You are on page 1of 299

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy

Kltwa Tytana ________

ROZDZIA I
BARDZO NIEUDANA AKCJA
RATUNKOWA

W pitek poprzedzajcy ferie zimowe mama zapakowaa mi do


plecaka piam i szczoteczk do zbw oraz kilka sztuk
mierciononej broni, po czym zawioza mnie do nowej szkoy z
internatem. Po drodze zabralimy moje koleanki Annabeth i
Thali.
Podr z Nowego Jorku do Bar Harbor w stanie Maine trwa
osiem godzin. Autostrada tona w niegu z de-szczem. Nie
widziaem si z Annabeth i Thali od kilku miesicy, ale
nieyca i myli o tym, co mielimy zrobi, nie sprzyjay
rozmowom. Tylko mama gadaa jak naj-ta. Zawsze tak ma,
kiedy jest podenerwowana. Gdy wreszcie dotarlimy do
Westover Hill, robio si ju ciemno, a dziewczyny znay
wszystkie wstydliwe opo-wieci o mnie z czasw, kiedy byem
maym dzieckiem.
Thalia przetara zaparowan szyb okienn i wyjrzaa na

zewntrz.
- Rewelka. Bdzie nieza zabawa.
Westover Hall wyglda jak zamek zego rycerza. Zbu-dowany
z czarnego kamienia, mia wieyczki i okienka strzelnicze oraz
ogromn, dwuskrzydow drewnian bram. Sta na onieonym
skalnym urwisku, z ktrego roztacza si widok na oszroniony
las z jednej strony i stalowoszary, sztormowy ocean z drugiej.
- Na pewno nie chcesz, ebym zaczekaa? - spytaa mama.
- Na pewno, mamo, dzikuj - odpowiedziaem. - Nie mam
pojcia, ile nam to zajmie. Damy sobie rad.
- A jak zamierzacie wri? Bd si niepokoia, Percy.
Miaem nadziej, e si nie rumieni. Wystarczajcym
obciachem byo ju to, e mama musiaa mnie dowie na pole
bitwy.
- Wszystko bdzie dobrze, prosz pani - Annabeth
umiechna si uspokajajco. Na jasnych wosach nosia
narciarsk czapeczk, a jej oczy miay ten sam odcie co ocean.
- Bdziemy go pilnoway.
Mama najwyraniej rozlunia si nieco. Uwaa Anna-beth za
najrozsdniejsz z grupy herosw, ktrzy doyli smej klasy.
Jest przekonana, e to ona zawsze chroni mnie przed nag
mierci. W sumie ma racj, ale to jeszcze nie znaczy, e mnie
te ma si to podoba.
- Dobrze, soneczka - powiedziaa mama. - Macie wszy-stko,
co trzeba?
- Tak, prosz pani - odrzeka Thalia. - Dzikujemy za
podwiezienie.
- Moe jednak jeszcze dodatkowy sweter? A macie
numer mojej komrki?
- Mamo...
- Zabrae ambrozj i nektar, Percy? I zot drahm, w razie

jakby musia porozumie si z obozem?


- Mamo, daj spokj! Poradzimy sobie. Chodmy.
Wydawaa si lekko uraona i poczuem si z tego powodu
gupio, ale chciaem ju wysi z samochodu. Gdyby mama
opowiedziaa jeszcze jedn historyjk o tym, jak sodko
wygldaem w wannie, kiedy miaem trzy latka, zakopabym si
chyba w niegu i zamarz z rozpaczy.
Annabeth i Thalia wysiady za mn. Poczuem uderze-nie
mronego wiatru, ktry przenika przez moj kurtk jak igieki
lodu.
Kiedy samochd znik nam z pola widzenia, odezwaa si
Thalia.
- Ale masz super mam, Percy.
- Jest w porzdku - przyznaem. - A ty? Masz w ogle kontakt
z matk?
Poaowaem tych sw, ledwie je wypowiedziaem. Thalia
znakomicie umie posya zabjcze spojrzenia, co wietnie
wspgra z punkowymi ciuchami, ktre zawsze nosi
-postrzpion wojskow kurtk, czarnymi skrza-nymi i
biuteri z acuchw, smolistymi kreskami wok oczu i tymi
jej niesamowicie niebieskimi tczwkami. Spojrzenie, ktre mi
teraz posaa, bio rekordy zowieszczoci.
- Nie twj interes, Percy...
- Chodmy lepiej do rodka - przerwaa jej Annabeth. - Grover
pewnie ju czeka.
Thalia spojrzaa na zamek i wzdrygna si.
- Masz racj. Zastanawiam si, co on tu takiego znalaz, e
wysa sygna ratunkowy.
Podniosem wzrok ku mrocznym wieyczkom grujcym nad
Westover Hall.

- Pewnie nic dobrego - mruknem.


Dbowa brama otwara si ze zgrzytem i wszyscy troje
weszlimy do rodka otoczeni wirujcymi patkami niegu.
Widok holu odebra mi mow.
Sala bya olbrzymia. Na cianach wisiay sztandary wojenne i
ogromna kolekcja broni: stare strzelby, topory bojowe i rne
inne rzeczy. Oczywicie, wiedziaem, e Westover jest szko
wojskow, ale ta wystawa wygl-daa zabjczo. Dosownie.
Signem do kieszeni, gdzie trzymaem Orkan - mj
miertelnie grony dugopis. Czuem, e co w tym miejscu jest
nie w porzdku. Czaio si tu co gronego. Thalia pocieraa
srebrn bransoletk, swj ulubiony magiczny gadet.
Wiedziaem, e myli o tym samym co ja. O czekajcej nas
nieuchronnej walce.
- Zastanawiam si, gdzie... - zacza Annabeth.
Za nami zatrzasna si brama.
- O-okej - wymamrotaem. - Chyba spdzimy tu chwilk.
Z drugiego koca korytarza dobiegay dwiki muzyki.
Najwyraniej tanecznej.
Schowalimy nasze plecaki z piamami za filarem i ruszylimy
przed siebie. Nie zaszlimy daleko kiedy usyszelimy kroki na
kamiennej posadzce i przed nami pojawili si kobieta i
mczyzna.
Oboje mieli krtko obcite szpakowate wosy i nosili czarne
wojskowe mundury z czerwonymi lampasami. Kobieta miaa
lekki wsik, a mczyzna by gadko ogolony, co wydawao mi
si troche dziwacznym przedstawieniem.
- No, no - odezwaa si kobieta. - Co wy tu robicie?
- Eee... - Uwiadomiem sobie, e nie bylimy przygo-towani
na tak sytuacj. Skupiem si tylko na tym, eby odnale
Grovera i dowiedzie si, co jest nie tak, i zupenie nie przyszo

mi do gowy, e trjka dzieciakw zakradajcych si po nocy do


szkoy moe wyda si komu podejrzana. W samochodzie nie
zastanawialimy si nad tym, jak dostaniemy si do rodka. -My,
prosz pani, tylko...
- Ha! - krzykn mczyzna tak nagle, e a podsko-czyem. Gocie nie maj wstpu na bal! Zostaniecie wyyyrzuceniii!
Chyba by cudzoziemcem, wszystko wymawia jakby z
francuska - akcentowa wyrazy na ostatni sylab. By wysoki i
mia ptasi twarz. Kiedy mwi, faloway mu nozdrza, wic
trudno byo si na niego nie gapi, a oczy mia w dwch
rnych kolorach: jedno brzowe, drugie niebieskie, jak jaki
kot dachowiec.
Byem przekonany, e zaraz wyrzuci nas na nieg, ale w tej
samej chwili Thalia zrobia krok do przodu i wyko-naa dziwny
gest.
Konkretnie pstrykna palcami. Ostro i gono. Moe mi si
tylko wydawao, ale miaem wraenie, e z jej doni wystrzeli
powiew wiatru, omiatajc pomieszcze-nie. Przemkn midzy
nimi wszystkimi, a wiszce na cianie sztandary zaopotay.
- Ale my nie jestemy gomi, prosz pana - powie-dziaa My tu chodzimy do szkoy. Przecie pan nas zna: ja jestem
Thalia, a to s Annabeth i Percy. Jestemy w smej klasie.
Nauczyciel zmry dwukolorowe oczy. Nie miaem pojcia
co Thalia knuje. Teraz pewnie zostaniemy dodatkowo ukarani za
kamstwo i dopiero wtedy wyrzu-ceni na nieg. Ale mczyzna
najwyraniej si zawaha.
Spojrza na swoj koleank.
- Panno Utschniack, czy zna pani tych urwisw?
Pomimo niebezpieczestwa ledwo powstrzymaem si od
miechu. Nauczycielka o nazwisku Uczniak? On chyba
artowa.

Kobieta zamrugaa powiekami, jakby kto wanie wyrwa j z


transu.
- No... tak. Tak mi si wydaje. - Zmruya oczy, przygldajc
si nam. - Annabeth, Thalia i Percy. Czemu nie jestecie w sali
gimnastycznej?
Zanim zdylimy odpowiedzie, usyszaem kolejne kroki i na
horyzoncie pojawi si zadyszany Grover.
- Jestecie! Udao si wam...
Zatrzyma si jak wryty na widok nauczycieli.
- Och, pani Utschniack... Panie Cierniak! Ja tylko...
- O co chodzi panie Underwood? - przerwa mu mczy-zna.
Po tonie jego gosu mona byo pozna, e nie znosi Grovera. Co pan rozumie przez: udao im si? Przecie ci uczniowie tu
mieszkaj.
Grover przekn lin.
- Tak, prosz pana. Oczywicie, panie Cierniak. Chodzio mi o
to, e si ciesz, e uda im si poncz na tace! Jest wspaniay!
To oni go zrobili!
Pan Cierniak rzuci nam wcieke spojrzenie. Uzna-em, e
jedno z jego oczu musi by sztuczne. Brzowe? Niebieskie?
Wyglda tak, jakby mia ochot zrzuci nas z najwyszej wiey
zamku, ale w tej chwili pani Utsch-niack odezwaa si
rozmarzonym tonem:
- O tak, poncz jest wymienity. A teraz jazda, wszyscy! Macie
wicej nie opuszcza sali gimnastycznej!
Nie czekalimy, a powie to dwa razy. Pobieglimy przed
siebie, rzucajc po drodze kilka " tak, psze pani" i "tak, panie
psorze" i salutujc na wiwat, po prostu dlatego e wydao nam
si to waciwe.
Grover poprowadzi nas korytarzem w kierunku, z ktrego
dobiegaa muzyka.

Czuem na plecach wzrok nauczycieli, ale podszedem blisko


Thalii i zapytaem szeptem:
- Co to bya za sztuczka z pstrykaniem palcami?
- Masz na myli Mg? Chejron jeszcze ci tego nie nauczy?
Poczuem nieprzyjemne cinicie w gardle. Chejron by
naszym gwnym nayczycielem w obozie, ale nigdy mi nic
takiego nie pokaza. Dlaczego Thalii tak, a mnie nie?
Grover skierowa si ku szkaratnym drzwiom z napisem WF.
Jako udao mi si to odcyfrowac pomimo dysleksji.
- O may wos! - powiedzia Grover. - Bogom niech bd
dziki, ecie si tu dostali!
Annabeth i Thalia uciskay go. Ja przybiem z nim pitk.
Mio byo widzie go po tylu miesicach. Urs nieco i mia
ju troch gstszy zarost, ale poza tym wyglda tak samo jak
zawsze, kiedy udaje czowieka - czerwona czapeczka na
kdzierzawych brzowych wosach, ukry-wajca kozie rki,
workowate dinsy i sportowe buty ze sztucznymi stopami dla
zamaskowania wochatych ng i kopyt. Poza tym mia na sobie
czarny podkoszulek z napisem, ktrego odczytanie sprawio mi
niejaki kopot. Byo tam napisane: WESTOVER HALL:
JESTE ZEREM. Nie bardzo rozumiaem o co chodzi: czy jest
to stopie Grovera, czy moe po prostu dewiza szkoy.
- Czemu to takie wane? - zapytaem.
Grover wzi gboki wdech.
- Znalazem dwjk.
- Dwjk herosw? - zapytaa Thalia z podziwem. - Tutaj?
Mj przyjaciel przytakn.
Znalezienie jednego dziecka pkrwi byo rzadkoci. W tym
roku Chejron zmobilizowa wszystkich satyrw i rozesa ich po
caym kraju, eby przeszukiwali szkoy od czwartej klasy wzwy
w nadziei znalezienia nowych rekrutw. Czasy byy cikie.

Tracilimy obozowiczw. Potrzebowalimy wszystkich


wojownikw, jakich dao si znale. Problem w tym, e na
wiecie nie ma a tak wielu pbogw.
- Brat i siostra - powiedzia Grover. - Dziesic i dwanacie lat.
Nie mam pojcia kim s ich rodzice, ale s potni. Sk w tym,
e nie mamy czasu. Potrzebuj pomocy.
- Potwory?
- Jeden. - Grover by przeraony. - Ale co podejrzewa.
Jeszcze nie jest pewny, ale dzi ostatni dzie semestru. Na bank
nie pozwoli im ot tak wyjechac ze szkoy, b-dzie chcia si
upewni. Dzisiaj moe byc nasza ostatnia szansa! Jak tylko si
do nich zbliam, on zawsze jest w pobliu, blokuje mnie. Nie
mam pojcia, co robi!
Grover spojrza z rozpacz na Thali. Usiowaem nie brac tego
do siebie - dawniej zwraca si do mnie po pomoc, ale Thalia
jest ode mnie waniejsza. Nie tylko dlatego, e jej ojcem jest
Zeus. Ona jest z nas wszystkich najbardziej dowiadczona w
walce z potworami wcz-cymi si po prawdziwym wiecie.
- Dobra - powiedziaa. - Ci herosi s na tacach?
Grover przytakn.
- No to chodmy zataczy - oznajmia. - A kto jest
potworem?
- Och - odpowiedzia Grover, rozgldajc si z niepoko-jem. Wanie go poznalicie. To zastpca dyrektora, pan Cierniak.
W szkoach wojskowych zabawne jest to, e uczniowie zupenie
szalej, kiedy tylko jest okazja, eby zdj mundur.
Podejrzewam, e to z powodu elaznej dyscy-pliny przy kadej
innej okazji - musz sobie to wynagro-dzi z nawizk co w
tym rodzaju.

Po pododze sali gimnastycznej toczyy si czarne i czerwone


balony, a chopcy tukli si nimi nawzajem po twarzach. Inni
usiowali si wzajemnie podusi zwisaj-cymi ze cian
serpentynami. Dziewczyny jak zwykle przechadzay si po sali
w grupkach. Miay mocny ma-kija, podkoszulki na wskich
ramiczkach, kolorowe spodnie i buty, ktry wyglday jak
narzdzia tortur. Co jaki czas rzucay si na ktrego
nieszczsnego chopa-ka niczym awica piranii, krzyczc i
chichoczc, a kiedy wreszcie zostawiay go w spokoju, biedak
mia we wo-sach wstki, a na twarzy szminkowe graffiti.
Niektrzy ze starszych chopakw zachowywali si mniej wicej
tak jak ja - przemykali pod cianami sali, usiujc si schowa,
jakby w kadej chwili grozia im walka na mierc i ycie.
Oczywicie mnie naprawd grozia...
- To oni. - Grover ruchem gowy wskaza dwjk mo-dszych
dzieciakw, ktre siedziay na awkach, dysku-tujc zawzicie. Bianca i Nico di Angelo.
Dziewczynka miaa na gowie mikk zielon czapk i
wygldao na to, e ukrywa twarz. Chopiec musia by jej
modszym braciszkiem. Oboje mieli ciemne, jedwabi-ste wosy i
oliwkow cer, no i gestykulowali wawo podczas rozmowy.
Chopak przekada w rkach jakie karty kolekcjonerskie. Jego
siostra chyba go za co gania. Rozgldaa si cigle dookoa,
jakby wyczuwaa, e co jest nie w porzdku.
- Czy oni... - odezwaa si Annabeth. - To znaczy,
powiedziae im?
Grover pokrci przeczco gow.
- Wiesz, jak to jest. To mogoby ich narazi na wiksze
niebezpieczestwo. Kiedy uwiadomi sobie, kim s, bdzie ich
atwiej wyczu.
Spojrza na mnie, wic przytaknem. Nigdy nie zrozumiaem

do koca, czym jest ten "zapach" herosw dla potworw i


satyrw, ale wiedziaem, e ten trop moe byc dla nas
miertelny. A im potniejszym hero-sem si stajesz, tym
bardziej pachniesz dla potwora jak obiad.
- No to zabierajmy ich i wiejmy std - powiedziaem.
Ruszyem przed siebie, ale Thalia pooya mi do na
ramieniu. Wicedyrektor Cierniak przystan w drzwiach
pooonych w pobliu awek, niedaleko rodze-stwa di Angelo,
i kiwa w naszym kierunku gow z chodnym wyrazem twarzy.
Jego bkitne oko jakby si rozjarzyo.
Sdzc po jego minie sztuczka Thalii z Mg nie oszu-kaa go
w najmniejszym stopniu. Podejrzewa, kim jestemy. Czeka
tylko na to, eby si dowiedzie, po co si tu znalelimy.
- Nie patrzcie na te dzieci - polecia nam Thalia. - Musimy
zaczeka na okazj, eby je porwa. Bdziemy udawa, e wcale
nas nie interesuj. Sprbujemy zbi go z tropu.
-Jak?
- Jestemy trjk potnych herosw. Nasza obecno
powinna go zmyli. Wmieszajmy si w tum. Zachowuj-my si
naturalnie. Potaczmy. Ale cay czas uwaajmy na te dzieci.
- Mamy taczy? - spytaa Annabeth.
Thalia przytakna. Przechylia gow, eby przysu-cha si
muzyce, i si skrzywia.
- eee. Kto puci Backstreet boys?
Grover zrobi uraon min.
-Ja.
- Na bogw, Grover, to przecie obciach. Nie moge puci
jakiego Green Daya czy czego w tym rodzaju?
- Green-czego?
- Okej. Zataczmy.
- Przecie ja nie umiem taczy!

- Dasz rad, jeli ja poprowadz - odpowiedziaa Thalia. Chod kozonogu.


Grover jkn, kiedy chwycia go za rk i poprowadzi-a na
parkiet. Annabeth si umiechna.
- O co chodzi? - spytaem.
- O nic. Po prostu fajnie, e Thalia jest znw z nami.
Annabeth przerosa mni od ostatniego lata, co troch mnie
irytowao. Dawniej nie nosia adnej biuterii oprcz naszyjnika
Obozu Herosw, ale teraz miaa w uszach niewielkie srebrne
kolczyki w ksztacie sw - symbole jej matki. cigna
narciarsk czapeczk i dugie jasne wosy opady jej na ramiona.
Wydawaa si starsza.
- No... - usiowaem wymylic, co by tu powiedzie.
Zachowujmy si naturalnie, powiedziaa Thalia. Kiedy jest si
herosem w czasie zadania, co u licha moe by naturalne? Udao ci si ostatnio zaprojektowa jaki fajny budynek?
Oczy Annabeth rozbysy, jak zawsze kiedy bya mowa o
architekturze.
- Och, bogowie, Percy. W mojej nowej szkole mog wyb-ra
jako przedmiot dodatkowy projektowanie trjwymia-rowe, a
poza tym jest ten wietny program komputerowy.
Zacza mi opowiada o wielkim pomniku, ktry chciaaby
wybudowa w Strefie Zero na Manhattanie. Rozgadaa si na
temat rozwiza strukturalnych, fasady i takich tam, a ja
staraem si sucha. Wiedzia-em, e Annabeth marzya o tym,
aby kiedy zosta wielkim architektem - kochaa matematyk i
zabytkowe budowle, i tak dalej - ale rednio rozumiaem, o
czym mwia. Po prawdzie byem nieco rozczarowany, syszc,
e tak bardzo lubi swoj now szko. Po raz pierwszy uczya

si w Nowym Jorku, miaem wic nadziej, e bdziemy si


czciej spotyka. Bya to szkoa z interna-tem na Brooklynie,
do ktrej chodziy obie z Thali, pooona na tyle blisko Obozu
Herosw, eby Chejron mg im pomc w razie jakich
kopotw. Ale poniewa to bya szkoa tylko dla dziewczyn, a ja
chodziem do zwykego gimnazjum na Manhattanie, rzadko si
widywalimy.
- No, super - powiedziaem. - Czyli zostajesz na reszt roku,
tak?
Spochmurniaa.
- Nie wiem. Moe, jeli nie...
- Hej! - zawoaa do nas Thalia. Snua si w rytm ckli-wej
balladki z Groverem, ktry nieustannie depta samemu sobie po
stopach, kopa Thali w ydki i wygl-da jakby umiera ze
wstydu. Przynajmniej mia sztu-czne stopy. W przeciwiestwie
do mnie mia jakie usprawiedliwienie bycia niezdar. Taczcie! - rozkaza-a. - Wygldacie gupio, jak tak stoicie.
Spojrzaem nerowo na Annabeth, a nastpnie na grupki
dziewczt krce po sali.
- Co? - spytaa Annabeth.
- Ekhem, kogo powinienem poprosi?
Daa mi kuksaca w ebro.
- Mnie, Glonomdku.
- Och. No tak.
Weszlimy wic na parkiet, a ja zaczem zerka w stron
Thalii i Grovera, eby zobaczy, co waciwie robi. Pooyem
jedn do na biodrze Annabeth, a ona chwycia moj drug
rk tak, jakby chciaa mnie przewrci.
- Nie ugryz ci. - powiedziaa. - No nie, Percy. Czy w twojej
szkole nie ma potacwek?
Nie odpowiedziaem. Prawd mwic, s. Aleja nigdy tak

naprawd nie taczyem. Nale do tych chopakw, ktrzy na


takich imprezach poktnie graj w kosza.
Przez par minut suwalimy nogami po parkiecie. Usi-owaem
koncetrowa si na drobiazgach: serpentynach i misie z
ponczem, byle tylko nie myle o tym, e Anna-beth jest ode
mnie wysza, e poc mi si donie, co musi byc do
obrzydliwe, no i e wci depcz jej po stopach.
- Co takiego zacza mwi wczeniej? - spytaem. - Masz
jakie kopoty w szkole czy co takiego?
Zacisna usta.
- Nie. Chodzi o mojego tat.
- Yyy? - Znaem rodzinne ukady Annabeth. - Myla-em, e
jako si wam uoyo. Znowu kopoty z maco-ch?
Westchna.
- Postanowi si przeprowadzi. Kiedy tylko w miar si
przyzwyczaiam do Nowego Jorku, on musia przyj t gupi
now prac i zajc si szukaniem materiaw do ksiki o I
wojnie wiatowej. W San Francisco!
Powiedziaa to takim tonem jakby mwia Rwnina Kar albo
strj gimnastyczny Hadesa.
- I pewnie chciaby eby si tam z nim przeprowadzi-a? spytaem.
- Na drugi koniec kraju - powiedziaa markotnie. - A poza tym
herosi nie mog mieszka w San Francisco. Powiniene o tym
wiedzie.
- e co? Dlaczego?
Annabeth przewrcia oczami. Moe mylaa, e artuj.
- Przecie wiesz. To jest dokadnie tam!
- Aha - odpowiedziaem. Nie miaem pojcia, o czym mwia,
ale nie chciaem wyj na gupka. - W takim razie co... Wrcisz
do obozu czy jak?

- Sprawa jest powaniejsza, Percy. Chyba... Chyba powinnam


ci co powiedziec.
Nagle zamara.
- Gdzie oni s?
- e co?
Podyem za jej wzrokiem. awki. Dwoje maych herosw,
Bianca i Nico, zniknli. Drzwi w pobliu awek byy szeroko
otwarte. Pana Czerniaka te nigdzie nie byo wida.
- Musimy powiadomi Thali i Grovera! - Annabeth zacza
si nerwowo rozglda. - Gdzie ich ponioso? Chod!
Szybkim krokiem ruszya w tum. Chciaem i za ni, ale
otoczya mnie grupka dziewczyn. Udao mi si wy-manewrowa
tak, e uniknem wstek i szminki, jednak kiedy si
uwolniem, Annabeth znikna. Zato-czyem pene koo, usiujc
znale j, Thali lub Grovera. Zamiast ktrego z nich
dostrzegem widok, ktry zmrozi mi krew.
Jakie pitnacie metrw ode mnie na pododze sali
gimnastycznej leaa mikka zielona czapeczka, taka sama, jak
miaa na gowie Bianca di Angelo. Obok zobaczyem rozsypane
karty kolekcjonerskie. W tej samej chwili mign mi przed
oczami pan Czerniak. Wychodzi popiesznie przez przeciwlege
drzwi sali gimnastycznej i prowadzi rodzestwo di Angelo,
trzy-majc ich za karki jak kocita.
Nadal nie zlokalizowaem Annabeth, ale wiedziaem, e musi
byc po przeciwnej stronie sali, szukajc Thalii i Grovera.
Miaem ju biec za ni, kiedy przyszo mi co do gowy.
Moment.
Przypomniao mi si to, co powiedziaa mi jeszcze na
korytarzu Thalia. Patrzya na mnie ze zdumieniem, kiedy
zapytaem o t sztuczk z pstrykaniem palcami. Chejron jeszcze
ci tego nie nauczy? Pomylaem o tym, jak Grover zwrci si

do niej w nadziei, e wymyli co, co nas uratuje.


Nie ebym nie lubi Thalii. Ona jest spoko. To nie jej wina, e
jej ojcem jest Zeus i dlatego wszyscy jej nadska-kuj... Ale
przecie nie musz do niej biega z kadym problemem. Poza
tym nie byo czasu. Rodzestwo di Angelo znalazo si w
tarapatach. Zanim znajd moich przyjaci, oni mog znikn.
Znam dobrze potwory. Dam sobie rad sam.
Wycignem Orkana z kieszeni i ruszyem biegiem za panem
Cierniakiem.
Drzwi prowadziy na ciemny korytarz. Usyszaem przed sob
szuranie, a nastpnie peen blu jk. Odetka-em Orkana.
Dugopis rs w mojej doni i w kocu trzymaem dugi na
ponad p metra spiowy grecki miecz z oprawn w skr
rkojeci. Ostrze zajaniao sabo, rzucajc sabe wiato na
rzdy szafek.
Pobiegem korytarzem, ale kiedy dotarem na jego drugi
koniec, nikogo tam nie byo. Otwarem drzwi i znalazem si z
powrotem w holu wejciowym. Byem kompletnie skoowany.
Nigdzie nie widziaem pana Cierniaka, ale po drugiej stronie
holu dostrzegem dzieciaki di Angelo. Stay bez ruchu,
zdrtwiae z prze-raenia, i wpatryway si prosto we mnie.
Podchodziem powoli, opuszczajc czubek miecza.
- Nie bjcie si. Nie skrzywdz was.
Nie odpowiedzieli. Ich oczy byy pene lku. O co tu chodzio?
Gdzie by pan Cierniak? Moe wyczu obecno Orkana i si
wycofa? Potwory nienawidz broni wyko-nanej z niebiaskiego
spiu.
- Mam na imi Percy - powiedziaem, usiujc zacho-wa
spokj. - Zabior was std w jakie bezpieczne miejsce.
Bianca otworzya szeroko oczy. Zacisna pici. Za pno si
zorientowaem, co oznacza jej spojrzenie. Ona si mnie nie baa.

Chciaa mnie ostrzec.


Obrciem si natychmiast i w tym samym momencie co
przeleciao ze WISSSTEM obok mnie. Poczuem ostry bl w
barku. Jaka sia jak ogromna do uderzya mnie i popchna w
ty, rzucajc mn o cian.
Ciem mieczem, ale nie bardzo byo w co celowa.
W holu rozleg si echem lodowaty miech.
- Tak, Perrrhseuszuuu Jacksonieee - odezwa si pan Cierniak,
znw akcentujc ostatnie sylaby - Wiem, kim jeste.
Usiowaem uwolni rami. Kurtk i koszul miaem
przygwodone do ciany jakim ostrzem - czym, co wygldao
jak czarny latajcy sztylet dugi na prawie trzy-dzieci
centymetrw. Ostrze przecio ubranie i drasno mnie w rami;
rana pieka. Kiedy ju co podobnego czuem. Trucizna.
Zmusiem si do koncentracji. Nie zemdlej.
W tej samej chwili zbliya si ku nam ciemna sylwet-ka. Pan
Cierniak wyszed w przycmione wiato. Nadal mia ludzki
wygld, ale jego twarz staa si upiorna. Mia idealnie biae
zby, a w brzowo-niebieskich oczach odbijaa si powiata
mojego miecza.
- Dzikuj, e wyszede z sali gimnastycznej - powiedzia Nienawidz gimnazjalnych potacwek.
Ponownie zamachnem si mieczem, ale on pozosta-wa
minimalnie poza moim zasigiem.
WISSST! Zza plecw pana Cierniaka wystrzeli drugi pocisk.
Nauczyciel nawet si nie poruszy. Byo to tak, jakby za nim
czai si kto niewidzialny i miota noami.
Stojca tu koo mnie Bianca krzykna. Drugi cier wbi si w
kamienn cian dwa centymentry od jej twarzy.
- Caa trjka pjdzie za mn - zakomenderowa pan
Cierniak. - Powoli. Posusznie. Najmniejszy haas, prhba

woania o pomoc albo walki, a przekonacie si na wasnej


skrze, jak celnie potrhafi rzucaaa.

ROZDZIA II
ZASTPCY DYREKTORA WYRASTA
WYRZUTNIA RAKIET

Nie miaem pojcia, jakim potworem jest pan Cierniak, ale


jedno byo pewne: jakim szybkim.
Moe bybym w stanie si obroni, gdybym uruchomi moj
tarcz. Wystarczyoby dotkn zegarka. Ale obrona dzieci di
Angelo to zupenie inna sprawa. Potrzebowa-em wsparcia, a
znaem tylko jeden sposb, eby je uzyska.
Zamknem oczy.
- Co ty wyprhawiasz, Jackson? - sykn pan Cierniak. Rhuszaj si!
Otworzyem oczy i poczapaem dalej.
- Boli mnie rami - poskaryem si, usiujc za-brzmie
aonie. - Koszmarnie.
- Ba! Mj jad jest bolesny. Ale nie umrzesz od niego. Id.
Cierniak prowadzi nas na zewntrz, a ja staraem si skupic.
Wyobraziem sobie twarz Grovera. Skoncentro-waem si na
poczuciu strachu i zagroenia. Ostatniego lata Grover stworzy

empatyczne cze midzy nami. Wysya mi w snach wizje, w


ktrych przekazywa, e znajduje si w niebezpieczestwie. O
ile wiedziaem, bylimy nadal poczeni w ten sposb, ale nigdy
doty-chczas nie prbowaem nawizac z nim kontaktu. Nie
miaem nawet pojcia, czy to dziaa, jeli nie bdzie spa.
Hej, Grover! - pomylaem. - Cierniak nas porwa! To wir
strzelajcy jadowitymi kolcami! Pomocy!
Cierniak prowadzi nas do lasu zanieon ciek, ledwie
owietlon starowieckimi latarniami. Rami bolao. Wiatr
przewiewa moje podarte ubranie i czuem si jak sopel lodu.
- Przed nami jest polana - oznajmi Cierniak. - Stamtd
wezwiemy transport.
- Jaki transport? - zapytaa Bianca. - Dokd nas pan zabiera?
- Zamknij si, ty nieznona dziewczyno!
- Prosz tak nie mwi do mojej siostry - powiedzia Nico.
Gos mu dra ale i tak byem pod wraeniem, e w ogle si
odezwa.
Pan Cierniak wyda pomruk, ktry z pewnoci nie by ludzki.
Od tego dwiku dostaem gsiej skrki, ale zmusiem si do
tego, eby ic dalej, i udawaem potulnego jeca. Cay czas
jednak wysyaem rozpaczliwe myli -cokolwiek, byle zwrci
uwag Grovera: Grover! Jabka! Gruszki! Puszki! Rusz swj
wochaty tyek i przyprowad tu cikozbrojnych przyjaci!
- Stac! - zakomenderowa Cierniak.
Przed nami las si przerzedza. Dotarlimy do nadmo-rskiego
urwiska. A w kadym razie wyczuwaem, e gdzie tam
dziesitki metrw poniej nas jest morze. Syszaem szalejce
fale, czuem w powietrzu zimn, son bryz. Widziaem jednak
tylko mg i ciemno.
Pan Cierniak popchn nas ku krawdzi. Potknem si, ale

Bianca mnie zapaa.


- Dzikuj - wymamrotaem.
- Czym on jest? - szepna. - Jak mamy z nim walczy?
- Ja... usiuj co wymyli.
- Boj si - powiedzia niewyranie Nico. Obraca w palcach
jaki przedmiot: wygldao to na ma metalo-w figurk
onierzyka.
- Nie gada! - krzykn pan Cierniak. - Do mnie zwrhot!
Odwrcilimy si.
Jego dwubarwne oczy byszczay arocznie. Wycig-n co
spod poy paszcza. Z pocztku mylaem, e to scyzoryk, ale to
by tylko telefon. Nacisn co z boku i powiedzia:
- Przesyka... gotowa do odbiorhu.
Sychac byo znieksztacon odpowied i uwiadomi-em
sobie, e Cierniak gada przez telefon. Wydao mi si to
zdecydowanie zbyt nowoczesne i dziwaczne - potwr
posugujcy si komrk.
Zerknem za siebie, zastanawiajc si, jak wysoki moe byc
ten klif.
Wicedyrektor wybuchn miechem.
- Ale prhosz barhdzo, Synu Posejdona. Skacz! Tam jest
morze. Urhatuj si.
- Jak on ci nazwa? - szepna Bianca.
- Pniej ci wytumacz - odpowiedziaem.
- Bo masz jaki plan, tak?
Grover! - pomylaem rozpaczliwie. - Chod tutaj!
Moe zdoabym przekona obojga di Angelo, eby sko-czyli
razem ze mn do oceanu. Jeli przeylibymy upa-dek, mgbym
uyc wody, eby nas ochronia. Zdarzao mi si ju robi takie
rzeczy. Jeli mj tato miaby dobry humor i akurat sucha, to
moe by pomg. Moe.

- Zabij ci, zanim dolecisz do wody - oznajmi pan Cierniak,


jakby czyta w moich mylach. - Nie masz pojcia, kim ja
jestem, prhawda?
Dostrzegem w nim jakie poruszenie i kolejny pocisk wisn
tak blisko mnie, e drasn mnie w ucho. Co wyskoczyo zza
pana Cierniaka - wygldao jak katapul-ta, ale byo elastyczne,
jakby... ogon.
- Niestety - westchn. - mam was dostarhczy y-wych, o ile
to moliwe. Gdyby nie to, ju bycie nie yli.
- Komu ma nas pan dostarczy? - spytaa Bianca. - Bo jeli ma
pan nadziej na okup, to si pan myli. My nie mamy rodziny.
Nico i ja... -jej gos zaama si nieznacz-nie. - Mamy tylko
siebie.
- Ha - powiedzia pan Cierniak. - Nie marhtwcie si,
dzieciaczki. Lada moment spotkacie si z moim prhaco-dawc.
A wtedy bdziecie mieli cakiem now rhodzin.
- Luke - rzuciem. - Pracuje pan dla Luke'a.
Usta Cierniaka wykrzywiy si w grymasie niesmaku, kiedy
wymieniem imi mojego nieprzyjaciela - i niegdy-siejszego
kumpla, ktry ju kilkakrotnie prbowa mnie zabi.
- Nie masz pojcia, co jest grhane, Perhseuszu Jacksonie.
Niech sam Generha ci owieci. Dzi wyrz-dzisz mu wielk
przysug. On nie moe si doczeka spotkania z tob.
- Genera? - zapytaem i uwiadomiem sobie, e wymwiem
to sowo z francuskim akcentem. - To znaczy... kim jest
Genera?
Cierniak spoglda w stron horyzontu.
- O, ju jest. Oto wasz rodek trhansportu.
Odwrciem si i dostrzegem w oddali wiato refle-ktora
przeszukujcego morze. Chwil pniej usysza-em coraz
goniejszy, zbliajcy si warkot migie helikoptera.

- Dokd nas pan zabiera? - spyta Nico.


- Powiniene czuc si zaszczycony, mj chopcze. Bdziesz
mia okazj doczy do wielkiej arhmii! Jak w tej gupiej grze z
karhtami i laleczkami.
- To nie s laleczki! To s figurki! A poza tym moe pan sobie
t swoj wielka armi...
- No, no - ostrzeg go pan Cierniak. - Zmienisz jeszcze zdanie,
chopcze. A jeli nie, to... No c, istniej inne zastosowania dla
herosw. Mamy wiele potworhnych
gb do wykarhmienia. Zblia si Wielkie Gotowanie.
- Wielkie co? - zapytaem. Byle tylko nie przestawa gada,
podczas gdy ja usiowaem wymyli jaki plan.
- Potworhy gotuj wiatu co ciekawego. - umiechn si
zowrogo. - Najgorhsze i najpotniejsze z nich wa-nie si
budz. Potworhy, ktrhych nie widziano od tysicy lat.
Przynios mierh i zniszczenie, jakiego mierhtelnicy
dotychczas nie widzieli. A wkrhtce bdzie wrd nas
najwaniejszy z potworhw - ten ktrhy sprhowadzi zagad na
Olimp!
- Oookej - szepna do mnie Bianca. - Cakiem mu odbio.
- Musimy skoczy z klifu - powiedziaem do niej cicho. - Do
morza.
- Super pomys. Tobie te cakiem odbio.
Nie dyskutowaem z ni, poniewa dokadnie w tej chwili
uderzya we mnie jaka niewidzialna sia.
Jak si na to patrzy z perspektywy, to trzeba przyzna, e
pomys Annabeth by wymienity. Z bejsbolwk nie-widkna
gowie wpada na rodzestwo di Angelo i mnie, rzucajc nas na
ziemi. Przez uamek sekundy pan Cierniak by zbity z tropu,

tote pierwszy grad pociskw przemkn nad naszymi gowami.


Dao to Thalii i Groverowi moliwo zajcia go od tyu. Dziewczyna miaa sw magiczn tarcz, Egid.
Jeli nie widzielicie Thalii ruszajcej do boju, to nigdy
naprawd si nie balicie. Uywa ogromnej wczni,
wyrastajcej z kieszonkowej puszki gazu za-wicego, ale nie to
jest najbardziej przeraajce. Jej tarcza zostaa wykonana na
wzr tej, ktr posuguje si jej tato, Zeus, i ktra jest darem
Ateny i te nazywa si Egida. W jej spiu wyrzebiono gow
gorgony Meduzy i choc nie zamienia ona patrzcego w kamie,
jest tak straszliwa, e wikszo ludzi w panice ucieka na sam jej
widok.
Nawet pan Cierniak skrzywi si i zawarcza.
Thalia ruszya do przodu z uniesion wczni.
- W imi Zeusa!
Mylaem, e ju po wicedyrektorze. Thalia dgna go w
gow, ale on tylko warkn i odepchn wczni. Jego rka
zmienia si w zwierzc pomaraczow ap o ogromnych
pazurach, ktre skrzesay iskry z jej tarczy, kiedy w ni
uderzyy. Gdyby nie Egida, moja przyjacika zostaaby
rozpatana jak bochenek chleba. Ona jednak zdoaa odskoczy
do tyu i wyldowa na obu nogach.
Warkot helikoptera za moimi plecami stawa si coraz
goniejszy, ale nie odwayem si odwrci.
Pan Cierniak zasypa Thali kolejn porcj pociskw i tym
razem udao mi si zobaczyc, jak on je wystrzela. Mia ogon
-skrzasty, podobny do skorpioniego, najeo-ny na kocu
kolcami. Egida odbijaa pociski, ale sama ich sia w kocu
przewrcia Thali.
Grover skoczy do przodu. Przyoy do warg swoje piszczaki
z trzciny i zacz grac - bya to szalona melo- dia, do ktrej

pewnie z ochot zataczyliby piraci. Przez nieg przebiy si


dba trawy. W cigu kilku sekund wok ng pana Cierniaka
wiy si chwasty grube jak powrozy, krpujc jego ruchy.
Potwr zarycza i zacz zmienia ksztat. Rs coraz wikszy,
a wreszcie osi-gn swoj prawdziw form - twarz mia
nadal ludzk, ale ciao przypominao ogromnego lwa. Jego
nadziany kolcami ogon rozsya ciernie na wszystkie strony.
- Mantikora! - zawoaa Annabeth, stajc si widzia-lna. Jej
magiczna bejsbolwka Jankesw spada, kiedy Annabeth si na
nas rzucia.
- Kim wy jestecie? - zapytaa Bianca di Angelo. - I czym jest
to?
- Mantikora? - jkn Nico. - Ma trzy tysice do ataku plus
pic do celnoci!
Nie miaem pojcia, o czym mwi, ani czasu, eby si nad
tym zastanawia. Mantikora podara Groverowe chwasty na
strzpy i zwrcia si do nas z rykiem.
- Na ziemi! - Annabeth rzucia rodzestwo na nieg. W
ostatniej chwili przypomniaem sobie o mojej tarczy.
Pstryknem w zegarek, ktrego metalowa koperta rozwina si
w gruby spiowy puklerz. Mao brakowao, a byoby za pno.
Kolce uderzyy o osone z tak moc, e wgnioty metal. Moja
pikna tarcza, prezent od brata, zostaa paskudnie uszkodzona.
Nie byem pewny, czy w ogle zdoa powstrzymac kolejny grad
pociskw.
Usyszaem trzask i jk i koo mnie z guchym uderze-niem
wyldowa Grover.
- Poddajcie si! - rykn gono potwr.
- Nigdy! - odkrzykna Thalia z drugiej strony polany.
Zaatakowaa besti i przez moment wydawao mi si, e j

przebije na wylot. Ale chwil pniej rozleg si huk i za nami


pojawio si wiato reflektorw. Z mgy wyoni si helikopter,
unoszc si nad samymi klifami. By to smuky wojskowy
migowiec z przyczepionymi do bokw urzdzeniami, ktre
wyglday jak sterowane laserowo rakiety. Maszyn musieli
pilotowa miertelni-cy, ale co ona tu robia? Jakim cudem
miertelnicy wsppracowali z potworem? Reflektor olepi
Thali a mantikora odepchn j na bok ogonem. Egida
poleciaa w nieg. Wcznia poszybowaa w przeciwnym
kierunku.
- Nie! - Pobiegem jej na pomoc. Odparowaem kolec
dokadnie w chwili, kiedy omal nie przebi jej eber. Uniosem
nad nami tarcz, ale wiedziaem, e to nie wystarczy.
Pan Cierniak wybuchn miechem.
- Widzicie teraz, jakie to beznadziejne? Poddajcie si, mali
herosi.
Bylimy uwizieni midzy potworem a w peni uzbro-jonym
helikopterem. Nie mielimy adnych szans.
W tej samej chwili usyszaem czysty, przenikliwy dwik:
gdzie w lesie rozleg si gos myliwskiego rogu.
Mantikora zamara. Przez moment nikt si nie rusza. Sychac
byo tylko szum wirujcego wok nas niegu i opot wirnikw
helikoptera.
- Nie - odezwa si Cierniak. - To niemoliwe.
Urwa w p zdania, kiedy tu koo mnie przemkno co, co
wygldao jak promie ksiyca. W ramieniu potwora utkwia
lnica przejrzysta strzaa.
Zachwia si, ryczc z blu.
- Przeklta! - zawy. Wystrzeli swoimi kolcami - cay-mi
garciami - ku lasom, skd przylecia bet, ale sre-brne pociski
odpowiedziay kanonad. Wygldao to nie-mal tak, jakby

strzay przechwytyway kolce w powie-trzu i rozdzieray je na


dwoje, ale to chyba moje oczy patay mi figle. Nikt, nawet
znane mi dzieci z obozu Apollina, nie strzela a tak celnie.
Mantikora wycigna strza z ramienia, wyjc z blu. Jej
oddech by ciki. Zamachnem si moim mie-czem, ale
przeciwnik nie by a tak ciko ranny, jak mi si wydawao.
Uskoczy przed atakiem i uderzy ogonem w tarcz, odrzucajc
mnie na bok.
W tej samej chwili z lasu wyszy uczniczki. Byy to
dziewczta, okoo tuzina. Najmodsza moga mie jakie
dziesic lat, a najstarsza chyba czternacie, jak ja. Miay na
sobie srebrzyste kurtki narciarskie i dinsy i wszys-tkie byy
uzbrojone w uki. Ruszyy ku mantikorze z zawzitymi minami.
- owczynie! - wykrzykna Annabeth.
- No, piknie - wymamrotaa tu koo mnie Thalia.
Nie zdyem zapyta, co miaa na myli.
Jedna ze starszych uczniczek wysuna si do przodu z
napit ciciw. Bya wysoka i smuka, ze skr w lekko
miedzianym odcieniu. Tylko ona spord wszys-tkich dziewczt
nosia na dugich ciemnych wosach srebrn przepask, w ktrej
wygldaa jak perska ksiniczka.
- Zgoda na zabicie, pani?
Nie miaem pojcia, do kogo si zwrcia, poniewa wzroku nie
spuszczaa z mantikory. Potwr zawy.
- To nie w porzdku! Bezporhednie dziaanie! To wbrhew
Starhoytnym Prhawom!
- Niezupenie - odezwaa si jedna z dziewczt. Ta bya ode
mnie nieco modsza, moga miec dwanacie albo trzynacie lat.
Miaa rude wosy spite w koski ogon i dziwaczne oczy
srebrno-zote jak ksiyc. - Polowanie na wszelkie dzikie bestie

naley do mojej dziedziny. A ty, obrzyda kreaturo, jeste dzik


besti. - Spojrzaa na starsz dziewczyn z opask. - Udzielam
zgody, Zoe. Mantikora warkna.
- Skorho nie mog miec ich ywych, bd ich mia
marhtwych!
Skoczya ku Thalii i mnie, wiedzc, e jestemy ogu-szeni i
osabieni.
- Nie! - wrzasna Annabeth i rzucia si w kierunku potwora.
- Cofnij si, crko bogini! - zawoaa do niej dziewczyna w
przepasce. - Zejd z linii ognia.
Ale Annabeth wskoczya ju potworowi na grzbiet i wbia mu
sztylet w grzyw. Mantikora rykna i zacza krci si w
kko, wymachujc ogonem, podczas gdy Annabeth trzymaa si
kurczowo jej karku.
- Ognia! - rozkazaa Zoe.
- Nie! - krzyknem.
Ale owczynie wypuciy ju strzay. Pierwsza trafia
mantikor w kark. Druga w pier. Potwr zatoczy si, wyjc.
- To nie koniec owczyni! Jeszcze za to zapacisz!
I zanim ktokolwiek zrobi cokolwiek, potwr - z Anna-beth
uczepion jego karku - skoczy z klifu i run w ciemno.
- Annabeth! - zawyem.
Rzuciem si za ni ale nasi wrogowie nie dawali za wygran.
Od strony helikoptera rozlego si tratatatata - odgos broni
maszynowej.
owczynie rozpierzchy si, kiedy wok ich stp poja-wiy si
w niegu wypalone dziury, tylko rudowosa dziewczyna
spojrzaa spokojnie na helikopter.
- miertelnikom - oznajmia - nie wolno oglda moich oww.
Wystrzelia w gr rk i migowiec rozlecia si w proch -

nie, nie w proch. Czarny metal zamieni si w stado ptakw


-krukw, ktre odleciay w mrok.
owczynie podeszy do nas.
Ta, ktra miaa na imi Zoe, zatrzymaa si w miejscu na
widok Thalii.
- Ty - powiedziaa z niesmakiem.
- Zoe Nighshade. - W gosie Thalii pobrzmiewa gniew. - Jak
zwykle wietne wyczucie chwili.
Zoe obrzucia wzrokiem reszt z nas.
- Czworo herosw i jeden satyr, pani.
- Owszem - powiedziaa modsza dziewczyna - Obozo-wicze
Chejrona jak widz.
- Annabeth! - krzyknem. - Musicie j uratowa!
Rudowosa dziewczyna odwrcia si w moim kierunku.
- Przykro mi, Percy Jacksonie, ale twojej przyjaciki nie da si
uratowa.
Usiowaem podnie si na nogi, ale kilka dziewczyn
przyszpilio mnie do ziemi.
- Nie masz teraz si na rzucanie si z urwisk - oznajmi-a
rudowosa.
- Puccie mnie! - zadaem. - Co wy sobie wyobraacie!
Zoe zrobia krok do przodu, jakby chciaa mnie uderzy.
- Nie - zwrcia si do niej wadczo ta druga. - Nie wyczuwam
w nim braku szacunku, Zoe. On jest po prostu otumaniony. Nic
nie rozumie.
Modsza dziewczyna spojrzaa na mnie; jej oczy byy
zimniejsze i janiejsze od zimowego ksiyca.
- Jestem Artemid - oznajmia. - Bogini oww.

ROZDZIA III
BIANCA DI ANGELO PODEJMUJE
DECYZJ

Mona by pomyle, e po tym jak pan Cierniak zamie-ni si w


potwora i run z klifu wraz z Annabeth, ju nic nie byoby mnie
w stanie zaszokowa. Ale kiedy ta dwunastolatka oznajmia mi,
e jest bogini Artemid, zdoaem wydusi z siebie co tak
wielce inteligentnego jak "Yhy... okej".
Ale to i tak nic w porwnianiu z Groverem, ktry wyda z
siebie zduszony jk, po czym szybko uklk na niegu i zacz
zawodzic.
- Dziki ci, Pani Artemido! Jeste... Jeste taka... Rany!
- Wstawaj, kozonogu - warkna Thalia. - Masz inne
problemy na gowie. Stracilimy Annabeth!
- Chwilk - wtrcia si Bianca di Angelo. - Zaczekaj-cie.
Przerwa w grze.
Spojrzenia wszystkich skieroway si na ni. Ona za
wskazywaa palcem na kadego z nas po kolei, jakby usiowaa
rozwizac amigwk.
- Kim... Kim wy jestecie?
Wyraz twarzy Artemidy zagodnia.
- Lepsze, moja droga, byoby pytanie kim wy jestecie? Kim s
wasi rodzice?
Bianca zerkna nerwowo na brata, ktry wci wpa-trywa si
z zachwytem w Artemid.
- Nasi rodzice nie yj- odpara. - Jestemy sierotami. Za

nasz szko paci bank ze zoonego w nim funduszu ale...


Gos jej si zaama. Podejrzewam, e patrzc na nasze twarze,
uznaa, e jej nie wierzymy.
- O co chodzi? - spytaa buczusznie. - Mwi prawd.
- To wycie dzieci pkwi - oznajmia Zoe Nightshade.
Mwia dziwacznie, jakby czytaa z jakiej bardzo starej ksiki.
Na dodatek sowa wymawiaa nieco starowie-cko. - Jedno z
waszych rodzicw miertelnym jest, drugie za Olimpijczykiem.
- Olimpijczykiem... To znaczy sportowcem?
- Nie - odpara Zoe. - Bogiem.
- Super! - zawoa Nico.
- Nie! - Gos Bianki dra. - Wcale nie super.
Nico przestpowa z nogi na nog, jakby bardzo potrzebowa
do azienki.
- Czy Zeus naprawd ma piorun, ktry daje szeset do
obrae? I czy dostaje dodatkowe punkty ruchu za...
- Zamknij si, Nico! - Bianca zakrya twarz domi. - To nie
twoja gupia gra w Magi i Mit, okej? Nie ma czego takiego jak
bogowie!
Mimo e strasznie si baem o Annabeth - pragnem
natychmiast ruszy na poszukiwanie - wspczuem te
rodzestwu di Angelo. Pamitaem, jak sam si czuem, kiedy
dowiedziaem si, e jestem pbogiem.
Thalia najwyraniej czua co podobnego, poniewa gniew
paajcy w jej oczach zagodnia nieco.
- Bianca, ja wiem, e trudno w to uwierzy. Ale bogowie s na
wiecie. Zaufaj mi. S niemiertelni. A kiedy maj dzieci ze
miertelnymi ludmi, dzieci takie jak my, to... Nasze ycie jest
pene niebezpieczestw.
- Niebezpieczestw - powtrzya Bianca. - Masz na myli t

dziewczyn, ktra spada? Thalia odwrcia wzrok. Nawet


Artemida wygldaa nieswojo.
- Nie traccie nadziei co do Annabeth - powiedziaa bogini. To bya dzielna panna. Jeli da si j odnale, to ja j odnajd.
- Dlaczego w takim razie nie pozwolisz na i jej szukac? spytaem.
- Ona odesza. Nie czujesz tego, synu Posejdona? Dzia-a tu
jaka magia. Nie wiem dokadnie, w jaki sposb i dlaczego, ale
wasza przyjacika znikna.
Nadal miaem ochot skoczy z klifu, eby jej poszu-kac, ale
czuem, e Artemida ma racj. Gdyby wyldo-waa w morzu,
pomylaem, mgbym poczu jej obecno.
- Aaa! - Nico podnis rek. - A co z panem Ciernia-kiem?
Alecie go fantastycznie ostrzelay! Czy on nie yje?
- On by mantikor - odpowiedziaa mu Artemida. - Miejmy
nadziej, e na razie zosta unieszkodliwiony, ale potwory nigdy
naprawd nie umieraj. Odtwarzaj si w kko i trzeba na nie
polowa, kiedy tylko si poja-wi.
- Inaczej one zapoluj na nas - dorzucia Thalia.
Bianca di Angelo zadraa.
- To by tumaczyo... Pamitasz, Nico, jak ostatniego lata
tamci faceci chceli na nas napa w zauku w Waszyngtonie?
- I ten kierowca autobusu - doda Nico. - Ten, ktry mia
baranie nogi. Mwiem ci; e to prawda.
- Dlatego wanie Grover czuwa nad wami - powie-dziaem. Mia zapewnic wam bezpieczestwo w przy-padku, gdybycie
si okazali herosami.
- Grover? - Bianca wlepia w niego wzrok. - Ty jeste
pbogiem?
- Prawd mwic, satyrem - Zrzuci buty i pokaza swoje kozie
kopyta. Mylaem, e Bianca zemdleje.

- Wkadaj buty, Grover - zwrcia si do niego Thalia. Wystraszye dziewczyn.


- No co, mam czyste kopyta!
- Bianca - powiedziaem - przybylimy wam na pomoc. eby
przey ty i Nico potrzebujecie treningu. Pan Cier-niak nie by
jedynym potworem, jakiego spotkacie w yciu. Musicie
pojecha do obozu.
- Obozu? - spytaa.
- Obozu Herosw - odrzekem. - To tam uczymy si, jak
przey, i tak dalej. Moecie do nas doczy i mieszka tam
przez cay rok, jeli chcecie.
- Ekstra, jedziemy! - zawoa Nico.
- Zaczekaj. - Bianca potrzsna gow. - Ja jeszcze...
- Jest jednakowo inna moliwo - wtrcia si Zoe.
- Nie, nie ma! - przerwaa jej Thalia.
Obie dziewczyny spoglday na siebie z wciekoci. Nie
miaem pojcia, o czym mwi, ale wyczuwaem, e midzy
nimi zaszo co nieprzyjemnego. Z jakiego powodu szczerze si
nawzajem nienawidziy.
- Te dzieci wystarczajco duo przeszy - oznajmia Artemida.
- Zoe, odpoczniemy tu kilka godzin. Postawcie namioty.
Opatrzcie rannych. Zabierzcie rzeczy naszych
goci ze szkoy.
- Tak, pani.
- A ty, Bianco, chod ze mn. Musimy porozmawia.
- A ja? - spyta Nico.
Artemida obrzucia go spojrzeniem.
- Moe pokaesz Groverowi, jak si gra w twoj ulubio-n gr.
Jestem pewna, e on z przyjemnoci zajmie si tob przez
chwil... Moe to potraktowa jak przysug dla mnie.
Grover poderwa si tak szybko, e omal nie potkn si o

wasne nogi.
- Ale, oczywicie! Chod Nico!
Po chwili oddalili si w kierunku lasu, dyskutujc o punktach
ataku, modyfikatorach uzbrojenia obronnego i tym podobnych
dziwactwach. Artemida zabraa komple-tnie zdezorientowan
Biank na spacer wzdu urwiska. owczynie tymczasem
rozpakowyway swoje plecaki i rozbijay obz.
Zoe rzucia Thalii jeszcze jedno zowrogie spojrzenie, po czym
odesza, eby dopilnowa dziewczyn.
Gdy tylko si oddalia, Thalia tupna nog ze zoci.
- Ale one s bezczelne, te owczynie! Wydaje im si, e s...
Ech!
- Zgadzam si z tob - powiedziaem. - Nie ufam...
- Och zgadzasz si ze mn? - Tym razem Thalia zwrci-a
swoj zo na mnie. - A co sobie wyobraae w tej sali
gimnastycznej, Percy? e w pojedynk dasz rad panu
Cierniakowi? Wiedziae, e jest potworem! Gdy-bymy
trzymali si razem, moglibymy pokona go bez
interwencji owczy. Annabeth nie musiaaby zgin. Przyszo
ci to do gowy?
Zacisnem zby. Przychodzio mi do gowy troch nieprzyjemnych odpowiedzi i nawet odpyskowabym jej, gdyby
mojego wzroku nie przykuo co niebieskiego, co leao w
niegu pod moimi stopami. Niebieska bejsbo-lwka Annabeth.
Thalia zamilka. Otara z z policzka, odwrcia si i
pomaszerowaa przed siebie, pozostawiajc mnie same-go nad
lec w niegu podeptan czapeczk.
owczynie rozoyy biwak w kilka minut. Siedem du-ych
namiotw, wszystkie ze srebrzystego jedwabiu, otaczao p-

ksizycem ognisko. Jedna z dziewczyn zag-wizdaa srebrnym


gwizdkiem i z lasu wyszed tuzin bia-ych wilkw. Zaczy
kry wok obozu niczym psy strujce. owczynie
przechadzay si midzy nimi, karmic je przysmakami,
cakowicie bez lku, ale ja wolaem trzyma si bliej namiotw.
Z drzew obserwo-way nas sokoy, ktrych oczy byszczay si
w wietle ognia, a ja odniosem wraenie, e rwnie one nas
strzeg. Nawet pogoda jakby nagia si do woli bogini.
Powietrze byo nadal mrone, ale wiatr osab, a nieg przesta
pada, przy ognisku byo wic niemal przyjemnie.
Niemal... Jeli nie liczy blu w moim ramieniu i przytaczajcego poczucia winy. Nie mogem uwierzy, e Annabeth
odesza. I chocia zociem si na Thali, miaem doujce
poczucie, e ona ma racj. To bya moja wina.
Co Annabeth chciaa mi powiedzie w sali gimnasty-cznej?
Sprawa jest powaniejsza, powiedziaa. A teraz moe ju nigdy
si nie dowiem. Przypomniao mi si jak przetaczylimy p
piosenki, i zrobio mi si jeszcze ciej na sercu.
Obserwowaem Thali krc po niegu na samym skraju
obozu, przechadzajc si bez lku wrd wilkw. Zatrzymaa si
i spojrzaa w stron Westover Hall, ktre byo teraz cakowicie
ciemne, tylko mroczna sylwetka wyaniaa si ze wzgrza poza
lasem. Zastanawiaem si, o czym moga myle.
Siedem lat temu Thalia zostaa przemieniona w sosn przez
swojego ojca, ktry w ten sposb uratowa j przed mierci.
Stawia czoo armii potworw, na szczycie Wzgrza Herosw,
aby da czas na ucieczk przyj acio-om, Luke'owi i Annabeth.
Dopiero od kilku miesicy bya na powrt czowiekiem i
zdarzao jej si od czasu do czasu stac nieruchomo, e mona
byo pomyle, e wci jest drzewem.
W kocu jedna z owczy przyniosa mj plecak. Grover i

Nico wrcili z przechadzki i satyr zaj si moim skaleczonym


ramieniem.
- Zzieleniao! - oznajmi Nico z zachwytem.
- Nie ruszaj si - powiedzia do mnie Grover. - Masz, zjedz
troch ambrozji, a ja oczyszcz ran.
Skrzywiem si, kiedy mnie opatrywa, ale kawaek ambrozji
pomg. Smakowa jak domowe czekoladowe ciasteczko,
rozpywa si w ustach i wypenia cae ciao fal ciepa. Dziki
ambrozji oraz magicznym maciom Grovera ju po paru
minutach moja rka miaa si lepiej.
Nico grzeba w swoim plecaku, ktry musiay wcze-niej
spakowa owczynie, choc nie miaem pojcia, jak im si udao
przemkn niezauwaonym do Westover Hill. Wyoy na nieg
stert figurek do gry bitewnej - mae repliki greckich bogw i
herosw. Rozpoznaem Zeusa z piorunem, Aresa z wczni i
Apollina na sone-cznym rydwanie.
-Nieza kolekcja.
Chopiec umiechn si promiennie.
- Mam prawie szystkie, razem z kartami holografi-cznymi! No,
bez kilku rarw.
- Grasz w to od dawna?
- Od tego roku. Wczeniej... - zmarszczy czoo.
- Co? - spytaem.
- Nie pamitam. To dziwne.
Wyglda na zaniepokojonego, ale nie trwao to dugo.
- Ej moge zobaczy ten twj miecz?
Pokazaem mu Orkan i wytumaczyem, e wystarczy odetka
dugopis, eby sta si mieczem.
- Super! Czy w nim kiedy skoczy si atrament?
- Yyy, no, ja w sumie nigdy nim nie pisz.
- I naprawd jeste synem Posejdona?

- No, tak.
- W takim razie pewnie wietnie surfujesz?
Spojrzaem na Grovera, ktry z trudem powstrzymy
wa si od miechu.
- Rany, Nico - powiedziaem. - Nigdy nie prbowaem.
Zasypa mnie pytaniami. Czy duo kc si z Thali, skoro
ona jest crk Zeusa? (Nie odpowiedziaem). Skoro matk
Annabeth jest Atena, bogini mdroci, to dlacze- go Annabeth
nie wymylia czego mdrzejszego ni spadanie z klifu?
(Zdoaem powstrzymac si od udusze-nia go za to pytanie). Czy
Annabeth jest moj dziewczy- n? (Po tym pytaniu miaem
ochot woy dzieciaka do worka po misie i rzuci na poarcie
wilkom).
Uznaem, e lada moment zapyta mnie o statystyki ataku i
cakowicie si zaami, ale w tej chwili pojawia si Zoe
Nightshade.
- Percy Jacksonie.
Miaa ciemnobrzowe oczy i lekko zadarty nos. Z t srebrn
przepask i dumnym wyrazem twarzy wyglda-a tak krlewsko,
e musiaem si powstrzyma, eby nie usi prosto i nie
powiedzie "Tak, pani". Przygl-daa mi si z niesmakiem,
jakbym by koszem z brudn bielizn, ktry kazano jej
przynie.
- Pjd ze mn - powiedziaa. - Pani Artemida pragnie z tob
rozmawia.
Zoe doprowadzia mnie do ostatniego namiotu, ktry nie rni
si niczym od pozostaych, i gestem wskazaa, ebym wszed do
rodka. Bianca di Angelo siedziaa obok tej rudowosej
dziewczyny - wci nie mogem si przyzwyczai do nazywania

jej Artemid.
W namiocie byo ciepo i wygodnie. Podog pokryway
jedwabiste dywany i poduszki. W samym rodku sta zoty
trjng, na ktrym pon najwidoczniej niczym niezasilany i
niedymicy ogie. Za plecami bogini, na stojaku z
polerowanego dbowego drewna lea jej wie-lki srebrny uk,
wyrzebiony tak, e przypomina rogi gazeli. Na cianach
wisiay skry zwierzce: czarny niedwied, tygrys i kilka
innych, ktrych nie byem w stanie rozpozna. Wyobraaem
sobie, e obroca praw zwierzt dostaby ataku serca na widok
tych rzadkich skr, ale moe skoro Artemida jest bogini
oww, potrafi uzupeni wszystko co ustrzeli. Zobaczyem
kole-jn skr, lec tu koo niej, i uwiadomiem sobie, e
jest to ywe zwierz -jele o byszczcej sierci i sre-brnych
rogach. Jego gowa spoczywaa spokojnie na jej kolanach.
- Witaj, Percy Jacksonie.
Usiadem naprzeciwko niej na pododze namiotu. Artemida
przygldaa mi si, a poczuem si niepew-nie. Miaa bardzo
dojrzae oczy jak na tak mod dziewczyn.
- Dziwi ci mj wiek? - spytaa.
- Yyy... Troszk.
- Mogabym ci si ukazac jako dorosa kobieta albo pomie,
albo te cokolwiek innego, na co miaabym ochot, ale t posta
lubi najbardziej. To redni wiek moich owczy, oraz
wszystkich modych dziewczt, ktrych jestem opiekunk,
zanim zejd na z drog.
- Zejd na z drog?
- Dorosn. Zaczn si podkochiwa w chopakach. Stan si
gupie, wiecznie czym zajte, niepewne. Zapomn o samych
sobie.
-Aha.

