecz prosta, nie mają o tym pojęcia. Tak samo odziedziczone i wrodzone, jak już wspomnieliśmy, jest u każdego pisklęcia „instynktowne” zrozumienie tego całego słownika kontaktów głosowych. Już jedno- i dwudniowe maleostwa reagują szybko na wszystkie opisane tu subtelności... Jeśli dźwięk kontaktu głosowego zabrzmi mniej zgłoskowo, a ostrzej, pisklęta przestają się paśd, podnoszą główki i z wolna cała gromadka popada w „nastrój odejścia” i zaczyna posuwad się naprzód.

Szczególnie ładna i przy oszczędnym użyciu zawsze zdolna do zademonstrowania jest reakcja młodych gąsek na zawołanie „gęgigę”. Gąski zdają się „odnosid do siebie” owo wołanie rodziców w sposób interesujący przede wszystkim wówczas, kiedy skuszone jakąś szczególnie smaczną roślinką pastewną pozostają podczas marszu w tyle. W takich wypadkach przybiegają jak najszybciej za rodzicami lub ludzką namiastką rodziców, rozpościerając skrzydełka. Reakcja ta nastręczyła mi możliwośd małego zgrabnego oszustwa wobec mojej małej Martiny. Chod imię Martina pierwotnie nie pochodziło, jak imię Czok, od wabiącego krzyku lub dźwięku kontaktu głosowego, to jednak daliśmy Martinie najpiękniejsze imię wabiące, jakie kiedykolwiek miał ptak w Altenbergu. Jeśli bowiem wywoływano jej imię w barwie brzmieniowej i absolutnej wysokości dźwięku „gęgigę” gęsi gęgawych, z ostrym zaznaczeniem litery „i”, to z całą pewnością udało się wywoład reakcję wyżej opisaną i Martina nadbiegała, jak koo spięty ostrogami. Ten apel, który przyswoiłem liczącej zaledwie tydzieo życia gąsce, zaskakiwał zwłaszcza myśliwych i hodowców psów. Musiałem tylko baczyd, by żadna z moich innych „nie tresowanych” gąsek nie znajdowała się w słyszalnej odległości, w przeciwnym razie przybiegały również, jak za naciśnięciem elektrycznego dzwonka. Podobnie jak sensowną odpowiedź na wszelkie wariacje dźwiękowe kontaktu głosowego, mała gąska posiada również wrodzoną reakcję na krzyk ostrzegawczy starych gęsi. Ten krzyk składa się z pojedynczego, przeważnie cichego i nosowego zawołania „gę”, w którym pobrzmiewa coś jak „r”, tak że literowo najlepiej przedstawid ów dźwięk jak „rą”. Ów brzmiący ochryple dźwięk najlepiej naśladowad w ten sposób, że wymawia się tę zgłoskę wciągając przy tym powietrze. Na ten dźwięk wszystkie gęsie głowy podnoszą się w górę, a rozlegające się niemal bez przerwy gęganie kontaktu głosowego milknie nagle. Jeśli wymówid ów ton głośniej, dorosłe gęsi wpadają w nastrój odlotu i szukają miejsca, skąd miałyby wolny widok i mogły lekko wzlecied. Małe gąski zaś spieszą jak najprędzej do matki lub ludzkiego opiekuna i pod jej lub jego pieczą zbijają się w gęstą gromadkę. Trwożny nastrój trwa u dzieci dopóty, póki nie nastąpi odwołanie alarmu. Rodzice gąsek nie muszą zatem przestrzegad po raz wtóry, by trzymad dzieci spokojnie i w pogotowiu, lecz mogą z wyostrzonymi zmysłami skoncentrowad się na niebezpieczeostwie. Jeśli ono minie, odwołanie następuje za pomocą cichego gęgania kontaktu głosowego, w odpowiedzi na to gromadka małych z wyciągniętymi szyjkami wykonuje regularnie ceremoniał powitania. Równie prędko, jak wiosna przechodzi w lato, z milutkiej puchatej kulki wyrasta piękny szary ptak o srebrnych skrzydłach. Jakże pełne wdzięku jest przejście z jednej formy do drugiej, jak wzruszające są nieharmonijne stadia pośrednie między dzieckiem a młodzieocem - za duże nogi, grube stawy i niezgrabne ruchy szczenięcych lat, które u gęsi gęgawej ścieśnione są do tygodni. I jak cudowny jest widok, kiedy dorosły ptak osiąga pełnię harmonijnego rozwoju, kiedy skrzydła wzmocnią się i rozwiną do pierwszego lotu.

NIE HODUJ ZIĘBY!
Bardzo niewielu ludzi wie, jakie zwierzęta są odpowiednimi i wdzięcznymi wychowankami. Wciąż na nowo usiłują miłujący przyrodę ludzie trzymad zwierzęta jako towarzyszy domu, i wciąż na nowo owe próby nie udają się z powodu nieprzydatności środków oraz nieudanego wyboru zwierzęcia. Niestety, nawet większośd naszych sprzedawców zwierząt nie potrafi należycie ocenid nabywcy i doradzid mu, czego ma właściwie szukad. Co do tej kwestii, należy się samemu zastanowid. Pragnienie posiadania zwierzęcia wynika przeważnie z prastarego motywu, który również Kiplinga zachęcił do napisania Księgi dżungli, mianowicie tęsknoty człowieka kulturalnego za utraconym rajem wolnej przyrody. Każde zwierzę jest cząstką przyrody, ale nie każde jest odpowiednie do zamieszkania w twoim domu jako przedstawiciel tej przyrody. Zwierzęta, których nie powinieneś sobie sprawid, można podzielid na dwie duże grupy: na takie, które nie wytrzymają u ciebie i z tobą, oraz takie, z którymi i przy których ty nie wytrzymasz. Do grupy pierwszej należą wszystkie wrażliwe zwierzęta, którymi trudno jest się opiekowad i utrzymad je w zdrowiu, do drugiej większośd tych, które opisałem w rozdziale Kłopoty ze zwierzętami. Przeważna częśd tego, co można nabyd w naszych sklepach ze zwierzętami, należy do jednej z tych grup. A jeśli idzie o resztę, która nie jest ani zbyt wrażliwa, ani nie obciąża zanadto nerwów, znaczna częśd jest tak nudna, że nie opłacają się koszty kupna i trudy opieki. Akurat zwyczajne pokojowe i ulubione przez dzieci zwierzaki, jak złote rybki, greckie żółwie lądowe, kanarki, morskie świnki, papugi w klatkach, koty angora, pieski pokojowe itd, są wybitnie nudnymi zwierzętami, które bardzo niewiele oferują z tego, na co moje pisanie chciałoby zwrócid uwagę. Od różnych więc czynników zależy, jakie zwierzę ma się nabyd: przede wszystkim od tego, czego się od zwierzęcia chce i oczekuje. Dalej od tego, jaki trud gotowym się jest wydatkowad, jak wrażliwe na hałas są nerwy, kiedy i jak długo jest się w domu nieobecnym i od tym podobnych spraw. Więc czego chcesz? Sprowadzid do domu kawałek przyrody, który przyjaźnie upomina i przypomina, że świat nie składa się z asfaltu, betonu i elektrycznych przewodów? A może pragniesz zapełnid parę kwadratowych decymetrów czymś, czego nie stworzyła ręka ludzka? Jeśli oko twoje tęskni za plamą naturalnej, rosnącej zieleni i pięknem żywych istot, spraw sobie akwarium, jeśli chcesz mile ożywid mieszkanie, spraw sobie parę drobnych ptasząt; nie przeczuwasz wcale, ile przytulności stwarza dookoła duża klatka ze szczęśliwym małżeostwem gilów. Cichy, paplający, a jednak mile brzmiący śpiew gila samczyka uspokaja cudownie, a jego godne, żeby tak rzec, układne tokowanie, jego ustawiczne względy dla małżonki - to wszystko należy do najpiękniejszych zjawisk, jakie może ukazad klatka z ptakami. Pielęgnacja zajmie ci parę minut dziennie, kupny pokarm kosztuje zaledwie parę groszy, a trochę zieleniny - jedyna odmiana w jadłospisie tych ptaków - także łatwo nabyd. Jeśli jednak pragniesz osobistego związania, gdyż jesteś człowiekiem samotnym i chcesz mied kogoś w mieszkaniu, kto cieszy się na twój powrót, spraw sobie psa. Nie sądź, że okrucieostwem jest trzymanie psa w mieście. Jego szczęście zależy przede wszystkim od tego, ile czasu możesz spędzid z nim razem, na ilu drogach może ci towarzyszyd. Nie zraża się tym wcale, że musi godzinami czekad przed twoim gabinetem, jeśli wolno mu potem pójśd z tobą na dziesięciominutowy spacer. Osobista przyjaźo jest dla psa wszystkim Ale pamiętajmy, że nakłada ona na nas obowiązek, albowiem wierna przyjaźo z psem jest nierozerwalna. Oddad go komuś obcemu równa się morderstwu. I pomyśl także,

jeśli jesteś człowiekiem bardzo wrażliwym, że czas trwania życia twojego przyjaciela jest o wiele krótszy niż twój i że po dziesięciu lub czternastu latach smutne pożegnanie jest nieuniknione. Jeśli tego rodzaju troski powodują twoje obawy, możesz znaleźd duchowo niżej stojące, mniej do człowieka podobne stworzenia, które są taosze, a przy tym są „czymś dla serca”, na przykład nasz najłatwiejszy do pielęgnacji swojski szpak. Jeden z moich bardzo rozumnych przyjaciół mówił o tym ptaku, że to „pies szarego człowieka”, i to powiedzenie jest całkowicie trafne. Z psem ma szpak już to jedno wspólne, że nie wolno go kupid „gotowego”. Rzadko tylko dorosły pies będzie twoim psem, równie rzadko jak twoje dziecko będzie naprawdę twoim dzieckiem, jeśli - jako człowiek samotny powierzysz jego wychowanie opłaconemu personelowi, mamce, niaoce, bonie lub domowemu nauczycielowi; idzie przede wszystkim o intymny kontakt osobisty. Jeśli więc chcesz naprawdę mied miłego szpaka, musisz sam jego młode karmid i zmieniad ściółkę. Wymagany trud niewiele zajmie ci czasu, młody szpak do całkowitego rozwoju, od wyklucia z jaja do samodzielności, potrzebuje dwudziestu czterech dni. Jeśli w wieku mniej więcej dni czternastu wyjmie się go z gniazda (lub każe wyjąd, bo każdy solidny sklep ze zwierzętami załatwi na zamówienie pisklę w odpowiednim wieku), to jest to okres wystarczający, i wyhodowanie szpaka trwa niecałe dwa tygodnie. A wyhodowanie nie jest uciążliwe i ogranicza się do tego, że pięd do sześciu razy dziennie wpycha się za pomocą pincety pokarm w żółte, szeroko rozdziawione gardziołko małego szpaka i tym samym instrumentem zbiera się na drugim koocu czysto osłonięte, nie walające kuleczki wydaliny. I tak gniazdko jest zawsze czyste, nie trzeba wciąż nowych „pieluszek”. Formuje się je ze słomy i wkłada do na pół zamkniętej, tylko z przodu otwartej skrzyni, co jak najbardziej odpowiada naturalnej jamie gniazdowej; otwór z przodu musi byd na tyle duży, by zmieściła się w nim ludzka ręka. W takiej na pół jamie szpacze pisklę zrzuca wydalinę zawsze po jasnej stronie, tak że nieczystości nie spadają nigdy do gniazda. Za pokarm wystarczy surowe mięso lub serce, bułka rozmiękczona w mleku i trochę siekanego jaja; korzystny jest dodatek odrobiny ziemi. Jeśli można się o nie wystarad, to dżdżownice oraz świeże jajeczka mrówcze są karmą lepszą, bo naturalną. Te drogie przysmaki potrzebne są jednak tylko w okresie rozwoju ptaka; gdy może sam jeśd, zjada resztki wszystkiego, czym się żywi człowiek. Jako dietę podstawową dla dojrzałego szpaka można polecid lekko wilgotne otręby pszeniczne ze szczyptą zmiażdżonych konopi lub maku, gdyż przy tym rodzaju jadła wydalina jest sucha i niemal bezwonna. Jeśli podsypad pod spód klatki ściółkę torfową, nawet w najmniejszym pokoju nie będzie czud ptaka. A jeśli nawet szpak jest dla ciebie czymś „za dużo”, bo wymaga bądź co bądź obszernej klatki, jeśli pragniesz mied mniejszego ptaszka, który przy jeszcze mniejszych wymogach przestrzeni, czasu i trudu zadowoli twoją chęd „osobistej więzi”, to radzę ci nabyd czyżyka. Jako jedyny ze znanych mi drobnych ptaków, chodby zawarł z tobą znajomośd jako od dawna schwytany nie tylko daje się oswoid, ale przywiązuje się do właściciela. Zapewne także inne drobne ptaki mogą się dad „oswoid” w tym sensie, że nie obawiają się swego opiekuna, siadają mu na głowie i ramionach i bez trwogi przyjmują smakołyki z jego ręki. U rudzika można to osiągnąd w najkrótszym czasie. Jeśli jednak nauczyliśmy się zaglądad głębiej w duszę zwierzęcia, jeśli odzwyczailiśmy się rzutowad własne uczucie na zwierzę sądząc, że ono może kochad opiekuna, bo opiekun je kocha, to ostatecznie w ciemnych, jak z bajki, oczkach rudzika dostrzec można jedno, z pewnością mało uczuciowe, pytanie: „Dostanę wreszcie mącznika czy nie?” Czyżyk natomiast jest roślinożerny, żre całymi dniami, nigdy nie jest naprawdę głodny i z tej przyczyny w jego kręgu zainteresowao pożywienie gra o wiele mniejszą rolę niż u łowcy owadów. Mącznik w ręku opiekuna jest dla rudzika znacznie silniejszym środkiem wabiącym niż konopne siemię dla czyżyka. Dlatego świeżo złapany lub kupiony rudzik jada z

ręki prędzej niż taki sam czyżyk i z większą łatwością można sprawid, że zbliżą się dobrowolnie do opiekuna. Jeśli zaś to robi czyżyk - przeważnie dopiero po paru miesiącach - czyni to nie ze względu na pokarm, ale na twoje towarzystwo. Takie „towarzyskie oswojenie” przemawia żywiej do serca człowieka niż wysoce „materialistyczne” oswojenie łasego na pokarm rudzika. Czyżyk jako ptak stadnie żyjący jest zdolny do osobistej więzi z opiekunem, rudzikowi jako nietowarzyskiemu ptakowi brak na to po prostu odpowiedniego organu. Oczywiście, istnieje prócz tego jeszcze wiele innych stadnie żyjących ptaków, które przenoszą swoje towarzyskie popędy na człowieka i - wyhodowane od pisklęcia - podejmują ścisły społeczny kontakt z człowiekiem. W szpaku, gilu i czyżyku rozwijają się urocze przywiązania, wielkie ptaki krukowate, papugi, gęsi i żurawie współzawodniczą na tym polu z psem. Ale wszystkie należy w bardzo młodym wieku wybierad z gniazda, jeśli się pragnie pozyskad w nich oswojonych, przyjaznych domowników. Czemu właśnie czyżyk jest tu wyjątkiem i także jako stary dzikus potrafi znaleźd społeczną więź z człowiekiem, tego nie wiemy. Z wielu wdzięcznych przedmiotów opieki wymieniłem dlatego najpierw akwarium, gila, szpaka i czyżyka, ponieważ ich hodowla nie wymaga dużego wysiłku. Jeśli chce się poświęcid więcej czasu, można znaleźd tuziny równie wdzięcznych zwierząt. Ale pozwól sobie udzielid dobrej rady: ogranicz twoje pierwsze hodowlane próby do organizmów łatwych do hodowania, nie wymagających od opiekuna żadnych wielkich wysiłków, aby żyd zdrowo w niewoli. „Łatwe do hodowania” - to właściwośd, którą należy ostro oddzielid od pojęcia „silny” lub „odporny”. Pod pojęciem hodowania jakiejś istoty żywej w naukowym znaczeniu tego słowa rozumiemy próbę rozegrania całego jej cyklu życiowego na naszych oczach w ciaśniejszej lub bardziej luźnej niewoli. W sposób wprowadzający w błąd określa się przeważnie takie zwierzęta jako „łatwe do hodowania”, które są właśnie tylko życiowo odporne i - aby to dosadnie wyrazid - potrzebują dużo czasu do umierania. Klasycznym przykładem takiego „łatwego do hodowania”, lecz w gruncie rzeczy jedynie odpornego i pozbawionego wszelkich wymagao zwierzęcia jest grecki żółw lądowy. Trzeba mu wprawdzie w zwyczajnych warunkach, stworzonych przez niefachowego opiekuna, trzech, czterech i więcej lat, zanim nieodwołalnie i faktycznie umrze, ale patrząc dokładniej zaczyna on umierad od pierwszego dnia hodowli. Aby móc hodowad greckie żółwie lądowe tak, by rosły, dojrzewały, kochały się i rozmnażały, muszą byd spełnione pewne warunki, bardzo trudne lub wręcz nie do spełnienia w większości miejskich mieszkao. W naszym klimacie, o ile mi wiadomo, nikt dotąd nie hodował naprawdę tych zwierząt. Jeśli wejdę do pokoju przyjaciela roślin i widzę, że wszystkie rośliny u niego rozwijają się dobrze, wiem, że znalazłem bratnią duszę. Za żadną cenę nie znoszę w swoim pokoju roślin umierających, chodby ginęły bardzo powoli. Skromne żelazne liście, rosnące bujnie drzewko gumowe, wesoło rosnąca lipa pokojowa, cieszą mnie dzięki swemu pomyślnemu rozwojowi, gdy tymczasem najpiękniejszy rododendron lub krzaczek cyklamenów, które nie rozwijają się, lecz marnieją, wnoszą do pokoju tchnienie rozkładu. Zerwanych i skazanych na śmierd kwiatów ciętych nie lubię także, ale one mniej rażą niż owo powolne cherlactwo. To stanowisko biologa odnośnie do roślin może wydad się sentymentalne, ale, jeśli idzie o zwierzęta, chyba każdy musi się ze mną zgodzid. Śmierd zwierzęcia wzbudza współczucie nawet u ludzi, u których rozumienie przyrody jest poza tym mało wnikliwe. Należy więc koniecznie nabywad jedynie takie zwierzęta, które w danych warunkach naprawdę mogą żyd, a nie tylko z wolna umierad. Większośd rozczarowao, jakie odstraszają ludzi od hodowli zwierząt, polega na niestosownym

