You are on page 1of 92

Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.

pl

Od Martwego do Gorszego
(From Dead to Worse)
Charlaine Harris
Tłumaczenie: Farisijja
E-mail: em.gosik@gmail.com

Rozdział I

Właśnie robiłam porządek w butelkach z likierem, stojących na składanym stole za


przenośnym barem, kiedy pojawiła się Halleigh Robinson. Jej śliczna twarz była
zaczerwieniona i były na niej ślady łez. Zwróciła moją uwagę, bo miała wyjść za mąż w ciągu
najbliższej godziny, a ciągle była ubrana w koszulkę i dżinsy.
- Sookie! - zawołała, okrążając bar i łapiąc mnie za ramię. - Musisz mi pomóc.
Już jej pomogłam, bo zamiast włożyć sukienkę, ubrałam się jak barmanka.
- Jasne - powiedziałam, wyobrażając sobie, że Halleigh chce, żebym zrobiła jej jakiegoś
specjalnego drinka, chociaż kiedy wsłuchałam się w jej myśli, wiedziałam, że chodzi o coś
innego. Jakkolwiek, starałam się zachowywać jak najlepiej i blokowałam jej myśli jak
szalona. Bycie telepatką to nie bułka z masłem, szczególnie podczas tak stresującego
wydarzenia, jak podwójne wesele. Spodziewałam się, że będę gościem, a nie barmanką. Ale
wynajęta barmanka była we wraku samochodu na drodze ze Shreveport, a Sam, który nie był
zatrudniany od czasu, kiedy E(E)E nalegało na własnych barmanów, został znowu
zatrudniony.
Byłam trochę rozczarowana dzisiejszą pracą za barem, ale jest się zobowiązanym do
wyświadczania przysług pannie młodej w jej dniu.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytałam.
- Potrzebuję druhny.
- E… słucham?
- Tiffany zemdlała, kiedy pan Cumberland zrobił pierwszą turę zdjęć. Jest w drodze do
szpitala.
Do ślubu pozostała godzina i fotograf próbował zrobić kilka grupowych ujęć z oddali. Druhny
i drużbowie byli dawno wystrojeni. Halleigh już dawno powinna być w sukni ślubnej, ale
zamiast tego stała przede mną w jeansach i wałkach do włosów, bez make-upu, ze śladami łez
na twarzy. Kto by się sprzeciwił?
- Sukienka jest w twoim rozmiarze. - powiedziała. - A prawdopodobnie właśnie teraz mają
wyciąć Tiffany wyrostek. Więc, może przymierzysz?
Spojrzałam na Sama, mojego szefa.
Sam uśmiechnął się i przytaknął.
- Idź Sookie. Oficjalnie zaczynamy pracę z momentem rozpoczęcia wesela.
Tak więc podążyłam za Halleigh do Belle Rive, posiadłości Bellefleurów, ostatnio
odrestaurowanej do przedwojennej świetności. Drewniane podłogi lśniły, pozłacana harfa
mieniła się obok schodów, srebra na kredensie w jadalni połyskiwały. Kelnerzy w białych
strojach krzątali się naokoło, a na ich bluzkach było logo E(E)E napisane czarnym, zawiłym
pismem. Extreme(ly Elegant) Events stały się główną ekskluzywną firmą cateringową w
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Stanach Zjednoczonych. Poczułam ukłucie w sercu, kiedy zobaczyłam logo, ponieważ mój
zaginiony chłopak pracował dla nadnaturalnego działu E(E)E. Nie miałam jednak czasu długo
się nad tym zastanawiać, bo Halleigh ciągnęła mnie po schodach z bezlitosną prędkością.
Pierwsza sypialnia na górze była pełna młodych kobiet w złotych sukienkach, robiących
zamieszanie wokół przyszłej szwagierki Halleigh, Portii Bellefleur. Halleigh minęła sypialnie
i weszła do pokoju po lewej. Pokój był tak samo pełen młodych kobiet, ale te nosiły stroje z
niebieskiego szyfonu. Panował tam chaos, a codzienne ubrania druhen były porozrzucane po
całym pomieszczeniu. Toaletka stała przy zachodniej ścianie, zajęta przez spokojną kobietę w
różowej bluzce, która kręciła laską w swojej dłoni.
Halleigh rzuciła szybkie przywitanie:
- Dziewczyny, to jest Sookie Stackhouse. Sookie, to jest moja siostra Fay, moja kuzynka
Kelly i moje przyjaciółki Sarah i Dana. A tu jest sukienka. Ósemka.
Byłam totalnie zaskoczona, że Halleigh jest na tyle przytomna, aby znaleźć zastępstwo za
Tiffany jeszcze przed jej dojazdem do szpitala. Panny młode są bezlitosne. W ciągu kilku
minut zostałam całkowicie rozebrana. Na szczęście włożyłam ładną bieliznę, więc nie miałam
powodu do wstydu. Straszne by było, gdybym włożyła babcine majtki z dziurami! Sukienka
była pomarszczona na podszewce, więc nie potrzebowałam halki, kolejny łut szczęścia. Była
zapasowa para rajstop, które założyłam i przecisnęłam sukienkę przez głowę. W zasadzie
noszę dziesiątkę, więc musiałam wstrzymać oddech, kiedy Fay zapinała sukienkę. Jeśli nie
będę za dużo oddychać, to będzie dobrze.
- Super! - jedna z dziewczyn (Dana?) krzyknęła uradowana. - A teraz buty.
- O, Boże... - powiedziałam, kiedy je zobaczyłam. Buty były na bardzo wysokich obcasach i
kolorem pasowały do stroju. Włożyłam je oczekując bólu. Kelly (chyba) zapięła je i mogłam
wstać. Wszystkie wstrzymałyśmy oddech, kiedy robiłam pierwszy krok, a potem następny.
Buty były o pół numeru za małe. To było naprawdę ważne pół.
- Myślę, że dam radę. - powiedziałam ku ich uciesze.
- W takim razie usiądź tutaj. - powiedziała Różowa Bluzka, tak więc siadłam na jej miejsce i
zaczęłam poprawiać makijaż i fryzurę, podczas gdy prawdziwe druhny z mamą Halleigh na
czele pomagały przy ubieraniu panny młodej. Różowa Bluzka miała dużo włosów do
ujarzmienia. Ja tylko lekko podcinałam włosy w ostatnich trzech latach i teraz sięgały mi poza
łopatki. Moja współlokatorka, Amelia, zrobiła mi pasemka i to okazało się naprawdę trafione.
Byłam blondynką bardziej niż kiedykolwiek.
Oglądałam się ze wszystkich stron w wielkim lustrze i wydawało mi się to niemożliwe, że tak
się zmieniłam w ciągu dwudziestu minut. Z zapracowanej barmanki w białej pomarszczonej
bluzce i czarnych spodniach, w druhnę, wystrojoną w piękną granatową suknię i wyższą o 7,5
cm, dzięki butom.
Kurczę, wyglądałam naprawdę nieźle. Sukienka była w odpowiednim dla mnie kolorze,
łagodnie rozkloszowana, krótkie rękawki nie były zbyt wąskie, a dekolt nie był zbyt wycięty,
żebym wyglądała dziwkarsko. Z moim biustem, naprawdę musiałam uważać. Zostałam
wyrwana z tego samozachwytu przez praktyczną Danę, która powiedziała:
- A teraz posłuchaj jaki jest plan. - Od tego momentu słuchałam i potakiwałam. Przejrzałam
mała rozpiskę. I potakiwałam znowu. Dana była dziewczyną zorganizowaną. Jeśli
kiedykolwiek chciałabym najechać na jakiś mały kraj, to była kobieta, której bym
potrzebowała.
W międzyczasie, ostrożnie schodziłyśmy po schodach (długie sukienki i wysokie obcasy to
niezbyt dobre połączenie), byłam gotowa na moją pierwszą wycieczkę jako druhna.
Większość dziewcząt robi to wielokrotnie zanim osiągną 26 rok życia, ale Tara Thornton,
jedyna przyjaciółka, z którą miałam tak bliski kontakt, że mogła mnie o to poprosić, miała
tego po dziurki w nosie i uciekła jak byłam poza miastem.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Reszta gości gromadziła się na dole, kiedy schodziłyśmy. Druhny Portii zeszły już wcześniej.
Dwaj panowie młodzi i ich drużbowie powinni być już na zewnątrz, jeśli wszystko
przebiegało zgodnie z planem, bo zostało tylko pięć minut do rozpoczęcia.
Portia Bellefleur i jej druhny były średnio młodsze o siedem lat od druhen Halleigh. Portia
była starszą siostrą Andy’ego Bellefleura, policyjnego detektywa w Bon Temps i
narzeczonego Halleigh. Suknia Portii była trochę przesadzona: pokryta perłami i taką ilością
koronek i cekinów, ze wydawało mi się, ze mogła stać sama – ale w końcu był to dzień Portii
i mogła włożyć wszystko, na co tylko, cholera, miała ochotę. Wszystkie druhny Portii były
ubrane w złote sukienki. Bukiety druhen były biało-granatowo-żółte. W połączeniu z
granatem sukienek druhen Halleigh, prezentowały się wyjątkowo ładnie. Organizatorka
wesela, chuda, nerwowa kobieta z burzą czarnych, kręconych włosów, policzyła głowy
niemal słyszalnie. Kiedy była już usatysfakcjonowana obecnością każdego, zamaszyście
otworzyła podwójne drzwi, które wychodziły na patio pokryte kostką. Mogłyśmy zobaczyć
tłum, siedzący tyłem do nas na trawniku na dwóch rzędach składanych krzeseł, między
którymi położony był czerwony dywan. Byli zwróceni twarzami do podwyższenia, gdzie przy
ołtarzu stał ksiądz. Z prawej strony księdza, czekał pan młody Portii – Glen Vick, zwrócony
twarzą do domu. No i do nas. Wyglądał na bardzo, bardzo zdenerwowanego, ale się
uśmiechał. Jego drużbowie byli już na miejscach wokół niego.
Złote druhny Portii ruszyły w kierunku patia, rozpoczęły swój marsz w dół przejścia do
wypielęgnowanego ogrodu. Zapach ślubnych kwiatów osładzał noc. Róże w Belle Rive
rozkwitały, pomimo tego, że był już październik.
W końcu Portia przeszła patio do końca czerwonego dywanu wraz z puszczoną muzyką,
organizatorka wesela (z pewnym wysiłkiem) podniosła tren sukienki Portii, aby nie wlekł się
po kostce.
Po kiwnięciu księdza, każdy wstał i oglądał się do tyłu, dzięki czemu mógł zobaczyć
triumfalny marsz Portii. Czekała na to lata.
Po bezpiecznym dotarciu Portii do ołtarza, przypadała nasza kolej. Halleigh przesłała każdej z
nas buziaka w policzek, kiedy mijałyśmy ją idąc w kierunku patia. Nawet ja dostałam
buziaka, co było naprawdę miłe z jej strony. Organizatorka wesela wysyłała nas jedna po
drugiej, żebyśmy stawały twarzą do przydzielonych nam świadków. Moim był kuzyn
Bellefleur z Monroe, który był całkiem zaskoczony widząc mnie zamiast Tiffany. Podeszłam
do niego w wolnym tempie, tak jak naciskała na to Dana, i trzymałam bukiet w zaciśniętych
rękach pod odpowiednim kątem. Obserwowałam inne druhny jak sokół. Chciałam zrobić
wszystko dobrze.
Wszystkie twarze były zwrócone na mnie, a ja byłam tak zdenerwowałam, ze zapomniałam
blokować napływ myśli tłumu. Wygląda pięknie… Co się stało Tiffany?... wow, co za
wieszak... szybciej, muszę się napić… Co ja tu do cholery robię? wyciąga mnie na wszystkie
walki psów w parafii… Kocham tort weselny.
Fotograf podszedł do mnie i zrobił zdjęcie. To był ktoś kogo znałam, śliczny wilkołak
imieniem Maria-Star Cooper. Była asystentką Ala Cumberlanda, znanego fotografa ze
Shreveport. Uśmiechnęłam się do Marii-Star, a ona zrobiła mi kolejne zdjęcie. Szłam dalej z
przylepionym uśmiechem i odpychając natłok myśli z mojej głowy.
Po chwili zauważyłam pustą plamę w tłumie, co oznaczało, że są tam wampiry. Glen mocno
nalegał na ślub w nocy, dzięki czemu mógł zaprosić swoich co ważniejszych klientów-
wampirów. Jestem pewna, ze Portia faktycznie go kochała, skoro się na to zgodziła, ponieważ
nie lubiła krwiopijców. Właściwie to przyprawiali ją o gęsią skórkę.
Z reguły lubiłam wampiry, bo ich mózgi były dla mnie zamknięte. Kiedy byłam wśród nich
mogłam się zrelaksować. Ok, z drugiej strony było to też stresujące, ale przynajmniej mój
umysł mógł odpocząć.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

W końcu dotarłam we właściwe miejsce. Obserwowałam jak druhny i świadkowie ustawiali


się w kształt odwróconej litery V, z miejscem dla weselnej pary z przodu. Nasza grupa zrobiła
dokładnie to samo. Ostatecznie to ustaliłam i odetchnęłam z ulgą. Ponieważ nie byłam główną
druhną, moja praca się skończyła. Wszystko co musiałam zrobić to stać prosto i wyglądać na
zainteresowaną. Stwierdziłam, ze jestem w stanie to zrobić.
Muzyka po raz drugi weszła w crescendo, a ksiądz ponownie dał sygnał. Tłum powstał i
patrzył na drugą pannę młodą. Halleigh zaczęła iść między nami. Promieniała szczęściem.
Halleigh wybrała skromniejszą suknię niż Portia, wyglądała bardzo młodo i prześlicznie. Była
młodsza co najmniej pięć lat od Andy’ego, może więcej. Tata Halleigh, opalony i
wysportowany jak jego żona, podszedł i wziął ją pod ramię, kiedy się z nim zrównała; jako,
że Portia szła wzdłuż przejścia sama (jej ojciec od dawna już nie żył), zadecydowano więc, że
Halleigh również pójdzie sama.
Kiedy zobaczyłam uśmiech Halleigh, spojrzałam w tłum, który obracał się wraz z marszem
druhen. Było tam tyle znanych twarzy: nauczyciele ze szkoły, gdzie pracowała Halleigh,
oficerowie policji, gdzie pracował Andy, przyjaciele starej pani Caroline Bellefleur, którzy
wciąż żyli i poruszali się chwiejnym krokiem. Przyjaciele Portii – prawnicy i ludzie pracujący
w wymiarze sprawiedliwości, klienci Glena Vicka i inni księgowi. Prawie wszystkie miejsca
były pozajmowane.
Było kilku murzynów i mulatów, ale większość osób była ludźmi białymi klasy średniej.
Najbledsze twarze w tłumie, oczywiście należały do wampirów. Jednego z nich znałam
bardzo dobrze. Bill Compton, mój sąsiad i dawny kochanek, siedział w połowie drogi z tyłu, i
był ubrany w smoking, wyglądał bardzo przystojnie. Właściwie to Bill zawsze tak wyglądał,
niezależnie od tego co na siebie założył. Obok niego, siedziała kobieta – jego dziewczyna
Selah Pumphrey, agentka nieruchomości z Clarice. Była ubrana w suknie w kolorze wina,
która ładnie się komponowała z jej ciemnymi włosami. Było tam może pięć wampirów,
których nie znałam. Przypuszczałam, ze byli to klienci Glena. Chociaż Glen nie wiedział, że
było kilku gości, którzy byli więcej niż (i mniej) tylko ludźmi.
Mój szef, Sam, był niezwykłym, prawdziwym zmiennokształtnym, który mógł się przeobrazić
w każde zwierzę. Fotograf był wilkołakiem, jak jego asystentka. Dla wszystkich zwykłych
gości, wyglądał jak zaokrąglony, raczej niski Afroamerykanin w ładnym garniturze z
aparatem. Ale Al zmieniał się w wilka przy każdej pełni, tak samo jak Maria-Star. Było kilku
innych wilkołaków w tłumie, ale znałam tylko jednego z nich – Amandę, rudowłosą kobietę
pod czterdziestkę, która była właścicielką baru „Włos Psa” w Shreveport. Może firma Glena
zajmowała się księgowością w barze.
I był tam jeden panterołak, Calvin Norris. Calvin przyprowadził swoją dziewczynę, z czego
byłam zadowolona, chociaż kiedy rozpoznałam w niej Tanye Grisson, trochę się przeraziłam.
Blee… Co ona robiła w mieście? I dlaczego Calvin był na liście gości? Lubiłam go, ale nie
mogłam znaleźć powiązania.
Podczas, kiedy obserwowałam tłum w poszukiwaniu znajomych twarzy, Halleigh zajęła
miejsce przy Andy’m, i teraz wszystkie druhny i drużbowie musieli patrzeć przed siebie, żeby
słuchać nabożeństwa.
Jako że, cała procedura nie wywoływała u mnie wielkich emocji, zaczęłam się zastanawiać
czemu Ojciec Kempton Littrell, episkopalny ksiądz, który zazwyczaj przyjeżdża do kościoła
w Bon Temps raz w tygodni, zajmuje się ślubem. Światła zamontowane do oświetlania
ogrodu migotały w okularach Ojca Littrellla, rozjaśniały jego twarz. Wyglądał niemalże jak
wampir.
Wszystko szło według standardowego planu. Jeju, miałam szczęście, ze miałam stać za
barem, bo tutaj było dużo tego stania, i to na wysokich obcasach. Rzadko wkładałam szpilki i
jeśli już, to na pewno niższe niż 7,5 centymetra. To było dziwne mieć ponad 1,70 metra
wysokości. Starałam się nie poruszać, na szczęście byłam osobą cierpliwą.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Teraz Glen wkładał pierścionek na palec Portii, a Portia wyglądała niemal ładnie, kiedy
patrzyła na ich splecione ręce. Nigdy nie była moją ulubioną osobą – ani ja jej – ale życzyłam
jej dobrze. Glen był kościsty, miał ciemne, przerzedzające się włosy i nosił duże okulary.
Gdybyście zadzwonili na casting i zamówilibyście ‘typ księgowego’, przysłaliby Glena. Ale
mogłam wyczytać z jego umysłu, ze kocha Portię, a ona jego.
Pozwoliłam sobie na drobne poruszenie, przekładając ciężar bardziej na prawą nogę.
Wtedy Ojciec Littrell zaczął wszystko od początku z Halleigh i Andy’m. Trzymałam na
twarzy uśmiech (nie miałam z tym problemu, robiłam to ciągle w barze) i obserwowałam jak
Halleigh staje się Panią Bellefleur. Miałam szczęście. Episkopalne śluby mogły trwać długo,
ale dwie pary skłoniły się ku krótszej formule.
W końcu puszczono triumfalną muzykę i nowożeńcy wrócili do domu. Goście weselni
podążyli za nimi w odwrotnej kolejności). Kiedy wracałam do przejścia, czułam się
autentycznie szczęśliwa i troszeczkę dumna. Pomogłam Halleigh w potrzebie… i niedługo
miałam zdjąć te buty.
Siedząc na swoim miejscu, Bill złapał moje spojrzenie i bez słowa położył dłoń na sercu. To
był romantyczny i totalnie zaskakujący gest i przez chwile zrobiło mi się miękko na sercu.
Prawie się uśmiechnęłam, chociaż Sarah siedziała tuż przy nim. Na czas przypomniałam
sobie, że Bill jest draniem i powróciłam do mojego bolesnego marszu. Sam stał kilka metrów
za ostatnim rzędem krzeseł, ubrany w koszule, taką jaką miałam ja i czarne spodnie.
Odprężony i spokojny, to był Sam. Nawet jego plątanina czerowno-blond włosów jakoś
pasowała.
Posłałam mu szczery uśmiech, a on odpowiedział mi tym samym. Pokazał mi kciuka w górze
i mimo to, że umysły zmiennokształtnych były trudne do zrozumienia, to wyczytałam, że
podoba mu się mój wygląd. Jego błękitne oczy nigdy mnie nie opuściły. Był moim szefem od
pięciu lat i przez większość tego czasu, świetnie się czuliśmy w swoim towarzystwie. Był
bardzo zmartwiony, kiedy zaczęłam się umawiać z wampirem, ale w końcu jakoś sobie z tym
poradził.
Musiałam wrócić do pracy i to szybko. Dogoniłam Danę.
- Gdzie można się przebrać? - zapytałam.
- Och, ale mamy jeszcze do zrobienia zdjęcia. - Dana odpowiedziała radośnie. Jej mąż
podszedł i objął ją ramieniem. Trzymał ich dziecko, małe zawiniątko w żółtym ubranku.
- Na pewno nie będę potrzebna. - powiedziałam. - Wszyscy zrobiliście sobie mnóstwo zdjęć
wcześniej, prawda? Jeszcze zanim jak-jej-tam-było zachorowała.
- Tiffany. Tak, ale będzie jeszcze trochę zdjęć.
Poważnie wątpiłam w to, że rodzina chce mnie na zdjęciach, ale moja nieobecność
zakłóciłaby symetrię w grupowych ujęciach. Znalazłam Ala Cumberlanda.
- Tak - powiedział, pstrykając na druhny i świadków, którzy promiennie uśmiechali się do
siebie. - Muszę zrobić jeszcze kilka ujęć. Zostań w tej sukience.
- Cholera! - Zaklęłam z powodu bólu stóp.
- Posłuchaj Sookie, jedyne co mogę zrobić to najpierw ujęcia grupowe. Andy, Halleigh! To
jest… Pani Bellefleur! Jeśli wszyscy się zgodzą, zrobimy je w pierwszej kolejności.
Portia Bellefleur Vick wyglądała na lekko zdumioną, że to nie jej grupa jest pierwsza, ale
miała wokół siebie zbyt wielu ludzi składających gratulacje, żeby się wkurzyć. Kiedy Maria-
Star złapała tą wzruszającą scenę, daleki krewny przyprowadził wózek ze starą panną
Caroline do Portii. Klęknęła, żeby ucałować babcię. Portia i Andy mieszkali razem z panną
Caroline przez wiele lat, po tym jak ich rodzice odeszli. Słaby stan zdrowia panny Caroline
opóźnił śluby co najmniej dwukrotnie. Oryginalny plan zakładał ostatnią wiosnę i było to
pilne, ponieważ panna Caroline słabła. Miała atak serca, a później rekonwalescencję. Po tym
złamała biodro. Muszę powiedzieć, ze na kogoś kto przeżył dwie takie katastrofy, panna
Caroline wyglądała… No cóż, właściwie to wyglądała jak bardzo stara dama, która przeżyła
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

atak serca i złamanie biodra. Była ubrana w beżowe, jedwabne ubranie. Miała nawet trochę
makijażu, a jej śnieżnobiałe włosy były zrobione a la Lauren Bacall.
Musiała być pięknością w swoich czasach, despotką całe swoje życie i świetną kucharką
ostatnimi latami.
Caroline Bellefleur była tej nocy w siódmym niebie. Wydała za mąż obydwoje wnuków,
otrzymywała mnóstwo wyrazów uznania, a Belle Rive wyglądało spektakularnie, dzięki
wampirowi, który patrzył się na nią z niezgłębionym wyrazem twarzy.
Bill Compton odkrył, ze jest przodkiem Bellefleurów i anonimowo przekazał pannie Caroline
olbrzymią sumę pieniędzy. Uwielbiała je wydawać i nie miała pojęcia, ze był to datek od
wampira. Myślała, ze to spadek od dalekiego krewnego. Wydawało mi się to ironią, bo
Bellefleurowie prędzej splunął na Billa, niż mu podziękują. Ale był on częścią rodziny i
byłam zadowolona, ze znalazł sposób by w niej uczestniczyć.
Wzięłam głęboki oddech, wyganiając ponure spojrzenie Billa z mojej świadomości i
uśmiechnęłam się do aparatu. Zajęłam moje wyznaczone miejsce na zdjęciach, żeby
zachować równowagę wesela, uniknęłam kuzyna z wybałuszonymi oczyma i w końcu
ochoczo ruszyłam do mojego schronienia: roli barmanki.
Nikogo nie było na górze i ulgą było przebywanie samej w pokoju.
Zdjęłam sukienkę, powiesiłam ją i usiadłam na stołku, żeby rozpiąć te pokutne buty.
Usłyszałam delikatny dźwięk przy drzwiach, spojrzałam w górę i zamarłam. Bill stał w
pokoju, miał ręce w kieszeni, a jego skóra łagodnie połyskiwała. Kły miał wysunięte.
- Próbuję się tu przebrać. - powiedziałam cierpko. Nie było sensu robieniu pokazu
skromności. Widział już każdy centymetr mojego ciała.
- Nie powiedziałaś im.
- Hm? - wtedy załapałam o co chodzi. Billowi chodziło o to, że nie powiedziałam
Bellefleurom, że jest ich przodkiem.
- Nie, oczywiście, ze nie. - odpowiedziałam. - prosiłeś mnie, żeby im nie mówić.
- Myślałem, że w złości, możesz im powiedzieć.
Posłałam mu niedowierzające spojrzenie.
- Nie, niektórzy z nas mają swój honor - powiedziałam. Patrzył przez minutę w innym
kierunku. - A tak przy okazji, twoja twarz bardzo dobrze się zagoiła.
Podczas wybuchu bomby w Rhodes, podłożonej przez Bractwo Słońca, twarz Billa była
wystawiona na działanie światła słonecznego, a efekt nie był miły dla żołądka osoby
patrzącej.
- Spałem sześć dni. - odpowiedział. - Kiedy wreszcie wstałem, właściwie była już zagojona, a
co do twojej wzmianki o honorze… Nie mam nic na swoją obronę… oprócz tego, że kiedy
Sophie-Anna kazała mi cię ścigać… byłem naprawdę niechętny, Sookie. Na początku, nie
podobało mi się nawet udawanie trwałego związku z ludzką kobietą. Myślałem, że będę się
czuł spodlony. I kiedy już nie mogłem tego bardziej odłożyć, przyszedłem do baru tylko żeby
cię zobaczyć. I tego wieczoru nic nie potoczyło się tak, jak planowałem. Wyszedłem na
zewnątrz z osuszaczami i się stało. Kiedy ty jako jedyna przybiegłaś żeby mi pomóc,
pomyślałem, ze to przeznaczenie. Zrobiłem to, co moja królowa powiedziała mi abym zrobił.
Wpadłem w pułapkę, z której nie miałem jak uciec. Dalej nie mam jak.”
Pułapka MIŁUUOOŚCI, pomyślałam sarkastycznie. Ale był za poważny i za spokojny, żeby
udawać. W tym momencie zaczęłam po prostu bronić dostępu do swojego serca – zaczęłam
być zimną suką.
- Masz dziewczynę. - odpowiedziałam. - Wróć do Selah.
Spojrzałam w dół, żeby upewnić się, że mam nieodpięty pasek w drugim bucie. Zdjęłam go.
Kiedy zerknęłam w górę, ciemne oczy Billa dalej się we mnie wpatrywały.
- Oddałbym wszystko, żeby znowu dzielić z tobą łoże. - powiedział.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Zamurowało mnie w trakcie kiedy moja dłoń delikatnie zdejmowała pończochę z lewej nogi
rolując ją. Ok, oszołomiło mnie to na wielu różnych poziomach. Po pierwsze, biblijne ‘dzielić
z kimś łoże’. Po drugie moje zdumienie, że uważał mnie za niezapomnianą partnerkę w łóżku.
Może pamiętał tylko dziewice.
- Nie będę się tu z tobą wygłupiać, poza tym Sam czeka na mnie na dole, żebym pomogła mu
z barem. - odpowiedziałam gwałtownie. – Wyjdź stąd.
Wstałam, odwróciłam się do niego tyłem i włożyłam spodnie i bluzkę. Następnie przyszła
kolej na buty. Po szybkim sprawdzeniu w lustrze, czy jeszcze mam szminkę na ustach,
odwróciłam się do drzwi.
Poszedł.
Zeszłam na dół po szerokich schodach i dalej do ogrodu, z ulgą wróciłam do mojego
zwykłego miejsca za barem. Stopy ciągle mnie bolały. Tak samo jak zranione serce, za które
był odpowiedzialny Bill Compton.
Kiedy dobiegłam na miejsce, Sam spojrzał na mnie wesoło. Panna Caroline zawetowała naszą
prośbę o zostawienie puszki na napiwki, ale nasi stali klienci baru wcisnęli już kilka
banknotów do pustego kieliszka na koktajle, więc zamierzałam zostawić to w spokoju.
- Wyglądałaś naprawdę ładnie w tej sukience. - powiedział Sam, podczas mieszania rumu z
colą. Podałam piwo starszemu mężczyźnie, który po nie przyszedł i uśmiechnęłam się do
niego. Dał mi duży napiwek. Spojrzałam w dół po sobie i zauważyłam, że w pośpiechu
zapomniałam zapiąć jednego guzika. Miałam trochę za duży dekolt. Momentalnie się
zawstydziłam, ale nie było to guzik na tyle nisko, by można nazwać to dziwkarskim
dekoltem, tylko guzik na wysokości mówiącej „hej, mam piersi”. Więc zostawiłam go w
spokoju.
- Dzięki. - odpowiedziałam, mając nadzieję, ze Sam nie zauważył mojej szybkiej oceny
stroju. - Mam nadzieję, ze zrobiłam wszystko tak jak trzeba.
- Jasne, że tak. - powiedział, jakby możliwość popsucia czegoś przeze mnie, nigdy nie
przyszła mu na myśl. Dlatego właśnie jest najlepszym szefem, jakiego kiedykolwiek miałam.
- Więc… dobry wieczór. - powiedział pogardliwy, nosowy głos, a kiedy podniosłam wzrok
znad wina, które nalewałam, zobaczyłam Tanye Grisson zajmującą miejsce w przestrzeni i
oddychającą powietrzem, które mogłoby być lepiej zagospodarowane, przez kogokolwiek
innego. Jej eskorta, Calvin, gdzieś zniknął.
- Cześć, Tanya. - przywitał się Sam. - Co tam u ciebie? Trochę czasu minęło.
- No tak, musiałam załatwić pewne sprawy w Missisipi - odpowiedziała Tanya. - Ale jestem z
powrotem i zastanawiam się, czy przypadkiem nie masz jakiejś pracy na pół etatu do
zaoferowania, Sam.
Zamknęłam usta i zajęłam czymś ręce. Tanya podeszła bliżej Sama, kiedy jakaś starsza dama
poprosiła mnie o tonik z kawałkiem limonki. Podałam jej zamówienie tak szybko, że
popatrzyła na mnie zdziwiona, następnie zajęłam się kolejnym klientem Sama. Słyszałam z
jego umysłu, że jest zadowolony, że znowu zobaczył Tanyę. Mężczyźni to idioci, prawda?
Żeby być całkiem fair, to wiedziałam kilka rzeczy o niej, o których Sam nie miał pojęcia.
Selah Pumphrey była następna w kolejce, a ja nie mogłam nadziwić się moim dzisiejszym
szczęściem. Jakkolwiek, dziewczyna Billa poprosiła mnie tylko o rum z colą.
- Jasne. - powiedziałam, starając się nie okazywać ulgi i zaczęłam mieszać drink.
- Słyszałam go. - usłyszałam cichą odpowiedź.
- Kogo słyszałaś? - zapytałam, rozpraszana przez wysiłek, jaki sprawiało mi słuchanie Tanyi i
Sama; zarówno za pomocą słuchu, jak i umysłu.
- Słyszałam co mówił Bill, kiedy wcześniej rozmawialiście. - kiedy nie odpowiedziałam,
mówiła dalej. - Zakradłam się na schody za nim.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- W takim razie wiedział, ze tam jesteś. - powiedziałam w roztargnieniu i podałam jej drinka.
Jej oczy się rozszerzyły przez sekundę – w złości, zdziwieniu? – cała zesztywniała. Jeśli
myśli mogłyby zabijać, to właśnie leżałabym martwa na ziemi.
Tanya zaczęła odwracać się od Sama, tak jakby jej ciało chciało już odejść, ale głowa cały
czas gadała do mojego szefa. W końcu, odeszła w całości do swojego partnera. Spojrzałam za
nią. Miałam czarne myśli.
- Dobra nowina. - powiedział Sam z uśmiechem. - Tanya jest do dyspozycji przez jakiś czas.
Powstrzymałam się przed chęcią powiedzenia mu, że Tanya dała jasno do zrozumienia, że jest
do dyspozycji pod różnymi względami.
- O…to świetnie. - odpowiedziałam. Było tylu ludzi, których darzyłam sympatią. Dlaczego
akurat na tym weselu, musiały być dwie kobiety, których nie znosiłam? Przynajmniej moje
stopy dawały mi do zrozumienia, że dużą przyjemnością jest nie chodzenie w za małych
szpilkach. Uśmiechnęłam się, zrobiłam drinki, zabrałam puste butelki i poszłam do
samochodu Sama, żeby wziąć trochę zapasów. Otwierałam piwa, nalewałam wina,
wycierałam rozlany alkohol do momentu, kiedy poczułam się jak robot.
Wampiry pojawiły się przy barze w grupie. Otworzyłam butelkę Royality Blended, mieszankę
krwi syntetycznej i prawdziwej królewskiej krwi europejskiej. Musiała być oczywiście
chłodzona i była specjalnie dla klientów Glena. Była przyjemnością, o którą osobiście się
postarał. (Jedyny wampirzy drink, który przewyższał w cenie Royality Blended to prawie
czyste Royality, które zawierało w sobie tylko śladowe ilości konserwantów.) Sam
wyrównywał butelki z winem. Ostrzegł mnie żebym nic nie rozlała. Byłam niesamowicie
ostrożna, żeby nie uronić ani jednej kropli. Sam podał kieliszki klientom. Wampiry, włącznie
z Billem, z szerokimi uśmiechami na twarzach podniosły szklanki w toaście za nowożeńców.
Po łyku ciemnej substancji z kieliszków, wysunęli kły, które potwierdziły jaką im to sprawiło
przyjemność. Niektórzy z ludzkich gości patrzyli na ten objaw z lekkim zmieszaniem, ale
Glen uśmiechał się i kiwał głową. Znałam na tyle obyczaje panujące wśród wampirów, że nie
podałam żadnemu ręki. Zauważyłam, ze nowa pani Vick nie zadawała się z żadnym z tych
gości, jedyne co, to minęła tą grupę z nerwowym uśmiechem na twarzy.
Kiedy jeden z wampirów wrócił po szklankę zwykłego TrueBlood, podałam mu ciepły napój.
- Dziękuję. - odpowiedział, ponownie dając mi napiwek. Kiedy otworzył portfel, zobaczyłam
prawo jazdy z Nevady. Jestem obeznana z wszelkiego rodzaju dokumentami, dzięki
sprawdzaniu ich dzieciakom w barze; przyjechał z daleka na ten ślub. Po raz pierwszy
uważnie mu się przyjrzałam. Kiedy zobaczył moje zainteresowanie, złożył dłonie i lekko się
ukłonił. Ponieważ czytałam powieść kryminalną umiejscowioną w Tajlandii, wiedziałam że
to wai: uprzejme pozdrowienie praktykowanie przez Buddystów – a może ogólnie przez
Tajlandczyków? Jakkolwiek, chciał być uprzejmy. Po krótkim wahaniu, odłożyłam ściereczkę
i powtórzyłam jego ruch. Wydawał się być zadowolony.
- Nazywam się Jonathan. Amerykanie nie potrafią wymówić mojego prawdziwego imienia -
powiedział z lekką arogancją i pogardą, ale nie mogłam go za to winić.
- Jestem Sookie Stackhouse. - przywitałam się.
Jonathan był wyjątkowo niskim mężczyzną, miał może z 1,55 cm, z jasno-miedzianą karnacją
i przydymionymi czarnymi włosami, charakterystycznymi dla swojego kraju. Był naprawdę
przystojny. Miał szeroki nos i pełne usta. Jego brązowe oczy, okolone były wyjątkowo
prostymi, czarnymi brwiami. Jego cera była tak doskonała, ze nie mogłam dostrzeć porów.
Miał tą delikatną poświatę, jak każdy wampir.
- To twój mąż? - zapytał, podnosząc szklankę krwi i wskazując głową w kierunku Sama. Sam
był akurat zajęty mieszaniem pina colady dla jednej z druhen.
- Nie, proszę pana, to mój szef.
Właśnie wtedy Terry Bellefleur, dalszy kuzyn Portii i Andy’ego, podszedł chwiejnym
krokiem i poprosił o kolejne piwo. Bardzo lubiłam Terry’ego, ale był pijakiem i wydawało mi
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

się, że był na najlepszej drodze do tego, żeby ponownie osiągnąć ten stan. Chociaż weteran
wojny w Wietnamie stał i zaczął gadać o polityce, jaką prowadzi prezydent podczas wojny,
minęłam go i podeszłam do innego członka rodziny, dalszego kuzyna z Baton Rouge i
upewniłam się, że będzie on pilnował Terry’ego i powstrzyma go przed prowadzeniem
pikapa.
Wampir Jonathan cały czas mnie obserwował, a ja nie miałam pojęcia dlaczego. Nie
zauważyłam jednak nic agresywnego i lubieżnego w jego postawie; kły miał schowane.
Poczułam się na tyle bezpiecznie, żeby go zlekceważyć i wrócić do pracy. Jeśli z jakiegoś
powodu Jonathan chciał ze mną o czymś porozmawiać to i tak wcześniej czy później dowiem
się o co chodzi. Później brzmiało lepiej.
Kiedy niosłam zgrzewkę coli z samochodu Sama, moją uwagę przykuł samotny mężczyzna
stojący w cieniu wielkiego dębu w zachodniej części trawnika. Był wysoki, szczupły, ubrany
w nieskazitelny garnitur, który z pewnością dużo kosztował. Mężczyzna podszedł trochę i
mogłam zobaczyć jego twarz. Zdałam sobie sprawę, że odwzajemnia moje spojrzenie. W
pierwszej chwili pomyślałam, że był cudownym stworzeniem, nie człowiekiem.
Czymkolwiek był, na pewno nie miało to żadnego związku z ludźmi. Pomimo widocznych
oznak wieku, był niesamowicie przystojny, a jego jasno-złote włosy, były tak długie jak moje.
Nosił je porządnie ściągnięte do tyłu. Był delikatnie pomarszczony, jak pyszne jabłko, które
leżało zbyt długo w koszyku. Ale jego plecy były całkowicie proste, ani nie nosił okularów.
Nosił jednak laskę, bardzo prostą w czarnym kolorze i ze złotą rękojeścią.
Kiedy wyszedł z cienia, wszystkie wampiry odwróciły się w jego kierunku. Po chwili
delikatnie pochyliły głowy. Mężczyzna odwzajemnił powitanie. Trzymali się na dystans,
jakby był niebezpieczny albo budził grozę.
Sytuacja była niesamowicie dziwna, ale nie miałam czasu zawracać sobie nią głowy. Każdy z
gości chciał swojego ostatniego drinka. Przyjęcie się już kończyło i ludzie napływali do
przedniej części domu na pożegnanie szczęśliwych par. Pracownicy E(E)E byli dokładni w
sprzątaniu pustych kubków, małych talerzy na tort i przekąski, tak więc ogród wyglądał
stosunkowo czysto.
Teraz, kiedy nie byliśmy już zajęci, Sam chciał ze mną o czymś porozmawiać.
- Sookie, czy mi się wydaję, czy ty naprawdę nie lubisz Tanyi?
- Tak, nie lubię jej z pewnych powodów - odpowiedziałam. - Nie jestem pewna czy
powinnam ci o tym mówić. Lubisz ją.
Możecie pomyśleć, że próbowałam burbona. Albo serum prawdy.
- Jeśli nie chcesz z nią pracować, to muszę wiedzieć dlaczego, - powiedział. -Jesteś moją
przyjaciółką i biorę pod uwagę twoje zdanie.
To było naprawdę bardzo miłe.
- Tanya jest naprawdę ładna, bystra i utalentowana. - To były jej zalety.
- I?
- I przyjechała tu jako szpieg. Peltowie wysłali ją, starając się dowiedzieć czy mam coś
wspólnego z zaginięciem ich córki Debbie. Pamiętasz kiedy przyszli do baru?
- Pamiętam. - odpowiedział Sam. W świetle lamp, które były rozwieszone wokół ogrodu,
wyglądał zarówno jaskrawo oświetlony jak i w złowrogim cieniu.
- A miałaś coś wspólnego?
- Miałam. - odpowiedziałam smutno. - Ale to była samoobrona.
- To musiała być samoobrona. - powiedział od razu i wziął mnie za rękę. Aż podskoczyłam,
bo nie spodziewałam się tego.
- Znam cię. – dodał, wciąż trzymając moją dłoń.
Dzięki temu, że wierzył we mnie, poczułam się dużo lepiej. Pracowałam z Samem już bardzo
długo, a jego zdanie było dla mnie ważne. Czułam, że mnie zatkało i musiałam odchrząknąć.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Więc, nie byłam szczęśliwa kiedy zobaczyłam Tanyę. - mówiłam dalej. - Nie ufałam jej od
początku, a kiedy dowiedziałam się dlaczego przyjechała do Bon Temps, już naprawdę jej nie
trawiłam. Nie wiem, czy Peltowie dalej jej płacą. Dodatkowo, była tutaj dzisiaj z Calvinem, i
nie miała prawa cię podrywać. - powiedziałam to z większą złością, niż zamierzałam.
- Och. - Sam wyglądał na zmieszanego.
- Ale jeśli chcesz to się z nią umów. - powiedziałam, starając się uspokoić. - To znaczy…
chodzi mi o to, że nie jest zła do szpiku kości. Sądzę, że myślała, że robi dobrze starając się
zdobyć jakieś informację o zaginionym zmiennokształtnym. - Zabrzmiałam całkiem
przekonywująco. Właściwie to nawet mogło być prawdą.
- Nie muszę lubić dziewczyn, z którymi się umawiasz. - dodałam, tylko po to, żeby dać sobie
jasno do zrozumienia, że nie mam prawa czegoś takiego od niego wymagać.
- Niby tak, ale lepiej się czuję jak lubisz. - odpowiedział.
- Ja mam tak samo. - powiedziałam, ku swemu zdziwieniu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział II

Zaczęliśmy się pakować w cichy i dyskretny sposób, jako że pozostali jeszcze ostatni,
ociągający się goście.
- A skoro już rozmawiamy na temat randek, to co się dzieje z Quinnem? - zapytał podczas
pakowania. - Jesteś przygnębiona odkąd wróciłaś z Rhodes.
- No więc… mówiłam ci, że był poważnie ranny po wybuchu bomb. - firma E(E)E, w której
Quinn był zatrudniony, miała szeroką ofertę dla nadnaturalnych: hierarchiczne wampirze
śluby, wilkołacze ceremonie osiągania dojrzałości, zawody na przywódców sfory i tak dalej.
Właśnie dlatego Quinn był w Piramidzie Gizy, kiedy Bractwo Słońca zrobiło to, co zrobiło.
Ludzie z Bractwa mieli anty-wampirze idee, ale nie mieli najmniejszego pojęcia, że wampiry
to tylko czubek góry lodowej nadnaturalnego świata. Nikt tego nie wiedział albo przynajmniej
wiedziało niewielu ludzi, takich jak ja, którzy byli coraz bardziej związani z tym światem.
Byłam przekonana, ze fanatycy Bractwa nienawidziliby w takim samym stopniu wilkołaków
czy zmiennokształtnych, takich jak Sam… jeśli tylko wiedzieliby o ich istnieniu. A to mogło
stać się niedługo.
- No tak, ale myślałem…
- Wiem, ja też myślałam, że ja i Quinn byliśmy razem szczęśliwi. - powiedziałam, a jeśli mój
głos był ponury…no cóż, myślenie o moim zaginionym tygrysie wprawiało mnie w taki
nastrój. - Miałam nadzieję na jakieś wieści od niego. Ale ani słowa.
- Ciągle masz samochód jego siostry? - Frannie Quinn pożyczyła mi swój samochód, dzięki
któremu mogłam wrócić z Rhodes po katastrofie.
- Nie, zniknął jednej nocy, kiedy z Amelią byłyśmy w pracy. Zadzwoniłam i zostawiłam w
związku z tym wiadomość głosową na jego komórce, ale nie odpowiedział.
- Sookie, tak mi przykro. - powiedział Sam. Wiedział, że to było niewystarczające, ale co
właściwie miał powiedzieć?
- Taak. Mi też. - odpowiedziałam, starając nie zabrzmieć zbyt ponuro. Było dużym wysiłkiem
utrzymanie w normalnym stanie resztek zmęczonej mentalnej równowagi. Wiedziałam, że
Quinn nie winił mnie w żaden sposób za swoje obrażenia. Widziałam go w szpitalu w Rhodes
przed odjazdem i był pod opieką siostry, Fran, która nie sprawiała wrażenia, jakby miała mnie
nienawidzić. Bez obwiniania, bez nienawidzenia – dlaczego brak kontaktu?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Wyglądało to tak, jakby zapadł się pod ziemię. Wzruszyłam rękami i starałam się myśleć o
czymś innym. Bycie zajętym to najlepsze lekarstwo jakie znałam na zmartwienia. Zaczęliśmy
przenosić nasze rzeczy do wozu Sama, zaparkowanego kawałek dalej. Sam niósł większość
ciężkich rzeczy. Nie był wielkim facetem, ale był bardzo silny, jak wszyscy zmiennokształtni.
O wpół do jedenastej prawie skończyliśmy. Okrzyki z frontu informowały, ze panny młode
schodziły na dół przebrane w ciuchy na podróż poślubną, rzuciły bukiety i pojechały. Portia i
Glen jechali do San Francisco, a Halleigh z Andy’m uciekali na Jamajkę.
Sam powiedział mi, że mogę już iść. - Wezmę Dawsona do pomocy przy rozładowaniu, jak
już dojadę. - Dawson, który czekał na Sama w Merlotte’s dzisiaj, był zbudowany jak
bramkarz i stwierdziłam, że był to dobry plan.
Kiedy już podzieliliśmy się napiwkami, okazało się, ze dostałam około trzystu dolarów.
Owocny wieczór. Schowałam pieniądze do kieszeni spodni. Był to duży zwitek banknotów, a
dochodziła już prawie pierwsza. Byłam szczęśliwa, że byliśmy w Bon Temps, a nie w
wielkim mieście, bo w przeciwnym razie martwiłabym się, że ktoś uderzy mnie w głowę,
zanim dojdę do samochodu.
- Cóż. Dobranoc, Sam. - powiedziałam, sprawdzając kieszenie w poszukiwaniu kluczy do
samochodu. Kiedy zeszłam z górki na której było podwórko, do chodnika, rozpuściłam
włosy. Powstrzymałam tą paniusię w różowej bluzce przed włożeniem mi zapięcia na czubek
głowy, więc ta napuszyła i pokręciła mi włosy w stylu Farrah Fawcett. Czułam się jak idiotka.
Widziałam odjeżdżające samochody, większość gości już pojechała. Zwyczajny ruch w
niedzielną noc. Zaparkowane pojazdy utrudniały przejazd przez większą część drogi, dlatego
samochody poruszały się bardzo powoli. Nie do końca legalnie, zaparkowałam swój wóz po
stronie przejeżdżających samochodów, ale w naszym małym miasteczku nie było to
problemem.
Właśnie chciałam otworzyć samochód, kiedy poczułam jakiś ruch z tyłu. Od razu złapałam
klucze i zacisnęłam pieść, odwracając się i starając uderzyć się najmocniej jak potrafiłam.
Klucze wzmocniły cios, a mężczyzna za mną na chodniku, zachwiał się tak, że wylądował na
spadku trawnika.
- Zaskoczyłeś mnie. - powiedziałam.
- Właśnie widzę. - odpowiedział i z łatwością wstał. Wyciągnął chusteczkę i wytarł nią usta.
Nie zamierzałam przepraszać. Ludzie, którzy zakradają się od tyłu w nocy, kiedy jestem
sama, zasługują na... no cóż, zasługują na to co dostają. Ale rozważyłam to ponownie.
Wampiry poruszają się bardzo cicho.
- Przepraszam, ale założyłam już najgorsze. - dodałam, co było swojego rodzaju
kompromisem. - Powinnam najpierw zobaczyć kto to.
- Nie, wtedy mogłoby być za późno. - odpowiedział Jonathan. - Samotna kobieta musi się
bronić.
- Doceniam, że rozumiesz. - powiedziałam ostrożnie. Spojrzałam za niego, próbując nie
pokazać nic na mojej twarzy. Od kiedy słyszę tyle zadziwiających rzeczy z ludzkich
umysłów, zawsze tak robię. Spojrzałam wprost na niego.
- Czy ty… Czemu tutaj jesteś?
- Przejeżdżam przez Luizjanę i przyszedłem na ślub jako gość Hamiltona Tharpa. -
odpowiedział. - Jestem na terenie Obszaru Piątego, za pozwoleniem Erica Northmana.
Nie miałam pojęcia kim jest Hamilton Tharp; prawdopodobnie jakiś znajomy Bellefleurów.
Ale za to całkiem dobrze znałam Erica Northmana. (Właściwie, to swego czasu poznałam go
od stóp do głów, ze wszystkimi punktami pomiędzy.) Eric był szeryfem Obszaru Piątego,
dużego kawałka Północnej Luizjany. Pomiędzy nami istniał skomplikowany związek, którego
ostatnimi czasy nie cierpiałam.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Właściwie chodziło mi o tu dlaczego jesteś tutaj w tym miejscu, dlaczego właśnie teraz do
mnie podszedłeś? - czekałam, dalej kurczowo trzymając klucze. Powinnam uderzyć go w
oczy. Nawet dla wampira było to wrażliwe miejsce.
- Byłem ciekawy. - powiedział w końcu. Miał założone ręce. Odkryłam w sobie duże pokłady
niechęci do wampira stojącego przede mną.
- Czego?
- Słyszałem co nieco w Fangtasii o blondynce, którą Eric tak bardzo ceni. Eric jest bardzo
wybredny i nie wydawało mi się możliwe, żeby jakakolwiek ludzka kobieta go
zainteresowała.
- A skąd wiedziałeś, że będę tu dzisiaj wieczorem, na tym weselu?
Jego oczy zamigotały. Nie spodziewał się, że będę tak dociekliwa. Zamierzał mnie uspokoić,
może właśnie w tym momencie próbował mnie oczarować. Ale to po prostu na mnie nie
działało.
- Młoda kobieta, dziecko Erica-Pam, która dla niego pracuje, wspomniała mi o tym.
Kłamstwo ma krótkie nogi, pomyślałam. Nie rozmawiam z Pam od kilku tygodni, a nasza
ostatnia rozmowa nie była w stylu kobiecej pogawędki o moich planach w pracy, czy tych
towarzyskich. Leczyła się z ran jakie poniosła w Rhodes. Leczenie jej, Erica i królowej było
głównym tematem naszej rozmowy.
- Oczywiście. - powiedziałam. - W takim razie, dobrej nocy. Muszę już jechać. - otworzyłam
samochód i ostrożnie do niego weszłam, starając się cały czas mieć na oku Jonathana, żeby
być przygotowaną na jakikolwiek ruch z jego strony. Stał twardo jak pomnik, jedynie pochylił
głowę, kiedy odpaliłam i ruszyłam. Przy pierwszej okazji zapięłam pas. Nie chciałam się
zapinać, kiedy był tak blisko. To było naprawdę bardzo, bardzo dziwne. Właściwie chyba
powinnam zadzwonić do Erica i opowiedzieć mu o tym zdarzeniu.
Wiecie co jest najdziwniejsze? Ten pomarszczony facet z długimi blond włosami cały czas
stał za nim w cieniu. Ale wiedziałam, że nie chciał, żebym zdradziła jego obecność. Nie
czytałam jego umysłu - nie mogłam, ale po prostu to wiedziałam.
A najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że Jonathan nie miał zielonego pojęcia, że on tam
jest. Przy posiadaniu tak niezwykle wyczulonego węchu jak mają wampiry, zachowanie
Jonathana było zadziwiające.
Ciągle analizowałam ten dziwny, krótki epizod, kiedy skręcałam z Hummingbird Road na
długą drogę wiodącą przez las do mojego, starego domu. Dom był wybudowany ponad sto
sześćdziesiąt lat temu, ale oczywiście niewiele się zachowało z jego pierwotnego kształtu.
Przez kilka dekad pododawano kilka rzeczy, zmieniono ogólny wygląd, wyremontowano
dach. Rozbudowano dwupokojowy farmerski domek i teraz był dużo większy, ale dalej
pozostawał zwykłym, przeciętnym domkiem.
Tej nocy dom wyglądał wyjątkowo spokojnie w świetle bezpiecznej lampy, którą zostawiła
dla mnie moja współlokatorka - Amelia Broadway. Samochód Amelii był zaparkowany z
tyłu, ja zaparkowałam tuż obok. Wyjęłam klucze, gdyby okazało się, że Amelia poszła na
górę spać. Zostawiła otworzony ekran, który zamknęłam za sobą. Otworzyłam tylne drzwi i
zaraz je zamknęłam. Ja i Amelia byłyśmy wyczulone na punkcie bezpieczeństwa, szczególnie
w nocy.
Ku mojemu zdziwieniu Amelia siedziała i czekała na mnie w kuchni. Po kilku tygodniach
znałyśmy swoją rutynę i zazwyczaj o tej godzinie Amelia była już u siebie na górze. Miała
tam własny telewizor, komórkę, laptopa. Posiadała też własną kartę biblioteczną, więc miała
mnóstwo książek. Ponadto Amelia miała pracowała nad zaklęciami, ale o to nie pytałam.
Nigdy. Amelia była wiedźmą.
- Jak było? - zapytała, mieszając herbatę, w której powstał mały wir.
- No cóż, pobrali się. Nikt nie puścił Jane Eyre. Wampirzy klienci Glena zachowywali się, a
panna Caroline była wniebowzięta. No i musiałam robić za jedną z druhen.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Ooo, łał! Opowiedz mi.


