You are on page 1of 248

Bryn C.

Collins

Emocjonalna

niedostępność

Bryn C. Collins

Emocjonalna
niedostępność
przekład:
Agnieszka Nowak

GDAŃSKIE
WYDAWNICTWO PSYCHOLOGICZNE

dla Roda

Tytuł oryginału: EMOTIONAL UNAVAILABILITY:
Recognizing It, Understanding It, and Avoiding Its Trap
Copyright ©

1997 by Bryn C. Collins

Copyright ©

for the Polish edition by Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne,
Gdańsk 2000

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana, powielana mechanicznie, fotograficznie,
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu
bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Pierwsze wydanie w języku polskim

Redakcja: Izabela Bilińska
Korekta: Sylwia Rzedzicka
Opracowanie graficzne: Agnieszka Wójkowska

ISBN 83-87957-11-9

Druk: Drukarnia Wydawnictw Naukowych b.A.
90-450 Łódź, ul. Żwirki 2

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
ul. Bema 4/la, 81-753 Sopot, tel./fax (0-58) 551-61-04
e-mail: gwp@gwp.gda.pl
http://www.gwp.gda.pl

Spis treści
Podziękowania

11

Wprowadzenie

13

Co miałam na myśli?
Plan
Rozdział 1

Pan Wspaniały, Pani Doskonała i przyjaciele
Romeo/Romietta: wspaniały balkon i brak wytrwałości
Indiana Jones: niebezpieczny mężczyzna
Dziesiątki i inne trofea
Synek Mamusi i Córeczka Tatusia
Holicy: alko..., jedzenio..., sklepo..., sekso..., praco
Emocjonalny Einstein: miłość człowieka myślącego
Człowiek w lustrze: Narcyz i inni zakochani w samych sobie
Piskorze i inne Śliskie Stworzenia
James Bond: szpiedzy i kłamstwa
Z powrotem na przyjęciu
Rozdział 2

Przyczyny. Cztery podstawowe uczucia/emocje
Złość
Smutek
Strach
Zadowolenie
Skąd zatem biorą się emocje?
Jak to się stało?
Szara Strefa
Gniew: uniwersalna przykrywka
Bezsilność
Systemy wewnętrznego i zewnętrznego sprzężenia zwrotnego
Teoria więzi
Problem niskiej samooceny
Granice
Kontrola

15
16

17
18
20
22
24
26
30
31
33
34
37

38
^40
40
41
42
48
49
50
53
57
60
64
67
68
70

Toksyczny balon
Wielkie sekrety rodzinne

72
75

Rozdział 3

Głęboko Zrozpaczeni.
Opowieści o nieodwzajemnionej miłości
Głęboko Zrozpaczeni
Rozdział 4

Zatańczymy? Cza-cza, tory, łańcuchy i tango
Rozdział 5

Romeo... i Julie. Mężczyzna, kobiety i kłopoty

79
81

86
93

Rozdział 6

Głowa ponad serce. Intelektualna wieża
z kości słoniowej
Rozdział 7

Cokolwiek powiesz, kochanie. Nierpwność sił
Rozdział 8

Poszukiwacze przygód. Związki na krawędzi

99
105
110

Rozdział 9

Mam pewien sekret. Kłamstwa, półprawdy
i ukryte pułapki
Rozdział 10

Pomówmy otwarcie. Upychacze emocji
Rozdział 11

Tak, ale... Ty, ja i całe zło świata
Rozdział 12

Jednostronne lustro. Narcyz

116
121
126
131

Rozdział 13

Pozwól, że to za ciebie naprawię.
Klatka współzależności
8

137

Rozdział 14

Holicy

142

Rozdział 15

Skała i Rakieta

145

Rozdział 16

Rodzice niedostępni emocjonalnie

150

Nowe narzędzia
Najpierw sprawdź sam siebie

154
155

Rozdział 17

Model zmian i rozwoju
Pięć pól Lokalizacji Emocjonalnej
Podstawy Lokalizacji Emocjonalnej
Pozostałe więzi w sieci pól emocjonalnych
Magiczne Słowa doktora Collinsa
Praktyczne zastosowania
Konfrontacja
Konfrontacja a rozwiązywanie problemów
Asertywność
Przeformułowanie
Granice
Zakazane „dlaczego"
Cele i struktura
Odpowiedzialność emocjonalna
Wykorzystanie narzędzi
Rozdział 18

Narzędzia zmian i rozwoju

157

159
160
172
176
179
185
186
187
187
189
191
193
195
197

199

Wewnętrzny system sprzężenia zwrotnego
199
Uczenie się zależne od stanu
202
Łączenie emocji z odczuciami cielesnymi
204
Nawiązywanie kontaktu z innymi ludźmi
205
Budowanie wartości i przekonań
205
Budowanie zaufania
207
Budowanie empatii
211
Cele i struktura
213
Pozbądź się starego bagażu: przywiązanie, przemoc, porzucenie . . 216
Wybór i współpraca z terapeutą
217
Budowanie pozytywnej samooceny
221
9

Rozdział 19

Odrzuć to, co toksyczne, i idź naprzód
Zaburzenia osobowości
Prawdziwa trucizna
Sygnały zagrożenia i znaki ostrzegawcze
Dlaczego źli ludzie są tacy atrakcyjni?

Lista polecanych książek
Rozwiązywanie konfliktów
Jak dojść do siebie po nadużyciach
Rozwój i zmiany
Granice
Samoocena

Indeks

225

.

226
228
234
239

241
241
241
241
242
242

243

Podziękowania
odobnie jak potrzeba współpracy całej wioski, żeby dobrze wychować
dziecko, tak trzeba również wielu życiowych doświadczeń i nauk, aby
wychować terapeutę! Chciałabym podziękować ludziom, którzy byli
moimi nauczycielami podczas tej drogi. Chociaż być może nie zawsze świet­
nie się bawiłam podczas ich lekcji, bez wątpienia cenię je i noszę w sobie.
Specjalne podziękowania składam mojej agentce, Jean Naggar, która
jest wyjątkową nauczycielką, wyjątkową kobietą i niezwykłą przyjaciółką;
moim rodzicom - Ronowi i Ellen Christgauom - których mądrość i niewin­
ność nauczyła mnie cenić każdą z tych wartości; mojej teściowej, Rose
Collins, która nauczyła mnie bezwarunkowej miłości, z całym jej cierpie­
niem i chwałą; mojej nauczycielce, mentorce i terapeutce - Judith Barnitt;
mojej najdroższej przyjaciółce, Molly Anderson, która nauczyła mnie, czym
jest prawdziwa przyjaźń; mojemu bratu, Jayowi Christgauowi, z nieskoń­
czenie wielu powodów; moim przyjaciołom - Roxanne Currie, Dave'owi
Estokowi, Jimowi Keenanowi, Brendzie DeMotte, Donnie Waldhauser, Lesliemu Lienemannowi, doktorowi Mike'owi Share'owi oraz Brianowi Hawkinsowi - którzy służyli mi wsparciem i zachętą; mojej redaktorce, Susan
Schwartz, za jej niezwykłą redakcję; Bessie, Splashowi, Rosie i Rangerowi
za niekończący się entuzjazm i pocałunki; oraz mojemu mężowi i przyjacie­
lowi, Rodowi, za rzeczy, których jest zbyt wiele, aby je wymienić.

P

Wreszcie dziękuję wszystkim moim klientom i kolegom, od których
nieustannie uczę się czegoś nowego.

Wprowadzenie

W

yobraź sobie taką sytuację: zaproszono cię na przyjęcie, jednak
kiedy nadchodzi dzień, w którym - o ile pamiętasz - ma się ono
odbyć, uświadamiasz sobie, że nie jesteś pewna, jakiego rodzaju
będzie to przyjęcie, ani o której godzinie powinnaś się na nim zjawić. No cóż,
myślisz sobie, głowę masz przecież nie od parady, więc po prostu wybierzesz
najlepszą opcję. Ubierasz się zatem w neutralnym, nieformalno-eleganckim
stylu i zjawiasz się na przyjęciu o siódmej wieczorem.
Kiedy zbliżasz się do domu gospodarza, dobiegają cię odgłosy przyję­
cia: muzyka, rozmowy, śmiech, delikatny brzęk kieliszków. Myślisz sobie:
„To będzie świetna impreza". Wchodząc po schodach na ganek, czujesz
kuszące aromaty wydostające się z domu i raz jeszcze mówisz sobie: „To
będzie znakomite przyjęcie".
Dzwonisz do drzwi i pojawia się gospodarz z zagadkowym, enigmaty­
cznym uśmiechem na twarzy... odziany w smoking.
- Spóźniłaś się - mówi.
- Przepraszam, ale nie powiedziałeś mi, o której godzinie zaczyna się
przyjęcie.
- Myślałem, że sama się domyślisz.
- Jeszcze raz przepraszam. Ale teraz już jestem - próbujesz przywołać
na twarz pewny siebie uśmiech, niestety raczej bez powodzenia.
Gospodarz mierzy cię od stóp do głów.
- Może i tak, ale nie jesteś odpowiednio ubrana.
Spoglądasz na swój elegancki, choć niezbyt formalny strój, a potem
na jego czarny krawat i oficjalne ubranie.
- To prawda. Ale mieszkam niedaleko, mogę po prostu wrócić i szyb­
ko się przebrać. Nawet się nie obejrzysz, a już będę z powrotem. Nie minie
nawet godzina.
W myślach rozpaczliwie przeglądasz swoją garderobę, szukając w niej
czegoś wystarczająco formalnego, i zastanawiasz się, ile czasu zajmie ci
wyprasowanie nowej kreacji. Dodajesz do tego czas przejazdu, zastanawiasz
się, co będziesz musiała zrobić z włosami, żeby fryzura pasowała do wybra13

nego stroju, oraz jak szybko zmienić makijaż. Nadal jednak wydaje ci się, że
to będzie wspaniałe przyjęcie.
Twój gospodarz kręci głową.
- Ale wtedy będziesz naprawdę spóźniona. Będzie już po kolacji, a ja
tak liczyłem, że usiądziesz tuż przy mnie przy pierwszym stole.
Serce zamiera ci w piersi. Jedna jedyna szansa, a tyją zmarnowałaś!
W myślach wypowiadasz kilka niepochlebnych opinii o sobie, swoich zdol­
nościach, inteligencji i możliwościach, jednak głośno obiecujesz:
- Naprawdę, będę z powrotem za czterdzieści pięć minut. Będę wyglą­
dać doskonale. Nie możesz zaczekać? To tylko czterdzieści pięć minut.
Nie masz pojęcia, w jaki sposób zdołasz wrócić tak szybko, ale tak
bardzo chcesz zostać honorowym gościem.
Twój gospodarz raz jeszcze kręci głową.
- Hmm..., sam nie wiem. Ale co ze sobą przyniesiesz? Mówiłem ci
kiedyś, jak bardzo lubię te niezwykłe, dziewiętnastowarstwowe ciasteczka,
które pieczesz. Miałem nadzieję, że przyniesiesz po jednym dla każdego z gości.
Za jego plecami wciąż słyszysz śmiechy i muzykę, czujesz zapachy
egzotycznych potraw i widzisz szampana w kieliszkach. Nadal uważasz, że
to najwspanialsze przyjęcie spośród wszystkich, na których kiedykolwiek
byłaś, i wciąż chcesz być honorowym gościem.
- Może uda mi się wrócić na deser... Ilu jest gości?
Oto jak odczuwa się emocjonalnie niedostępny związek. Nigdy nie
jesteś dość dobry, żeby dostać się na przyjęcie. Dajesz się zwieść wyraźnym
- choć często pośrednim i niewypowiedzianym - sygnałom, że coś jest tylko
odrobinę nie w porządku. Kryje się za tym obietnica, że jeśli to naprawisz,
zostaniesz honorowym gościem i zdobędziesz główną nagrodę: miłość.
Ale kiedy naprawisz to, co było nie w porządku za pierwszym razem,
znajdzie się coś innego, co także jest trochę nie tak jak trzeba. Kiedy i to
naprawisz, pojawi się kolejny, równie drobny problem.
Twój gospodarz wcale nie zamierza uczynić ciebie - ani nikogo innego
- gościem honorowym. Twój gospodarz nie potrafi uczynić cię gościem
honorowym ani nawet otworzyć drzwi, żeby cię wpuścić do środka. Twój
gospodarz cierpi na niedostępność emocjonalną, czyli na niezdolność do
wyciągnięcia ręki i zbudowania uczuciowej więzi z inną osobą.
Szczególnie niepokojące i bolesne jest to, że ostatecznie nabierasz
przekonania, iż jest to w jakiś sposób twoja wina, a więc to ty musisz to
naprawić przez osiągnięcie doskonałości. Jeśli „błąd" nie zostanie napra­
wiony, będzie to oznaczać, że nie jesteś wystarczająco doskonały.
Pozwól mi powiedzieć ci wyraźnie po raz pierwszy to, co powtórzę
jeszcze wiele razy:
NIE ZEPSUŁEŚ TEGO...
NIE MUSISZ TEGO NAPRAWIAĆ!
14

Co miałam na myśli?
Właśnie przeczytałeś afirmację (afirmacja - prawdziwe i pozytywne twier­
dzenie, dotyczące idealnego stanu rzeczy) oraz metaforę o przyjęciu i powie­
działeś sobie: „To takie oczywiste. Ja nigdy nie dałbym się wciągnąć w coś
takiego".
Wydaje się to oczywiste - dopóki nie znajdziesz się w samym środku
podobnej sytuacji. Nie zaczyna się ona od nierealnych oczekiwań doskona­
łości. Gdyby tak było, odszedłbyś po pierwszych pięciu minutach. Wszyscy
dajemy się wciągnąć w emocjonalnie niedostępne sytuacje (nie chcę naduży­
wać słowa związek, kiedy opisuję coś tak jednostronnego), ponieważ proces
ten przebiega subtelnie i stopniowo. Wymagania wzrastają po trochu, spy­
chając cię centymetr po centymetrze z dogodnej pozycji i przesuwając kon­
trolę nad sytuacją ku osobie niedostępnej emocjonalnie.
Oto jeden z kluczy do zrozumienia niedostępności emocjonalnej. Oso­
ba niedostępna pragnie nie tyle miłości, ile raczej kontroli. Emocje są nie­
bezpieczne; kontrola daje złudne poczucie bezpieczeństwa.
To zupełnie zrozumiałe, że spodziewamy się więzi emocjonalnej z oso­
bą, z którą jesteśmy związani. W życiu bardzo często oczekujemy, że w pew­
nych sytuacjach inni ludzie będą zachowywać się w określony sposób.
Częściowo to dzięki temu szczegóły życia codziennego nie wydają się nam
przytłaczające. Wykorzystujemy nasze oczekiwania jako przewodników,
którzy pomagają nam przewidzieć zachowania otaczających nas ludzi.
W przeciwnym wypadku musielibyśmy rozważać oddzielnie każdą z sytu­
acji, które przydarzają się nam co minutę, każdego dnia. Spróbujmy sobie
wyobrazić ruch uliczny w godzinach szczytu!
Oczekujemy, że policjanci będą czuwać nad przestrzeganiem prawa
i zapewnią nam bezpieczeństwo. Spodziewamy się, że nauczyciele będą
uczyć, a lekarze pomogą nam wyzdrowieć. Oczekujemy więzi emocjonalnej
z naszymi partnerami życiowymi. Takie oczekiwania wywołują u nas szcze­
gólne stany umysłu, kiedy znajdujemy się w pobliżu tych osób.
Wyobraź sobie, że jesteś w banku, a za tobą w kolejce stoi umunduro­
wany policjant. Nagle do środka wbiega uzbrojony przestępca, żeby obrabo­
wać bank. Decydujesz, co robić, na podstawie uzasadnionych oczekiwań, że
policjant będzie próbował ochronić ciebie i inne osoby przebywające w ban­
ku. Kiedy „policjant" okazuje się w rzeczywistości przebranym wspólni­
kiem napastnika, dla świadków rabunku bardziej traumatycznym prze­
życiem jest jego zdrada niż samo doświadczenie uczestnictwa w napadzie.
Jeśli wiążesz się z kimś, spodziewasz się, że z upływem czasu wasz
związek będzie się rozwijał i pogłębiał; oczekujesz trwałej więzi uczuciowej.
Zaczynasz dostosowywać swoje życie do tych oczekiwań. Kiedy okazuje się,
że twój partner nie buduje emocjonalnej więzi, zaczynasz cierpieć. To dlate­
go tego typu związki są tak bolesne. Powstały uraz powoduje dalsze szkody,
15

ponieważ umniejsza twoją wiarę w siebie i w twą własną zdolność budowa­
nia więzi. Chociaż może się to wydawać nielogiczne, w naturze człowieka
leży skłonność do szukania winy w sobie, gdy sprawy nie toczą zgodnie
z oczekiwaniami. Ostatecznie takie związki stają się dla nas podwójnie traumatyczne: najpierw z powodu poczucia straty i opuszczenia, a następnie
w wyniku utraty wiary w siebie. To dlatego zerwanie więzi tego rodzaju
może być o wiele bardziej bolesne niż zakończenie związku całkowicie speł­
nionego. Zastanawiamy się wówczas bez końca, co mogliśmy zrobić inaczej,
żeby zapobiec rozpadowi związku.

Plan
Jednym z celów tej książki jest przedstawienie typów osób niedostępnych
emocjonalnie, abyś mógł je rozpoznać, kiedy pojawią się w twoim życiu.
Temu zagadnieniu poświęcono rozdział pierwszy.
W rozdziale drugim przyjrzymy się niektórym z dróg prowadzących
ku niedostępności emocjonalnej. Zbadamy także emocje, trwałe stany umy­
słu i kilka różnych sposobów spojrzenia na komunikację, co pomoże ci roz­
poznać ludzi niedostępnych emocjonalnie, zanim zdążysz połknąć haczyk.
Rozdziały od trzeciego do szesnastego mówią o tym, w jaki sposób
zachowują się typy osób, poznane w rozdziale pierwszym, kiedy wejdą
w związek z innym człowiekiem. Znajdziesz w nich testy i kwestionariusze,
które pomogą ci zidentyfikować takich ludzi, oraz narzędzia, które ułatwią
ci zrozumienie, w jaki sposób można wpaść w pułapkę.
Rozdziały siedemnasty i osiemnasty dostarczą ci narzędzi, dzięki któ­
rym będziesz mógł zmienić swoje podejście do ludzi i związków. Używając
tych narzędzi w codziennym życiu, będziesz przyciągał ku sobie osoby do­
stępne emocjonalnie, ponieważ sam będziesz zdecydowanie dostępny.
Rozdział dziewiętnasty ułatwi ci rozpoznawanie tych ludzi i związ­
ków, które przekraczają granicę niedostępności emocjonalnej i stają się to­
ksyczne. Nauczysz się, jak rozpoznawać toksyczne osobowości oraz jak
trzymać się od nich z daleka.
Mam nadzieję, że dzięki tej książce nauczysz się nie tylko unikać ludzi
i związków niedostępnych emocjonalnie, ale także rozpoznawać i zbliżać się
do osób, które, podobnie jak ty, są emocjonalnie dostępne.

Rozdział 1

Pan Wspaniały,
Pani Doskonała
i przyjaciele
ie znam chyba nikogo, komu przez całe życie udało się uniknąć
związku z osobą niedostępną emocjonalnie. Nie istnieje jakiś szcze­
gólny okres w życiu, kiedy zdarzają się owe niezdrowe związki - jedni
doświadczają ich jako nastolatki, inni - w wieku dojrzałym.
Niektórym znanym mi pechowcom nigdy nie przydarzył się emocjonal­
nie dostępny związek! Wydaje się, że ci nieszczęśnicy nie potrafią znaleźć
odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, iż nieustannie wchodzą w złe związ­
ki. Nie zdają sobie sprawy, że jest to kwestia wyboru - a także edukacji.
Stara, powszechnie uznawana zasada głosi, że ludzie wybierają na
swych partnerów osoby, przypominające im tego z rodziców, z którym wią­
zało się najwięcej spośród ich nierozwiązanych problemów. Rzeczywiście
okazuje się, że zwykle tak właśnie się dzieje. Co więcej, w rezultacie dana
osoba wybiera za każdym razem ten sam typ związku. Partner może poja­
wiać się w różnych opakowaniach, jednak zawartość - przynajmniej pod
względem emocjonalnym - jest zawsze podobna. Część procesu edukacji to
nauczenie się rozpoznawania typu osoby niedostępnej emocjonalnie, który
dotąd wybierałeś. W ten sposób uzyskasz wskazówki, które pomogą ci znaleźć
odpowiedz na pytanie, co w takich osobach wydaje ci się tak znajome i wabi
cię ku nim za każdym razem.
Przyjrzyjmy się teraz niektórym spośród typów osobowości niedostęp­
nych emocjonalnie. Lista ta nie jest kompletna, ale prezentuje najważniej­
szych przedstawicieli omawianej grupy. Zauważmy, że zachowania są uszeręgowape od „całkiem w porządku" do „ekstremalnych". Owe typy osobowoś-

N

17

ciowe mieszczą się w takim samym przedziale: od łagodnych do niemożli­
wych do przyjęcia. Oczywiście określenie „możliwy do przyjęcia" może zna­
czyć coś zupełnie innego dla różnych osób.
Warto także zauważyć, że ludzie mogą się zmieniać. Owe zmiany
zachodzą nieustannie. Nic nie zostało wyryte w kamieniu. W każdym z tych
typów osobowości (z wyjątkiem dwóch) tkwi potencjał rozwoju i zmiany.
Oczywiście wymaga to pracy, a czasami pomocy terapeuty. Zasięg i głębo­
kość zmian zależą od tego, w którym miejscu omawianego przedziału znaj­
duje się dana osoba. Jednak zmiany są możliwe tylko wtedy, gdy jest ona
przekonana o ich wadze i konieczności.

Romeo/Romietta:
wspaniały balkon i brak wytrwałości
Ależ to romantyczne: muzyka Barry'ego White'a w tle, przygaszone światła,
zapach róż wypełnia powietrze.
Pierwszy tydzień: „Kochanie, jesteś bez wątpienia najwspanialszą
i najcudowniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Nie mogę nawet
patrzeć na ciebie bez nieodpartego pragnienia wzięcia cię w ramiona".
Spotykasz Romea (bądź Romiettę) i nagle wciąga cię potężny wir.
Czułe telefony, urocze kartki, kwiaty, niezwykłe, romantyczne starania.
Jesteście razem, a ty jesteś w samym centrum uwagi.
Drugi tydzień: „Nie wiem, jak mogłem żyć bez ciebie".
Nic na to nie poradzisz - nagle czujesz, że cała jesteś tym czymś.
Każda piosenka miłosna została napisana dla was dwojga. Każdy romantycz­
ny film jest właśnie o was. Autorzy romansów musieli kryć się w waszych
kuchennych szafkach, zapisując w swoich powieściach wszystko, co powie­
dzieliście i zrobiliście.
Trzeci tydzień: „Nie mogę przestać o tobie myśleć. Przez ciebie mam
problemy w pracy, bo nie mogę się skoncentrować. Chcę spędzać z tobą
każdą chwilę".
Zaczynasz planować. Coraz częściej używasz słów nasz i my. W two­
ich uszach zaczyna rozbrzmiewać odległe echo weselnych dzwonów. Twoi
przyjaciele mają dość opowieści o waszym idealnym związku.
Czwarty tydzień: „Niestety, w tej chwili nie mogę odebrać telefonu.
Zostaw numer; oddzwonię, kiedy tylko będę mógł".
Piąty tydzień: „Niestety, w tej chwili nie mogę odebrać telefonu. Zo­
staw numer; oddzwonię, kiedy tylko będę mógł".
Szósty tydzień: „Niestety, w tej chwili nie mogę odebrać telefonu.
Zostaw numer; oddzwonię, kiedy tylko będę mógł".
18

Nagle już po wszystkim. Bez pożegnania, bez żadnego „idź do diabła",
wszystko się kończy. Nie było żadnej kłótni. Żadnej rozmowy. Nie zdarzył
się żaden wypadek (wiesz, bo sprawdziłaś izby przyjęć we wszystkich okolicz­
nych szpitalach), nie było żadnego pogrzebu. Romeo (bądź Romietta) po
prostu zniknął.
Zaczynasz roztrząsać sytuację ze wszystkich stron. Wymyślasz zwa­
riowane scenariusze, takie jak całkowita amnezja lub porwanie. Rzucasz się
dziko do telefonu, ilekroć dzwoni. Dręczysz się domysłami, w jaki sposób
doprowadziłaś do takiej sytuacji, i zostawiasz rozpaczliwe, niezachęcające
wiadomości pod wszystkimi numerami, pod którymi jeszcze kilka dni temu
bez trudu kontaktowałaś się z Romeem (bądź Romiettą). Niestety twoje
wiadomości pozostają bez odpowiedzi. Potem popadasz w przygnębienie.
W końcu możesz nawet oszaleć.
Tym, czego prawdopodobnie nie uda ci się uzyskać, są wyjaśnienia,
nawet jeśli przez przypadek wpadniesz na Romea (lub Romiettę) na ulicy.
Zamiast nich czeka cię ciepłe, 'powierzchowne powitanie i wymijające odpo­
wiedzi na twoje pytania.
Zanim do reszty zmieszasz się z błotem, spróbujmy przez chwilę
przeanalizować ten hipotetyczny związek. Na samym początku ujmuje cię
jego intensywność. Wydaje się głęboki i szczery, jednak dzieje się tak po
części dlatego, że Romeo poświęca ci tak wiele uwagi. Dla większości z nas
znalezienie się w samym centrum uwagi jest niezwykłym przeżyciem, które
przyprawia nas o zawrót głowy.
Ponieważ uwaga skupia się na tobie, nie dowiadujesz się zbyt wiele
0 swoim Romeo (lub Romietcie). Wszelkie pytania natury osobistej lub emo­
cjonalnej pozostają bez odpowiedzi lub zostają przekształcone w pytania na
twój temat. Takie uniki bardzo odpowiadają Romeowi, ponieważ w ten spo­
sób uzyskuje wiele informacji o tym, czego pragniesz, co lubisz i w co wie­
rzysz. Romeo (bądź Romietta) wykorzystuje te informacje, aby jeszcze bar­
dziej zaangażować cię w wasz związek. W zamian otrzymuje uwielbienie,
gorący romans i spełnienie - nie wspominając już o emocjach pościgu
1 triumfie zdobywcy. Cóż za wspaniała, pełna blasku nagroda!
Czymś, co zupełnie nie interesuje osoby tego typu, jest wyblakła paty­
na rzeczywistości. Kiedy tylko pojawiają się pierwsze oznaki powtarzalności
lub powszedniości - gdy zaczynasz napierać na Romea, żeby dowiedzieć się,
co czuje - w jego głowie włącza się sygnał alarmowy i Romeo zaczyna
rozglądać się za nowym podbojem. Pamiętasz weselne dzwony, rozbrzmie­
wające w twoich uszach? To właśnie wtedy uruchamiał się ten alarm.
Romeo (lub Romietta) nie zainwestował niczego w wasz związek.
Więź, którą odczuwasz, to więź z sobą samą, ponieważ Romeo skupił swoją
- a także twoją - uwagę na tobie.
Chociaż wcale się takim nie wydaje, jest to związek jednostronny, bo
większość z nas będąc w samym centrum czyjejś uwagi, czuje się tak wdzięcz19

na i zadowolona, że nawet po wielu latach nie zauważa owej jednostron­
ności.
Wdzięczność i zaspokojenie własnej próżności nie mogą zastąpić mi­
łości i prawdziwej więzi emocjonalnej. To właśnie dlatego ten rodzaj porzu­
cenia sprawia tyle bólu. Właściwie czujesz się tak, jakbyś opuściła samą
siebie. Tymczasem Romeo (lub Romietta) zachowuje uczuciowy dystans
i pozostaje emocjonalnie niedostępny przez cały czas trwania związku,
a więc po jego zakończeniu nie cierpi ani nie czuje się opuszczony. Zamiast
tego poddaje się natychmiast emocjom związanym z nowym podbojem.
Dlaczego ktokolwiek miałby tak postępować? Chociaż takie zachowa­
nie wydaje się podłe i manipulacyjne, to jednak jego źródła tkwią w pustce
i smutku. Ludzie tacy jak Romeo (bądź Romietta) są tak zobojętniali na
wszystko i niezdolni do wyjścia poza siebie nawet na odległość ramienia, że
nie potrafią zbudować żadnej autentycznej więzi z inną istotą ludzką.
Kiedy więc opróżniasz kolejną paczkę chusteczek do nosa, wpychając
w siebie cukierki, ciasteczka, pączki i potrójną porcję lodów, ważne, żebyś
przypomniała sobie, że tutaj nie chodzi o ciebie. Zostałaś potraktowana jak
cenny przedmiot, który traci swój urok, kiedy zostanie zdobyty.
Uprzedmiotowienie - czyli traktowanie innej osoby jak przedmio­
tu - to jedna z charakterystycznych cech związków, w których dochodzi do
nadużyć. Nie jest to ani w porządku, ani przyjemne i w żaden sposób na to
nie zasługujesz. Uleczenie nadchodzi wtedy, kiedy potrafisz uwolnić się
z haczyka i zrozumieć odebraną lekcję lub niedokończoną sprawę, którą być
może udało ci się zakończyć dzięki temu spotkaniu. Zanim więc skoczysz
z balkonu, na którym zostawił cię Romeo (lub Romietta), przeczytaj do
końca tę książkę, dokończ swoją porcję lodów i postaraj się przypomnieć
sobie, jak dobrze jest odczuwać zadowolenie z samej siebie! To największy
prezent, jaki możesz otrzymać od Romea (lub Romietty).

Indiana Jones: niebezpieczny mężczyzna
Odgłosy szalejącej alpejskiej wichury niemal całkowicie zagłuszają jego sło­
wa, możesz jednak usłyszeć: „...pięknie w tej... to takie cudowne być... adre­
nalina jest jak miłość".
Najczęściej spotykasz Indy'ego w sytuacjach pełnych mocnych wra­
żeń: jest instruktorem narciarstwa, kierowcą rajdowym lub miłośnikiem
nurkowania. W swoich opowieściach wspomina o egzotycznych miejscach
i ekscytujących wydarzeniach. Nie ma rzeczy, której nie spróbowałby „ot
tak, dla mocnych wrażeń". Może pojawić się w mundurze policjanta, straża­
ka lub pilota odrzutowca. Opanowany, spokojny ratownik, który nie traci
głowy nawet w najtrudniejszej sytuacji. Panuje również nad swoim sercem
- i emocjami!
20

Snując opowieści o swoich wyczynach, Indiana nieprzerwanie dostar­
cza ci kolejnych dawek adrenaliny. Czasami możesz nawet nagle znaleźć się
tuż za nim, wyskakując z zupełnie bezpiecznego samolotu, śmigając w dół
ryzykownym szlakiem narciarskim lub badając dno rafy strzeżonej przez
rekiny; nie masz przy tym pojęcia, w jaki sposób się tam znalazłaś. Indy
składa się z samej adrenaliny. Nawet kiedy siedzicie przy kominku tylko we
dwoje, przytulny pokój wypełnia się jego elektryzującą energią spadochro­
niarza, nieugiętego policjanta czy też zuchwałego strażaka. Podczas gdy
Romeo (lub Romietta) jest całkowicie skoncentrowany na tobie, Indy po­
święca całą swoją uwagę ekscytującym wyczynom i mocnym wrażeniom.
Obsadza sam siebie w roli głównej, ale to tylko akcja - a nie interakcja.
Dopóki pozostajesz pełnym uwielbienia widzem/kibicem, wasz zwią­
zek trwa. Jeśli jednak zaczniesz szukać jakiejś treści emocjonalnej lub spró­
bujesz podzielić się z Indym jakimkolwiek uczuciem wykraczającym poza
„oh, jesteś wspaniały!", nagle poczujesz się porzucona lub uwięziona w ślepej
uliczce, podczas gdy on wyruszy już na kolejną daleką wyprawę dokądkolwiek,
po cokolwiek i z kimkolwiek. Kiedy poziom adrenaliny opada, Indy znika.
Dlaczego zatem kobiety lgną do Indy'ego? Przyciąga je właśnie adre­
nalina i ekscytacja. Wydarzenie i osoba, która jest jego sprawcą, w jakiś
sposób łączą się w jedno, a więc osoba staje się ekscytującym elementem
zdarzenia lub działania. Prawdopodobnie Indy przyjął ten styl już we wczes­
nych latach swego życia, kiedy nagradzano go za to, co robił, a nie za to, kim
był, lub też kiedy któryś z jego zwariowanych wyczynów wywołał ostre
(prawdopodobnie skrajnie różne) reakcje rówieśników czy rodziców. Nagle
znalazł się w samym centrum wydarzeń, w świetle reflektorów. Nie musiał
się angażować ani budować żadnych więzi emocjonalnych, nie musiał podej­
mować uczuciowego ryzyka lub odsłaniać się, aby zwrócić na siebie uwagę.
Pomyśl o bohaterze ze szkoły średniej, który - dzięki swym sporto­
wym osiągnięciom - skupia na sobie wiele pozytywnej uwagi, nie angażując
ani odrobiny samego siebie lub własnej duszy. Nie twierdzę, że każdy spor­
towiec jest Indym, jednak wielu Indych to dawne gwiazdy sportu, których
kariera zakończyła się w chwili opuszczenia szkoły. Kiedy reflektor zgasł,
zaczęli szukać innych sposobów, żeby włączyć go ponownie. Czasami takim
rozwiązaniem okazuje się służba w wojsku czy przynależność do subkultury
punków lub do gangu; w innych wypadkach może to być hobby albo zain­
teresowanie związane z dużym ryzykiem - wspinaczka skałkowa, nurkowa­
nie lub kajakarstwo górskie. Wszystkie te sytuacje unaoczniają jedno prze­
konanie: wartość Indy'ego zależy od tego, co robi, a nie od tego, kim jest.
Łatwo zauważyć, że wybrane przez niego dziedziny nie sprzyjają zgłębianiu
emocji, co więcej, mogą nawet do niego zniechęcać, ponieważ w przeciwnym
razie Indy musiałby się odsłonić, a przecież twardzi faceci nigdy tego nie
robią.
21

Kiedy wreszcie zmęczą cię jego wojenne historie i zapragniesz czegoś
zbliżonego do więzi emocjonalnej, Indy wsiądzie do pierwszego samolotu do
Timbuktu - lub do jego lokalnego odpowiednika - i znajdzie kolejną miłoś­
niczkę swoich przygód.
Podobnie jak nie każdy sportowiec jest Indym, tak nie jest nim rów­
nież każdy nurek, skoczek bungee, policjant, strażak itp. Zamiłowanie do
jakiegoś sportu (lub sportów) albo ekscytujące hobby nie oznacza jeszcze, że
dana osoba nie potrafi budować więzi emocjonalnych. Indy ujawnia się
wtedy, gdy ów sport lub działanie zastępuje prawdziwe więzi uczuciowe gdy działanie samo staje się więzią.
Podczas gdy Romeo wyślizguje się po cichutku, Iridy znika w prawdzi­
wej burzy aktywności. Jest po prostu bardzo zajęty, a w jego planach niema
już miejsca dla ciebie. Być może wyrusza ha spotkanie przygodyiub znajdu­
je sobie zajęcie, które cię nie interesuje, może też przyłączyć się do nowej
paczki „przygodowych" kumpli. Tylko poproś go, żeby się zaangażował,
a zobaczysz ten niezwykły wybuch aktywności!
Tym razem zerwanie kończy się nie tyle potrójną porcją lodów, ile
raczej wyprzedażą zawartości twojego garażu, kiedy pozbywasz się sprzętu
do nurkowania lub butów narciarskich. Ponieważ był to związek nie tyle
z osobą, ile z jej działaniem i zachowaniem, jego zakończenie wywołuje ra­
czej spadek poziomu adrenaliny niż cierpienie. Jednak po związku z takim
człowiekiem pozostaje w nas apetyt na dreszczyk emocji. Jest to dość nie­
bezpieczne, bo może zaprowadzić nas prosto do kolejnego Indy'ego; na na­
stępną przejażdżkę wspaniałą „kolejką śmierci" w lunaparku pełnym nie­
bezpiecznych mężczyzn (lub kobiet).
Uwierz w siebie. Naprawdę możesz nauczyć się czuć dobrze z osobą,
dla której ekscytacja oznacza dobry film i obiad w McDonałdzie. Potrzeba
tylko autentycznej więzi emocjonalnej.

Dziesiątki i inne trofea
Sobowtór JFK Juniora, Claudii Schiffer lub Cindy Crawford, brat bliźniak
Brada Pitta. Tam, gdzie Indy polega na swoim współczynniku ekscytacji,
Dziesiątki liczą na to, że ich uroda pozwoli im oczarować partnera, uwalnia­
jąc od konieczności budowania więzi. Wewnętrzny mechanizm jest tu bardzo
podobny. We wczesnym okresie życia Dziesiątki odebrały wyraźny (i prze­
rażający) przekaz, że wygląd jest największą z wartości, jaką mają do
zaoferowania, i zareagowały na to, rozwijając w sobie tę wartość. Wkrótce
przekonały się, że związek z osobą pełną uwielbienia dla ich wyglądu niesie
ze sobą bardzo niewielkie ryzyko emocjonalne. Tworzą zatem złudzenie
więzi, nie musząc dawać nic w zamian.
22

- Jak wygląda na mnie ta sukienka?
- Świetnie. Naprawdę do ciebie pasuje.
- Czy moja fryzura jest w porządku?
- Wygląda znakomicie. Najlepsza, jaką kiedykolwiek miałaś.
- Piję tylko wodę Evian, bo chcę, żeby moja skóra była idealna.
- Pójdę i przyniosę ci szklaneczkę.
- Chyba zacznę brać lekcje konnej jazdy. Myślę, że dobrze wyglądała­
bym na koniu.
Od samego początku twoja rola w tym związku jest jasno określona.
Masz za zadanie podziwiać i uwielbiać. To do ciebie należy prawienie kom­
plementów, eksponowanie i usuwanie się z drogi, podczas gdy twoja Dzie­
siątka lśni w blasku reflektorów.
W pewnym sensie jest to kolejna postać uprzedmiotowienia, jednak
tym razem przedmiotem jest właśnie Dziesiątka, która przyjmuje tę rolę
dobrowolnie! Oto klucz do zrozumienia, jak niska jest jej samoocena. Jeśli
uwierzysz, że masz jakąś wartość jedynie jako trofeum lub przedmiot podzi­
wiany przez innych - sam z siebie czynisz ofiarę. Zatem, pytasz sam siebie,
jeśli zwiążę się z Dziesiątką, która postanawia uprzedmiotowić samą siebie,
czy tym samym stanę się sprawcą uprzedmiotowienia?
Dobre pytanie. Trafia w samo sedno, ponieważ ofiarowując się dobro­
wolnie jako przedmiot, człowiek dokonuje także uprzedmiotowienia osoby,
której się ofiarował. Innymi słowy, stając się dobrowolnie ofiarą, Dziesiątka
czyni też ofiarę z ciebie. Jest to sytuacja, w której nikt nie wygrywa!
Upływa zwykle trochę czasu, zanim wyczerpie się cały zasób podziwu,
jednak w końcu odbite światło reflektorów przestaje ci wystarczać i zaczy­
nasz pragnąć czegoś, co płynie z głębi serca. Zamiast tego otrzymujesz
jeszcze więcej piękna. Nie ma nic złego w zewnętrznym pięknie, ale to za
mało, gdy twoje serce potrzebuje uwagi. Piękno nie jest uczuciem.
Czasami Dziesiątki przyciągają ku sobie łowców trofeów. Takie związ­
ki polegają na wzajemnym pasożytnictwie i są niepełne emocjonalnie, jed­
nak oczekiwania każdej z osób zostają spełnione, a zatem nie będziemy
zajmować się podobnymi kombinacjami. Możemy uznać je za przykłady
niedostępności emocjonalnej podniesionej do kwadratu.
Osoba zwabiona urodą Dziesiątki zyskuje coś innego niż pośredni
przypływ adrenaliny u kogoś, kto wybrał Indy'ego. Jej nagrodą jest uczucie
dumy i świadomość odniesionego sukcesu. Nie sposób nie zauważyć spoj­
rzeń pełnych zachwytu i zazdrości! Żeby jednak uniknąć nieporozumień tak jak nie każdy miłośnik przygód jest Indym, tak i nie wszyscy piękni
ludzie są Dziesiątkami. Tym, co wyróżnia Dziesiątki, jest dystans emocjo­
nalny, który utrzymują wobec każdego, kto próbuje się z nimi związać lub
stać się częścią ich życia. Wydaje się, że utrzymując świat na odległość ramie­
nia, muszą być dość samotne, prawda?
23

Zerwanie z Dziesiątką jest bolesne, bo godzi w twoją własną samo­
ocenę. Jeśli przez jakiś czas - jako partner Dziesiątki - lśniłeś odbitym od
niej blaskiem, a potem nagle zostałeś usunięty, musiałbyś, być bardzo pewńy siebie, żeby nie zacząć zastanawiać się, czy nie stało się tak przypadkiem
dlatego, że nie jesteś dość atrakcyjny. Takie domysły dają początek niezwy­
kle skalistej i niebezpiecznej ścieżce, której podczas twojej wyprawy musisz
unikać za wszelką cenę. Trudno pamiętać, że miłość i piękno to dwie różne
rzeczy, jednak pomoże ci to ominąć pułapkę negatywnych rozważań. Wy­
starczy kilka pozytywnych uwag pod własnym adresem, niewielka konfron­
tacja z rzeczywistością oraz emocjonalne okulary słoneczne, które przyćmią
odbity blask reflektora, i będziesz gotów odnaleźć autentyczną więź uczu­
ciową z kimś innym.

Synek Mamusi i Córeczka Tatusia
„No cóż, moja mama zawsze wiedziała, czego pragnę - nie musiałem jej nic
mówić. Dlaczego ty tego nie potrafisz? Dlaczego zawsze muszę ci mówić,
czego potrzebuję?"
„Gdyby mój tatuś sądził, że jestem nieszczęśliwa, kupiłby mi coś,
żebym poczuła się lepiej. A co ty dla mnie zrobisz?"
Dorastali z poczuciem bezpieczeństwa, przekonani, że świat kręci się
wokół nich. Mama i tata dali im wszystko - z wyjątkiem więzi emocjonal­
nych. Kiedy wiążesz się z Synkiem Mamusi albo z Córeczką Tatusia, twój
partner spodziewa się, że przejmiesz pałeczkę w miejscu, w którym oddała
ją jego mamusia lub tatuś. To oczekiwanie rodzi niezliczone problemy.
Po pierwsze, jest mało prawdopodobne, by mamusia czy tatuś zgodzili
się zrezygnować choćby z części swej obecności w życiu Synka lub Córeczki.
Zamiast tego oczekują od ciebie, że przyłączysz się do pełnej podziwu publi­
czności, jednak nie na pełnych prawach członkowskich. Masz raczej przyjąć
rolę podrzędną - wobec nich i wobec Synka/Córeczki - oczekują oni, że
staniesz się satelitą.
,
Drugi problem pojawia się wtedy, gdy twoja miłość zostaje porównana
do miłości ofiarowanej przez mamusię lub tatusia. Najczęściej wynik takiej
konfrontacji jest dla ciebie niekorzystny. Często miarą porównania są dobra
materialne lub pieniądze („Tatuś kupiłby mi...") albóbezgraniczna akcep­
tacja („Nie mam pojęcia, dlaczego się wściekasz. Mama nigdy nie była zła,
"kiedy...").
Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję. Wydaje się, że mamy problemy
z odróżnieniem bezwarunkowej miłości/akceptacji (bardzo pożądanej) od
akceptacji bezgranicznej (dysfunkcjonalnej). Miłość/akceptacja bezwarun24

kowa to: „Kocham cię, ponieważ istniejesz. Akceptuję cię takim, jakim
jesteś. Jednak musisz postępować właściwie i być dobrym obywatelem tego
świata - w przeciwnym razie poniesiesz konsekwencje".
Z kolei bezgraniczna akceptacja mówi: „Wiem, że Junior nie powinien
brać narkotyków, sypiać ze wszystkim, co się rusza, ani okradać nas i swoje­
go pracodawcy. Jednak nie chcę, żeby musiał ponosić jakiekolwiek konse­
kwencje. Potrzebuje pomocy. To wina społeczeństwa. Jego nauczycieli. Jego
terapeuty. Nie rozumiecie go. Jest taki wyjątkowy".
O Juniorze można powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że
jest głupi. Bardzo szybko uczepi się tej myśli. „Jestem wyjątkowy. Reguły
mnie nie dotyczą. Jeśli będę miał ponieść jakieś konsekwencje, mama to
załatwi". Większość nauczycieli w szkołach podstawowych mogłaby opowie­
dzieć nam o skutkach takiego wychowania, muszą bowiem walczyć z klasa­
mi pełnymi dzieciaków, które wierzą, że mogą zrobić, cokolwiek im przyj­
dzie do głowy, kiedykolwiek zechcą.
Wielu moich kolegów klinicystów i ja sama wielqkrotnie stajemy
przed zadaniem „naprawienia" dorastających młodych ludzi, którym w dzie­
ciństwie dano do zrozumienia, że w razie potrzeby mamusia lub tatuś uwol­
nią ich od wszelkich konsekwencji. Aby funkcjonować w świecie i w związ­
kach z innymi, dzieciaki i ludzie w ogóle muszą mieć świadomość struktury
relacji międzyludzkich i muszą rozumieć, że jej naruszenie prowadzi do
określonych konsekwencji. Kiedy wiążesz się z kimś, kto nigdy nie musiał
brać na siebie odpowiedzialności za swoje zachowanie, twój partner oczeku­
je, że będziesz kontynuować pracę rozpoczętą przez mamę lub tatę i uwol­
nisz go od wszelkich konsekwencji.
Kiedy próbujesz ustalić pewną strukturę, problemy tylko się pogłębia­
ją. Załóżmy, że twoim - jasno wyrażonym - oczekiwaniem jest monogamia.
Twojego partnera zaczyna jednak pociągać ktoś spoza waszego związku.
Jak sądzisz, czym będzie się kierował przy podejmowaniu decyzji: twoim
oczekiwaniem monogamii czy swoją własną przyjemnością? I jak zareaguje
na twój ból, złość lub próbę wyciągnięcia konsekwencji?
„Mama nigdy by...".
„Idę do tatusia!".
Przez całe życie rodzice chronili Synków Mamusi i Córeczki Tatusia
przed wszelkimi potencjalnie bolesnymi, a tym samym pouczającymi do­
świadczeniami. Synkowie i Córeczki nigdy nie musieli odczuwać swoich emo­
cji. Zanim maleńka dolna warga miała jakąkolwiek szansę zadrżeć, mama już
tam była, nie dopuszczając, by jej maleństwo poczuło jakikolwiek ból.
Nie ma zwycięzców w związku z osobą, która utrzymuje swoje uczu­
cia na odległość ramienia. Jest jeszcze gorzej, gdy pierwszy obrońca czai się
w pobliżu i czeka na pierwszy sygnał bólu u swojego Synka lub Córeczki,
25

gotowy rzucić się na źródło tego cierpienia - czyli na ciebie - i raz jeszcze
przyjść z odsieczą swojemu maleństwu.
Gdy jesteś w związku z Synkiem Mamusi lub Córeczką Tatusia, mo­
żesz spodziewać się, że twoja emocjonalna inwestycja przyniesie negatywne
rezultaty. Prowadzi to do ogromnej frustracji. Związek zakończy się gwał­
townie, jeśli tylko poprosisz swego partnera, by w jakikolwiek sposób uzu­
pełnił wasz krąg emocji, albo gdy zasugerujesz, że zachowania wiążą się
z określonymi konsekwencjami, lub wyrazisz niezadowolenie z czegpś, co
zrobił czy też powiedział twój partner. Będzie to głośne i burzliwe rozstanie;
natychmiast rozlegnie się żałosne zawodzenie dziecka, któremu ktoś popsuł
szyki, zawodzenie wzmacniane przez obronny chór mamusi lub tatusia. Ty
zostajesz z siniakami i poczuciem zagubienia. Twoje uzasadnione oczekiwa­
nia zadrżały u podstaw, zaczynasz zatem rewidować swój obraz siebie i system
przekonań.
To smutne wieści dla Synka/Córeczki, lecz dobre dla ciebie: oni nicze­
go się nie nauczą, ale ty dojdziesz do siebie.

Holicy: alko..., jedzenie..,
sklepo..., sekso..., praco...
Uwaga! Zanim przejdę do tematu, pozwolę sobie zająć przez moment miej­
sce na prowizorycznej mównicy, żeby wyrazić swój sprzeciw wobec panują­
cej obecnie teorii, że wszystko jest uzależnieniem - sprzeciw wobec modelu,
który zdominował wiele współczesnych podejść terapeutycznych. Jestem
przekonana, że definicja uzależnienia powinna być bardzo wąska, ograni­
czona do fizycznego uzależnienia od jakiejś substancji. Nie wierzę, by nega­
tywne wybory lub reakcje behawioralne danej osoby na kolejne doświadcze­
nia składały się na uzależnienie. Nazywając negatywne wybory behawioral­
ne uzależnieniem, mylimy wyjaśnienie zjawiska z przyjmowaniem odpowie­
dzialności.
Wytłumaczenie nie jest usprawiedliwieniem. Ludzie muszą brać od­
powiedzialność za własne zachowania - i te niepożądane, i wszystkie inne.
Od czasu do czasu wszyscy dokonujemy złych wyborów. Takie doświadcze­
nia pozwalają nam rozwijać się i unikać podobnych, niewłaściwych decyzji
w przyszłości.

Trafne oceny przychodzą wraz z doświadczeniem.
Doświadczenie bierze się z nietrafnych ocen!

26

Zastosowanie modelu uzależnienia pozwala danej osobie wykorzystać
wyjaśnienie jako wymówkę i uniknąć odpowiedzialności za swoje zachowa­
nie. „To uzależnienie. Jestem wobec niego bezsilny". Bzdura! Bądź odpo­
wiedzialny za własne zachowania, trzymaj się swoich wyborów i bądź silny.
Koniec kazania.
Holicy to ludzie, którzy tak bardzo koncentrują się na jednym zacho­
waniu, że nie ma już miejsca na nic innego - także na związek. Jednocześ­
nie wymagają od ciebie bezwarunkowego i całkowitego oddania się im i ich
obsesji. To oczekiwanie pozwala holikowi sprawować nad tobą kontrolę bez
większego wysiłku z jego strony.
W zamian otrzymujesz jasny przekaz, że jeśli zrobisz wszystko, jak
należy, możesz uzyskać miłosną więź, której pragniesz. W takim układzie
problemy są wielowymiarowe: holik dostaje wszystko, czego chce, nie mu­
sząc dawać nic w zamian; holik nie potrafi stworzyć z tobą obiecanej więzi
uczuciowej, ponieważ koncentruje się na zachowaniu. Zatem jest związany
(lub związana) przede wszystkim z owym obsesyjnym zachowaniem.
Jest to bardzo ważna uwaga. Emocje holika koncentrują się przede
wszystkim na jego obsesji. Oznacza to, że uczucia takiej osoby nigdy nie
będą się skupiały na tobie. To miejsce jest już zajęte - na stałe! Trudno
zadowolić się drugoplanową rolą. Moja przyjaciółka, Connie Day, sparafra­
zowała Szekspira w odniesieniu do tego właśnie zagadnienia: „Muzyka pie­
kieł nie dorówna kobiecie, grającej drugie skrzypce!".
W niniejszym tekście będę stosowała określenia uzależnienie i ob­
sesja zamiennie, w znaczeniu „powtarzających się wyborów behawioral­
nych, które odzwierciedlają obsesyjną koncentrację na jakimś zachowaniu".
Tak będzie prościej; co wcale nie znaczy, że odstępuję od mojej wcześniejszej
opinii na temat uzależnień.
Możemy podzielić holików na dwie grupy: osoby uzależnione od za­
chowań oraz osoby uzależnione od substancji. Grupy te mają ze sobą wiele
wspólnego. Po pierwsze, w obu obsesyjna koncentracja na zaspokojeniu
uzależnienia przeważa nad wszystkim innym. Po drugie, uzależnienia rzad­
ko rzucają się w oczy od pierwszego kontaktu. Obsesja zaczyna się ujawniać
dopiero, kiedy bliżej poznajesz daną osobę, a wtedy jesteś już zaangażowa­
ny. Po trzecie, uzależnienie pochłania mnóstwo psychicznej i emocjonalnej
energii, tak że zostaje jej bardzo niewiele na cokolwiek innego.
Przyjrzyjmy się najpierw grupie holików uzależnionych od zachowań.
Należą do niej praco-, sklepo-, jedzenio-, sportoholicy itp. Nie mam tu na
myśli ludzi, którzy po prostu lubią robić pewne rzeczy i świetnie się bawią
swoim hobby. Dla jasności - hobby to coś, co lubimy robić, o czym z przyjem­
nością rozmawiamy z osobami o podobnych zainteresowaniach (a czasem
z osobami, które tylko udają zaciekawienie, bo są naszymi przyjaciółmi),
ale co nie staje się głównym motorem, naszego życia. Używając określenia
„holik", mówię o ludziach, którzy właściwie nie potrafią myśleć o niczym
27

oprócz swej obsesji. Każda rozmowa z taką osobą albo od początku dotyczy
owej obsesji, albo zostaje sprowadzona na jej temat drogą manipulacji - o ile
w ogóle dojdzie do rozmowy, bo holik jest często tak pochłonięty swoją
obsesją, że bywa po prostu nieobecny.
Posłużmy się przykładem pracoholika, pamiętając jednak, że nasze
obserwacje dotyczą wszystkich holików uzależnionych od zachowań. Pracoholikami bywają zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ci ludzie pracują każde­
go dnia - w biurze, w domu czy w podróży. Nawet kiedy nie pracują, myślą
0 pracy, rozmawiają przez telefon, wysyłają faksy lub siedzą przy kompute­
rze. Jeśli zapytasz ich, jak zarabiają na życie, to albo otrzymasz wymijającą
odpowiedź, która wynika z przekonania, że ich praca jest zbyt skompliko­
wana, żebyś mógł ją zrozumieć,-albo też zaleje cię potok niezrozumiałych
informacji, mających cię zupełnie oszołomić. W obu wypadkach odpowiedź
ujawnia pasję.
Ujawnia również koncentrację. Jest coś fascynującego w osobie tak
skoncentrowanej na swojej pracy. Owa fascynacja przekształca się w (myl­
ne) przekonanie, że będziesz w stanie oderwać pracoholika od jego pasji,
a wtedy część jego uwagi przeniesie się na twoją osobę. Ta myśl, być może
niezupełnie świadoma, rodzi się jednak w twoim umyśle.
Kolejną przyczyną owej fascynacji jest oczekiwana pozycja i status
zawodowy pracoholika. Oto jak przebiega rozumowanie: ktoś, kto jest dość
ważny, by pracować przez tyle godzin, musi być naprawdę niezwykły! Nie­
koniecznie. Pracoholicy to najczęściej menedżerowie średniego szczebla,
kobiety próbujące stłuc szklany sufit lub właściciele prywatnych firm, któ­
rzy mają do wyboru: pracować albo przepaść. A może pracoholik zdobywa
się na ten nadludzki wysiłek po prostu dlatego, że jest winien pieniądze
całemu światu!
Holicy uzależnieni od zachowań są całkowicie opętani wybranym za­
chowaniem, co oznacza, że w najlepszym razie możesz liczyć na to, iż zaj­
miesz drugie miejsce. Perspektywa bycia numerem dwa u boku robiącego
karierę pracoholika może wydać się przez chwilę kusząca, ponieważ do­
strzegasz wówczas potencjalne korzyści finansowe i już słyszysz przyszłe
oklaski. Poza tym całkiem podoba ci się poczucie, że jesteś częścią tego
wszystkiego. Jednak ani pieniądze, ani oklaski nie mogą zastąpić miłości
1 obecności drugiej osoby. Książeczka czekowa w niczym nie przypomina
czułego uścisku.
- Jasne, możemy pójść do Ralpha i Judy na kolację. Myślisz, że powin­
niśmy zabrać ze sobą butelkę czegoś mocniejszego?
- Na pewno będą mieli wino do kolacji.
- Sądzisz, że to wystarczy?
Druga grupa to holicy uzależnieni od substancji. Jeśli związałeś swój
los z osobą, która nadużywa alkoholu i/lub narkotyków (z prawdziwym
28

holikiem według mojej wąskiej definicji), toczysz bardzo nierówną walkę.
Przeczytaj to i uwierz mi: Dla holika uzależnionego od substancji nie
ma niczego - ani na tej planecie, ani poza nią - co byłoby ważniej­
sze od narkotyku. Koniec, kropka. Nie ma żadnych wyjątków.
Oczywiście, holik ani myśli się do tego przyznać. Powie ci raczej, że to
ty jesteś centrum jego/jej świata. Będzie ci to mówił dopóty, dopóki będziesz
tolerować jego nałóg. Jeśli jednak ustanowisz pewne ograniczenia, za­
czniesz twardo bronić swoich granic i "nie zgodzisz się podtrzymywać nisz­
czącego zachowania (ani" emocjonalnie, ani finansowo, ani poprzez dzia­
łanie), nagle środek świata przesunie się w stronę holika. Zanim jednak
wyznaczysz granice, twój wkład w negatywne zachowanie holika pozwala ci
pozostać w waszym związku: oczywiście na pozycji podrzędnej wobec nałogu.
Jeśli jesteś związany (lub związana) z osobą uzależnioną od jakiejś
substancji, nie wolno ci zapomnieć o dwóch rzeczach. Są one absolutnie
prawdziwe, niezmienne i stałe:
1. Zawsze będziesz grać drugie skrzypce - pierwsze należą do substancji;
2. Ani teraz, ani nigdy nie będziesz dość silny, żeby skłonić swego part­
nera do zmiany, porzucenia nałogu, odpowiedzialnego zachowania
lub traktowania cię tak, jak na to zasługujesz.
Nie możesz zdobyć czegoś, co nie istnieje. Powtarzaj to zdanie
jak mantrę. Śpiewaj ją, ilekroć poczujesz, że powinieneś w jakiś sposób
zasłużyć sobie na miłość holika, chroniąc jego związek z substancją, której
oddał się we władanie.
Holik uzależniony od zachowania lub substancji oczekuje, że przyj­
miesz wspierającą rolę i będziesz tak jak on poświęcać się dla jego obse­
sji/uzależnienia - nie mogąc przy tym liczyć na żadną wzajemność. Jeśli mu
to wypomnisz, zaryzykujesz utratę swojego drugiego miejsca lub oskarżenie
0 nielojalność (które stanowi podstawę rozstania w wypadku większości ho­
lików uzależnionych od substancji). Kilka takich gróźb i uczysz się nie wal­
czyć o swoją pozycję w związku. Kiedy na dobre przyjmiesz już swą rolę,
holik może zacząć poświęcać ci jeszcze mniej czasu i energii, bo teraz już
wie, że „zawsze może na ciebie liczyć", co w jego języku oznacza, iż jest
zupełnie pewien twojego współudziału. Gdy twoja tolerancja wreszcie się
wyczerpie i, nie chcąc już dłużej zadowalać się tylko maleńkim kawałecz­
kiem ciasta, zakończysz ów związek, to głównie na ciebie spadnie brzemię
smutku i cierpienia, ponieważ holik utrzymał swój najważniejszy związek
1 niczego nie stracił.
Oto zasadnicza przyczyna, dla której holicy trwają przy swoich zacho­
waniach: są zamknięci w relacji z niedostępnym emocjonalnie obiektem
miłości, który, jak sądzą, mogą zdobyć, jeśli tylko będą pracować dość cięż­
ko. Brzmi znajomo? Oto głębokie pokłady niedostępności emocjonalnej.
29

Emocjonalny Einstein:
miłość człowieka myślącego
- Charles, co do mnie czujesz? Jesteśmy razem od jakichś sześciu miesięcy
i chciałabym wiedzieć, na czym stoję.
- Clarisse, myślę, że mamy wiele wspólnych celów. Myślę, że jesteś
bardzo inteligentna, i sądzę, że świetnie się razem bawimy.
- Tak, to prawda, ale co do mnie czujesz?
- Myślę, że jesteś czarująca - pełna uroku i absolutnie zachwycająca.
- Dziękuję. Ale co do mnie czujesz?
- Myślę, że masz wiele zalet. Uważam, że będziesz świetną żoną i matką.
- Dziękuję. Ale co do mnie czujesz?
- Clarisse, nie rozumiem cię. Co jeszcze chcesz usłyszeć? Przecież cały
czas mówię ci, co czuję.
Miłość nie jest ćwiczeniem intelektualnym, a więzi emocjonalnej nie
sposób zbudować tylko przy pomocy rozumu. Rozum jest konieczny, żeby
tworzyć takie więzi, ale to nie w nim zapala się iskra.
Gdybyś był Emocjonalnym Einsteinem, powiedziałbyś mi teraz: „Nie
ma czegoś takiego, jak uczucie płynące z serca. Serce nie jest zdolne do
odczuwania emocji, bo jest przede wszystkim mięśniem". Co oznaczałoby,
że zupełnie nie rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi.
Emocjonalni Einsteini charakteryzują się zadziwiającą umiejętnością
ujmowania wszystkiego w kategoriach intelektualnych. Aby Emocjonalny
Einstein mógł czegoś doświadczyć, musi to najpierw przeanalizować, roz­
łożyć na czynniki pierwsze, policzyć, określić, sklasyfikować i zapakować do
małej, zgrabnej paczuszki. Emocje nie podlegają działaniom tego typu, więc
Emocjonalny Einstein nie uznaje ich istnienia.
- Kocham cię.
- Masz na myśli miłość w sensie romantycznym, czy też w uniwersal­
nym znaczeniu... ?
Tak to wygląda w największym skrócie.
Jeśli zwiążesz się z Emocjonalnym Einsteinem, wszystko zostanie
poddane gruntownej analizie. Dokładne plany, wnikliwe oceny i żadnych
uczuciowych niespodzianek. Nawet najbardziej emocjonalne chwile będą
starannie kontrolowane, aby nie wyrwały się na swobodę i nie stały, no
właśnie, emocjonalne.
Dla Emocjonalnego Einsteina jedyną bezpieczną rzeczą na świecie
jest myśl. Emocje są burzliwe, nieprzewidywalne i trudno je kontrolować,
a zatem trzeba ich unikać za wszelką cenę.
Jeśli zapragniesz owego burzliwego, nieprzewidywalnego, niepoddającego się kontroli emocjonalnego bałaganu i nieopatrznie wspomnisz o tym
swojemu Emocjonalnemu Einsteinowi, natychmiast zastygnie on w przera30

żeniu jak jeleń w jaskrawym świetle samochodowych reflektorów, a potem
w szalonym pośpiechu ucieknie do bezpiecznego, intelektualnego świata,
który można z łatwością kontrolować. Dopóki jednak nie domagasz się
emocjonalnego, nieintelektualnego związku i maszerujesz posłusznie w rytm
miarowej muzyki granej przez Emocjonalnego Einsteina, dopóty wasze ży­
cie posuwa się naprzód logicznymi, dobrze zaplanowanymi krokami.
Ten modus operandi odpowiada wielu ludziom i jeśli sprawdza się
także w twoim wypadku, jeśli potrafisz przejść przez najbardziej emocjonal­
ne chwile swego życia, ślub, narodziny dziecka, przepiękny zachód słońca,
nie mogąc dzielić się swymi przeżyciami z drugą osobą - nie czytaj dalej tego
rozdziału. Jeżeli jednak chciałbyś, aby w twoim życiu było miejsce na emo­
cje, a jesteś związany z osobą zamkniętą w świecie intelektu - musisz radzić
sobie sam, nie licząc na pomoc ze strony Emocjonalnego Einsteina. Możesz
poprosić o to, czego potrzebujesz w sferze emocji, a Emocjonalny Einstein
być może nawet spróbuje ci to dać, jednak będzie to tylko intelektualne
ćwiczenie, a nie dar płynący z głębi serca.
Kiedy w końcu zaczniesz mieć dość jego głowy i zażądasz serca, Emo­
cjonalny Einstein nie będzie w stanie ci go dać. Dla obu stron rozstanie
będzie pełne smutku i łez. Twoje łzy popłyną dlatego, że nie możesz dostać
tego, czego potrzebujesz; łzy Emocjonalnego Einsteina popłyną, ponieważ
nie będzie on mógł w żaden sposób zrozumieć, czego ci nie dał (lub nie dała).
Jednakże nawet wasze rozstanie zostanie poddane intelektualnej analizie,
kiedy Emocjonalny Einstein spróbuje zrozumieć, co się stało i naprawić
„usterkę".
Emocji nie można kategoryzować, wartościować, oceniać, kwantyfikować ani analizować. Nie można ich także naprawiać, bo przecież się nie
psują!

Człowiek w lustrze:
Narcyz i inni zakochani w samych sobie
Mam znajomego o imieniu Pete, który jest Narcyzem. Jeśli od jakiegoś
czasu nie kontaktowałam się z Pete'em i nagle dowiaduję się z telewizyj­
nych wiadomości o strasznej katastrofie lotniczej, myślę sobie: „Jaki strasz­
ny wypadek. Biedne rodziny ofiar muszą radzić sobie z tyloma rzeczami po
tej tragedii". Kiedy natomiast jestem w kontakcie z Pete'em i usłyszę tę
samą wiadomość, myślę: „Jaki straszny wypadek. Mam nadzieję, że nie było
tam Pete'a!".
Osoby narcystyczne wywierają na nas taki wpływ, ponieważ są świę­
cie przekonane, że środek-wszechświata mieści się tuż obok ich własnego
31

nosa, i oczekują, iż będziemy podzielać to przekonanie bez żadnych pytań
ani zastrzeżeń.
Podobnie jak wszystkie inne typy osobowości, Narcyzi tworzą konti­
nuum od stosunkowo łagodnych do skrajnie złośliwych. Istnieje jeden, szcze­
gólnie drapieżny gatunek Narcyzów. Tych ludzi należy unikać za wszelką
cenę. To rekiny w ludzkiej postaci, osoby niezdolne do żadnych uczuć, ani do
zbudowania jakiejkolwiek więzi. Więcej szczegółów znajdziesz w ostatnim
rozdziale tej książki, zatytułowanym.Odrzuć to, co toksyczne, i idź do przo­
du. W niniejszym rozdziale omówimy bardziej powszechne typy Narcyzów.
Osoby narcystyczne otacza aura niezwykłości - są wyjątkowe (przynajmniej we własnym mniemaniu) i mogą zostać zrozumiane tylko przez
innych wyjątkowych ludzi. Jednak ponieważ uważają, że tak naprawdę nikt
nie jest równie niezwykły, jak one same - są przekonane, iż nikt, prócz nich
samych, nie może ich zrozumieć. Ludzie narcystyczni mają skłonność do
przeceniania swoich sukcesów i umniejszania niepowodzeń. Czują się także
w wysokim stopniu uprawnieni do wielu rzeczy. Nie tylko jesteś im wszyst­
ko winien, ale także powinieneś być zachwycony, że możesz im to dać.
Połączmy owo poczucie uprawnienia z charakterystycznym dla Narcyza
brakiem empatii, czyli umiejętności współodczuwania bólu i cierpienia z in­
ną osobą, a otrzymamy kogoś, kto zupełnie nie potrafi zbliżyć się do drugie­
go człowieka i oczekuje, że to inni będą wyciągać rękę do niego. Gdybyś
jeszcze umiał czytać w myślach, żeby Narcyz nie musiał nigdy na nic cze­
kać...
Związek z Narcyzem rodzi ogromną frustrację, ponieważ cokolwiek
zrobisz, nigdy nie będzie to dość dobre. Wciąż jeszcze czujesz ukłucie bólu
po kolejnym odrzuceniu, a już pojawiają się nowe żądania, których nie
potrafisz właściwie spełnić; nie mówiąc już o twoich własnych potrzebach,
ukrytych w kulkach przeciw molom... na samym dnie zamrażalnika...
w opuszczonym magazynie... w innym kraju... na innej planecie.
W show-biznesie funkcjonuje stare powiedzenie: jesteś tak dobry, jak
twój następny występ. W związku z Narcyzem jest ono całkowicie słuszne.
Gdzie zatem tkwi haczyk? Po pierwsze, ludzie skoncentrowani na
sobie mogą być bardzo atrakcyjni, bo na pierwszy rzut oka wyglądają na
pewnych siebie, a pewność siebie przyciąga jak magnes. Jednakże osoby
pewne siebie i nienarcystyczne dzielą się swą pewnością z innymi; kontakt
z nimi wzbogaca cię. Podczas gdy ludzie pewni siebie cieszą się, kiedy mogą
ci pomóc we wzmacnianiu twojej siły, osoby narcystyczne koncentrują się
całkowicie na wzmacnianiu własnej. Będą przy tym żerować na tobie jak
pasożyty. Haczyk tkwi jednak w złudzeniu, że uczestniczysz w czymś wyjąt­
kowym i wspaniałym, czyli w jego/jej narcystycznej wizji siebie w otaczają­
cym świecie. W zamian otrzymujesz satysfakcję płynącą z tego, że przy­
czyniasz się do dobrego samopoczucia swojego Narcyza - stanu, który trze­
ba nieustannie podtrzymywać.
32

Jeśli Narcyz nie czuje, że twoja uwaga skupia się nieustannie na nim,
wycofuje się. Otrzymujesz wyraźny przekaz, iż jeśli nie wsiądziesz do tego
pociągu, zostaniesz sam na peronie, a Narcyz nawet się za tobą nie obejrzy.
Osoby narcystyczne wybierają ludzi, którzy są stworzeni do zadowalania
innych. Groźba porzucenia wywołuje u nich lawinę działań zaradczych.
Z tego właśnie mechanizmu kontroli korzysta Narcyz. Kiedy masz wreszcie
dosyć zadowalania osoby narcystycznej i zaspokajania jej potrzeb z nie­
ustannym poczuciem, że twoje wysiłki pozostają niezauważone i niedoce­
nione oraz że nie ma między wami żadnej więzi, pozostajesz sam z ogromną
frustracją i poczuciem winy. Nie byłeś dość dobry, by stworzyć prawdziwy
związek - oto przekonanie, które Narcyz wtłoczył ci w umysł.
Uleczenie przychodzi wraz z powracającym poczuciem rzeczywistości,
czasami z pomocą terapeuty. Częścią procesu terapeutycznego jest w takich
wypadkach wymazanie z pamięci owych przekonań. Niebezpieczeństwo po­
lega na tym, że dopóki przekonania te nie zostaną wymazane, jesteś bardzo
narażony na wejście w związek z innym Narcyzem.
Jeśli zmęczyłeś się już trzymaniem przed kimś lustra, wydawaniem
westchnień zachwytu i nieotrzymywaniem niczego w zamian, zacznij od
powiedzenia sobie kilku dobrych, mocnych, pozytywnych rzeczy - tylko
w ten sposób możesz zagłuszyć lamenty Narcyza.

Piskorze i inne Śliskie Stworzenia
- Nie wiem, czy jestem gotowy na związek.
- Małżeństwo to przestarzała instytucja wymyślona przez
(oto kilka możliwych wersji: ludzi starej daty, konwencjonalne społeczeń­
stwo, kościół, rząd, socjalistów, konserwatystów, rodziców).
- Myślę, że każde z nas powinno nadal żyć własnym życiem. Chociaż
mieszkamy razem, nie chcę się zbyt mocno angażować.
Ach! Pieśń godowa Śliskiego Stworzenia - typu, który po prostu niepotrafi się w nic zaangażować. A przynajmniej w nic, czego pragniesz. Śli­
skie Stworzenie może się do ciebie zbliżyć. Wprowadzi się do ciebie. Będzie
dzielić z tobą książeczkę czekową. Śliskie Stworzenie może nawet mieć
z tobą dziecko. Nigdy jednak nie dotrzyma słowa; co więcej - nigdy nawet ci
go nie da.
Możesz co najwyżej uzyskać połowiczną obietnicę, dotyczącą ewen­
tualnego związku w dalekiej przyszłości, kiedy jakieś nieokreślone warunki
będą sprzyjające albo kiedy osiągnięty zostanie pewien cel, który Śliskie Stwo­
rzenie być może (ale wcale nie na pewno) ma w swoich planach. Innymi słowy,
prędzej ci kaktus wyrośnie na dłoni, niż doczekasz się tego, czego pragniesz.
W międzyczasie trwasz w niespełnionym związku, przyciągany mag­
nesem nadziei. Skupiasz się na odległych celach twojego Śliskiego Stworze•33

nia, ponieważ sądzisz, że dzięki nim spełnią się twoje pragnienia. Jeśli,
przez przypadek, Śliskie Stworzenie rzeczywiście osiągnie cel, który stał na
drodze ku wyczekiwanemu przez ciebie zaangażowaniu, zawsze pojawi się
jakieś nowe dążenie. Oczywiście teraz ono musi zostać zrealizowane, zanim
Śliskie Stworzenie będzie mogło się zaangażować.
Szatańskie igraszki!
Łapiesz się na haczyk wspaniałego i potężnego „być może". Jak się
z niego uwolnić? Ustal granice, poproś o to, czego pragniesz, wyznaczając
konkretne ograniczenia czasowe, a potem przygotuj się na wielce prawdo­
podobne odejście Śliskiego Stworzenia, które nie znosi jasnych oczekiwań,
wyraźnych granic i dojrzałych związków.
Aby dojść do siebie po tego typu związku, trzeba odzyskać zaufanie do innych i do siebie. Tylko w ten sposób możesz usunąć ze swej dłoni
niepożądaną, kolczastą narośl.

James Bond: szpiedzy i kłamstwa
- Rick, kim jest Jennifer?
- Jaka Jennifer?
- To ja cię pytam. Znalazłam tę karteczkę w kieszeni twoich dżinsów.
Jest od kogoś o imieniu Jennifer, kto najwyraźniej dobrze cię zna.
- Dlaczego szperasz w moich rzeczach?
- Wcale nie szperam. Po prostu robiłam pranie. No więc kim jest ta
Jennifer?
- To po prostu taka dziewczyna...
- Po prostu jaka dziewczyna?
- Dlaczego się mnie czepiasz? Nie ufasz mi? Co się z tobą dzieje?
Nie powie ci, gdzie mieszka. Poda ci tylko numer do pracy. Unika
rozmów o swojej przeszłości, przyjaciołach, pracy, rodzinie. Po ślubie okazuje
się, że miał już kiedyś żonę. Pojawia się kochanka. Znajdujesz rachunki na
kaity^kredytowe, o których istnieniu nie miałaś pojęcia.
Sekrety i kłamstwa, które je chronią, bardzo utrudniają zbudowanie
emocjonalnej więzi. Dzieje się tak częściowo dlatego, że tajemnice tworzą
szczelny mur. Poza tym utrzymanie sekretów pochłania bardzo dużo ener­
gii, która zostaje „skradziona" związkowi z drugą osobą.
James Bond jest tajemniczy, nie dzieli się informacjami ze swoim part­
nerem. Czasami do takiego postępowania skłania go przekonanie, że sekre­
ty dodadzą mu ekscytującej aury (lub tylko złudzenia) tajemniczości.
W innych wypadkach dzieje się tak dlatego, że ujawnienie sekretów mogło­
by doprowadzić do zakończenia związku, a wtedy James Bond przestałby
dostawać to, czego pragnie - jest to zwykle najważniejszy powód utrzymy­
wania tajemnic.
34

RÓŻNICA POMIĘDZY
SEKRETEM A SPRAWĄ OSOBISTĄ
Sprawy osobiste to te myśli, prawdy, przekonania i idee dotyczące nas
samych, które zachowujemy dla siebie. Mogą do nich należeć nasze
fantazje i marzenia, odczucia na temat funkcjonowania świata i przeko­
nania duchowe. Kiedy - świadomie lub przez przypadek - ujawnimy je
innej osobie, uzyska ona pewien wgląd w nasze wnętrze.
Z kolei sekrety to informacje, które mogą mieć negatywny wpływ na
innych - w sferze emocjonalnej, fizycznej lub materialnej. Kiedy zostaną
ujawnione - intencjonalnie czy też przez przypadek - sekrety wywołują
wielki chaos albo wyrządzają krzywdę osobie, która je miała, i ludziom
wokół niej.
SPRAWA OSOBISTA: Wierzę w reinkarnację.
SEKRET: Mam żonę i kochankę, a jedna nie wie nic o drugiej.
SPRAWA OSOBISTA: W szkole średniej miałam fatalne oceny.
SEKRET: Sfałszowałam dyplom Akademii Medycznej.

Kiedy zwiążesz się z Jamesem Bondem, początkowo możesz ulec uro­
kowi tajemniczości. To ekscytujące nie mieć pojęcia, kiedy on (lub ona)
pojawi się nagle i porwie cię do swojego aston martina albo prywatnego
odrzutowca, a potem - równie niespodziewanie - znowu zniknie.
Jednak w miarę trwania związku coraz bardziej zależy ci na przewidy­
walności zdarzeń. Niestety, James Bond nie zamierza wpaść w pułapkę twoich
(zupełnie uzasadnionych) oczekiwań, że wasz związek będzie trwały i ciągły.
Zaczynasz szperać. Bond zostawia cię przez kilka minut w samocho­
dzie albo w mieszkaniu, a twoje palce zdają się same trafiać do schowka na
rękawiczki lub do szuflady w biurku. Nienawidzisz się za to, co robisz, ale
nie potrafisz się powstrzymać. Rachunki, listy, świstki z numerami tele­
fonów - zalewa cię powódź niewyjaśnionych informacji. Tym, czego szu­
kasz, są brakujące fragmenty życia Bonda, do których nie masz żadnego
dostępu. Problem polega jednak na tym, że nie znajdujesz żadnych nici,
ułatwiających ci dotarcie do kłębka prawdy. Dysponujesz tylko strzępkami
o niejasnym znaczeniu.
Jeśli jednak masz jeszcze mniej szczęścia, możesz rzeczywiście coś
znaleźć - namiętny list miłosny, którego nie napisałaś, seksowną kartkę,
której nie wysłałaś, nie swoje zdjęcie. Co masz wtedy robić? Dysponujesz
teraz informacjami, ale pojawia się nowa zagadka. Aby doprowadzić do
konfrontacji Jamesa Bonda z owymi informacjami, musiałabyś się przy35

znać, że szperałaś w jego rzeczach. Wówczas Bond znajdzie świetny sposób
wybrnięcia z trudnej sytuacji: może wściec się na ciebie za grzebanie w jego
rzeczach i już nie będzie musiał odpowiadać na twoje pytania.
Inną konsekwencją takiej sytuacji jest całkowita utrata zaufania.
Związek z kimś, komu nie ufasz, nie jest żadnym związkiem. Zaczynasz
tracić także zaufanie do samej/samego siebie, co z kolei obniża twoją samo­
ocenę; w rezultacie spada twoja pewność siebie i tak oto nakręca się nega­
tywna spirala.
Tymczasem James Bond niczego nie zmienia. Nadal błądzisz w gąsz­
czu jego sekretów i kłamstw, wysłuchując zaprzeczeń i pełnych oburzenia pro­
testów -jak możesz podejrzewać go o najdrobniejszą choćby nieuczciwość?!
James Bond ma trudności zarówno ze szczerością, jak i z mówieniem
prawdy, co całkowicie wyklucza zaufanie. Niestety, nawet jeśli Bond zupeł­
nie się zmieni, przeszłość będzie bardzo utrudniać zbudowanie zaufania.
Stajesz się więc coraz bardziej podejrzliwa i nieufna, podczas gdy James
kroczy nadal egocentryczną ścieżką, na której liczy się przede wszystkim
zaspokojenie jego (jej) potrzeb.
Kiedy sytuacja dojrzewa wreszcie do wielkiego wybuchu - a takie
związki kończą się niemal zawsze nagle i z wielkim hukiem, a nie powoli
i stopniowo - wraz z nią eksploduje także twoja zdolność do zaufania komu­
kolwiek innemu. Następna osoba, która pojawi się w twoim życiu, wkrótce
znajdzie się pod mikroskopem, a dla każdego z nas jest to niezwykle niewy­
godne miejsce. Nowy, potencjalny partner często odchodzi, żeby uniknąć
nieufności, którą okazujesz mu na każdym kroku.
Aby wyzdrowieć, musisz przede wszystkim odbudować oparty na za­
ufaniu związek z samym sobą - to na nim opierają się wszelkie ufne związki
w innymi. Poza tym, oczywiście, musisz uciszyć swój dzwonek ostrzegawczy.
RÓŻNICA POMIĘDZY
PRAWDĄ A SZCZEROŚCIĄ
Prawda jest empirycznym, możliwym do wykazania faktem. Prawda to
stan twojego konta, dzisiejsza data, twój stan cywilny.
Szczerość dotyczy uczuć. Jeśli jesteś szczery, potrafisz otwarcie i jasno
wyrażać swoje uczucia. Można mówić prawdę, nie będąc szczerym;
można też być szczerym, nie mówiąc prawdy (to drugie jest trochę
trudniejsze). Najlepsze związki to oczywiście takie, w których panuje
i prawda, i szczerość. Zaufanie buduje się zarówno na prawdzie, jak
i na szczerości, a właściwej trwałości nadają mu przewidywalność i wia­
rygodność.

36

W kategoriach wyszczególnionych w tym rozdziale mieści się wiele
typów ludzi niedostępnych emocjonalnie, których możesz spotkać na swojej
drodze. Oczywiście, istnieją także inne typy, tutaj nieuwzględnione. Ważne,
byś umiał rozpoznać, że jeśli czujesz się tak, jakbyś to ty wykonywał całą
pracę w waszym związku, albo jesteś z kimś, kto nie potrafi się zaangażo­
wać, lub twoje potrzeby nigdy nie są zaspokojone - być może osoba, z którą
jesteś związany, cierpi na niedostępność emocjonalną. Uwierz mi, lepiej,
żebyś odkrył to, zanim zaczniesz obwiniać się za wszystkie problemy, które
trapią wasz związek. To nie twoja wina, że ktoś nie pozwala ci zbliżyć się do
siebie bardziej niż na odległość ramienia! Pamiętaj: niczego nie zepsułeś
i niczego nie musisz naprawiać.

Z powrotem na przyjęciu
Pewnego dnia, po spędzeniu niezliczonych godzin na ganku czy na rozpacz­
liwych próbach stania się wystarczająco doskonałym, by twój łaskawy go­
spodarz zechciał wpuścić cię do swego domu, przez przypadek udaje ci się
zajrzeć do środka, kiedy on nieuważnie uchyla na chwilę drzwi.
Odkrywasz, że muzyka dobiega z taśmy magnetofonowej, rozmowa z telewizora, a ludzie, których wcześniej widziałeś, to tylko^wycięte z karto­
nu figury. Okazuje się też, że jedzenie to najzwyklejszy gulasz podany
w glinianym garnku.
To tylko rzut oka, ale kiedy już zauważysz, iż całe to przyjęcie jest
jedną wielką grą pozorów - mam nadzieję, że ta książka pomoże ci odwrócić
się i odejść. A właściwie mam nadzieję na coś więcej: że, przede wszystkim,
nigdy nie znajdziesz się pod tymi drzwiami.

