You are on page 1of 60

Jerzy Szmajdziński

wybrane
publikacje
prasowe

1
Spis treści

Wystąpienie w debacie sejmowej nad projektem uchwały


w sprawie skrócenia kadencji Sejmu RP 3
47. posiedzenie Sejmu RP V kadencji, 7 września 2007

Wystąpienie w Sejmie na otwarcie konferencji


poświęconej 20. rocznicy Okrągłego Stołu 13
Sala Kolumnowa Sejmu RP, 5 lutego 2009

Polska chata w środku świata. Bilans polskiej obecności w Iraku 15


Gazeta Wyborcza, 28 października 2008

Wywiad do wydawnictwa „Rozmowy z politykami SLD” 21


publikacja w przygotowaniu

Polska nie jest teokracją 33


Gazeta Wyborcza, 24 listopada 2009

Jakie państwo, jaki prezydent 38


Tygodnik Przegląd, 20 grudnia 2009

Kilka słów w ważnej sprawie 44


Trybuna, 26 listopada 2009

Dlaczego bronię Wojciecha Jaruzelskiego 47


Tygodnik Przegląd, 19 października 2008

Czy mogliśmy uwolnić Polaka? 48


Tygodnik Przegląd, 16 lutego 2009

Komu służy służba 53


Tygodnik Przegląd, 1 listopada 2009

Powinniśmy wyjść z Afganistanu 57


Super Express, 1 grudnia 2009
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Wystąpienie w debacie sejmowej


nad projektem uchwały (autorstwa SLD)
w sprawie skrócenia kadencji Sejmu RP
47. posiedzenie Sejmu RP V kadencji, 7 września 2007

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!


Wcześniejsze wybory, to zawsze spektakularna klęska ekipy rządzącej. Po-
rażka PiS-u to bardzo dobra wiadomość dla Polaków. Sondaże od miesięcy
nie pozostawiają złudzeń.
(Poseł Marek Suski: Właśnie – 30 proc.)

Polacy już wiedzą, że król jest nagi. (wesołość na sali) Poziom zaufania do
Jarosława Kaczyńskiego, do jego rządu, oceny tej ekipy są druzgocące.
(Poseł Marek Suski: Kieszenie.)

Pora zatem na nas, pora na demokratycznie wybranych reprezentantów


polskiego społeczeństwa i na pana, panie Suski, byśmy przerwali to pasmo sza-
leństw i zgodnie z demokratycznym porządkiem państwa oddali dalsze decy-
zje w ręce suwerena każdej władzy, w ręce narodu.
Zanim jednak zagłosujemy za skróceniem kadencji Sejmu, a więc za odesła-
niem rządu Jarosława Kaczyńskiego w rejon niesławnej pamięci, chcemy po-
wiedzieć rodakom, że to nie z winy Sojuszu Lewicy Demokratycznej opóźni
się poznanie całej prawdy o niegodziwościach tych, którzy właśnie odchodzą.
Zaproponowaliśmy konstruktywne wotum nieufności i skrócenie kaden-
cji Sejmu, w tej właśnie kolejności, czyli najpierw powołanie nowego rządu,
powołanie do życia komisji śledczych, które wyjaśniłyby sprawę okoliczności
śmierci Barbary Blidy, sprawę akcji w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi,
a także zweryfikowałyby zeznania Janusza Kaczmarka i Konrada Kornatow-
skiego, a potem bardzo szybkie wybory.
Nastąpiłoby odsłonięcie prawdziwej twarzy rządu Jarosława Kaczyńskie-
go, twarzy bez kominiarki. Dzięki takiemu scenariuszowi obywatele mieliby
3
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

wiedzę niezbędną do podjęcia odpowiedzialnej decyzji wyborczej i  gwa-


rancję uczciwych wyborów. Chcieliśmy, żeby prokuratorzy pana Ziobry nie
układali list wyborczych, żeby nie brali udziału w kampanii, co już zresz-
tą robią.
Decyzja sądu na temat zatrzymania Janusza Kaczmarka jest tylko jednym
z dowodów na to, że są prokuratorzy, którzy służą polityce, a nie prawu. Służ-
by pana Ziobry zawsze są pod ręką i  na czas, sprawiedliwość na ogół przy-
chodzi po czasie. Chcieliśmy temu zapobiec. Chcieliśmy, żeby obywatele za-
wczasu poznali prawdę o PiS-ie. Platforma Obywatelska odrzuciła jednak ten
scenariusz z powodów, których możemy się tylko domyślać. Platforma wolała
wziąć na siebie odpowiedzialność za narzucone przez PiS warunki, w jakich te
wybory będą przebiegać. (oklaski)
Czy skórka warta wyprawki? Czy wino, choćby i markowe, warte jest takiej
ceny? (wesołość na sali, oklaski) Platforma przekona się o tym na sobie. Nie-
stety, my też, chociaż przecież my nawet ust nie umoczyliśmy.
(Poseł Marek Suski: Wy jesteście cali umoczeni.)

Panie i Panowie Posłowie!


Od pierwszych dni rządów Prawa i Sprawiedliwości możemy obserwować
niebywałą pogardę dla prawa i sprawiedliwości, dla cywilizowanych norm po-
litycznych, dla zasad publicznego współżycia. Od wielu miesięcy mamy do
czynienia z  nieustającymi skandalami politycznymi. Żyjemy w  permanent-
nym kryzysie co chwila podsycanym nowymi sensacjami. Polska jest systema-
tycznie zatruwana. Inwigilacje, potajemne nagrywanie się członków rządu,
podsłuchy i prześwietlanie dziennikarzy, prowokacje, fala wzajemnych oskar-
żeń, insynuacje, nieustające pyskówki, awantury, wyzwiska i przecieki, które
stały się już rutyną.
Przecieki to zresztą jedna ze specjalizacji. One są straszne, bo to broń strasz-
na, to broń, która szkaluje, która insynuuje i która oskarża. Oskarża w zdecy-
dowanej większości tych, którzy są dzisiaj w opozycji. Oskarża nawet osobę,
która już nie żyje, bo dotyczy to Barbary Blidy. Czasami oskarża i dotyka nie-
których przedstawicieli rządu. W tej sprawie wypowiedział się marszałek Lu-
dwik Dorn.
(Poseł Marek Suski: Nie, Oleksy.)

Zacytuję fragment. Z listu Ludwika Dorna do premiera: Obaj dobrze zna-


my mechanizmy polityczne, które prowadzą do publikacji tego artykułu. Tak,
to szaleńcza broń. To broń, która jest w rękach tych, którzy mają pełną kon-
trolę i w dyspozycji wszystkie te służby, które mają akta tajne, mniej tajne, akta
ze śledztw, akta uzyskane w inny sposób.
4
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

(Poseł Marek Suski: To słowa Oleksego.)

Wszystko to, co prostytuuje życie publiczne, co łamie charaktery, niszczy


sumienia, jeśli służy podtrzymaniu tego rządu, było przez ten rząd akcepto-
wane i stosowane.

Panie i Panowie Posłowie!


Prawu i Sprawiedliwości oraz koalicjantom – pamiętamy, że jednak byli ko-
alicjanci i gorliwi pomocnicy: Roman Giertych i Samoobrona – im wszyst-
kim wystarczyły niespełna dwa lata, by skompromitować siebie i wprowadzić
Polskę w polityczne tarapaty. Gdybyśmy z tych niespełna dwóch lat rządów
PiS wyjęli wszystkie afery, awantury i oskarżenia, którymi te lata się charakte-
ryzują i którymi nas nieustannie karmiono, to nie zostałoby nic oprócz popu-
listycznych ustaw.
Dlaczego? Bo cały pomysł braci Kaczyńskich i ich Prawa i Sprawiedliwości
na Polskę sprowadza się do utrzymania władzy poprzez walkę z wrogiem. To
nic nowego. W historii tak już bywało. Bywały reżimy, dla których wrogiem
byli Żydzi, słowiańscy podludzie, kułacy, burżuje, rewizjoniści. Nie bez powo-
du te kraje i tamte ustroje uchodzą dziś, mimo wielu także niesprawiedliwych
uproszczeń w ocenach, za symbol zła, a nie za symbole demokracji, bo demo-
kracja to nie tylko wolne wybory, to także wolność dla wszystkich obywate-
li i równość wszystkich obywateli wobec prawa. Wszystkich obywateli: ma-
łych i dużych, wierzących i niewierzących, zdolnych, mało zdolnych i zdol-
nych inaczej, miłośników kotów i wielbicieli myszy, czerwonych i czarnych.
(wesołość na sali)
PiS-owi nic tak dobrze nie wychodzi jak wynajdywanie wrogów. Każdy
może nim być: SLD, pielęgniarki, „Gazeta Wyborcza” albo TVN czy Pol-
sat, Kuroń, Miłosz i Gombrowicz, językoznawca Miodek, publicyści Passent
z  Toeplitzem, wykształciuchy, ministrowie spraw zagranicznych z  wyłącze-
niem pani Fotygi, Wałęsa, Kwaśniewski, Jaruzelski oczywiście, gej i feminist-
ka, Niemcy z Rosją, sędziowie, zakaz kary śmierci. (oklaski)
Wrogami są też swoi, którzy postanowili nie prać brudów we własnym gro-
nie i mówić o tych brudach publicznie, a nawet Kazimierz Marcinkiewicz,
o  którym pan premier Kaczyński niedawno mówił – cytuję: Zrobiliśmy
krzywdę panu Marcinkiewiczowi, robiąc go premierem. Nie wytrzymał by-
cia premierem. (oklaski)
Nie wytrzymał także tego, że tym premierem przestał być, chociaż przecież
otrzymał szansę na zostanie prezydentem Warszawy. Kazimierz Marcinkie-
wicz znakomicie tańczył na kinderbalach. Jeśli chodzi o inne sprawy, to było
znacznie gorzej.
5
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Z waszych wrogów można by ułożyć wielką encyklopedię patologii poli-


tycznej. Byłoby to zresztą jedyne wielkie dzieło, którego w ciągu tych dwóch
lat dokonaliście. (oklaski)

Wysoka Izbo!
Prawo i Sprawiedliwość najzupełniej świadomie i planowo buduje państwo
autorytarne, partyjne, ideologiczne, fundamentalistyczne, nacjonalistyczne.
Autorytarna władza nie znosi autorytetów. Stąd te kamasze, pogardliwe wy-
kształciuchy i orwellowskie seanse nienawiści obficie wspomagane przez In-
stytut tzw. Pamięci Narodowej. Państwo autorytarne nie znosi niezależnych
instytucji prawnych. Stąd atak na Trybunał Konstytucyjny i stąd haniebne za-
chowanie posła Mularczyka.
Oczywiście są prokuratorzy i adwokaci, sędziowie, którzy cieszą się zaufa-
niem władzy. Ogromna większość musi jednak przeżywać nieustające obelgi
i ataki na ich samorządność, niezależność i niezawisłość. Stąd zmiany w pra-
wie, by minister sprawiedliwości mógł ingerować w prace sędziów i sądów.
Stąd łamanie fundamentalnej ustrojowej zasady trójpodziału władz i pod-
porządkowywanie władzy sądowniczej władzy wykonawczej, niszczenie za-
sady domniemania nienawiści z symbolicznym już stwierdzeniem…
(Głos z sali: Niewinności.)

…nienawiści i niewinności… (oklaski)


Dziękuję bardzo za staranne słuchanie i zgłaszanie poprawek. Będą brane
pod uwagę.
…z symbolicznym stwierdzeniem: Już nikt nigdy przez tego pana życia po-
zbawiony nie będzie. Czy inne: Jak nie ma dowodów, to z pewnością zosta-
ły zniszczone – i tu następowała demonstracja niszczarki i sposobu niszcze-
nia dokumentów. To jest ciężkie naruszenie podstaw nowoczesnego, demo-
kratycznego państwa, kuriozalne już nie tylko w skali Europy, grożące długo-
falowymi konsekwencjami. (oklaski)
Autorytarnej władzy przeszkadza niezależna władza ustawodawcza. Od
początku tej kadencji Sejm przeżywa nieustanne konwulsje. Nadużywa się
prawa, łamie się regulamin, aroganccy partyjni marszałkowie czynią z Izby
narzędzie partyjnej polityki PiS, prowokują awantury w  Sejmie, by obni-
żyć jego rangę, by móc krzyczeć, że w parlamencie mamy bałagan, a porzą-
dek w rządzie.
Marszałek Dorn mówił, że jest likwidatorem tego Sejmu i rzeczywiście nim
jest, chociaż ostatnie dwa dni – to trzeba też uczciwie powiedzieć – pokazu-
ją, że Ludwik Dorn ma więcej człowieczeństwa w stosunku do posłów, może
z wyłączeniem fotoreporterów, których potraktował jak zwykle. (oklaski)
6
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Państwo autorytarne nie znosi niezależnych mediów. Stąd taki, a nie inny
sposób powołania Krajowej Rady Radiofonii i  Telewizji, całkowite podpo-
rządkowanie mediów publicznych i  czystki dziennikarskie, jakich w  histo-
rii tych mediów nie było, zwłaszcza w radio publicznym ze słynnymi panami
Czebańskim i Targalskim.
Autorytarnemu państwu nie potrzebna jest samorządność ani społeczeń-
stwo obywatelskie. Ono wie lepiej, co obywatelowi potrzeba. Zatrzyma-
ny więc został rozwój samorządności, a zwiększony monopol władz central-
nych. Nie przekazano na niższe szczeble jakichkolwiek nowych kompetencji.
Wzmocniono natomiast administracyjną kontrolę nad samorządami. Barierą
przeciwdziałającą ubezwłasnowolnieniu samorządów pozostają na szczęście
prawo i praktyka unijna.
Oświata została cofnięta w rozwoju, przede wszystkim programowym. Spór
o kanon lektur, to nie skutek nieuctwa ministra edukacji, lecz konsekwencja
ogólnej koncepcji państwa, która jest wdrażana mimo oporów. Katastrofal-
ne obniżenie poziomu szkolnictwa jest faktem. Branie oświaty i młodzieży za
twarz jest etapem brania za twarz całego społeczeństwa.
Narzucenie społeczeństwu woli rządzących ma zastąpić ład społeczny bu-
dowany w drodze konsensusu i dialogu. Porozumienie, partnerstwo, dialog
społeczny nie istnieją, zostały zniszczone. Świadomie deprecjonuje się ich
symbole z  najnowszej historii, które wskazały na zdolność Polaków do bu-
dowania pokoju społecznego, jak np. „Okrągły Stół”, i które dawały nam siłę
i szacunek w społeczności międzynarodowej.
Zapowiadana w programie wyborczym PiS nowa umowa społeczna mię-
dzy najważniejszymi grupami społecznymi nigdy nie była tak odległa od re-
alizacji jak po dwóch latach rządów. Zamiast umowy mamy wciąż nowe po-
działy, konflikty, próby skłócenia środowisk. (oklaski) Autorytarnej wła-
dzy nie są potrzebne umowy społeczne. Życie publiczne regulowane jest po-
przez ponure oskarżenia, przez nieustającą, wszechobecną podejrzliwość,
która niweluje wszelkie warunki do dialogu. Państwo nabiera jednocześnie
coraz bardziej charakteru wyznaniowego. Konstytucja w tym zakresie nie
obowiązuje. Konstytucja RP została sprzedana części hierarchów w zamian
za polityczne poparcie. Polski rząd znajduje się w cieniu toruńskiego zakon-
nika. (oklaski)
Jednocześnie jednak państwo zarządzane przez Prawo i  Sprawiedliwość
i braci Kaczyńskich, tak sprawne w zwalczaniu urojonych wrogów, okazuje
się zadziwiająco bezradne wobec aktualnych problemów społecznych. Traci
zdolność do rozwiązywania tych problemów. Przykładem niech będzie sytu-
acja w służbie zdrowia: umęczone pielęgniarki, zdesperowani lekarze i coraz
bardziej zagrożeni w swych prawach pacjenci. (oklaski)
7
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Dlaczego tak się dzieje? Premier wie, bo, tu cytuję: Inni szatani są tam czyn-
ni. Państwo Kaczyńskich jest dokładnie na ich miarę. Butne wobec słabych
i pokorne wobec mocnych. Silne wobec pielęgniarek, ale kornie chylące gło-
wę przed ojcem Rydzykiem. (oklaski) Jeden telefon biskupa czy arcybiskupa
stawia rząd na baczność. Tak było przecież, kiedy mieliśmy sprawę włączenia
ocen z religii do średniej.
Państwo Kaczyńskich potrafi w kilka chwil odnaleźć każdą teczkę, ale nie
potrafi przeprowadzić przetargu na kawałek autostrady czy stadion w War-
szawie. (oklaski) Opóźnienia w przygotowaniu Euro 2012 grożą skandalem
i kompromitacją. Gdy te mistrzostwa zostaną nam odebrane, co nie jest nie-
możliwe, to świat nie będzie się śmiał z Kaczyńskich, lecz z Polski. (oklaski)
Rządy Prawa i Sprawiedliwości, choć krótkie, zmasakrowały pozycję Polski
na arenie międzynarodowej.
(Głos z sali: To Kaczyński do tego doprowadził.)

A mieliśmy być, według wyborczych zapowiedzi, jednym z najbardziej zna-


czących krajów naszego kontynentu, o pozycji niemożliwej do zakwestiono-
wania przez nikogo.
(Poseł Mirosława Masłowska: Jesteśmy.)

No i stało się. Nigdy dotąd nie pisano o Polsce tyle, co obecnie. I nigdy do-
tąd nie pisano o Polsce tak źle. (Poruszenie na sali)
(Poseł Marek Suski: Przecież to wina Kwaśniewskiego.)
(Poseł Marek Matuszewski: i Geremka.)

Nigdy z polskich władz nie szydzono, a dziś jest to nagminne. Dotyczy to


Europy, Ameryki, a nawet Chin. Pojawiają się opinie, że Polska pod rząda-
mi Kaczyńskich zaczyna zagrażać Unii Europejskiej. Czy to jest ta zapowie-
dziana ochrona interesu narodowego? Zamiast utrwalania i rozwoju partner-
skich stosunków z sąsiadami mamy fatalne pogorszenie stosunków z Niemca-
mi, jeszcze gorsze niż dotąd z Rosją. (poruszenie na sali)
(Poseł Marek Suski: Ale Kwaśniewski doradza, to będą lepsze.)

Ze wszystkich stron jest coraz więcej niechęci i irytacji związanych z zacho-


waniem polskich władz. (oklaski) Mamy do czynienia z nieustanną kompro-
mitacją ministra spraw zagranicznych. Czystka w MSZ pozbawiła ten resort
fachowców. Zostali głównie ideolodzy i  współcześni kapciowi. Liczne pla-
cówki pozostają nieobsadzone. To się teraz nazywa, według pana premiera:
twarda polityka zagraniczna. Jej efektem jest ożywianie upiorów przeszłości,
a nie posiadanie żadnych koncepcji dotyczących przyszłości.
8
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

(Poseł Marek Suski: Wy nie macie żadnej koncepcji.)

Polityka PiS czyni z Polski oblężoną twierdzę. Prowadzi do izolacji, do osa-


motnienia. Ta nierozumna i  szkodliwa polityka przysparza Polsce niechę-
ci i wrogości. Rozumiem, czujecie się silni, bo macie w rządzie hetmana Go-
siewskiego (wesołość na sali, oklaski), ale, na litość boską, bez przesady. Na-
wet Kmicic nie walczył ze wszystkimi. A jeśli już, to kończcie, waszmościowie,
wstydu oszczędźcie. (oklaski)
(Poseł Małgorzata Stryjska: To nie jest dowcipne.)

Wysoki Sejmie!
Teraz już wiemy, co jest czarne, a co jest białe. I żadne krzyki i płacze nas nie
przekonają, że jest inaczej.
(Poseł Marek Matuszewski: Wynik wyborczy was przekona.)