Opowiedziałam jej, trochę się pośmiałyśmy. Zastanawiałam się nad powiedzeniem Amelii o
pięknym mężczyźnie, ale w końcu tego nie zrobiłam. Co mogłam powiedzieć? „Patrzył na
mnie”? Powiedziałam jej natomiast o Jonathanie z Nevady.
- Jak myślisz, co on właściwie chciał? - zapytała mnie Amelia.
- Nie mam bladego pojęcia. - wzruszyłam ramionami.
- Musisz się dowiedzieć. Szczególnie, że nigdy nie słyszałaś o facecie, którego był gościem.
- Zamierzam zadzwonić do Erica, jak nie dziś w nocy to jutro.
- Szkoda, że nie kupiłaś kopii tej bazy danych, która handluje Bill. Widziałam wczoraj jej
reklamę w Internecie na jednej z wampirzych stron. - To mogło wyglądać na nagłą zmianę
tematu, ale baza danych Billa zawierała zdjęcia i/lub biografie wszystkich wampirów, których
był w stanie znaleźć na całym świecie i kilku o których słyszał. Małe CD Billa zarabiało
więcej pieniędzy dla jego szefa i królowej, niż mogłabym sobie wyobrazić. Ale trzeba było
być wampirem, żeby ją kupić, a oni mieli wiele sposób żeby sprawdzić kto jest kupcem.
- Od kiedy Bill bierze pięćset dolarów za jedno, podszywanie się pod wampira jest dużym
ryzykiem... - odpowiedziałam.
Amelia machnęła ręką.
- Będzie tego warte. - powiedziała.
Amelia jest o wiele bardziej doświadczona, niż ja… przynajmniej w niektórych sprawach.
Dorastała w Nowym Orleanie i tam mieszkała przez większość swojego życia. Teraz
mieszkała ze mną, bo popełniła wielki błąd. Musiała wyjechać z Nowego Orleanu po tym jak
jej niedoświadczenie poskutkowało magiczną katastrofą. Miała szczęście, że wtedy
wyjechała, bo niedługo potem pojawiła się Katrina. Po huraganie, miała lokatora, który
mieszkał w jej domu, który był poważnie zniszczony. Nie dostawała nic od niego za
wynajem, bo nadzorował remont domu.
I nagle do kuchni wszedł powód, dla którego Amelia nie wracała do Nowego Orleanu. Bob
przyszedł, żeby się przywitać, ocierając się o moje nogi.
- Cześć, mój ty mały maluszku-pieszczoszku! - powiedziałam podnosząc długowłosego,
czarno-białego kota - Jak się miewa mój skarb? Uwieeeeelbiam go!
- Zaraz zwymiotuję. - odpowiedziała Amelia. Wiedziałam, że nawet kiedy nie ma mnie w
pobliżu, mówi do niego tak samo wstrętnie jak teraz.
- Jakiś postęp? - zapytałam, podnosząc głowę znad futra Boba. Po puszystym futerku
stwierdziłam, że miał dzisiaj kąpiel.
- Nie. - jej głos oklapł ze zniechęcenia. - Dzisiaj pracowałam nad nim godzinę i udało mi się
tylko dorobić mu jaszczurzy ogon. Robiłam wszystko co mogłam, żeby go odmienić.
Naprawdę to Bob był facetem, to znaczy był ludzkim mężczyzną. W typie kujona, z czarnymi
włosami i okularami, chociaż Amelia zwierzyła mi się, że miał niesamowite zalety, które nie
były widoczne, kiedy chodził ubrany po ulicy. Amelia nie chciała praktykować transmutacji
zmieniając Boba w kota; uprawiali wtedy coś co można nazwać bardzo ryzykownym i
pomysłowym seksem. Nigdy nie miałam odwagi zapytać się jej, co właściwie chciała wtedy
zrobić. Na pewno było to coś egzotycznego.
- Jest taka sprawa... - powiedziała nagle Amelia, a ja podskoczyłam z napięcia. Prawdziwy
powód dla którego na mnie czekała został odkryty. Amelia była bardzo czystym nadawcą,
więc od razu wyczytałam to z jej umysłu. Ale pozwoliłam kontynuować i mówić dalej,
ponieważ ludzie nie znoszą, kiedy mówi im się coś, czego akurat nie chcą ci powiedzieć,
szczególnie jeśli do danego tematu powoli się przygotowują. - Mój tata będzie jutro w
Shreveport i chce przyjechać do Bon Temps, żeby się ze mną zobaczyć. - powiedziała w
pośpiechu - to znaczy będzie on i jego szofer Marley. Chce przyjechać na kolację.
Jutro będzie niedziela. Merlotte’s będzie otwarty tylko po południu, ale ja i tak miałam jutro
nie pracować, jak sprawdziłam w kalendarzu.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- No to w takim razie sobie pójdę. - powiedziałam. - Może odwiedzę JB i Tarę. Nie ma


problemu.
- Proszę, zostań. - powiedziała z wypisanym błaganiem na jej twarzy. Nie powiedziała mi
dlaczego. Ale powody mogłam wyczytać bardzo łatwo. Amelia miała bardzo skomplikowane
relacje z ojcem; właściwie to przyjęła nazwisko matki, Broadway, chociaż w części było to
spowodowane tym, że jej ojciec jest ogólnie znanym człowiekiem. Copley Carmichael miał
dużo powiązań w polityce i był bogaty, chociaż nie wiem jak Katrina wpłynęła na jego
przychody. Carmichael był właścicielem wielkich składów drewna i był budowniczym, a
Katrina mogła nadwyrężyć jego interesy. Z drugiej jednak strony, cały obszar potrzebował
teraz drewna i odbudowy.
- O której przychodzi? -zapytałam.
- O piątej.
- Szofer je przy tym samym stole co on? - nigdy nie miałam do czynienia z pracownikami.
Miałyśmy tylko jeden stół w kuchni. Na pewno nie zamierzałam pozwolić, żeby mężczyzna
siedział na schodach kuchennych.
- O, Boże. - powiedziała. Nigdy jej się to nie zdarzyło - Co zrobimy z Marleyem?
- Właśnie o to cię zapytałam. - zabrzmiałam chyba zbyt cierpliwie.
- Posłuchaj, ty nie znasz mojego ojca. Nie wiesz jaki on jest.
Wiedziałam z umysłu Amelii, że jej uczucia co do ojca były mieszane. Naprawdę trudno było
przebrnąć przez miłość, strach i niepokój, żeby zobaczyć jej prawdziwy stosunek do ojca.
Znam niewielu bogatych ludzi, a jeszcze mniej ludzi bogatych, zatrudniających szoferów na
pełen etat.
Wizyta z pewnością będzie interesująca.
Powiedziałam „dobranoc” Amelii i poszłam do łóżka, i mimo tych wszystkich spraw nad
którymi musiałam się zastanowić, moje ciało było tak zmęczone, że prawie od razu zasnęłam.
Niedziela była kolejnym, pięknym dniem. Pomyślałam o nowożeńcach, bezpiecznie
rozpoczynających nowe życie, myślałam o pannie Caroline, która cieszyła się z towarzystwa
pary jej kuzynów (młodych w ich wieku sześćdziesięciu lat), jako grupy nadzorującej i
towarzyszy. Kiedy Portia i Glen przyjadą, kuzyni wrócą do swojego skromniejszego domu, i
prawdopodobnie zrobią to z ulgą. Halleigh i Andy wprowadzą się do własnego, małego
domu.
Myślałam o Jonathanie i starszym, pięknym mężczyźnie.
Przypomniałam sobie, że muszę zadzwonić do Erica dzisiejszej nocy, kiedy wstanie.
Myślałam o niespodziewanych słowach, jakie wypowiedział Bill.
I po raz milionowy, zastanawiałam się nad ciszą ze strony Quinna.
Ale zanim całkowicie popadłam w melancholijny nastrój, porwał mnie Huragan Amelia.
Jest masa rzeczy, które uwielbiałam, a nawet kochałam w Amelii. Jest bezpośrednia,
entuzjastyczna i utalentowana. Wie wszystko o nadnaturalnym świecie i moim miejscu w
nim. Uważa, że mój dziwaczny talent jest „cool”. Mogę z nią pogadać o wszystkim. Nigdy
nie zareaguje obrzydzeniem czy przerażeniem. Z drugiej strony, Amelia jest gwałtowna i
nieustępliwa, ale trzeba lubić ludzi, takimi jakimi są. Naprawdę bardzo się cieszyłam, że
mieszka ze mną.
Z praktycznej strony, dobrze gotowała, pilnowała, żeby nasze rzeczy się nie pomieszały i,
dzięki Bogu, była porządna. Czynnością, która świetnie wychodziła Amelii to sprzątanie.
Sprzątała, kiedy jej się nudziło, kiedy się denerwowała i kiedy miała poczucie winy. Nie
jestem najgorsza w utrzymywaniu domu, ale Amelia należała do klasy światowej. W dniu
kiedy prawie miała wypadek samochodowy, wyczyściła w salonie meble, tapicerkę i
wszystko. Kiedy jej lokator zadzwonił, poinformować ją, że trzeba zmienić dach, poszła do
EZ Rent i przyniosła maszynę do czyszczenia i polerowania drewna i użyła jej do schodów na
dole i na górze.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Kiedy wstałam o dziewiątej, Amelia była już owładnięta szaleństwem sprzątania z powodu
zbliżającej się wizyty ojca. Kiedy wychodziłam do kościoła około dziesiątej czterdzieści pięć,
Amelia opierała się na rękach i kolanach w szale porządków w łazience na parterze. Łazienka
była wprawdzie w starym stylu: była wyłożona czarno-białymi ośmiokątnymi kafelkami, była
tez tam wielka wanna na szponiastych nóżkach, ale (dzięki mojemu bratu Jasonowi) miała
nowocześniejszą toaletę. To była łazienka, której Amelia używała, od kiedy nie było tej
górze. Miałam małą, prywatną łazienkę przy mojej sypialni, dodaną w latach pięćdziesiątych.
W całym domu można było zobaczyć dekoracje w wielu trendach ostatnich kilku dekad.
- Naprawdę uważasz, że była aż tak brudna? - spytałam, stojąc w drzwiach. Mówiłam do jej
wypiętego tyłka.
Podniosła głowę i odgarnęła krótkie włosy z czoła gumową rękawiczką.
- Nie, nie było tak źle, ale chciałam, żeby było idealnie.
- Mój dom jest po prostu stary, Amelia. Nie sądzę, żeby mógł wyglądać idealnie. - Nie było
sensu w przepraszaniu za wiek i stan domu czy mebli. Robiłam z nim co mogłam i go
kochałam.
- To wspaniały, stary dom, Sookie. - odpowiedziała gwałtownie Amelia - Ale muszę czymś
zająć ręce.
- No dobrze. Więc ja idę do kościoła. Będę w domu koło wpół do pierwszej.
- Możesz pójść po kościele do sklepu? Zostawiłam listę na kredensie.
Zgodziłam się i byłam zadowolona, że jest coś, co opóźni mój powrót do domu.
Ten ranek przywodził na myśl bardziej marzec (marzec na południu - to jest to), niż
październik. Kiedy wysiadłam z samochodu przed Kościołem Metodystów, delikatnie zawiał
wiatr. Poczułam delikatny posmak zimy w powietrzu. Kościół był skromny, pootwierano w
nim okna. Kiedy śpiewaliśmy, nasze połączone głosy niosły się ponad trawą i drzewami. A
kiedy pastor wygłaszał kazanie, zauważyłam kilka spadających liści.
Szczerze mówiąc to nie zawsze słucham kazania. Czasami ta godzina w kościele, była czasem
kiedy mogłam pomyśleć, czasem, kiedy mogłam się zastanowić dokąd zmierzam. Ale
przynajmniej takie myśli były tu na miejscu. A kiedy patrzysz na opadające liście, kontekst
tych myśli robi się całkiem wąski.
Dzisiaj słuchałam. Wielebny Collins mówił o oddawaniu rzeczy Bogu, które jesteśmy mu
winni, podczas gdy cesarzowi tego co jemu jesteśmy winni. Wydawało mi się to
kwietniowym, piętnastym typem kazania i złapałam się na tym, że zastanawiam się, czy
Wielebny Collins płaci rachunki regularnie. Ale po chwili zorientowałam się, ze mówił o
prawach które łamiemy i nie mamy poczucia winy - takie jak przekroczenie prędkości, czy też
wsadzanie listu do paczki z prezentami, którą wysyłasz na poczcie bez zapłacenia dodatkowej
opłaty pocztowej.
Kiedy wychodziłam z kościoła, posłałam uśmiech Wielebnemu Collinsowi. Zawsze wyglądał
na zakłopotanego, kiedy mnie widział. Kiedy dotarłam do parkingu, przywitałam się z
Maxine Fortenberry i jej mężem Edem. Maxine była duża i onieśmielająca, natomiast Ed był
tak cichy i nieśmiały, ze był wręcz niewidoczny. Ich syn, Hoyt, był najlepszym przyjacielem
mojego brata, Jasona. Hoyt stał za matką. Był ubrany w całkiem fajny garnitur i miał
przystrzyżone włosy. Ciekawe zjawisko.
- Przytul mnie, słodziutka! - powiedziała Maxine i ja oczywiście to zrobiłam. Maxine była
dobrą koleżanką mojej babci, mimo że była bardziej w wieku mojego ojca, gdyby żył.
Uśmiechnęłam się do Eda i klepnęłam Hoyta w ramię.
- Świetnie wyglądasz. - powiedziałam mu, a on się tylko uśmiechnął. Nie sądziłam, że
kiedykolwiek zobaczę Hoyta, który by się tak uśmiechał. Zerknęłam na Maxine, która
szczerzyła się od ucha do ucha.
- Hoyt spotyka się z Holly, z którą pracujesz. - powiedziała mi - Ma dziecko, które też trzeba
było wziąć pod uwagę, ale on zawsze lubił dzieci.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nie wiedziałam. - odpowiedziałam. Ostatnio byłam daleko od takich spraw - To świetnie,


Hoyt. Holly to naprawdę fajna dziewczyna.
Nie byłam jednak pewna czy dobrze ją opisałam, na pewno zrobiłabym to lepiej mając chwilę
czasu na zastanowienie, więc w zasadzie dobrze, że nie miałam tej chwili. Holly miała kilka
ważnych zalet (poświęcała dużo czasu synkowi - Cody’emu, była lojalna wobec przyjaciół,
sprawna pracownica). Była rozwiedziona od dobrych kilku lat, więc Hoyt nie był powodem
rozpadu małżeństwa. Zastanawiałam się, czy Holly powiedziała mu, że jest Wiccanką. Nie,
nie powiedziała, bo w przeciwnym wypadku nie widziałabym tak szerokiego uśmiechu na
twarzy Maxine.
- Jedziemy się z nią spotkać na lunchu w Sizzler. Chodziło jej o restauracje przy drodze
międzystanowej - Holly nie chodzi do kościoła, ale pracujemy nad tym. Chcemy, żeby
chodziła z nami i przyprowadzała Cody’ego. No dobrze, musimy się już zbierać, jeśli chcemy
zdążyć na czas.
- Powodzenia, Hoyt. - klepnęłam go w ramię, kiedy mnie mijał. Posłał mi zadowolone
spojrzenie.
Każdy się żenił albo się zakochiwał. Byłam szczęśliwa z tego powodu. Szczęśliwa,
szczęśliwa, szczęśliwa. Rozciągnęłam usta w uśmiechu i poszłam do Piggly Wiggly.
Wyciągnęłam listę Amelii z portmonetki. Była całkiem pokaźna, ale zdawałam sobie sprawę,
że pewnie w tej chwili Amelii przypomniało się sporo dodatkowych rzeczy. Zadzwoniłam do
niej, a ona faktycznie powiedziała mi o trzech nowych, tak więc spędziłam w sklepie trochę
czasu.
Byłam obładowana plastikowymi torbami, kiedy wchodziłam na tylny ganek. Amelia
wyskoczyła do samochodu, żeby wziąć pozostałe zakupy.
- Gdzieś ty była? - zapytała, jakby stała przy drzwiach i nerwowo tupała nogą.
- Poszłam do kościoła, a potem do sklepu. - powiedziałam na swoją obronę - Jest dopiero
pierwsza.
Amelia minęła mnie, ciężko obładowana. Potrząsnęła głową w irytacji i wydała z siebie
odgłos, który można by opisać jako „Urghhhhhh”.
Reszta popołudnia wygląda, jakby Amelia przygotowywała się na randkę swojego życia. Nie
byłam kiepska w gotowaniu, ale Amelia pozwoliła mi tylko pomagać jej przy przyrządzaniu
obiadu. Pokroiłam cebule i pomidory. A, no i oczywiście, pozwoliła mi pozmywać naczynia,
które ubrudziły się podczas gotowania. Zawsze zastanawiałam się, czy mogłaby zająć się
naczyniami jak wróżki chrzestne w Śpiącej Królewnie, ale on prychnęła, kiedy o tym
wspomniałam. Dom był idealnie wysprzątany i, chociaż starałam się nie gniewać z tego
powodu, zauważyłam, że Amelia nawet posprzątała podłogę w mojej sypialni. Była zasada,
która mówiła, żeby nie naruszać prywatnej przestrzeni drugiej osoby.
- Przepraszam, że poszłam do twojego pokoju. - Amelia powiedziała nagle, co mnie totalnie
zaskoczyło. Mnie, telepatkę. Amelia pokonała mnie moim własnym sposobem. - To był po
prostu jeden z tych impulsów. Odkurzałam i pomyślałam, że przy okazji odkurzę też twój
pokój. I zanim to lepiej przemyślałam, już to zrobiłam. Włożyłam twoje kapcie pod łóżko.
- Okej. - Starałam się brzmieć neutralnie.
- Hej, no naprawdę przepraszam.
Kiwnęłam głową i wróciła do osuszania naczyń i układania ich na półkach. Menu, zarządzone
przez Amelię, składało się z zielonej sałaty, pomidorów, posiekanej marchewki z
dressingiem, lasagnii, ciepłego chleba czosnkowego i gotowanymi na parze świeżymi
warzywami. Nie mam zielonego pojęcia o gotowanych na parze warzywach, ale
przygotowałam podstawowe składniki: cukinię, paprykę, grzyby, kalafior. Późnym
popołudniem stwierdziła, że będę w stanie przygotować sałatkę. Położyłam obrus i
postawiłam na stole wazon z małym bukietem kwiatów. Przygotowałam miejsca przy stole.
Cztery miejsca.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Zaproponowałam Amelii, że zabiorę pana Marley’a do salony, żebyśmy oboje zjedli obiad
przed telewizorem, ale po reakcji Amelii, która osłupiała z przerażenia, można było
pomyśleć, że zaproponowałam umycie nóg Marley’owi.
- Nie, zostaniesz ze mną. - powiedziała.
- Musisz pogadać z tatą. - odpowiedziałam. - W pewnym momencie po prostu zostawię was
samych.
Wzięła głęboki oddech.
- Ok, w końcu jestem dorosła. - Wymamrotała.
- Tchórz. - powiedziałam.
- Nie znasz go.
O wpół do piątej Amelia popędziła na górę, żeby się przygotować. Siedziałam w salonie,
czytając książkę z biblioteki, kiedy usłyszałam jadący po żwirze samochód. Spojrzałam na
zegar na gzymsie kominka. Była czwarta czterdzieści osiem. Krzyknęłam w stronę schodów i
wstałam, żeby wyjrzeć przez okno. Popołudnie zbliżało się ku końcowi, ale od kiedy nie
wróciłyśmy do normalnego czasu, łatwo było zobaczyć parkującego przed frontem Lincolna
Town. Zza kierownicy wysiadł mężczyzna w biznesowym garniturze i przystrzyżonymi
włosami. To musiał być Marley. Nie nosił czapki szofera, przez to w pewien sposób
poczułam się rozczarowana. Otworzył tylne drzwi, a przez nie wyszedł Copley Carmichael.
Tata Amelii nie był specjalnie wysoki, miał krótkie, cienkie, szare włosy przywodzące na
myśl porządny dywan, zwarte, gładkie i fachowo ścięte. Był bardzo opalony, a jego brwi były
wciąż czarne. Brak okularów. Brak ust. No, może nie do końca brak, ale były one tak cienkie,
że wyglądały na czeluść.
Pan Carmichael rozglądał się wokół, jakby robił wycenę posiadłości. Słyszałam, jak Amelia
głośno schodziła ze schodów za mną, podczas gdy ja obserwowałam mężczyznę kończącego
przegląd przed moim domem. Szofer Marley patrzył wprost na dom. Zobaczył moją twarz w
oknie.
- Marley jest całkiem nowy w tej robocie. - powiedziała Amelia. - Pracuje dla mojego taty
dopiero dwa lata.
- Twój tata zawsze miał kierowcę?
- No, Marley jest też ochroniarzem. - powiedziała przy okazji, jakby tata każdego miał
ochroniarza.
Goście szli właśnie po żwirowej ścieżce, nie spoglądając nawet na schludny rząd
ostrokrzewu. Dalej po drewnianych schodach. Przez ganek. Pukanie.
Pomyślałam o tych wszystkich przerażających stworzeniach, które były w moim domu:
wilkołaki, zmiennokształtni, wampiry, nawet demony, jeden czy dwa. Dlaczego więc miałam
się martwić tym człowiekiem? Wyprostowałam kręgosłup, postarałam uspokoić mój
niespokojny umysł i poszłam w kierunku drzwi wejściowych, chociaż Amelia chociaż Amelia
prawie mnie ubiegła. W końcu to był mój dom.
Położyłam dłoń na klamce i rozszerzyłam moje usta w uśmiechu jeszcze przed otworzeniem
drzwi.
- Zapraszam do środka. - powiedziałam, a Marley tworzył ekran przed panem Carmichaelem,
który wszedł i przytulił swoją córkę, ale najpierw oczywiście obrzucił cały salon spojrzeniem.
Był dla mnie tak łatwy do odczytania jak maszyna nadawcza, tak samo jak jego córka.
Myślał, że to miejsce jest trochę zbyt zaniedbane dla jego córki. ...Taka śliczna dziewczyna
jak Amelia mieszka z.... Ciekawe czy Amelia uprawiała z nią seks... Dziewczyna
prawdopodobnie nie jest lepsza, niż ona powinna być... Nie ma kartoteki policyjnej, chociaż
umawiała się z wampirem i ma dzikiego brata...
Oczywiście tak bogaty i wpływowy człowiek, jak Copley Carmichael zasięgnął informacji o
nowej współlokatorce swojej córki. Takie procedury nie przychodziły mi nawet na myśli,
zresztą jak inne, które przychodziły ludziom bogatym.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Głęboko odetchnęłam:
- Nazywam się Sookie Stackhouse. - powiedziałam grzecznie - Pan musi być panem
Carmichael. A to jest...?
Po podaniu ręki panu Carmichaelowi, wyciągnęłam ją ponownie w kierunku Marley’a. Przez
sekundę odniosłam wrażenie, że ścięłam z nóg tatę Amelii, ale bardzo szybko się
zreflektował:
- To jest Tyrese Marley - odpowiedział gładko pan Carmichael.
Szofer potrząsnął moją ręką tak łagodnie, jakby bał się, że połamie mi kości, później kiwnął
głową w kierunku Amelii.
- Panna Amelia. - powiedział. Amelia wyglądała na wkurzoną, jakby zamierzała mu
powiedzieć, żeby oszczędził sobie tej „panny”, ale rozważyła to ponownie. Wszystkie te
myśli brzęczące tam i z powrotem... to wystarczyło, żebym się na chwilę wyłączyła z
rzeczywistości.
Tyrese Marley był bardzo, bardzo jasnym Afroamerykaninem. Jego skóra miała kolor
zbliżony do koloru kości słoniowej. Jego oczy były jasne i piwne. Chociaż włosy miał czarne,
nie były one pokręcone i miały rudy odcień. Marley był mężczyzną, na którego zawsze
spojrzałabyś dwa razy.
- Pojadę samochodem do miasta i zatankuję. - powiedział do swojego szefa - kiedy pan będzie
spędzał czas z panną Amelią. Kiedy mam wrócić?
Pan Carmichael spojrzał na zegarek:
- Za kilka godzin.
- Jesteś mile widziany na kolacji - powiedziałam, przybierając neutralny ton. Chciałam, żeby
wszyscy czuli się komfortowo.
- Mam kilka spraw do załatwienia i muszę już iść. - Tyrese Marley odpowiedział mi bez
żadnej zmiany w modulacji głosu - Dziękuję za zaproszenie. Zobaczymy się później.
Wyszedł.
To tyle z mojego dążenia do demokracji.
Tyrese nie miał zielonego pojęcia, jak bardzo wolałabym pójść do miasta, niż zostać w domu.
Spięłam się i zaczęłam od towarzyskich uprzejmości:
- Czy mogę panu zaproponować kieliszek wina, panie Carmichael? Albo coś innego do picia?
A co dla ciebie, Amelio?
- Mów mi Cope. - powiedział z uśmiechem. Za bardzo przypominało mi to wyszczerzoną w
uśmiechu paszczę rekina, żeby miało mnie to jakoś pokrzepić. - Jasne, kieliszek czegokolwiek
co macie otwarte. A ty, dziecinko?
- Poproszę trochę białego. - powiedziała i usłyszałam ją, jak mówi swojemu tacie, żeby
usiadł, kiedy ja szłam do kuchni.
Podałam wino i dodałam je do tacy z przystawkami: krakersami, ciepłym serkiem Brie,
dżemem morelowym wymieszanym z ostrymi papryczkami. Miałyśmy urocze małe noże,
które pasowały do tacy. Amelia dodała serwetki koktailowe do drinków.
Cope miał apetyt i bardzo smakował mu Brie. Sączył wino, co było typowe dla Arkansas i
potakiwał łagodnie. No cóż, przynajmniej go nie wypluł. Piję bardzo rzadko i w żadnym
stopniu nie jestem koneserem win. W zasadzie to nie jestem koneserem niczego. Ale lubię
wino, łyk po łyczku.
- Amelia, opowiedz mi co porabiasz, kiedy twój dom jest w remoncie. - powiedział Cope, a ja
uznałam to za dobre rozpoczęcie rozmowy.
Chciałam mu powiedzieć na sam początek, że Amelia nie pieprzy się za mną naokoło, ale
potem pomyślałam, że byłoby to troszeczkę zbyt bezpośrednie. Bardzo starałam się nie czytać
jego myśli, ale przysięgam, że z nim i jego córką w tym samym pokoju było to jak słuchanie
telewizyjnej audycji.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Zajmuję się segregowaniem dokumentów w jednej z lokalnych firm ubezpieczeniowych. I


pracuję na pół etatu w barze Merlotte’s. - odpowiedziała Amelia - Podaję drinki i
okazjonalnie koszyk z kurczakiem.
- Podoba cię się praca w barze? - Cope nie brzmiał sarkastycznie, to mu muszę przyznać. Ale
oczywiście, muszę wspomnieć, że byłam pewna, iż sprawdził też Sama.
- Nie jest zła. - powiedziała z lekkim uśmiechem. To było niezwykle powściągliwe jak na
Amelię, więc sprawdziłam o co chodzi w jej umyśle, zobaczyłam, że starała się wcisnąć w
konwersacyjny gorset - Dostaję dobre napiwki.
Jej ojciec przytaknął:
- A pani, panno Stackhouse? - grzecznie zapytał Cope.
Wiedział o mnie wszystko i gdyby mógł to dodałby do moich akt odcień lakieru do paznokci,
jaki nosiłam.
- Pracuję na pełen etat w Merlotte’s. - powiedziałam to tak, jakby o tym nie wiedział. -
Pracuję tam od lat.
- Masz rodzinę gdzieś w pobliżu?
- O tak, byliśmy tu od zawsze. - odpowiedziałam. - albo właściwie od zawsze, od kiedy
pojawili się tu Amerykanie. Ale nasza rodzina bardzo się zmniejszyła. Teraz jestem tylko ja i
mój brat.
- Starszy brat? Młodszy?
- Starszy. - powiedziałam - żonaty od bardzo niedawna.
- Więc może będą niedługo inni, mali Stackhouse’owie. - starał się brzmieć, jakby uważał to
za coś dobrego.
Przytaknęłam, jakby ta możliwość mi się również podobała. Nie lubiłam żony mojego brata i
myślałam, że jest całkiem duże prawdopodobieństwo, że dzieci które będą mieli, będą
zupełnie zdemoralizowane. Właściwie to jedno dziecko było już w drodze, jeśli Crystal
znowu nie poroni. Mój brat był panterołakiem (został pogryziony, nie był nim od urodzenia),
a jego żona urodziła się... czystej krwi.... panterołakiem, tak jest. Dorastać w małej
społeczności panterołaków w Hotshot nie było sprawą prostą, a zapewne było jeszcze ciężej
dzieciom, które nie były w pełni „czyste”.
- Tato, może nalać ci jeszcze wina? - Amelia wystrzeliła ze swojego krzesła, jak strzała i
pobiegła do kuchni z do połowy pełnym kieliszkiem. Świetnie, sam na sam z tatą Amelii.
- Sookie - powiedział do mnie Cope - byłaś bardzo miła, pozwalając mojej córce mieszkać z
tobą przez ten cały czas.
- Amelia płaci czynsz. - odpowiedziałam - I kupuje połowę artykułów spożywczych. Płaci za
siebie.
- Pomimo to, chciałbym, żebyś pozwoliła mi wynagrodzić ci ten cały kłopot.
- Tyle, ile daje mi Amelie płacąc czynsz jest wystarczające. Poza tym, zafundowała kilka
udoskonaleń tego domu.
Jego twarz się wtedy napięła, tak jakby w końcu znalazł coś ważnego. Czy on myślał, że
namówiłam Amelię do wybudowania basenu za domem?
- Zafundowała sobie w pokoju na górze okienny klimatyzator. - powiedziałam - i załatwiła też
dodatkową linię telefoniczną do komputera. Wydaję mi się też, że kupiła sobie nowy dywan i
zasłonki do swojego pokoju.
- Mieszka na górze?
- Tak. - odpowiedziałam, zaskoczona, że jeszcze się tego nie dowiedział. Możliwe, że było
kilka rzeczy, których jego siatka wywiadu nie wykryła. - Ja mieszkam na dole, ona na górze,
dzielimy kuchnię i salon, chociaż wydaję mi się, że Amelia ma też telewizję tam na górze.
Hej, Amelia! - zawołałam.
- Tak? - jej głos dochodził z kuchni.
- Cały czas masz ten mały telewizor tam na górze?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Tak, jest podłączony do kablówki.


- Tylko się zastanawiałam.
Uśmiechnęłam się do Cope’a, wskazując, że konwersacyjna piłka jest teraz w jego polu.
Zastanawiał się nad kilkoma rzeczami o które mógłby mnie zapytać i myślał o najlepszym
sposobie podejścia mnie, żeby wyciągnąć jak najwięcej informacji. Pewne imię wyłoniło się
na chwilę na powierzchnię wiru jego myśli i dałam z siebie wszystko, co tylko mogłam, żeby
delikatnie zatrzymać tą myśl.
- Pierwszym lokatorem w domu Amelii była Chloe-to była twoja kuzynka, prawda? - zapytał
Cope.
- Hadley. Tak. - Moja twarz była spokojna, kiedy kiwnęłam głową - Znałeś ją?
- Znałem jej męża. - odpowiedział i się uśmiechnął.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział III

Wiedziałam, że Amelia już wróciła i stała obok krzesła, na którym siedział jej ojciec, i
wiedziałam, że zamarła w miejscu. Wiedziałam też, że nie oddychałam przez chwilę.
- Nigdy go nie spotkałam. - odpowiedziałam. Czułam się, jakbym chodziła po dżungli i nagle
wpadła do ukrytej jamy. Byłam bardzo zadowolona, że jestem jedynym telepatą w tym domu.
Nie powiedziałam nikomu, dosłownie nikomu, co znalazłam w skrytce Hadley, kiedy
opróżniałam ją w banku w Nowym Orleanie. - Rozwiedli się jakiś czas przed śmiercią
Hadley.
- Powinnaś kiedyś poświęcić trochę czasu i spotkać się z nim. To interesujący człowiek. -
powiedział Cope, jakby nie zdawał sobie sprawy, że przekazuje mi ogromne rewelacje.
Oczywiście czekał na moją reakcję. Miał nadzieję, że nic nie wiedziałam o małżeństwie, bo
wtedy byłoby to dla mnie zupełne zaskoczenie. - Jest utalentowanym stolarzem. Z radością go
znajdę i znów zatrudnię.
Krzesło na którym siedział, było obite kremowym materiałem z wyhaftowaną dużą ilością
małych, niebieskich kwiatków na wygiętych w łuki łodygach. Wciąż było to ładne, nawet
jeśli już wyblakłe. Skoncentrowałam się na wzorze krzesła, tak żeby nie pokazać Copley’owi
Carmichaelowi jak bardzo jestem zła.
- Nic dla mnie nie znaczy ten człowiek, nieważne jak interesujący by był. - powiedziałam
głosem tak opanowanym i równym, że mógłbyś na nim zagrać w bilard. - Ich małżeństwo
było skończone. I jestem pewna, że wiesz, że Hadley przed śmiercią miała innego partnera. -
Została zamordowana. Ale rząd nie za bardzo się przejmował śmiercią wampirów, dopóki
śmierci te były spowodowane przez ludzi. Wampiry same zajmowały się swoją polityką.
- Myślę, że chciałabyś chociaż zobaczyć dziecko. - odpowiedział Copley.
Dzięki Bogu wyciągnęłam to z głowy Copley’a dosłownie sekundę albo dwie zanim
powiedział to głośno. Nawet wiedząc co chce powiedzieć, czułam jak jego och-tak-przy-
okazji uwaga walnęłam mnie jak prawy prosty w żołądek. Ale nie chciałam dać mu
satysfakcji zauważenia tego. - Moja kuzynka Hadley była dzika. Zażywała narkotyki,
wykorzystywała ludzi. Nie była najbardziej stałą osobą na świecie. Była naprawdę ładna i
zawsze miała wielu wielbicieli. - No, powiedziałam wszystkie za i przeciw o mojej kuzynce
Hadley. I nie powiedziałam słowa „dziecko”. Jakie dziecko?
- Jak się czuła twoja rodzina, kiedy dowiedzieliście się, że została wampirem? - spytał
Copley.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Przemiana Hadley była faktem w publicznym spisie. „Przemienione” wampiry powinny się
zarejestrować, kiedy wkraczały w zmieniony stan istnienia. Musiały podać imię swojego
stwórcy. To było coś w rodzaju rządowej kontroli narodzin wampirów. Możesz się założyć o
to, że Biuro do Spraw Wampirów spadłoby jak tona cegieł, na każdego wampira, który
stworzył zbyt dużo małych wampirków. Hadley została przemieniona przez samą Sophie-
Anne Leclerq.
Amelia położyła przed ojcem kieliszek wina i usiadła obok mnie na sofie.
- Tato, Hadley mieszkała u mnie na górze przez dwa lata. - powiedziała - Oczywiście, że
wiedzieliśmy, że jest wampirem, na litość boską, myślałam, że chcesz opowiedzieć mi może
ciekawostki z rodzinnego miasta.
Boże, pobłogosław Amelię. Było mi strasznie ciężko zachowywać się normalnie i tylko lata
praktyki telepatycznego przeciążenia złymi rzeczami trzymały mnie w kupie.
- Muszę sprawdzić co z jedzeniem. Przepraszam na chwilę. - wymamrotałam, wstałam i
wyszłam z pokoju. Miałam nadzieję, że nie wyglądało to na ucieczkę. Starałam się iść
normalnie. Ale kiedy dotarłam do kuchni nie zatrzymałam się, szłam dalej do tylnych drzwi,
przeszłam przez ganek, otworzyłam drzwi z moskitierą i wyszłam na podwórko.
Jeśli myślałam, że usłyszę głos Hadley z zaświatów, radzący mi co mam robić to byłam
zawiedziona. Wampiry po śmierci nie stają się duchami, przynajmniej z tego co wiedziałam.
Zostawiam to Bogu.
I tak bełkotałam sama do siebie, nie chciałam myśleć o dziecku Hadley i o tym, że nie miałam
pojęcia o jego istnieniu.
Może po prostu tak postępował Copley. Może zawsze demonstrował rozmiar swojej wiedzy,
żeby pokazać władzę ludziom z którymi miał do czynienia.
Musiałam tam wrócić dla Amelii. Zebrałam się w sobie, z powrotem przybrałam uśmiech na
twarzy, chociaż wiedziałam, że był to ten nerwowy, nieprzekonujący uśmiech - i wróciłam.
Usadziłam się obok Amelii i spojrzałam na obydwoje. Patrzyli na mnie w oczekiwaniu i
wtedy zrozumiałam, że zapadła niezręczna cisza w rozmowie.
- O, - powiedział nagle Cope - Amelia, zapomniałem ci powiedzieć. Ktoś dzwonił do domu
do ciebie w tamtym tygodniu, ktoś kogo nie znałem.
- Imię?
- Hm, daj mi pomyśleć. Pani Beech to zapisała. Ophelia? Octavia? Octavia Fant. Tak, to to.
Niezwykłe.
Myślałam, że Amelia zaraz zemdleje. Przybrała dziwny kolor i ścisnęła ręką oparcie kanapy.
- Jesteś pewny? - zapytała.
- Tak, jestem pewny. Dałem jej twój numer na komórkę i powiedziałem, że mieszkasz teraz w
Bon Temps.
- Dziękuję, tato. - zachrypiała Amelia - Och, założę się, że kolacja jest już gotowa, pozwólcie,
że sprawdzę.
- A czy Sookie przed chwilą nie sprawdzała? - Przybrał szeroki, uspokajający uśmiech, jaki
zawsze przybierają mężczyźni, kiedy uważają, że kobiety zachowują się niedorzecznie.
- Och, no tak, ale to zaraz będzie gotowe i trzeba pilnować. - powiedziałam, kiedy Amelia
wypadła z pokoju z taką samą szybkością, jak ja wcześniej. - Będzie paskudne, jak się
przypali, a Amelia ciężko się przy tym narobiła.
- Znasz tą pannę Fant? - zapytał Cope.
- Nie, nie znam jej.
- Amelia wyglądała, niemal jakby się przestraszyła. Nikt nie chce skrzywdzić mojej córeczki,
prawda?
Kiedy to powiedział, był zupełnie innym człowiekiem, takim, którego prawie mogłam
polubić. Nieważne jaki jeszcze był, Cope nie chciał, żeby jego córce stało się coś złego.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nie wydaję mi się. - wiedziałam kim była Octavia Fant, bo umysł Amelii podał mi to, jak na
tacy, ale ona osobiście nie powiedziała tego głośno, więc nie mogłam zrobić tego ja. Czasem
informacje wypowiedziane i informacje, które słyszałam tylko w mojej głowie były
skomplikowane i peszące - był to jeden z powodów, przez które miałam reputację osoby nie
do końca normalnej.
- Jest pan przedsiębiorcą, panie Carmichael?
- Cope, proszę. Tak, między innym.
- Zakładam, że obecnie interes musi rozkwitać. - powiedziałam.
- Jeśli moja firma byłaby dwa razy większa to i tak nie dalibyśmy rady nadążyć z całą pracą,
jaką trzeba wykonać. - odpowiedział - Ale nienawidzę patrzeć na zniszczony Nowy Orlean.
Zadziwiająco, uwierzyłam w to co mówił.
Kolacja przeszła w miarę gładko. Jeśli ojciec Amelii czuł się zmieszany jedząc w kuchni to
nie dał tego po sobie poznać. Pewnie przez to, że był budowniczym, zauważył, że część w
której znajdowała się kuchnia była nowa i wtedy musiała opowiedzieć mu o pożarze, ale to
mogło się zdarzyć każdemu, prawda? Przemilczałam kwestię podpalacza.
Cope wydawał się zadowolony z posiłku i komplementował Amelię, która była bardzo
zadowolona. Wypił kolejny kieliszek wina, ale nic poza tym. No i jadł bardzo powoli.
Rozmawiali z Amelią o przyjaciołach rodziny i kilku krewnych, a ja zostałam zostawiona w
spokoju i wreszcie mogłam pomyśleć. Uwierzcie mi, miałam bardzo dużo spraw do
przemyślenia. Akt małżeństwa i orzeczenie rozwodu Hadley było w jej skrytce bankowej,
którą otworzyłam po jej śmierci. Było też tam kilka rzeczy związanych z rodziną - kilka
fotografii, nekrolog jej matki, biżuteria. Był też kosmyk pięknych włosów, ciemnych i
cienkich, zebranych taśmą samoprzylepną. Znalazłam go małej kopercie. Zastanowiło mnie to
trochę, kiedy zorientowałam, jak cienkie i delikatne są te włosy. Ale w skrytce nie było aktu
urodzenia ani żadnego innego dowodu na to, że Hadley miała dziecko.
Do teraz nie było żadnego sensownego powodu, żeby skontaktować się z byłym mężem
Hadley. Nie wiedziałam nawet, że był takowy, dopóki nie otworzyłam skrytki. Nie był
wymieniony w jej testamencie. Nie pojawił się w czasie mojego pobytu w Nowym Orleanie.
Dlaczego nie wspomniała o dziecku w swojej ostatniej woli? Na pewno każdy rodzic by tak
zrobił. I chociaż zrobiła pana Cataliadesa i mnie wykonawcami testamentu, nie powiedziała
tego żadnemu z nas - cóż, mi nie powiedziała - i tego, że zrzeka się praw do własnego
dziecka.
- Sookie, podasz masło? - spytała Amelia i po tonie jej głosu można było sądzić, że nie pyta
się o to pierwszy raz.
- Jasne. - odpowiedziałam - Może macie ochotę na szklankę wody albo jeszcze na kieliszek
wina?
Oboje zaprzeczyli.
Po kolacji zaproponowałam, że pozmywam naczynia. Amelia przystała na moją propozycję
po krótkiej chwili przerwy. Ona i jej ojciec mieli pobyć trochę czasu sami, nawet jeśli Amelii
nie odpowiadała ta perspektywa.
Pozmywałam i osuszyłam naczynia w względnym spokoju. Wytarłam blaty, zdjęłam obrus ze
stołu i wsadziłam go do pralki stojącej na otwartym ganku. Poszłam do pokoju i czytałam
przez chwilę, chociaż nie bardzo wiedziałam o co chodzi w fabule. W końcu, odłożyłam
książkę i wyjęłam pudełko z mojej szafki z bielizną. Pudełko zawierało wszystko co zabrałam
ze skrytki Hadley. Sprawdziłam nazwisko na akcie małżeństwa. Pod wpływem impulsu,
zadzwoniłam na informację.
- Potrzebuję się skontaktować z Remy’m Savoy’em. - powiedziałam.
- Jakie miasto?
- Nowy Orlean.
- Numer już nie jest aktualny.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Proszę spróbować Metairie.


