You are on page 1of 48

Wspomnienia warszawskie

Antoni Słonimski

U

rodziłem się na nie istniejącej już dziś ulicy Niecałej, która łączyła kiedyś Ogród Saski z ulicą Wierzbową. W roku 1945, gdy przyjechałem po wojnie do Warszawy, stała jeszcze fasada domu, poznałem okna frontowe i żelazny balkonik na drugim piętrze. Tyle zostało z domu pod numerem szóstym. Za arkadą na wpół zrujnowanej, osmalonej pożarem bramy roztacza się typowy pejzaż warszawski owych czasów: gruzy i zwaliska porosłe zielskiem. Z tej bezkształtnej masy rumowisk wyobraźnia zasilana pamięcią z trudem wydobywała dawne ramy architektoniczne, w których rozgrywały się małe dramaty i beztroskie sceny mego dzieciostwa. Notując wspomnienia związane z miastem tak bezprzykładnie zniszczonym jak Warszawa, trudno jest odświeżad pamięd widokiem dawnych ulic, placów i domów, bo na ich miejscu albo wre zaciekła robota murarska, albo tez stoją już nowe ulice, domy czy osiedla. Dorzucając własne wspomnienia do licznych historii warszawskich pragnąłbym dad możliwie wierny obraz czasów mego dzieciostwa, i jak ten co schodzi do piwniczki po dośd już omszałą butelkę wina i wynosi ją na światło dnia, chciałbym, aby ta wyprawa w przeszłośd nie była daremna, aby czytelnik patrząc na nowe budowle socjalizmu i nie zagubił sentymentu do starej Warszawy. Jest to moja mała, prywatna odbudowa Starego Miasta Nie brak tu będzie może złudnych czasem polichromii i upiększeo, bo takie jest prawo wspomnieo, w których odnaleziony na nowo czas młodości rozjaśnia i rozprasza cienie i mroki. Stare Miasto było już kiedyś, w czasie dwudziestolecia, restaurowane i pokryte malowidłami pełnymi złoceo, ale nie trzeba zapominad, że te bogato dekorowane fasady kamieniczek kryły wnętrza pełne brudu i zaduchu, gdzie w dwupokojowym zapluskwionym mieszkaniu, bez łazienki, a nieraz i bez kanalizacji, gnieździło się po kilkanaście osób. Pod cechowymi godłami, barwnie na nowo odmalowanymi, kryły się w tych kamieniczkach rodziny rzemieślników, nędznie opłacanych robotników z dziedmi bez rumieoca, bez nadziei awansu społecznego, bez prawa do nauki. I dziś Stare Miasto podźwignięte z gruzów zdobią malowidła ścienne. I dziś bogactwo fasad nie zawsze odpowiada zamożności wnętrz, ale nie ma tu już dawnego, kłamliwego kontrastu, owej obłudy i pogody na pokaz, bo domy mieszkalne Starego Miasta budowano z troską o nowych mieszkaoców tej dzielnicy i ten, który to mieszkanie dostał, ma nie tylko łazienkę, ale ma pewnośd pracy i możnośd wychowania i wykształcenia swych dzieci.

Myśląc o dawnych czasach pamiętad więc należy, że, jak- na dawnym Starym Mieście, niejedną prawdę smutną i gorzką gotowi jesteśmy przesłaniad żywymi barwami naszej młodości i względną beztroskę życia jednej grupy społecznej przyjmowad za obraz całego społeczeostwa. W czasach mego dzieciostwa mieszkania ludzi zamożnych izolowały się od innych mieszkaoców tego samego domu ryglami i zasuwami, łaocuchem u drzwi i służbą w przedpokojach. Tylko biedota z czwartego piętra, z oficyn czy suteren pożyczała sobie balii, rondla, szczypty soli, zapałek, przychodziła z pomocą w wypadku choroby czy połogu. Solidarnośd bogatych wyrażała się w bardziej skomplikowanych formach działania społecznego i politycznego; oddawano sobie wzajemne usługi w bankach, urzędach, w prasie i ustawodawstwie, ale w życiu codziennym stykano się ostrożnie i był to normalny stan rzeczy, że adwokat z pierwszego piętra nie znał osobiście swego sąsiada fabrykanta czy doktora z drugiego piętra. Mieszkanie mego ojca było pod tym względem nietypowe. Drzwi zarówno od frontu, jak i od kuchni nigdy na klucz nie zamykano. Drzwi kuchenne były głównym wejściem do mieszkania dla wszystkich domowników i w kuchni koncentrowało się nasze rodzinne życie towarzyskie. W tej kuchni, dużej i przestronnej, królowała kucharka Franciszka Weronowska. Tęgawa, o cerze oliwkowej, odpowiadała swym wyglądem nazwisku. Nie wiem, czy to był wymysł stryja Józefa, czy też istotnie Frania pochodziła z rodziny, która przybyła kiedyś do Polski z Werony. Utwierdzał nas w tym fakt, że Frania mówiła po włosku. Była również jedyną osobą w naszym domu, która mówiła po żydowsku. Wychowała się i służyła długie lata u mego dziadka na Królewskiej, gdzie włoskiego nauczył ją stryj Józef, a żydowskiego dzieci, z którymi bawiła się na podwórku. Frania śpiewała bardzo ładnie. Szczególnie podobała mi się pieśo na nutę Santa Lucia, zaczynająca się od słów: „Burza, noc cicha, wolnym oddycha pierś marynarza...”. Dopiero kiedyś po wielu latach zastanowiła mnie oryginalnośd tych słów i pewna, powiedziałbym, sprzecznośd obrazu burzy i nocy cichej. W dzieciostwie wydawało mi się to najzupełniej naturalne. Równie naturalny wydawał mi się fakt, że w zielonym kuferku Frani, na wewnętrznej stronie wieka wśród wyklejonych obrazków świętych, amorków pogaoskich i gołąbków z różami, znajdował się również portret japooskiego generała Nogi. Był to niewątpliwie wpływ środowiska, w którym łączono z wojną rosyjsko-japooską wiele nadziei niepodległościowych i rewolucyjnych. Temu egzaltowanemu kultowi Japooczyków przypisad należy fakt, że generał Nogi awansował do rzędu niemal świętych paoskich. Ludzie o prostych sercach łatwo łączą dawne kulty z nowymi. I w naszych czasach zdarzają się fakty podobne. Nasza pracownica domowa, aby wykonad w tym roku czyn pierwszomajowy, umaiła statuę Marii Panny w kościele bernardyoskim. Z początkiem wybuchu wojny rosyjsko-japooskiej zaczął narastad mit o potędze armii japooskiej, której pierwsze sukcesy rozbudzały i ośmielały wyobraźnię. Japooczycy w ciągu paru miesięcy awansowali na coś w rodzaju uniwersalnych demonów. Ojciec mój opowiadał, jak ta nowa mitologia przedostała się nawet do cukierenek dzielnicy żydowskiej i jak wyglądała bitwa pod Cuszimą w relacji mieszkaoców ulicy Bielaoskiej. Opowiadający upaja się olimpijskim spokojem japooskiego admirała, delektuje się każdym szczegółem i trzyma w napięciu słuchaczy. „...Generał Nogi siedzi u siebie w kabinie i on je zsiadłe mleko z kartoflami. I przylatuje adiutant, i mówi: - Wasze Wieliczestwo! Już

widad na horyzoncie flotę rosyjską. - On nic, tylko je zsiadłe mleko z kartoflami. To przylatują generałowie i kapitanowie i krzyczą: - Wasze Prewaschaditielstwo! Flota rosyjska już tu jest! - A on dalej, jak gdyby nigdy nic, je zsiadłe mleko z kartoflami. To przylatują znów i krzyczą, że Rosjanie już strzelają. To on wstał, wytarł usta z serwetką, wyszedł na pokład i zatopił całą flotę rosyjską.” Bardzo też lubiłem opowiadanie o oblężeniu Portu Artura. Oficerowie marynarki rosyjskiej chronili się w twierdzy pozostawiając w porcie opuszczone okręty. Jeden z kapitanów obserwował przez lunetę port i co pewien czas wykrzykiwał nazwy zatapianych pancerników, krążowników czy torpedowców. Wtedy wydobywano kasę okrętową, gdyż kasy były przezornie zabrane do twierdzy, i następował podział gotówki. „Jekatierina Wielikaja!” - krzyczał kapitan - padawaj diengi. „Baris Gadunow!” Padawaj. Liczne były opowiadania ojca na temat wojny rosyjsko-japooskiej i słynny był jego dowcip po zawarciu pokoju, że Rosja ma teraz pokój z japooskim obiciem. Ojciec mój miał opinię jednego z najdowcipniejszych ludzi w Warszawie. Potwierdza tę opinię Prus w jednej z „Kronik tygodniowych”, a Ignacy Balioski w swoich pamiętnikach wspomina, że gdy wyszła „Lalka”, w postaci doktora Szumana poznano popularnego w Warszawie doktora Słonimskiego. Mnie osobiście nie wydaje się ta wersja prawdopodobną. Ojciec mój nie miał nic ze zgryźliwości i pesymizmu doktora Szumana. Dowcip jego był pogodny i niedokuczliwy, jego pogląd na świat miał szlachetną prostotę, typową dla postępowej inteligencji kooca wieku dziewiętnastego. Ojciec mój wierzył w socjalizm i niepodległośd Polski i służył tym dwu ideom, w jego pojęciu jednoznacznym. Złudzenia jego i nadzieje, nawet jego błędy, wynikały z wiary w człowieka, z wiary w postęp i z patriotyzmu, a obowiązek przychodzenia z pomocą ludziom cierpiącym praktykował na codzieo. Lekarze w owych czasach nie mieli, jak dziś, wyraźnie określonych specjalności. Ojciec wzywany był do najrozmaitszych wypadków i często, sam będąc chory, otulony podniszczonym futerkiem, biegał po mroźnych ulicach, drapał się na poddasza i schodził do suteren warszawskich. Był lekarzem ludzi biednych i często nie tylko honorarium nie brał, ale zostawiał u pacjenta ostatnie parę rubli. Prus bywał u nas w domu. Z mglistego o nim wspomnienia zostały mi tylko w pamięci jego czarne okulary. Charakterystyczną jednak cechą najlepszych ludzi tych czasów były raczej okulary różowe. Pozytywizm warszawski i przodująca inteligencja późniejszego okresu, czytająca Milla, Spencera, Wacława Nałkowskiego, Ludwika Krzywickiego czy Aleksandra Świętochowskiego, wiele nadziei łączyła z postępem wiedzy ścisłej i cywilizacji technicznej i zbyt pochopne stąd wyciągała wnioski. Trwały i przez dwudziestolecie te złudzenia radykalizującej inteligencji, która wierzyła, że nauka rozwiąże wszystkie problemy społeczne, że można perswazją odebrad środki produkcji klasie posiadającej. Ojciec mój był typowym przedstawicielem tego kierunku, ale nieobcy mu był pewien sceptycyzm nieodłączny od prawdziwego poczucia humoru. Pamiętam jego znakomite powiedzenie na temat ciasnego empiryzmu: „Doświadczenie nas uczy, że zawsze kto inny umiera”. Obraz świata w oczach mego ojca był harmonijny i prosty. Wiedza ówczesna była dostępna inteligentnemu czytelnikowi. Ojciec mój mógł zarówno rozumied Newtona, jak Darwina. Wykształcenie przyrodnicze nie kolidowało ze znajomością matematyki i nauk humanistycznych. Nie było tej specjalizacji, która dziś czyni z wybitnego fizyka absolutnego ignoranta w biologii, i odwrotnie. Fizyka nie zeszła jeszcze do podziemi i nie stała się wiedzą tajemną. Kapłani tej sekty me mówili jeszcze wtedy językiem niezrozumiałym dla swoich kolegów, profesorów innych fakultetów.

Na początku naszego wieku ludzie oświeceni zdolni byli śledzid postęp nauki we wszystkich niemal dziedzinach. Żywe było zainteresowanie literaturą i teatrem; zwłaszcza w zaborze rosyjskim, jak w dawnej Grecji, teatr był niemal widowiskiem religijnym. Brak parlamentu i niezależnego życia politycznego, egzaltacja marzeo niepodległościowych, wszystko czyniło z teatru świątynię i salon polityczny; scena była ołtarzem, a kuluary rewią mody i kuźnią plotek. Cenzura carska tamowała i jednocześnie wyostrzała uczucia patriotyczne młodzieży. Wszystko bowiem, co było zakazane, nęciło i pobudzało wyobraźnię. Pamiętam afisz teatru „Rozmaitości”, na którym pod tytułem sztuki „Mazepa” widniały małe literki: Napisał J.S. Ojciec objaśnił mi, co te inicjały znaczą, i fakt, że historię miłości młodego Mazepy do pięknej Wojewodziny opisał Juliusz Słowacki, nadawał specjalny patriotyczny sens każdej scenie. Jako dwunastoletni chłopiec pewien byłem, że Wojewoda to car, Wojewodzina to Polska, a Mazepa to Kościuszko. Starsi koledzy wyszydzili ten pogląd. Oczywiście Polską był Mazepa i dlatego został przez cara zamurowany. Czarowały nas kostiumy teatralne i stroje narodowe dopuszczalne tylko na scenie. Bardzo mnie wtedy interesowało, czy szabla Mazepy była prawdziwa. Bogatsi w doświadczenie koledzy twierdzili, ze na pewno jest z blachy, bo prawdziwej cenzura by nie puściła. Wielką wtedy popularnością wśród sztubaków cieszyło się Pogotowie Ratunkowe. Nie ze względu na funkcję społeczną, ale z powodu umundurowania. Oznaka Pogotowia, czapka z niebieskim lampasem, musiała wtedy wystarczyd jako pokarm dla dusz łaknących polskiego munduru. Z tych samych przyczyn fascynowały nas kaski strażackie. Istniały oczywiście wtedy i mundury prawdziwe, ale były one dla nas koloru khaki, niewidoczne, a raczej niedostrzegalne. Tylko chłopcy bez ambicji biegali za wojskiem idącym z muzyką czy za oddziałem kozaków. My z bratem wiedzieliśmy, że na to wojsko nie wypada patrzyd. Trudno by nam pewnie było wytłumaczyd, gdyby się nas kto spytał, dlaczego te piszczałki i bębny wcale się nie liczą, ale czuliśmy się w posiadaniu jakiegoś ważnego sekretu i fakt ten dawał nam poczucie zrozumiałej wyższości. Rozkosz ta jednoznaczna była z wyrzeczeniem, jak wiele rozkoszy moralnych. Najsilniejszym jednak przeżyciem teatralnym mojego dzieciostwa nie był „Mazepa”, ale „Demon”. Matka zabrała mnie do Opery, w której siedziałem zdrętwiały ze strachu, nieczuły nawet na ulubione pomadki, których bomboniera leżała na czerwonym aksamitnym parapecie naszej loży. Tej nocy długo nie mogłem zasnąd. Olbrzymi ptak z ludzką twarzą sfrunął z teatralnego zrębu skały i przysiadł na krawędzi mego łóżka. Rodzice nie przypuszczali z pewnością, że widowisko operowe może wywoład we mnie tak silny wstrząs psychiczny. Miałem gorączkę, nie mogłem zasnąd, dostałem więc łyżkę rycyny, wiadomo jednak, że infekcja poezji nie zawsze daje się usunąd za pomocą środków przeczyszczających. To pierwsze spotkanie ze światem sztuki, kto wie, czy nie zaciążyło na całym moim życiu. Byd może, gdyby tego dnia w Teatrze Wielkim dawano nie „Demona”, a „Obronę Częstochowy”, byłbym ministrem albo generałem. Kiedyś po wielu latach siedziałem w kawiarni z pewnym starym śpiewakiem operowym. Prosił mnie, żebym poruszył w prasie stosunki panujące w Operze i niesprawiedliwy do niego stosunek dyrekcji. To on śpiewał partię Demona. Czy mógł przypuszczad, że zaciąży na moim całym życiu? I czy ja mogłem przypuszczad, że Demon będzie mnie prosił o protekcję? Teatr czarował i straszył, pociągał i niepokoił. Cyrk ubóstwialiśmy bez zastrzeżeo. Cyrk w owych czasach był wspaniałym, kolorowym widowiskiem. Z tradycją cyrku związana jest rzetelnośd i precyzja. Tu nie ma blagi. Kryteria są nieubłagane. Trzeba

umied zrobid salto mortale, bo jak się nie umie, to się nie da zablagowad żadnymi czarami. Zły żongler upuści lampę wirującą na kiju bilardowym, a zły akrobata skręci kark. Niestety w innych dziedzinach sztuk pięknych panuje znacznie większa bezkarnośd. Powoli jednak i do cyrku wkradła się blaga. Takim nabieraniem, i to bardzo skutecznym, były organizowane międzynarodowe turnieje walki francuskiej. Kierownicy tych turniejów znali dobrze psychikę publiczności cyrkowej. Dla zaostrzenia emocji potrzebna była dawka antagonizmów narodowych. Ostatnia, decydująca walka między zapaśnikiem żydowskim a polskim atletą odbywała się zwykle w sobotę wieczorem i z powodu jakiejś nieformalności powtarzana była w niedzielę. Pamiętam tego rodzaju walkę między Pineckim, specjalistą od „nelsonów”, a Wildmanem. Gdy Pinecki założył olbrzymiemu Wildmanowi „podwójnego nelsona”, a Wildman sapał i męczył się w tym uścisku, publicznośd żydowska z galerii zaczęła gwizdad i krzyczed: „Puśd go! Puśd go!” Prowadzący walkę sędzia wstał i podnosząc rękę uciszył galerię mówiąc: „Panowie, Wildman nie jest dziecko!”

