You are on page 1of 184

MARGIT SANDEMO

WYSPA NIESZCZ
Z norweskiego przeoya
MAGDALENA KWIATEK-SOBODA
POL-NORDICA Publishing Sp. z o.o.
Otwock 1997

ROZDZIA I
Jest wieczr, a ja znajduj si na statku, ktry niedawno wyruszy w dziwn podr.
Bardzo si boj, gdy nie znam jej celu. Wok panuje mrok, a wszystko spowija gboka,
nieprzenikniona tajemnica.
Przeraa mnie trzeszczcy od silniejszych uderze fal wiekowy kadub aglowca.
Czuj lk, obserwujc pnce si ku niebu strzeliste maszty, oplecione pajczyn lin, ktre
jakby chciay schwyta kogo w swoj gron sie. Cay statek przypomina chwilami posta
sdziwego starca, ktry tylko czeka na mier.
Nie wiem, dokd zmierza ten ponury frachtowiec. Nikt nie chce ze mn rozmawia,
moe z wyjtkiem poczciwego niemodego ju marynarza. Wszdzie napotykam mur
milczenia.
Opuszczam moj ukochan Angli. Na horyzoncie widz jeszcze cieniutki znikajcy
paseczek ojczystego ldu. Wiem, e ju nigdy nie ujrz tej ziemi, bo powrt oznaczaby dla
mnie zgub. Nie mam po co tam wraca.
Przez chwil wydawao mi si, e pasaerowie zostali deportowani, ale wyglda na to,
e tak nie jest. Znaleli si tu z wasnej woli, a mimo to nikt nie da od nich zapaty.
Co ze mn bdzie? Czy ta wyprawa rzeczywicie odsunie ode mnie grob mierci?
Podrujcy nie budz zaufania. Widz wiele kobiet o nieprzyjaznych spojrzeniach.
Jedna z nich nieustannie wodzi za mn wzrokiem. Czyby wiedziaa...?
Albo tamte trzy dziewczyny w nieskromnych sukniach, stojce przy rufie: s butne,
wyzywajce i obrzucaj mnie pogardliwym, oskarycielskim spojrzeniem.
Kim s ci wszyscy ludzie, moi wsppasaerowie?
Nawet kapitan wydaje si nieyczliwy i ponury; spoglda na podrujcych tak samo
nieprzyjanie, jak ciekawscy gapie z nabrzea.
Co takiego uczyniam? Dlaczego wszyscy s wobec mnie wrogo usposobieni?
Przecie staraam si jak mogam, by pomc pani Moore i jej crce Lindzie. Chciaam im
pomc z caego serca, zapominajc o ratowaniu wasnej skry...
Dlaczego tak si stao? Pytam o cel podry marynarza, ale on wykrca si od
odpowiedzi. Odwraca wzrok, cho przedtem przecie okazywa mi yczliwo. Dlaczego
daam si wplta w spraw, z ktr nie miaam nic wsplnego?
Nie, nie wolno mi wraca do tego, co si stao, to zbyt bolesne.
Tak rozmylaa Sharon. W kocu znuona ukrya si w kcie na grnym pokadzie,

starajc si zapomnie o dramatycznych wydarzeniach, ktre sprawiy, e si tu znalaza. Ale


one powracay, dziewczyna wci przeywaa je od nowa. Od tamtego brzemiennego w
skutki dnia upyny ju trzy tygodnie...

Miasteczko jeszcze spao.


Na zielonych pagrkach, urozmaiconych tu i wdzie pojedynczymi wierzbami,
wybudowano niewielkie biae domki. W tej chwili wyglday niczym ozocone porannym
socem. W jego promieniach zdaway si odpoczywa, skryte w kwitncych, kolorowych
ogrodach. Kpka onkili wycigaa mae gwki ku wiatu, a rosa spywaa agodnie po
tych kwiatkach.
Sharon wysza na podwrze i zmruya oczy, olepiona ostrym blaskiem. Dzie
zapowiada si taki pikny! Nagle ogarna j gboka rado. Miaa za sob wiele penych
goryczy i samotnoci lat spdzonych w sierocicu, ale teraz stao si to niewane. Sharon
wiedziaa, e moe liczy wycznie na siebie, a mimo to bya spokojna i pena nadziei.
Chona cisz poranka i wdychaa zapach r.
W domu kto od rodka zapuka w szyb. Sharon dostrzega w oknie zmczon twarz
pani Moore, ktra przywoywaa j do siebie. To wanie ona przygarna Sharon pod swj
dach.
Dziewczyna wielokrotnie wracaa myl do dnia, w ktrym opiekunka z sierocica
oznajmia:
- Posuchaj, Sharon. Tu jest dom dziecka, a ciebie naley ju uzna za doros osob. W gosie opiekunki brzmia wyrany smutek. - Wprawdzie nie wiemy dokadnie, ile masz lat,
ale z pewnoci przekroczya ju dwadziecia. Nie moemy ci tu trzyma w
nieskoczono...
Sharon nie raz zadawaa sobie pytanie, co si z ni stanie, gdy trzeba bdzie opuci
sierociniec. udzia si jednak, e okae si tu potrzebna: pomagaa przecie w kuchni, w
biurze i przy wszystkich innych zajciach. Pracowaa bardzo ciko i czsto bolcy krzy
dawa si jej we znaki. Ile byo takich wieczorw, gdy miertelnie zmczona rzucaa si na
ko.
Z czasem zaszy zmiany, zatrudniono nowych pracownikw i Sharon przestaa by
potrzebna.
- Masz szczcie, Sharon - mwia dalej opiekunka. - Znam pewn pani, ktra
mieszka za miastem i rozglda si za pomoc domow. Jej crka pracuje w tutejszym
szpitalu. Pani Moore jest sabego zdrowia i nie daje sobie rady sama. Zapewni ci wikt i dach

nad gow. Myl, e to powinno ci wystarczy.


Rzeczywicie, Sharon bya zadowolona ze swojego nowego domu. Pani Moore nie
wymagaa szczeglnej opieki, a gospodarstwo liczyo zaledwie kilka zwierzt. Po procznym
pobycie u pani Moore Sharon powoli zapominaa o trudnych latach spdzonych w sierocicu.
- Wstaa dzi pani bardzo wczenie, pani Moore - zagadna wesoo Sharon, ale zaraz
zaniepokojona zatrzymaa si w drzwiach.
Pani Moore leaa wsparta wysoko na poduszce i ciko oddychaa. Chciaa otworzy
okno, ale nagle poczua si gorzej.
- Co si pani stao? - Dziewczyna podbiega do ka chorej. - Czy to kolejny atak?
Drobna kobieta przytakna.
- Linda... Linda nie wrcia do domu...
Sharon odszukaa lekarstwo i podaa je gospodyni.
- Linda czsto si spnia - uspokajaa. - Nocny dyur w szpitalu nie zawsze koczy
si punktualnie.
Blade wargi pani Moore powoli nabieray koloru.
- Biedna dziewczyna, e te tak ciko musi pracowa! Ale co zrobi? Potrzebne s
nam pienidze. Zwaszcza teraz, kiedy si tak rozchorowaam...
- Prosz si nie martwi, Linda z pewnoci zaraz wrci. To dzielna dziewczyna.
Twarz pani Moore rozjani umiech peen nadziei i mioci.
- Gdyby nie Linda...
Sharon dobrze wiedziaa, jak wiele crka znaczy dla pani Moore. Jedynaczka bya jej
dum i stanowia teraz dla matki jedyn podpor. Ojciec Lindy okaza si awanturnikiem i
pijakiem, ktry wszystkie niepowodzenia odbija sobie na onie. Jego tryb ycia nie mg
doprowadzi do niczego dobrego, tote ktrego zimowego wieczoru, wracajc z suto
zakrapianej libacji, zasn na drodze i zamarz na mier. Pani Moore miaa te dwch synw:
pierwszego zastrzelono, gdy usiowa dokona wamania, drugiego skazano na doywocie.
Matce pozostaa jedynie crka, ktrej powicaa kad myl.
- Nie rozumiem, dlaczego jeszcze jej nie ma - wzdychaa pani Moore.
Sharon staraa si uspokoi chor. Starsza pani nie powinna si martwi, bo jej stan
jeszcze si pogarsza. Sharon wiedziaa, e pani Moore nie pozostao ju wiele ycia.
- Jeste tak dobr dziewczyn, Sharon. Czsto si zastanawiam, skd bierze si w
tobie tyle ciepa i radoci? Zawsze promieniejesz jak niezwyk si, zupenie jakby bya
zakochana. Powiedz mi, jak to z tob jest?
- Nie, skde, zakochana nie jestem, tylko taki ju mam charakter. Ciesz si socem,

przyrod, piewem ptakw i rwnie tym, e u pani mieszkam. Po prostu kocham ycie.
- A czy dobrze ci u nas?
- Lepiej ni bym sobie moga wymarzy - odpowiedziaa cicho.
- Nie bywa ci czasem smutno? Nie tsknisz za rwienikami, za chopcami?
Sharon umiechna si, syszc tak szczere i yczliwe pytania.
- Jest mi bardzo dobrze. Oczywicie, jak kada dziewczyna mam marzenia, czasami
spotykam si z rwienikami, rozmawiam z nimi, niekiedy nawet serce zabije mi mocniej.
Ale nic wicej si nie dzieje - Sharon wyprostowaa si nagle i dodaa z blaskiem w oczach: Wiem, e nadejdzie taki dzie, gdy spotkam tego jedynego, prosz pani. Wtedy wszystko
samo si uoy. Bdzie silny, opiekuczy i na pewno przystojny. Bdzie trzyma mnie w
ramionach i chroni przed wszystkim, co ze. Tak wyobraam sobie mio.
- Boj si, dziecko, e nie zawsze jest ona spenieniem marze - odpara w zadumie
pani Moore. - Na to nie ma si adnego wpywu. By moe nigdy nie spotkasz swojego
wynionego ukochanego, a zwiesz si z cakiem zwyczajnym chopcem, ktry bdzie
paradowa po domu w kapciach i nie najczystszej koszuli, zapomni pochwali upieczone
przez ciebie ciasto i z czasem przerzedz mu si wosy. Zreszt nie zawsze przystojny
mczyzna wart jest zachodu. Przypominam sobie, e kiedy kochaam si w chopcu, ktry
mia okropnie krzywe nogi, mnie jednak wydawa si wspaniay. Kiedy kto mwi o
krzywych nogach, rumieniam si ze szczcia. Rozumiesz mnie? Nie kocha si dlatego, e
czowiek jest pikny, on staje si pikny, bo kto go kocha.
Sharon przytakna ochoczo.
- Pamitaj jednak, e kady ma prawo do mioci, nawet ten najbrzydszy - cigna
pani Moore. - Jego uczucie moe by nawet silniejsze. Jeste taka liczna, Sharon, na pewno
spodobasz si niejednemu. Ale nawet wtedy, gdy nie bdziesz kim zainteresowana, nie drwij
z uczu, jakie ywi dla ciebie. Nie wymiewaj jego stara i nadziei na zdobycie twojego
serca. Tacy ludzie i tak nie maj atwego ycia z powodu niedostatkw urody. Nie utrudniaj
im go jeszcze bardziej. Tak, tak, nieatwo by pikn, moje dziecko, to wymaga odwagi i
taktu. Odmwi komu, nie ranic go, to wielka sztuka.
- Ale wolno mi chyba zachowa marzenie o tym jedynym, najpikniejszym? - zapytaa
Sharon oniemielona powag pani Moore.
- Marzenie o przystojnym i silnym mczynie nie jest grzechem. Zachowaj je tak
dugo, jak potrafisz!
Na twarzy Sharon pojawi si cie smutku.
- Czy naprawd nikt nie wie, skd si wziam?

- Niestety, nie.
- Ale przecie nosz nazwisko OBrien!
- Widzisz, pewnego dnia, wiele lat temu, przed wejciem do sierocica jedna z
opiekunek zobaczya ma dziewczynk. Bya mizerna i wyczerpana, wic nie dao si
dokadnie okreli twojego wieku. Trzymaa w rczce krtki, niewiele mwicy list. To tu
zdecydowano nada ci nowe imi i nazwisko - westchna pani Moore.
- Czy widziaa pani ten list?
- Owszem, pokazano mi go. Kto napisa w nim:
Zaopiekujcie si dzieckiem. Ja jestem miertelnie chora i nie chc jej zarazi.
Dziewczynka jest grzeczna i nie sprawi kopotw. Nie szukajcie rodzicw, gdy nic nie znacz
i nigdy ich nie znajdziecie.
- I to wszystko?
- Tak. Jednak sposb formuowania zda przez piszc wskazywaby, e pochodzia z
Irlandii lub Walii. wiadczya o tym rwnie twoja uroda: rude wosy, zielone oczy i bardzo
jasna karnacja. Dlatego te nadano ci celtyckie imi Sharon.
- Czy myli pani, e moja matka bya kobiet lekkich obyczajw?
- Nie mona o tym przesdza i wcale nie powinna tak myle. Z pewnoci nie
zaznaa szczcia, ale chciaa przecie wycznie twojego dobra. Zreszt czy to ma a tak
wielkie znaczenie, kim byli rodzice? Najwaniejsze, by sama wiedziaa, kim jeste. A moim
zdaniem jeste najwspanialsz dziewczyn. No, oczywicie poza Lind.
- Dzikuj, pani Moore - Sharon umiechna si zawstydzona. - Myl, e powinna
pani teraz odpocz.
Niepokj znowu pojawi si na twarzy chorej kobiety.
- Ale co z t dziewczyn? Teraz ju naprawd zaczynam si niepokoi, czy jej si co
nie stao.
Sharon sprawdzia puls chorej, teraz saby i nierytmiczny.
- Pani Moore, najlepiej bdzie, jeli pjd do szpitala i sprawdz, co zatrzymao Lind
- rzeka zdecydowanym gosem Sharon..
- Naprawd mogaby to zrobi? Tak si martwi!
Sharon narzucia czerwon peleryn, ktr uszya dla niej pani Moore. Linda miaa
dokadnie tak sam. Wprawdzie trudno uzna czerwie za najszczliwszy kolor dla Sharon,
ale ona i tak cieszya si ogromnie z tego podarunku.
Do miasta nie byo daleko. Sharon szybko pokonaa drog.
- Linda Moore? - powtrzya surowym gosem siostra przeoona. - Pracowaa tu jaki

czas, ale szybko zrezygnowaa. Zaja si opiek prywatnie. Praca w szpitalu nie odpowiadaa
jej, bya zbyt cika i mao patna jak na jej wymagania - cigna pielgniarka. - Zreszt ta
dziewczyna zupenie si do tej pracy nie nadawaa.
Sharon nie moga uwierzy. Usuna, mia Linda nie nadawaa si?
- Nie wie pani, gdzie mogabym j teraz znale? - spytaa cicho.
- Odesza od nas par miesicy temu. Wynaja, zdaje si, pokj na poddaszu w domu,
w ktrym miaa opiekowa si chorym. To niedaleko std.
Wynaja pokj? Jak to moliwe, skoro Linda codziennie rano wracaa z dyuru do
domu? Potem znowu sza tam na wieczr. Przecie nawet pensj oddawaa mamie...
Gdy Sharon zdobya ju adres Lindy, ruszya pospiesznie we wskazanym kierunku.
Dotara do waciwego budynku i wesza na klatk schodow. Wdrujc po stopniach w gr,
odczytywaa kolejno nazwiska lokatorw na tabliczkach i zastanawiaa si, ktry z nich jest
podopiecznym Lindy. Dziwne, e nic dotychczas nie wspomniaa o zmianie pracy.
W kocu Sharon dotara do drzwi, na ktrych nie widniao adne nazwisko. Zapukaa
ostronie.
Za drzwiami day si sysze popieszne, nerwowe kroki, ktre po chwili ucichy.
Sharon nasuchiwaa, ale nadal nic si nie dziao. Zdecydowaa, e naley dowiedzie
si, kto tu mieszka. Nachylia si i niepewnym gosem zapytaa:
- Linda? Czy tu mieszka Linda Moore?
Znowu kto szybko zbliy si do drzwi. Teraz Sharon syszaa nawet niespokojny
oddech stojcej z drugiej strony osoby, a w kocu przez drzwi dobieg j szept:
- Sharon...?
- Tak, to ja, otwrz, prosz!
- Nie mog. Jak mnie tu znalaza?
- Lindo, mama le si czuje, a twoja nieobecno jeszcze bardziej j niepokoi.
Na te sowa drzwi natychmiast si otworzyy.
- Mama chora? To niemoliwe...
Sharon ujrzaa przed sob Lind. Na jej twarzy malowa si przestrach.
- Jak ty wygldasz, co si stao?
- Wchod - krtko odpowiedziaa Linda - Sharon, ty jeste taka zrczna i odwana!
Koniecznie musisz mi pomc!
Sharon ze zdumieniem przygldaa si nieopisanemu baaganowi, jaki panowa w
pokoju. Uderzya j wo spalenizny. Halka, ktr miaa na sobie Linda, bya caa w mokrych
plamach, pikne, zazwyczaj lnice wosy dziewczyny sterczay teraz kady w inn stron. W

miednicy moczya si sukienka, na ktrej widniay plamy z krwi.


Sharon poczua, e robi jej si sabo.
- Co si tutaj stao i dlaczego w ogle tu mieszkasz?
- Opiekuj si pacjentem, ktremu rano i wieczorem robi zastrzyki. Nalega, ebym
bya pod rk, i dlatego tu zamieszkaam - wyjaniaa Linda z takim popiechem, a sowa jej
si pltay. - Sharon, musisz mi pomc - zapaa przybran siostr za rami - zapomniaam
zabra rkawiczki i ju nie mam si po nie wraca.
- Do tego pacjenta?
- Nie, nie, tylko do kamienicy za rogiem. Mieszkanie na pierwszym pitrze, pierwsze
drzwi na prawo. Rkawiczki le na skrzyni zaraz obok wejcia, a drzwi nie s zamknite.
- Czy nie moesz wyjani mi wszystkiego po kolei?
- Nie teraz, popiesz si! - zawoaa histerycznie Linda. - Ja si szybko ubior i zaraz
id do mamy. Ty take tu nie wracaj, tylko pd prosto do domu.
Nie dopuszczajc Sharon do gosu, Linda nieomal wypchna j na korytarz i
zatrzasna drzwi.
Sharon zastanawiaa si chwil, po czym zbiega na d i ju bya na ulicy.
Budynek, ktry Sharon miaa odszuka, znajdowa si kilkadziesit metrw za
najbliszym rogiem. Sta nieco oddalony od drogi, co zapewniao lokatorom spokj. Zadbane
otoczenie, czyste ciany i adne, dbowe drzwi wiadczyy o tym, e dom nalea do kogo
bogatego.
Sharon nacisna klamk i znalaza si na przestronnych schodach. Pierwsze pitro,
pierwsze drzwi po prawej stronie... Lekkie kroki Sharon tumi wski chodnik, ktrym
wyoono stopnie prowadzce na gr. Na waciwym pitrze zauwaya, e drzwi do
mieszkania po prawej s lekko uchylone. Zajrzaa ostronie...
Sharon bardzo chciaa pomc Lindzie, ktra najwyraniej narobia sobie jakich
kopotw, ale nawet nie zdya si zastanowi, jakiego rodzaju. Dlatego gdy w chwil
pniej ujrzaa wntrze pokoju, omal nie zemdlaa. Poczua, e serce podskoczyo jej do
garda...
Na pododze, koo szerokiego, drewnianego, rcznie zdobionego oa, leay zwoki
mczyzny w rednim wieku. Jego ciao nosio oznaki wielokrotnych uderze cikim
przedmiotem.
Lindo, co ty narobia?! pomylaa przeraona Sharon. O Boe!
W tej chwili na dole dao si sysze skrzypnicie drzwi. Sharon drgna, chwycia
rkawiczki Lindy i czym prdzej zbiega ze schodw. Wydao si jej, e w chwili gdy

opuszczaa dom, w gbi korytarza przemkna jaka kobieta.


Nie miaa odwagi biec, sza wic spiesznym krokiem przez puste ulice miasta, kierujc
si ku wsi.
Na ganku domu pani Moore Sharon natkna si na Lind, ktra poprosia:
- Mama jest coraz sabsza. Nic mw jej nic, bagam...
- Nic nie powiem - odpara sucho Sharon. - Oto twoje rkawiczki.
- Och, Sharon, jeste cudowna! - krzykna Linda, przybierajc min niewinitka. - To
by wypadek...
- Nie sdz - przerwaa Sharon. - Co ty zrobia?
- Kto ci widzia?
- Nie wiem, w kadym razie na pewno nie moj twarz.
Mina Lind i skierowaa si do pokoju, w ktrym leaa pani Moore. Rzeczywicie,
jej stan wyranie si pogorszy. Sharon poprawia pociel i pomoga przybranej matce
wygodniej si uoy, ale jej myli nieustannie kryy wok tego, co wydarzyo si w
miecie. Wiedziaa jedynie, e musi oszczdzi chorej dodatkowych cierpie.
- Sharon, jestem ci taka wdziczna, e sprowadzia Lind - szeptaa pani Moore. - Ale
dlaczego okrya si tylko szalem, przecie powinna zaoy peleryn?
Sharon przeszed dreszcz grozy; przypomnia si jej zapach spalenizny, Linda musiaa
ubrudzi okrycie, a potem je spalia.
- Na dworze jest bardzo przyjemnie - odpara, odwracajc oczy, i wysza, by
porozmawia z Lind.
- Chyba jeste mi winna wyjanienia, Lindo?
- Czy to konieczne? - Pytana zamrugaa oczami z min niewinitka.
- Moe i nie, bo teraz ju wszystko zrozumiaam - odrzeka Sharon. - Jeli jednak
oczekujesz ode mnie jakiejkolwiek pomocy, musz wiedzie, co si naprawd wydarzyo.
Ten mczyzna by twoim przyjacielem?
Milczenie Lindy starczyo za odpowied.
- W szpitalu powiedziano mi, e nie podoaa obowizkom, wic nowy pacjent z
wasnym mieszkaniem okaza si wietn gratk. Dawno go poznaa?
- Nie, tego nie... - pokrcia gow Linda.
- A wic byo ich wielu?
Dziewczyna z lekcewacym umiechem wzruszya tylko ramionami.
- Jak moga...!
Nagle Linda wybuchna:

- A co miaam robi, z czego y? Jak mylisz, ile dostawaam w szpitalu za moj


harwk, za nocne dyury? Sdzisz, e mama otrzymywaa moj szpitaln pensj? Nawet by
nie wystarczyo na lekarstwa! Ale teraz zdoaam odoy, i to duo. Nie mam zamiaru y
jak ndzarka, w cigym ponieniu!
- Dobre sobie. Ponieniem jest ycie, jakie wanie prowadzisz!
- Ja odbieram to zupenie inaczej. Mczyni po prostu mnie ubstwiaj, obdarowuj
prezentami. To cakiem naturalne.
Sharon bya bliska rozpaczy.
- Dlaczego zabia tamtego mczyzn?
- Grozi, e wezwie policj, bo go okradam.
- Zrobia to?
Linda znw wzruszya ramionami.
- Oczywicie, e nie! Okaza si chciwcem, musiaam wic odebra to, co mi si
susznie naleao.
Sharon przerwaa Lindzie:
- Zawsze sdziam, e odziedziczya dobro i agodno po mamie, ale teraz widz,
e podobnie jak twoi bracia jeste nieodrodn crk ojca.
- Ty si lepiej nie odzywaj! Sama jeste podrzutkiem, crk ladacznicy!
Sharon zagryza zby i przez dusz chwil nie bya w stanie nic odpowiedzie. W
kocu zdoaa si opanowa.
- Twoja mama kocha ci nad ycie, jeste dla niej wszystkim. Jak moga jej
wyrzdzi tak krzywd? - spytaa z wyrzutem.
- Czy nie rozumiesz, e to wanie dla niej chciaam zarobi wicej pienidzy? wykrzykna rozzoszczona Linda.
Sharon obserwowaa w milczeniu przybran siostr. Miaa wraenie, e oto jest
wiadkiem ostatecznego upadku dziewczyny.
- Nikt nigdy si nie domyli, kto zabi tego mczyzn - cigna Linda. - Zawsze
starannie chowaam twarz i nie widziano mnie tam wieczorami. Przypadek zalicz z
pewnoci do nie rozwikanych zagadek, o ktrych tak czsto si czyta w gazetach.
- Nie byabym taka pewna. Na drodze unosz si wanie kby kurzu i chyba zblia
si posterunkowy?
- Co takiego?! - krzykna przeraona Linda. - Jak oni mnie tu znaleli? Sharon, co ja
mam robi? Przecie mama nie moe si niczego dowiedzie!
- Nie dowie si, bd spokojna. Nie mam zamiaru ratowa ciebie, ale mog oszczdzi

cierpienia twojej matce.


Wz zatrzyma si na podwrzu.
- To ona, to ona! - krzykna kobieta towarzyszca policjantowi - Dzi rano kazaam
wonicy j ledzi. Chciaam wreszcie si dowiedzie, kto nieustannie odwiedza gospodarza.
Nie miaam wtedy pojcia, e go zabia!
Linda przylgna odruchowo do Sharon. W tym momencie policjant zeskoczy z wozu
i pomg wysi masywnej, ubranej na czarno kobiecie.
- Ktra z nich? - zapyta ostrym gosem.
- To ta, poznaj po pelerynie. Czsto j nosia, a dzi dojrzaam nawet jej twarz!
Sharon zdrtwiaa, gdy palec kobiety wskaza prosto na ni.

ROZDZIA II
- Zwykle starannie si ukrywa - cigna podniecona kobieta. - Ale kiedy dzisiaj
zbiegaa ze schodw, dostrzegam te rude wosy!
Lindo, na Boga, powiedz co, wyjanij!
Policjant zbliy si do Sharon.
- Nazwisko?
- Sharon OBrien, ale to pomyka. Rzeczywicie, byam w tym domu, gdy miaam
co zabra. Kiedy przyszam, mczyzna ju nie y!
Policjant nie da wiary sowom Sharon, zamia si tylko pogardliwie.
- Gospodyni widziaa pani take wczorajszego wieczoru.
- To nie byam ja!
- Ale to ona, bez wtpienia! Poznaj po tej pelerynie - zapewniaa kobieta.
Sharon zwrcia si teraz w stron Lindy, lecz ta milczaa jak zaklta, tylko jej oczy
nadal wyraay ogromne zdumienie. Sharon dostrzega w nich take ledwo uchwytny
zowrbny bysk.
- Jest mi naprawd przykro, ale moja przyjacika ma identyczn peleryn.
Policjant i kobieta spojrzeli na Lind.
- To... to nieprawda! - po chwili zaskoczenia Linda odzyskaa koncept. - Nigdy nie
miaam takiego okrycia.
- Lindo! - peen rozpaczy krzyk Sharon wyraa najgbszy zawd.
Policjant spoglda to na jedn, to na drug pann. Po chwili nie mia ju wtpliwoci,
ktra z nich jest winna: dziewczyna o rudych, falujcych wosach, o prowokujcych
zielonych oczach z pewnoci niejedno ma na sumieniu. I mie jeszcze oskara t kruszyn o
anielskiej twarzy i melancholijnym spojrzeniu? Tego ju za wiele!
- Odwiedzaa nie tylko naszego gospodarza, lecz take innych. Ta kobieta jest w
miecie dobrze znana!
- Wic na pewno ci... chciaam powiedzie... panowie rozpoznaj waciw
dziewczyn? - udzia si Sharon.
- Nie sdz, by si przyznali do takiej znajomoci - rzek sceptycznie policjant. Zreszt pani i tak nic to nie pomoe. Czy pani tu mieszka?
- Tak
W tym momencie do rozmowy wtrcia si Linda:

- Waciwie trafia tu z sierocica. Jej matka bya kobiet lekkich obyczajw.


- Ach, tak - powiedzia policjant, jakby to przesdzao o wszystkim.
- Ja nikogo nie zabiam! Przysigam! - krzykna zrozpaczona Sharon.
- To si jeszcze okae. A teraz prosz ze mn.
- Czy mogabym przedtem zabra kilka drobiazgw? - zapytaa.
- Jeli si pani popieszy.
Sharon pobiega do swojego pokoju. Linda ruszya za ni.
- Sharon, musisz mnie zrozumie. Mama nie moe si o niczym dowiedzie, wic
gdyby moga wzi win na siebie a do czasu, gdy nadejdzie jej koniec? Sama wiesz, e to
kwestia kilku dni!
Sharon zastanawiaa si przez moment.
- Nie, nie mog bra na siebie odpowiedzialnoci za t straszn zbrodni. Mog
jedynie przemilcze twoje nazwisko. Nie przyznam si do niczego, ale nie wyjawi te
prawdy pod jednym wszake warunkiem: napiszesz owiadczenie, ktre oka po mierci
twojej mamy.
Linda zgodzia si i szybko przyniosa papier i piro.
Ja, Linda Moore, przyznaj si do popenienia morderstwa, o ktre oskarono Sharon
OBrien. Nie jest te prawd, jakoby Sharon OBrien bya kobiet lekkich obyczajw.
- Dobrze, a teraz sprowad do mamy doktora.
Linda rzucia si Sharon na szyj.
- Dzikuj! Obiecuj ci, e za par dni bdziesz wolna. Nastpnie wybiega z pokoju,
pozostawiajc w nim sw przybran siostr z kawakiem papieru w doni. Sharon nie moga
zabra owiadczenia ze sob, gdy policja na pewno bdzie j przeszukiwa. Zastanawiaa
si, co ma z nim zrobi, w kocu ukrya list w jednej ze szczelin w cianie.
Pogoski o morderstwie bardzo szybko rozniosy si po okolicy. Gdy wz policyjny
zajecha przed posterunek, na ulicy kbi si ju rozwcieczony, dny zemsty tum.
- To ona, to ta zbrodniarka! - paday okrzyki.
Sharon szybko znalaza si w budynku, po czym poprowadzono j do niewielkiej celi.
Po kilku godzinach cel otwarto i do rodka wszed starszy mczyzna. Przedstawi si jej
jako adwokat z urzdu i poleci opowiedzie wasn wersj wydarze.
- Pan powinien chyba usysze prawd?
- Ma si rozumie.
- A moe mi pan obieca, e zachowa j dla siebie?
- Nie, prosz pani. Tego oczywicie nie mog zrobi. Moim zadaniem jest obrona pani

przed sdem. To, co przemawia na pani korzy, przedstawi sdziom, przemilcz za


obciajce pani fakty. Sucham wic.
Sharon przygldaa si swojemu adwokatowi. Niespodziewanie wyda si jej
czowiekiem godnym zaufania, opowiedziaa mu wic ca histori z najdrobniejszymi
szczegami. Gdy skoczya, mczyzna rzek:
- Doprawdy nie rozumiem, jak pani moe bra na siebie win za kogo innego.
- A wic wierzy mi pan?
- Moim obowizkiem jest wierzy pani. Sdz, e zebranie dowodw przeciwko owej
Lindzie nie powinno sprawi nam trudnoci. Kto z ssiadw musia j przecie zauway w
tej nieszczsnej czerwonej pelerynie.
- Nie sdz, gdy zawsze wychodzia pnym wieczorem, a wracaa wczenie rano. O
pelerynie wie oczywicie pani Moore, ale jej nie wolno niepokoi! To by j zabio.
Adwokat krci zdumiony gow.
- Sprbuj obejrze mieszkanie, ktre wynajmowaa Linda. Moe znajd jakie resztki
sukna w piecu. Porozmawiam te z jej podopiecznym. Niech si pani nie martwi, postaram si
pani szybko std wycign.
Sharon odetchna z ulg. Nastpnego dnia wezwano j na przesuchanie, w trakcie
ktrego ani razu nie wymienia imienia Lindy. Twierdzia, e jest niewinna, cho nie moga
na razie nic wicej powiedzie.
Mijay dni. Od czasu do czasu odwiedza j adwokat, ale nie mia dla Sharon dobrych
wieci: po pelerynie nie pozostao ladu, a przyjaciel Lindy nigdy jej w tym okryciu nie
widzia, jako e pokj dziewczyny mieci si w tej samej kamienicy.
- Byem take w pani pokoju, jednak nie znalazem szczeliny, w ktrej schowaa pani
owiadczenie. ciany s tam pene najrniejszych dziur. Poza tym pani Moore ma si coraz
gorzej.
Ktrego dnia policja, w zwizku z anonimowym zgoszeniem, przeszukaa ponownie
pokj Sharon i znalaza ukryte w materacu pienidze oraz kosztownoci.
- Och, Linda! Jak ona moga! - zapakaa dziewczyna. - A co z listem, czy niczego nie
znaleziono?
- Nie - odpar adwokat.
- Musi pan tam znowu pojecha, Linda jest nieobliczalna. A jak ma si pani Moore?
- Pani Moore zmara wczoraj po poudniu.
- Mj Boe! O niczym si nie dowiedziaa?
- Nie. Gdy umieraa, crka czuwaa przy jej ku.

- Jak to dobrze! Teraz nie musz ju duej milcze. Czy ona si nie zgosia?
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Jake teraz wyjani panu, gdzie ley list?
- Sdz, e udaoby mi si wycign std pani na kilka godzin. Wtedy pani sama
wskae mi skrytk.
- Och, dzikuj panu, ale tak mi szkoda tej dziewczyny.
- Zupenie niepotrzebnie - odpar szorstko adwokat. - Rozmawiaem z ni kilka razy.
Ze swoim niewinnym wyrazem twarzy wyprowadzi w pole kadego.
- Czy pan jej wierzy?
Adwokat dugo przyglda si Sharon.
- Nie wiem dlaczego, ale wierz, e to raczej pani mwi prawd, tylko e jestem w
tym, niestety, odosobniony.
W kilka godzin pniej opucili wizienie. Dom pani Moore trwa pogrony w
gbokiej ciszy.
Trumn z ciaem gospodyni przewieziono do kaplicy, a cay jej dobytek sprzedano. W
domu spodziewali si zasta jedynie Lind.
Ale Lindy ju nie byo. Sharon znalaza za to krtki list:
Droga Sharon,
wyjedam, gdy nie chc pozostawa duej w domu, w ktrym zabrako mamy. Nie
mog tu by rwnie ze wzgldu na Ciebie i to, co uczynia. Wybaczam Ci wszystko, nawet
fakt, e usiowaa obwinie mnie, twierdzc, e posiadaam tak sam peleryn, jak Ty.
Poinformowaam policj o przyczynach swojego wyjazdu.
Twoja przyjacika Linda
Sharon usiada kompletnie zdruzgotana.
- Na szczcie mamy jej owiadczenie. Niech mi pani zaraz wskae ten schowek.
Sharon z atwoci moga przewidzie dalszy bieg zdarze. To Linda ukrya pienidze
pod jej materacem. Musiaa take przeszuka pokj co do milimetra i z pewnoci to
uczynia.
Po owiadczeniu, rzecz jasna, nie byo ladu.
W pokoju zapanowao dugie milczenie. Sharon z twarz ukryt w doniach pakaa
cicho. Stracia resztki nadziei na wyjanienie sprawy.
- Teraz ju wszystko przepado?
- Obawiam si, e tak - rzek adwokat. - Bd si stara robi, co w mojej mocy, ale
kto w tej sytuacji uwierzy w pani niewinno?

- Jedynym ratunkiem bya dla mnie pani Moore - szepna Sharon. - Sama
zacignam sobie stryczek na szyj.
- No wanie. Powinna mi bya pani pozwoli z ni porozmawia.
- Nie. Bez wzgldu na to, co si stanie, ciesz si, e omina j ta straszliwa prawda.
Adwokat nie wierzy wasnym uszom.
- Sharon, w tej sytuacji nie mog pani broni. Waciwie ju jest pani skazana za
zbrodni. Niech pani posucha! - Adwokat schwyci j za rami i rzek stanowczo: - Ma pani
jeszcze jedn szans. Prosz std ucieka! Syszaem, e w nocy odpywa z portu statek.
Powiem, e umkna mi pani w kierunku ska i rzucia si w przepa.
- Ale... ja nie mam przy sobie adnych pienidzy?
- Podr jest darmowa. Statek pynie na jedn z wysp u wybrzey Kanady.
- Dlaczego darmowa?
Prawnik odpowiedzia wymijajco:
- Och, chodzi, zdaje si, o kolonizowanie nie zamieszkanych terenw i odbywa si to
za zgod wadz.
- A co to za wyspa?
- Ja... ja... nie pamitam jej nazwy. A zreszt to nie ma znaczenia. Nie mog patrze,
jak si pani pogra, biorc na siebie win za kogo innego. Niech pani ucieka, ja wszystko
zaatwi. Niech pani ju idzie prosto na statek!
- Dzikuj. - Sharon patrzya z wdzicznoci na swego adwokata. - Nigdy nie
zapomn, co pan dla mnie zrobi.
Adwokat towarzyszy Sharon a do portu, przy ktrym cumowa duy aglowiec.
Przez chwil Sharon wahaa si, dostrzegajc co niepokojcego w spojrzeniach stojcych na
nabrzeu mczyzn. Wok panowaa przytaczajca cisza.
Wreszcie wzia gboki oddech i wesza na pokad.

ROZDZIA III
Ze srebrzystoszarej tafli morza wynurzyo si wschodzce soce. Sharon przecigna
si, rozprostowujc sztywne koci, gdy po nocy spdzonej w niewygodnej pozycji cae ciao
miaa zdrtwiae.
Nowy dzie sprawi, e obudzia si pogodniejsza i w nieco lepszym nastroju, cho w
miar jak upyway kolejne godziny, Sharon na nowo ogarniao przeraenie.
Statek posuwa si leniwie. Jego pasaerowie, a raczej pasaerki, bo wyczajc zaog
byy to same kobiety, nie wykazywali chci nawizania kontaktu z dziewczyn.
Pod wieczr do Sharon podesza jednak dobrze zbudowana kobieta o yczliwej
twarzy. Sharon zwrcia na ni uwag ju wczeniej dziki ciepemu umiechowi, jakim
tamta odwzajemnia jej pozdrowienie.
- Czy mogabym si do ciebie przysi? - spytaa niepewnie.
- Oczywicie, prosz - odpowiedziaa uradowana Sharon.
- Nazywam si Margareth. Pozwoliam sobie podej, bo wydajesz mi si bardzo
osamotniona.
- Naprawd? - umiechna si lekko dziewczyna. - Dostaam si na statek w ostatniej
chwili i nikogo tu jeszcze nie znam.
- Ani ja. Ale ciesz si na t podr i nie mog si doczeka jej koca. Mam nadziej,
e wszystko pjdzie dobrze.
Sharon wzia gboki oddech i zapytaa:
- Powiedz mi, co to za wyprawa? Syszaam, e chodzi o zaludnienie jakich daleko
pooonych terenw.
Margareth spojrzaa na Sharon zdumiona.
- To ty nic nie wiesz?
- A o czym miaabym wiedzie? - zdziwia si Sharon.
- Na wyspie znajduje si kopalnia wgla - zacza wyjania Margareth. - Wikszo
mieszkacw to mczyni, ktrym bardzo doskwiera samotno. Poza tym mwi si, e
dziej si tam niezwyke, mistyczne rzeczy, ale nic wicej nie udao mi si dowiedzie na ten
temat. Syszaam, e ludzie nie chc si tam osiedla na duej. Dlatego wadze zdecydoway
wysa na wysp kobiety, ktre by moe znajd sobie wrd grnikw towarzyszy ycia.
Sharon ogarniao rosnce przeraenie. Syszaa niegdy o takim sposobie zaludniania
nowo zdobytych kolonii, ale dopiero teraz zdaa sobie spraw z tego, e i ona ma uczestniczy

w podobnym przedsiwziciu.
- Przybye kobiety maj trzy miesice na to, by znale sobie partnera i zawrze z nim
zwizek maeski. Jeli to im si nie uda, musz powrci do kraju. Na wyspie zostaj
wycznie rodziny, gdy jest ona niewielka i nie pomieciaby wszystkich. Jedziemy wanie
po to, by zaoy rodziny.
Sharon siedziaa jak sparaliowana Po chwili jednak odzyskaa mow i krzykna:
- Nie! To nieprawda! Nie jestem adnym towarem, adn rzecz! Nikt nie ma prawa
mn handlowa! Ja chc z powrotem do Anglii!
Margareth przygldaa si Sharon ze zdumieniem.
- Teraz ju za pno na powrt. Jeli ci to nie odpowiada albo jeli to rzeczywicie
nieporozumienie, nic chyba nie stoi na przeszkodzie, by zabraa si rejsem powrotnym za
miesic.
- Tak! - zawoaa Sharon ywo, ale zaraz spochmurniaa, bo przypomniaa sobie
powd, dla ktrego znalaza si na statku. - Nie, nie mog wraca - westchna
zrezygnowana. - Boe, co ja mam teraz ze sob pocz?
- Sharon, nie moesz podchodzi do sprawy tak, jakby wysp zamieszkiway
wycznie same ciemne typy - tumaczya cierpliwie Margareth. - To przecie tacy sami
ludzie jak my wszyscy. C widzisz zego w grniku? By moe ktry z nich przypadnie ci
do gustu.
- Nie mam nic przeciwko grnikom, droga Margareth - Sharon uspokoia si ju nieco.
- Nie mog si tylko pogodzi ze sposobem, w jaki si to odbywa. Gdzie tu jest miejsce na
mio, ciepo, zrozumienie? Cho to dziecinne i banalne, zawsze pielgnowaam w sercu
marzenie o mczynie mego ycia, o tym, jaki bdzie. Nie masz pojcia, jak wiele razy
pomogo mi to przetrwa trudne chwile, Wysoki, przystojny, o jasnych wosach i silnych
ramionach, ktre mnie obejmuj... Teraz nadszed chyba czas, bym poegnaa si z moim
ksiciem z bajki... - westchna na koniec Sharon.
- Nie bd taka pewna, a nu spotkasz go na wyspie? - zagadna wesoo Margareth.
- Powiedz mi teraz, dlaczego ty tam jedziesz dobrowolnie?
Margareth ogarna wzrokiem pokad. Powoli zapada zmrok, ktry zamazywa
wyrany dotd kontur masztu i opoczcych na wietrze agli.
- Nie jestem ju najmodsza, nigdy te nie byam zbyt adna, a zawsze marzyam o
rodzinie i mu. Nadal tego pragn. Myl, e to moja ostatnia szansa.
Sharon siedziaa zamylona.
- Czy wszystkie kobiety ze statku pyn w tym samym celu?

- Na og tak. Niektre, tak jak ty i ja, pene romantycznych marze, inne pragn
znale ojca dla dzieci, ktre nosz w swoim onie. Mode i wesoe dziewczta chc przey
przygod, dla nich ta podr jest podniecajca. Jest te grupa kobiet, ktre uciekaj przed
wymiarem sprawiedliwoci i policj. Inne policja sama wysya na wysp, bo chce si pozby
kopotu. Spotkasz tu kobiety dobre, uczciwe i te najgorszego gatunku.
- A mczyni chtnie je przyjmuj?
- Przyjmuj je z otwartymi ramionami, gdy bardzo doskwiera im samotno.
To okropne, przeokropne, pomylaa Sharon, gono za zapytaa:
- Czy w takim razie kobieta po tym, jak zostaa wybrana przez mczyzn, musi si
zgodzi na lub?
- Nie, nikt nikogo nie zmusza do maestwa. Moesz powiedzie nie. Masz trzy
miesice na podjcie decyzji.
- To rzeczywicie wielkoduszne! - mrukna Sharon.
Tej nocy dugo nie moga zasn. Staa przy burcie i wpatrywaa si w fale, ktre
uderzay gucho o kadub statku. Myli dziewczyny kryy wok tego samego: nie chce
umiera, ale cena, jak przyjdzie jej zapaci za ocalenie, wydaje si zbyt wysoka. Nie moe
powrci do Anglii, reszt ycia bdzie zmuszona spdzi na odlegej wyspie, i to u boku
mczyzny, z ktrym pewnie niewiele bdzie j czyo.
Przytoczona ciarem problemw, staa zapatrzona w dal. Powoli dniao i ty
rogalik na niebie blad z minuty na minut.
W pewnej chwili Sharon drgna, wyczuwajc czyj obecno. By to marynarz,
ktry przycupn obok, wychylajc si lekko za burt. Dziewczyna ujrzaa zaronit twarz
starego wilka morskiego z gstymi, wyrazistymi brwiami. Na gowie nosi lekko
przekrzywion czerwon czapeczk. Jego ogorzaa twarz lnia od potu.
- Przyszedem si troch ochodzi - wyjani gbokim basem. - A panienka jeszcze
nie pi?
- Nie - odpowiedziaa Sharon yczliwie, gdy rada bya, e kto jeszcze chce z ni
rozmawia. - Martwi si o to, co przyniesie mi jutro. Czy wie pan, jak nazywa si owa
wyspa, ku ktrej zmierzamy? Odnosz wraenie, e kryje jak niezwyk tajemnic.
Za kadym razem kiedy Sharon usiowaa dowiedzie si czego bliszego o celu
podry, napotykaa niewidzialny mur milczenia. Take i teraz mczyzna zapatrzy si w
pluskajce fale i odwrci wzrok.
- Hm, to tylko maa wysepka, ktrej nawet chyba nie ma na mapie. Przed kilkoma laty
odkryto tu jednak bogat y miedzi. I tak powstaa kopalnia.

- Czy wczeniej wyspa bya nie zaludniona?


- Nie... chocia... nie bardzo wiem. - Mczyzna zdawa si szuka waciwych sw. Podobno zostaa skolonizowana przez Francuzw w szesnastym wieku, wtedy mieszkaa tu
grupa Indian. Ale potem... potem nie wiadomo dlaczego nagle wszyscy opucili wysp i odtd
nikt ju na niej nie zagrza miejsca. A do teraz.
Sharon miaa wraenie, e jej rozmwca co ukrywa.
- Syszaam, e ludzie niechtnie si tu osiedlaj. Czy to jest zwizane z jakim
zabobonem?
Atak nagego kaszlu nie pozwoli marynarzowi odpowiedzie. Sharon jednak nie
dawaa za wygran.
- Pan na pewno wie, jak nazywa si ta wyspa? - nalegaa.
Dopiero po duszej chwili marynarz wymamrota pod nosem:
- Wyspa Nieszcz,
- Wyspa Nieszcz? - Sharon umiechna si lekko. - A dlaczego wanie tak j
nazwano?
- Podobno pobyt na niej zawsze le si koczy, a poza tym opowiadano, e na niej
straszy. Kiedy panowa tu bogaty, wpywowy pan. By francuskim szlachcicem. Zosta
wygnany ze swego kraju, poniewa... rzekomo uprawia sztuki magiczne. Do dzisiaj kry na
wyspie legenda o czarowniku z Wyspy Nieszcz. Wyglda na to, e nawet po mierci nie
zazna spokoju.
- Czy dlatego wyspa wyludnia si przed laty?
- Tak mwi. Znajduj si tam ruiny starego zamku, ktrego kiedy w Francuz by
wacicielem. I pono wada nim do dzi...
Sharon zmarszczya brwi.
- Nie wyglda pan na osob, ktra wierzy w takie bajki, ale mam wraenie, e tej
akurat opowieci daje pan wiar. Jak to moliwe?
- To prawda! Na moj matk przysigam, e on tam jest! - odpar z gbokim
przekonaniem marynarz. - Znany by z tego, e jego wzrok mia magiczn moc. Jego
spojrzenia nie sposb zapomnie. Ludzie nie wytrzymywali napicia i wszyscy, jeden po
drugim, si wynieli.
- I co, zosta tam zupenie sam?
- Tak. Wprawdzie zdarzao si, e kto zawita na wysp, ale zawsze ucieka przed
strasznym, budzcym groz wzrokiem pana starych ruin. Nikt nie wie, kiedy umar, niektrzy
twierdz nawet, e nadal yje. Teraz wyspa jest zaludniona, ale panienka pewnie mi nie

uwierzy: wielu grnikw zarzeka si, e widziao go w ruinach starego zamku. Niektrzy
mwi te, e czasem o zmroku mona dostrzec tam cie krcy pomidzy opuszczonymi
zamkowymi wieami, ale w to raczej bym nie uwierzy. Mieszkacy wyspy pdz samogon,
wic to jest pewnie przyczyn zwidw. W kadym razie przebywanie w pobliu ruin nie jest
bezpieczne i kady o tym wie. Ludzi nie przeraa tak nawet sam demon o tych, ognistych
oczach, ale paskudne rany, jakie pojawiaj si na skrze miakw wkrtce po tym, jak porazi
ich swym wzrokiem. Nawet tamtejszy lekarz nie moe na nie nic zaradzi, s nieuleczalne.
Sam widziaem kilku ludzi dotknitych t straszn chorob. Nie, nigdy nikt mnie nie namwi,
bym zbliy si do ruin. To nie jest wytwr chorej wyobrani, to wita prawda!
- Oczy, ktre wywouj chorob i rany? - Sharon krcia z niedowierzaniem gow. Czy to moliwe? A jak wyglda ten zamek z bliska, w rodku? - Cho opowie tchna
groz, Sharon miaa ochot dowiedzie si czego wicej.
- A ktby to mg wiedzie! Przecie strach tam chodzi! Nikomu jeszcze nie udao
si przekroczy bramy, bo zaraz traci przytomno.
- Och, teraz mnie pan nastraszy! - umiechna si niepewnie Sharon.
- No tak. Waciwie nie wolno nam opowiada tych historii nowo przybywajcym
kobietom. Prosz mnie nie zdradzi.
- Przecie to ja sama nalegaam, by j usysze. Ale wracajc do codziennych spraw:
prosz mi powiedzie, kto jest administratorem na wyspie?
Mczyzna podrapa si po gowie.
- Myl, e oni te dugo tam nie pozostan. Maj nie tylko kopoty z zabobonami, ale
i z kradzie miedzi. Chocia ten obecny administrator to rzeczywicie kawa chopa i atwo
nie da za wygran. Niektrzy grnicy jego samego nazywaj demonem. Ale to prawda, trzeba
nie lada charakteru i siy, eby utrzyma cae to towarzystwo w ryzach. Jest Szkotem i
nazywa si Gordon Saint John. Jego najbliszy wsppracownik, Peter Ray, jest w
przeciwiestwie do zarzdcy bardzo lubiany. Nic dziwnego: to miy, pogodny mody
czowiek.
- Wic na pewno jest akomym kskiem dla dziewczt, ktre przybywaj na wysp? zauwaya Sharon z umiechem.
- O tak! Ale ani jeden, ani drugi nie s chyba zainteresowani maestwem. Wida
kandydatki im nie odpowiadaj.
- Czy duo byo ju takich kursw?
- Nie, ten jest dopiero trzeci. Wieziemy dwadziecia pi kobiet, a to najwikszy
transport jak dotychczas.

- Transport! - Na ustach Sharon pojawi si bolesny umiech. - Bardzo mi si to


wszystko nie podoba. To okropne!
- Dlaczego panienka tak mwi? Co zego jest w tym, e ludzie prbuj w ten sposb
nawiza kontakty, skoro nie maj innych moliwoci? Towarzystwo kobiet jest na wyspie
naprawd podane, niech mnie piorun!
- Bardziej mnie przeraa kojarzenie par ni wasza opowie o nieszczciach i
duchach.
- No, mio si z panienk rozmawiao, ale czas na mnie. Musz wraca do swoich
obowizkw - rzek stary marynarz i odszed.

Przez kolejne dni Sharon i Margareth spdzay czas razem, a nawet poznay kilka
innych kobiet.
A pewnego dnia...
Na pokadzie pojawio si kilka panien, ktre dotychczas trzymay si z boku, flirtujc
wesoo z zaog. Jedna z nich, przechodzc obok Sharon, zatrzymaa si na moment i zacza
uwanie si jej przyglda. W kocu krzykna:
- Morderczyni! To ona! Widziaam, jak prowadzono j na policj!
Na pokadzie zapada grobowa cisza, ale Sharon najbardziej dotkno pene rosncego
niedowierzania i zawodu spojrzenie Margareth.
- Margareth, to nieprawda. Nie wierz tym plotkom - wyszeptaa strwoona do
przyjaciki, po czym zwrcia si do oskarajcej j kobiety. - Rzeczywicie, pomwiono
mnie o morderstwo - mwia spokojnym gosem. - Ale poniewa jestem niewinna, puszczono
mnie wolno.
Bya to tylko poowa prawdy, gdy tylko adwokat uwierzy jej i pomg wydosta si
z kraju.
- Czytaam, e si przyznaa! - odezwaa si inna kobieta.
- Wcale si nie przyznaam. Wziam jedynie na siebie win za kogo innego, by
uchroni moj przybran matk: nie moga si dowiedzie, czego dopucia si jej wasna
crka.
- Tak, tak, obwinia Lind Moore! - krzykna ta sama kobieta imieniem Doris, ktra
rozptaa awantur. - Ja znaam Lind, ale ona nigdy nie zrobiaby czego podobnego! Mwica mierzya Sharon wzrokiem penym pogardy. - Nie od dzi ci obserwuj i od razu
co mi si w tobie nie podobao. Ani myl podrowa razem z morderczyni! Nie chcemy
ci tu!

Sharon zapewniaa z rozpacz w gosie:


- Ja naprawd tego nie zrobiam, uwierzcie mi!
W tej chwili przez grupk podekscytowanych kobiet przecisn si jeden z oficerw.
- Co to za wrzaski? Jeli za chwil nie bdzie tu spokoju, zamkn was wszystkie w
adowni!
Kobiety rozeszy si niechtnie. Sharon opara si o burt. Zauwaya, e niektre
wsppasaerki odchodzc spluway.
Teraz znowu bya samotna, zdana wycznie na wasne towarzystwo. Najbardziej
bolao j to, e nawet nowe przyjaciki odwrciy si od niej z odraz.
Dalsza cz podry nie przyniosa zmiany. Nikt nie zamieni z Sharon ani sowa, a
wrogie zaczepki i nienawistne spojrzenia raniy j coraz boleniej. Wyrok zosta ju wydany.
Nie bdzie od niego odwoania. Sodk Lind, ktra zostaa w Anglii, uznano za niewinn.
Pewnego dnia Sharon staa na pokadzie wpatrzona w fale. Nie miaa ju adnej
nadziei. Mieszkacy wyspy z pewnoci szybko dowiedz si o cicych na niej zarzutach i
odwrc od niej, jak wic bdzie moga y pod tak presj? Zbrodnia popeniona przez
Lind splamia Sharon ju na zawsze.
Woda wok statku mienia si w socu. A gdyby tak skoczy ze sob? Statek
popynby dalej, a morze zamknoby si nad ni na wieki...?
Nie, tak nie mona. Nie wolno si tak od razu poddawa, pomylaa Sharon i w tej
chwili poczua, e kto stan obok niej. Bya to Margareth.
Sharon nie powiedziaa ani sowa, czekaa.
- Pewnie uwaasz, e stchrzyam, nie stajc po twojej stronie? - spytaa wreszcie
Margareth, a w jej gosie dao si wyczu zdenerwowanie i al.
Sharon tylko pokrcia gow.
- Tak, rzeczywicie stchrzyam - cigna tamta. - Nie wyobraasz sobie, jakim ta
wiadomo bya dla mnie szokiem. Przecie tak dobrze si rozumiaymy, tak czsto
zgadzaymy si ze sob. Poczuam si oszukana, bo nagle okazaa si kim zupenie innym
ni Sharon, ktr polubiam, a ty nawet mi si nie zwierzya! Mylaam, e ci znienawidz!
- Zachowaa si zupenie naturalnie... - odpara cicho Sharon.
- Zachowaam si dokadnie tak, jak te przeklte babska na statku, ktrymi kilka minut
wczeniej sama gardziam. Dzi te nie wiem, co mam o tobie myle.
Na te sowa Sharon gwatownie odwrcia si do Margareth i spytaa z gorycz:
- Wic i ty take uwaasz, e mogabym zamordowa czowieka?
- A c mi pozostaje? - spytaa Margareth z alem. - Dowody przeciw tobie s nie do

podwaenia. Ale najbardziej wstydz si, e nie potrafi ci wybaczy i pogodzi si z tym, co
zrobia.
- Jeli nawet ty mi nie wierzysz, jak mog oczekiwa, e uwierz mi inni? wyszeptaa Sharon. - Nie mam nic wicej do dodania ponad to, e jestem niewinna.
Margareth westchna ciko.
- Chciaabym z caego serca, by to bya prawda, a jednoczenie nie jestem pewna.
Niczym si nie rni od reszty kobiet. Spjrz na te dwie, dzisiaj wane i dumne, cho jeszcze
niedawno zadaway si z najgorszym elementem w miecie, z kadym, kto im si nawin.
Teraz znalazy kogo jeszcze gorszego od siebie. Przy tobie maj si za uczciwe, one przecie
nigdy nikogo nie zabiy. Tamta znowu wymylaa ci wczoraj od ulicznic, a sama trudni si
nierzdem.
- Margareth, daj spokj, nie mwmy ju o tym. Wywiadcz mi lepiej przysug.
Widzisz t dziewczyn w ciy z jasnymi wosami? Wydaje mi si, e nie ma pienidzy i jest
godna. Cay czas trzyma si z boku. Podaj jej ten kawaek chleba i suszone miso. Ode mnie
nie chciaa przyj, od razu uciekaa. Nie musisz mwi, od kogo to jedzenie, bo pewnie
odmwi.
Po tych sowach Sharon wrczya Margareth ywno, a sama odesza w przeciwnym
kierunku. Nie chciaa pokazywa przyjacice, jak bardzo czuje si zraniona.
Kiedy zbliya si do grupy kobiet, tamte poczy krzycze jedna przez drug:
- Ratunku! Pomocy! Ona moe nas zabi!
Sharon przystana, przytoczona blem i upokorzeniem. Panie Boe, pom mi
wytrwa! pomylaa.