- Niestety, proszę pani.
- Okej, dziękuję.
Oczywiście wiele osób wyjechało po Katrinie i wiele osób wyjechało już na stałe. Ludzie,
którzy uciekali przed huraganem w wielu przypadkach nie mieli powodu, żeby wracać. Nie
było gdzie mieszkać, nie było pracy w za dużej ilości przypadków.
Zastanawiałam się, jak mogę znaleźć byłego męża Hadley.
Do mojej głowy wpadłam bardzo nieprzyjemna myśl. Bill Compton był komputerowym
maniakiem. Może on byłby w stanie namierzyć Remy’ego Savoy’a, dowiedzieć się gdzie jest
teraz, odkryć czy dziecko jest z nim.
Obracałam tą myśl w głowie, tak samo jakbym miała usta pełne niezwykłego wina i
delektowała się nim. Przypominając sobie jednak naszą wymianę zdań dzień wcześniej na
ślubie, nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że pójdę prosić Billa o przysługę, chociaż był
odpowiednią osobą.
Fala tęsknoty za Quinnem niemal powaliła mnie na kolana. Quinn był sprytnym i obytym
facetem i z pewnością miałby dla mnie jakąś dobrą radę. Jeśli kiedykolwiek jeszcze go
spotkam.
Otrząsnęłam się. Mogłam usłyszeć samochód podjeżdżający pod wejście do domu. Tyrese
Marley wrócił po Cope’a. Wyprostowałam się i wyszłam z pokoju. Uśmiech nieugięcie
pojawił się na mojej twarzy.
Drzwi frontowe były otwarte i stał w nich Tyrese, prawie całkowicie je zakrywając. Był
wielki. Cope pochylił się, żeby pocałować córkę w policzek, a ona przyjęła to bez
najmniejszego śladu uśmiechu. Kot Bob wszedł przez drzwi i usiadł tuż obok niej. Wpatrywał
się w ojca Amelii szeroko otwartymi oczami.
- Masz kota, Amelia? Myślałem, że ich nie znosisz.
Bob skierował swoje spojrzenie na Amelię. Nikt i nic nie może się tak wpatrywać jak kot.
- Tato! To było lata temu! To jest Bob. I jest świetny. - Amelia podniosła z ziemi biało-
czarnego kot i przycisnęła do piersi. Bob wyglądał na zadowolonego z siebie i zaczął
mruczeć.
- Hmmm... Cóż, zadzwonię do ciebie. Proszę, uważaj na siebie. Nie znoszę myśli, że jesteś na
drugim końcu stanu.
- To tylko kilka godzin jazdy. - powiedziała Amelia, brzmiąc jak siedemnastolatka.
- No niby prawda. - brzmiąc ponuro, ale i czarująco. - Sookie, dziękuję ci za ten miły wieczór
- powiedział przez ramię córki.
Marley był w Merlotte’s sprawdzając czy może uzyskać trochę informacji o mnie; mogłam to
spokojnie wyczytać z jego umysłu. Dowiedział się tego i owego. Rozmawiał z Arlene, co
było złe, z naszym obecnym kucharzem i pomocnikiem kelnera, co było dobre. Miał ciekawy
raport do zdania.
W momencie, kiedy samochód odjechał, Amelia padła na kanapę z ulgą.
- Dzięki Bogu, że już pojechał. - powiedziała - Teraz wiesz o co mi chodziło?
- Tia. - odpowiedziałam. Usiadłam obok niej - Trzęsie niebem i ziemią, prawda?
- Zawsze taki był. Stara się utrzymywać dobre relacje, ale nie zgadzamy się w podstawowych
sprawach.
- Twój tata cię kocha.
- Wiem. Ale kocha też władzę i kontrolę.
To było trochę konserwatywne.
- I nie wie, że ty masz swoją własną formę kontroli.
- Nie, nie wierzy w to wcale. - powiedziała Amelia - Powie ci, że jest namiętnym Katolikiem,
co nie jest prawdą.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- W pewnym sensie, to dobrze. - odpowiedziałam - Jeśli wierzyłby w twoją władzę, jaką masz
będąc czarownicą, starałby cię wykorzystać w wielu własnych sprawach. A mogę się założyć,
że niektórych nie chciałabyś zrobić. - Powinnam się ugryźć w język, ale Amelia nie zaczęła
się bronić.
- Masz rację. - powiedziała - Nie chciałabym pomagać mu w polepszaniu interesów. Umie to
robić i bez mojej pomocy. Jeśliby zostawił mnie w spokoju to byłabym szczęśliwa. Zawsze
stara się poprawiać moje życie na swoich własnych warunkach. A naprawdę radzę sobie
dobrze.
- Kim była ta osoba, która dzwoniła do ciebie w Nowym Orleanie? - Mimo, że wiedziałam to
musiałam trochę poudawać - Fant, chyba tak się nazywała?
Amelia wzruszyła ramionami
- Octavia Fant jest moją mentorką. - powiedziała - Jest powodem dla którego opuściłam
Nowy Orlean. Wydaję mi się, że mój sabat zrobiłby mi coś bardzo nieprzyjemnego, gdyby
dowiedział się o Bobie. Ona jest w nim przewodniczącą. Albo przynajmniej w tym co z niego
zostało. Jeśli zostało cokolwiek.
- Uups.
- Tia, bez jaj. Teraz będę musiała zapłacić cenę tej zabawy.
- Myślisz, że się tu pojawi?
- Ja się zastanawiam dlaczego jeszcze się tu nie pojawiła.
Pomijając jej strach, Amelia strasznie się martwiła o swoją mentorkę po Katrinie. Włożyła
ogromny wysiłek, żeby znaleźć tą kobietę, chociaż nie chciała, aby Octavia znalazła ją.
Amelia bała się ujawnienia miejsca jej pobytu, szczególnie, że Bob wciąż był w kociej
formie. Powiedziała mi, że jej zabawa z transmutacją zostanie potraktowana bardzo
karygodnie, ponieważ wciąż była tylko stażystką, albo kimś takim.... jakkolwiek, kimś w
stylu nowicjusza. Amelia nie podzieliła się ze mną informacjami o hierarchii u czarownic.
- Nie pomyślałaś, żeby powiedzieć tacie, żeby nikomu nie mówił o twój miejscu pobytu?
- Proszenie go o coś takiego zaciekawiłoby go tak bardzo, że nie spocząłby zanim zniszczyłby
całe moje życie, żeby tylko się dowiedzieć o co chodzi. Nigdy nie sądziłam, że Octavia do
niego zadzwoni, skoro dobrze wie, jaki mam do niego stosunek.
To było całkiem... skomplikowane.
- Zapomniałam ci o czymś powiedzieć. - powiedziała nagle Amelia - Skoro już mówimy o
telefonach to Eric do ciebie dzwonił.
- Kiedy?
- Och, wczoraj w nocy, krótko przed tym zanim wróciłaś. Miałaś tyle do opowiedzenia, kiedy
weszłaś, że po prostu zapomniałam ci o tym powiedzieć. Poza tym, mówiłaś, że i tak
zamierzasz do niego dzwonić. No a ja byłam mocno przygnębiona przyjazdem mojego taty.
Przepraszam, Sookie. Obiecuję, że zapiszę sobie następnym razem.
To nie był już pierwszy raz, kiedy Amelia nie powiedziała mi o telefonie. Nie byłam zbytnio
zadowolona, ale było już po ptakach, a nasz dzień był wystarczająco stresujący. Miałam
nadzieję, że Eric dowiedział się czegoś w sprawie moich pieniędzy z którymi zalegała mi
królowa za moją służbę w Rhodes. Nie dostałam jeszcze czeku, a nie chciałam być namolna
od czasu, kiedy została poważnie ranna. Poszłam do mojego pokoju, żeby dodzwonić się do
Fangtasii, co powinno stać się momentalnie. Klub był otwarty każdej nocy, z wyjątkiem
poniedziałków.
- Fangtasia, bar z przekąsem. - odezwał się Clancy.
O, super. Mój „najukochańsiejszy” wampir. Ostrożnie przedstawiłam moją prośbę:
- Clancy, Sookie z tej strony. Eric prosił mnie, żebym oddzwoniła.
Chwila ciszy. Mogłam się założyć, że Clancy próbuje wymyślić jakąś dobrą wymówkę, żeby
tylko nie połączyć mnie z Ericiem. Widocznie stwierdził, że nie może.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Chwila. - odpowiedział. Po krótkiej przerwie, podczas której słuchałam „Strangers in the


Night”, Eric podniósł słuchawkę.
- Halo?
- Przepraszam, że nie zadzwoniłam wcześniej. Dopiero co się dowiedziałam, że dzwoniłeś.
Chciałeś porozmawiać w sprawie moich pieniędzy?
Chwila ciszy.
- Nie, o czymś zupełnie innym. Spotkasz się ze mną jutro wieczorem?
Zamarłam przy telefonie. Nie mogłam zebrać myśli w logiczną całość. Ostatecznie
powiedziałam:
- Eric, ja jestem z Quinnem.
- I jak długo się z nim nie widziałaś?
- Od Rhodes.
- Jak długo nie otrzymałaś wiadomości od niego?
- Od Rhodes. - mój głos był tępy. Nie byłam skora do rozmowy o tym z Ericiem, ale
ostatnimi czasy często dzieliliśmy się krwią, co związało nas ze sobą bardziej, niżbym sobie
tego życzyła. Tak właściwie to nienawidziłam naszej więzi, która między nami powstała. Ale
kiedy słyszałam jego głos, byłam automatycznie zadowolona. Kiedy byłam z nim, czułam się
piękna i szczęśliwa. I nic z tym nie mogłam zrobić.
- Myślę, że możesz mi poświęcić jeden wieczór. - powiedział Eric - Quinn cię nie
zarezerwował.
- A właśnie, że to zrobił.
- Quinn jest okrutny, obiecując ci, że będzie przy tobie i nie dotrzymując słowa. - Pojawił się
ciemny element w głosie Eric, cień złości.
- Wiesz co się z nim stało? - zapytałam - Wiesz gdzie może być?
Nastąpiła znacząca cisza.
- Nie. - bardzo łagodnie odpowiedział Eric - Nie wiem. Ale jest w mieście ktoś, kto chciałby
się z tobą spotkać. Obiecałem, że to zaaranżuję. Chciałbym cię zabrać do Shreveport
osobiście.
Więc to nie była taka randka randka.
- Mówisz o tym Jonathanie? Przyszedł na wesele i się przedstawił. Muszę powiedzieć, że
niezbyt przypadł mi do gustu. Bez obrazy, oczywiście, jeśli to twój przyjaciel.
- Jonathan? Jaki Jonathan?
- Mówię o takim Azjacie; może Tajlandczyk? Był na weselu Bellefleurów zeszłej nocy.
Powiedział, że chciał mnie zobaczyć, bo kiedy zatrzymał się w Shreveport, wiele o mnie
słyszał. Mówił, że był u ciebie, jak dobry, malutki, przejeżdżający przez stan wampirek.
- Nie znam go. - powiedział Eric. Jego głos stał się ostry - Popytam w Fangtasii czy
ktokolwiek go widział. I natychmiastowo przypomnę królowej o twojej zapłacie, chociaż ona
jest... nie jest do końca sobą. Tak więc wracając, zrobisz to o co cię proszę?
Wykrzywiłam się przed telefonem.
- No chyba. - powiedziałam - Kogo mam spotkać? I gdzie?
- Pozostawię tożsamość tej osoby w tajemnicy - odpowiedział Eric - Co do miejsca, to
pójdziemy na obiad do miłej restauracji. Do takiej do której nie musisz się stroić.
- Przecież ty nie jesz. Co będziesz robił?
- Przedstawię cię i zostanę tak długo, jak będziesz mnie potrzebować.
Zatłoczona restauracja brzmiała całkiem dobrze.
- Okej. - odpowiedziałam, niezbyt łaskawie - Kończę jutro koło szóstej, może szósta
trzydzieści.
- Będę u ciebie o siódmej.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Daj mi chociaż czas do siódmej trzydzieści. Muszę się przebrać. - Wiedziałam, że brzmię
zrzędliwie, ale tak właśnie się czułam. Nie mogłam znieść tej całej tajemnicy wokół
spotkania.
- Poczujesz się lepiej, kiedy mnie zobaczysz. - powiedział. I cholera, miał absolutną rację co
do tego.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział IV

Sprawdziłam mój kalendarz „Słowo Dnia”, kiedy czekałam, aż prostownica do włosów się
rozgrzeje. „Hermafrodyta”. Huh.
Nie wiedziałam do jakiej restauracji idziemy i nie miałam pojęcia z kim mam się tam spotkać,
więc wybrałam najwygodniejszą opcję, czyli błękitną, jedwabną koszulkę (której nie chciała
Amelia, bo twierdziła, że jest na nią za duża), czarne, luźne spodnie i czarne obcasy. Nie
noszę dużo biżuterii, więc włożyłam tylko złoty łańcuszek i małe, złote kolczyki. Miałam
ciężki dzień w pracy, ale byłam zbyt ciekawa wieczoru, żeby czuć się zmęczona.
Eric był punktualnie i poczułam (niespodzianka) falę przyjemności, kiedy go zobaczyłam. Nie
sądzę by dotyczyło to tylko i wyłącznie naszej metafizycznej więzi. Myślę, że każda
heteroseksualna kobieta poczułaby falę przyjemności w momencie w którym pojawiał się
Eric.
Był wysoki i musiał uchodzić za giganta w swoich czasach. Zbudowany był tak, aby trzymać
w dłoni wielki miecz i powalać nim swoich wrogów. Jego złote włosy, przypominające lwią
grzywę, odsłaniały dumne czoło.
Eric pochylił się, żeby pocałować mnie w policzek. Poczułam to przyjemne ciepło w środku
oraz bezpieczeństwo. To był efekt, jaki wywoływał we mnie Eric, od czasu, kiedy piliśmy
swoją krew ponad trzy razy. Dzielenie się krwią nie było przyjemnością, a koniecznością - a
przynajmniej tak mi się wydawało - ale cena, jaką za to płaciłam była wygórowana. Byliśmy
teraz związani, i kiedy był w pobliżu, czułam się absurdalnie szczęśliwa. Starałam się cieszyć
z tych uczuć, ale wiedza, że nie są to całkowicie moje naturalne odruchy, sprawiała mi
trudności. Kiedy zobaczyłam Corvettę Erica, byłam zadowolona, że włożyłam spodnie.
Skromne wchodzenie i wychodzenie z Corvetty było trudnym zadaniem, kiedy miało się na
sobie spódnicę.
Starałam się zagaić rozmowę podczas jazdy, ale Eric był dziwnie cichy. Próbowałam go
zapytać o Jonathana, tajemniczego wampira z wesela, ale Eric powiedział tylko:
- Porozmawiamy o tym później. Nie widziałaś go już, prawda?
- Nie. A powinnam?
Eric potrząsnął głową. Nastąpiła nieprzyjemna pauza. Po sposobie w jaki trzymał kierownicę,
mogłam stwierdzić, że przygotowuje się do powiedzenia czegoś, czego bardzo nie chciał
powiedzieć.
- Jestem zadowolony ze względu na ciebie, że Andre nie przeżył bombardowania. -
powiedział.
Najukochańsze dziecko królowej, Andre, zginął podczas wybuchu bomb w Rhodes. Ale to nie
bomba go zabiła. Quinn i ja wiedzieliśmy co się do tego przyczyniło: długi kawałek drewna,
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

który Quinn wbił w serce wampira, kiedy ten był obezwładniony. Quinn zabił Andre dla
mnie, bo wiedział że ma on plany wobec mojej osoby, od których robiło mi się niedobrze ze
strachu.
- Z pewnością królowa za nim tęskni. - powiedziałam ostrożnie.
Eric rzucił mi ostre spojrzenie:
- Królowa szaleje z rozpaczy. - powiedział - A jej leczenie zajmie jeszcze miesiące. Ale co ja
chciałem powiedzieć.... - jego głos zamilkł.
To nie brzmiało jak Eric.
- Co? - zaczęłam się domagać odpowiedzi.
- Uratowałaś mi życie. - powiedział. Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć, ale on patrzył
się prosto przed siebie. - Uratowałaś moje życie i życie Pam.
Poruszyłam się niespokojnie.
- Tia, no cóż. - Panna Elokwentna. Zapadła cisza, dopóki nie poczułam, że muszę coś
powiedzieć:
- Mamy tą jakąś więź krwi.
Eric odpowiedział od razu:
- To nie dlatego przyszłaś mnie obudzić w pierwszej kolejności w tym dniu kiedy wszystko
wybuchło. - powiedział - Ale nie będziemy teraz więcej o tym rozmawiać. Masz przed sobą
wielki wieczór.
Tak, szefie, odpowiedziałam opryskliwie, ale tylko w myślach.
Byliśmy w tej części Shreveport, którą nie za dobrze znałam. Zdecydowanie było to z dala od
centrum ze sklepami, które było mi całkiem dobrze znane. Byliśmy w sąsiedztwie dużych
domów wokół których rozciągały się wypielęgnowane trawniki. Przedsiębiorstwa były tu
małe i kosztowne... dla klienteli były to butiki. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie stała
grupa takich sklepów. Tworzyły literę L, a restauracja była na wierzchołku tej „litery”.
Nazywała się Les Deux Poissons. Przed nią stało może z osiem samochodów, a każdy z nich
wart był tyle, co moje roczne zarobki. Spojrzałam po sobie, na swoje ubranie i poczułam się
zmieszana.
- Nie przejmuj się, jesteś piękna. - powiedział cicho Eric. Pochylił się, żeby odpiąć mi pas (ku
mojemu zdziwieniu) i... mnie pocałował. Tym razem w usta. Jego jasno-niebieskie oczy
wyzierały z bladej twarzy. Wyglądał, jakby miał coś na końcu języka. Ale przeknął słowa,
wysiadł z samochodu i obszedł go, żeby otworzyć mi drzwi. Może nie byłam jedyną na którą
oddziaływała ta więź krwi, huh?
Z jego napięcia wnioskowałam, że czeka mnie jakieś wielkie wydarzenie i zaczynałam się
tym martwić. Eric wziął mnie za rękę, kiedy zmierzaliśmy ku restauracji. Masował kciukiem
moją dłoń. Byłam zaskoczona tym, że istniało bezpośrednie połączenie między moją dłonią a
moją, moją... kobiecością.
Weszliśmy do restauracji, gdzie była mała fontanna i ekran zasłaniający jedzących. Kobieta
stojąca na podium była czarna i piękna, włosy miała zgolone prawie do samej skóry. Miała na
sobie pomarańczową udrapowaną sukienkę i brązowe, najwyższe szpilki, jakie w życiu
widziałam. Spojrzałam na nią uważnie i poczułam jej umysł, była człowiekiem. Uśmiechnęła
się pięknie do Eric. Ze mną podzieliła się częścią tego uśmiechu.
- Impreza we dwoje? - spytała
- Jesteśmy z kimś umówieni. - odpowiedział Eric
- Och, ten dżentelmen...
- Tak.
- Proszę za mną. - Jej uśmiech niemal przesłoniła zazdrość, odwróciła się i z godnością poszła
w głąb restauracji. Eric gestem poprosił mnie, abym szła za nim. Wnętrze było całkiem
ciemne, świece migotały na stołach, przykrytych śnieżnobiałymi obrusami i zawiłymi,
pofałdowanymi serwetkami.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Patrzyłam na plecy hostessy, więc kiedy się zatrzymała, chwilę zajęło mi zrozumienie, że
przystanęła przy stoliku do którego mieliśmy się dosiąść. Odeszła kawałek od stolika.
Naprzeciwko mnie siedział ten piękny mężczyzna, którego widziałam na weselu dwie noce
wcześniej.
Hostessa obróciła się na swoim wysokim obcasie, dotknęła oparcia krzesła stojącego po
prawej mężczyzny, pokazując gdzie mam usiąść i powiedziała, że kelner zaraz przyjdzie.
Mężczyzna wstał, by pomóc mi usiąść. Rzuciłam spojrzenie Ericowi. Zachęcająco kiwnął
głową. Wślizgnęła się na krzesło, a mężczyzna popchnął ją z idealnym wyczuciem czasu.
Eric nie usiadł. Chciałam, żeby wytłumaczył mi co się dzieje, ale on się nie odzywał.
Wyglądał niemal smutno. Piękny mężczyzna patrzył na mnie uważnie.
- Dziecko - powiedział, aby zwrócić moją uwagę. Wtedy odgarnął swoje długie, piękne
włosy. Nikt z jedzących nie był w stanie zobaczyć tego, co mi pokazał. Jego ucho było
spiczaste. Był wróżem.
Znałam jeszcze dwóch innych wróżów. Ale unikali oni wampirów jak tylko mogli, ponieważ
zapach wróża był odurzający dla wampirów, jak miód dla niedźwiedzia. Według wampira,
który był obdarzony szczególnie wyczulonym zmysłem węchu, moja krew nosiła ślad wróżki.
- Okej. - powiedziałam, żeby oznajmić mu, że zrozumiałam.
- Sookie, to jest Niall Brigant. - powiedział Eric. Wymówił to „Nyi-al” - porozmawia z tobą
podczas kolacji. Będę na zewnątrz, jeślibyś mnie potrzebowała. - sztywno pochylił głowę
wróżowi i poszedł.
Patrzyłam jak odchodził i ogarnęła mnie fala niepokoju. Nagle poczuła dłoń na mojej.
Odwróciłam głowę i spotkała wzrok wróża.
- Tak jak powiedział, mam na imię Niall. - jego głos był jasny, bezpłciowy i donośny. Miał
zielone oczy, była to najgłębsza zieleń, jaką tylko możesz sobie wyobrazić. W migoczącej
świecy, kolor wydawał się nie liczyć-to była głębia, którą się zauważało. Jego dłoń była lekka
jak piórko, ale bardzo ciepła.
- Kim jesteś? - zapytałam i nie chodziło mi o powtórzenie imienia.
- Jestem twoim pradziadem. - powiedział Niall Brigant.
- O, cholera! - odpowiedziałam i zaraz zakryłam usta dłonią - przepraszam, po prostu... -
potrząsnęłam głową. - Pradziadek? - powiedziałam, starając się zrozumieć. Niall Brigant
mrugnął delikatnie. Gdyby zrobił to prawdziwy mężczyzna, wyglądałoby to zniewieściale, ale
nie u Nialla.
Wiele dzieciaków od nas nazywało swoich pradziadków „dziadziuś”. Chciałabym zobaczyć
jego reakcję na to. Ta myśl pomogła mi zebrać rozproszony umysł.
- Proszę, wytłumacz. - powiedziałam bardzo grzecznie. Kelner podszedł zapytać o
zamówienie i polecić specjalność dnia. Niall zamówił butelkę wina i łososia dla nas. Nie
spytał się mnie. Władczy.
Młody człowiek energicznie potakiwał. - Świetny wybór. - powiedział. Był wilkołakiem i
mimo że oczekiwałam, że będzie ciekawy Nialla (który był nieczęsto spotykaną istotą
nadnaturalną), to ja wyglądałam na bardziej interesującą według niego. Złożyłam to na karb
młodości kelnera i mojego biustu.
Widzisz, to dziwne, ale spotykając mojego zdeklarowanego krewnego: nigdy nie wątpiłam w
jego prawdomówność. To był mój prawdziwy pradziadek, a wiedza o nim wpłynęła na swoje
miejsce jak brakujący kawałek układanki.
- Wszystko ci opowiem. - powiedział Niall. Bardzo powoli, pokazując co chce zrobić,
pochylił się i pocałował mnie w policzek. Jego usta i oczy zmarszczyły się, kiedy jego twarz
ułożyła się do pocałunku. Jego siatka zmarszczek w żaden sposób nie ujęła nic z jego
piękności; był jak bardzo stary jedwab albo popękany obraz namalowany przez starożytnego
mistrza.
To była noc dostawania całusów.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Kiedy byłem jeszcze młody, może pięćset, sześćset lat temu, często bywałem wśród ludzi -
powiedział Niall - i za każdym razem wtedy i teraz, jako mężczyzna, byłem bardzo
zauważany wśród kobiet.
Rozejrzałam się dookoła, żeby nie gapić się na niego non stop, i zauważyłam dziwną rzecz:
nikt na nas nie patrzył, oprócz naszego kelnera. To znaczy nie było nawet żadnego zwykłego
spojrzenia. I żaden ludzki umysł nie zauważał naszej obecności. Mój pradziadek zamilkł,
kiedy się rozglądałam, a kiedy przestałam oceniać pomieszczenie, znowu przemówił:
- Kiedy pewnego dnia byłem w lesie zobaczyłem niesamowitą kobietę, miała na imię Einin.
Myślała, że jestem aniołem. - Zamilkł na chwilę - Była zachwycająca. - powiedział - Żywa,
wesoła i prosta. - Oczy Nialla skupiły się na mojej twarzy. Zastanawiałam się czy też myślał o
mnie, jak o Einin: prosta.
- Byłem wystarczająco młody, żeby się w niej zadurzyć, wystarczająco młody, żeby
zignorować nieuchronny koniec naszej znajomości, kiedy ona się zestarzeje, a ja nie. Ale
Einin zaszła w ciążę, co było szokiem. Wróżki i ludzie się nie krzyżują. Einin urodziła
bliźniaki, co jest dość powszechne wśród fae1. Einin i chłopcy przeżyli poród, co w tamtych
czasach było dalekie od normalności. Starszego nazwała Fintan, drugiego Dermot.
Kelner przyniósł nasze wino, a ja byłam oszołomiona tym, jak Niall zaczarował mnie swoim
głosem. Czułam się, jakbyśmy siedzieli w lesie przy ognisku, słuchając starożytnych legend i
nagle: cięcie! Byliśmy w nowoczesnej restauracji w Shreveport, Luizjanie, a naokoło byli inni
ludzie nie mający pojęcia, co się dzieje. Automatycznie sięgnęłam po kieliszek i wypiłam łyk
wina. Poczułam się poważniej.
- Fintan był pół-wróżem, twoim dziadkiem ze strony ojca, Sookie. - powiedział Niall
- Nie. Wiem kim był mój dziadek. - zauważyłam, że mój głos lekko drżał, ale wciąż mówiłam
cicho - Moim dziadkiem był Mitchell Stackhouse, który ożenił się z Adele Hale. Moim ojcem
był Corbett Hale Stackhouse i on z moją mamą zginęli w powodzi, kiedy byłam mała. Od
tego czasu byłam wychowywana przez moją babcię Adele. - chociaż pamiętałam wampira z
Mississippi, który wykrył u mnie ślad krwi wróżek, chociaż wierzyłam, że siedział przede
mną mój pradziadek, to nie mogłam sobie wyobrazić innego obrazka mojej rodziny.
- Jaka była twoja babcia? - zapytał Niall
- Wychowała mnie, chociaż nie musiała. - odpowiedziałam - Przygarnęła mnie i Jasona do
domu i ciężko pracowała nad naszym wychowaniem. Wszystkiego nauczyliśmy się od niej.
Kochała nas. Miała dwoje dzieci, które pochowała i to musiało zabić jakąś jej część, ale wciąż
była silna dla nas.
- Była piękna, kiedy była młoda. - powiedział Niall. Jego zielone oczy błądziły po mojej
twarzy, jakby starał się odnaleźć ślady jej piękna w swojej prawnuczce.
- Możliwe. - odpowiedziałam niepewnie. Nigdy nie myślisz o swojej babci w kategoriach
piękna, przynajmniej w normalnej kolei rzeczy.
- Widziałem ją, kiedy zaszła w ciążę z Fintanem. - powiedział Niall - Była śliczna. Jej mąż
powiedział jej, że nie może dać jej dzieci. Miał świnkę w złym momencie. To choroba,
prawda? - przytaknęłam - Pewnego dnia, kiedy trzepała dywan na sznurze, na tyłach domu w
którym mieszkasz, spotkała Fintana. Poprosił ją o szklankę wody. Był nią zachwycony. Ona
bardzo pragnęła dzieci, a on obiecał jej, że spełni jej pragnienie.
- Powiedziałeś, że wróżki i ludzie nie są płodni, kiedy się mieszają.
- Ale Fintan był tylko w połowie wróżem. I wiedział już, że jest w stanie dać kobiecie
dziecko. - usta Nialla skrzywiły się w grymasie - Pierwsza kobieta, którą kochał zmarła przy
porodzie, ale twoja babcia i jej syn mieli więcej szczęścia. A potem, dwa lata później, udało
jej się donosić córkę Fintana.
- Zgwałcił ją. - powiedziałam, niemalże chcąc w to wierzyć. Moja babcia była najbardziej
lojalną i prawdomówną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Nie mogłam sobie wyobrazić,
1
Chodzi tu o całość gatunku: wróżki, elfy, demony itd.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

że oszukiwała kogokolwiek w czymkolwiek, szczególnie, że przed obliczem Boga ślubowała


wierność mojemu dziadkowi.
- Nie, nie zrobił tego. Chciała mieć dzieci, chociaż nie zamierzała być niewierna mężowi.
Fintan nie dbał o uczucia innych i bardzo jej pragnął. - powiedział Niall - Ale nigdy nie
stosował przemocy. Nie mógłby jej zgwałcić. Jakkolwiek, mój syn potrafił nakłonić kobietę
do wszystkiego, nawet do czegoś, co było niemoralne w jej ocenie... a skoro była bardzo
piękna, tak jak on...
Próbowałam zobaczyć tą kobietę, która musiała być w babci, którą znałam. Nie potrafiłam.
- Jaki był twój ojciec, mój wnuk? - zapytał Niall
- Był bardzo przystojnym facetem. - powiedziałam - Dobrym pracownikiem. Dobrym tatą.
Niall uśmiechnął się delikatnie.
- Jaka była twoja matka w stosunku do niego? - pytanie ostro ucięło moje ciepłe wspomnienia
o ojcu
- Była, ach, była mu bardzo oddana. - możliwe, że tylko w ocenie jej dzieci.
- Obsesyjnie? - Niall nie osądzał, brzmiał jakby był pewny odpowiedzi.
- Wyjątkowo zazdrosna. - przyznałam - Chociaż miałam tylko siedem lat, kiedy zginęli, to
nawet wtedy mogłam to zobaczyć. Myślę, że wtedy wydawało mi się to normalne. Chciała
poświęcać mu całą swoją uwagę. Czasem ja i Jason staliśmy jej na drodze. I pamiętam, że
wtedy była bardzo zazdrosna. - starałam się wyglądać na zdziwioną, tak jakby zazdrość mojej
matki w stosunku do ojca była czarującym kaprysem.
- To wróż w nim sprawiał, że była tak bardzo zaborcza. - powiedział Niall - Niektórzy ludzie
tak się zachowują. Widziała w nim nadnaturalnego i to ją tak oczarowało. Powiedz mi, była
dobrą matką?
- Bardzo się starała. - wyszeptałam
Próbowała. Moja matka teoretycznie wiedziała jak być dobrą mamą. Wiedziała, jak dobra
matka zachowuje się w stosunku do dzieci. Podążała za schematami. Ale cała jej prawdziwa
miłość była zarezerwowana dla ojca, który był speszony intensywnością jej namiętności.
Teraz, jako osoba dorosła, byłam w stanie to dostrzec. Jako dziecko byłam zagubiona i
zraniona.
Czerwonowłosy wilkołak przyniósł nam nasza sałatkę i postawił ją przed nami. Chciał
zapytać nas czy chcemy coś jeszcze, ale był za bardzo przestraszony. Podniósł temperaturę
przy stoliku.
- Dlaczego teraz zdecydowałeś się ze mną spotkać? - zapytałam - Jak długo o mnie wiesz? -
położyłam serwetkę na kolanach i wzięłam widelec. Powinnam trochę zjeść. Marnotractwo
nie było częścią mojego wychowania. Wychowania przez babcię. Która uprawiała seks z pół-
wróżem (który przyszedł na podwórko jak bezpański pies). Wystarczająco dużo seksu w
wystarczającym czasie, żeby urodzić dwójkę dzieci.
- Wiem o twojej rodzinie od sześćdziesięciu lat, mniej więcej. Ale mój syn Fintan zabronił mi
widywać się z żadnym z was. - ostrożnie włożył do ust kawałek pomidora, trochę potrzymał,
popróbował i pogryzł. Jadł w taki sposób w jaki ja bym jadła będąc w hinduskiej albo
nikaraguańskiej restauracji.
- Co się zmieniło? - spytałam, ale znałam już odpowiedź - Twój syn już nie żyje.
- Tak. - odpowiedział i odłożył widelec - Fintan nie żyje. W końcu był w połowie
człowiekiem. Żył siedem stuleci.
Powinnam wygłosić jakąś opinię na ten temat? Czułam się tak sparaliżowana, jakby Niall
wstrzyknął nowokainę w sedno moich uczuć. Prawdopodobnie powinnam zapytać jak mój...
mój dziadek zmarł, ale nie mogłam się do tego zmusić.
- Tak więc zdecydowałeś się przyjść i mi to wszystko powiedzieć? Dlaczego? - byłam dumna
ze spokoju w moim głosie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Jestem już stary, nawet jak na mój gatunek Chciałbym cię poznać. Nie mogę naprawić
twojego życia, zmienionego przez dziedzictwo Fintana. Ale sprawię, że będzie trochę
łatwiejsze, jeśli mi pozwolisz.
- Możesz zabrać mi telepatię? - zapytałam Dzika nadzieja, zmieszana ze strachem rozbłysła
jak słońce.
- Prosisz mnie o usunięcie części tego, czym jesteś. Nie, nie mogę tego zrobić.
Opadłam na krześle. - Myślałam, że tylko zapytam. - walczyłam ze łzami - Mam trzy
życzenia, czy to tylko działa u dżinów?
Niall przypatrywał mi się bez cienia humoru.
- Nie chciałabyś spotkać dżina. - powiedział - I nie jestem obiektem do żartów. Jestem
księciem.
- Przepraszam. - powiedziałam - Strasznie trudno jest mi się z tym wszystkim uporać...
Pradziadku. - Nie pamiętałam moich ludzkich pradziadków. Moich dziadków - tak, właściwie
to jedno z nich nie było moim prawdziwym dziadkiem - nie wyglądał i nie zachowywał się
tak jak to piękne stworzenie. Mój dziadek Stackhouse zmarł szesnaście lat temu, a rodzice
mojej mamy zmarli, zanim stałam się nastolatką. Tak więc znałam moją babcie Adele
najlepiej ze wszystkich, właściwie to o wiele lepiej niż moich własnych rodziców.
- Hej, - powiedziałam - jakim cudem Eric sprowadził mnie do ciebie? Mimo wszystko jesteś
wróżem. Wampiry szaleją, kiedy poczują wróżki.
Właściwie to większość wampirów traciła nad sobą kontrolę, kiedy byli blisko wróżki. Tylko
bardzo zdyscyplinowane wampiry umiały się zachować, kiedy wróżka była w pobliżu. Moja
matka chrzestna - wróżka, Claudine, była przerażona pomysłem bycia gdziekolwiek w
pobliżu wampira.
- Mogę maskować swój zapach. - odpowiedział Niall - Widzą mnie, ale nie czują. Bardzo
wygodna magia. Mogę nawet powstrzymać ludzi przed dostrzeganiem mnie, jak już zdążyłaś
zauważyć.
Sposób w jaki to powiedział, dał mi do zrozumienia, że nie był tylko bardzo stary i bardzo
potężny, ale także bardzo dumny.
- To ty przysłałeś Claudine? - spytałam
- Tak. Mam nadzieję, że była pomocna. Tylko ludzie z częścią krwi wróżek mogą mieć takie
relacje z wróżką. Wiedziałem, że jej potrzebujesz.
- Och, tak, uratowała mi życie. - powiedziała. - była cudowna. - nawet zabrała mnie na
zakupy - Wszystkie wróżki są tak miłe jak Claudine albo tak piękne jak jej brat?
Claude, męski striptizer i obecnie przedsiębiorca, była tak przystojny jak tylko mężczyzna
może być i miał osobowość nadętego bufona.
- Kochana, - powiedział Niall - wszyscy jesteśmy piękni dla ludzi; ale niektóre wróżki
faktycznie są bardzo paskudne.
Okej, więc tu jest jakaś wada. Miałam silne wrażenie, że wiadomość o tym, że mam
pradziadka, pełnokrwistego wróża powinna być dobra, z punktu widzenia Nialla - ale nie była
to taka słodycz. Teraz chciałam dostać te złe wiadomości.
- Przez wiele lat żyłaś w ukryciu. -powiedział Niall - Po części dlatego, że Fintan tego chciał.
- Obserwował mnie? - prawie poczułam ciepło w sercu słuchając.
- Mój syn miał wyrzuty sumienia, że skazał dwójkę dzieci do życia w połowie tu, w połowie
tam, życia, którego sam doświadczył jako wróż, którym w pełni nie był. Obawiam się, że inni
z naszego gatunku nie byli dla niego życzliwi. - spojrzenie mojego pradziadka było spokojne -
Robiłem co mogłem, żeby go bronić, ale to nie wystarczało. Fintan odkrył także, że nie był na
tyle człowiekiem, żeby żyć pośród ludzi, a przynajmniej nie dłuższy czas.
- Normalnie tak nie wyglądasz? - spytałam, bardzo zaciekawiona.
- Nie. - to był ułamek sekundy, zobaczyłam niemalże oślepiające światło, w którego środku
był Niall, piękny i idealny. Nic dziwnego, że Einin uważała go za anioła.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Claudine mówiła, że pracuje nad swoją drogą. Co to znaczy? - zagubiłam się w tej
rozmowie. Czułam się powalona na kolana tą ilością informacji i walczyłam o to, żeby stanąć
na nogi w sensie emocjonalnym. Na razie bez efektów.
- Nie powinna ci tego mówić. - powiedział Niall. Przez chwilę widocznie sprzeczał się sam ze
sobą, zanim kontynuował.
- Zmiennokształtni są ludźmi z pokręconym kodem genetycznym, wampiry są martwymi
ludźmi przemienionymi w coś innego, ale wróżki mają swój podstawowy kształt w
obcowaniu z ludźmi. Jest wiele rodzajów wróżek - od tych groteskowych, jak gobliny, do
tych pięknych, jak my. - powiedział to niecałkiem przytomnie.
- Istnieją anioły?
- Anioły są tylko kolejną formą, i ten który się poddaje prawie całkowitej transformacji, to
jest to transformacja zarówno fizyczna, jak i wewnętrzna. Stanie się aniołem może zając setki
lat.
Biedna Claudine.
- Ale dosyć o tym. - powiedział Niall - Chciałbym cię poznać. Mój syn trzymał mnie z daleka
od twojego ojca i twojej ciotki, a potem od ich dzieci. Jego śmierć przyszła za późno, bym
mógł poznać twoją kuzynkę Hadley. Ale teraz mogę cię zobaczyć i dotknąć. - co,
przypadkowo, Niall właśnie robił nie do końca w sposób ludzki: kiedy jego ręka nie trzymała
mojej to była na moim ramieniu albo plecach. Nie był to sposób odpowiedni ludziom, ale nie
raniło mnie to. Nie byłam tak przerażona, jak mogłabym być, jeślibym nie wiedziała jak
Claudine lubiła dotyk. Dzięki temu, że nie miałam żadnych telepatycznych wiadomości od
wróżek, taki kontakt mogłam tolerować. Zwykła ludzka istota zbombardowałaby mnie
myślami, bo dotyk zwiększał intensywność telepatycznego kontaktu.
- Czy Fintan miał inne dzieci albo wnuki? - zapytałam. Byłoby miło mieć więcej rodziny.
- Porozmawiamy o tym później. - odpowiedział Niall, co automatycznie włączyło u mnie
czerwony alarm. - Teraz już trochę mnie znasz. Powiedz mi co mogę dla ciebie zrobić.
- Dlaczego masz coś dla mnie robić? - nasza rozmowa była wprost „genialna”. Nie
zamierzałam powtarzać czegoś takiego.
- Mogę powiedzieć, że miałaś ciężkie życie. I skoro teraz mogę cię zobaczyć, to pozwól
pomóc ci w jakiś sposób.
- Przysłałeś Claudine. Jest ogromną pomocą. - powtórzyłam. Bez pomocy mojego szóstego
zmysłu, miałam trudności w zrozumieniu mojego pradziadka, emocjonalnie i moralnie.
Żałował swojego syna? Jakie były ich relacje? Czy Fintan myślał, że robi dobrze trzymając
swojego ojca z dala od Stackhouse’ów przez te wszystkie lata? Czy Niall był złośliwy czy
miał złe intencje w stosunku do mnie? Mógłby zrobić mi coś strasznego bez kłopotu
poznawania mnie i fundowania drogiego obiadu.
- Nie wytłumaczysz mi nic więcej, huh?
Niall potrząsnął głową, włosy przemknęły mu po ramionach jak kosmyki złota i srebra z
niezwykłą wytwornością.
Zaświtał mi pomysł:
- Mógłbyś odnaleźć mojego chłopaka? - zapytałam z nadzieją.
- Masz mężczyznę? Oprócz wampira?
- Eric nie jest moim mężczyzną, ale od kiedy kilka razy dał mi swoją krew i dostał też moją...
- To właśnie dlatego spotkałem się z tobą przez niego. Masz z nim więź.
- Tak.
- Znam Erica Northmana od bardzo długiego czasu. Pomyślałem, że przyjdziesz, jeśli on cię
poprosi. Źle postąpiłem?
Zamarłam przez to pytanie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nie, proszę pana. - powiedziałam - Nie wydaję mi się, żebym przyszła, jeśliby mi nie
powiedział, że to jest ok. Nie przywiózłby mnie do ciebie, jeśliby ci nie ufał... a przynajmniej
tak sądzę.
- Chcesz żebym go zabił? Skończył więź?
- Nie! - powiedziałam, rozemocjonowana w ten zły sposób - Nie!
Kilkoro ludzi spojrzało w naszą stronę po raz pierwszy, słysząc moje wzburzenie, pomimo
wpływu mojego dziadka na nich.
- Inny chłopak. - powiedział Niall i wziął kolejny kawałek łososia - Kim jest i kiedy zaginął?
- Quinn, tygrysołak. - odpowiedziałam - Zniknął po eksplozji w Rhodes. Był ranny, ale
spotkałam się z nim potem.
- Słyszałem o Piramidzie. Byłaś tam?
Opowiedziałam mu o tym, a mój nowo-odkryty pradziadek słuchał z odświeżającym brakiem
osądzania. Nie był ani przerażony, ani wzburzony i nie było go mnie żal. Naprawdę mi się
podobało.
Podczas mojego monologu, miałam chwilę czasu, żeby zrobić porządek z emocjami.
- Wiesz co? - powiedziałam, kiedy nastąpiła naturalna pauza - Nie szukaj Quinna. Wie gdzie
jestem i ma mój numer. - Poza tym zna wszystkie możliwości kontaktu ze mną, pomyślałam
gorzko - Wydaję mi się, że pojawi się, kiedy będzie uważał to za stosowne. Albo i nie.
- Ale w takim razie zostawiasz mnie z niczym, co mógłbym zrobić dla ciebie w prezencie. -
odpowiedział mój pradziadek.
- Daj mi szansę na powtórkę. - uśmiechnęłam się, a potem wytłumaczyłam to wyrażenie - Na
pewno coś się kiedyś znajdzie. A czy mogłabym... Mogę mówić o tobie? Moim
przyjaciołom? - zapytałam - Pewnie nie. - Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że mówię
mojej przyjaciółce Tarze, że mam nowego pradziadka, który jest wróżem. Amelia mogłaby
okazać więcej zrozumienia.
- Chcę zachować naszą znajomość w sekrecie. - powiedział - Jestem szczęśliwy mogąc cię w
końcu spotkać i chciałbym cię lepiej poznać. - Pochylił się, żeby pocałować mnie w policzek -
Ale mam potężnych wrogów i nie chciałbym im podsuwać pomysłów skrzywdzenia ciebie,
po to żeby dotrzeć do mnie.
Kiwnęłam. Zrozumiałam. Ale posiadanie nowego krewnego i zakaz mówienia o nim był
przytłaczający. Dłoń Nialla przeniosła się z mojego policzka na rękę.
- A co z Jasonem? Też z nim porozmawiasz?
- Jason. - jego twarz wykrzywiła się z niesmakiem - Jakoś istota tego dziedzictwa minęła
Jasona. Wiem, że jest ulepiony z tej samej gliny co ty, ale u niego nasza krew objawiła się
tylko w zdolności zauroczenia kochanek, co szczerze mówiąc nie jest zbyt dobrą
rekomendacją. Nie zrozumiałby albo nie zaaprobowałby naszych stosunków.
Pradziadek wydawał się zniesmaczony mówiąc to. Chciałam powiedzieć coś na obronę
Jasona, ale zamknęłam usta. Musiałam w duchu przyznać Niallowi, że miał całkowitą rację.
Jason miałby pełno żądań i mógłby komuś się wygadać.
- Jak często będziesz w pobliżu? - powiedziałam zamiast tego, usilnie starając się nie brzmieć
nonszalancko. Wiedziałam, że wypowiadam się niezgrabnie, ale nie wiedziałam jak mam
ugruntować tą nową i dziwaczną znajomość.
- Postaram się cię odwiedzać, jak inny krewny. - odpowiedział
Z dużą trudnością próbowałam sobie to wyobrazić. Ja i Niall jedzący w Hamburger Palace?
Siedzący razem w ławce w kościele w niedziele? Nie sądzę.
- Myślę, że jest dużo spraw o których mi nie powiedziałeś. - powiedziałam bez ogródek.
- Dzięki temu będziemy mieli o czym rozmawiać następnym razem.. - odpowiedział,
niesamowicie zielone oko mrugnęło do mnie. Okej, to było niespodziewane. Podał mi
wizytówkę. kolejna rzecz której się nie spodziewałam. Widniało na niej tylko: „Niall Brigant”
i poniżej numer telefonu. - Możesz do mnie zadzwonić kiedy tylko chcesz. Ktoś odbierze.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Dzięki. Pewnie masz już mój numer telefonu? - przytaknął. Myślałam, że był gotowy do
wyjścia, ale jakoś zwlekał. Wydawał się do tego niechętny, tak samo jak ja.
- Więc... - zaczęłam, chrząkając - Co robisz cały dzień?
Nie mogę wytłumaczyć, jak dziwnie i przyjemnie było siedzieć z członkiem rodziny. Miałam
tylko Jasona, ale nie byliśmy specjalnie blisko, nie mówiliśmy sobie wszystkiego. Mogłam
czasem na niego liczyć, ale spędzać razem czas? To się nie zdarzało.
Mój pradziadek odpowiedział na moje pytanie, ale kiedy próbowałam sobie to później
przypomnieć, nie mogłam znaleźć w jego wypowiedzi nic konkretnego. Myślę, że załatwił
tajne wróżkowo-książęce sprawy. Powiedział mi, że ma udziały w banku, albo dwóch, firmie
produkującej meble ogrodowe i - co było dla mnie dziwne - firmie zajmującej się tworzeniem
i testowaniem eksperymentalnych leków.
Spojrzałam na niego wątpliwie.
- Leki dla ludzi. - powiedziałam, żeby być pewną, że rozumiem.
- Tak. W większej części - sprostował - Ale kilku naszych chemików pracuje nad specjalnymi
rzeczami dla nas.
- Dla wróżek.
Przytaknął, piękne, jedwabiste włos zafalowały wokół jego twarzy, kiedy się poruszył.
- W dzisiejszych czasach jest tyle żelaza. - powiedział - Nie wiem czy wiesz, ale jesteśmy
bardzo wrażliwi na żelazo. I dopóki cały czas nosimy rękawiczki, za bardzo rzucamy się w
oczy w dzisiejszym świecie.
Spojrzałam na jego prawą dłoń leżącą na mojej na obrusie. Wyciągnęłam palce i potarłam
jego skórę. Wydawała się dziwnie gładka.
- To jest jak niewidzialna rękawiczka. - powiedziałam
- Dokładnie. - przytaknął - To jeden z ich pomysłów. Ale dość o mnie.
Kiedy zaczęło być naprawdę interesująco, pomyślałam. Ale mogłam zrozumieć, że mój
pradziadek nie miał prawdziwego powodu do zaufania mi, żeby powierzać mi wszystkie
swoje tajemnice.
Niall pytał mnie o moją pracę, mojego szefa, moją rutynę, jak przystało na prawdziwego
pradziadka. Chociaż wyraźnie nie podobała mu się idea jego pracującej prawnuczki to część o
pracy w barze mu nie przeszkadzała. Tak jak mówiłam, Niall nie był łatwy do
rozszyfrowania. Jego myśli pozostawały jego, nieważne jak bardzo chciałam się do nich
dostać, ale zauważyłam też, że za każdym razem kiedy to robiłam, przestawał mówić.
W końcu obiad został zjedzony i kiedy spojrzałam na zegarek, byłam zaskoczona ilością
godzin która minęła. Musiałam iść. Następnego dnia musiałam iść do pracy. Miałam dla
siebie wymówkę, podziękowałam swojemu pradziadkowi (myślenie o nim w taki sposób,
wciąż przyprawiało mnie o gęsią skórkę) za posiłek i bardzo niepewnie pochyliłam się, żeby
pocałować go w policzek, tak jak pocałował mnie. Zdawał się wstrzymać oddech, kiedy to
robiłam. Jego skóra była miękka i połyskująca, jak gładka śliwka pod moimi ustami. Nawet
jeśli umiał wyglądać jak człowiek to nie czułam, żeby nim był.
Wstał, kiedy wychodziłam, ale został przy stole - pewnie, żeby załatwić sprawę z rachunkiem.
Wyszłam na zewnątrz bez rejestrowania czegokolwiek na mojej drodze. Eric czekał na mnie
na parkingu. Miał kilka butelek TrueBlood i czytał w samochodzie, który był zaparkowany
pod latarnią.
Byłam wykończona.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zszarpałam sobie nerwy podczas rozmowy z Niallem,
dopóki się z nim nie rozstałam. Chociaż siedziałam na wygodnym krześle przez cały posiłek,
byłam tak zmęczona, jakbyśmy rozmawiali biegając.
Niall może umiał maskować swój zapach przed Ericiem w restauracji, ale zauważyłam, że
nozdrza Erica zadrgały, kiedy wdychał odurzający zapach, pozostawiony na mnie przez
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Nialla. Oczy Erica zamknęły się w ekstazie i oblizał swoje usta. Czułam się jak kość rzucona
głodnemu psu.
- Przestań! - powiedziałam. Nie byłam w humorze.
Z wielkim wysiłkiem Eric się pohamował.
- Kiedy tak pachniesz, - powiedział - Chcę po prostu się z tobą pieprzyć i gryźć cię i ocierać
się o ciebie.
To było całkiem dokładny opis i nie powiem, że nie miałam chwili (ułamka sekundy
pomiędzy poczuciem szczęścia i strachu) wyobrażania sobie takiej sytuacji. Ale miałam
ważniejsze sprawy na głowie.
- Przyhamuj. - odpowiedziałam - Co wiesz o wróżkach? Oprócz tego jak smakują?
Eric spojrzał na mnie bardziej przytomnym wzrokiem:
- Są piękne, kobiety i mężczyźni. Niesamowicie wytrzymałe i brutalne. Nie są nieśmiertelne,
ale żyją bardzo długo, jeśli nic im się nie stanie. Można je zabić na przykład żelazem. Są
jeszcze inne sposoby, ale jest to trudne. Lubią przebywać ze sobą przez większość czasu. Są
powściągliwe. Nie wiem co jedzą i piją, kiedy są razem. Próbują też jedzenia innych kultur,
widziałem nawet jak wróżka próbowała krwi. Mają o sobie wyższe mniemanie, niż powinny
mieć. Kiedy dają ci słowo to go dotrzymują. - pomyślał przez chwilę - Używają innej magii.
Nie wszystkie potrafią to samo. I są bardzo magiczne. To ich istota. Nie mają żadnych bóstw
oprócz swojej własnej rasy, często są brane za bogów. W zasadzie niektóre z nich
otrzymywały cechy bóstw.
Zagapiłam się na niego
- Co masz na myśli?
- Cóż, nie mówię, że są święte. - powiedział Eric - Chodzi mi o to, że wróżki zamieszkujące
lasy, są tak silnie zżyte z lasem, że zranienie lasu było równoznaczne ze zranieniem wróżki.
Dlatego duża ich liczba ucierpiała. Oczywiste też jest, że my, wampiry nie jesteśmy w stanie
śledzić ich polityki i ich metod, dzięki którym przeżywają, bo jesteśmy zbyt niebezpieczni dla
nich... tylko dlatego, że uważamy je za odurzające.
Nigdy nie pomyślałam, żeby spytać Claudine o to wszystko. Po pierwsze, nie wyglądała, żeby
lubiła rozmowy o byciu wróżką, a kiedy w końcu pojawiała się, to najczęściej miałam
kłopoty, które niestety były całkowicie pochłaniające. Z innej jednak strony, wyobrażałam
sobie, że może jest niewielka ilość wróżek, żyjących na świecie, ale Eric powiedział mi, że
kiedyś było tyle wróżek, ile wampirów, chociaż rasa wróżek się zmniejszała.
W ostrym kontraście, wampirów - przynajmniej w Ameryce - przybywało. Były trzy ustawy o
imigracji wampirów, próbujące przejść przez Kongres. Ameryka wyróżniała się (tak jak
Kanada, Japonia, Norwegia, Szwecja, Anglia i Niemcy), jako miejsce, gdzie reakcja na
Wielkie Ujawnienie była stosunkowo spokojna.
W noc starannie zorganizowanego Wielkiego Ujawnienia, wampiry pojawiły się na całym
świecie w telewizji, radiu, osobiście, i w jakiejkolwiek innej formie, najlepszej dla danego
rejonu, żeby powiedzieć ludziom „Hej! My faktycznie istniejemy. Ale nie jesteśmy
zagrożeniem dla waszego życia! Nowa, japońska, syntetyczna krew zaspokaja nasze potrzeby.
Sześć lat po tym, jak dostałam jednej, wielkiej, szokującej dawki informacji, dzisiejszej nocy
dodałam wielką liczbę nowych informacji do mojego składu wiedzy o nadnaturalnych.
- Więc wampiry mają przewagę. - powiedziałam
- Nie jesteśmy w stanie wojny. Nie walczyliśmy od wieków.
- Więc w przeszłości wampiry i wróżki walczyli przeciwko sobie? To znaczy, taka
rozstrzygająca bitwa?
- Tak. - powiedział Eric - I jeśli dojdzie do tego ponownie, to pierwszy za którego się wezmę
to Niall.
- Dlaczego?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Jest bardzo potężny w świecie wróżek. Bardzo magiczny. Jeśli jest szczery w swoim
pragnieniu wzięcia cię pod swoje skrzydła, jednocześnie masz dużo szczęścia i dużo
nieszczęścia.
Eric zapalił samochód i wyjechaliśmy z parkingu. Nie widziałam Nialla wychodzącego z
restauracji. Może po prostu zniknął z jadalni. Miałam nadzieję, że najpierw zapłacił rachunek.
- Myślę, że muszę cię poprosić o wytłumaczenie tego. - powiedziałam. Ale miałam
przeczucie, że nie chcę znać wyjaśnienia.
- Kiedyś były tysiące wróżek na terenie Stanów Zjednoczonych. - odpowiedział Eric - Teraz
są tylko setki. A ci co zostali są bardzo zdeterminowanymi ocalałymi. I nie wszyscy są
przyjaciółmi księcia.
- Och, super. Potrzebuję kolejnej nadnaturalnej grupy, która mnie nie lubi. - wymamrotałam.
Jechaliśmy przez noc w ciszy, kierując się z powrotem na międzystanową, która zaprowadzi
nas na wschód do Bon Temps. Eric wydawał się głęboko pogrążony w myślach. Ja również
miałam o czym myśleć; więcej niż tylko o zjedzonym obiedzie.
Poczułam, że mimo wszystko jestem szczęśliwa. To dobre mieć krewnego w spóźnionym
pradziadku. Niall wydawał się autentycznie niespokojny w umacnianiu naszej relacji. Wciąż
miałam masę pytań, ale mogły one poczekać dopóki nie poznamy się bliżej.
Corvetta Erica jechała cholernie szybko, a Eric niespecjalnie przejmował się ograniczeniami
prędkości na międzystanowej. Nie byłam szczególnie zaskoczona, kiedy zobaczyłam
migające światła za nami. Byłam tylko zdziwiona, że policja chciała dogonić Erica.
- Ahm. - powiedziałam, a Eric zaklął w języku, który prawdopodobnie nie był głośno
mówiony od stuleci. Ale nawet szeryf Obszaru Piątego musiał przestrzegać ludzkiego prawa
w tych czasach, albo przynajmniej udawać. Eric zjechał na pobocze.
- Z rejestracją BLDSKR2, czego się spodziewałeś? - zapytałam, niespecjalnie kryjąc się z
radością w tym momencie. Zobaczyłam ciemny kształt policjanta przy samochodzie za nami,
podchodzącego z czymś, podkładką do pisania, latarką?
Przyjrzałam się uważniej. Skoncentrowałam się. Silna fala agresji i strachu dotarła do mojego
wewnętrznego „ucha”.
- Wilkołak! Coś jest nie w porządku. - powiedziałam, a ręka Erica popchnęła mnie na
podłogę, co pewnie dałoby mi więcej, jeśli samochód byłby jakikolwiek inny niż Corvetta.
Wtedy policjant podszedł do okna i chciał mnie zastrzelić.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział V

