GABRIEL GARCIA MARQUEZ

OPOWIEŚĆ ROZBITKA
OPOWIEŚĆ ROZBITKA KTÓRY DZIESIĘĆ DNI DRYFOWAŁ NA TRATWIE
BEZ JEDZENIA I PICIA, BYŁ OGŁOSZONY BOHATEREM NARODOWYM,
CAŁOWANY PRZEZ KRÓLOWE PIĘKNOŚCI, OBSYPANY ZŁOTEM PRZEZ
AGENCJE REKLAMOWE, A POTEM ZNIENAWIDZONY PRZEZ WŁADZE I
ZAPOMNIANY NA ZAWSZE
Przełożył
RAJMUND KALICKI
WARSZAWA 1999
Tytuł oryginału: Relato de un naufrago

HISTORIA TEJ HISTORII
28 lutego 1955 r. dowiedzieliśmy się, że ośmiu członków niszczyciela „Caldas”,
należącego do kolumbijskiej marynarki wojennej, wypadło za burtę i zaginęło podczas
sztormu na Morzu Karaibskim. Okręt płynął z Mobile w Stanach Zjednoczonych, gdzie
przechodził remont, do kolumbijskiego portu Cartagena, dokąd przybył bez opóźnienia w
dwie godziny po tej tragedii. Natychmiast rozpoczęto poszukiwania rozbitków przy
współpracy

z

jednostkami

amerykańskimi

ze

strefy

Kanału

Panamskiego,

przeprowadzającymi kontrolę wojskową oraz inne miłosierne akcje na południu Karaibów. Po
czterech dniach zaniechano poszukiwań i oficjalnie uznano marynarzy za zmarłych. A jednak
w tydzień potem jeden z nich, na wpół żywy, pojawił się na jednej z bezludnych plaż
północnej Kolumbii, po dziesięciu dniach dryfowania na tratwie bez jedzenia i picia. Nazywał
się Luis Alejandro Velasco. Książka ta jest dziennikarskim zapisem tego, co mi opowiedział i
co ogłosiłem w miesiąc po katastrofie w bogotańskim dzienniku „EI Espectador”.
Nie wiedzieliśmy, ani rozbitek, ani ja, kiedyśmy się starali odtworzyć minuta po
minucie jego przygody, że to znojne tropienie da początek nowej przygodzie, która
spowoduje nieliche zamieszanie w kraju, za co on zapłaci własną sławą i karierą, a co mnie
mogłoby kosztować skórę. Kolumbią rządziła wówczas wojskowa i folklorystyczna dyktatura
generała Gustavo Rojasa Pinilli, której dwa szczególnie pamiętne wyczyny to masakra
studentów w centrum stolicy, kiedy to policja rozpędziła strzałami spokojną manifestację,
oraz zamordowanie przez tajną służbę pewnej, nigdy dotąd nie ustalonej, liczby niedzielnych
miłośników korridy, którzy wygwizdali na widowni córkę dyktatora. Prasę cenzurowano, a
codziennym utrapieniem dziennikarzy pism opozycyjnych było wynajdywanie tematów
wolnych od politycznych skojarzeń, aby czymkolwiek zająć czytelnika. W „El Espectadorze”
odpowiedzialnymi za to chlubne lukiernictwo byli Guillermo Cano, redaktor naczelny, Jose
Salgar, zastępca naczelnego, i ja, etatowy reporter. Żaden z nas nie miał jeszcze 30 lat.
Kiedy Luis Alejandro Velasco przyszedł do nas i zapytał, ile byśmy dali za jego
opowieść, potraktowaliśmy rzecz tak, jak na to zasługiwała: jako temat wyświechtany.
Wojskowi przetrzymali go parę tygodni w Szpitalu Morskim, gdzie mógł rozmawiać tylko z
dziennikarzami reżimowymi (i jednym opozycyjnym, który się przebrał za lekarza).
Opowieść wiele razy była drukowana we fragmentach, uładzano ją i zniekształcano, a
czytelnicy mieli już chyba dosyć bohatera najmującego się do zachwalania zegarków, jako że
jego nie spóźniał się nawet podczas słoty, reklamującego buty, gdyż jego były takie mocne, że
nie mógł ich podrzeć i zjeść, oraz występującego w wielu innych reklamowych świństwach.

Przyznano mu order, wygłaszał przez radio patriotyczne przemówienia, pokazywany był w
telewizji jako wzór dla przyszłych pokoleń i obwożony wśród kwiatów i muzyki przez pół
kraju po to tylko, by rozdawał autografy i pozwalał się obcałowywać królowym piękności.
Zebrał niewielką fortunę. Jeśli zjawiał się teraz u nas, nie proszony, choć kiedyś bardzo go
szukaliśmy, to można było sądzić, że nie ma już nic do powiedzenia, że za pieniądze gotów
jest zmyślić cokolwiek i że władze dobrze już zadbały o to, aby w swych zwierzeniach nie
przekraczał pewnych granic. Odesłaliśmy go tam, skąd przyszedł. Nagle, w jakimś
niepojętym odruchu, Guillermo Cano zatrzymał go na schodach, przystał na propozycję i
przekazał go mnie. Było to tak, jakby mi wręczył bombę zegarową.
Zdziwiło mnie najpierw, że ten dwudziestoletni chłopak, krępy, o twarzy bardziej
przywodzącej na myśl trębacza niż bohatera narodowego, ma wyjątkowy dar opowiadania,
umiejętność syntezy i zadziwiającą pamięć, a do tego zachował tyle naturalnej godności, że
może się jeszcze podśmiewać z własnego bohaterstwa. W ciągu dwudziestu rozmów
trwających codziennie po sześć godzin, podczas których notowałem wszystko i rzucałem
podchwytliwe pytania, aby wyłowić sprzeczności, zdołaliśmy stworzyć zwarty i wierny zapis
owych dziesięciu dni na morzu. Był tak dokładny i porywający, że moim jedynym, jako
literata, zadaniem było sprawić, aby czytelnik w to wierzył. Nie tylko zresztą z tego powodu
uznaliśmy za właściwe opisać wszystko w pierwszej osobie i firmować jego nazwiskiem. W
rzeczywistości więc moje nazwisko jawi się przy tym tekście po raz pierwszy.
Zdziwiłem się jeszcze raz - i to było najlepsze - kiedy czwartego dnia poprosiłem
Luisa Alejandra Velasco, by opisał burzę, która spowodowała katastrofę. Świadom tego, że
jego oświadczenie jest na miarę złota, powiedział z uśmiechem: „Rzecz w tym, że żadnej
burzy nie było”. Istotnie: służba meteorologiczna potwierdziła, że i ten luty był na Morzu
Karaibskim pogodny i bez burz. Prawdą nigdy dotychczas nie ogłoszoną było to, że na
pełnym morzu wiatr silnie przechylił okręt, zerwał się źle zamocowany na pokładzie ładunek
i ośmiu członków załogi wypadło za burtę. Ta rewelacja wskazywała na trzy duże
wykroczenia: po pierwsze, zabroniony był przewóz towarów niszczycielem; po drugie, z
powodu przeciążenia okręt nie był zdolny do manewrowania i wyłowienia rozbitków; i po
trzecie, towar pochodził z przemytu: lodówki, telewizory, pralki. Było jasne, że opowieść,
podobnie jak niszczyciel, kryje w sobie ładunek polityczny i moralny, jakiego nie
spodziewaliśmy się.
Historia ta, podzielona na odcinki, ukazywała się drukiem w ciągu czternastu
kolejnych dni. Początkowo same władze celebrowały literackie wyświęcenie bohatera. Potem,
kiedy wyjawiono całą prawdę, na nic już by się zdało niedopuszczanie do druku całości:

Barcelona. to tylko dlatego. Musiał odejść z marynarki. aby książka ta mogła powstać G. których uwieńczeniem było. jakim jest on opatrzony. Mimo nacisków. lepiej ubranych. po miesiącach. Dyktatura odpowiedziała na ten cios serią drastycznych represji. Na szczęście są książki należące nie do tych. zamknięcie dziennika. podczas gdy ja. a nie jestem człowiekiem łatwo zmieniającym zdanie. Piętnaście lat nie zaglądałem do tej opowieści. jakoby niszczyciel przewoził kontrabandę. co nazwisko. dyktatura upadła. Tym samym honorarium przypadnie temu. którzy mieli aparaty fotograficzne. Dyktatura. udało nam się ich odszukać i odkupić zdjęcia robione podczas rejsu. że zasługuje chyba na druk. że życie nie patyczkowało się z nim. aż przed kilkoma miesiącami jakiś zabłąkany dziennikarz spotkał go za biurkiem w pewnej firmie autobusowej. luty 1970 r. ograniczyła się do sprostowania nie wykraczającego poza retorykę: w solennym komunikacie zaprzeczyła. który miał odwagę wysadzić w powietrze własny pomnik. co je piszą. Choć wielu spędzało urlopy w różnych miejscach kraju. . Przygnębia mnie myśl. w sposób nie dopuszczający pomyłki. które ku memu utrapieniu pokrywa się z nazwiskiem pewnego modnego pisarza. Wydaje mi się. Jeśli ukazuje się obecnie w formie książkowej. choć nie w pełni rozumiem. jedynego miejsca. że wydawców obchodzi nie tyle wartość tekstu. Wszelki słuch po samotnym rozbitku zaginął. rozpoczynałem swoje błędne i trochę nostalgiczne wygnanie. że powiedziałem tak nie przemyślawszy do końca całej sprawy. W tydzień po publikacji tej historii w odcinkach ukazała się ona w dodatku nadzwyczajnym w całości. ale do tych. kto na nie zasłużył: nieznanemu rodakowi. a przed redakcją kłębił się tłum czytelników poszukujących zaległych numerów do kompletu. w Paryżu. choć wcale przez to nie sprawiedliwszych. a Kolumbia zdała się na łaskę innych rządów. i ta jest jedną z nich. którzy na nie cierpią. który musiał dziesięć dni męczyć się na tratwie bez jedzenia i picia. poprosiliśmy Luisa Alejandra Velasco o listę jego okrętowych kolegów. tak bardzo przypominające dryfowanie tratwy. pogróżek i niezwykle ponętnych prób przekupstwa Luis Alejandro Valesco nie odwołał ani jednej linijki ze swej opowieści. i zagubił się w niepamięci dnia powszedniego. z fotografiami kupionymi od marynarzy. nawet w przypadku marek fabrycznych. Widziałem jego zdjęcie: przybyło mu lat i ciała. jaki może być z niej pożytek. co umiał.nakład gazety wzrósł dwukrotnie. Nim upłynęły dwa lata. gdzie robił to. choć nie opuściła go pogodna sława bohatera.G. zgodnie z tradycją właściwą rządom kolumbijskim.M. skrzynie z przemycanym towarem. i widać było. Szukając sposobów wsparcia naszych zarzutów. Za grupkami przyjaciół na pełnym morzu widać było.

było to tego wieczoru.) . nie miałem nigdy w 1 J Maria Adres (hiszp. bardzo przejęty filmem oraz myślą. a potem zbieraliśmy się w portowej tawernie Joe Palloka. że i ja byłem pod silnym wrażeniem filmu. że wracamy do Kolumbii. Ani ja. Nie bałem się. i w kinie. po obejrzeniu Buntu na „Caine”. jak to robili buntownicy. nie przychodziło mi do głowy. Choć z dużą łatwością uczyła się hiszpańskiego. W dniach wolnych robiliśmy to. przed prawie dwoma laty. Moja dziewczyna nazywała się Mary Address. kiedy byłem dzieckiem i oglądałem ilustracje w książkach. że w razie takiego sztormu najlepiej jest zmienić kurs statku. co wszyscy marynarze na lądzie: chodziliśmy z dziewczynami do kina. gdzie na niszczycielu kolumbijskiej marynarki wojennej „Caldas” dokonywano naprawy sprzętu elektronicznego oraz uzbrojenia. ani też żaden z moich kolegów nie przeżył nigdy podobnej burzy na morzu. jak się mamy ratować podczas katastrofy.) (przyp. marynarz Diego Velazquez. kiedyśmy oglądali Bunt na „Caine”. Porozumiewaliśmy się moją łamaną angielszczyzną i jej słabym hiszpańskim. Najlepszy w tym filmie był jednak nie sam poławiacz min. stan Alabama. Zgodziliśmy się wszyscy. którzy zaginęli na morzu 22 lutego oznajmiono nam. Raz tylko nie poszedłem do kina z Mary. Prawdą jest jednak. ale zwykle wolała iść na lody. ale burza. W ciągu ośmiu miesięcy odzwyczaiłem się od morza. że śmierć może dopaść kogoś na morzu. USA. że nigdy się tak nie bałem przed rejsem jak właśnie wtedy. że od tamtej chwili przeczuwałem katastrofę. że moi koledzy przezywają ją Maria Dirección1. nie był normalny. Wprost przeciwnie. Staliśmy osiem miesięcy w Mobile. bo instruktor uczył nas. chyba nigdy nie dowiedziała się. Nie chcę przez to powiedzieć.ROZDZIAŁ I O moich kolegach. Kilku moim kolegom powiedziano. A jednak niepokój. że idzie właśnie dobry film o życiu na trałowcach. że za kilka dni będziemy już na pełnym morzu. Kiedyśmy wrócili na noc. zapraszałem ją do kina. W tym czasie my. jaki czuliśmy tego wieczoru. więc sztorm ten wywarł na nas najsilniejsze wrażenie. poznałem ją przez babkę innego marynarza. i na lodach. zapytał: „A gdyby tak nam przytrafiło się coś podobnego?” Przyznaję. członkowie załogi. Gdy tylko miałem wolne. dum. przechodziliśmy specjalne przeszkolenie. W Bogocie. I od chwili wstąpienia do marynarki wojennej. myślałem zawsze o nim z dużą ufnością. gdzie piliśmy whisky i od czasu do czasu wywoływaliśmy burdy. Dlatego poszliśmy go zobaczyć. lecz zawsze się rozumieliśmy.

myślałem o swojej rodzinie i o podróży. Ostatniego wieczoru przed rejsem poszedłem pożegnać się z Mary. że rzucam pływanie. Termin opuszczenia portu był coraz bliższy i dlatego . lodówki. gdy tylko dobijemy do Cartageny. Z rękoma pod głową słuchałem łagodnych uderzeń wody o nabrzeże i spokojnego oddechu czterdziestu marynarzy śpiących w jednym pomieszczeniu. Pod moją koją marynarz 1 klasy. Dyrygent orkiestry. Ja miałem radio. Nie mogłem zasnąć. pochodził z Arjona. wiedziały już o naszym wyjeździe i postanowiły pożegnać nas. był mój serdeczny przyjaciel. przekonany widać. że za osiem dni pójdę na dno.nie mogąc otrząsnąć się z niepokoju . Niszczyciel „Caldas” był gotów do drogi. bo było mi jakoś nieswojo i chciałem się upić. pralki i grzejniki. poszliśmy z marynarzem Diego Velazquezem na pożegnalną whisky do Joe Palloka. jaka nas czeka. której wyjawiłem swój plan.czasie rejsu żadnych obaw. Leżąc na wznak w koi umieszczonej w kubryku najwyżej. zagrał na naszą cześć wiązankę mamb i tang. odejdę z marynarki. bo jak zawsze był wesoły. nim dobijemy do Cartageny. poważny mężczyzna w okularach. że i on postanowił zmustrować. Nie wiem. że po obejrzeniu Buntu na „Caine” czułem coś w rodzaju lęku. więc postanowiliśmy nie żałować sobie. Ramon Herrera. Dzieląc się wątpliwościami. bo obiecałem jej wrócić. Mieliśmy wypić po jednej. co mi się śniło. umiał grać na perkusji i miał szczególny dar naśladowania modnych piosenkarzy. W tych dniach więcej mówiliśmy o naszych rodzinach w Kolumbii i o planach po powrocie. że to melodie kolumbijskie.podjąłem decyzję: gdy tylko zawiniemy do Cartageny. Okręt z wolna wypełniały prezenty. potężną . gdybym wiedział. który wyznał mi. ale na pewno nie spałbym tak spokojnie. Nie wstydzę się jednak przyznać do tego. W ostatnim tygodniu płacono nam trzykrotnie. a nie uwierzyłaby mi. a skończyło się na pięciu butelkach. Niepokój dręczył mnie cały tydzień. marynarz 2 klasy Ramon Herrera. gdybym powiedział. w których nie wyglądał na muzyka. Ja. Dzień podróży zbliżał się z alarmującą szybkością. Nie będę się więcej narażał na morzu. jakie wieźliśmy do domu: głównie radia. Nie zrobiłem tego. a ja szukałem uspokojenia w rozmowach z kolegami. z którymi spędzaliśmy prawie wszystkie wolne wieczory. Nasze babki płakały i ciągnęły whisky po półtora dolara za butelkę. Dziewczyny. Tuż przed opuszczeniem lokalu podszedł do naszego stolika jakiś amerykański marynarz i poprosił Ramona Herrerę o zgodę na jeden taniec z jego dziewczyną. upić się i wypłakać w dowód wdzięczności. Luis Rengifo. której chciałem się zwierzyć z moich obaw oraz postanowienia. chrapał jak puzon. Jedyną osobą.

że nie było marynarza bardziej statecznego niż mat Ortega. że jutro będziemy w Zatoce Meksykańskiej i że o tej porze jest szlak niebezpieczny. gdyż nigdy nie mówił o niczym innym. O trzeciej nad ranem 24 lutego niszczyciel „Caldas” wypłynął z Mobile w kierunku Cartageny. I rzeczywiście był to ostatni raz. która najmniej piła i najwięcej płakała. artylerzysta. Myślałem o morzu. drugiego oficera. Powiedział. co nie było jakimś szczególnym zbiegiem okoliczności. i radio. Wszyscy wieźliśmy prezenty. na co Ramón Herrera potrząsnął nim i ryknął po hiszpańsku: „Za cholerę nie rozumiem!”. Zaproszeni przez śmierć Kiedy statek odpływa. popatrzył chwilę na ostatnie światła Mobile i odszedł na swoje stanowisko.blondynką. Był mężczyzną wysokim. Miał blisko 40 lat i myślę. Nieduży. krępy. i grzejnik. młodszego bosmana. Myślę. szef maszynistów. Ramón Herrera. że większość z nich . że ostatni raz mustruje. Wiózł lodówkę i pralkę automatyczną. pada komenda: „Załoga na stanowiska manewrowe!”. Aż do świtu nie widziałem porucznika Jaime Martineza Diago. Miguel Ortega. Mat 1 klasy. wysokiego i postawnego. Była to jedna z najlepszych drak w Mobile. Widziałem natomiast nad ranem podoficera 1 klasy Julia Amadora Caraballo. że widziałem go wtedy po raz ostatni. ale nie myślałem o Mary. aż okręt wypłynie z portu. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. z krzesłami połamanymi na głowach. silnym i milczącym. który zginął w tej katastrofie. mat Miguel Ortega stał na pokładzie i opowiadał właśnie o swojej żonie i dzieciach. Był prawdziwym wilkiem morskim. że wracamy do domu. który przeszedł koło mnie. Wiedziałem. Wszystkie otrzymane pieniądze wydał na prezenty dla żony czekającej w Cartagenie. Nikt z członków załogi „Caldas” nie okazywał swej radości równie hałaśliwie jak podoficer Elias Sabogal. jak we mgle giną światła Mobile. Stałem w milczeniu na stanowisku przy wyrzutni torpedowej i widziałem. cieszył się chyba najbardziej. W ciągu ośmiomiesięcznego pobytu w Mobile nie roztrwonił ani dolara. ogorzały i bardzo rozmowny. i to szczerze! Poprosił po angielsku. wyśpiewując jak Daniel Santos. którego rzadko widywałem. że pochodzi z Tolima i jest równym chłopem. Każdy pozostaje na swoim miejscu. T ego ranka. kiedyśmy wracali na okręt. Myślę. policją i patrolami wzywanymi na pomoc przez radio. Wiedziałem. A siedemdziesiąt dwie godziny później spoczywał martwy na dnie morza. wrócił na statek o pierwszej w nocy. któremu dwukrotnie udało się porządnie trzepnąć Amerykanina w kark. Dwanaście godzin potem mat Miguel Ortega leżał w koi zwalony przez chorobę morską.

Nie czułem niepokoju.Gdzie jesteśmy? . a wtedy Rengifo powiedział: . a on na to: . byłem tylko zmęczony.Za dwie albo trzy godziny będziesz leżał z jęzorem na brodzie. Był poważny. Aż do świtu rejs przebiegał w całkowitym spokoju. I dokuczała zgaga po whisky. Tutaj w 1952 r. a na wschodzie widać było słońce.Odparłem. by się cieszyć bardziej od innych. Luis Rengifo opuścił Waszyngton i został wcielony do naszej załogi. Pierwszego ranka na morzu. gdzie Luis Rengifo kończył ubieranie się. że nie. 15 marca otrzymał w Waszyngtonie dyplom inżyniera budownictwa lądowego i morskiego. ożenił się z jakąś damą z Dominikany. Chciało mi się pić. W ciągu godziny oswoiłem się znowu z morzem. .przegadał.Jeszcze się nie pochorowałeś? . że właśnie wyszliśmy z portu. zapytał mnie: .W dniu. Kiedy „Caldas” wpłynął do stoczni remontowej w Mobile. że pierwszym. więc byłem przekonany. Luis Rengifo nie był członkiem naszej załogi. żeby odpędzić sen. Gdy tylko usłyszałem tę komendę. Potem wdrapałem się na koję i próbowałem zasnąć.Chyba ty . Wtedy padł rozkaz: „Zmiana manewrowa. W Cartagenie czekała na niego żona i sześcioro dzieci. że zwali go choroba morska. pracowity i mówił po angielsku równie dobrze jak po hiszpańsku. Mieszkał w Waszyngtonie. rozejść się! Wachtowi na stanowiska!”. z dala od morza.zapytał. ruszyłem do kubryku. Ożyły lęki z poprzedniego wieczoru. Choć urodził się w Choco. Kiedy zakończono remont niszczyciela. O szóstej rano wyszliśmy z portu. które z wolna zaczynało się podnosić. co zrobi w Kolumbii. kiedy już staliśmy w Mobile. Ale widział tylko pięcioro: najmłodsze urodziło się. Powiedział mi na parę dni przed opuszczeniem Mobile. kiedy nagle przypomniała mi się burza. Luis Rengifo dawno nie pływał. w którym będę rzygać. gdzie przechodził szkolenie w zakresie uzbrojenia. Luis Rengifo był prawdziwym majtkiem. miał morze we krwi. kiedy się ubierałem. Odpowiedziałem. Światła Mobile ginęły w oddali pośród mgieł spokojnego dnia. i powiedziałem: . porzyga się chyba całe morze. Całą noc nie zmrużyłem oka. Leżałem na koi i próbowałem zasnąć. Pod moją koją siedział Luis Rengifo i tarł oczy.odpowiedziałem. będzie przyspieszenie starań o przyjazd żony do Cartageny. Podoficer Sabogal miał powody. Pełen obaw spojrzałem w stronę. .

Uważaj! Lepiej nie kusić licha takim gadaniem.. .

Od chwili gdy wstąpiłem do marynarki. żeby go zabrać do kubryku. że to Ramon Herrera powiedział mi nocą 26. Myślę. Zanim jeszcze zniknęły światła Mobile. ja i jeszcze paru kolegów z wachty. Ale niszczyciel. Noc była widna. A jednak na śródokręciu siedział blady i osowiały Miguel Ortega i walczył z chorobą morską. że nie. że jesteśmy na Morzu Karaibskim. Miałem jakieś dziwne przeczucie. aż mu się zbierze na wymioty. choć w zatoce panował spokój. podczas gdy niszczyciel „Caldas” łagodnie sunął po Morzu Karaibskim. że na Morzu Karaibskim będzie niewesoło. Doświadczenie ze szlaku. Ale zwierzyłem się mu ze swoich niepokojów. O szóstej nad ranem niszczycielem kołysało jak łupinką. Myślę. Kontury brzegu zatarły się.ROZDZIAŁ II Ostatnie minuty na „Słoniu Morskim” „Już jesteśmy w zatoce”. kiedy wstawałem na śniadanie 26 lutego. choć na morzu nie był nowicjuszem. Wyglądał jak konający. aby mógł pełnić służbę. gdzie przeszedłem chrzest morski. który. powiedział jeden z kolegów. Ale kiwało. Gdyby nawet okrętem nie kiwało. Na koi pode mną Luis Rengifo nie spał. Wtedy zwalał się na koję. jak . Spojrzałem na zegarek. trzeba mu było teraz pomagać.Gruby . . Nie przyjmował żadnych posiłków. na rufie lub śródokręciu. Kiedyś trafił nawet do Korei na fregacie „Almirante Padilla”. wiedziałbym. że jesteśmy na otwartych wodach. Wiele pływał i znał morze.jeszcze się nie pochorowałeś? Odparłem. mówiło mi. I nie wiadomo dlaczego przypomniał mi się nagle mat Miguel Ortega leżący niżej w swojej koi i wypluwający wnętrzności. Pomyślałem z radością. a niebo wysokie. A mimo to. poznaje morze po ruchach statku. taki co opłynął świat. poczułem się nieswojo. Ja. Zgodnie z naszymi obliczeniami mieliśmy wyjść z Zatoki Meksykańskiej po północy. T ej nocy mogłem to robić do woli. kopulaste i usiane gwiazdami. że stary marynarz. że moje obawy były bezpodstawne. lubiłem rozpoznawać gwiazdozbiory. i wyszedłem na pokład. Poprzedniego dnia trochę się obawiałem pogody w Zatoce Meksykańskiej. choć nigdy na morzu nie chorowałem. wystawiał głowę i czekał. więc sadzaliśmy go. sunął gładko. Na swoim stanowisku przy wyrzutni torpedowej rozmyślałem pogodnie o naszym powrocie do Cartageny. tak że w ciągu ostatniej doby nie mógł już utrzymać się na nogach. Było trzydzieści jeden minut po północy 27 lutego. Rengifo. Zaczęło się to znacznie wcześniej. aż padł rozkaz.zapytał . Wokół nas rozciągało się tylko zielone morze i błękitne niebo. choć się lekko kołysał.