Ten typ polityki jest nie do pogodzenia ani z polskimi aspiracjami, ani ze
standardami europejskimi, ani z chęcią życia w warunkach pokoju społeczne-
go i w przyjaznych stosunkach ze światem. Ta archaiczna polityka, czyniąca
z Polski dziwowisko, jest coraz częściej źródłem zaniepokojenia. W skali we-
wnętrznej prowadzi do państwa opresyjnego, wrogiego obywatelom, o demo-
kracji zdegradowanej do aktu wyborczego.
Bez względu na dalszy rozwój wypadków bankructwo polityczne jest fak-
tem, podobnie jak bankructwo moralne…
(Poseł Jolanta Szczypińska: Chyba SLD.)

…Prawa i  Sprawiedliwości, pani poseł Szczypińska, żebyśmy wiedzieli,


o kim mówimy. (poruszenie na sali)
(Głos z sali: Brawo!)

Bez złudzeń, proszę pani. Narkotykowy diler w Pałacu Prezydenckim, poli-


tyczna korupcja w Sejmie, korupcja w ministerstwie sportu, panie Suski, sek-
safera, skandaliczna akcja CBA, dramatyczna śmierć Barbary Blidy, kłamstwa
ministra sprawiedliwości, próbującego pomniejszyć swoją moralną odpowie-
dzialność za tę śmierć.
(Poseł Marek Suski: Jak się czuje Pęczak?)

To tylko niektóre powody, które pozwalają nam mówić, że z odnowy mo-


ralnej zostały tylko żarty i wstyd. (oklaski) Idea IV Rzeczypospolitej, państwa
prawa i sprawiedliwości, została przez jej autorów zdruzgotana. Nie ma i ni-
gdy miało nie być 3 mln mieszkań i setek kilometrów autostrad czy taniego
9
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

państwa. Dystans między nami a Europą powiększa się. Europa ucieka nam
z prędkością pociągu Paryż-Londyn.
(Poseł Marek Matuszewski: Europa nas docenia i podziwia.)

Nasz ekspres nie dość, że z Krakowa do Warszawy jedzie, panie pośle, o go-
dzinę dłużej, to jeszcze zatrzymuje się we Włoszczowej (wesołość na sali, okla-
ski), bo Gosiewski potrzebował zrobić sobie klakę. (oklaski)
A może my, Lewica i Demokraci, za dużo chcemy? Owszem, chcemy pań-
stwa solidarnego, bo uważamy, że państwo i obywatele mają wzajemne obo-
wiązki, ale nie chcemy państwa policyjnego. Chcemy państwa obywatelskie-
go, ale nie państwa prokuratorskiego.
(Poseł Marek Suski: z Milicją Obywatelską, tak?)

Z Milicją Obywatelską, panie Suski, jest pan związany i  pańscy koledzy.


(oklaski)
(Poseł Jadwiga Wiśniewska: Bo bili nas pałami.)

Czekaliśmy na to, jak to zapisano w programie PiS, państwo chrześcijań-


skiej miłości bliźniego – tak miało być – a znaleźliśmy się w państwie, w któ-
rym nienawiść, pogarda, podejrzliwość, ograniczanie praw obywatelskich,
inwektywy rzucane z najwyższych trybun do hołoty stały się codziennością.
(oklaski)
Chcemy państwa respektującego konstytucję, oddzielonego od Kościoła,
w którym biskupi czy arcybiskupi nie będą grozić ministrom. Chcemy pań-
stwa równości kobiet i mężczyzn. Chcemy uczynić z Polski jednego z liderów
dalszej integracji europejskiej, tej zarówno gospodarczej, jak i politycznej. Pol-
ska musi odzyskać wizerunek kraju przewidywalnego, przyjaznego i zdolnego
do współdziałania z innymi państwami, a zwłaszcza z sąsiadami.
Chcemy dialogu społecznego i  poszanowania opinii publicznej, a  nie jej
lekceważenia, tak jak choćby w przypadku polskiej obecności w Iraku czy tar-
czy antyrakietowej.
(Poseł Marek Suski: To wy wysłaliście wojsko do Iraku.)

Chcemy państwa, w  którym nepotyzm jest przypadkiem, a  nie wzajem-


ną usługą polityków i partii koalicyjnych według zasady: ja tobie, a ty mnie.
(oklaski)
Chcemy państwa sprawnych sądów i  nieuchronnych kar dla przestęp-
ców, ale nie chcemy państwa, w którym wyroki wydaje minister sprawiedli-
wości na konferencjach prasowych. (oklaski, wesołość na sali) Chcemy pań-
stwa walczącego skutecznie z korupcją, ale nie państwa, które prowokuje afery
10
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

korupcyjne i samo łamie prawo. Tak zwany układ, sztandarowe zawołanie bra-
ci Kaczyńskich, okazał się tym, czym był od początku: mitem. Kiedy okaza-
ło się, że go nie ma, to go stworzono, i to pod swoim patronatem, i teraz się go
rozbija. (oklaski)
(Głos z sali: Brawo!)

Idea walki z korupcją w wyniku rządów Prawa i Sprawiedliwości uległa ero-


zji i kompromitacji…
(Poseł Mirosława Masłowska: Oczywiście, że nie.)

…tę ideę bowiem PiS zniszczyło, czyniąc z niej od początku narzędzie bez-
względnej walki politycznej. Kiedy władza urządza pokazówki, a planuje je
w gabinecie premiera i ministra sprawiedliwości, to oznacza, że jej intencje są
polityczne i odmienne od deklarowanych. I tak też jest. A przecież należy roz-
wijać takie instrumenty, jak: jawność, przejrzystość, profilaktyka i prewencja,
współpraca z organizacjami pozarządowymi, a nie tylko stale zaostrzana re-
presja.
Ponadto chcemy wyjaśnić wszystkie okoliczności śmierci Barbary Blidy.
Tylko ugrupowanie Lewica i  Demokraci może być gwarantem powołania
śledczej komisji w przyszłym Sejmie, ponieważ my w koalicji z PiS w przyszłej
kadencji nie będziemy.
(Poseł Marek Suski: Na szczęście.)

A wszyscy inni niewykluczone, że tak. (oklaski)


(Poseł Marek Matuszewski: I żal wam.)

Szanowni Państwo!
Dzięki wysiłkom polskiego społeczeństwa w okresie ostatnich 17 lat, dzię-
ki przeprowadzonym reformom rynkowym, dzięki wejściu Polski do Unii
Europejskiej, powstały obecnie warunki, aby zmierzyć się z  największym,
zdaniem Lewicy i  Demokratów, wyzwaniem, uwolnić Polaków od obaw
o przyszłość ich i ich dzieci. Jesteśmy dumni ze swego udziału w sukcesach
Polski, a zarazem świadomi swoich zaniechań i błędów, bo błędy też popeł-
nialiśmy.
Nie cierpimy na amnezję. Nie burzymy gmachu, który przez lata wielkim
wysiłkiem i wyrzeczeniem wznosiły miliony rodaków. Będziemy naprawiać,
a nie niszczyć. Doceniając sukcesy i wyciągając wnioski z porażek, chcemy
budować Polskę praworządną, nowoczesną i sprawiedliwą, świecką i tole-
rancyjną, przyjazną dla obywatela, wyeliminować zaś wszystko to, co w osią-
ganiu tych celów przeszkadza. A najważniejszą polityczną przeszkodą jest
11
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Prawo i Sprawiedliwość. (wesołość na sali, oklaski) Skrócenie kadencji Sej-


mu i wcześniejsze wybory…
(Poseł Marek Suski: Przeproście za Millera.)

…to pierwszy krok do odsunięcia PiS od władzy.


(Poseł Marek Suski: Pan kłamie!)

Powtarzam, panie Suski, bo przyda się to panu w  pracy parlamentarnej.


Skrócenie kadencji Sejmu i wcześniejsze wybory to pierwszy krok do odsunię-
cia Prawa i Sprawiedliwości od władzy.
(Poseł Marek Matuszewski: Marzenie.)

To nadzieja na zakończenie nie tyle wściekłej, co bezsensownej wojny pol-


sko-polskiej. (oklaski) Krok drugi, ten najważniejszy, muszą uczynić wybor-
cy. Każdy głos będzie na wagę zmiany na rzecz nowej polityki, nowej nadziei.
(Głos z sali: Tak jest.)

Wierzę, że tak się stanie. (oklaski)


(Głos z sali: Brawo, brawo!)
(Poseł Jadwiga Wiśniewska: PRL-u, nie wracaj!)

12
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Wystąpienie w Sejmie
na otwarcie konferencji
poświęconej 20. rocznicy Okrągłego Stołu
Sala Kolumnowa Sejmu RP, 5 lutego 2009

Panie i Panowie!
Szanowni Państwo!

W imieniu marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, Prezydium Sej-


mu i własnym witam Państwa bardzo serdecznie w gmachu Sejmu Rzeczypo-
spolitej Polskiej. W miejscu, w którym ustalenia Okrągłego Stołu zamieniano
w prawo, nadające tamtym decyzjom sprzed dwudziestu lat ustrojowe ramy.
Ze szczególnym szacunkiem i serdecznością witam ludzi, którzy współtwo-
rzyli najnowszą historię Polski – uczestników obrad okrągłostołowych, tak
licznie dzisiaj obecnych.
Rok 1989 i symbolizujący go „Okrągły Stół” należą do najważniejszych wy-
darzeń i wielkich dat w historii Polski XX wieku. Jak stwierdził Sejm kilka dni
temu w przyjętej przez aklamację uchwale – cytuję – „wydarzenia te rozpoczę-
ły w Europie Środkowo-Wschodniej demokratyczne przemiany, które zmie-
niły oblicze Polski i całego kontynentu. Oznaczały także zakończenie zimnej
wojny i koniec porządku jałtańskiego” (koniec cytatu).
Polska rozpoczęła proces, dla którego podłoże stworzył ruch „Solidarno-
ści”. Proces, którego symbolicznym zwieńczeniem było zburzenie Muru Ber-
lińskiego.
Dla Polski był to jednocześnie finał wieloletniego konfliktu politycznego,
toczącego się w różnych formach i z różnym natężeniem. Był to finał pokojo-
wy, co jest słusznym powodem do dumy. Jest to powód do świętowania przez
obecne i przyszłe pokolenia Polaków. W ostatnich latach bowiem – jak za-
uważył prof. Andrzej Romanowski, człowiek „Tygodnika Powszechnego”
i „Tygodnika Solidarność” – w Polsce świętuje się wydarzenia, które raczej na-
leżałoby odnotowywać z pełną szacunku dla ofiar zadumą.
13
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

A komunizm – jak napisał prof. Jerzy Jedlicki – nie został w Polsce obalony,
lecz rozwiązany za porozumieniem stron.
To jeden z niewielu momentów w naszej historii, kiedy pozytywistyczne
myślenie wzięło górę nad politycznym romantyzmem. Było to możliwe dzięki
dwóm przywódcom zwaśnionych stron: Wojciechowi Jaruzelskiemu po stro-
nie rządowo-koalicyjnej i Lechowi Wałęsie przewodzącemu stronie solidar-
nościowo-opozycyjnej.
Wybitną rolę w  doprowadzeniu do tego historycznego porozumienia,
wciąż niewystarczająco odkrytą, odegrał Kościół katolicki.
Zmiana ustroju politycznego z autorytarnego na demokratyczny nie jest ak-
tem jednorazowym. Nie może nim być. Jest procesem. W latach 80. zbudo-
wano takie instytucje jak: Trybunał Stanu, Trybunał Konstytucyjny, Urząd
Rzecznika Praw Obywatelskich, sądownictwo administracyjne. Jednak do-
piero demokratyczny przełom mógł napełnić te instytucje życiem. Powołać
do życia demokratyczne państwo prawne.
Pod koniec lat 80., w czasie IX kadencji Sejmu PRL – Sejmu, w którym za-
siadałem – przyjęto ustawy, które zamieniały polityczny kompromis na obo-
wiązujące prawo i które zmieniały stosunki gospodarcze i społeczne:
–– ustawę o swobodzie działalności gospodarczej;
–– ustawę o związkach zawodowych;
–– prawo o stowarzyszeniach;
–– ustawę o stosunkach państwa i kościoła;
–– o zmianie konstytucji i utworzeniu Senatu.

Dalsza dynamika zmian ustrojowych i gospodarczych o fundamentalnym


znaczeniu miała miejsce w tzw. Sejmie kontraktowym.
O architektach i uczestnikach Okrągłego Stołu można by rzec – trawestu-
jąc znane powiedzenie – że wysiedli z różnych tramwajów na przystanku de-
mokracja.
Tak jak Sejm, chcę wyrazić uznanie dla mądrości i dalekowzroczności auto-
rów ówczesnych przemian.

Szanowni Państwo!
Zostałem poproszony przez Marszałka Sejmu p. Bronisława Komorowskie-
go, który nie może uczestniczyć w naszej konferencji, o przekazanie państwu
pozdrowień i życzeń owocnych obrad. Co z przyjemnością czynię, przekazu-
jąc stosowny list z uchwałą Sejmu.

14
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Polska chata w środku świata.


Bilans polskiej obecności w Iraku
Gazeta Wyborcza, 28 października 2008

Amerykanie byli przygotowani militarnie do


obecności w Iraku. Ale nie zrozumieli Iraku, jego
kultury, specyfiki, mentalności wieloplemiennego
społeczeństwa, tradycji, obyczaju itp. Liczba
popełnionych błędów i ich konsekwencje dla
późniejszej sytuacji okazały się ogromne

Dziś ostatni polscy żołnierze opuszczą Irak. Zostali tam wysłani w  2003
przez rząd Leszka Milera i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przy po-
parciu wszystkich najważniejszych sił politycznych. Pamiętamy, że sejmo-
we poparcie otrzymaliśmy od ówczesnej opozycji z  Platformy Obywatel-
skiej i Prawa i Sprawiedliwości. O polski udział w koalicji antysaddamowskiej
zwróciły się Stany Zjednoczone, a my podzieliliśmy ich analizę ówczesnych
zagrożeń terrorystycznych, których symptomem był atak na USA 11 września
2001. Wśród ofiar tego ataku znaleźli się także Polacy.

Sowa wylatuje o zmierzchu


Iracka misja miała trwać trzy lata. Trwała pięć. Niepotrzebnie tak długo.
Jako minister obrony zaproponowałem swego czasu realny plan wycofania
polskich żołnierzy z Iraku w 2005. Plan ten został przez rząd zaaprobowany.
Był to jednak rząd Marka Belki. Rząd Kazimierza Marcinkiewicza przy entu-
zjastycznej aprobacie prezydenta Lecha Kaczyńskiego uznał, że polscy żołnie-
rze powinni pozostać w Iraku przez bliżej nieokreślony czas. Mam wrażenie,
że była to decyzja z gatunku tych, które się podejmuje wyłącznie dlatego, że
poprzednicy chcieli inaczej. Szkoda. To dało asumpt niektórym publicystom
do twierdzenia, że „polskie elity polityczne stosowały strategię przeczekania,
narażając żołnierzy na coraz większe niebezpieczeństwo” (Marek Kęskrawiec,
„Newsweek” 15 września 2008).
Z Iraku nie można było wycofać się wcześniej, niż planowaliśmy to w rzą-
dzie Belki. To „wcześniej” oznaczałoby bowiem, że pozostawiamy sojuszników
w sytuacji najgorętszego konfliktu. Nie była nim sama wojna. Ta, jak wszy-
scy wiedzą, przebiegła szybko i została wygrana. Nie potwierdziła przy tym
15
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

oficjalnych powodów, dla których Amerykanie zdecydowali się na inwazję na


Irak, budując dla tej decyzji wcale liczną i solidarną koalicję z polskim udzia-
łem. Ten fakt zaważył znacząco na ocenie naszej obecności wojskowej w tym
państwie, a także na poziomie sojuszniczego zaufania.
Polska obecność wojskowa w Iraku i decyzja w tej sprawie należą i będą już
chyba zawsze należały do tych decyzji, co do których nigdy nie będzie po-
wszechnej zgody. Zdania o tej misji będą nie tylko podzielone, ale także skraj-
nie odmienne. Nie ma w tym nic dziwnego. Takie decyzje angażują największe
emocje. Tym większe, im większe były początkowe oczekiwania. Przerzucanie
się argumentami przez przeciwników i zwolenników misji irackiej jest jednak
jałowe, choć rozumiem, że jest nieuniknione. Świat nie jest jednak czarno-bia-
ły i nie da się go prawdziwie opisać metodami z tabloidów.
Nasza iracka misja też nie powinna być oceniana wyłącznie albo apologetycz-
nie, albo krytycznie. A takie skrajne oceny dominują. Zatem jak powinna być
oceniana? Sądzę, że jako niezwykle poważne doświadczenie z punktu widzenia
interesów państwa, pierwsze tego typu w historii demokratycznej Polski.
Jedną z  osób, która już jakiś czas temu chyba jako pierwsza pokusiła się
o  podsumowanie obecności polskich wojsk w  Iraku, był Mirosław Czech.
Redaktor „Gazety” ma ten komfort, że dzisiaj doskonale widzi konsekwen-
cje podjętych przez nas pięć lat temu decyzji. Ja z oczywistych względów by-
łem wówczas tej wiedzy pozbawiony. Słusznie bowiem pisał Hegel, że sowa
Minerwy wylatuje o zmierzchu. Mówiąc językiem bliższym temu używanemu
w MON – konsekwencje zapoczątkowanych przez nas procesów są znane do-
piero, gdy dobiegną końca. Czech wypunktował konsekwencje negatywne. Ja
chcę – co chyba jest zrozumiałe – ten namalowany ciemnymi barwami obraz
rozjaśnić, dodać do niego sporo szarości oraz odrobinę bieli.

Bezpieczniejsza Polska
Przede wszystkim – wbrew wieszczeniu niektórych obserwatorów – bez-
pieczeństwo polskich obywateli nie pogorszyło się. Nie było żadnego zama-
chu terrorystycznego na terytorium Polski. Jednocześnie nasz kraj stał się wia-
rygodnym sojusznikiem dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Ale nie tylko lojalność i  solidarność sojusznicza nami kierowała. Przede
wszystkim kierowała nami troska o bezpieczeństwo Polski. Trzeba pamiętać,
że we współczesnym świecie żadna wojna, żadne zagrożenie, żaden terrory-
styczny atak nie są daleko. Udział w misji irackiej to bezpieczeństwo zwięk-
szył. Fakt ten będzie jeszcze przez dziesięciolecia zapewniał polskim obywa-
telom większy stopień bezpieczeństwa od tego, jakim mogli się cieszyć przed
rokiem 2003.
16
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Oprócz dyplomacji, polityki międzynarodowej i gospodarczej siły państwa


bezpieczeństwo Polakom zapewniała i będzie zapewniać polska armia. Dzię-
ki udziałowi w misji irackiej rozpoczęliśmy wielki i skuteczny proces moder-
nizacji armii. W 2001 stopień uzawodowienia wynosił 45 proc. W 2005, gdy
żegnałem się z wojskiem, było to niespełna 70 proc. Wydatki na nowy sprzęt
w 2001 wynosiły 9 proc. budżetu resortu, cztery lata później już 23 proc.
Nie sądzę, aby zwrócenie uwagi na potrzeby wojska, docenienie jego znacze-
nia, podjęcie inwestycji, dokonanie zakupów, a także podjęcie kroków moderni-
zujących armię było możliwe bez udziału w misji irackiej. Armia 15 tys. żołnierzy
została przeszkolona w ekstremalnych warunkach, oficerowie zyskali olbrzymie
doświadczenie dowódcze, nauczyliśmy się dowodzić międzynarodowym zgru-
powaniem. Wypracowaliśmy dobrą pozycję w gronie armii sojuszniczych, zy-
skaliśmy wiarygodność i zaufanie. To są wartości, które będą procentować.