P

ierwsze moje zainteresowanie polityczne i wczesny mój patriotyzm karmiony był atmosferą domową i lekturą poetów romantycznych. Obawiam się jednak, że mniej więcej tyle rozumiałem z czytanych wówczas wierszy Mickiewicza, co ze zdarzeo politycznych. Przez długie lata żyłem w przekonaniu, że „z wież Alpuhary” oznaczało jakiegoś zwierza, a „już w gruzach leżą Maurów posady” oznaczało, że Maurowie stracili posady, czyli dobrze płatne stanowiska. O ile ojciec mój wierzył, że odzyskanie niepodległości będzie jednoznaczne z usunięciem wszystkich krzywd społecznych, mój obraz świata był bardziej skomplikowany. Widziałem się na czele szwoleżerów spod Somosierry rozbijających w puch pułki rosyjskie, hiszpaoskie, tatarskie czy niemieckie, w zależności od czytanej w danej chwili powieści. Nie odmawiałem sobie przyjemności małych wypadów do Ameryki w celu wyrżnięcia paru plemion indiaoskich, zabijałem w mej wyobraźni bardzo wielu Murzynów w Afryce i wykradałem niektórych wraz z Tomkiem Sawyerem. Ulegałem urokowi lektury i popadałem w młodzieocze pozy. Jako uczeo trzeciej klasy bywałem już znudzonym arystokratą, prawym, prostodusznym księciem, rubasznym wachmistrzem kawalerii, odkrywcą bieguna lub starcem z gór, aby nagle pod wieczór, bez żadnego uprzedzenia, zmienid się w krwiożerczą Żelazną Dłoo z plemienia Siuksów. Słownictwo moje ulegało również niespodziewanym zmianom. Na widok naszej Frani wchodzącej do pokoju dziecinnego wydawałem dzikie indiaoskie okrzyki lub zwracałem się do niej z wyniosłą godnością mówiąc: „Moja dobra Franciszko, wasz pan udaje się do szkoły, zaczekajcie więc z posiłkiem na mój rychły powrót”. Kiedyś przeczytałem w starym numerze „Wędrowca” anegdotę o hr. Bedfordzie i Jerzym II, która oczarowała mój umysł. Hr. Bedford spóźnił się o kwadrans na audiencję i gdy wchodził do króla, zegar na kominku wybił godzinę pierwszą. Hrabia zbliżył się do kominka i uderzeniem laski rozbił zegar. - Cóż panu uczynił zegar, że go pan tak potraktował? - spytał zdumiony król. - Jak to, czy Król Jegomośd nie słyszał? Przecież zegar pierwszy uderzył! Powiedzenie hrabiego -Bedforda wydało mi się tak wspaniałe, że postanowiłem całą tę anegdotę wprowadzid w życie. Spóźniwszy się kiedyś umyślnie na podwieczorek, czekałem pod drzwiami, aby wejśd na pół minuty przed uderzeniem zegara. Wreszcie z laską pożyczoną z przedpokoju wchodzę. Ale zegar, mimo iż wskazówki dobiegły już godziny piątej, nie śpieszył się z wybiciem godziny. - Czego stoisz? Siadaj - odezwał się ktoś z rodzeostwa. Już to popsuło mi trochę szyki. W tej chwili jednak zegar zaczął wybijad godzinę, uderzyłem więc z całej siły i rozbiłem cyferblat.

Zrobiła się początkowo wielka cisza w pokoju. Zamiast zapytad się po ludzku, normalnie: „Cóż ci ten zegar uczynił, żeś go tak potraktował?” - zaczęto na mnie krzyczed i odebrano mi laskę, a kiedy po paru minutach doszedłem wreszcie do głosu i wykrztusiłem przez łzy: „Zegar pierwszy uderzył...” powiedziano mi, że oszalałem, i wyrzucono mnie z pokoju. Pierwsze moje próby literackie cechowała niedokładna znajomośd słów, które dźwiękowo działały na mą wyobraźnię. Ulegając modzie orientalnej, pod wpływem lektury „Farysa” zacząłem w ceratowym brulionie szkolnym pisad poemat pod tytułem „Harem”, Pamiętam pierwsze dwie linijki, na których zresztą poemat się urwał: „Czemu to miejsca na tym świecie nie ma dla biednego mnie Harema”. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że słowo „Harem” oznacza imię męskie. Do szkoły poszedłem dośd późno. Do dziesiątego roku życia pół dnia spędzałem w Ogrodzie Saskim, a drugie pół dnia aż do późnego wieczora na lekturze książek, które w porządku alfabetycznym wypisywałem sobie z czytelni publicznej. Pierwszą książką, którą wziąłem z czytelni, była powieśd „Bazyli i Zofia” autora oznaczonego tylko inicjałami A.B. Czytałem tę książkę z męką i wysiłkiem, nic absolutnie nie rozumiejąc z zawiłej i sentymentalnej fabuły. Dziwne, że ten utwór nie zniechęcił mnie na całe życie do literatury, chod przyznad muszę, że trochę tej niechęci zostało do dnia dzisiejszego. Pierwszą jednak prawdziwą pasją były, jak zresztą większości chłopców w moim wieku, książki Juliusza Verne'a. Ponieważ ojciec podzielał entuzjazm mój dla literatury podróżniczej, musiałem każdą nową książkę Verne'a chowad przed ojcem albo wykradad ją z powrotem. Przeglądałem dziesiątki razy dwutomową książkę o podróżach Stanleya, która leżała w szafce w poczekalni lekarskiej mego ojca. W początkach naszego stulecia trwał jeszcze okres ekspansji kolonialnej angielskiej. Były jeszcze wielkie podróże, barwne przygody i białe plamy na mapach świata. Ciekawośd do wielkiej mapy Afryki i książki o podróżach Stanleya dzieliłem z „Rudym”. Rudy była to osobliwa instytucja domowa. Przesiadywał on długie godziny w saloniku, czekając, aż ojciec przyjmie ostatniego pacjenta. Kiedyś przychodził po procenty od sum pożyczonych; pertraktował w sprawie prolongaty czy też nowej pożyczki. Chod dawno już te interesy wygasły i ojciec spłacił mu zaciągnięte niegdyś długi, stary Żyd przychodził z przyzwyczajenia. Polubił rozmowy z ojcem i jego żarty, wciągał się w zainteresowania nie bardzo licujące z zawodem lichwiarza. Podobno kiedyś przyszła do nas żona Rudego skarżąc się, że ojciec mój go zdemoralizował, że zamiast robid interesy czyta Sienkiewicza, Prusa i chodzi do bioskopu .Ten lichwiarz „zmarnowany” okazywał niezdrowe zaciekawienie mapą Afryki wiszącą na ścianie w saloniku. Kiedyś, pokazując na białe miejsce w Afryce środkowej, spytał, do kogo to należy Wiedział, że czerwono oznaczone kraje należą do Wielkiej Brytanii, żółto oznaczone do Francji. Wiedział, że kolor niebieski oznacza panowanie niemieckie, a zieleo strefę interesów włoskich, bo to wszystko napisane było w prawym rogu mapy. Ale do kogo należały wielkie przestrzenie żadnym kolorem nie oznaczone? Ojciec odpowiedział mu krótko: - Do nikogo. - A jakie to jest duże? Czy to jest większe od Radziejówki? Radziejówka był to duży majątek ziemski, w którym ojciec Rudego był pachciarzem. - Większe. - A ile razy większe?

- Sto tysięcy razy. - To jest większe niż cała gubernia warszawska? - Tysiąc razy większe. Rudy nie mógł pogodzid się z tym niezwykłym faktem. Chodził jak błędny i powtarzał: „Do nikogo... do nikogo. Sto tysięcy razy większe od Radziejówki i nie należy do nikogo...” Jego cała konstrukcja myślowa i wiara w prawa rządzące światem posiadłości ziemskich zostały wstrząśnięte. Ojciec mój twierdził, że Rudy przez parę miesięcy chorował i wreszcie umarł powtarzając do kooca, już na łożu śmierci: „Do nikogo...” W rzeczywistości Rudy ani nie zachorował, ani nie umarł, ale faktem jest, że przez obcowanie z ojcem wykoleił się całkowicie. Stracił drapieżnośd i bezwzględnośd, bez których to właściwości zawód lichwiarski łatwo stad się może zupełnie nieopłacalny. Działanie mojego ojca na Rudego było typowym przykładem realizmu krytycznego; osłabiało siły kapitalizmu nie wskazując jednak metod i celu walki z ustrojem. Można było również takimi domowymi środkami nie tylko zaszkodzid, ale i pomóc jednostce, chod pomoc taka często była zawodna. Typowym tego przykładem jest smutna „historia kawiarenki”. Kawiarenką nazywaliśmy pewien ściśle określony zakład cukierniczy otworzony na rogu Niecałej. Właścicielami kawiarenki była młoda para małżeoska. Sami usługiwali. Oboje byli młodzi, przystojni i bardzo grzeczni. Mimo zachęcającego czystością wnętrza, kwiatów w oknie, dobrych ciastek, ilustracji zagranicznych - kawiarenka nie miała powodzenia. Ojciec mój postanowił popierad kawiarenkę. Posyłał mnie tam po ciastka, sam zachodził na kawę. Młodzi właściciele byli nadskakująco grzeczni. Po pewnym jednak czasie grzecznośd ta stała się jakby nieco zdawkowa, uśmiechy młodych właścicieli nieco kwaśne, a gesty nie pozbawione oznak pewnego zniecierpliwienia. Kiedyś ojciec zaprowadził mnie tam na czekoladę. - Nie ma czekolady - powiedziała właścicielka kawiarenki. - Proszę więc o dwie białe kawy - rzekł ojciec uśmiechając sie grzecznie. Po dośd długim czekaniu dostaliśmy wreszcie kawę, do której nie podano nam cukru. - Czy nie ma cukru? - zapytał ojciec. - Nie ma cukru! Nie ma czekolady, nie ma ciastek! Niczego tu dla pana nie ma. Kiedy pan, do stu diabłów, przestanie nam zawracad głowę! - Bardzo pana przepraszam, ale nie rozumiem paoskiego zachowania. O co panu właściwie chodzi? - O co mi chodzi? - rozkrzyczał się juz na dobre właściciel kawiarni. - Już od miesiąca zamknąłbym ten parszywy interes, gdyby nie pan. Sto razy mówiłem żonie, że trzeba się wycofad, póki czas, bo portki dołożymy do tej trupiarni, a żona mi ciągle powtarza: „Poczekaj, może się wyrobi, przecież ten z bródką przychodzi prawie codziennie, a wczoraj przysłał po ciastka”. Wyrobi się! Żeby nie pan, to już bym za przeszły miesiąc komornego nie płacił i zwinął tę budę. Ten z bródką... Niech pana diabli wezmą razem z pana bródką! - Co powiedziawszy wyszedł do kuchni trzaskając drzwiami. Zostaliśmy sami, ojciec próbował wypid swoją kawę, wreszcie wziął mnie za rękę i wyszliśmy milcząc na ulicę. Już na ulicy powiedział:

- Nigdy jeszcze tak gorzkiej kawy nie piłem, jak w tej kawiarence.

W

ychowanie moje w tym czasie przedstawiało wiele do życzenia. Zdany na przypadkową lekturę czytelni publicznej i zabawy w Ogrodzie Saskim, dotrwałem w gorszącej ignorancji tak zwanych przedmiotów szkolnych prawie do dziesiątego roku życia. Ojciec, zajęty praktyką, polityką i cukiernią Semadeniego, która była sceną i widownią jego świetnych występów satyrycznych, nie bardzo orientował się w moim zaniedbaniu szkolnym. Jedyne lekcje, które wtedy pobierałem, były dośd osobliwego rodzaju. Nasza Francuzka, panna Prochin, zamiast uczyd mnie pięknego języka Racine'a, kazała mi czytad głośno „Kurier Warszawski”, ze szczególnym uwzględnieniem rubryki sądowej i wypadków. Gdy przeczytałem o schwytaniu lub zasądzeniu złodzieja, panna Prochin klękała i modliła się dziękując Bogu za troskę i dbałośd o interesy klasy posiadającej. Panna Prochin miała niewielki kapitalik ulokowany w pożyczkach paostwowych i w podszewce jej granatowego żakietu, którego podobno nigdy nie zdejmowała, opętana lękiem przed złodziejami. Umarła parę lat później, w kąpieli. Widocznie koniecznośd zdjęcia przy tej okazji żakietu była dla niej zbyt wielkim wstrząsem. Pewnego dnia ojciec zapytał się matki, w której jestem klasie. Matka, zajęta życiem towarzyskim, kiermaszami dobroczynnymi i bigoterią, niewielką również zwracała uwagę na moje wychowanie. Okazało się, że nie jestem w żadnej klasie, i w domu powstała wielka awantura. Ojciec zaniedbał praktykę lekarską i Semadeniego i w ciągu paru miesięcy sam przygotował mnie do pierwszej klasy gimnazjalnej. Dom nasz, jak widad, nie był banalnym domem mieszczaoskim. Osobliwa mieszanina lekkomyślności, kłopotów materialnych, wystawności nad stan i nie pozbawionej wdzięku cyganerii składała się na barwnośd i urok mego dzieciostwa. Nie może dziwid nikogo, iż w tych warunkach przemieszkałem parę miesięcy u dziadka na ulicy Królewskiej tylko na skutek zapomnienia i nieuwagi. Gdy brat zachorował na odrę, oddano mnie na parę tygodni do dziadka. Dopiero po paru miesiącach zwrócono uwagę na moją nieobecnośd w domu. Mieszkanie dziadka i obowiązujący tam tryb życia był w jaskrawym kontraście z domem rodzinnym. Gdy zamieszkałem u dziadka, był on już bardzo stary. Urodził się w roku 1808, był więc o rok starszy od Słowackiego, o dziesięd lat starszy od Dickensa i Karola Marksa, o trzydzieści lat starszy od Matejki i prawie czterdzieści lat starszy od Edisona. Fakt, że ja, mając dziś lat pięddziesiąt parę, mogę się z wami podzielid wrażeniami z wejścia wojsk napoleooskich na Litwę, przekazanymi przez naocznego

świadka tego zdarzenia, przyprawia mnie o lekki zawrót głowy. Co prawda relacja ta nie była zbyt wyczerpująca. - Pamiętam - mówił dziadek - że mieli takie wielkie czapy. Jakże te odległe czasy są właściwie bliskie, jeżeli sięgnąd do nich możemy jednym wyciągnięciem ręki. Historia mierzona rytmem pokoleo kurczy się i przybliża. Fakt, że od Juliusza Cezara dzieli nas tych pokoleo zaledwie kilkadziesiąt, ma w sobie wiele optymizmu. Czyż to nie znaczy, że możliwości rozwoju gatunku ludzkiego są najśmielszą fantazją nie ograniczone? Pamiętad przy tym trzeba, że tempo tego rozwoju jest przyśpieszone, że ostatnie pięddziesiąt lat zmieniło świat bardziej niż dawne tysiąclecia. Świat, w którym żył mój dziadek, nie znał samochodu ani samolotu, filmu ani radia, nie mówiąc o bombie uranowej czy wodorowej. Lekarze w jego czasach myli ręce nie przed, a po operacji. Z Paryża do Rzymu jechało się tak samo długo jak w czasach Napoleona, to znaczy tak długo jak za czasów Cezara. Ostatnie pół wieku jest przełomem w warunkach życia człowieka na ziemi chyba nie mniejszym niż wyjście ryb z morza na ląd i powstanie ssaków. Jeżeli era panowania gadów trwała około pięddziesięciu milionów lat, czymże jest wobec ery mezozoicznej lat kilkadziesiąt? Byłaby to, w tej skali, jedna godzina w historii ewolucji gatunku i łatwo możemy sobie wyobrazid pamiętnik ryby z tego okresu: „Dziś rano o dziewiątej nauczyłam się fruwad, o dziewiątej minut pięd nauczyłam się przesyład obrazy na odległośd, o pół do dziesiątej mogę już wysadzid cały glob ziemski i wywoład we własnym zakresie katastrofę kosmiczną”. Wracając do normalniejszych proporcji zdarzeo, życie mego dziadka miało w sobie również coś z wyżej wspomnianej ryby. W wieku lat szesnastu był on już całkowicie ukształtowany. Nie chcę przez to powiedzied, że miał skrzela i płetwy, ale środowisko, w którym się urodził, wyposażyło go w zasady i wierzenia, w „mądrośd życiową” długiego łaocucha przodków, która polegała głównie na przestrzeganiu przepisów przeznaczonych dla członków niewielkiego szczepu zamieszkującego lub koczującego tysiące lat temu nad brzegami śródziemnego Morza w Azji Mniejszej. Niebagatelny wysiłek myślowy związany był z niezmordowanym i jałowym komentowaniem starej, wiele razy przekręcanej i nieporadnie tłumaczonej księgi. Mało było szans, że ten młody, żonaty już talmudysta wyrwie się z kręgu martwych spekulacji i ciemnoty małego kresowego miasteczka. Nie wiem, co było przyczyną bezpośrednią, ale faktem jest, że umysł mego dziadka zaczął buntowad się przeciw prawom uznanym w jego środowisku. Zarażony niebezpieczną chorobą ciekawości, porwany głodem wiedzy, czytywał zakazane książki świeckie, uczył się sam matematyki, astronomii, odkrywał chemię nie wiedząc o istnieniu takiej nauki. Pierwszą pomoc naukową zawdzięczał miejscowemu lekarzowi. Aż wreszcie pewnego dnia, biorąc ze sobą mały tłumoczek najpotrzebniejszych rzeczy i równie niewielki bagaż naukowy, wyruszył do dalekiej Warszawy, gdzie podobny do niego uciekinier i samouk ze świata ciemnego talmudyzmu, wynalazca maszyny rachunkowej, pradziad mój, Abraham Stern, doszedł do zaszczytu zasiadania w Królewskim Towarzystwie Nauk. Pisze o posiedzeniu Królewskiego Towarzystwa Nauk Franciszek Morawski i cytuje ten opis Berent w swoim „Nurcie”: „Malowniczy był widok owego posiedzenia. Najznakomitsze damy stolicy zasiadły pierwsze ławy; za nimi różni dygnitarze, wojskowi, kapłani, uczeni, obywatele - w tyle młodzież. W głębi sali przy długim zielonym stole siedział pośrodku Staszic z obliczem mędrca greckiego; po

prawej jego stronie Niemcewicz... Po lewej stronie Staszica - kierownik wskrzeszonej oświaty polskiej, Stanisław Potocki, w bogatym futrze sobolowym, zrzuconym z jednego ramienia dla okazania błyszczącej gwiazdy orderu. Tuż obok ministra przy stole Żyd Stern z Hrubieszowa w szacie polskiego izraelity, z brodą czarnorudawą. Przy nim pułkownik Chodkiewicz w mundurze sztabu gwardii z rozpostartymi wzorami płatów, czerwcem barwionych”. Dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się w moim posiadaniu oryginał listu Staszica podający mego pradziadka na członka Królewskiego Towarzystwa Nauk. Przyjaciel mój, Edmund Osmaoczyk, kiedyś po wojnie kupił w jakiejś antykwami berlioskiej autograf Staszica. Nie bardzo zwracał uwagę na tekst, zachęcił go do kupna sam podpis, wyraźny i niewątpliwie autentyczny. Gdy fragmenty moich wspomnieo ukazały się w druku, przypomniał sobie Osmaoczyk dokument podpisany przez Staszica i przysłał mi tę pożółkłą kartkę papieru, na której odczytałem: „Stern, znany dobrze Towarzystwu, ma nadzwyczajną biegłośd w Mechanice. Wynalazca machiny arytmetycznej czterech działao z ułomkami. Wynalazca machiny do wyciągania pierwiastków kwadratowych z ułomkami. Podaje go na przybranego. Staszic.” Abraham Stern był moim pradziadkiem. Córka jego, a moja babka, była wykształconą, postępową panną, mówiącą po francusku i haftującą śliczne kwiaty i amorki. Na hafcie, który pamiętam z dzieciostwa, był prócz kwiatów i amorków również i gołąbek. Młody dzikus z Zabłudowa został oswojony i rozpoczął życie pełne przygód, intelektualnych sukcesów i zawodów. Jego to buntownicze dziełka, pełne myśli postępowych, bijące w ciemnotę i zabobon, rozbudzały wyobraźnię i pomagały innym z kolei młodym ofiarom talmudyzmu wyrwad się z kręgu ciemnoty. Za ukrywanie i czytanie pism mego dziadka wyrzucano wówczas z chederów i iszybotów. Tak więc ta ryba, wyrzucona na mieliznę beznadziejnej, wydawad by się mogło, szarpaniny lub smutnej wegetacji, przemieniła się w istotę człekokształtną. Poza relacją o czapkach wojsk napoleooskich wszystkie inne wiadomości o życiu dziadka zebrałem już później. Stryj Józef opowiadał mi parę razy, bo lubiłem tę historię, o spotkaniu dziadka z astronomami rosyjskimi i niemieckimi. W czasach gdy dziadek mieszkał jeszcze w Zabłudowie, przyjechała tam ekspedycja astronomów, aby z tego ciemnego zakątka litewskiego obserwowad zadmienie słooca. Są takie miejsca na kuli ziemskiej, skąd to zjawisko daje się obserwowad najlepiej. Czasem bywa to Timbuktu, czasem Zabłudów. Dla uczonych z Petersburga i Berlina różnica między Timbuktu a Zabłudowem musiała byd w owych czasach niewielka. Małe miasteczko żydowskie wydawało się pewnie uczonym ze stolicy czymś bardzo egzotycznym, a zwyczaje tubylców równie osobliwe jak formy życia szczepów afrykaoskich; nie bez zdziwienia więc przyglądali się młodemu chłopcu, który w czarnym, długim chałacie od świtu do zmierzchu kręcił się między robotnikami stawiającymi lunetę astronomiczną oglądając każdą jej częśd, zadając pytania wykazujące pełne zrozumienie zarówno budowy, jak i przeznaczenia lunety. Któryś z astronomów niemieckich kiwnął palcem na dziadka i zapytał, co go tak interesuje i fascynuje, że nie odchodzi na krok i śledzi każdy szczegół ich pracy. - Interesuje mnie teleskop, bo nigdy go jeszcze nie widziałem; sama obserwacja nie jest specjalnie interesująca, bo chodzi tylko o empiryczne stwierdzenie faktów już znanych - odpowiedział dziadek, przy czym wyłożył w sposób najzupełniej ścisły, na czym polega zjawisko zadmienia słooca. Znajomośd astronomii była w owych czasach domeną niewielkiej grupy specjalistów i podobny wywód fachowy, poparty wzorami matematycznymi, musiał zdziwid uczonego niemieckiego.