A ja. Okręt przechylał się niebezpiecznie na prawą burtę i chodziło o przywrócenie stateczności naszym ciężarem. że czułem coś w rodzaju strachu. że nikt z marynarzy leżących tutaj. sąsiada z dołu: .mówił Luis Rengifo. Od opuszczenia Mobile przed trzema dniami nie wziął nic do ust. Ale tej nocy prawie nie miał czasu go dokończyć. A zatem będę pisał do Mary. Mimo kołysania nie stracił dobrego humoru. aby „Caldasa” spotkało na Morzu Karaibskim coś złego. Zaczyna się zabawa Zabawa zaczęła się o dziesiątej wieczorem. zmienioną nie do poznania twarz. „To nie okręt. ale nie tak jak w nocy 27 lutego. Chociaż pogoda w ciągu dnia nie zmieniła się. wyliczył mi wtedy powody. Od kiedy wstąpiłem do marynarki. kiedy to. dla których nie było najmniejszych obaw.T o pewny okręt . bo nigdy nie zaniedbywałem korespondencji. Nie potrafił wydusić z siebie ani jednego słowa i miał zieloną. Pisałem też często długie listy do moich przyjaciół z dzielnicy Olaya. Była to moja przedostatnia wachta.już powiedziałem. w kubryku. Mówiłem też. Wiedziałem. że w czasie wojny na tych samych wodach niszczyciel kolumbijski zatopił niemiecką łódź podwodną. Napiszę do Mary. Będę do niej pisał dwa razy w tygodniu. poczułem się po jego słowach raźniej. porzyga się chyba całe morze. . że byłem jakiś nieswój. co zrobię po powrocie do Cartageny. Po raz pierwszy po dwóch latach . Na krótko przed dwunastą zapytałem Luisa Rengifo. Wiedziałem. ale prawdziwy słoń morski”. Wiatr z lewej burty wiał coraz silniej. Powiedział: . był inżynierem oraz pracowitym i doświadczonym marynarzem. Nie mam jednak wątpliwości. Mówiłem już. I przypomniał mi. więc zacząłem sobie wyobrażać. nie może zasnąć.Jeszcze się nie pochorowałeś? Jak przypuszczałem. podróż przebiegała normalnie. myślałem i obliczyłem. co poczułem o północy . powiedział. leżąc w koi i nie mogąc zasnąć od tego kiwania. że od Cartageny dzielą nas już tylko godziny: dokładnie 24 godziny. kiedy przez głośniki podano komendę: „Cała załoga na lewą burtę”. myślałem w koi ze strachu o ludziach pełniących wachtę na pokładzie. Było z nim coraz gorzej. Na wachcie myślałem o tym. co tydzień pisałem do rodziny w Bogocie.Już ci mówiłem. jak będzie się trzymał „Caldas” na wysokiej fali. wybity ze snu. Przez cały dzień okrętem kiwało. co znaczy ten rozkaz. I w tym momencie przypomniał mi się Bunt na „Caine”. Ramon Herrera pomógł mi zawlec mata Miguela Ortegę do koi. że w dniu. Luis Rengifo także nie spał. Zdanie to powtarzał często. w którym będę rzygał.

O siódmej zeszliśmy na śniadanie. ale gdyby Miguel Ortega został w kubryku. Na śródokręciu leżał zmordowany nieustannymi mdłościami mat Miguel Ortega. Może to zakrawać na niesmaczny żart. O ósmej przyszli nasi zmiennicy. że nie widziałem go potem aż do chwili. gdzie służba pokładowa z pewnością mokła i dygotała z zimna. W tym miejscu kiwanie mniej dokuczało. gdy kilka godzin później pogrążył się w morzu. Był tam również.odparłem. Gdy tylko usłyszałem rozkaz. między lodówki. Pomyślałem. Chwytając się koi próbowałem jakoś zrobić kilka kroków i w tej chwili przypomniałem sobie Miguela Ortegę. Wiatr wył na górze. pralki i piecyki silnie zamocowane na rufie. Nie mógł się ruszyć. zebrała się na rufie nasza sześcioosobowa zmiana. Wiedziałem. Nie pamiętam. Wiem tylko. . leżąc tak. nic nowego. Na rufie zastałem Ramona Herrerę. Ramón Herrera ustawiał jakieś pudła i starając się nimi osłonić. zgnębiony chorobą morską i wyczerpaniem. widoczność doskonała. Wyciągnięty na plecach patrzyłem w niebo. Pomogłem mu wstać i ułożyłem na jednej z prycz przy lewej burcie. Porozmawiałem chwilę z marynarzem 2 klasy Eduardem Castillo. przekonany. Kiedy usłyszał rozkaz.Postaramy się.pływania naprawdę bałem się morza. Wcisnęliśmy się. choć bryza wzmagała się i coraz wyższe fale rozbijały się o nadburcie i zalewały pokład. ale tylko zwalił się jak długi na koi. że za parę godzin będziemy w Cartagenie. a niebo intensywnie błękitne. żyłby do dzisiaj. Nie gniotły mnie teraz nawet buty. mój stały kumpel z wachty. Luis Rengifo ze słuchawkami na uszach. Także Ramón Herrera. Czułem się teraz. właścicielem sklepu w Bogocie. o czwartej nad ranem 28 lutego. że gdy tylko zdam służbę. jako dyżurny ratownik. Była to nasza ostatnia wachta na okręcie. tak aby nie porwała nas fala. próbował zasnąć. że o drugiej po południu będziemy w Cartagenie. Luis Rengifo podniósł się spokojnie i ruszył do jednej z wolnych pryczy przy lewej burcie. o czym mówiliśmy. Przy takiej fali nie sposób było odpoczywać w kubryku. Podoficerem dyżurnym był Guillermo Rozo. Dokładnie o tej właśnie godzinie przekazałem ostatni raz służbę. chciał się podnieść. że czuje się bardzo ile. człowiekiem samotnym i bardzo powściągliwym. dzień był jasny. żebyś nie miał służby . Zduszonym głosem powiedział mi. położę się. O piątej trzydzieści nad ranem dokonałem z jungą przeglądu dolnych pomieszczeń okrętu. Ramón Herrera i ja. Nie było burzy. Po nieprzespanej nocy. żeby po ośmiomiesięcznej nieobecności jeszcze tej nocy móc się zabawić na lądzie. spokojniejszy. gdyż . wyskoczyłem z koi. należących do wachtowych.

W tedy przymknąłem oczy i usłyszałem wyraźne tykanie własnego zegarka. Za dwie godziny w Cartagenie. Nowa fala. Pomyślałem. zrobię to pierwszy. wciśnięci między lodówki i piecyki. Luis Rengifo przytrzymał spokojnie jedną ręką słuchawki. przemoknięty do suchej nitki. gdyby tylko podano taką komendę. większa od poprzedniej.Cholera! Ten okręt kładzie się i ani myśli podnosić. i prawie natychmiast ujrzałem. a w pół minuty potem głośniki zachrypiały. że jest już chyba za kwadrans dwunasta. byliśmy bezpieczni. Przez sekundę wydawało . choć bronił się przed falami. Ramón Herrera rozciągnął brezent i ukrył się pod nim. Pomyślałem. Po każdej wysokiej fali czułem najpierw wielką pustkę. bo leżeliśmy właśnie po tej stronie. że lada moment rozkażą przeciąć liny trzymające ładunek. Bardzo wolno. jak kiwając się idzie ku lewej. Nazywają to „pozbywaniem się balastu”. Zobaczyłem. że musiałbym wtedy zejść do kubryku. położył się cały na burtę. jakbyśmy dopiero co wyszli z wody. żeby wywalić ładunek za burtę. Minuta ciszy Luis Rengifo zapytał mnie o godzinę. kładł się coraz bardziej. obwieszczona głosem pewnym i spokojnym. przemknęło mi przez myśl. Obok mnie Ramón Herrera. Po chwili Herrera powiedział: . bo teraz. Ramón Herrera nie ruszał się. Pierwszy raz widziałem Luisa Rengifo zdenerwowanego. Była za dziesięć dwunasta. osłoniętymi teraz plandeką. Wachtowy Luis Rengifo posiniał. Olbrzymia fala przewaliła się z hukiem nad nami i zmoczyła nas tak. znowu rozbiła się nad nami.Jak tylko każą ciąć liny. ale komenda. już w pasie. Ramón Herrera i ja nie ruszyliśmy się.po zejściu ze służby zmieniłem je na pantofle na gumie. Była jedenasta trzydzieści. kiedy fala przewalała się. W tym momencie okręt straszliwie się przechylił. Zapanowała głucha cisza. zamyślony. Ukryłem głowę w dłoniach. Słuchałem go przez blisko minutę. którego przed chwilą widziałem przy prawej burcie. z trudem niszczyciel wrócił do normalnego położenia. Pomyślałem o macie Ortedze. Wstrzymałem oddech. lodówki i piecyki poleciałyby za burtę. znowu zakłada słuchawki. brzmiała inaczej: „Wszyscy na pokładzie założyć pasy ratunkowe”. nawet nie otworzył ust. „Każą wyrzucić ładunek”. a drugą wciągał pas. Od godziny okręt zaczął się kłaść i przechylać niebezpiecznie na prawą burtę. Wykrztusił nerwowo: . że Luis Rengifo. Ja również myślałem. Z głośników powtórzono wczorajszą komendę: „Cała załoga na lewą burtę”. Bez nich zmyłaby nas fala. Okręt. a potem głęboką ciszę. Zwalił się tam znękany morską chorobą. Radia.

. Niczego już nie było. jak Luis Rengifo z wytrzeszczonymi oczyma. że cały okręt kładzie się. Dopiero wtedy zrozumiałem.się. Dusiłem się. Poczułem. że okręt zawisł w powietrzu. zielony i milczący próbuje ratować się. że wypadłem za burtę. płynąłem jedną. ale ładunku nie było. ani zegarka. Starając się wydostać na powierzchnię. a ładunek. trzymając w górze słuchawki. ale w tym momencie nie widziałem już ani swojej dłoni. Woda sięgała mi do szyi. zobaczyłem wokół siebie tylko wodę. Wciąż w górę. W ułamku sekundy poderwałem się. W sekundę potem. dwie. Nie zauważyłem fali. Kiedy wypłynąłem na powierzchnię. w odległości stu metrów. Wtedy właśnie woda przykryła mnie całego i zacząłem płynąć ku górze. ani ramienia. Brakowało mi tchu. zjeżdża w bok. by sprawdzić godzinę. o który byłem oparty. trzy sekundy. Ujrzałem. wyłonił się z fal niszczyciel ociekający wodą jak okręt podwodny. Wyciągnąłem rękę. Próbowałem złapać się ładunku.

coraz odleglejszej. Nagle z niedaleka usłyszałem jakieś krzyki. czy ryzykować i płynąć do drugiej. Wśród ostrego świstu wiatru wyraźnie poznałem głos Julia Amadora Caraballo. uczepiony pewnie skrzyni. Nie miałem wtedy najmniejszego pojęcia. Szybko zacząłem się zastanawiać. że nie jestem na morzu sam. kołyszącego się bezładnie od uderzeń fal.zasapany. Płynąłem chyba trzy minuty. Złapałem się silnie linek i próbowałem wskoczyć do środka. Pojawiły się niespodzianie na grzbiecie fali od strony. Zawahałem się. że żadnemu z nich nie udało się ich zatrzymać. który wołał do kogoś: . W chwilę potem. jedna w odległości chyba siedmiu metrów od drugiej. Zobaczyłem niedaleko . A właściwie dwie obok siebie. Trochę odruchowo chwyciłem się jakichś pływających skrzynek i bezmyślnie zacząłem się gapić na morze. Nagle uderzenie fali wyrzuciło ją tuż obok mnie. jakby na potwierdzenie moich domysłów.ROZDZIAŁ III Widzę. Uspokajało mnie. Nim jednak zdążyłem się namyślić. już płynąłem ku tej ostatniej widocznej tratwie. Pomyślałem. pod pasem! Dopiero wtedy ocknąłem się jakby z tego głębokiego. widziałem. Udało mi się to dopiero za trzecim razem. że jestem prawie 200 mil od Cartageny. W sekundę potem jedna tratwa zniknęła mi z oczu. skąd dochodziły nawoływania kolegów. aż nadejdzie pomoc. Wydało mi się dziwne.podniosłem się z trudem. runął w topiel i znikł mi z oczu. a ten w odległości mniej więcej dwustu metrów od miejsca. Wiedziałem. lodówkami i całą masą sprzętu domowego. Mimo to nie czułem jeszcze strachu. że zatonął. Poza silną falą spowodowaną przez bryzę i towarem rozrzuconym na wodzie nic nie wskazywało na morską katastrofę. czy raczej zostać. Unosiłem się na wodzie między pakami z odzieżą. Tam w odległości paru metrów pływali i nawoływali się moi koledzy.Złap się tutaj. Unosząc się na powierzchni. co się dzieje. Przez chwilę myślałem. Na moment straciłem ją z oczu. gdzie się znajdowałem. że oto znalazłem się zupełnie sam na środku morza. Nie mogłem płynąć w żadnym kierunku. jak druga fala uderza w niszczyciel. jakimi załadowaliśmy okręt w Mobile. wielką i pustą. Wtedy zobaczyłem tratwę. wysokiego i postawnego drugiego bosmana. jednominutowego letargu. Już w środku . że mógłbym tak trzymać się skrzyni bez końca. Zrozumiałem. ale straciłem orientację. białą. pojawiły się wokół mnie skrzynie z towarem. radiami. smagany bezlitosnym i zimnym wiatrem . ale starałem się nie gubić kierunku. że obok inni marynarze są w podobnej sytuacji. jak tonie czterech moich kolegów Pierwsze moje wrażenie było takie.

wepchnąłem wiosło do wody. podniósł rękę jak wówczas. w odległości około dziesięciu metrów. jako że w czasie wypadku pełnił służbę. jakbym chciał nie dopuścić do ucieczki tratwy. przystanął na chwilę. żeby lżej mu było płynąć. Pomyślałem. że nie mogę się poruszać. jak wówczas gdy mówił. Tylko Luis Rengifo pewnie płynął do tratwy. „Trzymaj się mocno. Julio Amador znikł z Eduardem Castillo uczepionym jego szyi. Tylko Luis Rengifo w odległości dwóch metrów spokojnie płynął dalej ku tratwie. dlaczego zrobiłem rzecz absurdalną: wiedząc.Gruby. ściągnął koszulę. Kiedy znowu opadłem. który trzymając się jakiejś skrzyni dawał znaki ręką. Zrozpaczony rozejrzałem się dookoła i już Ramón Herrera znikł z powierzchni. Pływali między resztkami ładunku. wołał. wesołego chłopaka z Arjony. i jeszcze raz zawołał: . Luis Rengifo. ale w tym momencie olbrzymia fala uniosła tratwę w górę i zobaczyłem z jej olbrzymiego grzbietu maszt oddalającego się niszczyciela. i byłem pewny. Była bardzo ciężka na tym wzburzonym morzu i musiałem wiosłować pod wiatr. Eduardo Castillo. małego i zrozpaczonego Ramona Herrerę. wiosłuj w tę stronę! Szybko chwyciłem wiosła i próbowałem zbliżyć się do nich. Gdybym go nawet nie widział. że prędzej dostanie mdłości morze niż on sam. aby ten trzymał się jego szyi. Nie wiem. z którym jeszcze przed paroma minutami byłem na rufie. Znacznie dalej ujrzałem czwartego kolegę. Po drugiej stronie był Luis Rengifo. Z właściwym sobie spokojem. gdy chrapał jak puzon pod moją koją. że dotrze do niej. od którego kolegi zacząć. Tylko trzy metry! Gdybym się musiał zdecydować. poznałbym po krzyku: . że jego spokój jest silniejszy od morza. Byłem przekonany. ale stracił pas ratunkowy. Tratwa miała jednak prawie dwa metry długości. Byli niecałe trzy metry ode mnie. Julio Amador z Eduardem Castillo mocno uczepionym szyi podpływał do tratwy. Ale kiedy zobaczyłem Ramona Herrerę. Castillo!”. nie wiedziałbym. zmęczony. Natomiast Julio Amador usiłował zmusić Eduarda Castillo. będę mógł wysunąć wiosło. by je schwycili. gdy trzymał słuchawki. Poznałem ich natychmiast. że jak się zbliżą jeszcze trochę. z ufnością dobrego marynarza. Myślę. że udało mi się posunąć tylko o metr. Przed paroma minutami widziałem go na okręcie.tratwy trzech moich kolegów próbujących do niej dotrzeć. Słuchałem go. sklepikarz. zacząłem rozpaczliwie wiosłować. Ten miał na sobie pas ratunkowy. trzymał się kurczowo szyi Julia Amadora Caraballo. jakbym próbował zatrzymać ją w miejscu. jak starał się ratować przed falą ze słuchawkami trzymanymi w prawej dłoni. tego od draki w Mobile.

Wydało mi się zupełnie naturalne. już nas szukają. jak długo stałem. Niby dlaczego nie miało tak być. a w rzeczywistości upłynęło zaledwie dziesięć minut od chwili. że traci siły. że lada chwila ukaże się ktoś na powierzchni. że wkrótce po mnie przypłyną. gdy po raz ostatni patrzyłem na zegarek na rufie niszczyciela. Wytężyłem wszystkie siły. Odurzony. że nie usłyszał mnie. spojrzałem na zegarek. Sam Kiedy ostatni raz na okręcie Luis Rengifo pytał mnie o godzinę. Zauważyłem jednak. znikła w tej chwili na zawsze w odległości mniejszej niż dwa metry od wiosła. jak początkowo sądziłem. Gruby!. Czekałem. żeby zdobył się na jeszcze jeden wysiłek. Maszt. starając się utrzymać na tratwie równowagę. by je złapać. Kiedy spojrzałem na zegarek na tratwie.. Ale na morzu nie było żywej duszy.. żadna tratwa na niszczycielu nie miała wyposażenia. bo prawdę mówiąc. że nie mogę wiosłować pod wiatr. że ogarnia go rozpacz. było pół do dwunastej. że wszystko to wydarzyło się bardzo dawno temu. Było ich razem sześć. świadczył. W jednej chwili Luis Rengifo znalazł się w odległości pięciu metrów i straciłem go z oczu.. Odkrzyknąłem. a wiatr coraz silniejszy zawodził i szarpał moją koszulę.. żeby nie dać się porwać fali. że paru kolegom udało się jak mnie dotrzeć do tratwy i że. w nadziei. nie wróciwszy jeszcze w pełni do siebie. gdy stałem na niej w bezruchu. Skrzynie z towarem znikły..Gruby!. nurkował. że zbliży się na tyle. że któremuś z kolegów udało się złapać drugą tratwę. Ja stałem teraz z podniesionym wiosłem. która przed paroma minutami próbowała nie dopuścić do zamoczenia się słuchawek. Ładunek znikł. Rozpalone i metaliczne jak w południe. Rozglądałem się po morzu. że niszczyciel nie zatonął.Wiosłuj w tę stronę. ale podobnie jak za pierwszym razem nic z tego nie wyszło. gruby! Wiatr zacinał wciąż z tego samego kierunku. Nie wiem. było to jeszcze przed katastrofą. Sprawdzałem potem czas o jedenastej pięćdziesiąt. . Próbowałem wiosłować. że świeci słońce. żeby Luis Rengifo mógł schwycić się wiosła. Pomyślałem też. pogrążając się w wodzie: . była punkt dwunasta. Była dokładnie dwunasta. z podniesionym wiosłem. być może. oprócz łodzi i szalup. Zdawało mi się. coraz odleglejszy. jeszcze trzymał się jakoś. Nie były to tratwy z wyposażeniem. Jeszcze raz krzyknął. gdy wdrapałem się na tratwę i próbowałem ratować kolegów. Nagle zdałem sobie sprawę. Pojawił się jednak z drugiej strony. ale miałem wrażenie. Poczułem się spokojniejszy. pomyślałem. ale uniesiona ręka. a tratwa uderzana falami tańczyła na wszystkie strony.

zanim mnie wyłowią. na co mogę liczyć. że gdybym miał pod ręką butelkę. o czym myśleć. a choć piekła mnie trochę. nie krwawiła i była zupełnie sucha. jakie dostałem w sklepie w Mobile któregoś dnia w styczniu. 2 Patronka marynarzy w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej (przyp. gdy wpadałem do wody. że zawierają zaszyfrowaną wiadomość. jaką rozbitkowie przekazują w butelce rzuconej do morza. Wiem tylko. aby wieczorem móc opowiedzieć coś zabawnego przyjaciołom w Cartagenie. „Dwie albo trzy godziny”. Wydawało mi się to niewspółmiernie długo jak na samotny pobyt na morzu. I myślę. łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej z Karmelu2 I także kupiony w Cartagenie od innego marynarza za trzydzieści pięć pesos. tłum. Ponieważ nie miałem nic do roboty. i z trudem podwinąłem nogawkę aż za kolano. słuchając przejmującego wycia wiatru i myśląc. że nie czułem rany aż do momentu.) . nim mnie wyłowią. Chciałem wiedzieć. przebywając samotnie na morzu. Słońce grzało w głowę i zaczęło przypiekać skórę. W kieszeni nie miałem nic poza kluczami do mojej szafki na okręcie i trzema pocztówkami. dlaczego przyszło mi do głowy. by zabawić się w rozbitka. więc zmoczyłem tylko raz jeszcze włosy i usiadłem na tratwie. gdy usiadłem na tratwie. Nie wiedząc. A może skaleczyłem się. że upłyną co najmniej dwie albo trzy godziny. Miałem również. trzy minuty. stwardniałą i wysuszoną od soli. obliczyłem sobie. Miałem. Nie miałem ani żywności. Może zawadziłem o reling. Nie wiem. że o trzeciej będzie mi dokuczać straszliwe pragnienie. po pierwsze. Dopiero wtedy poczułem ból w lewym kolanie. ani wody i myślałem. Grube spodnie z granatowego drelichu były mokre. dobry zegarek. włożyłbym pocztówki do środka. czekając na ratunek. zapewne dzięki morskiej soli. Kiedy mi się to udało. kiedyśmy robili z Mary Address zakupy. zacząłem je czytać. zdziwiłem się: miałem głęboką ranę w kształcie półksiężyca tuż pod rzepką. oprócz złotego pierścionka kupionego w Cartagenie w zeszłym roku. na który teraz spoglądałem co dwie.patrząc na puste morze. by czymkolwiek zająć czas. Przy wypadku zgubiłem czapkę. zrobiłem przegląd własnych rzeczy. Starałem się jednak z tym pogodzić.

gdy już będą nade mną. że wszyscy myślą teraz o mnie. Nie wiedziałem. zwłaszcza jeśli jest to coś równie ciężkiego jak człowiek na tratwie. ani głodu. Koledzy. Nie czułem jednak ani pragnienia. obserwując horyzont. czy też na pełne morze. W rzeczywistości od chwili. żeby nie stracić ani minuty. Zastanawiałem się. na niszczycielu. popychana bryzą z szybkością większą od tej. żeby wreszcie pokazały się samoloty.ROZDZIAŁ IV Pierwsza samotna noc na morzu O czwartej po południu wiatr ucichł. aby morze mogło wyrzucić na ląd rzecz. Miałem już swój plan: gdy je zobaczę. żeśmy wypadli za burtę. O trzynastej usiadłem na tratwie. gdy się na niej znalazłem. wiosłuj w tę stronę”. Przez pierwsze dwie godziny byłem myślami. jeśli nie zorientowali się. a fale rozbijają się o skały. rozsypią się za parę minut po mieście. piekły mnie plecy i wargi spękane od soli. a to dodało mi otuchy i cierpliwości aż do czwartej. postaram się wiosłować w ich stronę. uszczęśliwieni powrotem. w jakim kierunku podąża i gdzie się teraz znajduję. Żeby być przygotowanym. bo zawsze wątpiłem. czy tratwa płynie w stronę brzegu. Słyszy je z szaleńczą natarczywością: „Gruby. Słońce prażyło w twarz. czy natychmiast wysłano samoloty i helikoptery na ratunek. Obliczyłem. Wiatr zawodził jękliwie. a potem. skąd pojawią się samoloty. O trzeciej zacząłem tracić nadzieję. Odczepiłem trzy wiosła i włożyłem je do środka. bo nie miałem pojęcia. wiosłuj w tę stronę”. że tratwa płynie. Tak minęła druga. powinni to spostrzec przy wejściu do portu. jaką bym jej nadał wiosłami. a wśród jego odgłosów słyszałem cały czas głos Luisa Rengifo: „Gruby. że o tej porze niszczyciel stoi już przy kei w Cartagenie. To ostatnie wydało mi się najbardziej prawdopodobne. Nawet jeśli nie telegrafowali. stanę na tratwie i zacznę dawać znaki koszulą. czy zatelegrafowali już do Canageny. człowiek słyszy zapamiętane wcześniej głosy. gotów w każdej chwili płynąć w kierunku. zdjąłem koszulę i dalej siedziałem na tratwie. jakby tu był w odległości dwóch metrów i próbował chwycić się wiosła. że kiedy na morzu dmie wiatr. Pełne napięcia minuty dłużyły się. Nie miałem jednak najmniejszego pojęcia. Miałem wrażenie. Chciałem tylko. minuta po minucie. z której strony pojawią się samoloty. Wiedziałem jednak. Słyszałem go zupełnie wyraźnie. kiedy cała załoga musi być na . więc dopiero po przeszło dwóch godzinach zdałem sobie sprawę. że za godzinę samoloty powinny krążyć nad moją głową. żeby rozejrzeć się po widnokręgu. która dryfowała 200 mil. posuwała się przed siebie. Nie widziałem nic poza wodą i niebem i nie miałem żadnego punktu odniesienia. czy podali dokładną pozycję miejsca katastrofy. Wiedziałem.