Nie pojechaliśmy dla zysków


Drugim – oprócz niepotwierdzenia celów amerykańskiej interwencji w Ira-
ku – punktem odniesienia dla oceny naszego zaangażowania w tym państwie
stały się niespełnione oczekiwania ekonomiczne. Niespełnione, bo spełnić się
nie mogły, bo niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, co mogę odpowie-
dzialnie stwierdzić. Media były jednak tych oczekiwań pełne. Mieliśmy wy-
syp ekspertów, którzy epatowali opinię publiczną mirażem niebotycznych zy-
sków i gospodarczych korzyści. To pozostało w świadomości i – czy tego chce-
my, czy nie – bywa czynnikiem frustracyjnych opinii.
Nie pojechaliśmy szukać w Iraku łatwych zysków ani dostępu do ropy naf-
towej. Jechaliśmy, by pomóc Irakijczykom w ustanowieniu pokoju, a nie po to,
by zapewnić sobie miejsce na polach naftowych
Trzeba jasno powiedzieć, że nie stawialiśmy sobie celów ekonomicznych.
Nie pojechaliśmy szukać w Iraku – wyraźnie powiedział to ówczesny prezydent
Aleksander Kwaśniewski podczas uroczystości pożegnania pierwszego kontyn-
gentu żołnierzy, w Szczecinie 31 lipca 2003 – łatwych zysków ani dostępu do
ropy naftowej. Jechaliśmy, by pomóc Irakijczykom w zagwarantowaniu bezpie-
czeństwa i ustanowieniu pokoju, a nie po to, by zapewnić sobie miejsce na po-
lach naftowych. Jechaliśmy w  najgłębszym przekonaniu, że taka decyzja leży
w interesie Polski i jej bezpieczeństwa liczonego nie w latach, ale w dekadach.
Wątek ekonomiczny nie był jednak całkowicie nieobecny. Świdnicka Fa-
bryka Wagonów zawarła kontrakt na kwotę kilkudziesięciu milionów dola-
rów na budowę w Iraku dwustu platform kolejowych. Bumar z kolei zawarł
w Iraku kontrakty na kwotę 320 mln dol. I to w sytuacji, gdy w 2001 wartość
rocznego eksportu polskiej zbrojeniówki wynosiła 20 mln dol.
17
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Jechaliśmy do Iraku na misję stabilizacyjną (z wyjątkiem formacji GROM


i okrętu „Czernicki” biorących udział w wojnie), która miała wszelkie warun-
ki powodzenia. Stało się inaczej.

Amerykanie nie rozumieli Iraku


Na ocenę polskiego udziału w irackiej misji – oprócz fiaska powodów in-
wazji na saddamowski Irak (poza powodami humanitarnymi, które pozosta-
ły niepodważalne) i niespełnionej wizji zysków – ma wielki wpływ, jeśli nie
główny, sytuacja w tym kraju po wygranej wojnie. Była ona dramatyczna. I nie
była skutkiem samej wojny.
Najtrudniej jest wygrać pokój – to przeświadczenie Napoleona, który do-
brze wiedział, co mówi, raz jeszcze okazało się prawdziwe na przykładzie po-
wojennego Iraku. Wojna w Iraku została na kilka lat przegrana zaraz po jej wy-
graniu. To paradoksalne, ale prawdziwe stwierdzenie.
Amerykanie byli przygotowani militarnie, lecz nie mentalnie do obecno-
ści w Iraku. Nie zrozumieli Iraku, jego kultury, specyfiki, mentalności wielo-
plemiennego społeczeństwa, tradycji, obyczaju itp. Liczba popełnionych błę-
dów i ich konsekwencje dla późniejszej sytuacji okazały się ogromne. Zlikwi-
dowano struktury bezpieczeństwa na podstawie błędnych ocen. Nie przyję-
to do wiadomości, że do partii Baas inteligencja iracka należała przymusowo,
i dokonano głębokich czystek w oświacie. Nie doceniono tego, że armia i poli-
cja chcą, za śmiesznie mały żołd, współpracować w przywracaniu w Iraku nor-
malności po wojnie. Odrzucono propozycje rodzimych polityków, którzy tuż
po wojnie gotowi byli podjąć próbę zarządzania Irakiem przez samych Irakij-
czyków. Na ulicy znalazło się kilkaset tysięcy ludzi bez środków do życia, za to
z bronią. Dopełnieniem była polityka informacyjna, dramatycznie zła, którą
powierzono firmie zbrojeniowej.
Na skutki nie trzeba było czekać. Bardzo szybko powstał klimat sprzyjający
terroryzmowi. I rzeczywiście, kraj został skrajnie zdestabilizowany, Irak na kil-
ka lat stał się poligonem doświadczalnym dla terrorystów z całego świata. Ira-
kijczycy zapłacili, niezasłużenie, wysoką cenę za obalenie Saddama Husajna,
nadmiernie wysoką. To nie ulega wątpliwości. Trzeba było długiego czasu, by
sytuacja zaczęła się odmieniać.
Zwracaliśmy Amerykanom uwagę na potrzebę uwzględnienia specyfi-
ki społeczeństwa irackiego, jego plemiennej struktury i tego, co językiem eu-
ropejskim można by określić jako budowanie społeczeństwa obywatelskie-
go. Zabiegaliśmy intensywnie razem z polską dyplomacją o przekazanie do
końca czerwca 2004 władzy w Iraku rządowi tymczasowemu, maksymalnie
reprezentatywnemu dla układu sił politycznych, etnicznych, kulturowych
18
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

i religijnych. Bez efektu. Żaden z sojuszników amerykańskich nie uczestniczył


w podejmowaniu decyzji, które potem na długo zaważyły na sytuacji w tym
kraju. Nie konsultowano się z nami. Odpryskiem tej sytuacji jest cena poli-
tyczna, jaką płacimy dzisiaj za udział w misji irackiej.

Po dobrej stronie
Misja iracka i obecnie afgańska są najtrudniejsze w powojennej historii pol-
skich sił zbrojnych. Mieszczą się w ciągu misji pokojowych, w których uczest-
niczymy, przypomnę, od 60 lat. Ten jubileusz łączy się z nazwiskami wielu
bohaterów. Poświęcenie polskich żołnierzy w Iraku wpisuje się w tę tradycję.
Iracka misja (podobnie jak afgańska) była jednak zdecydowanie odmienna od
poprzednich i nie było to zależne od polskich żołnierzy. To, że przyszło im sta-
wić czoła innym wyzwaniom, w żadnym wypadku ich nie obciąża, lecz skłania
do większego uznania dla ich poświęcenia.
Jedna rzecz jest pewna mimo wszystko: w Iraku staliśmy po dobrej stro-
nie. Jako były minister obrony chciałbym, aby nie miały co do tego wątpliwo-
ści rodziny tych żołnierzy, którzy podczas tej misji oddali swoje życie. Rów-
nież następne pokolenia Polaków, żyjące w bezpiecznym i demokratycznym
państwie, nie powinny mieć w tej kwestii żadnych wątpliwości. Choć decyzja
o udziale w takich wydarzeniach zawsze będzie kontrowersyjna i nikomu nie
życzę, by musiał współuczestniczyć w jej podejmowaniu.
Polscy żołnierze zachowali się w Iraku jak trzeba. Mieli do wykonania mi-
sję i wykonali ją. Sprostali wszystkim standardom i wymogom. I nie zmieni tej
opinii incydentalna afera korupcyjna, która się niestety zdarzyła. Mam prawo
powiedzieć, że jestem dumny ze sposobu wykonania zadań, jakie na nich cią-
żyły. Realizowaliśmy, w myśl rezolucji nr 1483 Rady Bezpieczeństwa ONZ,
mandat działań stabilizacyjnych.
Raz jeszcze powtórzę: decyzja o wysłaniu polskich wojsk do Iraku należy do
kategorii tych decyzji, które zawsze – bez względu na upływ czasu – pozosta-
ną kontrowersyjne. Ocenianie jej dzisiaj, z punktu widzenia naszej dzisiejszej
wiedzy i doświadczeń nie na wiele się przydaje i bywa mylące. Chyba że for-
mułuje się wnioski z tej lekcji na przyszłość. A sformułować je trzeba.
Żaden z sojuszników USA nie uczestniczył w podejmowaniu decyzji, któ-
re potem na długo zaważyły na sytuacji w Iraku. Nie konsultowano się z nami.
Odpryskiem tej sytuacji jest cena polityczna, jaką płacimy dziś za udział w mi-
sji irackiej
Pierwszy wniosek jest taki, że przy pełnym zaufaniu sojuszniczym trze-
ba samodzielnie weryfikować powody, dla których mamy uczestniczyć jako
państwo w  takich czy innych wydarzeniach. Polska nie jest krajem małym
19
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

i powinno nas być stać na taką samodzielną weryfikację. Niestety, w tamtym


czasie nie mieliśmy takich możliwości, chociaż nasz wywiad – to trzeba przy-
pomnieć – położył wielkie zasługi współpracując z sojusznikami. Dziś takich
możliwości nie mamy w ogóle, bo wywiad i kontrwywiad wojskowy właści-
wie nie istnieją. Wtedy zaufaliśmy sojusznikom tym łatwiej, że stanowisko
amerykańskie było przecież bez zastrzeżeń podzielane przez Anglików. Czyn-
nikiem sprzyjającym takiemu zaufaniu była bardzo podobna analiza zagrożeń
ze strony międzynarodowego terroryzmu, jaką przeprowadziliśmy po 11 wrze-
śnia 2001 roku. Intuicyjne przeświadczenia, których nie było tak wiele, ale jed-
nak były, nakazujące sceptycyzm wobec informacji amerykańskich nie zosta-
ły wzięte pod uwagę. Nie mogliśmy sobie pozwolić w żadnym wypadku na po-
stawę niefrasobliwą, bo gdyby się okazało, że Saddam Husajn ma jednak broń
masowego rażenia, to konsekwencje takiej niefrasobliwości byłyby dużo gorsze
dla Europy i USA, w tym dla Polaków, niż konsekwencje irackiego konfliktu.
Wniosek drugi – w przypadku udziału w takich misjach, a przecież nie
można tego wykluczyć, należy sobie bezwzględnie zagwarantować uczestnic-
two w  podejmowaniu decyzji, nie tyle militarnych, ile w  kwestiach „cywil-
nych”. Fatalne w skutkach niezrozumienie Iraku przez Amerykanów jest wy-
starczającą przestrogą przed kolejnym podobnym błędem.
Wniosek trzeci nakazuje przyłożyć większą wagę do lepszej działalno-
ści informacyjnej na rzecz przekonania własnego społeczeństwa, uzyskania
jego akceptacji i zrozumienia dla takiego międzynarodowego zaangażowania.
Wniosek czwarty, chyba podstawowy: wojsko nigdy nie jest celem sa-
mym w sobie, lecz środkiem do osiągania celów politycznych. Należy zadbać
w jak największym stopniu, by w przyszłości nasze zaangażowanie wojskowe
zamieniało się na obecność gospodarczą po wyjściu wojsk.
Wniosek piąty – to potrzeba posiadania przez MON programu syste-
matycznej pomocy rodzinom żołnierzy poległych oraz kompleksowego pro-
gramu ubezpieczania, leczenia, rehabilitacji i wsparcia w powrocie do służby
lub pracy żołnierzy, którzy ponieśli uszczerbek na zdrowiu, i pełnego monito-
rowania każdego przypadku.
Interpretacja polskiego zaangażowania w  Iraku w  kategoriach interesów
państwa prowadzi do jeszcze jednego wniosku, marginalnie tylko obecnego
w publicystycznych rozważaniach: Polska w ten sposób stała się pełnopraw-
nym podmiotem stosunków międzynarodowych. Zaczęła budować przesłan-
ki do angażowania się w rozwiązywanie najistotniejszych problemów global-
nego bezpieczeństwa, wiążąc te problemy z bezpieczeństwem własnym. Mam
nadzieję, że nie zostanie to zmarnowane, a powiedzenie „nasza chata z kraja”
sygnalizujące chęć zamykania się przed światem i jego problemami pozostanie
językowym archaizmem i niczym więcej.
20
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Wywiad
udzielony red. Ewie Rosolak do wydawnicta „Rozmowy z politykami SLD”
(IV tom serii „Lewica w III RP”)

Publikacja w przygotowaniu

Nieprawdą jest, ze wszyscy żyją tym, co jest na pasku


telewizji informacyjnych. Nie żyją. Trzeba tylko
wyjechać z Warszawy, żeby się o tym przekonać.
Tylko mniejszość na co dzień interesuje się polityką”.

Czerwiec 1989 roku przywitał Pan jako człowiek wolny.


Mimo to nie przyjął Pan propozycji, by kandydować
do Sejmu kontraktowego, choć tylko Pan i Stanisław
Gabrielski – mieliście jedyną rekomendację członków KC
PZPR. Czekał Pan na dalszy rozwój wypadków?
W sierpniu 1989, otrzymałem dwie propozycje: od Mieczysława Rakowskie-
go i Leszka Millera, żebym został i sekretarzem KW we Wrocławiu lub kie-
rownikiem wydziału organizacyjno-politycznego w KC. Wybrałem tę drugą,
wiedząc że zmierzamy do cywilizowanego i przyzwoitego zakończenia dzia-
łalności PZPR. Uznałem, że to będzie działanie bardziej interesujące, twórcze
i istotniejsze. I rzeczywiście, czas do stycznia 1990 był niezwykle interesujący.
Przeprowadziliśmy bezpośredni wybór delegatów przez wszystkich członków
PZPR. Po raz pierwszy nie instancje, tylko członkowie partii bezpośrednio wy-
bierali delegatów. Tak jakby przez wiele lat nie można było tego zrobić, a na ko-
niec PZPR – można. Przeprowadziliśmy też wewnątrz partii wielki sondaż do-
tyczący jej przyszłości, co pozwoliło nie tylko przygotować ostatni zjazd, ale też
– podstawy i założenia nowej partii. Tej, którą w niewielkim gronie – z Alek-
sandrem Kwaśniewskim i Leszkiem Millerem – od początku nazywaliśmy So-
cjaldemokracją Rzeczypospolitej, czyli partią, którą w przerwie zjazdu powo-
łaliśmy. Tak więc rok 1989 to zakończenie jednego okresu w moim życiu, czy-
li działalności młodzieżowej, partyjnej, społecznej i kilka miesięcy pracy, której
cel był określony na samym początku podjęcia się tego zadania.

Które z twierdzeń jest – w Pana odbiorze – bliższe prawdy?


Pierwsze: SdRP powstała, bo jej założyciele wierzyli w sens
istnienia partii lewicowej w Polsce 1990 roku. Drugie:
21
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

SdRP powstała, bo z racji wspólnoty życiorysów, kierowała


wami chęć pozostania w zwartej grupie?
Obecne były oba te elementy. Wielu ludzi w PZPR wiedziało, że formuła
omnipotentnej partii, decydującej o wszystkim, ale nie za wszystko odpowiada-
jącej, kończy się. Że nadchodzą czasy demokracji, w której będzie tyle władzy,
ile poparcia społecznego. Już wybory 4 czerwca takie były. I było wiadomo, że
jest już tylko krok do pełnej demokracji, gdzie w nieskrępowany sposób Polacy
będą decydować o tym, jakiej partii, czy koalicji chcą przy władzy. Dostrzegali-
śmy nieuchronność zmian i wiedzieliśmy, że trzeba budować partię socjaldemo-
kratyczną. Bo nie byliśmy w stanie udawać, że jesteśmy kim innym, niż byliśmy.
PZPR, przy całej krytyce, była jednak partią, która kwestie sprawiedliwości
społecznej miała nie tylko na sztandarach. Przecież wszystko to, co było od-
budową i rozwojem Polski, co było bezpieczeństwem socjalnym, czy bezpie-
czeństwem pracy, to było osiągnięcie PZPR. Podobnie jak stabilność granic.
A my uważaliśmy, że to jest najważniejsze, bo najważniejszy jest człowiek i jego
potrzeby. Aprobowaliśmy to, że człowiek musi mieć wolność wyboru. Wie-
dzieliśmy, że są to procesy nieuchronne. Przecież bywaliśmy na Zachodzie, wi-
dzieliśmy inne demokracje i wiedzieliśmy, że proces, który się zaczął w sierp-
niu 1980 roku jest procesem nieuchronnie zmierzającym do pełnej demokra-
ci. W różny sposób, choć zawsze po stronie władzy – jedni w większym wy-
miarze, inni w mniejszym – braliśmy w tym procesie udział. I dlatego uważa-
liśmy, że mamy legitymacje, by nadal działać i tworzyć socjaldemokrację typu
zachodniego, z właściwymi dla nich wartościami i zasadami.

I słabościami.
Może najsłabszą częścią – na starcie i później – było zbyt oszczędne sięgnię-
cie do przeszłości partii socjaldemokratycznych i socjalistycznych, które dzia-
łały w okresie międzywojennym; do ich korzeni i do budowania własnej toż-
samości. Można powiedzieć, że tej sprawie – walcząc o przeżycie i życie – nie
poświęciliśmy wystarczającej uwagi. Nawet akt założycielski SdRP pokazuje,
że nasza tożsamość była głównie oparta o własne doświadczenia, własną drogę
i takież dokonania. I tak się złożyło, że wszystko mieściło się w ramach jedne-
go pokolenia, wtedy – trzydziestoparolatków. Poziom 35-45 lat stanowił naj-
bardziej aktywną grupę, która funkcjonowała w aparacie państwa: i tych, któ-
rzy przyszli ze środowisk akademickich, i tych, którzy przyszli z innych miejsc.

Słabością, jeszcze częściej wytykaną SdRP i jeszcze


bardziej SLD była wasza dwoista natura: pryncypialna
w opozycji i dryfująca, a nawet mętna w okresach
rządzenia.
22
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Jak słyszę, że podczas rządzenia przestawaliśmy pilnować swoich warto-


ści, to odpowiadam, że jest to bardziej skomplikowana sprawa, niż się wyda-
je. Bo po pierwsze: zawsze trzeba wiedzieć, w jakim stanie zastaje się państwo.
I co może być korektą – bo rewolucyjnej, kolejnej zmiany po szokowej terapii
Leszka Balcerowicza być nie mogło. Tym bardziej, że także dla nas było oczy-
wiste, że gospodarka ma być wolnorynkowa. Nie mieliśmy wpływu na to, że
nie wprowadzono żadnych mechanizmów chroniących najsłabszych; że część
podjętych decyzji była nierozsądna i niepotrzebna. Przecież więcej dopłacało
się do likwidowanych PGR-ów niż wtedy, kiedy one funkcjonowały. Niektó-
re zakłady należało inaczej przekształcać. Nie należało też robić dzikiej pry-
watyzacji. Późniejsze lata pokazały, że w każdej z tych spraw potrafiliśmy zna-
leźć inny sposób: prywatyzacja tak, ale taka, w której będzie wiadomy poziom
zatrudnienia, pakiet inwestycyjny i socjalny. To się stawało – w największym
stopniu w latach 1993–1997, albo w latach 2001–2005.
W 1993 roku zastaliśmy państwo i gospodarkę w słabej kondycji, z wielo-
milionowym bezrobociem i stanem po terapii szokowej. Głównym więc ce-
lem było poprawianie tego, co zostawił Balcerowicz z kilkunastoma prawico-
wymi partiami, popierającymi jego metodę zmian w naszym kraju. My chcie-
liśmy maksymalnie ochronić ludzi i wyprowadzić gospodarkę z kryzysu. Wte-
dy to był poziom 2 proc. wzrostu, ale w polskich warunkach to oczywisty kry-
zys, bo przecież poziom życia i jego warunki były marne, a bezrobotnych – po-
nad 3 mln.
Jeśli zostawiliśmy gospodarkę w  stanie 7 proc. utrwalonego wzrostu,
zmniejszyliśmy bezrobocie o ponad 1 mln, to wydaje się, że to powinien być
wystarczający wskaźnik, pokazujący, czy się sprawdziliśmy, czy nie. Bo kiedy
dostaje się gospodarkę w stanie rozwoju 4–5 proc. i w takim samym stanie
oddaje, to wtedy zasadne jest pytanie o to, co zrobiono w czasie kadencji, by
w znaczący sposób poprawić los tych, których chce się być reprezentantem.
Ale my zmniejszaliśmy bezrobocie, przez co poprawialiśmy sytuację tych, któ-
rych chcieliśmy reprezentować. Ale zawsze pozostaje niedosyt. Bo kiedy lu-
dzie w ciągu kilku lat nie mieli pracy i dostali ją, kiedy wzrost gospodarczy po-
woli zaczął się przekładać na ich sytuację materialną, ale oni w swoim gospo-
darstwie domowym mogli dokonać wymiany co najwyżej swoich starych me-
bli na nowe, ale poza tym nic im nie przyrosło, poza samochodami, to rozwój
to nie był, tylko odtwarzanie. I ludzie – powszechnie – tylko odtworzyli to, co
mieli. Nie zdobyli nic więcej. Stąd ich krytycyzm.