Zoe usiada po prawej stronie Artemidy. Wpatrywaa si we


mnie tak, jakby wszystko to, co wanie powie-dziaa bogini,
byo moj win, jakbym to ja by pomyso-dawc istnienia
facetw.
- Musisz wybaczy moim owczyniom, e nie przyjmu-j ci
z radoci - cigna Artemida. - Bardzo rzadko zdarza si nam
goci w obozie chopakw. Zazwyczaj nie wolno im mie
adnych kontaktw z owczyniami. Ostatni, ktry widzia ten
obz... - Spojrzaa na Zoe. - Ktry to by?
- Tamten chopak z Kolorado - odpowiedziaa Zoe. Zamienia go w szakalop.
- Ach, tak. - Artemida przytakna z zadowoleniem. - Bardzo
lubi stwarza szakalopy. W kadym razie, Percy, zaprosiam
ci tu, eby mi opowiedzia wicej o tej mantikorze. Bianca
zdaa mi relacj z pewnych... hmmm, niepokojcych spraw, o
ktrych mwi potwr. Ale ona moga pewnych rzeczy rzeczy
nie zrozumie. Chciaabym wic usysze wszystko od ciebie.
Opowiedziaem jej wic wszystko. Kiedy skoczyem, bogini
pooya w zamyleniu rk na uku.
- Takiej wanie odpowiedzi si obawiaam.
Zoe si wyprostowaa.
- Zapach, Pani?
-Tak.
- Jaki zapach? - zapytaem.
- Potwory na ktre polowaam od tysicy lat, podnosz gowy
- mrukna Artemida. - up tak stary, e niemal o nim
zapomniaam.
Wpatrywaa si we mnie z uwag.
- Przybyymy tutaj, wyczuwajc mantikor, ale to nie tego
potwora szukam. Powtrz mi dokadnie, co powie-dzia pan

Cierniak.
- No... "Nienawidz gimnazjalnych potacwek".
- Nie, nie. Potem.
- Powiedzia, e jaki Genera ma mi wszystko wytumaczy.
Zoe zblada. Zwrcia si do Artemidy, eby co powie-dzie,
ale bogini uniosa rk.
- Mw dalej, Percy - polecia.
- No, a potem Cierniak mwi co o Wielkim Smaeniu...
- Gotowaniu - poprawia mnie Bianca.
- Tak. I powiedzia: "Wkrtce bdzie wrd nas najwa
niejszy z potworw - ten, ktry sprowadzi zagad na Olimp".
Bogini siedziaa tak nieruchomo, e rwnie dobrze moga by
posgiem.
- Moe kama - dorzuciem.
Artemida pokrcia przeczco gow.
- Nie, nie kama. Za pno dostrzegam znaki. Musz
rozpocz owy na tego potwora.
Zoe wygldaa tak, jakby bardzo staraa si nie ba.
Skina gow.
- Ruszymy natychmiast, pani
- Nie, Zoe. Tym razem musz zapolowa sama.
- Ale, Artemido...
- To zadanie jest zbyt niebezpieczne nawet dla owczy.
Wiesz, gdzie musz rozpoczc poszukiwania. Nie moecie tam
ze mn pj.
- Jak... Jak sobie yczysz, pani.
- Odnajd tego potwora - przyrzeka Artemida. - I
przyprowadz go z powrotem na Olimp do zimowego
przesilenia. To powinno przekona Rad Bogw, w jakim
znalelimy si niebezpieczestwie.
- Wiesz, czym jest ten potwr? - spytaem.

Zacisna palce na uku.


- Mdlmy si, ebym si mylia.
- Boginie mog si modli? - spytaem, poniewa nigdy co
takiego nie przyszo mi do gowy.
Na jej ustach pojawi si przelotny umiech.
- Zanim odejd, Percy Jacksonie, mam dla ciebie mae
zadanie.
- Czy w pakiecie jest zamiana w szakalop?
- Niestety nie. Chc, eby odprowadzi owczynie do Obozu
Herosw. Mog tam bezpiecznie pozosta dopki nie wrc.
- Co? - wybucha Zoe. - Ale, Artemido, my nienawi-dzimy
obozu. Ostatnim razem kiedymy tam byy...
- Owszem, wiem - odpowiedziaa bogini. - Ale jestem
przekonana, e Dionizos nie bdzie chowa urazy z powodu tego
maego, och, nieporozumienia. Macie
prawo korzysta z domku smego, ilekro jestecie w potrzebie.
A poza tym syszaam, e odbudowali te domki, ktre
spaliycie. Zoe wymamrotaa pod nosem co o gupich
obozowiczach.
- A teraz musimy podj jeszcze jedn decyzj - Artemida
zwrcia si do Bianki. - Zdecydowaa si ju, moje dziecko?
Bianca si zawahaa.
- Wci nad tym myl.
- Zaczekaj - wtrciem si - Nad czym mylisz?
- One... One zaprosiy mnie, ebym doczya do oww.
- e co? Nie moesz! Musisz uda si do Obozu Hero-sw,
eby Chejron zacz ci uczy. Tylko w ten sposb zdoasz
przey.
- Dla panienki to nie jedyny sposb - odrzeka Zoe.
Nie wierzyem wasnym uszom.
- Bianca, obz jest super! S tam stajnie pegazw i arena do

szermierki i... Waciwie dlaczego miaaby doczy do


owczy?
- Na przykad - powiedziaa Zoe - dla niemiertelnoci.
Wlepiem w ni wzrok, po czym spojrzaem na Artemid.
- Ona artuje, prawda?
- Zoe bardzo rzadko artuje - odpara bogini. - owczy-nie
towarzysz mi w moich przygodach. S moimi pomo-cnicami i
towarzyszkami broni. Kiedy tylko zo przy-sig lojalnoci,
staj si naprawd niemiertelne...
Chyba e polegn w bitwie, co jest mao prawdopodobne. Albo
zami przysig.
- Jak przysig? - zapytaem.
- e na zawsze wyrzekn si romantycznej mioci odpowiedziaa Artemida. - e nigdy nie dorosn, nigdy nie
wyjd za m. Pozostan zawsze dziewcztami.
-Tak jak ty?
Bogini przytakna.
Usiowaem sobie wyobrazi to, o czym mwia. Niemiertelno. Wieczne towarzystwo gimnazjalistek. Jako nie
potrafiem si do tego przekona.
- To znaczy jedzisz tak po wiecie i zbierasz dziew-czta
pkrwi...
- Nie tylko pkrwi - przerwaa mi Zoe. - Pani Artemi-da nie
dyskryminuje nikogo z powodu urodzenia. Kade dziewcz,
ktre czci bogini, moe do nas doczy. Pkrwi, nimfa,
miertelniczka...
- A ty kim jeste?
W jej oczach zapon gniew.
- Nie twoja sprawa, chopcze. Liczy si to, e Bianca moe
doczy, jeli taka jest jej wola. To jej wybr.
- Bianca, to szalestwo - zwrciem si do niej. - Co z twoim

bratem? Nico nie moe zosta owczyni.


- Oczywicie, e nie - powiedziaa Artemida. - On uda si do
obozu. Niestety to najlepsze, co mamy do zaofero-wania
chopakom.
- Ej - zaprotestowaem.
- Moesz si z nim od czasu do czasu widywa - zapewnia
Biank Artemida. - Ale zostaniesz zwolniona
z odpowiedzialnoci. Zajm si nim nauczyciele w obozie. A ty
zyskasz now rodzin. Nas.
- Now rodzin - powtrzya z rozmarzeniem dziew-czyna. Brak odpowiedzialnoci.
- Nie moesz tego zrobic, Bianca - powiedziaem. - To
szalestwo.
Bianca podniosa wzrok na Zoe.
- Warto?
Ta skina gow.
- Warto.
- Co musz zrobi?
- Powtrzyc te sowa - odpowiedziaa. - "Oddaj si bogini
Artemidzie".
- Od... Oddaj si bogini Artemidzie.
- "Wyrzekam si towarzystwa mczyzn, przyjmuj wieczne
paniestwo i przyczam si do oww".
Bianca powtrzya.
- To wszystko?
Zoe przytakna.
- Jeli Pani Artemida przyjmie twoj przysig, staje si ona
wica.
- Przyjmuj - powiedziaa bogini.
Pomienie na trjnogu skoczyy do gry, zalewajc namiot
srebrzyst powiat. Bianca wygldaa tak samo jak wczniej,

ale wzia gboki oddech i otworzya szeroko oczy.


- Czuj si... mocniejsza.
- Witaj, siostro - powiedziaa Zoe.
- Pamitaj o przysidze - dodaa Artemida. - To twoje
nowe ycie.
Nie zdoaem wydusi ani sowa. Czuem si jak intruz. I
kompletna ajza. Nie wierzyem, e przesze-dem przez to
wszystko i tyle wycierpiaem tylko po to, eby utraci Biank na
rzecz jakiego wiecznego klubu dla dziewczt.
- Nie trac nadziei, Percy Jacksonie - powiedziaa Artemida. - I
tak bdziesz musia pokaza ten swj obz obojgu di Angelo. A
jeli Nico bdzie chcia, to moe tam zosta.
- Super - odpowiedziaem, starajc si, eby nie zabrzmiao to
opryskliwie. - A jak mam si tam dosta?
Artemida zamkna oczy.
- Zblia si wit, czas zwin obz. Musicie dosta si na
Lond Island szybko i bezpiecznie. Poprosz mojego brata, eby
was podrzuci.
Zoe najwyraniej nie bya zachwycona tym pomysem, ale
skina gow i zabraa Biank ze sob. Kiedy mnie mijay,
Bianca zatrzymaa si na moment.
- Przepraszam, Percy. Aleja tego chc. Naprawd tego chc.
I posza sobie, a ja zostaem w towarzystwie dwu-nastoletniej
bogini.
- A wic - powiedziaem ponuro - twj brat nas podrzuci, co?
Srebrne oczy Artemidy zabysy.
- Tak, chopcze. Widzisz, Bianca di Angelo nie jest jedyn
osob na wiecie, ktra ma irytujcego brata. Czas, aby pozna
mojego nieodpowiedzialnego blinia
ka, Apollina.

ROZDZIA

IV

THALIA ROZPALA NOW ANGLI


Artemida zapewnia nas, e zblia si wit, ale ja wcale tego nie
czuem. Byo zimniej, ciemniej i padao mocniej ni dotd. W
oknach Westover Hill, widocznych na wzgrzu, nie palio si
wiato. Zastanawiaem si, czy nauczyciele zauwayli ju
zniknicie rodzestwa di Angelo i pana Cierniaka. Nie
chciabym by w pobliu, kiedy to nastpi. Znajc moje
szczcie, jedynym na-zwiskiem, jakie utkwio w gowie pani
Utschniack, bdzie "Percy Jackson", i tak stan si przestpc
poszukiwanym w caym kraju... Kolejny raz.
owczynie zoyy obz rwnie szybko, jak wczeniej go
postawiy. Staem na niegu, trzsc si z zimna (podczas gdy
one sprawiay wraenie, jakby mrz nie stanowi dla nich
najmniejszego problemu), a Artemida wpatrywaa si w
horyzont, jakby na co czekaa. Bianca usiada z boku i
rozmawiaa z Nico. Widzc jego ponur min, byem pewny, e
tumaczy mu swoj decy-zj o przyczeniu si do oww. Nie
potrafiem pow-strzymac myli, e by to z jej strony skrajny
egoizm -zostawic tak brata.
Thalia i Grover podeszli do mnie. Zeraa ich cieka-woc, co
wydarzyo si podczas mojej audiencji u bogini.
Kiedy im powiedziaem, Grover poblad.
- Ostatnim razem, kiedy owczynie odwiedziy obz, sprawy

nie wyglday najlepiej.


- Skd si tu wziy? - zapytaem. - Miaem wraenie, e
pojawiy si znikd.
- A Bianca do nich doczya - dodaa z niesmakiem Thalia. To wszystko wina Zoe. Tej upartej, nieznonej...
- Ja tam si jej nie dziwi - wtrci si Grover. - Wieczno u
boku Artemidy. - Westchn gboko.
Thalia przewrcia oczami.
- Ech, wy, satyrowie. Wszyscy kochacie si w Artemi-dzie.
Nie dociera do was, e ona nigdy tego nie odwzaje-mni?
- Ale ona jest... ekologiczna - powiedzia omdlewaj-cym
gosem.
- Palma ci odbia - podsumowaa Thalia.
- Daktylowa - odrzek rozmarzonym gosem Grover. - Tak.
W kocu niebo pojaniao.
- Najwyszy czas - mrukna Artemida. - Ale on jest leniwy
w zimie.
- Czekasz, no, na wschd soca? - zapytaem.
- Tak. Na mojego brata.
Nie chciaem byc nieuprzejmy. To znaczy, znaem legendy o
Apollinie - a czasami o Heliosie - ktry jedzi w wielkim
sonecznym rydwanie po niebie. Ale wiedzia-em rwnie, e
Soce jest tak naprawd gwiazd odda-lon od nas o miliardy
kilometrw. Przywykem ju do tego, e niektre greckie mity
okazuj si prawd, ale jednak... Nie wyobraaem sobie, e
Apollo moe jedzi na Socu.
- To niezupenie tak, jak sobie wyobraasz - powiedzia-a
Artemida, jakby czytaa mi w mylach.
- Aha, okej. - Rozluniem si. - To znaczy on nie nad-jedzie

w...
Na horyzoncie pojawi si nagy rozbysk wiata. Uderzenie
ciepa.
- Nie patrz - poradzia mi Artemida. - Niech on najpierw
zaparkuje.
Zaparkuje?
Odwrciem oczy i zobaczyem, e pozostali robi to samo.
wiato i ciepo narastay, a w kocu miaem wraenie, e moja
zimowa kurtka roztopi si na mnie. A potem zupenie nagle
wiato zgaso.
Podniosem wzrok. I nie uwierzyem wasnym oczom. To by
mj samochd. To znaczy raczej samochd moich marze.
Czerwony kabriolet maserati spyder. By tak wspaniay, e bi
od niego blask. A potem uwiadomiem sobie, e to byszczy
rozgrzany metal. Wok maserati nieg wytopi si w idealne
koo, co wyjania fakt, e staem teraz na zielonej trawie i
miaem mokro w butach.
Kierowca z umiechem wysiad z samochodu. Wyglda na
jakie siedemnacie albo osiemnacie lat i przez ua-mek
sekundy miaem nieprzyjemne wraenie, e patrz na Luke'a,
mojego starego wroga. Ten chopak mia takie same jasne wosy
i by w taki sam naturalny spo-sb przystojny. Ale to nie by
Luke. Ten go by wyszy i nie mia na twarzy blizny jak Luke.
Umiecha si sze-rzej i radoniej. (Luke ostatnimi czasy
gwnie krzywi si drwico). Mia na sobie dinsy, trampki i
podkoszu-lek bez rkaww.
- Rany - mrukna Thalia. - Ale on jest boski...
- Jest bogiem - powiedziaem.
- Nie to miaam na myli.
- Moja maa siostrzyczka! - zawoa Apollo. Gdyby mia
jeszcze bielsze zby, mgby nas olepi bez tego sone-cznego

samochodu. - Co si stao? Dugo nie dzwonia. I nie pisaa.


Ju zaczynaem si martwi! Artemida westchna.
- U mnie wszystko w porzdku, bracie. I nie jestem twoj
"ma siostrzyczk".
- Ej e, ja si urodziem pierwszy.
- Jestemy blinitami! Ile jeszcze tysicleci mamy si kci...
- No, wic, o co chodzi? - przerwa jej. - Widz, e masz przy
sobie dziewczyny. Chcesz, eby kto ich nauczy strzela z
uku?
Artemida zazgrzytaa zbami.
- Potrzebuj przysugi. Musz si uda na polowanie, sama.
Chciaabym, eby zabra moje towarzyszki do
Obozu Herosw.
- Spoko siostruniu! - Unis rce w gecie nakazuj-cym cisz.
- Czuj, e zblia si haiku.
owczynie jkny. Najwyraniej nie byo to ich pierw-sze
spotkanie z Apollinem. Odchrzkn i unis w dramatycznym
gecie jedn rk.
W niegu trawa si zieleni.
Artemis woa o pomoc. Ale ze
mnie ciacho.
Umiechn si do nas promiennie, czekajc na oklaski.
- Ostatni wers jest za krtki - oznajmia Artemida.
Apollo zmarszczy brwi.
- Naprawd?
- Naprawd. Co by powiedzia na "Ale ze mnie prze
mdrzay typ"?
- Nie, nie, to za dugie. Hmmm. - zacz co mamrota pod

nosem. Zoe Nightshade zwrcia si do


nas.
- Pan Apollo przechodzi faz haiku, odkd wybra si do
Japonii. I tak jest lepiej ni po wizycie w Limerick. Jeli usysz
jeszcze jeden wiersz, ktry zaczyna si od "Bya sobie bogini ze
Sparty"...
- Mam! - wykrzykn Apollo. - " A ze mnie ciacho nie
ziemskie" ma waciwy rytm! - Skoni si bardzo z sie-bie
zadowolony. - Okej, siostru. Transport dlaowczy,
powiadasz? Nieze wyczucie czasu. Jestem gotowy do drogi.
- Ci herosi rwnie musz si tam dosta - powiedziaa
Artemida, wskazujc na nas. - To obozowicze Chejrona.
- Nie ma problemu! - Apollo obrzuci nas wszystkich
wzrokiem. - Przyjrzyjmy si... Thalia, zgadza si? Duo o tobie
syszaem.
Thalia si zarumienia.
- Hej a, Panie Apollinie.
- Zeusowa creczka, co? Znaczy si, jestemy przyro-dnim
rodzestwem. Bya chyba kiedy drzewem, zgadza si? Ciesz
si, e jeste znw z nami. Nienawi-dz kiedy pikne dziewczta
zamieniaj si w drzewa. Ludzie, pamitam, jak kiedy...
- Bracie - upomniaa go Artemida. - Powiniene ju jecha.
- Jasne. - Spojrza na mnie i zmruy oczy. - Percy Jackson?
- Ta. To znaczy... Tak, prosz pana.
Dziwacznie byo si zwracac do nastolatka "prosz pana", ale
kontakty z niemiertelnymi nauczyy mnie ostronoci. Bardzo
atwo ich urazi. A wtedy lepiej by daleko.
Apollo mierzy mnie wzrokiem, ale nic nie mwi, co
przyprawiao mnie o lekki dreszcz.
- wietnie! - zawoa w kocu. - No to si pakujemy, co?
Droga wiedzie tylko w jedn stron - na zachd. Wic jeli nie

zdycie to si nie zaapiecie.


Spojrzaem na maserati, w ktrym mogy si zmieci
najwyej dwie osoby. A nas byo okoo dwudziestki.
- wietna bryka - powiedzia Nico.
- Dziki, chopcze - odrzek waciciel.
- Och - Apollo jakby dopiero teraz dostrzeg ten pro-blem. No c. Nie znosz zmienia trybu ze sportowe-go, ale obawiam
si...
Wycign kluczyki i pstrykn pilotem od alarmu. Pstryk,
pstryk.
Przez moment samochd znw rozbys. Kiedy wiato
przygaso, w miejscu maserati sta ogrkowaty busik, taki, jakim
jedzilimy na szkolne mecze koszykwki.
- Doskonale - powiedzia Apollo. - Wsiada, dziecia-rnia.
Zoe rozkazaa owczyniom zacz pakowa rzeczy. Podniosa
swj plecak, ale Apollo wycign do niej rk.
- Ale, licznotko. Ja to wezm.
Zoe cofna si, a jej oczy rozbysy dz mordu.
- Braciszku - zadrwia Artemida. - Lepiej nie pomagaj moim
owczyniom. Nie patrz na nie, nie rozmawiaj z nimi i nie
podrywaj. No i nie nazywaj ich licznotkami.
Apollo rozoy bezradnie rce.
- Wybacz. Zapomniaem. Ej, siostru, gdzie ty si tak
waciwie wybierasz?
- Na polowanie - odpowiedziaa. - Nie twj interes.
- I tak si dowiem. Ja wszystko widz. O wszystkim wiem.
Artemida prychna.
- Zawie je do obozu, Apollinie. Bez kombinowania!
- Ja miabym kombinowa?
Bogini przerwcia oczami i zwrcia si do nas.
- Zobaczymy si przed zimowym przesileniem. Zoe, do-

wodzisz owczyniami. Sprawuj si dobrze. Postpuj tak, jak ja


bym postpia. Zoe si wyprostowaa.
- Tak jest, pani.
Artemida przyklka i dotkna ziemi, jakby szukajc ladw.
Kiedy si podniosa, wygldaa na zaniepokojo-n.
- Za due niebezpieczestwo. Musz znale t besti.
Pobiega w las i znika w niegu i mroku.
Apollo odwrci si ku nam z promiennym umiechem, bawic
si kluczykami.
- Kto chce prowadzi?
owczynie wsiady do busa. Stoczyy si wszystkie na samym
tyle, eby byc jak najdalej od Apollina i reszty mskiej zarazy.
Bianca usiada z nimi, zostawiajc swo-jego braciszka z przodu
z nami, co wydao mi si mao sympatyczne z jej strony, ale
Nico najwyraniej si nie przejmowa.
- Ale super! - oznajmi, podskakujc na siedzeniu kierowcy. To jest naprawd Soce? Mylaem, e to Helios i Selene s
bogami Soca i Ksiyca. Dlaczego czasem to s oni, a czasem
ty i Artemida?
- Cicie kosztw - odpar Apollo. - Zaczli Rzymianie. Nie
mogli sobie pozwolic na tyle wity i ofiar, wic odstawili
Heliosa i Selene na boczny tor i powierzyli
nam ich obowizki. Moja siostrzyczka dostaa Ksiyc. Ja
-Soce. Z pocztku byo to troch irytujce, ale w kocu
dorobiem si tego samochodu.
- Ale jak to dziaa? - zapyta Nico. - Mylaem, e Soce jest
wielk ognist kul gazu!
Apollo rozemia si i zmierzwi czupryn chopca.

- Te plotki powstay zapewne dlatego, e Artemida przezywa


mnie wielk ognist kul gazu. A powanie, chopcze, to zaley,
czy mwimy o astronomii, czy o filo-zofii. Chcesz pogadac o
astronomii? Ale co w tym cieka-wego? Wolisz porozmawia o
tym, co ludzie myl o So-cu? To znacznie bardziej
interesujce. Wyjedaj, e tak powiem, z mnstwem
pomysw co do Soca. Daje im ciepo, sprawia, e ronie
zboe, zasila maszyny, dziki niemu wszystko wyglda bardziej,
no, sonecznie. Ten rydwan jest zbudowany z ludzkich
wyobrae o Socu, chopcze. Jest tak stary jak nasza
cywilizacja. Kadego dnia przemierza niebo ze wschodu na
zachd, owietlajc wszystkie te drobne, mizerne ywoty mier
telnych. Rydwan jest widomym znakiem potgi Soca, jak j
widz miertelnicy. Kapujesz?
Nico pokrci gow.
-Nie.
- W takim razie wyobra sobie, e to naprawd mocny i
naprawd niebezpieczny samochd na baterie sone-czne.
- Mog poprowadzi?
- Nie. Jeste za mody.
- Ja! Ja! - Grover unis rk.
- Hmmm, nie - odpowiedzia Apollo. - Zbyt wochaty. Przelizgn po mnie wzrokiem i spojrza na Thali. - Crka
Zeusa! Pana niebios. Doskonale.
- O, nie. - Thalia pokrcia gow. - Dzikuj.
- Daj spokj - powiedzia Apollo. - Ile masz lat?
Thalia si zawahaa.
- Nie wiem.
Jakkolwiek to brzmi, jest prawd. Zostaa zamieniona w
drzewo, kiedy miaa dwanacie, ale to wydarzyo si siedem lat
temu. Powinna zatem mie dziewitnacie, gdyby po prostu

liczy lata. Ale ona cigle si czua jak dwunastolatka, a


wygldaa na co porodku. Chejron wymyli, e bdc
drzewem, zapewne dorastaa, ale znacznie wolniej. Apollo
przyoy palec do ust.
- Masz pitnacie, prawie szesnacie lat.
- Skd to wiesz?
- Hej, przecie bogiem wyroczni. Znam si na tym. Za jaki
tydzie bdziesz miaa szesnacie.
- Fakt, mam urodziny! Dwudziestego drugiego grudnia.
- Co oznacza, e masz wystarczajco duo lat, eby zaczc si
uczyc jedzi!
Thalia krcia si niepewnie na swoim miejscu.
- Ekhem...
- Wiem, co chcesz powiedzie - oznajmi Apollo. - Nie
zasuya na prowadzenie rydwanu Soca.
- Wcale nie zamierzaam tego powiedzie.
- Dasz rad! Z Maine na Long Island nie jest daleko,
no, i nie przejmuj si tym, co przydarzyo si ostatniemu
dzieckakowi, ktrego uczyem. Jeste crk Zeusa. Ciebie nie
zrzuci z nieba.
Rozemia si przyjanie. Nikt do niego nie doczy.
Thalia usiowaa protestowa, ale Apollo nie zamierza
przyjmowa odmownej odpowiedzi.
Nacisn co na desce rozdzielczej i na szybie pojawi si
napis. Musiaem go odczyta w odbiciu lustrzanym (co dla
dyslektyka nie rni si zasadniczo od zwykego czytania) i
jestem niemal pewny, e byo tam napisane UWAGA! NAUKA
JAZDY.
- Ruszaj! - zwrci si Apollo do Thalii. - Jeste urodzonym
kierowc!
Przyznaj, e zazdrociem jej. Nie mogem si docze-ka,

kiedy zaczn prowadzi samochd. Kilka razy jesie-ni mama


zabieraa mnie do Montauk i pozwalaa po-jedzi na brzegu po
pustej drodze swojmazd. No, ona co prawda ma japosk
osobwk, a to by rydwan soneczny, ale w kocu dla kierowcy
jaka to rnica?
- Prdkoc rwna si ciepu - wyjani Apollo. - Startuj wic
powoli i miej pewno, e wzniosa si do wyso-ko, zanim
naprawd dodasz gazu.
Thalia chwycia kierownic tak mocno, e knykcie jej
pobielay. Wygldaa tak, jakby miaa zaraz zwymioto-wa.
- Co si dzieje?
- Nic - odpowiedziaa drcym gosem. - N-nnic si nie dzieje.
Pocigna kierownic. Przechylia si, a bus wznis
si w gr tak szybko, e poleciaem do tyu i wyldowa-em na
czym mikkim.
- Au - powiedzia Grover.
- Przepraszam.
- Wolniej! - zawoa Apollo.
- Spoko - odkrzykna Thalia. - Mam to pod kontrol!
Udao mi si podnie. Wyjrzaem przez okno i zoba-czyem
dymicy krg drzew wok polany, z ktrej wy-startowalimy.
- Thalia - powiedziaem - zdejmij troch nog z gazu.
- Dam sobie rad, Percy - odparowaa, zaciskajc zby. Ale
dociskaa nadal do deski.
- Zwolnij.
- Zwalniam! - krzykna. Bya tak napita, e wyglda-a jak
manekin.
- Musimy si skierowa na poudnie, eby si dosta na Long
Island - powiedzia Apollo. - Skr w lewo.
Thalia skrcia kierownice, co ponownie rzucio mnie na
Grovera, ktry jkn.

- W to drugie lewo - podpowiedzia Apollo.


Popeniem ten bd, e wyjrzaem znw przez okno. Bylimy
ju na wysokoci samolotowej... Tak wysoko, e niebo zdawao
si zaglda nam w oczy.
- Ach... - odezwa si Apollo, a ja odniosem wraenie, e robi,
co moe, eby w jego gosie nie sycha byo nie-pokoju. Nieco niej, kochana. Cape Cod zamarza.
Thalia skrcia kierownic. Jej twarz byo kredowobia-a, na
czoo wystpiy kropelki potu. Co byo najwyra-niej nie w
porzdku. Nigdy nie widziaem jej w takim stanie.
Bus zapikowa w d i kto krzykn. Niewykluczone, e ja.
Teraz pdzilimy prosto w kierunku Oceanu Atlantyckiego z
prdkoci kilkuset kilometrw na go-dzin, majc wybrzee
Nowej Anglii po prawej stronie. A w busie zrobio si gorco.
Apollo wyldowa gdzie na tyach pojazdu, ale gramo-li si
spomidzy rzdw siedze.
- Przejmij kierownic! - baga go Grover.
- Nie ma powodw do niepokoju - odrzek bg. Na jego twarzy
niepokj malowa si wyranie. - Ona po prostu musi nauczy
si... ooo!
Zobaczyem to, co on musia dostrzec. Pod nami znajdo-wao
si mae, pokryte niegiem miasteczko. W kadym razie jeszcze
przed chwil byo pokryte niegiem. Biaa wiea kocielna
zmienia barw na brzow i zacza dymi. Nad caym
miasteczkiem unosiy si niewielkie piropusze dymu, zupenie
jak z urodzinowych wieczek. Drzewa i dachy zajmoway si
ogniem.
- Do gry! - wrzasnem.
W oczach Thalii pon dziki ogie. Szarpna znw
kierownic, tym razem zdyem si przytrzyma. Kiedy

wznosilimy si do gry, widziaem przez tylne okno, e nagy


powiew zimnego powietrza zgasi pomienie w miasteczku.
- Tam! - wskaza Apollo. - Long Island jak w pysk strzeli.
Zwolnij nieco, kochana. Z tym strzelaniem to tylko metafora.
Thalia pdzia w stron pnocnego wybrzea Long
Island. Widac ju byo Obz Herosw: dolin, las, pla.
Rozpoznaem pawilon jadalny, domki i teatr.
- Wszystko pod kontrol - wymamrotaa Thalia. - Wszystko
pod kontrol.
Od obozu dzielio nas zaledwie sto metrw.
- Hamuj - powiedzia Apollo.
- Dam sobie rad.
- HAMUJ!
Thalia nacisna hamulec i soneczny bus skoczy do przodu
pod ktem czterdziestu piciu stopni, wpadajc do kajakowego
jeziora Obozu Herosw z wielkim PLUUUSK! Uniosa si para,
a z jeziora wyskoczyy przeraone najady z czciowo
wyplecionymi wiklinowy-mi koszykami.
Bus wypyn na powierzchni wraz z kilkoma przewrconymi stopionymi kajakami.
- Doskonale - oznajmi Apollo, umiechajc si dzielnie. Miaa racj, kochana. Miaa wszystko pod kontrol!
Sprawdzimy, czy nie ugotowalimy kogo wanego, dobrze?

ROZDZIA V
ZAMAWIAM PODWODN ROZMOW
TELEFONICZN

Nigdy wczeniej nie widziaem Obozu Herosw w zimie, wic


nieg mnie zaskoczy.
Bo wiecie, obz ma pen magiczn kontrol klimatu. Nic nie
zakradnie si w jego granice, jeli dyrektor, Pan D. na to nie
pozwoli. Mylaem, e bdzie tu ciepo i so-necznie; ale
okazao si, e pozwolono niegowi nieco po-padac. Tor do
wycigw rydwanw by pokryty szronem, podobnie jak pola
truskawek. Domki byy przystrojone malekimi migoczcymi
wiatekami, zupenie jak tymi na choink, tyle e te tutaj
wyglday na kulki prawdzi-wego ognia. W lesie widziaem
kolejne wiateka, a co jeszcze dziwniejsze, ogie migota nawet
w oknie stry-chu Wielkiego Domu, gdzie mieszka Wyrocznia,
uwi-ziona w starym zamumifikowanym ciele. Zastanawia-em
si, czy duch Wyroczni Delfickiej piecze sobie kie-baski czy
co w tym rodzaju.
- Rany - powiedzia Nico wysiadajc z autobusu. - Czy to jest
cianka wspinaczkowa?
- Aha - odparem.
- A dlaczego pynie z niej lawa?
- Dodatkowe utrudnienie. Chod, przedstawi ci Chejronowi.
Zoe, czy poznaa...
- Znam Chejrona - odpowiedziaa sztywno. - Powiedz mu, e
bd w domku numer osiem. owczynie, za mn.
- Poka wam drog - zaofiarowa si Grover.
- Znamy drog.
- Ale to aden problem. A tu si tak atwo zgubi, jeli nie... Potkn si o kajak, ale podnoszc si, gada dalej. -jak zwyk
mawia mj stary koli ojciec! Chod
cie!
Zoe przewrcia oczami, ale chyba uznaa, e nie pozb-dzie

si Grovera. owczynie zarzuciy plecaki na ramio-na,


podniosy uki i ruszyy w stron domkw. Bianca di Angelo
pochylia si i szepna co na ucho swojemu bratu, zanim
ruszya za nimi. Przez chwil patrzya na niego, czekajc na
odpowied, ale Nico tylko rzuci jej ponure spojrzenie i si
odwrci.
- Uwaajcie na siebie, licznotki! - zawoa za owczy-niami
Apollo, po czym mrugn do mnie. - Uwaaj na przepowiedni,
Percy. Wkrtce si zobaczymy.
- Co masz na myli?
Ale on nie odpowiedzia, tylko wskoczy do busa.
- Pniej, Thalio - zawoa. - I... zachowuj si!
Posa jej obuzerski umiech, jakby wiedzia o czym, o czym
ona nie miaa pojcia. Nastpnie zatrzasn drzwiczki i
uruchomi silnik. Odwrciem wzrok kiedy soneczny rydwan
wystartowa w podmuchu gorca. Kiedy znw spojrzaem w tym
kierunku, z jeziora unosi-a si para. Nad lasem wznosio si
czerwone maserati, wiecc coraz janiej i wspinajc si coraz
wyej, dopki nie znikno w promieniach soca.
Nico wci by w zym humorze. Zastanawiaem si, co
takiego powiedziaa mu siostra.
- Kto to jest Chejron? - spyta. - Nie mam takiej figurki.
- To nasz dyrektor od nauki - odpowiedziaem. - On jest...
Sam zobaczysz.
- Te owczynie go nie lubi - mrukn ponuro Nico. To mi wystarczy.
Drug rzecz, ktra mnie zaskoczya na obozie, byy panujce tu
pustki. Oczywicie, wiedziaem, e wi-kszoc herosw terenuje
tylko w lecie. Przewidywaem, e na miejscu bd tylko

caoroczni - ci, ktrzy nie maj wasnych domw albo byliby


zanadto naraeni na ataki potworw, gdyby opucili obz. Ale
tych te najwyra-niej nie byo wielu.
Zobaczyem Charlesa Beckendorfa z domku Hefajsto-sa, jak
podkada ogie w kuni przy obozowej zbrojo-wni. Bracia
Travis i Connor Hood z domku Hermesa wamywali si do
magazynu. Kilkoro dzieci z domku Aresa toczyo na skraju lasu
bitw na nieki z nimfami. I tyle. Nie dostrzegem nawet mojej
odwiecznej rywalki z domku Aresa, Clarisse.
Wielki dom by ozdobiony acuchami czerwonych i tych
kul ognistych, ktre ogrzeway werand, ale nic si nie
zajmowao ogniem. We wntrzu pomienie trza-skay na
palenisku. Pachniao gorc czekolad. Kierownki obozu Pan D.
i Chejron w milczeniu grali w karty w salonie.
Brzowa broda Chejrona bya gstsza zim, a jego
kdzierzawe wosy nieco dusze. W tym roku nie praco-wa
jako nauczyciel, wic podejrzewa, e mg sobie pozwolic na
nieco wicej swobody. Mia na sobie puchaty sweter w
podkowy, a uoony na kolanach pled prawie cakowicie
zasania wzek inwalidzki.
Umiechn si na nasz widok.
- Percy! Thalia! Ach, a to musi by...
- Nico di Angelo - odpowiedziaem. - On i jego siostra s
pkrwi.
Chejron odetchn z ulg.
- A wic udao si wam.
-No...
Umiech znik z jego twarzy.
- Co si stao? I gdzie jest Annabeth?
- No nie - odezwa si Pan D. znudzonym gosem. - Nie mw,
e stracilimy j eszcze j edn.

Prbowaem nie zwracac uwagi na Pana D., ale troch ciko


byo nie widziec jego jaskrawopomaraczowego dresu w
lamparcie ctki i fioletowych butw do biegania. (Tak jakby Pan
D. kiedykolwiek w swoim niemiertel-nym yciu biega). Na
jego kdzierzawych czarnych wosach spoczywa przekrzywiony
wieniec laurowy, co musiao oznaczac, e wygra poprzedni
partyjk.
- Co masz na myli? - spytaa Thalia. - Kogo jeszcze
stracilimy?
W tej samej chwili do pokoju wszed Grover, cay w
skowronkach. Mia podbite oko i czerwone prgi na policzku,
ktre podejrzanie przypominay lady po oberwaniu po twarzy.
- owczynie si wprowadziy!
Chejron spochmurnia.
- owczynie, mwisz? Widz, e musimy powanie
porozmawia. - Zerkn na Nica. - Grover moe zabra-by
naszego modego przyjaciela do jaskini i pokaza mu
film instruktaowy?
- Ale... Och, oczywicie. Tak jest, prosz pana.
- Film instruktaowy? - spyta Nico. - Bez ogranicze wieku
czy tylko pod opiek dorosych? Bo Bianca bardzo wyranie...
- Pod opiek dorosych od lat trzynastu - odpowiedzia Grover.
- Super! - Nico pomaszerowa za nim, umiechnity od ucha do
ucha.
- A teraz - Chejron zwrci si do Thalii i mnie - moe wy
dwoje usidziecie i opowiecie nam o co chodzi.
Kiedy skoczylimy opowie, Chejron zwrci si do Pana D.
- Powinnimy natychmiast rozpocz poszukiwania Annabeth.
- Ja pjd - oznajmilimy rwnoczenie Thalia i ja.

Pan D. parskn kpico.


- Nie ma mowy!
Oboje z Thalia zaczlimy protestowa, ale kierownik obozu
podnis rk. Mia w oczach ten krwawoczerwo-ny ogie,
ktry zazwyczaj oznacza, e jeli si nie zamkniemy, wydarzy
si co bosko strasznego.
- Z tego co syszaem wynika - powiedzia - e obie strony
poniosy w tej eskapadzie rwne straty. My stra-cilimy,
niestety, Annie Bell...
- Annabeth - warknem. Bya na obozie, odkd sko-czya
siedem lat, a Pan D. nadal udawa, e nie pamita
jej imienia.
- Tak, tak - rzuci lekcewaco. - Ale za to przyprowa-dzilicie
na jej miejsce maego nieznonego chopca. Nie widz wiec
sensu ryzykowa ycia kolejnych herosw w tej niepowanej
akcji ratunkowej. S spore szanse, e ta Annie-jak-jej-tam nie
yje.
Miaem ochot go udusi. To niesprawiedliwe, e Zeus zesa
go tu na sto lat temu na odwyk i zrobi kierowni-kiem obozu.
Miaa to byc kara za ze zachowanie Pana D. na Olimpie, a staa
si kar dla nas wszystkich.
- Annabeth moe y - odrzek Chejron, ale czuem, e
spokojny ton gosu wiele go kosztuje. Waciwie wycho-wywa
Annabeth przez wszystkie te lata, kiedy bya caoroczn
obozowiczk, zanim postanowia sprbowa jeszcze raz
zamieszka z ojcem i macoch. - Ona jest bardzo inteligentna.
Jeli... Jeli wrogowie j porwali, bdzie si staraa gra na
zwok. Moe nawet udawa, e idzie na wspprac.
- W takim razie - powiedzia Pan D. - obawiam si, e bdzie
musiaa wykaza si dostateczn inteligencj, eby wrci
samodzielnie.

Wstaem od stou.
- Percy - w gosie Chejrona brzmiao powane ostrzee-nie. W
gbi serca wiedziaem, e nie naley zadziera z Panem D. On
nie odpuci nawet takiemu impulsywne-mu dziecku z ADHD
jak ja. Ale byem tak wcieky, e si nie przejmowaem.
- Wcale si nie zmartwisz, jeli stracisz kolejnego obozowicza
- oznajmiem. - Najbardziej by chcia, eby
my wszyscy znikli!
Kierownik obozu stumi ziewnicie.
- Jakie wnioski?
- Tak - burknem. - To, e ci tu zesali za kar, nie znaczy,
e musisz by leniwym burakiem! To rwnie twoja cywilizacja.
Moe zechciaby nam choc troszk pomc!
Przez chwil trwaa absolutna cisza, w ktrej sycha byo
jedynie trzask ognia. wiato odbijao si w oczach Pana D.
nadajc mu zowrogi wygld. Otworzy usta, eby co
powiedzie - zapewne jakie przeklestwo, ktre miao mnie
zmie z powierzchni ziemi - kiedy do pokoju wpad Nico a za
nim Grover.
- ALE SUPER! - krzykn Nico wycigajc rce do Chejrona.
- Jeste... Jeste centaurem!
Chejron zmusi si do nerwowego umiechu.
- Tak, panie di Angelo, owszem. Aczkolwiek wol t ludzk
form na wzku podczas pierwszych spotka.
- A ty, rany! - Nico przenis wzrok na Pana D. - Ty jeste ten
kolo od wina? Niemoliwe!
Pan D. odwrci wzrok ode mnie i rzuci chopcu niena-wistne
spojrzenie.
- Kolo od wina?
- Dionizos, zgadza si? O, rany! Mam twoj figurk.
- Moj figurk?

- W mojej grze. Magia i Mit. I hologramow kart! No i mimo,


e masz tylko piset punktw ataku i wszyscy myl, e jeste
najwikszym cieniasem z bogw, moim zdaniem masz ekstra
moce!
- Ach. - Pan D. chyba naprawd by zaskoczony, co
prawdopodobnie uratowao mi ycie. - No, to... bardzo
pochlebne.
- Percy - wtrci szybko Chejron - idcie z Thalido domkw.
Powiadom obozowiczw, e jutro wieczorem rozgrywamy bitw
o sztandar.
- Bitw o sztandar? - zdziwiem si. - Przecie nie mamy...
- To tradycja - odpar Chejron. - Rozgrywka towarzy-ska przy
kadej wizycie owczy.
- Aha - mrukna Thalia. - Istotnie bardzo towarzyskie
wydarzenie.
Chejron przechyli gow w kierunku Pana D., ktry wci
siedzia pospny, suchajc, jak Nico rozprawia o punktach
obrony poszczeglnych bogw w jego grze.
- No, ju, nie ma was - powiedzia do nas.
- Jasne - odrzeka Thalia. - Chod, Percy.
Wycigna mnie z Wielkiego Domu, zanim Dionizos zdy
sobie przypomnie, e zamierza mnie zabi.
- Masz ju na pieku z Aresem - przypomniaa mi Thalia, kiedy
wleklimy si w stron domkw. - Potrze-bujesz kolejnego
niemiertelnego wroga?
Miaa racj. Pierwszego roku na obozie wdaem si w bjk z
Aresem i teraz wszystkie jego dzieci paay dz mordu na
mnie. Nie powinienem zadziera doda-tkowo z Dionizosem. Przepraszam - powiedziaem. - Nie potrafiem si po-

wstrzyma. To po prostu niesprawiedliwe.


Thalia zatrzymaa si przed zbrojowni i spojrzaa na dolin,
ku szczytowi Wzgrza Herosw. Jej sosna rosa tam nadal, a na
najniszej gazi poyskiwao Zote Runo. Magiczne drzewo
wci strzego granic obozu, ale duch Thalii nie stanowi ju
rda jego mocy.
- Wszystko jest niesprawiedliwe, Percy - mrukna. - Czasem
chciaabym...
Nie dokoczya, ale w jej tonie byo co takiego, e zrobio mi
si jej al. Z potarganymi czarnymi wosami, czarnymi
punkowymi ciuchami i starym wenianym paszczem, ktrym
bya okutana, wygldaa jak wielki kruk, cakowicie nie na
miejscu w otaczajcym nas krajobrazie.
- Odzyskamy Annabeth - obiecaem. - Tylko jeszcze nie wiem
jak.
- Najpierw dowiaduj si, e Luke si zagubi - powie-dziaa. A teraz Annabeth...
- Nie myl w ten sposb.
- Masz racj. - Wyprostowaa si. - Co wymylimy.
Na boisku do koszykwki kilka owczy trenowao rzuty do
kosza. Jedna z nich kcia si z chopakiem od Aresa, ktry
trzyma do na rkojeci miecza, a ow-czyni miaa tak min,
jakby zamierzaa w kadej chwili zamieni pik na uk i strza.
- Zajm si tym - powiedziaa Thalia. - A ty przejd si po
domkach. Powiedz wszystkim o tej bitwie o sztandar.
- Okej. Powinna zostac kapitanem.
- Nie - odpowiedziaa. - Ty bye duej na obozie. Ty
bdziesz kapitanem.
- Moemy, no... jako si podzielic stanowiskiem czy co...
Sdzc po jej minie podoba jej si ten pomys mniej wicej
tak samo jak mnie, ale przytakna.

Kiedy ruszya w stron boiska, zatrzymaem j.


- Thalia.
-Co?
- Przepraszam za Westover. Trzeba byo na was zaczeka.
- Daj spokj, Percy. Ja bym pewnie tak samo zrobia. Przestpia z nogi na nog, jakby prbujc podj decy-zj, czy
ma mwi co wicej. - Pamitasz, zapytae o moj mam, a ja
na ciebie naskoczyam. Chodzi o to, e... Po siedmiu latach
prbowaam j odnale i dowie-dziaam si, e zmara w Los
Angeles. Wiesz... Ona bardzo duo pia i z tego, co wiem, jakie
dwa lata temu jechaa po nocy i... - Thalia zamrugaa szybko
oczami.
- O rany.
- Ta. No. Wiesz... My nigdy nie byymy blisko. Uciekam jak
miaam dziesi lat. Najlepsze dwa lata w moim yciu to ta
wieczna ucieczka z Lukiem i Annabeth. A jednak...
- Dlatego miaa problemy z pojazdem sonecznym.
Zerkna na mnie podejrzliwie.
- O co ci chodzi?
- Caa zesztywniaa. Na pewno mylaa o mamie, kiedy nie
chciaa siada za kkiem.
Natychmiast poaowaem tych sw. Mina Thalii niebezpiecznie przypomniaa mi Zeusa ten jedyny raz, kiedy
widziaem go w gniewie - wygldao to tak, jakby w kadej
chwili z jej oczu miay wystrzelic miliardy woltw.
- Ty - mrukna. - Pewnie o to chodzio.
Powleklimy si w kierunku boiska, gdzie syn Aresa i
owczyni prbowali si wzajemnie pozabija za pomoc miecza
i piki do kosza.

Obozowe domki to najdziwniejsze zbiorowisko budyn-kw,


jakie w yciu widziaem. Jedynka i dwjka, nale-ce do Zeusa i
Hery, s duymi budowlami z kolumnada-mi i stoj w rodku,
majc po lewej domki piciu innych bogw i piciu bogi po
prawej. W sumie tworzy to wielk podkow wok trawnika z
paleniskiem do grilla.
Obszedem domki, powiadamiajc wszystkich o bitwie.
Jakiego choptasia do Aresa wyrwaem z popoudniowej
drzemki, wic wydar si na mnie, ebym spada. Kiedy
zapytaem go o Clarisse, odpowiedzia:
- Jest na misji zleconej przez Chejrona! cile tajne!
- Wszystko u niej w porzdku?
- Nie odzywaa si od miesica. Zagina w akcji. Twj tyek
te zaginie, jeli si nie wyniesiesz!
Uznaem, e lepiej pozwol mu spa dalej.
W kocu dotarem do trjki, domku Posejdona. By
niewysoki, zbudowany z morskiego kamienia, w ktrym byo
wida mnstwo zatopionych muszelek i koralow-cw. W rodku
byo jak zwykle pusto, jeli nie liczy mojego ka. Na cianie
nad moj poduszk wisia rg Minotaura.
Wyjem z plecaka bejsbolwk Annabeth i pooyem j na
nocnej szafce. Oddam jej, kiedy j odnajd. Bo ja j odnajd.
Zdjem zegarek i uruchomiem tarcz. Rozwijajc si, gono
zgrzytaa. Kolce pana Cierniaka wgnioty spi w kilku
miejscach. Jedna rysa uniemoliwiaa cakowite otwarcie tarczy,
wygldaa wic teraz jak pizza, z ktrej kto zjad dwa kawaki.
Pikne sceny, ktre wyku na niej mj brat, byy pocite. Na
obrazku przedstawiaj -cym mnie i Annabeth walczcych z
Hydr wygldaem tak, jakby meteoryt zrobi mi dziur w

czaszce. Powiesi-em tarcz na koku, obok rogu Minotaura, ale


przykro byo teraz na ni patrze. Moe Beckendorf od
Hefajsto-sa zdoa j naprawi. By najlepszym zbrojmistrzem na
obozie. Zapytam go podczas kolacji.
Wpatrywaem si w tarcz, kiedy usyszaem gulgo-czcy
dwik - gulgotanie wody - i uwiadomiem sobie, e w domku
jest co, czego wczeniej tam nie byo. W kcie staa wielka
misa z szarego morskiego kamienia, z kranem rzebionym w
ksztat rybiej gowy. Z pyszczka ryby laa si woda - byo to
sone rdo wylewajce si z misy. Woda musiaa byc gorca,
poniewa w chodnym zimowym powietrzu tworzya si mgieka
jak w saunie. Dziki temu w pokoju byo ciepo i czuo si lato
-pachniao wieym morskim powietrzem.
Podszedem do misy. Nie byo tam adnej karteczki ani nic, ale
wiedziaem, e to moe byc prezent tylko od Posejdona.
Popatrzyem w gb wody:
- Dziki, tato.
Powierzchnia wody zafalowaa. Na dnie misy zamigo-tay
monety - okoo tuzina zotych drahm. Domyliem si, do czego
suy to rdo. Przypomina, e mam utrzy-mywac kontakty z
rodzin.
Otworzyem najblisze okno i zimowe soce wytwo-rzyo w
mgiece tcz. Nastpnie wyowiem z gorcej wody monet.
- Irydo, Bogini Tczy - powiedziaem - przyjmij moj ofiar.
Wrzuciem monet w mgiek. Znika. W tej samej chwili
uwiadomiem sobie, e nie mam pojcia z kim powinienem si
skontaktowa najpierw.
Z mam? Byoby to zachowanie godne "dobrego synka", ale
ona nie powinna si jeszcze o mnie martwi. Przywyka do tego,
e znikam na kilka dni albo nawet tygodni.
Z tat? Bardzo, ale to bardzo dawno z nim nie rozma-wiaem -

od prawie dwch lat.


Ale czy mona wysyac wiadomoci iryfonem do bogw?
Nigdy nie prbowaem. Moe ich to zdenerwo-wac, jak telefony
od akwizytorw czy co w tym rodzaju.
Zastanawiaem si. I podjem decyzj.
- Poka mi Tysona - poprosiem. - W kuniach cyklopw.
Mgieka zamigotaa i pojawi si w niej obraz mojego
przyrodniego brata. Otacza go ogie, co zapewne stano-wioby
problem, gdyby nie by cyklopem. Pochyla si nad kowadem,
kujc rozpalone do czerwonoci ostrze miecza. Wok niego
latay iskry i taczyy pomienie. Za jego plecami widziaem
oprawne w marmur okno, ktre wychodzio na ciemnoniebiesk
wod - dno oceanu.
- TYSON! - krzyknem.
Odwrci si i otworzy szeroko swoje ogromne oko.
Wyszczerzy krzywe te zby w szerokim umiechu.
- Percy!
Rzuci miecz i podbieg usiujc mnie uciska. Obraz zamaza
si a ja odruchowo si cofnem.
- Tyson, to tylko iryfon. Mnie tam nie ma.
- Oj - wrci na wizj z zakopotan min. - No tak,
wiedziaem. Tak.
- Jak leci? - spytaem. - Jak praca?
Oko mu rozbyso.
- Wymarzona! Patrz! - Podnis rozpalone ostrze goy-mi
rkami. - Wykuem to!
- Super.
- Napisaem na nim moje imi. O, tu.
- Rewelacja. Suchaj, zdarza ci si rozmawia z tat?
Umiech przyblad nieco na twarzy Tysona.
- Niezbyt czsto. Tata jest zajty. Martwi si t wojn.

- Jak wojn?
Tyson westchn. Wysun ostrze miecza przez okno i wod
wypenia chmura bbelkw. Kiedy wcign miecz z powrotem
do kuni, metal by zimny.
- Stare duchy morza sprawiaj kopoty. Ajgajon. Okea-nos.
Tacy rni.
Co tam mi witao. Mia na myli tych niemiertel-nych,
ktrzy rzdzili morzami w czasach Tytanw. Zanim wadz
przejli Olimpijczycy. To, e zaczli pod-nosi gowy teraz,
kiedy Pan Kronos i jego poplecznicy roli w si, nie wryo
nic dobrego.
- Czy mog jako pomc? - spytaem.
Tyson pokrci smtnie gow.
- Stawiamy nereidy pod bro. Do jutra potrzebne bdzie dla
nich tysic mieczy. - Spojrza na swoje ostrze i westchn. Dawne duchy opiekuj si z odzi.
- Masz na myli "Ksiniczk Andromed"? - wybau-szyem
oczy. - Statek Luke'a?
- Tak. Bardzo ciko go znale. Chroni go przed sztormami
taty. Inaczej dawno by go rozwali.
- Rozwalenie go to niezy pomys.
Tyson przechyli gow, jakby co innego przyszo mu do
gowy.
- Annabeth! Jest z tob?
- Eee, no... - Serce ciyo mi jak kula od krgli. Tyson uwaa
Annabeth za najwspanialsz rzecz na wiecie zaraz po male
orzechowym (on uwielbia maso orzecho-we). Nie miaem serca
powiedzie mu, e zagina. Za-czby paka tak, e zapewne
zgasiby wszystkie pale-niska w kuni.
- No, nie. Nie ma jej tu w tej chwili.
- Pozdrw j ode mnie! - Rozpromieni si. - Pozdrw

Annabeth!
- Jasne. - Ledwie przeszo mi to przez gardo. - Pozdro-wi.
- I nie przejmuj si z odzi, Percy. Ona odpywa.
- Co masz na myli?
- Kana Panamski! To bardzo daleko.
Zmarszczyem brwi. Dlaczego Luke zabiera ten prze-siknity
demonami liniowiec a tam? Kiedy go ostatnio widzielimy,
pywa wzdu Wybrzerza Wschodniego, rekrutujc herosw i
musztrujc armi potworw.
- Okej - powiedziaem, ale wcale nie czuem si w porzdku. To... dobrze. Chyba.
W gbi kuni jaki niski gos rykn co, czego nie
zrozumiaem. Tyson si wzdrygn.
- Musz wraca do pracy. Inaczej szef si wcieknie.
Powodzenia, bracie.
- Okej, przeka tacie...
Zanim zdyem dokoczy, obraz zamigota i zgas. Byem
sam w moim domku, jeszcze bardziej osamotnio-ny ni
wczeniej.
Przy kolacji byem bardzo nieszczliwy.
Oczywicie jedzenie byo wspaniae jak zawsze. Trudno, eby
byo inaczej, jeli si ma miso z grilla, pizz i
samonapeniajce szklanki na napoje. Pochodnie i paleniska
zapewniaj otwartemu pawilonowi ciepo. Ale regua jest taka,
e siedzi si przy stoach z wsp-mieszkacami domkw, co
oznacza, e ja siedz sam
przy stoliku Posejdona, Thalia sama przy stoliku Zeusa, i nie
moemy usic razem. Przepisy obozowe. Hefajs-tos, Ares i
Hermes mieli po kilka osb. Nico usiad z bracmi Hood,

poniewanowi obozowicze zawsze dostaj si do domku


Hermesa, dopki ich olimpijski rodzic po-zostaje nieznany.
Bracia Hood prbowali przekona go, e poker jest znacznie
lepsz gr ni Magia i Mit. Mia-em nadziej, e Nico nie ma
adnych pienidzy, ktre mgby przegra.
Jedynym stolikiem, ktry si wietnie bawi by stolik
Artemidy. owczynie jady, piy i miay si jak wielka rodzina.
Zoe siedziaa u szczytu stou niczym matka. Nie miaa si tyle,
ile pozostae dziewczyny, ale od czasu do czasu na jej twarzy
goci umiech. Jej srebrna opaska porucznika lnia na
ciemnych wosach. Uzna-em, e wyglda znacznie lepiej, kiedy
si umiecha. Bianca di Angelo najwyraniej czua si w tym
towarzy-stwie doskonale. Uczya si siowania na rk od tej
wy-sokiej dziewczyny, ktra bia si z synem Aresa na bo-isku
do koszykwki. Ta wiksza za kadym razem j po-konywaa,
ale Biance najwyraniej to nie przeszkadzao.
Kiedy skoczylimy kolacj, Chejron zgodnie ze zwy-czajem
wznis toast na cze bogw i oficjalnie powita owczynie
Artemidy. Oklaski nie byy zbyt ywioowe. Nastpnie ogosi
"towarzysk" bitw o sztandar, ktra miaa si odby nastpnego
wieczoru. To spotkao si ze znacznie lepszym przyjciem.
Pniej wszyscy udalimy si z powrotem do swoich domkw
- zim cisza nocna wypadaa wczeniej. Byem wykoczony,
wic zasnem od razu. Chocia tyle. Gorzej, e ni mi si
koszmar, ktry nawet jak na moje moliwoci by potworny.
Zobaczyem Annabeth na ciemnym spowitym mg zboczu.
Wygldao to prawie jak Podziemie i natych-miast poczuem
klaustrofobi. Nie widziaem nieba - tylko wiszcy nisko ciki

mrok jak we wntrzu jaskini.


Annabeth z trudem wspinaa si na wzgrze. Wok
widziaem ruiny starych greckich kolumn z czarnego marmuru,
jakby co zamienio wielk budowl w gruz.
- Cierniak! - zawoaa Annabeth. - Gdzie jeste? Dla-czego
mnie tu przyprowadzie? - Wspia si na kawa-ek zburzonej
ciany i znalaza si na szczycie wzgrza.
Wsztrzymaa oddech.
Przed ni znajdowa si Luke. Cierpia.
By skulony na skalistym podou, usiujc si podnie. Mrok
wok niego wydawa si gstszy, mga wirowaa arocznie.
Jego ubranie byo w strzpach, a twarz podparta i zlana potem.
- Annabeth! - zawoa. - Pom mi. Prosz!
Rzucia si do przodu.
Usiowaem zawoa: To zdrajca! Nie ufaj mu! Ale mj gos
nie nie nalea do wiata snu. Zobaczyem w jej oczach zy.
Wycigna rce, jakby chciaa dotkn twarzy Luke'a, ale w
ostatniej chwili si zawahaa.
- Co si stao? - spytaa.
- Zostawili mnie tutaj - jkn Luke. - Prosz. To mnie zabija.
Nie miaem pojcia, co mu jest. Najwyraniej walczy z jak
niewidzialn kltw, jak gdyby ta mga dusia go na mier.
- Dlaczego mam ci ufac? - spytaa Annabeth. W jej gosie
brzmia bl.
- Nie powinna - odpowiedzia. - Byem dla was okropny. Ale
jeli mi nie pomoesz, umr.
Daj mu umrzec, chciaem krzyczec. Luke zbyt wiele razy
prbowa nas zabi z zimn krwi. Nie zasuy na litoc
Annabeth.
W tej chwili ciemnoc nad jego gow zacza pka niczym
sklepienia jaskini podczas trzsienia ziemi. Z gry posypay si

wielkie odamy czarnej skay. Anna-beth rzucia si do przodu w


momencie, kiedy pojawia si szczelina i zaamao si cae
sklepienie. Podtrzymaa je jako - cae tony skay. Trzymaa je z
caej siy, nie po-zwalajc im runc na ni i Luke'a. To byo
niemoliwe. Nie miaa tyle siy. Luke wytoczy si na zewntrz,
dyszc ciko.
- Dziki - wymamrota.
- Pom mi to trzyma - jkna Annabeth.
Luke zapa oddech. Twarz mia brudn i spocon. Podnis si
chwiejnie.
- Wiedziaem, e mog na ciebie liczy. - Zacz si oddalac, a
rozedrgany mrok mg w kadej chwili zawali si na Annabeth.
- POM MI! - bagaa.
- Och, nie masz si co matrwi - odpowiedzia Luke. - Pomoc
ju jest w drodze. To wszystko naley do planu. Postaraj si
tymczasem nie umrze.
Sklepienie mroku znw zaczo si kruszy, przygnia-tajc
dziewczyn do ziemi.
Usiadem na ku wyprostowany, zaciskajc palce na pocieli.
W domku panowaa cisza, jeli nie liczy plusku sonego rda.
Budzik stojcy na nocnej szafce wskazy-wa kilka minut po
pnocy.
To by tylko sen, ale dwch rzeczy mogem byc pewny:
Annabeth znalaza si w straszliwym niebezpiecze-stwie, a
Luke by za to odpowiedzialny.

ROZDZIA VI

WIZYTA DAWNO ZMAREGO


PRZYJACIELA

Nastpnego ranka po niadaniu opowiedziaem Grove-rovi o


tym nie. Siedzielimy na ce, przygldajc si satyrom,
gonicym po niegu lene nimfy. Nagrod za zapanie miay byc
pocaunki, ale rzadko si zdarzay.
Zazwyczaj byo tak, e gdy satyr zadadto si zbliy, nimfa
zmieniaa si w pokryte niegiem drzewo, a biedak wpada na
pie i na dodatek ldowa w zaspie.
Grover wysucha relacji o moim koszmarze, drapic si po
wochatej nodze.
- Zawalio si na ni sklepienie jaskini? - spyta.
- Aha. Co to u diaba oznacza?
Mj przyjaciel potrzsn gow.
- Nie mam pojcia. Ale po tym, co si nio Zoe...
- Ej. O czym ty mwisz? Zoe miaa podobny sen?
- No... Nie wiem dokadnie. Jako o trzeciej nad ranem
przysza do Wielkiego Domu i zadaa rozmowy z Chejronem.
Bya niele spanikowana.
- Czekaj... Skd ty o tym wiesz?
Grover obla si rumiecem.
- Ja... No... Troch biwakowaem pod domkiem Artemidy.
- Po co?
- eby, no wiesz, by blisko.
- Ty kopytny Romeo.
- Przesta! W kadym razie poszedem za ni do Wielkiego

Domu, schowaem si w krzakach i wszystko widziaem. Bya


naprawd nieszczliwa, kiedy Argus nie wpuci j do rodka.
Zrobio si w sumie do niebe-zpiecznie.
Usiowaem to sobie wyobrazi. Argus - potny blon-dyn z
oczami na caym ciele - by szefem ochrony na obozie. Rzadko
si pokazywa, chyba e dziao si co naprawd powanego.
Nie chciabym obstawia wynikw pojedynku midzy nim a
Zoe Nightshade.
- Co powiedziaa? - zapytaem.
Grover si skrzywi.
- Wiesz, ona gada strasznie starowiecko, kiedy si
zdenerwuje, wic nie bardzo zrozumiaem. Ale co o tym, e
Artemida ma kopoty i potrzebuje owczy. A potem nazwaa
Argusa bezmzgim ordynusem... To chyba co nieprzyjemnego.
A on nazwa j...
- Moment, czekaj. Jakie niby Artemida ma kopoty?
- Eee... No, w kocu Chejron wyszed w piamie i papi-lotach
na ogonie i...
- On nosi papiloty na ogonie?
Grover zakry doni usta.
- Niewane - powiedziaem. - Mw dalej.
- No wic Zoe oznajmia, e potrzebuje zgody na na
tychmiastowe opuszczenie obozu. Chejron odmwi.
Przypomnia jej, e owczynie maj tu pozosta do czasu, kiedy
dostan rozkazy od Artemidy. A ona na to... - Grover nabra
oddechu. - Ona powiedziaa: "Jak mamy dosta rozkazy od
Artemidy, skoro Artemida si zgubia?".
- Co to znaczy, e si zgubia? Nie wie, w ktr stron ic?
- Nie. Obawiam si, e to znaczy: zagina. Znika. Kto j
porwa.
- Porwa? - Usiowaem przyswoi sobie tak myl. - Jak

mona porwa niemierteln bogini? Czy to w ogle moliwe?


- No, wiesz Persefonie si zdarzyo.
- Ale ona bya tak jakby bogini kwiatw
Grover zrobi uraon min.
- Wiosny.
- Niewane. Artemida to zupenie inna liga. Kto mgby j
porwa? I dlaczego?
Satyr pokrci aonie gow.
- Nie mam pojcia. Kronos?
- On jeszcze nie ma takiej mocy. Prawda?
Ostatnim razem kiedy widzielimy Kronosa, by poszatkowany na kawaki. To znaczy... Waciwie go nie
widzielimy. Tysice lat temu, po tej wielkiej wojnie midzy
tytanami a bogami ci ostatni pokawakowali go jego wasnym
sierpem i wrzucili szcztki do Tartaru, ktry jest jak bezdenna
boska mieciara na wrogw. Dwa lata temu Kronos zwabi nas
nad sam krawd tej otchani i omal nas tam nie wcign. A
ostatniego lata widzielimy na pokadzie demonicznego okrtu
Luke'a zoty sarkofag, do ktrego chopak pono przyzywal pana
tytanw z otchani, kawaek po kawaku, ilekro kto przycza
si do jego armii. Kronos potrafi wpy-wa na ludzkie umysy za
pomoc snw i oszukiwa je, ale nie mogem sobie wyobrazi,
jak miaby fizycznie po-kona Artemid skoro nadal by stert
obrzydliwego kompostu.
- Nie wiem - powiedzia Grover. - Myl, e kto by si
zorientowa, gdyby Kronos odzyska ksztat. Bogowie byliby
zaniepokojeni. Ale mimo wszystko to dziwne, e ni ci si
koszmary tej samej nocy co Zoe. To prawie tak, jakby byy...
- One s poczone - oznajmiem.
Na zamarznitej ce jeden z satyrw polizgn si w trakcie
pocigu za rudowos nimf len. Driada roze-miaa si i

wycigna do niego rce. Pstryk! Zamienia si w pini, a on


ucaowa pie.
- Och, mio - szepn sennie Grover.
Pomylaem o koszmarze, ktry przyni si Zoe raptem kilka
godzin po moim.
- Musz pogada z Zoe - powiedziaem.
- Hm, zanim to zrobisz... - Grover wycign co z kieszeni
kurtki. By to folder przypominajcy reklam biura podry. Pamitasz to, co powiedziae... Zdawa-o ci si, e one pojawiy
si z nikd na Westover Hill? Obawiam si, e mogy nas
ledzi.
- ledzi? Co masz na myli?
Poda mi folder. Bya to rekrutacyjna broszura ow-czy
Artemidy. Na jej pierwszej stronie przeczytaem haso:
ZAPLANUJ SWOJ PRZYSZO! W rodku zobaczyem
zdjcia modych dziewczyn polujcych, gonicych potwory,
strzelajcych z uku. I kolejne hasa: PAKIET ZDROWOTNY:
NIEMIERTELNO! A take WIETLANA PRZYSZO
BEZ FACETW!
- Znalazem to w plecaku Annabeth - oznajmi.
Gapiem si na niego.
- Nie rozumiem.
- No, wiesz, mam wraenie... e moe Annabeth rozwa-aa
doczenie do nich.

Bardzo chciabym powiedzie, e dobrze zniosem t


wiadomo. Prawda jednak taka, e miaem ochot udusi
owczy-nie

Artemidy - kad wieczn dziewic, jedn po drugiej.