doborze pierwszego zwierzęcia. Martwy szczygieł, leżący na dnie klatki, sprawia o wiele silniejsze wrażenie niż więdnący kwiat, i dręczony wyrzutami sumienia właściciel przysięga, że już nigdy nie będzie trzymał ptaka. Gdyby zamiast szczygła sprawił sobie czyżyka, posiadałby go prawdopodobnie półtora dziesiątka lat Zresztą mało jest gatunków ptaków, które zarówno u handlarzy, jak i u nieświadomych rzeczy miłośników ginęłyby w tak wielkiej liczbie, jak właśnie szczygieł. Znawca, oglądający niedostatecznie zaaklimatyzowane połowy jesienne w klatkach handlarzy, może z całą pewnością stwierdzid, że większośd z nich już skazana jest na śmierd, zwłaszcza wobec dośd marnej jakości pokarmu, jaki jest do nabycia. Szczygły, zwłaszcza świeżo schwytane, potrzebują bardzo dużo oleistych ziarenek. Nie podjąłbym się oswoid szczygła, gdybym nie rozporządzał dostateczną ilością ziaren ostu i maku. Jedyną w pewnej mierze użyteczną rekompensatą są zmiażdżone konopie, zaznaczam: zmiażdżone, ponieważ szczygieł swym delikatnym dzióbkiem nie potrafi rozgryźd całych nasion konopnych. O tym nie wie większośd handlarzy, a jeśli wiedzą, niechętnie mówią nabywcy, by go nie odstręczyd od kupna przez to, że przedstawiają ptaka jako bardziej wymagającego. Prawdziwy sprzedawca, który sam jest miłośnikiem ptaków, egzaminuje zwykle dokładnie nabywcę, nim mu powierzy gatunek trudny do pielęgnacji. A teraz jeszcze jedna, pozornie tylko tania rada: pozostaw chore zwierzęta! Schwytaj lub nabądź jedynie zdrowego ptaka, wybierz go z gniazda lub niech ci go ofiaruje mądry opiekun, ale nie czekaj, aż przypadkiem przyniosą ci pisklę, które wypadło z gniazda, koźlątko, które uciekło od matki, lub osierocone dziecko wiewiórki. Takie stworzenia, które przypadkiem dostały się w ręce ludzkie, w większości wypadków noszą już w sobie zalążek śmierci albo są tak osłabione, że uratowad je może tylko opieka doświadczonego weterynarza. W ogóle sprawienie sobie wychowanka powinno kosztowad trochę zachodu i pieniędzy, przyniesie ci to stokrotny zysk. Upieraj się przy czymś całkiem określonym, nie pozwól sobie wmówid przez sprzedawcę, że drozd śpiewak jest tak samo miły, jak szpak i tak samo da się oswoid. Tylko gdy ci zaofiarują zwierzę naprawdę oswojone, przede wszystkim z gatunku stadnych, obojętne, czy to będzie ptak, czy ssak - zwierzę, które już od dziecka było wyhodowane lub od dłuższego czasu zadomowione, wtedy łap okazję, chodby to miało kosztowad cztero- czy pięciokrotnie więcej niż dzikus tego samego gatunku. Sprawą, o której ludzie w mieście zawodowo czynni powinni stale pamiętad, jest też rozkład godzin, własnych i zwierzęcia. Jeśli codziennie musisz o świcie wyjśd z domu do pracy i wracasz dopiero po zachodzie słooca, jeśli chcesz dni świąteczne spędzad poza miastem, to mało zaprawdę będziesz miał uciechy ze śpiewającego ptaka. Świadomośd, że zanim opuściłeś mieszkanie, zaopatrzyłeś dobrze zwierzę, tak że teraz z pewnością pięknie śpiewa, daje niedostateczne zadośduczynienie. Jeśli natomiast ze względu na takie warunki życiowe nabyłeś parkę zabawnych syczków, oswojoną pójdźkę, ładnego małego ssaka lub jakiekolwiek zwierzę nocne, które wstaje i zaczyna swój dzieo właśnie wtedy, gdy wracasz z pracy, możesz dzięki niemu przeżyd prawdziwą radośd. Miłośnicy zwierząt niesłusznie zaniedbują małe ssaki, pewnie dlatego, że trudno je w ogóle nabyd. Oprócz domowych myszy i wędrownych szczurów w sklepach ze zwierzętami są do nabycia zazwyczaj tylko oswojone i dośd nudne morskie świnki. Dopiero od niedawna hoduje się w wielkich ilościach nowy gatunek, który mogę śmiało polecid dla rozrywki w godzinach wieczornych, nie nadających się do innych, wyższego rzędu czynności; mam na myśli chomiki syjamskie. Właśnie kiedy to piszę, sekstet trzytygodniowych, aż przesadnie milutkich młodych chomików urządza w dużej skrzyni obok mojego biurka przezabawne boje, podczas których te małe jak myszki, tłuste stworzonka turlają się wydając głośne piski, jakby miały zamiar niebezpiecznie się pogryźd, i uganiają po całej skrzyni wśród dzikich skoków, przy czym wciąż się przewracają, takie są jeszcze niezgrabne i niezaradne. Nie znam żadnego

innego gryzonia, który igrałby w sposób tak „inteligentny”, zupełnie jak pies lub kot. Radośd prawdziwa, gdy ma się obok siebie kogoś, kto jest tak swawolnie wesoły i potrafi tę wesołośd wyrazid w sposób tak uroczy i śmieszny, jak te małe urwisy. Wydaje mi się, że dobry Bóg „skonstruował” tego chomika akurat dla biednych przyjaciół zwierząt w wielkim mieście. W tym małym, wspaniałym okazie skupił wszystkie przyjemne właściwości zwierząt domowych, a starannie wyeliminował wszystkie przeszkadzające ich hodowli. Chomik syjamski nie gryzie, w każdym razie o wiele mniej niż morska świnka lub królik domowy. Jedynie matki bardzo małych chomicząt należy traktowad z pewną ostrożnością, ale i to tylko w najbliższej bliskości ich potomstwa; w odległości metra od gniazda można je chwytad bez obawy. Jakże rozkosznym zwierzęciem domowym byłaby wiewiórka, gdyby nie chciała wszędzie się wspinad i znaczyd wszystkiego, co dosiężne, śladami swych ostrych zębów. Chomik nie wspina się i gryzie tak niewiele, że śmiało może uganiad po pokoju; nie uszkodzi niczego. A przy tym ów chomik jest zewnętrznie najśliczniejszym stworzonkiem - duża głowa, wielkie i tak mądrze patrzące oczy, które nadają mu wygląd o wiele mędrszego niż jest naprawdę, gustowny i wesoły deseo sierści w barwach: złocistej, białej i czarnej. Przede wszystkim jednak jego ruchy są tak śmieszne i milutkie, że człowiek musi się wciąż uśmiechad widząc, jak zwierzątko na swych krótkich łapkach nadbiega spiesznie albo staje nagle prosto niczym mały, wetknięty w ziemię kołek, aby z postawionymi pionowo uszkami i jeszcze większymi niż zwykle oczami węszyd urojone niebezpieczeostwo. Na stole w środku mojego pokoju obok biurka stoi małe, proste terrarium - zalążek mojej hodowli chomików; z niego z regularnością kalendarza przesiedlam potomstwo młodych do jednej z obszernych skrzyo, które wkrótce nie będą już miały miejsca w pokoju. W tym terrarium mieszka matka rodu ze swymi najmłodszymi dziedmi. Zblazowani miłośnicy rzadkich i trudnych do hodowli zwierząt mogą sobie drwid z tego, że to tanie zwierzę, którym może się opiekowad każdy pięciolatek, tak bardzo mnie wzrusza. Mnie jednak nie zależy na tym, aby zwierzę było kosztowne lub trudne do hodowania. Ambicja wielu miłośników ptaków lub rybek, aby hodowad gatunki najtrudniejsze do pielęgnacji, jest mi obca. Ważniejsze wydaje mi się to, co można ujrzed w zwierzęciu, w tym względzie zaś owo najskromniejsze z Wszystkich zwierząt pokojowych przewyższa niejeden cenny obiekt naszych miłośników. Tak więc moje oko spoczywa częściej w miłej medytacji na małym terrarium chomików niż na wolierze, która stoi nieco dalej, ale po tej samej stronie - wolierze, zawierającej najcenniejszy i najrzadszy obiekt, jaki w tej chwili jest w moim pokoju - parę wysiadujących trzy jajeczka sikorek wąsatek. Potrafię bowiem tak hodowad zwierzęta o wielkich wymaganiach, że cały ich cykl rozwojowy rozgrywa się na moich oczach, w mojej sypialni, i tylko ten, kto dokona tego, by wyhodowad w pokoju wąsatki lub cos podobnego, ma prawo drwid z moich pospolitych chomików i mojej wielkiej uciechy z nich. Ale wówczas będzie prawdopodobnie wiedział dosyd, by nie szydzid. Jak każda posiadana umiejętnośd, nęci mistrza pielęgnacji zwierząt nieraz coś, co podjęlibyśmy wyłącznie z powodu szczególnych trudności. Dla prawdziwego znawcy takie sztuczki par force mają oczywiście dużą wartośd dwiczebną, początkujący jednak musi rozważyd, że podobne przedsięwzięcie bardzo często staje się dręczeniem zwierząt. Próby hodowli zwierząt bardzo wrażliwych nie mają owego moralnego uprawnienia, jakie badanie naukowe daje tego rodzaju eksperymentom: podjęte z czystego miłośnictwa zwierząt zawierają zawsze element moralnie wątpliwy. Również najbardziej

doświadczony hodowca powinien się zastanowid, zanim podejmie się pielęgnacji wymagającego organizmu, że nie tylko pisane, ale o wiele cięższe nie pisane prawo wymaga, aby uwięzionemu zwierzęciu nie brakowało niczego, co jest niezbędne dla jego cielesnego i duchowego rozwoju i zdrowia. W pierwszym zachwycie nad urokiem i pięknością nowego zwierzęcia nie pamięta się często o tym trudnym zobowiązaniu. Zachwyt mija, lecz zobowiązanie pozostaje i nim się człowiek obejrzy, już wziął na siebie ciężkie brzemię, którego niełatwo się pozbyd. Hodowałem niegdyś przeszło rok w małym marmurowym basenie w naszym pokoju ogrodowym dwa perkozki - małe ptaki pływające, bardzo interesujące, jeśli idzie o ich zachowanie, i rozkoszne z wyglądu. Owe wysoce wyspecjalizowane ptaki pływające nie potrafią stad swobodnie na lądzie, mogą tylko niezgrabnie, kroczkami, biec. Normalnie - poza okresem lęgowym - nie wychodzą w ogóle na ląd, właśnie dlatego były w pokoju tak urocze. Raz oswojone i przyzwyczajone pozostawały dobrowolnie, bez żadnej siatki, na powierzchni basenu - zachwycająca ozdoba pokoju. Ale te czarujące ptaki pokojowe mają jedną przykrą właściwośd: karmią się wyłącznie rybkami nie dłuższymi niż cztery do pięciu centymetrów i nie krótszymi niż dwa centymetry. Kilka mączników i trochę zieleniny, jako przystawka, nie zapobiega temu, aby w ciągu pół dnia nie nastąpiło wyczerpanie z głodu, o ile brak takich właśnie rybek. Pomimo dużych zbiorników ze stale przepływającą wodą, jakie trzymałem w suterenie dla perkozków, i chociaż w tym czasie kwestia finansowa nie grała roli, dręczyła mnie stale troska o ich zaopatrzenie. Niejeden raz zimą owego roku biegałem zrozpaczony od jednego do drugiego handlarza ryb lub też z taką samą rozpaczą rąbałem lód na wszystkich obiecujących ryby bajorkowatych i leżących w pobliżu odnogach Dunaju po to, by uniknąd bezrybnych dni, które dla moich perkozków oznaczałyby śmierd. I chod nie mogłem się zdecydowad na rozstanie z tymi „pokojowymi łabędziami”, odetchnąłem z ulgą, kiedy oba perkozki w pewien piękny letni dzieo znalazły przecież drogę do otwartego okna.

Najstraszniejszą szarpaniną dla nerwów jest ptak trzepoczący z lęku skrzydłami. Sprawiłeś sobie ziębę - to ptak piękny i ładnie śpiewa. Ponieważ chcesz go nie tylko słyszed, ale i widzied, odsuwasz płócienną zasłonę, którą poprzedni właściciel, dobry wiedeoski znawca tych ptaków, zakrył klatkę. Ptak nie robi sobie nic z tego i śpiewa dalej... ale tylko do chwili, gdy się nie poruszysz. Jeśli twoje ruchy nie są bardzo powolne i ostrożne, ptak jak oszalały rzuca się z całą siłą na pręty klatki, tak że lękasz się o jego główkę i pióra. No, myślisz sobie, już się przyzwyczai, w „Brehmie” napisane jest przecież: „Unikaj ruchów pośpiesznych”. Zycie zwierząt Brehma jest jedną z najwspanialszych książek rodzinnych, nie ma odpowiednika w innych językach; ale nie daje rady, które ptaki są odpowiednimi towarzyszami domowymi. Jego entuzjazm dla ptasiego świata pozwala mu widzied w każdym ptaku idealne zwierzę pokojowe, chod właśnie pod tym względem istnieje ogromna różnica między poszczególnymi gatunkami. Twoja zięba przeto nie przyzwyczai się; w ogóle poznałem do tej pory niewiele tylko zięb, które przyzwyczaiły się do ruchów człowieka. Czy wiesz jednak, co to znaczy we własnym pokoju przez długie tygodnie unikad każdego prędkiego ruchu? Czy przeczuwasz, co znaczy nie śmied przesunąd krzesła, bo głupie ptaszysko znowu potarga sobie o siatkę co dopiero odrosłe pióra? Przy każdym poruszeniu zerkasz na klatkę z ziębą, pełen trwogi, że przeklęte trzepotanie zacznie się od nowa. „Brehm” nie wspomina również o przykrym fakcie, że bardzo wiele ptaków wędrownych w okresie wędrówek trzepocze w nocy. Chodby nawet klatka miała miękkie sklepienie, ptak zatem nie mógłby

sobie wyrządzid krzywdy, ów trzepot jest nie tylko dla ptaka, ale także dla człowieka śpiącego w tym samym pokoju przykrą sprawą. Ptak uderza o pręty klatki bynajmniej nie z powodu instynktu wędrówki, lecz po prostu nie śpi, nie może spad, i napór ruchu zmusza go wciąż na nowo do tego, by wzlecied z żerdki; ponieważ jednak w ciemności nie widzi, uderza na ślepo o pręty. Jedyną radą na ten nocny trzepot jest umieszczenie w klatce małej żarówki. Wystarcza, aby żarzyła się bardzo słabo, akurat tyle, żeby ptak mógł widzied żerdki i pręty klatki. Dopiero, gdy wprowadziłem ten wynalazek, powrócił nocny spokój i zarazem prawdziwa niezmącona radośd z gatunku piegżowatych.