ROZDZIA IV
Jeszcze tego samego wieczoru po raz pierwszy na horyzoncie ukazay si zarysy
wyspy. Najpierw mona byo dostrzec jakie wzniesienie, potem, gdy statek coraz bardziej
zblia si do celu, gra nabieraa wyraniejszych ksztatw: monumentalne bloki skalne ostro
opaday ku morzu. Wkrtce z ciemnoci wyonia si niewielka zatoczka. Dookoa, na jej
agodnych brzegach, pobudowano wtpliwej urody domy, baraki i magazyny. Porodku osady
sta bardzo skromny drewniany kociek, ktry nie posiada nawet dzwonnicy. W gbi
zatoki znajdowa si nieduy port. Ju z tej odlegoci Sharon dojrzaa stojc na nabrzeu
gromad ludzi.
Czekaj, pomylaa. Bd si nam przyglda i ocenia jak konie na targowisku. Nie
znios zoliwych komentarzy i gwizdw! A potem, jak ju si o wszystkim dowiedz, stan
si dla nich parszyw owc. Wszyscy si wtedy ode mnie odwrc. Czy moe wydarzy si
co jeszcze gorszego?
Sharon opanowaa apatia i rezygnacja. Podniecenie i gorczkowe przygotowania do
zejcia na ld zupenie jej nie obchodziy. Nawet gdy ciarna Anna, ktrej Sharon przekazaa
przez Margareth poywienie, podzikowaa cicho, dziewczyna ledwie odwzajemnia umiech.
W pewnym momencie da si sysze donony gos kapitana:
- Nie wyobraajcie sobie, e pobyt na wyspie da wam okazj do prowadzenia lekkiego
trybu ycia. Tutejszy pastor dopilnuje, aeby kady zwizek zosta zalegalizowany. Waszym
zadaniem jest zaoy porzdn rodzin i zapewni wyspie rozwj. Przestrzegam przed
umizgami miejscowych mczyzn. adna nie opuci statku, dopki kto si tu po was nie
zjawi. Wwczas udacie si do tamtego duego baraku. Zamieszkacie w nim przez kilka
pierwszych dni. Wieczorem odbdzie si zebranie i tam otrzymacie dalsze informacje.
Zrozumiano?
Nikt si nie odezwa, wic kapitan uzna, e jego rola dobiega koca.
Och, tak chciaabym by silna, mylaa w duchu Sharon. Gdybym tak moga nic sobie
nie robi z tych pogrek...
Wiedziaa jednak, e nie jest ani silna, ani odporna. Wrcz przeciwnie, zrani j byo
bardzo atwo.
Statek przybi do nabrzea. Wszyscy oczekiwali w napiciu. Kilka kobiet nie mogo
powstrzyma si, by nie pomacha stojcym na brzegu mczyznom, co natychmiast
wywoao seri gwizdw i swawolnych artw. Margareth staa bez ruchu i z napiciem w

twarzy obserwowaa nabrzee. Drce donie przyoya do rozognionych policzkw. Sharon


domylaa si, czego Margareth lka si najbardziej: nie bya ani adna, ani moda. Czy kto j
zechce? Sharon skierowaa wzrok na oczekujcych na brzegu ludzi. Stali tam mczyni w
rnym wieku o zwyczajnych, niczym nie wyrniajcych si twarzach.
Gdy statek zacumowa, spord oczekujcego tumu wysun si mczyzna i
skierowa swoje kroki na pokad. Oczy wszystkich pasaerek zwrciy si w jego stron.
By to wysoki blondyn o penych wyrazu bkitnych oczach i ogorzaej twarzy. By
mody, ale sprawia wraenie dojrzaego i zdecydowanego. Wysoko uniesiona gowa
nadawaa caej sylwetce wyraz powagi i dumy, ale spojrzenie jego jasnych oczu byo
przyjazne.
To mgby by on, pomylaa Sharon rozmarzona. Jej ksi z bajki! C z tego?
Kiedy wreszcie spotkaa tego, ktry si jej spodoba, okazuje si, e ona nigdy nic dla niego
nie bdzie znaczy. Nie do, e jest materiaem na grnicz on i nie zasuguje na jego
uwag, uchodzi rwnie za morderczyni, od ktrej wszyscy trzymaj si z daleka. A byoby
tak cudownie go pozna, zdoby jego zaufanie, spdza razem z nim czas i pozwala
rozkwita nowemu uczuciu, nowej mioci...
Sharon pozostay jedynie marzenia. Nie znaa przecie tego mczyzny, ktry, by
moe, mia ju on. Bez wtpienia nie by zwyczajnym grnikiem, wskazywa na to jego
staranny sposb wysawiania si i zachowanie.
Mody czowiek wszed na pokad i skoni si lekko w stron kobiet. Pasaerki stojce
w tyle unosiy si na palcach, by lepiej przyjrze si przybyemu.
- Witam was wszystkie. Nazywam si Peter Ray - odezwa si agodnym gosem. ycz wam, bycie czuy si tu dobrze. Zaprowadz was do baraku, w ktrym tymczasem
zamieszkacie. Nie obawiajcie si mczyzn stojcych na brzegu, przyjm was z ochot i
sympati. Nieco pniej bdzie okazja, bycie si bliej poznali.
Dobre sobie, pomylaa Sharon. Przecie te kobiety wcale nie wykazuj najmniejszej
obawy przed mieszkacami wyspy!
Teraz mczyzna zwrci si do kapitana:
- Jak przebiega wam podr? Nie byo kopotw?
- Hm, waciwie kopoty mielimy tylko z t jedn. Nic, tylko awantury.
Ku swojemu wielkiemu przeraeniu Sharon spostrzega, e wzrok wszystkich spocz
wanie na niej. Zaczyna si, pomylaa. Tylko nie on, niech on si niczego nie dowie! Boe,
pozwl, by zachowa dla mnie szacunek!
Na twarzy Petera Raya malowao si rosnce zdumienie. Umiech, ktry do tej chwili

goci na jego ustach, zamar.


A c robi tu ta pikna i smutna panna? pomyla zdezorientowany. Bagalne
spojrzenie, strach w oczach, co za klasa! Jak krzywd jej wyrzdzono? Czy te niewinne oczy
nie prosz przypadkiem o wsparcie i pomoc?
- Jakie to byy kopoty? - zapyta ostronie.
- Inne kobiety nie mog jej znie - odpar kapitan. - Nazywaj j kryminalistk i takie
tam...
- Tylko tego brakowao - mrukn Peter Ray pod nosem.
Sharon zdawao si, e mczyzna traktowa j przyjanie, zebraa si wic na odwag
i wyszeptaa amicym si gosem:
- Jeli to tylko moliwe, zabior si powrotnym kursem. Nie miaam zamiaru zakada
rodziny, nie powiedziano mi nic o celu tej podry.
Ray przyglda si dziewczynie badawczo. Nie, nie mona jej pozwoli odjecha,
myla. Trzeba si najpierw dowiedzie, kim ona jest
- Niestety - powiedzia. - To by nie byo w zgodzie z przepisami. Musisz zosta tu
przez trzy miesice. Potem moesz wybiera. A teraz, moje panie, schodzimy na ld!
Dopiero w tej chwili Sharon dostrzega na wyspie co jeszcze. Za kocioem, na kocu
gsto poronitego wzgrza, majaczy poszarpany kontur ruin starego zamczyska. Ciemny i
ponury, wyranie odznacza si na tle wieczornego nieba. Sharon przystana.
To pewnie zamek czarownika, mylaa. A wic jak dotd sprawdza si opowie
starego marynarza. Nie ulegao wtpliwoci, e takie mroczne miejsce mogo rodzi wiele
historii. Ale przecie to tylko legendy.
Nie zauwaya nawet, e sza nieco oddalona od reszty kobiet. Niejedna zagadywaa
kokieteryjnie mijanych mczyzn, ci za taksowali idce jedna po drugiej. aden nie spojrza
na Margareth, ktra dreptaa nerwowo w kierunku baraku. Idioci, mwia do siebie Sharon, co
za durnie! Zwracali uwag wycznie na gone, adne dziewczyny i za nimi pogwizdywali z
aprobat, te skromne nagradzali brakiem zainteresowania i milczeniem.
W kocu zobaczyli Sharon, a wwczas komentarze przybray na sile. Zapomniano o
dyscyplinie, co poniektrzy zaczli przepycha si do przodu, by znale si jak najbliej
trapu.
Sharon zatrzymaa si przeraona. Nie, tylko nie to! Okrcia si na picie i zawrcia
pdem w kierunku pokadu, trafiajc prosto w ramiona Petera Raya.
- Tylko spokojnie, nie denerwuj si! - powiedzia krtko. - Oni nie s niebezpieczni,
chc si z tob jedynie przywita, nie zrobi ci nic zego. Chod ze mn, nic ci nie grozi.

Sharon dostrzega w jego twarzy rozbawienie, ale i lekk irytacj. Z ulg daa si
poprowadzi wzdu grupy przygldajcych si jej mczyzn.
Minli szopy na odzie, sklepik i niewielkie targowisko z nielicznymi straganami.
Duy szyld wskazywa drog do biura kopalni. Jednopitrowy budynek razi brzydot,
nieopodal znajdowaa si maa piekarenka oraz wietlica. Minli take szpitalik. Wreszcie
dotarli do barakw przeznaczonych dla kobiet. Rwnie i te baraki nie wyglday
zachcajco. Sharon dziwia si, e wszystko wok byo takie brzydkie. Dopiero po chwili
spostrzega na wzgrzu kilkanacie nowych domkw, niektre jeszcze w budowie. Na t
okolic mio byo spojrze; wida, e waciciele starali si, by ich domy byy adne.
- To miejsce jest przyszoci wyspy - powiedzia do zgromadzonych kobiet Peter
Ray. - Z czasem, kiedy zadomowicie si tu na dobre, otrzymacie wasny kawaek ziemi i
razem z waszymi mami take bdziecie mogy budowa dom dla swoich rodzin.
- Pomyle tylko: wasny dom! - zawoaa z zachwytem jedna z obecnych.
- atwo ci mwi! Najpierw znajd sobie lepiej kawalera! - skomentowaa inna.
- A tam dalej prowadzi droga do kopalni - cign Peter, pokazujc w stron terenw
grniczych, pooonych w pnocnej czci wyspy. - Tu znajduj si baraki mieszkalne, ten z
lewej przeznaczamy dla kobiet. Wybierzcie sobie miejsca, ek nie zabraknie. Wieczorem
stawicie si w wietlicy na spotkaniu.
Odszed, a wtedy kopoty Sharon rozpoczy si od nowa. Kobiety w jednej chwili
poczy zajmowa posania, a kiedy Sharon zbliaa si do tego, ktre pozostawao wolne,
bya brutalnie odpychana.
- Nie chcemy tu kryminalistki - krzykna Doris ze zowrogim byskiem w maych,
penych nienawici oczach i odrzucia toboek Sharon w najdalszy kt sali. Sharon podesza
do innego ka, ale sytuacja si powtrzya.
- Zajte! - usyszaa.
I tak byo wszdzie, gdziekolwiek dziewczyna si zbliya:
W kocu nie pozostao jej nic innego, jak zabra swoje rzeczy i usun si z pola
widzenia wsptowarzyszek. Pooya ubrania w kcie i opucia barak.
Jaka starsza kobieta, ktra najwyraniej przybya na wysp wczeniej, usiowaa
dociec, dlaczego nowa dziewczyna zostaa wyrzucona. Pozostae jednak zakrzyczay j,
woajc jedna przez drug: Kryminalistka! Morderczyni! Na te sowa kobieta opucia sal i
skierowaa si w stron biura kopalni.

Po obiedzie, ktry by dla Sharon nie mniej poniajcym przeyciem, jak samo

przybycie na wysp, wszyscy zebrali si w wietlicy. Kobietom nakazano zaj miejsca po


lewej stronie. Wkrtce do sali zaczli nadciga starannie ubrani i peni nadziei grnicy.
Przechodzc obok kobiet umiechali si i witali kad uciskiem doni. Chwil potem zagraa
muzyka i rozpoczy si tace.
Sharon nie bya pewna, kiedy zacza si szeptana zmowa przeciwko niej, ale szybko
poczua, e otacza j niema aura wrogoci. Za kadym razem, gdy ktry z mczyzn chcia z
ni porozmawia czy poprosi do taca, pojawiaa si przy nim kobieta i szeptaa mu co
ostrzegawczo do ucha.
Wok Sharon powsta niewidzialny mur, a ona siedziaa samotna i bardzo smutna.
Kiedy jednak ktry z obecnych mimo wszystko przysiad si do niej, pomylaa, e to
dobry znak. Spojrzaa na poczerwienia, odpychajc twarz mczyzny, ktry odezwa si w
niewybredny sposb. Sharon zauwaya przy tym, e mczynie brakuje wielu zbw.
Cakowicie j to zniechcio do rozmwcy.
- A wic masz na sumieniu morderstwo? Mnie to nie przeszkadza. Moe
przespacerujemy si troch? Wprawdzie to nie jest dozwolone, ale myl, e si tym za
bardzo nie przejmujesz?
Przysun si do niej niebezpiecznie blisko. Dopiero co wypowiedziane sowa tak
dotkny dziewczyn, e odwrcia si plecami od natrta. W odpowiedzi on obrzuci j
wyzwiskami.
W tym momencie do sali wszed Peter Ray w towarzystwie trzech mczyzn. Tace
ustay. W sali zapado milczenie i Ray rozpocz przemow.
- Zwracam si raz jeszcze do nowo przybyych. Mam nadziej, e bdziecie si u nas
dobrze czuy. My take postaramy si, by niczego wam nie brakowao. Pozwlcie, e si
przedstawi. Jestem tu zastpc administratora kopalni, Gordona Saint Johna, ale jeli macie
jakie problemy, zwracajcie si bezporednio do mnie.
- eby wiedziaa! - cicho odezwa si jeden z mczyzn do stojcej obok kobiety. Od Saint Johna lepiej trzyma si z daleka. Z nim nie pogadasz!
- Przedstawiam wam waszego powiernika, pastora Wardena. Moecie si zwraca do
niego z wszelkimi sprawami natury duchowej, on udzieli wam lubu i ochrzci wasze
potomstwo.
Duchowny by czowiekiem w rednim wieku i mia yczliwe spojrzenie. Jego
szczup sylwetk podkrela dodatkowo ciemny ubir. Teraz odezwa si przyjanie do
zgromadzonych:
- Jest was tu niemao, wic nie wiem, czy od razu bd mg wysucha kadej z was,

ale si postaram. Jeli co was bdzie trapi, przychodcie do mnie bez wahania.
Moe on mnie wysucha i zrozumie? pomylaa z nadziej Sharon. Wyglda na miego
czowieka, wic moe uwierzy w moj niewinno?
Mczyzna zajmujcy miejsce tu koo pastora mg mie okoo czterdziestu lat. By
otyy i brzydki, mia mae oczka osadzone w nalanej twarzy o grubych wargach, za
nienaturalnie wielka gowa tkwia niemal bezporednio na ramionach. Nazywa si William
Adams i by tutejszym lekarzem. Sharon nie wyobraaa sobie, aby kiedykolwiek drobne,
tuste donie doktora mogy jej dotkn podczas badania. Miaa nadziej, e nigdy nie
zachoruje.
Dziewczynie nie spodoba si ani on, ani te trzeci z siedzcych - sklepikarz o
mikkich, kobiecych ruchach. Jego oczy przywodziy na myl dwie byszczce monety.
Nieustannie porusza domi, jakby gotowymi do przybicia transakcji z kad z obecnych.
- I jeszcze kilka dodatkowych uwag - Peter Ray ponownie zabra gos. - Macie zakaz
pojawiania si w kopalni i jej najbliszej okolicy bez powanego powodu. Poza tym moecie
wdrowa wszdzie, oprcz...
Mwicy zawiesi na chwil gos. To chyba niemoliwe, by mia zamiar mwi o
zamku? pomylaa zaskoczona Sharon. On chyba nie wierzy w te bajdy?
Peter Ray podj przerwany wtek:
- Po stronie poudniowej wyspy jest wiele piknych zaktkw, ktre moecie
podziwia. Przestrzegam was jednak i kategorycznie zabraniam zblia si do czci
pnocnej i zachodniej, gdzie znajduj si ruiny starego zamku.
- To najlepszy sposb, by rozbudzi nasz ciekawo - odezwaa si jedna z kobiet. Teraz na pewno si tam wybierzemy.
- W tej czci ustawilimy tablice, wiadomo zatem, jakiej granicy nie wolno wam
przekroczy.
- A c jest takiego strasznego w tym miejscu? - zapytaa inna zaczepnie.
- To jest diabelskie miejsce - odpar z powag pastor Warden. - Naturalnie w
przenoni. Ale jeli skusicie si na wycieczk i napotkacie przedziwn posta, zgocie si
natychmiast do doktora Adamsa.
- Mj Boe! Dlaczego nikt nam nie powiedzia, e tu straszy? - wykrzykna ta sama
ciekawska kobieta;
- Dajcie spokj - teraz gos zabraa Doris. - Nie prbujcie nam wmawia, e na wyspie
mieszkaj duchy. Nie jestemy ju dziemi.
- Nie wiemy, co skrywaj ruiny - wyjani poirytowany Peter Ray. - Legenda gosi, e

kiedy mieszka tam francuski mag, czarownik, ktry para si czarami. Znany by z tego, e
jego wzrok poraa. Ci, ktrzy zbli siei do zamku, nawet jeli nie spotkaj na swojej drodze
tajemniczej postaci, nabawiaj si paskudnych ran, ktre bardzo trudno wyleczy. Andy,
pozwl.
Andy, mody chopak, podszed do przemawiajcego Petera. Sharon od razu go
polubia; chopak waciwie nie by adny, ale mia co ujmujcego w twarzy.
- Andy by tam rok temu. Z oddali zobaczy posta stojc na skraju muru. Zarwno
Andy, jak i inni, ktrzy wtedy mu towarzyszyli lub pojawili si tam kiedy indziej, twierdz,
e posta miaa ognisty, przenikliwy wzrok. Andy poczu, jakby go skra palia, a mia
niczym nie osonite ramiona. Po kilku dniach na przedramieniu pojawiy si rany i wci si
rozprzestrzeniay. Poka im, Andy...
Andy powoli zdj z siebie kurtk, podwin rkawy koszuli i wwczas oczom
wszystkich ukazay si okropnie popuchnite ramiona pokryte niezliczonymi, nabrzmiaymi
pcherzami. Na ten widok kobiety podniosy krzyk, a Sharon a ukrya twarz w doniach.
- Ratunku! Ja tu nie zostan! Ja nie chc mie nic wsplnego z duchami! - wrzasna
w panicznym strachu jedna z kobiet.
- Nie ma najmniejszego powodu do histerii - rzek spokojnie pastor. - Jeli tylko
bdziecie trzyma si z dala od zakazanych terenw, nic wam nie grozi.
- Na dzi wystarczy - doda Peter Ray. - Bawcie si dalej. Mam nadziej, e bdziecie
zachowywa si porzdnie, bo nie tolerujemy tu rozwizoci.
Peter kierowa si ku wyjciu, ale odwrci si jeszcze raz:
- Poprosz do siebie Sharon OBrien.
Wyrwana z zamylenia Sharon wstaa.
- Ze wszystkich stron dochodz mnie wieci, e sprawiasz kopoty. Chod ze mn.
Gordon Saint John chce z tob pomwi.

ROZDZIA V
Pena trwogi i obaw Sharon podya za Peterem Rayem w kierunku budynku biura.
Baa si ponurego Saint Johna, ktremu, jak syszaa, wszyscy starali si schodzi z drogi. Jak
kto taki mgby jej pomc? Najlepiej byoby, gdyby zgodzi si odprawi j z powrotem do
kraju, z drugiej jednak strony Sharon okropnie baa si tego, co czekao j w Anglii.
Peter Ray zatrzyma si w pokoju, z ktrego jeszcze jedne drzwi prowadziy do
gabinetu zarzdcy.
- Saint John nie wrci dotychczas z kopalni, poczekamy wic tutaj.
Usiedli. Sharon zauwaya, e Peter Ray przyglda jej si ukradkiem z wyranym
zainteresowaniem.
- Czy miaa przykroci ze strony kobiet? - zapyta z cieniem sympatii w gosie.
Sharon zdoaa jedynie przytakn. Zaskoczyo j, e kto wreszcie traktuje j bez
uprzedze. Przestraszona zapytaa swojego rozmwc:
- Czy ten Gordon Saint John jest bardzo srogi?
Szeroki umiech, jaki zawita na twarzy Raya, doda mu niezwykego uroku.
- Nie bj si, nie jest straszny. Grnicy narzekaj na niego, gdy jest bardzo
wymagajcy, wymaga od siebie i od innych. Czsto zapomina, e nie kady jest tak
wytrzymay jak on sam. Pokona wiele trudnoci i uwaam, e jest, jak dotd, najlepszym
administratorem. Mimo to ma jeszcze wiele do zrobienia, nadal nie odkry gwnego rda
kopotw.
- Kopotw? A jakie to kopoty? - zapytaa zaciekawiona Sharon, ale w tej chwili
drzwi wejciowe stukny i w korytarzu day si sysze kroki. Sharon wcigna powietrze
do puc i czekaa w napiciu, co si dalej wydarzy.
Gordon Saint John mign jej tylko z tyu, pieszc duymi krokami do swojego
pokoju. Sharon nie spodziewaa si, e ujrzy mczyzn w grniczym kombinezonie,
wyranie zabrudzonym po pobycie w kopalni. Saint John by susznego wzrostu i mocnej
budowy ciaa, mia gste, kruczoczarne wosy. Sharon nie zdoaa jednak dojrze jego twarzy.
Po upywie kilku minut zawoa ich do siebie. Sharon podreptaa trwonie, kryjc si
za plecami Petera Raya. Gordon Saint John siedzia przy penym papierw biurku i czyta
gazet, ktra najprawdopodobniej dotara tu z dzisiejsz poczt. Zdy zrzuci z siebie
kombinezon i zmy kopalniany kurz.
Sharon przygldaa mu si uwanie. By modszy, ni przypuszczaa, nie przekroczy

chyba trzydziestki. Zdecydowanie zasugiwa na okrelenie, jakie o nim kryo: demon.


Mocno zacinite usta nadaway twarzy wyraz zacitoci, ciemna karnacja i wystajce koci
policzkowe pogbiay wraenie wrogoci, zimne oczy kuy niczym stal. Tak bowiem
odczytaa Sharon spojrzenie utkwione w siebie.
Przyglda si jej uwanie, bez najmniejszego drgnicia powiek, bez oznak
przychylnoci. To wanie najbardziej przeraao dziewczyn. Wydawao jej si, e jest to
twarz czowieka cakowicie wyzutego z wszelkich uczu.
- Rzeczywicie, nie przesadzie - oznajmi krtko.
- Prawda? - rzuci Peter Ray ywo.
Sharon zachodzia w gow, w czym te Peter Ray nie przesadzi, ale Saint John rzuci
jej na kolana gazet, ktr przed chwil czyta.
- Czy to o ciebie chodzi?
Spojrzaa na artyku i przerazia si:
- Mj Boe! To okropne!
Gazeta donosia:
Prostytutka zaprzecza wszystkiemu. Dowody obciaj Sharon OBrien.
- Nie miaam pojcia, e wypisuj na mj temat takie rzeczy. Jak oni mog? - szeptaa
Sharon, kompletnie zdruzgotana.
W artykule pisano te, e Sharon nigdy nie przyznaa si do winy oraz e obciya
niejak Lind Moore. Cay czas zaprzeczaa, i miaa jakikolwiek zwizek z zabjstwem,
twierdzia, e nie zna i nigdy przedtem nie widziaa ofiary. Wszyscy jednak doskonale znaj
pann w czerwonej pelerynie jako kobiet lekkich obyczajw. Sharon OBrien zaprzeczya
take, jakoby uprawiaa nierzd.
Zosta take przesuchany podopieczny Lindy Moore. To cudowna dziewczyna!
Niesychane, e kto mia rzuci na ni podobne oszczerstwo!
- No, co ty na to? Nazywasz si Sharon OBrien?
- Tak.
- W takim razie co tutaj robisz?
- Pozwolono mi przyjecha.
Gordon Saint John poderwa si ze swojego miejsca.
- Co to ma znaczy? Czy oni myl, e tu jest mietnisko dla marginesu spoecznego?
Przyjmowaem najrniejszych, ale mordercy jeszcze tu nie byo!
Sharon stracia panowanie nad sob. Nie moga sucha duej tych obraliwych sw.
- Czy na tej ziemi nie pozosta ju aden rozsdny czowiek, ktry nie bdzie lepo

wierzy we wszystko, co pisz gazety albo co plecie Linda Moore? Czy w ogle nie bior
panowie pod uwag, e ja mog by niewinna?
Saint John spojrza na Sharon uwaniej, po czym uspokoi si.
- Moe wic opowiesz nam swoj wersj?
Ton jego gosu by cakowicie pozbawiony wyrazu, jednak Sharon wyczua w nim
nut sarkazmu i stracia ch obrony, ktra przed kilkoma chwilami si w niej obudzia.
- Widz, e to nie ma sensu - odpara zrezygnowana. - Mam ju tego wszystkiego do
i jest mi wszystko jedno.
- Nie bd przejmowa si twoimi humorami - skomentowa zimno Saint John. - Jeli
mam pozwoli ci tu zamieszka, mimo e siejesz ferment, natychmiast nam wszystko
opowiesz. Musimy si temu przyjrze z kadej strony. W gazetach pisz, e wychowywaa
si w domu dziecka, twoi rodzice nie s znani, cho zawodu matki nietrudno si domyli...
- Na Boga, czy chocia pan mgby pomin osob mojej matki, czy zawsze musicie
miesza j w t spraw i jeszcze dolewa oliwy do ognia? - Sharon bya bliska paczu.
Saint John po raz kolejny popatrzy na Sharon badawczo.
- Mwisz adnym, starannym jzykiem, ale nie dostrzegam u ciebie woli walki.
- Skd mam bra wol walki? - zapytaa Sharon zmczonym gosem - Nie widz przed
sob adnej przyszoci. Nie mog wrci do kraju, a tu wszyscy traktuj mnie jak
zadumion!
- Ja take wychowaem si w domu dziecka i wiem, co to upokorzenie. Ale to jeszcze
nie powd, by si poddawa. Wrcz przeciwnie: we mnie budzio to sprzeciw i popychao do
obrony. Jeste za saba i za atwo dajesz za wygran, sonko. Ja potrafiem pokaza, e dojd
do czego, i dopiem swego.
- Ale za jak cen? - zapytaa ju spokojniej dziewczyna. - Mimo wszystko jednak
ciesz si, e nie jestem do pana podobna, panie Saint John. Dla mnie waniejsze od kariery
s uczucia drugiego czowieka.
Nie wiedziaa, skd znalaza w sobie tyle odwagi. Moe dziki siedzcemu z tyu
Peterowi, ktry, jak si wydawao, by jej raczej przychylny.
Saint John uda, e nie dosysza aluzji. W jego oczach na sekund pojawi si bysk
zoci, ale ani jeden misie jego twarzy nie drgn.
Gordon Saint John wywoywa w Sharon strach i niepokj i dziewczyna nie moga na
to nic poradzi. Nie pojmowaa, jak mg powiedzie do niej sonko. To zupenie nie
pasowao do jego surowego stylu bycia.
W kocu mczyznom udao si nakoni Sharon, by przedstawia wasn wersj

wydarze. Gdyby przesuchiwano j w Anglii, zapewne nie informowaaby o kadym


szczegle, ale tu, z dala od kraju, byo jej wszystko jedno.
Kiedy skoczya, obaj mczyni siedzieli chwil w milczeniu.
- Niewykluczone, e tak wanie byo - odezwa si ostronie Peter Ray.
- Moe...
- Czy panowie maj zamiar wysa mnie z powrotem do kraju? - spytaa z lkiem
Sharon.
Saint John wsta i teraz przechadza si po pokoju zamylony.
- O ile rozumiem, w Anglii czeka ci wyrok mierci?
- Moe tak byoby dla mnie najlepiej... - wyszeptaa zrezygnowana Sharon.
- Dziewczyno, daj spokj! Czy ty wiecznie musisz uala si nad sob? Nie cierpi
takich ludzi, ktrzy z powodu byle przeciwnoci zalewaj si zami!
- Wic panowie mi wierz? - zapytaa z nadziej w gosie.
- Czy ci wierzymy? Ani myl si nad tym zastanawia. Interesuj mnie tylko sprawy
istotne. To jasne, e nie moesz mieszka w baraku, ale ja nie mog utrzymywa winia. Nie
zamkniemy ci, ale musimy mie na ciebie oko. Jest tu duo pracy, zarwno biurowej, jak i
fizycznej w kopalni. Pisalimy do Anglii z prob o przysanie nam kogo do prowadzenia
biura, ale odmwili. Moe wic ty na co si przydasz, bo widz, e niegupia z ciebie
dziewczyna. Specjalnie przysuchiwaem si, jak si wysawiasz. Z rachunkami nie miaa
pewnie do czynienia?
- Owszem, prowadziam ksigi rachunkowe w sierocicu. Wprawdzie to nie to samo
co kopalnia, ale...
- wietnie! - wykrzykn Peter Ray, podchodzc do Sharon. - Tu obok znajduje si
may pokoik, ktry moesz zaj. Jak dotychczas wykorzystywalimy go na rupieciarni. W
ten sposb, bdziemy mie ci pod kontrol, a noc bdziesz pilnowa biura.
- Czy to konieczne? - zapytaa Sharon.
- Oj, sonko, nie masz pojcia, jak bardzo - wtrci Gordon Saint John jakby nieobecny
duchem.
I znowu to pieszczotliwe sowo. Jak miaa je odbiera? W jego ustach brzmiao raczej
ironicznie. Zaciekawio j take, dlaczego naleao strzec biura. Ale nie zdya o to zapyta,
bo znowu odezwa si Gordon Saint John:
- Peter pomoe ci jutro jako si tu zainstalowa i pokae, na czym bdzie polega
twoja praca. Poza tym nie nawyklimy do oficjalnego zwracania si do siebie, wic mw do
nas po imieniu.

Byy to przyjazne sowa, ale wypowiedziane zostay wyjtkowo oschle. Saint John
podnis si i skierowa do wyjcia.
- Obaj mieszkamy w budynku administracyjnym, ktry znajduje si z tyu. Moesz
dosta si tam czcym obie czci pasaem, nie wychodzc na dwr. Jeli wydarzyoby si
co podejrzanego, zaraz nas zawiadamiaj.
Te sowa zaniepokoiy Sharon, wic gdy Gordon opuci pokj, poprosia Petera o
wyjanienia. Ten mia wyranie zakopotan min.
- Kto dosta si swego czasu do biura i grzeba w papierach - rzek z westchnieniem. Ale teraz, gdy dowiedz si, e tu mieszkasz, nie omiel si przyj. Poza tym
zapomnielimy o wanej sprawie. Musisz napisa dyktando.
Peter wrczy dziewczynie papier i piro i podyktowa jej dugie, pene
podchwytliwych wyrazw zdanie. Kiedy sprawdzi dzieo Sharon, pokiwa gow i pochwali.
- Piszesz szybko i masz adny, wyrany charakter pisma. Doskonale poradzisz sobie w
biurze. Nie chodzia, zdaje si, do szkoy, masz zatem wrodzone zdolnoci. Chod, poka ci
teraz twj pokj.
Wyszli z biura. Sharon rzucia okiem na schody prowadzce na pierwsze pitro.
- Co znajduje si na grze?
- Archiwum oraz pomieszczenie z mineraami. Jest jednak zamknite. Poza tym kilka
pustych pokoi.
Weszli do maego pokoiku z widokiem na port. Nie mieli kopotu z usuniciem
rzeczy, ktre tu si znajdoway, przewanie byy to kartony z gazetami i rne drobne
przedmioty. Przynieli dywan, ktry zwinity w rolk sta nie uywany w pomieszczeniu
biurowym. Sharon pobiega take po zmiotk. Peter zgodzi si przynie toboek Sharon,
ktry zostawia w baraku. Ona tymczasem umya podog, parapet i zacza szorowa
zaplamione ptasimi odchodami szyby. Koczya ju porzdki, gdy pojawi si Peter z jej
rzeczami.
- Myl, e teraz ju sobie poradzisz - powiedzia umiechnity, a kosmyk jasnych
wosw opad mu zawadiacko na czoo.
Sharon take umiechna si do tego miego mczyzny.
- Bye dla mnie taki dobry! Nie masz pojcia, jak wiele to dla mnie znaczy w tych
dniach.
Z ca wiadomoci powiedziaa bye. Gordon nie by jej yczliwy, mimo e nie
zrobi jej adnej krzywdy. Peter wci si umiecha:
- Nic takiego. Nigdy nie wierzyem w t histori o morderstwie.

- Dzikuj - wyszeptaa.
- Taka pikna dziewczyna nie mogaby zrobi nic zego - doda.
No tak, znowu pochopna ocena. Mimo to Sharon bya niezmiernie rada, e to wanie
Peter uwierzy w jej niewinno.
Zaraz potem wskoczya do ka. Dugo leaa, rozmylajc. Nie udzia si, e w
zwizku z nowym zajciem jej ywot na wyspie w cudowny sposb ulegnie poprawie. Dano
jej jednak troch czasu i wasny pokoik, gdzie moga czu si w miar bezpiecznie, bez
cigych obelg i oskare. Czua, e mimo wszystko trafia lepiej ni jej wsptowarzyszki.

Nie zasna jednak od razu. Na nowym miejscu czua si nieswojo, wydawao jej si,
e pierwsze, nie wykorzystywane pitro przygniata j swoim ciarem. Zewszd nasuchiwaa
krokw, przewiadczona, e kto na ni czyha. Gdy nagle na grze co zaskrzypiao, serce
podskoczyo dziewczynie do garda. Na szczcie szybko zorientowaa si, e to tylko wiatr
uderza w ciany budynku.
Z trudem zasypiaa. Realne przeycia pltay si jej z legendami i opowieciami. Raz
po raz Sharon syszaa czyje kroki na schodach, czsto wydawao jej si, e kto bez pukania
wchodzi do jej sypialni. Nagle stan przed ni czarownik ze starego zamczyska, ktry zaraz
zmieni si w samego Gordona Saint Johna o tych, przenikliwych lepiach... Zlana potem
Sharon poderwaa si i usiada na ku. Znowu nasuchiwaa, lecz wok panowaa niczym
niezmcona cisza. Za na siebie, odwrcia si do ciany i w kocu zasna.

ROZDZIA VI
Sharon bardzo szybko si przekonaa, e prowadzenie ksig w domu dziecka to
zupenie co innego ni prowadzenie rachunkw duej kopalni. Pierwszego dnia po przybyciu
pracowaa w pocie czoa, by jak najlepiej pozna swoje nowe obowizki. Musiaa nada za
tokiem myli Petera, a to wcale nie byo atwe: tyle nowych szczegw, tyle rzeczy, o
ktrych przedtem w ogle nie miaa pojcia. W porze obiadowej jej gowa pena bya
astronomicznych liczb i zalenoci. Jej biurko pokryway sterty dokumentw, a kosz zapeni
si bdnie wypenionymi kwitami
Gordon Saint John nie pojawi si w cigu dnia ani razu, za co Sharon bya wdziczna
losowi.
Gdy nadesza przerwa na obiad, Peter zwrci si do Sharon:
- Wiem, e to nie jest dla ciebie przyjemne, ale musisz i co zje, nie ma innego
wyjcia. Dopiero zamne kobiety mog gospodarzy si na swoim.
Sharon zastanowia si przez chwil, po czym powiedziaa:
- W moim pokoju stoi kuchenka z piekarnikiem, ale nie wyglda na sprawn. Czy nie
udaoby si zamieni jej na now? Moe co znalazoby si w sklepie?
- Now? - zdumia si Peter. - By moe. Zapytamy przy okazji.
- Dzikuj, sama tam pjd po obiedzie. Zajmie mi to tylko chwil. Czy mogabym j
kupi na koszt biura?
- Oczywicie, nie bardzo tylko rozumiem...
Ale Sharon ju nie byo w pokoju. Pobiega do sklepu. Sprzedawca by moe zdumia
si zakupami dziewczyny, kawa, drode, mka, cukier - nie da jednak po sobie pozna i
zanotowa zakupy. Biuro kopalni byo zaufanym klientem. Obieca nawet, e wkrtce
dostarczy artykuy na miejsce.
W jadalni Sharon przycupna gdzie w kcie przy krzywym stole z zaplamionym
obrusem. Nie byo to przyjemne miejsce. Dyurujce dziewczyny od niechcenia zbieray
brudne naczynia, za to z luboci przyjmoway klapsy od rozemianych grnikw. Jedzenie
nie byo smaczne, waciwie bez smaku. Sharon siedziaa samotnie, podczas gdy inne kobiety
gawdziy w grupkach, rzucajc od czasu do czasu wrogie spojrzenia w jej stron. Ktra
szepna jej nawet: Teraz jeste pewnie dumna z siebie, ale zrobia karier! I za co to?
Sharon zdawaa si nie sysze zoliwoci na swj temat. Widziaa Petera siedzcego
nieopodal, ale za adne skarby nie odwayaby si przysi do niego.

Szybko uwina si z jedzeniem, gdy miaa na gowie mnstwo spraw. Gdy wrcia
do swojego pokoju, nowa kuchenka ju staa na miejscu i niele si prezentowaa.
Sprzedawca ju w niej nawet rozpali, by sprawdzi cig. W mgnieniu oka Sharon zagniota
drodowe ciasto i odstawia je do wyronicia. Stara kuchenka staa smutnie na korytarzu.
Ze zdwojon energi dziewczyna ponownie zabraa si do obowizkw biurowych.
Przez kilka kolejnych godzin pracowaa sama. Peter uda si do kopalni, by pomc
Gordonowi. Dziki temu Sharon czua si duo swobodniej. Teraz prbowaa wykorzysta
informacje zdobyte przed poudniem. Dwa razy zrobia sobie krtk przerw, by
rozwakowa ciasto i uformowa apetyczne bueczki z rodzynkami Na stole rozoya now
serwetk, postawia dwa nowe kubki i ju tylko ciasto czekao na wyjcie z piekarnika.
Bya nieco zaskoczona, gdy Peter wrci z kopalni w towarzystwie Gordona. Sharon
zdya jeszcze dostawi trzeci kubek i z powrotem zasiada przy biurku nad kolejnym
dokumentem.
Kiedy obaj weszli do pokoju i poczuli mie zapachy, na chwil przestali rozmawia.
- Kawa? - zapyta zdumiony Peter. - I ten aromat. Czyby to bya zapowied wieego
chleba? Czego podobnego jeszcze na tej wyspie nie przeyem. Sharon, co to znaczy?
- Pomylaam, e z przyjemnoci wypijecie kubek kawy po cikiej pracy w kopalni rzeka niepewnie. - Jedn chwileczk.
Gordon Saint John sta bez ruchu. Drcymi domi Sharon wniosa tac z kaw i
wieo upieczonymi, jeszcze ciepymi bueczkami.
- Chciaam wam zrobi przyjemno. Ale nie zjedzcie zbyt wiele, bo rozbol was
brzuchy; bueczki dopiero co wyjam z piekarnika..
- A wic dlatego potrzebowaa kuchenki? - spyta zdumiony Peter.
- Midzy innymi - odpara wesoo Sharon. - Jeli mam by szczera, to boj si jada w
stowce.
- No tak, nie ma si czemu dziwi - burkn pod nosem Peter.
Po umyciu rk mczyni z niepewnymi minami zasiedli do stou. Ale gdy Sharon
tylko napenia kubki kaw, obaj poczuli si swobodniej i z apetytem signli po bueczki.
Przez dug chwil nie zamienili midzy sob ani sowa. Po wypiciu trzech kaw Gordon
odsun si nieco od stou i wydoby z szuflady popielniczk.
- Dawno nie jadem takich pysznoci - rzek i zwracajc si do Sharon, zagadn - Czy
mog zapali?
Sharon bya tak zaskoczona, e ledwie zdoaa skin gow. Nikt przedtem nie
zadawa sobie trudu, by j o co takiego zapyta.

- Niewtpliwie daje si zauway, e w biurze pojawia si kobieta - zamia si Peter.


- Rzeczywicie. Ale chciabym ci jednak ostrzec, Sharon. Nie staraj si nam
matkowa. Jeli tylko zobacz kwiatki w wazonie i ozdbki na parapecie, wyrzuc ci.
Sharon schylia gow;
- Moe pozwolilibycie mi chocia przygotowywa w poudnie kaw? - spytaa
niepewnie.
Gordon milcza przez chwil, uderzajc palcami o blat stou.
- Niech bdzie - zdecydowa. - Ale eby nie odbywao si to kosztem twojej pracy.
- Z pewnoci nie! - zawoaa uradowana Sharon.
- Peter mwi, e dobrze sobie radzisz - pochwali Gordon. - Ale nie musisz by taka
spita, rozlunij si, a wtedy przyswajanie wiadomoci przyjdzie ci atwiej. Na pocztku
kady popenia bdy i nie ma si czego wstydzi.
- Dzikuj - wykrztusia dziewczyna i ukradkiem spojrzaa na kosz na mieci, ktry
dzisiaj by zapeniony po brzegi...

Sharon szybko przywyka do swoich obowizkw. Peter obarcza j coraz to nowymi


zadaniami, a dziewczyna bya dumna z siebie, gdy z kadym dniem lepiej dawaa sobie rad.
Nie upyno wiele czasu, kiedy przegldajc rachunki, Sharon wykrzykna:
- Ale Peter! Przecie to si nie zgadza!
- Co ci si tam znowu nie zgadza? - spyta Peter obojtnym gosem, nie podnoszc
wzroku znad swoich papierw.
- Cakowita ilo miedzi wydobytej oraz tej zaksigowanej pod koniec miesica!
- Ach, tak, wic wreszcie i ty to odkrya? - stwierdzi z pozornym spokojem. - Od
pewnego czasu jest to wanie gwny problem kopalni.
- Czy to znaczy, e kto kradnie?
Peter westchn:
- Ba, ebymy to wiedzieli! Kady z grnikw notuje codziennie ilo, jak wydoby.
Ale kiedy przeprowadzamy kontrol iloci rudy adowanej na statek, nigdy si ona nie zgadza
i zawsze troch brakuje. To wywouje z atmosfer wrd zaogi. Ludzie czuj, e posdza
si ich o kradzie. Mimo to nie ulega wtpliwoci, e cenny chalkopiryt znika gdzie midzy
wydobyciem i zaadunkiem. A zdarza si przecie, e w kawaku skay znajduj si inne
mineray, czasem nawet zoto.
- Ale czy nie macie kontroli przy zliczaniu?
- Mamy, i to bardzo cis. Mimo to nie udao nam si natrafi na aden lad.

- Nie bardzo pojmuj, jak to moliwe, eby ruda ot tak znikaa. Znajdujemy si
przecie na wyspie!
- Wanie, i my nie moemy si nadziwi. Mamy tu tylko jeden port, poza tym
mnstwo stromych, niedostpnych ska. A mimo to ruda gdzie ginie.
- Czy wszystkie transporty kierujecie do Anglii?
- Nie, pyn do Kanady, tam jest duo bliej. Chalkopiryt jest raczej kruchym
mineraem i trudno transportowa go na dalsze odlegoci. Dlatego, zgodnie z pomysem
Gordona, rozpoczlimy tu budow huty miedzi.
Sharon bya dumna jak paw. Peter wtajemnicza j w problemy kopalni. Tak si z nim
przyjemnie gawdzio. W dodatku Peter mia liczne bkitne oczy, w ktre Sharon ogromnie
lubia zaglda...
Nagle oderwaa si od marze i, by ukry zmieszanie, pocza nerwowo przekada
plik papierw na biurku.
- A dlaczego sprowadzacie ludzi a z Anglii? Czy to z powodu tej legendy?
- Tak. Mieszkacy wybrzey Kanady doskonale j znaj i za adne skarby nie daliby
si tu zacign.
- Teraz rozumiem kopoty Gordona - powiedziaa zamylona Sharon. - Nic dziwnego,
e zawsze jest taki pochmurny i nieprzystpny.
Peter wzruszy ramionami.
- Waciwie sam nie wiem, dlaczego taki jest. Chyba po prostu ma taki charakter.
- Czy trudno si z nim wsppracuje?
- Skde znowu, na pewno nie w sprawach kopalni. Tylko czasami zapomina, e
ludzie to nie maszyny i nie s w stanie podoa wszystkim wymaganiom, jakie im stawia.
Sharon zamylia si. Chyba coraz lepiej rozumiaa Gordona. Podobne dziecistwo
obojga sprawiao, e potrafia wytumaczy sobie jego sposb bycia. Rozumiaa te, jak
bardzo drczyy go problemy kopalni, ktrej usprawnienie byo jego ambicj. Zdawaa sobie
rwnie spraw, e okazywanie mu wspczucia nie ma sensu. Gordon nigdy nie bdzie si z
ni dzieli nurtujcymi go problemami.
Moe to i lepiej. Gordon jest zbyt skomplikowan osobowoci, by si z nim
zaprzyjania. Za to Peter...
Oczy Sharon zabysy radonie, po czym dziewczyna ponownie zagbia si w
rachunkach.

Przerwy na kaw stay si miym zwyczajem. Obaj panowie zjawiali si punktualnie w

biurze i rzeczywicie wypoczywali chwil. Czwartego dnia na poczstunek wprosi si doktor


Adams.
- Syszaem, syszaem, i chciabym si przyczy, jeli pozwolicie?
I tym samym przybyo tematw do dyskusji.
- Jak tam twoi pacjenci? - zagadn Peter.
- Dzikuj, nie odnotowaem nowych przypadkw. Wikszo z nich wkrtce
wypisz. Przydaaby mi si natomiast pielgniarka... - Tu wzrok doktora spocz na Sharon.
Na to odezwa si Gordon:
- Doktorze, masz na wyspie ponad szedziesit kobiet, a usiujesz zastawi sieci na
Sharon. Jest tu niezbdna, wic od razu wybij to sobie z gowy.
Sharon zdumiaa si tak ocen, ale zaraz posmutniaa, bo Gordon doda:
- Sharon pracuje bez zarzutu: jest efektywna i szybka i tylko to si dla mnie liczy.
- Uhm - mrukn Adams z krzywym umiechem na ustach. - Chyba nie znam
maszyny, ktra przyrzdzaaby tak wyborn kaw i pieka tak znakomite bueczki. Jakie to
pysznoci! No jak tam, Sharon, znasz si troch na pielgniarstwie?
- William! - warkn ostro Gordon.
- Nie za wiele - odpowiedziaa uprzejmie dziewczyna. - Cho bywao, e
opiekowaam si chorymi dziemi.
Peter nachyli si w jej stron.
- Powiedz, czy ty moe sama prowadzia tamten dom?
Dziewczyna umiechna si:
- Byam najstarsza, za kierowniczka miaa ju swoje lata, wic po prostu
przejmowaam niektre jej obowizki.
- Nie ma mowy o tym, eby Sharon posza do szpitala - uci dyskusj Gordon. Woylimy mnstwo wysiku, eby j przyuczy.
- My? - zawoa oburzony Peter. - O ile pamitam, pojawiasz si tylko w przerwie na
kaw!
- Dobrze, dobrze, nie zabior jej wam - wtrci doktor Adams. - Sharon, powiedz mi
tylko, czy wiesz co o porodach?
- Owszem - odpara niepewnie. - Zdarzao si, e mode kobiety rodziy, a potem
zostawiay u nas nowo narodzone dzieci.
- Doskonale! - wykrzykn Adams. - Wkrtce nadejdzie termin dla kilku kobiet.
Chciabym, eby mi wtedy pomoga.
Gordon obserwowa Sharon z rosncym zdumieniem,

- Zaczynasz mnie przeraa, dziewczyno. Czy jest co, czego nie potrafisz zrobi?
Sharon nie moga si opanowa.
- Owszem - odrzeka, schylajc gow. - Nie potrafiabym zabi ani czowieka, ani
zwierzcia.
Przy stole w jednej chwili zapanowao kopotliwe milczenie i Sharon zaraz
poaowaa swoich sw. Byli jej przyjacimi, nie naleao wic przypomina o tym
tragicznym wydarzeniu.
Pierwszy odezwa si Gordon:
- Wrcz przeciwnie. Powiedziabym, e tak wyrachowana osoba...
- Zamilcz! - krzykn poczerwieniay ze zoci Peter. - Co ty moesz o niej wiedzie?
Widzisz w niej tylko maszyn, a nie zauwaasz, jak bardzo si angauje, by speni wszystkie
stawiane jej wymagania! Czy nie pojmujesz, e w ten sposb stara si odwdziczy za opiek,
jak jej zapewnilimy?
Twarz Gordona nawet nie drgna. Peter wsta zdenerwowany.
- Przepraszam, niepotrzebnie si uniosem. Ale nie mog cierpie, e i ty j
oskarasz, jakby nie do byo problemw z ca reszt durni. Dziewczyna boi si nawet
wychodzi na ulic!
Cho Sharon ucieszya si, e Peter stan w jej obronie, byo jej jednak przykro, e
niepotrzebnie zakcia mi atmosfer spotkania.
- Jeli bdzie pan mnie potrzebowa, panie doktorze, prosz powiedzie - zwrcia si
do Adamsa. - Znam te wietn kandydatk do pracy w paskim szpitalu. Ma na imi
Margareth.
- Ach, tak, wiem, ktra to - rzek nieszczeglnie zadowolony. - Pomyl o tym.
Nastpnego dnia przy kawie pojawi si kolejny go: by nim pastor Warden. Powoli
przy niewielkim stoliku robio si toczno.
Oprcz kawy i ciasta Sharon przygotowywaa take obiady dla siebie, gdy wci
obawiaa si szykan ze strony innych kobiet. Bywao, e musiaa jada w stowce, ale
zawsze byo to cikie przeycie. A jednak wygldao na to, e niektre kobiety zaczy
traktowa j przychylniej, jakby pogodziy si z jej istnieniem. Tylko nieliczne nadal
obrzucay j obelywymi sowami i odnosiy si do niej wrogo. Naleaa do nich
nieprzejednana Doris. Sharon spotykaa te Margareth. Przyjacika wdziczna jej bya za
wstawiennictwo u doktora Adamsa.
- Tak si ciesz z tego zajcia! Nareszcie nie myl ju tylko o tym, by znale sobie
kawalera - mwia Margareth, a Sharon poja, e nikt si jeszcze nie stara o jej rk.

Ale ju po tygodniu pastor pobogosawi kilku parom. Sharon nie moga si nadziwi,
jak mona byo decydowa o tak wanych sprawach w cigu zaledwie kilku dni, dla niej
pozostawao to cakiem niezrozumiae.
Wieczorami, po skoczonej pracy Sharon wychodzia na spacery, by odetchn nieco
wieym powietrzem. Pocztkowo nie oddalaa si poza teren portu, z czasem jednak, gdy
nadal spotykaa si z nieprzyjaznymi reakcjami mieszkacw osady, zacza wypuszcza si
coraz dalej. Z radoci obserwowaa pulsujc yciem przyrod, wchaa kwiaty na kach,
wdychaa zapachy lasu. Oddalaa si bardziej i bardziej, niejednokrotnie umykajc przed
mczyznami, ktrzy widzieli w niej atw zdobycz. A kiedy cakowicie stracia
orientacj...

ROZDZIA VII
Miao to miejsce pewnego pogodnego popoudnia, gdy Sharon powdrowaa w stron
kopalni. Dotara do najdalej wysunitej czci ogrodzenia i przez dusz chwil przygldaa
si magazynom, stalowym konstrukcjom szybw, dwigom. Wznoszono tu rwnie hal do
przetapiania i oczyszczania rudy. Duma Gordona - huta miedzi, bya prawie na ukoczeniu. Z
czasem na pewno wszystko si wok zmieni, mylaa Sharon.
Pracujcy tu grnicy, mieszkacy wyspy, nie stanowili ju dla Sharon jednolitej
grupy, dziewczyna powoli zaczynaa ich rozpoznawa. Jednych lubia, innych staraa si
unika. To wrd nich wikszo swojego czasu spdza Gordon, niekiedy pojawia si tu
take Peter. By to wiat dla niej, dziewczyny, zupenie nieznany.
Sharon ruszya wzdu ogrodzenia i w kocu dotara na skraj lasu. Spacerowaa
midzy drzewami, zbieraa kwiaty, przygldaa si nieznanym rolinom i rozmylaa o
najrniejszych sprawach.
Mylc o Peterze mimowolnie umiechaa si do siebie. Wprawdzie on waciwie nie
rozmawia z ni po pracy, ale czasem zatrzymywa na niej rozmarzony wzrok i wtedy jego
twarz od razu si oywiaa. Sharon zawsze si w takich chwilach rumienia i zaczynaa mwi
o czym zupenie nieistotnym. Gdyby kiedykolwiek udao jej si uwolni od oskarenia, jakie
na niej ciyo, z pewnoci mogaby okaza Peterowi przychylno, rozbudzi uczucie, ktre
w sobie nosia.
Gordon Saint John w przeciwiestwie do Petera wci budzi niepokj dziewczyny.
Ilekro pojawia si w biurze, Sharon odczuwaa narastajce napicie. On zawsze traktowa j
jak bezbdnie dziaajc maszyn, ktra nie ma prawa si pomyli. W najmniejszym stopniu
nie interesowao go, czy Sharon bya winna zabjstwa, czy te nie. Nigdy nie wykazywa
zainteresowania ni sam i Sharon czua si tym dotknita.
Z Peterem rzecz si miaa zupenie inaczej: by sympatyczny i yczliwy...
Tak rozmylajc, wdrowaa dalej i dalej, a wreszcie natkna si na du
ostrzegawcz tablic:
UWAGA! NIEBEZPIECZESTWO! WSTP WZBRONIONY!
Podniosa wzrok: na wprost niej, po drugiej stronie niewielkiej, z rzadka poronitej
krzakami ki, wznosiy si ruiny zamku. W zapadajcym zmroku wyglday ponuro i
gronie. Wysokie wiee wycigay si ku niebu niby pokiereszowane donie. Gdy Sharon
wyobrazia sobie je w blasku ksiyca, otulone wieczorn mg, ciarki przeszy jej po

plecach. Prawdziwe krlestwo zych mocy!