Rozdział 2

Przyczyny
Cztery podstawowe uczucia/emocje

J

eśli chcemy zająć się niedostępnością emocjonalną, musimy zacząć oc
omówienia emocji i uczuć. Trudno będzie nam bowiem określić, co jest
a czego brakuje w tej sferze, jeśli nie będziemy się posługiwać jedno
znacznym, zrozumiałym dla wszystkich językiem.
Czym zatem są uczucia i emocje, poza tym że stanowią dwa różnt
określenia tego samego pojęcia? Uczucia/emocje są nieintelektualną treś
cią doświadczeń.
Każde z naszych doświadczeń zapisuje się w dwóch różnych sferach
Pierwsza z nich to sfera intelektu; to do niej wędrują informacje empirycz
ne, czyli takie, które możemy zobaczyć, dotknąć, posmakować i udokumen
tować. Druga to sfera uczuć; zapisuje się w niej nasza emocjonalna reakcji
na informacje empiryczne - owa nieintelektualną treść każdego doświad
czenia.
Posłużę się tutaj przykładem. Wyobraź sobie, że stoisz w koleją
w banku, kiedy nagle do środka wpada zamaskowany osobnik, który wyma
chuje bronią, żąda pieniędzy i po wypełnieniu nimi torby wychodzi. Tei
ciąg wydarzeń powędrowałby do sfery intelektu - jako empiryczna prawda
możliwa do zweryfikowania i odtworzenia na kasecie wideo. W sferze uczu
znalazłyby się twoje wewnętrzne reakcje na owe wydarzenia: strach, pod
niecenie, poczucie zagubienia, a może nawet wściekłość.
O ile treść intelektualna byłaby, przynajmniej w znacznym stopniu
podobna u wszystkich świadków tego wydarzenia, treść uczuciowa mogłab;
się wyraźnie różnić. Niektórzy ludzie być może sądziliby, że całe zdarzeni
było dość zabawne i ekscytujące; inni mogliby odczuwać złość; jeszcze inni
przerażenie.
38

Emocje są zatem nieintelektualne, subiektywne, indywidualne, re­
aktywne i natychmiastowe; to dlatego tak trudno je zdefiniować i mówić
o nich. Każdy ż nas doświadcza emocji na swój własny sposób i definiuje
powszechnie używane określenia emocji na podstawie własnych wewnętrz­
nych reakcji. Jeśli zatem nie potrafimy precyzyjnie wyjaśnić ani jasno zdefi­
niować emocji inaczej niż przy pomocy języka naszych wewnętrznych
przeżyć, jak możemy opowiedzieć o tym, co czujemy, innej osobie?
Odpowiedź na to pytanie składa się z dwóch części. Po pierwsze,
musimy nauczyć się, jak powiązać to, co czujemy, z odpowiednią nazwą. Po
drugie, trzeba nauczyć się wykrywać i interpretować owe emocje u innych
ludzi. Kiedy przejdziemy pomyślnie przez te dwa etapy, trzeci - rozmawia­
nie o emocjach - okaże się łatwy i logiczny. Najpierw jednak zajmijmy się
istotną różnicą pomiędzy „myślę" i „czuję". To rozróżnienie jest bardzo
ważne. Kiedy masz do czynienia z emocjonalną częścią swego życia, myśle­
nie ma niewielkie znaczenie - to uczucia stają się najważniejsze. Gdy roz­
mawiasz o emocjach, powinieneś używać wyrażenia „czuję". Mówiąc
o prawdzie albo przynajmniej o tym, jak ją postrzegasz, powinieneś stoso­
wać określenia „myślę" lub Jestem przekonany, że...".
Ludzie często mówią „czuję" wtedy, gdy tak naprawdę chodzi im
o „myślę". Zdanie „Czuję, że jesteś zupełnym idiotą" nie określa emocji, ale
przekonanie, a więc należy do sfery intelektu. Jego treść można by wyrazić
jaśniej, mówiąc: „Uważam, że jesteś zupełnym idiotą". Można również po­
wiedzieć: „Jest mi smutno, bo uważam, że jesteś idiotą" - w ten sposób
jedno zdanie zawierałoby zarówno emocje, jak i treść intelektualną.
Terapeuci mówią czasami o intelektualizowaniu; jest to kolejny
przykład różnicy pomiędzy „myślę" i „czuję". Kiedy ludzie nie są pewni
swych emocji - gdy nie wiedzą, jak je nazwać, jak je odczuwać i jak o nich
mówić - wydaje się im, że znacznie łatwiej będzie zachować owe emocje
w głowie. Oznacza to, że pozostają przy faktach i przebiegu wydarzeń, ana­
lizując to, co się stało, a nie jak się czują wobec tego, co się stało. To
duża różnica, która staje się jeszcze większa, jeśli jeden z partnerów intelektualizuje, a drugi emocjonalizuje.
Zatem pierwszym krokiem ku stworzeniu silnej więzi emocjonalnej
jest upewnienie się, że obie osoby mówią o emocjonalnej treści wydarzeń
nie używają określenia „czuję" wtedy, gdy powinny mówić „myślę.".
Jednym ze sposobów nawiązania kontaktu ze swoimi emocjami jest
nauczenie się, jak łączyć uczucia z ich nazwami.
Zacznijmy od fundamentalnych emocji, które nazywam „podstawową
czwórką". Jeśli język emocji jest ci już znany, możesz potraktować ten
podrozdział jako okazję do odświeżenia i wyjaśnienia pewnych kwestii.
Musisz pamiętać, że wszystko, co czujesz, jest powiązane z jakimś
wewnętrznym lub zewnętrznym wydarzeniem, a zazwyczaj i z jednym, i z dru­
gim. We wszystkich sytuacjach emocjonalnych uczestniczą zarówno wyda39

rżenia zewnętrzne (sytuacja, w której się znajdujesz), jak i wewnętrzne
(twoje uczucia wobec owej sytuacji oraz Wspomnienia poprzednich, podob­
nych doświadczeń). Dodaj do tego wewnętrzne wskaźniki fizjologiczne, na
przykład łomotanie serca lub ściskanie w żołądku, a otrzymasz pełen obraz
emocji! Jak zatem powiązać to, co czujesz, z właściwą nazwą?
W naszym języku istnieją setki, a może nawet tysiące słów, którymi
można nazwać emocje. Część z nich jest dość oczywista i prosta - inne
bywają znacznie bardziej subtelne i niejasne. Podstawowa czwórka stanowi
fundament dla niemal wszystkich innych uczuć. Składają się na nią złość,
smutek, strach i zadowolenie. Przyjrzyjmy się im teraz po kolei.

Złość
Złość obejmuje emocje, które występują w sytuacjach, gdy czujemy, że ktoś nas
oczernił, wykorzystał, okłamał, zawiódł itp. Może ona przybrać formę łagodnej
irytacji lub wybuchu wściekłości, ale może być także związana z zakłopota­
niem, rozdrażnieniem, frustracją itp. Złość nie jest jednak tożsama z gniewem.
Jak to? Tak, to prawda. Gniew jest stanem umysłu, a nie emocją.
Pozwól, że to wyjaśnię. Złość - emocja - jest ograniczona w czasie, skoncen­
trowana na danej sytuacji i reaktywna. Ktoś kradnie ci samochód. Przez
chwilę jesteś naprawdę wściekły. Potem policja aresztuje złodzieja, odzysku­
jesz swój samochód i zaczynasz się uspokajać. W końcu złodziej trafia do
więzienia, firma ubezpieczeniowa wypłaca ci odszkodowanie za naprawę
i twoja złość mija bez śladu.
Gniew jest z kolei trwałym stanem umysłu, który wpływa na twoją
aktywność we wszystkich sferach życia. To ognisty dywan, który pokrywa
wszelkie inne emocje i sytuacje. Jest ogólny, długotrwały i nieokreślony.
Gniew staje się okularami, przez które dana osoba ogląda świat. Wydaje się,
że rodzi się on w dzieciństwie, kiedy doświadczamy niesprawiedliwości i na­
bieramy przekonania, że świat nigdy nie będzie w porządku.
Jednak gniew nie jest emocją. Jest nią złość. Pomieszanie tych dwóch
pojęć wynika być może z rosnącej presji poprawności politycznej i społecz­
nej. Ktoś, kto dyktuje, jak należy się zachowywać, zadecydował, że złość jest
nieco zbyt agresywna i zaczął nas zachęcać, abyśmy zamiast niej odczuwali
gniew. Cóż, być może brzmi to łagodniej, ale powoduje emocjonalny zamęt.

Smutek
Smutek obejmuje emocjonalne terytorium żalu, melancholii, samotności,
beznadziei i wielu innych, pokrewnych uczuć. Podobnie jak w wypadku roz40

różnienia pomiędzy złością i gniewem, smutek z pewnością nie jest de­
presją.
Depresja to trwały stan umysłu, mgła, która okrywa wszystko szarym
całunem, odbierając życiu wszelką radość i zastępując ją mrocznym przy­
gnębieniem. Depresję można określić jako ogólną, globalną i długotrwałą,
ponieważ jest stanem umysłu, a nie emocją.
Ktoś, kogo kochasz, umiera. Początkowo odczuwasz silną rozpacz,
jednak z upływem czasu jesteś w stanie rozszerzyć swe emocjonalne hory­
zonty, a twoja rozpacz zamienia się w głęboki smutek, a następnie w akcep­
tację. W końcu smutek ustępuje i przestaje dominować w świecie twoich
emocji. Żadne z tych uczuć nie jest depresją. Smutek może być jednym
z elementów składowych epizodu klinicznej depresji, jednak depresja i smu­
tek nie są tożsame; smutek jest bowiem specyficzną, ograniczoną w czasie
reakcją na konkretną sytuację.
Depresja rozszerza się poza smutek, dotykając wszelkich aspektów
życia. Nieleczona, może trwać miesiącami, a nawet latami, a stan osoby,
która na nią cierpi, będzie się pogarszał. Tak jak gniew prawdopodobnie ma
swoje źródło w doświadczeniu i przekonaniu, że życie będzie zawsze niespra­
wiedliwe - depresja wydaje się być powiązana z koncentracją na przeszłości.
Gdyby depresję można było wyrazić jedną frazą brzmiałaby ona: „gdyby tyl­
ko..."

Strach
Strach zawiera w sobie uczucia, które opanowują nas, gdy jesteśmy niespo­
kojni, zdenerwowani, przestraszeni, a nawet śmiertelnie przerażeni. Trwałym
stanem umysłu, który odpowiada strachowi, jest lęk; obowiązuje tutaj takie
samo rozróżnienie, jak w wypadku złości i gniewu oraz smutku i depresji.
Stan umysłu zwany lękiem objawia się w postaci emocji takich jak
trwoga, groza i napięcie lub doświadczeń takich jak napady paniki, których
nagle doświadcza dana osoba wraz z łomotaniem serca i poczuciem zbliżają­
cej się katastrofy - często nieproporcjonalnych do zdarzeń, rzeczywiście
zachodzących w jej życiu.
Strach jest niewątpliwie związany z czymś, co można bardzo wy­
raźnie wskazać - „lwy, tygrysy, niedźwiedzie, o mój Boże!" to dopiero po­
czątek. Ludzie boją się konkretnych, wyraźnie wyodrębnionych rzeczy.
Strach opiera się często na bezpośrednim lub pośrednim doświadczeniu,
połączonym z wyobraźnią. Kiedy osiągasz dorosłość, często nie pamiętasz
już zbyt dobrze źródła swego strachu, jest on jednak głęboko zakorzeniony.
Wiele osób boi się pająków, latania samolotem, węży, psów, obcych,
burz z piorunami i ciemności. Słyszałam też o ludziach, którzy boją się
klownów (jest to znacznie częstsze, niż mogłoby się wydawać), gryzoni,
41

pryszniców, wody, gąbek i odkurzaczy. Każda rzecz, jakiej boi się dana
osoba, w momencie spotkania wywołuje u niej zarówno reakcje emocjonal­
ne, jak i fizjologiczne.
Lęk, trwały stan umysłu, można określić jako życie w przyszłości.
Jego korzenie tkwią w braku wiary, że sprawy mogą potoczyć się pomyślnie
oraz w przekonaniu, iż świat jest niezwykle przerażającym miejscem.
Jednym z charakterystycznych elementów lęku jest martwienie się.
Zmartwienie to projekcja przyszłości pełnej okropności - miejsce, do które­
go prowadzi nas wyobraźnia. Jeśli już tam trafisz, zaczniesz naprawiać
rzeczy, które jeszcze się nawet nie wydarzyły. Lękowi towarzyszy wyrażenie
„a jeśli...?", na przykład: , A jeśli stracę pracę i nie będę mógł spłacać kredytu
a oni przyjdą i odbiorą mi dom i będę musiał zamieszkać na ulicy..." i tak dalej
Łatwo zauważyć, jak szybko lęk może zepchnąć cię w dół, po stromym zboczu!

Zadowolenie
Zadowolenie zawiera w sobie bogatą gamę określeń, takich jak radość
szczęście, zachwyt i wiele innych, których używamy, by wyrazić chwil*
szczęścia, spokoju i spełnienia. Jest to także jedyny wypadek, gdy emocjj
i stan umysłu noszą tę samą nazwę, a także wywierają taki sam wpływ ni
nastrój i zachowanie danej osoby.
Miałam dość szczęścia, by spotkać w życiu kilka osób, których staj
umysłu można rzeczywiście określić mianem „zadowolenie". Tacy ludzi
zachowują dystans wobec problemów życiowych, z wdziękiem przyjmuj;
rzeczywistość taką, jaka jest, z powodzeniem unikają zmartwień i wściekaj;
się w uzasadnionych wypadkach - nigdy jednak nie pozwalając, by ich złoś
przekształciła się w gniew. Nie dają się wykorzystywać, ale zawsze pierws
wyciągają pomocną dłoń do kogoś, kto popadł w tarapaty. Budują trwał
więzi uczuciowe z innymi i są emocjonalnie dostępni. Ilekroć myślę o tyci
ludziach, na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
Stan umysłu jest częścią tożsamości danej osoby, jednym z elementów
jej osobowości. To perspektywa, z jakiej dana osoba postrzega zwykle rzi
czywistość, i filtr, przez który przepuszcza nowe (a także stare) informacje
Trudno zmienić czyjś stan umysłu, ponieważ splata się on ściśle z rzc
czywistością. Tym, co można wykształcić, jest umiejętność skupiania się n
sytuacji. Owa umiejętność może zająć miejsce globalnej, niespecyficzni
reaktywności, co usprawnia funkcjonowanie danej osoby w kontekście ji
trwałego stanu umysłu i osobowości. Taka zmiana nie polega na całkow
tym przebudowaniu danego człowieka, ale na poszerzeniu jego horyzontó
i zwiększeniu jego zdolności przystosowawczych; innymi słowy - na ucz;
nieniu z niego osoby bardziej dostępnej emocjonalnie.
42

Ludzie, którzy przez większość czasu pozostają w jakimś negatyw­
nym stanie umysłu, są zwykle mniej dostępni emocjonalnie. Kiedy przyj­
rzysz się ponownie różnym typom osób, opisanym w rozdziale pierwszym,
możesz spróbować przyporządkować je do różnych stanów umysłu i do­
strzec, jak życie z pewnymi stanami umysłu nie pozwala im wiązać się
z innymi na poziomie emocjonalnym.
Na przykład Romeo, podobnie jak Indiana Jones, żyje prawdopodob­
nie w nieustannym lęku. Holicy są zwykle pogrążeni w depresji, tak jak
Synkowie Mamusi i Córeczki Tatusia, chociaż mogą również odczuwać
strach. Emocjonalni Einsteini i Narcyzi pozostają zazwyczaj w gniewnym
stanie umysłu, podczas gdy Śliskie Stworzenia i osoby typu James Bond
bywają często zalęknione.
Problem polega na tym, że jeśli trwamy w jakimś stanie umysłu,
wkrótce zaczyna on dominować w naszym życiu uczuciowym, nie pozwala­
jąc nam kontaktować się z emocjami. Wystarczy jednak, że poznamy sygna­
ły i oznaki naszych emocji, a będziemy mogli pozostawać z nimi w kon­
takcie, bez względu na nasz trwały stan umysłu.

POZNAJ SWÓJ STAN UMYSŁU
Przeczytaj opis każdej z sytuacji i wybierz odpowiedź, która najlepiej
odzwierciedla twoją reakcję. Bądź brutalnie szczery. Za każdym razem
postaw kropkę w polu oznaczonym literą która odpowiada twojemu
wyborowi. Innymi słowy, jeśli w wypadku pierwszego pytania wybierasz
odpowiedź A, postaw kropkę w polu oznaczonym literą A.

A

B

C

D

43

1.

Jeśli utknę w korku ulicznym, najprawdopodobniej:
A. będę nerwowo stukać palcami w kierownicę i martwić się, że się
spóźnię.
B. zamyślę się nad swoim parszywym szczęściem.
C. podjadę naprawdę blisko do samochodu przede mną i włączę
klakson.
D. posłucham radia.

2.

Jeśli w środku nocy dzwoni nagle telefon:
A. chwytam za słuchawkę z sercem walącym nieprzytomnie ze
strachu.
B. spodziewam się złych wiadomości.
•C. przeklinam tego, kto dzwoni, na czym świat stoi i rzucam słucha- wką jeśli to pomyłka.
D. podnoszę słuchawkę.

3.

Jeśli kasjer wydaje mi za mało reszty:
A. martwię się, że kierownik sklepu nie uwierzy mi, jeśli złożę
skargę.
B. uważam to po prostu za typowe dla tego świata.
C. uderzam pięścią w ladę i żądam rozmowy z kierownikiem.
WD. zwracam uwagę kasjerowi.

4.

Kiedy słyszę rozmowę prowadzoną szeptem:
A. przypuszczam, że rozmowa dotyczy czegoś, co zrobiłem źle.
B. nie mam siły, żeby się tym przejmować.
C. wiem, że ktokolwiek zdradza jakieś tajemnice, będzie miał prob­
lemy.
D. zakładam, że to nie moja sprawa.

5.

Kiedy przestaje działać pilot do telewizora:
A. bardzo się przejmuję i jestem przekonany, że to ja go zepsułem.
B. myślę, że to po prostu jeszcze jedna rzecz, która się nie udała.
C. rzucam pilotem w telewizor.
D. sprawdzam i wymieniam baterie albo sięgam po instrukcję.

44

6.

Jeśli przychodzę do kina i zauważam, że ktoś zajął moje miejsce:
A. boję się konfrontacji z tą osobą bo może stać się agresywna.
B. przypuszczam, że mam zły bilet.
C. wzywam ochroniarza, żeby wyrzucił intruza.
D. proszę, żeby ta osoba sprawdziła numer miejsca na swoim bilecie.

7.

Jeśli mój pies zjadł jakąś roślinę w ogrodzie:
A. martwię się, że roślina mogła być trująca i wzywam weterynarza.
B. rozmawiam ze znajomym, którego pies zdechł po zjedzeniu
dziwnej rośliny, żebym wiedział, co zrobić, jeśli spotka to rów­
nież mojego psa.
C. kopię psa.
D. staram się ustalić, co to za roślina, a następnie dzwonię do infor­
macji weterynaryjnej, nie przestając pieszczotliwie głaskać psa.

8.

Jeśli moja córka dostaje jedynkę z algebry:
A. nie mogę zasnąć, martwiąc się, że nie dostanie się na studia
i będzie musiała pracować fizycznie do końca życia.
B. przypominam sobie moje własne fatalne stopnie w szkole średniej.
C. uziemiam ją do końca szkoły.
D. oferuję pomoc, a jeśli odmawia - ze słowami otuchy i współczu­
cia puszczam całą sprawę w niepamięć.

9.

W kwietniu, gdy zbliża się ostateczny termin składania deklaracji
podatkowych:
A. martwię się, że mogą sprawdzić moją deklarację.
B. jestem pewien, że sprawdzą moją deklarację i znajdą w niej ja­
kieś nieprawidłowości.
C. narzekam na rząd.
D. wypełniam deklarację.

10. Jeśli głośna muzyka, dobiegająca z sąsiedniego mieszkania, nie
pozwala mi spać:
A. leżę bezsennie i próbuję zdecydować, jak mam poprosić sąsia­
da o ściszenie muzyki.
B. leżę bezsennie i myślę o moim parszywym szczęściu, które
sprawiło, że mieszkam tuż obok tego idioty.
C. walę w drzwi sąsiada grożąc, że zaraz tam wpadnę i zrobię
z nim porządek.
D. dzwonię do sąsiada i uprzejmie proszę, żeby ściszył muzykę.
45

11. Kiedy znajduję zadrapanie na drzwiach mojego nowego samochodu:
A. biegam po całym mieście, usiłując znaleźć pasujący lakier, żeby
samochód nie stracił swojej wartości rynkowej.
B. nie dziwię się, bo tego właśnie oczekiwałem.
C. zostawiam naprawdę paskudną notkę za wycieraczką stojącego
obok samochodu i spisuję jego numer rejestracyjny, żeby móc
złożyć skargę na policji.
D. próbuję znaleźć pasujący lakier, żeby móc naprawić uszkodzenie.
12. Uważam, że totolotek jest:
A. możliwym sposobem rozwiązania wszystkich moich problemów
finansowych.
B. oszustwem.
C. grą w której zawsze wygrywa jakiś idiota, który nigdy przedtem
nie wypełnił kuponu.
D. zabawnym marzeniem o wygrywaniu.
13. Jeśli sąsiad pożycza ode mnie kosiarkę do trawy:
A. martwię się, że jego dzieci mogą się skaleczyć i sąsiad wytoczy
mi sprawę w sądzie.
B. przypuszczam, że odda ją zepsutą.
C. zadręczam go przypominaniem, żeby oddał ją na czas.
D. cieszę się, że mogę ją pożyczyć i miło mi spotkać się z sąsiadem.
14. Odczuwam dziwny ból w plecach:
A. zadręczam się myślą że muszę pójść do lekarza, a potem za­
czynam się martwić.
B. przypuszczam, że to rak.
C. wściekam się, że nie mogę chodzić do pracy.
D. idę do lekarza, żeby sprawdził, co mi jest.
15. Z jakiejś firmy dzwonią do mnie z wiadomością że wygrałem nagrodę:
A. wietrzę jakiś podstęp.
B. jestem pewien, że pomylili numer telefonu.
C. dobrze wiem, że te łajdaki próbują mnie naciągnąć.
D. pytam o szczegóły.

46

16. Moja żona (mąż) spóźnia się z pracy:
A. przypuszczam, że miała wypadek.
B. przypuszczam, że wplątała się w jakąś historię.
C. jestem naprawdę wściekły.
D. cieszę się, że ją widzę, kiedy wreszcie wraca.
17. Wokół panuje epidemia grypy:
A. dzwonię do lekarza, żeby się dowiedzieć, czy ma szczepionki
przeciw wirusowi panującej w tym roku grypy.
B. zaczyna mnie łamać w kościach.
C. wydzieram się na faceta, który kichnął w windzie.
D. mam nadzieję, że się nie zarażę.
18. Dostaję mandat za przekroczenie szybkości:
A. zastanawiam się, kiedy wzrosną moje składki ubezpieczeniowe.
B. przypuszczam, że gliniarz się na mnie zaczaił. C. wpadam we szał i na oczach policjanta drę mandat na strzępy.
D. płacę mandat.
19. Umiera mój znajomy ze szkoły średniej:
A. staram się dowiedzieć jak najwięcej o przyczynie śmierci.
B. myślę, że życie jest krótkie.
C. przypuszczam, że ten człowiek sam sobie na to zasłużył trybem
życia.
D. wysyłam kondolencje rodzinie zmarłego.
20. Bank nie przyjmuje mojego czeku. Myślę, że to ich pomyłka:
A. spędzam długie godziny, próbując znaleźć błąd i go poprawić.
B. przypuszczam, że będzie mnie to sporo kosztować.
C. wpadam do banku i wymyślam dyrektorowi.
D. dzwonię i próbuję się dowiedzieć, jak to się stało i jak można
rozwiązać problem.

Spójrz teraz na tabelę wyników i policz, w którym polu postawiłeś
najwięcej kropek. Jeśli większość znalazła się w polu A, jesteś typem lękliwym, a jeśli w polu B - to odznaczasz się depresyjnym stanem umysłu
Jeżeli większość twoich odpowiedzi znalazła się w polu C, w twoim stan
umysłu dominuje gniew, jeśli natomiast najwięcej kropek umieściłeś w po
D - zadowolenie.
Im więcej kropek znajduje się w jednym z pól, tym silniej dominuje
u ciebie dany stan umysłu. Jeśli w trzech lub czterech polach znalazła iię
podobna liczba kropek - jesteś osobą o zmiennych nastrojach, jednak żadna
z nich nie stanowi trwałego stanu umysłu. Oznacza to, iż potrafisz
dobrze przystosować się do sytuacji lub że sam nie masz jasności co do własnnych uczuć. Pamiętaj, twój stan umysłu to sposób, w jaki spoglądasz na świat.
Trudno go zmienić, jednak można nauczyć się minimalizować jego wpływ.

Skąd zatem biorą się emocje?
Emocje stanowią połączenie nieuchwytnych wskazówek, zdarzeń i wspo
mnień.
Uczymy się ich w dzieciństwie i to dlatego wydają się one czasem
potężniejsze niż samo życie i zarazem dziecinne. Dotyczy to głównie tych
emocji, które wydają się szczególnie ważne, ponieważ związane są z istotnymi wydarzeniami. Emocje kształtują się w ciągu całego naszego życia. Z biegiem czasu uczymy się subtelniejszych odmian wielkich emocji z okresu
dzieciństwa; uczymy się także, w jaki sposób można je mierzyć i kontrolować. Niestety, wiele osób ma kłopoty z przyswojeniem sobie tej lekcji, zamiast kontrolować swe uczucia w sposób akceptowany przez otoczenie, pozwalają oni, by emocje całkowicie nimi zawładnęły. Na przykład możesz przybić
piątkę ze swoim kumplem, kiedy wasza drużyna zdobywa gola, ale zrobienie
tego samego po wysłuchaniu arii w operze byłoby postrzegane jako złe
maniery. Na przeciwległym krańcu znajdują się ludzie, którzy usiłują ograniczyć wpływ emocji, odcinając się od własnych stanów emocjonalnych lub
znacznie zawężając ich zakres, aby uniknąć poczucia przytłoczenia.
Osoby, u których każde doświadczenie wywołuje maksymalną reakcję
emocjonalną, w rzeczywistości ograniczają swe możliwości nawiązania więzi emocjonalnej. Dzieje się tak dlatego, że owe wyolbrzymione reakcje sprawiają, iż trudno jest przewidzieć lub ocenić emocje takiej osoby.
Zarówno zbyt silne, jak i zbyt słabe reakcje emocjonalne prowadzą do
zawężenia rzeczywistego zakresu przeżyć. Innymi słowy, dochodzi do ograniczenia dostępności emocjonalnej danej osoby. Oczywiście, można nauczyć
się otwarcia emocjonalnego, jednak wymaga to dobrej woli i gotowości do podjęcia próby.
48

Teraz, kiedy dysponujemy już ogólnym obrazem emocji i trwałych
stanów umysłu, czas powiązać tę wiedzę z pojęciem dostępności emocjonalnej.
Dostępność emocjonalna to umiejętność wyciągnięcia ręki
i zbudowania więzi emocjonalnej z inną osobą. Ta definicja opiera się
na założeniu, że dana osoba stworzyła już wewnętrzną więź z własnymi
emocjami, ma jasność co do własnych uczuć i potrafi rozpoznać uczucia
innych. Jeśli którykolwiek z tych warunków nie zostanie spełniony, nie
sposób zbudować więzi emocjonalnej.
Ludzie niedostępni emocjonalnie zostają odcięci od procesów emocjo­
nalnych, zachodzących w nich samych i w innych, oraz odizolowani od emo­
cjonalnej treści swego życia. Ich życie jest bardzo samotne. Można temu
zaradzić, jednak najpierw musimy zrozumieć, skąd się to bierze.

Jak to się stało?
Jako przedstawiciele naszej kultury lubimy, kiedy można kogoś lub coś
obwiniać. Bardzo wygodnie jest stwierdzić: „Stało się to lub tamto i to
Marvin jest temu winien". Czujemy się świetnie. To Marvin jest czarną
owcą, a więc wiemy, kogo obciążyć winą. Możemy zatem spotkać się przy
filiżance obłudy, żeby porozmawiać o tym, jakim wrednym facetem jest
Marvin. Dla kontrastu my jesteśmy „tymi dobrymi" i to też się nam podoba.
Wina nabiera zatem uzasadnienia.
Wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem. Pozwól, że dodam także:
wyjaśnienie nie daje prawa do obarczania innych winą. Jest po prostu
wyjaśnieniem. Ludzie, którzy czują potrzebę, by obwiniać innych, szukają
tylko powierzchownego, szybkiego, niewymagającego wzięcia na siebie od­
powiedzialności sposobu zaradzenia sytuacji, zamiast podjąć próbę zbada­
nia głębszych interakcji, które mogą w niej zachodzić.
Wyjaśnienia są istotne dla zrozumienia procesu. Ludzie, którzy
krzywdzą innych, zasługują na sprawiedliwy osąd - dokonany przez jury
podczas oficjalnej rozprawy lub przez opinię publiczną. Mają między innymi
prawo do tego, by ich wyjaśnienia zostały wysłuchane i rozważone, tak jak
ocenia się wybrane przez nich zachowania. Jeśli są jakieś konsekwencje,
trzeba je ponieść. Obarczenie winą może być jedną z nich, podobnie jak
przeprosiny, które powinny być kolejnym, logicznym krokiem.
Próbując zrozumieć niedostępność emocjonalną, musimy przyjrzeć
się kilku wyjaśnieniom, które dotyczą pochodzenia takich zachowań. Poszu­
kiwanie przyczyn nie ma na celu obarczenia kogokolwiek winą lecz raczej
poznanie głębszych źródeł niedostępności emocjonalnej oraz zrozumienie
zarówno człowieka emocjonalnie niedostępnego, jak i osoby, która decyduje
się na związek z kimś takim.
49

Jedną z cech typowych dla ludzi niedostępnych emocjonalnie jest ich
niezdolność do nawiązania kontaktu nie tylko z emocjami innych osób, a
także z własnymi uczuciami. Ten brak kontaktu przejawia się na wiele
sposobów. Przyjrzymy się teraz kilku z nim.

Szara Strefa
Ludzie niedostępni emocjonalnie prawie całkowicie utracili kontakt z własnymi emocjami. Chwilowa utrata kontaktu może zdarzyć się każdemu z nich
pod wpływem jakiegoś traumatycznego doświadczenia, które paraliżuje
nasz system emocjonalny. Jest to emocjonalny odpowiednik sytuacji, gdy
uderzysz się w łokieć i na chwilę drętwieje ci ręka. Ludzie, którzy cierpią na
chwilową utratę kontaktu z emocjami, w końcu stopniowo odzyskują sswoje
uczucia. Osoby niedostępne emocjonalnie pochodzą jednak z zupełnie innej
krainy - z Szarej Strefy.
Korzenie Szarej Strefy tkwią w doświadczeniach z dzieciństwa.
dzie, którzy żyją w Szarej Strefie, już w dzieciństwie nauczyli się nie u
własnym emocjom; w rezultacie, już w dorosłym życiu, mają problemy z
dowaniem więzi emocjonalnych.
Mamy tu do czynienia z następującym procesem: dzieci wierzą
że ich rodzice są doskonali, niezależnie od tego, jak dalecy są w rzeczystości od ideału. Jeśli zatem dziecko dorasta w rodzinie, w której parze
brak emocjonalnej spójności - na przykład ojciec mówi: „Biję cię pasem do
nieprzytomności dlatego, że cię kocham" albo matka, alkoholiczka, w pewnych momentach zbliża się do dziecka, po to by zaraz potem jeszcze bardziej
się oddalić - dzieci przypuszczają, że to z nimi, a nie z ich rodzicami, coś jest
nie w porządku. Stosując dziecięcą logikę tłumaczą sobie: „Tata mówi
miłość polega na biciu. Myślałem, że miłość to pocałunki, pieszczoty i bezpieczeństwo. Cóż, tata to tata, więc na pewno to on ma rację".
Podobne doświadczenia gromadzą się; wkrótce dziecko stwierdza
jego sygnały emocjonalne są nieprawidłowe, i przestaje im ufać. Tak
rodzi się Szara Strefa, czyli emocjonalny obszar spowity gęstą mgłą, w którym dana osoba umieszcza wszelkie subtelne, delikatne, codzienne emocje
nawet ich nie doświadczając, ponieważ nauczyła się im nie wierzyć.
Mieszkańcy Szarej Strefy odczuwają niektóre emocje, jednak tylko
naprawdę wielkie. Niebosiężne szczyty i głębokie przepaści. Nie ma miłości
jest tylko pasja. Nie ma rozdrażnienia, jest tylko wściekłość. Nie ma smutku, jest tylko rozpacz. Rysunek na następnej stronie przedstawia ich stan
emocjonalny.
Jeśli nie jesteś mieszkańcem Szarej Strefy, lecz związałeś się z osobą
która w niej żyje, możesz zauważyć u swojego partnera ogromne wahania.
Chwilami sprawia wrażenie bardzo płytkiego emocjonalnie; nagle jest
50

dochodzi u niego do emocjonalnych eksplozji, które wydają ci się niepropor­
cjonalnie gwałtowne w stosunku do twojego odbioru sytuacji. Zycie z osobą,
przebywającą w Szarej Strefie, przypomina zwariowaną jazdę kolejką gór­
ską w lunaparku. Łatwo zrozumieć, jak trudne może być zbudowanie emo­
cjonalnej więzi z człowiekiem, którego uczucia zostały zamknięte w Szarej
Strefie.
Po pierwsze, tacy ludzie nie wyczuwają codziennych, subtelnych wa­
hań nastrojów i emocji ani u siebie, ani u innych. Sądzą, że nie należy ufać
osobom, które wiodą bliższe normom życie emocjonalne. Wywodzi się to
z ich dawnego, dziecięcego doświadczenia niemożności zaufania emocjom,
które widzieli u innych.
Po drugie, jeśli odczuwasz własne emocjonalne przypływy i odpływy,
przebywanie z kimś, kto przeżywa jedynie wzloty i upadki, stanie się dla
ciebie wyczerpujące. Właśnie zdołałeś się dostroić do euforycznego nastroju
partnera, a już - zupełnie nieoczekiwanie - musisz radzić sobie z jego głębo­
ką depresją.
Po trzecie, nie sposób przewidzieć reakcji i odczuć mieszkańca Szarej
Strefy wobec jakiejkolwiek kwestii. Czujesz zaniepokojenie na samą myśl
o tym, żeby poprosić go o wkład emocjonalny w wasz związek lub o jakiekol­
wiek informacje zwrotne; boisz się zacząć rozmowę na temat emocji, oba­
wiając się reakcji, jaką mogłoby to wywołać.
Tymczasem osoba z Szarej Strefy podejrzewa, że twoje subtelne wa­
hania nastrojów i reakcje na codzienne wydarzenia są nieuczciwym narzę­
dziem manipulacji. Nie ma ona pojęcia, jak odczytywać twoje stany emocjo­
nalne, jak przewidywać twoje zachowania ani jak interpretować niewielkie
zmiany, które w nich zachodzą. W rezultacie mieszkaniec Szarej Strefy
próbuje często wywoływać u ciebie silne reakcje emocjonalne.
Zjawisko to znane jest jako „przyciskanie guzika" i wywodzi się z tego
samego miejsca, w którym powstało pierwotne zaburzenie emocjonalne.
Kiedy dzieci przestają ufać swoim przeżyciom emocjonalnym, muszą
znaleźć coś innego, czemu mogłyby zawierzyć. Bardzo często owym zastęp51

czym obiektem zaufania staje się ten sam emocjonalny chaos, który niszczy
ich uczucia. Bardzo szybko uczą się, jak uzyskać więź emocjonalną z postę
pującym niewłaściwie rodzicem (lub rodzicami) poprzez wprowadzanie
chaosu. Mama i tata, którzy prawdopodobnie sami są ludźmi z Szarej Strefy, reagują na ów chaos bardzo szybko i w ten sposób tworzy się więzi.
Nieważne, że jest ona bardzo dysfunkcjonalna - cała rodzina mimo wszystko ją uznaje, co potęguje oddziaływanie Szarej Strefy i podważa zaufanie
wobec mniej gwałtownych uczuć.
Dziecko, które bito, mówiąc mu jednocześnie, że to jest właśnie miłość, może starać się rozgniewać swego ojca tak bardzo, żeby sprawił mu
kolejne lanie. W końcu dla tego skrzywdzonego dziecka bicie jest oznaka
miłości, a dzieci bardzo pragną odczuwać i odwzajemniać miłość swoich rodziców. Dziecko bardzo szybko uczy się, jak przyciskać odpowiednie guziki
u swojego ojca. Nie ma nic skuteczniejszego niż aresztowanie za kradzież
w sklepie, „pożyczenie" samochodu lub napad, żeby wyrwać tatę z emocjonalnej mgły i wznieść go na widoczne i dostępne szczyty emocjonalnych gór.
W miarę jak dziecko dorasta i nie udaje mu się zbudować emocjonalnych więzi, jakie tworzy większość ludzi wokół niego, bardzo szybko uczy
się ono rozpoznawać i przyciskać odpowiednie guziki u swoich przyjąciół
i partnerów życiowych, aby uzyskać więzi emocjonalne typowe dla Szarej
Strefy. Często przyciskanie guzika przybiera formę ataku - agresji słownej
lub wyzwisk. Mieszkaniec Szarej Strefy próbuje zbudować emocjonalną
więź z ważną dla siebie osobą w jedyny znany sobie sposób. Często prowadzi
to jednak do katastrofalnych skutków. Osoby, które nie zamieszkują Szarej Strefy, czują się ofiarami tajemniczych ataków w samym środku związku
który uważały dotąd za całkowicie bezpieczny. Często zaczynają podejrzewać
że same robią coś złego - coś, co prowokuje ich partnera do takiego zachowania. Mogą próbować się zmienić, żeby zadowolić atakującego.
Napastnik nie potrafi zinterpretować owych subtelnych zmian inaczej niż jako zagrożenie dla emocjonalnej więzi, którą zbudował. Będzie
przyciskał guzik coraz silniej, próbując rozpaczliwie utrzymać emocjonalny
układ na swoich warunkach. Nietrudno zrozumieć, dlaczego w takich
związkach może dojść do eskalacji agresji (od napaści słownych do fizycznej
przemocy), w miarę jak rośnie frustracja osoby z Szarej Strefy i pogłębia
poczucie niedostępności emocjonalnej u jej partnera.
Szara Strefa w dużej mierze przyczynia się do umacniania niedostępności emocjonalnej - jest przecież bardzo wygodną kryjówką dla kogoś, kto
żyje w niej przez większość życia. Wyobraź to sobie tak: gdybyś wychował
się w rodzinie, w której wszyscy chodzą do tyłu i mówią po francusku, a póź
niej nagle znalazł się w świecie, w którym wszyscy chodziliby do przodu
i mówili po angielsku - gdzie czułbyś się bezpieczniej i bardziej swobodnie.
Mieszkańcy Szarej Strefy są właśnie takimi chodzącymi do tyłu, francusko52

języcznymi osobami, które zrobią wszystko, żeby tak pozostało, nawet jeśli
wszyscy wokół są zwróceni w przeciwną stronę i mówią innym językiem.
Ludzie zwykle wybierają coś, co znają - nawet jeśli jest to bardzo
przykre lub niewygodne - a nie coś, co mogłoby okazać się przyjemniejsze,
ale jest nieznane. Kiedy pytamy, dlaczego maltretowana kobieta za każdym
razem powraca do swego prześladowcy albo dlaczego dziecko wykorzysty­
wane seksualnie tęskni za kontaktem z rodzicem, który je wykorzystuje odpowiedź odnajdziemy w Szarej Strefie. Jak głosi stare powiedzenie: „Lep­
szy diabeł znany niż nieznany".
Chociaż ludzie, którzy od dawna ukrywają się w Szarej Strefie, mogą
odczuwać wewnętrzne odrętwienie, będą trzymać się tego uczucia do mo­
mentu, gdy wydarzy się coś, co sprawi, że poczują się tak źle, iż zdecydują
się poszukać innego miejsca. Co powoduje, że ludzie czują się aż tak źle?
Zwykle jest to emocjonalne cierpienie, pod którego wpływem mieszkańcy
Szarej Strefy osiągają najwyższy poziom gwałtowności uczuć; to właśnie
tam, na samym szczycie, potrafią zbudować więź.
Wsparcie terapeutyczne jest istotne wtedy, gdy dana osoba zaczyna
rozglądać się we mgle, próbując zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Zada­
niem terapeuty jest pomóc takiemu człowiekowi w nawiązaniu kontaktu
z jego dawnym, emocjonalnym bólem i w ponownym doświadczeniu cierpie­
nia, tym razem w możliwej do opanowania postaci. Dzięki temu procesowi
mgła spowijająca Szarą Strefę staje się znacznie rzadsza i wszystko nabiera
wyrazistości - w ten sposób emocjonalne życie i doświadczenia danej osoby
wydostają się z zamknięcia. Pamiętajmy jednak, że takie zagłębienie się
w sobie wymaga od człowieka, który przez długi czas przebywał w Szarej
Strefie, przypływu wielkiej wiary oraz gotowości do przejścia przez przera­
żającą próbę otwierania starych ran. Bardzo ważne^ abyśmy umieli docenić
tę gotowość i wiarę, jeśli ktoś się na nią zdobędzie!

Gniew: uniwersalna przykrywka
Bardzo wiele w naszym życiu emocjonalnym dzieje się pod dyktando zasad
i wzorców kulturowych, które socjologowie nazywają normami. W każdym
społeczeństwie normy tworzą się stopniowo, wraz z upływem czasu i naby­
waniem kolejnych doświadczeń. Są one przekazywane z pokolenia na poko­
lenie przez instytucje kulturowe takie jak rodzina, systemy religijne i edu­
kacyjne, media oraz grupy rówieśnicze.
W naszej kulturze ludzie otrzymują jasny przekaz, że okazywanie
emocji powinno być w jakiś sposób ograniczone do pewnych wyraźnie okreś­
lonych okoliczności. Co ciekawe, chociaż ostatnio złagodziliśmy nieco ów
paradygmat, podstawowa zasada nadal obowiązuje. Posłużę się tutaj przy­
kładem.
53

Jeszcze nie tak dawno dopuszczano bardzo niewiele odstępstw od
społecznej zasady, że mężczyznom nie wolno płakać. Owe wyjątkowe sytuacje ograniczały się zasadniczo do narodzin, śmierci oraz momentów skrajnego, patriotycznego uniesienia. Teraz, kiedy w naszej kulturze zapanowało
pewne rozluźnienie, mężczyźni cieszą się w tym względzie znacznie większą
swobodą. Jednakże zakazy nadal obowiązują; co więcej, w swych najwęższych ramach są sztywniejsze niż kiedykolwiek. Jedną z podstawowych
norm jest ta, że mężczyznom nie wolno płakać w biurze lub innym miejscom
pracy. Inna niepisana zasada wydaje się akceptować plącz kobiet w miejscu
pracy, jednak tylko jeden raz, zanim dojdzie do gwałtownego spadku wiarygodności.
Zakazy, dotyczące okazywania emocji w miejscu pracy, sięgają poza
kwestię unikania łez. Owa zasada, oczywiście niepisana, w pewnym sensie
umieszcza nas wszystkich w Szarej Strefie, dając wyraźny przekaz, że „co
za dużo, to niezdrowo". Za dużo radości, za dużo smutku, za dużo ciepła, za
dużo śmiechu, za dużo zakłopotania, za dużo frustracji - żadna z tych
rzeczy nie jest właściwa w miejscu pracy. Przede wszystkim potrzebne jest
opanowanie. Ogólnie mówiąc, nie jest to zła zasada, jednak stosuje się
często zbyt rygorystycznie.
Jest jednak jedna emocja, która niemal w każdych okolicznościach
dostaje carte blanche - gniew. Jeśli mężczyzna płacze w biurze, inni uznaja
to za niestosowne zachowanie lub za objaw słabości, ale jeżeli wpadnie
w gniew, wzbudzi strach lub szacunek i będzie postrzegany jako silny, Łzy
na boisku piłkarskim wywołałyby zdziwienie i zakłopotanie. Gniew uważany jest niemal za niezbędny element gry.
Można powiedzieć, że gniew jest uniwersalną, emocjonalną przykrywką dla prawdziwych uczuć. Jeden z moich kolegów, Jim Keenan, wyjaśnił to
w sposób, który bardzo mi odpowiada:

Jak zatem należy to rozumieć? Teoria Jima głosi, że kiedy jesteś
małym dzieckiem i jest ci smutno - szukasz pocieszenia, a więc zwracasz się
do ważnej dla ciebie osoby dorosłej, na przykład do jednego z rodziców lub
do nauczyciela. To samo dzieje się, gdy jesteś przerażony i szukasz bezpie54

czeństwa, albo gdy cierpisz i pragniesz ukojenia. Te reakcje są pełne miłoś­
ci. Można zatem uznać, że wyrażając swe prawdziwe uczucia wobec osoby
dorosłej, której na tobie zależy, tak naprawdę poszukujesz i otrzymujesz
miłość.
Kiedy dorastasz, odbierasz jasny przekaz, że w wielu okolicznościach
nie możesz lub nie powinieneś okazywać prawdziwych uczuć. W tym mo­
mencie pojawia się jedyna emocja, która zawsze spotyka się z akceptacją.
Zatem, powiada Jim Keenan, kiedy ktoś okazuje gniew, tak naprawdę prosi
o miłość.
Założę się, że jeśli spróbujesz przypomnieć sobie okoliczności, w któ­
rych ważna dla ciebie osoba okazywała gniew, i zastanowisz się, co kryło się
za ową początkową, powierzchowną reakcją - odkryjesz, że tak naprawdę
chodziło o zupełnie inną emocję. Często taka ukryta emocja jest jedną z od­
mian strachu: „Boję się, że mnie opuścisz", „Boję się, że nie będziesz mogła
mi wybaczyć", „Boję się, że już nigdy nie będziesz mnie cenił".
Bradley i Marsha pobrali się tuż po ukończeniu szkoły średniej. Każ­
de z nich kontynuowało naukę w college'u; zaciągnęli wówczas pożyczki
studenckie, które do chwili, gdy uzyskali tytuły magisterskie, osiągnęły
rozmiary bliskie zadłużeniu krajowemu. Bradley zdecydował się później na
rozpoczęcie studiów doktoranckich. W międzyczasie oboje starali się pogo­
dzić ze sobą obowiązki wynikające z roli rodziców, osób aktywnych zawodo­
wo oraz członków lokalnej społeczności. Ciśnienie w ich samowarze osiąg­
nęło najwyższy poziom.
Dla Bradleya najlepszym sposobem rozładowania napięcia była gra
w baseball w lokalnej drużynie. Żył meczami ligowymi, a podczas sezono­
wych przerw w rozgrywkach intensywnie trenował. Bradley przyszedł do
mnie pewnego marcowego dnia, zupełnie zdruzgotany, bo chociaż potrafił
uderzyć piłkę z wielką siłą i był doskonałym „łapaczem", nie zal^alifikował
się ani do swojej drużyny, ani do żadnej innej.
„Tak, jestem agresywny. Fakt, ciągle wrzeszczę. I co z tego? I tak
jestem najlepszym zawodnikiem w okolicy". Następnie Bradley opowiedział
mi historię z poprzedniego sezonu, kiedy zawieszono go na sześć meczów za
pół tuzina różnych wykroczeń, z których każde wiązało się z wybuchem
wściekłości, wywołanym przez coś, co wydarzyło się na boisku. Pewnego
razu rzucił kijem baseballowym w ławkę rezerwowych drużyny przeciwnej,
bo wydawało mu się, że usłyszał komentarz przeciwników pod swoim adre­
sem. Innym razem popchnął sędziego. Powiedział nii, że najgorszym wybry­
kiem, jakiego się dopuścił, było wtargnięcie w tłum kibiców i znokauto­
wanie jednego z nich uderzeniem pięścią. Owszem, wydawał się zawstydzo­
ny, kiedy o tym mówił, ale tylko dlatego, że, jak sądził, uderzył „nie tego
faceta - nie tego, który coś powiedział".
55

Przyznał też, iż na dwa tygodnie przed naszą pierwszą sesją został
aresztowany za udział w bójce w restauracji oraz że uderzył „parę razy"
Marshę, „kiedy nie słuchała, co do niej mówi".
Uniwersalną emocją Bradleya był gniew, jednak kiedy zaczęłam go
pytać, jak się czuje wobec faktu, że nie został powołany do drużyny, użył
słowa „wściekły", ale jego oczy mówiły: „nieszczęśliwy, smutny, przerażony,
opuszczony, samotny, niedoceniony, odizolowany, porzucony". Kiedy mu
o tym powiedziałam, wściekł się na mnie - „Co pani może wiedzieć?".
Minęło trochę czasu, zanim Bradley zdołał zedrzeć z siebie warstwę
gniewu, pod którą się ukrywał, w końcu jednak udało nam się zastosować
model Jima Keenana, aby przedostać się przez gniew i znaleźć ukryte pod
nim prawdziwe uczucia. Bradley odkrył, że jest osobą znacznie bardziej
złożoną emocjonalnie, niż mu się wydawało. W jego trwałym stanie umysłu
prawdopodobnie zawsze dominować będzie gniew, jednak odkąd Bradley
zdołał skontaktować się z innymi emocjami, gniew w znacznej mierze utra­
cił swą moc odcinania go od wszelkich innych uczuć. Gniewna kryjówka jest
perspektywą, z której Bradley spogląda na świat. Wybrał gniew jako jedyną
reakcję na wszelkie sytuacje emocjonalne.
Terapeuci cytują często stare powiedzenie: „Jeżeli twoim jedynym
narzędziem jest młotek, wówczas cały świat wygląda jak gwóźdź". W wy­
padku Bradleya jedynym narzędziem był gniew, więc walił we wszystko tym
młotkiem. Odkąd zaczął poszerzać swój zestaw emocjonalnych narzędzi,
potrafił odczuwać znacznie więcej niż tylko gniew. Rezultat? Wściekał się
znacznie rzadziej.
Bradley nauczył się także, że życie w jednym stanie umysłu czyniło go
emocjonalnie niedostępnym dla samego siebie i dla wszystkich, których ko­
chał. Wiedziałam, że naprawdę nawiązał kontakt z samym sobą, kiedy zdo­
był się na to, by spontanicznie przeprosić Marshę za wcześniejsze akty
przemocy oraz za swój stan nieustającego gniewu, i kiedy poprosił ją o prze­
baczenie, nie uciekając się przy tym do manipulacji.
Jeśli związałeś się z kimś, kto używa gniewu jako uniwersalnej emo­
cji, bardzo trudno będzie ci przebić się przez tę zewnętrzną warstwę i na­
wiązać kontakt z ukrytymi pod nią prawdziwymi uczuciami. Niewątpliwie
tym, co powinieneś zrobić - jeśli wierzysz, że wasz związek może przetrwać
- jest zachowanie wierności własnym uczuciom i niereagowanie wściekłoś­
cią na skierowaną ku tobie wściekłość. Można z dużą dozą prawdopodobień­
stwa podejrzewać, że w związku, w którym nieustannie dochodzi do kłótni,
co najmniej u jednego z partnerów występuje gniewny stan umysłu.
Nie należę do grona moich kolegów sądzących, że wszyscy ludzie
potrzebują terapeuty, który mieszkałby w ich garażu i był zawsze pod ręką,
gotowy zaradzić wszelkim problemom. Jednak jeśli gniew jest twoją uni­
wersalną emocją, praca z terapeutą może przyśpieszyć proces twojego wyj­
ścia z mrocznego ukrycia ku pełnemu światłu emocji.
56

Bezsilność
Kolejnym źródłem niedostępności emocjonalnej jest doświadczenie bycia
ofiarą. Poczucie bycia ofiarą odbiera człowiekowi jego osobistą moc. Mówiąc
o mocy, nie mam na myśli potęgi dyktatora, lecz możność, czyli zdolność
do podejmowania niezależnych wyborów.

MOC = WYBÓR!

Przekaz otrzymywany od napastnika jest bardzo jasny: „Nie masz
prawa dokonywać wyborów, które wpływają na twoje życie. To do mnie
należy cała moc, ty nie masz jej wcale". Doświadczenie odebrania mocy
może mieć różne źródła, jednak w każdym wypadku wynik jest ten sam:
u ofiary dochodzi do zmniejszenia lub całkowitej utraty siły. Ofiara może
również zaoferować napastnikowi całą swą moc w akcie dobrowolnego pod­
dania się. Ludzie czasami zostają ofiarami z wyboru, myśląc, że tego właś­
nie chcą, mogą także zdecydować się na aktywne przeciwstawienie się
wiktymizacji i jej skutkom. W tym ostatnim wypadku mogą wyjść z sytuacji
obronną ręką. Przyjmując rolę ofiary, decydujesz się na dobrowolne oddanie
swej mocy. Gdy wybierasz sprzeciw, decydujesz się na próbę jej odzyskania.
Doświadczenie bezsilności jest straszliwym nauczycielem, a lekcje,
których nam udziela, trwają długo. Poczucie to może narodzić Się w wyniku'
pojedynczego doświadczenia lub jako efekt kumulacji wielu negatywnych
przeżyć, które wzmacniają poczucie utraty kontroli w okolicznościach zew­
nętrznych. W rezultacie osoba, stająca się ofiarą, otrzymuje jasny przekaz,
że nie ma żadnej mocy ani praw. Ludzie pozbawieni mocy tracą również
głos. Ludzie, którzy nie mają głosu, uważają samych siebie za upośledzo­
nych. Osoby upośledzone nie mogą ufać swoim emocjom, a zatem muszą je
negować. Oto w jaki sposób ofiary stają się emocjonalnie niedostępne.
Przedstawię teraz pokrótce dwa przykłady.
BECKY
Becky miała dzieciństwo, jakiego większość z nas nie potrafiłaby sobie
nawet wyobrazić. Jej dziadek traktował ją jako obiekt seksualny od czasu,
gdy była niemowlęciem, aż do swej śmierci, która nastąpiła, kiedy Becky
wkroczyła już w wiek dorastania.
Wykorzystywanie seksualne wiedzie prosto ku bezsilności, poprzez
zjawisko uprzedmiotowienia, czyli traktowania drugiej osoby jako przed­
miotu. Kiedy wsiadasz do samochodu, czy to on decyduje, dokąd jedziesz?
Czy twój piekarnik decyduje, co będziesz jadł na kolację? Czy twoja maszyna
do szycia decyduje o tym, w co się ubierzesz? Oczywiście, że nie. To są tylko

przedmioty, pozbawione jakiejkolwiek mocy. Kiedy jakaś osoba zostaje uprzedmiotowiona, traci prawo do decydowania o tym, co się wydarzy. Prze­
moc seksualna jest niezwykle potężną, choć bynajmniej nie jedyną, formą
uprzedmiotowienia.
Dziadek Becky regularnie wykorzystywał ją seksualnie, a jej psychicz­
nie chora matka właściwie udzieliła mu swego przyzwolenia, nie powstrzy­
mując go przed tymi praktykami nawet wtedy, gdy zażądał tego od niej
ojciec Becky. Co więcej, matka dziewczynki rozwiodła się z mężem, kiedy
nalegał na ograniczenie kontaktów Becky z dziadkiem. Zatem wykorzysty­
wanie trwało nadal, bez przeszkód ze strony dorosłych.
W wieku dziesięciu, a następnie piętnastu lat Becky padła ofiarą zbio­
rowego gwałtu. Jej matka winiła ją za śmierć dziadka i ukarała ją, zmusza­
jąc do zamieszkania z wujkiem. Wujek także wykorzystywał Becky seksu­
alnie. Nic dziwnego, że Becky zaczęła działać przeciwko sobie samej, choru­
jąc na anoreksję i podejmując wiele prób samobójczych. W rezultacie uprzedmiotowiła samą siebie.
Tym, czego brakowało Becky, była wewnętrzna moc. Tak często od­
bierano jej prawo wyboru, że kiedy trafiła do mnie jako dwudziestokilkulet­
nia kobieta po tym, jak molestowano ją seksualnie w pracy, nie miała
pojęcia, jak dokonywać wyborów i akceptować własne prawa. Becky została
całkowicie pozbawiona mocy przez innych ludzi, którzy podejmowali za nią
decyzje i tym samym odebrali jej możliwość wyboru innych opcji. Nagroma­
dzenie doświadczeń bycia ofiarą nauczyło Becky, że nie ma żadnych praw,
i odebrało jej zdolność do budowania emocjonalnych więzi z sobą samą lub
innymi ludźmi. Jej autodestrukcyjne zachowania były w pewnym sensie
próbą odzyskania kontroli nad własną sytuacją poprzez możliwość wyboru
życia lub śmierci. Historia Becky jest ekstremalnym przykładem próby
odzyskania mocy.
SYLVIA
Sylvia określała swoje dzieciństwo mianem sielanki. Była najmłod­
szym dzieckiem w rodzinie, uwielbianym zarówno przez sześciu starszych
braci, jak i przez rodziców oraz dziadków. Jej ojciec był odnoszącym sukcesy
biznesmenem, który rzadko bywał w domu, a nawet kiedy to się zdarzało jak mi opowiedziała - spędzał z nią niewiele czasu. Jednakże, jak szybko
mnie zapewniła, zawsze wiedziała, że ojciec ją kocha, chociaż nie umiała
wyjaśnić, skąd brała się w niej ta pewność. Była wykształcona i miała wielu
przyjaciół.
Spotkała Jima w kościele i, jak później mi powiedziała, spodobał się
jej, bo wydawał się „taki inny". Jim był niebieskim ptakiem bez żadnych
zasług, poza udziałem w wojnie wietnamskiej, z czym obnosił się jak pokut­
nik z włosiennicą - dźwigając własny ciężar i winę innych ludzi. Pracował
58

wówczas dla firmy realizującej zamówienia rządowe; do miasteczka Sylvii
przywiodło go na pewien czas jedno z takich zleceń.
Sylvia była nim zafascynowana. Jej rodzina i przyjaciele byli przera­
żeni, jednak Sylvie całkowicie pochłonął związek z Jimem. Później, z per­
spektywy czasu, Sylvia zdała sobie sprawę, że już wtedy dostrzegała w Jimie
dystans podobny do tego, jaki cechował jej ojca, jednak zaangażowała się tak
bardzo, bo Jim wydawał się „znajomy" na poziomie emocjonalnym. Często
zdarza się, że ludzie pobierają się z osobą bardzo przypominającą tego z rodzi­
ców, z którym wiąże ich najwięcej nierozwiązanych problemów, a następnie
próbują naprawić relację z owym rodzicem, „naprawiając" męża lub żonę.
Po ślubie Jim zaczął stosować wobec Sylvii przemoc - początkowo
tylko słowną, potem także fizyczną. Sylvia powiedziała mi, że została z nim,
bo wierzyła, że „w końcu się opamięta i będzie znowu miły". Zauważyła
także, że próbuje zmusić Jima, by stał się w jej życiu takim mężczyzną,
jakim nigdy nie był jej ojciec. To pragnienie skłoniło ją do trwania w ich
związku. Czekając na, chwilę, kiedy Jim stanie się miły, urodziła mu troje
dzieci, wobec których również, stosował przemoc.
Po dwudziestu sześciu latach takiego życia Sylvia przyszła do mojego
gabinetu nie po to, by poradzić sobie ze skutkami postępowania Jima, ale
z powodu rozpaczy, jaką odczuwała po śmierci matki, która zmarła kilka
miesięcy wcześniej. Jim przyszedł z nią na kilka pierwszych sesji terapeutycz­
nych, nie po to, aby ją wspierać, ale żeby dopilnować, czy „trzymamy się
tematu i przypadkiem nie wyrzucamy w błoto jego pieniędzy".
Kiedy udało mi się wreszcie tak go znudzić, że przestał przychodzić na
nasze spotkania, Sylvia zdołała jedynie powiedzieć, że nie ma pojęcia, w jaki
sposób jej życie zaczęło toczyć się obecnym torem. Kiedy zapytałam ją
o nadużycia w rodzinie, natychmiast opowiedziała mi o swoim cudownym
dzieciństwie i zaprzeczyła, by w ogóle można było mówić o jakichkolwiek
nadużyciach.
Była nieugięta co do tego, że nikt nigdy nie dotknął jej w celach
seksualnych, a jej bracia, ojciec i dziadkowie byli wspaniałymi facetami.
Ogromnie się zdziwiła, kiedy powiedziałam jej, że miałam także na myśli
nadużycia w wieku dorosłym oraz iż nadużycie to coś więcej niż tylko nie­
właściwe zachowanie seksualne.
Upłynęło dużo czasu, zanim Sylvia zrozumiała, że postępowanie Jima
wywarło na nią taki sam wpływ, jaki mogłyby mieć nadużycia w dzieciń­
stwie. Sporo czasu zabrało jej także zrozumienie, jak wiele własnej mocy
oddała dobrowolnie Jimowi, próbując zadowolić go, zanim się opamięta.
Źródła bezsilności tkwią zatem w rzeczywistej lub postrzeganej nie­
możności dokonywania wyborów. Jaki jest więc związek pomiędzy bezsil­
nością a niedostępnością emocjonalną? Ktoś, kto odbiera ci twoją moc, aby
Stweiay^włęźr-nie jest ani zdrowy, ani dostępny emocjonalnie. Taka osoba
zbyt silnie koncentruje się na zdobyciu nad tobą władzy, aby mogła uczest59

niczyć w charakterystycznym dla autentycznych związków procesie dawa­
nia i brania. To zupełnie oczywiste, prawda?
Mniej oczywisty może jednak wydać się fakt, że ktoś, kto staje się
ofiarą „grabieżcy mocy", uczy się pewnego konkretnego systemu związków
i emocji - takiego, w którym podporządkowanie się drugiej osobie jest pod­
stawowym warunkiem powstania i utrzymania więzi. Więzi tworzone przez
taką osobę nie są autentyczne; wypacza je nierówny układ sił, niemal tak,
jakby w związku był ktoś trzeci, przez kogo muszą zostać przefiltrowane
wszelkie emocje.
Zachowanie dostępności emocjonalnej jest wielkim wyzwaniem dla
ludzi, którzy stali się ofiarami i zostali pozbawieni mocy. Nie tylko trudno
im - a czasami zupełnie tego nie potrafią - zdobyć się na zaufanie, ale także
ich wiedza na temat budowania więzi wywodzi się z wypaczonej definicji
związku. Owo błędne rozumienie istoty funkcjonowania związku wyjaśnia,
dlaczego ofiary nadużyć często wybierają na swych partnerów (czasami
kilka razy z rzędu) osoby, które pełnią rolę prześladowców: w obliczu rzeczy
znanej, nawet jeśli jest nieprzyjemna, czujemy się sw0bodniej.
Aby związek był emocjonalnie dostępny, oboje partnerzy muszą być
dostępni. Kiedy ofiara wybiera na swego partnera prześladowcę, żadne
z nich nie jest emocjonalnie dostępne, a związek opiera się na oddawaniu
i pobieraniu mocy, a nie na wzajemnej wymianie emocji.
Takie związki przypominają często rozgrywkę, w której obie strony
zapisują skrupulatnie wyniki. Osoba, mająca więcej mocy, notuje wyniki,
aby się upewnić, że druga strona nie odzyskuje utraconej siły; osoba pozba­
wiona mocy notuje wyniki, żeby móc ocenić związek. Żadna z nich nie jest
emocjonalnie dostępna.

Systemy wewnętrznego i zewnętrznego
sprzężenia zwrotnego
Kiedy podejmujesz ważne decyzje życiowe - w jaki sposób oceniasz swe
wybory i dochodzisz do ostatecznej decyzji? Większość ludzi stosuje w takich
sytuacjach połączenie wewnętrznego i zewnętrznego sprzężenia zwrotnego.
Posłużę się tutaj przykładem. Wyobraź sobie, że zastanawiasz się nad
przeprowadzką. Zazwyczaj najpierw prowadzisz wewnętrzną dyskusję z sa­
mym sobą. Mówisz sobie: „Chciałbym mieć więcej miejsca na ubrania.
I mam już dosyć głośnej muzyki za ścianą. Poza tym, skoro będziemy mieli
dziecko, potrzebujemy więcej przestrzeni".
Następnie rozmawiasz ze swoim partnerem. „Co o tym myślisz? Stać
nas na zmianę mieszkania? W jakiej okolicy chciałabyś zamieszkać? Co
60

myślisz o domu w centrum?". Te rozmowy służą zdobyciu informacji i uzu­
pełnieniu twoich odczuć i pomysłów.
Następna tura rozmów odbywa się w gronie przyjaciół i rodziny. Po­
nownie zbierasz informacje, opinie i pomysły, żeby uzyskać więcej przesła­
nek do podjęcia ostatecznej decyzji.
- Wiesz, mamie i mi naprawdę dobrze mieszka się w centrum. Nie
musimy się przejmować malowaniem, strzyżeniem trawnika i odgarnia­
niem śniegu.
- Kiedy wprowadziliśmy się z Markiem do Hidden Valley Hills, okoli­
ca spodobała nam się jeszcze bardziej, niż przypuszczaliśmy. Jest bezpiecz­
nie, czysto i przyjemnie.
- Nie cierpię domów w mieście. Ciągle ktoś wtrąca się we wszystko, co
chcesz zrobić z własnym domem. Domek na wsi - to jedyne dobre rozwiąza­
nie!
- Od sześciu lat podatki od nieruchomości w Hidden Valley Hills
rosną z roku na rok. Teraz są najwyższe w całym stanie.
W końcu jesteś gotów do podjęcia decyzji. Rozważasz wszystkie uzy­
skane informacje, a następnie negocjujesz ostateczną decyzję z partnerem.
Proces zewnętrznego sprzężenia zwrotnego polega na zbieraniu
informacji od przyjaciół, rodziny, kolegów z pracy, twojego prawnika, ban­
kiera oraz wszystkich innych osób, których pomysłom i opiniom ufasz,
a które są w jakiś sposób związane z twoim procesem decyzyjnym, a następ­
nie na podjęciu rozważnej, właściwej decyzji, opierającej się na całości uzy­
skanych informacji.
System wewnętrznego sprzężenia zwrotnego polega na przyłoże­
niu twojej wewnętrznej miary do poszczególnych opcji. Na ową miarę skła­
dają się wartości i przekonania, doświadczenia, wykształcenie i wiedza o so­
bie samym. Większość ludzi korzysta z połączenia (na zasadzie wyważania)
wewnętrznego i zewnętrznego sprzężenia zwrotnego w procesie dokonywa­
nia wyborów.
Niektórzy nie dysponują jednak pętlą wewnętrznego sprzężenia
zwrotnego, a ich zachowanie koncentruje się całkowicie wokół materiału
uzyskanego z zewnętrznego systemu. Terapeuci często obserwują funkcjo­
nowanie owej zewnętrznej pętli u dorastającej młodzieży, która ciągle jesz­
cze jest w trakcie budowania systemu wewnętrznego sprzężenia zwrotnego.
To właśnie w wyniku korzystania wyłącznie z zewnętrznego systemu dzie­
ciaki decydują się na kolorowe „irokezy" na głowach, kolczyki w nosach,
pępkach i innych częściach ciała oraz na przeróżne rodzaje tatuaży. Nieste­
ty, młodzież używa tego systemu także w wypadku bardziej niebezpiecz­
nych zachowań, takich jak zażywanie narkotyków, przynależność do gan­
gów czy przypadkowe stosunki seksualne. W języku psychiatrii nazywa się
to formalnie zewnętrznym umiejscowieniem poczucia kontroli.
61

Hipotetycznie, w miarę przechodzenia przez kolejne próby wieku do­
rastania u danej osoby powstaje wewnętrzna pętla - wewnętrzne umiej­
scowienie poczucia kontroli. Zwykle proces ten zachodzi równolegle
z formowaniem się osobistego systemu wartości, na którym opiera się mo­
ralność dorosłego człowieka. Nastolatek wnosi w burzliwy wiek dorastania
swój dziecięcy system przekonań, zwykle przejęty od rodziców, a następnie
łączy go z przekonaniami i wartościami, które nabył w szkole, grupie religij­
nej, lokalnej społeczności oraz wśród rówieśników. W wieku około dwudzie­
stu lat pojawia się pętla wewnętrznego sprzężenia zwrotnego, której dana
osoba używa odtąd, wprowadzając kolejne udoskonalenia i modyfikacje, do
końca życia.
Niektórzy ludzie z różnych powodów zatrzymują się na etapie chara­
kterystycznym dla okresu dorastania - podejmują życiowe decyzje jedynie
na podstawie informacji zwrotnych pochodzących z zewnątrz. Zamiast sku­
pić się na zbudowaniu wewnętrznego systemu sprzężenia zwrotnego, kon­
centrują się jedynie na tym, co otrzymują od innych. Takie ograniczanie się
do informacji zwrotnych pochodzących z zewnątrz nie stanowiłoby wielkie­
go problemu, gdyby wszyscy wokół byli idealistami o doskonałej, bezintere­
sownej moralności, a ich jedyną motywację stanowiłoby najwyższe dobro
innych. Poważny problem pojawia się jednak wtedy, gdy zewnętrzne źródła
okazują się niedoskonałymi istotami ludzkimi, pełnymi wad i egoistycznych
motywów.
Jeśli u danej osoby wykształcił się system wewnętrznego sprzężenia
zwrotnego, w wypadku kontaktu z niedoskonałymi ludźmi o egoistycznych
motywach jej wewnętrzny mechanizm monitorujący dokonuje pomiaru
owego wkładu z zewnątrz - w tym także wad i samolubnych motywów i pozwala jej podjąć jednoznaczną decyzję. Jednakże ktoś, u kogo nie wytwo­
rzył się ów wewnętrzny system, nie dysponuje narzędziami niezbędnymi do
dokonania oceny wkładu z zewnątrz. Taka osoba zwykle ocenia rzeczy
bardzo powierzchownie i pozwala nieść się tłumowi.
Bez wewnętrznej pętli sprzężenia zwrotnego człowiek nie potrafi
określić własnych uczuć, idei i wartości wobec jakiejkolwiek sprawy. Co
gorsza, taka osoba nie jest w stanie przewidzieć możliwych konsekwencji
wybranych przez siebie zachowań, ponieważ nie wykształcił się u niej sy­
stem wartości, który pozwoliłby jej odróżniać dobro od zła.
Większość ludzi uważa zapewne, że przestępcy dobrze wiedzą, iż po­
stępują źle, oraz zdają sobie sprawę z faktu, że mogą zostać schwytani,
a poniimo tego pod wpływem wypaczonej chęci przeżywania przygód decy­
dują się popełnianie czynów niezgodnych z prawem. W rzeczywistości
u ogromnej większości (być może nawet aż u 95%) przestępców nie wy­
kształcił się wewnętrzny system sprzężenia zwrotnego i w konsekwencji nie
mają oni pojęcia o możliwych rezultatach swoich zachowań. Ogólnie mó62

wiąc, ich reakcje są czysto impulsywne - nie poprzedzone żadną racjonalną
oceną sytuacji.
Oczywiście, nie wszyscy, u których brak wewnętrznej pętli sprzężenia
zwrotnego, stają się przestępcami. Jednakże wszyscy ludzie pozbawieni
owego wewnętrznego systemu są odcięci od własnych emocji i w rezultacie
niezdolni do zbudowania więzi z kimkolwiek innym. Zatem każdego, u kogo
nie wykształciła się wewnętrzna pętla sprzężenia zwrotnego, można okreś­
lić jako niedostępnego emocjonalnie, rliezależnie od tego, czy jest przestęp­
cą czy też nie. Oczywiście, ludzie, którzy decydują się wejść na drogę prze­
stępstwa, borykają się w życiu ze znacznie bardziej złożonymi problemami
niż tylko z niedostępnością emocjonalną, jednak dla potrzeb niniejszej pracy
warto zanotować tę prostą zależność.
Osoby, u których brak wewnętrznego systemu sprzężenia zwrotnego,
najłatwiej rozpoznać po wadze, jaką przywiązują do opinii i pomysłów in­
nych. Będą pytać o zdanie ciebie, pracownika stacji benzynowej, •farmaceutki w aptece i swoich przyjaciół, a następnie, w momencie podejmowania de­
cyzji, nadadzą wszystkim uzyskanym informacjom - dobrym, złym i neu­
tralnym - taką samą wagę. Okaże się, że jesteś dla nich tak samo ważny jak
nieznajomy w autobusie, co jest dość deprymujące, jeśli tak się akurat skła­
da, iż podejmowana decyzja dotyczy także twojego życia.
Oznacza to także, że twój wkład nie będzie ani bardziej, ani mniej
wartościowy lub istotny niż opinia jakiejkolwiek innej osoby. Zatem jeśli
kumple twojego partnera namawiają go, żeby wziął tydzień wolnego i poje­
chał z nimi na polowanie do Montany dokładnie w tym samym czasie,
w którym ty zaplanowałaś romantyczny rejs, jego wybór nie będzie uzależ­
niony od tego, co jest najlepsze dla was jako dla pary. Jego decyzja zostanie
raczej dostosowana do opinii, którą usłyszał jako ostatnią. Odkrycie u part­
nera takiego typu procesów decyzyjnych może okazać się dość nieprzyjem­
nym przeżyciem.
Jedna z moich klientek, której mąż nieustannie podejmował niedorzecz­
ne decyzje, oparte całkowicie na zewnętrznych źródłach, opisała to tak:
„Czułam się tak, jakby otaczał go wysoki mur. Za każdym razem, kiedy mój
mąż podejmował decyzję, byłam tam, waląc w niego głową, próbując znaleźć
ukrytą bramę, dzięki której mógłby usłyszeć moją opinię i podjąć dobrą
decyzję, uwzględniając choćby w niewielkim stopniu życie moje i naszych
dzieci". W końcu zdała sobie sprawę, że drzwi mogły się otworzyć jedynie od
wewnątrz.
W przypadku, który właśnie opisałam, mąż mojej klientki przeżył
epifanię - wielkie objawienie, które pomogło mu nawiązać kontakt z samym
sobą. Został wtedy w domu sam z trójką dzieci. Jak zwykle, kiedy przyjmo­
wał rolę „opiekunki do dzieci" (pozwolę sobie tutaj na mały komentarz jcostwo oznacza pełnienie roli rodzica, a rodzic jest zupełnie kimś innym
opiekunka do dzieci!), był całkowicie pochłonięty przeszukiwaniem In63

ternetu. Usłyszał krzyk, ale uznał, że to tylko dziecięca zabawa. Zignorował
także drugi krzyk. Nagle jego ośmioletni synek wpadł do pokoju, zapłakany
i przerażony, powtarzając pośród łkań: „Billy nie żyje!".
Wybiegł z domu i znalazł swego syna, leżącego na podjeździe, nieprzy­
tomnego i zakrwawionego, z ogromną raną na czole. Wyznał później, że
wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu i z całą jasnością uświadomił sobie,
jak wielki wpływ miał na rodzinę jego egoizm. Postanowił się zmienić i z cza­
sem nie tylko otworzył bramę, ale także zburzył otaczający go mur.
Żeby jednak mogła się wykształcić wewnętrzna pętla sprzężenia
zwrotnego, potrzeba czegoś więcej niż tylko nagłego olśnienia. Zbudowanie
i utrzymanie tego systemu wymaga wiele pracy, a ludziom często trudno
jest zdobyć się na takie poświęcenie, jeśli nie rozumieją, dlaczego jest im ono
potrzebne. Praca nad stworzeniem wewnętrznego systemu sprzężenia
zwrotnego jest kolejną sytuacją, w której pomoc dobrego terapeuty może
ułatwić cały proces i utrzymać go na właściwym torze.
Ludzie, kierujący się jedynie zewnętrzną motywacją - a może to trwać
przez całe życie - nigdy nie będą potrafili stworzyć trwałych i autentycz­
nych więzi emocjonalnych z innymi, ponieważ nie są w stanie nawiązać
kontaktu z samym sobą. To właśnie od zbudowania więzi z samym sobą
muszą się rozpocząć wszelkie przemiany.

Teoria więzi
Inne wyjaśnienie (lecz, jak pamiętamy, nie usprawiedliwienie) niezdolności
ludzi do budowania więzi emocjonalnych cofa się aż do momentu narodzin.
Teoria ta została poddana empirycznej weryfikacji w pracach brytyjskiego
badacza Johna Bowlby'ego, Harry'ego Harlowa z Uniwersytetu w Wisconsin
oraz Mary Ainsworth z Uniwersytetu w Teksasie. Wszyscy troje badali,
w jaki sposób rodzice (przede wszystkim matki) wiążą się ze swoimi nowo
narodzonymi dziećmi. Bowlby i Harlow badali przywiązanie u małp, pod­
czas gdy Ainsworth pracowała z ludzkimi matkami i ich pociechami. Wszy­
scy troje opisali szeroko wpływ wczesnodziecięcego przywiązania na
późniejsze więzi - zajmowali się zatem jednym z elementów dostępności
emocjonalnej.
Przedstawię teraz pokrótce wnioski doktor Mary Ainsworth, która
przeprowadziła eksperyment z udziałem grupy matek i ich jednorocznych
dzieci. Każdą z kobiet przyprowadzono wraz z dzieckiem do pokoju, którego
wnętrze można było obserwować przez jednostronne lustra. Na środku
pokoju stało krzesło (nieraz dwa), na którym mogła usiąść matka. Czasami
na drugim krześle siedziała obca osoba. W pokoju było także mnóstwo
zabawek, ułożonych w pierścień. Po pewnym czasie matka wstawała i wy­
chodziła z pokoju, żeby po krótkiej chwili wrócić. Jeśli w pokoju przebywała
64

obca osoba, zostawała w nim podczas nieobecności matki. Wszystko było
obserwowane i skrupulatnie notowane, a następnie dokonano kompilacji
danych.
Na podstawie przeprowadzonych eksperymentów Ainsworth wyod­
rębniła trzy typy dzieci: pierwszy z nich nazwała „przywiązanym z poczu­
ciem bezpieczeństwa". Dzieci z tej grupy badały pokój zgodnie z wzorcem
„płatków stokrotki" - przychodziły do mamy, odchodziły ku ułożonym
w pierścień zabawkom, wracały do mamy, później ponownie do zabawek
itd. Kiedy matka wychodziła, dzieci „przywiązane z poczuciem bezpieczeń­
stwa" okazywały niepokój albo płakały. Po powrocie matki dziecko podcho­
dziło do niej, uspokajało się i wracało do badania znajdujących się w pokoju
zabawek.
Dzieci należące do tej grupy żywią przekonanie, że ważni dla nich
dorośli nie skrzywdzą ich ani nie porzucą; zaufały światu, w którym żyją.
Według Ainsworth około 25% dzieci, które przebadała, można zaliczyć do
„przywiązanych z poczuciem bezpieczeństwa". W dorosłym życiu ludzie
„przywiązani z poczuciem bezpieczeństwa" budują bezpieczne i trwałe
związki, charakteryzujące się miłością, zaufaniem, komunikowaniem emo­
cji oraz przewidywalnością. Są to ludzie dostępni emocjonalnie.
Do drugiej grupy należały dzieci, które Ainsworth nazwała „przywią­
zanymi bez poczucia bezpieczeństwa" (jedna z moich przyjaciółek nazwała
je dziećmi „Velcro"). Trzymały się one kurczowo matki i nie badały pokoju.
Kiedy matka wychodziła, nie dawały się uspokoić. Gdy obcy człowiek ofero­
wał im pociechę, nie przyjmowały jej. Jednak kiedy matka wracała, dziecko
odrzucało ją ze złością, nie przestając płakać, i przywierało do obcego. Dzieci
„przywiązane bez poczucia bezpieczeństwa" stanowiły około 50% wszy­
stkich zbadanych przez Ainsworth niemowląt.
Dzieci „przywiązane bez poczucia bezpieczeństwa" wyrastają na do­
rosłych „przywiązanych bez poczucia bezpieczeństwa" - na przemian cze­
piają się kurczowo swego partnera i odrzucają go, nie potrafią jednak zwią­
zać się z nim na poziomie emocji i zaufania. Mogą naiwnie ufać niewłaści­
wym osobom, a później odmawiać zaufania ludziom, którzy naprawdę na
nie zasługują. Boją się porzucenia. Często nie potrafią zdobyć się na asertywność i zamiast tego podejmują beznadziejne próby zdobycia uwagi i tro­
ski innych.
Trzecią wyodrębnioną przez siebie grupę Ainsworth określiła jako
„nieprzywiązaną". Dzieci należące do tej grupy ignorowały matkę i pozosta­
wały obojętne na jej wyjście z pokoju i powrót. Kiedy matki brały je na ręce
- dzieci często wyginały się w łuk i odchylały do tyłu. Można sobie wyobra­
zić, że w dorosłym życiu tacy ludzie zupełnie (lub prawie zupełnie) nie
potrafią budować emocjonalnych więzi z innymi. Co więcej, mogą być także
niebezpieczni.
65

„Nieprzywiązane" dziecko często wyrasta na agresywnego łub destruk­
cyjnego dorosłego. Może mieć za sobą bogate doświadczenia przestępcze,
począwszy od okresu dorastania albo i jeszcze wcześniej. Ludzie „nieprzywiązani" odrzucają wszystko, co przypomina im kontrolę lub władzę, stąd
często popadają w konflikt z rodzicami, nauczycielami, przełożonymi i poli­
cją. Mają kłopoty z odróżnieniem prawdy od kłamstwa i wydają się pozba­
wieni sumienia. Realizują swoje cele, manipulując innymi.
Doktor Ainsworth uznała pierwszych kilka dni życia za kluczowe dla
późniejszego stylu budowania więzi przez daną osobę. Jest to częściowo
związane z osobowością dziecka, a częściowo z emocjonalną dostępnością
matki. Jeżeli matka nie jest dla dziecka dostępna emocjonalnie, jeśli boi się
go i nie ufa sobie jako matce, dziecku udziela się jej niepokój i w rezultacie
staje się ono kimś, kto nie potrafi nawiązać bezpiecznej więzi. Często takie
dziecko wyrasta na osobę emocjonalnie niedostępną.
Biorąc pod uwagę zaobserwowany przez Ainsworth procentowy udział
dzieci w poszczególnych grupach, czy powinniśmy wnioskować, że tylko 25%
populacji ma szansę na to, by stać się ludźmi dostępnymi emocjonalnie? Nie.
Przecież ludzie mogą się uczyć, rozwijać i zmieniać. Wiele dzieci „przywiąza­
nych bez poczucia bezpieczeństwa" rozwija się i wyrasta poza ten model dzięki
terapii albo w wyniku nabywania kolejnych życiowych doświadczeń.
Inni badacze zajmowali się osobami, określanymi przez nich jako
„elastyczne", czyli zdolne do regeneracji. Są to ludzie, którzy w dzieciństwie
mogli doświadczyć okropnych rzeczy, jednak dzięki temu, że pozostawali
jednocześnie w znaczącym i dobrym związku z kochającym dorosh/m, osta­
tecznie nie mają żadnych lub mają tylko nieznaczne blizny emocjonalne. To
samo można powiedzieć o dzieciach „przywiązanych bez poczucia bezpie­
czeństwa"; jeśli mają one ojca, dziadka, ciotkę, sąsiada albo nauczyciela,
który pomaga im budować dobre, oparte na zaufaniu więzi, istnieje szansa,
że w przyszłości nie będą budować związków, charakteryzujących się bra­
kiem poczucia bezpieczeństwa.
Więź opiera się przede wszystkim na zaufaniu. Oczywiście, jeśli, jak
sądzi Ainsworth, styl budowania więzi tworzy się w okresie wczesnego nie­
mowlęctwa - zaufanie musi być czymś instynktownym i bardzo pierwotnym
dla ludzkiej natury. Teoria ta znajduje potwierdzenie w przeprowadzonych
przez Harlowa i Bowlby'ego badaniach nad małpami - więź/zaufanie stanowi
podstawę związku pomiędzy dzieckiem i matką u wszystkich naczelnych.
Osoba „nieprzywiązana" może być niezdolna do nauczenia się zaufa­
nia. Nie ma pewności co do tego, czy złożone emocje, takie jak zaufanie,
powstają w mózgu, możemy więc wnioskować o ich obecności lub braku
jedynie przez obserwację zachowania*Ludzie, którzy we wczesnym dzieciń­
stwie nie byli przywiązani do swojej matki, mają później problemy z zaufa­
niem komukolwiek." Ow ogólny brak zaufania jest jedną z form niedostęp­
ności emocjonalnej, bo ta emocja jest przecież podstawą dobrych więzi emo66

cjonalnych. Oczywiście ktoś, kto nie potrafi zbudować relacji opartej na
podstawowym zaufaniu, nie jest prawdopodobnie najlepszym materiałem
na partnera.
Jacy są zatem ludzie ze wszystkich trzech grup po osiągnięciu doros­
łości? Dzieci „przywiązane z poczuciem bezpieczeństwa" wyrastają na oso­
by, które potrafią wyciągnąć rękę i zbudować emocjonalną więź. Są zdolne
do obdarzenia drugiej osoby zaufaniem bez zazdrości i podejrzeń. Myślą
głową, ale czują sercem i umieją odróżnić jedno od drugiego. Potrafią wyra­
żać emocje i odnaleźć ludzi podobnych sobie.
Osoby „przywiązane bez poczucia bezpieczeństwa" bywają często za­
zdrosne i kurczowo trzymają się partnera. Człowiek „przywiązany bez po­
czucia bezpieczeństwa" nie wierzy w prawdziwość twoich słów - dlatego
często sprawdza cię i testuje, żeby się przekonać, czy mówisz prawdę. Tym­
czasem on sam nie jest do końca godny zaufania. Osoba „przywiązana bez
poczucia bezpieczeństwa" korzysta często z potężnego, zewnętrznego syste­
mu sprzężenia zwrotnego, a jednocześnie niekoniecznie mu dowierza. Dzie­
je się tak dlatego, że ludzie „przywiązani bez poczucia bezpieczeństwa"
mają problemy z zaufaniem komukolwiek, nawet swoim partnerom.
Ludzie „nieprzywiązani" są emocjonalnie nieobecni. Składają obietni­
ce, których nie dotrzymują, i rzadko przepraszają. Często bezwzględnie wy­
korzystują innych; określa się ich jako zimnych, odległych i gniewnych.
Niestety, wiele osób dostrzega w nich wyzwanie - „Mogę przebić się przez
zewnętrzną powłokę i znaleźć ukrytego pod nią prawdziwego człowieka".
Nawet o tym nie myśl. To zdarza się bardzo rzadko. Zazwyczaj koń­
czy się na tym, że czujesz się sfrustrowany, zraniony, wyniszczony, wyko­
rzystany albo jeszcze gorzej.