Bardzo usilnie muszę też ostrzec początkujących miłośników ptaków przed niedocenianiem siły głosu ptasiego śpiewu, który na wolności brzmi słodko i łagodnie. Kiedy samczyk kos lub słowik zaczyna śpiewad w pokoju, drżą naprawdę wszystkie szyby, a filiżanki na stoliku taoczą cicho. Gatunki piegżowatych, zaganiacz i większośd ziębowatych nie są za głośne w pokoju, najwyżej zięba może przez wieczne powtarzanie swej grzmiącej strofki podziaład na nerwy. W ogóle należy ludziom nerwowym odradzad hodowanie ptaków, rozporządzających tylko jedną, nigdy nie zmienianą strofką. Jest rzeczą niepojętą, że są ludzie, którzy nie tylko znoszą samca przepiórki, ale trzymają go właśnie dla jego ustawicznego „pik...per... wik”. Proszę sobie pomyśled trzy strony tej książki *zapisane wyłącznie powtórzeniem zgłosek pik...per... wik.., a będzie się miało wyobrażenie o piosence przepiórki. I chociaż w polu to brzmi uroczo, w pokoju, przynajmniej jeśli o mnie chodzi, działa podobnie jak pęknięta płyta gramofonowa, na której podskakuje igła. Ale najgorszym obciążeniem nerwów jest cierpienie zwierzęcia. Już chodby z tej przyczyny - gdyby nawet nie było innych, ważniejszych etycznych powodów - radzę stanowczo nabywad na początek osobniki takich gatunków, które łatwo i pewnie można utrzymad w zdrowiu. Gruźlicza papuga wnosi w dom nastrój, jakby umierał ktoś z rodziny. Jeśli zaś pomimo wszelkich ostrożności zwierzę zachoruje nieuleczalnie, trzeba mu bez zastanowienia użyczyd dobrodziejstwa, którego nie wolno w podobnym wypadku użyczyd człowiekowi. Zdolnośd cierpienia stoi u wszystkich istot żyjących w stosunku prostym do ich stopnia rozwoju psychicznego, co przede wszystkim odnosi się do cierpieo duchowych. O ile głupsze zwierzę - słowik, piegża czy chomik - nie bardzo cierpi w ściślejszej niewoli, o tyle duchowo wyżej stojące, jak kruk, większa papuga lub lemur mangoz, nie mówiąc o małpiątkach i małpach, cierpi bardzo. Jeśli pragnie się naprawdę poznad mądre zwierzę, trzeba je od czasu do czasu wypuszczad na wolnośd. Taki czasowy urlop z klatki wobec stałej niewoli na pierwszy rzut oka nie wydaje się jakimś istotnym polepszeniem w położeniu zwierzęcia. A jednak dla psychicznego zdrowia wychowanka jest czymś nieocenionym. Wobec stałego zamknięcia oznacza to tak samo ogromną różnicę, jaka zachodzi między życiem stale „związanego” z fabryką robotnika, a życiem więźnia. Wypuścid? Jak to, czy „dzikie zwierzę” natychmiast nie ucieknie i nie odleci? Otóż właśnie te mądre zwierzęta, które cierpią psychicznie wskutek ciągłego życia w klatce, nie uciekną. Wszystkie zwierzęta, z wyjątkiem najniżej zorganizowanych, są „istotami ulegającymi nawykowi”, za żadną cenę nie chcą zmienid sposobu życia, do jakiego przywykły. Właśnie dlatego każde zwierzę, wypuszczone nagle po dłuższej niewoli, wróci do swojej klatki, jeśli odnajdzie do niej drogę. Do tego jest jednak większośd drobnych ptaków po prostu za głupia. Gdyby któraś z moich wąsatek lub pleszek dostała się przez otwarte okno na dwór, na pewno nie odnalazłaby drogi powrotnej. Jedynie „zorientowane przestrzennie” małe ptaki, na przykład wróbel lub jaskółka brzegówka, potrafią używad celowo

najrozmaitszych okien i drzwi naszego domu. U takich oswojonych, swobodnie latających ptaków należy jednak obawiad się o ich zagrożenie, które z powodu błogiego zaufania jest u nich większe niż u dziko żyjących członków tego samego gatunku. Wyobrażenie zatem, że naprawdę oswojony lemur, lis lub małpa po wypuszczeniu z klatek muszą bezwarunkowo próbowad powrotu do „złotej wolności”, oznacza fałszywe uczłowieczenie. Zwierzęta nie chcą uciekad, chcą tylko wydostad się z klatki. Wobec tego nie ma problemu, jak przeszkodzid oswojonemu krukowi, lemurowi lub kapucynce w ucieczce, jest natomiast problem, jak urządzid to tak, żeby zwierzę nie przeszkadzało tobie w pracy lub wieczornym odpoczynku. Posiadam dziesięcioletnią wprawę w umiejętności pracy w towarzystwie żywych zwierząt i jeszcze żywszych dzieci, ale złości mnie, kiedy kruk próbuje wynieśd kartki mojego rękopisu, trzepot szpaczych skrzydeł zrzuca niby wiatr wszystkie papiery z biurka lub gdy kapucynka za moimi plecami eksperymentuje z czymś łamliwym, tak że muszę każdej chwili byd przygotowany na trzask i brzęk. Kiedy więc zasiadam przy biurku, aby pracowad, wszystko, co pełza i lata, musi iśd do klatek. Właśnie te mądre stworzenia, którym zależy na opuszczeniu klatki, można wytresowad tak, że na rozkaz wchodzą do niej z powrotem (wyjąwszy lemura). Ale gdy człowiek wyda już taki rozkaz, kusi go wręcz, aby go odwoład, co z wychowawczego punktu widzenia byłoby całkiem niegodziwe. Kiedy więc biedne stworzenie, śmiertelnie znudzone, przykuca już znowu w swej klatce, czyni cię to jeszcze bardziej nerwowym, niż byłeś poprzednio, gdy zwierzę było na wolności. To zupełnie tak, jak na przykład gdy pozwolisz twojej małej córeczce przebywad w twoim gabinecie, ale surowo jej zakazujesz mówienia lub przeszkadzania ci w inny sposób. Wewnętrzna walka między posłuszeostwem a pytaniem cisnącym się na wargi, jaka rysuje się w sposób mimiczno-dramatyczny na jej twarzyczce, to jedna z najsłodszych rzeczy, jaką ma ci do zaofiarowania mała córeczka, ale to właśnie przeszkadza w pracy bardziej niż cała horda szpaków, kruków i małp. Najstraszliwszym szarpaniem nerwów pod tym właśnie względem był mój pies, suka z rasy owczarków, wabiąca się Tito. Należała do tych przesadnie wiernych psów, które absolutnie nie wiodą własnego życia, lecz mogą egzystowad jedynie przy swoim panu i w nim. Leżała obok mnie nawet wtedy, gdy godzinami siedziałem przy biurku; zanadto taktowna, by skomlid lub w inny sposób zwracad na siebie uwagę, patrzyła tylko na mnie. I ten wzrok bursztynowych oczu, w których widniało pytanie: „Kiedy wreszcie, kiedy wreszcie wyjdziesz ze mną na spacer?” - ten wzrok byt wyrzutem nieczystego sumienia i bez trudu przenikał grube mury, gdy wyganiałem ją z pokoju; wiedziałem bowiem, że pies leży teraz przed drzwiami domu i że wzrok bursztynowych oczu utkwiony jest w klamkę drzwi. Czytając jeszcze raz ten rozdział, zwłaszcza ostatnie strony, czuję obawę, że zbyt mocno podkreśliłem negatywne strony hodowli zwierząt i odstraszyłem cię od sprawienia sobie zwierzęcia. Zrozum mnie dobrze: jeśli tak bardzo podkreśliłem, jakich zwierząt nie należy nabywad, zrobiłem to wyłącznie dlatego, iż rozczarowania i targające nerwy przeżycia z twoimi pierwszymi wychowankami mogłyby zatrud i ostatecznie zniszczyd w tobie najszlachetniejsze, najpiękniejsze i najbardziej pouczające miłośnictwo. Bardzo poważnie bowiem traktuję zadanie, aby u możliwie wielu ludzi obudzid głębsze zrozumienie dla godnego uwielbienia cudu natury, jestem fanatykiem werbowania prozelitów. I jeśli ktoś, kto do tego miejsca przeczyta tę książeczkę, zachęcony nią zdecyduje się na założenie akwarium lub kupienie parki chomików, to prawdopodobnie pozyskałem wiernego adepta dla dobrej sprawy.

WSPÓŁCZUCIE DLA ZWIERZĄT
Jeśli w wielkim ogrodzie zoologicznym, na przykład schönbruoskim, zwrócid uwagę na głosy publiczności, to można się dowiedzied, że największe współczucie wyraża ona dla tych zwierząt, którym wcale nieźle się wiedzie, podczas gdy prawie nikt nie zauważa prawdziwego cierpienia, jakie w większości ogrodów zoologicznych naprawdę istnieje. Przede wszystkim ubolewa się nad zwierzętami, które z powodu pewnych emocjonalnych wartości grają wielką rolę w poezji, jak na przykład słowik, lew lub orzeł. O słowiku nie mam tu potrzeby mówid więcej. Do niego odnosi się to, co do wszystkich mniej zorganizowanych drobnych ptaków, o czym już wspomniałem. Zamknięty samotnie w klatce samczyk „cierpi” oczywiście do pewnego, bardzo umiarkowanego stopnia, z powodu tego, że na jego śpiew nie zgłasza się żadna samiczka; ale to może mu się zdarzyd również na wolności. Jeśli chodzi o „króla pustyni”, cierpi on w przymusowym zamknięciu o wiele mniej niż większośd innych drapieżców, stojących w rozwoju na podobnie wysokim stopniu, a to dlatego, że u lwa chęd ruchu jest mniejsza. Aby to wyrazid dosadniej: lew jest z pewnością najleniwszym z wszystkich drapieżców, jego leniwośd jest wręcz godna zazdrości. W rezerwacie łowieckim odbywa nieraz potężne trasy, ale wyłącznie pod naporem głodu, a nie z wewnętrznego popędu. Toteż prawie nigdy nie widzi się lwa krążącego bezradnie tam i z powrotem po klatce, jak to robią godzinami lisy i wilki. Jeśli zbierze się w nim już dostateczny zapas energii ruchomej i zdecyduje się na przechadzkę tam i sam, co zresztą zachodzi jedynie w bardzo ciasnych klatkach, to ruch jego ma raczej charakter wygodnego spaceru dla lepszego trawienia, a nie obłąkanego pośpiechu, jakim reagują gatunki psów na swój mocny instynkt biegu. Kiedy w berlioskim zoo wybudowano potężny wybieg dla lwów, z pustynnym piaskiem i żółtymi skałkami, owa kosztowna budowla okazała się bezsensowna; równie dobrze można było postawid dioramę z wypchanymi lwami, prawdziwe lwy bowiem leżały uparcie w romantycznym pejzażu. A teraz nawet orzeł. Czuję wprost żal, że jeśli chcę się trzymad prawdy, muszę obalid baśniowe iluzje dotyczące tych wspaniałych ptaków. Ale wszystkie ptaki drapieżne w porównaniu z ptakami śpiewającymi lub papugami są bardzo głupie i właśnie orzeł przedni, „orzeł naszych gór i naszych poetów”, jest pośród nich jednym z najgłupszych, o wiele głupszy od małego pospolitego kurczaka. Pamiętam jeszcze, jakie rozczarowanie zgotował mi mój pierwszy i jedyny orzeł - orzeł przedni, którego nabyłem za całe sześddziesiąt szylingów. Była to przepiękna, spłowiała, więc kilkuletnia samica. Ptak był zupełnie oswojony, witał swojego opiekuna, a potem także mnie osobliwie czułym gestem, przekręcając górną częśd głowy w dół, tak że straszny hak dzioba skierowany był pionowo w górę. Do tego wydawał ciche i łagodne tony, godne synogarlicy; zresztą w porównaniu z nią był jagnięciem. Właściwie nabyłem go po to, by go używad podczas polowania, jak to od dawna czynili Kirgizi i inne ludy z drapieżnymi ptakami. Nie pochlebiałem sobie, rzecz prosta, że osiągnę sportowe sukcesy szlachetnych łowców z sokołem, spodziewałem się jednak, że będę mógł poczynid pewne obserwacje na temat łowów i ofiar dużego ptaka drapieżnika, chodby przy polowaniu na podstawione króliki. Ale plan ten spełznął na niczym, gdyż mój orzeł, nawet gdy był głodny, nie tknął doświadczalnego królika. Okazał się też zgoła niechętny do lotu, chod był zdrowy i silny i posiadał nienaganne lotki. Kruk, kakadu i jastrząb latają dla przyjemności, z rozkoszą używają tej umiejętności. Z moim orłem sprawa miała się inaczej. Wzlatywał tylko wówczas, gdy w naszym ogrodzie powiał przychylny wiatr

wstępujący, tak że bez natężenia własnych mięśni mógł się utrzymad w powietrzu, i nawet wtedy nie krążył nigdy zbyt wysoko. A gdy chciał powrócid na ziemię, nie udawało mu się prawie nigdy odnaleźd swojego miejsca zamieszkania. Krążył całkiem zdezorientowany dokoła i lądował w koocu gdzieś w okolicy. Tam siedział nieszczęśliwy i ogłupiały, i czekał, abym go zabrał. Może kiedyś powróciłby sam do domu; ale ten wielki ptak rzucał się tak bardzo w oczy, że zaraz telefonowano do mnie, iż orzeł siedzi tam lub tam na czyimś dachu. Musiałem więc iśd po niego, w dodatku pieszo, bo głupie zwierzę bało się panicznie roweru. Wiele, wiele kilometrów przewędrowałem w ten sposób z orłem na ramieniu do domu. Ponieważ jednak nie chciałem go uwiązad na stałe, podarowałem go w koocu ogrodowi zoologicznemu w Schönbrunnie. Wielka woliera dla drapieżnych ptaków, zainstalowana znów w Schönbrunnie, wystarcza zupełnie na ruchowe wymogi orła. A gdyby przeprowadzid wywiad z jednym z tych ptaków, na pytanie, czego sobie życzy lub na co się uskarża, powiedziałby mniej więcej tak: „Cierpimy tu przede wszystkim z powodu przeludnienia tego miejsca. Ilekrod chcemy, ja lub moja żona, położyd gałązkę w naszym zaplanowanym gnieździe, zjawia się jeden z tych przebrzydłych sępów płowych i zabiera ją. Także towarzystwo birkutów działa mi na nerwy, są silniejsze od nas i strasznie zarozumiałe; nie mówię już nawet o wielkim kondorze, tym wstrętnym łotrze. Zaopatrzenie jest znośne, tylko za dużo koniny, małe zwierzątka, na przykład króliki ze skórką i kośdmi, smakowałyby mi lepiej”. O tęsknocie do „złotej wolności” nie powiedziałby ani słówka. Więc które zwierzęta są w niewoli naprawdę biedne i godne litości? Na to pytanie odpowiedziałem już częściowo w rozdziale poprzednim: przede wszystkim owe mądre i wysoko zorganizowane stworzenia, których żywy umysł i chęd czynu nie znajduje w klatce możności ekspansji. Poza tym w ogóle wszystkie stojące pod władzą mocnego instynktu, którego nie mogą ujawnid w niewoli. Najbardziej rzuca się to w oczy - również nieświadomemu rzeczy - u zwierząt, które na wolności przemierzają dalekie trasy, wobec czego posiadają bardzo silny popęd do zmiany miejsca. Lisy i wilki, zamykane w wielu przestarzałych ogrodach zoologicznych w za ciasnych klatkach, są - właśnie z powodu nagromadzonego w nich instynktu biegu - najbardziej pożałowania godnymi zwierzętami w zoo. Widowiskiem budzącym szczególne współczucie u kogoś znającego się na rzeczy, a które mało kto zauważa, są łabędzie krzykliwe w porze wędrówek. Tym zwierzętom, podobnie jak innym latającym ptakom, zwykło się w ogrodach zoologicznych uniemożliwiad latanie przez amputację jednej „dłoni”. Ptaki nie pojmują, że nie potrafią już latad i wciąż na nowo próbują wzlecied. Nie lubię amputowanych ptaków wodnych, brak kooca jednego skrzydła i jeszcze przykrzejszy widok, jaki nastręcza ptak, ilekrod otwiera skrzydła, psuje mi wszelką radośd z tych zwierząt, nawet jeśli idzie o gatunki, które duchowo nie cierpią z powodu kalectwa. Również łabędzie krzykliwe nie cierpią, a ich zdrowie i dobre samopoczucie przejawia się w tym, że przy właściwej opiece wysiadują jaja i wychowują potomstwo. Tylko w okresie wędrówek jest inaczej. Natenczas owe ptaki podpływają zawsze ku stronie stawu przeciwległej do kierunku wiatru, aby mied całą powierzchnię wody do dyspozycji dla wzlotu, i wciąż na nowo rozbrzmiewają ich dźwięczne sygnały lotu - ptaki próbują wzlecied. I wciąż na nowo wielki rozpęd kooczy się żałosnym trzepotaniem półtora skrzydła. Zaiste, smutny widok! Najgorzej oczywiście wiedzie się przy konwencjonalnym trybie pielęgnacji zwierząt w zoo tym duchową przejawiającym żywośd istotom, o których była mowa powyżej. Te zwierzęta jednak nie budzą niemal nigdy współczucia człowieka, a już najmniej wówczas, gdy takie pierwotnie bardzo