że pogrążam się w ciemnościach i nie widzę nawet własnej dłoni. połowa ciała pozostaje w wodzie. że posuwa się ona wolno. że nie zobaczę już samolotu. że godzinę mogę jeszcze poczekać. ale o piątej. zacząłem spoglądać na tarczę zegarka. a niebo zaroiło się od gwiazd. że jest za pięć siódma. Cartagena. O szóstej rozbolały mnie oczy. Na tratwie ani przez minutę nie można być suchym. iż upłynęło już tyle czasu.po upływie dwóch albo trzech godzin . z pewnością natychmiast dano znać. Niebo nagle spąsowiało.w kierunku. Wiedziałem teraz.będą krążyły nade mną. że nie sposób wytrzymać trzech godzin samotnie na morzu. Była za dziesięć siódma. Wielka noc Z początku myślałem.jak żółty diament na niebie w kolorze wina . Z jednej strony tratwy pojawiła się . było wrażenie. Bardziej osamotniony byłem teraz. Potem wskazówka minutowa zakryła liczbę dwanaście.stwierdziłem. Obserwowałem dalej widnokrąg. aż bryza ustała i poczułem. Z szumu wody ocierającej się o boki tratwy wywnioskowałem. ale nieustannie. Ale wypatrywałem dalej.pokładzie. za pół godziny samoloty powinny znaleźć się nad miejscem katastrofy. a ja wciąż patrzyłem. Rozpaczliwie myślałem o samolotach.nieruchoma i kwadratowa pierwsza gwiazda. w ciemnościach. na tratwie. że obejmuje mnie olbrzymi i głuchy szum. skąd nadlecą samoloty. i patrzyłem przed siebie w bezruchu . choć czułem. Pierwszym uczuciem. sunie po gęstym i pełnym dziwnych zwierząt morzu. zdawało mi się. że we dnie nie byłem aż tak bardzo samotny. że z samolotu nie zauważono by mnie w ciemnościach. której nie widziałem. że lada chwila zacznie świtać. Usadowiłem się tak. A zatem o czwartej . gdy zdałem sobie sprawę. gdzie miała się znajdować. patrzyłem nadal zawzięcie i cierpliwie. Dopiero wtedy przestałem słyszeć krzyk Luisa Rengifo. a ja dalej lustrowałem horyzont. Potem stało się ciemnofioletowe. Znacznie później . Był to jakby znak. Wiedziałem. Mnie jednak zdawało się. Czerwieniało i rosło na widnokręgu i wtedy zacząłem się orientować. jak głucho. Mogło to nastąpić najpóźniej o trzeciej. według mego rozeznania. Słońce zachodziło. gdyż podłoga tratwy zwisa . nie ośmielając się mrugnąć okiem . że nie zdołam poskromić strachu. kiedy upłynęło ich już pięć. Chciałem ujrzeć światła i nie myślałem w ogóle.nie odwracając ani na chwilę spojrzenia. była punkt siódma. Zaczął mi dokuczać chłód. Nawet gdy począł zapadać zmrok.albo najpóźniej o pół do piątej . Prawie natychmiast zapadła na morzu nieprzenikniona i głucha noc. Choćby nie wiem jak długo opóźniał się odlot. Pogrążony w mroku zrozumiałem. aby mieć słońce po lewej stronie. ale przecież spostrzegłbym zielone i czerwone światła uchwytne wcześniej niż warkot silników. Nawet kiedy się siedzi na jej krawędzi. Żeby samotność uczynić mniej dokuczliwą.

że tkwię połową ciała w świecie nie należącym do ludzi. ale nad Cerro de la Popa. które słyszałem. Zrozpaczony zerwałem go z nadgarstka.spoglądałem na zegarek co minutę. że poczułem się mniej samotny. Potem ogarnęło mnie przerażenie: pomyślałem. gdy mieliśmy wolne. Myślałem. nie odważyłem się poruszyć na brzegu tratwy. Kiedy zdawało mi się. Jednak gdy się przebywa samotnie na morzu o ósmej wieczorem i bez cienia nadziei. nie miałem odwagi patrzeć w inną stronę. nietrudno o przekonanie. że właśnie teraz ktoś patrzy w Cartagenie na Małą Niedźwiedzicę.pierwszej spędzonej na morzu . Dłużyła się ta moja pierwsza noc tak bardzo dlatego. ponieważ siatka podtrzymująca podłogę nie dopuszcza ich zbyt blisko. żeby nie mieć go więcej przed oczyma. przeszło pół metra pod powierzchnią. Wiedziałem. który targał moją koszulą. a ktoś inny akompaniował mu na gitarze. gdy tajemniczo przesuwały się obok tratwy. że lepiej byłoby cisnąć zegarek w morze. że na dnie tratwy nie grożą mi żadne morskie stwory. Nie wiem. przyszło mi do głowy. na który nie sposób nie zerkać raz po raz. że słowa instruktora były niedorzeczne. Na całym nieboskłonie trudno było znaleźć puste miejsce.jak kosz. T ej nocy 28 lutego . Wiedziałem. kiedy nic się nie dzieje. że bez zegarka będę jeszcze bardziej . że dłużej tego nie zniosę. i mimo lodowatego wiatru. gdy spoglądałem na nią. a kiedy już miałem go w garści. jakbym się znowu znalazł na moście do Manga. Zawahałem się przez chwilę. Nie sposób opisać nocy na tratwie. zagubioną w niezliczonym i bezkresnym mrowiu gwiazd. była za dwadzieścia dziewiąta. można w to jeszcze uwierzyć. tych olbrzymich i nieznanych bestii. Siedząc na brzeżku kamienia odszukiwałem zawsze Małą Niedźwiedzicę gdzieś nad Cerro de la Popa. tak jak ja na morzu. O ósmej wieczorem temperatura wody była niższa niż powietrza. a Mała Niedźwiedzica wisiała nie 200 mil od lądu. Nigdy nie widziałem ich tyle. Tej nocy na brzegu tratwy czułem przez chwilę. siadaliśmy nad ranem na moście do Manga i Ramón Herrera śpiewał. Tylko tam jednak czułem. aby wrzucić do kieszeni. Kiedy już umiejscowiłem Małą Niedźwiedzicę. że jestem z dala od ryb. że wytrwam do rana. że nic się zupełnie nie wydarzyło. Była to prawdziwa męka. kiedy człowiek boi się morskich stworów i ma fosforyzujący zegarek. Nie dokuczał mi jeszcze ani głód. gdy nadlecą samoloty. W Cartagenie. dlaczego czułem się mniej samotny. i to sprawiło. Tej nocy z trudem udało mi się odnaleźć Małą Niedźwiedzicę. jakby Ramón Herrera był przy mnie i śpiewał przy akompaniamencie gitary. Ale tego uczą w szkole i kiedy instruktor pokazuje pomniejszony model tratwy i kiedy się siedzi w ławce o drugiej po południu pośród czterdziestu kolegów. lecz morskich zwierząt. W desperacji postanowiłem zdjąć zegarek i schować do kieszeni. Według instruktora jest to miejsce najmniej bezpieczne. naśladując Daniela Santosa. ani pragnienie i byłem pewny.

Była to pora śniadania. mnie jednak wydało się to nieprawdopodobne. Kiedy nastał dzień. Niebo pobladło nagle. Po dwunastej zaczęło mi dokuczać prawe kolano i czułem się tak. Tak było ze mną. że usłyszeliby to z każdej odległości. Ślina napłynęła mi do ust i odczułem lekki skurcz żołądka. gdy wypatrywałem na horyzoncie samolotów. Myślałem. ogromne i ciche. Dłuższą chwilę spędziłem. jakbym do szpiku kości nasiąkł wodą. Minęło dwanaście godzin. tak jak wieczorem. ani o jedzeniu. Potem wędliny. Ranek był jednak jasny i ciepły. Odtworzyłem minuta po minucie całą tragedię i uznałem siebie za głupca. jaką trasę przebyła w nocy. Były to jednak doznania uboczne. zastanawiając się. dlaczego poszedłem z Ramonem Herrerą na rufę. z jaką po południu wyglądałem samolotów. jakbym się obudził. Ukazała się przestrzeń morza. Po raz pierwszy od dwudziestu lat poczułem się całkowicie szczęśliwy. na tratwie i zerkać raz po raz na zegarek. co o okrętowych światłach. że koledzy siedzą teraz przy stole i zajadają jabłka. nic już mnie to nie obchodziło. Piekła skóra. Założyłem go znowu na rękę i spoglądałem nań co minutę. Nie zmrużyłem w nocy oka ani przez sekundę. że moje ciało zaczyna wypromieniowywać światło słońca. Światło dnia powszedniego Nie dniało tu tak powoli jak na lądzie. że w tym bezkresnym osamotnieniu. bo na horyzoncie nic się nie zmieniło. aby zrozumieć. jakby stała wciąż w miejscu. Wyobraziłem sobie. A potem chleb i kawę z mlekiem. Nie myślałem ani o piciu. że noc jest niewspółmiernie dłuższa od dnia. a ja spoglądałem wciąż to na zegarek. jakie wchłonęło wieczorem. Długie godziny wpatrywałem się w morze. w poszumie wzmagającego się wiatru czułem. zamiast położyć się w koi. Żeby odsunąć od siebie podobne myśli. a powierzchnia morza stała się gładka i złocista. kiedy powiał cieplejszy wiatr. Tratwa posuwała się naprzód. spokojne.samotny. Nad ranem ochłodziło się jeszcze bardziej i miałem wrażenie. Nie spałem ani sekundy i nawet nie próbowałem. a krzyknąłbym tak. pośród mrocznego szumu morza wystarczyłoby. Ale nagle zaczyna świtać i wtedy człowiek nie ma już sił tego zauważyć. aż w końcu rozbolały mnie oczy. Po dwunastej miałem chęć się rozpłakać. nie mogłem jednak obliczyć. żebym zobaczył światła statku. że odzyskuję siły do dalszego czekania. Rześka woda na spieczonych plecach przyniosła mi ulgę i dodała sił. ale poza gwiazdami nie widziałem żadnych świateł. a w tym blasku. Kiedy się przeciągałem. Trzeba ją spędzić na morzu. Niemożliwe. Myślałem nie tyle o własnym ciele. to na horyzont. Nie myślałem o niczym. bolały mnie kości. znikły pierwsze gwiazdy. szukałem o świcie świateł statków. zanurzyłem się w koszu tratwy aż po szyję. ale w tej chwili miałem wrażenie. Później podawano nam jajecznicę. O siódmej rano pomyślałem o niszczycielu. Im było zimniej. tym bardziej płonęło. żeby noc była równie długa jak dzień. Z taką samą nadzieją. Nie było .

Odczekałem minutę. Bolała mnie szyja i wzrok nie mógł już znieść blasku nieba. . Patrzyłem z takim napięciem. było już pół do dwunastej. Stopniowo nabierał kształtów wśród innych błyszczących punktów. by nie zauważono mego zniknięcia. Leciał prosto na tratwę. że się znalazłem na tratwie. że dotarłem do tratwy. Patrzyłem jednak dalej: był połyskliwy. Nie doznałem ogromnego wzruszenia. że innych kolegów wyciągnięto z wody. a samolot się zbliżał. a tylko ja dryfowałem teraz spychany gdzieś wiatrem. czułem tylko wielką jasność umysłu i nie zwykły spokój. bo wydało mi się przez chwilę. że w pewnej chwili niebo zaroiło się od lśniących punktów. Zacząłem nawet ubolewać. zbliżał się coraz bardziej i rzucał oślepiające. że wiem dokładnie. szybki i zmierzał prosto na tratwę. dwie minuty z koszulą w ręku. że znowu pomyślałem o Cartagenie. Czarny punkt na horyzoncie Bliskość południa sprawiła. Winiłem nawet złośliwy los za to. Wstałem ze wzrokiem wbitym w ten czarny punkt. wydało mi się. Miałem wrażenie. nie musiałem być na pokładzie. który wciąż rósł. Ale tamten czarny przedmiot sunął prosto na tratwę. uspokoiłem się. że widzę na horyzoncie jakąś plamkę. Kiedy podniosłem rękę i zacząłem wymachiwać. dla której miałbym zostać jedną z ofiar: nie miałem wachty. Kiedy tak stałem na tratwie. Kiedy jednak spojrzałem na zegarek.żadnej racji. Spokojnie zdjąłem koszulę. doskonale słyszałem wśród łoskotu fal potężniejący i rozedrgany warkot silników. T o niemożliwe. Nie odczułem w tej chwili szczęścia. myślałem. kiedy powinienem zacząć dawać nią znaki. i znowu poczułem lekki niepokój. aż samolot zbliżył się jeszcze bardziej. Lśniący i błękitny. Ledwie to pomyślałem. Dzień mijał szybko. że wszystkiemu winien jest pech. metaliczne błyski. Dwie minuty później widziałem wyraźnie jego kształty. Pomyślałem. Była za dziesięć dwunasta.

ROZDZIAŁ V Miałem na tratwie kolegę Potrząsałem rozpaczliwie koszulą co najmniej przez pięć minut. Wiedziałem teraz. z pewnością była jeszcze bardzo daleko od brzegu. Przemknął tylko. Później będę mógł wypić jeszcze trochę. aż znikł z horyzontu. choć wiedziałem. Widziałem go doskonale. z której nie mógłby mnie zobaczyć. Potem zawrócił i zobaczyłem go z boku. Nagle zapomniałem o pragnieniu. Zmusiło mnie to do przełknięcia morskiej wody.35. Nie mogłem go zidentyfikować. tak . zamachałem koszulą. w jakim kierunku go szukać. ile musiałbym wiosłować w spiekocie. Myślałem o samolocie: nie byłem pewny. gdybym się zdrzemnął na krawędzi tratwy. ale zmierzał prosto na tratwę. Coraz trudniej było mi oddychać. Była dwunasta. I nagle zrozumiałem własny błąd: samolot nie leciał w stronę tratwy. Przede wszystkim nie wolno mi było narażać klatki piersiowej. że szkodzi. Spędziłem już na tratwie całą dobę. ale nie straciłem jeszcze nadziei i dlatego postanowiłem zabezpieczyć się jakoś przed słońcem. Dzień był jasny. Przeleciał jednak w dużym oddaleniu i na wysokości. Leżąc na kraju tratwy. W chwili gdy przelatywał nad moją głową. wydawało mi się. O 12. skąd przyleciał. Podniecony zerwałem się na nogi. Leciał jednak za wysoko. gdyż wiedziałem. znikł. Tuż nad moją głową usłyszałem głośniejszy od szumu fal warkot innego samolotu. aż nadlecą inne samoloty. Najpierw była gęsta ślina i suchość w gardle. ile tratwa posunęła się w nocy. Byłem nieszczęśliwy. i o głodzie. ale zupełnie nie miałem pojęcia. ogromny czarny hydroplan przeleciał z rykiem nade mną. I czekałem z koszulą w dłoni. A do tego z takim pragnieniem. która mi zaczynała dokuczać. zawrócił i zaczął ginąć w tym samym miejscu na niebie. Nie próbowałem zasnąć. jakie mi grozi niebezpieczeństwo. po raz pierwszy odczułem udrękę pragnienia. że przemknie nad moją głową. oddalił się. że tam była ziemia. Znaczyło to. Wiedziałem. Kiedy czarny punkt zaczął rosnąć. pomyślałem. Dopiero wtedy usiadłem. Ale jak? Bez względu na to. czy szukają właśnie mnie. Położyłem się na wznak na jej brzegu i zakryłem twarz mokrą koszulą. Wystawiony na palące promienie słońca wpatrywałem się bezmyślnie w czarny punkt. kiedy się nawet nie spostrzegłem. gdzie się pojawił. Serce skoczyło mi do gardła. z której nadleciał poprzedni. Jedno wyjaśniło się dzięki tym samolotom: pojawiały się i znikały w tym samym punkcie. Samolot zbliżał się od strony. „Teraz na pewno mnie szukają”. Potem wykonał duże koło. od którego skręcały mi się kiszki. jak spieszy tam. w którą stronę mam się kierować.

że samolot z wolna wytraca wysokość. Spokojny. Zidentyfikowałem go łatwo po literach na skrzydłach: był to samolot ze służby ochrony wybrzeża ze strefy Kanału Panamskiego. Obliczyłem. lecąc tak nisko i tuż nad tratwą. Pomyślałem. i następna. Jeszcze nie traciłem nadziei. Byłem pewny. że wiosłując w linii prostej. że mnie zobaczono. Zobaczono mnie! Nie minęło pięć minut. wskazywał Panamę. że mężczyzna z lornetką widział. jak macham koszulą. „Znaleźli mnie!”. zawrócił i po raz trzeci przemknął nad moją głową. w których znikły samoloty. Znowu zamachałem koszulą. Niemożliwe. Nie miałem jednak powodów do obaw. w którym pojawiły się pierwsze samoloty. nieznacznie tylko zbaczając z trasy wyznaczonej wiatrem. znajdował się nad Cartageną. Kiedy oddalał się z łoskotem w kierunku otwartych wód Morza Karaibskiego. ale czułem się już trochę . gdzie znikł czarny samolot. odprężony i szczęśliwy usiadłem i zacząłem czekać. Machałem spokojnie. Leciał przechylony na lewe skrzydło i w okienku od mojej strony znowu widziałem wyraźnie mężczyznę lustrującego morze przez lornetkę. dotrę w okolice plaż w Tolu. Wyciągnąłem bardzo ważny wniosek: punkt. Oczekiwałem. O piątej po południu słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Obliczyłem. aż znowu nadleci jeszcze niżej. Nie machałem już zawzięcie koszulą. Oszalały z emocji zacząłem podskakiwać na tratwie. że czuję na twarzy silny podmuch powietrza. podczas których tkwiłem nieporuszony na brzegu tratwy. Upłynęły jeszcze dwie godziny. jakbym nie wzywał pomocy. krzyknąłem uszczęśliwiony. czystym i zupełnie spokojnym morzu. lecz przesyłał moim odkrywcom serdeczne podziękowanie. nie przestając nią wymachiwać.że mogłem wyraźnie zobaczyć głowę mężczyzny wychylającego się z kabiny i lustrującego morze przez czarną lornetkę. aż znajdzie się dokładnie nad tratwą. że ląduje. Ale stało się inaczej: samolot szybko nabrał wysokości i zginął tam. Był to mniej więcej środek między dwoma punktami. nie wątpiłem ani przez chwilę. Siedziałem sztywno i uporczywie wpatrywałem się w widnokrąg. tak blisko mnie. i przygotowałem się do wiosłowania w tym kierunku. I jeszcze jedna. Czekałem godzinę. skąd przyleciał. Przez moment leciał w linii prostej tuż nad wodą. Punkt. żeby mnie nie widziano. Zdawało mi się. co za pierwszym razem. Teraz jednak nie potrząsałem nią tak rozpaczliwie. Ale godzina minęła i nic się nie działo na błękitnym. na tej samej wysokości. Ale po chwili wzbił się znowu. że za godzinę powinna nadejść pomoc. Przeleciał tak nisko. Dałem krótki znak i czekałem. iż zdawało mi się. a czarny samolot znowu przeleciał w przeciwnym kierunku.

nieswojo. Byłem przekonany, że zobaczono mnie z czarnego hydroplanu, choć nie potrafiłem
zrozumieć, dlaczego tak długo zwlekają z pomocą. Dokuczała mi suchość w gardle. Coraz
trudniej było mi oddychać. Gapiąc się tak w horyzont, nie mogłem się skupić, i nagle, nie
wiadomo dlaczego, poderwałem się i zwaliłem na środek tratwy. Koło burty, wolno, jakby
tropiąc ofiarę, przesunęła się płetwa rekina.
Rekiny zjawiają się o piątej
Było to pierwsze stworzenie, jakie zobaczyłem po blisko trzydziestu godzinach pobytu
na tratwie. Płetwa rekina budzi przerażenie, bo znana jest krwiożerczość tej bestii.
W rzeczywistości nie ma nic bardziej niewinnego od rekiniej płetwy. Nie wydaje się
być częścią zwierzęcia, a zwłaszcza takiego drapieżnika. Jest zielona i chropowata jak kora
drzewa. Kiedy ujrzałem ją koło tratwy, miałem wrażenie, że jest świeża i lekko gorzkawa w
smaku jak kora. Minęła już piąta. Morze po południu było spokojne. Inne rekiny cierpliwie
podpływały do tratwy i kręciły się aż do zmroku. Dzień już zaszedł, ale czułem, że krążą w
ciemnościach, tnąc gładką powierzchnię morza ostrzem płetwy.
Od tej chwili nie siadałem już więcej na brzegu tratwy po piątej po południu.
Nazajutrz i jeszcze przez cztery kolejne dni miałem sposobność przekonać się, że rekiny to
zwierzęta punktualne: zjawiały się tuż po piątej i znikały z zapadnięciem zmroku.
O zmierzchu przezroczyste wody przedstawiały wspaniały widok. Różnokolorowe
ryby podpływały do tratwy. Olbrzymie ryby żółte i zielone, rybki w niebieskie i czerwone
pasy, pękate i malutkie towarzyszyły tratwie do zmroku. Czasami błyskało coś metalicznie,
bryzgi zakrwawionej wody wlewały się do środka i szczątki rozszarpanej przez rekina ryby
unosiły się przez chwilę koło tratwy. Wtedy ławica drobnych ryb rzucała się na te resztki.
Sprzedałbym wówczas duszę za najmniejszą cząstkę tych pozostałości po rekinie.
Była to moja druga noc na morzu. Noc głodu, pragnienia i rozpaczy. Czułem się
opuszczony, pozbawiony nadziei, jaką dotychczas uparcie wiązałem z samolotami. Dopiero
tej nocy uznałem, że aby się uratować, muszę liczyć tylko na własną wolę i resztki swoich sił.
Jedno mnie dziwiło: czułem się lekko osłabiony, ale nie wyczerpany. Spędziłem już prawie
czterdzieści godzin bez jedzenia i picia i przeszło dwie doby bez snu, bo nie zmrużyłem oka
w noc poprzedzającą wypadek. A mimo to zdawało mi się, że mogę jeszcze wiosłować.
Znowu odszukałem Małą Niedźwiedzicę. Wbiłem w nią wzrok i chwyciłem za wiosła.
Wiał lekki wiatr, choć nie w tym kierunku, jaki musiałem nadać tratwie, aby płynęła prosto na
Małą Niedźwiedzicę. Umocowałem po bokach dwa wiosła i zacząłem nimi pracować. Z
początku wiosłowałem rozpaczliwie. Potem spokojniej, ze wzrokiem utkwionym w Małą
Niedźwiedzicę, która według moich obliczeń świeciła dokładnie nad Cerro de la Popa. Plusk

wody wskazywał, że się posuwam do przodu. Kiedy byłem zmęczony, składałem wiosła i
odpoczywałem z opartą o nie głową. Potem brałem się do roboty z jeszcze większą siłą i
jeszcze większą nadzieją. O północy jeszcze wiosłowałem.
Kolega na tratwie
Około drugiej poczułem się do reszty wyczerpany. Złożyłem wiosła i próbowałem
zasnąć. Mocniej dokuczało mi teraz pragnienie. Byłem tak wycieńczony, że oparłem głowę o
wiosło i postanowiłem umrzeć. I wtedy właśnie zobaczyłem na pokładzie niszczyciela
marynarza Jaime Manjarresa, który palcem wskazywał mi kierunek do portu. Jaime Manjarres
z Bogoty był to jeden z moich najstarszych przyjaciół w marynarce. Często myślałem o
kolegach, którzy próbowali dopłynąć do tratwy. Zastanawiałem się, czy udało się im
zatrzymać drugą tratwę; a może zabrał ich niszczyciel albo odnalazły samoloty. Nigdy jednak
nie myślałem o Jaime Manjarresie. A mimo to, ilekroć zamykałem oczy, Jaime Manjarres
pojawiał się uśmiechnięty i najpierw wskazywał mi kierunek do portu, a potem zasiadał w
mesie, naprzeciwko mnie, z talerzem pełnym owoców i jajecznicy w ręku.
Początkowo działo się to we śnie. Zamykałem oczy, zasypiałem na kilka krótkich
chwil i zawsze zjawiał się, punktualnie i w tej samej pozycji, Jaime Manjarres. W końcu
postanowiłem do niego przemówić. Nie pamiętam, o co go zapytałem za pierwszym razem.
Nie pamiętam również, co mi odpowiedział. Wiem tylko, że rozmawialiśmy na pokładzie i
nagle uderzyła fala, fatalna fala o 11.55 i zbudziłem się wystraszony, chwytając się
wszystkimi siłami linek siatki, żeby nie spaść do morza.
Tuż przed świtem niebo pociemniało. Nie mogłem dłużej spać, bo byłem już zupełnie
bez sił, nawet do spania. W ciemnościach przestałem widzieć drugi koniec tratwy. Patrzyłem
jednak w mrok, starając się go przeniknąć. I wtedy zobaczyłem wyraźnie, że na skraju tratwy
siedzi Jaime Manjarns w roboczym uniformie, w granatowych spodniach i koszuli oraz w
czapce na bakier, na której mimo ciemności można było przeczytać bez trudu „A.R.C.
Caldas”.
- Cześć! - powiedziałem do niego bez zdziwienia. Pewny, że Jaime Manjarres tam jest.
Pewny, że zawsze tam był.
Gdyby to była senna mara, rzecz nie miałaby większego znaczenia. Wiem jednak, że
nie spałem, że byłem zupełnie przytomny i słyszałem świst wiatru oraz szum morza nade
mną. Byłem głodny i chciało mi się pić. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Jaime
Manjarres płynie ze mną na tratwie.
- Dlaczego nie zabrałeś ze statku wody? - zapytał. - Dopływaliśmy do Cartageny odparłem. - Leżałem na rufie z Ramonem Herrerą.