Nie, to przecie dziecinada. To tylko fantazje i legendy! Poza tym Sharon nigdy nie
omieliaby si zlekceway zakazu zabraniajcego zbliania si do zamku. Nie wierzya w
niesamowite opowieci o czarowniku, ale z drugiej strony rany na skrze Andyego nie
pojawiy si bez przyczyny. Sharon kadego dnia z daleka rzucaa okiem na zamkowe wiee i
zawsze widok ten budzi w niej bliej nieokrelony strach. Tymczasem teraz bya w lesie
zupenie sama, a ruiny ponurego zamku znajdoway si waciwie niedaleko. Uznaa, e
najlepiej oddali si z tego miejsca, ale nie posza do domu, tylko w kierunku pnocnozachodnim, pozostawiajc stare zamczysko po swojej prawej stronie.
Sharon korcio, by dotrze do tej czci wyspy, ktrej jeszcze nie znaa. Nie chciaa
si jednak zbytnio oddala od ruin, gdy mimo wszystko stanowiy dla niej punkt
orientacyjny. Staraa si nie traci z oczu murw, ktre teraz spowijaa delikatna mgieka.
Tutejszy las nie nalea do wymarzonych na samotne spacery. Roso w nim mnstwo
dzikich, nieznanych rolin, a wyboiste kamienne podoe sprawiao, e dziewczyna co chwila
si potykaa. Zmczona, z trudem pokonywaa niewysokie, lecz strome wzniesienia.
Stopniowo krajobraz si zmienia, a w kocu Sharon znalaza si na goych, niczym nie
poronitych skakach. Std znowu poczua zapach morza.
Nagle zatrzymaa si w p drogi. Skaka koczya si urwiskiem, ktre opadao
raptownie prosto we wzburzon to. Las za plecami Sharon powoli pogra si w
ciemnociach, ale tu, blisko otwartego morza, byo duo janiej. Dziewczyna zdumiaa si,
widzc w oddali nieliczne wysepki, ale przypomniaa sobie, e wanie od tej strony ley
wybrzee Kanady. Wydawao jej si nawet, e na horyzoncie dostrzega cieniutki paseczek
ldu.
Odwrcia si i ponownie ujrzaa ruiny zamku, tym razem ju z zupenie innej
perspektywy: budowla growaa teraz na jednym z najwyszych wzniesie. Cho znajdowaa
si do daleko, ponura aura nawet stamtd oddziaywaa na Sharon. Dziewczyna zauwaya,
e od zachodniej strony mury zamku schodziy prawie do samego morza. Ostatni ich
fragment zosta prawdopodobnie podmyty przez fale i teraz przypomina otwart ran.
Wic to miejsce wybra sobie w osawiony francuski monowadca, o ktrym
mwiono, e zaprzeda dusz diabu! Ile byo w tej legendzie prawdy, nie wiedziaa. Czy on
nadal panuje nad swoimi wociami, czy nadal nikogo do swej siedziby nie dopuszcza? aden
z mieszkacw wyspy, nawet Peter, nie mia odwagi zblia si do zamku. Gordon
wprawdzie nigdy nie wspomina sowem o tej historii, ale skd brayby si te okropne rany,
ktrych nabawili si ciekawscy, gdyby cho w czci nie bya ona prawdziwa?

Sharon otrzsna si z drczcych j myli i ruszya w drog powrotn. Nie chciaa


pamita o bogatym Francuzie, ktrego wygnano z wasnej ojczyzny. Nie chciaa myle o
jego samotnym yciu na zamku, gdzie w braku innych zaj powica si czarom i zgbia
tajniki magii, a wreszcie zmar w zapomnieniu, a nikt nie zadba o jego pochwek. Nikt nie
wie, kiedy i dlaczego zmar. A moe nigdy nie miao to miejsca?
Nie, znowu te bajki. To wszystko wina niezwykej atmosfery, jak wywouj ruiny.
Teraz trzeba skupi si na drodze do domu.
Odszukanie cieki, ktr tu przysza, wcale nie okazao si atwe. Wszystkie
wzniesienia i doliny wydaway si Sharon niemal jednakowe. Po jakim czasie dziewczyna
przestraszya si nie na arty, zupenie nie wiedziaa, gdzie si znajduje, gdy w pewnej
chwili stracia zamek z oczu. Odetchna jednak z ulg, gdy po wyjciu z lasu na otwart
przestrze dostrzega znowu ruiny, tym razem w znacznej odlegoci.
Udao si, udao! pomylaa uradowana.
Ponownie wesza do lasu. Byo ju prawie ciemno, wic przypieszya kroku. Z
minuty na minut czua coraz wiksze zmczenie i wci narastajcy strach. Sza teraz
szybko, mijajc kolejne dolinki i wzniesienia. Gdy bya ju pewna, e za moment wydostanie
si spomidzy drzew i ujrzy znan ciek do domu, przystana na chwil zdyszana.
Poczua, e serce wali jej niczym mot i e zaraz zemdleje.
Co to jest, czemu jestem taka zmczona? Przecie powinnam i dalej!
Ale chwil pniej Sharon musiaa ponownie przystan i oprze si o drzewo. Byo
jej niedobrze, w gowie dudnio i pulsowao z niezwyk si. W kocu zachwiaa si i upada.
Boe, jestem chora! Serce mi pka! pomylaa przeraona. Wszystko wok wirowao.
Sharon nie wiedziaa, kiedy si podniosa, w jakim kierunku sza, a raczej zataczaa si,
kaleczc stopy. Pchana instynktem samozachowawczym, uparcie podaa naprzd.
A Gordon posdza mnie o brak siy woli! Gdyby mnie teraz widzia! pomylaa.
W pewnej chwili zorientowaa si, e znowu upada. Resztk si dwigna si na
kolana. Wydawao si jej, e za chwil cakiem straci przytomno. Przecie nie mog tu
zosta, musz wraca do domu! powtarzaa sobie w duchu. Zrobio si cakiem ciemno i
nawet gdyby kto mnie szuka, nigdy mnie tu nie odnajdzie!
Nie rozumiaa, co si z ni dzieje. Nigdy przedtem nie chorowaa. Czyby tak silne
przemczenie? Nie, byo to co gorszego: dusznoci, ktre nie pozwalay oddycha. Musi
pokona to uczucie!
Byle tylko nie podda si i nie zasn. W pewnej chwili zamroczenie i ucisk w
pucach jakby zelay. Sharon dokucza przejmujcy bl gowy, ale powoli wracaa do siebie.

Cay czas znajdowaa si w lesie, ale teraz pod stopami wyczua drk i ju z niej nie
zbaczaa. Nie bya pewna kierunku, ale miaa nadziej, e posuwa si we waciw stron.
Niespodziewany atak saboci jeszcze nie do koca min, Sharon musiaa co chwila
przystawa, a w kocu przysiada na kpce mchu. Oddychaa gboko, a przed oczami
migay jej tysice malekich ognikw.
Nagle...
Najpierw sdzia, e to przywidzenie. Ujrzaa przed sob jak posta, wynurzajc si
z ciemnoci pord kpy drzew po drugiej stronie dolinki, w ktrej odpoczywaa.
Sharon szeroko otworzya oczy, eby lepiej widzie. Nabraa powietrza do puc. Tam
kto by!
Kto lub co, co zlewao si z okalajcymi ow posta drzewami. Gdy tak siedziaa,
sparaliowana strachem, wyraniej dostrzega kontury na tle gazi i krzakw.
Bya to istota przypominajca wyjtkowo zdeformowanego czowieka. Rysy twarzy
przeraziy dziewczyn w sposb nieopisany, nikogo o tak okropnej powierzchownoci nigdy
przedtem nie widziaa. Ujrzaa te bysk w ogromnych lepiach, a poza tym wydawao si jej,
e posta w ogromnych doniach trzyma co, co do zudzenia przypomina wa!
Dziewczyna krzykna przeraliwie, skoczya na rwne nogi i pognaa na olep przed
siebie. Odnosia wraenie, e cay czas za plecami syszy cikie, powolne stpanie.
Niewiele widziaa w ciemnociach, ale uciekaa, potykajc si i upadajc. Bya
przekonana, e kto j ciga, ale stopniowo kroki staway si coraz wolniejsze, a w kocu
ucichy.
Teraz nogi niosy j same. Z gonym kaniem Sharon biega dalej, nie zwaajc na to,
e zaczepia sukni o gazie drzew i krzaki.

W kocu las si przerzedzi i pojaniao. Dziewczyna zorientowaa si, e jest na


drce, ktra bez wtpienia prowadzia od zamku ku portowi. Miaa pewno, i nie zbdzi.
Dostrzega nawet dalekie wiata barakw w osadzie.
Rynek by pusty. Sharon dotara do targowiska i skierowaa si do biura, ale nie do
swojego pokoju. Ledwo ywa, bez wahania ruszya korytarzem czcym biuro z t czci
budynku, w ktrej mieszkali Peter i Gordon. Bya tu po raz pierwszy.
W jednym z pomieszcze palio si wiato. Sharon podesza bliej. Wchodzc do
pokoju, w ktrym obaj pracodawcy grali w szachy, potkna si o prg.
- Sharon, na mio bosk! Jak ty wygldasz! - zawoali jednoczenie.
Peter doskoczy do dziewczyny i posadzi j na kanapie.

- Co si stao? - zapyta przeraony.


- Mw wreszcie, co si wydarzyo? - krzykn zniecierpliwiony Gordon.
- Poczekaj, nie widzisz, e ona nie moe wydoby z siebie gosu? - przerwa mu Peter.
- No, ju dobrze. Uspokj si i oddychaj gboko. Spokojnie! Jeste bezpieczna.
- Peter, przynie szklank wina! - poleci Gordon, siadajc na brzegu kanapy.
Nagle schwyci dziewczyn za przeguby rk i zawoa:
- Sharon, chyba nie bya w pobliu zaniku?
Dziewczyna pokrcia gow.
- Bogu dziki - powiedzia z wyran ulg w gosie. Po raz pierwszy Sharon usyszaa,
e Gordon mwi co na temat zamku. Przekonaa si, e i on wierzy, i ponura budowla kryje
jak tajemnic.
Tymczasem w drzwiach pojawi si Peter ze szklank wina, nakoni Sharon, by je
wypia, a potem zapyta cicho:
- Czy kto wyrzdzi ci krzywd... wiesz, co mam na myli?
Sharon znowu pokrcia przeczco gow.
- Moe nie miaaby nic... - zacz Gordon, ale ugryz si w jzyk. - Sharon,
przepraszam, naprawd nie chciaem.
A wic w ten sposb o niej myla! Tak j to zabolao, e si rozpakaa. Opanowaa
si jednak szybko. Nie chciaa, by Gordon widzia j w takim stanie.
- Czy inne kobiety znowu ci dokuczay? - dopytywa si Peter.
Wreszcie Sharon udao si zebra troch si i wyjania:
- Nie, nic takiego. Ale widziaam co przeraajcego.
Dopia wina, po czym zacza opowiada. Najpierw w jej gosie wyczuwao si
wyrane zdenerwowanie, potem jednak mwia ju duo spokojniej. Nie przerywali jej,
patrzyli tylko na ni z coraz wikszym zdumieniem.
- Co to wszystko ma znaczy? - zapyta oszoomiony Peter.
- Czy jeste pewna, e to wszystko naprawd si wydarzyo? - doda Gordon.
Peter obruszy si:
- Widzisz przecie, e dziewczyna jest w szoku. Czy na pewno nie bya w pobliu
zamku?
- Daj sowo. Znajdowaam si raczej z drugiej strony, niedaleko ogrodzenia kopalni.
W kadym razie zamek znajdowa si daleko na pnocny zachd.
- Rzadko kto pojawia si w tamtych rejonach. Czyby i tam zawita?
- W opowieci Sharon nic nie wskazuje na to, e widziaa czarownika - skonstatowa

Gordon. - On powinien by ubrany w luny paszcz z kimonowymi rkawami, tak by troch


przypomina nietoperza. Poza tym musiaby mie te oczy. Kogo moga zatem widzie
Sharon?
- A to dziwne zamroczenie? - pyta w zadumie Peter. - Zgadza si co do joty z
opowieciami robotnikw, ktrzy znaleli si w pobliu zamku.
- Przysigam, e nie byam koo zamku! - upieraa si Sharon. - Zawrciam przy
tablicy i dalej ju nie podchodziam.
- W kadym razie prosz ci, eby nigdy wicej nie wybieraa si na takie samotne
wdrwki - rzek kategorycznym tonem Gordon.
- Z pewnoci nie! - zapewniaa Sharon.
- Wyglda na to, e warto byoby kiedy uda si w t stron. Mogaby nam wtedy
towarzyszy - cign Gordon. - Oczywicie tylko za dnia. Moe zdoalibymy cokolwiek
wyjani. Sam auj, e nigdy nie mam do czasu, by skupi si na tajemnicy tych ruin.
Jestem tu od niedawna i zawsze byem zdania, e to brednie. Nie wierz w adne demony.
Ale wyglda na to, e musz zmieni zdanie. Ktrego dnia wybierzemy si do owej doliny,
Sharon.
- To moe nie by atwe - powiedziaa i bezwiednie podrapaa si po nodze. - Jest tam
tyle maych podobnych do siebie dolinek. Nie wiem, czy potrafi odnale t waciw.
- Ale wiesz chyba, w ktrym miejscu wysza na drog? - Przenikliwy wzrok Gordona
wci wprawia dziewczyn w zakopotanie.
- Wydaje mi si, e wiem - zmieszana spucia oczy. - Ale nie mam pewnoci. Och,
tak mnie swdzi skra, co za okropne komary!
- Nie drap si, bo bdzie jeszcze gorzej. A poza tym jak si teraz czujesz? - zapyta
Peter.
- Strasznie boli mnie gowa. Chyba jeszcze nigdy tak mnie nie bolaa, ale poza tym
wszystko dobrze. Przepraszam, e tak si drapi w waszej obecnoci, ale naprawd strasznie
mnie swdzi i piecze.
- Trzeba przyoy octu, powinien pomc - poradzi Peter.
- Nie mam octu u siebie.
- Myl, e uda nam si jeszcze kupi w sklepie. Sklepikarz czsto ma duej otwarte,
a jeli nie, to najwyej przerwiemy mu kolacj.
- Tak, tak, on sprzedaby towar nawet w rodku nocy. Zdaje si, e ceni pienidze doda Gordon.
Sharon nie uczestniczya ju w dalszej rozmowie. Bl i pieczenie w nodze tak

dotkliwie daway jej si we znaki, e a jkna:


- Nie wytrzymam tego duej.
- Czy mog zobaczy? - spyta Peter, nachylajc si nad ni.
Sharon zawahaa si.
- Najbardziej boli mnie pod kolanem.
- No, do tej faszywej skromnoci. Chcemy ci pomc, a nie wysuchiwa pojkiwa
- powiedzia ze zoci Gordon.
Sharon podcigna ostronie porwan spdnic.
W tej chwili usyszaa dwa wyraajce niepokj okrzyki, tak e a zaniemwia
przestraszona.
- Na mio bosk! - jkn Peter. - Wic jednak czarownik!

ROZDZIA VIII
- Polij natychmiast po Williama! - poleci Gordon.
Gdy Peter znikn za drzwiami, Gordon uj Sharon za ramiona i rzek stanowczo:
- Suchaj, nie ma najmniejszych powodw do paniki! Williamowi nie raz udawao si
wyleczy te rany w krtkim czasie. Wszystko zaley od tego, jak bardzo zostaa
poszkodowana. Czy bol ci rce albo ramiona?
- Nie, tylko noga.
Gordon przyglda si uwanie doniom i ramionom Sharon. Kiedy jej dotyka, czua
dziwne, a zarazem przyjemne mrowienie. Tak j to speszyo, e czym prdzej przycigna
donie do siebie. Nadal nie opuszcza jej nieznany strach i nieufno wobec tego mczyzny.
Czemu by wobec niej taki oschy? Rozmawia z ni tylko na temat pracy, i na dodatek takim
oficjalnym tonem. Sharon byo z tego powodu przykro, wydawao si jej, e przy odrobinie
dobrej woli z jego strony mogliby zosta przyjacimi. Ale Gordonowi nie zaleao na jej
przyjani...
- Na og pierwsze rany pojawiaj si na doniach i ramionach - rzuci obojtnie. Nigdy jeszcze nie widziaem, eby kogo trafi w nog.
Sowo trafi utwierdzio dziewczyn w przekonaniu, e Gordon istotnie ma na myli
przenikliwy wzrok demona.
- Moe tym razem bardziej zainteresoway go damskie kolana? - dodaa artem, ale
Gordona wcale to nie rozbawio.
- Moe i tak - wymrucza pod nosem. Dokadnie obejrza rce Sharon, skrcajc je tak,
jakby to byy kawaki drewna.
- Wierzysz w tego czarownika? - spytaa.
- Nie - odpar bez chwili zastanowienia.
Sharon miaa teraz okazj z bliska przyjrze si Gordonowi Jego proste, ciemne brwi
cigny si w gbokiej koncentracji, a mocno wystajce koci policzkowe w wietle
arwki uwydatniy si jeszcze bardziej, nadajc twarzy surowy wyraz.
- Rce wygldaj cakiem dobrze. Jak na razie - doda.
- Jeli nie wierzysz w duchy, to jak wytumaczysz te rany?
- Nie wiem, Sharon.
Podoba mi si sposb, w jaki wypowiada moje imi, pomylaa. Ale to chyba jedyna
rzecz, jaka mi si w nim podoba.

Tymczasem pojawi si Peter w towarzystwie doktora Adamsa. Doktor by


niepocieszony.
- Sharon, dziecinko, dlaczego musiao si to przytrafi wanie tobie? Jeste taka
liczna!
Tym razem jej imi nie zostao wypowiedziane w rwnie romantyczny sposb, tak
przynajmniej odebraa to Sharon. Doktor Adams, ktry wiele lat spdzi w Ameryce
Poudniowej, mwi dziwacznym angielskim, co dranio Sharon.
Jego donie zadray lekko, gdy dotyka nimi ydki dziewczyny. Wprawdzie na skrze
nie pojawiy si jeszcze pcherze, ale noga bya wyranie zaczerwieniona i obrzmiaa.
- Niestety, nie mam wtpliwoci: to te same objawy. Pcherze pojawi si za cztery do
piciu dni. Ale jak to si mogo sta?
Peter zrelacjonowa w kilku zdaniach przygod Sharon. William Adams nie mg
wyj ze zdumienia,
- Tam? Znam wysp wzdu i wszerz, ale takiej doliny zupenie sobie nie
przypominam. Poza tym czego on, na mio bosk, szuka w lesie? Wydawao mi si, e
jestemy bezpieczni, o ile nie zbliamy si do zamku, ale teraz?
- Odnosz wraenie, e tym razem nie mielimy do czynienia z duchem Francuza rzek spokojnie Gordon.
- A kto mgby to by? Opis zupenie nie odpowiada postaci z zamku, ale caa
reszta...?
Gordon stan za plecami Sharon i pooy donie na jej ramionach. Dziewczyn
znowu przenikn bogi dreszcz.
- Naturalnie miao to jaki zwizek z czarownikiem - stwierdzi zdecydowanie. Myl jednak, e mamy do rozwikania duo wiksz zagadk, ni si spodziewalimy.
Prawdopodobnie Sharon bya bliska jej rozwizania i dlatego kto j zaatakowa. Nikomu
przedtem si to nie zdarzyo.
Doktor Adams nasmarowa maci i owin opuchnit nog Sharon.
- Mam nadziej, e to szybko przejdzie - powiedzia zduszonym gosem. - Zrobi
wszystko, co w mojej mocy. Zajrzyj do mnie jutro przed poudniem, maleka.
Obiecaa, e przyjdzie, mimo e od pocztku czua si w jego obecnoci nieswojo.
Razio j, e bezustannie si w ni wpatrywa, czy to przy obiedzie, czy te w przerwie na
kaw. Nawet Peter zwrci na to uwag i od czasu do czasu artowa sobie z Sharon.
Dziewczyna nie chciaa, eby doktor Adams si w niej zadurzy. Wprawdzie
potrzebowaa teraz przyjaci, lecz tym bardziej nie chciaa znale si w sytuacji, gdy bdzie

zmuszona odrzuci doktora. By z pewnoci sympatyczny, dlaczego wic miaby cierpie z


powodu miosnej poraki? Pani Moore rzeczywicie miaa racj: nieatwo odmawia
niechcianym zalotnikom.
Doktor odprowadzi j do drzwi i Sharon szybko si poegnaa. Bya bardzo zmczona
i chciaa si jak najprdzej pooy. Teraz najbardziej brakowao jej firanek w oknie, za
ktrym w ciemnociach mogo kry si nieznane zagroenie. Z postanowieniem, i nazajutrz
kupi zasony do pokoju, nacigna kodr na gow i zapada w sen.
Nastpnego dnia podczas wizyty u lekarza okazao si, e z nog Sharon nie jest tak
le, jak mona by si spodziewa. Obrzk i zaczerwienienie nie powikszyy si.
- Masz wielkie szczcie, Sharon - powiedzia doktor Adams i spojrza dziewczynie
gboko w oczy. - Musisz by przygotowana na wystpienie pcherzy i zapalenia, ale wydaje
mi si, e twj organizm da sobie z tym rad.
Zaproponowa, eby mwia mu po imieniu, ale nie zgodzia si na to. Dla niej by
wci doktorem Adamsem i nie chciaa tego zmienia. Obiecaa, e odwiedzi go nastpnego
dnia. Doktor Adams chyba si ucieszy.
Gdy wychodzia, zawoa j jeszcze raz. Pooy swoje pulchne donie na jej
ramionach i rzek ciepo:
- Sharon, pamitaj, e do mnie moesz zwrci si w kadej sprawie i o kadej porze.
Wiem, e czujesz si odrzucona i samotna. U mnie bdziesz bezpieczna i... kochana - doda
po chwili wahania.
Sharon poczua narastajc niech. Miaa ochot wyrwa si z obj doktora i uciec
na kraj wiata. Przypomniaa sobie jednak sowa pani Moore i opanowaa wzburzenie.
Tymczasem doktor Adams cign:
- Zaproponowano mi dobrze patn posad w Ameryce rodkowej. Pomyl tylko:
moglibymy oboje opuci t okropn wysp. Nie wiesz nawet, jak bardzo by mnie
uszczliwia!
Sharon spucia gow i wybkaa:
- Dzikuj, doktorze, bd o tym pamita. Wci jednak jestem posdzana o
zabjstwo i nie mam prawa od nikogo przyjmowa mioci.
Sharon nawet si nie spodziewaa, e ten straszny zarzut, jaki na niej ciy, okae si
teraz pomocny. Na te sowa doktor oywi si i schwyci j silniej:
- Sharon, dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, syszysz?
- Ale dla mnie ma znaczenie zasadnicze - odpara, uznajc rozmow za zakoczon, i
wysuna si z ramion niefortunnego adoratora.

Wysza od Adamsa duo wczeniej, ni si spodziewaa, miaa zatem troch czasu dla
siebie. Postanowia pj do kocioa, by porozmawia z pastorem.
Przed kocioem natkna si na Doris w towarzystwie polubionego wanie ma.
Przystana i rzeka z umiechem:
- Chciaabym wam pogratulowa.
- Dzikujemy - zacz mczyzna, ale Doris zaraz mu przerwaa:
- A co, zazdrocisz? - rzucia ostro. - Jako nie widz twojego narzeczonego! Czyby
nikogo jeszcze nie zapaa w swoje sieci? Czyby nikt ci nie chcia?
- Ale, kochanie - obruszy si mody maonek. - Sharon jest mi i yczliw osob,
dlaczego tak brzydko si do niej odzywasz?
- eby mi si wicej nie way rozmawia z t morderczyni! - wrzasna Doris,
popychajc ma. - Czuj, e odtd to my, ony, bdziemy odbiera w biurze pensje. Ju ja
si o to postaram!
Tom, sympatyczny mody grnik, wyglda na mocno zdenerwowanego ca t
nieprzyjemn scen. Doris odwrcia si jeszcze i krzykna na odchodnym:
- A w ogle czego taka szuka w kociele! To haba! A moe sumienie ci ruszyo?
Sharon patrzya za nimi, przygnbiona.
Znalaza pastora w zakrystii niewielkiego, skromnego kocika.
- Sharon, drogie dziecko! Spodziewaem si ciebie.
- Naprawd? - spytaa zdumiona dziewczyna. - Czy mogabym z pastorem
porozmawia?
- Naturalnie, siadaj. Co chciaaby mi powiedzie? - zapyta po przyjacielsku.
- Och, jest tak wiele spraw, e waciwie nie wiem, od czego zacz. - Sharon mocno
zacisna donie na oparciu fotela.
- Moe jednak mgbym ci w czym pomc?
- Tak, chyba tak. Czy mog rozmawia otwarcie?
- Oczywicie. Powinna jak najszybciej zrzuci ciar z serca.
Sharon spojrzaa na szczup, pen dobroci twarz duchownego i wzia gboki
oddech.
- Prbowaam z caych si postpowa uczciwie, by dobrym czowiekiem. Ale jest mi
coraz trudniej. Wieczorami przed snem przychodz mi do gowy rne ze myli. Czuj w
sobie narastajc nienawi, a jednoczenie jest mi z tym ciko. Przeraa mnie to. Ja nie
chc sta si za.
- Kogo tak nienawidzisz?

- Wszystkich, ktrzy przeladuj mnie i obraaj, nie wierzc w moj niewinno. Ale
najbardziej nie mog znie Lindy Moore. Gdy tylko o niej pomyl, ogarnia mnie straszliwa
zo i ch zemsty. Czy sdzi pastor, e Bg mi to wybaczy?
Duchowny popatrzy powanie na Sharon.
- Oczywicie, e tak, ale nie moesz nadal ywi w sercu nienawici.
- To prawda. Co mam robi? Chciaabym o wszystkich mc dobrze myle,
chciaabym, eby mnie oczyszczono z zarzutw, zwaszcza e...
- Tak? - Warden umiechn si, dodajc dziewczynie odwagi.
- Ja... - Sharon znowu wzia gbszy oddech - zakochaam si w pewnym
mczynie. Ale jak mog zdoby jego przychylno, skoro ciy na mnie takie oskarenie?
- Powinna postpowa tak, jak to dotychczas czynia, okazujc innym yczliwo i
pomoc. Myl, e ludzie w kocu zapomn. Wielu mieszkacw tej wyspy bardzo ci lubi...
Sharon pokrcia gow:
- To oskarenie bdzie si za mn cigno do koca moich dni! Gdybym odtd bya
niczym wita albo anio, zawsze znajd si ludzie, ktrzy mi dokucz. Nigdy nie uwierz w
moj niewinno, chyba e zostaabym oficjalnie uwolniona od zarzutw!
- Obawiam si, e masz duo racji, moje dziecko. W dzisiejszych czasach ludzie wol
szuka dba w oku bliniego, ni dostrzec belk we wasnym.
- Mwi pastor, e jestem lubiana. Kogo pastor mia na myli?
Warden umiechn si:
- Na przykad siebie. Musz wyzna, e ostatnio z ogromn przyjemnoci wstpuj
do biura. Jest jaka radosna aura wok ciebie, ktra sprawia, e przycigasz ludzi.
Sharon westchna uszczliwiona, po chwili jednak spowaniaa:
- Czy pastor myli, e jestem winna?
- Nigdy nie zastanawiaem si nad tym - rzek spokojnie. - Musz ci natomiast
powiedzie, e odbylimy powan rozmow na twj temat.
- Naprawd? Nic nie wiedziaam.
- Tak. Bya to bardzo burzliwa dyskusja. Zdajesz sobie pewnie spraw, e nie
tolerowalibymy mordercy na wyspie i nie raz pada pomys, by ci odesa. Wiadomo
jednak, e nie zostaa skazana, lecz tylko podejrzana o ten czyn, dlatego postanowilimy da
ci troch czasu. Istnieje prawdopodobiestwo, e jeste niewinna, wic nie chcielimy sami
osdza, gdy moglibymy popeni niewybaczalny bd. Sam musz przyzna, e staram si
nie myle o tej sprawie. Wiem tylko, e tutaj na wyspie okazaa si dobr i wraliw mod
osob. Inni te s tego zdania.

- Kto?
Warden umiechn si, rozbawiony niepohamowan, dziecic ciekawoci Sharon.
- Nasz doktor zawsze mwi o tobie ciepo. Poza tym Margareth...
- Margareth, naprawd? - wykrzykna uradowana.
- To bardzo dobra kobieta. Na szczcie trafia tam, gdzie jest najbardziej potrzebna.
Czsto j spotykam, kiedy odwiedzam chorych. Ogromnie j ceni. Znam te wielu innych,
ktrzy nie mog uwierzy, e byaby zdolna zabi kogokolwiek. Naturalnie lubi ci te Peter
Ray...
- Och! - Sharon odetchna z ulg.
- Mogem si domyla, e chodzi wanie o niego - zamia si duchowny.
- Ach, gdyby nie to oskarenie! - szeptaa Sharon. - A co myli Gordon Saint John?
- O, tego zupenie nie da si odgadn. Dotyczy to zreszt nie tylko twojej sprawy, ale
te kadej innej.
Warden pooy swoj do na doni Sharon.
- Szczerze mwic, Sharon, martwi si, e na co dzie obcujesz z tym czowiekiem.
Chwilami mam wraenie, e on gardzi ludmi, robic tym samym krzywd tobie. A ty jeste
taka wraliwa...
- Niech si pastor o mnie nie martwi. Ja go rozumiem: bo oboje mielimy tak samo
nieszczliwe dziecistwo. Ja te nie raz miaam ochot wykrzycze swj al do caego
wiata. Nie sdzi pastor, e jestemy w tym troch do siebie podobni?
Duchowny spojrza na Sharon smutnym wzrokiem.
- Chyba si mylisz, moje dziecko. Jego reakcje naprawd trudno przewidzie.
Nagromadzi w sobie tak wiele nienawici, e to mnie przeraa. Bd ostrona, bo nie
wiadomo, co mu moe przyj do gowy. Ani si obejrzysz, jak zamie ci i pognbi, tak e
ju nigdy nie zdoasz si podwign. Trzymaj si raczej Petera, jest prostolinijny,
dobroduszny i wyrozumiay. A do tego zawsze wierzy w twoj niewinno.
- Dobrze, ale do ju na mj temat. Prosz teraz o rad. Sysza pastor zapewne, e
wczoraj nabawiam si tych dziwnych ran.
- Owszem. Wie ju o tym caa wyspa.
- Czy, zdaniem pastora, ten rzekomy duch naprawd istnieje?
Warden wsta i uj Sharon za rami.
- Chtnie odpowiem ci na to pytanie, dziecko, ale wyjdmy na zewntrz. O takich
rzeczach nie rozmawia si w wityni. Przejdziemy si w kierunku targowiska.
Po dugim siedzeniu w mrocznej i chodnej zakrystii promienie soneczne olepiy ich

oboje. Demony i czarownice wydaway si teraz czym absolutnie nierealnym.


- Mielimy pikne lato - powiedzia pastor. - Ale ma si ono ju ku kocowi, a znaczy
to, e nadchodz burze i sztormy.
- Czy to moliwe, e jestem tu ju miesic? - zawoaa zaskoczona Sharon. - Jak ten
czas szybko leci!
- Pracowaa. Ale wracajc do twojego sympatycznego ducha...
- Ufff! - wzdrygna si dziewczyna.
- C, to rzeczywicie dziwna sprawa.
- Czy pastor wierzy w czarownika?
- Nie wierz w bkajce si po wiecie duchy zmarych. Nie wtpi jednak, e
wszyscy widzielicie co dziwnego i e to co wie si z histori zamku. Ale nie potrafi
powiedzie, co to moe by.
- Czy nikt nie moe udzieli wam pomocy?
- Prosilimy o to, ale odpisano nam, e naszym zadaniem jest wydobywanie rudy, a
nie zajmowanie si duchami - odrzek pastor, wzdychajc gboko.
- Ale czy nie daoby si zbada ruin zamku?
- Zrozum, e nie moemy naraa ycia i zdrowia ludzi. Sama si przekonaa, jakie s
tego skutki. Podobnie jak Gordon nie dopatruj si tu dziaania si nadprzyrodzonych. Peter
nie jest pewien. Twoja przygoda wszystkich bardzo przerazia: po raz pierwszy kto zosta
poraniony poza obrbem zamku. Dzisiaj rano niektre kobiety byy bliskie paniki, ale jako
udao nam si je uspokoi.
- Jeli uwaacie, e jest jakie realne wytumaczenie tego zjawiska, na czym ono moe
polega? - zapytaa Sharon, gdy dotarli wanie do rozgrzanego socem targowiska.
- Zagadk nie jest sama historia czarownika, ale wanie twoja przygoda.
- Czyby kto prbowa mnie nastraszy?
- Hm, w takim razie musiaoby to zosta zaplanowane duo wczeniej. Historia
czarownika ma blisko trzysta lat.
- A przedtem?
Duga sutanna pastora wloka si po botnistej ziemi.
- Przedtem mieszkali tu spokojni Indianie, ktrzy trudnili si rybowstwem i
owiectwem. Strach zagoci tu dopiero wraz z pojawieniem si francuskiego pana zamku.
Pastor i Sharon mijali wanie wietlic, przed ktr, opalajc si w socu, siedziay
usugujce tu kobiety. O tej porze nie miay duo zaj, gdy wikszo klientw pracowaa.
Skoniy si pastorowi, musiay te pozdrowi Sharon.

Duchowny odpowiedzia im skinieniem gowy. Sharon, wci podekscytowana,


mwia:
- Och! eby tak si dowiedzie, jakiego rodzaju czarn magi uprawia i co sprawio,
e a wygnali go z kraju!
- Sdzisz, e to moliwe? Przecie nawet nie znamy prawdziwego imienia i nazwiska
tego czowieka.
Powoli zbliali si do budynku biura.
- Wejd z tob - powiedzia Warden. - I sprbuj, droga Sharon, by nieco bardziej
wyrozumiaa dla tych, ktrzy ci zbyt szybko osdzaj i gardz tob. To typowa ludzka
reakcja. Twoja sabo pozwala im czu si pewniej.
- No tak, ich zdaniem, jestem przecie od nich gorsza - stwierdzia z gorycz w gosie.
- Nie wolno ci tak mwi. Prosz, wchod do rodka - Duchowny przepuci Sharon
przed sob.
Ku ich wielkiemu zdumieniu biuro pene byo mczyzn.
- Ach, wic jeste wreszcie! - zawoa Peter. - Czekalimy na ciebie. Witamy,
pastorze, moe i pastora to zainteresuje. Jak tam twoja rana, Sharon?
- Dzikuj, nie najgorzej - umiechna si dziewczyna. - Chyba bdzie si goi.
- Czy mogaby usi tutaj, przy stole, razem z innymi? - Gordon raczej wyda
polecenie ni zapyta. - Sprowadziem wszystkich siedmiu ludzi, ktrzy widzieli czarownika.
Poza nimi take inni nabawili si ran, ale nie mieli okazji zobaczy naszego ducha. Tu le
owki i papier, chc, ebycie sprbowali narysowa posta, ktr ujrzelicie w lesie. Potem
porwnamy wasze rysunki
- Ale ja nie umiem rysowa - achna si Sharon.
- Nic nie szkodzi, nie oczekuj od ciebie arcydziea - rzuci Gordon niecierpliwie. Sprbuj skupi si na najwaniejszych szczegach.
Wszyscy usiedli nad kartkami papieru i zabrali si do roboty.
Sharon znaa z widzenia kilku mczyzn, w tym Andyego. Niektrzy mieli na
doniach wci jtrzce si rany.
- Czy wy wszyscy bylicie w pobliu zamku? - spytaa.
- Owszem, nawet po kilka razy. Za poprzedniego szefa urzdzilimy nawet ca
ekspedycj z zamiarem rozwizania zagadki.
Sharon zwrcia si do Gordona:
- A was nigdy tam nie cigno?
- Owszem. Ktrego dnia wybralimy si w tamtym kierunku, ale nie doszlimy do

koca. Mam wkrtce zamiar ponowi t prb.


- Ja odradzam, koledzy take. Uwaam, e to bezsensowne. Wtedy doszlimy do
schodw wykutych w skale u stp ruin. I na tym koniec. Skra zacza nas piec, szczypay
oczy. Ale czterech z nas nie poddao si i dotaro do niewielkiej polanki tu przed bram opowiada jeden z mczyzn. - Trzech z miejsca zamroczyo i upadli na ziemi. Czwarty,
Percy, ujrza posta z przeraajco jasnymi lepiami, stojc pod ukiem bramy. Cudem udao
mu si odcign zemdlonych kolegw ze schodw. Gdy obejrza si znowu, posta staa ju
niej.
- Czy kiedykolwiek widziae tego kogo stojcego na murze obronnym?
- Tak, ale najczciej ukazuje si wanie w pobliu schodw.
- Ja go dostrzegem pomidzy drzewami - odezwa si inny mczyzna. - Strzeliem,
ale kula przesza przez ciao jak przez powietrze.
- Suchajcie, nie mamy czasu na takie brednie - zauway sucho Gordon. - Zabierajcie
si za rysowanie. Tylko jak najdokadniej.
W pokoju zapada cisza, od czasu do czasu przerywana mozolnym postkiwaniem.
Trzej egzaminatorzy stali z tyu, obserwujc wysiki rysujcych. Sharon podniosa
wzrok i napotkaa zamylone spojrzenie Gordona. Moe nie wierzy w jej przygod w lesie?
Moe dlatego zorganizowa ten popis?
Nachylia si nad kartk papieru, by jeszcze co poprawi, ale nie szo jej to atwo.
Sharon miaa przed oczyma obraz postaci, jednak owek nie bardzo by jej posuszny.
W kocu ostatni z mczyzn odda swoj prac Gordonowi Saint Johnowi. Ten
rozoy wszystkie rysunki na drugim stole. Spord omiu dzie rysunek Percyego by
wyranie lepszy od innych. Percy nie odmwi sobie przyjemnoci zoenia gigantycznego
podpisu, duo wikszego od samej postaci.
Teraz wszyscy nachylili si nad stoem. Siedem portretw byo w miar do siebie
podobnych. Przedstawiay mczyzn nienaturalnie duego wzrostu z dugimi wosami i
brod, odzianego w obszerny paszcz. Posta miaa ludzk twarz, ale za to ponce, te
oczy. Tylko rysunek Sharon by zupenie inny...
Rzeczywicie rysowanie nie byo jej mocn stron, ale jej posta bez wtpienia
odrniaa si od pozostaych.
Andy parskn miechem:
- Wyglda mi na mrwkojada! A do tego trzyma jakie flaki?
- To jest w, a nie adne flaki - powiedziaa obruszona Sharon. - On naprawd mia
taki dugi nos!

- To chyba jaki kot w butach - doda Peter wesoo. - Poza tym nagryzmolia tyle
krzakw w tle, e nie wiadomo, co jest co.
- Gordon poleci rysowa moliwie jak najdokadniej - bronia si Sharon.
- To dopiero biedne stworzenie, o ile rzeczywicie takie wanie spotkaa! skomentowa Andy.
- Cisza! Dajcie ju spokj - uci krtko Gordon, ale Sharon zorientowaa si, e z
trudem utrzymuje powag. Sharon nie widziaa jeszcze Gordona rozbawionego do tego
stopnia. W kocu sama zacza si mia.
- Wiesz co, Sharon? Wreszcie odkryem, e jest co, czego naprawd nie potrafisz
robi! - doda Gordon rozbawiony.
Sharon ju chciaa mu odpowiedzie, gdy wtrci si pastor.
- Zwrcie uwag, e Sharon widziaa co innego, ni pozostali. Nie mona porwna
niele prezentujcego si ducha z t pokrzywion, dziwaczn istot z wybauszonymi oczami
i dugim nosem. To zupenie co innego!
- Tak. Poza tym ten, ktrego spotkaam, mia zupenie normalny wzrost, a nawet
powiedziaabym, e by do niski.
Gordon poleci wszystkim wraca do pracy. Z westchnieniem opucia pokj take
Sharon; posza do swoich liczb i tabel. Udzia w tym spotkaniu nawet j odpry. Cho na
chwil zapomniaa o wasnej dramatycznej sytuacji i kltwie, jaka spocza na wyspie.
Ale ciemne chmury nadal zbieray si nad horyzontem...

ROZDZIA IX
Trzy dni pniej Sharon zauwaya u siebie pcherze. Byy bardzo bolesne i wywoay
lekk gorczk, wic dziewczynie nakazano lee w ku. Gordon by niezadowolony, bo
teraz musia wicej czasu spdza w biurze. Im duej Gordon pracowa, tym czciej traci
cierpliwo. Kradziee chalkopirytu nie ustaway, ale na razie nie byo na nie rady. Teraz
naleao skupi si na jak najszybszym uruchomieniu piecw hutniczych. Tak wic kopoty z
duchem zeszy na dalszy plan.
Doktor Adams nakoni Gordona, by Sharon posa na jeden dzie na obserwacj do
szpitalika. Dziewczyna, cho niechtnie, musiaa si na to zgodzi. Adams spdza przy niej
nieprzyzwoicie duo czasu, podczas gdy Sharon udawaa wycieczon, by tym sposobem
unikn rozmowy ze swoim adoratorem. Na szczcie pcherze przyschy i cho kilka z nich
pozostawio niewielkie ranki, nawet i one zaczynay si ju goi. Wieczorem Sharon
oznajmia, e wraca do domu.
W szpitaliku Sharon spotkaa Margareth. Pocztkowo si unikay, ale w kocu
pokonay niepewno i nawizay rozmow.
Sharon pytaa zaciekawiona:
- No i jak ci si pracuje dla doktora Adamsa?
- Och, on jest tak czsto poza szpitalem - odpara. - Przewanie pracuj tu sama, znam
ju swoje obowizki i staram si je wykonywa jak najlepiej. Wydaje mi si, e nie jestem z
pielgniark.
Sharon pokiwaa gow.
- Z pewnoci. Pastor bardzo ci chwali.
- Taaak? - zawoaa Margareth poruszona. - A co mwi?
- Dokadnie nie pamitam. Wspaniaa kobieta, midzy innymi tak si wyrazi.
Radosny umiech Margareth nagle zgas.
- Powinnam by dumna jak paw, a tymczasem wcale nie jestem rada, e darzy mnie a
takim szacunkiem.
Sharon pooya na ramieniu Margareth swoj do.
- Uwaam, e przemilcza to, co dla ciebie najwaniejsze. Moe si myl, ale
odniosam wraenie, e nie jeste mu obojtna.
- Mam nadziej, e to prawda - wyszeptaa.
- Ale przecie on jest duchownym? - zapytaa naiwnie Sharon.

- Tak, ale przecie pastor moe si oeni - wykrzykna przyjacika i zaraz


poczerwieniaa; zdaa sobie bowiem spraw, e si zdradzia.
- Oby tylko nie przegapi tej szansy. Musisz go troch rozrusza, Margareth zdecydowanie rzeka Sharon.
- Co ty mwisz, Sharon! Nigdy bym nie miaa!

Panik, ktra wybucha po lenej przygodzie Sharon, szczliwie udao si zaagodzi.


Tematem dnia staway si inne wydarzenia: najczciej komentowano, kto si z kim zarczy
lub oeni, kto zdoby now prac.
Od dnia, w ktrym Doris wysza za m i wyprowadzia si z baraku, zmieni si take
stosunek pozostaych kobiet do Sharon. Wprawdzie nie od razu przestay j szykanowa, ale
nie atakoway jej ju bezporednio. Niektre zaczy nawet z Sharon rozmawia, cho za jej
plecami nierzadko wymieniay kliwe uwagi na jej temat. Dziewczyna wierzya, e z czasem
wszystko si unormuje i zaagodzi, cho jednoczenie miaa wiadomo, e mieszkanki
wyspy nigdy nie przestan o niej myle jako o morderczyni.
Nie powiedziaa nic Peterowi ani Gordonowi o kamieniu, ktry pewnego wieczoru
wpad do jej pokoju, wybijajc szyb. Mimo to obaj odkryli wkrtce, co si stao, i bez
powodzenia usiowali dociec przyczyny.
- Na szczcie od czasu, kiedy zamieszkaa u nas Sharon, nie miewamy ju nocnych
goci - skomentowa Gordon.
- Boe uchowaj! - wykrzykna Sharon. - Jeszcze by tego brakowao! A co sycha w
kopalni, czy kradziee ustay?
- Raczej na to nie wyglda - odpowiedzia zmartwiony Gordon. - W przyszym
tygodniu przypywa statek, wic znowu przeprowadzimy kontrol. Ale obawiam si, e ilo
surowca znw si nie bdzie zgadza.
Sharon posaa Gordonowi wspczujce spojrzenie, ale on jak zwykle zareagowa na
to wzruszeniem ramion.

Ktrego dnia Gordon Saint John w drodze do kopalni wstpi do biura i, nie bawic
si w adne uprzejmoci, zagadn wprost:
- Suchaj, czy ty znalaza ju sobie jakiego kawalera?
Sharon w jednej chwili zaczerwienia si po uszy. Ze wstydu nie moga wydusi z
siebie ani sowa. Pokrcia wic tylko przeczco gow.
- Czas najwyszy, eby si za kim rozejrzaa. Pozosta ci tylko miesic -

przypomnia tonem, w ktrym zabrzmiaa groba.


Sharon nagle ujrzaa siebie sam powracajc do Anglii: Proces, potem wyrok i...
koniec, koniec wszystkiego!
Och, Peter!
- Wydaje mi si, e w mojej sytuacji nie ma adnego wyjcia... - wyszeptaa z
rozpacz.
Gordon przez chwil przypatrywa si dziewczynie.
- Chcesz wraca?
Zaprzeczya ruchem gowy.
- Dobrze si tu czuj, cho jeszcze nie do koca udao mi si pokona niech ludzi.
Mimo to mam kilku przyjaci i... i tak bardzo nie chc umiera!
Twarz Gordona bya niezgbiona.
- Wic znajd sobie kandydata na ma! Kogokolwiek, kto si zgodzi. Nie moemy
sobie pozwoli na to, by ci utraci. Wyobraasz sobie, co by si stao z biurem? Istny chaos.
Przeja ca papierkow robot, ktrej tak nie cierpi. Dziki tobie mog duo wicej czasu
powica sprawom kopalni. Rozpucia nas...
Zamilk i zamyli si. Sharon usiowaa ukry umiech. Gordon nigdy by si nie
przyzna, jak wiele znaczyy dla niego przerwy na kaw ze wieym ciastem Sharon.
Dziewczyna wyobraaa sobie jego dziecistwo i wczesn modo w domu dziecka: goe,
smutne ciany sierocica, drewniana podoga, ktr dzieci musiay regularnie szorowa, brud,
bieda wyzierajca z kadego kta, a przede wszystkim brak mioci i rodzinnego ciepa.
- Nie, Sharon. Twj wyjazd byby dla nas wielk strat. Gdybymy nawet przyuczyli
do pracy przy rachunkach kogo innego, zawsze mylelibymy to samo: eby tak Sharon tu
bya i ogarna sprawy swoim jasnym, sprawnym umysem.
Gordon Saint John nieczsto pozwala sobie na tego typu pochway, tote Sharon
bardzo wzruszyy jego sowa.
- Niestety sdz, e nikt mnie nie zechce...
- Gupstwa pleciesz. Tutejsi mczyni nie s a tak wymagajcy.
Sharon przymkna powieki i odpowiedziaa:
- Sprbuj si nad tym zastanowi.
Rozmowa z Gordonem wprawia j w minorowy nastrj. Czasu rzeczywicie
pozostao niewiele. Przez kilka nastpnych nocy dziewczyna przewracaa si z boku na bok i
dugo nie moga zasn, rano za wstawaa zmczona.
Ale niedugo potem wydarzyo si co, co dodao yciu Sharon prawdziwych kolorw.

Pewnego dnia Sharon staa pochylona nad biurkiem. Nie zauwaya wejcia Petera i
dopiero gdy wyszepta kilka sw do jej ucha, ockna si.
- Sharon, masz takie zachwycajce wosy...
Aeby ukry zmieszanie, zapytaa szybko:
- Co robi Gordon, czy jeszcze jest w kopalni? W ogle go dzi nie widziaam.
- W kopalni by dzisiaj wypadek. Przysypao jednego z grnikw, ale na szczcie jest
cay, tak przynajmniej twierdzi. Tylko e bardzo trudno go wydosta. Na miejscu jest doktor
Adams i Margareth, no i oczywicie Gordon, ktry zawsze w takich sytuacjach pojawia si w
kopalni jako pierwszy. Odpowiedzialny w najwyszym stopniu. Czy wiesz, e twoje wosy
lni w blasku soca wszystkimi kolorami tczy? Nigdy u adnej dziewczyny nie widziaem
tak piknych wosw. Nawet mi si nie nio, e bd mg je kiedy gaska...
Sharon nie bya w stanie wypowiedzie sowa.
- Takie byszczce, takie mikkie - Peter obj gow Sharon i zatopi rce w jej
lokach. Lekko przycign dziewczyn do siebie i przytuli. - Sharon, jeste zachwycajca,
delikatna i pena gracji jak lilia. Sharon...? - Delikatnie zwrci twarz Sharon ku swojej
twarzy, tak e patrzyli sobie gboko w oczy. W kocu Peter leciutko pocaowa dziewczyn
w usta. - Wybacz mi, ale nie mogem si powstrzyma.
- Nic si nie stao - ledwo wyszeptaa Sharon. - Jaa... mnie jeszcze nikt przedtem
nigdy nie caowa, a ty...
Peter rozemia si zaskoczony.
- No, teraz to chyba artujesz! Nikt ci przedtem nie pocaowa? W to nie uwierz.
Sharon odsuna si, bolenie dotknita jego sowami.
- Dlaczego tak mwisz? Czy ty naprawd mylisz, e ja...
Westchn i znowu przytuli jej gow do swojego ramienia. Sharon opieraa si, ale w
kocu daa za wygran.
- Dobrze wiesz, e nigdy nie wierzyem w to morderstwo. Ale caowanie to zupenie
inna sprawa. Poza tym nie moesz si a tak przejmowa oskareniem. Mnie ono nie
interesuje, wic najlepiej zapomnijmy o tym.
Tym razem pocaunek Petera by bardziej namitny.
Sharon poczua, e ogarnia j dziwna niemoc. Co si teraz stanie? pomylaa.
Nagle jednak Peter oprzytomnia.
- Idzie Gordon. Lepiej, eby nas nie widzia w takiej sytuacji.
Oboje wrcili do swoich obowizkw, Sharon przygadzia tylko potargane wosy.
Kiedy Gordon wszed do biura, pochylali si pilnie nad swoimi papierami.

- Peter, zastp mnie na chwil w kopalni. Od rana nic nie miaem w ustach, jestem
godny jak wilk.
Sharon poderwaa si momentalnie:
- Ja ci zaraz co przygotuj.
Kiedy Sharon po duszej chwili wesza do pokoju z parujcym talerzem zupy,
Gordon siedzia skulony z gow ukryt w doniach, starajc si pokona senno.
- Jeste okropnie zmczony, powiniene odpocz.
- Dam sobie rad - odburkn. - Zjem co nieco i musz wraca.
- To niemoliwe. Kopalnia nie zawali si bez ciebie, a przecie wysae tam Petera.
Jak mio wypowiada jego imi, jakie to szczcie kocha i czu si kochan,
pomylaa Sharon, po czym dodaa stanowczym tonem:
- Zjedz obiad, a potem pjdziesz przespa si chwil. Obudz ci niedugo.
Chyba tylko wiadomo, e Peter darzy j uczuciem, pozwolia Sharon wydawa
Gordonowi takie dyspozycje. Czua w sobie teraz jak niezwyk si.
Gordon w pierwszej chwili otworzy usta, by zaprotestowa, w kocu jednak si
podda.
- Moe masz racj? Niewielki teraz ze mnie poytek.
I zasn.

Pnym wieczorem kto niespodziewanie zastuka do drzwi. Przez kilka sekund


Sharon zastanawiaa si, kto te mgby j odwiedza o tej porze, Andyego i Anny jednak
zupenie si nie spodziewaa. Modzi sprawiali wraenie podenerwowanych.
- Prosz - Sharon zaprosia ich do rodka. - Czy co si stao?
Weszli do przedpokoju, a Sharon wskazaa im drog do jej pokoiku.
- Sharon, musisz mi pomc - poprosia urywanym gosem Anna. - Nie chc, eby te
okropne kobiety ze szpitalika wytrzsay si nade mn, a Margareth i doktor s w kopalni i....
- Pobralimy si - przerwa jej Andy, jakby ta nowina miaa wszystko wytumaczy. Anna jest wspania dziewczyn, a ja przecie mog si zaj dzieciakiem. Ona si wcale nie
przejmuje moj egzem, wic powiedziaem jej, e tylko ty moesz nam pomc.
- Tak, a ja si wcale ciebie nie boj, bo wiem, jaka jeste dobra. Ty jedna okazaa mi
serce na statku. Doktor mwi, e to dla ciebie nie pierwszyzna. Co ja mam zrobi, to cay
miesic za wczenie, a ja tak si boj...
Reszt zdania pochon szloch dziewczyny.
Sharon dopiero teraz zorientowaa si, o co chodzi.

- Anno, chyba nie chcesz powiedzie, e wanie nadszed czas rozwizania...?


- Tak... - zdoaa tylko wyszepta.
- Przed chwil znowu miaa ble i jest taka blada - doda zdenerwowany Andy. - To
chyba ju pora. A ja z powodu wypadku musz stawi si w kopalni!
- Mj Boe, ale ja tylko asystowaam przy porodzie! Nigdy nie przyjmowaam dziecka
sama! Andy, musisz tu zosta i mi pomc! - wykrzykna przeraona Sharon.
Andy cofn si o kilka krokw.
- Kazano mi przyj na nocn zmian, bo mamy za mao ludzi przy wydobyciu.
Wikszo pomaga przy zawalisku.
Podczas gdy Sharon zbieraa myli, twarz Anny znowu wykrzywia si bolenie.
- W takim razie powiedz koniecznie doktorowi, eby jak najszybciej tu si zjawi polecia Andyemu. - Mog sobie nie poradzi, bo to wczeniejszy pord, a wiec i wiksze
ryzyko.
Sharon podbiega do ka i szybko zacza zmienia pociel, po czym pomoga Annie
zdj sukni. W chwil pniej Anna ju leaa na posaniu.
Dopiero teraz rodzca nieco si uspokoia i rozejrzaa po pokoju.
- Wic tu mieszkasz? Jak tu mio, nawet adniej ni w nowych domach.
- Przedtem by tu skadzik - odpowiedziaa zadowolona z pochway Sharon. - Mam te
piecyk, ale zasoniam go szafk, wic nie jest a tak widoczny. Jestem dumna z tego
pokoiku, cho dotychczas nie miaam go komu pokaza, nikt mnie tu nie odwiedza. Jeste
moim pierwszym gociem. No, a teraz le spokojnie, bo musz si przygotowa - Sharon
mwia duo w nadziei, e Anna nie usyszy, jak gono szczkaj jej ze strachu zby.
Co robi? mylaa w popochu. Noyczki, balia, gorca woda, czyste rczniki,
bandae...
Przeszywajcy powietrze krzyk rodzcej sprawi, e Sharon zastyga z przeraenia.
Nie byo chwili do namysu, nadchodzio rozwizanie. Jak sobie poradzi? Przecie
nawet nie zdy wszystkiego przygotowa. Gdyby cho kto mg jej pomc...
- Sharon, wziam ubranka dla malestwa - odezwaa si Anna midzy jednym a
drugim blem.
- To wietnie. Poczekaj teraz chwileczk, zaraz wracam. Nic si nie bj!
Zanim Anna zdoaa cokolwiek odpowiedzie, Sharon biega ju w kierunku czci
mieszkalnej.
Co ja zrobi? mylaa w popochu. Przecie powinien si wyspa, ale nie mam
wyjcia. Moe si nie zdenerwuje. Boe, dopom mi!

Gordon rzeczywicie spa gboko na kanapie, nie zdj nawet butw. Sharon
odczekaa chwil, zanim odwaya si szarpn go za rami i potrzsn mocno. Gordon
obudzi si i unis na posaniu.
- Co, kopalnia? - zapyta wystraszony.
- Nie, nie kopalnia. Zwyka ludzka sprawa. Potrzebuj twojej pomocy. Chod szybko!
Gordon oprzytomnia w okamgnieniu. Bez sowa pody za Sharon w kierunku jej
pokoju. Kiedy na ku Sharon ujrza blisk rozwizania Ann, na jego twarzy pojawio si
przeraenie.
- Nie musisz mi towarzyszy, ale przynie natychmiast gumowe przecierado i gorc
wod. Tu stoj wiadra. I jeszcze par rzeczy ze sklepu, zapisaam ci na kartce. Pamitaj, eby
dali jak najdelikatniejsz tkanin. Wod zagrzejesz na piecu, a drewno znajdziesz pod szafk.
I napal solidnie, bo to wczeniak. Musi mie cieplutko!
Gordon tylko kiwa gow, nie protestujc przeciwko temu, e tym razem Sharon
wydaje polecenia.
- Posaa po doktora? - zapyta niepewnie.
- Oczywicie. Mam nadziej, e zjawi si szybko. Jeszcze nigdy nie odbieraam
porodu sama.
- Poradzisz sobie?
- Sprbuj, z twoj pomoc, ma si rozumie.
- W porzdku, ju biegn.
Kiedy wyszed, Sharon ustawia z krzese prowizoryczny parawan i przykrya go
zasonami.
Anna umiechna si przez zy.
- e te masz odwag tak si zwraca do samego dyrektora!
- S chwile, kiedy to kobiety decyduj o wszystkim - odpara Sharon. - No, jak si
czujesz?
- To trwa tak dugo... - jkna Anna.
Sharon otara krople potu z czoa rodzcej.
- Wrcz przeciwnie, wyglda na to, e pjdzie cakiem sprawnie.
A za sprawnie, dodaa w myli zaniepokojona Sharon. eby cho Margareth tu bya!
- Sharon, jeste taka mia. Nie rozumiem, jak mogaby kogo zabi - wyszeptaa
Anna.
- Nie mogabym nikogo zabi. Ale opowiedz mi lepiej o sobie. Czy w Anglii byo ci
ciko?