Problem niskiej samooceny
My, terapeuci, bardzo często mówimy o samoocenie - jak ją podnieść, w jaki
sposób wpływa ona na zachowania i wybory, skąd się bierze - nie jestem
' jednak pewna, czy definiujemy ją w sposób jasny dla nas samych i dla na­
szych klientów. Według mojej definicji - która, przyznaję, stwarza ryzyko
stwierdzenia rzeczy oczywistych - samoocena jest umiejętnością postrzega­
nia siebie w realistycznym i pozytywnym świetle, ustanawiania i ochrony
własnych granic, kształtowania znaczących, wzajemnych relacji oraz ufania
zarówno swojej głowie, jak i sercu.
Osoba o niskiej samoocenie postrzega siebie w negatywnym świetle.
Na przykład kobiety często cenią się bardziej za swą figurę i wygląd niż za
wewnętrzne zalety. Naszym zadaniem nie jest pokonanie tych demonów napisano już na ten temat grube tomy. Jednak, najprościej mówiąc, jeśli
nimy opakowanie bardziej niż zawartość, jest to właśnie niska samooce67

na. Jeżeli, co więcej, żywimy przekonanie, że inni ludzie także cenią opako­
wanie bardziej niż zawartość, i w związku z tym podejmujemy obsesyjne
wysiłki, żeby stać się wystarczająco szczupłymi, wystarczająco młodymi
i wystarczająco ładnymi - jest to przykład jeszcze niższej samooceny.
Czasami ludzie o niskiej samoocenie sprawiają wręcz przeciwne wra­
żenie. Mogą przechwalać się swoimi osiągnięciami lub rozdmuchiwać włas­
ne znaczenie. Mogą także atakować innych słowami krytyki lub pogardy.
Osoby o niskiej samoocenie często porównują powierzchowne cechy i posia­
dane dobra materialne, żeby poczuć się silniejszymi, bogatszymi lub lepszy­
mi. W rzeczywistości nie akceptują jednak ani siebie, ani innych.
Ludzie o wysokiej samoocenie nie czują się zagrożeni przez osiągnię­
cia, sukcesy, dobra materialne, cechy fizyczne lub majątek innych osób - nie
osądzają i bezwarunkowo akceptują innych. Kiedy opowiadają o własnych
sukcesach i osiągnięciach, zachowują wobec nich odpowiedni dystans. Po­
trafią odczuwać i okazywać dumę proporcjonalnie do osiągnięć, nie umniej­
szając przy tym wartości innych ludzi. Osoby o zdrowej samoocenie budują
właściwe więzi emocjonalne z innymi. Relacje te są jasno określone, dostę­
pne emocjonalnie i harmonijne zarówno na poziomie umysłu, jak i serca.
Ludzie o zdrowej samoocenie potrafią także zaufać własnej głowie i sercu.
Umieją rozpoznać prawdę i szczerość u innych; sami również potrafią być
szczerzy i prawdomówni.
Być może jedną z najważniejszych cech zdrowej samooceny jest jed­
nak umiejętność ustanawiania granic. Dobre granice stanowią integralną
część pozytywnych związków i odwrotnie - złe granice przyczyniają się do
nawiązywania negatywnych relacji.

Granice
Robert Frost powiedział kiedyś: „Tam, gdzie są dobre płoty, tam są też
dobrzy sąsiedzi" i to jest właśnie najistotniejsze znaczenie właściwych gra­
nic. Granice międzyludzkie to zachowania, które wyrażają szacunek dla
odrębności, prywatności, osobistej przestrzeni i czasu innej osoby, przy za­
chowaniu własnej odrębności, prywatności, przestrzeni i czasu.
Oto przykład. Judy była moją szefową podczas pracy nad specjalnym
projektem, który realizowałam dla pewnej nowojorskiej firmy. Było powszech­
nie wiadomo, że Judy zaoferowano stanowisko, które zajmowała, z przyczyn
politycznych, związanych z wewnętrzną sytuacją firmy. Judy nie starała się
nawet zrozumieć, na czym polega projekt, który realizowaliśmy, robiła jednak
co w jej mocy, żeby kontrolować i zastraszyć pracujących nad nim ludzi.
Problemy z granicami ujawniały się u Judy na wiele sposobów. Prze­
szukiwała biurka swoich pracowników pod ich nieobecność, zabierając i kła­
dąc na nich dokumenty bez żadnego związku z sytuacją. Do momentu
68

powrotu pracownika udawało jej się zazwyczaj zrobić potworny, sztuczny
bałagan, z którym pracownik musiał sobie poradzić. Następnie wykorzysty­
wała ten bałagan, aby upokorzyć i skrytykować podwładnego. Była to jej
metoda pozostawania w samym centrum wydarzeń.
Osobiste związki Judy trafiały do biura z wszystkimi żenującymi,
intymnymi szczegółami. Nie potrafiła zachować niczego dla siebie, więc
ujawnione zostały nasze pensje, a także wszelkie szczegóły prywatnego ży­
cia, które udało jej się wydobyć z naszych teczek. Trzeba było nieustannie
walczyć o zachowanie silnego poczucia własnej prywatności wobec jej inwa­
zyjnych poczynań.
Judy była chodzącym przykładem złych granic. Każdy, kto dla niej
pracował, musiał przeznaczyć dwukrotnie więcej wysiłku na obronę przed
jej atakami niż na realizację swych właściwych zadań. W rezultacie wytworzyła
się nieprzyjemna atmosfera pracy, w której nikt nie czuł się bezpiecznie.
Bezpieczeństwo to podstawa dobrych granic. Podobnie jak zaufanie,
jest jedną z owych kluczowych kwestii, które w ciągu całego życia wywierają
wpływ na naszą zdolność budowania dobrych więzi.
Jeśli pochodzisz z rodziny o dobrych granicach - dorastasz w otocze­
niu, w którym czujesz się szanowany, doceniany, poważany i zdolny do
kierowania własnym losem. Jeśli natomiast pochodzisz z rodziny o złych
granicach - nigdy nie zdoła wytworzyć się w tobie poczucie odrębności i nieza­
leżności od rodziców, a zatem możesz mieć problemy z przyznaniem komukol­
wiek innemu prawa do poczucia odrębności i niezależności. Złe granice
sprzyjają inwazjom na osobiste terytorium innych ludzi, a takie zachowanie
umniejsza zdolność do tworzenia autentycznych więzi emocjonalnych.
Jeżeli związałeś się z kimś o złych granicach, prawdopodobnie nie
czujesz się bezpiecznie, ponieważ odebrano ci prawo do prywatności. Nie
możesz zaufać swemu partnerowi, bo wiesz, że nie szanuje on twojej prze­
strzeni, czasu, własności ani ciebie samego. W skrajnej formie naruszenie
granic wiąże się z przemocą, fizyczną lub seksualną agresją, i jest naprawdę
przerażające. Najczęściej wiąże się po prostu z brakiem szacunku. W każ­
dym wypadku naruszenie granic jest nie do przyjęcia.
Słabo zaznaczone granice czynią ludzi niedostępnymi emocjonalnie,
ponieważ, w pewnym sensie, sprawiają, że stają się oni zbyt dostępni. Osoba
pozbawiona granic nie zachowuje nawet drobnej części własnego „Ja", któ­
re jest niezbędne, aby każdy z nas mógł stanowić spójną całość. Ludzie bez
poczucia „Ja" nie potrafią także dostrzec „Ja" w kimś innym. Są zatem
niezdolni do rozpoznania emocji drugiej osoby ani do określenia własnego
położenia w emocjonalnym kontakcie z innym człowiekiem. W zamian poja­
wia się poczucie całkowitego zanurzenia w pełnym niebezpieczeństw base­
nie. Kiedy już się tam znajdziesz, toniesz wśród planów i potrzeb osoby
pozbawionej granic. Nie jest to miejsce, w którym można zachować dostęp­
ność emocjonalną, poczucie bezpieczeństwa czy otwartość.
69

Kontrola
U niektórych ludzi niedostępnych emocjonalnie izolacja wynika z potrzeby
kontrolowania zachowań otaczających je osób: zarówno znaczących emocjo­
nalnie, jak i obcych.
Owa potrzeba sprawowania kontroli rozszerza się poza zachowanie,
obejmując także system myśli i przekonań. Jest to niebezpieczne dla obu
stron. Osoba, która pragnie sprawować kontrolę, przez większość czasu
czuje się nieszczęśliwa, ponieważ musi nieustannie sprawdzać swego part­
nera, aby mieć pewność, że nie utraciła panowania. Osoba kontrolowana
czuje się zwykle nieszczęśliwa, ponieważ boi się możliwych konsekwencji
niespełnienia oczekiwań partnera mimo że owe oczekiwania nie zostały nigdy
jasno sprecyzowane, a konsekwencje pozostają równie słabo określone.
Charlotte miała piętnaście lat, kiedy zjawiła się u mnie po raz pierw­
szy. Jej rodzice nie potrafili zrozumieć, dlaczego nagle przestała odrabiać
prace domowe, spełniać swoje obowiązki i spotykać się z przyjaciółmi. Wy­
dawało się, że chce tylko bawić się ze swoim kotem.
Spędziłyśmy kilka sesji terapeutycznych na rozmowach o relacji Char­
lotte z jej kotem - o tym, jak bardzo czuła się z nim bezpiecznie i jak bezgrani­
cznie mu ufała, jak ją kochał bez zastrzeżeń i wymagań, jak realistyczne były
jego oczekiwania wobec ich związku, jak bardzo ją szanował. Kot stał się
milczącym rzecznikiem tego, co działo się w życiu Charlotte, jednakże mu­
siało upłynąć trochę czasu, zanim udało nam się dotrzeć do sedna.
Rodzice Charlotte byli nauczycielami, którzy stawiali swojej jedynej
córce wysokie wymagania. Miała kilka własnych marzeń, uznanych przez
jej rodziców za wspaniałe - na przykład uprawiała skoki do wody na olimpij­
skim poziomie i zamierzała dostać się na Akademię Medyczną. Była również
jedną z najpopularniejszych dziewcząt w klasie, przynajmniej do czasu, gdy
cała jej uwaga skupiła się na kocie.
Po jakimś czasie, kiedy Charlotte zaczęła darzyć mnie zaufaniem,
opowiedziała mi o tej części swego życia, o której jej rodzice nie mieli poję­
cia. Charlotte poznała pewnego chłopaka podczas zawodów pływackich
w Iowa. Mark, bo tak miał na imię, był wówczas w ostatniej klasie szkoły
średniej oddalonej o około pięćdziesiąt kilometrów od szkoły Charlotte.
Z nim także rodzina wiązała ogromne nadzieje, do tego stopnia że popycha­
ła go bezlitośnie ku kolejnym sukcesom, żądając, by był najlepszym uczniem
w klasie, przewodniczącym rady uczniowskiej i kapitanem każdej drużyny,
w której grał (uprawiał cztery sporty). Krótko mówiąc, Mark był ich idealnym
synem-eksponatem. Ciężko pracował, starając się sprostać wszystkim tym
oczekiwaniom, które zupełnie nie pokrywały się z jego własnymi marzeniami.
Kiedy Charlotte poznała Marka, źródłem stresu były dla niego nie
tylko oczekiwania rodziców, ale także oczekiwania trenerów, doradców oraz
licznych specjalistów, zajmujących się rekrutacją do drużyn uniwersytec70

kich i zawodowych, którzy starali się wpłynąć na niego, roztaczając przed
nim wspaniałe wizje przyszłości. Mark natychmiast spodobał się Charlotte,
bo był „taki fajny" i taki wysportowany. Tym, co przyciągnęło Marka do
Charlotte, była jej miękka i ufna natura.
Charlotte wiedziała, że jej rodzicom nie spodoba się różnica wieku
pomiędzy nią a Markiem, a nawet już sam fakt, że w ogóle się z kimś spoty­
ka, więc zachowała ich związek w tajemnicy, okłamując swoich rodziców,
ilekroć wybierała się na randkę.
Mark zaczął wkrótce stawiać Charlotte pewne wymagania. Poprosił
ją, żeby dzwoniła do niego i meldowała się o określonych godzinach; nalegał
także, aby zerwała znajomość z przyjaciółmi, których nie znał. Domagał się
z jej strony większego zaangażowania seksualnego, niż była w stanie mu
zaoferować, a ponieważ okłamywała rodziców, nie mogła poprosić ich o po­
moc i radę w sprawie związku z Markiem. Udało mu się odciąć ją od przyja­
ciół i rodziny. Charlotte uwierzyła, że musi robić wszystko, czego Mark od
niej zażąda, bo to właśnie on jest jej jedynym sprzymierzeńcem i przyjacie­
lem. Powiedziała mi, że wcale nie wydawał jej się prawdziwym sojusznikiem
czy przyjacielem, ale nie wiedziała, co innego mogłaby robić.
Nieustanna kontrola ze strony Marka coraz bardziej ciążyła Charlotte.
Przekonał ją, żeby z nim współżyła, manipulując nią tak, by uwierzyła, że się
na to zgodziła, lecz jednocześnie wytwarzając w niej poczucie, iż została zgwał­
cona. Zaczęła wycofywać się do bezpiecznego świata swojego kota, aby uciec
przed kontrolą i tyranią, którą roztoczył wokół niej Mark. Jednak jej próby
ucieczki spowodowały nasilenie kontrolujących zachowań Marka, a przygnę­
bienie i strach Charlotte zwiększały się wraz ze wzrostem jego wymagań.
Spotkałam się już z dorosłymi związkami, w których kontrola wysu­
wała się na pierwszy plan, jednak rodzice powinni zdawać sobie sprawę, że
sytuacja Charlotte jest dość częsta wśród dorastającej młodzieży. Charlotte
to tylko jedna z wielu moich młodych pacjentek, które stały się ofiarami
swych żądnych władzy chłopaków.
Charlotte przyprowadziła Marka na jedną z naszych sesji i rozmawia­
liśmy o tym, co miał nadzieję osiągnąć poprzez kontrolowanie swojej dziew­
czyny. Jaka była jego odpowiedź? Chciał dopilnować, żeby nie skrzywdził jej
Jakiś drań". Nie był zbyt zadowolony, kiedy zwróciłam mu uwagę, że sam
zachowywał się wobec niej jak drań. Niełatwo było mu zrozumieć, że dopu­
szczał się wobec Charlotte przemocy.
Kiedy Mark zaczął opowiadać o presji, jaką wywierały na niego rodzi­
na, szkoła, klub sportowy i własne aspiracje, zaczął okazywać wyraźne zde­
nerwowanie, więc zapytałam go, jak się czuje.
- Pod kontrolą - krzyknął. - Nienawidzę tego!
Potem spojrzał na Charlotte i wymierzył w nią oskarżycielsko palec.
- Nie widzisz, że to przez ciebie? Gdybyś powiedziała mi-„nie", wyco­
fałbym się - po czym wybiegł wzburzony z mojego gabinetu.
71

Charlotte podjęła odważną decyzję i zdecydowała się zerwać z Mar­
kiem. Zdobyła się również na to, by porozmawiać ze swoimi rodzicami
o tym, co się wydarzyło. Udało jej się zaangażować ponownie w sprawy
szkoły (wszystko to robiła jednocześnie) oraz odbudować kontakty z przyja­
ciółmi i rodziną, a także powrócić do swych dawnych zajęć. Charlotte nale­
żała do grupy szczęściarzy!
Ludzie, którzy odczuwają potrzebę sprawowania kontroli, nie wierzą,
że ich świat może być bezpieczny bez ciągłego sprawdzania i interwencji.
Nie wierzą we własną umiejętność budowania wewnętrznego bezpieczeń­
stwa. Są silnie zwróceni na zewnątrz i często mają bardzo mały wgląd we
własne uczucia oraz w emocje drugiej osoby. Koncentrują się wyłącznie na
zaspokajaniu osobistych potrzeb, nawet jeśli dzieje się to kosztem kogoś
innego. Żyją w nędznym, odizolowanym świecie i są całkowicie niedostępni
emocjonalnie. Nie można być dostępnym dla kogoś innego, jeśli nie jest się
w kontakcie z samym sobą.

Toksyczny balon
Co się stanie, jeśli nadmuchasz balon, nie zwiążesz jego szyjki i wypuścisz
go na wolność? Będzie fruwał po całym pokoju, obierając nieprzewidywalne
kierunki i wydając nieprzyjemne, świszczące odgłosy, aż wreszcie spadnie
na podłogę w nieoczekiwanym miejscu - płaski i sflaczały. Podobny efekt
uzyskasz, jeśli wepchniesz cały swój emocjonalny bałagan do „toksycznego
balonu", nie pracując nad nim i nie próbując go jakoś przetworzyć. Ostatecz­
nie emocje wymkną ci się spod kontroli i rozpoczną szaleńczy bieg. Poczu­
jesz się przytłoczony, a twój delikatny system wewnętrznej kontroli załamie
się. Wszystko zacznie wylewać się przez coraz szersze szczeliny, czy tego
chcesz czy nie, tworząc dość przerażające środowisko wewnętrzne.
Teraz wyobraź sobie, co się stanie, jeśli nadmuchasz balon ponownie,
ale tym razem przytrzymasz jego szyjkę pomiędzy kciukami, a palce wska­
zujące nieco ją rozchylą. Balon nadal będzie tracił powietrze, ale nie będzie
już latał szaleńczo po całym pokoju. Kiedy ujdzie z niego całe powietrze nadal będzie go można kontrolować i przewidywać, co się z nim stanie. To
jest właśnie terapia.
Toksyczny balon staje się częścią niedostępności emocjonalnej, jeśli
trafia do niego cała emocjonalna treść życia danej osoby. Wpycha się do
niego wszystko - dobre i złe uczucia, przerażenie i szczęście - cały ten
bałagan staje się czymś niemożliwym do ogarnięcia.
Niełatwo jest czuć emocjonalny wpływ jednej rzeczy w danym mo­
mencie, a jeszcze trudniejsze wydaje się jednoczesne odczuwanie efektów
oddziaływania dwóch lub więcej czynników. Niemal zupełnie niemożliwe
jest jednak przeżywanie wszystkich życiowych emocji w jednej chwili. To
72

właśnie nagłego zalewu emocji boi się człowiek na samą myśl o tym, że
zawartość toksycznego balonu mogłaby wydostać się na zewnątrz. Taka
osoba obawia się, że przygniotą ją nagromadzone w ciągu wielu lat uczucia,
z których każde było przytłaczające samo w sobie. Reaguje więc w sposób,
jaki wydaje się oczywistym rozwiązaniem - wpycha wszystko do swego
własnego toksycznego balonu i przestaje odczuwać cokolwiek.
Ludzie, którzy uciekają od jakichkolwiek uczuć, aby chronić owe emo­
cje i doświadczenia oraz nie pozwolić nikomu się do nich zbliżyć, są niewąt­
pliwie niedostępni emocjonalnie. Nie mają pojęcia, co znajduje się w to­
ksycznym balonie i wcale nie chcą się tego dowiedzieć. Co więcej, jeśli za­
pragniesz nawiązać z taką osobą emocjonalny kontakt, zostaniesz uznany
za zagrożenie dla jej ochronnego balonu.
Miałam kiedyś klienta, który był prawdziwym miłośnikiem kina
i opowiadał o swoim życiu, odwołując się do różnych filmów, jakie obejrzał.
Napełnił swój toksyczny balon latami przemocy i nadużyć ze strony swego
ojca-alkoholika oraz emocjonalnie nieobecnej matki. Ożenił się z kobietą,
która dopuszczała się wobec niego i dzieci fizycznych oraz emocjonalnych
nadużyć (sama pochodziła z rodziny o nieprawidłowych relacjach). Nie był
w stanie osiągnąć swych osobistych celów, co wzbudzało w nim silny gniew
i urazę, ale nigdy nie ujawnił nawet odrobiny tych uczuć. Zapewnił sobie
bezpieczeństwo, pozostając w ukryciu i trzymając swe emocje w zamknięciu.
Podczas jednej z sesji rozmawialiśmy o jego dziecięcych doświadcze­
niach, ucząc się jak w kontekście jego rodziny obdarzyć innych zaufaniem,
kiedy nagle na jego twarzy ukazało się przerażenie.
- Przepraszam, ale to jest już poza siecią - powiedział.
- Poza siecią? - zapytałam, starając się użyć mojego najlepszego,
terapeutyczno-neutralnego tonu.
- Pamiętasz, jak w Pogromcach duchów inspektor kontroli poziomu
zanieczyszczeń wszedł do budynku straży pożarnej i wyłączył ochronną sieć
wysokiego napięcia? Pamiętasz, co się wtedy stało?
Powiedziałam, że, o ile pamiętam, wszystkie duchy nagle uciekły.
- No więc, ja też mam w sobie taką sieć i ilekroć rozmawiamy o spra­
wach emocjonalnych, wydaje mi się, że zaraz przyjdziesz i ją wyłączysz,
a wtedy wszystkie złe rzeczy w moim życiu wydostaną się nagle na wolność.
Wydawał się naprawdę przerażony perspektywą emocjonalnego przy­
tłoczenia. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że sytuacja terapeutyczna
pomogłaby mu uniknąć tego poczucia. Pracowaliśmy nad tym problemem
przez długi czas, zanim wreszcie wyłączyliśmy sieć - odcinek po odcinku,
w bezpieczny i poddający się kontroli sposób.
Dysponując taką siecią lub toksycznym balonem, człowiek może po­
czątkowo czuć się bezpiecznie, jednak po jakimś czasie utrzymanie linii
obrony zaczyna pochłaniać całą jego energię. Nie zostaje jej ani trochę na
budowanie relacji, odczuwanie aktualnych uczuć lub uczenie się nowych
73

technik i przeżyć emocjonalnych. Taki stan prowadzi w oczywisty sposób do
niedostępności emocjonalnej. Można go zmienić, jednak aby to się mogło
udać, osoba odcięta od własnych emocji musi wykazać wiele dobrej woli
i starać się zrozumieć, że nie trzeba wcale wyłączać całej sieci lub wypusz­
czać zawartości balonu w jednej chwili!

WYKRYWACZ TOKSYCZNYCH BALONÓW

Dla każdego z poniższych zdań zakreśl P (prawda) lub F (fałsz).
1. Rzadko płaczę.

P

F

2. Kiedy chce mi się płakać, robię wszystko, żeby
się powstrzymać.

P

F

3. Kiedy dorastałem, rzadko widziałem, żeby moja
rodzina wyrażała jakieś emocje.

P

F

4. Emocje są żenujące.

P

F

5. Istnieje wiele rzeczy z mojego dzieciństwa, o któ­
rych nie chcę rozmawiać.

P

F

6. Sądzę, że ludzie, którzy wyrażają emocje, są
słabi albo głupi.

P

F

7. Ludzie, którzy poddają się emocjom w pracy, ry­
zykują że zrujnują pracę nas wszystkich.

P

F

8. Emocje to strata czasu. Ludziom wiedzie się znacz­
nie lepiej, gdy używają rozumu, a nie emocji.

P

F

9. Kiedy któryś z moich przyjaciół chce porozma­
wiać o swoim związku, zmieniam temat. To po
prostu nudne.

P

F

10. Kiedy ludzie mówią o swoich uczuciach, nie
jestem pewien, o co im chodzi.

P

F

Im więcej zakreśliłeś odpowiedzi „prawda" (P), tym większe jest praw­
dopodobieństwo, że chronisz w sobie toksyczny balon.

74

Wielkie sekrety rodzinne
Ludzie, którzy pochodzą z rodzin ukrywających wielkie sekrety, mają trud­
ności z utworzeniem więzi emocjonalnych, ponieważ w swoich rodzinach
nauczyli się, że sprawy nie są często takie, jakimi się wydają.
Przez długi czas w naszej kulturze panowało przekonanie, że dzie­
ciom nie należy mówić o tym, iż zostały adoptowane. Rodziny zachowywały
tę tajemnicę latami, czasami nawet wtedy, kiedy dziecko domyślało się
prawdy i zaczynało zadawać pytania. Sekret zaczynał żyć własnym życiem,
uzyskując pierwszeństwo przed emocjonalnymi potrzebami członków rodzi­
ny. Stawał się sprawą, wokół której koncentrowała się cała emocjonalna
energia rodziny.
Wiele rzeczy trafia do skrzyni z rodzinnymi sekretami. W mojej rodzi­
nie nie wolno było rozmawiać o rozwodzie brata mojej matki, chociaż wszy­
scy o nim wiedzieliśmy. Wszyscy, kuzyni i kuzynki, gromadziliśmy się
wokół niewielkiego, dziecięcego stolika (o czym innym mogliśmy tam roz­
mawiać, odizolowani od dużego gościnnego stołu?) i zastanawialiśmy się,
jak to możliwe, że cała sprawa jest tajemnicą, skoro w rzeczywistości wcale
nią nie jest. Nawet moi adoptowani kuzyni uznawali to za dziwne!
Niektóre rodzinne sekrety są znacznie bardziej tragiczne niż rozwody
i adopcje. Wydaje się często, że im gorszy sekret, tym bardziej rozbudowane
metody tworzy rodzina, aby go chronić. Skrajnym przykładem takiej sytua­
cji jest kazirodztwo.
To odrażające, kiedy pozostali członkowie rodziny wiedzą o trwają­
cym wykorzystywaniu seksualnym, jednak decydują się chronić raczej ową
rodzinną chorobę niż ochraniać ofiarę lub ofiary kazirodztwa. Ofiara (lub
ofiary) uzyskuje w ten sposób jasny przekaz, że jest mniej ważna niż publicz­
ny wizerunek rodziny. Owo przesłanie zadaje jej poważną emocjonalną
ranę. Ofiary takich czynów dźwigają nie tylko potworny ciężar kazirodztwa,
ale także obciążenie wynikające z tego, że są powodem, dla którego rodzi­
na musi coś ukrywać. To bardzo wielki ciężar nawet dla dorosłego. Dla
dziecka jest on zbyt wielki, by zdołało go udźwignąć.
Jedna z moich klientek pochodziła z licznej rodziny, zamieszkującej
odludne tereny w Północnej Dakocie. Jej matka pochodziła z równie licznej
rodziny z tego samego obszaru i znaczna część życia społecznego mojej
klientki koncentrowała się wokół kontaktów z rodziną jej matki. Niestety,
brat matki był pedofilem, który napastował wszystkie dzieci w rodzinie
podczas rodzinnych spotkań. Jego ofiarą padło co najmniej trzydzieścioro
dzieci w różnym wieku, a przynajmniej pięć z nich opowiedziało o wszy­
stkim swoim rodzicom. Jednak nic się nie zmieniło, bo wszyscy rodzice bali
się reakcji głowy rodziny - babki mojej klientki.
Zatem Wujek Pedofil mógł swobodnie kontynuować swoje praktyki,
podczas gdy rodzina przeznaczała swą emocjonalną energię na dochowanie
75

tajemnicy. Rezultaty takiego postępowania były przerażające. Moja klientka
i jej trzy ku2ynki zaczęły zbierać w całość fragmenty informacji i odkryły, że
wujek nie tylko wykorzystał seksualnie trzydzieści osób w ich rodzinie, ale
także dopuścił się innych nikczemności. Wraz z żoną prowadził wówczas we
własnym domu prywatne przedszkole, kierował także chłopięcą drużyną
skautowską i trenował drużynę Małej Ligi. Był jednym z liderów w lokal­
nym kościele; wszyscy podziwiali zawsze jego zainteresowanie dziećmi! Po­
dobnie jak reszta rodziny, otrzymał wiele wyrazów współczucia, gdy trzej
spośród jego bratanków popełnili samobójstwo, a dwie siostrzenice próbo­
wały to zrobić w przeciągu zaledwie dwóch lat.
Kiedy babka mojej klientki zmarła, ona i jej trzy kuzynki uznały, że
nadszedł czas konfrontacji z Wujkiem Pedofilem. Postanowiły zmierzyć się
z nim podczas rodzinnego zjazdu. Niestety, wynik tej konfrontacji nie speł­
nił ich oczekiwań. Cztery kobiety sądziły, że kiedy zmierzą się z wujem,
pozostałe osoby, które padły jego ofiarą, natychmiast wystąpią z szeregu
i przyłączą się do nich. Jednak w rzeczywistości to właśnie one znalazły się
w samym centrum awantury i przeciw nim rodzina skierowała swój gniew.
Pozostali kuzyni i kuzynki, o których cztery kobiety wiedziały, że także
padli ofiarą wuja, stanęli w jego obronie. Moja klientka i jej trzy kuzynki
zostały ukarane potępieniem i szyderstwem za próbę obalenia podstawowe­
go filaru rodzinnej społeczności. To właśnie w tym okresie moja klientka
zaczęła się ze mną spotykać. Pracowałyśmy ciężko nad przywróceniem jej
wiary w siebie i w innych, podczas gdy burza wokół niej trwała. Nawet
matka mojej klientki zdecydowała się stanąć po stronie wuja.
Jednak w dwa miesiące później, kiedy moja klientka i jej trzy kuzynki
miały za sobą straszliwy okres wrzawy i zamieszania, zaczęło dziać się coś
pozytywnego. Najpierw pewna młoda kobieta, która padła ofiarą wujka
w prowadzonym przez niego przedszkolu, pozwała go do sądu. Następnie
wystąpił przeciwko niemu młody mężczyzna - żołnierz, który wcześniej
należał do jednej z trenowanych przez niego drużyn sportowych. Wiele
innych osób spoza rodziny otworzyło się i opowiedziało swoje historie. Wy­
daje się, że te odkrycia posłużyły pozostałym członkom rodziny jako przyz­
wolenie na opowiedzenie ich własnych przeżyć. Kilkoro innych kuzynów
przyznało, że ich także obdarzył swymi-niechcianymi względami.
Nadal jednak wielu członków rodziny wolało bronić straszliwego se­
kretu, atakując cztery kobiety, które jako pierwsze oskarżyły wujka. Dzisiaj
kobiety te walczą o to, by ich rodzina zdała sobie sprawę, iż ujawniając
prawdę, postąpiły słusznie. Każda z nich zmaga się z poczuciem odpływu
emocjonalnej energii, spowodowanym przez ów straszliwy rodzinny sekret.
Łatwo dostrzec, jak tajemnica może wyssać życie emocjonalne z rodzi­
ny jako całości oraz z jej poszczególnych członków. Umniejsza to zdolność
odważnych, ocalałych jednostek, takich jak moja klientka, do budowania
dobrych więzi emocjonalnych.
76

Wielkie tajemnice rodzinne wyrządzają ogromne szkody emocjonalne
i kształtują emocjonalnie niedostępnych ludzi! Jeśli nie możesz wierzyć
w bezpieczeństwo emocji we własnej rodzinie, jak mógłbyś ufać emocjom
ofiarowanym ci przez kogokolwiek innego? Emocjonalnie zaburzonym lu­
dziom wydaje się, że bezpieczniej jest pozostać w ukryciu i nie wiązać z in­
nymi, chociaż w ten sposób skazują się na życie w samotności i izolacji.
Sytuacja komplikuje-się jeszcze bardziej przez to, że przerażające lub
bolesne wspomnienia mogą zostać wyparte - ukryte przez psyche, która
stara się obronić „Ja". Jeśli podejrzewasz, że ciąży na tobie rodzinna taje­
mnica, możesz poczynić pewne obserwacje i zadać pewne pytania. Zapytaj
o to tego członka rodziny, który może być najbardziej skłonny do rozmowy
o tym problemie. Porozmawiaj z członkami swojej rodziny w oparty na emo­
cjach, nieoceniający sposób na temat sekretu, którego istnienie podejrze­
wasz. Postępuj tak, aby sekret mógł wydostać się bezpiecznie na światło
dzienne. Jeśli mgła tajemnicy okrywa wydarzenia, które wyrządziły poważ­
ne szkody, na przykład wykorzystywanie seksualne lub przemoc w rodzinie,
być może będziesz wolał pracować z terapeutą, który pomoże ci poradzić
sobie z radioaktywnym pyłem emocjonalnym.
Jeżeli na rodzinie twojego partnera ciąży straszliwa tajemnica, pamię­
taj o znaczeniu dobrych granic. Rodzinom niełatwo jest tolerować tych spoś­
ród swoich członków, którzy zdradzają sekrety. Zwykle okazują jeszcze
mniej tolerancji komuś z zewnątrz, kto próbuje zakłócić ich spokój. Twoja
rola będzie polegała na wspieraniu partnera w jego poszukiwaniach. Musisz
przy tym zdobyć się na niezwykłą finezję i zachować idealną równowagę,
aby ani twój partner, ani jego rodzina nie postrzegali cię jako zagrożenia.
Jeśli rodzinna tajemnica twojego partnera jest z rodzaju „nie mówcie
nikomu, że wujek Harry ogłosił bankructwo", lepiej zostawić ją w spokoju.
Jeśli jednak jest to niebezpieczny sekret - taki jak kazirodztwo, przemoc czy
nadużywanie narkotyków - który może w przyszłości zaważyć na twoim
małżeństwie lub na życiu twoich dzieci, partner będzie potrzebował twego
wsparcia - pełnego współczucia słuchania, umocnienia jego decyzji o ujaw­
nieniu tajemnicy oraz,działań takich, jak wspólne wizyty u terapeuty albo
obecność podczas konfrontacji. Pamiętaj jednak, aby ściśle strzec swoich
granic i nie wykonywać pracy za partnera - zrób to raczej z nim.
Podsumowując: wiele kluczowych czynników wywołujących niedostęp­
ność emocjonalną tkwi w rodzinach, z których pochodzimy, lub w naszych
najwcześniejszych relacjach, a ich wpływ trwa przez całe nasze życie.
Owe podstawowe zagadnienia wiążą się zwykle z zaufaniem oraz
poczuciem bezpieczeństwa. Jeśli ktoś nie nauczy się ufać (a zaufanie wiąże
się z przewidywalnością, wiarygodnością oraz emocjonalną obecnością),
w przyszłości nie wykształcą się u niego narzędzia, niezbędne do budowania
związków opartych na zaufaniu. Zamiast tego zacznie stosować dezadapta77

cyjne sposoby tworzenia iluzji zaufania. Przykładem może tu być osoba,
która stara się stworzyć coś, co ma pozory związku opartego na zaufaniu,
poprzez próbę przejęcia całkowitej kontroli nad swym partnerem.
Jeśli ktoś nie czuje się bezpiecznie w swojej rodzinie lub z własnymi
rodzicami, będzie mu trudno nauczyć się czuć bezpiecznie z innymi ludźmi
lub sprawić, by inni poczuli się bezpiecznie z nim samym.
Osoby, które chcą stworzyć związek, muszą być emocjonalnie dostę­
pne. W przeciwnym razie ulegnie on zniszczeniu. W następnych rozdziałach
przyjrzymy się, jak powstają niektóre z takich relacji, i dowiemy się, jak je
rozpoznać.

Rozdział 3

Głęboko Zrozpaczeni
Opowieści o nieodwzajemnionej miłości

rzyjrzymy się teraz, jakimi partnerami w związku są osoby emocjonal­
nie niedostępne. Najpierw jednak przeanalizujmy kilka wstępnych
pojęć.
Związki. Mnóstwo czasu zajmuje nam w życiu mówienie o nich, mar­
twienie się o nie, przewidywanie ich, rozkładanie na czynniki pierwsze,
definiowanie oraz próby dostosowania ich do naszych potrzeb.
Związki łączą nas z partnerami, rodzicami, dziećmi, współpracowni­
kami, terapeutami, szefami, wspólnotą kościelną, podwładnymi, rządem,
sławnymi osobistościami, a nawet z obcymi. Związki mogą być namiętne
lub beznamiętne, dające spełnienie i wyczerpujące, jednostronne, wzajem­
ne, poddające lub niepoddające się kontroli, przewidywalne albo przypadko­
we.
Związki są energią w samym centrum naszego życia. Są motorami,
które nas napędzają. Często bywają dla nas również miarą osobistego su­
kcesu lub porażki. Mogą nam pomagać, ale mogą nas również ranić. Co
dziwne, są często tym elementem naszego życia, nad którym, jak nam się
wydaje, mamy najmniejszą kontrolę czy też władzę.
Na rozpoczęcie związku dwojga ludzi wpływa szereg wzajemnie po­
wiązanych przyczyn, jednak o trwałości ich relacji decydują często zupełnie
inne czynniki. Po związaniu się z kimś a przed rzeczywistym byciem razem
pada mistyczne pytanie - co jest w tobie takiego, co mi odpowiada?
Będąc w tym punkcie, łatwo zauważyć, że każdy z nas jest w pewnym
stopniu niedostępny emocjonalnie. W naturze ludzkiej tkwi pewna rezerwa.
Owa rezerwa wnika we wszelkie rodzaje związków i pomaga kształtować
sposoby, w jakie ludzie wiążą się ze sobą. Stopień rezerwy u każdej z osób
79

jest miarą dysfunkcjonalności związku. Jeśli jesteś osobą dostępną emocjo­
nalnie w 95% i zwiążesz się z kimś, kto jest dostępny tylko w 60%, natych­
miast zauważysz, o ile więcej wysiłku musisz włożyć w utrzymanie więzi.
Jeśli każde z was jest dostępne w 90%, możecie starać się zachować odpo­
wiedni dla siebie dystans, jednak każde z was przeznaczy na utrzymanie
więzi podobną ilość energii, co niekoniecznie oznacza zdrowie waszego
związku, lecz raczej to, że startujecie z tego samego miejsca
Bardzo ważna jest umiejętność oszacowania różnic pod względem
dostępności emocjonalnej oraz przewidzenia, do jakich typów związków
prowadzą owe rozbieżności. Taka ocena wymaga uważnego, surowego spoj­
rzenia na samego siebie. Jednym z momentów w życiu, kiedy mamy wyraź­
ną świadomość siebie i własnych marzeń, jest chwila, w której decydujemy
się na związek z kimś, kto - jak sądzimy - może okazać się ważny. Nagle
jasny reflektor życzeń i przyszłych zdarzeń sprawia, że wszystko wydaje się
bardziej intensywne.
Oceniamy się wówczas bardzo szczegółowo. Niestety, najczęściej po­
szukujemy tych wad i ułomności, które mogą zniszczyć nasz związek i ode­
pchnąć od nas obiekt naszych marzeń. Stajemy się nadmiernie wyczułem
na najdrobniejsze nawet niuanse, odchylenia czy zachowania - nasze włas­
ne lub obiektu naszego zainteresowania.
Jeśli człowiek, z którym wkraczamy w ów nowy krajobraz emocjonal­
ny, jest dostępny, czyli zdolny do dawania i przyjmowania miłości, każda
z osób stawia ostrożnie krok za krokiem, rozważa, uważnie obserwuje i oce­
nia związek w miarę jego rozwoju. Przeżywa także chwile lęku, zwątpienia
i przeszacowań, aby upewnić się, że właśnie w tym miejscu chce się znajdo­
wać w danym momencie życia. Ten proces jest prawidłowy i konieczny dla
ukształtowania się zdrowego, rozwijającego się, pełnego życia związku.
Mylące jest jednak zastosowanie słowa związek dla określenia relacji
budowanych przez ludzi silnie niedostępnych emocjonalnie. Są to raczej
kontakty stworzone dla wygody osoby niedostępnej emocjonalnie albo po to,
aby mogła się umocnić lub wzbogacić. Partner uwzględniany jest o tyle, o ile
jego obecność może zaspokoić potrzeby osoby niedostępnej emocjonalnie.
Większość ludzi niedostępnych emocjonalnie nie jest świadoma żad­
nego z tych procesów, chociaż dla potencjalnego partnera może to wyglądać
tak: „Zobaczmy, czy uda mi się zrobić z Julie ochoczą niewolnicę i po prostu
wykorzystywać ją dla własnych potrzeb, nie dając jej w zamian nic prócz
cierpienia i smutku".
Manipulacja tego rodzaju zarezerwowana jest wyłącznie dla najbar­
dziej nikczemnych łotrów. Takie osoby oczywiście istnieją (patrz rozdział
dziewiętnasty, zatytułowany Odrzuć to, co toksyczne, i idź do przodu) jed­
nak większość ludzi niedostępnych emocjonalnie nie zadaje celowo cierpie­
nia innym. Rzecz w tym, że żyją oni i funkcjonują w miejscu, które nie jest
powiązane z nikim innym - nawet z nimi samymi.
80

Często ludzie ci odczuwają silne wyrzuty sumienia, kiedy odkrywają,
że kogoś zranili. Problem w tym, że nie potrafią rozpoznać ani emocji, które
sami odczuwają, ani tych, które wzbudzają u innych. Osoba niedostępna emo­
cjonalnie trzyma się zwykle z daleka od wszelkich treści emocjonalnych, ponie­
waż wydają się jej zbyt złożone i tajemnicze, a często także zdecydowanie nie­
bezpieczne. Zanim jednak wpadniesz w rolę opiekuna i zaczniesz ochraniać to
biedne stworzenie, przypomnij sobie, że jest to wyjaśnienie, a nie uspra­
wiedliwienie. Nie zasługujesz na to, by żyć w jednostronnym związku, bez
względu na to, jak rozsądne może wydawać się wytłumaczenie.
Jeśli w twoim związku ty sam jesteś dostępny w 95%, a twoja part­
nerka lub partner - w zaledwie 50, musisz podjąć pewne decyzje. Można
oczywiście rozważać szeroką gamę wyborów, jednak trzy wydają się dość
oczywiste: możesz zrezygnować z siebie dla zachowania status quo i nadal
wykonywać całą pracę, a kiedy związek się rozpadnie - wziąć na siebie cały
smutek i żal; możesz zerwać związek; możesz także wziąć głęboki oddech
i rozpocząć proces zmian.
Ów trzeci wybór wymaga wiele odwagi; odkryjesz też, że zarówno ty,
jak i twój partner musicie zmienić swoje podejście do związku. Czasami,
choć niekoniecznie, częścią tego procesu jest terapia. Podczas omawiania
różnych typów związków zaznaczę, w których wypadkach terapia byłaby
przydatnym narzędziem. Innymi czynnikami, umożliwiającymi ten proces
są: otwarta komunikacja, zbudowanie zaufania, wyższa samoocena obu stron
i, co najważniejsze, c h ę ć wprowadzenia zmian. Więcej o zmianach i rozwo­
ju dowiemy się w rozdziałach siedemnastym i osiemnastym.
Przyjrzyjmy się teraz pierwszemu ze związków, w jakich możesz się
znaleźć.

Głęboko Zrozpaczeni
Moja przyjaciółka, Connie Day, poczyniła kilka lat temu pewną obserwację,
którą pamiętam do dziś. Zauważyła mianowicie, że wydaje się, iż chodzenie
na randki stało się celem samym w sobie. Dawniej celem chodzenia na
randki było małżeństwo. Zaczynało się z kimś spotykać i z czasem związek
albo dojrzewał i stawał się coraz pełniejszy, albo rozpadał się, a wtedy każdy
z partnerów próbował ponownie z kimś innym. Jeśli związek zaczynał się
rozwijać, przechodził fazy od „chodzenia na poważnie", poprzez zaręczyny,
ku małżeństwu. Być może nie był to system doskonały, ale sprawdzał się
całkiem dobrze.
Dzisiaj zasady się zmieniły. Zmiana sama w sobie nie jest niczym
złym, jednak wywiera ona wyraźny wpływ na sposób, w jaki ludzie podcho­
dzą do życia, a w wypadku niektórych wywołuje spore zamieszanie. Ja, na
przykład, czuję się zdezorientowana, kiedy dwoje ludzi, którzy mają wspól81

ny dom, dwoje lub troje dzieci, psa i kota, ale nie mają ślubu, mówią o sobie
„mój chłopak" i „moja dziewczyna". Te określenia są zupełnie nieadekwat­
ne wobec realiów łączącego ich związku.
Dezorientacja niektórych ludzi stanu wolnego staje się coraz silniej­
sza, kiedy starają się ze wszystkich sił zdefiniować związki według nowego
paradygmatu i zmienić swoje oczekiwania. Kontrakty społeczne opierają się
na oczekiwaniach i doświadczeniu. Doświadczenie uczy nas, czego oczekuje
od nas społeczeństwo. Oczekiwania budują się wokół tego, czego spodziewa­
my się doświadczyć w kontekście społecznym. Tu właśnie zaczynają się
kłopoty. Jeśli nasze oczekiwania są nierealne lub niemożliwe do spełnienia,
wkrótce przychodzi frustracja i rozczarowanie, a osoby sfrustrowane i roz­
czarowane nie tworzą znaczących więzi.
Mogłoby się wydawać, że ludzie, którzy rozpaczliwie poszukują miłoś­
ci, należą do najbardziej dostępnych emocjonalnie, ale nie sądzę, aby rzeczy­
wiście tak było. Już sama rozpaczliwość poszukiwań bierze górę nad ich
umiejętnością budowania więzi, ponieważ siła potrzeby związku pochłania
całą dostępną energię.
Patricia ma dwadzieścia parę lat. Ukończyła kilka lat nauki w college'u, przez cały czas pracując zawodowo. Mieszka na osiedlu znanym z wy­
sokiego odsetka mieszkańców wolnego stanu. Kiedy przyszła do mnie po raz
pierwszy, była zalękniona i cała we łzach, bo jej współlokatorka właśnie się
zaręczyła i chciała wprowadzić się do swojego narzeczonego. Mieszkały ra­
zem od szkoły średniej i Patricia czuła się przytłoczona myślą, że musi
znaleźć nową współlokatorkę. Jak się później okazało, przygnębiała ją także
myśl, że zostanie sama i opuszczona. Zaręczyny współlokatorki spowodowa­
ły wydostanie się wszystkich tych uczuć na powierzchnię.
Patricia nie potrafiła myśleć ani mówić o niczym innym niż tylko
0 znalezieniu odpowiedniego mężczyzny i ustatkowaniu się. Próbowała
wszędzie: w barach, agencjach matrymonialnych, klubach samotnych serc,
Internecie, lokalnym ekskluzywnym supermarkecie spożywczym, a nawet
w gazetowych kącikach samotnych serc. W każdym wypadku postępowała
według tego samego schematu - poznawała kogoś i natychmiast zaczynała
opowiadać, jaki wspaniały byłby z niego mąż. Jeśli nie oświadczał się
w krótkim czasie, zaczynała rozglądać się za kimś nowym - natychmiast
1 rozpaczliwie.
Zapytałam ją, czy poznanym przez siebie mężczyznom opowiadała to
samo, co mnie, na temat ich zadatków na męża, a ona przyznała, że prawdo­
podobnie tak właśnie było. Pracowałyśmy wspólnie nad tym, aby zaczęła
podchodzić do tych spraw z nieco większym dystansem; aż w końcu Patricia
spotkała mężczyznę o imieniu Jerry, który wydawał się nią zainteresowany
i gotowy zostać z nią na stałe. Ciągle zachęcałam Patricię, żeby żyła
w teraźniejszości i cieszyła się każdą chwilą; przez jakiś czas zupełnie do­
brze jej to wychodziło. Jednak w miarę, jak zbliżał się ślub jej współlokator82

ki, Patricia zaczęła tracić grunt pod nogami. Jeny został zaproszony na
ślub, a Patricia była druhną. Opowiedziała mi później, że był to niezwykle
romantyczny wieczór, a podczas tańca wyznała Jerry'emu, że go kocha.
Nasze spotkanie odbyło się w dziesięć dni po weselu, a Jerry nie skontakto­
wał się z nią w tym czasie ani razu.
- Na pewno jest po prostu bardzo zajęty - powiedziała drżącym gło­
sem. - Ma taką odpowiedzialną pracę.
Zwróciłam jej delikatnie uwagę, że przedtem umiał znaleźć dla niej
czas i zasugerowałam, że być może wywarła na niego nieco za dużą presję.
- Ale ja chcę być zakochana - powiedziała ze smutkiem w głosie. I chcę, żeby ktoś był zakochany we mnie.
Patricia potraktowała Jerry'ego jak swego rodzaju misję. Ścigała go z
niezmordowaną determinacją, mimo że wielokrotnie wyraził jasno swój
brak zainteresowania związkiem przez duże „ Z " oraz pomimo moich prób
skłonienia jej do ocalenia choćby części szacunku do samej siebie i do wyco­
fania się. Patricia skoncentrowała się wyłącznie na stworzeniu stałego,
zobowiązującego związku z Jerrym, chociaż było jasne, że on wcale sobie
tego nie życzy.
Mogła opowiadać bez końca o swoich uczuciach do Jerry'ego, ale kiedy
poprosiłam, żeby mi powiedziała, jak się czuje, kiedy jest w nim zakochana,
potrafiła jedynie mówić o swoich potrzebach. Patricia nie dostrzegała, że jej
uczucia koncentrowały się nie na Jerrym, ale na niej samej i jej oczekiwa­
niach. Nie było zatem autentycznych emocji, które umożliwiłyby zbudowa­
nie więzi.
Wielu ludzi myli potrzeby z uczuciami, ponieważ są one ze sobą ściśle
związane, przy jednoczesnym zachowaniu znacznej niezależności i dzielą­
cych je różnic. Podstawowe potrzeby służą wewnętrznym celom człowieka
i są związane z jego przetrwaniem. Należą do nich rzeczy takie jak pożywie­
nie, schronienie, bezpieczeństwo - a więc te, bez których nie moglibyśmy
przetrwać. Emocje i więzi emocjonalne znajdują się na innym poziomie - to
rzeczy, które sprawiają, że nasze życie staje się pełniejsze, ale nie są nie­
zbędne dla przetrwania. Ludzie mogą żyć bez więzi emocjonalnych, chociaż
ich brak może uczynić egzystencję płytką i pustą. Emocje takie jak miłość
i przyjaźń wzbogacają nasze życie, dodają mu ciepła i sprawiają, że rozkwi­
tamy. Umożliwiają nam wiązanie się z innymi ludźmi, którzy wnoszą w na­
sze życie dodatkowe bogactwo.
W wypadku ludzi, którzy - tak jak Patricia - klasyfikują miłość jako
jedną z potrzeb, trudność polega na tym, że zamiast wzbogacać życie, szalo­
na pogoń za miłością zawęża ich świat tak bardzo, że w końcu żyją tylko na
poziomie przetrwania - pożywienia, schronienia, bezpieczeństwa - eliminu­
jąc liczne źródła wzbogacających emocji, dostępnych poprzez kontakty
z przyjaciółmi, rodziną i społecznością. Potrafią myśleć wyłącznie o znale83

zieniu miłości i, jak na ironię, zupełnie nie zdają sobie sprawy, jak często nie
dostrzegają miłości i pozwalają jej odejść!
Patricia odcięła się nie tylko od Jerry'ego, który szybko umknął przed
jej desperacją, ale także od spotkań z kimkolwiek, kto mógłby „zgrać się"
z nią z lepszym skutkiem. Zamiast tego Patricia postanowiła wypełnić swoje
życie dysfunkcjonalnym związkiem z samą sobą, koncentrując się obsesyj­
nie na czymś, co nigdy nie mogło się zdarzyć, zamykając się przed uzdro­
wieniem i uniemożliwiając sobie stworzenie autentycznej więzi.
Jeśli byłeś obiektem nieodwzajemnionej miłości, dobrze wiesz, jaka to
nieprzyjemna sytuacja. Jestem pewna, że Jerry - porządny i miły człowiek cierpiał katusze z powodu nieproporcjonalnie wielkich względów oraz pre­
sji, jaką wywierała na niego Patricia. Tymczasem Patricia uparcie domagała
się, żebym uznała Jerry'ego za niedostępnego emocjonalnie, dlatego że nie
spełniał jej żądań. Trzeba było ciężkiej pracy i długiego czasu, aby Patricia
zrozumiała, że w tej sytuacji to o n a jest niedostępna emocjonalnie, ponie­
waż jej związek z własnymi, nierealistycznymi oczekiwaniami blokuje
wszelkie inne możliwości.
Ludzie, którzy koncentrują się na procesie uzyskiwania miłości, za­
zwyczaj są przekonani, że to obiektowi ich zainteresowania brakuje emocjo­
nalnego potencjału. Uważają, że sami są przepełnieni miłością, która tylko
czeka, by zjawił się odpowiedni partner i odkręcił kurek z życiodajną zawar­
tością. Zamiast znaleźć Tego Jedynego, Patricia znalazła cała serię Panów
Tu i Teraz, po czym wszystkich ich opłakała jako niedostępnych emocjonal­
nie, nie zdając sobie sprawy, że w rzeczywistości to ona trzyma miłość na
dystans.
Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy, co się czasami zdarza,
osoba taka jak Patricia przyciąga ku sobie kogoś, kto jest również niedostęp­
ny emocjonalnie - powstaje połączenie dwojga ludzi zaangażowanych w 50%.
Wielka gra zaczyna się wtedy, kiedy każda ze stron stara się przejąć kontrolę.
Głęboko Zrozpaczeni uzyskują wówczas dodatkowe wzmocnienie swego syste­
mu przekonań, że nikt nigdy nie odwzajemni miłości, która, jak sądzą, wypły­
wa z nich szerokim strumieniem.
Głęboko Zrozpaczeni utrzymują potencjalnego partnera na odległość
ramienia za pomocą niemożliwych do spełnienia standardów emocjonalnego
przywiązania oraz wyolbrzymionych oczekiwań, dotyczących sprawczej mo­
cy miłości w ich życiu. Kiedy potencjalny partner (bez względu na to, czy
sam jest emocjonalnie dostępny czy też nie) nie spełnia owych standardów
i oczekiwań, Głęboko Zrozpaczony odczuwa podwójne odrzucenie, ponieważ
odrzucony zostaje sam rdzeń jego „Ja".
Jeśli dostrzegłeś w Patricii samego siebie, nie musi to wcale oznaczać,
że jesteś skazany na nieustanną pogoń i ciągłe odrzucenie - chyba że to
właśnie wybierzesz. Pustą studnię w twoim życiu może wypełnić tylko jed­
na osoba - ty sam! W miarę budowania zdrowej więzi z samym sobą bę84

dziesz otwierać się coraz szerzej, aż z czasem w twoim życiu znajdzie się
miejsce dla drugiej osoby.

GŁĘBOKO ZROZPACZENI - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Nieadekwatne oczekiwania wobec potencjalnego partnera

N iewłaściwe g ran ice

Nieustanne poszukiwanie „doskonałego partnera"

Przekonanie, że miłość jest potrzebą

Rozdział 4

Zatańczymy?
Cza-cza, tory, łańcuchy i tango

N

ie tylko Głęboko Zrozpaczeni tworzą rozbudowane wzorce przywiąza­
nia i jego braku, aby chronić własną niedostępność emocjonalną.
Zawiłość wzorów, które opracowują niektórzy ludzie, mogłaby wpra­
wić w podziw i osłupienie samego Arthura Murraya, jednak wymyślone
przez nich tańce tylko krzywdzą tych, którzy biorą w nich udział.
Związek łańcuchowy to seria bardzo intensywnych kontaktów, prze­
dzielonych okresami znacznego dystansu, podczas których każdy z partne­
rów stara się przewidzieć następne posunięcie drugiej strony. Taki wzorzec
relacji prowadzi do tego, że okresy kontaktu są bardzo krótkie, a w okre­
sach dystansu zawiera się znacznie więcej „substancji" związku. Obie stro­
ny koncentrują się jednak na chwilach intensywnego kontaktu, co nie od­
zwierciedla rzeczywistości. Koncentrując się na bliskości i używając jej w ce­
lu zdefiniowania związku, partnerzy z góry skazują się na rozczarowanie.
To nie związek stanowi tu problem, ale to, gdzie partnerzy szukają jego
definicji.
Aby zilustrować moją tezę, opowiem pewną historię. Miałam kiedyś
niezwykłą okazję porozmawiać ze słynnym trębaczem jazzowym, Milesem
Davisem, w zupełnie swobodnych, nieformalnych okolicznościach. Z tej roz­
mowy wyniosłam jedną z najmądrzejszych myśli, jakie kiedykolwiek słysza­
łam. Rozmawialiśmy o muzyce (jakżeby inaczej?) i w pewnej chwili on
powiedział: „Musisz zrozumieć, że muzyka polega na ciszy w takim samym
stopniu co na dźwiękach. Bez ciszy muzyka jest po prostu hałasem. To
chwile ciszy definiują muzykę".
W wypadku relacji łańcuchowych związek określają momenty dystan­
su, a nie krótkie chwile kontaktu. Niemal każdy potrafi utrzymać intensyw86

ny związek przez jakiś czas. Sztuka polega na tym, by utrzymać go na
dłuższą metę. Dla kogoś, kto jest emocjonalnie niedostępny, myśl o długo­
trwałym bliskim kontakcie wcale nie jest pociągająca; taka osoba będzie
zatem ciężko pracować nad zachowaniem możliwego do przyjęcia dystansu.
Krótkie chwile intensywnego kontaktu pomagają osobie niedostępnej
emocjonalnie utrzymać przy sobie partnera, a jednocześnie umożliwiają jej
zachowanie emocjonalnie bezpiecznego dystansu. Moja przyjaciółka z No­
wego Jorku była kochanką pewnego sławnego (i żonatego) mężczyzny.
Wspierał ją finansowo w czasie, gdy starała się robić karierę aktorską. Płacił
za jej mieszkanie, samochód, ubrania, szkołę i pokrywał wszelkie inne wy­
datki. W zamian żądał tylko, aby była do dyspozycji, ilekroć do niej zadzwo­
ni. Czasami oznaczało to, że jechała spotkać się z nim w miejscach,
w których występował. Do każdej z takich podróży przygotowywała się bar­
dzo starannie - robiła wielkie zakupy i spędzała długie godziny w salonach
piękności, żeby wyglądać jeszcze wspanialej, kiedy się spotkają. Potem wy­
jeżdżali w jakieś egzotyczne miejsce i spędzali tam sielankowe dni, pełne
namiętności i bliskości. Pomiędzy tymi spotkaniami ich kontakty były bar­
dzo ubogie. Kiedy zapytałam moją przyjaciółkę, jak się z tym czuje, odrzek­
ła:- „O wiele łatwiej jest utrzymać związek, który polega na krótkich
wybuchach szczęścia, niż pracować nad nim dzień po dniu".
Moja przyjaciółka jest olśniewająco piękną kobietą, której intelekt
dorównuje urodzie. Ma talent, pieniądze, świetny wygląd i bystry umysł. Jej
związek był dokładnie taki, jakiego pragnęła, umożliwiał jej bowiem skupie­
nie się na tym, na czym zależało jej najbardziej - na karierze. Mężczyzna
z kolei mógł cieszyć się intymnym związkiem z piękną, inteligentną kobie­
tą, co zaspokajało jego próżne ego, a jednocześnie nie stanowiło emocjonal­
nego zagrożenia dla jego małżeństwa. Problem pojawił się wtedy, gdy moja
przyjaciółka zapadła na groźną dla życia chorobę i potrzebowała ciągłego
wsparcia emocjonalnego, jakie mógł jej zapewnić tylko prawdziwie bliski
partner. Zaczęła wówczas zdawać sobie sprawę, jak wiele sobie odebrała,
kiedy pozostawała zamknięta na jakikolwiek związek, który mógłby rozwi,nąć się i stać się pełniejszy. Podjęła wtedy trudną decyzję o powrocie do
rodziny na Florydzie i o zakończeniu związku z żonatym kochankiem. Wy­
zdrowiała, a podczas rekonwalescencji poznała pewnego lekarza - swego
obecnego męża, z którym łączy ją bardzo silny związek emocjonalny.
W jakiś sposób, prawdopodobnie pod wpływem wczesnych związków
z rodzicami, osoba niedostępna emocjonalnie (A) dochodzi do przekonania,
że to wielkie ryzyko pozwolić komuś podejść zbyt blisko, a zatem kiedy kto­
kolwiek (B) zbliża się do niej, uruchamia się alarm i A się wycofuje. Ale na tym
sprawa się nie kończy, bo kiedy B oddala się na znaczną odległość, osoba A
czuje się równie przerażona i ponownie próbuje stworzyć intymną więź, co
wywołuje w niej taki przestrach, że wkrótce znowu się wycofuje. Ow wzo­
rzec przeplatających się zbliżeń i wycofań składa się na taniec łańcuchowy.
87

Po jakimś czasie osoba B (dostępna emocjonalnie) traci zaufanie i nie
potrafi już przewidzieć kolejnych wydarzeń w związku. Zamiast tego żyje
w ciągłym poczuciu zagrożenia i niepewności. Najczęściej jednak wątpliwoś­
ci osoby B dotyczą jej własnego zaangażowania.
Pamiętajmy, że zwykle zakładamy, iż nasi partnerzy pochodzą z tego
samego miejsca, skąd i my. Jeśli wychodzimy z tego założenia, logiczne
wydaje się przypuszczenie, że jeśli w związku coś się nie układa, przyczyna
musi tkwić w naszym postępowaniu. Zaczynamy wówczas podejmować
wszelkiego rodzaju działania zaradcze, próbując naprawić coś, czego wcale
nie zepsuliśmy. Powoduje to frustrację i przynosi niewiele korzyści!
^
Wzorzec związku, w którym żadna z osób nie potrafi zbliżyć się do
drugiej, przypominałby tory kolejowe, wijące się w górzystej okolicy. Kiedy
jeden z partnerów zbliża się, drugi czuje się zagrożony i wycofuje się, jednak
tylko na określoną odległość, tak by zachować emocjonalny dystans równy
długości ramienia - ani nie za bliski, ani za daleki. Jeśli jeden z partnerów
się wycofuje, drugi próbuje zbliżyć się do niego, jednak nie bardziej niż na
odległość, która - zgodnie z niepisaną umową - jest dla obojga bezpieczna.
Taki schemat utrzymuje związek w zawieszenuLr nie dochodzi ani do
większego zbliżenia, ani do większego oddalenia - i nie pozwala mu się
rozwijać. Emocjonalna energia w tym związku przeznaczona jest na utrzy­
manie idealnego dystansu, a nie na umacnianie i rozwój więzi.
Harry i Linda są osobami aktywnymi zawodowo, a ich kariery rozwi­
jają się bardzo dynamicznie. Pracują dla konkurencyjnych firm i wyraźnie
rywalizują ze sobą na tym polu. Ich życie prywatne wypełniają zajęcia
organizacji zawodowych oraz sporty. Harry gra w golfa, osiągając wyniki
bliskie rezultatom zawodowych graczy, a Linda jest wysokiej klasy tenisistką. Wiodą starannie zaplanowane i uporządkowane życie. Bardzo rzadko
uczestniczą w wydarzeniach, które nie wywierają zaplanowanego wpływu
na ich życie osobiste lub zawodowe.
Harry przyszedł na terapię, żeby porozmawiać o swej rosnącej fru­
stracji, związanej z oporem Lindy wobec samej myśli o powiększeniu ich
dwuosobowej rodziny, chociaż, jak twierdził Harry, Linda od dawna wie­
działa, że dziecko było jednym z najważniejszych celów, które chciał osiąg­
nąć po trzydziestce. Zwróciłam mu uwagę, że mówił o tym tak, jakby chciał
mieć dziecko nie po to, żeby je kochać, lecz raczej po to, aby zrealizować
swój cel. Harry okazał się nieugięty.
- Oczywiście, że będziemy je kochać. To się rozumie samo przez się.
- To nie takie łatwe, jak ci się wydaje. Poświęcasz im swój sen, czas,
energię, pieniądze i troski, a one i tak w końcu dorastają! - powiedziałam mu.
- Czy jesteś gotów zrezygnować z golfa dla dziecięcej piłeczki? Czy jesteś gotów
wracać wcześniej z pracy, kiedy dziecko będzie miało gorączkę? A może Linda
ma opory dlatego, że wie, ile trzeba poświęcić i nie chce tego zrobić?
88

Linda przyłączyła się do nas po kilku sesjach i stało się jasne, że każde
z nich było silnie przytwierdzone do zawodowych i osobistych torów, które
wybrali. Tak długo, jak ich kalendarz miał tylko dwa wymiary, „biznesowy"
charakter ich związku nie stanowił problemu. Dodanie trzeciego wymiaru,
potrzeb dziecka, oznaczałoby konieczność modyfikacji i dostosowania ich
torów - zarówno równoległych, jak i tych zupełnie oddzielnych. Być może
byli w stanie utrzymać się nawzajem na odległość wyciągniętej ręki, ale
dzieci nie tolerują takiego dystansu.
Linda i Harry musieli najpierw popracować nad przetworzeniem ich
starannie rozdzielonego związku; dopiero później mogli przyjąć do swojego
świata dziecko.
Jeśli żyjesz w związku, który wydaje się tkwić od dawna w tym sa­
mym miejscu, być może dzieje się tak dlatego, że ty i twój partner utrzymu­
jecie możliwy do przyjęcia dystans. Aby przełamać tę zastygłą formę musisz
podjąć ryzyko zbliżenia się do partnera i pozostać tam, zachęcając jedno­
cześnie partnera, żeby się do ciebie przyłączył. Nie możesz zrobić tego
szybko ani bez udziału partnera, a zatem pierwszym krokiem powinno być
nawiązanie otwartej komunikacji na temat stanu waszego związku i możli­
wości jego dalszego rozwoju. Jeśli partner nie chce ci towarzyszyć na tym
niełatwym szlaku, być może nadszedł czas, by zmienić tory!
Związek, który charakteryzuje się podobną sekwencją zbliżeń i wyco­
fań, sprawiających jednak wrażenie serii przeplatających się odepchnięć
i przyciągnięć, można nazwać cza-czą, w której oboje partnerzy na prze­
mian wycofują się i gwałtownie zbliżają do siebie. W odróżnieniu od łańcu­
cha - w którym jest znacznie więcej dystansu niż bliskości - i toru
kolejowego - w którym głównym celem jest utrzymanie dystansu - cza-cza
polega na ciągłym, naprzemiennym poszukiwaniu bliskości, nieustannie się
wymykającej.
Oboje partnerzy są przekonani, że pragną intymnego kontaktu, jed­
nak kiedy bliskość jest już naprawdę tuż obok, poszukująca jej osoba czuje
się przytłoczona i robi krok do tyłu. Jej partner przesuwa się wówczas do
przodu tak długo, aż dotrze do swej własnej granicy tolerancji, a wtedy on
także się wycofuje.
Rob i April zjawili się u mnie po około ośmiu miesiącach chodzenia ze
sobą na poważnie. April nie była szczególnie zainteresowana terapią, jednak
przyszła, bo chciała, abym powiedziała Robowi, że się myli, bo to ona ma rację.
Rob wyjaśnił, że pragnie dalszego rozwoju ich związku, ale ma wraże­
nie, iż April wcale tego nie chce. Kiedy jednak pytał ją o to, odpowiadała, że
jest silnie zaangażowana w ich związek i to on stosuje taktykę uników.
W ciągu kilku pierwszych sesji próbowałam pomóc im lepiej się komu­
nikować, jasno wyrażać swoje uczucia i uważniej słuchać tego, co mówi
partner, ale musiałam przyznać, że ich związek stoi w miejscu. Ja także
89

utknęłam w martwym punkcie, aż do jednej z kolejnych sesji, kiedy April
zapytała:
- Rob, dlaczego zawsze trochę się ode mnie odsuwasz, kiedy siadam
obok ciebie?
- A może ty tego nie robisz? - odpowiedział. To tyle, jeśli chodzi
o umiejętności komunikowania się.
- Aha! - powiedziałam, wywołując zdziwienie u obojga. - Jak często
zdarza się wam takie bdczucie?
Rob odrzekł:
- Za każdym razem, kiedy staram się zbliżyć, April się odsuwa. Wtedy
muszę znowu się przysunąć, a ona znowu się oddala. W końcu jestem już ^
zmęczony tą pogonią i daję spokój. Wtedy ona zawsze do mnie przychodzi.
- A wtedy to ty się odsuwasz - dodała szybko April.
- Potem znowu się do ciebie przybliżam, a ty ponownie się oddalasz.
Żebyś usiadła blisko mnie, muszę się zatrzymać.
Cza-cza-cza. Powiedziałam:
- Tak to wygląda fizycznie. A na poziomie emocjonalnym?
Oboje zgodnie przytaknęli - Zawsze. To jest po prostu męczące.
W związku Roba i April, podobnie jak w wypadku innych tancerzy,
całą energię pochłaniała sekwencja zbliżeń i cofnięć. W rezultacie nie pozo­
staje nic, na czym można by się oprzeć. Każdy z partnerów boi się odejść, bo
oboje wierzą, że ich związek przetrwa. Jest przecież taki aktywny! Niestety,
jest aktywny tylko w płaszczyźnie poprzecznej i nie posuwa się do przodu,
ponieważ żadna ze stron nie chce jako pierwsza podjąć ryzyka i podejść bliżej.
Jeśli wyciągasz ku partnerowi rękę i zbliżasz się ku niemu coraz
bardziej, aż nagle twój partner czuje, że jesteś o wiele za blisko, robisz krok
do tyłu, a potem kolejny i jeszcze jeden, aż druga osoba czuje, że jesteś za
daleko, a ty zaczynasz znowu przybliżać się do niej krok po kroku i... czacza-cza... oznacza to, że dostałeś się w wir tego tańca. Aby przełamać ten
schemat, musisz nauczyć się tolerować bliskość, a to wymaga ćwiczeń i za­
ufania.
Tango jest zawiłym, namiętnym i wysoce sformalizowanym tańcem,
który wywodzi się z Argentyny. Związek-tango sprawia to samo wrażenie
niekończących się, stylizowanych kroczków i z góry ustalonych póz, które
odzwierciedlają uczucia i wzajemne relacje partnerów w związku. Przepływ
energii przypomina tu wodny wir, który utrzymuje obie osoby w związku,
wprawiając go w ciągły, obrotowy ruch i uniemożliwiając jakąkolwiek zmia­
nę lub rozwój.
Anita i Ron pobrali się pod koniec studiów. Założyli wspólnie firmę na
przedmieściach dużego miasta. Ron miał poważne problemy zdrowotne,
o których nie powiedział przed ślubem Anicie, chociaż ograniczały one jego
możliwości zostania ojcem, a Anita bardzo pragnęła dziecka. Kiedy Anita
zaczęła wywierać na niego coraz większą presję w sprawie dziecka, Ron
90

próbował sprzedać firmę konkurentom. Kiedy Anita sprzeciwiła się sprze­
daży, Ron zaczął otwarcie flirtować z inną kobietą z ich niewielkiej lokalnej
społeczności. Anita dostała później pracę poza ich firmą. W odpowiedzi Ron
przyjął do firmy innego partnera. Kiedy biznes Anity zaczął przynosić spore
zyski, Ron wplątał się w romans z jej sekretarką.
Każdy ruch wywoływał kontrposunięcie, które z kolei powodowało
kolejny przeciwruch. Wszystkie owe posunięcia i kontrposunięcia wprawia­
ły związek w nieustanny ruch wirowy jeszcze długo po wygaśnięciu miłości
i po zerwaniu więzi. Oboje partnerzy byli tak zajęci tangiem, że stracili
zdolność dostrzegania siebie lub drugiej osoby. Potrafili skupić się jedynie
na zawiłościach samego tańca.
Jeśli dostaniesz się w wir tanga, poczujesz, że związek wysysa z ciebie
całą energię, próbując napełnić taniec kolejnymi krokami i ruchami. Aby
zatrzymać ten szalony taniec, po prostu przestań reagować. Zamiast tego
myśl, wyrażaj swoje uczucia i domagaj się tego samego od partnera.
We wszystkich opisanych przeze mnie tańcach oboje partnerzy są
w pewnym stopniu niedostępni emocjonalnie, co skłania mnie do powtórze­
nia mojej wcześniejszej uwagi, że nikt z nas nie jest całkowicie dostępny
emocjonalnie przez cały czas. Każdy człowiek ma własny poziom dostępnoś­
ci emocjonalnej, który w pewnych sytuacjach spada poniżej 100%. Są także
ludzie zupełnie niedostępni emocjonalnie, wyjątkowo niebezpieczni i toksy­
czni, ponieważ nie potrafią stworzyć jakiejkolwiek więzi emocjonalnej, a tym
samym zmuszają innych do wzięcia na swe barki całego emocjonalnego
wysiłku. Ich nieszczęśni partnerzy nie dostają nic w zamian (więcej szczegó­
łów na ten temat znajdziesz w rozdziale dziewiętnastym).
Indywidualny poziom niedostępności emocjonalnej danej osoby poma­
ga nam określić, w jakie typy związków będzie się ona angażować. W wy­
padku łańcuchów, cza-czy, torów i tanga oboje partnerzy mieszczą się zwyk­
le w tym samym przedziale dostępności/niedostępności. Każde z nich musi
zatem poradzić sobie z dwoma niełatwymi zadaniami, czyli: pracą nad włas­
ną dostępnością oraz pracą nad zmianą i uzdrowieniem związku.
. Każdy z tych typów związków charakteryzuje się wysokim poziomem
ostrożności i małym zaufaniem do drugiej osoby. Partnerzy dostrajają się do
siebie z niewłaściwej przyczyny. Zamiast tworzyć więź, która pomogłaby
scalić i umocnić ich związek, są wobec siebie nieufni i podejrzliwi, a więc
zaws'ze zachowują dokładnie określony, bezpieczny dystans emocjonalny.
Nie udaje im się jednak uzyskać równowagi w związku, ponieważ każde
z nich ma*inną strefę emocjonalnego bezpieczeństwa. Zatem taniec trwa
nadal, a tancerze pozostają w nieustannym ruchu.
Aby przełamać ten zaklęty krąg, oboje partnerzy muszą ponownie
nawiązać kontakt z emocjonalnymi częściami samych siebie i zbudować
wzajemne zaufanie, które pozwoli im stworzyć lepszą, bliższą relację. Wy­
maga to od każdego z partnerów wielkiej wiary, determinacji i zgody na
91

życie w miejscu, które początkowo może im się wydawać bardzo niewygod­
ne, wymaga także wewnętrznego dążenia ku pełniejszemu związkowi i bo­
gatszemu życiu.

TANCERZE - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Schemat związku - przypływy i odpływy

Oboje partnerzy są niedostępni emocjonalnie

Oboje partnerzy boją się bliskości

Partnerzy nie ufają sobie nawzajem

Rozdział 5

Romeo... i Julie
Mężczyzna, kobiety i kłopoty

P

rzysyła ci kwiaty, czekoladki i kartki. W najdziwniejszych chwilach
dzwoni, mówiąc ci rzeczy tak słodkie i urocze, że twoje serce zaczyna
tańczyć zwariowane flamenco. Kiedy jesteście razem, całuje cię po
rękach, nalewa szampana i patrzy głęboko w twoje oczy, aż miękną ci kolana
i padasz wprost w jego objęcia.
Przez głowę przebiegają ci słodkie brzmienia Some Enchanted Eve­
ning i zaczynasz marzyć o waszym idealnym ślubie, miesiącu miodowym
i o waszym długim i szczęśliwym życiu we dwoje. Jesteś miła dla żebraków
i akwizytorów i wiesz, że to jest właśnie to. Przeżywasz wielką, wymarzoną

miiiiiiiiiłość!