Nie była to zjawa. Nie bałem się jej. Wydało mi się niedorzecznością, że do niedawna
czułem się na tratwie samotny, nie wiedząc, że jest ze mną jeszcze jeden marynarz.
- Dlaczego nie jadłeś? - zapytał Jaime Manjarres. Doskonale pamiętam, że
odpowiedziałem mu: - Bo nie chciano mi dać. Prosiłem o jabłka i lody i nie podano mi. Nie
wiem, gdzie je schowali.
Jaime Manjarres nic nie odpowiedział. Przez chwilę milczał. Znowu wskazał mi ręką,
gdzie leży Cartagena. Spojrzałem w tym kierunku i zobaczyłem światła portowe, boje zatoki
tańczące w wodzie. „Już dopływamy”, powiedziałem i wpatrywałem się z napięciem w
światła nabrzeża, bez wzruszenia, bez radości, jakbym wracał po zwyczajnej podróży.
Poprosiłem Jaime Manjarresa, żebyśmy trochę razem powiosłowali. Ale już go nie. było.
Odszedł. Zostałem na tratwie sam, a portowe światła były pierwszymi promieniami słońca.
Pierwszymi promieniami mojego trzeciego dnia morskiej samotności.

czy też posuwa do przodu. z trudem mogłem się skupić. skąd nadlatują samoloty. klatce . Zauważyłem to czwartego dnia. Upłynęły trzy dni? A może cztery? A może pięć? Według kresek (bez względu na to. oznaczyłem kreskami na burcie każdy miniony dzień i napisałem datę. i obwiązałem się nią w pasie. dniem samolotów. W bazie morskiej instruktor ostrzegał nas.ROZDZIAŁ VI Statek ratunkowy i wyspa ludożerców Z początku liczyłem dni według wydarzeń: dzień pierwszy. Było to jeszcze jedno nieporozumienie. stale mokrą. Zachmurzyło się. Wciąż nic nie jadłem i nie piłem. a poza tym dawał mi się we znaki ostry ból w gardle. że to luty. Od czterech dni nic nie piłem i z trudnością mogłem oddychać. Czwartego dnia nie byłem już pewny własnych obliczeń czasu spędzonego na tratwie. aby wiedzieć. Było to jeszcze jedno zmartwienie. kiedy się ocierała o skórę. Zakrywałem twarz koszulą. czy miniony miesiąc ma 30. Nie chciało mi się już myśleć. ten błąd zachwiał moim poczuciem czasu. Zdjąłem koszulę. 28 lutego. że mamy 30 lutego. bo nie ma żadnego punktu odniesienia. W południe postanowiłem zrobić dwie rzeczy: po pierwsze. i ostatecznie straciłem nadzieję na ratunek. spalona od słońca i pełna bąbli. tratwa płynęła już naprzód tą burtą. a w rzeczywistości był już 2 marca. przy której leżałem. czy był to luty czy marzec) minęły trzy dni. Morze ze wszystkich stron jest jednakowe. umocowałem wiosło na jednym z boków tratwy. kiedy zastanawiałem się. Trzeci był najbardziej beznadziejny: nie wydarzyło się nic szczególnego. bonie widziałem słońca. czy też 31 dni.w stosunku do ruchu tratwy krawędzi. piekła straszliwie. Nie wiedziałem. i choć może to się wydać głupie. czy porusza się w innym kierunku. kręci się niezauważalnie w koło i nie wiadomo. czy też się cofa. ani rufy. Nie miałem już sił wiosłować. Drugi. czy płynie stale w tym samym kierunku. W takim dniu nie wiedziałbym. Nie byłem jednak tego całkowicie pewny. aby uniknąć nowych nieporozumień. Myślałem. Dopiero wtedy przypomniałem sobie. był dniem wypadku. było mi zimno i straciłem orientację. Coś podobnego przytrafiło mi się po trzech dniach z czasem. czy tratwa posuwa się naprzód. podobnie jak nie byłem pewny. Trzeciego dnia przy trzeciej kresce umieściłem liczbę 30. Wolałem zostawić rzeczy ich własnemu biegowi. Kiedy się podnosiłem. Jest kwadratowa i czasami płynie bokiem. Po drugie. Czasami kładłem się na jej tylnej . Zrobiłem pierwszą kreskę i napisałem liczbę 28. Skóra. Zrobiłem drugą i napisałem 29. czy się cofa. czy tylko obróciła się dookoła swej osi. Tratwa nie ma ani dziobu. że za wszelką cenę należy chronić klatkę piersiową przed działaniem promieni słonecznych. Tratwa sunęła popychana wiatrem. bo dokuczało mi.

bo wiedziałem. lecz za to orzeźwia. Bryza stawiała mi mocny opór. Wiadomo powszechnie. rzucały się głucho w zakrwawionej toni. jak sunie wolno. Po . rozszalałe. a potem znikał. który przekraczał moje możliwości po przeszło czterech dniach bez jedzenia i snu. Nie miałem nic błyszczącego. więc czwartego dnia pociągnąłem łyk słonej wody.piersiowej i pod obojczykami. daleko od tratwy. a w chwilę potem ich szczątki wypływały na powierzchnię. Wokół tratwy odbywał się wtedy istny festyn. więc zauważają tylko rzeczy białe albo błyszczące. mocno chwyciłem wiosła i próbowałem skierować tratwę w stronę statku. Już się przyzwyczaiłem do jego wizyt. Zwlekałem z tym tak długo. Statek na horyzoncie! W nocy kładłem wiosło w poprzek tratwy i próbowałem zasnąć. w razie gdyby rekiny próbowały skoczyć przez burtę. Nagle zaczął lustrować morze. że rekiny najchętniej atakują przedmioty białe.Wszystkie błyszczące przedmioty trzeba schować. Patrzyłem. zdawało mi się. Olbrzymie ryby wyskakiwały z wody. Na wszelki wypadek od czwartego dnia po piątej wieczorem trzymałem w ręku wiosło. Powiedział do mnie: . Choć wiosłowałem rozpaczliwie. Nawet tarcza mego zegarka była ciemnomatowa. Są krótkowzroczne. W odległości około 30 kilometrów od tratwy. ujrzałem migotliwe. niemożliwe do pomylenia z czymkolwiek innym światło statku. Instruktor radził nam: . Rekiny. i przez chwilę widziałem nie tylko światła na maszcie. Jak dotąd nie próbowały atakować tratwy. usiadłem. z wysiłkiem. Kiedy nastawał dzień. jaką narzucał wiatr. Nie wiem. Rozmawialiśmy kilka minut o byle czym. że to przywidzenie. choć jej biały kolor wabił je. Byłbym jednak spokojniejszy. czy na jawie. czy działo się to we śnie. że za drugim razem wolno jej wypić mniej i tylko po upływie wielu godzin. zacząłem ociekać potem. Kiedy jednak zobaczyłem światła. Poczułem się znużony. nie udało mi się chyba ani o metr zboczyć z trasy. Codziennie o piątej ze zdumiewającą punktualnością zjawiały się rekiny. w każdej chwili gotowy do obrony. żeby nie przyciągały rekinów. Woda ta nie gasi pragnienia. że Jaime Manjarres siedzi na brzegu tratwy i rozmawia ze mną.Spójrz! Podniosłem wzrok. W nocy jednak nie miałem wątpliwości. Wyciągnięty na drugim wiośle kiwał w milczeniu głową. ale co noc widziałem Jaime Manjarresa. Od wielu godzin nie czułem się na siłach wiosłować. Światła były coraz dalej. posuwającej się z wiatrem. ale nawet jego cień przemieszczający się w porannym blasku. gdybym miał coś białego do wyrzucenia w morze. On również próbował zasnąć o świcie piątego dnia.

Można jeszcze rozplątać liny siatki i przywiązać się do tratwy. A jednak działo się coś dziwnego. w kontakcie z rześką wodą. Kiedy znowu wyjrzało słońce. „To teraz”. Stoczyłem się na dno tratwy. W południe leżałem na brzegu tratwy. odrętwiały z gorąca. Nie myślałem jednak o tej opowieści. że jeśli będę dalej płynął w tym kierunku. Nie mogłem już sobie wyobrazić lądu w innej postaci niż krainy zamieszkanej przez kanibali. żeby sprawdzić własne siły. książce. Pomyślałem. Jak gdyby ból przywrócił mi świadomość istnienia. Myśl ta dodawała mi sił do dalszej walki. wstałem i smagany lodowatym porannym wiatrem. Ale nie utraciło się jeszcze nadziei. Po zetknięciu się ze słoną wodą zranione kolano zaczęło mnie boleć. ale mocno przytwierdzonych do tratwy. Myślałem o Wyklętym majtku. Straciłem poczucie czasu i kierunku. że moje ciało zbuntowało się. wydało mi się. Jest to historia marynarza. Znikąd nie spodziewałem się już ratunku i chciałem umrzeć. Nie myśli się o niczym. aby wytrzymać do nocy bez przywiązywania się. Gwiazdy zaczęły gasnąć. darłem się parę minut jak opętany. leżałem wyciągnięty na wiośle. kiedy nie czuje się już ani głodu. którego tytułu nie pamiętam. czytałem opowiadanie o rozbitku pożartym przez kanibali. w piśmie. dotrę do wyspy zamieszkanej przez ludożerców. Po raz pierwszy w ciągu pięciu dni morskiej samotności zmienił się przedmiot mego lęku: bałem się teraz nie tyle morza. że nadszedł ten najstraszliwszy moment. Było to jakby przebudzenie się. o którym mówił instruktor: moment przywiązania się do tratwy. Spędził tam 24 godziny. ani pragnienia. Nie ma się pojęcia o własnych doznaniach. Rankiem piątego dnia za wszelką cenę chciałem zmienić kurs tratwy. że mam jeszcze siły. W jednej chwili stanęła mi przed oczyma ta wyspa. I wtedy poczułem silny skurcz żołądka i brzuch drgnął poruszony długim i głębokim burczeniem. głodu i pragnienia. rozkładających się i podziobanych przez ptaki. Nie czuje się nawet bezlitosnych ukąszeń słońca na poparzonej skórze. Jest taka chwila. co lądu. W czasie wojny wiele ciał znaleziono w takim właśnie położeniu. ale miałem wrażenie. Próbowałem się podnieść. którą czytałem w Bogocie dwa lata temu. aż wytropili go ludożercy. a niebo zabarwiło się na kolor intensywnie szary. I rzeczywiście. Próbowałem się powstrzymać. ale nie . Z wolna. natychmiast myślałem o niebezpieczeństwie. wyciągnąłem nogi i na kilka godzin zanurzyłem się w wodzie aż po szyję. W Mobile. Czułem się skrajnie wyczerpany. zacząłem odzyskiwać siły. Przyszło mi do głowy.dwudziestu minutach światła znikły całkowicie. ilekroć nawiedzało mnie to pragnienie. Zrozpaczony bezmiarem morza. któremu w czasie wojny udało się (gdy jego statek natknął się na minę) dopłynąć do pobliskiej wyspy. odżywiał się dzikimi owocami. pomyślałem. Nie myślałem o niczym. włożyli do kotła z wrzątkiem i żywcem ugotowali.

Gdybym miał siły. Nie wiem.mogłem. zabrałbym się do wioseł. Zapomniałem o własnym wycieńczeniu. zbliżała się piąta i miałem właśnie zamiar zanurzyć się w wodzie. Nie miałem czym złapać tej mewy. że czuję. Widziałem. Wtedy właśnie zobaczyłem małą mewę. rozluźniłem spodnie i odczułem wielką ulgę po opróżnieniu żołądka. Nie odważyłem się nawet patrzeć na mewę. Twarzy nie przykryłem koszulą. Dla samotnego i wygłodzonego marynarza obecność mew na morzu jest znakiem nadziei. uderzały o tratwę i próbowały przerwać mocne liny siatki. Byłem jednak wycieńczony. Żadnego narzędzia. drobniutka. a jakiś rekin z brzuchem odwróconym do góry zbierał soczyste łupy w tej skłębionej wodzie. o lśniącym. Po raz pierwszy od pięciu dni ryby. Została tylko ta mała. gdyż chciałem widzieć mewy kołujące wolno i spadające pod ostrym kątem do morza. skacząca po tratwie. Tych siedem mew nad tratwą znaczyło. Z wielkim trudem podniosłem się. nad moim ciałem. krążącą nad tratwą i od czasu do czasu przysiadającą na parę minut na jej przeciwnym krańcu. Wiedziałem. jak o moje ramię ociera się płetwa tego punktualnego rekina. Z trudem mogłem utrzymać się parę minut na nogach. kiedy się zjawiła. nie udało mi się jednak dopaść ofiary. żeby nie spłoszyć jej ruchami głowy. kawowym upierzeniu. Rozczarowany odłożyłem wiosło i wyciągnąłem się na brzegu tratwy. że ląd jest blisko. przypomniał mi o głodzie. lśniących i bliskich. poza rękoma i przebiegłością wyostrzoną głodem. jak . osłaniając przed słońcem klatkę piersiową. Leżałem na tratwie. jak przeskakuje. Po paru minutach poczułem straszną radość: nade mną krążyło siedem mew. wielkości mojej dłoni. Obecność rekina kazała mi zrezygnować z mego zamiaru. Była pierwsza po południu mojego piątego dnia na morzu. W przekonaniu. Odbywał się tu straszliwy festyn ryb pożerających się wzajemnie. zrozpaczone. Siedem mew Widok ryb. ile razy tłukłem wiosłem. Widziałem. Ale teraz miałem chociaż przynętę. rozpiąłem pasek. Reszta mew znikła. Zdawało mi się. że zbliżam się do lądu. Postanowiłem jednak zaryzykować. Zastygłem w całkowitym bezruchu. Zazwyczaj stadko mew towarzyszy okrętom. Nie wiem. Zimna ślina napłynęła mi do ust. który od piątej powinien już tu być. że pozostanę na tratwie nie dłużej niż dwa dni. ale tylko do drugiego dnia rejsu. z szaloną zajadłością atakujących tratwę. Po raz pierwszy ogarnęła mnie prawdziwa rozpacz. wypiłem odrobinę morskiej wody z zagłębienia dłoni i znowu położyłem się na plecach. zanim pokażą się rekiny. że każdy cios jest celny. chwyciłem wiosło i przygotowałem się do utraty resztek sił wraz z celnym ciosem w łeb jednej z ryb.

jak wielokrotnie zjawiała się i znikała. że ptak jest coraz bliżej. W pewnej chwili poczułem koło głowy trzepot płetwy rekina rozszarpującego rybę. Widziałem. Dałbym głowę. że jestem głodny i że jeśli będę dalej leżał nieruchomo. Jakoś to jednak zniosłem. Wydaje mi się. Mewa skakała po tratwie. mimo łomotania w piersiach. Nie miałem pojęcia. ale nie traciłem nadziei. że czekałem przeszło pół godziny. Łagodnie dziobnęła w spodnie. Był to mój piąty wieczór na morzu. zacząłem przesuwać dłoń. Nie odczuwałem jednak strachu. gdy mocno i sucho uderzyła dziobem w zranione kolano. Niewiele. . leżałem sztywno jak nieboszczyk i czułem. kiedy nagle poczułem. Mimo emocji.się oddala. Potem przeskoczyła na moje prawe udo. Leżałem w całkowitym bezruchu. że mewa siada mi na głowie. pięć albo sześć centymetrów od ręki. nie miałem jednak odwagi zamknąć oczu w tej pełnej napięcia chwili. Wtedy wstrzymałem oddech i niezauważalnie. w jaki sposób ją rozszarpię. a poderwałbym się z bólu. Minęły dwa długie i napięte kwadranse. lecz tylko głód. Leżałem z rękoma na udach. w straszliwym napięciu. Pięć dni bez jedzenia. mewa znajdzie się w zasięgu mojej dłoni. Niebo było coraz jaskrawsze i raziło wzrok. Wiedziałem tylko. Mewa dziobała mnie w buty. znika na niebie. że przez pół godziny nie odważyłem się nawet ruszyć powieką.

jak w odległości kilku centymetrów od tratwy zwierzęta toczą straszliwą walkę o ptasią główkę. Choć od pięciu dni nic nie jadłem. Ale głód był silniejszy od wszystkiego. Nadal przesuwałem dłoń. jakbym je dopiero co usłyszał. Na morzu są pełne ufności. Był bardzo kruchy. Nasz ogniomistrz. może jednym kłapnięciem paszczy przeciąć stalową blachę. Pewnego razu stałem na pokładzie niszczyciela z karabinkiem i chciałem zestrzelić jedną z mew lecących za okrętem. akurat w chwili. jeszcze drżąca. Kiedy czekałem. gdy poczułem pulsowanie ciepłego ciała. kiedy już trzymałem mewę w ręku i miałem zamiar uśmiercić ją i wypatroszyć. Uderzała dziobem w spodnie. z piórami. kiedy się przewraca brzuchem do góry. Mewy mają silnie rozwinięty instynkt trzymania się lądu. Ponieważ jednak jest żarłoczny i ma słaby wzrok. Ma szczęki w dolnej części ciała. jak pękają kręgi szyjne. Ale w odległości stu mil od brzegu jest inaczej. aż siądzie na moim udzie. Wyglądało to na zabójstwo. Uchwyciłem mocno ptaka za łepek i skręciłem mu go jak kurze. Strużka krwi na tratwie podnieciła ryby. Głowa. że nie żyję. Było mi go żal. Przerażony. że mała i psotna mewa. . Mewa dla marynarza to jak widok lądu. schwyciłem mewę za skrzydło. Mam wrażenie. taranuje wszystko. co napotyka na drodze. na żywo. gdy zobaczyłem okrągłe. Była bardzo lekka i miała takie kruche kości. ale nie sprawiała mi bólu. że uda mu się złapać gołębia. ale tkwiły tak mocno w skórze. Leżałem w takim bezruchu. Najpierw chciałem mewę oskubać. gdy zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa i chciała się wzbić w powietrze. wskoczyłem do środka tratwy i już byłem gotów ją pożreć. sądziła chyba. mógłby tam spędzić bezowocnie resztę swego życia. Przy pierwszym obrocie czułem. Byłem wygłodniały i sama myśl o zwierzęcej krwi podsycała moje pragnienie. Widziałem ją wciąż na udzie. jak krew. W takiej chwili rekin. słowa ogniomistrza zabrzmiały tak. że rekin chciał uderzyć w tratwę. rzuciłem mu łepek mewy i widziałem. cieknie mi po palcach. żywa i ciepła. Biały i lśniący brzuch rekina otarł się o burtę. doświadczony marynarz. zjadłbym całą. oderwała się od reszty ciała i dygotała w mojej dłoni. rozjuszony zapachem krwi. Nie przystoi marynarzowi zabijać mewy”. Ale gdy już miałem ją w ręku. mniejszą od jajka. która przysiadła mi na udzie.ROZDZIAŁ VII Rozpaczliwe zabiegi człowieka wygłodzonego Gdyby ktoś położył się na miejskim placu w nadziei. więc musi obracać się przy jedzeniu na grzbiet. byłem pewny. błyszczące i brązowe OCZY1 zawahałem się przez chwilę. Przy drugim. Przypomniały mi się te słowa. powiedział wtedy: „Nie bądź draniem. Próbowałem wyrywać pióra. że można je było łamać w palcach. że gdyby mi się ją udało złapać. Nagle.

Ale nie miałem nic poza kluczami. Łatwo powiedzieć. Pomyślałem o pasku. Myślę. umarłbym chyba z rozpaczy: . Włożyłem do ust odrobinę udka. leżałem wycieńczony w wodzie. wyrzuciłem do morza resztki mewy i położyłem się. ale nie mogłem go przełknąć. Tej nocy był to odblask księżyca na falach. i zastygłem w bezruchu z tym odrażającym ochłapem piór i zakrwawionych kości w dłoni. Choćby jednak nie wiem jak był głodny. zaczęła mi się rozpadać w rękach. Zapadła noc i ryby. Nie wziąłem jednak pod uwagę delikatności jej skóry. Nie miałem jednak żadnego sprzętu do połowu ryb. skakały dookoła tratwy. kawałek drutu. Gdybym dzisiaj znalazł się w tej samej sytuacji.moją szóstą noc na morzu . zawsze będzie czuł wstręt na widok tego zlepku piór oraz ciepłej krwi cuchnącego mocno surową rybą i świerzbem. zdany na łaskę losu na dnie tratwy. W jego sinej poświacie niebo przybrało widmowy wygląd. że połykam żabę.rozpaczliwie lustrowałem widnokrąg prawie z takim samym natężeniem i wiarą jak pierwszej nocy. Tratwa podrygiwała. nie pomyślawszy nawet o tym. Opłukałem ją wewnątrz tratwy. co budziło we mnie nadzieję. że po pięciu dniach głodowania człowiek zje wszystko. Nie mogąc opanować odrazy. Nie sposób było zrobić haczyka z klamerki. a widok różowych kiszek i innych sinych wnętrzności przyprawił mnie o skurcz żołądka. Morze było rozkołysane i zdawało mi się. czego nie zjem. żeby przywiązać się linkami. Przyszło mi do głowy. Było to proste. Z początku starałem się skubać mewę dokładnie. że to. Po raz pierwszy od dnia wypadku. pierścionkiem i trzema pocztówkami kupionymi w Mobile. słyszałem odgłosy zawziętej walki zwierząt o kostki. Moje wysiłki były jednak daremne. A jednak ilekroć upadałem na duchu.delikatnej i białej. A mimo to przez całą noc rozjaśnioną księżycową poświatą . rozjuszone wonią krwi. że na każdej fali widzę światła statku. Zdawało mi się. może służyć za przynętę. wyplułem kawałek. Dwie doby temu straciłem już wszelką nadzieję na spotkanie statku. który miałem w ustach. że tej nocy powinienem był umrzeć z rozpaczy i wyczerpania. Tej nocy Jaime Manjerres nie przyszedł. załamany. Żeby chociaż szpilka. Gdy ściemniło się całkowicie. żeby umrzeć. działo się coś. Byłem sam. zegarkiem. że ciało odrywało się wraz z zakrwawionym pierzem. Przygotowując wiosło do ułożenia się. Gdy wyrywałem pióra. według jakiejś metody. Wypatroszyłem jednym ruchem. których nie mogłem zjeść. że mógłbym przerobić sprzączkę na haczyk. Najpierw przyszło mi do głowy. z nogami i głową na powierzchni. Czarna i lepka maź w ręku budziła odrazę. a ja. Od pierwszych godzin zerwał się silny wiatr. Po północy wydarzyło się coś nowego: wzeszedł księżyc.

Musiałem coś żuć. Zbliżała się piąta. Chciałem oderwać skrawek gumy z pantofli. a ślina napłynęła mi do ust. że trasą. Wiedziałem. Tkwiły w jednej kieszeni spodni. prawie zupełnie zniszczone przez wodę.w dniach po moim zniknięciu. Po południu na myśl. Popołudnie było chłodne. że byłoby marnotrawstwem wyrzucić je do morza. Pomyślałem. Mam tylko mgliste wyobrażenie.wiem teraz. Nagle zobaczyłem siedem mew z poprzedniego dnia i ich widok dodał mi nowej chęci do życia. Znajdowałem zawsze sposób na przetrwanie. Podniosłem się z trudem. Ale szóstego dnia niczego się już nie spodziewałem. by się podnieść i przywiązać do tratwy. że powiadomiono rodzinę o moim zniknięciu. nie pływają żadne statki. choćby najbardziej błahy. stwardniałych z bezczynności. pociąłbym buty na kawałki i żułbym pasemka . poczułem się silniejszy i pewniejszy siebie. że zaraz będzie piąta i znowu pojawią się rekiny. że zaniechano poszukiwań i uznano mnie za zmarłego. że wszystko tak się właśnie odbywa. że cały ranek przeleżałem na dnie tratwy. uczyniłem rozpaczliwy wysiłek. że odprawiono za mnie egzekwie. Nie zaskoczyła mnie wiadomość.o czym mi teraz opowiedziano . Poczułem się trochę raźniej. Gdybym miał nóż. gdy poszedłem z Mary Address na zakupy. więc zacząłem szukać jeszcze czegoś do zjedzenia. które nie wiedzieć czemu nosiłem przy sobie od chwili. włożyłem do ust i zacząłem żuć. Dokuczał mi głód. Czułem. po której sunęła tratwa. aby nie tracić nadziei. jakby to była guma do żucia. w miarę jak żułem pocztówki. Nie chciałem być rozerwany na kawałki pośród ławicy nienasyconych ryb. Podarłem je. jakiś punkt oparcia. żeby rozplątać linki. W tej chwili zjadłbym byle co. Było to coś cudownego: poczułem lekką ulgę w gardle. już krążyły wokół tratwy. zawieszony między życiem a śmiercią. I wtedy przypomniałem sobie o pocztówkach ze sklepu w Mobile. Morze spokojne. ale nie miałem czym. Po pierwszym kęsie bolały mnie szczęki. jaką mi przyniosły te kartki. Ale potem. Nie chciałem tak umierać. Jak smakują buty? Ulga. że nie rozszarpią mnie rekiny. jak do żołądka spływa drobna papierowa papka. Przed dwoma laty w Cartagenie widziałem na plaży szczątki człowieka rozszarpanego przez rekiny. pobudziła wyobraźnię. i od tej chwili miałem wrażenie. Czułem. punktualne. Byłem martwy Nie pamiętam świtu dnia szóstego. że się uratuję. Gryzłem powoli. jaka była . bo samoloty więcej się już nie pokazały. Rekiny. Myślałem o swojej rodzinie i widziałem ją taką. Cały czas próbowałem się bronić. Najgorszy jednak był ból gardła i szczęk. W ten szósty ranek morskiej samotności wyobrażałem sobie. Leżałem na tratwie martwy.