Przez reszt dnia wynajdowaem sobie rne zajcia, ale tak
naprawd zamartwiaem si o Annabeth. Po-szedem na lekcj
rzucania oszczepem, ale chopak z domku Aresa, ktry
nadzorowa terning, wywali mnie, kiedy w roztargnieniu
cisnem oszczepem w tarcz, zanim on zszed z linii strzau.
Przeprosiem go za dziur w portkach, ale on i tak posa mnie
do wszys-tkich diabw.
Odwiedziem stajnie pegazw, ale Silena Beuregard z domku
Afrodyty kcia si tam wanie z jedn z ow-czy, wic
uznaem, e lepiej nie bd si miesza.
Pozostao mi siedzie markotnie w pustej awce przy torze do
wycigw rydwanw. Na strzelnicy Chejron prowadzi
szkolenie. Wiedziaem, e to z nim powinie-nem porozmawia.
Moe byby w stanie wesprze mnie rad; ale co mnie
powstrzymywao. Mylaem, e Chejron bdzie sie stara mnie
chroni, jak zawsze. Moe nie powiedzie mi wszystkiego co
wie.
Spojrzaem w przeciwnym kierunku. Na szczycie Wzgrza
Herosw Pan D. i Argus karmili smocztko pilnujce Zotego
Runa.
I wtedy co przyszo mi do gowy: w Wielkim Domu nie byo
nikogo. A tam jest kto inny... Co innego, co mogem poprosi
o rad.
Krew szumiaa mi w uszach, kiedy biegem do domu i na gr
po schodach. Byem tam tylko raz, a wci nio mi si to po
nocach. Odsunem klap i wspiem si na strych.
Pokj by ciemny, zakurzony i zawalony starymi grata-mi,
zupenie tak jak pamitaem. Byy tam tarcze nosz-ce lady
kw i pazurw potworw, miecze powyginane w ksztaty
demonicznych gw, a take nieco trofew, na przykad

wypchana harpia oraz jaskrawopomaraczowy pyton.


Pod oknem na trj nonym taborecie siedziaa pokur-czona
mumia starej kobiety w hipisowskich ciuchach. Wyrocznia.
Zmusiem si, eby podejc do niej. Czekaem, a z jej ust
wydostanie si zielona mga, jak poprzednio, ale nic takiego si
nie wydarzyo.
- Hejka - powiedziaem. - Ekhem, jak zdrwko?
Skrzywiem si, syszc, jak idiotycznie to zabrzmiao. Jak
mona pyta o zdrwko kogo, kto jest martwy i upchnity na
strychu? Wiedziaem jednak, e duch Wyroczni gdzie tam jest.
Czuem w tym pomieszczeniu chodn obecno, jakby
zwinitego we nie wa.
- Mam pytanie - odezwaem si nieco goniej. - Musz si
dowiedzie czego o Annabeth. Jak mam jurato-wac?
Zero odpowiedzi. Przez brudne okna strychu wpaday
promienie soneczne, owietlajc drobinki kurzu taczce w
powietrzu.
Odczekaem jeszcze chwil.
W kocu si rozzociem. Zostaem zlekcewaony przez trupa.
- W porzdku - oznajmiem. - Spoko. Sam sobie dam rad.
Odwrciem si i wpadem na wielki st peen pami-tek.
Wyda mi si jeszcze bardziej zagracony ni podczas mojej
poprzedniej wizyty. Herosi skaduj na strychu najrniejsze
badziewia: trofea, ktrych nie maj ochoty trzyma w domkach,
oraz te przywoujce nieprzyjemne wspomnienia. Wiedziaem,
e Luke upchn tu gdzie smoczy pazur - ten, ktry rozora mu
twarz.
Leaa tam te zamana rkoje miecza z karteczk z opisem:
"Miecz zama si, a Leroy zagin, 1999".
Obok zauwayem row jedwabn apaszk, rwnie
opatrzon karteczk. Podniosem kartonik i usiowaem

odczyta, co tam napisano:


APASZKA BOGINI AFRODYTY
ODZYSKANA W WODNEJ KRAINIE W DENVER
PRZEZ ANNABETH CHASE I PERCY'EGO JACKSONA
Gapiem si na apaszk. Cakowicie o niej zapomnia-em. Dwa
lata temu Annabeth wyrwaa mi j z rk, mwic co w rodzaju
"Trzymaj si z dala od magii miosnej!".
Byem pewien, e po caej tej historii musiaa j wyrzuci.
A jednak chustka bya tu nadal. Annabeth jednak j
zachowaa? Dlaczego w takim razie wyrzucia w kocu na
strych?
Odwrciem si do mumii. Nie poruszya si, ale cienie
ukadajce si na jej twarzy naday jej pospnie umiechnity
wyraz.
Odoyem chustk i staraem si wyj spokojnie.
Tego wieczoru po obiedzie miaem szczery zamiar poko-nac
owczynie w bitwie o sztandar. To powinna by prosta sprawa:
raptem trzynacie owczy, liczc z Bianc di Angelo i mniej
wicej tyle samo obozowiczw.
Zoe Nightshade wygldaa niewyranie. Rzucaa Chejronowi
uraone spojrzenia, jakby nie moga uwie-rzy, e tak z ni
postpi. Pozostae owczynie te nie wyglday na
uszczliwione.
Ju nie miay si i nie artoway jak poprzedniego wieczoru.
Zbiy si w ciasn grupk w jadalni, szepcc co nerwowo
midzy sob i poprawiajc rzemyki na zbrojach. Niektre chyba
dopiero co pakay. Obawiaem si, e Zoe opowiedziaa im

swj sen.
W naszej druynie by Beckendorf i jeszcze dwch chopakw
od Hefajstosa, kilka osb z domku Aresa (wci nie mogem si
przyzwyczaic do nieobecnoci Cla-risse), bracia Hood i Nico z
domku Hermesa oraz kilkoro dzieciakw od Afrodyty.
Zdziwiem si, e domek Afro-dyty w ogle chcia brac udzia w
zabawie. Oni zazwy-czaj trzymali si z boku, rozmawiajc we
wasnym
gronie i przegldajc si w rzece, ale kiedy dowiedzieli si, e
bdziemy gra przeciwko owczyniom, niespo-dziewanie
postanowili doczy.
- Ja im dam, mwi: "mio jest aosna" - mrukna Silena
Beauregad, zapinajc zbroj. - Zetr je na proch!
No i bylimy jeszcze ja i Thalia.
- Ja si zajm atakiem - zaproponowaa Thalia - a ty we
obron.
- Eee - powiedziaem niepewnie, poniewa wanie
zamierzaem wysunc podobn propozycj, tyle e z
odwrconymi rolami. - Nie wydaje ci si, e ze swoj tarcz i w
ogle bdziesz lepsza w obronie?
Thalia miaa ju Egid przypit do ramienia i nawet ludzie z
naszej druyny omijali j szerokim ukiem, mimowolnie
uchylajc si przed spiow gow Meduzy.
- Wiesz, uznaam, e ona bdzie lepsza w ataku
-odpowiedziaa Thalia. - A poza tym masz wiksze
dowiadczenie w obronie.
Nie byem pewny, czy sobie ze mnie kpi. Moje dowiadczenie
w obronie podczas bitwy o sztandar byo doc fatalne. W czasie
mojego pierwszego pobytu na obozie Annabeth wystawia mnie
jako rodzaj przynty, co skoczyo si tak, e omal nie
wykrwawiem si na mier i nie zostaem

poarty przez piekielnego ogara.


- Dobra, spoko - skamaem.
- Super. - Thalia odwrcia si, eby pomc jednej z
dziewczyn od Afrodyty, ktra usiowaa zaoy zbroj, nie
amic przy tym paznokci.
Do mnie podbieg rozpromieniony Nico di Angelo.
- Percy, ale to zarbiste! - Hem z niebieskim czubem opada
mu na oczy, a napiernik by conajmniej sze razy za duy.
Zastanawiaem si, czy ja wygldaem rwnie idiotycznie, kiedy
pojawiem si tu po raz pierw-szy. Obawiaem si, e tak.
Nico unis miecz z wysikiem.
- Zabijamy przeciwnikw?
-Eee... Nie.
- Ale przecie owczynie s niemiertelne, prawda?
- Tylko jeli nie polegn w bitwie. Poza tym...
- Byoby super, gdybymy, wiesz, zmartwychwstawali zaraz
po tym, jak zostaniemy zabici, eby mc dalej walczy i...
- Nico to jest powana gra. Prawdziwe miecze. Mona si
zrani.
Wbi we mnie wzrok, w ktrym malowao si pewne
rozczarowanie, i nagle zorientowaem si, e mwi jak moja
mama. Oj. Zy znak.
Poklepaem Nica po ramieniu.
- Suchaj, jest fajnie. Trzymaj si druyny. Unikaj Zoe. Bdzie
ekstra zabawa.
Na posadzce pawilonu rozleg si stukot kopyt Chejrona.
- Herosi! - zawoa. - Znacie zasady! Strumie jest lini
graniczn. Druyna niebieska, Obozu Herosw, do-staje
zachodni cz lasu. owczynie Artemidy, druy-na czerwona wschodni. Ja bd sdzi i lekarzem po-lowym. adnych
celowych okalecze, prosz! Dozwolone s wszelkie przedmioty

magiczne. Na pozycje!
- Super - szepn koo mnie Nico. - Jakie przedmioty
magiczne? Ja te jaki dostan?
Miaem wanie przekaza mu smutn wiadomo, e nie
dostanie, kiedy odezwaa si Thalia.
- Niebiescy za mn!
Wznielimy okrzyk i pobieglimy za ni. Musiaem niele si
wysila, eby j dogoni, na dodatek potkn-em si o czyj
tarcz, wic rednio wygldaem na wspdowodzcego. Raczej
na totaln ajz.
Osadzilimy sztandar na szczycie Pici Zeusa. Jest to sterta
gazw na samym rodku zachodniego lasu, ktra -jeli spojrzec
na ni pod odpowiednim ktem - wyglda jak wielka pic
wystajca z ziemi. Kiedy popa-trzy si z drugiej strony,
przypomina raczej stert jele-nich odchodw, ale Chejron nie
pozwala nam nazywa tego miejsca Kup ajna, zwaszcza
odkd zostao naz-wane na cze Zeusa, ktry nie odznacza si
nadmier-nym poczuciem humoru.
W kadym razie byo to wietne miejsce na sztandar. Na
grny gaz siedmiometrowej wysokoci naprawd trudno si
wspi, wic sztandar by dobrze widoczny, zgdonie z zasadami,
i nie miao wielkiego znaczenia, e stranikom nie wolno byo
podej bliej ni na dziesi metrw.
Ustawiem Nica na stray z Beckendorfem i brami Hood,
zakadajc, e w ten sposb bdzie bezpieczny i nie bdzie
przeszkadza.
- Wysyamy przynt na lew stron - powiedziaa naszej
druynie Thalia - Silena, ty prowadzisz.
- Tak jest!
- We Laurel i Jasona. Oni dobrze biegaj. Okrcie szeroko
owczynie i postarajcie si odcign ich jak najwicej. Ja

zajm si gwn grup atakujcych, zwabi je na prawo i


wezm z zaskoczenia.
Wszyscy potakiwali. Brzmiao to niele, a poza tym Thalia
mwia z tak pewnoci siebie, e trudno byo nie uwierzy w
zwycistwo.
Spojrzaa na mnie.
- Chcesz co doda, Percy?
- Yyy, tak. Nie zapominajcie o obronie. Mamy czterech
stranikw i dwch zwiadowcw. To nieduo jak na taki las. Ja
bd kry midzy wami. Krzyczcie, gdybycie potrzebowali
pomocy.
- I nie opuszcza pozycji! - dodaa Thalia.
- Chyba, e dostrzeecie jak rewelacyjn okazj dorzuciem.
Thalia rzucia mi spojrzenie spode ba.
- Po prostu nie opuszczajcie pozycji.
- Jasne, chyba e...
- Percy! - Od jej dotknicia przeszy mnie prd. Oczy-wicie
kademu si to moe zdarzy w zimie, ale kopni-cia Thalii
naprawd bol. To pewnie dlatego, e jej tata jest bogiem
byskawic. Thalia jest znana z tego, e zda-rza jej si spali
komu brwi.
- Przepraszam - powiedziaa, ale nie zabrzmiao to
przekonujco. - Okej, wszystko jasne?
Wszyscy znw przytaknli. Rozbilimy si na mniejsze
grupki. Zabrzmia gos rogu i zacza si gra.
Grupa Sileny znika w lesie po naszej lewej. Grupa Thalii daa
im kilka sekund, po czym ruszya na prawo.
Czekaem, a co si wydarzy. Wspiem si na Pi Zeusa,
skd roztacza si dobry widok na las. Pamitam jak owczynie
wynurzyy si spomidzy drzew, kiedy walczylimy z mantikor,

byem wic przygotowany na co podobnego - jeden potny


atak, ktry moe nas zgniec. Ale nic si nie dziao.
Dostrzegem Silene i dwjk jej zwiadowcw. Biegli przez
polan, gonieni przez pi owczy, odcigajc je gboko w las
i z dala od Thalii. Plan najwyraniej si sprawadza. Chwil
pniej zobaczyem kolejn grupk owczy zmierzajc na
prawo z napitymi ukami. Najwyraniej wytropiy Thali.
- Co si dzieje? - spyta Nico, usiujc wspi si do mnie na
gr.
Moje myli szalay. Thalia nie zdoa si przedrze, ale
owczynie s podzielone. Skoro jest ich tyle na obu skrzydach,
rodek bdzie wolny. Gdybymy ruszyli szybko...
Spojrzaem na Beckendorfa.
- Dacie rad utrzyma fort?
Beckendorf prychn.
- Perwnie.
- Wchodz do gry.
Bracia Hood i Nico wiwatowali, kiedy popdziem w stron
granicy.
Biegem jak szalony i czuem si bosko. Przeskoczyem przez
strumie, wkraczajc na terytorium wroga. Widziaem przed
sob ich srebrny sztandar i tylko jedn straniczk, ktra nawet
nie patrzya w moim kierunku.
Z obu stron dochodziy mnie odgosy walki toczcej si gdzie
w gbi lasu. Udao mi si.
Straniczka odwrcia si w ostatniej chwili. Bya to Bianca di
Angelo. Otwara szeroko oczy, kiedy runem na ni i wrzuciem
j w nieg.
- Wybacz! - krzyknem. Zdarem z drzewa srebrny sztandar i
ruszyem z powrotem.
Oddaliem si na dziesi metrw, zanim Bianca zacza

wzywa, pomoc. Uznaem, e nic mi ju nie grozi.


WIST. Srebrna kula chwycia mnie za kostki i przy-wizaa
do najbliszego drzewa. Linka wystrzelona z uku! Zanim
zdyem cokolwiek pomyle, leaem rozcignity na niegu.
- Percy! - wrzasna. Thalia gdzie po mojej lewej. - Co ty
wyprawiasz?
Zanim do mnie dobiega, pod jej nogami wybuch bet,
wypuszczajc chmur tawego dymu w stron jej druyny.
Wszyscy zaczli kaszlec i dusic si. Od strony lasu poczuem
smrd gazu, paskudny odr siarkowodo-ru.
- To nie fair! -jkna Thalia. - Smrodliwe strzay s
niesportowe!
Podniosem si i ruszyem biegiem. Zostao mi tylko kilka
metrw do strumienia i wygranej. Strzay wistay mi wok
gowy. Niespodziewanie z cienia przede mn wyonia si
owczyni i uderzya sztyletem, ale odparo-waem cios i gnaem
dalej przed siebie.
Po naszej stronie strumienia usyszaem wrzaski. Beckendorf i
Nico pdzili w moj stron. Zakadaem, e przybiegli, eby
mnie przywitac, ale nagle dostrzegem, e kogo goni... To bya
Zoe Nightshade. Zbliaa si ku mnie z prdkoci geparda, bez
najmniejszego kopotu robic uniki przed obozowiczami. Zoe z
naszym sztanda-rem w rkach.
- Nie! - wrzasnem i dodaem gazu.
Dzielio mnie p metra od wody, kiedy Zoe skoczya na swoj
stron, wyprzedzajc mnie o kilka krokw. ow-czynie
wiwatoway podczas gdy obie druyny zbieray si nad
potokiem. Z lasu wynurzy si Chejron z ponur min. Na
grzebiecie nis braci Hood, ktrzy wygldali, jakby paskudnie
oberwali po gowach. Z hemu Connora wystaway dwie strzay
niczym czuki.

- Zwycistwo dla owczy! - oznajmi bez entuzjazmu.


Chejron mrukn pod nosem: - Po raz picdziesity szsty z
rzdu.
- Perseuszu Jacksonie! - To by krzyk Thalii, przedzie-rajcej
si ku mnie. mierdziaa zgniymi jajkami i bya taka wcieka,
e po jej zbroi przebiegay niebieskie iskierki. Wszyscy kulili si
i odwracali od Egidy. Uyem caej siy woli, eby si nie
cofnc.
- Co ty, na wszystkich bogw, sobie WYOBRAASZ? rykna.
Zacisnem pici. Doc nieprzyjemnoci na jeden dzie. Nie
chciaem tego.
- Mam sztandar, Thalia! - Potrzsnem jej flag przed nosem.
- Dostrzegem szans i zdobyem go!
- DOTARAM DO ICH POSTERUNKU! - wrzeszcza-a. Ale sztandaru nie byo. Gdyby si nie wtrca, wygralibymy!
- Miaa za duo przeciwniczek!
- A wic to moja wina?
- Tego nie powiedziaem.
- Arrrgh! - Thalia popchna mnie i poczuem kopni-cie
elektrycznoci, ktre odrzucio mnie na kilka metrw, a
wpadem do wody.
Kilku obozowiczw krzykno z przeraenia. Jedna czy dwie z
owczy stumiy chichot.
- Przepraszam! - zawoaa Thalia, blednc. - Nie chciaam...
Poczuem wzbierajcy we mnie gniew. Ze strumienia
wyskoczya fala prosto w jej twarz, zalewajc j od czubka
gowy po stopy. Podniosem si.
- Taaa - warknem. - Ja te nie chciaem.
Thalia dyszaa ciko.

- Dosyc! - rozkaza Chejron.


Ale ona uniosa wczni.
- Chcesz walki, Glonomdku?
Mogem si pogodzic z tym, e nazywaa mnie tak Annabeth
-w kadym razie jako do tego przywykem - ale w ustach Thalii
wcale to fajnie nie zabrzmiao.
- To walcz, Szycho!
Uniosem Orkan, ale zanim zdyem chociaby si
zamachn, Thalia wrzasna i z nieba trzasna byska-wica.
Uderzya w jej wczni jak w piorunochron i odbia si prosto
w moj klatk piersiow.
Usiadem oguszony. Czuem smrd spalenizny i miaem
przeczucie, e dobywa si on z mojego ubrania.
- Thalia! - zawoa Chejron. - Dosy!
Podniosem si na nogi i zmusiem cay strumie do uniesienia
si w gr. Zawirowa i setki litrw wody stworzyy potn
lodowat chmur w ksztacie leja.
- Percy! - zwrci si do mnie Chejron bagalnie.
Miaem ju skierowa wod prosto na Thali, kiedy
zobaczyem co w lesie. Cay mj gniew wyparowa razem ze
zdolnoci koncetracji. Woda opada z powro-tem do
strumienia. Thalia bya tak zaskoczona, e spojrzaa w t sam
stron.
Kto... Co si ku nam zbliao. Byo pokryte szarozie-lon
mg, ale kiedy podeszo bliej, wszyscy - obozowi-cze i
owczynie - westchnlimy ze zdumienia.
- To niemoliwe - powiedzia Chejron. Nigdy nie sy-szaem w
jego gosie tyle napicia. - To... Ona nigdy nie opuszcza strychu.
Nigdy.
A jednak pomarszczona mumia kryjca w sobie Wyro-czni
kutykaa ku nam, dopki nie znalaza si poro-dku

zgromadzenia. Wok naszych stp zbieraa si mga, nadajc


niegowi niezdrowy zielonokawy odcie.
Nikt nie odway si poruszy. Nagle w gowie usy-szem
syczcy gos. Chyba wszyscy go syszeli, poniewa czc osb
zasaniaa sobie uszy rkami.
Jam jest duch Delf, gos Fojbosa Apolla, zabjcy pot-nego
Pythona.
Wyrocznia wpatrywaa si we mnie zimnymi, martwymi
oczami. A nastpnie zwrcia si niewtpliwie do Zoe
Nightshade: Podejd, poszukujca, i pytaj.
Zoe przekna lin.
- Co musz uczyni, eby pomc mojej bogini?
Usta Wyroczni otwary si i wypyna z nich zielona mga.
Ujrzaem niewyrany zarys gry i dziewczyny sto-jcej na jej
nagim szczycie. To bya Artemida, ale w a-cuchach, przykuta
do skay. Klczaa z rkami uniesio-nymi jakby w prbie obrony
przed napastnikiem, i wyg-ldao na to, e bardzo cierpiaa.
Wyrocznia przemwia:
Picioro niech na zachd ku sptanej ruszy, Z
ktrych jedno zaginie w bezdeszczowej guszy,
Drog do niej Olimpu zagada im wskae, Heros
i owca wygra mog tylko w parze, Jednemu
dane wytrwa pod kltw tytana, Jednemu za
mierc rk rodzica zadana.
A nastpnie na naszych oczach mga zawirowaa i wy-cofaa
si niczym ogromny zielony w do ust mumii. Wyrocznia
usiada na gazie i znieruchomiaa jak na strychu, jakby siedziaa
nad tym strumieniem od setek lat.

ROZDZIA VII
NIENAWIDZ MNIE WSZYSCY OPRCZ
KONIA

Wyrocznia mogaby przynajmnie by tak mia, eby wrci


sama z powrotem na strych.
Ale niestety nie bya, a Grover i ja dostalimy wyzna-czeni do
jej odniesienia. Nie przypuszczaem, ebymy to zawdziczali
naszej popularnoci.
- Uwaaj na jej gow! - ostrzeg mnie mj przyjaciel, kiedy
wspinalimy si po schodach. Byo jednak za pno. Bum!
Uderzyem zmumifikowan twarz we framug klapy, a
posypa si kurz.
- Zaczekaj - posadziem j i przyjrzaem si poczynio-nym
szkodom. - Poamaem co?
- Trudno ocenic - powiedzia Grover.
Podnielimy j i usadzilimy na taborecie, dyszc i ociekajc
potem. Skd mielimy wiedzie, e mumie bywaj takie cikie?
Uznaem, e Wyrocznia nie przemwi do mnie, i mia-em
racj. Poczuem ulg, kiedy wreszcie wydostalimy si stamtd i
zatrzasnlimy klap prowadzc na strych.
- Dobra - powiedzia Grover. - To byo obrzydliwe.

Wiedziaem, e usiowa zaartowa ze wzgldu na mnie, ale


mimo to byem nadal zdoowany. Cay obz by na mnie
wcieky o przegran bitw z owczyniami, a potem na dodatek
ta przepowiednia Wyroczni. Byo to tak, jakby duch Wyroczni
Delfickiej zada sobie trud wykluczenia mnie. Ola moje
pytanie, ale przelaz prawie kilometr, eby pogada z Zoe. I nie
powiedzia nic, ani swka, o Annabeth.
- Co zrobi Chejron? - zapytaem Grovera.
- Chciabym wiedzie. - Rzuci tskne spojrzenie z okna
drugiego pitra, spogldajc na agodne wzgrza pokry-te
niegiem. - Chciabym si std wyrwa.
- eby ruszyc na poszukiwanie Annabeth?
Nie chcia spojrze mi prosto w oczy. Obla si rumie-cem.
- Ach, tak. Jasne, to te. Oczywicie.
- e co? - spytaem. - O czym ty mylae?
Zaszura nerwowo kopytami.
- O czym, co powiedziaa mantikora, o tym Wielkim
Gotowaniu. Nie mog przesta myle... Jeli wszystkie te
staroytne potgi si budz, to moe... moe nie wszy-stkie s
ze?
- Masz na myli Pana.
Poczuem si strasznym egoist, poniewa kompletnie
zapomniaem o yciowej ambicji Grovera. Bg natury zagin
dwa tysice lat temu. Kryy pogoski, jakoby umar, ale
satyrowie nie dawali im wiary. Uparli si, e go odnajd. Od
stuleci prowadzili bezskuteczne poszuki-wania, a Grover by
przekonany, e jemu si uda. W tym roku Chejron wezwa
wszystkich satyrw do nadzwyczajnego poszukiwania dzieci
pkrwi, wic mj przyja-ciel nie mg kontynuowa swojej
misji. Musiao go to doprowadza do rozpaczy.

- lad mi si urwa - odpar. - Jestem niespokojny, jakbym


przegapi co naprawd wanego. On tam gdzie jest. Czuj to.
Nie wiedziaem, co powiedzie. Chciaem dodac mu otuchy, ale
nie miaem jak. Mj optymizm w zasadzie zosta wdeptany w
nieg w lesie wraz z naszymi nadzie-jami na zwycistwo w
bitwie o sztandar.
Zanim zdyem cokolwiek powiedzie, na schodach pojawia
si Thalia. Oficjalnie nie rozmawiaa ze mn, tote spojrzaa na
Grovera i powiedziaa:
- Powiedz Percy'emu, eby zwlk swj tyek na d.
- Po co? - spytaem.
- To si odezwao? - spytaa Thalia Grovera.
- Mhm, zapyta, po co.
- Dionizos zwouje narad starszych wszystkich domkw, eby
omwi przepowiedni - odpowiedziaa. - Niestety dotyczy to
rwnie Percy'ego.
Narada odbywaa si przy stole do ping-ponga w sali
rekreacyjnej. Dionizos machn rk i pojawiy si prze-kski:
czipsy, krakersy i kilka butelek czerwonego wina. Nastpnie
Chejron przypomnia mu, e wino jest niezgo-dne z jego kar, a
wikszo z nas jest nieletnia. Pan D. westchn. Pstrykn
palcami i wino zamienio si w dietetyczn col. Tego te nikt
nie pi.
Pan D. i Chejron (na wzku) siedzieli po jednej stronie stou.
Zoe i Bianca di Angelo (ktra staa si kim w rodzaju osobistej
asystentki Zoe) po drugiej. Thalia i Grover usiedli po prawej, a
pozostali wezwani - Becken-dorf, Silena Beauregard i bracia
Hood - po lewej. Dzieci Aresa miay te wysa reprezentanta,
ale wszyscy mieli poamane - z pewnoci przypadkowo - rce

lub nogi. Podzikujemy za to owczyniom. Wszyscy leeli wic


na infirmerii. Zoe zacza spotkanie od twrczej uwagi:
- To nie ma sensu.
- Czipsy serowe! - zachwyci si Grover, po czy zacz
zgarnia chrupki oraz pieczki pingpongowe, i polewa je
keczupem.
- Nie ma czasu na rozmowy - cigna Zoe. - Nasza bogini nas
potrzebuje. owczynie musz wyruszy natychmiast.
- Ale dokd, jeli aska? - spyta Chejron.
- Na zachd! - odpara Bianca.
Nie mogem si nadziwic, jak bardzo si zmienia po zaledwie
kilku dniach spdzonych w towarzystwie ow-czy. Ciemne
wosy zaplataa teraz podobnie jak Zoe, wic przynajmniej byo
wida twarz. Miaa na nosie kilka piegw, a jej ciemne oczy
mglicie przypominay mi kogo sawnego, ale nie wiedziaem
kogo. Wygldaa jakby sporo trenowaa, jej skra za lnia
leciutko, podobnie jak pozostaych owczy - jakby kpaa si
w pynnym wietle ksiyca.
- Syszae przepowiedni "Picioro niech na zachd ku
sptanej ruszy". Moemy wybra pi owczy i ruszy.
- Wanie - potakna Zoe. - Artemida w niewoli! Musimy j
odnale i uwolni!
- Jak zwykle co wam umyka - wtrcia si Thalia. - "Heros i
owca wygramog tylko w parze". Mamy to zrobi wsplnymi
siami.
- Wykluczone! - zaprotestowaa Zoe. - A po c ty
owczyniom chcesz i w sukurs?
- Sukurs - prychna Thalia. - Nikt normalny nie uywa takich
sw od jaki trzystu lat, Zoe. Mwi si "na pomoc". Dostosuj
si.

Zoe si zawahaa, jakby usiowaa poprawnie wymwi to


sowo.
- Twa... pomoc nam nie potrzebna.
Thalia przewrcia oczami.
- Niewane.
- Obawiam si, e przepowiednia mwi jasno, e
potrzebujecie naszej pomocy - oznajmi Chejron. - Herosi i
owczynie musz wsppracowa.
- Doprawdy? - rozmarzy si Pan D., wdychajc zapach
dietetycznej coli, jakby byo to wino o wyjtkowo boga-tym
bukiecie. - Jedno si zgubi. Jedno zginie. Brzmi do
nieprzyjemnie, nieprawda? Co jeli poniesiecie klsk wanie
dlatego, e bdziecie prbowali wsppra-cowa?
- Panie D. - westchn Chejron. - z caym szacunkiem, ale po
czyjej stoisz stronie?
Dionizos usnis brwi.
- Wybacz, drogi centaurze. Chciaem tylko pomc.
- Mamy pracowa razem - upieraa si Thalia. - Mnie te to si
nie podoba, Zoe, ale wiesz, jak to jest z przepo-wiedniami.
Chcesz walczy z jedn z nich?
Zoe skrzywia si, ale wiedziaem, e Thalia wanie zarobia
punkt.
- Nie moemy zwleka - ostrzeg nas Chejron. - Dzi niedziela.
A w najbliszy pitek, dwudziestego pierwsze-go grudnia
wypada zimowe przesilenie.
- Ju si ciesz - mrukn Dionizos. - Kolejny doroczny nudny
zlot rodzinny.
- Artemida musi by obecna na spotkaniu - powiedzia-a Zoe.
- To jej najbardziej ley na sercu kwestia, eby wystpi
przeciwko hordom Kronosa. Jeli jej zabrak-nie, bogowie
terminw adnych nie osign. Stracimy kolejny rok wojennych

przygotowa.
- Czyby sugerowaa, e bogowie nie potrafi wsp
pracowa, moda damo? - spyta Dionizos.
- Tak, Panie Dionizosie.
Pan D. skin gow.
- Tylko si upewniaem. Masz oczywicie racj. Jedmy dalej.
- Musz si zgodzi z Zoe - powiedzia Chejron. - Obecno
Artemidy podczas zimowej narady jest kluczo-wa. Mamy
zaledwie tydzie na jej odnalezienie. I, co by moe jeszcze
waniejsze, odnalezienie potwora, na ktrego polowaa. Na
pocztek musimy ustali skad wyprawy.
- Trzy plus dwa - powiedziaem.
Wszyscy zwrcili na mnie wzrok. Nawet Thalia zapomniaa, e nie istniaem.
- Ma nas byc picioro - powiedziaem, nieco skrpowa-ny. Trzy owczynie, dwie osoby z Obozu Herosw. To chyba
sprawiedliwe.
Thalia i Zoe wymieniy spojrzenia.
- No - odezwaa si Thalia. - To nawet ma sens.
Zoe prychna.
- Wolaabym zabra wszystkie owczynie. Bdziemy
potrzebowac wsparcia.
- Bdziecie szli po ladach bogini - przypomnia jej Chejron. Musicie porusza si szybko. Nie ulega wtpliwoci, e
Artemida znalaza trop tego rzadkiego potwora, czymkolwiek on
jest, i ruszya na zachd. Wy musicie uczyni tak samo. Tu
przepowiednia jest jasna: zagada Olimpu wskae drog. Co
powiedziaabym wasza mistrzyni? "Zbyt wiele owczy zatrze
trop". Lepsza jest maa grupka.
Zoe wzia do rki paletk do ping-ponga i wpatrywaa si w
ni tak, jakby rozwaaa, komu przywalic naj-pierw.

- Ten potwr... Zagada Olimpu. Poluj u boku Pani Artemidy


od wielu lat, ale nie potrafiabym rzec, co to mogoby by.
Wszyscy spojrzeli na Dionizosa, zapewne dlatego, e by
jedynym bogiem w towarzystwie, a bogowie powinni wiedziec
takie rzeczy. Pan D. przerzuca kartki katalogu win, ale podnis
wzrok, kiedy wszyscy umilkli.
- Przestacie si na mnie gapic. Jestem modym bogiem,
zapomnielicie? Nie pamitam tych wszystkich
pradawnych potworw i zakurzonych tytanw. Nie da si z nimi
pogada przy winie.
- Chejronie - odezwaem si - czy wie pan co o takim
potworze?
Chejron zacisn usta.
- Par moliwoci przychodzi mi do gowy, ale adna z nich
nie napawa mnie optymizmem. Co wicej, adna nie ma za
bardzo sensu. Na przykad taki Tyfon paso-waby do opisu. By
rzezywicie zagad Olimpu. Albo te taki potwr morski Ketos.
Gdyby jednak ktrykol-wiek z nich zamierza powsta,
wiedzielibymy o tym. To s morskie potwory wielkoci
wieowcw. Twj ojciec Posejdon ju biby na alarm. Obawiam
si, e ten potwr jest bardziej nieuchwytny. Moe nawet pot
niejszy.
- Jestecie chyba w powanych kopotach - odezwa si
Connor Hood. (Sprytnie uy drugiej osoby, a nie pier-wszej). Wyglda na to, e co najmniej dwjka z tej pitki zginie.
- "Jedno zaginie w bezdeszczowej guszy" - zacytowa
Beckendorf. - Na waszym miejscu trzymabym si z dala od
pustyni.
Rozlegy si przytakujce pomruki.
- "Jednemu dane wytrwac pod kltw Tytana" - powie-dziaa
Silena. - Co to znaczy?

Dostrzegem, e Chejron i Zoe wymieniaj nerwowe


spojrzenia, ale cokolwiek sobie pomyleli, nie uznali za
waciwe podzielic si tym z innymi.
- "Jednemu za mierc rk rodzica zadana" - wymam
rota Grover midzy ksami chrupek serowych i pieczek
pingpongowych. - Jak to moliwe? Jaki rodzic zabiby wasne
dziecko?
Przy stole zapanowao pospne milczenie.
Zerknem na Thali, zastanawiajc si, czy myli o tym
samym co ja. Wiele lat temu Chejron otrzyma przepowiedni o
nastpnym dziecku Wielkiej Trjki - Zeusa, Posejdona lub
Hadesa - i jego szesnastych urodzinach. To dziecko miaoby
podj decyzj, ktra ocali lub na zawsze zniszczy bogw.
Dlatego wanie po drugiej wojnie wiatowej Wielka Trjka
postanowia nie mie wicej dzieci. A mimo to Thalia i ja
urodzilimy si i teraz oboje zblialimy si do szesnastki.
Przypomniaa mi si moja zeszoroczna rozmowa z Annabeth.
Zapytaem j, dlaczego, skoro mog by tak niebezpieczny,
bogowie po prostu mnie nie zabij.
Niektrzy bogowie woleliby ci zabi - odpowiedziaa - ale
zapewne boj si obrazi Posejdona.
Czy olimpijski rodzic moe zwrci si przeciwko wasnemu
dziecku pkrwi? Czy czasem nie najatwiej jest dac komu
umrze? Jeli kiedykolwiek istnieli herosi, ktrych mg drczy
taki problem, to T halia i ja z pewnoci do nich naleelimy.
Pomylaem, e moe jednak powinienem posa Posejdonowi
ten krawat w muszelki na Dzie Ojca.
- Kto zginie - przytakn Chejron. - Tyle wiemy.
- Wspaniale! - zawoa Dionizos. Wszyscy spojrzeli na niego.
Podnis niewinnie wzrok znad katalogu win. - Och,
przeczytaem wanie o tryumfalnym powrocie

pinot noir. Nie przejmujcie si mn.


- Percy ma racj - powiedziaa Silena Beauregard. - Powinny
pj dwie osoby z obozu.
- Ach, rozumiem - odrzeka sarkastycznie Zoe. - I mniemam,
e zgaszasz si na ochotnika?
Silena si zarumienia.
- Nie wybieram si nigdzie z owczyniami. Nie patrzcie na
mnie!
- Crka Afrodyty nie chce, eby na ni patrze - parsk-na
Zoe. - Co powiedziaaby na to twoja mamusia?
Silena a podskoczya na krzele, ale bracia Hood j
powstrzymali.
- Przestacie - powiedzia Beckendorf. By to potnej
budowy chopak o jeszcze potniejszym gosie. Nie odzywa
si czsto, ale jak ju mwi, to ludzie zazwy-czaj suchali. Zacznijmy od owczy. Ktre trzy id?
Podniosa si Zoe.
- Ja, oczywicie. I zabieram Phoebe, jest nasz najlepsz
tropicielk.
- To ta wielka, ktra lubi wali ludzi po bach? - spyta
ostronie Travis Hood.
Zoe przytakna.
- Ta, ktra wbia mi strzay w hem? - upewni si Connor.
- Tak - wakrna Zoe. - Czemu tak dopytujecie?
- Nic takiego - odpar Travis. - Mamy dla niej podko-szulek z
obozowego sklepiku. - Wycign wielki srebrny podkoszulek,
na ktrym widnia napis ARTEMIDA, BOGINI KSIYCA,
TRASA OWIECKA JESIE
2002 oraz duga lista parkw narodowych i rezerwatw pod
spodem. - To przedmiot kolekcjonerski. Bardzo si jej podoba.
Przekaesz jej?

Czuem, e bracia co knuj. Zawsze tak byo. Obawia-em si


jednak, e Zoe nie zna ich tak dobrze, jak ja. Westchna i
wzia podkoszulek.
- Jak ju mwiam, zabieram Phoebe. I chciaabym, eby udaa
si ze mn Bianca.
Bianca spojrzaa na ni ze zdumieniem.
- Ja? Ale... Ja jestem nowa. Na nic si nie przydam.
- Poradzisz sobie - oznajmia Zoe. - Nie ma lepszego sposobu
na to, eby wykaza sw warto.
Bianca zamkna usta. Zrobio mi si jej al. Pamita-em moj
pierwsz misj, kiedy miaem dwanacie lat. Czuem si
kompletnie nieprzygotowany. Pewnie, wie-dziaem niby, e to
zaszczyt, ale byem te bardzo nie-pewny i okropnie przeraony.
Wyobraaem sobie, e podobne myli musz teraz kry po jej
gowie.
- A co z herosami? - spyta Chejron. Spojrza mi prosto w oczy,
ale nie byem w stanie odgadn, co sobie myli.
- Ja! - Grover podnis si tak szybko, e uderzy w st do
ping-ponga. Strzsn z kolan okruszki i resztki pieczek. Zrobi wszystko, eby pomc Artemidzie!
Zoe zmarszczy nos.
- Obawiam si, e nie, satyrze. Nie jeste herosem.
- Ale jest obozowiczem - odpara Thalia. - No i ma zmysy
satyra i zna magi przyrody. Nauczye si ju pieni tropiciela,
Grover?
- Jasne.
Zoe si zamylia. Nie miaem pojcia, czym jest pie
tropicieli, ale ona najwyraniej uwaaa, e to co przydatnego.
- Doskonale - powiedziaa w kocu. - A kto drugi?
- Ja - Thalia wstaa i rozejrzaa si dookoa, jakby czekajc, czy
kto odway si jej zaprzeczy.

No dobra, moe i moje zdolnoci matematyczne nie s


najepsze na wiecie, ale nagle zorientowaem si, e wanie
dotarli do piciu, a mnie nie byo w grupie.
- Ej, zaczekajcie sekundk - odezwaem si. - Ja te chc ic.
Thalia nic nie powiedziaa. Chejron wpatrywa si we mnie
smutnym wzrokiem.
- Oj - powiedzia Grover, najwyraniej dopiero teraz zda sobie
spraw z problemu. - Ojej kompletnie zapo-mniaem! Percy
musi ic. Nie miaem... Zostan. Percy pjdzie za mnie.
- Nie moe - oznajmia Zoe. - To chopak. Nie pozwol, aby
owczynie podroway z chopakiem.
- Podrowaycie tutaj ze mn- przypomniaem jej.
- To bya krtka podr i wyjtkowa sytuacja, a poza tym,
wypeniam rozkaz bogini. Nie zamierzam wczy si po caym
kraju i walczy z wieloma niebezpiecze-stwami w
towarzystwie chopaka.
- A Grover?
Zoe pokrcia gow.
- Nie liczy si. To satyr. Technicznie rzecz biorc, chopakiem
nie jest.
- Ej e! - zaprotestowa Grover.
- Musz i - oznajmiem. - Musz byc w tej druynie.
- Dlaczego? - spytaa Zoe. - Z powodu twej miej Anna-beth?
Poczuem, e si rumieni. Byem wcieky, e wszyscy si na
mnie gapi.
- Nie! To znaczy troch. Po prostu uwaam, e powinie-nem
pj!
Nikt nie powiedzia ani sowa w mojej obronie. Pan D. czyta
nadal swj katalog, sprawiajc wraenie totalnie znudzonego.
Silena, bracia Hood i Beckendorf siedzieli ze wzrokiem wbitym
w st. Bianca spojrzaa na mnie ze wspczuciem.

- Nie - oznajmia twardo Zoe. - Nalegam. Jeli musz, zgodz


si na satyra, ale nie na herosa.
Chejron westchn.
- To misja w sprawie Artemidy. owczynie maj prawo wybrac
towarzyszy.
W uszach mi dzwonio, ale usiadem. Wiedziaem, e
Groverowi i kilku innym osobom jest mnie al, ale nie byem w
stanie spojrze im prosto w oczy. Siedziaem i czekaem, a
Chejron zakoczy spotkanie.
- Niech wic tak bdzie - powiedzia. - Thalia i Grover bd
towarzyszy Zoe, Biance i Phoebe. Wyruszycie skoro wit, i
niech bogowie - zerkn na Dionizosa - wczajc w to
obecnych, mam nadziej, bd z wami.
Nie poszedem tego wieczoru na kolacj, co okazao si
bdem, poniewa Chejron i Grover przyszli mnie szuka.
- Przepraszam, Percy! - zawoa satyr, siadajc koo
mnie na ku. - Nie miaem pojcia, e one... e ty... Naprawd!
Zacz pochlipywa, a ja uznaem, e jeli go nie pociesz, to
albo zacznie wy, albo pogryzie mi materac. Grover ma zwyczaj
zjada sprzty domowe, kiedy si zdenerwuje.
- Wszystko w porzdku - skamaem. - Naprawd. Wszystko
gra.
Jego dolna warga zadraa.
- Nawet nie pomylaem... Byem tak skupiony na pomocy
Artemidzie. Ale obiecuj, e bd szuka Anna-beth ze
wszystkich si. Jeli jestem w stanie j odnale, to j odnajd.
Przytaknem i staraem si nie zwaa na otcha otwierajc
si w mojej piersi.
- Groverze - odezwa si Chejron - moe pozwoliby mi
zamieni swko z Percym?
- Jasne - pocign nosem.

Chejron patrzy na niego wyczekujco.


- Ach - powiedzia Grover. - Miae na myli na osobnoci.
Oczywicie, Chejronie. - Spojrza na mnie aonie. - Widzisz?
Nikt nie potrzebuje koza.
Wyczapa przez drzwi, wycierajc nos w rkaw.
Chejron przyklkn na swych koskich nogach z
westchnieniem.
- Percy, nie bd udawa, e rozumiem przepowiedni.
- Taa - odpowiedziaem. - Moe dlatego, e one nie maj
sensu?
Chejron spojrza na sone rdo bulgoczce w rogu
pokoju.
- Gdybym to ja mia wybiera druyn na t wypraw, nie
postawibym w pierwszym rzdzie na Thali. Jest zbyt
porywcza. Dziaa, nie zawsze przy tym mylc. No i jest zbyt
pewna siebie.
- Wybraby pan mnie?
- Szczerze mwic, nie - odpar. - Ty i Thalia jestecie bardzo
do siebie podobni.
- Dziki.
Umiechn si.
- Rnica midzy wami jest taka, e ty jeste mniej pewny
siebie. To moe by korzystne albo nie. Ale mog powiedziec
jedno: wy razem stanowicie wielkie niebez-pieczestwo.
- Dalibymy sobie rad.
- Tak jak przy tym potoku po bitwie?
Nie odpowiedziaem. Mia racj.
- Moe to wyjdzie ci to na dobre - powiedzia Chejron w
zamyleniu. - Bdziesz mg pojecha na wita, do mamy.
- Taa - odrzekem. - Moe.
Wycignem Orkan z kieszeni i pooyem go na nocnej

szafce. Miaem przeczucie, e uyj go najwyej do pisania


kartek witecznych. Chejron skrzywi si na widok
dugopisu.
- Chyba si nie dziwi, e Zoe nie chce ci na wyprawie.
Zwaywszy, e posugujesz si t konkretn broni,
Nie wiedziaem, o czym mwi. A potem przypomnia-em
sobie co, co mi powiedzia, kiedy da mi t magiczn bro: Ten
miecz ma dugie i tragiczne dzieje, ktrych nie moemy tera
omawia.
Miaem ochot go o to zapyta, ale on wyj z jukw zot
drahm i rzuci mij.
Zadzwo do mamy, Percy. Powiedz jej, e jutro rano
przyjedziesz do domu. Ach... i jeli mato jakie znacze-nie...
omal sam nie zgosiem si na t misj. Bybym pojecha, gdyby
nie ostatni wers.
- "Jednemu za mier rk rodzica zadana". Mhm.
Nie musiaem pyta. Wiedziaem ju, e ojcem Chejro-na jest
Kronos, zowrogi wadca tytanw. Ten wers miaby szczeglne
znaczenie, gdyby Chejron uda si na wypraw. Kronos nie
troszczy si o nikogo, wczajc w to wasne dzieci.
- Chejronie - powiedziaem. - Pan wie, co to jest ta kltwa
tytana, prawda?
Jego twarz spospniaa. Zoy palce w szpony na wy-sokoci
serca i zrobi ruch, jakby co od siebie odpycha, w staroytnym
gecie odpdzania zych si.
- Miejmy nadziej, e ta przepowiednia nie oznacza tego, o
czym myl. Dobranoc, Percy. Twj czas jeszcze nadejdzie.
Jestem o tym przekonany. Nie trzeba si spieszy.
Powiedzia to "twj czas" takim tonem, jakim zazwy-czaj
mwi o mierci. Nie wiedziaem, czy Chejron mia to na myli,
ale w jego wzroku byo co co sprawio, e nie miaem zapyta.

Staem przy sonym rdle, przewracajc w rce otrzy-man


przez Chejrona monet i usiujc wymyli, co mam powiedzie
mamie. Wcale nie byem w nastroju, eby kolejny dorosy
mwi mi, e nicnierobienie jest najlepsze, co mog zrobi, ale
uznaem, e mama zasu-guje na wieci ode mnie. Wziem
gboki wdech i rzuciem monet.
- Bogini, przyjmij moj ofiar.
Mgieka zamigotaa. wiata dobiegajcego z pokoju
wystarczyo, eby uzyska blad tcz.
- Poka mi Sally Jackson - powiedziaem. - Na Manhattanie,
Upper East Side.
We mgle pojawia si scena, ktrej sie nie spodziewa-em.
Mama siedziaa przy naszym kuchennym stole... z jakim
facetem. Oboje zamiewali si do ez. Mczyzna mg miec...
Ja wiem? Troch ponad trzydziestk? Mia dugawe szpakowate
wosy i brzow kurtk narzucony na czarny podkoszulek.
Wyglda jak jaki aktor... Taki, ktry grywa role tajnych
agentw w serialach telewizyj-nych.
Byem zbyt zdumiony, eby cokolwiek powiedzie. Na
szczcie mama i ten facet byli za bardzo zajci mia-niem si,
eby zauway moj tczowe poczenie.
- Ale z ciebie szalona kobieta, Sally - odezwa si ten goc. Chcesz jeszcze wina?
- Nie powinnam. Ale ty sobie nalej, jeli masz ochot.
- W sumie chtniej skorzystabym z twojej azienki. Mog?
- Na kocu korytarza - odpowiedziaa, usiujc przesta
si mia.
Wygldajcy na aktora kole wsta i wyszed.
- Mamo! - zawoaem.

Tak j zaskoczyem, e oma nie zrzucia tych wszys-tkich


podrcznikw ze stou. W kocu udao jej si sku-pic na mnie.
- Percy! Kochanie! Wszystko w porzdku?
- Co ty wyprawiasz? - zapytaem surowo.
Zamrugaa oczami.
- Odrabiam zadanie - W tej chwili najwyraniej zrozumiaa, co
znaczy moja mina. - Och, kochanie, to tylko Paul... To znaczy
pan Blofis. Chodzimy razem na zajcia z pisania.
- Pan Popis?
- Blofis. On tu zaraz wrci, Percy. Powiedz mi, co si dzieje.
Zawsze wyczuwaa, e co "si dzieje". Powiedziaem jej o
Annabeth. O innych sprawach te, ale w sumie wszys-tko
sprowadzao si do Annabeth.
W oczach mamy pojawiy si zy. Wiedziaem, e bardzo
staraa si nie rozklei ze wzgldu na mnie.
- Och, Percy...
- No. I powiedzieli mi, e nic nie mog zrobi. To pew-nie
przyjad do domu.
Obracaa w palcach owek.
- Bardzo bym chciaa, eby wrci do domu, Percy westchna, jakby bya za na sam siebie - i bardzo bym
chciaa, eby by biezpieczny, ale musisz co zrozu-miec.
Musisz robi to, co uwaasz za suszne.
Gapiem si na ni, nic nie rozumiejc.
- Co masz na myli?
- Chodzi mi o to, e tak naprawd w duszy wierzysz, e moesz
pomc j uratowa? Sdzisz, e to wanie powi-niene zrobi?
Boja wiem o tobie jedn rzecz, Percy. Twoje serce zawsze ma
racj. Suchaj go.
- Ty... Ty mwisz, e powinienem pojecha?
Mama zacisna usta.

- Mwi ci, e... Jeste ju za duy na to, ebym mwia ci, co


masz robi. Mwi ci, e bd ci wspiera, nawet jeli
postanowisz zrobi co niebezpiecznego. I sama nie wierz, e
to mwi.
- Mamo...
Usyszaem odgos spuczki w kocu korytarza naszego
mieszkania.
- Nie mam duo czasu - powiedziaa mama. - Cokol-wiek
postanowisz, Percy, pamitaj, e ci kocham. I wiem, e zrobisz
wszystko, eby pomc Annabeth.
- Skd ta pewno?
- Bo ona zrobiaby wszystko dla ciebie.
Po czym mama pomachaa rk we mgle i poczenie
przerwao si, pozostawiajc mnie z obrazem jej umiechnitego nowego przyjaciela, pana Popisa.
Nie pamitam, kiedy zasnem ale pamitam sen.
Znw znalazem si w tej pustej grocie, ktrej sklepie-nie
zwieszao si caym ciarem nisko nad moj gow. Pod
ciarem tej mrocznej masy, przypominajcej stert gazw,
klczaa Annabeth. Bya zbyt zmczona, eby krzycze. Jej nogi
dray. W kadej chwili moga straci siy, a wtedy sklepienie
jaskini zawalioby si na ni.
- Jak si miewa nasz miertelny go? - rozleg si dudnicy
mski gos.
To nie by Kronos. Jego gos brzmi chrapliwie i meta-licznie,
jak ostrze noa na kamieniu. Syszaem jego szy-derstwa wiele
razy w snach. Ten gos by znacznie gb-szy i niszy, jak gitara
basowa. Jego moc wprawiaa ziemi w drenie.
Z cieni wynurzy si Luke. Podbieg do Annabeth, uklk przy

niej, po czym zwrci si ponownie do niewi-dzialnego


mczyzny.
- Sabnie. Musimy si pospieszy.
Co za hipokryta. Jakby go w ogle ochodzi jej los.
Gboki gos zarechota. Nalea do kogo kryjcego si w
cieniu, na samym obrzeu mojego snu. W tej samej chwili
misista rka rzucia kogo w krg wiata... Artemid, ktrej rce
i nogi by sptane acuchami z niebiaskiego spiu.
Krzyknem. Jej srebrzysta tunika bya podarta i pos-trzpiona.
Na twarzy i ramionach widniay skaleczenia, z ktrych pyn
ichor, zota krew bogw.
- Syszaa chopaka - powiedzia mczyzna kryjcy si w
cieniu. - Decyduj!
W oczach Artemidy zapon gniew. Nie miaem poj-cia,
dlaczego po prostu nie rozkae acuchom pkn albo sama nie
zniknie, ale najwyraniej nie by w stanie. Moe acuchy jej to
uniemoliwiay, a moe w tym mrocznym, straszliwym miejscu
dziaaa jaka magia.
Bogini spojrzaa na Annabeth i na jej twarzy pojawiy si
troska i wcieko.
- Jak miesz tak torturowa dziewczyn!
- Ona wkrtce umrze - powiedzia Luke. - A ty moesz j
ocali.
Annabeth wydaa cichy jk protestu. Miaem wraenie, ze serce
zaciska mi si w ciasny wze. Chciaem pobiec do niej, ale nie
mogem si ruszy.
- Uwolnij moje rce - powiedziaa Artemida.
Luke wycign swj miecz, Szerszenia. Jednym spra-wnym
ruchem przeci kajdany na rkach bogini.
Artemida podbiega do Annabeth i zdja jej ciar z ramion.
Dziewczyna upada na ziemi i leaa tam, dygoczc. Bogini

zatoczya si, usiujc podtrzyma czarne skay.


Mski gos w mroku zarechota.
- Jeste rwnie przewidywalna jak atwa do pokonania,
Artemido.
- Zaskoczye mnie - powiedziaa, uginajc si pod ciarem. To si wicej nie zdarzy.
- Zaiste - odpar tamten. - Teraz mamy ci z gowy na dobre!
Wiedziaem, e nie oprzesz si chci pomocy modej
dziewczynie. To jest w kocu twoja specjalno, moja droga.
Artemida jkna.
- Nie znasz takiego pojcia jak miosierdzie, wieprzu.
- W tej kwestii - przytakn mski gos - moemy si zgodzi.
Moesz ju zabic dziewczyn, Luke.
- Nie! - krzykna Artemida.
Luke si zawaha.
- Ona... moe si jeszcze przyda, panie... Znw jako przynta.
- Przynta! Naprawd w to wierzysz?
- Tak, Generale. Oni po ni przyjd. Jestem pewny.
Tamten si zastanowi.
- Niech w takim razie pilnuj jej tu drakainy. Zakada-jc, e
nie umrze od odniesionych ran, moemy trzyma j przy yciu
do przesilenia. A potem, jeli nasza ofiara pjdzie jak naley, jej
ycie bdzie bez znaczenia. Tak samo jak ycie wszystkich
pozostaych miertelnikw.
Luke unis bezwadne ciao Annabeth i oddali si od bogini.
- Nigdy nie znajdziecie potwora, ktrego szukacie powiedziaa Artemida. - Wasz plan spali si na pane-wce.
- Jak ty mao wiesz o wiecie, moda boginko - powie-dzia
gos z mroku. - Twoje ukochane suki ju rozpo-czynaj
wypraw, eby ci odnale. Powdruj prosto w moje rce. A
teraz, jeli wybaczysz, przed nami duga droga. Musimy powita

twoje owczynie i zapewni im... dobr zabaw. - miech


mczyzny rozleg si echem w ciemnoci, wstrzsajc ziemi,
a wydawao si, e cae sklepienie runie w d.
Obudziem si z krzykiem. Byem pewny, e syszaem gone
stukanie. Rozejrzaem si po domku. Na zewntrz byo ciemno.
Sone rdo wci bulgotao. Nie byo sycha adnych innych
dwikw oprcz pohuki-wania sowy w lesie i szumu dalekich
fal na play. W wietle ksiyca na mojej szafce nocnej leaa
bejsbo-lwka Annabeth. Wpatrywaem si w ni przez chwil i
wtedy znw usyszaem: BUM BUM.
Kto albo co walio w moje drzwi. Chwyciem Orkan i
poderwaem si z ka.
- Hej? - zawoaem.
STUK STUK. Podpezem do drzwi.
Odetkaem ostrze i szybkim ruchem otworzyem drzwi, by
znale si twarz w twarz z czarnym pegazem.
Hej a, szefie! - odezwa si w moich mylach jego gos, kiedy
rumak cofa si przed ostrzem miecza. - Nie chc skoczyc jako
koburger!
Zamacha nerwowo czarnymi skrzydami, a powiew wiatru
odepchn mnie krok w ty.
- Mroczny - powiedziaem z ulg, ale te z lekkim
poirytowaniem. - Jest rodek nocy!
Pegaz prychn: - Niezupenie, szefie. Jest pita rano. Czemu
jeszcze pisz?
- Ile razy mam ci powtarza? Nie nazywaj mnie szefem.
Jak sobie yczysz, szefie. Ty tu rzdzisz. Jeste moim
ulubiecem. Przetarem oczy, eby si rozbudzi, i stara-em si
nie pozwolic pegazowi odczyta moich myli. To jeden z

problemw bycia synem Posejdona: to on stwo-rzy konie z


piany morskiej, wic jestem w stanie poro-zumie si z
wikszoci koniowatych, ale one sysz rwnie i mnie.
Czasami, jak to zrobi Mroczny, w pewnym sensie mnie
adoptuj.
Bo wiecie, Mroczny by jecem na statku Luke'a ostat-niego
lata, dopki nie wywoalimy tam niewielkiej roz-rby, dziki
ktrej mg uciec. Naprawd miaem z tym niewiele wsplnego,
ale on uzna, e to ja go uwolniem.
- Mroczny - powiedziaem - powiniene by teraz w stajni.
E tam, stajnie. Widziae kiedy, eby Chejron noco-wa w
stajni?
- No... Nie.
No. Suchaj, pewien may morski przyjaciel potrzebuje twojej
pomocy.
- Znowu?
Mhm. Powiedziaem hipokampom, e ci przywioz.
Westchnem. Ilekroc znalazem si w pobliu morza,
hipokampy prosiy mnie, ebym pomaga im rozwizy-wa ich
problemy. A one maj mnstwo problemw. Wieloryby
wyrzucone na brzeg, morwiny zapltane w sieci rybackie,
trytony z powbijanymi w ogony haczyka-mi - za kadym razem
wzywaj mnie pod wod na pomoc.
- Okej - powiedziaem. - Ju id.
Jeste wielki, szefie!
- I nie nazywaj mnie szefem!
Mroczny zara cicho. Uznaem, e to mg byc miech.
Obejrzaem si na moje wygodne ko. Spiowa tarcza wci
wisiaa na cianie, pogita i nienadajca si do uytku. A na
nocnym stoliku leaa magiczna bejsbo-lwka Annabeth. Co
kazao mi j wsun do kieszeni.

Podejrzewam, e ju wtedy miaem przeczucie, e nie wrc


szybko do mojego domku.

ROZDZIA VIII
SKADAM NIEBEZPIECZN OBIETNIC

Mroczny zawiz mnie na pla i musz przyzna, e byo to


super dowiadczenie. Przejadka na latajcym koniu,
przelizgujcym si nad falami z prdkoci ponad stu
kilometrw na godzin, z wiatrem rozwiewa-jcym mi wosy i
pian morsk uderzajc w twarz - to bije na gow kade narty
wodne.
To tutaj. Mroczny zwolni i zatoczy koo, po czym zanurkowa
pod wod.
- Dziki. - Zsunem si z jego grzbietu i wpadem prosto do
morza.
Przez ostatnie dwa lata przyzwyczaiem si do tego rodzaju
sztuczek. Pod wod mog si porusza, jak chc, wystarczy mi
rozkaza prdom morskim, eby zmieniy bieg i popchny mnie
we waciwym kierunku. Mog te bez problemu oddycha, a
moje ubrania nie mokn, chyba e tego chc.
Zanurkowaem w mroczn gbi.
Pi, dziesi, pitnacie metrw. Cinienie nie stano-wio
kopotu. Nigdy nie przeginaem - nie staraem si przekona jak
nisko mog zej. Wiem, e wikszo zwykych ludzi nie moe

przekroczy siedemdziesiciu metrw, nie ryzykujc zgniecenia


jak aluminiowa puszka. Powinienem rwnie waciwie by
lepy w tak gbokiej wodzie noc, ale widziaem ciepo
emitowane przez ywe stworzenia oraz zimno prdw. Trudno
to opisa. To co innego ni zwyke widzenie, po prostu
potrafiem powiedzie, gdzie co jest.
Zbliajc si do dna, zobaczyem hipokampy - konie z rybimi
ogonami - pywajce wok przewrconej dki. Byy niezwykle
pikne: ich ogony byszczay wszystkimi kolorami tczy i
otaczaa je fosforyzujca powiata. Grzywy lniy biel.
Zwierzta galopoway przez wod, tak jak nerwowe konie
podczas burzy. Co je niepokoio.
Kiedy podpynem bliej, zobaczyem, na czym polega
problem. Ciemny ksztat -jakie zwierze - by zaklino-wany pod
dk i zapltany w siec ryback, jedn z tych ogromnych sieci,
ktrych uywa si na traowcach, eby chwytac wszystko, co si
nawinie. Nienawidz ich. Nie doc, e topi delfiny i morwiny,
to na dodatek czasami api si w nie mityczne zwierzta. Kiedy
sieci si zapl-cz leniwi rybacy po prostu odcinaj je, skazujc
uwi-zione zwierzta na mier.
Najwyraniej to nieszczsne stworzenie wczyo si po dnie
zatoki Long Island i zapltao si w sie zatopione-go kutra.
Widocznie usiowao si wydosta, ale utkno przez to jeszcze
mocniej, przechylajc jednoczenie
dk. Teraz wrak kaduba, ktry opiera si o wielk ska
chwia si i grozi w kadej chwili przygnieceniu zapltanego
zwierzcia.
Hipokampy pyway wok jak szalone, chtne do po-mocy, ale
nie bardzo wiedziay, jak si zabra do rzeczy. Jeden z nich
usiowa przegryc sie, ale zby hipokam-pw nie s stworzone
do gryzienia lin. Hipokampy s bardzo silne, ale nie maj rk, a

na dodatek nie s(sza!) szczeglnie bystre.


Uwolnij go, panie! - odezwa si jeden z nich na mj widok.
Pozostae doczyy, proszc o to samo.
Podpynem bliej, aby przyjrzec si zapltanej w sie istocie.
Z pocztku mylaem, e to mody hipokamp. Zdarzao mi si
ju takie ratowa. Ale w tej samej chwili usyszaem dziwaczny
dwik, ktrego nie spodziewa-bym si pod wod.
- Muuuuu!
Przyjrzaem si stworzeniu i przekonaem si, e to chyba
krowa. Oczywicie... syszaem o "morskich kro-wach" i tym
podobnych, ale to naprawd bya krowa, tyle e tyln cz ciaa
miaa wow. Przd nalea do cielcia - bardzo modego, o
czarnej sierci i wielkich, smutnych brzowych oczach oraz
biaym pysku - ale ty by czarno-brzowym wowym ogonem
z petwami i od dou i od gry, zupenie jak u ogromnego
wgorza.
- Hej, malutki - powiedziaem. - Skde ty si wzi?
Stworzenie popatrzyo na mnie ze smutkiem.
- Muuu!
Niestety nie rozumiaem jego myli. Mwi tylko po
kosku.
Nie wiemy czym on jest - powiedzia jeden z hipokam-pw.
-Teraz pojawia si wiele dziwacznych stworze.
- Tia - mruknem. - Te tak syszaem.
Odetkaem Orkan i miecz wyrs na pen dugoc w mojej
rce, jego spiowa gownia lnia w ciemnoci.
Wowe ciel przestraszyo si i zaczo szarpa si w sieci. W
jego oczach czaio si przeraenie.
- Spokojnie! - zawoaem. - Nie zrobi ci krzywdy! Musz
tylko rozcic siec.
Ale wowa krwka rzucaa si jak szalona i przez to coraz

bardziej pltaa si w siec. d przechylia si, podnoszc mu z


dna morskiego i groc przewrceniem si na stworzenie.
Hipokampy ray w panice, wzburza-jc wod, co rwnie nie
pomagao.
- Okej, okej! - krzyknem. Odoyem miecz i zaczem
przemawia najagodniej, jak mogem, do hipokampw i
cielcia, eby uspokoi ich panik. Nie miaem pojcia, czy
morskim koniom zdarz si wpada w stadny pop-och, ale
wolaem si o tym nie przekonywa na wasne oczy. - Wszystko
w porzdku. adnych mieczy. Widzisz? Nie ma miecza.
Uspokj myli. Morska trawa. Mama krowa. Wegetarianizm.
Wtpi czy wowe ciel zrozumiao, co mwiem, ale
zareagowao na ton gosu. Hipokampy byy wi spo-szone, ale
przynajmniej przestay si rzuca a tak gwatownie wok mnie.
Uwolnij go, panie! - bagay.
- No - powiedziaem. - Dotaro. Myl.
Ale jak miaem uwolni t istot, skoro ona (uznaem, e to
jednak musi byc samiczka) wpadaa w panik na widok ostrza?
Tak jakby kiedy wczeniej widziaa mie-cze i wiedziaa, jak
bardzo s niebezpieczne.
- Dobra - zwrciem si do hipokampw. - Musicie wszystkie
naraz popchn wrak dokadnie tak, jak wam poka.
Zaczlimy od odzi. Nie byo atwo, ale za pomoc trzech koni
udao nam si przesun wrak na tyle, eby nie grozi
zawaleniem na wow jawk. Nastpnie zabraem si za sie,
rozpltujc j kawaek po kawa-ku, zdejmujc oowiane
ciarki, rozprostowujc haczy-ki, rozpltujc wzy, ktre
zaptliy si wok kopyt cie-laczka. Trwao to ca wieczno
-znaczy si byo gorsz mordg ni rozpltanie wszystkich
kabelkw mojej konsoli gier wideo. Przez cay czas mwiem do

tej rybiej krowy, powtarzajc jej, e wszystko w porzdku, a ona


bez przerwy muczaa i jczaa.
- Spokojnie, Nessie - mwiem. Nie pytajcie mnie dlaczego
nadaem jej takie imi. Po prostu wydao mi si odpowiednie. Dobra krwka. Mia krwka.
W kocu siec si rozpada, a wowe ciele popdzio przez
wod i wykonao radosne salto.
- Muuu! - Morska krwka trcia mnie nosem, spogl-dajc na
mnie tymi swoimi wielkimi browymi oczami.
- Taa - powiedziaem. - Spoko. Mia krwka. No... Nie narb
sobie znowu kopotw.
Te sowa mi co uwiadomiy: jak dugo przebywaem pod
wod? Co najmniej godzin. Musz wrci do domku zanim
Argus albo harpie sprztajce odkryj, e si wymknem.
Wyskoczyem na powierzchni. Natychmiast nade mn pojawi
si Mroczny i pozwoli chwyci si swojej szyi. Unis mnie w
powietrze i skierowa si w stron ldu.
Udao si, szefie?
- Ta. Uwolnilimy mode... jakie mode stworzenie. Trwao to
w nieskoczono. Omal nie zostaem strato-wany.
Dobre uczynki s zawsze niebezpieczne, szefie. Urato-wae
moj marn grzyw, nieprawda?
Nie byem w stanie mylec o moim nie: o Annabeth skulonej i
ledwie ywej w ramionach Luke'a. Ja tu sobie ratuj modociane
potwory, podczas gdy powinienem pieszyc z pomoc
przyjacice.
Kiedy Mroczny zblia si ju do mojego domku, przypadkiem
rzuciem okiem w kierunku pawilonu jadalne-go. Zobaczyem
tam niewielk posta - chopca przycu-pnitego za greck
kolumn, jakby si przed kim kry.

