You are on page 1of 148

MARGIT SANDEMO

DZIEWICA Z LASU MGIE


Tytu oryginau:
Jungfnin i dimmomas skog

ROZDZIA I
Niebo na zachodzie pono krwist czerwieni. Vendelin siedziaa przy oknie.
Wydawao jej si, e poar na niebie jest odbiciem stanu jej duszy, mrocznego podniecenia.
Niemal j to przerazio. Dostrzega poruszajce si postaci, wiedziaa, e to jedcy.
Vendelin nigdy nie miaa kontaktu z mczyznami poza swym nieyjcym ju stryjem
i jego synkami, omio - i dziesicioletnim. Mieszkaa wraz z babk na uboczu, od siedzib
innych ludzi dzielio j rozlegle wrzosowisko, nigdy te nie pozwalano jej oddala si od
znajomych okolic na skraju lasu.
Na myl o istnieniu modych, silnych mczyzn, jej rwienikw, dziewczyn coraz
czciej nawiedza niepokj, wyganiajc j na samotne wdrwki po wrzosowisku i lesie,
gdzie wiatr chodzi jej rozpalone policzki i tumi podniecenie.
Z zamylenia wyrwao Vendelin skrzypienie ka.
- Dzisiejszej nocy zmarli znw pdz przez wzgrza Grmosse!
- Nie, babciu, le spokojnie i niczego si nie bj! Na wrzosowisku nikogo nie ma!
- Ale tak, widz ich, Vendelin! Nie dostrzegasz tych mrocznych cieni, ktre gnaj
ponad wrzosami niczym wiatr? Wr nieszczcie, moje dziecko. Nieszczcie i mier.
Tak, tak, pomylaa Vendelin ze smutkiem. mier, twoj mier, kochana
starowinko.
Czuwaa ju od trzech nocy, przepenionych lkiem i rozpacz. Oczy j pieky, same
si zamykay, lecz nie wolno jej byo zasn! Babka jej potrzebowaa. Ale dziewczyna
zdawaa sobie spraw, e od jutra nie bdzie ju musiaa czuwa.
Poar zachodzcego soca zabarwi czerwieni jedyn izdebk w chacie, pozoci
ubogie sprzty.
- Vendelin - szepna staruszka na ku. - Podejd tutaj.
Dziewczyna usuchaa.
- Boj si, moje dziecko. C si z tob stanie, kiedy mnie zabraknie? Wszystko
robisz z przejciem, miotaj tob takie mocne, gorce uczucia. Ich sia moe ci pomc, lecz
nieokieznanie stanie si krzyem, ktry przyjdzie ci nosi. Ten, kto czuje zbyt mocno,
bardziej cierpi.
- Ale te i zaznaje wicej radoci, prawda?
- Tak, by moe tak. Lecz czyme waciwie si radowa w tym yciu tu, na ziemi?
Ty, Vendelin, zaznaa jedynie biedy, ubstwa i samotnoci. Wiem, wiem, co chcesz

powiedzie: e powiciam si dla ciebie, odkd wszyscy nasi najblisi odeszli. Ale c stara
kobieta moe da modej dziewczynie penej ycia?
- A wrzosowisko, las, zwierzta, cae pikno, jakie nas otacza, czy std nie mona
czerpa radoci? - zaprotestowaa Vendelin.
Staruszka umiechna si ze smutkiem.
- Mao jest takich jak ty, ktrym niewiele trzeba, by si cieszy. A przecie wiesz, e
za wrzosowiskiem czyha zo, niebezpieczestwo, przed ktrym staraam si ciebie chroni.
Ale ono kusi, budzi twoj ciekawo, prawda?
Vendelin spucia gow.
- Tak, babciu.
Zlknione oczy babki szukay jej wzroku.
- Strze si mojej synowej, tej przebiegej, zdradliwej kobiety! - ostrzega staruszka z
naciskiem. - Gdy mnie zabraknie, ona przejmie opiek nad tob. A od dawna czeka, by
wysa ci do Svartmosse. Dla rycerza Gerharda z zamku Svartmosse wiele jeste warta!
- Kto to jest rycerz Gerhard?
Donie pokryte siatk niebieskich y szarpny przykryciem.
- Diabe we wasnej osobie! Ale nie pjdziesz tam, umwiam si, e jeszcze dzi w
nocy opucisz dom.
- Nie mog ci zostawi, babciu! Jestem ci potrzebna!
Staruszka niecierpliwie pokrcia gow.
- Wdowa po twoim stryju, moja synowa, przyjdzie ju o wicie. Musisz wtedy by
daleko std. Wczoraj udao mi si przesa wiadomo przez jednego z jej synkw.
Dziewczyna ze wsi zabierze ci i zaprowadzi do mojej siostry, do Lasu Mgie. Tam bdziesz
bezpieczna przed rycerzem Gerhardem i jego szalonymi synami. Rycerz boi si Lasu Mgie.
Uwaa, i nie bez powodu, e grasuj w nim ze moce.
Vendelin syszaa opowieci o Lesie Mgie, o zmarych z wrzosowiska Grmosse. O
bitwie, jak stoczono tutaj przed wieloma stuleciami, kiedy Dania jeszcze nie cakiem oddaa
si chrzecijastwu. Podobno w owych czasach niektrzy ludzie szukali schronienia w Lesie
Mgie i sprzysigli si z hulajcymi po nim pogaskimi mocami. Za kar ich duchy nie
zaznay spokoju i w dziejowych chwilach gnaj konno przez wrzosowiska.
W ostatnim roku Vendelin wielokrotnie widywaa cienie jedcw, pojawiay si
coraz czciej. Z daleka byy zaledwie ciemnymi punkcikami na horyzoncie, ale babka za
kadym razem egnaa si znakiem krzya i odmawiaa modlitwy. I jeszcze surowiej
przykazywaa wnuczce, by nie wypuszczaa si na wrzosowiska.

Vendelin nigdy by si na to nie powaya. Na og nie oddalaa si od chaty. Czasami


tylko, chcc stumi gorczk ponc w ciele, wychodzia nieco dalej na wielk, pust
rwnin, lecz spostrzegszy, gdzie jest, biegiem wracaa do domu, jakby gonio j stado psw
piekielnych. Serce prawie przestawao jej bi ze strachu.
Jedcw nie byo ju wida. Wyruszyli ku gbokim borom na poudniu, tajemniczej
okolicy, o ktrej babka nigdy nie chciaa opowiada. Dziewczyna odwrcia si od okna.
- Nie bardzo rozumiem, przecie ten rycerz Gerhard mnie nie zna! Czego wic ode
mnie chce?
- Cicho, dziecko, nie pytaj! Przez tyle lat udawao mi si utrzyma twe istnienie w
tajemnicy dziki temu, e nasza chata ley tak daleko od Svartmosse i od zamku dziel nas
budzce groz wrzosowiska. Ale na poudniu jest Las Mgie...
- Wiedziaam! - wykrzykna Vendelin. - Wiedziaam, e Las Mgie jest wanie tam,
bo nigdy nie chciaa mi odpowiedzie, kiedy o to pytaam.
Babka pokiwaa gow.
- Lepiej dla ciebie, e nie bya tego pewna. Teraz jednak musz ci tam wysa. W
ten las rycerz Gerhard nigdy nie omieli si zapuci.
- Nie chc tam i! Przecie to siedziba za!
- Straszniejsze zo czyha na ciebie w zamku Svartmosse. W Lesie Mgie mieszka moja
siostra, dobrze zna knieje, wie, jak unika niebezpieczestwa. Zreszt nie zostaniesz u niej
dugo. Gdy dojrzej ostatnie kosy, a lasy zaczn si zoci, przez cienin przepynie statek.
Musisz dosta si na jego pokad. Uciec jak najdalej od krlestwa rycerza Gerharda. Na
drugim brzegu poszukasz suby w najbliszym gospodarstwie. Tam bdziesz ju bezpieczna.
Vendelin spucia gow. Serce ciskao jej si z blu na myl o tym, e bdzie
musiaa opuci babk, wszystko, co tak jej drogie, i wyruszy naprzeciw nieznanemu zu.
- We ze sob cay chleb i zapasy suszonego misa, ile tylko moesz unie. Zabierz
te kota, nie moe zosta tu sam, no i przywiza si do ciebie. Krow i owce zostawisz,
zajmie si nimi moja synowa, ma dwch synw, ktrych trzeba nakarmi i ubra.
- Zrobi, jak sobie yczysz, babciu. Ale bardzo boli mnie myl, e bd musiaa std
odej.
- Wiem, lecz nie pozostaje nic innego, jeli mam ci ocali. I pamitaj: nie wspominaj
nikomu, e wanie skoczya osiemnacie lat! Jeli ci zapytaj, mw, e masz dopiero
szesnacie. Zachowaj w tajemnicy swj prawdziwy wiek, przynajmniej dopki nie opucisz
woci rycerza!
- Dobrze - z wahaniem powiedziaa Vendelin. - Ale dlaczego?

Staruszka czule pogadzia j po policzku.


- Jeste taka liczna, wnuczko! Skr masz rumian jak dojrzae jabuszka, a oczy jak
fioki pokryte porann ros. Skore do umiechu usta bd kusi mczyzn do rzeczy, nad
ktrymi nie chc si rozwodzi, z niepokojem te patrzyam, jak twoje ciao smukleje,
dojrzewa. Moja kochana Vendelin, pamitaj, zawsze splataj wosy w warkocz, nie
rozpuszczaj ich swobodnie. S takie gste, wij si mikko, a to moe niebezpiecznie dziaa
na mczyzn.
Vendelin zdziwiy nieco sowa babki, ale poczua dreszcz emocji.
- Czy spotkam teraz mczyzn?
- Tego nie wiem, mam nadziej, e nie stanie si to zbyt prdko. Moja siostra mieszka
samotnie w Lesie Mgie i ukryje ci przed rycerzem Gerhardem. Pamitaj, co powiedziaam:
nikt nie moe si dowiedzie, e masz osiemnacie lat. To wane, bardzo wane!
Vendelin zamylona skina gow. Zerkna na wrzosowisko, lecz nie poruszay si
ju po nim adne mroczne cienie.
- Kto przemierza noc wzgrza Grmosse, babciu? Jedcy sprawiaj wraenie
ywych.
Babka mocno zapaa dziewczyn za rk.
- Nikt ywy nie jedzi po wzgrzach. To ci, ktrzy przed wiekami padli w bitwie na
wzgrzach Grmosse. Ukazuj si yjcym na znak, e oto nadchodz ze czasy. I niech si
strzee ten, kto stanie im na drodze!
Vendelin drc z lku oderwaa wzrok od wrzosowiska, pociemniaego pod
opuszczajcym si coraz niej, nocnym niebem.

Kobieta ze wsi, ktra przysza kilka godzin pniej, okazaa si niewiele starsza od
Vendelin. Oczy dziewczyny byy mokre od ez wylanych z powodu rozstania z babk, ale
staruszka przestaa ju j sysze, leaa tylko cicho z agodnym umiechem na ustach, jak
gdyby uspokojona wiadomoci, e wnuczka wkrtce znajdzie si w bezpiecznym miejscu.
Vendelin opucia rodzinny dom, zabierajc tylko wzeek z ywnoci i koszyk, w ktrym
ulokowaa kota.
Ruszyy poudniowym skrajem wrzosowiska, kryjc si w cieniu bukowego lasu.
Najwyraniej moda kobieta jeszcze bardziej ni Vendelin baa si wrzosowisk. Wok
panowaa cisza, tylko gdzie w oddali aosn skarg nis si krzyk nocnego ptaka, a z
wysokich traw dobiega charakterystyczny gos derkacza.
Wieniaczka przystana.

- Musz ci co powiedzie, Vendelin, nie chciaam tego mwi przy starej. Jej siostra
nie yje! Ale moesz zamieszka w jej chacie, chyba e chcesz i ze mn do Svartmosse.
Vendelin znieruchomiaa, prbujc zrozumie, co tak naprawd oznacza dla niej ta
nowina. Moliwo przyczenia si do ludzi wydaa jej si niezwykle kuszca, lecz
natychmiast powrcio wspomnienie oczu babki, ciemniejcych ze strachu za kadym razem,
gdy wspominaa zamek Svartmosse. Ale to drugie rozwizanie...
- Nie obawiaj si mieszka samotnie w Lesie Mgie - pospiesznie uspokoia j
wieniaczka. - Starej yo si bezpiecznie, nie ma tam adnych ssiadw, ktrych musiaaby
si ba. W pobliu chaty mieszka tylko Toke, kuternoga.
- Kto to taki?
Kobieta pogardliwie wzruszya ramionami.
- Dure, szaleniec, kademu wolno go oplu. Kryje si przed ludmi, nie zdziwioby
mnie, gdyby okazao si, e rozmawia z drzewami i gazami, porusza si tak... Zademonstrowaa nierwny chd czowieka o sztywnej nodze, miejc si przy tym drwico.
- Z jego strony te nic ci nie zagraa, nigdy ci nie dogoni.
Gorce serce Vendelin cisno si ze wspczucia dla nieznanego kaleki, musiaa
mocno wzi si w gar, by nie uczyni czego pochopnie. Babka zawsze j ostrzegaa przed
gwatownymi emocjami, ktrym czsto ulegaa. W tej chwili postanowia jednak, e nie
pjdzie z wieniaczk do Svartmosse. Jeli mieszkaj tam tacy li ludzie, to wdziczna bya
babce, e j przed nimi chronia. Ale moe ta prosta kobieta zwyczajnie nie rozumiaa, jak
bardzo tych, ktrzy i tak ju do wycierpieli, mog bole drwiny? Vendelin uznaa, e nie
ma prawa le o niej myle, lecz mimo to nie umiaa pokona niechci.
Powdroway dalej przez noc. Vendelin nigdy jeszcze nie wyprawiaa si poza chat o
tak pnej porze. Szeroko otwartymi oczami wpatrywaa si w mrok, wzdrygaa na kady
obcy dwik. Las powoli zacz si zmienia, stawa si jakby jeszcze straszniejszy. Wspiy
si na wzgrze, od poudnia roztoczy si przed nimi widok na morze drzew. Inny by to las,
modszy, niepodobny do tego za chat babki, ktry Vendelin tak dobrze znaa. Dziewczyna
miaa wraenie, e ten pulsuje yciem, a przez jego rodek niczym ywy, olizgy w wije
si mga.
- A oto i Las Mgie - potwierdzia moda kobieta nie bez zoliwej satysfakcji w gosie.
- Zaraz si w niego zagbimy. Gotowa jeste?
Vendelin kiwna gow, starajc si uspokoi myli.
- Mieszkasz gdzie w pobliu?
- Och, nie! Mwiam ci ju, e mieszkam w Svartmosse. Ale dobrze znam te cieki

jeszcze z czasw dziecistwa.


- Svartmosse - w zamyleniu powtrzya Vendelin. - Pewnie wic znasz take rycerza
Gerharda?
Wieniaczka wybuchna nieprzyjemnym, wieloznacznym miechem.
- Czy go znam? Spotkaam go tylko raz, wiesz, wtedy.
- Kiedy? Nic nie rozumiem.
Kobieta spojrzaa na ni zaskoczona.
- Ile ty waciwie masz lat?
Vendelin miaa ju na kocu jzyka: w zeszym tygodniu skoczyam osiemnacie.
Przypomniaa sobie jednak ostrzeenie babki.
- Szesnacie.
- Naprawd? Wygldasz na starsz. No c, wobec tego zostay ci jeszcze dwa lata.
- Do czego?
- Nie wiesz? - Chopka zatrzymaa si i popatrzya Vendelin w oczy. - Naprawd tego
nie wiesz? Od stuleci panowie na Svartmosse maj pewien przywilej: mog bra mode panny
w ich noc polubn. Ale rycerz Gerhard nie chcia, by ktra przesza mu koo nosa,
postanowi wic: kada dziewica, ktra skoczy osiemnacie lat, bdzie jego.
- Bra? Nie pojmuj.
- adna dziewczyna nie wejdzie do maeskiego oa nietknita - brutalnie
uwiadomia j kobieta. - Rycerz Gerhard nie zrezygnuje ze swego przywileju.
Vendelin niewiele wiedziaa o tajemnicach mioci, ale te sowa wzbudziy w niej
przykry niepokj. Domylaa si troch, o czym mwi moda wieniaczka. Odczua gbok
wdziczno dla babki za to, e ukrywaa jej istnienie.
- Nigdy si na to nie zgodz! - zapewnia pospiesznie.
- Co takiego? - Zdumiona dziewczyna szeroko otworzya oczy. - Nie rozumiesz, jak
wielki to honor? On jest wszak rycerzem, najpotniejszym czowiekiem na caej wyspie!
aosny krzyk ptaka by niczym odpowied na niepokj Vendelin.
- Ale to niecne postpowanie! - wykrzykna, a potem, ju ciszej, spytaa: - Jaki on
jest? Rycerz Gerhard?
Wieniaczka zadraa.
- Wida, e niewiele wiesz. Rycerz Gerhard rzeczywicie jest okropny, lecz jeli
dobrze si sprawisz i on dobrze za ciebie zapaci...
Stryjna! pomylaa wstrznita Vendelin. A wic zamierzaa po prostu sprzeda mnie
rycerzowi Gerhardowi!

Jaka zimna wydaa jej si trawa opltujca stopy! Od wiatru wciskajcego si pod
znoszon sukni przenikn j chd.
Chopka dalej paplaa:
- Wielu rodzicw z radoci przekazuje swe crki rycerzowi Gerhardowi, bo za pikne
i ulege panny czeka ich sowita zapata. Moi si na mnie wzbogacili - owiadczya z dum. Rycerz Gerhard by ze mnie bardzo zadowolony.
Vendelin coraz mniej j lubia.
Ukryj si w Lesie Mgie, postanowia. Cho musz przyzna, e las jest do
straszny, to jednak wydaje mi si, e tam poczuj si wolna. Bardziej ni na zamku!
- Nie powiedziaa mi jednak, jaki jest rycerz.
- Sdziam, e wszyscy znaj barbarzycw z zamku Svartmosse! Rycerz Gerhard nie
jest by moe najurodziwszym z mczyzn... - podja z wyran niechci. - Szczerze
mwic, by obrzydliwy. Obartuch i opj, stary libertyn. Te wiecce oczka ogldaj ci ze
wszystkich stron, oceniaj kady szczeg... Musi to by bardzo upokarzajce dla tych,
ktrym czego nie dostaje, ale zreszt na inne traktowanie nie zasuguj. Ty nie musisz si niczego ba, bo jeste niemal tak adna jak ja.
Dobrze si stao, e Vendelin nie bya wiadoma swoich zalet, inaczej uznaaby to
porwnanie za groteskowe.
Moda wieniaczka z nieskrywan przyjemnoci wymawiaa dugie, obce sowa:
przywilej, libertyn. Dziwnie brzmiay te wyrazy w ustach prostej kobiety.
- A co na to wszyscy inni mczyni z okolicy? - zainteresowaa si Vendelin.
- Godz si z tym, oczywicie, rycerz wszak stoi najwyej, i naturalne jest, e ma
prawo do pierwszej nocy. I niech si strzee dziewczyna, ktra nie dochowa dziewictwa! Co
prawda kara spada gwnie na mczyzn, ktry omieli si pozbawi rycerza nalenego mu
prawa. Za czasw rycerza Gerharda nic takiego nie miao miejsca, bo on synie z
okruciestwa i nikt nie powayby mu si sprzeciwi. Ale znam opowieci z dawnych czasw
o nieszcznikach, ktrzy...
- Nie chc o tym sucha! - wybuchna Vendelin, zatykajc uszy domi.
- W przyszoci take nie odetchniemy od srogiego pana - cigna wieniaczka
ciszonym gosem, w ktrym mona byo jednak wychwyci zoliw rado. - Rycerz
Gerhard jest ju stary, zniszczony hulaszczym yciem, ale jego synowie s, jeli to w ogle
moliwe, jeszcze gorsi.
- Ilu ich jest?
- Byo ich trzech, staraj si jak mog pozabija nawzajem. I oby im si to w kocu

udao - zakoczya gniewnie. - Gadzi pomiot!