Eric odwrócił się do okna, zablokował resztę samochodu przed strzelcem i złapał go za szyję.
Przez jeden, straszny moment Eric opadł na siedzenie, jego twarz zbladła, a ciemna krew
popłynęła powoli po jego bladej skórze. Krzyknęłam, jakby hałas mógł mnie obronić, a
pistolet wycelował we mnie.
Ale robiąc to musiał być totalnym idiotą. Dłoń Erica zacisnęła się na nadgarstku mężczyzny i
Eric zaczął ściskać. „Policjant” zaczął wrzeszczeć, wymachując w kierunku Erica wolną ręką.
Broń spadła na mnie. Miałam szczęście, że nie wystrzeliła, kiedy upadła. Nie wiem za dużo o
pistoletach, ale ten był duży i wyglądał śmiercionośnie. Wydostałam się, usiadłam we
właściwej pozycji i wycelowałam ją w kierunku strzelca.
Zamarł w miejscu, w połowie w samochodzie, w połowie na zewnątrz. Eric zdążył już złamać
mu rękę i wciąż trzymał w mocnym uścisku. Ten kretyn powinien bardziej obawiać się
2
BLDSKR - od bloodsucker, czyli krwiopijca
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

wampira, który go trzymał, niż kelnerki która ledwo wiedziała, jak strzelić z broni. Ale to
pistolet przykuł jego uwagę.
Jestem pewna, że słyszałabym, jeśli patrole zdecydowałyby się strzelać do kierowców
przekraczających prędkość zamiast spisywania ich.
- Kim jesteś? - spytałam, i chyba nikt mnie nie winił, słysząc, że mój głos nie jest spokojny -
Kto cię przysłał?
- Kazali mi. - wyszeptał wilkołak. Teraz miałam chwilę na dostrzeżenie szczegółów.
Zauważyłam, że nie nosił odpowiedniego, policyjnego munduru. Jego ubranie było we
właściwym kolorze, czapka była właściwa, ale spodnie nie były spodniami od munduru.
- Oni, czyli kto? - zapytałam
Kły Erica zacisnęły się na ramieniu wilkołaka. Mimo swojej rany, Eric wpychał fałszywego
policjanta do samochodu, centymetr po centymetrze. Było to sprawiedliwe, że Eric pije krew,
bo stracił dużo swojej. Napastnik zaczął płakać.
- Nie pozwól, żeby zmienił mnie w jednego z nich! - błagał mnie
- Miałbyś dużo szczęścia. - powiedziałam, nie dlatego, że myślałam, że bycie wampirem jest
tak cholernie fantastyczne, tylko że byłam pewna, iż Eric ma coś o wiele gorszego na myśli.
Wysiadłam z samochodu, bo nie było sensu w próbowaniu uwolnienia wilkołaka od Erica.
Nie posłuchałby mnie w tak silnym pożądaniu krwi. Moja więź z Ericiem była decydującym
czynnikiem w tej decyzji. Byłam szczęśliwa, że dobrze się bawił, pijąc krew której
potrzebował. Byłam wściekłą, że ktoś chciał go zranić. Pomimo tego, że te odczucia
normalnie nie pojawiały się na mojej emocjonalnej palecie, ale wiedziałam kto był temu
winny. Dodatkowo wnętrze Corvetty robiło się nieprzyjemnie zatłoczone ze mną, Ericiem i
dużą częścią wilkołaka.
Jakimś cudem, nie było żadnych przejeżdżających samochodów, kiedy podbiegałam do
samochodu napastnika, który (nie za bardzo mnie to zaskoczyło) został zmieniony w biały
samochód z nielegalnymi migającymi elementami. Wyłączyłam światła i, dzięki wciskaniu i
rozłączaniu każdego przycisku i drutu, udało mi się wyłączyć migacze. Teraz nie byliśmy tak
bardzo rzucający się w oczy. Eric wyłączył światła Corvetty chwilę przed nieprzyjemnym
spotkaniem.
Szybko spojrzałam w głąb białego auta, ale nie zauważyłam koperty z dopiskiem „rewelacje
na temat tego kto mnie zatrudnił, na wypadek gdyby mnie złapano”. Potrzebowałam
wskazówki. Powinien przynajmniej być jakiś zwitek papieru z numerem telefonu, dzięki
któremu mogłabym się zwrócić w odpowiednim kierunku podczas poszukiwań. Jeślibym
wiedziała, jak takowe przeprowadzać. Dranie. Powoli wróciłam do samochodu Erica,
zauważając, że nie było już żadnych nóg wystających z okna kierowcy, dzięki czemu
Corvetta wyglądała mniej podejrzanie. Ale musieliśmy jak najszybciej uciekać. Wsiadłam do
Corvetty, która okazał się pusta. Jedyne co przypominało o zdarzeniu to krwawy ślad na
siedzeniu Erica. Wyciągnęłam chusteczkę z torebki, naplułam na nią i zaczęłam ścierać krew.
Niezbyt eleganckie rozwiązanie, ale praktycznie.
Nagle Eric był obok mnie i musiałam zdusić w sobie krzyk przerażenia. Wciąż był
podniecony niespodziewanym atakiem, popchnął mnie na moją stronę samochodu, trzymając
moją głowę pod odpowiednim katem do pocałowania. Poczułam gwałtowne pożądanie i
byłam bliska powiedzenia „A w cholerę z tym wszystkim, weź mnie teraz, ty duży Wikingu”.
To nie tylko nasza więź nakłania mnie do zaakceptowania jego milczącej propozycji, ale też
pamięć, jak niesamowity Eric był w łóżku. Ale pomyślałam o Quinnie i odsunęłam się od ust
Erica z wielkim wysiłkiem.
Przez sekundę myślałam, że nie odpuści, ale zrobił to.
- Pokaż, - powiedziałam roztrzęsionym głosem i odchyliłam kołnierzyk, żeby zobaczyć ranę
postrzałową. Eric był już prawie wyleczony, ale oczywiście jego koszula była wciąż wilgotna
od krwi.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- O co chodziło? - zapytał - To był twój wróg?


- Nie mam zielonego pojęcia.
- Strzelił w twoim kierunku. - powiedział Eric - Chciał cię w pierwszej kolejności.
- Ale co jeśli zrobił tak, bo chciał zranić ciebie? Co jeśli chciał zwalić na ciebie moją śmierć?
Byłam tak zmęczona byciem obiektem spisków, że chciałam, żeby to Eric był celem. Nagle
inna myśl uderzyła we mnie:
- Jak oni nas znaleźli?
- Ktoś, kto wiedział, że będziemy wracać do Bon Temps dzisiejszej nocy. - odpowiedział Eric
- Ktoś, kto wiedział w jakim będziemy samochodzie.
- To nie mógłby być Niall. - powiedziałam i wtedy przemyślałam ponownie aspekt lojalności
wobec mojego nowego, ogłoszonego przez samego siebie, pradziadka. W końcu mógł kłamać
przez całe nasze spotkanie. Skąd mogłam to wiedzieć? Nie mogłam dostać się do jego myśli.
Moja ignorancja dziwnie we mnie uderzyła.
Ale nie wierzyłam w to, że Niall kłamał.
- Również nie uważam, że to była wróżka. Ale lepiej porozmawiamy o tym w drodze. To nie
jest dobre miejsce do rozmowy.
Co do tego miał rację. Nie wiedziałam, gdzie umieścił ciało i uświadomiłam sobie, że
niewiele mnie to obchodzi. Jeszcze rok temu byłabym rozdarta pomysłem porzucenia ciała.
Obecnie byłam zadowolona, że to nie ja leżałam w lesie.
Byłam okropna w kwestii Chrześcijaństwa i całkiem niezła w kwestii przeżycia.
Kiedy jechaliśmy przez ciemność, rozmyślałam nad pustką rozciągającą się przed nami, która
czekała na mój kolejny krok. Czułam się opuszczona. Coraz trudniejsze było dla mnie
pozostawanie przy tym co jest dobre, kiedy to korzystne miało większy sens. Naprawdę, mój
umysł nieludzko mi podpowiedział: czy naprawdę nie rozumiem, że Quinn mnie porzucił?
Czy nie pozostałby w kontakcie, jeśliby uważał nas za parę? Czy nie miałam zawsze słabości
do Erica, który w kwestii seksu był jak burza z piorunami? Czy nie dostałam wielkiego
dowodu na to, że Eric mógłby mnie chronić lepiej niż nikt inny kogo znam?
Mogłam przyznać, że zszokowałam się sama sobą.
Jeśli zastanawiasz się kto ma być twoim kochankiem pod kątem jego zdolności do bronienia
cię, zbliżasz się do selekcjonowania mężczyzn ze względu na geny, które przekażą przyszłym
pokoleniom. I jeśliby była możliwość, że mogłabym nosić dziecko Erica (taka myśl
przyprawiała mnie o dreszcze), byłby na szczycie listy, listy której nawet nie wiedziałam, że
stworzyłam. Wyobraziłam sobie siebie jako samiczkę pawia szukającą pawia z
najładniejszym ogonem, albo jako wilczycę czekającą na samca alfa (najsilniejszego,
najbystrzejszego, najodważniejszego).
Okej, poczułam do siebie obrzydzenie. Byłam ludzką kobietą. Starałam się być dobrą kobietą.
Musiałam odnaleźć Quinna, bo oddałam się mu... w pewnym sensie.
Nie, dość kłócenia się!
- O czym myślisz Sookie? - zapytał Eric w ciemności - Przez twoją twarz przebiegają emocje
tak szybko, że trudno je uchwycić.
Fakt, że mógł mnie obserwować - nie tylko w ciemności, ale że w tym czasie powinien
patrzeć na drogę - był irytujący i przerażający. I był to dowód na jego przewagę nad innym,
powiedziała moja wewnętrzna, jaskiniowa kobieta.
- Eric, po prostu zawieź mnie do domu. Jestem przeładowana emocjami.
Więcej się nie odezwał. Może był mądry, albo może gojenie było bolesne.
- Musimy jeszcze o tym porozmawiać. - powiedział, kiedy wjeżdżał na mój podjazd.
Zaparkował od frontu i odwrócił się do mnie na tyle, na ile mógł w małym samochodzie.
- Sookie, boli mnie... Mógłbym...
Pochylił się, dotykając palcami mojej szyi.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Przez chwilę, moje ciało mnie zdradziło. Odczułam tętno zdecydowanie za nisko i to po
prostu było złe. Osoba nie powinna być podniecona myślą o byciu ugryzioną. To złe, prawda?
Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie boleśnie wbiły mi się w skórę.
Teraz, kiedy mogłam go lepiej zobaczyć, kiedy wnętrze samochodu było jaśniejsze dzięki
„bezpiecznemu światłu” zauważyłam, że Eric jest bledszy niż zazwyczaj. Kiedy patrzyłam,
pocisk powoli wychodził z rany, Eric miał zamknięte oczy. Milimetr po milimetrze, kula
wypadła wprost na moją wyciągniętą dłoń. Pamiętałam, że Eric zmusił mnie to wysysania
pocisku z jego ramienia. Ha! Co za kłamca. Pocisk wyszedłby i tak i tak. Moje oburzenie
sprawiło, że poczułam się bardziej sobą.
- Myślę, że możesz zrobić to w domu. - powiedziałam, mimo że czułam niemalże
zwyciężającą we mnie potrzebę pochylenia się i zaoferowania mu szyi albo nadgarstka.
Zacisnęłam zęby i wysiadłam z samochodu.
- Możesz zatrzymać się w Merlotte’s i kupić butelkę krwi, jeśli naprawdę jej potrzebujesz.
-Masz serce z kamienia - powiedział Eric, ale nie brzmiał, jakby był zły albo znieważony.
- Mam. - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego - Bądź ostrożny, słyszysz?
- Oczywiście. - odpowiedział - Nie będę się zatrzymywał z powodu żadnego policjanta.
Zmusiłam się do wmaszerowania do domu, bez patrzenia za siebie. Kiedy byłam w środku i
zatrzasnęłam drzwi frontowe, poczułam natychmiastową ulgę. Zastanawiałam się czy
odwracałabym się za każdym krokiem, kiedy od niego odchodziłam. Ta więź krwi byłam
niesamowicie irytująca. Jeśli nie będę ostrożna i czujna, mogę zrobić coś, czego będę potem
żałować.
- Jestem kobietą, usłysz mój zew. - powiedziałam na głos.
- Bosz, czemu to powiedziałaś? - zapytała Amelia, a ja podskoczyłam. Wyszła z kuchni w
koszuli nocnej pasującej do szlafroka, brzoskwiniowego z kremową koronką. Wszystko w
Amelii było ładne. Nigdy nie uśmiechała się szyderczo patrząc na moje nawyki w kupowaniu,
ale sama nigdy nie włożyła czegoś, co byłoby z Walmartu.
- Miałam ciężki wieczór. - powiedziałam. Spojrzałam po sobie. Tylko trochę krwi na
niebieskiej, jedwabnej bluzce. Muszę to namoczyć. - Jak się mają sprawy tutaj?
- Octavia zadzwoniła. - odpowiedziała Amelia i chociaż starała się mówić spokojnym głosem,
to czułam od niej fale niepokoju.
- Twoja mentorka. - nie byłam na najwyższych obrotach.
- Tia, jedna i jedyna. - Pochyliła się, żeby podnieść Boba, która zdawał się być zawsze w
pobliżu, kiedy Amelia była zmartwiona. Przytuliła go i schowała twarz w jego sierści. -
Słyszała, oczywiście. Nawet po Katrinie i wszystkich zmianach w jej życiu, jakie u niej zaszły
po huraganie, musi uczepić się błędu. (Tak właśnie nazywała to Amelia - błąd)
- Ciekawe jak nazywa to Bob. - powiedziałam
Amelia spojrzała na mnie ponad głową Boba i od razu wiedziała, że było to niezbyt taktowne.
- Przepraszam, nie pomyślałam. Ale może trochę nierealistycznie byłoby myślenie, że możesz
wyjść z tego bez przysłowiowego rachunku, huh?
- Masz rację. - odpowiedziała. Nie wydawała się szczęśliwa z powodu mojej racji, ale
przynajmniej to powiedziała. - Źle zrobiłam. Próbowałam zrobić coś, czego nie powinnam i
teraz Bob płaci za to cenę.
Łoł, kiedy Amelia w końcu zdecydowała się przyznać, to poszła po całości...
- No cóż, przyjmę moją karę. - powiedziała - Może będę miała zakaz praktykowania magii
przez rok. Może dłużej.
- Och, to wydaję się trochę ostre. - odpowiedziałam. W mojej wyobraźni, jej mentorka po
prostu zbeszta Amelię przed grupą magików, czarnoksiężników , czarownic albo jak-tam-to-
się-nazywa, i wtedy znowu przemienią Boba. On od razu przebaczy Amelii i powie, że ją
kocha. A kiedy to powie to powtórzy to całe zgromadzenie i Amelia z Bobem wrócą do
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

mojego domu i będą tu żyć razem... przez całkiem długą chwilę (nie byłam specjalnie
szczegółowa co to ostatniej części).
- To jest najłagodniejsza wersja kary. - powiedziała Amelia
- Och.
- Nie chcesz wiedzieć o innych. - Miała rację. Nie chciałam. - Więc na jakie to tajemnicze
spotkanie wziął cię Eric? - zapytała.
Amelia nie mogłaby zdradzić celu naszej podróży albo trasy, którą jechaliśmy; nie miała
pojęcia, gdzie byliśmy.
- Och, hm... po prostu chciał mnie zabrać do nowej restauracji w Shreveport. Ma francuską
nazwę. Całkiem fajna.
- Więc to było jak randka? - mogłam powiedzieć, że zastanawiam się, jakie miejsce zajmuje
Quinn w mojej relacji z Ericiem.
- Och, nie, nie jak randka. - powiedziałam, brzmiąc nieprzekonywująco nawet dla samej
siebie - Żadnych akcji typu facet-dziewczyna. Po prostu, wiesz, spędzanie czasu ze sobą. -
Całowanie. Strzelanie.
- Z całą pewnością jest przystojny. - powiedziała Amelia.
- Tia, nie ma wątpliwości co do tego. Spotkałam kilku wybornych facetów. Pamiętasz
Claude’a? - pokazałam Amelii plakat, który przyszedł pocztą dwa tygodnie wcześniej. Było
to zdjęcie okładki romansu, do której pozował. Była pod wrażeniem - a która by nie była?
- Ach... poszłam zobaczyć striptiz Claude’a tydzień temu. - Nie mogłam złapać jej wzroku.
- I nie zabrałaś mnie ze sobą! - Claude był bardzo nieprzyjemną osobą, zwłaszcza w
zestawieniu ze swoją siostrą, Claudine, ale był również niezaprzeczalnie boski. Był
ucieleśnieniem męskiej piękności w stratosferze Brada Pitta. Oczywiście był gejem.
Zgadłabyś?
- Poszłaś, kiedy pracowałam?
- Myślałam, że nie będzie ci się to podobać. - powiedziała, schylając nagle głowę - To znaczy,
od kiedy jesteście przyjaciółkami z jego siostrą. Poszłam z Tarą. JB pracował. Jesteś zła?
- Heh, nie. Jest mi to obojętne. - moja przyjaciółka Tara miała sklep z ubraniami i jej nowo
poślubiony mąż, JB, pracował w centrum sportowym dla kobiet. - Chciałabym zobaczyć
Claude’a, który zachowuje się, jakby dobrze się bawił.
- Myślę, że właśnie tak było. - odpowiedziała - Nie ma nikogo, kto kochał by Claude’a
bardziej, niż on sam, prawda? Więc wszystkie te patrzące i podziwiające go kobiety... Nie
lubi kobiet, ale lubi być podziwiany.
- Prawda. Pójdźmy kiedyś razem go zobaczyć.
- Okej. - powiedziała i mogłam stwierdzić, że znowu była wesoła. - A teraz powiedz mi, co
zamówiłaś w tej nowej, wymyślonej restauracji. - powiedziałam jej. Ale przez cały czas
miałam nadzieję, że nie będę musiała milczeć o moim pradziadku. Tak bardzo chciałam
powiedzieć o nim Amelii: jak wyglądał, co powiedział, to, że miałam jeszcze dużo pytań. Ale
zajęło mi chwilę przypomnienie sobie, ile czasu moja babcia musiała wytrzymać, żeby
zmienić sobie jej obraz w ciągu sekundy w obliczu faktów, których się dowiedziałam. I
musiała ponownie rozważyć nieprzyjemne wspomnienia o mojej mamie. Wpadła po uszy w
miłości do mojego ojca i miała z nim dzieci, ponieważ go kochała... tylko po to, żeby
dowiedzieć się, że nie chce dzielić się nim z nikim, szczególnie ze mną, kolejną kobietą. Taki
przynajmniej był mój nowy wgląd w sytuację.
- Było też trochę więcej spraw - powiedziałam, ziewnęłam szeroko. Było bardzo późno. - Ale
muszę już iść do łóżka. Ktoś do mnie dzwonił?
- Ten wilkołak ze Shreveport. Chciał z tobą porozmawiać, powiedziałam mu, że wyszłaś na
cały wieczór i powinien zadzwonić na twoją komórkę. Pytał się czy może się z tobą spotkać,
ale powiedziałam, że nie wiem gdzie jesteś.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Alcide. - powiedziałam - Ciekawe czego chciał. - Muszę zadzwonić do niego następnego


dnia.
- I jakaś dziewczyna dzwoniła. Mówiła, że była kiedyś była kelnerką w Merlotte’s i że
widziała cię na weselu poprzedniej nocy.
- Tanya?
- Tak, tak się nazywała.
- Czego chciała?
- Nie wiem. Powiedziała, że zadzwoni jutro albo zobaczy się z tobą w barze.
- Cholera. Mam nadzieję, że Sam jej nie zatrudnił na zastępstwo czy coś.
- Myślałam, że to ja jestem dziewczyną w zastępstwie.
- Tia, dopóki ktoś nie odejdzie. Ostrzegam cię: Sam ją lubi.
- A ty nie?
- Jest wredną, zdradliwą suką.
- Bosz, powiedz mi co konkretnie masz na myśli.
- Nie żartuję, Amelia. Wzięła posadę w Merlotte’s, żeby móc szpiegować mnie dla Peltów.
- A, to ta. Cóż, nie będzie tego więcej robić. Podejmę jakieś kroki.
To była bardziej przerażająca myśl niż praca z Tanyą. Amelia była silną i utalentowaną
czarownicą, nie zrozum mnie źle, ale miała skłonności do próbowania czegoś, czego dobrze
nie znała na swoim poziomie doświadczenia. Stąd Bob.
- Proszę, lepiej powiedz mi najpierw, zanim coś zrobisz. - powiedziałam, a Amelia wyglądała
na zaskoczoną.
- Cóż, jasne. - odpowiedziała - A teraz pójdę już do łóżka.
Poszła na górę po schodach z Bobem w ramionach. Ja skierowałam się do mojej małej
łazienki, żeby zmyć makijaż i włożyć koszulę nocną. Amelia nie zauważyła plamy krwi na
mojej bluzce. Włożyłam ją do umywalki, żeby ją namoczyć.
Co to był za dzień. Spędziłam czas z Ericiem, który zawsze mnie czymś zirytował i znalazłam
żyjącego krewnego, który nie był człowiekiem. Dowiedziałam się masy rzeczy o mojej
rodzinie, większości nieprzyjemnych. Jadłam w luksusowej restauracji, chociaż z trudnością
mogłam sobie przypomnieć co jadłam. I w końcu, strzelano do mnie.
Kiedy wdrapałam się do łóżka, odmówiłam modlitwy i starałam się umieścić Quinna na
szczycie mojej listy. Myślałam, że podekscytowanie z powodu odnalezienia mojego
pradziadka, nie pozwoli mi zasnąć, ale zasnęłam w połowie proszenia Boga o pomoc w
odnalezieniu drogi przez moje moralne bagno spowodowane udziałem w zabójstwie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział VI

Rozległo się stukanie do drzwi, jakąś godzinę przed czasem, zanim zamierzałam się obudzić.
Usłyszała je tylko dlatego, że Bob wszedł do mojego pokoju i wskoczył mi na łóżko, gdzie
nie powinien być. Usadowił się za moimi kolanami, kiedy leżałam na boku. Głośno
zamruczał, sięgnęłam w dół, żeby podrapać go za uszami. Kochałam koty. Nie
powstrzymywało mnie to przed lubieniem psów i tylko fakt, że byłam często poza domem
powstrzymywał mnie przed wzięciem szczeniaka. Terry Bellefleur oferował mi jednego, ale
wahałam się do czasu, kiedy nie było już żadnego. Zastanawiałam się, czy Bob miałby mi za
złe, gdybym sprowadziła mu kocią towarzyszkę. Czy Amelia byłaby zazdrosna, jeślibym
kupiła kotkę? Musiałam się uśmiechnąć, kiedy mościłam się w łóżku.
Nie spałam już jednak i słyszałam pukanie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Wymruczałam kilka słów w kierunku osoby za drzwiami, włożyłam kapcie i mój niebieski
szlafrok. Ranek zapowiadał się deszczowo, przypominając mi, że mimo łagodnych i
słonecznych dni, był już październik. Były Halloweeny, kiedy nawet sweter był za ciepły, ale
były też takie, kiedy trzeba było włożyć lekki płaszcz, po zabawie w „cukierek albo psikus”.
Spojrzałam przez wizjer i zobaczyłam starszą, czarną kobietę z aureolą białych włosów.
Miała jasną skórę, wąskie i ostre rysy twarzy: nos, usta, oczy. Jej usta pomalowane były
purpurową szminką, włożyła żółty kostium i spodnie. Ale nie wyglądała na uzbrojoną, ani
niebezpieczną. To pokazywało jak fałszywe może być pierwsze wrażenie. Otworzyłam drzwi.
- Młoda panienko, jestem tu, żeby zobaczyć się z Amelią Broadway. - kobieta poinformowała
mnie w bardzo dokładnie wymawianym angielskim.
- Proszę wejść. - powiedziałam, bo to była starsza kobieta, a zostałam wychowana w
szacunku do starszych osób - Proszę usiąść. - wskazałam jej kanapę - Pójdę na górę po
Amelię. Zauważyłam, że nie przeprosiła mnie za wyciągniecie mnie z łóżka albo za przyjście
niezapowiedzianą. Wchodziłam po schodach z ponurym uczuciem, że Amelii nie spodoba się
moja wiadomość. Tak rzadko wchodziłam na drugie piętro, że zaskoczyło mnie, jak
przyjemnie urządziła się Amelia. Podczas, kiedy wyższe sypialnie miały tylko podstawowe
meble, przeniosła większe do swojej sypialni. Pokój po lewo był jej salonem. Był w nim
telewizor, wygodne krzesła, otomana, małe biurko do komputera i ze dwie rośliny. Sypialnia,
która, jak wierzyłam, była wybudowana za pokolenia Stackhouse’ów, którzy mieli trzech
usługujących chłopaków w szybkim następstwie, miała tylko mały schowek, ale Amelia
kupiła wieszaki na ubrania przez Internet i zręcznie je zamontowała.. Potem kupiła ekran
składający się z trzech części na aukcji, przemalowała go i umieściła z przodu wieszaków,
żeby je zakamuflować. Jej jasna narzuta na łóżko i stary stół, który przemalowała i którego
używała jako toaletki, wyróżniał się na bieli ścian. Pośród całej tej radosnej oprawy siedziała
jedna posępna czarownica.
Amelia siedziała na łóżku, a jej krótkie włosy dziwnie sterczały.
- Kto jest tam na dole? - zapytała mocno przyciszonym głosem.
- Starsza, czarna pani, jasna skóra? Silna osobowość?
- O rany... - Amelii zaparło dech i siadła ciężko na tuzinach poduszek - To Octavia.
- Cóż, zejdź na dół i pogadaj z nią. Nie mogę jej zabawiać.
Amelia prychnęła, ale wiedziała, że to nieuchronne. Zeszła z łóżka i ściągnęła koszulę nocną.
Włożyła stanik, majtki i jeansy, wyciągnęła też sweter z szafy.
Zeszłam na dół, żeby powiedzieć Octavii, że Amelia już schodzi. Amelia musiała przejść
obok niej do łazienki, bo była tylko jedna na klatce schodowej, ale przynajmniej mogłam jej
to ułatwić.
- Mogę pani podać filiżankę kawy? - zapytałam. Starsza kobieta była zajęta rozglądaniem się
po pokoju za pomocą swoich jasnobrązowych oczu.
- Jeśli masz herbatę, to poproszę. - powiedziała Octavia Fant.
- Tak, proszę pani, mamy. - powiedziałam, dziękując Amelii, że nalegała na jej kupienie. Nie
miałam zielonego pojęcia jaki to był rodzaj herbaty i miałam nadzieję, że była w torebce, bo
nigdy w życiu nie robiłam gorącej herbaty.
- To dobrze - powiedziała. I to było tyle.
- Amelia już schodzi.- powiedziałam, starając się ująć to we wdzięczny sposób - Śpieszy się,
ale musi jeszcze skorzystać z łazienki i umyć zęby, więc proszę udawać, że jej pani nie widzi.
- zrezygnowałam i poleciałam do kuchni.
Wyszukałam herbatę Amelii w jednej z zaprojektowanych przez nią szafek, i podczas kiedy
woda się gotowała, wyjęłam dwie filiżanki ze spodkami i położyłam je na tacy. Dołożyłam
jeszcze cukierniczkę, malutki dzbanek z mlekiem i dwie łyżeczki. Serwetki! Pomyślałam i
życzyłam sobie, żeby mieć materiałowe zamiast zwykłych. (To Octavia sprawiała, że się tak
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

czułam, nie używając przy tym nawet odrobiny magii). Kiedy dołożyłam jeszcze talerz
ciasteczek, usłyszałam szum wody, dobiegający z łazienki w holu.
Postawiłam tacę na stoliku do kawy przed panną Fant. Spojrzała na mnie swoim ostrym
wzrokiem i krótko kiwnęła mi głową w ramach podziękowania. Zrozumiałam, że nie mogę
odczytać jej umysłu. Odpuściłam, czekając na moment, kiedy będę mogła poświęcić temu
całą swoją uwagę, ale ona wiedziała jak mnie blokować. Nigdy nie spotkałam człowieka,
który by to potrafił. Przez chwilę, poczułam się niemal zirytowana. Wtedy przypomniałam
sobie kim była i po co tu przyszła. Popędziłam do swojego pokoju, żeby pościelić łóżko i
pójść do mojej własnej, małej łazienki. Minęłam w przejściu Amelię, a ona posłała mi
przerażone spojrzenie.
Wybacz, Amelia, pomyślałam, kiedy zbliżałam się do drzwi łazienki. Musisz sama sobie
jakoś poradzić.
Musiałam jechać do pracy dopiero pod wieczór, więc założyłam stare dżinsy i bluzkę z
Fangtasii („Bar z Przekąsem”). Dostałam ją od Pam, kiedy zaczęli je sprzedawać. Włożyłam
na stopy Crocsy i poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie mój własny napój - kawę.
Przygotowałam tosty i wzięłam do ręki lokalną gazetę, którą zabrałam, kiedy otwierałam
drzwi. Kiedy ściągnęłam gumkę, spojrzałam na pierwszą stronę. Lokalny Walmart hojnie
wspomógł Klub Chłopków i Dziewczyn, program realizowany po szkole, a organ
ustawodawczy zagłosował za małżeństwami wampirów z ludźmi. Proszę, proszę. Nikt nie
sądził, że to przejdzie.
Przeszłam do nekrologów. Pierwsza lokalna śmierć - nikt, kogo znałam, dobrze. Wtedy
śmierci w regionie - Och, nie!
MARIA-STAR COOPER, przeczytałam nagłówek. Napisane było tylko: „ Maria-Star
Cooper, 25, mieszkanka Shreveport, zmarła niespodziewanie wczoraj w swoim domu.
Cooper, fotograf, pozostawiła matkę i ojca, Mathew i Stellę Cooper z domu Minden, oraz
trzech braci. Przygotowania do pogrzebu są w toku.”
Poczułam nagle bezdech i opadłam na krzesło nie wierząc w to, co przeczytałam. Maria-Star i
ja może nie byłyśmy specjalnymi przyjaciółkami, ale całkiem ją lubiłam. Od miesięcy była w
związku z Alcide’em Herveauxem, najważniejszą postacią w stadzie wilkołaków w
Shreveport. Biedny Alcide! Jego pierwsza dziewczyna została brutalnie zabita, a teraz to.
Zadzwonił telefon, a ja podskoczyłam. Chwyciłam go z poczuciem totalnej katastrofy.
- Halo? - zapytałam ostrożnie, jakby telefon mógł mnie opluć.
- Sookie, - powiedział Alcide. Miał głęboki głos, a teraz był on ochrypły od łez.
- Boże, tak mi przykro. - powiedziałam - Właśnie przeczytałam w gazecie. - Nic więcej nie
mogłam dodać. Teraz wiedziałam czemu do mnie wczoraj dzwonił.
- Została zamordowana. - powiedział Alcide.
- Och, mój Boże.
- Sookie, to był dopiero początek. Jest możliwość, że Furnan zaczaił się również na ciebie.
Chcę, żebyś na siebie uważała.
- Za późno. - odpowiedziałam po chwili, którą dałam sobie na przyswojenie tych
nieprzyjemnych wiadomości - Ktoś próbował mnie zabić wczoraj w nocy.
Alcide odłożył telefon od siebie i zawył. Słysząc to, nawet w środku dnia, przez telefon...
Nawet wtedy, byłam przerażona.
Kłopoty w związku ze stadem w Shreveport gromadziły się przez jakiś czas. Nawet ja, nie
mająca związku z polityką wilkołaków, wiedziałam to. Patrick Furnan, przywódca stada Long
Tooth, zdobył swoją pozycję przez zabicie w walce ojca Alcide’a. Zwycięstwo było legalne -
cóż, uważane za legalne pośród wilkołaków - ale było tam kilka nie do końca legalnych
zagrań po drodze. Alcide - silny, młody, bogaty, i chcący pomścić ojca - zawsze był
zagrożeniem dla Furnana, a przynajmniej według samego Furnana.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