Wkrótce jednak wkraczasz w fazę niepokoju. „Czy on mnie kocha?
Muszę to wiedzieć". Stara piosenka w stylu Motown radzi, że prawdziwym
sprawdzianem miłości jest ,jego pocałunek". Być może to właśnie o ten test
chodzi, bo pocałunki są dobrym miernikiem bliskości i więzi. Może rozwa­
żysz także takie czynniki jak konsekwencja, intensywność więzi, rozwój
związku, szacunek i szczerość. A może po prostu zapytasz.
Oczywiście, w ten sposób wiele ryzykujesz. Zwykle nie chcemy wnikać
zbyt głęboko, oślepione przez gwiazdy, które Romeo rozrzuca dla nas po
całym niebie... i w naszym własnym mieszkaniu. Żyjemy więc w ciągłym
niepokoju <- od telefonu do spotkania, mając nadzieję, że pewnego dnia on
nareszcie to powie! Być może właśnie tak się stanie. Być może nawet
przedefiladujdsz tryumfalnie wzdłuż kościelnej nawy pełnej róż i ziarenek
ryżu, a potem spędzisz baśniowy miesiąc miodowy na Hawajach. Twoje
życie potoczy się dalej, a ty będziesz przekonana, że wszystko jest w porządku.
93

o

Lecz nagle pewnego dnia odkryjesz rachunek za róże, których nie
dostałaś. Albo za hotel, w którym nigdy nie byłaś. Albo jakiś nieznany
numer telefoniczny zacznie wyświetlać się na waszym aparacie. Zapytasz
to swojego Romea, a on udzieli ci wiarygodnego, choć złożonego wyjaśnie­
nia na temat pomocy przyjacielowi (którego nigdy nie poznałaś) w jego
wysiłkach zdobycia pewnej dziewczyny (jej także nie znasz).
Kochasz i ufasz mu, więc przyjmujesz jego wyjaśnienie. Później jed­
nak Romeo przejawia nagłe zainteresowanie nocnymi meczami futbolowy­
mi, które ogląda w domu jednego ze swoich kolegów z pracy - faceta, któ­
rego nie znasz - i wraca do domu dopiero wczesnym rankiem, opowiadając
ci jakąś mało przekonywającą historyjkę o tym, jak musiał podwieźć do
domu pewnego faceta, a potem zabrakło mu benzyny i zasnął w domu Billa.
Kochasz i ufasz swojemu Romeo, a więc przyjmujesz jego wyjaśnie­
nia, ale kiedy opowiadasz o tym swoim przyjaciółkom, wszystkie jakoś dziw­
nie kręcą głowami i wydają dźwięki, które najwyraźniej oznaczają: „Może
i tak jest, ale lepiej to sprawdź".
Wreszcie pewnego dnia przychodzi ta straszna chwila. W trakcie mo­
jej praktyki terapeutycznej słyszałam wiele opowieści ojej nadejściu, począ­
wszy od telefonu od kobiety, która przedstawia się jako jego dziewczyna,
poprzez znalezienie dwóch biletów na Jamajkę z jego nazwiskiem obok
nazwiska obcej kobiety, aż po pojawienie się owej nieznanej kobiety
w drzwiach. Świat, który dotąd znałaś, rozpada się na kawałki.
O co tu chodzi? Jak ktoś tak romantyczny i namiętny może zdradzić
waszą miłość? Bo nie chodzi tu o ciebie. To Romeo stanowi problem. Pocią­
ga go romantyczny stan zakochania, ale kiedy musi utrzymać stały związek
z całą jego złożonością i emocjonalnymi przypływami, jego fascynacja i za­
kochanie znikają i w wyniku tego Romeo nie potrafi odnaleźć się w związ­
ku. Wybiera zatem szybki jazz potajemnego romansu, który zaspokaja jego
potrzebę romantycznego zauroczenia i pozwala mu znowu coś poczuć.
Proszę, nie zrozum mnie źle. Nie twierdzę, że wszystkie romanse są
wynikiem syndromu Romea. Ludzie mają romanse z milionów przyczyn.
Jednak niektóre z nich zawiązują się dlatego, że Romeo nie potrafi utrzy­
mać miłości i chce poczuć znowu podniecenie pierwszych wybuchów
miiiiiiiłooooości, a nie głębsze i subtelniejsze odcienie tej miłości, dzięki
której związki trwają przez całe życie.
Niezależnie od tego, czy jesteś żoną Romea czy jego dziewczyną, taka
zdrada rodzi głębokie, bardzo osobiste cierpienie, jednak powtórzę raz jesz­
cze: to naprawdę nie ma nic wspólnego z tobą. Chodzi tu wyłącznie o zwią­
zek Romea z samym (lub samą) sobą.
Ustalmy kilka faktów. Wśród Romeów jest znacznie więcej mężczyzn
niż kobiet. Jednakże twierdzenie, że kobiety nigdy nie zachowują się w ten
sposób (z dokładnie tych samych powodów) byłoby niezgodne z prawdą.
94

Romeowie uczą się postępować w ten sposób, ponieważ nie potrafią
odczuwać subtelniejszych emocji. Dostrzegają jedynie emocje w wielkiej
skali, podobne obrazom na ogromnym płótnie, i oczekują, że wszystkie
uczucia będą odpowiadać owym potężnym emocjom. Kiedy miłość przycho­
dzi - jest ogromna. Jednak w miarę upływu czasu Romeo zaczyna czuć, że
jego miłość coraz bardziej się kurczy.
Popełnia tym samym oczywisty błąd, wydaje mu się bowiem, że inne
oznacza mniejsze. Miłość ma, rzecz jasna, swoje chwile wielkości, ale pole­
ga także na subtelnej wymianie emocji pomiędzy dwojgiem zaangażowa­
nych ludzi, którzy potrafią rozpoznać i uszanować emocje partnera.
Miiiiiłooość z kolei składa się z samych niebosiężnych szczytów, bez dolin
i równin. Jest jedną wielką ekscytacją i dramatem i niemal zupełnie nie ma
w niej przyziemności. Jeśli miiiiiłooość rozwija się w miłość, Romeo odczu­
wa ją jako mniej ważną, mniej intensywną. W rezultacie zaczyna poszuki­
wać bardziej ekscytujących szczytów.
Dlaczego więc zdradza miłość dla miiiiiłooości? Romeo prawdopodob­
nie nie uważa tego za zdradę. Pozwól, że opowiem ci o Luke'u. Luke'a i jego
żonę Melissę zobaczyłam po raz pierwszy w poczekalni mojego gabinetu.
Ona płakała, a on poświęcał jej całą swą uwagę - koncentrował się na niej
zupełnie. Całował jej dłonie, dotykał łagodnie jej ramion, głaskał ją po wło­
sach i policzku, delikatnie ocierał jej łzy.
Odebrałam z recepcji ich formularze zgłoszeniowe, oczekując, że przy­
czyną ich przyjścia jest jakaś straszna strata, którą poniosła Melissa. Ku
swemu zdziwieniu w formularzu Melissy przeczytałam „zdrada męża",
a Luke napisał „mój mały, brudny sekrecik".
W moim gabinecie usiedli na jednej sofie. Melissa powiedziała mi
przez łzy i przy nieustannej, czułej uwadze ze strony Luke'a, że niedawno
odkryła szereg wskazówek, które doprowadziły ją w końcu do rozmowy
telefonicznej z Julią - kobietą, z którą Luke miał od ponad sześciu miesięcy
gwałtowny i namiętny romans. Kiedy o tym opowiadała, Luke siedział
w milczeniu, a jego oczy były skupione na żonie.
W końcu delikatnie przerwałam Melissie, żeby zapytać Luke'a, czy
chciałby coś dodać. Odpowiedział: „Byłem kompletnym łajdakiem dla mojej
cudownej żony. Chcę, żeby mi wybaczyła. Uwielbiam ją i nie mam pojęcia,
dlaczego to zrobiłem". Zapytałam go, czy szczerze przeprosił Melissę za
swoje postępowanie (bo zawsze dobrze jest zacząć od tego proces przebacza^
nia) a on zapewnił mnie, że to zrobił.
Kiedy to mówił, Melissa pokręciła głową. Podniosłam dłoń, żeby prze­
rwać strumień wyznań Luke'a, a wtedy ona powiedziała:
- Powiedział mi, że czuje się podle, bo był łajdakiem, i wie, jak bardzo
mnie zranił, ale tak naprawdę nigdy mnie nie przeprosił. Chcę tylko usły­
szeć, że przeprasza za to, co zrobił.
Luke spróbował znowu.
95

- Byłem okropny dla Melissy. Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłem.
Ona jest dla mnie taka dobra.
- Luke, Melissa powiedziała, że chce, abyś ją przeprosił za swój ro­
mans.
Nie mógł się zmusić do wypowiedzenia tych słów. Podczas wielu sesji
pracowaliśmy nad jednym słowem - „przepraszam". Pod koniec jednego
z naszych pierwszych spotkań potrafił powiedzieć: „przepraszam za to, że
cię zraniłem", ale nigdy - „przepraszam za to, że miałem romans".
W końcu spotkałam się z nim indywidualnie. Przyznał wtedy, że Julia
była tylko jedną z wielu kochanek, które miał w ciągu swego siedmioletnie­
go małżeństwa z Melissą. Przyznał również, że nie rozumie, dlaczego musi
za to przeprosić, skoro te nierozważne czyny nie miały nic wspólnego z jego
małżeństwem. Powiedział, że ubóstwia swoją żonę.
Poprosiłam, żeby pomógł mi zrozumieć swój punkt widzenia. Luke
wyjaśnił, że jego poglądy na świat są bardzo „europejskie", a wielu męż­
czyzn w Europie ma romanse - ich żony rozumieją to i akceptują. Wyjaśnił
mi również, że zasługuje zarówno na miłość, jak i na romantyczne uniesie­
nia. Dodał, iż kocha swoją żonę, ale romantyczne uniesienia wymagają
dreszczyku emocji, związanego z pogonią i podbojem - a tego Melissa nie
mogła mu ofiarować.
Zapytałam Luke'a, gdzie się urodził. Nie miałam pojęcia, że Milwau­
kee to takie kosmopolityczne miejsce! Luke nigdy nie był w Europie, z całą
pewnością nie miał więc okazji nasiąknąć tamtejszą kulturą, ale informacje
na temat tradycji posiadania kochanek w niektórych krajach europejskich
tak bardzo pasowały do zachowań, na które się decydował, że postanowił
uczynić z nich swój styl życia.
Romeowie tacy jak Luke są naprawdę przekonani o swoim prawie do
podwójnych związków, chociaż Luke wyraził to znacznie dobitniej, niż uczy­
niłaby to większość z nich. Nie trapi go konflikt interesów typowy dla
sytuacji, w której z jedną kobietą jest związany z miłości, a z drugą dla
ekscytujących przeżyć. W jego pojęciu są to dwie zupełnie różne i oddzielne
sprawy; nie może zrozumieć, jak jedna ma się do drugiej, poza tym że
„dzięki temu jego związek z Melissą jest bardziej intensywny, bo krew
szybciej krąży mu w żyłach".
Luke jest emocjonalnie niedostępny zarówno dla żony, jak i dla swo­
ich kochanek. Jego jedyną więzią jest ta, która łączy go z intensywnością
doznań, jakie może odczuwać.; Nawet jego żal był intensywny i dzięki temu
sprawiał wrażenie, jakby odbudował więź z Melissą. Luke widział jej ból
i mógł emocjonalnie dostrzec siebie, kiedy ją pocieszał w stylu człowieka
z Szarej Strefy, którym rzeczywiście jest - bowiem wynurzył się z mgły i od
razu wspiął się na szczyty. Raz jeszcze poczuł przez chwilę dreszczyk emocji
pościgu i podboju w kontekście swojego małżeństwa. Był niemal zadowolo96

ny, że jego tajemnica wyszła na jaw, bo dzięki temu mógł nawiązać z Melis­
są kontakt w sposób, który mu odpowiadał.
Luke nie rozumiał jednak, że brak przeprosin z jego strony przekreś­
lał wszystko, co cenne w prawdziwej miłości; lojalność, zaufanie, uczciwość
i wierność zupełnie dla niego nie istniały. W pojęciu Luke'a wartość związku
polegała na zaspokojeniu jego własnej potrzeby intensywnych doznań.
Minęło sześć sesji, zanim Luke zdobył się na przeprosiny za swój
romans, a nawet wtedy zabrzmiały one tak nieszczerze, że Melissa wyszła
z mojego gabinetu i, ostatecznie, z małżeństwa. Luke zupełnie tego nie
rozumiał; wydawało mu się, że bardzo się do siebie zbliżyli. Błędnie zinter­
pretował intensywną złość Melissy jako odbudowaną więź. Jej złość pozwo­
liła mu opuścić mgłę Szarej Strefy, sądził zatem, że jest to ważne i pozy­
tywne przeżycie emocjonalne.
Podejrzewam, że Luke - podobnie jak większość Romeów - ma prob­
lemy z rozpoznaniem jakichkolwiek emocji, które nie należą do kategorii
romantycznych przeżyć. Pozostała część emocjonalnego horyzontu jest dla
tych osób zasnuta chmurami i tylko od czasu do czasu ich szarość rozświet­
lają błyskawice gniewu lub smutku.
Nie mając dostępu do pełnego wachlarza emocji, Romeo stara się
wepchnąć cały świat w scenariusz romans-pościg-podbój. Większość zna­
nych mi Romeów wykonuje zawody związane w jakiś sposób ze sprzedażą,
które umożliwiają im przeżywanie podobnych emocji pościgu i zdobywania.
Nie licz jednak na to, że zajmą się jakąkolwiek obsługą po sprzedaży. To
stanowczo wymaga zbyt wiele wysiłku.
Inna prawda o Romeach: zazwyczaj nie ograniczają się do jednego
romansu, bez względu na to, co obiecują w momentach najbardziej ogniste­
go zauroczenia. Dzieje się tak dlatego, że dla Romea - co otwarcie przyznał
Luke - romans i miłość to dwie różne sprawy. Romeo uważa zatem, że to
zupełnie w porządku mieć obie te rzeczy, nawet jeśli w tym celu musi żyć
w co najmniej dwóch związkach jednocześnie.
Wszelkie próby zmiany stanowiska Romea przynoszą niewielki - albo
wręcz żaden - skutek, o ile nie nawiąże on silniejszego kontaktu z pozosta­
łymi emocjami i nie nauczy się uzyskiwać romantycznych wrażeń w jakiś
inny sposób. Romeo żyje emocjami podboju, a kiedy dobrze cię poznał i wa­
sza miłość nieco spowszedniała, nie może już uprawiać z tobą swojego
ulubionego sportu.
Musisz nieustannie przypominać sobie, że jego romanse nie mają nic
wspólnego ani z tobą, ani z twoją osobistą wartością. Świadczą one jedynie
o tym, że |Romeo nie potrafi tworzyć autentycznych, trwałych więzi, bez
względu na to, jak bardzo jest romantyczny)' Pamiętaj - romans jest zbio­
rem zachowań. Miłość jest zbiorem emocji. Miłość jest tym, czego naprawdę
pragniesz. Romans powinien ją wzmacniać, lecz nie zastępować.
97

ROMEO - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Intensywne zainteresowanie tobą w początkowej fazie związku

Niewyjaśnione nieobecności, wydatki, spóźnienia

Romantyczny, ale nie potrafi stworzyć bliskości

Skryty

Silny w sytuacji kryzysowej, ale niezdolny do utrzymania
związku

Powierzchowny i nieszczery

Brak kontaktu z własnymi emocjami

Niezdolny do wzięcia odpowiedzialności za własne zachowanie

Brak granic

Rozdział 6

Głowa ponad serce
Intelektualna wieża z kości słoniowej

Peter jest lekarzem i prowadzi prywatną praktykę w dziedzinie gerontologii
- nowoczesnej gałęzi medycyny, która zajmuje się starszymi ludźmi. Cieszy
się ogromną sympatią pacjentów i ich rodzin, którzy widzą w nim niemal
cudotwórcę. Sylvia, jego żona, jest adwokatem. To ciepła, otwarta kobieta,
która podchodzi do ludzi i problemów ze skupieniem i rozwagą.
Kiedy zjawili się w moim gabinecie, Sylvia była cała we łzach, a Peter
nie rozumiał, o co chodzi.
- Peter oddaje całą emocjonalną energię swoim pacjentom, a dla mnie
nic już nie zostaje - powiedziała.
Peter pokręcił głową.
- To kłamstwo. Przecież jestem tu z tobą, prawda? Wiesz, że jesteś dla
mnie bardzo ważna. Przez cały czas staram ci się to powiedzieć. Próbuję dać
ci do zrozumienia, jak znaczące miejsce zajmujesz w moim życiu. Wiesz,
jaka jesteś dla mnie ważna.
Teraz z kolei Sylvia potrząsnęła głową.
- Niczego nie wiem, bo niczego nie o d c z u w a m z twojej strony.
Wiem tylko tyle, ile widzę - oddajesz całą swą emocjonalną energię klien­
tom, a dla mnie nie zostaje już nic.
Sylvia i Peter mówią o dwóch zupełnie różnych sprawach. Ona mówi
o sferze więzi emocjonalnych, o uczuciach łączących ludzi. On mówi o swo­
im umyśle i sposobie myślenia.
Sylvia ma kontakt z własnymi uczuciami. W każdym momencie wie,
jakich emocji doświadcza i potrafiłaby opowiedzieć jasno o swych stanach
uczuciowych. Peter w jakiś sposób nabrał przekonania, że emocje są intele99

ktualną funkcją, która występuje nie w „Ja" czującym, ale w „Ja" myślą­
cym.
Bardzo wielu niezwykle inteligentnych ludzi - kobiet i mężczyzn znalazło sposób na zapewnienie sobie emocjonalnego bezpieczeństwa, dzie­
ląc uczucia na bity i bajty intelektualnych działań i aktywności. Peter po­
trafi okazywać swoim pacjentom i ich rodzinom coś, co przypomina emocje,
ponieważ w przeszłości ćwiczył na poziomie intelektu tworzenie pozorów
więzi i przekonał się, że ludzie dają się na to nabrać. Peter żywi przekona­
nie, że umiejętność werbalizacji emocji jest sposobem na ich przeżywanie.
Nie potrafi jednak rzeczywiście zaangażować się w proces emocjonalny oraz
w uczucia, które z niego wynikają. Angażowanie się we własne emocje było­
by dla niego przerażające, woli więc tego unikać.
System Petera sprawdza się w wypadku krótkotrwałych relacji, które
nie wymagają bliskości. Kiedy jednak stoi przed zadaniem zbudowania
trwałego związku, stosowana przez niego intelektualizacja emocji zawodzi,
ponieważ pod przykrywką procesu intelektualnego nie ma żadnej emocjo­
nalnej stabilności. Zatem emocje nie są związane z myślami. Dosyć dziwny
może wydawać się pogląd, że emocje i myślenie nie idą ze sobą w parze,
skoro oba te zjawiska są funkcjami mózgu i wydają się wzajemnie powiąza­
ne. To jest właśnie pułapka. Im więcej myślisz o jakiejś emocji, tym mniej
prawdopodobne, że jej doświadczysz, i tym bardziej prawdopodobne, iż bę­
dziesz nadal zastępować uczucie myślami.
Myślenie wymaga utrzymania dystansu wobec jego obiektu. Jeśli po­
płyniesz w beczce w dół wodospadu Niagara i znajdziesz się w samym sercu
doświadczenia, raczej nie będziesz się zastanawiać nad prawami fizyki,
zjawiskami geologicznymi, które ukształtowały wodospad, ani nad historią
innych idiotów, którzy odważyli się wcześniej na taki sam wyczyn. W pew­
nym sensie sam stajesz się doświadczeniem. Kiedy zostaniesz już uratowa­
ny i znajdziesz się w szpitalu, będziesz mieć dość czasu na zastanowienie się
nad tym przeżyciem, poznanie go, obejrzenie z różnych perspektyw i doko­
nanie jego oceny z dystansu.
Zycie emocjonalne przypomina w pewnym sensie tę sytuację. Gdy
znajdujesz się w samym centrum przeżycia emocjonalnego, jesteś wchłonię­
ty przez samą emocję i nie możesz cofnąć się o krok, żeby rozbić ją na
drobne kawałeczki, które można by następnie przeanalizować i skategory­
zować.
Z kolei ludzie, którzy intelektualizują, nieustannie utrzymują wszyst­
ko i wszystkich na dystans. Radzą sobie z siłą emocji, dyskutując nad nią
z dalekiej, bezpiecznej grzędy, na której siedzą.
Peter jest doskonałym przykładem. Powiedział mi, że wybrał medycy­
nę, ponieważ wszyscy wiedzą, że trzeba być naprawdę inteligentnym, żeby
zostać dobrym lekarzem. Dodał: „Wiedziałem, że jestem całkiem niezły
w rozgryzaniu, co w kim siedzi, i naprawdę dobry w naukach ścisłych. Me100

dycyna wydawała mi się więc naturalnym wyborem drogi zawodowej. Mój
ojciec był lekarzem i wyglądało na to, że lubi swoją pracę - wiem również, że
zarabiał na tym niezłe pieniądze. Zdawałem na dwa kierunki - na prawo
i na medycynę. Kiedy jako pierwsze nadeszły pozytywne wyniki z akademii
medycznej, wydawało się, że właśnie tą drogą powinienem pójść". Nie ma
w tym zawodowej pasji, miłości do ludzi, ani powiązania pomiędzy tym, kim
Peter jest, a tym, czym się zajmuje. To jedna wielka praktyczność, rozsądek
i proces intelektualny.
Peter nie uważa tego za problem. Wprost przeciwnie - postrzega
siebie jako osobę racjonalną, opanowaną i rozważną, która nie działa impul­
sywnie i nie podejmuje decyzji jedynie w oparciu o uczucia. W ciągu wielu
przeżytych wspólnie lat Sylvia nie była w stanie nakłonić go do wyłamania
się z owego schematu utrzymywania dystansu, ponieważ Peter nie dostrze­
ga, że jego styl krzywdzi ją emocjonalnie. Teraz Sylvia nie potrafi mówić
o jego dystansie inaczej, jak tylko wyrażając zazdrość o uwagę, jaką Peter
obdarza swoich pacjentów, bo z jej punktu widzenia energia ofiarowana
przez niego pacjentom to więzi emocjonalne, których ona łaknie. Sylvia nie
zauważa, że powierzchowne więzi, które Peter tworzy ze swoimi pacjentami
są właśnie takie - płytkie i tymczasowe. W naszej kulturze szanuje się
inteligentnych ludzi. Zakładamy, że człowiek rozumny jest także wysoce
rozwinięty na wszelkich innych płaszczyznach. Przecież takim się właśnie
wydaje, przynajmniej do momentu, gdy rozbijesz zewnętrzną powłokę. Jed­
nymi z moich najbardziej przerażających klientów byli właśnie ci najinteli­
gentniejsi.
George z zadowoleniem opowiada wszystkim, którzy chcą go słuchać,
iż jego wskaźnik inteligencji (IQ) jest tak wysoki, że nie da się go zmierzyć
za pomocą standardowych testów, a także o swoim członkostwie w Mensie.
Moim zdaniem inteligencja to znacznie więcej niż tylko IQ; jednak George
nie podziela mojej opinii. Pracuje dla firmy działającej na zlecenie Minister­
stwa Obrony, a jego praca polega na zarządzaniu niezwykle złożonym syste­
mem komputerowym oraz niezbędnym sprzętem. W swojej branży jest zna­
ny z szerokiej wiedzy w tej dziedzinie.
Ludzie nie mają jednak pojęcia o okrucieństwie George'a. W prze­
szłości dopuszczał się brutalnych aktów przemocy zarówno wobec obcych,
jak i wobec członków własnej rodziny. Zjawił się w moim gabinecie na za­
rządzenie sądu, po tym jak pobił brutalnie swoją żonę, która złożyła na
niego skargę w nadziei, że w ten sposób zmusi go do rozpoczęcia terapii.
Rzeczywiście, został zmuszony do podjęcia terapii, jednak sama obec­
ność w gabinecie terapeuty nie gwarantuje, że nastąpią jakiekolwiek zmia­
ny w zachowaniu. George był fizycznie obecny w moim gabinecie, ale nie
wykazywał nawet odrobiny zainteresowania wprowadzeniem jakichkolwiek
zmian. Zamiast tego chciał wciągnąć mnie w dyskusję na temat swego po­
glądu, że terapia to po prostu bzdura.
101

Ilekroć próbowałam porozmawiać z nim o tym, jak się czuje, gdy
zaciska pięść i uderza żonę, George mówił mi, że wszyscy terapeuci są
szarlatanami, którzy wyciągają pieniądze od ludzi słabych i głupich. Prowa­
dziło to donikąd, więc poprosiłam, żeby opowiedział mi o swoich relacjach
z bratem. Zastanowił się nad tym przez chwilę, próbując domyślić się, jaki
był cel mojego pytania, a potem zaczął mi opowiadać o rzeczach, które
w dzieciństwie robił z bratem dla zabawy. Zauważ, że zapytałam go o emo­
cje, ale jego odpowiedź dotyczyła działań, co jest typowe dla ludzi, którzy
intelektualizują.
George opisał swoje dzieciństwo w Chicago, kiedy to wraz z bratem obecnie lekarzem - robili kastety z metalowych puszek, a potem wychodzili
w poszukiwaniu „włóczęgów, którym można by dołożyć". George śmiał się
opisując, ile mieli zabawy, kiedy widzieli krew i zęby fruwające wszędzie
wokół, wiedząc, że nikt nie wysunie przeciw nim żadnych zarzutów, bo któż
by uwierzył, iż dwóch wyróżniających się uczniów szkoły średniej mogłoby
robić coś takiego. W swojej opowieści George przedstawił siebie i brata
niemal jak dwóch aniołów zemsty, którzy wyświadczali społeczeństwu przy­
sługę, bijąc bezdomnych. Wymknęło mu się również, że nawet teraz, gdy
czuje się spięty lub zestresowany, czasami wychodzi i znajduje kogoś, komu
może porządnie przyłożyć, po prostu po to, żeby złagodzić napięcie.
Zapytałam go, jak ma się do tego bicie żony, a on zmarszczył brwi.
„Ona chyba nie zrozumiała reguł. Nie wiedziała, że powinna po prostu
zostawić sprawy swojemu biegowi. Nie pojmuję, dlaczego złożyła na mnie
skargę. Przecież wiedziała, że jej nie zabiję. Jestem na to za mądry i ona
dobrze o tym wie".
Zupełnie nie potrafił przyznać się (ani intelektualnie, ani emocjonal­
nie) do tego, że sprawiał ból innym osobom - swojej zonie lub nieznajomym,
których, jak sądził, miał prawo napastować. Dystans, jaki dzielił tego czło­
wieka od jakiegokolwiek życia emocjonalnego, zmroził mnie do szpiku kości.
George nie potrafił dostrzec emocjonalnej części ani w sobie, ani w nikim
innym i czuł się urażony, kiedy ludzie nie zgadzali się z jego intelektualnym
stanowiskiem, że wie, co robi i, co więcej, ma prawo dopuszczać się wszy­
stkich tych potwornych rzeczy.
George jest ekstremalnym przykładem typu intelektualizującego; jest
także żywym dowodem na to, że u ludzi może wystąpić mieszanina różnych
rodzajów niedostępności emocjonalnej. W wypadku George'a owa mieszan­
ka dała w rezultacie osobę niezwykle toksyczną, której należy unikać za
wszelką cenę.
Niestety, jego żona chciała, żebym go naprawiła (nie zepsułam go...
nie mogę go naprawić), wierząc, że jego imponujący intelekt pozwoli mu
zbudować emocjonalną więź. Przyszedł na wszystkie dziesięć sesji nakaza­
nych przez sędziego, a ja za każdym razem czułam się zupełnie wyczerpana,
102

próbując znaleźć w nim jakiś czuły punkt, dzięki któremu mogłabym mu
pomóc doświadczyć samego siebie jako osoby emocjonalnej.
Wiedziałam, że gdyby zdołał zbudować jakąkolwiek więź z samym
sobą, uczucia związane z krzywdami, które przez wiele lat wyrządzał innym
ludziom, mogłyby go całkowicie przytłoczyć, jednak byłam na to przygoto­
wana i wiedziałam, jak pomóc mu sobie z tym poradzić, gdyby tylko udało
mi się skłonić go do podjęcia takiej próby. Byłam przekonana, że tylko w ten
sposób można było uchronić jego żonę przed kolejnymi atakami, ponieważ
dopóki mógł intelektualizować zadawany przez siebie ból, był bardzo nie­
bezpiecznym osobnikiem. W pewien sposób George czynił ofiary z wszyst­
kich, których spotykał na swojej drodze - z rodziny, znajomych, współ­
pracowników, sędziów, a nawet ze swojej terapeutki. Trzymał się twardo
swego intelektualnego stanowiska, niezdolny do uwolnienia własnych emo­
cji z więzienia swojej głowy.
Żona George'a przyszła na nasze ostatnie spotkanie. Powiedziałam
im, że mam zamiar poinformować sędziego, iż George okazał się niepodatny
na leczenie i nie wykazał woli wprowadzenia jakichkolwiek zmian. George
próbował wówczas podjąć dyskusję na temat znaczenia określenia „podatny
na leczenie", ale powiedziałam mu, że nie będziemy o tym rozmawiać. Po­
tem wyraziłam niepokój o bezpieczeństwo jego żony, jeśli pozwoli mu wró­
cić do domu.
Słysząc to, George zerwał się na równe nogi i ruszył ku mnie z groźną
miną. Spojrzałam mu w oczy i nie dostrzegłam w nich prawie nic ludzkiego;
wtedy naprawdę się przestraszyłam! Jego żona siedziała skulona na krześle,
pochlipując z przerażenia. Nie miałam pojęcia, co robić, więc po prostu
zdałam się na swoje emocje. Wstałam i zrobiłam krok w kierunku George'a,
nie spuszczając z niego wzroku.
- Nie musisz jeszcze bardziej komplikować sobie życia. Jeśli mnie
dotkniesz, trafisz do więzienia.
Ku mojej uldze George zawahał się, więc dodałam:
-A teraz siadaj.
Moje kolana drżały tak mocno, że można było tańczyć w rytm obijania
się jednego o drugie, ale on mnie usłuchał. Zauważ jednak, że nie był to
przełom emocjonalny. Zbliżyłam się tylko do procesu intelektualnego uderz mnie, a pójdziesz do więzienia. Nie chciał trafić za kratki, więc mnie
nie uderzył.
Jeśli związałeś się typem intelektualizującym, nigdy nie zabraknie ci
powodów, wyjaśnień, idei i koncepcji, które wszystko tłumaczą. Będzie ci
jednak brakowało uczuć, emocji i więzi. Przełamanie owego ściśle chronio­
nego systemu wymaga oddania ze strony obu partnerów, a także długich
ćwiczeń odczuwania tam, gdzie dotąd było myślenie.
Jak wszystko inne, dobre doświadczenia emocjonalne wymagają ćwi­
czeń. Język, intymność i komunikowanie uczuć - wszystko to poprawia się
103

w miarę stosowania, jednak zarówno ty, jak i twój partner musicie napraw­
dę chcieć podjąć ryzyko i zdobyć się na wysiłek.
Jeśli jedno z was żyje w swojej głowie, a drugie w sercu, nadajecie
z dwóch różnych miejsc. Aby osiągnąć fizyczną i emocjonalną bliskość musi­
cie zacząć zbliżać się do wspólnego punktu, podjąć się znalezienia go, a po­
tem ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć.

TYP INTELEKTUALIZUJĄCY- CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Odległy, niezdolny do stworzenia emocjonalnej bliskości

Nadmiernie analizuje sytuację, ignorując treści emocjonalne

Brak kontaktu z własnymi emocjami

Dumny ze swoich osiągnięć intelektualnych, lekceważy więzi
emocjonalne

Nie potrafi rozpoznawać emocji u siebie ani u innych

Silne nastawienie obronne

Rozdział 7

Cokolwiek powiesz,
kochanie
Nierówność sił

Prowadziłam kiedyś zajęcia w lokalnym ośrodku edukacyjnym na temat
rozwiązywania konfliktów w związkach. Kiedy zastanawiam się nad nie­
równością sił w związku, przychodzi mi na myśl pewna para, która przyszła
na jedną z sesji. On był od niej znacznie starszy, ale sama różnica wieku nie
świadczy jeszcze o nierównym układzie sił. W ich związku większe znacze­
nie miało to, że on był jej szefem w firmie, która słynęła ze swej pater­
nalistycznej, mizoginistycznej polityki oraz praktyk.
Mężczyzna siedział z ramionami skrzyżowanymi na piersiach i uśmie­
chał się z przymusem, kiedy mówiłam o tym, jak ważna jest w związku
dobra komunikacja. Kobieta była wyraźnie zdenerwowana. Ilekroć coś mó­
wiła, jej oczy płochliwie lustrowały jego twarz; wycofywała się z niektórych
stwierdzeń, jeśli dostrzegła u niego najmniejszą oznakę dezaprobaty.
Pod koniec pierwszej sesji, kiedy pozostałe pary pracowały nad ćwi­
czeniem komunikacyjnym, które miało pomóc partnerom otworzyć się na
siebie nawzajem, tamta para siedziała w milczeniu obok siebie. Podeszłam
do nich, żeby zachęcić ich do wykonania ćwiczenia, ale mąż potrząsnął
głową.
- Nie, nie będę tego próbował. Wie pani dlaczego? Bo ona dostaje
wszystkie komunikaty, jakich potrzebuje. Mówię jej, czego chcę, a ona to
robi. Tak było, kiedy pracowała u mnie w biurze, i tak jest teraz.
Potem oboje wstali i wyszli. Do dziś zastanawiam się, czy ona nadal to
znosi. Zastanawiam się także, jak mogła zdecydować się wyjść za tego czło105

wieka i jak udało jej się przyprowadzić go na tę jedną sesję. Przypadkiem
odrzuciłam później ich wniosek o zwrot kosztów kursu!
Walka o władzę toczy się nieustannie w każdym związku - nie tylko
między partnerami życiowymi, ale także wśród przyjaciół, w szkole i pracy,
biznesie, w strukturach kościelnych oraz we wszystkich innych dziedzinach
ludzkiej działalności. Walka o dominację jest wieczna i instynktowna. Sta­
nowi ona podstawę teorii Darwina o przetrwaniu najsilniejszych; to rów­
nież przyczyna, dla której my, ludzie, przetrwaliśmy jako gatunek.
Problem z walką o kontrolę i władzę polega na tym, że siłą rzeczy
stawia ona parterów w związkach na pozycji zwycięzców lub przegranych.
Prowadzi to do konfliktu wewnątrz związku i, w konsekwencji, do nasilenia
walki o władzę.
Pozwolę sobie tutaj na filozoficzną dygresję, jako że jest to dobry
moment na rozważenie różnicy pomiędzy poddaniem się i uległością. Właś­
nie ta reguła tkwi w samym centrum walki o władzę w związku. Warto
pamiętać, że problemy można najskuteczniej rozwiązać wtedy, gdy ludzie są
w stanie zachować swoje wewnętrzne zasoby sił.
Poddanie się ma miejsce wtedy, gdy zachowujesz swoją osobistą moc,
a jednocześnie pozwalasz swemu partnerowi odnieść zwycięstwo. Mówisz
zatem: „Postanawiam dać ci to, o co prosisz. Wybierając twoje zwycięstwo,
sam nie przegrywam". O uległości zaś mówimy wtedy, gdy druga osoba
odbiera ci twą osobistą moc, bez twojego udziału lub przyzwolenia. Kwestia
owego uzurpatora brzmi mniej więcej tak: „Chcę, czego chcę, a ty nic mnie
nie obchodzisz". Są to oczywiście dwa zupełnie różne stanowiska. Łatwo
dostrzec, że pierwsze wiąże się z szacunkiem oraz respektowaniem praw
drugiej osoby, a drugie prowadzi prosto do niewłaściwego związku.
Często radzę parom, w których partnerzy walczą ze sobą o władzę,
aby starały się przyjąć w swoich negocjacjach stanowisko „chcę, żebyś to ty
wygrał (wygrała)". Jeśli będziesz pragnąć zwycięstwa swego partnera, spró­
bujesz znaleźć takie rozwiązanie, które poprawi jego sytuację. Jeżeli każde
z was będzie miało na celu osiągnięcie szczęścia drugiej osoby, oboje poczu­
jecie się dobrze. Kiedy w wyniku negocjacji obie strony czują się dobrze,
mamy do czynienia z podwójnym zwycięstwem.
"~
Walka o władzę zakończona rezultatem zwycięstwo - porażka cechuje
związki, w których brakuje równowagi sił. Pomyśl o parze z mojego kursu.
Zona próbowała znaleźć sposób na zdobycie choćby niewielkiej siły w związ­
ku, ale to mąż miał w nim zawsze władzę i nie zamierzał ustąpić ani na jotę.
Zona miała zatem dwa wyjścia: żyć według jego zasad lub odejść.
Jeśli czujesz, że nieustannie ulegasz, aby utrzymać swój związek istnieje w nim problem z równowagą sił. Wśród pozostarych oznak poważnej
nierówności sił wymienić można poczucie, że nie masz w związku prawa
głosu albo iż nigdy się nie liczysz. Jeśli robisz rzeczy, których nie lubisz, jesz
w restauracjach potrawy, które ci nie smakują, spotykasz się ze znajomymi,
106

których wcale nie uważasz za interesujących, lub w niedogodnym dla siebie
czasie chodzisz do miejsc, w których nie chcesz bywać - być może powinie­
neś zastanowić się nad układem sił w waszym związku. Możesz także spró­
bować odpowiedzieć sobie na pytanie, ile własnej mocy oddałeś po prostu
dlatego, że tak było najłatwiej.
W wielu wypadkach ludzie mówią mi, iż nie ma znaczenia, kto w ich
związku wybiera filmy i restauracje - najważniejsze, żeby byli razem. Bzdu­
ra! Jeśli często ulegasz i oddajesz swą siłę drugiej osobie, sam prosisz się
o straszliwe kłopoty - nie dlatego, że być może już nigdy nie będziesz jadł
w swojej ulubionej restauracji, ale przede wszystkim ponieważ w ten sposób
przyzwyczajasz się do roli wiecznego przegranego.
Pozycja osoby pozbawionej mocy może prowadzić do różnorakich ne­
gatywnych konsekwencji. Pc-pierwsze, z czasem bardzo cierpi na tym twoja
samoocena, w miarę jak walczysz o odzyskanie swej osobistej wartości w ob­
liczu dowodów na to, że niewiele znaczysz.
Po drugie, twoja bezsilność zaczyna się przenosić na inne związki;
wydaje się niemal, że w ten sposób usprawiedliwiasz własną uległość w naj­
ważniejszej relacji. Zaczynasz oddawać władzę swojemu szefowi, rówieśni­
kom, sąsiadowi z niższego piętra. Tak jakbyś próbował wszystko naprawić,
rozdając wokół własną moc. Jedynym skutkiem jest dalsze obniżenie twojej
samooceny.
Po trzecie, nie we wszystkich związkach o nierównym układzie sił
występuje przemoc, ale w większości relacji, w których ma ona miejsce,
brakuje owej równowagi. W takich związkach każda ze stron czuje, że to
partner ma całkowitą władzę. Ten z partnerów, który zaczyna stosować
przemoc, stara się zrównoważyć ów brak równowagi przez użycie siły fizycz­
nej. Z kolei osoba, która pada ofiarą przemocy, sądzi, że to jej partner
dysponuje całą mocą, ponieważ jest silniejszy, bardziej brutalny i mniej
przewidywalny. W rzeczywistości obojgu brakuje mocy i poczucia własnej
wartości, bo żadne z nich nie próbowało tak naprawdę ich uzyskać.
Proces utraty osobistej mocy przebiega zazwyczaj powoli i niezauwa­
żalnie. Być może będziesz musiał wybrać się w podróż w przeszłość, aby
przekonać się, czy oddajesz swą siłę w zamian za utrzymanie związku.
Możliwe, że nierówność sił w twoim związku jest bardzo łagodna i wynika
przede wszystkim z przyzwyczajenia; może również okazać się, że partner
agresywnie zagarnia twoją moc. W każdym z tych dwóch wypadków bę­
dziesz działać na własną szkodę, jeśli pozwolisz, by trwało to dalej.
Brak równowagi sił kroczy także ramię w ramię z niedostępnością
emocjonalną, ponieważ potrzeba utrzymywania, monitorowania i kontrolo­
wania przepływu mocy pomiędzy partnerami pochłania całą emocjonalną
energię, którą można by wykorzystać do budowania więzi.
Jak zatem przerwać i zrównoważyć przepływ sił?
107

1. Pracuj nad własną samooceną. Przekonanie, że jesteś wartościową
osobą, która zasługuje na dobre traktowanie w każdych okolicznoś­
ciach oraz na zachowanie własnej siły, ma kluczowe znaczenie dla odzy­
skania wiary w siebie. Nikt nie zaopiekuje się tobą lepiej niż ty sam.
2. Pozostaw sobie wolny wybór. Jeśli zachowujesz wolność wyboru utrzymujesz także swoją moc.
3. Nie bój się konfrontacji z „grabieżcą mocy", kiedy poczujesz, że pró­
buje zmusić cię do przyjęcia pozycji pokonanego. Uda ci się, jeśli
zbudujesz dobre granice i będziesz asertywny.

Język asertywny wyraża uznanie i szacunek dla osobistych praw in­
nych ludzi, choć jednocześnie wyraża prośbę o spełnienie pragnień lub
potrzeb osoby mówiącej.

„Panie Clark, chciałbym wziąć wolne we wtorek, ale dopilnuję, żeby
cała praca została wykonana".

„Harry, zależy mi na twojej pomocy przy przygotowaniu przyjęcia".

„Julie, nie lubię pożyczać innym pieniędzy, ale chętnie zastanowię
się razem z tobą nad tym, jak zaradzić twoim problemom finanso­
wym".

Język agresywny wyraża brak szacunku dla praw innej osoby, a jego
jedynym celem jest realizacja pragnień mówiącego - za wszelką cenę.

„Biorę wolne we wtorek" albo „Wziąłem sobie wolne we wtorek. I co
z tego?".

„Harry, lepiej przyjdź i popracuj nad przygotowaniem przyjęcia, albo
będziesz miał kłopoty".

„Nawet mnie nie^proś".

Asertywność polega na proszeniu o to, czego pragniesz lub czego po­
trzebujesz, jednak nie kosztem innej osoby. Agresywność to żądanie, groże­
nie, lekceważenie i brak szacunku.
Nauczenie się asertywności wymaga ćwiczeń i kilku podstawowych
narzędzi. Wymaga także odpowiednio wysokiej samooceny - przekonania,
że zasługujesz na to, o co prosisz. Oczywiście, twoja prośba powinna być
możliwa do spełnienia, osiągalna i realistyczna. Niezależnie od tego, jak
asertywnie poprosisz, nigdy nie staniesz się młodszy, wyższy lub szczuplej­
szy. Możesz jednak uzyskać od innych więcej współpracy i szacunku oraz
lepszą komunikację.
108

Przemoc fizyczna nie ma uzasadnienia w żadnych okolicznościach.
Koniec, kropka. Jeśli czujesz, że twój partner stracił panowanie nad sobą
wezwij policję albo wyjdź. Nie próbuj używać rozsądnych argumentów wobec
kogoś, kto porzucił rozsądek. Za wszelką cenę ochraniaj się przed napaścią.
Jednak nie tylko przemoc, ale także wszelkie inne formy nierówności
sił w związkach są niezdrowe! Najważniejsze, abyś nigdy nie pozwolił, by
ktokolwiek wyrządzał ci krzywdę - słowną, emocjonalną, finansową, reli­
gijną, moralną lub fizyczną. Zasługujesz na to, by cię wysłuchano. Zasługu­
jesz na szacunek i niewątpliwie zasługujesz na to, by zachować swoją siłę.
Zasługujesz również na bliski, zrównoważony, emocjonalnie dostępny zwią­
zek. Kiedy osiągniecie równowagę sił, otworzy się przed tobą przestrzeń,
w której będą mogły się rozwijać twoje emocjonalne więzi.

NIERÓWNOŚĆ SIŁ - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE







Rozwiązania konfliktów typu „wygrany- przegrany"
Jeden z partnerów chce kontrolować związek
Jeden z partnerów wydaje się ciągle ulegać
Partner o małej mocy ma niską samoocenę
Partner o dużej mocy ma niską samoocenę
Zdarzają się agresywne zachowania
Partnerów nie łączy więź emocjonalna

Rozdział 8

Poszukiwacze przygód
Związki na krawędzi

Przez pewien czas przychodziła do mnie para, która był przykładem najgor­
szego rodzaju zachowania „na krawędzi". Opowiem o niej pokrótce, zanim
porozmawiamy o ludziach, którzy wybierają trasy bliżej środka drogi.
Mickey i Josie poznali się w szkole średniej, a pobrali się nazajutrz po
jej ukończeniu. Ona pochodziła z zamożnej, zwariowanej rodziny, a on z rodziny zamożnej, zwariowanej i obciążonej kryminalną przeszłością.
Pierwszy raz rozwiedli się po dwóch burzliwych latach i oboje z zemsty
szybko weszli w nowe związki małżeńskie. Oba małżeństwa zakończyły się,
kiedy nasi bohaterowie niespodziewanie wpadli na siebie w centrum hand­
lowym i zaraz potem spędzili ze sobą dwa tygodnie w motelu, zanim w ogóle
pomyśleli o powiadomieniu swoich ówczesnych małżonków.
Pobrali się ponownie. Tym razem rozstali się po niespełna roku, ale
najpierw on spalił swoją corvette, a ona oddała wszystkie swoje ubrania
Armii Zbawienia. Tym razem w obu zawartych z zemsty małżeństwach
przyszły na świat dzieci, które - na swoje nieszczęście - do dziś są niewinny­
mi obserwatorami owej emocjonalnej katastrofy. Nie zdziwiła mnie wiado­
mość, że w międzyczasie Mickey trafił na pewien czas do więzienia.
Kiedy się u mnie zjawili, byli trzy lata po swoim trzecim ślubie i mieli
jedno wspólne dziecko. W owym okresie kolejnym partnerem w ich małżeń­
stwie była już kokaina, podobnie jak fortuna, którą Josie odziedziczyła po
śmierci ojca. Prowadzili kilka dziwacznych interesów, napędzani fałszywą
energią kokainy i rozpaczliwą koniecznością płacenia za nią, ale stan ich
małżeństwa znowu się pogorszył. Każda sesja przypominała pojedynek
dwojga adwokatów - oboje próbowali usprawiedliwić wszystkie bezczelne,
niewłaściwe, podłe i nikczemne rzeczy, które robili, żeby zwrócić na siebie
110

uwagę partnera. Brzmiało to jak kolejna wersja pytania Markiza de Sade:
„Czy zdołasz zrobić coś jeszcze gorszego?".
Sąd sześciokrotnie zakazywał mu kontaktów z żoną, a jej - siedmio­
krotnie - kontaktowania się z mężem. Towarzyszyły temu liczne wezwania
do sądu. Ponadto toczyły się również przeciwko obojgu sprawy sądowe
innego rodzaju, świadczące o ich raczej lekceważącym stosunku do prawa
w świecie biznesu. Był także epizod strzelaniny na parkingu przed restau­
racją, w której Mickey „nakrył" Josie z innym mężczyzną.
Niewątpliwie był to związek na krawędzi. Ich wzajemna relacja była
również wysoce toksyczna i wyjątkowo zagmatwana, obsesyjna u niego,
a u niej - związana z pewnymi, trwającymi od dawna problemami. Jednak
przypadek ten jest niezwykle mocnym dowodem na to, że nawet bardzo
szkodliwe związki mogą przetrwać. To także doskonały przykład życia na
krawędzi.
Dla związków na krawędzi charakterystyczne są skrajne zachowania
partnerów wobec siebie nawzajem czy wobec całego świata. Wydaje się, że
partnerzy nawiązują ze sobą kontakt wyłącznie poprzez szalone działania.
Przykładem mogą tu być gwałtowne awantury o najmniejsze drobiazgi.
Wszyscy znamy stare powiedzenie: „To okropne, kiedy się kłócimy, ale tak
wspaniale jest się godzić". Oto wątek przewodni związków na krawędzi!
Ludzi, którzy decydują się na związki na krawędzi, pociąga kryjące się
w nich niebezpieczeństwo. Może się ono wywodzić ze sfery fizycznej lub
psychicznej, ale wynik jest zawsze taki sam - partnerzy próbują wściekle
zniszczyć to, co, jak twierdzą, kochają.
Mniej skrajnym przykładem jest historia Gary'ego i Lindy, którzy
pobrali się po czterech miesiącach znajomości, kiedy okazało się, że Linda
zaszła w ciążę. Niestety, kiedy się poznali, Linda była zaręczona z innym
mężczyzną i nie zakończyła definitywnie tamtej sprawy, zanim zaangażo­
wała się w związek z Garym.
Emocje hucznego wesela (zakłóconego nieznacznie - jakby dla równowa­
gi - przez pewne nieporozumienia w najbliższej rodzinie), a następnie ciąża
i poród sprawiły, że pierwszy rok małżeństwa upłynął im niemal w mgnie­
niu oka. Kiedy jednak zostali statecznymi małżonkami i rodzicami, a także
odnoszącymi sukcesy ludźmi biznesu, emocje opadły i oboje zaczęli postrze­
gać niewykształcone elementy swego związku jako wady i pęknięcia.
Ponieważ nie znali się zbyt dobrze, brakowało im fundamentów, na
których mogliby zbudować rozwiązanie problemu. Oboje ukryli się więc za
zasłoną gróźb odejścia. Kiedy zjawili się u mnie po raz pierwszy, każde
z nich kilkakrotnie zastosowało wobec drugiego zagrywkę „lepiej po prostu
się rozwiedźmy", a wzajemne zaufanie właściwie przestało już istnieć. Na­
dal jednak mieli wspólne dziecko oraz wygodne wspólne życie i nie mieli
ochoty zrezygnować z tego wszystkiego.
111

Co więcej, ciągle bardzo się nawzajem kochali, jednak nie potrafili
tego dostrzec, ponieważ ich miłość wzrastała w cieniu emocji związanych
z małżeństwem, dzieckiem i karierą, pośród wielkiego chaosu. Ich związek
koncentrował się wokół życia na krawędzi, a nie wokół miłości.
Podobnie jak wiele innych par, Gary i Linda musieli dotrzeć do kra­
wędzi przepaści i stanąć w obliczu groźby rozpadu związku, aby uświado­
mić sobie, że ich sposób na wspólne życie nie sprawdził się. Rozwód to
niebezpieczna przepaść, ale ludzie, którzy żyją w związkach na krawędzi,
poznają ją z czasem coraz lepiej. Czasami samo spojrzenie w dół przepaści
może przynieść uzdrowienie, kiedy partnerzy dostrzegą nagle samotność
i smutek zerwania. Mogą wówczas cofnąć się o krok, pełni determinacji
i gotowi zmierzyć się z problemami. Dzieje się tak najczęściej w wypadku
długich, dojrzałych związków o mocnych podstawach.
Inne pary zbliżają się do przepaści, przyglądają się możliwym rozwią­
zaniom i z okrzykiem „co, do diabła!" rzucają się w dół. W takiej sytuacji
nawet nie warto podejmować próby naprawy związku, jest on bowiem pełen
problemów, z którymi partnerzy nie próbowali w żaden sposób się zmie­
rzyć, aż wreszcie owe wady okazały się śmiertelne dla ich relacji.
Gary i Linda zbliżali się do przepaści i wycofywali znad jej krawędzi
wiele razy, jednak każde z tych zbliżeń było bolesne i nadwyrężało słaby
fundament, który zdołali wspólnie zbudować. Wydawało się, że nie potrafią
się zatrzymać, zanim nie dotrą do samej krawędzi - dla żadnego z nich nie
istniało nic pośrodku. Za każdym razem zatrzymywali się na samym skraju
i było niemal pewne, że w końcu runą w przepaść, o ile nie zmienią czegoś
w sposobie wzajemnej komunikacji.
Komunikacja jest kluczem do zrozumienia, dlaczego związki na kra­
wędzi nie sprawdzają się. Kiedy nieustannie dochodzi do kłótni lub gróźb
porzucenia, problem może częściowo wynikać z faktu, że partnerzy nie
potrafią komunikować swoich emocji, albo - co więcej - sami nie mają
z nimi żadnego kontaktu.
W przypadku Mickeya i Josie żadne z nich nie miało pojęcia o włas­
nych uczuciach. Wszystko było reakcją na zewnętrzne bodźce, a każda z tych
reakcji była nieproporcjonalnie wielka wobec rzeczywistej sytuacji. Podczas
jednej z sesji pokłócili się zażarcie o to, kto ostatnio zmienił pieluszkę ich
dziecku. Zanim zdołałam pomóc im wycofać się na bezpieczne pozycje,
awantura nasiliła się do tego stopnia, że oboje zaczęli grozić sobie nawzajem
złożeniem skargi w sądowej komisji ochrony praw dziecka i odebraniem
praw rodzicielskich. Jak opowiedział mi później Mickey, po wyjściu z moje­
go gabinetu ohfcge byli tak podnieceni, że poszli prosto do motelu. Naj­
wyraźniej emocje związane z życiem na krawędzi zawierały w sobie także
element seksualny. Seks bywa często ważną częścią owego magnesu, który
wciąż na nowo przyciąga ku sobie partnerów, żyjących w związkach na
krawędzi.
112

W przypadku Gary'ego i Lindy emocje były na swoim miejscu, jednak
brak doświadczenia w odczytywaniu i interpretacji uczuć partnera spra­
wiał, że każde z nich musiało się odwoływać do najbardziej skrajnych gróźb
po to tylko, by poczuć, że druga osoba obdarza je swą uwagą.
Przede wszystkim ze względu na ową złą komunikację Gary i Linda,
podobnie jak Mickey i Josie, byli dla siebie niedostępni emocjonalnie.
Zarówno Mickey, jak i Josie, wzrastali w rodzinach żyjących w emo­
cjonalnym chaosie, w których nikt nie był bezpieczny ani przewidywalny.
Nietrudno dostrzec, że później odtworzyli podobny chaos we własnym
związku. Komuś, kto nie pochodzi z rodziny, w której panował chaos, życie
w świecie sądowych zakazów kontaktowania się, wezwań na policję i wybu­
chającej od czasu do czasu strzelaniny wydaje się zapewne koszmarem,
jednak dla Mickeya i Josie wszystko to było zupełnie normalne.
Łatwo zatem zrozumieć, dlaczego terapeuci dostają gęsiej skórki, kie­
dy słyszą od swoich klientów: „Chcę tylko być normalny", tak jakby norma
była czymś, co (a) można zdefiniować i (b) ku czemu należy dążyć.
Jednakże u ludzi funkcjonujących na wysokich obrotach, takich jak
Gary i Linda, trudniej dostrzec izolację, spowodowaną przez ich niedostę­
pność emocjonalną - są bowiem prawdziwymi mistrzami w jej ukrywaniu.
Zarówno Gary, jak i Linda doskonale wiedzą, że ludzie oczekują od nich
kontaktu; każde z nich odwołało się zatem do swych umiejętności społecz­
nych i zdolności nawiązywania kontaktów w biznesie i znalazło własny spo­
sób na stwarzanie pozorów więzi. Wypracowane przez nich systemy zawo­
dzą jednak, kiedy trzeba utrzymać kontakt przez pewien czas. Podtrzyma­
nie fałszywych więzi wymaga ogromnego nakładu psychicznej energii, a to
kosztuje. W końcu system rozpada się w proch, a oni wyruszają w podróż ku
krawędzi przepaści, żeby tam, na skraju, nawiązać ze sobą kontakt.
Gary i Linda również wychowali się w rodzinach, w których panował
chaos, a ich postępowanie odzwierciedla ten rodzaj zamętu, jaki towarzyszył
każdemu z nich w domu rodzinnym. Zarówno nazwisko, jak i niewyjaśnio­
na nieobecność biologicznego ojca Gary'ego okryte były rodzinną tajemnicą.
Gary wie tylko tyle, że został zaadoptowany przez swego ojczyma, który
miał z jego matką czworo innych dzieci. Gary nigdy nie czuł się pełnopraw­
nym partnerem w relacjach z rodzeństwem, musiał więc osłaniać się także
i przed tym cierpieniem, a nie tylko przed bólem spowodowanym przez
odejście biologicznego ojca.
Niedostępność emocjonalna, która wynika z życia w rodzinie pełnej
emocjonalnego chaosu, jest narzędziem obronnym. Na podstawie doświad­
czeń wyniesionych z takiej rodziny człowiek sądzi, że nadmierna otwartość
może prowadzić do cierpienia, a więc otacza się murem, który nie pozwala
nikomu - nawet jemu samemu - zbliżyć się do niego emocjonalnie. Kiedy po
latach wkracza w dorosłe związki, mur pozostaje nienaruszony, co ułatwia
pełne odtworzenie rodzinnego chaosu w nowej relacji.
113

W rodzinie Lindy również panował chaos. Swego biologicznego ojca
nazywała Szatanem. Być może zresztą była to najprzyjemniejsza rzecz, jaką
kiedykolwiek mi o nim powiedziała. Kiedy Linda była dzieckiem, dynamiką
życia jej rodziny rządziła potrzeba ochrony przed szalonym ojcem, który
pojawiał się bez ostrzeżenia, robił potworny emocjonalny bałagan, a potem
znikał, stawiając matkę Lindy przed niełatwym zadaniem przywrócenia
porządku. Ponieważ matka również cierpiała na zaburzenia emocjonalne,
jej wysiłki posprzątania pozostawionego przez ojca bałaganu miały przede
wszystkim charakter obronny i przynosiły niewielkie skutki. Matka często
uciekała z domu, kiedy czuła się przytłoczona, wściekła lub zestresowana.
Nie było jej całymi dniami, a nawet tygodniami, a wtedy bez żadnego wyjaś­
nienia pojawiała się babcia Lindy, żeby zająć się dziećmi. Po powrocie matki
babcia znikała bez pożegnania - tak jak poprzednio - bez choćby jednego
słowa wyjaśnienia. Linda szybko nauczyła zamykać się szczelnie przed ro­
dziną, aby ochronić swą sferę emocjonalną. Osłaniała się poprzez nieustan­
ną aktywność - była zawsze zajęta pracą, zajęciami pozaszkolnymi lub
uprawianiem sportów. Dzięki temu nie musiała angażować się w życie ro­
dzinne ani doświadczać go na poziomie emocji.
Co zatem dzieje się z ludźmi, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo
i wchodzą w dorosłe związki bez owego emocjonalnego obciążenia, a jednak
później ruszają biegiem ku krawędzi przepaści? Zagadnieniu temu poświę­
cono kilka badań; przyglądano się w nich kobietom, które pochodziły ze
stosunkowo „normalnych" rodzin, lecz w dorosłym życiu wchodziły w związ­
ki naznaczone fizyczną lub emocjonalną przemocą. Nie chcę przez to powie­
dzieć, że badane kobiety angażowały się w owe związki, zdając sobie sprawę
z ich dysfunkcjonalności. Przemoc lub kontrola (przemoc słowna) pojawiają
się w związku stopniowo, w miarę jak każda z osób stara się dostosować
swoją osobistą historię do wzajemnej relacji. Jeśli człowiek wkracza w zwią­
zek obarczony rodzinną historią przemocy, nierówności sił, napaści słow­
nych, zazdrości lub zachowań kontrolujących, które służyły jako narzędzia
rozwiązywania problemów, ów związek może stać się dysfunkcjonalny wraz
z pojawieniem się zwyczajnych problemów.
Jedne z badań wykazały, że po zaledwie sześciu miesiącach życia
w dysfunkcjonalnym związku, kobieta, której w dzieciństwie nie wyrządzo­
no żadnych szkód emocjonalnych, zaczyna pod wieloma względami zacho­
wywać się podobnie jak ktoś, kto w dzieciństwie padł ofiarą nadużyć.
Płynie stąd smutny wniosek, że negatywne doświadczenia mogą spo­
wodować w nas znaczne zmiany, niezależnie od tego, na jakim etapie życia
nas spotykają. Tym większej wagi nabiera zatem dobry wybór związków!
Relacje na krawędzi wiążą się zarówno z psychologicznym, jak i fizycz­
nym ryzykiem. Znam pewną parę, gdzie partnerzy starają się nieustannie
prześcigać w ryzykownych zachowaniach. On zapisuje się na kurs skoków
spadochronowych, więc ona zaczyna uprawiać snowboarding. Ona chce
114

mieć kota, więc on kupuje ocelota. Planują wakacje i decydują się na pieszą
wyprawę po Arktyce w samym środku zimy.
W wypadku tej pary mocne wrażenia związane z fizycznym ryzykiem
stanowią przykrywkę dla ogromnego niezadowolenia panującego w ich
związku. Kiedy za dużo czasu spędzają wspólnie w domu, zaczynają odkry­
wać, że łączy ich bardzo niewiele - a może nawet zupełnie nic - poza
niebezpiecznymi wyczynami, na które się porywają. To odkrycie doprowa­
dza ich wielokrotnie do skraju emocjonalnej przepaści, a jedynym sposobem
uratowania sytuacji jest dla nich kolejna ryzykowna przygoda, która po­
nownie ich połączy.
Jeśli wasz związek nieustannie balansuje na krawędzi, możecie zmie­
nić ten schemat poprzez poprawienie technik komunikacji i wzmocnienie
więzi emocjonalnych.
Mocne wrażenia i niebezpieczeństwo mogą raz na jakiś czas dostar­
czyć niezłej zabawy, jednak nie mogą być sposobem na codzienne życie, jeśli
chcesz, by wasz związek rozwijał się i nabierał dojrzałości. Zdolność do
odczuwania zadowolenia bez docierania na skraj przepaści przychodzi wraz
z rosnącą świadomością i coraz sprawniejszą komunikacją oraz w wyniku
ćwiczeń utrzymywania równowagi pośrodku drogi.

POSZUKIWACZE PRZYGÓD - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Działanie zamiast emocji

Wyzwania, zarówno psychiczne, jak i fizyczne

Częste konflikty

Groźby porzucenia

Skrajne zachowania obojga partnerów

Słaba komunikacja

Brak kontaktu z „mniejszymi" uczuciami

Rozdział 9

Mam pewien sekret
Kłamstwa, półprawdy i ukryte pułapki

J

aka jest różnica miedzy prawdą a szczerością? Prawda jest faktem,
który można wykazać. Możesz powiesić ją na ścianie i obejrzeć. Możesz
ją udowodnić. Będziesz w stanie ją udowodnić za sześć tygodni, sześć
miesięcy lub sześć lat. Można uznać ją za niezmienną. Woda gotuje się
w temperaturze 100°C. Prawo ciążenia jest niezmienne. Albo byłeś na hippisowskim festiwalu w Woodstock, albo nie. Prawda to możliwy do wykaza­
nia fakt, poparty konkretnymi dowodami.
Szczerość dotyczy natomiast emocji i uczuć. Może się zmieniać. Dzi­
siaj możesz szczerze kochać swojego chłopaka. Jutro możesz odkryć prawdę
o nim, że ma żonę i siedmioro dzieci, i twoje uczucia ulegną uzasadnionej
zmianie. Dzisiaj możesz szczerze powiedzieć, że go kochasz, ale nie jesteś
w stanie przewidzieć, co będziesz czuła jutro. Możesz tylko zgadywać. Kiedy
mowa o emocjach, nie ma prawd absolutnych, bo emocje są częścią ludzkiej
kondycji.
Kiedy zatem ktoś mówi: „Będę z tobą szczery", możesz przypuszczać
(jeśli zgadzasz się z moją definicją prawdy i szczerości), że chodzi mu o emo­
cje. Wychodząc z tego samego założenia, jeśli dana osoba mówi: „Pozwól, że
powiem ci prawdę", możesz oczekiwać, że chodzi jej o fakty. Czyż owe
wskazówki nie byłyby wygodnym i trafnym sposobem na ustalenie, co drugi
człowiek próbuje nam przekazać?
Niestety, granice między prawdą i szczerością zatarły się; często sto­
sujemy zatem oba określenia zamiennie, co prowadzi do wielkiego zamie­
szania. Jeśli żyjesz w związku z osobą niedostępną emocjonalnie, a twój
partner proponuje ci, że będzie z tobą szczery, może to oznaczać, że w rze­
czywistości jego przekaz nie będzie ani prawdziwy, ani szczery!
116

Czasami ludzie niedostępni emocjonalnie stosują komunikat „Będę z to­
bą szczery" jako sposób zachowania emocjonalnego dystansu, dzięki któremu
mogą kontrolować sytuację i nie muszą angażować w związek swojej sfery
emocjonalnej. W tych wypadkach może chodzić o ochronę czegoś więcej niż
tylko emocjonalnego „Ja" danej osoby. Posłużę się tutaj pewnym przykładem.
William i Sarah żyli w małżeństwie od niemal dwudziestu lat. Byli
typową parą z wielkiego miasta. Oboje pracowali w centrum, nie mieli dzie­
ci i poczynili mnóstwo korzystnych inwestycji, żeby zabezpieczyć swą przy­
szłość. Zanim zjawili się w moim gabinecie, każde z nich kilkakrotnie
rzuciło na stół kartę rozwodu. Zaznaczyli, że chcą ustalić, czy nadszedł już
czas na zakończenie ich związku.
Zarzuty Sary wobec Williama dotyczyły kilku spraw: jego romansu
z inną kobietą, którego zresztą on nie uważał za wielki problem, ponieważ
powiedział żonie o całej sprawie, jeszcze zanim się zakończyła; aborcji, do
której ją zmusił, a potem - już po zabiegu - zmienił zdanie i odtąd zaczął
wzbudzać w niej poczucie winy; a także słownej agresji, jakiej się wobec niej
dopuszczał. Zapytałam ją, jakie formy przybiera owa słowna agresja, a ona
odpowiedziała:
- William mówi „Pozwól, że będę z tobą szczery", a później mówi mi
straszne rzeczy, na przykład że nie jestem dla niego dość wysoka ani wy­
starczająco ładna.
Williama bardzo wzburzyły jej słowa.
- Jestem po prostu szczery. Boli mnie, że Sara nie jest ładna. Smutno
mi, że ma krótkie włosy i musi zrzucić jakieś dziesięć kilo, bo nie wygląda
dobrze, kiedy jesteśmy razem. Chce mi się płakać na myśl, że ma już ponad
czterdzieści lat. Ale nie używam wobec niej słownej agresji i sądzę, że to ona
jest agresywna, gdy mówi takie rzeczy.
Kiedy zapytałam go, dlaczego po prostu się z nią nie rozwiedzie, skoro
nie jest odpowiednią kobietą dla niego, William odpowiedział:
- Moja rodzina byłaby oburzona, gdybyśmy się rozwiedli. Tylko moje
siostry mogły zrobić coś podobnego.
William pochodził z rodziny z czternaściorgiem dzieci, o równej licz­
bie chłopców i dziewcząt. Jego rodzice byli rolnikami ze Środkowego Zacho­
du - emocjonalnie odległymi stoikami o tradycyjnym podziale ról i surowej
religijności, zamkniętymi w sobie i skrywającymi uczucia.
William zobrazował swe rodzeństwo na podobieństwo portretów Granta
Wooda - z typową mieszaniną pogardy i podziwu. Zaznaczył, że on i wszyscy
jego bracia odnoszą same sukcesy, podczas gdy siostry są „słabe", bo wszystkie
korzystały już z pomocy terapeutów, a cztery spośród nich są rozwiedzione.
Kiedy zapytałam go, czy wiedział, na czym polegały ich problemy,
uśmiechnął się szyderczo i powiedział:
- Chcą, żeby ludzie uwierzyli, że mieliśmy nieszczęśliwe dzieciństwo,
co jest wierutnym kłamstwem. Nasze dzieciństwo było cudowne.
117

Nie powiedział jednak ani słowa o przyczynach rozpadu małżeństw
swoich sióstr.
Na jego formularzu zgłoszeniowym zauważyłam, że odpowiedział twier­
dząco na pytanie „Czy kiedykolwiek byłeś wykorzystywany seksualnie?". Za­
pytałam go o to, a on wzruszył ramionami i machnął lekceważąco ręką.
- Zdarzyło się to dwukrotnie, ale to naprawdę bez znaczenia.
Powiedziałam mu, że cieszę się, iż udało mu się poradzić sobie z tym
problemem, a on potrząsnął przecząco głową.
- Nie wiem, co pani rozumie przez „poradzić sobie". Powiedziałem
sobie, że to nie ma żadnego znaczenia, więc nie miało.
Bycie ofiarą nigdy, ale to przenigdy, nie jest bez znaczenia!
Doświadczenie bycia potraktowanym jak przedmiot na stałe zmienia spo­
sób, w jaki dana osoba postrzega świat. Człowiek już nigdy nie poczuje się
znowu bezpieczny, jeśli ktoś naruszył jego najbardziej intymną przestrzeń,
wdarł się na teren jego „Ja" i odebrał mu moc. Powiedziałam o tym Willia­
mowi, na co on odrzekł:
- Będę z panią szczery. Po raz pierwszy zdarzyło się to, kiedy miałem
jakieś dwanaście lat, a trener naszej kościelnej drużyny baseballowej zabrał
nas na nocny rajd. Znalazłem się z nim w łóżku i po prostu leżałem tam,
a on zrobił to, na co miał ochotę, ale to nie miało żadnego znaczenia. Za
drugim razem zrobił to pastor, który opiekował się młodzieżą z naszego
kościoła. Miałem jakieś osiemnaście lat i znalazłem się z nim w tym samym
śpiworze podczas jednego z naszych obozów. Zrobił, co chciał, ale ja w tym
nie uczestniczyłem, więc to nie miało żadnego znaczenia. Widzi pani, mogę
o tym mówić i to nie ma znaczenia.
Raz jeszcze zauważyłam, że kiedy ktoś czyni z ciebie ofiarę i odbiera
ci moc, to jest to straszne przeżycie, tym gorsze, im bardziej wcześniej
ufałeś napastnikowi. Jeszcze raz zaprzeczył.
Później, kiedy rozmawialiśmy o jego romansie, William powiedział:
- To nie była moja wina. To Lily zaczęła. Ja tylko tam byłem, a Lily
wszystko zrobiła.
Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. William wierzył, że jeśli sam
aktywnie czegoś nie zainicjował - nic się tak naprawdę nie wydarzyło. Kiedy
powiedziałam o tym im obojgu, Sarah natychmiast przyznała mi rację.
Stwierdziła, że ilekroć przychodziło do konfrontacji lub pojawiała się potrze­
ba wytyczenia granic w relacjach z inną osobą, Willim zachowywał się jak
człowiek zagubiony w gęstej mgle. Ze łzami w oczach dodała, że to ona
dążyła ku małżeństwu, a teraz zrozumiała, że gdyby wówczas tak nie naci­
skała, nigdy nie zdecydowaliby się na ten krok.
William rozzłościł się.
- A teraz chcesz mnie zmusić do rozwodu tylko dlatego, że ktoś inny
nakłonił mnie do romansu. To niesprawiedliwe. Co sobie pomyśli moja
rodzina?
118

William ma dość wypaczone pojęcie zarówno o prawdzie, jak i o szcze­
rości. Wybudował sobie tak zawiłą sieć przekształconej rzeczywistości, że
gdyby poruszył jakąkolwiek część emocjonalnej treści swego małżeństwa,
romansu (a może romansów?) lub dawnych doświadczeń wykorzystania
seksualnego, musiałby spojrzeć na emocjonalną treść wszystkiego, a to by­
łoby dla niego przytłaczające.
Dostrzega więc tylko rzeczy powierzchowne (wygląd zewnętrzny, wa­
ga, publiczny wizerunek) i próbuje uczynić z nich swe emocjonalne środowi­
sko. Ponadto widzi samego siebie w roli ofiary cudzych kaprysów i wad,
a z tej pozycji sam krzywdzi innych, czyniąc z nich ofiary. Kiedy William
atakuje Sarę za jej wygląd, długość włosów, wiek i wagę, mówi, że sam czuje
się osobiście zraniony przez jej niedostatki.
William próbuje odzyskać moc przez uczynienie ofiary z kogoś innego.
Nie potrafi szczerze ani zgodnie z prawdą mówić o żadnym ze swych uczuć.
Tylko w roli ofiary czuje się bezpiecznie, ponieważ ta pozycja zwalnia go od
odpowiedzialności za uleganie zewnętrznym zdarzeniom - w chwili kiedy
się dzieją lub później, już podczas przetwarzania. Jednocześnie musi przyj­
mować rolę napastnika, aby zachować dystans wobec wszystkich, którzy
mogliby się do niego zbliżyć.
Z każdej strony jest całkowicie niedostępny emocjonalnie, uwięziony
w nieznośnym stanie zawieszenia pomiędzy utrzymywaniem szczerości
własnych uczuć możliwie daleko od stworzonej przez siebie rzeczywistości,
a ciągłym wypieraniem i skrywaniem prawdy o okropnych rzeczach, które
wydarzyły się w jego życiu. William żyje w sfabrykowanej rzeczywistości,
w której nie ma miejsca ani na prawdę, ani na szczerość.
Złowrogi sekret uniemożliwia otwartą i szczerą komunikację
w związku. Koniec, kropka.
Drugą stroną medalu są kłamstwa szpiega. W tym wypadku zamiast
zachowywać własną tajemnicę, osoba niedostępna emocjonalnie próbuje od­
kryć wszystko na twój temat, ujawniając bardzo niewiele o sobie. W ten
sposób odbiera ci twoją siłę i prawa, a więc czyni z ciebie ofiarę.
Może się to zacząć od całego mnóstwa pytań. Wszyscy lubimy, gdy
ktoś zadaje nam pytania na nasz temat: czym się zajmujesz, co myślisz, co
lubisz? Dzięki takim pytaniom czujemy się ważni i interesujący, próbujemy
więc udzielać dokładnych, wyczerpujących odpowiedzi, które złożą się na
szczegółowy obraz naszej osoby. Ta swoista wymiana jest naturalną częścią
procesu poznawania się.
Nienaturalny jest jednak kolejny etap. Możesz odkryć, że ona spraw­
dza wiadomości na twoim pagerze lub odsłuchuje twoją automatyczną se­
kretarkę. On może szperać w twoim notesie z adresami lub otwierać twoje
listy. Ona poświęca nieco za dużo uwagi zapiskom w twoim kalendarzu. Do
skrajności dochodzi oczywiście wtedy, gdy druga osoba zaczyna rzeczywiś­
cie cię śledzić. Może wynająć prywatnego detektywa - nie po to, żeby się
119

upewnić, że jesteś tym, za kogo się uważasz, ale aby odkryć te szczegóły
twojego prywatnego życia, do których nie powinna się wtrącać. Robi to,
żeby poczuć, iż ma nad tobą kontrolę. Poszukuje informacji, które pomogą
jej trafić w twój czuły punkt i sprawią, że będzie wiedzieć o tobie więcej, niż
ty wiesz o niej.
Znałam kiedyś kobietę, która założyła w mieszkaniu swojego chłopa­
ka taki podsłuch, że nawet KGB mogłoby jej pozazdrościć liczby zamonto­
wanych pluskiew, a potem wściekła się, kiedy odkryła, że chłopak chce z nią
zerwać z powodu jej wścibstwa!
W tym miejscu trudno mi oprzeć się poczynieniu uwagi, że jeśli wę­
szysz dookoła i w końcu rzeczywiście coś znajdujesz, stajesz przed trudną
decyzją - co zrobić z uzyskaną informacją i jak wytłumaczyć partnerowi,
skąd ją masz. Nie możesz tego uczynić w żaden godny i właściwy sposób,
wpadasz więc w pułapkę kłamstwa lub zmagasz się w śmiertelnym pojedynku
z informacją, która nigdy nie powinna była znaleźć się w twoim posiadaniu.
Istnieje jednak znacznie lepszy sposób! Partnerzy, którzy komunikują
się ze sobą zarówno szczerze, jak i zgodnie z prawdą, potrafią rozmawiać
nawet na najbardziej bolesne tematy w sposób, który umożliwia zachowa­
nie szacunku i uzdrowienie.
- Clark, jest mi bardzo smutno na myśl o twoim romansie. Wiem że
upłynęło już sporo czasu, ale czasami ciągle jeszcze czuję wielki smutek.
- Lois, dokonałem wtedy złego wyboru i codziennie tego żałuję. Czuję
się również źle ze świadomością, że tak bardzo cię zraniłem, postępując tak
egoistycznie i bezsensownie. Naprawdę bardzo przepraszam. Czy mogę
w jakikolwiek sposób złagodzić twój smutek?
Rozmawiając o romansie zarówno Lois, jak i Clark pozostają w zgo­
dzie z prawdą i szczerze mówią o swoich uczuciach. Owa słowna wymiana
pozwala im stworzyć fundament otwartości, na którym będą mogli dalej
budować swoją więź.
Jeśli jesteś z kimś związany, upewnij się, że wasza wzajemna relacja
opiera się na prawdzie i szczerości. Jeśli tak nie jest, wasz związek to tylko
fikcja.

STRAŻNICY TAJEMNIC - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE





120

Mają trudności ze szczerością i prawdomównością
Obwiniają innych za własne postępowanie
Dochowują tajemnic; naginają prawdę, żeby pasowała do
sytuacji
Mogą węszyć lub szperać w prywatnym życiu partnera

Rozdział 10

Pomówmy otwarcie
Upychacze emocji

iedy jakaś osoba przeżywa intensywne doświadczenie emocjonalne,
które nie ulega przetworzeniu, emocja zostaje w efekcie „upchnięta",
•czyli wyparta i sprytnie ukryta.
Mój sposób myślenia jest bardzo obrazowy - gdy coś sobie wyobra­
żam, zwykle przyjmuje to najpierw formę wizualną, a dopiero potem wer­
balną. Kiedy myślę o części mózgu, odpowiadającej za pamięć, wyobrażam
ją sobie jako olbrzymie archiwum wypełnione szafami, w których przecho­
wuje się dokumenty. Niektórych z nich używa się bardzo często, więc szu­
flady i segregatory są pootwierane. Inne - zamknięte i zakurzone zawierają wspomnienia, które rzadko trafiają do świadomości. Oprócz tego
w pokoju znajduje się specjalny dział, ogrodzony łańcuchem zamkniętym na
potężną kłódkę i opatrzony różnymi ostrzeżeniami, takimi jak „Zachowaj
odległość", „Substancje toksyczne", „Zakaz wstępu". Te szafy pomalowano
na czerwono, a szuflady są zamknięte na potężne zamki i zasuwy. Wokół
niektórych z nich można dostrzec złowrogą poświatę, która sprawia, że
samo spojrzenie na nie budzi strach. W owym dziale czerwonych szuflad
przechowywane są niebezpieczne wspomnienia.
Kiedy jesteśmy młodzi, w szufladach jest mnóstwo miejsca, mogą więc
z łatwością pomieścić bolesne wspomnienia, które do nich wpychamy, by
zaraz potem uciec z owej niebezpiecznej okolicy. Jednak w miarę gromadze­
nia się kolejnych doświadczeń i emocji, szuflady zaczynają pękać w szwach,
usiłując pomieścić wszystkie wspomnienia i utrzymać je w ukryciu. Niektó­
re zaczynają nawet przeciekać, a wtedy toksyczne wspomnienie zatruwa
pozostałe, łagodne zapisy przeszłych doświadczeń.
121

Oto jakie niebezpieczeństwo wiąże się z upychaniem emocji. Prędzej
czy później, w postaci gotowej lub nie, emocje wydostają się na zewnątrz zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie. Stwierdziłam jednak, że
bardzo trudno jest przekonać kogoś, kto przez całe życie upychał emocje
w wydzielonych szafach, żeby nagle otworzył czerwone szuflady, nawet jeśli
zapewniam go, że możemy to zrobić stopniowo, centymetr po centymetrze.
Pamiętasz mój wcześniejszy przykład z toksycznym balonem? To właśnie
o nim tutaj mówimy.
Minnesota, w której prowadzę praktykę terapeutyczną, uznawana
jest za krajową stolicę stoicyzmu, który jest inną nazwą upychania emocji.
Stoicyzm cieszy się tutaj szacunkiem jako tradycyjny sposób, w jaki miesz­
kańcy Minnesoty radzą sobie z sytuacjami emocjonalnymi. Emocje postrze­
gane są jako coś, co należy ukrywać, a jeśli już wydostaną się na zewnątrz uznaje się je za rzecz wstydliwą. Pamiętam, jak w przeszłości przekomarza­
łam się z moją wspaniałą ciotką Valborg na temat jej „minnesockich uści­
sków i pocałunków", czyli uścisków, które polegały na najlżejszym dotknię­
ciu przedramion - w żadnym wypadku nie dłoni! - i pocałunkach na odle­
głość przynajmniej trzydziestu centymetrów od policzka drugiej osoby. Sub­
telne „ojej" jest tutaj reakcją na naprawdę wielkie niespodzianki - zarówno
pozytywne, jak i negatywne. Żywiołowy aplauz w hali sportowej „Dome" po
dwukrotnym zwycięstwie Twinsów w rozgrywkach World Series był w Min­
nesocie czymś tak niezwykłym, że trafił do nagłówków lokalnych gazet.
Biorąc pod uwagę stoicką naturę wielu (choć oczywiście nie wszyst­
kich) mieszkańców Minnesoty, łatwo zrozumieć, że upychanie emocji jest
bardzo powszechnym problemem w tutejszych związkach.
Sally pochodzi z rolniczej rodziny, zamieszkującej w Minnesocie, a jej
przodkowie przybyli tutaj ze Skandynawii. Ona i Nick byli małżeństwem od
pięciu lat i mieli dwoje dzieci, kiedy zjawili się w moim gabinecie. Nick
powiedział:
- Ona nigdy na nic nie reaguje. Kiedy jedno z naszych dzieci omal nie
umarło, opowiedziała mi o tym wypadku spokojnym głosem, tak jakby nie­
wiele ją to obchodziło. Jeśli przyjrzy się pani naszym zdjęciom ślubnym Sally uśmiecha się na nich, ale nie wygląda na szczególnie szczęśliwą. Ten
sam wyraz twarzy można zauważyć na jej zdjęciach z naszymi nowo naro­
dzonymi dziećmi. I nigdy nie płacze. Nie mam pojęcia, co czuje. Jestem
Włochem i wszystkie moje uczucia widać jak na dłoni. Muszę wiedzieć, co
ona czuje.
Sally wysłuchała Nicka z beznamiętnym wyrazem twarzy.
- Po prostu taka już jestem. Moja rodzina też jest taka. Nie robimy
wokół niczego szumu. Jeśli za bardzo się ekscytujesz, czeka cię potem głębo­
ki smutek. Jeśli zostajesz pośrodku, nie czujesz się zraniony i nikt nie myśli
o tobie źle.
Zapytałam ją o najsmutniejszą rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczyła.
122

- Śmierć mojej mamy w ubiegłym roku - odpowiedziała.
Poprosiłam, żeby mi o tym opowiedziała. Z tym samym obojętnym
wyrazem twarzy zdała mi szczegółowe sprawozdanie z choroby i śmierci
swojej matki. Kiedy mówiła, wydawała się całkowicie pozbawiona emocji.
Jej wyraz twarzy ani razu się nie zmienił.
Zapytałam ją wtedy, co czuje na myśl o odejściu mamy.
- To smutne - odpowiedziała.
- Zgadzam się, że to smutne, ale co ty czujesz po jej śmierci? nalegałam.
- To bardzo trudne dla mojego ojca.
Jeszcze kilka razy zadawałam Sally to samo pytanie, ale nigdy nie
zaczęła mówić o swoich uczuciach wobec owego tragicznego wypadku.
Mówiła o wydarzeniach i myślach, ale nie o uczuciach. Z upływem czasu
stało się dla mnie jasne, że Sally nie potrafi rozpoznać swoich uczuć na
żaden temat.
Sally chciała ponad wszystko zostać „pośrodku", jak sama to nazwała.
Oznaczało to dla niej brak jakichkolwiek uczuć; przez całe życie wpychała
wszystkie emocje do czerwonych szuflad.
Podczas terapii Sally pracowała bardzo ciężko. Miała szczęście, że był
przy niej Nick, mężczyzna o pełnym dostępie do własnych emocji, który
wspierał ją w procesie zmian. Kiedy zaczęła odczuwać własne emocje, w ich
małżeństwie pojawiło się znacznie więcej bliskości.
Jeśli jesteś związany z kimś, kto od dawna upycha własne emocje,
szanse na to, że ta osoba otworzy się na ciebie, są znikome - nie tyle
z powodu braku zaufania z jej strony, ale raczej dlatego, że po prostu nie
wie, jak otworzyć swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Niestety ktoś,
kogo czerwona szuflada pełna jest nieprzetworzonych wspomnień i emocji,
trzyma tam w zamknięciu zarówno dobre, jak i złe wspomnienia - powiąza­
ne z doświadczeniami szczęścia, smutku, strachu i wściekłości, które poja­
wiły się w ich konsekwencji. Ci ludzie boją się, że po otwarciu szuflad nie
uda im się pomieścić w nich z powrotem całego smutku, lęku i wściekłości
i, w konsekwencji, nadal upychają wszelkie emocje. Problem polega na tym,
że w końcu dochodzi do przeładowania szuflad, a wtedy emocje i tak wydo­
stają się na zewnątrz. Taka osoba musi zatem nieustannie zmagać się
z emocjami, które nie zostały przetworzone i z powiązanymi z nimi wspo­
mnieniami. Ten proces pochłania całą jej energię emocjonalną.
William, facet z poprzedniego z rozdziału - ten, który „będzie z nami
szczery" - jest dobrym przykładem kogoś, kto upchnął swoje uczucia. Jed­
nak w odróżnieniu od Williama ludzie, którzy upychają własne emocje, zwy­
kle nie wymyślają kłamstw ani historyjek, służących jako przykrywka dla
ich niedostępności emocjonalnej. Po prostu zaprzeczają istnieniu jakichkol­
wiek uczuć.
123

Jeśli spytasz: „Co czujesz w związku z tym lub owym?", najczęstszą
odpowiedzią Upychacza będzie wzruszenie ramionami i komentarz: „Nie
wiem". To nie jest kłamstwo. Upychacze naprawdę nie wiedzą, co czują
w związku ze sprawą, o którą zapytałeś, ani w związku z czymkolwiek in­
nym. Uczucia po prostu nie istnieją. Ludzie, którzy nabrali zwyczaju upy­
chania własnych emocji, żywią głębokie przekonanie, że są najzupełniej
w porządku oraz że to reszta świata zwariowała.
Jeśli związałeś się z kimś, kto upycha własne emocje, wielokrotnie
usłyszysz zaprzeczenie istnienia uczuć. Dostrzeżesz także mnóstwo zacho­
wań, które służą uniknięciu nawiązania emocjonalnego kontaktu z innymi.
Te zachowania mogą przybierać formę żartów lub przekomarzania się, tak
by nic nie wydawało się zbyt poważne. Mogą też występować w postaci
częstych i nagłych zmian tematu - w pewnej chwili zaczynasz mówić o mi­
łości i przywiązaniu, a tu nagle „bum!" - i już rozmowa dotyczy wyniku
ostatniego meczu Jankesów. Upychanie emocji może także ujawnić się
w formie wybuchów gniewu, ilekroć próbujesz porozmawiać z partnerem na
temat emocji lub uczuć. Możliwe są również burzliwe odejścia, po których
następują okresy absolutnego spokoju, tak jakby nic się nie stało.
Dla Upychacza naprawdę nic się nie zdarzyło. Przeżył krótki przeb­
łysk emocji, które zostały natychmiast szczelnie zamknięte, zanim uległy
wewnętrznemu lub zewnętrznemu przetworzeniu.
Nigdy jednak nie uzyskasz poczucia więzi. Przypomina to spoglądanie
w czarne lustro - nic do ciebie nie wraca. Niezależnie od tego, jak ciężko
będziesz pracować nad zbudowaniem więzi, nie dostaniesz nic w zamian, bo
nie masz kluczy do archiwum, w którym wszystko jest skrupulatnie prze­
chowywane. Twój partner przeznacza całą swoją emocjonalną energię na
utrzymanie owych teczek w szczelnym zamknięciu, nawet jeśli mimo wszyst­
ko wszędzie pojawiają się szczeliny i przecieki.
Dla Upychacza proces zdrowienia oznacza odważne wejście do archi­
wum, otworzenie szuflad i przyjrzenie się zawartości teczek. Wyprawa ta
będzie dla niego mniej przerażająca, jeśli towarzyszyć mu będzie terapeuta,
który może pomóc Upychaczowi w poznawaniu samego siebie jako istoty
emocjonalnej. Bez wsparcia terapeutycznego taka podróż w głąb siebie jest
bardzo trudna. To tak, jak gdyby ktoś, kto nigdy nie był w dolinie Amazon­
ki, miał nagle stanąć na czele wyprawy w tamte okolice - jeśli nie wiesz,
czego szukasz, podróż trwa o wiele dłużej, jest znacznie bardziej przerażają­
ca, a jednocześnie jest o wiele bardziej powierzchowna i nie tak interesująca.
Wspomnienia wydobyte z toksycznych teczek wymagają przetworze­
nia. Tym miłym można poświęcić mniej pracy; wspomnienia negatywne
mogą jednak wymagać sporo wysiłku i tutaj nieoceniona bywa pomoc tera­
peuty.
Jeśli Upychacz nie zbada owych toksycznych teczek i nie przetworzy
ich zawartości, a ty znajdziesz się w pobliżu, kiedy dojdzie wreszcie do nie124

uniknionego wybuchu - ujrzysz jedynie masę surowych emocji, przede
wszystkim strachu, a to nie będzie miało większego sensu.