- Powiedziaa, e byo ich trzech?
- Tak, Kol Mody przed kilkoma laty zosta zabity. Kiedy prbowa broni swej matki,
nieszczsnej pani Ingeborg.
- Przed kim chcia jej broni i kto go zabi? - spytaa Vendelin czujc, e wos jej si
jey na gowie na wie o takim okruciestwie.
- Broni jej przed rycerzem Gerhardem. A zabi go wasny brat.
Vendelin przymkna oczy.
- To nie moe by prawda!
- O, nie znasz otrw z zamku Svartmosse! Tak, tak, mwi o nich otry, cho to
rycerze z dziada pradziada. Najstarszy, ktry ma odziedziczy zamek i tytu, Gorm zwany
Zym, to wypisz wymaluj ojciec, cakowicie pozbawiony skrupuw. Gorm Zy to Szatan we
wasnej osobie!
Vendelin patrzya na ni z niedowierzaniem, nie potrafia poj takiego za. Teraz ju
wiedziaa, przed czym staraa si uchroni j babka.
- A trzeci syn jest najstraszniejszy z braci. Zw go Varg Szalony, bo nigdy nie uczyni
niczego mdrego. Boj si go nawet rodzice i brat! To on zabi Kola Modego.
- To znaczy, e Kol by z nich najlepszy? - Vendelin usiowaa wyuska ze strasznej
opowieci cho odrobin dobra.
- Tak, mia zapewne wicej z agodnoci swej matki. Ale umar modo, nie wiadomo,
co by z niego wyroso.
- Czy synowie godz si na to, co ojciec robi z dziewicami? - niemiao spytaa
Vendelin.
- No, Gorm odziedziczy kiedy prawo pierwszej nocy, siedzi wic cicho. A co mwi
Varg, tego nie wie nikt, bo on nie styka si z ludmi. Czsto trzymaj go w zamkniciu. Kto
powinien domiesza mu trucizny do jedzenia!
- Co ty mwisz? - jkna Vendelin i przeegnaa si.
- Nie pierwszy raz w historii tego zamku uyje si trucizny - ze spokojem odpara jej
przewodniczka.
Nagle Vendelin zorientowaa si, e zagbiy si ju w Las Mgie. Suchajc ze
zdumieniem i lkiem opowieci dziewczyny o zamku Svartmosse nawet nie zauwaya, jak
bardzo zmienio si otoczenie.
Wprawdzie noc nie bya ciemna, lecz korony drzew nie przepuszczay wiata. Las sta
si bardziej gsty. Wdroway teraz w milczeniu. Vendelin miaa wraenie, e powietrze

pene jest czarnoksiskich zakl, odprawianych tu guse, ktre przez stulecia przenikny w
zapach ziemi i szelest lici. Z lasu dobiegao wiele dwikw, trzask przypadkiem amanych
gazi, zduszone okrzyki, kroki niewidzialnych stp. Dziewczyna raz po raz odwracaa si
przeraona tym, co dzieje si za jej plecami. Niczego jednak nie zobaczya.
Moda wieniaczka bya jeszcze bardziej wzburzona. Drc ze strachu, cigna
Vendelin za rami, a oczy miaa okrge z przeraenia.
Nagle gwatownie si zatrzymaa.
- Pst!
Vendelin nasuchiwaa.
- Konie? - spytaa szeptem. - Galopujce konie?
Chopka mruczaa pod nosem do siebie:
- W stron wzgrz Grmosse? - Podniosa nieco gos: - Prdko, schowajmy si w
krzakach!
Vendelin dostrzega, e jej przewodniczka bliska jest szalestwa, gos jej si ama.
Ledwie zdyy si schowa, gdy piciu jedcw przemkno obok, kierujc si ku
wrzosowisku. Byli zakapturzeni, ich twarze kryy si w cieniu. Zniknli w mgnieniu oka.
Vendelin wyprostowaa si.
- Kto to by?
- Nie pytaj! - amicym si gosem zawoaa wieniaczka. Przeegnaa si, wida byo,
jak bardzo jest blada. - Dalej pjdziesz ju sama, znajdziesz drog - oznajmia. - Po prostu id
ciek, a gdy si rozwidli, skr w prawo. Ja musz ju wraca do domu.
Odesza, zanim Vendelin zdya jej podzikowa. Wkrtce szelest jej szybkich
krokw ucich.
Vendelin bezradna staa na ciece. Kot w koszyku zacz si niespokojnie krci,
pewnie niedugo zechce wydosta si z zamknicia. Zagadaa do niego przyjanie, lecz
zdawaa sobie spraw, e sowa wymawiane drcym ze strachu gosem nie odnios
podanego skutku.
Nagle usyszaa, e zblia si jeszcze jeden jedziec.
Nie zdya nawet pomyle, gdy z Lasu Mgie wyoni si wielki kary ko. Tym
razem jednak mczyzna, ktry go dosiada, nie skrywa twarzy pod kapturem. W pmroku
Vendelin dostrzega rozwiane, czarne jak wgiel wosy i dwoje byszczcych oczu. Zalniy
biae zby, przywodzce na myl drapiene zwierz. Niesamowita posta zdawaa si nie
zwraca na ni uwagi, pdzia wprost przed siebie. Dziewczyna, by nie zosta stratowana,
uskoczya na bok. Jeszcze tylko poczua na sobie spojrzenie, od ktrego ciarki przeszy jej po

plecach, zaopotaa peleryna i ko znikn midzy drzewami.


Vendelin serce o mao nie wyskoczyo z piersi. Widok upiornego jedca wprawi j
w nieznane podniecenie, od ktrego cae ciao ogarno drenie. Jeszcze przez chwil staa
nieruchomo, przyciskajc si do pnia drzewa, lecz nikt wicej ju si nie pojawi. W kocu
odwaya si wrci na ciek i ruszy dalej.
Wkrtce staa przed ma, skryt midzy bukami chat.

Przeya okropn noc. W chacie byo tak ciemno, e nie pozostawao jej nic innego,
jak tylko po omacku odszuka ko i wsun si pod przykrycie. Pociech okaza si kot,
ktry skoczy za ni i uoy si w zagbieniu kolan. Leaa na sienniku wypchanym mocno
pachncym sianem i czua si taka samotna. Nie wiedziaa, jak wyglda izba, domylaa si
tylko, e jest chyba mniejsza od tej, w ktrej mieszkaa dotychczas, ale pachniao tu
czystoci. Drzwi zamkna jak najstaranniej...
Las Mgie wydawa jej si yw istot. Nawet cisza sprawiaa wraenie czajcej si,
penej napicia czy wyczekujcej, jak gdyby las prbowa zbada, kim jest intruz. Od czasu
do czasu wrd drzew rozlega si przecigy krzyk, to znw gbokie westchnienie, prawie
jk. Ale to pewnie tylko wiatr zawodzi w koronach drzew. Dwukrotnie natomiast usyszaa
ttent koskich kopyt, jedcy z gbi lasu wypuszczali si na wrzosowisko. Bliska obdu ze
strachu wmwia sobie na dodatek, e z kniei dobiega ponura, monotonna pie, modlitwa
albo zaklcia.
Szarpna okrycie, chcc nacign je na gow, a kot si obudzi. Zeskoczy na
podog i adnym przymilnym woaniem nie da si skusi na powrt do ka.
Vendelin wci nie moga uspokoi myli. Jakie tajemnice kryje naprawd Las Mgie?
Co w nim tkwi? Dlaczego stara kobieta moga mieszka tu bez lku, podczas gdy silni
mczyni, rycerze i wojownicy, bali si lasu jak ognia? Z gbi boru, niczym upiory z
zamierzchych czasw, wyaniali si milczcy jedcy. Przybywali z siedziby zych mocy, by
ukazywa si na wrzosowisku i budzi groz wrd okolicznych mieszkacw.
A moe staruszka znaa si na czarach? Moe bya jedn z nich, czarownic?
Vendelin westchna roztrzsiona.
Babcia... Pewnie ju nie ya, w cigu ostatnich dni mier z kad godzin nadcigaa
coraz szybciej. Dziewczyna szczerze bolaa nad rozstaniem z najblisz krewn. Od mierci
rodzicw Vendelin byy tylko we dwie, tylko one i zwierzta. Stryjna mieszkaa staje od nich,
zagldaa od czasu do czasu, by wszy i gani, jej wizyty nie byy mile widziane.
Co teraz czekao Vendelin? Waciwie nie baa si, czy sobie da rad w yciu, dawno

ju si usamodzielnia, przywyka do odpowiedzialnoci za siebie i star babk. Niezwyczajna


jednak bya ludzi, nigdy nie stykaa si z obcymi i sama myl o nich j przeraaa.
A schowa si przed nimi moga jedynie tutaj, w tym strasznym lesie, w ktrym
musiaa zosta do koca lata.
Przekna lin, by pozby si ciskania w gardle. Zdawaa sobie spraw, e nic jej
nie przyjdzie z tsknoty za czasami, ktre przeya u babki. Gorco pragna znale si w
bezpiecznym miejscu, poza wociami rycerza Gerharda, lecz jego wadza najwyraniej
sigaa daleko, rozcigaa si na ca wysp. A Vendelin nie wiedziaa nawet, jak dua jest
wyspa ani czy jesieni odnajdzie statek, ktry przewiezie j przez cienin.
Wydawao jej si, e nie zdoa si std wyrwa, e zostaa schwytana w puapk i
wystarczy, e rycerz Gerhard wycignie tylko rk w elaznej rkawicy i ju bdzie j mia.
I na domiar zego w palcy niepokj, ktry trawi jej ciao, tsknota, ktr tylko po
czci umiaa zrozumie.
Podczas spotkania z jedcem w lesie ta gorczka jeszcze si wzmoga. Spojrzenie
mczyzny przenikno na wskro jej dusz, pozostawiajc palcy lad. Chocia by zjaw,
jednak to pierwszy mczyzna, jakiego Vendelin spotkaa, i nowe dowiadczenie wstrzsno
ni do gbi.
To wszystko dlatego, e yam tak bardzo samotnie, pomylaa i a rozemiaa si pod
kodr. Upiorny jedziec z Lasu Mgie - straszny, szalony, potworny, a mimo to nie potrafi
oprze si pragnieniu, by ujrze go jeszcze raz. Ciesz si, e on tu jest, chyba postradaam
rozum!
Zakrya uszy domi, bo z gbi lasu znowu dobieg krzyk.

ROZDZIA II
Za dnia las wyglda inaczej. Mech rs tu tak wysoki, e Vendelin miaa ochot
pooy si na nim, zapa w zielon mikko. Nie zdecydowaa si jednak na to, nie chciaa
niszczy tego ywego dywanu. Nie odmwia sobie natomiast przyjemnoci zatopienia stp w
gsto rosncych, wilgotnych, chodnych rolinkach. miaa si przy tym ze szczcia.
Podczas gdy tak staa z umiechem na ustach, wpatrzona w puszysty kobierzec pod
nogami, a w mylach wycigaa si na rozkosznie mikkim zielonym posaniu, przypomnia
jej si szalony jedziec napotkany minionej nocy. Dlaczego - nie wiedziaa.
Pojedyncze promienie soca wieccego gdzie ponad koronami drzew sigay a do
ziemi. Vendelin gboko wcigna w puca silny aromat lasu. W dzie, tak jak teraz, to
miejsce wydawao jej si cudowne.
Chata ledwie si trzymaa, ale bo te i mieszkaa w niej tylko stara kobieta, ktrej nie
na wiele starczao si. Vendelin mimo woli szukaa tu oznak wskazujcych na uprawianie
czarw, niczego takiego jednak ku swojej radoci nie znalaza. Kot chodzi za ni krok w
krok, poznawa swoje nowe krlestwo. Wyglda przy tym na zadowolonego. I w samej
chacie, i w szopie tyle byo interesujcych zakamarkw, pewnie znajdzie si te jaka mysia
nora. No i drobne stworzenia w lesie... Do ju nacieszyy si idyll bez ownego kota w
pobliu.
Vendelin zorientowaa si, e w gospodarstwie niczego waciwie nie brakuje, nie
musiaa si wic troszczy o zdobywanie niezbdnych sprztw. Ogrd natomiast praktycznie
przesta istnie, zagony rzepy i kalarepy zarosy pokrzywy, a wok domu nie byo kwiatw.
Vendelin zawsze kochaa kwiaty, zatsknia za swoj star rabatk, na ktrej sadzia
rumianki, dzikie re i pierwiosnki. Wszystko przejmie teraz stryjna...
Kiedy zmiota ju w izbie kurz i zdeche muchy, zaprowadzia ad, tak jak lubia,
zamkna chat i wyruszya sprawdzi, dokd prowadzi druga cieka. Za dnia nie odczuwaa
strachu, tylko ciekawo. Zreszt nie zamierzaa si zapuszcza gbiej w nieznane okolice.
Vendelin obdarzona bya zdolnoci intensywnego przeywania caego wiata jak
dziecko, ktremu nie odebrano jeszcze radoci ycia. Jej uczucia, myli, instynkty i reakcje
byy gbokie, czsto wrcz niszczce. Teraz take bezgranicznie si radowaa wszystkim, co
dla niej nowe, miaa si uszczliwiona, syszc piew ptakw wrd drzew. Rozradowana
wycigna rce do gry, wyprostowujc je a po czubki palcw, tak by poczu kade najdrobniejsze cigno, i wybuchna radosnym miechem. Nieoczekiwanie przed oczami znw

stanli jej rozpdzeni jedcy, ktrych spotkaa noc. Opucia rce. Czy te zjawy nigdy nie
znikn z jej myli?
Z pocztku nieznana cieka bya szeroka. Vendelin mina rdeko, z ktrego
staruszka najwidoczniej czerpaa wod do picia. Potem las jakby pociemnia, drka zwzia
si, biega teraz midzy znacznie starszymi, powyginanymi drzewami. Panujca tu cisza
budzia lk. cieka znw si rozwidlaa.
Waciwie nietrudno byo dokona wyboru. Jedna drka znikaa w morzu prastarych
drzew, wida ta cz lasu pozostawaa nie tknita rk czowieka, nigdy nie prbowano jej
przerzedza czy ksztatowa. Wygldao to, jakby mroczna grota wioda ku tajemnym
gbiom, ktrych zbadanie mogo okaza si niebezpieczne dla modej dziewczyny. Serce
lasu, pomylaa Vendelin, ogarnita nieznanym strachem. Tam, w rodku... Tam tkwi
tajemnica, ktrej Las Mgie strzee od stuleci.
Druga

cieka

sprawiaa

wraenie

bardziej

uczszczanej,

las

by

jakby

uporzdkowany. Na mchu nie leay martwe gazie, nie byo te skarlaych drzew, ebrzcych o wiato w cieniu olbrzymw.
Kto zadba o t cz lasu? zastanawiaa si Vendelin.
Zerknwszy przez rami na milczc, okryt zowrogim mrokiem kniej, ruszya
bardziej przyjazn ciek. Wkrtce drzewa zaczy si przerzedza. Zatrzymaa si
zdumiona. Na polanie sta przeliczny, nieduy domek pomalowany na biao, z ciemnymi
wizaniami i somianym dachem. Otacza go ogrd peen kwiatw. Za wysokimi, prostymi
jak wiece, intensywnie niebieskimi kwiatami opieray si o ciany dugie pdy zwieczone
czerwonymi pkami. Vendelin zrozumiaa, e to re, przypominay bowiem troch jej polne
ryczki. Kobierzec zieleni, przetykanej barwnymi wzorami, cign si a do leniwie
pyncej rzeki.
Vendelin staa, pena zdumienia i podziwu. Czego tak piknego nigdy dotychczas nie
widziaa. Ubogie polne kwiatki, przesadzone do ogrdka babci, w jednej chwili wyday si jej
aosnymi chwastami.
Przeniosa wzrok na rzek i umiechna si lekko. Las Mgie. A wic na tym
polegaa tajemnica! Jeli rzeka wia si przez cay las, nic dziwnego, e spord drzew o
rnych porach wyaniaa si mga.
Ale kto mg mieszka w tym niezwykym domku?
Bdziesz miaa tylko jednego ssiada, Tokego, kuternog. Jego kademu wolno
opluwa... Nie zdziwioby mnie, gdyby okazao si, e rozmawia z drzewami...
Vendelin poczua, e ze wzruszenia ciska j w gardle. Staruszek obdarzony takim

wyczuciem pikna... Nic dziwnego, e ukrywa si przed ludzk gupot i zoliwoci.


Przestaa si ba swego jedynego ssiada. Nie wahajc si duej zbliya si do domu
i zapukaa do drzwi.
Nikt jej nie odpowiedzia. Z niezmiern delikatnoci, jakby dopuszczaa si
witokradztwa, pogaskaa patki r, zdumiaa j ich jedwabista mikko. Przyjrzaa si
pozostaym kwiatom rosncym przy cianie i postanowia, e kiedy bdzie mie taki ogrd
jak ten.
Ale jak miaoby si to uda?
Z alem opucia przeliczne miejsce, czua, e zmysy nasyciy si wraeniami. Na
odchodnym jeszcze raz si obrcia w poczuciu szczcia, e moe istnie co tak
doskonaego. I wtedy wanie usyszaa, e kto z wyranym trudem zmierza przez las w
stron domu.
Ukrya si prdko, czujc si nagle jak intruz, ktry bezprawnie wdar si do wityni.
Zza krzeww niewyranie dostrzega w oddali jak posta...
Szed wsparty na kulach, powczc nogami. Vendelin jkna w duchu. Miaa ochot
skoczy i pomc temu czowiekowi, ale si nie odwaya, z tak niewidoma ludmi w yciu si
zetkna. Moe le by przyj jej usuno, moe nawet uderzy...
Nagle zmarszczya brwi. Przez moment ujrzaa go wyraniej i cho nie dostrzega
rysw twarzy, stao si dla niej jasne, e poruszajcy si z takim trudem mczyzna nie jest
staruszkiem. Czowiek ten by bardzo mody, ciemnowosy, mia mocne, szerokie ramiona i
silne uminione rce. Tyle zdya zauway, zanim znw skryy go licie.
Zatopiona w mylach wyruszya w powrotn drog do chaty.
Nie opodal biaego domku na skraju lasu zauwaya niedu obor i poletko.
Najwyraniej mieszkaniec polany radzi sobie sam i chyba wiodo mu si nie najgorzej. Ale
skd wzi wszystkie te pikne kwiaty? Nie mogy rosn dziko, bya tego pewna, nigdy
jeszcze nie widziaa takiego bogactwa kwiecia.
W chacie kot przywita j mruczc z zadowoleniem. Nalaa mu odrobin mleka. W
bukaku zostao go zaledwie kilka kropli. Skd wemie wicej? Babka spodziewaa si
pewnie, e jej siostra ma krow i inne zwierzta, a tymczasem nic tu nie zostao. Czy
Vendelin miaa i poprosi kuternog... Nie, nie wolno tak go nazywa! Chyba bdzie moga
poprosi ssiada o kropelk mleka dla kota? Chyba nie przyjmie tego le? A jeli?
Tak bardzo pragna jeszcze raz zobaczy ten ogrd.

Wraz z ciemnoci powrci strach. W cigu dnia Vendelin zaja si urzdzaniem

chaty. Chciaa, by byo w niej przytulnie i adnie, przychodzio jej do gowy wiele pomysw
i zapomniaa, jak okropna moe by noc. Wieczorem jednak, lec w ku i wsuchujc si
w szum wiatru w koronach drzew, w dwiki, jakie si w nim kryy - pene strachu jki i
tajemnicze szepty, czua, e nie starczy jej odwagi, by zosta tu cae lato.
Syszaa take ttent koni galopujcych po tamtej drugiej ciece. A wic nieczyste
duchy uczestnikw bitwy na wzgrzach Grmosse znw kr! Vendelin mocniej przygarna
kota do siebie.
Nagle uniosa si na okciu, zapatrzya w mrok w izdebce. Czy kopyta nie zadudniy
gdzie niedaleko? Jak gdyby zbliay si do chaty?
Nie, c za niemdre myli, czeg jedcy by tu szukali? Staruszce pozwalali y w
pokoju. Ich miejsce byo gdzie indziej, na obszarze rozcigajcym si od serca lasu ku
wrzosowisku.
Zapada cisza, zowroga, pena wyczekiwania. Vendelin syszaa teraz tylko bicie
wasnego serca.
I nagle rozleg si guchy omot do drzwi. Dziewczyna krzykna, kot podskoczy i
skry si w kcie.
- Wychod! - zagrzmia gboki gos za drzwiami.
Vendelin, chcc powstrzyma si od jku, wbia zby w kostki na doniach. Szukaa
miejsca, gdzie mogaby si schowa, ale nic nie wymylia. Kolejne uderzenie w drzwi
sprawio, e musiaa spojrze prawdzie w oczy: nie miaa moliwoci ratunku.
- Ju id! - zawoaa, ale zabrzmiao to jak aosny pisk.
Ogarnita panik po omacku nacigna przez gow prost sukienk z szorstkiego
czarnobrzowego materiau, z obcisym stanikiem z dugimi rkawami i okrgym wyciciem
pod szyj. Strach paraliowa jej ruchy, ledwie zdoaa si ubra. Wiedziaa jednak, e musi
wyj bez wzgldu na to, co czeka j za drzwiami. Kot znikn pod kiem, chwilami tylko
pomiaukiwa wystraszony.
Po ciemku nie widziaa, jak ma i, i wywrcia drewniany kubek, do ktrego
wstawia niebieskie dzwonki, by upikszy zabrudzony sadz kt kuchenny. Woda wylaa si
z przewrconego naczynia i zacza skapywa ze stou.
Czujc, jak serce trzepocze si w piersi, uchylia lekko drzwi i natychmiast znw je
zatrzasna.
Przed chat krgiem stay konie, zdajce si siga nieba, a na ich grzbietach siedzieli
jedcy. Vendelin po dziecinnemu przykrya domi uszy i mocno zacisna powieki, lecz
woanie rozlego si od nowa, jeszcze groniejsze:

- Wyjd z domu!
Dziewczyna westchna i przelizgna si przez szpar w drzwiach, kulc si w sobie,
by jak najmniej byo j wida. Upyna do duga chwila, zanim omielia si otworzy
oczy.
Kilkunastu jedcw spogldao na ni z gry, z wysokoci koskich grzbietw.
Wszyscy ubrani w opocze, kaptury mieli nasunite na twarze, nie moga rozpozna rysw.
Jeli w ogle je mieli...
Skonia si nisko, tak jak j tego uczono. Ciemne sylwetki w mroku wyglday
niezwykle gronie.
Vendelin wyczuwaa gorce oddechy koni, jeden trci j ostronie pyskiem.
Przylgna do drzwi. Prawd mwic przypuszczaa, e oddech upiornych rumakw powinien
by lodowaty, wida jednak si mylia. Jednego z koni - karego, wielkiego - rozpoznaa.
Niemiao podniosa wzrok i wydao jej si, e pod ciemnobrunatnym kapturem bysna para
oczu. Szybko spucia gow, ale zdya zobaczy, e do w rkawiczce mocniej zacisna
si na cuglach.
Spodziewaa si, e on wanie jest przywdc, ale mylia si. Jedcy czekali, a
odezwie si inny.
- Co ty za jedna? - spyta ktry, tak jak pozostali skryty w cieniu kaptura.
Podniosa oczy, wzrokiem bagajc go o lito.
- Vendelin, panie.
Pomimo e byli zjawami, z pewnoci nalea im si szacunek.
Nie odezwali si ani sowem, zrozumiaa wic, e czekaj na dalsze wyjanienia, samo
imi im nie wystarczyo.
- Mieszkaa tu siostra mojej babki. Pochodz z... chaty za lasem. - Niepewnie
wskazaa kierunek. - Pooonej na wschd od wzgrz Grmosse, na uboczu, z dala od ludzi.
Wspomnienie domu bolenie zapieko. Zapragna natychmiast tam pobiec, szuka
schronienia w objciach babki.
Nareszcie ktry z mczyzn skin gow.
- Widziaem tamten dom. Ale dlaczego tu przybya? Stara od dawna nie yje.
- Moja babka o tym nie wiedziaa, panie. Zmara wczoraj w nocy, zostaam sama na
wiecie. Chciaa, bym ukrya si w Lesie Mgie przed... - Vendelin gwatownie urwaa.
- Przed czym? - ostro zapyta przywdca.
Zawahaa si, ale uznaa, e ma przecie do czynienia z upiorami, ktrych nie
obchodz troski ywych. Nikomu nie donios.