Anna pokiwaa gow, a jej wargi lekko zadray.


Sharon miaa nadziej, e w ten sposb odwrci uwag dziewczyny od blu
zwizanego z porodem. Historia Anny bya jedn z tysica opowieci o tej jedynej mioci, o
wynionym mczynie, ktry odszed, i rodzicach, ktrzy odwrcili si od zhabionej crki.
Po twarzy Anny spyway zy.
- Mwi, e nie uwierzy w moj mio, jeli mu nie ulegn. To mia by dowd mojej
mioci...
- No tak, to czsty sposb przekonywania dziewczt. I na og koczy si to podobnie.
Mam nadziej, e inaczej ycie uoy ci si z Andym.
- Bardzo go lubi - potwierdzia Anna.
Dziewczyna nie moga mwi dalej, gdy ble znowu si nasiliy.
Tymczasem wrci Gordon.
- Przyniosem ci nieprzemakalne przecierado. Chyba si nada?
- Tak, dzikuj ci.
Anna mamrotaa teraz co pod nosem.
- Sharon, nie zabijesz malestwa? Nie zrobisz tego, prawda?
Sharon zblada i spojrzaa na Gordona. Ten poklepa j uspokajajco po ramieniu i
odezwa si zdecydowanym gosem:
- Anno, co to za gupstwa przyszy ci do gowy? Sharon prbuje ci tylko pomc!
- A czy ja co mwiam? - spytaa dziewczyna pprzytomnie.
Sharon wyprosia Gordona i posaa go do kuchni, by rozpali ogie i zagrza wod.
W nadzwyczajnie krtkim czasie Sharon i Gordon przygotowali wszystko, co mogo
by potrzebne. Wreszcie nadszed decydujcy moment.
Sharon staraa si nie myle o niczym, tylko skoncentrowa na porodzie. Polecenia,
ktre wydawaa Gordonowi, brzmiay niczym pojedyncze wystrzay z karabinu:
- Wlej wod! Za gorca! Wygotuj noyczki!
Zza zasony syszaa tylko szybkie kroki Gordona.
Nagle przeszywajce krzyki rodzcej zupenie umilky, zapanowaa niezmcona cisza.
Gordon stan bez ruchu w oczekiwaniu na to, co jeszcze si wydarzy. Po chwili usysza
saby pacz noworodka.
W pokoju byy teraz cztery osoby.
Gordon odetchn z ulg.
- Masz synka, Anno - zakomunikowaa wzruszona Sharon. - Gordon, we chopca i
ostronie go wykp.

Gordon sta niepewnie z zakasanymi rkawami i przyglda si Sharon ze


zdumieniem.
- Ja?
Sharon zrobia nieznaczny gest gow w kierunku Anny. Gordon zrozumia, e ze
wzgldu na spokj matki jemu chciaa teraz powierzy malestwo.
Anna leaa z przymknitymi oczami i bya nadal bardzo blada. Martwio to Sharon,
ktra modlia si, by doktor Adams zjawi si jak najprdzej. Zmienia Annie pociel i
podesza do Gordona.
Gordon poradzi sobie cakiem niele z kpiel i malestwo leao teraz spokojnie,
starannie opatulone w rczniki.
- Widz, e wietnie ci poszo - pochwalia Sharon.
- Oj, nie jestem taki pewien. Cay czas wydawao mi si, e may tonie w moich
rkach. To taka kruszyna!
- Moesz ju odetchn. Ale bro Boe, eby zapali fajk.
Gordon usiad w fotelu i otar pot z czoa. Jego wzrok spocz na Sharon, wyraa
podziw i niedowierzanie. Sharon zmieszaa si i zacza nerwowo poprawia wosy.
- To by pewnie trudny pord?
- Nie, raczej nadspodziewanie szybki. Niekiedy pord trwa kilkadziesit godzin.
Gordon westchn:
- Dla mnie to byo przeraajce, krzyki, krew! Chyba nigdy si nie oeni.
- A to dlaczego? - zapytaa Sharon.
- Czego podobnego nie przeybym po raz drugi. Nie dopuszcz, by kobieta musiaa
tak dla mnie cierpie.
Sharon rzeka w zamyleniu:
- A gdyby tego pragna?
- To niemoliwe. Czy sdzisz, e Anna zdecydowaaby si przey co podobnego
jeszcze raz?
Sharon umiechna si.
- Dzi jej o to nie pytaj, ale za tydzie zobaczysz, co ci odpowie.
Gordon pokrci gow:
- To przechodzi wszelkie pojcie.
W korytarzu day si sysze czyje kroki, zaraz potem do pokoju wbiegli doktor
Adams i Margareth. William zwrci si do Sharon:
- Ale tu parwka! No, jak tam, Sharon, czy dzi wieczr kto przyjdzie na wiat?

Sharon umiechna si i wskazaa na st, gdzie lea niemowlak. William i


Margareth stanli jak wryci.
Doktor obejrza dokadnie dziecko, po czym wszed za kotar, by oceni stan matki.
- Czy miaa kopoty z udronieniem puc? - spytaa Margareth.
- Nawet nie jak na tak wczesny pord.
Gordon wraca mylami do trudnych chwil w trakcie porodu, ktre, jak mu si
zdawao, trway wieczno. Nabra szacunku dla Sharon, cay czas tak niezwykle
opanowanej. Dopiero teraz dostrzeg, e dziewczyna dry jak osika.
William wyszed zza kotary z umiechem na twarzy.
- Z matk wszystko w porzdku. Jest wycieczona, to zrozumiae, ale nic jej nie
bdzie. Sharon, spisaa si na medal!
- Nic dziwnego: z takim pomocnikiem? - rozemia si wesoo Gordon.
Sharon napotkaa jego wzrok. Kto by pomyla, e jest taki dowcipny? Szkoda tylko,
e tak rzadko artuje, pomylaa.
William pogaska Sharon po gowie.
- Jeste bardzo zmczona, zasuya na odpoczynek, przyjaciko.
- Sharon da sobie rad - odpar na to Gordon, - To kobieta ze stali.
Syszc te sowa William zdenerwowa si naprawd i podniesionym gosem
powiedzia:
- Nie, mj drogi, ona nie jest ze stali, jak ci si wydaje. To ty traktujesz j jak
urzdzenie. Zupenie nie rozumiem, jak ona jeszcze to wytrzymuje. Usuguje ci we
wszystkim!
- Ha, dobre sobie! Szkoda, e nie byo ci tu przed godzin, a zobaczyby, kto tu
komu usugiwa! Biegaem w t i z powrotem jak w ukropie. I nawet... nawet dobrze si
czuem w tej roli!
- Rzeczywicie, chciabym to zobaczy... - zamrucza zaskoczony William.
Kiedy ju wszyscy opucili pokj - mod mam wraz z niemowlakiem wyniesiono na
noszach - Gordon zmarszczy czoo w zadumie.
- O czym tak mylisz, Gordonie? - zapytaa Sharon.
Gordon ockn si z zamylenia.
- Siadaj, przynios ci herbaty.
Sharon zaskoczya ta niespodziewana uprzejmo. Dopiero teraz zdaa sobie spraw z
tego, jak bardzo jest wyczerpana. Opara gow o cian i obserwowaa krztajcego si
Gordona, z trudem unoszc cikie powieki.

Gordon postawi na stoliku kubki z gorcym napojem i usiad naprzeciwko


dziewczyny.
- Nie bdzie mnie tu William poucza. Sam zauwayem, e jeste zmczona. No, a
teraz pij!
Sharon podniosa kubek do ust. Gorca herbata szybko j rozgrzaa, tak e a policzki
jej porowiay.
- Dzikuj ci za herbat, i nie tylko. Bez twojej pomocy nie daabym sobie rady przy
porodzie.
Gordon wierci si na krzele, mile poechtany pochwa.
- Cakiem tu u ciebie przyjemnie - rzuci, rozgldajc si po pokoju
- Mgby mnie od czasu do czasu odwiedzi po pracy. Dotychczas nie miaam tu
goci - odpara zawstydzona. - Czuj si troch osamotniona. Moglibymy pogawdzi na
rne tematy, napi si herbaty.
Zamrucza co niewyranie pod nosem, nie wiedzc, jak zareagowa na t propozycj.
- No, na mnie ju czas - powiedzia i wsta niechtnie. Zatrzyma si jednak przy
drzwiach.
- Pamitasz, co ci radziem ostatnio? Jak tam, znalaza ju sobie kogo?
- Ja... ja mam nadziej, e mi si uda...
- Doskonale. Sama widzisz, e stajesz si tu coraz bardziej niezastpiona.
Kiedy wyszed, Sharon opada bez si na ko. Wydarzenia ostatnich godzin sprawiy,
e zapomniaa o czym ogromnie miym: Peter dzi j pocaowa!
Kto wie, moe uda jej si jednak pozosta na wyspie? I do tego u boku Petera!

Ale nastpnego dnia wszystkie jej nadzieje legy w gruzach.


Poranek nie zapowiada niczego zego, przeciwnie: Gordon by w niezym humorze,
gdy Andy poprosi go, by zosta ojcem chrzestnym jego synka. Gdy Gordon wyszed, w
biurze pozostali tylko Sharon i Peter, ktry, nie zwlekajc, wzi dziewczyn w ramiona i
pocaowa czule.
- Musz ju i, Sharon. O ktrej bdziesz dzi wolna?
- Myl, e jak zwykle okoo pitej.
- Dobrze, wic wybierzemy si na spacer. Mamy tyle spraw do omwienia, prawda,
kochanie?
Serce Sharon zabio ywiej.
- Bardzo chtnie.

- Och, Sharon, musisz dzisiaj si chyba zabarykadowa. - Peter przytuli dziewczyn


do siebie. - Wieczorem przypywa statek, jest wypata i mczyni pewnie pjd na piwo.
Wiedz, e mieszkasz tu sama, wic musisz bardzo uwaa.
- Statek? I znowu z kobietami na pokadzie?
- No tak. A potem zacznie si zabawa. Ale my tam chyba nie pjdziemy.
- Dla mnie spacer byby duo przyjemniejszy.
Sharon bya tego dnia inna: podekscytowana i umiechnita. Gordon obserwowa j
ukradkiem znad filianki kawy, Peter za porozumiewawczo puszcza do niej oko, ale si nie
odzywa.
Po poudniu grupy mczyzn pocigny na nabrzee. Peter take tam poszed, gdy
jak zwykle mia przywita nowo przybye kobiety. Sharon obserwowaa wszystko z okna
biura, wzdychajc od czasu do czasu.
Gordon take podszed do okna i stan obok Sharon.
- Znowu ten cyrk! Mam ju tego dosy. Ta maskarada zabiera zbyt duo czasu - rzek
sucho.
Mina dusza chwila, zanim kobiety zeszy na ld. Potem wszyscy powoli ruszyli w
kierunku osady.
Sharon z atwoci odrniaa wysok posta Petera wrd tumu.
- Teraz Peter z kim rozmawia - zauwaya.
- To jaka kobieta - doda Gordon. - Ale si rozgadaa!
Bya to moda, ywo gestykulujca osoba. Im mniejsza dzielia j i Petera odlego
od biura, tym wicej szczegw sylwetki dostrzegaa Sharon: ciemne, lnice wosy, wielkie,
niewinne oczy wpatrzone w Petera i jego z sekundy na sekund zmieniajc si w chmur
gradow twarz.
Sharon skulia si nagle, instynktownie odwrcia si do Gordona i przytulia do
niego.
Gordon przytrzyma j za ramiona i zmusi, by spojrzaa mu w oczy.
- Co si stao, Sharon?
Jej wzrok wyraa najgbsze przeraenie.
- O, Gordon, to niemoliwe!
- Co takiego?
- Ta dziewczyna koo Petera to... Linda Moore!

ROZDZIA X
- Idzie tu z ni. Nie rozumiem, po co? - powiedzia poirytowany.
Sharon wrcia na swoje miejsce za biurkiem. Myli jak szalone wiroway jej w
gowie. Miaa ochot uciec na koniec wiata, ale jednoczenie wiedziaa, e nadejdzie taki
dzie, kiedy bdzie musiaa stan oko w oko z Lind.
Peter wszed do biura, za nim kroczya Linda. Ubrana na czarno, skromnie, stana
porodku pokoju z min skrzywdzonej dziewczynki.
Dygna przed Gordonem i zacza:
- Dzie dobry. Nazywam si Linda Moore. Zwierzchnik pana by tak miy i pozwoli
mi tu przyj. Obieca take mi pomc. Bo, widzi pan, ja jestem taka wraliwa i nie mog
mieszka pod jednym dachem z ca t podejrzan hoot, wic moe mogabym zatrzyma
si tutaj albo przy szpitaliku? Chtnie pomog, gdy zajmowaam si pielgniarstwem...
Peter, troch zmieszany, mrugn porozumiewawczo do Gordona.
- Lindo, to nie ja jestem zwierzchnikiem pana Gordona Saint Johna, lecz on jest moim.
Niewinne oczy Lindy skieroway si ponownie na Gordona. Dziewczyna
przypatrywaa mu si badawczo, wyranie staraa si wyczu jego nastawienie.
- Och, najmocniej przepraszam! Czy zatem sdzi pan, e bdzie to moliwe?
Po raz pierwszy Sharon miaa si przekona, jak oschy w stosunku do innych kobiet
jest zwykle Gordon.
- Nie moemy robi wyjtkw tylko dlatego, e uwaasz si za wraliw. Jeli
przybya na t wysp, o wraliwoci musisz zapomnie. Poza tym czas, by przywitaa si z
twoj dawn znajom. To ona zajmuje jedyne w tej czci budynku pomieszczenie.
Gordon wskaza na Sharon.
Zdumiona Linda odwrcia si z wahaniem. Dopiero teraz dostrzega Sharon. Na
uamek sekundy z jej twarzy znikn udawany wyraz niewinnoci, brwi cigny si, a oczy
zapony nienawici. Ale ju w chwil potem umiechna si promiennie i wydaa z siebie
okrzyk radoci, obejmujc czule Sharon.
- Sharon, kochanie! Jak si ciesz z tego spotkania! Kryy pogoski, e nie yjesz, i
tak rozpaczaam po tobie...
- Co ci tu sprowadza? - zapytaa sucho Sharon, wyzwalajc si z nieoczekiwanych
obj.
Linda ponownie odwrcia si do obu panw, gwnie za do Gordona, ktry przecie

by tu najwaniejszy, i powiedziaa sodkim gosem:


- Sharon i ja byymy jak siostry. Rozdzielio nas bardzo przykre wydarzenie. Ale nie
chc o tym mwi. Tak si ciesz, e znw j widz, i nie nosz w sercu adnej urazy. Nigdy
zreszt tak nie byo.
Gordon, ktrego wysoka sylwetka dominowaa w pokoju, rzek oschle:
- My jednak nie moemy tak po prostu przej nad tym do porzdku dziennego.
Sharon przybya na wysp oskarona o morderstwo. Poniewa bya jedynie podejrzana, a nie
skazana, postanowilimy jej nie aresztowa. Okazaa si tu osob niezastpion, pen
serdecznoci i dobroci, mimo e mieszkacy nie okazali jej przychylnoci. Teraz wszystko
ulego zmianie. Jeste drug podejrzan w tej sprawie osob. Jedna z was jest winna i nie
pozwol, by przestpczyni unikna zasuonej kary. Czas, abymy wreszcie rozwizali t
ponur zagadk i doszli, ktra z was popenia ten straszny czyn.
- Ja nie mam najmniejszych wtpliwoci - odezwa si Peter chodno.
- Ale ja mam - odpar Gordon. - Znam tylko Sharon i musz mie czas, by si
przekona, ktra z was kamie.
- Jestem do pana dyspozycji, panie Saint John - umiechna si przymilnie Linda. Gdybym tylko moga si na co panu przyda, z pewnoci miaby pan mono pozna mnie
bliej. Prosz mnie pyta o wszystko.
- Pniej. Teraz nie mam na to czasu. Pamitajcie tylko, e nie chc tu adnych
awantur. Jedna z was odjedzie std za miesic, ale jeli bdziecie si le sprawowa, obie
odprawi z powrotem. I to pod stra!
Nakaza Lindzie powrt do baraku, co przyja bez szemrania, cho z min
skrzywdzonego niewinitka.
- Sharon! - zawoa wzburzony Peter. - Jak moga?!
- Jak mogam co? - zapytaa zdumiona.
Peter poblad ze zoci.
- Wodzi nas w taki sposb za nos! Nawet dziecko moe zawiadczy, e Linda jest
czysta! Taka niewinna buzia!
Sharon pochylia gow.
- Gdy si tu zjawiam, mwie mi, zdaje si, to samo?
- Bo byem gupi i zalepiony! - zawoa ze zoci. - Omamia wszystkich swoj
bezradnoci i urod. Ale z tym koniec! Teraz przejrzaem ci na wylot! Nie spoczn, dopki
nie wsadz ci za kratki! Nie bdziesz ju wicej rzucaa oszczerstw na Lind! Szkoda, ecie
tego nie syszeli! - gos Petera niemal ama si ze wspczucia. - A mi si serce krajao, gdy

opowiadaa o swoim nieszczliwym dziecistwie i modoci, o tym, jak nie miaa z czego
y. Nakoniono j do opuszczenia kraju, bo odmwia wyjcia na ulic. Biedna dziewczyna!
A ty, Sharon, zawsze dajesz sobie rad! Przyjrzyj si jej uwanie, Gordon! Ktra z nich
wyglda na dziewczyn lekkich obyczajw? Tylko Sharon. Te rude, wyzywajce wosy, te
miae zielone oczy i kuszca reszta! Pomyle, e to biedne dziecko, Linda... Nie, to
niesychane!
Poderwa si i wypad z pokoju, trzaskajc drzwiami. Sharon, kompletnie zdruzgotana,
opada ciko na krzeso.
- Gordon, wyjd std, wyjd, bardzo ci prosz! Nie chc, eby by wiadkiem mojej
klski.
Gordon stal chwil bez ruchu, po czym powiedzia sam do siebie:
- Dzisiaj wypata i pijastwo, w kopalni nowe przypadki kradziey. A jeszcze do tego
te babskie awantury. I wszystko na mojej gowie. Co za ycie!
Po tych sowach zamkn za sob drzwi.

Po kilku dniach Sharon zauwaya, e wikszo mieszkacw wyspy znw odnosi si


do niej nieprzychylnie. Bez wtpienia byo to zasug Lindy, ktra na domiar zego zapaaa
wielk sympati do Doris, szczeglnie wrogo usposobionej do Sharon. Peter take nie
zamieni z ni ani sowa. Przez pierwsze dni nie pojawia si w ogle na kawie, ale Gordon
przemwi mu do rozumu. Sharon zrozumiaa, e Peter spotyka si teraz z Lind, a to bardziej
j ranio, ni gdyby zwyczajnie j rzuci dla jakiejkolwiek innej dziewczyny. Sharon moga
teraz policzy swoich przyjaci na palcach jednej rki: Andy, Anna, Margareth, pastor, no i
doktor Adams. Gordona nie braa pod uwag, bo ocenia Sharon wycznie po wynikach jej
pracy. Nie odnosi si do niej ani przyjanie, ani te wrogo; by po prostu taki jak zwykle.
Po czterech dniach od przybycia Lindy do Sharon zapukaa Margareth. W oczach
miaa zy.
- Margareth, co si stao? - zawoaa Sharon, podsuwajc przyjacice krzeso.
Margareth westchna ciko i odpowiedziaa drcym gosem:
- Straciam prac przy chorych. I do tego jestem ju wpisana na list powracajcych.
- Jak to, stracia prac? Przecie wszyscy ci dotychczas chwalili? Czy zrobia co
nie tak?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Ale Peter chcia widzie tam kogo innego, William za
si nie sprzeciwia. Ona jest duo modsza i adniejsza.
Sharon zrobia wielkie oczy.

- Linda?
Margareth przytakna.
- Ma lepsze przygotowanie, wic pewnie dlatego. Tylko e...
Sharon z trudem powstrzymaa si, by nie powiedzie czego brzydkiego.
- W tej sytuacji nic nie moemy zrobi. Z. Lind trudno wygra. Ale sprbuj
porozmawia z Gordonem. Jest niewtpliwie sprawiedliwy.
- Nie, Sharon, nie rb tego. Nie znios, jeli przyjm mnie z powrotem z litoci, a tak
naprawd woleliby widzie tam Lind.
- Jak chcesz. Ale mwia te o jakiej licie?
- Jeszcze jej nie zauwaya? Zawsze wywieszana jest przed wietlic na jaki czas
przed odprawieniem statku. Widniej tam nazwiska wszystkich kobiet, ktre zostan wysane
z powrotem do Anglii. Chodzi oczywicie o kobiety niezamne.
- To potworne. Przypuszczam zatem, e i moje nazwisko tam si znajduje?
Margareth pokiwaa twierdzco gow.
- Zatem Linda triumfuje. Zwaszcza po tym, jak odebraa mi Petera. Margareth,
powiedz mi, czy chciaaby tu zosta?
- O niczym innym nie marz. Jak dotd bardzo si tu dobrze czuam. Ale od kiedy
zjawia si Linda, wszystko si zmienio. Atmosfera staa si nie do zniesienia. Nieza z niej
intrygantka, a do tego potrafi si doskonale maskowa.
- To wanie jej sposb na ycie. Kady si na to nabiera.
- Ale ja teraz ju wiem, jak ona pracuje, jak odnosi si do innych! Nie mam ju
adnych wtpliwoci co do tego, e jeste niewinna! Ty pewnie te nie masz ochoty wraca?
- A jak mylisz? Tam czeka mnie tylko mier. Poza tym przekonanie, e tu naprawd
do czego si przydaj. To cudowne uczucie. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, e Linda nie
jest w stanie odebra mi pracy w biurze. Stale co knuje, ale tylko na to j sta. Nie nadaje si
do prowadzenia rachunkw. Boj si, co jeszcze moe wymyli...

Nazajutrz bya niedziela, wic Sharon wybraa si do kocioa. W awkach po jednej


stronie zasiedli mczyni, po drugiej kobiety, jak byo w zwyczaju. Sharon zorientowaa si,
e znowu toczy si kolejna kampania przeciw niej: wrogie szepty, niemie zaczepki. Tym
razem nikt nie chcia koo niej usi. Na nieszczcie Margareth miaa ostatni dyur, Anna
bya jeszcze zbyt saba, by wychodzi na dwr. Tego dnia w kociele Sharon nie spotkaa
adnej przyjaznej duszy.
Czua, e wiele osb j obserwuje. Wiedziaa, e wrd nich jest Peter. Kiedy

napotkaa jego wzrok, a zadraa pod lodowatym, oskarycielskim spojrzeniem. Inne wiele
si nie rniy. Wszyscy traktowali j jak zadumion.
William by chyba jedynym czowiekiem, ktry nadal podziwia Sharon. Ale i w jego
spojrzeniu dziewczyna dostrzega wahanie i niedowierzanie. Poza tym William ceni raczej
jej urod. Widocznie mia sabo do adnych kobiet, skoro pozby si Margareth i zatrudni
Lind, mylaa z alem Sharon.
Napotkaa te wzrok Gordona, ktry pojawia si w kociele bardziej dla witego
spokoju ni z potrzeby serca. Przyglda jej si uwanie i dugo, po czym skierowa wzrok na
Lind. Obserwowa zachowanie obu dziewczt. Chodno i bez emocji.
Ciekawe, co te on sobie myli? zastanawiaa si Sharon. Pocieszaa j wiadomo,
e Gordon zawsze by wyjtkowo sprawiedliwy w swoich ocenach. Nie daje si zwie
zewntrznemu urokowi, niewinnej buzi czy zdolnociom. Moe popeni bd, ale wydajc
wyrok zrobi wszystko, by by jak najbardziej obiektywny. Nie tak jak Peter, ktrego atwo
omami.
Gdy po naboestwie wszyscy wierni opucili koci, Sharon podesza do kapana.
- Sharon, moje dziecko. Sysz, e znowu popada w nieask. Wczoraj bya tu ta
Linda Moore. Musz przyzna, e mia z niej dziewczyna. Bya u komunii i modlia si za
ciebie.
A wic a tak daleko si posuna! Sharon poczua, e wszystko si w niej burzy z
nienawici. Zatem wszyscy przeszli ju na stron Lindy, nawet pastor...
- C, nie chciaabym podejmowa tego tematu. Chodzi o Margareth. Musi wraca do
Anglii najbliszym kursem.
Duchowny Warden zdumia si niezmiernie.
- Jak to? Przecie Margareth zajmuje si chorymi?
- Nawet gdyby zatrzymaa prac, nic by to nie pomogo. Jej nazwisko wpisano ju na
list, a to oznacza wyjazd. adna z nas nie moe pozosta tu na duej, jeli nie znajdzie
towarzysza ycia. A co do chorych, to wanie opiek nad nimi przeja Linda.
Warden by tak poruszony, e a przystan.
- Ale dlaczego? Przecie nie byo lepszej pielgniarki od Margareth.
- Linda zdobdzie wszystko, co chce - odpara Sharon nie zwaajc na to, e jej gos
brzmia gorzko i wrogo.
- Margareth nie moe std wyjecha! Mylaem, e... miaem nadziej, e my...
- e si pobierzecie? Ona te miaa tak nadziej, cho nigdy nie odwayaby si o
tym wspomnie. Niech pastor poprosi j o rk, ona na to czeka,

- Ale tak nie mona! Znamy si niecae trzy miesice! Musz mie wicej czasu...
Sharon zebraa si w sobie i rzeka:
- Pastorze, prosz pomyle chwil: kadego dnia bogosawi pastor parom, ktre
znaj si jeszcze krcej! Czy wtedy nie ma pastor wyrzutw sumienia, czy wtedy mona?
Dlaczego pastor tak postpuje, jakby by lepszy od innych? Gdzie pastora skromno?
Warden zamruga nerwowo.
- Sharon, co ty mwisz? Ja... A moe ty rzeczywicie masz racj? Nie raz mwiem,
e to nie powinno odbywa si w ten sposb. Bogosawiem parom, o ktrych wiedziaem, e
nie bd razem szczliwe. I przymykaem na to oko. Tylko dlatego, e nie chcielimy
zgodzi si na rozwizo. Ale z Margareth bybym chyba szczliwy...
- I ja tak myl - dodaa ciepo Sharon i w tej chwili ju nie pamitaa o nienawici,
jak ywia do Lindy. - Tylko e trzeba si popieszy. Niech ona nie cierpi duej.
Warden wsta i wyprostowa si. W jego oczach pojawi si nowy blask.
- A kto nam udzieli lubu?
- Moe Gordon? To on zarzdza ca wysp.
- O, nie. Gordon si nie nadaje.
- Przecie uczszcza na niedzieln msz?
- Owszem, ale bez przekonania. Gordon nie ma do wiary.
- To moe kapitan statku?
- Kapitan, owszem. Zatem, Sharon, czy moesz by moim wiadkiem?
Sharon nie spodziewaa si takiej propozycji i szczerze si wzruszya.
- Bardzo chtnie. Dzikuj za zaufanie. Ale potrzebujemy jeszcze jednego wiadka.
- Peter?
- Nie - odpara Sharon bez wahania. - Wol ju niewraliwego Gordona.
- Niech ci bdzie. Dzikuj, Sharon. Tym samym zrobia jeszcze jeden dobry
uczynek dla twoich bliskich.

Uczuciowy chaos sprawi, e Sharon cakiem zapomniaa o zamku i wicych si z


nim tajemnicach. Przedtem mylaa o nim w kadej wolnej chwili. Gdy wychodzia na spacer
i kierowaa wzrok w t stron, draa na widok masywnych, ponurych ruin.
W dniu, w ktrym Margareth po lubie z pastorem Wardenem, radosna i szczliwa,
przeprowadzia si do niego, Sharon udaa si przed snem na krtki spacer. Nikt na szczcie
nie dowiedzia si o rozmowie, jak kilka dni wczeniej przeprowadzia na osobnoci z
duchownym. I pastor Warden, i Sharon byli zdania, e nie naley o niej nikomu wspomina.

Nieoczekiwanie wiatr przybra na sile, wprawiajc w drenie okienne ramy i


drewniane framugi. Mimo to powietrze byo bardzo przejrzyste.
Sharon wracaa pamici do poprzedniej niespokojnej nocy, kiedy to rwnie silne
podmuchy wiatru wywoyway na strychu skrzypienie i inne niemie szmery. Sharon leaa
czujnie, nasuchujc, czy to tylko wiatr, czy moe kto obcy skrada si na grze. Nigdy nie
lubia tego duego pomieszczenia nad swoim pokojem, ale nie miaa odwagi wsta i
sprawdzi, co te ono kryje.
Rozejrzaa si dookoa. Wyranie nadchodzia jesie, bo zmrok zapada ju duo
wczeniej, a drzewa powoli traciy licie.
Zatrzymaa si na niewielkim wzgrzu, skd roztacza si widok na nowo wznoszone
zabudowania. Tu chciaaby mie wasny dom. Tylko co jej po marzeniach, ktre i tak nigdy
si nie speni? Niedugo bdzie musiaa wraca do Anglii, Peter ju jest nie dla niej, wybra
inn.
Zamylona odwrcia si, by wraca, i zamara, a serce podskoczyo jej do garda.
Wprawdzie z oddali, lecz bardzo wyranie rysowaa si sylwetka zamkowej wiey.
Wygldaa teraz niczym zowrbny cie padajcy na wysp. Ale w tej chwili co wyranie
owietlao j od wewntrz delikatnym, zielonkawym wiatem. wiato yo, unoszc si i
opadajc na przemian, potem znikao na moment i zaraz znowu si zapalao. Przypominao
zorz polarn, ale wydawao si bardziej mistyczne i zowieszcze.

ROZDZIA XI
Sharon staa jak zahipnotyzowana. Nie bya w stanie ruszy si z miejsca, krzycze,
ucieka, wzywa pomocy.
Zaraz potem ujrzaa jak posta zmierzajc dokadnie w jej kierunku. W pierwszej
chwili pomylaa, e to sam diabe, ale nagle posta odezwaa si znajomym gosem. By to
Gordon.
- Ach, wic i ty zauwaya migajce wiateko na zamku?
- Tak. Co to takiego?
- Nie widziaa go wczeniej? Ruiny rozwietlaj si czasem, ale nie umiemy tego
wyjani.
- Co za przeraajcy blask, Gordonie...
Sharon zapragna nagle wzi Gordona za rk, jak dziecko, ktre przytula si do
dorosego, gdy si czego przestraszy. Ale on na pewno by j wymia.
- Nie raz ju chciaem to zbada - powiedzia spokojnie Gordon.
Sharon, pokonujc strach, zaproponowaa:
- Wic zrbmy to teraz!
Gordon przyjrza si jej uwanie.
- Teraz? A nie boisz si?
- Boj si - przyznaa cicho. - Ale jeli ty pjdziesz, pjd z tob.
Na te sowa Gordon rozemia si szczerze.
- Oj, Sharon, Sharon! Chyba zawsze pozostaniesz dla mnie zagadk! Zapada ju
zmrok, wic nie ma sensu tam i. Powinnimy zbada i zamek, i miejsce w lesie, w ktrym
spotkaa t dziwn posta. Ale to naleaoby zrobi za dnia, a wtedy ja nigdy nie mam czasu.
- Czy nie sdzisz, e jest to na tyle wane, e warto byoby powici temu zjawisku
kilka godzin?
- Owszem, ale... Nie wiem, a moe wyrwabym si jako jutro z rana?
- No wanie. Ja te chtnie bym posza.
- Chtnie? Do zamku? Zabawne. No, wracajmy.
Sharon podya za Gordonem, szczliwa, e kto jej towarzyszy. Przypomniaa
sobie, co mwi jej pastor Warden w dniu swojego lubu: Wiesz, Sharon, uwaam, e
Gordon od pewnego czasu bardzo si zmieni i zagodnia. Wszyscy jestemy zdania, e to
twoja zasuga. Nie myl oczywicie, e on ywi dla ciebie jakie szczeglne uczucia, to

sprzeczne z jego natur. Ale nie ulega wtpliwoci, e oglna atmosfera staa si duo
przyjemniejsza.
Sharon zerkaa ukradkiem na ogorza, wyrazist twarz Gordona. Jej wprawdzie
Gordon wci wydawa si wymagajcy i chodny, ale jednak zdoaa zauway, e nie jest
ju taki wybuchowy i agresywny. Moe nadejdzie kiedy dzie, gdy zostan naprawd
dobrymi i serdecznymi przyjacimi?
- Aha, prawda, jutro rano nie mog. Chciaam prosi ci o kilka godzin wolnego.
- Po co?
- Jutro - zacza uradowana - mam zoy pierwsz wizyt Margareth w jej nowym
domu. Nikt przedtem nie zaprasza mnie do siebie na herbat.
- W czasie pracy?
- Noo, nie. Jeli nie mona, w takim razie pjd innym razem - powiedziaa z alem
Sharon.
Gordon milcza dusz chwil.
- Czujesz si tu bardzo osamotniona? - zapyta w kocu.
- Nie, skde! Da si jako z tym y - odpara wymijajco.
- Nie jestem tego pewien. Pamitam, co dziao si wczoraj w kociele.
Wspomnienie byo tak przykre, e Sharon musiaa przyzna:
- Rzeczywicie. Wczoraj byo mi okropnie smutno. Wydawao mi si, e duej tego
nie znios.
- Bzdury! Trzeba si na to uodporni.
Kiedy nie odpowiadaa, doda:
- Myl, e jako poradzimy sobie bez ciebie tych kilka godzin.
- Och, Gordon, dzikuj!
Zamia si.
- Cieszysz si tak, jakby dostaa gwiazdk z nieba!
Mijali teraz w milczeniu baraki. No tak, z tej przyjani chyba nic nie bdzie,
pomylaa Sharon. On wcale nie ma na to ochoty. Ale c mi szkodzi z nim porozmawia?
- Wiesz, Gordonie, nie mog zrozumie, w jaki sposb dokonywane s te kradziee w
kopalni?
No tak, teraz okae zainteresowanie, pomylaa nieco rozbawiona Sharon.
- I ja tego nie odkryem. Problem przedstawia si tak: kady z grnikw po
zakoczeniu swojej szychty way dokadnie t ilo rudy, ktr sam wydoby, i wpisuje do
ksigi. Przy wadze kontroluj wszystko dwaj mczyni. Pod koniec dnia cae dzienne

wydobycie transportowane jest na gr i skadane w magazynie na terenie kopalni. Jedna


osoba nie zdoaaby otworzy magazynu, gdy uywamy trzech rnych kluczy. Jeden z nich
mam ja. Magazyn jest dodatkowo strzeony dzie i noc. Kiedy przypywa statek, cay zapas
przewoony jest na nabrzee i ponownie waony.
- I tu ilo si nie zgadza.
- Tak. Tu brakuje rudy.
- Czy s to due rnice?
- Wiele ton! Zupenie tego nie pojmuj.
- A czy robotnicy nie wynosz czasem po trochu w kieszeniach?
- Nie, bo po wyjciu z windy take s kontrolowani.
- A jakie maj przeznaczenie te stare magazyny przy porcie?
Oczy Gordona zabysy w ciemnoci.
- Kiedy przechowywano w nich chalkopiryt. Ale od czasu, gdy zdarzaj si przypadki
kradziey, ju z nich nie korzystamy.
- Zagldae tam ostatnio?
- Oczywicie. W wikszoci s puste. Jeden z nich wykorzystuje sklepikarz na swj
magazyn. Przeszukalimy chyba wszystkie moliwe miejsca. Bez rezultatu. Nie ma
moliwoci, eby ta ruda opucia wysp, a tu jej nigdzie nie ma!
- Moe kto si pomyli przy waeniu?
- Tyle razy? Nie, to zupenie niemoliwe.
Przez chwil szli bez sowa, a potem Gordon spyta:
- Wracajc do twojej osoby, kiedy masz zamiar wyj za m? Widziaem na licie
twoje nazwisko.
- Niestety, nic z tego nie bdzie - odpowiedziaa Sharon ledwo syszalnym szeptem.
Gordon przyglda si jej badawczo.
- Czy to Peter? - zapyta.
Sharon pokiwaa gow.
- Moe to i dobrze - rzek spokojnie. - On jest zbyt lekkomylny, by si tob
zaopiekowa. Poza tym wydaje mi si, e niepowanie podchodzi do tych mioci. Podnieca
go chyba samo tylko zdobywanie kobiet.
Gordon pewnie nie zdawa sobie sprawy z tego, jak bardzo te sowa dotkny Sharon.
Zawsze by i pozostanie nietaktowny.
- Czy przyjanilicie si, zanim przybylicie tu, na wysp?
- Peter pojawi si tu dugo przede mn. Waciwie nigdy nie bylimy przyjacimi, co

najwyej kolegami po fachu. Ja nie marnuj czasu na znajomoci i przyjanie. Ludzie si


zmieniaj, najpierw s tacy, potem ju ich nie poznajesz. Przyja to niepotrzebne uczucie.
Sharon zamylia si,
- Tobie zawsze zaleao na osigniciu wytyczonego celu, prawda, Gordonie?
Najpierw przezwyciye gorzkie wspomnienia z dziecistwa. Potem pochona ci
kopalnia i zostae jej zarzdc. Teraz chcesz znale zodzieja rudy. Czy nie korci ci, by
odkry tajemnic zamku?
- Tak, tylko nie wszystko naraz.
- A jeli te dwie sprawy maj ze sob cisy zwizek?
- Jak sobie to wyobraasz?
- Przecie przeszukalicie ca wysp. Jedynym nie zbadanym przez was miejscem
jest zamek. Moe tam ukryto brakujcy zapas chalkopirytu?
Sharon zauwaya, e Gordon si umiechn.
- Te si nad tym zastanawiaem. Ale nie ma sposobu, by niepostrzeenie
przetransportowa tony rudy z terenu kopalni do zamku. W jaki sposb zodzieje pokonaliby
choby same schody, nie mwic ju o tej diabelskiej postaci, ktra broni dostpu do ruin?
Poza tym ruda nie moe lee tu ca wieczno, musz j kiedy wywie.
- No tak, to prawda - przyznaa Sharon. - Gordon, czy mog ci o co prosi, skoro ju
jestemy na miejscu?
- O co takiego?
Wyjania, e chodzi o nocne haasy na strychu.
W budynku biura od razu poszli na pitro. Sharon nigdy przedtem tu nie bya. Gordon
zapali lamp i poda j Sharon. Pomieszczenie sprawiao ponure wraenie. Gordon sprawdzi
dokadnie wszystkie futryny i po chwili stwierdzi:
- Wszystko jasne! Musia tu dosta si wamywacz. To okno jest naruszone.
Gordon dokadnie zamkn okno, a potem spyta Sharon:
- Bya kiedy w magazynie mineraw?
- Nie, nigdy.
Gdy Gordon otwiera kolejne drzwi, Sharon przytrzymywaa lamp. Znaleli si teraz
w niewielkim pomieszczeniu, w ktrym stay szafy z pkami. Na plkach leay przernej
wielkoci i rodzaju kamienie, byy uporzdkowane i ponumerowane.
- Jak tu piknie! - zawoaa zachwycona Sharon.
- To s prbki mineraw - wyjani i zacz po kolei wskazywa: - Piryt, bizmutyn,
malachit, azuryt, chalkozyn, granat. A spjrz na ten!

Wzi do rki mienicy si w promieniach lampy okaz.


- To

bardzo

rzadki

egzemplarz

chalkopirytu,

minerau,

ktry codziennie

wydobywamy.
Pooy go na doni Sharon, a dziewczyna zacza mu si uwanie przyglda.
Na podstawce wykutej ze zwykego kwarcu umocowany by nieregularny,
mosinoty odamek chalkopirytu o zachwycajcym, diamentowym poysku. Nieregularne
przeamy minerau zdobia sie cieniutkich rys krysztau grskiego, mienicych si w sabym
wietle lampy naftowej.
- Przeliczny! - wyszeptaa Sharon. - Nigdy nie widziaam czego rwnie piknego!
Chciaa zwrci Gordonowi minera, ale go nie przyj.
- Zatrzymaj to. Nie wiem, co bdzie z tob dalej, jak potoczy si caa ta przykra
sprawa z morderstwem. To, co zrobia dla nas, jak bardzo pomoga mi w pracy, jest
nieocenione. Niech bdzie to podzikowanie za twj trud od mczyzny, ktry nie potrafi
wyraa uczu sowami.
Jego do bya ciepa i przyjemna.
- Dzikuj - powiedziaa wzruszona Sharon, spogldajc Gordonowi prosto w oczy. Potrafi doceni warto takiego prezentu, bez wzgldu na to, ile kosztuje.
- Nie kosztuje wiele - umiechn si i cofn rk. - Ale to najpikniejszy okaz, jaki
kiedykolwiek znalazem.
Po czym odwrci si szybko i poszed w kierunku drzwi.
- Mam nadziej, e dzi bdziesz spaa spokojnie. Wszystkie okna posprawdzaem i
zabezpieczyem. Nie myl o zamku, jego magiczna moc tutaj nie siga.
Sharon nie byo do miechu. Sowa Gordona miay wprawdzie j uspokoi, ale
brzmiay ponuro. Poegnali si i Sharon wrcia do siebie pena trosk.

Sharon przygotowaa si starannie do wizyty u Margareth. Mozolnie upinaa dugie


wosy w skomplikowany, stylowy kok. Suknia przesza gruntown reperacj i prasowanie,
gdy zniszczya si bardzo w czasie ostatniej wyprawy do lasu. Sharon uszya sobie take
malek torebk z tego samego materiau, co sukienka, i woya do niej skromny prezencik
dla Margareth.
Zanim wysza, zajrzaa jeszcze do biura. Sama przed sob musiaa przyzna, e
chciaa spotka tam Petera. Niestety, w biurze siedzia jedynie Gordon. Bya troch
zawiedziona, ale zagadna:
- Czy wygldam dostatecznie elegancko, by uda si z wizyt na plebani?

Gordon podnis gow znad stou i zmarszczy czoo.


- Sdziem, e oszczdzisz mi tego typu pyta.
Skulia si zawstydzona.
- Wybacz, ale naprawd nie mam si kogo poradzi. Bd mija wiele domw, a
kobiety przesiaduj w oknach i oceniaj krytycznie kadego przechodzcego.
Rzeczywicie, Sharon bya teraz jeszcze bardziej samotna, Williama natomiast unikaa
jak ognia. Andy oeni si z Ann, Margareth miaa swojego pastora, Peter przyjani si z
Lind. Jej pozosta tylko Gordon, ale c to za pociecha? Powcigliwy, surowy i
pozbawiony wraliwoci dyrektor kopalni nie by tym, kogo Sharon potrzebowaaby w
trudnych chwilach.
Podnis si z krzesa i rzek:
- No dobrze, poka si.
Sharon okrcia si wolniutko. Twarz Gordona wydawaa si zupenie pozbawiona
wyrazu, mimo e suknia Sharon adnie podkrelaa jej smuk sylwetk.
- Czy wida po niej, e bya podarta? - zapytaa ze strachem.
- Nie, nie wida.
Przyglda si dalej jej drobnej postaci, licznemu profilowi, piknie upitym wosom.
- A co sdzisz o mojej fryzurze?
- Chyba w porzdku, chocia wol, jak wosy nosisz rozpuszczone. Ale moe by.
- Dzikuj ci. Teraz mog ju i z wizyt. Niedugo wrc.
Sharon nie spodziewaa si nawet, jak szybko bdzie z powrotem w domu. A Gordon
wkrtce musia zapomnie, e tego dnia spieszy si do kopami.

Linda Moore sobie tylko znanymi sposobami dowiedziaa si wczeniej, e Sharon


wybiera si z wizyt na plebani. Orientowaa si te, kiedy dziewczyna bdzie mija baraki,
gdzie zazwyczaj gromadziy si kobiety. Linda siedziaa tam teraz w towarzystwie Doris i
kilkunastu jej koleanek. Wprawdzie owina sobie Petera wok maego palca, ale to bya
zaledwie poowa sukcesu. Nie moga znie myli, e Gordon tak bardzo ceni dowiadczenie i
pracowito Sharon. Czas zrobi z tym porzdek! Zniszczy Sharon - to by jej gwny cel.
Linda pocieszaa si, e nazwisko Sharon wci widnieje na licie. Mimo to obawiaa si, e
Gordon w jaki sposb uzyska zgod na pozostanie swej pracownicy na wyspie. Wci take
musiaa podsyca nienawi otoczenia do Sharon, przypominajc o popenionym przez ni
morderstwie i niemoralnym prowadzeniu si.
W Anglii Linda nie bya ju tak bezpieczna jak dawniej. Wprawdzie okolicznoci

zbrodni zostay wyjanione, a Sharon uznano za zmar, jednak styl ycia, jaki prowadzia
Linda, mg w przyszoci wzbudzi podejrzenia policji. Wtedy z pewnoci powrciaby
sprawa zabjstwa.
Dlatego zbrodniarka zdecydowaa si uciec na wysp. Skradzione pienidze
rozpyny si w okamgnieniu i teraz trzeba byo szuka nowych rde dochodu. Spotkanie z
Sharon i wiadomo, jak pozycj osigna, zatruy Lindzie ycie. Niebezpieczny by take
Gordon Saint John, on potrafi myle i ocenia logicznie. Peter niczym nie rni si od
innych mczyzn, bez wysiku zawrcia mu w gowie. Gdyby tylko Linda moga udowodni
Gordonowi, e ona sama jest zdolniejsza ni Sharon... Ale na to nie miaa wielkiej nadziei.
Dlatego musiaa sign do innej broni.
Siedziaa teraz w jesiennym socu, gawdzc z kobietami o tym i owym. Sprytnie
skierowaa rozmow na Sharon.
- Ta to ma szczcie - powiedziaa na pozr obojtnie. - Na wyspie nie ma adnej
policji, a Saint Johna nie obchodzi praworzdno. Gwide na to, e wrd nas znajduje si
morderczyni. Ona cigle mnie przeladuje i chce skrzywdzi. Nie wiem doprawdy, jak dugo
to wytrzymam.
Kobiety wyraziy swoje wspczucie.
- Kiedy ludzie sami wymierzali sprawiedliwo, nie czekajc na wyroki. Takie
zbrodniarki po prostu kamienowano - mwia jakby do siebie Linda. - Wystarczyo zebra si
tam, gdzie taka moga przechodzi, okry i...
Linda z premedytacj zawiesia gos akurat w tym momencie. Suchajce jej kobiety
byy z natury proste i bez trudu mona byo im zasugerowa sposb postpowania. Spojrzaa
dyskretnie na drog; Sharon wanie si zbliaa. Poza tym na drodze byo pusto. A zatem
teraz albo nigdy!
- Tyle mi zawdzicza - podja znowu Linda, tym razem ze zami w oczach. - I tak mi
za wszystko dzikuje! To zwyczajna czarownica!
- To prawda! - krzykna podniecona Doris. - Zasuguje na mier! Zawsze to
mwiam!
Linda kontynuowaa rozpoczt myl:
- Wyjdziemy za m, urodzimy dzieci, ale jak uchronimy je przed t besti? A Saint
John z pewnoci zechce j zatrzyma. Cigle powtarza, e staa si niezastpiona.
- Przecie nie moe zosta duej ni trzy miesice! - zauwaya jedna z kobiet.
- Ha! Czy uwaasz, e ona nie potrafi przekabaci tego czy innego nieszcznika? spytaa Doris. - Choby mj Tom: zawsze staje w jej obronie!

Linda kua elazo pki gorce:


- Nawet widziaam, jak wczoraj flirtowali.
- Co? - wykrzykna na dobre rozwcieczona Doris. - Tego ju za wiele! Ruszajcie si,
teraz nasza kolej!
- Nie, Doris, jeszcze was kto zobaczy! - Linda udaa przeraenie.
- artujesz. Tu, o tej porze? Chodcie, czas, ebymy wreszcie zrobiy co dla Lindy,
dla nas i naszych dzieci!
wietnie, mylaa uradowana Linda. Ja nie zamierzam si wtrca, niech inne pniej
odpowiadaj za to, co si stanie. Ja nie mam z tym nic wsplnego!
Niektre kobiety wahay si, ale to tylko wzmagao nienawi innych i wkrtce ju
wszystkie stay gotowe do zaczepki.
- Oszalaycie! - Linda nadal doskonale odgrywaa swoj rol, udajc zatrwoon. Wystarczy j troch nastraszy. Niech std wyjedzie!
- Pewnie, tylko troch j nastraszymy!

Sharon ujrzaa kobiety z daleka. Od razu wyczua, e co si wici. Zatrzymaa si na


moment, po czym ruszya z sercem w gardle. Zauwaya, jak Linda zaczyna si
niepostrzeenie wycofywa.
- Stj! - krzykna gronie Doris do Sharon. - Dla kogo si tym razem wystroia?
- Id z wizyt do Margareth - dziewczyna z trudem opanowaa drenie gosu.
- Ach, tak, ju sobie ostrzysz pazury na pastora? Co za bezczelno!
Kobiety powoli zaczy zacienia krg wok Sharon.
- Mam ci powiedzie, jak traktowano kiedy takie achudry jak ty? Chcesz si
przekona, co mylimy o morderczyni, ktra oskara nasz przyjacik? Poczekaj no, a zaraz
zobaczysz!
Doris schylia si i podniosa z ziemi niewielki kamie. Zanim Sharon zrozumiaa, na
co si zanosi, zawiszczao jej koo ucha. W nastpnej sekundzie inny kamie trafi Sharon w
plecy. Odwrcia si i wtedy poczua palcy bl nad uchem.
- Na pomoc! Co robicie? - krzyczaa przeraona.
Prbowaa ucieka, ale piercie wok niej jeszcze bardziej si zacieni.
Linda staa kilkadziesit metrw dalej, za drzewami, i obserwowaa cae zajcie z
jadowitym umieszkiem na ustach. Widziaa dobrze, e kobiety s coraz bardziej
rozwcieczone i grone. Sharon opada na kolana...
Nagle Linda zmartwiaa.

Od strony zabudowa kto si zblia! By to sam Gordon Saint John. Jakim sposobem
znalaz si tu o tej porze? Od dawna powinien by w kopalni!
Linda zagryza zby. Co robi? Bya tak blisko osignicia celu...
Nagle pucia si pdem w jego kierunku i pada mu prosto w ramiona.
- Rzucaj w ni kamieniami! - krzykna z udawan rozpacz. - Zabij j, zabij! Nie
chc, eby jej si co stao!
Gordon wyrwa si Lindzie.
- O czym ty mwisz? Co? W kogo rzucaj? Mj Boe, to moe by tylko Sharon!
- Biegam co si, eby pana sprowadzi! - mwia zdyszana. - Chciaam je zatrzyma,
ale...
Mwia na darmo. Po Gordonie ju nie byo ladu.

Sharon staraa si zakry gow, potem, zszokowana, powoli osuna si na kolana.


Kamienie wiszczay jej nad gow i uderzay bolenie. Czua, e midzy palcami spywa jej
po twarzy krew. Zacza si modli, z minuty na minut saba coraz bardziej.
Stracia ju ca nadziej, gdy nagle napastniczki si rozproszyy. Sharon usyszaa jak
przez mg gos, ktry wyda si jej znajomy, ale nie bya pewna, do kogo naley. Mwicy
by nieopisanie wzburzony.
Zapada grobowa cisza. Dopiero po duszej chwili ktra z kobiet odezwaa si
niepewnie:
- Chciaymy j tylko nastraszy...
- Nastraszy?! - wrzasn z wciekoci Gordon.
- Ona jest morderczyni! - dodaa Doris.
- A kime wy jestecie? Macie si teraz za co lepszego? Przyjrzyj si dobrze temu
kamieniowi, ktry trzymasz w doni! Co by si stao, gdyby trafi celu?
Doris upucia kamie na ziemi, tak jakby nagle j sparzy.
- Zasuguje na to - odpara inna. - Nie jestemy bezpieczne, dopki ona tu przebywa.
Gordon przyklkn koo Sharon i delikatnie j podnis.
- Co ona wam takiego zrobia? Czy bya dla was cho raz niemia?
Znowu przez moment panowaa cisza, w kocu odpowiedziaa Doris:
- Zrzucia ca win na Bogu ducha winn Lind.
- O tym, kto jest czemu winien, nie wy bdziecie decydowa - odpar ostro Gordon i
podnis rann z ziemi. - Bdcie pewne jednego: za to, co zrobiycie, zostaniecie surowo
ukarane.

Teraz ju adna z kobiet nie miaa si odezwa.


Gordon ponis Sharon w kierunku szpitalika. Po kilku minutach dziewczyna zacza
dochodzi do siebie. Zarzucia Gordonowi rce na szyj, wtulia si w niego i gorzko
zapakaa. W pewnym momencie szepna przez zy:
- Moja torebka, zgubiam torebk...
- Nie martw si, znajdziemy j potem - uspokaja Gordon.
Patrzy na posklejane i zakrwawione wosy, ktre Sharon jeszcze niedawno tak
starannie upinaa, na popuchnite wargi i zniszczon sukienk, ktr mozolnie zszywaa i
prasowaa. Po raz pierwszy w yciu poczu, e jest kompletnie bezradny. Gdyby mg,
ukrciby zaraz gowy wszystkim kobietom, ktre tak j skrzywdziy.
- Tak dalej by nie moe - powiedzia zgnbiony. - Musz tu wreszcie zaprowadzi
porzdek.
Sharon nie przestawaa szlocha.
- Nie przypuszczaem, e potrafisz paka - doda. - Wypaczesz si teraz za wszystkie
czasy. Nie auj sobie, to ci przyniesie ulg.
- Och, Gordon, dlaczego one mnie tak nienawidz? - zapytaa i zaraz dodaa: - Tobie
jest na pewno ciko. Mog ju chyba i sama.
- Nie ma mowy, zaraz bdziemy u doktora.
- Nie, prosz! Ja nie chc. Zanie mnie do domu. Nie znios, by William si mn
zajmowa! - krzykna przestraszona.
- Ale on powinien ci obejrze.
- Naprawd nic mi nie jest.
- A jak twoje ebra?
- Moje ebra sam moesz obejrze. Tobie nie robi to rnicy. Poza tym Margareth
mnie oczekuje.
Gordon umiechn si pod nosem.
- Powiadomi Margareth, co si stao. O, widz jak dziewczyn, pol j z
wiadomoci.
Gordon wytumaczy dziewczynie, co ma powiedzie na plebanii.
Wreszcie Sharon znalaza si w swoim pokoju. Gordon przynis misk z ciep wod
i zacz przemywa pokaleczon twarz i szyj dziewczyny. Sharon wci nie potrafia
powstrzyma ez, pyny i pyny bez koca.
Nagle do pokoju wpada Linda.
- Gordonie, czy mogabym panu w czym pomc?

Sposb, w jaki wypowiedziaa jego imi, doprowadzi Sharon do wciekoci. Uniosa


si na okciu i zawoaa:
- Wyjd std! Wyno si z mojego pokoju!
- Ale Sharon! To wanie Linda biega, eby mnie sprowadzi na pomoc!
- To nieprawda, ona kamie! - krzyczaa Sharon. - Nie chc jej tu widzie!
Linda umiechna si porozumiewawczo do Gordona, wyraajc tym samym
pobaanie dla humorw Sharon. Rozejrzaa si ciekawie po pokoju i zawoaa:
- Och, jaki pikny kamie!
Na te sowa Sharon zerwaa si, w okamgnieniu chwycia minera, ktry dostaa od
Gordona, i przycisna go mocno do piersi.
- Tego mi nie odbierzesz! Zabraa mi wszystko: ycie, godno, Petera! To prezent
od Gordona! Niech tylko sprbuje da ci podobny!
- Nie ma podobnego w moich zbiorach, wic si opanuj. A ty, Lindo, id ju. Sharon
jest zdenerwowana, przeya wielki szok, wic trzeba wybaczy jej takie zachowanie.
Dzikujemy ci za pomoc.
- Mogabym zastpi Sharon w biurze choby dzisiaj. Zajmowaam si ju prac tego
rodzaju.
Ciekawe gdzie? pomylaa Sharon, ale nie miaa ju siy protestowa. Zaamaa si
kompletnie. Bierz moj prac, bierz wszystko, moesz nawet zabra jego samego. Moe
wtedy trafi mi si resztki Petera...