To był ciężki temat, bo wilkołaki wciąż pozostawały tajemnicą dla ludzi, nie „wyszły” jak
wampiry.
Dzień w którym ujawnią się zmiennokształtni, powoli się zbliżał. Słyszałam, jak o tym
mówiły. Ale jeszcze się to nie stało i nie byłoby to dla nich dobre, jeśliby pierwsza
wiadomość o nich dla ludzi zawierała informację o ciałach naokoło.
- Zaraz ktoś do ciebie przyjedzie. - powiedział Alcide.
- Absolutnie się nie zgadzam. Muszę iść do pracy pod wieczór, i jestem zupełnie z boku tych
spraw, dlatego jestem pewna, że nie spróbują znowu. Ale muszę wiedzieć, jak ten facet się
dowiedział gdzie i kiedy będę.
- Powiedz Amandzie w jakich to było okolicznościach. - powiedział Alcide, a jego głos był
stłumiony od gniewu, wtedy Amanda wzięła słuchawkę. Trudno było uwierzyć, że kiedy
widziałyśmy się na weselu, obydwie byłyśmy wesołe.
- Opowiedz mi. - powiedziała rzeczowym tonem i wiedziałam, że nie było czasu na sprzeczki.
Opowiedziałam jej treściwie całą historię, na tyle, na ile było to możliwe. (nie wspominając
Nialla, ani imienia Erica i innych szczegółów), nie odzywała się przez kilka sekund, kiedy
skończyłam mówić.
- Dzięki temu, że został usunięty, mamy jednego mniej z głowy. - powiedziała, brzmiąc jakby
jej ulżyło - Chciałabym, żeby wiedziała kim był.
- Przepraszam. - powiedziałam gorzko - Byłam skupiona na jego broni, nie tożsamości. Jak to
możliwe, że jesteście w stanie wojny, skoro macie tylko kilkunastu ludzi? - Stado ze
Shreveport nie przekraczało trzydziestu członków.
- Posiłki ze strony innych terytoriów.
- Czemu ktokolwiek miałby to robić? Czemu dołączać do wojny z którą nie ma się związku?
Czemu tracić własnych ludzi, kiedy chodzi o spór w innym stadzie?
- Są dupki, które wspierają wygrywającą stronę, - odpowiedziała Amanda - Posłuchaj, czy
wciąż mieszkasz z tą czarownicą?
- Tak.
- To możesz nam pomóc.
- Okej. - powiedziałam, chociaż niezbyt mi się to podobało - Co by to było?
- Musisz poprosić tą swoją czarownicę, czy poszłaby do mieszkania Marii-Star i spróbowała
jakoś odczytać co tam się stało. Jest to możliwe? Chcemy wiedzieć, czy były w to zamieszane
wilkołaki.
- Jest to możliwe, ale nie wiem czy będzie chciała to zrobić.
- Spytaj jej się teraz. Proszę.
- Ech... w takim razie oddzwonię. Teraz ma gościa.
Zanim poszłam do salonu, wykonałam telefon. Nie chciałam zostawiać wiadomości na
automatycznej sekretarce w Fangtasii, która i tak nie była jeszcze otwarta, więc zadzwoniłam
na komórkę Pam. To było coś, czego wcześniej nie robiłam. Podczas, kiedy dzwoniłam,
zastanawiałam się, czy trzyma komórkę w trumnie czy nie, bo jeśli tak... wzruszyłam
ramionami. Kiedy włączyła się poczta głosowa, powiedziałam:
- Pam, dowiedziałam się dlaczego zostaliśmy zatrzymani zeszłej nocy, a przynajmniej tak mi
się wydaję. Trwa wojna między wilkołakami i myślę, że to ja byłam wczoraj celem. Ktoś
sprzedał nas Patrickowi Furnanowi. A nie mówiłam nikomu gdzie jadę. - powinniśmy
przedyskutować ten problem z Ericiem wczoraj, ale byliśmy zbyt wstrząśnięci. Jak
ktokolwiek, ktokolwiek!, miałby się dowiedzieć gdzie byliśmy zeszłej nocy? Albo tego, że
wracaliśmy ze Shreveport.
Amelia i Octavia były w środku dyskusji, ale żadna z nich nie wyglądała na złą albo
zmartwioną, czego się obawiałam.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nienawidzę przerywać. - powiedziałam, kiedy dwie pary oczu spojrzały na mnie. Oczy
Octavii były brązowe, Amelii jasnoniebieskie, ale w tym momencie wzrok każdej z nich miał
ten sam wyraz.
- Słucham? - bez wątpliwości Octavia była królową sytuacji.
Każda dobra czarownica wiedziałaby o wilkołakach. Opowiedziałam w kilku zdaniach
kwestię wojny wilkołaków, powiedziałam o ataku na międzystanowej zeszłej nocy i
wytłumaczyłam prośbę Amandy.
- Czy jest to coś, w co powinnaś się angażować, Amelio? - zapytała Octavia, a jej głos dawał
wyraźnie do zrozumienia, że istnieje tylko jedna odpowiedź na to pytanie.
- Och, myślę, że tak. - powiedziała Amelia i się uśmiechnęła. - Nikt nie może strzelać do
mojej współlokatorki. Pomogę Amandzie.
Octavia nie mogłaby być bardziej zszokowana, nawet gdyby Amelia wypluła nagle nasiona
arbuza na swoje spodnie3.
- Amelia! Próbujesz rzeczy, które są powyżej twoich umiejętności! To może się źle skończyć!
Spójrz co zdążyłaś zrobić biednemu Bobowi Jessupowi.
O, rany, nie znałam długo Amelii, ale wiedziałam już, że kiepskim pomysłem jest
przemawianie jej do rozsądku za pomocą poleceń i zastrzeżeń. Jeśli Amelia była z czegoś
dumna to były jej to umiejętności czarownicy. Poddawanie w wątpliwość jej wiedzy i
umiejętności było pewną drogą do wkurzenia jej. Z drugiej jednak strony, kwestia Boba była
spieprzona na wszystkich frontach.
- Możesz go przemienić z powrotem? - spytałam starszą czarownicę.
Octavia spojrzała na mnie ostro:
- Oczywiście. - powiedziała
- Więc czemu tego nie zrobisz, żebyśmy mogły ruszyć dalej? - zapytałam
Octavia wyglądała na bardzo zaskoczoną, wiedziałam, że nie powinnam walić tak prosto z
mostu. Z drugiej strony, jeśli chciała pokazać Amelii, że jej magia jest potężniejsza, to była
jej szansa. Kot Bob siedział na kolanach u Amelii i wyglądał na niepewnego. Octavia sięgnęła
to kieszeni i wyjęła opakowanie na tabletki, zawierające coś, co wyglądała jak marihuana; ale
wydaję mi się, że jakiekolwiek wysuszone zioło wyglądałoby podobnie i właściwie nigdy nie
miałam w ręce marihuany, więc nie mogłam osądzać. Ale nieważne. Octavia wzięła szczyptę
tego wysuszonego, zielonego czegoś i posypała nim futro kota. Bob nie wyglądał na
zainteresowanego.
Twarz Amelii wyglądała jak z obrazka, kiedy obserwowała Octavię wymawiającą zaklęcie,
które zdawało się mieć coś wspólnego z łaciną, kilka ruchów i znowu zioło. W końcu,
Octavia zaczęła wypowiadać coś, co zdawało się być ezoterycznym odpowiednikiem
„Abrakadabra!” i wskazała na kota.
Nic się nie stało.
Octavia powtórzyła frazę z większą siłą. Znowu wskazując na kota.
I znowu nic się nie stało.
- Wiecie co myślę? - spytałam. Żadna z nich nie wydawała się chcieć mnie zobaczyć, ale to
był mój dom. - Zastanawiam się, czy Bob nie był zawsze tylko kotem i z jakiegoś powodu
okresowo stał się człowiekiem. To dlatego nie możesz go zmienić. Może teraz jest we
właściwej formie.
- To niedorzeczne. - powiedziała ostro starsza czarownica. W pewnym sensie była jakoś
zgaszona swoją porażką. Amelia twardo powstrzymywała się przed wyszczerzeniem się do
niej.
- Jeśli jesteś pewna niekompetencji Amelii, a przez to co się stało wiem, że tak nie jest, może
rozważyłabyś pójście z nami do mieszkania Marii-Star? - powiedziałam - Miałabyś pewność,
że Amelia nie wpadnie w żadne kłopoty.
3
od tłumacza: nie wiem skąd Harris wytrzasnęła tego arbuza ;-)
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Amelia wyglądała przez chwilę na oburzoną, ale zdawała się zrozumieć mój plan i dodała
swoją prośbę do mojej.
- Bardzo dobrze. Pójdę z wami. - Octavia powiedziała.
Nie mogłam wejść w jej umysł, ale pracowałam na tyle długo w barze, że rozpoznawałam
samotną osobę, kiedy taką widziałam.
Wzięłam adres od Amandy, która powiedziała mi, że Dawson będzie pilnował miejsca,
dopóki tam nie dotrzemy. Znałam go i lubiłam od kiedy mi pomógł. Był właścicielem
warsztatu dla motocykli kilka mil od Bon Temps i czasem przybiegał do Merlotte’s po Sama.
Dawson nie biegał ze stadem, a wiadomość, że brał udział w buntowniczym odłamie Alcide’a
była znacząca.
Nie mogę powiedzieć, że podróż na kraniec Shreveport była wiążącym doświadczeniem dla
naszej trójki, ale wyjaśniłam Octavii tło problemów stada. Wyjaśniłam moją rolę:
- Podczas konkursu na przywódcę stada, Alcide chciał żebym tam była, jako ludzki
wykrywacz kłamstw. Właściwie to przyłapałam drugiego gościa, kiedy oszukiwał, co było
dobre. Ale po tym doszło do walki na śmierć i życie i Patrick Furnan był silniejszy. Zabił
Jacksona Herveauxa.
- Zgaduję, że zatuszowali jego śmierć? - stara czarownica nie wydawała się ani zdziwiona, ani
zszokowana.
- Tak, schowali ciało na odległej farmie, którą posiadał, wiedząc, że przez jakiś czas nikt go
tam nie będzie szukał. Rany nie byłyby rozpoznawalne wtedy, gdyby w końcu go ktoś
znalazł.
- Patrick Furnan jest dobrym przywódcą?
- Naprawdę nie wiem. - przyznałam - Alcide zawsze wydawał się mieć wokół siebie osoby
niezadowolone z przywódcy, a są to ci, których najlepiej znam w tym stadzie, więc zgaduję,
że jestem po stronie Alcide’a.
- Nie zastanawiałaś się, żeby odpuścić? Pozwolić wygrać lepszemu wilkołakowi?
- Nie. - szczerze odpowiedziałam - Byłabym zadowolona, jeśli Alcide by nie zadzwonił i nie
powiedział o kłopotach stada. Ale wiem, że pomogę mu, jeśli będę mogła. Nie to, że jestem
jakimś aniołem czy coś w tym stylu. Ale Patrick Furnan mnie nienawidzi i jedynym dobrym
wyjściem jest pomoc jego wrogowi - to po pierwsze. Po drugie lubiłam Marię-Star. Poza tym
ktoś próbował mnie zabić zeszłej nocy, ktoś, kto mógł być wynajęty przez Furnana, punkt
trzeci.
Octavię kiwnęła. Z pewnością nie była słabą, starszą panią.
Maria-Star mieszkała w raczej przestarzałym budynku przy autostradzie numer 3, pomiędzy
Benton, a Shreveport. Był to mały kompleks, składający się z dwóch budynków stojących
obok siebie, naprzeciwko parkingu. Za nimi rozciągało się pole i sąsiadujące z nim firmy,
które działały tylko w dzień: agencja ubezpieczeniowa i gabinet dentystyczny.
Każdy z dwóch czerwonych, ceglanych budynków, podzielony był na cztery mieszkania.
Zauważyłam znajomego, poobijanego pikapa, zaparkowanego po prawej z przodu budynku.
Zatrzymałam się obok niego. Mieszkania były odgrodzone od siebie; wchodziło się
wspólnym wejściem do holu i z każdej strony schodów były drzwi. Klatka schodowa
prowadziła na drugie piętro. Maria-Star mieszkała na pierwszym piętrze po lewej. Było to
łatwo zauważyć, ponieważ Dawson stał oparty obok jej drzwi.
Przedstawiłam go obu czarownicom jako „Dawson”, bo nie wiedziałam jak ma na imię.
Dawson był wielkim facetem. Można było łupać orzechy na jego bicepsach. Miał ciemne
włosy, na których tu i ówdzie pojawiała się siwizna. Posiadał też porządnie przystrzyżone
wąsy. Wiedziałam kim był całe moje życie, ale nie znałam go zbyt dobrze. Dawson był
prawdopodobnie siedem albo osiem lat ode mnie starszy, wcześnie się ożenił. I równie
wcześnie rozwiódł. Jego syn, mieszkający ze swoją matką, był dobrym futbolistą w Clarice
High School. Dawson wyglądał na najtwardszego faceta, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Nie wiedziałam czy chodziło o jego niezwykle ciemne oczy, albo ponurą twarz, albo po
prostu o jego posturę.
Przez drzwi mieszkania przechodziła taśma, mówiąca o tym, że jest to miejsce zbrodni. Moje
oczy rozszerzyły się, kiedy to zobaczyłam. Maria-Star została brutalnie zabita w tym miejscu
kilka godzin wcześniej. Dawson wyjął pęczek kluczy (Alcide’a?) i otworzył drzwi.
Zanurkowałyśmy pod taśmą, żeby wejść do środka.
I zamarłyśmy w ciszy patrząc na stan małego salonu. Przede mną stał wywrócony
przypadkowo stół z wielkim rozcięciem w drewnie. Moje oczy przesuwały się po
nieregularnych, ciemnych plamach na ścianach, dopóki mój mózg nie podpowiedział mi, że
były to plamy krwi.
Zapach był słaby, ale nieprzyjemny. Zaczęłam płytko oddychać, żeby nie poczuć się
niedobrze.
- Tak więc co chcecie teraz zrobić?
- Myślałam, żebyście zrobiły ektoplazmatyczną rekonstrukcję, jak to wcześniej robiła Amelia.
- powiedziałam
- Amelia robiła ektoplazmatyczną rekonstrukcję? - Octavia porzuciła wyniosły ton i brzmiała
prawdziwie zaskoczona i zachwycona. - Nigdy żadnej nie widziałam.
Amelia skromnie przytaknęła - Z Terry’m i Bobem i Patsy. Wyszło świetnie. Mieliśmy do
dyspozycji dużą powierzchnię.
- W takim razie jestem pewna, że też możemy tu jedną zrobić. - powiedziała Octavia.
Wyglądała na zainteresowaną i podekscytowaną. Wyglądało to, jakby jej twarz nagle się
obudziła. Uświadomiłam sobie, że to co widziałam wcześniej było przygnębieniem. Poza tym
dostałam całkiem dużo informacji z jej umysłu (teraz kiedy nie skupiała się na odpychaniu
mnie). Dowiedziałam się, że Octavia spędziła miesiąc po Katrinie zastanawiając się, skąd
będzie mogła wziąć jedzenie, i tym zajmowała się głównie od jednej nocy do kolejnej. Teraz
mieszkała z rodziną, chociaż nie mogłam zdobyć czystego obrazu.
- Wszystko ze sobą przywiozłam. - powiedziała Amelia. Jej mózg promieniował dumą i ulgą.
Miała szansę jeszcze wykaraskać się jakoś bez ogromnej kary w sprawie Boba.
Dawson stał przy ścianie, słuchając z umiarkowanym zainteresowaniem. Przez to, że był
wilkołakiem, trudno było odczytać jego myśli, ale z pewnością był zrelaksowany.
Zazdrościłam mu. Nie było dla mnie możliwości bycia zrelaksowanym w tym strasznym,
małym mieszkanku, po którym niemal wciąż przetaczało się echo przemocy, jaka miała tu
miejsce. Bałam się usiąść na małej, dwuosobowej kanapie albo na fotelu, które były
wyściełane materiałem w niebieską kratę. Dywan był ciemnoniebieski, a ściany białe.
Wszystko do siebie pasowało. Dla mnie mieszkanie było szare i nieciekawe. Ale było
schludne, czyste i urządzone z dużą uwagą, i mniej niż dwadzieścia cztery godziny temu było
czyimś domem.
Widziałam sypialnie, gdzie były zrzucone narzuty. To był jedyny ślad nieporządku w sypialni
czy w kuchni. To salon był centrum brutalności.
Z braku lepszego pomysłu na to gdzie mam się podziać, podeszłam do Dawsona i tak jak on,
oparłam się o ścianę.
Nie wydawało mi się, żeby mechanik motocykli i ja kiedykolwiek przeprowadzili długą
konwersację, chociaż został on postrzelony osłaniając mnie kilka miesięcy wcześniej.
Słyszałam, że prawo (w postaciach Andy’ego Bellefleura i jego kolegi detektywa Alcee’a
Becka) miało podejrzenia co do miejsca pracy Dawsona, ale nigdy nie złapali go z niczym
nielegalnym. Od czasu do czasu Dawson był zatrudniany jako ochroniarz. Z pewnością
pasował do tej roboty.
- Byłyście przyjaciółkami? - zadudnił Dawson kiwając głową w stronę najkrwawszej plamy
na podłodze, plamy na której Maria-Star umarła.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Byłyśmy raczej znajomymi. - powiedziałam, nie chcąc domagać się więcej współczucia, niż
było mi należne - Widziałam ją na weselu, kilka nocy wcześniej. - Już zaczęłam mówić, że
wtedy wyglądała dobrze, ale to byłoby zupełnie głupie. Nie choruje się zanim ktoś cię zabije.
- Kiedy ktoś ostatni raz rozmawiał z Marią-Star? - Amelia spytała Dawsona - Muszę się
zorientować w przedziałach czasowych.
- O jedenastej poprzedniej nocy. - powiedziała - Dzwonił Alcide. Była poza miastem i są na
to świadkowie. Sąsiadka słyszała wielki hałas z mieszkania jakieś trzydzieści minut później i
zadzwoniła na policję. - to była długa przemowa, jak na Dawsona.
Amelia wróciła do swoich przygotowań, a Octavia czytała cienką książkę, którą Amelia
wyciągnęła z plecaka.
- Widziałaś to już? - spytał Dawson.
- Tak, w Nowym Orleanie. Zgaduję, że jest to dość rzadkie i trudne do zrobienia. Amelia jest
naprawdę dobra.
- Mieszka z tobą?
Przytaknęłam.
- Tak słyszałem. - powiedział. Zamilkliśmy na moment. Dawson był uspokajającym
towarzyszem, tak dobrym jak podręczny kawał umięśnionego chłopa może być.
Było trochę gestykulacji, i trochę powtarzania chórem, z Octavią na czele swojej ówczesnej
studentki. Octavia mogła nigdy nie robić ektoplazmatycznej rekonstrukcji, ale im dłużej trwał
ten rytuał tym więcej siły rozchodziło się w małym pomieszczeniu, dopóki moje paznokcie
zdawały się od niej brzęczeć. Dawson nie wyglądał specjalnie na przestraszonego, ale z
pewnością był czujny przez ciśnienie, jakie wywoływała magia. Rozprostował wcześniej
założone ręce i stanął prosto. Ja również.
Mimo, że wiedziałam czego się spodziewać, to wciąż zaskakujące było pojawienie się Marii-
Star w pokoju z nami. Obok mnie, Dawson wykonał nagły ruch ze zdziwienia. Maria-Star
malowała sobie paznokcie u stóp. Jej długie, ciemne włosy były uczesane w kucyk na czubku
jej głowy. Siedziała na dywanie przed telewizorem, a kawałek gazety leżał pod jej stopą.
Magiczna, powtórzona sytuacja była tak samo wyblakła, jak pamiętałam ją z poprzedniej
rekonstrukcji, kiedy to obserwowałam moją kuzynkę Hadley podczas jej ostatnich kilku
godzin na Ziemi. Maria-Star nie była właściwie w kolorze. Była jak obrazek, pokryty
błyszczącym żelem. Ponieważ mieszkanie nie wyglądało już tak samo, jak wtedy kiedy ona
siedziała w tym miejscu, efekt był naprawdę dziwny. Siedziała dokładnie na środku
przewróconego stolika do kawy.
Nie musieliśmy dłużej czekać. Maria-Star skończyła malować paznokcie i siedziała oglądając
telewizję (obecnie ciemną i wyłączoną), kiedy czekała aż jej wyschnął. Zrobiła kilka ćwiczeń
na nogi. Potem wzięła lakier, wyjęła separator spomiędzy palców i zgniotła gazetę. Wstała i
poszła do łazienki. Podczas, gdy obecnie drzwi do łazienki były w połowie otworzone,
wyblakła Maria-Star przeszła przez nie. Z naszego kąta, ja i Dawson nie mogliśmy zobaczyć
co robiła w środku, ale Amelia, której ręce były wyciągnięte i zdawały się coś podtrzymywać,
powiedziała, że Maria-Star nie robi nić ważnego. Może ektoplazmatyczne siku.
Kilka minut później, młoda kobieta pojawiła się w koszuli nocnej. Poszła do sypialni i
wróciła do łóżka. Nagle, jej głowa odwróciła się w kierunku drzwi.
To było jak oglądanie pantomimy. Wyraźnie Maria-Star słyszała jakiś dźwięk dochodzący
przez drzwi, i dźwięk ten był dla niej nieoczekiwany. Nie wiedziałam, czy słyszała dzwonek
do drzwi, pukanie albo kogoś próbującego dobrać się do zamka.
Jej czujność zmieniła się w alarm, prawie panikę. Poszła do salonu po swoją komórkę -
widzieliśmy jak się pojawia, kiedy jej dotknęła - wcisnęła kilka klawiszy. Dzwoniła do kogoś
z szybkiego wybierania. Ale zanim telefon nawet zdążył się połączyć, drzwi eksplodowały do
środka i mężczyzna już na niej był, pół wilk, pół człowiek. Pokazał się dlatego, że był żywy,
ale był wyraźniejszy, im bliżej znajdował się Marii-Star, na której skupiało się zaklęcie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Przygwoździł do ziemi Marię-Star i mocno ugryzł ją w ramię. Jej usta otworzyły się szeroko,
można było powiedzieć, że krzyczała i że walczyła jak wilkołak, ale on zupełnie ją zaskoczył,
a jej ramiona były przygwożdżone do ziemi. Błyszczące linie pokazywały ściekającą krew z
ran.
Dawson złapał mnie za ramię, a z jego gardła wydobył się warkot. Nie wiedziałam, czy był
wściekły z powodu ataku na Marię-Star, podniecony akcją i wypływającą krwią, czy może
wszystko na raz.
Drugi wilkołak pojawił się zaraz za pierwszym. Był w swojej ludzkiej formie. Miał nóż w
ręce. Wbił go w tors Marii-Star, wyjął go, zamachnął się nim i wbił ponownie. Kiedy nóż
wznosił się i opadał, coraz więcej plam pojawiało się na ścianach. Mogliśmy je zobaczyć,
więc musiała być to ektoplazma (albo cokolwiek to naprawdę było).
Nie znałam pierwszego mężczyzny. Tego rozpoznałam. To był Cal Myers, poplecznik
Furnana i policyjny detektyw w Shreveport.
Atak trwał tylko kilka sekund. W momencie, kiedy Maria-Star była widocznie śmiertelnie
ranna, wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Byłam zszokowana szybkością i przerażającym
okrucieństwem morderstwa, poczułam jak mój oddech przyspiesza. Maria-Star, błyszcząca i
niemal czysta, leżała pomiędzy nami przez moment, pośrodku szczątków, lśniących plam
krwi na jej koszuli i na podłodze wokół niej, i wtedy po prostu zniknęła, ponieważ w tym
momencie umarła.
Staliśmy w ciszy. Czarownice były cicho, ich ramiona opadły, jak gdyby coś je nagle
podcięło. Octavia płakała, a łzy ściekały po jej pomarszczonych policzkach. Amelia
wyglądała, jakby miała zaraz zwymiotować. Ja się trzęsłam. Nawet Dawson wyglądał, jakby
miał mdłości.
- Nie rozpoznałem pierwszego faceta, bo był w połowie przemieniony. - powiedział Dawson -
Drugi wyglądał znajomo. Jest gliną, prawdą? W Shreveport?
- Cal Myers. Lepiej zadzwoń do Alcide’a. - powiedziałam, kiedy była już pewna, że
wydobędę z siebie dźwięk - I Alcide powinien przesłać coś tym paniom, żeby wynagrodzić
im ich starania, kiedy stanie na nogi. - zrozumiałam, że Alcide może nawet o tym nie
pomyśleć, od kiedy miał żałobę po Marii-Star. Ale czarownice wykonały swoją pracę, nawet
nie wspominając o zapłacie. Powinny zostać wynagrodzone za wysiłek. Musiało je to
naprawdę dużo kosztować: obie opadły na małą kanapę.
- Jeśli panie dacie radę, - zaczął Dawson - to lepiej żebyśmy zabierali stąd swoje tyłki. Nie
wiem kiedy wróci tu policja. Faceci z laboratorium skończyli jakieś pięć minut przed waszym
przyjazdem.
Podczas, kiedy czarownice zbierały w sobie energię i zabierały przybory, zagadałam do
Dawsona:
- Mówisz, że Alcide ma dobre alibi?
Dawson przytaknął.
- Zadzwoniła do niego sąsiadka Marii-Star. Zadzwonił do niego zaraz po telefonie na policje,
jak usłyszał zamieszanie. Poza tym zadzwonił do niego na komórkę, Alcide odebrał od razu .
Słyszała hałasy dochodzące z hotelu. Był tam z ludźmi, których dopiero co poznał, a oni
przysięgali, że był z nimi, kiedy się dowiedział o jej zabójstwie.
- Zgaduję, że policja szuka motywu. - tak zawsze było w programach telewizyjnych.
- Nie miała wrogów. - odpowiedział Dawson.
- A teraz co? - spytała Amelia. Ona i Octavia były na nogach, ale wyglądały na zupełnie
wycieńczone. Dawson wygonił nas z mieszkania i zamknął drzwi na klucz.
- Dziękuję za przyjście, drogie panie. - powiedział Dawson do Amelii i Octavii. Odwrócił się
do mnie - Sookie, możesz pójść ze mną, żeby wytłumaczyć Alcide’owi co widzieliśmy? Czy
Amelia może odwieźć pannę Fant?
- Ach. Jasne. Jeśli tylko nie jest za bardzo zmęczona.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Amelia powiedziała, że da radę. Poszłyśmy do mojego samochodu, dałam jej klucze.


- Na pewno możesz prowadzić? - spytałam, żeby zapewnić samą siebie.
Przytaknęła:
- Będę jechać wolno.
Kiedy wdrapałam się do pikapa Dawsona, uświadomiłam sobie, że ten krok pogrąża mnie
jeszcze bardziej w wojnie wilkołaków. Wtedy przypomniała sobie, że Patrick Furnan i tak już
usiłował mnie zabić. Nie mogło być gorzej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział VII

Pikap Dawsona, Dodge Ram, chociaż był w kiepskim stanie na zewnątrz, w środku był
porządny. Nie był to nowy samochód, w żadnym sensie - prawdopodobnie miał z pięć lat, ale
dach i wnętrze miał w bardzo dobrym stanie.
- Nie jesteś członkiem stada, prawda Dawson?
- Tray. Tray Dawson.
- Och, przepraszam.
Dawson wzruszył ramionami, jakby mówił, że to nie ma znaczenia.
- Nigdy nie byłem stadnym zwierzęciem. - powiedział - Nie mogłem się utrzymać w szeregu.
Nie mogłem podążać za tym całym łańcuchem dowodzenia.
- Więc dlaczego bierzesz udział w walce? - spytałam.
- Patrick Furnan próbował wywalić mnie z interesu. - odpowiedział Dawson.
- Jak to?
- Nie ma zbyt wielu warsztatów dla motocykli w okolicy, szczególnie teraz, kiedy Furnan
wykupił udziały w Harley-Davidsonie. - wyjaśnił Tray - Niesamowicie zachłanny. Chce
wszystko dla siebie. Nie obchodzi go, kto wypadnie. Kiedy zauważył, że tkwię tu z moim
interesem to wysłał dwóch facetów którzy mnie pobili i rozwalili mi cały sklep.
- Musieli być naprawdę dobrzy. - powiedziałam. Trudno było sobie wyobrazić, że ktokolwiek
mógł być pobić Traya Dawsona - Zadzwoniłeś na policję?
- Nie. Gliny w Bon Temps nie szaleją zbytnio na moim punkcie. Ale dogadałem się z
Alcide’em.
Detektyw Cal Myers, najwyraźniej nie uczestniczył w tej brudnej robocie zleconej przez
Furnana. Myers zgadał się z Furnanem podczas oszukiwania w zawodach na przywódcę
stada. Ale wciąż byłam zszokowana, że mógł posunąć się aż tak daleko, jak zamordowanie
Marii-Star, której jedynym grzechem było bycie kochaną przez Alcide’a. Widzieliśmy to na
własne oczy.
- O co chodzi z tobą i policją w Bon Temps? - zapytałam, skoro gadaliśmy o służbach
porządkowych.
Zaśmiał się:
- Wiedziałaś, że chciałem być kiedyś gliną?
- Nie. - powiedziałam totalnie zaskoczona. - Bez jaj?
- Serio. Byłem w siłach zbrojnych a Nowym Orleanie. Ale nie lubiłem całej tej polityki, a mój
kapitan był wrednym chujem, wybacz język.
Kiwnęłam z powagą. Już dużo czasu minęło od kiedy ktoś przepraszał mnie za używanie
brzydkiego języka. - Więc, coś się musiało stać?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Tia, wszystko wzięło w łeb. Kapitan oskarżył mnie o kradzież pieniędzy jakiegoś durnego
bydlęcia. Pieniądze leżały na stole podczas aresztowania.. - Tray potrząsnął głową w
obrzydzeniu - Musiałem wtedy odejść. Lubiłem tą robotę.
- Co w niej lubiłeś?
Każdy dzień był zupełnie inny. Jasne, że musieliśmy siedzieć w samochodach i patrolować, to
akurat było takie same. Ale za każdym razem jak na coś natrafialiśmy to działo się coś
innego.
Przytaknęłam. Mogłam to zrozumieć. Każdy dzień w barze też był inny od poprzedniego,
chociaż prawdopodobnie nie tak różny jak dni patrolowania Traya.
Przez chwilę jechaliśmy w ciszy. Mogłam powiedzieć, że Tray myślał o dziwnym
przejmowaniu władzy Furnana przez Alcide’a, bitwach o dominacje. Myślał, że Alcide miał
szczęście, że umawiał się ze mną i z Marią-Star i miał jeszcze większego farta, że zniknęła ta
wredna dziwka Debbie Pelt. Niezłe pozbycie się, pomyślał Tray.
- Muszę ci zadać pytanie. - powiedział Tray.
- Tylko fair.
- Miałaś coś wspólnego ze zniknięciem Debbie?
Wzięłam głęboki oddech.
- Tak. Samoobrona.
- Dobrze zrobiłaś. Ktoś w końcu musiał to zrobić.
Znowu zamilkliśmy na jakieś dziesięć minut. Nie rozmawialiśmy za dużo o przeszłości, ale
Alcide zerwał z Debbie Pelt, zanim się poznaliśmy. Potem umawiał się trochę ze mną. Debbie
uznała mnie za wroga i próbowała mnie zabić. Ale dopadłam ją pierwsza. Jakoś się z tym
pogodziłam... na tyle na ile można się z czymś takim pogodzić. Jakkolwiek, nie było sposobu,
żeby Alcide spojrzał na mnie tak samo jak kiedyś. I nikt go nie może za to winić. Znalazł
Marię-Star, i było to dla niego dobre.
Było.
Poczułam łzy w oczach i odwróciłam się do okna. Minęliśmy tor wyścigowy i skręt do Pierre
Bossier Mall, minęliśmy jeszcze kilka odgałęzień, zanim Tray skręcił z głównej drogi.
Jechaliśmy teraz przez skromną okolicę. Tray tak często oglądał drogę we wstecznym
lusterku, że nawet ja uświadomiłam sobie, że patrzy czy nikt nas nie śledzi. Tray skręcił nagle
na podjazd i objechał jeden z nieco większych domów, żeby zaparkować z tyłu.
Zatrzymaliśmy się przy bramie z tyłu, przy innym pikapie. Był tam też mały Nissan i kilka
motocykli, którym Tray rzucił spojrzenie profesjonalisty.
- Czyje to mieszkanie? - byłam trochę niezdecydowana czy zadać kolejne pytanie, ale w
końcu chciałam wiedzieć gdzie jestem.
- Amandy. - odpowiedział. Poczekał na mnie, żebym szła przed nim. Weszłam po trzech
stopniach, żeby zadzwonić dzwonkiem do tylnych drzwi.
- Kto tam? - spytał ściszony głos.
- Sookie i Dawson. - powiedziałam.
Drzwi ostrożnie się uchyliły, wejście zablokowała Amanda tak, że nie mogliśmy przejść. Nie
wiem za dużo o pistoletach, ale trzymała ona wielki rewolwer, który był wycelowany
spokojnie w moją pierś. To był już drugi raz w przeciągu dwóch dni, kiedy ktoś do mnie
celował. Nagle poczułam się zmarznięta i zaczęło mi się kręcić w głowie.
- Okej. - powiedziała Amanda po ostrym spojrzeniu, jakim nas obdarzyła.
Alcide stał za drzwiami z bronią w gotowości. Wyszedł do nas, kiedy przeszliśmy przez
drzwi i kiedy sprawdził nas za pomocą swoich zmysłów, to odłożył broń na szafkę kuchenną i
usiadł na kuchennym stole.
- Tak mi przykro z powodu Marii-Star, Alcide. - wypowiedziałam przez zaciśnięte usta. Broń
wycelowana w ciebie jest przerażająca, szczególnie z tak bliskiej odległości.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Jeszcze to do mnie nie dotarło. - powiedział wyblakłym i spokojnym głosem.


Zadecydowałam, że pewnie chodziło mu o to, że świadomość jej śmierci nie uderzyła w niego
z całą siłą. - Myśleliśmy o zamieszkaniu razem. To by ocaliło jej życie.
Nie było żadnego sensu w wymyślaniu co i kiedy można było zrobić. To był tylko kolejny
sposób torturowania samego siebie. A to co się stało było wystarczającą torturą.
- Wiem kto to zrobił. - powiedział Dawson, przez pokój przeszedł zimny dreszcz. W domu
było więcej wilkołaków - mogłam je teraz wyczuć - i wszystkie zostały zaalarmowane przez
słowa Dawsona.
- Co? Kto? - bez zauważenia żadnego ruchu, zorientowałam się, że Alcide jest na nogach.
- Zabrała ze sobą swoje przyjaciółki czarownice i zrobiły rekonstrukcję. - powiedział Tray,
kiwając głową w moim kierunku - Widziałem to. To było dwóch facetów. Jednego nigdy
wcześniej nie widziałem, więc Furnan musiał sprowadzić jakieś wilki z zewnątrz. Drugi to
Cal Myers.
Wielkie dłonie Alcide’a zacisnęły się w pięści. Wydawał się mieć naraz tyle pytań, że
zaniemówił.
- Furnan wynajął pomoc. - powiedział w końcu, trafiając w sedno. - Więc zostajemy bez
prawa zabijania na widoku. Złapiemy jednego z ty chujów i zmusimy do gadania. Nie
możemy przywieźć tu zakładnika, ktoś mógłby zauważyć. Gdzie, Tray?
- Włos Psa. - odpowiedział Dawson.
Amanda nie była zachwycona tym pomysłem. Był to jej bar i nie przemawiało do niej
zrobienie z niego miejsca do tortur i egzekucji. Otworzyła usta, żeby zaprotestować. Alcide
spojrzał na nią i zaczął warczeć, jego twarz się zmieniła. Skuliła się i kiwnęła głową
wyrażając zgodę.
Alcide podniósł głos jeszcze bardziej, żeby ogłosić:
- Cal Myer dostaje Wyrok Natychmiastowego Zabicia.
- Ale jest członkiem stada, a członkowie mają procesy. - powiedziała Amanda, a chwilę
później znów się skuliła uprzedzając ryk wściekłości Alcide’a.
- Nie spytaliście mnie o faceta, który chciał mnie zabić. - powiedziałam. Starałam się jakoś
rozładować sytuację. O ile oczywiście było to możliwe.
Nawet kiedy Alcide był tak wściekły, to był zbyt dobrze wychowany, że przypomnieć mi, że
ja żyję, a Maria-Star nie albo to, że kochał ja o wiele bardziej niż kiedykolwiek troszczył się o
mnie. Chociaż obie myśli przeleciały mu przez głowę.
- Był wilkołakiem. - powiedziałam - Miał coś około metr siedemdziesiąt pięć i dwadzieścia
kilka lat. Był gładko ogolony. Miał brązowe włosy, niebieskie oczy i wielkie znamię na szyi.
- Och, - powiedziała Amanda - To brzmi jak jak-mu-tam-było nowy mechanik w sklepie
Furnana. Zatrudniony w zeszłym tygodniu. Lucky Owens. Ha! Z kim wtedy byłaś?
- Z Ericiem Northmanem. - powiedziałam.
Nastąpiła długa, niezbyt przyjazna cisza. Wilkołaki i wampiry były naturalnymi rywalami,
jeśli nie wrogami.
- Więc koleś jest martwy? - zapytał praktycznie Tray, a ja przytaknęłam.
- Jak cię namierzył? - zapytał Alcide, jego głos brzmiał bardziej racjonalnie.
- To bardzo ciekawe pytanie. - powiedziałam - Jechałam międzystanową wracając do domu z
Ericiem. Byliśmy w restauracji.
- Więc kto mógłby wiedzieć gdzie i z kim byłaś? - spytała Amanda, podczas kiedy Alcide
zmarszczył brwi, wpatrując się w podłogę i pogrążył się w myślach.
- Albo, że będziesz wracać do domu międzystanową? - moja opinia o Tray’u była coraz
lepsza. Był w odpowiednim miejscu ze swoimi praktycznymi i celnymi uwagami.
- Powiedziałam tylko mojej współlokatorce, że wybieram się na obiad, ale nie mówiłam
gdzie. - powiedziałam - Spotkaliśmy się tam z kimś, ale on jest poza podejrzeniami. Eric
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

wiedział, bo robił za szofera. Ale wiem, że Eric ani ten drugi mężczyzna by mnie nie
zdradzili.
- Czemu jesteś taka pewna? - spytał Tray.
- Eric został postrzelony osłaniając mnie. - odpowiedziałam - A osoba do której mnie zabrał
to mój krewny.
Amanda i Tray nie wiedzieli jak mała jest moja rodzina, więc nie uświadamiali sobie, jak
ważne to oświadczenie było. Ale Alcide, który wiedział o mnie trochę więcej, posłał mi
wściekłe spojrzenie.
- Zmyślasz to wszystko. - powiedział
- Nie, nie zmyślam. - odwzajemniłam jego spojrzenie. Wiedziałam, że to był okropny dzień
dla niego, ale nie musiała tłumaczyć mu się ze swojego życia. Ale nagle wpadła mi do głowy
pewna myśl:
- Wiecie, kelner był wilkołakiem. - to mogło wiele tłumaczyć.
- Jak się nazywała ta restauracja?
- Les Deux Poissons. - mój akcent nie był najlepszy, ale wilkołaki kiwnęły głowami.
- Kendall tam pracuje, - powiedział Alcide - Kendall Kent. Długie rudawe włosy? -
przytaknęłam, na jego twarzy pojawił się smutek - Myślałem, że Kendall przejdzie na naszą
stronę. Kilka razy byliśmy razem na piwie.
- To starszy brat Jacka Kenta. Wszystko co mógł zrobić to wykonać telefon. - powiedziała
Amanda - Może nie wiedział...
- To nie jest wymówka. - powiedział Tray. Jego głęboki głos zawibrował w małej kuchni -
Kendall musiał wiedzieć kim jest Sookie z zawodów na przywódcę stada. Jest przyjaciółką
stada. Poza tym Alcide, była na naszym terytorium i powinna być chroniona, a on zadzwonił
do Furnana i powiedział, gdzie jest Sookie, może zawiadomił go, kiedy wychodziła już do
domu. Wtedy byłoby to dla Lucky’ego całkiem łatwe.
Chciałam zaprotestować, bo nie było pewności, że to właśnie tak przebiegło, ale kiedy o tym
pomyślałam, to faktycznie musiało się to tak odbyć albo przynajmniej bardzo podobnie. Żeby
się jeszcze upewnić czy wszystko dobrze pamiętam, zadzwoniłam do Amelii z pytaniem czy
mówiła komuś, kto do mnie dzwonił, gdzie byłam poprzedniej nocy.
- Nie. - odpowiedziała Amelia - Dzwoniła Octavia, która cię nie znała. Był też telefon od
panterołaka, którego poznałam na weselu twojego brata. Wierz mi, nie chcesz znać przebiegu
rozmowy. Potem dzwonił Alcide, bardzo przygnębiony. No i Tanya. Ale nic jej nie mówiłam.
- Dzięki, kochana. - powiedziałam - Zdrowiejesz?
- Tia, czuję się lepiej, a Octavia pojechała już do swojej rodziny w Monroe.
- Okej, zobaczymy się, kiedy wrócę.
- Wrócisz tak, żeby zdążyć do pracy?
- Tak, muszę zdążyć. - od czasu, kiedy spędziłam tydzień w Rhodes, musiałam uważać, że
przychodzić na wszystkie moje zmiany, bo w przeciwnym wypadku inne kelnerki mogłyby
mieć pretensje do Sama, że ciągle daje mi wolne. Rozłączyłam się:
- Nie powiedziała nikomu.
- Więc ty-i-Eric poszliście sobie na relaksującą kolację do drogiej restauracji, żeby spotkać się
z jakimś mężczyzną?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. To było bardzo nie na temat. I nie na miejscu.
Skoncentrowałam się. Jeszcze nigdy nie trafiłam w taki mentalny zgiełk. Alcide odczuwał żal
po Marii-Star, miał poczucie winy, że jej nie ochronił, złość, że zostałam włączona w ten
konflikt i ponad tym wszystkim jeszcze pragnienie rozwalenia kilku czaszek. A wisienką na
torcie tego wszystkiego dla Alcide’a była - irracjonalna - nienawiść z powodu tego, że byłam
gdzieś z Ericiem.
Starałam się trzymać gębę na kłódkę, ze względu na jego stratę; nie był mi obcy zawiły stan
emocjonalny. Ale nagle odkryłam, że jestem już nim zupełnie zmęczona.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Okej. - powiedziałam - Radź sobie sam. Przyjechałam, kiedy prosiłeś. Pomogłam, kiedy
prosiłeś, dwa razy: na zawodach o przywódcę stada i dzisiaj, dużym kosztem dla samej siebie.
Wal się, Alcide. Może Furnan jest tym lepszym wilkołakiem. - odwróciłam się na pięcie i
złapałam jeszcze spojrzenie, które Dawson dawał Alcide’owi, kiedy wychodziłam z kuchni.
Zeszłam po schodach i podeszłam do samochodu. Jeśli leżałaby tam puszka, z pewnością
zostałaby kopnięta.
- Zabiorę cię do domu. - powiedział Tray, pojawiając się przy moim boku, a ja wsiadłam do
samochodu, wdzięczna, że zapewnił mi środek transportu. Kiedy juz mi przeszło, nie
myślałam więcej o tym co mogłoby się stać.
Wierzyłam, że Alcide jest niechętny w stosunku do mnie po sprawie z Debbie. Najwidoczniej
nie była to wyłącznie niechęć.
- Co za ironia, nie? - powiedziałam po chwili ciszy - Prawie zostałam zastrzelona wczoraj w
nocy, tylko dlatego, że Patrick Furnan uważał, że zmartwiłoby to Alcide. A dziesięć minut
temu mogłam przysiąc, że to nie prawda.
Tray wyglądał, jakby po stokroć wolał kroić cebulę, niż prowadzić tą rozmowę. Po kolejnej
pauzie powiedział:
- Alcide zachował się jak skończony głupek, ale ma teraz zbyt wiele rzeczy na głowie.
- Rozumiem. - odpowiedziałam i zamknęłam usta, żeby nie wypowiedzieć już żadnego słowa.
Kiedy wróciłam, miałam jeszcze trochę czasu do wyjścia do pracy. Byłam tak wyprowadzona
z równowagi kiedy się przebierałam, że prawie podarłam spodnie, bo tak mocno je szarpałam.
Uczesałam włosy z niepotrzebny wigorem, aż trzeszczały.
- Faceci to nieprawdopodobne dupki. - powiedziałam do Amelii.
- No co ty. - odpowiedziała Amelia - Kiedy szukałam dzisiaj Boba, w lesie znalazłam kotkę z
młodymi. I zgadnij co? Wszystkie były czarno-białe.
Naprawdę nie miałam zielonego pojęcia co powiedzieć.
- Więc do diabła z obietnicą, jaką mu złożyłam, nie? Zamierzam się zabawić. Jeśli on może
uprawiać seks, to ja też mogę. I jeśli jeszcze raz zwymiotuje na moją narzutę to przysięgam,
że przywalę mu miotłą.
Starałam się nie patrzeć na Amelię.
- Nie winię cię za to. - odpowiedziałam, starając się mieć spokojny głos. Miło było być na
skraju wybuchnięcia śmiechem, zamiast ochoty przywalenia komuś. Złapałam moją torebkę,
sprawdziłam mój kucyk w lustrze w łazience w holu i wyszłam tylnim wyjściem, żeby
pojechać do Merlotte’s.
Czułam się zmęczona, zanim jeszcze weszłam przez drzwi dla pracowników. Niezbyt dobry
początek na rozpoczęcie zmiany.
Nie widziałam Sama, kiedy zostawiałam moją torebkę w głębokiej szafce, której używali
wszyscy pracownicy. Kiedy wyszłam z holu w którym były wejścia do dwóch publicznych
toalet, biura Sama, składu i do kuchni (chociaż drzwi do kuchni były prawie zawsze
zamknięte od zewnątrz. Znalazłam Sama za barem. Pomachałam mu, kiedy zawiązałam
fartuch. Wsadziłam moją podkładkę do pisania i ołówek do kieszeni, rozglądając się wokoło
w poszukiwaniu Arlene, którą miałam zastąpić i przebiegłam wzrokiem po stolikach w naszej
sekcji.
Moje serce się zatrzymało. Wieczór nie zapowiadał się dla mnie spokojnie. Jakieś dupki z
bluzkami z Bractwa Słońca siedziały przy jednym ze stolików. Bractwo było radykalną
organizacją wierzącą w to, że (a) wampiry są grzeszne z natury, że są niemal demonami i (b)
powinny zostać unicestwione. Kaznodzieje z bractwa nie mówili tego publicznie, ale Bractwo
było za wytępieniem wampirów. Słyszałam nawet o czymś w rodzaju podręcznika dla
nowych członków z radami w jaki sposób można to wykonać. Po wybuchu w Rhodes stawali
się coraz bardziej zuchwali w swojej nienawiści.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Ludzie w Bractwie byli dla Amerykanów walczącymi przeciwko warunkom, których nie
mogli zaakceptować - setki wampirów napływały do kraju, który dał im najłaskawsze
przyjęcie pośród wszystkich narodów. Od kiedy kilka najbardziej konserwatywnych
katolickich i muzułmańskich państw zaakceptowało politykę w której dozwolone jest
zabijanie wampirów, Stany Zjednoczone zaczęły przyjmować wampiry jako uciekinierów
przed religijnymi albo politycznymi prześladowaniami, a odzew na taki obrót spraw był
gwałtowny. Ostatnio nawet widziałam naklejkę na zderzaku na której było napisane:
„Powiem, że wampiry są żywe, kiedy oderwiesz moje martwe palce zaciśnięte wokół
rozprutego gardła”
Uważałam, że ludzie w Bractwie to osoby nietolerancyjne i ignoranckie i pogardzałam
każdym, kto do nich należał. Ale musiała trzymać gębę na kłódkę w tym temacie w barze, w
taki sam sposób jak musiałam unikać dyskusji na temat aborcji, kontroli broni czy
homoseksualistów w wojsku.
Oczywiście faceci z Bractwa prawdopodobnie byli kumplami Arlene. Moja była przyjaciółka
obdarzona niezwykle słabą wolą, wpadła po uszy w pseudoreligię, którą propagowało
Bractwo.
Arlene krótko poinstruowała mnie w kwestii stolików, a kiedy zmierzała w kierunku drzwi
wyjściowych, posłała mi twarde spojrzenie. Kiedy patrzyłam jak wychodzi, zastanawiałam
się, gdzie podziewają się jej dzieci. Kiedyś dużo się nimi zajmowałam. Prawdopodobnie mnie
teraz nienawidziły, jeśli słuchały swojej matki.
Otrząsnęłam się z melancholii, bo Sam nie płacił mi za bycie markotnym. Zrobiłam rundkę
wokół klientów, nalałam napoi, upewniłam się, że każdy ma wystarczająco jedzenia,
przyniosłam czysty widelec dla kobiety, która swój zrzuciła, przyniosłam nowe serwetki do
stolika przy którym Catfish Hennessy jadł kurze skrzydełka, wymieniłam kilka wesołych
słów z gośćmi siedzącymi przy barze. Traktowałam tych z Bractwa w taki sam sposób w jaki
traktowałam innych, a oni nie zdawali się poświęcać mi zbytniej uwagi, co było dla mnie
bardzo komfortowe. Miałam przeczucie, że wyjdą bez robienia kłopotów ...dopóki nie weszła
Pam.
Pam była biała jak kartka papieru i wyglądała jak Alicja z Krainy Czarów by mogła
wyglądać, gdyby wydoroślała i stałaby się wampirem. Tego wieczoru Pam miała na sobie
niebieską opaskę przytrzymującą jej piękne, proste włosy i zamiast, jak zwykle, spodni tym
razem włożyła sukienkę. Była prześliczna - nawet jeśli wyglądała jak wampir z odcinka
Leave It to Beaver. Jej sukienka miała małe napuszone rękawki z białą koronką, tak samo jak
kołnierzyk. Malutkie guziki z przodu ubrania były białe i pasujące do drobnych kropek na
spódnicy. Brak pończoch, zanotowałam, ale jakiekolwiek pończochy wyglądałyby na niej
dziwnie, kiedy miała tak jasną skórę.
- Hej, Pam. - powiedziałam, kiedy podeszła prosto do mnie.
- Sookie, - odpowiedziała ciepło i obdarzyła mnie pocałunkiem lekkim, jak płatek śniegu.
Poczułam zimno jej warg na policzku.
- Co tam? - spytałam. Pam zwykle pracowała wieczorami w Fangtasii.
- Mam randkę. - odpowiedziała - Myślisz, że dobrze wyglądam? - zrobiła obrót wokół
własnej osi.
- Jasne, że tak. - powiedziałam - Ty zawsze dobrze wyglądasz, Pam. - było to najprawdziwszą
prawdą. Chociaż ubrania Pam zazwyczaj były super-konserwatywne i dziwnie przestarzałe,
nie znaczy to, że źle w nich wyglądała. Miała w sobie swego rodzaju urok: „słodka-ale-
śmiercionośna”.
- Kim jest ten szczęśliwy facet?
Wyglądała tak łobuzersko, jak tylko może wyglądać wampir, który ma ponad dwieście lat:
- A kto powiedział, że to facet? - spytała.
- Ach, jasne. - rozejrzałam się wokół - Kto jest szczęśliwą osobą?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

I właśnie wtedy weszła moja współlokatorka. Amelia włożyła na siebie czarne, lniane
spodnie, obcasy, sweter w kolorze złamanej bieli i parę bursztynowych, szylkretowych
kolczyków. Również wyglądała konserwatywnie, ale w bardziej nowoczesny sposób. Amelia
podeszła do nas, uśmiechnęła się do Pam i zapytała:
- Zamówiłaś sobie drinka?
Pam uśmiechnęła się w taki sposób, jaki widziałam u niej po raz pierwszy. Była... nieśmiała.
- Nie, czekałam na ciebie.
Usiadły przy barze, a Sam je obsłużył. Niedługo później rozmawiały o wyjściu i kiedy
dokończyły swoje drinki, wstały i wyszły.
Kiedy mnie mijały, Amelia powiedziała:
- Będę jak będę. - był to jej sposób na poinformowanie mnie, że może nie wrócić na noc do
domu.
- Okej, bawcie się dobrze. - odpowiedziałam. Ich wyjście było śledzone przez niejedną parę
męskich oczu. Jeśli rogówki mogłyby parować to wszyscy faceci w barze staliby się
niewyraźni.
Znowu zrobiłam rundkę wokół swoich stolików, przyniosłam kilka piw do jednego z nich, na
innym zostawiłam rachunek, dopóki nie podeszłam do stolika z dwoma facetami z BS. Ciągle
jeszcze wpatrywali się w drzwi, jakby czekali, że wyskoczy z nich Pam i krzyknie: „BUU!”.
- Czy właśnie widziałem to co mi się wydaję? - spytał mnie jeden z mężczyzn. Miał
trzydzieści kilka lat, był gładko ogolony i miał brązowe włosy. Zwykły facet. Drugi
mężczyzna wyglądał jak ktoś, na kogo bym uważała jadąc z nim windą. Był chudy, miał
brodę okalającą całą szczękę, ozdobił się kilkoma tatuażami „domowej” roboty - dla mnie
wyglądały jak więzienne tatuaże - i przy kostce miał nóż, rzecz nietrudną dla mnie do
zauważenia, bo słyszałam w jego myślach, że jest uzbrojony.
- A co wydaję ci się, że widziałeś? - słodko spytałam. Brązowe Włosy pomyślały, że jestem
prosta. Ale był to dobry kamuflaż i oznaczało to, że Arlene nie pogrążyła się zupełnie i nie
powiedziała wszystkim o moich specyficznych cechach. Nikt w Bon Temps (jeśli zapytałoby
się ich, kiedy stali przed kościołem w niedziele) nie powiedziałby, że telepatia jest możliwa.
Kiedy zapytałoby się ich stojących przed Merlotte’s w niedzielny wieczór, mogliby
powiedzieć, że coś jest na rzeczy.
- Wydaję mi się, że widziałem wampira wchodzącego tu, jakby miał do tego prawo. I wydaję
mi się, że widziałem też wychodzącą z nim szczęśliwą kobietę. Jak Boga kocham, nie uwierzę
w to. - spojrzał na mnie, jakby był pewny, że podzielam jego oburzenie. Więzienny Tatuaż
przytaknął z wigorem.
- Przepraszam, ale-widzieliście dwie kobiety wychodzące razem z baru i jest to dla was
niezrozumiałe? Nie rozumiem waszego problemu. - oczywiście rozumiałam, ale czasami
trzeba się trochę pobawić.
- Sookie! - przywołał mnie Sam.
- Mogę podać wam coś jeszcze, panowie? - zapytałam, kiedy Sam bez wątpliwości próbował
przywołać mnie do rozsądku.
Oboje dziwnie mi się przypatrywali, dobrze dedukując, że niezbyt pasowałam do ich
programu.
- Myślę, że będziemy już wychodzić. - powiedział Więzienny Tatuaż, mając nadzieję, że będę
cierpieć przez stratę klientów - Masz nasz rachunek? - miałam i położyłam go na stole przed
nimi. Oboje spojrzeli na niego, położyli banknot dziesięciodolarowy na wierzchu i odsunęli
swoje krzesła.
- Zaraz wrócę z resztą. - powiedziałam i się odwróciłam.
- Bez reszty. - powiedziały Brązowe Włosy, chociaż jego ton był kwaśny i nie wyglądał jakby
naprawdę chciał zostawić napiwek.
- Kretyni. - wymamrotałam, kiedy podeszłam do kasy na barze.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Sookie, musisz wyluzować. - powiedział Sam.