ruchliwe duchowo stworzenie, poniżone i zhaobione ciasnym zamknięciem, zamieniło się w biednego szaleoca, w karykaturę siebie samego. Nigdy nie słyszałem w zoo przed małymi klatkami dużych papug słówka współczucia ze strony publiczności. Sentymentalne starsze panie, fanatyczne obrooczynie idei ochrony zwierząt, nie znajdują nic złego w tym, że papugi amazonki lub kakadu trzyma się w stosunkowo maleokiej okrągłej klatce lub nawet przywiązane do drążka. A właśnie duże papugi są nie tylko mądre, ale również duchowo i cieleśnie niezwykle żywe, obok wielkich kruków jedyne może ptaki znające cierpienie, jakie dręczy również uwięzionego człowieka - nudę. Atoli nikt nie żałuje tych naprawdę pożałowania godnych zwierząt w ich przypominających wieżę lub dzwon skrzynkach udręki. Pełna współczucia posiadaczka sądzi bezrozumnie, że ptak składa „ukłon”, gdy wciąż na nowo powtarza niewielkie zgięcie ciała, które przetrwało jako stereotypowa resztka rozpaczliwych ruchów, jakimi ptak z początku szukał ujścia z klatki i wciąż od nowa sposobił się do lotu. Jeśli uwolnisz takiego nieszczęśnika z więzienia, potrwa tygodnie, a nawet miesiące, zanim odważy się naprawdę wzlecied. Ale z pewnością najbiedniejsze w ciasnej niewoli klatki są małpy, przede wszystkim duże małpy człekokształtne. Są to też jedyne uwięzione zwierzęta, które z powodu duchowych cierpieo mogą poważnie i dostrzegalnie cierpied fizycznie. Małpy człekokształtne nudzą się niekiedy dosłownie na śmierd, zwłaszcza wówczas, kiedy są trzymane pojedynczo w zbyt ciasnych klatkach. Z tej to wyłącznie przyczyny małpie dzieci rozwijają się i rosną cudownie, dopóki w prywatnym posiadaniu traktowane są jak „członkowie rodziny”, natomiast zaczynają marnied, gdy - już jako dorosłe i niebezpieczne - zostają przesiedlone do ogrodu zoologicznego. Z moją kapucynką Glorią też tek było. Nie będzie przesadą, gdy stwierdzę, że prawdziwy sukces w hodowaniu małp człekokształtnych rozpoczął się dopiero wówczas, gdy nauczono się zapobiegad duchowym cierpieniom niewoli. Mam akurat pod ręką piękną książkę o szympansach Roberta Yerkesa, najlepszego znawcy tego gatunku małp człekokształtnych, i z książki tej wynika, że „duchowa higiena” (mental hygiene) gra w utrzymaniu zdrowia tego najbardziej do człowieka zbliżonego stworzenia co najmniej równie wielką rolę, jak higiena cielesna. Trzymanie małp człekokształtnych w pojedynczych niewielkich klatkach jest okrucieostwem, które winno byd ustawowo zakazane. W swojej wielkiej stacji małp w Orange Park na Florydzie hoduje Yerkes od dziesiątek lat kolonię szympansów, która bardzo się rozmnożyła, w której małpy żyją równie szczęśliwe, jak moje piegże w wolierze - o wiele szczęśliwsze niż ty i ja.

MORALNOŚĆ I BROŃ
W pewien wczesny niedzielny ranek marcowy, kiedy to już pachnie zajączkami wielkanocnymi, idziemy przez wysokopienny las czerwonych buków, które nigdzie piękniej i tylko w niewielu miejscach tak pięknie rosną, jak w naszym Lasku Wiedeoskim. Zbliżamy się do leśnej polanki. Wysokie, gładkie kolumny czerwonych buków ustępują miejsca nisko ulistnionym grabom na skraju lasu, idziemy więc wolniej i ostrożniej. Zanim przedrzemy się przez ostatnie krzewy i wyjdziemy z ukrycia na odsłoniętą płaszczyznę polanki, robimy to, co robią w takim wypadku wszystkie dzikie zwierzęta i wszyscy znawcy zwierząt - dziki, lamparty, myśliwi i zoologowie: staramy się, nim opuścimy kryjówkę, wydobyd z niej ową korzyśd, jaką może ona dad zarówno łowcy, jak ściganemu widzied, samemu nie będąc widzianym. I ta prastara strategia sprawdza się także tutaj; widzimy naprawdę kogoś, kto nas jeszcze nie dojrzał, ponieważ wiatr wieje od niego w naszą stronę: w środku leśnej polanki siedzi duży, gruby zając. Siedzi tyłem do nas, uszy nadstawił w kształt litery V, zerka i nasłuchuje widocznie czegoś po przeciwległej, niezbyt oddalonej stronie łąki. I tam istotnie zrywa się drugi, tak samo duży zając, powoli i godnie kica ku pierwszemu. Następuje wpierw stateczne powitanie, nieco podobne do ceremonialnego powitania dwóch psów. Ale wnet powstaje jakieś osobliwe krążenie, oba zające pędzą za sobą w ciasnym kręgu, każdy z głową tui przy ogonie drugiego. I nagle z nagromadzonego napięcia wybucha walka, podobnie jak zwykła zaczynad się wojna, akurat w momencie, kiedy po długim wzajemnym odgrażaniu się partnerzy dochodzą do wniosku, że żaden z nich nie odważy się atakowad. Wyprostowane, w pozycji prawie pionowej, stają zające na tylnych skokach naprzeciw siebie i przednimi łapami grzmocą się wzajemnie. Po czym skaczą wysoko i wśród pisków i kwików wyczyniają coś strasznego skokami, co jednak dzieje się tak szybko, że bez oka kamery błyskawicznej uchodzi uwagi mechanizm tego działania. Teraz mają na razie dośd i znowu biegają w kółko jeden za drugim, tylko o wiele prędzej niż uprzednio. Po czym znowu następują dalsze, jeszcze bardziej zaciekłe czyny. Obaj wojownicy są tak pogrążeni w boju, że udaje mi się razem z moją małą córeczką podejśd bliżej, chod nie odbywa się to bez szelestu. Każdy normalny i rozsądny zając już dawno by nas spostrzegł, ale w marcu zające są, jak wiadomo, oszalałe, w języku angielskim jest nawet powiedzenie: „Mad as a march hare”5. A ten turniej zajęczy wygląda tak zabawnie, że moja córeczka, mimo drakooskiego wychowania, jak się zachowad podczas obserwacji zwierząt, nie może powstrzymad cichego chichotu. Tego oczywiście już za wiele nawet dla zajęcy marcowych. Hyc! dwa skoki w dwie przeciwne strony, i polanka jest pusta. W środku unosi się jeszcze leciutki jak nasionka wierzbowe, duży płat zajęczej sierści. Nie tylko zabawny, nie, prawie wzruszający jest ów pojedynek bezbronnych, owa wściekła pasja łagodnych. Czy jednak istotnie są tak łagodne? Kiedy w zoo widzi się dwa orły, lwy lub wilki walczące z sobą, człowiekowi odchodzi ochota do śmiechu. A przecie żadnemu z tych potężnych nie dzieje się przy tym większa krzywda niż dwom zającom. Większośd ludzi przywykła przykładad zgoła niesłuszną moralizującą miarę do zwierząt drapieżnych i roślinożernych. Już w niemieckich bajkach, a także w Lisie Przecherze zwierzęta przedstawione są jako wspólnota, dająca się porównad z ludzką społecznością, jak gdyby „zwierzęta” wszystkie w czambuł były istotami tego samego gatunku, jak są naprawdę „ludzie”. Dlatego zwierzęciu tak samo za złe poczytują zabijanie zwierząt, jak człowiekowi zabójstwo człowieka. Lisowi, który zabija zająca, ów czyn nie jest poczytywany tak, jak myśliwemu, który z tych samych motywów strzela do zająca, tylko tak, jak by poczytano na przykład
5

Szalony jak zając w marcu 9ang.).

nadleśniczemu, który by z przyzwyczajenia strzelał do chłopów i piekł ich na kolację, „Zły drapieżnik napiętnowany jest jako morderca. Dlaczego w ogóle drapieżnik, a nie łowca? Już w samej nazwie mieści się fałszywie moralizujące uczłowieczenie. Pojęcia takie, jak rabunek i zabójstwo, odnoszą się wszak jedynie do zbrodni wobec człowieka-bliźniego, wobec członka tego samego gatunku. A wobec członka tego samego gatunku zachowuje się większośd drapieżców tak samo społecznie i „przyzwoicie”, jak niewinni roślinożercy. Tak samo? Przypatrzmy się bliżej. Ale wpierw jedna historia. Jeszcze niewinniej niż bójka zajęcy wygląda spór dwóch synogarlic lub turkawek. Delikatne dziobanie dzióbkiem, lekki klaps miękkimi skrzydełkami sprawia wrażenie wręcz wzruszające i zaprawdę niezdolny jest chyba zranid, tak można by sądzid; chciałem kiedyś z pewnych powodów hodowad afrykaoską synogarlicę skrzyżowaną z naszą, trochę delikatniejszą, krajową turkawką, i w tym celu posadziłem w jednej obszernej klatce oswojonego młodego samca z samiczką. Początkowych drobnych utarczek między dwojgiem przyszłych kochanków nie brałem poważnie. Jakże owe symbole miłości i łagodności mogłyby sobie wyrządzid krzywdę? Beztrosko pojechałem więc do Wiednia. Kiedy na drugi dzieo wróciłem do domu, przedstawił się moim oczom straszliwy widok. Samiec synogarlicy leżał w kącie na dnie klatki. Potylica, górna strona szyi oraz cały grzbiet aż po nasadę ogona były nie tylko zupełnie pozbawione piór, ale tak pokaleczone, że tworzyły jedną wielką ranę. Na środku tej rany, niczym orzeł na swej zdobyczy, stał drugi gołąbek pokoju; z zadumanym wyrazem „twarzy”, który antropomorfizującym obserwatorom ptaków wydaje się taki sympatyczny, dziobało to zwierzątko bez przerwy w ranach dosłownie „pokonanego”. A kiedy ten ostatkiem sił próbował się poderwad, by ujśd, synogarlica natychmiast biegła za nim, uderzeniem miękkich skrzydełek przykuwała go znów do dna klatki i stosowała dalej swoje bezlitosne, powolne tortury, chod sama była już tak zmęczona, że jej oczy zamykały się co chwila. Oprócz pewnych ryb, które w boju również łupią z partnera skórę, nigdy u żadnego kręgowca nie widziałem tak strasznych ran, zadanych przez osobnika tego samego gatunku. No, to jak dopiero muszą drapieżcę szaled wobec swych współplemieoców - zapyta niejeden - owe krwiożercze bestie, którym przyroda użyczyła potężnego oręża! Jak straszna musi byd walka dwóch wilków, jeśli tak niemal bezbronni roślinożercy, jak gołąbki, zadręczają się na śmierd. Tak należałoby sądzid. Ale czytelnik zrozumiał już może, że tak sądzid nie należy, ponieważ w ogóle nie należy cokolwiek sądzid, gdy istnieje możliwośd zobaczenia, jak sprawa ma się w rzeczywistości. Tak więc jako badacze przyrody chcemy zobaczyd, co się dzieje, gdy wilki, duże dzikie zabijaki, symbole „bezlitosnego okrucieostwa” walczą poważnie z sobą. Aby to widzied, nie masz potrzeby jechad do Alaski, do psich zaprzęgów i wilków Jacka Londona, nie musisz nawet towarzyszyd mi do wspaniałego zoo w Whipsnade pod Londynem, gdzie wielkie stado wilków żyje jak na wolności w ogromnym, porosłym świerkami rewirze, i gdzie miałem kiedyś okazję obserwowad poważną walkę dwóch basiorów - nie masz w ogóle potrzeby zrobid czegokolwiek. Wystarczy, abyś sobie przypomniał coś, co z pewnością widziałeś z tuzin razy, mianowicie walczące psy. One również stosują w walce ten sam niezłomny sposób, co ich dzicy przodkowie, wilki i szakale. Dwa psy, starsze samce, spotykają się na ulicy. Krocząc na sztywnych nogach, z wysoko podniesionym ogonem, z nastroszoną sierścią karku i grzbietu, zbliżają się do siebie, a im są bliżej, tym wyglądają sztywniej i bardziej nastroszone. Idą coraz wolniej, i to nie głową naprzeciw głowy, czoło naprzeciw czoła, jak to robią grożące sobie koguty, ale mijają się, tak że w koocu stoją tuż obok siebie, bok obok boku - łeb jednego obok ogona drugiego. Ścisły ceremoniał przepisuje następnie, aby każdy z psów

obwąchiwał tyłek drugiego. Jeśli w tej fazie jeden z psów poczuje strach, jego ogon opada nagle i prędkim, miękkim zwrotem o 180 stopni pies pozbawia partnera możności dalszego wąchania. Jeśli jednak oba psy utrzymują nadal postawę imponującą, oba ogony niczym sztywne sztandary sterczą ku górze, a obwąchiwanie trwa przeważnie długo. Jeszcze wszystko może się skooczyd ku obopólnemu zadowoleniu, jeszcze istnieje możliwośd, że najpierw jeden, potem oba ogony zaczną powoli, małymi uderzeniami machad, i że z tej całej sytuacji, sprawiającej na obserwatorze wrażenie przykre i denerwujące, nie zrodzi się nic strasznego prócz wesołej psiej zabawy. Jeśli jednak to rozwiązanie nie nastąpi, sytuacja staje się coraz bardziej napięta i groźna. Psie nozdrza poczynają się marszczyd i rozdymad z brutalnym, wstrętnym wyrazem, wargi ściągają się obnażając kły, i to tylko od strony zwróconej ku drugiemu zwierzęciu, po czym psy zaczynają przeraźliwie grzebad łapami, z głębi ich piersi dobywa się głuchy charkot i zupełnie nagle rozżagwia się walka z głośnym, szarpiącym nerwy jazgotem. Podobnie przebiegał bój dwóch basiorów w zoo pod Londynem. Ciszej, a przecież o wiele groźniej niż u psów, brzmiało namiętne, złowrogie warczenie wilków, które zwróciło moją uwagę na ten bój. Olbrzymi, jasnoszary, stary basior i trochę mniejszy, ale z pewnością młodszy, stały naprzeciw siebie i krążyły z podziwu godną „techniką nóg”: w ciasnym kole. Straszliwe, łamiące nożyce uzębienia migały w szybkim jak błyskawica tempie - cios i przeciwcios - oko nie mogło wprost nadążyd. Dotychczas nic złego właściwie nie zaszło, kłapiące zęby każdego z wilków trafiały stale na białe zęby drugiego, które odparowywały cios; jedynie wargi walczących odniosły parę ran. Potem stary wilk zaczął coraz bardziej spychad młodszego, i przeczuwałem, że bardziej doświadczony przeciwnik zamierza wymanewrowad wroga ku kracie ogrodzenia. Istotnie młodszy uderzył teraz o druty, potknął się i już stary stał nad nim, I teraz zaszło coś dziwnego, mianowicie przeciwieostwo tego, czego się można było spodziewad. Momentalnie ustało krążenie szarych cielsk. Oba wilki stoją cicho, całkiem cicho, „ramię w ramię”, ale w tej chwili zorientowane wprost przeciwnie, bo obie głowy zwrócone w tym samym kierunku. Oba wilki wydają złe pomruki - stary bardzo głębokim basem, młodszy w wyższych tonach. Ale proszę się dokładnie przyjrzed pozycji drapieżników; stary basior trzyma pysk tuż, tuż przy szyi młodszego. A ten odwrócił łeb, nadstawia wrogowi bezbronne zgięcie szyi, wiec najczulsze miejsce ciała! Ani trzy centymetry nie dzielą napiętego sklepienia szyi, miejsca, gdzie wielka żyła przebiega tuż pod skórą, od zębów wroga błyszczących pod ściągniętymi w górę wargami. Podczas gdy przedtem, w boju, wszystkie usiłowania obu przeciwników zmierzały do tego, by nadstawiad na ciosy tylko zęby jedyne, nie mogące ulec zranieniu części ciała - i chronid właśnie szyję przed atakującym, teraz wygląda to tak, jak gdyby pokonany rozmyślnie nadstawił tę częśd ciała, dla której każde ukąszenie musi byd śmiertelne. I nie tylko tak wygląda, ale w sposób zdumiewający tak jest istotnie. Taką samą scenę można zobaczyd - jak powiedziałem - zawsze i wszędzie u pospolitych ulicznych kundli. Wybrałem zaś wilki w zoo w Whipsnade jako przykład, gdyż u dzikiego zwierzęcia, które stało się symbolem okrucieostwa, to zachowanie można opisad bardziej przekonująco i dosadniej róż w przypadku dobrze znanego psa domowego. Zostawiliśmy nasze dwa wilki w ogromnie napiętej i trzymającej w napięciu sytuacji. Nie jest to błąd stylistyczny, gdyż ta napięta sytuacja trwa rzeczywiście parę sekund, które dla widza wydają się minutami, dla pokonanego wilka jednak - prawdopodobnie godzinami. Każdej chwili jest się