UPYCHACZE EMOCJI - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Ograniczona obecność emocjonalna lub jej zupełny brak

Nieliczne wspomnienia emocjonalne

Brak reakcji na emocje innych

Dystans i chłód

Niezwykle szczelne granice

Słabe umiejętności komunikacyjne

Rozdział 11

Tak, ale...
Ty, ja i całe zło świata

K

oleżanka z pracy prosi cię o pomoc i radę w sprawie swego związku
z chłopakiem. Przypadek wydaje się raczej beznadziejny, jednak jako
osoba troskliwa, pomocna i skoncentrowana na rozwiązywaniu prob­
lemów, wysłuchujesz koleżankę uważnie, rozważasz całą sytuację i sugeru­
jesz jakieś rozwiązanie.
- Wydaje się, że on naprawdę nie jest pewny twojego zaangażowania.
Może jeśli zapewnisz go, że nie masz zamiaru odejść, poczuje się lepiej mówisz.
- Tak, ale wtedy będzie myślał, że próbuję wywrzeć na nim presję.
Spogląda na ciebie wzrokiem zranionego szczeniaka, więc próbujesz
jeszcze raz.
- Hmm... Może mogłabyś mu powiedzieć, jak bardzo ci na nim zależy,
i że zauważyłaś, iż coś go trapi. Może to zachęciłoby go do rozmowy?
- Tak, ale jeśli to zrobię, on pomyśli, że zbyt uważnie go obserwuję.
Uśmiecha się dzielnie i patrzy na ciebie wyczekująco.
Zaczynasz teraz odczuwać pewną frustrację.
- A może po prostu zapytasz go, czy coś go gnębi? - pytasz bez
ogródek.
- Tak, ale jeśli to zrobię...
Wkroczyłaś w strefę „Tak, ale..." - miejsce, w którym obarczono cię
odpowiedzialnością za problemy innej osoby, ponieważ jednak nie jesteś
w stanie ich rozwiązać, zostajesz na zawsze uwięziona w pułapce wymyśla­
nia kolejnych rozwiązań, z których wszystkie zostają odrzucone. Oto dosko­
nały przykład sytuacji, gdzie żadna ze stron nie zwycięża.
126

Po pierwsze, musisz zrozumieć, że nie ponosisz odpowiedzialności za
naprawienie sytuacji! Niczego nie zepsułaś i niczego nie musisz naprawiać!
Po drugie, musisz zrozumieć, że wszystko zostało z góry zaplanowa­
ne. Osoba, która prosi cię o radę, tak naprawdę wcale nie chcć znaleźć
rozwiązania. Pragnie tylko złagodzić wewnętrzne napięcie, ponarzekać, zy­
skać współczucie, użalić się nad sobą i upewnić się, że ktoś się o nią trosz­
czy. Oto jakiej relacji poszukuje i w danym momencie ty stajesz się jej
partnerem.
Z czasem odkryjesz, że twoja koleżanka ma duże grono takich chwilo­
wych przyjaciół - krąży pośród nich, prosząc o rady i nigdy ich nie przyjmu­
jąc. Twoja rola w tej relacji polega na wymyślaniu kolejnych odpowiedzi
i sugestii, które stanowią dla niej potwierdzenie twojej uwagi i troski.
Prośby o radę będą dotyczyć różnych spraw - chłopaka/dziewczyny,
starzejących się rodziców, dorastających dzieci, pieniędzy (prawdziwa bom­
ba zegarowa!), zdrowia. Temat nie ma tu żadnego znaczenia. Poruszenie
jakiegokolwiek tematu sprawia, że owi niezmordowani poszukiwacze po­
twierdzeń znowu czują się z kimś związani. Pamiętaj jednak, że bez wzglę­
du na to, jak dobre są twoje rady i sugestie oraz niezależnie od tego, ile się
napracowałaś, żeby wymyślić doskonałe rozwiązanie - zawsze usłyszysz
dobrze ci znane „Tak, ale..."
Potrzeba owego „Tak, ale..." pojawia się u ludzi o niezwykle niskiej
samoocenie, którzy nie wierzą, że zasługują na to, by związać się z kimś ze
względu na własne zalety. Żywią oni przekonanie, że muszą mieć jakąś
wymówkę, by stworzyć więź z osobą, którą cenią. Jednakże człowiek o ni­
skiej samoocenie nie chce wprowadzać żadnych zmian, bo każda zmiana
wydaje mu się zbyt zagrażająca. Być może także wcale nie ma problemu,
o którym ci opowiada - musi zatem wymyślać powody, dla których zapro­
ponowane przez ciebie rozwiązania nie przyniosą pożądanych efektów, nie
ma bowiem dość odwagi, żeby powiedzieć ci, że tak naprawdę nie ma żadne­
go problemu (albo - nawet jeśli taki rzeczywiście istnieje - że on wcale nie
zamierza go rozwiązać). Całą sprawę pogarsza dodatkowo fakt, że taka
osoba prawdopodobnie nie jest świadoma tego, co robi.
Nie mówię tutaj o wzajemnych zwierzeniach między przyjaciółmi,
kiedy każda ze stron testuje różne rozwiązania, „odbijając" je od drugiej
osoby, żeby sprawdzić, jak brzmią, a potem poddaje je w wątpliwość, aby
zobaczyć, czy się wybronią. Osoba typu „Tak, ale..." poszukuje rozwiązania
problemów, których wcale nie chce rozwiązać, tylko dlatego żeby podtrzy­
mać twoje zainteresowanie. U podstaw tego mechanizmu tkwi jej przekona­
nie, że nie jest wystarczająco interesująca, żeby zdobyć twoją przyjaźń bez
żadnego pretekstu.
Tym, co utrzymuje cię w takiej relacji, jest twoje własne ego. Wię­
kszość ludzi lubi, gdy ktoś prosi ich radę. Dzięki temu czujemy się wartoś­
ciowi, mądrzy i potrzebni. Kiedy słyszymy od kogoś odpowiedź „Tak, ale...",
127

początkowo brzmi to jak skrócona wersja zdania „To naprawdę świetny
pomysł i zrobiłabym to bez wahania, ale nie rozumiesz, że to ten idiota, mój
chłopak, jest tu problemem", a nie jak skrót od „Tak naprawdę nie mam
żadnego poważnego problemu, którego nie mogłabym sama rozwiązać; tak
naprawdę chcę stworzyć relację z tobą, a nie sądzę, żebyś mnie polubił,
gdybym była po prostu sobą". Zatem kiedy po raz pierwszy słyszymy owo
„Tak, ale...", jeszcze głębiej połykamy haczyk i zamiast uprzejmie się wyco­
fać, podwajamy wysiłki znalezienia „odpowiedniego" rozwiązania.
Jedną z odmian typu „Tak, ale..." są katastrofiści. Helen jest matką
dwóch aktywnych, dorastających dziewcząt, które stanowią dla niej poważ­
ne wyzwanie; różnica wieku pomiędzy córkami Helen wynosi osiemnaście
miesięcy. Po raz pierwszy zaczęła do mnie przychodzić, kiedy dziewczęta
miały odpowiednio dwanaście i prawie czternaście lat. Podczas każdej sesji
opowiadała wtedy o problemach, jakich jej przysparzały. W szkole zawsze
pakowały się w kłopoty, nigdy nie przestrzegały zasad. Każdy z ich okro­
p n y c h w y b o r ó w zadawał jej głębokie emocjonalne cierpienia. Co tydzień
pojawiał się nowy problem, aż wreszcie zaczęłam się zastanawiać, czy Helen
nie jest przypadkiem matką Dzieci Rosemary. Zaczęła pytać mnie o za­
mknięte ośrodki terapeutyczne dla dziewcząt, więc zaproponowałam, żeby
posłała je do jednego z moich kolegów, który mógłby w neutralny sposób
ocenić ich stan.
Mój kolega dokonuje cudów w pracy z dziećmi. Potrafi bardzo szybko
do nich dotrzeć i tworzy warunki pełne wzajemnego szacunku, w których
dzieci mogą otwarcie z nim rozmawiać. Spotkał się z dziewczętami cztero­
krotnie, a potem skonsultowaliśmy się w obecności Helen. Mój kolega zadał
jej mnóstwo pytań, a na końcu powiedział:
- Czegoś tu nie rozumiem i zastanawiam się, czy na pewno widziałem
te same dziewczynki, które pani opisuje. Spotkałem się z parą bystrych,
ładnych, aktywnych nastolatek, które robią dokładnie to, czego można ocze­
kiwać od mądrych, czynnych, dorastających dziewcząt - próbują samodziel­
nie zrozumieć, jak działa świat.
Potem zapytał Helen o konkretne sytuacje, opowiedziane mu przez
dziewczynki, na które tak gorzko narzekała podczas naszych spotkań
w cztery oczy. Jeden z tych epizodów szczególnie mocno utkwił mi w pamię­
ci. Zapytał: „W dniu, kiedy dziewczęta spóźniły się na szkolny autobus, jak
dotarły do domu?".
Pamiętam, że Helen potrzebowała wtedy całej sesji, żeby opowiedzieć
o tym, jak jej córki wracały do domu auto-stopem i jak zabrał je kierowca
ciężarówki, który równie dobrze mógł być mordercą-gwałcicielem-porywaczem dzieci. Potem bardzo się zdenerwowała i łzy stanęły jej w oczach.
Kiedy mój kolega zapytał o to samo zdarzenie, odpowiedziała:
128

- Domyślam się, że chodzi panu o dzień, kiedy wróciły do domu wiel­
ką ciężarówką naszego sąsiada. Powinny były zadzwonić do mnie ze szkoły
i za karę uziemiłam je wtedy na jakiś czas.
Wpatrywałam się w nią ze zdumieniem.
- Znałaś kierowcę? - wykrztusiłam wreszcie.
- Tak, nie mówiłam ci o tym?
Mój kolega przytoczył opowieść dziewcząt o tym, jak Helen wpadła
wtedy w histerię i zadzwoniła na policję, dlatego że spóźniły się do domu
o piętnaście minut. Opowiadały też, że Helen upierała się, iż musi jechać na
pogotowie, aby zaaplikowano jej „coś na nerwy", oraz że lekarz na ostrym
dyżurze odmówił jej przepisania leku i doradził rozpoczęcie terapii. W wersji
Helen brakowało również fragmentu o pogotowiu.
Byłam wściekła na Helen, bo poczułam się zdradzona. Wykorzystała
naszą opartą na zaufaniu relację, aby złapać mnie na haczyk przy pomocy
opowieści, które zupełnie mijały się z prawdą, i prosiła mnie o wsparcie
w sprawie, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Powiedziałam
Helen, że czuję, iż wystawiła naszą relację na pośmiewisko, decydując się na
wyolbrzymianie faktów, na co ona zareagowała natychmiast wybuchem
płaczu, błagając mojego kolegę przez łzy, żeby przekonał mnie, abym jej nie
potępiała.
Helen jest katastrofistką. Tworzy katastrofy tam, gdzie ich nie ma,
aby umocnić swoje związki z ważnymi dla siebie ludźmi. Jak każdy, kto
wyolbrzymia fakty lub kłamie, Helen często gubiła się w szczegółach swych
niesamowitych historii i zapominała co, kiedy i komu opowiedziała.
Styl katastroficzny również ma swe źródła w niskiej samoocenie i podobnie jak typ „Tak, ale..." - wywołuje u słuchacza poczucie chaosu.
Zaproponowałam Helen dalszą wspólną pracę, postawiłam jednak warunek,
że opowiadając mi o zdarzeniach, będzie ściśle trzymać się prawdy, tak
byśmy mogły pracować nad rzeczywistymi problemami - przede wszystkim
nad jej samooceną. Pragnę dodać, że kiedy po jakimś czasie przerwała
terapię z powodu przeprowadzki, nadal nie ufałam do końca jej opowieś­
ciom. Nigdy nie byłam w 100% pewna, że obraz, jaki mi przedstawia, jest
zgodny z rzeczywistością, chociaż udało jej się podwyższyć mój poziom
zaufania do jakichś 90%. Jednakże 90% nie stanowi jeszcze dobrej podsta­
wy, na której można by zbudować rozwojowy, oparty na zaufaniu związek.
Występująca u Helen potrzeba budowania więzi przez wyolbrzymia­
nie rzeczywistych problemów, zaowocowała u niej skomplikowanym stylem
rodzicielskim. Jej dzieci musiały nieustannie porównywać rzeczywistość
z wersją przedstawianą im przez matkę, a potem oceniać, która z nich jest
prawdziwsza. To rzeczywistość staje się ofiarą w związku z katastrofistą lub
przedstawicielem typu „Tak, ale...".
Wyleczenie się z poczucia, że jesteśmy oszukiwani, wymaga odbudo­
wania zaufania w związku, a także pracy nad problemami związanymi z sa129

mooceną. Jeśli żyjesz w jednym z takich związków, jest bardzo ważne, byś
uważnie strzegł swych granic i stawiał czoło rzeczom, które nie zgadzają się
z twoimi obserwacjami lub wydają się mało wiarygodne. Powiedz wyraźnie
sobie i drugiej osobie, że związek może istnieć bez pretekstu lub wyolbrzy­
miania.

„TAK, ALE..." - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE






Ma niską samoocenę
Nieustannie prosi o radę
Odrzuca lub lekceważy rady
Nawiązuje kontakt poprzez problemy
Katastrofizuje
Ma słabe granice

Rozdział 12

Jednostronne lustro
Narcyz

P

arker, jeden z moich klientów, może posłużyć jako dobry przykład
egocentrycznych, źle ulokowanych i niewłaściwie zinterpretowanych
emocji, jakich doświadcza Narcyz. Wysoki, dobiegający czterdziestki,
wysportowany, przystojny, ubrany w drogi garnitur i jedwabny krawat,
emanujący profesjonalną pewnością siebie - przy pierwszym spotkaniu po­
trafi natychmiast oczarować rozmówcę. Patrzy ci prosto w oczy, wydaje się
słuchać z uwagą, uśmiecha się w odpowiednich momentach i kiwa głową
właśnie wtedy, kiedy tego oczekujesz.
Parker zdecydował się na terapię, ponieważ jego żona - a byli wów­
czas małżeństwem od ponad dziesięciu lat - oświadczyła mu, że ma już dość
czekania, aż on nauczy się nawiązywać z nią bliski kontakt, i postanowiła
się rozwieść. Parker zupełnie nie rozumiał, co się stało, i dosłownie tonął we
łzach.
Parker był mistrzem niejednoznacznych sygnałów. Jego oczy napeł­
niały się łzami, kiedy opowiadał o tym, jak został nagle porzucony przez
odnoszącego sukcesy ojca, ale nie potrafił dostrzec, że sam w podobny spo­
sób porzucał swych czterech synów i żonę, kiedy przez długie miesiące
mieszkał samotnie na swej łodzi na rzece Missisipi.
Parkerowi łzy stawały w oczach także wtedy, gdy mówił o tym, jak
bardzo pragnie uratować swoje małżeństwo. Cóż z tego, że miał zwyczaj
chodzić do lokalnych barów, żeby podrywać w nich nieznajome kobiety. Był
szczerze zdziwiony, kiedy powiedziałam mu stanowczo, że małżeństwo
i chodzenie na randki wzajemnie się wykluczają i jeśli chce odzyskać żonę,
musi przestać flirtować z innymi kobietami.
131

Parker wiedział, że powinien coś czuć - być może dlatego, że była to
jedyna rzecz, nad którą pracowaliśmy podczas trzech pierwszych sesji - ale
nie miał pojęcia, co i do kogo miałby czuć. Wyglądało to tak, jakby jego
emocje były połączone niewidzialnymi przewodami z wszelkimi niewłaści­
wymi obiektami. Miałam poczucie, że próbuje związać się także ze mną,
usiłując udzielać mi „dobrych odpowiedzi".
Parker zupełnie nie potrafił powiązać emocji ciała - doświadczeń z emocjami serca - uczuciami. Nie umiał tego zrobić nawet z własnymi
emocjami, więc z pewnością nie był w stanie dokonać tego, obserwując
emocje otaczających go osób. Nigdy nie przyszło mu na myśl, że inni ludzie,
uwikłani w jego skomplikowane i egocentryczne związki, mają własne życie
emocjonalne, oczekiwania, nadzieje i marzenia.
Parker nie mógł nawiązać kontaktu z poczuciem izolacji i cierpieniem
swojej żony, ponieważ nie potrafił skontaktować się nawet z własną izolacją
i bólem. Umiał rozpoznać te fragmenty ich związku, które wiązały się
z wściekłością i kłótniami - nie z perspektywy emocjonalnej, ale dlatego, że
były one głośne, jaskrawe i nieprzyjemne. Nie potrafił jednak dopełnić tego
obrazu i dostrzec cierpienia, jakiego przysparzał.
Kiedy powiedziałam mu, co - według mnie - może czuć jego żona,
biorąc pod uwagę okoliczności, najpierw był bardzo zdziwiony, potem wście­
kły, a na końcu jego oczy znowu wypełniły się łzami. Zapytałam go więc,
dlaczego płacze, a on odpowiedział: „Ona na pewno uważa mnie za kawał
drania"! Reszta tamtej sesji upłynęła nam na próbach powiązania jego
egocentrycznej oceny z jej emocjami.
Motywacją Parkera było samozadowolenie. Chciał czuć się świetnie
przez cały czas i przez to popadał w kłopoty. Jego egocentryzm, połączony
z dziwacznymi powiązaniami między zachowaniem a emocjami oraz z bra­
kiem umiejętności rozpoznawania własnych lub cudzych uczuć, sprawiał, że
ludziom, którzy mieli kontakt z własnymi emocjami, wydawał się złośliwy.
Ktoś, kto ma kontakt z własnymi emocjami, nie dokonuje niszczących wy­
borów typowych dla typu Parkera.
Powtórzę raz jeszcze: to jest wyjaśnienie, a nie usprawiedliwienie. To,
że Parker nie dostrzegał swego wpływu na innych ludzi, nie oznacza wcale,
iż ich nie krzywdził, ani nie łagodzi ich cierpienia. Wyobraź sobie, co musia­
ły czuć jego żona i kobiety spotykane przez niego podczas wieczornych
eskapad do barów, gdy on tymczasem błąkał się w swych emocjonalnych
ciemnościach.
Związek z kimś, kto jest całkowicie zatopiony w relacji z samym sobą,
niesie ze sobą frustrację i ból. Warto również pamiętać, że osoba, która
dokłada starań, by taki związek funkcjonował, prawdopodobnie sama nie
dotarła do tego punktu wolna od wszelkich obciążeń! Co zatem widzi w ta­
kim związku? Które spośród jej potrzeb zostają zaspokojone poprzez podda­
nie się tego rodzaju frustracji? Aby móc się zmieniać i rozwijać, ludzie
132

muszą przyjrzeć się drodze, którą dotąd przebyli; muszą również chcieć się
zmienić. W przeciwnym razie będą nadal cierpieć.
Jak Parker mógł robić te wszystkie straszne rzeczy i nawet nie podej­
rzewać, co czuje jego żona i inni ludzie? Ludzie narcystyczni przetwa­
rzają to, co dostrzegają w tobie, we własnym zwierciadle.
Pozwól, że wyjaśnię znaczenie tego zdania. Osoby narcystyczne nie
mają systemu wewnętrznego sprzężenia zwrotnego. Muszą więc polegać
wyłącznie na zewnętrznych sygnałach, aby określić, jaki wpływ ma ich
zachowanie, oraz wykształcić w sobie poczucie życia emocjonalnego. Owe
zewnętrzne sygnały pochodzą od otaczających ich ludzi, pamiętajmy jednak,
że każdy z nas przepuszcza własne doświadczenia przez filtr swoich uprze­
dzeń i indywidualnej percepcji. Zatem Narcyz wykorzystuje zewnętrzne
sygnały, aby stworzyć przewodnik, który pomoże mu interpretować emocje
dostrzegane u innych, jednak najpierw musi przepuścić owe emocje przez
cały zestaw swych dziecinnych, egocentrycznych filtrów. W ten sposób wię­
zi, które buduje, odzwierciedlają jego zniekształcony obraz świata.
Pragnę tu dodać, że nie jest to świadomy proces, lecz sposób, w jaki
Narcyz nauczył się przystosowywać. Przypomina mi to raczej mojego stare­
go przyjaciela, znawcę sztuk walki i zdobywcę wielu tytułów mistrzowskich
w dyscyplinach, w których się specjalizował - między innymi w walce na
maczugi. W tej dyscyplinie punkty przyznawane są za cios zatrzymany tuż
przed fizycznym kontaktem z przeciwnikiem. Im bliżej się zatrzymasz, tym
więcej punktów zdobędziesz. Mój przyjaciel zawsze uzyskiwał wysokie wy­
niki. Tylko nieliczni wiedzieli, że w dzieciństwie stracił oko. Tak dobrze
przystosował się do percepcji głębi przy pomocy jednego oka, a jest to nie­
zwykle trudne zadanie, że nikt nie dostrzegał jego ułomności.
Adaptacja emocjonalna jest mieczem obosiecznym. Umożliwia czło­
wiekowi funkcjonowanie w otaczającym go świecie - i to jest niewątpliwie
jej zaletą. Jednakże taki człowiek funkcjonuje nieprawidłowo, przez co
krzywdzi własne „Ja", a także otaczających go ludzi. Narcyz staje się takim
mistrzem w odbijaniu jak w zwierciadle emocji innych i w stwarzaniu pozo­
rów obecności emocjonalnej, że rzadko musi budować rzeczywiste więzi. To
złudzenie pozwala mu utrzymywać szkodliwe zachowania, wywołując ros­
nącą frustrację u otaczających go ludzi.
Narcyz jest doskonałym obserwatorem innych. Już sama intensyw­
ność obserwacji może zwieść potencjalnego partnera, ponieważ stwarza
pozory silnej więzi. Nie-Narcyz, przekonany o wysokim poziomie zaintere­
sowania ze strony partnera, zaczyna budować swe plany i cele wokół owej
błędnej interpretacji.
Posłużę się tu przykładem. Caroline zakochała się w Auguście jeszcze
w college'u. Był klasycznie przystojnym gwiazdorem futbolu, a ona - typo­
wą dziewczyną z małego miasteczka z roziskrzonymi oczami. Kiedy się
pobrali, Caroline była przekonana, że spełniły się jej marzenia.
133

Caroline opowiedziała mi, że pierwsze wątpliwości narodziły się
w niej, gdy była w ciąży z pierwszym dzieckiem. August wykupił czterotygo­
dniową wycieczkę do Kanady, żeby łowić tam ryby właśnie wtedy, kiedy ona
miała urodzić dziecko. Caroline miała znacznie więcej powodów do niepoko­
ju podczas swej drugiej, trudnej ciąży bliźniaczej. Augusta nie było przy niej
w szpitalu, kiedy pojawSy. się przedwczesne bóle porodowe. Wybrał się na
mecz golfa, podczas gdy ona przeżyła koszmar późnego poronienia. Po
narodzinach dwojga kolejnych dzieci August powiedział Caroline, że nie
chce mieć z nimi nic wspólnego, nie wierzy, że to on jest ich ojcem, i wcale
nie jest pewien, czy chce je utrzymywać.
W trakcie ich dziewiętnastoletniego małżeństwa August wielokrotnie
stosował wobec Caroline przemoc słowną i emocjonalną - poniżając ją bez
względu na to, co robiła. Stał się również agresywny fizycznie i brutalny
seksualnie. Podczas naszych sesji Caroline opowiadała mi przez łzy, jak
August mówił jej, że wszystkie żony kochają się ze swoimi mężami w za­
mian za pieniądze na wydatki domowe i że jeśli nie będzie z nim uprawiać
seksu oralnego - nie dostanie pieniędzy najedzenie.
Ciągle jednak wierzyła w swoją głęboką miłość do męża, bo wydawało
się jej, że on zawsze bezbłędnie zgaduje jej pragnienia. Jednak dzięki naszej
wspólnej pracy Caroline zaczęła odkrywać, że August nie tyle rozpoznawał
i starał się spełnić jej pragnienia, ile raczej odzwierciedlał w niej własne
zachcianki i przekonywał ją, że to był jej pomysł. Znalazł w Caroline dosko­
nałe lustro i wykorzystywał je, manipulując nią, aby dostać to, czego chciał.
Owa umiejętność projektowania własnych pragnień na wzory zacho­
wań partnerów jest kolejną zdolnością adaptacyjną osób narcystycznych.
Ponieważ nie potrafią one tworzyć więzi z innymi ludźmi - nie rozumieją,
że wystarczy po prostu poprosić o to, czego się pragnie.
Jeśli się nad tym zastanowić, większość ludzi już w dzieciństwie uczy
się (z różnym rezultatem), że jeśli poproszą o coś sensownego - dostaną to.
Osoby narcystyczne dorastają bez tego przekonania. Zamiast niego wytwarza
się u nich poczucie, że aby otrzymać to, czego pragną, powinni manipulować
zarówno sytuacją, jak i zaangażowanymi w nią ludźmi. Aby to uczynić, muszą
nauczyć się trafnie odczytywać innych i rozpoznawać ich czułe punkty. Właś­
nie na owych czułych punktach koncentruje się później presja, jaką wywierają.
Potrzeba manipulowania stanowi reakcję na niejednoznaczne sygna­
ły, które Narcyz odbierał w dzieciństwie od rodziców oraz pozostałych
członków rodziny. Przykładem może być sytuacja, w której rodzic mówi
dziecku: Jesteś najwspanialszym dzieckiem na świecie", a następnie lekce­
waży wszystkie jego potrzeby i pragnienia.
Powróćmy na moment do Augusta. Jego ojciec był znanym, odnoszą­
cym sukcesy człowiekiem biznesu. Często zabierał swych dwóch synów na
służbowe spotkania i oficjalne imprezy, podczas których przedstawiał ich
134

jako przywódców przyszłości. August zdradził się z tym któregoś dnia, kiedy
opowiadał mi o swoim ojcu. Powiedział wówczas:
- Tata traktował nas jak swój drogi samochód. Byliśmy własnością,
która napełniała go najwyższą dumą, i musieliśmy temu sprostać.
Kiedy zapytałam go, jak to osiągał, August odrzekł:
- Każdego dnia było inaczej. Nigdy nie wiedziałem, czego oczekuje;
wiedziałem tylko, że lepiej, żebym przez większość czasu był chodzącym
ideałem. Stałem się w tym naprawdę dobry, ale i tak nigdy nie byłem wy­
starczająco doskonały. Tata zawsze znalazł coś, co mógł skrytykować.
August i jego brat otrzymywali od ojca jasny przekaz, że ich jedyną
wartością jest to, co mogą zrobić dla dodania mu splendoru. Ich głównym
celem stało się zatem zadowolenie ojca, a ponieważ ten nie dawał im wyraź­
nych wskazówek, musieli uważnie go obserwować, żeby odgadnąć jego prag­
nienia, zanim on sam zdawał sobie z nich sprawę. Oczywiście, często zda­
rzały im się pomyłki. Taki ciąg zdarzeń - typowy dla sytuacji, w których
występują niejednoznaczne sygnały i niewypowiedziane wymagania - pro­
wadzi do kształtowania się w późniejszym życiu osobowości narcystycznej.
Po pierwsze, dziecko koncentruje się na interpretowaniu zewnętrz­
nych sygnałów i przekazów, które otrzymuje od rodziców, a w rezultacie nie
powstaje u niego wewnętrzna pętla sprzężenia zwrotnego, umożliwiająca
mu dokonywanie niezależnych, wiarygodnych ocen świata. Po drugie, dziec­
ko uczy się ufać jedynie własnej rzeczywistości, która często zupełnie nie
przystaje do rzeczywistości widzianej oczami innych.
Taka reakcja dziecka wynika częściowo z faktu, że jest to jego własna
rzeczywistość. Dzieci są bardzo egocentryczne - pytają raczej: „Jak świat wpły­
wa na mnie?", a nie „Jak ja wpływam na świat?". Zamiast jednak ulec typowej
przemianie od dziecięcego „Jak świat działa na mnie?" ku „Jak ja działam na
świat?" - co zwykle odbywa się w okresie dorastania - Narcyz zamyka się
w owej dziecięcej perspektywie. Freud nazywał to fiksacją rozwojową.
Kiedy dziecięcy egocentryzm wkracza w świat dorosrych związków, nienarcystyczni dorośli dostają się pod ścisłą obserwację, którą biorą mylnie za
zainteresowanie. Tymczasem Narcyz pozostaje skoncentrowany na sygnałach
zewnętrznych i odcięty od swych prawdziwych uczuć; interesuje go jedynie
osiągnięcie dziecinnego celu - samozadowolenia. Owa różnica odzwierciedla
sprzeczne sygnały i błędne interpretacje typowe dla związku Narcyza z ro­
dzicami, a następnie rozszerzone na relacje z innymi znaczącymi osobami.
Ostatecznym celem Narcyza jest „coś poczuć". Często sądzi on, że
odczuwa to coś, zaspokajając swe pragnienia. To dlatego tak całkowicie
koncentruje się na osiągnięciu samozadowolenia. W ten sposób może uzy­
skać więź, którą potrafi rozpoznać.
Czasami Narcyz jest w stanie osiągnąć punkt, w którym zaczyna na­
wiązywać kontakt z własnymi uczuciami, a pierwszym z nich jest często emo­
cjonalna pustka. Jeśli się nad tym zastanowić, uczucie to jest dość nieprzy135

jemnym punktem wyjścia i często klient rzuca się w popłochu ku drzwiom
gabinetu, aby czasami już nigdy nie wrócić. W takiej sytuacji robię wszystko,
aby pomóc mu w poradzeniu sobie z tym początkowym uczuciem i pozostaniu
z owym doznaniem tak długo, aż rozwinie się w szerszą gamę emocji.
Owa pustka - choć przerażająca dla osoby, która ją odczuwa - jest
pomyślnym znakiem. Świadczy bowiem o tym, że rozpoczął się proces zdro­
wienia z emocjonalnego chaosu, który narodził się w okresie dzieciństwa.
Uczucie pustki jest punktem wyjścia dla naszej pracy; kolejny krok to
zapełnianie owej pustki emocjami. W ten sposób Narcyz może zacząć do­
świadczać świata emocji i wykształca w sobie wewnętrzny system sprzęże­
nia zwrotnego.
Jeśli żyjąc w związku z osobą narcystyczną, uznałeś, że istnieje choć­
by niewielka szansa na dokonanie zmian i jesteś gotów podjąć ryzyko przy­
szłego cierpienia lub porzucenia - będziesz musiał wyrażać swoje uczucia
i potrzeby konsekwentnie, jasno i w sposób przewidywalny dla drugiej oso­
by. Będzie to ciężka praca, a prawdopodobieństwo sukcesu jest niewielkie.
Niestety, większość osób narcystycznych nie zamierza zmieniać swojego
stylu i najprawdopodobniej zdecyduje się na odejście, jeśli będziemy wyma­
gać od nich czegoś, czego wcale nie chcą nam ofiarować.
Pamiętaj, że zasługujesz na kompletny związek, opierający się na
silnej więzi emocjonalnej. Nie zasługujesz na to, by twoja rola ograniczała
się do dostarczania zadowolenia komuś, kto nawet nie doceni twojego po­
święcenia. Jeśli postanowisz dać Narcyzowi szansę na dokonanie zmian miej oczy szeroko otwarte i wyznacz wyraźne granice, abyś w rezultacie
sam nie dał się zniszczyć.
Nie zapominaj, że to nie w tobie tkwi problem i nie ty ponosisz odpo­
wiedzialność za naprawienie czegoś, czego nie zrobiłeś!

NARCYZ - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE









136

Skoncentrowany na własnym zadowoleniu
Niezdolny do budowania emocjonalnych więzi z innymi
Niezdolny do rozpoznawania emocji innych
Czarujący, pewny siebie, manipulator
Egocentryk
Dostrzega innych tylko w lustrze samego siebie
Uważnie obserwuje innych
Nastawiony przede wszystkim na obronę: niezwykle szczelne
granice własnego „Ja", nie uznaje granic innych ludzi

Rozdział 13

Pozwól, że to za ciebie
naprawię
Klatka współzależności

O

nic się nie martw. Ja się wszystkim zajmę".
Te słowa budzą w twoim sercu przerażenie. Dzieje się tak dlatego, że
takie zdanie nie jest zwykle propozycją pomocy. Kryje się w nim
obwieszczenie inwazji. Wydaje się, że druga osoba chce być pomocna i udzie­
lić ci wsparcia, jednak jej prawdziwym motywem jest chęć przejęcia nad tobą
władzy.
Oczywiście, nie wszystkie propozycje pomocy są próbami przejęcia
władzy. To właśnie dlatego oferta „pomocnika" jest tak skuteczna. Wszyst­
ko zaczyna się dosyć podstępnie. „Musisz posprzątać mieszkanie i dlatego
nie możesz się ze mną spotkać? Chętnie ci pomogę, a wtedy będziemy mogli
spędzić razem więcej czasu". Czy znasz kogoś, kto nie przyjąłby takiej
propozycji z radością? Uchylasz zatem drzwi, a szczelina wkrótce się posze­
rza. „I tak robię pranie, więc może wypiorę i twoje rzeczy?", a następnie
„Mogę zająć się przygotowaniem tej oficjalnej kolacji dla twojego szefa, to
żaden problem" - i wkrótce okazuje się, że twoje życie nie należy już wcale
do ciebie.
Pamiętasz stare powiedzenie, że „wszystko ma swoją cenę"? Za sprzą­
tanie, pranie lub kolację dla szefa również trzeba zapłacić. Z każdą drobną
przysługą, którą przyjmujesz, tracisz stopniowo swoją moc i prawa, a twój
„pomocnik" gromadzi coraz więcej energii. Kiedy w końcu jego inwazja
staje się tak dokuczliwa, że zaczynasz czuć się nieswojo i próbujesz ustalić
pewne granice, nagle okazuje się, iż to twój ochoczy pomocnik jest zranioną
ofiarą, wykorzystaną przez podłego, starego oportunistę - czyli przez ciebie.
137

Aby uratować swą samoocenę i poczucie własnej wartości, przepraszasz go
szczerze za twą nierozsądną próbę odzyskania własnych praw i odtąd już
naprawdę tkwisz w kłopotach po same uszy. Witaj w klatce współzależności.
Zachowanie zmierzające do schwytania drugiej osoby w pułapkę po­
przez nadmierną obecność w jej życiu jest jedną z form współzależności nieco różną od powszechnych przekonań na ten temat. Mówiąc o współza­
leżności, ludzie mają zwykle na myśli zachowanie osoby współzależnej,
a nie jego skutki dla obiektu jej zainteresowania. Osoba współzależna to
ktoś, kto wierzy, że potrafi stworzyć więź emocjonalną z drugim człowie­
kiem poprzez odczytywanie jego myśli i uprzedzanie jego wszelkich potrzeb.
Postępując w ten sposób, osoba współzależna próbuje uzyskać poczucie bez­
pieczeństwa.
„Wiem dokładnie, czego ci trzeba" - mawiają najpierw tacy ludzie,
a zaraz potem przetaczają się jak burza przez twoje życie, naprawiając
rzeczy, które wcale nie są zepsute, i bezpardonowo naruszając twoją osobi­
stą przestrzeń oraz prywatność. „O nic się nie martw. Ja się wszystkim
zajmę". Zajmując się wszystkim, osoba współzależna jest w stanie stworzyć
świat, w którym doświadczenia drugiego człowieka ograniczają się do sfery
pozostającej pod jej kontrolą. Dzięki owej kontroli - bez względu na to, jak
bardzo może być złudna - ludzie współzależni mogą przekonać samych
siebie, że są bezpieczni i nie grozi im porzucenie lub cierpienie.
Problem poczucia bezpieczeństwa towarzyszy wielu dysfunkcjonalnym zachowaniom. Poczucie bezpieczeństwa to świadomość, że
w każdych okolicznościach masz prawo wyboru. Z tej definicji można
wywnioskować, że poczucia bezpieczeństwa brakuje ludziom, których do­
świadczenia życiowe nauczyły, iż mogą utracić prawo do dokonywania wy­
borów.
Pamiętajmy: wybór to moc, a jego brak oznacza bezsilność. Dlatego
ludzie, których w przeszłości pozbawiono prawa wyboru, w późniejszym ży­
ciu koncentrują się często na utrzymaniu władzy. Można to zrobić w zdro­
wy sposób, jednak zazwyczaj ludzie, którzy doświadczyli utraty mocy i nie
poradzili sobie z tym doświadczeniem, nie wybierają zdrowych metod, pole­
gających na asertywności i wytyczeniu granic. Zamiast tego zużywają całą
swą energię emocjonalną na wysiłki kontrolowania drugiej osoby, przeko­
nani, że kiedy już przejmą nad nią władzę - nie będzie mogła ich porzucić,
skrzywdzić, zadać im bólu ani wykorzystać ich w jakikolwiek sposób. W ta­
kim rozumowaniu tkwi jednak poważny błąd - nikt nie może przejąć całko­
witej kontroli nad inną osobą. Spędziłam mnóstwo czasu, pracując nad tym
właśnie problemem z rodzicami moich dorastających klientów!
Kitty została wychowana przez narcystycznego ojca. „Trening", który
odebrała jako jego córka, uczynił ją bezbronną wobec dwóch narcystycznych
mężczyzn, których w przyszłości poślubiła. Zjawiła się u mnie po drugim
138

rozwodzie, poszukując ukojenia oraz pragnąc się nauczyć, jak uniknąć ko­
lejnego destrukcyjnego związku.
Kitty jest inteligentną, dowcipną kobietą, która odniosła wielki su­
kces, prowadząc własną firmę. Dwóch spośród jej trzech synów osiągnęło
świetne wyniki w sporcie i nauce, uzyskując stypendia na prestiżowych uni­
wersytetach. Trzeci syn Kitty, Scott, mieszkał razem z nią i wykazywał
zupełnie inne zainteresowania. W rezultacie Kitty spędzała sporo czasu na
spotkaniach z kuratorami i dziekanem do spraw dyscyplinarnych ze szkoły,
w której Scott sporadycznie się pojawiał.
Podczas naszych spotkań Kitty często narzekała na Scotta, rozpacza­
jąc nad jego wybrykami i prosząc mnie o aprobatę dla swych szczegółowych
planów, jak to „tym razem da mu wreszcie nauczkę". Odebrała mu samo­
chód, rower, deskorolkę, telefon, buty i komputer. Zabiła na stałe okno
w jego pokoju i zamontowała zamek po zewnętrznej stronie drzwi jego sy­
pialni. Jednak ilekroć Scott wychodził z domu do szkoły, nieodmiennie
pakował się w kłopoty. Nawet kiedy Kitty zmieniła godziny pracy tak, aby
móc codziennie zawozić i odbierać Scotta ze szkoły, on zawsze znajdował
jakiś sposób na złamanie zasad.
Ilekroć Scott popadał w kłopoty, Kitty natychmiast przyjmowała ta­
ktykę „muszę to załatwić". Wynajmowała prawnika, dzwoniła do kuratora,
rozmawiała z sędzią lub prowadziła negocjacje z policją.
Za każdym razem, kiedy szukała u mnie potwierdzenia słuszności
swego rozwiązania, mówiłam jej to samo: „Scott dostanie nauczkę tylko
wtedy, kiedy wreszcie przestaniesz go kontrolować i naprawiać za niego
świat. Musisz pozwolić mu wypić piwo, którego nawarzył, i samodzielnie
poradzić sobie z problemem".
Kitty nie mogła się jednak zdobyć na to, by pozwolić Scottowi nauczyć
się czegokolwiek na własnych błędach. Scott wiedział, że Kitty za każdym
razem wpłaci za niego kaucję, więc nigdy nie próbował dokonywać lepszych
wyborów. Wprost przeciwnie, jego wybory stawały się coraz gorsze, a jego
prawne tarapaty - coraz bardziej skomplikowane.
Nazajutrz po swoich osiemnastych urodzinach Scott dokonał kolejne­
go niewłaściwego wyboru i został aresztowany. Jednak tym razem jego czyn
podlegał już prawu karnemu dla dorosłych, a nie, jak dotąd, dla nieletnich.
Kitty straciła grunt po nogami, kiedy wyznaczona kaucja znacznie przeros­
ła jej finansowe możliwości. Czuła, że nie ma innego wyjścia i zadzwoniła do
ojca Scotta.
- Tom nie tylko mi nie pomógł - opowiadała mi przez łzy - ale jeszcze
powiedział, że Scott powinien ponieść konsekwencje swojego postępowania.
Nie mogę na to pozwolić!
Powiedziałam jej, że zgadzam się z Tomem. Kitty była wściekła, ale
musiała pozwolić na to, by Scott poniósł konsekwencje swojego czynu, bo
nie miała skąd wziąć pieniędzy na zapłacenie kaucji.
139

Kiedy Scott wyszedł z więzienia, niespodziewanie zaczął się pakować.
Kitty w panice zapytała go, dokąd się wybiera.
- Będę mieszkał z tatą - odpowiedział. - On przynajmniej pozwala mi
być mężczyzną.
Kitty nigdy nie nauczyła się trudnej sztuki pozostawiania spraw włas­
nemu biegowi. Zamiast tego próbowała sprawować nad Scottem władzę
poprzez naprawianie świata wokół niego. To manipulacja. Smutna prawda
jest taka, że choć manipulacja może początkowo przynosić pożądane skutki
- manipulowana osoba, w miarę jak czuje się coraz bardziej schwytana
w pułapkę, zaczyna się wycofywać i próbuje odzyskać własną moc. Scott
usiłował poczuć swą siłę poprzez kolejne wybryki i pakowanie się w kłopoty.
W ten sposób deklarował swą niezależność i próbował bronić się przed
wtargnięciami matki na jego prywatne terytorium.
W rezultacie podejmowanych przez Scotta prób wyzwolenia, Kitty
poczuła się jeszcze bardziej zagrożona, a jej reakcją było wzmożenie wysił­
ków utrzymania go na smyczy. „Ja się tym zajmę. Mogę być idealną matką,
która wszystko załatwi".
Jeśli w jakimkolwiek związku tylko jedna z osób daje, rodzi się poczu­
cie zobowiązania, nawet jeśli druga strona wcale nie prosiła o pomoc. Po­
mocna dłoń daje coraz więcej i więcej, a tym samym zacieśnia krąg.
Tymczasem osoba, za którą ktoś nieustannie naprawia świat, zaczyna czuć
się nieswojo, bo „ten miły człowiek tak wiele dla niej zrobił".
Odbiorca pomocy zawdzięcza pomocnikowi bardzo dużo i nieustannie
zadaje sobie pytanie: „A niech mnie, dlaczego sprawiam przykrość człowie­
kowi, który najwyraźniej chce dla mnie jak najlepiej?".
Odbiorca pomocy nie jest wcale draniem. Nie wykorzystuje bezbron­
nej ofiary. To nie on zaczął. Popełnił tylko jeden błąd - był zbyt miły,
przyjmując coś, co wyglądało jak dar płynący prosto z serca.
Warto, abyś zapamiętał, że podarunki osoby współzależnej są zwykle
opakowane w wesoły, kolorowy papier i przewiązane błyszczącymi wstążka­
mi. Zadaniem tych ostatnich jest przywiązanie cię relacją, w której dosta­
niesz mnóstwo kolorowych wstążek, ale najprawdopodobniej żadnej praw­
dziwej więzi emocjonalnej.
Ze względu na swą potrzebę bezpieczeństwa, osoby współzależne nig­
dy - w żadnym związku - nie będą dostępne emocjonalnie. W przeciwnym
razie czułyby się zbyt narażone na ciosy. Ich sygnały bezpieczeństwa podpo­
wiadają im, że dostępność emocjonalna wywołuje bezbronność, która z kolei
prowadzi do zagrażających relacji, a więc chowają się za barykadą aktyw­
ności i skierowanych na zewnątrz zachowań.
Ludzie, którzy byli ofiarami, tracą poczucie bezpieczeństwa, kiedy
czują się bezbronni. Wiele spośród osób współzależnych padło w przeszłości
ofiarą przemocy emocjonalnej lub porzucenia. Przemoc emocjonalna ma
miejsce wtedy, gdy ktoś, kogo kochasz i komu ufasz, dopuszcza się zdrady,
140

wyrządzając ci fizyczną lub emocjonalną krzywdę. Twój mózg skrzętnie
przechowuje wszystkie życiowe doświadczenia wraz z emocjami, które są
z nimi związane. Tym samym przemoc zostaje powiązana z uczuciami
i emocje stają się nagle złe, niebezpieczne lub zagrażające. A emocje to
emocje. Nie są złe ani dobre, po prostu są. Uzdrowienie osoby, która w prze­
szłości padła ofiarą przemocy emocjonalnej, jest możliwe wtedy, gdy nauczy
się ona, jak budować zdrowe więzi, niewymagające manipulacji.
Zanim sam wpadniesz w pułapkę „załatwię-to-za-ciebie" i podejmiesz
próby naprawienia osoby współzależnej, przypomnij sobie, że jest ona do­
brze uzbrojona i nie pozwoli nikomu podejść zbyt blisko. Natychmiast uru­
chomią się u niej mechanizmy obronne i wkrótce znajdziesz się z powrotem
w klatce współzależności. Powtarzaj więc sobie bez końca: nie zepsułem cię
i nie muszę cię naprawiać!
Związki funkcjonują najlepiej wtedy, gdy obie strony dają z siebie
mniej więcej tyle samo, a każda z osób bierze na siebie odpowiedzialność za
własne błędy i sama stara sieje naprawić.

OSOBA WSPÓŁZALEŻNA - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Kontroluje poprzez oferowanie pomocy

Wiąże się z innymi poprzez kontrolę

Boi się porzucenia

Oferuje pomoc, która przekształca się w inwazję

Nie ma granic

Boi się bezradności

Rozdział 14

Holicy

J

eśli związałeś się z kimś związanym z jakąś substancją lub negatywnym
zachowaniem, masz rywala, z którym nie możesz wygrać. Musisz grun­
townie i bezkompromisowo zastanowić się nad waszym związkiem
i swoimi oczekiwaniami wobec niego. Musisz także uważnie ocenić rzeczywi­
stą sytuację i porównać ją z własnymi pragnieniami oraz życzeniami.
Nie jestem zwolenniczką metody dwunastu kroków. Wierzę, że ludzie
uzależniają się od różnych substancji (od kokainy, heroiny, amfetaminy
i czasami od alkoholu), jednak nie sądzę, by mogli uzależniać się od zacho­
wań (seksu, hazardu, zakupów itd.). To są wybory, a nie choroby. Wierzę, że
w wypadku niektórych ludzi pewne programy dwunastu kroków mogą się
sprawdzać, ale nie sądzę, by jakikolwiek program mógł pomóc wszystkim.
Kiedy pracuję z kimś, kto regularnie wybiera destrukcyjne zachowa­
nia, takie jak hulanki alkoholowe, palenie marihuany, przepracowywanie
się, objadanie, hazard lub nałogowe zakupy, nie stosuję podejścia zgodnego
z modelem uzależnienia. Staram się raczej dotrzeć do problemu, który dana
osoba usiłuje rozwiązać poprzez swe zachowanie, a następnie próbujemy
wspólnie znaleźć inne metody poradzenia sobie z tym kłopotem.
Kiedy jednak jesteś związany z kimś, kto regularnie dokonuje nie­
właściwych wyborów, twoim zadaniem nie jest prowadzenie terapii; w tej
relacji pełnisz rolę partnera i tu właśnie sprawy się komplikują. Podczas
gdy ty starasz się uzyskać zaspokojenie własnych potrzeb, twój partner
koncentruje się na swej relacji ze złym zachowaniem. Ponieważ jego zacho­
wanie jest kwestią wyboru, szansa na jego zmianę oraz przeniesienie uwagi
partnera na związek z tobą istnieje tylko wtedy, gdy druga osoba jest goto­
wa zaangażować się w proces zmian.
Jeśli jednak jesteś związany z kimś, kto jest fizycznie uzależniony od heroiny, kokainy, amfetaminy, alkoholu itp. - to sytuacja wydaje się
142

znacznie trudniejsza, a prawdopodobieństwo rozpadu waszego związku
wzrasta. Trudno jest żyć z partnerem, który regularnie wybiera jakieś nega­
tywne zachowanie, ponieważ musisz wtedy nie tylko radzić sobie z wyzwa­
niami typowymi dla zwyczajnych związków, ale także konkurować z zacho­
waniem, na którym koncentruje się uwaga twojego partnera. Jeśli sprzeci­
wisz się takiemu stanowi rzeczy, twój partner uzna to za próbę zakwestio­
nowania jego prawa wyboru. Może stwierdzić, że to ty jesteś problemem.
Taki pogląd często prowadzi do poważnych kłótni, ty bowiem próbujesz
bronić swojego terytorium, a twój partner usiłuje zachować dotychczasową
równowagę, a jednocześnie nadal dostawać wszystko, czego pragnie. Jednak
w sytuacji, gdy uzależniony partner dostaje wszystko, czego chce, najpraw­
dopodobniej to ty musisz zdobywać się na wyrzeczenia.
Jeśli godzisz się na ustępstwa, by twój partner mógł ponawiać złe
wybory, to jesteś częścią problemu. Ustępstwa mogą wydawać się jedynym
sposobem ocalenia związku, ale ostatecznie będziesz zawsze grał drugie
skrzypce i nie otrzymywał w zamian niczego pozytywnego.
Jeśli związałeś się z osobą uzależnioną, nigdy nie będziesz na pierw­
szym miejscu. Koniec, kropka. Pierwszym związkiem - tym, który twój
partner będzie wybierał ciągle na nowo, za każdą cenę - będzie jego relacja
z uzależniającą substancją. Nie masz dość siły, żeby przezwyciężyć moc tej
substancji. Nie możesz z nią wygrać. Będziesz cierpieć, a może nawet zała­
miesz się. Taki związek należy przerwać do czasu, gdy twój partner będzie
trzeźwy i „czysty", ale ty nie możesz zmusić go do podjęcia takiej decyzji.
Nie sposób podkreślić tego dość mocno: miej całkowitą jasność co do
różnicy pomiędzy wyborami zachowań, które podlegają negocjacjom
i nad którymi można zapanować, a prawdziwymi uzależnieniami, bo
w ich wypadku jest to zupełnie niemożliwe. Jeśli twój partner jest uzależ­
niony, nie możesz mu pomóc, dopóki on sam nie będzie gotowy pomóc sobie.
To nie zależy od ciebie. Twój partner jest jedyna osobą, która może dokonać
tych zmian. Nie będziesz w stanie sprawić, aby coś się wydarzyło, dopóki
twój partner nie będzie na to gotowy. To nie twoja wina. Niczego nie
zepsułeś i niczego nie musisz naprawiać.
Jeśli jednak twój partner jest czysty i trzeźwy lub jeśli jest gotowy
zaprzestać dokonywania negatywnych wyborów, możesz przyczynić się do
przekształcenia waszego związku tak, by stał się zdrowy i odnaleźć stan
równowagi dla was obojga. Jeżeli twój partner nie chce zrezygnować z sub­
stancji, od której jest uzależniony, wasz związek tak naprawdę nie istnieje.
Jesteś tylko rekwizytem. Wiem, że to bolesne wieści, ale przysporzą ci one
mniej cierpienia niż życie w świecie kłamstwa, w którym ty udajesz, że wasz
związek istnieje, a twój partner koncentruje się wyłącznie na wybranej
przez siebie substancji.
143

HOLICY - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE
Podstawowym związkiem jest relacja z wybraną substancją
To ty się poświęcasz
Brak rzeczywistej więzi emocjonalnej
Słabe granice
Zawsze będziesz na drugim miejscu, za substancją od której
uzależniony jest twój partner
Wiele obietnic, że się zmieni, ale w ślad za obietnicami nie idą
żadne czyny

Rozdział 15

Skała i Rakieta

O

n lubi leżeć na kanapie z miską popcornu, ustawioną ostrożnie na
brzuchu i oglądać w telewizji mecz swojej ulubionej drużyny. Jest
zadowolony, spokojny, zawsze w domu. Ona lubi być ciągle w ruchu,
więc każdą minutę wypełnia jakąś aktywnością. Rozmawia przez telefon,
robiąc pranie i piekąc sześciowarstwowy tort dla swojego dziecka. Planuje
otwarcie własnej firmy. Kiedy ze sobą rozmawiają, on mówi powoli, szczegó­
łowo i mało entuzjastycznie. Ona przeskakuje z tematu na temat, wypełnia­
jąc przestrzeń pomiędzy nimi szczebiotem i potokiem słów, czasami zupełnie
bez składu i ładu. Ona woli wydawać pieniądze i być w ciągłym ruchu. On
jest oszczędnym domatorem. Ona wypełnia swój emocjonalny świat aktyw­
nością, on wypełnia swój spokojem; jednak żadne z nich nie wypełnia swego
świata drugą osobą.
Ona jest Rakietą, wypełniającą niebo swym migotliwym blaskiem
i odgłosami niespodziewanych wystrzałów. On jest Skałą, zakotwiczoną głę­
boko w ziemi i zupełnie niezainteresowaną lataniem.
Jak to się stało, że są razem? Jeśli się nad tym zastanowić, oczywiste
wydaje się, że każda ze stron ma do zaoferowania coś, czego brakuje drugiej:
on daje jej stabilność, a ona jemu - mocne wrażenia. Obojgu brakuje jednak
nie tylko stabilności czy ekscytacji, ale także emocjonalnego połączenia,
dzięki któremu mogliby je uzyskać.
Czasami mówię moim klientom, że proces terapeutyczny przypomina
nieco obieranie cebuli: najpierw musisz przedrzeć się przez przypominające
papier płaty zewnętrznej warstwy. To jest właśnie problem, sprowadzający
cię do terapeuty - czynnik motywacyjny, który przepycha cię przez drzwi
gabinetu. Kolejne warstwy są coraz grubsze i bardziej soczyste. Grubość
oznacza złożoność - a soki wywołują łzy!
Obierając cebulę w tym wypadku, cidkryjemy, że powody, dla których
Skała i Rakieta zeszli się ze sobą, są nieco bardziej złożone. Według mojej
145

teorii jest to przykład sytuacji, w której ludzie używają się wzajemnie jako
lekarstwa.
Zarówno Rakietą, jak i Skałą może być kobieta lub mężczyzna. Nie
sugeruj się moim przykładem. Ważne, że Rakietą jest często osoba o gwał­
townej huśtawce nastrojów. Może nawet cierpieć na chorobę dwubiegunową
(zwaną niegdyś psychozą maniakalno-depresyjną) lub na zaburzenie zwane
cyklotymią (z greckiego, dosłownie „cykliczne nastroje"), które klinicyści
określają czasem mianem „dziecięcej choroby dwubiegunowej". Zaburzenia
te charakteryzują się huśtawką nastrojów - pomiędzy głęboką depresją
a wybuchami dzikiej energii - które nie mają zwykle określonego kierunku,
ale są bardzo intensywne.
Rakieta odczuwa potrzebę zakotwiczenia i normalności, którą czasa­
mi zaspokaja poprzez związanie się z kimś, kto jest powolny i solidny.
Można powiedzieć, że to właśnie skalistość Skały jest tym, czego potrzebu­
je Rakieta, aby poczuć się bezpiecznie.
Skała natomiast jest często osobą popadająca łatwo w przygnębienie.
Rakieta wnosi w życie Skały posmak ekscytacji, pomagając jej wydobyć się
z depresji. Spotkałam się także ze Skałami, które w przeszłości używały
substancji stymulujących (kokainy, amfetaminy), a później zerwały z nało­
giem. Wkraczając w ich życie, Rakieta wypełniła stymulacją i mocnymi wra­
żeniami pustkę, którą pozostawiły po sobie narkotyki.
Problem polega jednak na tym, że Rakieta nie cierpi ograniczeń, jakie
Skała nakłada na jej wysokie loty, a Skała nienawidzi impulsywności i ener­
gii Rakiety. Innymi słowy, najbardziej na świecie nienawidzą i najgwałtowniej buntują się właśnie przeciw temu, co ich ku sobie przyciąga.
Ten konflikt celów tkwi także u podłoża niedostępności emocjonalnej
pomiędzy obojgiem partnerów. Każde z nich zachowuje dystans, aby ochro­
nić samego siebie. Utrzymywanie dystansu prowadzi z kolei do polaryzacji
zachowań Skały i Rakiety. Tworzy się błędne koło.
Jeff zjawił się na terapii, bo chciał „spróbować zrozumieć swoją żonę".
Kiedy przeczytałam to na jego formularzu zgłoszeniowym, westchnęłam,
myśląc sobie: oto kolejny facet, który chce, żeby to jego żona była proble­
mem. Okazało się jednak, że Jeff ma rację.
Jeff i jego żona, Marla, byli parą już w szkole średniej. On był szorst­
kim, małomównym mężczyzną, który po skończeniu szkoły zaczął pracować
w rodzinnej firmie, zajmującej się sprzedażą ciężkich maszyn. Lubił rozma­
wiać z ludźmi o maszynach i przebywać w ich otoczeniu, a zatem praca
sprawiała mu wiele radości. Przynosiła mu również mnóstwo pieniędzy.
Marla nigdy nie była w stanie utrzymać się przez dłuższy w jakiejkol­
wiek pracy. Chodziła do wielu szkół - dla kosmetyczek, pomocy stomatologi­
cznych, barmanów, pielęgniarek oraz do college'u ekonomicznego. Praco­
wała jako kelnerka, barmanka, operatorka telefoniczna, stewardessa, po­
moc pielęgniarska, pomoc stomatologiczna, sekretarka w przychodni lekar146

skiej, kasjerka oraz akwizytorka. Kiedy Jeff przyszedł do mnie po raz pier­
wszy, Marla zajmowała się sprzedażą samochodów. W ciągu rocznej terapii
Jeffa jego żona zmieniała pracę może ze dwadzieścia razy.
Marla miała także problem z przyzwyczajeniem się do roli matki ich
czteroletniej córeczki, Melissy. Marla uwielbiała ubierać Melissę w dziecięcą
wersję swoich strojów, a następnie zabierać małą do barów i innych miejsc
przeznaczonych dla dorosłych.
Kolejnym problemem tej pary były pieniądze. Jeff zarabiał ich mnó­
stwo, dysponował także pokaźnym majątkiem rodzinnym. Małżeństwo mie­
szkało w ogromnym domu nad jeziorem; każde z nich jeździło własnym,
nowym samochodem. Marla uwielbiała robić zakupy i często się na nie
wybierała. Zdarzało się, że jej miesięczne zakupy kartą kredytową osiągały
wartość dziesięciu tysięcy dolarów. Kiedy Jeff próbował wprowadzić jakieś
ograniczenia, Marla zdobywała nowe karty kredytowe, nie mówiąc mu o tym.
Pewnego razu jej miesięczny rachunek za telefon komórkowy wyniósł trzy
tysiące dolarów.
Chociaż Marla robiła rzeczy, które doprowadzały Jeffa do furii, zda­
rzało się, że oboje świetnie się razem bawili. Jeff powiedział, że uwielbia
spontaniczność Marli. Przyznał także, że kiedy jest z nią, to „czuje, że żyje".
Problem polegał jednak na tym, że wraz z upływem czasu zachowania Marli
przybierały na sile. Wydawała coraz więcej, zarabiała coraz mniej, piła coraz
więcej, coraz rzadziej zajmowała się Melissą i coraz częściej się wściekała.
Jeff próbował wszystkiego - ustępował jej, robił awantury, blokował jej
karty kredytowe, żądał, aby wzięła się w garść - wszystko na próżno.
Pewnego dnia Marla przyszła na spotkanie z Jeffem. Była wysoką,
szczupłą, piękną kobietą, a jej wewnętrzny motorek pracował na najwyż­
szych obrotach. Kiedy siedziała, poruszała szybko stopą, jej ręce były w ciąg­
łym ruchu i często mrugała. Wydawało się, że ma problemy z koncentracją
na jednym zagadnieniu; często przeskakiwała z tematu na temat. W jej
odczuciu problem tkwił w Jeffie, którego określiła mianem „lenia, któremu
nigdy nie chce się nic robić; ciągle tylko zasypia w fotelu przy włączonym
telewizorze".
Jeff był według niej winien wszystkiemu, o czym wspominał. Ponosił
winę za jej zakupy, bo był nudziarzem. Był także winien jej brakowi więzi
z córką, bo nigdy nie pozwolił jej być matką.
Marla opisała straszne dzieciństwo z ojcem alkoholikiem i chorą psy­
chicznie matką. Opowiadała o przemocy seksualnej, emocjonalnej, fizycznej
i umysłowej. Mówiła o tym, że jako małe dziecko zostawała czasami sama
w domu przez wiele dni, kiedy jej matka trafiała do szpitala, a ojciec pił
i pomieszkiwał u różnych znajomych kobiet. Jej ojciec zginął w wypadku
samochodowym, a matka popełniła samobójstwo, kiedy Marla była jeszcze
w szkole średniej, więc dziewczyna wychowywała się sama. Powiedziała, że
147

Jeff był wówczas jedynym normalnym punktem w jej szalonym świecie, ale
teraz stał się nudny.
Jeff miesiącami zadręczał się, próbując podjąć jakąś decyzję i znaleźć
magiczne słowa lub działania, które mogłyby naprawić Marlę, podczas gdy
ona nadal pędziła przez życie, porzucając pracę za pracą, zaciągając nowe
długi i wpadając w kolejne kłopoty.
Wreszcie pewnej nocy Jeff zadzwonił do mnie po pomoc. Wydawał się
przerażony i zdenerwowany, kiedy opisywał zachowanie Marli. Powiedział,
że jego żona mówi strasznie szybko i nie może usiedzieć spokojnie. Oddał jej
słuchawkę, a Marla powiedziała mi, że wyjeżdża natychmiast do Hollywood,
bo usłyszała w radio rockową piosenkę, w której rozpoznała ukryty przekaz,
że zostanie gwiazdą filmową, jeśli uda jej się natychmiast tam dotrzeć.
Dodała, że zna tajemne słowa, które musi powiedzieć dyrektorowi studia
filmowego, a wtedy on zrozumie, że Marla została wybrana. Poinformowała
mnie także, że Jeff uwięził ją, a ona nie ma pojęcia, kim on jest.
Poradziłam Jeffowi, żeby wezwał policję i zawiózł ją na oddział psy­
chiatryczny lokalnego szpitala. U Marli zdiagnozowano tam chorobę dwu­
biegunową. Była właśnie w samym środku fazy maniakalnej, kiedy Jeff do
mnie zadzwonił (czasami w ostrej fazie maniakalnej ludzie zupełnie tracą
kontakt z rzeczywistością). W szpitalu Marli podano leki, a następnie zwol­
niono ją do domu. Lekarstwo nie wpłynęło jednak na jej stan. Wkrótce
wystąpił u niej kolejny ostry epizod manii i ponownie trafiła do szpitala.
Zanim Jeff podjął decyzję o rozwodzie, Marla znalazła się w szpitalu stano­
wym. Nawet wtedy Jeff czuł się rozdarty pomiędzy swą miłością do entuzja­
zmu Marli, a nienawiścią do skrajności jej zachowań.
Ową tendencję do jednoczesnego odpychania i przyciągania wzmacnia
dodatkowo niezdolność obojga partnerów do zbudowania więzi na właści­
wym poziomie emocjonalnym. Konflikty i mocne wrażenia Rakiety oraz
bezczynność Skały zastępują autentyczne więzi emocjonalne między nimi.
Nie potrafią od siebie odejść; nie są też w stanie wziąć się w garść i dokonać
w sobie zmian.
Trudno jest zmienić takie związki, ponieważ występuje w nich skom­
plikowana mieszanka zachowań i braku chemicznej równowagi. Rakiety
cierpią często na chorobę dwubiegunową; u Skał występuje niejednokrotnie
kliniczna depresja. Objawy obu chorób można złagodzić przy pomocy leków,
jednak niektórzy ludzie cierpiący na zaburzenia dwubiegunowe nie znoszą
zobojętnienia, jakie wywołują u nich leki i często odmawiają ich przyjmowania.
W takim wypadku każda ze stron musi poradzić sobie z własnymi
problemami, zanim można będzie zająć się trudnościami związku. Często
połączenie leków i terapii może wzmocnić efekty indywidualnej pracy part­
nerów. Każda ze stron musi wykazywać chęć dokonania zmian w sobie oraz
w związku. Osiągnięcie tego celu jest możliwe, wymaga jednak czasu i tera148

pii, a przede wszystkim długotrwałego zaangażowania się partnerów w pro­
ces zmian.
Jeśli jesteś Skałą, pamiętaj, że druga osoba nie może złagodzić twoje­
go przygnębienia ani dać ci więcej energii. Jeśli jesteś Rakietą, zrozum, że
powtarzający się schemat wzlotów i upadków nie jest sposobem na życie.
Można żyć pośrodku i mimo wszystko dobrze się bawić!

SKAŁA I RAKIETA - CECHY CHARAKTERYSTYCZNE

Jedna z osób jest bardzo energiczna, a druga - spokojna

Partnerzy wykorzystują się nawzajem jako lekarstwo

Konflikty i chaos zastępują więź emocjonalną

Słabe granice

Dużo emocji, brak więzi

Rozdział 16

Rodzice niedostępni
emocjonalnie

N

iewątpliwie relacja z rodzicami jest najbardziej skomplikowanym spo­
śród wszystkich związków w naszym życiu. To ona decyduje o pierw­
szych krokach, jakie stawiamy na psychologicznej i emocjonalnej ścież­
ce, którą kroczymy w ciągu życia. Jest to relacja, która - w ten lub inny sposób
- determinuje wszystkie nasze kolejne związki i w dużej mierze decyduje o na­
szych relacjach z własnymi dziećmi.
Dzieci rodziców niedostępnych emocjonalnie również wyrastają na
ludzi niedostępnych emocjonalnie. Pamiętasz Parkera, Narcyza z rozdziału
dwunastego? Rodzice Parkera prowadzili bogate życie towarzyskie, kiedy
on i jego rodzeństwo byli mali. Powiedział mi, że pamięta, jak jego matka
mawiała: „Spędzamy więcej czasu z przyjaciółmi niż z wami, bo wy dzieciaki
i tak kiedyś odejdziecie, a nasi przyjaciele będą zawsze przy nas". Parker
odebrał więc jasny przekaz, że rodzice muszą wybierać między przyjaciółmi
a dziećmi. Nic dziwnego, że po latach w ten sam sposób podchodził do relacji
z własnymi dziećmi; często przedkładał towarzystwo swoich wędkujących
kumpli nad obowiązki rodzinne, nie zważając na to, że jego koledzy nieraz
przyprowadzali ze sobą swoje pociechy.
Wiele osób, które urodziły się podczas wyżu demograficznego, to dzie­
ci ludzi, którzy zostali wychowani przez wiktoriańskich rodziców. W cza­
sach wiktoriańskich obowiązywała zasada, że dzieci powinno być widać, ale
nie słychać. Owych wiktoriańskich dziadów ograniczały surowe zasady.
Międzyludzkie ciepło i więzi z innymi uznawano wówczas za niestosowne.
Ludzie zachowywali więc dystans - fizyczny i emocjonalny.
Nasi rodzice, urodzeni podczas wyżu demograficznego lat dwudzies­
tych - w okresie przemian obyczajowych - a wychowani w latach trzydzies150

tych, kiedy kryzys ekonomiczny skłaniał ludzi do izolowania się od innych,
sami stali się rodzicami bez wyraźnie określonego stylu oraz bez autentycz­
nych zasad dotyczących więzi. Traf chciał, że właśnie w tym okresie pojawił
się B.F. Skinner i jego najsłynniejszy uczeń, doktor Benjamin Spock.
Skinner i Spock byli behawiorystami. W największym skrócie: przed­
stawiciele tej teorii uważają, że wszelkie zachowania są determinowane
zewnętrznie bez udziału emocji. Doktor Spock zalecał więc styl rodzicielski,
polegający na kształtowaniu zachowań dziecka poprzez nagradzanie zacho­
wań uważanych za dobre oraz karanie tych, które wydawały się niewłaści­
we. Ponieważ Spock i Skinner nie uznawali istnienia procesu wewnętrzne­
go - emocjonalnego - nie przykładali wagi do budowania emocjonalnych
więzi z dziećmi. Ta behawioralna perspektywa została przychylnie przyjęta
przez pokolenie, które samo czuło się tylko w minimalnym stopniu związa­
ne z własnymi wiktoriańskimi rodzicami. Niestety, ujęcie behawioralne
przyczyniło się do tego, że znaczny odsetek osób urodzonych w okresie
wyżu demograficznego ma słabe więzi emocjonalne ze swoimi rodzicami.
Jedna z moich koleżanek, Andrea Mullenbach, ma bogate doświad­
czenie w pracy z klientami w starszym wieku. Często rozmawiałyśmy
o emocjonalnym dystansie, który dzieli tak wiele osób z naszego pokolenia
od ich rodziców, oraz o tym, jak ów problem wydaje się komplikować z upły­
wem lat. Andrea przypuszcza, że ów dystans ma dwa źródła: niedostępność
emocjonalną z okresu dzieciństwa oraz jej późniejsze „zastygnięcie" w po­
staci stylów osobowościowych, opierających się na złości i dystansie. Andrea
nazywa to „skrystalizowanym zaburzeniem osobowości"; to z jego powodu
rodzice stają się dla nas czasami obcymi, nie zawsze lubianymi ludźmi.
Ponieważ już od samego początku nasze więzi emocjonalne są dość delikat­
ne, owe przemiany oddalają nas od siebie i wzmagają emocjonalną izolację.
Ludzie, którzy należą do tak zwanego pokolenia X, często z pewną
satysfakcją zwracają uwagę na to, że ich rodzice - urodzeni w okresie wiel­
kiego wyżu demograficznego - także nie są całkowicie otwarci ani nie two­
rzą idealnych więzi emocjonalnych ze swoimi dziećmi. Wielu spośród moich
pacjentów z tego pokolenia mówi o nadopiekuńczości swoich rodziców, któ­
rzy wtrącali się we wszystkie ich poczynania (z kamerą wideo zawsze w po­
gotowiu), jednak nie potrafili zbliżyć się do nich emocjonalnie na tyle, by
zrozumieć, że ich dzieci potrzebują indywidualnej przestrzeni i niezależnoś­
ci. Styl więzi pomiędzy rodzicami z pokolenia wyżu demograficznego a ich
dziećmi z pokolenia X odzwierciedla zatem założenia koncepcji behawioral­
nej - w centrum uwagi znajdują się działania i zachowania, a nie współist­
nienie oraz emocje.
Ludzie z pokolenia X sami wkraczają dziś w świat rodzicielstwa. Do­
świadczenie nauczyło wielu z nich zachowywania emocjonalnego dystansu.
Ciekawe, czy w obliczu nowego zainteresowania więziami uczuciowymi
151

w naszej kulturze będą potrafili zbudować ze swymi dziećmi lepsze i bliższe
relacje emocjonalne?
Najbardziej jednak martwię się o dorastające samotne matki, które
urodziły dzieci na długo, zanim dorosły do roli rodziców. W mojej praktyce
terapeutycznej spotykam się z wieloma nastolatkami i dobrze znam egzy­
stencjalny niepokój tego okresu. Dodanie niezliczonych potrzeb niemowlę­
cia do ogromnej presji czasu dorastania, wywołuje straszliwe problemy nie
tylko u matki, ale także u dziecka.
Często widuję w supermarketach młode matki ze swymi pociechami
i nieodmiennie uderza mnie ich nieszczęśliwy wygląd. Dzieci jak to dzieci krzyczą, domagają się, popłakują - a dorastająca matka, która sama jest
jeszcze dzieckiem, nie potrafi zaakceptować owych naturalnych potrzeb
dziecka; co więcej - czuje się zagrożona. Może zareagować na zachowanie
swojego maleństwa agresją słowną, a czasem nawet fizyczną, tworząc w ten
sposób dystans emocjonalny, który, jak się obawiam, będzie dzielił oboje
przez wiele kolejnych lat.
Idealni rodzice nie istnieją. Doskonałość nie leży w ludzkiej naturze.
Pozwól jednak, że raz jeszcze powtórzę: to jest wyjaśnienie, a nie uspra­
wiedliwienie. Nie twierdzę, że to rodziców należy winić za dystans emocjo­
nalny, jaki dzieli ich od własnych dzieci. Sugeruję natomiast, że każdy z nas
uczy się stylu budowania więzi emocjonalnych w rodzinie, z której pochodzi.
Nadzieja w tym, że negatywne zachowania nie zawsze ulegają utrwaleniu.
Pamiętajmy o tym, iż we wszystkich życiowych sprawach mamy wol­
ny wybór. Fakt, że nauczyliśmy się jakiegoś stylu, wcale nie oznacza nie­
możności przyswojenia żadnego innego. Ważne, abyśmy zdawali sobie
sprawę, skąd pochodzimy, ale nie możemy na tej podstawie oskarżać swoich
rodziców czy dziadków. Nie mamy także wystarczających powodów, aby
oskarżać własne dzieci, kiedy same staną się rodzicami, lub dorastające
samotne matki, które z całych sił próbują nauczyć się dorosłości.
Zrozumienie stylu, jaki wynieśliśmy z rodzinnego domu, daje nam
natomiast podstawę do zastanowienia się nad własnymi wyborami i styla­
mi, a także do wprowadzenia koniecznych zmian, dzięki którym będziemy
mogli tworzyć pełniejsze więzi emocjonalne z wszystkimi wokół.
Kitty, którą poznaliśmy w rozdziale trzynastym, kiedy to przyjrzeliś­
my się jej współzależnemu związkowi ze Scottem, była córką odnoszącego
ogromne sukcesy ojca - człowieka, który zbudował od podstaw przedsiębior­
stwo produkcyjne o wartości wielu milionów dolarów. Chociaż ojciec Kitty
spełniał wszelkie kaprysy każdej ze swych trzech córek i dawał im wszystko,
czego tylko zapragnęły, bardzo rzadko bywał w domu. W te nieliczne wieczory,
kiedy zdążał do domu na rodzinną kolację, zajmował się przede wszystkim
przesłuchiwaniem córek w sprawie ich stopni, randek, osiągnięć i celów.
Nie interesował się nimi jako emocjonalnymi istotami, co więcej, odrzucał
ich potrzebę miłości jako przejaw słabości.
152

Kitty dwukrotnie poślubiła wierną replikę swego ojca. Pierwsze
z tych małżeństw trwało dwadzieścia lat, podczas których urodzili się jej
trzej synowie. Jej pierwszy mąż, Tom, był odnoszącym wielkie sukcesy
biznesmenem, który rzadko bywał w domu. Kitty próbowała przeciwstawić
się jego podejściu do ich związku, namawiając go, by poddali się terapii
małżeńskiej i popracowali nad rozwiązaniem swoich problemów. Jednak
Tom nie potrafił zrozumieć, co ją denerwuje. Podkreślał, że przecież daje jej
wszystko, czego tylko zapragnie, i nigdy nie odmawia pieniędzy na wszelkie
zachcianki jej i dzieci.
Kiedy u najstarszego z ich synów objawił się talent hokejowy, Tom
zaczął nagle wykazywać zainteresowanie, jeżdżąc na mecze drużyny syna
i zabierając ze sobą Kitty oraz dwóch pozostałych chłopców. Gdy Kitty
zwróciła mu uwagę na to zadziwiające zainteresowanie, powiedział jej, że
sądził, iż zawsze właśnie tego pragnęła.
Kiedy Kitty miała już zupełnie dosyć emocjonalnego dystansu i narcy­
stycznego stylu Toma, rozwiodła się z nim. Mniej więcej w rok po rozwo­
dzie, podczas kongresu zorganizowanego przez jej firmę, poznała Dave'a.
Był dawnym zawodowym wojskowym, jak jej powiedział - wielokrotnie
odznaczanym za odwagę podczas wojny wietnamskiej. Po odejściu z wojska
założył własną firmę budowlaną, która, według jego słów, przynosiła ogrom­
ne zyski. Jego dwudziestoletnie małżeństwo zakończyło się mniej więcej
w tym samym czasie co małżeństwo Kitty.
Dave zaczął starać się o względy Kitty, a ona - jak mi powiedziała - po
raz pierwszy w życiu poczuła, że jest ważna dla swojego mężczyzny. Wolała­
by, żeby sprawy toczyły się wolniej, ale Dave'owi bardzo spieszyło się do
ślubu. Kitty poczuła, że znalazła odpowiedniego mężczyznę. Jej synowie
lubili Dave'a, chociaż Scott miał z nim kilka utarczek. Kitty uważała, że
Dave całkiem nieźle poradził sobie z testem Scotta. Czuła się gotowa.
W ciągu miesiąca po ślubie Kitty odkryła, że firmie budowlanej Dave'a
nie wiodło się wcale tak świetnie, jak jej mówił. W przypływie naprawczego
szaleństwa zlikwidowała fundusz studencki Scotta i zainwestowała w bi­
znes Dave'a. Dave pogrążył się bez reszty w sprawach firmy, zaniedbując
Kitty i chłopców. Kiedy próbowała przeciwstawić się jego dystansowi, krzy­
czał i groził jej. Dave nie zgodził się na podjęcie terapii, która pomogłaby mu
zmniejszyć ów dystans, nie wyraził też zgody na terapię Kitty.
Po czterech latach rosnących zagrożeń i strat finansowych Kitty zre­
zygnowała ze związku z Davem i przyszła na terapię. Najpierw zajęłyśmy
się jej problemami z synem, a następnie zaczęłyśmy się zastanawiać, dlacze­
go jego niezależność wydaje jej się takim zagrożeniem. Kitty zaczęła zdawać
sobie sprawę, że boi się zaakceptować samodzielność swych synów, ponie­
waż nigdy nie była naprawdę związana ani z ojcem, ani z żadnym z mężów.
Czuła, że jeśli pozwoli odejść swoim synom, zostanie na świecie zupełnie
sama.
153

Kitty ciężko pracowała nad gniewem, jaki odczuwała wobec ojca, aż
w końcu poradziła sobie z problemem porzucenia. Od wielu lat nie rozma­
wiali ze sobą, jednak Kitty postanowiła, że w ramach procesu zdrowienia
spróbuje zbudować między nimi więź. Początkowo ojciec był na nią wście­
kły, bo uważał, że to ona go porzuciła. Zachęcałam ją, aby się nie poddawała,
i z czasem powstała między nimi więź. Nie była doskonała, ale pozwoliła im
dotrzeć do siebie nawzajem.
Owa więź złagodziła w Kitty potrzebę rozwiązania problemu poprzez
zastępcze relacje i otworzyła przed nią drogę ku związkowi wolnemu od
obciążeń. Kitty spotyka się teraz z profesorem jednego z lokalnych uniwer­
sytetów. W jego ustabilizowanym życiu jest dość miejsca dla niej, przyjaciół,
pracy i zainteresowań. Ma dobre relacje z własnymi rodzicami i dziećmi.
Jak twierdzi Kitty, jej partner utrzymuje dobre relacje nawet z byłą żoną.
Po raz pierwszy w życiu Kitty doświadcza prawdziwego partnerstwa
w związku i, jak mówi, czuje się z tym bardzo dobrze. Nadal udoskonala
swój związek z ojcem i buduje dobre więzi z synami.
Kitty wybrała dwóch pierwszych mężów na podstawie doświadczeń
wyniesionych z rodzinnego domu, jednak kiedy ta metoda się nie sprawdzi­
ła, potrafiła nauczyć się zupełnie nowego stylu.

Nowe narzędzia
Nowe narzędzia ułatwiają ludziom wprowadzanie zmian. Możesz traktować
swoje umiejętności interpersonalne jako narzędzia z twej osobistej skrzyn­
ki. Im bardziej różnorodne są twoje umiejętności, tym lepszymi narzędzia­
mi dysponujesz.
Pozostała część tej książki pomoże ci uzupełnić twoją kolekcję o nowe
narzędzia i podpowie ci, jak ich używać. Dysponując narzędziami, które
pomogą ci uzyskać w związku to, czego pragniesz, będziesz także mógł
trafniej rozpoznać nieprawidłowe relacje (kiedy Kitty zaczęła szukać zdro­
wego, dającego spełnienie związku, nie spotkała od razu swojego profesora)
oraz ocenić, nad którymi związkami warto popracować i jacy ludzie mogą
się zmienić.
Narzędzia te pomogą ci także zharmonizować własne umiejętności,
a także zmienić te zachowania i przekonania, które przeszkadzają ci w od­
nalezieniu związku dostępnego emocjonalnie.

154

Najpierw sprawdź sam siebie
Być może jednak podejrzewasz, że sam jesteś niedostępny emocjonalnie.
Jak się o tym przekonać? Pobrzmiewa tu filozoficzna nuta, przypominająca
stare zagadnienie: „Jeśli drzewo przewróci się w lesie...". Twoje pytanie
mogłoby brzmieć tak: „Jeśli nie mam kontaktu z własnymi emocjami, jak
mogę sprawdzić, czy mam z nimi kontakt?".
Wypróbuj zamieszczony poniżej test, a przekonasz się, gdzie się znaj­
dujesz na skali niedostępności emocjonalnej.

TEST NA NIEDOSTĘPNOŚĆ EMOCJONALNĄ
Zaznacz odpowiednią liczbę punktów (od 1 do 4) dla każdego z nastę­
pujących twierdzeń:
1 - nigdy

2 - czasami

3 - często

4 - zawsze

1. Kiedy oglądam film, naprawdę wczuwam się
w emocje bohaterów.

12

2. Kiedy ktoś mówi mi, że jest mu smutno, po­
trafię dzielić jego emocje.

1

3. Kiedy spoglądam na mojego partnera, czuję
jednocześnie wiele różnych rzeczy.

3

4

2

3

4

1

2

3

4

4. Złość szybko mi mija.

1

2

3

4

5. Bardzo chciałbym, żeby mój związek trwał długo.

1

2

3

4

6. Kiedy słyszę wesołą piosenkę, czuję radość.

1

2

3

7. Lubię śmiać się i płakać.

1

2

8. Mogę domyślić się wszystkich uczuć mojego
partnera na podstawie jego zachowania.

1

2

9. Mówię innym, co czuję.

1

2

10. Kiedy się boję, potrafię sobie z tym poradzić.

1

11. Bez względu na to z kim jestem, dobrze wiem,
kim jestem.

1

2

1

2

12. Znam swoje wartości i zasady i trzymam się
ich.

4

3

4

3.

4

3

4

3

4

13. Nie mam wątpliwości co do swoich celów tych, które dotyczą mnie samego, i tych, które
odnoszą się do związków.
155

14. Potrafię rozmawiać z partnerem o swoich uczuciach.
15. Lubię dostrzegać emocje u innych.

3 4

12
12

3

4

Teraz oblicz całkowitą liczbę punktów. Jeśli wynosi ona:
1 - 1 5 : Emocje są dla ciebie tylko tajemniczą pogłoską; odnalezienie
swego emocjonalnego „Ja" będzie od ciebie wymagało ciężkiej pracy.
16 - 30: Masz jakiś kontakt ze swoim życiem emocjonalnym, ale
spędzasz sporo czasu w Szarej Strefie.
31 - 45: Masz emocjonalny kontakt z wieloma obszarami swego życia,
ale niektóre sprawy każą ci uciekać i ukrywać się.
46 - 60: Masz pełen kontakt ze swoimi uczuciami. Dobrze znasz swoje
emocje i potrafisz rozpoznawać je u innych.
Teraz, kiedy już wiesz, gdzie się znajdujesz, możesz wykonać następ­
ny krok, czyli rozpocząć wprowadzanie pozytywnych zmian w swoich rela­
cjach z innymi. Pamiętaj, że zmiany mogą być nieprzyjemne, bez względu
na to, jak pozytywne są ich skutki, a więc nie spiesz się. Daj sobie dość
czasu, aby zmiana mogła przeobrazić się w bezpieczny zwyczaj. W ten spo­
sób będzie ci łatwiej uczynić owe zmiany częścią twojego życia.

Rozdział 17

Model zmian i rozwoju

T

eraz, kiedy przyjrzeliśmy się już emocjonalnie niedostępnym ludziom
i związkom oraz kiedy poznałeś twoje własne miejsce na skali niedo­
stępności emocjonalnej, możemy przystąpić do gromadzenia narzędzi.
Odpowiednie narzędzia pomogą nam i naszym partnerom otworzyć się emo­
cjonalnie, ułatwią nam także radzenie sobie z ludźmi, którzy nie chcą się
zmienić.
Zmiana jest kwestią wyboru - może go dokonać jedynie osoba, której
zmiany są potrzebne. Niezależnie od tego, jak bardzo pragniesz, by twój
partner zachowywał się inaczej, prawda jest taka, że on (lub ona) może
wybrać trwanie przy swoim dotychczasowym postępowaniu. Nie możesz go
zmusić do przesunięcia się nawet o milimetr, dopóki sam nie będzie na to
gotowy. Przed tobą stoi natomiast zadanie dokonania własnego wyboru:
zostać z nim (lub z nią), mając nadzieję, że nadejdą lepsze czasy lub odejść
w przekonaniu, że nic nie zmieni się na lepsze.
Pamiętaj również, że chociaż perspektywa pozostania z partnerem
z nadzieją na lepsze czasy może wydawać się bardzo kusząca, to jednak
ludzie zmieniają się tylko wtedy, kiedy dotychczasowa sytuacja staje się dla
nich naprawdę trudna do zniesienia. Ludzie odcięci emocjonalnie od sa­
mych siebie dopracowali się jednak tak wielu technik radzenia sobie, że
często musi minąć bardzo wiele czasu, zanim poczują się nieswojo. Możesz
zatem na próżno czekać na zmianę, która osobie niedostępnej emocjonalnie
wydaje się zdecydowanie zagrażająca.
Jeżeli jednak osoba niedostępna emocjonalnie chce się zmienić lub
jeśli chodzi o relację, z której bardzo trudno zrezygnować - na przykład
z rodzicami albo z dziećmi - kluczem do otwarcia emocjonalnego świata jest
otwarcie kanałów komunikacji.
157

Ani w szkołach, ani w naszej szeroko pojętej kulturze, nie poświęca
się wiele uwagi umiejętnościom komunikacyjnym i technikom słuchania.
Jedynym sposobem na naukę, jak mamy się komunikować jako dorośli, jest
obserwacja tego, co dzieje się w naszych domach rodzinnych. Jeśli dorasta­
łeś w rodzinie, w której musiałeś krzyczeć, aby cię usłyszano, a twoja part­
nerka wzrastała w domu, w którym wybuchy emocjonalne w ogóle się nie
zdarzały lub należały do rzadkości, wasze odmienne style komunikacyjne
będą wam utrudniać osiągnięcie porozumienia. Każde z was będzie walczyć
z tym, co druga strona uznaje za właściwe. Możesz długo zastanawiać się,
dlaczego za każdym razem, kiedy zaczynasz nadawać na własnej fali, twój
partner zachowuje się jak jeleń w oślepiającym świetle reflektorów. Może on
przez długi czas błędnie interpretować twoje głośne argumenty i gniewne krzy­
ki. Wydaje się, że strasznie dużo się dzieje, prawda? Brak tylko komunikacji.
Istnieje pewien wymiar, który warto rozważyć za każdym razem,
kiedy dochodzi do werbalnej lub niewerbalnej wymiany z kimkolwiek. Mam
tu na myśli Lokalizację Emocjonalną.
Lokalizacja Emocjonalna to uczuciowa perspektywa, przyjmowana
przez człowieka w danym momencie. Osoba lub osoby, z którymi się komu­
nikujesz, również przyjmują określoną pozycję emocjonalną. Wyobraź sobie
Lokalizację Emocjonalną jako plac do gry w klasy z pięcioma podstawowymi
polami, które każdy może emocjonalnie „zająć" w dowolnej chwili. Kieru­
nek rozwoju komunikacji wiąże się zarówno z polem zajmowanym przez
osobę, z którą się porozumiewasz, jak i z polem zajmowanym przez ciebie
samego. Ludzie często przeskakują bez ostrzeżenia na inne pole w samym
środku procesu komunikacyjnego. Nie wpadaj jednak w panikę. Kiedy skoń­
czymy, będziesz prawdziwym ekspertem w dziedzinie Lokalizacji Emocjo­
nalnej.
Rozpocznę od zdefiniowania jednostki komunikacyjnej, którą nazy­
wam wymianą. Wymiana to każdy akt komunikacji werbalnej lub niewer­
balnej pomiędzy dwiema lub więcej osobami. Wymiana może trwać zaledwie
sekundę, ale także wiele godzin, a nawet lat. Może zachodzić podczas bez­
pośredniego spotkania, listownie, przez telefon lub za pomocą wszelkich
innych środków przekazywania idei. Mogą w niej uczestniczyć dwie osoby
lub miliony, a także każda pośrednia liczba ludzi. Wymiana może być jedno­
stronna (na przykład znajomy, który pomacha do ciebie na ulicy, wykładow­
ca czy też prezenter telewizyjny), dwustronna (rozmowa, kłótnia, żart) lub
wielostronna (kibice na meczu, dyskusje grupowe, debaty podczas kongre­
sów i sympozjów). Oczywiście, w ramach jednej wymiany wielostronnej mo­
że zachodzić wiele wymian jedno- i dwustronnych. Wymiana może być zu­
pełnie pozbawiona emocji albo przepełniona uczuciem. Może być ważna lub
zupełnie błaha. Wymiany są podstawą komunikacji, a tym samym funda­
mentem wszelkich związków. To również narzędzia Lokalizacji Emocjonal­
nej.
158

Pięć pól Lokalizacji Emocjonalnej
Zacznę od złej wiadomości: spośród owych pięciu pól aż cztery są dysfun­
kcjonalne. Doprawdy nie lubię określenia „dysfunkcjonalny", ponieważ
stało się ono niejednoznaczne i bywa często nadużywane. Klienci przycho­
dzą do mnie i wyznają, że „pochodzą z dysfunkcjonalnej rodziny", tak jakby
to słowo nie tylko wyjaśniało wszystko, co powinnam wiedzieć o ich rodzi­
nie, ale także stanowiło jakąś mroczną, rodzinną tajemnicę. Jedna osoba
może przez to rozumieć, że pochodzi z rodziny, w której ludzie nie zawsze
potrafią się ze sobą porozumieć. Ktoś inny chce przez to powiedzieć, że
w jego rodzinie nadużywa się alkoholu i narkotyków. Kolejna osoba może
mieć na myśli rytualne tortury, jakim ją poddawano. Tak szerokie zastoso­
wanie praktycznie odbiera temu słowu jakiekolwiek znaczenie.
Określenie „dysfunkcjonalny" ma także charakter oceniający. Klienci
wypowiadają je niemal szeptem, tak jakby w pewnym sensie ponosili odpo­
wiedzialność za to, że ich rodziny tak źle radzą sobie z emocjami. Ludzie,
którzy odczuwają wstyd za swoje rodziny i biorą na siebie odpowiedzialność
za ich szaleństwo, mają problemy z pozytywną samooceną, co z kolei spra­
wia, że trudno im pozwolić sobie na wprowadzenie zmian i uleczenie. Słowo
„dysfunkcjonalny" bywa także nadużywane w mediach, kiedy mówi się
w nich o rodzinie i szkole, a także związkach społecznych i pracowniczych.
Słyszałam nawet, jak określenia „dysfunkcjonalny" używano w odniesieniu
do całych narodów!
Aby nie przyczyniać się do niejednoznacznej, pełnej nadużyć, ocenia­
jącej kariery słowa „dysfunkcjonalny", podam moją własną definicję tego
terminu: zachowanie dysfunkcjonalne utrudnia rozwój, jasność komunika­
cji oraz sprawiedliwe rozwiązywanie konfliktów. Takie zachowanie może
występować w związku, w rodzinie lub w danej kulturze. Wszystko poza
tym zasługuje na inne miano.