- Przed rycerzem Gerhardem i jego synami - mrukna zakopotana.


Jedcy najwyraniej popatrzyli najpierw na ni, potem po sobie.
W gosie przywdcy da si teraz sysze lad rozbawienia.
- A to dlaczego? Ile masz lat, dziewczyno?
Vendelin trzsa si ze strachu, ale zdobya si na odpowied:
- Szesnacie.
Pokrcili gowami. Atmosfera napicia w ponurej gromadce troch zelaa.
- Mw prawd, dziewczyno!
Spucia gow.
- Kilka dni temu skoczyam osiemnacie.
Wida byo, e teraz jej uwierzyli.
- Jak odnalaza drog przez las?
- Przeprowadzia mnie dziewczyna ze wsi.
- To prawda, zauwaylimy wieniaczk - przywiadczy ktry. - Na nasz widok
rzucia si do ucieczki, jakby j goni sam diabe, a w kocu pada na ziemi, mamroczc
modlitwy o zbawienie duszy.
Vendelin powiedziaa przepraszajco:
- Nie chciaam wtargn na wasz teren, panowie. Jeli naruszyam...
Przywdca gestem powstrzyma j przed dalszymi sowami, umilka. Mczyni
naradzali si szeptem.
Chocia ich twarze pozostaway ukryte, zorientowaa si, e s rnie ubrani, bo
opocze nie zasaniay ng. Spostrzega, e niektrzy, wrd nich w na wielkim karym
wierzchowcu, nosili pikne stroje, wykoczone zbkowaniem kaftany w rnych kolorach,
wysokie buty ze skry bd z elaza, podczas gdy ciaa innych okryway kawaki skr
zwierzcych.
Najokazalej prezentowa si przywdca. Vendelin przyszo do gowy, e kiedy, u
zarania dziejw, by krlem. Moe zaprzeda si pogastwu w Lesie Mgie i zosta skazany na
wieczne potpienie?
Po krtkiej chwili milczenia rzek, teraz ju z nieskrywan wesooci w gosie:
- Chciaa wic oszuka rycerza Gerharda i odebra mu jego prawo? Sdziem, e
dziewczta, ktre mog si do niego zbliy, uwaaj to za zaszczyt?
- Bagam, nie wydajcie mnie! - poprosia Vendelin. - Nie zdradcie mojej kryjwki!
Nie chc tego, nie znios nawet myli, e miaby mnie dotkn ten paskudny, obrzydliwy
mczyzna! A babcia i ta dziewczyna ze wsi twierdziy, e jego synowie s jeszcze

straszniejsi. Bagam was, nie zabierajcie mnie do zamku!


Przybysze wybuchnli miechem, a Vendelin zasonia domi twarz, by ukry zy
wstydu.
miech ucich.
- Nie z ciebie si miejemy, dziewczyno - rzek przywdca z niespodziewan
agodnoci. - Co innego nas rozbawio. Tak, tak, panno Vendelin, w Lesie Mgie moesz
czu si bezpieczna. Ale rzeczywicie wesza nam w drog. Nikt nie powinien mieszka w
tej chacie. Dzisiejszej nocy i w przyszoci dzia si tu bd niezwyke rzeczy.
- Niebezpieczne i ze? - spytaa wystraszona.
- To zaley, jak si na to patrzy. W prowincji rycerza Gerharda rozegra si wiele
tajemniczych wydarze.
Rozleg si odgos kopyt stpajcych po mikkim podszyciu i wkrtce kolejny
jedziec wyoni si z cieni. Mczyni pgosem zamienili z nim kilka sw.
Nareszcie odezwa si ten na wielkim karym koniu. Przez cay czas nawet na moment
nie odrywa wzroku od Vendelin.
- A co zrobimy z t ma wron? - spyta gbokim, ostrym gosem.
Vendelin domylia si, e chodzi mu wanie o ni. Urazio j przezwisko, jakie jej
nada, zwaszcza e wypowiedzia je z nieskrywan pogard.
Przywdca zastanowi si.
- Moemy si ni posuy, tak jak proponowalicie - odpar z namysem. - Odwana
jeste, panno Vendelin?
- Nie - odpowiedziaa prdko.
- Ale tak! - pokiwa gow przywdca. - Mstwa ci nie brakuje. Tylko kto bardzo
odwany albo bardzo gupi ma miao zamieszka w Lesie Mgie i zetkn si z nami. A na
gupi mi nie wygldasz. Owszem, nie - uczon, ale nie gupi. Przeciwnie! Chcesz nam
pomc? Przyczy si do nas?
Vendelin wyprostowaa si, prbujc okaza, e ma wicej odwagi, ni sama to czua.
- Najpierw musz mie pewno, e dziaacie w dobrej sprawie.
- Dajemy na to sowo honoru.
Ile moe by ono warte?
Ktry z mczyzn obrzuci j taksujcym spojrzeniem.
- Bdzie doskonaa jako przynta. Wprost idealna!
Pozostali wybuchnli miechem, wida najzupeniej si z nim zgadzali.
- Nie chc, by mnie wykorzystywano! - gniewnie wykrzykna Vendelin.

- Oho! - zdziwi si przywdca. - W tych piknych oczach ukaza si prawdziwy


pomie! Dziewczyn targaj niezwykle silne uczucia, przyjaciele! Sprawia wraenie
mielszej i bardziej samodzielnej ni wikszo kobiet. Zabierzcie j do domu Tokego zdecydowa.
Vendelin usiowaa protestowa.
- Nie mog wdziera si do cudzego domu w rodku nocy!
- On wie o tobie. Poza tym jest dopiero wieczr.
Dwch mczyzn gestem dao znak, e chc zaj si Vendelin, lecz jedziec na
karym koniu powstrzyma ich i pochyli si nad dziewczyn.
Vendelin odskoczya.
- To przecie niemoliwe! Jestecie upiorami!
W odpowiedzi buchn miech.
- Chodzi wanie o to, aby tak mylaa - wyjani mczyzna na karym wierzchowcu,
kiedy miech ucich. - Ale zapewniam ci, jestemy z krwi i koci!
Ostatnie sowa wypowiedzia znaczcym tonem.
- Nie mog zostawi kota samego - jeszcze raz sprbowaa si wykrci Vendelin. Jak dugo bd poza domem?
- Tylko do witu. Zostaw kota w chacie, nic zego mu si nie stanie. No, chod, maa
wrono!
W jego przyjemnym gbokim gosie pobrzmiewa jaki szczeglny ton. Ciao
Vendelin przeszy dreszcz niepokoju. Z wahaniem wycigna rce ku jedcowi, podnis j
bez trudu i posadzi przed sob.
Zawrci konia i wyjecha na ciek.
- Niewygodnie ci tak - stwierdzi. - Przerzu nog na drug stron.
- Ale, panie, to nie przystoi! - jkna przeraona.
- Bzdury! Przesta si mizdrzy, w lesie jest ciemno!
Nie zwaajc na protesty Vendelin, przeoy jej bos stop nad grzyw konia.
Dziewczyna ze wstydu pragna zapa si pod ziemi, i jak moga, staraa si zakry
nogi spdnic. Drwicy miech tu nad jej uchem jeszcze bardziej j upokorzy.
Jechali wprost wystudiowanie wolno. Vendelin czua twarde, mocne uda mczyzny
przy swoich, musia te trzyma j w pasie, ale w jego ruchach trudno si byo dopatrzy
czego nieprzystojnego. Mimo to jednak wiadoma bya swego przyspieszonego oddechu i
cieszya si, e on nie widzi jej rozpalonej twarzy.
Jedziec, odgadujc drenie jej ciaa, znw wybuchn miechem, ktry tym razem

zabrzmia nieprzyjemnie.
- Panie, zestaw mnie na ziemi - poprosia. - Mog i.
W odpowiedzi jeszcze mocniej cisn j w talii. Vendelin miaa wraenie, e jego
donie pa j przez sukni, a jej jk jeszcze bardziej go rozbawi.
Krtki kaftan mczyzny uszyty by z ciemnofioletowego aksamitu, a trjktne
wypustki miay zote zdobienia, rce przerzucone przez jej pier okrywa materia w
janiejszym odcieniu, take przybrany zotymi ornamentami. Vendelin zrozumiaa, e ma do
czynienia z czowiekiem wysokiego rodu. wiadomo, e nie jest upiorem, troch j
uspokoia, ale do prawdziwego spokoju byo jej daleko, tak wzburzone miaa zmysy.
Chcc pokona zawrt gowy, wywoany jego bliskoci, zerkna w bok, tam gdzie w
ciemnoci gina tajemnicza cieka.
- Dokd ona prowadzi? - spytaa, cho gos nie chcia jej sucha, dra od mocnych
uderze pulsu. - Do serca lasu?
- Mona tak powiedzie. Dla wasnego dobra nigdy tam nie chod! To nie miejsce dla
modych dziewic!
Znw zamia si cicho i drwico i na prb przesun donie na jej tali. Vendelin
nienawidzia w tej chwili swego rozgorczkowanego ciaa, ktre nagle osabo, ogarnite
palc rozkosz. Sprbowaa odepchn opasujce j rce, wyzwoli si z ich ucisku, ale bez
powodzenia. Ku swemu zdumieniu zauwaya, e i jedziec oddycha nierwno, zorientowaa
si te, e opuci kaptur na plecy.
Tu przy swej twarzy ujrzaa pod grzyw czarnych wosw dzikie oblicze, ktre
widziaa ju poprzedniej nocy. Oczy pony tym samym zowrogim blaskiem. Vendelin
prdko si odwrcia, serce walio jej jak motem, jakby zaraz miao wyskoczy z piersi, czua
na plecach ciepo bijce od jego ciaa.
Mczyzna delikatnie odgarn jej wosy, ustami musn szyj akurat w tym miejscu,
gdzie w przyspieszonym rytmie pulsowaa ttnica, pozwoli jzykowi dotkn skry...
Vendelin jkna. Nieznony ar rozprzestrzeni si w ciele.
- Jestemy na miejscu, moja panno - szepn ochrypym, obcym gosem.
Vendelin nieprzytomnie rozejrzaa si dokoa. Otacza ich ciki, cudowny zapach
kwiatw. Prdko zsuna si z konia.
Mczyzna nie poszed w jej lady.
- Drzwi s otwarte, moesz wej do rodka. Toke niedugo wrci.
Mwi teraz oschle, lecz Vendelin zorientowaa si, e chodzi mu o to, by ukry
niepewno drc w gosie. Napenio j to niezwykym uczuciem czuoci i zrozumienia,

wiadomoci, e co ich czy.


Zanim zdya powiedzie cho jedno sowo, zawrci konia i znikn w mroku.

ROZDZIA III
Wzburzona i oszoomiona Vendelin otworzya drzwi do domku, do rodka wpada
smuga nocnego wiata. Dziewczynie bardzo si nie podobao, e w taki oto sposb wdziera
si do obcego domu, tamci jednak nalegali, a ona przywyka do posuszestwa.
Na palenisku pod popioem jeszcze si arzyo. Znalaza wiec i zapalia j od wgli.
Nie miaa zamiaru marnowa wiata, chciaa tylko si rozejrze, zobaczy, jak wyglda
wntrze.
Musz pamita, by poprosi Tokego o poyczenie mi aru. Bd wtedy moga
roznieci ogie we wasnym palenisku.
Rozejrzaa si dokoa.
W domu byy a dwie izby, niesychany zbytek! Vendelin zaparo dech w piersiach.
Jakie pikne sprzty, nie przypuszczaa nawet, e moe istnie co tak adnego. Obraz na
cianie! A na ku narzuta z jedwabiu, nie potrafia si powstrzyma, by nie pogadzi jej
doni. Krzesa obite byszczc skr w zote wzory... Wszystko takie wyszukane, takie
pikne, Vendelin ze wzruszenia zakrciy si w oczach zy.
Kiedy ju si napatrzya do syta, zgasia wiec i usiada w gbokim fotelu. Czekaa.
Podniecenie po konnej przejadce nie ustpowao. Cho prbowaa odpdzi te myli
od siebie, natrtnie powracay. Czua si dotknita, upokorzona, lecz bya przede wszystkim
za na sam siebie za to, e nie zdoaa okaza wikszego zdecydowania. Ciao i zmysy nie
usuchay jej woli, a nawet j osabiy, i nie potrafia odepchn tego mczyzny, tak jak
powinna to zrobi.
Na jego wspomnienie Vendelin musiaa stumi umiech.
Ta twarz... te oczy! I wiadomo, e oboje jednoczenie zalewa owa fala gorca! Nie,
nie wolno jej do tego wraca! Babci nie spodobayby si takie myli, a zwaszcza pragnienie,
by ponownie ujrze tego mczyzn.
Lepiej zaj si czym innym.
Zastanawia j Toke. Czowiek, ktry tak ukocha pikno, e...
- Ach, mj Boe, to musi by zodziej! - jkna gono.
Myl ta sprawia jej wielk przykro. Od pocztku ywia gbokie wspczucie dla
nieszczsnego Tokego i wiadomo, e mg okaza si nieuczciwy, bya trudna do
zniesienia.
Fotel, w ktrym si usadowia, okaza si cudownie mikki. Vendelin nigdy jeszcze

nie siedziaa tak wygodnie. Miniony dzie obfitowa we wraenia, a poprzedniej nocy
niewiele spaa. Dugie noce czuwania przy ku babki take pozostawiy lad. Kiedy myli
nieco si uspokoiy i napicie osabo, Vendelin zapada w drzemk, ktra przesza w sen.
Przebudzia si, bo kto okry j derk. agodne, delikatne donie...
Bardziej we nie ni na jawie otworzya oczy.
wieczka pona, w jej blasku ujrzaa twarz...
Rozpoznanie byo wrcz bolesne. On tutaj? Ale oczy spoglday inaczej. agodnie,
nie drwico, nie zna w nich byo dzikoci.
A jednak to na pewno on.
- Ach, nie, zostaw mnie, panie - prosia przeraona. - Prosz, zostaw mnie w spokoju,
nie czy nic zego biednej, niedowiadczonej dziewczynie.
Do pogadzia j po wosach i cofna si. Zgasa zdmuchnita wieca, lecz Vendelin
rozbudzia si ju na dobre, siedziaa z otwartymi oczami, niepewna, czy przypadkiem znw
jej nie dotknie. On jednak przeszed do drugiej izdebki i najwyraniej pooy si spa.
Po zdajcej si cign bez koca godzinie zdoaa wreszcie odpry si i zasn.

Obudzia si, kiedy izb zalao mocne wiato letniego poranka. Zaspana i zdrtwiaa
po nocy spdzonej na siedzco rozejrzaa si dokoa. Byo bardzo wczenie, z podwrza
dochodzio j pianie koguta, a przez okno dostrzega kilka wilgotnych jeszcze od rosy r.
Znw zdumia j urok izdebki, tym razem jednak zauwaya take, e wszystko
urzdzone jest tak, by gospodarz mg si swobodnie porusza bez kul, opierajc si o
sprzty.
Spokojny oddech dochodzcy z ssiedniej izdebki powiedzia jej, e Toke jeszcze pi.
Dobrze wiedzc, e nie powinna tak robi, na palcach przesuna si do drzwi i przyjrzaa
swemu gospodarzowi.
Pierwszy raz miaa okazj zobaczy jego twarz. Przeya wielkie zaskoczenie. Okaza
si modszy, ni sobie wyobraaa, mg mie zaledwie trzy - cztery lata wicej ni ona sama.
Rysy twarzy byy wyraziste i adne, lecz nie wydaway si tak drapiene jak podczas ich
nocnych spotka. Dostrzegaa w nich jak sabo, nawet bezbronno. I agodno. Czyby
dlatego, e spa?
Najdziwniejsze jednak, e w ogle jej nie pociga i nie miao to nic wsplnego z jego
cielesn saboci. Owszem, czua dla tego mczyzny sympati, lecz nic poza tym. Ani ladu
tamtej palcej, rozdzierajcej na strzpy gorczki. I cho Vendelin uwaaa, e powinna si
raczej z tego cieszy, nie moga opanowa rozczarowania.

Wzia si w gar. Musi wrci do domu, zanim on si obudzi. Ale jak mu


podzikowa za delikatno i trosk, za to, e j okry i zostawi w spokoju? Bardzo chciaa
podarowa mu co adnego, lecz nie wiedziaa co.
Nie wypada przecie zrywa jego wasnych kwiatw, ale moe znajdzie jakie w
lesie?
W ogrodzie zatrzymaa si przed drobniutkimi jasno - rowymi kwiatkami przy
wejciu. Uklka przy nich i ostronie dotkna patkw. Nie zdawaa sobie sprawy, e na jej
twarzy maluje si zachwyt niemal graniczcy z uwielbieniem.
- Jak moe istnie co tak nieskoczenie piknego? - szepna.
Nagle zorientowaa si, e Toke wyszed z domu. Sta wsparty o futryn, ubrany w
peleryn z brunatnego samodziau, skrywajc jego kalekie nogi. Obserwowa j, lecz gdy
podniosa wzrok, odwrci si, jakby brako mu si na przyjcie jej wspczucia albo pogardy.
Ale Vendelin nie miaa zamiaru go rani. Postanowia udawa, e ich poprzednie
spotkania nigdy nie miay miejsca, i rzeka z przyjaznym umiechem:
- Dzikuj, e pozwolie mi spdzi dzisiejsz noc w swoim domu, panie! I dziki, e
tak wysoko cenisz cze kobiety i nie tkne mnie. Przykro mi, panie, e wtargnam do
twego domu.
Zaskoczony i niepewny znw skierowa na ni spojrzenie. W brzowozielonych
oczach nie pozosta nawet cie demonizmu, spoglda na ni z bezradnym umiechem.
Zdziwiony, jak gdyby dokuczono mu ju tysice razy i jakby odwyk od yczliwych sw.
- Nie nazywaj mnie panem, Vendelin. Jestem po prostu Toke, dure.
Vendelin podniosa si z klczek, a on natychmiast si cofn. Dziewczyna jednak
udawaa, e tego nie zauwaya.
- Chyba nie takie imi dano ci na chrzcie?
- Nie. - Znw odwrci gow. - Ale o mym prawdziwym imieniu zapomniaem ju
dawno temu. Tak, tak, bardzo dawno... - Zatopi si w mylach.
- Musz i - oznajmia Vendelin. - Pragn w podzice ofiarowa ci co adnego, ale
nic nie moe si rwna z twoim ogrodem. Skd masz te wszystkie kwiaty? I pikne sprzty?
Nie miaa waciwie zamiaru pyta, ale sowa napyny same. Chciaa popatrze mu
w oczy, ale to okazao si zbyt trudne. Cho bardzo si staraa, nie moga zapomnie nocnej
przejadki, ktra - gdy teraz patrzya na Tokego - na dodatek wydawaa jej si wrcz
nierealna.
Toke rzek zakopotany:
- Nie ukradem ich, jeli tak wanie ci si wydaje. Dostaem.

- To znaczy, e masz przyjaciela?