- Skąd pan to wszystko wie? - spytał, przechodząc grzecznie na pan. - To wszystko wie każdy Żyd w Zabłudowie - odpowiedział spokojnie dziadek. Epilog tego zdarzenia zjawił się na łamach gazety berlioskiej, w której uczony niemiecki zamieścił dłuższy artykulik pt. „Wiedza tajemna rabinów litewskich”. Artykuł ten objaśniał, jak wiedza matematyczna i astronomiczna z Egiptu i Chaldei przez uczonych arabskich przeszła do Żydów litewskich. Niewiele pozostało z pism i prac naukowych dziadka. Otrzymał on premium Dawidowa za wynalazek z dziedziny transkontynentalnego telegrafu i udoskonalił maszynę do liczenia wynalezioną przez Abrahama Sterna. Staszic, który wprowadził mego pradziadka do Towarzystwa Przyjaciół Nauk, oceniał aspekt praktyczny jego prac lekceważonych wówczas przez zwolenników tak zwanej nauki czystej. Przodkowie moi podzielali postępowy pogląd Staszica na naukę. Był to, byd może, bunt przeciw jałowym spekulacjom talmudycznym ich młodości. I ja podzielałem ten punkt widzenia jeszcze w czasach szkolnych i gdy nauczyciel matematyki, Kreczmar, robił mi wyrzuty, że ja, prawnuk wynalazcy maszyny rachunkowej, nie daję sobie rady z najprostszymi mnożeniami, odpowiedziałem dumnie: „Po to mój pradziad wynalazł tę maszynę, żebyśmy się dziś nie musieli męczyd”. Parę miesięcy pobytu w domu dziadka położyło trwały fundament przyjaźni między mną a stryjem Józefem. Stryj Józef był nieudanym, ale najbardziej kochanym synem dziadka. Stryj Ludwik był poważnym petersburskim ekonomistą, redaktorem „Wiestnika Jewropy”, ojciec - cenionym lekarzem i popularną postacią warszawską. Stryj Józef, mimo że był twórcą nowego języka międzynarodowego i własnego systemu stenografii, mimo iż znał szesnaście języków, pięknie grał na skrzypcach i bardzo ładnie rysował, do późnej starości mieszkał u dziadka i utrzymywał się bardzo skromnie z lekcji angielskiego, francuskiego i włoskiego oraz z tłumaczenia prospektów handlowych. Miał on ten specyficzny wdzięk ludzi nieudanych. Była to mieszanina infantylizmu i wiary w szczęśliwy przypadek, prostej, ludzkiej mądrości, naiwności i dobroci. Należał do rodziny oryginałów zaludniających stronice powieści Dickensa. Wszystkie swoje oszczędności lokował w propagowanie bezskutecznie konkurencyjnego dla esperanta języka „lingua neoromana” i wydawanie samouczków. Koncepcja wydawania nie istniejących dotąd samouczków do nauki języka bardzo była logiczna i słuszna. Stryj uważał, że należy wypełnid istniejące luki. Po prostu zauważył, iż nie ma samouczków dla Szwedów pragnących poznad język polski, i vice versa, lub brak jest samouczka dla Portugalczyka, który pragnie nauczyd się po żydowsku - wydawał więc takie samouczki. Ponieważ jednak w Warszawie niewielu było Szwedów pragnących mówid po polsku i ograniczona była liczba Portugalczyków studiujących język żydowski, samouczki nie przynosiły spodziewanych zysków. Między mną, ojcem i stryjem Józefem istniała niepisana konwencja polegająca na wygłaszaniu różnych wymyślnych nonsensów w sposób naturalny i niewymuszony. Na przykład stryj Józef wychodząc mówił: - Przygotuj Franię, żeby tak gotowała obiad, żeby był gotów, gdy wrócę, oczywiście płacę gotówką. Na to ojciec dodawał: - Najlepiej napisad w tej sprawie podanie, oczywiście gotyckimi literami. - Po czym ja robiłem skromną uwagę, że nie trzeba podania, wystarczy wywiesid Franię za okno, żeby skruszała. Matka, słuchająca dotąd cierpliwie tego dialogu, wychodziła majestatycznie z pokoju trzaskając drzwiami i mrucząc sakramentalne: - ...zwariowali. W naszym umownym świecie był pan Pimper, który mieszkał na suficie, ale znikał, gdy się podnosiło głowę do góry, w kanapach i w fotelikach żył Kanapon, który kradł różne drobne przedmioty i chował je między poręcze i siedzenie

kanapy. W przedpokoju stało siedmiu braci Polatkiewiczów, których funkcja życiowa nie była bliżej określona, ale z którymi wypadało od czasu do czasu porozmawiad. Uprawiając ten specyficzny rodzaj humoru mieliśmy w pogardzie opowiadanie dowcipów zasłyszanych lub przeczytanych w pismach humorystycznych. Nazywało się to „minożyd”. Ktoś, kto takie dowcipy opowiadał, traktowany był jako „minożnik”. Pochodzenie tego terminu jest dośd skomplikowane. Wywodzi się ono z dowcipu umieszczonego w „Kurierze Świątecznym”. Był to całostronicowy rysunek przedstawiający sklep i tłum kupujących. Opatrzony był ten obrazek następującym podpisem: „Klient: - Oj, mi nogi... mi nogi... Subiekt: - Pan szanowny życzy minogi? Klient: - Nie. Mi nogi nadeptali”. Uznaliśmy ten żart za najgorszy dowcip na świecie i słowo „minożyd” weszło na stałe do naszego słownictwa. Język nasz obfitował w różne umowne słowa. Niektóre z nich pamiętam dziś jeszcze, uśmiecham się, gdy je sobie przypominam, aczkolwiek nie jestem pewien ich znaczenia.

P

rzeniesiony z tej beztroskiej atmosfery do pierwszej klasy szkoły Kreczmara, poczułem się głęboko nieszczęśliwy. Dominującym uczuciem był strach. Bałem się śmiertelnie, ze będę wyrwany do tablicy i pytany z lekcji, której się uczyłem w domu, ale której nie rozumiałem, bo zadania były tak formułowane jak kwestionariusze, których i dziś, jak większośd inteligentnych ludzi, nie umiem odczytad i wypełnid właściwie. Bałem się silniejszych kolegów, którzy pastwili się nad malcami z klas niższych. Bałem się okazad tchórzem i bałem się gróźb biorąc dosłownie zapowiedzi w rodzaju: „Te, wypuszczę ci flaki z brzucha tym scyzorykiem” albo bardziej pomysłowych, a zaczerpniętych z sadystycznych opisów sienkiewiczowskich pogróżek wyrwania oka korkociągiem. Prześladowało mnie stałe poczucie niesprawiedliwości. Dobre stopnie dostawali koledzy, którzy się wcale nie uczyli, ale umieli ściągad; ja sam dostawałem złe stopnie, kiedy odrabiałem starannie lekcje, kiedy indziej zaś fuksem, nic nie umiejąc, zdobywałem stopieo dostateczny. Czego więc uczyła szkoła ówczesna? Uczyła strachu, konieczności schlebiania silniejszym kolegom i systematycznego oszukiwania. W oszustwach stosowanych wobec nauczycieli uczniowie okazywali niewyczerpaną pomysłowośd. Pod tym względem to nie była szkoła średnia, ale akademia na poziomie co najmniej École des Sciences Politiques. Ściąganie i podpowiadanie opierało się na długiej tradycji i dokładnej znajomości sposobów stosowanych we wszystkich uczelniach; wchodziły tu czasem jednak w grę subtelniejsze metody psychologiczne i pomysłowy uczeo serią zręcznych pytao potrafił często doprowadzid nauczyciela do tego, że sam odpowiadał na zadane przez siebie pytanie. Przewaga była po naszej stronie; znaliśmy nauczyciela lepiej, niż nauczyciel znał każdego z nas z osobna. Dziwid się należy, że z takich szkól nie wychodzili wyłącznie aferzyści, fałszerze i inni przestępcy kryminalni. A przecież szkoła, do której zacząłem chodzid, była najbardziej postępowa i najlepiej prowadzona w Warszawie. Nie szkoła więc ponosiła winę, ale system i warunki społeczne. Z tych czasów datuje się wiele moich irracjonalnych na pozór animozji. Bardzo nie lubię basenów i cyklistów. W zadaniach arytmetycznych cykliści zwykle krążyli dokoła basenów, które napełniały się wodą i opróżniały. Nigdy nie mogłem zrozumied tych zadao i wszystko mi się myliło: baseny krążyły, a cykliści się wypróżniali. Niechęd moja do Robinsona Kruzoe datuje się od czasu lekcji niemieckiego. Przeklinałem zapobiegliwośd tego gospodarnego rozbitka, który każdą swą nową czynnością pomnażał ilośd słówek niemieckich, których trzeba było się uczyd na pamięd. Miałem w życiu sporo sukcesów, niejedną trudnośd udawało mi się pokonad, ale wszystko to blednie wobec jednego tylko wyczynu lat szkolnych. Dokazałem sztuki nie lada. Przez trzy lata nauki niemieckiego odpowiadałem

przy tablicy, zdawałem egzaminy i przechodziłem z klasy do klasy nie umiejąc dosłownie ani jednego słowa po niemiecku. Do dziś dnia śni mi się czasem, że nauczyciel Reinbekiel wyrywa mnie do tablicy i straszna prawda zostaje ujawniona wobec nauczyciela i kolegów. Miałem dobre stopnie z przyrody i z rysunków, ale z polskiego często obrywałem pałkę. Pamiętam dwiczenie na temat wiosny. Bardzo uczciwie napisałem wszystko, co uczeo klasy drugiej mógł wiedzied o zmianie pór roku i o zjawiskach zachodzących wiosną w świecie roślinnym i zwierzęcym. Było to oczywiście błędem i niezrozumieniem epoki. Obowiązywała bowiem wtedy młodopolska moda na bajdurzenie poetyckie. Trzeba było pisad o „królewnie Wiochnie” i „królewiczu Maju”. Dostałem dwójkę. Nauczyciel polskiego, który mi wrzepił tę dwójkę, kilkanaście lat później przyniósł swoje wiersze do miesięcznika „Skamander”, którego byłem jednym z redaktorów. Obiecałem mu poparcie, ale koledzy moi odrzucili te wiersze. W odpowiedziach od redakcji radzono, by pisał o sprawach konkretnych, a nie o „łzawych tęsknicach serc”. Mój nauczyciel polskiego, jak ja kiedyś, nie rozumiał epoki i nie szedł z duchem czasu. Prócz lęków najzupełniej realnych, które prześladowały mnie w szkole, to znaczy obawy, że Szczepaniak z klasy piątej obetnie mi scyzorykiem język lub że zostanę na drugi rok w klasie, prześladowały mnie obawy innej, niejako duchowej kategorii. Bałem się piekła i wiecznego potępienia, gdyż był to okres moich pierwszych zwątpieo religijnych. Budziły się we mnie zwątpienia dwojakiego rodzaju. Ujawnianie sprzeczności między naukami przyrodniczymi i Pismem świętym nie groziło w moich czasach szkolnych spaleniem na stosie, ale obawa ognia wiecznego ciągle jeszcze była aktualna. Dumne chwile heroizmu, okazywanego na lekcjach religii, polegającego na zadawaniu księdzu katechecie pytao buntowniczych, okupywałem długimi godzinami lęków nocnych. Innego rodzaju zwątpienia budziło we mnie czytanie Pisma świętego. Pamiętam to piękne wydanie z ilustracjami Gustawa Doré, które czarowało mnie obrazkami egzotycznego Wschodu i pobudzało do niebezpiecznych prób rewizjonistycznych. Były to juz nie tylko wątpliwości natury przyrodniczej i logicznej, ale zagadnienia moralne. Historia wyprowadzenia Żydów z Egiptu i metody stosowane za podszeptem Jehowy przez Mojżesza budziły we mnie poważne wątpliwości. Nie podobało mi się, że gdy faraon po każdej pladze, którą rzucano na Egipt, już był gotów wypuście Żydów, Pan Bóg umyślnie zatwardzał serce faraona. I tak obracał nim siedem razy. Miałem również sporo wątpliwości co do potopu. Chodziło przecież o to, aby wytracid wszystko, co żywe, i tylko to miało przetrwad, co Noe zabierał do swojej arki. A ryby? Potop był właściwie czymś w rodzaju wielkiego benefisu dla ryb. Bardzo dużo wody i trupów. Gdyby ryby miały w tym potopie wyginąd, to Noe musiałby mied w arce akwaria, o których nic Pismo święte nie wspomina. Sama idea i organizacja potopu zdradzała wyraźną sympatię do ryb i pozostawała widocznie nie bez związku z tradycyjnym przywiązaniem narodu wybranego do przyrządzania rybnych potraw. Wiedziałem, skąd pochodzi wyrażenie: ryba po żydowsku. Wraz ze wzrostem wątpliwości religijnych normalnym biegiem rzeczy przyszedł okres wzmożonych zainteresowao społeczno-patriotycznych. Poglądy moje były typową dla owych czasów mieszaniną egzaltacji i ślepoty życiowej. Zapatrzony w dalekie cele i nadzieje, nie dostrzegałem prostych faktów, które dopiero wiele lat później dotarły do mojej świadomości. Nie uświadamiałem sobie na przykład, że w naszej szkole nie było dosłownie ani jednego syna robotnika, a w naszej klasie ani jednego syna rodziny chłopskiej. Uważaliśmy się za przedstawicieli narodu. Małoletni synowie kupców, fabrykantów i inteligencji pracującej, przejęliśmy w spadku tradycje szlacheckie powstaoców

sześddziesiątego trzeciego roku. Lektura nasza była powierzchowna i chaotyczna. „Huragan” Gąsiorowskiego przewracał niecierpliwie kartki „Kapitału” Marksa. Prawdy ekonomiczne trudniej bowiem trafiały do wyobraźni szesnastoletnich rewolucjonistów niż opisy bitew. Mając lat szesnaście nie różniłem się w poglądach politycznych z Rzeckim z „Lalki” Prusa i jak ten stary subiekt wierzyłem w Napoleona.

T

eoretyczna, odległa prawda o nędzy i poniżeniu ludu pracującego nie wdzierała się do naszego życia i pozostawała w należytym oddaleniu. Omijaliśmy tę nieprzyjemną i kłopotliwą sprawę, jak krążąc po ulicach warszawskich omijaliśmy dzielnice, w których gnieździła się biedota proletariatu żydowskiego, i nie zapuszczaliśmy się w cuchnące uliczki Powiśla ani przedmieścia fabrycznej Woli. Czasem jednak przedstawiciele tego prawdziwego świata, tej ogromnej większości narodu docierali do śródmieścia i do naszej świadomości. Było to połączone z pewnym zakłopotaniem moralnym, ale nie budziło potrzeby głębszego zastanowienia. Takim niemiłym epizodem było moje spotkanie z Maokiem. Maniek był siostrzeocem naszej służącej Frani. Siostra Frani wyszła młodo za robotnika, metalowca od Lilpopa. Maniek przychodził do nas prawie codziennie i był towarzyszem moich zabaw. Pożyczałem mu swoje książki i zabawki. Razem opracowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach plan wyprawy na wyspy Pacyfiku. Obliczaliśmy dokładnie ilośd zapasów i pojemnośd okrętu i kompletowaliśmy listę załogi skreślając niektórych kolegów, którzy, nieświadomi swego losu, niebacznie ośmielili się nam narazid przy grze w „kukso”. Maniek narysował plan okrętu i ślicznie czerwonym i czarnym atramentem wytyczył trasę naszej projektowanej podróży. Maniek bardzo ładnie rysował. W albumie mojej siostry na honorowym miejscu kwitła czerwona róża i niemniej czerwone dwa serca przeszyte złotymi strzałami. Pewnego dnia Maniek nie przyszedł. Dowiedziałem się od Frani, że poszedł do roboty. Nie bardzo sobie uświadamiałem, co to naprawdę znaczy, i z właściwą memu wiekowi lekkomyślnością i wszelkim brakiem lojalności wtajemniczyłem we wszystkie szczegóły podróży na Pacyfik Wacka Bożentowicza. Po paru tygodniach zbudziły się we mnie wyrzuty sumienia i poleciałem któregoś dnia do siostry Frani na Bednarską. Maoka nie było, bo dopiero po szóstej wracał z warsztatu ślusarskiego, gdzie pracował jako terminator. Następny atak i recydywa wyrzutów sumienia nastąpiła dopiero po paru miesiącach. Tym razem zastałem Maoka na Bednarskiej, ale od początku widad było, że moja wizyta nie sprawiła mu żadnej przyjemności. Przypuszczałem, że zbyt długa zwłoka, paromiesięczne odkładanie mojej wizyty było przyczyną rozgoryczenia i wstrzemięźliwości, z jaką przyjął mnie, do niedawna najbliższy; towarzysz zabaw. Maniek był jakiś inny: ponury, a jednocześnie ironiczny. Gdy spytałem go, czy rysuje, wyciągnął przed siebie ręce gestem jakby proszącym o pomoc. Były to ręce człowieka dorosłego. Zgrubiałe, opuchnięte, zaczernione smarami ręce robotnika. Temu pozornie błagalnemu gestowi rąk przeczył wyraz jego oczu. Oczu zimnych i wrogich.