Nie był powszechny, skoro w roku 1993 mieliście


20-procentowe poparcie, a w 1997 – ponad 27-procentowe,
choć – jak się okazało – nie wystarczające, by wygrać.
23
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Można więc mówić także o pozytywnej ocenie działalności środowisk lewi-


cowych. Dziś oceny ahistoryczne, mówiące, że rządzenie lewicy było odstęp-
stwem od zasad i wartości lewicowych nie jest prawdziwe. Tak nie było. Choć-
by ten wzrost poparcia jest jednym z dowodów na to, że tak nie było.
Gorsza sytuacja zastała nas w 2001. A po czterech latach też zostawiliśmy
w kasie nadwyżkę 6 mld zł, którą następcy mogli od razu rozdysponować. Je-
stem absolutnie przekonany, że z rządzenia, z myślenia w kategoriach racjonal-
nie rozwijającej się gospodarki wolnorynkowej zdaliśmy egzamin pozytywnie.

Ale ja cały czas mówię, że razem z rządzeniem traciliście


swoją wyrazistość światopoglądową. Na boku i po cichu
dogadywaliście się z hierarchią Kościoła katolickiego,
stawaliście się chwiejni w kwestiach dotyczących prawa
do aborcji. Długo by wymieniać!
Jeśli można nas za coś zaatakować, to istotnie za to, że w dwóch kwestiach,
które są ważne dla lewicy, nie nastąpiły żadne zmiany. Nie zrobiliśmy niczego,
co by uporządkowało relacje między państwem a Kościołem. Jedyne, to przez
4 lata nie pozwoliliśmy na ratyfikowanie konkordatu. Odmawialiśmy Hannie
Suchockiej prawa do podpisania tej umowy, bo jej rząd był już wtedy w stanie
dymisji, a my byliśmy przekonani, że konkordat niesie za duże zobowiązania
budżetu państwa polskiego na rzecz Stolicy Apostolskiej.

Jednak nowa władza spowodowała, że proces ratyfikacji


się zakończył.
AWS, UW i PSL otworzyli drogę do ratyfikacji, a prezydentowi nie po-
zostawało nic innego jak podpisać. Miał każdego tygodnia dostawać uchwa-
ły zobowiązujące do ratyfikacji? Tak się prezydentury sprawować nie da. Do-
strzegliśmy, że w Polsce obok Kościoła rzymskokatolickiego, są też inne Ko-
ścioły. Z  nimi także uregulowaliśmy stosunki. Ale w  kwestiach relacji Pań-
stwo-Kościół, rozdzielenie tego co można sprowadzić do sacrum i profanum,
nie nastąpiło do dzisiaj. Bo druga kadencja też była ułomna pod tym wzglę-
dem. W pierwszej – nastąpiło zablokowanie konkordatu. W drugiej – przede
wszystkim pamiętaliśmy, że polityka to sztuka wyboru z jednej strony, a z dru-
giej, że polityka wtedy jest dobra, kiedy jest skuteczna. Celem strategicznym,
który w imieniu państwa realizowaliśmy, było wejście do Unii Europejskiej.
Za to przyszło zapłacić. I zapłaciliśmy spadkiem poparcia różnych środowisk.
Na ile one były lewicowe, nie wiem. Ale głosowały na nas. Może to były ru-
chome piaski, może ludzie, którzy przestraszyli się zapisów ustawy umożliwia-
jących obrót ziemią? Dość, że od nas odeszli. A my, bezpośrednio po wybo-
rach, musieliśmy podjąć kilkadziesiąt zasadniczych decyzji, których nie podjął
24
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

wychwalany dziś Jerzy Buzek, bo on uciekł od odpowiedzialności za podjęcie


decyzji, które umożliwiły Polsce wejście do UE.
Z wszystkich analiz i ocen wynikało, że jeśli nie będziemy mieli Kościoła po
naszej stronie, to ciemna demagogia może dać negatywny wynik. Stąd wysił-
ki, by mieć dobry kontakt z papieżem, bo jego słowo w największym stopniu
wpłynęło na biskupów i proboszczy i w tym czasie nie czynić niczego, co by
zaogniło stosunki z hierarchią Kościoła rzymskokatolickiego.
Wynik referendum, frekwencja w dwóch dniach – niewiele ponad 50 proc.
pokazuje, że podjęliśmy słuszną decyzję, że słusznie uznaliśmy, iż ważniejsza
jest obecność w UE niż pozostawianie Polski jako samotnego państwa mię-
dzy wielką Unią a wielką Rosją. Bo to byłaby fatalna koncepcja. Polska nigdy
nie będzie krajem samowystarczalnym, nie może dać sobie rady z takim gigan-
tem jak UE. Ale jakieś wartości musiały pozostać na ołtarzu strategicznego
celu dla Polski i Polaków.
Innym powodem jest ekologia. To, co jest jednym z wyznaczników nowo-
czesnej socjaldemokracji, w Polsce jest niedocenione. Nie tworzyliśmy warun-
ków, żeby budować rozsądne a nie demagogiczne, czy patologiczne zaplecze
Zielonych. Nie tworzyliśmy, ani nie wspieraliśmy takich Zielonych, którzy by
nam zwracali uwagę, zwłaszcza podczas rządzenia, na konieczność zrównowa-
żonego rozwoju przyjaznego człowiekowi.

Przed dwudziestu laty powtarzaliście: tyle władzy, ile


poparcia. Kiedy zrozumieliście, że idziecie dobrym kursem,
może nawet po władzę?
Uznaliśmy, że wynik Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenc-
kich z roku 1990, pozwoli nam przeżyć. Że te 10 proc. uzyskamy. Wierzyli-
śmy w swoją witalność, intelektualną sprawność, potencjał i doświadczenie,
które pozwalały nam na zdolność do stałego utrzymywania kontaktów z wy-
borcami w całym kraju. Uważaliśmy, że w tym bardzo podzielonym politycz-
nie torcie, 10 proc. to jest bardzo dobra zaliczka, że może być tylko więcej. Ale
nikt z nas nie zakładał, że to „więcej” da już w 1993 roku możliwość rządze-
nia. Takich jasnowidzów u nas nie było. A tu nagle okazało się, że kiedy plu-
ralizm jest posunięty aż do absurdu, to wszystko co jednolite, korzysta z pre-
mii. Myśmy z tej premii skorzystali, jako powiew świeżości, nowości, ale jed-
nocześnie – doświadczenia w rządzeniu i w rozwiązywaniu problemów. Tak
więc w koalicji z PSL mogliśmy zbudować większość, potrzebną do rządzenia.
Owszem, w wielu dziedzinach i obszarach praktycznego rządzenia, mimo po-
siadanego doświadczenia, nie wszyscy się sprawdzili. Nie wszyscy wiedzieli po
co obejmują urzędy i stanowiska. Tak było i w pierwszej i w drugiej kadencji,
kiedy rządziliśmy.
25
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Ma Pan na myśli konkretne przykłady, pokazujące, że


to właśnie władza była dla niektórych waszych ludzi
najważniejsza?
Zdarzyło się, że przyszło do mnie kilka osób, proponując bym poparł ich
starania o wejście do rządu. A na moje pytanie: czym ten ktoś chciałby się za-
jąć, słyszałem odpowiedź, że to nie jest ważne, bo on może zająć się wszystkim.
Nie wszyscy byli przygotowani i nie wszyscy wytrzymali niszczącą presję me-
diów. W kadencji 2001–2005 z 16-osobowej, najmniejszej Rady Ministrów,
pełną kadencję wypełniły tylko dwie osoby. To pokazuje, że nasz kraj słabo
przygotowuje do rządzenia. I że nie ma w Polsce służby cywilnej, bo nie ma,
a to co jest, ma jeszcze daleką drogę do służby cywilnej. W każdym państwie
można wskazać uczelnie, które są kuźnią kadr, profesjonalnie przygotowującą
wysokich urzędników. W Polsce takiej uczelni się nie wskaże. Ogromną słabo-
ścią jest to, że z wielu wybitnych ludzi w Polsce, mających znakomite przygo-
towanie urzędnicze, organizatorskie, nie stworzono placówki, która mogłaby
selekcjonować i przygotowywać kadry do nieprawdopodobnie trudnego za-
jęcia, jakim jest właściwe, dobre wypełnianie obowiązków tam gdzie jest od-
powiedzialność konstytucyjna, czy odpowiedzialność za dziedziny życia spo-
łecznego, czy gospodarczego. To jest wielka słabość tych dwudziestu lat. I, nie-
stety, nie widać żadnego pomysłu, żeby to zmienić.

Mówiąc o dwóch ministrach, którzy pełnili swoje


obowiązki przez całą kadencję 2001–2005, nie powiedział
Pan, że chodzi o ministra Michała Kleibera i Pana.
Z jakiego powodu i z jakim planem obejmował Pan
Ministerstwo Obrony Narodowej?
– Wiedziałem, że idę do MON, by podejmować decyzje, których kilkana-
ście lat nie podejmowano. Trochę z nich podjął Bronisław Komorowski. Sze-
dłem z przekonaniem, że zostanie utrzymany 1,95 proc. PKB...

Mimo, że – w ramach zasypywania dziury Bauca – pierwsze


decyzje ówczesnego rządu dotyczyły ostrych cięć
budżetowych?
– Mimo to. Wiedziałem także, że mogę liczyć na poparcie premiera i pre-
zydenta i że to będzie dobra merytoryczna współpraca; wiedziałem, że będę
mógł współpracować z  Januszem Zemke, który miał bardzo dobre przygo-
towanie i  wieloletnie doświadczenie z  pracy w  komisji obrony narodowej;
że będę mógł liczyć na współpracę z innymi jeszcze osobami, w tym – z An-
drzejem Towpikiem, który był bardzo ważnym człowiekiem w kierownictwie
MON; i że nie będziemy się bali podejmowania decyzji. Jeśli będą przetargi, to
26
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

trzeba je rozstrzygnąć. Jeśli wojsko potrzebuje samolotu, transporterów, kiero-


wanych pocisków, zmniejszenia ilości garnizonów, infrastruktury, bo jest nie-
efektywna – to my wiemy, jakie decyzje trzeba podejmować. Nie musimy się
z tym rok zapoznawać, bo wiemy, że za rok już byśmy tych decyzji nie podję-
li. Przez trzy lata podejmowaliśmy decyzje, wprowadzaliśmy nowe procedury.

Aż do chwili, kiedy okazało się, że mamy rząd


mniejszościowy.
Czwarty rok był bardzo trudny. Nie tyle z racji mniejszościowego rządu, co
z powodu atmosfery. Już nie dało się utrzymać szerokiego frontu zmian. Wy-
starczyło, że pojawił się jeden lobbysta z opozycji, korzystający z poparcia me-
diów. Ale do dzisiaj żaden kolejny program nie został zrealizowany, co poka-
zuje, że tak jak był kryzys podejmowania decyzji do naszego przyjścia, tak od
jesieni 2005 do dziś powrócono do starych czasów i do argumentacji, że cze-
goś nie można zrobić.

To był czas sukcesów, ale przecież nie samej szczęśliwości.


Żadnej decyzji Pan nie żałuje?
Nie żałuję niczego, co było związane z modernizacją armii. I z podejmo-
waniem decyzji dotyczących Herkulesów, bezpilotowych środków. Kontro-
wersyjna była jedna decyzja, i taka już pozostanie. To był Irak. Nie była to tyl-
ko moja decyzja, ale ja ją aprobowałem. Z punktu widzenia wojska, jego przy-
gotowania i zmiany, które zarządziliśmy, lepiej by było, żeby to było dwa lata
później. Bylibyśmy w zupełnie innym stanie przygotowań, zmian, z istnieją-
cymi już po dwóch latach jednostkami zawodowymi. A tak, to było przygo-
towanie na minimalnym poziomie, z wszystkimi niewiadomymi – takimi sa-
mymi dla armii amerykańskiej, brytyjskiej, 30 innych armii i naszej także. Ale
był to proces zmian, reformowania i budowania nowych sił. Politycznie była
to decyzja niezwykle kontrowersyjna, ale myślę, że przyszłość pokaże, iż jeśli
Irak sam obroni swoją państwowość, to opinia o tamtej decyzji będzie w więk-
szym stopniu pozytywna. Gdyby jeszcze dziś był Saddam Husajn i nieprzewi-
dywalny Irak, przy pełnej koncentracji i absolutnie niezbędnych działaniach
w Afganistanie, żylibyśmy w dużo bardziej niebezpiecznym świecie. Do tego
Iran. Za późno został w Iraku wprowadzony plan ucywilnienia. Amerykanie
– nim my weszliśmy – popełnili błędy, rozwiązując armię i policję, likwidu-
jąc partię BAAS i debassyfikując tak głęboko, że aż tworząc warunki do wojny
domowej. Dzisiaj jesteśmy wszyscy mądrzejsi i wiemy, że idąc do takich opera-
cji trzeba wiedzieć na jak długo się idzie i oczekiwać udziału w konstruowaniu
całego planu – nie tylko militarnego, ale i cywilnego. Bo nie tylko wojskiem
wygrywa się pokój.
27
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Kiedy SLD zaczął tracić zaufanie społeczne?


Kiedy podejmowaliśmy najtrudniejsze decyzje. Kiedy podejmowali-
śmy dobre decyzje związane z wyjściem z zerowego wzrostu gospodarcze-
go, z  3-milionowego znowu bezrobocia; kiedy był realizowany plan Belki
i Kołodki – plan powrotu do wzrostu gospodarczego, ratowania przedsię-
biorstw, a 1000 było w stanie przedupadłościowym i w upadłości; kiedy uru-
chamialiśmy instrumenty, które powoli przywracały część ludzi do pracy.
Ale to wszystko ginęło w atmosferze kreowanej przez media, z naszą – nie-
stety – pomocą.
To były dwa światy. Jeden, w którym decyzje zmieniały rzeczywistość, fir-
my wracały na rynek i drugi – to świat, w którym ten czy ów coś zrobił. Dziś
też jest tego pełno, władza medialna nie jest władzą kontrolującą i patrzącą na
ręce, tylko jest władzą kreującą, czym się każdego dnia świat mediów ma zaj-
mować. A nie ma zajmować się tym, że uratowano 10 przedsiębiorstw, bo to
nudne i nieinteresujące. Trzeba zajmować się tym, że facet kupił na służbową
kartę przysłowiowy kawałek dorsza za 5,40 zł. I wokół tego można robić kam-
panię.

Przecież nie byliście na tyle niedoświadczeni, żeby nie


wiedzieć, że musicie zapłacić za sukces!
Teraz doskonale rozumiemy, że tak jak szokiem dla środowisk solidarno-
ściowych, postsolidarnościowych i tych, które nic wspólnego z tym nie mia-
ły, było objęcie władzy przez „postkomunę”, tak samo szokiem było ponow-
ne objęcie przez nas władzy. I nieważne, że dostaliśmy gigantyczne poparcie;
nieważne, że wypełniliśmy najważniejsze zadanie, bo weszliśmy do Unii Eu-
ropejskiej i nie przynosiliśmy wstydu w Sojuszu Północnoatlantyckim. Naj-
istotniejsze było złapanie tej „postkomuny” na różnych sprawach – czasami
prawdziwych, często – półprawdziwych i – w wielu przypadkach – niepraw-
dziwych.

Ale skoro od zarania wiedzieliście, że ludziom lewicy


„mniej wolno”, to dlaczego dawaliście się prowokować,
namówić; słowem „wypuszczać” na takie rzeczy?
– Używając języka klasyków, to ludzie okazali się najsłabszym elementem
całej sprawy. Ludzie, na których był wpływ, którzy pochodzili z naszych reko-
mendacji i nie pochodzili, bo my czystek nie robiliśmy, ale swoimi nieodpo-
wiedzialnymi zachowaniami rzutowali na partię rządzącą. Bezkrytyczne przy-
jęcie w 1998 w szeregi SLD ludzi, którzy widzieli, że idziemy do władzy, jest
jedną z przyczyn tego stanu, który został przez naszych przeciwników wyko-
rzystany. I to w pełni. Temu nie ma się co dziwić, bo my powinniśmy wiedzieć,
28
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

że żadnych kumpli w innych środowiskach parlamentarnych czy dziennikar-


skich nie ma. Mimo wieloletnich znajomości. Niektórzy wierzyli, że są. Ta
wiara okazała się wiarą złudną, zaś arogancja niektórych z nas, związana z po-
siadaniem władzy, dała znany efekt.
Oczywiście z tezą Ewy Milewicz, że nam mniej wolno, się nie zgadzam. Bo
nam wolno tyle, ile nakazuje prawo, przyzwoitość, profesjonalizm i poparcie
społeczne. Ale nie wszystkie te elementy w każdym przypadku występowały.
Niektórych spraw nie potrafiliśmy rozegrać. Dzisiejsza władza, i ta z PiS, i ta
z PO ma przecież sprawy o wielokrotnie większym ciężarze gatunkowym, ale
lepiej jest przygotowana do publicznej obrony, albo ma więcej bezczelności.
Nie tylko potrafi odwrócić kota ogonem, ale też znakomicie „idzie w zapar-
te”. My nie byliśmy do tego przygotowani, ale praprzyczyną było dopuszcze-
nie różnych ludzi i tworzenie SLD bez filtra.

Pamiętam, że kiedy dotarły do świadomości władz


SLD skutki tego masowo prącego do władzy zaciągu,
wymyślono weryfikację, która w praktyce okazała się
ogromnie niefortunnym pomysłem.
Istotnie, to tylko pogarszało sytuację. I zniechęcało uczciwych. Straciliśmy
wielu z nich. Dzisiaj z nami jest tylko część, choć formalnie są poza struktu-
rami. Inni rozczarowali się takim potraktowaniem. Dużo błędów zostało po-
pełnionych. Sporo decyzji było podejmowanych w bardzo pośpiesznej atmos-
ferze. Otóż warszawka ma to do siebie, że jak się w niej siedzi, ma włączo-
ny TVN24 i widzi się latające na ekranie paski z newsami, to można odnieść
wrażenie, że wszyscy czekają na natychmiastową, ostrą reakcję. I mój przyja-
ciel Leszek Miller miał taki etap w premierostwie, że chciał zwalniać mini-
strów w taki sposób, żeby wcześniej nie było żadnych spekulacji. Mówił: tym
ich zażyję.
A  z drugiej strony ten cyrk centralny, w  którym powstaje atmosfera, że
wszyscy w Polsce oczekują natychmiastowego, ostrego działania. Jak się wej-
dzie w taki stan, to popełnia się bardzo dużo błędów. Bo nieprawdą jest, ze
wszyscy żyją tym, co jest na pasku telewizji informacyjnych. Nie żyją. Trzeba
tylko wyjechać z Warszawy, żeby się o tym przekonać. Tylko mniejszość na co
dzień interesuje się polityką.
Po poparciu społecznym, które raz rozpieszczało, a  kiedy indziej poka-
zywało czerwoną kartkę, po licznych błędach – głupich i dających się wy-
tłumaczyć, po zasługach, których nie umiano przekazać Polakom, SLD
w 2009 roku jest partią o poparciu oscylującym wokół 7-12 procent. A jed-
nocześnie wszyscy socjologowie opowiadają nam, że 30 proc. Polaków wy-
znaje wartości lewicowe.
29
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Co więc stało się z poparciem dla SLD?