To by Nico. Jeszcze nawet nie zblia si wit. Do niadania


byo daleko. Co on tam robi?
Zawahaem si. Ostatni rzecz, na jak miaem ochot, byy
opowieci Nica o jego grze w Magi i Mit. Ale co byo nie w
porzdku. On by jako dziwacznie skulony.
- Mroczny - powiedziaem - wylduj tam, dobrze? Za t
kolumn.

Omal wszystkiego nie skopaem.


Podchodziem do Nica od tyu, po schodach. Wcale mnie nie
widzia. Siedzia za kolumn, wygldajc za rg, wpatrujc si z
caych si w sal jadaln. Znajdowa-em si metr od niego i
wanie miaem zapyta gono, co tam robi, kiedy
uwiadomiem sobie, e robi to samo co Grover: ledzi
owczynie.
Syszaem gosy - dwie dziewczyny mwiy co jedno-czenie
przy stole. O tej nieboskiej porannej godzinie? No, chyba e jest
si bogini poranka.
Wyjem z kieszeni bejsbolwk niewidk Annabeth i
zaoyem j.
Nie poczuem nic szczeglnego, ale kiedy uniosem rce, nie
zobaczyem ich. Byem niewidzialny.
Podpezem do Nica i okryem go. W ciemnoci nie
widziaem zbyt dobrze rozmawiajcych dziewczyn ale
rozpoznaem ich gosy.
- Tego nie da si wyleczy - mwia Zoe. - W kadym razie nie
szybko.
- Ale jak to si stao? - spytaa Bianca.
- Gupi art - parskna gniewnie Zoe. - To ci bracia Hood z
domku Hermesa. Krew centaurw dziaa jak kwas. Wszyscy o

tym wiedz. A oni spryskali ni koszu-lk z Trasy owieckiej


Artemidy.
- To okropne!
- Phoebe przeyje - odpowiedziaa Zoe. - Ale przez kilka
tygodni bdzie musiaa lee w ku z okropnymi pcherzami.
Nie ma mowy eby wzia udzia w wypra-wie. Teraz wszystko
na mych barkach... i twych.
- A co z przepowiedni? - zapytaa Bianca. - Skoro Phoebe nie
moe i, mamy tylko czwrk. Musimy kogo dobra.
- Nie ma czasu - odpara Zoe. - Wyruszamy o wicie. To
znaczy zaraz. A poza tym przepowiednia mwi, e jedn osob
stracimy.
- W krainie bez deszczu - zauwaya Bianca - czyli na pewno
nie tutaj.
- Dlaczego? - odparowaa Zoe, ale bez przekonania. - Obz
posiada magiczne granice. Nic, nawet pogoda, nie moe si
dosta bez pozwolenia. To moe byc kraina bez deszczu.
- Ale...
- Posuchaj mnie, Bianko. - W gosie Zoe sycha byo
napicie. - Ja... nie potrafi tego wyjani, ale czuj, e nie
powinnymy wybiera nikogo innego. To zbyt nie-bezpieczne.
Tego kogo moe spotka gorszy los, ni Phoebe. Nie chc,
eby Chejron da nam kogo z obozu za pitego towarzysza. I...
nie chc ryzykowa ycia kolejnej owczyni.
Bianca milczaa.
- Powinna powiedziec Thalii o drugiej czci swojego snu.
- Nie. To nic nie pomoe.
- Ale jeli twoje podejrzenia co do Generaa s prawdzi-we...
- Przyrzeka mi, e nie bdziesz o tym mwi - przer-waa jej
Zoe. Sprawiaa wraenie naprawd udrczonej. - Wkrtce si
przekonamy. Chod. Zaraz bdzie wit.

Nico uskoczy im z drogi. By szybszy ode mnie.


Kiedy dziewczyny zbiegay po schodach, Zoe omal na mnie nie
wpada. Zamara, mrc oczy. Jej rka pow-drowaa do luku,
ale w tej samej chwili odezwaa si Bianca.
- W Wielkim Domu pal si ju wiata. Popieszmy si.
I Zoe wybiega za ni z pawilonu.
Domyliem si, co chcia zrobi Nico. Zrobi gboki wdech i
ju mia biec za siostr, kiedy zdjem bejsbo-lwk i
powiedziaem:
- Zaczekaj.
Omal nie zjecha po oblodzonych stopniach, obracajc si na
dwik mojego gosu.
- Skd si tu wzie?
- Byem tu przez cay czas. Niewidzialny.
Jego usta bezdwicznie powtrzyy sowo "niewidzia-lny".
- Rany. Ale super.
- Skd wiedziae, e Zoe i twoja siostra tu przyjd?
Zarumieni si.
- Syszaem jak przechodziy obok domku Hermesa. Ja... nie
mog spa na obozie. Usyszaem kroki i szepty. No wic tak
jakby poszedem za nimi.
- A teraz chciaby i za nimi na misj - domyliem si.
- Skd wiesz?
- Bo gdyby to bya moja siostra, zapewne chciabym postpi
tak samo. Ale nie moesz.
Rzuci mi wyzywajce spojrzenie.
- Bo co? Jestem za may?
- Bo ci nie pozwol. Zapi ci i odel tutaj i... No tak, bo
jeste za may. Pamitasz mantikor? Takich potwo-rw bdzie
wicej. Bardziej niebezpiecznych. Kto zginie.
Opuci ramiona i przestpowa z nogi na nog.

- Moe masz racj. Ale... Ale ty mgby pj za mnie?


- Niby jak?
- Moesz sta si niewidzialny. Moesz ic!
- owczynie nie znosz chopakw - przypomniaem mu. Jeli si zorientuj...
- Nie pozwl, eby si zorientoway. Id za nimi niewi-dzialny.
Pilnuj mojej siostry! Musisz to zrobi. Prosz...
- Nico...
- Ty i tak zamierzasz i, no nie?
Miaem ochot powiedzie, e nie. Ale on spojrza mi prosto w
oczy i jako tak nie byem w stanie skama.
- No tak - powiedziaem. - Musz odnale Annabeth. Musz
pomc, nawet jeli one nie chc mojej pomocy.
- Nie wydam ci - oznajmi. - Ale ty musisz obieca, e mojej
siostrze si nic nie stanie.
- Eee... To bardzo powana obietnica, Nico, na takiej
wyprawie. Poza tym ona ma Zoe, Grovera, Thali...
- Obiecaj.
- Postaram si. Tyle moge obieca.
- No to id! - powiedzia. - Powodzenia!
To byo szalestwo. Nawet si nie spakowaem. Mia-em tylko
bejsbolwk, miecz i ubrania, ktre akurat tego dnia zaoyem.
Rano zamierzaem wrci do domu na Manhattanie.
- Powiedz Chejronowi...
- Co wymyl. - Nico umiechn si obuzersko. - Jestem w
tym niezy. Id ju!
Pobiegem nakadajc na gow czapeczk Annabeth. O
wschodzie soca staem si niewidzialny. Wbiegem na szczyt
Wzgrza Herosw w chwili, w chwili gdy obozowa furgonetka
znikna za zakrtem wiejskiej drogi - to za-pewne Argus

odwozi uczestnikw misji do miasta. Dalej bd zdani na


siebie.
Nagle zrobio mi si wstyd i troch gupio. Jak ja mam do nich
doczy? Biegiem?
W tej samej chwili usyszaem opot ogromnych skrzy-de.
Koo mnie wyldowa Mroczny i zacz beztrosko obgryza
przebijajce si przez nieg nieliczne ba trawy.
Pomylaem sobie, szefie, e moe ci si przyda wierzchowiec
do ucieczki. Co ty na to?
Wdziczno cisna mi gardo, ale wydusiem z siebie:
- Tak. Lemy.

ROZDZIA IX UCZ
SI HODOWLI ZOMBI
Jeli si lata na pegazie za dnia i nie jest si do ostro-nym,
atwo mona spowodowa powany wypadek dro-gowy na
autostradzie wiodcej na Long Island. Musia-em utrzymywa
Mrocznego na wysokoci chmur, ktre na szczcie, jak to zim,
wisiay nisko. Lecielimy zyg-zakiem, starajc si nie straci z
oczu biaej furgonetki Obozu Herosw. Na ziemi byo zimno, a
w powietrzu wrcz lodowato: marzncy deszcz ku w skr.
aowaem, e nie mam przy sobie tej trzymajcej ciepo
pomaraczowej bielizny, ktr mona byo kupi w obozowym
sklepiku. Choc po caej tej historii z Phoebe i zatrutym krwi
centaura podkoszulkiem nie byem pewny, czy kiedykolwiek
jeszcze zaufam tej marce.
Dwa razy furgonetka znikna nam z pola widzenia, ale byem

przekonany, e jechaa na Manhattan, wic odnalezienie jej


tropu nie stanowio trudnoci.
W zwizku ze zbliajcymi si witami ruch by spory. By
ju pny ranek, kiedy wreszcie dojechali do miasta.
Wyldowaem na szczycie Chrysler Building i obserwo-waem
bia furgonetk. Mylaem, e zatrzyma si na dworcu
autobusowym, ale ona jechaa dalej.
- Dokd ten Argus ich wiezie? - mruknem pod nosem.
Och, to nie Argus prowadzi, szefie - powiedzia Mro-czny. - To
ta dziewczyna.
- Ktra dziewczyna?
owczyni. Ta ze srebrn przepask we wosach.
-Zoe?
Wanie. Ej, patrz! Tam jest cukiernia. Kupimy sobie co na
wynos!
Usiowaem mu wytumaczy, e wprowadzenie lataj -cego
konia do cukierni moe przyprawi miejscowych policjantw o
atak serca, ale najwyraniej nie rozumia, o co mi chodzi.
Tymczasem furgonetka zakrt po zakr-cie zmierzaa ku
tunelowi Lincolna. Nigdy nie przyszo mi do gowy, e Zoe
umie prowadzi samochd. W tym sensie, e ona nie wyglda na
szesnacie lat. Inna sprawa, e jest niemiertelna. Zastanawiaem
si, czy ma prawo jazdy, a jeli tak, to co ma wpisane w rubryce
data urodzenia.
- Dobra - powiedziaem - Ruszamy za nimi.
Mielimy wanie skoczy z wieowca, kiedy Mroczny zara
ze strachu i omal mnie nie zrzuci. Wok mojej nogi co wio
si jak w. Signem po miecz, ale kiedy spojrzaem w d, nie
zobaczyem wa. To byy wici winorpoli wyrastajce ze
szczelin budynku. Owijay si wok ng Mrocznego i smagay
mnie po kostkach tak, e nie bylimy w stanie si poruszy.

- Dokd si wybieracie? - spyta Pan D.


Opiera si o cian budynku, unoszc si w powietrzu. Wiatr
opota jego dresem w lamparcie ctki i rozwiewa czarne wosy.
Ogaszam boski alarm! - wrzasn Mroczny. - To kolo od
wina!
Pan D. westchn poirytowany.
- Nastpny czowiek, czy te ko, ktry nazwie mnie "kolo od
wina", skoczy w butelce burgunda!
- Panie D. - usiowaem mwic spokojnie, czujc, e winorol
oplata mi nogi coraz wyej. - O co waciwie
panu chodzi?
- Och, o co mi waciwie chodzi? Mylae zapewne, e
niemiertelny i wszechpotny dyrektor obozu nie zau-way, e
opuszczasz jego teren bez pozwolenia?
- No... moe.
- Powinienem waciwie zrzuci ci z tego dachu, poz-bawiajc
uprzednio latajcego konia, eby przekona si, jak bardzo
bdziesz chojrakowa po drodze w d.
Zacisnem pici. Wiedziaem, e powinienem trzyma buzi
na kdk, ale Pan D. zamierza albo mnie zabi, albo zawlec do
obozu na pomiewisko, a nie mogem po-godzi si z adn z
tych perspektyw.
- Dlaczego pan mnie tak nienawidzi? Co ja panu zrobiem?
W jego oczach zapony fioletowe ogniki.
- Jeste herosem, chopcze. To mi wystarcza.
- Musz uda si na t misj! Musz pomc moim przy
jacioom. To co, czego pan chyba nigdy nie zrozumie!
Yyy, szefie - odezwa si nerwowo Mroczny. - Zway-wszy, e
jestemy uwizieni w winoroli trzydzieci metrw nad ziemi
wicej uprzejmoci mogoby si opaci.
Wici zacisny si mocniej wok moich ng. Pod nami biaa

furgonetka oddalaa si coraz bardziej. Wkrtce zniknie nam z


oczu.
- Opowiadaem ci kiedykolwiek o Adriadnie? - zapyta Pan D.
- Piknej, modej ksiniczce Krety? Ona te lubia pomaga
przyjacioom. Prawd mwic, pomoga modemu herosowi
imieniem Tezeusz, skdind te po
tomkowi Posejdona. Daa mu kbek magicznej weny, dziki
ktremu odnalaz wyjcie z Labiryntu. A wiesz, jak Tezeusz si
jej odwdziczy?
Miaem ochot odpowiedzie: nic mnie to nie obchodzi. Nie
sdziem jednak, eby to miao przypieszy zako-czenie tej
opowieci.
- Pobrali si - odrzekem. - yli dugo i szczliwie. Koniec.
Pan D. parskn.
- Niezupenie. Tezeusz obieca jej, e si z ni oeni. Zabra j
na pokad statku i poeglowa do Aten. A w poowie drogi na
maej wysepce o nazwie Naksos... Jak to wy, miertelnicy, teraz
mwicie?... Ola pann. A ja j tam znalazem, wiesz? Samotn.
Ze zamanym sercem. Wypakujc oczy. Porzucia wszystko,
wszystko zosta-wia, eby pomc przystojnemu modemu
herosowi, ktry wyrzuci j nastpnie jak podarty sanda.
- To nieadnie z jego strony - powiedziaem. - Ale to zdarzyo
si tysice lat temu. Co to ma do rzeczy?
Pan D. rzuci mi lodowate spojrzenie.
- Ja zakochaem si w Adriadnie, chopcze. Uleczyem jej
zamane serce. A kiedy zmara, uczyniem j moj niemierteln
on na Olimpie. Ona teraz czeka tam na mnie. I wrc do niej,
kiedy wreszcie skocz z tym pie-kielnym stuleciem kary na
waszym idiotycznym obozie.
Gapiem si na niego szeroko otworzonymi oczami.
- Pan... Pan jest onaty? Wydawao mi si, e te kopo-ty to z

powodu lenej nimfy...


- Bo wy, herosi, jestecie zawsze tacy sami. Oskaracie
nas, bogw, o prno. Powinnicie przyjrze si samym sobie.
Bierzecie wszystko, na co macie ochot, wykorzystujecie
kadego, kto si nawinie, a potem zdra-dzacie wszystkich wok
siebie. Wybacz mi wic, e nie kocham herosw. To samolubny,
niewdziczny nard. Zapytaj Adriadn. Albo Mede. Prawd
mwic, moesz rwnie dobrze zapyta Zoe Nightshade.
- Jak to: zapytac Zoe?
Machn lekcewaco rk.
- Jed. Go swoich gupich przyjaci.
Winorol odwina si z moich kostek.
Zamrugaem oczami z niedowierzaniem.
- Pozwala mi pan... odej? Tak po prostu?
- Przepowiednia mwi, e conajmniej dwjka z was zginie.
Moe bd mia szczcie i ty bdziesz jednym z nich. Ale
pomnij moje sowa, synu Posejdona: ywy czy umary, okaesz
si nie lepszy od innych herosw.
Mwic to Dionizos pstrykn palcami i jego obraz zwin si
jak kartka papieru.
Rozlego si ciche pyknicie i znik cakowicie, pozosta-wiajc
tylko lekki zapach winogron, ktry szybko roz-wia wiatr.
Byo blisko - powiedzia Mroczny.
Przytaknem, chocia czuem, e chyba mniej bym si
martwi, gdyby Pan D. zawlk mnie z powrotem do obozu.
Skoro pozwoli mi odej, to naprawd wierzy, e mamy due
szanse rozbic si albo spon podczas tej wyprawy.
- W drog, Mroczny - powiedziaem, starajc si
brzmiec optymistycznie. - Kupi ci pczki w New Jersey.

Ale w kocu nie kupiem mu pczkw w New Jersey. Zoe


pdzia na poudnie jak szalona i zatrzymaa si dopiero za
granic Maryland. Pegaz omal nie spad z nieba, taki by
zmczony.
Wszystko w porzdku, szefie - wy dysza. - Musz tylko zapa
oddech.
- Zaczekaj tutaj - powiedziaem mu. - Rozejrz si.
Zaczeka dam rad. Nie ma sprawy.
Zaoyem niewidk i podszedem do sklepu spoyw-czego.
Odruchowo przemykaem si skulony. Musiaem cay czas
przypomina sobie, e nikt mnie nie widzi. Jeszcze trudniej byo
cigle uwaa, eby nie wchodzi ludziom pod nogi i ich nie
potrca.
Zamierzaem po prostu wej do rodka i si ogrza, moe
kupi sobie kubek gorcej czekolady albo co takiego. Miaem w
kieszeni troch drobnych. Mgbym zostawi je na ladzie.
Zastanawiaem si wanie, czy kubek zrobi si niewidzialny,
kiedy wezm go do rki, czy te bd mia problem z szybujc
w powietrzu gor-c czekolad, ale wtedy cay mj misterny
plan zepsuli Zoe, Thalia, Bianca i Grover wychodzcy ze sklepu.
- Jeste pewny, Grover? - pytaa Thalia.
- No... Waciwie tak. Na dziewicdziesit dziewic procent.
No dobra, osiemdziesit pic.
- Tak powiedziay ci odzie? - spytaa Bianca z niedo
wierzaniem.
Grover zrobi uraon min.
- To prastare zaklcie tropice. To znaczy jestem prawie
pewny, e nic nie pomyliem.
- Waszyngton jest jakie sto kilometrw std - powie-dziaa
Bianca. - Nico i ja... - Zmarszczya brwi. - Mymy tam kiedy

mieszkali. To... To dziwne. Zapomniaam o tym.


- Nie podoba mi si to - oznajmia Zoe. - Powinnimy jecha
prosto na zachd. Przepowiednia mwi o zacho-dzie.
- Ach, to znaczy, e jeste lepsz tropicielk? - warkn-a
Thalia.
Zoe zrobia krok w jej kierunku.
- miesz powtpiewa w moje umiejtnoci, kuchto? Nie masz
pojcia o byciu owczyni.
- Och, kuchto? Ty nazywasz mnie kucht? Co to do cholery
jest kuchta?
- Ej, wy dwie - wtrci si nerwowo Grover. - Przesta-cie.
Mam tego do.
- Grover ma racj - powiedziaa Bianca. - Powinnimy jechac
do Waszyngtonu.
Zoe nie wygldaa na przekonan, ale pokiwaa nie-chtnie
gow.
- Wspaniale. Jedmy wic.
- Aresztuj nas za t twoj jazd - mrukna Thalia. - Ja
bardziej wygldam na szesnacie lat ni ty.
- Moe - odparowaa Zoe. - Ale ja mam prawo jazdy, odkd
wynaleziono samochd.
Lecc z Mrocznym dalej na poudnie, za furgonetk,
zastanawiaem si, czy Zoe artowaa. Nie znaem do-kadnej
daty wynalezienia samochodu, ale wyobraaem sobie, e to
musiao by w jaki prehistorycznych cza-sach, kiedy ludzie
ogldali czarno-bia telewizj i polo-wali na dinozaury.
Ile ona naprawd miaa lat? I o czym mwi Pan D.? Co to za
ze dowiadczenia z herosami?
Kiedy zbliylimy si do Waszyngtonu, Mroczny zacz tracic
wysoko i zwalnia. Na dodatek dysza ciko.
Doskonale, szefie. Mgbym... Mgbym uniec puk.

- Chyba wcale nie tak dobrze - Nagle poczuem wyrzu-ty


sumienia, poniewa zmuszaem pegaza do lotu przez p dnia
bez przerwy, gonic samochody na autostra-dzie. To musiao by
cikie nawet dla latajcego konia.
Nie martw si o mnie, szefie. Jestem twardy!
Domylaem si, e mwi prawd, ale te e prdzej spadnie
na ziemi, ni si poskary, a tego bardzo nie chciaem.
Na szczcie furgonetka zwolnia i przejechaa przez Potomak
do centrum Waszyngtonu. Zaczem si mart-wic o patrole
powietrzne, pociski i rne takie. Nie wie-dziaem jak waciwie
dziaaj tego rodzaju zabezpiecze-nia, ani nawet tego czy
wojskowe radary s w stanie wy-chwycic pegaza, ale nie miaem
ochoty zostac zestrzelo-ny z nieba.
- Zsad mnie tutaj - powiedziaem do Mrocznego. - Tu bdzie
wystarczajco blisko.
Pegaz by tak zmczony, e nie protestowa. Opad obok
obelisku i posadzi mnie na trawie.
Furgonetka znajdowaa si zaledwie kilka domw od nas. Zoe
zaparkowaa na krawniku.
Spojrzaem na Mrocznego.
- Chc, eby wrci do obozu. Musisz odpoczc. Naje si.
Ja sobie poradz.
Jeste pewny, szefie?
- Zrobie ju dla mnie bardzo duo - powiedziaem. - Dam
sobie rad i stokrotne dziki.
Stokrotkowe siano - rozmarzy si Mroczny. - Brzmi niele.
Niech bdzie, ale uwaaj na siebie, szefie. Mam wraenie, e oni
nie przyjechali na spotkanie z czym rwnie miym i piknym jak
ja.
Obiecaem, e bd na siebie uwaa. Chwil pniej Mroczny
wznis si w powietrze i okry obelisk dwu-krotnie, zanim

znik w chmurach.
Spojrzaem w kierunku biaej furgonetki. Wszyscy wysiadali.
Grover wskaza na jeden z wielkich budyn-kw przy parku
National Mall. Thalia skina gow i caa czwrka ruszya pod
wiatr - lodowaty wiatr.
Poszedem za nimi i zamarem.
Przecznic dalej otwary si drzwiczki czarnej limuzy-ny.
Wysiad z niej szpakowaty mczyzna ostrzyony na rekruta.
Nosi ciemne okulary i czarny paszcz. Jasne, w Waszyngtonie
mija si takich codziennie. Ale ja uwiadomiem sobie, e
widziaem ten samochd kilka-krotnie na autostradzie, jak jecha
na poudnie. ladem furgonetki.
Facet wycign komrk i co do niej powiedzia. Nastpnie
rozejrza si dookoa, jakby sprawdzajc, czy wszystko w
porzdku, i ruszy przez park w kierunku moich przyjaci.
A oto najgorsza wiadomo: kiedy si odwrci ku mnie,
rozpoznaem jego twarz. To by pan Cierniak, mantikora z
Westover Hall.
Nie zdejmujc bejsbolwki niewidki, ledziem go z pewnej
odlegoci. Serce walio mi jak motem. Skoro on przey upadek
z klifu, to Annabeth zapewne te. Moje sny okazay si prawd.
Annabeth yje i jest w niewoli.
Cierniak trzyma si z dala od moich przyjaci, stara-jc si
pozosta niezauwaonym.
W kocu Grover przystan przed budynkiem na ktrym
widnia napis: NARODOWE MUZEUM LOTNICTWA I
PRZESTRZENI KOSMICZNEJ. Oddzia Instytutu Smithsona!
Byem tam milion lat temu z mam i wszystko wtedy wydawao
mi si takie ogromne.

Thalia sprawdzia drzwi. Byy otwarte, choc niewiele osb


wchodzio do rodka. Byo zimno a w szkole ferie. Moi kumple
wlizgnli si do wntrza.
Pan Cierniak si zawaha. Nie byem pewny, dlaczego, ale nie
wszed do muzeum. Obrci si i ruszy przed siebie trawnikiem.
W uamku sekundy podjem decyzj i poszedem za nim.
Przeszed na drug stron ulicy i wspi si na schody
Muzeum Historii Naturalnej. Na jego drzwiach wisiaa wielka
kartka. Z pocztku mylaem, e jest na niej napisane
ZAMKNITE - IMPREZA PIRACKA, ale po chwili dotaro do
mnie, e nie PIRACKA, tylko jednak PRYWATNA.
Wszedem z nim do rodka, do wielkiej sali penej szkieletw
mastodontw i dinozaurw. Przed nami syszaem jakie gosy
dochodzce spoza zamknitych drzwi. Na zewntrz stao dwch
stranikw. Otworzyli drzwi przed Cierniakiem, a ja musiaem
popdzi do rodka, zanim zamknli z powrotem.
To, co zobaczyem wewntrz, byo okropne, e omal nie
krzyknem, co zapewne kosztowaoby mnie ycie.
Znalazem si w ogromnym okrgym pomieszczeniu, ktrego
drugi poziom obiegaa galeryjka. Na tym balko-niku stao
conajmniej dziesiciu miertelnych strani-kw oraz dwa
potwory: przypominajce gady kobiety z podwjnymi
wowymi ogonami zamiast ng. Widzia-em takie ju
wczeniej. Annabeth nazywaa je draka-inami scytyjskimi.
Ale nie to byo najgorsze. Midzy wowymi kobietami sta - i
mgbym si zaoy, e patrzy wprost na mnie - mj stary
nieprzyjaciel Luke. Wyglda okropnie. Jego skra bya blada, a
jasne wosy niemal szare, jakby postarza si o dziesi lat przez
zaledwie kilka miesi-cy. W jego oczach wci pon ten
gniewny ogie, na policzku nadal widniaa blizna po zadrapaniu

przez smoka. Tylko teraz bya paskudnie czerwona, jakby


ostatnio zostaa na nowo otwarta.
Tu obok niego siedzia ukryty w mroku inny mczy-zna.
Widziaem tylko jego donie oparte o zocone podo-kietniki
fotela - jak na tronie.
- Sucham? - odezwa si mczyzna na fotelu. Jego gos
brzmia jak ten, ktry syszaem we nie: nie tak
przeraajcy jak Kronosa, ale gbszy i mocniejszy, jakby
mwia sama ziemia. Ten gos wypeni ca sal, mimo e
mczyzna nie krzycza.
Pan Cierniak zdj ciemne okulary. Jego dwukolorowe oczy,
brzowe i niebieskie, byszczay z podniecenia. Ukoni si
sztywno i powiedzia tym swoim dziwacznym francuskim
akcentem:
- Snamiejscuuu, Generrrhale.
- Wiem o tym, gupcze - zadudni tamten. - Gdzie dokadnie?
- W muzeum rhakiet.
- W Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej - poprawi z
irytacj Luke.
Cierniak zerkn na niego z ukosa.
- Oczywicie, panie.
Odniosem wraenie, e wolaby sto razy przebi Luke'a
jednym ze swoich kolcw ni nazywa go panem.
- Ilu? - spyta Luke.
Cierniak udawa, e nie syszy.
- Ilu? - powtrzy Genera.
- Czworho Generhale - odrzek Cierniak. - Satyrh Grhoverh
Underhwood. Dziewczyna z nastrhoszonymi czarhnymi
wosami i... jak to si mwi? Punkowymi ciuchami. I z t
okrhopn tarhcz.
- Thalia - podpowiedzia Luke.

- I jeszcze dwie dziewczyny - owczynie. Jedna nosi


srhebrhn przepask.
- T znam - warkn Genera.
Wszyscy obecni poruszyli si z niepokojem.
- Pozwl mi ich przej - powiedzia Luke do mczy-zny na
fotelu. - Mamy wystarczajco...
- Cierpliwoci - przerwa mu Genera. - Oni maj pene rce
roboty. Wysaem im zabawk, eby mieli co robi.
- Ale...
- Nie moemy ryzykowac ciebie, chopcze.
- Wanie, chopcze - wtrci si pan Cierniak ze zo-wrogim
umiechem. - Jeste zbyt delikatny na to, eby rhyzykowa.
Pozwl mi ich wykczy.
- Nie. - Genera wsta z fotela i po raz pierwszy zoba-czyem
go w caej okazaoci.
By wysoki i potnie zbudowany, mia brzowaw skr i
zaczesane do tyu ciemne wosy. Nosi drogi brzowy garnitur
jak faceci z Wall Street, ale nikt nie wziby tego gocia za
maklera. Mia kwadratow twarz, szerokie bary i donie, ktre
mogyby poama maszt na p. Zupenie jakbym patrzy na
oywiony posg. Zadziwiajce, e w ogle by w stanie si poruszac.
- Ty ju mnie raz zawiode, Cierniak - powiedzia.
- Ale, Generhale...
- adnych wymwek!
Cierniak si skuli. Wydawa mi si przeraajcy, kiedy po raz
pierwszy zobaczyem go w czarnym mundu-rze szkoy
wojskowej. Ale teraz, stojc przed Generaem, wyglda jak
chuderlawy rekrut. Genera to by kto. Nie potrzebowa
munduru. By urodzonym przywdc.
- Powinienem ci wrzuci w otcha Tartaru za twoj

nieudolno - oznajmi Genera. - Wysyam ci po dziecko


jednego ze starszych bogw, a ty przynosisz mi chud crk
Ateny.
- Obiecae mi odwet - zaprotestowa Cierniak. - Moje wasne
dowdztwo!
- Jestem najwyszym dowdzcPana Kronosa - odpar
Genera. - I bd wybiera adiutantw, ktrzy odnosz sukcesy!
Tylko dziki Luke'owi udao si w ogle urato-wa nasz plan. A
teraz zejd mi z oczu, dopki nie znaj-d odpowiedniego zajcia
dla ciebie.
Twarz Cierniaka poczerwieniaa z wciekoci. Ju mylaem,
e zacznie toczyc pian z ust albo strzelac kolcami, ale on tylko
ukoni si niezgrabnie i wyszed z sali.
- A teraz, chopcze - Genera zwrci si do Luke'a. - Przede
wszystkim musimy oddzieli od nich herosk Thali. Potwr
ruszy wtedy za ni.
- Nieatwo bdzie si pozby owczy - odpowiedzia Luke. ZoeNightshade...
- Nie wymawiaj jej imienia!
Luke przekn lin.
- Prze-przepraszam, Generale. Ja tylko...
Genera uciszy go ruchem rki.
- Pozwl, e ci poka, chopcze, jak poradzimy sobie z
owczyniami.
Wskaza palcem na jednego ze stranikw stojcych na
parterze.
- Masz zby?
Mczyzna podszed do nich, niosc gliniany dzban.
- Tak jest, Generale!
- Zasad je - rozkaza Genera.
Na samym rodku sali znajdowa si wielki okrg wy-sypany

ziemi, gdzie, jak przypuszczaem, mia stan jaki dinozaurzy


eksponat. Przygldaem si zdenerwo-wany, jak stranik
wyciga ostre biae zby z garnka i wbija je w ziemi. Przysypa
je gadko, podczas gdy Genera chodno si umiecha. Stranik
cofn si i wytar rce.
- Gotowe, Generale!
- Doskonale! Podlej je, a potem pozwlmy im wyczu
zwierzyn.
Stranik wzi niewielk cynow konewk z wymalo-wanymi
stokrotkami, a ze rodka, co byo doc dziwa-czne, nie wylaa
si woda. Pyn by ciemnoczerwony, ale miaem wraenie, e nie
jest to wino.
Ziemia zacza bulgotac.
- Wkrtce - oznajmi Genera - poka ci, Luke, onie-rzy,
przy ktrych twoja armia z tego stateczku bdzie niczym.
Chopak zacisn pici.
- Powiciem rok na musztr moich oddziaw! Kiedy
"Ksiniczka Andromeda" bdzie ju u stp gry, bd
najlepszymi...
- Ha - przerwa mu Genera. - Nie przecz, e twoi onierze
nadadz si doskonale na gwardi honorow Pana Kronosa. Ty,
te, oczywicie, bdziesz mia rol do odegrania...
Wydawao mi si, e Luke poblad syszc te sowa.
-... ale pod moj wodz siy Pana Kronosa wzrosn stu-krotnie.
Bdziemy niepowstrzymani. Oto moje maszyny mierci.
Ziemia eksplodowaa. Cofnem si, zaniepokojony.
W kadym miejscu, w ktrym posadzono zb, z ziemi
gramolio si jakie stworzenie. Pierwsze z nich odezwa-o si:
- Miau?
Byo to koci. Mae rude kocitko, prgo wate jak tyg-rys.
Chwil pniej pojawio si kolejne, a wreszcie byo ich z tuzin

- tarzay si i bawiy na ziemi. Wszyscy wpatrywali si


w nie z niedowierzaniem.
- Co to jest? - rykn Genera. - Sodkie kociaczki? Skde ty
wzi te zby?
Stranik ktry je przynis, skuli si ze strachu.
- Z wystawy, Generale! Tak jak powiedziae. Tygrys
szablozbny...
- Nie, ty kretynie! Powiedziaem tyranozaur! Zabierz te... te
piekielne puchate stworzenia i wynie je std. I niech nigdy
wicej nie ogldam twojej twarzy.
Przeraony stranik upuci konewk, zebra kocita i umkn z
sali.
- Ty - Genera wskaza na innego stranika. - Przynie mi
waciwe zby! JU!
Kolejny stranik pobieg, by wypeni rozkazy.
- Kretyni - mrukn Genera.
- Dlatego wanie nie posuguj si miertelnikami - powiedzia
Luke. - S nieodpowiedzialni.
- S atwowierni i kochaj przemoc, a poza tym atwo
ich kupi - odpar Genera. - Kocham ich.
Chwil pniej stranik wpad do sali z rkami peny-mi
wielkich ostrych zbw.
- Doskonale - powiedzia Genera, po czym wspi si na
barierk na galeryjce i zeskoczy siedem metrw w d.
- Ale mi kark cierp.
- Moe okad, Generale? - zapyta jeden ze stranikw. - Albo
tabletk paracetamolu?
Unis zb w gr i si umiechn.
- Zb dinozaura - ha! Ci gupi miertelnicy nie potrafi
rozpoznac smoczych zbw. I to nie byle jakich smoczych
zbw. Te pochodz z samej staroytnej Sybaris! Dosko-nale si

nadadz.
Zasadzi je w ziemi, w sumie dwanacie. Nastpnie podnis
konewk. Pokropi ziemi czerwonym pynem, odrzuci
konewk i rozoy szeroko ramiona.
- Rosnc!
Ziemia zadraa. Z gleby wysuna si kocista rka, chwytajc
powietrze. Genera spojrza ku galeryjce.
- Szybko, macie trop?
- Jasssne, panie - sykna jedna z wowych kobiet, wycigajc
chustk ze srebrzystej tkaniny, podobnej do tego, w co ubieray
si owczynie.
- Doskonale - powiedzia Genera. - Jak moi wojownicy zapi
trop,bd za nim i bez wytchnienia. Nic ich nie powstrzyma,
adna bro znana herosom czy owczy-niom. Rozedr
owczynie i ich sprzymierzecw na
strzpy. Rzu to tutaj!
W chwili gdy wymawia te sowa, z ziemi wyskoczyy
szkielety. Byo ich dwanacie, po jednym na kadego zba
zasianego przez Generaa. Nie wyglday wcale jak
halloweenowe kociotrupy, ktre oglda si w tanich horrorach.
Na moich oczach obrastay skr, zamienia-jc si w ludzi.
Mieli matow, szar skr i te oczy, a ubrani byli w
nowoczesne ciuchy, obcise szare koszulki, panierkowe spodnie
i wojskowe buty. Jeli nie przygl-dao si im zbyt dokadnie,
mona byo nawet wzic ich za zwykych ludzi, ale ich ciaa
byy przezroczyste, a pod spodem byo wida lnice koci jak
na przewietleniu.
Jeden z nich spojrza prosto na mnie, wpatrujc si zimnym
wzrokiem, a ja wiedziaem, e nie oszuka ich adna czapka
niewidka.

Wowa kobieta rzucia chustk, ktra spyna ku do-ni


Generaa. Kiedy tylko dostanie si w rce wojowni- kw, bd
polowa na Zoe i pozostaych, a ich dopadn i zabij.
Nie miaem czasu na mylenie. Podbiegem i skoczy-em, z
caej siy wdzierajc si midzy wojownikw i po-rywajc
chustk z powietrza.
- A co to? - rykn Genera.
Wyldowaem tu obok szkieletowego wojownika, kt-ry
zasycza.
- Intruz - wakn Genera - Intruz w przebraniu mroku.
Zamkn drzwi!
- To Percy Jackson! - wrzasn Luke. - To musi byc on.
Popdziem do wyjcia ale usyszaem odgos drcego
si materiau to jeden ze szkieletw wyrwa kawaek mojego
rkawa. Kiedy si obejrzaem przyoy skrawek do nosa,
wdychajc zapach, a nastpnie poda go swoim towarzyszom.
Miaem ochot krzycze, ale nie mogem. Przycisnem si
przez drzwi dokadnie w chwili, gdy stranicy je zatrzaskiwali. I
popdziem dalej.

ROZDZIA X
ROZWALAM KILKA RAKIET
Pdzc przez trawnik, nie miaem si obejrze. Wpad-em do
Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej i zdjem
bejsbolwk niewidk, kiedy tylko przedostaem si przez kas i

szatni.
Gwna cz muzeum to ogromna sala z rakietami i
samolotami zawieszonymi pod sufitem. Wok biegn trzy
galeryjki, eby mona byo oglda eksponaty z rnej
wysokoci. Nie byo tu wielu ludzi, zaledwie kilka rodzin i
jakie nieliczne grupki dzieci, zapewne na wi-tecznych
wycieczkach. Chciaem wrzasnc do nich wszy-stkich, eby
szybko std uciekali, ale uznaem, e za- zapewne zostabym za
to aresztowany. Musiaem naj-pierw znale Thali, Grovera i
owczynie. Szkielety
mogy w kadej chwili dostac si do muzeum, a nie przypuszczaem, e zadowol si suchawkami z nagranym
przewodnikiem.
Wpadem na Thali - dosownie. Gnaem po rampie wiodcej
na najwyszy balkonik i zderzyem si z ni, wpychajc j do
kapsuy kosmicznej z programu Apollo.
Grover krzykn zaskoczony.
Zanim zdoaem odzyska rwnowag, Zoe i Bianca napiy
uki, mierzc w moj klatk piersiow. uki pojawiy si znikd.
Kiedy Zoe zorientowaa si, kim jestem, nadal nie zamierzaa
opuci broni.
- Ty! Jak miesz si tu pokazywa!
- Percy! - zawoa Grover. - Dziki bogom!
Zoe rzucia mu wcieke spojrzenie, a si zaczerwieni.
- To znaczy: ojej. Nie powinno ci tu byc!
- Luke - powiedziaem, z trudnem apic oddech. - On tu jest.
Gniew w oczach Thalii natychmiast wyparowa. Poo-ya do
na swojej srebrnej bransoletce.
- Gdzie?
Opowiedziaem im o tym, co widziaem w Muzeum Historii
Naturalnej, o panu Cierniaku, Luke'u i Genera-le.

- Genera tu jest? - Zoe wygldaa na totalnie zaskoczo-n. - To


niemoliwe! esz.
- Dlaczego miabym kama? Suchaj, nie mamy czasu.
Szkieletowi wojownicy...
- e co? - zapytaa Thalia. - Ilu?
- Dwunastu - odpowiedziaem. - Ale to nie wszystko. Ten
facet, znaczy si Genera, mwi, e wysa tu co, eby was
zaj. Potwora.
Thalia i Grover wymienili spojrzenia.
- Szlimy po tropie Artemidy - powiedzia satyr. - Byem
cakiem pewny, e prowadzi tutaj. Jaki mocny zapach
potwora... Pewnie zatrzymaa si tutaj, eby go tu szuka. Ale na
razie nic nie znalelimy.
- Zoe - odezwaa si nerwowo Bianca -jeli Genera...
- To niemoliwe! - warkna Zoe. - Percy musia widzie co w
iryfonie albo jakow iluzj.
- Iluzje nie uszkadzaj marmurowych posadzek - zau-wayem.
Zoe wzia gboki wdech, najwyraniej usiujc si uspokoi.
Nie miaem pojcia, dlaczego tak bardzo si tym przejmuje ani
skd zna tego Generaa, ale uznaem, e nie jest to najlepszy
moment, eby pyta.
- Jeli Percy mwi prawd w kwestii tych szkieleto-wych
wojownikw - powiedziaa - nie mamy czasu na spory. To
najgorsi, najstraszliwsi... Musimy natych- miast ucieka.
- Dobry pomys - potaknem.
- Ciebie nie braam pod uwag, chopcze - oznajmia Zoe. - Nie
naleysz do tej wyprawy.
- Ej, wanie usiuj uratowa wam ycie!
- Nie powiniene przyjeda, Percy - powiedziaa ponuro
Thalia. - Ale skoro ju tu jeste. Chodmy. Do furgonetki.
- Nie do ciebie naley decyzja! - prychna Zoe.

Thalia rzucia jej spojrzenie spode ba.


- Nie jeste tu szefem, Zoe. I nie obchodzi mnie, ile masz lat!
Jeste wiecznym zarozumiaym bachorem!
- Nigdy nie wykazywaa si rozwag, jeli chodzi o
chopakw - warkna wciekle owczyni. - Nigdy nie potrafia
si bez nich obej!
Wydawao si, e Thalia zaraz jej przywali. W tej samej chwili
jednak wszyscy zamarlimy, syszc ryk tak gony, jakby ktra
z rakiet wanie wystartowaa.
Z dou dobiegy nas krzyki dorosych. Ktre z dzieci pisno
radonie:
- Kicia!
Po rampie pdzio co ogromnego. Miao gabaryty maej
ciarwki, srebrne pazury i poyskujce zotem futro. Ju
kiedy widziaem tego potwora. Dwa lata temu przemkn mi za
oknem pocigu. Teraz, z tak bliska i w osobistym starciu,
wyglda na jeszcze wikszego.
- Lew nemejski - powiedziaa Thalia. - Nie rusza si.
Lew rykn tak gono, e wosy stany mi dba: Jego ky
lniy niczym stal nierdzewna.
- Na mj znak rozdzielamy si - szepna Zoe. - Musi-my
rozproszy jego uwag.
- Na jak dugo? - zapyta Grover.
- Dopki nie wymyl, jak go zabi. Ju!
Odetkaem Orkan i odtoczyem si na lewo. Obok mnie
migny strzay, a Grover zagra jak ostr wiergotli-w
melodyjk na swoich trzcinowych piszczakach. Od-wrciem
si i zobaczyem, e Zoe i Bianca wspinaj si do kapsuy
kosmicznej. Miotay gradem strza, ale wszystkie pociski
odbijay si od metalicznego futra zwierzcia, nie robic mu
najmniejszej szkody. Lew z rozmachem uderzy w kapsu i

przerwci jna bok, wytrzsajc z niej owczynie. Grover gra


jak okropn oszala melodi i lew zwrci si ku niemu, ale
na jego drodze stana Thalia, unoszc Egid, a potwr si
cofn.
- WRRRRRRRR!
- Ha-jaaa! - krzykna Thalia. - Do tyu!
Lew zarycza i uderzy pazurami w powietrze, ale cof-n si,
jakby tarcza ziona ogniem.
Przez moment mylaem, e Thalia kontroluje sytua-cj. Potem
jednak zobaczyem, e lew przysiada, a mi-nie jego ng
napinaj si, e lew szykuje si do ataku.
- Ej! - wrzasnem. Nie wiem, co sobie wyobraaem, ale
rzuciem si na besti. Chciaem tylko odcign j od moich
przyjaci. Uderzyem Orkanem - by to dobry cios w bark,
ktry powinien zrobic z potwora koci kar-m, ale ostrze tylko
odbio si z brzkiem i deszczem iskier od futra.
Lew machn w moim kierunku pazurzast ap, odry-wajc
kawaek kurtki. Oparem si o barierk. Wacy ton potwr
run na mnie, wic nie miaem wyboru - odwrciem si i
skoczyem.
Thalia uderzya potwora wczni i si cofna. Lew naciera na
ni.
- Percy - zawoaa - cokolwiek zamierzasz zrobi...
Potwr rykn i pacn jjak kot zabawk, a pofruna wysoko w gr na rakiet "Tytan". Uderzya gow w
metalowe poszycie i zelizgna si na podog.
- Hej! - ryknem do lwa.
Byem za daleko, eby uderzy, wic postanowiem zaryzykowa: rzuciem Orkanem jak noem. Odbi si od skry
lwa, ale to wystarczyo, eby odwrci jego uwag. Odwrci si
ku mnie, warczc.

Istnia tylko jeden sposb, eby si zbliy do niego


dostatecznie. Zaszarowaem, a kiedy lew skoczy, eby mnie
chwyci, wepchnem w jego paszcz pakiecik kosmicznego
jedzenia - kawaek owinitego w celofan mroonego deseru
truskawkowego.
Potwr wybauszy oczy i zakrztusi si jak kot kacz-kiem
sierci.
Nie dziwiem mu si. Kiedy jako dziecko sprbowaem
kosmicznego jedzenia, czuem si dokadnie tak samo. To
wyjtkowe paskudztwo.
- Zoe, uwaga! - wrzasnem.
Za sob syszaem krzyki ludzi. Grover gra kolejn okropn
melodi na piszczakach.
Odpezem od lwa. Potwr zdoa przekn paczuszk
kosmicznego jedzenia i spoglda na mnie z nieskrywa-n
nienawici.
- Czas na przekosk! - krzyknem.
Popeniem ten bd, e na mnie rykn, a ja wrzuciem mu do
garda, kanapk z lodami. Na szczcie zawsze niele rzuciem
pik, choc bejsbol nie jest moj ulubio-n gr.
Zanim przesta si krztusi, wrzuciem w niego jeszcze
dwa rodzaje lodw oraz zamroone spaghetti.
Oczy omal nie wyszy mu z orbit. Otwar szeroko pysk i unis
si na tylnych apach, usiujc odsun si ode mnie.
- Teraz! - krzyknem.
Natychmiast w paszcz lwa wbiy si strzey - dwie, cztery,
sze. Potwr rzuca si wciekle, a w kocu obrci si i spad
na grzbiet. Lea bez ruchu.
W caym muzeum rozlegy si alarmy. Ludzie pchali si do
wyjcia. Ochrona w panice biegaa w kko, nie majc pojcia,
co si dzieje.

Grover uklk przy boku Thalii i pomg jej si pod-niec.


Wygldaa w porzdku, bya tylko lekko zamro-czona. Zoe i
Bianca zeskoczyy z galeryjki, ldujc tu koo mnie.
Zoe obrzucia mnie uwanym spojrzeniem.
- To bya... interesujca strategia.
- Odczep si, zadziaao.
Nie napieraa dalej.
Lew jakby si roztapia, jak to si zdarza martwym potworom,
a wreszcie nie zostao nic oprcz lnicego futra, ktre zreszt
skurczyo si do zwyczajnych lwich rozmiarw.
- We je - zwrcia si do mnie Zoe.
Wlepiem w ni wzrok.
- Co? Skr lwa? Czy to nie amie jaki tam praw zwierzt?
- To up wojenny - powiedziaa. - Tobie si naley.
- To ty go zabia - odrzekem.
Pokrcia gow, niemal si umiechajc.
- Obawiam si, e to robota kanapki lodowej. Sprawie
dliwoci musi stac si zado, Percy Jacksonie. We skr.
Podniosem j- bya zaskakujco lekka. Futro byo gadkie i
mikkie. Nie sprawiao wraenia czego, co moe odeprzec
ostrze. Wpatrywaem si w nie, a ono zamigotao i zmienio si
w paszcz - dugi, zotobrzowy prochowiec.
- Niezupenie w moim stylu - mruknem.
- Musimy si std wydosta - powiedzia Grover. - Ochrona
nie pozostanie skoowana na wieki.
Teraz dopiero uwiadomiem sobie, e ochroniarze o dziwo
nie ruszyli, by nas aresztowa. Biegali po wszys- tkich ktach z
wyjtkiem tego, gdzie stalimy, jakby rozpaczliwie czego
szukali. Niektrzy wpadali na ciany lub na siebie wzajemnie.
- Ty to zrobie? - spytaem Grovera.
Przytakn z troch niewyran min.

- Pomniejsza piosenka na otumanienie. Zagraem kawaek


Demisa Roussosa. Zawsze dziaa. Ale potrwa to tylko chwil.
- Ochroniarze to najmniejszy z naszych problemw - odezwaa
si Zoe. - Spjrzcie.
Przez szklan cian muzeum dostrzegem grupk ludzi
przechadzajc si po trawniku. Szarych mczyzn w szarych
wojskowych ubraniach. Nie widziaem ich oczu, bo byli za
daleko, ale czuem, e ich wzrok jest utkwiony we mnie.
- Idcie - powiedziaem. - Oni bd polowa na mnie.
Odcign ich.
- Nie - odrzeka Zoe. - Idziemy razem.
Zrobiem wielkie oczy.
- Przecie mwia...
- Teraz naleysz do tej wyprawy - odpowiedziaa nie-chtnie. Nie podoba mi si to, ale przeznaczenia nie oszukasz. Jeste
pitym czonkiem wyprawy. A my nie zostawiamy nikogo na
pastw losu.

ROZDZIA XI
GROYER DOSTAJE LAMBORGH1NI
Przejedalimy wanie przez Potomak, kiedy dostrze-glimy
helikopter. Bya to smuka, czarna wojskowa ma-szyna, taka
sama, jak widzielimy nad Westover Hall. I leciaa prosto na
nas. - Znaj furgonetk - powiedziaem. - Musimy j porzu-ci.

Zoe wjechaa na najszybszy pas. Helikopter by coraz bliej.


- Moe wojsko go zestrzeli? - powiedzia z nadziej w gosie
Grover.
- Wojsko pewnie uwaa go za jeden ze swoich - odrze
kem. - A tak w ogle: jakim cudem Genera posuguje si
miertelnikami?
- Najemnicy - odrzeka Zoe gorzko. - To obrzydliwe, ale wielu
miertelnikw bdzie walczy za dowoln spraw, jeli si im
zapaci.
- Czy oni nie wiedz, dla kogo pracuj? - zapytaem. - Nie
widz wszystkich tych potworw?
Zoe pokrcia przeczco gow.
- Nie wiem, w jakim stopniu s w stanie przejrze Mg. I
wtpi, czy gdyby nawet wiedzieli, to robioby im to rnic.
miertelnicy bywaj straszniejsi od potwo-rw.
Helikopter nadal si zblia, osigajc znacznie lepsz
prdkoc ni my w waszyngtoskich korkach. Thalia
zamkna oczy i wyszeptaa modlitw.
- Hej, tato. Byskawica w tej chwili byaby cakiem nieza. Co
ty na to?
Ale niebo pozostawao szare i niene. Ani ladu pomocnej
burzy.
- Tam! - zawoaa Bianca. - Parking!
- Bdziemy w puapce - odpowiedziaa Zoe.
- Wiem, co mwi - powiedziaa Bianca.
Zoe przecia dwa pasy i wjechaa na niewielki parking na
poudniowym brzegu rzeki. Porzucilimy furgonetk i
pobieglimy za Biank po krtkich schodach.
- Metro - wyjania Bianca. - Jedziemy na poudnie. Do
Aleksandrii.
- Okej - przytakna Zoe.

Kupilimy bilety i przeszlimy przez bramk, ogldajc si za


siebie, czy nie jestemy ledzeni. Kilka minut pniej
jechalimy bezpiecznie na poudnie w wagoniku metra,
oddalajc si od Waszyngtonu. Kiedy pocig wyjecha na
powierzchni, dostrzeglimy helikopter krcy nad parkingiem.
Nie polecia za nami.
Grover odetchn.
- Dobry pomys z tym metrem, Bianca.
owczyni wygldaa na zadowolon z siebie.
- No tak. Pamitaam t stacj z zeszego lata, kiedy bylimy tu
z Nico. Jej widok mnie zaskoczy, bo nie byo jej tutaj, kiedy
mieszkalimy w Waszyngtonie.
Grover zmarszczy brwi.
- Nowa? Przecie ta stacja wygldaa na bardzo star.
- Te mi si tak wydaje - powiedziaa Bianca. - Ale wierz mi,
kiedy mieszkalimy tu jako mae dzieci, nie byo tu metra.
Thalia pochylia si ku niej.
- Zaczekaj. W ogle nie byo metra?
Bianca przytakna.
Nie wiem zbyt wiele o Dystrykcie Cenrtalnym, ale nie
wydawao mi si, e tutejsze metro mogo mie mniej ni
dwanacie lat. Obawiam si, e wszyscy myleli sobie to samo,
bo wygldali na niele skoowanych.
- Bianca - odezwaa si Zoe. - Jak dawno... - gos jej si
zaama.
Warkot helikoptera znw si przybliy.
- Musimy si przesi - powiedziaem. - Jak najbliej stacji.
Przez nastpne p godziny mylelimy wycznie o
tym, jak si bezpiecznie wymknc. Dwa razy zmieniali-my
pocigi. Nie miaem pojcia, dokd jedziemy, ale po jakim
czasie udao nam si zgubi helikopter.

Niestety, kiedy w kocu wysiedlimy z metra, znaleli-my si


na bocznym torze w przemysowej dzielnicy, gdzie nie byo nic
prcz magazynw i torw kolejowych. I niegu. Mnstwa
niegu. Miaem wraenie, e jest tu znacznie zimniej. Zaczem
doceniac mj nowy paszcz z lwiej skry.
Wczylimy si po stacji, zastanawiajc si, czy odje-dzie std
jeszcze jakikolwiek pocig pasaerski, ale wi-dzielimy jedynie
niekoczce si si rzdy ciarwek, w wikszoci
przysypanych niegiem, jakby stay tu od lat.
Przy ognisku poncym w kontenerze na mieci sta bezdomny.
Musielimy wyglda naprawd aonie, poniewa umiechn
si do nas bezzbnie.
- Chcecie si ogrza? Podejdcie.
Skupilimy si wok ognia. Thalia szczkaa zbami.
- No, bosko - powiedziaa.
- Kopyta mi zamarzaj - poskary si Grover.
- Stopy - poprawiem go ze wzgldu na bezdomnego.
- Moe powinnimy skontaktowa si z obozem zaproponowaa Bianca - Chejron...
- Nie - powiedziaa Zoe. - Nie mog nam ju pomc. Musimy
sami dokoczyc misj.
Rozejrzaem si z rozpacz po stacji. Gdzie tam na zachodzie
Annabeth potrzebuje pomocy. Artemida jest w acuchach. Jaki
potwr masowej zagady szaleje po
wiecie. A my ugrzlimy na obrzerzu Waszyngtonu, grzejc si
przy ognisku bezdomnego.
- Wiecie co - odezwa si bezdomny - nigdy nie jest si cakiem
bez przyjaci. - Jego twarz bya brudna, a broda potargana, ale
sprawia sympatyczne wraenie. - Czekacie na pocig jadcy na
zachd, dzieci?
- Tak, prosz pana - odpowiedziaem. - Zna pan jaki?

Podnis zatuszczon rk.


Nagle zobaczyem pocig towarowy, byszczcy i
nie-zanieony. By to jeden z tych skadw ktrym przewo-zi
si samochody, ze cianami ze stalowej siatki i potrj-nymi
pokadami na auta w rodku. Na boku pocigu znajdowa si
napis KOLEJE ZACHODZCEGO SOCA.
- To... cudownie si skada - powiedziaa Thalia. - Dzikujemy,
yyy.
Odwrcia si do bezdomnego, ale jego ju tam nie byo.
Kontener stojcy przed nami by zimny i pusty, jakby ten
czowiek zabra z sob ogie.
Godzin pniej nasz pocig toczy si na zachd. Teraz nie
byo sporw o to, kto bdzie prowadzi, poniewa kady mia po
luksusowym samochodzie. Zoe i Bianca rozoyy si w lexusie
na grnym pokadzie. Grover odgrywa wycigi samochodowe
za kierownic lamborg-hini. Thalia uruchomia radio w czrnym
sportowym mercedesie i apaa stacje nadajce rock
alternatywny z Waszyngtonu.
- Mog si dosi? - zapytaem.
Wzruszya ramionami, wic wspioem si na siedzenie
pasaera.
W radio grali White Stripes. Znaem t piosenk, bya jedn z
nielicznych, ktre mama lubia, ze wszystkich moich pyt.
Mwia, e przypomnia jej Led Zappelin. Zrobio mi si smutno
na myl o mamie, poniewa wy-gldao na to, e nie przyjad do
domu na wita. Mog nie doy wit.
- Fajny paszcz - powiedziaa Thalia.
Owinem si brzowym prochowcem, czujc wdzi-cznoc za
jego ciepo.

- Tak, ale lew nemejski nie by potworem, ktrego szukamy.


- Gdzie tam. Tamten to zupenie inna bajka.
- Czymkolwiek jest ten tajemniczy potwr, Genera powiedzia,
e pjdzie za tob. Chc ci odczyc od grupy, eby ten potwr
pojawi si i walczy z tob sam na sam.
- Tak powiedzia?
- Co w tym rodzaju, tak.
- Super. Uwielbiam byc przynt.
- Nie masz pojcia, czym moe byc ten potwr?
Potrzsna ponuro gow.
- Ale wiesz, dokd jedziemy, tak? Do San Francisco. To tam
zmierzaa Artemida.
Przypomniao mi si co, co powiedziaa mi Annabeth w tacu:
e jej ojciec przenosi si do San Francisco, a ona nie moe tam
pojecha. Herosi nie s w stanie tam mieszka.
- Dlaczego? - zapytaem. - Co jest nie tak z tym miejscem?
- Mga jest tam bardzo gsta, poniewa w pobliu znaj-duje si
Gra Rozpaczy. Cigle trwa tam magia tyta-nw... Cokolwiek z
niej pozostao. Nie uwierzysz, jak to miejsce przyciga potwory.
- Co to jest Gra Rozpaczy?
Thalia uniosa brwi.
- Naprawd nie wiesz? Zapytaj gupiej Zoe. To ona jest
specjalistk.
Wlepia wzrok w przedni szyb. Miaem ochot zapy-tac, o co
jej chodzi, ale nie chciaem wyj na gupka. Strasznie nie lubi
tego, e Thalia wie o wiele wicej ni ja, wic trzymaem gb
na kdk.
Popoudniowe soce wiecio przez stalow siatk wagonu,
rzucajc cienie na jej twarz. Pomylaem sobie, jak bardzo
rni si te dwie dziewczyny: Zoe oficjalna i wyniosa jak

ksiniczka i Thalia w tych swoich irytuj -cych ciuchach i z


buntownicz poz. Ale w jaki sposb s rwnie do siebie
podobne. Tak samo twarde. W tej chwili, siedzc w cieniu z
ponurym wyrazem twarzy, Thalia wygldaa zupenie jak
owczyni. I nagle olnio mnie.
- Dlatego tak si nie znosicie z Zoe.
Thalia zmarszczya czoo.
- e co?
- owczynie prboway ci zwerbowa - powiedziaem.
Jej oczy rozbysy niebezpiecznie. Pomylaem, e zaraz
wyrzuci mnie z mercedesa, ale ona tylko westchna.
- Omal do nich nie doczyam - przyznaa. - Luke, Annabeth i
ja wpadymy na nie pewnego razu i Zoe usiowaa mnie
przekona. Prawie jej si udao, ale...
- Ale?
Thalia zacisna palce na kierownicy.
- Musiaabym porzuci Luke'a.
- Ach.
- Pokciymy si z Zoe. Powiedziaa mi, e jestem gupia. I
e poauj swojego wyboru. e Luke kiedy mnie zawiedzie.
Patrzyem na soce przez metalow zason. Miaem
wraenie, e z kad chwil nabieramy prdkoci - cie-nie
migay jak na starej tamie filmowej.
- To musi byc trudne - powiedziaem. - Przyzna, e Zoe miaa
racj.
- Nie miaa racji! Luke nigdy mnie nie zawid! Nigdy.
- Bdziemy musieli z nim walczy - zauwayem. - Nie mamy
wyjcia.
Thalia nie odpowiedziaa.
- Nie widziaa go ostatnio - ostrzegem j. - Wiem, e ciko

w to uwierzy, ale...
- Zrobi wszystko, co bdzie trzeba.
- Nawet jeli to oznacza zabicie go?
- Bd tak miy - powiedziaa - i wysid z mojego samochodu.
Czuem si tak fatalnie, e nie protestowaem.
Ale kiedy ju wysiadaem, odezwaa si znowu.
- Percy.
Obrciem si i zobaczyem, e ma zaczerwienione oczy, choc
nie byem w stanie oceni, czy to z gniewu czy ze smutku.
- Annabeth te rozwaaa doczenie do owczy. Moe
powiniene si zastanowi, dlaczego.
Zanim zdyem odpowiedzie, podniosa szyb, odcinajc si
ode mnie.
Usiadem na miejscu kierowcy w lamborghini Grovera, ktry
spa na tylnych siedzeniach. Nie prbowa ju robic wraenia na
Zoe i Biance grna piszczakach po tym, jak zagra Poison Ivy i
tytuowy trujcy bluszcz wyrs z kratki klimatyzacji w ich
lexusie.
Przygldaem si zachodzcemu socu i mylaem o
Annabeth. Baem si zasn. Nie chciaem mylec o tym, co
mogoby mi si przynic.
- Och, nie bj si snw - odezwa si gos koo mnie.
Obejrzaem si. Jako nie zdziwia mnie obecno bezdomnego
ze stacji kolejowej na siedzeniu pasaera. Jego dinsy byy tak
sprane, e niemal biae. Paszcz mia potargany, z wystajcym
przez dziury ociepleniem. Wyglda troch jak pluszowy mi
rozjechany przez ciarwk.
- Gdyby nie sny - oznajmi - nie wiedziabym poowy tego
wszystkiego, co wiem o przyszoci. S o niebo lepsze od

olimpijskich tabloidw.
Odchrzkn, po czym unis rce w dramatycznym gecie.
Transfery snw w moich uszach Download prawdy
rdo dobrych newsw
- Apollo? - domyliem si, bo uznaem, e nikt inny nie byby
w stanie uoy rwnie zego haiku.
Pooy palec na ustach.
- Jestem tu incognito. Mw mi Fred.
- Bg o imieniu Fred?
- No, wiesz... Zeus opiera si przy pewnych zasadach. Rce
precz od ludzkich misji. Nawet kiedy dzieje si co naprawd
niedobrego. Ale nikt nie bdzie krzywdzi mojej maej
siostrzyczki. Nikt.
- To ty moesz nam pomc?
- Ciii. Ju pomogem. Nie wygldae na zewntrz?
- Ten pocig. Jak szybko jedziemy?
Apollo si zamia.
- Wystarczajco szybko. Niestety mamy mao czasu. Ju
prawie noc, ale myl, e pokonalicie do tej pory spory kawaek
Ameryki.
- A gdzie jest Artemida?
Jego twarz spospniaa.
- Wiem duo i duo widz. Niestety, tego nie wiem nawet ja.
Ona... Jest przede mn ukryta. Nie podoba mi si to.
- A Annabeth?
Zmarszczy brwi.
- Ach, masz na myli t, ktr stracilicie? Hmmm. Nie wiem.
Usiowaem si nie denerwowa. Wiedziaem, e powa-ne
traktowanie miertelnikw sprawia bogom spore kopoty, nawet

jeli chodzi o herosw. yjemy tak krtko w porwnaniu z nimi.