- Tak - odpar zamylony. - Mam. O dziwo, on jest moim przyjacielem...
- Moe wic on ukrad je dla ciebie? - umiechna si Vendelin.
Natychmiast poaowaa swoich sw, lecz Toke nie przyj ich le.
- By moe - potwierdzi. - W pewnym sensie tak. Lubisz kwiaty, Vendelin?
- O, tak! - westchna. - W domu prbowaam zrobi rabatk, ale miaam tylko dzikie
kwiaty.
- One czsto bywaj najadniejsze - powiedzia agodnie. - Moesz obejrze mj
ogrd, jeli masz na to ochot.
Zawahaa si.
- Nie zechcesz mi go pokaza? Tak mao wiem o kwiatach...
Zaskoczony Toke przyglda jej si badawczo, jak gdyby pragnc si upewni, czy
Vendelin nie chce z niego zadrwi. W twarzy dziewczyny wyczyta jednak tyle szczeroci, e
uzna, i w jej sowach nie kryje si podstp.
- Przynie swoje kule, przejdziemy si - dodaa spokojnie.
Wargi mu dray, ale odwrci si i wszed do domu. Vendelin czekaa w napiciu.
Moe go przestraszya i teraz odwrci si od niej na zawsze? Zaraz jednak usyszaa stukanie
kul o podog i Toke wyszed, nie patrzc na ni.
Vendelin dostosowaa si do tempa jego krokw, ale nawet nie prbowaa mu
pomaga. Czua, e mgby to odebra jako co upokarzajcego.
Wolniutko wdrowali przez ogrd, Toke opowiada jej o kwiatach, podawa ich nazwy
i wyjania, jak naley je pielgnowa. Wkrtce ogarnity zapaem zapomnia o swej
uomnoci. Zeszli a do rzeki, gdzie rosy lilie wodne i nenufary. Vendelin wci zadawaa
pytania. Jak mao kto bya dna wiedzy, pragna dowiedzie si wszystkiego o tych cudach.
Toke jednak ani sowem nie wspomnia, skd ma roliny.
Gdy doszli z powrotem do domu, obieca jej sadzonki, tak by moga przy chacie
staruszki zaoy wasny ogrd. A poniewa, jak stwierdzi, w tamtym miejscu warunki do
hodowli kwiatw nie s najlepsze, zbyt duo cienia i jaowa gleba, mia wybra te gatunki,
ktrym by to najmniej przeszkadzao.
Vendelin wiedziaa ju, e Toke sam uprawia swj ogrd - Nie mam nic innego do
roboty, tak si wyrazi - spytaa wic:
- Nie mgby przyj i mi pomc? Masz przecie konia...
Kiwn gow z umiechem, ktry, jak zrozumiaa, rzadko goci na jego twarzy.
- Owszem, mam konia. I na jego grzbiecie czuj si pewnie. Staj si zupenie innym

czowiekiem.
O, tak, pomylaa Vendelin z gorycz. Wiem co o tym!
Ta nocna przejadka jak w gorczce, jej wasne zachowanie...
Zaponia si. Teraz wszystko wydawao si takie bezsensowne, nie potrafia sobie
wyobrazi, e ten niemiay mczyzna mg j obejmowa, dotyka ustami jej szyi.
Toke odruchowo zasoni ramieniem oczy, jakby chcia si obroni przed
okruciestwem blinich, jakby nie mg uwierzy, e kto darzy go sympati.
- Zjesz ze mn niadanie, zanim odejdziesz, Vendelin?
Zawahaa si. Zdawaa sobie spraw, e odmowa moe go zrani, lecz akurat w tej
chwili wspomnienia minionej nocy wprawiy j we wzburzenie i potrzebowaa troch
spokoju, by si nad tym wszystkim zastanowi. Zdecydowaa si na kompromis.
- Dzikuj, bardzo chciaabym zje razem z tob, ale boj si, e kot jest ju zbyt
dugo sam, zamknity, rozumiesz - umiechna si zakopotana. - To dla niego cakiem nowe
miejsce... - Zakoczya zmieszana: - Ale moe mgby mi uyczy ognia i pozwoli jeszcze
kiedy tu przyj...
- Traktuj to jako obietnic.
- Przyjd z rolinkami, kiedy tylko zechcesz. Bardzo si bd cieszy.
Zaproszenie zabrzmiao jako niezrcznie. Stali teraz tak blisko, e prawie si
dotykali, a Vendelin czua tylko zaenowanie. Nie pojmowaa samej siebie, a zwaszcza tego
uczucia niejasnego rozczarowania, ktre ni owadno. On przecie by teraz znacznie milszy
- oniemielony, yczliwy, opiekuczy i peen troski. Nie spodziewaa si te u niego takiego
wyczucia pikna.
A jednak im duej si nad tym zastanawiaa, gbokie, irytujce niezadowolenie
stawao si coraz wyraniejsze. Wszystko, co tak j w nim pocigao, znikno w wietle dnia.
Ani ladu tamtego radosnego, jake zmysowego wraenia, e nale do siebie.
Vendelin dostaa w garnuszku troch aru i pomachaa Tokemu na poegnanie. Dugo
spoglda za ni.
Myli dziewczyny poszyboway dalej...
Jasne byo, e na grzbiecie wierzchowca oboje odczuli czce ich silne intymne
wizy. Zreszt od samego pocztku cigno ich ku sobie, od pierwszej chwili, gdy przemkn
obok niej w szalonym pdzie, i pniej, kiedy drugi raz ujrzaa karego konia przed drzwiami
chaty i wiedziaa, e dosiada go wanie on. Jego do ciskajca cugle, szybkie uderzenia jej
serca, a potem jazda przez las. Babka miaa racj mwic, e Vendelin targaj niezmiernie
silne uczucia. I oto spotkaa kogo, kto odpowiada na nie w podobny sposb. Jego

niespieszne pieszczoty i jej ciao, ktre stawao si posuszne doniom mczyzny...


Nie, nie chciaa sobie tego przypomina. Teraz bowiem wszystko ju mino, zdawao
si tylko nocnym widzeniem, nie znoszcym ostrego blasku soca.
Ale okaza jej dobro, o tym nie wolno zapomina. Musi mu podzikowa.
Babka czsto powtarzaa, e Vendelin doskonale piecze. Mogaby wic upiec dla
niego chleb, a moe koacz na miodzie? Powici na to ostatnie jajka... Nie, i tak brakowao
jej skadnikw. Musi poprzesta na chlebie.
Kot nie okaza szczeglnego zainteresowania jej powrotem do domu. Uoy si na
rodku ka i za nic nie dawa si stamtd wyrzuci.

ROZDZIA IV
Mroczne zamczysko Svartmosse trwao ponuro, okolone fos. Grube mury z
ciosanego kamienia byy niemymi wiadkami za goszczcego tu od niepamitnych czasw i
ez przelanych w przylegym miasteczku, a zwaszcza w samym zamku. Tumiy krzyki
konajcych winiw, przetrzymywanych tu w ukryciu, kobiet cierpicych w samotnoci,
przyglday si straszliwym zbrodniom, jakie tu popeniono. Nigdy jednak nie widziay
takiego okruciestwa jak teraz, pod bezlitosnymi rzdami rycerza Gerharda.
Kroki stranikw echem niosy si po korytarzach i salach. Druynnicy rycerza
zasynli z bezwzgldnoci wobec tych, ktrzy nie chcieli stosowa si do regu gry. A one
polegay na lepym posuszestwie i pokorze wobec despoty wadajcego wysp - rycerza
Gerharda.
Nagle wszelki ruch w obrbie murw zamar. Z sali rycerskiej ponis si wrzask
gniewu, pan na zamku jednym ruchem zmit wszystko ze stou.
Po wizce ohydnych przeklestw rozleg si kolejny ryk. Rycerz podnis si ciko i
zagrzmia do swych druynnikw, usiujcych zachowa kamienne twarze:
- Bd mia t mdk! Naley do mnie, a oni omielaj si j przede mn ukrywa! I
to gdzie, w Lesie Mgie! Gorm! Syszae, co mwiy te przeklte kobiety? Najpierw starucha
twierdzia, e miaa zamiar przyprowadzi do mnie bratanic ma, ale dziewczyna znikna.
Pikna, pikna dziewczyna i niewinna jak lilia...
Nagy atak kaszlu omal go nie zadusi. Nalana twarz posiniaa z gniewu, musia z
caych si oprze si o st, by utrzyma cikie ciao w rwnowadze.
Jego syn Gorm, zwany Zym, wierna kopia ojca, leniwie ogryza ptasie udko, ktre
zdoa uchroni przed wybuchem wciekoci rycerza Gerharda. Zaginione dziewice ojca nic
a nic go nie obchodziy.
- A ta druga kobieta - podj rycerz, kiedy ju udao mu si stumi kaszel. - Mwi, e
prowadzia na zamek najpikniejsz pann, jak kiedykolwiek widziaa, ale dziewka zbiega
do Lasu Mgie. Obie chc zapaty za informacj, ale jeli maj co dosta, najpierw musz
przyprowadzi dziewczyn. I jeszcze moi druynnicy... Donieli mi, e po miasteczku kr
plotki o dziewicy z Lasu Mgie, czystej i niewinnej, o ksztatach, na ktrych widok mczyni
padaj jak muchy. Wyglda dziecinnie, ale podobno daje si wyczu, e wre niby rozpalony
wulkan. I taka dziewczyna znajduje si w moich wociach, a ja nic o tym nie wiem! Musz j
mie! Ze wzgldu na jej urod, lecz przede wszystkim dlatego, e kto omieli mi si

sprzeciwi! Gorm! Ona musi jak najprdzej si tu znale! Natychmiast!


Rycerz potn pici waln w st, a rozdzwoniy si tarcze i miecze, zawieszone
na ponurych cianach sali. Zmoony kolejnym atakiem kaszlu opad na krzeso. Z wolna
zapadaa cisza.
- Jak zamierzasz j pochwyci? - spyta Gorm od niechcenia. Wprawdzie liczy sobie
niewiele ponad trzydzieci lat, ale jego twarz zaczynaa ju by nalana i obwisa, a w
wyupiastych oczach dawao si wyczyta zo.
Wielki palec wskaza wprost na niego.
- Ty! Ty wylesz swoich druynnikw i sprowadzisz j tutaj!
- Moich druynnikw? Z tego lasu aden nie wyjdzie ywy. Wszyscy, ktrych
wysae do Lasu Mgie, zniknli na zawsze albo te znaleziono ich martwych na skraju
wrzosowiska. Nie zgodz si na to! Sam potrzebuj swoich ludzi!
- Wcale mnie to nie dziwi - ostrym gosem powiedzia ojciec. - Zdye ju zyska
sobie wielu wrogw.
- Czy warto tyle ryzykowa dla jakiej marnej dziewuchy? - mrukn Gorm i znw
zabra si do jedzenia.
- Musz j mie! - wrzasn rycerz Gerhard. - Ona jest moj wasnoci, nikomu nie
wolno mi si bezkarnie sprzeciwia! Dostan j, chobym mia zrba wszystkie drzewa w
tym przekltym lesie!
Echo jego sw zadwiczao w hallu i ponioso si dalej korytarzami.

W swoim pokoju na poddaszu pani Ingeborg siedziaa obserwujc w zwierciadle, jak


pokojwka ukada jej wosy.
- Ach, moi synowie! - westchna pani Ingeborg z grymasem blu na twarzy. - Moje
mae, cudowne anioeczki, co si z nimi stao? Pamitasz, Katinko, jak ich mae stopki
dreptay po salach, pamitasz ich zabawy i miech? Ten miech ucich, a w kadym razie nie
rozbrzmiewa w nich rado.
- liczni chopaczkowie, janie pani.
- Nie byo pikniejszych dzieci! Pamitasz Gorma, pierworodnego? Dalimy mu imi
po wielkim, mdrym krlu Danii. A co wyroso z tego chopca? Ju niedugo bdzie rwnie
tusty i rozlazy jak jego ojciec, okruciestwem te mu dorwnuje. Powiadaj, e gdy si
upije, wyrusza na grabiecze wyprawy do nieszczsnego miasteczka. A o gwatach, jakich si
dopuszcza wrd mieszkacw, o okruciestwach, ktre popenia, moje usta nie omielaj si
nawet mwi. Nazywaj go Gorm Zy, tak, tak, syszaam i niestety musz przyzna, e nie

bez racji. Czasami sama si boj mego wasnego syna, Katinko!


Pokojwka zajta splataniem warkoczy nie odpowiedziaa, ale wyraz jej zacinitych
ust zdradza, e gdyby chciaa, mogaby sporo opowiedzie o Gormie Zym.
Pani Ingeborg alia si monotonnie:
- A Varg, urodzony dla nieszczcia! Nazwaam go Varg, wilk, bo ju bdc maleki
mia ow zadziwiajc dziko w oczach i wilczy umiech. Potrzebowa imienia, ktre
ochronioby go przed wilkami w lasach. Na c si jednak zdao? Skd mogam wiedzie, e
w jego yach pynie wilkoacza krew? Wkrtce si o tym przekonaam. Zawsze by szalony,
ale budzi tylko miech, natomiast po tym, jak umierci swego brata, straci resztki rozumu.
Co pocz z tym chopcem, Katinko? wiadomo, e jestem matk takiego potwora, a boli.
- On przesta ju by chopcem - mrukna pokojwka.
- To prawda. Obaj s doroli, ale pewnie nigdy nie znajd sobie on, a ju na pewno
nie Varg Szalony. A tej, ktra polubi Gorma, ju teraz mi szkoda. Mia oeni si z pann
Kirsten ze Svanetofte, ale odkd mj okrutny m zhabi i j, brat jej, pan Tyge, sta si jego
zaprzysionym wrogiem.
Katinka przypomniaa o prastarym prawie rycerza.
- Ale to nie dotyczy szlachetnie urodzonych panien, Katinko! Gerhard zada tej
rodzinie niewybaczalny gwat! O, gdybym miaa cho jeden powd do radoci w tym
ndznym yciu! Gdybym moga cieszy si ze swych synw!
Pokojwka przywyka ju do narzeka swej pani.
- Ach, Kol, mj ukochany syn! Dlaczego musia umrze? By taki dobry i agodny,
Katinko! Daam mu na imi Kol, wgiel, z powodu jego czarnych wosw, lecz dusz mia
bielsz ni nieg. Nigdy nie zapomn tamtego strasznego dnia, gdy potwr, ktremu zostaam
polubiona, oskary mnie o zdrad! O zdrad, on, przy wszystkich tych historiach z
dziewicami! Chcia mnie bi, Katinko, ale mj ukochany najmodszy syn stan midzy nami.
Zanim trafi mnie cios potnej pici Gerharda, pamitam jeszcze, e weszli Gorm i Varg, a
potem, kiedy si ocknam, Kola nie byo. Gorm i Gerhard wyznali mi straszn prawd: Varg
umierci brata pak Gerharda. Wtrcili go za to do wiey. Duo czasu upyno zanim si
zmusiam, by go odwiedzi. A kiedy zwrcono mu wolno, okazao si, e oszala do cna!
- C za smutna historia, pani Ingeborg - szepna Katinka, cho syszaa t opowie
ju adnych par setek razy.
- Nie zdaje ju sobie sprawy z tego, co robi. Skacze z wiey, naraa si na miertelne
niebezpieczestwo, z niesychan zoliwoci dokucza swemu bratu Gormowi...
Z dou dobieg wrzask rycerza Gerharda, potem rozleg si odgos zbliajcych si

krokw. Na widok ma wkraczajcego do komnaty pani Ingeborg skulia ramiona.


- Gdzie twj syn? - rykn Gerhard.
- Spodziewam si, e mwic o moim synu, masz na myli Varga? - odpara chodno.
- Jaki dure powiedzia mu, e mur przy wschodniej wiey jest sabszy i Varg prbuje teraz
sforsowa go na wasn rk. Spadnie w kocu i skrci sobie kark. Czasami niemal ycz
sobie, aby tak wanie si stao.
W teje chwili dao si sysze mikkie stpanie i Varg Szalony stan w drzwiach.
Gdyby nie wyraz dzikoci w oczach, jego twarz byaby niezwykle pocigajca. Teraz take,
na swj sposb, fascynowaa.
- Czego sobie ode mnie yczysz? - spyta spokojnie, jakby nie syszc ostatnich sw
matki.
Przyszed take Gorm; z powodu swej nadmiernej tuszy przy rosym Vargu wydawa
si aonie nieksztatny.
- Czego sobie ycz? - warkn Gerhard. - Czy kiedykolwiek yczyem sobie czego
od ciebie? To byby zmarnowany czas. Chciaem si tylko dowiedzie, czy ty, ktry chadzasz
wasnymi drogami, syszae o dziewicy z Lasu Mgie? Czy ona naprawd istnieje, czy te
jest tylko wytworem chorej wyobrani?
Niezwyke oczy Varga popatrzyy obojtnie na matk, ktra drgna syszc sowa
rycerza o dziewicy, i przeniosy si z powrotem na ojca.
- Syszaem o niej, przypuszczaem jednak, e jeste ju za stary na tego rodzaju
igraszki. A Las Mgie jest niedostpny dla osoby, ktra si czego boi.
- Odpowiadaj ojcu jak naley, chopaku! - obruszy si Gorm. Nie mg pozby si
wzburzenia wywoanego ostatnim wybrykiem Varga. Gorm, niezwykle prny, wystroi si
przesadnie na wielk uczt w sali rycerskiej, a na szyi zawiesi ogromny acuch. Varg
zniweczy jego starania, bo wszed do sali zaraz za nim. Z szyi zwisa mu olbrzymi, groteskowy wrcz acuch, wykuty na zamwienie przez kowala, tak wielki i ciki, e Varg
niemal cakiem za nim znikn. Wszyscy gocie wybuchnli miechem, a Gorm czym prdzej
musia zdj ozdob, by nie naraa si na jeszcze wiksze pomiewisko. Nie pierwszy raz
Varg zadrwi z brata i Gorm ywi do niego coraz wiksz nienawi.
Rycerz Gerhard sykn co przez zby do Varga i wypad z komnaty maonki Gorm
wiernie pospieszy za nim.
- Bd mia t dziewczyn! Poka jej, co to znaczy sprzeciwia si rycerzowi
Gerhardowi ze Svartmosse! - grzmia jeszcze w korytarzu.
Varg sta w drzwiach i spoglda na matk, jak gdyby na co czeka.

Ale pani Ingeborg na powrt zatopia si we wspomnieniach.


- Kol, Kol, mj jedyny, ukochany synu! Dlaczego musiae umrze?
Nie zauwaya nawet, e Varg wyszed.

ROZDZIA V
Vendelin upiekszy na wgielkach przany chleb boso pobiega do domu Tokego. Po
poudniu trawa pod stopami bya chodna, za to gorcy bochen grza j w brzuch. Chleb uda
jej si nad podziw, chocia nie miaa wszystkich skadnikw. Ale Vendelin przez lata
nauczya si sobie radzi, majc do dyspozycji tylko to, co najbardziej konieczne.
Z dreniem mina mroczn, tajemnicz ciek prowadzc w nieznane i pobiega
szybciej a do maego biaego domku.
Tokego nie zastaa i nie bardzo wiedziaa, czy powinna odczu ulg, czy te raczej
rozczarowanie. Tak bardzo chciaa usysze jego zdanie o podarku, ale z drugiej strony czua
si przy nim zakopotana, zwaszcza z powodu tamtej nocnej przejadki, ktrej za nic nie
potrafia poczy z Tokem. A jednak to przecie by on!
Ach, wszystko to takie dziwne!
Pooya chleb na progu, przez chwil z zachwytem patrzya na ogrd i wreszcie
postanowia wraca do domu. Ledwie jednak zdya si odwrci, kiedy z lasu dobieg j
szelest nierwnych krokw i zaraz z gry zszed Toke, tak jak poprzedniego dnia wsparty na
swoich kulach.
Ujrzawszy dziewczyn gwatownie si zatrzyma i stan oniemiay. Na twarzy
odmalowa mu si niepokj.
On si mnie boi, pomylaa Vendelin z przykroci. Wci jest wystraszony pomimo
naszej miej porannej rozmowy o kwiatach. Owszem, zauwayam, jak bardzo obawia si
ludzi, jak podejrzliwie przyjmuje kade sowo i kady gest, niepewny, czy nie kryje si za
tym jaka zoliwo. Sdziam jednak, e ju mnie zaakceptowa!
- Ja... przyszam tylko to przynie - wyjkaa schylajc si po chleb. - W
podzikowaniu za twoj yczliwo.
Miaa wraenie, e w odpowiedzi usyszaa westchnienie ulgi. Toke podszed
kutykajc.
- Dzikuj - mrukn z przelotnym, niemiaym umiechem.
Waciwie by bardzo przystojny, mia regularne rysy, chocia w jego twarzy
nieustannie czai si lk przed drwin, a oczu pod kruczoczarnymi wosami nie opuszcza
strach. Mia te wspaniale rozwinit grn poow ciaa. Nic w tym dziwnego, przy
niesprawnych nogach musia wykorzystywa j w dwjnasb. Gdyby nie tamta nocna
przejadka, Vendelin bardzo by go polubia.

- Wejd do rodka - zaprosi j takim tonem, jakby spodziewa si odmowy. Vendelin


jednak posza za nim, cho z wahaniem, bo tak naprawd nie bardzo wiedziaa, czego chce.
- Ten chleb wyglda na smaczny - powiedzia i poprosi, by usiada. - Ze mnie kiepski
piekarz.
- Sam zajmujesz si pracami domowymi? - ostronie zapytaa Vendelin. - Sprztasz,
gotujesz, pierzesz?
- A kt inny miaby to robi? Zreszt czasu mam do.
Vendelin wolaaby, aby Toke nie mwi przez cay czas z tak gorycz, ale oczywicie
uznaa, e po prostu nie potrafi si postawi w jego sytuacji.
Zobaczya na pce jaki niezwyky przedmiot i spytaa:
- Co to takiego?
Toke popatrzy na ni zdumiony.
- Ale, Vendelin! Chcesz powiedzie, e nigdy nie widziaa ksiki?
Zaczerwienia si.
- Wiem, co to jest. Z ksiek si czyta - rzeka pospiesznie. - Babcia mi o nich
opowiadaa. O mnichach, ktrzy je pisz, i uczonych, ktrzy je czytaj.
Delikatnie otworzya tom.
- Jakie dziwaczne figurki - rozemiaa si. - Rozumiesz co z tego?
Tokego ogarn zapa.
- Oczywicie. To wcale nie takie trudne, kiedy czowiek ju si nauczy. Ta ksika
jest nawet po dusku. To kronika krlewska. Tutaj na przykad napisano: W czasach gdy...
- Rozumiem! - wykrzykna ucieszona Vendelin. - Tu s takie same znaczki. Cz - a s - a - ch. Czy ten znaczek to A?
Znw popatrzy na ni zdziwiony, ale tym razem nie bez podziwu.
- Owszem. Tylko e to nazywa si litera. Pewna jeste, e nie umiesz czyta?
- A gdzie bym si miaa nauczy? O, Toke - poprosia bagalnie. - Naucz mnie czyta,
jeli moesz! Tak bardzo chciaabym wiedzie wicej, potrafi co jeszcze. Jestem taka
gupia, Toke!
- Gupia? - wybuchn. - Ty, ktra w jednej chwili zrozumiaa sam metod czytania,
poja, e dwikom odpowiadaj litery? Nie, Vendelin, ty nie jeste gupia!
- Nauczysz mnie?
Toke sprawia wraenie kompletnie oszoomionego, by bliski ez.
- Chcesz powiedzie, e prosisz mnie o pomoc? Mnie? Ktrego wszyscy opluwaj i
obrzucaj kamieniami? Ja miabym si komu przyda?