Rozczarowanie, które znalazło swój wyraz w 2005, zostało wzmocnione po-
działem. Ludzie prawicy nie są tak uczuleni na kwestie jedności. Ale ludzie le-
wicy– bardzo. I nie chcą wybierać między jedną lewicową a drugą lewicową
partią. Ludzie prawicy są do tego przyzwyczajeni i maja swoje znaki, które po-
wodują, że dokonują wyborów między PiS, PO, a PSL. Ludzie lewicy oczeku-
ją jednolitości, zwartości i – także wtedy kiedy jesteśmy w opozycji – oczeku-
ją alternatywy. Niech to będzie krytyczna uwaga do czasów dzisiejszych; kie-
dy słyszę niektórych naszych kolegów, którzy mówią: po co alternatywa, prze-
cież nie my rządzimy, kiedy ktoś mówi, że trzeba przedstawić nasz punkt wi-
dzenia np. na system podatkowy, to mówią, że odnoszą wrażenie uczestnictwa
w posiedzeniu rządu. Jeśli tak myśli jedna osoba, to trudno, może się zdarzyć,
prawo wielkich liczb.
Ale jeśli w 2008 mówimy, że musimy przedstawić wizję Polski w 2015, to
trzeba to zrobić. Trzeba ciężko pracować i przedstawić. Nie koncentrować się
na wyrwanych z kontekstu pojedynczych iventach, czy na codziennych kon-
ferencjach prasowych, będących reakcją a nie kreacją. W ten sposób będziemy
tylko utrzymywać poziom 8-12 proc. i tyle. A przecież dzisiaj zadanie jest nie-
zmiernie trudne. Jak się rozczarowało, to żeby ludzie wrócili do lewicy, to mu-
szą mieć przekonanie i pewność, że dobrze zrobią.

Co, oprócz słabości i małej atrakcyjności SLD, przeszkadza


potencjalnym zwolennikom lewicy?
Jest ciągle PiS-owskie zagrożenie. Niemała część ludzi lewicy popierała PO,
dziś w sondażach, jeśli dobrze je czytać, widać, że część elektoratu lewicy apro-
buje działanie tego rządu, a kierunek zmian uważa za pozytywny. I jest to spo-
wodowane obawą przed powrotem PiS do władzy. I nie znaleźliśmy klucza,
jakiego języka używać, by ten elektorat wrócił. Rolą opozycji jest krytykowa-
nie rządzących. Ale jak się krytykuje nieumiejętnie, to ci z naszych, którzy po-
szli do PO, nazwą nas demagogami i populistami, z którymi nie chcą mieć nic
do czynienia. Jak się z kolei krytykuje za mało, to słychać: cóż to za opozycja.

To już jest wskazywanie tzw. trudności obiektywnych.


A przecież ciężko rozczarowaliście swoich wyborców
brakiem konsekwencji w kwestiach światopoglądowych.
Często wybieraliście, działaliście niekoherentnie,
nierozważnie i pod publiczkę.
Sondaże jasno mówią, że wyborcy lewicy nie aprobują angażowania się bi-
skupów decydowania, wpływania, itd. Ale tę kwestię postawiłbym dopiero
w drugim rzędzie. Ważniejsze były warunki materialne i poziom cywilizacyjny.
30
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Bo – moim zdaniem – mamy do czynienia z dwoma światami: pryncypialno-


ścią na zebraniach i innym zachowaniem nie tylko w niedzielę. I w tych spra-
wach występuje ostry podział. Kiedy jeden z kolegów mówi, że trzeba zabrać
kapelanom w szpitalach uposażenie, to inni pytają: czy autor pomysłu nie zwa-
riował. I pytają, czy człowiek, będący w złym stanie, jak to pacjent szpitala, chce
posługi, to dlaczego mu to zabierać.
Jeśli żołnierz, w Iraku czy w Afganistanie, każdego dnia znajduje się w sytu-
acji wielkiego stresu i uważa, że rozmowa z kapelanem mu pomoże, bo nie po-
może mu rozmowa z jego dowódcą czy psychologiem, to nie likwidujmy etatu
kapelana, bo to jest i niemądre i nierozsądne. Przy całej pryncypialności, którą
trzeba mieć. Ale do tej sprawy trzeba się inaczej zabrać. Bo w likwidacji kapela-
nów nie ma żadnego sensu.

Myślę, że to jest piekielnie trudna sytuacja także dlatego,


że zwolennicy lewicy popierają PO, bo boją się PiS!
To prawda, nigdy w ciągu tych 20 lat nie było tak, że zwolennicy partii le-
wicowej będącej w opozycji, są zwolennikami prawicowej partii rządzącej tyl-
ko dlatego, że są przeciwnikami innej partii prawicowej. Trzeba powiedzieć,
że również środowiska socjologów, psychologów, kiedy zastanawiają się nad
tą kwestią uciekają od odpowiedzi. Bo jej nie mają. Wolą mówić, czego nam
brakuje, ale to nie jest klucz do odzyskania elektoratu. My musimy wyborców
przekonać. Może używając innego języka. Nie o to chodzi, by zmieniać twa-
rze. 12 ludzi jest w polskim Sejmie, którzy są od roku 1991, czyli rotacja w pol-
skim życiu politycznym jest gigantyczna.
Problemem jest to, by dziś znaleźć język, sposób komunikowania, który
przekona ludzi lewicy, że warto wrócić do lewicy, bo ona ma alternatywę, wy-
nikającą z rzeczy oczywistych, z tego, że partia prawicowa jest inna niż lewico-
wa; ma inne wartości i zasady. I że powrót do lewicy nie oznacza powrotu PiS
do władzy. To jest klucz. PO nie jest partią w klasycznym tego słowa znacze-
niu. To znaczy, nie trzyma się właściwych sobie zasad i wartości, ale jest fron-
tem jedności narodu. Dlatego, że jest jednocześnie komitetem wyborczym
w wyborach prezydenckich.
Donald Tusk wie, że przegrał wybory prezydenckie dlatego, że wtedy for-
muła programowa była za wąska. Dlatego dziś jest taka, że obejmuje wszyst-
ko. I  in vitro, i  likwidację IPN. Że nic z  tego nie będzie, to inna sprawa.
Chodzi o zrobienie wrażenia, że to jest partia będąca ofertą dla wszystkich
– również dla ludzi lewicy. To jest wielkie, gigantyczne oszustwo, ale moż-
liwe w świecie, w którym wszystko odbywa się na hasła, skróty i skojarze-
nia pozbawione głębszej analizy. To tylko pokazuje, że mamy do wykona-
nia wielką pracę.
31
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

A jeśli jej nie wykonacie?


Takiemu zaniechaniu musiałaby towarzyszyć świadomość, że utrzymanie
tych 12 procent będzie problemem. Bo żeby 12 proc. było pewne, trzeba wy-
konać większą pracę: mieć wizję, alternatywę, propozycje, umieć demaskować
front jedności narodu PO, i to, że wszystko jest podporządkowane prezydenc-
kim ambicjom dzisiejszego premiera. I z tego punktu widzenia jest oceniane.
Nasze działania ocenialiśmy z punktu widzenia realizacji strategicznego celu,
jakim było uczestnictwo w UE. Bo gdybyśmy oceniali je z punktu widzenia
utrzymania poparcia dla SLD, to – być może – wiele z decyzji, których ocze-
kiwano od nas w procesie akcesyjnym, nie podjęlibyśmy. Być może z ogrom-
ną stratą, polegającą na tym, że nie bylibyśmy w UE. Tego już nie sprawdzimy.
Ale gdyby PO była w naszej sytuacji, w roku 2001, to nie wiem, czy by znalazła
tyle PR-u, żeby utrzymać poziom poparcia, który my wtedy mieliśmy.

Ciągle wracamy do tego co było…


Zgoda, zostawmy przeszłość. I starajmy się pamiętać, że przyszłość to alter-
natywa, wizja, zdolność przekazywania i nowy język komunikacji. Dopiero to
wszystko razem da szansę na utrzymanie i wzrost.

To niby nie jest takie trudne. PO popełnia przecież coraz


bardziej liczne błędy, a jednak w sondażach ma się dobrze.
Rzecz w tym, że jak długo będzie trwać szok poPiS-owski, tak długo PO bę-
dzie zbierała niezasłużone bonusy.

Czyli jak długo?


Dopóki jest Lech i Jarosław Kaczyńscy, zwłaszcza Jarosław. Jeśli Lech prze-
gra wybory prezydenckie, będzie to oznaczało także odejście Jarosława Ka-
czyńskiego. Jeśli PiS to przetrwa, jeśli zmieni model przywództwa, to strach
przed PiS może być mniejszy. I dopiero wtedy może się zacząć moment od-
wrotu od Platformy.

Dziękuję za rozmowę.

32
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Polska nie jest teokracją


Gazeta Wyborcza, 24 listopada 2009

Kształt stosunków wyznaniowych w państwie jest


jedną ze współczesnych miar demokracji. Lewicowa
wizja państwa to państwo wolnych sumień, równych
praw obywatelskich i równych obowiązków.

Na miarę naszych obecnych możliwości staramy się, aby to państwo miało


charakter świecki, neutralny w sprawach religii i przekonań. Inni proponują
zaś, by z zapisanej w konstytucji autonomii i niezależności państwa i Kościoła
nadal czynić jedynie fasadę, za którą kryją się przywileje dla Kościoła.
Neutralność światopoglądowa państwa jest podstawo-
wą cechą demokratycznego państwa świeckiego. Neutral-
ność nie oznacza ignorowania religii. Państwo winno być areligijne, ale
nie antyreligijne. Nie powinno być ateistyczne. Powinno być bezstronne
w sprawach światopoglądowych. To państwo jest podstawową wartością
każdego narodu, dlatego jego dobro powinno być zawsze punktem odnie-
sienia i granicą wszelkich polemik i sporów.
SLD ma takie samo prawo jak inni wypowiadać się w  kwestiach świato-
poglądowych, w  sprawach relacji Państwo-Kościół i  dążyć do unormowań
w tych dziedzinach zgodnych z naszą wizją państwa. Niemniej jednak nasze
słowa i nasza polityka powinny być wyważone. Tylko tyle i aż tyle. A to ozna-
cza, że trzeba dać sobie spokój z sugestiami typu: usunięcie kapelanów z woj-
ska, co wymaga rewizji konkordatu czy wręcz wypowiedzenia go, albo zaprze-
stanie finansowania z budżetu katechetów, bo od tego podobno biednym się
poprawi.
Nie poprawi się, bo nie tak funkcjonuje państwo, a poza tym w niektórych
przypadkach idzie o zaspokajanie potrzeb duchowych ludzi i nie ma żadnego
rozsądnego powodu, by z tego rezygnować. Postulaty nazbyt radykalne, nie-
przemyślane, zgłaszane ad hoc o wiele bardziej szkodzą, niż pomagają sprawie,
o  którą walczymy. Powodują, że nie jesteśmy traktowani poważnie, że stra-
szy się nas „kundelkami”, „kwasem solnym”, a gdy trzeba – „komuną walczą-
cą z Kościołem”.
33
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Dobrze i źle z Kościołem


W powojennej historii stosunków Państwo-Kościół oprócz złych kart zapi-
sane są także dobre. Sporo jest przykładów dobrej współpracy. Zagospodaro-
wanie i odbudowa ziem zachodnich i północnych oraz organizowanie na nich
polskich parafii miało oczywisty wymiar symbolu i historycznej sprawiedliwo-
ści. Polska wracała tam nie tylko politycznie, materialnie, ale i duchowo. Para-
doksalnie, wręcz wyjątkowo dobrze w stosunkach państwa i Kościoła zapisały
się lata 80. Lewica, której wówczas przewodził Wojciech Jaruzelski, z cierpliwo-
ścią, a zapewne przez to i z wzajemnością, nawiązywała nici partnerskiego po-
rozumienia z Kościołem. W dekadzie lat 80. Jaruzelski i prymas Józef Glemp
spotykali się bez mała 20 razy. A wielokrotne spotkania generała z Janem Paw-
łem II świadczyły, że obie strony dobro Polski stawiały na pierwszym miejscu.
Wielki sukces Polaków – „Okrągły Stół” i zawarte przy nim narodowe porozu-
mienie – nie byłby możliwy bez ciężkiej pracy i zaangażowania Kościoła.
To było przeszło dwie dekady temu. A teraz? Nie zapominajmy, że gdy rząd
SLD i PSL zakończył negocjacje w sprawie przyjęcia Polski do rodziny euro-
pejskiej, gdy przyszła pora referendum, to właśnie wtedy, w czasie najbardziej
zaciekłego i pełnego nienawiści ataku części prawicy, chcącej storpedować ten
wielki historyczny plan, Jan Paweł II wypowiedział pamiętne słowa: od unii
lubelskiej do Unii Europejskiej.
Jest więc dobry fundament pod kolejny rozdział stosunków między polską
lewicą a polskim Kościołem. Są dobre doświadczenia, jest konstytucja i kon-
kordat. Pamiętamy co prawda, w jakich okolicznościach (po rozwiązaniu Sej-
mu) był tworzony ten traktat, mamy swoje oceny zgodności niektórych jego
postanowień z przepisami konstytucji, ale reprezentujemy stanowisko, że sko-
ro państwo go zawarło, to należy ten traktat respektować.
Są też – niestety – powody do niepokoju. Wiele osób określa dzisiejszą Pol-
skę jako państwo quasi-wyznaniowe. Prof. Wiktor Osiatyński w niedawnym
wywiadzie dla „Przeglądu“(nr 37) stwierdził 0 nie bez racji, że „Polska stała się
krajem par excellence wyznaniowym“. Jeśli popatrzymy na działania władz,
szczególnie samorządowych, to słowa te stają się uprawnione.
Nie ma praktycznie żadnej uroczystości państwowej, szkolnej, uczelnia-
nej, samorządowej, bez mszy. Święci się już nawet tak „nabożne“ miejsca, jak
oczyszczalnie ścieków i jacuzzi! Co więcej, powstał w Polsce klimat, który ro-
dzi sytuacje wręcz patologiczne, jak w przypadku krakowskich radnych, któ-
rzy wsporze o decyzje Komisji Majątkowej opowiedzieli się po stronie intere-
su Kościoła zamiast interesu obywateli swojego miasta.

34
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Niejednoznaczne bywa zachowanie przedstawicieli władz centralnych. Pan


prezydent powiedział na Westerplatte 1 września „…bo nas, chrześcijan…“, co
oznacza, że wszystkich innych wykluczył ze społeczeństwa, a przecież ma być
prezydentem wszystkich Polaków, czy tego chce, czy nie. Te słowa wielu ludzi
dotknęły, chociaż publicznie nikt się wtej sprawie nawet nie zająknął.
Tak byliśmy zajęci oburzaniem się na Putina, a pewnie i dlatego milczeliśmy,
że debata publiczna w Polsce niemal nie istnieje albo jest udawana. A tym-
czasem problem, jaki zasygnalizował Lech Kaczyński, należy do najistotniej-
szych dla sfery publicznej. Niestety, jest także problemem niezwykle drażli-
wym, a wypowiedzi politycznych przedstawicieli wszystkich stron potencjal-
nej debaty publicznej, w tym także hierarchów, zamykają, a nie otwierają moż-
liwość takiej rozmowy.

Cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie


Podobny problem pojawił się wraz z orzeczeniem Europejskiego Trybuna-
łu Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie krzyży we włoskich szkołach. Pan
prezydent od razu zawyrokował, że „nikt nie będzie w Polsce przyjmował do
wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być
może gdzie indziej tak, ale w Polsce nie”. Ani cienia refleksji nad prawami czło-
wieka, a zwłaszcza prawami mniejszości. Tymczasem demokrację rozpoznaje
się po poszanowaniu praw mniejszości, po stosunku do jej wrażliwości i uczuć.
Polska po wielu latach stała się państwem demokratycznym, w którym zasa-
dą powinien być szacunek dla praw mniejszości. Argument, że kiedyś tego nie
było, nie może usprawiedliwiać dzisiejszego monopolu większości.
Problem krzyży w przestrzeni publicznej, w instytucjach państwowych na-
leży w Polsce do szczególnie delikatnych. Ma to swoje źródła w naszym do-
świadczeniu historycznym, we wrażliwości na symbole, nie tylko zresztą reli-
gijne. Tym bardziej potrzebne jest poszukiwanie kompromisu między wrażli-
wościami, no bo gdzie, jak nie w demokracji, można taki kompromis wypra-
cować? Jeśli zaś ma pozostać tak, jak chce pan prezydent, to niech wniesie po-
prawkę do konstytucji i jasno w niej zapisze, że Polska jest teokracją z religią
katolicką jako dominującą. Środowisko polityczne pana prezydenta nie jest
jedynym, które w kwestiach światopoglądowych zachowuje się tak konfron-
tacyjnie.
Naszym celem jest przywrócenie w państwie normalności: cesarzowi, co ce-
sarskie, Bogu, co boskie. W praktyce oznacza to np., że państwo powinno za-
pewnić wszystkim obywatelom równy dostęp do in vitro. Korzystanie z tego
prawa powinno być wolnym wyborem ludzi. Jeśli te wybory stoją w sprzecz-
ności z oczekiwaniami Kościoła, to jest to przede wszystkim jego problem, nie
35
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

państwa. Prawo nie może być narzędziem presji na wybory moralne i osobi-
ste przekonania.
Prawica i Kościół jednym głosem uznają metodę zapłodnienia in vitro za
niedopuszczalną, a  prawa do stosowania tej metody odmawiają wszystkim,
nawet niewierzącym. Lewica, poważnie traktując zawarte w konstytucji za-
sady niezależności Kościoła i państwa oraz bezstronności władz publicznych
w sprawach światopoglądowych staje, w tym sporze po stronie prawa obywa-
teli do wolnego wyboru.
Nie mam wątpliwości, że w tej sprawie racja jest po naszej stronie. Ta spra-
wa ma zresztą wymiar symbolu. Sposób jej rozwiązania będzie jednocześnie
odpowiedzią na pytanie, czy Polska ma być państwem wszystkich obywate-
li, czy tylko ich części?
Chcemy być poważnym adwersarzem Kościoła. Naszym dobrym prawem
jest domaganie się, by nasz kraj był ojczyzną wszystkich Polaków, a nie tyl-
ko Polaków katolików. Ta formuła, zresztą wykluczająca wielu obywateli, nie
nadaje się dla demokratycznego współczesnego państwa. Naszym celem więc
powinno być dążenie do realizacji przepisów ustawy o gwarancjach wolności
sumienia i wyznania. Oznacza to:
–– dbanie o rzeczywiste oddzielenie Kościoła od państwa oraz o neutralność
światopoglądową państwa;
–– prawo do krytyki doktryny Kościoła (np. w kwestii antykoncepcji, eduka-
cji seksualnej, aborcji) i wypowiedzi hierarchów w sprawach społecznych
i obyczajowych;
–– walkę o likwidację przywilejów finansowych Kościoła niezawartych w kon-
kordacie. Konkordat jest istotnym obciążeniem budżetu państwa. Z bo-
wiązania z niego wynikające powinny być granicą finansowania Kościoła
przez państwo i samorządy;
–– walkę z  próbami obchodzenia zakazu finansowania Kościoła przez pań-
stwo, np. budowa Świątyni Opatrzności Bożej;
–– przywrócenie świeckiego charakteru ceremoniałowi państwowemu oraz
siedzibom organów władzy publicznej;
–– likwidację wliczania oceny z religii do średniej ocen;
–– przeciwstawianie się próbom wprowadzenia matury z religii;
–– dążenie do usunięcia oceny z religii ze świadectw;
–– powszechnie dostępne lekcje etyki;
–– utrzymanie religii i etyki jako przedmiotów nieobowiązkowych.