- A co z tym potworem, ktrego szuka Artemida? - zapytaem.
- Wiesz co to jest?
- Nie - odpowiedzia Apollo. - Ale jest kto, kto moe
wiedziec. Jeli nie znajdziecie potwora po przyjedzie do San
Fracisco, poszukajcie Nereusa, Starca Morskiego. On ma dug
pami i bystre oczy. No i posiada dar widzenia rzeczy, ktre s
ukryte przed moj Wyroczni.
- Ale to twoja Wyrocznia - zaprotestowaem. - Nie moesz nam
powiedzie, co znaczy przepowiednia?
Apollo westchn.
- Rwnie dobrze moesz prosic artyst, eby ci wyjani swj
obraz, albo poet o wytumaczenie znaczenia wier-sza. To
zaprzecza wszelkiemu sensowi tych rzeczy. Znaczenie staje si
jasne dopiero dziki poszukiwaniom.
- Innymi sowy nie masz pojcia.
Apollo zerkn na zegarek.
- Och, spjrz, ktra godzina! Musz biec. Nie sdz, ebym
mg ryzykowa pomaganie ci jeszcze raz, Percy, ale pamitaj,
co ci powiedziaem! Wypij si! A kiedy wrcisz, spodziewam
si dobrego haiku na temat tej podry!
Chciaem powiedziec, e nie jestem zmczony i e nigdy w
yciu nie ukadaem haiku, ale Apollo pstrykn palcami i
widziaem tylko tyle, e oczy same mi si zamykaj. We nie
byem kim innym. Nosiem staroytn greck tunik,
dziwacznie przewiewn w dolnej czci, oraz sznurowane
skrzane sanday. Przez plecy miaem prze-rzucon skr lwa
nemejskiego niczym peleryn i bieg-em dokd, cignity przez
dziewczyn, ktra ciskaa mnie mocno za rk.
- Pospiesz si! - powiedziaa. Byo zbyt zimno, ebym mg
dostrzec wyranie jej twarz, ale w jej gosie sysza-em strach. -

On nas znajdzie!
Bya noc. Nad nami byszczay miliony gwiazd. Biegli-my
przez wysok traw, a zapach tysicy najrniej-szych kwiatw
sprawia, e krcio mi si w gowie. To by przepikny ogrd,
ale ta dziewczyna cigna mnie dalej, jakby grozia nam mier.
- Nie boj si - usiowaem jej powiedzie.
- A powiniene! - odkrzyknla, cignc mnie dalej. Mia-a
dugie, ciemne wosy splecione na karku. Jej jedwab-na szata
lnia lekko w wietle gwiazd.
Bieglimy po zboczu wzgrza. Dziewczyna pocigna mnie na
kolczasty krzak i upadlimy na ziemi, dyszc ciko. Nie
miaem pojcia, czego ona si tak boi. Ogrd wydawa si
bardzo spokojny.
A ja czuem si. Wiksz ni kiedykolwiek w yciu.
- Nie musimy ucieka - powiedziaem jej. Mj gos brzmia
gbiej i bardziej zdecydowanie. - Pokonaem tysice potworw
goymi rkami.
- Ale nie tego - odrzeka. - Ladon jest zbyt potny. Musisz
pj dookoa, na wzgrze, do mojego ojca. To jedyna droga.
Zaskoczya mnie troska w jej gosie. Ona bya napraw-d
zaniepokojona, jakby zaleao jej na mnie.
- Nie ufam twojemu ojcu - powiedziaem.
- I susznie - przytakna dziewczyna. - Bdziesz mu-sia go
oszuka. Ale nie moesz po prostu wzi nagrody. Umrzesz.
Zamiaem si.
- Dlaczego wic mi nie pomoesz, licznotko?
- Ja... Ja si boj. Ladon mnie zatrzyma. Moje siostry, jeli si
dowiedz... wydziedzicz mnie.
- No to nie mam innego wyjcia - wstaem, zacierajc rce.
- Zaczekaj - powiedziaa dziewczyna.
Sprawiaa wraenie, jakby bia si z mylami. A potem

drcymi palcami signa ku wosom i wyja dug bia


szpilk.
- Jeli musiaby walczyc, to ci si przyda. Daa mi to moja
matka, Plej one. Bya crk oceanu i w tym przed-miocie zawarta
jest jego moc. Moja niemiertelna moc.
Dziewczyna dmuchna na szpilk, ktra zajaniaa sabo.
Migotaa jak wiato gwiazd w polerowanej masie perowej.
- We to - powiedziaa do mnie. - Uczy z tego bro.
Rozemiaem si.
- Ze szpilki do wosw? Jak mam tym zabi Ladona,
licznotko?
- Nie zabijesz - przyznaa. - Ale to wszystko, co mog ci dac,
skoro jeste taki uparty.
Gos dziewczyny zmikczy moje serce. Wziem od niej
szpilk, a kiedy to uczyniem, metal rozcign si, sta-jc si
duszy i ciszy w mojej rce, a wreszcie dzie-ryem spiowy
miecz.
- Niele wywaony - zauwayem. - Ale zazwyczaj wol
walczyc goymi rkami. Jak mam nazwac ten miecz?
- Anaklysmos - odpowiedziaa ze smutkiem dziewczy-na. Prd, ktry porywa wszystko z zaskoczenia. I zanim si
zorientujesz, pochania ci morze.
Zanim zdyem jej podzikowac, usyszaem dudnie-nie
krokw wrd trawy i syk, jak powietrze uchodzce z opony, a
dziewczyna powiedziaa:
- Za pno! On tu jest!
Omal nie podskoczyem na siedzeniu kierownicy w
lam-borghini. Grover potrzsa mnie za rami. - Percy mwi. - Ju rano. Pocig si zatrzyma. Chod!

Usiowaem otrzsnc si ze snu. Thalia, Zoe i Bianca odsuny


ju metalowe okiennice. Przed nami wznosiy si onieone
szczyty usiane sosnami, a czerwone soce wschodzio
spomidzy dwch z nich.
Wycignem z kieszeni mj dugopis i wpatrywaem si w
niego, Anaklysmos, staroytne greckie imi Orkana. Inny
ksztat, ale byem przekonany, e to jest to samo ostrze, ktre
widziaem we nie.
Byem pewny jeszcze jednej rzeczy. Dziewczyn, ktra mi si
przynia, bya Zoe Nightshade.

ROZDZIA XII
SNOWBOARD Z WIEPRZEM

Wyldowalimy na obrzeach niewielkiego kurortu


narciarskiego w grach. Na tablicy przy wjedzie wid-nia napis
WITAJCIE W CLOUDCROFT, STAN NOWY MEKSYK.
Powietrze byo zimne i rozrzedzone. Na da-chach domkw
leay czapy niene, a przy krawni-kach ulic wznosiy si
brudne zaspy. Dolin porastay wysokie sosny rzucajce czarne
cienie, chocia poranek by soneczny.
Mimo paszcza z lwiej skry zamarzaem, kiedy docie-ralimy
do gwnej ulicy, ktra biega prawie kilometr od torw
kolejowych. Po drodze opowiedziaem Grove-rowi o mojej
rozmowie z Apollinem poprzedniego wieczo-ru - o tym, e kaza
mi szuka Nereusa w San Francisco.
Grover by niespokojny.

- Wszystko piknie, ale najpierw musimy si tam dosta.


Staraem si nie doowac kwesti naszych szans. Nie chciaem
te przerazi Grovera, ale wiedziaem, e mamy jeszcze jeden
nieprzekraczalny termin oprcz uwolnienia Artemidy przed rad
bogw. Genera powie-dzia, e bdzie trzyma Annabeth przy
yciu tylko do przesilenia zimowego. Czyli do pitku - raptem
za cztery
dni. Wspomnia te o jakiej ofierze. Nie podobao mi si to
wszystko.
Zatrzymalimy si w centrum miasteczka. W zasigu rki
mielimy wszystkie lokalne atrakcje: szko, kilka kioskw z
pamitkami i kawiarni, hoteliki dla narciarzy i sklepik.
- Super - powiedziaa Thalia, rozgldajc si dookoa. - Nie
ma dworca autobusowego. Nie ma takswek. Ani wynajmu
samochodw. Czyli nie majak si std wydos-ta.
- Za to jest kawiarnia! - oznajmi Grover.
- Tak - powiedziaa Zoe. - Kawa bdzie dobra.
- I ciastka - doda satyr rozmarzonym tonem. - I pa-pierki po
ciastkach.
Thalia westchna.
- wietnie. Wy dwoje idcie po co do jedzenia. A ja z Percym
i Biank pjd do sklepu. Moe tam nam co poradz.
Umwilimy si za kwadrans przed sklepem. Bianca wygldaa
na nieco zakopotan, idc z nami, ale nie protestowaa.
W sklepie dowiedzielimy si kilku wanych rzeczy na temat
Cloudcroft: e nie ma wystarczajco duo niegu, eby jedzi na
nartach, e mona kupi gumowe szczu-ry po dolarze za sztuk
i e nie jest atwo wydosta si z miasta bez wasnego
samochodu.
- Moglibycie wezwa takswk z Alamogordo - powie-dzia
sprzedawca z powtpiewaniem. - To miasto w doli-nie, ale

zejdzie conajmniej godzina, zanim takswka tu przyjedzie. No i


kosztuje kilkaset dolarw. Biedak wydawa si tak samotny, e
kupiem gumowe-go szczura. Wyszlimy z powrotem na
zewntrz i stan-limy na werandzie.
- Ekstra - mrukna Thalia. - Przejd si dalej ulic, moe w
innym sklepie kto bdzie mia lepsze rady.
- Ale ten sprzedawca powiedzia...
- Wiem - odpowiedziaa. - Ale i tak sprawdz.
Pozwoliem jej odej. Wiedziaem, jak to jest, kiedy nie
potrafi si usiedzie w miejscu. Wszyscy herosi maj problemy z
nadpobudliwoci ze wzgldu na nasz wro-dzony instynkt
bitewny. Po prostu nie jestemy w stanie bezczynnie czeka.
A poza tym miaem wraenie, e Thalia wci jest za z
powodu naszej niedawnej rozmowy o Luke'u.
Stalimy razem z Biank, czujc si niezrcznie. To znaczy... Ja
nigdy nie czuj si dobrze sam na sam z dziewczynami, a z
Biank nigdy wczeniej nie byem w takiej sytuacji. Nie bardzo
wiedziaem, co powiedzie, zwaszcza e ona bya owczyni i w
ogle.
- Fajny szczur - odezwaa si w kocu pierwsza.
Pooyem szczura na barierce. Moe przycignie wicej
klientw do sklepu.
- No to... Jak si czujesz jako owczyni? - zapytaem.
Zacisna usta.
- Dalej jeste na mnie wcieky, e si zacignam, co?
- Nie. Jeli tylko, no wiesz... Jest ci z tym dobrze.
- Nie wiem, czy "dobrze" jest waciwym sowem, kiedy Pani
Artemida znikna. Ale bycie owczyni jest zdecy
dowanie fajne. Czuj si jako tak spokojniej. Wszystko wok
mnie jakby zwolnio. To pewnie kwestia tej nie-miertelnoci.

Przygldaem si jej, usiujc dostrzec zmiany. Wygl-daa na


bardziej pewn siebie ni wczeniej. Nie krya ju twarzy pod
zielon czapk. Wosy miaa zwizane z tyu gowy i patrzya mi
prosto w oczy. Przeszed mnie dreszcz, kiedy uwiadomiem
sobie, e za piset lat Bianca di Angelo bdzie wygldac
dokadnie tak samo jak teraz. I moe bdzie rozmawia z jakim
innym herosem dugo po mojej mierci, nadal wygldajc na
dwanacie lat.
- Nico nie zrozumia mojej decyzji - mrukna pod nosem.
Patrzya na mnie takim wzrokiem, jakby czeka-a na
potwierdzenie, e wszystko w porzdku.
- Pogodzi si z tym - powiedziaem. - Obz Herosw czsto
przyjmuje dzieci na stae. Tak byo z Annabeth.
Bianca przytakna.
- Mam nadziej, e j odnajdziemy. Mam na myli Annabeth.
Ona ma szczcie, e ma takiego przyjaciela jak ty.
- Pomogo jej to niesychanie.
- Nie obwiniaj si, Percy. Zaryzykowae ycie, eby ratowac
mojego brata i mnie. Wiesz, naprawd bye bardzo odwany.
Gdybym ci nie znaa, le bym si czua, zostawiajc Nica w
obozie. Ale pomylaam, e skoro s tam tacy ludzie jak ty, to
on sobie poradzi. Dobry z ciebie chopak.
Zaskoczya mnie tym komplementem.
- Mimo e ci przewrciem podczas bitwy o sztandar?
Rozemiaa si.
- Dobra. Jeli nie liczy tego epizodu, jeste dobrym
chopakiem.
Kilkaset metrw od nas Grover i Zoe wychodzili wa-nie z
kawiarni, obadowani torbami z ciastkami i napo-jami.
Waciwie ju nie chciaem, eby do nas doczyli. Moe to
dziwne, ale uwiadomiem sobie, e dobrze mi si rozmawia z

Biank. Wcale nie bya taka za. W ka-dym razie bya znacznie
milsza od Zoe Nightshade.
- Jak to z wami byo, z tob i Nico? - zapytaem. - Gdzie
chodzilicie do szkoy przed Westover Hall?
Zmarszczya brwi.
- To bya chyba jaka szkoa z internatem w Waszyng-tonie.
Wydaje mi si to tak bardzo dawno.
- Nigdy nie mieszkalicie z rodzicami? Mam na myli waszego
miertelnego rodzica.
- Powiedziano nam, e nasi rodzice nie yj. W banku jest
fundusz powierniczy dla nas. Mnstwo pienidzy, z tego co si
domylam. Co jaki czas odwiedza nas praw-nik i sprawdza,
czy wszystko w porzdku. A potem Nico i ja musielimy
opucic tamt szko.
- Dlaczego?
Widac byo, e wysila pamic.
- Musielimy dokd pojecha. Pamitam, e to byo bardzo
wane. Podrowalimy bardzo daleko. I przez kilka tygodni
mieszkalimy w hotelu. A potem... Nie wiem. Pewnego dnia
przyszed po nas inny prawnik. Powiedzia, e ju czas, ebymy
wyjechali. Zawiz nas
z powrotem na wschd, przez Waszyngton. A potem na pnoc
do Maine. Wtedy zaczlimy chodzi do Westover Hall.
Bya to dziwna opowie. Ale z drugiej strony Bianca i Nico
byli dziemi pkrwi. Nic normalnego nie miao prawa ich
spotka.
- Opiekowaa si bratem przez cay ten czas? - zapyta-em. Bylicie sami?
Potwierdzia.
- Dlatego tak bardzo chciaam przyczyc si do ow-czy.
Wiem, e to samolubne, ale chciaam mie wasne ycie i

przyjaci. Kocham Nica, nie zrozum mnie le, ale chciaam si


przekona, jak to jest nie byc starsz sios-tr przez dwadziecia
cztery godziny na dob.
Pomylaem o zeszym lecie i o tym, jak si czuem, kiedy
odkryem, e mam maego braciszka cyklopa. Mgbym
podpisac si pod kadym sowem Bianki.
- Zoe chyba ci ufa - powiedziaem. - A w ogle, to o czym wy
wtedy mwiycie... e co zagraa wyprawie?
- Kiedy?
- Wczoraj rano w pawilonie - wypaliem bez zastano-wienia. Mwiycie o Generale.
Jej twarz spochmurniaa.
- Skd ty... No tak, czapka niewidka. Czyby podsu-chiwa?
- Nie! To znaczy nie do koca. Ja tylko...
Zoe i Grover z napojami i ciastkami wybawili mnie od
tumaczenia si. Gorca czekolada dla Bianki i dla mnie. Kawa
dla nich dwojga. Poza tym dostaem babeczk z jagodami, ktra
bya tak dobra, e prawie udao mi si zignorowa wcieke
spojrzenia Bianki.
- Powinnimy rzucic zaklcie tropice - powiedziaa Zoe. Zostay ci jeszcze jakie odzie, Grover?
- Yyy - wymamrota, przeuwajc babeczk z otrbami z
papierkiem i ca reszt. - Tak mi si wydaje. Musz tylko...
Zamar.
Miaem zapyta, co si stao, kiedy poczuem powiew ciepego
wiatru, jakby przelecia obok nas zapltany w sam rodek zimy
podmuch wiosny. wiee powietrze na- sycone zapachem
dzikich kwiatw i wiatem soca. I czym jeszcze, jakby
gosem, ktry usiowa nam co po-wiedzie. Jak gdyby
ostrzeenie.
Zoe krzykna.

- Grover, kubek!
Grover upuci pomalowany w ptaki kubek z kaw. Nagle ptaki
oderway si od naczynia i odleciay - stado malekich gobi.
Mj gumowy szczur pisn, zsun si z barierki i uciek midzy
drzewa - mia prawdziw sierc i prawdziwe wsiki.
Grover upad na ziemi obok swojej kawy, ktra paro-waa w
zetkniciu ze niegiem. Zebralimy si wok niego, usiujc go
obudzic. Jkn, ale jego oczy biegay nieprzytomnie.
- Hej! - zawoaa Thalia, nadbiegajc od strony ulicy. - Ja
tylko... Co si stao Groverowi?
- Nie mam pojcia - odpowiedziaem. - Zemdla.
- Uuuch -jkn satyr.
- Podniecie go! - zakomenderowaa Thalia. Z wczni w rku
ogldaa si za siebie, jakby kto j goni. - Musi-my std
ucieka.
Dobieglimy do granicy miasta, zanim pojawili si dwaj pierwsi
szkieletowi wojownicy. Wynurzyli si spomidzy drzew,
rosncych po obu stronach ulicy. Zamiast sza-rych panterek
mieli teraz na sobie granatowe mundury policji stanowej
Nowego Meksyku, ale ich skra pozosta-waa przezroczycie
szara, a oczy tawe.
Wycignli pistolety. Przyznaj, mylaem, e strzela-nie z
broni palnej jest fajne, ale zmieniem zdanie, kiedy szkielety
wymierzyy swoje pistolety we mnie.
Thalia uderzya swoj bransoletk. Egida rozwina si na jej
ramieniu, ale wojownicy nawet nie drgnli. Ich byszczce te
oczy wwiercay si we mnie.
Dobyem Orkan, cho nie bardzo wiedziaem, co moe
poradzi przeciwko kulom.

Zoe i Bianca trzymay ju uki, ale Bianca miaa z tym kopoty,


poniewa omdlewajcy Grover sania si na ni.
- Cofnc si - zakomenderowaa Thalia.
Zaczlimy si cofa, ale w tej samej chwili usyszaem szelest
gazi. Na drodze za nami ukazay si dwa nas-tpne szkielety.
Zostalimy otoczeni.
Zastanawiaem si, gdzie s pozostae. W muzeum wi-dziaem
dwunastk. Nagle jeden z wojownikw unis komrk do ust i
powiedzia co do niej.
Tyle tylko, e nie mwi. Wydawa brzczco-grzecho-czce
dwiki, jakby szczkajc zbami. Nagle zrozu-miaem, co byo
grane. Szkielety rozdzieliy si, szukajc nas. I teraz te tutaj
dzwoniy po swoich braci. Lada moment bdziemy mie ca
grup na karku.
- Blisko -jkn Grover.
- Tutaj - odpowiedziaem.
- Nie - upiera si. - Dar. Dar dziczy.
Nie miaem pojcia, o czym mwi, ale martwi mnie jego stan.
Nie mg chodzi, a co dopiero walczy.
- Musimy ich wzi jeden na jednego - powiedziaa Thalia. Czworo z nas na ich czwrk. Moe wtedy zostawi Grovera.
- Zgoda - przytakna Zoe.
- Dzicz! - zajcza Grover.
Przez dolin przelecia ciepy wiatr, poruszajc gazia-mi
drzew, aleja nie spuszczaem oczu ze szkieletw.
Przypomniaem sobie przechwaki Generaa o losie Annabeth.
Przypomniaem sobie, jak Luke zdradzi j.
I zaszarowaem.
Pierwszy ze szkieletw wypali. Czas zwolni. Nie po-wiem, e
widziaem kul, ale wyczuem jej tor, tak samo jak czuj prdy
w morzu. Odbiem pocisk ostrzem mie-cza i biegem dalej.

Szkielet wycign pak, a ja odciem mu rce na wysokoci


okci. Nastpnie zamachnem si Orkanem i przeciem go na
p.
Koci rozsypay si ze stukotem po asfalcie i niemal
natychmiast zaczy si porusza i zbiera na powrt. Drugi
szkielet zaklekota na mnie i usiowa wystrzeli, ale wybiem
mu z rki pistolet.
Myl, e niele sobie radziem, dopki dwa pozostae
szkielety nie trafiy mnie w plecy.
- Percy! - wrzasna Thalia.
Wyldowaem twarz na asfalcie. I wtedy co sobie
uwiadomiem... Nie byem martwy. Uderzenia kul byy
osabione, jak pchnicie od tyu, i nie zrobiy mi adnej
krzywdy.
Skra lwa nemejskiego! Mj paszcz okaza si kulo-odporny.
Thalia runa na drugi ze szkieletw, a Zoe i Bianca z ukw
ostrzeliway trzeci i czwarty. Grover sta w miej-scu z rkami
wycignitymi ku drzewom, jakby chcia objc w ucisku.
W lesie po naszej prawej rozleg si trzask, jakby kto jecha
buldoerem. Moe to nadchodziy szkieletowe posiki.
Podniosem si na nogi i uchyliem przed policyj-n pak.
Szkielet, ktry rozciem na p, by ju w peni odtworzony i
wanie na mnie naciera.
Nie dao si ich zatrzymac. owczynie mierzyy prosto w ich
gowy, ale strzay przeszyway tylko puste czaszki na wylot.
Jeden z wojownikw skoczy na Biank i my-laem, e ju po
niej, ale ona wycigna swj myliwski n i wbia go
szkieletowi w ebra.
Wojownik eksplodowa ogniem, pozostawiajc po sobie
niewielk kupk popiou i policyjn odznak.
- Jak to zrobia? - spytaa Zoe.

- Nie wiem - odpowiedziaa zdenerwowana Bianca. Szczliwy cios?


- Rb tak dalej!
Bianca robia co moga, ale pozostae szkielety uwaay teraz
na ni. Nacieray, trzymajc nas na wycignicie paki.
- Mamy plan? - spytaem, kiedy si cofalimy.
Nikt mi nie odpowiedzia. Drzewa za plecami szkiele-tw
trzsy si. Gazie trzeszczay.
- Dar - mrukn Grover.
I w tym momencie na drog wypada z potnym rykiem
najwiksza winia, jak w yciu widziaem.
By to dzik wysoki na dziesi metrw, o zadartym rowym
ryju i szablach wielkoci kajakw. Szczecina na jego grzbiecie
lnia brzowo, a oczka byy dzikie i wcieke.
- CHRUUUUUUUUM! - rykn dzik i szablami odrzu-ci na
bok trzy szkielety. Sia uderzenia bya tak wielka, e wojownicy
poszybowali nad lasem i rbnli w ska, rozsypujc si na
kawaki. Koci udowe i ramieniowe latay po caej okolicy.
Wtedy dzik zwrci si ku nam.
Zwierz chrzkao i bio nog w ziemi, gotowe w ka-dej
chwili zaszarowa.
- To dzik erymantejski - powiedziaa Zoe, prbujc zachowa
spokj. - Nie sdz, ebymy mieli szanse go zabic.
- To dar - powtrzy Grover. - Bogosawiestwo dziczy!
Dzik powtrzy swoje "CHRUUUUM!" i zakoysa szab-lami.
Zoe i Bianca uskoczyy mu z drogi. Musiaem popchnc
Grovera, eby uchroni go przed ldowaniem na grskim
szczycie za porednictwem Kolejki Linowej Dzicze Ky.
- Jasne, czuj si pobogosawiony! - powiedziaem. Rozsypka!
Rozbieglimy si we wszystkich kierunkach i przez chwil dzik

by skonfundowany.
- On chce nas zabic! - krzykna Thalia.
- Oczywicie - odpar Grover. - Przecie jest dziki!
- No to na czym polega to bogosawiestwo? - spytaa Bianca.
Wydao mi si to susznym pytaniem, ale dzik najwy-raniej
poczu si obraony i ruszy na ni. Bya szybsza ni si
spodziewaem. Uskoczya spod jego kopyt i znala-za si za
besti.
Dzik zamachn si szablami i rozwali w drzazgi znak
WITAJCIE W CLOUDCROFT.
Wysilaem mzg, usiujc przypomniec sobie mit o tym
zwierzciu. Byem prawie pewny, e walczy z nim kie-dy
Herakles, ale nie pamitaem jak go pokona. Prze-mkno mi
przez myl, e dzik przeora kilka greckich miast, zanim
Heraklesowi udao si przywoac go do porzdku. Miaem
nadziej, e Cloudcroft jest ubezpie-czone na wypadek
potwornych dzikw.
- Ruszajcie si! - krzykna Zoe.
Pobiega w jednym kierunku, a Bianca w drugim. Grover
taczy wok dzika, grajc na piszczakach, podczas gdy
potwr sapa i usiowa go przyszpili. Ale to my z Thali
wygralimy w kategorii najwikszego pecha. Kiedy zwierz
zwrcio si ku nam, Thalia pope-nia bd, e uniosa w
obronnym gecie Egid. Na widok gowy Meduzy dzik kwikn
z wciekoci.
Moe przypominaa mu kogo z rodziny. W kadym razie
zaatakowa.
Udao nam si uciec przed nim tylko dziki temu, e bieglimy
pod gr i moglimy kry si za drzewami, podczas gdy on
musia si przez nie przedziera.
Po drugiej stronie wzgrza znalazem tory kolejowe, na p

przysypane niegiem.
- Tdy. - Chwyciem Thali za rk i pobieglimy tora-mi. Dzik
rycza za nami, lizgajc si i zjedajc, kiedy usiowa si
wspi na strome zbocze. Jego racice si po prostu do tego nie
nadaway. Bogom niech bd dziki.
Przed nami zobaczyem tunel, a za nim stary drewnia-ny most
przerzucony nad wwozem. Przyszed mi do gowy wariacki
pomys.
- Za mn!
Thalia zwolnia - nie miaem czasu, eby zapyta dla-czego -ale
pocignem j za sob i niechtnie pobiega dalej. Za nami
dziesiciotonowy dziki czog przewraca sosny i kruszy
kopytami gazy.
Wbieglimy do tunelu i wypadlimy po przeciwnej stro-nie.
- Nie - krzykna Thalia.
Bya blada jak kreda. Stalimy na skraju mostu. Pod nami gra
opadaa w wypeniony niegiem wwz, g-boki na jakie
dwadziecia pi metrw.
Dzik by tu za nami.
- Chod! - powiedziaem. - Powinien utrzyma nasz ciar.
- Nie dam rady! - wrzasna. W jej szeroko otwartych oczach
dostrzegem przeraenie.
Rozjuszone zwierz wpado do tunelu i przedzierao si przez
niego na penym gazie.
- Szybko! - krzyknem na Thali.
Spojrzaa w d i przekna lin. Mgbym przysic, e
pozieleniaa.
Nie miaem czasu zastanawiac si nad tym. Dzik szar-owa
przez tunel wprost na nas. Czeka nas plan B. Chwyciem Thali i
rzuciem si razem z ni w bok od mostu, na zbocze gry.
Jechalimy na Egidzie jak na desce snowboardowej, przez

kamienie, boto i nieg, pdzc w d. Dzik mia mniej


szczcia: nie by w stanie tak szybko si odwrci, tote cae
dziesi ton potwora wpado na wski most, ktry zaama si
pod tym cia-rem. Polecia na eb na szyj w gb wwozu,
kwiczc przeraliwie, i wyldowa w zaspie nienej z gonym
PUUUUF!
Zatrzymalimy Egid. Oboje dyszelimy ciko. Ja byem
pokaleczony, a Thalia miaa we wosach sosnowe szpilki. Tu
koo nas dzik kwicza i wierzga. Widziaem tylko poronity
szczecin grzbiet. Reszta bya zakopa-na w niegu niczym w
styropianowych kulkach. Nie wyglda, jakby co mu si stao,
ale przynajmniej na razie nigdzie dalej nie pobiegnie.
Spojrzaem na Thali.
- Ty masz lk wysokoci.
Teraz kiedy bylimy bezpieczni na dole, w jej oczach zapaliy
si zwyke iskierki gniewu.
- Nie gadaj gupstw.
- To wyjania twoje zachowanie w busie Apollina. I dlaczego
nie chciaa o tym rozmawia.
Wzia gboki wdech, po czym wytrzepaa sosnowe igieki z
wosw.
- Jeli powiesz komukolwiek, to przysigam...
- Nie, nie - odpowiedziaem. - Wszystko w porzdku. Tylko...
crka Zeusa, pana Niebios... i boi si wysokoci?
Miaa wanie wrzuci mnie w zasp, kiedy nad nami rozleg
si gos Grovera.
- Halooo?
- Tu jestemy! - zawoaem.
Chwil pniej doczyli do nas Zoe, Bianca i Grover.
Stalimy przez chwil przygldajc si wierzgajcemu w niegu
dzikowi.

- Bogosawiestwo Dziczy - oznajmi Grover, ktry teraz by


ju cakiem ywy.
- Zgadzam si - powiedziaa Zoe. - Musimy to wykorzy-sta.
- Zaczekaj - przerwaa jej gniewnie Thalia, ktra wci
wygldaa, jakby wanie przegraa pojedynek z choink. - Czy
moecie mi wytumaczy, skd wasza pewno, e ten wieprz
jest bogosawiestwem?
Grover spojrza na ni z roztargnieniem.
- Zawiezie nas na zachd. Masz pojcie, jak szybko biega ten
dzik?
- Super - powiedziaem. - wiskie rodeo.
Grover przytakn.
- Musimy wsiadac. Szkoda... Szkoda, e nie miaem czasu si
lepiej rozejrze. Ale to ju mino.
- Co mino?
Grover jakby mnie nie sysza. Podszed do zwierzcia i
wskoczy mu na grzbiet. Potwr powoli wykopywa si ju ze
niegu. Kiedy si cakiem wydobdzie, nie zdoa-my go
zatrzyma. Mj przyjaciel wycign swoje pisz-czaki. Zacz
gra waw melodyjk i rzuci dzikowi przed ryj jabko, ktre
zawiso w powietrzu, obracajc si, dokadnie nad jego nosem.
Zwierz oszala, usiujc dosign owocu.
- Automatyczne sterowanie - mrukna Thalia. - Super.
Podesza i wskoczya na grzbiet potwora za Groverem - dla nas
trojga byo jeszcze mnstwo miejsca. Zoe
i Bianca podeszy do dzika.
- Chwileczk - powiedziaem - Czy wy dwie wiecie, o czym
wci gada Grover... co to jest dzikie bogosawie-stwo?
- Oczywicie - odrzeka Zoe. - Nie czue tego w powie-trzu?
Byo tak mocne... Nie sdziam, e bdzie mi dane znw poczuc
t obecno.

- Jak obecno?
Patrzya na mnie jak na idiot.
- Wadcy Dzikiej Natury, oczywicie. Przez chwil, kiedy
pojawi si dzik, wyczuam obecno Pana.

ROZDZIA XIII
WIZYTA NA BOSKIM MIETNIKU
Jechalimy na dziku do zachodu soca i to byo mniej wicej
tyle, ile by zdolny wytrzymac mj tyek. Wyobra-cie sobie
caodzienn jazd na ogromnej metalowej szczotce po bitej
drodze. Jazda na dziku jest rwnie wy-godna.
Nie miaem pojcia dokd zajechalimy, ale gry pozos-tay
daleko w tyle, zastpione przez niekoczc si such rwnin.
Trawa i krzaki staway si coraz rzad-sze, a wreszcie
galopowalimy (o ile dziki galopuj) przez pustyni.
Kiedy zapada noc, zwierz zatrzyma si przy korycie rzeki i
wszy. Zacz pi mulist wod, po czym wyrwa z ziemi
kaktusa olbrzyma i poar go razem z kolcami.
- Dalej nie pojedzie - powiedzia Grover. - Musimy zsi, pki
si poywia.
Nikogo nie trzeba byo namawia. Zsunlimy si z jego
grzbiety, wykorzystujc to, e potwr by wci zajty
wyrywaniem kaktusw. Nastpnie odeszlimy jak najdalej,
masujc poobijane siedzenia.
Po trzecim kaktusie i kolejnym yku mulistej wody dzik

kwikn i bekn, po czym odwrci si i pogalopo-wa z


powrotem na wschd.
- On woli gry - domyliem si.
- Nie dziwi mu si - powiedziaa Thalia. - Patrzcie.
Przed nami wia si dwupasmowa szosa pokryta pias-kiem. Za
ni staa grupka budynkw zbyt maa, eby byc miastem: zabity
deskami dom, meksykaski bar, ktry wyglda na nieczynny od
czasw, kiedy urodzia si Zoe Nightshade, oraz otynkowana na
biao poczta z szyldem GILA CLAW, ARIZONA zwieszajcym
si krzywo nad drzwiami. Dalej cigny si pagrki... Ale to nie
byy zwyczajne wzgrza. Ta kraina bya na to zbyt paska.
Wzniesieniami okazay si ogromne sterty sta-rych
samochodw, sprztu domowego i innego zomu. To byo
zomowisko, ktre zdawao si cignc w niesko-czono.
- Rany - powiedziaem.
- Co mi mwi, e nie ma tu wypoyczalni samochodw oznajmia Thalia, spogldajc na Grovera. - Nie sdz, eby
mia kolejnego dzika w rkawie?
Grover wcha wiatr i wyglda na podenerwowanego.
Wycign odzie, rzuci je na piasek i zagra co na
piszczakach. odzie uoyy si we wzr, ktry jak dla mnie
nie mia sensu, ale na twarzy Grovera pojawi si niepokj.
- To my - powiedzia. - Te pi orzeszkw.
- Ktry jest mn? - zapytaem.
- Ten may i bezksztatny - zaproponowaa Zoe.
- Spadaj.
- A ta grupka o tu - doda Grover, wskazujc na lewo - oznacza
kopoty.
- Potwr? - spytaa Thalia.
Grover mia niepewn min.
- Niczego nie wyczuwam, a to nie ma sensu. Ale o-dzie nie

kami. Nasze kolejne wyzwanie...


Wskaza dokadnie w kierunku zomowiska. W zacho-dzcym
socu hady metalu wyglday jak obca plane-ta.

Postanowilimy rozbi obz na noc i ranem przeszuka


zomowisko. adne z nas nie miao ochoty przeszukiwa
skarbw na mietniku w rodku nocy.
Zoe i Bianca wycigny ze swoich plecakw pi piworw i
pi karimat. Nie mam pojcia, jak to zrobi-y, poniewa
plecaczki byy malekie - najwyraniej byo na nich zaklcie
pozwalajce na noszenie takiej iloci sprztu. Zauwayem, e
rwnie ich uki i koczany byy magiczne. Nigdy wczeniej o
tym nie mylaem, ale kiedy owczynie ich potrzeboway, bro
po prostu poja-wiaa si na ich plecach. A jak ju nie byy
potrzebne, znikay.
Noc szybko si ozibiaa, wic Grover i ja zebralimy stare
deski z rozwalonego domu, a Thalia zapalia je elektrycznym
impulsem. W ten sposb mielimy ogni- sko. Wkrtce byo nam
tak wygodnie, jak to tylko moli-we w zrujowanym,
opuszczonym miasteczku w samym rodku guszy.
- Widac gwiazdy - powiedziaa Zoe.
Miaa racj. Byy ich miliony i adne wiata miast nie
zmieniay koloru nieba na pomaraczowy.
- Niesamowite - powiedziaa Bianca. - Nigdy tak na-prawd
nie widziaam Drogi Mlecznej.
- To jeszcze nic - odpara Zoe. - W dawnych czasach byo ich
wicej. Cae gwiazdozbiory zniky z powodu za-nieczyszcze
przyniesionych przez ludzi.
- Mwisz tak, jakby nie bya czowiekiem - odparem.

Zoe uniosa brwi.


- Jestem owczyni. Nieobojtny jest mi los dzikich miejsc na
wiecie. Moesz to samo powiedzie o tobie?
- O sobie - poprawia jThalia.
- Przecie mwi do niego, nie do siebie.
- Nie szkodzi - odpowiedziaa Thalia. - Zawsze mwisz: sobie.
Poirytowana Zoe wyrzucia rce w gr.
- Nienawidz tego jzyka. On nie ma sensu!
Grover westchn. Spoglda wci na gwiazdy, jakby
rozmyla o zanieczyszczeniu.
- Gdyby tylko Pan wrci, wszystko byoby w porzdku.
Zoe pokiwaa ponuro gow.
- Moe to kwestia kawy - mwi dalej. - Piem j i wtedy
zawia ten wiatr. Moe gdybym pi wicej kawy...
Byem przekonany, e kawa nie wywoaa tego, co wy-darzyo
si w Cloudcroft, ale nie miaem serca go rozcza-rowa.
Pomylaem o gumowym szczurze i malekich ptaszkach, ktre
nagle oyy, kiedy powia ten wiatr.
- Grover, naprawd mylisz, e to by Pan? Bo wiem, e bardzo
chciaby, eby tak byo.
- To on przesa nam pomoc - upiera si satyr. - Nie
wiem jak ani dlaczego. Ale to bya jego obecno. Kiedy
zakoczymy t misj, wracam do Nowego Meksyku i pij
mnstwo kawy. To najlepszy trop, jaki mielimy od dwch
tysicy lat. Byem tak blisko.
Nie odpowiedziaem. Nie chciaem rujnowa jego na-dziei.
- Chciaabym wiedzie - odezwaa si Thalia, patrzc na
Biank -jak zniszczya tego zombiaka. Ich jest wi-cej.
Musimy wymyli jak z nimi walczy.
Bianca potrzsna gow.
- Nie wiem. Po prostu uderzyam go i zaj si ogniem.

- Moe ten twj szkielet jest jaki specjalny? - podrzuci-em.


- Jest taki sam jak mj - odpara Zoe. - Niebiaski spi, to
prawda, ale mj nie szkodzi tym wojownikom.
- Moe trzeba trafi szkielet w jakie konkretne miej-sce? podsunem pomys.
Bianca najwyraniej czua si nieswojo, bdc oro-dkiem
uwagi.
- Nie przejmuj si - powiedzia do niej Zoe. - Znajdzie-my
odpowied. Na razie trzeba zaplanowa kolejne ruchy. Kiedy
wydobdziemy si z tego zomowiska, musimy ruszy na
zachd. Jak znajdziemy szos, moe-my dojechac autostopem
do najbliszego miasta. To pewnie bdzie Las Vegas.
Chciaem ju protestowac, e Grover i ja mamy fatalne
dowiadczenia z tym miastem, ale Bianca mnie ubiega.
- Nie! - krzykna. - Tylko nie tam!
Miaa przeraon min, jakby wanie znalaza si w
wagoniku wyjtkowo wysokiej kolejki grskiej. Zoe
zmarszczya czoo.
- Dlaczego?
Bianca zadraa.
- My... My chyba przez jaki czas tam mieszkalimy. Nico i ja.
W czasie naszej podry. A potem... Nie pami- tam...
Nagle przyszo mi do gowy co naprawd nieprzyjem-nego.
Przypomniao mi si, co Bianca mwia o tym, e razem z Nico
mieszkali przez pewien czas w hotelu. Po-szukaem wzroku
Grovera i odniosem wraenie, e myli o tym samym.
- Bianca - powiedziaem. - Ten hotel w ktrym miesz-kalicie.
Czy on przypadkiem nie nazywa si Lotos i nie byo w nim te
kasyna?
Otwara szeroko oczy.
- Skd wiesz?

- No to super - powiedziaem.
- Czekaj - wtrcia si Thalia. - Co to jest kasyno Lotos?
- Dwa lata temu - wyjaniem - Grover, Annabeth i ja
utknlimy tam. To jest tak zaplanowane, eby nigdy nie
chciaa stamtd wyj. Mymy si tam zatrzymali na okoo
godzin. Ale kiedy wyszlimy, mino pi dni. Czas tam
przyspiesza.
- Nie - powiedziaa Bianca. - Nie, to jest niemoliwe.
- Powiedziaa, e kto przyszed i zabra was stamtd przypomniaem sobie.
- Owszem.
- Jak on wyglda? Co powiedzia?
- Nie... Nie pamitam. Prosz, ja naprawd nie mam ochoty o
tym rozmawia.
Zoe usiada wyprostowana, na jej czole malowao si
zamylenie.
- Mwia, e Waszyngton si zmieni, kiedy tam przy-jechaa
w zeszym roku. Nie pamitaa, e byo tam metro.
- Tak, ale...
- Bianca - powiedziaa Zoe. - Kto jest obecnie prezy-dentem
Stanw Zjednoczonych?
- Nie wygupiaj si - odpara dziewczyna i podaa waciw
odpowied.
- A kto by prezydentem przed nim? - dopytywaa si Zoe.
Bianca pomylaa przez chwil.
- Roosevelt.
Zoe przekna lin.
- Theodore czy Franklin?
- Franklin - odpowiedzia Bianca. - "Nowy ad"...
- Nowy adny prezydent? - zapytaem. Serio, tylko to mi si
kojarzyo.

- Bianca - powiedziaa Zoe. - Franklin Delano nie by


poprzednim prezydentem. To byo grubo ponad p wieku temu.
- To niemoliwe - odpara Bianca. - Ja... Ja nie jestem taka
stara.
Spojrzaa na swoje rce, jakby chciaa si upewnic, e nie s
pomarszczone.
Thalia posmutniaa. Podejrzewam, e wiedziaa dosko-nale, jak
to jest byc wyrwanym z normalnego biegu czasu.
- Wszystko w porzdku Bianca. Wane, e ty i Nico jestecie
bezpieczni. Wydostalicie si.
- Ale jak? - spytaem. - Mymy tam byli raptem godzin i
ledwie udao nam si zwia. Jak mona uciec po tak dugim
czasie?
- Mwiam wam przecie. - Bianca wygldaa tak, jak-by miaa
si rozpaka. - Przyszed jaki czowiek i po-wiedzia, e czas
wyjeda. I...
- Ale kto to by? I dlaczego to zrobi?
Zanim zdya odpowiedzie, olepiy nas jaskrawe wiata,
ktre rozbysy na drodze. Zupenie znikd po-jawiy si
reflektory samochodu. Miaem cie nadziei, e to znw Apollo
postanowi wzi nas na przejadk, ale silnik chodzi
zdecydowanie zbyt cicho jak na rydwan soneczny, a poza tym
by rodek nocy. Zapalimy nasze piwory i uskoczylimy z
drogi biaej jak trup limuzynie, ktra zatrzymaa si tu obok.
Tylne drzwiczki limuzyny otwary si tu przed moim nosem.
Zanim zdyem zrobi krok do tyu, poczuem ostrze miecze na
gardle.
Usyszaem, e Zoe i Bianca napinaj uki. Kiedy wa-ciciel
miecza wysiad z limuzyny, zaczem si bardzo powoli cofa.

Musiaem, poniewa ostrze napierao na mj podbrdek.


Mczyzna umiechn si zowrogo.
- Nie jeste teraz taki szybki, co, leszczu?
By to potnie zbudowany facet, ostrzyony na rekru-ta, w
kurtce z czarnej skry, czarnych dinsach, w bia-ym
podkoszulku i glanach. Jego oczy zasaniay ciemne okulary, ale
ja wiedziaem, co czai si za tymi szkami: puste oczodoy
wypenione ogniem.
- Ares - warknem.
Bg wojny rozejrza si po naszej gromadce.
- Bez nerww ludkowie.
Pstrykn palcami i caa bro upada na ziemi.
- To przyjacielskie spotkanie. - Wbi ostrze noa nieco gbiej
w mj podbrdek. - Oczywicie chtnie zabra-bym twoj gow
jako trofeum, ale jest kto, kto chce si z tob widzie. A ja
nigdy nie cinam gw moich nie-przyjaci na oczach dam.
- Jakich dam? - zapytaa Thalia.
Ares obrzuci j spojrzeniem.
- No, no. Syszaem, e wrcia.
Opuci miecz i popchn mnie w ty.
- Thalia, creczka Zeusa - powiedzia w zamyleniu. Nie
obracasz si w najlepszym towarzystwie.
- Czego chcesz, Aresie? - zapytaa w odpowiedzi. - Kto jest w
tym samochodzie?
Ares umiechn si zadowolony z okazywanego mu
zainteresowania.
- Och, wtpi, czy ona chce si spotka z ca wasz grup. A
zwaszcza z nimi. - Wskaza gow Zoe i Bian-k. - Najlepiej
idcie co zje. Percy'emu to spotkanie
zajmie najwyej kilka minut.
- Nie zostawimy go samego w twej kompanii, Panie Aresie -

oznajmia Zoe.
- A poza tym - wydusi z siebie Grover. - Bar jest zam-knity.
Ares ponownie pstrykn palcami. W meksykaskiej knajpie
nagle rozbysy wiata. Deski opady z drzwi, a napis
ZAMKNITE zmieni si w OTWARTE.
- Mwie co, kozonogu?
- Idcie - powiedziaem do przyjaci. - Poradz sobie.
Staraem si okaza wicej pewnoci siebie, ni jej miaem.
Nie sdz jednak, bym oszuka Aresa.
- Syszelicie go - powiedzia bg wojny. - Jest wielki i silny.
Ma wszystko pod kontrol.
Moi kumple niechtnie ruszyli w stron meksykaskie-go baru.
Ares przyglda mi si z nienawici, w kocu otworzy
drzwiczki limuzyny jak szofer.
- Wsiadaj, leszczu - powiedzia. - I zachowuj si. Ona nie
przebacza zych manier rwnie atwo jak ja.
Kiedy j zobaczyem, szczkami opada.
Zapomniaem, jak si nazywam. Zapomniaem, gdzie jestem.
Zapomniaem, jak mwic penymi zdaniami.
Miaa na sobie sukni z czerwonej satyny, a jej wosy opaday
na ramiona kaskad lokw. Miaa najpikniej-sz twarz jak
kiedykolwiek widziaem: idealny maki-ja, cudowne oczy,
umiech zdolny rozjani ciemn stron ksiyca.
Jak o tym myl, nie jestem w stanie powiedzie, do kogo bya
podobna.
Nie wiem, jaki kolor miay jej wosy i oczy. Wyobracie sobie
najpikniejsz aktork, jak znacie. Bogini bya od niej sto razy
pikniejsza. Pomylcie, jaki jest was ulu-biony kolor wosw i
oczu, i tak dalej. Bogini wanie tak wygldaa.

Kiedy si do mnie umiechna, przez moment wygl-daa jak


Annabeth. A potem jak aktorka telewizyjna, w ktrej kochaem
si w pitej klasie. A potem... Zreszt chyba ju zaapalicie.
- Och, jeste, Percy - odezwaa si bogini. - Jestem Afrodyt.
Usiadem koo niej i powiedziaem co w rodzaju:
- Yyy... a... eee.
Umiechna si.
- Sodki jeste. Potrzymaj to, prosz.
Podaa mi polerowane lusterko wielkoci talerza i ka-zaa
przytrzyma przed ni. Odchylia si i poprawia szmink, mimo
e na moje oko wszystko z ni byo w porzdku.
- Wiesz, dlaczego si tu znalaze? - spytaa.
Chciaem odpowiedzie. Dlaczego nie byem w stanie
wymwic caego zdania? To przecie tylko kobieta. Nie-zwykle
pikna kobieta. O oczach jak grskie jeziora... Oj.
Uszczypnem si mocno w rk.
- Nie... Nie wiem - wydusiem z siebie.
- Och, mj drogi - powiedziaa Afrodyta. - Nadal negu
jemy rzeczywisto?
Zza drzwiczek samochodu dobieg mnie chichot Aresa.
Miaem wraenie, e sysza kade nasze sowo. Byem zy, e on
w ogle tam jest, co pomogo mi nieco otrze-wie.
- Nie wiem, o czym mwisz - powiedziaem.
- W takim razie, po co pojechae na t wypraw?
- Artemida zostaa porwana!
Afrodyta przewrcia oczami.
- Ach, Artemida. Prosz ci. To sprawa beznadziejna. Wiesz,
jak ju mieli porywa bogini, to powinna by ona
niewiarygodnie pikna, nie sdzisz? Wspczuj tym biedakom,
ktrzy musz pilnowa Artemidy. Co za nuuuda.
- Ale ona ciga potwora - zaprotestowaem. - Napra-wd,

naprawd zego potwora. Musimy go znale.


Bogini daa mi do zrozumienia, ebym odrobin pod-nis
lusterko. Chyba znalaza jakie mikroskopijne nie-docignicie w
kciku oka - ponownie musna rzsy tuszem.
- Cigle potwory i potwory. Ale, mj drogi Percy, to jest
powd, dla ktrego inni s na tej wyprawie. Mnie bar-dziej
interesujesz ty.
Serce walio mi jak motem. Nie miaem ochoty odpo-wiada,
ale jej oczy wydzieray odpowied prosto z moich ust.
- Annabeth ma kopoty.
Afrodyta si rozpromienia.
- Wanie!
- Musz jej pomc - powiedziaem. - Miaem te sny.
- Och, nawet nisz o niej! To cudnie!
- Nie! To znaczy... Nie to miaem na myli.
Afrodyta cmokna.
- Percy, ja jestem po twojej stronie. Przecie jeste tu dziki
mnie.
Wlepiem w ni wzrok.
- e co?
- Ten zatruty podkoszulek, ktry bracia Hood dali Pho-ebe powiedziaa. - Mylae, e to przypadek? A kto posa do ciebie
Mrocznego? Kto pomg ci si wymkn z obozu?
- To wszystko twoja robota?
- Oczywicie! Te owczynie s takie okropnie nudne!
Tropienie jakiego potwora, ble, ble, ble. Poszukiwanie
Artemidy. A nieche si nie znajdzie, jeli o mnie chodzi. Ale
misja z powodu prawdziwej mioci...
- Zaczekaj, nigdy nie mwiem...
- Och, mj drogi. Nie musisz nic mwi. Wiesz, e Annabeth
bya o krok od przyczenia si do owczy, nieprawda?

Zaczerwieniem si.
- Nie byem pewny...
- Zamierza zmarnowa sobie ycie! A ty mj drogi moesz j
przed tym uratowa! Jakie to romantyczne!
- Ekhem...
- Och, moesz ju odoy to lusterko - oznajmia Afro-dyta. Teraz wygldam jak naley.
Nawet nie wiedziaem, e wci je trzymam, ale jak
tylko je odoyem, poczuem, e cierpy mi rce.
- Suchaj, Percy - powiedziaa Afrodyta. - owczynie s
twoimi wrogami. Zapomnij o nich, o Artemidzie i potwo-rze. To
nie jest wane. Skoncentruj si na odnalezieniu Annabeth.
- Wiesz, gdzie ona jest?
Bogini machna rk, poirtytowana.
- Nie, nie. To ty musisz dowiedzie si szczegw. Ale od tak
dawna nie mielimy dobrego, tragicznego romansu.
- No nie, przede wszystkim ja nic nie mwiem o mioci. A
poza tym, co tu ma by tragiczne?
- Mioc wszystko zwycia - obiecaa mi Afrodyta. - Spjrz na
Helen i Parysa. Czy oni pozwolili, eby cokolwiek stano
midzy nimi?
- Czy nie rozptali przypadkiem wojny trojaskiej, w ktrej
zgino mnstwo ludzi?
- Och. Nie o to chodzi. Id za gosem serca.
- Ale... Kiedy ja nie wiem, dokd prowadzi. To znaczy moje
serce.
Umiechna si wspczujco. Naprawd bya bardzo pikna. I
nie tylko dlatego, e miaa adn buzi, czy co takiego.
Wierzya w mioc tak mocno, e nie sposb byo nie czu
oszoomienia, kiedy o niej mwia.
- Niewiedza to poowa zabawy - oznajmia. - Rozkoszne

cierpienie, nieprawda? Niepewnoc, kogo si kocha i przez


kogo jest si kochanym. Och, dzieciaki! To takie sodkie, e
chyba zaraz si rozpacz.
- Nie, nie - zaprotestowaem. - Nie rb tego.
- I nie martw si - dodaa. - Nie uczyni tego zadania atwym i
nudnym. Nie, czekaj ci cudowne niespodzia-nki. Udrka.
Niezdecydowanie. Zaczekaj tylko.
- Wszystko w porzdku - zapewniem j. - Nie rb sobie
kopotw.
- Ale sodziak z ciebie. Chciaabym, eby wszystkie moje
crki amay serca takim miym chopakom jak ty.
W oczach bogini wzbieray zy.
- Lepiej ju id. I uwaaj, gdy znajdziesz si na terenie mojego
ma, Percy. Nic nie zabieraj. On jest strasznie czepialski, w
kwestii swoich byskotek i mieci.
- e co? - zapytaem. - Masz na myli Hefajstosa?
Ale w tej chwili otwary si drzwiczki samochodu i poczuem
na ramieniu uchwyt rki Aresa, wycigajcej mnie na zewntrz
w pustynn noc.
Moja audiencja u bogini mioci bya zakoczona.
- Szczciarz z ciebie, leszczu. - Ares odepchn mnie od
limuzyny. - Powiniene czuc wdziczno.
- Za co?
- Za to, e rozmowa bya taka mia. Gdyby to ode mnie
zaleao...
- To czemu mnie nie zabie? - odparowaem. Nie bya to
najmdrzejsza rzecz, jak mona powiedzie bogu wojny, ale
jego obecno zawsze sprawia, e czuj zo i robi si
nieodpowiedzialny.

Ares przytakn, jakbym wreszcie powiedzia co m-drego.


- Bardzo chtnie bym ci zabi, wierz mi - powiedzia. - Ale
widzisz, jest problem. Po Olimpie kry plotka, e moesz
wywoa najwiksz wojn w historii. Nie mog tego popsuc. A
poza tym Afrodyta uwaa, e jeste kim w rodzaju gwiazdy
telenoweli. Jeli ci zabij, to nie zyskam w jej oczach. Ale nie
martw si. Nie zapomnia-em o mojej obietnicy. Pewnego dnia,
niedugo, napraw-d niedugo, podniesiesz swj miecz do walki
i wtedy popamitasz gniew Aresa.
Zacisnem pici.
- Po co czeka? Raz ju ci pokonaem. Jak tam kostka?
Umiechn si krzywo.
- Niele, leszczu. Ale nie sprowokujesz mnie. Rozpocz-n
walk, kiedy bd gotowy. Pki co... spadaj.
Pstrykn palcami i wiat zawirowa, podnoszc chmu-r
czerwonego pyu. Upadem na ziemi.
Kiedy si znowu podniosem, limuzyny ju nie byo. Droga,
bar meksykaski i cae miasteczko Gila Claw zniko. Moi
przyjaciele i ja stalimy w samym rodku zomowiska. Wok
nas we wszystkich kierunkach rozcigay si gry rdzewiejcego
elastwa.
- Czego ona chciaa od ciebie? - spytaa Bianca, kiedy ju
opowiedziaem im o Afrodycie.
- W sumie nie jestem pewny - skamaem. - Powiedzia-a,
abymy byli ostroni na zomowisku jej ma. eby-my nic nie
zabrali.
Zoe zmruya oczy.
- Bogini mioci nie fatygowaaby si po to tylko, eby
powiedzie ci o tym. Uwaaj, Percy. Ona zwioda wielu

herosw.
- Wyjtkowo musz si z tob zgodzi - powiedziaa Thalia. Nie moesz ufa Afrodycie.
Grover przyglda mi si dziwacznie. Jego niezwyka empatia
pozwalaa mu odczyta moje emocje, miaem wic wraenie, e
doskonale wiedzia, o czym rozmawia-a ze mn bogini.
- Okej - powiedziaem, rozpaczliwie pragnc zmieni temat. Jak si std wydostaniemy?
- Tdy - wskazaa Zoe. - Tam jest zachd.
- Skd wiesz?
Byem zaskoczony, e w wietle ksiyca zobaczyem bardzo
dokadnie, jak przewraca oczami.
- Maa niedwiedzica jest na pnocy - wyjania - czyli zachd
jest tam.
Wskazaa na zachd, nastpnie na pnocy gwiazdo-zbir,
ktry ciko byo wypatrze, gdy tak duo byo innych gwiazd.
- No tak - powiedziaem. - Te niedwiedzie.
Zoe wygldaa na uraon.
- Miej nieco szacunku. To by wspaniay niedwied.
- Mwisz, jakby y naprawd.
- Ludzie - wtrci si Grover. - Patrzcie!
Dotarlimy na gra gry zomu. W wietle ksiyca janiay
metalowe przedmioty, urwane gowy spiowych koni, nogi
posgw z brzu, zgniecione rydwany, tony tarcz, mieczy i innej
broni, a obok tego nowoczesne
przedmioty: samochody lnice zotem i srebrem, lodwki,
pralki i monitory komputerowe.
- Rany... - powiedziaa Bianca. - Te rzeczy... Niektre
wygldaj jakby byy ze zota.
- Bo s - oznajmia Thalia ponuro. - Jak powiedzia Percy, nie
dotykamy niczego. To jest zomowisko bogw.

- To ma byc zom? - Grover podnis pikny diadem ze zota,


srebra i drogich kamieni. Z jednej strony by pk-nity, jakby
kto uderzy go toporem. - Nazywasz to zo-mem?
Odgryz kawaek i zacz przeuwac.
- Pyszne!
Thalia wytrcia mu diadem z rk.
- Mwi powanie!
- Patrzcie! - zawoaa Bianca. Pobiega w d hady, potykajc
si na spiowych zwojach i zotych blachach. Uniosa uk ktry
lni w wietle ksiyca. - uk owczyni! - Pisna zaskoczona,
kiedy uk zacz si kurczy i zmieni si w spink do wosw w
ksztacie sierpa ksiyca. - Zupenie jak miecz Percy'ego!
Zoe miaa powan min.
- Zostaw to Bianko.
- Ale...
- Nie znalaz si tu bez powodu. Wszystko, co zostao
wyrzucone na zomowisko, powinno tu pozosta. Jest zepsute.
Albo przeklte.
Bianca niechtnie odoya spink.
- Nie podoba mi si to miejsce - oznajmia Thalia, zaciskajc
palce na drzewcu wczni.
- Mylisz, e grozi nam atak morderczych lodwek? zapytaem.
Spojrzaa na mnie z pogard.
- Zoe ma racj, Percy. Tu nie wyrzuca si niczego bez powodu.
Chodmy, wydostamy si wreszcie z tego miejsca.
- Ju po raz drugi zgadzasz si z Zoe - mruknem, ale Thalia
zignorowaa t uwag.
Zaczlimy przedziera si przez pagrki i wwozy wrd
metalowych gruchotw. Zomowisko zdawao si cign w
nieskoczono i gdyby nie Maa Niedwiedzi-ca, z pewnoci

bymy si zgubili. Wszystkie te hady wygldao w zasadzie tak


samo.
Chciabym mc powiedziec, e nie ruszalimy nieczego, ale
byo tam zbyt wiele fajnych rzeczy, eby nie zerkn na jedn
czy dwie. Znalazem na przykad elekrtyczn gitar w ksztacie
liry Apollina, ktra bya tak cudna, e musiaem j podnie
cho na chwil. Grover odkry poamane drzewo z metalu.
Zostao porbane na kawa-ki, ale na niektrych gaziach wci
siedziay zote ptaki, ktre zaczy fruwa, kiedy Grover wzi je
do rki i poruszy i poruszy ich skrzydami.
W kocu dostrzeglimy skraj zomowiska okoo p kilometra
przed nami, a dalej widac byo wiata auto-strady biegncej
przez pustyni. A midzy nami a szos...
- Co to jest? - krzykna Bianca.
Przed nami wznosia si hada znacznie wiksza i du-sza ni
pozostae. Jakby betonowy paskowy o wymiarach boiska do
piki nonej i rwnie wysoki jak bramki. Na samym kocu
widnia rzd dziesiciu krpych meta-lowych kolumn
ustawionych blisko siebie.
Bianca zmarszczya brwi.
- Wyglda jak...
- Palce stp - podpowiedzia Grover.
Potakna.
- Owszem, ogromne paluchy.
Zoe i Thalia wymieniy zaniepokojone spojrzenia.
- Obejdmy to - powiedziaa Thalia - jak najszerszym ukiem.
- Droga wiedzie dokadnie tdy - zaprotestowaem. - Szybciej
bdzie wspi si na t wyyn.
Brzk.
Thalia potrzsna wczni, a Zoe napia uk, ale okazao si,
e to tylko Grover. Rzuci kawakiem meta-lu w te palce i trafi,

a uderzenie odbio si guchym echem, jakby kolumny byy


wydrone.
- Czmu to zrobi? - zapytaa Zoe ze zoci.
Grover si skuli.
- Nie wiem. Moe dlatego, e nie lubi sztucznych stp?
- Chodmy. - Thalia spojrzaa na mnie. - Dookoa.
Nie kciem si. Te palce zaczy dziaa przeraajco rwnie
na i mnie. No wiecie, kto rzebi trzymetrowe metalowe palce i
wyrzuca je na zom?
Po kilkunastu minutach marszu znalelimy si wreszcie na
autostradzie, a konkretnie na pustym, ale dobrze owietlonym
pasie czarnego asfaltu.
- Udao si - powiedziaa Zoe. - Bogom niech bd dzi
ki.
Najwyraniej bogowie nie chcieli naszych podziko-wa. W tej
wanie chwili usyszaem odgos, jakby tysic zgniatarek
zaczo przeuwac metal.
Obrciem si szybko. Za nami elazna gra draa, powstajc.
Dziesi kolumn przechylio si i nagle uwiadomiem sobie,
dlaczego wyglday jak palce. To byy palce. To co, co
podnioso si ze sterty metalu, oka-zao si spiowym
olbrzymem w penej greckiej zbroi. By on niewiarygodnie
wysoki - wieowiec z rkami i nogami. Lni zowrogo w
wietle ksiyca. Przechyli ku nam zdeformowan twarz, ktrej
lewa strona czciowo si stopia. Stawy trzeszczay od rdzy, a
w poprzek na-piernika bieg napis BRUDAS wytarty w grubej
warst-wie kurzu.
- Talos! -jkna Zoe.
- Kto... Kto to jest Talos? - wyjkaem.
- Jeden z potworw Hefajstosa - odpowiedziaa Thalia. - Ale to
nie moe by ten waciwy. Jest za may. To pewnie prototyp.

Nieudany model.
Metalowemu olbrzymowi najwyraniej nie spodobao si
sowo nieudany.
Sign rk do pasa i doby miecza. Dwik jaki wyda-o
ostrze wydostajce si z pochwy, by straszliwy; zgrzyt metalu o
metal. Gownia miaa jak nic trzydzieci metrw dugoci.
Wygldaa na zardzewia i tp, ale to zapewne nie miaoby
znaczenia. Uderzenie t broni byoby jak oberwanie
krownikiem.
- Kto z nas co zabra - oznajmia Zoe. - Kto to by?
Oczy wszystkich zwrciy si oskarycielsko na mnie.
Pokrciem gow.
- Mona rnie mnie nazwa, ale nie zodziejem.
Bianca nic nie mwia. Mgbym przysic, e miaa po-czucie
winy wymalowane na twarzy, ale nie byo czasu, zeby to dry,
poniewa olbrzym Talos Nieudany uczy-ni krok w naszym
kierunku, przemierzajc tym samym poow dzielcej nas
odlegoci i wstrzsajc ziemi.
- Biegiem! - wrzasn Grover.
wietna rada, tyle e bezuyteczna. To co byo w sta-nie nas
przegonic bez trudu nawet spacerkiem.
Rozdzielilimy si, jak wtedy przy lwie nemejskim. Thalia
rozoya tarcz i trzymaa j w grze, pdzc autostrad.
Olbrzym zamachn si mieczem i przeci lini wysokiego
napicia, ktrej kable eksplodoway iskrami i upady pod nogi
Thalii.
Strzay Zoe wistay, uderzajc w twarz potwora, ale odbiy si
od metalu, nie czynic adnej szkody. Grover zabecza jak
mode kol i zacz wspinac si na gr e-lastwa.
Bianca i ja schowalimy si pod roztrzaskanym rydwa-nem.
- To ty co zabraa - powiedziaem. - Ten uk.

- Nie! - zaprotestowaa, ale gos jej zadra.


- Oddaj to! - rozkazaem. - Wyrzu!
- Nie... Nie wziam uku. A poza tym i tak ju za pno.
- Co zabraa?
Zanim zdya odpowiedzie, usyszaem gony zgrzyt,
a niebo przesoni cie.
- Uciekajmy! - Pognem w d hady, a Bianca biega za mn,
olbrzymia stopa za wyrya krater w miejscu, gdzie przed chwil
si chowalimy.
- Ej, Talos! - wrzasn Grover, ale potwr unis miecz,
spogldajc z gry na Biank i na mnie.
Grover zagra szybk melodi na piszczakach. Przer-wane
kable wysokiego napicia na autostradzie poder-way si do
taca. Zrozumiaem, co Grover zamierza zrobi, uamek
sekundy przed tym, jak si to zdarzyo. Jeden ze supw linii
wysokiego napicia, do ktrego wci przyczepione byy kable,
poszybowa ku Talosowi i owin si wok jego ydki. Kable
zaiskrzyy, a po ple-cach olbrzyma przebieg impuls elektryczny.
Potwr obrci si, trzeszczc i sypic iskrami. Dziki
Groverowi zyskalimy kilka sekund.
- Chod - krzyknem do Bianki.
Ale ona staa nieruchomo. Wycigna z kieszeni ma-lutk
metalow figurk, posek jakiego bstwa.
- To... To miao byc dla Nica. To jest ta jedyna figurka, ktrej
jeszcze nie ma.
- Jak moesz myle o Magii i Micie w takiej sytuacji? zapytaem.
Miaa zy w oczach.
- Wyrzu - powiedziaem. - Moe olbrzym da nam spo-kj.
Talos naciera na Grovera. Wbi miecz w had zomu, omal go
nie trafiajc, ale pordzewiae kawaki metalu runy na niego

lawin i tyle go widzielimy.


- Nie! - krzykna Thalia.
Uniosa wczni. Wystrzeli z niej bkitny uk byska-wicy,
uderzajc potwora w przerdzewiae kolano, ktre zaamao si
pod nim. Olbrzym przewrci si. ale na-tychmiast zacz si
podnosi. Trudno powiedzie, czy w ogle cokolwiek poczu.
Jego na wp stopiona twarz nie ujawniaa adnych emocji, ale
miaem wraenie, e jest tak rozwcieczony, jak tylko moe by
dwudziestopitro-wy wojownik z elaza.
Unis jedn stop, eby zrobi krok, a ja zobaczyem, e jego
podeszw pokrywaj wzory zupenie jak na trampkach. W picie
mia dziur przypominajc ogro-mny waz, a wok niej byy
wymalowane sowa ktre odcyfrowaem dopiero kiedy stopa
zacza si obnia: OBSUGA TECHNICZNA.
- Czas na szalone pomysy - powiedziaem.
Bianca spojrzaa na mnie nerwowo.
- Cokolwiek byleby zadziaao.
Powiedziaem jej o wazie technicznym.
- Moe tym czym da si jako kierowa. Jakie przy-ciski czy
dwignie. Wchodz do rodka.
- Jak? Musiaby stan dokadnie pod jego stop! Zgnitby
ci!
- Odwrc jego uwag - powiedziaem. - Musimy tylko
dokadnie zgra si w czasie.
Bianca zacisna usta.
- Nie. Ja pjd.
- Nie moesz. Jeste nowa! Zginiesz.
- To moja wina, e potwr si przebudzi - odpara. - I
moja odpowiedzialno. Masz. - Podniosa statuetk bs-twa i
wcisna mi j do rki. - Gdyby co si stao, daj to mojemu
bratu. Opowiedz mu... Powiedz mu, e bardzo go przepraszam.