Gdy dziś wspominam Maoka, widzę chłopca, któremu skradziono jego dzieciostwo, któremu odebrano prawo do rozwoju i twórczości. Wtedy patrzyłem na niego tylko z zażenowaniem, nawet z pewnym wyrzutem, bo przecież nie było w tym mojej winy, że nie mógł już rysowad, że nie zdawał matury, że nawet nie miał czasu czy ochoty na czytanie. Jedno było tylko wyjście z tej sztucznej i niewygodnej sytuacji - jak najprędzej wrócid do swego świata, a tę prawdę natrętną, ten akt oskarżenia odsunąd na wygodną odległośd poza pole widzenia, umieścid w rejestrze krzywd wynikających z wadliwego ustroju, który przecież kiedyś jakoś zmieni się na lepsze. Zniecierpliwienie często wynika z nieporadności, a poczucie własnej winy budzi niechęd do skrzywdzonego. Ta mieszanina teoretycznego współczucia połączonego ze zniecierpliwieniem i niechęcią wracała nieraz już w czasie międzywojennym. Co roku wzywany byłem na dwiczenia wojskowe, z których zwalniałem się dośd łatwo. Trzeba było jednak stawid się na punkt zborny i uzyskad odpowiedni papierek, aby możliwie jak najszybciej wrócid do swojej pracy i normalnego życia. Na tych punktach zbornych spotykałem ludzi różnych zawodów, należących do tego samego rocznika. Gdy ja byłem jeszcze młodym trzydziestoparoletnim mężczyzną, robotnicy, rzemieślnicy i drobni, zabiedzeni urzędnicy byli już wyraźnie ludźmi innego pokolenia. Siwiejące skronie, zatabaczone wąsy i przygarbione plecy mówiły wymownie o ich ciężkim życiu. Zakłopotany i niecierpliwy, stałem wśród podstarzałych ludzi unikając wzroku tych moich rówieśników okradzionych z młodości. Dostrzeganie krzywd zależne jest od czynnika czasu, w którym te krzywdy się objawiają. Działa na naszą wyobraźnię okrucieostwo, szybko się w czasie eksponujące. Wstrząsa nami obraz walki, śmierci, krwawe sceny rewolucji budzą grozę, ale powolne umieranie, krzywda nieustanna, codzienna trudniej przedziera się do wyobraźni. Niełatwo jest przekonad byłego obszarnika, któremu odebrano majątek, że krzywda, jaką mu wyrządzono, jest niewspółmiernie nikła wobec okrucieostwa całego jego życia. Niełatwo przyjmie tę prawdę, że żył i wychowywał swoje dzieci uprawiając na codzieo proceder zbrodniczy, bo śmiertelnośd dzieci chłopskich była w prostym stosunku do długowieczności jego potomstwa, bo jego bogactwo wrażeo i przeżyd uwarunkowane było beznadziejnością życia całych pokoleo biedoty wiejskiej. Istnieje pewien gatunek indyjskiego drzewa, które korzeniami w promieniu kilkunastu metrów zabija wszelką wegetację. To drzewo mordercze nie budzi w nas grozy, bo zbrodnie swoje ukrywa pod ziemią, nie rażąc nas widokiem gwałtu i zniszczenia. Dlatego, byd może, łatwiej i chętniej potępiamy ostrze szybkiej siekiery ścinającej pieo tego drzewa niż samo jego istnienie. Zależnośd naszego życia od krzywd codziennych wyrządzanych bliźnim nie ogranicza się tylko do bytu pasożytniczego. W każdej niemal chwili odbieramy, zagarniamy dla siebie coś, co mogłoby ocalid jakieś inne życie od zagłady. Takie jest prawo dżungli kapitalistycznego świata i całą naszą pociechą jest chyba świadomośd współdziałania z siłami, które te prawa obalają. Czas odnaleziony we wspomnieniu objawia nam wiele nowych i nie dostrzeżonych w przeszłości obrazów. Widz, który by na smugę światła rzuconą na ekran filmowy patrzył pod kątem przecinającym tę smugę, dostrzeże tylko chaotyczną grę świateł. Dopiero patrząc równolegle do projekcji, odczyta na ekranie prawdziwy sens tych blasków i cieni. Podobnie historia daje nam przywilej wierniejszego odczytywania wielu prawd przeszłości.

Czas przyśpieszony lub zwolniony zmienia najbardziej statyczne obrazy. Przypomina to filmy naukowe, które polegają na tym, że fotografuje się przez parę miesięcy, dzieo po dniu, godzina po godzinie, ten sam kwiat czy krzew, aby potem obserwowad historię wzrostu tej rośliny w parominutowym skrócie. W ten sposób drzewo, pogodne, majestatyczne drzewo, szumiące bogatą koroną liści, wiekowe, niezmienne, zdawad by się mogło, w swoim trwaniu, moglibyśmy pokazad jako jeden tragiczny gest rozpaczy. Historia tego drzewa, ujęta w takim błyskawicznym skrócie, byłaby prawdą nową, ale prawdą ułomną. Tak więc wspominając starajmy się odkrywad prawdy nowe, ale strzeżmy się odbierad przeszłości właściwą jej miarę czasu. Wyjście z kręgu dzieciostwa, pierwsze świadome spotkanie moje z życiem, mimo strachów i utrapieo szkolnych, miało za tło scenerię czasów spokojnych i pogodnych. Wiek dziewiętnasty trwał jeszcze jak to drzewo majestatyczne, którego żadne burze ani wichry dziejowe, wydawad by się mogło, złamad nie potrafią. Pierwsze dziesięciolecie wieku dwudziestego nie zdradzało jeszcze niczym ogromnych przemian, które wiek ten miał przynieśd światu.

Z

wykło się owe czasy nazywad pogodnymi, jak Warszawę tego okresu nazywa się „wesołą Warszawą” i „Paryżem Północy”. Taką ją widziałem oczami siedemnastoletniego chłopca. Dziś mam co do tej pogody poważne wątpliwości. Byd może robiła ona wrażenie Paryża na prowincjonalnych kupcach rosyjskich, którzy tu spędzali noce w szantanach, lub na zapijaczonych hreczkosiejach z Kutnowskiego czy Łomżyoskiego. Dziś, gdy wspominam ten Paryż Północy, widzę ciemne ulice pokryte kocimi łbami, cuchnące moczem kooskim. Ciągną po tych ulicach smrodliwe wozy ze śmieciami. Wiatr roznosi te perfumy warszawskie od nędzy Powiśla do straszliwych klatek napełnionych ludzką niedolą na Franciszkaoskiej, Dzikiej, Krochmalnej. Przewiewa ten wiatr nad skrawkiem centrum miasta, gdzie parę nocnych knajp i eleganckich magazynów tworzy ułudę europejskości. Uderza wschodniośd pejzażu warszawskiego; przypomina mi główną ulicę w Mukdenie oglądaną niegdyś w fotoplastykonie „Terra” na Niecałej. W tym Paryżu Północy bydło zabijał rzezak rytualny, pierwszorzędne lecznice prywatne nie miały w pokojach wody bieżącej, kilkadziesiąt zaledwie można było znaleźd hotelowych pokoi z łazienką, na wszystkich rogach ulic stały tłumy obdartych przekupniów i całe dywizje chustkowych prostytutek, które na widok policjanta rozbiegały się ciężkim kłusem. W dzieo świąteczny zapełniał ulice tłum ubrany brzydko i pretensjonalnie. Próżnośd łącząca się z nędzą była to mieszanina typowa dla Warszawy. Można było nie mied na elementarz, na ołówek dla dziecka, na mydło czy na książkę, ale trzeba było mied niedzielne sakpalto i żółte kamaszki. Brzydota Warszawy wyłaniała się z obyczaju i słownictwa jej mieszkaoców. W leksykonie warszawskim królowało niepodzielnie uniwersalne: „kurwa twoja mad”. Wyrażało to i niechęd, i podziw, i nudę, i zadowolenie. Warszawa nie miała swoich ulicznych piosenek; gdyby takie piosenki istniały, zaczynałyby się i kooczyły na tym sakramentalnym zaklęciu. Miała jednak zawsze ulica warszawska dowcip ostry i celny. Za czasów gubernatora Kellera anonimowy satyryk puścił tę klasyczną fraszkę: „Chcesz pan prawdy o Kellerze? - Ona daje, a on bierze, - Mów wyraźniej pan dobrodziej. - Ona kurwa, a on złodziej”. Jak widzimy i tu nie obyło się bez ulubionego zwrotu. Niezmienną cechą ludku warszawskiego był i jest do dziś dnia sceptycyzm. Słowa: bujda, granda, fiume i lipa mają zadawnione prawo obywatelstwa w słownictwie warszawskim. Bardzo wybitnym przedstawicielem tego kierunku naukowego był mój fryzjer. Pamiętam, przeglądałem kiedyś francuskie pismo ilustrowane, w którym było parę zdjęd z pogrzebu Brianda. Mój przyjaciel fryzjer

rzucił okiem na tę fotografię i powiedział: „Nakradł się, nakradł i umarł”. Był on przeciwnikiem wszelkich zmian politycznych w ramach istniejącego ustroju. Gdy mianowano nowy gabinet, mój fryzjer bardzo kręcił głową: „Niedobrze - mówił. - Tamte dawne już się nakradły i obsprawiły, a takie nowe są zwykle niemożebnie wygłodniałe. Strasznie nas będą łupid”. Sceptycyzm wobec wielkich w narodzie był zjawiskiem powszechnym. Pamiętam dwie babiny, które przyglądały się pogrzebowi Żeromskiego. Patrząc na wojsko, delegacje z wieocami i sztandarami, jedna z nich powiedziała z sarkastycznym grymasem: „Biednego by tak nie chowali”. Cóż by to znaczyd miało? Czyżby ta babina chciała, żeby każdego ubogiego chowano w Warszawie z taką ostentacją, żeby także i za jej trumną szły szkoły i ministrowie, wojsko i delegacje z całego kraju? Nie. Chodziło o „coś innego. Chodziło o stwierdzenie, że sekretem wszelkiego powodzenia jest forsa, bo w ten nieskomplikowany sposób kształtował się ówczesny materializm dziejowy warszawskiego mieszczaostwa. Kult cwaniactwa i dowcipu był może zdrową reakcją na systematyczne przekarmianie narodu strawą wzniosłego romantyzmu i ckliwego męczeostwa. Ludek warszawski coraz sceptycznie) przysłuchiwał się wszelkim hasłom patriotycznym i egzaltacjom narodowym. Coraz mniej było amatorów przerabiania zjadaczy chleba w aniołów i coraz wyraźniejsze pragnienie przejścia z kategorii KrólówDuchów na stanowisko zjadaczy chleba. Jako osiemnastoletni młodzieniec wstępując do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych tkwiłem jeszcze całkowicie w romantycznym patriotyzmie. Miałem żywą pogardę dla spraw materialnych i optymizm wynikający z absolutnej nieznajomości struktury społecznej. Posiadałem bardzo wiele wiadomości chaotycznych i niedokładnych, a nie zdobyłem zdolności zarabiania na życie. Nieporadny i bezbronny, stanąłem przed koniecznością znalezienia jakiegoś zajęcia, co wobec choroby ojca stało się naczelnym zagadnieniem pierwszego okresu mej młodości. Tu kooczy się okres dzieciostwa warszawskiego.

P

amięd wzrokowa jest samodzielnym departamentem, na czele którego stoi dziwak i fantasta. Urząd główny posyła do departamentu pamięci wzrokowej zapotrzebowanie praktyczne i rozsądne. „Pragniemy wiedzied, jak wygląda mecenas Przytysioski. Czy jest to wysoki brunet z wąsikami, z którym spotkałem się w czasie mego pobytu w Chicago”. Mecenas Przytysioski dzwonił i mamy się z nim spotkad. Departament pamięci wzrokowej w odpowiedzi na to poważne zapotrzebowanie przysyła nam obraz ulicy zalanej deszczem i czarną oprawę Biblii leżącej na stoliku nocnym. Nie ma mowy o żadnym mecenasie, o żadnych wąsikach i łysinach. Gdy czasem pomyślę o jakimś kraju dalekim, dziwak z departamentu pamięci wzrokowej przysyła mi obraz kota śpiącego za szybą piekarni, czerwoną pompę „Standard Nobel” albo żywy i dokładny portret przygodnego sąsiada w restauracji czy pasażera pociągu. Oczywiście potem, na skutek paru „ponagleo”, departament przysyła obrazy potrzebne, ale pierwszy odruch dyrektora, rzecz według niego najważniejsza, zawsze jest nielogiczny i niespodziewany. Gdy mu zwrócid na to uwagę, dyrektor departamentu mruczy z poirytowaniem: „My tu, panie dobrodzieju, mamy inne sprawy i inne kryteria”. Dziwak, z którym obcuję od wielu lat, występuje czasami samodzielnie, przesyła jak gdyby dodatki nadzwyczajne! Chłodny wiatr przy niebie pogodnym poruszy go i zaczyna zasypywad urząd centralny, zajęty rozważaniami na temat podatku dochodowego, obrazami Lizbony lub powodzi zalewającej wał ochronny w Łomiankach. Wczoraj przed zaśnięciem pomyślałem o świętach Bożego Narodzenia. Departament pamięci wzrokowej przysłał mi obraz drewnianej podstawki do choinki, igliwia zaścielającego posadzkę w salonie i wspomnienie paru okładek książek dla młodzieży. Pchnięty w tym kierunku przez mego dyrektora departamentu, rozmyślałem w ciszy nocnej o najradośniejszych chwilach dzieciostwa. Święta nie istniały, dopóki nie było szkoły. Przedtem różniły się od dni zwykłych tylko jedzeniem i podarkami. W prawdziwym blasku zjawiły się święta w moim życiu dopiero wtedy, gdy były wyzwoleniem z udręki i upokorzeo szkolnych. Z tą szkołą od początku szło jakoś nieskładnie. Do dziesiątego roku życia wychodziłem codziennie rano na spacery ze służącą. Nazywało się to, że idziemy do parku, ale Klimcia była bigotką i wszyscy wiedzieli, że chodzi ze mną do kościoła św. Antoniego na Senatorską. Dziś jeszcze, gdy zamknę oczy, widzę z całą dokładnością wnętrze tego kościoła, pamiętam brązowy habit świętego Antoniego i lilie, które trzymał w ręku, pamiętam zapach kadzideł i naftaliny. Matka moja była bardzo pobożna, mimo więc że byłem mizernym i bladym chłopcem, te spacery, w których bardziej chodziło o moje zbawienie niż zabarwienie, tolerowano, a nawet popierano.

Ojciec w tych czasach nie interesował się moją edukacją. Każdą wolną chwilę spędzał u Semadeniego, gdzie otoczony licznym gronem przyjaciół rozprawiał o polityce i puszczał na miasto dowcipy, które do dziś jeszcze opowiadają sobie starzy warszawiacy. Ja wolałem od tych anegdotek i kalamburów ojcowskich nasze intymne, domowe żarty absurdalne i pure-nonsensy. Stało się utartym zwyczajem, że gdy odprowadzałem ojca do przedpokoju, przed wyjściem na miasto dawał mi szereg absurdalnych zleceo. „Gdy przyjdzie stryj Józef zwany Wujagą zawiążcie go na supeł i wywieście za okno. Nalad trzeba wody do gabinetu i ustawid braci Polatkiewiczów według wzrostu.” Sprzeczaliśmy się z ojcem, ku zgorszeniu matki, czy bracia Polatkiewicze mają nosy koloru bronglowatego czy multywowego. Wiem, jak dzieci wrażliwe są na pure-nonsensy, i kiedyś gdy mieszkałem w pokoju odnajętym przy rodzinie, co rano rozmawiałem w ten sposób z młodszym synem pani domu, Tomciem. Było tam dwóch chłopców znanych na całej ulicy z hałaśliwości. Gdy ktoś pytał się starszego Jasia, czy nie przeszkadzają mi w pracy, Jaś odpowiedział: „Pan Słonimski nie pracuje: on albo śpi, albo pisze”. Młodszy miał przywilej przynoszenia mi co rano do łóżka gazety. Utarło się zwyczajowo, że witałem Tomcia jakimś mniej lub bardziej zawiłym powiedzeniem. Starszy czekał pod drzwiami i pytał: „Co powiedział?” „Powiedział: Oto i pan Tomasz we własnej postaci”. Kiedyś powiedziałem coś za trudnego: „Nie narodzone jeszcze pokolenia uwielbiad będą ten żarcik pana Tomasza, który w nowej sukience zjawił się w ostatni dzieo starego roku”. „Co powiedział?” - spytał Jaś, ale pan Tomcio nie umiał powtórzyd i rozpłakał się. Święta były wybawieniem od szkoły. Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie, które dało mi zaznad najwyższej rozkoszy, najpełniejszego szczęścia. Jakby dla większego kontrastu dużo było do odrabiania lekcji, a obiady i desery w tygodniu przedświątecznym były marne. Dawano kompot ze śliwek albo mus z jabłek, który nazywaliśmy „mus, ale nie przyjemnośd”. Gdy podawano nam różową galaretkę owocową - mówiliśmy: „Nie trzęś się, bo i tak cię nie zjem”, W wieczór wigilijny rozpoczynało się parodniowe panowanie nieustającego deseru. Najbardziej pociągające były bakalie i bombonierki z czekoladkami. Na pięknej, lekkiej jak puch bibułce leżały srebrne szczypczyki i widełki podobne do Neptunowego trójzębu. Trójząb ten upodobniał się czasem do wideł diabelskich i przy wykradaniu czekoladek nasuwał niepokojącą myśl o smażeniu się w piekle. Żaden tort z lukrową lirą i zielonymi liśdmi tataraku nie mógł rywalizowad z pudełkiem czekoladek lub torebką bakalii. Tort był jak bardzo smaczna proza, a torebka bakalii - czymś w rodzaju antologii poezji. Pełna rozkosz nie polegała jednak na samym objadaniu się słodyczami. W święta wolno mi było czytad w łóżku. Zaopatrzony w zapas czekoladek i bakalii, z nową powieścią Jules Verne'a tuliłem się w boskiej intymności pod kołdrą. Bryg „Queen Mary” znajdował się na wysokości (czekoladka z różowym nadzieniem) Wysp Towarzyskich i na rozkaz kapitana Granta (daktyl) wziął kurs na południowozachód (skórka pomaraoczowa w czekoladzie). Tak było wieczorem. W dzieo błądziłem nieprzytomny z pokoju do pokoju nie rozstając -się z książką. Dyrektor mego departamentu pamięci wzrokowej z niezwykłą dokładnością opisuje mi każdą okładkę ulubionych powieści, każdą ilustrację; a szef podkomisji do spraw węchowych przypomina zapach kleju - tę miłą woo nowych książek. Gdy pomyślałem sobie przed zaśnięciem o świętach Bożego Narodzenia, zjawiły się przed moimi oczami wszystkie najukochaosze książki dzieciostwa. W najgłębszych mrokach pamięci zachowałem zwłaszcza jedną, pierwszą, którą zdołałem przeczytad sam. Pamiętam jej rdzawoczerwoną okładkę. Były to „Listki z drzewa czarodziejskiego”. Nie mógłbym

sobie dziś przypomnied ani jednego słowa, zostało mi tylko ogólne wrażenie czegoś gorącego i trwożliwego. Żyłem w dośd osobliwym przekonaniu, że każda książka nazywa się „Listki z drzewa czarodziejskiego” i bardzo byłem zainteresowany, jakie „Listki” na Gwiazdkę dostał brat i czemu jego „Listki” są grubsze. Choinka co roku rodziła wspaniałe owoce marcepanowe i co roku znajdowaliśmy przysypane igliwiem nowe książki, jak ciężkie liście opadłe z czarodziejskiego drzewa świąt Bożego Narodzenia. Kto wie, może nie bardzo się myliłem, nazywając tak każdą książkę piękną i wzruszającą. Wśród wielu książek czytanych w poszukiwaniu prawdy o świecie, pochłanianych z pasją, książek obcych, trudnych, książek bliskich i ukochanych, nieraz odnajdywałem swe dziecinne „Listki z drzewa czarodziejskiego”. Gdyby anioły na choince mówiły prawdę o niebie, to z pewnością w środku rajskiego ogrodu rośnie to wielkie drzewo czarodziejskie. Mój szef wydziału wyobraźni wzrokowej przedstawia mi dośd dokładny obraz stosunków panujących w raju. Widzę oto, jak zielony kuferek Klimci zmienia się w czarodziejski kufer latający i unosi mnie wysoko. Siedzimy razem z ojcem na kuferku i wzajemnie podajemy sobie książki we wspaniałych oprawach. Ojciec, trzymając w ręku kij bilardowy, odfruwa na chwilę, aby zagrad partyjkę u Semadeniego, a ja jedząc słodycze z ogromnej bombonierki czytam bardzo grube, nigdy nie kooczące się „Listki z drzewa czarodziejskiego”. W przerwach pływamy z ojcem po napełnionym wodą gabinecie, a związany na supeł Wujaga z uśmiechem zagląda przez lufcik i mówi: „Co oni robią? Zupełnie powariowali”.