Byłam tak zaskoczona, że zagapiłam się na niego. Oboje staliśmy za barem, Sam mieszał
drinka. Cicho kontynuował, wpatrując się we własne dłonie:
- Musisz ich obsługiwać, jakby byli kimkolwiek innym.
Nie za często zdarzało się, żeby Sam traktował mnie jak pracownice, zamiast zaufanego
współpracownika. To zabolało. Nawet jeszcze bardziej, kiedy uświadomiłam sobie, że ma
rację. Mimo, że byłam tylko powierzchownie grzeczna, powinnam (i powinnam była)
zignorować ich ostatnie uwagi bez żadnych komentarzy - tak jakby nie mieli na sobie bluzek
Bractwa. Merlotte’s nie był mój. Należał do Sama. Jeśli klienci by nie wracali, konsekwencje
dla niego byłyby ciężkie. Ewentualnie, jeśli musiałby zwolnić kelnerki, ja też zostałabym
zwolniona.
- Przepraszam. - powiedziałam, chociaż nie było to dla mnie łatwe. Uśmiechnęłam się
szeroko do Sama i poszłam zrobić kolejną, niepotrzebną rundę wokół stolików i
przesadziłam, bo klienci przy jednym wpadli w irytację. Ale jeślibym poszła do łazienki dla
pracowników albo do publicznej damskiej toalety to skończyłabym tam płacząc, bo bycie
ciągle upominaną naprawdę bolało, tak samo jak złe postępowanie; ale poza tym, bolało bycie
na moim miejscu.
Kiedy tej nocy zamykaliśmy, wyszłam tak szybko i tak cicho, jak to tylko było możliwe.
Wiedziałam, że muszę jeszcze przeżyć to zranienie, ale wolałam „leczyć” się we własnym
domu. Nie chciałam prowadzić żadnych „małych rozmówek” z Samem, ani z nikim innym.
Holly patrzyła na mnie trochę z za dużym zainteresowaniem.
Wyskoczyłam na parking z torebką w ręku i z fartuchem na sobie. Tray opierał się o mój
samochód. Podskoczyłam zanim mogłam się powstrzymać.
- Uciekasz przestraszona? - zapytał.
- Nie, uciekam przygnębiona. - odpowiedziałam - Co ty tu robisz?
- Zamierzam za tobą jechać do domu. Jest tam Amelia?
- Nie, jest na randce.
- W takim razie muszę koniecznie rozejrzeć się po twoim domu. - powiedział wielki facet i
wlazł do swojego samochodu, żeby śledzić mnie na Hummingbird Road.
Nie było żadnego powodu dla którego mogłam się sprzeciwić. Właściwie to czułam się lepiej
z kimś, komu ufałam.
Mój dom wyglądał dokładnie tak jak go zostawiłam, a właściwie to jak zostawiła go Amelia.
Zewnętrzne „światło bezpieczeństwa” zapalało się automatycznie, było też włączone światło
nad zlewem w kuchni, tak samo jak na tylnym ganku. Wzięłam do ręki klucze i podeszłam do
kuchennych drzwi.
Wielka ręka Tray’a złapała mnie za ramię, kiedy chciałam nacisnąć klamkę.
- Nikogo tam nie ma. - powiedziałam, sprawdzając w swój własny sposób - Poza tym jest
zabezpieczone zaklęciami przez Amelię.
- Poczekaj tutaj, dopóki się nie rozejrzę. - powiedział łagodnie. Kiwnęłam głową i wpuściłam
go do środka. Po kilku minutach ciszy, otworzył mi drzwi i powiedział, że mogę wejść do
kuchni. Chciałam iść za nim podczas sprawdzania reszty domu, ale on powiedział tylko:
- Z chęcią napiłbym się Coli, jeśli masz.
Perfekcyjnie odwrócił moją uwagę od podążania za nim, odwołując się do mojej gościnności.
Moja babcia przywaliłaby mi packą, gdybym nie dała Tray’owi Coli w tamtym momencie.
W czasie kiedy wrócił do kuchni i ogłosił, że w domu brak intruzów, schłodzona Cola w
szklance czekała na niego na stole, a obok niej czekała kanapka z klopsami. Z poskładaną
serwetką.
Bez słowa, Tray usiadł, położył serwetkę na kolanach, jadł kanapkę i pił Colę. Siedziałam
naprzeciwko niego z moim własnym napojem.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Słyszałem, że zaginął twój mężczyzna. - powiedział Tray, kiedy wycierał sobie usta
serwetką.
Przytaknęłam.
- Jak myślisz, co mogło mu się stać?
Wyjaśniłam mu okoliczności.
- Więc nie miałam żadnego znaku od niego. - zakończyłam. Historia brzmiała niemal
automatycznie, tak jakbym ją skądś odtwarzała.
- To źle. - to było wszystko co powiedział. Jakoś dzięki temu poczułam się lepiej, przez tą
ciszę i przez dyskusję na delikatny temat przeprowadzoną bez dramatu. Po minucie ciszy
wypełnionej myślami, Tray powiedział:
- Mam nadzieję, że niedługo go znajdziesz.
- Dzięki. Jestem bardzo niespokojna, bo nie wiem co się z nim dzieje. - to było duże
niedopowiedzenie.
- Cóż, lepiej będę się już zbierał. - powiedział - Jeśli będziesz się denerwować w nocy to
dzwoń do mnie. Mogę tu być w dziesięć minut. Nie za dobrze, że jesteś w domu sama, kiedy
rozpoczęła się wojna.
W myślach pojawił mi się obrazek z czołgami jadącymi na mój podjazd.
- Jak źle może być? - spytałam.
- Mój tata opowiadał mi, że podczas ostatniej wojny, kiedy to jego tata był mały, stado ze
Shreveport walczyło ze stadem z Monroe. Wtedy sfora ze Shreveport liczyła czterdziestu
członków, licząc z tymi pogryzionymi. - Pogryzieni było popularnym wyrażeniem dla
wilkołaków, którzy zamieniali się w wilki dlatego, że zostali pogryzieni. Mogli zmienić się
tylko w coś w rodzaju człowieka-wilka, nigdy nie osiągając idealnej formy wilka, jak to było
z wilkołakami, którzy się z tym urodzili. I którzy uważali się za lepszych. - Ale stado z
Monroe miało grupę dzieciaków z college’u, więc sfora też liczyła czterdziestu, czterdziestu
pięciu. I pod koniec walki, oba stada zmniejszyły się o połowę.
Pomyślałam o wilkołakach, których znam.
- Mam nadzieję, że to się szybko skończy. - powiedziałam.
- Nie skończy. - powiedział praktycznie Tray - Posmakowali krwi i zabili dziewczynę
Alcide’a, zamiast zaatakować bezpośrednio Alcide’a, co było totalnie tchórzliwym sposobem
na rozpoczęcie walki. To zrobiłoby cię nietykalną, nie byłabyś celem. A jeszcze... tego
popołudnia Alcide dowiedział się, że Christine Larrabee nie żyje.
Byłam w szoku. Znowu. Christine Larrabee była wdową po jednym z poprzednich
przywódców stada. Miała wysoką pozycję w społeczności wilkołaków i raczej niechętnie
popierała Jacksona Herveauxa. teraz dostała spóźnioną zapłatę.
- On nie zabija mężczyzn? - w końcu wydobyłam z siebie głos.
Twarz Tray’a ściemniała z pogardą.
- Nie - odpowiedział wilkołak - Jedyna możliwość, jaka przychodzi mi do głowy to to, że
Furnan chce utemperować temperament Alcide’a. Chce, żeby każdy był w gotowości, kiedy
on będzie sobie spokojnie siedzieć. I może to osiągnąć. Poprzez żal i personalną obrazę,
Alcide zareaguje gwałtownie. A powinien być bardziej ostrożny i zdystansowany.
- Strategia Furnana jest trochę... niezwykła, nie uważasz?
- Tak. - ciężko powiedział Tray - Nie mam pojęcia, co nim kieruje. Najwidoczniej nie chce
zmierzyć się z Alcide’em w walce. Nie chce po prostu pokonać Alcide’a. Dąży do zabicia
Alcide’a i wszystkich jego ludzi, a przynajmniej tak mi się wydaję. Kilka wilkołaków, tych z
małymi dziećmi, przeszli na jego stronę. Są zbyt przerażeni tym, co mogłby stać się ich
dzieciom, po atakach na kobiety. - wilkołak wstał - Dzięki za jedzenie. Muszę iść nakarmić
moje psy. Dobrze zamknij drzwi, słyszysz? I gdzie masz komórkę?
Podałam mu ją i z zadziwiająco starannymi ruchami przy takich dużych dłoniach, Tray wpisał
mi swój numer telefonu. Wtedy wyszedł i niedbale machnął mi ręką. Miał mały dom obok
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

swojego warsztatu i bardzo mi ulżyło, kiedy dowiedziałam się, że jest on tylko dziesięć minut
ode mnie. Zamknęłam za nim drzwi i sprawdziłam okna w kuchni. Wystarczająco pewna,
znalazłam jedno otwarte przez Amelię okno. Po tym odkryciu, sprawdziłam wszystkie okna w
domu, nawet te na górze.
Po wszystkim, poczułam się na tyle bezpieczna na ile zamierzałam się poczuć. Włączyłam
telewizję i usiadłam naprzeciwko, nie za bardzo wiedząc, co się dzieje na ekranie. Miała dużo
do przemyślenia.
Miesiąc temu pojechałam na zawody na przywódcę sfory ze względu na prośbę Alcide’a.
Chciał, żebym pilnowała czy nikt nie oszukuje. Moim nieszczęściem było, że moja obecność
została zauważona, a moje odkrycie na temat oszustwa ze strony Furnana było publiczne. To
to wciągnęło mnie do tej wojny, która nie miała ze mną związku. A już totalną porażką był
fakt, że znajomość z Alcide’em nie dała mi nic oprócz smutku.
Niemal mi ulżyło, kiedy poczułam w sobie rosnący gniew z powodu tej niesprawiedliwości,
ale moja lepsza strona kazała mi to zdusić w zarodku. Alcide nie był winny temu, że Debbie
była morderczą suką, ani temu, że Patrick Furnan zdecydował się oszukiwać. Podobnie jak,
Alcide nie był odpowiedzialny za żądze krwi i dziwną strategię jednoczenia stada.
Zastanawiałam się, czy jego zachowanie chociaż w najmniejszym stopniu przypominało
zachowanie wilkołaka.
Zdecydowałam, że Patrick Furnan po prostu taki był.
Kiedy zadzwonił telefon, podskoczyłam na milę.
- Halo? - powiedziałam, niezadowolona z przerażenia, jakie usłyszałam w swoim głosie.
- Wilkołak Herveaux dzwonił do mnie. - powiedział Eric - Potwierdził, że jest w stanie wojny
ze swoim przywódcą.
- Tia... Potrzebowałeś potwierdzenia od Alcide’a? Moja wiadomość nie wystarczyła?
- Zastanawiałem się nad jeszcze jedną alternatywną teorią na temat tego ataku na ciebie.
Jestem pewny, że wspominałem ci, że Niall ma wrogów.
- Uhum.
- Zastanawiałem się czy może jeden z tych wrogów nie zaczął szybko działać. Jeśli wilkołaki
mają swoich szpiegów, to pewnie wróżki też.
Rozważyłam to.
- Więc przez jego chęć poznania mnie, prawie mnie zabił.
- Ale miał rozwagę, żeby prosić mnie o eskortowanie cię do i z Shreveport.
- Więc uratował mi życie, pomimo tego, że je ryzykował.
Cisza.
- Właściwie, - powiedziałam, wskakując na twardszy emocjonalny grunt - to ty uratowałeś mi
życie i jestem ci za to wdzięczna. - połowa mnie oczekiwała, że Eric zapyta się, jak bardzo
wdzięczna jestem, odnosząc się do pocałunku... ale on wciąż nic nie mówił.
Kiedy właśnie miała zamiar palnąć coś głupiego, żeby przerwać ciszę, wampir odpowiedział:
- Będę mieszał się w wojnę wilkołaków, jeśli będę musiał bronić naszych interesów. Albo
bronić ciebie.
Moja kolej na chwilę ciszy.
- No dobrze. - odpowiedziałam słabo.
- Jeśli zauważysz, że nadciągają kłopoty albo jeśli oni będą chcieli mocniej cię w to wciągnąć,
natychmiast do mnie dzwoń. - powiedział mi Eric - Wierzę w to, że strzelec był wysłany
przez przywódcę sfory. Z pewnością był wilkołakiem.
- Kilka osób od Alcide’a rozpoznało go, jak go opisałam. Facet, Lucky jakiśtam, dopiero co
został zatrudniony w Furnana, jako mechanik.
- Dziwne, że miał tyle zaufania do kogoś, kogo ledwie znał.
- Dopóki facet nie zmienił się w pechowca.
Eric prychnął, a potem powiedział:
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nie będę już o tym rozmawiał z Niallem. Oczywiście powiedziałem mu co się stało.
Miałam moment groteskowego skurczu, bo Niall nie przyszedł do mnie, ani nie zadzwonił
spytać się czy wszystko ze mną w porządku. Spotkałam go tylko raz, a teraz było mi przykro,
że nie zachowuje się jak moja pielęgniarka.
- No dobrze, Eric. Dziękuję. - powiedziałam i odłożyłam słuchawkę, kiedy mówił „do
zobaczenia”. Powinnam było zapytać się go znowu o moje pieniądze, ale byłam zbyt
przygnębiona. Poza tym to nie był jego problem.
Byłam nerwowa przez cały czas, kiedy szykowałam się do łóżka, ale nie stało się nic, co
mogło zwiększyć mój niepokój. Po raz pięćdziesiąty przypomniałam sobie, że Amelia
zabezpieczyła dom. Zaklęcia będą działały niezależnie czy będzie w domu, czy nie.
Miałam dobre zamki w drzwiach.
Byłam zmęczona.
W końcu zasnęłam, ale budziłam się kilka razy, nasłuchując intruza.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział VIII

Wstałam następnego dnia ze zmęczonymi oczami. Byłam w kiepskim nastroju i bolała mnie
głowa. Miałam coś w rodzaju emocjonalnego kaca. Trzeba było coś zmienić. Nie mogłam
spędzić tak kolejnej nocy. Zastanawiałam się, czy nie zadzwonić do Alcide’a i dowiedzieć się
czy, ach, doszedł do ładu ze swoimi żołnierzami. Może znaleźliby dla mnie jakieś miejsce?
Ale pomysł robienia tego, żeby poczuć się bezpiecznie, mocno mnie wkurzył.
Nie mogłam pozbyć się jednej myśli z mojej głowy - jeśli byłby tutaj Quinn, mogłabym
zostać w domu bez strachu. I w tym momencie, nie byłam po prostu zmartwiona zaginięciem
mojego chłopaka, tylko byłam na niego wściekła.
Mogłam wreszcie się na kogoś wściec. Było zbyt dużo nieprecyzyjnych emocji wokół.
Cóż, świetny początek wyjątkowego dnia, huh?
Nie było Amelii. Stwierdziłam, że spędziła noc z Pam. Nie miałam żadnego problemu z
kwestią ich relacji. Po prostu chciałam, żeby Amelia była obok, bo czułam się samotna i
przestraszona. Jej nieobecność powodowała pustą plamę w moim plenerze.
Przynajmniej tego ranka było chłodniejsze powietrze. Można było wyraźnie poczuć
nadchodzącą jesień, na ziemi leżały już liście, trawa i kwiaty, domagające się sprzątnięcia.
Założyłam sweter na moją koszulę nocną i wyszłam na frontowy ganek, żeby wypić filiżankę
kawy. Przez chwilę słuchałam ptaków, nie były tak głośne, jak to miało miejsce na wiosnę,
ale ich śpiew i dyskusje dały mi do zrozumienia, że w lesie nie dzieje się nic nadzwyczajnego.
Skończyłam dopijać kawę i starałam się zaplanować mój dzień, ale wyglądało to tak, jakbym
próbowała przejść przez mentalną blokadę. Trudno jest robić sobie plany, kiedy podejrzewa
się, że ktoś chce cię zabić. Jeśli pozbyłabym się myśli o prawdopodobnej, zbliżającej się
śmierci to powinnam odkurzyć schody, zrobić pranie i pójść do biblioteki. Jeśli przeżyłabym
te zadania to powinnam pójść do pracy.
Zastanawiałam się gdzie był Quinn.
Zastanawiałam się, kiedy usłyszę coś od mojego pradziadka.
Zastanawiałam się czy jeszcze jakieś wilkołaki zmarły ostatniej nocy.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Zastanawiałam się, kiedy zadzwoni mój telefon.


Jako, że nic nie stało się na moim frontowym ganku, zebrałam się w sobie i rozpoczęłam
moją zwyczajną, poranną rutynę. Kiedy spojrzałam w lustro, stwierdziłam, że zamartwianie
bardzo mi nie służy. Nie wyglądałam na wypoczętą. Wyglądałam jak zestresowana osoba,
która w ogóle nie spała. Nałożyłam trochę korektora pod oczy , delikatnie podmalowałam
oczy i nałożyłam trochę różu na policzki. Wtedy stwierdziłam, że wyglądam jak klaun i
starłam prawie wszystko. Po nakarmieniu Boba i wypomnieniu mu zamieszania w związku z
kociakami, sprawdziłam wszystkie zamki i wskoczyłam do samochodu, żeby pojechać do
biblioteki.
Biblioteka Renard Parish nie była dużym budynkiem. Nasza bibliotekarka ukończyła
technikum w Ruston i była świetną babką pod czterdziestkę. Nazywała się Barbara Beck. Jej
mąż, Alcee, był policyjnym detektywem w Bon Temps i miałam wielką nadzieję, że Barbara
nie wiedziała do czego jest zdolny. Alcee Beck był twardym facetem, który robił dobre
rzeczy... Czasami. Robił także trochę złych rzeczy. Alcee miał szczęście, że Barbara
zdecydowała się za niego wyjść i dobrze o tym wiedział.
Barbara była jedyny pracownikiem zatrudnionym na pełen etat w bibliotece i nie byłam
zaskoczona, kiedy zobaczyła ją, popychając ciężkie drzwi. Układała książki na półkach. Była
ubrana w coś, co nazywałam komfortową elegancją, to znaczy, że ubrała się na kolorowo i
założyła buty pasujące do reszty ubrania. Można też było zauważyć, że lubiła masywną i
wyrazistą biżuterię.
- Dzień dobry, Sookie - powiedziała, uśmiechając się swoim wielkim uśmiechem.
- Barbara. - odpowiedziałam, również starając się uśmiechnąć. Zauważyła, że nie byłam do
końca sobą, ale zatrzymała to dla siebie. Oczywiście niezupełnie, bo miałam to moje małe
kalectwo, ale nie powiedziała niczego na głos. Odłożyłam książki, które przyniosłam na
odpowiedni stolik i zaczęłam przeszukiwać nowe pozycje. Niektóre z nich były związane z
pomocą samą sobie. Patrząc na to, jak bardzo były popularne i jak często wypożyczane,
wszyscy w Bon Temps powinni być idealni.
Wzięłam dwa nowe romanse i parę sensacyjnych i nawet jedną science-fiction, które rzadko
czytałam. (Chyba po prostu dlatego, że moja rzeczywistość była bardziej zwariowana, niż
najśmielsze marzenia pisarza science-fiction). Kiedy przyglądałam się pozycjom pisarza,
którego jeszcze nie czytałam, usłyszałam z tyłu hałas i wiedziałam już, że ktoś wszedł do
biblioteki tylnymi drzwiami. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, niektórzy ludzie
nagminnie używali tylnych drzwi.
Barbara wydała cichy odgłos i wtedy na nią spojrzałam. Mężczyzna za nią był wielki, miał
przynajmniej metr osiemdziesiąt i był przerażająco chudy. Miał wielki nóż i trzymał Barbarę
za gardło. Przez sekundę pomyślałam, że jest zwykłym złodziejem i wtedy zaczęłam się
zastanawiać, kto chciałby okraść bibliotekę. Z pieniędzy za nieoddane książki?
- Nie krzycz. - wysyczał przez ostre zęby. Zamarłam. Barbara odczuwała coś poza strachem.
Była bliska paniki i obezwładniającego strachu. Ale mogłam też wyczuć inny aktywny umysł
w budynku.
Ktoś inny podchodził cicho od tylnych drzwi.
- Detektyw Beck cię zabije za krzywdzenie jego żony. - powiedziałam bardzo głośno. I
powiedziałam to z absolutną pewnością. - Pożegnaj się ze sobą.
- Nie wiem kto to jest i nie za bardzo mnie to obchodzi. - powiedział wysoki mężczyzna.
- Lepiej żeby cię obchodziło, skurwysynie. - powiedział Alcee Beck, który cicho podszedł do
niego od tyłu. Przyłożył broń do głowy mężczyzny. - A teraz puścisz moją żonę i odłożysz
nóż.
Ale Ostre Zęby nie miały najmniejszego zamiaru wykonać tego zadania. Odwrócił się,
popchnął Barbarę na Alcee i rzucił się w moim kierunku, podnoszą nóż.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Z całej siły rzuciłam w niego Norą Roberts, która walnęła go porządnie w głowę. Opuściłam
nogę. Zaślepiony siłą książki, Ostre Zęby potknęły się, tak jak miałam nadzieję.
Upadł na swój własny nóż, czego akurat nie planowałam.
W bibliotece zapadła całkowita cisza, jeśli nie licząc szybkiego oddechu Barbary. Alcee Beck
i ja gapiliśmy się na przerażająco wielkie jezioro krwi, które pojawiło się pod mężczyzną.
- O-o. - powiedziałam.
- Więęęc... cholera. - powiedział Alcee Beck - Gdzie się nauczyłaś tak rzucać, Sookie
Stackhouse?
- Piłka ręczna. - co było najprawdziwszą prawdą.
Jak można było sobie wyobrazić, spóźniłam się do pracy po południu. Byłam zmęczona
bardziej niż kiedykolwiek, jeszcze zanim zaczęłam, ale pomyślałam, że może przeżyję cały
dzień. Jak na razie dwa razy pod rząd przeznaczenie zainterweniowało, zapobiegając mojej
śmieci. Przyjęłam, że Ostre Zęby został wysłany, żeby mnie zamordować i schrzanił to, tak
samo jak fałszywy policjant. Może nie poszczęści mi się za trzecim razem, ale istniała
możliwość, że może poszczęści. Ale jaka była szansa na to, że jakiś wampir ochroni mnie
własnym ciałem przed kulą albo że Alcee Beck podrzuci jedzenie swojej żonie, które
zostawiła na szafce kuchennej? Całkiem małe, prawda? Ale już dwa razy mi się udało.
Nieważne co oficjalnie przyjmie policja (nie znałam faceta i nikt nie mógł temu zaprzeczyć,
poza tym groził Barbarze, a nie mnie), ale Alcee Beck zaczął mi się przyglądać. Był
naprawdę dobry w rozumieniu sytuacji i widział, że Ostre Zęby był skupiony na mnie.
Barbara miała tylko zwrócić moją uwagę. Alcee nigdy mi tego nie wybaczy, nieważne, że nie
było to moja wina. Poza tym, rzuciłam tą książką z niesamowitą siłą i celnością.
Prawdopodobnie, gdybym była na jego miejscu, myślałabym tak samo.
Więc teraz byłam w Merlotte’s, czułam się niesamowicie zmęczona i zastanawiałam się gdzie
pójść, co zrobić i dlaczego Patrick Furnan oszalał. I skąd brali się ci wszyscy nieznajomi? Nie
znałam wilkołaka, który włamał się do Marii-Star. Eric został postrzelony przez kolesia, który
pracował w warsztacie Patricka Furnana dopiero kilka dni. Nigdy w życiu nie widziałam
Ostrych Zębów, a był to niezapomniany człowiek.
Cała sytuacja nie miała sensu.
Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Zapytałam Sama czy mogę zadzwonić, skoro przy moich
stolikach się nic nie działo. Przytaknął. Posyłał mi dziwne spojrzenia cały wieczór, które
mówiły mi, że mnie potem złapie i będzie chciał pogadać, ale teraz miałam chwilę
wytchnienia. Weszłam do biura Sama, zajrzałam w książkę telefoniczną Shreveport,
znalazłam Patricka Furnana i wykręciłam numer.
- Halo?
Rozpoznałam głos.
- Patrick Furnan? - zapytałam dla pewności.
- Przy telefonie.
- Dlaczego próbujesz mnie zabić?
- Co? Kto mówi?
- Och, no daj spokój. Sookie Stackhouse. Czemu mi to robisz?
Nastąpiła długa pauza.
- Próbujesz mnie w coś wrobić? - zapytał.
- Jak? Myślisz, że nagrywam tą rozmowę? Po prostu chcę wiedzieć dlaczego. Nigdy nic ci nie
zrobiłam. Nawet nie umawiam się z Alcide’em. Ale próbujesz mnie dopaść jakbym miała nad
czymś władzę. Zabiłeś biedną Marię-Star. Zabiłeś Christine Larrabee. O co chodzi? Nie
jestem ważna.
Patrick Furnan wolno odpowiedział:
- Naprawdę wierzysz, że ja to robię? Zabijam kobiety ze stada? Staram się zabić ciebie?
- Jasne, że tak.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- To nie ja. Czytałem o Marii-Star. Christine Larrabee nie żyje? - brzmiał, jakby był niemal
przerażony.
- Tak. -powiedziałam, a mój głos był tak samo niepewny, jak jego. - I ktoś dwa razy próbował
mnie zabić. Boję się, że jakieś niewinne osoby znajdą się na celowniku. I oczywiście, ja też
nie chcę umierać.
- Moja żona wczoraj zniknęła. - powiedział Furnan. (Cóż, byłam całkiem pewna, że tego
Alcide by nie zrobił.) - Więc mówisz, że nie kazałeś zabić Marii-Star i Christine? I mnie?
- Nie, czemu miałbym zabijać kobiety? Nigdy nie chcieliśmy, żeby ginęły kobiety wilkołaki
czystej krwi. No może nie liczając Amandy. - dodał taktownie Furnan - Jeśli mielibyśmy
kogoś zabijać to tylko mężczyzn.
- Myślę, że powinniście z Alcide’em się spotkać i porozmawiać. Nie porwał twojej żony. On
uważa, że zwariowałeś atakując kobiety.
Nastąpiła długa cisza.
- Myślę, że masz rację co do tego spotkania, jeśli nie wrabiasz mnie w pozycję na której może
mnie zabić Alcide.
- Ja chcę tylko dożyć kolejnego tygodnia.
- Zgodzę się spotkać z Alcide’em, jeśli tam będziesz i jeśli obiecasz, że będziesz mówić co
każdy z nas myśli. Jesteś przyjaciółką stada, całego stada. Możesz nam teraz pomóc.
Patrick Furnan tak bardzo martwił się o swoją żonę, że był gotów mi zaufać.
Pomyślałam o wszystkich morderstwach w ostatnim czasie. Pomyślałam o morderstwach,
które mogły nastąpić w kolejnych dniach, z możliwością mojego własnego morderstwa.
Zastanawiałam się co do cholery się dzieje.
- Zrobię to, jeśli ty i Alcide spotkacie się nieuzbrojeni. - powiedziałam - Jeśli to co
podejrzewam jest prawdą to macie wspólnego wroga, który stara się, żebyście nawzajem się
wybili.
- Jeśli ten drań się zgodzi, to ja też. - odpowiedział Furnan - Jeśli Alcide ma moją żonę i jeśli
chociaż jeden włos jej spadł z głowy to lepiej niech ją ze sobą przyprowadzi. Albo
przysięgam na Boga, poćwiartuję go.
- Rozumiem. Upewnię się, że też wszystko zrozumie. Odezwiemy się do ciebie. - obiecałam i
całym moim sercem pragnęłam, żeby było to prawdą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział IX

Jeszcze tej samej nocy, byłam bliska znalezienia się w niebezpieczeństwie. I była to tylko i
wyłącznie moja, cholerna wina. Kiedy przebrnęłam przez serię telefonów, Alcide i Furnan
ustalili gdzie się spotkają. Wyobrażałam sobie, że usiądą razem przy stole, mając za sobą
swoich popleczników i wyjaśnią sobie wszystko. Że pani Furnan się pojawi, kiedy ta para by
się dogadała. Że każdy będzie zadowolony albo przynajmniej mniej wrogi. A ja że będę
bardzo daleko.
No i siedziałam w opuszczonym biurowcu w Shreveport, w tym samym w którym odbywały
się zawody na przywódcę stada. Przynajmniej Sam był ze mną. Było ciemno i chłodno, a
wiatr odgarniał mi włosy z ramion. Przestąpiłam z nogi na nogę, niespokojna co może się
stać. Chociaż Sam nie był tak samo niespokojny jak ja to mogłam stwierdzić, że czuł się
podobnie.
To moja wina, że tam był. Kiedy stał się bardzo ciekawy w kwestii wilkołaków, musiałam mu
powiedzieć. W końcu, jeśli ktoś wszedłby do Merlotte’s z zamiarem zastrzelenia mnie to Sam
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

zasługiwał na to, żeby wiedzieć dlaczego jego bar jest tak podziurawiony. Pokłóciłam się z
nim, kiedy stwierdził, że jedzie ze mną, ale na koniec przyjechaliśmy tu razem.
Może po prostu kłamałam sama przed sobą. Może po prostu chciałam mieć przy sobie
przyjaciela, kogoś zdecydowanie po mojej stronie. Może po prostu byłam przerażona.
Właściwie to bez „może” w każdym przypadku.
Noc była rześka i oboje mieliśmy na sobie płaszcze przeciwdeszczowe z kapturami. Nie to, że
potrzebowaliśmy kapturów, ale jeśli zrobiłoby się zimniej to bylibyśmy za nie wdzięczni. W
opuszczonym budynku panowała przygnębiająca cisza. Staliśmy w hali do rozładunku jakiejś
firmy, który zamówiła masę towaru. Ogromne metalowe drzwi przy których rozładowywano
ciężarówki, wyglądały jak wielkie, błyszczące oczy, lśniące we włączonych, słabych
światłach.
Właściwie to wokoło było wiele lśniących oczu. The Sharks i The Jets4 negocjowali. Och,
przepraszam, to znaczy wilkołaki Furnana i wilkołaki Herveauxa. Dwie strony stada mogły
dojść do porozumienia albo mogły do niego nie dojść. A na samym środku stał Sam
Zmiennokształtny i Sookie Telepatka.
Czułam mocne, czerwone brzęczenie umysłów wilkołaków pochodzące z północy i z
południa. Odwróciłam się do Sama i z całego serca powiedziałam:
- Nigdy nie powinnam pozwolić ci przyjechać tu ze mną. Powinnam trzymać gębę na kłódkę.
- Masz nawyk nie mówienia mi o wielu rzeczach, Sookie. Chciałbym wiedzieć co się u ciebie
dzieje. A szczególnie, kiedy jest jakieś zagrożenie. - czerwonozłote włosy Sama rozwiały się
wokół głowy w porywie małego wiatru błądzącego między budynkami. Czułam jego inność
bardziej niż kiedykolwiek. Sam był rzadkim, prawdziwym zmiennokształtnym. Mógł się
zmienić w co tylko chciał. Najbardziej jednak wolał zamieniać się w psa rasy Collie, bo psy
są powszechne i przyjazne i ludzie nie za często do nich strzelają. Spojrzałam w jego
niebieskie oczy i zobaczyłam w nich dzikość.
- Są tutaj. - powiedział, unosząc swój nos do wiatru.
Wtedy dwie grupy stanęły jakieś trzy metry od siebie i to był moment na koncentrację.
Rozpoznałam kilka twarzy między wilkami Furnana, która była bardziej liczna. Cal Myers,
policyjny detektyw był pośród nich. Śmiałym posunięciem było przyprowadzenie Cala, który
ogłaszał swoją niewinność. Rozpoznałam także nastolatkę, którą Furnan „wziął”, jako część
świętowania swojego zwycięstwa po pokonaniu Jacksona Herveauxa. Wyglądała na miliony
lat starszą dzisiejszej nocy.
W grupie Alcide’a była kasztanowo-włosa Amanda, która skinęła mi głową z poważną miną i
kilku wilkołaków, których widziałam we Włosie Psa , kiedy podczas jeden nocy odwiedziłam
z Quinnem bar. Wychudzona dziewczyna, która miała na sobie czerwoną skórę tamtej nocy i
która zrobiło małe zamieszanie, stała przy Alcide’dzie. Była jednocześnie przerażona i
podekscytowana. Ku mojemu zdziwieniu, był też tam Dawson. Nie był tak bardzo samotnym
wilkiem, jak to przedstawiał. Alcide i Furnan wyszli ze swoich grup.
To była ich wersja spotkania albo pertraktowania albo jakikolwiek chciało się to nazwać:
musiałam stać pomiędzy Alcide’em, a Furnanem. Każdy z przywódców złapał mnie za ramię.
Miałam być ludzkim wykrywaczem kłamstw podczas ich rozmowy. Musiałam mówić
drugiemu czy ten pierwszy kłamie, a przynajmniej musiałam się starać jak najlepiej. Mogłam
czytać umysły, ale umysły mogły być zwodnicze, podstępne albo po prostu oporne. Nigdy
wcześniej nie robiłam czegoś w tym rodzaju i modliłam się, żeby moje zdolności były
wyjątkowo precyzyjne tej nocy i żebym mądrze ich użyła. Chciałam pomóc zakończyć
mordowanie się nawzajem.
Alcide podszedł do mnie twardo, jego twarz wyglądała surowo w świetle lamp. Po raz
pierwszy zauważyłam, że wyglądał na szczuplejszego i dojrzalszego. Pojawiło się trochę
siwizny w jego czarnych włosach, której nie było kiedy żył jego ojciec. Patrick Furnan też
4
drużyny futbolowe
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

dobrze nie wyglądał. Zawsze miał tendencję do tycia, ale teraz wyglądał, jakby schudł z
siedem albo dziesięć kilogramów. Bycie przywódcą mu nie służyło. A szok wywołany
porwaniem jego żony zostawił ślad na jego twarzy.
Robiłam coś, czego nie wyobrażałam sobie, że będę robić. Wyciągnęłam do niego moją
prawą rękę. Złapał ją i natychmiast zalała mnie powódź jego myśli. Był tak skupiony, że
nawet jego zawiły wilczy umysł był prosty do odczytania. Wyciągnęłam moją lewą rękę do
Alcide’a i złapał ją trochę zbyt mocno. Przez długi moment czułam się jakbym topiła się w
wirze ich myśli. Wtedy, z dużym wysiłkiem, zmieniłam je w strumienie, żeby nie być tak
przeciążona. Łatwo będzie im kłamać na głos, ale już nie tak łatwo we własnej głowie. A
przynajmniej nie logicznie. Zamknęłam oczy. Rzut monetą pozwolił zadać Alcide’owi
pierwsze pytanie.
- Patrick, dlaczego zabiłeś moją kobietę? - słowa brzmiały, jakby kłuły Alcide’a w gardło. -
Była czystej krwi wilkołakiem i tak łagodna, jak tylko może być wilkołak.
- Nigdy nie kazałem żadnemu z moich ludzi zabijać twoich. - powiedział Patrick Furnan.
Wydawał się tak zmęczony, jakby ledwie mógł stać, a jego myśli były w podobnym stanie:
powolne i znużone. Był łatwiejszy do odczytania w porównaniu z Alcide’em. Myślał to co
powiedział.
Alcide słuchał z wielką uwagą i następnie powiedział:
- Czy kazałeś komuś, kto nie był w twoim stadzie, żeby zabił Marię-Star, Sookie i panią
Larrabee?
- Nigdy, przenigdy nie wydawałem rozkazów, żeby zabić twoich ludzi. - powiedział Furnan.
- Wierzy w to. - powiedziałam.
Niestety, Furnan nie poprzestał na tym:
- Nienawidzę cię, - powiedział z tym samym co poprzednio zmęczeniem - Byłbym
szczęśliwy, jakby potraciła cię ciężarówka. Ale nie kazałem nikogo zabijać.
- W to też wierzy. - powiedziałam, może trochę za sucho.
Alcide zażądał wyjaśnienia:
- Jak możesz uważać się za niewinnego, skoro Cal Myers jest w twoim stadzie? Zadźgał
Marię-Star nożem.
Furnan wyglądał na zmieszanego. - Cala tam nie było.
- Wierzy w to co mówi. - powiedziałam Alcide’owi, zwracając swoją twarz ku Furnanowi -
Cal tam był i zamordował Marię-Star. - chociaż starałam się nie stracić koncentracji,
słyszałam szepty wokół Cala Myersa i zauważyłam, że reszta wilków Furnana odsunęła się od
niego.
Teraz była kolej Furnana na zadawanie pytań.
- Moja żona. - powiedział i głos ugrzązł mu w gardle - Dlaczego ona?
- Nie porwałem Libby. -powiedział Alcide - Nigdy bym nie porwał kobiety, a szczególnie
kobiety wilkołaka z młodym. Nigdy bym nie zlecił czegoś takiego.
Wierzył w to.
- Alcide nie zrobił tego osobiście, ani nie zlecił tego nikomu. - Ale Alcide nienawidził
Patricka Furnana z ogromną dzikością. Furnan nie musiał zabijać Jacksona Herveauxa
podczas finały zawodów, ale to zrobił. Wolał zacząć swoje rządy z wyeliminowaniem rywala.
Jackson nigdy by mu się nie podporządkował i byłby przeciwko niemu przez lata.
Dostawałam myśli od każdego z nich, tak mocne podmuchy myśli, że niemal paliły się w
mojej głowie i powiedziałam:
- Uspokójcie się obaj. - poczułam za mną Sama, jego ciepło, dotyk jego umysłu i
opowiedziałam:
- Sam, nie dotykaj mnie, dobrze?
Zrozumiał i się odsunął.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Żaden z was nie zabił ludzi, którzy zginęli. Żaden z was tego nie zlecił. Z tego co mogę
powiedzieć.
- Oddaj nam Cala Myersa na przesłuchanie. - powiedział Alcide.
- To gdzie jest moja żona? - warknął Furnan
- Martwa i ukryta. - powiedział czysty głos - I jestem gotowa zająć jej miejsce. Cal jest mój.
Spojrzeliśmy w górę, bo głos dochodził z płaskiego dachu. Były tam cztery wilkołaki, a
brunetka, która to powiedziała stała na skraju. Miała świetne poczucie dramatyzmu. To
musiałam jej przyznać. Samice wilkołaków miały siłę i status, ale nie były przywódcami...
nigdy. Kobieta wyraźnie dowodziła i była bardzo dominująca, chociaż miała może z metr
pięćdziesiąt. Przygotowywała się do przemiany; można było to stwierdzić, bo była naga. Albo
może chciała pokazać co dostałby Alcide i Furnan. Czego było dużo w ilości i w jakości.
- Priscilla. - powiedział Furnan.
Imię wydawało się nie pasować do wilkołaka i poczułam, że się uśmiecham, co było kiepskim
pomysłem patrząc na okoliczności.
- Znasz ją. - powiedział Alcide do Furnana - To cześć twojego planu?
- Nie. - odpowiedziałam za niego. Mój umysł się chwiał, chociaż myśli które mogłam
odczytać i złapać w jeden wątek były podobne. - Furnan. Cal jest jej. - powiedziałam -
Zdradził cię.
- Pomyślałam, że jeśli zdejmę kilka suk to pozabijacie się nawzajem. - powiedziała Priscilla -
Szkoda, że nie wyszło.
- Kto to jest? - zapytał Furnana Alcide.
- Jest od Arthura Heberta, przywódcy stada z St. Catherine Parish. - St. Catherine było na
południe, trochę na wschód od Nowego Orleanu. Katrina musiała w nie mocno uderzyć.
- Artur jest martwy. Nie mamy już domu. - powiedziała Priscilla Hebert - Chcemy twojego.
Cóż, można to było zauważyć.
- Cal, czemu to zrobiłeś? - Furnan zapytał swojego asystenta. Cal powinien wskoczyć na
dach, kiedy jeszcze mógł. Wilki Furnana i wilki Herveauxa uformowały krąg wokół niego.
- Cal jest moim bratem. - powiedziała Priscilla - Lepiej uważajcie, żeby mu włos z głowy nie
spadł. - w jej głosie pojawiła się nutka desperacji, której wcześniej nie było. Cal spojrzał
smutno na swoją siostrę. Uświadomił sobie w jak ciężkim był położeniu i byłam całkowicie
pewna, że chce, żeby jego siostra się wreszcie zamknęła. To by była jego ostatnia myśl.
Ramię Furnana nagle wyłoniło się z rękawa i pokryło się sierścią. Z ogromną siłą, rzucił się
na swojego byłego poplecznika, patrosząc go. Ręka Alcide, która miała pazury złapała tył
głowy Cala, kiedy zdrajca upadał na ziemię. Krew Cala trysnęła na mnie łukiem. Za mną
poczułam brzęczenie energii Sama, która zapowiadała przemianę, wywołaną przez napięcie,
zapach krwi i mój mimowolny krzyk.
Priscilla Hebert zawyła w furii i cierpieniu. Z nieludzką gracją, zaskoczyła z dachu na
parking, podążając za swoimi poplecznikami.
Wojna się zaczęła.
Sam i ja staraliśmy się znaleźć w środku wilków ze Shreveport. Kiedy sfora Priscilli zaczęła
się zbliżać z każdej strony, Sam powiedział:
- Przemienię się.
Nie wiedziałam jaki był pożytek z Colliego w tej sytuacji, ale odpowiedziałam:
- Okej, szefie. - wyszczerzył się do mnie w koślawy sposób, zdarł ubranie i przychylił się.
Naokoło nas wilkołaki robiły to samo. Spokojne, nocne powietrze wypełnione było
dźwiękiem przypominającym mlaśnięcie, dźwiękiem sugerującym przechodzenie ciężkich
rzeczy przez gęsty, lepki płyn. To charakteryzowało transformację człowieka w zwierzę.
Ogromne wilki prostowały się i otrzepywały wokół mnie, chodziły bez celu, przygotowując
się na walkę i nie było sposobu, żeby je od tego odwieść.
Odwróciłam się do Sama, żeby go klepnąć i zauważyłam, że stoję obok lwa.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Sam. - wyszeptała, a on ryknął.


Każdy zamarł w miejscu na długi moment. Wilki ze Shreveport były tak samo przestraszone,
jak te z St. Catherine na początku, ale wtedy zrozumiały, że Sam był po ich stronie i
podniecone skomlenia rozniosły się po budynku.
I wtedy zaczęła się bitwa.
Sam starał się mnie okrążać, co było niemożliwe, ale było to szarmanckie zachowanie. Jako
nieuzbrojony człowiek byłam bezsilna w tej walce. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, a
właściwie przerażające uczucie.
Byłam najsłabsza.
Sam był wspaniały. Jego wielkie łapy ruszały się z niesamowitą prędkością, i kiedy uderzył
nimi wilka to ten upadał. Tańczyłam po środku jak popieprzony elf, starając się trzymać z
daleka. Nie mogłam zobaczyć wszystkiego co się działo. Grupa z St. Catherine walczyła z
Furnanem, Alcide’em i Samem, kiedy naokoło kwitły indywidualne walki. Uświadomiłam
sobie, że kazano im zdjąć przywódców i wiedziałam jak długo trzeba było to planować.
Priscilla Hebert nie pozwoliła na zbyt szybkie zabicie brata, ale wogóle jej to nie spowolniło.
Nikt nie wydawał się mną przejmować, skoro nie stwarzałam zagrożenia. Ale w każdej chwili
mogłam być powalona na ziemię przez plątaninę walczących i być ranna, tak jak mogłam
być, będąc celem. Priscilla, obecnie szary wilk, obrała sobie za cel Sama. Wydawało mi się,
że starała się udowodnić, że ma metaforyczne jaja kierując się na największy i
najniebezpieczniejszy cel. Ale rzuciła się na nią Amanda i ugryzła ją w nogę, kiedy Priscilla
starała się przebić przez walczących. Zareagowała odwracając głowę z obnażonymi kłami w
kierunku mniejszego wilka. Amanda odskoczyła i wtedy, kiedy Priscilla wróciła do
kontynuowania swojej drogi, Amanda błyskawicznie znowu się na nią rzuciła i gryzła.
Ugryzienie Amanda było na tyle silne, że mogło połamać kości, ale dla Priscilli było bardziej
jak coś irytującego i odwróciła się do niej w całej swojej okazałości. Kiedy nie zdążyłam
nawet pomyśleć „och, nie”, rzuciła się na nią ze swoimi stalowymi szczękami i złamała jej
kark.
Podczas kiedy zamarłam patrząc na ten horror, Priscilla rzuciła ciało Amandy na ziemię i
wskoczyła na plecy Sama. Starał się ją strząsnąć, ale ona zatopiła swoje kły w jego szyje i nie
dało się ich wyrwać.
Coś we mnie pękło dokładnie tak samo, jak kości w szyi Amandy. Straciłam jakikolwiek
rozsądek i wyskoczyłam w powietrze, jakbym sama była wilkiem. Żeby powstrzymać
wyślizgujące mi się ciało ciężkiego zwierzęcia owinęłam ręce w sierści Priscilli wokół szyj i
objęłam ją nogami. Ściskałam ramiona z całej siły, dopóki nie stało się to zwykłym
przytulaniem. Priscilla nie chciała puścić Sama, więc rzucała się na wszystkie strony, żeby
mnie zrzucić. Ale przyczepiłam się do niej jak jakaś samobójcza małpa.
W końcu musiała go puścić, żeby poradzić sobie ze mną. Ściskałam i ściskałam coraz
mocniej, a ona starała się mnie ugryźć, ale nie mogła mnie sięgnąć dopóki byłam na jej
plecach. Była w stanie wykręcić się wystarczająco, żeby drasnąć mnie swoimi kłami, ale nie
mogła ich tam zatrzymać. Ból był mocno odczuwalny. Zacisnęłam ręce nawet mocniej,
chociaż ramiona niemal płonęły mi z bólu. Jeślibym nawet delikatnie poluźniła uścisk, to
dołączyłabym do Amandy.
Wszystko działo się tak szybko, że trudno było mi w to uwierzyć, bo czułam się jakbym
próbowała zabić tą kobietę/wilka przez wieczność. Tak naprawdę to niewiele myślałam,
jedyne co „zgiń, zgiń” w mojej głowie. Po prostu chciałam, żeby przestała robić to co robiła,
a ona nie przestawała do cholery. Rozległ się kolejny rozdzierający uszy ryk i wielkie zęby
mignęły centymetry od mojego ramienia. Zrozumiałam, że muszę puścić i w tej samej
sekundzie zwolniłam uścisk. Spadłam z wilka, przeleciałam przez chodnik i wylądowałam
kilka metrów dalej.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

I nagle rozległo się coś w rodzaju trzasku i nade mną stała Claudine. Miała na sobie koszulkę
bez rękawów, dół od piżamy i trzymała w ręce poduszkę. Przez jej rozstawione nogi
zobaczyłam jak lew niemal odgryza jej głowę i wypluwa w grymaśny sposób. Wtedy
odwrócił się, żeby zobaczyć co się dzieje na parkingu i ewentualnie dostrzec kolejne
zagrożenie.
Jeden z wilków rzucił się na Claudine. A ona dowiodła, że była zupełnie przebudzona. Kiedy
zwierzę było w powietrzu, jej dłonie złapały go za uszy. Rzuciła nim, wykorzystując jego
impet. Claudine rzuciła się na ogromnego wilka z łatwością nastolatka zgniatającego puszkę
po piwie. Wilk uderzył w wyładowany dok z odgłosem sugerującym koniec. Szybkość tego
ataku i jego konkluzja były absolutnie niesamowite.
Claudine dalej stała z rozstawionymi nogami, a ja byłam wystarczająco bystra, żeby się nie
ruszać. Właściwie to byłam wycieńczona, przerażona, trochę zakrwawiona, a mały czerwony
ślad na mojej nodze, wydawał się być moją własną krwią.
Walka była krótka, ale maksymalnie wykorzystywała możliwości ciała z nieprawdopodobną
szybkością. A przynajmniej tak to działało u ludzi. Claudine wydawała się całkiem
niewzruszona.
- Chodź tutaj, owłosiony dupku! - wrzasnęła, przywołując obiema rękami wilkołaka, który
zakradał się do niej z tyłu. Skręciła się, nie odrywając nóg, manewr który byłby niemożliwy
dla przeciętnego, ludzkiego ciała. Wilkołak dostał dokładnie to samo, co jego poprzednik. Na
tyle na ile mogłam powiedzieć to oddech Claudine nawet nie przyśpieszył. Jej oczy były
rozszerzone i bardziej zawzięte niż normalnie, jej ciało było lekko pochylone, gotowe na atak.
Było jeszcze więcej wycia, ryków, szczekania i warczenia, pisków bólu i innych
rozdzierających hałasów nad którymi wolałam się nie zastanawiać. Ale może po pięciu
minutach walki, odgłosy ucichły.
Claudine nawet nie spojrzała na mnie w tym czasie, bo pilnowała, żebym nie znalazła się w
niebezpieczeństwie. Kiedy to w końcu zrobiła, zamrugała. Więc musiała wyglądać całkiem
źle.
- Spóźniłam się. - powiedziała, przesuwając jedną nogę tak, że stanęła po mojej stronie.
Wyciągnęła rękę, a ja ją chwyciłam. Stanęłam w mgnieniu oka. Przytuliłam ją. Nie tylko
dlatego, że chciałam, ale dlatego że tego potrzebowałam. Claudine zawsze wspaniale
pachniała, a jej ciało było niesamowicie inne w dotyku w porównaniu do ludzkiego.
Wydawała się szczęśliwa, również mnie przytulając i trzymałyśmy się tak przez długi
moment, dopóki nie odzyskałam równowagi.
Wtedy podniosłam głowę, żeby się rozejrzeć i byłam przerażona tym, co zobaczyłam. Tu i
tam ranny wilk wąchał pomiędzy zwłokami, kogoś szukając. Lew kulił się kilkanaście
metrów dalej, dysząc. Jego sierść pokryta była krwią. Miał otwartą ranę na ramieniu, którą
zrobiła Priscilla. Był też inny ślad po ugryzieniu na jego plecach.
Nie wiedziałam co mam najpierw zrobić.
- Dziękuję, Claudine. - powiedziałam i pocałowałam ją w policzek.
- Nie zawsze może mi się udać. - ostrzegła mnie - Nie licz na automatyczną pomoc.
- Mam na sobie jakiś przycisk Zagrożenie Życia dla wróżek? Skąd wiedziałaś? - mogłam
stwierdzić, że nie zamierzała mi odpowiedzieć - Nieważne, bardzo ci dziękuję za ratunek.
Hej, zgaduję że wiesz, że spotkałam mojego pradziadka? - bełkotałam. Byłam szczęśliwa, że
żyję.
Skłoniła głowę.
- Książę jest moim dziadkiem.
- Och, więc jesteśmy jak kuzynki?
Spojrzała po mnie, miała czyste, ciemne i spokojne oczy. Nie wyglądała jak kobieta, która
właśnie zabiła dwa wilki, tak szybko, jak pstryknięcie palcami.
- Tak. Myślę, że tak.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Więc jak na niego mówisz? Dziadziuś?


- Mówię do niego ‘mój panie’.
- Ach.
Odeszła sprawdzić wilki z którymi się uporała (byłam zupełnie pewna, że dalej były martwe),
więc podeszłam do lwa. Kucnęłam obok niego i objęłam jego szyję. Zamruczał.
Automatycznie zaczęłam go drapać po głowie i za uszami, tjak robiłam to z Bobem.
Mruczenie było intensywniejsze.
- Sam. - powiedziałam - Bardzo ci dziękuję. Ocaliłeś mi życie. Jak bardzo jesteś ranny? Co
mogę zrobić?
Sam westchnął. Położył głowę na ziemi.
- Jesteś zmęczony?
Wtedy powietrze wokół niego zawirowało, a ja się odsunęłam. Wiedziałam co się stanie. Po
kilku sekundach, ciało które leżało obok mnie było ludzkie, nie zwierzęce. Niespokojnie
szukałam ran na Samie i spostrzegłam, że dalej je ma, ale były o wiele mniejsze, niż wtedy,
kiedy był w formie lwa. Wszyscy zmiennokształtni szybko zdrowieją. To dużo mówiło o tym,
jak bardzo moje życie się zmieniło, bo nie wydawało mi się ważne, że Sam jest nagi. Nie
przejmowałam się tym teraz - co było dobre, bo nagie ciała były wszędzie wokół mnie.
Zwłoki zmieniały się z powrotem, tak samo jak ranne wilki.
Musiało być łatwiej patrzeć na ciała będąc wilkiem.
Cal Myers i jego siostra, Priscilla byli martwi oczywiście, tak samo jak dwa wilkołaki
Claudine. Amanda nie żyła. Chuda dziewczyna, którą spotkałam we Włosie Psa żyła, chociaż
miała kilka ran na udzie. Rozpoznałam też barmana Amandy: wydawał się nietknięty. Tray
Dawson kołysał ramieniem, które wydawało się być złamane.
Patrick Furnan leżał pośrodku kręgu martwych i zranionych, wszystkich wilków Priscilli. Z
pewną trudnością, przeszłam między połamanymi i zakrwawionymi ciałami. Czułam na sobie
wszystkie oczy, wilcze i ludzkie, kiedy ukucnęłam przy nim. Położyłam palce na jego szyi i
nic nie wyczułam. Sprawdziłam nadgarstek. Położyłam nawet rękę na jego torsie. Bez ruchu.
- Odszedł. - powiedziałam i ci, którzy pozostali w wilczej formie zaczęli wyć. O wiele
bardziej niepokojące było wycie wilkołaków w ich ludzkiej formie.
Minął mnie Alcide. Był mniej lub bardziej nietknięty, chociaż miał krople krwi na piersi.
Minął zabitą Priscillę kopiąc jej zwłoki. Uklęknął przez moment przy Patricku Furnanie,
schylając swoją głowę, jakby chciał się pokłonić przed zwłokami. Wtedy wstał. Wyglądał
mrocznie, dziko i zdecydowanie.
- Jestem przywódcą tego stada! - oznajmił głosem w którym zabrzmiała absolutna pewność
siebie. Scena stała się niesamowicie cicha, kiedy zrozumiały to ocalałe wilki.
- Musisz teraz iść. - bardzo cicho powiedziała do mnie Claudine. Podskoczyłam jak
przestraszony królik. Byłam zahipnotyzowana pięknem Alcide, tą prymitywną dzikością która
z niego promieniowała.
- Co? Dlaczego?
- Zamierzają teraz uczcić swoje zwycięstwo i nowego przywódcę. - odpowiedziała.
Chuda dziewczyna złączyła ręce i uderzyła nimi w głowę leżącego - ale wciąż drgającego
przeciwnika. Kości pękły z nieprzyjemnym chrupnięciem. Naokoło mnie, wszystkie
pokonane wilkołaki były zabijane, a przynajmniej te które były mocno poranione. Mała
grupka trzech osób uklęknęła na kolanie przed Alcide’em z odchylonymi głowami. Były tam
dwie kobiety i jeden dorosły mężczyzna. Odsłaniali swoje gardła w geście poddania. Alcide
był bardzo podniecony. I było to wyraźnie widać. Pamiętałam w jaki sposób Patrick Furnan
świętował, kiedy dostał robotę przywódcy. Nie miałam pojęcia czy Alcide zgwałci czy zabije
tych zakładników. Nabrałam powietrza, żeby krzyknąć. Nie wiedziałam co chce powiedzieć,
ale brudna dłoń Sama zatkała mi usta. Przewróciłam oczami, żeby na niego spojrzeć,
jednocześnie zła i oburzona, ale on gwałtownie potrząsnął głową. Patrzył się mi w oczy przez
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

długi moment, żeby mieć pewność, że będę cicho i wtedy cofnął rękę. Objął mnie w talii i
gwałtownie obrócił mnie tyłem do sceny która się rozgrywała. Claudine szła za nami, kiedy
Sam szybko maszerował przed siebie. Patrzyłam przed siebie.
I starałam się nie słuchać odgłosów.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział X

Sam miał jakieś ubrania w swoim samochodzie i po prostu je założył.