przygotowanym na to, że silniejszy dobierze się do pokonanego, że jego zęby rozedrą żyłę szyjną słabszego. Silniejszy - wilk czy też pies - nie ugryzie jednak z pewnością w tej sytuacji. Widad po nim, że wprawdzie chętnie by to zrobił, ale po prostu zrobid nie może. Pies, czy wilk, który w sposób wyżej opisany nadstawia szyję przeciwnikowi, nigdy nie padnie ofiarą. Zwycięzca warczy i charczy, kłapie zębami i wykonuje nawet - wcale nie ugryzłszy - .ruchy, jakby potrząsał zabitym (Totschüttel). Co prawda owo dziwne zahamowanie przed ugryzieniem trwa tylko dopóty, póki pokonany zachowuje „postawę pokorną”. Ponieważ owa postawa nagle wstrzymała walkę, zwycięzca znajduje się w tej chwili często w jakiejś zawiłej pozycji wobec zwyciężonego. Trwad tak, z pyskiem nad szyją pokonanego, staje się dla „moralnego” zwycięzcy - ugryźd wszak nie może - z wolna nudne. Ale gdy oddali się o parę kroków, pokonany próbuje nieraz uciekad. To mu się jednak nie od razu udaje; zaledwie bowiem porzuca swoją pozycję pokory, ten drugi rzuca się na niego jak burza, i pokonany nieszczęśnik musi znowu z odwróconym łbem i nadstawioną szyją trwad w pokorze. Ma się wrażenie, jak gdyby zwycięzca czekał tylko na to, aby drugi porzucił pokorną postawę i umożliwił mu przez to gorąco upragnioną interwencję. Na szczęście dla pokonanego zwycięzca odczuwa po walce przemożny napór, aby zaznaczyd miejsce, gdzie została stoczona walka, „znakiem zapachu”, niejako publicznym ogłoszeniem, jako swoją osobistą własnośd; innymi słowy musi podnieśd nogę przy najbliższym stojącym pionowo przedmiocie. I tę ceremonię wzięcia w posiadanie wykorzystuje zwykle pokonany, aby się po cichu ulotnid. Jak to często bywa, i tutaj także dzięki przypadkowej obserwacji uświadamiamy sobie zagadkę, która nas zewsząd otacza, która w rozmaitych przebraniach codziennie nas spotyka. Społeczne mechanizmy hamujące nie są bowiem bynajmniej rzadkie, są tak częste, że przeważnie wydają nam się czymś samo przez się zrozumiałym, nad czym nie ma powodu się zastanawiad. Banalna mądrośd przysłowia powiada, że „kruk krukowi oka nie wykolę”, i wyjątkowo przysłowie to ma słusznośd. Zaprzyjaźniona z tobą wrona czy kruk nie wy dziobie zarówno oka ludzkiego przyjaciela, jak oka współplemieoca. Kiedy kruk Roa siedział na moim ramieniu i umyślnie zbliżałem twarz do jego dzioba, tak że moje oko znajdowało się w pobliżu niebezpiecznego, zakrzywionego do dołu haka, Roa czynił coś wręcz wstrząsającego: nerwowym, tak, niemal udręczonym ruchem odsuwał dziób od mojego oka, jak golący się ojciec trzyma z daleka brzytwę, kiedy mała córeczka niezdarnymi ruchami po nią sięga. Jedynie w pewien ściśle określony sposób zbliżał Roa dziób do mojego oka: przy tak zwanej „socjalnej pielęgnacji skóry”. Liczne, wyżej zorganizowane zwierzęta z gatunków żyjących stadnie, ptaki, ale także ssaki, przede wszystkim małpy, wyświadczają swemu współplemieocowi miłą przysługę, zajmując się pielęgnacją jego skóry w takich miejscach ciała, które jemu samemu są niedostępne. U ptaków przede wszystkim głowa i otoczenie oczu wymagają dla zachowania czystości i pielęgnacji pomocy współplemieoca. Opisując kawki mówiłem już o postawach, za pomocą których ptak wzywa drugiego ptaka, by mu oczyścił upierzenie łepka. Jeśli nadstawiałem mojemu krukowi głowę trochę skośnie i na pół zamykałem oczy, jak to czynią drapieżne ptaki między sobą, Roa rozumiał natychmiast ów gest, chod nie mam na głowie nastroszonych piórek, i zaczynał mnie czyścid. Przy tym nigdy nie szczypnął mnie w gołą skórę, ta bowiem jest u krukowatych bardzo delikatna i nie zniosłaby szorstkiego traktowania. Z cudowną precyzją przeciągał Roa każdy dosiężny włosek przez swój dziób. Pracował przy tym z powagą i gorliwością, charakterystyczną dla „polujących na wszy” małp i operujących chirurgów. To nie dowcip. Społeczna pielęgnacja skóry u małp człekokształtnych nie jest

bowiem skierowana na wyłapywanie robactwa - małpy przeważnie go nie mają - nie ogranicza się również do czyszczenia skóry, lecz równie dobrze służy interesującym operacjom, wcale zgrabnie zostają przy tym zabiegu wyciągnięte ciernie i odrzucone małe zanieczyszczenia skóry. Manipulowanie ogromnego, zakrzywionego dzioba przy otwartym oku człowieka wygląda oczywiście groźnie, toteż nieraz obserwujący ów zabieg ludzie przestrzegali mnie, że „przecież nie można wiedzied... drapieżnik pozostaje drapieżnikiem...” i tak dalej. Na co zwykłem odpowiadad paradoksalnym twierdzeniem, że ostrzegacz jest dla mnie niebezpieczniejszy od kruka. Zdarza się nieraz, że człowieka zabija nagle jakiś szaleniec, cierpiący na manię prześladowczą, który z niebezpieczną chytrością i sztuką udawania potrafi maskowad swoje urojenia. Taki chory może - rzecz prosta z minimalną dozą prawdopodobieostwa - byd właśnie jednym z moich przestrzegaczy. Nie zdarza się jednak nigdy, aby zdrowy, dorosły kruk z nie znanych dotąd powodów zatracił nagle instynkt hamowania swoich popędów, to jest o wiele bardziej nieprawdopodobne niż nagły atak życzliwego doradcy. Dlaczego pies posiada opisany wyżej mechanizm hamujący jego chęd agresji, kruk - mechanizm hamujący chęd wydziobania oka przyjacielowi? Dlaczego synogarlica nie posiada żadnego „zabezpieczenia” przed zwykłym zabójstwem? Prawdziwie przyczynowej odpowiedzi na owo pytanie nie możemy udzielid. Oznaczałaby ona z pewnością historyczne wyjaśnienie procesu, w którym, w filogenetycznym rozwoju, wykształciły się owe zahamowania równolegle do wykształcenia niebezpiecznych broni zwierzęcia-łowcy. Jest chyba dostatecznie jasne, na co zaopatrzonemu w oręż zwierzęciu-łowcy takie mechanizmy hamujące są potrzebne. Gdyby kruk bez hamulców - podobnie jak dziobie jakiekolwiek inne ruchome i błyszczące przedmioty - dziobał oko swego rodzeostwa w gnieździe, swej małżonki lub dziecka, od dawna już ród kruków by wyginął. To samo stałoby się, gdyby wilk lub pies nieobliczalnie i bez hamulców nagle zaczęli gryźd szyję towarzysza stada i wykonywad „ruch potrząsania” zabitym, jak to czynią z dowolnym, nadającym się do gryzienia przedmiotem, jak mały jamnik gryzie i potrząsa pantoflem swego pana. Synogarlica nie potrzebuje tego rodzaju zahamowao, ponieważ ten ptak może zadad tylko nieznaczne rany, za to jego zdolnośd lotu jest rozwinięta tak dobrze, że wystarczy dla jego ochrony przed wrogami, którzy posiadają całkiem inną broo ofensywną niż gołąb - nim przyjdzie do drugiego ciosu, gołąb, czując się słabszy, ucieka. Jedynie w nienaturalnych warunkach zamknięcia w klatce, które pozbawia pokonanego gołębia możności szybkiej ucieczki, można zaobserwowad, że synogarlica nie posiada instynktu hamującego, który by zapobiegł zranieniu i dręczeniu współplemieoca. Podobnie pozbawieni instynktu hamującego okazują się liczni „niewinni” roślinożercy, gdy się ich trzyma wielu razem w niewoli. Jednym z najwstrętniejszych, najbardziej niepohamowanych i żądnych krwi morderców jest drugi po gołębiu symbol łagodności, mianowicie uwielbiany aż do mdłości przez Feliksa Saltena sarniec „Bambi”. To złośliwe bydlę ma na dobitkę oręż, poroże, ale trudno zauważyd u niego mechanizm hamujący użycie tej broni. Gatunek „może sobie na to pozwolid”, gdyż zdolnośd szybkiej ucieczki wystarczy nawet najsłabszej siucie, by ujśd agresji najsilniejszego kozła. Hodowad kozła razem z siutami można wyłącznie na ogromnych terenach. W ciaśniejszym ogrodzeniu taki kozioł zapędza każdego członka swego gatunku, również „damy”, ostatecznie w kąt i bez litości zabija. Jedyne „zabezpieczenie” przeciw zabójstwu, jakie posiada sarna, polega na tym, że natarcie atakującego kozła następuje stosunkowo powoli. Kozioł nie gna dzikimi susami, z pochylonym łbem

jak odyniec, na swego przeciwnika, lecz próbuje ostrożnie, macając porożem poroże przeciwnika, i dopiero, gdy poczuje opór, atakuje bez pardonu. Według statystycznych danych dyrektora zoo Hornadaya oswojone kozły powodują co roku więcej nieszczęśliwych wypadków niż lwy i tygrysy, przede wszystkim dlatego, że nieświadomy rzeczy człowiek nie przeczuwa w powolnym zbliżaniu się kozła poważnego ataku, nawet wówczas nie bierze go poważnie, gdy kozioł macając porożem już staje się niebezpieczny. Całkiem nagle, pchnięcie za pchnięciem, następuje zdumiewająco silny, wiercący atak broni i masz, człowieku, jeszcze szczęście, jeśli na czas zdołałeś uczepid się poroża rękami. Wywiązuje się ciężka, kalecząca ręce walka, w której nawet silny mężczyzna nie dotrzymuje nieraz kroku kozłowi, chyba że mu się uda stanąd z boku zwierzęcia i przegiąd jego szyję do tyłu. Człowiek „żenuje się” woład o pomoc i czyni to dopiero wtedy, gdy ostrozębe poroże rozedrze mu brzuch. Jeśli więc uroczy, oswojony kozioł osobliwym, paradnym krokiem, wdzięcznie wywijając porożem, zbliża się do ciebie, uderz go laską, kamieniem lub gołą pięścią - ale mocno - z boku w pysk, zanim uda mu się dotknąd porożem twojego ciała. A teraz osądźmy sprawiedliwie! Które jest właściwie „dobrym” zwierzęciem? Mój przyjaciel Roa, którego socjalnym hamulcom mogłem bez namysłu i nerwowości powierzyd mój wzrok, czy też ów łagodny gołąbek, który wiele godzin usilnie torturował swego współplemieoca? Które jest „złym” zwierzęciem? Kozioł, który rozdziera brzuch nawet kobietom i dzieciom własnego gatunku, jeśli nie mogą uciec, czy wilk, który nie może ugryźd nawet swego wroga, jeśli ten apeluje do jego łaski? Proszę się zastanowid, na czym właściwie polega gest pokory, apel do socjalnych hamulców zwycięzcy. Polega on na tym, że zadanie rany, tak, nawet zabicie pokonanego zostaje mu ułatwione, że nagle zostają usunięte wszystkie przeszkody, jakie broniący się dotychczas rozpaczliwie przeciwnik stawiał swemu wrogowi. Wszystkie gesty i postawy pokory zwierząt społecznych, jakie znamy, polegają na tej samej zasadzie: zawsze błagający o łaskę nadstawia napastnikowi najłatwiejsze do zranienia miejsce ciała, mówiąc dokładniej, właśnie to miejsce, na które każdy zmierzający do uśmiercenia atak jest zwrócony. U większości ptaków jest to tylna częśd głowy. Jeśli jakaś kawka chce okazad drugiej kawce swoje poddanie, pochyla się nieco i zwraca ku tej, którą chce ułagodzid, swą potylicę, jakby kusiła do uderzenia. Mewy, a także czaple, prezentują zwycięzcy górę główki, wyciągając płasko szyję, więc przybierając pozycję, która je czyni szczególnie bezbronnymi. U wielu kurowatych walka kogutów kooczy się w ten sposób, że jeden z bijących się zostaje obalony na ziemię, trzymany w tej pozycji i oskalpowany przez zwycięzcę według zwyczaju synogarlic. Tylko jeden jedyny gatunek posługuje się w tym wypadku łaską: indyk. I tylko on jeden rozporządza odpowiednio do tego specjalnym gestem pokory, który i w tym wypadku uprzedza to, ku czemu zmierza atak. Jeśli jeden z indorów w dzikich i groteskowych zapasach, jakie wiodą te ptaki, oberwie za swoje, kładzie się on całkiem nagle z wyciągniętą szyją płasko na ziemi. Zwycięzca zachowuje się wówczas bardzo podobnie jak psy i wilki, to znaczy chciałby, ale nie może. Wciąż jeszcze w postawie grożącej obchodzi w kółko leżącego, nie może jednak przemóc się, aby raz jeszcze uderzyd dziobem lub zdeptad bezbronnego. Tragiczne natomiast bywają spotkania indora i pawia, co zdarza się dośd często, gdy oba, jako gatunki pokrewne, są w ruchach wyrażających męskośd na tyle do siebie podobni, że przeciwnik to rozumie. Pomimo większej siły i wyższego ciężaru indyk ulega prawie zawsze, paw bowiem lepiej lata i walczy inaczej. Podczas gdy rudobrązowy Amerykanin chce się sposobid do zapasów, niebieski Hindus już

wzlatuje i wbija w przeciwnika ostre jak nóż szpony. Amerykanin uważa to wykroczenie przeciw sposobowi walki swego gatunku za unfair i chod jest jeszcze w pełni sił i nie ma potrzeby tego robid, „rzuca gąbkę na ring”, to znaczy kładzie się w podany wyżej sposób na ziemi. I teraz dzieje się coś ohydnego: paw nie rozumie owego indyczego gestu poddania, nie mówi mu on niczego, toteż nie wywołuje w nim żadnych mechanizmów hamujących. Dziobie i depce dalej bezbronnie leżącego indyka, i jeśli przypadkiem nie interweniuje się w porę, indyk jest stracony. Bo im więcej uderzeo i kopniaków dostaje, tym silniej trwa w swej reakcji pokory, nigdy jednak nie wpadnie na pomysł, aby zerwad się i uciec. Za sztywno instynktowną naturą oraz filogenetyczną długowiecznością podobnych gestów pokory przemawia między innymi fakt, że niektóre ptaki wykształciły szczególne organy sygnałowe dla ich poparcia. I tak młode wodniki mają na potylicy nagie czerwone miejsce, które prezentują w sposób wyrazisty starszemu, silniejszemu i atakującemu wodnikowi, przy czym owo znamię na dobitkę jeszcze purpurowieje. Wszystkie te osobliwe ceremonie zmierzają zatem do tego, aby ułatwid przeciwnikowi sposób zachowania się, który jest podporządkowany mechanizmom hamującym; oczywiście pies wcale nie traci ochoty do ukąszenia, kiedy przeciwnik żebrząc o łaskę podstawia mu szyję. Przeciwnie, widzieliśmy wszak, że chciałby, ale nie może. Jakiego rodzaju jest owo zahamowanie, czy ślepo odruchowe, czy nie, jest nam na razie obojętne. Stwierdzamy po prostu i czysto empirycznie, że zwierzę czujące się pokonanym, może wywoład mechanizm zdolny zahamowad agresję silniejszego współplemieoca, poddając się bezbronnie tej właśnie agresji. A wreszcie, czy nie znajdziemy w ludzkim zachowaniu się czegoś podobnego? Homerycki wojownik, który chce się poddad i błaga o łaskę, odrzuca hełm i tarczę, pada na kolana i zgina kark - gesty, które właściwie ułatwiają wrogowi zabicie, w istocie jednak utrudniają je. Do dziś zachowały się jeszcze w niektórych gestach uprzejmości symboliczne resztki podobnych ruchów pokory: ukłon, zdjęcie kapelusza, w wojskowym ceremoniale prezentowanie broni. Zresztą czynności związane z błaganiem o łaskę wydają się u greckich wojowników nie posiadad decydującego znaczenia. Bohaterowie Homera nie znajdowali się pod ich wpływem, w tym względzie nie byli tak czułego serca jak wilki. Poeta opisuje liczne wypadki, w których błagający o łaskę zostawał mimo to bezlitośnie - albo mimo litości - uśmiercony. Również germaoskie sagi cytują dosyd przykładów podobnej odmowy na gest pokory, i dopiero u rycerstwa epoki minesängerów oszczędzanie tego, kto się poddaje, należy do nakazów etyki bojowej. Dopiero chrześcijaoski rycerz na gruncie tradycyjnej i religijnej moralności jest tak rycerski, jak - obiektywnie patrząc - stał się wilk z głębi swych naturalnych popędów i zahamowao. Co za zdumiewający paradoks! Rzecz prosta, że wrodzone, instynktownie ustalone hamulce, które powstrzymują zwierzę od bezwzględnego zwrócenia swej broni przeciw członkowi własnego gatunku, jest tylko funkcjonalną analogią, zaledwie lekkim świtem, żeby tak rzec, filogenetycznym zwiastunem społecznej etyki człowieka. Badacz porównujący zachowanie się winien byd bardzo ostrożny w moralnym osądzie wartości w zachowaniu się zwierzęcia. Mimo to pragnę przyznad się tutaj do pewnego emocjonalnego osądu wartości; uważam za wspaniałe i wstrząsające, że ów wilk nie może ugryźd, ale za jeszcze wspanialsze, że ten drugi na to się zdaje! Jedno zwierzę powierza swoje życie rycerskiej przyzwoitości drugiego. My, ludzie, możemy z tego brad nauczkę. Ja przynajmniej zaczerpnąłem z tego nowe, głębsze zrozumienie dla cudownych i często nie rozumianych słów Ewangelii, które przedtem budziły we mnie tylko mocny uczuciowy sprzeciw: „Jeśli ktoś uderzy cię w prawy