T

radycyjne w naszej rodzinie zainteresowania naukowe z pradziadka, dziadka i ojca przeszły na mego brata Piotra. Już w latach szkolnych zajmował się zbieraniem chrząszczy i motyli. W pokoju dziecinnym stały na oknie akwaria i terraria pełne żab, ryb i węży. W starym okupowanym przez nas kredensie mieściły się zbiory przyrodnicze. Na wewnętrznej stronie drzwiczek wypisał Piotr: „Zbiory doktora profesora P. Słonimskiego”. Pod groźbą wycofania ze zbiorów „zęba mamuta” wymogłem, że dopisane zostało ołówkiem „i A. Słonimskiego”. Gdy ja jednak dośd szybko przerzuciłem się na zbieranie marek, brat mój pozostał długo, bo do kooca życia, wierny naukom przyrodniczym. Piotr wyjeżdżając na uniwersytet do Lwowa zostawił te żaby w akwarium. Ojciec nie wiedział, co dawad żabom do jedzenia, zadepeszował więc do Lwowa: „Co żaby jedzą?” Piotr oddepeszował: „Nic”. Byd może istotnie żaby zimą nic nie jedzą, ale nie w ciepłym pokoju. Faktem było, że żaby stawały się z dniem każdym bardziej przezroczyste i ledwo się poruszały, żałośnie przyklejone do szyb akwarium. Oczywiście wiedzieliśmy, że żaby jedzą muchy, ale skąd było zimą wziąd w Warszawie muchy? Złapaliśmy parę w kuchni, żaby pożarły je skwapliwie. Od tego dnia ojciec pytał się wszystkich pacjentów, czy mają muchy. Wynikało z tego powodu sporo nieporozumieo. - „Co znaczy muchy?” irytował się pewien Izraelita - „Kłucie mam, strzykanie mam, bóle mam, ale muchy?” Gdy jednak wyjaśniono nieporozumienie i okazało się, że w kuchni pacjenta są muchy, ojciec jechał dorożką i przywoził zapas much w pudełku od papierosów „Renoma”. Mieszkania pacjentów, które ojciec odwiedzał, świadczyły często o osobliwej hierarchii i kolejności potrzeb ówczesnych mieszkaoców stolicy. Jedzenie stało na pierwszym miejscu, następne miejsce na liście potrzeb zajmowało ubranie, mieszkanie zaś mogło byd i było przeważnie brudne i pozbawione wszelkich wygód. Nie jest prawdą, iż w wannie trzymano węgiel albo kartofle, gdyż w owych czasach nikt prawie nie miał wanny w domu. Chodziło się kąpad do „Fajansa” albo „Pod Messalkę”. Pamiętam bardzo snobistyczne przyjęcie wydane przez znanego poetę w mieszkaniu na Przyrynku. Były wina francuskie, lokaj w białych rękawiczkach, ale w mieszkaniu nie było ubikacji. Goście musieli biegad w razie potrzeby do klozetu na podwórze, zaopatrzywszy się przedtem w klucz, który był u stróża. W mieszczaoskich zamożniejszych mieszkaniach największy, najwidniejszy pokój stał zwykle pusty. Był to nietykalny, odświętny salon, w którym stało pianino, palma i garnitur mebli wiecznie pokrytych pokrowcami. Rodzina gnieździła się w ciasnych i ciemnych pokoikach od podwórza. Okna otwierano bardzo niechętnie w obawie cugów. Słyszałem kiedyś w tramwaju taki urywek rozmowy: „U Kolasioskich nie bywam, bo tam cugi...” Mówiła to starsza jejmośd tonem bardzo zagniewanym. Ojciec mój zwalczał

jak mógł ten warszawski zwyczaj nieotwierania okien. Opowiadał nam o pacjencie, któremu przepisał dobre powietrze. Zagroził, że jeśli leżed będzie w takim smrodzie i zaduchu, przestanie go odwiedzad. Groźba poskutkowała. Gdy ojciec przyszedł nazajutrz, okno było jak przedtem zamknięte, unosił się za to w pokoju przenikliwy zapach wody leśnej. - „No, jak teraz pachnie, panie doktorze?” - zapytał pacjent. - „Pachnie jak łajno w lesie” - odpowiedział ojciec. Zainteresowania przyrodnicze zrozumiałe były w początkach naszego stulecia, gdy dzieo niemal każdy przynosił nowe tryumfy cywilizacji technicznej. Nagły rozkwit techniki i wciąż nowe zwycięstwa człowieka nad naturą zapładniały wyobraźnię i kształtowały światopogląd. Emocje te nie zatrute były lękiem i grozą. Gdy na Polu Mokotowskim lotnik rosyjski Utoczkin uniósł się na swoim biplanie i utrzymał w powietrzu minutę i piętnaście sekund - doznałem uczucia upojenia równego szczęściu alchemika Sconicjusza, który mieszając w tyglu żelazo, miedź i gumę ujrzał na dnie osad złoty. Było to szczęście równie złudne. Sam fakt oderwania się od ziemi maszyny cięższej od powietrza robił wrażenie potężne i radosne. Nie zastanawialiśmy się wtedy, komu i jakim sprawom służyd będzie ten wspaniały wynalazek. Ostrzeżenia przed niebezpieczeostwem cywilizacji technicznej są równie stare jak nasza cywilizacja. Gdy w roku trzytysiącznym przed, naszą erą wprowadzono w Chinach pierwsze koła na miejsce płóz drewnianych i pierwsze żagle, filozof owych czasów ostrzegał przed niebezpieczeostwem innowacji i nietrzymania się starych, utrwalonych przez wieki tradycji. Nasze pokolenie widziało narodziny Golema stworzonego przez człowieka i widziało, jak się ten Golem straszliwy obrócił przeciw człowiekowi. Obecne pokolenie jest szczęśliwe, bo widzi już w zarysach świat nowy, gdzie te potężne siły natury, wyzwolone wiedzą ludzką, służyd będą nie zniszczeniu, ale budowie, nie na zło będą obrócone, ale na dobro. Najszybciej, najpełniej przystosowywała się do nowych zdobyczy technicznych młodzież. Można było zaobserwowad, jak wytwarzał się i rozwijał nieznany przedtem zmysł motoru, instynkt filmu i radia. Nieraz słyszałem, jak dwunastoletni uczniak w kinie objaśniał rodzicom treśd filmu. - „To jest zły charakter” - mówił uczniak. - „Skąd wiesz?” - szeptem pytała matka. - „No wiadomo, bo ma baczki i wąsiki” - objaśniał synek. Trzeba bowiem pamiętad, że konwencja przystrajania złych charakterów w baczki i wąsiki nie została wymyślona przez naszych autorów teatralnych i reżyserów filmowych. Nawet tego nie wymyślili. Trudno było z czasem rodzicom utrzymad prestiż wobec kłopotliwych pytao zadawanych przez zmotoryzowane i udźwiękowione pokolenie. - „Mamo, czy amplifikator może byd na obwodzie, czy musi byd uziemiony?” - pytał kiedyś synek moich znajomych, majstrując przy aparacie radiowym. Matka, znana pisarka polska, odpowiedziała z powagą: „Nie garb się” – i w ten sposób, na chwilę przynajmniej, ocaliła swój autorytet. Radio i film miały wpływ na wychowanie, na obyczaje, nawet na słownictwo. Reklamy kinematografów, zajmujące całe pierwsze strony pism codziennych, roiły się od dziwolągów językowych. Każdy nowy film musiał byd wspanialszy od wszystkich poprzednich, wymyślano więc przymiotniki w rodzaju „hipergigantycznie olśniewający szlagier” albo „miażdżąco niesamowity ekstra fascynujący film wytwórni Metro Goldwyn”. W pierwszej połowie naszego stulecia obserwujemy specjalną popularnośd słów „niesamowity” i „fascynujący”. Mówiło się nawet o ciastkach z kawiarni Mała Ziemiaoska, że są „fascynująco dobre”, ale „niesamowicie małe”. Słowa jak ubiór podlegają modzie, mają swą historię, swe wzloty i upadki. Pamiętam sprzedawcę ulicznego, który wykrzykiwał na Marszałkowskiej przed dawnym Hotelem Wiedeoskim: „Za jedną

złotówkę to, co w sklepie pięd złotych, platonicznie oddaje grzebyki kieszonkowe...”. Słowo „platonicznie” oznaczad miało „bezinteresownie” i wywodząc się z miłości platonicznej dośd daleko odeszło od autora „Uczty”. Podobnie wielki Einstein sprowadzony został do krótkiego sformułowania: „Cóś podobno wszechświat puchnie” - tak bowiem mówiły w latach dwudziestych młode panny i starsze ich matki z warszawskich sfer kupieckich. Sfery te miały zdolnośd niezwykłą do malowniczego przekręcania słów i - jak dialekt szkocki w Anglii czy marsylijski we Francji - pomocne były humorystom. Notując często te kurioza i rzadkie okazy deformacji językowych zapamiętałem powiedzenie żydowskiego krawca z Zakopanego, który mi oznajmił: „Wszyscy niebiescy materiałowie dobrze się noszają”. Zdanie to zbudowane było na zasadzie: „Wszyscy niebiescy aniołowie”. Poza tym była to oczywista nieprawda. Później, już w czasie dwudziestolecia, dokonałem paru eksperymentów z dziedziny semantyki i doświadczeo nad terrorem słowa. Słowa bowiem odchodząc od konkretu tracą swą jednoznacznośd i nabierają niebezpiecznej siły emocjonalnej. Wiedzą o tym wszyscy demagodzy. Tak zwane emocjonalne bajdurzenie działa na każde zbiorowisko ludzkie. Założyłem się kiedyś z moimi przyjaciółmi ze „Skamandra”, że wygłoszę publicznie odczyt całkowicie pozbawiony sensu. Oczywiście było już wiele takich odczytów wygłaszanych we wszystkich krajach świata, i dziś słyszymy podobne odczyty co drugi dzieo. Chodziło jednak o to, że miał to byd nonsens świadomy i całkowicie jawny. Pewien byłem, że wystarczy szybko i ze swobodą wygłaszad zdania całkowicie pozbawione znaczenia, a publicznośd przyjmie to bez sprzeciwu. Tak się też stało. Był to odczyt pt. „O duszy studenterii warszawskiej” wygłoszony w sali Muzeum Przemysłu i Rolnictwa. Mówiłem przez czterdzieści minut, bez żadnego przygotowania, z niegasnącym zapałem i całkowicie bez sensu. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż utrata tempa i wigoru oznacza całkowitą klęskę. Nie wolno dad słuchaczom ani chwili oddechu i możności refleksji. Mówiłem o tym, że „jak z poczwarki wyfruwa motyl, tak ze studenta wyfruwa doktor, adwokat, dentysta, na barwnych skrzydełkach wiedzy przenosi się z kwiatka na kwiatek zapładniając prawie każdą roślinkę”, mówiłem „o wtórnych przekrojach spirali osmozy społecznej mobilizującej oddolne podświadome zahamowania doznao adekwatnych”. Gdy zmęczony i spocony skooczyłem te brednie i ukłoniłem się grzecznie, publicznośd nagrodziła mnie wątłymi brawami. Nikt nie gwizdał, nikt nie zadawał pytao. Słowo mówione z katedry, estrady czy trybuny wiecowej miało siłę nieodpartą. Niełatwo było podważyd autorytet słowa drukowanego. „Stojało w gazecie” - to argument trudny do obalenia. Mógł czytelnik nie wierzyd autorowi, mógł się z nim w myślach sprzeczad, były pisma i wypowiedzi, które mieszczan warszawskich doprowadzały do szewskiej pasji albo szewców w mieszczaoską wbijały pychę, ale zupełny nonsens zdarzał się w prasie chyba tylko na skutek błędu drukarskiego. Podchwytywała Warszawa takie zabawniejsze omyłki druku. Pamiętam dośd koszmarny błąd we wspomnieniu pośmiertnym umieszczonym w „Kurierze Warszawskim”, które rozpoczynało się od wykrzyknika: „Któż z nas nie miał świętej pamięci mecenasowej Kopścioskiej!” Oczywiście miało byd: „Któż z nas nie znał”. Gdy dziś z perspektywy lat i wielu doświadczeo patrzę na różne pure-nonsensy, które wydawaliśmy razem z Tuwimem, odnajduję w tych młodzieoczych igraszkach pewien sens społeczny. Dodatki specjalne wypuszczane przez „Kurier Polski” na prima aprilis, „Pracowita Pszczółka - kalendarz rolniczy”, numery parodystyczne „Wiadomości Literackich” czy „Tygodnika Ilustrowanego” pisaliśmy

oczywiście dla własnej zabawy, ale miały te zabawy swój aspekt wychowawczy. Czytelnik gazet czy tygodników dostawał do rąk pozornie normalny numer, tak samo łamany i drukowany jak zwykle, pełen jednak treści niezwykłej. Dowiadywał się, że „przed sądem pokoju sypialnego stanął piorun”, czytał ogłoszenie w rodzaju: „Plamy wywabiam na schody i piorę po gębie”, „Namydlam przed ogoleniem - uwaga - fryzjer na tej samej ulicy”, „Chętnie wydoję kozę, może byd na cztery ręce”, „Sidoryn łagodnie przeczyszcza nie przerywając snu” itp. Czytelnik uczył się tej nowej dla niego prawdy, że w gazecie, którą codziennie czytał z powagą i zaufaniem, mogą te same czcionki drukowane na tym samym papierze mówid zupełne brednie. Jeśli po tym doświadczeniu chod odrobinę podejrzliwiej i krytyczniej patrzał na normalną, codzienną prasę, była w tym pewna nasza zasługa.

N

im słowo stało się moim narzędziem i bronią, nim popadłem w tę chorobę młodości, która u niektórych staje się chroniczna, głównym moim zajęciem było malarstwo i grafika. Jako uczeo warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych miałem pogardę dla poezji i kult dowcipu. W studia malarskie włożyłem wiele zapału. Wziąłem parę konkursów, miałem swoją wystawę specjalną w Zachęcie. Jako młody, już dośd znany grafik zdradziłem muzę malarstwa i wszedłem do literatury chyłkiem, niepostrzeżenie, niejako kuchennymi drzwiami. Po śmierci ojca zostałem bez grosza sam z matką. Pierwszym moim, nikłym zresztą, sukcesem materialnym było rysowanie do pism satyrycznych. Redaktor „Sowizdrzała” dawał mi tematy do rysunków, wolałem jednak własne tematy i sam zacząłem redagowad podpisy pod karykatury. Powoli, niepostrzeżenie coraz częściej dawałem podpisy pod rysunki własne i prace kolegów i w tej dwoistości jak wieloryb, chod formalnie należałem do ssaków, zachowywałem się jak ryba. Co mnie pchało do pisania? Wydaje mi się, że mój temperament i bojowośd nie znajdowały wyżycia w rysunku i obrazie. Moja grafika była raczej liryczna, a pióro drapieżne. Z czasem i liryka znalazła swój wyraz w moim pisarstwie, główną jednak cechą mego charakteru była zawsze pasja zwalczania, demaskowania wszystkiego, co wydawało mi się złem, i propagowania idei, w które wierzyłem z całą żarliwością. Namiętnie propagowany pacyfizm i nienawiśd do wojny nudziły chwilami najwierniejszych czytelników dośd popularnych w Polsce moich „Kronik tygodniowych”. Redakcja „Sowizdrzała” imponowała mi i czarowała. Z tych mrocznych i tajemniczych pokoików na ulicy Żelaznej nagryzmolone przeze mnie świstki szły do drukarni, gdzie ulegały magicznej przemianie, stawały się czymś ważnym i powszechnym. Odnajdywałem je na szpaltach „Sowizdrzała” jako coś znanego, a jednak nowego i odczytywałem te głupstwa po parę razy. Osoba redaktora imponowała mi nie mniej niż lokal redakcji. Był to płowy, brodaty blondyn z blizną na czole i bardzo piskliwym organem głosu. Z czasem przekonałem się, że w pokoikach redakcyjnych nie było nic istotnie tajemniczego poza niezwykłą ilością śmieci i brudów, a blizna na czole redaktora była lekkim przypadkowym zadrapaniem, które usunęło z czoła mego szefa warstwę kurzu nagromadzoną tam od lat wielu. Pod tym zadrapanym czołem rodziło się wiele pomysłów śmiałych, a nawet wręcz bezczelnych. Redaktor „Sowizdrzała” był wynalazcą reklam ujemnych. Na łamach jego pisma co pewien czas ukazywały się takie na przykład wierszyki: „Strzeżcie się Wolaoskiego, bo to prawda szczera, że przy kupnie losów okropnie nabiera”. Po pewnym czasie wierszyk ten znikał, natomiast zjawiało się ogłoszenie firmy Wolaoski. Reklamy rymowane zjawiały się wtedy często na łamach pism codziennych, tygodników i na ekranach kinowych. Zwykle bywały one płodem natchnienia