Stao si wedug sw Lindy: jeszcze tego samego dnia zasiada w biurze na miejscu
Sharon. Sharon pozostaa w ku i nie syszaa wszystkich rozmw, ktre toczyy si w
pokoju obok. Od czasu do czasu do jej uszu dociera chichot Petera, bezradny gosik Lindy i
coraz bardziej zniecierpliwiony gos Gordona. Gordon pieszy si najwyraniej do kopalni,
ale Linda cigle go zatrzymywaa, proszc o kolejne wyjanienia w kwestiach, ktre jej
wydaway si skomplikowane. Peter dotrzymywa Lindzie towarzystwa z wasnej woli.
W kocu Gordon zacz wypytywa Lind o morderstwo.
Sharon skulia si w sobie, syszc wersj wydarze z ust Lindy, udajcej niewinitko.
Najbardziej dotkno j to, co Linda opowiadaa o jej rzekomo rozwizym yciu, i komentarz
Petera:
- No tak, tak przypuszczaem. Z powodu maego flirtu nie miabym adnych wyrzutw
sumienia.
Sharon chciaa zapaka, ale brako jej ju ez.

W kocu jednak wzia si w gar. Nie mog si tak maza, pomylaa. Wyobrazia
sobie Petera siedzcego dumnie w fotelu z wypit piersi, udekorowan wielkim medalem za
zasugi w podboju dam.
Po raz pierwszy tego dnia Sharon umiechna si do siebie. To pomogo i przynioso
wyran ulg.
Niemale w tej samej chwili do biura wszed mczyzna i poprosi, by Peter uda si
do kopalni. Gordon chcia pj razem z nim, ale zatrzyma go szczebiot Lindy.
- Och, Gordonie, czy przed wyjciem mgby mi pan co wyjani? To wyliczenie
wydaje mi si takie skomplikowane!
- Ktre wyliczenie?
- Tu, na dole strony...
- Niech no zerkn... Posue si troch, bo nie widz!
Oho! pomylaa Sharon. Ju do tego doszo? No tak, gdzieby Linda przepucia tak
okazj!
- Przecie to cakiem proste! - stwierdzi poirytowany Gordon. - Jeli tego nie
rozumiesz, to nie masz po co zajmowa si rachunkami. Sharon jest duo bardziej...
- Ach, ju mi si przypomniao - powiedziaa szybko Linda. - Dzikuj za pomoc.
- Przecie nic ci nie wyjaniem.
- Wie pan co? Peter to taki miy chopak - Linda momentalnie zmienia temat.
- Co? Peter? Ach, tak. Owszem.
- Chce si ze mn oeni. Ale ja nie jego kocham.
Co takiego! Sharon z rosnc uwag przysuchiwaa si zwierzeniom Lindy.
- Dlaczego wic cigle z nim przebywasz? Czy nie wodzisz go czasem za nos?
- Nie. Po prostu nigdy nie dostan tego, ktrego kocham, gdy on gardzi kobietami.
Sharon bya coraz bardziej rozbawiona.
- Jeli twj obiekt westchnie znajduje si na wyspie, to za wczenie chyba, by mwi
o mioci? Jeste tu przecie od niedawna - gos Gordona by bardzo oschy. - Trzymasz wic
Petera przy sobie na wszelki wypadek?
Sharon widziaa w wyobrani Lind. Z pewnoci jej usta wykrzywiaj si wanie w
podkwk.
- Dlaczego jest pan dla mnie taki okrutny, Gordonie? Czy pan nic nie rozumie?
- A co mam rozumie? - zapyta zniecierpliwiony. - Jeli nie masz innych spraw, to
pozwl, e pjd wreszcie do kopalni. I nie zawracaj mi ju gowy twoimi wydumanymi
historiami miosnymi.

Cay Gordon! S jednak sytuacje w yciu, kiedy jego obcesowo i gruboskrno na


co si przydaj! Sharon zacieraa rce z zadowolenia. Linda zupenie nie potrafia wyczu
Gordona i stosowaa wobec niego jak najgorsz taktyk.
Nagle zaniepokoia si nie na arty. Jeli Gordon wyszed do kopalni, w biurze zostaa
jedynie Linda...
Sharon nie miaa odwagi zawoa Gordona i prosi go o pomoc. I tak by dostatecznie
poirytowany rozmow z Lind.
Leaa z sercem w gardle, nasuchujc, co dzieje si obok. Mijay dugie minuty...
Po chwili drzwi biura otworzono cicho i rwnie cicho przymknito. Sharon syszaa
zbliajce si do jej pokoju ostrone kroki.
Zdrtwiaa ze strachu. Na myl o tym, e Linda moe podj jeszcze jedn prb
pozbawienia jej ycia, bya bliska utraty zmysw. Leaa tu przecie solidnie poturbowana i
pewnie nikt by si specjalnie nie dziwi, gdyby teraz umara...
Ale nagle, jak wybawienie, z gbi korytarza day si sysze cikie mskie kroki i
zaraz potem Sharon usyszaa gos Petera. Linda pospiesznie wrcia do biura. O czym oboje
rozmawiali, tego ju Sharon nie syszaa.

Dzie mia si ku kocowi.


Peter i Linda opucili ju razem biuro i w caym budynku zapada gucha cisza.
Po upywie godziny lub dwch do drzwi Sharon kto cicho zapuka.
- Sharon, pisz? - rozleg si gos Gordona.
- Nie, wejd, prosz.
Jego dzie pracy ju si zakoczy, ale Gordon nie zdy jeszcze si przebra;
przyszed w grniczym kombinezonie. Sharon zorientowaa si, e ma jej co wanego do
powiedzenia.
Zmczony i zatroskany przysiad na krawdzi ka.
- Jak si czujesz? - zapyta.
- Nie najgorzej, cho wci boli mnie gowa i piek rany. Poza tym troch mi tu samej
smutno, wic si ciesz, e mnie odwiedzie.
- To by okropny dzie, dawno nie czuem si taki wykoczony - zamia si z
przymusem. - Patrz na ciebie i nie mog uwierzy, e to ty: ca twarz masz opuchnit i
poranion. Siniak pod okiem zaczyna nabiera wrzosowego koloru. Czy co ju jada?
- Nie jestem godna. Chciaam ci natomiast przeprosi za moje histerie przed
poudniem. Po prostu nie mog znie obecnoci Lindy. Ona... nie, nie chc o niej w ogle

rozmawia.
Nie odpowiedzia. Siedzia gboko zamylony i przyglda si Sharon jako dziwnie.
- Czy co si stao? - zapytaa zaniepokojona.
- Dzisiejszy dzie by dla mnie koszmarem. Nie tylko z powodu napaci na ciebie. To,
co potem musiaem znosi w biurze, kompletnie mnie rozstroio. Ta gupia g jest nie do
zniesienia! Dopiero teraz, gdy ci zabrako przez kilka godzin, zdaem sobie spraw, co dla
nas znaczysz. W poudnie nie dostaem nawet... kawy. Wci mylaem o twojej przyszoci,
a przecie tak rzadko powicam sw uwag sprawom nie zwizanym z kopalni. Dzisiaj
ujrzaem ci w powrotnej drodze do Anglii, potem przed sdem, w kocu usyszaem
skazujcy wyrok i...
Sharon czekaa na dalszy cig zdania.
- Sharon, wiem, e jeste rozsdn dziewczyn...
- Nie jestem tego pewna, cho staram si jak mog. Ale o co ci chodzi?
- Gdybym ci co zaproponowa, czy umiaaby spojrze na to moimi oczami?
- Nie wiem, ale mog sprbowa.
Gordon urwa i przyglda si badawczo Sharon, ktra pod jego wzrokiem jak zwykle
poczua si niepewnie. Po raz kolejny te uznaa, e Gordon ma co pocigajcego w twarzy,
ale z oczu wyziera mu chd i obojtno...
- Chciabym, ebymy zawarli pewien ukad.
- O czym ty mwisz, jaki ukad?
Wypowiedzenie kolejnych sw przyszo mu z wyran trudnoci. Nerwowo zagryza
wargi i dopiero po duszej chwili wykrztusi:
- Mylaem nad tym cay dzisiejszy dzie i nie znalazem innego wyjcia: ty i ja
musimy si pobra.

ROZDZIA XII
- Co takiego??? To niemoliwe! - krzykna zaskoczona Sharon. - artujesz sobie ze
mnie!
- Mwi cakiem powanie. Jeli wyjedziesz std i wrcisz do Anglii, ja strac
niezastpionego pracownika, a ty ycie.
- Ale przecie my si nie kochamy!
- Tym lepiej. Bdziemy mogli traktowa nasz ukad bez zbdnych emocji.
Sharon krcia z niedowierzaniem gow.
- To nie moe by! Przecie tak bardzo si rnimy! Nawet nie umiemy razem
pracowa!
- Czyby? - zdziwi si Gordon. - Uwaam ci za jedyn rozsdn osob na tej
wyspie!
- Och, nie wiesz nawet, jak wiele mnie kosztuje wykonywanie twoich przernych
polece - powiedziaa cicho Sharon. - A poza tym jak mona porwnywa prac z
maestwem?
- Jeli si zgodzisz, zabior ci do siebie. Zapewni ci oddzielny pokj i nigdy nie
zakc ci spokoju.
W tej chwili Sharon stan przed oczami mczyzna jej snw: mody, przystojny,
wysoki blondyn o wesoych oczach i gorcym sercu. Zamiaa si gorzko do tych myli. Nie
znalazby si nikt, kto mniej ni Gordon przypominaby jej ksicia z marze.
- Poza tym nie bdziemy musieli martwi si o potomstwo. Wspominaem ju o tym,
e nie chc mie dzieci.
Sharon bya bliska paczu.
- A jeli jedno z nas z czasem poauje tej decyzji? - zapytaa cicho Sharon.
- To take wziem pod uwag - odpar bez chwili namysu.
- Ale ja wci jestem oskarona o zabjstwo. Czy to ci nie przeszkadza?
- Posuchaj mnie: zdecydowaem, e nie bd odgrzebywa przeszoci. Znam ci tak,
jak okazaa si tu na wyspie, przedtem nie istniaa dla mnie w ogle. Uznaj to
wydarzenie, jak i twj wczeniejszy swobodny styl bycia, jako niebye. Jeli sprawa
zabjstwa powrci w jakichkolwiek okolicznociach, wtedy si ni zajmiemy. Teraz nie bd
tym sobie zaprzta gowy. Oczywicie zachowasz prawo do mioci: jeli kiedy spotkasz
mczyzn, bez ktrego nie bdziesz moga y, obiecuj, e zwrc ci wolno.

- Sdzisz, e uzyskasz rozwd jak za dotkniciem czarodziejskiej rdki?


- Jako sobie z tym poradzimy. Ale najpierw i tak musimy uprzedzi pastora Wardena.
- Mam nadziej, e w tym szczeglnym zwizku oszczdzimy sobie romantycznych
scen i uniesie?
- Ma si rozumie. Poza tym upiek dwie pieczenie przy jednym ogniu: nie bd si
ju musia opdza od natrtnych panien.
Mia na myli Lind! Te sowa podniosy Sharon odrobin na duchu i nastawiy
serdeczniej do Gordona. Sharon nadal nie potrafia pozby si nienawici dla Lindy.
- No, sonko, co o tym sdzisz?
Gordon na pewno nie zdawa sobie sprawy z tego, jak bardzo ten ciepy zwrot Sharon
rozczula. Zwaszcza w takiej chwili.
Wzia gboki oddech. Och, Peter, mylaa z alem. Dlaczego odszede? Czy kiedy
przestan za tob tskni i wspomina twoje pocaunki? Dlaczego wybrae wanie Lind,
ranic mnie tym boleniej?
- No dobrze, Gordonie, niech tak bdzie. Moe jako sobie poradzimy. Dzikuj w
kadym razie za to, e zechciae mi pomc.
Gordon odetchn z wyran ulg.
- Czy byaby w stanie pj do kocioa jeszcze dzi wieczorem? - zapyta ostronie.
- Lepiej mie to za sob. A nu si ktre z nas rozmyli?
- Dzisiaj naprawd nie dam rady, wci szumi mi w gowie. Poza tym zaskoczye
mnie t niespodziewan propozycj. Jeli nie przetrwa nocy, nie ma mowy o maestwie.
- Zgoda. Ja tymczasem rozejrz si za wiadkami. Przypuszczam, e nie moe by
mowy o Peterze ani Lindzie?
- Niech Bg broni! - obruszya si Sharon.
- I ja ich sobie nie ycz. Widzimy si zatem jutro. Spij spokojnie.
- Gordon, tylko e dzisiaj zniszczyam moj jedyn przyzwoit sukni...
Gordon skrzywi si z niesmakiem.
- Czy ty musisz przywizywa wag do takich drobiazgw? W na siebie
cokolwiek. Mnie to nie robi rnicy!
I odszed, a Sharon pozostaa sam na sam ze swoimi mylami Byo jej troch przykro,
e tak wiele spraw Gordon uwaa za nieistotne. Choby jej wyobraenia o maestwie...

Pastor syszc, e Sharon i Gordon zamierzaj si pobra, wykrzykn zdesperowany.


- Nie! Mam na sumieniu niejedno nieudane maestwo, ale udzielenia lubu wanie

wam stanowczo odmawiam! Gordonie, czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, e zniszczysz t
delikatn i mi dziewczyn?
Sharon powiedziaa agodnie:
- Drogi pastorze, jeli Gordon nie oeni si ze mn, umr na gilotynie.
Warden krci gow z powtpiewaniem.
- Sharon, to si dla ciebie skoczy katastrof!
- Bd stara si j chroni. Taki napad jak dzisiejszy, ju si nie powtrzy - zapewni
krtko Gordon. - Poza tym wadze angielskie prdzej czy pniej zaczn jej szuka. Moje
nazwisko zapewni jej bezpieczestwo.
- To kci si z wszelkimi chrzecijaskimi zasadami - rzek zaamany duchowny. Kto widzia zawiera maestwo na takich warunkach?
- Pastorze, zdarza ci si przecie udziela sakramentw w wielkiej potrzebie, potraktuj
nasz sytuacj tak samo! Przecie ty take ratujesz ycie Sharon.
- Och, co ty wygadujesz - zoci si Warden. - Ale niech wam bdzie. Bierzmy si do
dziea. Tylko ebycie potem nie mieli do mnie alu.
Na wiadkw poproszono Margareth i jednego ze wsppracownikw Gordona.
- Sharon, czy ty na pewno wiesz, co robisz? - pytaa ze zami w oczach Margareth. Przecie podoba ci si Peter.
- Gordon, pytam ci po raz ostatni.... - gos Wardena dra lekko.
- Nie mam innego wyjcia - rzek Gordon. - Dziki Sharon zaoszczdziem mnstwo
czasu, ktry mogem powici sprawom kopalni. Nie chc pozwoli, by odjechaa.
- Sharon, przecie ty jeste mdr kobiet? - baga pastor.
- Mog wybiera pomidzy Gordonem i gilotyn. Decyduj si na mniejsze zo.
Sharon wypowiedziaa te sowa ze wiadomoci, e zrani Gordona. Nie moga jednak
powstrzyma si od takiej uwagi po wyjanieniach, ktrych udzieli pastorowi. Zaskoczony
Gordon spojrza na swoj przysz on ze zdziwieniem, ale nic nie powiedzia.
- To okropne! - woa Warden. - Traktuj was jak przyjaci, ale nie znam pary, ktra
by mniej do siebie pasowaa!
W kocu rozpocza si ceremonia zalubin. Sharon klczaa obok Gordona, lecz
czua si ogromnie samotna. Peter... Jak mogo do tego doj? To on mia by teraz przy niej
na miejscu Gordona....
Ledwie docieray do niej sowa wypowiadane przez narzeczonego:
- ... i lubuj ci mio, wierno i uczciwo maesk i e ci nie opuszcz a do
mierci

Pastor wzdycha co chwila, za Gordon krzywi si wyranie zniecierpliwiony.


Wreszcie uroczysto dobiega koca. Przy wpisywaniu danych do ksigi pojawiy si
pewne problemy, bowiem adne z maonkw nie znao ani imion rodzicw, ani daty swoich
urodzin. Gdy po raz sidmy Warden wpisywa: nieznane, pokrci ze smutkiem gow.
Nastpnie maonkowie potwierdzili wano zawartego lubu, skadajc podpisy.
- egnaj, OBrien - powiedziaa Sharon, po raz ostatni uywajc swego
poyczonego nazwiska, ktre tak naprawd nigdy do niej nie naleao. - Pastorze, czy nie
zasugujemy choby na krtk weseln pie?
- Lepiej milcz! - uci ostro Warden.
wiadek Gordona wycign do swego zwierzchnika do.
- Wszystkiego najlepszego.
- Tego nam trzeba - rzek sucho Gordon.
- Ale, ale, teraz powiniene pocaowa on! - doda wiadek ze miechem.
Sharon poczua, e si czerwieni i zaczyna lekko dre, lecz ku jej wielkiej uldze
Gordon odpar:
- Sharon ma tak opuchnit twarz, e dzi sobie to darujemy. A teraz nie mam ju
wicej czasu, kopalnia czeka.
Sharon patrzya jeszcze przez chwil za swoim mem, gdy dugimi krokami spieszy
do pracy. Nikt by za nim nie nady. Wbrew temu co mwi, by odwitnie ubrany i
prezentowa si cakiem dobrze. Sharon westchna, zerkajc na swoj codzienn sukienk,
przez ktr przerzucia skromny szal. M nie zadba nawet o najmniejszy bukiecik.
A pikna suknia lubna, o ktrej cae ycie marzya? A welon? Zdaniem jej ma byy
to zbdne szczegy. Zabrako te wzajemnej mioci...

O nowinie nikogo postronnego jeszcze nie informowali, bo nie byo na to czasu.


Nawet Peter pozostawa w niewiadomoci. Tego wieczoru zaledwie garstka osb wiedziaa,
e zarzdca oeni si z przeladowan i wytykan palcami Sharon.
Sharon miaa tego dnia duo pracy przy rachunkach, wic rwnie nie zdya
zastanowi si nad swoj now sytuacj. Nie bya pewna, czy prosi Gordona o pomoc przy
przeprowadzce, najchtniej pozostaaby w dotychczas zajmowanym pokoju.
Gwnym tematem rozmw wrd mieszkacw wyspy by oczywicie brutalny
napad na Sharon. Najbardziej stracia na tym Linda, bo wiele osb szczerze wspczuo
Sharon i trzymao teraz jej stron. Nikt jednak, poza ofiar, nie wiedzia, e to Linda
sprowokowaa cae zajcie. Nawet Doris i koleanki nie zdaway sobie sprawy, kto tak

naprawd skoni je do dziaania. Przecie Linda w ostatniej chwili protestowaa...


Najwiksze kopoty miaa Doris. Procesy na wyspie odbyway si rzadko, ale tym
razem kilkanacie kobiet postawiono w stan oskarenia. Teraz dray o swoj skr.
Zapad wieczr. Sharon poczua si zagubiona, nie wiedziaa, czy powinna zosta u
siebie, czy te przenie si do Gordona, a moe raczej czeka na znak od niego. W kocu
usyszaa kroki ma na korytarzu i wysza mu naprzeciw.
Gordon kiwn na ni i zawoa do biura.
- Chod, co ci powiem.
- Co si stao? - zapytaa zaciekawiona.
- Zamek znowu si rozwietli. Mam zamiar zaraz tam pj. Wprawdzie najlepiej
byoby wybra si za dnia, ale wtedy nigdy nie mam czasu. Chciabym si z bliska przyjrze
tej zielonkawej powiacie.
- Kto ma i z tob?
- Potrzeba mi kilku ochotnikw. Jeli nikt si nie zgosi, pjd sam. Peter gdzie
znikn, ale nie mam czasu ani ochoty go szuka.
W trakcie rozmowy Gordon zrzuci z siebie kombinezon i nala wody do miski, by
zmy z twarzy najgorszy brud.
- Jeli mogabym si na co przyda, pjd z tob.
Sharon miaa nadziej, e Gordon nie bdzie zachwycony tym pomysem, ale on
odpar:
- Doskonale. Jeli mam i sam, kto musi przytrzymywa mi lamp. Poza tym znasz
drog i wiesz, co nas moe spotka. A teraz wyjd, bo chc si umy.
Sharon pokornie opucia pokj.
Chyba zapomnia, e jestemy maestwem. Bez chwili namysu zabiera on na
niebezpieczn wypraw, i to w wieczr polubny. Do tego wyprasza j z pokoju, kiedy chce
umy szyj. adne z nich maestwo, nie ma co!
Sharon ubraa si grubo; wieczorem w pagrkowatym terenie mogo by chodno.
aowaa teraz, e sama zaproponowaa swj udzia w wyprawie. Wprawdzie mogaby si
wycofa, ale co pomylaby o niej Gordon?
- Nie wiem, co nas tam dzisiaj czeka. Ruiny s dla wszystkich zagadk. Pamitaj,
eby nie daa si ponie fantazjom. Duchy nie istniej.
- Dobrze. Wracajc do spraw przyziemnych; nie bardzo wiedziaam, gdzie mam spa,
wic czekaam na twoj decyzj.
- Co? Ach, tak. O tym rzeczywicie zupenie zapomniaem. Ale przecie moga si

przeprowadzi bez mojej pomocy?


- Kiedy ja nawet nie wiem, ktry pokj naley do ciebie, a ktry do Petera. Dopiero by
si zdziwi, gdyby mnie ujrza w swoim pokoju zagospodarowan na dobre!
Gordon nie mg pohamowa miechu.
- Mieszkam po prawej stronie. Kuchni mamy wspln.
- To znaczy, e nie unikn Petera na co dzie.... - zauwaya ze smutkiem w gosie
Sharon.
- Czy to ma jakie znaczenie? - zapyta. - Moemy ostatecznie prosi go, by trzyma
si swojego pokoju.
- Nie, a tak le nie jest - powiedziaa szybko Sharon. - Ciesz si natomiast, e
mieszkasz od strony portu, bo tam jest duo soca, wic nie powidn mi kwiaty.
- Wielkie nieba! - mrukn z dezaprobat Gordon.
Sharon wicej si nie odezwaa. Zacza si natomiast zastanawia, dlaczego tak
bardzo zaley jej na tym, by Gordon by z niej zadowolony? Czemu zawsze pragnie wypa
w jego oczach jak najlepiej? Bez wtpienia to ona sama stawia sobie poprzeczk tak wysoko.
Czy jednak postpuje susznie? Co bdzie, gdy nie zdoa kiedy speni oczekiwa Gordona?
Czy on nie poczuje si wtedy zawiedziony i oszukany?
Szli teraz wzdu barakw, kierujc si ku kopalni.
W pewnej chwili Sharon przystana i zapytaa z nadziej w gosie:
- Czy nie moglibymy tu na wzgrzu wybudowa kiedy domu?
Gordon na moment oniemia.
- Domu? Czyby a tak powanie podchodzia do tego maestwa? Chyba
wystarczy, e wprowadzasz si do mojego mieszkania. Czy co ci w nim nie odpowiada?
- Nie, wszystko w porzdku - powiedziaa zasmucona Sharon. - Przepraszam ci.
W pobliu pojawili si Andy i Percy.
- Otrzymalimy wiadomo i oto jestemy.
- Andy, mao ci jeszcze kopotw spowodowanych przez diabelski wzrok?
- Nic gorszego ju mi si nie moe przytrafi - rozemia si Andy. - A mam wielk
ochot rozprawi si z tym diabem raz na zawsze. Musz mu odpaci za to, co mi zrobi.
- Zgadzam si z Andym - rzek oszczdny w sowach Percy.
Andy ucieszy si na widok Sharon.
- Widz, e w naszej grupie przewaaj weterani! A sam zarzdca dzi pewnie
przejdzie chrzest bojowy.
- Bdziemy si mieli na bacznoci.

- Andy, a jak ma si may Gordon? - zapytaa zaciekawiona Sharon.


- Dzikuj, wietnie. Fajny chopak. Kumple twierdz, e jest nawet do mnie
podobny!
- Anna miaa szczcie - powiedziaa cicho Sharon.
- No, no, Sharon. Mio, e tak mwisz, ale i ja je miaem.
Nagle od strony lasu pojawi si Peter. Sharon cieszya si, e w zapadajcym zmroku
nikt nie dostrzee jej zmieszania.
- Czy macie tu jakie zebranie?
Gordon wyjani, gdzie si wybieraj. Sharon bya rada, e nawet o duchach Gordon
mwi spokojnym, pozbawionym emocji gosem. Dziaao to na ni kojco.
- Zauwayem dzisiaj to wiato i nawet poszedem w tym kierunku, ale zawrciem oznajmi Peter. - Przecie sam i tak nic nie wskram.
- Moe pjdziesz z nami? - spyta Gordon.
- Jasne, tylko e umwiem si z Lind. O, wanie idzie. Moe nam towarzyszy.
Po tych sowach Gordon rozzoci si nie na arty.
- Kobiet nie zabieramy.
- Nie? A Sharon? Czyby si ba o Lind? - Peter zbliy si do Gordona
rozdraniony. - Trzymaj si lepiej od niej...
- Zamknij si, Peter, i nie kompromituj si. Linda mnie ani troch nie interesuje.
Sharon jest rozsdna i dobrze wie, czego si moe spodziewa, a Linda wszystko zepsuje.
- Potrafi j ochroni - odpar obraony Peter i poszed po Lind.
Po chwili zjawili si, kroczc pod rk.
- Wyjaniem jej, co trzeba. Idzie z nami
Tylko Sharon usyszaa niecenzuralny komentarz, ktry wymrucza pod nosem
Gordon.
Sharon szybko zorientowaa si w zamiarach Lindy. Gordon by dla tej intrygantki
smakowitszym kskiem ni Peter, wic Linda go dogonia i sza z nim rami w rami.
- Ach, jakie to ekscytujce, cho nie mog zaprzeczy, e troch si boj szczebiotaa kokieteryjnie.
- Nie zmuszamy nikogo, by szed z nami - przypomnia sucho Gordon.
- Jestem ogromnie wdziczna, e pozwoli mi pan wzi udzia w tej wyprawie. Och!
Linda potkna si i niby przypadkiem wpada prosto w ramiona Gordona.
- Ojej, bardzo przepraszam! - wykrzykna i spojrzaa mu zalotnie w oczy.
Gordon przytrzyma j, krzywic si z niesmakiem.

- Przede wszystkim wymagamy, eby uczestnik wyprawy trzyma si pewnie na


nogach. Sharon, co zgubiem. Powie mi, prosz, bliej!
Do Lindy wreszcie dotaro, e Gordon woli kobiety mylce trzewo, wic szybko
zmienia taktyk.
- Moe ja potrzymam lamp?
- Zostaw, to zadanie Sharon. Ale jeli koniecznie chcesz si na co przyda, pom
Percyemu.
Z min cierpitnicy Linda wzia od Percyego zwj liny.
Przez chwil szli w milczeniu, ale zaraz przerwa je Andy.
- Bybym zapomnia! - zawoa. - Czy to prawda, ze wzilicie dzisiaj lub?
- Kto wzi lub? - spytaa ostro Linda.
- Sharon i Gordon. Mwiono o tym dzi w kopalni.
- Co takiego? - odezwa si oburzony Peter. - I ty wierzysz w te idiotyczne plotki?
- Ja te o tym syszaem - doda Percy.
- mieszne! - skomentowaa Linda.
Wszyscy si zatrzymali.
- Owszem, to prawda - rzek najspokojniej w wiecie Gordon.
Lindzie z wraenia zabrako tchu.
Andy i Percy pogratulowali modym maonkom.
- Dzikuj - powiedziaa zawstydzona Sharon.
- A to dopiero! - doda Peter.
- Sam zarzdca! - Gos Lindy by sodki niczym mid. - Ale sprytna z ciebie sztuka!
- Musz i ja pogratulowa sprytu - powiedzia kwano Peter. - Nigdy bym nie
przypuszcza, e Gordon da si zapa w tak puapk.
Gordon powoli traci cierpliwo.
- Tak si skada, e to bya moja propozycja, a Sharon dugo nie chciaa si zgodzi.
- Tak, tak - cigna Linda z trudn do ukrycia wciekoci i gorycz. - Ale ci
mczyni s zalepieni! No ale c, gratuluj, Gordonie. Czy przyjmie pan moje
najszczersze uciski?
- adnych uciskw. Lepiej si popiesz, bo do rana nie wrcimy.
Las sta si gciejszy, a droga wioda teraz stromo pod gr. Gdy stanli na szczycie,
Andy zawoa poruszony:
- Spjrzcie, wiato znikno!
Na kolejnym wzgrzu, wyrane na tle nieba, wznosiy si budzce groz kontury

zamkowych ruin.
- Co za pech! - zmartwi si Gordon. - No, ale skoro doszlimy a tutaj, chyba nie
zawrcimy?
Linda pisna cicho, ale zaraz przypomniaa sobie, i powinna udawa dzieln
wdrowniczk, i zamilka.
- Od tej chwili eby mi si nikt nie odezwa! Starajcie si te i bezszelestnie.
Teraz z kolei droga nieznacznie opadaa. W dolinie pojawiy si stare, masywne
drzewa o powykrzywianych gaziach. Ju z daleka Sharon dostrzega midzy nimi schody
znikajce gdzie wysoko. Na ten widok zadraa. O tych schodach opowiadano
niejednokrotnie przedziwne i straszne historie. Prowadziy stromo pod gr, z jednej strony
opierajc si o skaln cian, z drugiej za otwierajc si na przepa. Sharon usiowaa
policzy stopnie, na wypadek, gdyby byli zmuszeni pokonywa je po ciemku, ale na samym
szczycie schody kryy si w bujnych zarolach.
W miar jak gstniay ciemnoci, okolica stawaa si coraz bardziej ponura.
Mczyni zastanawiali si, co dalej robi.
Nagle Gordon cisn mocno rami Sharon i szepn:
- Na d! Chowa si! Po drugiej stronie cieki jest jama! Szybko, kto si zblia!
Wszyscy bez wahania rzucili si do odwrotu i po chwili ju byli ukryci.
Sharon poczua na twarzy drapice gazie, ale nie miaa odwagi si poruszy.
Serce bio jej jak szalone. Do jej uszu od strony schodw dochodzio cikie, powolne
stpanie. Znaa je a nazbyt dobrze...
Wstrzymaa oddech i z caej siy cisna czyje rami. W tym samym momencie
ciepa i przyjazna do uja j za rk. Uspokoia si troch, czujc przy sobie obecno
Gordona.
Po krtkiej chwili Sharon ujrzaa na grze kilka postaci, ktre majestatycznie
przesuway si w ich kierunku. Syszaa za sob z trudem tumione pochlipywanie: Linda
take bya przeraona.
eby tylko nie zacza wrzeszcze, modlia si w duchu Sharon,
O to samo prosi w mylach Gordon.
Sharon wytaa wzrok, by lepiej widzie w mroku. Po chwili jakby co dostrzega...
Cakiem niewiadomie, ogarnita przeraeniem, wbia paznokcie w rami Gordona.
Powoli, schodek po schodku, zstpoway ku ciece trzy przeraajce potwory. Miay
ogromne, nieforemne donie, ktrymi wspieray si o strom cian skaln, i poruszay si z
wielk ostronoci. W kocu od Gordona i jego przyjaci dzielio je kilka metrw. Teraz

Sharon dojrzaa straszliwe twarze: nienaturalnej wielkoci lepia i wyduone, zwisajce


nosy...
Zamara, wstrzymujc oddech.
Ku jej ogromnemu zdziwieniu i uldze postacie przeszy spokojnie obok ich kryjwki i
podyy dalej ciek w stron lasu.
Przez cay czas ani jedna z nich si nie odezwaa. Znikny rwnie szybko i
niespodziewanie, jak si pojawiy.
Dugi czas Gordon i jego towarzysze nie mieli odwagi wyj z kryjwki. Sharon
poczua, e od klczenia cierpy jej nogi. Pucia rami Gordona, ale zauwaya, jak on
dyskretnie rozciera miejsce, ktre kurczowo trzymaa.
Pierwszy odetchn z ulg Percy.
- A wic wanie takiego widziaa Sharon!
- Tak - powiedzia cicho Gordon. - Musz przyzna, e twj rysunek wcale tak bardzo
nie odbiega od rzeczywistoci.
W tej chwili Lindzie puciy nerwy.
- Boe, ja tego duej nie wytrzymam! Ja chc do domu! Wpadlimy w puapk! Boe
drogi, z jednej strony zaczarowany zamek, z drugiej duchy! Na pomoc!
- To nie byy adne duchy - rzek zdecydowanie Gordon. - Jak mylicie, co
powinnimy teraz zrobi? Pody za nimi czy przyjrze si z bliska zamkowi?
Linda pocza histerycznie szlocha.
- Peter, mwiem, eby jej nie zabiera! - Gordon by wyranie rozzoszczony
babskimi fanaberiami - Wygupie si, i to tylko po to, by przypochlebi si rozpieszczonej
pannicy. Co my z ni teraz poczniemy?
Peter nic nie odpowiedzia, ale Sharon wyczua, e jest dotknity do ywego.
- Ja wolabym zobaczy zamek - rzek Andy.
- Ja take - dodaa Sharon.
- Zao si, e nie mwisz prawdy - Gordon nie dowierza sowom Sharon.
- Masz racj - odpara cicho. - Ale skoro doszlimy tak daleko, nie powinnimy
rezygnowa.
- A co wy na to? Moe najlepiej byoby, gdyby zabra dziewczyn do domu? zwrci si Gordon do Petera i Lindy.
- Co takiego? Wraca t sam drog co te... co te potwory? Nigdy w yciu! wrzasna Linda.
- W takim razie idziecie z nami. Pamitajcie, e to nie przelewki. Moe si to dla

kadego z nas skoczy tak samo, jak dla Andyego.


- O, moja delikatna skra - jczaa Linda, ale posusznie ruszya za innymi. Najgorsze
w tej chwili wydawao jej si pozostanie sam na sam w lesie z okropnymi duchami. Wzia
Petera pod rk, a on uspokaja j, jak umia.
- Pocztek drogi nie jest taki zy, gorzej bdzie potem - odezwa si Andy, ktry
pamita doskonale szczegy trasy z pierwszej wyprawy do zamku.
Ostronie wspinali si w gr, pokonujc nierwne stopnie. W pewnym momencie
przy wystajcym odamie skalnym, w miejscu, gdzie schody zakrcay, Andy si zatrzyma.
- Chyba kto nas tu oczekuje - powiedzia, silc si na spokj.
Sharon poczua, e cierpnie jej skra. Prbowaa wmwi sobie, e to wszystko
nieprawda, e to jedynie wytwr wyobrani, ale kiedy przypomniaa sobie bolesne rany na
nodze, strach jeszcze si wzmg. Przecie wzrok jej nie myli, a to, co wanie zobaczya,
byo wystarczajco okropne.
Caa szstka stana w osupieniu.
W sporej odlegoci na tle granatowego nieba jawi si wyrany zarys ruin
zamkowych. Za to duo bliej, zaledwie kilkanacie stopni od nich, widniaa nieruchomo
posta nienaturalnego wzrostu.

ROZDZIA XIII
Uwag Sharon przykuy dwa jaskrawe, ogniste punkty, ktre rozwietlay panujcy
wok mrok. Po chwili posta posuna si kilka krokw w d i wtedy dziewczyna wyranie
dostrzega sylwetk wysokiego mczyzny, odzianego w dugi, powiewny paszcz. Wicej
szczegw nie zdoaa zaobserwowa, gdy Linda stracia panowanie nad sob i z
przeraliwym krzykiem rzucia si do ucieczki. Natychmiast pobieg za ni Peter. Gordon,
widzc, e droga w kierunku ruin zostaa odcita, nakaza wszystkim zawraca.
- Ruszajcie si! - krzykn. - Nic tu po nas. Jest za ciemno. Musimy tu wrci za dnia.
Wzi Sharon za rk i zbiegli szybko w d.
- A co z tymi, ktrzy id przed nami? - pytaa niepewnym gosem Sharon.
- Jeszcze nie wiem. To zaley, czy si na nich natkniemy. Najpierw trzeba uspokoi
Lind. e te cigle mam j na karku!
Odnalezienie Petera i Lindy nie sprawio im adnych trudnoci, gdy krzyki
dziewczyny sycha byo na kilometr. Oboje przycupnli w niewielkiej dolince.
Wsplnymi siami udao si im uspokoi Lind i teraz mogli ruszy w drog
powrotn.
- Ciekaw jestem, czy kto z nas zosta poraony wzrokiem czarownika? - zapyta
Andy.
- No, a jak si czujecie? Macie jakie dolegliwoci? - spyta Gordon.
- Ja na razie chyba nic nie zauwayam. Co prawda mam wraenie, e swdzi mnie
cae ciao, ale to chyba tylko nerwy - rzeka po chwili zastanowienia Sharon.
Gordon spojrza pytajco na pozostaych, ale nikt nie narzeka na swdzenie, wic
ruszyli w dalsz drog.
- Musimy zachowa ostrono. Pamitajcie, e mamy przed sob tamtych trzech.
Linda cay czas pochlipywaa, cho ju znacznie ciszej.
Sharon odruchowo wzia Gordona za rk, lecz on szybko cofn swoj do.
Zorientowaa si, e popenia gaf i wyszeptaa:
- Wybacz mi!
Gordon spojrza na on ze zdziwieniem. Czyby si baa? Na wszelki wypadek
postanowi si trzyma blisko niej.
Ku zdziwieniu Sharon nie natknli si na nikogo po drodze. Dotarli bezpiecznie do
wschodniej czci wyspy i ujrzeli migoczce wiateka barakw.

- Jednak troch si baa, co? - zwrci si do Sharon Gordon, gdy dochodzili do


domu.
- Czy si baam? Nawet gdyby tylko zahukaa sowa, w jednej chwili padabym
martwa. Cay czas zachodz w gow, gdzie podziay si te potwory?
- Moe po prostu znikny, jak przystao na prawdziwe duchy?
- O, nie. Nie wiem, czy to twoja zasuga, Gordonie, ale staram si na wszystkie te
zjawiska patrze bez emocji. Co mi mwi, e przynajmniej ci trzej, ktrych dzisiaj
spotkalimy, to mczyni z krwi i koci.
- wietnie. To mi si podoba - pochwali on Gordon.

Tego dnia Sharon pnym wieczorem zabraa si do przeprowadzki. Gordon zaj si


przenoszeniem mebli, cho nie wyglda na zachwyconego. Nie protestowa jednak, nawet
gdy chodzio o doniczki z kwiatami.
Sharon zaja pokj, ktry wczeniej suy Gordonowi do pracy. Z lkiem wodzia
wzrokiem po zabaaganionym pomieszczeniu z oknami bez firan, z mnstwem rysunkw
technicznych i dokumentw w kadym kcie. Na domiar zego cay pokj przesiknity by
zapachem tytoniu.
I tu mam si czu jak u siebie w domu? pomylaa ze smutkiem.
Po raz ostatni wesza do dawnego pokoju, by przynie pudo z drobiazgami.
Rozejrzaa si po pomieszczeniu, w ktrym kady krok odbija si teraz echem od pustych
cian. Spdzia w tym pokoju trzy miesice i wizaa z nim wycznie mie wspomnienia.
Udao jej si stworzy tu domow, ciep atmosfer, a teraz musi std odej.
Miaa jednak wiadomo, e i Gordon zdecydowa si na ustpstwa: zrezygnowa z
prywatnoci w swoim wasnym domu, dzielc go z Sharon, z kobiet, ktrej przecie nie
kocha. Z pewnoci nie byo to dla niego atwe.
Jaki jest, taki jest, w kadym razie zasuguje na wdziczno i powinna mu j okaza.
Moe uda si jej nada temu miejscu bardziej rodzinny charakter, ale tak, by Gordon nie
uzna tego za przesad. Moe znajdzie sposb, by uly mu w codziennych obowizkach.
Z tym postanowieniem Sharon zabraa si do porzdkw w nowym miejscu, ktre jak
na razie tchno smutkiem i melancholi. Najpierw otworzya na ocie wszystkie okna, by
pozby si zaduchu i zapachu tytoniu.
Pracowaa p nocy. W kocu wyczerpana uoya si do snu, ale nie moga zasn.
Wiedziaa, e w pokoju obok spa jej m, a kilka metrw dalej, w nastpnym pomieszczeniu,
Peter. Nagle Sharon poczua si tak bezradna, opuszczona i pena obaw co do wasnej

przyszoci, e serce omal jej nie pko. Ludzie nigdy nie zapomn o strasznym oskareniu,
ktre na niej ciy, nigdy te nie zdobdzie Petera, cho to ju nie wydawao si jej takie
straszne. Na zawsze bdzie zmuszona pozosta na wyspie, a jeli nawet znalazaby kogo, dla
kogo jej serce mocniej zabije, czy bdzie umiaa opuci Gordona? Czy to rzeczywicie takie
proste, jak mu si wydaje? I co powiedz na to inni? Sharon zdawaa sobie spraw, e
prawdopodobnie cae ycie spdzi u boku nie kochanego ma. Jak ma y z czowiekiem,
dla ktrego mio i ciepo domowego ogniska w ogle si nie licz?
Dlaczego Peter nie okaza si tym silnym, wspaniaym mczyzn, o jakim marzya?
Dlaczego zdradzi j dla Lindy Moore? Dlaczego Linda pojawia si na wyspie?
Jedno Sharon wiedziaa na pewno: mimo e oboje z Gordonem zawarli swoisty ukad,
ona nie powinna obnosi si ze swym zamanym sercem. Czua, e niespenione marzenie o
Peterze musi jak najszybciej wymaza z pamici. Dla wasnego dobra i dla dobra swego
maestwa.

William Adams, dowiedziawszy si o zampjciu Sharon, wpad w prawdziw


rozpacz.
- Sharon, jak moga zrobi mi co podobnego? Dlaczego nie przysza do mnie?
- Moje nazwisko dugo widniao na licie - odpara Sharon. - Nigdy nie poprosi pan o
moj rk, a ja nie mam w zwyczaju owiadcza si mczyznom.
William ukry twarz w doniach.
- Nie ledziem tej przekltej listy. Nawet bym nie przypuszcza, e miny ju cae
trzy miesice od twojego przyjazdu! Przecie ty go wcale nie kochasz?
- Uwaam, e tak jest lepiej - mwia Sharon spokojnym, prawie zimnym gosem. On mnie te nie kocha, mamy wic rwne szanse. Byoby znacznie gorzej, gdyby jedna z
osb cierpiaa z powodu nieodwzajemnionej mioci.
William by niepocieszony i Sharon w kocu zrobio si go al. Mimo to nie miaa
wtpliwoci, e podja waciw decyzj. Gdyby po raz drugi przyszo jej wybiera midzy
nimi dwoma, i tak wolaaby Gordona. William zawsze j odstrcza nadmiernym
okazywaniem troskliwoci i uczu, ktrych Sharon nie potrafia przyj.
Nareszcie William zmieni temat i wrci do wieczornej wyprawy na zamek. Andy,
Percy i Sharon nabawili si kolejnych pcherzy na skrze. Pozostaej trjce dziwnym trafem
nic si nie stao.
- Jak to moliwe, skoro wszyscy widzielimy czarownika? - dziwia si Linda.
- Daj spokj i nie mw wicej o tym, bo jeszcze si to dla nas le skoczy! - wtrci

Peter.
- Moe nie zdy rzuci swojego uroku na ca szstk? A poza tym prysnlimy
stamtd prawie jednoczenie.
Gordon sta pogrony w gbokiej zadumie. Percy mia rany na twarzy i ramionach, u
Andyego i Sharon ucierpiay donie.
- O czym tak mylisz, Gordonie? - zapytaa z zaciekawieniem Sharon.
- Nie jestem pewien, ale chyba zauwayem pewn prawidowo.
- Co masz na myli?
- Dlaczego akurat wy macie te rany? Moe... Nie, musz si jeszcze nad tym
zastanowi.
Niczego wicej nie udao im si wycign z Gordona.
Sharon obawiaa si, e pojawi si u niej nowe rany, tymczasem po upywie kilku
kolejnych dni pcherze zaczynay przysycha. Gorzej byo z Percym i Andym, ich
okaleczenia nie chciay si goi. Sharon zacza posdza czarownika o sabo do dam; im
wyranie oszczdza blu.
Na wie o maestwie Gordona z Sharon Linda przeya szok. Stao si to tak nagle,
a przy tym nawet ona nie przewidziaa takiego obrotu sprawy. Od dawna rozmylaa, jak by
tu pozyska wzgldy zarzdcy. Bya przekonana, e prdzej czy pniej dopnie swego, trzeba
tylko nieco cierpliwoci! Gdyby tak ona zostaa pani dyrektorow, los Sharon byby
przesdzony...
Linda liczya na to, e Sharon bdzie zmuszona opuci wysp, by w Anglii zapaci
gow za zbrodni. Teraz ju nie moe by o tym mowy.
Zgrzytaa wic z wciekoci zbami.
By czas, kiedy Lind lubiano, bya mi i dobr dziewczynk. Ale ktrego dnia na jej
drodze pojawiy si pokusy i Linda nie potrafia si im przeciwstawi. Staa si kobiet z i
zawistn, cho wyjtkowa uroda pomagaa jej to ukry.
Linda nie ustawaa w poszukiwaniu sposobw pozbycia si Sharon. Gdyby tak
wszyscy bez wyjtku uwierzyli w jej zbrodni, Linda spaaby spokojnie. Ale to byo
niemoliwe. Cige powracanie do tej sprawy mogoby okaza si niebezpieczne dla samej
Lindy.
Musi si znale inne wyjcie...
Moe by tak udowodni, e Sharon popenia bdy w prowadzeniu ksig, tak by
Gordon straci do niej zaufanie? Ale czy tego rodzaju zwycistwo zadowolioby dn srogiej
zemsty Lind?

A moe... Tak, to cakiem proste i jake skuteczne rozwizanie! e te nie wpada na


to wczeniej!
Tego dnia Linda promieniaa. Znowu snua kolejny przebiegy plan....
Przede wszystkim postanowia polubi Petera. Wbrew przewidywaniom, wcale nie
miao si to okaza atwe; Peter nie pieszy si do eniaczki, wola prowadzi nieskrpowany
kawalerski ywot. Ale poniewa Linda nawyka do osigania celw, jakie sobie zakadaa,
wymoga w kocu na Peterze obietnic maestwa. Potem zabraa si do realizacji kolejnego
pomysu, ktry mia zdecydowa o jej zwycistwie.

ycie Sharon u boku Gordona nie ukadao si tak, jak to sobie wyobraaa, mimo i
nie liczya na idyll. Oprcz codziennej pracy biurowej spado na ni wiele dodatkowych
domowych obowizkw. Gordon nie zmieni si ani na jot: nie raz wyraa swoje
niezadowolenie, gdy Sharon nie speniaa wszystkich jego oczekiwa. Tym bardziej Sharon
nie spodziewaa si tego, co miao nastpi...
Nie bya pewna, kiedy si to zaczo. By moe jednego z tych wieczorw, gdy
Gordon, po caym dniu pracy, pada po obiedzie na kanap i zasypia, opierajc gow na jej
ramieniu. Zdarzao si, e mamrota przez sen ledwo syszalnym gosem: Jak to dobrze,
sonko, e czekasz na mnie w domu... Sharon nie wierzya wasnym uszom. Szybko jednak
uznaa, e Gordon nie zdaje sobie sprawy z tego, co mwi.
Mimo to te sowa, niespodziewanie dla Sharon, niby ziarenko zakiekoway w jej
sercu, a myli coraz czciej bdziy wok ma. Zastanawiaa si, czy ciko pracuje w
kopalni, kiedy wrci, moe naleaoby ju wstawi obiad, by by gotowy na czas. A gdyby
tak kupi kawaek misa albo wieej ryby i zaskoczy Gordona wyborn kolacj?
A moe zaczo si to duo wczeniej i dojrzewao powolutku, by rozkwitn z ca
si w dniu, kiedy Linda znowu zaatakowaa...

Gordon obserwowa swoj on krztajc si przy niadaniu. Zrcznymi ruchami


Sharon szybko nakrya do stou.
Jest bardzo zaradna, wszystkie obowizki wykonuje nienagannie i bez szemrania,
myla Gordon. To wanie ceni najbardziej w ludziach.
Analizowa zmiany, jakie w jego yciu wnioso pojawienie si Sharon. Nie musia ju
chodzi do stowki, ktrej nie znosi. Kadego dnia czeka na niego adnie zastawiony st.
Jego ubranie byo zawsze czyste i zreperowane, w caym domu wprost pachniao czystoci.
Sharon nie odzywaa si za wiele i za to najbardziej by jej wdziczny. Rano, po wyjciu

ma, Sharon sza do biura; wracaa tu przed jego przyjciem, by przygotowa obiad.
Bywao, e wieczorami siadywali razem, gawdzc o pracy Gordona, ale gdy pojawia si
Peter, Sharon cicho wycofywaa si do swojego pokoju. Umiaa trzyma si w tle, pojawiaa
si tylko wtedy, gdy Gordon naprawd jej potrzebowa
Rzeczywicie, nie mg jej nic zarzuci: Sharon zawsze bezwzgldnie przestrzegaa
regu ich wsplnej umowy. Czasami Gordonowi wydawao si, e ona jest zmczona,
zwaszcza wtedy, gdy nie nadaa z jak prac w biurze lub gdy karci j ostrymi sowami...
Tego dnia Sharon bya podenerwowana i Gordon dobrze wiedzia, jaka jest tego
przyczyna. Nastpnego dnia Peter i Linda mieli wzi lub, po czym Linda zamierzaa
wprowadzi si do swego ma. Gordon przyglda si bacznie Sharon i nawet on si
domyla, e musi jej by ciko na sercu.
- Kochanie... - zacz niepewnie.
Zaskoczona, stana z tac w doni i spojrzaa na ma.
- Tak?
- Pamitasz t grk, na ktrej chciaa zbudowa dom? Byem tam dzisiaj i bardzo mi
si to miejsce podoba. Czy nadal chciaaby tam mieszka?
Sharon oywia si nagle, ale po chwili umiech znikn z jej twarzy.
- Jest mi naprawd wszystko jedno.
Gdy ruszya w kierunku kuchni, Gordon przytrzyma j za rk:
- Wiem, e to nieprawda. Nie jest ci wcale wszystko jedno. Przecie obie nie moecie
mieszka pod jednym dachem, a ja te nie mam ochoty wiecznie zmusza si do rozmw.
Pogadam z cielami. Jeli si popiesz, moglibymy wyprowadzi si std jeszcze przed
zim.
Na myl o nowym wasnym domu Sharon si rozmarzya. O Peterze przestaa ju
myle, ani troch jej nie obchodzi.
- Moglibymy dzi wieczr przyjrze si istniejcym planom, a moe sami bymy co
naszkicowali? - zaproponowa Gordon.
- Gordon, mwisz tak, jakbymy byli razem...
- Razem z pewnoci bdziemy mieszka - powiedzia spokojnie.
- Tak, to prawda - odpara Sharon i powrcia do nakrywania stou.
Gordon wyszed do pracy, a Sharon pozostaa z wasnymi mylami. Przeraaa j
perspektywa ycia pod jednym dachem z Lind. Wsplna kuchnia, posiki... To wprost nie do
zniesienia! Linda zachowywaa si w ostatnim czasie wyjtkowo spokojnie i ju to niepokoio
Sharon. Przeczuwaa, e prdzej czy pniej co zego si wydarzy. Nie miaa jednak pojcia,

skd nadejdzie atak i jak si przed nim obroni.

ROZDZIA XIV
W porze obiadowej Sharon wybraa si ze spnion wizyt do Margareth. Po krtkiej
pogawdce i obejrzeniu domu Sharon popieszya do biura.
W drodze powrotnej, kiedy przechodzia przez niewielki lasek, z daleka ujrzaa
zbliajce si Lind i Doris.
Ze strachu serce podskoczyo jej do garda. Wci nie moga zapomnie o tym, e
chciano j ukamienowa. Szybko zesza ze cieki i ukrya si za wystajc ska.
Przycupnwszy cichutko, zastanawiaa si, czy czasem nie przesadza, ale byo ju za pno,
by wyj z kryjwki
Dziewczta szy wyjtkowo powoli. Sharon draa, pena niepokoju i niecierpliwoci,
lecz po chwili zacza baczniej przysuchiwa si rozmowie, jak prowadziy obie
przyjaciki.
Najpierw Sharon usyszaa ostry, przenikliwy gos Doris.
- Tumaczyam Tomowi, ile by skorzysta, gdyby zarzdc zosta twj m. By moe
zostaby nawet zastpc, a wtedy nie ukarano by mnie za Sharon. Ale nie chcia sysze o tym
pomyle, powiedzia, e na pewno tego nie zrobi.
- Idiota z niego! - odezwaa si Linda.
- Na Toma nie mamy co liczy. On boi si Saint Johna jak ognia. Powiedziaam mu,
e jest zwykym tchrzem, a on sobie poszed.
- Wyglda na to, e sama musz dosta si na teren kopalni - rzeka w zamyleniu
Linda. - Ale jak ja to zrobi?
- A gdyby tak przebraa si za mczyzn i wesza niepostrzeenie razem z innymi?
To nie powinno by trudne - podpowiedziaa jej Doris. - Nie kontroluj przecie a tak
szczegowo.
Sharon zorientowaa si, e kobiety przystany.
- Jeli poyczyaby mi jakie ubrania Toma, mogabym sprbowa. Jeste pewna, e
wraca punktualnie o czwartej?
- Moesz mi zaufa. Nigdy si nie spnia. A teraz chodzi tylko ta jedna.
Kobiety ruszyy dalej.
- Dobrze. Mam narzdzia, ale czy dam sobie sama rad?
- Tom twierdzi, e nie s grube - wyjania ywo Doris. - Wymkniesz si, jak zrobi si
zamieszanie.

To byy ostatnie sowa, jakie dotary do Sharon.


Odczekaa jeszcze kilka minut, a gdy intrygantki cakiem znikny jej z oczu, ruszya
do biura.
Cay czas dwiczay jej w gowie sowa, ktre przed chwil usyszaa, ale tym razem
nie potrafia ich powiza w logiczn cao.
Co to wszystko ma znaczy?
Tego dnia nie moga skupi si nad prac, bya bardzo rozkojarzona.
Peter mgby zarzdza? Jak? Dlaczego? Czego nie chcia zrobi Tom?
Sharon nie miaa wtpliwoci, e jest to cz nastpnego planu Lindy. Nie domylaa
si jednak, o co w nim chodzi.
Wraca punktualnie o czwartej... A teraz chodzi tylko ta jedna... Kto wraca o
czwartej?
A jeli... A moe... Czyby chodzio o Gordona?
Wielki Boe! To by si zgadzao!
Sharon zdrtwiaa przeraona.
Gordon zjawia si na kaw zawsze okoo czwartej pitnacie! Mniej wicej kwadrans
zajmuje mu pokonanie drogi z kopalni do biura!
Chodzi tylko ta jedna...
Winda! Sharon wiedziaa, e Gordon kadego dnia po poudniu dokonuje inspekcji na
dole w kopalni.
Narzdzia... Linda musiaa dosta si na teren kopalni, by zrobi co, czego
odmwi Tom.
Nie!
Roztrzsiona spojrzaa na zegarek. Byo wp do czwartej. Bez chwili namysu, nie
zamykajc za sob biura, wybiega na dwr i popdzia co si w nogach w kierunku kopalni.
Zimny jesienny wiatr szarpa jej lekk sukienk, materia opltywa nogi, a kok
rozwin si i opad paszczem wosw na plecy. Sharon biega najszybciej jak moga.
Niekiedy zatrzymywaa si na moment, by wyrwna oddech, i zaraz spieszya dalej. Teraz
znaa ju plan Lindy. Wiedziaa, e tym razem nie ona jest gwnym celem ataku.
Sharon zagryza wargi. Nie przeyj tego!
Stranik zatrzyma dziewczyn przy bramie.
- Kobiety nie s wpuszczane na teren kopalni!
- Mam bardzo wan wiadomo dla Saint Johna - wydusia Sharon. - Chodzi o
bezpieczestwo kopalni!