- Bianca, nie!
Ale ona nie czekaa. Pobiega ku lewej stopie olbrzyma.
Talos by w tej chwili skupiony na Thalii, ktra przeko-naa
si, e jest on wielki, ale powolny. Jeli pozostawa- o si blisko
i zdoao uniknc zgniecenia, mona byo biegac wok niego i
przey. Przynajmniej na razie ta metoda dziaaa.
Bianca bya ju obok stopy olbrzyma, usiujc utrzy-mac
rwnowag na stercie zomu, ktra chwiaa si i koysaa pod
jego ciarem.
- Co ty wyprawiasz? - krzykna Zoe.
- Zrbcie co, eby podnis stop! - odkrzykna Bianca.
Zoe wystrzelia potworowi w twarz, trafiajc prosto w jedno z
nozdrzy. Olbrzym wyprostowa si i potrzsn gow.
- Hej! Zomku! - wrzasnem. - Tutaj!
Podbiegem do palucha i wbiem Orkana. Magiczne ostrze
przecieo spi.
Mj plan zadziaa. Niestety. Talos spojrza w d ku mnie i
podnis stop, eby zgniec mnie jak pluskw. Nie widziaem,
co robi Bianca. Musiaem odwrci si i zwiewac. Stopa opada
w d jakie dziesi centymet-rw za mn, wyrzucajc mnie w
powietrze. Uderzyem w co mocno i usiadem zamroczony.
Wyldowaem na lodwce firmy niegi Olimpu.
Potwr ju mia mnie wykoczy, kiedy Groverowi udao si
jako wygrzeba z hady zomu. Gra szaleczo na piszczakach
i jego muzyka posaa kolejny sup wy-sokiego napicia ku
udom Talosa. Potwr si obrci. Grover powinien ucieka, ale
najwyraniej by zbyt wy-czerpany wysikiem, jaki wkada w
ca t magi. Zrobi dwa ktoki, upad i nie podnis si wicej.
- Grover! - oboje z Thali pognalimy ku niemu, ale
wiedziaem, e nie zdymy.

Potwr zamachn si na niego mieczem. Po czym zamar.


Przechyli gow na bok jak kto, kto usysza now muzyk.
Zacz porusza rkami i nogami w dziwaczny sposb, jakby
taczy kaczuchy. Nastpnie zacisn do w pi i przywali
sobie samemu w twarz.
- Dalej, Bianca! - krzyknem.
Zoe posaa mi przeraone spojrzenie.
- Ona jest w rodku?
Potwr zatacza si, ale nadal bylimy w niebezpie-czestwie.
Wsplnie z Thali chwycilimy Grovera i pobieglimy ku
autostradzie. Zoe wyprzedzia nas, krzyczc.
- Jak Bianca ma si wydosta?
Olbrzym ponownie pacn si w gow, a potem upuci miecz.
Przez jego ciao przebieg dreszcz i Talos zatoczy si na lini
wysokiego napicia.
- Uwaaj! - krzyknem, ale byo ju za pno.
Kostka potwora zawadzia o kable i po jego ciele przegy bkitne iskierki elektrycznoci. Miaem nadziej, e jest
izolowany. Nie miaem pojcia, co si dzieje w jego wntrzu.
Olbrzym zawrci na zomowisko, ale jego prawa rka odpada,
ldujc na hadzie z okropnym TRZASK!
Potem oderwaa si rwnie lewa rka. Talos rozpada si w
stawach.
Zacz biec.
- Zaczekaj! - krzykna Zoe. Pobieglimy za nim, ale nie
bylimy w stanie dotrzyma mu kroku. Kawaki maszy-ny
sypay si na wszystkie strony, blokujc nam drog.
Olbrzym rozpad si od gry do dou: kolejno runy na ziemi
gowa, tors i wreszcie nogi. Kiedy dobieglimy do wraku
rozpoczlimy szalone poszukiwania, woajc Biank po
imieniu. Szukalimy, dopki nie wzeszo soce, ale bez

rezultatu.
Zoe usiada na ziemi, paczc. Zdumia mnie ten widok.
Thalia wrzeszczaa z wciekoci i wbia swj miecz w
roztrzaskan twarz olbrzyma.
- Moemy dalej szuka - powiedziaem. - Teraz jest jasno.
Znajdziemy j.
- Nie, nie znajdziemy - odpar aonie Grover. - Wszys-tko
poszo zgodnie z planem.
- O czym ty mwisz?
Spojrza na mnie wielkimi, zapakanymi oczami.
- Przepowiednia. Jedno zaginie w bezdeszczowej guszy.
Jakim cudem nie przyszo mi to do gowy? Czemu poz-woliem
jej i, zamiast pj samemu? Oto znajdowalimy si na
pustyni. I Bianca di Angelo zagina.

ROZDZIA XIV
ZAPORA NA NASZEJ DRODZE
Na samym skraju zomowiska znalelimy ciarwk
holownicz tak star, e rwnie dobrze mogaby tu lee
wyrzucona. Ale silnik zapali, a w baku byo peno ben-zyny,
wic postanowilimy j wypoyczy. Tym razem prowadzia
Thalia. Nie bya a tak oszoomiona jak Zoe, Grover i ja.
- Szkielety wci nas szukaj- przypomniaa nam. - Musimy si
spieszy.
Jechalimy przez pustyni pod czystym bkitnym niebem,

wrd piaskw tak jasnych, a bolay oczy. Zoe zaja miejsce z


przodu obok Thalii, a ja i Grover sie- dzielimy w naczepie,
opierajc si o wycigark. Powie-trze byo chodne i suche, ale
ta pikna pogoda wydawa-a si nie na miejscu, po tym jak
stracilimy Biank.
Zacisnem rk na malekim posku, ktry koszto-wa j
ycie. Nie byem nawet w stanie stwierdzi, co to byo za
bstwo. Nico bdzie wiedzia.
Bogowie... Co ja mu powiem?
Chciaem wierzy, e Bianca wci jest gdzie ywa. Miaem
jednak paskudne przeczucie, e utracilimy j na dobre.
- To powinienem byc ja - powiedziaem. - To ja powinie-nem
wej do tego olbrzyma.
- Nie mw tak! - krzykn przestraszony Grover. - Nie do, e
Annabeth zagina, to teraz jeszcze Bianca. Mylisz, e
znisbym... - pocign nosem. - Mylisz, e znalazbym
kolejnego najlepszego kumpla?
- Och, Grover.
Przetar oczy brudn od oleju szmat, ktra zostawia ciemne
smugi na jego twarzy, co wygldao nieco jak barwy wojenne.
- Wszys... Wszystko w porzdku.
Wcale nie sprawia takiego wraenia. Od Nowego Meksyku
-cokolwiek si zdarzyo, kiedy zawia ten dziki wiatr - Grover by
roztrzsiony, reagowa na otoczenie jezcze bardziej
emocjonalnie ni zwykle. Baem si z nim o tym rozmawia,
eby si nie rozrycza.
Posiadanie przyjaciela, ktry wariuje bardziej ni ty, ma take
dobr stron. Uwiadomiem sobie, e nie sta mnie na depresj.
Musiaem odoy na bok myli o Biance i skupi si na naszej
daleszej misji tak samo jak Thalia. Zastanawiaem si, o czym
rozmawiaj z Zoe na przednim siedzeniu.

Ciarwce skoczya si benzyna na samym skraju wwozu,


ktrym pyna rzeka. W sumie dobrze si stao, bo koczya si
tu rwnie droga.
Thalia wysiada i trzasna drzwiczkami. Natychmiast
siada jedna z opon.
- Super. I co teraz?
Rozejrzaem si po okolicy. Niewiele byo tu do oglda-nia.
We wszystkich kierunkach cigna si pustynia, na ktrej tu i
wdzie wyrastay skupiska nagich ska. Kanion by jedynym
interesujcym miejscem. Rzeka nie bya dua, miaa niecae
picdziesit metrw szerokoci, zielonkaw wod i kilka
bystrzy, ale wyrzebia na pus-tyni potn blizn. Skalne
urwisko zaczynao si u naszych stp.
- Tam jest cieka - powiedzia Grover. - Moemy zej nad
rzek.
Usiowaem wypatrze to miejsce i w kocu zobaczyem
wziutk cieynk wijc si po klinie.
- To kozia cieka - powiedziaem.
- No to co? - zapyta.
- Nie wszyscy jestemy kozami.
- Damy rad - zapewni mnie Grover. - Chyba.
Zamyliem si nad tym. Zdarzao mi si wspina po stromych
cianach, ale nie przepadaem za tym. Nast-pnie obejrzaem si
na Thali i zobaczyem, e poblada. Jej lk wysokoci... Ona
sobie tu nie poradzi.
- Nie - powiedziaem. - Myl, e powinnimy i pj dalej w
gr rzeki.
- Ale... - zacz mj przyjaciel.
Ponownie zerknem na Thali. Jej oczy rzuciy mi krtkie
"dzikuj". Przeszlimy ponad p kilometra, zanim znalelimy
atwiejsze

zejcie nad wod. Na brzegu znajdowaa si wypoyczalnia


kajakw, ktra bya zamknita na zim, ale pooyem na ladzie
kilka zotych drahm i karteczk, na ktrej napisaem: "Naleno
za dwa kajaki".
- Musimy popyn w gr rzeki - powiedziaa Zoe. To byy jej
pierwsze sowa od zomowiska i zmartwio mnie, e jej gos
brzmia fatalnie, jakby miaa cik gryp. - Ale prd jest tu za
szybki.
- Zostaw to mnie - odparem.
Przenielimy kajaki nad wod.
Thalia odcigna mnie na bok, kiedy wyjmowalimy wiosa.
- Dziki za wsparcie.
- Nie ma sprawy.
- Ty na serio moesz... - wskazaa na bystrza - no, wiesz...
- Tak myl. Zwykle niele sobie radz z wod.
- Popyniesz z Zoe? - zapytaa. - Myl, e powiniene z ni
porozmawia.
- Nie spodoba jej si to.
- Prosz. Nie wiem, czy wytrzymam z ni w jednej dce.
Ona... Zaczynam si o ni martwic.
Bya to ostatnia rzecz, na jak miaem ochot, ale si
zgodziem. Thalia si rozlunia.
- Masz u mnie przysug.
- Dwie.
- Ptorej - odpowiedziaa.
Umiechnem si i przez moment przypomniaem so-bie, e w
sumie j lubi, kiedy na mnie nie wrzeszczy. Odwrcia si i
pomoga Groverowi zepchnc ich kajak na wod.
Okazao si, e nie musz nawet kontrolowa prdw. Gdy

tylko znalelimy si na rzece, zobaczyem przygl-dajcmi si


grupk najad. Wyglday jak zwyczajne nastolatki, ktre mona
spotka w kadym cenrtum handlowym, tyle e siedziay pod
wod.
Hej, powiedziaem.
Odpowiedziay bulgoczcym dwikiem, ktry wziem za
miech. Ale nie byem pewny. Z najadami trudno mi si
rozmawia.
Pyniemy w gr rzeki, powiedziaem im. Mylicie, e
mogybycie...
Zanim zdyem dokoczy pytanie, najady zaczy popychac
nasze dki pod prd. Ruszylimy tak prdko, e Grover
wywin koza i wierzga kopytami w powiet-rzu.
- Nienawidz najad - mrukna ponuro Zoe.
Zza kajaka wystrzeli strumie wody i trafi j prosto w twarz.
- Diablice! - signa po uk.
- Daj spokj - powiedziaem. - One si tylko bawi.
- Przeklte duchy wodne. Nigdy mi nie wybacz.
- Nie wybacz czego?
Zarzucia uk z powrotem na rami.
- To byo dawno temu. Niewane.
rodkiem wysokiego kanionu pdzilimy w gr rzeki.
- To, co si stao z Biank, to nie twoja wina - powie-dziaem
jej - tylko moja. To ja jej pozwoliem tam wle.
Uznaem, e w ten sposb dam Zoe okazj do wywrze-szczenia
si na mnie. To mogoby pomc jej si otrz-sn. Ona jednak
skulia si w sobie jeszcze bardziej.
- Nie, Percy. To ja namwiam j na t misj. Bardzo tego
chciaam. Ona bya potnej krwi. Poza tym miaa dobre serce.
Pomylaam... e mogaby zosta nastp-nym porucznikiem.
- Przecie ty jeste porucznikiem.

Zacisna palce na rzemieniu podtrzymujcym koczan.


Wygldaa na bardziej zmczon ni kiedykolwiek.
- Nic nie trwa wiecznie, Percy. Przez ponad dwa tysi-ce lat
dowodziam owami i nic od tego nie zmdrzaam. A teraz sama
Artemida znalaza si w niebezpiecze-stwie.
- Przecie to nie twoja wina.
- Gdybym si upara, eby pj z ni...
- Mylisz, e byaby w stanie pokonac co tak potne-go, e
zdoao porwa Artemid? Nic by nie bya w sta-nie zrobi.
Zoe nie odpowiedziaa.
Urwiska nad rzek staway si coraz wysze. Na wodzie kady
si dugie cienie, wic zrobia si znacznie zimniej sza, mimo e
dzie by pikny.
Niewiele mylc, wydobyem z kieszeni Orkan. Zoe spojrzaa
na dugopis, a na jej twarzy odmalowao si cierpienie.
- To twoje dzieo - powiedziaem.
- Kto ci powiedzia?
- Miaem sen.
Przygldaa mi si uwanie. Byem pewien, e powie mi, e
zwariowaem, ale ona tylko westchna.
- To by dar. I bd.
- Kim by ten heros? - zapytaem.
Zoe potrzsna gow.
- Nie ka mi wymawia jego imienia. Przysigam, e nigdy
wicej nie przejdzie ono przez moje usta.
- Mwisz tak, jakbym mia je zna.
- Ale znasz je z pewnoci, herosie. Czy wy wszyscy,
modziecy, nie chcecie by tacy jak on?
W jej gosie pobrzmiewaa taka gorycz, e wolaem si nie
dopytywa dalej. Spojrzaem na Orkan i po raz pier-wszy
zastanowiem si, czy ten miecz nie jest przeklty.

- Twoja matka bya wodn bogink? - zapytaem.


- Tak, Plej one. Miaa pi crek. Moje siostry i mnie.
Hesperydy.
- To te dziewczyny, co mieszkay w ogrodzie na kracu
Zachodu. Drzewo ze zotymi jabkami i smok stojcy na stray.
- Tak - powiedziaa Zoe melancholijnie. - Ladon.
- Czy tych sistr nie byo tylko cztery?
- Teraz tak. Ja zostaam wygnana. Zapomniana. Wy-krelona,
jakbym nie istniaa.
- Dlaczego?
owczyni wskazaa mj dugopis.
- Poniewa zdradziam moj rodzin i pomogam hero-sowi.
Nie znajdziesz tego w mitach. On nigdy o mnie nie wspomina.
Po tym jak nie powid si otwarty atak na
Ladona, podsunam mu pomys, jak ukra jabka i oszuka
mojego ojca, ale to on zebra wszystkie laury.
- Ale...
Bul, bul. Jedna z najad zabulgotaa co w moim umyle. Kajak
zwolni.
Spojrzaem przed siebie i zrozumiaem dlaczego.
Dalej nie mogy nas zabra. Na rzece pitrzya si blo-kada.
Tama wielkoci stadionu pikarskiego blokowaa nam drog.
- Zapora Hoovera - odezwaa si Thalia. - Ale ogromna.
Stalimy na brzegu rzeki, spogldajc na metalow czasz
czc dwie ciany wwozu. Na samej grze dostrzeglimy
przechadzajcych si ludzi. Z tej oglego-ci wygldali jak
pchy.
Najady opuciy nas, co sobie mamroczc. Nie zrozu-miaem
sw, ale z tonu mona si byo atwo domyli, e nienawidziy

tej zapory blokujcej ich ukochan rzek. Nasze kajaki


zawrciy z prdem, krcc si w wirach wytwarzanych przez jej
dopywy.
- Ponad dwiecie metrw wysokoci - powiedziaem. Zbudowana w latach trzydziestych ubiegego wieku.
- Miliardy metrw szeciennych wody - dodaa Thalia.
Grover westchn.
- Najwiksze przedsiwzicie budowlane w Stanach
Zjednoczonych.
Zoe wybauszya oczy.
- Skd wy to wszystko wiecie?
- Annabeth - odparem. - Kochaa architektur.
- Miaa bzika na punkcie wanych budynkw - powie-dziaa
Thalia.
- Cay czas zasypywaa nas faktami - Grover pocign nosem.
- Strasznie nudnymi.
- Chciabym, eby tu bya - powiedziaem.
Pozostali przytaknli. Zoe wci wpatrywaa si w nas
dziwacznie, ale nie przejmowaem si tym. Wydawao mi si to
skrajn ironi losu, e oto stalimy u stp Zapory Hoovera,
jednej z ulubionych budowli Annabeth, a jej z nami nie byo.
- Musimy si tam wspi - oznajmiem. - Dla Anna-beth. Po to,
eby jej powiedzie, e tam bylimy.
- Jeste szalony - uznaa owczyni. - Ale tam jest droga wskazaa na wielki budynek parkingu, w pobliu szczytu zapory.
- No to ruszamy na zwiedzanie.
Szlimy prawie godzin zanim znalelimy ciek pro-wadzc
do szosy. Wychodzia ona po wschodniej stronie rzeki. Stamtd
powleklimy si z powrotem w kierunku tamy. Na jej szczycie

byo zimno i wietrznie. Po jednej stronie rozcigao si wielkie


jezioro otoczone nagimi, pustynnymi grami. Po drugiej tama
opadaa w d niczym najniebezpieczniejsza rampa dla
deskorolek na wiecie, koczc si ponad dwiecie metrw niej
w rzece, w kipicej wodzie z odpyww.
Thalia sza rodkiem drogi, z dala od krawdzi. Grover wszy,
gdy tylko zawia wiatr, i wyglda na podenerwowanego. Nic
nie mwi, ale wiedziaem, e wyczuwa potwory.
- Jak blisko s? - zapytaem go.
Potrzsn gow.
- Moe nie bardzo blisko. Wiatr na tej tamie, pustynia wok
nas... Zapach moe si nie z odlegoci wielu kilometrw. Ale
nadchodzi z wielu kierunkw i to mi si nie podoba.
Mnie te si nie podobao. Bya ju roda, zostay tylko dwa
nid do zimowego przesilenia, a przed nami wci bya duga
droga. Nie potrzebowalimy wicej przeszkd w postaci
potworw.
- W centrum turystycznym jest bar - powiedziaa Thalia.
- Bya tu ju kiedy?
- Raz. eby zobaczyc Stranikw - wskazaa na odlegy
kraniec tamy. W skalnej cianie bya wykuta niewielka nisza z
dwoma spiowymi posgami. Wyglday troch jak skrzydlate
siedzce statuetki Oscara.
- Powicono je Zeusowi, kiedy zostaa zbudowana zapora oznajmia. - To prezent od Ateny.
Wok posgw toczyli si turyci, wpatrzeni najwy-raniej
gwnie w ich stopy.
- Co oni robi? - zapytaem.
- Dotykaj palcw - odpara Thalia. - Uwaaj, e to przynosi
szczcie.

- Dlaczego?
Potrzsna gow.
- miertelnicy miewaj szalone pomysy. Nie wiedz,
e te posgi s powicone Zeusowi, ale czuj, e s w jaki
sposb wane.
- Kiedy tu bya poprzednio, one do ciebie przemwiy albo
co w tym rodzaju?
Thalia spochmurniaa. Zgadywaem, e przyjechaa tu
wczeniej z nadziej na wanie co takiego: znak od ojca. Jaki
rodzaj kontaktu.
- Nie. One nic nie robi. To tylko wielkie metalowe posgi.
Pomylaem o ostatnim wielkim metalowym posgu, z ktrym
mielimy do czynienia. Nie skoczyo si to naj-lepiej.
Postanowiem jednak nie podnosi tego tematu.
- Znajdmy ten bar na zaporze. Widziaam strzak do czego,
co si nazywa "Wielka Tama" - wtrcia si Zoe. - Powinnimy
co zje, pki moemy.
Grover si zamia.
- Tutaj to pewnie maj zaporowe ceny - powiedzia z udan
rozpacz.
Zoe zamrugaa.
- Nie rozumiem. O co ci chodzi?
- O nic - odpar, usiujc zachowa powag. - Nie mia-bym nic
przeciwko frytkom dla zatamowania linotoku.
Nawet Thalia si umiechna.
- A ja z chci skorzystam z niezatamowanej azienki.
Moe przez to, e bylimy tacy zmczeni, napici i
emocjonalnie wyczerpani, w kadym razie zwinem si ze
miechu, a Thalia i Grover doczyli do mnie. Tylko Zoe
patrzya na nas jak na wariatw.
- Nic nie rozumiem.

- Ja tam bym si napi wody, ale moe nie zaporowej powiedzia Grover.
- A ja... - Thalia ledwie apaa oddech - kupi sobie troch
tandetnych souvenirw.
Wybuchnem miechem i pewnie miabym si do koca dnia,
gdybym nagle nie usysza takiego dwiku:
- Muuu.
Umiech znik z mojej twarzy. Zastanawiaem si, czy ten
dwik by syszalny tylko w mojej gowie, kiedy Grover te
przesta si mia. Rozglda si dookoa zde-zorientowany.
- Czy syszycie to co ja? Czy to krowa?!
- Krowa zaporowa? - zamiewaa si Thalia, nadal ogarnita
gupawk.
- Nie - odpowiedzia Grover. - Mwi powanie.
Zoe nasuchiwaa.
- Nic nie sysz.
Thalia wpatrywaa si we mnie.
- Wszystko w porzdku, Percy?
- Taa - powiedziaem. - Idcie do baru. Zaraz do was docz.
- Co si stao? - spyta mj przyjaciel.
- Nic - odrzekem. - Po prostu... No, potrzebuj chwilki
spokoju. Chc pomyle.
Wahali si, ale wida uznali, e na serio jestem zdoo-wany, bo
w kocu poszli do centrum turystycznego beze mnie. Kiedy
tylko si oddalili, podbiegem do pnocnej czci tamy i
wyjrzaem.
- Muuu.
Bya jakie dziesi metrw niej, w jeziorze, ale wi-dziaem
dokadnie: moja przyjacika z zatoki Long Island, wowa
krowa Nessie.
Rozejrzaem si. Po zaporze biegay grupki dzieciakw.

Poza tym byo duo starszych ludzi. Kilka godzin. Nikt z nich
jak na razie nie zwraca na ni uwagi.
- Co ty tu robisz? - zapytaem.
- Muuu!
W jej gosie byo co naglcego, jakby chciaa mnie ostrzec.
- Jak si tu dostaa? - pytaem dalej.
Znajdowalimy si tysice kilometrw od Long Island, daleko
w gbi ldu. Nie byo mowy, eby a tu dopy-na. A jednak
bya tutaj.
Nessie zataczaa kka pod wod i boda gow o brzeg tamy.
- Muuu!
Chciaa, abym do niej doczy. Dawaa do zrozumienia,
ebym si pospieszy.
- Nie mog - odpowiedziaem. - Moi przyjaciele s w rodku.
Rzucia mi spojrzenie swoich smutnych brzowych oczu.
Nastpnie wydaa z siebie jeszcze jedno ponaglaj-ce "Muuu!",
zrobia salto pod wod i znika.
Wahaem si. co poczc. Co byo zdecydowanie nie w
porzdku, a Nessie usiowaa mi to przekaza. Rozwaa-em
skok przez barierk i popynicie za ni, kiedy nagle zamarem.
Poczuem gsi skrk na ramionach. Spoj -rzaem na szos ku
wschodowi i zobaczyem dwch mczyzn zbliajcych si
powoli w moim kierunku. Mieli na sobie szare panterki, przez
ktre przebyskiway szkiele-towe ciaa.
Przeszli przez rodek grupy dzieci, odpychajc je na boki.
- Ej! - krzykno ktre z nich.
Jeden z wojownikw odwrci si, a jego twarz zamieni-a si
na moment w czaszk.
- Aaa! - wrzasno dziecko i caa grupa si cofna.
Popdziem w stron centrum turystycznego.
Byem ju prawie na schodach, kiedy usyszaem pisk opon. Po

zachodniej stronie zapory czarna furgonetka zatrzymaa si na


rodku drogi, omal nie tratujc grup-ki staruszkw. Jej drzwiczki
otwary si i wysypali si z niej kolejni szkieletowi wojownicy.
Byem otoczony.
Popdziem w d schodw ku wejciu do muzeum. Stranik z
detektorem metalu krzykn za mn, aleja si nie zatrzymaem.
Wbiegem midzy eksponaty i skryem si za grupk turystw.
Szukaem przyjaci, ale nigdzie ich nie wi-dziaem. Gdzie moe
byc ten bar?
- Stj! - krzycza facet z wykrywaczem metalu.
Nie miaem wyjcia: musiaem wejc do windy z grup
wycieczkow. Wskoczyem do rodka w chwili, gdy drzwi si
zamykay.
- Zjedziemy ponad dwiecie metrw w d - oznajmia radonie
przewodniczka. Bya straniczk parku. Dugie czarne wosy
miaa spite w koski ogon i nosia przy-ciemnione okulary.
Najwyraniej nie zauwaya, e kto
mnie goni. - Prosz si nie ba, winda rzadko si psuje.
- Czy dojedziemy do baru? - zapytaem.
Kilka osb stojcych za mn si zamiao. Przewodni-czka
spojrzaa na mnie. Co w jej wzroku sprawio, e przeszed mnie
dreszcz.
- Jedziemy ogldac turbiny, mody czowieku - powie-dziaa. Czyby nie uwaa podczas mojego fascynuj-cego wykadu na
grze.
- Ach, no tak. Czy jest jakie inne wyjcie z zapory?
- To jest lepy zauek - odezwa si turysta za moimi plecami. Na lito bosk. Jedyne wyjcie to druga winda.
Drzwi si otwary.
- Prosz naprzd, drodzy pastwo - poinstruowaa nas kobieta.
- Na kocu korytarza czeka na pastwa kolejny przewodnik.

Nie miaem wyboru, trzeba byo uda si dalej z grup.


- Ach, modziecze - zawoaa za mn przewodniczka.
Obejrzaem si. Zdja okulary, ukazujc zaskakujco szare oczy
w kolorze burzowych chmur. - Inteligentny czowiek, zawsze
znajdzie inne wyjcie.
Drzwi si zamkny, odcinajc mnie od niej. Zostaem sam.
Zanim zdyem zastanowi si nad tym, co powiedzia-a ta
kobieta, za rogiem rozleg si dzwonek. To otwiera-a si druga
winda, a ja syszaem niedajcy si z ni-czym pomyli dwik:
grzechot szkieletowych zbw.
Pobiegem za grup wycieczkow przez tunel wykuty w skale,
ktry wydawa si cign w nieskoczono. ciany byy
wilgotne, a w powietrzu sycha byo szum elektrycznoci oraz
huk wody. Wyszedem na balkonik w ksztacie podkowy,
zawieszony nad ogromn hal. Pitnacie metrw pode mn znaj
do way si turbiny. Byo to wielkie pomieszczenie, ale nie
widziaem adne-go innego wyjcia, jeli nie liczy skoku
midzy turbiny i zwglenia si celem wyprodukowania
dodatkowej elek-trycznoci. Na to nie miaem szczeglnej
ochoty.
Inny przewodnik opowiada turystom o zaopatrzeniu stanu
Nevada w wod. Modliem si, eby Thalia, Zoe i Grover byli
bezpieczni. Mogli byc ju schwytani, ale mogli te poywia si
w barze, kompletnie niewiado-mi, e zostalimy otoczeni. A ja
byem skoczonym gup-cem: daem si zapa w puapk w
dziurze pooonej kilkadziesit metrw pod powierzchni ziemi.
Przeciskaem si przez tum, starajc si jednak nie zwraca na
siebie zbyt duej uwagi. Po przeciwlegej stronie balkoniku
znajdowao si przejcie - moe uda mi si tam schowa.
Trzymaem rk na Orkanie, gotw do walki.
Dojcie na drug stron galeryjki kosztowao mnie mnstwo

nerww. Wsunem si w wski korytarz i obserwowaem tunel,


z ktrego wczeniej wyszedem.
W tej samej chwili usyszaem za sob ostre "Pszszsz!",
przypominajcy szkieletowy gos.
Niewiele mylc, odetkaem Orkana i ciem.
Dziewczyna, ktrej wanie omal nie przepoowiem, krzykna
i upucia chusteczk higieniczn.
- O rany! Czy ty zawsze zabijasz ludzi za to, e wycie
raj nos?
Od razu uwiadomiem sobie, e miecz nie zrobi jej krzywdy.
Przeszed przez jej ciao, nie czynic adnych szkd.
- Jeste miertelniczk!
Spojrzaa na mnie z niedowierzaniem.
- Co to za gadanie? Oczywicie, e jestem miertelnicz-k! Jak
udao ci si przej przez bramk z tym mie-czem?
- Ja nie... Czekaj, ty widzisz miecz?
Dziewczyna przewrcia oczami, ktre byy rwnie zie-lone
jak moje. Miaa krcone, rudobrzowe wosy. Jej nos te
przybra czerwony odcie, jak gdyby bya prze-zibiona. Nosia
za du brzow bluz Harvardu oraz dinsy pokryte plamami
od markerw i pene niewiel-kich dziurek, jakby spdzaa wolne
chwile na wbijanie w nie widelca.
- No, to albo jest miecz, albo najwiksza wykaaczka wiata powiedziaa. - A dlaczego mnie nie zrani? Nie ebym
narzekaa. Kim ty jeste? I, rany, co ty masz na sobie? To lwie
futro?
Zadawaa tyle pyta na raz, e czuem si, jakby rzuca-a we
mnie kamieniami. Nie miaem czasu pomyle nad odpowiedzi.
Zerknem na rkawy, eby przekona si, czy skra lwa
nemejskiego nie zmienia si z powro-tem w swj orygina, ale
jak dla mnie wygldaa nadal jak brzowy zimowy paszcz.

Wiedziaem, e szkieletowi wojownicy wci mnie scigaj. Nie


mogem marnowa czasu. A mimo to gapiem si na t
rudowos dziewczyn. Wtedy przypomnia-em sobie, co Thalia
zrobia w Westover Hall, aby zmyli nauczycieli. Moe bd w
stanie posuy si Mg.
Skupiem si i pstryknem palcami.
- Nie widzisz miecza - powiedziaem do dziewczyny. - To
dugopis.
Zamrugaa.
- Yyy... Nie. To jest miecz, wirze.
- Kim ty jeste? - zapytaem tonem nieznoszcym sprzeciwu.
Parskna uraona.
- Rachel Elizabeth Dare. A teraz: zamierzasz odpowie-dzie na
moje pytania czy te mam wezwa ochron?
- Nie! - powiedziaem. - To znaczy, mam mao czasu. Mam
kopoty.
- To co w kocu masz: mao czasu czy kopoty?
- No, jedno i drugie.
Spojrzaa nad moim ramieniem i otwara szeroko oczy.
- Toaleta!
- Co?
- Toaleta! Tam! Ju!
Nie wiem czemu, ale posuchaem jej. Wskoczyem do mskiej
toalety, zostawiajc Rachel Elizabeth Dare na zewntrz. Pniej
uznaem to za akt tchrzostwa. Jestem jednak rwnie
przekonany, e uratowao mi to ycie.
Syszaem grzechoczce i syczce odgosy zbliajcych si
szkieletw.
Zacisnem palce na Orkanie. Co ja sobie mylaem?
Zostawiem mierteln dziewczyn na pewn zgub. Gotowaem
si do walki, kiedy usyszaem Rachel Elizabeth Dare tokujc

w tempie karabinu maszynowego, jak wczeniej.


- O rany! Widzielicie tego chopaka? Dobrze, e tu jestecie.
Usiowa mnie zabic! Mia miecz, na lito bosk. Jak wy z
ochrony moglicie wpuci uzbrojonego szaleca do muzeum?
No rany, niech mnie! Pobieg tam, do tych turbin. Chyba
tamtdy, jako tak. Moe spad na d.
Szkielety grzechotay podniecone. Syszaem, e si oddalaj.
Rachel otworzya drzwi.
- Droga wolna. Ale lepiej, eby si pospieszy.
Wygldaa na roztrzsion. Miaa szar jak popi twarz, po
ktrej pyny struki potu.
Wyjrzaem za rg. Trzej szkieletowi wojownicy biegli na drugi
koniec balkonu. Droga do windy bdzie jeszcze przez chwil
wolna.
- Jestem twoim dunikiem, Rachel Elizabeth Dare.
- Co to byo? - zapytaa. - Wygldali jak...
- Szkielety?
Przytakna niepewnie.
- Wywiadcz sobie przysug - powiedziaem. - Zapo-mnij o
tym. Zapomnij, e mnie kiedykolwiek widziaa.
- Mam zapomnie, e usiowae mnie zabi?
- Aha. O tym te.
- Ale kim ty jeste?
- Percy... - zaczem. W tym samym momencie szkiele
ty si obrciy. - Musz biec!
- Co za dziwaczne nazwisko. Percy Muszebiec.
Skoczyem do wyjcia.
Bar by peen dzieci, ktre z radoci witay najfajniej-sz cz
wycieczki - obiad po zaporowej cenie. Thalia, Grover i Zoe

siedzieli nad jedzeniem.


- Musimy ucieka - krzyknem. - Ju!
- Dopiero dostalimy burritos! - zaprotestowaa Thalia.
Zoe wstaa mamroczc pod nosem jakie starogreckie
przeklestwo.
- On ma racj! Patrz.
Cae pitro widokowe byo przeszklone, co dawao nam pikny
panoramiczny widok na szkieletow armi, ktra przybya, eby
nas zabi.
Na wschodnim kracu szosy dostrzegem dwch bloku-jcych
wyjazd do Arizony. Trzech kolejni ustawili si na zachodzie,
strzeg przejazdu do Nevady. Wszyscy byli uzbrojeni w paki i
pistolety. Gdyby teraz zaczli strze-la, byby to dosownie
zaporowy ogie.
Nasz najwaniejszy problem by jednak znacznie bliej. Trzej
szkieletowi wojownicy, ktrzy wczeniej cigali mnie w sali
turbin, pojawili si wanie na schodach. Dostrzegli mnie
poprzez cay bar i zazgrzytali zbami.
- Winda! - krzykn Grover. Popdzilimy w tamtym kierunku,
ale kiedy drzwi si otwary z przyjemnym dzwonkiem, ze rodka
wyszo trzech wojownikw. Ze-brali si tu wszyscy, o ktrych
wiedzielimy, z wyj
tkiem tego jednego, ktrego Bianca zwglia w Nowym
Meksyku. Bylimy cakowicie otoczeni.
W tej samej chwili mj przyjaciel wpad na wspaniay, icie
Groverowy pomys.
- Wojna na burrita! - krzykn i rzuci swoje guacamo-le
grande w najbliszy szkielet.
Jeli nigdy nie oberwalicie burritem, moecie si uwa-a za
szczciarzy. Jeeli chodzi o miercionone poci-ski, moe si
ono rwna z granatami i kulami armatni-mi. Obiad Grovera

trafi na jeden ze szkieletw, zbijajc mu czaszk z karku. Nie


jestem pewny, co widziay inne dzieciaki w barze, ale dostay
mapiego rozumu i zaczy obrzuca si wzajemnie burritem,
koszykami frytek i napojami gazowanymi, wrzeszczc przy tym,
ile wlezie.
Szkielety usioway wycelowa bro, ale byo to zada-nie
beznadziejne. Ludzie, razem z jedzeniem i piciem, latali po
caym pomieszczeniu.
W tym zamieszaniu Thalia i ja zajlimy si szkieleta-mi na
schodach - posalimy je na lad z przyprawami. Nastpnie
wszyscy popdzilimy w d, a meksykaskie naleniki wistay
nam wok gw.
- Co teraz? - zapyta Grover, gdy wypadlimy na zew-ntrz.
Nie miaem na to odpowiedzi. Wojownicy na drodze
nadcigali z obu stron. Przebieglimy szos, kierujc si do
niszy ze skrzydlatymi spiowymi posgami, ale wtedy
znalelimy si pod cian gry.
Szkielety nacieray, tworzc wok nas pkrg. Ich bracia z
baru biegli, by do nich doczyc. Jeden wci mocowa czaszk
na karku. Inny by cay unurzany w keczupie i musztardzie.
Dwm kolejnym kanapki utkwi-y midzy ebrami. Nie
wygldali na zachwyconych. Wy-cignli paki i ruszyli do
przodu.
- Czworo na jedenastu - mrukna Zoe. - A oni nie mog
umrze.
- Mio byo podrowa z wami - powiedzia Grover drcym
gosem.
Ktem oka dojrzaem jaki bysk. Zerknem za siebie na stopy
posgw.
- Rany - powiedziaem. - Te palce naprawd byszcz.
- Percy! - upomniaa mnie Thalia. - Nie czas na gupo-ty.

Ja jednak nie mogem przesta si gapi na dwch ol-brzymich


brzowych facetw o smukych wskich skrzy-dach
przypominajcych noe do papieru. Cali byli po-kryci patyn z
wyjtkiem palcw u ng, ktre byszczay jak nowiutkie monety
dziki temu, e ludzie pocierali je, by zyskac troch szczcia.
Szczcie. Bogosawiestwo Zeusa.
Rozmylaem o tej przewodniczce z windy. O jej sza-rych
oczach i umiechu. Co to ona powiedziaa? Inteli-gentny
czowiek zawsza znajdzie inne wyjcie.
- Thalia - powiedziaem. - Mdl si do ojca.
Rzucia mi wcieke spojrzenie.
- On nigdy nie odpowiada.
- Sprbuj - bagaem. - Popro o pomoc. Myl... Myl, e te
posgi mog nam przynie odrobin szczcia.
Sze szkieletw podnioso bro. Pi pozostaych nacierao z
uniesionymi pakami. Dwadziecia metrw. Pitnacie metrw.
- Zrb to! - wrzasnem.
- Nie! - odkrzykna. - On nie odpowie.
- Tym razem jest inaczej!
- Kto tak powiedzia?
Zawachaem si.
- Myl, e Atena.
Thalia spojrzaa na mnie spode ba, jakby bya pewna, e
oszalaem.
- Sprbuj - zajcza Grover.
Zamkna oczy. Poruszaa ustami w niemej modlitwie. Ja
dooyem par sw do mamy Annabeth w nadziei, e dobrzej
rozpoznaem w tej windzie - e usiowaa nam pomc uratowa
jej crk.
Nic si nie wydarzyo.

Wrogowie si zbliali. Ujem Orkana, eby si broni. Thalia


uniosa tarcz. Zoe wepchna Grovera za swoje plecy i
wycelowaa strza w gow jednego ze szkiele-tw.
Poczuem, e pada na mnie cie. Uznaem, e to musi byc cie
mierci. Wtedy uzmysowiem sobie, e ma on ksztat
ogromnego skrzyda. Szkielety za pno podnio-sy wzrok.
Bysn spi i tych piciu z pakami poleciao w bok.
Pozostali wojownicy otworzyli ogie. Zasoniem si lwim
paszczem, ale nie byo to konieczne. Spiowe anio-y wystpiy
przed nas, okrywajc nas swoimi skrzyda-mi niczym tarcz.
Kule odbijay si od nich z dwikiem
podobnym do kropli deszczu uderzajcych w zardzewia-y dach.
Oba anioy uderzyy i szkielety poleciay na drug stron szosy.
- Ludzie, ale dobrze znw wsta! - odezwa si pierw-szy z
nich. Jego gos brzmia metalicznie i nieco zardze-wiale, jakby
nie mia nic pynnego w ustach, odkd go tu posadzono.
- Spjrz na moje stopy - powiedzia drugi. - Na Zeusa, co ci
turyci sobie myl?
Gadajce anioy to niespodzianka, ale bardziej martwi-em si
kwesti szkieletw. Kilka z nich podnioso si znowu, czyo
koci i usiowao wymaca bro kocio-trupimi rkami.
- Kopoty! - powiedziaem.
- Zabierzcie nas std! - krzykna Thalia.
Obaj anioowie spojrzeli na ni.
- Crka Zeusa?
- Tak!
- Moesz adnie poprosi, panno Crko Zeusa? - zapyta jeden
z nich.
- Prosz!
Anioowie popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami.
- Nie zaszkodzi rozprostowa skrzyda - uzna jeden.

Nastpne, co pamitam, to jak jeden z nich chwyta Thali i


mnie, a drugi Zoe i Grovera i lecimy prosto w gr, nad zapor i
rzek, a szkieletowi wojownicy zamie-niajsi w malekie
punkciki na dole i tylko wystrzay odbijaj si echem od zapory
gr.

ROZDZIA XV ZAPASY
ZE ZYM MIKOAJEM
Powiedz mi jak to si skoczy - zwrcia si do mnie Thalia.
Miaa mocno zacinite powieki. Posg trzyma nas tak
solidnie, e nie moglimy upa, ale ona mimo to zacis-kaa
palce na jego ramieniu, jakby byo najwaniesz rzecz na
wiecie.
- Wszystko w porzdku - zapewniem j.
- Czy my... jestemy bardzo wysoko?
Spojrzaem w d. Pod nami przemykay onieone szczyty
grskie. Wycignem nog i kopnem nieg na jednym ze
szczytw.
- Nie - odpowiedziaem. - Nie bardzo.
- Lecimy nad Sierr! - krzykna Zoe. Ona i Grover zwieszali
si z ramion drugiego posgu. - Polowaam tu kiedy. Przy tej
prdkoci za par godzin bdziemy w San Fancisco.
- Ech, Frisco! - rozmarzy si nasz anio. - Ej, Chuck! Moe by
tak znw odwiedzic pomnik Mechanikw? Oni umiej si
zabawi!
- Och, chopie - odpowiedzia drugi. - Jestem za!
- Bylicie kiedy w San Fancisco? - zapytaem.

- Automaty te musz si czasem rozerwa, nie? - odrzek nasz


posg. - Wiesz, Mechanicy zabrali nas
kiedy do Muzeum de Younga i przedstawili tym mar-murowym
demonom. I...
- Hank! - przerwa mu posg o imieniu Chuck. - Oni s
nieletni, chopie.
- Och, jasne - Jeli spiowe rzeby potrafi si rumie-nic, to
Hank na pewno poczerwienia. - Lepiej lecmy.
Anioy musiay by podekscytowane podr, bo przyspieszylimy. Gry zamieniy si we wzgrza, a pod nami
zaczy przemyka farmy, miasta i autostrady.
Grover gra na piszczakach dla zabicia czasu. Zoe nudzia si i
zacza strzelac do mijanych reklam. Ilekroc widziaa szyldy
sklepw z broni - a minlimy kilka - pakowaa w nieodczne
tarcze strzelnicze par betw. Trafiaa w sam rodek, mimo e
gnalimy z prdkocia stu picdziesiciu kilometrw na
godzin.
Thalia przez cay czas nie otwieraa oczu i bez przerwy
mruczaa co pod nosem, jakby si modlia.
- Dobrze si sprawia - odezwaem si do niej. - Zeus ci
wysucha.
Z powodu zamknitych oczu trudno byo powiedziec, co sobie
mylaa.
- Moe - powiedziaa. - A w ogle, jak ty si wymkne tym
szkieletom z turbinowni? Mwie, e ci otoczyy.
Opowiedziaem jej o tej dziwacznej miertelniczce nazwiskiem
Rachel Elizabeth Dare, ktra najwyraniej potrafia przebic si
wzrokiem przez Mg. Mylaem, e Thalia zwymyla mnie od
wariatw, ale ona tylko przy-takna.
- Niektrzy miertelnicy tak maj - oznajmia. - Nikt
nie wie, dlaczego.

Nagle przyszo mi do gowy co, nad czym nigdy si nie


zastanawiaem.
Moja mama bya taka. Widziaa Minotaura na Wzg-rzu
Herosw i wiedziaa dokadnie, czym by. Nie zdzi-wia si,
kiedy w zeszym roku powiedziaem jej, e mj kumpel Tyson
jest tak naprawd cyklopem. Moe zresz-t wiedziaa od
pocztku. Nic dziwnego, e baa si o mnie, kiedy dorastaem.
Potrafia przejrze Mg lepiej ni ja.
- Wiesz, ta dziewczyna bya okropnie irytujca - powie
dziaem. - Ale ciesz si, e jej nie zmiotem na proch. To
byoby nieprzyjemne.
Thalia przytakna.
- To pewnie fajne by zwykym miertelnikiem. - Po-wiedziaa
to takim tonem, jakby wczeniej duo nad tym mylaa.
- Gdzie chcecie wyldowa? - zapyta Hank, budzc mnie z
drzemki. Spojrzaem w d.
- Rany! - krzyknem z zachwytu.
Widywaem wczeniej San Francisco na zdjciach, ale nigdy tu
nie byem. Miaem pod sob chyba najpikniej-sze miasto, jakie
kiedykolwiek widziaem: jakby mniej-szy, czystszy Manhattan,
na dodatek otoczony zielonymi wzgrzami pokrytymi mgiek.
Dalej znajdowaa si wielka zatoka pena statkw, wysepek i
aglwek, a z
mgy wynurza si most Golden Gate. A chciaoby si zrobi
zdjcie. "Pozdrowienia z Frisco. Jeszcze nie zgin-em. Szkoda,
e was tu nie ma".
- Tam - zasugerowaa Zoe. - Koo wieowca Embarcade-ro.
- Doskonay pomys - pochwali j. - Hank i ja bdzie-my

udawa gobie. Wszystkie oczy zwrciy


si ku niemu.
- artowaem - powiedzia. - No co, czy posgi nie mog miec
poczucia humoru?
Okazao si, e nie ma wielkiej potrzeby udawania
czegokolwiek. By wczesny ranek i nie byo tu zbyt wielu ludzi.
Naszym ldowaniem przestraszylimy jakiego bezdomnego w
przystani promowej. Wrzasn na widok Hanka i Chucka i
pogna przed siebie, wykrzykujc co o metalowych anioach z
Marsa.
Poegnalimy si z naszymi wybawcami, ktrzy odle-cieli na
imprez ze swoimi posgowymi przyjacimi. Wtedy wanie
uwiadomiem sobie, e nie mam pojcia, co powinnimy teraz
zrobi.
Udao nam si dosta na Zachodnie Wybrzee. Artemi-da
gdzie tu bya. Annabeth te, miaem tak nadziej. Ale nie
wiedziaem, jak je odnale, a do przesilenia zimowego zosta
jeden dzie. Nie dowiedzielimy si te nic o tym potworze,
ktrego cigaa Artemida. Mia nas znale na tej wyprawie i
"wskazywac drog", ale po prostu si nie pojawi. Teraz
tkwilimy w porcie z reszt-k pienidzy, cakiem sami i
przeladowani przez pecha.
Po krtkiej naradzie uznalimy, e najpierw musimy
wymyli, czym mia by ten tajemniczy potwr.
- Ale jak? - zapytaem.
- Nereus - podpowiedzia Grover.
Spojrzaem na niego.
- Co?
- Czy nie to sugerowa Apollo? eby znalaz Nereusa?
Przytaknem. Cakowicie zapomniaem o mojej ostat-niej
rozmowie ze sonecznym bogiem.

- Starzec morski - przypomniaem sobie. - Mam go znalec i


zmusi, eby powiedzia nam, co wie. Ale jak mam go
odszuka?
Zoe si skrzywia.
- Starego Nereusa, co?
- Znasz go? - spytaa Thalia.
- Moja mama bya bogink morsk. Tak, znam go. Niestety
wcale nie jest trudno go znale. Wystarczy is za zapachem.
- Co masz na myli? - zapytaem.
- Chodcie - powiedziaa bez entuzjazmu. - Poka wam.
Wiedziaem, e nie bdzie lekko, kiedy zatrzymalimy si przed
kontenerem na uywan odzie. Pic minut pniej Zoe ubraa
mnie w podart flanelow koszul i za due o trzy rozmiary
dinsy, jaskrawo czerwone trampki i pomity kapelusz we
wszystkich kolorach tczy.
- Och, tak - powiedzia Grover, usiujc nie wybuchn
miechem. - Teraz zupenie nie rzucasz si w oczy.
Zoe pokiwaa gow z zadowoleniem.
- Typowy wczga pci mskiej.
- Dziki - mruknm. - Po co to wszystko?
- Mwiam ci. Musisz wtopi si w tum.
Poprowadzia nas z powrotem na nabrzee. Po duszej chwili
spdzonej na poszukiwaniu dokw Zoe w kocu si zatrzymaa.
Wskazaa na molo, na ktrym kulia si w kocach grupka
bezdomnych, czekajc na otwarcie kuchni z darmow zup.
- On gdzie tu bdzie - powiedziaa. - Nigdy nie oddala si od
wody, ale lubi posiedzie na socu w cigu dnia.
- Jak mam go rozpozna?
- Przycz si - odrzeka. - Udawaj bezdomnego. Rozpo-znasz

go. On pachnie... inaczej.


- Super. - Nie miaem ochoty pytac o szczegy. - A jak go ju
znajd?
- Chwyc go - odpowiedziaa. - I trzymaj mocno. On zrobi, co
moe, eby ci si wyrwa. Ale cokolwiek by wy-czynia, nie
puszczaj go. Zmu go, aby opowiedzia ci o potworze.
- Bdziemy mie na ciebie oko - dodaa Thalia. Strzs-na co
z moich plecw... Jaki wielki kb kakw, ktry nie wiadomo
skd si tam wzi. - Ble. Chyba jed-nak nie chc na ciebie
patrzec. Bdziemy ci ubezpie- cza.
Grover pokaza mi, e trzyma kciuki.
Zamruczaem pod nosem, e fajnie jest mie potnych
przyjaci i ruszyem w kierunku doku.
Naoyem kapelusz na oczy i saniaem si tak, jak-bym mia
za moment wykitowa, co przychodzio mi atwo, zwaywszy,
jaki byem zmczony. Minem na-szego bezdomnego
przyjaciela z Embarcadero, ktry wci usiowac ostrzec
pozostaych przed metalowymi anioami z Marsa.
Nie pachnia adnie, ale te nie... inaczej. Szedem dalej.
Kilku obdartusw z foliowymi torbami na zakupy w miejsce
czapek obrzucio mnie spojrzeniem, kiedy si przybliyem.
- Spadaj, szczylu! - mrukn jeden z nich.
Odsunem si. Cuchnli okropnie, ale by to zwyczaj-ny
smrd. Nic nadzwyczajnego.
Bya tam kobieta z kilkoma plastikowymi flamingami
wystajcymi z wzka na zakupy. Patrzya na mnie takim
wzrokiem, jakbym zamierza ukra jej ptaki.
Na kocu mola w plamie soca wylegiwa si facet wygldajcy na okoo milion lat. Ubrany by w piam i wochaty
szlafrok, ktry kiedy zapewne by biay. Facet by gruby, mia
bia, ale pok brod, troch jak wity Mikoaj, ktrego

wycignito z ka i przewle-czono przez mietnik.


A zapach?
Kiedy podszedem bliej, zamarem. Cuchn, to praw-da... Ale
by to smrd morski. Jak nagrzane wodorosty, zdeche ryby i
sona woda. Jeli ocean mia paskudne oblicze... to ten facet nim
by.
Usiowaem si nie udusi, kiedy przysiadem si do niego,
jakbym by zmczony. Mikoaj otwar jedno oko, zerkajc na
mnie podejrzliwie. Czuem, e si na mnie gapi, ale nie
odwzajemniem spojrzenia. Wymamrota-em co o gupiej
szkole i gupich rodzicach, zakadajc, e uczyni mnie to
wiarygodnym.
Facet wrci do swojej drzemki.
Napiem wszystkie minie. Wiedziaem, e to bdzie dziwnie
wyglda. Nie miaem pojcia, jak zareaguj pozostali
bezdomni, ale skoczyem na witego Mikoa-ja.
- Aaaa! - wrzasn. Zamierzaem go chwyci, jednak
najwyraniej to on trzyma mnie w ucisku. Zupenie jakby ani
przez moment nie spa. Z pewnoci nie by sabym starcem,
mia stalowy uchwyt. - Pomocy! - krzy-kn, duszc mnie na
mier.
- To przestpstwo! - wydar si inny bezdomny. - Szczyl rzuci
si na starca!
Z tym rzuceniem si to poniekd bya prawda, tyle e to ja
wyldowaem na molo, walc gow w supek. Przez chwil
byem oszoomiony, a uchwyt Nereusa zel-a nieco.
Potrzebowa chwili odpoczynku. Zanim zdy odsapn,
odzyskaem zmysy i natarem na niego od tyu.
- Nie mam pienidzy! - usiowa wyrwa si i uciec, lecz
zastosowaem chwyt zapaniczy. Cuchn ohydnie gnij-c ryb,
ale wytrzymaem.

- Nie chc pienidzy - powiedziaem. - Jestem pkrwi!


Potrzebuj informacji.
Gdy to usysza, zacz si jeszcze zacieklej wyrywa.
- Herosi! Czemu zawsze si mnie czepiacie?
- Bo ty wiesz wszystko!
Warkn, usiujc strzsnc mnie ze swoich plecw. To byo jak
jazda kolejk grsk. Rzuca si na wszystkie strony,
uniemoliwiajc mi utrzymanie si na nogach, ale zacisnem
zby i chwyciem go jeszcze mocniej. Za-toczylimy si w
kierunku krawdzi mola i wtedy wpad mi do gowy pewien
pomys.
- Och, nie - krzyknaem. - Tylko nie do wody!
Podziaao. Nereus natychmiast rykn tryumfalnie i skoczy.
Razem wpadlimy do zatoki San Francisco.
Musia byc zaskoczony, kiedy wzmocniem uchwyt, jako e
ocean napeni mnie dodatkow si. On jednak rwnie mia w
rkawie kilka asw. Zmieni ksztat i nagle trzymaem w
obiciach olizg czarn fok.
Syszaem arty o prbach utrzymania w rkach posmarowanej
olejem wini, ale mwi wam, e trzymanie foki w wodzie jest
trudniejsze. Nereus zanurkowa, wijc si, rzucajc i wykrcajc
w ciemnej otchani. Gdybym nie by synem Posejdona, nie
miabym szans dotrzymac mu kroku.
Nagle obrci si i zacz rosn, zmieniajc si w ork, ale
chwyciem go za pytw grzbietow, kiedy wyskoczy z wody.
Spora grupa turystw wydaa z siebie gone "Och!".
Udao mi si pomachac tumom. Tu, w San Francisco, to dla
nas norma.
Nereus zanurkowa ponownie i zmieni si w olizgego
wgorza. Zaczem zwizywac go w supe, ale zorientowa
si co jest grane, i wrci do ludzkiej postaci.

- Czemu nie toniesz? - zawy aonie, okadajc mnie


piciami.
- Jestem synem Posejdona - odpowiedziaem.
- Przeklty waniak! Ja byem tu pierwszy!
W kocu opad na brzeg doku. Nad nami wznosio si jedno z
tym turystycznych nabrzey, pene sklepw i jakie centrum
handlowe. Nereus dysza i jcza, a ja czuem si bosko.
Mgbym tak walczy przez cay dzie, ale nie powiedziaem
mu tego. Wolaem, eby mia po-czucie, e stoczy godn walk.
Moi kumple nadbiegali z nabrzea.
- Zapae go! - zawoaa Zoe.
- Nie musisz dziwi si a tak szczerze - odparem.
Nereus zajcza.
- No cudownie. Caa publika bdzie oglda moj po-rak!
Ju rozumiem, zwyczajna umowa? Pucicie mnie, jak odpowiem
na pytanie?
- Mam wicej ni jedno pytanie - powiedziaem.
- Jedno schwytanie. Jedno pytanie! Takie zasady.
Spojrzaem na moich przyjaci.
Niedobrze. Musielimy odnale Artemid, ale take spytac, co
to za apokaliptyczny potwr. Poza tym chcia-em wiedzie, czy
Annabeth jeszcze yje i jak j ocali. Jak zmieci to wszystko w
jednym pytaniu?
Jaki gos we mnie krzycza: Pytaj o Annabeth! Na tym
zaleao mi najbardziej. Jednak wyobraziem sobie, co ona by na
to powiedziaa. Nigdy by mi nie wybaczya, gdybym powici
dla niej Olimp. Zoe chciaaby, ebym
zapyta o Artemid, ale Chejron powiedzia wyranie, e potwr
jest jeszcze waniejszy.
Westchnem.
- Dobra, Nereusie. Powiedz mi, gdzie znajd tego okropnego

potwora, ktry moe przynie zagad bogom. Tego, na ktrego


wyprawia si Artemida.
Starzec morski umiechn si, odsaniajc omszae, zielone
zby.
- Och, to zbyt proste - powiedzia z wrednym zadowole-niem. On jest tutaj.
Nereus wskaza na wod pod moimi stopami.
- Gdzie? - spytaem.
- Koniec zadania! - rykn tryumfalnie, po czym z pyk-niciem
zamieni si w zot rybk i wskoczy z powro-tem do morza.
- Oszukae mnie! - wrzasnem.
- Zaczekaj. - Thalia wpatrywaa si w co szeroko otwartymi
oczami. - Co to jest?
- MUUUU!
Spojrzaem w d: bya tam moja przyjacika wowa krowa,
pywajca tu obok doku. Trcia nosem mj but i rzucia mi
spojrzenie swoich smutnych brzowych oczu.
- Och, Nessie - powiedziaem. - Nie teraz.
- Muuu!
Grover jkn gono.
- On mwi, e wcale nie ma na imi Nessie.
- Tyj... eee, jego rozumiesz?
Satyr przytakn.
- To bardzo stara forma jzyka zwierzt. Mwi, e ma na imi
Ofiotaur.
- Ofi-co?
- To oznacza wowego byka po starogrecku - powie-dziaa
Thalia. - Ale co tutaj robi?
- Muuuuuuuu!
- Mwi, e Percy jest jego opiekunem - oznajmi Gro-ver. - e
ucieka przed zymi ludmi i e oni s blisko.

Zastanawiaem si, jak mona zmieci tyle informacji w


jednym muuuu.
- Zaczekaj - odezwaa si Zoe, patrzc prosto na mnie. - Ty
znasz t krow?
Czuem, e marnujemy czas, ale opowiedziaem im ca
histori. Thalia potrzsna gow z niedowierzaniem.
- I nie raczye o tym wczeniej wspomnie?
- No... Nie. - Wydawao mi si to teraz gupie, jak ju o tym
powiedziaa, lecz tyle rzeczy dziao si naraz, e Ofiotaur zwany
Nessie sta si pomniejszym szczegem.
- Ale jestem gupia - oznajmia nagle Zoe. - Przecie ja znam t
histori!
- Jak histori?
- Z wojny tytanw - odpowiedziaa. - Mj... Mj ojciec mi o
tym opowiada kilka tysicy lat temu. To jest potwr, ktrego
szukamy.
- Nessie? - spojrzaem na pywajcego pod nami wo-wego
byka. - Przecie... on jest sodki. Nie byby w sta-nie zniszczy
wiata.
- To wanie by nasz bd - powiedziaa Zoe. - Spodzie
walimy si wielkiego, niebezpiecznego monstrum, ale Ofiotaur
nie przynosi zagady bogom w ten sposb. Musi zostac zoony
w ofierze.
- MMMM - zamrucza Nessie niskim gosem.
- Obawiam si, e nie lubi tego sowa na O - wyjani Grover.
Pogaskaem Nessiego po gowie, usiujc go uspokoi.
Pozwoli mi si podrapa za uchem, ale czuem, e cay dry.
- Jak ktokolwiek mgby go skrzywdzi? - zapytaem. - On jest
cakiem nieszkodliwy.
Zoe przytakna.

- Zabijanie niewinnych daje moc. Straszliw moc. Ty-sice lat


temu, kiedy urodzio si to stworzenie, Mojry uoyy
przepowiedni. Powiedziay, e ktokolwiek zabije Ofiotaura i
wrzuci jego wntrznci do ognia, uzyska moc zdoln obali
bogw.
- MMMMMM!
- Ekhem - powiedzia Grover. - Chyba powinnimy unika
take mwienia o jego wntrznociach.
Thalia wpatrywaa si w wowego byczka ze zdumie-niem.
- Moc zdolna obali bogw... Ale jak? To znaczy co niby
miaoby si sta?
- Nikt tego nie wie - odpara Zoe. - Za pierwszym razem,
podczas wojny, Ofiotaura istotnie zabi gigant sprzymierzony z
tytanami, ale twj ojciec, Zeus, wysa ora, eby porwa
wntrznoci, zanim zostan wrzucone do ognia. Niewiele
brakowao. A teraz, po trzech tysi
cach lat, Ofiotaur narodzi si na nowo.
Thalia usiada na brzegu. Wycigna rk. Nessie natychmiast
do niej podpyn. Pooya mu do na bie. Zwierz zadrao.
W wyrazie jej twarzy co mnie niepokoio. Wygldaa niemal
na... godn.
- Musimy go chroni - powiedziaem jej. - Jeli Luke go
dorwie...
- Luke si nie zawaha - mrukna. - Moc zdolna obali Olimp.
To... To co wielkiego.
- Owszem, moja drhogaaa - odezwa si mski gos z
francuskim akcentem. - I ty wyzwolisz t moc.
Ofiotaur wyda aosny dwik i zanurkowa. Podniosem
wzrok. Bylimy tak zajci rozmow, e dalimy si zaskoczy.

Za nami, byskajc zowrogo dwukolorowymi oczami, sta pan


Cierniak, mantikora we wasnej osobie.
- Rhewelacyjnieee - powiedzia z zadowoleniem. Na podarty i
poplamiony mundur Westover Hall mia narzucony spowiay
czarny trencz. Jego do niedawna cite na rekruta wosy, teraz
tuste sterczay na wszys-tkie strony. Nie goli si ostatnio, wic
jego twarz pokry-wa krtki srebrny zarost. W sumie nie
wyglda wiele lepiej ni ci ludzie z kolejki po darmow zup.
- Wiele lat temu bogowie wygnali mnie do Perhsji - oznajmi
Cierniak. - Musiaem ebrha o jedzenie na krhacach wiata,
krhy si po lasach, poerha niewa
nych ludzkich rholnikw na niadanie. Nigdy nie wal-czyem z
wielkimi herosami. Nie bano si mnie i nie po-dziwiano w
mitach! Ale terhaz to si zmieni. Tytani obdarz mnie
zaszczytami i bd ucztowa, rhaczc si misem herosw!
Po jego obu stronach stali uzbrojeni ochroniarze - z tych
miertelnych najemnikw, ktrych widziaem w Waszyngtonie.
Dwaj kolejni obstawiali ssiedni dok, na wypadek gdybymy
prbowali tamtdy ucieka. Wsz-dzie dookoa przechadzali si
turyci: po nabrzeu i sklepach tu nad nami, ale wiedziaem, e
nie pows-trzyma to mantikory od ataku.
- Gdzie... Gdzie s szkielety? - zapytaem.
Cierniak parskn pogardliwie.
- A po co mi ci gupi nieumarhli! Generha uwaa, e jestem
nic nie warht? Zmieni zdanie, kiedy pokonam was
wasnorhcznie!
Potrzebowaem czasu do namysu. Musiaem ratowa
Nessiego. Mgbym zanurkowa do morza, ale jak mia-bym

szybko ucieka z dwustukilogramowym wowym bykiem? No i


co z moimi kumplami?
- Ju raz ci pokonalimy - powiedziaem.
- Ha! Ledwie si wam udao, kiedy mielicie przy boku
bogini. A ona... Co za pech, w tej chwili jest zajta gdzie
indziej. Tym rhazem nikt nie przyjdzie wam z pomoc.
owczyni napia uk i wycelowaa prosto w gow mantikory.
Ochroniarze podnieli bro.
- Czekaj! - krzyknem. - Zoe, nie!
Cierniak si umiechn.
- Chopak ma rhacj, Zoe Nightshade. Odu uk. Szkoda
byoby ci zabija, zanim zostaniesz wiadkiem wielkiego
zwycistwa Thalii.
- O czym ty mwisz? - warkna Thalia, trzymajc tarcz i
wczni w pogotowiu.
- Ale to chyba oczywiste - odpar. - To przecie twoje pi
minut. Dla tej chwili Pan Krhonos przywrci ci do ycia. To ty
zoysz Ofiotaurha w ofierze. To ty wrzucisz jego wncznoci
do witego ognia poncego we wn-trzu grhy. Ty
zdobdziesz nieogrhaniczon moc. A w twoje szesnaste
urodziny obalisz Olimp.
Nikt si nie odzywa. To wszystko miao koszmarny sens.
Thali dzieliy raptem dwa dni od ukoczenia szesnastu lat. Bya
dzieckiem Wielkiej Trjki. I oto staa przed wyborem, okropnym
wyborem, ktry mg ozna-cza kres bogw. Dokadnie tak, jak
przepowiedziaa Wyrocznia. Nie byem pewny, czy czuj ulg,
przerae-nie czy rozczarowanie. W kocu okazao si, e nie
jestem tym dzieckiem z przepowiedni. Ostateczny wybr mia si
dokonac tu i teraz.
Czekaem, a Thalia powie mantikorze, eby spadaa, ale
dziewczyna si wahaa. Wygldaa na totalnie oszo-omion.

- Wiesz, e to waciwy wybrh - zwrcia si do niej


mantikora. - Twj przyjaciel Luke potrhafi to dostrzec.
Bdziecie znowu rhazem. Bdziecie wsplnie rzdzic wiatem
pod opiek tytanw. Twj ojciec ci opuci, Thalio. Wcale mu
na tobie nie zaley. A teraz zyskasz
wadz nad nim. Jedn stop zmiadysz Olimpijczy-kw, jak
na to zasuyli. Wezwij potworha! Musi do ciebie przyj. Uyj
swojej wczni.
- Thalia - powiedziaem - wyjd z tego transu!
Spojrzaa na mnie tak samo jak wtedy, kiedy przebu-dzia si
na Wzgrzu Herosw: zamglonym, niepewnym wzrokiem.
Prawie jakby mnie nie znaa.
- Ja... Nie...
- Ojciec ci pomg - powiedziaem. - Wysa spiowych
aniow. Zamieni ci w drzewo, nie pozwalajc ci umrze.
Zacisna palce na drzewcu wczni.
Spojrzaem z rozpacz na Grovera. Bogom niech bd dzieki,
zrozumia, o co mi chodzio. Przyoy piszczaki do ust i zagra
szybk melodyjk.
- Powstrzymac ich! - wrzasna mantikora.
Ochroniarze trzymali na celownikac Zoe i zanim zdy-li si
domyli, e to chopak z piszczak stanowi wik-szy problem,
z desek pod ich stopami wystrzeliy wiee gazie, oplatajc im
nogi. Zoe wystrzelia dwa szybkie bety, ktre wybuchy u ich
stp chmurami ztego jak siarka dymu. Smrodliwe strzay!
Ochroniarze zanieli si kaszlem. Mantikora wystrzeli-a
kolcami w naszym kierunku, ale odbiy si od mojego lwiego
paszcza.
- Grover - powiedziaem - ka Nessiemu zanurkowa gboko i
si nie wynurza.
- Muuuuu! - przetumaczy satyr, a mnie tylko pozosta-o mie

nadziej, e Nessie zrozumia.