Zasoni twarz domi, by ukry wzruszenie. Vendelin czekaa. Wreszcie chopak


znw na ni spojrza.
- Oczywicie, e naucz ci czyta! I pisa, jeli zechcesz. Co prawda nie syszaem o
adnej kobiecie, ktra by posiada sztuk pisania, ale ty bdziesz pierwsza! Tylko nikomu o
tym nie wspominaj, inaczej spal ci na stosie. Za czary.
- A to dlaczego?
- Uwaa si, e kobieta, ktra posiada zbyt wielkie umiejtnoci, otrzymaa je w darze
od Szatana.
Twarz Vendelin rozjania si w umiechu.
- Ty wcale nie wygldasz jak Szatan.
Toke take si rozemia.
Kiedy ju wystawi na st jedzenie - prost, lecz smaczn straw - spyta, wci
zaenowany, jak gdyby zmusza si do rozmowy z jednym ze swoich blinich, ktrych tak si
obawia:
- Dlaczego nie rzucia we mnie kamieniem?
- A dlaczego miaabym to robi? - odpara spokojnie.
Rozmowa si urwaa. Dwie jake niemiae, niepewne istoty... Konwersacja nie moga
przychodzi im atwo. W kocu Vendelin uznaa, e milczenie stao si zbyt kopotliwe.
- Kiedy widz ten st... jak tak przy nim siedzimy... Ach, tak bardzo tskni za
babci! Nie mog sobie wybaczy, e j zostawiam.
- Czy ona sama nie chciaa, aby odesza przed jej mierci? Wspomniaa o tym
rano.
- To prawda, ale jednak! Odeszam, by ratowa wasn skr, postpiam jak kto bez
serca!
- Myl, e przysporzyaby staruszce znacznie wicej cierpienia, gdyby zostaa.
- No tak, to rzeczywicie prawda.
Zorientowaa si, e Toke unika patrzenia jej prosto w oczy, ale czsto jego smutne
spojrzenie padao na ni ukradkiem. Kiedy jednak Vendelin spogldaa na niego, prdko
spuszcza wzrok.
Mnie staraa si podtrzyma rwc si rozmow:
- Powiedz mi, jaka bya siostra mej babki? Jak moga mieszka samotnie w lesie?
Siedzieli po przeciwnych stronach stou. Od czasu do czasu ich donie si dotykay, a
wtedy Vendelin prdko przycigaa rce do siebie. Bardzo nie chciaa, by powrcia intymna
atmosfera tamtej nocnej przejadki.

Toke odpowiedzia na jej pytanie:


- Znaa las na wylot. A poza tym w ostatnich latach cakiem ogucha i nie syszaa
odgosw nocnych wypraw.
Jak mg tak spokojnie o tym mwi? Czyby jego wcale to nie poruszyo?
- Co to s waciwie za wyprawy? - zmusia si do zadania kolejnego pytania. - Kim
s ci jedcy?
Toke patrzy na dziewczyn z namysem, w jego piknych, smutnych oczach dawno
ju zagocia samotno.
- Dowiesz si dzi wieczorem. Zabior ci do serca lasu.
Vendelin gwatownie zadraa.
- Czy ty tam bdziesz?
- Tak, ale nie rozpoznasz mnie, bo moj twarz skryje kaptur. Twoje przybycie do lasu
przyspieszyo bieg wydarze. Dzi w nocy zostaniesz wtajemniczona.
Patrzya na niego bez sowa, tak bardzo chciaa si dowiedzie, czy wtajemniczenie
boli, lecz baa si, by jej pytanie nie zabrzmiao niemdrze. Czua, jak obrcz strachu zaciska
si wok jej serca.
- Co tam si wydarzy?
- Przekonasz si.
Wicej powiedzie nie chcia. Gdy Vendelin wracaa do domu, ca drog towarzyszy
jej lk.

Wieczorem nie kada si spa. Dugo siedziaa czekajc, niespokojnie gryza kostki
doni i nasuchiwaa. Zacza ju podejrzewa, e Toke musia si pomyli. Nic si nie dziao,
z lasu nie dochodzi najmniejszy nawet szmer.
Wreszcie, kiedy noc ju bya ciemna, usyszaa odgosy skradajcych si krokw,
stumiony ttent kopyt, szelest stp wielu ludzi przemykajcych si szerok ciek. Ni
jednak nikt si nie interesowa.
Zapomnieli o mnie, pomylaa znuona. I oczywicie tylko si z tego ciesz.
Tak jednak wcale nie byo. Nigdy jeszcze nie czua si bardziej samotna.
Cho si tego spodziewaa, drgna, syszc ciche stukanie do drzwi.
Wstaa i uspokajajco pogaskaa kota, ale to waciwie jej samej potrzebny by
kontakt z ywym stworzeniem. Odetchnwszy gboko i z wysikiem przeknwszy lin,
otworzya drzwi.
Przed chat sta tylko jeden czowiek, niski, nieznajomy mczyzna w ciemnej

opoczy z nacignitym na gow kapturem. Da znak, by posza za nim.


Vendelin ruszya bez sowa.
- Powinna bya zaoy buty - rzek po chwili.
- Nie mam butw.
Mczyzna nie powiedzia ju nic wicej.
Skrcili na tajemnicz ciek. Korytarz o cianach z powykrcanych drzew otworzy
si przed nimi i zamkn. W ciemnoci nocy Vendelin widziaa, jak mroczne sklepienie ponad
ich gowami gstnieje i staje si coraz bardziej przeraajce. W koronach drzew wiatr szepta
pieni o pogaskich mocach, ktre w zamierzchych czasach znalazy tu schronienie.
Vendelin gorco zapragna mie kogo, kogo mogaby wzi za rk, przytuli si. Ale czy
by kto taki? Nie. Babka odesza, a Toke nie nalea do osb, u ktrych szuka si ochrony.
Raczej ju sam jej potrzebowa.
- Syszaam, e podobno... - szepna z lkiem. - e dla dziewicy niebezpiecznie jest
tdy chodzi.
Zakapturzony mczyzna skin gow.
- To prawda. Dzi w nocy jednak masz potnych obrocw. Ale nigdy nie chod tu
sama.
Vendelin nie zamierzaa wcale porywa si na co tak niemdrego. Sowa mczyzny
troch j uspokoiy, bo akurat tak bardzo potrzeba jej byo kogo, kto zapewniby jej poczucie
bezpieczestwa.
Im gbiej si zapuszczali midzy wysokie pnie oplecione bluszczem, tym bardziej
duszne zdawao si powietrze. Czary i zaklcia zgromadzone tu przez stulecia jakby
pokryway wszystko gst, lepk mas. W pewnej chwili Vendelin przerazia si, e wzrok jej
si mci, ale to tylko mga nadcigna. Wkrtce doszli do leniwie pyncej rzeki. Vendelin
bez wahania podya za przewodnikiem, ktry wid j przez pytki brd; musieli teraz
pochyla si pod niezwykle niskim sklepieniem ze spltanych gazi, jakby posuwali si
tunelem. Woda obmywajca bose stopy dziewczyny bya zimna, ale ona nie zwracaa na to
uwagi.
Znaleli si wreszcie na drugim brzegu i nagle Vendelin dobieg z przodu gboki,
przeraajcy pomruk. Serce zabio jej mocno i szybko, zatrzymaa si. Odwaga j opucia.
- Chod - yczliwie ponagli j mczyzna. - Dzi w nocy nic zego ci si nie stanie.
Ruszya niepewnym krokiem. cieka pia si w gr na niedue wzniesienie.
Opucili tunel z gazi.
Vendelin zdumiona stana jak wryta. Teraz teren przed ni opada, tworzc wewntrz

lasu nieck, po ktrej nad moczarami snuy si upiorne oboki mgy, przypominajce
roztaczone elfy. Ze rodka mokrade wyrasta pagrek, na jego szczycie przed setkami lat
ustawiono otarz ofiarny czy te usypano z kamieni kopiec pogrzebowy, nie bya pewna, co
ma przed oczyma. Na pagrku roio si od ciemnych postaci w opoczach, na skraju bagniska
stay konie, a pod drzewami ustawiono nawet niedue szaasy. Cho nie byo ksiyca,
wiato letniej nocy pozwalao rozrni sylwetki na wzgrzu. Kolory wprawdzie si zatary,
krlowaa czer i odcienie szaroci, lecz kontury pozostaway wyrane.
Ujrzaa niesychanie wielu ludzi, nic dziwnego, e z daleka syszaa gwar ich gosw.
Przewodnik da jej zna, by sza dalej, pospieszya za nim do wskiego kamiennego mostku,
prowadzcego przez moczary. Kiedy ju po drugiej stronie bagna wspinali si ku
tajemniczemu kopcowi, trawa mikko uginaa si pod ich stopami. W miar jak posuwali si
naprzd, cichy rozmowy, a Vendelin czua na sobie badawcze spojrzenia oczu skrytych pod
kapturami.
Na szczycie wzgrza chd cigncy od kamieni spad na ni jak cie. Zatrzymali si
przy rosym, przystojnym mczynie, zajtym rozmow z innymi. Odwrci si do nich.
- Jest wic i dziewczyna! - Vendelin po gosie rozpoznaa tego, ktry poprzedniej nocy
przewodzi grupie. - Czy moesz chwil poczeka tam pod drzewem? Zaraz po ciebie
przyjd.
Vendelin usuchaa go i zostaa sama. Oniemielona stana pod olbrzymim dbem,
jedynym drzewem na wzgrzu. Czua si nieswojo. Mczyni koczyli rozmow. Nigdy
jeszcze nie czua si tak rozpaczliwie samotna i niepewna. Jzor oparw podsun si do niej i
ukry na moment kamienie ofiarne, otaczajc je jakby mgiek czasu. Vendelin nie moga si
oprze wraeniu, e oto cofna si w epok, kiedy wadao tu pogastwo, i zadraa zdjta
lkiem. Jaki gos w gbi duszy podpowiada jej, by czym prdzej ucieka z tego strasznego
miejsca, jakby tu wanie mia kiedy dopeni si jej los.
Nagle usyszaa:
- Witaj, maa wrono.
Natychmiast napyny wspomnienia nocnej przejadki. Ten drwicy miech, jego
donie, usta przy jej skrze...
Vendelin znw oddychaa z dreniem. W niepami posza ich mia rozmowa za dnia,
wyraz smutnych oczu patrzcych na ni znad stou, jego yczliwo i wdziczno, kiedy bra
z jej rk chleb.
Nawet gos mia teraz inny. Za dnia brzmia jasno, chocia dwiczaa w nim nuta
smutku. Teraz znw sta si grubszy, mroczniejszy, bardziej szyderczy, tak jak poprzedniej

nocy, lecz, o dziwo, niezwykle pocigajcy.


Jak to moliwe, by czowiek mia podwjn natur?
Odwrcia si niechtnie. Sta bardzo blisko, by o wiele wyszy, ni pamitaa go ze
licznego maego domku, a jego twarz pozostawaa niewidoczna. Szeroki paszcz skrywa
kule.
Vendelin zajrzaa w cie kaptura, udao jej si zobaczy par byszczcych oczu i
niemal zoliwy umieszek, o jaki nigdy by nie podejrzewaa Tokego.
- Stojc w tym miejscu rzucasz si w oczy - powiedzia wesoo. - Schowaj si pod
moj opocz, to moe potrwa.
- Ale przecie nie moesz... - zacza z myl o kulach.
- Czego to nie mog? - zdziwi si i ju za moment Vendelin, nie bardzo wiedzc, jak
do tego doszo, staa owinita paszczem Tokego, opasana jego ramionami. Delikatnie staraa
si uwolni z silnych obj, tak, by go nie urazi, lecz on tylko mocniej przycign j do siebie. Dziewczyna dosza do wniosku, e nie ma swoich kul i potrzebuje jej oparcia, przystaa
wic na to, a nawet obja go w pasie, by lepiej go podtrzyma.
C za zdumiewajcy czowiek z tego Tokego! A moe to j co optao? Znw
zacza dre na caym ciele, podobnie jak noc. Czemu tak si dziao? W cigu dnia przecie
tyle razy stawaa blisko niego, co prawda nie tak blisko jak teraz, ale wtedy nic podobnego
nie czua, nic z wyjtkiem lekkiego zakopotania, wynikajcego z obecnoci obcego
mczyzny.
Teraz gorczka trawia jej ciao, w wargach czua pulsowanie, oddychaa z
wysikiem...
- Spokojnie, maa wrono - szepn na poy czule, na poy z rozbawieniem. Spokojnie...
Jego usta znalazy si tu - tu, askotay j w ucho.
- Bardzo ci prosz - bagaa. - Zostaw mnie!
Nie chciaa tego, otaczao ich tak wielu ludzi, a przede wszystkim nie pragna jego
bliskoci! Jeli kogo pociga druga osoba, powinno si chyba odczuwa to take za dnia, a
nie tylko poddawa si nastrojowi nocy z powodu zbyt dugiego ycia w samotnoci i
wrodzonego temperamentu?
- Tskniem za tob - szepn podniecony. - Wiedziaem, e przyjdziesz tu dzisiaj, i
czekaem z niecierpliwoci. Jeste pikniejsza, ni ci zapamitaem.
Nie zdy chyba zatskni za ni zbyt mocno, w cigu ostatnich dwudziestu czterech
godzin widzieli si wszak kilkakrotnie. I pami chyba musi mu szwankowa, skoro

zapomnia, jak ona wyglda.


Przesun domi po ciele dziewczyny, jakby badajc jej ksztaty, a ona mu na to
pozwolia. Bya jak zauroczona, cho jednoczenie nie umiaa stumi lekkiego niesmaku
wywoanego myl, e to Toke, dobry, yczliwy Toke, ktrego uwaaa tylko za przyjaciela,
dotyka jej w taki sposb.
Nie bardzo jednak potrafia utosami Tokego, ktrego widziaa w wietle dnia, z
mczyzn stojcym teraz przy niej. O wiele wyraniej widziaa szalonego jedca, ktry w
pdzie przejecha obok niej w lesie i ktremu patrzya zeszej nocy w twarz, siedzc na
grzbiecie wierzchowca. Toke, czowiek nocy...
Zorientowa si, e Vendelin poddaje si jego gestom, i cicho zamia si jej do ucha.
Dziewczyna, upokorzona i zawstydzona, zamara.
- Dlaczego nazywasz mnie wron? - spytaa po chwili.
- Nie widziaa pa z zamku! W swoich strojnych sukniach przypominaj pawie! A
teraz cicho, zakoczyli ju narad, id do nas! - Donie na jej ramionach nagle si zacisny. A kiedy to przyzwoliem ci zwraca si do mnie na ty?
- Dzisiaj! - odpara zaskoczona Vendelin. - Chyba tego nie zapomniae?
- Dzisiaj? - wykrzykn i cho Vendelin nie widziaa jego twarzy, domylia si, e
skrzywi si z niedowierzaniem. Nagle zesztywnia i jkn: - O, mj Boe!
Brutalnie pchn j ku nadchodzcemu przywdcy.
- Chopka taka jak ty ma nazywa mnie panem, nie inaczej!
Vendelin wstrznita nag zmian w jego zachowaniu posza dalej. On zosta w tym
samym miejscu.
- O, panna Vendelin - z umiechem powita j przywdca. - Widz, e ci odnalaz.
Doprawdy zauroczya to dzikie zwierz!
- Dzikie zwierz? - powtrzya zaskoczona, gdy takie okrelenie jej zdaniem wcale
nie pasowao do Tokego.
- Najbardziej samotnego i nieobliczalnego ze wszystkich ludzi w Danii! Nigdy dotd
nie szuka bliskiego kontaktu z drugim czowiekiem. Ale strze si go, dziewczyno! przywdca zniy gos. - Jeli czujesz do niego bodaj cie sympatii, to nie skrzywd go,
Vendelin! Ze wzgldu na niego i na siebie. Jeli go zranisz, on zniszczy twoje ciao i twoj
dusz, rozerwie j na strzpy. To nie puste sowa, lecz okrutna prawda. Nikt na ziemi nie
potrzebuje tyle agodnoci i ciepa co on, a mimo to nie potrafi tego przyj.
Skina gow. Wprawdzie nie w peni zrozumiaa sowa obcego mczyzny, ale sama
wyczuwaa, e Tokemu potrzeba ciepa drugiego czowieka.

- On tylko ze mnie drwi - poskarya si naiwnie. - Nakania mnie, bym si przed nim
otworzya, a potem si ze mnie mieje. I nieustannie si zmienia!
- O, tak, wierz ci, ale nie obraaj si na niego. Nam take jego zmienne nastroje
przyczyniaj kopotw, i to jakich! Na to, by jego zbkana dusza kiedy moga sta si na powrt ludzka, potrzeba caych wiatw czuoci i zrozumienia. Ale i tak nikt nie zdy tego
dokona - doda. - A teraz, czy chcesz si dowiedzie, czego to wszystko dotyczy?
- Och, oczywicie, jeli bdziesz askaw mi o tym powiedzie, panie.
Zaprowadzi j na sam szczyt wzgrza.
- Suchajcie mnie wszyscy! - zawoa potnym gosem. - Oto widzicie mod
dziewic. Czy nadaje si na przynt?
Pochodnia wzniesiona ponad jej gow rozjarzya si pomieniem i rozleg si
jednogony okrzyk zgody. Vendelin, zawstydzona, nie bardzo rozumiaa, co si dzieje.
- To dobrze! Zapamitajcie, jak ona wyglda, nie powinno to sprawi wam trudnoci. I
gdy zwrci si do was z prob o pomoc, nie zwlekajcie!
A wic by moe bdzie potrzebna mi pomoc, przerazia si Vendelin.
Przywdca cign:
- Czy moecie jeszcze raz omwi plany z waszymi dowdcami, podczas gdy ja
wyjani dziewczynie, na czym ma polega jej zadanie? Chod, Vendelin, przejdziemy tam
dalej!
Czterech albo piciu ludzi towarzyszyo im w drodze przez kamienn kadk do
jednego z prymitywnych szaasw. Wewntrz wskazano Vendelin aw, na cianie
umocowano pochodni. Zauwaya, e jeden z mczyzn wchodzc przytrzyma si futryny, i
zrozumiaa, e to Toke. Zrobia mu miejsce obok.
Znw znaleli si tu przy sobie, lecz jego blisko wcale na ni nie dziaaa. Odczua
natomiast lekki zawrt gowy, czujc na sobie wzrok innego mczyzny, wysokiego, ktry
opiera si o drzwi. Pomieszczenie byo tak malekie, e dotykaa go kolanem, i chocia przyzwoito nakazywaa jej przycign nog do siebie, nie potrafia si na to zdecydowa.
Co si ze mn dzieje? zastanawiaa si wzburzona, za na siebie. Zachowuj si jak
ladacznica, nie mog si nawet skupi na jednym mczynie! Niczego nie rozumiem!
Niczego!
- Tak wic, Vendelin - zacz przywdca - zapewne zgada ju, kogo masz zwabi?
Kiwna gow.
- Rycerza Gerharda?
- Wanie! My wszyscy obecni w tym szaasie i wikszo zgromadzonych na

zewntrz mamy powody, by go nienawidzi. Przede wszystkim jednak dotyczy to nas


zebranych tutaj. Chcemy innego pana, trzeba wreszcie pooy kres tej tyranii!
- Ale przecie jeli uda si wam go pokona, jego nastpc bdzie Gorm Zy? Albo
Varg Szalony! Trudno to uzna za sukces.
Zapado milczenie, ktrego Vendelin nie moga zrozumie.
- Mamy inne plany - krtko owiadczy przywdca. - Ale przede wszystkim nie
moemy dosign rycerza, dopki kryje si w swoim zamku z hord okrutnych
druynnikw.
Vendelin nie odezwaa si, nie bardzo wiedziaa, czego si od niej oczekuje. Czua, e
od dotyku nieznajomego przy drzwiach ogie przenika jej kolano i penym sodyczy gorcem
rozprzestrzenia si po ciele. W dodatku ten czowiek nawet nie prbowa si odsun,
przeciwnie!
Gos przywdcy dobieg j jakby z bardzo daleka:
- Rycerz Gerhard wie ju, e tu jeste, zadbalimy, by wieci dotary do jego uszu. To
jednak nie wystarczy, by zwabi tu jego albo jego ludzi. Widzisz, w ostatnim roku
urzdzalimy systematyczne polowania na jego strae. Wabilimy jego ludzi do Lasu Mgie i
kiedy tylko dowiadywalimy si, e ktry jest niezadowolony z rzdw rycerza,
przecigalimy go na nasz stron. Potrzeba nam silnych, mnych sprzymierzecw.
Pozostaych, jego sugi, ktrych nie udao si nawrci, zabilimy.
Przez twarz Vendelin przebieg grymas odrazy, ale dziewczyna zdawaa sobie spraw,
e nie mogli dziaa inaczej.
- Jego druyna jest wic teraz mniej liczna?
- O wiele, lecz nie dostatecznie. A samego rycerza nigdy nie udao si nam cign
do lasu. Dlatego uwaamy, e najlepiej bdzie, jeli on ujrzy ci na wasne oczy. Wtedy,
nawet o ile sam nie przybdzie do lasu, najpewniej wyle tu spory oddzia. Podobno ogromnie
go rozgniewaa twoja bezczelno, sam fakt, e omielia si przed nim ukry. A my
jestemy gotowi na spotkanie z jego oddziaem! Im wicej ludzi straci, tym lepiej. Bez swej
stray przybocznej rycerz jest zgubiony! Nikt go nie poprze, no, moe Gorm Zy!
- A Varg?
- On... on si nie liczy.
Vendelin wyjania, e nie rozumie, jak to moliwe, by rycerz, ujrzawszy j przez
chwil, od razu jej zapragn, ale tamci w odpowiedzi tylko si umiechnli.
- A jak ma si ze mn spotka, skoro ukrywa si w zamku?
- To proste. Ty pjdziesz do niego.