- Muszę wracać do łóżka. - powiedziała Claudine, jakby obudziła się tylko dlatego, żeby
wypuścić kota na dwór albo pójść do łazienki. Wtedy rozległ się trzask i już jej nie było.
- Ja poprowadzę. - zaoferowałam, bo Sam był ranny.
Podał mi swoje kluczki.
Wyjechaliśmy w ciszy. Z wysiłkiem przypomniałam sobie jak wrócić na międzystanową i jak
dojechać do Bon Temps, bo ciągle byłam jeszcze w szoku na kilku różnych poziomach.
- To normalna reakcja na bitwę. - powiedział Sam - Przypływ pożądania.
Ostrożnie nie patrzyłam na nogi Sama, żeby nie zobaczyć, czy może ma swój własny
przypływ.
- Tak, wiem to. Uczestniczyłam już w kilku bitwach. I to w kilku za dużo.
- Dodatkowo, Alcide stał się przywódcą stada. - Kolejny powód, żeby czuć się
„szczęśliwym”.
- Ale uczestniczył w tej całej walce z powodu śmierci Marii-Star. - chodziło mi o to, że
powinien być zbyt przygnębiony na świętowanie śmierci swojego wroga.
- Uczestniczył w tej całej walce dlatego, że czuł się zagrożony. - odpowiedział Sam -
Naprawdę głupie było to co zrobili Alcide i Furnan. Powinni usiąść i porozmawiać, zanim
dotarło to do tego punktu. Mogli dowiedzieć się co się dzieje o wiele wcześniej. Jeślibyś ich
nie powstrzymała to dalej by się nawzajem zabijali i zupełnie by się wybili. Odwaliliby całą
robotę za Priscillę Hebert.
Było mi niedobrze na myśl o wilkołakach, ich agresji i zaciekłości.
- Sam, przeszedłeś przez to wszystko przeze mnie. Strasznie się z tym czuję. Zabiliby mnie,
gdyby nie ty. Jestem ci winna wielką przysługę. I jest mi bardzo przykro.
- Utrzymanie cię przy życiu, - odpowiedział Sam - jest dla mnie ważne. - zamknął oczy i
przespał resztę podróży. Utykając, ale bez pomocy, wszedł po schodach do swojej przyczepy
i zatrzasnął drzwi. Czując się trochę opuszczona i bardziej niż trochę przygnębiona, wsiadłam
do własnego samochodu i pojechałam do domu, zastanawiając się jak wpasować wydarzenia
tej nocy w resztę mojego życia.
Amelia i Pam siedziały w kuchni. Amelia zrobiła sobie herbatę, a Pam pracowała nad
kawałkiem haftu. Jej ręce poruszały się tak szybko, jakby igła przyczepiona była do maszyny
i nie wiedziałam co było bardziej zaskakujące: jej umiejętności czy jej rozrywka.
- Co robiliście z Samem? - zapytała Amelia z wielkim uśmiechem - Wyglądasz tragicznie, co,
miałaś ciężki wieczór?
Wtedy uważniej mi się przyjrzała i spytała:
- Co się stało, Sookie?
Nawet Pam odłożyła swój haft i spojrzała na mnie ze swoją najpoważniejszą miną.
- Pachniesz, - powiedziała - pachniesz krwią i wojną.
Spojrzałam w dół po sobie i zobaczyłam jak byłam brudna. Moje ubrania były zakrwawione,
podarte i pobrudzone, a moja noga mnie bolała. To był moment pierwszej pomocy i nie
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

mogłabym mieć lepszej opieki od Pielęgniarki Amelii i Pielęgniarki Pam. Pam była trochę
podekscytowana raną, ale powstrzymała się, jak dobry wampir. Wiedziałam, że opowie
wszystko Ericowi, ale jakoś nie mogłam poczuć, że cokolwiek mnie to obchodzi. Amelia
wypowiedziała uleczające zaklęcie nad moją nogą. Uzdrawianie nie było jej mocną stroną,
jak mi skromnie powiedziała, ale trochę pomogło. Moja noga przestała pulsować.
- Nie boisz się? - spytała Amelia - To jest od wilkołaka. Co jeśli się zarazisz?
- Jest to złapać trudniej, niż większość chorób zakaźnych. - odpowiedziałam. Pytałam
każdego wilkołaka i zmiennokształtnego o szansach przenoszenia ich stanu przez ugryzienie.
Poza tym, mieli lekarzy. I badaczy. - Większość ludzi musiałaby być wielokrotnie pogryziona
na całym ciele, i nawet wtedy nie wiadomo czy by się udało. - to nie było jak grypa albo
katar. Dodatkowo, jeśli zaraz po odniesieniu rany się ją oczyściło, to szanse jeszcze bardziej
malały. Wylałam na nogę butelkę wody zanim wsiadłam do samochodu. - Więc nie martwię
się, ale mam ranę i myślę, że mi zostanie blizna.
- Eric nie będzie szczęśliwy. - powiedziała Pam z przewidującym uśmiechem. - Byłaś
narażona na niebezpieczeństwo z powodu wilkołaków. Wiesz, że trzyma je na krótkiej
smyczy.
- Tak, tak, tak. - odpowiedziałam, nie przejmując się w najmniejszym stopniu - Może sobie
iść popuszczać latawca.
Pam się rozjaśniła.
- Powiem mu to.
- Dlaczego tak lubisz go drażnić? - spytałam, uświadamiając sobie, że byłam ociężała ze
zmęczenia.
- Nigdy nie miałabym tyle śmiałości, żeby się z nim drażnić. - odpowiedziała i wtedy wyszła
z Amelią z mojego pokoju. Byłam cudownie sama we własnym łóżku i żyłam. Chwilę później
zasnęłam.
Prysznic jaki wzięłam następnego dnia był wspaniałym przeżyciem. Na liście Wspaniałych
Pryszniców Jakie Kiedykolwiek Miałam, ten plasował się przynajmniej na miejscu czwartym.
(Najlepszym prysznicem był prysznic z Ericiem i nawet nie mogłam o nim myśleć bez
dreszczy na całym ciele.) Wyszorowałam się do czysta. Moja noga wyglądała całkiem dobrze
i chociaż nawet bardziej bolały mnie wszystkie mięśnie, których wcześniej za dużo nie
używałam, to czułam, że katastrofa została zażegnana, a zło pokonane.
Kiedy stałam pod gorącym strumieniem wody, płucząc włosy, myślałam o Priscilli Hebert.
Przy tym szybkim spojrzeniu w jej świat, zrozumiałam że próbowała znaleźć dla siebie i dla
swojego stada miejsce do życia i zrobiła rozeznanie, żeby znaleźć najsłabszy obszar w którym
mogłaby się zaczepić. Może gdyby przyszła do Patricka Furnana z prośbą, możliwe że
zapewniłby dom dla jej sfory. Ale nigdy by nie oddał przywództwa. Żeby je zdobyć, zabił
Jacksona Herveauxa, więc z pewnością nie zawierałby żadnych umów z Priscillą - nawet jeśli
społeczeństwo wilków by na to pozwoliło, co było wątpliwe, a już szczególnie wątpliwe było
przekazanie jej rzadkiego statusu przywódczyni.
No cóż, przynajmniej już nie musiała się tym przejmować.
Teoretycznie, podobało mi się jej dążenie do zadomowienia się jej wilków w nowym domu.
Spotkałam Priscillę osobiście, mogłam być tylko szczęśliwa, że się jej nie udało.
Czysta i odświeżona, wysuszyłam włosy i nałożyłam trochę makijażu. Pracowałam na
dziennej zmianie, więc musiałam być w Merlotte’s o jedenastej. Założyłam zwykły strój:
czarne spodnie i białą bluzkę i zdecydowałam się na rozpuszczone włosy, kiedy wiązałam
moje Reeboki.
Stwierdziłam, że czuję się całkiem nieźle, biorąc pod uwagę wszystko co się stało.
Wiele osób nie żyło, i miałam wiele żalu wokół wydarzeń poprzedniej nocy, ale przynajmniej
stado, które naruszyło terytorium zostało pokonane i obszar Shreveport powinien być przez
jakiś czas spokojny. Wojna skończyła się w bardzo krótkim czasie. Wilkołaki nie ujawniły się
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

reszcie świata, chociaż był to krok, który musiały niedługo wykonać. Im dłużej wiadomo było
o wampirach to coraz bardziej prawdopodobne stawało się, że i wilkołaki zostaną odkryte.
Dodałam tą sprawę do gigantycznego pudła, wypełnionego sprawami, które nie były moim
problemem.
Zadrapanie na mojej nodze, czy to przez naturę czy przez obrzędy Amelii, było zasklepione.
Na moich ramionach i na nogach były siniaki, ale zakryło je ubranie. Mogłam założyć długi
rękaw, bo było chłodno na dworze. Właściwie to kurtka byłaby mile widziana i kiedy
jechałam już do pracy, żałowałam, że żadnej nie wzięłam. Amelia nie krzątała się po domu,
kiedy wychodziłam i nie miałam pojęcia czy Pam była w mojej sekretnej dziennej dziurze w
drugiej sypialni. Hej, nie moje zmartwienie!
Podczas jazdy dodawałam kolejne sprawy do listy rzeczy, którymi nie powinnam się martwić
czy przejmować. Ale dotarłam do końca mojej beztroski, kiedy dojechałam do pracy. Kiedy
zobaczyłam mojego szefa, wiele myśli przeleciało mi przez głowę, tego nie mogłam
przewidzieć. Nie to, że Sam wyglądał na pobitego, ani nic w tym stylu. Wyglądał prawie tak
samo, jak zwykle, kiedy zatrzymałam się w jego biurze, żeby zostawić torebkę. Właściwie to
wyglądał, jakby bijatyka go ominęła. Może przemienienie się w coś bardziej agresywnego
było miłym uczuciem? Może podobało mu się skopanie tyłków kilku wilkołakom.
Rozerwanie kilku wilkołakom żołądków... połamanie kilku wilkołakom kręgosłupów.
Okej, cóż - czyje życie zostało uratowane przez to uprzednio wspomniane rozrywanie i
łamanie? Moje myśli oczyściły się w pośpiechu.
Pod wpływem impulsu, pocałowałam go w policzek. Wciągnęłam zapach Sama: płyn po
goleniu, zapach lasu, coś dzikiego, ale znajomego.
- Jak się czujesz? - zapytał, jakbym zawsze całowała go na powitanie.
- Lepiej, niż myślałam, że będę. A ty?
- Trochę obolały, ale dam radę.
Holly wetknęła do środka głowę:
- Hej, Sookie, Sam. - podeszła do depozytu zostawić swoją torebkę.
- Holly, słyszałam, że ty i Hoyt jesteście teraz razem? - powiedziałam i miałam nadzieję, że
wyglądam na zadowoloną i uśmiechniętą.
- Tia, jest ok. - odpowiedziała, brzmiąc trochę nonszalancko - Jest bardzo dobry dla
Cody’ego, a jego rodzina jest naprawdę miła.
Pomijając jej kolczaste włosy pofarbowane na ciemno i ciężki makijaż, było coś smutnego i
bezbronnego w twarzy Holly.
- Mam nadzieję, że się wam uda. - łatwo mi było to powiedzieć. Holly wyglądała na
zadowoloną. Wiedziała tak dobrze, jak ja, że jeśli wyjdzie za Hoyta to będzie praktycznie
moją szwagierką, ponieważ więź między Jasonem, a Hoytem była wyjątkowo silna.
Wtedy Sam zaczął opowiadać o problemie, jaki miał z jednym z dystrybutorów z piwem,
Holly i ja zawiązałyśmy fartuchy i zaczęłyśmy zmianę. Wetknęłam głowę przez otwór w
ścianie, żeby zobaczyć co się dzieje w kuchni. Obecny kucharz Merlotte’s był byłym
wojskowym imieniem Carson. Kucharze przychodzili i odchodzili. Carson był jednym z
lepszych. Od razu nauczył się robić burgery Lafayette’a (hamburgery ze specjalnym sosem,
który robił były kucharz), robił skrzydełka kurczaka i frytki dokładnie takie, jakie powinny
być, nie miał napadów wściekłości, ani nie chciał zadźgać pomocnika kelnerów. Przychodził
na czas i zostawiał posprzątaną kuchnię po swojej zmianie i dzięki temu wszystkiemu Sam
wybaczał Carsonowi jego dziwaczność.
Miałyśmy mało klientów, więc Holly i ja robiłyśmy drinki, a Sam rozmawiał przez telefon w
biurze, kiedy weszła Tanya Grissom. Tanya miała lekki makijaż i promieniowała pewnością
siebie.
- Gdzie jest Sam? - zapytała. Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu. Odpowiedziałam jej równie
nieszczerym uśmiechem. Dziwka.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- W biurze. - odpowiedziałam, jakby zawsze wiedziała, gdzie jest Sam.


- Ta kobieta, - powiedziała Holly, przerywając żeby podejść do okienka - ta babka to kłopoty.
- Dlaczego tak myślisz?
- Mieszka w Hotshot z jakimiś tamtejszymi kobietami - odpowiedziała Holly. Holly była
jedną z niewielu przeciętnych mieszkańców Bon Temps, które wiedziały o takich
stworzeniach jak wilkołaki i zmiennokształtni. Nie wiedziałam czy odkryła, że mieszkańcy
Hotshot są panterołakami, ale wiedziała że są blisko spokrewnieni i dziwni, bo taka panowała
opinia w Renard Parish. Uważała Tanyę (lisołaka) winną przystąpienia tam, albo
przynajmniej podejrzaną.
Poczułam się szczerze zaniepokojona. Pomyślałam, że Tanya i Sam mogliby się przemieniać
razem. Samowi by się to podobało. Mógłby się nawet zmienić w lisa, gdyby chciał.
Z ogromnym wysiłkiem uśmiechnęłam się do klientów po tej myśli. Zawstydziłam się, kiedy
uświadomiłam sobie, że powinnam się cieszyć widząc kogoś zainteresowanego Samem,
kogoś kto mógłby zaakceptować jego prawdziwą naturę. Tanya wróciła z korytarza, który
przylegał do biura Sama i poszła w kierunku frontowych drzwi. Nie wyglądała na tak pewną
siebie, jak wychodziła. Uśmiechnęłam się do jej pleców. Ha! Sam przyszedł, żeby nalać piwa.
Nie wyglądał na wesołego.
To starło mi uśmiech z twarzy. Podczas kiedy obsługiwałam szeryfa Buda Dearborna i Alcee
Becka i podawałam im lunch (Alcee wpatrywał się we mnie przez chwilę) martwiłam się o to.
Zdecydowałam, że zerknę do głowy Sama, bo stawałam się coraz lepsza w kierowaniu moim
talentem. Było też mi łatwiej blokować go i nie używać podczas codziennych spraw od kiedy
pojawiła się więź z Ericiem, ale nienawidziłam się do tego przyznawać. Niezbyt uprzejme jest
przemykanie pośród czyichś myśli, ale zawsze to robiłam, to było jak moja druga natura.
Wiem, że to żadna wymówka. Ale byłam przyzwyczajona do wiedzenia, a nie zastanawiania
się. Zmiennokształtni są trudniejsi do odczytania w przeciwieństwie do normalnych ludzi, a
Sam był nawet trudny jak na zmiennokształtnego, ale wyłapałam to, że był sfrustrowany,
niepewny i pełen myśli. Wtedy przeraziłam się swoją bezczelnością i brakiem manier.
Poprzedniej nocy Sam ryzykował dla mnie swoje życie. Ocalił moje. I proszę bardzo, właśnie
przeszukiwałam jego głowę, jak dziecko pudło zabawek. Ze wstydu zaczerwieniły mi się
policzki i straciłam wątek co mówiła laska, którą obsługiwałam, dopóki nie spytała mnie
łagodnie czy dobrze się czuję. Czułam się dobrze. Przestałam, skoncentrowałam się i wzięłam
od niej zamówienie na chilli, krakersy i szklankę słodkiej herbaty. Jej znajoma,
pięćdziesięcioletnia kobieta, poprosiła o hamburgera Lafayette i sałatkę. Dowiedziałam się
jeszcze jaki by chciała sos, zamówiła również piwo i poszłam wykonać zamówienie.
Kiwnęłam głową w kierunku kurka, kiedy stanęłam przy Samie i sekundę później podał mi
piwo. Byłam zbyt zszokowana, żeby z nim rozmawiać. Posłał mi zaciekawione spojrzenie.
Byłam szczęśliwa, kiedy skończyła się moja zmiana. Holly i ja odwróciłyśmy się od Arlene i
Daniele i wzięłyśmy swoje torebki. Szybko wyszłyśmy, niebo zaczynało się ściemniać.
Światła były już zapalone. Zanosiło się na deszcz i chmury zakryły gwiazdy. Mogłyśmy
usłyszeć Carrie Underwood śpiewającą z szafy grającej, ale słabo. Chciała, żeby Jezus przejął
stery. Wydawało się to dobrym pomysłem.
Przez chwilę stałyśmy przy swoich samochodach. Wiał wiatr i było bardzo zimno.
- Wiem, że Hoyt jest najlepszym przyjacielem Jasona. - powiedziała Holly. Jej głos był
niepewny, ale jej twarz była trudna do rozszyfrowania. Wiedziałam, że nie była pewna czy
chcę usłyszeć to, co zamierzała mi powiedzieć - Zawsze lubiłam Hoyta. Był fajnym
chłopakiem w liceum. Myślę, że-mam nadzieję, że nie wściekniesz się na mnie-myślę, że to
co mnie powstrzymywało wcześniej przed umawianiem się z nim to to, że był blisko z
Jasonem.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć.
- Nie lubisz Jasona. - powiedziałam w końcu.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Och, jasne, że lubię Jasona. Kto nie lubi? Ale czy jest dobry dla Hoyta? A czy Hoyt może
być szczęśliwy, jeśli ta więź między nimi byłaby słabsza? Bo nie jestem w stanie się zbliżyć
do Hoyta, dopóki wierzę, że jest ze mną tak samo, jak był z Jasonem. Zobaczysz o co mi
chodzi.
- Tak. Kocham mojego brata. Ale wiem, że Jason ma nawyk nie zastanawiania się nad
szczęściem innych ludzi. - było to łagodnie powiedziane.
- Lubię cię. Nie chcę cię ranić. Ale rozumiem, że już wiesz. Cóż.
- Tia, coś tam wiem. - odpowiedziałam - Też cię lubię, Holly. Jesteś dobrą matką. Ciężko
pracujesz, żeby móc opiekować się swoim dzieckiem. Masz dobre stosunki ze swoim byłym.
Ale co z Danielle? Mogłabym powiedzieć, że byłyście tak blisko, jak Hoyt z Jasonem. -
Daniele była inną rozwiedzioną matką i ona z Holly były jak papużki nierozłączki od czasów
pierwszej klasy. Danielle miała więcej wsparcia niż Holly. Matka i ojciec Daniele wciąż byli
sprawni i byli szczęśliwi pomagając jej z dwójką dzieci. Danielle też się ostatnio z kimś
spotykała.
- Nigdy nie powiedziałabym czegoś, co mogłoby stanąć między mną a Danielle, Sookie. -
Holly nałożyła kurtkę i sięgnęła do torebki po kluczyki - Ale nasze drogi się trochę rozeszły.
Ciągle czasem spotykamy się na lunch, a nasze dzieci się razem bawią. - Holly ciężko
westchnęła - Nie wiem. Kiedy zaczęłam się interesować czymś innym, niż światem tutaj w
Bon Temps, światem w którym wyrosłyśmy, Danielle zaczęła uważać, że coś jest ze mną nie
tak, z moją ciekawością. Kiedy zdecydowałam się zostać Wiccanką, nienawidziła tego, dalej
nienawidzi. Jeśli wiedziałaby o wilkołakach, jeśli wiedziałaby co mi się przytrafiło...
Zmiennokształtna wiedźma starała się przekonać Erica, żeby przekazał jej część swojego
dochodowego przedsiębiorstwa. Nakazała wszystkim okolicznym wiedźmom, żeby jej
pomogły, włączając w to niechętną Holly.
- To mnie zmieniło. - powiedziała Holly.
- Tak, zmienia, prawda? Zadawanie się z nadnaturalnymi.
- Tak. Ale są częścią naszego świata. Kiedyś wszyscy się tego dowiedzą. Kiedyś... cały świat
będzie inny.
Mrugnęłam. To było niespodziewane.
- Co masz na myśli?
- Kiedy społeczeństwo się o nich dowie. - odpowiedziała Holly, zdziwiona moim brakiem
zrozumienia. - Kiedy wyjdą i przyznają się do własnej egzystencji. Każdy, każdy na świecie
będzie musiał się do tego dostosować. Ale niektórzy ludzie nie będą tego chcieli zrobić. Może
będzie jakiś sprzeciw. Może wojny. Może wilkołaki będą walczyć z innymi
zmiennokształtnymi albo ludzie zaatakują wilkołaki i wampiry. Albo wampiry - wiesz, że nie
znoszą wilkołaków - poczekają i którejś nocy zabiją wszystkich innych i dostaną od ludzi
podziękowania.
Miała w sobie coś z poety. I była całkiem niezłym jasnowidzem, ale ukierunkowanym
bardziej na te pesymistyczne wersje wydarzeń. Nie miałam pojęcia, że Holly była tak
głęboka, i znowu się sobą zawstydziłam. Ludzie czytający umysły nie powinni być tak
zaskakiwani. Tak bardzo starałam się unikać ludzkich umysłów, że traciłam ważne
wskazówki.
- Możliwe, że to wszystko się stanie. Albo nic. - odpowiedziałam - Może ludzie to po prostu
zaakceptują. Nie w każdym kraju. To znaczy, kiedy myśli się o tym co się przydarzyło się
wampirom we wschodniej Europie albo Ameryce Południowej...
- Papież nigdy nie podejmie w tej kwestii decyzji. - skomentowała Holly
Przytaknęłam.
- Trudno powiedzieć co będzie.
Większość kościołów miała (przepraszam) cholernie dużo czasu na zdecydowanie się na
biblijną i teologiczną politykę w związku z nieumarłymi. Oświadczenie wilkołaków na pewno
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

na to jeszcze naciśnie. Byli w zupełności żywi, nie było co do tego wątpliwości... Ale mieli
oni prawie aż za dużo tego życia w przeciwieństwie do tych, którzy już raz umarli.
Poruszyłam się. Nie miałam zamiaru tu stać, rozwiązywać problemów świata i spekulować
nad przyszłością. Ciągle byłam jeszcze zmęczona poprzednią nocą.
- Jeszcze się zobaczymy, Holly. Może ty, ja i Amelia pójdziemy na jakiś film w Clarice
którejś nocy?
- Jasne. - odpowiedziała zaskoczona - Ta Amelia, nie myśli za dobrze o moich
umiejętnościach, ale przynajmniej będziemy miały o czym porozmawiać.
Za późno, miałam przeczucie, że w trójkę się nie uda, ale do cholery z tym. Można będzie
spróbować.
Jechałam do domu zastanawiając się czy ktokolwiek będzie tam na mnie czekał. Odpowiedź
pojawiła się, kiedy zaparkowałam obok samochodu Pam przy tylnych drzwiach. Pam miała
konserwatywny samochód, oczywiście, Toyotę ze zderzakiem z Fangtasii.
Byłam tylko zaskoczona, że nie był to minivan.
Pam z Amelią oglądały DVD w salonie. Siedziały na kanapie, ale nie za bardzo przytulone.
Bob zwinął się na fotelu. Amelia miała na kolanach miskę popcornu, a Pam trzymała butelkę
TrueBlood. Podeszłam, żeby zobaczyć co oglądają. Underworld. Hmmm.
- Kate Beckinsale jest gorąca. - powiedziała Amelia - Hej, jak było w pracy?
- Okej. Pam, jakim cudem masz dwa wolne wieczory pod rząd?
- Zasłużyłam sobie. Nie miałam wolnego czasu od dwóch lat. Eric się zgodził. Jak myślisz,
dobrze wyglądałabym w tym czarnym kostiumie?
- Och, tak samo dobrze jak Beckinsale. - odpowiedziała Amelia i odwróciła się, żeby
uśmiechnąć się do Pam. Były na etapie świergotania do siebie. Biorąc pod uwagę mój brak
świergotania do kogokolwiek, nie chciałam być w pobliżu.
- Eric dowiedział się czegoś więcej o tym Jonathanie? - spytałam.
- Nie wiem. Dlaczego sama go o to nie zapytasz? - odpowiedziała Pam z zupełnym brakiem
zainteresowania.
- Jasne, masz wolne. - wymamrotałam i wycofałam się do swojego pokoju. Miałam zły humor
i byłam sobą zawstydzona. Wykręciłam numer do Fangtasii nawet nie patrząc na przyciski.
Nie za dobrze. I był w szybkim wybieraniu w mojej komórce. Jezu. To było coś nad czym nie
chciałam się zastanawiać w obecnej chwili.
W telefonie pojawił się sygnał i próbowałam odsunąć od siebie mój ponury nastrój. Trzeba
być w formie rozmawiając z Ericiem.
- Fangtasia, bar z przekąsem. Mówi Lizbet.- jedna z miłośniczek kłów. Rozejrzałam się w
mojej mentalnym schowku, starając się dopasować imię do twarzy. Okej - wysoka, okrągła i
dumna z tego powodu, okrągła twarz, wspaniałe, brązowe włosy.
- Lizbet, mówi Sookie Stackhouse. - powiedziałam.
- Och, cześć. - zabrzmiała, jakby była zaskoczona i pod wrażeniem.
- Ehm... cześć. Mogę prosić Erica do telefonu?
- Zobaczę, czy Pan jest dostępny. - odetchnęła Lizbet, starając się odpowiedzieć tajemniczo i
z szacunkiem.
Pan.-Phi, pocałuj mnie w dupę.
Miłośnicy kłów to kobiety i mężczyźni, którzy tak bardzo kochają wampiry, że chcą być koło
nich non stop. Prace w takich miejscach były dla tych ludzi chlebem i solą, a możliwość
ugryzienia była dla nich niemal błogosławieństwem. Kodeks miłośników kłów zakładał, że
honorem było, jeśli jakiś krwiopijca chciał ich spróbować. I jeśli z tego powodu zmarli, cóż,
to też było honorem.
Poza całą tą powagą i pokręconymi doznaniami seksualnymi typowego miłośnika, kryła się w
nich nadzieja, że jakiś wampir stwierdzi, że są „wartościowi” i zechce ich przemienić w
wampiry. Coś w stylu testu na charakter.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Dzięki, Lizbet.
Lizbet odłożyła telefon i poszła szukać Erica. Nie mogłam sprawić, żeby była bardziej
szczęśliwa.
- Tak. - powiedział Eric po pięciu minutach.
- Jesteś zajęty?
- Ach.... jem kolację.
Zmarszczyłam nos.
- Cóż, mam nadzieję, że się już najadłeś. - powiedziałam z zupełnym brakiem
zainteresowania - Słuchaj, dowiedziałeś się czegoś o tym Jonathanie?
- Znowu go spotkałaś? - ostro zapytał Eric.
- Ach, nie. Po prostu się zastanawiałam.
- Jeśli znowu go zobaczysz to chcę o tym natychmiast wiedzieć.
- Okej, załapałam. Więc czego się dowiedziałeś?
- Był widziany w kilku miejscach. Przyszedł nawet tutaj, kiedy mnie nie było. Pam jest w
twoim domu, tak?
Doznałam niemiłego uczucia. Może Pam nie sypiała z Amelii ze względu na jej urok
osobisty. Może wymyśliła świetną historię, żeby siedzieć z Amelią i mieć na mnie oko.
Cholerne wampiry, pomyślałam ze złością. Ta sytuacja była aż za bardzo podobna to
incydentu w mojej niedalekiej przeszłości, który bardzo bolał.
Nie miałam zamiaru o to zapytać. Wiedza była o wiele gorsza od podejrzenia.
- Tak. - odpowiedziałam przez zaciśnięte usta - Jest tutaj.
- Dobrze. - powiedział Eric z satysfakcją - Jeśli się znowu pojawi to wiem, że się nim zajmie.
Ale to nie dlatego tam jest. - dodał nieprzekonywująco. Później oczywistą myślą było, że Eric
próbował nie mówić mi tego, co mogło zranić moje uczucia. I z pewnością nie było to
spowodowane poczuciem winy.
Wykrzywiłam się do drzwi od mojej szafy.
- Zamierzasz podać mi prawdziwie powody dla których jesteś tak nerwowy w związku z tym
gościem?
- Nie widziałaś królowej od Rhodes.
Nie zapowiadało się na dobrą rozmowę.
- Nie. Jak jej nogi?
- Odrastają. - odpowiedział Eric z małym wahaniem.
Zastanawiałam się czy nogi odrastały od stóp czy może rosły i stopy pojawiały się na końcu.
- To dobrze, prawda? - powiedziałam. Posiadanie nóg było dobrą rzeczą.
- To bardzo boli. Kiedy tracisz jakąś część, ona odrasta. Ale to chwilę zajmuje. Ona jest
bardzo... jest ograniczona. - ostatnie słowo wypowiedział bardzo powoli, jakby było to słowo
które znał, ale nigdy go nie mówił.
Myślałam nad tym, co mi powiedział, zarówno w znaczeniu bezpośrednim, jak i o tym, co tak
naprawdę chciał powiedzieć. Wypowiedzi Erica były bardzo rzadko jednoznaczne.
- Nie czuje się na tyle dobrze, żeby rządzić. Więc kto to robi?
- Szeryfowie zarządzają różnymi sprawami. Gervaise zginął w bombardowaniu, oczywiście.
To zostawia mnie, Cleo i Arla Yvonne. Byłoby łatwiej, gdyby żył Andre. - poczułam iskierkę
paniki i winy. Mogłam ocalić Andre. Bałam się go i nie lubiłam go, nie ocaliłam go.
Pozwoliłam, żeby został zabity.
Eric przez chwilę milczał, zastanawiałam się czy odczuwał mój strach i poczucie winy. Jeśli
dowiedziałby się, że Quinn zabił dla mnie Andre to mogło się to źle skończyć. Eric
kontynuował:
- Andre mógłby się zająć centrum, bo był prawą ręką królowej. Jeśli jeden z jej sług powinien
umrzeć to wybrałbym Sigeberta. Kupa mięśni bez mózgu. Przynajmniej Sigebert pilnuje jej,
chociaż Andre też mógłby to robić i przy okazji równie dobrze pilnować jej terytorium.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Jeszcze nigdy nie słyszałam tak rozmownego Erica na temat spraw wampirów. Zaczynałam
mieć straszne, przerażające przeczucie, że wiem do czego zmierzał.
- Oczekujesz jakiegoś przejęcia terytorium. - powiedziałam i poczułam jak serce mi się
zatrzymuje. Nie znowu! - Uważasz, że Jonathan był szpiegiem.
- Uważaj, bo zacznę podejrzewać, że czytasz mi w myślach. - chociaż ton Erica był lekki jak
piórko, to to co powiedział było jak ukryte ostrze.
- To niemożliwe. - powiedziałam, i nawet jeśli myślał, że kłamię to nic na to nie
odpowiedział. Eric zdawał się żałować, że mi tyle powiedział. Reszta naszej rozmowy była
bardzo krótka. Jeszcze raz przypomniał mi, żebym do niego zadzwoniła, jeśli natrafię na
Jonathana, a ja zapewniłam, że na pewno to zrobię.
Po odłożeniu słuchawki, nie czułam się śpiąca. Dla uhonorowania zimnej nocy, założyłam
wełnisty dół od piżamy, biały z różową owieczką i białą koszulkę. Wyciągnęłam mapę
Luizjany i znalazłam ołówek. Zaznaczyłam Obszary, które znałam. Eric miał Obszar Piąty.
Królowa miała Obszar Pierwszy. Więc kolejny powinien być Obszar Drugi, zgodnie ze swoją
wartością. Ale ten był Obszarem Czwartym. Bardzo delikatnie, narysowałam linię, którą
mogłam zetrzeć i zrobiłam to po przypatrzeniu się mapie.
Wysiliłam głowę, żeby przypomnieć sobie jeszcze trochę informacji. Piąty, na górze stanu,
łączący się prawie ze wszystkimi innymi Obszarami. Eric był bogatszy i potężniejszy niż
przypuszczałam. Poniżej, ledwie w terytorium, był Obszar Trzeci należący do Cleo i Obszar
Arli Yvonne - Drugi. Dalej, patrząc jeszcze niżej na zatokę w południowo-zachodnim zakątku
Missisipi, zaznaczyłam ogromne Obszary królowej i Gervaise’a - Pierwszy i Czwarty.
Patrzyłam na mapę przez kilka, długich minut zanim starłam wszystkie narysowane linie.
Spojrzałam na zegarek. Minęła prawie godzina od rozmowy z Ericiem. W melancholijnym
nastroju, umyłam zęby i przemyłam twarz. Po wdrapaniu się do łóżka, odmówiłam moje
modlitwy i leżałam przez chwilę bez ruchu. Myślałam o niezaprzeczalnym fakcie, że
najpotężniejszy wampirem w stanie Luizjany był w tym momencie Eric Northman. Z którym
związana byłam więzią krwi. Mój dawny kochanek. Słyszałam, jak Eric mówił, że nie chce
być królem, nie chce przejmować nowego terytorium. I kiedy właśnie teraz odkryłam
wielkość jego terytorium, jego zapewnienie stało się trochę bardziej zrozumiałe.
Wierzyłam, że trochę znam Erica, możliwe że na tyle, na ile człowiek może znać wampira, co
nie znaczyło, że moja wiedza na jego temat była duża. Nie wierzyłam, że chciał przejąć stan
albo, że mógł to zrobić. Stwierdziłam, że jego władza oznaczała ogromną tarczę strzelniczą
przypiętą do jego pleców. Musiałam spróbować zasnąć. Spojrzałam na zegar. Minęło półtorej
godziny od czasu rozmowy z Ericiem.
Bill wślizgnął się do mojego pokoju stosunkowo cicho.
- Co się stało? - zapytałam, starając się mówić bardzo cicho, bardzo spokojnie, chociaż każdy
nerw w moim ciele zaczął wrzeszczeć.
- Jestem zmieszany. - powiedział chłodny głos, a ja prawie się roześmiałam - Pam musiała
pojechać do Fangtasii. Zadzwoniła do mnie, żebym zajął jej miejsce.
- Dlaczego?
Usiadł na krześle w kącie. W moim pokoju było całkiem ciemno, ale zasłony nie były do
końca zasunięte, a z podwórka dochodziło wątłe światło. Była też nocna lampka w łazience i
dzięki temu widziałam kontury jego ciała i zarys twarzy. Bill miał lekką poświatę, jak każdy
wampir w moich oczach.
- Pam nie mogła złapać Cleo przez telefon. - powiedział - Eric wyszedł z klubu, żeby załatwić
jakieś sprawy i Pam nie mogła go namierzyć. Ale dostałem od niego wiadomość głosową:
jestem pewny, że oddzwoni. Najgorzej, że Cleo nie odpowiada.
- Pam i Cleo są przyjaciółkami?
- Nie, nie są. - stwierdził fakt - Ale Pam powinna móc ją namierzyć w jej sklepie. Cleo
zawsze odpowiada na telefony.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Dlaczego Pam chce się z nią skontaktować? - zapytałam.


- Dzwonią do siebie co noc. Później Cleo dzwoni do Arli Yvonne. Mają swój łańcuch. Nie
powinien zostać zerwany, szczególnie w tych dniach. - Bill wstał z szybkością, której nawet
nie mogłam zauważyć - Posłuchaj! - wyszeptał - Słyszysz?
Za cholerę nic nie słyszałam. Nie ruszałam się pod kołdrą, mocno życząc sobie, żeby po
prostu wszystko odeszło. Wilkołaki, wampiry, kłopoty, konflikty... Ale nie szczęście.
- Co słyszysz? - spytałam, starając się być tak cicho, jak był Bill. Wysiłek pozostał tylko
wysiłkiem.
- Ktoś nadchodzi. - odpowiedział.
I wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Bardzo ciche pukanie.
Odrzuciłam kołdrę i wstałam. Byłam tak roztrzęsiona, że nie mogłam znaleźć kapci. Na
bosaka podeszłam do drzwi sypialni. Noc była chłodna, a ja jeszcze nie włączyłam
ogrzewania. Moje zimne stopy stanęły na wypolerowanej, drewnianej podłodze.
- Otworzę drzwi. - powiedział Bill i pojawił się przede mną, mimo że nie zauważyłam
żadnego ruchu.
- Jezusie Chrystusie, Pasterzu z Judei. - wymamrotałam i poszłam za nim. Zastanawiałam się
gdzie była Amelia: spała na górze czy była na kanapie w salonie? Miałam nadzieję, że spała.
Przestraszyłam się wyobrażając sobie, że nie żyje.
Bill cicho przeszedł przez ciemny dom, na dół do holu, do salonu (który wciąż pachniał
popcornem) do frontowych drzwi. Spojrzał przez wizjer i z jakiegoś powodu uznałam to za
zabawne. Musiałam zakryć usta, żeby powstrzymać się przed chichotaniem.
Nikt nie postrzelił Billa przez wizjer. Nikt nie próbował sforsować drzwi. Nikt nie krzyczał.
Ciągła cisza coraz bardziej mnie przerażała. Nie widziałam ruchu Billa. Jego chłodny głos
rozległ się przy moim prawym uchu:
- To bardzo młoda kobieta. Ma włosy pofarbowane na biało albo na blond, są bardzo krótkie i
ciemne przy skórze. Jest chuda. Jest człowiekiem. Jest przestraszona.
Nie była jedyną.
Z całej siły próbowałam sobie uświadomić kim mógł być nocny gość. Nagle uświadomiłam
sobie, że chyba wiem.
- Frannie. - odetchnęłam - Siostra Quinna. Może wejść.
- Wpuść mnie, - powiedział dziewczęcy głos - Och, proszę wpuść mnie.
To było jak historia o duchach, którą raz czytałam. Nawet włosy na moim ramieniu stanęły.
- Musze ci powiedzieć co się stało Quinnowi. - powiedziała Frannie i to zadecydowało.
- Otwórz drzwi. - powiedziałam do Billa normalnym głosem - Musimy ją wpuścić.
- Jest człowiekiem. - powiedział Bill, jakby mówił ‘jak dużym problemem może być?’ i
otworzył drzwi.
Nie powiem, że Frannie wleciała, ale z pewnością nie traciła ani chwili czasu, żeby wejść i
zamknąć drzwi za sobą. Nie odniosłam dobrego pierwszego wrażenia Frannie, która miała
agresywną postawę i niezbyt wiele uroku, ale poznałam jej naturę lepiej, kiedy siedziała przy
szpitalnym łóżku Quinna po eksplozji. Miała ciężkie życie i kochała swojego brata.
- Co się stało? - ostro zapytałam, kiedy Frannie opadła na najbliższe krzesło.
- Masz tu wampira. Mogę szklankę wody. Wtedy spróbuję zrobić to, czego chciał Quinn.
Pospieszyłam do kuchni i wzięłam wodę. Zapaliłam w kuchni światło, ale nawet wtedy, kiedy
wróciłam do salonu to wciąż był pogrążony w ciemności.
- Gdzie jest twój samochód? - zapytał Bill.
- Popsuł się jakiś kilometr wcześniej. - odpowiedziała - Ale nie mogłam tracić na niego czasu.
Wezwałam pomoc i zostawiłam kluczyki w stacyjce. Modlę się do Boga, żeby zabrali go z
drogi i z widoku.
- Natychmiast mów co się dzieje. - powiedziałam.
- Krótka czy długa wersja?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Krótka.
- Wampiry z Vegas nadchodzą, żeby przejąć Luizjanę.
Czas mi się zatrzymał.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział XI

Głos Billa był dziki:


- Gdzie, kiedy, jak dużo?
- Już zabili kilku szeryfów. - powiedziała Frannie i mogłam stwierdzić, że w tym zdaniu był
ślad radości z powodu dostarczenia takich ważnych informacji - Mniejsze siły zabrały się za
słabsze miejsca. Większe okrążyły Fangtasię, żeby poradzić sobie z Ericiem.
Bill był przy telefonie zanim Frannie skończyła mówić, a ja się po prostu na niego gapiłam.
Dopiero sobie uświadomiłam, jak kiepska była sytuacja Luizjany.
- Jak to się stało? - zapytałam dziewczynę - Jak Quinn się w to wmieszał? Jak się czuje?
Przysłał cię tutaj?
- Oczywiście, że mnie przysłał - odpowiedziała, jakbym była najgłupsza osobą, którą w życiu
spotkała - Wiedział, że jesteś związana z tym wampirem Ericiem, więc to czyniło cię częścią
celu. Wampiry z Vegas nawet wysłały kogoś, żeby miał na ciebie oko.
Jonathan.
- To znaczy, kiedy robili szacunki, uznali cię za wartościową dla Erica.
- Dlaczego Quinn miał z tym problem? - zapytałam, co może nie było najlepszym
wyrażeniem moich myśli, ale zrozumiała.
- Nasza matka, nasz przeklęta popieprzona, pieprzona matka. - powiedziała gorzko Frannie -
Wiesz, że została porwana i zgwałcona przez jakiś myśliwych, prawda? W Colorado. Jakieś
sto lat temu. - właściwie to było jakieś dziewiętnaście lat temu, bo tyle wydawała się mieć
Frannie.
- I Quinn ją uratował i ich zabił, chociaż był tylko dzieciakiem i poszedł zaciągnąć dług u
lokalnych wampirów, żeby pomogli mu posprzątać i zabrać mamę.
Znałam smutną historię matki Quinna. Gorączkowo kiwałam głową, bo chciałam usłyszeć coś
czego nie słyszałam.
- Okej, no dobra, moja mama zaszła w ciążę ze mną po gwałcie. - powiedziałam Frannie,
patrząc na mnie wyzywająco - Więc miała mnie, ale nigdy nie była już normalna i dorastanie
przy niej było trudno, okej? Quinn spłacał swój dług i brał udział w walkach.
(Czytaj: Gladiator walczący ze zmiennokształtnymi)
- Nigdy nie była normalna. - powtórzyła Frannie - I się jej pogarszało.
- Rozumiem. - odpowiedziała, starając się nie podnosić głosu. Bill był bliski przywalenia
Frannie, żeby przyspieszyła swoją opowieść, ale potrząsnęłam głową.
- Okej, więc była w miłym miejscu za które płacił Quinn, jedyny ośrodek z opieką w
Ameryce, gdzie można wysłać takich ludzi, jak moja mama.
Dom Opieki dla Szalonych Tygrysołaków?
- Ale moja mama uciekła i zabiła kilku turystów, zabrała ubrania pojechała do Vegas i wzięła
sobie jakiegoś faceta. - Frannie zamilkła i wzięła głęboki oddech - Quinn wciąż się leczył po
Rhodes i to normalnie go zabiło.
- Och, nie. - ale miała przeczucie, że jeszcze nie usłyszałam najgorszego.
- Noo, co gorsze, nie? Ucieczka czy morderstwo?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Prawdopodobnie turyści mieli swoje zdanie na ten temat.