domorosłych poetów lub ajentów ogłoszeniowych. Pamiętam takie dwa pełne wdzięku utwory reklamujące w „Kurierze Warszawskim” koniak Szustowa. Pierwszy był apelem lirycznie matrymonialnym: Hej, ty dziewczyno, ty nie jesteś pusta, Że się zaręczasz z panem Henrykiem. Ten człowiek dobre ma gusta, Bo się zachwyca Szustowa koniakiem. Ponieważ asonanse nie były jeszcze w powszechnym użyciu i stosowane były tylko w poezji ludowej, czytaliśmy dla rymu nie z panem Henrykiem, a z panem Henrakiem. Drugi wierszyk ozdobiony był rysuneczkiem przedstawiającym młodego chłopczyka rozmawiającego ze staruszkiem. Pod rysunkiem był tekst następujący: Czemu, dziadziu, nie umierasz, Chod ci się trzęsie głowa? Bo ja piję nieraz Koniaczek Szustowa. Pytanie było dośd aroganckie, za to odpowiedź starca była pełna godności. Ogłoszenia rymowane umieszczane w „Sowizdrzale” stały oczywiście na znacznie wyższym poziomie formalnym. Władysław Nawrocki był nie tylko redaktorem „Sowizdrzała”, był on autorem „Sonetów królewskich” i tłumaczem poezji niemieckiej, francuskiej, angielskiej, włoskiej, czeskiej i węgierskiej. Oczywiście nadmiar zajęd nie pozwalał mu na zbytnie cyzelowanie przekładów i zmuszał go do pewnej bezceremonialności, zwłaszcza w poszukiwaniu rymów męskich. Pamiętam w jakimś jego przekładzie z Heinego zakooczenie strofy: „I blady był na schwał”. Wielka ilośd spełnianych funkcji wytworzyła w nim specyficzną skłonnośd do oszczędzania czasu i miejsca. Nawrocki pisywał na maszynie ciągiem, bez przerw między słowami. Dostałem kiedyś od niego taki liścik: „PójdziepandosąduokręgowegonaMiodowąsalatrzeciasiądziePanprzymniepokażęPanufacetaktóregot rzebaujaid”. Chodziło o narysowanie karykatury adwokata występującego po stronie przeciwnej w procesie prasowym przeciwko „Sowizdrzałowi”. Byd może mój pierwszy redaktor odznaczał się pewną dezynwolturą i nonszalancją wobec praw obowiązujących, miał za to odwagę, gest i pasję dziennikarską. Pamiętam, gdy w czasie pierwszej okupacji niemieckiej w roku 1916 stworzono Radę Regencyjną, daliśmy w „Sowizdrzale” rysunek przedstawiający kocioł i wielką warząchew. Pod rysunkiem dałem podpis: „Będzie to rosół bez selera”. Gubernatorem warszawskim był wtedy niemiecki generał Beseler. Po tym żarciku skonfiskowano numer „Sowizdrzała” i naznaczono Nawrockiemu wysoką karę pieniężną. Gdy pełen poczucia winy, skruszony przyszedłem do redakcji i zacząłem przepraszad Nawrockiego za ten ryzykowny kalambur, Nawrocki obruszył się i powiedział: „Mój panie, albo się w pliszki gra, albo się pismo redaguje”. Ulubionym aforyzmem Nawrockiego była często powtarzana sentencja: „Dobry dziennikarz jest jak dobre jabłko, dojrzewa dopiero na słomie”. Na słomie to oczywiście znaczyło w więzieniu. Aforyzm ten ma w sobie niewątpliwie pewną dozę prawdy, nie trzeba jednak zapominad, ze zarówno jabłka, jak i dziennikarze za długo przebywający na słomie przechodzą w następne po dojrzewaniu stadium, to znaczy gniją.

Teren moich pierwszych wystąpieo pisarskich przypominał nieco amerykaoskie pisemka, o których mówi Mark Twain. Nie przejąłem po moim redaktorze zupełnej beztroski i nonszalancji w stosunku do pewnych tradycyjnych, mieszczaoskich norm etycznych, byd może jednak późniejsza ostrośd i napastliwośd mego pióra wywodzi się właśnie z tego terminatorstwa w „Sowizdrzale”. Jako recenzent teatralny „Sowizdrzała”, a potem „Wiadomości Literackich” wprowadziłem nie spotykany przedtem w prasie polskiej rodzaj sprawozdao łączących lakonicznośd z brutalnością. Niektóre moje recenzje teatralne zawierały się czasem w jednym zdaniu. Pamiętam, że ze sztuki Sardou „Kartka papieru” napisałem tylko jedno słowo: „Rolka”. Ze sztuki „Piąty do brydża” napisałem: „Ja byłem pierwszym wychodzącym”. Jednocześnie z tą ciemną i napastliwą stroną mego charakteru obudził się w młodym malarzu i satyryku dośd wstydliwy liryzm, kult poezji Mickiewicza i pierwsze zachwyty nad parnasistami francuskimi. W tym to czasie, po długich wahaniach, wstydliwie ten fakt ukrywając, posłałem do „Kuriera Warszawskiego” trzy sonety: „Michał Anioł”, „Boticelli” i „Rafael”. Było to czcigodne pismo, którego właściciele od paru pokoleo żyli z nekrologów warszawskich mieszczan i kształtowania ich opinii za życia. Było to najpoczytniejsze pismo warszawskie, a w numerach niedzielnych pojawiały się tam wiersze poetów już uznanych, czasem zaś debiuty poetyckie. W parę dni po przesłaniu moich malarskich sonetów z radością przeczytałem w odpowiedziach od redakcji, że będą one drukowane w jednym z najbliższych numerów niedzielnych. Od tego czasu co niedzielę z bijącym sercem kupowałem numer „Kuriera Warszawskiego”. Płynął tydzieo za tygodniem, a wiersze się nie ukazywały. Wreszcie pewnej pamiętnej niedzieli znalazłem moje nazwisko tłustym drukiem wydrukowane pod trzema sonetami. Miałem wrażenie, że jestem najsławniejszym człowiekiem w Warszawie, że każdy przechodzieo czytał i zachwycił się moimi wierszami, przebiegałem ulice mego rodzinnego miasta, zaglądałem do wszystkich cukierni i kawiarni, aby pokazad się znajomym, których jak na złośd nigdzie nie mogłem spotkad. Temat malarski tych moich pierwszych sonetów był niejako usprawiedliwieniem zdrady popełnionej wobec plastyki, miał mnie chronid przed nieubłaganym sarkazmem i lekceważeniem moich kolegów ze Szkoły Sztuk Pięknych, bezlitosnych wobec wszystkiego, co było wywnętrzaniem się i liryzmem. Podobnie sama kunsztowna forma sonetu była też objawem wstydliwości typowej dla młodych poetów, którym zręcznośd techniczna, fachowośd bardziej smakują od bezpośredniości i uczuciowości. Sonety te rozrosły się z czasem w cały tomik, dośd pochlebnie przyjęty przez krytykę. Pewnemu recenzentowi prowincjonalnemu spodobał się zwłaszcza sonet o Leonardzie, wyraził tylko żal, że jest za krótki. Nim wiersze te ukazały się w tomiku, nosiłem je wszystkie w kieszeni i umiałem je oczywiście na pamięd. Pewnego dnia na zebraniu satyryków poznałem się z młodym autorem parodii i wierszy kabaretowych, niejakim Pekioskim. Po wspólnej kolacji, która nam tak zasmakowała, że powtarzaliśmy ją przez całe niemal dwudziestolecie, odczytałem mu tomik sonetów. Pekioski wyjął z kieszeni plik wierszy i odczytał mi nie wydany jeszcze wtedy tom wierszy zatytułowany „Czyhanie na Boga”. Tuwim pisywał pod pseudonimem Pekioski, ja w „Sowizdrzale” podpisywałem się Pro-rok, a Lechoo, z którym poznałem się mniej więcej w tym samym czasie, co z Tuwimem, ukrywał się pod pseudonimem „Pawie Pióro”. Pewnego burzliwego dnia pod koniec pierwszej wojny światowej, gdy Niemców rozbrajano na ulicach Warszawy, trzy te nazwiska znalazły się razem na proklamacji rozlepionej na wszystkich rogach ulic.

Zawiadamiała ta proklamacja o utworzeniu się kawiarni poetów „Pod Pikadorem” i kooczyła się okrzykiem: „Niech żyje dyktatura poetariatu! Niech żyje Jan Lechoo, Antoni Słonimski i Julian Tuwim!” Odzyskanie niepodległości - dla mego pokolenia wychowanego na literaturze patriotycznej, związanego z ruchami wolnościowymi - wydawad by się mogło, górowad winno nad wszystkimi sprawami osobistymi i koncepcjami społecznymi. Nie stało się to przecież jednego dnia o oznaczonej godzinie, nie przyszła niepodległośd ze sztandarami na ulice Warszawy, jak to wyobrażaliśmy sobie w młodzieoczych marzeniach, ale to pragnienie paru polskich pokoleo realizowało się etapami. Musieli najpierw wyjśd z Polski Rosjanie, wejśd Niemcy, by wreszcie z kolei po przegranej wojnie z Polski się wycofad. Były chwile wzruszeo i radości, niepokoju i nadziei. Tymczasem wybuchła Rewolucja Październikowa i jej hasła nie mogły byd obojętne postępowej inteligencji polskiej. Chwilą, która mi najmocniej utrwaliła się w pamięci, było wyjście Rosjan z Warszawy. Biały kitel policjanta rosyjskiego stojącego u bramy Ogrodu Saskiego był integralną częścią krajobrazu mego dzieciostwa. Gdy pewnego dnia rankiem wyszliśmy z ojcem na balkon, wpierw jakby poczuliśmy, zanim spostrzegliśmy tę radosną zmianę. Przy sztachetach Ogrodu nie było policjanta. Ojciec wziął mnie za rękę, pamiętam ten jego uścisk. Staliśmy wpatrzeni w opustoszałą ulicę. Była to pierwsza rata wolności, drugą ratę wypłacono nam z ociąganiem, drobnymi spłatami. Gdy wreszcie w listopadzie 1918 roku staliśmy się gospodarzami na własnej ziemi, entuzjazm nasz był już, jak to często bywa przy realizacji marzeo, zmącony troską o formy naszej młodej paostwowości z konfliktami wewnętrznymi. W listopadzie tego roku powstała nasza kawiarnia poetów „Pod Pikadorem” i trudno by mi było dziś powiedzied, co silniej zaprzątało nasze myśli i uczucia: niepodległośd czy „Pikador”. Co wieczór w kawiarni Życkiego na Nowym świecie odczytywaliśmy nasze wiersze i felietony satyryczne. Była to forma nowa dla Warszawy, nowe były też wiersze i zaskakująca ostrośd personalnych ataków naszej satyry. Przypadek chciał, że trzej czołowi poeci grupy, która później znana była pod nazwą grupy „Skamandra”, operowali dowcipem. Publicznośd tłoczyła się w „Pikadorze”, równie ciekawa naszych nowych żartów jak nowych wierszy. Lokal kawiarni pomalowany przez Kamila Witkowskiego szokował; .mieszczaostwo warszawskie. Głównym tematem dekoracyjnym był portret imaginacyjny mecenasa Kuśmidrowicza, któremu Kamil Witkowski poświęcał co wieczór dłuższe przemówienie. Kuśmidrowicz był uosobieniem kołtuostwa. Głowę i tors Kuśmidrowicza wymalował Witkowski na suficie kawiarni, brzuch spływał po ścianie, nogi ciągnęły się przez całą długośd podłogi, jedna ręka przez ścianę boczną sięgała okna i palce jej wymalowane już były na zewnątrz, na fasadzie domu. U wejścia do „Pikadora” wisiał cennik i regulamin. W czasie recytacji poezji zabronione było głośne zgadywanie rymów. Cennik przewidywał pięciomarkową opłatę za podanie ręki poecie. Bruderszaft kosztował pięddziesiąt marek. Z powstaniem „Pikadora”, miesięcznika „Skamander”, a później tygodnika „Wiadomości Literackie” rozpoczął się okres wypełniony różnorodną moją pracą pisarską. Iśd przez okres dwudziestolecia międzywojennego znaczyłoby to powtarzad siebie samego, cytowad własne artykuły, wiersze, sztuki teatralne czy książki.

Pisad o dwudziestoleciu trudno mi z innego jeszcze powodu. Musiałbym omijad wiele spraw drażliwych, kontrowersyjnych, wchodzid w polemikę z niejednym dziś obowiązującym obrazem i niejedną ustaloną interpretacją stosunków ówczesnej Polski, a to wydaje mi się przedwczesne, nie mówiąc o tym, że zmieniłoby to poniekąd charakter tych wspomnieo. Gdy patrzę z perspektywy czasów dzisiejszych na moją ówczesną działalnośd, gdy liczę błędy i porażki, dwie rzeczy wydają mi się usprawiedliwiad moje istnienie. Byłoby przesadą powiedzied, że Bóg mi powierzył humor Polaków, ale wraz z przyjaciółmi przyczyniłem się dośd poważnie do niepoważnej strony życia stolicy. W czasie dwudziestolecia międzywojennego śmieszyliśmy Warszawę. W moim pisarstwie, zarówno w poezji, jak w komediach czy cotygodniowych „Kronikach”, byłem humanistą, zwalczałem fanatyzm i okrucieostwo, nie zdradziłem nigdy wiary w rozum ludzki, w naukę, w koniecznośd budowania lepszego świata.

G

dy myślę o Warszawie mej młodości, zastanawia mnie fakt, że to stosunkowo niewielkie miasto tak bogatą miało galerię typów charakterystycznych i oryginałów.

Pierwszym, znanym mi z dzieciostwa, rasowym dziwakiem był poeta Antoni Lange, przyjaciel mego ojca, znany tłumacz poezji sanskryckiej i mniej znany autor licznych memoriałów, projektów i wynalazków. Co pewien czas przychodził on do ojca z nowym oszałamiającym projektem zdobycia wielkiej fortuny. Przesłał on kiedyś obszerny memoriał do ministerstwa wojny w Petersburgu, wykazujący koniecznośd dostarczenia armii rosyjskiej miliona krzeseł. Dowodził ten memoriał, ze tak wielka armia nie może stad, że musi siedzied. Krzesełka odrysowane w memoriale przypominały znane w Anglii laski ze składanym małym siedzeniem, które to laski sportowcy angielscy wbijają w ziemię obserwując wyścigi w Ascot. Projekt ten mimo swej absurdalności był dośd długo i całkiem poważnie rozważany przez czynniki; a raczej czynowniki petersburskie Pachniało to grubymi dostawami i łapówkami. Wynalazł również Lange własny system gry w ruletkę i jeździł parę razy do Monte Carlo. Towarzyszył mu w tych wyprawach bratanek, świetny poeta Bolesław Leśmian, późniejszy rejent w Zamościu. Kooczyły się te wyprawy błagalnymi depeszami o pożyczkę wysyłanymi do mego ojca i paru przyjaciół warszawskich. Karierę gracza rozpoczął Lange od sporej wygranej, gdy pierwszy raz przyjechał z Paryża do Monte Carlo. Podobno nie bardzo się orientując, o co chodzi w tej grze postawił luidora na jedynkę. Wyszła jedynka. Postawił na dwójkę. Wyszła dwójka. Postawił na trójkę i znów wygrał. Postawił na czwórkę i wyszło dwadzieścia siedem. Lange zaczął robid kwestię, wołając krupiera, aby mu wypłacono wygraną, tłumacząc że kolejno wyjśd powinna czwórka. Widad uważał, że gra w ruletę polega po prostu na stawianiu kolejnym na numery i że nikt inny nie wpadł dotąd na ten prosty i logiczny sposób. Od tego czasu Lange stał się prawdziwym i namiętnym graczem. Co to jest gracz prawdziwy, opowiadał mi kiedyś inny przyjaciel mego ojca, a potem mój długoletni przyjaciel, słynny z dowcipu Franciszek Fiszer. - Pewien zamożny ziemianin - opowiadał Fiszer - zwykle grywał w karty w bufecie kolejowym w Łomży. Kiedyś czekając parę godzin na pociąg, nie mając partnerów, zwrócił się do bufetowego, czy nie znalazłby mu jakich graczy. Bufetowy oznajmił, że jest dwu graczy, ale są to znani szulerzy z Częstochowy. - Z szulerami grad nie będę obruszył się szlagon. Po półgodzinie załamał się psychicznie i zwrócił się do bufetowego: - Daj pan tych szulerów, zagram, ale na gotówkę. - Bufetowy wrócił po chwili i oznajmił, że niestety szulerzy nie mają ani grosza, bo ich poprzedniego dnia ograli szulerzy warszawscy. - Z szulerami i to jeszcze bez gotówki, mowy nie ma! - sapał z irytacji ziemianin. Po drugiej półgodzinie zwrócił się znów do bufetowego: - Dawaj pan tych szulerów, ja im pożyczę. - To - dodawał Fiszer z uznaniem -- to był gracz prawdziwy!

Wśród typów warszawskich Fiszer zasługuje na specjalne wyróżnienie, był to bowiem nie tylko dziwak i oryginał, ale jeden z najdowcipniejszych w Polsce ludzi. Słynne były jego błyskawiczne, znakomite riposty. Gdy pewien pisarz o dośd miernym talencie zagadnął go kiedyś; - Czy nie uważasz Franiu, że mam nos Danta? - To pisz nosem - ryknął Fiszer bez chwili namysłu. Wiele dowcipów. Fiszera krąży do dziś po Warszawie, Mniej się jednak pamięta, że był to znakomity znawca poezji, koneser wytrawny literatury europejskiej i człowiek o wielkiej delikatności uczud. Strwonił dwa majątki w Łomżyoskiem i ostatnie lat kilkanaście żył na łasce przyjaciół. Zapominali czasem o nim ci przyjaciele, ale Fiszer nigdy o pomoc się nie zwracał. Pamiętam, spotkałem go kiedyś siedzącego samotnie w porze obiadowej w kawiarni Ziemiaoskiej. Widad nikt go na obiad nie zaprosił. Miałem przy sobie niewielką tylko sumkę, wdałem się więc z Fiszerem w pertraktacje. - Może pójdziemy do „Simona” na obiad, ale na coś skromnego, bo nie bardzo jestem przy gotówce - zaproponowałem. Doskonale - ożywił się Fiszer. - Sztuka, mięsa? - zapytał zniżając głos do szeptu. Propozycja została zaakceptowana. - Jedna wódeczka i małe piwko? - dodał Fiszer, gdyśmy już wchodzili do restauracji. I to zostało uzgodnione. W restauracji Fiszer majestatycznym głosem zamówił wódeczkę, sztukę mięsa i piwko. Nagle wzrok wlepił we drzwi i krzyknął na kelnera: - Da mi pan karpia, gęś i melbę! Sztukę mięsa także. - Skierowałem wzrok ku drzwiom i zrozumiałem powód tej błyskawicznej, napoleooskiej decyzji. We drzwiach stał niejaki Dobielioski, bogaty handlarz drzewem, który gdy wpadał na kilka dni do Warszawy, obwoził Fiszera po najdroższych lokalach stolicy. Bardzo lubiłem opowiadanie Fiszera o przyjęciu wydanym w Warszawie z okazji przyjazdu cesarza rosyjskiego. - Było czterdzieści osiem gatunków zup przywiezionych w specjalnych beczkach z Paryża mówił Fiszer - dwieście piętnaście rodzajów potraw mięsnych. Uczta trwała trzy doby. Gdy po tym bajecznym przyjęciu wyszliśmy z Zamku, na dziedziocu szarżowali na nas Czerkiesi i płazowali nas szablami. - A to po co? - spytałem zdziwiony. - Jak to po co? - obruszył się Fiszer? - Oczywiście po to, żeby nam się w głowach nie poprzewracało. Fiszer uważał Warszawę nie tylko za najpiękniejsze, ale właściwie za jedyne miasto w Europie. Gdy ktoś opowiadał cuda o swoim pobycie w Paryżu, Fiszer przerwał mu z irytacją. - Ohydne miasto powiedział. - Brudy, ciemno, rynsztoki cuchną, nawet światło gazowe nie na wszystkich ulicach. Jakże możesz tak mówid - ktoś zaprotestował. - Kiedyś ty był w Paryżu? - Jak to kiedy? natychmiast po oblężeniu - odpowiedział dumnie Fiszer. Mówiąc o typach warszawskich trudno pominąd znakomitego aktora i spontanicznego ekscentryka, Władysława Grabowskiego. Pamiętam, jak kiedyś grając Chudogębę w „Wieczorze Trzech Króli”, pod wpływem nadmiernej dawki alkoholu, stracił chęd do wygłaszania tekstu Szekspirowskiego i poprzestawał tylko na anonsowaniu: „Teraz ja”. Albo dla odmiany: „Tiepier ja”. Oznajmiał, że jego kolej, ale tekstu nie mówił. Aktorzy jakoś sobie dawali radę, a publicznośd słuchała cierpliwie, bo ostatecznie mało kto z widzów pamiętał, co w tym akcie mówi Chudogęba. Niemniej zrobił się skandal, przerwano przedstawienie i Władzio został wylany z teatru. Pamiętam, że po tej awanturce poszliśmy z Boyem do restauracji Simona i Steckiego. Niebawem zjawił się tam Grabowski. Podszedł do naszego stolika i wygłosił krótkie przemówienie: - „Dusza moja tabula rasa, a w oczach Wołga”. (Że niby tyle łez) „Straciłem wiarę w ludzkośd. Gdyby tonący tarzał mi się u nóg i prosił o markę pocztową - nie dam!” Ten obraz tonącego, który tarza się u nóg i prosi o markę pocztową, pozostał mi na długo w pamięci. Kiedyś spytałem Władzia, po co właściwie temu tonącemu była marka pocztowa. Władzio odpowiedział mi poważnie: -„Pisał list w sprawie tonięcia”.