- Nie! - jkna.
- Wszystko zaplanowalimy - pospiesznie zapewni j przywdca. - Nie masz si
czego obawia. Ta kobieta... - Wskaza na jednego z mczyzn - zaprowadzi ci na zamek i
powie, e chce ci sprzeda rycerzowi. Moesz okazywa swoj niech, to tylko wzmoe
jego zainteresowanie.
- Nie jestem przedmiotem, ktrym mona handlowa! - wykrzykna zrozpaczona
Vendelin.
Przywdca uda, e nie syszy jej wyraajcego cierpienie wybuchu.
- A potem, kiedy ju ci si przyjrzy i bd ci prowadzi do jego komnat, uciekniesz.
- To wydaje si tak proste, e a niemoliwe.
- Wszystko zostao zorganizowane. Moesz liczy na pomoc naszych ludzi, wielu z
nich znajduje si na zamku. Gdy dotrzesz do korytarza na tyach sali rycerskiej, stranik,
jeden z naszych, da ci znak. Wybiegniesz przez mae drzwiczki z prawej strony i znajdziesz
si na szczycie muru. Stranik, ktry bdzie tam sta, to take nasz sprzymierzeniec. Uda, e
ci nie widzi, dajc ci tym samym czas, by skoczya do fosy.
- Ale ja nie umiem pywa!
- I tam kto ci pomoe. Czeka bdzie czowiek z lin uwizan przy brzegu.
Stranicy w cikich zbrojach nie omiel si skoczy za tob, a przejcie przez zwodzony
most wymaga czasu, na pewno wic zdysz uciec. Gdy znajdziesz si ju na drugim brzegu,
pobiegniesz do miasteczka. Ludzie ukryj ci a do zmroku, a potem kto po ciebie
przyjedzie i przewiezie przez wrzosowisko.
Vendelin dugo siedziaa w milczeniu.
- To brzmi troch beztrosko.
- Owszem. Ale jest bardziej przemylane, ni si wydaje.
- Kiedy ma si to sta?
- Ju jutro.
Vendelin wcigna lodowato zimne stopy na awk i zakrya je spdnic.
- Zmarza? - spyta Toke.
- Nie. Zimno mi nie jest.
- Przynios ci buty - powiedzia przywdca. - Jesie nadcignie szybko, dotkliwie
odczujesz chd. Moja siostra na pewno znajdzie jak par.
Na wspomnienie siostry w jego gosie da si sysze bl. Vendelin zebraa si na
odwag.
- Teraz, kiedy wolno jest mi by jedn z was... Czy mog si dowiedzie, kim

jestecie? Tokego znam, ale wy, pozostali?


Popatrzyli po sobie z wahaniem. Pochodnia zamigotaa, poruszyy si cienie.
Toke skin gow.
- Vendelin jest bardzo lojaln osob, nie wie, co to zdrada.
- Pewnie masz racj - stwierdzi przywdca i cign kaptur. Okaza si blondynem w
wieku okoo czterdziestu lat, mia wyrazist twarz, nosi brod, ktra zaczynaa ju siwie.
- Jestem Tyge, pan na Svanetofte - oznajmi. - Mj dwr ley niedaleko, po drugiej
stronie lasu. Pragn zemci si na rycerzu Gerhardzie, poniewa on zhabi moj modsz
siostr Kirsten. Nie mia do tego prawa, nie jestemy jego poddanymi, cho moe on tak i
twierdzi. Prawd jednak jest, e on nas niewoli, tak jak jego ojciec niewoli mego rodzica,
lecz wywodzimy si z niemal rwnie szlachetnego rodu jak on. Gorzko poauje krzywd,
jakie nam wyrzdzi!
- Rozumiem - szepna Vendelin.
Dalej pan Tyge wskaza na drobnego mczyzn, ktry przyprowadzi j na nocne
spotkanie:
- To mj zarzdca, Mogens. Dawniej suy u rycerza, lecz zbieg z powodu jego
okruciestwa. Gerhard nie pozwoli Mogensowi na sprowadzenie akuszerki do rodzcej ony
tylko dlatego, e zayczy sobie jego obecnoci przy jakiej drobnostce. Dziecko zmaro. W
przyszoci czsto bdziesz spotykaa Mogensa, Vendelin. Kobieta to jego ona, Beate.
Vendelin skonia si maonkom o okrgych, bijcych yczliwoci obliczach.
- Tokego znasz ju...
- Witaj - umiechna si wesoo na widok znajomej twarzy. Nie pozosta na niej teraz
nawet lad demonizmu, ktry dostrzega zarwno pierwszej nocy, jak i dzisiaj, gdy skrya si
pod jego opocz.
Jak moga si na to zdoby? Pozwoli, by jego donie przesuway si po jej ciele?
Patrzc na przyjacielski umiech Tokego czua, e ogarniaj j mdoci.
W gosie pana Tygego dao si sysze rozbawienie:
- A ostatniego z obecnych tutaj spotkaa ju, zdaje si, dwa razy?
Spotkaa dwa razy? Przecie nikogo wicej tu nie znaa! Podniosa oczy na czowieka
stojcego przy niej, opartego o drzwi. Zsun kaptur z gowy i Vendelin ujrzaa jego twarz.
Jkna gono i poczua, e policzki robi si jej szkaratne.
To by on! Popatrzya na Tokego i z powrotem przeniosa wzrok na tego mczyzn.
Podobni jak blinita, a mimo wszystko tak bardzo od siebie rni! Nieznajomy nie mg by
o wiele starszy, ale twarz mia naznaczon tragizmem. Czarne wosy przydaway postaci dra-

matyzmu, a osobliwe, tchnce dzikoci oczy przywodziy na myl lepia drapienika. Mocne
biae zby jeszcze pogbiay to wraenie. Widzc jej zaskoczenie wybuchn miechem, w
ktrym krya si gorycz.
A wic byo ich dwch! Nic zatem dziwnego, e wobec Tokego odczuwaa
obojtno. To ten mczyzna wprawia jej dusz we wzburzenie za kadym razem, gdy tylko
znaleli si blisko siebie.
A wic to nie Toke! Vendelin uradowana patrzya na siedzcego obok modego
kalek.
- Tak si ciesz! - odetchna z ulg. - Tak bardzo bardzo si ciesz, e jest was
dwch! Teraz bez obaw mog by twoj przyjacik!
Vendelin usyszaa westchnienie stojcego przy drzwiach mczyzny i ostrzegawczy
okrzyk pana Tyge - go, ale bya zbyt niedowiadczona, by zrozumie, jaki bd popenia.
- Musicie by brami? - zwrcia si do mczyzny przy drzwiach.
Odpowiedzia jej zmczonym gosem:
- Tak. Jestemy brami.
- A wic to ty, panie, zdobye dla niego wszystkie te pikne rzeczy?
- Owszem. Lubi okrada tych, ktrzy na to zasuguj.
- Toke mwi mi o przyjacielu, ktry mu pomaga.
Jego twarz zmrozi lodowaty chd.
- Nie jestem niczyim przyjacielem! Niczyim!
Vendelin zachodzia w gow, co te mogo wprawi go w taki gniew.
Przerwa im pan Tyge:
- Najwyszy czas si rozsta.
- Jeszcze jedno - powstrzymaa go Vendelin. - Jak dostan si jutro do Svartmosse?
- Przewioz ci przez wrzosowisko - pospiesznie zaproponowa Toke.
- Nie - ostro sprzeciwi si jego brat. - Nie wolno ci si pokazywa w miasteczku
Svartmosse. Dobrze wiesz, jak si to ostatnio skoczyo.
- Ale teraz wszyscy mieszkacy s ju moimi przyjacimi - oponowa Toke. Nikomu przez myl nie przejdzie, by dalej mnie drczy.
- Doprawdy? - cierpko spyta jego brat. - W dodatku ludzie mog donie rycerzowi.
Vendelin zwrcia si z pytaniem do pana Tygego:
- A jaki powd maj bracia, by nienawidzi rycerza?
Zapada cisza. Pan Tyge wbi wzrok w st.
- Powiedzmy, e chc pomci cierpienia swej matki - odrzek wreszcie.

- I swoje wasne! - sykn brat Tokego. - Dobrze wic, Toke, jed! Ale nie naraaj si
na zbdne ryzyko. Tylu jest gupcw!
Ach, ten mczyzna najwidoczniej straci ca wiar w ludzi, pomylaa Vendelin.
Podnieli si z miejsc. W ciasnym pomieszczeniu znalaza si tu przy bracie Tokego,
ktry z powrotem nacign kaptur.
- Jakie imi nosisz, panie? - spytaa niemiao.
- A co ci to obchodzi? - odburkn, wci wrogo nastawiony do caego wiata.
Vendelin pochylia gow, miaa ochot wybuchn paczem.
Poczua przyjazn do pana Tygego na ramieniu. Jego spojrzenie prosio, by bya
cierpliwa.
Co takiego mwi jej przywdca? Aby jego zbkana dusza kiedykolwiek moga sta
si na powrt ludzka, potrzeba caych wiatw mioci i zrozumienia.
By moe nie uy sowa mio, ale Vendelin podwiadomie si nim posuya. Dla
tego szaleca mio musiaa by pojciem nieznanym.
Pan Tyge przemwi jeszcze do ludzi zgromadzonych przed szaasem i zaraz nocne
spotkanie dobiego koca. Vendelin zorientowaa si, e wielu z zebranych mieszka w
lenych chatach, wida mieli swoje powody, by skrywa si w Lesie Mgie przed rycerzem
Gerhardem.
Kiedy przyczya si do grupy zamierzajcej odej z tego miejsca, zbliy si do niej
jedziec na wielkim karym koniu i bez sowa chwyci j pod ramiona. Vendelin usiowaa si
wyrwa z jego obj, ale sykn tylko, e nie moe i boso po mokrej, zimnej trawie i bezceremonialnie wcign j na grzbiet wierzchowca. Usiada przed mczyzn drca i bliska
paczu.
Jecha inn drog, co uznaa za do naturalne, bo ko nigdy by si nie zmieci w
tunelu pod gaziami, prowadzcym przez brd. Wok nich roio si od ludzi, jadcych
wierzchem i idcych pieszo. Vendelin domylia si, e musieli tu cign z caej wyspy, bo
tak wielu z pewnoci nie pomiecioby si w miasteczku Svartmosse.
Wszystko wydawao si takie skomplikowane. Vendelin, ktra przed czekajcym j
nazajutrz trudnym zadaniem potrzebowaa jak najwicej yczliwoci, nie moga powstrzyma
si od kania.
- Dlaczego paczesz? - spyta ostro.
Nie zdoaa mu nawet odpowiedzie.
- Dlaczego? - krzykn, bolenie ciskajc j za rami.
- Czuj si taka samotna - wyznaa szeptem. - I tak si boj.

- Mnie?
- Nie. Ale nie chc, aby by na mnie zy, panie. Nie ty!
Pochyli si do przodu i przyciskajc twarz do jej policzka powiedzia cicho:
- Najbardziej chciaaby pewnie, abym ci pieci tak jak ostatnio? Rozgrza twoje
ciao i doprowadzi do drenia? Niewiele trzeba, aby bya chtna. Ty maa przebiega
ladacznico!
Prdkim gestem pogadzi j po goej nodze, od stopy a po kolano. Vendelin
krzykna gono, uraona:
- Nie mw tak, panie, nie znios tego! Mam take dusz, to wanie ona szukaa
kontaktu z tob!
- Ach, tak? - odpar cierpko. - A wic to twoja dusza skierowaa si do mnie,
wiedziona chuci i dz?
- Bardzo prosz! - bagaa nieszczliwa. - Prosz, nie drwij ze mnie, panie! Nigdy ju
tego nie zrobi!
- I tak nie zdoasz dotrzyma obietnicy!
Vendelin przymkna oczy. Przez chwil jechali w milczeniu.
- Dlaczego jeste na mnie taki zy, panie? - szepna cichutko. Sdzia nawet, e jej nie
usysza. - Mylaam, e czujesz to samo co ja, dlatego omieliam si otworzy przed tob
tak, jak jeszcze nigdy nie otworzyam si przed nikim. C ja najlepszego zrobiam?
Nie odpowiedzia.
Ale usysza j. Gdy podjechali pod drzwi chaty, nie pozwoli jej od razu zsi z
konia. Odwrci j ku sobie, a kiedy prbowaa si zelizgn, przygarn mocniej, opar
gow dziewczyny na swoim ramieniu i wtuli twarz w jej wosy. Vendelin siedziaa cicho z
zamknitymi oczami, a jej zy kapay mu na do.
I nagle usyszaa cichutki szept:
- Pom mi, Vendelin!
Zdumiona podniosa wzrok, zanim jednak zdya co powiedzie, zsadzi j na
ziemi.
- Dobranoc, moja maa wrono! - powiedzia ju swym zwyczajnym drwicym gosem.
- Starannie zamknij drzwi, bo las jest peen spragnionych mioci mczyzn, ktrym dzi
wieczorem dane byo ujrze w lesie elfa!
Zawrci konia i odjecha.

Tej nocy Vendelin nie moga zasn. Mokrymi od ez oczami wpatrywaa si w

ciemno, a cisz w chacie od czasu do czasu przerywa jej szloch. Za kadym razem kot
nadstawia ucha, ale zaraz si uspokaja. W kaniu jego pani nie mogo wszak kry si adne
niebezpieczestwo!
Wreszcie Vendelin przestaa paka. I wtedy nagle co do niej dotaro. Zrozumiaa, e
popenia powany bd: zwracajc si do Tokego okazaa rado, e to nie on by
tajemniczym nocnym jedcem. Sposb, w jaki si wyrazia, jego szalony brat musia
potraktowa jak obelg.
Zerwaa si z ka i chwycia sukienk. Musi natychmiast wyjani t spraw, nie
moe zwleka! Nie chciaa wszak go urazi, pragna jedynie okaza Tokemu swoj
sympati.
Z sukni do poowy nacignit przez gow zdaa sobie spraw, e nie zdoa nic
wyjani, jeszcze bardziej wszystkiego nie gmatwajc. W dodatku w rodku nocy? Gdzie ona
go znajdzie? Wolno zdja sukienk i odoya j na miejsce.
Zawstydzona wsuna si pod przykrycie, skulia si i przez chwil rozkoszowaa
ciepem, zaraz jednak znw si wycigna na posaniu. Popatrzya w ciemny sufit.
Pom mi, tak powiedzia.
Vendelin poczua si rozpaczliwie niedowiadczona. Tak bardzo, z caego serca,
chciaa przyj mu z pomoc ze wzgldu na Tokego, ktry, jak si zorientowaa, kocha brata.
Ale jak moga mu pomc?
Te pogardliwe sowa, drwina, zabolay jak pchnicie noem.
I nagle szept: Pom mi, Vendelin!
Sowa pana Tygego: Nigdy dotd nie szuka bliskiego kontaktu z drugim
czowiekiem.
Wzia gboki oddech. Wiedziaa ju, co ma robi. Poczua, jak budzi si w niej nowa
sia. Prosi j o pomoc, i ona go nie zawiedzie.
Wielkodusznie bdzie tolerowa jego drwiny, nie zwaa na jego humory, znosi
obraliwe uwagi, okae wyrozumiao, a wszystko to dla Tokego.
Ach, naiwna Vendelin! Zamiar ze wszech miar szlachetny, nie wzia jednak pod
uwag swego nieobliczalnego temperamentu. atwo o szlachetno, gdy w samotnoci snuje
si odlege od rzeczywistoci marzenia.
Przymkna piekce oczy, na twarzy odmalowa si agodny umiech. O, tak, okae
zrozumienie!
Wyobrazia sobie, e on jest przy niej w izbie. Zrobia mu miejsce na ku, usiad
przy niej z wahaniem, niepewny jej zamiarw.

Vendelin umiechna si do ciepo, wybaczajc mu wszystko, a wtedy pooy si


obok niej i zacz gadzi j po wosach. Czua, jak jego zbkana, zatroskana dusza z wolna
odzyskuje przy niej spokj.
W nagym przebysku wiadomoci otworzya szeroko oczy. Nigdy do tego nie
dojdzie! Po pierwsze, zabraknie jej ju pewnie okazji, by go zobaczy, a po drugie,
mczyzna taki jak on nigdy nie zachowa si w ten sposb. Ranice sowa znw spadn na
ni jak grad...
Pocieszaa j myl o nowym przyjacielu, Tokem. Przy nim zawsze bdzie bezpieczna.
Vendelin czua, e ich przyja stale si umacnia. Tkliwo wobec nieszczsnego kalekiego
chopaka niemal blem rozsadzaa jej pier.
Nie potrafia ju duej oddawa si marzeniom zwizanym z jego bratem, i tak chyba
byo najlepiej. Wyobraanie sobie wasnej szlachetnoci i jego oddania byo tylko snuciem
mrzonek. Izba wydaa jej si bardziej pusta ni kiedykolwiek. Na zewntrz Las Mgie nuci
sw odwieczn ponur pie, ktra braa pocztek u grobowca na wzgrzu ukrytym wrd
bagien.

ROZDZIA VI
Wyjechali ju na wrzosowisko, gdy zaczo lekko sipi. Toke owin Vendelin w
swoj opocz.
- Teraz i ty jeste jedn ze zmarych ze wzgrz Grmosse! - zawoa jej prosto do
ucha. Kopyta konia zadudniy gucho, jak gdyby pod ziemi pagrka, na ktry wjechali, krya
si gboka jama.
- Naprawd?
- Tak. Ci, co nas teraz widz, pewnie egnaj si znakiem krzya.
- Jak atwo jest budzi przeraenie u ludzi - umiechna si. - Toke, jeste moim
jedynym przyjacielem i z kadym dniem coraz bardziej ci lubi.
Toke zawsze sprawia wraenie, jakby cudem wydawao mu si, e kto chce z nim w
ogle rozmawia. Przez ca drog gawdzili o drzewach, kwiatach i napotkanych zwierztach. Vendelin wielk pociech znajdowaa w tym, e Toke jest rwnie niemiay, tak
samo niepewny jak ona.
Teraz milcza przez chwil.
- A wic wystrzegaj si mego brata!
- Nie.
- On zabije twoj sodk niewinno, poczucie pikna, twoje ciepo.
- Zgodz si na wszystko, jeli tylko moe mu to w czym pomc.
- Nie poznaj go ju, Vendelin! - zawoa Toke. - On zapada si w coraz gbszy mrok
i staje si coraz bardziej samotny.
- Pozwl wic mnie sprbowa!
- A czy wytrzymasz, gdy bdzie ci zadawa cierpienie? Nie spodziewaj si po nim
niczego dobrego, to, co byo w nim ludzkie, zostao zniszczone ju dawno temu i nic na
wiecie tego nie przywrci. Poza tym on jest naznaczony, Vendelin!
Dziewczyna strzsna krople deszczu z wosw i ukrya twarz w opoczy Tokego.
- Co chcesz przez to powiedzie?
- Z czasem si dowiesz. Unikaj go, moja droga! Im sabszy si czuje, tym wiksza jest
jego brutalno.
Sowa kalekiego chopaka wywoay umiech na twarzy Vendelin. Okrutne sowa,
ktre usyszaa minionej nocy, nie bolay ju tak mocno.
- Twj brat jest bardzo nieszczliwy - szepna. - Jak on si nazywa, zdrad mi jego

imi!
Toke waha si.
- Nie powinna go zna. Tak bdzie lepiej dla wszystkich. Spjrz, wida ju wiee
zamku Svartmosse. Boisz si, Vendelin?
Bardzo chciaa zobaczy miasteczko, pochodzi midzy ludmi. Teraz jej marzenia
przesoni chodny cie.
- Tak, boj si. Mam przeczucie, e to nie skoczy si dobrze. Toke, nie chc, by
rycerz mnie tkn. Nie chc zosta zhabiona!
Toke mocno zacisn szczki.
- Jeli tak si stanie, odpowie za to pan Tyge. On i mj brat. Podejmuj zbyt wielkie
ryzyko.
Vendelin zadraa i mocniej przytulia si do niego.
Ku jej rozczarowaniu nie wjechali do miasteczka. A tak bardzo pragna ujrze
gwn ulic i wszystko to, o czym opowiadaa jej babka! Zatrzymali si na skraju
wrzosowiska i tam opiek nad Vendelin przeja kobieta, ktr poznaa poprzedniego
wieczoru - Beate, ona Mogensa.
- Co masz zamiar robi? - aosnym gosem spytaa Vendelin swego towarzysza, z
ktrym nie chciaa si rozstawa.
- Rozejrz si po miecie - odpar z umiechem. - Moe zrobi jakie zakupy. Dawno
tu nie byem.
- Bd ostrony, panie - ostrzega ona zarzdcy. - Wielu mieszkacw miasteczka to
proste dusze. Kaleka jest atw zdobycz.
- Oni s teraz moimi przyjacimi.
- Moe nie wszyscy wiedz, kim jeste, panie. A jeli kto doniesie?
- Nasun kaptur na gow.
- Jak wic ludzie zdoaj ci rozpozna?
- Och, nie utrudniaj wszystkiego, Beate! - rozemia si. - Idcie ju, dam sobie rad.
Vendelin ze zmarszczonymi brwiami przysuchiwaa si ich rozmowie. Beate
zwracaa si do Tokego panie! Dlaczego? A te pikne szaty jego brata...
Dwie kobiety ruszyy w drog - jedna niedua, pulchna, w rednim wieku, ktra nigdy
nie pogodzia si ze strat swego jedynego dziecka, i przeliczna moda dziewczyna, ktra
waciwie nic nie wiedziaa o yciu. Nigdy nie miaa lusterka, ktre mogoby powiedzie jej
prawd o uroku kryjcym si w rysach twarzy i niewinnych fiokowych oczach, widziaa
tylko swe rozmyte odbicie w rdle. Jak wic moga zrozumie dz bijc z oczu mczyzn

i zazdro kobiet?
Wdroway skrajem miasteczka a do ponurego zamku, otoczonego waami ziemnymi
i fos.
Zbudowany z olbrzymich blokw kamienia zdawa si siga samego nieba. Vendelin
podniosa oczy na blanki i wzrokiem zmierzya odlego dzielc je od fosy. Skd wemie
odwag na taki skok? Dotychczas kpaa si tylko w strumieniu, w ktrym woda nie sigaa
jej nawet do kolan.
ona Mogensa porozmawiaa ze stranikami i przepuszczono je przez zwodzony
most. Potem musiay czeka w wielkim, dwiczcym echem przedsionku. Z galerii i
ukrytych nisz obserwoway je oczy ciekawskich.
Przyjaciele czy wrogowie? zastanawiaa si przeraona Vendelin. Najpewniej gwnie
wrogowie.
Pomimo strachu nie moga nie podziwia wszystkiego, co znajdowao si w zamku.
Sta tu st wielki jak jej dawna chata, na cianach wisiay gobeliny i wcznie... W rogu
zobaczya wiecznik wysoki tak jak ona. Wszystko przytaczao swoimi wymiarami.
A wic tak yli ludzie! W takim zbytku... Jacy musieli by dostojni, wysoko
urodzeni!
Po Vendelin i Beate przyszed kolorowo ubrany pa. Rycerz oczekiwa ich w wielkiej
sali.
Serce Vendelin walio, jakby chciao wyrwa si z piersi, donie byy lepkie od potu.
Olbrzymie dbowe drzwi otworzyy si przed nimi, Beate daa jej znak, by sza naprzd, lecz
Vendelin sparaliowana lkiem nie moga ruszy si z miejsca.
Kamienna podoga w sali rycerskiej wydawaa si nie mie koca. Wreszcie podesza
do grupy zebranej wok krzesa z wysokim oparciem.
Rycerz Gerhard by postaci groteskow. Jaka choroba wywoana rozwizym stylem
ycia spowodowaa, e twarz mu opucha i oczy byy tylko wskimi szparkami. W ustach
brakowao wielu zbw. Przyprszone siwizn wosy, obcite prosto, z grzywk, wci
jeszcze pozostay gste. Rycerz nosi przesadnie wyszukany strj, a niesychanie tuste ciao
otacza gruby pas ze srebra.
Vendelin pokonujc obrzydzenie miao spojrzaa w bezczelne, widrujce oczka.
Nigdy w yciu si na to nie zgodz, pomylaa. Nigdy, musz std odej jak najprdzej!
Przez gow niczym byskawica przemkno jej wspomnienie, obraz innej twarzy,
twarzy o skonych oczach drapienika, zwonych w drwicym umiechu. Do tego czowieka
chciaa ucieka, u niego szuka wsparcia, u tego, dla ktrego nie bya warta wicej ni

ziarnko piasku na drodze! Och, nie, oczywicie miaa na myli Tokego!