159

Podstawy Lokalizacji Emocjonalnej
Lokalizacja emocjonalna jest narzędziem, które pomoże ci spojrzeć na two­
jego komunikacyjnego partnera z innej perspektywy, co znacznie ułatwi
proces waszej komunikacji.
Pamiętajmy, że ludzie wybierają własną Lokalizację Emocjonalną oraz
swoje zachowania czymś powodowani. Niezależnie od twojej oceny tego
powodu, służy on jakimś celom drugiej osoby. Pamiętajmy także, że ów
wybór dokonywany jest często nieświadomie. Dlatego jeżeli spróbujesz po­
rozmawiać z kimś wprost o motywach, skłaniających go do jakiegoś zacho­
wania, może on zaprzeczyć ich istnieniu w sposób, który wyda ci się bardzo
szczery, ponieważ jego wybór został dokonany nieświadomie.
Ludzie wybierają zwykle daną lokalizację emocjonalną dlatego, że
daje im ona poczucie bezpieczeństwa- Dla większości z nas poczucie bezpie­
czeństwa jest równoznaczne z zachowaniem kontroli, co wydaje się zresztą
zupełnie logiczne. Problem wynika stąd, że to, co jednej osobie wydaje się
bezpieczne i w pełni kontrolowane, może być postrzegane przez drugą stronę
owej wymiany jako bardzo zagrażające i wymykające się spod kontroli.
Greg i Lola mają różne poglądy na temat tego, na czym polega odpo­
wiedzialność finansowa. Oboje świetnie zarabiają, ale Lola nieustannie
martwi się o pieniądze. Greg natomiast wydaje dużo, chociaż nie ponad
miarę, i zapisuje wszystkie wypisane przez siebie czeki w ich wspólnej księ­
dze wydatków. Greg i Lola jeszcze nigdy nie mieli kłopotów finansowych.
Przywiódł ich do mnie ból, jaki odczuwali po trzech kolejnych poro­
nieniach Loli, jednak podczas każdej sesji głównym tematem stawały się
pieniądze. Zwykle to Lola poruszała tę kwestię, wściekając się na Grega za
jego „nieodpowiedzialne" wydatki. Podczas każdej sesji przeglądała kolejno
wszystkie czeki, które wypisał, krytykując jego decyzje. Greg odpowiadał jej
logicznym argumentem, że owe czeki w żaden sposób nie zagrażały ich
budżetowi, i przypominał Loli, że uprzedzał ją o każdym z wydatków.
Greg co tydzień proponował, że odda Loli odpowiedzialność za ich
książeczkę czekową, jeśli ona tego chce, ale Lola za każdym razem gniewnie
odrzucała jego propozycję, zarzucając mu, że usiłuje ją kontrolować i przyj­
muje bierną postawę, zamiast stawić czoło prawdziwemu problemowi. Trud­
ność polegała jednak na tym, że Lola nie potrafiła precyzyjnie zdefiniować
problemu; powtarzała tylko Gregowi, że za dużo wydaje. Greg odpowiadał
jej na to, iż to ona próbuje go kontrolować poprzez koncentrowanie się na
nieistotnych szczegółach.
Greg i Lola wpadli w schemat wymiany, który u każdego z nich wyni­
kał z braku poczucia bezpieczeństwa. Po kilku sesjach stało się jasne, że
oboje mają poczucie straty i nierozwiązane lęki z okresu dzieciństwa, które
zlały się z emocjonalnymi stratami, jakie ponieśli w wyniku trzech poro­
nień. Dla tej pary kwestie finansowe stały się polem walki z dawnymi
160

lękami i z problemami zachowania bezpieczeństwa. Lola postrzegała swo­
bodne wydatki Grega jako zagrożenie dla swego poczucia bezpieczeństwa.
Greg uznawał obiekcje Loli za próbę przejęcia nad nim kontroli. Żadne
z nich nie dostrzegało głębszych problemów, ukrytych pod drażliwą kwestią
pieniędzy.
Kontrola jest potężnym czynnikiem motywacyjnym. Spełnia zarówno
funkcje wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Wewnętrznie kontrola daje poczucie
bezpieczeństwa, bo pozwala danej osobie czuć, że trzyma w dłoniach ster
i jest w stanie podejmować decyzje, które uchronią jej świat od rozproszenia
się w milionach kierunków. Na zewnątrz kontrola to potrzeba odebrania
komuś jego mocy po to, żeby samemu poczuć się silniejszym.
Kontrola służy osiągnięciu samozadowolenia: „Zabiorę ci wszystko,
czego potrzebuję, żebym mógł poczuć się lepiej, i wcale mnie nie obchodzi,
ile to cię będzie kosztować". Kontrola staje się zatem walką woli - groźną
dla obu stron.
Podobnie jak w wypadku trwałej struktury umysłu, dana osoba bę­
dzie się starała zajmować za każdym razem tę samą pozycję emocjonalną.
Jest ona dobrze znana i przynosi przewidywalne skutki, nawet jeśli bywa
niezdrowa lub, co więcej, zagrażająca. Jeśli spostrzeżesz, że czujesz się
emocjonalnie „u siebie" w jednej z niezbyt zdrowych lokalizacji, a jedno­
cześnie nie podobają ci się jej skutki - możesz zdecydować się na zmianę
pola. Schemat Lokalizacji Emocjonalnej umożliwia jednocześnie wprowa­
dzenie zmian i rozwój. Wymaga to ćwiczeń i pragnienia zmiany, a także pew­
nej wiedzy na temat tego, jak przeskoczyć na inne pole i poczuć się z tym
bezpiecznie. Zanim jednak będziesz mógł się przenieść, musisz poznać swoje
obecne położenie. Przejdźmy zatem do schematu Lokalizacji Emocjonalnej.
Poszukiwacz Rozwiązań
Położenie to umożliwia wszystkim zaangażowanym stronom rozwój, jasną
komunikację i sprawiedliwe rozwiązywanie konfliktów. Jest to pozycja,
w której człowiek czuje się kompetentny, sprawny i otwarty. Zapewnia rów­
nież należny szacunek wszystkim zaangażowanym osobom. Poszukiwacz
Rozwiązań koncentruje się na problemie, a nie na osobie i dąży do znalezie­
nia rozwiązania, a nie do samozadowolenia.
Techniki takie mają na celu utrzymanie koncentracji na rozwiązaniu.
Oznacza to, że wymiana skupia się na problemie i jego możliwych rozwiąza­
niach, nie zbaczając na obszar osobowości, przeszłości lub innych kwestii.
Celem wymiany jest znalezienie takiego rozwiązania, w którym obie (lub
wszystkie) zaangażowane strony będą zwycięzcami.
Z wymianami skoncentrowanymi na samozadowoleniu mamy nato­
miast do czynienia wtedy, kiedy ludzie próbują doprowadzić do zaspokoje­
nia własnych potrzeb nawet kosztem uczuć, potrzeb, rozwoju, komunikacji
161

albo życia drugiej osoby. Wymiany skoncentrowane na samozadowoleniu
mają niewiele wspólnego z rozwiązywaniem problemów. Zamiast tego ich
przekaz brzmi: „Chcę, czego chcę i nie obchodzi mnie, czy w tym procesie
wyrządzę ci krzywdę".
Poszukiwacze Rozwiązań koncentrują się na problemach i rozwiąza­
niach, są dostępni emocjonalnie, okazują innym szacunek, potrafią wyzna­
czać granice oraz skupić swą uwagę na jednej sprawie - najistotniejszej
w danym momencie. Pragną znaleźć odpowiedzi i rozwiązania. Poszuki­
wacz Rozwiązań dąży do przyznania należnych praw sobie i innym. Próbuje
kontrolować jedynie swoje zachowania. Jest także asertywny, a nie agre­
sywny. Ludzie agresywni są zwykle skoncentrowani na osiągnięciu samo­
zadowolenia, pragną bowiem zaspokoić własne potrzeby, nie zważając na
potrzeby innych. Ludzie asertywni potrafią prosić o to, czego pragną, jed­
nak nie domagają się tego kosztem innych. Zamiast tego próbują znaleźć
sposób na zaspokojenie potrzeb wszystkich zainteresowanych osób.

POSZUKIWACZ ROZWIĄZAŃ

Koncentruje się na problemie, a nie na osobie

Szanuje drugą stronę

Poszukuje rozwiązań, a nie samozadowolenia

Przyznaje należne prawa zarówno mówiącemu, jak i słuchającemu

Jest asertywny, a nie agresywny

Poszukuje rozwiązań, w których obie strony wygrywają

Oskarżyciel
Każdy z nas zetknął się kiedyś z Oskarżycielem. To ktoś, kto próbuje
obwiniać wszystkich wokół, widząc w nich źródło wszelkich problemów.
Niemal wszystkim wypowiedziom Oskarżyciela towarzyszy strofujący ruch
palca wskazującego. Oskarżyciele obwiniają i zawstydzają swych partnerów
w związkach. Usiłują doprowadzić do tego, by druga osoba poczuła się bez­
wartościowa, nieudolna, głupia, krótko mówiąc - starają się ją upokorzyć. W
ten sposób Oskarżyciele próbują poczuć, że są lepsi,"silniejsi, zdolniejsi,
mądrzejsi oraz że to oni sprawują kontrolę.
Oskarżyciel stara się kontrolować innych poprzez wzbudzanie lęku
i zastraszanie. Typowy język Oskarżyciela pełen jest słów takich jak powi­
nieneś, zawsze, nigdy, wina i gdybyś tylko, na przykład: „gdybyś tylko
zrobił to dobrze..." albo „gdybyś tylko wiedział jak...". Jest to położenie,
162

w którym rozwiązanie ustępuje miejsca zaspokojeniu potrzeb i pragnień
Oskarżyciela. Usiłuje on znaleźć winę w innych i oszacować ją nie tylko na
podstawie celowych zachowań, ale także przypadkowych zdarzeń oraz do­
pilnować, by nawet najmniejsza jej część nie znalazła się na jego własnym
progu.
Przyglądając się werandzie zniszczonej przez drzewo, które przewró­
ciło się trafione piorunem, Oskarżycielka może ci powiedzieć: „Pamiętasz,
już ze trzy lata temu mówiłam ci, że to drzewo rośnie za blisko domu, ale ty
nie kiwnąłeś nawet palcem. A kiedy zbudowano tu werandę, mówiłam ci, że
stoi za blisko drzewa, ale ty uparłeś się, żeby zostawić drzewo i zbudować
werandę właśnie tutaj. Gdybyś mnie wtedy posłuchał i zbudował ją lepiej,
nic by się teraz nie stało! To twoja wina, że mamy tu teraz taki bałagan,
a naprawienie tego będzie sporo kosztowało. Nigdy mnie nie słuchasz".
Oskarżyciele wybierają ów agresywny styl, aby osiągnąć kilka rzeczy.
Po pierwsze, czują się znacznie lepsi i silniejsi, kiedy mogą zepchnąć kogoś
na uległą pozycję. W tym wypadku jest to pozycja winnego. Po drugie,
Oskarżyciele usiłują sprawować zewnętrzną kontrolę poprzez wzbudzanie_
w innych strachu. Ów strach może być fizycznym lękiem przed przemocą
lub napaścią, ale może także występować w formie emocjonalnej lub psy­
chologicznej - jako lęk przed porzuceniem, lęk przed utratą miłości lub
więzi, lęk przed przemocą psychologiczną, lęk przed wyszydzeniem lub
oskarżeniem czy wreszcie jako strach, że nie jest się dość dobrym, żeby
zachować miłość i zainteresowanie Oskarżyciela.
Nikt z nas nie lubi mieć poczucia, iż podjął błędne decyzje albo dopuś­
cił się w swym związku umyślnych zaniedbań lub też spowodował poważne
problemy. Jednakże kiedy świadomość dokonania niewłaściwego wyboru
wiąże się z poczuciem, że jest się złym człowiekiem - szkody są znacznie
poważniejsze niż samo tylko poczucie winy, ponieważ pojawiają się wówczas
wstyd i upokorzenie.
Poczucie winy wiąże się zawsze z tym, co zrobiłeś - z konkretnym
zachowaniem lub wyborem, którego dokonałeś. Wstyd natomiast jest nega­
tywnym uczuciem wobec samego siebie. Koncentruje się nie na zachowa­
niu, ale na osobie. Wstyd niesie ze sobą przekonanie, że jesteś złym człowie­
kiem, a to umniejsza twoją wiarę w siebie. W takim położeniu u obwinianej
osoby dochodzi do spadku mocy, dzięki czemu Oskarżyciel czuje się potęż­
niejszy.
W opisanej wcześniej sytuacji Oskarżycielka nie pozostawia żadnych
wątpliwości nie tylko co do tego, że to jej partner ponosi winę za zniszczoną
werandę, ale także co do tego, iż jest on bardzo złym człowiekiem. Niewy­
kluczone, że Oskarżycielka rzeczywiście wyraźnie ostrzegała (w tym wypad­
ku wielokrotnie), iż bliskość drzewa i werandy może skończyć się katast­
rofą. Jednak kiedy katastrofa już się wydarzyła, zajmowanie stanowiska

163

„A nie mówiłam?" nie przynosi żadnego pożytku, wzbudza jedynie w dru­
giej osobie poczucie winy i wstyd.
Oskarżyciel pozostaje niedostępny emocjonalnie, rozrzucając wokół
siebie winę i wstyd, aby uniemożliwić drugiej osobie osiągnięcie równowagi
i utrzymać ją na dystans. Żyjąc w związku z Oskarżycielem, musisz nie
tylko nieustannie bronić się przed atakami poczucia winy i wstydu, ale
także zdawać sobie sprawę, że celem każdej wymiany jest zepchnięcie cię do
defensywy.
Ze smutkiem zauważam, że rodzice zajmują często stanowisko Oskar­
życiela wobec własnych dzieci, koncentrując się na ich negatywnych zacho­
waniach oraz ignorując ich pozytywne uczynki i wybory. Tacy rodzice są
często przekonani, że ów negatywny strumień będzie dla ich pociech dobrą
lekcją. Boją się, że pochwały mogłyby wywołać u dziecka lenistwo lub aro­
gancję. Nieustanne oskarżenia i wyrzuty wzbudzają jednak w dziecku prze­
konanie, że to ono, a nie jego zachowanie stanowi problem. Może to szybko
przekształcić się w poczucie dziecka, że nie ma w nim nic dobrego. Zamiast
poprawić swoje niewłaściwe zachowanie, dziecko interpretuje wszelką
krytykę jako atak na jego osobę. Nie otrzymując żadnych pozytywnych
sygnałów równoważących, dziecko zaczyna żywić przekonanie, że jest złe
i bezwartościowe.

OSKARŻYCIEL

Wzbudza w innych wstyd

Dąży do samozadowolenia

Koncentruje się na osobie, a nie na problemie

Poszukuje winnego

Stara się unikać sytuacji, w których sam zostałby obwiniony

Jest agresywny i napastliwy

Próbuje przejąć kontrolę

Usiłuje wzbudzać strach

Biedactwo
Tak jak Oskarżyciel dąży do obarczenia innych winą, tak Biedactwo ją
przyjmuje. „Tak - mówi Biedactwo. - To moja wina. Jestem zupełnie
beznadziejny, zły i głupi, ale tak naprawdę to nie moja wina, bo ja sam
jestem ofiarą
". Możesz wstawić w to puste miejsce dowolną liczbę
164

wskazówek, a wszystkie one obwiniają Oskarżyciela. Jeśli drugą stroną
owej wymiany jest rzeczywiście Oskarżyciel - nie ma on zamiaru przyjmo­
wać odpowiedzialności i zrzuca ją z powrotem na Biedactwo. W ten sposób
powstaje cykl, który może szybko przybierać na sile. Według Oskarżyciela
Biedactwo jest złym człowiekiem, a Biedactwo twierdzi, że choć być może to
prawdą nie jest to jego wina.
Podczas gdy Oskarżyciel uzyskuje kontrolę za pomocą strachu, Bie­
dactwo wykorzystuje w tym celu swą bezradność - czeka biernie, aż inni
odczytają jego myśli i pragnienia, a później, kiedy okazuje się, że nie zrobili
tego trafnie, przybiera postawę osoby zranionej i smutnej. Bezradność jest
wybranym stanowiskiem, mającym na celu przerzucenie na innych wszel­
kiej odpowiedzialności. W końcu jeśli wierzysz, że jesteś bezradny, zawodny
i bezsilny, jak mógłbyś wziąć na siebie jakąkolwiek odpowiedzialność? Poza
tym kiedy jesteś bezradny, zawodny i bezsilny, jesteś także całkowicie nie­
dostępny emocjonalnie, a więc nie musisz ryzykować narażania się na pozo­
stałe skutki owej przegranej pozycji.
Oskarżyciel mówi, że to Biedactwo jest wszystkiemu winne, bo gdyby
tylko go posłuchało, nigdy nie doszłoby do tego strasznego wydarzenia.
Biedactwo nie posłuchało, a to oznacza, że jest złym człowiekiem. Biedactwo
zgadza się z Oskarżycielem, ale ponieważ nie chce czuć się źle, próbuje
zrzucić odpowiedzialność gdzieś indziej - z powrotem na Oskarżyciela, na
kogoś z zewnątrz albo na niekontrolowane okoliczności. Wydaje się, że
żadna ze stron nie rozumie, iż w wielu wypadkach w ogóle nie trzeba szu­
kać winnego. Uznanie tego faktu byłoby niewygodne zarówno dla Oskarży­
ciela, bo nie można przejąć władzy w sytuacji, w której istnieje jasny podział
odpowiedzialności, jak i dla Biedactwa, ponieważ nie mogłoby wówczas ze­
pchnąć niczego na kogoś innego, a zatem nie istniałaby żadna więź.
Biedactwo ma problemy z emocjonalnym poznaniem siebie bez pomo­
cy z zewnątrz. W sytuacji, w której występują wina i wstyd, owa zewnętrzna
definicja jest bardzo jasna. Oskarżyciel także nie potrafi rozpoznać siebie
jako istoty emocjonalnej, ale przypływ mocy sprawia pozory więzi.„
Wypowiedzi Biedactwa brzmią zazwyczaj bezradnie: „Niczego nie po­
trafię zrobić dobrze. Psuję wszystko, za co się biorę, więc muszę mieć kogoś,
kto będzie myślał i działał za mnie".
Za tym wyznaniem kryje się jednak cel - dążenie do uniknięcia wszel­
kich sytuacji, w których Biedactwo musiałoby wziąć na siebie odpowiedzial­
ność lub podjąć jakieś decyzje, a także stworzyć więzi emocjonalne, których
tak bardzo potrzebuje, aby określić swoje miejsce w świecie.
W głębi ducha Biedactwo żywi również przekonanie, że zasługuje na
wszystko, co mu się przytrafia. W wypadku negatywnych zdarzeń to prze­
konanie Biedactwa sprowadza się do wiary, że „zasługuje na przemoc
i krzywdę, ponieważ jest złym człowiekiem" - co nie jest prawdą w odniesie­
niu do żadnej osoby. Owo przekonanie może się także przekształcić w wiarę
165

we własne wyjątkowe uprawnienia, a wtedy brzmi następująco: „Zasługuję
na to, by nie brać na siebie winy za nic, nawet jeśli jestem za coś odpowie­
dzialny". Żadne z tych stanowisk nie jest dostępne emocjonalnie, skoncen­
trowane na rozwiązaniu ani zdrowe dla którejkolwiek ze stron.
Czasami Biedactwo może samo inicjować wymiany, próbując zaanga­
żować Oskarżyciela w emocjonalną komunikację. W rzeczywistości mówi
wtedy: „Jestem bezradny. Musisz mi powiedzieć, jak mam zrobić to, co
powinienem zrobić". Angażując Oskarżyciela, Biedactwo poszukuje jakiejś
więzi emocjonalnej, nawet jeśli jest to związek negatywny. Relacja pomię­
dzy Oskarżycielem i Biedactwem jest intensywna i zawiła. Co więcej obie
strony mogą często wymieniać się rolami, kiedy to Oskarżyciel przyjmuje
pozycję Biedactwa, a Biedactwo zajmuje stanowisko Oskarżyciela.

Ów model Oskarżyciel/Biedactwo można odnaleźć w wielu związkach
o nieprawidłowych więziach. Podział ról w ramach tego schematu bywa
często nienaruszalny, przy czym dla każdej ze stron jakakolwiek próba
wyjścia z przypisanej roli wiązałaby się z ogromnym ryzykiem. Taki zwią­
zek jest obciążony zasadami i oczekiwaniami. Każde odstąpienie od owych
ról, zasad i oczekiwań wywołuje chaos, a on z kolei napędza spiralę winy
i wstydu. Jest to także związek, w którym może występować przemoc
emocjonalna. Podejmowane przez Oskarżyciela próby kontrolowania za­
chowania Biedactwa poprzez w z b u d ź c i e w nim strachu są tylko częścią
owej przemocy. Składa się na nią również dążenie Oskarżyciela do uka­
rania Biedactwa, a także gotowość Biedactwa do przyjęcia kary. Biedac­
two nie tylko uzyskuje więź emocjonalną w zrozumiałej dla siebie
postaci, ale także umacnia się w przekonaniu, że zasługuje na przemoc,
jaka je spotyka.
Oskarżyciel może uzyskać przewagę poprzez zastosowanie przemocy
fizycznej, ale wtedy ciąży na nim ładunek wstydu i poczucia winy związany
z takim postępowaniem. Oskarżyciel musi wówczas znaleźć jakiś sposób na
wyładowanie. Zgadnij, kto staje się jego celem?! Ów schemat nadaje rozpędu
spirali krzywd, a jednocześnie nadal zaspokaja potrzeby emocjonalne obojga
partnerów.
166

Związek Oskarżyciela i Biedactwa jest dramatyczny, namiętny i pełen
emocji. Często towarzyszą mu wybuchy gniewu i hałaśliwe spory; tkwi
w nim także potencjał przemocy.

BIEDACTWO

Kontroluje poprzez bezradność

Koncentruje się na roli ofiary

Szuka kogoś, kogo mogłoby obarczyć winą

Opiekun
Nie jest to owa kochająca, troskliwa osoba, która istnieje w każdym z nas ktoś, kto kocha i troszczy się o siebie oraz o innych we właściwy sposób. To
stanowisko zajmuje emocjonalnie niedostępna osoba, która - w najwięk­
szym skrócie - mówi: „Wiem lepiej od ciebie, czego potrzebujesz, więc zdo­
będę/zrobię/naprawię to za ciebie, bez względu na to czego, jak twierdzisz,
pragniesz". Jest to nadopiekuńczość przy użyciu bata i krzesła elektryczne­
go!

Troska polega na robieniu dla innych tego,
czego sami nie mogą zrobić.
Nadopiekuńczość to robienie za innych tego,
co mogą i powinni zrobić sami.

Opiekun stara się przejąć kontrolę poprzez stłamszenie i spętanie
drugiej osoby. W odróżnieniu od Oskarżyciela, który próbuje kontrolować
innych za pomocą strachu, i od Biedactwa, które wykorzystuje w tym celu
własną bezradność, Opiekun sprawuje kontrolę poprzez swą uczynność.
Jego władza polega na agresywnej opiece przyprawionej dowolną ilością
poczucia winy.
Odwołując się do naszego wcześniejszego przykładu z drzewem i we­
randą, Opiekun powiedziałby: „Wiem, że denerwujesz się tym wszystkim,
ale nie martw się - ja wiem, co musimy zrobić. Znajdę drugą pracę, żeby
zarobić na naprawę. Zajmę się usunięciem przewróconego drzewa, wybiorę
nowe drzewo, które zasadzimy na miejscu poprzedniego, i zapłacę za nie. Ty
167

nie musisz nic robić". Możesz .zadać sobie pytanie, co jest nie w porządku
w takiej postawie. Weranda zostaje naprawiona, koszty naprawy pokryte,
a problem drzewa rozwiązany. Dlaczego zatem nie jest to idealne rozwiązanie?
Nie jest doskonałe, ponieważ w tej wymianie tylko jedna osoba ma
władzę. To prawda, może się wydawać, że wszystko jest w najlepszym po­
rządku. Co jednak się stanie, jeśli weranda waszego wiejskiego domku zo­
stanie odbudowana w stylu z powieści z czasów wojny secesyjnej i pomalo­
wana na kolor lawendy, a drzewo wybrane przez Opiekuna okaże się klo­
nem o czerwonych liściach? Przyjdziesz wtedy do niego i powiesz mu: „No­
wa weranda niezbyt mi się podoba. Myślałam, że odbudujesz ją na wzór
poprzedniej". Uprzejmość Opiekuna ustępuje nagle miejsca urazie i złości:
„Nie podoba ci się mój wybór, tak? Chyba mnie naprawdę nienawidzisz.
Pracowałem dodatkowo po szesnaście godzin, żeby za to zapłacić, a tobie się
nie podoba? Nie mogę uwierzyć, że mi to mówisz po tym, jak strasznie się
napracowałem, żebyś była zadowolona...".
Tam, gdzie Oskarżyciel odwołuje się do wstydu, Opiekun wykorzystu­
je poczucie winy, aby przeważyć układ sił na swoją korzyść. Wygląda to jak
poświęcenie siebie dla dobra innych, ale to tylko złudzenie. W rzeczywistoś­
ci Opiekun usiłuje podstępnie odebrać drugiej osobie jej siłę i niezależność
oraz przejąć nad nią kontrolę, oferując coś, co tylko wygląda jak troska.
Jego przekaz jest następujący: „Troszczę się o ciebie, więc teraz jesteś mi
coś winien".
Opiekunowie tłamszą innych, a ich próby załatwienia wszystkiego
znacznie wykraczają poza pomoc i rozwiązywanie problemów. Narzucane
przez nich rozwiązania stają się chaotyczne i zagmatwane, ponieważ w ich
centrum zawsze znajduje się sam Opiekun. „To ja jestem rozwiązaniem" tak brzmi, w największym skrócie, jego przesłanie. U podstaw postępowa­
nia Opiekuna tkwi jego prawdziwa potrzeba - pragnienie bycia kochanym.
Opiekunowie zrobią wszystko, aby zdobyć miłość, której tak rozpaczliwie
pragną i której nigdy nie odczuwali w stopniu, jaki mógłby ich zadowolić.
Język Opiekuna krąży wokół określeń takich, jak twoje potrzeby,
pomogę ci i ochronię cię. W każdym z nim brakuje jednak pełnego miłoś­
ci wsparcia, z jakim oferuje swoją pomoc Poszukiwacz Rozwiązań. Jeśli
spojrzysz głębiej, poza zewnętrzną warstwę słów, dostrzeżesz, że chodzi
raczej o podporządkowanie się rozwiązaniu narzuconemu przez Opiekuna.
„W porządku, wydałeś w kasynie wszystkie pieniądze, przeznaczone
na czynsz. Od teraz to ja będę prowadzić nasze finanse, znajdę sobie dodat­
kową pracę, a ty nie musisz się już o nic martwić, bo ja sobie z wszystkim
poradzę".
Brzmi to jak propozycja pomocy - ale tylko do czasu, kiedy zastano­
wisz się nad tym, jak wiele mocy traci jedna z osób na rzecz Opiekuna.
Opiekun przejmuje władzę, sprawiając wrażenie, że troszczy się o drugą
stronę. W rzeczywistości jednak wcale się o nią nie troszczy, tylko ją kontro168

luje. A jeśli podopieczny nie będzie postępować zgodnie z życzeniami Opie­
kuna - tak zwana troska zostanie opakowana w poczucie winy. Podejmowane
przez Opiekuna próby przejęcia kontroli mają na celu uzyskanie poczucia
bezpieczeństwa i miłości. Chaos, do jakiego prowadzą często owe próby, skła­
nia Opiekuna do wzmożenia wysiłków zmierzających do uzyskania kontroli.
Opiekun może się czasami uciec do przemocy fizycznej, ale - w odróż­
nieniu od Oskarżyciela - nie robi tego w celu wzbudzenia strachu albo
stworzenia więzi. Przemoc wynika u niego z frustracji. Opiekun mówi:
„Jeśli nie pozwolisz mi się sobą zaopiekować i nie będziesz mnie kochać,
uderzę cię". Jest to szczególnie wyraźne w sytuacjach, gdy obiekt zaintere­
sowania Opiekuna próbuje stawiać opór lub zmieniać łączącą ich relację.
W naszej siatce pól emocjonalnych najczęstszym partnerem Opieku­
na jest Gracz.
OPIEKUN

Sprawuje kontrolę za pomocą „uczynności"

Staje się coraz bardziej natarczywy

Stara się wzbudzić w swym podopiecznym poczucie winy

Oferuje pozornie pomocne pomysły, które w rzeczywistości
służą przejęciu kontroli

„To ja jestem rozwiązaniem problemu"

Pragnie wzbudzić w drugiej osobie poczucie zobowiązania

Gracz
Gracze to egocentrycy, którym zależy przede wszystkim na zaspokojeniu
własnych potrzeb bez względu koszty, jakie poniosą przy tym inni. Gracz
jest często alkoholikiem lub narkomanem. Może przegrywać w kasynie pie­
niądze przeznaczone na czynsz, wdawać się w romanse lub wydawać ponad
miarę - wykorzystując przy tym innych ludzi i nie przejmując się krzywda­
mi, jakie im wyrządza. Gracz sprawuje kontrolę poprzez swą nierozwagę
i manipulację: „Jeśli mnie kochasz, jakoś temu zaradzisz". Takiej postawie
towarzyszy jeszcze bardziej kuszący element - odroczona obietnica. „Jeśli
będziesz dokonały, być może cię pokocham" - mówi Gracz.
Jedną z charakterystycznych cech Gracza jest niedostępność emocjo­
nalna. Takie stanowisko wydaje się naturalnym wyzwaniem dla Opiekunki,
która bardzo chciałaby kontrolować Gracza i która może uwierzyć, że jeśli
tylko uda jej się osiągnąć doskonałość - nie tylko zdobędzie jego miłość, ale
169

także przejmie nad nim kontrolę. Gracz natomiast nie chce mieć nic wspól­
nego z zaangażowaniem emocjonalnym. Pragnie tylko iluzji związku i wszyst­
kich płynących z niej korzyści.
Gracze są zręcznymi emocjonalnymi uwodzicielami. Na początku
związku sprawiają wrażenie kochających i czułych; wydają się zaspokajać
każdą potrzebę drugiej osoby. Niezmiennie jednak jakieś wydarzenie lub
nieporozumienie doprowadza nagle do zmiany układu sił - Gracz wymaga
coraz więcej, a sam daje w zamian coraz mniej. Kiedy tak się dzieje, Opie­
kun zaczyna się bać, że straci Gracza i - aby ponownie przywiązać go do
siebie - wzmaga swoje opiekuńcze i naprawcze działania.
Nietrudno wyobrazić sobie, jak szybko taki schemat może zwabić
i wciągnąć kogoś, kto jest Opiekunem. Opiekun chce naprawiać, poprawiać,
kontrolować przy pomocy uprzejmości i kierować postępowaniem innych
ludzi - pozornie dla ich własnego dobra. Pokusa udzielenia komuś pomocy
w uwolnieniu jego emocjonalnego „Ja" wabi Opiekuna jak syreni śpiew.
Co ma z tego Gracz? Wszystko. Opiekun wykonuje w ich związku całą
pracę, podczas gdy Gracz siedzi sobie wygodnie i czeka, aż Opiekun zdziała
cuda. Jeśli się ich nie doczeka - ma kogo obwinie za własne problemy.
Kogoś, kto nie odejdzie, kiedy zostanie oskarżony. Wprost przeciwniebędzie się jeszcze bardziej starał osiągnąć doskonałość, zająć się wszystkim
i dokonać cudów. U podłoża niedostępności emocjonalnej Graczy tkwi lęk
przed porzuceniem i ich silne przekonanie, że sami nie są w stanie zadbać
o siebie. Z kolei pod wzbudzanym przez Opiekunów poczuciem winy i ich
próbami sprawowania kontroli znaleźć można silne poczucie własnej bezwartościowości, która podpowiada im, że mogą być akceptowani i kochani
tylko za to, co robią, a nie za to, kim są.
Oto klamry, które zespalają ów związek. Opiekun stara się zasłużyć
na miłość Gracza, dążąc do perfekcji we wszystkim, co robi. Gracz jest
przekonany, że musi mieć kogoś, kto będzie robił i odczuwał za niego wszy­
stko, bo sam nie jest do tego zdolny Jednak Gracz nie może pozwolić, by
ktokolwiek zanadto się do niego zbliżył, ponieważ odsłonięcie się jest zbyt
niebezpieczne.

170

Język Gracza zawiera zdania takie jak: „Nie chciałem wydać wszy­
stkich pieniędzy, ale..." lub „Gdyby barman/właściciel kasyna/handlarz na­
rkotykami/prostytutka mnie nie naciągnęli..." albo „Tyle mogłem na tym
zarobić..." czy wreszcie „Gdyby ona nie była taką flirciarą...". W każdej
z owych sytuacji powtarza się ten sam motyw - Gracz był tylko niewinną
ofiarą czyjegoś podstępu. Jednakże najważniejszym wyrażeniem Gracza jest
„Tak, ale...". Zastępuje ono wszelkie usprawiedliwienia i pozwala Graczowi
żądać wszystkiego od razu. Wielu ludzi mawia czasami „Tak, ale...". Jed­
nakże kiedy to wyrażenie staje się odpowiedzią na każde pytanie lub suge­
stię, najprawdopodobniej masz do czynienia z Graczem.
Gracz chce, by ktoś inny wziął na siebie odpowiedzialność za jego
postępowanie, i aktywnie przesuwa punkt ciężkości ku tym, którzy go ota­
czają. W ten sposób zmusza Opiekuna, by dążył do doskonałości we wszyst­
kim, co robi. Jego przekaz brzmi: „Jeśli mnie naprawdę kochasz, zrobisz
to", a Opiekun rozpaczliwie pragnie miłości, więc robi, co w jego mocy, aby
nie tylko wziąć na siebie odpowiedzialność, ale także naprawić wszelkie
szkody. Oczywiście Gracz nigdy nie jest do końca zadowolony z jego wysił­
ków, ale to właśnie napędza ich związek.
Taniec Opiekuna z Graczem jest równie zawiły, jak taniec Oskarży­
ciela i Biedactwa, jednak zamiast hałaśliwej walki o władzę, towarzyszą mu
często łzy i poczucie opuszczenia. W odróżnieniu od Oskarżyciela i Biedac­
twa, Opiekun i Gracz nie zamieniają się miejscami. Trzymają się sztywno
swoich ról, jak gdyby byli w nich szczelnie zamknięci.
GRACZ





Sprawuje kontrolę poprzez obojętność i manipulację
Jest wykrętny i nieodpowiedzialny
Chociaż bywa emocjonalnie uwodzicielski, jest niedostępny
Stosuje „Tak, ale..."
Usiłuje zrzucić odpowiedzialność na innych

Czy dostrzegasz któryś z opisanych tu związków w swoim życiu? Czy
poczułeś skurcz strachu, czytając którykolwiek z tych opisów? Czy pomyśla­
łeś sobie: „Ojej, to jest strasznie podobne do tego, co dzieje się przez cały
czas między nami"?
Pamiętaj, że wszyscy wskakujemy i wyskakujemy z poszczególnych
pól emocjonalnych. Jeśli odkryjesz, że wraz z partnerem wskakujesz regu­
larnie na określone pole lub schemat emocjonalny, zawsze możecie wybrać
pozycję Poszukiwacza Rozwiązań. To bezpieczne i zdrowe położenie, ale
musisz zdawać sobie sprawę, że dotarcie do niego i pozostanie w nim wyma­
ga wytrwałego ćwiczenia.
171

Pozostałe więzi w sieci pól emocjonalnych
Oskarżyciel/Biedactwo oraz Opiekun/Gracz to podstawowe relacje w ra­
mach tego diagramu. Pamiętaj, że dotyczą one nie tylko intymnych związ­
ków, ale także przyjaźni, relacji w pracy, związków rodziców z dziećmi,
a także setek innych więzi emocjonalnych. Pamiętaj również, że ludzie wska­
kują i wyskakują z różnych pól w diagramie, w zależności od aktualnej sytu­
acji. Każdy z nas ma jednak jedno wybrane miejsce, które zajmuje naj­
częściej. Czy już wiesz, które z pól jest typowe dla ciebie?

Oskarżyciel/Gracz
Jak twoim zdaniem mógłby wyglądać związek Oskarżyciela i Gracza? Pa­
miętajmy, że Oskarżyciele pragną sprawować kontrolę przy pomocy potę­
pienia i/lub strachu. Próbują zawsze znaleźć kogoś, kogo można by obwinie
i ukarać. Również Gracz usiłuje znaleźć kogoś, kto wziąłby na siebie odpo­
wiedzialność, a następnie naprawił sytuację. Gracz unika brania na siebie
jakiejkolwiek winy. Oskarżyciel mówi zatem: „To twoja wina", a Gracz
odpowiada na to: „Tak, ale tak naprawdę winny jest X, a nie ja. A poza
tym, kto to naprawi?".
Oskarżyciele nie bywają Opiekunami, a Gracze nie mają żadnego in­
teresu w braniu na siebie winy, więc albo któryś z partnerów zmienia pole Gracz wchodzi w rolę Biedactwa lub Oskarżyciel w rolę Opiekuna - albo
związek się rozpada.

Oskarżyciel/Opiekun
W związku Oskarżyciela z Opiekunem problem polega na tym, że każda ze
stron dąży do przejęcia kontroli. W tej relacji może dochodzić do częstych
zmian w układzie sił, jednak odpowiedzią na podejmowane przez Oskarży­
ciela próby przejęcia władzy poprzez obwinianie, wstyd i strach są dążenia
172

Opiekuna do kontrolowania związku za pomocą poczucia winy i nadmiernej
troskliwości. Gwałtowne protesty Oskarżyciela przeciwko tej nadopiekuńczości albo skłaniają Opiekuna do podjęcia wzmożonych wysiłków, albo też
zniechęcają go do tego stopnia, że przeskakuje na pole Biedactwa. To poło­
żenie może być dobrze znane komuś, kto przez długi czas zajmował pole
Opiekuna, ponieważ nauczył się owej roli w rodzinie, w której rodziców
łączył związek typu Oskarżyciel - Biedactwo.
Dzieci rodziców, którzy zajmują pola Oskarżyciel/Biedactwo, bardzo
wcześnie nabierają przekonania, że muszą wziąć na siebie odpowiedzialność
za naprawianie sytuacji za mamę i/lub tatę. Stają się Opiekunami dorosłych
członków swoich rodzin. Ta rola będzie im towarzyszyć także w dorosłym
życiu, jeśli wybiorą partnerów, którymi będą mogli się zaopiekować, a nie
takich, na których będzie im naprawdę zależeć.

Opiekun/Biedactwo
Co można by powiedzieć o związku Opiekuna z Biedactwem? Wydaje się on
niemal jednym z naturalnych połączeń, jednak to tylko pozory - tak na­
prawdę ta relacja wcale się nie sprawdza. Może się wydawać, że Biedactwo
nieustannie prosi, by ktoś zaradził za nie wszelkim problemom, jednak nie
jest to jego prawdziwe przesłanie.
Biedactwo przyzwyczajono do tego, że obwinia się je i upokarza za to,
kim jest i co robi. Żywi głębokie przekonanie, że nie zasługuje na to, by ktokol­
wiek spróbował je naprawić; co więcej - sądzi, że wszelkie takie próby byłyby
daremne. Każdy, kto usiłuje mu pomóc lub zająć się jego problemami, postrze­
gany jest jako intruz, szaleniec lub osoba całkowicie niegodna zaufania.
Biedactwo nie chce, by jego problemy zostały rozwiązane, ponieważ
wówczas mogłoby się okazać, że musi wziąć na siebie choćby część odpowie­
dzialności za własne życie. Woli więc pozostać bezbronne i bezradne, pozwa­
lając, by Oskarżyciel umacniał jego negatywne przekonania na temat
własnej siły i wartości.
Przesłanie Opiekuna brzmi: „Każdy może zmienić się na lepsze, jeśli
tylko odda mi swoją moc". Biedactwo nie wierzy, że ma jakąkolwiek moc,
którą mogłoby oddać, ani że jest w nim cokolwiek wartościowego, co można
by naprawić. Nadmierna troskliwość Opiekuna wydaje mu się zatem albo
przerażająca, albo nierealna. W obu wypadkach nie ma mowy o prawdziwej
więzi. Biedactwo wycofuje się coraz bardziej, a w końcu może nawet wejść
w rolę Oskarżyciela, aby odstraszyć Opiekuna.

Gracz/Biedactwo
Inna, drugorzędna relacja mogłaby powstać pomiędzy Graczem i Biedac­
twem. Takie połączenie może się wydawać dość naturalne: Gracz poszukuje
kogoś, kogo mógłby obwiniać, a Biedactwo jest przyzwyczajone do oskarżeń
173

pod swoim adresem. Jednakże Gracz pragnie czegoś więcej niż tylko zrzucić
na kogoś winę. Chce również, by ktoś pozbierał i ponownie złożył w całość
porozrzucane kawałki - i tu właśnie jego relacja z Biedactwem rozsypuje się
w proch. Gracz mówi: „To twoja wina", a Biedactwo zgadza się z nim. Nie
dzieje się jednak nic poza tym, więc Gracz dopuszcza się kolejnego skandali­
cznego czynu i ponownie zrzuca winę na Biedactwo. Biedactwo po raz kolej­
ny przyznaje mu rację i znowu nic się nie dzieje. Gracz próbuje zbudować
jakąś widoczną więź emocjonalną poprzez coraz bardziej ekstremalne za­
chowania, a Biedactwo staje się coraz bardziej apatyczne w swym oczekiwa­
niu na kolejny policzek. W końcu frustracja jednego z nich stanie się
wystarczająco silna, aby doprowadzić do zamiany miejsc. W takiej sytuacji
Biedactwo przyjmuje najczęściej jedną z dwóch ról - Oskarżyciela, aby
odepchnąć od siebie Gracza, lub Opiekuna. W pewnych wypadkach Gracz
może wejść w rolę Oskarżyciela i zastosować fizyczną przemoc, aby wyrazić
frustrację, wywołaną biernym zachowaniem Biedactwa.
Do interesujących wymian emocjonalnych dochodzi również wtedy,
gdy dwie osoby próbują zająć tę samą pozycję.
Oskarżyciel/Oskarżyciel
Dwoje Oskarżycieli będzie ze sobą toczyć zażartą walkę o władzę. Najpierw
orientacyjnie porównają swój potencjał z zasobami przeciwnika. Następnie
mogą zagrozić nieznacznie drugiej stronie, żeby sprawdzić, jakimi siłami ta
dysponuje. Początkowo będą prowadzić walkę podjazdową, starając się zy­
skać teren i zająć jak najkorzystniejsze pozycje. W końcu dojdzie jednak do
nieuniknionej, wielkiej bitwy. Zachowania tego rodzaju są powszechne w wiel­
kich korporacjach oraz na liczących się uniwersytetach - czyli tam, gdzie
działa silna presja, aby wspinać się na kolejne szczeble hierarchii, a na
samym szczycie jest miejsce tylko dla nielicznych. W takich instytucjach
panują niemal sformalizowane zasady prowadzenia wojny, w której prze­
trwać mogą jedynie najsilniejsi.
Pomiędzy dwojgiem Oskarżycieli może się czasami wytworzyć intym­
na relacja emocjonalna, jednak walka o dominację, władzę i kontrolę wkrót­
ce wysysa energię zarówno z jej uczestników, jak i z ich związku.
Biedactwo/Biedactwo
Związek dwojga Biedactw byłby niemal na pewno pełen biadolenia i na­
rzekań. Każde z nich starałoby się okazać bardziej „biedne" i bezradne
od partnera, a w rezultacie nikt nawet nie próbowałby zaradzić problemom.
W końcu jedno z nich porzuciłoby rolę Biedactwa, zmieniając się
w Oskarżyciela lub Opiekuna. Taka relacja jest dość powszechna w rodzi­
nach, w których występuje jeden dominujący Oskarżyciel i kilka osób w roli
174

Biedactwa. Można ją także odnaleźć w organizacjach lub związkach, w któ­
rych występuje znaczna nierówność sił, podtrzymywana przez dominujące­
go Oskarżyciela.
Gracz/Gracz
Przykładem pary Graczy mogą być kumple, którzy często wspólnie się
bawią - piją, grywają w kasynie i pakują się w mniejsze lub większe kłopoty.
Takie relacje zdarzają się także w intymnych związkach, w których żaden
z partnerów nie bierze na siebie odpowiedzialności i oboje chcą po prostu
dobrze się bawić. Można je także spotkać wewnątrz niektórych organizacji.
Jednak związki typu Gracz/Gracz obfitują zwykle w problemy finansowe
i prawne; zazwyczaj takie relacje wypalają się więc dość szybko.
Zjawisko to można zaobserwować na przykładzie dwóch partnerów
w interesach, z których każdy uważa siebie za zdolnego i przedsiębiorczego
biznesmena. Początkowo konkurencyjna wartość coraz bardziej ryzykow­
nych inwestycji wzmacnia zaangażowanie ze strony ego obu Graczy. Prob­
lemy pojawiają się dlatego, że żaden z nich nie zastanawia się, skąd wziąć
pieniądze na kontynuację owych inwestycji lub jak pozyskać potencjał me­
nedżerski, który umożliwiłby ich dalszy rozwój. Zajmowanie się takimi
szczegółami wydaje się obydwu Graczom zdecydowanie zbyt nudne.
Żaden z nich nie przerywa zatem gry do momentu, gdy pojawiają się
audytorzy lub przedstawiciele banku, domagając się spłaty wierzytelności.
Wówczas obaj Gracze poszukują kogoś, kogo mogliby obarczyć winą za ów
problem, oraz kogoś, kto mógłby mu zaradzić.
Opiekun/Opiekun
Dwoje Opiekunów może ze sobą walczyć bardzo podobnie, jak czynią to
Oskarżyciele - każde z nich będzie się starało prześcignąć partnera pod
względem troskliwości, usiłując przejąć w ten sposób władzę.
Istnieją także więzi potrójne, poczwórne itd. Jeśli zetkniesz się z wie­
lokrotną wymianą, zatrzymaj się na chwilę, przyjrzyj się jej uczestnikom
i sprawdź, czy potrafisz określić ich pozycje w tej wymianie. Kiedy zorientu­
jesz się, jaką pozycję wybrała każda z osób, będziesz dysponować wszystki­
mi potrzebnymi informacjami.
Zauważyłeś z pewnością, że w wielu relacjach dochodzi do zmiany ról
w trakcie wymian. Wybór nowej roli będzie zależał od tego, jak ważna jest
dana relacja dla każdej ze stron, a także od dostępności emocjonalnej part­
nerów oraz od trudności sytuacji. Wszystko to może znacznie komplikować
wielokrotne wymiany, jednak nawet te najbardziej zagmatwane można zro­
zumieć i kontrolować. Dopóki znasz swoje położenie, nie musisz gubić się
w tym zamieszaniu.
175

Magiczne Słowa doktora Collinsa
Żadna z więzi, którym się dotąd przyjrzeliśmy, nie koncentruje się na po­
szukiwaniu rozwiązań. W każdym z tych związków ludzie próbują zaspoko­
ić własne potrzeby, nie zważając na potrzeby drugiej strony.

SWOISTE POTRÓJNE POŁĄCZENIE

W wielu związkach wykształca się charakterystyczne potrójne połącze­
nie. Punktem wyjścia jest tu relacja Oskarżyciel/Biedactwo, jednak Bie­
dactwo znajduje kogoś innego - zazwyczaj Opiekuna - żeby je „ura­
tował". Wygląda to tak:

Opiekun - w odpowiedzi na coś, co przypomina uzasadnioną prośbę
o pomoc - wkracza do akcji i pomaga Biedactwu, atakując Oskarżyciela.
Dochodzi wówczas do pewnego przetasowania w związku. Teraz daw­
ny Opiekun staje się Oskarżycielem. Natomiast dawny Oskarżyciel
wskutek ataku zmienia się w Biedactwo. Byłemu Biedactwu nie pozo­
staje nic innego, jak przyjąć rolę nowego Opiekuna, który może pospie­
szyć na pomoc nowemu Biedactwu, atakując nowego Oskarżyciela za
to, o co wcześniej sam go poprosił.
Tak oto powstaje prawdziwe błędne koło! Schemat ten jest typowy dla
relacji rodziców z dziećmi, a także dla związków między rodzeństwem,
rówieśnikami, kolegami z biura lub znajomymi. Jest on także podstawą
wszystkich dowcipów i skeczów o teściowych.
Jeśli wpadłeś w jedno z takich zawirowań, przyjmij rolę Poszukiwacza
Rozwiązań i przestań grać. Tylko w ten sposób możesz się z niego
wydostać!
Dopóki pozostaniesz na pozycji Poszukiwacza Rozwiązań, będziesz
w stanie poradzić sobie z niemal każdą wymianą nie dając się złapać
w żadną pułapkę.

176

Jeśli uwikłałeś się w jeden z podobnych schematów, a teraz jesteś
gotów na zmiany - istnieje sposób przerwania dysfunkcjonalnych więzi
i zbudowania zdrowszego związku. Potrzeba tylko trochę magii!
Wyobraź sobie, że twój szef jest notorycznym Oskarżycielem. Każde
słowo, które pada z jego ust, niesie ze sobą oskarżenie, upokorzenie i potępie­
nie. Jeśli zadasz mu jakieś pytanie, jego odpowiedź bywa często obraźliwa.
„Wiesz Phil, jesteś chyba największym idiotą, jaki się kiedykolwiek
urodził. Każdy głupi sam by się tego domyślił. Już kiedyś ci to mówiłem,
chyba z tysiąc razy. Jesteś po prostu niekompetentnym, bezużytecznym
durniem".
Co miałbyś ochotę mu na to odpowiedzieć? Mógłbyś odczuć pokusę,
żeby skurczyć się w małą kulkę - stać się Biedactwem i zgodzić się z szefem,
że istotnie, jesteś największym idiotą, jaki kiedykolwiek chodził po świecie,
albo też wcielić się w Oskarżyciela i odpłacić mu pięknym za nadobne. Mó­
głbyś nawet wejść w rolę Gracza i powiedzieć szefowi, żeby się odczepił.
Każdy z tych wyborów umocniłby twoją dysfunkcjonalną pozycję, nie dając
ci nic oprócz rosnącej frustracji i złości - a być może nawet wypowiedzenia.
Nigdy nie będziesz w stanie powiedzieć szefowi niczego, co mogłoby zmienić
jego zdanie, ponieważ we własnym mniemaniu dostaje on to, czego pragnie.
Poprawia swoje samopoczucie, pogarszając twoje.
A jeśli wybrałbyś rolę Poszukiwacza Rozwiązań?
Wypróbuj to. Przeczytaj raz jeszcze obraźliwa wypowiedź szefa tak jado­
wicie, jak tylko potrafisz, a potem - już własnym głosem - odpowiedz mu tak:

Pięć Magicznych Słów doktora Collinsa:
„Przykro mi, że tak czujesz".

Zastanów się teraz, jak odpowiedziałby na to twój szef. Standardowa
eskalacja nie przyniesie tu pożądanych efektów, bo właśnie mu oznajmiłeś,
że nie masz zamiaru grać dalej. Nie byłeś też wobec niego arogancki. Na­
prawdę jest ci przykro, że on tak czuje. W taktowny sposób wyraziłeś jednak
swój sprzeciw i odmówiłeś udziału w tej obraźliwej rozmowie.
Potęga Pięciu Magicznych Stów doktora Collinsa jest zadziwiająca.
Jeśli dodasz do nich Magiczne Pytanie doktora Collinsa, skierujesz całą
rozmowę w zupełnie inną stronę.

Magiczne Pytanie doktora Collinsa:
„Czego potrzebujemy, żeby rozwiązać ten problem?".

177

Aby zrozumieć, co mam na myśli, przeczytaj raz jeszcze kwestię szefa
- z całym jej jadem - a następnie użyj Magicznych Słów, a zaraz po nich
Magicznego Pytania. Czyż nie brzmi to wspaniale? Nagle nadajesz całej
wymianie zupełnie nową jakość. Zdemaskowałeś niezdrową komunikację
szefa, a jednak mimo wszystko zapraszasz go, aby przyłączył się do ciebie
w poszukiwaniu rozwiązań i - podobnie jak ty - stał się emocjonalnie dostę­
pnyNiestety, życie nie zawsze jest takie proste, jakbyśmy sobie życzyli,
więc szef może dać ci kolejną obraźliwa odpowiedź, taką jak: „Moglibyśmy
rozwiązać ten problem, gdybyś nie był aż taki głupi. Phil, jesteś po prostu
idiotą". Spróbuj ponownie. Tym razem możesz zastosować odmianę Magicz­
nych Słów (proszę, podchodź do nich twórczo, kiedy już wyczujesz, na czym
polega istota zdania skoncentrowanego na rozwiązaniu). Oto kilka przykła­
dów:
„Dziękuję za twój cenny wkład".
„Dzięki, że podzieliłeś się ze mną swoją opinią".
„Doceniam twoje zainteresowanie".
„Widzę, że bardzo się tym przejmujesz".
„Chciałbym znaleźć jakiś sposób, żebyśmy mogli wspólnie rozwiązać
ten problem, zamiast się nawzajem atakować".
Istota tego przekazu polega na uznaniu drugiej osoby bez wikłania się
w jej dysfunkcjonalną pozycję. Jesteś skoncentrowany na rozwiązaniu prob­
lemu. Pozostajesz na emocjonalnie dostępnym stanowisku i zapraszasz dru­
gą osobę, żeby się do ciebie przyłączyła. Powtarzaj Magiczne Słowa i Ma­
giczne Pytanie tak długo, aż druga strona usłyszy cię i włączy się w ten
proces.
Magia Magicznego Pytania kryje sję w możliwości dokonania prze­
miany. Za jego pośrednictwem prosisz osobę, która chce zająć wrogą pozy­
cję, żeby przeszła na drugą stronę i zosiała twoim partnerem w procesie
rozwiązywania problemu. Co więcej, umożliwia ono odłożenie na bok wszel­
kich starych spraw i skupienie się na bieżącym problemie. Dodaje także
mocy zaproszeniu do emocjonalnej obecności oraz do rezygnacji z ukrywa­
nia się i utrzymywania dystansu.
Jako Poszukiwacz Rozwiązań trzymasz się z daleka od niezdrowych
więzi. Ponosisz również znacznie mniejsze koszty emocjonalne, ponieważ
nie musisz nieustannie się bronić. Możesz spożytkować swą energię na
budowanie zdrowych relacji i na cieszenie się życiem. Pozostając na pozycji
Poszukiwacza Rozwiązań, możesz także uczyć innych ludzi, jak dotrzeć do
tego samego miejsca. Najbardziej interesujące jest jednak to, że pole Poszu­
kiwacza Rozwiązań jest jedynym, które mogą zajmować wszyscy uczestni­
cy wymiany równocześnie! Jeśli uda ci się utrzymać na tej pozycji, zauwa­
żysz, jak szybko spadnie liczba destrukcyjnych konfliktów i poziom chaosu
w twoim życiu. Oczywiście, nadal będą się pojawiać jakieś konflikty, ale
178

będą one raczej zdrowymi, pouczającymi doświadczeniami pomiędzy emo­
cjonalnie dostępnymi ludźmi. Przekonasz się, jak dobrze jest znajdować się
w polu Poszukiwacza Rozwiązań i widzieć rozwiązane problemy oraz ludzi,
którzy darzą się nawzajem szacunkiem i potrafią ze sobą współpracować.
Dobre umiejętności komunikacyjne są istotą więzi emocjonalnych.
Ostatecznie to właśnie dzięki sprawnej komunikacji inni ludzie mogą po­
znać nasze myśli i uczucia. W trakcie mojej praktyki terapeutycznej wielo­
krotnie przekonałam się, że problemy komunikacyjne wielu osób zaczynają
się już w dzieciństwie, a przyczyniają się do nich relacje z rodzicami, którzy
nie są otwarci ani dostępni. Dzieci takich rodziców dorastają w przekona­
niu, że ich partnerzy powinni potrafić odczytywać ich myśli. Wszyscy wie­
my, iż w praktyce rzadko się to udaje.
Mam jednak dobre wieści - umiejętności komunikacyjnych można się
z łatwością nauczyć, a potem je ćwiczyć. Oznacza to, że kiedy para zaczyna
stosować dobre wzorce komunikacyjne, otwartość staje się z czasem jej
trwałym zwyczajem; dzięki temu zaczynają się kolejno otwierać pozostałe
bramy do świata emocji.

Praktyczne zastosowania
Teraz, kiedy znasz już teorię, jak możesz wprowadzić ją w życie? Przede
wszystkim pamiętaj, że ćwiczenie jest niezbędne dla osiągnięcia sprawnej
komunikacji. Powiedzmy sobie szczerze: nikt nie będzie komunikował się
idealnie ani przy pierwszej, ani nawet przy dziesiątej próbie! Jednak im
częściej używasz dobrych technik komunikacyjnych, tym sprawniej się ko­
munikujesz i tym łatwiej jest ci pokonać problemy w relacjach z emocjonal­
nie niedostępnym partnerem. Nie jest to jedyne narzędzie radzenia sobie
z problemami, ale raczej podstawa dla wielu narzędzi, które wypróbujemy,
starając się pomóc emocjonalnie niedostępnemu partnerowi połączyć się ze
światem uczuć.
Należy pamiętać, że nie można wymusić zmian na drugiej osobie.
Człowiek, który jest niedostępny emocjonalnie, musi sam zapragnąć prze­
miany. Bez jego zaangażowania będziesz stosować swe doskonałe umiejęt­
ności komunikacyjne na próżno.
Pamiętaj, żeby starać się spędzać jak najwięcej czasu w polu Poszuki­
wacza Rozwiązań, nie tylko w kontaktach z emocjonalnie niedostępnym
partnerem, ale także w relacjach ze światem w ogóle. Przebywanie na pozy­
cji Poszukiwacza Rozwiązań obniży ogólny poziom cierpienia i niepokoju,
podwyższając jednocześnie twoją skuteczność w życiu zawodowym i pry­
watnym. Pozostając w polu Poszukiwacza Rozwiązań, unikniesz także
owych konfliktów bez zwycięzców, które pojawiają się w relacjach z dziećmi,
a szczególnie z dorastającymi nastolatkami. Unikniesz owych niekończą179

cych się kłótni, które wydają się nieodłącznym elementem komunikacji
dorastających dzieci z ich rodzicami, a których jedynym efektem jest niepo­
kój i wściekłość obu stron. Przyjęcie roli Poszukiwacza Rozwiązań ułatwi ci
także trudne kontakty z ludźmi w innych dziedzinach życia - z szefami,
rodzicami, sąsiadami, a nawet z rozzłoszczonymi nieznajomymi. Co zatem
powinieneś zrobić, żeby utrzymać się w polu Poszukiwacza Rozwiązań?
Zacznij od posługiwania się językiem uczuć.
Używaj języka uczuć
W rozdziale drugim przyjrzeliśmy się różnicy pomiędzy „myślę" a „czuję".
Kiedy starasz się pozostać w polu Poszukiwacza Rozwiązań, zacznij od po­
wiedzenia innym, co czujesz.
Bardzo skuteczne jest wypowiadanie imienia partnera. Większość lu­
dzi bardzo lubi słyszeć dźwięk swojego imienia. Poza tym wypowiadając
imię drugiej osoby, osiągniesz także dwie inne korzyści. Po pierwsze, przy­
ciągniesz jej uwagę. Po drugie, nadajesz waszej rozmowie osobisty ton, co
wzmacnia rolę uczuć, a tym samym podwyższa skuteczność komunikacji.
Prowadzenie rozmowy z pozycji uczuć jest bardzo istotne. Dzięki temu
druga osoba wie, że nie próbujesz jej uprzedmiotowić. Ludzie, którzy dopu­
szczają się przemocy i nadużyć, posługują się uprzedmiotowieniem, aby odczłowieczyć innych i odmówić im prawa do emocji. Kiedy wypowiadasz imię
jakiejś osoby, przyciągasz jej uwagę, a jednocześnie zapobiegasz ewentual­
nym napastliwym zachowaniom, czy też agresywnym komunikatom.
Zacznij od imienia drugiej osoby, a potem powiedz „czuję" i nazwij
emocję, o którą ci chodzi. Pamiętaj, że słowo „czuję" nie ma być substytu­
tem „myślę", ale powinno poprzedzać nazwę autentycznej emocji.
„Jim, czuję wściekłość, kiedy...".
Teraz nazwij zachowanie, które cię razi.
„Jim, czuję wściekłość, kiedy nie słuchasz, co do ciebie mówię, wtedy
gdy telewizor jest włączony".
Idealnie byłoby, gdyby odpowiedź Jima brzmiała: „Rhonda, słyszę, że
mówisz, iż czujesz wściekłość, kiedy nie słucham, co do mnie mówisz, wtedy
gdy telewizor jest włączony".
Odpowiedziałabyś na to: „Tak, to prawda. Czuję, że mnie lekcewa­
żysz. Czy o to ci właśnie chodzi?".
Jim mógłby wtedy powiedzieć: „Oczywiście, że nie. Mam pomysł może przeznaczymy codziennie trochę czasu na rozmowę, tak żeby nic nam
wtedy nie przeszkadzało?".
Ty odpowiedziałabyś: „Dziękuję. Myślę, że to świetne rozwiązanie".
Możesz mi wierzyć lub nie, ale jeśli ty i twój partner jesteście ze sobą
emocjonalnie związani i macie za sobą wystarczająco wiele ćwiczeń - tak
oto jak potoczy się wasza rozmowa. I to nie tylko w wypadku przeciętnych
180

ludzi bez żadnych poważnych problemów! Najważniejsze, aby oboje partne­
rzy chcieli posługiwać się językiem skoncentrowanym na poszukiwaniu roz­
wiązań, by skupiali się na problemie oraz żeby obojgu zależało na zna­
lezieniu rozwiązania. Oboje powinni być także otwarci na to, co mówi druga
strona, i muszą pozostawać w polu Poszukiwacza Rozwiązań.
Skoncentruj się na problemie
Dobra komunikacja jest nieodzownym warunkiem rozwiązania problemu;
często bowiem ludzie spierają się o dwie różne kwestie. Ponieważ żadne
z nich nie próbuje nawet wysłuchać partnera, nie zdają sobie sprawy z tego,
że mówią o dwóch zupełnie różnych problemach. Oto przykład:
- Jim, czuję wściekość, kiedy mnie nie słuchasz, wtedy gdy telewizor
jest włączony.
-Co?
- Powiedziałam, że czuję wściekość, kiedy mnie nie słuchasz, wtedy
gdy telewizor jest włączony.
- No a co, kiedy dzieciaki wrzeszczą? Pozwalasz im na wszystko,
a poza tym nigdy nie mówisz swojej matce, żeby się nie wtrącała.
To dopiero bałagan! W ciągu trzydziestu sekund poruszyliście z Ji­
mem trzy tematy. Imponujące! Jednak owe trzy tematy nie pozwolą wam
osiągnąć jakichkolwiek konstruktywnych rozwiązań, ponieważ każdemu
z was chodzi o inny problem. Nie wszystko jest jednak stracone, bo ty
słuchasz Jima, pomimo że on nie słucha ciebie.
- Jim, słyszę, że masz jakieś zastrzeżenia do mojego sposobu wycho­
wywania dzieci oraz wobec mojej matki. Myślę, że powinniśmy porozma­
wiać o wszystkich trzech sprawach, ale nie jednocześnie. Którą z nich
chciałbyś się zająć najpierw?
W ten sposób uznałaś wagę zastrzeżeń Jima, przypomniałaś mu, że
i ty poruszyłaś pewien problem i dałaś mu możliwość omówienia wszystkich
trzech spraw. Wykonałaś także bardzo ważny krok, zidentyfikowałaś prob­
lem, a raczej - w tym wypadku - problemy.
Zadawaj pytania otwarte
W opisanej uprzednio wymianie z Jimem twoje ostatnie pytanie było otwar­
te, co oznacza, że nie można na nie odpowiedzieć po prostu „tak" lub „nie".
Używając otwartych pytań, utrudniasz partnerowi przyjęcie pasywnej, ob­
ronnej postawy. Nie tylko poprosiłaś Jima, żeby zaangażował się w rozmo­
wę o waszych problemach, ale także utrzymałaś was oboje na pozycji
Poszukiwacza Rozwiązań. Zachowałaś swoją moc i pozwoliłaś Jimowi utrzy­
mać jego prawo wyboru.
Jednak Jim postanawia cię obwinie:
181

- Nie chcę o tym rozmawiać. Musisz zapanować nad dziećmi i nad
swoją matką. Gdybyś nie zachowywała się tak, jakby twoja praca polegała
wyłącznie na robieniu zakupów, nigdy nie doszłoby do podobnych proble­
mów. Za mało czasu spędzasz z dziećmi, a za dużo na zakupach.
Jim jeszcze bardziej zmącił wodę, wprowadzając co najmniej jeden
dodatkowy problem, który najwyraźniej nurtował go od dawna. Nie daj się
sprowadzić z obranego kursu. Nie zniechęcaj się. Jim jest twardy, ale ty
ciągle trzymasz się mocno w polu Poszukiwacza Rozwiązań i jesteś zdecydo­
wana znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. W tym momencie Jim zajmuje pole
Oskarżyciela - jego zdaniem to ty jesteś problemem, co jednak wcale nie
znaczy, że musisz się z nim zgodzić lub wskoczyć na pozycję Biedactwa
i zaangażować się w grę „atak - usprawiedliwienie".
- Przykro mi, że tak czujesz, Jim. Chcę poznać twój punkt widzenia
i zastanowić się razem z tobą nad sposobem rozwiązania tych problemów.
Czy chcesz ustalić, kiedy możemy porozmawiać o kwestiach, które poruszy­
łeś?
Oto jak działa Pięć Magicznych Słów oraz Magiczne Pytanie doktora
Collinsa. Celem jest powstrzymanie agresywnych wypowiedzi Oskarżyciela
i skierowanie go ku stanowisku Poszukiwacza Rozwiązań. Ponownie pro­
sisz o rozwiązania i wyznaczasz granice. Ale Jim nie ustępuje.
- O nie, nie musisz robić z tego aż takiego problemu. Już ci powiedzia­
łem, że nie chcę o tym rozmawiać. Musisz po prostu zapanować nad dziećmi
i powiedzieć swojej matce, żeby nie wtrącała się w nie swoje sprawy. No
i przestań wydawać tyle pieniędzy. W ten sposób rozwiążemy wszystkie
nasze problemy.
Jim jest naprawdę twardy. Nie- chce usłyszeć twojej wersji, niecierpli­
wie szuka winnych i wytacza oskarżenia, a poza tym wydaje się mocno
rozwścieczony. Możesz jednak spróbować ponownie.
- Jim, słyszę, że jesteś wściekły. Przykro mi, że tak się czujesz. Mam
nadzieję, że możemy porozmawiać o kwestiach, które poruszyłeś, a także
o moich uczuciach, ale nie pozwolę, żebyś obwiniał mnie o sprawy, w któ­
rych wcale nie zawiniłam, a potem odmawiał rozmowy o naszych proble­
mach. O czym chcesz pogadać najpierw?
Wyznacz wyraźne granice
Wyznaczenie granic jest szczególnie istotne w kontaktach z ludźmi, którzy
używają agresywnego języka, próbują obarczać innych winą lub nie chcą
uczestniczyć w rozsądnym dialogu. Ustalając granice w relacji z Jimem w wyraźny, a jednocześnie pełen szacunku sposób - a następnie prosząc go
raz jeszcze o współpracę w poszukiwaniach rozwiązania, troszczysz się
o siebie samą.
182

Dotarłaś do punktu, z którego nie ma już odwrotu. Jeśli Jim będzie się
nadal kręcił w kółko, odmawiając sensownej współpracy i uczestnictwa, do­
wiedzie, że nie chce lub nie potrafi się zmienić. Świadomość tego będzie dla
ciebie ważna na przyszłość. Jim może próbować się bronić; może także
poczuć się oskarżony lub zaatakowany, ale jeśli nie będzie chciał lub potrafił
zakomunikować ci swoich uczuć, nie musisz ich zgadywać. Jeżeli kolejne
odpowiedzi Jima są równie lekceważące lub agresywne, wasz problem wy­
kracza poza sferę komunikacji. Nie zmienia to faktu, że dobra komunikacja
jest konieczna i pomocna. Masz prawo do tego, aby cię wysłuchano, a twoje
uczucia traktowano z należytym szacunkiem. Jeśli nie otrzymujesz tego
w swoim obecnym związku, bo twój partner nie chce pracować nad udosko­
naleniem komunikacji i rozwiązaniem problemów, być może powinnaś się
poważnie zastanowić nad waszą relacją.
Jim ma jeszcze jeden wybór - może porozmawiać z tobą przynajmniej
o jednym z problemów, które poruszyliście. Jeśli się nad tym zastanowić,
zastrzeżenia Jima są dość poważne. Kwestionuje twój styl wychowywania
dzieci, wtrącanie się twojej matki oraz twoje umiejętności zarządzania pie­
niędzmi. Ty z kolei poruszyłaś kwestię komunikacji, mówiąc mu, że czujesz
się lekceważona. Wszystkie cztery problemy powinny zostać omówione
rozwiązane w zdrowy i pełen szacunku sposób.
Pierwszy krok ku takiej rozmowie to identyfikacja problemu. Upew­
nienie się, że oboje mówicie o tej samej sprawie, jest także częścią owego
pierwszego kroku w procesie skutecznego rozwiązywania problemów. Obu
stronom musi zależeć na znalezieniu rozwiązania oraz na uważnym wysłu­
chaniu drugiej osoby. W ten sposób dobra komunikacja łączy się z dostęp­
nością emocjonalną i w rezultacie wszystkie zaangażowane osoby czują się
silne i pewne swoich praw. Tacy ludzie są skuteczni w rozwiązywaniu prob­
lemów, ponieważ nie czują się zagrożeni przez uczucia innych i chcą znaleźć
takie rozwiązanie, które umożliwi wygraną wszystkich stron. Jest to jeden
z powodów, dla których tak ważne jest, abyśmy używali języka uczuć, kiedy
mówimy o sprawach naładowanych emocjami. Bardzo trudno kłócić się
z kimś, kto wypowiada się z poziomu uczuć.
Nie toleruj agresywnego lub napastliwego języka
„Czuję się zlekceważona, kiedy mówię do ciebie, a ty wydajesz się mnie nie
słuchać".
Napastliwa odpowiedź na takie stwierdzenie nie miałaby sensu. Dru­
ga osoba mogłaby co najwyżej odpowiedzieć: „Wcale nie czujesz się zlekce­
ważona", a to zabrzmiałoby dziecinnie i nielogicznie.
Oczywiście, niektórzy ludzie próbują zaprzeczyć istnieniu naszych
uczuć, jednak jest to raczej bezsensowne posunięcie. „Wcale się tak nie
czujesz" - mówią nam, bezpośrednio lub pośrednio. Kiedy ktoś odpowiada
183

zaprzeczeniem na wypowiedziane przez ciebie zdanie, które dotyczy twoich
własnych uczuć, oznacza to, że chce ci dyktować, co powinieneś czuć. Jest to
zachowanie kontrolujące i agresywne. Nie koncentruje się na rozwiązaniu,
a jego jedynym skutkiem jest wzbudzenie negatywnych uczuć.
Jeśli otrzymasz taką odpowiedź, możesz zmienić jej kierunek przy
pomocy innej odmiany Pięciu Magicznych Słów doktora Collinsa: „Doce­
niam twój wkład (twoją interpretację, opinię itd.), ale miałam na myśli
dokładnie to, że czuję się zlekceważona": Ta uwaga potwierdza twoje uczu­
cia, wykreśla jasne granice osobie, która próbuje zdefiniować za ciebie twoją
rzeczywistość oraz skupia ponownie rozmowę na właściwym problemie.

Ćwicz, ćwicz i jeszcze raz ćwicz
Niełatwo jest zapamiętać wszystkie te szczegóły. Kiedy zastosujesz tę tech­
nikę po raz pierwszy, wyda ci się bardzo dziwaczna. Jednak w miarę ćwicze­
nia będziesz posługiwał się nią coraz sprawniej, aż wreszcie stanie się twoją
drugą naturą - jeżeli wolno mi użyć takiego określenia. Jeśli zarówno ty, jak
i twój partner lub tylko jedno z was - będziecie ćwiczyć i starannie stosować
tę technikę, stanie się ona trwałym zwyczajem. Ów zwyczaj upraszcza cały
proces, znacznie podwyższa poczucie komfortu u wszystkich zaangażowa­
nych stron i umożliwia znalezienie rozwiązań. Obniża także hałaśliwość
i intensywność sporów, bo teraz nie występujecie już przeciwko sobie na­
wzajem, ale stajecie się dwojgiem partnerów, którzy wspólnie zmagają się
z problemami.

ROZWIĄZYWANIE PROBLEMÓW
ZASADY KOMUNIKACJI
1. Partner 1: Posługuj się językiem uczuć. Nazwij uczucie oraz za­
chowanie, które jest jego przyczyną. Nie obwiniaj i nie oskarżaj.
2. Partner 2: Rozpoczynając od wyrażenia „Słyszę, że mówisz", po­
wtórz słowo w słowo to, co powiedział ci Partner 1.
3. Partner 1: Potwierdź lub skoryguj powtórzone przez Partnera 2
sformułowanie problemu. W tym miejscu dodaj wszelkie informacje,
które pomogą sprecyzować twój punkt widzenia.
4. Partner 2: Wysłuchaj wszystkich informacji, których udziela ci Par­
tner 1. Nie zaprzeczaj jego uczuciom, lecz udziel mu wsparcia
i zaproponuj możliwy sposób rozwiązania problemu.

184

5. Partner 1: Powtórz zasugerowane przez Partnera 2 rozwiązanie,
a potem dodaj własną propozycję. Przyszedł czas na burzę móz­
gów. Rób notatki. Rozważ ewentualną przydatność każdej propozy­
cji z osobna.
6. Wspólnie: Zdecydujcie się na rozwiązanie, które odpowiada wam
obojgu. Kiedy osiągnięcie już porozumienie, powiedzcie sobie na­
wzajem: ,A więc rozwiązanie, do którego wspólnie doszliśmy, jest
następujące
. Czy ty też tak sądzisz?".
7. Drugi z partnerów potwierdza lub poprawia sformułowanie rozwią­
zania tak długo, aż osiągniecie pełne porozumienie. Następnie po­
stanówcie, kiedy i jak wprowadzić wybrane rozwiązanie w życie
oraz kto będzie odpowiedzialny za poszczególne elementy tego
procesu (oboje partnerzy powinni być w jakimś stopniu zaanga­
żowani w proces wdrożenia wybranego rozwiązania).
8. Po zastosowaniu rozwiązania uzgodnijcie, kiedy należy ocenić jego
skuteczność, i poprawcie te spośród jego elementów, które nie
przyniosły oczekiwanych/rezultatów.

Za pierwszym razem ta technika może się wam wydać dość dziwacz­
na, jednak w miarę nabierania doświadczenia stanie się coraz łatwiejsza,
a wy poczujecie się mile zaskoczeni, że można tak szybko i sprawnie rozwią­
zywać problemy. W końcu, kiedy wykształcicie swój własny, indywidualny
styl, wypracujecie pewne skróty i ułatwienia. Pamiętaj jednak, że sukces
owej techniki zależy od tego, czy oboje pozostaniecie na stanowisku Poszu­
kiwacza Rozwiązań.
Istnieją także inne techniki, które można zastosować w relacjach z emocjonalnie niedostępnym partnerem - techniki, które pomogą udoskona­
lić komunikację i wasz związek.

Konfrontacja
Niemal słyszę, jak mówisz: „Nienawidzę konfrontacji! Zrobię wszystko,
żeby ich uniknąć". Być może to właśnie dlatego wplątałeś się w związek
z osobą niedostępną emocjonalnie. Ludzie niedostępni emocjonalnie często
robią wszystko, co w ich mocy, aby uniknąć konfrontacji, ponieważ kon­
frontacja wymaga emocjonalnej obecności. Ludzie mylą często konfrontację
z agresją, sądząc, że konfrontacja musi być głośna, napastliwa i gniewna.
Konfrontacja może być jednak zupełnie inna. Przynosi znacznie lepsze
185

skutki, jeśli jest cicha, skoncentrowana na problemie i asertywna (a nie
pełna złości).
Pamiętając nieustannie o Lokalizacji Emocjonalnej, możesz przepro­
wadzić konfrontacje bez podnoszenia głosu lub ciśnienia krwi. Chcesz pozo­
stać w polu Poszukiwacza Rozwiązań i zapraszasz drugą stronę konfron­
tacji, aby się do ciebie przyłączyła. I tym razem możesz rozpocząć od języka
uczuć, ale istnieją także inne, alternatywne podejścia.
- Susan, czuję się wykorzystany, kiedy pożyczasz ode mnie pieniądze,
a potem nawet nie próbujesz mi ich oddać. Byłbym wdzięczny, gdybyś zwró­
ciła mi te dwadzieścia dolarów, które ci pożyczyłem. Czy to ci odpowiada?
- Przepraszam pana, ale wszyscy stoimy w kolejce do kasy. Ostatnia
jest ta pani w czerwonym płaszczu.
- Mamo, to cudownie, że tak bardzo kochasz Gregory'ego, ale prosiliś­
my cię tyle razy, żebyś nie dawała mu cukierków, bo kiedy je cukier, zaczy­
na zachowywać się tak, jakby wstąpił w niego diabeł. Wiem, że chcesz, aby
czuł się dobrze i panował nad sobą, więc proszę, nie rób tego więcej.
- Wiem, że trudno jest znaleźć miejsce do parkowania w tej okolicy,
ale czekam już od piętnastu minut i zamierzam zająć to miejsce, kiedy ta
pani stąd wyjedzie.
W każdej z opisanych sytuacji uczucia drugiej osoby potraktowano
z szacunkiem, a jednak jesteś w stanie zidentyfikować problem i określić
jasno swoje stanowisko.

Konfrontacja a rozwiązywanie problemów
Kiedy zatem uciekamy się do konfrontacji, zamiast użyć języka rozwiązywania
problemów? Konfrontacji wymagają te sytuacje, w których twoje prawa lub
granice zostają pogwałcone przez czyny albo decyzje innej osoby. Susan nie
oddała ci pieniędzy, które od ciebie pożyczyła; ktoś wepchnął się przed tobą do
kolejki w banku; twoja matka daje waszemu dziecku słodycze wbrew wy­
raźnym prośbom; ktoś usiłuje zająć miejsce parkingowe, na które czekasz od
dłuższego czasu. We wszystkich tych wypadkach doszło do wtargnięcia na
twoje terytorium. Wszystkie opisane tu sytuacje zawierają jakiś problem, jed­
nak tym razem twoim celem nie jest rozwiązanie wspólnej, podlegającej nego­
cjacjom kwestii. Zamiast tego próbujesz wyznaczyć granice własnej tolerancji.
Jeśli druga osoba reaguje agresją na twoją spokojną, nieagresywną
konfrontację, możesz ponownie ustalić granice, mówiąc coś w rodzaju:
„Przykro mi, że tak cię to złości, ale nie będę tolerować agresywnego (lub
napastliwego) języka (albo zachowania) ani wrzasków". Zachowujesz spo­
kój, nie podnosisz głosu, a twoje zachowanie nie jest agresywne. Zazwyczaj
druga osoba również się uspokaja. Jeśli tak się nie stanie, zawsze możesz
186

odejść, nie dopuszczając do zaognienia sytuacji i nie podwyższając własnego
poziomu frustracji.

Asertywność
Asertywność jest twoim celem. Pamiętaj, że ludzie asertywni proszą o to,
czego pragną, nie pozwalają, by inni uczynili z nich ofiary, i pozostają w po­
lu Poszukiwacza Rozwiązań.
Kiedy jesteś asertywny, a nie agresywny, stwarzasz swemu partnero­
wi bezpieczne środowisko. To bardzo ważne, bo, jak zapewne pamiętasz, dla
wielu osób niedostępnych emocjonalnie bezpieczeństwo jest kluczową kwe­
stią. Jeśli wyrażasz się jasno, jesteś asertywny i panujesz nad własnymi
emocjami, twój partner poczuje się wystarczająco bezpiecznie, aby odsłonić
się nieco bardziej i wysłuchać tego, co masz mu do powiedzenia.
Pamiętaj jednak, że nawet jeśli doprowadzasz do konfrontacji z inną
osobą, twoim celem jest nadal znalezienie rozwiązania problemu, a nie za­
atakowanie drugiego człowieka lub narzucenie mu własnych poglądów.