Próbowałem podważyć kluczami czystą i białą podeszwę. Zostałem w kąpielówkach. Nie wiem. że tratwa coraz bardziej oddala się od lądu. Teraz. Moje wysiłki były jednak daremne. Przed dwoma dniami ucieszyłem się ogromnie z ich obecności. Tej siódmej nocy . Każdy marynarz wie. po dwóch kolejnych dniach. Znaczyłoby to. że nie jest to dzień ostatni. czułem się pokrzepiony dobrym snem ostatniej nocy.może dlatego. dlaczego byłem pewny. kiedy tak próbowałem odgryźć zębami kawałek buta. W zasięgu ręki to właśnie najbardziej nęciło. Nie sposób było oderwać kauczuku. kiedy zobaczyłem je po raz trzeci. były codziennie tymi samymi zagubionymi. zaczynał się mój siódmy dzień na morzu.przez kilka godzin spałem głębokim snem. Musiałem wyglądać jak dzikie zwierzę. czując. Koło tratwy. Nie wiem. Morze było spokojne i zamglone. że już się przyzwyczaiłem do niewygody na tratwie. przeleciało siedem mew. czy należy to przypisać pocztówkom.Ale prawie natychmiast znowu zasypiałem. jakie widziałem w ciągu tych trzech dni. że spycha mnie do wody. że czasami stadko mew gubi się na morzu i błąka się potem wiele dni. a może byłem wyczerpany siedmioma bezsennymi nocami . Zrozpaczony gryzłem pasek od spodni. pasa i koszuli. obleciał mnie strach. Czasami budziła mnie fala: podrywałem się wystraszony. Myślałem o tym z rozpaczą. Świtało. aż rozbolały mnie zęby. który wskaże drogę do portu.kauczuku. Wieczorem zdjąłem ubranie. Nie mogłem oderwać ani kęsa. mniej więcej o ósmej. . a kiedy pokazało się słońce. aż napotka statek. pod niskim i ołowianym niebem. przemknęło mi przez głowę. było całe mokre. Być może mewy. „Siedem zabłąkanych mew”. ale prawie natychmiast zasnąłem. mocno zespolonego z płótnem.

sekundzie spienioną. bez końca? Ryby pływały po powierzchni.ROZDZIAŁ VIII Walka z rekinami o rybę Myśl. a lekka bryza łagodnie popychała tratwę i przynosiła pewną ulgę poparzonemu ciału. gdzie gubią się nawet mewy. było ciepło i pogodnie. Dlaczego nie miałbym żyć tak. coraz bardziej oddalam się od lądu. że po siedmiu dniach dryfowania przywyknę wreszcie do morza. jak mi się wyślizguje z dłoni z zaskakującą szybkością i zręcznością. jaskrawo niebieską.różnił. że muszę być bardziej przebiegły. brunatne i czerwone. czyhając. W zasięgu wzroku nie było żadnego rekina. Nie wiem. I rzeczywiście chwytałem. Były we wszystkich kolorach. Pod wodą dłoń nie ma tej siły ani zwinności. słońce grzało skórę. że otoczona przez nie tratwa unosi się po powierzchni akwarium. Byłem pewny. nie dłuższą niż dwadzieścia centymetrów. że mógłbym je chwytać gołymi rękoma. a towarzyszące mi ryby. który być może krążył gdzieś tutaj w głębinie. bez wysilania fantazji. Wszystkie ryby błyskawicznie się pogrążyły. stare znajome od siedmiu dni. którą omijają statki. Nie myślałem o rekinie. zabiła we mnie chęć walki. Z wielu powodów dzień ten . Miały różne kształty i wielkość. Dookoła było tyle pięknych i nęcących stworzeń. Ale myślałem również. Ale czułem. Jakbym rzucił kamień. iż zdawało mi się. Próbowałem ją schwycić. budzi się instynkt przetrwania. Cierpliwie. jeśli chcę coś złapać. są wobec mnie usposobione przyjaźnie. Ukryły się pod wodą. a ja wciąż byłem . Potem z wolna zaczęły wypływać na powierzchnię. Od świtu towarzyszyły tratwie. Pomyślałem. że dokądkolwiek dotrę. się od poprzednich: morze było spokojne i ciemne. na tratwie. w jedne. by oderwać ją jednym pewnym szarpnięciem swych zębów. Upatrywałem sobie jakąś rybę. Minęła dziesiąta. Ufnie włożyłem dłoń do wody i próbowałem złapać okrągłą rybę. że tratwa znalazła się w strefie. Tego ranka nie myślałem już. Myślę. do tego niewesołego trybu życia. Wczorajsza rozpacz ustąpiła miejsca ospałej i niedorzecznej rezygnacji. Ale gdy stajemy oko w oko ze śmiercią. W końcu wytrzymałem już tydzień na przekór wszystkim przeciwnościom. Widziałem je wyraźnie: niebieskie.mój siódmy dzień . morze było czyste i ciche. że tak. Płynęły tuż pod powierzchnią. czy po siedmiu dniach dryfowania o pustym żołądku człowiek przyzwyczaja się do takiego życia. aż zanurzę rękę po łokieć. Byłem pewny. że niebo i morze nie są już wrogie. że w ciągu tych siedmiu dni zamiast przybliżać się. że wszystko się odmieniło. Zdawało się. bez pośpiechu starałem się złapać choć jedną rybę. aby przetrwać. Także ryby były inne.

Mocno oparłem się o burtę i wymierzyłem drugi cios. Gdyby zaszła potrzeba. Zwierzę znieruchomiało od ciosu. Ze wszystkich sił wymierzyłem wiosłem pierwszy cios w głowę. że nie zauważyłem. która rozbiła się o burtę. ale wkrótce zakłębiło się wokół tratwy od rekinów. kolanami albo zębami. I dopiero teraz. że i ukąszenia innych ryb nie były niewinne. dostrzegłem metaliczny błysk. że trzecie uderzenie musi być celne. Chwila była straszliwie niebezpieczna. albo będę miał cztery funty świeżej ryby na zaspokojenie siedmiodniowego głodu.zajęty połowem. W przekonaniu. mocno uderzył płetwą ogonową. Czułem. Przywarłem jednak mocno do burty. w ten sposób miałem większe szanse pochwycenia jej. Ścigana przez rekina ryba. uganiając się za rybami i pożerając je. Dopiero wtedy zauważyłem. gdy już miałem cztery funty ryby. Ale nic z tego. Jakaś półmetrowa ryba rozdrapała mi skórę na kciuku. czy to z powodu krwi. Rekiny zakłębiły się pod dnem. W lśnieniu fali. Nigdy nie dały takiego popisu swojej krwiożerczości. ze wszystkich sił zamachnąłem się wiosłem. Ja sam poczułem zapach krwi. błyszcząca i zielona. ryba w środku jeszcze żyła. a rozchwiana tratwa pogrążała się w błyszczącej pianie. długa na blisko pół metra. tratwa mogłaby się wywrócić. Przerażony usiadłem na środku tratwy i przyglądałem się tej rzezi. z początku łagodnie. Niełatwo jest zabić rybę na tratwie. Wpadłbym do wody pełnej wygłodniałych rekinów. kiedy jakiś rekin wyskoczył z wody. Zdychająca ryba może skoczyć dalej i wyżej niż kiedykolwiek. Rekin na tratwie! Nie wiem. Na wszystkich palcach miałem drobne. ogarnął mnie niepohamowany . Stało się to tak nagle. Wyczuły ją także rekiny. Ale gdybym nie trafił. jakby próbowały przynęty. a strużka ciemnej krwi zabarwiła wodę w tratwie. Gryzły mnie w palce. jak drzewce wchodzi w kościsty łeb ryby. Skakały obok tratwy jak delfiny. Nigdy nie widziałem ich tyle. że nie wolno mi chybić. Wiedziałem. Potem silniej. Gdybym zaczął teraz tłuc wiosłem bez opamiętania. że do tratwy wpadł rekin. Instynktownie złapałem wiosło i zacząłem wymierzać śmiertelne ciosy: byłem przekonany. Jednym susem siadłem na podłodze. bo całe moje życie zależy od tego uderzenia. zdobycz umknęłaby. krwawiące zadrapania. Albo skończę w paszczy rekina. ale w tej samej chwili zobaczyłem olbrzymią płetwę obok tratwy i zrozumiałem wszystko. Tratwa zachybotała się. Potrzebowałem wszystkich swoich sił i całej przytomności umysłu. wskoczyła do środka. grozi wywrotką. Kiedy tratwa odzyskała równowagę. Znalazłem się między życiem i śmiercią. pomógłbym sobie piętami. bo inaczej stracę zdobycz. Przy każdym uderzeniu tratwa chwieje się.

A jednak głód był silniejszy od wszystkiego.strach: drapieżniki rozjuszone wonią krwi z całych sił uderzały o dno. Błyskawicznie zostałbym rozszarpany przez trzy rzędy stalowych zębów.rekina lub jakiegoś innego drapieżnika . Nigdy nie dawał mi się we znaki w sposób równie bezwzględny jak tego ranka. Trudno uwierzyć. czy krew cieknąca po palcach jest moja czy też ryby. jednym uderzeniem wywróciłaby tratwę. Półmetrowe zwierzę chronił twardy pancerz z łusek. Wierciłem wiosłem i w końcu udało mi się je rozerwać. sterczała przeszło metr nad wodą. Była to kwestia sekund. Od dzieciństwa łączyłem kolor zielony z trucizną. Tratwa chwiała się. Brzmi to nieprawdopodobnie. Z wielką ostrożnością zabrałem się do patroszenia mojej ryby. Zdałem sobie sprawę. że ryba jeszcze żyje. Miała gruby i mocny pancerz. wylewałem ze środka zakrwawioną wodę. że muszę postępować brutalniej. Próbowałem podważyć łuski kluczami. I wtedy spostrzegłem. że jest to ryba. Wymierzyłem nowy cios w głowę. jeśli chcę zjeść swoją zdobycz. czując wokół siebie wściekłość głodnych bestii i pełen wstrętu do zakrwawionego ciała. a opuszki palców zdarte do żywego ciała. gotów byłem cisnąć rekinom tę rybę. ale nie udawało mi się nawet ich poruszyć. Po paru minutach zrozumiałem. gdy siedząc na dnie tratwy.największa. ale wiedziałem.choć żołądek skurczył się boleśnie na samą myśl o kęsie świeżej ryby zawahałem się. Nie miałem nic do krojenia. straszliwa płetwa . . jak to zrobiłem z mewą. Krew rozjuszyła wygłodniałe rekiny. ale w tym momencie. Dłonie miałem pokaleczone. nieprzeniknionego ciała. Wstałem. Ścisnąłem rybę nogami i balansując ciałem starałem się przywrócić tratwie równowagę po każdym nowym ataku bestii. że przywierają do ciała. gdy nie ma nadziei na zdobycie pożywienia. Gdy tylko przestawała się kołysać. że lada moment może się wywrócić. Trwało to wiele minut. bezradny wobec tego twardego. czułem. czy to dziwne stworzenie nie jest przypadkiem trujące. przydeptałem rybi ogon i jeden koniec wiosła wepchnąłem w skrzela. ale przez chwilę . Potem próbowałem wyszarpać' twarde płytki ochraniające skrzela i w tej chwili nie wiedziałem. jakby były ze stali. próbowałem rozerwać kluczami zielone i lśniące ciało. Byłem załamany. Wiedziałem. jakie rekiny mają w każdej szczęce. jakiej nigdy jeszcze nie widziałem: była cała ciemnozielona i cała okryta łuską. jaką w życiu widziałem. Bestia pływała spokojnie. Musiałem się jednak mieć na baczności. Stopniowo oczyściłem ją i rekiny uspokoiły się. że gdyby znowu poczuła zapach krwi. Kiedy je próbowałem oderwać. Moje biedne ciało Głód można znieść tylko wówczas.

gryzłem tak rozpaczliwie.Obmacałem je starannie. Rekin porwał moją zdobycz. że aż poczułem ból w szczękach. Pociągnąłem jeszcze raz z całych sił. Uderzyłem się o krawędź tratwy. po raz pierwszy wpiłem się w nią zębami. że surowa ryba zaspokaja pragnienie. Starczy mi jeszcze jedzenia na długo. odzyskawszy siły. Była to samica: wśród wnętrzności znalazłem pęcherzyk z ikrą. z tym że jest bardziej mdła i lepka. oszalały z rozpaczy i gniewu. Straszliwy. Na szczęście trzewia mojej ryby były równie miękkie jak u rekina. Dawniej nie wiedziałem o tym. chwyciłem wiosło i wymierzyłem straszliwy cios w łeb rekina. Wiem teraz. bo odgryzłem tylko dwa kęsy z tego półmetrowego zwierzęcia. Należało ją wyszorować. Szarpnięcie bestii przewróciło mnie. to żołądek i kiszki wypadną przez pysk. Żułem ze wstrętem. Przy drugiej próbie. z wielką. że ryba uśmierzyła nie tylko mój głód. ale i suchość w gardle. W roztargnieniu złapałem rybę za ogon i zanurzyłem w wodzie koło tratwy. Przed chwilą myślałem. ale już nie miałem nic w dłoniach. kiedy znowu zjawił się koło tratwy. że po raz pierwszy w życiu pożeram rybę żywcem. Nierozważnie zanurzyłem rybę jeszcze raz. Zawsze budził we mnie odrazę zapach surowej ryby. Wreszcie znalazłem szczelinę pod skrzelami i palcem zacząłem wyciągać wnętrzności. I właśnie wtedy poczułem uderzenie i gwałtowne kłapnięcie rekiniej paszczy. ciemną i lepką mazią trzewi lejącą się spomiędzy szczęk. siedmiodniowy głód w jednej chwili przestał mi dokuczać. Wreszcie udało mi się oderwać pierwszy kęs i zacząłem żuć zimne i twarde mięso. W jednej chwili wydostałem je palcem. że nowe szarpnięcie może wyrwać mi rękę ze stawu. U gryzłem po raz drugi i znowu zacząłem przeżuwać. Nie myślałem w tym ułamku sekundy. Rybie trzewia są miękkie i rozlazłe. Wściekły. żeby zachowało świeżość. Mówią. Kiedy była już całkowicie wypatroszona. Po drugim kęsie poczułem się syty. Przedtem jednak należało je opłukać. Ze wszystkich sił ścisnąłem rybi ogon. Pierwszy kawałek przyniósł mi natychmiastową ulgę. Kiedy żułem to moje pierwsze od siedmiu dni pożywienie. Broniłem się jak dzikie zwierzę. Nikt nie zjadł jeszcze całej żywej ryby. . Postanowiłem owinąć je koszulą i położyć na dnie tratwy. Ale w smaku jest jeszcze obrzydliwsza: przypomina trochę surowy owoc palmy chontaruro. Między łuskami zauważyłem zakrzepłą krew. że zjem całego rekina. W Cartagenie widziałem rekiny powieszone za ogony. Nie mogłem przegryźć pancerza łusek. Czułem się znowu silny jak pierwszego dnia. Byłem zadowolony i pełen optymizmu. choć zauważyłem. miałem odrażającą pewność. szukając słabych miejsc. że jak się mocno stuknie rekina w ogon. ale nie wypuściłem jedzenia.

przełamała i połknęła połówkę wiosła. Wróciła rozwścieczona i jednym kłapnięciem szczęk.Bestia podskoczyła. suchym i gwałtownym. .

że dłużej nie zniosę tego zimna. Zbierało się na deszcz. Była to. było ciemnoszare. że deszcz zaskoczy mnie i nie będę miał w co nałapać wody. Zdałem sobie sprawę ze wszystkiego już w wodzie. Wieczór nie różnił się od dotychczasowych. kiedy się jeszcze przydadzą. Czułem się silniejszy dzięki dwóm przełkniętym kęsom. Dygotałem. Zobaczyłem nad głową wielkie czarne fale i przypomniał mi się Luis Rengifo. Przed dziesiątą powiał silny wiatr. w dzień wypadku. który nie był w stanie pokonać dwóch metrów dzielących go od tratwy. Musiałem znowu nałożyć koszulę i buty i pogodzić się z myślą. Za chwilę rekiny nadpłyną całą masą. Kiwało bardziej niż w południe 28 lutego. Przyszło mi do głowy zastąpić wiosło połamane przez rekina jakimś innym. Musiałem się mocno trzymać krawędzi tratwy. Oparłem głowę o wiosło zniszczone przez rekina. ale instynkt przetrwania okazał się silniejszy od złości: pomyślałem. Nie mogłem zasnąć. bo wiatr był coraz zimniejszy. i zacząłem się gimnastykować. a nie wiadomo. że mógłbym stracić pozostałe wiosła. kiedy wypływałem na powierzchnię. zdjąłem pantofle i koszulę. lecz nie spadła ani kropla deszczu. że lada moment będę miał wodę do picia. Chłód przenikał do szpiku kości. a gniew spowodowany utratą reszty ryby dodał mi dziwnej otuchy do walki. wynurzyłem się i zamarłem z przerażenia: tratwy nie było. Kilka minut po północy olbrzymia fala . jak się mówi na lądzie. Nie wychodziło mi to. jakie miałem. Przed północą wichura wzmogła się. jak w dniu wypadku. Miałem jeszcze na tratwie dwa wiosła. Starałem się wytrzymać jakoś na dnie tratwy. W pewnej chwili pomyślałem. nadającym się do dalszej walki. Myśląc. Pozostałe leżały na dnie.ROZDZIAŁ IX Kolor wody zaczyna się zmieniać Zrozpaczony i wściekły uderzyłem połamanym wiosłem w wodę. ale było to niemożliwe.uniosła tratwę jak łupinkę. Zbliżała się piąta po południu mojego siódmego dnia na morzu. Ale noc była ciemniejsza. wspięła się prostopadle i w ułamku sekundy obróciła ją do góry dnem. silny mężczyzna i dobry pływak. „noc pod psem”. niebo zwarło. Tratwa przypominała łupinkę na rozkołysanym i brudnym morzu. Na morzu należałoby chyba powiedzieć „noc pod rekinem”. Zanurzyłem się w wodzie po szyję. Zamachałem rozpaczliwie rękoma.równie wielka jak ta. Musiałem zemścić się na rekinach za to. a powietrze przesycone wilgocią. która zmiotła nas z niszczyciela . aby choć trochę się rozgrzać. że pozbawiły mnie jedynego pożywienia. Morze się burzyło. Czułem się bardzo osłabiony. żeby mieć jej gdzie nałapać. Straciłem orientację i szukałem tratwy nie z . żeby wysokie fale nie zmyły mnie.

ale przeszkadzał mi w tym mocny. O północy jednak zwierzęta odpoczywają. Stało się to tak nagle. Tym razem miałem szczęście. Wiosło również było zabezpieczone. Kiedy się znowu znalazłem na tratwie. Morze dalej kipiało. że gdy spadałem do wody. Dwa inne zostały w morzu. że na wzburzonym morzu tratwa wywraca się do góry dnem. Myśląc o tym rozpiąłem pasek i silnie przywiązałem się do siatki. Jest czymś normalnym. Najpierw wydało mi się. Lekka. Gdyby wywrotka miała miejsce o piątej po południu. ale jednego nie przewidziałem: w kwadrans po pierwszej wywrotce tratwa pokazowo przewróciła się drugi raz. Dopiero później przypomniałem sobie. Była to prawda. czy udałoby mi się ją złapać. a straciłbym koszulę i pantofle. Osiągnąłem ją dwoma ruchami ramion. że dopóki jestem przywiązany.tej strony. Serce waliło mi jak młot i nie mogłem złapać tchu. Pod dobrą gwiazdą Nie mogłem narzekać na los. Gdyby jednak tratwa wywróciła się po raz drugi. wiosło uderzyło mnie w głowę i złapałem je przed zanurzeniem się. ale podłoga natychmiast wraca do normalnego położenia. przywrócić równowagę. rozszarpałyby mnie rekiny. leżałyby w czasie wywrotki luzem i razem z wiosłami poszłyby na dno. Dlatego myślałem. lecz zwisa z korkowej ramy jak kosz. skórzany pas przywiązany do siatki. może się wywracać choćby tysiąc razy i nie wypadnę z niej. Byłem tak wystraszony. Znalazłem się pod . Żeby nie stracić chociaż tej resztki połamanego przez rekiny drąga. Podłoga nie jest jednak stała. Ujrzałem przed sobą otchłań i wiedziałem już. że wszystkie moje odruchy były instynktowne. myślałem. Tratwa może się wywrócić. te dwie sekundy trwały jednak wieczność. Zwłaszcza gdy morze jest niespokojne. cały mokry i zdyszany. Tratwa tańczyła na mętnym i wzburzonym morzu. Próbowałem pchnąć ją w przeciwnym kierunku. uderzona falami. co się dzieje: miałem wywrotkę. przywiązałem go mocno do jednej z luźnych linek siatki. że jednym susem znalazłem się na dnie tratwy. Dwa wymachy wykonuje się w ciągu dwóch sekund. kto wie. że zawisłem w zimnym i wilgotnym powietrzu smagany wiatrem. Gdyby nie to zimno. przywiązany paskiem do siatki. Jest cała z korka obciągniętego nieprzemakalną tkaniną w kolorze białym. na którą stronę tratwa przekoziołkuje. Jedynym niebezpieczeństwem jest wypadnięcie z tratwy. ale ja czułem się bezpiecznie. wynurzyła się za mną w odległości około metra. że niewiele brakowało. W jednej chwili zrozumiałem. Było to teraz jedyne wiosło na tratwie. Starając się nie dopuścić do nowej wywrotki. trzymałem mocno w dłoni wiosło zniszczone przez rekina.

Czułem. W następnej sekundzie odnalazłem sprzączkę. Byłem skonany. że jest to wskazane dla organizmu. że obciążona tratwa wywróciła się jeszcze raz. Po siedmiu dniach bez wody pragnienie dokucza inaczej: jest to przejmujący ból w gardle. Spalone pragnieniem gardło piekło straszliwie. zorientowała się szybko i rozpięła pas. w okolicy mostka. próbowałem otworzyć klamrę. Łykałem już wodę. Nie zdawałem sobie jednak z tego sprawy. Wte9Y jednak nie wiedziałem o tym i sięgałem po nią tylko wówczas. aby ją rozluźnić. I znowu byłem pod spodem. Morze o świcie było jeszcze wzburzone. że starczy mi sił. i w ułamku sekundy odczepiłem się od siatki. Mimowolnie osiągnąłem tylko to. Uspokoiło się po ósmej. nie puszczając ani na chwilę tratwy. Tak zaczynał się mój ósmy dzień na morzu. Wiem tylko. Udało mi się wynurzyć głowę. że jestem pod tratwą. Potem podciągnąłem się lewą dłonią. . mimo że wilgoć wisząca w powietrzu była jakby zapowiedzią bliskiej ulewy. trzymałem się resztką sił. że dręczyły mnie jednocześnie dwie sprawy: żeby moje płuca wreszcie odpoczęły i żeby tratwa nie wywróciła Się znowu. że deszcz pozwoliłby mi przyjść do siebie. Słona woda przyniosła mi ulgę. starając się jednak nie tracić zimnej krwi. gdy ból gardła stawał się nie znośny. zdartymi do krwi dłońmi. Wiem teraz. Wplątała się w siatkę tak. gdy poczułem. w której parę godzin temu roiło się od rekinów. Nie myślałem. zawisłem na burcie i wyczerpany zwaliłem się na dno tratwy. Nie wiem. Ranek zapowiadał burzę. Gdyby teraz spadł deszcz. Upłynęło co najmniej pięć sekund. z obolałym gardłem i drżącymi. Rozpaczliwie. że nie mam wiele czasu: w dobrej formie mogę wytrzymać pod wodą przeszło osiemdziesiąt sekund. Przesunąłem dłonią po brzuchu i w niecałą sekundę namacałem pasek. Z klamrą w dłoni zanurzyłem się znowu. Wtedy jednak wzeszło słońce. aby go rozpiąć. Zupełnie wyczerpany wychyliłem się i pociągnąłem kilka łyków morskiej wody. Ale natychmiast ogarnęło mnie przerażenie. W przekonaniu.dnem tratwy. mocno uczepiony burty. Zaczerpnąłem powietrza. aby wdrapać się jeszcze przez burtę. Wiedziałem. Dusiłem się i na próżno szukałem rękoma sprzączki paska. a niebo przybrało znowu intensywną błękitną barwę. Ostatnim wysiłkiem złapałem się obiema rękoma burty. że płuca mi pękają. zebrałem resztki energii. Długo szukałem miejsca. jak długo leżałem tam na plecach. Przestałem oddychać w chwili. Prawa odnalazła sprzączkę. że będzie to dziś mój ostatni w życiu wysiłek. Ale nie spadła ani kropla. nadal nie oddychając. I rozpaczliwa duszność. że musiałem podciągnąć się jedną ręką. gdzie mógłbym się mocno chwycić. Czułem. że jestem w wodzie. nie miałbym nawet sił nałapać wody. Najważniejsze to nie wypuścić z rąk tratwy. a zwłaszcza pod obojczykami.