Stranik namyla si:


- Sam mog j przekaza.
Sharon poczerwieniaa ze zdenerwowania i krzykna:
- Mam mu j przekaza osobicie! Nie jestem pierwsz lepsz kobiet, mnie kopalnia
take zatrudnia! Zreszt widzi pan, e biegam ca drog! Prosz mnie natychmiast wpuci!
Stranik da w kocu za wygran i niechtnie otworzy bram.
Sharon nigdy przedtem nie bya na terenie kopalni, ale od razu si domylia, gdzie
znajduje si wejcie do wind. Mina wielk czarn konstrukcj, ktra stanowia szkielet
nowych piecw hutniczych, i znalaza si przy wejciu do kopalni.
Ucieszya si, widzc przy windzie Percyego, ktry od razu wpuci j do pokanych
rozmiarw windy ze ciankami z metalowej siatki. Percy domyli si, e Sharon musiaa
mie naprawd wany powd, skoro zjawia si tu osobicie.
Winda ruszya powoli w d, skrzypic i trzeszczc. Sharon podniosa wzrok na
przytrzymujce j grube liny. Jedna z nich prawdopodobnie... Liny biegy wysoko, wysoko,
a w kocu znikay nad elaznym sufitem. Byo tu tyle przernych pomieszcze, kade z
nich mogo posuy za kryjwk dla zoczycy.
A jeli to tylko wytwr wybujaej wyobrani? Jeli Sharon si myli, Gordon nigdy jej
tego nie wybaczy.
Ale nie ma rady. Linda to niebezpieczna osoba. Sharon wolaaby si skompromitowa,
ni pozwoli, by Gordonowi stao si co zego.
Teraz przygldaa si w zadumie potnym, nieregularnym blokom skalnym, wzdu
ktrych suna winda. Ciemne, wilgotne i zimne ciany budziy groz i zarazem respekt.
Gdzieniegdzie brunatny kamie przecinay blade rysy kwarcu. A wic tu Gordon spdza
znaczn cz swego dnia pracy, cho mg przekaza wikszo obowizkw Peterowi i
przesiadywa w wygodnym fotelu za biurkiem. Tymczasem sam czuwa nad wydobyciem i
bezpieczestwem grnikw.
Taki by wanie Gordon Saint John.
Sharon nigdy nie potrafiaby przywykn do pracy w kopalni. Zjedajc na d
pomylaa, e bezpowrotnie pochania j czarna noc. Wpadajce przez grny otwr szybu
wiato oddalao si coraz szybciej.
Na szczcie nikt nie proponowa Sharon pracy pod ziemi. Ale dzisiaj musi
zapomnie o strachu, by ratowa Gordona.
Wreszcie winda si zatrzymaa i Sharon z niej wyskoczya. Najbliej pooony,
rozwidlajcy si korytarz owietlay lampy zamocowane pod sklepieniami. Wpadao tu take

mde wiato z wyszego pokadu.


Sharon staa przez chwil bezradnie, nie wiedzc, dokd pj. W kocu jednak
uwiadomia sobie, e Gordon musi zjawi si przy windzie, aeby wydosta si na gr.
Najlepiej bdzie, jeli tu na niego zaczeka.
I rzeczywicie, po kilku minutach day si sysze silne mskie gosy, wrd ktrych
rozpoznaa gos Gordona, odbijajcy si wyranym echem o ciany. Po chwili mczyni
wyonili si zza zakrtu i zbliyli do windy.
Sharon podbiega do nich.
Gordonowi towarzyszyo trzech grnikw. Gdy j ujrza, stan jak wryty.
- A ty co tutaj robisz?
Spojrzaa mowi prosto w oczy.
- Gordon, nie moesz teraz jecha na gr! - zacza mwi gorczkowo. - Kto
usiuje uszkodzi wind!
- Co ty wygadujesz? - spyta poirytowany.
- To prawda. Podsuchaam pewn rozmow. Przysigam! Prosz ci, nie wsiadaj do
windy!
- Przesta si wygupia! Kto by chcia doprowadzi do takiego wypadku?
Sharon zwrcia si do pozostaych grnikw.
- Bagam was, nie jedcie na gr!
Mczyni nie wiedzieli, czy sowa Sharon potraktowa powanie, czy te nie. Ale
Gordon nie mia wtpliwoci i nie zastanawiajc si, wszed do rodka.
- Dajcie spokj, to tylko babska histeria!
Grnicy byli w dalszym cigu niezdecydowani, ale rzucili narzdzia na podog
windy. Jeden z nich odezwa si ostronie:
- Moe powinnimy posucha...?
- Nie wiem, co jej strzelio do gowy i co chce przez to osign, ale zaczyna mnie to
ju denerwowa. Sharon, tym razem chyba przesadzia.
Caa czwrka staa teraz w windzie. Sharon wpada w panik.
- Gordon, ja nie pozwol! Ja nie chc, eby zgin! - krzyczaa.
- Przesta histeryzowa, opanuj si i wskakuj prdzej. Dlaczego kto miaby to zrobi?
- Bo ty ni jedziesz, rozumiesz? Kto chce twojej mierci, a ja musz mu w tym
przeszkodzi! - woaa bliska paczu i usiowaa wyzwoli si z silnego ucisku ma. - Czy
mylisz, e odwayabym si zjawi tu z byle powodu? Nie rozumiesz, e mwi prawd?
Chc twojej mierci, ale ja nie dopuszcz, nie dopuszcz!

- Nie, tego ju za wiele! - rzek rozzoszczony nie na arty i da znak do odjazdu.


Winda ruszya powoli.
Sharon, ju nie panujc nad sob, wypchna dwch grnikw. Trzeci, ktry mia
najwicej wtpliwoci, wyskoczy sam.
- Sharon, czy ty oszalaa? - wrzeszcza teraz Gordon.
- Skacz, Gordon, skacz! - Sharon nie poddawaa si, z caej siy popychajc ma na
skraj wagonika.
W kocu, nie widzc innego sposobu, sama rzucia si w d z wysokoci blisko
trzech metrw, a poniewa wci kurczowo trzymaa si Gordona, on take straci
rwnowag i w lad za on run na ziemi.
- Boe, dziewczyno, przecie moglimy si zabi! Czy ty postradaa rozum? I do tego
krwawisz!
- A co mi tam - odezwaa si paczliwie. - Na szczcie ty yjesz.
Pojkujc, podnieli si wolno z ziemi.
- Co si z tob dzieje? Co ty sobie ubzduraa? - pyta Gordon, potrzsajc Sharon. Zobacz, nic si nie dzieje!
By rozzoszczony jak nigdy. Uwag trzech grnikw przykua teraz wznoszca si ku
powierzchni ziemi winda. Gordon take ledzi jej ruch.
Pomyliam si, mylaa przeraona Sharon. Zrobiam z siebie ostatni idiotk i on mi
tego nie daruje. Oddali si ode mnie jeszcze bardziej. Teraz wszystko zniszczyam!
Pomyliam si take co do planw Lindy. Teraz kompletnie nie wiem, skd padnie
cios.
W tym momencie jeden z grnikw krzykn:
- Patrzcie!
Nagle wiszca gdzie w poowie drogi winda zatrzsa si i gwatownie przechylia na
bok. Lece na jej pododze narzdzia poleciay w d.
- Sharon, uwaaj! - krzykn Gordon, odcigajc on jak najdalej od szybu. Grnicy
rzucili si w stron bocznych korytarzy. Narzdzia uderzyy z wielk si o ziemi. Sharon
zobaczya nad sob zbiela z przeraenia twarz Gordona, ktry zakrywa j teraz wasnym
ciaem.
- Uwaga, spada! - krzykn jeden z grnikw, przyciskajc rce do uszu.
Huk by tak przeraajcy, e przez kilka kolejnych minut nic poza nim do nich nie
docierao. Gordon jeszcze mocniej przywar do Sharon, osaniajc jej gow. Grzmot dudni
nieprzerwanie w uszach, a oni odnosili wraenie, e echo tym bardziej go potgowao.

Wokoo sypay si odamki kamieni i metalowych czci konstrukcji. Nagle Gordon si


skuli.
- Jeste ranny? - Sharon sparaliowa strach.
- Chyba nic gronego - mrukn niewyranie.
W kocu wszystko ucicho. Sharon odetchna z ulg. Tym razem Linda nie dosiga
Gordona.
Sharon delikatnie, z wielk czuoci otara czoo ma. W tej samej chwili odczua
nieprzepart ch, by rozpaka si ze szczcia.
Nastpio to, co nigdy nie powinno mie miejsca.
Zakochaa si w Gordonie Saint Johnie.

ROZDZIA XV
Nie chciaa teraz myle o swojej beznadziejnej mioci do tego czowieka o sercu z
kamienia. Wszystko, co Sharon w yciu cenia, dla niego nie znaczyo nic. Czy uda si jej
utrzyma to uczucie w tajemnicy?
Gordon podnis gow i spojrza zmczonym wzrokiem na Sharon.
- Wyglda na to, e jednak miaa racj - rzek. - Uratowaa mi ycie. Przepraszam,
e byem wobec ciebie taki niegrzeczny.
- Gupstwo, ale jak si teraz wydostaniemy na gr?
- Mamy tu rezerwow wind. Cho od dawna jej nie uywalimy, myl, e jest
sprawna.
Pomg podnie si dziewczynie i strzepn z niej najgrubsz warstw pyu.
- Pewnie wygldam jak czarownica - zamiaa si Sharon.
- Rzeczywicie - przyzna. - Ale to nie jest teraz istotne. Powiedz mi lepiej, kto to
zrobi!
Sharon spucia gow. Nie miaa odwagi oskara Lindy, baa si, i kolejny raz nikt
jej nie uwierzy. Tylko ona sama i moe Margareth znay prawdziwe oblicze tej okropnej
dziewczyny. Jeli znowu padnie imi Lindy, z pewnoci zdoa ona przekona wszystkich, e
to Sharon zaaranowaa wypadek, by mc obciy win swego miertelnego wroga.
Sharon dostrzega logik w rozumowaniu Lindy: gdyby zabrako Gordona, zarzdc
zostaby Peter, a wtedy Sharon staaby si cakiem bezbronna.
Zdaa sobie spraw, jak wiele zawdzicza Gordonowi, cho on nawet nie przypuszcza,
jak bardzo j chroni.
Tak czy owak, Sharon nie moga teraz powiedzie prawdy.
- Mgby mi tego oszczdzi? - zapytaa.
- Nie ma mowy! Kogo chcesz osania?
- Jestem taka zmczona! Odmy t rozmow na pniej - poprosia.
Do Sharon podeszli teraz ocaleni grnicy. Gdy dzikowali jej za uratowanie ycia,
czua si zawstydzona. Po chwili w korytarzu day si sysze kroki biegncych co tchu ludzi.
Sharon nie miaa pojcia, e pod ziemi pracuje ich tak wielu. Grnikw przywoa wielki
huk, a gdy zobaczyli, co go spowodowao, zamarli z przeraenia. Trzej grnicy, ktrzy
uniknli mierci, stali si bohaterami. Relacjonowali przebieg wydarze, dodajc to i owo od
siebie.

Gordon poleci grnikom, by wrcili do pracy, zatrzyma jedynie kilku. Mieli oni
sprawdzi, czy uda si szybko naprawi gwn wind. W kocu wzi Sharon pod rk i
powiedzia:
- Chod, moe dziaa zapasowa.
Na miejscu katastrofy pojawi si Peter. By zdenerwowany, ale nie bardzo chcia
wierzy, e Sharon przewidziaa rozwj wydarze.
Skierowali si we trjk do drugiej windy. Doczyo do nich jeszcze kilku innych
ludzi. Szli teraz sabo owietlonymi korytarzami na przeciwlegy koniec kopalni.
- Jestemy w czci, ktra zostaa ju cakowicie wyeksploatowana - wyjania
Gordon. - Teraz rzadko kto tutaj zaglda. Rzadko kto korzysta te z zapasowej windy. Mam
jednak nadziej, e jest czynna.
Skrci w jeden z wielu mrocznych korytarzy. Panujce tu ciemnoci rozwietlay
tylko podrczne latarki idcych, a jedynymi odgosami byy odgosy ich wasnych krokw.
Przeszli obok otworu zabitego na krzy dwoma deskami
- Ten pokad jest zagroony - wyjani Gordon; - Kilka lat temu nastpio tu tpnicie.
Poniewa zoe byo na wykoczeniu, korytarz zosta cakowicie zamknity.
Szli dalej w milczeniu. Sharon zwolnia kroku i zaczekaa na Petera.
- Peter - odezwaa si najagodniej, jak umiaa. - Nie spodoba ci si to, co powiem. Ale
kiedy bardzo mi na tobie zaleao i nie mog patrze, jak niszczysz sobie ycie. Nie e si z
Lind! Zasugujesz na lepszy los.
Peter zatrzyma si i odwrci powoli w stron Sharon. Z trudem si pohamowa, by
nie wybuchn.
- Widz, e twoja zawi nie zna granic. Jeli chcesz zasia ziarno niezgody midzy
nami, to musisz wiedzie, e twoje sowa jeszcze bardziej mnie utwierdzaj w moich
zamiarach wobec Lindy.
- Tego si wanie obawiaam - powiedziaa ze smutkiem Sharon. - Musiaam ci
jednak ostrzec. Bardzo mi ciebie al.
Peter oddali si bez sowa.
Korytarz rozszerzy si niespodziewanie i rozbysn delikatnym wiatekiem. Z gry
zjedaa wanie rezerwowa winda, w ktrej zobaczyli Percyego z kilkoma kolegami.
- Co si stao? Bylimy pewni, e runlicie w d!
Gordon krtko zrelacjonowa przebieg wydarze. Percy spojrza na Sharon z
podziwem i szacunkiem, ale na dusz rozmow nie byo czasu. Gordon ju wyjania, jak
naley zreperowa uszkodzon wind. Zapasowa okazaa si zbyt maa, jak na potrzeby

kopalni.
Sharon nie bya pewna, w ktrym miejscu wydostan si na powierzchni, ale
wiedziaa, e s teraz w najdalszym zaktku kopalni, nad ktrym prawdopodobnie zaczyna
si las. Od bramy wejciowej dzieli j zatem adny kawaek drogi. Korzystajc z okazji
Sharon zadawaa mowi mnstwo pyta dotyczcych samej kopalni, ale on odpowiada
niechtnie. Wci myla o prbie sabotau. Dogoni Petera i obaj zaczli rozmawia o
reperacji windy.
Sharon, podajc z tyu, przygldaa si obu mczyznom i porwnywaa ich: Peter,
jej pierwsza sympatia, by przystojnym modziecem o miej twarzy i swobodnym sposobie
bycia. Ju w momencie poznania okaza Sharon przychylno i tym j uj. Polubia go, ba,
mylaa nawet, e to mio, ale to zauroczenie szybko mino. Inaczej rzecz si miaa w
przypadku Gordona: on na pocztku traktowa j z wyran niechci. Po jakim czasie
zacz odnosi si do niej po koleesku, polubili si nawet, ale teraz... Sharon bya pewna, e
uczucie, jakim darzy Gordona, to ju nie ulotny zachwyt, ale gboka, prawdziwa mio. I ta
mio staa si dla niej rdem zarwno radoci, jak i cierpienia. Gordon w niczym nie
przypomina Petera. By to dojrzay mczyzna o szczeglnej powierzchownoci. Trudno
nawet powiedzie, e jest urodziwy. Najgorsze, e zachowywa si jak maszyna, a nie jak
czowiek. Jak Sharon poradzi sobie z mioci do kogo tak szczeglnego?
Jednak najbardziej obawiaa si tego, e nie zdoa ukry przed Gordonem swoich
uczu. Czekay j dugie lata u boku mczyzny, od ktrego nigdy nie zazna ciepa, ktry nie
przytuli jej, nie obejmie i nie powie, e bardzo j kocha. Sharon nigdy nie pozna smaku jego
pocaunkw...
Gordon zapewne si nie dowie, jak wiele znaczy dla Sharon. Ona sama pamita
zaenowanie, jakie j ogarno, gdy doktor William wyzna jej mio. Za nic nie pozwoli, by
Gordon znalaz si w podobnej sytuacji.
- Co tak zamilka, kochanie? Mylisz o wypadku z wind? - Gordon zatrzyma si i
poczeka na on.
- Co? Ja.... Tak, chyba tak - odpowiedziaa zaskoczona.
- Nie mog teraz wrci do domu, musimy zaj si napraw. Nie czekaj na mnie z
kolacj. Ale pamitaj, jutro wszystko dokadnie musisz mi opowiedzie. I ebym nie sysza
adnych wymwek!
- Ale Gordonie! Ja nie mam cakowitej pewnoci. Przecie nie mog obwinia kogo
tylko na podstawie swoich przypuszcze!
- Bzdury - wtrci si ostrym tonem Peter. - Musimy wiedzie wszystko, nawet jeli to

tylko podejrzenia.
Sharon wrcia do domu w kiepskim nastroju. Okropnie baa si spotkania z Lind.
Kiedy tamta si dowie, e Sharon znw pokrzyowaa jej szyki, bdzie chora z wciekoci. A
wtedy lepiej byoby dla Sharon, gdyby trzymaa si od Lindy z daleka.

Wydarzenie w kopalni odbio si na samopoczuciu Sharon bardziej, ni moga


przypuszcza. Czua si tak wyczerpana, e od razu posza do swojego pokoju. Opada bez si
na ko i ju po chwili spaa gboko, trzymajc w doni prezent od Gordona - najpikniejszy
minera z jego zbiorw.
Obudziy j kroki, ale zaraz ucichy w okolicy pokoju Petera. Sharon usiada na
posaniu, jeszcze na wpsenna. Wok panowaa ciemno, by pny wieczr.
Wstaa, zapalia lamp i zabraa si do przygotowania kolacji.
Biuro... Zapomniaa zamkn drzwi do biura! A jeli kto si tam zakrad?
Pobiega korytarzem, by sprawdzi. Na szczcie wszystko byo na swoim miejscu.
Sharon sprawdzia zawarto kasy, ksig i szuflad z dokumentacj. Odetchna z ulg.
Zabraa do domu teczk z rachunkami, ktrych nie zdya policzy w cigu dnia.
Zdarzao si, e oboje, i ona, i Gordon, przesiadywali wieczorami po godzinach, nadrabiajc
zalegoci. Tego wieczoru Sharon czekao wyjtkowo duo pracy, a bya ju bardzo
zmczona!
Przed powrotem Gordona zdya si jeszcze umy i namoczya ubranie, ktre
zabrudzio si podczas wypadku w kopalni. Przygotowaa take ciep kolacj.
Na widok ma serce zaczo jej mocniej bi. Jak to si stao, e do tej pory nie
widziaa, jak ujmujc, cho surow ma twarz? Ucieszy j lekki umiech, ktrym j powita.
- Jak poszo? - spytaa niecierpliwie.
Usiad wygodnie w fotelu.
- Jako tako. W kadym razie winda jest ju sprawna. Jedna z lin zostaa przetarta w
taki sposb, eby wygldao to na naturalne zuycie.
- Jak mona byo tak ryzykowa, skoro wok krci si stale tylu grnikw?
- Uszkodzenia dokonano w zamknitym pomieszczeniu, tam gdzie liny s
zamocowane. Mia szczcie, e nikt go nie przyapa. Wybra miejsce, gdzie rzadko
ktokolwiek si zjawia.
On... Gordon nawet nie dopuszcza myli, e podejrzany moe by kobiet.
Sharon wrcia do swojego pokoju, by zaj si rachunkami. Otworzya teczk i
wyoya na biurko jej zawarto.

A c to takiego? Skd to si tutaj wzio?


Zaskoczona, wzia do rki spor, wygldajc na bardzo star ksig oprawion w
skr. Ksiga pokryta bya kurzem i pleni i miaa specyficzny, niemiy zapach. Otworzya
j, nachylia si nad lamp i...
- Gordon! Zobacz, co znalazam w teczce z dokumentami! - zawoaa i pobiega do
kuchni. - Kto musia j tu podrzuci! Jest rcznie pisana i nic z tego nie rozumiem!
Gordon, ktry zdy si ju posili, podszed do Sharon.
- Jakie to stare! Skd to wzia?
- Naprawd nie mam pojcia!
Gordon przekada delikatnie stron po stronie. Niektre kartki byy tak zniszczone, e
nic nie mona byo z nich odczyta.
- Wydaje mi si, e to starofrancuski, ale nie mam pewnoci - uzna w kocu.
Sharon spojrzaa ze zdumieniem.
- W jaki sposb si tu znalaza?
- Peter! - krzykn Gordon. - Chod! Zobacz, co my tu mamy!
Do kuchni wszed Peter. Take on nie mg si nadziwi, jakim sposobem ksiga
znalaza si u Sharon.
- Ale dlaczego kto pooy j akurat w mojej teczce? - nie moga zrozumie
dziewczyna.
- To rzeczywicie zastanawiajce - owiadczy Gordon.
Peter przerzuca ostronie kartki.
- Patrzcie, tu jest jaka mapa!
Wszyscy troje nachylili si nad biurkiem.
- Wyglda mi to na map naszej wyspy - zauwaya Sharon.
- Faktycznie, ale mnstwo tu dziwnych, obcych nazw.
- Jeli to starofrancuski, by moe pastor bdzie w stanie nam pomc.
- Chyba nie o tej porze! - zdumia si Peter.
- A ktra to waciwie godzina? - zapyta Gordon.
- Ju mina pnoc.
- No tak, to rzeczywicie nie czas na wizyty. Odoymy to na jutro. Chodmy wic
spa. Ksig zamkn w szafie. Wyglda na to, e jest bardzo cenna.
- Te tak myl - wtrcia Sharon. - Poza tym podejrzewam, e ta ksiga trafia tutaj...
- ...z zamku - dokoczy za ni Peter.
- Dzieo czarownika. Tego prawdziwego, a nie jego ducha.

ROZDZIA XVI
Nadszed dzie, w ktrym mia odby si lub Lindy i Petera.
Boe, pozwl mi zasn i nigdy wicej nie obudzi si do tego okrutnego ycia,
modlia si Sharon po wczesnym przebudzeniu. Wiedziaa, e odtd Linda bdzie mieszka
tu za cian. Znw bdzie musiaa sucha oskare i przykrych docinkw. Baa si poza
tym, e Gordon zada od niej wyjanie w sprawie wypadku z wind. Kto by jej w tej
sytuacji uwierzy? Ponad wszystko jednak baa si bliskoci Gordona. Teraz, kiedy
zrozumiaa, jak bardzo go kocha, byo jej naprawd ciko.
Uwiadomia sobie, e obecno Gordona zawsze wywoywaa w niej niepokj. Teraz
to uczucie stao si tak intensywne, e wprost trudne do zniesienia. Nagle Sharon zrozumiaa,
e waciwie ju na pocztku znajomoci Gordon zrobi na niej wielkie wraenie jako
mczyzna i tylko jego pene rezerwy zachowanie sprawio, e nie do koca zdawaa sobie z
tego spraw. Jeszcze do wczoraj Sharon wydawao si, e nie potrzebuje Gordona,
tymczasem wci za nim tsknia. Byo to uczucie tak nowe, tak jej nie znane, e nie umiaa
sobie z nim poradzi. Marzya, by obj j czule, otoczy silnymi ramionami, ale wiedziaa, e
to marzenie nigdy si nie speni. Jakie czeka mnie ycie? mylaa. Jak mam zwrci na siebie
jego uwag? Czy to nie obd?
Z cikim sercem rozpocza kolejny dzie.

Ju od duszego czasu Gordon i Peter zajmowali si wycznie kopalni. Spodziewali


si goci z Kanady; mieli to by fachowcy nadzorujcy budow piecw hutniczych. W
miasteczku panowao podniecenie. Murarze spieszyli z robot, gdy piece miay wkrtce
zosta uruchomione.
Obaj, Gordon i Peter, wracali teraz do domu bardzo pno, by natychmiast pa na
ko i zasn. Sharon spdzaa wiksz cz dnia w biurze, gdzie rwnie nie brakowao
zaj. Linda wprowadzia si do nowo polubionego ma, wic Sharon nie czua si
swobodnie nawet we wasnym pokoju. Baa si, e Linda podejmie kolejn prb pozbycia
si Gordona, i staraa si nad nim czuwa.
Jak dotd m nie mia czasu porozmawia z ni o wypadku. Take stara ksiga w
dalszym cigu spoczywaa w zamkniciu i cho wszyscy troje byli ogromnie ciekawi, jakie
kryje tajemnice, nie mieli nawet kiedy o tym pomyle.
Ktrego wieczoru Gordon oznajmi:

- No, moja droga, dzi skoczylimy pierwszy piec, jutro bd gotowe dwa pozostae.
Robotnicy chc to koniecznie uczci, dlatego pomylaem, e warto by urzdzi dla
wszystkich zabaw. Wystpimy na niej jako gospodarze, wic postaraj si adnie wyglda.
Zjawi si te Kanadyjczycy, musimy ich godnie przyj.
Sharon nie wiedziaa, czy ma si mia, czy paka.
- Dajesz mi zaledwie jeden dzie i mwisz, e mam wietnie wyglda? Przecie ja
nie mam adnej wizytowej sukni!
- Nie moesz kupi czego w sklepie?
- W sklepie? Tam wisz jedynie niemodne suknie dla podstarzaych panien!
- Wybacz, ale ja nie mam pojcia, jak chcesz si ubra - westchn Gordon.
- A moe kupiabym materia i co sobie uszya?
- Rb, co chcesz.
Ale jak uszy wizytow sukni w cigu zaledwie jednej doby?
Sharon ogarno przyjemne podniecenie. W sklepie znalaza biay, nieco grubszy
jedwab, ktry doskonale nadawa si na eleganck sukni. Potem pomogy jej Margareth i
Anna i w kocu Sharon miaa tak kreacj, o jakiej zawsze marzya: suknia bya mocno
dopasowana w talii, z udrapowanym karczkiem. Obszerny d sukni dochodzi a do ziemi,
ramiona za byy odkryte. Anna upia wosy Sharon w kunsztowny kok, pozostawiajc kilka
niesfornych lokw luno opadajcych na kark.
- Sharon, wygldasz przecudownie! - wykrzykna Margareth. - Rcz, e dzi
przymisz nawet Lind!
- Lind? A co mnie Linda obchodzi? Ona dla mnie nie istnieje.
Ani Margareth, ani Anna nie mogy wiedzie, e dla Sharon istotne jest tylko, czy
spodoba si Gordonowi. Nie miaa ochoty zwierza si nawet przyjacikom.
Nareszcie nadszed oczekiwany wieczr. Zbliaa si pora wyjcia z domu. Gordon
zawoa ze swego pokoju:
- Sharon, jeste gotowa? Ju czas!
- Tak, id.
Gordon ubrany starannie w bia koszul i czarny garnitur, zapala wanie fajk,
kiedy Sharon, ogromnie przejta, wkroczya do jego pokoju.
- Czas ju... - zacz Gordon i nagle zaniemwi. - Dobry Boe! - jkn po chwili.
- Co takiego? Czy co nie tak? - spytaa niepewnie Sharon.
- Nie tak? - powtrzy Gordon, jakby nie mogc znale waciwych sw.
- Nie drcz mnie duej. Powiedz wreszcie, o co chodzi!

W kocu Gordon opanowa si i rzek:


- Bardzo pikna suknia! Tylko e.... tylko te odkryte ramiona... - tu zrobi nieokrelony
ruch domi.
- Mog je przykry tym zielonym szalem. I co, teraz lepiej?
- Duo lepiej - stwierdzi. - Chodmy ju.
Otworzy drzwi przed Sharon z niezwyk jak na niego galanteri i poprowadzi on
w kierunku wietlicy. Zachowuje si tak, jak gdyby nagle odkry drogocenny minera,
pomylaa z rozbawieniem, ale zaraz posmutniaa.
Nie powiedzia jednak nic wicej. Szli w milczeniu, jakby byli sobie zupenie obcy.
Sharon odczuwaa ogromn trem, po raz pierwszy miaa wystpi oficjalnie u boku ma i
chciaa wypa jak najlepiej..
Gdy wesza do rodka, na sali rozleg si szmer zachwytu. Gocie z Kanady nie
odstpowali Sharon na krok, William mia ze wzruszenia zy w oczach i nawet Peter by
nieswj. Wci wodzi za dziewczyn wzrokiem, w ktrym zachwyt miesza si z alem. C,
zawsze by wraliwy na niewieci urod, a tego wieczoru Sharon wygldaa wspaniale.
Ale nie podziw tych mczyzn sprawi, e Sharon tego wieczoru miaa znakomity
humor. Dostrzega oto, e Gordon zerka na ni z prawdziwym zainteresowaniem. Nawet
zoliwe docinki Lindy nie zdoay zepsu jej dobrego nastroju.
- Widz, e wybraa biel: kolor niewinnoci? No, no... Mylaby kto - rzucia
uszczypliwie Linda, sama ubrana w bladorow sukni, ktra znakomicie pasowaa do jej
ciemnych wosw.
Zoliw uwag dosysza Gordon.
- Daruj sobie dzisiaj ten temat, Lindo - rzuci sucho.
Linda popatrzya na niego ze zoliwym umiechem. Zauwaya, rzecz jasna, e
Gordon i Sharon maj oddzielne sypialnie, i nie omieszkaa tego skomentowa. Po tej niezbyt
przyjemnej wymianie zda Linda przesza na drugi koniec sali. Margareth bya zdania, e
Linda nie chce, by porwnywano j tego wieczoru z Sharon.
Na zabawie zjawili si wszyscy mieszkacy wyspy. Gocie z Kanady, a take co
odwaniejsi z grnikw, nieustannie prosili Sharon do taca. Teraz nikt ju nie pamita, e
cakiem niedawno traktowano j jak zadumion. Tego wieczoru Sharon przymia urod
wszystkie mieszkanki wyspy. Bya przy tym mia i bezporednia, tak e tancerze jej nie
odstpowali. Sharon nikomu nie odmawiaa. Czua si w pewnym stopniu gospodyni, bya
przecie on zarzdcy kopalni. Tak bardzo pragna, eby Gordon by z niej dumny.
Ale Gordon zachowywa si jako dziwnie. Nie taczy; sta zamylony ze

szklaneczk whisky w doni i od czasu do czasu wymienia z gomi jakie zdawkowe uwagi.
Wci jednak patrzy na Sharon, a jego twarz bya zacita i skupiona.
Po skoczonym tacu Sharon z umiechem podesza do ma.
- Dobrze si bawisz? - zapyta, ale w jego gosie wicej byo pretensji ni
prawdziwego zainteresowania.
- Owszem, tylko si ju troch zmczyam.
- Mwiem przecie, eby nie zdejmowaa szala! - rzuci gniewnie.
- Kiedy wci mi si zsuwa - rzeka tonem usprawiedliwienia. - Nie taczylimy
jeszcze ani razu - dodaa z lekkim wyrzutem.
- Ja si do tego nie nadaj. Bybym natomiast wdziczny, gdyby troch ograniczya te
flirty.
Sharon, uraona, zblada, a jej oczy wprost miotay skry. Tak rozgniewanej ony
Gordon nigdy jeszcze nie widzia.
- To wanie dla ciebie staram si by gocinna i mia! Jeli nie widzisz rnicy
midzy uprzejmoci a flirtem, to jeste...
W tej chwili przed Sharon skoni si Peter, proszc j do taca.
- Prosz bardzo, jest wolna - powiedzia obraony Gordon.
Sharon cakiem ju stracia dobry humor, ale posza zataczy z Peterem. Od czasu do
czasu zerkaa na ma, ktry sta teraz samotnie przy drzwiach, nawet na moment nie
spuszczajc jej z oczu. Umiechna si do niego lekko, jakby przepraszajco, ale on na to nie
zareagowa.
Co si z nim dzieje? Czemu tak dziwnie na mnie patrzy? Jeszcze niedawno wcale si
mn nie interesowa, a teraz nieustannie mnie ledzi.
Zmartwiona, nie suchaa nawet, co Peter do niej mwi.
Kiedy orkiestra przestaa gra, Sharon znw wrcia do Gordona. I wtedy stao si co
nieoczekiwanego.
- Idziemy - powiedzia zmienionym gosem Gordon, mocno, a do blu ciskajc jej
rk.
Gdy bez sowa szli dugim korytarzem do mieszkania, Sharon opanowao
nieprzyjemne przeczucie.
Gordon otworzy drzwi do pokoju Sharon, w ktrym wczeniej by tylko jedyny raz.
- Wchod do rodka! - poleci ostro.
Serce Sharon bio niespokojnie, gdy drcymi domi zapalaa lamp. Nagle poczua,
e otoczy j ramionami, i odwrcia si do niego.

Patrzya mu teraz prosto w oczy; widziaa w nich powag. Jego pier wznosia si i
opadaa w niespokojnym oddechu, usta mia mocno zacinite. Sharon bya zaskoczona i
przeraona zarazem. Nie miaa pojcia, co j teraz czeka. Nie potrafia przewidzie
zachowania tego zwykle tak opanowanego mczyzny.
Stalowe donie zaciskay si coraz mocniej wok jej ramion. Baa si. Zastanawiaa
si, czy mimo woli swym zachowaniem na zabawie nie urazia Gordona. W jego spojrzeniu
dostrzega jednak raczej rozpacz, a nie gniew.
- Dlaczego jeste taka pikna, Sharon? - szepn.
Sharon nie moga uwierzy wasnym uszom.
- Naprawd tak uwaasz? - pytaa zaskoczona,
- Kiedy Peter mwi, e jeste bardzo pikna, musiaem mu przyzna racj. Dotd
jednak nie miao to dla mnie adnego znaczenia. Uroda to tylko zewntrzna oprawa, ktra z
czasem przemija. Nie za wygld tak bardzo ci ceniem. Ale dzisiejszego wieczoru...! Ci
wszyscy mczyni, wpatrzeni w ciebie jak w obrazek! To wprost nie do zniesienia!
Usyszaa tylko niewyrane, zdawione westchnienie, po czym zatona w jego
ramionach. Jego twarz dotykaa jej wosw, niespokojne donie gadziy jej plecy. Sharon
czua drcy oddech Gordona tu przy skroni.
On mnie kocha, pomylaa. Trzyma mnie w ramionach! To nie sen! Boe, nie ma dla
mnie wikszego szczcia!
- Och, Gordon - szepna, obejmujc go za szyj. - Tak si baam, e nigdy nie bdzie
ci na mnie zaleao. Byo mi tak ciko, nie miaam ju si, by duej czeka, ale teraz
nareszcie... teraz naleysz tylko do mnie. Mj ukochany, mj jedyny Gordon!
Sharon raz po raz wypowiadaa jego imi, tak jakby uczya si go od nowa na pami.
Jego usta znalazy si tu przy jej ustach, a Sharon ogarno niewypowiedziane
szczcie. Przytulia si do ma gorco, z oddaniem. Czua na ciele jego rce, czua
pocaunki na szyi, chtnie poddawaa si pieszczotom, nie zauwaajc, e staj si coraz
bardziej brutalne. Nie stawiaa oporu, gdy podnis j i uoy na ku. Naleaa do niego,
bya zakochana i kochana!
Patrzya mu czule w oczy, gadzia ukochan twarz. Pragna da mu ca gbok
mio, cae ciepo i dobro, jakie w sobie nosia.
- Gordon, tak ci kocham! - wyszeptaa wzruszona.
I wtedy rzuci zachrypnitym gosem:
- A wic nie zapomniaa jeszcze swoich umiejtnoci? Teraz, kiedy ju i mnie
usidlia, mwisz, e kochasz, tak? Nie masz za grosz wstydu! Zachowujesz si jak

prawdziwa dziwka.
Sharon jkna. Nie moga uwierzy w to, co syszy, to musi by zy sen! Ale Gordon
mwi dalej.
- Dlaczego to inni mogli si z tob zabawi, a ja nie? Jak byo z Peterem, jakie to
miosne igraszki odbyway si w biurze pod moj nieobecno? Mnie te si przecie co
naley! W kocu jeste moj on, tak czy nie? Tylko si nie opieraj, bo nic ci to nie pomoe!
Przeraona brutalnoci ma Sharon prbowaa si wyswobodzi z jego ramion, ale
daremnie. On za krzycza:
- A moe nie jestem dostatecznie przystojny? Moe czekasz na zapat? Prosz
bardzo! Oto ona!
Sign rk do kieszeni, wycign banknot i pooy go na stoliku. Upokorzona
Sharon nie bya ju w stanie duej powstrzyma ez.
- Jeszcze ci mao? No to jeszcze jeden!
Opr i pacz dziewczyny jeszcze bardziej rozdraniy Gordona. Ju nie panowa nad
sob. Sharon staraa si uwolni z jego obj, gdy przywar wargami do jej warg, ale bez
powodzenia. W kocu musiaa si podda. Przymkna oczy, z ktrych pyny zy, i
szepna:
- O dobry Boe!

ROZDZIA XVII
Gordon sta przy oknie wpatrzony w ciemn noc. Przytaczaa go tak wielka rozpacz,
e ledwie mg oddycha.
Co ja narobiem? myla. Chyba sam diabe musia mnie opta! Jak mogem postpi
tak z kobiet, ktra nigdy nie wyrzdzia mi najmniejszej przykroci?
Odwrci gow i spojrza na drobn istot, ktra przysiada na brzegu ka, kulc
ramiona, i bezgonie kaa.
Czy to zazdro sprawia, e da si ponie zwierzcej dzy? Nieoczekiwanie
odkry, jak wielkim skarbem jest jego wasna ona, i poczu si bolenie dotknity tym, i jak sdzi - naleaa ju do innych mczyzn. Na dodatek sporo wypi, a przecie taki by
zmczony. A moe stao si tak dlatego, e nigdy tak naprawd nie interesowa si kobietami?
Nic jednak nie mogo usprawiedliwi jego brutalnoci. Wyrzdzi Sharon ogromn
krzywd, i to nawet nie o sam jego postpek chodzi. Najgorsze byy sowa, jakie
wypowiedzia, kiedy wyznaa mu swoj mio. Upokorzy j tak straszliwie wanie
wwczas, gdy po raz pierwszy mu zaufaa. Czy co takiego mona wybaczy drugiemu
czowiekowi?
A jednak, o ironio, jego postpek pozwoli mu pozna ca prawd o Sharon. Musi
teraz powiedzie o tym wszystkim. al mu byo ony, ale nie mg postpi inaczej.
- Chod, Sharon - rzek bezbarwnie.
Podniosa oczy i odsuna si od niego.
- Nie skrzywdz ci nigdy wicej - zapewni. - Tak wiele chciabym ci wyzna, ale to
zostawmy na potem. Najpierw trzeba wyjani rzecz najwaniejsz.
Patrzya na niego z lkiem. Nie wiedziaa, czego jeszcze moe si po nim spodziewa.
- Nie bdzie to dla ciebie przyjemne - doda z westchnieniem. - Ale musisz przez to
przej.
Wstaa i bez sowa podya za nim. Nie przyja jednak jego wycignitej doni.
Gordon poprowadzi on ku wietlicy, gdzie wci trwaa wesoa zabawa.
Sharon zatrzymaa si.
- Nie! Tylko nie tam!
- Sharon, zrozum, ja musz to zrobi. Mnie te to nie sprawi przyjemnoci, ale to dla
twojego dobra...
Sharon poddaa si i ruszya apatycznie za Gordonem. Waciwie byo jej ju

wszystko jedno. Czy mogo j spotka co jeszcze gorszego?


Gordon poprowadzi Sharon na owietlone podwyszenie. Goci z Kanady ju nie
byo, pozostali tylko mieszkacy wyspy.
Gordon da znak muzykom, by przerwali gr, i poprosi wszystkich, by podeszli bliej.
- Stoi przed wami moja ona, Sharon, ktra przybya na wysp oskarona o zabjstwo.
Mimo e zawsze twierdzia, e jest niewinna, tak naprawd nie wierzylimy jej sowom.
Wszyscy posdzalimy Sharon o najgorsze i nieustannie jej dokuczalimy. Zostaa
wykluczona z naszej spoecznoci, wyrzucona z baraku mieszkalnego i jadalni, opluwano j i
pogardzano ni, nawet dopuszczono si prby jej ukamienowania. Chciabym teraz zapyta,
czy jest na tej sali choby jedna osoba, ktra moe jej rzeczywicie co zarzuci?
Nikt nie odpowiedzia, trwaa pena napicia cisza.
W kocu przerwaa j Doris:
- Zrzucia win na Lind Moore! - wykrzykna.
- Czy naprawd tak byo? - spyta z naciskiem Gordon. - Sharon raz tylko
opowiedziaa swoj wersj caej tej historii, i to pod przymusem. Czy to nie Linda na prawo i
lewo rozpowiadaa, jakim potworem jest Sharon?
W sali panowaa cisza. Napicie roso z minuty na minut.
- Dzisiaj zagadka zostaa wreszcie rozwizana. Sharon jest niewinna.
Przez sal przeszed szmer zaskoczenia, a potem rozleg si gos Doris:
- I pan myli, e my w to uwierzymy? Przecie s dowody przeciwko Sharon.
Wystarczy tylko spojrze na Lind, eby...
- No wanie! - przerwa jej Peter. - Nie chcesz chyba powiedzie, Gordonie, e moja
ona wszystko zmylia? Wystarczy porwna je obie!
- Susznie. Mamy dzi wreszcie tak okazj. To pozwoli nam ustali ktra z nich
kamie. Pozwl tutaj, Lindo. Mam do ciebie kilka pyta.
Linda wesza na scen krokiem penym gracji. Na jej ustach Sharon dostrzega
pogardliwy umiech. Sama staa bez najmniejszego ruchu, nie reagujc na to, co dziao si
wok niej. Nogi miaa jak z waty, a myli wydaway si cikie niczym ow.
- Co mianowicie chciaby pan wiedzie? - spytaa Linda gosem sodkim jak mid.
Gordon wzi gboki oddech. Wida byo, e dobranie waciwych sw przychodzi
mu z trudem.
- Nie zaprzeczysz, e morderstwa dokonaa kobieta lekkich obyczajw?
- Naturalnie, e nie - odpara z przekonaniem Linda. - Dlatego nie mog zrozumie,
jak Sharon mie rzuca na mnie tak potwarz. Chyba nie wie, co mwi. Wszyscy w miecie

znali kobiet w czerwonej pelerynie, ktra, starannie ukrywajc sw twarz, odwiedzaa wielu
panw.
- Ach, tak. O ile wiem, Sharon rzeczywicie miaa tak peleryn, ale ty podobno tak
sam.
Linda zamiaa si triumfujco.
- Tak twierdzi Sharon, ale to naturalnie jedno wielkie kamstwo. Nie ma nic na swoj
obron, wic prbuje ca win zrzuci na mnie.
- Czy Sharon bya w domu, w ktrym popeniono zabjstwo, by zabra jak par
rkawiczek, o ktrych podobno zapomniaa?
Linda wygldaa na szczerze zdziwion:
- Przecie to jasne, e Sharon po prostu zmylia ca t histori. Widziaa j nawet
gospodyni...
- Tak. I zdaje si, przysigaa nawet, e kobieta w czerwonej pelerynie jest
przyjacik waciciela kamienicy?
- Oczywicie - odpara Linda.
- Czy moesz potwierdzi jej sowa?
- To w ogle nie podlega dyskusji, ale mimo to przysigam na moj zmar matk.
Gordon odetchn z ulg:
- Dzikuj ci. Tak wic Sharon jest wolna.
Po tych sowach zapanowao oglne poruszenie. Zdezorientowana Linda zapytaa:
- O co w tym wszystkim chodzi? Przecie to jaka bzdura!
Gordon nienawidzi siebie samego za to, co mia za chwil zrobi: zdecydowa si
zdradzi najintymniejsze tajemnice ich maestwa wszystkim obecnym na sali po to, by na
zawsze uwolni on od strasznego oskarenia.
- Sharon do dzisiaj bya dziewic - powiedzia i ukry twarz w doniach.

Wszyscy zamarli, po chwili po sali przebieg szmer przyciszonych gosw, a w kocu


zapada taka cisza, e sycha byo przelatujc much.
Linda staa teraz bez ruchu. Kiedy, otrzsnwszy si z szoku, chciaa wyj z sali,
Gordon pooy na jej ramieniu swoj cik do.
Oczy wszystkich skieroway si teraz na Petera. Powinien przecie uj si za on!
Take Linda patrzya na niego w nadziei, e stanie w jej obronie.
Peter pokrci z niedowierzaniem gow. By kompletnie zdruzgotany. Zrozumia
wreszcie, jak bardzo si pomyli. W oczach Lindy zabysa nienawi.

Teraz odezwaa si jedna z kobiet:


- Wreszcie zrozumiaam: to Linda swoim przewrotnym gadaniem sprawia, e
chciaymy zabi Sharon. Doris sama by na to nie wpada!
- Tak, tak - doda Tom. - I to ona mnie namawiaa, ebym uszkodzi lin w windzie!
Nie zgodziem si na to, ale wszyscy wiemy, e winda i tak spada. Jestem pewien, e Linda
zrobia to wasnymi rkami! Chciaa, eby Peter zosta gwnym zarzdc. Wtedy ona
mogaby nareszcie zniszczy Sharon, jedyn osob, ktra znaa j tak naprawd.
Wykorzystujc zamieszanie, jakie zapanowao w wietlicy, Linda wybiega za drzwi.
Andy i kilku innych grnikw chciao biec za ni, ale Gordon ich powstrzyma.
- Dajcie spokj. I tak daleko nie ucieknie w tych ciemnociach. Mam zamiar wysa j
pod stra do Anglii, gdzie w kocu odpowie za swoje czyny. Tym samym Sharon zostanie
uwolniona od cicego na niej oskarenia i jeli taka bdzie jej wola, bezpiecznie powrci do
swojej ojczyzny.
I wtedy Andy powiedzia:
- Mam nadziej, e Sharon nas nie opuci.
- Wszyscy mamy tak nadziej - z ca powag potwierdzi Gordon.
Popatrzy na stojc obok blad jak kartka papieru dziewczyn. Miaa spuszczony
wzrok i lekko dray jej rce.
- Syszaa, Sharon? - spyta agodnie Gordon. - Teraz jeste wolna i nikt ju nie
bdzie ci o nic oskara.
Dziewczyna podniosa gow, a Gordon przerazi si, ujrzawszy wyraz jej oczu.
- Wolna? - wyszeptaa. - Wolna? Ale za jak cen?
Zachwiaa si i byaby upada, gdyby Gordon jej nie podtrzyma.
- Moje ty biedactwo - szepta nad zemdlon Sharon. - Czy twoje cierpienia nigdy si
nie skocz? Dlaczego to ja wci jestem ich gwn przyczyn?

ROZDZIA XVIII
Gdy Sharon obudzia si nastpnego ranka, zobaczya przy swym ku Margareth
Warden.
- Jak si czujesz, kochanie? - zapytaa przyjacika ze wspczuciem. - To musia by
dla ciebie ciki dzie. e te Gordon nie mg ci oszczdzi tego upokarzajcego
przesuchania! No, ale inaczej nadal ciyoby na tobie oskarenie. Gordon obawia si o
twoje zdrowie, dlatego prosi mnie, ebym z tob dzi zostaa. Co ty na to?
- Dzikuj, Margareth, ale to nie jest konieczne. Nie chciaabym sprawia ci kopotu,
poza tym czuj si ju zupenie niele.
- Jeste pewna? No, dobrze. Gordon chciaby z tob porozmawia, zaraz jak si
obudzisz, wic moe go poprosz?
W pierwszej chwili Sharon instynktownie odwrcia twarz do ciany, ale natychmiast
opanowaa si i rzeka:
- Powiedz mu, e moe ze mn mwi, kiedy zechce.
Margareth wysza z pokoju. Sharon przez drzwi syszaa, e rozmawia o niej z
Gordonem, ktry ju po chwili stan przed kiem Sharon.
- Usid - powiedziaa obojtnie.
Przysiad na skraju posania. Wygldao na to, e chce pogadzi do Sharon, ale ona
natychmiast schowaa rce pod kodr.
Gordon zagryz wargi
- Sharon, naprawd nie wiem, od czego zacz - rzek niepewnie. - Nie mam nawet
odwagi prosi ci o wybaczenie. Zachowaem si jak ostatni dzikus. Nie wiem, czy
zapomnisz, e nie wierzyem w twoj niewinno. Chciabym jednak prosi, eby cho
sprbowaa mnie zrozumie. Natomiast tamte sowa... - przerwa skruszony, zagryzajc
wargi. - Mylaem, e wykorzystujc sw urod, chcesz mnie usidli. Nawet mi przez myl
nie przeszo, e mogaby co do mnie czu... Dopiero potem pojem, jak bardzo ci
zraniem. Co mam zrobi, eby mi to wybaczya?
- To by mj bd, po prostu nieporozumienie. Przez chwil sdziam, e te mnie
kochasz.
Gordon westchn ciko.
- Gdybym teraz powiedzia ci, e tak jest w istocie, nigdy by nie uwierzya. Zreszt
takie sowa byyby obraz dla prawdziwego uczucia, bo ja nie potrafi nikogo kocha.

Przecie mio nie pyta, czy kto jest winny, czy te nie. Sharon, ile ja bym da, eby jeszcze
raz ujrze ci szczliw! Tyle mi ofiarowaa, a ja wszystko brutalnie podeptaem. Jeli
zechcesz opuci wysp, zrozumiem t decyzj. Mimo to bagam ci, eby zostaa ze mn.
Daj mi szans, ja naprawd bardzo auj i pragn wszystko naprawi.
Sharon pokiwaa gow.
- Oczywicie, e mog zosta. I tak nie mam co ze sob zrobi. Obiecuj, na
przyszo oszczdz ci wszelkich wyzna.
Gordon by zupenie bezradny.
- Kochanie, nie mw do mnie w ten sposb! Na mio bosk, Sharon! Posuchaj mnie
i pozwl wszystko wyjani!
Stara si wytumaczy, e waciwie dotychczas nie mia adnych dowiadcze z
kobietami. Wczoraj by bardzo zmczony, alkohol podziaa na niego wyjtkowo szybko.
Sharon wygldaa tak piknie, e obudziy si w nim podanie i zazdro. Niestety, nie
zdoa zapanowa nad tymi uczuciami...
Sharon suchaa jego nieporadnych wyjanie obojtnie.
Kiedy skoczy, westchn i wsta z zamiarem odejcia.
- Sprbuj teraz zasn - powiedzia na poegnanie. - I pamitaj, eby zamkn drzwi.
Boj si, e Linda moe tu wrci.
Wyszed, a Sharon leaa, wpatrujc si nieruchomym wzrokiem w sufit. Co si w
niej zaamao, co pko. Wydawao si jej, e ju nigdy nie bdzie umiaa nikomu okaza
uczu.

- A przecie ostrzegaem! - pastor zaamywa rce. - Przeczuwaem, e ty


doprowadzisz j do tragedii.
Od zabawy w wietlicy miny dwa dni. Gordon siedzia ze zwieszon gow na
schodach kocioa w popoudniowym socu, ktre, chylc si ku zachodowi, owietlao
ryneczek ostatnimi promieniami.
- Co mam uczyni, eby odzyska jej zaufanie?
Warden chodzi bez sowa w t i z powrotem, w kocu zatrzyma si przy Gordonie.
- Naprawd nie wiem - rzek wreszcie. - To wyjtkowo wraliwa dziewczyna. Czy ty
nie rozumiesz, jak wielk krzywd jej wyrzdzie? Jak ty j mao znae! Przecie ona nigdy
by nie wyznaa ci swojej mioci, gdyby naprawd nie kochaa. Zamae jej serce. Teraz
Sharon wci bdzie syszaa twoje okrutne sowa. Zaufaa ci bez reszty, a ty j tak poniye!
Takiej krzywdy nie mona ot tak po prostu zapomnie. Nie, nie jestem w stanie tego poj.

Gordon, co ty narobi najlepszego?


- Ale co ja mam teraz pocz?
- Co masz pocz? Nic, absolutnie nic! Moe kto inny byby w stanie odzyska jej
zaufanie, ale nie ty! To niemoliwe!
- Wszystko bym odda, eby to odwrci.
- Czy ty w ogle kochasz Sharon? - zapyta zamylony pastor.
Gordon nie wiedzia, co ma odpowiedzie.
- Ja...? Skd ja mam wiedzie? Sharon jest jedyn osob na ktrej mi kiedykolwiek
zaleao, ktra co dla mnie znaczy. Ja... ja j lubi. Czy to nie wystarczy?
- Wyglda na to, e wicej nie mona od ciebie oczekiwa - rzek ze smutkiem
duchowny.
- Poza tym jest mi jej tak okropnie al.
- eby si czasem nie way jej tego okazywa, bo to jeszcze bardziej by j zranio.
Jak ona si zachowuje? Nie rozmawia z tob?
- Przeciwnie, rozmawia jak zwykle. Nie wyglda te na obraon, ale w ogle si nie
mieje, jest jaka inna. Jakby... martwa. Kiedy si do niej zbliam, odruchowo si odsuwa.
- Trudno si jej dziwi - Warden pokiwa gow ze zrozumieniem.
Gordon skry twarz w doniach. Milcza przez chwil, a potem zacz zdawionym
gosem:
- Musz, musz za wszelk cen odzyska jej przyja, bo inaczej co to wszystko jest
warte? Tyle byo ciepa i serdecznoci w jej spojrzeniu, a teraz nic z tego nie zostao.
Wszystko zniszczyem. Wierzyem wicie, e uczucia nikomu nie s potrzebne do szczcia!
Warden usiad obok Gordona.
- Posuchaj. Wydaje mi si, e doszede do punktu zwrotnego. Twoje ycie musi si
odmieni. Zreszt ty sam ju jeste inny. Szkoda tylko, e stao si to kosztem radoci, jak
nosia w sobie Sharon. Ta dziewczyna w adnym razie nie zasuya na taki los.
- Ma pastor racj. Tyle si nacierpiaa z powodu faszywego oskarenia, a ja, zamiast
jej pomc, jeszcze bardziej j skrzywdziem! Ale chyba rzeczywicie si zmieniam. Jeszcze
do niedawna liczya si dla mnie tylko praca. A teraz? Choby te piece hutnicze. Nawet
Kanadyjczycy mnie za nie pochwalili, ale ja nie czuj adnej satysfakcji, adnej dumy. To
przestao by wane.
Soce znikno za horyzontem, wic obaj wstali ze schodw.
- Mam jeszcze jedn prob. To bardzo wane. Mamy pastorowi co ciekawego do
pokazania - dorzuci Gordon, patrzc na wyrany kontur zamkowych ruin na tle wieczornego

nieba. - Ju wczeniej chciaem to zrobi, ale tyle si ostatnio wydarzyo...


- Dobrze, zwaszcza e Margareth jest pewnie u Sharon.
Gordon skin gow.
- Prosiem, by czuwaa przy Sharon. Wci nie wiemy, gdzie moe by Linda, szuka
jej kilku mczyzn.
Ruszyli w kierunku budynku biurowego.
- Czy Linda moga targn si na swoje ycie? - spyta Warden.
- W adnym razie. To nie jest osoba, ktra uciekaaby si do tego rodzaju rozwiza.
Jestem pewien, e nadal jest na wyspie. Rano przeszukalimy kady milimetr statku, ktry
wanie dzisiaj odpyn. Tam jej nie byo.
- Zdumiewajce, e nikt jej jeszcze nie znalaz, miny ju dwie doby od jej ucieczki.
Gdzie ona moe si podziewa?
- Nie mam pojcia - odpar zamylony Gordon - Wiem natomiast, e sta j na
wszystko, i dlatego si boj. Dopiero teraz zrozumiaem, e Sharon miaa tego wiadomo i
nieustannie czuwaa nade mn, zwaszcza po wypadku z wind. Tylko e teraz jej ju na
niczym nie zaley.