policzek...” Pewien wilk mnie pouczył: Nadstaw drugi nie po to, aby twój wróg po raz wtóry uderzył, nie, masz to zrobid po to, by tego uczynid nie mógł. Jeśli jakiś gatunek zwierzęcy w ciągu swego rozwoju filogenetycznego wykształcił broo, która potrafi jednym ciosem zabid, osobnika własnego gatunku, to równolegle do tej broni musi ów gatunek wykształcid socjalny mechanizm zahamowao, który przeszkodzi w jej użyciu, mogącym zagrozid zachowaniu gatunku. Tylko nieliczne drapieżcę żyją tak samotnie, że mogą się obejśd bez tego rodzaju hamulców. Stykają się jedynie w okresie kojarzenia, wówczas zaś popęd płciowy góruje nad wszystkimi innymi, również nad chęcią walki, tak dalece, że specjalne zahamowania natury społecznej są zbędne. Takimi samotnikami są niedźwiedź biały oraz jaguar, i jest znamienne dla omówionej właściwości tych zwierząt, że w historii schönbruoskiego zoo każdy z tych dwóch gatunków ma na sumieniu zabójstwo współmałżonka. System właściwych danemu gatunkowi, odziedziczonych instynktów i hamulców oraz system broni, w jakie natura wyposażyła stadne gatunki zwierząt, tworzą starannie wyważoną całośd, która sama się reguluje. Wszystkie stworzenia otrzymały wszak uzbrojenie dzięki temu samemu przebiegowi filogenezy, który wykształcił również ich popędy i zahamowania; albowiem plan budowy ciała oraz plan właściwych gatunkowi sposobów zachowania się są jednością. Jedno tylko stworzenie posiada oręż niewyrosły z własnego ciała, o którym jego wrodzone, właściwe gatunkowi sposoby zachowania się nic nie wiedzą, dla użycia którego nie posiada odpowiednio potężnych hamulców. Tym stworzeniem jest człowiek. Bez powstrzymania wzrasta straszliwośd jego oręża, w ciągu niewielu dziesięcioleci wzrasta wielokrotnie. Wrodzone popędy i hamulce wymagają jednak do swego powstania - podobnie jak narządy - czasu, czasu wielkości rzędu, w jakim zwykli liczyd astronomowie i geologowie, nie historycy. Tych broni nie otrzymaliśmy od natury stworzyliśmy je sami, z własnej woli. Co nam przyjdzie łatwiej - stworzenie broni, czy stworzenie poczucia odpowiedzialności, stworzenie hamulców, bez których nasz ród musi zginąd z powodu własnego tworu? Również te hamulce musimy sobie stworzyd własnowolnie, gdyż na naszych instynktach nie możemy polegad. Przed czternastu laty, w listopadzie roku 1939, zakooczyłem pewien artykuł o Moralności i broni zwierząt słowami: „Nadejdzie dzieo, kiedy z dwóch prowadzących wojnę przeciwników każdy potrafi unicestwid drugiego. Może nadejśd dzieo, kiedy cała ludzkośd zostanie podzielona na takie dwa wrogie obozy. Czy będziemy się wówczas zachowywad jak zające, czy jak wilki? Los ludzkości rozstrzygnie się tym pytaniem”. Naprawdę, można żyd w napięciu.

WIERNOŚĆ NIE JEST CZCZYM ZŁUDZENIEM
Na granicy między starszą a młodszą epoką kamienną wyłania się jako pierwsze zwierzę domowe pies kopalny(?), mały, z pewnością od szakala wywodzący się, na pół oswojony pies. Ponieważ w Europie północno-zachodniej, skąd pochodzi znalezisko, w tym czasie prawdopodobnie szakala już nie było, pies kopalny wykazuje ponadto wyraźne ślady używania go jako zwierzęcia domowego, ludzie epoki kamiennej, budujący osady na palach, niewątpliwie przyprowadzili swoje psy nad brzegi Bałtyku. W jaki jednak sposób człowiek wczesnej epoki kamiennej trafił na swego psa? Z pewnością bez wyraźnego zamiaru. Zapewne całe stada szakali włóczyły się za koczowniczymi hordami myśliwych epoki łupanego kamienia, jak to czynią psy pariasy jeszcze dziś na Wschodzie, o których nikt nie wie, czy są to zdziczałe psy domowe, czy też psy dzikie, które na drodze do przekształcenia się w domowe uczyniły pierwszy krok. A nasi praprzodkowie nie przedsiębrali niczego wobec tych łowców odpadków, podobnie jak ludzie Wschodu w tradycyjnym bałaganie niczego nie przedsiębiorą. Tak, owi łowcy epoki kamiennej, dla których wielkie drapieżcę były jeszcze bardzo poważnymi wrogami, odczuwali chyba w sposób przyjemny, że szakale szerokim pasem otaczają ich obozowiska, które przy zbliżaniu się tygrysa szablozębnego lub niedźwiedzia jaskiniowego popadały w dzikie wzburzenie. I tak kiedyś do funkcji strażnika dołączyła się funkcja pomocnika w łowach. Kiedyś „nagonka” szakali która w oczekiwaniu odpadków łupu ciągnęła za polującym człowiekiem, przeszła do tego, aby biec nie za, lecz przed myśliwym, węszyd dziczyznę i wedle swej możności jej dopadad. Można sobie z łatwością wyobrazid, że te prapsy domowe, żrące zwyczajnie resztki grubego zwierza, którego same, bez pomocy człowieka, nie potrafiłyby pokonad, właśnie dlatego zyskały nowe zainteresowanie takim rodzajem zwierząt: zaczęły tropid ich ślady i zwracad na nie uwagę człowieka. Psy zauważają zdumiewająco szybko, że mają zabezpieczone tyły i najtchórzliwszy mały kundel staje się odważnym zabijaką, gdy wie, że wspiera go silny przyjaciel. Tymi spekulacjami nie przypisuję zatem szakalom pradawnych czasów zbyt wiele chytrości. Osobliwie miła, niemal wzniosła jest dla mnie myśl, że prastara więź między człowiekiem a psem została dobrowolnie, bez żadnego przymusu, podpisana przez obie, zawierające układ strony... Wszystkie inne zwierzęta domowe stały się nimi dopiero po przejściu okrężnej drogi przez rzeczywistą niewolę, prócz kota - ten jednak nawet dziś jeszcze nie jest prawdziwym zwierzęciem domowym. Wszystkie zwierzęta domowe są paoszczyźnianymi niewolnikami, jedynie pies jest przyjacielem. Na pewno oddanym, poddanym przyjacielem; z wolna, w trakcie stuleci, stało się bowiem w lepszych psich rodach zwyczajem nie wybierad psa na przywódcę całej hołoty, jak to było niegdyś na pustkowiach, lecz traktowad wodza ludzkiej hordy jako swego przywódcę. W istocie psy, zwłaszcza te pełne charakteru, „mocne” osobniki, skłonne są uważad za swego pana każdorazowego „pater familias”. U prymitywnych psów zdarza się nieraz całkiem inny, mniej bezpośredni stosunek poddaostwa do człowieka. Jeśli wiele tych psów trzyma się razem, jeden z nich narzuca się jako przywódca, reszta zaś podlega i służy właściwie jemu, nie człowiekowi. Tylko ów przywódca jest psem swego pana, reszta - biorąc dokładnie - to psy owego przywódcy. Kto umie czytad między liniami, może z niedwuznacznie życiowo prawdziwych opisów Jacka Londona dowiedzied się, że wśród psich zaprzęgów na Alasce taki stosunek bywa regułą. Interesujące jest to, że wyżej stojące psy nie wydają się zadowolone z „psiego pana” i czynnie poszukują „człowieka jako swego przywódcy”. Jednym z najcudowniejszych i najbardziej zagadkowych zjawisk jest wybór pana przez dobrego psa. Nagle, nieraz w ciągu kilku dni, powstaje więź, o wiele mocniejsza od wszystkich, ale to wszystkich

więzi, jakie istnieją między nami, ludźmi. Nie ma wierności, która by nie została złamana, z wyjątkiem wierności naprawdę wiernego psa. Z wszystkich psów, jakie dotychczas poznałem, najwierniejsze są te, w których żyłach obok krwi szakala złocistego (canis aureus) płynie odpowiednia domieszka krwi wilczej. Północny wilk (canis lupus) został tylko pośrednio, na skutek skrzyżowania z szakalem złocistym, zwierzęciem domowym. W przeciwieostwie do rozpowszechnionego sądu, że wilk odegrał zasadniczą rolę w szeregu przodków wszystkich większych ras psów, porównawcze badanie ich zachowania się wykazuje, że wszystkie europejskie psie rasy, również największe, jak dogi i owczarki, pochodzą od szakala i mają w sobie najwyżej drobną cząstkę krwi wilczej. Najczystsze, wywodzące się od wilków psy, to pewne rasy psów indiaoskich na północy Ameryki, przede wszystkim tak zwane husky, także psy Eskimosów zawierają tylko drobne ślady krwi szakala. Nordyckie rasy psów Starego Świata, psy Lapooczyków, rosyjskie łajki, psy Samojedów oraz czau-czau mają nieco więcej krwi szakala niż północnoamerykaoskie. Bądź co bądź widad u nich wystające kości policzkowe, skośne oczy oraz lekko zadarty nos, jakie nadają wilczej twarzy specjalny wyraz. Z drugiej zaś strony właśnie pies czauczau w płomieniejącej rudości swej wspaniałej sierści nosi w sposób najbardziej widoczny pieczęd pochodzenia od aureusa.

Zagadkowa jest „przysięga wierności” - owo ostateczne związanie psa z jednym panem. Właśnie u młodych psów, które przybywają z niewoli, następuje ono całkiem nagle, w ciągu paru dni. „Wrażliwy okres” dla tego najważniejszego wydarzenia w całym psim życiu przypada u psów z grupy szakali między ósmym miesiącem a półtora rokiem, u psów z rodu wilków mniej więcej w szóstym miesiącu życia. Prawdziwa, wielka psia miłośd ma swoje źródło dwóch różnych przyczynach. Po części jest to przywiązanie, jakie każdy dziki pies okazuje przywódcy swej sfory, a które pies domowy przenosi bez zasadniczych zmian jego charakteru na człowieka. Do tego u psów bardziej „udomowionych” dochodzi jeszce pewna, inaczej ukształtowana forma przywiązania. Bardzo wiele cech, którymi zwierzęta domowe różnią się od swych dzikich form rodowych, powstaje w ten sposób, że pewne właściwości budowy ciała oraz zachowania się, które u psów dzikich są znamienne jedynie w szybko mijających stadiach młodości, u psów domowych utrzymują się stale: krótsza sierśd, zakręcony ogon, zwisające uszy, mocniej sklepiona czaszka, oraz krótszy pysk wielu psich ras są tego rodzaju cechami. W zachowaniu się jednak wyraża, się owo uwarunkowane oswojeniem odmłodzenie przede wszystkim tak, że przywiązanie, jakie u psa dzikiego tylko bardzo młode zwierzę okazuje matce, u psa domowego trwa ono całe życie i w niezmiennej wierności wiąże go ze swym panem. Tak więc nie zmienione samo w sobie, tylko przeniesione na człowieka przywiązanie do sfory, oraz uwarunkowane oswojeniem, trwające przywiązanie dziecka, są dwoma dośd niezależnymi od siebie źródła mi psiej wierności. Istotna różnica w charakterze psów z rasy wilków i szakali polega na tym, że wspomniane źródła dla obu tych ras płyną z różną mocą. Dla wilka sfora ma o wiele większe znaczenie niż dla szakala. Gdy ten ostatni żyje zasadniczo jako zwierzyna ostojowa i tylko okolicznościowo poluje w sforze, stado wilków ciągnie przez lasy Północy jako zaprzysiężona i - co wiemy z pewnością - bardzo ekskluzywna społecznośd, która trzyma z sobą niczym siarka i smoła, i której członkowie stają jeden za drugiego aż do śmierci. To zaś, że wilki jednej sfory pożerają się wzajemnie, jak nieraz opisywano, uważam za wymysł, a to dlatego, że psy zaprzęgowe nie robią tego

za żadną cenę, nawet wtedy, gdy bliskie są śmierci głodowej; zaś socjalne zahamowanie na pewno nie zostało u nich wyhodowane przez człowieka. Powściągliwa ekskluzywnośd oraz bojowa zwartośd za wszelką cenę są właściwościami wilka, jakie w sensie bardzo korzystnym wpływają na charakter wszystkich psich ras o dużej domieszce krwi wilczej i odróżniają je od psów z rasy szakali, które przeważnie z każdym człowiekiem są za pan brat i pójdą za każdym, kto trzyma drugi koniec liny. Jeśli natomiast pies wilk złożył przysięgę wierności człowiekowi, pozostaje do kooca psem tego człowieka, obcy nie może odeo uzyskad nawet machnięcia ogonem. Nikt, kto raz poznał wiernośd psa z rasy wilków, nie będzie szczęśliwy z psem z rasy ureusów. Ale tej pięknej właściwości przeciwstawiają się znaczne wady owych wiernych psich ras, ba, te wady płyną nawet bezpośrednio z wierności dla jednego pana. Jasne jest, że dorosły pies tej rasy nigdy nie będzie twoim psem. A co gorsza, jeśli musisz go opuścid, zwierzę zostaje zupełnie wytrącone z równowagi, nie słucha ani twej żony, ani dzieci, w swym bólu spada moralnie do poziomu bezpaoskiego kundla, zatraca swoją niewinnośd w stosunku do drobiu i - popełniając jeden występek za drugim - włóczy się w okolicy. Ponadto pies z przewagą rasy wilczej pomimo bezgranicznej wierności i przywiązania nie jest uniżony. Zdycha, gdy cię straci, ale za nic nie potrafisz go wyuczyd apelu; przynajmniej ja nie umiałem, może lepszemu treserowi psów to się udaje. Dlatego nigdy nie zobaczysz w mieście psa czau-czau bez liny, idącego swobodnie obok swego pana. Pies z rasy wilków osiada liczne właściwości wielkiego kociego drapieżcy; jest wprawdzie aż do śmierci twoim przyjacielem, ale nigdy twoim niewolnikiem. Chociaż nie może się obejśd w życiu bez twej osoby, wiedzie określone, własne, prywatne życie. Inaczej ma się sprawa z psem z grupy szakali. U niego, jako następstwo prastarej domestykacji, przetrwała owa młodzieocza zależnośd, która czyni zeo poręcznego i posłusznego towarzysza drogi. Zamiast dumnej, męskiej wierności psa wilka, która niewiele ma wspólnego z posłuszeostwem, pies aureus okazuje ci uległośd, jaka dniem i nocą, każdej godziny i minuty oczekuje twojego rozkazu, twojego najlżejszego życzenia. Pies aureus posiada przeważnie „naturalny apel,” to znaczy przybiega na wołanie nie tylko wówczas, kiedy mu to sprawia przyjemnośd, kiedy wołasz go pieszczotliwie i dla zabawy, ale dlatego, że wie, iż przybiec musi. Przybiega tym pewniej, im ostrzej go wołasz, gdy tymczasem pies wilk w takim wypadku w ogóle nie przychodzi, lecz na odległośd próbuje cię ułagodzid przyjaznymi gestami. Tym dobrym i miłym cechom psów aureusów przeciwstawiają się niestety inne, które wprawdzie wynikają również z trwającego „odmłodzenia” tych zwierząt, ale dla pana tych psów są mniej przyjemne. Ponieważ bowiem młode psy poniżej pewnego wieku są dla osobników własnego gatunku „tabu”, to znaczy nie wolno ich ugryźd, takie niemowlęta bywają często w podobny sposób łatwowierne i natrętne wobec każdego, naprzykrzając się zwierzętom i ludziom propozycjami zabawy, jak to czynią niektóre rozpieszczone ludzkie dzieci mówiąc do każdego „wuju”. Jeśli akurat u psa domowego utrzyma się owa dziecięca właściwośd jako cecha stała, wyniknie bardzo niemiły psi charakter lub, aby wyrazid to dosadniej, zupełny brak charakteru. Najgorsze jednak w tym zjawisku jest to, że takie psy, które w każdym widzą „wujka”, również każdemu, kto wobec nich chod trochę energicznie wystąpi, okażą w najzuchwalszym sensie tego słowa, „psią” uległośd. Chętka do zabawy, natrętne naprzykrzanie się przeobrazi się wówczas natychmiast w dziecięco uległą pokorę. Znasz z pewnością ów rodzaj psów, u których między uciążliwym i nachalnym obskakiwaniem cię, a pokornie uległym padnięciem na grzbiet nie ma żadnego przejścia. Wrzaśniesz - nie licząc się z irytacją pani domu - na takie bydlę, które skacze po tobie zostawiając pełno kłaków na twym ubiorze,