- Krowa... - wymamrotaa wci oszoomiona Thalia.
- Chod! - pocignem j za rkaw i pobieglimy w gr
schodw do centrum handlowego na nabrzeu.
Wpadlimy za rg. Syszaem, jak mantikora drze si do
swoich sugusw: "apa ich!". Turyci zaczli krzy-cze, kiedy
ochroniarze wystrzelili w powietrze.
Dobieglimy do koca nabrzea i schowalimy za nie-wielk
budk pen pamitkowych krysztaw: lni-cych w socu
dzwonkw wietrznych, apaczy snw i takich tam. Tu obok
bya studzienka z wod pitn. Poniej statko lww morskich
wygrzewao si na ska-ach. Przed nami rozciga si widok na
ca zatok San Francisco: most Golden Gate, wyspa Alcatraz, a
dalej na pnoc zielone wzgrza i mga. Cudowny moment na
zdjcia, gdyby nie to, e wanie grozia nam mier, a wiatu
nagy koniec.
- Zeskocz tam! - powiedziaa mi Zoe. - Moesz uciec do
morza, Percy. Popro ojca o pomoc. Moe zdoasz urato-wa
Ofiotaura.
Miaa racj, aleja nie mogem tego zrobi.
- Nie zostawi was - odparem. - Bdziemy walczy razem.
- Musimy zawiadomi obz! - powiedzia Grover. Przynajmniej powiedzie im, co si dzieje!
W tej chwili zobaczyem, e krysztaki mieni si tczo-wo w
wietle soca. A ta studzienka...
- Zawiadomi obz - mruknem. - Dobry pomys.
Odetkaem Orkan i ciem grn cz hydrantu. Woda
trysna z przecitej rury i ochlapaa nas wszystkich.
Thalia krzykna, kiedy prysn na ni ten strumie. Mga w jej
oczach zdawaa si rzedn.

- Zwariowalicie?
Ale Grover zrozumia. Szuka ju monety w kieszeni. Wrzuci
zot drahm w tcz, ktra wytworzya si w wodnej mgiece, i
krzykn:
- Bogini, przyjmij m ofiar!
Mga zafalowaa.
- Obz Herosw! - powiedziaem.
We mgle tu obok nas zamigota obraz ostatniej osoby, ktr
miaem ochot oglda: Pana D. w dresie w lam-parcie ctki,
buszujcego w lodwce.
Podnis leniwie wzrok.
- O co chodzi?
- Gdzie jest Chejron? - krzyknem.
- Co to za maniery. - Pan D. pocigna yk z dzbanka z sokiem
grejpfrutowym. - Tak mwi si "dzie dobry"?
- Dzie dobry - poprawiem si. - Moemy zaraz zgin! Gdzie
jest Chejron?
Pan D. si zamyli. Miaem ochot wrzasnc na niego, eby
si pospieszy, ale wiedziaem, e to nic nie da. Za nami, tupic i
krzyczc, zbliali si onierze mantikory.
- Moecie zaraz zgin - rozmarzy si Dionizos. - Ale zabawa.
Obawiam si, e Chejrona nie ma w pobliu. Mam przekaza
wiadomo?
Spojrzaem na przyjaci.
- Ju zginlimy.
Thalia chwycia wczni. Znw bya dawn, wciek
sob.
- W takim razie zaraz zginiemy w walce.
- C za szlachetny gest - skomentowa Pan D., tumic
ziewanie. - Na czym wic dokadnie polega problem?
Nie sdziem, eby wiele to miao zmieni, ale powie-dziaem

mu o Ofiotaurze.
- Hmmm - wpatrywa si z uwag w zawarto lodw-ki. - A
wic o to chodzi. Rozumiem.
- Nawet to pana nie obchodzi! - krzyknem. - Rwnie dobrze
moe pan sta i przyglda si, jak umieramy!
- Zastanwmy si. Chyba mam dzi ochot na pizz.
Miaem ochot ci Orkanem przez tcz i przerwa
poczenie, ale nie byo czasu.
- Tam s! - krzykna mantikora.
I zostalimy otoczeni. Dwaj ochroniarze stanli za ni, dwaj
inni pojawili si na dachach okolicznych sklepw. Mantikora
zrzucia paszcz i przybraa naturaln posta z lwimi pazurami i
dugim ogonem najeonym zatruty-mi kolcami.
- Doskonale - powiedziaa. Spojrzaa na obraz we mgle i
parskna. - Sami, bez prhawdziwej pomocy. Rhewela-cyjnie.
- Mgby poprosi o pomoc - mrukn do mnie Pan D., jakby
to byo zabawne. - Poprosi.
Kiedy dziki zaczn latac, pomylaem. Nie chciaem gin ze
sowami bagania skierowanymi do takiego flejtucha jak
Dionizos, po to tylko, eby on mg si miac z naszego koca.
Zoe napia uk. Grover przygotowywa piszczaki. Thalia
uniosa tarcz, a ja dostrzegem z na jej poli-czku. Nagle co
sobie uwiadomiem: ona ju co takiego przeya. Zostaa
otoczona na Wzgrzu Herosw. Dobro-wolnie oddaa ycie za
przyjaci. Tym razem jednak nie moga nas ocali.
Jak mogem pozwolic, eby j spotkao co takiego?
- Prosz, Panie D. - wymamrotaem. - Pom nam.
Oczywicie nic si nie wydarzyo.
Mantikora wyszczerzya zby.
- Oszczdzic crhk Zeusa. Wkrhtce do nas doczy. Zabic
pozostaych.

Ochroniarze podnieli bro i wtedy stao si co dziw-nego.


Wiecie, jak to jest, kiedy caa krew uderza do gowy, na
przykad wtedy, gdy wisimy do gry nogami i wrcimy do
zwykej postaci zbyt szybko? Wszdzie wok mnie rozleg si
podobny szum niczym potne westchnienie. Soce przybrao
fioletowy odcie. Poczu-em zapach winogron i czego
kwanego... Wina.
TRZASK!
By to odgos wielu umysw zaamujcych si w jednej chwili.
Odgos szalestwa. Jeden z ochroniarzy chwyci pistolet w zby,
jakby to bya koc i zacz biega w kko na czworakach. Dwaj
inni opucili bro i wsplnie zaczli taczy walca. Czwarty
podskakiwa w jakiej parodii irlandzkiego taca. Byoby to
mieszne, gdyby nie byo przeraajce.
- Nie! - rykn potwr. - Sam sobie z wami porhadz!
Ogon mu si zjey, ale deski pod jego apami wybuchy
winorol, ktra natychmiast owina si wok jego ciaa,
wypuszczajc wiee listki i kicie maych zielo-nych
winogronek, dojrzwajcych w kilka sekund. Pot-wr wrzeszcza,
a wreszcie pochona go wielka masa pdw, lici i dojrzaych
czerwonych gron. W kocu ro-liny przestay si trz, a ja
odniosem wraenie, e tam w rodku nie ma ju mantikory.
- No - oznajmi Dionizos, zamykajc lodwk. - To bya nieza
zabawa.
Spogldaem na niego z przeraeniem.
- Jak pan zdoa... Jak pan to...
- Co za wdziczno - mruknc. - miertelnicy z tego wyjd.
Zbyt wiele tumaczenia si, gdybym uczyni ich stan
permanentnym. Nienawidz pisania raportw dla ojca.
Wpatrywa si z niechci w Thali.
- Mam nadziej, e czego ci to nauczyo, dziewczyno.

Nieatwo oprze si pokusie wadzy, co?


Thalia si zarumienia, jakby zawstydzona.
- Panie D. - powiedzia z zachwytem Grover. - Ocalie nas.
- Hmmm. Nie pozwl, ebym tego aowa, satyrze. A teraz w
drog, Percy Jacksonie. Kupiem wam co najwy-ej kilka
godzin.
- Ofiotaur - powiedziaem. - Moe go pan przenie do obozu?
Pan D. pocign nosem.
- Nie zajmuj si przewozem ywca. To twj problem.
- Ale dokd mamy i?
Dioniozos zerkn na Zoe.
- Och, sdz, e owczyni wie. Musicie tam wej dzi o
zachodzie soca, wiecie, albo wszystko stracone. A teraz do
widzenia. Moja pizza czeka.
- Panie D. - odezwaem si jeszcze.
Unis brwi.
- Nazwa mnie pan waciwym imieniem - powiedzia-em. Nazwa mnie pan Percym Jacksonem.
- Z pewnoci si mylisz, Peterze Johnsonie. A teraz spadajcie!
Machn rk i jego obraz rozmy si we mgle.
Wok nas podkomendni mantikory wci zachowywa-li si
jak wariaci. Jeden z nich odnalaz naszego znajo-mego
bedomnego i wiedli teraz powan dysput o metalowych
anioach z Marsa. Posostali ochroniarze za-czepiali turystw,
wydajc zwierzce odgosy i usiujc ukra im buty.
Spojrzaem na Zoe.
- Co on mia na myli, mwic, e ty wiesz, dokd i?
Jej twarz miaa barw mgy. Wskazaa przez zatok, poza
Golden Gate. W oddali pojedyczy szczyt grski wznosi si
ponad warstwy chmur.
- Ogrd moich sistr - powiedziaa. - Musz wrci do domu.

ROZDZIA XVI
SPOTKANIE ZE SMOKIEM WIECZNIE
ZEPSUTEGO ODDECHU

Nigdy nam si to nie uda - powiedziaa Zoe. - Porusza-my si


zbyt wolno. Ale nie moemy zostawi Ofiotaura.
- Muuuu - powiedzia Nessie, ktry pyn u mojego boku,
podczas gdy my bieglimy po nabrzeu.
Centrum handlowe zostao daleko za nami. Kierowa-limy si
ku Golden Gate, ale most by znacznie dalej, ni nam si
wydawao. Soce mino ju poudnie.
- Nie rozumiem - powiedziaem. - Dlaczego musimy si tam
dosta o zachodzie soca?
- Hesperydy s nimfami zachodu soca - odpara Zoe. - Do ich
ogrodu da si wej tylko w chwili, gdy dzie zmienia si w
noc.
- A co, jeli si spnimy?
- Jutro jest zimowe przesilenie. Jeli si spnimy na zachd
soca dzi wieczorem, bdziemy musieli zacze-ka do jutra. A
do tego czasu bdzie po radzie bogw. Dzi wieczorem musimy
uwolni Pani Artemid.

Albo Annabeth umrze, pomylaem, ale nie powiedzia-em


tego gono.
- Potrzebujemy samochodu - oznajmia Thalia.
- A co z Nessiem? - zapytaem.
Grover zatrzyma si nagle.
- Mam pomys! Ofiotaur potrafi si pojawia w rnych
zbiornikach wodnych, zgadza si?
- Na to wyglda - odparem. - To znaczy by w zatoce Long
Island, a potem poprostu wypyn w wodzie pod Zapor
Hoovera. A teraz jest tutaj.
- Moe w takim razie przekonamy go, eby wrci do zatoki
Long Island - podsun Grover. - Wtedy Chejron pomoe nam
zabra go na Olimp.
- Ale on porusza si moim tropem - powiedziaem. - Jeli mnie
tam nie bdzie, to jak on znajdzie drog?
- Muuu - powiedzia Nessie ze smutkiem.
- Ja... Ja mu poka - zaproponowa satyr. - Pjd z nim.
Wbiem w niego wzrok. Grover nie przepada za zato-k.
Zeszego lata omal nie uton w Morzu Potworw, no i przez te
swoje kozie kopyta nie by najlepszym pywa-kiem.
- Tylko ja umiem z nim rozmawiac - wyjani. - To ma sens.
Pochyli si nad wod i powiedzia co do ucha wowe-go
byczka. Nessie zadra i wyda z siebie zadowolone muczenie.
- Bogosawiestwo Dziczy - powiedzia Grover. - To nam
powinno pomc w bezpiecznej podry, Percy, no i pomdl si
te do twojego taty. Postaraj si, eby zapew-ni nam bezpieczn
podr przez morza.
Nie bardzo wiedziaem, jak zamierzaj pyn na Long Island z
Kaliforni. Ale w kocu potwory nie przemieszczaj si tak samo
jak ludzie. Widziaem do dowodw na to.
Usiowaem skupi si na falach, zapachu morza i szu-mie

przypywu.
- Tato - powiedziaem. - Pomo nam. Zaprowad Ofio-taura i
Grovera bezpiecznie do obozu. Opiekuj si nimi na morzu.
- Taka modlitwa wymaga ofiary - powiedziaa Thalia. - Duej.
Mylaem przez chwil. Po czym zdjem paszcz.
- Percy - wtrci mj przyjaciel. - Jeste pewny? Ta lwia
skra... jest bardzo przydatna. Nosi j Herakles!
W chwili, gdy to powiedzia, co sobie uwiadomiem.
Spojrzaem na Zoe, ktra przypatrywaa mi si uwa-nie.
Wiedziaem ju, kim by jej heros - ten, ktry zruj-nowa jej
ycie, skaza na wygnanie i nigdy nie wspom-nia o tym, e mu
pomoga. By to Herakles, ten bohater, ktrego podziwiaem
przez cae ycie.
- Jeli przeyj - powiedziaem - to nie dlatego, e mam paszcz
z lwiej skry. Nie jestem Heraklesem.
Rzuciem go w wody zatoki. Zamieni si znw w zot lw
skr, poyskujc w promieniach soca. A kiedy ton w
falach, zdawa si roztapia w wyzoconej so-cem wodzie.
Podniosa si bryza.
Grover odetchn gboko.
- Nie mamy czasu do stracenia.
Wskoczy do wody i natychmiast zacz ton. Nessie
podpyn do niego i pozwoli mu chwyci si za szyj.
- Uwaajcie na siebie - powiedziaem im.
- Jasne - odpar Grover. - Dobra, yyy... Nessie? Jedzie-my na
Long Island. To jest na wschodzie. Tam.
- Muuu? - zapyta Nessie.
- Tak - odpowiedzia Grover. - Long Island. Taka wys-pa.
Duga. Och, czy moemy po prostu pywa?
- Muuuu!
Nessie skoczy do przodu i zacz sie zanurza.

- Nie potrafi oddycha pod wod! - zaprotestowa sa-tyr. Wanie miaem o tym...
Plusk!
Zanurkowali, a ja miaem nadziej, e opieka mojego ojca
obejmuje takie drobiazgi jak oddychanie.
- Okej, jeden problem z gowy - powiedziaa Zoe. - Ale jak
mamy si dosta do ogrodu moich sistr?
- Thalia ma racj - odparm. - Potrzebujemy samocho-du. Ale
nikt nam tu nie pomoe. Chyba e, no, poyczy-my sobie auto.
Nie podobaa mi si ta opcja. To znaczy, jasne, bylimy w
sytuacji podbramkowej, ale kradzie to kradzie - mae szanse,
e nie cignie na nas uwagi.
- Zaczekajcie - powiedziaa Thalia i zacza przeglda
zawarto swojego plecaczka. - W San Francisco jest kto, kto
moe nam pomc. A ja gdzie tu miaam adres.
- Kto? - zapytaem.
Thalia wycigna wymit kartk z zeszytu i podnios-a j do
oczu.
- Profesor Chase. Ojciec Annabeth.

Suchajc przez dwa lata narzeka Annabeth na ojca,


spodziewaem si, e bdzie mia diabelskie rogi i ky. Nie
sdziem, e zobacz mczyzn w starowieckiej pilotce i
goglach. Wyglda tak dziwacznie z oczami powikszonymi
przez szka, e wszyscy cofnlimy si o krok na werandzie.
- Witam - powiedzia przyjaznym gosem. - Jestecie
dostawcami samolotw?
Thalia, Zoe i ja popatrzylimy po sobie niepewnie.
- Yyy, nie, prosz pana - odpowiedziaem.

- A niech to - powiedzia. - Potrzebuj jeszcze trzech


myliwcw Sopwith Camel.
- Jasne - odezwaem si, aczkolwiek nie miaem poj-cia, o
czym mwi. - Jestemy kumplami Annabeth.
- Annabeth? - Napi si, jakbym wanie porazi go prdem
elektrycznym. - Wszystko u niej w porzdku? Czy co si stao?
adne z nas nie odpowiadao, ale wyraz naszych twa-rzy
musia mu powiedzie, e co jest bardzo nie w po-rzdku. Zdj
pilotk i gogle. Mia jasne wosy jak Anna-beth i
ciemnobrzowe oczy. By chyba przystojny jak na starszego
faceta, ale wyglda tak, jakby nie goli si od kilku dni, a guziki
jego koszuli byy nierwno zapite, wic konierzyk z jednej
strony stercza wyej ni z dru-giej.
- Chyba powinnicie wej - powiedzia.
Wntrze nie wygldao jak dom, do ktrego dopiero kto si
wprowadzi. Na schodach leay roboty z klockw lego, a na
kanapie w salonie leay dwa koty. Stolik by zasypany
czasopismami, za na pododze kto zostawi dziecic kurtk
zimow. W caym domu unosi si za-pach wieo pieczonych
ciasteczek czekoladowych. Z kuchni dobiegay dwiki jazzu. To
wszystko sprawiao wraenie nieco chaotycznego, szczliwego
domostwa - takiego, w ktrym mieszka si od zawsze.
- Tato! - zawoa may chopiec. - On rozbiera moje roboty!
- Bobby - powiedzia pan Chase roztargnionym gosem - nie
rozbieraj robotw brata.
- To ja jestem Bobby - zaprotestowa malec. - On jest
Matthew!
- Matthew - zawoa ojciec Annabeth - nie rozbieraj ro-botw
brata!

- Oki, tato!
Pan Chase zwrci si do nas.
- Chodmy na gr, do mojego gabinetu. Tdy.
- Kochanie? - rozleg si kobiecy gos.
W drzwiach salonu pojawia si macocha Annabeth, wycierajc
rce w ciereczk do naczy. Bya to adna kobieta o azjatyckiej
urodzie z czerwonymi pasemkami we wosach upitych z tyu
gowy.
- Kim s nasi gocie? - zapytaa.
- Och - powiedzia pan Chase. - To jest...
Spojrza na nas bezradnie.
- Fryderyku - zbesztaa go. - Zapomniae ich spyta o
imiona?
Przedstawilimy si troch niepewnie, ale pani Chase sprawiaa
naprawd mie wraenie. Zapytaa, czy nie jestemy godni.
Przyznalimy si, e owszem, a ona obiecaa przyniec nam
ciastka, kanapki i co do picia.
- Kochanie - powiedzia jej m. - Oni przyszli w spra-wie
Annabeth.
W sumie spodziewaem si, e pani Chase dostanie szau na
samo wspomnienie pasierbicy, ale ona tylko za-gryza warg z
niepokojem.
- W porzdku. Idcie do gabinetu, a ja przynios wam co do
jedzenia. - Umiechna si do mnie. - Mio ci poznac, Percy.
Duo o tobie syszaam.
Kiedy na grze weszlimy do gabinetu profesora Cha-se'a,
zatkao mnie.
- Rany!
Cay pokj by zastawiony regaami z ksikami, ale moj

uwag zwrciy modele wojskowe. Na rodku poko-ju sta


ogromny st z miniaturowymi czogami i onie-rzami
walczcymi nad wymalowan niebiesk farb rzek, a wok
cigny si sztuczne wzgrza, lasy i tak dalej. Starowieckie
dwupatowce zwieszay si na lin-kach pod sufitem, przechylone
pod dziwacznymi ktami, jakby wanie toczyy walk. Pan
Chase si umiechn.
- To trzecia bitwa pod Ypres. Wiecie, pisz artyku o udziale
myliwcw Sopwith Camel w ostrzale linii nie
przyjacielskich. Myl, e odegray znacznie wiksz rol, ni
si powszechnie uwaa.
Zdj jeden z dwupatowcw z linki i przelecia nim nad polem
bitwy, wydajc przy tym odgosy jak silnik samo-lotu i
przewracajc miniaturowych niemieckich onie-rzykw.
- Ach, no tak - powiedziaem.
Wiedziaem, e ojciec Annabeth jest historykiem wojskowoci,
ale nigdy nie wspomniaa, e bawi si onie-rzykami. Zoe
podesza i przyjrzaa si polu bitwy.
- Linie niemieckie byy dalej od rzeki.
Pan Chase wlepi w ni wzrok.
- Skd to wiesz?
- Byam tam - odpowiedziaa beznamitnie. - Artemida chciaa
nam pokaza okropnoci wojny prowadzonej przez
miertelnikw. I gupot te. Ta bitwa bya kom-pletnie
bezsensowna.
Ojciec Annabeth otwar usta ze zdumienia.
- Ty...
- To owczyni, prosz pana - wtrcia si Thalia. - Ale nie
dlatego tu przyszlimy. Potrzebujemy...
- Widziaa te myliwce? - zapyta pan Chase. - Ile ich byo? W
jakim leciay szyku?

- Prosz pana - przerwaa mu znw Thalia. - Annabeth jest w


niebezpieczestwie.
To go ostudzio. Posadzi dwupatowiec na ziemi.
- Oczywicie - powiedzia. - Opowiedzcie mi o wszys-tkim.
Nie byo to atwe, ale staralimy si, a tymczasem za oknem
gaso wiato soca. Mielimy mao czasu. Kiedy
skoczylimy opowie, pan Chase opad na swj skrzany
fotel i zaplt palce.
- Moja biedna dzielna Annabeth. Musimy si pospie-szy.
- Potrzebujemy rodka transportu na gr Tamalpais, prosz
pana - powiedziaa Zoe. - I to natychmiast.
- Zawioz was. Hmmm, szybciej byoby polecie Came-lem,
ale ma tylko dwa miejsca.
- To pan ma prawdziwy dwupatowiec? - zapytaem.
- Stoi w parku Crissy Field - odpar z dum pan Chase. Dlatego wanie si tu przeprowadziem. Moje badania finansuje
prywatny kolekcjoner, ktry posiada jedne z najwspanialszych
zabytkw z czasw pierwszej wojny. Zatrudni mnie do remontu
Sopwitha...
- Prosz pana - powiedziaa Thalia. - Samochd w zupenoci
wystarczy. A najlepiej byoby, gdybymy mogli pojecha nim
sami. To bdzie bardzo niebezpie-czne.
Pan Chase zmarszczy brwi, zaniepokojnony.
- Chwileczk, moda damo. Annabeth to moja crka.
Niebezpieczne czy nie, ja... nie mog po prostu...
- Jedzenie - oznajmia pani Chase.
Wsuna si przez drzwi, niosc tac pen kanapek z masem
orzechowym i demem, butelek coli i ciasteczek posto z pieca
tak wieych, e polewa czekoladowa jeszcze nie zastyga.
Thalia i ja pochonlimy kilka ciasteczek, a Zoe tymczasem cigna dalej rozmow:

- Umiem jedzi, prosz pana. Nie jestem tak moda, na jak


wygldam. Obiecuj, e nie zniszcz paskiego samochodu.
Pani Chase zmarszczya brwi.
- O co tu chodzi?
- Annabeth jest w niebezpieczestwie - odpar jej m. - Na
grze Tam. Zawizbym ich, ale najwyraniej nie jest to dobre
miejscedla miertelnikw.
Jego gos brzmia tak, jakby mia problemy z wydusze-niem z
siebie ostatniego kawaka zdania.
Zakadaem, e pani Chase zaprotestuje. W sumie ktry
miertelny rodzic poyczyby trjce nieletnich samochd? Ale ku
mojemu zaskoczeniu ona skina gow.
- W takim razie niech lepiej ju jad.
- wietnie! - Pan Chase podskoczy i zacz obmacywa
kieszenie. - Kluczyki...
Jego ona westchna.
- Oj, Fryderyku. Ty by zgubi wasn gow, gdyby nie
trzyma jej w tej pilotce. Kluczyki wisz na kku przy drzwiach
wejciowych.
- Jasne! - wykrzykn ojciec Annabeth.
Zoe chwycia kanapk.
- Dzikujemy pastwu. Musimy ju i. Szybko.
Wybieglimy z pokoju i pognalimy na d po schodach, a
pastwo Chase pospieszyli za nami.
- Percy - zawoaa pani Chase, gdy byem w drzwiach powiedz Annabeth... Powiedz jej, e tu wci jest jej
dom, dobrze? Przypomnij jej o tym.
Rzuciem ostatnie spojrzenie na chaos panujcy w salo-nie, na
przyrodnich braci mojej przyjaciki rzucajcych klockami i
kccych si, i na cay dom pachncy ciastem. Fajne miejsce,
pomylaem.

- Powiem jej - obiecaem.


Pobieglimy do tego kabrioletu stojcego na podje-dzie.
Soce chylio si ku zachodowi. Na moje oko mie-limy okoo
godziny na ocalenie Annabeth.
- Czy to nie moe jecha troch szybciej? - zapytaa Thalia.
Zoe rzucia jej spojrzenie spode ba.
- Nie umiem kontrolowa ruchu ulicznego.
- Mwicie obie jak moja mama - powiedziaem.
- Zamknij si! - krzykny jednym gosem.
Zoe przeciskaa si przez korek na mocie Golden Gate. Soce
niemal ju dotykao horyzontu, kiedy wreszcie wjechalimy do
hrabstwa Marin i zjechalimy z auto-strady.
Drogi tutaj byy wariacko wskie i wiy si przez las oraz
zboczach gr nad stromymi wwozami. owczyni ani na
moment nie zwalniaa.
- Dlaczego pachnie tu pastylkami na kaszel? - zapyta-em.
- Eukaliptusy. - Zoe wskazaa na wielkie drzewa przy drodze.
- To, co jedz misie kolala?
- I potwory - odpara. - Uwielbiaj u licie. Zwaszcza smoki.
- Smoki uj licie eukaliptusa?
- Uwierz mi - powiedziaa Zoe. - Gdyby mia smoczy oddech,
te uby licie eukaliptusa.
Nie kciem si, ale od tej chwili przygldaem si dokadniej
okolicy. Przed nami wznosia si gra Tamal-pais. Jak na gr
bya chyba niewielka, ale kiedy do niej dojedalimy,
wygldaa na cakiem spor.
- To jest Gra Rozpaczy? - zapytaem.
- Tak - powiedziaa twardo Zoe.
- Dlaczego si tak nazywa?

Milczaa przez chwil zanim mi odpowiedziaa.


- Po wojnie z bogami wielu tytanw zostao ukaranych i
uwizionych. Kronosa poszatkowano na kawaki i wrzucono do
Tartaru. Przyboczny Tartaru, gwnodowo-dzcy jego si zosta
natomiast uwiziony tutaj, na sa-mej grze, tu przy granicy
Ogrodu Hesperyd.
- Genera - powiedziaem. Wok szczytu kbiy si chmury,
jakby sama gra je przecigaa i wprawiaa w ruch wirowy.
- Co tam si dzieje? Burza?
Zoe nie odpowiedziaa. Miaem wraenie, e wie doka-dnie,
co oznaczaj te chmury, i nie podoba jej si to.
- Musimy si skoncentrowa - powiedziaa Thalia. - Mga jest
tu bardzo gsta.
- Magiczna czy naturalna? - zapytaem.
- Obie.
Szare chmury wok szczytu staway si coraz gstsze, a my
zmierzalimy dokadnie w ich kierunku. Wyjecha-limy ju z
lasu na otwart przestrze pen urwisk, trawy, ska i mgy.
W pewnej chwili, kiedy mijalimy zakrt z piknym widokiem,
spojrzaem w d na ocean i dostrzegem co, co sprawio, e
podskoczyem na siedzeniu.
- Patrzcie!
Ale kiedy minlimy zakrt, ocean znik za wzgrzem.
- Co? - zapytaa Thalia.
- Wielki biay statek - powiedziaem. - Zacumowany na play.
Wyglda jak liniowiec.
Zdumiaa si.
- Okrt Luke'a?
Bardzo chciaem powiedzie, e nie jestem pewny. e to moe
zbieg okolicznoci. Ale wiedziaem, e jest inaczej.
"Ksiniczka Andromeda", demoniczny liniowec Luke'a

cumowa na play. Dlatego wanie posa statek do Ka-nau


Panamskiego. To jedyna droga ze Wschodniego Wybrzea do
Kaliforni.
- Wyglda na to, e bdziemy mie towarzystwo - powiedziaa
ponuro owczyni. - Armi Kronosa.
Miaem wanie odpowiedzie, kiedy nagle poczuem, e wosy
je mi si na gowie.
- Hamuj! JU! - krzykna Thalia.
Zoe musiaa pierwsza wyczuc, e co jest nie w porz-dku,
poniewa sama wcisna hamulec. ty volkswa-gen obrci si
dwa razy wok wasnej osi, po czym zatrzyma si na samej
krawdzi urwiska.
- Wysiada!
Thalia otwara drzwiczki i popchna mnie mocno. Wypadlimy oboje na pobocze.
Sekund pniej usyszelimy BUUUM!
Zobaczylimy bysk i samochd pana Chase'a eksplodo-wa
niczym kanarkowy granat. Odamki zapewne by mnie zabiy,
gdyby nie tarcza Thalii, ktra rozwina si nade mn.
Usyszaem zgrzyt metalu, a kiedy otwarem oczy, bylimy w
samym rodku szcztkw samochodu. Kawaek botnika wbi si
w asfalt, a dymica maska wirowaa na drodze. Ca szos
pokryway kawaki tej karoserii.
Staraem si pozbyc dymu z ust i spojrzaem na Thali.
- Uratowaa mi ycie.
- Jednemu mier rk rodzica zadana - mrukna pod nosem.
- Niech go. Chce mnie zniszczy? Mnie?
Dopiero po chwili zorientowaem si, e mwi o swoim ojcu.
- Ej, nie, to nie mg by piorun Zeusa. Niemoliwe.
- W takim razie czyj? - zapytaa buczusznie Thalia.
- Nie wiem. Zoe wypowiedziaa imi Kronosa. Moe on...

Potrzsna gow ze zoci i oszoomieniem.


- Nie. To nie to.
- Czekaj - powiedziaem. - Gdzie jest Zoe? Zoe?
Podnielimy si oboje i obieglimy wrak volkswagena. W
rodku nie byo nikogo. Nic nie znalelimy te nig-dzie na
drodze. Zajrzaem w d urwiska. Ani ladu owczyni.
- Zoe! - zawoaem.
Pojawia si nagle u mojego boku, cignc mnie za rk.
- Cicho, gupku! Chcesz obudzi Ladona?
- To jestemy na miejscu?
- Bardzo blisko - powiedziaa. - Chodcie ze mn.
Kbu mgy snuy si po drodze. Zoe wesza w jeden z nich, a
kiedy mga si rozstpia, nie zobaczylimy jej. Spojrzelimy po
sobie z Thali.
- Myl o Zoe - poradzia mi Thalia. - Idziemy za ni. Wejd
prosto w mg i pamitaj o tym.
- Zaczekaj, Thalia. To, co si stao na nabrzeu... To znaczy
mantikora i ta ofiara.
- Nie mam ochoty o tym rozmawia.
- Ty chyba nie zamierzaa... No wiesz?
Zawachaa si.
- Byam w szoku. I tyle.
- Zeus nie zesa tej byskawicy. To by Kronos. On chce tob
manipulowa, eby bya wcieka na tat.
Wzia gboki wdech.
- Percy, ja wiem, e ty starasz si poprawi mi nastrj. Dziki.
Ale daj spokj. Musimy i.
Wesza w mg - i w Mg - a ja za ni.
Kiedy si rozjania, staem nadal na grskim zboczu, ale asfalt
znikn. Trawa bya gstsza. Zachodzce so-ce rzucao
krwaw smug na wody oceanu. Na szczyt wioda tylko jedna

cieka, zaczynajca si tu przed nami. Prowadzia przez


wspania k, na ktrej migo-tay cienie i kwiaty: ogrd
zmierzchu, dokadnie taki jak w moim nie. Gdyby nie ogromny
smok, ogrd byby najpikniejszym miejscem, jakie
kiedykolwiek widziaem. Trawa skrzya si srebrem w
wieczornym wietle, a kwiaty miay tak ywe kolory, e niemal
wieciy w ciemnoci. Po obu stronach wysokiej na pic piter
jaboni biegy cieki wykadane gadkim czarnym marmurem,
a na gaziach drzewa poyskiway zote owoce - i nie mam tu
na myli tych jabek z warzywniaka. To prawdziwe zote
jab-ka. Nie potrafi opisa, dlaczego s tak pocigajce, ale gdy
tylko poczuem ich zapach, wiedziaem, e jeden ks byby
najsmaczniejsz rzecz, jak kiedykolwiek miaem w ustach.
- Jabka niemiertelnoci - powiedziaa Thalia. - lub-ny
prezent Zeusa dla Hery.
Miaem ochot podej i zerwa jedno z nich, ale peszy mnie
smok zwinity wok pnia. Okej, nie wiem, co sobie
wyobraacie, kiedy mwi smok. Cokolwiek przy-chodzi wam
na myl, nie jest do przeraajce. Ciao tego gada byo grube
jak rakieta lnica miedzianymi uskami. Mia wicej gw ni
mogem zliczy, jakby kto powiza w pczek setk miertelnie
gronych pyto-nw. Zdawao mi si, e pi. Gowy leay
zwinite na trawie, przypominajc olbrzymi porcj spaghetti, a
wszystkie oczy byy zamknite.
Nagle cienie przed nami si poruszyy. Rozleg si pikny,
choc dziwaczny piew, jakby gosy dobiegay z wntrza studni.
Signem po Orkan, ale Zoe powstrzy-maa mnie. Przed nami
pojawiy si cztery postacie, cztery mode kobiety bardzo
podobne do Zoe. Wszystkie miay na sobie greckie chitony. Ich
skra miaa karme-lowy

odcie. Jedwabiste czarne wosy opaday luno na ramiona. To


dziwne, ale nigdy nie zauwayem jak pik-na bya Zoe - dopki
nie zobaczyem jej sistr, Hesperyd. Wyglday tak samo jak
ona: olniewajco i zapewne bardzo niebezpiecznie.
- Siostry - odezwaa si Zoe.
- Nie widzimy adnej siostry - odpara jedna z dziew-czt
chodno. - Widzimy dwoje herosw i owczyni. I wszyscy oni
za chwil zgin.
- Popltao wam si - zrobiem krok do przodu. - Nikt nie
bdzie gin.
Dziewczta przyglday mi si uwanie. Ich oczy przypominay obsylian: byy byszczce i cakowicie czarne.
- Perseusz Jackson - powiedziaa jedna z nich.
- Owszem - zamylia si druga. - Nie wiem, dlaczego miaby
stanowi zagroenie.
- Kto mwi, e stanowi zagroenie?
Jedna z Hesperyd obejrzaa si za siebie, w kierunku szczytu
gry.
- Boj si ciebie. S niezadowoleni, e ona ci jeszcze nie
zabia - wskazaa na Thali.
- Czasem czuj pokus - przyznaa Thalia. - Ale dziku-j,
jednak nie. To mj kumpel.
- Tu nie ma przyjaci, crko Zeusa - powiedziaa dziewczyna.
- Tylko wrogowie. Zawrcie.
- Nie odejdziemy bez Annabeth - owiadczya Thalia.
- I Artemidy - dodaa Zoe. - Musimy podej do gry.
- Wiesz, e on ci zabije - powiedziaa dziewczyna. - Nie
jeste dla niego adnym przeciwnikiem.
- Musimy uwolnic Artemid - upieraa si Zoe. - Poz-wlcie
nam przej.
Dziewczyna potrzsna gow.

- Nie masz tu ju adnych praw. Wystarczy, e podnie-siemy


gos, a Ladon si obudzi.
- Nie zrobi mi krzywdy - powiedziaa Zoe.
- Nie? A co z twoimi tak zwanymi kumplami?
W tym momencie Zoe zrobia ostatni rzecz, jakiej bym si
spodziewa.
- Ladonie! - krzykna. - Zbud si!
Smok si poruszy, lnic niczym sterta miedziakw.
Hesperydy krzykny i si rozpierzchy. Ich przywdczy-ni
zwrcia si do Zoe.
- Oszalaa?
- Zawsze brakowao ci odwagi, siostro - powiedziaa Zoe. - Na
tym polega twj problem.
Smok Ladon wi si, wymachujc na wszystkie strony setk
gw i badajc powietrze jzykami. owczyni zro-bia krok w
jego kierunku z uniesionymi ramionami.
- Nie rb tego, Zoe - powiedziaa Thalia. - Ju nie jeste
Hesperyd. On ci zabije.
- Ladon jest wytresowany, eby pilnowa drzewa - odpara. Przemknijcie si obrzeem ogrodu. Idcie na gr. Dopki to ja
stanowi najwiksze zagroenie, nie powinien zwrcic na was
uwagi.
- Nie powinien - powtrzyem. - To nie brzmi zbyt za
chcajco.
- To jedyny sposb - powiedziaa. - Nawet w trjk nie
mamy szans przeciwko niemu.
Ladon otworzy pyski. Na dwik setki syczcych jednoczenie gw przeszed mnie dreszcz, i to jeszcze zanim
doszed do mnie zapach. Jego oddech by niczym kwas.
Zapieky mnie oczy, skra zaswdziaa, a wosy stany mi na
gowie. Przypomniao mi si, jak kiedy w rodku lata szczur

zdech w cianie naszego nowojor-skiego mieszkania. Ten


smrd by podobny, ale sto razy mocniejszy, no i zmieszany z
zapachem przeutych lici eukaliptusa. Przysigem sobie
wtedy, e nigdy ju nie poprosz szkolnej pielgniarki o pastylki
na kaszel.
Chciaem unie miecz, ale przypomnia mi si sen o Zoe i
Heraklesie. Zwaszcza to, e Heraklesowi nie po-wid si atak
frontalny. Uznaem, e lepiej zaufa ow-czyni i jej ocenie
sytuacji.
Thalia skierowaa si na lewo, a ja na prawo. Zoe sza
rodkiem ku potworowi.
- To ja, mj may smoczku - powiedziaa. - Zoe wrcia.
Ladon wychyli si do przodu, po czym cofn. Niektre z
pyskw si zamkny. Inne nadal syczay. Smok nie wiedzia, co
robi. Hesperydy tymczasem zamigotay i zamieniy si w
cienie.
- Gupia - szepn gos najstarszej.
- Jadae mi z rki - cigna Zoe uspokajajcym go-sem,
podchodzc do zotego drzewa. - Dalej lubisz jag-nicin?
Oczy smoka rozbysy.
Thalia i ja doszlimy ju do poowy ogrodu. Przed nami biega
wska kamienna cieka wiodca na czarny wierzchoek gry.
Na szczycie szalaa burza wirujc, jakby to tu znajdowaa si o
wiata.
Doszlimy ju prawie do koca cieki, kiedy co poszo nie
tak. Poczuem, e nastrj smoka si zmienia. Moe Zoe zanadto
si zbliya, a moe to on uzna, e jest godny. W kadym razie
rzuci si na ni.
Dwa tysice lat cwicze ocaliy jej ycie. Uskoczya przed
jednym zestawem ostrych kw i przeskoczya pod drugim,
wymykajc si smoczym gowom, i zacza biec w naszym

kierunku, ledwie apic oddech z powodu straszliwych


wyzieww z paszcz potwora. Wyjem miecz, by
ruszy jej na odsiecz.
- Nie! - wy dyszaa. - Biegnij!
Smok kapn, a Zoe krzykna. Thalia odkrya Egid i potwr
sykn. W tym momencie kiedy si zawaha, Zoe przebiega
koo nas w kierunku szczytu, a my pognali-my za ni.
Nie prbowa nas goni. Sycza i tupa, ale by dobrze
wytresowany do strzeenia drzewa. Nie dao si go wy-wabic
nawet perspektyw smacznego obiadu z herosw.
Bieglimy w gr zbocza, kiedy Hesperydy podjy na nowo
pie w mroku za naszymi plecami. Muzyka nie wydawaa mi
si ju tak pikna - brzmiaa raczej pog-rzebowo.
Na szczycie gry zobaczylimy ruiny: wielkie jak domy bloki
czarnego granitu i marmuru. Poamane kolumny. Spiowe
posgi jakby na p stopione.
- Ruiny gry Othrys - szepna do mnie Thalia.
- Tak - powiedziaa owczyni. - Nie byo ich tu wcze
niej. Niedobrze.
- Co to jest gra Othrys? - zapytaem, znowu czujc si jak
ignorant.
- Grska forteca tytanw - wyjania Zoe. - Podczas pierwszej
wojny Olimp i Othrys byy rywalizujcymi stolicami wiata.
Othrys zostaa... - skrzywia si i chwycia za bok.
- Jeste ranna - powiedziaem. - Poka.
- Nie! To nic takiego. Co to ja mwiam? W pierwszej wojnie
Othrys zostaa zburzona.
- W takim razie... skd si tu wzia?
Thalia rozgldaa si ostronie dookoa, kiedy brnli-my przez
gruzy, mijajc marmurowe bloki i poamane uki.
- Ona przenosi si tak samo jak Olimp. Zawsze znajdu-je si na

obrzeu cywilizacji. Ale to, e wyldowaa tutaj, nie wry


dobrze.
- Dlaczego?
- To jest gra Atlasa - powiedziaa Zoe. - On tu podtrzy-muje...
- zamara. Jej gos zadra rozpacz. - On tu pod-trzymywa
nieboskon.
Dotarlimy do szczytu. Kilka metrw przed nami szare chmury
kbiy si gstym wirem, tworzc lej, ktry nie-mal dotyka
wierzchoka gry, ale tak naprawd opiera si na ramionach
dwunastoletniej dziewczyny o rudych wosach i podartej
srebrzystej tunice: to bya Artemida. Jej nogi przykuto do skay
acuchami z niebiaskiego spiu. To wanie widziaem we
nie. To nie sklepienie jakskini podtrzymywaa bogini. To by
dach wiata.
- Pani! - owczyni rzucia si ku niej, ale Artemida j
powstrzymaa.
- Nie! To puapka. Musicie natychmiast odej.
W jej gosie sycha byo napicie. Po ciele spywa jej pot.
Nigdy wczeniej nie widziaem cierpicej bogini, ale ciar
nieboskonu najwyraniej przekracza jej siy.
Zoe zapakaa. Podbiega bliej pomipo protestw Arte-midy i
pocigna za acuchy.
Za nami odezwa si dudnicy gos.
- Och, ale to wzruszajce.
Odwrcilimy si. Genera sta przed nami w swoim brzowym
jedwabnym garniturze. Przy jego boku sta Luke i p tuzina
drakain przytrzymujcych zoty sarko-fag Kronosa. Obok Luke'a
staa Annabeth. Miaa rce zwizane za plecami i knebel w
ustach, a chopak przy-ciska ostrze miecza do jej garda.
Nasze spojrzenia si spotkay. Miaem ochot zada jej tysic
pyta. W jej wzroku byo tylko jedno sowo: UCIEKAJ.

- Luke - burkna Thalia. - Pu j wolno.


Umiech na jego twarzy by saby i blady. Mj nieprzy-jaciel
wyglda jeszcze gorzej ni trzy dni temu w Wa-szyngtonie.
- Ta decyzja naley do Generaa, Thalio. Ale mio ci znowu
widzie.
Thalia spluna na niego.
Genera si zamia.
- To tyle, jeli chodzi o dawnych przyjaci. Ale ty, Zoe...
Dawno si nie widzielimy. Jak miewa si moja
maa zdrajczyni? Mio mi ci zabi.
- Nie odpowiadaj -jkna Artemida. - Nie prowokuj go.
- Zaczekaj - powiedziaem. - Ty jeste Atlasem?
Genera przenis wzrok na mnie.
- Och, nawet najgupszy z herosw w kocu doda dwa do
dwch. Tak, jestem Atlasem, dowdc tytanw i pos-trachem
bogw. Gratuluj. Zabij ci, jak tylko uporam si z t okropn
dziewczyn.
- Nie skrzywdzisz Zoe! - zawoaem. - Nie pozwol ci!
Genera skrzywi si szyderczo.
- Nie masz prawa si mieszac, herosku. To sprawa rodzinna.
Zmarszczyem brwi.
- Sprawa rodzinna?
- Tak - powiedziaa Zoe ponuro. - Atlas jest moim ojcem.

ROZDZIA XVII
PODNOSZ MILIARD TON

Najgorsze byo to, e dostrzegaem podobiestwo rodzi-nne.


Atlas mia ten sam krlewski wyraz twarzy co Zoe, to samo
zimne i dumne spojrzenie, ktre ona miewaa, kiedy si
wcieka, ale u niego byo ono znacznie bar-dziej zowrogie.
Mia w sobie to wszystko, czego na pocztku nie lubiem w Zoe,
ale brakowao mu jej do-brych cech, ktre nauczyem si w niej
docenia.
- Uwolnij Artemid - zadaa owczyni.
Atlas podszed do sptanej bogini.
- Moe chciaaby podwigac nieboskon za ni? Zapra-szam.
Zoe chciaa co powiedzie, ale Artemida j ubiega.
- Nie! Nie proponuj tego! Zabraniam ci!
Atlas umiechn si ironicznie. Uklk przy bogini i usiowa
dotkn jej twarzy, ale ona ugryza go, omal nie pozbawiajc
palcw.
- Ho, ho - zamia si. - Widzisz, creczko? Pan Artemi-da lubi
swoje nowe zajcie. Myl, e moemy kolejno zatrudnia
wszystkich Olimpijczykw do dwigania mo-jego ciaru, kiedy
Pan Kronos powrci do wadzy, a tu bdzie znw nasz paac. W
ten sposb nauczymy sabe-uszy nieco pokory.
Spojrzaem na Annabeth, ktra rozpaczliwie usiowaa mi co
przekaza. Skina gow w kierunku Luke'a, aleja tylko
gapiem si na ni. Nie zauwayem tego wcze-niej, ale
zmienia si. W jej jasnych wosach wida byo biae pasmo.
- To od podtrzymywania nieba - mrukna Thalia, jak-by
czytajc mi w mylach. - Ten ciar powinien j zabi.
- Nie rozumiem - powiedziaem. - Dlaczego Artemida nie moe
po prostu puci tego nieboskonu?
Atlas si rozemia.
- Jak ty niczego nie pojmujesz, modziecze. To jest miejsce, w

ktrym po raz pierwszy spotkay si niebo i ziemia, gdzie


Uranos i Gaj a spodzili swoje potne dzieci, tytanw. Niebo
wci marzy o objciach ziemi. Kto musi je trzymac z dala,
eby nie runo i nie zgnio-to tej gry oraz wszystkiego w
promieniu stu kilomet-rw. Jak raz wemiesz na ramiona ciar,
nie ma ucie-czki - umiechn si. - Chyba e kto zdejmie ci go
z ramion. Podszed do nas przygldajc si Thalii i mnie.
- A wic to s najlepsi herosi tych czasw, co? Nic rewe
lacyjnego.
- Walcz z nami - powiedziaem. - Wtedy si zobaczy.
- Czy bogowie niczego ci nie nauczyli? Niemiertelni nie
walcz bezporednio ze miertelnikami. To poniej naszej
godnoci. Od tego mam Luke'a, eby was poko-nac.
- A wic jeste tchrzem - powiedziaem.
W oczach Atlasa zapona nienawic. Z trudem zwrci si
teraz do Thalii.
- A co do ciebie, crko Zeusa, wyglda na to, e Luke si
myli.
- Nie myliem si - wyduka chopak. Wyglda okrop-nie sabo
i mwi tak, jakby kade sowo sprawiao mu bl. Gdybym nie
czu do niego takiej nienawici, moe zrobioby mi si go al. Thalio, wci moesz si do nas przyczy. Wezwij Ofiotaura.
On do ciebie przyjdzie. Patrz!
Machn rk i tu koo nas pojawio si jeziorko: nie-wielkie
oczko wodne otoczone czarnym marmurem, ale wystarczajco
due, by pomiecic zwierz. Wyobraaem sobie w nim mojego
morskiego przyjaciela. Prawd m-wic im duej nad tym
mylaem, tym bardziej byem przekonany, e sysz muczenie.
Nie myl o nim! W mojej gowie odezwa si nagle gos
Grovera. cze empatyczne. Czuem jego emocje. Grover z

przeraenia by na skraju wytrzymaoci. Nessie mi si wymyka.


Zablokuj myli!
Sprbowaem oprni umys. Z wszystkich si myla-em o
graczach w koszykwk, deskorolkach, rnych rodzajach
cukierkw w sklepie mamy. O wszystkim, byle nie o wowym
byku.
- Thalio, wezwij Ofiotaura - nalega Luke. - Staniesz si
potniejsza od bogw.
- Luke... - w jej gosie brzmia bl. - Co si z tob stao?
- Nie pamitasz naszych rozmw? Ile razy przeklinali-my
bogw? Nasi ojcowie nic dla nas nie zrobili. Nie maj prawa
rzdzi wiatem!
Thalia pokrcia gow.
- Uwolnij Annabeth. Pu j wolno.
- Jeli si do mnie przyczysz - obiecywa Luke - b-dzie jak
dawniej. Nasza trjka znw razem. Bdziemy walczy o lepszy
wiat. Prosz, Thalio, jeli si nie zgo-dzisz... - gos mu si
zaama. - To moja ostatnia szansa. On posuy si innym
sposobem, jeli si nie zgodzisz. Prosz.
Nie miaem pojcia, o czym mwi, ale strach w jego gosie
wydawa si autentyczny. Wierzyem, e Luke jest w
niebezpieczestwie.
Jego ycie zaleao od tego, czy Thalia doczy do jego
sprawy. A ja si obawiaem, e ona moe w to rwnie
uwierzy.
- Nie rb tego, Thalio - ostrzega j Zoe. - Musimy z nimi
walczy.
Luke machn ponownie rk i tym razem pojawi si ogie.
Spiowy trjng, zupenie jak ten na obozie. Ogie ofiarny.
- Thalia - powiedziaem. - Nie.
Zoty sarkofag, stojcy za plecami chopaka, zacz byszcze.

W tej powiacie widziaem w otaczajcej nas mgle obrazy:


odbudowujce si mury czarnego marmu-ru, ciany podnoszce
si z ruin, wznoszcy si wok nas straszliwy i pikny paac
zbudowany ze strachu i cienia.
- Odbudujemy w tym miejscu gr Othrys - obieca Luke
gosem tak penym napicia, e prawie nie swoim. - Znw
bdzie ona wiksza i potniejsza od Olimpu. Spjrz, Thalio,
nie jestemy sabi.
Wskaza w kierunku oceanu i moje serce zamaro. Od miejsca,
gdzie bya przycumowana "Ksiniczka Andro-meda",
maszerowaa po zboczu gry wielka armia. Dra-kainy i
lajstrygonowie, potwory i ludzie pkrwi, piekie-lne ogary,
harpie i inne monstra, ktrych nie potrafi-bym nawet nazwa.
Musia wyprowadzic wszystkich ze statku, poniewa byy ich
setki, znacznie wicej, ni wi-dzielimy na pokadzie zeszego
lata. I wszyscy oni zmierzali w naszym kierunku. Za kilka
minut dotr tutaj.
- To tylko przedsmak tego, co nastpi - powiedzia Luke. Wkrtce bdziemy na tyle silni, eby zaatakowa Obz
Herosw. A potem sam Olimp. Potrzebna jest nam tylko twoja
pomoc.
Przez straszliw chwil Thalia si wahaa. Patrzya na niego
wzrokiem penym blu, jakby najbardziej na wie-cie pragna
mu uwierzy. Wtedy pochylia wczni.
- Nie jeste sob. Nie poznaj ci.
- Owszem, poznajesz, Thalio - baga. - Prosz. Nie zmuszaj
mnie... Nie zmuszaj go, eby ci zniszczy.
Nie mielimy czasu. Jeli ta armia dotrze na szczyt wzgrza,
bdziemy bez szans. Popatrzyem znw prosto w oczy
Annabeth. Skina gow.
Spojrzaem na Thali i Zoe i uznaem, e mier w walce u

boku takich przyjaci nie bdzie najgorsz rzecz na wiecie. Ju - powiedziaem. I razem rzucilimy si do ataku.
Thalia uderzya prosto na Luke'a. Moc jej tarczy bya tak
ogromna, e smocze kobiety z gwardii rozbiegy si w panice,
upuszczajc zoty sarkofag i pozostawiajc chopca samego na
placu boju. Pomimo chorobliwego wygldu nie straci nic ze
sprawnoci w szermierce. Zawarcza jak dzikie zwierz i
przypuci kontratak. Kiedy jego miecz, Szersze, zetkn si z
tarcz Thalii, przebiega midzy nimi byskawica, napeniajc
powietrze tymi promieniami mocy.
A ja zrobiem najgupsz rzecz w moim yciu. Znajc mnie,
domylacie si ju, jak powalajco gupi. Zaata-kowaem tytana
Atlasa.
Rozemia si na widok mojej szary. W jego rce poja-wi si
ogromny oszczep. Jedwabny garnitur zamieni si w pen
greck zbroj.
- Niech wic bdzie!
- Percy! - krzykna Zoe. - Uwaaj!
Wiedziaem przed czym mnie ostrzegaa. Chejron po-wiedzia
mi dawno temu co takiego: Niemiertelni s ograniczeni przez
staroytne zasady. Ale heros moe i wszdzie, wyzwac
kogokolwiek, o ile ma odwag. Skoro ju zaatakowaem, Atlas
mia pene prawo broni si i atakowa z uyciem caej swojej
siy.
Zamachnem si mieczem, ale tytan odepchn mnie
drzewcem oszczepu. Poleciaem daleko i uderzyem w czarn
cian. To ju nie bya Mga. Paac podnosi si blok po bloku.

Stawa si prawdziwy.
- Gupcze! - krzykn radonie Atlas, odtrcajc jedn ze strza
Zoe. - Sdzie, e pokonanie tego ndznego boga wojny daje ci
prawo stawia czoo take mnie?
Wzmianka o Aresie podziaaa na mnie jak pachta na byka.
Otrzsnam si i zaatakowaem ponownie. Gdybym zoa
wskoczyc do tego jeziorka z wod, podwoiem moc.
Oszczep wystrzeli ku mnie jak kosa. Uniosem Orkan w
zamiarze przecicia drzewca broni Atlasa, ale moja rka bya jak
z oowiu. Miecz nagle way ton.
Przypomniao mi si ostrzeenie Aresa wypowiedziane na
play w Los Angeles tak dawno temu: Kiedy bdziesz
potrzebowa go najbardziej, twj miecz ci zawiedzie.
Nie teraz! - bagaem w mylach. Jednak to nic nie dao.
Usiowaem uskoczy, ale dostaem w pier oszcze-pem, ktry
rzuci mn jak szmacian lalk. Uderzyem o ziemi. W gowie
mi si krecio. Podniosem wzrok i uwiadomiem sobie, e
znalazem si tu koa Artemidy walczcej nadal z ciarem
nieboskonu.
- Uciekaj, chopcze - powiedziaa do mnie. - Musisz czeka!
Atlas nie spieszy si, podchodzc do mnie. Straciem miecz.
Spad za krawd urwiska. Zapewne pojawi si z powrotem w
kieszeni - moe nawet za par sekund - ale to nie bdzie miao
znaczenia. Do tego czasu bd ju martwy. Luke i Thalia
walczyli jak demony, sypic do-okoa byskawicami. Annabeth
leaa na ziemi, rozpacz-liwie usiujc uwolni rce.
- Gi, herosku - powiedzia tytan.
Unis oszczep, eby mnie nadzia na ostrze.
- Nie! - krzykna Zoe i w jego ramieniu utkwia gar
srebrnych strza.
- GRRR! - rykn i zwrci si w stron crki.

Signem doni do kieszeni i wyczuem w niej Orkan. Nie


byem w stanie walczy z Atlasem, nawet majc miecz. W tym
momencie poczuem dreszcz. Przypomnia-y mi si sowa
przepowiedni: Jednemu dane wytrwac pod kltw tytana... Nie
miaem szans go pokona. Ale by tu kto, kto mg to zrobi.
- Niebo - powiedziaem do bogini. - Daj mi je.
- Nie, chopcze - odpara Artemida. Jej czoo pokryway
kropelki lnicego metalicznie niczym rt potu. - Nie masz
pojcia, o co prosisz. To ci zmiady!
- Annabeth daa rad!
- I ledwie przeya. Ona ma ducha prawdziwej owczy-ni. Ty
nie wytrzymasz tak dugo.
- Tak czy siak zgin - powiedziaem. - Daj mi ciar nieba!
Nie czekaem na jej odpowied. Wyjem Orkan i prze-ciem
acuchy. Potem podszedem do niej i przyklk-nem na jedno
kolano - wznoszc jednoczenie rce - i dotknem cikich,
zimnych chmur. Przez moment Artemida i ja trzymalimy
brzemi razem. Bya to naj-cisza rzecz, jak kiedykolwiek
podnosiem. Czuem si, jakby zgniatay mnie setki ciarwek.
Miaem ochot zemdle z blu, ale oddychaem gboko. Dam
rad.
Artemida w kocu wylizgna si spod nieboskonu, ktry
spoczywa teraz tylko na moich barkach.
Wiele razy usiowaem pniej wytumaczy, jak si czuem.
Nie potrafiem.
Kady misie mojego ciaa pali jak ogie. Miaem wraenie,
e topi mi si koci. Chciaem wrzeszcze, ale nie miaem do
siy, aby otworzyc usta. Zaczem ugi-nac si coraz niej do
ziemi; ciar nieba przygniata mnie.
Walcz! - odezwa si gos Grovera w mojej gowie. Nie
poddawaj si.

Skupiem si na oddechu. Bylebym tylko zdoa utrzy-mac


niebo w grze jeszcze przez kilka sekund. Pomyla-em o
Biance, ktra oddaa ycie za to, ebymy mogli tu dotrze.
Skoro ona moga to zrobi, to ja dam rad utrzy-mac niebo.
Obraz przed moimi oczami zamazywa si. Wszystko
przybierao czerwonawy odcie. Docieray do mnie ja-kie
wyrywki bitwy, ale nie byem pewny, czy widz je dobrze. By
tam Atlas w penej zbroi wymachujc oszczepem i miejcy si
szaleczo podczas walki. I Artemida, ktra wygldaa jak smuga
srebrna. Miaa dwa straszliwe noe myliwskie, kady dugoci
jej rki, i dziko cia nimi tytana, uskakujc przed nim z niewiarygodn gracj. Zdawaa si zmieniac ksztat podczas tych
unikw. Bya tygrysem, gazel, niedwiedziem, so-koem. A
moe to byy tylko wymysy mojego przegrza-nego mzgu. Zoe
strzelaa w swojego ojca betami, celu-jc w szpary midzy
czciami zbroi. Atlas rycza z blu, ilekroc trafia, ale groty
robiy mu tyle szkody co udle-nia pszcz. Walczy tylko coraz
zacieklej.
Thalia i Luke walczyli wczni i mieczem, wci mio-tajc
wok byskawice. Dziewczyna sam aur rozta-czan przez jej
tarcz zmuszaa go do cofania si. Nawet on nie by odporny na
ten widok. Wycofywa si, wykrzywiajc twarz i wyjc z
frustracji.
- Poddaj si! - krzykna. - Nigdy mnie nie pokonasz, Luke.
Wyszczerzy zby.
- Zobaczymy, przyjaciko z dawnych lat.
Po mojej twarzy la si pot. Rce robiy si liskie. Barki
krzyczayby z blu, gdyby tylko mogy. Czuem si tak, jakby
kto spawa mi krgi lutownic.
Atlas naciera na Artemid, coraz bardziej przypierajc j do
muru. Bya szybka, ale on mia niewiarygodn si. Jego oszczep

wbi si w ziemi w miejscu, gdzie bo-gini staa jeszcze uamek


sekundy wczeniej, otwierajc szczelin w skale. Tytan
przeskoczy t now przeszkod i napiera dalej. Artemida
prowadzia go z powrotem w moim kierunku.
Bd gotw, odezwaa si w moim umyle.
Bl sprawia, e zaczynaem tracic zdolno mylenia.
Odpowiedziaem wic co w stylu Aggggch-o.
- Niele walczysz, jak na dziewczyn - zamia si Atlas. - Ale
aden z ciebie przeciwnik dla mnie.
Zasymulowa uderzenie ostrzem oszczepu, a Artemida
uskoczya. Dostrzegem, co zamierza. Zamachn si drzewcem
i podci jej nogi. Upada, a on unis oszczep, by j zabi.
- Nie! - krzykna Zoe. Skoczya midzy ojca a bogini i
wystrzelia tytanowi prosto w czoo. Strzaa utkwia midzy jego
oczami niczym rg jednoroca. Atlas rykn z wciekoci.
Wierzchem doni odepchn crk na bok, a uderzya w czarne
skay.
Chciaem j zawoa, biec jej na pomoc, ale nie mogem ani si
odezwac, ani poruszy. Nie widziaem nawet, gdzie wyldowaa
Zoe. Atlas odwrcia si do Artemidy z wyrazem tryumfu na
twarzy. Bogini wygldaa na rann. Nie ruszaa si.
- Pierwsza krew w nowej wojnie - owiadczy tonem
przechwaek. I uderzy.
Szybka jak myl Artemida chwycia drzewce oszczepu, ktre
wbio si w ziemi tu koo niej, i odepchna si do tyu,
wykorzystujc oszczep jako dwigni. Kopna tytana z caej
siy. Zobaczyem jak lecia wprost na mnie i uwiadomiem
sobie, co si stanie.
Rozluniem uchwyt nieba, a kiedy Atlas uderzy we mnie, nie
prbowaem dalej podtrzymywac brzemienia. Pozwoliem, eby
mnie wypchno spod chmur, i odto-czyem si, najdalej jak

mogem.
Cay ciar nieba run na jego bark, omal nie przyg-niatajc go
do ziemi, ale tytan zdoa podnie si na kolana i prbowa teraz
wydosta si spod nieboskonu. Byo jednak za pno.
- Nieeee! - rykn tak gono, e gra zadraa w posa-dach.
-Tylko nie to!
Atlas zosta uwiziony pod swoim dawnym brzemie-niem.
Usiowaem stanc na nogach, ale upadem zamroczo-ny
blem. Miaem wraenie, e cae ciao mi ponie.
Thalia zapdzia Luke'a na krawd urwiska, lecz walczyli
nadal, tu obok zotego sarkofagu. Thalia miaa zy w oczach, a
przez pier Luke'a biega krwawa szra-ma. Jego poblada twarz
lnia od potu.
Skoczy do Thalii, ale ona uderzya go tarcz. Miecz
wylizgn mu si z rki i upad z brzkiem na kamie-nie. Thalia
przyoya mu grot wczni do garda.
Przez chwil panowao milczenie.
- No i co? - zapyta Luke. Stara si to ukry, ale sy-szaem w
jego gosie strach.
Dziewczyna dygotaa z wciekoci.
Za ni, chwiejc si, stana Annabeth, ktrej wreszcie udao
si uwolni z wizw. Twarz miaa posiniaczon i brudn.
- Nie zabijaj go!
- To zdrajca - powiedziaa Thalia. - Zdrajca!
Pomimo oszoomienia uwiadomiem sobie, e nie ma ju przy
mnie Artemidy. Pobiega ku czarnym skaom, gdzie upada Zoe.
- Przyprowadzimy go z powrotem - bagaa Annabeth. - Na
Olimp. On... on moe si jeszcze przyda.
- Tego pragniesz, Thalio? - spyta szyderczo Luke. Tryumfalnego powrotu na Olimp? eby ucieszy tatu-sia?
Thalia si zawahaa, a chopak podj rozpaczliwy wy-siek

wyrwania jej wczni.


- Nie! - krzykna Annabeth.
Ale byo ju za pno. Thalia odruchowo odepchna go od
siebie. Straci rwnowag, na jego twarzy odmalowa si strach i
run w przepa.
- Luke! - wrzasna Annabeth.
Pobieglimy do krawdzi urwiska. Pod nami onierze
maszerujcy z "Ksiniczki Andromedy" zatrzymali si
zdumieni. Wpatrywali si w bezwadne ciao Luke'a le-ce na
skaach. Pomimo caej do niego nienawici nie byem w stanie na
to patrze. Chciaem wierzy, e on przey, ale to byo
niemoliwe. Spad z co najmniej pitnastu metrw i si nie
porusza.
Jeden z gigantw spojrza w gr i rykn:
- Zabic ich!
Thalia zamara z blu, po policzkach cieky jej zy. Pocignem j do tyu, kiedy spad na nas grad oszcze-pw.
Popdzilimy ku skaom, nie zwracajc uwagi na przeklestwa i
groby, jakimi raczy nas Atlas, kiedy go mijalimy.
- Artemido! - krzyknem.
Bogini podniosa wzrok, a na jej obliczu malowa si niemal
taki sam smutek jak na twarzy Thalii. Zoe leaa w jej
ramionach. Oddychaa. Miaa otwarte oczy. A jednak...
- Rana jest zatruta - powiedziaa Artemida.
- Atlas j otru? - zapytaem.
- Nie - odpara bogini. - Nie Atlas.
Pokazaa nam ran w boku Zoe. Zdyem zapomnie, e Ladon
j drasn. Nie powiedziaa nam, e z uksze-niem byo a tak
le. Ledwie mogem na nie patrze. Zoe posza do walki ze
swoim ojcem ze straszliw ran, ktra ju pozbawia j sporo si.
- Gwiazdy - wymamrotaa owczyni. - Nie widz gwiazd.

- Nektar i ambrozja! - zawoaem. - Hej! Kto chyba ma troch.