Obleny umieszek rozcign obwise wargi rycerza Gerharda. Szczeglnie zdaway
si go fascynowa bose stopy dziewczyny, wpatrywa si w nie, jak gdyby usiowa
przeledzi ksztat caych ng.
Otaczajcy go mczyni zdawali si by ulepieni z tej samej gliny. Wczeniej, stojc
w przedsionku, dostrzega w sali rycerskiej jeszcze jednego mczyzn, ciemnowosego,
modego, ale ju otyego, ktry prdko opuci pomieszczenie. Vendelin ktem oka uchwycia
jednak, e skry si w gbokiej niszy z prawej strony i przyglda si im z uwag. Na widok
potnego, strojnie ubranego tuciocha o zimnych oczach dziewczyn ogarn niepokj.
Przypomina jej kogo, ale nie potrafia powiedzie, kogo.
Jednego natomiast bya pewna: ze strony tego czowieka nie moga si spodziewa
niczego dobrego. Za wszelk cen powinna si go wystrzega.
- Prosz, prosz! - ochrypym gosem odezwa si rycerz. - Dziewica z Lasu Mgie
schwytana! Dobra robota, kobieto!
Najwidoczniej nie rozpozna ony Mogensa, ktrego dziecku odebra kiedy ycie.
Beate skonia si pokornie.
- Dostaniesz naleyt zapat - obieca i ponownie zwrci podliwe spojrzenie na
Vendelin. - W plotkach nie byo cienia przesady. Podejd bliej, kochaneczko!
Vendelin nie ruszya si z miejsca. Bya niesychanie pikna, miaa naturalnie wie
cer, szczup i zwinn, a jednoczenie bardzo kobiec figur. Niesfornych wosw nie splota
w ciasne warkocze, jak yczya sobie tego babcia, i kaskada zotobrzowych lokw spywaa
dziewczynie na ramiona. Najbardziej kuszca w niej bya jednak czysto i niewinno.
Rycerz rozelony uporem Vendelin warkn:
- Tu na zamku obowizuje posuszestwo rozkazom pana! I nie tylko tutaj, panienko.
Mylaa, e umkniesz przed rycerzem Gerhardem? Nikomu si to nie uda, nikomu! Ale
postanowiem wybaczy ci zuchwao. Oka ci ask. Strae! Zaprowadcie j do mojej
komnaty, a ja zaraz tam przyjd. A tej kobiecie wypacie cz pienidzy. Jutro dostanie
wicej... jeli bd zadowolony.
Vendelin wiedziaa, e jej ucieczka winna nastpi w stosownym momencie, nie
miaa wic si opiera i posusznie ruszya za dwoma stranikami. Chocia ze strachu bliska
bya utraty przytomnoci, na poegnanie posaa onie Mogensa uspokajajce spojrzenie.
Niestety, zorientowaa si, e kobieta patrzy na ni z wyran trosk. Ale nic zego nie mogo
si chyba wydarzy? Nie wolno dopuci, aby si wydarzyo! Ach, Boe, a jeli przyjdzie jej
wstpi do oa rycerza... Prdzej odbierze sobie ycie!

Znalaza si sama ze stranikami w korytarzu o ukowatych sklepieniach. Korytarz


wkrtce skrci i dalej si rozszerza. Sta tam jeszcze jeden stranik.
Musieli znale si na tyach sali rycerskiej. Vendelin zerkna w prawo i zobaczya
niedue przymknite drzwi.
Potem wydarzenia potoczyy si w byskawicznym tempie.
Stranik podnis ju rk do umwionego sygnau, kiedy drzwi niespodziewanie
otworzyy si i na korytarz wtargno z zewntrz kilku mczyzn. Przewodzi im mody
tucioch, ten sam, ktry przedtem wymkn si z sali rycerskiej.
- Chwileczk! - powstrzyma towarzyszcych Vendelin stranikw. - Chciabym si
przyjrze tej licznotce, zanim zbrukaj j donie rycerza!
Vendelin posaa bagalne spojrzenie swojemu stranikowi, ale on odpowiedzia jej
gwatownym potrzniciem gowy. Zrozumiaa. Nikt nie spodziewa si takiego obrotu
sprawy.
Tylko przez moment staa niezdecydowana, owadnita jedn myl: nie udao si!
Doskonay plan moich przyjaci nie powid si, a ja wpadam w puapk, ktra w kocu
doprowadzi mnie do sypialni rycerza!
Naga fala mdoci przywrcia jej wiadomo. Nigdy! Nie dopuci do tego, by si
tam znale! Ani te nie pozwoli, by dotyka jej ten obleny modzieniec.
Droga prowadzca na szczyt muru bya odcita, stranik te nie mg przyj jej z
pomoc, zreszt nie wolno byo dopuci do tego, by zosta odkryty. W desperacji rzucia si
do ucieczki, z powrotem biegnc dugim korytarzem. Wok zaroio si od mczyzn, pragncych j schwyta. W sali rycerskiej nie moga si schroni, bya jednak inna droga...
Wyrwaa si z czyjego ucisku, a zatrzeszczay szwy w sukni, i pomkna ku nastpnej
niszy, bez celu, bez nadziei. Nagle poczua gwatowne szarpnicie za nadgarstek. Kto
wcign j za niskie drzwi.
- Szybko! Tdy! - rozleg si zduszony szept.
Zatrzasny si za nimi drzwi i popdzili dalej. Vendelin z trudem dotrzymywaa
kroku mczynie prowadzcemu j przez pltanin korytarzy, komnat i schodw, ale on
zamkn jej rk w elaznym ucisku i nie wypuszcza. Okrzyki i pospieszne kroki
przeladowcw echem odbijay si od cian zamku, lecz jej przewodnik, ubrany w
ciemnofioletowy aksamit, najwyraniej zna wszystkie tajemne przejcia.
W pewnym momencie ukryli si w jednej z nisz. Korytarzem przebiegli stranicy.
Vendelin nareszcie odzyskaa gos.
- Ty tutaj, panie? - wysapaa.

Zakry jej usta doni, dziewczyna z trudem powstrzymaa si, by go nie uksa. W
pmroku jego oczy wieciy dziko, wida byo, e to polowanie bawi go i podnieca.
- Chod - szepn.
Droga ich ucieczki, cho, zdawao si, przypadkowa, cigle prowadzia w d.
Wreszcie zatrzymali si przed niskimi elaznymi drzwiami. Vendelin przypuszczaa, e
znajduj si we wntrzu zamku gdzie niedaleko od gwnej bramy. Panowaa zaskakujca
cisza. Nie docieray tu nawoywania przeladowcw i wrzaski rycerza Gerharda.
Tajemniczy brat Tokego wydoby wielki klucz, wsadzi w zamek i przekrci.
- Wchod, prdko!
Usuchaa bez wahania, poszaby za nim wszdzie. Gdy drzwi zatrzasny si za
obojgiem, otoczya ich ciemno. Vendelin staraa si zapanowa nad rosncym
podnieceniem, jakie wywoywaa w niej blisko tego mczyzny. On mocno uj j za rk i
sprowadzi kilka stopni w d. Dziewczyna z przyjemnoci uja jego do, gorc, siln,
dajc poczucie bezpieczestwa, wstydzia si jednak swej saboci do niego.
- Nie udao si - powiedziaa zgnbiona.
- To nie twoja wina. Nikt nie wzi pod uwag wybrykw Gorma.
- A wic to Gorm Zy mnie zatrzyma? Tak nawet pomylaam. A co si stao z on
Mogensa?
- Zdya uj cao.
Jego gos brzmia dziwnie gboko, towarzyszyo mu echo. W powietrzu unosi si
niezwyky, obcy zapach. Powoli oczy Vendelin zaczy przyzwyczaja si do ciemnoci,
rozwietlanej jedynie wsk smug wiata, sczcego si przez niewielki otwr w grubych
murach.
Wystraszona, mocniej cisna go za rk.
- Trumny? - spytaa szeptem.
- Tak, to krypta grobowa. Rycerz nigdy tu nie przychodzi. Boi si zmarych.
Wiedziona nagym odruchem Vendelin przytulia si do piersi mczyzny, zamkna
oczy i mocno zapaa go za rami.
- Nie jeste chyba przesdna? - zamia si wesoo, ale skorzysta z okazji, by j do
siebie przygarn. Vendelin, zauwaywszy to, prdko si cofna.
- Nie, oczywicie, nie! - skamaa z nadziej, e nie zauway, jak si przeegnaa.
Serce uderzao jej szybko, draa na caym ciele.
- Chode wic! - ponagli ostrzejszym tonem, jakby poaowa okazanej saboci. Tu nie moemy zosta.

Dziki Bogu, pomylaa. Nie odstpowaa go ani na krok, gdy j prowadzi. Obmaca
mur domi i nagle co zaskrzypiao, otworzyy si jakie drzwi. Vendelin przelizgna si
przez nie podejrzanie szybko.
Kolejne schody prowadzce w d wkrtce si skoczyy, dalej tajemne przejcie
wiodo poziomo. Vendelin nastpia na co ostrego, jkna gono. On natychmiast
przystan, uklk i obmaca jej stop. Ze zdumieniem zaobserwowaa, z jak delikatnoci j
bada, wrcz pieci.
Zaraz jednak poderwa si i prychn rozgniewany:
- Przesta si uala! Podeszwy stp masz stwardniae jak u zwierzcia, nic si ich nie
ima!
Rozgniewana Vendelin nabraa powietrza w puca i ju miaa ostro zareagowa, ale w
ostatniej chwili zdoaa nad sob zapanowa. Wyrozumiao...
Wiele jednak j to kosztowao. Okropny czowiek, miaa ochot przesta przejmowa
si nim i jego rozterkami!
- Musimy i dalej - burkn. - Strae nie wiedz o tym tajemnym przejciu, ale nie
jestem pewien, czy Gorm go nie zna.
Najwyraniej zeszli gboko. W powietrzu wyczuwao si wilgo, tu i wdzie kawaki
muru odpady od cian.
Vendelin miaa wraenie, e wdrwka trwa w nieskoczono, ale w gbi serca nie
miaa waciwie nic przeciwko temu. Blisko tego mczyzny jak zwykle oddziaywaa na
ni niezwykle mocno. W ciasnych zaukach stykali si biodrami, czasami obejmowa j ramieniem, by pomc jej przej po nierwnociach podoa. W takich chwilach czua, e dry,
jakby musia z caych si nad sob panowa, aby nie przycign jej do siebie albo te nie
odepchn, nie bardzo wiedziaa, jak ma to rozumie. I pod ni wtedy wbrew jej woli uginay
si nogi, musiaa walczy ze sob, tak by znw nie zyska nad ni przewagi.
Nareszcie zrobio si przed nimi janiej.
Mczyzna zatrzyma si.
- Kiedy std wyjdziesz, znajdziesz si za jedn z szop w miasteczku. Stamtd cieka
prowadzi wprost do domu, w ktrym czeka na ciebie Toke. Nikt nie powinien zobaczy ci
po drodze. Ukryj si tam, a kiedy si ciemni, przejedziecie przez wrzosowisko.
- A ty, panie?
- Musz wraca na zamek, zanim kto odkryje, e mnie nie ma. - Nastpne sowa
przyszy mu ju z wikszym trudem: - I... Vendelin... Nie chc, by duej nazywaa mnie
panem. Mamy tak mao czasu... tak mao!

Chocia widziaa go zaledwie jako cie, miaa wraenie, e kiedy to mwi, oczy mu
pociemniay.
- Dzikuj za pomoc - powiedziaa ciepo.
Opar rce o cian po obu stronach dziewczyny, nie moga wic si ruszy.
- To przyjemno - owiadczy zaczepnie, a potem pochyli si i musn wargami jej
policzek. Vendelin gwatownie odwrcia twarz.
- A c to takiego? - umiechn si. - Bez odpowiedzi? To do ciebie niepodobne!
Vendelin przymkna oczy, udrczona jego sowami. Szczery zamiar, by okazywa
mu wycznie zrozumienie, znikn niby blask zdmuchnitej wieczki.
- Czego si spodziewae? Dzisiejszej nocy uczynie wszystko, by zabi cae ciepo
we mnie. I to ci si udao!
Samym tylko oddechem szepn:
- Nie! - I niepewnym gosem doda: - Nie wierz w to!
- Wiem. Nie wierzysz, e mam dusz, tylko ciao, o ktrym moesz decydowa
zgodnie ze swoj wol, drwi i triumfowa nad nim. Pozwl mi teraz odej!
Sta nieruchomo, usiujc dojrze w mroku jej twarz.
- Vendelin... To co powiedziaem dzisiejszej nocy... Ja...
Dziewczyna przekna lin.
- Staraam si o tym zapomnie, ale nie potrafi. To utkwio niczym ostry cier w
moim sercu, bo bye pierwszym, do ktrego ywiam... takie... - Sprbowaa zacz jeszcze
raz: - By moe jestem gupia, niedowiadczona i takim jak ty atwo mnie oszuka, lecz czy
nie rozumiesz, jak bardzo byam samotna i zagubiona w nowym dla mnie wiecie? Szukaam
kontaktu z tob, bo wydawao mi si, e ty i ja odczuwamy podobnie.
Skd czerpaa odwag, by mwi tak do tego obcego mczyzny, sama nie moga tego
zrozumie! By taki silny, a w ciemnoci wydawa si przytaczajco wielki, wszyscy te jej
powtarzali, e jest dziki i nieobliczalny, i, doprawdy, przyszo jej tego dowiadczy na
wasnej skrze!
Pomimo jego zowieszczego milczenia podja dzielnie:
- Nieprawd jednak byo, e odczuwamy podobnie, bo ty tylko ze mnie drwie. Z
Tokem mog rozmawia, on dostrzega we mnie yw istot, czowieka. A ty jedynie chcesz
pokaza, jak wielk wadz masz nad moim ciaem. Nie znios tego, nie znios!
On odpowiedzia z furi:
- Kamiesz! Prbujesz mnie namwi, bym si przed tob odsoni, eby potem
pokaza mi, jak bardzo mn gardzisz!

Vendelin wbia wzrok w janiejszy cie, ktry musia by jego twarz. Nieszczsny,
jakich cierpie musia dozna, aby okaza jej a tak podejrzliwo!
- To twoje sposoby, nie moje - rzeka cicho. - Nie sd innych wedug siebie.
Znajdowali si tak blisko, e lekko si dotykali. Vendelin poczua ciepy zapach
obcego czowieka, mczyzny. Od jego dotyku delikatne wibracje przenikay jej skr,
wargami wyczuwaa gorco jego twarzy. Gwatowna fala podania przenikna jej ciao.
Vendelin syszaa o pocaunkach, marzya o nich, wyobraaa sobie dotyk ust mczyzny na
swych wargach, a przez ostatnie noce tylko jeden mczyzna goci w jej marzeniach, coraz
gortszych, bardziej niepokojcych, a do chwili, gdy ostatniej nocy owe marzenia zostay
zniszczone. Teraz ten wanie mczyzna by znw przy niej, znw wprawi jej zmysy w stan
wzburzenia, a dziewczyna, cho wiedziaa, e on potrzebuje jej zrozumienia, z caych si
staraa si zachowa zimn krew.
Ale nie byo to atwe! Ciao trawione sodk, cik gorczk nie chciao jej sucha.
Musiaa z caych si przycisn palce do nierwnej ciany, by nie podda si i nie otoczy go
ramionami.
W kocu odpowiedzia, cho przyszo mu to z najwikszym trudem:
- Ja, ktry zniszczyem wszelkie ciepo w sobie... Miabym to zrobi komu... komu...
Tamta przejadka... taka swobodna i szczliwa... ja...
Vendelin nawet nie zorientowaa si, e si poddaje. Z zamknitymi oczami pochylia
si ku niemu, opara gow o jego bark i westchna z radoci, gdy objy j jego ramiona.
Ta cudowna chwila trwaa jednak krtko. Cho Vendelin nie miaa wcale takiego
zamiaru, jej wargi same odnalazy fragment jego nagiej skry nad konierzykiem, a gdy
poczua ywe ciepo, jeszcze mocniej przytulia si do niego.
Mczynie dech zaparo w piersiach, przycign jej twarz do swojej i przez moment
wydawao si, e wszystko dookoa, powietrze, nawet czas, znieruchomiao. Potem puci j z
gonym jkiem i znikn w ciemnociach.
Vendelin zachwiaa si na nogach i musiaa oprze si o cian. Przez moment usta
obojga niemal si dotykay, a teraz cae wntrze Vendelin stao si niczym bolesna,
bezgraniczna pustka.
Wypucia powietrze z puc, jakby z piersi wydaro si jej westchnienie, i ruszya ku
wiatu.

ROZDZIA VII
Toke nie czeka w umwionym miejscu. Nie wrci z wyprawy do miasteczka.
Vendelin zdawaa sobie spraw, e jej szukaj, miaa tylko nadziej, e przeladowcy
przypuszczaj, i wci znajduje si w zamku. Z sercem bijcym ze strachu przed stranikami
i z lku o Tokego wyruszya, by go poszuka. Rozgniewao j postpowanie chopaka, czy nie
rozumia, jak bardzo j naraa?
Chwil pniej w niewielkim ciasnym zauku pochylaa si nad zmaltretowanym
ciaem przyjaciela. Jedna z kul zostaa zamana na p, druga leaa cinita daleko.
Toke podnis wzrok na jej zrozpaczon twarz.
- Vendelin... Nie patrz na mnie, co za wstyd!
- Ty nie masz si czego wstydzi! - zakaa. - Wstydzi powinni si oni!
Sowa te skierowaa ku grupce dwunasto - , czternastoletnich wyrostkw, stojcych
nieco dalej w uliczce i zanoszcych si miechem, a take do dwch starszych kobiet, ktre
przycupny na progu jednego z domw i spoglday na nich z pogard.
- A to dlaczego? - krzykna kobieta. - Nie mamy si czego wstydzi, nasze dzieci s
pikne i zgrabne!
- To z ca pewnoci nie wasza zasuga! - odpowiedziaa Vendelin. - Wam do
piknoci daleko!
Toke musia si umiechn, syszc jej gwatowne sowa, ale wargi mia opuchnite i
umiech sprawi mu bl.
- Jak si czujesz? - spytaa Vendelin. - Moesz wsta?
- Nie o wasnych siach - odpar, przybity, e ona jest wiadkiem jego upokorzenia.
Vendelin na wp olepiona zami przyniosa kule i pomoga Tokemu stan na nogi.
- Musimy std odej - powiedziaa cicho. - Tylko kawaek, potem przyprowadz dla
ciebie konia.
Nie odpowiedzia, by na to zbyt przygnbiony, pozwoli si tylko podpiera, dopki
nie dotarli w bezpieczne miejsce. Chopcy przez jaki czas szli za nimi, ale kiedy Vendelin
postraszya, e wezwie synw rycerza, uciekli gdzie pieprz ronie. Kobiety take prdko
zamkny si w swoich domach.
- Tutaj - owiadczya wreszcie Vendelin i pomoga Tokemu uoy si na trawie. Zaczekaj, niedugo wrc.
Odnalaza konia i poprowadzia go do przyjaciela. Teraz jednak wyranie ju syszaa,

e stranicy przeszukuj miasteczko. Na ulicach rozbrzmieway szybkie, cikie kroki.