36
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Chcemy krytycznego dialogu z Kościołem


Nie zamykamy oczu na patologie, zwłaszcza te rodzące się w toku działal-
ności Komisji Majątkowej. Budzi ona olbrzymie wątpliwości prawne, a jej de-
cyzje są przedmiotem wielkich kontrowersji. Uważamy, że jej czas się wyczer-
pał. W wielu tych sprawach złożyliśmy wnioski do Trybunału Konstytucyjne-
go. Mamy pretensje o opieszałość w ich rozpatrywaniu.
Wreszcie, w interesie osób bezwyznaniowych i w związku z naszą wizją pań-
stwa naszym celem powinna być nowelizacja kodeksu karnego, gdzie obra-
za uczuć religijnych jest ścigana przez prokuraturę z urzędu, a nie z oskarże-
nia prywatnego. Mamy dwie drogi postępowania w tej sprawie: albo zmienić
ten przepis, albo zgodnie z zasadą równości obywateli wobec prawa wprowa-
dzić do kodeksu karalność za obrazę uczuć niewierzących w sprawach świato-
poglądowych.
Nie możemy również zapomnieć o protestantach, prawosławnych, żydach,
muzułmanach. W ich interesie musimy dbać o to, ażeby konstytucyjna zasa-
da równouprawnienia Kościołów i związków wyznaniowych nie pozostawa-
ła martwą literą. W szczególności należy dążyć do uchwalenia nowych ustaw
o stosunku państwa do poszczególnych wyznań.
Walka o państwo neutralne światopoglądowo nie oznacza, że lewica chce
wojować z religią, że chce pomniejszyć znaczenie Kościoła w sprawach reli-
gijnych albo wręcz zmusić go do działań zgodnych ze swoimi oczekiwaniami.
To nie SLD podniósł teczkę na Kościół i posłużył się przeciwko niemu mate-
riałami IPN.
Uważam, że w  dziedzinie wyznaniowo-światopoglądowej sprawy trzeba
przedstawiać jasno. Spójna polityka w tym zakresie realizowana przez – dziś
w opozycji – SLD, poważna, merytoryczna dyskusja to warunki budowania
ładu społecznego i państwowego.
Powiedzmy wyraźnie: pragniemy poważnego i krytycznego dialogu z Ko-
ściołem i mamy prawo go oczekiwać. Zapewne nie będzie ani łatwy, ani szyb-
ki. Jest jednak konieczny. Bo tak jak dotąd, dalej być nie powinno i nie może.
W preambule do konstytucji czytamy m.in.:
„…my, Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarów-
no wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra
i piękna, jak i niepodzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wy-
wodzący z innych źródeł, równi wprawach i powinnościach wobec do-
bra wspólnego – Polski…“ etc., etc.

Chcemy, aby ta intencja konstytucji nie pozostawała tylko piękną deklaracją.


37
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Jakie państwo, jaki prezydent


Tygodnik Przegląd, 20 grudnia 2009

Codziennie dzieje się dużo, a jednak bardzo wielu z nas ma wrażenie, że Pol-
ska stoi w miejscu. Tryumfy święci polityka wizerunkowa, którą obecny gabi-
net opanował do perfekcji.
Względne powodzenie Polski ostatnich lat jest nierozerwalnie związa-
ne z  fazą uprzywilejowanego członkostwa w  Unii Europejskiej. Nastawieni
na czerpanie z  tej sytuacji bezpośrednich korzyści, raczej nie wykorzystuje-
my innych możliwości, jakie ona stwarza. Co więcej – nie próbujemy w ogó-
le formułować odpowiedzi na pytanie: „jaką polityką zastąpimy okres dobrej
koniunktury płynącej dotąd do nas z Unii?” w debacie publicznej, jeśli taka
w  ogóle ma miejsce, kwestia przyszłości w  zasadzie nie występuje. Nic spe-
cjalnie dziwnego. W zajadłej partyjnej wojnie na kalendarze, daty, oskarżenia
i strachy takich pytań się nie stawia.
W demokracji okazją do rozmowy o przyszłości i do zmian są wybory. Sto-
imy właśnie u progu swoistego wyborczego maratonu. Będziemy wybierali no-
wego prezydenta, nowe samorządy i nowy Sejm. To najlepsza pora na debatę
o tym, jakiego państwa – po 20-letnim, nie zawsze łatwym, doświadczeniu de-
mokracji, chcemy. I jakie cechy powinna reprezentować nowa prezydentura.
W krótkim tekście publicystycznym odpowiedź na te pytania nie może
być pełna. A i tak pewnie będzie dość ogólna. Odpowiedzi na pytanie: „ja-
kie państwo” trzeba przede wszystkim szukać w Konstytucji RP. Są w niej trzy
– najważniejsze, w moim przekonaniu – zdania w polskim prawie: Rzecz-
pospolita Polska jest wspólnym dobrem wszystkich oby-
wateli, Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym pań-
stwem prawnym urzeczywistniającym zasady sprawiedli-
wości społecznej oraz Władza zwierzchnia w  Rzeczypo-
spolitej Polskiej należy do Narodu.
38
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Takiego państwa chcą obywatele, a potwierdzili to w referendum konstytu-


cyjnym. Nie jest moją intencją dokonywanie wykładni ani interpretacji tych
zdań. Konstytucjonaliści robili to już niejednokrotnie. Ważniejsze byłoby –
i to jest drugie źródło poszukiwania odpowiedzi na pytanie o państwo – po-
znanie opinii ludzi, czy rzeczywiście uważają oni swoje państwo za takie, jak to
opisano w ustawie zasadniczej. I w jakim stopniu się z nim identyfikują. Mam
wrażenie, że odpowiedzi nie raz mogłyby nas zaskoczyć. Przy pojawiających
się co jakiś czas dyskusjach wokół konstytucji w pierwszym rzędzie należało-
by się zatem zastanowić nad zakresem jej respektowania w codziennej prakty-
ce państwowej i sformułować wnioski dla partii politycznych. Respektowanie
konstytucji w działalności państwa uważam za najistotniejszą cechę państwa.
I nie ograniczam jej do potocznie rozumianej praworządności.
Zatem po pierwsze – państwo demokracji konstytucyjnej.
Trąci to oczywiście banałem. Kiedy jednak zaczniemy rozwijać konstytucyj-
ne sformułowania i mówić o państwie bezpiecznym, sprawiedliwym, spraw-
nym, przyjaznym, skutecznym, przejrzystym itp., itd. I patrzeć na nasze pań-
stwo z punktu widzenia ludzi i ich doświadczeń to szybko się okaże, jak bar-
dzo poważny jest to problem.
Zakres identyfikacji obywatelskiej znaleźć można w badaniach opinii. Li-
stopadowy raport CBOS wskazuje np. na dominujący związek Polaków ze
społecznością lokalną. Co więcej, mamy do czynienia z tendencją: to poczu-
cie przynależności rośnie i dziś wynosi już 61 proc. Na deklarowane poczucie
przynależności z Polską wskazuje prawie co piąty badany (19 proc.). Związa-
nych silnie z Europą jest tylko 3 proc. badanych. Wniosków może być wiele.
A najważniejszy, jak sądzę, dotyczy potrzeby rozwijania samorządności.
Zatem po drugie – państwo obywatelskie. A to oznacza nakaz
tworzenia warunków dla rozwoju samorządności lokalnej i  społeczeństwa
obywatelskiego w ogóle. Stan obecny na pewno nie jest w tej kwestii docelo-
wy. Silna samorządność i społeczeństwo obywatelskie to współczesne źródła
siły państwa. To jednocześnie mniej tradycyjnie rozumianej władzy central-
nej. I dobrze. Nie ma czego żałować.
Państwo obywatelskie musi oznaczać wyczulenie na kwestie sprawiedliwo-
ści. To jest zresztą nakaz konstytucyjny. A państwo sprawiedliwe to takie, któ-
re gwarantuje swoim obywatelom ochronę przed krzywdą i przekonanie, że
znajdą oni w swoim państwie konieczną i skuteczną pomoc. Z drugiej zaś stro-
ny to państwo sprawiedliwości społecznej, niwelujące rozwarstwienie ekono-
miczne i wszelkie inne nierówności. Gwarantujące każdemu jednakowe pra-
wa i szanse w dostępie do nauki i kultury.
Wśród wielu cech, jakich oczekujemy od państwa, dziś wyróżniłbym jego
zdolność (zdolność jego zespołów kierowniczych i  elit intelektualnych) do
39
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

właściwego odczytywania charakteru i skutków szybkich zmian, jakim pod-


lega świat i najbliższe nasze otoczenie – Europa. Umiejętność stałego definio-
wania interesu narodowego, sojuszy dających pewność bezpieczeństwa pań-
stwu i obywatelom, a także umiejętność planowania strategicznego w innych
obszarach. Rzecz nie dotyczy tylko kwestii militarnych. Ograniczanie się do
nich wskazywałoby na anachronizm myślenia. Ale też nie wolno ich lekcewa-
żyć i traktować pochopnie. A to się nam ciągle zdarza. Mamy właśnie problem
skali zaangażowania Polski w Afganistanie. Trzeba go rozważać w kontekście
bezpieczeństwa Polski i sojuszniczej rzetelności oraz naszych możliwości ma-
terialnych i ludzkich. I przejrzyście, jawnie. Tu nie ma miejsca na żadną po-
chopność, ani w jedną ani w drugą stronę.
Tymczasem raz słyszymy o  potrzebie zdecydowanie większego zaanga-
żowania sprzętowego w operację afgańską, a innym razem – jak obecnie –
zwiększenia kontyngentu osobowego. O  co więc naprawdę rządowi cho-
dzi? Czy rząd ma w tej sprawie jakąś koncepcję polityczną, jakiś strategicz-
ny zamysł, czy też mamy do czynienia tylko z chaotycznymi doraźnymi re-
akcjami? w Iraku mieliśmy własną koncepcję stabilizowania tego państwa.
Na ile była ona respektowana przez głównych sojuszników to inna sprawa.
Jaką koncepcję mamy w  przypadku Afganistanu? Oferujemy tylko krew,
pot i łzy, nie oferujemy myśli. Chyba, że są one skrywane przed opinią pu-
bliczną.
Zatem po trzecie – państwo bezpieczne w  tradycyjnym
rozumieniu, ale też bezpieczne wobec skutków global-
nych wyzwań. Dziś takim wyzwaniem, chyba najważniejszym i  najbar-
dziej długofalowym, jest problem klimatyczny. W  tym kontekście obecna
zdolność państwa do międzynarodowej kooperacji w zakresie przewidywania
skutków procesów klimatycznych i umiejętności ich ograniczania przez dzia-
łania podejmowane już obecnie oznacza większe bezpieczeństwo w przyszło-
ści. Czy coś w tej sprawie istotnego czynimy ponad konieczną normę? Czy
edukujemy w tym kierunku nasze dzieci? Pytania to raczej retoryczne.
Edukacja do wyzwań, do intelektualnego przygotowania do zmian – to ko-
lejny postulowany kierunek zaangażowania państwa.
W katalogu cech pożądanych jedną z  najważniejszych jest przejrzystość
państwa. Państwo przejrzyste to takie, które nie ukrywa się za tarczą tajem-
nicy państwowej, wyraźnie u nas nadużywanej. Jakaż to bowiem tajemnica
każe osłaniać sprawę śmierci Barbary Blidy i tak bardzo przeciągać jej wyja-
śnienie? Tajemnica procedur prokuratorskich i służb specjalnych? a cóż one
znaczą w przypadku śmierci obywatela w tak bardzo niejasnych okoliczno-
ściach? Co tu jest ważniejsze? Takie sprawy, jak śmierć Barbary Blidy czy gen.
Franciszka Papały są hańbą dla państwa, zawsze i wszędzie. Za takie rzeczy
40
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

rachunki polityczne płaci się długo, także gdy idzie o załamane zaufanie do
państwa i jego instytucji.
Przejrzystość działania państwa i jego instytucji to podstawowy krok do po-
szanowania ludzkiej godności. Państwo przejrzyste to takie, w którym jasne,
zrozumiałe i dostępne dla wszystkich są jego struktury, przepisy prawa, zasa-
dy działania i motywy decyzji władz. W którym istnieje system komunikacji
władz państwa ze społeczeństwem dający obywatelom poczucie pewności, że
wiedzą, co się w ich kraju dzieje i nikt nie ukrywa przed nimi czegoś, co wpły-
wa na ich życie. Gdzie istnieją i działają niezależne media, których celem jest
przekazywanie ludziom prawdziwych informacji i sprawowanie w ich imie-
niu społecznej kontroli, nie zaś aspirowanie do jej tworzenia rzeczywistości
i udziału w grze politycznej.
Takiemu państwu i  jego obywatelom ma służyć prezydent RP. O  zakres
kompetencji prezydenta właśnie zaczął się spór. Nie pierwszy i zapewne nie
ostatni. Wywołał go Donald Tusk w połowie kadencji swojego rządu, na rok
przed wyborami prezydenckimi i w okolicznościach, które muszą budzić pew-
ną nieufność co do rzeczywistych intencji wnioskodawcy. Donald Tusk zgło-
sił swoje pomysły jako premier, co jest „bardzo niefortunne”, jak zauważył to
w wywiadzie dla „Angory” (nr 49/2009) konstytucjonalista dr Ryszard Pio-
trowski, bowiem rząd nie ma prawa zgłaszania projektów zmian konstytucji.
A inne okoliczności to stały, już kilkuletni konflikt rządzącej PO z pisowskim
prezydentem i wciąż świeży zapach afery hazardowej. Teza, że rząd nie potrafi
przeprowadzić reform ustrojowych, bo przeszkadza mu w tym niejako progra-
mowo prezydent, trzeba więc zmodyfikować /czytaj: ograniczyć/ jego kom-
petencje, jest po części prawdziwa, ale jednak w wielkiej części bałamutna. No
bo skoro tak jest, to dlaczego rząd nie szuka skutecznie koalicji parlamentar-
nych dla swoich pomysłów ustrojowych? Bo jak dotąd były to pozory prób
budowania koalicji. I – co tu kryć – pozory reform.
Ale problem podniesiony przez premiera oczywiście istnieje i pozorny nie
jest. Dotyczy podstaw ustroju politycznego i  kompetencji poszczególnych
władz. Politycznym szaleństwem i  całkowitą nieodpowiedzialnością byłoby
jednak zmienianie konstytucji w tempie i trybie proponowanym przez rządzą-
cych i pod ich doraźne potrzeby polityczne. To wymaga pracy spokojnej i wie-
loletniej, i wielkiej rozwagi. Żaden nacisk nie może tu wchodzić w rachubę.
A co do szczegółów – uprawnienia prezydenta miałyby być, wg przedsta-
wionego pomysłu, zdecydowanie mniejsze, rządu zaś odpowiednio większe.
Mielibyśmy zatem bardzo silną, skoncentrowaną i praktycznie niekontrolo-
waną władzę wykonawczą. Kontrola parlamentarna jest bowiem – jak dotąd
– mała i nieskuteczna. Przy zwiększonych uprawnieniach rządu byłaby jesz-
cze mniejsza, już całkiem iluzoryczna. Silna władza oczywiście kusi, ale dla
41
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Polski – przy obecnych standardach politycznych klasy politycznej, nieodpo-


wiedzialności wielu polityków i nagminnym partyjniactwie – jest za wcześnie
na władzę kanclerską. Zaś propozycja wyboru prezydenta przez Zgromadze-
nie Narodowe jest już zupełnym nieporozumieniem. Z jednej strony niezwy-
kle ten wybór upartyjnia, z drugiej pozbawia obywateli części istotnych praw.
Zmniejsza demokrację. To zaprzeczenie państwa obywatelskiego i droga w zu-
pełnie inną stronę.
Tak więc prezydent, przynajmniej w najbliższej kadencji, powinien utrzy-
mać zakres kompetencji. Nie są to kompetencje duże, ale też i nie są małe. Po-
winna to być jednak jakościowo odmienna prezydentura, zarówno co do jej
charakteru jak i sposobu realizowania obowiązków.
Gdyby szukać jakiejś analogii, to bliska powinna być rozumieniu prezyden-
tury przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Mam na myśli prezydenturę koncy-
liacyjną, szukającą porozumienia, nastawioną na wspomaganie realizacji stra-
tegicznych celów, na współpracę z rządem, a nie na konkurencję w bieżącym
zarządzaniu państwem. To współdziałanie jest obowiązkiem i nakazem, a nie
wyrazem dobrej woli. Jego brak zagraża państwu. Małostkowość, stronniczość
i skłonność do politycznych bójek jest wykluczona. Prezydentura to nie jest
czas na wykształcanie w  sobie umiejętność służenia całemu społeczeństwu
i odsuwania na bok osobistych poglądów politycznych. Te cechy trzeba już
mieć.
Potoczne powiedzenie o „prezydencie wszystkich Polaków” nie jest tylko
politycznym hasłem, ale uzasadnionym oczekiwaniem społeczeństwa. Z dru-
giej zaś strony – obowiązkiem każdego prezydenta wynikającym z istoty tego
urzędu. Jego zadania sięgają bowiem w przyszłość państwa i obywateli, a tę bu-
dować może tylko społeczeństwo nieskłócone, zdolne do współpracy. Umie-
jętność łączenia ludzi wokół celów strategicznych, przecinania sporów, zwra-
cania uwagi obywateli na ważne, wspólne cele, to jedna z głównych, pożąda-
nych cech przyszłej prezydentury.
Naczelnym obowiązkiem i  uprawnieniem prezydenta jest stać na straży
konstytucji. Mam dziwną pewność, że w najbliższej kadencji konstytucja bę-
dzie wymagała ochrony, a zatem będzie to rzeczywiście najważniejsze zadanie
nowego prezydenta.
Jego konstytucyjne obowiązki, w tym w polityce zagranicznej i obronnej,
wskazują na skalę odpowiedzialności i potrzebę najwyższych kompetencji wy-
nikających z praktyki i doświadczenia politycznego. To nie jest urząd, na któ-
rym można by się dopiero uczyć polityki i znajomości spraw.
Niemałe są uprawnienia i możliwości prezydenta w procesie tworzenia pra-
wa: wetowanie ustaw, kierowanie ich do Trybunału Konstytucyjnego, wła-
sna inicjatywa ustawodawcza, wykorzystywanie instytucji Rady Gabinetowej
42
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

do wyrażania opinii dotyczących stanu państwa i prawa. Rzecz w tym, by ich


używać nie w imię partykularnych interesów partyjnych, ale w interesie ogó-
łu i przyszłości.
Wcale niemałe możliwości ma też prezydent jako reprezentant państwa
w stosunkach zewnętrznych. I tak samo dwie drogi do wyboru. Drogę koope-
racji, twórczej aktywności międzynarodowej, kreowania inicjatyw, wspierania
wszystkiego, co służy Polsce i  jej interesom albo – jak niestety obecna pre-
zydentura – kierowania się ubiegłowiecznym wyobrażeniem o naturze świa-
ta, poczuciem wszechobecnego zagrożenia, fobiami, lękami, urazami, coraz
mniej zrozumiałymi. By nie być gołosłownym: w Unii Europejskiej jesteśmy
już ponad 5 lat, a wciąż, mimo oczekiwań i niewątpliwej potrzeby, nie buduje-
my nowych stosunków z Rosją. Występujemy wobec niej w pojedynkę, zapo-
minając, że możemy mieć za sobą Europę. I żalimy się, że Europa nas nie rozu-
mie. A może to my nie rozumiemy Europy i zmian, jakie wokół nas zachodzą?
Gdy wyobrazimy sobie przyszłą prezydenturę, niewielu będzie miało chyba
wątpliwości, za jakimi jej cechami się opowiedzieć.
Polacy będą mieli możliwość wyboru i  nie powinien to być wybór tylko
między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim.
Oni zdają się nie rozumieć, że najwyższe urzędy w państwie sprawuje się
w  interesie ogółu obywateli i  dla rozwiązywania problemów, a  nie dla uru-
chamiania konfliktów i naciągania kompetencji dla własnych celów. Pod tym
względem prezydentura Lecha Kaczyńskiego była przewidywalna. Mało kto
sadził, że potrafi się on wznieść ponad partyjne interesy swojej frakcji politycz-
nej. Donald Tusk natomiast wielu rozczarował. Mają zwłaszcza prawo czuć się
rozczarowani ci wyborcy lewicy, którzy w ostatnich wyborach oddali głos na
PO w obawie przed PiS-em. Nawet jeżeli te obawy są wciąż wśród nich żywe,
to jednak ich podsycanie przez PO i jej lidera oznacza, iż dla osiągania celów
partyjnych wyborców traktują instrumentalnie.
Wyborcy lewicy powinni skończyć z myśleniem w kate-
goriach mniejszego zła. Lewicowy kandydat na prezydenta wniesie
wrażliwość społeczną, której brak dotychczasowym pretendentom do tego
urzędu. Wniesie poszanowanie państwa obywatelskiego, nastawienie na kre-
owanie przyjaznej polityki sąsiedzkiej i najgłębsze przekonanie, że przyszłość
Polski jest w Unii Europejskiej. A także, że im silniejsza jest Unia, tym lepiej
będą zaspokajane polskie interesy. Wniesie przekonanie, że prezydentura to
nie konkurencja z rządem o zakres władzy, ale szansa na kreowanie celów stra-
tegicznych prowadzących do skracania dystansu cywilizacyjnego między Pol-
ską a rozwiniętymi krajami Europy. A jeśli ocenianie polityki rządu – to wła-
śnie pod tym kątem. Czas więc na współpracę. Prezydent popierany przez le-
wicę oznacza prezydenturę dialogu i bezpiecznego rozwoju.
43
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Kilka słów w ważnej sprawie


Trybuna, 26 listopada 2009, fragmenty artykułu

Lektura poczty, którą w  ostatnich miesiącach otrzymuję drogą tradycyj-


ną i elektroniczną, a także systematyczna lektura listów czytelników „Trybu-
ny” do swojego pisma nie pozostawiają wątpliwości – najmniejszy przejaw
współpracy SLD z PiS-em wywołuje reakcję wręcz alergiczną. Okazuje się, że
wyborcy lewicy pamiętają każdą obelgę, która pod adresem Sojuszu została
w przeszłości wypowiedziana i do dziś każdą czują się głęboko oburzeni.
„Kumacie się z PiS-em, nie będę na was głosował; zawsze byłam za
wami, nawet jeśli wszyscy byli przeciw, ale tego, że dogadujecie się z Pi-
S-em wam nie wybaczę, najwyżej nie pójdę do wyborów; cały nasz blok
na was głosował, są tu byli wojskowi, teraz nie będziemy, niech Ka-
czyńscy na was głosują…”.