Czułem nad głową silny łopot ich skrzydeł. że wraca mi chęć do życia. Przy brzegu pływają leniwe pnie i korzenie powyrywane przez sztorm. że tej nocy muszę czuwać. Na niebie roiło się od krążących nisko mew. ogarnęło mnie uczucie szczęścia na widok mew zapowiadających bliski ląd. jaką oglądałem przez siedem dni. jak na obrazach. po drugiej zielonkawa i jakby bardziej zawiesista. ciemna i stara. Poczułem. Byłem pewny.odprawiono ósmego dnia po moim zniknięciu. jak ta.była na mszy za spokój mej duszy w katolickim kościele w Mobile. . jakiej nie nadaliby jej dwaj wioślarze. Ciepły wiatr dodał otuchy mojej duszy i ciału. Po siedmiu dniach na tratwie człowiek potrafi zauważyć najdrobniejszą zmianę koloru wody. że tratwa wpłynęła na obszar. Można je spotkać wiele mil od lądu.jedynego. I myślę. że jestem blisko ziemi. gdy ustała bryza. Mszę tę . że na niebie było pełno mew. miałem już towarzystwo. „Co teraz porabia?”. Mewy wylatują znowu nad morze. Siódmego marca. Nie miałem już wątpliwości. a tratwa łagodnie sunęła przed siebie. Mewa. Nie dokuczał mi głód. była młoda. o trzeciej trzydzieści po południu. Tego ranka. Ze wszystkich stron nadlatywały mewy. spostrzegłem. W pewnej chwili wyraźnie widziałem granicę: po jednej stronie granatowa tafla wody. Prawie cały dzień siedziałem na brzegu tratwy i lustrowałem widnokrąg. lecz ciemnozielona. powierzchnia wody znowu była metaliczna. Tratwa nabrała prędkości.jak napisała mi Mary do Cartageny . Duża mewa. jakby popychana motorem. że także za spokój mego ciała. duża i ciężka. Dzień był zadziwiająco przejrzysty. Podobnie jak w pierwszych dniach zacząłem wpatrywać się w widnokrąg. że dostrzegłbym ląd nawet z odległości pięćdziesięciu mil. gdzie woda nie jest już granatowa. wspominając jej głos. że nie jestem sam pośród tego stada mew krążących nad moją głową. w którym bez żadnego specjalnego powodu. nie oddala się więcej niż sto mil od brzegu. gdy pomagała mi tłumaczyć dialogi w kinie. być gotowy w każdej chwili odkryć pierwsze światła brzegu. pomyślałem. którą złapałem przed paroma dniami. Właśnie tego dnia . kiedy wspominałem Mary Address. przypomniałem sobie Mary Address . Ale mewa stara. Częściej niż przedtem pociągałem łyk morskiej wody. Płynęła prosto przed siebie po gładkiej i błękitnej powierzchni. tylko dlatego. Przypomniała mi się Mary Address. przeleciała nad tratwą. Poczułem się raźniej. Za spokój mojej duszy. W tym wieku potrafią latać bardzo daleko.Po burzy niebo jest błękitne. Były to nieomylne znaki: zmiana barwy wody i obfitość mew mówiły mi. która krążyła nad tratwą ósmego dnia. a ona słuchała mszy w Mobile. Czułem. bo tego ranka.

gdzie zniknęły samoloty.koloru wody i starej mewy . czy zachowuję początkowy kurs. Dlatego nie miałem najmniejszego pojęcia o własnej POZYCJI. ten który mówił. Wyglądało to na zabawę. O świcie zmieniłem pozycję. Stara mewa przysiadła na brzegu tratwy o dziesiątej i nie opuściła jej przez resztę nocy. a wokół mnie iskrzyły się tylko gwiazdy.. Tej nocy nie czułem chłodu.. że nie godzi się marynarzowi zabijać mewy. stara mewa zbliżyła się i dziobnęła mnie raz i drugi w głowę. Przypomniał mi się ogniomistrz z niszczyciela.że już jutro stanę na lądzie. zaczynała mnie dziobać we włosy. wnosząc ze wszystkich znaków . że byłaby to ofiara daremna. Dokuczał mi głód. Miałem teraz mewę w nogach. Nie chciałem jej zabijać. ale nie myślałem wcale uśmierzać go mięsem tego przyjaznego stworzenia. Noc była spokojna. wyciągnąłem rękę i złapałem mewę za szyję. jak przesuwa się z boku. Nie miałem najmniejszego pojęcia. pytałem siebie. jak mi dziobie pantofle. mewa zdawała się drzemać. Przed północą. Mewa zawsze zajmowała miejsce przy głowie. Ani śladów brzegu. Znieruchomiałem. Prawdopodobne jest jednak i to. aż do śmierci Nie musiałem się zmuszać do spania tej ósmej nocy na morzu. Ilekroć poruszałem się. Tratwa sunęła po widnym spokojnym morzu. że podąża na północ. Wielokrotnie zmieniałem pozycję. a tratwa sunęła prosto do jakiegoś celu. że dotarłbym do Kolumbii. Nie czyniła mi krzywdy. którą niepotrzebnie uśmierciłem. Leżałem na jedynym wiośle. przycupnięta na brzegu. Mewa również przestała się poruszać.ROZDZIAŁ X Stracone nadzieje. kiedy już zaczął mnie morzyć sen. które spędziło przy mnie całą noc. Opuszczała łepek i nieruchomiała. Bez kompasu nie sposób było jednak cokolwiek powiedzieć. dokąd zmierza tratwa popychana wiatrem. Potem usadowiła się przy mojej głowie. podskakiwała i dziobała mnie w głowę. Doświadczenie z poprzednią mewą mówiło mi. Ale gdy tylko poruszałem nią. Nie byłem pewny. Gdyby płynęła w stronę. jakie mi zostało: na tym kawałku potrzaskanym przez rekina. bez zachowywania czujności. Jakby mnie łaskotała. „Dokąd płynę?”. Kiedy leżałem spokojnie. Kiedy ją . również nieruchomej. Gdyby płynęła prosto na południe. Później poczułem. nie czyniąc mi krzywdy. Aż do świtu lustrowałem widnokrąg. Czułem. poczułem wyrzuty sumienia z powodu małej mewy. Uderzała dziobem łagodnie. możliwe. nie zadając bólu owłosionej skórze. Nie mogłem jednak wypatrzyć żadnych świateł. dobiłbym do kolumbijskich brzegów Morza Karaibskiego. Nad ranem.

W chwilę potem czułem. ale nie mogłem go dotykać. przezroczyste i wylęknione.słońce prażyło dokuczliwiej niż w dniach poprzednich. Nie miałem litości dla własnego ciała. aż zatraci się poczucie czasu i miejsca. ale nigdzie ani śladu ziemi. Musiałem odłożyć wiosło.schwyciłem. Leżąc na brzuchu.już ósmego na morzu . wystawiwszy spalone plecy na słońce. nie osiągnie brzegu przed zapadnięciem nocy. I znowu poczułem się załamany. Nigdzie ani śladu ziemi. Byłem bliski śmierci. Nie zauważyłem. Na niczym nie mogłem zatrzymać wzroku. który potrząsnął łepkiem i pomknął ku niebu. z rękoma pod brodą i z brodą na . całe plecy miałem w pęcherzach. że udusiłbym się przed zapadnięciem zmroku. jak wczoraj. jak odarte miejsce drży boleśnie. kiedy nie czuje się już bólu. Bez trudu zdzierałem z ramion długie płaty skóry. Pozbyłem się wszystkich zmartwień. w jakim opłakanym stanie się znajduję. Nie goliłem się jedenaście dni. gdyż straszliwie bolała mnie poparzona skóra. o które się opierałem. oślepiające kręgi. po ujrzeniu tych wielkich i smutnych oczu musiałbym się rozmyślić. tak ostre. Tego ranka . Wtedy podniosła łepek i w porannym świetle zobaczyłem jej oczy. Nie zdawałem sobie dotychczas sprawy. Miałem spalone barki i ramiona. Słońce wzeszło wcześnie. Siły opuściły mnie. o ciele pokrytym pęcherzami przypomniała mi. Chcę umrzeć Radość ostatnich dwunastu godzin w jednej minucie prysła bez śladu. Było południe i straciłem już nadzieję na dotarcie do lądu. rozpostarła skrzydła i gwałtownym ruchem próbowała się uwolnić. gdybym leżał tak dłużej. W chwilę potem przyłączył się do jakiegoś stadka. a rozsądek tępieje. cały pokryty jątrzącymi się od słońca i wody ranami. Pod nią była czerwona i gładka powierzchnia. Gdybym nawet miał kiedyś zamiar ją uśmiercić. Po raz pierwszy od dziewięciu dni wyciągnąłem się na brzuchu. mocno trzymając mewę. gdyż parzyły jak rozpalone do białości węgle. Nie mogłem nawet dotknąć skóry palcami. i zanurzyć w wodzie. skoro nie pojawiły się dotąd z żadnej strony zarysy lądu. I wtedy wypuściłem mego więźnia. Morze było wciąż zielonkawe i zawiesiste. a krew sączy się przez pory. Leżałem dalej na tratwie. bo natychmiast pojawiały się w powietrzu jaskrawe. Było duszno. Piekły mnie oczy. Jest taka chwila. że już po siódmej powietrze zaczęło wrzeć. Wiedziałem. bo nie mogłem dłużej znieść dotyku drewna. Błyskawicznie założyłem mewie skrzydła. by ją obezwładnić. Starałem się chronić klatkę piersiową. Wrażliwość znika. Choćby tratwa płynęła nie wiem jak szybko. że mam brodę. Myśl o własnej wyniszczonej twarzy. jak wiele wycierpiałem w tych dniach samotności i rozpaczy. Gęsty zarost zakrywał mi szyję.

Oklaskiwaliśmy ją i popijaliśmy piwo z puszek. Wiem tylko . gdy trwał remont okrętu. jak arabskie tancerki w kinie. zanurzyło się w wodzie. Było gorąco i duszno. gdzie bywali tylko Żydzi i kolumbijscy marynarze. gdzie kupowaliśmy odzież. którymi jak dwiema wielkimi szklanymi kulami wpatrywał się we mnie. usiadłem na tratwie i przygotowałem się do walki z potworem. że to przywidzenie.że wystarczyłoby. i zostawiło za sobą smugę piany. gdy się poruszyłem. który wszystkim kolumbijskim marynarzom sprzedawał tanią i elegancką odzież. Niczego nie czułem poza całkowitą obojętnością wobec życia i śmierci. znowu byłem w Mobile. Miała goły brzuch i twarz osłoniętą welonem. aby lekko potrącił tratwę. Najbardziej zadowolony był Massey Nasser. czy była to jawa. czułem najpierw bezlitosne ukąszenia słońca. jak żółty olbrzymi żółw płynął za tratwą. W końcu zamknąłem oczy. . Wtedy zobaczyłem w odległości mniej więcej pięciu metrów od tratwy olbrzymiego żółtego żółwia o cętkowanej głowie i z nieruchomymi. a my w dowód wdzięczności robiliśmy zakupy tylko u niego. Chwyciłem resztkę wiosła. Lęk ten w jednej chwili pozwolił mi przyjść do siebie. Mówił poprawnie po hiszpańsku. jak w każdą sobotę. Nie wiedziałem. Nie czułem ani głodu. ale wtedy słońce nie nękało już ciała. wyczerpany. jak długo roiła mi się w tym odrętwieniu zabawa w Mobile. czy przywidzenie . że nagle poderwałem się: już zmierzchało. W ciągu tych ośmiu miesięcy. tym lub każdym innym. punktualne jak zawsze. więc poszedłem z kolegami z niszczyciela oraz Żydem Masseyem Nasserem. Nie wiem. którą widzieliśmy co sobota. gdzie by używano tego języka. Kiedy otworzyłem oczy. i wystraszony usiadłem na tratwie. Pomyślałem najpierw. Massey Nasser z poświęceniem realizował zamówienia kolumbijskich marynarzy. Na podium z desek tańczyła ta sama dziewczyna. Widziałem przez wiele godzin powietrze pełne jaskrawych punktów. Wiem tylko. ani pragnienia. wystawiwszy nad wodę swój straszliwy. Tego dnia. zabawić się na wolnym powietrzu. czy złudzenie. Rekiny. czy to jawa. Potworne zwierzę. subiektem ze sklepu w Mobile. a przekoziołkowałaby kilka razy. pozbawionymi wyrazu oczyma. poplamiony łeb. mierzące od głowy do ogona chyba ze cztery metry. I myśl ta wypełniła mnie dziwną i mroczną nadzieją. I dzisiaj nie odważyłbym się tego rozstrzygnąć. jakby wzięty wprost z jakiegoś koszmaru. Straszliwy widok obudził we mnie dawny lęk. Myślałem. żydowski subiekt z Mobile. choć przez parę minut widziałem. To właśnie on dał mi pocztówki. zaczęły wypływać na powierzchnię. choć . siedzieliśmy w kawiarni pod gołym niebem.jak nas zapewniał nie był nigdy w kraju. który chciałby wywrócić tratwę. Zbliżała się piąta. że konam.bez względu na to.rękach.

że o świcie będę już na lądzie. kiedy nie sposób już wytrzymać ani godziny dłużej. że gałązka oliwna przyniesiona przez gołębicę była właśnie taka jak ta. Wygłodniały. ostatnia noc żałobnych obrządków. I pomyślałem. Nigdy aż do tej nocy nie straciłem do końca nadziei. z kawałkiem wiosła w dłoni. Rano byłem na granicy życia i śmierci. beztrosko wpiłem się w niego zębami. że jest to gałązka oliwna. A jednak. Smakował jak krew. niż utrzymać się przy życiu. aż nie zostało po nim śladu. że trudniej mi umrzeć. Nie wiem. że najlepiej byłoby umrzeć. kiedy to Noe wypuścił gołębicę. Minęła doba i dalej widziałem tylko wodę i niebo. nie wiadomo w jaki sposób. czerwony korzeń. Pomyślałem. Gdy skończyłem żuć. ale nadchodzi taki dzień. „Dziesięć nocy konania”. Pomyślałem. I dalej gryzłem. na czym już mi zupełnie nie zależało. że będzie to już ostatnia. choć już zbyt słaby. od jak dawna tu tkwił. które po raz pierwszy było nie do wytrzymania. W ciągu tych dziewięciu dni nie widziałem na morzu ani źdźbła trawy. że wody na ziemi zaczęły opadać. Była to ostatnia noc uroczystości żałobnych. Walczyć o to. z których w Boyaca otrzymuje się barwnik. bo przypomniała mi się historia z Pisma Świętego. i naliczyłem osiem kresek. zobaczyłem rzecz niesłychaną: na środku tratwy leżał. Mierzył ze trzydzieści centymetrów długości. Niczego się już nie spodziewałem. Wydzielał gęsty i słodki sok. Naciąłem kreskę kluczami. której nigdzie nie mogłem dostrzec. że jest to dla mojej rodziny dziewiąta noc żałoby. na której zaznaczałem dni. a którego nazwy nie pamiętam. że nie oznaczyłem dnia ostatniego. przekonany. korzeń zaplątał się w siatkę jako jeszcze jeden nieomylny zwiastun ziemi. a jednak żyłem dalej. że ktoś o mnie pamięta i chce mnie ratować. Wczoraj myślałem. Jutro rozbiorą ołtarz i z wolna zaczną przyzwyczajać się do mojej śmierci. Wybrałem śmierć. Była to moja dziewiąta noc na morzu. że ma smak trucizny. żeby myśleć o głodzie. a ta wróciła z gałązką oliwną na znak. Przypomniałem sobie. pewny. podobny do tych. poczułem się trochę lepiej. Można cały rok wytrwać na morzu. którą oszukałem swój dziewięciodniowy głód. pomyślałem ze strachem.Spojrzałem na burtę. Położyłem się na dnie tratwy. Chciałem powiedzieć . Kiedy jednak przypomniałem sobie. Przyszło mi do głowy. i wtedy ogarnęła mnie wściekłość i rozpacz. który orzeźwił mi gardło. nękany przez rozpacz i pragnienie. pożerałem ten zakrzywiony kawałek patyka. zaplątany w siatkę. gotów walczyć o życie. Tajemniczy korzeń Pod metalicznym słońcem. że o tej porze mój dom w dzielnicy Olaya w Bogocie wypełniony jest przyjaciółmi naszej rodziny. poczułem się na morzu całkowicie zapomniany.

I było mi dobrze. że umieram. bo wiedziałem.na głos: „Więcej nie wstaję”. . jak to zapewne czynili teraz moi bliscy w domu. Podniosłem do ust medalik z Matką Boską i zacząłem się modlić w myślach. Ale głos uwiązł mi w gardle. Przypomniała mi się szkoła.

Zaczęło mi dokuczać prawe kolano. wszystko to w gorączkowym przypomnieniu południa z 28 lutego. gdy próbowałem przywiązać się. z Ramonem Herrerą i widziałem na wachcie Luisa Rengifo. Przed paroma dniami chciałem przywiązać się do tratwy. I mimo tych mocno ściągniętych linek fala zawsze nadpływała i wlokła mnie na dno. jak idę na dno i starając się wydostać na powierzchnię. jak ładunek przesuwa się. wydawałoby mi się. ale nie miałem już sił podnieść się i poszukać linek siatki. Znowu widziałem siebie na rufie niszczyciela. Mówią. żeby nie porwała mnie fala. pragnienie. że konający „przebiegają pamięcią całe własne życie”. Najpierw wypadnięcie za burtę. Znowu jednak tej nocy los mi sprzyjał. Po raz pierwszy nie zdawałem sobie sprawy z własnej sytuacji. dawało o sobie znać od pierwszego dnia. że byłem wtedy taki pewny siebie. Nie zauważyłbym tego. że katastrofa się powtarza. a fale łagodnie uderzały o burtę. Rozpalonym ciałem wstrząsały dreszcze przenikające do szpiku kości. myślałbym może. Po każdym rozbiciu się fali koło mojej głowy czułem. Choć morska sól nie pozwalała zaognić się ranie. leżałem na rufie. Nie potrafiłem myśleć. Leżałem bez czucia. przypominając sobie minuta po minucie dziewięć dni bezsenności i dopiero teraz mogę stwierdzić. Gdyby jakaś fala wywróciła teraz tratwę. Nie byłem jednak pewny własnych odczuć. aby . Gorączkowałem. rekiny i wspomnienia z Mobile. Znowu byłem na niszczycielu.jak tyle już razy tej nocy . Pilnowałem się. że fale nie porwały mnie tej nocy w takim stanie. że jest to jeszcze jedno przywidzenie. Dusiłem się. że znowu wypadam za burtę niszczyciela . Zaciskałem więzy ze wszystkich sił. nogi w kostkach. Uznać trzeba za cud. jakbym się mocno przywiązał do tratwy. Ilekroć fala rozbijała się o burtę.i w jednej sekundzie stałbym się w wodzie łupem rekinów od dziesięciu dni cierpliwie wyczekujących koło tratwy. czułem. minuta po minucie. Rzeczywistość mieszała mi się z majakami. Potem krzyki kolegów wokół tratwy. udręki. Położyłem się na tratwie. Dziewięć dni morskiej samotności. Kiedy odzyskałem przytomność. między lodówkami i grzejnikami. aż bolały mnie przeguby dłoni. O świcie powiał chłodny wiatr. Starałem się zabezpieczyć przed wypadnięciem. płynę ku górze. głodu i pragnienia przewinęło się raz jeszcze. wyraźnie jak na kinowym ekranie. Coś podobnego przytrafiło mi się owej nocy. potem głód. a zwłaszcza prawe kolano. płynąłem ku górze. układające się w jeden ciąg obrazów. Tej nocy powinienem był to zrobić.ROZDZIAŁ XI W dziesiątym dniu nowe przywidzenie: ziemia Dziewiąta noc była najdłuższa.

że upłynęło wiele czasu od owego wieczoru. czy zaczyna się nowy dzień. ale nie mogłem. kiedy naciąłem ostatnią. że tej nocy już nie przetrzymam. gdy nastał nowy dzień. rozmawiałem z kolegami i jadłem lody z Mary Address w jakimś lokalu z hałaśliwą muzyką.go nie nadwerężać. na tratwie. Wydawało mi się większe. Spojrzałem na zegarek. jak zawsze o zmierzchu. Rwało w kolanie unieruchomionym przez opuchliznę. Gdy zaczęło świtać. Codziennie o tej porze badałem horyzont. że jestem na tratwie. Wpatrywałem się w niebo. Nie wiedziałem tylko. Wydawało mi się. Niebo poczerwieniało. że głowa mi pęka. Po wielu niemożliwych do opisania godzinach poczułem. Wierzyłem raczej. Jak wzrokiem sięgnąć . Opadłem z sił. ale kiedy zestawiałem w pamięci wszystko. Huczało mi w skroniach. Ziemia! Nękany bólem kolana próbowałem zmienić pozycję. z twarzą ku niebu i głową na brzegu tratwy. Chciałem się podnieść. Byłem bez sił. ale czułem w żołądku pustkę. Nadal było chłodno. że nie potrafiłbym chyba wstać. wyczekując śmierci. że świta. Nie przyszedłem jeszcze do siebie. czy też kolejny wieczór. To była jeszcze jedna przyczyna tego zamieszania: nie wiedziałem. uniosłem się na dłoniach wspartych o dno i zwaliłem jak długi na plecy. nie mogłem go sobie przypomnieć. bo nie mogłem umrzeć. czułem. Czułem się tak osłabiony. że gorączkuję. Myśl ta obudziła we mnie uczucie zupełnego opuszczenia. Było mi niedobrze. Kiedy niebo zaczęło błękitnieć. rana zaczęła rwać boleśnie. Ile dni minęło od tamtej chwili? Wiedziałem. co jadłem. że wyryłem na burcie dziewięć kresek. zrozumiałem. bolały mnie kości. które z jaskrawoczerwonego stawało się bladoniebieskie. ale wciąż jeszcze żyłem. Z wolna odzyskiwałem świadomość własnego ciała. Była czwarta. gdy zjadłem korzeń zaplątany między węzły siatki. a kolano rwało przejmująco. Wiem teraz. Niewątpliwie zaczynało świtać. od jak dawna. Zjadłem go w całości. jeszcze bardziej zwodniczej niż ląd. A może był to sen? Czułem wciąż w ustach słodki i gęsty smak. znacznie większe od reszty ciała. ale nie potrafiłbym powiedzieć. Jakbym przez mgłę zaczął odczuwać bolesne ćmienie. A mimo to męczyłem się jak dawniej. Poruszyłem więc tylko zranioną nogą. Nie pamiętałem jednak. jeszcze jeden daremny dzień ze słońcem nie do wytrzymania i stadem rekinów wokół tratwy po piątej wieczorem. Ale tej nocy. gdy wyciągnięty na brzuchu oparłem kolano o dno tratwy. Straciłem już jednak nadzieję na odkrycie lądu. spojrzałem na widnokrąg. ile nocy przeleżałem bez życia na dnie tratwy. Teraz mam podstawy sądzić. że przez wiele godzin mamrotałem coś bez sensu. Z najwyższym trudem przypomniałem sobie. że rana ta uratowała mi życie.

żeby wyciągnąć się na nim. Innym razem widziałem je w odległości dwóch lub trzech kilometrów. a mnie samego doprowadzać do szału z pragnienia i głodu. Dlatego się nie cieszyłem. które zaczęło się podnosić. Ogarnęła mnie wściekłość. świateł statku. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem wyraźnie w czerwonym słońcu. pierwsze promienie słońca oświetlały metalicznym blaskiem przybrzeżne skały. Przekląłem dzień. w porannym półmroku. szalałbym z radości. żeby uchodzić za prawdziwe. jak po ujrzeniu tego.nie czułbym się równie silny. kawę z mlekiem i chleb pełne śniadanie na niszczycielu . ujrzałem długi. Ułożyłem starannie pod obolałymi plecami i oparłem głowę o brzeg tratwy.rozciągała się spokojna i zielona woda. Kiedy znowu było mi niewygodnie. a w nocy byłem we własnym domu w Bogocie.ożyły gwałtownie. Nigdy nie mogłem zasnąć na zbyt twardej poduszce. Za kwadrans piąta na horyzoncie pojawiła się słoneczna łuna. Ale w stanie. by szybciej osiągnąć brzeg. Czasami zdawało mi się. gdy zobaczyłem ziemię. Poderwałem się jednym skokiem. by oprzeć na nim głowę. Dlatego utwierdziłem się tylko w moim pragnieniu śmierci. Oszalały z radości chwyciłem resztkę wiosła i próbowałem . Odwiązałem je. który kazał mi dryfować dziewięć dni. mew i zabarwienia wody . Na prawo ode mnie. co uznałem za prawdziwy ląd. porcję wędliny. Nie dostrzegałem świateł. zamiast uśmiercić z głodu lub rzucić na pożarcie rekinom. nim ostatecznie zwariuję od tych przywidzeń.radość na widok samolotu. A mimo to z niepokojem szukałem teraz kawałka połamanego przez rekiny drąga. Palmy kokosowe były zbyt wyraźne. Potężnym i nieubłaganym wrogiem zjawiającym się po to. Widziałem przed sobą wyraźnie cień brzegu i zarys palm kokosowych. Wczoraj trafiłem na zabawę w Mobile. teraz moim wrogiem każdego nowego dnia było słońce. Przekląłem los. że ląd jest jawą. że są tuż koło tratwy. Ale na wprost tratwy. Potem zobaczyłem olbrzymiego żółtego żółwia. Znowu skierowałem wzrok w niebo. jaskrawobłękitne. długi zielony zarys brzegu. Było teraz wysokie i bezchmurne. odszukałem kawałek wiosła na dnie tratwy. Kiedyś bałem się nocy. Teraz widziałem ziemię. w jakim się znajdowałem. Przekląłem słońce. w szkole La Salle de Villavicencio i z kolegami na niszczycielu. Wszystkie nie spełnione radości z poprzednich dni . Wiosło leżało na dnie. Gdybym zjadł teraz jajecznicę z dwóch jaj. byłem już oswojony z majakami. gęsty cień. Było bardzo widno. w odległości około dziesięciu kilometrów. Zbliżała się piąta. Na tle czystego nieba odcinał się zarys palm kokosowych. Odesłałbym tratwę do wszystkich diabłów i rzucił się do wody. by szarpać moją owrzodzoną skórę. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Gdyby przywidziało mi się to przed czterema lub pięcioma dniami. przymocowane do linek siatki.