Przeformułowanie
Technika przeformułowania (czyli nadania nowych ram) wywodzi się
z terapii rodzin i jest bardzo skuteczna w przełamywaniu impasów komuni­
kacyjnych. Dzięki niej druga osoba czuje, że naszym celem jest udzielenie jej
wsparcia, a nie zaatakowanie jej. Przeformułowanie pozwala człowiekowi
otworzyć się i sprzyja dostępności emocjonalnej.
Oto jak to działa. Potraktujmy pozycję przyjętą przez daną osobę jako
obraz, który przedstawia jej perspektywę. Obraz ten otoczony jest ramą
(ang. frame), która zmienia się w zależności od sytuacji. Celem przeformu­
łowania jest zmiana owej ramy w taki sposób, by usprawnić komunikację.
Na przykład: czy zdarzyło ci się kiedyś nazwać „wyzwaniem" coś, co
wydawało się bardzo nieprzyjemne lub niebezpieczne? Czy do drzwi twojej
lodówki przytwierdzony jest jeden z tych magnesów, na których widnieje
napis: „Ewa nie jest gruba, jest po prostu nieco puszysta"? Czy kiedykol­
wiek wykazałeś się wielkim taktem i nazwałeś koncert skrzypcowy swojego
bratanka „interesującym"? Jeśli tak, to już teraz wiesz coś o przeformułowaniu.
Peggy i Laura były przyjaciółkami od wielu lat. Kiedy Peggy związała
się z pewnym mężczyzną, Laura poczuła, że jest jedną z ofiar jego jawnych
wysiłków wyeliminowania wszystkich przyjaciół Peggy. Laura bolała nad tą
stratą i wściekała się, bo kiedykolwiek próbowała skontaktować się z Peggy,
187

miała trudności z przedostaniem się przez cenzurę jej chłopaka, który pod­
słuchiwał rozmowy telefoniczne Peggy i komentował jej wypowiedzi. Za
każdym razem, kiedy udało jej się zobaczyć z Peggy sam na sam, Laura
próbowała z nią o tym porozmawiać. Peggy oskarżała ją wówczas o to, że
jest zazdrosna o jej związek. Nie potrafiła usłyszeć w słowach Laury lęku
ani bólu.
Laura rozpoczęła terapię, żeby rozwiązać własne problemy uczucio­
we, jednak nie mogła powstrzymać się przed wyrażeniem swego bólu i po­
czucia opuszczenia z powodu odejścia Peggy. Zachęciłam Laurę, żeby za­
prosiła Peggy na jedno z naszych spotkań, abyśmy mogły popracować nad
ich wzajemną komunikacją. Podczas tej sesji Laura powiedziała:
- Peggy, czuję się opuszczona, kiedy pozwalasz Mike'owi wtrącać się
w nasze rozmowy telefoniczne, a także dlatego, że nie robimy już niczego
razem.
- Myślę, że jesteś zazdrosna o mój związek z Mikiem - odrzekła Peggy.
Najwyraźniej każda z nich postrzegała ten problem w inny sposób.
- Peggy, czy nie rozumiesz, co czuje Laura?
Peggy odpowiedziała:
- Sądzę, że ona nie ma racji. Nadal jest moją najlepszą przyjaciółką.
Jest zazdrosna, bo ja mam chłopaka, a ona nie.
- Lauro, co byś urobiła, gdyby Peggy znalazła się w niebezpieczeń­
stwie? - zapytałam.
- Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, żeby ją ochronić - odpowie­
działa bez wahania Laura.
- A skąd wiedziałabyś, że coś jej grozi? To znaczy, gdyby ci o tym nie
powiedziała.
Laura zastanowiła się nad tym przez chwilę, a potem powiedziała:
- Mogłaby robić coś, co jest niebezpieczne, na przykład zażywać nar­
kotyki, jeździć samochodem po pijanemu albo skakać ze spadochronem.
Mogłaby też kręcić się w miejscach, które uważam za niebezpieczne. Albo
spotykać się z niebezpiecznymi ludźmi.
- Jednakże w każdym z tych wypadków nie byłaby to jej definicja
niebezpieczeństwa, tylko twoja. Prawda? - Laura przytaknęła.
- Ale ty i tak zrobiłabyś wszystko, żeby ją obronić?
- Oczywiście.
- A gdybyś nie znała jej tak dobrze, skąd wiedziałabyś, co i kto jest dla
niej niebezpieczny?
- To mogłoby być trudniejsze. Chyba musiałabym wtedy zachować
większą ostrożność.
- Czy sądzisz, że to możliwe, iż Mike stara się po prostu ochronić
Peggy w związku, którego sam jeszcze dobrze nie zna?
Peggy skinęła twierdząco głową.
188

- Mike dokładnie to robi. Jest bardzo opiekuńczy, bo jego pierwsza
żona została zamordowana. Jest podejrzliwy wobec wszystkich dookoła.
Tym sposobem uzyskałyśmy pełniejszy obraz podłoża całej sytuacji.
- Lauro, a gdybyś uznała, że Mike po prostu chroni Peggy - czy po­
czułabyś się lepiej? - W ten właśnie sposób nadałam sprawie nowe ramy.
Mike stał się teraz obrońcą ukochanej przyjaciółki, a nie groźnym smokiem,
odcinającym Laurze wszelki dostęp do Peggy. Laura przyznała wcześniej, że
rozumie i popiera działania, mające na celu ochronę przyjaciółki. Umiesz­
czenie Mike'a w ramach obrońcy pomogło Laurze i Peggy znaleźć platformę
porozumienia. Peggy była odtąd bardziej gotowa wyznaczać Mike'owi pewne
granice, a Laura chętniej widziała w Mike'u sprzymierzeńca, a nie wroga.
Przeformułowanie polega zatem na spojrzeniu na dany problem z in­
nej perspektywy, tak aby uzyskać platformę porozumienia. Nie chodzi tu
o lukrowanie czegoś, co jest nie do przyjęcia. Gdyby na przykład Mike bił
Peggy nigdy nie zastosowałabym tej techniki, aby nadać mu wizerunek
dobrego człowieka. Jednak w sytuacji, gdy dwie osoby mają bardzo różne
poglądy na daną sprawę, przeformułowanie może przyczynić się do zniwelo­
wania różnic.
Dla osób niedostępnych emocjonalnie przeformułowanie może być
sposobem na znalezienie nowej, bezpiecznej perspektywy i otwarcie się.
Stosowanie przeformułowania nie wymaga pomocy terapeuty lub in­
nego pośrednika, kiedy wyćwiczysz już posługiwanie się tym narzędziem.
Kluczem jest znalezienie innego sposobu spojrzenia na daną kwestię. Mo­
żesz ćwiczyć tę technikę przed telewizorem lub w kinie. Posłuchaj dialogu
między bohaterami i spróbuj zinterpretować sytuację w odmienny sposób.
Zastanów się, na przykład, jak ważne było dla Peggy jej przywiązanie do
Mike'a. Nie mogła znieść, kiedy Laura go krytykowała. Celem Laury było
utrzymanie ich przyjaźni, w nadziei, że Mike się zmieni lub zniknie. Dzięki
nadaniu Mike'owi roli obrońcy Peggy i Laura mogły zachować przyjaźń:
Laura potrafiła spojrzeć inaczej na zachowanie Mike'a, a wybór Peggy zo­
stał uszanowany. Dzięki nowym ramom wszystkie zaangażowane osoby
wygrały i każda z nich poczuła się poważana.

Granice
Ogólnie mówiąc, ludzie niedostępni emocjonalnie nie mają zdrowych granic.
W zamian zakuwają się w zbroję, która całkowicie ogradza ich od świata.
Jeśli związałeś się z kimś o nieprawidłowych granicach, twoje granice mu­
szą być doskonałe, bo tylko wtedy uchronią cię przed krzywdą i cierpieniem.
Aby zachować dobre granice, musisz pozostawać w polu Poszukiwa­
cza Rozwiązań i zachowywać się asertywnie. Dobre granice pozwalają ci
ograniczyć dostęp innej osoby do twego życia i emocji, nie odcinając jej od
189

ciebie. Dobre granice dają ci wymierną ochronę, którą łatwo wzmocnić
w stosownym momencie.
Co zatem składa się na dobre granice? Zamieszczona poniżej lista
zachowań osób o właściwych granicach powinna pomóc ci nie tylko w ich
zdefiniowaniu, ale także w sprawdzeniu, jak dobre są twoje granice.
LUDZIE O DOBRYCH GRANICACH

190

Są asertywni

Trwają na stanowisku Poszukiwacza Rozwiązań

Posługują się językiem uczuć

Pozostają w kontakcie z własnymi uczuciami

Zachowują dla siebie to, co poufne

Nie dają ani nie dostają niewłaściwych podarunków; nie
utrzymują nieodpowiednich kontaktów towarzyskich lub
seksualnych

Mają jasność co do różnych ról, które pełnią w życiu

Nie używają seksu jako substytutu miłości

Nie dają prezentów po to, żeby otrzymać w zamian przysługi
lub przywileje

Szanują ciała, terytorium, myśli i uczucia innych

Nie mówią wszystkiego

Nie plotkują

Ich emocje są wyraźne i możliwe do odczytania

Potrafią rozpoznawać złe granice u innych

Nie oczekują że inni będą automatycznie zaspokajać ich
potrzeby

Nie uważają że inni potrafią lub powinni być w stanie
odczytywać ich myśli i pragnienia

Nie pozwalają by ktoś z jakiegokolwiek powodu dopuszczał się
wobec nich przemocy seksualnej, fizycznej, słownej lub
emocjonalnej

Nie pozwalają by inni definiowali ich samych lub ich
rzeczywistość

Nie pozwalają by inni brali od nich lub dawali bez ograniczeń

Dobre granice oznaczają dobre związki. Chronią cię w związku nieza­
leżnie od tego, czy twój partner sam ma dobre granice. Jeśli wyznaczysz
wyraźne granice, pomożesz partnerowi (lub partnerce) o niejasnych grani­
cach stworzyć bliższą więź, ponieważ staniesz się dla niego bezpieczniejszy
emocjonalnie i łatwiej będzie mu odczytać twoje uczucia.

Zakazane „dlaczego"
Jednym z pierwszych kroków w mojej pracy z parami jest zakazanie obojgu
partnerom zadawania drugiej osobie pytania „dlaczego?". Postępujemy tak,
ponieważ owo „dlaczego?" prowadzi wprost ku obwinianiu. Często samo
pytanie niesie w sobie agresję, jako że zawiera niewidzialne zakończenie, na
przykład: „Dlaczego, do diabła, zrobiłaś
?".
Najważniejsze jest jednak to, że ludzie używają słowa „dlaczego" tak,
jakby wyjaśnienie było równoznaczne z rozwiązaniem problemu lub stano­
wiło magiczny środek, który uśmierza emocjonalny ból. Powszechnie uważa
się, że wiedza, dlaczego ktoś dokonał takiego a nie innego wyboru może
w jakiś sposób zlikwidować cierpienie, a tym samym rozwiązać problem.
Pamiętaj jednak, że wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem. Nic nie zmie­
ni się tylko dlatego, że wyjaśniono motywy jakiegoś działania.
Kiedy jedna ze stron zadaje drugiej pytanie „dlaczego?", zmienia
w ten sposób kierunek komunikacji. Zamiast koncentrować się na znalezie­
niu rozwiązania, wymiana skupia się na zadowoleniu pytającego partnera.
Nawet jeśli wyjaśnienie jest negatywne, ten, kto pyta, zyskuje moc, ponie­
waż usiłuje zepchnąć drugą osobę do defensywy. W ten sposób ośrodek
uwagi oddala się również od pozytywnej więzi emocjonalnej, kiedy jedna ze
stron dokłada wszelkich starań, aby wyjaśnić to, czego często nie sposób
wytłumaczyć. Zazwyczaj wyjaśnienie tylko komplikuje sytuację, ponieważ
motywy naszych decyzji rzadko bywają proste i oczywiste.
Wśród wielu par, z którymi zetknęłam się w trakcie mojej praktyki,
powszechnym problemem był pozamałżeński romans jednego z partnerów.
Niezmiennie dochodzimy w takich sytuacjach do punktu, w którym ten
z partnerów, który nie dopuścił się zdrady, zwraca się ku drugiemu i często
przez łzy pyta: „Ale dlaczego?".
Przyczyny związków pozamałżeńskich są bardzo złożone. Są także
bardzo osobiste i często trudno je ująć w słowa, szczególnie jeśli partner,
który dopuścił się zdrady, jest niedostępny emocjonalnie.
Osoba niedostępna emocjonalnie będzie miała trudności z rozpozna­
niem własnych stanów emocjonalnych; może być również ślepa na emocjo­
nalne reakcje zarówno swego pierwszego, jak i drugiego partnera (kochan­
ka lub kochanki). Wyjaśnienie bywa zatem często raczej mechaniczne niż
emocjonalne, co dodatkowo powiększa cierpienie partnera.
191

Dzięki pytaniu „dlaczego?" osoba niedostępna emocjonalnie może po­
zostać wewnątrz świata własnych myśli, zamiast połączyć się z emocjami.
Pytanie „dlaczego?" umożliwia dokładnie tę samą intelektualizację oraz
umysłowe tricki i wybiegi, które przyczyniają się do niedostępności emocjo­
nalnej danej osoby.
Słowo „dlaczego" jest jak niebezpieczne grzęzawisko i może przynieść
znacznie więcej szkód niż pożytku. Kiedy komunikujesz się z osobą dostęp­
ną emocjonalnie, spróbuj oprzeć się pokusie zadania pytania „dlaczego?".
Zamiast tego pozostań w roli Poszukiwacza Rozwiązań i bądź asertywny.
Wyrażenie, które przynosi pożądane skutki, brzmi: „Pomóż mi zrozu­
mieć". „Proszę, pomóż mi zrozumieć, co czułeś, kiedy zdecydowałeś się
poszukać kogoś poza naszym związkiem". Nie pytasz, dlaczego twój partner
postanowił poszukać innej osoby. Pytasz raczej o uczucia i prosisz o pomoc
w ich zrozumieniu. Na tej podstawie możecie stworzyć wspólny punkt wyj­
ścia dla rozwiązania problemu, ponieważ zadane przez ciebie pytanie doty­
czy stanu emocjonalnego twego partnera w momencie rozpoczęcia
romansu. Zagłębiając się w jego uczucia, jesteś w stanie dostrzec źródła
problemu, a może nawet znaleźć rozwiązanie. Narzędzie to służy więc budo­
waniu, a nie niszczeniu.
Innym pomocnym sposobem zadawania pytań jest wyrażenie „zasta­
nawiam się", na przykład: „Zastanawiam się, czy wiesz, jakie to dla mnie
bolesne, że miałeś romans"; „Zastanawiam się, czy przed rozpoczęciem
romansu pomyślałaś o tym, jakie będą jego emocjonalne skutki dla naszego
związku".
Zarówno „pomóż mi zrozumieć", jak i „zastanawiam się" pozwalają ci
formułować trudne pytania w otwarty sposób, co ułatwia, szczerą dyskusję
na temat danego problemu. Kiedy masz do czynienia z trudnymi sprawami,
ważne, aby rozmawiać o nich jak najbardziej otwarcie, tak żeby każdy miał
poczucie, że został wysłuchany.
Wyrażenia „pomóż mi zrozumieć" oraz „zastanawiam się" są także
bardzo przydatne w sytuacjach o mniejszym ładunku emocjonalnym. „Po­
móż mi zrozumieć twoją decyzję o chodzeniu na wagary" jest sposobem,
w jaki możesz poprosić swoje dorastające dziecko, żeby wzięło na siebie
odpowiedzialność, nie zamykając przy tym bram waszej komunikacji. Czę­
sto w odpowiedzi na tak sformułowane pytanie nastolatek przestanie wzru­
szać ramionami i mruczeć pod nosem „nie mam pojęcia", ponieważ twoje
pytanie zostało zadane w taki sposób, że jego odpowiedź zostanie usłyszana.
Używając któregokolwiek z obu wyrażeń, otwierasz najszersze z ka­
nałów komunikacyjnych, a tym samym pomagasz wszystkim - bez wzglę­
du na to, czy są dostępni emocjonalnie, czy też nie - wyrażać uczucia
w bezpiecznym, nieoskarżającym, skoncentrowanym na rozwiązaniu śro­
dowisku.
192

Cele i struktura
Ludzie niedostępni emocjonalnie mają skłonność do swobodnego dryfowa­
nia przez związki. Płyną z prądem wytworzonym przez bardziej dostępnego
emocjonalnie partnera, dopóki sytuacja nie stanie się dla nich niewygodna wtedy nagle się ulatniają. To dryfowanie jest bardzo frustrujące dla ich
partnerów, którzy pragną, by związek rozwijał się i posuwał naprzód. Dry­
fowanie wynika z braku jasno określonych celów u emocjonalnie niedostęp­
nego partnera i/lub z braku struktury, która umożliwiłaby ich osiągnięcie.
W niektórych związkach obojgu partnerom brakuje celów i odpowied­
niej struktury. Takie związki napędzane są początkowo przez jakąś ograni­
czoną w czasie siłę: wspólne lecz przelotne zainteresowania, zaangażowa­
nie się w tę samą kampanię polityczną, wspólny projekt w pracy. Kiedy owa
siła napędowa znika, ulatnia się również klej, który spajał dotąd związek.
Przez jakiś czas relacja utrzymuje się jeszcze na zasadzie przyzwyczajenia,
w pewnych niefortunnych wypadkach ów nawyk prowadzi do nieszczęśliwe­
go małżeństwa.
Ludzie niedostępni emocjonalnie często świetnie sobie radzą w pierw­
szej fazie związku po części dlatego, że tak często nawiązują relacje z nowy­
mi partnerami. Problem pojawia się wtedy, kiedy muszą opuścić ów bezpie­
czny, dobrze znany etap początkowy, aby wejść w bardziej intymny, bliższy
i pełniejszy związek. Ponieważ osoba niedostępna emocjonalnie nie odnosiła
wcześniej sukcesów w podobnej sytuacji, nie ma najmniejszego pojęcia, jak
postępować. Czuje się zagrożona i w konsekwencji opuszcza związek. Osoba
bardziej doświadczona na różnych etapach intymnych związków może ocze­
kiwać od swego partnera umiejętności przechodzenia od jednej fazy do
drugiej; będzie zatem niemile zaskoczona, kiedy okaże się, że jej partner nie
potrafi sprostać temu zadaniu.
Jeśli chcesz pomóc sobie i partnerowi posuwać się naprzód, ustalaj z nim
wspólnie cele. Ustanawianie celów wymaga komunikacji w trybie skoncentro­
wanym na rozwiązaniach oraz asertywności bez uciekania się do agresji.
„Vanesso, czuję się naprawdę świetnie, kiedy jesteśmy razem i bardzo
lubię z tobą ćwiczyć. Chciałabym spędzać z tobą więcej czasu. Czy możemy
ćwiczyć wspólnie dwa razy w tygodniu?". Oto ustanowiłaś cel wraz ze stru­
kturą, bo obie będziecie musiały zaplanować dodatkowe spotkania, uwzględ­
niając wasz dotychczasowy rozkład zajęć. Plan ten będzie wymagał od Vanessy zwiększonego zaangażowania. Powiedziałaś jej także o swoich uczu­
ciach, dzięki czemu Vanessa łatwiej zda sobie sprawę z twojego emocjonal­
nego zaangażowania. Ponadto twoja prośba jest bardzo jasna, co pomoże jej
rozpoznać twoje uczucia i uzyskać kontakt z własnymi.
Cele i struktura są niezwykle pomocne w relacjach z dziećmi i dora­
stającymi nastolatkami, ponieważ dzięki nim wszystko staje się jasne i prze­
widywalne. Cele i struktura pomagają dzieciom zidentyfikować własne
193

granice. Mogą one cieszyć się wolnością wyboru w ramach owej struktury
i czuć się bezpiecznie.
Cele i struktura stanowią także fundament, na którym można budo­
wać związki. Oboje partnerzy wiedzą, czego powinni się spodziewać i dokąd
zmierzają. Jasność oczekiwań i celów umożliwia ludziom cieszenie się wol­
nością w ramach tego kontekstu oraz sprzyja zdrowym relacjom i więziom
emocjonalnym.
Aby ustanawiać cele powinniśmy doskonale wiedzieć, co chcemy osiągnąć. Każda ze stron musi przy tym szanować pragnienia i dążenia part­
nera. Niewłaściwy cel skupiałby się na osobistym zadowoleniu tego, kto go
ustanawia, kosztem drugiej osoby w związku. Prawidłowe cele umożliwiają
rozwój oraz pozytywne zmiany.
Pierwszym krokiem w procesie ustanawiania celów jest omówienie
wspólnych dążeń. Kiedy poprosiłaś Vanesse, żebyście ćwiczyły razem dwa
razy w tygodniu, i powiedziałaś jej o radości, jaką dają ci wasze spotkania,
zaproponowałaś pewien cel. Teraz to od Vanessy zależy, czy przyjmie twoją
propozycję, odrzuci ją lub też zasugeruje własny cel. Chociaż w danej chwili
możecie nie odczuwać tego w ten sposób, każda z was daje drugiej pewne
parametry - swoje granice oraz informacje, które mogą udoskonalić waszą
relację.
Cele mogą być krótko-, średnio- albo długoterminowe. Cele krótko­
terminowe osiąga się w przeciągu kilku godzin lub dni. „Chciałabym, żebyś­
my w tym tygodniu uporządkowali garaż". „Musimy dzisiaj zadzwonić do
twojej mamy i złożyć jej życzenia urodzinowe". „Czy jutro moglibyśmy
usiąść razem i porozmawiać o twoich planach wakacyjnych?". W każdej
z tych sytuacji mamy do czynienia z krótkoterminowym celem.
Cele średnioterminowe obejmują okres od około tygodnia do mniej
więcej roku. „Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku przeprowadzimy się do
nowego domu". „Myślę, że w lipcu powinniśmy ustalić datę ślubu". „Dopil­
nujmy, żeby zimą zaplanować to przyjęcie, o którym rozmawialiśmy". Cele
średniotenninowe zawierają często złożone zadania, mogą więc wymagać
ustanowienia kilku celów krótkoterminowych w ramach większego celu. Na
przykład przeniesienie się do nowego domu obejmuje znalezienie odpowied­
niego domu, uzyskanie kredytu, spakowanie się oraz przeprowadzkę - wszyst­
ko to są krótkoterminowe cele, które trzeba ustanowić, aby osiągnąć ów
nadrzędny, średnioterminowy cel.
Cele długoterminowe to dążenia, których realizacja oddalona jest
o około rok lub wybiega jeszcze dalej w przyszłość; niektóre z nich mogą
nawet zająć niemal całe życie. „Mam nadzieję, że po przejściu na emeryturę
zamieszkamy w Arizonie". „Docelowo chciałbym zostać prezesem firmy".
„Nasza znajomość rozwija się i przekształca w związek na całe życie". Za­
uważ, jak szerokie są owe długoterminowe cele. Specyficzne niuanse i deta194

le pojawią się w krótko- i śreclnioterminowych celach, które ustanowisz, aby
zrealizować cele w odległej perspektywie.
W zdrowych relacjach występują wszystkie trzy typy celów. Cele krótko­
terminowe sprawdzają się w codziennym życiu i ułatwiają nam wykonywa­
nie drobnych kroków naprzód. Cele średnioterminowe są źródłem dążeń,
które pomagają w ustanawianiu długoterminowych celów, a także nadają
sens codziennym czynnościom. Cele długoterminowe wyznaczają kierunek
naszego życia.
Ludzie, którzy nie mają celów, żyją bardzo reaktywnie - przeskakują
z wydarzenia na wydarzenie lub z osoby na osobę, nie zastanawiając się nad
przyszłością. Ów brak koncentracji utrudnia im budowanie więzi, bo nie
potrafią określić, czego chcą od życia. Z drugiej strony, mogą mieć całkowitą
jasność co do swoich pragnień w danym momencie. Taki typ reaktywności
jest bardzo frustrujący dla kogoś, kto ma dobre cele i jasne dążenia.
Podobnie jak umiejętności komunikacyjnych, tak i ustanawiania ce­
lów uczymy się w dzieciństwie. Ludzie, którzy w dorosłym życiu potrafią
ustanawiać własne cele, albo dorastali u boku dorosłych, którzy byli w tym
dobrzy i posłużyli im jako modele, albo też sami dołożyli starań, aby na­
uczyć się i wyćwiczyć ustanawianie celów. Najistotniejsze dla procesu wy­
znaczania dobrych celów są właściwe granice oraz silny system wewnętrz­
nego sprzężenia zwrotnego. Krótko mówiąc, ustanawianie celów jest umie­
jętnością, która korzysta ze wszystkich omówionych w tej książce spraw­
ności.

Odpowiedzialność emocjonalna
Każdy z nas odpowiada za własne uczucia i emocje, a także za zachowania,
które stanowią ich konsekwencję. Ludzie niedostępni emocjonalnie nie bio­
rą na siebie odpowiedzialności za to, czego nie dostrzegają u siebie i nie
potrafią rozpoznać u innych. Zapytani wprost, często zaprzeczają istnieniu
problemu lub spychają odpowiedzialność na osobę, która jest obecna emo­
cjonalnie.
Owo zrzucanie odpowiedzialności wywołuje frustrację, tworzy także
sprzyjające nadużyciom środowisko, w którym partner dostępny emocjonal­
nie czuje się opuszczony lub ma wrażenie, że stał się ofiarą manipulacji. To
on wykonuje całą emocjonalną pracę, bez żadnej reakcji ze strony niedostęp­
nego emocjonalnie partnera.
Teresa i Jerry zjawili się u mnie po około piętnastu latach małżeń­
stwa. Teresa czuła się opuszczona ze względu na zaangażowanie Jerry'ego
w pracę. Jerry twierdził, że w ich małżeństwie wszystko jest w porządku,
i sądził, że przyczyną problemów są hormony Teresy.
195

- To jej napięcie przedmiesiączkowe. Przez dwa tygodnie w miesiącu
jest zupełnie w porządku, ale przez pozostałe dwa ciągle płacze i nie panuje
nad sobą - powiedział mi Jerry. - Wystarczy, że przepisze jej pani jakieś
lekarstwo i wszystko będzie dobrze.
Teresa natomiast opowiadała: „Jerry traktuje firmę, w której pracuje,
tak, jakby należała do niego. Kiedy wszystko idzie dobrze, potrafi dzielić
swój czas, poświęcając część uwagi mnie, a część - swojej pracy. Jednak
kiedy w pracy są jakieś problemy, co zresztą zdarza się często, obsesyjnie
próbuje wyprowadzić wszystko na prostą i nie może myśleć o niczymv in­
nym, więc nasze małżeństwo bardzo na tym cierpi. Tak się składa, że byłam
ostatnio u ginekologa i rzeczywiście mam pewne objawy zespołu napięcia
przedmiesiączkowego, ale to tylko kilka dni rozdrażnienia, a nie dwa tygo­
dnie prawdziwego piekła. Jerry potrzebuje po prostu wymówki, żeby mógł
wściekać się na mnie przez dwa tygodnie w miesiącu i czuć się w porządku,
kiedy idzie do pracy i zostaje tam przez trzy lub cztery dni z rzędu. Poza
tym mój lekarz mówi, że lekarstwo raczej tu nie pomoże, bo mój zespół
napięcia przedmiesiączkowego wcale nie wymyka się spod kontroli".
Jerry przyznał, że czasami bardzo przejmuje się sprawami firmy, ale
dodał, że jest to część jego pracy, ponieważ zajmuje wysokie stanowisko
kierownicze w dziale komputerowym pewnej międzynarodowej firmy. Po­
wiedział mi także, że w jego dziale są jeszcze dwie inne osoby zatrudnione
na tym samym stanowisku, i przyznał, że bardzo rzadko zostają one po
godzinach, co jednak nie wydaje się wpływać negatywnie na ich ocenę.
Przyznał również, że zamierza ostatecznie odejść z firmy i założyć własny
biznes, a więc nie przejmuje się możliwościami awansu.
Kiedy zapytałam go, czy dostrzega cierpienie Teresy, wzruszył ramio­
nami.
- Ona na wszystko reaguje przesadnie. Pewnie kiedy założę własną
firmę, też będzie się denerwować. Jest po prostu zazdrosna. I cierpi na
napięcie przedmiesiączkowe.
Łatwo zauważyć, że Jerry nie jest w stanie wziąć na siebie odpowie­
dzialności za ogromne emocjonalne szkody, jakie powoduje jego zaangażo­
wanie w pracę. Kiedy zapytałam go, czy myślał o rozwodzie, był zaskoczony
i urażony.
- Oczywiście, że nie. Dlaczego miałbym się rozwodzić z Teresą? Prze­
cież ją kocham.
Stanowisko Jerry'ego stawia Teresę w bardzo nieprzyjemnym położe­
niu. Kiedy prosi o to, czego potrzebuje, jest obwiniana za uczucia, które są
jak najbardziej uzasadnione. Jerry przekształca jej realistyczne poczucie
opuszczenia w coś negatywnego i oczekuje od niej poprawy. Jednocześnie
Jerry gloryfikuje własną rolę: przedstawia siebie jako kochającego męża,
który poświęca czas i energię, żeby utrzymać pracę, a w przyszłości - zbudo­
wać własną firmę. Nie chce dostrzec, że ponosi odpowiedzialność za stwo196

rżenie warunków, w których Teresa czuje się opuszczona, sfrustrowana
i oskarżana.
Jeśli twój związek przypomina relację Teresy i Jerry'ego, musisz wy­
znaczyć wyraźne i nienaruszalne granice. Asertywnie wyrażaj swoje oczekiwa­
nia, ustanawiaj jasne cele i trwaj na stanowisku Poszukiwacza Rozwiązań,
stosując Pięć Magicznych Słów oraz Magiczne Pytanie doktora Collinsa, aby
pomóc swemu partnerowi w przyjęciu emocjonalnej odpowiedzialności.
Teresie w końcu udało się to zrobić. Ustanowiła granice, zapropono­
wała cel i powiedziała Jerry'emu, że nie pozwoli mu obwiniać się za ich
wspólne problemy lub zrzucać winy na swoje hormony. Jednoznacznie na­
zwała te kwestie, którymi, jak sądziła, należało się zająć. Wreszcie poprosiła
męża, żeby wziął na siebie swoją część problemu - żeby przyjął emocjonalną
odpowiedzialność.
Teraz to Jerry był zaniepokojony. Od tak długiego czasu wcielał się
w rolę skrzywdzonego małżonka, że wzięcie na siebie odpowiedzialności za
własną część problemu było dla niego bardzo kłopotliwe.
Początkowo próbował stworzyć kilka nowych problemów, aby móc
utrzymać się na stanowisku Oskarżyciela. Kwestionował umiejętności Te­
resy w prowadzeniu domu, zarządzaniu pieniędzmi, krytykował jej sposób
prowadzenia samochodu oraz gust muzyczny.
Teresa jednak trzymała się twardo, używając Pięciu Magicznych Słów
i Magicznego Pytania doktora Collinsa, ilekroć było to potrzebne. Nie dała
się wciągnąć w wir relacji Oskarżyciel/Biedactwo i trwała nieugięcie na sta­
nowisku Poszukiwacza Rozwiązań. Wytrwale powtarzała też swoje cele
oraz oczekiwania wobec Jerry'ego i ich związku.
Wreszcie Jerry zdał sobie sprawę, że jego postawa prowadzi donikąd
i przyłączył się do Teresy w polu Poszukiwacza Rozwiązań. Z czasem prob­
lemy zostały rozwiązane, a oni zaczęli traktować się jak partnerzy, a nie jak
przeciwnicy.

Wykorzystanie narzędzi
Jeśli będziesz potrafił zastosować opisane przeze mnie narzędzia - konfron­
tację, przeformułowanie, jasną komunikację, dobre granice i odpowiedzial­
ność emocjonalną - w relacjach z emocjonalnie niedostępną osobą, obniżysz
poziom własnej frustracji i pomożesz niedostępnemu emocjonalnie partne­
rowi poczuć się bezpieczniejszym i silniejszym, a tym samym ułatwisz mu
otwarcie się i nawiązanie kontaktu ze światem emocji.
Jeśli stosując te narzędzia, pozostaniesz na stanowisku Poszukiwacza
Rozwiązań, zmniejszysz liczbę konfliktów oraz podwyższysz poziom skutecz­
ności rozwiązań, co umożliwi okazanie szacunku wszystkim zaangażowa­
nym osobom, a także rozwój i wprowadzenie zmian.
197

Inna korzyść, jaka płynie z umożliwienia osobie niedostępnej emocjo­
nalnie doświadczenia więzi emocjonalnych, polega na tym, że człowiek ten
może odkryć, iż emocje są bezpieczne, i w konsekwencji stwierdzić, że warto
popracować nad zwiększeniem własnej dostępności emocjonalnej. Jeśli rze­
czywiście chce się zmienić, w rozdziale osiemnastym odnajdziesz narzędzia,
które mogą mu w tym pomóc.

Rozdział 18

Narzędzia zmian
i rozwoju
rzyjrzeliśmy się już metodom, ułatwiającym wprowadzenie zmian
i rozwój twoich związków. Teraz poznamy kilka narzędzi, które umoż­
liwiają indywidualne zmiany i rozwój.
Podobnie jak w wypadku narzędzi skoncentrowanych na partnerze,
owe indywidualne metody wymagają zaangażowania i ćwiczeń, aby mogły
stać się częścią twojego życia. Pamiętaj, że zmiany wydają się ludziom
niepokojące i uciążliwe, nie dziw się więc, jeśli odczujesz pewien dyskomfort
emocjonalny. Posłuż się raczej techniką przeformułowania i potraktuj to
poczucie jako świadectwo rozwoju.

P

Wewnętrzny system
sprzężenia zwrotnego
W jednym z poprzednich rozdziałów tej książki zastanawialiśmy się nad
umiejscowieniem kontroli jako jednym z czynników niedostępności emocjo­
nalnej. Dla przypomnienia, w psychologicznym żargonie termin umiejsco­
wienie kontroli używany jest w celu określenia, dokąd sięgają ludzie, aby
rozpoznać własne emocje oraz ustalić sposoby reagowania na otaczający ich
świat.
Zewnętrzne umiejscowienie kontroli oznacza, że dana osoba
zwraca się na zewnątrz, próbując ustalić własne reakcje i zidentyfikować
uczucia. Zewnętrzne umiejscowienie kontroli jest typowe dla dorastających
nastolatków, którym bardzo zależy na opinii innych i którzy w swoim po­
stępowaniu kierują się reakcjami otaczających ich osób, tak aby zdobyć
199

akceptację ze strony rówieśników. Skrajnym przykładem takiego zachowa­
nia jest przynależność do gangów. Dzieciaki z gangów, kiedy dokonują
swych wyborów, koncentrują się całkowicie na przekazie z zewnątrz i odci­
nają się od własnych przekonań na korzyść myślenia grupowego.
Wewnętrzne umiejscowienie kontroli oznacza natomiast, że
u danej osoby wykształcił się wewnętrzny system sprzężenia zwrotnego,
który pomaga jej podejmować decyzje dotyczące własnych zachowań i uczuć
w konkretnych sytuacjach. Możemy to sobie wyobrazić jako wewnętrzne
urządzenie do pomiaru emocji. Powstaje ono pod koniec okresu dorastania,
by odtąd nadawać kształt systemowi przekonań danej osoby oraz wyzna­
czać kierunek jej reakcji emocjonalnych. To dlatego ludzie, u których nie
wykształcił się wewnętrzny system sprzężenia zwrotnego, wydają się tacy
egocentryczni i niedojrzali. Mogą mieć czterdzieści lub pięćdziesiąt lat, ale
ich procesy emocjonalne są typowe dla wczesnego okresu dorastania.
Przypomnij sobie Toma Hanksa w filmie Duży (Big). Grał w nim czło­
wieka, który w wieku trzynastu lat musiał nagle wydorośleć w sferze umy­
słowej, chociaż nie osiągnął jeszcze odpowiedniego poziomu rozwoju emocjo­
nalnego. W filmie jest czarującym mężczyzną, który działa spontanicznie
i bez zahamowań, nie zważając jednak zanadto na uczucia i prawa innych.
Dzieje się tak dlatego, że jest dzieckiem w ciele dorosłego. Ludzie niedostę­
pni emocjonalnie są bardzo podobni - są dziećmi, które wyglądają jak doroś­
li. Potrafią być czarujący, jednak ich kontakt z własnymi emocjami jest tak
niewielki, a ich pętla wewnętrznego sprzężenia zwrotnego tak skarłowaciała, że nie są w stanie dostrzec emocjonalnych konsekwencji swoich zacho­
wań. Innymi słowy, chociaż bywają zabawni lub czarujący, zazwyczaj nie
potrafią zapewnić swym partnerom żadnej więzi emocjonalnej ani głębi
uczuć.
U ludzi niedostępnych emocjonalnie często nigdy nie wykształcił się
wewnętrzny system sprzężenia zwrotnego. Dlatego też tkwią niezmiennie
w typowym dla okresu dorastania schemacie, zwracając się do innych, aby
ci zdefiniowali za nich ich emocjonalną rzeczywistość oraz ustalili ich re­
akcje na to, co dzieje się w otaczającym świecie.
Ów system może sprawdzać się w wypadku dorastającego młodego
człowieka, jednak dorośli, którzy usiłują dowiedzieć się poza sobą, co czują
oraz jak mają reagować, odcinają się emocjonalnie zarówno od innych, jak
i od samych siebie. Wskutek owego dystansu osobie niedostępnej emocjo­
nalnie brakuje empatii - czyli umiejętności rozpoznawania, co czują inni a także wewnętrznego schematu jakichkolwiek reakcji emocjonalnych.
Ów schemat może powstać tylko wtedy, jeśli wykształci się wewnętrz­
ny system sprzężenia zwrotnego. Aby go zbudować, musimy powrócić do
okresu dorastania i zacząć wszystko od nowa - tym razem bez młodzieńcze­
go buntu i bez trądziku na twarzy.
200

Rozpoznaj swoje uczucia
Na szczęście zbudowanie owego systemu nie jest wcale tak trudne, jak
mogłoby się wydawać. Pamiętaj, że jest to proces. Pierwszym krokiem będzie
nauczenie się rozpoznawania własnych emocji oraz zrozumienie, w jaki sposób
ich doświadczasz. W rozdziale drugim omówiliśmy cztery podstawowe emocje
oraz ich związek ze stanem umysłu. Dla przypomnienia, owe cztery podstawo­
we emocje to, złość, zadowolenie, smutek i strach.
Wszystkie pozostałe emocje można traktować jako odmiany lub kom­
binacje owych czterech podstawowych uczuć. Na przykład: jeśli czujesz się
zagubiony, twoja emocja może być połączeniem złości i strachu albo stra­
chu i smutku. Rozdrażnienie może być odmianą złości lub kombinacją
złości i strachu. W tym systemie nie ma arbitralnych reguł, jest on bowiem
tak osobisty i indywidualny jak i same emocje. Uniwersalna jest jedynie
zasada konieczności nawiązania kontaktu z własnymi emocjami, aby możli­
we było stworzenie więzi z innymi ludźmi.
Emocje mieszczą się nie tylko w mózgu, ale także w ciele. Posłużę się
tutaj przykładem. Wyobraź sobie, że błąkasz się po ciemnym, nieznanym
domu w burzliwą noc. Błyskawice przecinają niebo i co chwilę rozlegają się
potężne grzmoty. Twoja latarka gaśnie i musisz posuwać się po omacku.
Nagle od tyłu chwyta cię jakaś ręka.
Co i gdzie czujesz w swoim ciele? Jeśli jesteś podobny do większości
ludzi, twoje serce będzie walić jak oszalałe, a żołądek skurczy się do rozmia­
rów piłeczki pingpongowej. Być może będą ci drżały kolana i dłonie. Z pew­
nością zaczniesz też szybciej oddychać i poczujesz nagły przypływ energii.
Owa odpowiedź organizmu nazywa się reakcją walki lub ucieczki.
Wywołuje ją hormon zwany adrenaliną. Fizyczne odczucia przyspieszonego
bicia serca, szybkiego oddechu, drżenia i przypływu energii stanowią fizycz­
ną reakcję na pewną sytuację emocjonalną.
Owej fizycznej odpowiedzi towarzyszy związana z nią reakcja emocjo­
nalna - strach. Twoje ciało i umysł są ze sobą powiązane, zatem kiedy
doświadczasz fizycznego strachu, twój umysł kojarzy ową reakcję z emo­
cjonalnym doświadczeniem strachu. Następnym razem gdy doświadczysz
czegoś, co pasuje do kategorii strachu, pojawi się u ciebie zarówno reakcja
cielesna, jak i emocjonalne wspomnienie ostatniej sytuacji, w której poczu­
łeś się przerażony. Innymi słowy, twój umysł odczytuje reakcję fizyczną
i aby dopełnić doznanie, dodaje do niej odpowiednie informacje emocjonalne.
Kiedy twój mózg połączy już odczucie cielesne z odpowiednią emocją,
przechowuje owo doświadczenie w całości. Jeśli następnym razem znaj­
dziesz się w podobnej sytuacji, twój mózg sięgnie do dawnego doświadczenia
i połączy je z nowym.
To połączenie było niezwykle przydatne w czasach człowieka jaskinio­
wego, kiedy ogromne znaczenie miało zapamiętywanie fizycznych i emocjo201

nalnych reakcji na spotkanie z tygrysem o śmiercionośnych, ostrych jak
szable kłach. Dzięki umysłowym i cielesnym wspomnieniom człowiek jaski­
niowy nie musiał za każdym razem doświadczać na nowo strachu i mógł
natychmiast rozpocząć wyścig o życie.
Owa wzmożona reakcja może przynosić nam pewne korzyści także
dzisiaj, ponieważ pomaga nam stworzyć wewnętrzną pętlę sprzężenia
zwrotnego.

Uczenie się zależne od stanu
Stan emocjonalno-cielesny, w którym znajdujesz się, kiedy się czegoś uczysz,
jest przechowywany wraz z wyuczoną wiedzą. Odtąd za każdym razem, gdy
ponownie doświadczasz owego stanu, możesz także doświadczyć tego, czego
się nauczyłeś - wspomnień odczuć emocjonalnych i fizycznych, których do­
świadczyłeś w momencie uczenia się. To połączenie jest nazywane uczeniem
się zależnym od stanu.
Pozwól, że odwołam się do pewnego przykładu. Zespół eksperymenta­
torów zebrał grupę studentów ostatnich lat psychologii i wprowadził ich
w stan upojenia alkoholowego (bez wątpienia jest to pewien określony
stan), a następnie nauczył ich rozwiązania problemu matematycznego,
w którym kryła się pewna sztuczka. Nie sposób było rozwiązać tego proble­
mu, o ile nie zastosowało się owego wybiegu. Badacze ćwiczyli z pijanymi
studentami tak długo, aż wszyscy potrafili bezbłędnie rozwiązać problem,
a następnie odesłali ich do domu, prosząc o ponowne przyjście za trzy dni.
Kiedy studenci wrócili - tym razem trzeźwi - ponownie dano im do
rozwiązania ten sam problem. Żaden z nich nie umiał sobie z nim poradzić.
Wtedy eksperymentatorzy jeszcze raz upili studentów i - cóż za niespo­
dzianka! - każdy z nich bez trudu rozwiązał problem. Jest to doskonały
przykład uczenia się zależnego od stanu. Stan upojenia alkoholowego został
zachowany wraz z trickiem, który umożliwiał rozwiązanie problemu, a wy­
uczoną sztuczkę można było odzyskać z pamięci badanych dopiero wtedy,
kiedy wprowadzono ich ponownie ów stan.
Traumatyczne wspomnienia
Uczenie się zależne od stanu ułatwia wyjaśnienie traumatycznych wspo­
mnień. Jeśli dana osoba doświadczyła jakiegoś traumatycznego wydarzenia,
jest ono przechowywane w pamięci inaczej niż zwyczajne, codzienne wspo­
mnienia: towarzyszą mu liczne, wzajemnie powiązane odniesienia do wspo­
mnień fizycznych i emocjonalnych. Zapachy, dźwięki, uczucia, doznania fi­
zyczne i emocjonalne - wszystko to łączy owo traumatyczne wspomnienie
z pozostałymi śladami pamięciowymi.
202

Kiedy ofiara traumatycznego przeżycia zetknie się później z jednym
z tych elementów, może on w jednej chwili przywołać traumatyczne wspo­
mnienie. Jeśli niefortunnym zbiegiem okoliczności taka osoba doświadczy ko­
lejnej traumy, przeżycie to może otworzyć drzwi do wszystkich trauma­
tycznych wspomnień, które ów człowiek przechowuje w pamięci.
Jest to jeden z elementów pourazowego zespołu stresu (ang. PTSD),
a także jedna z przyczyn, dla których tak trudno jest leczyć tę dolegliwość.
Wszystko, co wydaje się podobne, otwiera na oścież bramy pamięci, które
prowadzą ku szlakom traumy.
Ze względu na odmienny sposób przechowywania traumatycznych
wspomnień nie są one dostępne w dowolnym momencie. Kiedy się pojawia­
ją, wydają się zatem nie tylko przerażające i przytłaczające, ale również
obce i nieznane, co wzbudza jeszcze większy strach. Mogą być także zupeł­
nie nieadekwatne do świadomej oceny własnej sytuacji przez daną osobę.
Ponownie posłużę się przykładem. Doris przychodziła do mnie, ponie­
waż czuła się ofiarą w swym związku z mężem, Barneyem. Działo się to
w śnieżnej Minnesocie. Pewnego dnia, jadąc na jedną z naszych sesji w sa­
mym środku marcowej zamieci, Doris miała wypadek samochodowy.
W ciągu następnych trzech tygodni pojawiły się u niej objawy PTSD,
które wkrótce nasiliły się do tego stopnia, że stały się niemal nie do zniesie­
nia. Doris prześladowały nocne koszmary, nagłe wspomnienia, niekontro­
lowane reakcje fizyczne oraz niewyjaśnione wybuchy płaczu i gniewu. Bała
się wychodzić z domu, lękała się ciemności i popadła w głęboką depresję.
Kilka razy powiedziała mi, że widzi tylko jedną drogę ucieczki od
przeraźliwego bólu, który odczuwała - samobójstwo.
Wypadek samochodowy wepchnął Doris na szlak traumy i przywołał
wszystkie dawne traumatyczne wspomnienia, mieszając je tak, że poczuła
się zagubiona i przytłoczona.
Zaczęły ją prześladować wspomnienia przemocy seksualnej, której
jako dziecko doświadczyła od swego dziadka ze strony matki. Teraz musiała
sobie poradzić nie tylko z tym straszliwym przeżyciem, ale także ze wspo­
mnieniem gwałtu, którego ofiarą padła podczas jednej z randek w college'u,
z fizyczną przemocą, jakiej dopuszczali się wobec Doris matka i pierwszy
mąż, oraz z doświadczeniem ulicznego rozboju.
Zamiast pracować oddzielnie nad każdym z kolejnych problemów,
musiałyśmy wrzucić je do jednego emocjonalnego kotła i radzić sobie
z wszystkim, co się w nim gotowało. Tymczasem Doris, która dotąd miała
wrażenie, że jest stosunkowo bezpieczna w otaczającym ją świecie, poczuła
się nagle przytłoczona całą lawiną wspomnień i emocji. W reakcji na owo
wzmożone pobudzenie emocjonalne Doris zamknęła się w sobie. Próbowała
znaleźć jakiś sposób, aby poczuć, że panuje nad tą niepoddającą się kontroli
powodzią. Jest to dość powszechne u ludzi, którzy w przeszłości doświad­
czyli kilku traumatycznych wydarzeń.
203

Nawet jeśli ktoś poradził już sobie z traumatycznymi wspomnieniami,
nadal wydają się one obecne na pamięciowym szlaku traumy - jest to
pradawny zawór bezpieczeństwa, wbudowany jeszcze w czasach człowieka
jaskiniowego. Stopniowo jednak traumatyczne doświadczenia wydają się
tracić większość swej emocjonalnej siły uderzeniowej. Co więcej, wydają się
także mieszać z nietraumatycznymi wspomnieniami i stają się częścią na­
szego życia. Ludzie, którzy poradzili sobie ze swoimi traumatycznymi prze­
życiami, potrafią rozmawiać o nich bez poczucia przerażenia i bez ryzyka
powrotu dawnych koszmarów.
Owa normalizacja traumatycznego wspomnienia i włączenie go w co­
dzienną pamięć roboczą jest istotą terapii PTSD. Rzeczy, z którymi stykasz
się codziennie, wydają się mniej przerażające i nie wymykają się spod kon­
troli tak jak wspomnienia, które pojawiają się nagle i z ogromną siłą, w po­
wiązaniu z traumatycznym doświadczeniem.
Osoba, u której niedostępność emocjonalna wywodzi się z przeszłych
doświadczeń przemocy i traumatycznych wydarzeń, musi wykonać dodat­
kową pracę przetworzenia owego traumatycznego przeżycia (lub przeżyć)
tak, by przestało stanowić zagrożenie. Jest to nieodzowna część procesu
nawiązywania kontaktu z własnymi emocjami.

Łączenie emocji z odczuciami cielesnymi
Powiązanie emocji z ciałem jest bardzo cenne dla kogoś, kto uczy się odczu­
wać własne emocje. Ludzie niedostępni emocjonalnie utracili połączenie
między emocjami ciała i ducha. Te drugie nadal u nich istnieją, są jednak
pogrzebane lub głęboko ukryte.
Ciało może pomóc ci w nawiązaniu kontaktu z własnymi emocjami.
Kiedy doznajesz czegoś cielesnego, zatrzymaj się i pozwól sobie doświadczyć
pozostałej części owego połączenia ducha i ciała - jego strony emocjonalnej.
Zadaj sobie pytanie: „Co odczuwa moje ciało? Jakie emocje towarzyszą tym
doznaniom?".
Początkowo ów proces może się wydawać dziwaczny i powolny. Upły­
nie sporo czasu, zanim nauczysz się rozpoznawać, co czujesz w różnych
częściach siebie i co mogą oznaczać te doznania. Daj sobie czas na doświad­
czenie każdego odczucia, a później dokonaj jego oceny, aby powiązać je
z odpowiednią emocją.
Pamiętasz doświadczenie samotnego błąkania się po ciemnym, obcym
domu? Wyobraź sobie przez moment, że się tam znalazłeś:
• Czego doznaje twoje ciało?
• Jak intensywne jest owo doznanie?
• Jak długo będzie trwało?
204

• Który z objawów utrzymuje się najdłużej?
• Którą z czterech podstawowych emocji odczuwasz?
Twoje doznania zaliczają się zapewne do kategorii „strach". W ten
sposób wykształcił się u ciebie wzorzec strachu. Rozumiesz w pełni reakcję
swojego ciała oraz sposób, w jaki jej doświadczasz. Nawiązałeś kontakt z emoc­
ją, którą odczułbyś w tej konkretnej sytuacji.
Kiedy po raz kolejny napotkasz coś, co sprawi, że twoje serce zacznie
walić jak oszalałe, oddech przyspieszy się, żołądek zawiąże się w supeł,
a kolana zatrzęsą się jak galareta - będziesz dysponować pamięciowym
wzorcem, z którym będziesz mógł porównać nowe doświadczenie.
Na szczęście, możesz zinterpretować te objawy jako miłość lub strach!
Właśnie tutaj do akcji wkracza twój intelekt. Jeśli doznajesz tego wszystkie­
go, będąc w romantycznym miejscu z osobą, na której ci zależy, tym co
odczuwasz, jest prawdopodobnie miłość. Jeżeli jednak pędzisz oblodzoną
drogą wprost na pień ogromnego dębu - możesz przypuszczać, że czujesz się
przerażony.

Nawiązywanie kontaktu
z innymi ludźmi
Umiejętność powiązania emocji ciała i ducha stanowi istotną część nawiązy­
wania kontaktu z innymi. Jeśli nie potrafisz dokonać trafnej oceny własne­
go stanu emocjonalnego i zinterpretować znaczenia tych emocji dla siebie
samego, nie będziesz w stanie zinterpretować uczuć innej osoby.
Kiedy nauczysz się interpretować i oceniać własne uczucia, emocje
innych ludzi staną się dla ciebie znacznie jaśniejsze i zaczną pełnić rolę
przewodnika, który pomoże ci wybierać pełne szacunku i miłości reakcje
względem twojego partnera lub jakiejkolwiek innej osoby.

Budowanie wartości i przekonań
Kolejnym kluczem do wykształcenia wewnętrznego systemu sprzężenia
zwrotnego jest jasność co do twoich własnych wartości i przekonań.
• W co wierzysz?
• Jakie wartości cenisz?
Mówię tu nie o wartości w sensie materialnym, ale o wartościach,
które cenisz jako człowiek. Wartości to te spośród naszych przekonań, które
prowadzą nas przez życie.
205

Na przykład częścią mojego systemu wartości jest przekonanie, że
trzeba być prawdomównym wobec innych. Mając na względzie tę wartość to przekonanie - kiedy rozmawiam z ludźmi, staram się mówić prawdę oraz
przekazywać informacje jasno i uczciwie. Ta wartość obejmuje także szcze­
re wyrażanie uczuć.
Do pozostałych wartości cenionych przez ludzi należą: jedność rodzi­
ny, sprawiedliwe relacje społeczne, uczciwość finansowa (w tym terminowe
płacenie rachunków i unikanie finansowego wykorzystywania innych), mi­
łość rodzicielska i małżeńska, dotrzymywanie zobowiązań, punktualność,
religijność itp.
Korzenie wartości, które wyznaje dana osoba, tkwią głęboko w jej
przeszłości i są niezwykle trwałe. Jeśli jednak w okresie dorastania z jakichś
powodów nie wykształcił się u ciebie system wartości, twój wewnętrzny kod
moralny, na podstawie którego oceniasz postępowanie innych lub swoje
własne, może być bardzo ograniczony. W takim wypadku twoje sądy i re­
akcje są uzależnione od reakcji otaczających cię ludzi.
Owa reaktywna postawa sprawdza się, jeśli wokół ciebie są wyłącznie
osoby o silnych i pozytywnych wartościach. Jeśli jednak przebywasz w to­
warzystwie ludzi o negatywnych lub niejasnych wartościach, zabraknie ci
wiarygodnego układu odniesienia.
W tym miejscu pojawia się dodatkowy problem - skoro nie znasz
własnych wartości, trudno będzie ci ocenić, czy wartości i przekonania innej
osoby są pozytywne. Właśnie dlatego nastolatki czasami tak szybko wplątu­
ją się w intensywne, negatywne związki. Nie chodzi tu tylko o to, że wybie­
rają niewłaściwe osoby. Ich problem polega na tym, że mają pewne trud­
ności z oceną, które osoby są „zdrowe", a które nie. Reagują raczej na
zewnętrzne wskazówki, ponieważ ich własny system wartości wciąż jeszcze
nie jest w pełni ukształtowany.
Podobnie jak emocje, które występują, choć poza zasięgiem i świado­
mością, u osoby niedostępnej emocjonalnie - system wartości także u niej
występuje. Często taki człowiek nie potrafi go dostrzec, bo przez lata wy­
kształcił w sobie ową charakterystyczną umiejętność zmieniania barw jak
kameleon, by w każdej sytuacji zyskać akceptację innych. Powracamy tu do
zagadnienia zewnętrznego umiejscowienia kontroli. Jeśli zawsze szukasz
informacji zwrotnych na zewnątrz, stajesz się mistrzem w dostosowywaniu
się do wymagań, do których - jak sądzisz - musisz się dostosować, aby
zachować swoje miejsce w świecie.
Wartości są w tobie ukryte. Przyswoiłeś sobie wartości twojej rodziny,
społeczności lokalnej, religii, szkoły i sąsiedztwa. Teraz musisz tylko je roz­
poznać. Oto ćwiczenie, które ci w tym pomoże.

206

ROZPOZNAWANIE WARTOŚCI
1. Podziel kartkę na osiem kolumn. W nagłówku każdej z nich umieść
jedno z następujących słów:
Rodzina
Społeczność lokalna
Biznes
Religia/Duchowość
Szkoła
Sąsiedztwo
Naród
Grupa etniczna
2. Wymień tyle wartości, ile uda ci się znaleźć dla każdej z tych
kategorii. Możesz to zrobić w ciągu kilku dni lub tygodni, podczas
których będziesz zastanawiać się nad tym, w co wierzysz.
3. Zastanów się kolejno nad/wszystkimi wymienionymi przez siebie
przekonaniami i przyznaj sobie od 1 do 10 punktów, w zależności
od tego, w jakim stopniu twoje postępowanie odzwierciedla wartości
i przekonania, które wymieniłeś dla każdej z kategorii. 1 oznacza
„ani trochę", a 10 - .zawsze". Dodaj wyniki uzyskane w każdej z ka­
tegorii i podziel sumę przez osiem. Im twój średni wynik jest bliższy
dziesięciu, tym większą masz jasność co do własnych wartości i tym
silniejsza jest zgodność pomiędzy twoim życiem a wartościami, któ­
re wyznajesz.
4. Przyjrzyj się uważnie tym wartościom, dla których uzyskałeś wynik
poniżej ośmiu punktów. Zastanów się, dlaczego w nie wierzysz,
skoro nie realizujesz ich w swoim życiu.

Budowanie zaufania
Kiedy dowiesz się już, w co wierzysz, i pozwolisz, by te wartości znalazły
odzwierciedlenie w twoim postępowaniu, staniesz się bardziej dostępny
emocjonalnie dla siebie i dla innych. Twoje emocje będą widoczne i spójne przestaniesz przypominać kameleona. Dzięki tej przemianie innym ludziom
łatwiej będzie ci zaufać, a przecież dobre związki emocjonalne buduje się
właśnie na zaufaniu.
Umiejętność wzbudzania zaufania i obdarzania nim innych jest jed­
nym z najważniejszych elementów procesu budowania wewnętrznego syste207

mu sprzężenia zwrotnego. Wiele osób niedostępnych emocjonalnie doświad­
czyło w dzieciństwie nadużycia zaufania wskutek przemocy, porzucenia
emocjonalnego lub innego traumatycznego przeżycia.
W wyniku tego doświadczenia osoba niedostępna emocjonalnie przy­
znała sobie prawo, aby nie ufać nikomu, żywiąc przekonanie, że jeśli nie
dopuści nikogo do swego „Ja", nigdy nie zostanie ponownie zdradzona.
Niestety, wydaje się, że skutek jest zupełnie odwrotny. Zamiast chronić,
bariery stają się przyczyną izolacji, która wydaje się otwierać drogę ku
zdradzie i porzuceniu.
Nauczenie się zaufania może się wydawać bardzo trudnym zadaniem,
jednak w rzeczywistości proces ten jest dość prosty. Wybierz osobę i sytu­
ację, z której zazwyczaj wycofujesz się nieufnie, lecz tym razem zachowaj się
wprost przeciwnie. Będziesz czuł się bardzo nieswojo, ale możesz nieco
złagodzić ów dyskomfort, mówiąc drugiej osobie: „Nie potrafię ufać innym,
ale w tej sytuacji próbuję się tego z twoją pomocą nauczyć". Większość ludzi
przyjmie twoje uczucia z życzliwością i postara się pomóc.
Kiedy nabędziesz już pewną umiejętność doświadczania zaufania
i akceptowania go, będzie ci łatwiej zdobyć się na zaufanie w nowych sytu­
acjach. Zachodzi tu ten sam podstawowy proces, który wykorzystujemy
w celu wytworzenia emocjonalnych wspomnień, do których możemy się
odwoływać w przyszłości. Jeśli masz pecha i twoje wysiłki zakończyły się
czyjąś zdradą, zdobądź się na odwagę i spróbuj jeszcze raz.
Częścią procesu nabywania zaufania jest nauczenie się, jak ocenić, czy
ktoś na nie zasługuje. Czasami wymaga to długotrwałych ćwiczeń, szczegól­
nie jeśli przez długi czas byłeś odcięty od siebie i innych.
Drugą stroną problemu zaufania jest to, czy sam na nie zasługujesz.
Tym, co wzbudza zaufanie, jest emocjonalna przewidywalność. Aby zaufać
innym, musimy być w stanie trafnie przewidzieć, jak się zachowają, jak
zareagują i jaką emocjonalną postawę przyjmą.
Jeśli obdarzasz kogoś zaufaniem, sam musisz na nie zasługiwać. W
przeciwnym razie odbierasz drugiej osobie moc i obarczasz ją pewnym cię­
żarem.
Aby pokazać drugiej osobie, że jesteś godny zaufania, musisz podjąć
ryzyko i odsłonić się przed nią emocjonalnie. W ten sposób oboje budujecie
zaufanie. Przyjemny efekt uboczny polega na tym, że zaczynasz także ufać
sobie oraz własnej umiejętności oceniania innych ludzi.
Katie i Susie były dobrymi koleżankami z pracy przez mniej więcej
rok przed przybyciem nowego menedżera. Kiedy się pojawił, zaczął napasto­
wać obie młode kobiety - agresywnie i z wyraźnym podtekstem seksual­
nym. W obliczu zagrożenia łącząca je więź stała się jeszcze silniejsza i ko­
leżanki postanowiły zamieszkać razem.
208

Wobec każdej z nich dopuszczono się w dzieciństwie przemocy i obie
miały poważne trudności z zachowaniem dostępności emocjonalnej. Jednak
bardzo ceniły łączącą je przyjaźń.
Po pewnym czasie Susie zaręczyła się i chciała zamieszkać ze swoim
narzeczonym. Katie czuła się zdruzgotana, ponieważ sądziła, że w ten spo­
sób Susie odrzucają i kończy ich przyjaźń.
Obie kobiety płakały, kiedy o tym rozmawiałyśmy. Susie bardzo zale­
żało zarówno na zachowaniu przyjaźni Katie, jak i na zamieszkaniu z na­
rzeczonym. Susie życzyła Katie jak najlepiej, ale bała się, że już nigdy się nie
zobaczą, ponieważ obie odeszły z biura, w którym były napastowane przez
szefa, i podjęły pracę w dwóch różnych firmach, a nawet w różnych miejsco­
wościach.
Każda z nich musiała nauczyć się, jak zaufać przyjaciółce. Zachęciłam
je, żeby zaplanowały jakieś wspólne przedsięwzięcie. Ów plan miał na celu
wytworzenie przewidywalności. Ustaliły również harmonogram rozmów
telefonicznych i zaplanowały, że raz w tygodniu zjedzą razem śniadanie.
Obie musiały zdobyć się ria podjęcie ryzyka i emocjonalne zaufanie drugiej
stronie, przy czym konieczne było również wykazanie się konsekwencją.
Innymi słowy, każda z nich musiała być zarówno ufna, jak i godna
zaufania. Każda musiała znaleźć w sobie dość odwagi, aby podjąć emocjo­
nalne ryzyko, które mogło doprowadzić do porzucenia lub opuszczenia jej
przez przyjaciółkę.
Dzięki temu nauczyły się, że emocjonalna bliskość wymaga gotowości
do narażenia się na zranienie lub odrzucenie. Lekcja ta była dla obu kobiet
bardzo cenna, pokazała im bowiem, jak budować wewnętrzny system sprzę­
żenia zwrotnego przy pomocy zaufania.
Chociaż jest to być może tak oczywiste, iż nie warto nawet o tym
wspominać, pozwolę sobie dodać, że niektórym osobom zdradzanie innych
sprawia przyjemność. Niestety, wszyscy żyjemy pośród ludzi godnych i nie­
godnych zaufania. Jednakże mając dostęp do własnego ufnego „Ja", bę­
dziesz potrafił wybierać na swych parterów w związkach osoby, które za­
sługują na zaufanie, a także unikać ludzi, którzy nie są jego godni.
Wymaga to czasu i gotowości do podejmowania ryzyka, pamiętaj jed­
nak o pewnej uwadze mojego mądrego przyjaciela, Charliego Jonesa: „Nie­
które wstrząsy mogą nie prowadzić do zmian, jednak nie ma zmian bez
wstrząsów!". Wstrząsy i zmiany bywają nieprzyjemne, ale samotność, izola­
cja i smutek są również uciążliwe!
Ludzie potrzebują jeszcze czegoś, żeby mogli wykształcić w sobie we­
wnętrzny system sprzężenia zwrotnego - a mianowicie umiejętności współodczuwania z innymi. Współodczuwanie i empatia są w zasadzie tożsame.
Aby mogły się w nas narodzić, musimy pozostawać w kontakcie z własnymi
emocjami oraz starać się zrozumieć uczucia innych. Aby osiągnąć empatię,
209

trzeba nie tylko interpretować emocje innych, ale przede wszystkim wczuwać się w nie i samemu ich doświadczać.
Nie jest to ani tak natrętne, ani tak trudne, jak mogłoby się wydawać.
Pozwól, że posłużę się przykładem. Jason miał piętnaście lat, kiedy zaczę­
łam spotykać się z nim i z jego rodzicami, pełniąc rolę mediatora w coraz
gwałtowniejszych kłótniach, które między nimi wybuchały.
Wydawało się, że Jason nie potrafi skupić się na niczym poza własny­
mi potrzebami, nie zważając na potrzeby i pragnienia kogokolwiek innego,
a szczególnie członków najbliższej rodziny. Wyrażał swe żądania głośno
i agresywnie, zachowując się jak ostatni drań w stosunku do wszystkich
dookoła - wobec rodziców, nauczycieli, policjantów, dorosłych w sklepach,
a nawet wobec mnie.
Podczas terapii pracowaliśmy ciężko, próbując stawić czoło każdemu
problemowi, który się pojawiał. Za każdym razem Jason trzymał się twardo
swojego stanowiska i nawet nie próbował zrozumieć swych rodziców lub
w jakikolwiek sposób wczuć się w ich sytuację.
Jason chciał na przykład, żeby rodzice pozwalali mu wracać do domu
po północy, i nie docierało do niego, że jest to nie tylko uciążliwe i potencjal­
nie niebezpieczne, ale także niezgodne z prawem, jako że w ich regionie
osoby poniżej osiemnastego roku życia obowiązywała godzina policyjna.
Jason powiedział, że nic go to nie obchodzi. Chciał jeździć z przyjaciół­
mi na deskorolce tak długo, jak mu się podobało. Negocjowaliśmy, argu­
mentowaliśmy i rozmawialiśmy. W końcu Jason zgodził się przestrzegać
godziny policyjnej, ale i tak wracał do domu wtedy, gdy miał na to ochotę.
Wzruszał ramionami, kiedy ostrzegaliśmy go, że może zostać aresztowany,
lekceważył zakazy wychodzenia z domu i inne kary stosowane przez rodzi­
ców, przeklinał ich i dopuszczał się słownej agresji wobec mnie, kiedy we
troje mówiliśmy mu, jak niewłaściwe są jego wybryki. Ta wojna ciągnęła się
miesiącami, wywołując frustrację u wszystkich zaangażowanych w nią osób
z wyjątkiem Jasona, który pozostawał nieugięty i niedostępny.
Zastanawiałam się nad przerwaniem terapii, bo wydawało się, że
zmierzamy donikąd. Jednak pewnego dnia Jason przesłał na mój pager
wiadomość *911, co - według naszego kodu - oznaczało sytuację wyjątkową.
Jason poprosił, żebyśmy spotkali się w cztery oczy. Kiedy się u mnie
zjawił, uścisnął mnie serdecznie, co w jego wypadku było bardzo niezwy­
kłym gestem. Następnie zaczął mi mówić, jakim draniem był wobec swoich
rodziców, rodzeństwa, nauczycieli - a szczególnie w stosunku do mnie. Je­
stem zbyt cyniczna, żeby dać się nabrać na podobne gwałtowne przemiany,
jednak poparłam jego zamiar przeproszenia rodziców, rodzeństwa i nauczy­
cieli.
W ciągu kilku kolejnych miesięcy Jason wielokrotnie wykazał się
umiejętnością rozpoznawania i wczuwania się w emocje innych. Nadal zda­
rzało mu się dokonywać nierozważnych, typowych dla okresu dorastania
210

wyborów, ale potrafił nawiązać kontakt z matką, kiedy była na niego zła,
i niewątpliwie był zdolny do empatii. Przykrość sprawiała mu nie tyle sytu­
acja konfrontacji, ale wybory, których dokonywał, i ból, jaki zadały one
innym ludziom.
Wreszcie pewnego dnia zapytałam go, co skłoniło go do zmiany i spra­
wiło, że stał się zdolny do współodczuwania. Odpowiedział, że była to moja
opowieść o amebie. Musiałam starannie przeszukać swoją pamięć, zanim
przypomniałam sobie, że kiedyś zasugerowałam mu, iż aby naprawdę pojąć
to, co czuje jego matka, powinien stać się „emocjonalną amebą", która
rozprzestrzeni się na wszystkie strony, tak by objąć perspektywę i uczucia
innych. Powiedziałam mu wtedy, że jeśli się tego nie nauczy, nigdy nie
osiągnie pełni człowieczeństwa. Widocznie ów pojedynczy obraz był wystar­
czająco żywy, aby wywrzeć na Jasonie wrażenie, które zmieniło jego życie.

Budowanie empatii
Aby stworzyć empatyczną więź musimy dosięgnąć własnym sercem drugiej
osoby, wczuć się w jej stan emocjonalny, a następnie - z tej perspektywy ofiarować jej wsparcie. Ważne, byśmy nigdy nie mylili empatii ze współ­
czuciem.
• Empatia to budowanie kontaktu emocjonalnego przy zachowaniu
dobrych granic. Osoba empatyczna potrafi powiedzieć: „Wiem, jak
to jest, kiedy odczuwa się smutek, i jeśli mogę cokolwiek dla ciebie
zrobić, proszę, daj mi znać".
• Współczucie natomiast oznacza raczej: „Czuję się dokładnie tak
jak ty; załatwię to za ciebie i spróbuję wszystkiemu zaradzić".
• Współczucie odbiera drugiej osobie moc i oddaje ją osobie współ­
czującej.
• Empatia pozwala obu osobom zachować siłę i prawo wyboru.
• Współczucie jest intelektualne.
• Empatia jest emocjonalna.
• Współczucie jest zewnętrzne.
• Empatia jest wewnętrzna.
Czy zatem wiesz, co czują inni? Oczywiście, będzie się to różnić od
odczytywania własnych wskazówek emocjonalnych, bo nie możesz się opie­
rać na wewnętrznym procesie (emocjach ciała). Próbując rozpoznać uczucia
innych, wykorzystujesz wskazówki wizualne, doświadczenie oraz umiejęt­
ność uważnego słuchania.

211

Wskazówki wizualne
Wskazówki wizualne to język ciała. Być może pamiętasz, że analiza mowy
ciała stała się modnym kierunkiem psychologii popularnej w połowie lat
siedemdziesiątych, skupiając uwagę ludzi na uważnym obserwowaniu in­
nych.
Źródłem ogólnego wrażenia może być sposób, w jaki dana osoba siedzi
lub stoi (czy jest rozluźniona, spięta, pochylona do przodu i nastawiona na
słuchanie, czy też całkowicie zamknięta, ze skrzyżowanymi ramionami i no­
gami), wyraz jej twarzy, a także ton głosu.
Język ciała jest ważną metodą odczytywania emocji innej osoby. Im
dłużej trwa związek, z tym większą łatwością odczytujesz owe wskazówki
u partnera. Potrafisz także coraz trafniej je interpretować, pod warunkiem,
że twój partner jest emocjonalnie dostępny.
Często błędnie odczytujemy uczucia naszych partnerów, ponieważ nie
zbudowaliśmy z nimi emocjonalnej więzi i nie wpisaliśmy się na tę samą
emocjonalną listę. Bez więzi i wspólnych ustaleń żadna ze stron nie dyspo­
nuje fundamentem doświadczenia, na którym można by budować konstru­
ktywne wnioski.
Szablon oczekiwań
Doświadczenie kroczy ramię w ramię z wizualnymi wskazówkami, może
jednak zawieść nas w pułapkę dokonywania przedwczesnych ocen i oczeki­
wań, że dana osoba zachowa się w konkretny sposób.
Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się uzbroić i przygotować na oczekiwaną
reakcję partnera, szefa lub rodzica, a potem poczuć się całkowicie bezbron­
nym, kiedy owa reakcja okazała się zupełnie inna, niż się spodziewałeś?
Szykujesz się na bitwę, a zamiast niej otrzymujesz propozycję współpracy.
Zaczynasz się wtedy zastanawiać, czy coś przeoczyłeś, czy też druga osoba
po prostu się z ciebie naigrywa. W obu wypadkach oczekiwania doprowadzi­
ły do zwątpienia w siebie.
Doświadczenie może być niezwykle pomocne w interpretowaniu emo­
cji innych - pod warunkiem, że nie wiąże się z dokonywaniem ocen a priori
ani ze sztywnym zbiorem oczekiwań. Im więcej informacji na temat danej
osoby przechowujesz w pamięci, tym łatwiej jest ci interpretować jej uczucia
na podstawie tego, co widzisz i słyszysz.
Byłoby cudownie, gdyby każdy z nas był doskonałym słuchaczem.
Problemy komunikacyjne właściwie przestałyby istnieć. Jednakże wię­
kszości osób daleko do doskonałości w dziedzinie słuchania. Rozpraszają
nas różne rzeczy - zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Telewizja, sprzęt
stereo, ruch uliczny, komputery, dzieci, ludzie wokół nas, a także nasze
własne myśli - wszystko to przeszkadza nam w uważnym słuchaniu.
212

Ostatnio przeprowadzono kilka interesujących badań na temat spo­
strzegania. Naukowcy odkryli, że w naszych oczach jest stanowczo zbyt
mało receptorów nerwowych, abyśmy mogli dostrzegać tyle szczegółów, ile
widzimy. Badacze ci wysunęli teorię, że w ludzkich mózgach powstają szab­
lony oczekiwań - rodzaj umysłowych kolorowanek dla dzieci - a to, co
rzeczywiście dostrzegamy, wypełnia owe szablony detalami. Można zastoso­
wać tę samą teorię w odniesieniu do emocji. Jeśli przyzwyczaiłeś się do
wzorców emocjonalnych drugiego człowieka, tworzysz emocjonalny szablon
oczekiwań i odtąd posługujesz się nim w relacjach z tą osobą.
Jeżeli używasz doświadczenia w celu dokonywania apriorycznych
ocen, nie starasz się zrozumieć wizualnych sygnałów ze strony partnera
i posługujesz się szablonami oczekiwań. Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo
błędne mogą być twoje interpretacje emocjonalnych stanów drugiej osoby.
Musisz nauczyć się obserwować partnera w inny sposób, rezygnując
z szablonu i zwracając uwagę nie tylko na treść (czyli to, co mówi druga
osoba), ale także na intencję (czyli ładunek emocjonalny zawarty w owej
treści).
Połączenie tych trzech elementów jest zatem kluczem do zrozumienia
uczuć innych ludzi. Twój sukces będzie zależał od tego, jak dobrze znasz
osobę, z którą się komunikujesz, jakie masz doświadczenia, jak uważnie
potrafisz słuchać i jak wrażliwe są twoje filtry emocjonalne. Dzięki coraz
lepszemu zrozumieniu emocjonalnych korzeni drugiej osoby będziesz potra­
fił trafniej interpretować jej uczucia.
Podsumowując, proces kształtowania się wewnętrznego systemu
sprzężenia zwrotnego, składa się z czterech etapów:
1. Najpierw musisz nauczyć się rozpoznawać uczucia - zarówno emocjonalne, jak i fizyczne - i łączyć je ze sobą.
2. Musisz znać system wartości i przekonań, który stanowi dla ciebie
swoisty kodeks życia, a twoje postępowanie powinno odzwierciedlać
owe przekonania.
3. Musisz nauczyć się ufać i wzbudzać zaufanie.
4. Musisz nauczyć się empatii, czyli współodczuwania z inną osobą.
Wykształcając w sobie każdą z tych umiejętności, zbudujesz wewnę­
trzny system sprzężenia zwrotnego, dzięki któremu uwolnisz się od konie­
czności odwoływania się do innych, żeby powiedzieli ci, co masz czuć i jak
powinieneś reagować na uczucia innych.

Cele i struktura
Jedną z cech wspólnych dla ludzi dostępnych emocjonalnie jest to, że mają
oni osobiste cele, które wiodą ich przez codzienne życie. Większość osób
213

niedostępnych emocjonalnie zazwyczaj tylko reaguje na to, co przynosi im
życie, i nie ma jasnego, wybiegającego w przyszłość planu.
W rozdziale siedemnastym przyjrzeliśmy się procesowi ustanawiania
celów na potrzeby związków. Te same zasady odnoszą się do osobistych,
jednostkowych celów. Obok celów dotyczących związku można, nie naraża­
jąc się na najmniejszą nawet sprzeczność, ustanowić krótko-, średnio- i dłu­
goterminowe cele, odnoszące się do osobistych osiągnięć.
Pragnę podkreślić, że nie mówię tu o niejasnych zamiarach czy życze­
niach, takich jak „chcę być bogaty", „chciałbym zostać prezydentem" lub
„chcę być gwiazdą zawodowego baseballu". W wypadku większości ludzi są
to tylko fantazje. Życie w świecie fantazji przyczynia się do niedostępności
emocjonalnej, ponieważ utrzymuje nas z dala od realiów codzienności. Trzy­
mamy się wówczas na odległość ramienia od własnych emocji.
Natomiast realistyczne cele pomagają w utrzymaniu stałego kontaktu
z emocjami, ponieważ wymagają od nas wewnętrznej analizy własnych
pragnień i uczuć. Jeśli nie potrafimy nawiązać kontaktu z tym, kim jesteś­
my, dosyć trudno będzie nam obrać wyraźny kierunek w życiu.
Ludzie niedostępni emocjonalnie często nie potrafią zaangażować się
w związek, dlatego że nie są pewni, dokąd zawiedzie ich życie.
Ustanawianie celów - nawet tych krótkoterminowych - wymaga
uważnej analizy własnej duszy. Człowiek może zaangażować się w realizację
jakiegoś celu tylko wtedy, kiedy dokładnie go przemyślał, zastanawiając się
zarówno nad środkami, jak i nad czasem niezbędnym dla jego osiągnięcia.
Dobrym przykładem ustanawiania celów bez autentycznego zaanga­
żowania są postanowienia noworoczne. Miliony ludzi stawiają wówczas
przed sobą niebosiężne cele, zwykle jednak nie troszcząc się o plan działania
ani o harmonogram i nie zobowiązując się nawet przed sobą do realizacji
owych zamierzeń. W rezultacie przeciętne postanowienie noworoczne nie
trwa dłużej niż sześć dni!
Decydując się na ustanowienie jakiegoś celu, weź pod uwagę swoje
dążenia. Zapytaj sam siebie, co pragniesz osiągnąć.
Może to być cel osobisty - schudnięcie, rzucenie palenia, odzyskanie
dobrej formy - albo cel, który dotyczy związku - lepsza komunikacja, bliż­
sze więzi. Może to być również cel finansowy, edukacyjny, zawodowy lub
jakikolwiek inny.
Ustanawianie osiągalnych, realistycznych celów
Cała sztuka polega na tym, żeby zawrzeć ze sobą umowę na osiągnięcie
czegoś, co mieści się w granicach naszych możliwości oraz we właściwych
ramach czasowych. Najważniejsze, aby cel był osiągalny i realistyczny. Za­
wsze chciałam mierzyć 175 centymetrów, ale doskonale zdaję sobie sprawę
214

z faktu, że taki cel nie byłby ani możliwy do osiągnięcia, ani realistyczny.
A jednak, jeśli kiedyś znajdę magiczną lampę Alladyna...
Podczas ustanawiania celów powinieneś rozważyć takie czynniki jak
własne talenty i zdolności, które umożliwią ci realizację zamierzeń; koszty zarówno finansowe, jak i psychologiczne; praktyczne znaczenie ewentual­
nego sukcesu; a także sposoby, w jakie ów cel udoskonali i wzbogaci twoje
życie.
Plan działania
Kiedy podjąłeś już decyzję i wyznaczyłeś cel, kolejnym krokiem jest opraco­
wanie planu działania, dzięki któremu będziesz mógł go osiągnąć. To właś­
nie w tym momencie na scenie pojawia się struktura. Ludzie o wyraźnych
celach i jasno określonych planach działania mają największe szanse na
odniesienie sukcesu. Plan jest fundamentem, na którym zbudujesz pożąda­
ne rezultaty. Plan determinuje strukturę.
Postanawiasz, na przykład, że chcesz ukończyć przerwaną przed laty
naukę w college'u. Dzwonisz do szkoły i dowiadujesz się, że zostało ci do
zaliczenia trzydzieści testów: dziewięć z matematyki, sześć z języka, dzie­
sięć z fizyki, a pozostałe - z przedmiotów, które wybrałeś w ramach podsta­
wowego kierunku studiów. Decyzja ukończenia college'u jest celem średnio-,
a może nawet długoterminowym.
Przedmioty, które musisz zaliczyć, są częścią planu realizacji twoich
zamierzeń. Zdajesz sobie sprawę, że nie zdołasz zaliczyć wszystkich jedno­
cześnie, zatem jednym z pierwszych, niezbędnych kroków jest opracowanie
planu, który pozwoli ci oszacować czas, który możesz poświęcić na chodze­
nie do szkoły i naukę, oraz sumę, jaką będziesz musiał zainwestować w zaję­
cia, i oczekiwany termin ukończenia college'u.
Kiedy dysponujesz już tymi informacjami, kolejną częścią planu jest
podjęcie decyzji, ile przedmiotów musisz zaliczyć w ciągu semestru, aby nie
przekroczyć założonego terminu ukończenia szkoły, oraz jak połączyć te
zajęcia tak, żebyś nie poczuł się ani znudzony, ani przeciążony.
Gdy podjąłeś już decyzje w tych kwestiach, możesz opracować osta­
teczną wersję planu, zawierającą harmonogramy, spisy, rozwiązania finan­
sowe i oczekiwane rezultaty. Dysponujesz zatem strukturą, na której bę­
dziesz umieszczał poszczególne części składowe ogólnego planu do momen­
tu, kiedy zdołasz je osiągnąć.
Tworzenie struktury
Struktura, czyli szkielet działań danej osoby, nadaje jej życiu granice i defi­
niuje je. Ta właśnie zaleta starannie kierowanej, ustrukturalizowanej kon­
centracji zapewnia człowiekowi emocjonalną bazę, dzięki której może
215

efektywnie działać. Daje mu także poczucie bezpieczeństwa i swobody, po­
nieważ sprawia, że świat staje się bardziej przewidywalny.
Jeśli czujesz się bezpiecznie we własnym świecie - a oznacza to, że:
żyjesz bez poczucia zagrożenia; wierzysz, że potrafisz przewidywać oraz
kontrolować to, co dzieje się wokół ciebie; czujesz, iż wiesz, kim jesteś
w otaczającym cię świecie; masz jasność co do własnych przekonań i wartoś­
ci; a także wiesz, dokąd zmierzasz i masz dobre cele - nie będzie ci zbyt
trudno pozwolić sobie na odsłonięcie się i nawiązanie emocjonalnego konta­
ktu z inną osobą.
Zadania ustanawiania celów i przygotowywania planów mogą się wy­
dawać trudne i złożone, jednak pamiętaj, że ich istotą jest prostota.
Co wydaje ci się bardziej skomplikowane?
1. Konieczność nieustannego zachowywania czujności i uważnego ob­
serwowania każdego ruchu i każdej zmiany w otaczającym cię świe­
cie, uzbrajanie się przeciwko zagrożeniom - rzeczywistym i wyobra­
żonym - oraz konieczność chronienia się przed owymi zagrożeniami,
które czyhają ze wszystkich stron.
2. Akceptowanie świata takim, jaki do ciebie przychodzi, ponieważ
wiesz, kim jesteś, w co wierzysz i dokąd zmierzasz.
Oczywiście, ta druga alternatywa jest znacznie lepsza i to właśnie ona
stanowi istotę więzi oraz dostępności emocjonalnej.

Pozbądź się starego bagażu:
przywiązanie, przemoc, porzucenie
Ludzie stają się emocjonalnie niedostępni z ważnych powodów - albo przy­
najmniej z takich, które w danym momencie wydają się im istotne. Często
decyzja o wycofaniu się nie jest jednorazowa, ale rodzi się stopniowo, jako
rezultat serii zdrad ze strony znaczących osób.
Wszelkiego rodzaju przemoc, porzucenie oraz problemy dotyczące
więzi mogą skłonić daną osobę do wycofania się ze świata emocji. Jednak
narzędzie, które miało ją pierwotnie chronić, przekształca się z czasem
w destrukcyjny, samoistnie się napędzający nałóg, ponieważ osoba emocjo­
nalnie odległa od siebie i innych nie potrafi tworzyć więzi. Ludzie, którzy
nie są w stanie budować więzi, popadają w coraz głębszą izolację i poczucie
opuszczenia.
Kiedy takie osoby próbują później odnaleźć i odzyskać swe emocjonal­
ne „Ja", napotykają nie tylko dobre uczucia, które zostały zepchnięte do
Szarej Strefy, ale także wiele spośród tych nieprzyjemnych emocji, które
w przeszłości skłoniły ich do wycofania się. W tym momencie instynkt pod­
powiada wielu z nich, że należy wziąć nogi za pas i schronić się ponownie
216

w bezpiecznym zaciszu odrętwienia, które od dawna tak świetnie się spraw­
dzało.
Niestety, zazwyczaj zamiast schronienia znajdują tam jeszcze silniej­
szy dyskomfort. Najlepiej ujął to Oliver Wendell Holmes: „Kiedy umysł
ludzki rozszerzy się, aby objąć nową ideę, nigdy już nie może powrócić do
swego pierwotnego wymiaru".
Jeśli twój umysł „rozszerzył się" ku nowej idei, czyli ku doświadcza­
niu twego emocjonalnego „Ja" i tworzeniu więzi, powrót do poprzedniego
odrętwienia okaże się nieprzyjemny i trudny. Skoro wszedłeś już na ścieżkę
łączności z emocjami, dlaczego nie miałbyś ruszyć naprzód? Nawet jeśli
będziesz czuł się nieswojo, być może owo poczucie dyskomfortu zostanie
w jakiś sposób wynagrodzone.
Jeżeli w twoim życiu pojawiły się problemy przemocy, porzucenia lub
izolacji, możesz uleczyć się z pomocą terapeuty. Często efekty terapii poja­
wiają się niespodziewanie szybko - zaprzeczając tym samym tradycyjnemu
obrazowi głębokiej psychoanalizy, która wiązała się z codziennymi sesjami
na kozetce i ciągnęła się latami.
Wraz z rozwojem terapii skoncentrowanej na rozwiązaniu oraz wsku­
tek nacisków ze strony firm ubezpieczeniowych, które domagają się skraca­
nia procesu terapeutycznego, terapeuci i klienci zaczęli tworzyć zadaniowe
zespoły, starające się umożliwić klientom pełniejsze, lepsze i bardziej produ­
ktywne doświadczanie życia.
Jeśli zdecydujesz się na współpracę z terapeutą, uzdrowienie będzie
zależeć przede wszystkim od tego, czy uda ci się znaleźć odpowiedniego
prowadzącego i trafnie zidentyfikować problemy, nad którymi chcesz praco­
wać. W następnym podrozdziale podpowiem ci, jak znaleźć i ocenić terapeu­
tę oraz jak ukierunkować proces leczenia w taki sposób, aby przyniósł
oczekiwane rezultaty.