Tak w skrócie można opisać stan nastrojów. Za tę gorycz, jako członek SLD,
członek władz partii, czuję się w jakiejś mierze odpowiedzialny.
Jest jednak też inny powód, który sprawia, że lektura takich listów nie nale-
ży do przyjemności. Uświadomiłem bowiem sobie, jak wiele jest niezrozumie-
nia między nami, między działaczami partyjnymi, a ludźmi życzącymi naszej
partii dobrze, ludźmi lewicy, naszymi wyborcami. Widocznie nie potrafimy
dotrzeć z naszymi intencjami do naszych wyborców. Z drugiej strony wyda-
wałoby się, że od ludzi, którzy – jak można się domyślać, przeszli z nami przez
„ogień i wodę” mamy prawo oczekiwać rozumienia się „w pół słowa”. Sądzę
więc, że trzeba sobie w tej sprawie powiedzieć kilka słów.
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – nieważne kto i z jakich powo-
dów opuścił nasz klub parlamentarny, mimo, że do Sejmu dostał się z  na-
szych list. Rzeczywistość jest taka, że klub liczy 43 osoby. Stało się tak dla-
tego, że nasi tradycyjni wyborcy, ze strachu przed PiS przenieśli swe głosy na
44
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Platformę Obywatelską. Stracili wiarę, że my możemy skutecznie bronić ich


godności i prawa do dumy z własnego życia. Platforma Obywatelska jednak,
mimo że zmieniła język polityki, celów polityki wobec lewicy nie zmieniła.
Poparła Janusza Kurtykę na szefa IPN i toleruje jego szkodliwą działalność.
Głosowała za najbardziej represyjną formą CBA i  akceptowała ją wraz
z Mariuszem Kamińskim jako jego szefem do chwili, gdy ten zwrócił się prze-
ciwko niej. To, co teraz się dzieje z CBA jest tylko samoobroną PO.
Pragnę zwrócić uwagę, że przy tej okazji nie ma ze strony PO żadnych sy-
gnałów, iż zamierza ona ukrócić samowolę służb specjalnych, choćby poprzez
ograniczenie możliwości podsłuchów, o wzmocnieniu kontroli nad służbami
nie mówiąc. Nie nastąpiła też radykalna zmiana w pracy prokuratury, która
nadal, jak za czasów PiS, jak chce, to pod pozorami legalności robi, co chce.
Platforma milczy wobec przejawów zatracania świeckiego charakteru pań-
stwa. W tych sprawach, tak jak w sprawie in vitro, Platforma, to poseł Gowin.
Warto też nie zapominać, że Platforma przyłożyła rękę do ustawy, którą
można by nazwać: „o odpowiedzialności zbiorowej funkcjonariuszy milicji
i SB”. Wszystko, co 43-osobowy klub mógł zrobić, to oddać sprawę do Trybu-
nału Konstytucyjnego, który jednak wyraźnie nie ma ochoty się za nią zabrać.
Gdyby było nas więcej, gdyby nasi wyborcy nie dali się oczarować panu Tu-
skowi, taka ustawa w ogóle z Sejmu by nie wyszła. Nie mówiąc już o odbiera-
niu emerytur żołnierzom, także frontowym, którzy wysłużyli je sobie wielo-
letnią służbą dla ojczyzny. Nie tak im ojczyzna powinna odpłacać, jak odpłaca
pan Tusk z panami Kaczyńskimi.
Autorzy listów do mnie piszą z wyrzutem, że czepiamy się afer PO, a o aferach
PiS milczeliśmy. I w ogóle po co to, skoro każdy ma jakieś afery na sumieniu.
Otóż to, że każdy ma coś za uszami, wcale nie oznacza zgody na uznanie
brudnych uszu za normę. Byliśmy i jesteśmy za tym, żeby takie przypadki tę-
pić. Nie kto inny tylko rząd SLD-PSL-UP jest autorem przypisów antykorup-
cyjnych. Na ogół się o tym nie pamięta, bo pamięta się, że przyszedł produ-
cent filmowy do redaktora „Gazety Wyborczej”. Po latach poważni ludzie – na
przykład Aleksander Kwaśniewski, Waldemar Kuczyński, Janusz Reykowski
– dochodzą do wniosku i mówią o tym publicznie, że była to afera bardziej
medialna niż rzeczywista. Nawet Włodzimierz Cimoszewicz w jednym z wy-
wiadów powiedział: „To, że Lew Rywin przyszedł do Agory z propozycją ewi-
dentnie korupcyjną jest faktem. Natomiast w jakich okolicznościach to robił,
czy w porozumieniu z kimś – to nie zostało nigdy jednoznacznie rozstrzygnię-
te” („Gazeta Wyborcza”, 7–8 listopada 2009).
No, ale trudno, co się stało, to się nie odstanie. Tyle tylko, że kto ma nas ro-
zumieć w tej sprawie bardziej niż nasi wyborcy, ludzie lewicy? Wypomina-
jąc nam tę „aferę” proszę nie zapominać, że po wielomiesięcznym śledztwie
45
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

prokuratura, działająca przecież pod rządami pana Ziobro, musiała się pod-
dać, nie natrafiwszy na żadną „grupę trzymająca władzę”. Wobec tego faktu
reszta jest publicystyką.
Wyrzuca się nam konszachty z PiS – na przykład w telewizji i radiu. Zgadzam
się, że takie wrażenie powstało i że nie jest to ono najlepsze. Jednak w sprawie
mediów publicznych chcieliśmy współpracować z PO, był już nawet uzgodnio-
ny zakres tej współpracy – przyjęty przez obie strony projekt ustawy medialnej.
Tylko, że pan Tusk w ostatniej chwili zerwał umowę. Czy w to miejsce powstała
umowa z PiS? Nie wiem, przewodniczący partii zapewnia, że nie, nie mam po-
wodu mu nie wierzyć. Nie dziwiłbym się jednak za bardzo, gdyby jakaś forma
współpracy nieformalnie się ukształtowała. Życie nie zna próżni, a SLD na nad-
miar możliwości komunikowania się ze swoimi wyborcami nie może narzekać.
Jak być może niektórzy z naszych sympatyków pamiętają, gdy na skutek ini-
cjatywy prezydenta Kwaśniewskiego ówczesna przewodnicząca KRRiTV za-
inicjowała tzw. nowe otwarcie w publicznych środkach przekazu, to Platforma
korzystając z okazji, na nikogo i na nic się nie oglądając, po prostu przejęła ra-
dio i telewizję na własność. Prezes Dworak i jego ludzie wszystkich kojarzonych
jakoś z lewicą wycięli w pień. Nikogo, nawet najbardziej moralnie uwrażliwio-
nych komentatorów, to nie oburzało i nie oburza. Skoro więc wtedy nie mieli-
śmy wpływu na nic, a teraz być może jakiś wpływ na coś mają ludzie związani
z lewicą, to z tego punktu widzenia „teraz” jest lepiej niż „wtedy”. Ludzie koja-
rzeni z lewicą nie powinni być gorzej traktowani od ludzi PO czy PiS. Ale za-
wsze lepiej, aby jakichkolwiek podejrzeń o współpracę z PiS-em nie było.
Kontynuując wątek „konszachtów” z PiS-em, chciałbym zapytać, czy nasz
elektorat naprawdę nie widzi, że nasz klub parlamentarny może być krytyko-
wany właściwie przy każdym głosowaniu? Gdy zagłosujemy tak jak PO – to
wtedy jesteśmy „przystawką PO”, gdy zagłosujemy tak jak PiS – to wtedy je-
steśmy jego „przystawką”, którą on – jak się nas przestrzega – zaraz połknie.
Połkną nas jedni albo drudzy, jeśli Pani, Pan i Pan, oraz Państwa rodzina,
znajomi i sąsiedzi będą obdarzali swymi głosami wszystkich, tylko nie swoich.
Proszę się pozbyć złudzeń – dla lewicy PO jest w gruncie rzeczy PiS-em, tyl-
ko w wersji łagodniejszej.
Muszę zresztą powiedzieć, że pan Tusk nawet się specjalnie nie wysila, jest
pewien, że gdy przyjdzie czas, wyciągnie bacik i bez trudu zagoni lewicowy
elektorat do swojej zagrody. Tak było w poprzedniej kampanii i tak będzie te-
raz: „głosujcie na nas, bo przyjdzie PiS i znowu wam kości porachuje”.
Wyborcy lewicy, ci którzy w 2007 roku poparli PO, a także ci, którzy od-
sunęli się od polityki, powinni uwierzyć, że popierając SLD nie przyczynią się
do powrotu PiS-u do władzy. SLD ma zdolność do współpracy i współdziała-
nia. Dziś nie jest najlepiej, ale znów może być inaczej.
46
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Dlaczego bronię
Wojciecha Jaruzelskiego
Tygodnik Przegląd, 19 października 2008

Z wielu powodów. Z powodów, o których Generał mówi w sądzie. Jego


wyjaśnienia powinny stać się lekturą obowiązkową w szkołach i na studiach. Nie
tylko dlatego, że obalają mity, które narosły przez lata i przypominają inne, nie
tylko płynące ze strony ZSRR, zagrożenia, ale dlatego, że pokazują, co to zna-
czy odpowiedzialność polityka za państwo, za jego obywateli, za ich bezpieczeń-
stwo, za ich życie. Proszę mi pokazać, który ze współczesnych polskich polity-
ków, zapatrzonych w oczy kamer, tak pojmuje swoją odpowiedzialność?
Bronię Go, bowiem uważam, że w  tamtym czasie podjął – przy całej
kontrowersyjności – decyzję słuszną i nie przestraszył się przyszłej odpowie-
dzialności, którą na pewno sobie uświadamiał, bo to człowiek z wielką i nie-
powtarzalną wyobraźnią polityczną.
Bronię Go, bo imponuje mi Jego godność i honor, przymioty dziś bar-
dzo rzadkie. A także jego spokój, z jakim znosi nieustanne próby upokarzania
Go i haniebne nierozumne ataki, tak naprawdę z niskich pobudek.
Bronię Go także ze sprzeciwu wobec absurdalnego i bzdurnego oskarże-
nia, które kompromituje ostatecznie IPN.
Bronię Go, bo jestem przeciwny mściwości, zemście, odwetowi, nienawi-
ści. I kiedy piszę te słowa, wciąż wraca myśl o Barbarze Blidzie.
Bronię Go dla Jego karty wojennej i dla jego zasług w budowaniu feno-
menu, jakim było porozumienie Okrągłego Stołu i w pokojowym przekaza-
niu władzy w Polsce – państwie wolnym, demokratycznym i obywatelskim.
Kiedy przyszedł czas – generał zamknął epokę polityczną wiedząc, że zamyka
w ten sposób także swój czas polityczny. I biorąc na siebie – tak jak dekadę wcze-
śniej – odpowiedzialność ze świadomością, że czyni to wbrew dużej części swo-
jego środowiska politycznego. Nurt reformatorski w PZPR nie był dominujący.
Bronię Generała, bo bronię Państwa. Państwa też mają swoją godność.
47
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Czy mogliśmy uwolnić Polaka?


Tygodnik Przegląd, 16 lutego 2009

Na pograniczu Afganistanu i Pakistanu zamordowany


został polski zakładnik, Piotr Stańczak. Grzegorz
Napieralski domaga się w związku z tym dymisji min.
Sikorskiego. Czy szef MSZ jest tej śmierci winien?
To wezwanie do dymisji bardziej jest pytaniem o standardy Platformy Oby-
watelskiej. Pani Zyta Gilowska musiała odejść z PO, dlatego że zatrudniała
w biurze poselskim swojego syna. Poseł Czuma też zatrudnia – i nic. Min.
Ćwiąkalski odszedł dlatego, że morderca powiesił się w celi więzienia. Żad-
nych innych powodów jego odejścia opinii publicznej nie przedstawiono.
Grzegorz Napieralski pyta więc, czy w tej sytuacji, kiedy zginął człowiek, w sy-
tuacji, w której państwo pokazało ewidentną słabość i nieskuteczność, a kie-
rował tą operacją minister spraw zagranicznych, PO też zastosuje standardy,
o których opowiada.

Wyjaśnienia mnie nie przekonały


W Afganistanie ginęli również amerykańscy zakładnicy.
I najpotężniejsze państwo świata było bezradne. Czy
możemy więc tak łatwo oskarżać rząd?
Na tym etapie nie ma oskarżeń. Na tym etapie są pytania. Na tym etapie
można stwierdzić jedno – że dotychczasowe wyjaśnienia w tej sprawie są nie-
przekonujące. Ani nie przekonał mnie Donald Tusk, ani minister koordy-
nator pan Cichocki. Nie była przekonywająca pani dyrektor Departamentu
Konsularnego, która na konferencji prasowej w niedzielę, czyli w momencie,
kiedy już były informacje, że Polak nie żyje, mówiła, że to jest jedna z tysięcy
konsularnych spraw.
48
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Pierwsze komentarze były takie: naciskaliśmy rząd


w Pakistanie, więc robiliśmy wszystko, co możliwe.
Ale późnej zaczęliśmy się dowiadywać od tych samych osób, że w Pakistanie
sytuacja jest dramatyczna. Że tamtejszy rząd nad nią nie panuje. Marszałek Se-
natu odwołał wizytę marszałka senatu Pakistanu. Min. Czuma mówił, że po-
łowa rządu wspiera talibów. Rząd w rozsypce, armia w rozsypce, służby w roz-
sypce… W ten sposób główna linia rządowej argumentacji w ciągu 48 godzin
znalazła się w rozsypce. Rozbili ją członkowie rządu. Sami zaczęli zmieniać ze-
znania. Bo to jest zmiana zeznań.

Nie dziwię się tej zmianie zeznań. Bo jakież miał rząd


narzędzia, by uwolnić Polaka? Co mógł zrobić?
Po pierwsze, w tej sprawie rząd nie mówi całej prawdy. Najpierw twierdzi,
że wszystko, co trzeba, zostało zrobione, i naciski na rząd pakistański były wy-
starczające. A 48 godzin później słyszymy, że ten rząd jest w rozsypce, jego
część popiera talibów itd. Cóż to oznacza? Otóż oznacza, że koncepcja opar-
ta na dyplomatycznych naciskach na rząd pakistański była błędna. Nie trzeba
być wielkim analitykiem, by to dostrzec. Chyba więc jest jasne – nie dyploma-
cją załatwia się kwestie porwanych ludzi.

A czym?
Takie rzeczy załatwia się służbami specjalnymi. W 95 proc. – min. Sikorski
podał tę liczbę – że nie może powiedzieć o 95 proc. działań w tej sprawie. Mo-
żemy więc wnioskować, że to były działania służb specjalnych. A 5 proc. – to
dyplomacja. Podaje się do publicznej wiadomości, że wykonaliśmy telefon do
premiera Pakistanu. Że wykazaliśmy troskę i zainteresowanie. Wizerunkowo
ładnie to wygląda. Tylko że jeżeli są tam setki ludzi porwanych, to jakie ten te-
lefon może mieć znaczenie dla rządu pakistańskiego? Jedno z setek!

A dla Polaków jedno z jednego.


W takiej sytuacji trzeba raczej liczyć na służby specjalne. Ale okazuje się, że
z jednej z nich, powiedział to sam premier, nie skorzystano.

Rząd nie miał narzędzi


Premier powiedział, że korzystano tylko ze służb
cywilnych, z wywiadu cywilnego.
Czyli nie skorzystano ze służb wojskowych. Ja rozumiem, dlaczego! Bo kie-
dy PO i PiS podniosły rękę za likwidacją WSI, trwało to pięć sekund. I te pięć
49
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

sekund zniszczyło wojskowe służby specjalne. Bo konsekwencją tego głoso-


wania było wyrzucenie ze służby setek oficerów, zdradzenie aktywów woj-
skowych służb specjalnych, metod i  sposobów działania, przerwano opera-
cje, które dawały szansę na pewien poziom bezpieczeństwa polskich żołnie-
rzy i obywateli.

Jedną z nich była ujawniona w rozdziale XII raportu


o likwidacji WSI operacja Zen.
Ta operacja została ujawniona. W przeszłości były i inne operacje, prowa-
dzone z sukcesem wywiadowczym. Jednakże, jak sam premier przyznał, wy-
wiad wojskowy i działania wojskowe w tej sprawie nie były prowadzone. Jeśli
wynika to z oceny stanu wojskowego wywiadu – to zgoda. Został zniszczony.

Przez Antoniego Macierewicza.


Przez ugrupowanie pana premiera również. Platforma także głosowała za
rozwiązaniem WSI. To niepojęte – jeśli nowej władzy nie podobało się tych 23
czy 25 oficerów, którzy przez tydzień byli w Moskwie, w Leningradzie lub na
wczasach w NRD, można było ich zwolnić. I nie niszczyć służby, nie ujawniać
tego wszystkiego. A teraz, przez 15 miesięcy rządu PO-PSL, nawet nie przy-
wrócono tych służb do składu sił zbrojnych. Są poza strukturami wojska, za-
rządzane przez pana Cichockiego. Więc o jakich wojskowych służbach może-
my mówić? o jakim potencjale? Mówimy o trwaniu fikcji, o tym, że służby te
nawet nie weszły we wstępną fazę odbudowy. A to jest dramatyczna sytuacja,
zwłaszcza że na terenie Pakistanu aktywniejszy jest wywiad wojskowy amery-
kański niż cywilny.