że oddaliłem od siebie tę myśl. Z poziomu morza nie było widać brzegu.skierować tratwę prosto ku brzegowi. z pewnością roztrzaskałbym się o skały. Ale gdzie leży ten ląd? Nie było to wiosło do tratwy takiej jak moja. który się zaczynał . ale nie przestałem wiosłować. Gdy tylko znalazłem się w wodzie. Musiałbym płynąć dwa kilometry. jak z każdym wymachem ramion tracę siły. Nie wiedziałem jednak. W dobrej kondycji mogę pokonać dwa kilometry w czasie krótszym niż godzina.żeby rezygnować teraz. Potem jednak poczułem się znużony. że pęka łańcuszek z . całym. Był to zwyczajny kawałek drąga. Wiedziałem. Nie po to jednak wytrzymałem dziewięć dni na morzu dziesięć z tym. pokonałbym ten prąd. a każdy ruch był torturą dla pleców. Puściłem wiosło. Zimny poranny wiatr osuszył pot i spowodował rwący ból w kościach. Było to pierwsze. aż tratwa zbliży się do skał. żeby dotrzeć do brzegu. Obliczyłem. Dopiero wtedy zacząłem płynąć. z ciałem poparzonym od słońca i chorym kolanem. zrozumiałem. Miałem okaleczone dłonie. Nie nadawał się nawet jako sonda do mierzenia głębokości wody. czując. Pożałowałem utraconych wioseł. Nie posunąłem się nawet o pięć metrów. Lśniły w pierwszym porannym blasku jak góry o metalicznych iglicach. Potem spokojnie. uniosłem na chwilę wiosło. Najpierw rozpaczliwie. Kontakt z zimną wodą dodał mi sił. Nie miałem czasu myśleć o rekinach. Na szczęście tak bardzo pragnąłem dotknąć ziemi stopami. Potem zawiązałem sznurowadła. zamknąłem oczy i rzuciłem się do wody. jak to. udało mi się posunąć trochę do przodu. że jest to klif przy Punta Caribana i że gdybym pozwolił się nieść nurtowi. Przez parę chwil myślałem. Spociłem się. Później dowiedziałem się. że z jednym. by doczekać. że wystarczy mi cierpliwości. Była to mimo wszystko moja ostatnia szansa. nie połamanym przez rekiny. i wtedy spostrzegłem. kiedy miałem przed sobą ziemię. w dodatku przestałem widzieć ziemię. gdy poczułem. przyglądając się bujnej roślinności przede mną. że prąd biegnący równolegle do brzegu znosi tratwę na skały. co należało zrobić przed opuszczeniem tratwy. które trzymałem w dłoniach. W ciągu pierwszych paru minut dzięki zadziwiającej sile. że dzielą mnie od niego dwa kilometry. jakiej dodało mi podniecenie. że popełniłem dwa błędy: nie zdjąłem koszuli i nie zawiązałem pantofli. Zdjąłem koszulę i mocno obwiązałem się nią wokół pasa. Próbowałem zmierzyć własne siły. Starałem się utrzymać jakoś na powierzchni. jak długo wytrzymam w wodzie po dziesięciu dniach głodowania (jeśli nie liczyć kawałka ryby i korzenia).

na pewno! . Rześka woda pozwoliła mi przyjść do siebie i znowu panowałem nad własnym ciałem. a mimo to wciąż nie widziałem brzegu. więc ścisnąłem tylko mocno zębami. Przepłynąłem spory kawałek. Nie sposób już było wracać na tratwę. Znowu zdjął mnie strach: a może . . nim pogrążył się w zielonej i mętnej wodzie.ziemia jest jeszcze jednym majakiem.medalikiem Matki Boskiej. Udało mi się go złapać. Nie miałem czasu schować go do kieszeni. Zatrzymałem się. płynąc rozpaczliwie ku urojonej plaży. Opadłem już zupełnie z sił.

żadnej chaty. Płynąłem strudzony. starając się wskutek emocji nie utracić panowania nad sobą. Ubranie i gumowe pantofle ciążyły okrutnie. Ciało rozgrzało się jednak prędko. jakiej nie zmogły głód i pragnienie. że dotrę. Nawet przy samym brzegu było głęboko i musiałem cały czas płynąć. Nie mogłem się utrzymać na nogach. Dzielił mnie od niej jeszcze przeszło kilometr. że w miarę jak się zbliżałem do brzegu. zarys palm kokosowych stawał się coraz wyraźniejszy. Drobny i ostry piach rozdrapywał skaleczone kolano. Słońce złociło korony palm kokosowych. Spróbowałem. kiedy po raz drugi szukałem gruntu. lecz dopiero tego ranka dziewiątego marca zrozumiałem i doceniłem umiejętność dobrego pływania. czując. I choć czułem. ale z otuchą i wiarą. choć nie sprawiało teraz bólu. To jasne. Widziałem doskonale gęste zarośla w ciepłym porannym słońcu. że mogę już dotknąć dna. ale nie odczuwałem bólu. jakby wśród mgieł. Ale na próżno. Woda sięgała mi powyżej pasa. że nie miałem przed sobą plaży. że nie jest to przywidzenie. Wiedziałem. kiedy pomyślałem. Ale nawet w takiej straszliwej sytuacji człowiek ma poczucie wstydu. gdzie dochodziła tylko do ud. Przed dwudziestoma minutami czułem się wyczerpany. Płynąłem do brzegu. Fale spychały mnie. jak opuszczają mnie siły. że krwawi. choć czułem. Opuszki palców miałem zdarte do żywego ciała. Nie miałem już jednak najmniejszych wątpliwości. Byłem skrajnie wyczerpany. Potem woda nie była już taka zimna. jak długo byłem w wodzie. że wkrótce mogę kogoś spotkać. Pół życia spędziłem w wodzie. choć przeszkadzało mi ono się poruszać. To dziwne uczucie stąpać po ziemi po dziesięciu dniach dryfowania. Nie wiem dokładnie. ale byłem pewny. że czeka mnie jeszcze najgorsze. Pod stopami miałem już ziemię. Szybko jednak zrozumiałem. Wpiłem się dłońmi i kolanami w ziemię i podciągnąłem do przodu. Dalej postanowiłem się czołgać. ale jedynie rozgrzewało mięśnie. Na brzegu nie było świateł. słońce coraz bardziej prażyło mnie w głowę. jak piasek boleśnie . ale było jeszcze za głęboko. Po pierwszych paru metrach w lodowatej wodzie pomyślałem z lękiem o skurczu. W miarę jak się posuwałem do przodu. Płynąłem pełen otuchy. Rozpaczliwym wysiłkiem udało mi się dotrzeć do miejsca. Słońce pokazało się. I dlatego walczyłem z falami w ubraniu. Pomyślałem. Ale był to ląd stały. Wiem tylko. Cofająca się fala gwałtownie spychała mnie w morze. że omdlewam z wycieńczenia. Między zębami trzymałem medalik Matki Boskiej. Nie było widać od strony morza żadnej osady.ROZDZIAŁ XII Zmartwychwstanie na dziwnej ziemi Dopiero po kwadransie rozpaczliwych wysiłków dostrzegłem ziemię.

by się do niego dobrać. nie myśląc o niczym. drżały w przewlekłym i głębokim bólu. nadziei i nieubłaganej chęci życia dotarłem na tę cichą i nieznaną plażę. Ten głęboki. Kokos ma trzy oka ułożone w trójkąt. jak w moich dłoniach chlupocze woda. Doświadczyłem go po raz pierwszy tego ranka. aby je . A potem szum wiatru między palmowymi liśćmi potęguje wrażenie. że się ocalało. W odległości mniej więcej dwudziestu metrów od siebie zobaczyłem ogrodzenie z kolczastego drutu. gardłowy odgłos obudził we mnie pragnienie. to cisza. tak i teraz szukałem pożądliwie miękkich miejsc. Instynktownie szukałem śladów człowieka. jak w jego wnętrzu bulgocze woda.badać okolicę. Wrażenie. A obok ścieżki skorupy po rozłupanym orzechu kokosowym. zacząłem . Koło dróżki. w jakim miejscu kuli ziemskiej. Zwaliłem się skonany na ciepłą i twardą ziemię i leżałem. Dziesięć minut potem wszystkie cierpienia. Dowlokłem się do nich. Kiedy znowu przyszedłem do siebie. nie ciesząc się nawet. że jest się na stałym lądzie. wpiłem się palcami w ziemię i próbowałem pełzać. a palce. odarte do żywego ciała. że oszaleję. Myśl. zranione kolano krwawiło. Dostrzegłem wąską i krętą dróżkę ze śladami zwierząt. pogrąża się w wielkiej ciszy. Należy go jednak oczyścić maczetą. Pomyślałem. oparłem o pień i ścisnąłem kolanami gładki i zwarty owoc.wyciągnięty na plaży . kiedy obracałem orzech. Najbardziej błahy ślad ludzkiej obecności miał dla mnie w tej chwili wagę objawienia. między porozbijanymi skorupami leżały całe orzechy. W ciągu tych dziesięciu dni ani razu nie miałem uczucia.otuchy grozy . Zanim człowiek zda sobie sprawę z czegokolwiek. nikomu nie dziękując. Nagle raz jeszcze ogarnęło mnie przerażenie: ziemia i złociste palmy zakołysały się w słońcu. świeża i nieosiągalna. dodała mi przedziwnej otuchy .i wśród bólu. W chwilę potem docierają dalekie i smutne uderzenia fali o brzeg. Czekałem mniej więcej dziesięć minut. Bolał mnie żołądek. które mnie wciągają. Było już po szóstej i słońce wisiało wysoko na niebie. że jestem na ruchomych piaskach. choć nie wiadomo jeszcze. Po każdym obrocie kokosa czułem. Jak przed pięcioma dniami w rybie. jakiego się doświadcza na ziemi. i czułem.wciska się pod paznokcie. że znalazłem się na ruchomych piaskach. Powoli wracały mi siły. Ślady człowieka Pierwsze uczucie. bez odrobiny litości dla okaleczonych do żywego ciała dłoni czołgałem się spychany przez fale. głód i dziesięciodniowe pragnienie wezbrały we mnie gwałtownie. Niezmiernie ucieszony przyłożyłem policzek do ciepłego piachu i czekałem. Musiało to być jednak tylko złudzenie spowodowane wycieńczeniem. że dzięki sile woli. Przyroda wyglądała dziko.

kiedy usłyszałem . „Do jakiego kraju trafiłem?”. którego pokrywka.Help me! . by nie zaprzepaścić tej okazji.z bardzo daleka . Potem szmer fal i szum wiatru między palmami. zastanawiałem się. w słomkowym kapeluszu i spodniach podkasanych do kostek. Na próżno kilkakrotnie próbowałem nimi przedrzeć się przez chropowate i twarde łyko. hello! . Myślałem o tym. a potem oczyszcza orzechy. rozszarpanego przez sępy. Uniosłem głowę. Z wściekłością odrzuciłem owoc. ukazał się chuderlawy kundel. . Z tyłu kroczył biały mężczyzna. że robi to codziennie.Hello. oparty o pień. Człowiek. był coraz bliżej. . że gdybym przemówił po hiszpańsku. blady. Miałem tylko klucze. starając się przeniknąć twarz dziewczyny. Nagle zapanowała cisza. pomyślałem na widok tej zbliżającej się Murzynki w typie mieszkanki Jamajki. przestraszona. W końcu poddałem się. Natężyłem uwagę. Łupiny świadczyły. w którego wnętrzu chlupotała woda. a za nim osioł z dwoma koszami. Przebiegłem pamięcią wszystkie wyspy Antyli. że wspina się na palmy. w miarę jak szczekanie stawało się wyraźniejsze. młoda i ubrana na biało. osioł i pies Myślałem.zawołałem udręczony. co zbliżało się dróżką. źle dopasowana. i dlatego przyszła mi do głowy niedorzeczna myśl. Ta kobieta była dla mnie pierwszą szansą. po najdłuższej minucie w moim życiu. nie widząc mnie. że jestem w okolicy zamieszkanej. bo nikt nie pokonuje większych odległości po to tylko. niewiarygodnie szczupła. Wsparłem się na dłoniach. Zamieniłem się cały w słuch. Zawahała się chwilę. że z żalu pęknie mi serce. rozejrzała dokoła i. Później. która beztrosko. szurała skórzanymi pantofelkami po zakurzonej ścieżce. że mnie rozumie. Minutę.krzyknąłem przekonany. Świadczyły również. W jednej chwili wyobraziłem sobie siebie martwego. Dziewczyna spojrzała na mnie swymi wielkimi białymi I wystraszonymi oczyma. Czekałem. Ostatnią szansą była ścieżka. Ukazała się ciemnoskóra dziewczyna. pobrzękiwała przy każdym kroku. Na plecach miał karabin. że ktoś przychodzi zbierać kokosy. Ale wkrótce potem znowu usłyszałem psa. „Czy rozumie po hiszpańsku?”.odnaleźć. dziewczyna nie zrozumiałaby mnie i zostawiła na skraju drogi. rzuciła biegiem po ścieżce. Leżące obok pozbawione miąższu skorupy wskazywały. ale być może również ostatnią. Ujadanie było słychać coraz bliżej. . W chwilę potem usłyszałem wyraźnie metaliczny brzęk czegoś.ujadanie psa. żeby zebrać trochę orzechów. Bałem się bardzo. Przypomniały mi się wyspy San Andres i Providencia. Dwie. Niosła w ręku aluminiowy garnuszek. Serce zaczęło mi łomotać.

Uśmiechnął się przychylnie i ruszył za osłem. czy mnie zrozumie.Jaki to kraj? A on całkiem naturalnie udzielił mi jedynej odpowiedzi. z karabinem opartym o ziemię. Jestem z marynarki wojennej.powiedziałem. Przystanął. Dopiero wtedy mężczyzna poruszył się. głód i rozpacz dręczyła mnie chęć opowiedzenia tego.Jest pan marynarzem z kutra? . mężczyzna udzieli mi pomocy. zapytałem błagalnym głosem. postanowiłem przemówić po hiszpańsku. Pies został. Choć nie byłem pewny. milczał. Że wróci z całą pewnością.zapytał z miłym akcentem. Dopiero gdy mężczyzna się oddalał. Wpatrywał się we mnie zagadkowo. Myślałem. że tak. Nie wiem. Odpowiedział. myśląc. Zarzucił karabin z powrotem na plecy. nie przestając mnie obwąchiwać.Co się stało? . . wyrzuciłem z siebie jednym tchem: . Stał w tym samym miejscu i wpatrywał się we mnie. którzy 28 lutego wypadli za burtę niszczyciela „Caldas” Kolumbijskiej Marynarki Wojennej. Pies z uniesionym sztywno ogonem podbiegł i obwąchał mnie. przyszło mi do głowy zapytać go prawie krzykiem: . Kiedy usłyszałem jego głos. który lizał mi zranione kolano. że bardziej niż pragnienie. bez drgnienia powiek. „Na pewno pan wróci?”. zrozumiałem. żeby mnie teraz ukatrupił”. nie kłopocząc się nawet o psa. On jednak nawet nie drgnął.Nie. że mogę być gdzieś na Antylach. „Jeszcze tylko brakuje. że okazja znowu wymyka mi się z rąk. Dławiąc się nieomal słowami. . oparł kolbę o ziemię i dalej mi się przyglądał. a ja nie miałem siły go odpędzić. spojrzał na mnie zaskoczony. przesunął kapelusz do tyłu i rzekł: „Zaniosę drut do portu i wrócę po pana”. Mężczyzna stał w bezruchu. . . ze może zrozumie.powtórzyłem zgnębiony.Jestem Luis Alejandro Velasco. . jeden z marynarzy. ale nie w Kolumbii. Potem zdjął karabin.Niech mi pan pomoże! . . pomyślałem chłodno.Gdy tylko pojawił się na zakręcie. załamany. jakiej się wówczas nie spodziewałem: . że gdy tylko podam swoje nazwisko.Pomocy .Kolumbia. mając może na myśli statki kabotażowe przewożące świnie i drób. Pies lizał mi twarz. dlaczego pomyślałem. że wszyscy powinni byli o tym wiedzieć. Nie odpowiedział od razu. Czułem.zapytał. Myślałem. co mi się przytrafiło.

Wyciągnął się obok mnie. . Najbliższy lekarz był o dwa dni drogi. że gdziekolwiek się znajdę. Pies nie odstępował mnie. I wtedy nie chciałem już więcej pić. Na morzu jakoś znosiłem pragnienie. powiedział mężczyzna. przyniosła garnuszek z gorącą wodą z cynamonem i przysiadła na łóżku. Próbowałem wstać. „Nie może”. Podtrzymali pod pachy i popędzili zwierzę.Może pan iść? . czułem. żeby mnie napoić. Przed upływem pół godziny dotarliśmy do domu. Wzdłuż ścieżki ciągnęły się palmy kokosowe. Gdybym wtedy był w stanie walczyć. a . aby wiedzieli. Wtedy poderwał się i zamerdał ogonem.odparł mężczyzna. rozłupałbym orzech i zjadł w całości. Próbowałem wytłumaczyć im. wszyscy będą tam wiedzieć o katastrofie. ale nogi załamały się pode mną. i drzemał. że byłem w błędzie.odparłem. Wzniesiony byle jak. Teraz. była jego żoną. która. Po pierwszych paru łykach byłem załamany. z desek. rozmawiał tam z ludźmi i ci ostrzegli go. Nie była to prawda.ROZDZIAŁ XIII Sześciuset mężczyzn odprowadza mnie do San Juan Wrócił. chwytając mnie. dopóki nie ujrzał zbliżającego się osła. jak się uratowałem. że nie wytrzymam ani minuty dłużej.Nie mam maczety . przestał mnie obwąchiwać. Jedna z kobiet odeszła do kuchni. jadąc na ośle wąską i krętą dróżką z palmami po bokach.w kwadrans od chwili gdy go zacząłem wyglądać . dlaczego mężczyzna odmówił mi wody. Wspólnie pomogli mi zejść z osła. Wyobrażałem sobie. Razem z żoną usadowił mnie na ośle. kryty cynkową blachą. Rozczarowało mnie. Przestał mi lizać twarz i rany. w San Juan nad zatoką Draba. Poszedł do domu położonego o dwa kilometry od miejsca. odebrałbym mu ją siłą. Później zrozumiałem. Po następnych czułem. stał tuż przy dróżce.wrócił z osłem. nieruchomy. tak jak obiecał. jak się potem okazało. zaprowadzili do sypialni i ułożyli na polowym łóżku. żeby nie dawał mi nic do jedzenia. bym nie upadł. co przeżyłem. Poprosiłem o płyn z kokosa. tylko opowiedzieć o tym. dopóki nie zobaczy mnie lekarz. . Byli tam trzej mężczyźni i dwie kobiety. wyrzucić z siebie całą opowieść. . Nikt tu nie słyszał o katastrofie. Nim czekanie zaczęło mi się dłużyć . gdzie mnie znalazł. pustymi koszami i ciemnoskórą dziewczyną od aluminiowego garnuszka. Pies biegł w podskokach przodem. Miał za pasem maczetę. że nabieram otuchy.Zobaczę .zapytał mężczyzna.

właściwie jeszcze dziewczynka. Zjadłbym wszystko. czułem. Gdyby zamiast łyżeczek wody zaspokojono mój głód. Wyrwali mnie z pierwszego spokojnego snu. O dziesiątej rano dziewiątego marca. w jaki zapadłem w ciągu ostatnich dwunastu dni. Wtedy inspektor policji. gdy tylko D'amaso lmitela powiadomił inspektora policji. .Proszę teraz milczeć. Gdyby nie radość. Byłem pewny. w którym dotarłem na plażę. Trochę po północy wdarli się do domu i zbudzili mnie swoimi głosami. Z kuchni dochodził zapach gotującego się obiadu. wszyscy posterunkowi i sześćdziesięciu mężczyzn z Mulatos ruszyli mi na pomoc. Kiedy inspektor z Mulatos i prawie cała jego świta dźwignęli mnie z pryczy. nie odstępujących mnie ani na chwilę w ciągu następnych dni. Co dziesięć minut podawano mi łyżeczkę słodzonej wody. Wielokrotnie starałem się im opowiedzieć. . Człowiek. że jestem wśród przyjaciół. było radio i lodówka. że ci ludzie są z innej planety. który mnie znalazł. Czterej mężczyźni i dwie kobiety stali nieporuszeni przy łóżku i przyglądali mi się. W jakimś sklepie. organizm nie zniósłby takiego obciążenia. wywar z cynamonu. jak choremu dziecku. mówiła: .kobiety. Opowie pan później.odpowiadali. Nie słuchano jednak dzienników radiowych. Było to moje pierwsze spotkanie z rzeszą ciekawskich. Najmłodsza z kobiet. że już nie grożą mi rekiny ani żadne inne niebezpieczeństwa czyhające przez dziesięć dni. wtedy damy jeść . myślałbym. Jak się później dowiedziałem. w tym samym dniu. jak twierdziłem.tymczasem kobieta dawała mi łyżeczką. z pokładu niszczyciela „Caldas”. przemyła mi rany gałgankiem zamoczonym w ciepłej wodzie. Wyglądało to na jakąś ceremonię. mężczyźni i dzieci zjawiło się. Przed świtem dom był pełen ludzi.Jak zbada pana lekarz. A lekarz nie przychodził. nazywa się D'amaso lmitela. co by mi się nawinęło pod rękę. Nikt w Mulatos o niej nie słyszał. gdzie zainstalowano silnik elektryczny. Dławiąc się własną historią Życzliwość dającej mi pić kobiety nie dopuszczała jednak żadnych wątpliwości. co mi się wydarzyło. Ale tam nikt już nie mówił o katastrofie. i że spadłem. Całe Mulatos . Dzień wolno mijał. Tylko we wczesnych godzinach nocnych napomknięto o tym krótko. Nie docierają tam gazety. I z wolna odczuwałem ulgę. Po prostu wyrywali mnie sobie. żeby mnie zobaczyć. Ilekroć próbowałem opowiedzieć o moich przygodach. Gromada ta niosła lampy i latarki na baterie. wyjechał do pobliskiej osady Mulatos i wrócił z kilkoma policjantami. włączono silnik i cały dzień nasłuchiwano wiadomości z Cartageny. Oni również nic nie wiedzieli o katastrofie. że znalazł mnie wycieńczonego na plaży. Na nic jednak były wszystkie moje błagania. że rozdzierają mi skórę spaloną przez słońce.