Niezbyt przytomnie zauważyłam, że Amelia weszła do pokoju i stwierdziłam, że nie jest
zdziwiona obecnością Billa. Więc musiała nie spać, kiedy Bill zajął miejsce Pam. Amelia nie
spotkała wcześniej Frannie, ale nie przerywała.
- No nieważne, jest wielki kartel wampirów w Vegas, bo mają duże zyski. - powiedziała
Frannie - Wytropili mamę zanim policja zdążyła ją złapać. Znowu po niej posprzątali.
Okazało się, że Whispering Palms, miejsce z którego uciekła, zaalarmowało wszystkich
nadnaturalnych, żeby uważali. W tym czasie dotarłam do kasyna, gdzie trzymali mamę.
Wampiry powiedziały Quinnowi, że zajęły się wszystkim i teraz ma jeszcze więcej długu do
odpracowania. Powiedział, że leczy się z poważnych obrażeń i nie może wrócić do walk.
Zaoferowali, że w takim razie wezmą mnie jako dobrowolną dawczynię krwi albo jako
dziwkę dla przyjezdnych wampirów i wtedy Quinn zabił tego, który to powiedział.
Oczywiście. Wymieniłam spojrzenie z Billem. Oferta „zatrudnienia” Frannie nie była
stworzona po to, żeby cokolwiek polepszyć.
- Wtedy powiedzieli, ze wiedzą o bardzo słabym królestwie, które było łatwe do przejęcia i
chodziło im o Luizjanę. Quinn powiedział im, że mogą je nawet dostać za darmo, jeśli król
Nevady poślubiłby Sophie-Anne, nie mogłaby się temu sprzeciwić. Ale okazało się, że król
tam był. Powiedział, że nienawidzi kalek i nie ma mowy, żeby poślubił wampira, który zabił
swojego poprzedniego męża, nieważne jak wspaniale byłoby jej królestwo, nawet z
dorzuconym Arkansas. - Sophie-Anne była królową Arkansas tak samo jak Luizjany od kiedy
została uznana niewinną morderstwa swojego męża (króla Arkansas) w wampirzym sądzie.
Sophie-Anne nie miała szansy wzmocnić swojego terytorium z powodu eksplozji bomb. Ale
byłam pewna, że było to jej na liście rzeczy do zrobienia, zaraz po odrośnięciu jej nóg.
Bill znowu otworzył swój telefon i zaczął wystukiwać cyfry. Do kogokolwiek dzwonił, to ten
ktoś nie odebrał. Jego ciemne oczy się jarzyły. Pochylił się, żeby podnieść miecz, który
zostawił za kanapą. Taaaak. Był w pełni uzbrojony. Nie trzymałam takich rzeczy w mojej
szafce na narzędzia.
- Będą chcieli zdjąć nas tak cicho i szybko, żeby ludzkie media tego nie wybadały. Pewnie
wymyślili by jakąś bajeczkę, żeby wytłumaczyć dlaczego znajome wampiry zostały
zastąpione przez nieznajomych. - powiedział Bill - Ty, dziewczyno, jaką rolę odegrał w tym
twój brat?
- Zmusili go, żeby powiedział ile macie ludzi i wszystko co wiedział o sytuacji w Luizjanie. -
powiedziała Frannie. I żeby perfekcyjnie zakończyć sprawę, zaczęła płakać - Nie chciał tego.
Próbował się z nimi targować, ale trzymali go w garści. - w tej chwili Frannie wyglądała na
dziesięć lat starszą.
- Próbował zadzwonić do Sookie miliony razy, ale obserwowali go i bał się, że to ich do niej
doprowadzi. Ale i tak się dowiedzieli. Kiedy dowiedział się co zamierzają zrobić, podjął duże
ryzyko, za nas oboje i wysłał mnie. Byłam szczęśliwa, że wysłałam moją przyjaciółkę po
samochód.
- Jedno z was powinno do mnie zadzwonić, napisać, cokolwiek. - pomimo naszego obecnego
kryzysu, nie mogłam się powstrzymać przed byciem rozgoryczoną.
- Nie mógł pozwolić, żebyś dowiedziała się jak jest źle. Powiedział, że wie, że spróbowałabyś
go jakoś z tego wyciągnąć, ale nie było z tego wyjścia.
- Cóż, jasne że próbowałabym go jakoś z tego wyciągnąć. - powiedziałam - To właśnie się
robi, kiedy ktoś ma kłopoty.
Bill był cicho, ale czułam na sobie jego wzrok. Uratowałam Billa, kiedy miał kłopoty.
Czasami tego żałowałam.
- Twój brat, dlaczego jest teraz z nimi? - zapytał ostro Bill - Daje im informacje. Są
wampirami. Dlaczego go potrzebują?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Mają go ze sobą, żeby negocjował ze społecznością nadnaturalnych, w szczególności z


wilkołakami. - odpowiedziała Frannie, brzmiąc nagle jak Panna Asertywna Sekretarka. Było
mi w pewien sposób żal Frannie. Jako dziecko człowieka i tygrysołaka nie miała
wyjątkowych cech, nie miała metaforycznego „pazura”, ani nie była pomocna w
negocjacjach. Jej twarz była brudna od rozmazanego tuszu do rzęs, a jej paznokcie były
obgryzione. Obraz nędzy i rozpaczy.
Ale nie było czasu przejmować się Frannie, bo wampiry z Vegas przejmowały stan.
- Co powinniśmy zrobić? - zapytałam - Amelia, sprawdziłaś zaklęcia wokół domu? Nasze
samochody się do tego wliczają? - Amelia energicznie pokiwała. - Bill, zadzwoniłeś do
Fangtasii i do innych szeryfów?
Bill przytaknął.
- Zero odpowiedzi od Cleo. Arla Yvonne odebrała i już ją zaatakowano. Mówiła, że
zamierzała się ukryć i dotrzeć do Shreveport. Jest z nią sześciu z jej gniazda, wliczając ją
samą. Od kiedy Gervaise’a spotkał koniec, jego wampiry należały do królowej, a Booth
Crimmons był ich porucznikiem. Booth mówił, że wyszedł dzisiejszej nocy, a jego dziecko,
Audrey, która została z królową i Sigebertem nie odpowiedziała. Nawet deputowany, którego
Sophie-Anne wysłała do Little Rock nie odpowiada.
Przez chwilę wszyscy milczeliśmy. Myśl, że Sophie-Anne mogła być ostatecznie martwa była
niewyobrażalna.
Bill wyraźnie się otrząsnął.
- Więc, - kontynuował - możemy tu zostać albo możemy znaleźć inne miejsce dla waszej
trójki. Jeśli będę pewny, że jesteście bezpieczne, postaram się dołączyć do Erica tak szybko,
jak będę mógł. Jeśli dzisiejszej nocy chce przeżyć, będzie potrzebował każdej pary rąk do
pomocy.
Niektórzy szeryfowie byli z pewnością martwi. Eric mógł umrzeć dzisiejszej nocy. Siła tego
stwierdzenia uderzyła we mnie jak wielka ręka. Miałam nierówny oddech i walczyłam ze
sobą, żeby stać na nogach. Po prostu nie mogłam o tym myśleć.
- Poradzimy sobie. - powiedziała rezolutnie Amelia - Jestem pewna, że jesteś świetnym
wojownikiem, Bill, ale nie jesteśmy bezbronne.
Z całym szacunkiem dla umiejętności Amelii, jako czarownicy, byłyśmy zupełnie bezbronne.
Przynajmniej w kwestii wampirów.
Bill odwrócił się i zaczął iść przez korytarz do tylnych drzwi. Usłyszał coś, czego nie
wychwyciły nasze ludzkie uszy. Ale sekundę później usłyszałam znajomy głos.
- Bill, wpuść mnie. Im szybciej, tym lepiej.
- To Eric. - powiedział Bill z ogromną satysfakcją. Poruszając się tak szybko, że wyglądał jak
mgła, poszedł na tyły domu. Wystarczająco pewna, że Eric był w środku, ulżyło mi.
Zauważyłam, że nie za bardzo przypominał siebie: schludnego Erica. Jego koszula była
podarta i miał bose stopy.
- Zostałem odcięty od klubu. - powiedział, kiedy razem z Billem do nas dołączyli. - Mój dom
nie był dla mnie najlepszym miejscem, a przynajmniej w pojedynkę. Nie mogłem nikogo
namierzyć. Dostałem twoją wiadomość, Bill. Więc, Sookie, jestem tutaj prosząc o twoją
gościnę.
- Oczywiście. - automatycznie odpowiedziałam, chociaż naprawdę powinnam to przemyśleć.
- Ale może powinniśmy pójść do... - zamierzałam zasugerować pójście przez cmentarz do
domu Billa, który był większy i bardziej odpowiedni dla wampirów, jeśli pojawiłyby się
kolejne problemy. Nie poświęcaliśmy uwagi Frannie od kiedy skończyła swoją opowieść i
brak zainteresowania nią, po usłyszeniu jej wieści, pozwolił jej na uprzytomnienie sobie w jak
dramatycznym byliśmy położeniu.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Zmywam się stąd. - powiedziała - Quinn powiedział mi, żeby tu została, ale wy... - jej głos
się podnosił, stała już na nogach. Na jej szyi odznaczone były wszystkie mięśnie, kiedy
trzęsła się ze wzburzenia.
- Frannie, - powiedział Bill. Położył swoje białe dłonie na policzkach Frannie. Spojrzał w
oczy dziewczyny. Frannie zamilkła. - zostaniesz tutaj, ty głupia dziewczyna i zrobisz co
rozkaże ci Sookie.
- Okej. - odpowiedziała spokojnym głosem.
- Dzięki. - powiedziałam. Amelia patrzyła na Billa zszokowanym wzrokiem. Zgadywałam, że
nigdy nie widziała wampira używającego swojej mocy.
- Wezmę moją wiatrówkę. - powiedziałam właściwie do nikogo, ale zanim zdążyłam się
ruszyć, Eric odwrócił się do schowka przy frontowych drzwiach. Wziął i odbezpieczył
Benelli. Podał mi go z oszołomieniem na twarzy. Nasze oczy się spotkały.
Eric pamiętał, gdzie trzymałam wiatrówkę. Dowiedział się tego, gdy ze mną przez chwilę
mieszkał podczas swojej amnezji.
Kiedy spojrzałam w bok, zobaczyła zamyśloną Amelię. Podczas mojego krótkiego
doświadczenia, jakim było mieszkanie z Amelią, zdążyłam się nauczyć, że nie był to wzrok,
który lubiłam. Oznaczał on, że zamierza powiedzieć coś, co z pewnością mi się nie spodoba.
- A może ekscytujemy się bez powodu? - spytała retorycznie - Może panikujemy bez żadnego
dobrego powodu?
Bill patrzył na Amelię, jakby zamieniła się w pawiana. Frannie wyglądała całkowicie
beztrosko.
- W końcu, - powiedziała Amelia delikatnie uśmiechając się jak szefowa - dlaczego
ktokolwiek miałby po nas przyjść? A raczej po ciebie, Sookie. Nie przypuszczam, żeby
wampiry przyszły po mnie. Ale nieważne, dlaczego mieliby tutaj przyjść? Nie jesteś ważną
częścią obrony wampirów. Jaki byłby dobry powód, żeby cię zabić albo cię porwać?
Eric zrobił mały obchód wokół okien i drzwi. Przestał, kiedy Amelia zakończyła swoją
przemowę.
- Co się dzieje? - zapytał.
- Amelia tłumaczy mi, że nie ma żadnego racjonalnego powodu dla którego wampiry miałyby
mnie dopaść, chcąc przejąć stan. - odpowiedziałam.
- Oczywiście, że przyjdą. - powiedział Eric, ledwo spoglądając na Amelię. Przypatrywał się
przez chwilę Frannie, kiwnął w aprobacie i wtedy stanął w salonie wyglądając przez okno. -
Sookie jest związana ze mną krwią. No i ja tu jestem.
- Taak... - powiedziała ciężko Amelia - Bardzo dziękujemy Eric, że ściągasz ich do tego
domu.
- Amelia. Czy nie jesteś utalentowaną czarownicą?
- Tak, jestem. - odpowiedziała ostrożnie.
- Czy twój ojciec nie jest bogatym człowiekiem z dużymi wpływami w stanie? Czy twoja
mentorka nie jest wielką czarownicą?
Kto robił mały research przez internet? Eric i Copley Carmichael mieli coś wspólnego.
- Taaak. - odpowiedziała Amelia - Okej, byliby szczęśliwi, gdyby mogli nas trzymać w
jednym miejscu. Ale wciąż, jeśli Eric by nie przyszedł to uważam, że nie trzeba by było się
martwić o ewentualne fizyczne urazy.
- Wypadki się zdarzają. - powiedziałam, a Bill prychnął. Nigdy nie słyszałam, żeby wydawał
taki dźwięk i spojrzałam na niego. Bill cieszył się perspektywą dobrej walki. Frannie się na
niego zagapiła, ale wyraz jej twarzy się zmienił. Jeśli byłaby najmniejsza szansa, żeby była
spokojna i pomocna to pewnie poprosiłabym Billa, żeby przywrócił jej normalny stan umysłu.
Bardzo podobało mi się, że Frannie była spokojna i cicha, ale nie podobało mi się, że utraciła
swoją wolną wolę.
- Dlaczego Pam stąd wyszła? - zapytałam.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Była o wiele bardziej przydatna w Fangtasii. Inni poszli do klubu i mogłaby mi powiedzieć
czy są w to zamieszani czy nie. Głupie z mojej strony było dzwonić do nich i zwoływać ich w
jedno miejsce. Powinienem im powiedzieć, żeby się ukryli.
Wyglądał jakby nigdy nie zamierzał ponownie popełnić tego błędu.
Bill stał przy oknie i wsłuchiwał się w odgłosy nocy. Spojrzał na Erica i potrząsnął głową.
Nikogo jeszcze nie było.
Zadzwonił telefon Erica. Słuchał przez minutę i powiedział:
- Masz szczęście. - i odłożył słuchawkę.
- Większość jest w klubie. - powiedział do Billa, który przytaknął.
- Gdzie jest Claudine? - zapytał mnie Bill.
- Nie mam pojęcia. - jak to się działo, że Claudine pojawiała się czasami jak miałam kłopoty,
a czasami nie? Męczyłam ją tym? - Ale nie sądzę, żeby przyszła, bo wy tu jesteście. Nie ma
sensu, żeby się pojawiała i mnie broniła, skoro ty i Eric nie potraficie utrzymać swoich kłów z
dala od niej.
Bill wciągnął powietrze. Jego ostry słuch coś zarejestrował. Odwrócił się i wymienił długie
spojrzenie z Ericiem.
- Nie jest to towarzystwo, jakie bym wybrał. - powiedział Bill - Ale zrobimy niezły show. Żal
mi tylko kobiet. - spojrzał na mnie, a jego głębokie, ciemne oczy były wypełnione jakąś silną
emocją. Miłością? Smutkiem? Bez możliwości zaczerpnięcia czegoś z jego umysłu, nie
mogłam się dowiedzieć.
- Jeszcze nie leżymy w grobach. - powiedział chłodno Eric.
Teraz i ja mogłam usłyszeć samochody jadące podjazdem. Amelia mimowolnie wydała
odgłos sugerujący strach, a oczy Frannie się rozszerzyły, chociaż wciąż siedziała
sparaliżowana na krześle. Eric i Bill zamarli.
Samochody zatrzymały się przy froncie i rozległ się dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi,
ktoś szedł w kierunku domu.
Rozległo się energiczne pukanie, ale nie do drzwi frontowych, tylko bocznych.
Powoli ruszyłam w tym kierunku. Bill złapał mnie za ramię i stanął przede mną:
- Kto tam? - odpowiedział i natychmiast odsunął nas kilka metrów.
Spodziewał się, że ktoś wyważy drzwi.
Nic takiego się nie stało.
- To ja, wampir Victor Madden. - powiedział wesoły głos.
Okej, to było niespodziewane. A szczególnie dla Erica, który na chwilę zamknął oczy.
Tożsamość i obecność Maddena dała Ericowi jakieś informacje, a ja nie miałam pojęcia o co
może chodzić.
- Znasz go? - wyszeptałam do Billa, a on odpowiedział:
- Tak, spotkałem go. - ale nic poza tym nie dodał i dalej tak staliśmy zagubieni w tej dziwnej
debacie. Nigdy w życiu nie chciałam tak bardzo wiedzieć co ktoś myśli niż w tym momencie.
Cisza mnie pogrążała.
- Przyjaciel czy wróg? - zapytałam.
Victor się roześmiał. Był to naprawdę dobry śmiech - sympatyczny w stylu „Nie śmieje się z
was, tylko z wami”.
- To jest dobre pytanie. - powiedział - I to na które tylko wy możecie odpowiedzieć. Czy mam
honor rozmawiać z Sookie Stackhouse, sławną telepatką?
- Masz honor rozmawiać z Sookie Stackhouse, barmanką. - odpowiedziałam zimno. I
usłyszałam coś w rodzaju gardłowego, wzburzonego głosu zwierzęcia. Wielkiego zwierzęcia.
Serce mi się zatrzymało.
- Zaklęcia wytrzymają, - Amelia mówiła szybko do siebie - zaklęcia wytrzymają, zaklęcia
wytrzymają... - Bill pożerał mnie spojrzeniem swoich ciemnych oczu, delikatne poruszenie
przebiegło po jego twarzy.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Frannie wyglądała obojętnie i niewyraźnie, ale jej oczy skupiły się na drzwiach. Też słyszała
ten dźwięk.
- Quinn jest z nimi. - wyszeptałam do Amelii, bo była jedyną w pokoju, która tego nie
zrozumiała.
- Jest po ich stronie? - zapytała.
- Mają jego mamę. - przypomniałam jej. Ale w środku czułam się strasznie.
- Ale my mamy jego siostrę. - odpowiedziała Amelia.
Eric wyglądał na tak zamyślonego, jak Bill. Właściwie to spoglądali na siebie i wydawało mi
się, że przeprowadzają cały dialog bez użycia słów.
Całe to rozmyślanie nie było dobre. Oznaczało, że nie wiedzą co zrobić.
- Możemy wejść? - zapytał czarujący głos. - Albo możemy porozmawiać z jednym z was
twarzą w twarz? Zdajesz się mieć kilka mocnych zaklęć wokół domu.
Amelia machnęła ręką i powiedziała:
- Tak! - szczerząc się do mnie.
Nie było niczego złego w delikatnym pochwaleniu się, chociaż może moment nie był
najlepszy. Uśmiechnęłam się do niej, chociaż miałam wrażenie, że zaraz pękną mi policzki.
Eric wydawał się zbierać w sobie i po ostatnim długim spojrzeniu, wymienionym z Billem,
oboje się rozluźnili. Eric się do mnie odwrócił, bardzo delikatnie pocałował mnie w usta i
przez kilka chwil patrzył mi w oczy.
- Oszczędzą cię. - powiedział Eric i zrozumiałam, że mówił nie do końca do mnie, bardziej do
siebie - Jesteś zbyt wyjątkowa, żeby cię stracić.
I wtedy otworzył drzwi.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział XII

Dzięki temu, że lampy w salonie wciąż były zgaszone, a na dworze było włączone światło,
wszystko na zewnątrz domu było dobrze widać. Wampir, który stał od frontu, nie był
specjalnie wysoki, ale robił wrażenie. Miał na sobie biznesowy garnitur. Jego włosy były
krótkie i zakręcone i chociaż światło nie było najlepsze do oceniania odcienia to wydawało mi
się, że są czarne. Wyglądał jak model GQ.
Eric właściwie blokował wejście do domu, więc nie mogłam powiedzieć nic więcej na temat
naszego „gościa”. Podejście do okna i gapienie się, nie wydawało się taktowne.
- Eric Northman. - powiedział Victor Madden - Nie widziałem cię przez kilka dekad.
- Ciężko pracowałeś.- odpowiedział neutralnie Eric.
- Tak, biznes się rozwijał. Jest kilka spraw, które muszę z tobą przedyskutować. Raczej
naglących spraw, niestety. Mogę wejść?
- Ilu was jest? - spytał Eric.
- Dziesięciu. - wyszeptałam do pleców Erica - Dziewięć wampirów i Quinn. - jeśli ludzki
umysł tworzył buzującą się plamę w mojej „przestrzeni” to wampir tworzył pustą plamę.
Wszystko co musiałam zrobić to je policzyć.
- Jest ze mną czterech towarzyszy. - powiedział Victor, brzmiąc całkowicie prawdziwie i
szczerze.
- Wydaję mi się, że straciłeś zdolność liczenia. - odpowiedział Eric - Wierzę, że jest tam
dziewięć wampirów i jeden zmiennokształtny.
Dłonie Victora drgnęły, a ten zebrał się w sobie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Nie ma sensu zmieniać faktów, dobry przyjacielu.


- Dobry przyjacielu? - wymamrotała Amelia.
- Niech wyjdą z lasu, tak żebym mógł ich zobaczyć. - powiedział Eric.
Amelia, Bill i ja dyskretnie podeszliśmy do okien, żeby na nich spojrzeć. Jeden po drugim,
wampiry z Las Vegas wychodziły zza drzew. Przez to, że stali w ciemnościach nie mogłam
się dobrze przyjrzeć większości, ale zauważyłam stateczną kobietę z dużą ilością brązowych
włosów i mężczyznę mojego wzrostu, który miał schludną brodę i kolczyk w jednym uchu.
Ostatni z lasu wyszedł tygrys. Byłam pewna, że Quinn przemienił się w tygrysa, bo nie chciał
stanąć ze mną twarzą w twarz. Było mi okropnie żal. Zrozumiałam, że nie ważne jak bardzo
byłam w środku rozdarta, bo on musiał czuć się w środku jak zmiksowane mięso do
hamburgera.
- Widzę kilka znajomych twarzy. Wszyscy są pod twoimi rozkazami?
To miało dla niego jakieś znaczenie, którego nie mogłam zrozumieć.
- Tak - powiedział twardo Victor.
To coś znaczyło dla Erica. Odsunął się od wejścia, a my odwróciliśmy się, żeby na niego
spojrzeć.
- Sookie, - powiedział Eric - to nie ja go powinienem zapraszać. To twój dom. - Eric odwrócił
się do Amelii - Twoja zaklęcia są jakieś specyficzne? Pozwolą mu wejść do środka?
- Tak. - odpowiedziała. Chciałam, żeby zabrzmiała pewniej - Musi zostać zaproszony przez
kogoś, kogo akceptują zaklęcia, jak Sookie.
Kot Bob podszedł do otworzonych drzwi. Usiadł dokładnie pośrodku, machając ogonem
naokoło łap i zmierzył spokojnym wzrokiem nowoprzybyłego. W pierwszej chwili, kiedy
pojawił się Bob, Victor się roześmiał, ale po sekundzie zamilkł.
- To nie jest tylko kot. - powiedział Victor.
- Nie. - odpowiedziałam na tyle głośno, żeby mnie usłyszał - Tak samo jak kotem nie jest
tamten. - Quinn wydał z siebie dźwięk, który odczytałam jako przyjacielski. Myślę, że było to
bliskie sytuacji, gdyby Quinn podszedł do mnie i powiedział, że mu przykro z powodu całej
tej cholernej sprawy. Albo nie. Podeszłam i stanęłam po prawej stronie Boba. Podniósł głowę,
żeby na mnie spojrzeć i wtedy odszedł w taki sam sposób, jak się pojawił. Koty.
Victor Madden zbliżył się, ale ewidentnie zaklęcia nie pozwalały mu przejść przez ganek.
Czekał trzymając stopę na schodkach. Amelia zapaliła światła na frontowym ganku, a Victor
zamrugał przez ostre światło.
Był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, nawet jeśli nie przystojnym. Miał duże, brązowe oczy i
ostro zarysowaną szczękę. Miał piękne zęby, odsłonięte w uśmiechu łamiącym mu szczękę.
Uważnie mi się przyglądał.
- Raporty mówiące o twojej urodzie, nie były przesadzone. - powiedział, a mi zajęło chwilę,
żeby zrozumieć co mówi. Byłam zbyt przestraszone, aby wspinać się na wyżyny mojej
inteligencji. Zauważyłam Jonathana pośród wampirów przed domem.
- Uhum. - powiedziałam niewzruszona - Możesz wejść, ale sam.
- Jestem zaszczycony. - odpowiedział z ukłonem. Ostrożnie zrobił pierwszy krok i wyglądał,
jakby mu ulżyło. Po tym tak gładko i szybko przeszedł ganek, że chwilę później był już przy
mnie, i niemal - przysięgam na Boga - jego śnieżnobiała chusteczka dotykała mojej koszuli.
Chciałam się wzdrygnąć, ale starałam się stać nieruchomo. Napotkałam jego wzrok i
poczułam za nimi dużą presję. Próbował na mnie swoich sztuczek, żeby sprawdzić czy na
mnie działają.
Nie za bardzo działały na mnie takie rzeczy, co mogłam powiedzieć z doświadczenia. Po tym
jak pozwoliłam mu się przekonać, cofnęłam się, żeby dać mu miejsce do przejścia.
Victor stanął bardzo spokojnie przy drzwiach. Każdemu rzucił zaciekawione spojrzenie, ale
jego uśmiech nie zmalał. Kiedy zobaczył Billa, właściwie jego uśmiech się poszerzył:
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Ach, Compton. - powiedział i chociaż myślałam, że poza tym coś doda, to zamilkł. Obdarzył
Amelię badawczym spojrzeniem - Źródło magii. - wymamrotał i pochylił przed nią głowę.
Przelotnie spojrzał na Frannie, a kiedy ją rozpoznał, przez sekundę wyglądał na
niezadowolonego.
Powinnam ją ukryć. Po prostu o tym nie pomyślałam. Teraz grupa z Las Vegas wiedziała, że
Quinn przysłał ją z ostrzeżeniem. Zastanawiałam się czy to przeżyjemy.
Jeśli przeżyjemy do wschodu słońca, my trójka ludzi możemy odjechać samochodem, a jeśli
zostały uszkodzone, cóż mamy komórki i możemy zadzwonić po pikapa. Ale nie wiadomo
było jakich pomocników, żyjących w dziennym świetle miały wampiry z Las Vegas...
pomijając Quinna. I tak długo jak Eric i Bill byli zdolni przedzierać się przez wampiry na
zewnątrz: mogli spróbować. Nie wiedziałam jak daleko mogli zajść.
- Proszę usiąść. - powiedziałam, chociaż zabrzmiałam tak serdecznie, jak katoliczka
zmuszona do zabawiania ateisty. Wszyscy ruszyliśmy w kierunku kanapy i krzeseł.
Zostawiliśmy Frannie, tam gdzie była. Lepiej było zachować spokój, na jaki byliśmy zdolni.
Napięcie w pokoju było niemal widoczne.
Włączyłam lampy i zapytałam wampiry czy chciałyby się napić. Wyglądali na zaskoczonych.
Tylko Victor się zgodził. Po kiwnięciu głową, jak dałam Amelii, poszła do kuchni podgrzać
TrueBlood. Eric i Bill siedzieli na kanapie, Victor zajął wygodne krzesło, a ja przysiadłam na
skraju fotela, trzymając zaciśnięte ręce na kolanach. Nastąpiła długa cisza zanim Victor
przeszedł do sedna:
- Twoja królowa nie żyje, Wikingu.
Głowa Erica lekko podskoczyła do góry. Amelia, wchodząc, zatrzymała się na chwilę niosąc
szklankę TrueBlood dla Victora. Wziął ją z lekkim ukłonem. Amelia wpatrywała się w niego
przez chwilę i zauważyłam, że jej ręka schowana była w kieszeni szlafroka. Kiedy już
nabrałam powietrza, żeby powiedzieć jej, żeby się nie wygłupiała, odsunęła się od niego i
stanęła przy mnie.
Eric powiedział:
- Domyśliłem się o co chodzi. Ilu szeryfów? - musiałam mu to przyznać: z tonu jego głosu nie
sposób było wyczytać co czuje.
Victor odegrał małą scenkę próbując sobie przypomnieć.
- Niech pomyślę. Och, tak! Wszyscy.
Zacisnęła usta, żeby nie wydobyć żadnego dźwięku. Amelia wyciągnęła krzesło, które stało
przy kominku. Postawiła je przy mnie i opadła na nie, jakby była workiem z piaskiem. Teraz
kiedy usiadła mogłam dostrzec zaciśnięty nóż w jej dłoni, nóż do filetowania z kuchni. Był
naprawdę ostry.
- Co z ich ludźmi? - zapytał Bill.
- Kilku żyje. Ciemny, młody mężczyzna imieniem Rasul... kilku ludzi Arli Yvonne. Załoga
Cleo Babbitt zginęła wraz z nią, nawet po ofercie poddania się, a Sigebert wydaję się zginął z
Sophie-Anne.
- Fangtasia? - Eric zachował to na koniec, bo ledwo mógł to powiedzieć. Chciałam podejść do
niego i go objąć, ale nie spodobałoby mu się to. Wyglądałoby to słabo.
Minęła długa chwila ciszy, zanim Victor napił się TrueBlood i wtedy powiedział:
- Eric, wszyscy twoi ludzie są w klubie. Nie poddali się. Powiedzieli, że tego nie zrobią
dopóki nie usłyszą tego od ciebie. Jesteśmy gotowi ich spalić. Jeden z twoich poddanych
uciekł i ona-bo to chyba kobieta- zabija moich ludzi, głupich na tyle, żeby się odłączać od
grupy.
Łoł, Pam! Pochyliłam głowę, żeby ukryć mimowolny uśmiech. Amelia wyszczerzyła się do
mnie. Nawet Eric wyglądał na zadowolonego przez ułamek sekundy. Twarz Billa się nie
zmieniła.
- Dlaczego ja jeszcze żyję, skoro inni szeryfowie nie? - Eric zadał stukilogramowe pytanie.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Bo jesteś najbardziej wydajnym, najbardziej produktywnym i najbardziej praktycznym z


nich. - Victor miał już gotową odpowiedź - I masz jednych z najwięcej zarabiających ludzi w
swoim obszarze i pracujących dla ciebie. - kiwnął w kierunku Billa - Nasz król chciałby
zostawić ci pozycję, jaką masz, jeśli przysięgniesz mu lojalność.
- Podejrzewam co może się stać, jeśli odmówię.
- Moi ludzie w Shreveport czekają z pochodniami. - odpowiedział Victor z wesołym
uśmiechem - Właściwie to z bardziej nowoczesnymi odpowiednikami, ale rozumiesz o co
chodzi. I oczywiście zaopiekujemy się twoją małą grupą tutaj. Z pewnością jesteście ciekawą
grupą, Eric. Śledziłem cię, aż tutaj myśląc, że znajdę cię tu ze swoimi najlepszymi
wampirami, a znalazłem cię w tym specyficznym towarzystwie.
Nawet nie pomyślałam, żeby się najeżyć. Byliśmy specyficznym towarzystwem, nie było co
do tego wątpliwości. Zauważyłam też, że reszta z nas nie miała głosu. To wszystko
sprowadzało się do pytania jak bardzo Eric jest dumny.
W ciszy zastanawiałam się jak długo Eric będzie zwlekał z odpowiedzią. Jeśli się nie podda to
wszyscy zginiemy. To pewnie był ten sposób „zaopiekowania się” o którym mówił Victor,
pomijając głośną myśl Erica o byciu zbyt wartościową osobą do zabicia. Myślę, że Victora
nic by nie obchodziła moja wartość, a jeszcze mnie wartość Amelii. Nawet jeśli
obezwładnilibyśmy Victora (to raczej zostałoby zorganizowane przez Erica i Billa),
wystarczy że reszta wampirów na zewnątrz podpaliłaby dom, tak jak to grozili że zrobią z
Fangtasią, i już by nas nie było. Może i nie mogli wejść bez zaproszenia, ale my z pewnością
musielibyśmy wyjść.
Moje oczy napotkały wzrok Amelii. Jej umysł promieniował strachem, chociaż robiła
ogromny wysiłek, żeby nie dać tego po sobie poznać. Jeśli zadzwoniłaby do Copley’a to ten
mógłby targować się o jej życie i miał odpowiednie „argumenty” do targowania się. Jeśli
ekipa z Las Vegas była na tyle „spragniona”, żeby najeżdżać Luizjanę to z pewnością byli na
tyle :”spragnieni”, żeby zgodzić się na łapówkę za życie córki Copley’a Carmichaela. I
pewnie Frannie by się nic nie stało, dopóki jej brat był na zewnątrz, prawda? Z pewnością
oszczędziliby Frannie, żeby wciąż mieć usłużnego Quinna? Victor zdążył już zaznaczyć, że
Bill ma umiejętności, których potrzebowali, czego dowodziła lukratywna komputerowa baza
danych. Więc tylko ja i Eric byliśmy najbardziej zbyteczni. Pomyślałam o Samie, życząc
sobie żebym mogła do niego zadzwonić i porozmawiać z nim chociaż przez minutę. Ale
nigdy nie wciągnęłabym go w ten świat, który oznaczałby jego śmierć. Zamknęłam oczy i
pożegnałam się z nim.
Z zewnątrz dobiegł nas dźwięk i chwilę zajęło mi zrozumienie, że to tygrys. Quinn chciał
wejść. Eric spojrzał na mnie, a ja potrząsnęłam głową. Było wystarczająco źle bez
wplątywania w to Quinna. Amelia wyszeptała:
- Sookie... - nacisnęła na mnie ręką. To była ręka z nożem.
- Nie. - odpowiedziała - To nie przyniesie niczego dobrego. - miałam nadzieję, że Victor nie
zrozumiał jej intencji.
Oczy Erica były rozszerzony i skupione na przyszłości. Błyszczały niebiesko przez długi
moment.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Frannie ocknęła się z transu, otworzyła usta i zaczęła
krzyczeć. Kiedy pierwszy wrzask wydobył się z jej usta, drzwi zaczęły się trząść. I pięć
sekund później, Quinn naparł na nie swoim stukilowym ciałem. Frannie podniosła się na nogi
i rzuciła się do przodu , chcąc złapać za klamkę i je otworzyć, ale zanim zdążyła to zrobić,
złapał ją Victor. Jej ręka minęła klamkę o kilka centymetrów.
Quinn wpadł do domu tak szybko, że powalił swoją siostrę na ziemię. Stał nad nią, warcząc
na nas wszystkich.
Trzeba było przyznać Victorowi, że nie okazał strachu.
- Quinn, posłuchaj mnie. - powiedział.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Po sekundzie Quinn zamilkł. Zawsze trudno było powiedzieć ile człowieka było w formie
zwierzęcej zmiennokształtnego. Miałam dowody na to, że wilkołaki całkowicie mnie
rozumiały i wcześniej, kiedy Quinn był tygrysem, komunikowałam się z nim. W zupełności
mnie rozumiał. Ale słysząc krzyk Frannie, jego wściekłość się wylała i sprawiał wrażenie, że
nie wie jak ją ukierunkować. Podczas kiedy Victor poświęcił całą swoją uwagę Quinnowi,
wyciągnęłam wizytówkę z mojej kieszeni.
Nie znosiłam siebie za myśl o używaniu karty mojego dziadka „Wyjdź Za Darmo Z
Więzienia Już Teraz” (z wyrazami miłości, dziadziusiu - ratuj mnie!) i nie znosiłam siebie za
sprowadzanie go do pokoju pełnego wampirów bez ostrzeżenia. Ale jeśli kiedykolwiek miał
być czas na interwencję wróżek to ten czas właśnie przyszedł i być może odkładałam to zbyt
długo. Miałam komórkę w kieszeni piżamy. Ukradkowo do niej sięgnęłam i ją otworzyłam,
mając nadzieję, że wpisałam numer w szybkim wybieraniu. Spojrzałam w dół, sprawdzając
numer i nacisnęłam przyciski. Victor rozmawiał z Quinnem, próbując wytłumaczyć mu, że
Frannie nie dzieje się krzywda.
Czy nie robiłam wszystkiego dobrze? Czy nie poczekałam do czasu, kiedy byłam pewna, że
go potrzebuję? Czy nie byłam bystra mając ze sobą wizytówkę i telefon?
Czasami, nawet kiedy robisz wszystko dobrze, to to wszystko odwraca się w złym kierunku.
Kiedy tylko pojawił się sygnał, szybka ręka sięgnęła po komórkę, wyciągając ją z mojej dłoni
i roztrzaskując ją o ścianę.
- Nie możemy go sprowadzić. - powiedział Eric do mojego ucha - albo zacznie się wojna i
wszystkich nas pozabijają.
Stwierdziłam, że chodziło mu o „wszystkich” w sensie jego osoby, bo byłam całkiem pewna,
że będę bezpieczna jeśli pradziadek zacznie wojnę, żeby mnie ratować. Ale nie było już
wyboru. Spojrzałam na Eric z czymś bardzo bliskim nienawiści.
- Nie ma nikogo do kogo mogłabyś zadzwonić, żeby pomógł w tej sytuacji. - powiedział z
satysfakcją Victor Madden. Ale chwilę później wyglądał na mniej zadowolonego z siebie,
jakby miał jakieś dodatkowe pomysły - Chyba, że jest coś czego o tobie nie wiem. - dodał.
- Nie wiesz wielu rzeczy o Sookie. - powiedział Bill. Odezwał się po raz pierwsze od kiedy
wszedł Madden - Wiedz, że zginę za nią. Jeśli ją skrzywdzisz, zabiję cię. - Bill odwrócił swój
wzrok na Erica - Możesz powiedzieć to samo?
Eric najwyraźniej nie mógł, co zostawiało go w tyle w zawodach „Kto Kocha Sookie
Bardziej?”. Akurat w tym momencie nie było to istotne.
- Musisz też wiedzieć, że - powiedział Eric do Victora - jest bardziej niż pewne, że jeśli
cokolwiek jej się stanie, zostaną wysłane siły, których nawet nie jesteś w stanie sobie
wyobrazić.
Victor wyglądał na głęboko zamyślonego.
- Oczywiście to może być pusta pogróżka. - powiedział - Ale jakoś wierzę, że to prawda.
Może odnosisz się do tego tygrysa, chociaż nie sądzę, żeby nas wszystkich pozabijał, kiedy
mamy jego matkę i siostrę. Chwilowo tygrys ma dużo do wytłumaczenia z powodu obecności
jego siostry tutaj.
Amelia objęła ramieniem Frannie, jednocześnie żeby ją uspokoić i wliczyć siebie w krąg osób
przyjaźnie nastawionych do tygrysa. Spojrzała na mnie, myśląc bardzo czysto, Może
spróbować użyć magii? Może zaklęcie zastoju?
To było bardzo sprytne z jej strony komunikować się ze mną w taki sposób. Z wściekłością
pomyślałam o jej ofercie. Zaklęcie zastoju mogłoby wszystko zatrzymać dokładnie tak jak
teraz było. Ale nie wiedziałam czy jej zaklęcie wliczałoby wampiry stojące na zewnątrz i nie
mogłam zrozumieć jak sytuacja mogłaby się polepszyć, skoro zatrzymałaby wszystkich w
pokoju oprócz samej siebie. Nie mogłaby być bardziej dokładna kogo by to zaklęcie
zatrzymywało? Chciałam, żeby Amelia też była telepatką i jeszcze nigdy tak sobie nie
życzyłam w związku z nikim. Było za dużo niewiadomych. Niechętnie potrząsnęłam głową.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- To jest niedorzeczne. - powiedział Victor. Jego cierpliwość była wykalkulowana - Eric to


jest ostatnia szansa i moja ostatnia oferta. Akceptujesz przejęcie Luizjany i Arkansas przez
króla czy chcesz walczyć na śmierć i życie?
Nastąpiła kolejna, ale krótsza pauza.
- Akceptuję. - odpowiedział Eric płaskim głosem.
- Bill Compton? - zapytał Victor.
Bill spojrzał na mnie, jego ciemne oczy błądziły po mojej twarzy:
- Akceptuję.
I tak po prostu Luizjana miała nowego króla, a stare rządy zostały obalone.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

~
Rozdział XIII

Poczułam napięcie, które spływa ze mnie, jak z przedziurawionego balonu.


- Victor, odwołaj swoich ludzi. Chcę to słyszeć. - powiedział Eric.
Victor, rozpromieniony jeszcze bardziej niż wcześniej, wyciągnął małą komórkę z kieszeni i
zadzwonił do kogoś imieniem Delilah, żeby wydać jej rozkazy. Eric użył swojego telefonu,
żeby zadzwonić do Fangtasii. Powiedział Clancy’emu o zmianie w przywództwie.
- Nie zapomnij powiedzieć Pam, - powiedział bardzo wyraźnie Eric - żeby nie zabiła kilku
kolejnych ludzi Victora.
Nastąpiła dziwna pauza. Każdy zastanawiał się co zrobić.
Teraz byłam całkowicie pewna, że przeżyję i miałam nadzieję, że Quinn się przemieni, żebym
mogła z nim porozmawiać. A było dużo do omówienia. Nie byłam pewna czy mam do tego
prawo, ale czułam się zdradzona.
Nie uważam żeby cały świat kręcił się wokół mnie. Mogłam zauważyć, że został zmuszony w
uczestniczeniu w tej sytuacji.
Zawsze naokoło trafiała się masa przymuszających do czegoś wampirów.
Jak zauważyłam, to był to już drugi raz, kiedy matka Quinna, całkiem nieumyślnie, wrobiła
go w robotę z wampirami. Rozumiałam to, że nie była za siebie odpowiedzialna. Naprawdę.
Nigdy nie chciała, żeby ktoś ją zgwałcił i nie wybrała swojej psychicznej choroby. Nigdy jej
nie spotkałam i prawdopodobnie nigdy nie spotkam, ale z pewnością sprawiała dużo
kłopotów. Quinn zrobił to co mógł. Wysłał swoją siostrę, żeby nas ostrzec, chociaż nie byłam
pewna czy w czymś to pomogło.
Ale plus za starania.
Teraz, kiedy patrzyłam na tygrysa szturchającego nosem Frannie, wiedziałam że pomyliłam
się do Quinna na całej linii. I poczułam złość zdradzonej osoby. Nie liczyła się dla mnie ta
cała logika, a obrazek mojego chłopaka po stronie wrogich mi wampirów spowodował, że coś
we mnie pękło. Otrząsnęłam się i rozejrzałam się po pokoju.
Amelia popędziła do łazienki, kiedy w końcu mogła puścić wciąż płaczącą Frannie.
Podejrzewałam, że panujące napięcie było zbyt duże dla mojej czarownicy, a odgłosy
dochodzące z łazienki to potwierdziły. Eric wciąż rozmawiał z Clany’m przez telefon, udając
że jest zajęty podczas kiedy przyswajał sobie dużą zmianę sytuacji. Nie mogłam odczytać
jego umysłu, ale wiedziałam to. Poszedł na koniec korytarza, prawdopodobnie chciał chwili
prywatności na ponowne przemyślenie swojej przyszłości.
Victor wyszedł z domu, żeby porozmawiać ze swoją eskortą i usłyszałam jak jeden z nich
mówi: „Tak! Tak!”, jakby jego drużyna zdobyła gola, co jak podejrzewałam było w pewnym
sensie prawdą.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

Co do mnie, to czułam dziwną lekkość w kolanach, a w mojej głowie panował chaos, który z
trudem można było nazwać myślami. Bill otoczył mnie ramieniem i posadził na miejsce,
które zwolnił Eric. Poczułam jego chłodne usta na policzku. Musiałabym mieć serce z
kamienia, żeby nie przejąć się jego małą przemową do Victora; nie zapomniałam jej i
nieważne jak bardzo przerażająca była ta noc, to moje serce nie było z kamienia.
Bill ukląkł na jednym kolanie i jego blada twarz zwróciła się do mnie.
- Mam nadzieję, że kiedyś do mnie wrócisz. - powiedział - Nigdy nie będę przeciwko tobie,
ani nikt z mojego otoczenia.
Wstał i wyszedł na zewnątrz spotkać swoją nową wampirzą rodzinkę.
Oki-doki.
Boże pobłogosław mnie; noc jeszcze się nie skończyła.
Ledwo doszłam do mojej sypialni, popchnęłam drzwi z zamiarem umycia twarzy albo umycia
zębów albo uczesania włosów, bo stwierdziłam że to może sprawi, że poczuję się mniej
przytłoczona.
Eric siedział na moim łóżku, twarz miał ukrytą w dłoniach.
Spojrzał na mnie, kiedy weszłam. Wyglądał na zszokowanego. No cóż, raczej nic dziwnego
ze względu na całkowite zagarnięcie stanu i traumatyczną zamianę rządów.
- Siedząc na twoim łóżku, czując twój zapach, - jego głos był tak cichy, że musiałam się
wysilić, żeby go usłyszeć - Sookie... Wszystko już pamiętam.
- O, cholera, - powiedziałam i zatrzasnęłam się w łazience. Uczesałam włosy, umyłam zęby,
umyłam twarz, ale musiałam wyjść. Byłabym tak samo tchórzliwa jak Quinn, jeśli nie
stanęłabym przed wampirem.
Eric zaczął mówić, kiedy się pojawiłam:
- Nie mogę uwierzyć, że...
- Tak, Tak. Wiem. Kochałeś zwykłego człowieka, złożyłeś te wszystkie obietnice, byłeś
słodziuki jak miód i chciałeś zostać ze mną na zawsze. - wymamrotałam. Z pewnością to był
skrót jaki można było zrobić w tej sytuacji.
- Nie mogę uwierzyć, że po raz pierwszy w przeciągu setek lat czułem coś tak mocno i byłem
tak szczęśliwy. - powiedział Eric z godnością - Okaż trochę uznania.
Potarłam czoło. Był środek nocy, myślałam, że zginę, mężczyzna którego uważałam za
mojego chłopaka wywrócił całą moją opinię o nim do góry nogami. Chociaż teraz „jego”
wampiry były po tej samej stronie co „moje” wampiry.
Byłam emocjonalnie związana z wampirami z Luizjany, nawet jeśli niektóre z nich mnie
przerażały. Czy Victor Madden i jego ekipa mogłaby być chociaż trochę mniej straszna?
Stwierdziłam, że nie. Tej samej nocy zginęło kilka wampirów, które znałam i lubiłam.
Biorąc pod uwagę wszystkie te wydarzenia nie byłam w stanie debatować z Ericiem, który
doznał olśnienia.
- Możemy porozmawiać o tym kiedy indziej, jeśli w ogóle musimy o tym rozmawiać? -
zapytałam.
- Tak. - powiedział po długiej pauzie - Tak. To nie jest odpowiedni moment.
- Myślę, że żaden moment nie będzie odpowiedni na tę rozmowę.
- Ale musimy o tym porozmawiać. - odpowiedział Eric.
- Eric... och, okej. - zrobiłam „wymazujący” ruch ręką - Cieszę się, że nowy reżim chce cię
zatrzymać.
- Zabolałoby cię, gdybym zginął.
- Taaak, mamy tą więź krwi, bla bla bla.
- Nie z powodu więzi.
- Okej, masz rację. Zabolałoby mnie, gdybyś zginął. Ale ja też najprawdopodobniej bym
zginęła, więc nie bolałoby długo. A teraz możesz już znikać?
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Och, tak. - odpowiedział wracając do „starego” Erica - Teraz już znikam, ale zobaczymy się
później. I w końcu, ukochana, dojdziemy do porozumienia. Co do wampirów z Las Vegas
będą świetnie pasować do kierowania stanem tak bardzo polegającym na turystyce. Król
Nevady jest potężnym człowiekiem, no i Victora też trzeba poważnie traktować. Victor jest
bezwzględny, ale nie zniszczyłby czegoś co może wykorzystać. Umie kontrolować swój
temperament.
- Więc nie czujesz się źle z powodu z przejęcia władzy? - nie mogłam powstrzymać się od
szoku w moim głosie.
- To się zdarza. - odpowiedział Eric - Nie ma sensu teraz ‘czuć się źle’. Nie mogę nikomu
przywrócić życia i nie mogę samodzielnie pokonać Nevady. Nie mogę prosić moich ludzi,
żeby ginęli z powodu bezsensownej zachcianki.
Nie mogłam załapać pragmatyzmu Erica. Rozumiałam jego punkt widzenia i właściwie
gdybym była wypoczęta, pewnie bym się z nim zgodziła. Ale nie tutaj, nie teraz. Był dla mnie
zbyt wyprany z emocji. Oczywiście miał kilka stuleci na przyzwyczajenie się do pewnych
spraw i może przechodził przez taki proces już wiele razy.
Co za ponura perspektywa.
Eric przystanął na drodze do drzwi, pochylił się i pocałował mnie w policzek. To był kolejny
wieczór kolekcjonowania całusów.
- Przykro mi z powodu tygrysa. - powiedział i to była wisienka na torcie dzisiejszej nocy.
Opadłam na krzesło w kącie i siedziałam tam, dopóki nie byłam pewna, że wszyscy wyszli z
domu. Kiedy poczułam tylko jeden ciepły umysł, Amelii, wyszłam z pokoju, żeby się
rozejrzeć. Tak, wszyscy poszli.
- Amelia? - zawołałam.
- Tak? - odpowiedziała i poszłam ją znaleźć. Była w salonie i była równie wycieńczona.
- Idziesz spać?
- Nie wiem. Spróbuję. - potrząsnęła głową.
- To wszystko zmienia.
- To? - zadziwiająco mnie zrozumiała - Och, przejęcie stanu. Mój tata ma dużo układów z
wampirami z Nowego Orleanu. Miał pracować dla Sophie-Anne, remontując jej siedzibę w
Nowym Orleanie. I jej wszystkie inne posiadłości. Lepiej do niego zadzwonię.
W pewnym sensie Amelia była tak samo praktyczna jak Eric. Czułam się, jakbym nie
pasowała do reszty świata. Nie mogłam zadzwonić do nikogo, kto czułby się chociaż trochę
smutny z powodu straty Sophie-Anne, Arli Yvonne, Cleo... i całej reszty. Zaczęłam się
zastanawiać, po raz pierwszy, czy wampiry nie czują straty. Patrząc na ich całe życie, które
im minęło i potem śmierć. Pokolenia po pokoleniach spoczywały w grobach, a nieumarli
wciąż żyli i żyli.
Cóż, ten zmęczony człowiek - który miał już serdecznie wszystkiego dość - desperacko
potrzebował snu w najgorszy możliwy sposób. Jeśli tej nocy byłoby kolejne przejęcie władzy
to musiało odbyć się beze mnie. Zamknęłam drzwi, krzyknęłam do Amelii „dobranoc” i
wlazłam do łóżka. Leżałam chyba z trzydzieści minut, bo moje mięśnie zaczęły drżeć, kiedy
już miałam odpłynąć.
Ale w końcu nawet drżenie nie mogło mnie już dłużej powstrzymywać przed zaśnięciem.
Zapadłam w głęboki sen. Kiedy się obudziłam, słońce świeciło, a na krześle w kącie siedział
Quinn.
Ta nowa moda na pojawianie się w moim pokoju była denerwująca. Nie chciałam masy
facetów wpadających i wypadających z mojej sypialni. Chciałam jednego, który by został.
- Kto cię wpuścił? - zapytałam, podnosząc się na łokciu. Wyglądał całkiem dobrze na kogoś,
kto za dużo nie spał. Był ogromnym facetem z ogoloną głową i wielkimi, fioletowymi
oczami. Zawsze uwielbiałam jego wygląd.
Tłumaczenie TYLKO dla użytkowników Truly Bitten www.true-blood.com.pl

- Amelia. Wiem, że nie powinienem przychodzić. Powinienem poczekać, aż się obudzisz.


Może nie chcesz mnie w swoim domu.
Poszłam do łazienki, żeby mieć chwilę dla siebie, kolejna czynność, która stawała się
nawykiem. Kiedy wyszłam, czystsza i bardziej obudzona, Quinn miał dla mnie kubek kawy.
Wypiłam łyk i wyraźnie poczułam się pewniej i byłam gotowa na radzenie sobie, z
czymkolwiek miałam sobie poradzić. Ale nie w mojej sypialni.
- Kuchnia. - powiedziałam i poszliśmy do pomieszczenia, które zawsze było sercem całego
domu. Była przestarzała przed pożarem. Teraz miałam zupełnie nową kuchnię, ale wciąż
tęskniłam za starą. Stół przy którym jadała moja rodzina przez lata został zastąpiony nowym,
a nowe krzesła były o wiele bardziej wygodne, ale wciąż łapałam się na myśli o tym co
straciłam.
Miałam złowrogie uczucie, że „żal” będzie tematem dnia. Podczas mojego snu pełnego
problemów, najwyraźniej przyswoiłam sobie dozę praktyczności, która wydawała mi się taka
smutna wczoraj w nocy. Żeby odsunąć rozmowę, jaką mieliśmy odbyć, podeszłam do tylnych
drzwi, żeby zobaczyć, że nie ma samochodu Amelii. Przynajmniej byliśmy sami.
Na przeciwko mnie usiadł mężczyzna, którego wydawało mi się, że kocham.
- Mała, wyglądasz jakby ktoś ci powiedział, że nie żyję. - powiedział Quinn.
- Możliwe, że tak się stało.- odpowiedziała, bo musiałam sama sobie z tym poradzić i nie
patrzeć w prawo, ani w lewo. Wzdrygnął się.
- Sookie, co ja mogłem zrobić? - zapytał - Co ja mogłem zrobić? - można było usłyszeć gniew
w jego głosie.
- A co ja mogę zrobić? - zapytałam w rewanżu, bo nie miałam dla niego odpowiedzi.
- Przysłałem Frannie! Próbowałem cię ostrzec!
- Za mało, za późno. - powiedziałam. Jednocześnie miałam myśl: Czy nie jestem dla niego za
ostra, niesprawiedliwa, niewdzięczna? - Jeśli zadzwoniłbyś do mnie dwa tygodnie temu,
nawet raz, może czułabym się inaczej. Ale zgaduję, że byłeś zajęty szukaniem swojej matki.
- Więc zrywasz ze mną z powodu mojej matki. - powiedział. Zabrzmiał gorzko, a ja go nie
winiłam.
- Tak. - odpowiedziałam po chwili testowania mojej decyzji - Myślę, że tak. To nie wina
twojej mamy z powodu całej sytuacji. Twoja mama zawsze będzie miała pierwszeństwo, tak
długo jak będzie żyła, dlatego że jest tak skrzywdzona. Rozumiem to, wierz mi. I przykro mi,
że ty i Frannie macie taki ciężki orzech do zgryzienia. Wiem dość dużo na temat kłopotów.
Quinn patrzył w dół na swój kubek, jego twarz wyrażała złość i znużenie. Prawdopodobnie
był to najgorszy możliwy moment na zakończenie tego, ale musiało to być zrobione.
Zostałam zraniona tak bardzo, że nie chciałam, żeby trwało to dłużej.
- I teraz, wiedząc to wszystko i wiedząc, że mi na tobie zależy, nie chcesz mnie nigdy więcej
widzieć. - powiedział Quinn, wyrzucając każde słowo - Nie chcesz spróbować tego naprawić.
- Też mi na tobie zależy i miałam nadzieję, że będzie też coś więcej. Ale ostatnia noc... to
było dla mnie zbyt dużo. Pamiętasz, że dowiedziałam się o twojej przeszłości od kogoś
innego? Myślę, że może mi nie powiedziałeś, bo wiedziałeś, że to zaczęłoby kłótnię. Nie
twoje walki - nie obchodzi mnie to. Ale twoja mama i Frannie... cóż, są twoją rodziną. Są...
zależne. Muszą cię mieć. Zawsze będą pierwsze. - zatrzymałam się na moment, przygryzając
wnętrze mojego policzka. Teraz najtrudniejsza część - Ja chcę być pierwsza. Wiem, że to
samolubne i może nieosiągalne i może niepoważne. Ale chcę być dla kogoś najważniejsza.
Jeśli jest to we mnie złe to trudno. Będę zła. Ale tak to czuję.
- W takim razie nie ma o czym rozmawiać. - powiedział Quinn po chwili zamyślenia. Spojrzał
na mnie bez nadziei. Nie mogłam się nie zgodzić. Czułam się nędznie i samotnie. Czułam się
jak samolubna dziwka.

Related Interests