W saloniku zgromadzia si spora grupka goci. Na prob Gordona zjawili si doktor


Adams i sklepikarz, Peter, Margareth i pastor Warden, Anna i Andy.
- Wielki Boe! Skd wzia si tu ta ksiga? - wykrzykn zdumiony Warden, gdy
pokazano mu znalezisko. - To rzeczywicie francuski, ale jaki dziwny!
- Czy moe pastor co z tego odcyfrowa? - zapyta z napiciem w gosie Peter, ktry
wanie wrci z bezowocnych poszukiwa Lindy.
- Czciowo, ale nie jestem pewien, czy powinienem to robi! - odpowiedzia
zafrasowany pastor.
- Dlaczego? - zdumia si Gordon.
- Dlaczego? To to czarna magia! A roi si tu od zakl i magicznych receptur!
- Czy to znaczy, e ksiga jest dzieem francuskiego waciciela zamku? - Peter by
coraz bardziej zaciekawiony.
- Z pewnoci. To jakby jego wasny dziennik, ale nie taki zwyczajny. Z lkiem
mylimy o czarownicach, ktre potajemnie sporzdzaj straszliwe mikstury, by potem
odprawia czary na cmentarzu w noc przy peni ksiyca, cho to tylko bzdurne bajanie. Ta
za ksiga jest naprawd straszna. Wydaje si, e piszcy j czowiek bez trudu przenika
ludzkie myli. Jak na tamte czasy musia posi gbok wiedz i... nie, to zbyt odraajce!

Pastor z nie udawanym wstrtem odsun ksig, ale zaraz sign po ni Peter.
- Moe to i dobrze, e on nie yje... - skomentowa sucho.
- Chyba tak rzeczywicie jest lepiej! - wykrzykn wzburzony duchowny.
- Czy to moliwe, e on zjawia si tu jako duch? - spytaa zaniepokojona Margareth.
- Nie, w to nigdy nie uwierz.
Gordon bez powodzenia stara si pochwyci spojrzenie ony. Sharon siedziaa bez
sowa, przysuchujc si tylko dyskusji. Gordon z trosk obserwowa jej apatyczne
zachowanie. Wiedzia dobrze, e jeszcze kilka dni wczeniej zadawaaby mnstwo pyta i
ywo uczestniczya w rozmowie.
- Spjrzcie! - wykrzykn podniecony Peter. - To sowo chyba musiao zosta
podkrelone cakiem niedawno! Te strony s najbardziej zniszczone.
Pastor pochyli si nad ksig i usiowa odczyta.
- Sumak... Nie, zupenie nie wiem, co by to mogo znaczy. Kartki s zbyt zniszczone.
- Gdzie syszaam to sowo, ale nie mog sobie przypomnie, gdzie - Margareth
zmarszczya czoo.
- To sowo z pewnoci odgrywa wan rol. Podejrzewam, e podkreli je ten, kto
podrzuci Sharon ksig - wtrci si wreszcie Gordon.
- Zapiszmy je! Niech pastor jeszcze nam co powie na temat tej mapy na kocu ksigi
- poprosi rezolutnie Peter. - Tu, gdzie znajduje si rynek, jest co napisane, ale co...?
Duchowny przetumaczy:
- Obz... By moe chodzi o Indian, rybakw i myliwych. Natomiast kolonizatorzy
zamieszkiwali prawdopodobnie tereny, na ktrych teraz stoj nowe domy.
- A to co? - zapyta Gordon. - W lesie, tam gdzie znajduje si najdalszy, pnocnozachodni fragment wyspy? Tu jest te co napisane.
Tym razem nawet Sharon si zainteresowaa.
- Vallee de la... Literki s takie malutkie, e trudno je odrni - powiedziaa. - Musi
to by mniej wicej w okolicy, gdzie ogarno mnie to dziwne zamroczenie.
- Pokacie mi to zdanie - rzek Warden. - To miejsce nazywa si Dolina mierci.
- A wic owa dolina z opowiadania Sharon ju od dawna wie si z jak mroczn
tajemnic - zauway Peter.
- Chyba musimy si tam wreszcie wybra. I do zamku take - dorzuci Gordon.
- Protestuj! - krzykn doktor Adams. - Chodzilicie tam tyle razy i co z tego
wyniko? Nie mam zamiaru leczy kolejnych rannych.
- Tak czy owak musimy tam dotrze - powiedzia zdecydowanie Gordon. - Jutro po

poudniu kocz rozbudow kopalni i mam zamiar zrobi sobie par dni wolnych. Chc je
powici na rozwikanie tajemnicy ruin.
- A co z kradzieami chalkopirytu? - zapyta Peter.
- O nich te pamitam.
Warden nadal w zamyleniu studiowa map.
- Jest tu jeszcze jaka dziwna, szeroka droga, ktra prowadzi z zamku przez ow
Dolin mierci. Nigdy jej tu nie widziaem!
- Rzeczywicie. Ona nie istnieje - powiedzia sklepikarz. - Jestem tego pewien. Nie raz
spacerowaem w tamtych okolicach i na adn drog nie natrafiem.
- Udao ci si dotrze do tej strasznej doliny?
- Nie, ale podobnych dolinek jest w okolicy mnstwo.
Zebrani na moment zamilkli, jakby temat zosta wyczerpany. Margareth zapytaa
Petera:
- I co, udao wam si wreszcie odnale Lind?
Na twarzy Petera pojawi si cie rozgoryczenia.
- Nie, i wcale mnie to nie martwi. Skra mi cierpnie na sam myl o niej. To
bezwzgldna kobieta, ktra ukrywaa swoje prawdziwe ja pod mask nieporadnoci. Omamia
mnie i zawioda przed otarz. I pomyle, e kiedy miaem okazj wybra Sharon!
- To byby bd, Peter - cicho powiedziaa Sharon.
- No tak, moe i masz racj. Na mnie nigdy tak nie patrzya jak na Gordona.
Gordon podnis si tak gwatownie, e krzeso, na ktrym siedzia, przewrcio si z
oskotem. Stan przy oknie odwrcony plecami do zebranych.
- Co ci si stao, Gordon? - spyta zdumiony jego reakcj Peter.
- Nic, zupenie nic - odpowiedzia tamten zduszonym gosem.
- Myl, Peter, e nie powiniene podejmowa teraz spraw prywatnych - zauwaya
Margareth.
- To prawda, poza tym na nas ju czas - doda pastor. - Jeli pozwolicie, wezm ksig
do domu, eby si jej dokadniej przyjrze. Moe uda mi si rozszyfrowa sowo sumak?
Gdy wszyscy sobie poszli, Sharon pogasia lampy i wrcia do swojego pokoju. Na
dworze wiatr szumia w koronach drzew. Nadesza jesie, pora sztormw. Od strony morza
dochodzi huk fal rozbijajcych si o skalisty, stromy brzeg.
Sharon pomylaa o Lindzie, ktra teraz ukrywa si gdzie w mroku nocy i jest sama
jak palec.
Przebraa si w nocn koszul i usiada na brzegu ka. Bya bardzo zmczona, ale

mimo to nie chciao jej si spa. Drczyy j ze, przygnbiajce myli.


Na stoliku sta bukiet ostatnich jesiennych kwiatw. Dostaa je od Petera, ktry w ten
sposb, bez sw, prosi o wybaczenie. Rzeczywicie, nie raz bolenie zrani Sharon, ale teraz
to nie miao dla niej adnego znaczenia.
Od chwili, gdy pomylaa, e ju nigdy nie spojrzy Gordonowi w oczy, miny dwa
dugie dni. A dzi... Sharon westchna.
Najgorsze byo to, e wci nie potrafia odnosi si do niego obojtnie. Gdyby moga
przesta go kocha, nie cierpiaaby a tak bardzo. Kiedy jednak pojawia si w pobliu,
odczuwaa bl w sercu. Cho Gordon nie kocha Sharon, ze wszystkich si prbowa okaza
al i skruch. Ale to i tak nie miao adnego sensu. Sharon miaa wiadomo, e ju nigdy
nie zdoa si przed nim otworzy. Zupenie jakby midzy nimi wyrs wysoki mur. Gdyby go
kiedy zburzya, m znw mgby j zrani.
Westchna gboko i pooya si do ka.
W chwil potem zerwaa si na rwne nogi. Okno zadrao pod wpywem silnego
uderzenia.
Moe to wiatr, pomylaa.
Sharon podesza do okna i ostronie odsuna firank.
Po niebie pdziy ciemne chmury, wicher gi gazie drzew. Na tle szyby dostrzega
dziwny, duy cie, ale gsty mrok sprawia, e nie moga okreli, co waciwie widzi. W
pewnej chwili na szybie odbiy si dwa lnice punkty.
Co si dzieje? Przecie w pokoju mam tylko jedn lamp!
Cie pochyli si w kierunku okna i wtedy Sharon ujrzaa przeraajc twarz o
tych, pomiennych lepiach.

ROZDZIA XIX
Sharon krzykna przeraona i odskoczya od okna. W okamgnieniu znalaza si przy
drzwiach i teraz mocowaa si z zamkiem. W kocu udao jej si wydosta z pokoju. Wpada
prosto w ramiona Gordona.
- Usyszaem najpierw jaki guchy stuk, a zaraz potem twj krzyk. Co si stao? zapyta zdenerwowany.
Dziewczyna dugo nie moga wydoby z siebie gosu.
- Demon! Czarownik! Tam, za oknem!
Gordon przytkn twarz do szyby.
- Co si tam poruszyo, ale ju znikno! Poczekaj na mnie, zaraz wrc.
- Nie! Bagam, nie zostawiaj mnie samej! Boj si te o ciebie!
Gordon zatrzyma si.
- Moe rzeczywicie najlepiej bdzie, jeli zostan z tob. Na dworze jest cakiem
ciemno, wic i tak nic nie zobacz. Ale e odway si przyj a tutaj? Zaczyna mnie to
naprawd niepokoi, nigdzie nie jestemy ju bezpieczni. Waciwie naleaoby chyba ostrzec
wszystkich mieszkacw wyspy, a moe nawet podj poszukiwania. Ale czuj, e moje
miejsce jest dzi tutaj. Pojutrze bd mia wolne i wtedy sprbujemy go poszuka. Gdybym
tylko wiedzia, w jaki sposb moglibymy uchroni si przed ranami...
- Czy mylisz, e tym razem chcia zabra ksig?
- Nie, nie wydaje mi si - umiechn si Gordon.
- A co by byo, gdyby tu wszed?
- Sonko, nie daj si ponie fantazji! w rzekomy duch z pewnoci nie potrafi
przenika przez ciany, za to rcz!
- Gordonie - zacza niepewnie Sharon. - Nie odwa si zosta sama. Tak okropnie
si boj. Czy mogabym posiedzie do rana w twoim pokoju w fotelu?
Twarz Gordona rozjania si w ciepym umiechu.
- Moja maa Sharon! Jeli chcesz, moesz nawet spa w moim ku. Jest
wystarczajco szerokie, zmiecimy si w nim oboje. Pomidzy nami poo miecz, niczym za
czasw Tristana i Izoldy. Obiecuj, e nic ci nie zrobi.
Po chwili namysu Sharon si zgodzia.
- No dobrze, niech tak bdzie.
Kwadrans pniej ju leaa wpatrzona w rozbyskujcy w ciemnociach ogieniek z

fajki Gordona.
- Nie powiniene pali przed snem.
- Wiem, ale nie mog teraz sobie odmwi tej przyjemnoci.
Co prawda w obecnoci Gordona Sharon nie baa si ju ducha, ale mimo to
przeywaa mki. Nie chc o nim myle, nie o nim! powtarzaa sobie, zaciskajc mocno
powieki, jak gdyby to wanie miao pomc.
Opanowaa si w kocu na tyle, e moga zacz rozmawia na neutralne tematy.
- Gordon, wci myl o kradziey chalkopirytu. A gdyby tak podj pewien
eksperyment?
- Co masz na myli? - zapyta, wytrzsajc resztk tytoniu z fajki.
- Wasz rud way si skrupulatnie w kopalni na dole, a nastpnie transportuje na
powierzchni ju bez kontroli. Jej ilo sprawdza si po raz drugi dopiero przed zaadunkiem.
Czy sdzisz, e ginie ona na powierzchni?
- Chyba tak.
- A gdyby jednak zway j jutro zaraz po wydobyciu na powierzchni?
- Przypuszczasz, e moe znika na dole?
- No wanie.
- C, t ewentualno take bralimy pod uwag. Kilkakrotnie przeszukiwalimy
bardzo

dokadnie

cay

teren

kopalni.

poza

tym

jaki

sposb

zodzieje

przetransportowaliby skradzion rud na gr?


- Ale czy kiedykolwiek waye wydobyty surowiec? - Sharon nalegaa na odpowied.
- Nie, nigdy. Mamy tylko dwie wagi, ktre stoj w specjalnie wykopanych doach:
jedna z nich znajduje si na dole, druga w porcie; przetransportowanie tej drugiej w okolice
szybu sprawioby nam wiele kopotw.
- Ale mgby sprbowa - dziewczyna upieraa si przy swoim.
Gordon umiechn si.
- Twarda z ciebie sztuka. Rzeczywicie, mgbym. Mona by jeszcze raz zway rud
tu przed samym wywiezieniem jej na powierzchni, musielibymy jednak zrobi to w
najwikszej tajemnicy. Ale i wtedy nie uzyskamy odpowiedzi na pytanie, kto kradnie. Twj
pomys chyba nam nie pomoe, ale zrobi, jak radzisz.
- No to dobrze.
- Czy ju przestaa si ba ducha?
- Tak, teraz czuj si duo pewniej.
Gordon zawaha si, a Sharon wyczua, e chce zada jej jakie wane pytanie.

- Czy nie uwaasz, e teraz moglibymy zamieszka w jednym pokoju? Nie


chciaaby si do mnie przeprowadzi?
Sharon milczaa przez chwil.
- Mog, to dla mnie bez rnicy. W kocu jestem przecie twoj on.
- Nie - powiedzia zakopotany. - Nie o to mi chodzi. Jeli sama nie odczujesz takiej
potrzeby, nie bd ci do tego namawia.
Sharon westchna gboko i rzeka:
- Zdarzyo si raz, e przyszam do ciebie z wasnej woli. Nigdy wicej si to nie
powtrzy.
Gordon achn si, jakby chcia zaprotestowa, ale si opanowa. Teraz leeli
spokojnie, wsuchani we wasne oddechy.
- Gordon, czy w sierocicu byo ci bardzo ciko? - spytaa Sharon po duszej chwili.
- Myl, e byo mi tak samo ciko jak tobie.
Dziecistwo mieli podobne, to ich zbliao do siebie.
- Wydaje mi si, e tobie byo duo gorzej.
- Dlaczego tak sdzisz?
- Poniewa nie staby si taki, jaki jeste.
Gordon dugo nic nie odpowiada.
- Moe masz racj - wyszepta w kocu.- Byo mi tam naprawd bardzo le. Z tego
okresu pamitam waciwie tylko gd. Przypominam te sobie jednego chopaka, ktry wci
mi dokucza, zabiera mi dosownie wszystko. Gdy skaryem si opiekunom, wymierzali mi
chost, a potem bi mnie kolega. Wtedy zrodzia si we mnie nienawi.
Sharon pokiwaa gow w zadumie:
- Pamitasz, wtedy spytae: Czy moe nie jestem dla ciebie dostatecznie
przystojny?
Gordon westchn ze smutkiem.
- Tamtego wieczoru wypowiedziaem wiele trudnych do wybaczenia sw. Dabym
wszystko, eby to odwrci, eby znw byo jak dawniej. Wwczas stopniowo jako by si
midzy nami uoyo, nie sdzisz?
- Nie - powiedziaa cicho Sharon. - Nadal brakowaoby w tym zwizku czego, bez
czego nie potrafiabym y.
- Czego?
- Twojej mioci.
- Nigdy przedtem z nikim tyle nie rozmawiaem. Czy nie rozumiesz, e to jest wanie

najlepszy dowd na to, jak wiele dla mnie znaczysz? No, dobrze, opowiadam dalej. Bardzo
wczenie zaczem pracowa na swoje utrzymanie. Ju jako omioletni chopak zostaem
uczniem w zakadzie kowalskim. Wstawaem o czwartej rano i pracowaem do pna
wieczr. Wynagrodzenie zabiera oczywicie sierociniec. Potem trafiem do kopalni, w ktrej
wytrzymaem a do czasu, kiedy musiaem odej z sierocica. Wtedy postanowiem si
uczy.
Umilk na moment. Wiedzia jednak, ze Sharon sucha go z prawdziwym
zainteresowaniem, wic zacz mwi dalej;
- Teraz nie mam pojcia, jak mi si to udao. Byy to dla mnie najcisze lata i
naprawd nie chc o tym opowiada. Krtko mwic, byem poniany, wszystkiego sobie
odmawiaem, imaem si najciszych prac, eby tylko nie przerwa nauki. To wtedy do
reszty zamknem si w sobie, odwrciem zupenie od wiata i teraz ponosz tego
konsekwencje. Jedyn osob, ktra kiedykolwiek co dla mnie znaczya, zraniem do gbi.
W jego gosie Sharon syszaa gorycz i al. Drgna, gdy Gordon nieoczekiwanie
zapyta:
- Powiedz, czy ty ju cakiem przestaa mnie kocha?
- Nie chciaabym odpowiada na to pytanie!
- Musisz! Prosz ci! To dla mnie nieskoczenie wane! Czy naprawd nic ju do
mnie nie czujesz?
- Wybacz mi, Gordonie - wyszeptaa prawie niedosyszalnie Sharon. - Ale nie odwa
si o tym mwi.
Jego oddech sta si nierwny.
- Chyba daa mi wanie odpowied - rzek z westchnieniem. - A czy nadal si mnie
boisz?
- Nie boj si ciebie, ale twojej pogardy.
- Tego naprawd nie powinna si ju obawia.
- Wierz ci, ale mimo to nie potrafi pozby si lku. A nade wszystko przecie mnie
nie kochasz.
- Tego nie moesz wiedzie, sonko - odpar zasmucony.
- Owszem, mog. I nie prbuj mnie okamywa.
- Ja sam przecie nie wiem, bo nie wiem, czym jest mio. Moje serce ju dawno
zamienio si w ld. Jedyne uczucie, jakie przez tyle dugich lat je wypeniao, to nienawi.
Ale teraz wiem, e moje serce kiedy odtaje. Jeli tylko zechcesz poczeka.
- Mog poczeka, ale nie obiecuj, e przestan si ciebie ba.

- Chocia sprbuj! - prosi. - We moj do!


Ostronie pooy rk na jej ramieniu. Sharon z wahaniem jej dotkna, drc przy
tym na caym ciele. Najpierw zapragna natychmiast si od niego odsun, ale si
przemoga. Po chwili poczua, e delikatnie i wolniutko, jak nigdy przedtem, pogadzi j po
policzku. Jego palce przesuny si ku wosom. Sharon leaa sztywna jakby pokna kij,
niemal wstrzymujc oddech.
- No ju dobrze, dobrze - szepta uspokajajco, jak do dziecka. - Nie bj si mnie.
Bardzo mi na tobie zaley i nigdy wicej ju ci nie skrzywdz.
Jego gos brzmia agodnie i usypiajco. Sharon czua oddech ma tu przy skroni.
Nagle jkna przeraona.
W jednej chwili Gordon odsun si od niej.
- Przebacz mi - wyszepta zakopotany. - Chciaem tylko pomc ci przezwyciy
strach.
- To na nic, Gordon. Nie w taki sposb. Moe gdyby pokocha mnie naprawd...
Chocia nie wiem ju sama, czy i wtedy... Och, Gordon, co my teraz poczniemy?
Sharon nie do koca zdawaa sobie spraw z tego, co mwi. Ale on zapamita jej
sowa. Zaczyna mie nadziej, e kiedy nadejdzie dzie, gdy Sharon jednak przyjmie jego
mio.
W pokoju zapada gboka cisza. Oboje leeli bez ruchu, nie mogc zasn. Tej nocy
byli sobie bardzo dalecy.
Ale zaraz nastpnego dnia ich sprawy osobiste zeszy na dalszy plan...

ROZDZIA XX
Tego dnia zmar niespodziewanie jeden z mieszkacw wyspy. Ciao mczyzny
leao na rodku drogi midzy barakami a kopalni. Natychmiast po znalezieniu zwok
wezwano Gordona, Sharon za podya za mem.
Stali, przygldajc si, jak doktor Adams bada zmarego. Wok zebraa si spora
grupka grnikw, dalej klcza zatopiony w modlitwie pastor.
- Zmar kilka dobrych godzin temu. Stao si to albo wieczorem, albo w nocy oznajmi krtko doktor Adams.
- Bardzo duo pracowa. Wczoraj te zosta jeszcze po naszym wyjciu - rzek jeden z
grnikw.
- Co byo powodem zgonu? - zapyta Gordon.
- Niewtpliwie atak serca - odpar William. - Ale po jego wyrazie twarzy wida, e
musia si czego lub kogo miertelnie wystraszy.
Sharon spojrzaa w nieruchome, szeroko otwarte oczy zmarego i zadraa.
- Gordon, widziaam go cakiem niedawno.
- To prawda. By jednym z trzech grnikw, ktrych uratowaa od pewnej mierci.
- Nie za dugo nacieszy si yciem - doda smutno pastor. - Ale co mogo go a tak
bardzo przerazi?
- Wydaje mi si, e znamy odpowied - rzek Gordon. - Do okna Sharon kto wczoraj
wieczr zaglda i panicznie j przestraszy. By to demon z zamku we wasnej osobie.
- Co takiego? - krzykn przestraszony duchowny, a zgromadzeni mczyni spojrzeli
po sobie z niedowierzaniem. - Ale, ale... to by rwnie wyjaniao inne dziwne zjawisko...
- Jakie zjawisko?
- Kiedy wrcilimy z Margareth do domu, pooyem na swoim biurku star ksig.
Nie zamknem drzwi wejciowych. Po jakim czasie, gdy chciaem zamkn drzwi na klucz,
zauwayem, e ksiga znikna. Wyglda wic na to, e to duch j zabra. Ju pniej zdaem
sobie spraw, e tego wieczoru w pewnym momencie poczulimy przecig, ktry szybko
usta.
Po dokonaniu ogldzin pastor Warden przyczy si do Gordona i Sharon,
powracajcych do domu. Gordon by bardzo zamylony.
- Nad czym tak dumasz, przyjacielu? - zapyta agodnie duchowny.
Gordon zmarszczy czoo.

- Czy w tej sprawie nie dostrzegacie zbienoci?


- Nie bardzo rozumiem - zdziwia si Sharon.
- Wydaje mi si, e w grnik nie zmar mierci naturaln. Sdz, e zosta
nastraszony.
- Wci nie mog poj, o co ci chodzi.
- Uratowaa mu ycie. Tego samego wieczoru znalaza w swojej torbie star ksig.
Nie mg jej podrzuci nikt inny, tylko on. Wczoraj znowu zajlimy si ksig, prbujc
rozwika jej tajemnice, i zaraz potem demon zoy wizyt Sharon. Na koniec odzyska
ksig, zabierajc j pastorowi.
- Tak by mogo, ale nie rozumiem, czemu to miaoby suy? - odpar Warden. - Poza
tym ja przecie nie wierz w duchy.
- Ani ja. Wydaje mi si, e ten grnik zna tajemnic zamku. Jeli wczeniej by w
posiadaniu ksigi, musia by take na zamku. Gdy Sharon uratowaa mu ycie, chcia si
jako odwdziczy i pomc nam rozwiza zagadk. Dlatego podrzuci tu ksig. Tym
samym zdradzi i dlatego musia umrze.
Teraz wtrcia si Sharon:
- Ale skoro zna tajemnic, z pewnoci nie raz widzia demona. Jak wic mg si go
przestraszy?
- Moe przyczyn zgonu wcale nie by atak serca? Grnicy s raczej dobrego zdrowia.
S jednak choroby, ktrych objawy przypominaj zawa serca. Niewykluczone, e William
si pomyli, cho to nie znaczy, e jest zym lekarzem. Dopiero dokadniejsze badania mog
wykaza prawdziw przyczyn zgonu.
Szli w milczeniu. Wiatr si nasili i zanosio si na deszcz. Sharon otulia si szczelniej
szalem.
- Ta ksiga ma pewnie spor warto - powiedzia zawiedziony pastor Warden.
- To prawda. Wielka szkoda, e nie zdylimy jej dokadniej przestudiowa.
- Twoja teoria tumaczyaby nag mier grnika, jak i kradzie u pastora i Margareth
- dodaa w zamyleniu Sharon. - Ale dlaczego pojawi si przy moim oknie? Czyby u mnie
szuka tajemniczej ksigi?
- Jeli to duch, z pewnoci nie musia skrada si do okna. A jeli nim nie by, tym
bardziej wiedzia, gdzie si ksiga znajduje - rzek Gordon.
Ale Sharon i pastor nadal mieli wtpliwoci.
- Ja te niezupenie pojmuj, dlaczego chcia i ciebie wystraszy - dorzuci Gordon.

Na wie o pojawieniu si zego czarownika w osadzie ludzi ogarno prawdziwe


przeraenie, dlatego Peter postanowi zebra wszystkich w wietlicy. Poleci, by mieszkacy
nie przebywali wieczorami poza domami i eby dobrze zamykali wszystkie drzwi.
Owiadczy take, e Gordon Saint John zamierza nazajutrz ponownie wybra si na zamek i
ostatecznie rozwiza t niezwyk zagadk.
- A jeli to mu si nie uda? Jeli czarownik zechce si na nas zemci? - krzykna
jedna z kobiet.
- Musimy da sobie z nim rad - rzek zdecydowanym gosem Peter. - Nawet
gdybymy byli zmuszeni zburzy zamek i podpali las.
- Nie sdcie, e puszcz na t wypraw swojego! - odezwaa si ta sama kobieta.
- Ani ja! - zawoaa inna. - Wystarczy, e rzuci na niego jedno spojrzenie, i stary
padnie! A kto wtedy zapracuje na rodzin?
- Nikogo nie bdziemy zmusza. Poza tym nie zabierzemy adnego czowieka, do
ktrego nie mielibymy zaufania. Waciwie ich wybralimy. Wic moecie ju si rozej.
Mieszkacy wrcili poruszeni do swoich domostw i starannie zaryglowali drzwi.
Chodziy suchy, e w kominach pozawieszano wszelkie moliwe przedmioty, majce jakoby
chroni ludzi przed zymi mocami.
Przestano ju szuka Lindy. Nikt nie spodziewa si znale jej ywej.
Dzie by bardzo zimny i ponury. Wiatr, i tak ju silny, wzmaga si z godziny na
godzin. Nieliczni mieszkacy, ktrzy wychodzili z domw, kulili si, by ich nie porwa.
tobrzowe licie opaday na ziemi, strcane z gazi gwatownymi podmuchami.
Niespodziewanie w biurze pojawi si Gordon i nie dopuszczajcym sprzeciwu tonem
poleci:
- Zbierajcie si. Wyruszamy na zamek.
- Dzisiaj? - zdumiaa si Sharon. - Przecie mwilicie, e...?
- To jasne, e musimy i dzi. Z caym rozmysem wprowadzilimy ich w bd,
rozumiesz? Wszyscy myl, e wybieramy si tam jutro, a my pojawimy si z zaskoczenia.
Jutro mogoby by za pno. Mam nadziej, e nie zd si przygotowa na nasze przybycie.
Po ostatniej mrocej krew w yach przygodzie i wizycie czarownika Sharon
powoli tracia przekonanie, e zjawy z zamku nie s wytworem wyobrani. Ale za nic by si
do tego nie przyznaa ani Gordonowi, ani Peterowi.
- Rozumiem. Jestem gotowa.
Gordon przyjrza si onie uwanie.
- Czy jeste cakiem pewna, e chcesz nam towarzyszy? O tym, e si nie boisz,

wiem, poza tym jeste doskonaym kompanem, ale zaczynam si o ciebie troch martwi.
Sharon uja taka troskliwo, ale rzeka zdecydowanie:
- Chyba nie mylicie, e ja tu usiedz spokojnie, podczas gdy wam grozi bdzie
niebezpieczestwo. A w dodatku czarownik nie waha si przed wizytami w miasteczku, wic
i nawet w domu nie jestem bezpieczna.
Gordon namyla si chwil, ale w kocu si zgodzi.
- Dobrze. Bd ci wci mia na oku. Ale nie zapomnij zabra rkawic ochronnych.
Pozostaym te o tym przypominam.
Na skraju lasu doczyli do reszty uczestnikw wyprawy. Byli wrd nich naturalnie
Andy i Percy, a take doktor Adams, pastor Warden i trzech grnikw, ktrych Sharon znaa
tylko z widzenia.
Kiedy Sharon zauwaya, e kilku mczyzn zabrao ze sob bro, w peni zdaa sobie
spraw z powagi sytuacji.
Duszy czas szli w milczeniu dobrze im znan len drog.
- Jestem z wami po raz pierwszy - odezwa si wreszcie doktor Adams w chwili, gdy
mijali tablic informujc o zakazie wstpu na teren w pobliu zamku. - Moim zadaniem
bdzie, jak sdz, ratowanie was, szalecw, ktrych nic nie jest w stanie wystraszy.
- Sam zaliczasz si dzi do naszego grona - skomentowa ze zoliwym umiechem
Gordon.
- Musz osobicie si przekona, jak to naprawd jest z tym straszliwym wzrokiem
czarownika, i raz na zawsze pooy kres jego zabjczemu dziaaniu.
Droga poprowadzia ich na niewielkie wzniesienie.
- We mnie za rk, Sharon, bdzie ci atwiej i - zaproponowa Gordon.
Bez namysu podaa mu do, lecz w tej samej chwili wiedziona jakim trudnym do
okrelenia odruchem wyrwaa j gwatownie. Sharon dostrzega w oczach Gordona al.
- Przykro mi, Gordon - powiedziaa cicho - Ale to na nic.
William szed najbliej i przypadkowo zauway ten z pozoru nieistotny incydent. W
pewnym momencie zbliy si do Sharon i dyskretnie zapyta:
- Czy midzy wami wszystko ukada si jak naley?
- Co? Aha, tak, wszystko bdzie dobrze. Z czasem, to tylko przejciowe trudnoci.
- Powiedziaa mi kiedy, e si nie kochacie i e tak jest lepiej. Ale co mi si tu nie
zgadza, Sharon. Powiedz, co to za trudnoci?
Sharon skrzywia si.
- Raczej nie chciaabym porusza tego tematu. Lepiej nie pytaj.

- Musz pyta! Przecie to dotyczy mnie samego! Jeli mgbym da ci wicej


szczcia ni ten dziwak, to nie bd siedzia z zaoonymi rkami i przyglda si, jak
cierpisz. Chyba potrafisz to zrozumie? Sharon, jeli kiedykolwiek...
- Nie, Williamie, nawet o tym nie myl. Wierz mi, doceniam to, jeste dla mnie taki
miy. Lecz moje miejsce jest przy Gordonie niezalenie od tego, jak bardzo bdzie mi trudno.
Williamowi z pewnoci zrobio si przykro, ale Sharon nie moga inaczej mu
odpowiedzie.
Wichura nadal szalaa nad ich gowami, targajc bezlitonie gaziami drzew, ale
zdyli ju zej do dolinki, gdzie wiatr nie by a tak dokuczliwy. Szli teraz gsiego, a
wreszcie stanli przy osawionych schodach prowadzcych na podwrzec zamku.
- A wic jestemy na miejscu - zauway Andy. - Kto pierwszy na ochotnika?
- Ja - odrzek zdecydowanie Percy.
Pierwszych kilka stopni pokonali bez trudu. Ale gdy zbliyli si do miejsca, gdzie
schody zakrcay pod ktem prostym, bardzo silny podmuch wiatru zmusi ich do wycofania
si.
- Chyba musimy sprbowa na czworaka - zaproponowa Peter. - Tylko nie
zapomnijcie o rkawicach.
Sharon podniosa ostronie gow. Tym razem na szczycie nie dostrzega tajemniczej
postaci, a jedynie fragment zniszczonego zamkowego muru. Czua si dziwnie, czogajc si
tu za Andym, ale chyba rzeczywicie tylko w ten sposb uda si im pokona trudny odcinek.
Posuwaa si ostronie po nierwnych omszaych stopniach, starannie omijaa skalne
zapadliska. Od czasu do czasu natrafiaa na odciski ogromnych stp.
- Spjrzcie tutaj! - krzykn w pewnej chwili Andy. - Czy to moliwe? Przecie to
chyba s lady damskich pantofli!
Zatrzymali si jednoczenie, zdumieni. Wszystkim na myl przysza Linda.
Po chwili znw mozolnie wspinali si pod wiatr.
Percy, przytrzymujc si pnia pokrzywionej, starej brzozy, pierwszy dotar na gr.
Sharon staraa si posuwa jak najbliej muru. Rozejrzaa si wokoo i dopiero teraz
tak naprawd przerazi j widok zamku, ktry znajdowa si zaledwie kilkadziesit metrw od
nich. Od ruin dzielia ich tylko niewielka polana poronita dzikimi, rozoystymi krzakami.
Ponure resztki zrujnowanej budowli groway nad okolic. Wysoko ku niebu wznosiy si
zamkowe wiee, z ktrych jedna pozostaa niemal nienaruszona. Druga bya w opakanym
stanie. Na dziedzicu leay bezadnie porozrzucane cegy i wiksze fragmenty murw.
Wjazd o ukowatym sklepieniu przypomina rozwarte w krzyku usta.

Z tyu za zamkiem Sharon dostrzega ciemnogranatow powierzchni wzburzonego


morza, ktrego spienione fale z biaymi grzywami z niewiarygodn si uderzay o strome
skay. Grzmot fal miesza si z wyjcym w starych ruinach wiatrem.
- Gdzie to si dzi podzia nasz duch? - zaartowa Andy.
Jeden z mczyzn otar doni pot z czoa.
- Robi mi si niedobrze - owiadczy.
- Masz mdoci? - spyta Gordon.
Mczyzna przytakn
- W takim razie zawracaj. Na nic si nam nie przydasz, a tu moesz si jeszcze
bardziej rozchorowa. Poczekaj na nas na dole, przy schodach. Zaraz ci przejdzie.
Mczyzna zszed, podtrzymywany przez doktora Adamsa, ale mimo to lekko si
zatacza.
- Czy kto jeszcze nie czuje si dobrze? Jeli nie, ruszamy dalej - rozkaza Peter.
Znaleli si teraz na otwartej przestrzeni. Uszli jednak zaledwie kilka metrw, gdy na
ziemi osun si pastor. Percy i William pomogli mu wsta i rwnie podprowadzili do
schodw.
- Dwch mamy z gowy - podsumowa Gordon. - Nie podoba mi si to, ale musimy i
dalej. Jak twoje samopoczucie, Sharon?
- Tylko lekki zawrt gowy, ale na razie dam sobie rad.
- Patrzcie! - krzykn Andy - To on! Na dziedzicu!
Sharon w jednej chwili obla zimny pot. Stali teraz zaledwie kilka metrw od bramy
wjazdowej, za ktr rozbysa para ognistych oczu.
Niemal jednoczenie wypalia si doszcztnie pochodnia, ktr zabrali ze sob. Dwaj
grnicy cofnli si i chcieli ucieka, lecz jeden z nich pad pprzytomny na ziemi, a drugi
stara si go podnie. Zatacza zacz si rwnie Peter, za Gordon krzykn:
- Nie poradzimy sobie! Zawracamy! Ju i mnie robi si niedobrze!
Ale Sharon nie zdya zawrci. W przecigu kilku sekund poczua dobrze znane
zawroty gowy i mdoci, po czym osuna si na ziemi zemdlona.
- Rany boskie! - krzykn zaamany Gordon. - Jak my si std wydostaniemy?

ROZDZIA XXI
I znowu Percy przyszed im z pomoc. Po raz drugi uratowa przyjaci,
wyprowadzajc ich poza teren oddziaywania zabjczej mocy czarownika. Gordon o
wasnych siach dowlk si do schodw, ale w pojedynk nie byby w stanie pomc
pozostaym.
Na koniec Andy wspar Percyego ramieniem, ale w poowie drogi dzielcej bram od
schodw obaj upadli. Percy ze strachem patrzy w kierunku przeraajcego demona, ktry
jednak sta bez ruchu i wydawa si jedynie obserwowa bezradno intruzw. Pozostaym
zemdlonym stara si pomaga William, on jednak za adne skarby nie chcia zbliy si do
bramy.
Zatrzymali si dopiero, gdy dotarli w miar bezpiecznie do doliny. Tu nie zagraa ju
im ani demon, ani te przejmujcy wiatr. Sharon i Peter wci nie odzyskiwali przytomnoci,
cho doktor Adams robi, co w jego mocy.
- Wariaci! Szalecy! - wykrzykn zdenerwowany. - Gordon, jak moesz do tego
stopnia ryzykowa jej ycie?
- Daj mi spokj, William! - odburkn wyprowadzony z rwnowagi Gordon. - I bez
twojego gadania mam do kopotw.
Gordon otar pot z czoa. By bardzo saby i bolaa go gowa. Drczyy go te wyrzuty
sumienia. C, nie zdawa sobie w peni sprawy, jak wielkie ta wyprawa niosa ze sob
ryzyko. Gdyby utraci Sharon...
Nareszcie odzyska wiadomo Peter, lecz dokuczay mu straszliwe nudnoci.
Pozostali siedzieli lub leeli na ziemi. Nawet najsilniejszy z nich, Percy, by blady jak ciana.
Zdrowy pozosta jedynie William, lecz on nawet na moment nie oddali si od schodw.
- To byo koszmarne przeycie! Obymy tylko nie nabawili si tych strasznych
pcherzy - rzek z westchnieniem pastor Warden.
Sharon powoli odzyskiwaa przytomno, ale odczuwaa dotkliwy bl w caym ciele.
Gdy Gordon zauway, e ona dochodzi do siebie, opar si o pobliskie drzewo i odetchn z
ulg. Teraz przyglda si jej, jak ley bezwadnie na mchu. Moga porusza tylko gow,
reszta ciaa wydawaa si jakby sparaliowana. Gordon nie mg na to patrze spokojnie,
serce ciskao mu si z blu.
Przypomnia sobie dzie, kiedy po raz pierwszy ujrza Sharon w swoim biurze,
niepewn, z lkiem w oczach. Bya liczna, ale wygldaa na osamotnion i cakowicie

opuszczon. Tego dnia, jak rwnie wiele razy pniej, nie by dla niej miy. Obrazy
przemykay jeden po drugim. Skupiona Sharon przy pracy, starajca si jak najlepiej
wywiza ze swoich obowizkw. Nagle uzmysowi sobie, jak wiele wzia na siebie.
Zrobia to dla niego. Zaleao jej przede wszystkim na tym, by nie mia jej nic do zarzucenia.
A jak on si jej odwdziczy? Nigdy nie okaza jej nic poza chodem i wrogoci. Pamita jej
niepewno, gdy pierwszy raz zaproponowaa jemu i Peterowi kaw ze wieymi bueczkami,
i rado w jej oczach, gdy przyjli ten poczstunek. Przypomina sobie Sharon siedzc
samotnie w kociele pod oskarycielskimi spojrzeniami wikszoci mieszkacw wyspy.
Chcia wtedy nawet wesprze j i zaproponowa krtki spacer, ale szybko odrzuci t myl,
gdy wydaa si mu niemska. Pamita jej szczcie i dum, kiedy powierzaa mu nowo
narodzone, zdrowe dziecko Anny. Oczy Sharon mwiy wwczas: wsplnie sprostalimy
takiemu trudnemu zadaniu!
Pamita take jej ramiona oplatajce jego szyj i spazmatyczny pacz, gdy uchroni j
przed kamienowaniem, rado, kiedy podarowa jej minera, i niezrozumiay gniew w
stosunku do Lindy. Wreszcie przeraenie, jakie wywoaa w niej groba mierci Gordona w
kopalni, a potem blask w oczach, kiedy on, Gordon, wzi j w ramiona...
Wci tylko oddanie, dobro i mio.
Gordon nie chcia ju duej o tym myle. Wola nie pamita, jak okrutnymi,
penymi pogardy sowami zgasi w niej wszelk rado ycia i odebra nadziej na mio.
Otworzya oczy i spojrzaa na niego jakby nieobecnym wzrokiem.
Sprawio mu to wielki bl. Co si ze mn dzieje? myla zdziwiony i niemal
przestraszony. Nie mia odwagi patrze Sharon prosto w oczy. Odnosi wraenie, e ona na
co czeka, lecz nie potrafi powiedzie, na co.
Nie mog tego wytrzyma, dusz si! myla. Czuj w sobie tak wielk tsknot, e
chce mi si krzycze, lecz waciwie sam nie wiem, czego pragn. Wiem tylko, e ta drobna
dziewczyna przyciga mj wzrok, ale nie powinienem na ni patrze. Nie mog! To zupenie
nowe, nieznane uczucie, gbokie i przejmujce. Czy to moliwe, bym w jednej chwili
cierpia i zarazem odczuwa dziwn rozkosz?
I nagle Gordon zrozumia, co si z nim dzieje. Pochyli nisko gow, by nikt nie mg
zobaczy jego twarzy.
A wic o tym mwia Sharon. Tak wanie wyglda mio, ktrej nigdy przedtem nie
rozumia i jeszcze nigdy nie zazna.
Sharon, najmilsza! Jak wielk wyrzdziem ci krzywd, jak wielk krzywd
wyrzdziem nam obojgu! Mdry pastor Warden mia suszno: inny mczyzna by moe

odzyskaby serce Sharon, ale nie ja! Ona nigdy nie zdoa zapomnie pogardy, jak jej
okazaem, i nigdy nie przestanie si mnie ba.
W kocu udao mu si wrci do rzeczywistoci.
- To co, wracamy? - spyta. - Czy ktry z was mgby pomc Sharon? Ja musz
zabra narzdzia.
Nie byo to do koca prawd. Gordon po prostu nie chcia, by kto zauway, i
Sharon nie moe znie dotyku wasnego ma.
Gdy dotarli do osady na dworze byo jeszcze jasno. Gordon poprosi Sharon, by posza
do ka, ale odmwia. Bardzo chciaa zosta w biurze.
- Wiem, e nie przydam si wam na wiele - rzeka. - Ale wol wszystko od
rozmylania nad przykrymi sprawami.
I tak si stao. Peter i Sharon pracowali przez reszt popoudnia w biurze, Gordon
natomiast poszed do kopalni. Dzie duy si wszystkim trojgu niemiosiernie, dokucza im
silny bl gowy i z trudem koncentrowali si na pracy. Nawet Gordon pojawi si w domu
wczeniej ni zwykle. Podszed do biurka Sharon, mwic:
- Miaa racj. Wanie po raz drugi zwaylimy wydobyt dzisiaj rud. Brakowao
okoo jednej setnej najwartociowszego chalkopirytu, w ktrym czsto spotyka si pewne
iloci zota.
- Co ty mwisz? - krzykn zdumiony Peter, podrywajc si na rwne nogi. - To
znaczy, e skradziona ruda znajduje si jednak na dole?
- Na to wyglda. W kadym razie tam bya. Dzi wieczr musimy jeszcze raz
przeszuka cay teren kopalni. Chocia nie udao si nam wyjani tajemnicy zamku, moe
przynajmniej znajdziemy rozwizanie drugiej tajemnicy. Sharon, zrobiaby nam co do
zjedzenia?
- Teraz? To zajmie mi troch czasu. Nie spodziewaam si ciebie tak wczenie.
- Daj spokj, Gordon, niech Sharon dzi odpocznie - rzek Peter. - Pjdziemy razem
do wietlicy i tam co zjemy.
Tym razem w jadalni byo do przyjemnie. Gordon podsun Sharon krzeso, w ogle
obaj panowie przecigali si, by jej usugiwa.
Sharon obserwowaa Gordona z rosncym zdumieniem. Trudno byo nie zauway, e
si zmieni. Odnosia wraenie, e chce jej co powiedzie, lecz powstrzymuje go obecno
Petera. Przewanie jednak patrzy nieobecnym wzrokiem gdzie w przestrze. Wydawa si
jaki smutny.
Sharon drgna, syszc, e kto do niej mwi:

- Pani Saint John...


Pocztkowo nie zorientowaa si, e kelnerka zwraca si do niej. Po raz pierwszy kto
uy jej nowego nazwiska. Poczua ogromne wzruszenie. Uniosa gow i spojrzaa na
zawstydzon dziewczyn, ktra, oblewajc si rumiecem, powiedziaa:
- Chciaam przekaza, jak bardzo wszystkie jestemy szczliwe, e zostaa pani
uniewinniona.
- Serdecznie dzikuj - umiechna si Sharon.
- Wielu mieszkacw wyspy take jest z tego powodu uradowanych - cigna
dziewczyna. - Tylko e teraz si wstydz, bo jeszcze tak niedawno sami pani przeladowali.
- Jestem naprawd rada, e tak mylicie. A poza tym mw mi po prostu Sharon.
- Tak nie mona. Jest pani przecie on dyrektora kopalni! - zdumiaa si
dziewczyna.
- To prawda - przyznaa Sharon. - Jako o tym nie pomylaam. W kadym razie
dzikuj za wasze dobre sowa. Prosz, pozdrw wszystkich ode mnie.
- Dlaczego dzisiaj tu tak pusto? - spyta Peter kelnerk.
Dziewczyna rozejrzaa si dookoa.
- Ludzie boj si opuszcza domy. Ale jestemy pastwu ogromnie wdziczni, e jutro
wreszcie uwolnicie nas od zego demona! - zawoaa spontanicznie.
Wszyscy troje spucili oczy. adne z nich nie odwayo si powiedzie tej miej
dziewczynie, e ju byli na zamku, e musieli si podda i naprawd nie wiedz, jak uwolni
mieszkacw od koszmaru.
Gdy kelnerka odesza, Gordon ze zdumieniem popatrzy na rozradowan twarz ony.
- To niesamowite! - wykrzykna. - Oni mnie naprawd lubi!
Ciepe spojrzenie Gordona sprawio, e serce Sharon zaczo szybciej bi.
Koczyli ju obiad, gdy Gordon z trosk w gosie zapyta:
- Sharon, a co my zrobimy z tob? Wyglda na to, e zy demon ma na ciebie oko.
Moe lepiej posiedziaaby u kogo?
- Nie chc do nikogo i. Pozwl mi zosta przy tobie - poprosia.
Odetchn z ulg i wycign rk, by pooy j na doni Sharon, lecz w ostatniej
chwili zrezygnowa. Na jego twarzy pojawi si umiech.
- Bardzo mnie to cieszy. No, a co ty o tym sdzisz, Peter?
- Hm. Skoro Sharon nie ma nic przeciwko kolejnej wyprawie, tym razem pod ziemi,
niech idzie z nami.
Take Peter ostatnio si zmieni. W najwikszym stopniu przyczynio si do tego

zniknicie Lindy. Sharon uwaaa go teraz za swojego przyjaciela; zamiast niedomwie i


podejrze, zapanoway wreszcie midzy nimi zrozumienie i szacunek. Ogromnie to Sharon
cieszyo.
Wstali od stou. Peter odszed na chwil, by porozmawia z jednym z grnikw.
Gordon, korzystajc z tego, e jest z on sam, powiedzia:
- Kochanie, tak niewiele ofiarowaem ci dotychczas. Moe masz jakie szczeglne
yczenie, ktre mgbym speni? Czego sobie yczysz? Dam ci nawet gwiazdk z nieba.
Jej twarz od razu posmutniaa.
- Tego, czego pragn najgorcej, nie jeste mi w stanie da. Zreszt i tak nie
mogabym tego przyj.
Powoli zblia si do nich Peter. Gordon popatrzy na Sharon pytajco.
- Chodzi ci o mio? Sharon, ja...
- Nie - przerwaa mu w p sowa, wci smutna. - Nie to miaam na myli.
- No to jak? Idziemy? - zapyta Peter, biorc Sharon pod rk.
Gordon popatrzy za nimi, niczego nie rozumiejc. O czym ona mwia?
I poszli, by rozwika drug zagadk Wyspy Nieszcz: kradziee rudy miedzi.

Silny gos Gordona odbija si dwicznym echem o ciany korytarza.


- Rozdzielimy si na dwie grupy. Peter, we Andyego i jeszcze dwch innych, ja i
Sharon te wemiemy dwch. Percy bdzie czuwa przy windzie. Jeli zajdzie taka potrzeba,
uyjcie broni.
Gordon wybra do udziau w ekspedycji tylko tych grnikw, ktrych uczciwoci by
cakowicie pewien. Poszed z nim take pastor. Doktor Adams rwnie mia ochot im
towarzyszy, lecz obowizki zatrzymay go przy pacjentach. Percy, dumny z powierzonego
mu zadania, sta koo windy, ciskajc swoj strzelb. Drug wind dla pewnoci
unieruchomiono.
Rozeszli si w rne strony. Sharon podaa za Gordonem, trzymali si gwnych,
najwikszych chodnikw. Co jaki czas grnicy wpezali do odchodzcych od chodnika
mniejszych korytarzy, by sprawdzi, czy nie zoono tam skradzionej rudy.
Sharon nie moga poj, w jaki sposb Gordon tak doskonale si orientuje, w ktrym
miejscu w danej chwili si znajduj. Kopalnia wydawaa si dziewczynie przeogromna.
Z trudem nadaa za szybko idcym Gordonem; zdarzao si, e niekiedy musiaa
podbiega. Za nimi posuwali si pastor i dwaj grnicy. Kiedy znowu pojawili si w
umwionym miejscu przy windzie, grupa Petera ju na nich czekaa.

- I co? Znalelicie co? - spyta Gordon.


- Ani ladu rudy.
Gordon zmarszczy w skupieniu czoo.
- Czy mog co zaproponowa? - spytaa niemiao Sharon. Gdy wszyscy zwrcili si
w jej kierunku, zarumienia si ze wstydu.
- Ja...ja... - zacza.
- No, co chcesz powiedzie? - stara si doda jej odwagi Gordon.
- Mam pewn teori, cho moliwe, e okae si ona bdna. Winda rezerwowa
pooona jest po drugiej stronie, na wysokoci lasu. Niedaleko od niej znajduje si te wejcie
do zamknitego chodnika, gdzie przed laty nastpio tpnicie...
- Owszem, ale wiele razy sprawdzalimy ten chodnik. Nic tam nie znalelimy.
Jedyne, co nas zdziwio, to stary, zapomniany wzek na wgiel. Sam chodnik jest bardzo
krtki i nie widzielimy sensu, by go dalej dry. Nie znalelimy tam znaczcych iloci
chalkopirytu.
- Czy chodnik koczy si tam, gdzie nastpio zawalenie?
- Tak.
Sharon nie poddawaa si:
- Czy nie mona zaoy, e mimo to ukryli rud pod zwalonymi kamieniami?
Mczyni milczeli, na ich twarzach malowa si sceptycyzm. Sharon spucia gow i
nerwowo wiercia w ziemi czubkiem buta.
- Przecie moemy to sprawdzi - rzek w kocu Andy.
- No dobrze. Nie zaszkodzi nam spenetrowanie jeszcze jednego korytarza.
Percy znw zosta na posterunku przy windzie, reszta ruszya w kierunku nie
eksploatowanego chodnika. Sharon odnosia wraenie, e nikt specjalnie nie wierzy w jej
teori, j sam zreszt te ogarniaa coraz wiksza niepewno.
Gordon jako pierwszy przecisn si pod skrzyowanymi belkami. Grnicy
rozwietlili chodnik swoimi pochodniami. By niewielki i ponury, koczy si po okoo
dwudziestu metrach nierwn cian. Zatrzymali si przy zawalisku.
- To tylko pojedyncze kamienie. Nic tu si nie znajdzie, a tym bardziej nic nie mona
tu schowa. Poza tym nie wyobraam sobie, e zodzieje mogliby std wydosta rud na gr,
nawet gdyby udao im si ukry kilka kilogramw. Nasza winda jest do tego za maa. Zreszt
tylko ja, Gordon i Percy potrafimy j uruchomi.
- Niestety, dzisiaj nie bdzie nam dane rozwiza tej zagadki. Co robimy? Wracamy
na gr?

- Podda si po raz drugi w cigu jednego dnia? - obruszy si Andy. - A gdzie wasza
wola zwycistwa?
Podszed do zawaliska i powoli, ostronie zacz odsuwa skalne odamki. Gordon,
obawiajc si kolejnego tpnicia, ostrzega Andyego, e to niebezpieczne.
- Prosz, prosz! - zawoa nagle Andy. - Dajcie mi tu zaraz wiato i chodcie
wszyscy! Co znalazem!
- Jakie lady rudy? - zapyta zaciekawiony Peter.
- Nie. Co duo ciekawszego. Ruszcie si, do diaba, z t lamp!
Grnicy owietlili miejsce, ktre odsoni Andy, i skupili si wok, tworzc ciasny
krg. Andy sta teraz wyej od pozostaych, na stosie skalnych odamkw. Gdy podnis
jeden z najwikszych kamieni, okazao si, e przykrywa on spory otwr.
- Wielkie nieba! Patrzcie! - zawoa oszoomiony odkryciem Peter.
Gdy zajrzeli w gb otworu, ich oczom ukaza si przestronny i prawdopodobnie
bardzo dugi korytarz.
- Co podobnego! Nigdy przedtem... - Gordon a zaniemwi z wraenia. - Skd wzi
si tu taki szeroki korytarz? Czy nikt z was nie sysza o nim wczeniej?
- Nie - odpar jeden ze starszych grnikw. - W tym miejscu nigdy rudy nie
wydobywano, po prostu nigdy jej tu nie znaleziono.
- Musimy go spenetrowa - owiadczy zdecydowanym gosem Peter.
- No dobrze, ale jak, skoro wejcie jest takie wskie? Babym si odgarnia wicej
kamieni, bo wszystko moe si na nas zawali.
- Moe udaoby mi si podnie jeszcze jeden - powiedzia Andy, unoszc bardzo
ostronie mniejszy odamek skay.
- No, teraz duo lepiej - pochwali pastor. - Ale nie przypuszczam, eby ktry z nas
mg si przez t szczelin przecisn. Chyba e Sharon...
- Co to, to nie! - krzykn oburzony Gordon. - Nie pozwalam! Przecie wszystko moe
na ni run. Zabraniam kategorycznie.
Twarz Gordona a poblada ze zdenerwowania.
- A od kiedy tak bardzo si o ni boisz? - zapyta uszczypliwie Warden.
- Czy ty pozwoliby swojej onie wazi do takiej dziury? - Gordon by wyranie
uraony.
- Nie - odpar zwlekajc nieco pastor. - Ale moje uczucia dla Margareth to chyba nie
to samo, co twoje dla Sharon?
- Nie? - krzykn dotknity do ywego Gordon. - Czy ty, czowieku, nie rozumiesz, e

ja j kocham?
Sharon oniemiaa z wraenia. Przyoya donie do rozpalonych policzkw i w duchu
si modlia, by te sowa okazay si prawdziwe. Ju kiedy jej si wydawao, e Gordon darzy
j uczuciem, ale wtedy ogromnie si pomylia. Podobnego rozczarowania nie byaby w stanie
przey po raz drugi.
Pozostali nie bardzo wiedzieli, jak si maj zachowa. Nieczsto widzieli Gordona
wyprowadzonego z rwnowagi. I jakim tonem omieli si mwi do pastora?
Sharon opanowaa si pierwsza. Spytaa:
- Czy to rzeczywicie a tak niebezpieczne? Ja tylko tam zajrz. Gdybycie potrzymali
mnie za nogi, sprawdz, czy kto nie ukry tam rudy. Poza tym moe udaoby si podeprze
sufit kilkoma belkami?
- Zabraniam ci! - krzykn znowu Gordon. - Czy ty nie pojmujesz, e nie chc ci
utraci?
- Gordonie, przecie najwaniejsze dla ciebie jest odnalezienie sprawcw kradziey?
- Najwaniejsza jeste dla mnie ty.
- Ten chodnik nie sprawia wraenia zagroonego. Pozwl mi tam cho zajrze.
Po dugich naleganiach Gordon ustpi, lecz kiedy Sharon przeciskaa si przez
szczelin, by wyranie zdenerwowany.
- Sharon, widzisz co? - spyta Andy.
- Wydaje mi si, e mona podnie jeszcze jeden kamie, ten na prawo ode mnie.
Wtedy wszyscy bdziecie mogli si tu wcisn.
- No dobrze. A teraz ju wracaj - powiedzia zniecierpliwiony Gordon.
Sharon wygramolia si tyem niczym rak i odetchna z wyran ulg.
- Uff! Nigdy bym tam sama nie wesza.
- Oj, co mi si zdaje, e weszaby - mrukn nie przekonany Gordon. - Co
zobaczya w rodku?
- To jaki dziwny chodnik - powiedziaa Sharon, strzepujc kurz z sukni. - Wcale nie
przypomina innych. Jest pooony nieco niej i przebiega ukonie w stosunku do tego, w
ktrym jestemy obecnie. Jest duo niszy i ma jakie dziwne ciany. Nierwne, ale
jednoczenie gadkie.
- Czy to moliwe, e powsta w sposb naturalny? - zapyta zdumiony pastor Warden.
Sharon zastanowia si przez chwil, a potem skina gow.
- ciany wygldaj jak niewielkie tarasy.
Mczyni wymienili spojrzenia.