do Mulatos. światła wszystkich lamp i latarek elektrycznych skierowały się na moją twarz. żeby rozprostować kości i odetchnąć świeżym powietrzem. żeby go zobaczyć. żeby mnie zobaczyć. pomyślałem. Ci jednak rozprawiali o wszystkim. policja nie umiała sobie poradzić z tłumem. że tutaj dowiem się czegoś o swojej rodzinie. Czarne i białe. że on siedział w szklanym pudle. Przypomniał mi się fakir. Widziałem przed sobą przesuwające się twarze. Ułożono mnie w hamaku zawieszonym na dwóch długich drągach. kiedy wreszcie dotrę do jakiegoś celu. dokąd dwa razy w tygodniu przylatuje samolot z Monteria. Mulatos to mała osada rybacka. Jedyna różnica między mną a fakirem była ta. że duszę się w tym tłumie opiekuńczych twarzy. wąską i krętą ścieżką oświetloną lampami. T ego ranka wędrowałem. w nie kończącym się ogonku. która nie ma nawet połączenia telegraficznego ze światem. Nie miałem pojęcia. Po dwóch mężczyzn na każdym końcu drąga niosło mnie długą. którego przed dwoma laty oglądałem w Bogocie za pięćdziesiąt centavos. Ja spędziłem dziesięć na morzu i jeden w łóżku. że wróciło mi poczucie . również nie wiedząc dokąd. Umieszczono mnie w jakimś domu. Szliśmy pod gołym niebem. Fakir nie jadł od dziewięciu dni. dokąd mnie niosą. rozkazy. co chcą ze mną zrobić. ale było tak parno jak w zamkniętym pomieszczeniu. Najbliższym miasteczkiem jest San Juan nad zatoką Urab'a. Z oddali słychać było pokrzykiwania. co chce zrobić ze mną ten gorliwy i serdeczny tłum. Trzeba było przez kilka godzin stać w długim ogonku. Opowieść o fakirze Daleka i trudna jest droga' z miejsca. Kiedyśmy przybyli do osady.Było gorąco. Czułem. Chciałem wiedzieć. Ośmiu mężczyzn zmieniało się co pół godziny. oprócz mnie. gdzie mnie znaleziono. Upał był straszliwy. Kiedy wyszedłem na drogę. Ale Mulatos było zaledwie połową drogi. Kiedy wreszcie wszedłem do pomieszczenia z fakirem zamkniętym w szklanej urnie. że w końcu dotarłem do celu. Kiedy dotarliśmy do długiej uliczki w Mulatos. Inspektor kierujący tym tłumem nie dopuszczał do mnie nikogo i nie pozwalał ze mną rozmawiać. Pomyślałem. Kolejka przesuwała się zaledwie o pół metra na kwadrans. nie wyobrażając sobie nawet. a wszyscy mieszkańcy osady ustawili się w kolejce. Czułem się już na tyle dobrze. jakieś komentarze. Była chyba ósma rano. Mówili wszyscy. Dawano mi wtedy trochę wody i kawałeczki kruchego ciasta. na nic już nie miałem ochoty patrzeć. w jakiejś sypialni w Mulatos. Oślepłem na chwilę pośród tego zgiełku i wydawanych donośnie rozkazów inspektora policji. Chciałem jak najprędzej wyjść. Od dnia wypadnięcia za burtę wciąż podróżowałem w nieznanym kierunku.

wystawionego na morskie wiatry. przekazał mi wielką nowinę. Policji udało się powstrzymać tłum kłębiących się na ulicy. aby nie dopuścić gapiów. żeby mnie zobaczyć.Awionetka jest już gotowa. że całe Mulatos opustoszało. Podczas tej podróży dokuczał mi głód i pragnienie. malowniczego miasteczka wyszli mi na spotkanie.humoru i pomyślałem. Większość jednak pieszo. leżałem wciąż w łóżku. Doktor Humberto Gomez. Wejście do San Juan przypominało ludowy festyn. Nie powiedział mi tego przed oględzinami. Odprowadzany przez ten tłum sześciuset zmieniających się po drodze mężczyzn. Klepiąc mnie dłonią po policzku i uśmiechając się życzliwie. dotarłem do San Juan de Uraba. Wędrówka trwała prawie cały dzień. podczas gdy cała osada defilowała przede mną. Niektórzy podróżowali na osłach. . chcąc zobaczyć rozbitka. znikome porcje wtedy ożywiły mnie nieco. Przedsięwzięto już odpowiednie środki. pierwszy lekarz. Ale towarzyszący mi tłum zgęstniał. że stopniowo odzyskuję siły. Wszyscy mieszkańcy tego niewielkiego. Poza tym kobiety. Szło teraz co najmniej sześciuset mężczyzn. rzekł: . Myślę. że przy wejściu ktoś mógłby sprzedawać bilety wstępu. zajmując całą szerokość krętej drogi. że będę w stanie ją znieść. A ja. Kawałeczki herbatnika. bo chciał mieć pewność. dzieci i zwierzęta. Był to kres podróży. ale jednocześnie podsyciły głód i pragnienie. czułem. W tym samym hamaku. żeby zabrać pana do Canageny. jaki mnie dokładnie zbadał. Był to ten sam tłum. ośrodek i przyczyna tego festynu. w którym niesiono mnie do Mulatos. który nie pozwolił mi wyruszyć samotnie i wędrował teraz w długiej karawanie do San Juan de Uraba. Od pierwszych porannych godzin pracował silnik elektryczny i radioodbiornik zalewał osadę muzyką. Tam czeka na pana rodzina. Przypominało to odpust.

dwudziestocentymetrowej długości wąsami. żeby im opowiadać o sobie. że nie dałem się śmierci Nigdy nie sądziłem. co czuje bohater. ani wewnątrz. Rana na kolanie zabliźniła się. wyprowadził w pole strażnika i wdarł się do izolatki. Nigdy nie wiem. Po trzech dniach czułem się zupełnie dobrze. kiedy człowiek staje się kimś ważnym. dopóki ludzie nie zapomną. przebrał się za lekarza. zrobił mi przeszło 50 fotografii. gapi się jak na egzotyczne zwierzę. bo jak mi powiedzieli strażnicy. Oparzeliny przestały mnie boleć. Gdybym miał tratwę z zapasem wody. choć nie sądzę. abym ich miał.ROZDZIAŁ XIV Moje bohaterstwo polegało na tym. Pytają się mnie. Pierwsze wrażenie. Z jedną tylko różnicą: nie uważano by mnie za bohatera. z tytułem bohatera. A zatem bohaterstwo w moim przypadku polega wyłącznie na tym. Wyobrażam sobie. Nie zrobiłem nic. że człowiek może zostać bohaterem tylko dlatego. jakiego się doświadcza. jak znosić ocalenie z całym tym bohaterstwem i resztą. Zdałem sobie z tego sprawę w Szpitalu Morskim w Cartagenie. że wytrzymał dziesięć dni na tratwie bez jedzenia i picia. . żeby zostać bohaterem. Odniósł głośne i zasłużone zwycięstwo. z pewnością byłbym równie żywy jak teraz. hermetycznie pakowanymi sucharami. choć znalazł się również w opałach. Wiedziałem. zuchwalszy. Kiedy mnie ktoś rozpoznaje na ulicy. w jakichkolwiek okolicznościach. żeby przeprowadzić ze mną wywiady i porobić zdjęcia. ludzie chcą. I to mi wystarcza. Ja czuję się tak jak przedtem. co odpowiedzieć. Jestem znowu Luisem Alejandrem Velasco. będę musiał opowiedzieć wszystkim moją historię. To ludzie się zmienili. Ze wszystkich sił chciałem się uratować. z niezwykłymi. nie pozostawało mi nic innego. by nikt się ze mną nie kontaktował. Moi przyjaciele są teraz jeszcze większymi przyjaciółmi. ale nie mogłem opuścić szpitala. że przez tych dziesięć dni głodu i pragnienia nie dałem się śmierci. Dlatego ubieram się po cywilnemu. że przez całą dobę. Inny. niczym z jakąś słodką i niespodzianą nagrodą. do miasta zjechali dziennikarze z całego kraju. że spędziłem na tratwie dziesięć dni o pustym żołądku. Nie zmieniłem się ani od zewnątrz. to uczucie. gdzie postawiono strażnika. że wrogowie są jeszcze większymi wrogami. Nie mogłem postąpić inaczej. Ponieważ jednak ratunek nadszedł wraz z aureolą. Jeden z nich. ale nie pozwolono mu zadawać mi żadnych pytań w związku z moją przygodą. kompasem i sprzętem wędkarskim. że kiedy mnie wypiszą.

Dyskutowali o medycynie. To psychiatra z Bogoty. że to raczej przebrany dziennikarz. obejrzał rysunki. już mi nie wyglądał na lekarza. Wtedy nabrałem pewności. Dlatego udzielono mu zezwolenia na piętnastominutową rozmowę ze mną. Pewnego dnia zjawił się lekarz. zrobiłem i to.Historia pewnego reportażu Do mego pokoju mogli wchodzić tylko mój ojciec. rozpoczął badanie. Narysowałem dom najlepiej jak umiałem. Młody lekarz przeszukał wszystkie kieszenie. Nie przypominał też reportera. Ale ten miał rozkaz nie zostawiać mnie samego.Dlaczego pan tak sądzi? . Poza tym psychiatrzy nie używają fonendoskopów.Bo jest za bardzo wystraszony. jak zacząć. że nie wie. o psychiatrii. którego nigdy dotąd nie widziałem. W chwilę potem już go miał. Dopiero gdy dostał papier. bym narysował okręt. Minęło pięć minut. . że nie może ze mną rozmawiać bez specjalnej zgody dyrektora szpitala.Hej tam. czy to na skutek przestrogi podoficera. ale coś mi się widzi. Dyżurny podoficer wszedł pierwszy i przestrzegł mnie: dostał piętnaście minut na zbadanie pana. w białym kitlu. w okularach i z fonendoskopem na szyi. A jednak rozmawiał piętnaście minut z dyrektorem szpitala. Myślałem. Potem poprosił.zapytałem. choć nigdy dotąd nie widziałem prawdziwego reportera. że to ksiądz w przebraniu lekarza. strażnicy. szybko przynieście papier do pisania. Myślał chyba.powiedział. że zapomniał dokumentów. zmieszał się trochę i powiedział. Nie wyszedł więc. W rzeczywistości jednak zastanawiał się. On dalej jednak udawał lekarza. Wtedy dyżurny podoficer ostrzegł go. tylko wychylił się na korytarz i zawołał: . Powiedział. Dyżurny podoficer przyglądał mu się zaskoczony. powiedział coś niejasnego i zaczął . żebym podpisał. Potem chciał. Był bardzo młody. a lekarz nie zadał mi jeszcze żadnego pytania. bez słowa. W szedł niespodziewanie.Czy byłby pan łaskaw zdobyć kartkę papieru? . Wydawało mi się. jak by się pozbyć dyżurnego podoficera. i szybko doszli do porozumienia. w każdym razie gdy młody medyk znowu wszedł do pokoju. Nie wiem. żebym podpisał rysunek. że strażnik sam pójdzie do biura po papier. bardzo złożonych. . Poszli więc razem do dyrektora. Wręczył mi kartkę i poprosił. . Narysowałem. Poprosił go o wylegitymowanie się. Po dziesięciu minutach wrócili. że to przebrany dziennikarz. Kiedy skończyłem rysować. żebym narysował wiejski dom. Używali terminów lekarskich. lekarze i pielęgniarki ze Szpitala Morskiego. z rosnącym obok platanem.

Wszyscy byli nią zaciekawieni. czego nie wziąłem pod uwagę: propozycje agencji reklamowych. że od tego dnia miałem już zgodę na opowiadanie moich przygód. Mimo to nie powtórzyłbym tej przygody nawet za milion. że moje życie odmieniło się. jak oddalić strażnika. że używałem gumy do żucia określonej marki i wyjawiłem to publicznie. Dyżurny podoficer wtrącił. tak jak to robią lekarze. T ego dnia dowiedziałem się. żeby tylko wejść do wojskowego szpitala. na jakie miał zgodę. Nie sądziłem jednak. Kiedy przyjechałem do Bogoty. Gdyby strażnik ich dotknął.wypytywać mnie o moje przygody. że może się to przydać producentom zegarków. wzbudziły we mnie dużą sympatię. Moi właśni koledzy prosili raz po raz. Za zgodę na ogłoszenie mojej historii w radiu otrzymałem pięć tysięcy. wiedziałbym. zdałem sobie sprawę. Powiedziano mi. Był to błąd. Co to się działo nazajutrz! Rysunki ukazały się na pierwszej stronie „El Tiempo”. Idę do kawiarni porozmawiać z przyjaciółmi albo do jakiejś agencji przygotowującej reklamę na podstawie moich przygód. wybiegł z pokoju z rysunkami. Moje życie bohatera nie ma w sobie nic szczególnego. Nie mogę tylko wyjawić imienia tej dziewczyny. ale na rufie. żebym ogłosił sprostowanie. Sam prezydent wręczył mi odznaczenie. jak wielkie jest zainteresowanie dziennikarzy historią moich dziesięciu dni na morzu. że pozostanę w marynarce wojennej. Prawie codziennie chodzę do kina. Miał zimne dłonie. Nigdy nie sądziłem. „Tutaj byłem ja”. że producent moich pantofli za obwieszczenie tego w reklamie dał mi dwa tysiące pesos. Za to. natychmiast by go wyrzucił z pokoju. że spędzenie dziesięciu dni na tratwie o pustym żołądku będzie takim dobrym interesem. bo jego zdenerwowanie i możliwość. Rysunki były jednak moje. abym ją opowiedział. Nic jednak nie powiedziałem. Mimo to dali mi pięćset pesos i nowy zegarek. Czułem szczery podziw dla reportera. I zawsze w towarzystwie. gdyż nie ma to ścisłego związku ze sprawą. Wstaję o dziesiątej. Los chciał. że mój zegarek chodził dokładnie podczas całej tej odysei. wróciwszy już prawie zupełnie do zdrowia. Przed upływem piętnastu minut. ze strzałkami i objaśnieniami. I było jeszcze coś. Ale tak właśnie było: otrzymałem dotychczas prawie dziesięć tysięcy pesos. Gratulował niezwykłe go wyczynu. Doceniałem to. Że mógłbym go podać do sądu. . Gdyby znalazł sposób na poinformowanie mnie. że jest dziennikarzem. Biznes z opowieścią Przygoda z reporterem przebranym za lekarza uzmysłowiła mi. ale już w stopniu kadeta. dano mi tysiąc pesos. który przebrał się za lekarza. bo nie byłem na mostku. Wtedy zbadał mnie. że jest dziennikarzem. Wydało mi się to niedorzeczne. że nie wolno zadawać takich pytań. Bo prawdą jest. mówił napis ze strzałką wskazującą mostek na okręcie. Na lotnisku powitano mnie ze wszystkimi honorami.

C. Przysłała mi swoje zdjęcie z dedykacją.Codziennie otrzymuję z różnych stron listy. Niektórzy mówią mi. Opowiedziałem moją historię w telewizji i w programie radiowym. Pytam ich wtedy: więc co robiłem przez te dziesięć dni na morzu? . która zamówiła mszę za spokój mej duszy. A także pewnej leciwej wdowie. Listy od ludzi nieznanych. Opowiedziałem ją poza tym moim przyjaciołom. że cała ta historia jest moim wymysłem. które czytelnicy już znają. kiedy dryfowałem po Morzu Karaibskim.V. Często piszę do Mary Address. Z Pereira otrzymałem obszerny poemat o tratwie i mewach podpisany inicjałami J. która ma gruby album ze zdjęciami i która mnie zaprosiła do siebie.

że autor Stu lat samotności zazdrości Cortazarowi jego literackiej swady: „Popatrz no. Powieść boomu połączyła te dwie funkcje. by nie rzec. w jakich okolicznościach został korespondentem kolumbijskiej prasy w Paryżu.upolitycznienie literatury i literackości. pisali polityczne pamflety i napastliwe artykuły. wydawanym w Barranquilla.POSŁOWIE Zdziwiłem się ogromnie. myślę teraz..przeniósł się do Barcelony. Rozpoczął pracę dziennikarską w „El Heraldo”. a po zwycięstwie rewolucji kubańskiej związał się z Agencją Prensa Latina i przez jakiś czas był nawet jej wysłannikiem przy ONZ. O dziennikarstwie politycznym powiada się.. Jest wciąż niezwykle czynnym dziennikarzem i podejrzewam. kiedy chcieli być ludźmi czynu. jaką poszedłem”. Potem chciałem być dziennikarzem. ucieczką przed twórczą monotonią? A może pytanie to jest źle sformułowane i sugeruje niewłaściwą odpowiedź? Może należałoby raczej ograniczyć się do faktów z życia pisarza i wnioski zostawić czytelnikom? Garcia Marquez wyprowadza własne zainteresowania dziennikarskie ze swych młodzieńczych pasji politycznych: „Zaczęło się to w szkole średniej.”. Te trzy sprawy były. pozostawili dla słowa nieskrępowanego. chemik pożyczał prace Lenina. kiedy się rozumiało sens walki klasowej (.stanowi jedną z najbardziej charakterystycznych cech współczesnej latynoamerykańskiej kultury. że dla wielu Latynosów bardziej znanym jako autor entuzjastycznych reportaży z Kuby (ukażą się wkrótce pod tytułem Życie codzienne na Kubie w okresie blokady) niż alkad sennego Maconda. a zespolenie w jedno wyobraźni i racji politycznych stało się szczególnie.). albo lepiej.. karykaturalnie widoczne w najmłodszej prozie .. podporządkowanego tylko wyobraźni. Czyżby dziennikarstwo było dla niego próbą stworzenia czegoś odmiennego. teatralizacja życia politycznego . To przedziwne zbliżenie . Pisarze ubiegłego stulecia. podporządkowuje je wymogom polityki i jej doraźnym racjom. W 1955 roku ze wstępu do Opowieści rozbitka wiemy już. literaturę. a fizyk stawiał dobrą ocenę. a u mnie wszystko jest zawsze takie samo. każdy tekst Julia jest inny. W 1967 roku . nauczyciel matematyki mówił nam o materializmie dialektycznym. Później zamieszkał w Meksyku. kiedy jeden z bliskich przyjaciół Garcii Marqueza powiedział mi. pisać powieści i zrobić coś pożytecznego dla ludzi. aby po blisko dziesięciu latach wrócić do kraju. i stąd przeniósł się do bogotańskiego „El Espectadora”. w rok potem w Caracas. miał powiedzieć Kolumbijczyk. że jest w Ameryce Łacińskiej rekinem literatury: pożera pisarskie talenty. a zwłaszcza poezję.już po wydaniu Stu lat samotności . nierozłączne i musiały prowadzić mnie drogą.

domagającego się podwyżki płac (horrendum: lewicowy pisarz w roli obmierzłego kapitalisty!). Wiele podróżuje . Mając na myśli sytuację w tym kraju. jak się powiada. a polityka coraz bardziej zaczęła dzielić pisarzy. Dzieje się tak zawsze. Chinom. (Czy można aż tak bardzo uzależniać własne pisanie od szaleństw historii? Widzę w tym przejaw myślenia magicznego a rebours: „skoro nie można zmienić rzeczywistości słowami. gdy ktoś . z jaką ci młodzi pisarze bronią swych przekonań. ambasadorów i innych wysokich funkcjonariuszy oraz dostojników państwowych są prawie wszyscy jego koledzy. i nie przeoczyła informacji o sporze między Garcią Marquezem i Vargasem Llosą. Europa . ale właśnie w . że nigdy nie wdał się w żadne akcje przeciw Związkowi Radzieckiemu. Może dlatego amerykańska agencja UPI z taką gorliwością posłała w świat wiadomość o strajku personelu pisma „Alternativa”. należy odwrócić się od słów. Światową sławę przyniosła Garcii Marquezowi przede wszystkim powieść Sto lat samotności.kraje Ameryki Łacińskiej. sympatykiem południowoamerykańskich ruchów rewolucyjnych. że są jego „ klas owymi wrogami”) zainteresowali się wcześniejszymi książkami Kolumbijczyka. że na liście ministrów. Może dlatego on sam nie zgodził się kandydować na stanowisko prezydenta Kolumbii..stara się mówić za innych. oceny zawodne. Dziennikarstwo jest sztuką efemeryczną: nic nie traci sensu tak szybko jak artykułów gazecie. Zebrali również jego wczesne. Fakty. Jest natomiast wiceprzewodniczącym Trybunału Russella. że dopóki nie upadnie rząd Pinocheta. zakląć jej. jest czasami równie zadziwiająca. powtarza. co niezłożoność ich myśli.często bywa w Paryżu. jednej z najludniejszych. czas pozwala je interpretować coraz dowolniej i wykazuje. których niegdyś łączyła wielka przyjaźń i emigrancka niedola. jakiego Ameryka potrzebuje?”. że niejeden dziennikarski wywód był uproszczony. Rewolucyjna demagogia stała się dziś pełnoprawnym bohaterem iberoamerykańskiej literatury. Prasowe teksty umierają wraz z politykami (jeśli nie wcześniej) i wraz z nimi sprzeniewierzają się sobie. Jeden z nich pytał w 1973 roku zuchwale: „Czy Garcia Marquez jest pisarzem.”). którzy w latach studenckich głośno rozprawiali o rewolucji. że ta cecha różni dziennikarstwo od pracy pisarza . z których są składane. Wkrótce potem wydawcy (o których pisarz mówi. współwydawcą lewicowego pisma „Alternativa”. Kubie ani też jakiejkolwiek partii lub grupie lewicowej na świecie.i myślę. Z mieszanymi uczuciami czytałem wybór opatrzony tytułem Kiedy byłem szczęśliwy i nie nosiłem dokumentów.iberoamerykańskiej. Żarliwość. nie o sobie.. pisane w latach pięćdziesiątych reportaże. To właśnie Garcia Marquez obruszał się kiedyś. tracą na znaczeniu. prowincji Chile. a przepowiednie nie spełnione. i ciskał gromy na „duchowe ubóstwo” (sic!) autora Stu lat samotności. on nie napisze żadnej nowej powieści. Lubi też powtarzać.

Perez Jimeneza wciągano na linie do samolotu z takim pośpiechem. Zresztą.mówi: „I było mi dobrze. Garcia Marquez powiedział kiedyś. W każdym razie w przypadku Garcii Marqueza. który nie zestarzał się ani jednym zdaniem. kiedy pisze. że umieram”. gdy studenci kubańscy w rok potem zwrócili ten zawstydzający prezent.który nic zapewne nie słyszał o cierpieniach „dobrowolnego rozbitka” Alaina Bombarda .dziennikarskim zapisem. W opisie sytuacji skrajnych łatwo o wzruszenia banalne: wolny od nich jest ten wspaniały reportaż. odmienna. że wkrótce potem zaprawieni w walkach z dyktaturą studenci wenezuelscy wysłali pocztą swym hawańskim kolegom paczkę babskich majtek. Z czego buduje się reportaże? Choć ironicznym tytułem (w którym szczęście wiąże z niechęcią do biurokracji) autor odcina się nie bez pewnej nostalgii od swych młodzieńczych tekstów. kto wie. I dlatego kiedy Alejandro Velasco . kiedy może opowiadać. Wyobrażam sobie jego radość.jak skromnie powiada kolumbijski pisarz . I dumę. z jego przekonania. jak sądzę.. że zapomniano o walizce dyktatora z trzynastoma milionami dolarów. to takim. Rajmund Kalicki. że myśl ta zrodziła Sto lat samotności oraz jesień patriarchy. I wesołość. Opowieść rozbitka zajmuje w twórczości Garcii Marqueza miejsce wyjątkowe i jeśli nawet jest tylko . iż nie wymagają uzasadnień. rzetelnej refleksji. w którym więcej będzie emocji niż trzeźwej. Wynika to. Nadużywanie tej zasady grozi sprowadzeniem historii do manicheistycznego rejestru wydarzeń. 1980 rok .. ani jedną swą myślą.. że pewne racje polityczne są tak oczywiste. że uciekającego w 1958 roku z Wenezueli generała M. aby powstała rzeczywistość nowa. bo wiemy. wierzymy mu i jesteśmy wzruszeni.czyimś tam imieniu. że powieści są jak sny: buduje się je z okruchów rzeczywistości po to. może to i lepiej.. to przecież dalej pisze o polityce z nie mniejszym entuzjazmem. bo wiedziałem.

.................................................... aż do śmierci............. Tylko trzy metry!...................................................... Rozdział II. jak tonie czterech moich kolegów......................................................................................................................................................................................................................................................... Rozdział XII..................................... Jak smakują buty?.......... Pod dobrą gwiazdą............................................................................................................................................... Ślady człowieka..................................................................................SPIS TREŚCI Historia tej historii........................................................................................................................................................ Chcę umrzeć................... Sam..............................................................................................................................................................którzy zaginęli na morzu......................................................................................................................................................................................................... Byłem martwy.......................................................................................................................................................................................................................... Moje biedne ciało............................................................................................................................................................... Rozdział XI............................... ........................................................... Rozdział I....................................... Tajemniczy korzeń..................................................................................................................................................................................................... Rozdział VIII........................................................................ Statek ratunkowy i wyspa ludożerców......................................................................................................................... Zaproszeni przez śmierć.............................................................................................. Widzę..................................................... Rozpaczliwe zabiegi człowieka wygłodzonego....................................................................................................................... Rekiny zjawiają się o piątej...................................... Walka z rekinami o rybę......................................................................... Ale gdzie leży ten ląd?............................................................................ Zobaczono mnie!.................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... Pierwsza samotna noc na morzu................................................................................................................................................................................. Rozdział V................ Statek na horyzoncie!................ Kolor wody zaczyna się zmieniać................................. Zmartwychwstanie na dziwnej ziemi................ Miałem na tratwie kolegę.................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... Rozdział X.................................................................... Rekin na tratwie!.............................. Siedem mew................................................................................................ Rozdział VI................................................ Rozdział IV................................................. W dziesiątym dniu nowe przywidzenie: ziemia.................................................................................................................................................................................. Kolega na tratwie............................................................................................... Światło dnia powszedniego......................... Rozdział IX....................................... Wielka noc.......................................... Zaczyna się zabawa.......................................................................................................................................................................................................................... Czarny punkt na horyzoncie................................................... Ziemia!................................................................................................................................... Rozdział III..................... O moich kolegach.................................................................. Minuta ciszy.......................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... Stracone nadzieje................................................ Ostatnie minuty na „Słoniu Morskim”................................................................................... Rozdział VII........................................................................................................................

............................................. Biznes z opowieścią................................................................................................................. Moje bohaterstwo polegało na tym.............................. Dławiąc się własną historią............................................... Posłowie....................................................Człowiek................................................................................................................................ ....................................................................................................................... Opowieść o fakirze................................................... że nie dałem się śmierci................................................................................................................................................... osioł i pies....................................................... Rozdział XIII........... Historia pewnego reportażu............................................................................................. Rozdział XIV............................................................................ Sześciuset mężczyzn odprowadza mnie do San Juan....................................................