Nikt si nie poruszy. W powietrzu czuc byo smutek. Armia
Kronosa znajdowaa si tu za krawdzi ska. Nawet Artemida
bya zbyt oszoomiona, eby si poru-szy. Niewiele brakowao,
ebymy wtedy po prostu dali si zabi, ale nagle usyszaem
dziwaczne buczenie.
W chwili, gdy armia potworw wynurzaa si zza wzgrza, z
nieba zanurkowa myliwiec Sopwith Camel.
- Zostawcie moj crk! - krzykn pan Chase i urucho-mi
karabiny maszynowe, siekc ziemi kulami i zmu-szajc ca
gromad potworw do rozsypki.
- Tato? - zawoaa Annabeth z niedowierzaniem.
- Uciekajcie! - usyszelimy gos, sabncy, poniewa
dwupatowiec wanie nas min.
To otrzewio Artemid. Spojrzaa na starowiecki samolot,
ktry wanie zawraca, szykujc si do kolej-nego ostrzau.
- Dzielny czowiek - powiedziaa z niechtnym podzi-wem. Chodmy, musimy j std zabra.
Uniosa swj myliwski rg do ust, a jego czysty dwik
ponis si echem po dolinach hrabstwa Marin. Oczy Zoe
biegay na wszystkie strony.
- Trzymaj si! - powiedziaem do niej. - Wszystko bdzie
dobrze!
Sopwith Camel nadlecia znowu. Kilku gigantw rzuci-o
oszczepami w samolot; jeden polecia nawet dokadnie midzy
skrzyda, ale karabiny maszynowe zaterkotay. Uwiadomiem
sobie ze zdumieniem, e pan Chase musia w jaki sposb
zdoby niebiaski spi na pociski. Pierwszy szereg wowych
kobiet zawy, kiedy kule zmieniy je w proszek, ty jak siarka.
- To... To mj tato! - powiedziaa ze zdumieniem Anna-beth.
Nie mielimy czasu na podziwianie jego powietrznych

akrobacji. Giganci i drakainy ju otrzsali si z pierw-szego


zaskoczenia. Jeszcze chwila i pan Chase mg znale si w
tarapatach.
W tej samej chwili wiato ksiyca pojaniao, a z nieba
spyn srebrny rydwan cignity przez najpi-kniejsze jelenie,
jakie w yciu widziaem. Wyldowa tu koo nas.
- Wsiadajcie - powiedziaa Artemida.
Ja i Annabeth wepchnlimy Thali na pokad. Nast-pnie
pomogem bogini zabrac Zoe. Owinlimy j w koc, a Artemida
pocigna za wodze i rydwan wystartowa z wierzchoka gry
prosto w powietrze.
- Jak sanie witego Mikoaja - mruknem, wci p-ywy z
blu.
Artemida posaa mi dugie spojrzenie.
- Zgadza si, mody herosie. A jak mylisz, skd wzia si ta
legenda?
Widzc, e bezpiecznie odlatujemy, pan Chase zawrci
dwupatowiec i lecia za nami niczym gwardia honoro-wa.
Musia to by jeden z najdziwaczniejszych widokw nawet jak
na standardy San Francisco: srebrny latajcy rydwan cignity
przez jelenie w eskorcie myliwca z czasw pierwszej wojny
wiatowej.
Za nami zebrana na szczycie gry Tamalpais armia Kronosa
ryczaa z wciekoci, ale ponad wszystkie gosy wybijao si
wycie Atlasa miotajcego spod nieboskonu przeklestwa na
bogw.

ROZDZIA XVIII
POEGNANIE PRZYJACIKI

Wyldowalimy w parku Crissy Field po zmroku.


Kiedy tylko pan Chase wysiad ze swojego myliwca,
Annabeth podbiega do niego i rzucia mu si na szyj.
- Tato! Ty przyleciae... Ty strzelae... Och, bogowie! To byo
najwspanialsze, co w yciu widziaam!
Jej ojciec si zarumieni.
- Chyba nie najgorzej, jak na miertelnika w rednim wieku.
- A kule z niebiaskiego spiu? Skd je miae?
- Ach, to. Zostawia cakiem sporo tej waszej broni w twoim
pokoju w Wirginii, kiedy ostatnio... wyjechaa.
Annabeth spucia wzrok, zawstydzona. Pan Chase bardzo
starannie unikn stwierdzenia, e ucieka z domu.
- Postanowiem stopi niektre, eby zrobi z nich uski
pociskw - cign. - W ramach niewielkiego ekspery-mentu.
Powiedzia to tak, jakby nie byo w tym nic szczeglne-go, ale
mia ten bysk w oku. Nagle zrozumiaem, dla-czego Atena,
bogini rzemios i mdroci, polubia tego czowieka. W gbi
duszy by z niego doskonay szalony naukowiec.
- Tato... - gos Annabeth si zaama.
- Annabeth, Percy - przerwaa jej Thalia naglcym tonem.
Ona i Artemida klczaa u boku Zoe, opatrujc rany owczyni.
Podbieglimy na pomoc, ale niewiele moglimy zrobi. Nie
mielimy ambrozji ani nektaru, a zwyke lekarstwa nic by tu nie
pomogy. Byo ciemno, ale widziaem, e Zoe nie wyglda
dobrze. Miaa dreszcze, a lekka powia-ta, ktra zazwyczaj
unosia si wok niej, przyblada.
- Nie moesz wyleczy jej magi? - spytaem Artemid. - Bo
wiesz... Jeste bogini.
Wygldaa na zakopotan.

- ycie to delikatna sprawa, Percy. Jeli Mojry posta-nowiy


przeci nic, niewiele tu poradz. Ale mog sprbowa.
Usiowaa pooy Zoe do na boku, ale dziewczyna chwycia
j za nadgarstek. Spojrzaa bogini prosto w oczy i co zaszo
pomidzy nami, jakie porozumienie.
- Czy... dobrzem ci suya? - szepna Zoe.
- Bardzo zaszczytnie - powiedziaa cicho Artemida. - Bya
najlepsz z moich towarzyszek.
Na twarzy owczyni pojawia si ulga.
- Odpoczynek. Nareszcie.
- Mog sprbowa uleczy trucizn, moja dzielna.
W tej chwili zorientowaem si, e to nie trucizna zabi-a Zoe.
To ostatni cios jej ojca. Zoe od pocztku wiedzia-a, e
Wyrocznia mwia o niej: to ona poniesie mier z rki rodzica.
A mimo to posza na wypraw. Postanowia nas uratowa, a
wcieko Atlasa Atlasa j zamaa.
Dostrzega Thali i wzia j za rk.
- Przepraszam, e si wiecznie kciymy - powiedziaa Zoe. Mogymy by siostrami.
- To moja wina - odpara Thalia, mrugajc powiekami. - Miaa
racj co do Luke'a, herosw, mczyzn... co do wszystkiego.
- Moe nie co do wszystkich mczyzn - mrukna Zoe,
umiechajc si sabo do mnie. - Masz nadal ten miecz, Percy?
Nie byem w stanie myle, ale wycignem Orkan i woyem
jej dugopis do rki. Z zadowoleniem zacisna na nim do.
- Powiedziae prawd, Percy Jacksonie. Nie jeste jak...
Herakles. Czuj si zaszczycona, e nosisz ten miecz.
Dreszcz wstrzsn jej ciaem.
- Zoe... - powiedziaem.
- Gwiazdy - wyszeptaa. - Znw widz gwiazdy, o pani.
Po policzku Artemidy spyna za.

- Tak, moja dzielna. S bardzo pikne tej nocy.


- Gwiazdy - powtrzya Zoe.
Utkwia wzrok w nocnym nieboskonie. I nie poruszya si ju
wicej.
Thalia zoya jej gow na ziemi. Annabeth zdusia szloch, a
ojciec pooy donie na jej ramionach. Patrzy-em jak Artemida
przytrzymuje do na ustach Zoe i mwi par sw po
starogrecku. Srebrna smuga wypy-na spomidzy warg
owczyni wprost w rce bogini, a jej ciao zamigotao i zniko.
Artemida wstaa, wypowiedziaa jakie bogosawie-stwo,
dmuchna w donie i wypucia srebrny py ku niebu. Polecia,
iskrzc, i znik.
Przez moment nie zauwayem niczego szczeglnego. Nagle
Annabeth krzykna. Spojrzaem na niebo i do-strzegem, e
gwiazdy stay si janiejsze. Tworzyy wzr, ktrego nigdy
wczeniej nie widziaem - lnic konstelacj przypominajc
posta dziewczyny. Dziew-czyny z ukiem biegncej przez
nieboskon.
- Niech wiat odda ci cze, moja owczyni - powiedzia-a
Artemida. - yj wiecznie wrd gwiazd.
Nieatwo byo si poegna. Grzmoty i byskawice wci szalay
nad gr Tamalpais, nieco na pnoc od nas. Artemida bya tak
pogrona w aobie, e byskaa srebrnym wiatem. Troch
mnie to niepokoio, bo gdyby nagle przestaa si kontrolowa i
pojawia si przed nami w swej penej boskiej postaci,
rozsypalibymy si na proch od samego jej widoku.
- Musz natychmiast wraca na Olimp - powiedziaa bogini.
-Nie mog was zabra, ale przyl pomoc.
Pooya do na ramieniu Annabeth.

- Jeste nad wyraz dzielna, dziewczyno. Zrobisz to, co


waciwe.
Nastpnie spojrzaa zagadkowe na Thali, jakby nie bya
pewna, co mylec o tej modszej crce Zeusa. Thalia niechtnie
podniosa wzrok, ale kiedy w kocu co j do tego zmusio,
wytrzymaa spojrzenie bogini. Nie wiedziaem, co si midzy
nimi zdarzyo, ale wzrok Artemi-dy zagodnia i pojawio si w
nim wspczucie. Nastp-nie zwrcia si do mnie.
- Niele si spisae - powiedziaa. - Jak na mczyzn.
Chciaem protestowa, ale wtedy uwiadomiem sobie, e po
raz pierwszy nie nazwaa mnie chopakiem. Artemida wsiada
do swojego rydwanu, ktry zacz wieci. Odwrcilimy
wzrok. Na chwil rozbyso jas-krawe wiato i bogini znika.
- No - westchn pan Chase. - Robi wraenie, ale musz
przyzna, e nadal wol Aten.
Annabeth odwrcia si do niego.
- Tato... Przepraszam, e...
- Ciii - przytuli j. - Rb, co trzeba, kochana. Wiem, e to nie
jest dla ciebie atwe.
Gos mu si lekko ama, ale umiechn si dzielnie do crku.
Chwil pniej usyszaem opot wielkich skrzyde. Z mgy
wynurzyy si trzy pegazy: dwa biae skrzydlate konie i jeden
czarny.
- Mroczny! - zawoaem.
Hej a, szefie! - odkrzykn. Udao ci si przey beze mnie?
- Byo ciko - przyznaem.
Przyprowadziem Gwizdona i Szarlotk.
Si masz? - odezway si w moich mylach dwa pozos-tae
pegazy.

Mroczny obejrza mnie z niepokojem, po czym przyjrza si


panu Chase, Thalii i Annabeth. Czy to terroryci, ktrych mamy
stratowa?
- Nie - odpowiedziaem gono. - To przyjaciele. Musi-my jak
najszybciej dosta si na Olimp.
Nie ma problemu, powiedzia Mroczny. Chyba e z tym
miertelnikiem. Mam nadziej, e on nie jedzie.
Zapewniem go, e pan Chase nie wybiera si z nami. Profesor
gapi si z otwartymi ustami na pegazy.
- Fascynujce - powiedzia. - Co za zwrotno. Zastana-wiam
si tylko, jak rozpito skrzyde ma si do masy ciaa konia...
Mroczny przechyli eb. e cooo?
- No wiesz, gdyby Brytyjczycy mieli takie pegazy w kawalerii
podczas wojny krymskiej - powiedzia pan Chase. - to szara
lekkiej brygady...
- Tato! - przerwaa mu Annabeth.
Jej ojciec zamruga. Spojrza na crk i umiechn si
niepewnie.
- Przepraszam, kochana, wiem, e musicie ju jecha.
Ucisn j jeszcze raz serdecznie. Kiedy si odwrcia,
wsiadajc na pegaza imieniem Gwidon, pan Chase za-woa za
ni.
- Annabeth! Wiem... Wiem, e San Francisco to dla ciebie
niebezpieczne miejsce. Ale pamitaj, prosz, e u nas zawsze
jest twj dom. Bdziemy ci chroni.
Annabeth nie odpowiedziaa, ale zobaczyem, e ma
zaczerwienione oczy, kiedy obrcia si na chwil do mnie. Pan
Chase chcia jeszcze co doda, ale najwyra-niej uzna, e
lepiej nie. Unis rk w smutnym poe-gnaniu i ruszy przed
siebie przez ciemny park.
Nasza trjka dosiada pegazw. Razem wznielimy si nad

zatok i polecielimy w kierunku wzgrz na wscho-dzie.


Wkrtce San Francisco stao si jedynie janiej-cym sierpem za
nami, a na pnocy wci raz po raz si byskao.
Thalia bya tak wyczerpana, e zasna na grzbiecie Szarlotki.
Wiedziaem, e musi by naprawd potwornie zmczona skoro
zasna w locie pomimo lku wysokoci, ale nie miaa si czego
ba. Jej pegaz lecia spokojnie, cay czas pilnujc, czy Thalia
siedzi wygodnie na jego grzbiecie. Annabeth i ja lecielimy obok
siebie.
- Twj tato wyglda na fajnego faceta - powiedziaem.
Byo zbyt ciemno, eby zobaczy jej min. Spojrzaa za siebie,
mimo e zostawilimy Kaliforni daleko w tyle.
- Chyba tak - powiedziaa. - Kciam si z nim przez tyle lat.
- Tak mwia.
- Mylisz, e kamaam? - w jej gosie brzmiao wyzwa-nie, ale
mao przekonujce, jakby raczej zadawaa to pytanie samej
sobie.
- Nie powiedziaem, e kamaa. Tylko, e... on jest fajny.
Twoja macocha te. Moe, no, stali si fajniejsi, odkd ostatnio
si z nimi widziaa.
Zastanowia si.
- Oni mieszkaj w San Francisco, Percy. A ja nie mog by tak
daleko od obozu.
Nie chciaem zadawa nastpnego pytania. Baem si
odpowiedzi. Ale mimo to je zadaem.
- Co w takim razie teraz zrobisz?
Przelatywalimy nad miastem - wysp wiate w morzu
ciemnoci. Przemknlimy nad nim tak szybko, jakbymy
podrowali samolotem.

- Nie wiem - powiedziaa. - Ale dziki za ocalenie.


- E, nie ma sprawy. Jestemy kumplami.
- Nie wierzye, e zginam.
- Ani przez moment.
Zawahaa si.
- Ani ja, ani Luke, wiesz? To znaczy... On nie jest martwy.
Spojrzaem na ni. Nie miaem pojcia, czy zaamuje si pod
wpywem stresu. czy co.
- Annabeth on spad z bardzo wysoka. Nie ma szans..
- On nie zgin - upieraa si. - Wiem to. Tak samo jak ty
wiedziae, e ja yj.
To porwnanie mnie nie zachwycio.
Miasta przemykay teraz szybciej pod nami, przypomi-najc
raczej archipelagi wiate, a wszystko dole wygl-dao jak
migotliwy dywan. Zblia si wit. Niebo na wschodzie szarzao.
A przed nami rozcigaa si ogrom- na poa biaotej
powiaty: wiata Nowego Jorku.
Co powiesz na takie tempo, szefie? - pochwali si Mroczny.
Dostaniemy dodatkow porcj siana na nia-danie, prawda?
- Dobry z ciebie go, Mroczny - powiedziaem. - Znaczy si
ko.
- Nie wierzysz mi, e Luke yje - zacza znw Anna-beth - ale
my go jeszcze zobaczymy. On ma straszne kopoty, Percy. Jest
w szponach zaklcia Kronosa.
Nie miaem ochoty si kci, cho doprowadzao mnie to do
szau. Jak ona moe wci co czu do tego bydla-ka? Jak moe
wymyla usprawiedliwienia dla niego? Zasuy na to, co go
spotkao. Zasuy... No dobra, powiem to. Zasuy na mier.
W przeciwiestwie do Bianki. W przeciwiestwie do Zoe. Luke
nie mg prze-y. To byoby nie fair.
- To ju. - To by gos Thalii, obudzia si. Wskazywaa rk na

Manhattan, ktry w szybkim tempie rs nam w oczach.


-Zaczo si.
- Co si zaczo? - zapytaem.
Po czym spojrzaem w kierunku, w ktrym wskazywa-a.
Wysoko na Empire State Building Olimp stanowi osobn
wysp wiata: unoszca si w powietrzu gra janiejca ogniem
pochodni i trjnogw. Biay marmur paacw byszcza w
wietle poranka.
- Przesilenie zimowe - powiedziaa Thalia. - Rada bogw.

ROZDZIA XIX BOGOWIE


GOSUJ, JAK NAS ZABI
Latanie jest wystarczajcym problemem dla syna Posejdona, ale
lot prosto do paacu Zeusa, gdy wok szalej gromy i
byskawice, to ju naprawd przesada.
Zatoczylimy krg nad rodkowym Manhattanem, okrajc
Olimp. Byem tam tylko raz, jadc wind na tajne szesetne
pitro Empire State Building. Tym razem o ile to moliwe,
Olimp zdumia mnie jeszcze bardziej.
W pmroku witu pochodnie i ogie sprawiay, e po-oone
na zboczach gr paace mieniy si dwudziestoma rnymi
kolorami, od krwistej czerwieni po indygo. Najwyraniej nikt na
Olimpie nie spa. Krte ulice byy pene pbogw. duchw
natury i pomniejszych bstw, spieszcych dokd na piechot,
na rydwanach i lekty-kach niesionych przez cyklopw. Zima
jakby tu nie istniaa. Wyczuwam zapach kwiatw: jaminu, r i

czego jeszcze sodszego, czego nawet nie umiabym nazwa. Z


wielu okien dobiegaa muzyka: ciche dwiki liry i trzcinowych
piszczaek.
Na samym szczycie wznosi si najwikszy paac - lnicobiaa
siedziba bogw.
Pegazy wyldoway na zewntrznym dziedzicu przed wielk
srebrn bram. Zanim zdyem pomyle, e mona by
zapuka, odrzwia otwary si same.
Powodzenia, szefie - powiedzia Mroczny.
- Ta. - Nie wiedziaem czemu, ale miaem zgubne prze-czucia.
Nigdy nie widziaem wszystkich bogw razem. Miaem
wiadomo, e kady z nich byby w stanie zetrze mnie w
proch, a kilku wrcz pragnoby tego.
Ej, gdyby nie wrci, mog wzi sobie twj domek na
stajni?
Spojrzaem na pegaza.
Tylko tak sobie pomylaem, powiedzia. Wybacz.
Odlecia wraz z kumplami, pozostawiajc Thali, Annabeth i
mnie samych. Przez chwil stalimy, przyg-ldajc si paacowi,
tak samo jak kiedy - wydawao mi si, e to milion lat temu
-przed Westover Hall.
A nastpnie ca trjk ruszylimy do sali tronowej.

Dwanacie ogromny tronw stao wok centralnego paleniska,


zupenie jak domki w obozie. Sklepienie nad naszymi gowami
rozjaniay konstelacje - bya tam nawet ta najnowsza - Zoe
owczyni biegnca przez nieboskon z napitym ukiem.
Wszystkie trony byy zajte. Bogowie i boginie mieli po okoo
piciu metrw wysokoci, a mwi wam, e kiedy zwraca si na

czo-wieka wzrok tuzina ogromnych i superpotnych to... C,


nagle walka z potworami obnia si do rangi pinkniku.
- Witajcie, herosi - powiedziaa Artemida.
- Muuu!
Wtedy wanie zauwayem Nessiego i Grovera.
Na rodku pomieszczenia, tu obok paleniska unosia si kula
wody, w ktrej radonie pywa Nessie, wyma-chujc wowym
ogonem i bodc gow wodne cianki. Najwyraniej bardzo mu
si podobao to nowe dowia-dczenie: pywanie w magicznym
bblu. Grover klcza przed tronem Zeusa, jakby wanie skada
raport, ale na nasz widok poderwa si i wykrzykn:
- Udao si wam!
Ruszy ku nam biegiem, po czym przypomnia sobie, e
wanie odwrci si tyem do Zeusa, i spojrza za siebie z
prob o pozwolenie.
- Id - powiedzia gromowadny, ktry ju nie zwraca na niego
uwagi. Pan niebios wpatrywa si w Thali.
Grover przykusowa do nas. aden z bogw si nie odzywa.
Stukot kopyt satyra nis si echem po mar-murowej posadzce.
Nessie chlapn wod w swoim bblu. Ogie na palenisku
trzaska.
Spojrzaem niepewnie na mojego ojca, Posejdona. By ubrany
podobnie jak podczas naszego poprzedniego spotkania: plaowe
szorty, hawajska koszula, sanday. Mia zniszczon wiatrem i
spalon socem twarz, ciem-n brod i ciemnozielone oczy. Nie
byem pewny, czy si ucieszy, widzc mnie znowu, ale w
kcikach jego oczu dostrzegaem cie umiechu. Skin gow,
jakby mwi, e wszystko okej.
Grover uciska mocno Annabeth i Thali, a nastpnie chwyci
mnie w ramiona.
- Percy, udao nam si z Nessiem! Ale musisz ich prze-kona!

Nie mog tego zrobi!


- Czego? - zapytaem.
- Herosi - zawoaa Artemida.
Bogini zstpia ze swego tronu i wrcia do zwykych ludzkich
rozmiarw, stajc si znw mod rudowos dziewczyn
czujc si doskonale midzy gigantycznymi Olimpijczykami.
Podesza do nas w swej mienicej si srebrem szacie. Jej twarz
nie zdradzaa adnych emocji. Miaem wraenie, e towarzysz
jej promienie ksiyca.
- Rada zostaa poinformowana o waszych dokonaniach zwrcia si do nas. - Wiedzju, e na zachodzie odbu-dowuje
si gra Othrys. Wiedz o prbie uwolnienia Atlasa i zbierajcej
si armii Kronosa. Przegosowali-my dziaanie.
Midzy bogami dao si sysze mamrotanie i szuranie, jakby
nie wszystkim podoba si ten plan, ale nikt nie protestowa.
- Na rozkaz mojego Pana, Zeusa - cigna Artemida - ja i mj
brat Apollo bdziemy polowa na najpotniej-sze potwory,
starajc si pokona je, zanim zd przy-czy si do armii
tytanw. Pani Atena osobicie doko-na wizytacji pozostaych
tytanw, aby si upewni, e nie wymknli si ze swoich
wizie. Pan Posejdon otrzyma zgod na zwrcenie swojego
gniewu przeciwko "Ksiniczce Andromedzie" i zatopienie jej.
A jeli chodzi o was, moi herosi...
Odwrcia si przodem do pozostaych niemiertelnych.
- Ci herosi oddali Olimpowi wielk przysug. Czy kto
omieli si temu zaprzeczy?
Spojrzaa na zgromadzonych bogw, patrzc kademu pokolei
w oczy. Zeus mia na sobie prkowany garni-tur, jego czarna
broda bya elegancko przycita, a w oczach pona energia.
Obok niego siedziaa pikna kobieta o srebrzystych wosach
upitych nad jednym

ramieniem i w sukni mienicej si niczym pawi ogon: Pani Hera.


Po prawej rce Zeusa zasiada mj ojciec Posejdon. Obok niego
potny mczyzna z jedn nog w stalowej klamrze,
znieksztacon gow i zwichrzon brzow brod oraz
pomykami taczcymi na wsach. Pan kowali, Hefajstos.
Hermes mrugn do mnie. Dzi mia na sobie garnitur i cay
czas sprawdza wiadomoci na swojej kaduceuszo-wej komrce.
Apollo rozpar si na zotym tronie w ciem-nych okularach i ze
suchawkami na uszach, wic nie byem pewny, czy w ogle
sucha, ale w kadym razie podnis kciuk w gr w moim
kierunku. Dionizos mia znudzon min i bawi si
przekadaniem winogrona w palcach. A Ares, no c, siedzia na
swoim tronie z chromu i skry, rzucajc mi gniewne spojrzenia
znad noa, ktry wanie ostrzy.
Po stronie pa tu obok Hery na tronie uplecionym z konarw
jaboni zasiadaa ciemnowosa bogini w zielo-nej szacie:
Demeter, bogini zbiorw. Koo niej pikna szarooka kobieta w
eleganckiej biaej sukni. Moga to by tylko matka Annabeth,
Atena. Dalej siedziaa Afrodyta, ktra umiechna si do mnie
porozumiewa-wczo i sprawia, e mimowolnie si zarumieniem.
Wszyscy Olimpijczycy zgromadzeni w jednym miejscu. W tej
sali zebrao si tyle mocy, e cud, i paac nie wylecia w
powietrze.
- Musz powiedzie - Apollo przerwa milczenie - e dzieciaki
spisay si wietnie. - Odchrzkn i zacz re-cytowa: - Heros
zdobywa laur...
- Owszem, znakomicie - wtrci si Hermes, jakby bardzo mu
zaleao na unikniciu suchania poezji. - Wszyscy s za tym,
eby ich nie unicestwia?
Podnioso si niepewnie kilka rk: Demeter, Afrodyta.

- Ej, momencik - burkn Ares, wskazujc na Thali i mnie. Ta dwjka jest niebezpieczna. Byoby znacznie lepiej, skoro ju
ich tu mamy...
- Aresie - przerwa mu Posejdon - to dzielni herosi. Nie
rozszarpujmy mojego syna na strzpy.
- Ani mojej crki - mrukn Zeus. - Doskonale sobie poradzia.
Thalia pokrya si rumiecem i wbia wzrok w podog.
Widziaem, jak si czua. Mnie rzadko zdarzao si roz-mawia
z ojcem, nie mwic ju o otrzymywaniu poch-wa. Bogini
Atena odchrzkna i wyprostowaa si.
- Ja te jestem dumna z mojej crki. Ale pozostaa dwjka
zagraa bezpieczestwu.
- Mamo! - zawoaa Annabeth. - Jak moesz...
Atena uciszya j spokojnym, ale nieznoszcym sprze-ciwu
spojrzeniem.
- To wielkie nieszczcie, e mj ojciec Zeus i wuj Posej-don
zamali przysig, zobowizujc ich do nieposiada-nia wicej
potomstwa. Tylko Hades dotrzyma sowa, co wydaje si
szczegln ironi. Jak wiemy z Wielkiej Prze-powiedni, dzieci
tej trjki starszych bogw... takie jak Thalia i Percy... stanowi
niebezpieczestwo. Jakkol-wiek ograniczony byby Ares, tutaj
ma racj.
- Wanie! - wykrzykn bg wojny. - Ej, chwileczk. Kto niby
jest...
Zacz si podnosi, ale wok jego torsu wyrosa winna
latorol, przytrzymujc go na tronie niczym pas bezpieczestwa.
- Prosz, Aresie - westchn Dionizos. - Zostawmy kt-nie na
pniej.
Ares zakl i zerwa winorol.
- Czekam na twoj opini, pijaku. Naprawd chcesz ocali te

bachory? Dionizos rzuci nam zmczone


spojrzenie.
- Nie ywi do nich szczeglnie ciepych uczu. Ateno, czy ty
naprawd uwaasz, e najbezpieczniej bdzie ich zniszczy?
- Nie wydaj wyrokw - odpara Atena. - Wskazuj je-dynie na
zagroenia. Rada postanowi, co uczynimy.
- Nie pozwol ich ukara - oznajmia Artemida. - Osobi-cie
daabym im nagrody. Jeli zaczniemy unicestwia herosw,
ktrzy oddaj nam wielkie przysugi, okazmy si nie lepsi od
tytanw. Jeli tak ma wyglda olimpij-ska sprawiedliwo, to ja
nie chc mie z ninic wspl-nego.
- Spokojnie, siostru - powiedzia Apollo. - Rozchmurz si.
- Nie mw do mnie siostru! Ja bym ich nagrodzia.
- Dobrze - odezwa si Zeus. - Moe to racja. Ale przy
najmniej potwora trzeba zniszczy. Czy w tej sprawie si
zgadzamy?
Mnstwo przytakni.
Zajo mi chwil, zanim zorientowaem si, o czym mwili. I
serce zaciyo mi w piersi jak ow.
- Nessie? Chcecie zniszczy Nessiego?
- Muuuuuuu! - zaprotestowao zwierz.
Mj ojciec zmarszczy brwi.
- Dae Ofiotaurowi na imi Nessie?
- Tato - powiedziaem - to tylko morskie stworzenie. Bardzo
mie morskie stworzenie. Nie moesz pozwoli go zniszczy.
Posejdon poruszy si niepewnie na tronie.
- Percy, potga tego potwora jak wielka. Gdyby tytani go
wykradli albo...
- Nie moesz - nalegaem. Spojrzaem na Zeusa: zape-wne
powinienem si go lka, ale patrzyem mu prosto w oczy. Prby manipulowania przepowiedniami nigdy si nie udaj,

nieprawda? Poza tym Ness... Ofiotaur jest niewinny. Zabijanie


kogo takiego jest ze. Tak ze jak... jak zjedzenie przez Kronosa
jego dzieci z powodu czego, czego mogyby dokona. To jest
po prostu ze!
Zeus sprawia wraenie, jakby zstanawia si nad moimi
sowami. Jego wzrok powdrowa ku Thalii.
- A co z ryzykiem? Kronos wie doskonale, e gdyby ktre z
was zoyo w ofierze wntrznoci tego stworze-nia,
otrzymaoby moc zdoln nas obali. Mylicie, e moemy
pozwoli, eby takie ryzyko nadal istniao? Ty, moja crko,
jutro koczysz szesnacie lat, jak stoi w przepowiedni.
- Musisz im zaufa - odezwaa si Annabeth. - Panie, musisz
im zaufa.
Zeus spojrza na ni wilkiem.
- Zaufa herosom?
- Annabeth ma racj - powiedziaa Artemida. - Dlatego wanie
musz najpierw przyzna nagrod. Moja wierna towarzyszka
Zoe Nightshade powdrowaa midzy gwia-zdy. Potrzebuj
nowego porucznika. I zamierzam doko-na wyboru. Ale
najpierw, Ojcze Zeusie, musz z tob porozmawia prywatnie.
Gromowadny pokaza jej, eby podesza. Nachyli si i sucha
uwanie tego, co mu szeptaa do ucha. Poczuem, e chwyta
mnie paniczny strach.
- Annabeth - powiedziaa cicho. - Nie.
Spojrzaa na mnie krzywo.
- Co nie?
- Suchaj, musz ci co powiedzie - cignem. Sowa ledwie
przechodziy mi przez usta. - Nie znisbym, gdyby... Nie chc,
eby...
- Percy? - rzeka ze zdziwieniem. - Wygldasz, jakby chcia
zwymotowa.

Dokadnie tak si czuem. Chciaem powiedzie jej wicej, ale


jzyk mnie zawid. Ze strachu nie byem w stanie nim
poruszy. W tej chwili Artemida si odwrci-a.
- Bd miaa nowego porucznika - oznajmia. - Jeli wybrana
osoba si zgodzi.
- Nie - mruknem.
- Thalio - powiedziaa bogini - crko Zeusa. Czy przy-czysz
si do oww?
W sali zapanowao pene zdumienia milczenie. Gapiem si na
Thali, nie mogc uwierzy w to, co wanie usyszaem.
Annabeth si umiechna. Ucis-na jej do i pucia j, jakby
od dawna si tego spo-dziewaa.
- Przycz si - odpowiedziaa twardo Thalia.
Zeus wsta, a w jego oczach malowaa si troska.
- Zastanw si dobrze, crko...
- Ojcze - odpowiedziaa. - Nie skocz szesnastu lat. Nigdy nie
skocz szesnastu lat. Nie dopuszcz do tego, eby to bya moja
przepowiednia. Stan u boku mojej siostry Artemidy. Kronos
nigdy wicej mnie nie zwie-dzie.
Uklka przed bogini i zacza recytowa sowa, ktre
pamitaem z przysigi Bianki, zoonej, wydawa by si mogo,
wieki temu. "Oddaj si bogini Artemidzie. Wy-rzekam si
towarzystwa mczyzn..."
Nastpnie Thalia zrobia co, co zaskoczyo mnie w nie-mal
rwnym stopniu co sama przysiga. Podesza do mnie z
umiechem i na oczach caego zgromadzenia uciskaa mnie.
Zarumieniem si.
Kiedy odsuna si nieco i tylko trzymaa mnie za ra-miona,
odezwaem si:
- Eee... Czy tobie wolno jeszcze to robi? To znaczy ciska
chopakw?

- Ja tylko okazuj sympati przyjacielowi - poprawia mnie. Musz doczy do oww, Percy. Nie zaznaam pokoju od...
czasu Wzgrza Herosw. W kocu czuj, e mam dom. Ale ty
jeste herosem. To ciebie bdzie doty
czya przepowiednia.
- Super - mruknem.
- Jestem dumna z twojej przyjani.
Przytulia Annabeth, ktra z trudem powstrzymywaa si od
paczu. Uciskaa nawet Grovera, ktry wyglda tak, jakby mia
zaraz zemdle. Jakby kto wanie poda-rowa mu kupon na
dowoln iloc jedzenia w barze meksykaskim.
Nastpnie Thalia stana u boku Artemidy.
- A teraz w kwestii Ofiotaura - powiedziaa bogini.
- Chopak nadal stanowi zagroenie - ostrzeg Dionizos. - Ten
stwr jest pokus wielkiej wadzy. Nawet jeli oszczdzimy
chopaka...
- Nie. - Spojrzaem kolejno na wszystkich bogw. - Prosz. Nie
rbcie krzywdy Ofiotaurowi. Mj ojciec moe go ukry gdzie
w morzu albo trzyma go w akwarium tu, na Olimpie. Ale
musicie go strzec.
- A dlaczego mielibymy ci ufa? - burkn Hefajstos.
- Mam dopiero czternacie lat - powiedziaem. - Jeli ta
przepowiednia dotyczy mnie, to mam jeszcze dwa lata.
- Przez ten czas Kronos moe ci omota - zauwaya Atena. Wiele moe si zmieni przez dwa lata, mody herosie.
- Mamo! - krzykna Annabeth z rozdranieniem.
- To tylko prawda dziecko. Utrzymywanie tego zwie-rzcia
przy yciu to niedobra strategia. Albo chopca.
Mj ojciec wsta.
- Nie pozwol unicestwi tego stworzenia, jeli mam w tej
sprawie co do powiedzenia. A mam.

Wycign przed siebie rk, w ktrej pojawi si trj-zb;


siedmiometrowe spiowe drzewce z trzema grotami wczni,
ktre poyskiway bkitn, wodnist powiat.
- Rcz za chopca i bezpieczestwo Ofiotaura.
- Nie moesz zabra go do morza! - Zeus rwnie si podnis
z tronu. - Tak cenna karta przetargowa nie moe znale si w
twoim posiadaniu.
- Bracie, prosz - westchn Posejdon.
W rce Zeusa pojawi si piorun - promie elektryczno-ci,
ktry napeni pomieszczenie zapachem ozonu.
- Dobrze - powiedzia mj ojciec. - Zbuduj tu akwa-rium dla
tego stworzenia, Hefajstos moe mi pomc. Ofiotaur bdzie
bezpieczny, bdziemy go chroni ca nasz moc. A chopak
nas nie zdradzi, rcz za to moim honorem.
Gromowadny si zamyli.
- Wszyscy za?
Ku mojemu zdumieniu unioso si wiele rk. Dionizos si
wstrzyma, podomnie jak Ares i Atena. Ale wszyscy pozostali...
- Mamy wikszo - oznajmi Zeus. - A zatem skoro nie bdzie
unicestwiania herosw... myl, e powinnimy ich uczci.
Niech rozpocznie si uczta!
S przyjcia i s te wielkie, ogromne, wystawne przyj-cia. I
jeszcze s przyjcia olimpijskie. Jeli mielibycie wybiera,
idcie na olimpijskie.
Dziewi Muz zapewniao muzyk i uwiadomiem sobie, e
jest ona tym, na co masz ochot: bogowie mogli sobie sucha
klasyki, ale modsi syszeli hip-hop czy cokolwiek innego,
chocia bya to ta sama cieka dwi-kowa. I adnych ktni,
adnego przeczania stacji. Co najwyej proby, eby

nieco podkrci.
Dionizos przechadza si, sprawiajc, e z podogi wy-rastay
stoliki z napojami, a towarzyszya mu bardzo pikna kobieta
-jego ona Ariadna. Po raz pierwszy widziaem go szczliwego.
Ze zotych fontann pyny nektar i ambrozja, za stoy
bankietowe uginay si pod ciarem przeksek dla
miertelnikw. Zote puchary napeniay si kadym napojem,
na jaki miao si ochot. Grover biega po sali z talerzem
penym metalo-wych puszek i da meksykaskich, a w pucharze
mia podwjne espresso latte, nad ktrym mamrota imi Pana
niczym jakie zaklcie.
Bogowie podchodzili do mnie z gratulacjami. Na szcz-cie
mieli teraz ludzkie rozmiary, dziki temu nie rozde-ptywali
goci. Hermes zacz pogawdk ze mn i by tak pogodny, e
nie miaem serca powiedzie mu, co si stao z jego najmniej
ulubionym synem, Lukiem. Kiedy wreszcie zdobyem si na
odwag, zadzwoni do niego kaduceusz i Hermes si oddali.
Apollo powiedzia mi, e mog prowadzi jego sonecz-ny
rydwan, kiedy tylko zechc, a jeli chciabym potre-nowa
ucznictwo...
- Dzikuj - powiedziaem mu. - Ale tak powanie, to nie
jestem w tym dobry.
- Bzdura - odrzek. - Chcesz powiczy strzelanie do
celu z rydwanu podczas lotu nad Stanami? wietna zabawa!
Udao mi si jako wyga i wmieszaem si w tum taczcy
na paacowych dziedzicach. Szukaem Anna-beth. W kocu j
zobaczyem, jak taczya z jakim pomniejszym bokiem.
Nagle za mn odezwa si mski gos.
- Mam nadziej, e mnie nie zawiedziesz.
Odwrciem si i zobaczyem umiechajcego si do mnie
Posejdona.

- Tato... cze.
- Witaj, Percy. Dobrze si spisae.
Poczuem si nieswojo, kiedy mnie pochwali. Oczywi-cie
oglnie poczuem si dobrze, ale wiedziaem, jak wiele
zaryzykowa, rczc za mnie. Byoby znacznie prociej, gdyby
pozostali mnie unicestwili.
- Nie zawiod ci - obiecaem.
Skin gow. Mam problemy z odczytywaniem emocji bogw i
zastanawiaem si, czy ma jakie wtpliwoci.
- Twj przyjaciel Luke...
- On nie jest moim przyjacielem - wypaliem, po czym
uwiadomiem sobie, e przerywanie bogu w p zdania nie jest
zapewne grzeczne. - Przepraszam.
- Twj byy przyjaciel Luke - poprawi si Posejdon. - On te
kiedy podobnie obiecywa. By dum i radoci Hermesa.
Pamitaj o tym, Percy. Nawet naj dzielniej-szym zdarza si
upadek.
- Luke upad cakiem powanie - zgodziem si. - Nie yje.
Mj ojciec pokrci przeczco gow.
- Nie, Percy. On nie zgin.
Wlepiem w jego wzrok.
- e co?
- Wydaje mi si, e Annabeth ju ci o tym mwia. Luke yje.
Widziaem go. Jego statek wanie w tej chwili wypywa ze
szcztkami Kronosa z San Francisco. Musz si wycofa i
przegrupowa, zanim zaatakuj ci znowu. Postaram si
zniszczy ten statek sztormami, ale on zawizuje ukady z moimi
rywalami, starszymi duchami morza. Mog stan do walki,
eby go ochroni.
- Jak on moe y? - zapytaem. - Ten upadek powinien go
zabi!

Posejdon wyglda na zakopotanego.


- Nie wiem, Percy, ale uwaaj na niego. Jest teraz bar-dziej
niebezpieczny ni kiedykolwiek. I nadal ma zoty sarkofag,
ktry wci wzrasta w si.
- A co z Atlasem? - spytaem. - Jak zapobiec temu, eby si
znw nie wydosta? Nie zmusi po prostu jakiego giganta albo
kogo takiego, eby podtrzyma za niego niebo?
Mj ojciec parskn szyderczo.
- Gdyby to byo takie atwe, to wymknby si dawno temu.
Nie, synu. Kltwa niebios jest wycznie kltw tytana, jednego
z dzieci Uranosa i Gai. Kady inny moe wzi brzemi na
swoje ramiona tylko z wasnej nie-przymuszonej woli. Tylko
heros, kto, kto ma si, uczci-we serce i wielk odwag moe
czego takiego dokona. Nikt z armii Kronosa nie powayby si
dwiga tego
ciaru, nawet pod grob mierci.
- Luke to zrobi - zauwayem. - To on zwolni Atlasa. A
potem zwid Annabeth, eby go ocalia, i uy jej jako
przynty, aby zwabi tam Artemid i zmusi j do wzi-cia
niebios na ramiona.
- Owszem - przytakn Posejdon. - Luke to... ciekawy
przypadek.
Myl, e zamierza powiedzie co wicej, ale w tej wanie
chwili Nessie zacz mucze z drugiego koca dziedzica. Kilku
pbogw bawio si jego wodn kul, przepychajc j ze
miechem nad gowami tumw.
- Lepiej si tym zajm - mrukn Posejdon. - Nie mog bawi
si Ofiotaurem jak pik plaow. Powodzenia, synu. Moemy
si dugo nie zobaczy.
Powiedzia to i po prostu poszed sobie.
Zamierzaem znw rozejrze si po tumie, kiedy za mn

odezwa si kolejny gos.


- Twj ojciec podejmuje wielkie ryzyko, zdajesz sobie z tego
spraw.
Znalazem sie twarz w twarz z szarook kobiet, ktra do tego
stopnia wygldaa jak Annabeth, e omal tak si do niej nie
zwrciem.
- Ateno. - Staraem si nie da pozna po sobie urazy za to, e
mnie skrelia podczas narady, ale obawiam si, e rednio mi to
wyszo.
Umiechna si do mnie.
- Nie oceniaj mnie surowo, herosie. Mdra rada rzadko bywa
dobrze przyjmowana, a ja mwiam prawd. Jeste
niebezpieczny.
- Nigdy nie podejmujesz ryzyka?
Skina gow.
- Pogodziam si z decyzj. Moe istotnie jeszcze si przydasz.
Ale... jeli popenisz bd, zniszczysz i nas, i siebie.
Serce podeszo mi do garda. Rok temu Annabeth i ja
rozmawialimy o miertelnym niebezpieczestwie. Kady heros
ma w sobie co takiego, co zagraa jemu samemu. Dla niej jest to
pycha. Przekonanie, e moe zrobi wszystko... Na przykad
utrzyma na ramionach wiat. Albo ocali Luke'a. Ja dotd nie
miaem pojcia, w jaki sposb mog sobie zaszkodzi.
Atena patrzya na mnie niemale z litoci.
- Kronos wie, co stanowi dla ciebie miertelne niebez
pieczestwo, nawet jeli ty nie wiesz, czym ono jest. On wie, jak
poznawa nieprzyjaci. Pomyl, Percy. Jak on tob manipuluje?
Najpierw zabiera ci matk. Potem naj-lepszego przyjaciela,
Grovera. Teraz moj crk, Anna-beth.
Urwaa z wyran dezaprobat.
- W kadym przpadku posuono si ludmi, ktrych kochasz,

eby zwabi ci w jego puapki. Dla ciebie naj-groniejsza jest


osobista lojalno, Percy. Nie wiesz, kiedy naley pogodzi si
ze strat. Powicisz wiat, eby uratowa przyjaciela. Dla
herosa z przepowiedni jest to bardzo, bardzo niebezpieczne.
Zacisnem pici.
- To nie jest wada. Tylko dlatego, e chc pomaga
przyjacioom...
- Najniebezpieczniejszymi wadami s te, ktre w umia-rze s
dobrem - odrzeka. - Ze zem atwo jest walczy. Z brakiem
mdroci... bardzo trudno.
Chciaem si kci, ale jako nie potrafiem. Atena bya
bardzo mdra.
- Mam nadziej, e decyzje Rady oka si mdre powiedziaa. - Ale bd ci obserwowa, Percy Jackso-nie. Nie
pochwalam twojej przyjani z moj crk. Nie sdz, eby byo
to rozsdne dla ktregokolwiek z was. A jeli zaczby si
waha w swojej lojalnoci...
Utkwia we mnie swoje zimne, szare oczy, a ja uzmy-sowiem
sobie, jak straszliwym wrogiem moe by Atena - dziesi razy
gorszym ni Ares czy Dionizos, a nawet mj ojciec. Nigdy nie
daje za wygran. Nigdy nie postpi pochopnie czy gupio tylko
dlatego, e kogo nie-nawidzi, ale jeli postanowi go zniszczy,
to jej plan nie zawiedzie.
- Percy! - zawoaa Annabeth, biegnc przez tum. Za-trzymaa
si w p kroku, widzc, z kim rozmawiam. - Och... Mamo.
- Zostawi was - powiedziaa Atena. - Na razie.
Odwrcia si i pomaszerowaa w kierunku goci, ktrzy
rozstpowali si przed ni, jakby niosa Egid.
- Bardzo wredna bya dla ciebie? - spytaa Annabeth.
- Nie - odparem. - Byo... spoko.
Przygldaa mi si z niepokojem. Dotkna biaego pasma,

ktre pojawio si w moich wosach. Takie samo jak jej wasne


-bolesna pamitka po dwiganiu brze-mienia Atlasa. Byo tyle
spraw, o ktrych chciaem jej
powiedzie, ale Atena odebraa mi ca pewno siebie. Czuem
si tak, jakby kto przywali mi pici w brzuch. Nie
pochwalam twojej przyjani z moj crk.
- No - ponaglia Annabeth. - Co takiego chciae mi wczeniej
powiedzie?
Muzyka graa, ludzie taczyli na ulicach.
- Ja, no, pomylaem sobie, e przeszkodzono nam wtedy w
Westover Hall. No wic... chyba jestem ci winien taniec.
Umiechna si powoli.
- Okej, Glonomdku.
Wziem j za rk i chocia nie wiem, co syszeli inni, dla
mnie melodia brzmiaa jak powolny taniec: troch smutny, ale
te z nut nadziei.

ROZDZIA XX
NOWY WRG W PREZENCIE
GWIAZDKOWYM
Zanim opuciem Olimp, postanowiem wykona kilka
iryfonw. Nie byo to proste, ale w kocu udao mi si znale
fonatnn w cichym zaktku ogrodu i skontakto-wa si z moim
bratem Tysonem na dnie morza. Opo-widziaem mu o naszych
przygodach oraz Nessiem - oczywicie

domaga si wszelkich szczegw dotycz-cych tego


wo-krowiego niemowlcia - no i zapewniem go, e Annabeth
jest caa i zdrowa. W kocu nie mogem ju duej tego odwleka
i poinformowaem go, e tarcza, ktr wykona dla mnie w lecie,
zostaa uszkodzona pod-czas ataku mantikory.
- Ha! - wykrzykn Tyson. - To znaczy, e jest dobra! Ocalia ci
ycie.
- Z ca pewnoci, wielkoludzie - powiedziaem. - Ale teraz
jest zniszczona.
- Nie zniszczona! - obieca mj brat. - Odwiedz ci w lecie i
naprawi.
- Ta obietnica natychmiast poprawia mi humor. Chyba nie
zdawaem sobie sprawy z tego, jak bardzo tskniem za
towarzystwem Tysona.
- Naprawd? - zapytaem. - Pozwol ci wzi urlop?
- Tak! Wykuem dwa tysice siedemset czterdzieci jeden
magicznych mieczy - oznajmi z dum, pokazujc mi najnowsz
gowni. - Szef mwi: "Dobra robota"! Da mi cae lato wolne.
Przyjad na obz!
Rozmawialimy jeszcze przez chwil o przygotowaniach do
wojny i kopotach taty ze starszymi duchami moa, a take o
tych wszystkich fajnych rze-czach, ktre moemy razem zrobi
w lecie, ale w kocu szef Tysona zacz si wydziera i mj brat
musia wr-ci do pracy.
Wydobyem ostatni zot drahm i jeszcze raz wywo-aem
Iryd.
- Sally Jackson - powiedziaem. - Manhattan, Upper East Side.
Mgieka zamigotaa i zobaczyem mam siedzc przy stole
kuchennym. miaa si, trzymajc za rk Popisa.
Czuem takie zaenowanie, e ju miaem machn rk i
przerwa poczenie, ale zanim to zrobiem, mama mnie

zauwaya. Zrobia ogromne oczy i natychmiast pucia rk


pana Popisa.
- Och, Paul! Wiesz co? Chyba zostawiam notatki w salonie.
Moesz mi je przynie?
- Jasne, Sally. Nie ma problemu.
Wyszed z kuchni, a mama natychmiast nachylia si ku
iryfonowi.
- Percy! Wszystko w porzdku?
- U mnie, no, tak. Jak tam zajcia z pisania?
Zacisna usta.
- Dobrze. Ale to nieistotne. Opowiedz, co si stao?
Streszczaem si, jak tylko si dao. Odetchna z ulg, jak
usyszaa, e Annabeth jest bezpieczna.
- Wiedziaam, e sobie poradzisz! - oznajmia. - Jestem z ciebie
bardzo dumna.
- Mhm, okej, no to moe lepiej wrcisz do swojego zada-nia
domowego.
- Percy, ja... Paul i ja...
- Mamo, jeste szczliwa?
To pytanie j zaskoczyo. Zamylia si na chwil.
- Tak. Naprawd jestem, Percy. Jestem szczliwa w jego
towarzystwie.
- To super. Mn si nie przejmuj. - Najzabawniejsze, e
naprawd tak mylaem. Zwaywszy, jakie wanie przeyem
przygody, moe to ja powinienem przejmowa si mam.
Wiedziaem, jak bardzo ludzie potrafi by dla siebie wredni.
Taki Herakles dla Zoe Nightshade, Luke dla Thalii. Spotkaem
osobicie Afrodyt, bogini mioci, i jej moc przestraszya mnie
bardziej ni sia Aresa. Ale na widok mojej mamy rozemianej i
rozba-wionej, po tych wszystkich latach, ktre przecierpiaa z
moim okropnym eksojczymem Gabem Ugliano, nie mog-em nie

czu zadowolenia z jej szczcia.


- Obiecasz nie nazywa go panem Popisem? - zapytaa.
Wzruszyem ramionami.
- No, moe nie przy nim samym.
- Sally? - zawoa pan Popis z salonu. - Chcesz ten zielony
segregator czy czerwony?
- Lepiej skocz rozmow - powiedziaa. - Przyjedziesz na
wita?
- A bd niebieskie cukierki pod choink?
Umiechna si.
- Jeli tylko nie jeste na to za stary.
- Nigdy nie bd za stary na cukierki.
- W takim razie przyjedaj.
Machna rk przez rodek mgy. Jej obraz znikn, a ja
pomylaem sobie, e Thalia miaa racj tak dawno temu pod
Westover Hall: moja mama naprawd jest cakiem fajna.
W porwnaniu z Olimpem na Manhattanie panowa spokj.
Jechalimy w przedwiteczny pitek wczenie rano, wic na
Pitej Alei byo pusto. Argus, wielooki szef ochrony, zabra
Annabeth, Grovera i mnie z Empire State Building i w
szalejcej nieycy przewiz z powro-tem do obozu.
Autostrada wiodca na Long Island bya niemal pusta.
Kiedy wspinalimy si na Wzgrze Herosw ku sonie, na
ktrej poyskiwao Zote Runo, niemal spodziewaem si, e
przywita nas Thalia, ale nie byo jej tam. Odesza ju wczeniej
z Artemid i pozostaymi owczyniami na kolejn przygod.
Chejron powita nas w Wielkim Domu gorc czekola-d i
grzankami z serem. Grover pobieg do swoich saty-rw, eby
opowiedzie im o naszym dziwnym spotkaniu z magi Pana. Po
godzinie satyrowie biegali po caym obozie podekscytowani i
dopytywali o najblisz kawiar-ni.

Annabeth i ja siedzielimy z Chejronem i grupk star-szych


obozowiczw - Beckendorfem, Silen Beauregard i brami
Hood. Pojawia si nawet Clarisse z domku Are-sa, ktra
wrcia ju ze swojej tajnej misji wywiadow-czej. Wiedziaem,
e musiao by to nieatwe zadanie, poniewa nawet nie
prbowaa mnie zgadzi. Miaa za to na podbrdku now
blizn, a jej ciemnoblond wosy byy cite na krtko i
poszarpane, jakby kto jzaata-kowa szkolnymi noyczkami.
- Mam wieci - wymamrotaa niepewnie. - Ze wieci.
- Pniej wam opowiem - powiedzia na to Chejron z
wymuszon wesooci. - Najwaniejsze, e zwyciyli-cie. I
ocalie Annabeth!
Annabeth umiechna si do mnie z wdzicznoci, a
odwrciem wzrok.
Z jaki dziwacznych powodw pomylaem o Zaporze Hoovera
i tej dziwnej miertelnej dziewczynie, ktr tam spotkaem,
Rachel Elizabeth Dare. Nie wiedziaem dlaczego, ale wci
przypominay mi si jej irytujce uwagi. Czy ty zawsze zabijasz
ludzi za to, e wycieraj nos? yem tylko dziki temu, e tyle
osb mi pomogo, wcznie z przypadkow miertelniczk.
Nigdy nawet nie zdyem jej wyjani, kim jestem.
- Luke yje - powiedziaem. - Annabeth miaa racj.
Crka Ateny si poderwaa.
- Skd wiesz?
Staraem si nie da ponie irytacji z powodu tego
zainteresowania. Powiedziaem jej, e mj ojciec powie-dzia o
"Ksiniczce Andromedzie".
- Okej - Annabeth poruszya si niespokojnie na krzele. - Jeli
ostateczna bitwa ma si rozegra, jak Percy skoczy szesnacie
lat, bdziemy przynajmniej mieli jeszcze dwa lata, eby co
wymyli.

Zdawao mi si, e kiedy powiedziaa "co wymyli", to


miaa na myli "przekona Luke'a do zmiany pogl-dw", co
zezocio mnie jeszcze bardziej.
Chejron sprawia wraenie przygnbionego. Siedzc na wzku
przy kominku, wyglda naprawd staro. To zna-czy... on jest
naprawd stary, ale zazwyczaj na to nie wyglda.
- Moe si wydawa, e dwa lata to dugo - powiedzia. - Ale
to zaledwie mgnienie oka. Mam wci nadziej, e
to nie ty jeste tym dzieckiem z przepowiedni, Percy. Ale jeli
tak, to grozi nam druga wojna tytanw. Pierw-sze uderzenie
Kronosa nastpi tutaj.
- Skd pan wie? - zapytaem. - Dlaczego miaby go obchodzi
obz?
- Poniewa bogowie posuguj si herosami jako swoimi
narzdziami - odpowiedzia bez ogrdek. - Zniszcz narzdzia, a
bogowie bd osabieni. Armia Luke'a przyjdzie tutaj.
r

miertelnicy, pbogowie, potwo-ry... Musimy by gotowi.


Wieci, ktre przyniosa Clari-sse, mog da nam pewne
wskazwki co do ich planu ataku, ale...
Rozlego si pukanie do drzwi i do pokoju wpad zady-szany
Nico di Angelo z policzkami zaczerwienionymi od mrozu.
By umiechnity, ale rozgld si z niepokojem.
- Hej! Gdzie... Gdzie jest moja siostra?
Zapado guche milczenie. Wpatrywaem si w Chejrona. Nie
mogem uwierzy, e nikt mu jeszcze nie powiedzia. Po czym
zrozumiaem dlaczego. Czekali, a my si pojawimy, ebymy
mogli mu opowiedzie osobicie.
Bya to ostatnia rzecz, na jak miaem ochot. Ale byem to
winny Biance.
- Hej, Nico. - Wstaem z wygodnego krzesa. - Chodmy si
przej, okej? Musimy porozmawia.

Nico wysucha wieci w milczeniu, co tylko pogorszyo


spraw. Gadaem i gadaem, usiujc wyjani, co si stao, jak
Bianca powicia si dla dobra wyprawy. Czuem jednak, e
tylko brn coraz gbiej.
- Chciaa, ebym ci to da - wyjem maa statuetk bstwa,
ktr Bianca znalaza na zomowisku. Nico wzi j do rki i
wpatrywa si w ni z uwag.
Stalimy w pawilonie jadalnym, w tym samym miej-scu, gdzie
rozmawialimy, zanim udaem si na misj. Wia przenikliwy
wiatr, nawet pomimo magicznej kont-roli pogody. Patki niegu
paday bezszelestnie na mar-murowe stopnie. Pomylaem, e
poza granicami obozu pewnie szalaa burza niena.
- Obiecae, e bdziesz j chroni - oznajmi Nico.
Rwnie dobrze mgby mi wbi zardzewiay sztylet w serce.
Zabolaoby mniej ni przypomnienie o tej obiet-nicy.
- Nico - powiedziaem. - Prbowaem. Ale Bianca po-wicia
siebie, aby ratowa pozostaych. Mwiem jej, eby tego nie
robia. Ale ona...
- Obiecae!
Patrzy na mnie ze zoci w zaczerwienionych oczach.
Zacisn swoj ma pistk na figurce bstwa.
- Nie powinienem ci ufa - gos mu si ama. - Okama-e
mnie. Moje koszmary byy prawdziwe!
- Zaczekaj. Jakie koszmary?
Rzuci posek na ziemi, a zabrzcza na zamroo-nym
marmurze.
- Nienawidz ci!
- Ona moe jeszcze yje - powiedziaem z rozpacz. Nie wiem na pewno...

- Ona nie yje. - Zamkn oczy. Cay dra z wcieko-ci. Powinienem si domyli. Ona jest na kach Asfodelowych.
stoi przed sdziami, czeka na osd. Czuj to.
- Jak to czujesz?
Zanim zdy odpowiedzie, usyszaem za sob nowy dwik.
Syczce, grzechoczce odgosy, ktre nauczyem si
rozpoznawa a za dobrze.
- Wycignem miecz, a Nico krzykn. Odwrciem si i
stanem twarz w twarz z czterema szkieletowymi
wojownikami. Szczerzyli zby w uchwach i nacierali na mnie z
uniesionymi mieczami. Nie wiedziaem, jak uda-o im si dosta
w obrb obozu, ale nie miao to znacze-nia. I tak nie zdybym
pobiec po pomoc.
- Chcesz mnie zabi! - krzykn Nico.- Sprowadzie te... te
okropnoci.
- Nie! To znaczy tak, one za mn id, ale nie! Uciekaj, Nico.
Ich nie da si zniszczy.
- Nie ufam ci!
Pierwszy ze szkieletw zaatakowa. Odparowaem jego
uderzenie, ale trzej pozostali nie ustpowali. Przeciem jednego
na p, ale on natychmiast zacz si skada z powrotem.
Kolejnemu uciem gow, ale nie zaprzesta walki.
- Nico, uciekaj! - wrzasnem. - Sprowad pomoc!
- Nie! - przyoy donie do uszu.
Nie byem w stanie walczy z czterema na raz, zway-wszy, e
nie umierali. Ciem, wykonywaem obroty, ale oni tylko
nacierali dalej. Mogli mnie pokona w kilka sekund.
- Nie! - wrzasn Nico jeszcze goniej. - Wynocha!
Ziemia pode mn si zatrzsa. Szkielety zamary. Od-toczyem
si w chwili, kiedy pod ich stopami otwara si szczelina. Grunt
rozstpi si niczym kapica paszcza.

Z pknicia wyskoczyy pomienie, a ziemia pochona


szkielety w jednym wielkim CHRUP!
Zapada cisza.
W miejscu, gdzie stay potwory, cigna si duga na siedem
metrw nieregularna rysa w marmurowej po-sadzce pawilonu.
Poza tym po wojownikach nie zosta aden lad.
Spojrzaem na Nico z penym podziwu szacunkiem.
- Jak ty to...
- Wynocha! - krzykn. - Nienawidz ci! Chciabym, eby
umar!
Ziemia mnie nie pochona, a Nico zbieg po schodach,
kierujc si w stron lasu. Ruszyem za nim, ale polizg-nem
si i upadem na oblodzone stopnie. Kiedy si podnosiem,
zauwayem, na czym si przewrciem.
Podniosem figurk bstwa, ktr Bianca zabraa ze
zomowiska dla brata. "To jest ta jedyna figurka, ktrej jeszcze
nie ma", powiedziaa. Ostatni prezent od siostry.
Wpatrywaem si w ni z przeraeniem, poniewa teraz
zrozumiaem, dlaczego wydawaa mi si znajoma. Widziaem
ju kiedy t twarz.
Posek przedstawia Hadesa, Pana Umarych.
Annabeth i Grover pomogli mi przeszuka las, co zajo nam
kilka godzin, ale nie natrafilimy na lad Nico di Angelo.
- Musimy zawiadomi Chejrona - powiedziaa Anna-beth z
trudem apic oddech.
- Nie - odparem.
Oboje z Groverem spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Ekhem - chrzkn nerwowo satyr. - Jak to nie?
Usiowaem wymyli, dlaczego chc to powiedzie, ale sowa
same cisny mi si na usta.

- Nie moemy tego zdradzi nikomu. Nie sdz, eby


ktokolwiek si domyli, e Nico jest...
- Synem Hadesa - wtrcia si Annabeth. - Percy, czy ty masz
pojcie, jaka to powana sprawa? Nawet Hades zama
przysig! To okropne!
- Nie sdz - odparem. - Nie wydaje mi si, eby Hades zama
przysig.
- e co?
- On jest ich tat - powiedziaem - ale Bianca i Nico po
zostawali poza radarem przez wiele lat, od czasw przed drug
wojn wiatow.
- Kasyno Lotos! - wykrzykn Grover i opowiedzia Annabeth
o rozmowie, ktr odbyem z Biank podczas tej wyprawy. Ona i Nico utknli tam na wiele dziesi-tek lat. Urodzili si,
zanim jeszcze powsta pomys tej przysigi.
Przytaknem.
- A jak niby si wydostali? - spytaa z niedowierzaniem
Annabeth.
- Nie wiem - przyznaem. - Bianca powiedziaa, e przyszed
jaki prawnik, zabra ich i odwiz do Westover Hall. Nie wiem,
kto to mg by ani dlaczego to zrobi. Moe to cz tegol
caego Wielkiego Gotowa-nia. Nie sdz, eby Nico zdawa
sobie spraw z tego, kim jest. Ale nie moemy tego nikomu
powiedzie. Nawet Chejronowi. Jeli Olimpijczycy si
dowiedz...
- Mog znw zacz walczy midzy sob - dokoczya
Annabeth. - To ostatnia rzecz, jakiej potrzebujemy.
Grover wyglda na zaniepokojonego.
- Nie ukryjecie czego takiego przed bogami. Nie na zawsze.
- Nie musimy na zawsze - odpowiedziaem. - Wystarcz dwa
lata. Dopki nie skocz szesnastki.

Annabeth poblada.
- Ale, Percy, to oznacza, e przepowiednia moe nie dotyczy
ciebie. Moe mwi o Nico. Musimy...
- Nie - upieraem si. - Ja wybieram przepowiedni. Ona
bdzie o mnie.
- Czemu to mwisz? - zawoaa. - Chcesz wzi odpo
wiedzialno za cay wiat?
Bya to ostatnia rzecz, ktrej chciaem, ale nie powie-dziaem
jej tego. Wiedziaem, e musz wystpi i si zdeklarowa.
- Nie pozwol, eby Nico by naraony na dalsze nie
bezpieczestwa - powiedziaem. - Jestem to winny jego siostrze.
Ja... Zawiodem ich oboje. Nie pozwol, eby ten biedny
dzieciak cierpia dalej.
- Biedny dzieciak, ktry ci nienawidzi i chciaby twojej
mierci - przypomnia mi Grover.
- Moe go znajdziemy - powiedziaem. - Moe zdoamy go
przekona, e wszystko w porzdku, ukry go w jakim
bezpiecznym miejscu.
Annabeth zadraa.
- Jeli Luke go dorwie...
- Nie dorwie - zapewniem j. - Ju ja si postaram, eby mia
inne zmartwienia. Konkretnie mnie.
Nie byem pewny, czy Chejron uwierzy w opowiastk, ktr z
Annabeth mu sprzedalimy. Chyba podejrzewa, e co
ukrywamy w zwizku ze znikniciem Nica, ale w kocu kupi
nasz wersj. Chopak nie by pierwszym herosem, ktry
znikn.
- Taki mody - westchn Chejron, opierajc rce na barierce
werandy przed domem. - Niestety musz mie nadziej, e

poary go potwory. To znacznie lepsze ni wcielenie do armii


tytanw.
Jego sowa zaniepokoiy mnie. Omal nie postanowiem jednak
powiedzie mu wszystkiego, ale w kocu tego nie zrobiem.
- Naprawd uwaa pan, e tu przypuszcz pierwszy atak? zapytaem.
Chejron wpatrywa si w patki niegu spadajce na wzgrza.
Widziaem dym wydychany przez smoka pilnu-jcego sosny i
daleki blask Runa.
- To nastpi najwczeniej latem - odpowiedzia. - Ta zima
bdzie cika... najcisza od wielu stuleci. Najlepiej, eby
pojecha do domu, do miasta, Percy. Postaraj si skupi na
nauce. Odpocznij. Bdziesz potrzebowa wypoczynku.
Spojrzaem na Annabeth.
- A co z tob?
Zarumienia si.
- Jednak pojad do San Francisco. Moe uda mi si stamtd
mie oko na gr Tam, ebymy byli pewni, e tytani nie uknuli
czego nowego.
- Wylesz mi wiadomo, jeli cokolwiek bdzie nie w
porzdku.
Przytakna.
- Ale uwaam, e Chejron ma racj. Nie zaatakuj przed latem.
Luke bdzie potrzebowa czasu, eby odzyska siy.
Nie podobao mi si to czekanie. Z drugiej strony w sierpniu za
rok skocz pitnacie lat. Tak blisko szesnastki, e wolaem o
tym nie myle.
- Dobrze - powiedziaem. - Tylko uwaaj na siebie. I nie
wyczyniaj adnych akrobacji na myliwcach.
Umiechna si.
- Umowa stoi. Ale, Percy...

Cokolwiek zamierzaa powiedzie, udaremni to Gro-ver, ktry


wytoczy si z Wielkiego Domu, potykajc si o metalowe
puszki. Twarz mia wymizerowan i blad, jakby zobaczy
upiora.
- Przemwi! - zawoa.
- Spokojnie, mody satyrze - zwrci si do niego Chej-ron
marszczc czoo. - O co chodzi?
- Gra-graem sobie muzyk w salonie - wyjka - i popi-jaem
kaw. Mnstwo, mnstwo kawy! I on przemwi w moich
mylach!
- Kto? - zapytaa Annabeth.
- Pan! - zawy Grover. - Sam Wadca Dzikiej Natury.
Usyszaem go. Musz... musz znale walizk.
- Ej, ej - spojrzaem na niego. - Co on ci powiedzia?
Satyr wbi we mnie wzrok.
- Trzy sowa. Powiedzia: "Czekam na ciebie...".