Wybór i współpraca z terapeutą
Wokół terapii narosło wiele nieporozumień. Stała się ona również tematem
wielu złośliwych dowcipów oraz podstawą dość licznych scenariuszy filmo­
wych i telewizyjnych. Często zadziwiają mnie oczekiwania ludzi, którzy
przychodzą do mojego gabinetu. Pozwól zatem, że wyjaśnię pokrótce, czym
jest, a czym nie jest terapia, jak znaleźć odpowiedniego terapeutę oraz czego
się spodziewać od procesu terapeutycznego.
Ludzie znajdują terapeutów na wiele różnych sposobów. Dosyć bez­
pieczną metodą jest zasięgnięcie rady znajomego, który współpracował
z konkretnym terapeutą. Zawsze możesz zastosować stary wybieg - „Moja
przyjaciółka szuka dobrego terapeuty" - jeśli byłoby ci nieswojo zapytać
wprost i przyznać, że chodzi o twoją własną terapię. Możesz także poradzić
217

się swojego lekarza lub lokalnego duchownego- obaj moga mieć zawodowe
kontakty z terapeutami, których znają i do których mają zaufanie.
W dzisiejszym świecie, gdzie opieka stała się formą biznesu, także
firmy ubezpieczeniowe mogą dysponować listą zaakceptowanych przez sie­
bie terapeutów. Znajdują się na niej terapeuci, którzy przedstawili listy
referencyjne oraz ubezpieczyli się od odpowiedzialności zawodowej i uzy­
skali zezwolenie na świadczenie usług w ramach sieci danej firmy ubezpie­
czeniowej.
Firma ubezpieczeniowa może zaopatrzyć cię, na piśmie lub ustnie,
w listę terapeutów. Może także skierować cię do kogoś w ramach swojego
własnego systemu opieki zdrowotnej. Koszt jednej wizyty wyniesie w takim
wypadku od dziesięciu do dwudziestu pięciu dolarów (lub nieco więcej).
Zaletą tego systemu jest wygoda. Nie będziesz musiał wypełniać formularzy
ani płacić z góry, a następnie czekać na zwrot kosztów. Zwiększy to również
twoją pewność, że terapeuta ma odpowiednie kwalifikacje i wykształcenie.
Ta metoda ma jednak dwie wady. Po pierwsze, większość firm ubez­
pieczeniowych ogranicza liczbę sesji terapeutycznych; nie będziesz także
miał zbyt wielkiego wyboru terapeutów.
Po drugie, twoje problemy i przebieg terapii zostaną zarejestrowane
w komputerowym systemie firmy ubezpieczeniowej, abyś mógł uzyskać cią­
głą opiekę. Nie należy z tego powodu wpadać w paranoję, ale musisz zdawać
sobie sprawę, że poufność relacji terapeutycznej rozszerza się w tym wypad­
ku poza ciebie i poleconego przez firmę ubezpieczeniową terapeutę.
Istnieją także inne alternatywy, nawet jeśli jesteś ubezpieczony. Wie­
lu dobrych terapeutów pracuje w świecie zarządzanej opieki zdrowotnej,
jednak liczni świetni terapeuci wybierają niezależną praktykę, ponieważ nie
odpowiadają im ograniczenia narzucane przez ten system. Często wysokość
pobieranego przez nich honorarium zależy od dochodów klienta.
Twoja polisa może zapewniać częściowy zwrot kosztów terapii prowa­
dzonej poza systemem zdrowotnym firmy ubezpieczeniowej (często po uisz­
czeniu opłaty). Możesz także zrezygnować z częściowego zwrotu kosztów
i poszukać terapeuty, który pobiera honorarium zależne od dochodu klien­
ta. W każdym wypadku upewnij się, że masz do czynienia z licencjonowanym
terapeutą (psychologiem, pracownikiem społecznym, specjalistą w dziedzi­
nie terapii rodzin itd.), który regularnie podnosi swoje kompetencje poprzez
uaktualnianie wiedzy i formalnych kwalifikacji.
W społecznościach lokalnych praktykują również terapeuci, którzy
pracują w darmowych lub bardzo tanich klinikach i przychodniach. Często
są to osoby, które chcą w ten sposób przepracować liczbę godzin niezbędną
dla uzyskania licencji albo stażyści, pracujący pod kierunkiem doświadczo­
nego specjalisty. Aby dostać się do jednego z tych terapeutów często trzeba
218

się uprzednio wpisać na listę oczekujących - chyba że klient jest w sytuacji
kryzysowej albo stanowi zagrożenie dla siebie lub innych. Zaletą tej metody
są niskie koszty terapii oraz praktycznie nieograniczona liczba sesji tera­
peutycznych.
Pierwszy kontakt z terapeutą przypomina nieco randkę w ciemno.
Czasami już za pierwszym razem trafiasz na właściwą osobę. Innym razem
może ci się to udać dopiero po kilku próbach. Upewnij się, że czujesz się
swobodnie z wybranym terapeutą. Musisz czuć, iż zapewnia ci on bezpiecz­
ne środowisko, w którym możesz rozmawiać o najtrudniejszych sprawach
bez poczucia, że jesteś oceniany, lekceważony lub odrzucany.
Nie znaczy to wcale, że terapeuta musi być ciepły i miły. Czasami tak
nie jest. Terapeuci zachowują często rezerwę i mają bardzo szczelne grani­
ce, szczególnie na samym początku, kiedy próbują cię poznać. Relacja tera­
peutyczna nie jest przyjaźnią i należy wystrzegać się prowadzących, którzy
chcą, żeby stało się inaczej. Aby terapia była skuteczna, terapeuta musi
zachować pewien dystans wobec klienta. Ów dystans nie oznacza jednak
chłodu. Jeśli dystans nie zostanie zachowany, nie otrzymasz tego, za co
płacisz. Zamiast tego zyskasz b a r d z o drogiego kumpla, który udzieli ci
rady.
Terapeuci nie dają rad. Udzielają ich przyjaciele, prawnicy, leka­
rze, dentyści, pielęgniarki, higienistki, doradcy podatkowi, ogrodnicy, deko­
ratorzy wnętrz, agenci nieruchomości, kelnerzy, sprzedawcy, gospodarze
telewizyjnych talk-showów, barmani, fryzjerzy i taksówkarze - a zatem ob­
szar działania zawodowych doradców jest dość zatłoczony. Dobry terapeuta
tworzy natomiast środowisko, w którym ty sam potrafisz udzielić sobie
rady. Ostatecznie, czy przychodzi ci na myśl bardziej odpowiednie źródło?
Musisz znaleźć kogoś, czyj osobisty styl odpowiada twojemu własnemu.
Kolejnym istotnym czynnikiem jest możliwość znalezienia dogodnego
terminu. Terapeuci ustalają własne godziny przyjęć. Jeśli nie możesz zwol­
nić się z pracy i musisz umawiać się na sesje terapeutyczne wieczorami lub
w soboty, upewnij się, czy wybrany przez ciebie terapeuta może dostosować
się do tych terminów.
W miarę trwania terapii pomiędzy tobą i prowadzącym wykształci się
poczucie zaufania; jego wzrost i rozwój oznacza, że znaczną część rzeczywi­
stego procesu uzdrowienia macie już za sobą.
Terapeuta będzie słuchał nie tylko twoich słów, ale także sposobu,
w jaki je wypowiadasz, a następnie przekaże ci informacje zwrotne, poprosi
cię o wyjaśnienie albo podważy twój sposób myślenia, aby pomóc ci spojrzeć
na świat w inny sposób. Terapeuci uczą także swych pacjentów różnych
umiejętności. W ten sposób zdobywasz nowe narzędzia, dzięki którym mo­
żesz wykonać konieczną pracę i z czasem poczuć się lepiej w otaczającym cię
świecie, a przecież to właśnie jest celem terapii.
219

C z y m nie jest terapia
• Terapia nie jest magią. Wymaga wysiłku zarówno od klienta, jak i od
terapeuty. Zmiana zachodzi w rezultacie wykonanej pracy.
• Terapia nie naprawia ludzi, ponieważ ludzie się nie psują.
• Terapia nie zmienia tożsamości ludzi, ale wpływa na ich interakcje
z innymi.
Terapia nie polega na obwinianiu, osądzaniu, zawstydzaniu lub upo­
karzaniu. Jeśli doświadczysz czegoś podobnego ze strony swego terapeuty,
natychmiast wyraź swój sprzeciw. Wstyd, poczucie winy, osądzanie i prze­
moc nie są technikami, które umożliwiają uzdrowienie.
Terapia jest trudna. Wymaga zaangażowania i ciężkiej pracy. Wyma­
ga także śmiechu, łez, rozmów i chęci nauczenia się, jak korzystać z nowych
narzędzi. Być może jest to jedna z najtrudniejszych, a jednocześnie najbar­
dziej ekscytujących rzeczy, jakie zrobisz w życiu, i gorąco ci ją polecam.
Jeszcze jedno: musisz pamiętać, że nie da się cofnąć zegara i po prostu
wymazać swoich doświadczeń. Robią to tylko ci, którzy zakopują swoje
problemy lub wpychają je do niedostępnych szuflad.
Wszystko, co kiedykolwiek ci się przydarzyło - rzeczy dobre, złe i obo­
jętne - odegrało istotną rolę w ukształtowaniu niepowtarzalnej osoby, jaką
jesteś. Jestem przekonana, że nawet z najstraszliwszych doświadczeń może­
my czerpać pozytywną wiedzę, która pomaga nam wieść lepsze, pełniejsze
życie.
Ofiary i ocaleni
Niektórzy ludzie doświadczają czegoś okropnego i przez resztę życia kon­
centrują się na tym przeżyciu, pozwalając, by stało się istotą ich tożsamości
i kształtowało ich egzystencję. W pewnym sensie oznacza to, iż wszystko
w ich życiu sprowadza się do tego negatywnego doświadczenia.
Jestem przekonana, że z każdym strasznym wydarzeniem wiążą się
zarówno rzeczy dobre, jak i złe. Naszym obowiązkiem jest odnaleźć to, co
dobre, w najstraszliwszych doświadczeniach - odszukać sens, który umożli­
wi nam dalszy rozwój i uchroni nas przed przyjęciem roli ofiary.
Właśnie na tym polega podstawowa różnica pomiędzy ofiarą i ocalo­
nym. Ofiara żyje chwilą, w której spotkała ją krzywda, i definiuje całą rze­
czywistość za pomocą tego wydarzenia. Ocalony akceptuje swe straszne
przeżycie i nadaje mu sens poprzez znalezienie w nim pouczającej treści
oraz włączenie go we własne życie.
To właśnie owo połączenie rzeczy wspaniałych i straszliwych nadaje
życiu treść, obdarzając nas empatią i zdolnością współodczuwania, a także
siłą, która pozwala nam przetrwać wszystko, cokolwiek przyniesie przy­
szłość.
220

Nietzsche - człowiek powszechnie znany z niezbyt pogodnego podejś­
cia do życia - ujął to tak: „To, co nas nie zabija, dodaje nam sił". Innymi
słowy, źródła siły tkwią w przetrwaniu.

Budowanie pozytywnej samooceny
Ludzie, którzy nie potrafią wchodzić w związki, tracą wiarę, że zasługują na
jakiekolwiek więzi. Ów brak poczucia własnej wartości można także okreś­
lić mianem niskiej samooceny. „Bzdura" - zaprzeczysz. - „Ludzie niedostę­
pni emocjonalnie, z którymi miałem do czynienia, to prawdziwi megalo­
mani - nic tylko «ja, ja i ja»". Być może wyda ci się to dziwne, ale takie
egoistyczne zachowanie jest jednym ze wskaźników niskiej samooceny. Lu­
dzie, którzy mają o sobie niskie mniemanie, robią różne rzeczy, aby zbudo­
wać szacunek do samych siebie - mogą między innymi przechwalać się lub
skupiać całkowicie na sobie.
Innymi przejawami niskiej samooceny są: nadużywanie alkoholu lub
narkotyków, nieustanna potrzeba potwierdzania i umacniania, niepochleb­
ne uwagi pod własnym adresem, promiskuityzm (częste zmiany partnerów
seksualnych), zewnętrzne umiejscowienie poczucia kontroli oraz inne ro­
dzaje zachowań skoncentrowanych na zewnątrz, między innymi przemoc.
U podłoża wszystkich tych zachowań tkwi następujące przesłanie:
„Nie jestem dość dobry, aby zasłużyć na twoją uwagę po prostu za to, kim
jestem, a więc odepchnę cię, a wtedy nigdy nie dowiesz się, jaki jestem
wrażliwy, chociaż rozpaczliwie potrzebuję twojej miłości".
Źródła niskiej samooceny tkwią w przekonaniu danej osoby, że nie
jest wystarczająco dobra. Przekaz ten otrzymała od rodziców, nauczycieli
lub innych znaczących dorosłych, którzy mówili jej rzeczy w rodzaju: „To
świetnie, że masz na świadectwie same szóstki, ale..."; niestety w tym zda­
niu na plan pierwszy wysuwa się część, następująca po „ale", która zwykle
nie stanowi wsparcia ani wzmocnienia. Często dana osoba zapamiętuje
tylko, że „musi postarać się jeszcze bardziej" lub „zrobić wszystko, żeby nie
spaść do poziomu piątek" albo też „dopilnować, aby od nadmiaru nauki nie
spuchła jej głowa". Sądzę, że wynika to stąd, iż pragniemy ustrzec nasze
dzieci przed megalomanią. W rezultacie jednak wykształcamy w nich niską
samoocenę, która towarzyszy im przez resztę życia.
W interakcjach z dziećmi - jako rodzice lub w jakiejkolwiek innej roli
- możemy uchronić je przed niską samooceną poprzez rezygnację z owego
umniejszającego „ale", kiedy chwalimy je albo udzielamy im wsparcia.
Niech komplement mówi sam za siebie - „Sam, jesteś wspaniałym dziecia­
kiem!". Jeśli musisz skarcić dziecko lub skorygować jego zachowanie, zrób
to w oddzielnym zdaniu albo w innym czasie. „Sam, jesteś wspaniałym dzie221

ciakiem. Bardzo cię kocham i jestem szczęśliwa, że mam takiego cudownego
syna. Mógłbyś postarać się być mniej marudny, kiedy jesteśmy w sklepie.
Bardzo by mnie to ucieszyło". Z żadnego z tych zdań dla Sama nie wypływa
wniosek, że nie jest dla ciebie wystarczająco dobry, a zatem jego samoocena
pozostaje nienaruszona.
Jeśli konieczna jest znaczna zmiana w postępowaniu dziecka, możesz
powiedzieć: „Sam, kocham cię. Jednakże twoje zachowanie w sklepie po­
winno się zmienić. W przeciwnym razie będziesz musiał ponieść następują­
ce konsekwencje:
". W ten sposób Sam uzyskuje jasny przekaz,
że problem tkwi w jego zachowaniu, a nie w nim jako w osobie. Pamiętaj słowo ale wymazuje wszystko, co je poprzedza.
Rozpraw się z negatywnymi
przekonaniami na własny temat
Dorośli mogą pomóc sobie w budowaniu wysokiej samooceny poprzez prze­
ciwstawienie się starym, negatywnym przekonaniom: „Nie potrafię się tego
nauczyć", „Nie jestem dość mądry, żeby
" , „Nie jestem w tym
dobry". Oto przykłady negatywnych, starych przekazów, które przesączają
się do naszej obecnej świadomości.
Możesz bez trudu rozpoznać moment, w którym jeden z owych sta­
rych przekazów wydostaje się na powierzchnię, ponieważ kiedy tylko docie­
ra do ciebie ta myśl, czujesz się jak małe dziecko, jakim byłeś w czasie, gdy
owe sygnały z zewnątrz zostały zapisane w twojej pamięci.
Kiedy zatem usłyszysz negatywny przekaz, płynący z wnętrza twojej
głowy - zaprzecz mu. Ludzie często zapominają, że są panami swoich umy­
słów. Nie musisz myśleć tego, czego nie chcesz myśleć. Jeśli zatem niepożą­
dana myśl przedostaje się do twojej świadomości, odepchnij ją zdecydowa­
nie. Możesz uczynić to na głos - jeśli jesteś sam lub gdy czujesz się bardzo
bezpiecznie - albo po cichu. Nie pozwól negatywnym myślom przetrwać ani
chwili - są bowiem potężne i, niestety, zawierają znajome treści. Wkrótce
zakorzenią się i rozrosną bez twojego udziału.
Rozpoznaj swoje talenty i uzdolnienia
Inną metodą kształtowania pozytywnej samooceny jest sporządzenie listy
własnych talentów i uzdolnień oraz uznanie - przed samym sobą - ich
wkładu w nasze życie, a także w życie osób, z którymi jesteśmy w jakiś
sposób związani.
Świadomość swoich mocnych stron nie jest egocentryzmem. Umożli­
wia raczej wzmocnienie owych talentów i uzdolnień, a tym samym zapew­
nia ci podstawę dla zdrowych, pozytywnych uczuć wobec samego siebie.
222

Naucz się cieszyć własnym towarzystwem
Bardzo ważne jest również nauczenie się przebywania z samym sobą. Lu­
dzie, którzy czują się ze sobą bezpieczni, lubią przebywać we własnym
towarzystwie.
Jednym ze sposobów, w jakie możesz ćwiczyć przebywanie z samym
sobą, jest zaproszenie siebie na kolację, tak jakbyś umówił się na randkę.
Wybierz przyjemną restaurację, ubierz się elegancko, wypij drinka, jeśli to
sprawi ci przyjemność, zamów swoją ulubioną potrawę i ciesz się obecnością
własnych myśli. Przekonaj się, ile radości sprawia ci twoje własne towarzy­
stwo. Możesz także iść do kina albo na mecz i cieszyć się doświadczeniem
robienia czegoś, co lubisz, w towarzystwie osoby, którą cenisz - czyli same­
go siebie.
Ucz się nowych rzeczy
Uczenie się i wiedza niosą ze sobą potęgę niezależności. Zdobywając wiedzę,
pomnażasz swą wewnętrzną siłę poprzez umiejętność rozumienia nowych
rzeczy i zastosowania ich w praktyce.
Wiąż się z pozytywnymi ludźmi
Jeśli przebywasz w otoczeniu „negatywnych", skoncentrowanych na prob­
lemach ludzi, sam nabierzesz negatywnego podejścia i zaczniesz skupiać się
na trudnościach. Jeżeli natomiast poszukujesz towarzystwa pozytywnych
ludzi o optymistycznych poglądach, ich przekonania udzielą się i tobie. Op­
tymizm jest częścią wysokiej samooceny.
Nie próbuj kontrolować innych
Osoby, które mają niską samoocenę i trudności w nawiązywaniu kontaktu
z innymi, często odczuwają potrzebę kontrolowania otaczających je ludzi
oraz sytuacji, w jakich się znajdują. W ten sposób uzyskują poczucie bezpie­
czeństwa. Jest to jednak okrutne złudzenie. Jak podkreślałam już wcześ­
niej, nie sposób kontrolować innych ludzi. Dla większości z nas wystar­
czająco trudnym zadaniem jest kontrolowanie samego siebie.
Kiedy wykształci się w tobie wewnętrzny system sprzężenia zwrotne­
go oraz jasna wizja własnych celów i systemu przekonań, odkryjesz, że
potrzeba sprawowania kontroli nad innymi zniknie bez śladu. Będzie ci
wówczas zależało na kontrolowaniu samego siebie oraz na poczuciu więzi ze
sobą; w konsekwencji poczujesz się bezpieczniej, przyznając innym prawo
do sprawowania samokontroli.
Brzmi to jak znaczne uproszczenie, ale skuteczne rozwiązania rzeczy­
wiście zwykle są bardzo proste. Kultura, w której żyjemy, każe nam cenić
223

to, co skomplikowane - wierzymy bowiem, że rzeczy skomplikowane mają
istotne znaczenie. W rzeczywistości rzeczy skomplikowane są najczęściej
wytworem jakiegoś biurokratycznego komitetu!
Poprzez uwolnienie się od potrzeby kontrolowania innych ludzi zdo­
bywasz energię, dzięki której możesz podwyższyć własną samoocenę, po­
czuć się lepiej w otaczającym cię świecie i, co najważniejsze, zbudować in­
tymną, emocjonalną więź z inną osobą.
Uzdrowienie, rozwój i zmiana są częścią procesu, który trwa przez
całe życie. Codziennie uczymy się czegoś od życia i ludzi, którzy nam w nim
towarzyszą. Wyniki owych codziennych lekcji nie zawsze są zgodne z naszy­
mi oczekiwaniami, jednak jeśli pozostaniemy otwarci, możemy czerpać cen­
ną wiedzę z każdego doświadczenia. Proces zmian jest pasjonujący. Możesz
nauczyć się nie tylko świętować same zmiany, ale także cieszyć się proce­
sem, który je przynosi.

Rozdział 19

Odrzuć to, co toksyczne,
i idź naprzód

K

ażdy z nas zachowuje pewien, właściwy sobie, emocjonalny dystans.
Jest to nasza naturalna, emocjonalna ochrona przed ludźmi i sytu­
acjami, których jeszcze nie znamy albo przed osobami, które - jak
wiemy - mogą być dla nas niebezpieczne. Dystans, jaki zachowuje człowiek
niedostępny emocjonalnie, wykracza jednak poza normalny zakres emocjo­
nalnej rezerwy.
U osób niedostępnych emocjonalnie można zaobserwować szeroki wa­
chlarz zachowań, od nieznacznego przekroczenia odpowiedniego dystansu
po całkowity brak kontaktu. Wypełniając test pod koniec rozdziału szesna­
stego, określiłeś swoje miejsce w kontinuum niedostępności emocjonalnej.
Wiele osób niedostępnych emocjonalnie może zmienić sposób konta­
ktowania się z samym sobą. Jedynie poprzez nawiązanie kontaktu z sobą
mogą one nauczyć się, jak budować więzi z innymi.
W poprzednich rozdziałach zajmowaliśmy się przede wszystkim tymi
spośród niedostępnych emocjonalnie, którzy mogą i chcą się zmienić oraz
osobami decydującymi się na związki z nimi.
Oprócz tego istnieje także mała, ale niezwykle niebezpieczna grupka
ludzi, u których niedostępność emocjonalna jest zaledwie częścią innych,
poważniejszych problemów. Konstelacja owych problemów sprawia zazwy­
czaj, że owi ludzie stanowią realne - fizyczne i emocjonalne - zagrożenie dla
wszystkich, z którymi się kontaktują.
Nie mówię tutaj o przeciętnej osobie niedostępnej emocjonalnie, która
w danym momencie nie ma ochoty pracować nad rozwiązaniem problemów.
Ludzie toksyczni nie są w stanie się zmienić i nieustannie manipulują
innymi, aby dostać to, czego chcą. Ludzie ci powinni zostać oznaczeni
225

ostrzegawczą etykietą, która demaskowałaby ich zaburzenia osobowościo­
we oraz zagrożenia, jakie ze sobą niosą.

Zaburzenia osobowości
Pozwól, że sprecyzuję określenie zaburzenie osobowości. Cecha osobo­
wości jest trwałym elementem osobowości danego człowieka, wbudowa­
nym na stałe w jego postawę wobec świata. Przykładem cechy może być
prostolinijność w wyrażaniu myśli i uczuć.
Prawdopodobieństwo, że osoba prostolinijna zmieni swój sposób wy­
rażania opinii, może być niewielkie, jednak owa cecha zwykle nie zakłóca jej
relacji z innymi. Ludzie, którzy znają tę osobę, wiedzą, że jej styl komuniko­
wania się jest niezwykle prostolinijny. Albo zatem akceptują jej bezpośred­
niość, albo dystansują się wobec niej. W skali globalnej cechy osobowościo­
we nie uniemożliwiają nam jednak osiągnięcia pełni życia i tworzenia au­
tentycznych więzi z innymi.
Kiedy cechy zaczynają utrudniać ludziom budowanie związków, w te­
rapeutycznym „biznesie" określa się je mianem zaburzeń osobowościo­
wych.
Zaburzenia osobowościowe dzielą się na zachowania, które wy­
wierają poważny, negatywny wpływ na innych, oraz na takie, które oddzia­
łują ujemnie na „Ja". Oczywiście w tej chwili interesują nas przede wszyst­
kim zaburzenia osobowościowe mające wpływ na innych ludzi. Należą do
nich:
• Zaburzenie narcystyczne - dotyczące osób, które wierzą, że świat
kręci się wokół nich. Ludzie ci zwykle manipulują innymi, są chłodni
i zdystansowani. Wykorzystują innych dla własnej przyjemności
albo po to, by osiągnąć swoje cele, nie zważając przy tym na niczyje
uczucia.
• Zaburzenie histrioniczne - odnoszące się do osób, które z wszyst­
kiego robią prawdziwy dramat. Ich emocjonalna scena jest tak
wielka, że otaczający je ludzie nigdy nie są pewni rzeczywistej wagi
problemu. Owa skłonność do dramatyzowania odstręcza od nich
innych.
• Zaburzenie zależne - dotyczące ludzi, którzy nie mogą funkcjo­
nować, jeśli ktoś inny nie mówi im, co robić. Są to ludzie typu
„Velcro", którzy przywiązują się do drugiej osoby za pomocą ostrych
haków, niezdolni do podejmowania samodzielnych decyzji lub nie­
zależnych działań.
• Zaburzenie borderline (z ang. - graniczne) - odnoszące się do
osób, które wręcz panicznie boją się porzucenia, i aby się przed nim
uchronić, manipulują innymi oraz zadręczają ich swoim strachem.
226

Często bywają mściwe, jeśli nie dostają tego, czego chcą. Podejmują
również rozpaczliwe próby podtrzymania więzi z obiektem swej
miłości. Mają bardzo niestabilny obraz siebie, nieustannie się zmie­
niają i często angażują się w niezwykle destrukcyjne działania
takie jak niekontrolowane napady wydawania pieniędzy, przypad­
kowe kontakty seksualne, uzależnienia, próby samobójcze lub inne
autodestrukcyjne zachowania. Ma to na celu utrzymanie partnera
przy sobie w jedyny znany im sposób - poprzez wprowadzenie chao­
su.
• Zaburzenie antyspołeczne - dotyczące przestępców i innych lu­
dzi, którzy mają zwyczaj krzywdzić innych. Cierpi na nie niemal 85%
więźniów. Ludzie ci są najbardziej bezwzględnymi z łotrów; krzyw­
dzą i uprzedmiotowiają wszystkich wokół. Są tak odlegli od włas­
nych emocji jak Pluton od Słońca. Rzadko interesuje ich zbudowanie
emocjonalnej więzi z kimkolwiek, chociaż mogą mieć wielu partne­
rów seksualnych, a nawet zdecydować się na kilka związków mał­
żeńskich. Nie są to jednak więzy miłości, lecz wzorce krzywdy
i nadużyć.
• Zaburzenie socjopatyczne - termin obecnie nieużywany; diag­
nostycy zastąpili go określeniami „zaburzenie antyspołeczne" i „za­
burzenie narcystyczne". Sądzę jednak, że powinniśmy zacząć stoso­
wać go ponownie, ponieważ osoby socjopatyczne nie mają w sobie
nic ludzkiego - brak im duszy. Traktują one innych jak przedmioty,
wykorzystując ich w niebezpieczny i niszczący sposób. Socjopaci
mają zwykle znacznie więcej umiejętności społecznych niż przecięt­
na osoba antyspołeczna. Umożliwia im to wywieranie znacznie
silniejszego wpływu na swe ofiary, ponieważ pozornie nawiązują
kontakt. Są potężnymi manipulatorami i zdecydowanie najgroź­
niejszymi osobami, z jakimi możesz się spotkać.
Zaledwie niewielki odsetek populacji cierpi na zdiagnozowane zabu­
rzenia osobowości, stąd nieczęsto spotyka się osoby, u których cechy osobo­
wościowe przekształciły się w poważny problem. Jeżeli jednak zetkniesz się
z kimś takim, ważne, abyś miał świadomość, że zaburzenie osobowościowe
stanowi trwały element jego tożsamości, a prawdopodobieństwo jego zmia­
ny - choćby w niewielkim stopniu - jest bliskie zeru.
Bez względu na twoją wytrwałość i oddanie nie będziesz w stanie
zmienić samego rdzenia „Ja" drugiej osoby. Twój problem polega na tym, że
tak bardzo kusi cię, żeby spróbować.
Pragnę także podkreślić, iż w każdym z nas można odnaleźć niektóre
spośród cech składających się na zaburzenia osobowości. Cechy te formują
nasze wnętrze; kiedy jednak cecha przekształca się w zaburzenie osobowoś­
ci, nasza wewnętrzna forma ulega zniszczeniu, co przypieczętowuje niedostęp­
ność emocjonalną i odbiera szanse na wprowadzenie pozytywnych zmian.
227

Kiedy obcujesz z ludźmi cierpiącymi na zaburzenia osobowości, nie
wolno ci ani na chwilę zapomnieć, że ty ich nie zepsułeś i ty nie możesz ich
naprawić.

Prawdziwa trucizna
Przyjrzyjmy się zatem niektórym spośród ludzi, których powinno się ozna­
czyć ostrzegawczą etykietą. Opisane przykłady mają ułatwić ci wyobrażenie
sobie danego zaburzenia osobowości i jego udział w realnym życiu.
Najbardziej toksyczni:
oszuści, przestępcy i seryjni m o r d e r c y
Ponad dwadzieścia lat temu Ted Bundy z kilku powodów skupił na
sobie uwagę całego kraju. Po pierwsze, był seryjnym mordercą, którego
udało się ująć żywego. Po drugie, ponosił odpowiedzialność za falę mor­
derstw młodych kobiet, jaka przetoczyła się przez Stany Zjednoczone. Po
trzecie wreszcie, był bardzo inteligentny i wydawał się taki normalny! Na
fotografiach Bundy wyglądał jak facet z sąsiedztwa, zawsze gotowy przyjść
z pomocą, kiedy trzeba wypchnąć samochód z zaspy śnieżnej.
Dla mnie Ted Bundy oznaczał koniec niewinności, jeśli chodzi o to­
ksycznych ludzi. Dotąd sądziłam, że potwór będzie wyglądał jak filmowa
bestia. Tymczasem przypominał on raczej chłopaka, z którym umawiałam
się na randki! Pamiętam, jaki przeżyłam wówczas wstrząs, jednak doce­
niam również wiedzę, którą wyniosłam z owego doświadczenia. Odtąd je­
stem znacznie ostrożniejsza w wyciąganiu wniosków na temat innych na
podstawie ich wyglądu.
Ted Bundy jest przedstawicielem najbardziej skrajnej grupy toksycz­
nych osób. Należy do socjopatów, w których nie tli się nawet iskierka czło­
wieczeństwa. Do tej kategorii zalicza się również kilku innych legendarnych
socjopatów - weszli oni na stałe do popkultury, a ich nazwiska stały się
synonimami zła.
Obok Teda Bundy'ego i innych socjopatów wśród ludzi skrajnie toksycz­
nych możemy także wyróżnić tych, którzy, choć nie popełniają morderstw,
potrafią dostrzegać w innych tylko bezwolne przedmioty. Prawdopodobień­
stwo spotkania seryjnego mordercy jest bardzo niewielkie, jednak znacznie
częściej los może postawić na naszej drodze chłodnego, zachowującego dys­
tans manipulatora.
Posłużę się przykładem. Connie zjawiła się w moim gabinecie, ponie­
waż miała problemy z trojgiem swych dorastających dzieci. Niepokoiła ją także
ich relacja z Maxem - mężczyzną, którego poślubiła przed trzema laty.
228

Connie mieszka w Dallas i jest inteligentną, wykształconą kobietą
z klasy średniej. Była pewna, że to w niej tkwi problem, bo nie potrafi
nakłonić swoich dzieci i męża do nawiązania bardziej cywilizowanych sto­
sunków. Max powiedział jej z tego powodu, że jest złą matką. Wmówił jej, iż
potrzebuje pomocy, ponieważ to o n a stanowi problem.
Connie zjawiła się w moim gabinecie, ponieważ chciała się dowie­
dzieć, jak być lepszą żoną i matką. Zamiast tego zaczęłyśmy jednak analizo­
wać jej związek z Maxem i synami. Connie poznała Maxa wkrótce po tym,
jak rozwiodła się z Tedem - ojcem jej dzieci, który był znakomitym sprze­
dawcą, silnie skoncentrowanym na własnej karierze.
Max wydawał się troskliwy i przejęty losem Connie i jej dzieci. Zapro­
ponował, że pomoże jej zmienić pracę; wykonał również wiele koniecznych
napraw w jej domu. Zabierał jej dzieci w różne miejsca, a one uważały go za
wspaniałego faceta. Opowiedział Connie o swoim poprzednim, smutnym
małżeństwie z kobietą, która zmarła na raka, oraz o swych obawach przed
odejściem z amerykańskich Sił Powietrznych po zakończeniu kariery woj­
skowej. Connie zakochała się w nim i wkrótce pobrali się.
Zaraz po ślubie Max zasugerował, że należy posłać dzieci do prywat­
nej szkoły wojskowej, i powiedział Connie, iż jego zdaniem bardzo trudno
nad nimi zapanować. Przyjął również posadę w Minnesocie - setki mil od
miejsca, w którym mieszkali - nie konsultując tej decyzji z Connie; po
prostu oświadczył jej, że muszą się przeprowadzić. Connie zdołała odwieść
Maxa od pomysłu posłania dzieci do szkoły wojskowej, okazała się jednak
bezsilna w sprawie przeprowadzki.
Dwoje dzieci postanowiło zamieszkać z ojcem, jednak jeden z synów
wyjechał z Connie i Maxem do Minnesoty. Wkrótce zaczęło dochodzić do
licznych konfliktów pomiędzy nim a Maxem, który okazał się prawdziwym
dyktatorem. Trzymał Connie bardzo krótko, śledząc ją i sprawdzając na
każdym kroku.
Connie powiedziała mi, że Max wielokrotnie przeglądał jej portmonet­
kę, książeczkę czekową, korespondencję i szuflady; co więcej, założył w tele­
fonie podsłuch i śledził wszystkie jej rozmowy.
Później Max stracił pracę. Connie od lat oszczędzała pieniądze na
studia swych dzieci i zgromadziła niemal sto tysięcy dolarów. Kiedy Max
stracił pracę, poprosił, żeby pożyczyła mu część swych oszczędności.
Był gotowy podpisać weksle i zobowiązał się do spłaty odsetek wy­
ższych, niż mogłaby uzyskać z lokaty bankowej. Po rozważeniu propozycji
Maxa, pod jego silną presją, Connie postanowiła mu zaufać i pożyczyła mu
czterdzieści tysięcy dolarów. Jak mi później wyznała, z kolejnymi pięćdzie­
sięcioma tysiącami poszło znacznie łatwiej, bo Max przekonał ją, że jego
inwestycje przyniosą im ogromne zyski.
Max powiedział Connie, że zamierza przyjść z nią na terapię, jednak
za każdym razem znajdował nową wymówkę, żeby nie zjawić się na spotka229

niu. W trakcie naszej wspólnej pracy Connie zaczęła uświadamiać sobie, co
stało się z Maxem i z jej pieniędzmi. Wreszcie zapytała go, kiedy zamierza
spłacić dług.
Max opowiedział jej o pieniądzach, jakie przyniosły jego inwestycje;
dodał jednak, że obecna sytuacja na rynku nie sprzyja sprzedaży akcji.
Kiedy zapytała go, czy może zobaczyć te akcje, odpowiedział, że wszystko
jest w komputerze, a komputer niestety się zepsuł. Powiedział jej również,
iż spodziewa się sporej gotówki ze sprzedaży swojej kamienicy w Indianapo­
lis - pieniądze miały wpłynąć na jego konto tuż po zakończeniu postępowa­
nia spadkowego w sprawie majątku jego zmarłej żony. Kiedy zapytałam
Connie, czy mu wierzy, odparła, że nie jest pewna, ale chciałaby mu ufać.
Connie co tydzień pytała Maxa o postępy w jego planach spłaty długu,
a jego wyjaśnienia były zawsze wyczerpujące i wiarygodne. Jednocześnie
Max stawał się coraz bardziej agresywny w stosunku do jej syna - doszło
nawet między nimi do kilku fizycznych konfrontacji.
Connie obawiała się, że jeśli złoży pozew rozwodowy, Max może zabić
ją lub jej syna. Była także przekonana, że jeśli rozstanie się z Maxem, nigdy
nie odzyska swoich pieniędzy. Bała się także przebywać blisko niego, ponie­
waż trudno było przewidzieć jego zachowania, a on stawał się coraz bardziej
agresywny.
Wreszcie kiedy Max pobił ją tak mocno, że musiała spędzić kilka dni
w szpitalu, Connie stwierdziła, że ma dość i złożyła pozew rozwodowy. Max
był wściekły i groził jej przez kilka miesięcy, jednak ostatecznie poddał się
i wyjechał z miasta.
Ośmielona i uzbrojona w podpisane przez Maxa weksle, Connie, do­
wiedziawszy się, że dostał dobrą pracę w Seattle, próbowała odzyskać swoje
pieniądze. Znaczna odległość dawała jej poczucie bezpieczeństwa, była rów­
nież pewna, że będzie mogła zająć konto Maxa.
W kilka miesięcy po złożeniu weksli w sądzie w Waszyngtonie, Con­
nie otrzymała list z sądu federalnego w Seattle. Okazało się, że Max złożył
wniosek o uznanie upadłości, wymieniając jej weksle obok pozostałych dłu­
gów o łącznej wartości wielu tysięcy dolarów.
Connie odpisała, że Max posiada jeszcze akcje, majątek zmarłej żony
oraz kamienicę. Odpowiedź sądu wprawiła ją w osłupienie. Max nie miał
niczego. Co więcej, był żonaty osiem razy, a każda z jego byłych żon cieszy­
ła się dobrym zdrowiem - wszystkie próbowały także odzyskać swoje pienią­
dze na podstawie podpisanych przez niego weksli.
Connie była zdruzgotana, kiedy przyszła na kolejną sesję. Najbardziej
zdenerwował ją fakt, iż była na tyle naiwna, aby uwierzyć słowom Maxa.
Często i obszernie opisywała swe poczucie, że jest po prostu głupia, skoro
nie zdołała przejrzeć gry tego człowieka.
Nie jestem pewna, ilu z nas zdemaskowałoby oszusta w podobnej
sytuacji. Po pierwsze, nie spodziewamy się, że ktoś może potraktować nas
230

w ten sposób. Po drugie, dobre maniery zabraniają nam podejrzewać o złe
zamiary tych, którym - jak się powszechnie uważa - powinniśmy ufać. Wię­
kszość ludzi uznałaby sprawdzanie przeszłości małżonka za objaw paranoi.
Connie odebrała surową lekcję - dowiedziała się, że nikt nie jest bez­
pieczny i nikt nie stanowi wyjątku. Każdy może stać się ofiarą, nie obniża to
jednak wartości ofiary jako osoby. Connie nadal ciężko pracuje nad odzy­
skaniem wiary w siebie, która, koniec końców, była najważniejszą spośród
rzeczy skradzionych jej przez Maxa.
Oszuści, przestępcy i seryjni zabójcy nie zmienią swoich relacji z inny­
mi. Udaje im się przetrwać poprzez oszukiwanie i okradanie innych; żywią
przy tym przekonanie, że na tym właśnie polegają normalne relacje między
ludźmi. Każdy, kto postępuje inaczej, jest w ich oczach głupcem i zasługuje
na to, aby go krzywdzić.
Do kategorii ludzi niebezpiecznie toksycznych możemy także zaliczyć
dealerów narkotyków, osoby, które rutynowo - często pomimo terapii rozwiązują wszelkie problemy przy użyciu przemocy, a także tych, którzy
parają się wszelkiego rodzaju działalnością przestępczą.
Nie twierdzę, że każdy, kto popełnił błąd i odsiedział wyrok w więzie­
niu, nie nadaje się na partnera w związku. Jestem jednak przekonana, że
pobyt w więzieniu na zawsze zmienia spojrzenie na świat. Zachęcam moich
klientów do ogromnej ostrożności, kiedy mają do czynienia z osobą o prze­
szłości kryminalnej.
Toksyczni krytycy i trujący kontrolerzy
Kolejną toksyczną grupę stanowią ludzie, którzy pragną przejąć władzę nad
życiem swego partnera. Owi toksyczni kontrolerzy zrobią wszystko, łącznie
z użyciem przemocy, aby zachować władzę. Nie interesują ich negocjacje ani
kompromisy, a jeśli spróbujesz zmienić układ sił - uznają, że to ty jesteś
problemem.
Pamiętam telewizyjny talk-show, w którym wystąpiła para, będąca
doskonałym przykładem takiej relacji. Mąż twierdził stanowczo, że jego
świadectwo ślubu zawiera klauzulę, zgodnie z którą żona jest jego własnoś­
cią. Nie odstępował od tego przekonania, mimo iż gospodarz programu nie
ustawał w próbach zmiany jego stanowiska. Jak wynikało z relacji żony,
mąż powiedział jej, że musi spełniać wszystkie jego zachcianki - nawet
wtedy, gdy chodziło o sprawy tak intymne, jak higiena osobista. Ten czło­
wiek był prawdziwym toksycznym kontrolerem.
Z grupą toksycznych kontrolerów spokrewnieni są trujący krytycy.
Ludzie ci znacznie przekraczają granicę zdrowego, pomocnego krytycyzmu,
krytykując każdy aspekt życia partnera. Celem owej zmasowanej krytyki
jest przejęcie kontroli. Osoba krytykowana zaczyna wątpić we własną zdol­
ność do podejmowania jakichkolwiek rozsądnych decyzji. Ulega emocjonal231

nemu zamrożeniu. Krytyk może wówczas dokładnie poinstruować ofiarę, co
i jak ma robić.
Skrajny narcyzm
Nie chodzi tu o zwyczajnych, egocentrycznych Narcyzów, którzy czasami
potrafią nawet związać się emocjonalnie z inną osobą. Mam raczej na myśli
ludzi szkodliwych i niebezpiecznych, traktujących innych jak przedmioty,
które można wykorzystać i wyrzucić w dowolnym momencie. Mówię o lu­
dziach, którzy kradną ci życie, a potem mówią, że nie jest ono dla nich
wystarczająco dobre. Nie chcą się zmienić i po prostu porzucą każdego, kto
ośmieli się zasugerować, że zmiany mogłyby się okazać korzystne.
Ten rodzaj narcyzmu przypomina studnię bez dna, do której możesz
wrzucić całe swoje życie. Ale nawet to nie wystarczy. Nie chodzi tu o to, że
nie jesteś dość dobry. Wprost przeciwnie - jesteś zbyt dobry, zbyt zagrażają­
cy, zbyt zdolny, a toksyczny Narcyz nie może znieść wynikającego stąd
poczucia niższości. Aby ochronić swe niezwykle kruche ego, toksyczny Na­
rcyz atakuje, usiłując ściągnąć cię w dół.
Słyszysz więc jego przekaz, że nie jesteś wystarczająco dobry, nie dość
się starasz i sprawiasz mu zawód. Toksyczni Narcyzi wybierają często ludzi
zorientowanych na sukces, którym wyjątkowo trudno jest znieść poczucie,
że nie są dość dobrzy. W rezultacie prześladowań ze strony Narcyza ofiara
zaczyna krzywdzić samą siebie, próbując sprostać nierealistycznym wyma­
ganiom toksycznego partnera.
Nadrzędnym celem ofiary jest zdobycie miłości, a przekaz toksyczne­
go Narcyza brzmi: „Jeśli będziesz doskonały, być może cię pokocham". W
owym przekazie kluczowe są jednak dwa słowa: „doskonały" - nieosiągalny
cel - oraz „być może", które nie gwarantuje niczego, obiecując wszystko.
Ponadto toksyczny Narcyz nigdy nie sprecyzuje, co rozumie przez „dosko­
nałość", nie zdradzi ci także swoich oczekiwań. Jeśli jednak oczekiwania
i zasady zostaną zwerbalizowane - toksyczny Narcyz natychmiast je zmie­
ni. Oto wspaniały przykład sytuacji, w której nie ma zwycięzców.
Toksyczni kłamcy i toksyczni oszuści
Ludzie ci budują swe związki na fundamencie kłamstw, półprawd i fałszu.
Wkładają wiele wysiłku w wymyślanie wiarygodnych historyjek i scenariu­
szy, a kiedy inni im uwierzą - budują na tej podstawie kolejne kłamstwa.
Ostatecznie ich słowa w bardzo niewielkim stopniu odzwierciedlają rzeczy­
wistość.
Co dziwne, poprzez wszystkie te kłamstwa kłamca próbuje poprawić
własny obraz siebie. Chce być kimś egzotycznym, niezwykłym lub ekscytu­
jącym. W trakcie tego procesu oszukuje innych tak bardzo, że nie pozostaje
232

w nim nic, z czym można by nawiązać kontakt, a jego partner traci ogrom­
nie dużo energii, próbując zbudować więź na fundamentach kłamstwa.
Posłużę się tu przykładem. Moja przyjaciółka, Melissa, poznała Chucka w barze. Był od niej starszy i zupełnie ją oszołomił opowieściami o swych
śmiałych wyczynach w Wietnamie, gdzie służył ponoć jako pilot helikoptera.
Powiedział jej, że pracował tam dla Air America. Melissa - wielce podekscy­
towana - wyznała mi, że Chuck jest szpiegiem! Chuck powiedział jej rów­
nież, że obecnie uczestniczy w tajnych misjach CIA, i napomknął coś o lo­
tach z Florydy do Ameryki Łacińskiej. Była zauroczona. Kiedy powiedzia­
łam jej, że się niepokoję, bo szpiedzy zwykle nie opowiadają nowym znajo­
mym o swych szpiegowskich misjach, bez wahania stanęła w jego obronie.
W końcu Chuck i Melissa zamieszkali razem. Chuck przypisywał swo­
je problemy seksualne wojennym ranom, wyjaśniał, że jego niepewna sytu­
acja finansowa wynika z chwilowego braku dostępu do kont w bankach
szwajcarskich. Powiedział też Melissie, że nie może podjąć stałej pracy, bo
musi być gotów na każde wezwanie swych tajnych przełożonych, oraz prze­
konywał ją, iż ma ogromne szczęście, mogąc zapewnić mu dach nad głową,
jedzenie i rozrywkę, ponieważ w ten sposób dowodzi, że jest lojalną obywa­
telką Stanów Zjednoczonych.
Od czasu do czasu znikał na kilka dni, a kiedy wracał, opowiadał jej
mnóstwo nowych historii. Melissa pracowała na dwa etaty, sypiała bardzo
niewiele i coraz bardziej wściekała się na Chucka za jego nieobecność w jej
codziennym życiu. Wtedy Chuck nagle zniknął.
Tym razem nie pojawił się przez pół roku, a nawet wtedy Melissa
spotkała go zupełnie przypadkowo. Niespodziewanie wpadła na niego na
ulicy w sąsiednim miasteczku, gdzie spacerował, obejmując kobietę w bar­
dzo zaawansowanej ciąży, która przedstawiła się Melissie jako jego żona.
Kolumbijscy królowie narkotyków i wojenne rany!
Toksyczni oszuści zaliczają się do tej samej kategorii, ponieważ ich
życie również opiera się na fundamencie kłamstw, jednak w ich wypadku
owe kłamstwa służą ukryciu licznych przygód miłosnych przed partnerem
z pierwotnego związku.
Krótka uwaga na temat romansów. Niestety, ludzie decydują się cza­
sami na nawiązanie romansu poza stałym związkiem. Ta decyzja rzadko ma
cokolwiek wspólnego z pierwotnym związkiem, choć osoba, która wykonuje
skok w bok, może obwiniać o to swego partnera.
Romans to zazwyczaj kiepska technika radzenia sobie z uczuciem
strachu, zagubienia lub nieudolności. Jest jednak techniką, która sieje stra­
szliwe emocjonalne spustoszenie.
Na szczęście jednak, większość osób, które decydują się na przygodę
poza swym głównym związkiem, nigdy nie podejmuje takiej decyzji po raz
233

drugi, ponieważ dostrzegają spowodowane przez nią zniszczenia. Owo zro­
zumienie pomaga im rozwiązać problemy i zaangażować się ponownie
w pierwotny związek.
Istnieją jednak ludzie, którzy nawiązują kolejne romanse, ponieważ
są absolutnie niezdolni do autentycznego zaangażowania się w jakikolwiek
związek, a jednocześnie boją się samotności. W pewnym sensie wykorzystu­
ją oni innych jako lekarstwo na samotność, utrzymując swój pierwotny
związek, aby uzyskać gwarancję, iż nigdy nie zostaną sami.
Ludzie ci przypominają pustą skorupę, której nie zdołają napełnić
nawet najliczniejsze romanse. Nieustannie ranią i zasmucają tych, którzy
ich kochają. Zupełnie lub prawie wcale nie zważają na uczucia innych.
Nic nie może zmienić ich postępowania, ponieważ nie ma nic potęż­
niejszego od nadziei silnych wrażeń. Jeżeli jednak zasugerujesz im terapię,
oświadczą gniewnie, że nie dolega im nic, co wymagałoby interwencji tera­
peuty. Podwójny węzeł!

Sygnały zagrożenia i znaki ostrzegawcze
Chociaż ludzie ci powinni być oznaczeni ostrzegawczymi etykietami, dzięki
którym łatwiej byłoby ich unikać, w rzeczywistości można ich rozpoznać po
pewnych zachowaniach.
Przedstawiona poniżej lista toksycznych zachowań nie zawiera wszyst­
kich możliwych permutacji. Każde z tych zachowań może jednak służyć jako
sygnał ostrzegawczy, który skieruje twoją uwagę na pozostałe aspekty wa­
szego związku.
Tuzin toksycznych znaków ostrzegawczych
1. To ty jesteś problemem. W tym wypadku toksyczna osoba nie
potrafi lub nie chce wziąć na siebie nawet części problemów, które być
może spowodowała. Zamiast tego nieustannie powtarza ci, że gdybyś
był lepszy, bogatszy, ładniejszy, przystojniejszy, wyższy, szczuplejszy
albo mądrzejszy, problem przestałby istnieć. Ludzie toksyczni tak
silnie koncentrują się na doznaniach zewnętrznych, że nie są w stanie
dostrzec, iż są sprawcami części problemów.
2. Zachowania kontrolujące lub skrajna zazdrość. Jeśli twój part­
ner pragnie panować nad każdą chwilą twego życia albo jest skrajnie
zazdrosny o wszystkich i wszystko, czemu poświęcasz czas lub uwagę,
zachowaj ostrożność! Ten człowiek chce objąć cię w posiadanie i cał­
kowicie nad tobą zapanować.
234

3. Brak granic. Kolejnym znakiem rozpoznawczym toksycznej osoby
jest brak granic oraz lekceważenie wszelkich granic, które próbujesz
wyznaczyć. I w tym wypadku partner dąży do całkowitego zniszcze­
nia wszelkich rozgraniczeń miedzy wami, tak abyś przestał istnieć
jako odrębna jednostka. Człowiek, który nie ma granic, wierzy, że ma
prawo robić z tobą wszystko, na co ma ochotę, ponieważ jesteś tylko
jego nieodróżnialną częścią.
4. Przemoc. Nie wolno ci tolerować żadnej formy przemocy - w żad­
nym związku, z jakichkolwiek przyczyn i w żadnych okolicznościach.
Koniec i kropka. Przemocy nie można wytłumaczyć, usprawiedliwić,
uzasadnić ani wyjaśnić. Jeśli w twoim związku pojawiła się przemoc nie jest to żaden związek. Odejdź i wnieś oskarżenie.
5. Oszustwo lub przestępczość. Jeśli twój partner angażuje się
w działalność przestępczą, podejrzenia mogą paść i na ciebie, nawet
jeśli nie masz z tym nic wspólnego. Jeżeli ktoś cię oszukuje lub wyko­
rzystuje, porozmawiaj z policją albo z lokalną prokuraturą, aby po­
znać możliwe rozwiązania, a następnie zastosuj się do ich rad. W żad­
nym wypadku nie powinieneś żywić większych nadziei na odzyskanie
strat. Właśnie ta błędna filozofia utrzymuje Las Vegas w nieustan­
nym rozkwicie.
6. Uzależnienia. Jeśli twój partner nie potrafi zerwać z alkoholem lub
narkotykami, musisz zdecydować się na zakończenie związku. Osoba
ta jest związana z narkotykiem, a nie z tobą, jednak jeśli nie odej­
dziesz, to ty będziesz musiał za to zapłacić. Jeżeli osoba uzależniona
naprawdę pragnie związku z tobą, oczyści się i będzie żyć w trzeźwości.
Jasne postawienie sprawy jest twoją jedyną bronią - nie wahaj się jej
użyć.
7. Oszustwa/romanse i/lub niezwykłe praktyki seksualne. Lu­
dzie, którzy wiążą się z tobą pod warunkiem, że zaakceptujesz nie­
zwykłe zachowania seksualne - między innymi romanse - nie są
najlepszym materiałem na partnerów, chyba że wyznajesz dokładnie
takie same zasady. Nie mówię tu o sporadycznych występach w sza­
tach cesarza Fryderyka albo w stroju rodem z Hollywood, ale raczej
o praktykach sadomasochistycznych, grach w „pana i niewolnicę"
oraz innych destrukcyjnych zachowaniach. Jeśli mówisz partnerowi,
że jakieś praktyki sprawiają ci przykrość, a on mimo wszystko ani
myśli z nich zrezygnować - uważaj, bo być może masz do czynienia
z toksycznym zachowaniem.
8. Lęk przed zaangażowaniem. Jeśli wasz związek trwa od dawna,
a twój partner unika wszelkich formalnych zobowiązań - możesz uz­
nać to za ostrzeżenie, że być może nigdy nie zdecyduje się na pełne
zaangażowanie.
235

9. Upokorzenia, zniewagi, docinki. Małe, niegroźne, czułe docinki
nie są niczym złym, jednak jeśli twój partner nieustannie obraża cię
publicznie albo bezlitośnie ci dokucza, jego toksyczne zachowanie ma
na celu zepchnięcie cię na przegraną pozycję. Jeżeli twój partner
wielokrotnie ci dokuczał, obrażał cię i upokarzał - przeciwstaw się.
Jeśli dokuczanie będzie trwało nadal, twój dzwonek alarmowy powi­
nien zabrzmieć naprawdę donośnie.
10. Myślenie czarno-białe. Nieelastyczny sposób myślenia u partnera
może dla ciebie oznaczać poważne kłopoty. Jeśli druga osoba nie
potrafi dostrzec różnych odcieni szarości, zostawi ci bardzo niewiele
miejsca na błędy. Wystarczy niewielkie uchybienie, a potępi cię jako
kogoś baaardzo złego i omylnego. Co oznacza, że twój partner może
być baaardzo toksyczny!
11. Tak, ale... Jeśli słyszysz więcej usprawiedliwień niż wyjaśnień, a wyj­
ściem z każdej konfrontacji są słowa „Tak, ale...", masz do czynienia
z osobą, która nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za własne
życie. Ktoś, kto ma potrzebę obwiniania za wszystko innych, nie jest
zbyt dobrym kandydatem na życiowego partnera.
12. Podwójne węzły. Dla przypomnienia - podwójny węzeł to sytuacja,
w której każde rozwiązanie jest złe. Wszyscy doświadczamy w życiu
jakichś podwójnych węzłów. Dobrym przykładem jest sytuacja, w któ­
rej nie cierpisz swojej pracy, ale jeśli ją rzucisz - nie będziesz miał
pieniędzy. Jeżeli jednak sprawcą podwójnego węzła jest nieodmiennie
twój partner, masz do czynienia z toksycznym zachowaniem, którego
celem jest wytrącenie cię z równowagi i utrzymanie w niepewności.
13. Kłamstwa. Każdy z nas kłamie od czasu do czasu w drobnych spra­
wach (kłamiemy również wtedy, kiedy próbujemy temu zaprzeczyć!).
Jeśli jednak twój partner kłamie rutynowo albo gdy jego kłamstwa są
dla ciebie źródłem jakichś trudności - jest to wyraźna oznaka toksycz­
nego zachowania.
Żaden z opisanych przeze mnie sygnałów nie oznacza jeszcze, że
musisz natychmiast kazać swemu partnerowi pakować walizki. Jeżeli jed­
nak dostrzeżesz u drugiej osoby kilka z tych oznak - powinieneś przyjrzeć
się waszemu związkowi bardzo uważnie i przynajmniej zachować ostroż­
ność, zanim jeszcze bardziej się zaangażujesz.
Każdy może popełnić błąd. Jeśli jednak opisane tu zachowania skła­
dają się w pewien trwały model, powinieneś potraktować je jako ostrzeże­
nie, iż twój związek wymaga gruntownego rozważenia.

236

JAK TOKSYCZNY JEST MÓJ ZWIĄZEK?
Oszacuj każde twierdzenie w skali od 1 (zupełnie nie) do 6 (dokładnie
tak) w odniesieniu do własnego związku. Wpisz numer w wolne miejsce,
na lewo od pytania.
1. Mojemu partnerowi zdarzyło się mnie uderzyć lub popch­
nąć.
2. Mój partner zbyt często mi ubliża, dokucza i upokarza mnie.
3. Mój partner mnie okłamuje.
4. Mój partner miał więcej niż jeden romans poza naszym
związkiem.
.

5. Mój partner naciąga ludzi na pieniądze lub dobra materialne.
6. Mój partner kradnie.
7. Mój partner nadużywa narkotyków lub jest alkoholikiem.
8. Mój partner grozi mi przemocą lub porzuceniem.
9. Mój partner nie potrafi zaangażować się w nasz związek.
10. Mój partner żąda, żeby wszystko toczyło się zgodnie z jego
wolą i nie godzi się na żadne kompromisy.
11. Mój partner nie może utrzymać się w żadnej pracy.
12. Mój partner ma ogromne, nieprzewidywalne wahania na­
strojów.
13. Mój partner narusza moje granice.
14. Mój partner i ja nie komunikujemy się w żadnych istotnych
sprawach.
15. Mój partner trzyma się mnie kurczowo i nie daje mi czasu
dla siebie lub moich przyjaciół.
16.' Mój partner jest zazdrosny.
17. W naszym związku nie ma zaufania.
18. Mój partner miewa napady niepohamowanej wściekłości.
19. Mój partner próbuje kontrolować moje życie.
237

20. Mój partner nie kontroluje się, jeśli chodzi o jedzenie, wydat­
ki lub alkohol.
21. Mój partner to kameleon. Nigdy nie wiem, czego się spo­
dziewać.
22. Mój partner mówi mi (pośrednio lub bezpośrednio), że nie
jestem wystarczająco dobry.
23. Mój partner myśli kategoriami czarne - białe. Nie istnieją dla
niego szarości.
24. Mój partner nie ma bliskich przyjaciół ani nie utrzymuje bli­
skich relacji z rodziną.
25. Mój partner spędził jakiś czas w areszcie albo w więzieniu.
26. Mój partner odpowiada na wszelkie sugestie słowami: „Tak,
ale...".
27. Mój partner usiłuje trzymać mnie z dala od swoich znajo­
mych lub rodziny.
28. Mój partner jest okrutny dla moich czworonogów/dzieci/ro­
dziny.
29. Mój partner rzadko reaguje emocjonalnie na cokolwiek.
30. Mój partner czepia się wszystkiego w mojej przeszłości i za­
chowuje się tak, jakbym to tylko ja miała problemy.

Teraz zsumuj swoje wyniki:
poniżej 54 punktów:

Twój związek jest otwarty i bliski. Potrzeba mu
jedynie „dostrojenia" raz na jakiś czas.

55 - 79 punktów:

Istnieją pewne problemy, ale można sobie z nimi
poradzić bez interwencji terapeutycznej.

8 0 - 1 0 9 punktów:

Rozważ pomoc terapeuty. W waszym związku
jest wiele do zrobienia.

110 - 1 3 4 punktów:

Znajdź terapeutę i przygotuj się na długą drogę.

135 - 1 5 9 punktów:
ponad 160 punktów:

238

Twój związek jest prawdopodobnie nieudany.
Uwaga! Ten związek jest toksyczny.

Dlaczego źli ludzie są tacy atrakcyjni?
Podsumowując, chociaż większość ludzi chce i potrafi dokonać w sobie pew­
nych zmian, istnieją także osoby toksyczne, które nie zamierzają albo nie
mogą się zmienić. Dlaczego więc wiążemy się z nimi?
Jeśli kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie: „Co w niej widziałem?" witaj w gronie przedstawicieli rodzaju ludzkiego! Większość z nas przynaj­
mniej raz wpakowała się w jeden z tych toksycznych, odległych związków,
po to tylko, by ostatecznie poczuć się jak bezwartościowy śmieć i zwątpić we
własną umiejętność dokonywania jakichkolwiek wyborów.
Decyzja o zaangażowaniu się w taki związek wiąże się z kilkoma spra­
wami. Po pierwsze, ludzie, którzy wydają się potrzebować naprawy najistot­
niejszych części swego „Ja", stanowią dla nas trudną do odparcia pokusę.
Ostatecznie - jak głosi znane powiedzenie - dobry związek może zmienić
człowieka.
W rzeczywistości dobre związki mogą umacniać ludzi i pomagają im
rozwinąć skrzydła, nie mogą ich jednak zmienić. Jedyną rzeczą, która może
skłonić daną osobę do zmiany, jest jej własna wola dokonania zmian. Jeśli
druga strona jest gotowa zmienić swój sposób przetwarzania i doświadcza­
nia świata - dowiesz się o tym na dość wczesnym etapie waszego związku.
Starcia zaczną się jednak wtedy, kiedy partner zażąda od ciebie niezdro­
wych zmian lub rezygnacji z pełnego życia emocjonalnego.
W tym procesie kryje się jednak pewna pokusa - nadzieja, że jeśli się
tylko troszeczkę zmienisz, twój partner także ulegnie przemianie. Taniec
rozpoczyna się właśnie wtedy, kiedy rezygnujesz stopniowo z kolejnych części
siebie w nadziei, że twój partner dotrzyma swej niewypowiedzianej obietnicy.
Tymczasem toksyczna osoba pragnie utrzymać cię w owym tańcu na
odległość - dzięki temu może zaspokoić własne potrzeby, podczas gdy ty
ponawiasz próby znalezienia magicznego zaklęcia, które odwróciłoby wszy­
stko o 180°.
Nie ma żadnego magicznego zaklęcia. Dopóki ze wszystkich sił
starasz się osiągnąć doskonałość, toksyczna osoba dostaje to, czego chce.
Możesz poprosić ją o to, czego pragniesz, lub nalegać na zmiany, a jeśli ci się
uda - wielkie brawa! Jeśli nie - musisz się przygotować na zakończenie
związku. Proces ten będzie bardzo bolesny, ponieważ to ty wykonywałeś
w związku całą pracę, a więc to ty poczyniłeś ogromne emocjonalne inwes­
tycje. Takie związki napełniają nas smutkiem, a po ich zakończeniu długo
jeszcze chlipiemy w chusteczkę, tak trudno bowiem znaleźć dla nich rozwią­
zanie.
Pamiętaj - nie zepsułeś go/jej, więc nie możesz go/jej naprawić.
Lepiej będzie, jeśli zamiast chlipać, poświęcisz ten czas na pracę nad
wzmocnieniem samego siebie, abyś w przyszłości potrafił wybierać zdrowe
związki.
239

Zdrowe wybory
Nikt nie jest doskonały. Na całym świecie nie ma nikogo, kto mógłby wejść
w nowy związek bez żadnych obciążeń; niewielu jest także ludzi, którzy nie
są w stanie zmienić się tak, by mogli tworzyć bliższe związki i osiągnąć
większą dostępność emocjonalną. Ludzie nieustannie się zmieniają. Dobry
związek będzie sprzyjał zdrowym zmianom i wspierał je, w miarę jak oboje
będziecie się starali dopasować i jeszcze silniej związać ze sobą, aby uczynić
wasz związek mocniejszym.
Jak zatem rozpoznać zdrowych ludzi, którzy potrafią się zmieniać
i staną się dobrymi partnerami?
1. Słuchaj. Słuchaj uważnie tego, co ludzie mówią o swoich poprzed­
nich związkach, przyglądaj się ich więziom rodzinnym i poznaj ich
uczucia wobec samych siebie.
2. Odczuwaj. Wyrażaj swoje uczucia nie tylko wobec związku, ale także
wobec życia w ogóle. Jeśli druga osoba potrafi mówić o swoich uczu­
ciach i okazać je, dysponujecie materiałem potrzebnym do stworzenia
dobrego związku.
3. Dąj sobie czas. Poznanie kogoś wymaga czasu. Nie możesz zakła­
dać, że coś przybierze pożądany kierunek tylko dlatego, że się dobrze
zapowiada i ty tego chcesz. Musisz pozwolić związkowi rozwijać się
i umacniać w jego własnym tempie.
4. Odwołuj się do swojego zdrowego rozsądku. Kiedy zabrzmią
twoje dzwonki alarmowe, zatrzymaj się i posłuchaj ich, aby ustalić,
dlaczego się włączyły. Jeśli przez długi czas pozostawałeś w negatyw­
nym związku, pozytywna relacja może ci się początkowo wydawać
dziwaczna, lepiej więc nie wskakuj w nią zbyt szybko. Użyj swego
rozsądku i rozważ sytuację bez filtra poprzednich złych doświadczeń.
5. Słuchaj przyjaciół. Jeżeli twoi przyjaciele popierają twój związek
albo - przeciwnie - starają się powiedzieć ci, że nie wygląda on najle­
piej, nie lekceważ ich. Posłuchaj ich opinii i weź je pod uwagę przy
podejmowaniu własnej decyzji.
6. Bądź wierny swojemu „Ja". Jeśli najgłębsza część twojej jaźni
czuje się dobrze w związku - prawdopodobnie jest on dobry. Uwierz,
że twój najgłębszy wewnętrzny głos potrafi rozpoznać dobrą rzecz,
kiedy tylko się pojawi.
Pamiętasz przyjęcie, od którego zaczęliśmy? Mam nadzieję, że za­
miast pójść na to przyjęcie, być może spędzisz wieczór w domu, z interesują­
cą książką, i poczekasz, aż wydar2y się coś dobrego!
Życzę ci wiele szczęścia i dobrych związków! Pamiętaj, że zasługujesz
nie tylko na to, aby zaproszonaeje^mprzyjecie, ale także na to, by stać się
gościem honorowym!
240

Lista polecanych książek

Z

amieszczona lista książek może pomóc ci w głębszym poznaniu niektó­
rych spośród rozważanych przez nas zagadnień. Istnieje wiele wartoś­
ciowych książek, które mogą okazać się pomocne. Nie ograniczaj się
więc do tego krótkiego spisu. Bibliotekarz, znajomi lub terapeuta mogą
polecić ci kolejne interesujące pozycje.

Rozwiązywanie konfliktów
McKay, M., Davis, M., Fanning, P. (1983). Messages: The Communication Skills
Book. Oakland, CA: New Harbinger Publications.
Scott, G.G., (1992). Resolving Conflict with Others and Within Yourself.
Oakland, CA: New Harbinger Publications.

Jak dojść do siebie po nadużyciach
Elgin, S. H. (1995). You Can't Say That to Me! Stopping the Pain of Verbal Abuse
- an 8-Step Program. New York: Wiley and Sons.
Engel, B. (1990). The Emotionally Abused Woman: Overcoming Destructive
Patterns and Reclaiming Yourself. New York: Ballantine Books.
Evans, P. (1992). The Verbally Abusive Relationship. Holbrook, MA: Bob Adams,
Inc.
Forward, S., Buck, C. (1993). Toksyczni rodzice. Warszawa: Agencja Wydawni­
cza Jacek Santorski.

Rozwój i zmiany
Burns, D. (1986). Intimate Connections. New York: William Morrow & Sons.
Forward, S., Torres, J. (1999). Dlaczego on nie kocha, a ona za nim szaleje.
Wyd. II. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
Norwood, R. (1999). Kobiety, które kochają za bardzo i ciągle liczą na to, że on się
zmieni. Wyd. II. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis.
241

Redfield, J. (1994). Niebiańskie proroctwo. Warszawa: Świat Książki.
Rosen, C. (1992). Maybe He's Just a Jerk: Find Out How to Spot Him, Stop Him
and Get Him Out of Your Life. New York: St. Martins Press.
Wetzler, S. (1992). Living with the Passive Aggressive Man. New York: Fireside.

Granice
Katherine, A. (1993). Boundaries: Where You End and I Begin. New York:
Fireside.

Samoocena
Burns, D. (1993). Ten Days of Self-Esteem. New York: William Morrow & Sons.
Jeffers, S. (1995). Mimo lęku. Jak żyć szczęśliwie i aktywnie wbrew dręczącym
nas obawom. Warszawa: Medium.

Indeks
A

doświadczenia

agresywność 108,162,163,182-184,185-187
akceptacja
bezgraniczna 24-25
bezwarunkowa 24-25
alkoholicy zob. holicy
antyspołeczne zaburzenie osobowości 227
asertywność 108,162,187

- treść intelektualna i emocjonalna 38
dysfunkcjonalne zachowanie 159
Dziesiątka 22-24

E
emocje
- a normy 53-55
- a potrzeby 83

B
behawioryzm 151
bezsilność zob. moc osobista
Biedactwo 164-167
- relacja Biedactwo/Biedactwo 174-175
- relacja Gracz/Biedactwo 173-174
- relacja Opiekun/Biedactwo 173
- relacja Oskarżyciel/Biedactwo 164-167
- relacja Oskarżyciel/Biedactwo/Opiekun
176
Bond zob. James Bond
borderline, zaburzenie osobowości 226-227

- brak kontaktu zob. Szara Strefa; wspo­
mnienia, toksyczne
- charakterystyka 38-40,48
- podstawowe 40-42
- powiązanie z ciałem 201-202,204-205
- upychanie 121-125
Emocjonalny Einstein 30-31 zob. intelektualizowanie
- stan umysłu 43
empatia 200,209-211

F
fiksacja rozwojowa 135

C
cecha osobowości 226
cele
-

indywidualne 213-216

-

terminowe 194-195,214

- w związkach 193-195
Córeczka Tatusia 24-26
stan umysłu 43
cza-cza 89-90

D
depresja 41
dostępność emocjonalna 49
dostępność w związku 79-81
doświadczenie 26
a oczekiwania 212-213

G
Głęboko Zrozpaczeni 81-85
gniew 40,54-56
- model gniewu 54-55
Gracz 169-171
- relacja Gracz/Biedactwo 173-174
- relacja Gracz/Gracz 175
- relacja Opiekun/Gracz 169-171
- relacja Oskarżyciel/Gracz 171
granice
- brak toksyczny 235
- charakterystyka 68-69
- dobre 189-191
lista zachowań 190
wyznaczanie 182

H
histrioniczne zaburzenie osobowości 226
holicy 26-29,142-144
- stan umysłu 43
- uzależnieni od substancji 27,28-29
uzależnieni od zachowań 27-28

I
Indiana Jones zob. Indy
Indy 20-22
- stan umysłu 43
intelektualizowanie 39,99-104 zob. Emocjonal­
ny Einstein

J
James Bond 34-36
- stan umysłu 43
język ciała 212

K
katastrofista 128-129
komunikacja 108,158,179-185,191-192
konfrontacja 185-187
kontrolowanie 70-72,114,161,223-224,234
zob. władza w związku
- przez Biedactwo 165
- przez Opiekuna 167-168
przez Oskarżyciela 162-163

L
lęk 41-42
Lokalizacja Emocjonalna 158-175
- schemat 159,172

Ł
łańcuch 86-88

M
Magiczne Pytanie doktora Collinsa 177
Magiczne Słowa doktora Collinsa 177,178
moc osobista 57-60,106-108,118-119,138,
163
model gniewu Jima Keenana 54-55

N
naciskanie guzika 51-52
nadopiekuńczość 167
244
narcystyczne zaburzenie osobowości 226

Narcyz 31-33,131-136
- skrajny narcyzm 232
stan umysłu 43
narkomani zob. holicy
niedostępność emocjonalna
- test 155-156
nieprzywiązani, 65-67
normy 53

O
odpowiedzialność emocjonalna 195-197
ofiara 57-60,118-119,140,220
Opiekun 167-169
- relacja Opiekun/Biedactwo 173
- relacja Opiekun/Gracz 169-171
- relacja Opiekun/Opiekun 175
- relacja Oskarżyciel/Biedactwo/Opiekun
176
- relacja Oskarżyciel/Opiekun 172-173
Oskarżyciel 162-164
- relacja Oskarżyciel/Biedactwo 164-167
- relacja Oskarżyciel/Biedactwo/Opiekun
176
- relacja Oskarżyciel/Gracz 171
- relacja Oskarżyciel/Opiekun 172-173
- relacja Oskarżyciel/Oskarżyciel 174

P
plan działania 215
poczucie bezpieczeństwa 138
poddanie się 106
podwójny węzeł 234,236
Poszukiwacz Rozwiązań 161-162,176,177—
185
potrójne połączenie 176
pourazowy zespół stresu 203-204
pracoholicy 28 zob. holicy
prawda 36,68,116,119,120
przeformułowanie 187-189
przemoc emocjonalna 140-141
przyciskanie guzika 51-52
przywiązani z poczuciem bezpieczeństwa 6 5 67
przywiązani bez poczucia bezpieczeństwa 6567
PTSD zob. pourazowy zespół stresu
pytanie otwarte 181

R
Rakieta 145-149
rodzice 150-154
Romeo 18-20,93-98
- stan umysłu 43
rozwiązywanie problemów
- zasady komunikacji 184-185
równowaga sił w związku 106-109

S
samoocena 67-68,108
- budowanie pozytywnej 221-224
- niska 127,129
sekret 35,75-77,116-120 zob. James Bond
Skała 145-149
Śliskie Stworzenie 33-34
- stan umysłu 43
smutek 40-41
socjopatyczne zaburzenie osobowości 227
sprawa osobista 35
sprzężenie zwrotne zob. umiejscowienie kontroli
- wewnętrzne
brak, u Narcyzów 133,135-136
budowanie 201,205,207-208,
209,213
charakterystyka 60-64,199-200
- zewnętrzne
charakterystyka 60-61
stan umysłu 40-48
- t e s t 43^18
stoicyzm 122
strach 41-42
struktura 25,193-194,215-216
Synek Mamusi zob. Córeczka Tatusia
Szara Strefa 50-53
szczerość 36,68,116-120

T
tak, ale 126-130,171,236
tango 90-91
terapeuta 217-220

przestępcy 228-231
toksyczny balon 72-74 zob. wspomnienia
- t e s t 74
tory 88-89
troska 167

U
uczucia zob. emocje
uległość 106
umiejscowienie kontroli 199 zob. sprzężenie
zwrotne
- zewnętrzne 61,199-200
- wewnętrzne 62,200
uprzedmiotowienie 20,23
Upychacze emocji zob. emocje, upychanie
uzależnienie 26-27,143,235

W
wartości 205-206
- t e s t 207
władza w związku 106,138,168,174,175,231
zob. kontrolowanie
wspomnienia
- toksyczne 121-125 zob. toksyczny balon
traumatyczne 202-204
współodczuwanie zob. empatia
współzależność w związku 137-141
wstyd 163-164
wymiana 158

Z
zaburzenie osobowości 226-228
zadowolenie 42
zależne zaburzenie osobowości 226
zaufanie 66-67,207-209
złość 40
związek zob. dostępność w związku, władza w
związku
- na krawędzi 110-115
test toksyczności 237-238

toksyczne znaki ostrzegawcze 234-235
toksyczni ludzie 228-234
- kłamcy 232-233
- kontrolerzy 231-232
- krytycy 231-232
- Narcyzi 232

245

Gdańskie W y d a w n i c t w o Psychologiczne

Twoim partnerem

w psychologicznej

edukacji

GWP
Jan

Slrclan

Psychologia
I'odnv/nik akademicki

I'txlxluirv
I iisvclinlomi
;

Psychologia
Podręcznik akademicki
redakcja naukowa Jan Strelau

• 2,5 tysiąca stron rzetelnej wiedzy psychologicznej
• najaktualniejsze badania i teorie z zakresu psychologii
• bogaty słownik terminów psychologicznych
(z odpowiednikami anglojęzycznymi)
• liczne ilustracje, tabele, wykresy uatrakcyjniające przekaz

wrzesień 1999
• powstał pod patronatem Komitetu Nauk
Psychologicznych PAN
• napisany został przez 47 najwybitniejszych
w swych specjalnościach polskich psychologów
• dotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

Inn

Strrliiu

Psychologia

Jan Slrrlau

&

Psychologia
I'odirc/nik akademicki

I'SWIIIIID'J-III

i oiinllin

Podręcznik akademicki

.h'tiuoslka
iv .spn/n-zciis/inr

listopad 1999

i I-ICDICIIIY jisYrholotai

siosoivuiivj

grudzieńl999

skierowany jest do:
• studentów psychologii
• nauczycieli akademickich
• psychologów-praktyków

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne ul. Bema 4/la. 81-753 Sopot tel./fax (058) 551 61 04, e-mail: gwp@gwp.gda.pl
Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony w Internecie,
gdzie uzyskacie Państwo więcej informacji na temat „Psychologi. Podręcznika akademickiego",
zapoznacie się z petną ofertą wydawnictwa a także będziecie mogli złożyć zamówienie na interesujący Was tytuł.
http://www.gwp.gda.pl

GDAŃSKIE

WYDAWNICTWO

PSYCHOLOGICZNE

POLECA:

Seria: KSIĄŻKI AKADEMICKIE
Bogdan Wojciszke

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI
Intymność - namiętność - zaangażowanie

ZMHUMMM-

Miłość jest najważniejszym wydarzeniem między narodzinami a śmiercią człowieka. I choć trudno o pogląd
mniej oryginalny, to właśnie on stał się powodem napisania tej książki. Gdyby któregoś dnia z literatury
wykreślono słowo „miłość", lwia część piśmiennictwa, a zwłaszcza literatury pięknej, uległaby unicestwieniu;
nie byłoby już baśni, wierszy ani nawet piosenek. Po cóż więc jeszcze jedna książka o miłości? Przede
wszystkim po to, żeby zgłębić tajemnice uczucia, które stało się natchnieniem dla tak wielu twórców, lecz zgłębić
je w sposób nie literacki, a naukowy, jako że źródłem tej pracy są odkrycia współczesnej psychologii, odsłania­
jące mechanizmy, które rządzą naszymi zachowaniami, myśleniem i emocjami.

Seria: EMOCJE I ROZUM
Susan Forward, Donna Frazier

SZANTAŻ EMOCJONALNY
Jak się obronić przed manipulacją i wykorzystaniem
Susan Forward, autorka m. in. wydanej w Polsce książki „Toksyczni rodzice", przedstawia typowe zachowania
szantażystów i ich ofiar, opisuje źródło tych zachowań oraz koszty ponoszone przez związek i obie zaangażowane
osoby. Zachęca ofiary emocjonalnego szantażu do przejęcia odpowiedzialności za własną postawę i za uległość
wobec szantażystów. Namawia do tego, by oprzeć się ich presji i prezentuje skuteczne strategie położenia kresu
szantażowi. Książka jest bogato ilustrowana przykładami z praktyki terapeutycznej autorki, w których czytelnik
może dostrzec fragmenty własnych przeżyć i znaleźć zachętę do podjęcia trudu zmiany swojej sytuacji, przywró­
cenia równowagi w związku i ponownego oparcia go na mocnych podstawach.
m i E LAISEN

Seria: PSYCHOLOGIA PRAKTYCZNA
Ernie Larsen

OD GNIEWU DO PRZEBACZENIA
Jak przezwyciężyć toksyczne emocje, by żyć w zgodzie ze sobą
Ernie Larsen prowadzi czytelnika drogą, której początek stanowi uświadomienie sobie własnego gniewu, a która
ma doprowadzić do pojednania ze sobą samym, przebaczenia sobie, rodzinie, losowi. Zdaniem autora szczęśli­
we życie jest możliwe tylko wtedy, kiedy pozytywnie rozliczymy się z przeszłością i kiedy ulegnie zmianie nasze
intelektualne i emocjonalne podejście do tego, co nas w nim spotkało i nadal spotyka. Larsen, krok po kroku,
objaśnia kolejne etapy pracy nad uwolnieniem się od gniewu. Książka, napisana w konwencji przyjacielskiej
rozmowy niezwykle lekkim językiem, obfituje w testy, ćwiczenia i zbiory szczegółowych porad. Uczy nas, jak być
człowiekiem wolnym, świadomym własnej wyjątkowości i siły, uświadamia, że to od nas zależy, czy będziemy
żyć spokojnie i szczęśliwie.

Seria: PSYCHOLOGIA PRAKTYCZNA - PORADNIKI
Ron Potter-Efron

ŻYCIE ZE ZŁOŚCIĄ
Jak sobie poradzić z napadami złości u siebie i najbliższych osób

Książka ukazuje, jak złość niepostrzeżenie wdziera się w nasze życie, jak zaczyna dyktować swoje prawa, a my
podporządkowując się jej tracimy stopniowo to wszystko, co w życiu najcenniejsze: poczucie własnej wartości,
bliskich, przyjaciół, karierę zawodową. Autor adresuje ją do wszystkich tych, którzy odczuwają wzburzenie często
i z błahych powodów, krzywdząc tym innych oraz samych siebie. Mają oni okazję, poznać swoją złość, jej
przyczyny i mechanizmy, dowiedzieć się, jak zmieniać swoje zachowanie. Czytelnik znajdzie tu konkretne
wskazówki, jak radzić sobie w różnych sytuacjach, jak uczyć się zdrowych reakcji i odruchów, jak osiągnąć to,
czego chcesz, w sposób bezpośredni, konkretny i uprzejmy.

sprzedaż

wysyłkowa:

81-753 Sopot, ul. Bema 4/1a, tel./fax 5516104
e-mail:
gwp@gwp.gda.pl

NASZA STRONA W INTERNECIE: http://www.gwp.gda.pl

Wielu z nas spotyka się (w pracy lub w życiu prywatnym) z osobami,
do których w żaden sposób nie potrafimy dotrzeć. Wciąż jesteśmy
nie dość dobrzy, by sprostać ich wygórowanym oczekiwaniom. Czu­
jemy się wtedy bezwartościowi, a nasza samoocena gwałtownie spa­
da. Osoba, która wywołuje w nas takie odczucia, cierpi na niedostęp­
ność emocjonalną, czyli na niezdolność do wyciągnięcia ręki i zbu­
dowania uczuciowej więzi z inną osobą.
Celem książki jest przedstawienie typów osób niedostępnych emo­
cjonalnie, aby każdy z nas mógł je rozpoznać, kiedy pojawią się
w naszym życiu. Autorka opisuje uczucia, sposoby komunikowania
się, zachowania i budowania relacji, jakie cechują kontakt z człowie­
kiem niedostępnym emocjonalnie.
W książce można znaleźć testy i kwestionariusze, które pomogą ci
zidentyfikować takich ludzi, oraz narzędzia, dzięki którym zrozu­
miesz, w jaki sposób możesz wpaść w pułapkę związku z „zabloko­
wanym" emocjonalnie partnerem i jak się z niej wydostać.
Dodatkowe korzyści płynące z lektury książki to:
•sztuka rozpoznawania i unikania tych związków,
które przekraczają granice niedostępności i stają się toksyczne
•umiejętność zmiany swojego podejścia do ludzi i związków
w taki sposób, by przyciągać osoby dostępne emocjon|Hfie.
W serii EMOCJE I ROZUM ukazały się:

Wkrótce:
POZYTYWNE MYŚLENIE. CZY MOŻE SZKODZIĆ
Gunter Scheich