- Czy zauwaya w cianach mae, zaokrglone wgbienia? Co w rodzaju malekich


grot? - zapyta Peter.
- Chyba tak.
- Wyglda na to, e odkrylimy jaskini wypukan przez wod - rzek zamylony
Gordon. - Ale przecie std jeszcze daleko do morza. Poka nam, ktry to gaz mona
podnie.
Sharon przyjrzaa si dokadnie zawalisku i ocenia odlegoci.
- To ten - i wskazaa na pokanej wielkoci odam skalny.
- Rzeczywicie, nie przylega szczelnie do ssiednich kamieni. No to ju! Razem!
Bez wikszego trudu mczyni unieli i odsunli na bok gaz. Otwr w cianie
znacznie si powikszy.
Peter a zagwizda z uciechy.
- Jeli tu nie znajdziemy rozwizania, to ja si poddaj! Ruszamy!
Po krtkiej chwili caa grupa znalaza si we wntrzu groty.
- Patrzcie! To przecie chalkopiryt! - wykrzykn podniecony pastor, podnoszc z
ziemi niewielki kawaek rudy.
Gordon zway go w doni i rzek:
- Pochodzi ze wieego wydobycia i zawiera znaczny procent czystego metalu. Czuj,
e jestemy wreszcie na waciwym tropie. Reszt znajdziemy na kocu tej jaskini.
- Ale dokd ona prowadzi? Morze ley na pnocny wschd std, za chodnik
prowadzi raczej w przeciwnym kierunku - zdziwi si jeden z grnikw.
Zaczli i w gb.
Nagle ze zdumieniem dostrzegli starannie uoone szyny, ktre znikay gdzie w
ciemnoci, wskazujc im drog. W tym samym momencie pastor wykrzykn:
- Gordon! Ju wiem! Wiem, co to za droga! Pamitasz map?
- Jak map?
- T w starej ksidze. Przypomnijcie sobie, e w poprzek wyspy zaznaczono tam
drog, ktra biega od zamku i przecinaa Dolin mierci. To na pewno jest ta droga!
- A co w takim razie robi tu szyny? - zapyta sceptycznie Peter.
- Szyny nie s najwaniejsze - rzek pastor niecierpliwie. - Na pewno zostay uoone
niedawno, przed kilkoma laty. Ale czarownik musia wiedzie o tej jaskini i zaznaczy j na
swojej mapie. Narysowa j wprawdzie nie cakiem dokadnie, gdy w rzeczywistoci jest
dusza i biegnie w nieco innym kierunku, ale to z pewnoci ta.
Sharon przystana.

- To by znaczyo, e dotrzemy w bliskie okolice zamku...


Gordon umiechn si do ony serdecznie.
- Tylko si nie bj. Masz tak wielu przyjaci, e nic nie moe ci si sta.
Przypuszczam, e wyjdziemy niedaleko od brzegu morza. Tylko zastanawiam si, skd
przycignli tu szyny?

Gordon szed kilka krokw za Sharon i ukradkiem si jej przyglda. Drobna do o


szczupych, dugich palcach podtrzymywaa lamp. Z atwoci mgby ukry t ma rczk
w swojej doni. Nagle zapragn przytula on do siebie. Wiedzia jednak, e to niemoliwe.
- Sharon - zacz powanie.
Odwrcia si do niego z pytaniem w oczach.
- Czy pamitasz, co mwiem niedawno?
- Owszem. Nie wiem tylko, po co mnie okamujesz.
- Ale to szczera prawda - zapewnia. - Przykro mi, e mwiem o tym w takich
okolicznociach, ale po prostu straciem nad sob panowanie. Baem si o ciebie, kochanie.
Nie mog bez ciebie y.
Spojrzaa na niego smutnym wzrokiem.
- Nie oszukuj mnie, Gordonie. Ju nigdy nie chciaabym przey takiego
rozczarowania jak wtedy...
- Mwi prawd. Chcesz, to napisz na cianie: Przysigam, e kocham Sharon i
nawet zo podpis - doda artobliwie. - Chciaem powiedzie ci o tym ju wczeniej, ale
jako nie byo okazji.
Sharon pochylia gow, umiechna si do siebie i spytaa:
- Od kiedy sdzisz, e...?
- Odkryem to dopiero dzisiaj, gdy okazao si, e grozi ci niebezpieczestwo. Nie
wiedziaem, e tak wanie wyglda mio, e jest tak przejmujca, gorca i jednoczenie
sprawia bl.
- To prawda - westchna Sharon.
- Kochana! Wiem, e wyrzdziem ci wielk krzywd, ale czy mog mie nadziej, e
kiedy przestaniesz si mnie ba?
- Chciaabym w to wierzy! No, ale nasze sprawy zostawmy na potem. Zobaczcie,
jaskinia si rozszerza! - zawoaa.
Do dugo szli korytarzem, nim znaleli si w przestronnej sali, gdzie
niespodziewanie koczyy si szyny. Na ostatnim ich odcinku sta wagonik do przewozu

rudy.
- Korytarz cignie si dalej - stwierdzi Peter. - Zobaczmy, dokd nas zaprowadzi zaproponowa.
- Susznie - przyzna Gordon. - Sdz, e znajdujemy si cakiem blisko morza.
- Tylko e nie sycha jego szumu.
Szli w milczeniu, pki po kilku minutach nie wyrosa przed nimi ciana utworzona
przez kolejne zawalisko. Dopiero teraz do ich uszu dotar ledwie syszalny, stumiony szum
morskich fal.
- Ach, tak! Take i wyjcie zostao zablokowane! Bardzo sprytnie.
- ciana zawalia si chyba ju dawno. Wody odpyny przed wielu laty i dlatego
grota jest taka sucha - rzek pastor, badajc ciany chodnika.
- No dobrze, ale co robi ze skradzionym chalkopirytem? Musielimy chyba co
przeoczy - zauway Andy.
- Wracajmy. Moe natrafimy na jak boczn grot. Ruszyli w drog powrotn.
Sharon zacza ju odczuwa trudy dugiej wdrwki, coraz bardziej bolay j stopy.
Nagle, jak na rozkaz, caa semka si zatrzymaa.
Od przestronnej jaskini dzielia ich niewielka odlego. I wanie wtedy ujrzeli
sczce si stamtd delikatne zielonkawe wiateko.
Sharon, przestraszona, przysuna si do Gordona. Szli teraz bardzo ostronie.
wiateko docierao z gry. Gdy podnieli gowy, nad miejscem, w ktrym uryway
si szyny, dostrzegli niewielki otwr, tak jakby wielki wider wywierci dziur w ziemi. By
moe to woda wydrya tu kanalik, ktry niezwykym zbiegiem okolicznoci nie zosta
potem przysypany. Jak zahipnotyzowani wpatrywali si w otwr i migoczce w nim
tajemnicze wiateko.
Nie mieli adnych wtpliwoci: znajdowali si dokadnie pod zamkiem czarownika!

ROZDZIA XXII
Gordon spojrza wymownie na Sharon.
- Jedno z nas miao racj: obie zagadki s ze sob cile powizane.
- Wydaje mi si, e wszyscy w ten czy inny sposb wizalimy kradzie chalkopirytu
z tajemnic zamku - powiedziaa z umiechem Sharon.
Pozostali potwierdzili, kiwajc gowami.
- Wiemy ju, gdzie ukryta jest ruda. To do wysoko, pewnie musieli zamontowa
jak wind - odezwa si jeden z grnikw.
- Na pewno. Ciekawe, co dzieje si teraz na grze. Chyba nie przypadkiem znowu
zapalono wiateko.
- A moe maj tam jakie piece? - podsun niepewnie pastor Warden.
- Nie, to niemoliwe. Przyczyna jest z pewnoci inna.
- Jeli wieci si to zielonkawe wiato, na pewno odbywa si tam co wanego.
- Chyba powinnimy jeszcze raz wybra si dzi wieczr na zamek - owiadczy
Gordon. - Wracajmy do kopalni. I tak tdy nie wydostaniemy si na gr.
- Jak sobie wyobraasz dotarcie na zamek? - zapytaa zaniepokojona Sharon.
- Jeszcze nie wiem.
Sharon nie miaa najmniejszej ochoty znale si znowu w pobliu siedziby zego
czarownika. Dobrze pamitaa, co si wwczas z ni dziao.
Inni take, cho zadowoleni z ostatnich odkry, czuli si zmczeni caodzienn
wdrwk i mnstwem wrae. Wci mieli przed oczami zamkowe schody, na ktrych
szczycie sta potwr. adne z nich nie miao ochoty znowu przeywa tych okropnoci.
W pewnej chwili Sharon potkna si na nierwnej powierzchni i jkna z blu.
Gordon natychmiast zatrzyma si i poczeka na on.
- Jeste bardzo zmczona? - zapyta przyciszonym gosem.
- Jeli mam by szczera, to tak.
- Pewnie le spaa dzisiejszej nocy?
- Rzeczywicie. Bye tak blisko mnie, e nie mogam si opanowa, by nie myle o
naszej sytuacji.
Przedostali si przez zawalisko i szli w kierunku windy. Nagle z oddali usyszeli, e
Percy z kim rozmawia.
- Przecie to Margareth! - zawoa zdumiony Warden. - Skd ona si tu wzia i jak

odwaya si tu zjecha sama, kiedy demon kry po caej osadzie?


- Co mi si zdaje, e on tym razem jest bardzo zajty swoim zamkiem. Myl, e
wanie warzy magiczny napj - zaartowa Gordon.
Rzeczywicie; Margareth przekonywaa Percyego, e powinien przepuci j dalej.
Percy wyranie si opiera. Na widok nadchodzcej grupki Margareth odetchna z ulg.
- Dziki Bogu, e wreszcie jestecie! Znalazam to, czego szukaam!
- Co takiego? - spyta Gordon.
- Sowo sumak, na ktre natknlimy si, wertujc star ksig czarownika. Mam
ju pen odpowied na t cz zagadki. Zajrzaam do ksiki o rolinach i oto, co w niej
znalazam.
- Ksika o rolinach? Chwileczk. Poka mi to! - poprosi zdziwiony Gordon.
Otoczyli ciasno Margareth, trzymajc w rkach pokanych rozmiarw tomisko.
- Znalazam to sowo w rozdziale rodki odurzajce. Byam pewna, e kiedy ta
nazwa, to znaczy sumak, obia mi si o uszy. Przeczytaj, prosz, tak, by wszyscy syszeli!
Gordon nachyli si nad kartkami ksigi i pocz powoli czyta
- Sumak, Rhus, drzewo, krzew lub pncze wystpujce gwnie w Ameryce
Pnocnej. Do najbardziej trujcych naley sumak jadowity, Rhus toxicodendron, pncze,
ktrego kora i sok mleczny maj dziaanie silnie trujce. Nawet niewielka ilo soku przy
nieznacznym zetkniciu ze skr wywouje bolesne i trudne do wyleczenia stany zapalne,
ktre zwykle, po czterech do piciu dni, objawiaj si opuchlizn, pcherzami i ranami. W
niektrych przypadkach objawy mog wystpi po kilku godzinach. Niekiedy zakaenie i
powikania mog take pojawi si w wyniku kontaktu z wyziewami tej trujcej roliny,
spotykanej czsto u wybrzey Kanady.
Gordon zamilk. Take suchajcy nie byli w stanie nic powiedzie.
- Nie raz przychodzio mi do gowy, e to moe jaka trucizna w postaci oparw, ale
nie syszaem o adnej, ktra wywoywaaby podobne objawy. By moe mieszkacy
Ameryki od razu by wiedzieli, e chodzi o t wanie rolin, ale nam, Europejczykom, jest
ona zupenie nieznana. Sharon, przyjrzyj si rysunkowi. Czy to ta sama rolina, ktr
widziaa w Dolinie mierci?
- Wtedy byo bardzo ciemno, wic nie pamitam - powiedziaa zaskoczona. - Ale
przypominam sobie, e zapltaam si w jakie kcza. Myl, e to mg by wanie sumak.
- A czy zadrapaa si w okolicy kolan?
- Nie musiaa - wtrci pastor. - Tu pisz, e nawet samo dotknicie moe wywoa
chorob.

- Tego wieczoru podara mi si spdnica, a poza tym zasabam i pezaam na


czworakach.
- To rozwiewa wszelkie wtpliwoci - stwierdzi Gordon. - Dobrze, e poleciem wam
dzisiaj zaoy rkawice. Dokadnie pamitam moj pierwsz wypraw na zamek; tylko ci,
ktrzy co nieli, nie mieli adnych wypryskw na skrze. Pozostali opierali si o ska, co
byo zupenie naturalne. Wyglda wic na to, e oni smaruj cian t trucizn, na wypadek
gdyby si zjawi kto niepodany.
- Kogo masz na myli, mwic oni? - spyta Andy.
- Hm, to si dopiero okae - odpowiedzia Gordon. - Trzech spotkalimy na schodach,
jednego z nich widziaa Sharon w dolinie, jeden straci ycie, gdy usiowa nam pomc,
podrzucajc tajemnicz ksig. Ostatni to sam demon, pan zamkowych woci.
- Mamy jeszcze jednego - powiedziaa w zamyleniu Sharon.
- Kogo?
- Lind.
- No tak. Chyba e trzymaj j jako zakadnika. Ale znajc jej przebiego,
podejrzewam, e przyczya si do bandy. Waciwie moe ich by nawet mniej: mczyzna,
ktrego zamordowano, mg przecie by tym, ktrego spotkaa Sharon.
- Przepraszam, ale chciabym co doda - do rozmowy wtrci si teraz jeden z
grnikw.
- Tak?
Mczyzna odchrzkn, po czym zacz wolno mwi.
- Mog si myli i nie chciabym na nikogo rzuca podejrze, ale wiem o grupie kilku
grnikw, ktrzy zazwyczaj spdzaj przerw niadaniow w pobliu lepego chodnika.
Odpoczywaj w takim miejscu, ktre pozwala im na cige obserwowanie przechodzcych
osb.
Do rozmowy wtrci si inny grnik:
- Chodzi o to, e maj swobodny dostp do wydobytej, zwaonej ju miedzi. e te
nie przyszo nam to wczeniej do gowy!
- To wcale nie byo takie proste - rzek Gordon. - Przecie nikt z nas nie przypuszcza,
e jest tu taka wietna kryjwka. Pamitacie, ilu ich jest i ktrzy to?
Grnik zastanawia si przez chwil: - Piciu, moe szeciu - powiedzia i wymieni
kilka nazwisk. - Teraz przypomniaem sobie, e ten, ktry nagle zmar, take nalea do
grupy.
- wietnie! Wic jestemy na dobrym tropie! Pozostao zatem piciu. Tylko kim jest

sam demon?
- A moe najpierw wydostalibymy si na powierzchni? - zaproponowaa niepewnie
Margareth. - Wcale mi si tu nie podoba.
- Oczywicie - przytakn jakby nieobecny duchem Gordon. - Wsiadajcie do windy.
Winda zacza trzeszcze i skrzypie. Sharon zamara, wstrzymujc oddech. A jeli
winda znowu si urwie?
- Tak wic we, ktre przedstawia na rysunku Sharon, mogy by lianami lub
kczami? - upewnia si Andy.
Nareszcie winda si zatrzymaa. Sharon dopiero teraz odzyskaa mow.
- Myl, e tak. Moe urwali kilka pnczy, by posmarowa ich sokiem cian skaln?
- To cakiem moliwe - zgodzi si Peter. - Myl, e rzecz miaa si tak: czarownik,
ktry faktycznie mieszka na zamku przed trzystoma laty, odkry tajemnic straszliwej doliny,
w ktrej rosy trujce roliny. Dlatego nada jej nazw: Dolina mierci. Podejrzewam, e
wtedy sumak nie rs jeszcze w pobliu zamku. By moe to czarownik przesadzi roliny, ale
mogy take rozsia si tam same. Jest te moliwe, e kto cakiem niedawno je przesadzi.
Tak, to by miao sens: ktokolwiek zjawi si w pobliu zamku, uwierzy w star legend.
Dlatego ona wci yje. Rozumiecie?
- Chyba tak - powiedziaa Sharon. - Jeli to prawda, podejrzewam, e zbieraj roliny
w Dolinie mierci. Ale skoro uwaacie, e spotkalimy ludzi z krwi i koci, to dlaczego tak
przedziwnie wygldaj?
- Maj na sobie maski gazowe.
- Co takiego?
- Maski gazowe. Wykorzystuje si je w niektrych fabrykach, tam gdzie wydzielaj
si trujce opary. Ogromne, tawe lepia to okulary, pysk jest rodzajem filtra, ktry
zabezpiecza usta i nos. Ich ubranie wskazuje na to, e chroni te rce i cae ciao przed
skutkami rolinnych wyzieww.
- Suchajcie! - wykrzykna podniecona Sharon. - To znaczy, e i my moglibymy
bezpiecznie uda si na zamek!
- Wanie - przytakn Gordon i zaraz doda: - I chyba nie ma co traci czasu, bo
zganie zielone wiateko. Ochotnicy, rka do gry!
Zgosili si wszyscy.

ROZDZIA XXIII
Po raz kolejny stanli u stp pechowych zamkowych schodw.
Byo zupenie ciemno, pnoc dawno mina.
Na wp zrujnowana budowla przytaczaa ich swoim ogromem. W pustych
pomieszczeniach hula wiatr, potgujc wraenie tajemnicy i grozy.
Przygotowanie dziewiciu masek gazowych zajo im troch czasu, wic ju ich nie
sprawdzali. Postarali si tylko, by ubrania chroniy cae ciao. Gdy dotarli na miejsce,
zielonkawe wiateko na zamku ju zgaso.
Nikt nie protestowa, gdy Sharon i Margareth zdecydoway si uczestniczy w tej
nocnej wyprawie. Poprzedniego wieczoru, gdy demon usiowa nastraszy Sharon, Gordon
przerazi si nie na arty. Dzi za adne skarby nie spuciby ony z oczu. Margareth dobrze
wiedziaa, co moe grozi im wszystkim na zamku. W tej sytuacji jej umiejtnoci jako
pielgniarki mogy si okaza wprost bezcenne.
Nie mieli odwagi rozpali pochodni. Nocne ciemnoci rozjania jedynie tawy
roek ksiyca, ktry wychyla si co jaki czas zza gnanych wiatrem chmur. Nierwne,
liskie schody sprawiay, e musieli posuwa si naprzd ze szczegln ostronoci.
Minli miejsce, gdzie stopnie skrcay pod ostrym ktem. Tej nocy demon nie czeka
na intruzw na szczycie schodw. Cisz przeci szczk elaza; to mczyni odbezpieczyli
swoje strzelby. Nie zmagali si ju z duchami, tym razem mieli przeciw sobie ludzi, kolegw,
z ktrymi na co dzie pracowali. Nie wiedzieli, ilu ich bdzie, ale spodziewali si
przynajmniej piciu.
Dotarli wreszcie do szczytu schodw i ukryli si za zaomem ciany. W zamku
panowaa gboka cisza.
Serce podchodzio Sharon do garda. Ruiny znajdoway si na wyjtkowym odludziu,
lecz caa grupa wiedziaa, e w rodku kto jest. Kto lub co. Bo moe mieszka tu sam
czarownik sprzed trzystu lat? Gdyby mieli spotka tu ywych ludzi, co musiaoby si dzia,
nie byoby tak przeraliwie cicho! Ale gdzie on si ukrywa? Moe za chwil ukae si im,
tak jak poprzednio, przy wjedzie, wiecc tymi lepiami? A moe kry tu jego duch?
Gordon i Percy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym jako pierwsi ruszyli
naprzd. Jak dotd oni byli najbardziej odporni na trujce dziaanie sumaka. Sharon
wycigna ku mowi do.
- Gordon... - wyszeptaa.

Przystan.
- Tak, kochanie?
- Uwaaj na siebie.
W jego oczach dostrzega bysk radoci. Pokiwa gow na znak, e bdzie si
pilnowa.
Sharon wytaa wzrok, by nie straci odchodzcych mczyzn z oczu, ale nie na
wiele si to zdao. Po kilkunastu krokach zniknli w ciemnoci. Nastpne minuty cigny si
w nieskoczono. Sharon draa ze strachu i niepokoju. A jeli co im si stao i teraz le
nieprzytomni? Po chwili jednak co poruszyo si w mroku i Sharon ujrzaa zbliajcego si
Gordona.
- Jak na razie wszystko idzie jak po male - oznajmi zadowolony. - Percy czeka przy
wjedzie. Po czarowniku ani ladu. Chodcie!
Ruszyli w lad za Gordonem. Sharon przez chwil poczua, e krci jej si w gowie,
ale zawroty szybko miny i ju znaleli si przy Percym.
Dokucza im brak wiata, co chwila potykali si o nierwne podoe, lecz nie chcieli
zapala pochodni. Szli po kamieniach, spomidzy ktrych wyrastay kpki trawy. Gdy dotarli
do ogromnych, cikich wrt, Gordon poleci wszystkim, by zdjli maski ochronne.
- e te wrota tak si dobrze zachoway przez tyle lat! - zdumiaa si Sharon.
Gordon popchn lekko drzwi, ktre do atwo si uchyliy. Ze rodka poczuli
zimniejszy powiew powietrza.
Wygldao na to, e strop albo si zawali, albo te znaleli si na zamkowym
dziedzicu. W nocnych ciemnociach nie byli w stanie tego okreli. Sharon dostrzega obie
wiee - jedn w ruinie, drug za w zupenie znonym stanie. Wzdu murw wioda
niewielka galeryjka, pod ktr w kilku miejscach majaczyy drzwi prowadzce
prawdopodobnie do zamkowych pomieszcze.
Sharon poczua na ramieniu siln msk do i kto wskaza palcem w gr.
Dziewczyna podniosa gow i z trudem stumia okrzyk przeraenia. Wysoko, na galerii, w
niewielkiej odlegoci od wiey, jawi si potny nieruchomy demon, odziany w dugi,
targany wiatrem paszcz. Tym razem jego oczy pozostaway przymknite i nie lniy tym
blaskiem. Caa ponura sylwetka, straszna niczym nagrobny gaz, rysowaa si na tle
granatowego mrocznego nieba.
- Nie bj si - szepta jej do ucha Gordon. - Pamitaj, e nie ma tu nic
nadprzyrodzonego.
Sharon chciaa wierzy, e Gordon ma racj, lecz nie do koca jej si to udawao.

Przeraajca posta na galerii nie przypominaa ducha, a jednak adna ywa istota nie
mogaby tak sta na wskim skrawku muru, na dodatek na takim wietrze.
Pokonujc lk Sharon postpia kilka krokw naprzd, podajc za innymi.
W nastpnej chwili caa grupa, sparaliowana strachem, zamara. Gordon zapa
Sharon wp i byskawicznie pocign pod cian. Demon stojcy na grze najpierw wznis
ramiona w niebo, po czym, wydajc z siebie nieludzki odgos, rzuci si w d niczym
gigantycznych rozmiarw nietoperz.
Sharon bya bliska szalestwa. Zanim pomylaa, co naley zrobi, wszyscy padli na
ziemi, ona za zakrya gow rkoma i przytulia si do Gordona.
Kiedy nad zamkiem ponownie zapada cisza, dziewczyna odwaya si podnie
wzrok.
- Gdzie on si podzia? - szepna pobladymi wargami.
- Nie wiem - odpar Gordon. - Znikn gdzie pod galeri.
Pozostali powoli podnosili si z ziemi, ale na ich twarzach wci malowao si
obdne przeraenie. Sharon dopiero teraz spostrzega, e odruchowo przytulia si do ma.
Kiedy strach ustpi, zapragna jak najszybciej wyzwoli si z jego obj.
- Wybacz mi, Gordonie - rzeka przepraszajco. - Nie chciaam rzuca ci si w
ramiona, nie zrozum tego opacznie, prosz. Naprawd nie chciaam by... by bezwstydna!
- Cicho! Nie mw takich gupstw! Dlaczego si mnie boisz, dlaczego? Czy nie
rozumiesz, e to cakiem naturalne, i w momencie zagroenia szukamy wasnej bliskoci?
Kocham ci tak mocno, e serce omal mi nie pknie. Przecie wiem, e nie jeste
bezwstydna!
Ale te sowa nie pomogy. Sharon odsuna si od Gordona. Staa teraz, ciko
oddychajc.
- Co to byo? - zapyta cicho Percy. - Jak to wyjanicie?
- Jeszcze nie wiem - odpar Gordon, ktry stara si wyrwna oddech. - Moe...
Cicho!
Nasuchiwali w napiciu. Gdzie z oddali, z okolicy wiey, doszy ich urywane,
przyciszone gosy.
- Szybko! Wskakujcie do rodka! - rzuci Gordon, znikajc w najbliszych drzwiach.
Sharon niepewnie przemierzaa ciemny, cuchncy pleni korytarz, starajc si nie
wpada na kolegw, ktrzy co chwila potykali si na nierwnej pododze. Gordon czeka na
nich przy najbliszym rogu. Zorientowali si, e na dziedzicu pojawi si kto obcy.
Zobaczyli take niky blask lampy. wiecio si take w pomieszczeniu znajdujcym si pod

zachowan w caoci wie.


- Kto tam jest! - rozlego si na dziedzicu.
- To niemoliwe! Przecie nikt nie doszedby dalej ni do polany.
- Co ty, sam syszaem krzyk czarownika, ktry gdzie si ulotni. Zreszt wy chyba
te syszelicie?
- Tu na pewno nikogo nie ma.
- Nie tracie czasu na rozmowy - odezwa si trzeci mczyzna. - Pospieszcie si!
Musimy si std wynie w cigu godziny. Zosta na stray. Jeli nikogo nie zauwaysz,
ruszaj za nami.
Dwaj mczyni zawrcili ku zamkowej wiey, przymykajc uchylone drzwi.
Dziedziniec pogrony by teraz w ciemnociach.
Po chwili Gordon i jego przyjaciele usyszeli ciche zgrzytnicie dobiegajce od strony
wiey.
Mczyzna, ktry pozosta na stray, przechadza si tam i z powrotem.
- Percy - szepn Peter. - Bierzemy go?
Percy tylko mrukn, co oznaczao aprobat.
Dwa cienie wylizny si bezszelestnie na zewntrz. Za moment Sharon usyszaa
guche uderzenie i ju mczyni byli z powrotem, wlokc za sob oguszonego stranika.
Byskawicznie skrpowali go i porzucili w kcie.
- Jednego mamy z gowy - stwierdzi Peter z zadowoleniem.
- Nie bdziemy wypuszcza si w poprzek dziedzica - rzek Gordon. - Idziemy dalej
korytarzem. Sharon, trzymaj si blisko mnie.
Posuwali si po omacku w kompletnych ciemnociach, nie wiedzc, jakie przeszkody
napotkaj po drodze. Co jaki czas natrafiali na kolejne drzwi. Jak przypuszczali, szli przez
zamkowe pokoje.
Korytarz zakrca pod ktem prostym. Nad gowami mieli teraz zrujnowan wie,
jedn z dwch, ktre ocalay. Dziura w dachu rozjania nieco ciemnoci. Stanli koo drzwi,
ktre zapewne prowadziy do pomieszczenia tu pod sam wie.
Gordon zatrzyma si zdezorientowany.
- Chodmy dalej - powiedzia Peter. - Tamci ludzie zniknli w nastpnej wiey.
Korytarz cign si teraz wzdu linii brzegowej. Niektre pokoje miay niedue
okienka wychodzce na morze. Daway one nieco wicej wiata.
Andy wszed do jednego z pokoi i wyjrza ciekawie przez okrgy otwr.
- Chodcie tu - wyszepta.

Okno byo naprawd niedue, podchodzili wic kolejno rzuci okiem na zewntrz.
W gbi zatoki, pokonujc koysanie fal, cumowa statek transportowy. Mae latarenki
na pokadzie wyglday jak mrugajce na niebie gwiazdy. Kiedy Sharon przeniosa spojrzenie
na brzeg, jej oczom ukazaa si stalowa konstrukcja, ktra przypominaa podnonik albo
dwig. Duy adunek zjeda wanie z zamku na d, prosto na pokad. Sharon od razu
pomylaa, e tym adunkiem moe by skradziona ruda.
- Ach, wic tu znika drogocenny chalkopiryt! - odezwaa si do Gordona. - A przecie
tak wiele wysiku kosztuje was jego wydobycie...
- To prawda, ale tamci mczyni wcale nie maj lej od nas - odpar sucho Gordon. Tylko jak ich dopa, zanim statek opuci wysp? Chopaki, co robi?
- Wiemy przynajmniej, co oznacza zielonkawe wiateko na wiey - powiedzia Peter.
- To na pewno sygna dla statku, ktry, jak sdz, czeka na znak przy ktrej z pobliskich
wysepek. Tylko nie pojmuj, dlaczego wanie zielonkawe?
- Mnie si wydaje - wtrci si pastor - e zaley im na stworzeniu aury tajemniczoci i
magii. Nikt z mieszkacw osady nie odway si tu podej w trakcie samego zaadunku.
Uzyskanie zielonej powiaty nie jest wielk sztuk.
Gordon zastanawia si w skupieniu.
- Wszyscy na wyspie wiedz, e zamierzamy ostatecznie rozwika tajemnic
zamczyska. Co mi mwi, e to ostatni zaadunek. Ci, ktrzy maj co wsplnego z
kradzieami, na pewno zabior si tym kursem.
- Racja - przytakna Sharon. - Mog si te zaoy, e na pokadzie znajduje si
Linda.
- Na pewno. Ale oni nie wiedz, e wyjanilimy take spraw kradziey rudy. Tak
czy owak, musimy si spieszy.
Sharon zadraa. Pozostaa jeszcze jedna tajemnica: czarownik. Odnosia wraenie, e
posta ta to nie tylko wytwr ludzkiej wyobrani, wydawao jej si, e czarownik by
prawdziwy, o ile tak mona wyrazi si o postaci z zawiatw.
- Zobaczymy, co te dzieje si w drugiej wiey - owiadczy Gordon.
Znowu skradali si korytarzem, ale teraz nie sprawiao im to wikszych trudnoci: tu i
wdzie ciany czciowo si zawaliy, tak e do rodka wpadao wiato ksiyca. Z koca
korytarza dociera delikatny blask lampy. Bya tam niegdy ciana, teraz w ruinie. Otwr
niedokadnie przesonito deskami. Tu spodziewali si znale spory zapas skradzionej rudy.
Std take prawdopodobnie obsugiwano dwig, przenoszcy chalkopiryt na pokad statku.
Ich podniecenie roso, tote przypieszyli kroku. Nie zdyli jednak dotrze do koca

korytarza, gdy otworzyy si jakie drzwi, ktre minli wczeniej. Zrobio si nagle cakiem
jasno, a jaki mczyzna krzykn ostrzegawczo do swoich kompanw. W nastpnej
sekundzie dokoa zapanowa niesamowity chaos.
Przeraony Gordon zawoa do ony:
- Sharon, uciekaj! Oni maj bro!
Zrozumiaa, e bdzie tylko zawadza, i w mgnieniu oka ruszya z powrotem,
szukajc jakiego ukrycia. Kto wystrzeli z pistoletu. Sharon wykrzykna imi ma, ale jej
krzyk zmiesza si z echem strzau.
- Ju dobrze, nic si nie bj - usyszaa niedaleko uspokajajcy gos Gordona.
W pierwszej chwili pomylaa, e ukryje si w jakim pokoju, ale zaraz uznaa, e nie
jest to cakiem bezpieczne. Gdy spostrzega, e kto biegnie w stron pomieszczenia lecego
tu przy zamkowej wiey, podya w tym samym kierunku.
To na pewno Margareth, pomylaa. A poniewa pyn stamtd strumie wiata,
ktre teraz wydawao si jej bogosawiestwem, przyspieszya kroku. Gdy po omacku
dotara wreszcie do upragnionych drzwi, bez zastanowienia zamkna je za sob.
Pena zdumienia pocza rozglda si po pokrgej sali, ktr rozwietlao
wiateko lampy naftowej. U stp Sharon znajdoway si kamienne schodki prowadzce w d
do przestronnego pomieszczenia o wysokim stropie i bardzo grubych cianach. Ale
najwiksze zdumienie dziewczyny wywoay przedmioty, jakie tu zobaczya.
Zesza powoli schodkami w d. Byy tam pki, na ktrych stay pokanej gruboci
ksigi, wok leay te przedziwne stroje, ktre pod najdelikatniejszym nawet dotkniciem
po prostu si rozpaday. Sharon z przeraeniem patrzya na straszne przedmioty
niewiadomego przeznaczenia. Ludzka czaszka, wypchane korpusy zwierzt i ptakw,
tajemnicze naczynia.
Sharon zadraa. Za jej plecami kto si poruszy. Zupenie zapomniaa, e jaka osoba
wbiega tu przed ni.
- Margareth, czy to ty? - zapytaa niepewnie, nie odwracajc gowy.
Nikt nie odpowiedzia.
Mj Boe! pomylaa z rosncym przeraeniem. A moe to ktry ze zodziei rudy?
Co teraz robi?
Odwrcia si powolutku i wtedy jej serce zamaro, a z ust wydoby si przecigy jk.
Wysoko na schodkach staa potna posta, rzucajc na cian za sob jeszcze
wikszy cie. Sharon odniosa wraenie, e cina si jej krew w yach. T posta znaa a za
dobrze. Ciemny, powczysty paszcz zwisa do samej ziemi, a spod siwiejcej czupryny

patrzya na ni para tych lepi.


Sharon miaa przed sob czarownika z Wyspy Nieszcz.

ROZDZIA XXIV
Chciaa krzykn, ale nie bya w stanie wydoby z siebie gosu. Jak zaklta
wpatrywaa si w t okropn, szar, zniszczon twarz o wydatnych wargach wykrzywionych
w pogardliwym umiechu. Taki sam umiech posa jej czarownik tego dnia, gdy pojawi si
w osadzie.
Gordonie, Gordonie, gdzie jeste? mylaa przeraona, ale wiedziaa, e nie ma go po
co woa. A jeli przytrafio mu si co zego? Nie, tak nie mona myle!
Staa bez ruchu. Czarownik natomiast zacz powoli schodzi ze schodkw i zblia
si w jej kierunku. Wielk doni sign ku lampie i po chwili sal ogarny ciemnoci.
Sharon oddychaa pytko, a serce bio jej jak szalone. Czy on mnie widzi po ciemku?
zastanawiaa si. Ja przynajmniej widz te jego lepia! Wiem, gdzie si znajduje, wic moe
uda mi si go wymin i wydosta std? ebym tylko nie dotkna ktrego z tych
obrzydliwych przedmiotw! Dlaczego nie uciekaam, gdy byo tu jeszcze jasno?
W tej samej chwili z przeraeniem zobaczya, e blask w tych lepiach czarownika
take powoli przygasa. Wkrtce wok niej zapada cakowita ciemno. Gdzie, w samym
rodku tej ciemnoci znajdowa si on...
Serce Sharon walio teraz tak, e czua bolesne pulsowanie w skroniach.
Zrobia ostronie kilka krokw w kierunku schodw, gdy zorientowaa si, e
straszliwa posta jest w pobliu. Zupenie jak nietoperz, ktry czuje czyj obecno na
swojej drodze. Usyszaa jakie skrzypnicie, ale nie bya pewna, z ktrej strony dochodzio.
Po chwili dobieg j chlupot przelewanej cieczy, ktry rwnie szybko ucich. Wci posuwaa
si w stron drzwi. Bya wdziczna, gdy w korytarzu rozleg si silny odgos strzau, ktry
zaguszy jej kroki.
Nagle co dziwnego pojawio si na jej drodze. Bya to jaka chmura dymu albo pary
o nieprzyjemnym, zgniawym i dawicym zapachu, ktra wiaa Sharon prosto w twarz.
Dziewczyna zacza si krztusi, na olep rzucia si w kierunku drzwi, ale jej krzyk szybko
si urwa. Poczua, e plcze si w poy paszcza. Czyje rce pochwyciy j za kark, a usta i
nos zatkano czym potwornie mierdzcym.
Sharon walczya z niewidzialnym napastnikiem, usiujc zapa powietrze, ale na
darmo. Gordon, Gordon, gdzie jeste... mylaa zrozpaczona. Szybko opada z si i stracia
przytomno.

Sharon ockna si, czujc zimny powiew wieego morskiego powietrza i


przejmujcy bl gowy. Wia silny wiatr, a morze uderzao cikimi falami o skay.
Kto j wlk, z wyranym trudem pokonujc skaliste nierwnoci. Ten kto nie by
tak silny jak Gordon; cignc bezwadn dziewczyn napastnik ciko dysza i sapa. Po
chwili pojawi si jeszcze kto inny, po czym Sharon poczua, e uniesiono j wysoko i
pooono na rozbujanej pododze.
Teraz Sharon zrozumiaa, co si stao. Zacignito j na statek, ktry wczeniej
zauwayli z zamku.
W dalszym cigu panowaa wok ciemno. Wci te bolaa j gowa. Teraz kto
wnis j do niewielkiej kajuty i uoy na posaniu. Pod sufitem hutaa si lampa naftowa,
ktra przypominaa dziewczynie migajc na niebie gwiazd.

Pochyli si nad ni jaki mczyzna, ale zamiast twarzy Sharon widziaa tylko
janiejsz plam. Po chwili ten kto odezwa si:
- Sharon...
To nie by Gordon, ale gos wyda si Sharon znajomy.
- Nareszcie udao mi si ciebie zdoby, wreszcie mam ci tylko dla siebie, moja maa
ryczko. A mylaem, e wszystko stracone.
Sharon wci nie moga odgadn, kto to tak do niej przemawia.
- Niedugo odbijamy - cign. - Odtd bdziemy tylko my dwoje, nic poza tym mnie
nie obchodzi. Zreszt tamci na pewno ju nie yj. Gordon mia ze sob tylu ludzi. My
wkrtce dotrzemy do Ameryki rodkowej, a tam, Sharon, bd bogaty, bardzo bogaty!
Zabraem tylko te najcenniejsze mineray i zdobyem take najpikniejsz kobiet.
Doktor Adams! uwiadomia sobie nagle Sharon. Mj wierny adorator!
- Nigdy wicej nie zaznasz biedy ani takiej samotnoci, jak cierpiaa na tej przekltej
wyspie. Dam ci wszystko czego tylko zapragniesz, maleka.
- Nie, Williamie. To niemoliwe -sabym gosem, ale stanowczo powiedziaa Sharon. Nie dasz mi Gordona.
- Gordona! - wykrzykn doktor Adams. - A na c ci Gordon, skoro i tak go nie
kochasz! To prostak, ktry nie rozumie kobiet. Jak on ci potraktowa? Co ty w nim takiego
widzisz?
Sharon milczaa, kompletnie zaamana. Dla niej ju nie ma ratunku. Waciwie byo
jej wszystko jedno...
- Pomyl tylko, Sharon - rzek z dum doktor Adams. - To wszystko moje dzieo! To

ja przed laty odwayem si wej na zamek. To ja znalazem ksig pen tajemniczych


formu. Musz przyzna, e czarownik by nadzwyczaj bystrym czowiekiem. Ja sam
odkryem opis trujcej roliny i zrozumiaem, czym jest zaznaczona na mapie droga. Piwnica
zamkowa doprowadzia mnie do zawaliska w kopalni. Podejrzewam, e francuski magnat
wykorzystywa to miejsce na wizienie lub cel mierci dla nieposusznych podwadnych.
- To prawda! - potwierdzia Sharon. - My te znalelimy ukryty chodnik, prowadzcy
do zamkowych lochw.
Twarz Williama wykrzywia si zoci, ale zaraz si opanowa i mwi dalej:
- Zszedem na d, ruszyem chodnikiem i odkryem zawalisko. Namwiem kilku
posusznych grnikw...
- Posusznych, dobre sobie! - rzucia pogardliwie Sharon.
- Mnie byli posuszni. Dzisiaj dokoczymy dziea. Zrozumiaem, e wpadlicie na
nasz trop, i dlatego znikam.
- Ale o nich ju si nie troszczysz? Wykonali dla ciebie czarn robot, a ty porzucasz
ich na pastw losu?
- A kto to wszystko wymyli? - zapyta ostro doktor Adams. - Beze mnie nic by nie
osignli
- Wic ty cay czas wiedziae, na jak chorob cierpi Andy i jego towarzysze?
Doktor Adams zamia si pogardliwie.
- Jasne, e wiedziaem. To ja zasadziem sumak w pobliu zamku i odtd nikt nie mia
odwagi si tam pojawia. Oparzone miejsca mogem wyleczy duo wczeniej, ale po co?
Specjalnie nacieraem je odrobin jadowitego soku za kadym razem, gdy ci gupcy
przychodzili do mnie z kolejn wizyt. W ten sposb podtrzymywaem w nich przekonanie,
e na zamku wci mieszka zy duch. Dopiero gdy ty si pojawia, nie potrafiem wyrzdzi
ci krzywdy...
Gdyby Andy si o tym dowiedzia, nie chciaabym by w skrze Williama, pomylaa
Sharon.
Nagle drzwi si otworzyy i stana w nich Linda.
- Czemu jeszcze nie wyruszamy? - zapytaa i w tym samym momencie oniemiaa. Jej
twarz wykrzywia si zoci. - Sharon? A co ona tu robi?
William wsta.
- Ona naley do mnie i mam zamiar j ze sob zabra - rzek kategorycznym tonem. A ty nie masz tu nic do gadania! Wci nie mog sobie darowa, e w ogle przyjem ci do
pracy. Twoje wcibstwo mnie zgubio. Odkrya, w jaki sposb zdobywamy rud i dokd j

wywozimy. Skoro tak si to wszystko potoczyo, musisz robi to, co ci ka. Nie bdziesz
mnie ju wicej szantaowa! - cign rozzoszczony William. - O may wos wszystkiego
nie zepsua! Wczoraj musiaem sam unieszkodliwi tego drania, ktry mi ukrad ksig i
podrzuci Sharon. Nie mogem tego tak zostawi.
- Za adne skarby nie pozwol, eby zabra j do Ameryki! Nie dopuszcz, eby to
ona pawia si w twoim bogactwie!
Nagle umilka, bo z pokadu doszy ich odgosy walki. William zakl.
- S tu! Odnaleli nas! - krzykn przeraony. - Waciwie dlaczego my do tej pory
jeszcze nie odbilimy?
I wypad z kajuty.
Sharon uniosa si na posaniu, ale zabrako jej si, by wsta. Linda natychmiast
znalaza si przy jej ku.
- To wszystko przez ciebie! Zawsze stajesz mi na drodze! - krzyczaa rozwcieczona. Ty piekielny mapiszonie! Niewinitko z anielsk buzi! Ale ja jestem silniejsza i adniejsza!
Tym razem to koniec! Ju nigdy mi w niczym nie przeszkodzisz!
Sharon prbowaa wyzwoli si z elaznego ucisku Lindy, ale bya zbyt saba. Nagle
drzwi otworzyy si z haasem i do kajuty wpad Gordon. W okamgnieniu odcign Lind od
Sharon i odepchn z caych si. Linda wpada prosto w ramiona Andyego, ktry wanie
pojawi si w drzwiach. Wsplnie z Percym zwizali j sznurami tak, by nie moga si ruszy.
Gordon wzi Sharon na rce i ostronie wynis na pokad. Leaa w jego ramionach
bezwadnie. Na dworze ju szarzao, nad spienionym morzem wci hula wiatr.
Sharon powoli wracaa do siebie. Zdoaa si zorientowa, e na statku zapanowa ju
spokj. Ludzie Gordona w peni kontrolowali sytuacj. Margareth opatrywaa rannych, a
pastor klcza nad ciaem lecym nieruchomo na pokadzie.
- Nie yje - powiedzia i przykry zmarego swoim paszczem.
- Peter, poprowadzisz statek wzdu wybrzea i zawiniesz do portu - poleci Gordon. Pilnuj wszystkich, a szczeglnie Lindy.
- Nie musisz si obawia - rzek Peter zduszonym gosem. - I pomyle, e ta kobieta
przez kilka dni bya moj on! Postaram si, eby wrcia do Anglii. Sharon bdzie wreszcie
wolna od cicego na niej oskarenia. A co z pozostaymi?
- Zaog odelemy do Kanady, bo stamtd przybyli. Reszta popynie do Anglii. A my
musimy jeszcze si dowiedzie, gdzie znajduje si ruda, ktr wywieziono wczeniej. Moe
uda nam si uzyska jakie zadouczynienie za nasze straty? Na razie zabieram Sharon na
ld. Jak tylko lepiej si poczuje, pjdziemy na zamek, bo chciabym przyjrze mu si z bliska

za dnia. Mam nadziej, e tym razem nic nam nie przeszkodzi. Przypomniao mi si, e
zwizalimy tam jednego z ludzi Williama...
- Jest tutaj, zabralimy go razem z innymi - powiedzia Peter.
- wietnie. Dzikuj wam, spisalicie si wybornie!
Gdy statek odbi od brzegu, Gordon uoy Sharon w szczelinie skalnej na pierzynce z
mikkiego mchu, podkadajc jej pod gow swoj kurtk. Tu nie dokucza im ju wiatr.
- Jak si teraz czujesz?
- Troch lepiej. Bl gowy powoli ustpuje. Dobrze mi robi wiee powietrze.
- Pomylaem, e moe mczy ci cige bujanie statku.
- Dzikuj. Ciesz si, e mnie zabrae.
Gordon podpar si na okciu. Na jego twarzy pojawi si niemiay, jakby
przepraszajcy umiech.
Sharon ze wszystkich si staraa si odpowiedzie tym samym. Gorco pragna, by
wszystko midzy nimi ukadao si jak najlepiej. Ale tak nie byo. Z rezygnacj odwrcia
gow.
- Sharon! - rzek bagalnym tonem. Przycign j gwatownie do siebie, obj czule i
przytuli. - Sharon! Nie odtrcaj mnie duej! Tak bardzo tskni, tak bardzo ci potrzebuj!
Sharon czua, jak dry kady misie i kady nerw jej ciaa. W pierwszym odruchu
omal nie odepchna Gordona. Jej donie leay nieruchomo na jego plecach, z wielkim
wysikiem zmusia si, by ich nie cofn, ale nie sta jej byo na nic wicej. Gordon zauway
jej reakcj. Bardzo pragn odzyska zaufanie i mio ony. Przytuli swoj twarz do jej
policzka.
- Bagam ci - szepta skruszony. - Bagam ci, kochanie, wr do mnie! Tskni za
twoim umiechem, za ciepem twoich rk i blaskiem w twoich oczach! Wybacz mi! Cho tak
bardzo ci skrzywdziem, nie odchod ode mnie!
Jeli go teraz odtrc, sprawi mu tyle samo blu, co on mnie tamtego wieczoru,
mylaa z rozpacz. Nie chc, eby tak si stao, ale tak bardzo si boj. Ale jeli on kamie?
Nie mog mu pokaza, e wci go kocham, nie mog! Znowu wymieje mnie i odwrci si
ode mnie z pogard. Nie mog si podda! Och, Boe, co ja mam czyni? Nie chciaabym go
zrani, ale... Jak mam z tego wybrn?
Gordon unis si i usiad z rezygnacj, opierajc gow na kolanach. Wok panowaa
gboka cisza. Nagle Sharon poczua, e po policzku spywa jej kilka sonych jak morska
woda ez...
Przecie nie pakaam? Leaam jak martwa w jego ramionach. Zimna i niewraliwa...

Sharon wzia gboki oddech.


Gordon? Ten sam surowy, nieprzejednany Gordon Saint John?
Teraz dopiero zrozumiaa. Obok niej siedzia zupenie inny czowiek. Nie by to ju
zamknity w sobie zarzdca kopalni. Tym razem trzymaa w ramionach mczyzn, ktrego
przedtem nigdy nie spotkaa. Mczyzn, ktry cae ycie przey w samotnoci.
Zacity, hardy chopak z domu dziecka po raz pierwszy w yciu prosi o ciepo, mio
i zrozumienie.
A ona, cho przecie wci go kochaa, wanie tego chciaa mu odmwi!
Odetchna z ulg i przyklka przy mu. Uja jego gow, przytulia do swojej
piersi i wyszeptaa do ucha:
- Niewane, co sobie o mnie pomylisz, co powiesz, ale ju duej nie znios tej
udrki. Bardzo ci kocham i kochaam cay czas. Wierz mi, Gordonie...
Z oczu Sharon popyny zy. Gordon spojrza na on i nagle zacz si mia. Ale
by to miech tak szczery, tak spontaniczny, e udzieli si take Sharon. Opada na mech, a
Gordon, wci j przytulajc, mia si coraz serdeczniej. W pewnej chwili Sharon
wykrztusia:
- A, miej si, miej, jest mi ju wszystko jedno...
- Sharon, dziecinko! Przecie nie miej si z ciebie! Jestem po prostu bezgranicznie
szczliwy i wci nie mog w to szczcie uwierzy! Po raz pierwszy od tamtego okropnego
wieczoru ujrzaem w twoich oczach rado! Och, Sharon...
Pocaunek, jakim Gordon obdarzy on, by tym razem sony. Wyraa tyle tsknoty,
tyle mioci, e Sharon wci nie moga uwierzy, e to nie sen. Gordon raz jeszcze przytuli
swj policzek do twarzy Sharon i rzek agodnie:
- Przeszlimy bardzo dug drog, by si odnale, ale w kocu si udao. Chod, jest
chodno, wracajmy do domu.
- Do domu? Do naszego domu, prawda? - powtrzya z umiechem. - Chodmy,
Gordonie.
Nie pieszyli si. Dzie zagoci ju na dobre, zrobio si cakiem jasno. Morze
szumiao, mienic si rnymi odcieniami granatu, a drzewa koyszce si nad zamkowymi
murami pieway poranne ballady. Gordon i Sharon dotarli do komnaty pod wie i weszli do
rodka.
- Co zrobisz z tym wszystkim, co si tu znajduje? - zapytaa Sharon.
- Jeszcze nie wiem. Musz to najpierw przejrze. To, co warto zatrzyma, przelemy
do muzeum. Pozostae przedmioty spalimy.

Pochyli si nad ciemn tkanin lec na schodach i unis j w palcach, jakby go


parzya. By to paszcz czarownika. Do jego konierza przyczepiona bya gowa, wykonana z
gipsu lub czego podobnego.
- Popatrz - powiedzia. - W rodku umieci malek lampk. A cay paszcz
zawieszono na kawaku stalowego drutu, tak by figura moga sama sta. Wtedy, gdy ktry z
nas strzeli do niej, po prostu spada na d. Podejrzewam, e znajdziemy w paszczu dziur
po kuli.
- A wwczas gdy widzielimy go stojcego w bramie wjazdowej, te nikogo pod tym
paszczem nie byo? - spytaa Sharon, zerkajc na nieprzyjemn mask o pogardliwym
umiechu.
- Na pewno - odpar Gordon. - William przecie szed z nami. Ale spjrz, w caej tej
konstrukcji nie zmieciby si nikt wyszy ni on.
Sharon zamiaa si.
- Wiesz co? A ja byam przekonana, e to prawdziwy duch.
Gordon odpowiedzia ciepym umiechem.
- Zabior to przebranie, by pokaza je wszystkim mieszkacom wyspy, bo jeszcze
gotowi nie uwierzy, e pokonalimy czarownika. Wci jednak nie wiem, w jaki sposb
mg zajrze w twoje okno.
- Najpewniej tego wieczoru Linda poyczya paszcz - powiedziaa Sharon. - Chciaa
mnie wystraszy. William by na ni za to okropnie zy, bo niewiele brakowao, a caa sprawa
by si wydaa.
- Szczerze mwic, troch jestem jej wdziczny. Dziki niej przybiega do mnie po
pomoc - zamia si Gordon. - No, chodmy ju.
Obj Sharon czule, co tym razem nie wywoao sprzeciwu dziewczyny. Popatrzyli
sobie w oczy.
Gdy doszli do murw, Gordon zatrzyma si na chwil, by zmierzy odlego midzy
najwyszym punktem a ziemi tu pod galeri.
- Widzisz ten drut? Jeli pjdziemy za nim...
Zrobi kilka krokw w kierunku ciasnego przejcia midzy cianami.
- Tak mylaem. Tu wisi druga taka sama posta, tylko bez twarzy i poncych oczu.
Zobacz! May gwizdek wydaje z siebie wiszczcy dwik przy sabym nawet podmuchu
wiatru. To wanie syszelimy.
- William nie by pozbawiony wyobrani - stwierdzia Sharon.
- Rzeczywicie. Stary czarownik take zna si na rzeczy, ale on zajmowa si gwnie

czarn magi. William na pewno wykorzysta niejeden jego pomys.


- Nic dziwnego, Gordonie, e tak dugo wodzi nas za nos. Jako lekarz doskonale
wiedzia, jakie s skutki dziaania trujcego sumaka, zna te przyczyn mierci grnika. Tak
si ciesz, e bd moga przynie Andyemu i innym dobr wiadomo ich dolegliwoci
wkrtce min!
Opucili ponure ruiny. Gordon dokadnie osoni usta i nos Sharon szalem, sam
uczyni to samo. Potem wzi on za rk i bardzo szybkim krokiem przeszli przez
poronit sumakiem polan. Paszcz ducha, ktry zabra ze sob Gordon, zaczepi si o
krzaki, i Gordon nie mia odwagi zatrzyma si na duej, by go uwolni. Gdy dotarli ju na
szczyt schodw, Sharon odwrcia si i powiedziaa:
- Och, to byo okropne. A co si stanie z trujcymi rolinami?
- Musimy je wszystkie powyrywa razem z korzeniami i spali. Znajdziemy te
dolin, o ktrej mwia, by i tam zlikwidowa kade jej kcze. Na wyspie nie moe zosta
po niej najmniejszy lad. Sumak jadowity to jeden z najbardziej trujcych gatunkw tej
roliny.
Stali jeszcze przez chwil, wpatrujc si w ruiny starego zamczyska. Wiatr wiszcza
pomidzy wiekowymi murami. Silniejszy podmuch pochwyci szary paszcz doktora Adamsa
i unis go daleko, w kierunku morza.
Gordon i Sharon wrcili do osady. Teraz nie musieli si ju nigdzie spieszy. Gdy
mijali nowe budynki, Gordon przystan.
- Dotychczas nie udao si nam naszkicowa planu naszego domu - powiedzia. Moe pomylelibymy nad tym dzi wieczorem?
- Dobrze - odpara Sharon z zapaem. - Obmyliam ju, co i gdzie powinno si
znajdowa.
- Ja take - odpowiedzia. - ebymy si tylko nie pokcili! - zaartowa.
- No nie, jako si przecie dogadamy - umiechna si Sharon.
Gordon odwrci si do ony, pooy donie na jej ramionach i rzek z powag.
- Sharon, jest co, co chciabym ci powiedzie.
- Co takiego?
- Zmieniem pogld na pewn spraw. Chodzi mi o... no wiesz, o to, czego pragna,
a ja nie chciaem ci da. Ja... bardzo chciabym mie z tob dziecko.
Uradowana Sharon rzucia si mowi na szyj i zawoaa:
- Och, Gordon, jake ty mao wiesz o kobietach!
- By moe, ale jestem gotw do zdobycia tej wiedzy.

Sharon umiechna si pod nosem.


- To ci si nie uda. Ale obiecuj, e bd dzieli si z tob swoimi mylami, kopotami
i uczuciami. Licz te na wzajemno. To jest przecie takie wane w mioci!
- Chyba wanie tego mi cae ycie brakowao - westchn. - Nie masz pojcia, jak si
ciesz, e ci spotkaem.
Wtulia nos w jego policzek i rozkoszowaa si ciepem otaczajcych j silnych
ramion.
- Ty te nie jeste taki najgorszy - mrukna ledwie syszalnie.
Umiechn si do niej.
- Moje ty sonko - szepta.
Sharon pooya gow na ramieniu Gordona i staa tak dugo, spokojna i pena
szczcia. Na wschodzie wstawao leniwe soce, rzucajc na zamkowe ruiny agodne, ciepe
promienie. Noc, ktra trwaa na Wyspie Nieszcz ponad trzysta lat, wreszcie dobiega
koca.