a pies pada przerażony na grzbiet i błaga o łaskę. Odezwiesz się doo życzliwie, by przeprosid panią, i hops... bestia już skacze w górę, liże ci twarz i w dalszym ciągu oblepia ci spodnie sierścią. Taki pies, który jest psem każdego, oczywiście łatwo zapodziewa się, ponieważ spoufala się z każdym obcym, który doo przyjaźnie przemówi. Ale pal diabli takiego psa, który może mi zostad ukradziony! Już wielu urzekająco pięknym i szlachetnego kształtu rasom długouchych psów myśliwskich mam za złe, że przeważnie gotowe są iśd z każdym, kto ma strzelbę, W koocu ich przydatnośd jako psów użytkowych opiera się wszak na tej ogólnej uległości wobec każdego. Przede wszystkim bez tej uległości nie można by nigdy kupid wytresowanego psa lub oddad do tresury swojego psa zawodowemu treserowi. Jasne jest chyba, że psa może wytresowad tylko taki człowiek, wobec którego pies jest posłuszny i bezwzględnie wierny. Jeśli więc oddaje się psa do obcego tresera, to zasadniczo posądza się go o złamanie wierności; osobisty stosunek pana i psa musi zostad wskutek tego ciężko poszkodowany, nawet gdy pies po powrocie z nauki odnajdzie dawny kontakt ze swym panem. Gdyby uczynid coś takiego z psem pochodzącym od wilka, to albo w ogóle niczego by się nie nauczył i przywiódłby do rozpaczy tresera swą nieśmiałością i zawziętym uporem, jeśli nie agresywną złośliwością (jeśli już przedtem zaprzysiągł wiernośd swemu panu), albo też, jeśli oddało się psa do tresury bardzo wcześnie, nim jego wiernośd znalazła niezłomny przedmiot, to bez wątpienia psia wiernośd również po ukooczeniu tresury będzie należała do nauczyciela. Jest zatem nie do pomyślenia kupno psa z rodu wilków jako wytresowanego zwierzęcia. W psie rozłączonym ze swym panem w ogóle nie zauważa się tresury. Pies z wilczego rodu jest albo całkowicie i na zawsze oddany jednemu panu, albo, jeśli takiego prawdziwego pana nie znajdzie lub go straci, nie należy do nikogo. W tym wypadku staje się „kotem”, to znaczy żyje obok człowieka bez głębszego duchowego związania. W takim stanie znajduje się większośd północnoamerykaoskich psów zaprzęgowych, których głębokie wartości psychiczne nie zostałyby nigdy zbadane, gdyby taki Jack London ich nie poznał i nie ujawnił. To samo dotyczy naszych środkowoeuropejskich psów z rasy czau-czau, które właśnie z tego powodu lekceważy wielu znawców psów. Również psy czau-czau stają się nieraz kotami w wyżej podanym sensie, ponieważ przeważnie ich pierwsza wielka miłośd była nieszczęśliwa, a nie są zdolne do drugiej. Psy czau-czau składają nieodwołalną przysięgę wierności o wiele wcześniej niż psy z grupy aureusów. Miłośd każdego wiernego i pełnego charakteru psa z rodu aureusów, na przykład niemieckiego owczarka lub airdale teriera, liczącego około jednego roku, może jeszcze zawsze pozyskad zupełnie nowy pan. Jeśli jednak chce się mied pewnośd pełnej psiej wierności psa z rodu wilków, należy go wychowad od wczesnej młodości. Według moich długoletnich doświadczeo z psami czau-czau należy wziąd takiego psa w opiekę w wieku czterech, najwyżej pięciu miesięcy. Nie jest to tak wielką ofiarą, jak można by sądzid, ponieważ skłonnośd do zachowania czystości w pokoju dojrzewa o wiele wcześniej u psów z rodu wilków niż u szakalowatych. W ogóle ich niemal koci pociąg do czystości należy do najprzyjemniejszych rysów tej rasy. Nie, moja miłośd nie należy wyłącznie do psów z rodu wilków; jak można by wnosid z tej krótkiej psiej charakterystyki. Żaden pies z wilczą krwią nie potrafi na razie okazad swemu panu takiego absolutnego posłuszeostwa, jak przede wszystkim nasz niezrównany niemiecki owczarek. Z drugiej strony szlachetne właściwości drapieżnika u psa z rodu wilków, jego dumna powściągliwośd wobec obcych, niewysłowiona głębia jego miłości do swego pana, a jednocześnie umiar w zewnętrznym wyrażaniu tej wielkiej miłości - słowem jego duchowa wytwornośd są nie mniej wspaniałe; tym cechom psy aureusy nie mogą przeciwstawid nic podobnego. Obojga zatem razem mied nie można.

Czy naprawdę nie można? Oczywiście, nie jest rzeczą prostą, aby pies wilk jednym susem nadrobił tysiące lat domestykacji, którym pies aureus zawdzięcza swoją utrwaloną dziecięcośd i tym samym swoje przywiązanie i uległośd. Ale może też byd inaczej. Przed wielu laty ja i moja żona mieliśmy każde innego psa. Ja - wspomnianą już suczkę owczarka, wabiącą się Tito, moja żona - małą suczkę czau-czau, imieniem Pygi. Oba psy były czystymi okazami swych ras, klasycznymi przedstawicielami wszystkich charakterystycznych właściwości canis aureus i canis lupus, i z tej przyczyny sprowokowały mały konflikt małżeoski. Żona bowiem drwiła ze mnie, gdyż Tito witała radośnie niektórych z naszych przyjaciół, lubiła wytarzad się w każdej kałuży, po czym bez taktu, oblepiona mułem, wchodziła do pokoju, poza tym miała na sumieniu niejedno przewinienie, jeśli idzie o czystośd w pokoju, o ile zapominano ją na czas wypuścid, oraz tysiące innych drobnych sprawek, jakich pies wilk nigdy i za żadną cenę nie popełnia. Ponadto - mówiła żona - ten pies nie ma własnego życia, jest tylko bezdusznym cieniem swego pana i po prostu drażni człowieka, że pies całymi godzinami leży przedbiurkiem i z tęsknym wzrokiem wyczekuje na najbliższy spacer... bezduszny cieo! Tito, owa dusza psa! ... Odparłem rozgoryczony, że gwiżdżę na psa, z którym nie można iśd na spacer, pies jest po to, by wiernie szedł za swym panem, jej Pygi przecież mimo zachwalanej wierności biegnie natychmiast na polowanie - czy kiedykolwiek zdarzyło się mojej żonie wrócid ze spaceru razem z Pygi? Lepiej sprawid sobie od razu syjamskiego kota, ten jest jeszcze bardziej powściągliwy i czysty, poza tym jest naprawdę tym, czym jest, mianowicie kotem, a Pygi naprawdę nie jest psem. „Twoja Tito też nie - odpowiedziała żona - w najlepszym razie jest sentymentalną postacią z Marlitta...” Ten spór, w którym obok żartobliwych tonów dźwięczały też tony poważne, znalazł najbardziej naturalne rozwiązanie, jakie się zdarzyd mogło: syn Tito, wabiący się Bubi, zaślubił damę Pygi. Stało się to wbrew woli mojej żony, która ze zrozumiałych względów chciała hodowad psy czystej rasy czauczau. Poznaliśmy jednak wtedy jako niespodziewaną przeszkodę nową właściwośd psa z rasy wilczej monogamiczną wiernośd suki do określonego samca. Moja żona ze swą Pygi jeździła do różnych psów rasy czau-czau, które wtedy rezydowały w Wiedniu, w nadziei, że któryś z nich znajdzie łaskę w oczach Pygi. Daremnie, suka gryzła wściekle wszystkich zalotników, chciała tylko swojego Bubi i dostała go w koocu, to znaczy on dostał ją, łamiąc i rozkładając na czynniki pierwsze grube drewniane drzwi, za którymi siedziała. I tak rozpoczęła się nasza hodowla skrzyżowanej rasy czau-czau z rasą owczarków. Cała zasługa należy się przy tym wiernej miłości Pygi do olbrzymiego i poczciwego Bubi. Proszę mi poczytad jako plus pod względem moralnym, że przedstawiłem prawdziwy stan rzeczy. Byłoby bowiem kuszące napisad mniej więcej tak: „Po dokładnej analizie zalet oraz niektórych cech ujemnych, jakie związane są z charakterem psów rasy wilczej i psów rasy szakalowatej, bliska była myśl połączenia przez skrzyżowanie korzystnych cech obu ras. Udało się to nadspodziewanie. Gdy i więc podczas krzyżowania ras bardzo często ujawniają się właśnie złe właściwości obojga rodziców, ą tutaj stało się przeciwnie...” Co się tyczy powodzenia, ów wywód byłby słuszny i prawdziwy, ale doszło to do skutku bez celowego planowania. W tej chwili nasza hodowla zawiera bardzo mało osobników z krwią owczarka, ponieważ żona podczas mojej nieobecności dwukrotnie skrzyżowała psy czystej rasy czau, zresztą pod naporem konieczności, inaczej bowiem musiałaby zdad się na chów osobny. Ale i teraz pod względem psychicznym dziedzictwo Tito jest wyraźnie dostrzegalne, psy są nieporównanie bardziej przywiązane

i łatwiejsze do wychowania od czystokrwistych czau, chociaż fizycznie jedynie ostry wzrok zdradza zastrzyk krwi owczarka. Mam zamiar teraz, gdy szczęśliwie przetrwały wojnę, rozbudowad dalej ową kolonię mieszaoców i kontynuowad świadomy cel tej hodowli - idealnego pod względem charakteru psa. Czy jest uzasadnione, aby do wielu psich ras, jakie już istnieją, chcied stwarzad dalsze? Sądzę, że tak. Wartośd, jaką dziś posiada pies dla człowieka, jest wartością czysto duchową, jeśli abstrahowad od paru nielicznych zawodów, jak myśliwi i policjanci. To co twój pies może ci dad, podobne jest do tego, co mi daje dziki zwierz, towarzyszący mi w lesie: przywrócenie bezpośredniej więzi z wiedzącą rzeczywistością natury, jaką utracił człowiek cywilizowany. Do tego, potrzebny jest jednak pies, który nie jest wybrykiem mody, lecz żyjącym zwierzęciem, nie jest sztucznym produktem ani tryumfem umiejętności hodowania form, lecz naturalnym stworzeniem, z nie wypaczoną duszą. Tę zaś posiadają niestety nieliczne psie rasy, a już bynajmniej nie te, które kiedyś stały się modne i z tego powodu hodowano je ze szczególnym uwzględnieniem zewnętrznego idealnego kształtu. Każda psia rasa, podlegająca owemu procesowi, poniosła uszczerbek na duszy. Co do mnie, moim zamiarem jest przeciwieostwo tamtego; pragnę hodowad psy z wyraźnym celem idealnego połączenia duchowych właściwości psa z rodu wilków i rodu szakali - psa, który mógłby dad to, czego odeo oczekuje i co jest potrzebne biednemu, cywilizowanemu, żyjącemu na asfalcie człowiekowi. Chcemy przyznad i nie okłamywad się, jakobyśmy potrzebowali bezwarunkowo psa w charakterze stróża i wartownika. Potrzebny nam jest, ale nie po to! Ja w każdym razie potrzebowałem psa, który w obcych, posępnych miastach kroczył za mną krok w krok, i w fakcie jego istnienia znajdowałem oparcie, podobnie jak znajduje się oparcie we wspomnieniach dzieciostwa, w pamięci o gęstych lasach ojczystych, jak szuka się oparcia w czymś, co w mijającym niby film przepływie życia mówi, że wciąż jeszcze jest się sobą. Mało jest rzeczy na świecie, które dają mi ową porękę tak wyraźnie i uspokajająco, jak wiernośd psa.

ŚMIEJEMY SIE ZE ZWIERZĄT
Właściwie rzadko tylko śmieję się ze zwierząt, a jeśli się śmieję, to przy bliższym przyjrzeniu się wychodzi na jaw, że śmiałem się z siebie samego, z człowieka, którego w mniej lub bardziej karykaturalnej formie ukazało zwierzę. Śmiejemy się przed klatką z małpami, a nie przy oglądaniu gąsienicy lub ślimaka, a jeśli tokowanie chełpiącego się siłą gąsiora gęgawego sprawia tak niewiarygodnie komiczne wrażenie, to dlatego, że młodzieocy z rodu ludzi zachowują się podobnie. Człowiek rozumny nie śmieje się na ogół z dziwaczności zwierząt! Złości mnie nieraz, gdy w ogrodzie zoologicznym lub przy akwarium widzę ludzi śmiejących się ze zwierzęcia, które w kraocowym dostosowaniu się do szczególnej formy życia rozwinęło kształt cielesny odbiegający od zwyczajnego. „Widz” bowiem śmieje się wtedy z tego, co dla mnie święte - z zagadki przemiany gatunków, z tworzenia i twórcy. Groteskowa postad kameleona, kolcobrzucha lub mrówkojada budzi we mnie przejęte czcią zdziwienie, nie wesołośd. Oczywiście, i ja także śmiałem się czasem z nieoczekiwanych dziwactw, chod ten śmiech nie był wcale mniej głupi niż śmiech publiczności, który mnie irytował. Kiedy przysłano mi z Holandii skoczka muflowego (Periophtalmus), i po raz pierwszy ujrzałem, jak jedno z tych zwierząt wyskoczyło nie ze zbiornika, tylko n a jego brzeg, tam usiadło jak „podparte”, zwróciło ku mnie głowę o twarzy mopsa i bystrookim spojrzeniem wypukłych oczu zaczęło mnie fiksowad, roześmiałem się głośno. Czy można sobie wyobrazid wrażenie, kiedy ryba, niedwuznacznie prawdziwa ryba oścista, po pierwsze siedzi „na żerdzi” niczym kanarek, po wtóre zwraca ku tobie głowę niczym wyżej zorganizowane zwierzę lądowe i przy tym obu oczyma wpatruje się w ciebie, co już u sowy sprawia wrażenie komiczne, ponieważ nawet ptaki nie zwykłe są używad oczu w sposób tak bardzo ludzki. Ale i tutaj komizm polega nie tylko na nieoczekiwanej dziwaczności, lecz po części na zdumiewającym podobieostwie do zachowania się człowieka. Ale w większości wypadków, kiedy śmiałem się ze zwierząt, śmiałem się właściwie z człowieka, z siebie, z widza. Badacz zachowania się zwierząt w obcowaniu z nimi jest nieraz figurą niesłychanie komiczną, to jest nieuniknione. Również nieuniknione jest, że bliższe i dalsze otoczenie uważa go niekiedy za wariata. To, że nie oddano mnie nigdy do kliniki psychiatrycznej, zawdzięczam wyłącznie okoliczności, że w Altenbergu cieszę się opinią zaufania godnej niewinności, którą to opinię dzielę z innymi wiejskimi półgłupkami Dla usprawiedliwienia mieszkaoców Altenbergu przytoczę parę krótkich historyjek. Eksperymentowałem kiedyś z kilkoma młodymi kaczkami krzyżówkami, aby dociec, czemu świeżo wyklute, sztucznie wysiedziane małe krzyżówki są lękliwe i niedostępne, w przeciwieostwie do takich samych gąsek gęgawych. Małe gąsiątka gęgawe uważają człowieka, którego spotkają w swym życiu jako pierwszą istotę, za swoją mamę i wiernie za nią idą, kaczątka natomiast nie chciały mnie znad. Wyjęte z inkubatora zaraz po wylęgu, bez żadnego poprzedniego doświadczenia, czuły strach przede mną, odbiegły i wcisnęły się w najbliższy kącik. Na czym polegała różnica? Przypomniałem sobie, że pewnego razu podłożyłem kaczce piżmowej jaja kaczki krzyżówki i że małe kaczęta również tej niaoki nie chciały uznad za namiastkę matki. Zaledwie obeschły, uciekły po prostu od niej i bardzo się natrudziłem, łapiąc i ratując bezradnie się błąkające i płaczące dzieci. Z drugiej zaś strony podłożyłem grubej, białej kaczce domowej jaja kaczki krzyżówki i za tą opiekunką małe kaczątka biegły tak posłusznie, jak za własną matką. Musiało to polegad na wabiącym zawołaniu kaczki wodzącej, bo wyglądem kaczka domowa różni się bardziej od krzyżówki niż kaczka piżmowa. Cechą wspólną jednak