Bo to de facto teatr działań wojennych.


Czy Amerykanie mogą współpracować z wywiadem, którego aktywa zosta-
ły upowszechnione i oddane w ręce wszystkich wywiadów świata? Również
talibom. To ile musi upłynąć czasu, żeby stać się znowu wiarygodnym part-
nerem?

Pokolenie. 15 lat.
W związku z tym odpowiedź na pytanie, dlaczego państwo okazało się sła-
be i nieskuteczne, mieści się w konstatacji, że stan polskich służb specjalnych
nie daje gwarancji profesjonalnego działania czy też współdziałania z sojusz-
nikami. I trzeba z tą myślą się pogodzić. Ta sprawa to pokazała.

Czy to oznacza, że gdyby były one w dobrym stanie,


niezniszczone, udałoby się Polaka uratować?
50
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Takiej tezy postawić nie można i jej nie stawiam. Ale nie ma wątpliwości, że
gdyby polskie służby specjalne spełniały podstawowe standardy, nie były roz-
bite, szanse na uratowanie Polaka byłyby proporcjonalnie większe. W prze-
szłości również porywano Polaków, także na terenach objętych walkami. Ale
potrafiliśmy ich uratować.

Opinii publicznej znane są dwa przypadki – pani Borcz


i pana Kosa porwanych w Iraku.
Uratowaliśmy ich. Czyli dawaliśmy sobie radę. Ale dlatego, że dysponowali-
śmy służbami specjalnymi, że porządnie to funkcjonowało.

Tak naprawdę więc Piotr Stańczak był bez szans. Jeżeli


służby specjalne w takich sprawach odgrywają 95 proc.
roli, a zostały rozwiązane przez braci Kaczyńskich
i Antoniego Macierewicza, rząd nie miał narzędzi, by
ratować Polaka.
Zbigniew Siemiątkowski powiedział publicznie, że po porwaniu Piotra
Stańczaka nawet nie sięgnięto do tych ludzi, którzy wcześniej działali w Pa-
kistanie i Afganistanie, którzy znają tamten teren i ludzi. Wielce prawdopo-
dobne, że również nie zadzwoniono do wojskowych, którzy kiedyś tam dzia-
łali. To jak wyglądał ten sztab kryzysowy? z kogo się składał? z tych urzędni-
ków, którzy pokazywali się w telewizji w ostatnich dniach?

A jeżeli lepszych nie było?


I tak należy czytać wypowiedzi premiera – robiłem wszystko, co mogłem,
ale tak naprawdę niewiele mogłem.

Grom by nie pomógł


Załóżmy, że państwo polskie dysponowałoby siłami
podobnymi do tych z czasów Leszka Millera i Marka Belki.
Jakimi drogami próbowalibyście uwolnić Polaka?
W tej sprawie nie było oczywiście żadnego miejsca na operację Gromu. Je-
den z wicepremierów to powiedział, że taką opcję rozważano… Widocznie
za dużo filmów się naoglądał. Ale było miejsce na operację służb specjalnych.

Jaką?
Żeby liczyć na powodzenie, taka operacja musi być, po pierwsze, przepro-
wadzona przez fachowców, ludzi doświadczonych i  znających się na swojej
pracy. A po drugie, we współdziałaniu z innymi służbami, w przygotowanym
51
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

otoczeniu. W 2002, jeszcze zanim wysłaliśmy pierwszych żołnierzy do Afga-


nistanu, zaczęliśmy nawiązywać kontakty z przedstawicielami służb specjal-
nych Afganistanu i  Pakistanu. Kiedy wysłaliśmy polskich żołnierzy do Ira-
ku, nawiązaliśmy bliskie kontakty ze służbami Kuwejtu, Iranu, Arabii Sau-
dyjskiej… One przyniosły wymierne korzyści. Na to nałożyliśmy infrastruk-
turę kontaktów polityczno-dyplomatycznych. W tym rejonie mieliśmy wizy-
ty prezydenta, ministra spraw zagranicznych, ministra obrony. To była osłona
dla współpracy służb specjalnych.

Marszałek Borusewicz popełnił więc błąd, odwołując


wizytę w Polsce grupy parlamentarzystów pakistańskich.
Oczywiście! Czy to rząd Pakistanu zastrzelił naszego obywatela? Jak można
winić parlamentarzystów? Czy oni coś obiecywali?

Partnerem był rząd Pakistanu. On miał pomóc.


Tu pojawia się jeszcze jedna kwestia – czy w naszej administracji była zdol-
ność do oceny deklaracji i zobowiązań rządu i służb specjalnych Pakistanu.
Czy chociaż taki potencjał mamy, żeby ocenić, czy ich obietnice i działania są
wiarygodne? Bo państwo Pakistan ma w tej chwili trudności. Jest rozbite. Nie
panuje nad granicą z Afganistanem. W związku z tym operację służb specjal-
nych raczej powinno się prowadzić od strony Afganistanu. Ale takie działania
mogą być przeprowadzone, jeśli ma się tam wojsko, ma się strukturę rozpozna-
nia, jak się ma sieć, sojuszników, jak ma się wpływy. Zaczęliśmy to budować.
I pięknie to wszystko zostało zburzone.

52
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Komu służy służba


Tygodnik Przegląd, 1 listopada 2009, fragmenty wywiadu

Nad służbami specjalnymi nikt nie panuje.


Siedem punktów, jak je kontrolować.

Znów służby specjalne są w centrum wydarzeń.


Podsłuchują ministrów, podsłuchują dziennikarzy,
materiały przez nie gromadzone służą do partyjnych
wojen. Co się dzieje?
Ujawniły się wszystkie zaniechania po rządach PiS. Rządach, w których
służby specjalne odgrywały istotną rolę. Po wyborach 2007 nie uczyniono
niczego, co by wzmacniało cywilną i demokratyczną kontrolę nad służba-
mi specjalnymi, zmieniono tylko część ludzi. Nie przeprowadzono żadnych
rozwiązań o charakterze systemowym. Ani premier, ani jego ekipa nie mie-
li ku temu ani woli, ani serca. A problem zauważyli dopiero wtedy, kiedy
służby specjalne jednym działaniem obaliły kilku ministrów, kilku sekreta-
rzy stanu.

Mówi pan o Mariuszu Kamińskim i CBA, i aferze


hazardowej.
Tu służby pokazały swoje możliwości.

Służby mają to do siebie, że chętnie spod kontroli


uciekają.
Ale czy mamy do czynienia z jakąkolwiek efektywną kontrolą? Przecież
nie można mówić o kontroli polegającej na tym, że członek Rady Naczel-
nej Platformy Obywatelskiej zostaje szefem jednej z agencji i my uważa-
my, że to jest kontrola. A tak niektórzy to pojmują. Otóż to jest komplet-
ny absurd. W  Polsce mamy dziś tylko znamiona kontroli i  fasadowe in-
stytucje kontroli – premiera z koordynatorem, który nie ma nawet ośrod-
ka analitycznego. Z kolei sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych nie ma
53
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

odpowiednich instrumentów. I każdy funkcjonariusz wzywany przed jej


oblicze może mówić, co mu w duszy gra, nie ponosząc żadnej odpowie-
dzialności.

A kontrola na dole? Mamy w Polsce kilkanaście


służb specjalnych, utrzymujących na etatach
tysiące ludzi, rocznie kosztują nas one prawie 1 mld zł.
Mogą werbować agentów, inwigilować obywateli.
Czy ktoś nad tym panuje?
To oczywiste, że nikt nad tym nie panuje. Dlatego, że sądy z automa-
tu dają zgodę na podsłuch. Prokuratorzy nie prowadzą żadnej weryfika-
cji tych działań, a następnie nie prowadzą żadnej kontroli. A służby spe-
cjalne to wykorzystują. Wprowadzenie instytucji zakupu kontrolowane-
go, świadka koronnego i prowokacji policyjnej miało służyć wyposażeniu
służb w skuteczniejsze instrumenty. Ale one miały być stosowane w przy-
padkach szczególnych. Tymczasem z przypadków szczególnych, bez żad-
nych procedur, te instytucje stały się powszechne. Istota prowokacji poli-
cyjnej nie polega na tym, że typujemy słabą osobę, rzucamy na nią agen-
ta Tomka, czekamy dwa lata, aż Tomek będzie mógł dać pieniądze, i łapie-
my za korupcję. Z ludźmi w kominiarkach, którzy dokonują filmowanej
akcji, bo czasy PiS to były czasy, w których uznawano, że nie ma ludzi nie-
winnych, są tylko…

…źle skontrolowani.
Prowokacja stała się w funkcjonowaniu CBA podstawową formą działania.
Nie zapobieganie, nie wykrywanie – tylko prowokowanie. Takie państwo jest
bliskie państwu totalitarnemu, a nie demokratycznemu.

Służby mają potężne możliwości, ich kontrola


jest iluzoryczna, mogą robić, co chcą.
I dysponują gigantyczną wiedzą, która jeśli nie podlega rygorom kontroli
odpowiednich procedur, może być wykorzystywana w rozmaity sposób. Nie
tylko na użytek polityczny, lecz także prywatny.

Przykład wiceszefa ABW płk. Jacka Mąki, który


wykorzystał podsłuchy do prywatnego procesu.
To jeden z przykładów. Ale wyobrażam sobie również takie patologie, że ja-
kiś funkcjonariusz na niskim szczeblu ma pewną wiedzę i wykorzystuje ją bez-
pośrednio w relacjach z przedsiębiorcą, z kimś jeszcze.

54
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

W odpowiedzi na tę sytuację zaprezentował pan swój plan


– siedmiopunktowy, dotyczący wzmocnienia cywilnej
kontroli nad służbami.
Uznałem, że odpowiadanie na pytania, a co tam z hazardem, a co tam z Ka-
mińskim, a co z podsłuchiwanymi dziennikarzami, a komisja śledcza… że to
zawracanie głowy. Jasne – trzeba to wyjaśnić. Ale nie w tym jest problem.

A w czym?
(…) Odnoszę wrażenie, że politycy w ogóle nie dają sobie rady ze służba-
mi specjalnymi. Albo wszystko rozwalają, czego przykładem było rozwiązanie
WSI, albo tym służbom ulegają i dają się wodzić za nos – od Wałęsy poczyna-
jąc, poprzez sprawę Jaruckiej, na Kaczyńskich kończąc.

Więc cóż robić?


Wykładam to w siedmiu punktach mojego planu. One muszą być realizo-
wane łącznie, bo tylko kompleksowe podejście daje nową jakość.

Pierwszy punkt planu zakłada przygotowanie ustawy


dokładnie określającej procedury zakładania
podsłuchów oraz obligującej do ujawniania danych
statystycznych dotyczących liczby stosowanych
podsłuchów.
To element pierwszego filtru kontrolującego służby specjalne. Jego częścią
są również ludzie. Trzeba również wytypować i przeszkolić sędziów, którzy
wydają zgodę na podsłuch. Tak, żeby wnioski nie trafiały do każdego możli-
wego okręgowego sądu, nie trafiały do sędziego rodzinnego, sędziego zajmu-
jącego się kodeksem pracy itd. Tylko do osoby, która zapozna się z materiała-
mi źródłowymi i będzie potrafiła je ocenić.

Komisja ds. Służb Specjalnych powinna mieć uprawnienia


śledcze?
Tak. Powinna działać, tak jak działa podobna komisja w Wielkiej Bryta-
nii. Ale musi się składać z osób małomównych. Bo uprawnienia śledcze ozna-
czają, że jej członkowie będą mieć bardzo szeroki dostęp do spraw. Myślę też,
że w pierwszym etapie powinni być oni objęci osłoną kontrwywiadowczą. Po
to, żeby nie kusiło. Bo jeśliby był tam pan Wassermann, jest oczywista oczy-
wistość, że kusić będzie. Jest też kwestia koordynacji rządowej i  rządowej
kontroli nad służbami – to dziś fikcja kompletna. Proponuję więc rozwiąza-
nie lepsze, stosowane w kilku krajach, zwłaszcza po 11 września. Zakłada ono

55
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

budowanie silnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, z wyłączeniem z nie-


go problematyki administracji.

Czyli podzielenie MSWiA na MSW i Ministerstwo


Administracji.
W  tym nowym MSW funkcjonalne komórki spełniałyby funkcje anali-
tyczne, zadaniowe i kontrolne. Tak jak struktury części cywilnej Ministerstwa
Obrony Narodowej spełniają funkcję kontrolną i podejmują jednocześnie za-
sadnicze decyzje dotyczące polityki, finansów i kadr w stosunku do sił zbroj-
nych. Nie byłby wtedy potrzebny koordynator ds. służb specjalnych.

Plan zakłada również zrównanie CBA do poziomu innych


służb specjalnych.
Nie wystarczy zamienić Kamińskiego na kogoś swojego. Powinno się, po
pierwsze, włączyć CBA w system kontroli, któremu podlegają pozostałe służ-
by specjalne. A po drugie, szef CBA powinien być powołany przez parlament,
z zachowaniem kadencyjności, tak żeby zachować jego niezależność od aktu-
alnie rządzących. Tylko wtedy to ma sens. Dobrze też przeprowadzić audyt
służb i rozważyć, czy nie warto byłoby je integrować. Bo ich nadmierna liczba
oznacza osłabienie jakości działania. Utrudnia koordynację.

Jaka jest wola polityczna przeprowadzenia pańskiego


planu? w Platformie?
Być może nowy przewodniczący klubu, który ma doświadczenia jako szef
MSWiA, spojrzy na to inaczej. Bo w otoczeniu premiera woli, by dokonać
zmian, nie ma. Premier nie rozumie powagi sytuacji Nie martwi go ani brak
kontroli nad służbami, ani dezintegracja, którą przeżywają. Stan, w którym
same służby określają sobie zadania i cieszą się z ich wykonania. One są już
klasycznymi związkami zawodowymi, jednej, trzeciej, dziewiątej korporacji,
broniąc swojej pozycji, swoich interesów. I walcząc o wskaźniki – 2,50, 2,64,
2,72… Kto pierwszy osiągnie wyższy poziom, to później wszystkie inne przy-
noszą swoje propozycje płacowe.

A PiS? Poczuło, że pisizm szkodzi?


Nie. Bo ich kompromituje CBA. I oni broniąc CBA, wystawiają sobie naj-
gorsze z możliwych świadectw. PiS kwestię służb traktuje wybiórczo – tam,
gdzie ma wpływ, woła, że kontrola nie jest potrzebna. Tam, gdzie nie ma –
woła, że jest niezbędna i  powinna być w  rękach opozycji. To jest ich men-
talność.

56
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

Powinniśmy wyjść z Afganistanu


Super Express, 1 grudnia 2009

Polski rząd zamierza zwiększyć obecność Polski


w Afganistanie nawet o tysiąc żołnierzy.
Uważam, że to błąd. Nie stać nas obecnie na aż tak duży udział w  misji
NATO. Nie mamy odpowiednich warunków. Po odpowiedniej ocenie możli-
wości wojskowych powinniśmy nawet wyznaczyć datę wyjścia z Afganistanu.

Kiedy powinniśmy wycofać polskie wojska?


Gdyby istniał kompleksowy plan zmian w Afganistanie, to powinniśmy po-
zostać jeszcze kilkanaście miesięcy. Jeżeli nie ma takiego planu, to powinniśmy
zrezygnować z odpowiedzialności za całą prowincję Ghazni i stopniowo redu-
kować naszą obecność. Aż do jej wygaśnięcia. Podobnie jak w przypadku Ka-
nadyjczyków, powinno to nastąpić z końcem przyszłego roku.

Widzi pan taki kompleksowy plan dla Afganistanu?


Odnoszę wrażenie, że zarówno NATO, jak i prezydent Karzai mają wyłącz-
nie plan militarny. Bezpieczeństwa i rozwoju nie zapewnia się zaś tylko siła-
mi wojskowymi. Nie ma pomysłu na pokonanie narkobiznesu, odbudowę go-
spodarki, armii, administracji. Odgrodzenia od talibów z Pakistanu. Dopó-
ki takich planów nie ma, powinniśmy ograniczać się do zadań logistycznych.
Choćby takich, jak perfekcyjnie wykonana przez nas ochrona lotniska i orga-
nizacja ruchu lotniczego w Kabulu.

Dlaczego rząd upiera się przy zwiększeniu polskiego


udziału?
Odnoszę wrażenie, że wynika to z  prymatu polityki nad oceną zdolno-
ści naszych sił zbrojnych. Przy całym szacunku dla postawy żołnierzy, trzeci
57
Jerzy Szmajdziński
wybrane publikacje prasowe

i czwarty wyjazd do Afganistanu jest bezproduktywny. Mamy dość skromne


zasoby wojskowe. Obecnemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych takie de-
klaracje przychodzą zbyt łatwo. Realizacja spada później na barki szefa MON,
którego opinia nie zawsze jest brana pod uwagę.

Rząd twierdzi, że wychodzenie z Afganistanu byłoby


niepoważne wobec sojuszników z NATO.
Ale o  zakończeniu misji mówią sami sojusznicy! Wspomniałem o  Kana-
dyjczykach. Bliscy określenia daty wyjścia są Niemcy. Myślę, że powstrzyma-
ją się z ograniczaniem swojego udziału, gdy pojawi się kompleksowy program
przywracania bezpieczeństwa i pokoju, o którym mówiłem. Owszem, Afgani-
stan jest miejscem szkolenia ugrupowań terrorystycznych i poprawa sytuacji
w tym kraju przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa na całym świecie. Pol-
ska powinna być solidarnym i pewnym sojusznikiem. Ale sojusznicy też po-
winni zrozumieć nasze ograniczenia i pewien brak możliwości.

Patrząc wstecz, widzi pan błąd w decyzji o wysłaniu


polskich wojsk do Iraku bądź Afganistanu?
Przy całej ich kontrowersyjności, nie widzę. Dzięki misjom polskie siły
zbrojne radykalnie się zmieniły. Doświadczenie i wyszkolenie naszych żołnie-
rzy jest wielkim kapitałem.

Społeczeństwo ma więcej wątpliwości w tej sprawie. Gdyby


korzyści z Iraku wykraczały poza wyszkolenie żołnierzy,
były bardziej widoczne politycznie i gospodarczo, obie
misje byłyby zapewne mniej kontrowersyjne…
To prawda, ale gdyby taka logika obowiązywała wszystkie 34 kraje biorące
udział w operacji w Iraku, to tego kraju nie zostałoby nawet dla jego mieszkań-
ców. Kwestia bezpieczeństwa nie jest kwestią korzyści gospodarczych.

58
Rada Krajowa
Sojuszu Lewicy Demokratycznej
ul. Rozbrat 44A
00-419 Warszawa
e-mail: rk@sld.org.pl
www.sld.org.pl
Jestem człowiekiem porozumienia
i dialogu. Zawsze taki byłem.
Wtedy, gdy jako działacz studencki
i młodzieżowy zajmowałem się
polityką w Polsce Ludowej i po
roku 1989, jako poseł, szef klubu
parlamentarnego SLD, minister
obrony narodowej i wicemarszałek
Sejmu. Dla mnie, Polska to zawsze
była „wielka rzecz”.

W wyborach parlamentarnych
w roku 2007 zostałem posłem
po raz szósty. Jestem z tego dumny,
poczytuję to sobie za zaszczyt.
To znaczy, że obywatele doceniają
moją postawę. Mają dość swarów,
kłótni, inwektyw. Wybierają
kompetencje i cierpliwość w
dochodzeniu do porozumienia.
Szacunek dla innych ludzi. Tych
wartości brakuje w polskim życiu
publicznym.
Czas to zmienić!