Podobnie osobliwym sposobem wyrażania się odznaczał się malarz Leonhard. Nie mówił on skrótami Dickensowskiego Mister Jingle'a jak Grabowski, ale bardzo osobliwie i oryginalnie ustawiał szyk zdao. Zaczynał zwykle od kooca. Powiedział mi kiedyś: - „Nie będzie. Nie będzie nóg i rąk. Zanik.. Cywilizacja. Za tysiąc lat. Sam mózg. Powiedział mi to filozof Wysocki, ale ten w kapeluszu z piórkiem, bo jest dwóch”. Leonhard ożeniony był z córką bankiera warszawskiego. Powiedział kiedyś o nim Franc Fiszer: - „Czy wiecie, jaka jest różnica między Leonardem da Vinci a Leonhardem? Leonardo malował Paoską Wieczerzę, a Leonhard ją zjada”. Wśród malarzy nie brakło ekscentryków i oryginałów. Sam jeden Witkacy wymagałby specjalnego studium. Przyjaźniłem się z tym wybitnie interesującym pisarzem, malarzem i filozofem. Byłem nawet kiedyś na trzecim miejscu na jego liście przyjaciół. Witkacy miał bowiem ponumerowaną listę przyjaciół i zawiadamiał o każdorazowej zmianie. Po recenzji z jego sztuki „Pragmatyści” dostałem od niego kartkę: „Zawiadamiamy Pana niniejszym, że został Pan przeniesiony na naszej liście przyjaciół z miejsca numer trzy na miejsce numer czterdzieści osiem (poniżej Chwistka)”. Oznaczało to już zupełne peryferie przyjaźni. Galeria typów warszawskich ograniczała się prawie wyłącznie do inteligencji i mieszczaostwa. Arystokracja, kosmopolityczna w najgorszym tego słowa znaczeniu, niczym nie przyczyniała się do specyficznego charakteru stolicy. W wieku dziewiętnastym wielcy panowie odgrywali jeszcze pewną rolę i oddziaływali na imaginację ulicy. Cieszył się popularnością wesoły hulaka Gucio Potocki, ale już syn jego, Maurycy, był jednym z najbardziej ponurych ludzi, jakich zdarzyło mi się spotkad. Kiedyś w restauracji „Astoria”, gdzie toczyła się rozmowa na temat nowego prawodawstwa i kary śmierci, do tej dyskusji, w której brał udział Stefan Żeromski, Bronisława Ostrowska i Jan Lechoo - wtrącił się niespodziewanie Maurycy Potocki mówiąc powoli i dobitnie: - A ja jestem zwolennikiem śmierci w ogóle, a kary śmierci w szczególności. Świat przestępczy, a zwłaszcza włamywacze warszawscy górowali pod wieloma względami nad arystokracją stolicy. Ich czyny przestępcze nie dorównywały w szkodliwości społecznej wielkiej magnaterii, mieli za to więcej oryginalności i specyficzną sławą opromieniali Warszawę. Gdy w Odessie odkryto podkop i włamanie do filii banku paostwa, dyrekcja wydała komunikat specjalny, który stwierdzał kategorycznie, że włamania dokonali „nie odeskie, a warszawskie”. Był to poważny argument, który istotnie przekonał opinię publiczną, że dyrekcja banku nie ponosi winy. Bezradnośd bowiem wobec włamywaczy warszawskich była powszechnie zrozumiała. Ilośd oryginałów, barwnośd typów była wynikiem stabilizacji życia i względnej pogody warszawskiego świata mieszczaoskiego. Życie moje było zawsze związane z Warszawą. Podróżowałem wiele, ale moje podróże były podobne do przerzucania niecierpliwą ręką albumu z pięknymi widokami. Odnajdywałem Warszawę w najdalszych moich podróżach. Język polski przybliżał mi ją nieraz najbardziej niespodziewanie. Pamiętam, jadąc koleją z Parangua do Kurytyby z moim przyjacielem Stanisławem Balioskim, zmęczony brazylijskim żarem tropikalnym, powiedziałem do Stasia: Strasznie gorąco, szkoda, że nic do picia nie wzięliśmy na drogę. - Zaro będzie stacja, to się napijecie powiedział najczystszą gwarą mazurską przechodzący właśnie przez nasz wagon konduktor, czarny Negr o wełnistych włosach. Zatkało nas na chwilę zdziwienie, ale fakt ten łatwo dał się wytłumaczyd. W stanie Parana było wtedy około dwustu tysięcy polskich kolonistów; ponieważ ludnośd całej Parany wynosiła nie więcej niż trzysta tysięcy, mniejszośd składająca się z Murzynów, Portugalczyków, Włochów, Niemców czy Ukraioców znała trochę język polski, co było pomocne przy handlu z polskimi

farmerami. W Kurytybie chodziłem często do małej kawiarenki noszącej szumną nazwę „Nova Varsovia” - Daj wody sodowej - mówiłem do małego usługującego Murzynka. - Z sokiem czy bez? jpytał Murzynek i zawsze wydawało się to czymś zaskakującym i zabawnym. W czasie młodzieoczej podróży na Wschód parę tygodni spędziłem w Palestynie. Nie było jeszcze wtedy paostwa Izrael, nie było ambasad, armii i sztandarów. Gdy wylądowałem w Jaffie, urzędnik paszportowy nie patrząc na moje papiery spytał po polsku: - Co słychad w Warszawie? Co robi Ficio? Ficiem nazywaliśmy znanego kapelmistrza Filharmonii Warszawskiej, Grzegorza Fitelberga. Urzędnik ten był kiedyś trzecim skrzypkiem w orkiestrze warszawskiej, a obecnie bardziej przypominał portiera w wielkiej kamienicy niż paostwowego funkcjonariusza. Wiedział, gdzie się w danej chwili znajduje niemal każdy mieszkaniec Palestyny. Mówiłem po polsku w Jerozolimie i w Tyberiadzie, Kairze i Assuanie, w Mexico City i Rio de Janeiro, w Oslo, w Dakarze, w Krynicy i w Urugwaju. W Stanach Zjednoczonych mówiłem po polsku z robotnikami u Forda, z windziarzami, kelnerami, z sekretarką mera La Guardii i z wieloma wybitnymi publicystami i dziennikarzami amerykaoskimi. Dośd osobliwego warszawianina spotkałem w Pittsburgu. Był to przystojny blondyn o marzycielskich niebieskich oczach i nazywał się Daszower. Zaciekawiła mnie ta powierzchownośd słowiaoska połączona z nazwiskiem o brzmieniu niezbyt polskim. Spytałem się wspólnych znajomych, czy pan Daszower jest Żydem. - Jaki on tam Żyd odpowiedziano mi - to Polak z dobrej ziemiaoskiej rodziny, nazywa się Daszewski, ale ponieważ zajmuje się handlem skórami, a ta gałąź handlu w Pittsburgu jest całkowicie w rękach żydowskich, zmienił sobie dla interesu nazwisko na Daszower. - Przyznam, że był to wypadek dośd odosobniony. Z łatwością mógłbym tu zacytowad parę przykładów odwrotnych i to nie tylko w handlu skórami, i nie tylko w Pittsburgu.

P

odróżowałem wiele, ale najważniejsze zawsze były nie wyjazdy, ale powroty. Wracałem głodny i spragniony Warszawy, aż przyszedł dzieo rozstania tragicznego.

Piątego września 1939 toku wyjechaliśmy z Tuwimem z Warszawy do Kazimierza nad Wisłą, aby tam po drugiej stronie Wisły, przeczekad pierwszy okres wojny. Rozumowanie nasze było bardzo proste. Ponieważ czołgi niemieckie, jak wiadomo, zrobione były z tektury, nie będą one mogły przejśd Wisły, a jakby próbowały, to się rozkleją. W Kazimierzu żona moja wynajęła pokój i dała sto złotych zadatku. Ponieważ nasze informacje o czołgach niemieckich nie były całkowicie ścisłe i Niemcy tego samego dnia byli pod Puławami, wyjechaliśmy natychmiast. W Krzemieocu żona moja wynajęła pokój i dała już tylko pięddziesiąt złotych zadatku, po czym wyjechaliśmy z Krzemieoca w pół godziny po tej transakcji. A w Zaleszczykach nie zdążyliśmy nawet wynająd pokoju. Z Tuwimem rozstaliśmy się w Kazimierzu nad Wisłą. Znalazł miejsce w jakimś samochodzie, a my z Grydzewskim dalej jechaliśmy wynajętą furmanką. W Krzemieocu spotkaliśmy się ze Stasiem Balioskim, uroczym poetą i serdecznym moim przyjacielem, który niestety został na emigracji. Staś wiózł ze sobą teczkę z całą niemal korespondencją Mickiewicza do Odyoca, z którym był spokrewniony. Wiózł wiele innych skarbów: starkę napoleooską i szkatułkę z biżuterią rodzinną. Gdy odzywały się syreny alarmu lotniczego, Staś gorączkowo rozdawał klejnoty, które po odwołaniu alarmu skrupulatnie nam odbierał. Jechaliśmy piękną okolicą, szlakiem wojen sienkiewiczowskich, a wspaniała pogoda wrześniowa dodawała uroku znanym z „Potopu” Wiśniowcom i Zbarażom. Przygody nasze nie odbiegały jeszcze bardzo od sienkiewiczowskich ucieczek i pościgów. Pozornie była to wciąż jeszcze wojna z książek dla młodzieży, wojna drobnych zdarzeo zabawnych, przyjaznych przekomarzao, dobrego apetytu i niczym nie usprawiedliwionego optymizmu. W ślad za nami szła fala bombardowao lotniczych. Niegroźne to były naloty, jeśliby je mierzyd skalą spustoszeo później nam znanych, ale efekt dwu czy trzech bomb rzuconych przez samolot niemiecki na spokojną osadę czy miasteczko kresowe był piorunujący. W Hrubieszowie, Tarnopolu, Krzemieocu, Wiśniowcu otwarte były restauracje i sklepiki, życie toczyło się powolnym, spokojnym rytmem prowincji. Nagle wszystko, jak w filmie przyśpieszonym, zaczynało się kłębid. Żałośnie rżały rozbiegane konie małomiasteczkowych dorożek, fryzjerzy w białych fartuchach niemal unosili się w powietrzu jak na obrazach Chagala. W takich chwilach Staś Balioski rozdawał nam klejnoty rodzinne. Równie nagle przychodziły fale uspokojenia i wiadomości o poprawie sytuacji na froncie, o sukcesach tego czy innego generała. Któreś z tych iluzorycznych zwycięstw uczciliśmy wypiciem butelki starki napoleooskiej. Coraz mniej podlegałem

już tym falom nadziei, pesymizm mój co do sytuacji militarnej wzrastał na widok pomieszanych w ucieczce formacji wojskowych, braku jakiejkolwiek organizacji i jawnej paniki władz administracyjnych. W Kopyczyocach miejscowy starosta kazał nam wracad powołując się na osobliwe rozporządzenie, że „w czasie wojny ludnośd cywilna nie ma prawa zbliżad się do pasa granicznego”. Rozporządzenie to przetłumaczone na zwykły język oznaczało, że w czasie wojny tylko wojskowi mają prawo uciekad za granicę, co zresztą dośd niedalekie było od stanu faktycznego. Po wielu perypetiach dotarliśmy jednak do Zaleszczyk i na parę godzin przed wkroczeniem wojsk rosyjskich przeszliśmy słynny most zaleszczycki. Opuszczałem Polskę z ciężkim sercem, ale z niezachwianą wiarą w szybki powrót do Warszawy. Anglia, Francja, Ameryka dadzą sobie prędko radę z hitlerowcami. Chodziło tylko o to, aby się dostad do tych aliantów, aby wymknąd się z zasięgu wojsk niemieckich. O pozostaniu w kraju pod okupacją hitlerowską nie myślałem ani przez chwilę. Byłem zbyt znany i miałem zbyt wielu wrogów wśród oenerowców. Jeden z tych działaczy, który zorganizował na mnie napad bojówki w kawiarni „Ziemiaoskiej”, okazał się po prostu agentem gestapo i jako taki zginął z wyroku Armii Krajowej. Uciekłem z Polski gnany strachem. Nie bałem się kul i bombardowania długotrwałe Londynu znosiłem cierpliwie, ale panicznie bałem dostad się do rąk hitlerowcom. Jakże łaskawy dla mnie los oszczędził mi nawet widoku munduru niemieckiego! Pierwsi Niemcy, których w tej wojnie spotkałem, to byli jeocy prowadzeni przez Pall Mall w Londynie. Aby się po przejściu słynnego mostu w Zaleszczykach dostad z Rumunii do Francji, trzeba było starao nie lada. Niemałą też przeszkodą była koniecznośd przejazdu przez Włochy. We Włoszech gospodarowało gestapo, a poza tym policja włoska miała podobno listy pisarzy i dziennikarzy antyfaszystowskich i paru takich aresztowała. Nie bez znaczenia mógł byd fakt, że jedno z moich wystąpieo antyfaszystowskich stało się powodem małego zatargu dyplomatycznego. W czasie pobytu w Polsce ministra Grandi pozwoliłem sobie napisad, że to nie jest nazwisko, ale zawód. Spowodowało to demarche dyplomatyczny ambasady włoskiej do naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Gdy na włosko-jugosłowiaoskiej granicy weszła do naszego przedziału policja i zaczęła sprawdzad dokumenty, z trudem starałem się nie okazywad niepokoju. Policjanci zaczęli gwałtownie między sobą perorowad. Okazało się wreszcie, że chodziło o przyjaciela i towarzysza podróży, Antoniego Sobaoskiego. Jako blondyn o odcieniu rudawym uznany został za Żyda. Udało mi się bez trudu przekonad policję faszystowską, że Sobaoski, mimo iż jest arystokratą polskim i hrabią papieskim, nie jest pochodzenia żydowskiego. Mówię: bez trudu, gdyż Włosi na ogół patrzyli przez palce na papiery polskich uchodźców. Następnego dnia nadeszła wreszcie upragniona chwila - po długich zatrzymywaniach pociągu, ponownych rewizjach, wreszcie przekroczyliśmy granicę francuską, aby znaleźd się na wolnej ziemi narodu sojuszniczego, walczącego z Niemcami. Byliśmy bezpieczni. Między nami a wrogiem była linia Maginota! Wierzyliśmy w nią, jak w wiele głupstw, jak w tekturowe tanki niemieckie, jak w pomoc lotniczą paostw sojuszniczych dla walczącej Warszawy. Była to nie linia Maginota, a raczej linia Imaginota, jeszcze jedna pozycja w katalogu naszych złudzeo. Pierwszego dnia w Paryżu spotkaliśmy na bulwarach Artura Rubinsteina. Z Arturem i jego żoną łączyła mnie dawna przyjaźo. Artur zaopiekował się nami serdecznie, zabrał nas na obiad do znakomitej restauracji, pożyczył mi trochę pieniędzy. Istotnie bowiem moja sytuacja materialna przedstawiała wiele do życzenia, a raczej do pożyczenia. Wyjechaliśmy przecież z Warszawy tylko na krótko, bez

pieniędzy, z jedną walizeczką, aby wrócid natychmiast po rozgromieniu armii niemieckiej, co obliczaliśmy na parę tygodni. W czasie całej naszej wędrówki przez Polskę, jadąc samochodem, bryczką czy idąc piechotą, spaliśmy każdej nocy mocnym snem, jedliśmy wszystko, co się trafiło, trawiąc znakomicie. Widad w chwilach niebezpieczeostwa działad zaczynają w człowieku jakieś utajone dotąd, atawistyczne siły, które drzemią w czasie normalnego, pokojowego bytowania. W Paryżu, bezpieczny nareszcie, przynajmniej w moim mniemaniu, w wygodnym łóżku hotelowym spędziłem pierwszą noc bezsenną. Przyszła fala odprężenia i reakcji, przyszedł czas zastanowienia. Myśl niespokojna zatruła sen przywołując obrazy niedawnej przeszłości, rozbudziła się troska o własną przyszłośd i o los bliskich, pozostawionych w kraju. Biegając po naszych urzędach, po ambasadzie i konsulacie, szukając wiadomości z kraju natykałem się wszędzie na nazwisko jakiegoś pana Milicha czy Milisza, który mnie szukał, pytał się o mnie i zostawiał swój adres i numer telefonu. Nic mi to nazwisko nie mówiło. Wreszcie zadzwoniłem pod wskazany numer telefonu. Pan Milich przypomniał mi nasze dawne krótkie spotkanie warszawskie. Pewnego dnia w latach dwudziestych przyszedł do mnie niemłody już, zamożnie wyglądający jegomośd i spytał się, czy jestem synem doktora Słonimskiego. - Bardzo wiele zawdzięczam pana ojcu - powiedział Milich - jako młody chłopiec uciekłem z małego prowincjonalnego miasteczka do Warszawy. Chciałem byd malarzem. Nic prawie nie umiałem i byłem bez grosza. Tułałem się po ulicach warszawskich głodny i zrozpaczony. Ktoś mi poradził, abym się udał do paoskiego ojca o protekcję do Lenca, u którego chciałem studiowad malarstwo. Ojciec paoski przyjął mnie życzliwie. Wysłuchał moje; prośby, a potem spytał, czy jadłem obiad. Nie czekając na odpowiedź zawołał służącą i kazał podad herbatę i bułki z szynką. Bardzo mi smakowała ta herbata i szynka na ulicy Niecałej. Ojciec paoski zaopiekował się mną. Pomagał mi materialnie i moralnie w czasie moich studiów. Dostałem stypendium, wyjechałem do Monachium, potem do Paryża. Jestem dziś człowiekiem zamożnym. Chciałbym się jakoś odwdzięczyd. Czy mogę panu byd w czym pomocny? Podziękowałem uprzejmie. Byłem już wtedy dobrze zarabiającym pisarzem. Porozmawialiśmy parę chwil, Milich dowiedział się, gdzie jest na Powązkach grób mego ojca, zostawił tam ogromny wieniec i wyjechał, znikł z moich oczu i krótka ta, miła wizyta rozwiała się w mojej pamięci. Teraz ponawiał swe zapytanie. - Czy mogę byd panu w czym pomocny? - Hmm - powiedziałem - teraz to chyba tak. Istotnie wiele dobrego spotkało nas w pierwszych paru miesiącach wojny ze strony pana Milicha. Niejeden wieczór spędziliśmy na wspominaniu ulicy Niecałej, na rozmowach o moim ojcu, którego Milich znał wcześniej ode mnie. Spotkanie z Milichem, ta moralna opowiastka o tym, jak dobro w życiu się opłaca, nie była odosobnionym faktem. W czasie naszej tułaczki emigracyjnej doznawaliśmy wiele dobrego od ludzi bliskich i obcych. Jest to prawdą starą, iż charaktery ludzkie objawiają się w obliczu konfliktów. Od paru tysięcy lat autorzy teatralni tworzą konflikty sceniczne, aby wydobyd prawdę o działaniu ludzkim; wojna totalna, obejmująca całe narody, tworzyła najrozmaitsze odmiany tych konfliktów. Pod tym straszliwym nieraz ciśnieniem paczyły się charaktery; byli tacy, którzy podleli nad miarę, ale wielu zdobywało się na dobrod, szlachetnośd i na bohaterstwo. Zima i wiosna paryska były niejako antraktem po pierwszym akcie dramatu, który rozegrał się w Polsce. Obowiązywały znów prawa przyjaźni i koleżeostwa, stosunki emigracyjne normowała zwykła moralnośd burżuazyjna.