z kaczką krzyżówką, ponieważ dzika kaczka jest formą rodową naszej domowej, były jej wypowiedzi głosowe, które w toku domestykacji prawie nie uległy zmianie. Z tego wniosek: muszę kwakad jak kaczka krzyżówka, aby młode szły za mną. Pomyślałem i wykonałem! I gdy akurat w sobotę Zielonych Świątek miały się wyklud czystej rasy młode dzikie kaczęta, włożyłem jaja do inkubatora, a potem, gdy pisklęta podeschły, wziąłem je w opiekę i zacząłem wydawad dźwięki wodzące w najlepszym języku dzikich kaczek. Kwakałem całe godziny, prawie do południa. I to kwakanie odniosło skutek. Maleostwa patrzyły z zaufaniem ku mnie podnosząc łepki, nie bały się mnie tym razem, a kiedy wciąż kwacząc, zacząłem się powoli posuwad, i one także, zbite w zwartą gromadkę, jak biegną zwykle za mamą, ruszyły posłusznie za mną. Moja teoria została przekonywająco udowodniona: świeżo wylęgłe kaczęta posiadają wrodzoną reakcję na ton wabiący, nie posiadają natomiast reakcji na optyczny obraz matki. Wszystko, co wyda odpowiedni ton kwakania, potraktują jako mamę - czy to będzie gruba, biała kaczka pekioska, czy też jeszcze tęższy człowiek. Tylko namiastka nie może byd za duża. Na początku tych prób usiadłem na trawie obok kaczątek i - aby wyzwolid ich reakcję pójścia za mną - posuwałem się siedząc. Ale zaledwie się podniosłem i próbowałem iśd przed nimi w pozycji wyprostowanej, rozglądały się szukając na wszystkie strony, tylko nie ku mnie, w górę, i zaraz rozległo się „kwilenie osieroconego”, które zwykliśmy nazywad „płaczem”. Nie potrafiły się przestawid na to, że ich mama jest taka wysoka. Byłem zatem zmuszony, jeśli miały iśd za mną, poruszad się nadal w pozycji kucającej. Nie było to zbyt wygodne, a jeszcze mniej wygodne było to, że prawdziwa kacza matka kwacze bez przerwy. Jeśli chod na pół minuty przerywałem moje melodyjne „kwakwakwa”, małym kaczątkom szyjki wydłużały się coraz bardziej, co odpowiada dokładnie wydłużaniu się twarzyczki dziecka, i jeśli natychmiast nie zacząłem kwakad, wybuchał głośny płacz. Gdy milczałem, sądziły może, że umarłem albo że ich już nie kocham - dostateczny powód do płaczu. Kaczątka krzyżówki były więc w przeciwieostwie do dzieci gęsi gęgawej bardzo wymagającymi i męczącymi wychowankami, bo proszę sobie wyobrazid dwugodzinny spacer z takimi dziedmi, stale w pozycji kucającej i bezustannie kwacząc. W interesie nauki poddałem się jednak temu trudowi. Tak więc w ową niedzielę Zielonych Świąt wędrowałem z moimi, jeden dzieo życia liczącymi kaczętami, nisko przykucnąwszy i kwacząc, po majowo zielonej łące w górnej części naszego ogrodu, ciesząc się posłuszeostwem i dokładnością, z jaką moja kacza gromadka podążała za mną. Ale gdy w pewnej chwili podniosłem oczy, ujrzałem krawędź płotu obrzeżoną rzędem bladych twarzy. Grupa wycieczkowiczów stała przy płocie i przerażona wpatrywała się we mnie. Ale to było wybaczalne. Bo co ci ludzie widzieli? Tęgiego pana z białą brodą, nisko kucającego, posuwającego się w ósemkowatych zawijasach po łące, który co chwila oglądał się poza siebie, a na dobitkę bez przerwy kwakał - ale ci przerażeni goście za płotem nie mogli niestety widzied maleokich kacząt, owych wszystko wyjaśniających, zbawczych kacząt, bo trawa była za wysoka. Opowiadałem już, że kawki bardzo długo pamiętają, jakie zwierzę wywołuje ich reakcję grzechotania, to znaczy, jakie chwyciło jedną z nich. Tutaj leżała znaczna przeszkoda w obrączkowaniu wylęgłych w mojej kolonii młodych kawek. Kiedy wyjmowałem je z gniazd, by naznaczyd obrączkami z Rositten, nie mogłem uniknąd tego, że dostrzegały mnie stare kawki i rozpoczynały dziki koncert. Jak zabrad się do tego, aby ptaki na skutek obrączkowania nie na zawsze się mnie obawiały, co moją pracę ogromnie by utrudniło? Rozwiązanie było proste: przy obrączkowaniu posłużyd się przebraniem. Ale jakim? Znowu rzecz prosta: przebranie leżało wszak w skrzyni na strychu, bardzo użyteczne dla moich celów, chod normalnie wyjmowane tylko, raz do roku na św. Mikołaja, 6 grudnia - wspaniały futrzany

strój diabła, z maską zakrywającą całą głowę, z rogami i jęzorem oraz potężnym, zakooczonym chwostem, odstającym diabelskim ogonem. Co byś pomyślał, gdybyś pewnego pięknego dnia w czerwcu dosłyszał z wysokiego szczytu domu dobiegające cię dzikie grzechotanie i spojrzawszy w górę, ujrzał nordycką zjawę z rogami, ogonem i szponami, z wysuniętym z powodu gorąca jęzorem, a ten upiór piął by się od dymnika do dymnika, osaczony wściekle grzechoczącymi ptakami? Zdaje mi się, że w tym wypadku wrażenie ogólne sprawiałoby, że przeoczyłbyś, iż ów diabeł płaskimi obcążkami umacnia obrączki na nóżkach młodych kawek, po czym wkłada starannie ptaki do ich gniazd. Dopiero, gdy ukooczyłem obrączkowanie, spostrzegłem, że na wiejskiej ulicy zebrał się spory tłumek ludzi, którzy co najmniej tak samo przerażeni, patrzyli na dach, jak owi goście w Zielone Święta przez płot. Gdybym dał się im poznad, cały cel mojego przebrania byłby stracony. Tak więc zamachałem tylko przyjaźnie ogonem i znikłem we włazie strychu. Po raz trzeci o mało co nie dostałem się do kliniki psychiatrycznej z winy mojego kakadu żółtoczubego Koka. Na krótko przed Wielkanocą nabyłem za sporą sumkę tego pięknego i oswojonego ptaka. Dopiero po kilku tygodniach biedne stworzenie przezwyciężyło duchowe urazy spowodowane niewolą. Z początku nie mogło pojąd, że nie jest uwiązane i że może się swobodnie poruszad. Był to zaiste budzący litośd widok, kiedy dumny ptak, siedząc na gałęzi drzewa, wciąż na nowo podrywał się do lotu, ale nie odważał się wzlecied, ponieważ nie mógł uwierzyd, że nie jest uwiązany. Kiedy w koocu przezwyciężył to zahamowanie, stał się bardzo żywym i wesołym stworzeniem i rozwinęło się w nim wzruszająco podobne do psiego przywiązanie do mojej osoby. Zaledwie wypuszczono go z pomieszczenia, w którym wówczas zamykano go jeszcze na noc, leciał, by mnie szukad, okazując przy tym zdumiewającą inteligencję. Już wkrótce pojął, w jakich miejscach prawdopodobnie przebywam; najpierw leciał pod okno mojej sypialni, a gdy mnie tam nie znalazł, podążał do stawu z kaczkami, słowem „oblatywał” moją całą „wizytę poranną” w różnych klatkach i akwariach naszej stacji. To uporczywe poszukiwanie nie było bezpieczne i niejednokrotnie przy tej okazji się zabłąkał. Dlatego moim współpracownikom nakazałem surowo, aby podczas mojej nieobecności nie wypuszczali ptaka. W pewną promienną sobotę czerwcową, wracając z Wiednia, wysiadłem na stacji w Altenbergu wraz z gromadą weekendowych gości, którzy zwykli byli odwiedzad moją wieś ojczystą w pogodne dni świąteczne. Uszedłem zaledwie kilka kroków, gromada wycieczkowiczów jeszcze się nie rozbiegła, gdy nagle dojrzałem wysoko w powietrzu ptaka, którego nie od razu mogłem rozpoznad. Latał za pomocą powolnych, równomiernych uderzeo skrzydeł, przerywanych od czasu do czasu dłuższym lotem ślizgowym. Myszołów?... Ptak wydał mi się cięższy i bardziej spłaszczony. Bocian?... Na to był za mały, a także pomimo wysokości widziałbym nogi i szyję. Nagle ptak uczynił szybki zwrot i promienie nisko stojącego słooca przez mgnienie oka oświetliły dolną stronę dużych skrzydeł, które na błękicie nieba rozbłysły niczym gwiazdka. Ptak był biały - na Boga, to była moja kakadu tam w górze, która zapewne w zamiarze odbycia wielkiej trasy szybowała równomiernym lotem. Co robid? Zwabid ptaka! Czy słyszałeś już kiedyś silny głos wabiący kakadu żółtoczubego? Nie? Ale z pewnością słyszałeś staroświecki ubój świni. Proszę sobie więc wyobrazid kwik świni o najsilniejszym natężeniu, utrwalony na taśmie i czterokrotnie wzmocniony. Człowiek potrafi całkiem dobrze, chod słabo, naśladowad ów wrzask, jeśli możliwie głośno zaryczy „oach, oach”. Wypróbowałem już, że kakadu rozumie to naśladownictwo i zaraz przybywa. Ale z takiej wysokości? Postanowienie, by

sfrunąd na dół, przychodzi wszystkim ptakom trudniej niż lot w górę... Czy mam więc krzyczed, czy nie? Jeśli zacznę krzyczed i ptak przyleci, wszystko będzie w porządku. Ale jeśli ptaszysko tam w górze spokojnie będzie dalej fruwad? Jak wyjaśnid ludziom mój „śpiew”? W koocu jednak ryknąłem. Ludzie wokół mnie przystanęli jak rażeni gromem. Kakadu na moment zatrzymała się bez ruchu, potem złożyła białe skrzydła, nurkowym lotem spłynęła na dół i wylądowała na moim nadstawionym ramieniu. Raz jeszcze się udało. Pewnego razu igraszki tej kakadu napędziły mi potężnego stracha. Mój ojciec, w tym czasie już człowiek bardzo wiekowy, miał zwyczaj odbywad na leżaku sjestę po południowo-zachodniej stronie naszego domu, u stóp tarasu. Z lekarskiego punktu widzenia uważałem za niewskazane leżakowanie w południowym słoocu, ale ojciec nie chciał odstąpid od swego zwyczaju. Pewnego dnia dobiegły mnie w czasie sjesty ojca okropne przekleostwa, a gdy obiegłem węgieł domu, zobaczyłem starszego pana idącego w stronę podjazdu chwiejnym krokiem i skulonego; rękami podtrzymywał brzuch. - Na miłośd boską, czyś zasłabł? - zawołałem. - Nie - odrzekł rozgoryczony - nie zasłabłem, ale to przeklęte bydlę odgryzło mi wszystkie guziki, kiedy spałem. I tak było. Wizja lokalna na miejscu czynu, wyrażona w guzikach, ukazała całą postad pana radcy: tutaj rękawy, tu kamizelka, tam bez wątpienia rozporek spodni... Obraz ogólny przypominał nieco zakooczenie historii o Maksie i Morycu: „Tutaj leżą połamani, w kawałkach i posiekani”. Jedna z najładniejszych zabaw kakadu, przypominająca swą twórczą wynalazczością i rzeczowością małpy i ludzkie dzieci, zrodziła się z gorącej miłości Koka do mojej matki, która - póki mogła przebywad w ciepłym ogrodzie - bez przerwy robiła na drutach. Kakadu zdawała się posiadad całkowity wgląd w mechanikę kłębka oraz przydatnośd wełny. Zawsze brała koniec wełnianej nitki do dzioba, po czym szybowała w powietrzny przestwór, rozwijając za sobą kłębek. Niczym latawiec z długim ogonem ptak wzbija się wysoko, po czym krążył dokoła wielkiej lipy, która wówczas rosła przed domem. Pewnego razu, gdy nikt mu w tym nie przeszkodził, osnuł drzewo aż po czub barwną włóczką, której nie można było zdjąd z sękatej, rozłożystej korony. Goście stawali zdumieni przed ową lipą nie rozumiejąc, w jakim celu ozdobiono ją w ten sposób ani jak tego dokonano. Kakadu we wdzięczny sposób asystowała mojej matce, tokowała przed nią groteskowo taocząc i latał za nią krok w krok. A jeśli matki nie było, ptak szukał jej wszędzie, podobnie jak szukał mnie w czasie swej młodości. Otóż moja matka miała cztery siostry i pewnego dnia owe ciotki zebrały się z paroma jeszcze starszymi przyjaciółkami w porze podwieczorku na werandzie naszego domu. Siedziały dokoła wielkiego okrągłego stołu, przed każdą stał talerzyk z hodowanymi przez nas wybornymi truskawkami ananasowymi, a pośrodku stała płaska, duża porcelanowa czarka z cukrem mączką. Kakadu, która przypadkiem, czy też rozmyślnie tamtędy przelatywała, wypatrzyła z pola prezydującą przy stole moją matkę. W następnej chwili runęła stromym lotem nurkowym przez szerokie, chod zawsze jeszcze węższe niż rozpiętośd jej skrzydeł drzwi, w zamiarze wylądowania na stole przed moją matką, tam gdzie zazwyczaj siedziała i dotrzymywała jej towarzystwa, gdy ta robiła na drutach. Teraz jednak ptak znalazł lądowisko zarzucone licznymi, przeszkadzającymi w locie sprzętami, na dobitkę w kręgu obcych twarzy. Rozważył przeto w duchu, co robid, na mgnienie oka zawisł w powietrzu nad stołem, po czym niby śmigłowiec zawrócił, „dodał gazu” i już znowu był w drzwiach i zniknął bez śladu.

Podobnie zniknął cukier z płaskiej czarki, wywiany bez reszty przez podmuch od śmigła. A dokoła stołu siedziało siedem upudrowanych, białych jak śnieg ciotek - siedem rokokowych dam, które jednak były białe także na twarzach i kurczowo przymykały oczy. Pięęęknie!

Spis treści
PRZEDMOWA .......................................................................................................................................... 3 KŁOPOTY ZE ZWIERZĘTAMI ..................................................................................................................... 5 COŚ, CO NIE PRZYNOSI SZKODY: AKWARIUM ......................................................................................... 9 DWA DRAPIEŻCE W AKWARIUM ........................................................................................................... 12 RYBIA KREW........................................................................................................................................... 14 PONADCZASOWI KOMPANI................................................................................................................... 22 PIERŚCIEO SALOMONA .......................................................................................................................... 41 GĄSIĄTKO MARTINA.............................................................................................................................. 49 NIE HODUJ ZIĘBY! .................................................................................................................................. 56 WSPÓŁCZUCIE DLA ZWIERZĄT............................................................................................................... 64 MORALNOŚD I BROO ............................................................................................................................. 67 WIERNOŚD NIE JEST CZCZYM ZŁUDZENIEM .......................................................................................... 75 ŚMIEJEMY SIE ZE ZWIERZĄT .................................................................................................................. 81

Przełożyła Wanda Kragen WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKOW Tytuł oryginału: Er redete mit dem Vieh, den Vögeln und den Fischen Deutscher Taschenbuch Verlag GmbH & Co. KG München 1969 Lizenzausgabe des Verlages Dr. O. Borotha-Schoeler, Wien Za pomoc w opracowaniu nomenklatury fachowej dziękuję serdecznie pp. drowi Janowi Rafioskiemu i Jackowi Szymurze z Instytutu Zoologii w Krakowie. Tłumaczka Projekt tłoczenia Janusz Bruchnalski • Redaktor Apolonia Bejska • Redaktor techniczny Bożena Korbut Printed in Poland. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975. Wyd. I. Nakład 20 000 + 283 egz. Ark. wyd. 7,7. Ark. druk. 10,5. Papier druk. sat. imp. kl. V 92X114 cm. 65 g. Oddano do składania 20 I 1975. Podpisano do druku 1 VIII 1975. Druk ukooczono we wrześniu 1975. Zam. nr 656/75. Z-16-64. Cena zł 25.- Drukarnia Wydawnicza, Kraków, Wadowicka 8