Znosiliśmy dośd pogodnie te pierwsze miesiące wojny. Warszawa była tak niedaleko, a wiary naszej w ostateczne zwycięstwo nic zachwiad nie mogło. Czasem tylko jakiś drobny fakt truł serce niepokojem. Kiedyś, gdyśmy z Tuwimem jechali taksówką, szofer, biały Rosjanin, słysząc naszą rozmowę polską, odwrócił się i powiedział: - Radziłbym wam zaraz, póki jeszcze macie trochę grosza, kupid taksówkę. Potem będzie coraz trudniej. - Była to rada dana bez złośliwości, tonem stroskanego starszego brata, który ostrzega przed młodzieoczą lekkomyślnością. Dojechaliśmy przecież z powrotem do Warszawy bez tej emigranckiej taksówki, ale najcięższe chwile mieliśmy jeszcze przed sobą. Jakże niespodzianie przyszła ta czarna noc w Bordeaux, gdy na małym polskim stateczku bez jednej łodzi ratunkowej, bez konwoju wychodziliśmy w morze kierując się ku brzegom ostatniej ojczyzny, walczącej wtedy samotnie Anglii. Skłonni jesteśmy przypisywad trwałośd i powagę instytucjom o z dawna ustalonej tradycji. Gdy we wrześniu na niebie Warszawy ukazały się pierwsze samoloty niemieckie, gdy w ramach mego spokojnego, pogodnego okna na tle letnich, białych obłoków dostrzegłem pierwsze laseczniki zarazy wojennej, nie dopuszczałem nawet myśli, aby to był początek choroby niemal śmiertelnej, nie wierzyłem, że ład i konwencje mego dotychczasowego życia rozpadają się w gruzy, że oto nadchodzi pierwszy dzieo strasznej, innej rzeczywistości, że samoloty te piszą na niebie wyrok śmierci na miliony ludzi, że niosą zagładę Warszawie. Dwudziestolecie międzywojenne, mimo niepokojów i rozgoryczeo, mimo bolesnych rozczarowao i walk lat ostatnich wydawało mi się czymś trwałym i własnym jak moje ciało, dopuszczałem myśl o chorobie, widziałem oznaki tej choroby, walczyłem z nimi, ale myśl o śmierci nigdy naprawdę nie przenika do głębi naszej świadomości. Gdy po upadku Francji, w mglisty poranek letni przybiliśmy do brzegów Anglii, bogatszy o jedno więcej gorzkie doświadczenie nieufnie patrzyłem na płaski, bezbronny brzeg Kornwalii. Jednocześnie jednak doznawałem uczucia uspokojenia i ulgi. Byłem z zoną, z przyjaciółmi, witał mnie brzeg kraju, dla którego miałem wiele sympatii i podziwu. Niebezpieczeostwo nie ustąpiło, ale wydawało się znośniejsze w warunkach godnych i nie tak upadlających jak ta paniczna szarpanina zaszczutego zwierzęcia, której podlegałem przez ostatnie dni spędzone na brzegach Francji. Ostatnia noc spędzona na kontynencie podobna była do sennego koszmaru. Mały statek polski, który miał przed świtem opuścid port, pozbawiony był nie tylko łodzi ratunkowych, ale i dostatecznej ilości prowiantu. Późnym popołudniem wyruszyłem na miasto, aby zdobyd trochę chleba, wina i owoców. Okazało się, że do miasta jest dalej, niż przypuszczałem, że większośd sklepów jest zamknięta, że przed sklepami stoją długie ogonki. Nim udało mi się dokonad zakupów, targany niepokojem chciałem już parę razy opuścid kolejkę i wracad na statek. Z uporem, który znają gracze trwoniący ostatnie grosze, w poczuciu klęski trwałem jednak w tej kolejce. Gdy wyszedłem ze sklepu, było już ciemno, wyły syreny alarmowe, mowy nie było o dostaniu taksówki. Niemal biegiem, spocony, potykając się w ciemności przedzierałem się przez nieznane uliczki. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie stoi nasz statek, zaufałem głupkowato pamięci wzrokowej, nie znałem nawet nazwy doku. Jakże teraz mogłem w tym porcie ciągnącym się dziesiątki kilometrów, w pełnym zaciemnieniu, znaleźd ten mały polski stateczek, który był teraz dla mnie najbardziej upragnionym punktem na ziemi, jedyną moją ojczyzną? Wiedziałem, jak musi rozpaczad Janka, wiedziałem, że okręt może lada chwila odpłynąd i niezmordowanie przebiegałem przez coraz to inne, a może te same ulice, zaułki, potykając się o paki i sznury. Była już późna noc. W oknie jakiegoś domu parterowego dostrzegłem przez szparkę blask

nikłego światła. Namacałem jakieś drzwi, pchnąłem je, były otwarte. W pustej restauracyjce portowej, wpół rozebrany patron zmywał naczynia. Chaotycznie podawałem mu fakty i prośbę o pomoc poparłem stufrankowym banknotem. Patron nie wziął pieniędzy. Wytarł spokojnie ręce, wziął mnie za ramię i wyprowadził na ulicę. Byliśmy o paręset kroków od jakiegoś parkanu, od furtki, którą Francuz odnalazł jak coś dobrze znajomego. W ciemności za tą furtką majaczył zarys statku. Krzyknąłem imię mojej żony. Krzyknąłem: „Czy to Chorzów?” Ktoś odpowiedział mi po polsku. Uścisnąłem dłoo Francuza i wgramoliłem się wąskim trapem na statek, którego maszyny dygotały juz pod pełną parą. W zatłoczonym saloniku buchnęło mi w oczy światło. Wciąż jeszcze trzymałem w ręku dwie butelki wina i torbę z chlebem i winogronami. Jedliśmy te winogrona z zapłakaną żoną, doznając uczucia pełnego szczęścia i spokoju w tę noc upadku paostwa francuskiego i utraty naszych niemal wszystkich nadziei. Wojna ostatnia nauczyła nas, jak względne jest poczucie bezpieczeostwa. Jak niepewne są rządy i armie, góry, rzeki, granice strategiczne i prawdy oparte na wiekowych tradycjach. Nieufnie przyglądałem się więc złudnej pogodzie i niemal beztrosce panującej w Anglii latem roku 1940. Ze świeżo zaostrzonym krytycyzmem przyglądałem się również naszym polskim władzom, rządowi emigracyjnemu w Londynie. To paostwo w miniaturze skupione w paru hotelach i biurach londyoskich podatne było do obserwacji, jak małe mrowisko umieszczone pod szkłem w terrarium. W jednej salce żydowskiej restauracji w okolicach Paddingtonu schodził się cały niemal światek polityczny, a w przyległym gabinecie odbywały się narady i negocjacje rządowe. Gdy ludowcy grozili, że wyjdą z gabinetu, mogło to po prostu oznaczad, że chcą zjeśd obiad na ogólnej sali. Kiedyś zaszczycił tę restauracyjkę generał Sikorski. Właściciel knajpy, Żyd polski, wzruszony tą wizytą, wyszedł go witad podając na tacy chleb i sól. Podobno obie te pozycje figurowały potem w rachunku za obiad. W tej to restauracyjce prowadziłem wiele rozmów z ówczesnymi działaczami emigracyjnymi. Pamiętam taką jedną rozmowę ze Stanisławem Grabskim: Spytałem go, czemu, będąc kiedyś w młodości redaktorem polskiego „Robotnika” wychodzącego w Berlinie, odszedł później od socjalizmu. Przygłuchy profesor widocznie nie dosłyszał pytania, bo rękę przyłożył do ucha i spytał: - Że co? Czemu pan profesor odszedł od socjalizmu? - powtórzyłem pytanie. - Od socjalizmu? Nie pamiętam. Była to jedna z najbardziej nieoczekiwanych odpowiedzi, jakie zdarzyło mi się słyszed, ale dośd dobrze malująca nastroje londyoskie. Bardzo wielu ludzi działających na emigracji wolało nie pamiętad. Jest takie pismo w Polsce „Dziś i Jutro”. Pełny tytuł brzmied powinien „Dziś i jutro, ale ani słowa o wczoraj”. Emigracja sanacyjna i oenerowska niechętnie odnosiła się do niedawnych, ostatnich lat przedwojennych w Polsce, kłopotliwych ze względu na haniebne sojusze i zależnośd ideologiczną od hitleryzmu, jednocześnie przyszłośd wyobrażała sobie w kategoriach lekko tylko zmodyfikowanej przeszłości. Wojna i wszystkie klęski, które spadły na nasz kraj, uważane były za krótkotrwałe i dośd błahe zdarzenia. Najlepiej maluje te nastroje list, który w owym czasie dostała pewna pani sanacyjna od swej przyjaciółki, córki prezydenta Mościckiego. List wysłany w roku 1940 ze Szwajcarii kooczył się następującą uwagą: „Mamy tu bardzo ładny domek z pięknym widokiem na góry i jezioro, wszyscy jesteśmy zdrowi, tylko ojciec, nie wiem czemu, jest jakiś smutnawy”. Nawet nie smutny, tylko smutnawy. I przyczyny tej „smutnawości” córeczka domyślid się nie umiała! Młodzież oenerowska przyniosła ze sobą do Anglii niewygasły kult hitleryzmu, nie wyrzekając się zresztą tradycyjnej niechęci do Niemców. Hitleryzm imponował tym żołnierzom polskim walczącym z

Niemcami. Podobni byli ci chłopcy do oficerów rosyjskich, którzy w czasie wojen napoleooskich ubierali się modą francuską i porozumiewali się językiem nieprzyjaciela. Bolesny był żarcik umieszczony w „Punchu”. „Jaka jest różnica między Anglikami a Polakami? Polacy nienawidzą Niemców i kochają Hitlera, a Anglicy nienawidzą Hitlera i kochają Niemców.” Wyrazicielem tych nastrojów było pisemko wydawane w Anglii pt. „Jestem Polakiem”. Pismo to poświęcone było w połowie wypadom przeciw Rosji i generałowi Sikorskiemu, w drugiej połowie atakom na moją skromną osobę. Nie było to dowodem jakiegoś mojego specjalnego znaczenia politycznego na terenie Londynu i Szkocji, ale dalszym ciągiem krajowych animozji przedwrześniowych i porachunków osobistych. Przypadek sprawił, że byłem na tym terenie jedynym publicystą antyhitlerowskim, na mnie więc koncentrowały się ataki młodzieży, która w tornistrach żołnierskich nie niosła buław marszałkowskich, ale pałki oenerowskie. Gdy na zaproszenie generała Kukiela wraz z grupą pisarzy udałem się do Szkocji, gdzie mieliśmy w obozach żołnierskich czytad nasze utwory, spotkał mnie taki dośd groteskowy atak ideologiczny. Nim rozpoczęliśmy nasz poranek literacki, ledwie zasiedliśmy na podium, wstał jakiś żołnierz i krzyknął: „Żądamy skreślenia z programu Antoniego Słonimskiego, który znieważa młodzież narodową!” Podniosło się kilkanaście okrzyków: „Precz!”, po czym zapanowała kłopotliwa cisza. Generał, który siedział z nami na podium, nie zareagował na to gościnne przyjęcie. Nie mogę powiedzied, aby ta scena sprawiła mi specjalną przykrośd, przypomniała mi się ojczyzna, lata przedwojenne i poczułem nawet coś w rodzaju rozrzewnienia. Koledzy moi jednak zareagowali na to wystąpienie jednoznacznie i bezkompromisowo. Najstarszy z nas wiekiem, Antoni Bogusławski, wstał i oznajmił, że poranek literacki nie odbędzie się i że wszyscy solidarnie opuszczamy salę. Za nami wyszedł zmieszany nieco generał i próbował tłumaczyd, że przecież manifestacja była skierowana tylko przeciw mnie osobiście i że inni pisarze mogą czytad swe utwory. Solidarna postawa moich kolegów, interwencje paru oficerów, wreszcie telefoniczne instrukcje z Edynburga zakłopotały widad generała, gdyż przyszedł mnie osobiście przeprosid i, aby załagodzid sprawę przy wódce, zaprosił nas na bankiet do kasyna oficerskiego. Przy tym krępującym nieco bankiecie siedziałem przy jakimś pułkowniku, który jak to zawsze u nas w wojsku mówił nieco z rosyjska. - „Wot i nieprzyjemnośd spotkała pana redaktora” - zagaił taktownie rozmowę. Aby coś odpowiedzied bąknąłem: „No cóż, to resztki walki faszyzmu z demokracją...” - „Święte słowa pana redaktora” powiedział pułkownik - „toż ta głupia demokracja, żeby taki żołnierz w obecności generała ośmielał się głośno mówid, co myśli”. Tu zapanowało głębokie milczenie. Spociłem się z lekka i obróciłem w stronę mego drugiego sąsiada. W Anglii nie byłem tak samotny jak większośd moich rodaków wyrzuconych na Wyspy Brytyjskie gniewną falą wojny. Odwiedzałem już Anglię dwukrotnie przed wojną, miałem tam znajomych, łączyły mnie serdeczne stosunki z H. G. Wellsem, którego książki znaczną odegrały rolę w kształtowaniu się mojego poglądu na świat. A przecież nigdy nie zaznałem tak pełnej, tak gorzkiej samotności, jak w czasie mego dziesięcioletniego pobytu w Anglii wśród interesujących i życzliwych ludzi, w warunkach względnego bezpieczeostwa, w mieście jaśniejącym blaskiem historii, wśród natury pełnej uroku. Przyczyniło się do tego osamotnienia dośd wczesne moje rozejście się z emigracją, a ściślej mówiąc z grupą dawnych przyjaciół z „Wiadomości Polskich”. A przecież wydawad by się mogło, że miejsce dawnych przyjaciół zająd mogli przyjaciele nowi, że porzucając getto emigracyjne zyskiwałem świat intelektualny anglosaski, dla którego zawsze miałem tyle sympatii i podziwu. Bardzo to był teoretyczny rachunek. Gdy dziś wracam wspomnieniem do tych czasów i staram się odnaleźd istotne przyczyny mego w Anglii osamotnienia, wrócid muszę, jak nieraz w tych wspomnieniach, do

Warszawy. W Anglii nie tyle byłem samotny, co nie byłem po prostu sobą. Całkowitą moją osobowośd zostawiłem w kraju, a ściślej mówiąc w Warszawie. Tam został mój dorobek pisarski, tam został mój czytelnik, moje znaczenie, mój sens istnienia. Czyż nie zabrakło wśród tych motywów zwykłej próżności? Znała mnie warszawska ulica czy kawiarnia, tu byłem szarym przechodniem, tu zdobyd mogłem tylko współczucie. Zwykłą jest rzeczą u emigrantów powoływanie się na wielkie magnackie fortuny w kraju pozostawione, nie miałem fortun magnackich, ale pozostawiłem w kraju wcale dobrze zagospodarowany folwarczek popularności literackiej. Pozostawiłem tam jeszcze coś trudniejszego do określenia. Przywiązanie i pamięd. Tęsknotę do miasta mojego ojca, do przyjaciół, poczucie solidarności z tymi, co w kraju pozostali. Dlatego byd może instynktownie sprzeciwiałem się niemal od początku polityce emigracyjnej, oddalającej nas od kraju. Dlatego mimo poważnych oporów i niebłahych obaw zdecydowałem się na ten skok w ciemnośd, jakim był mój lot w roku 1945 z Croydon do Warszawy. Dlatego - mimo posad i stanowisk wygodnych - ogarnięty paniką, że dalsze zwlekanie i turystyczne tylko wycieczki -do Warszawy mogą mnie na zawsze od kraju oderwad, w 1951 roku powróciłem na stałe. Pytano mnie się wtedy: - Czy to prawda, że pan wrócił na dobre? - Dlaczego zaraz na dobre? Powiedzmy na średnie. A raczej na dobre i na złe - odpowiedziałem. Nie wiem, co jeszcze zdarzyd się może, co nam los przyniesie, ale wiem, że decyzja powrotu do kraju była słuszna. Warto było godzid się na drobne kompromisy, doznawad upokorzeo i rozczarowao, aby żyd i walczyd w Warszawie, aby do przywiązania serdecznego dołączyło się to uczucie dumy, które odczuliśmy w dniach warszawskiego października.

CZYTELNIK 1957 Opracowanie graficzne ANDRZEJ HEIDRJCH Printed in Poland S.W. „Czytelnik”. Warszawa 1957. Wydanie I Nakład 20 185 egz. Ark. wyd. 3,5. Ark. druk. 7,25. Papier druk. m/gł. kl. III. 70 g, 72 X 96 cm. z PWPW. Oddano do składania 4.VII.56. Podpisano do druku 25. II. 57. Druk ukooczono w marcu 1957 r. Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego” w Warszawie. Zam. nr 3964/A. B-22.