Vendelin moga si schowa, ale co z koniem? Toke te nie mg zosta tam sam...
Prdko skierowaa nieduego gniadego konika w zauki, chcc przej niezauwaenie,
ale czy mona zmusi podkutego konia, by stpa bezgonie?
Niedaleko ju miaa do kryjwki Tokego, kiedy drog zagrodzili jej trzej stranicy.
- To ona! apa j!
Vendelin nie potrafia jedzi konno, a ju na pewno nie umiaa samodzielnie dosi
wierzchowca. Przez moment staa bezradnie, potem podniosa z ziemi kamie i rzucia go w
stron mczyzn. To jednak ich nie powstrzymao.
Nagle z bocznej ulicy usyszaa gos Tokego:
- Nie, nie, ja sobie poradz, pom raczej Vendelin! Musiaa natkn si na
stranikw!
W nastpnej chwili znajomy wielki kary ko wpad na ulic, a stranikw powaliy na
ziemi ciosy zadane pazem miecza. Brat Tokego zeskoczy z konia i rozwcieczony sykn
do Vendelin:
- Durnie! Mielicie si ukry!
- To moja wina, nie krzycz na ni! - zawoa Toke.
Wsplnymi siami wsadzili go na gniadego konia, potem Vendelin podaa mu resztki
kul. Toke nie mg si wyprostowa.
- Siadaj za nim! - nakaza Vendelin jego brat i podnis j do gry. - Jedcie skrajem
lasu, nie moecie duej zosta w miasteczku. Zatrzymam strae jak gupi gadk, uznaj to
z pewnoci za rzecz naturaln.
W jego gosie zabrzmiaa gorycz.
- Musisz zabra Tokego do domu i pielgnowa go jak umiesz najlepiej. By moe
przynajmniej jedno zadanie potrafisz wykona porzdnie - doda gniewnie.
- Dlaczego zocisz si na Vendelin? - spyta Toke. Mwienie przychodzio mu z
wyranym trudem. - Przecie ona nie zrobia ci nic zego!
- W tym swoim kurzym mdku ma tylko jedn myl - ostro odpar mu brat,
dosiadajc swego wierzchowca. - Chce zawrci mczyznom w gowie, zdoby ich jak
najwicej.
Powiedziawszy to, klepn ich konia po zadzie i wjecha do miasteczka. Vendelin
dugo spogldaa za jego ros postaci, ale on si nie odwrci.
Przez jaki czas jechali w milczeniu, starajc si pozosta jak najmniej widoczni, a
wreszcie dotarli do skraju wrzosowiska. Teraz ju mogli schowa si wrd gsto rosncych

drzew. Vendelin miaa kopoty z utrzymaniem si w siodle, bo Toke siedzia skulony, musiaa
te go podpiera, by nie spad z konia. Wreszcie jednak doszed do siebie na tyle, by siedzie
bez pomocy. Dziewczyna zeskoczya wtedy na ziemi i sza obok, podtrzymujc go tylko za
kolano.
- O czym mylisz? - spyta niemiao. - Jeste taka milczca.
Nie od razu odpowiedziaa.
- Uwaasz, e moja sabo jest kopotliwa? - zastanawia si gono. - W takim razie
mog ci tylko powiedzie, e ja sam jestem ni bardziej zaenowany.
Nigdy jeszcze w jego gosie nie rozbrzmiewaa taka samotno i rezygnacja. Vendelin
cisno si serce, ale odpowiedziaa spokojnie:
- Nie widz w tobie saboci. Jeli boisz si wspczucia, to musisz przesta tak
myle! Uwaam, e jeste godny podziwu.
Fukn tylko.
Vendelin nareszcie zdradzia, nad czym rozmylaa.
- Wiem, jak masz na imi.
Drgn.
- Czy kto...?
- Nie. Ale nie mam kurzego mdku, jak twierdzi twj brat.
Przez chwil milczaa, a potem oznajmia:
- Ty jeste Kol Mody.
Kolano, ktre podtrzymywaa, napryo si.
- Jak si tego dowiedziaa?
- Poskadaam jedno z drugim, a na koniec odkryam prawd. To przez Gorma. Mimo
wszystko istnieje midzy wami pewne podobiestwo. A twj brat... ktry przed chwil nam
pomg... To Varg Szalony, prawda?
Nareszcie mia jakie imi! Imi, ktre szeptem bdzie moga wymawia w
samotnoci, lec w ku i wpatrujc si w mrok nocy. Ach, c to za bezsensowne myli!
Przecie on zachowa si tak okropnie!
Varg...
Czy nie od zawsze wiedziaa, e takie wanie imi nosi?
Toke, czyli Kol, westchn.
- Tak, to on.
- A wic ci nie zabi - stwierdzia.
- Varg nigdy nie zrobi mi nic zego! To otr, ktry jest moim ojcem, uderzy mnie w

plecy pak. Gorm pomg mu wtrci Varga do wiey. Obaj sdzili, e nie yj.
- Kto wobec tego pomg ci dosta si do Lasu Mgie?
- Mogens suy wwczas jeszcze u mojego ojca. Zorientowa si, e koacze si we
mnie ycie, w tajemnicy wywiz mnie z zamku i ukry w bezpiecznym miejscu.
- A Varg? - spytaa pena wspczucia i lku.
Kol Mody wci mia trudnoci z mwieniem, przeszkadzay mu rozchwiane zby i
opuchnite wargi.
- Pamitam Varga, kiedy by dzieckiem, z jakim podziwem traktowa Gorma, uwaa
go za swego bohatera. Varg rzeczywicie ju jako dziecko by szalony, ale to byo tylko
mieszne, mia szczeglne poczucie humoru, lubi zaskakiwa, przychodziy mu do gowy
najniezwyklejsze pomysy. W miar jednak jak dorastalimy, w naszej rodzinie wszystko
zaczo si psu. Patrzylimy na okruciestwo naszego ojca, przede wszystkim wobec naszej
matki. Widzielimy te, e Gorm odziedziczy po nim t cech, ujawniaa si w coraz
wikszym stopniu. Przestalimy si rozumie. Mnie matka niebywale rozpieszczaa, co
bardzo ranio Varga. On by taki samotny! Ojciec i Gorm trzymali si razem, Varg zreszt
przesta ju traktowa Gorma jak swj idea. A potem, kiedy miaa miejsce ta straszna
historia, ojciec i Gorm dojrzeli w niej okazj do pozbycia si obu sabych braci.
- Jak dugo Varg siedzia w wiey?
- Pierwszy raz przez rok.
Przez cay rok! Odepchnity przez rodzin, napitnowany za morderstwo, ktrego nie
popeni!
- Pniej wielokrotnie wtrcano go do ciemnicy, kiedy grozi, e ujawni ca prawd,
lub gdy po prostu odpowiadao to ojcu. Teraz Varg pilnuje si, by nie da si sprowokowa,
bo w gr wchodz waniejsze sprawy. Kiedy Varg by na wolnoci, odwiedza mnie - nikt
oczywicie nie wiedzia, e uniknem mierci, inaczej prdko musiabym poegna si z
yciem - i zawsze przynosi co z zamku, dba, by lepiej mi si wiodo. Raz przyjecha w
rodku nocy z wozem penym mebli. Vendelin... - urwa nagle.
- Tak?
- Nie wspominaj panu Tygemu o tym ostatnim upokorzeniu!
- Ale czy on nie powinien si dowiedzie...?
- Nie! - unis si Kol. - Nie, och, nie!
- Jak chcesz - obiecaa, nieco zdziwiona.
Przystana nasuchujc. Powioda wzrokiem po wrzosowisku, na ktrym trawy
szumiay pod cikim od deszczu niebem, ale nie wydawao si, by kto podj pocig za

nimi.
Kol wrci do poprzedniego tematu rozmowy:
- Teraz wic moe rozumiesz, czemu Varg nie wierzy w dobro?
- W kadym razie rozumiem to lepiej, chocia nie uwaam, by twoja opowie
wyjaniaa tak wielk nienawi i wszystkie jego prostackie docinki.
- Dopiero w ostatnim roku tak si zmieni. Szkoda, e wanie ty staa si obiektem
jego gwatownych atakw. Nie zasuya sobie na to.
Vendelin nic nie odpowiedziaa.
- Czy to suszne pozwala twej matce wierzy, e Varg ci zabi?
- Jestemy do tego zmuszeni! Gdyby matka poznaa prawd, narobiaby strasznego
zamieszania. Wszystkie nasze plany wyszyby na jaw, w dodatku sama mogaby si narazi
na miertelne niebezpieczestwo. Mj ojciec nie jest do niej przywizany i nie zawahaby si
przed niczym, gdyby staa si zbyt kopotliwa. I, zdaniem Varga, atwiej jej znie myl, e
zabi mnie brat, ni gdyby mia to zrobi ojciec. - Machn rk niecierpliwie. - Matka jest
taka gupia! Varg pozostaje na zamku tylko i wycznie po to, by j wspiera i chroni, a ona
nawet nie chce go widzie!
Vendelin zacisna do na poprgu sioda. Stumia szloch i otara oczy po opoczy
Kola. Varg ukaza jej si teraz w nowym wietle. Zastanawiaa si te, czy Kol nie mgby
uczyni dla swej matki i brata czego wicej, ni tylko ukrywa si w tajemniczym lesie.
Mj brat zawsze by zajty sob i niezadowolony z ycia, powiedzia kiedy Varg, a j
szczerze oburzy taki brak zrozumienia dla kaleki. Teraz zacza si zastanawia...
Nie, nie ma racji! To Kol z nich dwch jest dobry. Varg to jego zy cie albo raczej
zy duch.
Obaj jednak s synami rycerza. To wiele zmieniao.
- Teraz, kiedy ju wiem, e nie jeste po prostu To - kem, powinnam moe mwi do
ciebie panie? - spytaa oniemielona.
- Nie, nie pozwol na to - rzek z umiechem. - To przecie byoby mieszne!
Nazywa panem kogo, na kogo wszyscy pluj?
Dzie nie by ciepy, Vendelin idc obok konia draa z zimna. Mawka przenikaa na
wskro sukni na ramionach, jej skraj moczy si od trawy.
- Syszaem o wybrykach Varga po tym, jak wypuszczono go z wiey - mwi Kol
zamylony. - O tym, jak wjecha kiedy do sali rycerskiej na swym ukochanym karym koniu,
jak do szalestwa drani Gorma, jak skaka z murw, ale zawsze wychodzi z tego cao... I
ten wyraz udrki na jego twarzy w ostatnim roku... Teraz jednak jest spokojny, to cisza przed

burz.
- Wasze plany... Na czym one waciwie polegaj, oprcz strcenia rycerza Gerharda?
- Nie mog ich zdradzi. Powiem ci tylko, e z pocztku bylimy tylko my dwaj, Varg
i ja, cakiem bezsilni, chyba to pojmujesz. Przez Mogensa dowiedzielimy si jednak, e pan
Tyge nienawidzi rycerza. Skontaktowalimy si z panem na Svanetofte, a potem przyczyli
si do nas inni. Gromada rosa jak lawina! Ale, Vendelin... Trzymaj si z dala od Varga!
Prosz ci o to dla twego wasnego dobra i dla jego. Unikaj go! Tak bardzo ci lubi, moja
droga, i widz, jak cierpisz.
Vendelin podniosa oczy na jego mi, otwart twarz i poczua, jak wielk darzy go
sympati, z kadym dniem wiksz. By moe kiedy...
Uwaaa jednak, e to straszne, i Kol i Varg chc si rozprawi ze swym ojcem i
bratem. A kto, wedug wieku, ma najwiksze prawo, by przej dziedzictwo? Varg Szalony!
On jest naznaczony.
Odsuna nieprzyjemne myli.
- Jestem przeraliwie godna - westchna.
- Ja take. Niedugo ju bdziemy w Lesie Mgie, ale musz przyzna, e okrna
droga skrajem wrzosowiska jest bezsensownie duga.
Te sowa wypowiedzia tak niewyranie, e Vendelin zdziwiona podniosa gow. W
ostatniej chwili zdoaa podtrzyma Kola przed upadkiem z konia. Wyprostowa si
zawstydzony i mogli podj mozoln wdrwk.
Vendelin marza, dokucza jej gd, bolay nogi. A serce ciska al pomieszany z
niepewnoci. Czua si naprawd okropnie.

ROZDZIA VIII
Gorm Zy powoli kroczy ku swemu ojcu. Rycerz Gerhard siedzia na wysokim
krzele, milczcy, ale niebezpieczny jak rozjuszony byk.
- Umkna - oznajmi Gorm. Spoglda na ojca oczyma bez wyrazu, ale tak naprawd
czujnie ledzi reakcje rycerza.
- Wiem o tym - warkn rycerz Gerhard. - Pidziesiciu ludzi na stray w zamku, a
jej udao si zbiec! Przeklta dziewucha, omielia si sprzeciwi mnie, mnie!
Ostatnie sowa odbiy si od cian zwielokrotnione echem.
Zoliwy umieszek wykrzywi nalan twarz Gorma.
- Jeli j zapi... Czy dostan j pniej?
Ojciec spojrza na drwico.
- Gorm Zy interesuje si chopskimi dziewkami? To dopiero nowina!
- Chc j zniszczy, podejrzewam bowiem, e ona wiele znaczy dla pewnej osoby.
- Co chcesz przez to powiedzie?
- Dla osoby, ktra pomoga jej w ucieczce.
- Tak - w zamyleniu powiedzia rycerz gosem penym nienawici. - Kto musia jej
pomc. Kto?
- Dostan j?
Rycerz Gerhard zastanawia si.
- Nie obchodzi mnie ta dziewczyna, chocia rzeczywicie jest adna. Nie mog
natomiast znie jej bezczelnoci i nieposuszestwa. Odnajd j, Gormie, a bdzie twoja.
Moesz ukara j, jak sam chcesz. Wiem, e potrafisz wymyli odpowiednie metody. Pokrci cik gow. - Ale kto jej pomg?
- Kto najlepiej zna zamek? Kto omieli ci si sprzeciwi, ojcze?
Rycerz poderwa si z krzesa.
- Varg Szalony? - wrzasn.
- Wtr go do wiey, ojcze - szepn Gorm. - Moe sta si niebezpieczny, kiedy w
gr wchodzi kobieta.
- Ten niepoprawny obuz! - grzmia rycerz Gerhard. - Gdzie on jest? Przyprowad go
do mnie! S jeszcze inne sposoby ni wiea!
- Nie przypuszczam, by znajdowa si na zamku. Jeli si nie myl, pewnie wanie
zmierza do Lasu Mgie.

Nieartykuowany dwik, w poowie wrzask, w poowie westchnienie, wyrwa si z


garda rycerza.
- Moi ludzie! - krzykn. - Zebra moj druyn! I twoj, Gorm. Wyrusz do Lasu
Mgie. Nadszed kres mojej cierpliwoci!

Vendelin i Kol dotarli wreszcie do licznego domku w lesie, pywi ze zmczenia.


Sztuka, jakiej dokonali, kiedy Kol mia zsi z konia, a Vendelin pomc mu w tym, nigdy
nie znalazaby uznania w oczach wymagajcego widza. Vendelin wyczogaa si spod ciaa
Kola z potarganymi wosami i uboconym ubraniem, a on udawa, e nie czuje gwatownych
boli, jakie wywoa upadek. Pozostawao im jedynie potraktowa ca scen z humorem.
- auj, e nie ma tu z nami Varga - wyrwao si dziewczynie. - Czuj si taka
bezradna!
- W swoim poczuciu bezradnoci nie jeste osamotniona - rzeki Kol zgnbiony tym, e
Vendelin bya wiadkiem jego upokorzenia.
- Poczujemy si lepiej, kiedy co zjemy - pocieszaa go Vendelin. - Zawsze si
zoszcz, kiedy jestem godna.
- Poza tym Varg obieca przyjecha najszybciej jak tylko bdzie mg - powiedzia
Kol, wspierajc si na dziewczynie i jednej nadajcej si do uytku kuli.
- Naprawd? - mrukna. Wszystko w niej burzyo si na t wie. Tak przyjemnie
byo im razem z Kolem, nie chciaa, by zy, nieopanowany Varg zakca im spokj.
- Tak, ostatnio godne uwagi stao si jego zainteresowanie moim losem - umiechn
si Kol bez radoci. - Nie podoba mi si prawdziwa przyczyna jego odwiedzin, moja droga,
dobrze o tym wiesz!
Vendelin oblaa si psem.
Kol z westchnieniem ulgi opad na ko, a ona zaja si pracami domowymi.
Najpierw rozpalia ogie na palenisku, eby przygrza jedzenie, a kiedy ju pon wesoo,
zaprowadzia konia do stajni i w popiechu przywizaa go w do dziwaczny sposb. Potem
nalaa wody do miski i zacza obmywa rany Kola.
Oczyszczenie twarzy przyszo jej bez trudu, cho Kol przez cay czas nie spuszcza z
niej zawstydzonego, niepewnego spojrzenia. Pniej jednak...
- Masz jeszcze jakie rany? - spytaa zakopotana.
- Nie, nie - odpar podejrzanie szybko.
Vendelin znalaza si w kopocie, z tej sytuacji nie potrafia wybrn.
- Powinnam chyba... - zacza niepewnie.

Rozwizanie przyszo samo, i to zupenie niespodziewane. Kol odruchowo dotkn


rk biodra i odkry, e po drodze musia gdzie zgubi sakiewk, w ktrej przechowywa
cay swj majtek.
- Chyba wiem, gdzie si to mogo sta - owiadczya Vendelin z wiksz ulg, ni
pragna mu okaza. - W tym miejscu, gdzie o may wos nie spade z konia. To niedaleko,
pobiegn tam i poszukam.
Zawoa za dziewczyn, eby uwaaa na siebie, ale ona ju zamykaa drzwi.
Ale z ciebie tchrz! ajaa si w duchu. Nie potrafia si jednak przemc, by rozebra
Kola, z jakiego powodu wydawao si jej to nieprzyzwoite. To dziwne, byli wszak dobrymi
przyjacimi i tylko przyjacimi, ale moe wanie dlatego nie umiaa sobie z tym poradzi?
Rzeczywicie na skraju lasu przy wrzosowisku odnalaza sakiewk. Zaraz ruszya w
powrotn drog.
Usyszawszy za plecami ttent cikiego konia od razu wiedziaa, kto go dosiada.
Serce zabio jej mocniej.
- Co tu robisz? - wykrzykn Varg i wstrzyma wierzchowca. Kropelki deszczu kady
si na jego wosach i paszczu mroczniejszym cieniem.
Vendelin zdyszana opowiedziaa mu ca histori, trzymajc sakiewk przed sob,
jakby bala si, e jej nie uwierzy.
- To nieodpowiedzialne ze strony mego brata! - mrukn.
W tej samej chwili Vendelin zacisna do na jego kolanie. Varg cofn si
natychmiast, lecz dziewczyna nie zwrcia na to uwagi. Wpatrywaa si w co daleko na
wrzosowisku.
- Co to takiego?
Varg zmruy oczy.
- Wyglda na orszak pogrzebowy, zmierzajcy do Svartmosse.
elazna obrcz zacisna si wok serca Vendelin, utrudniajc oddychanie.
- Babcia! - krzykna rozdzierajco. - Och, mj Boe, to babcia!
Varg zeskoczy z konia i kiedy ju miaa puci si biegiem przez wrzosowisko,
mocno j przytrzyma.
- Bd ostrona - przestrzeg.
- Musz przecie pobiec do babci! Odprowadzi j do grobu! - kaa zrozpaczona.
- Nie moesz tego zrobi. - Mocniej otoczy ramionami wyrywajc si dziewczyn. Na pewno jest tam twoja stryjna, zdradzi ci od razu, dobrze o tym wiesz.
Vendelin troch si uspokoia. Zamglonymi od ez oczyma patrzya na przesuwajcy

si powoli kondukt aobny, czarn kresk rysujcy si na tle nieba. Trumnie, z daleka
sprawiajcej wraenie malekiej, towarzyszyo niewielu ludzi.
Nie zorientowaa si, e Varg ju jej nie pospiesza, nie czua, e j obejmuje, nieco
zdumiony, jakby nie bardzo rozumia, czemu jej tak smutno. Vendelin cakiem o nim
zapomniaa, znalaza si we wasnym wiecie.
- Babciu! - zawoaa zrozpaczona.
Na krzyk dziewczyny Varg jakby si ockn.
- Nie ma czego aowa! - sykn. - To tylko stara baba.
Vendelin poczua, jak ogarnia j mroczne gorco, odwrcia si gwatownie, Varg
zdy dostrzec byskawice gniewu w jej oczach, a zaraz potem prosto na jego twarz spad
cios.
- Nigdy nikogo nie kochae, ty potworze bez serca? - zawoaa, a z oczu posypay si
jej skry. - Nie znasz sowa mio?
Mocno zapa j za nadgarstki.
- Skd mam zna co, czego nie ma?! - wrzasn. - Wiar w mio straciem jeszcze
bdc dzieckiem i nigdy pniej nie otrzymaem dowodu na to, e istnieje.
Vendelin wpatrywaa si w jego wykrzywion gorycz twarz. Owadna ni
agodno bliska czuoci. Jak moga go uderzy? Znaa wszak jego losy i z caego serca
pragna mu pomc! Poniewa bya osob impulsywn, zrobia pierwsz rzecz, jaka przysza
jej do gowy: uwolnia rk i czule pogadzia go po policzku.
Poczua ogarniajc j tkliwo, miaa wraenie, e rozwizuj si w niej jakie supy,
a dotyk jego skry sprawi, e ze wzruszenia gotowa bya rzuci mu si na szyj, gdyby tylko
jej na to pozwoli.
Tak si jednak nie stao. Varg poblad, jego oczy w kredowobiaej twarzy wyday si
cakiem czarne.
- Co ty robisz? - szepn ochryple, niemal oszalay z gniewu. - Policzek i czc si z
nim pogard znios, ledwie go poczuem. Ale to!
Vendelin, nic nie rozumiejc, patrzya na niego przeraona.
- Takie sztuczki na mnie nie dziaaj - cign sucho. - Nie mam zamiaru zosta
jednym z twoich wielu sug, jestem wolny i bd traktowa ci tak, jak podoba si mnie, nie
tobie!
Niemal miady rce Vendelin w elaznym ucisku. Dziewczyna jkna, zabrzmiao
to jak pisk szczenicia. Powoli zwolni chwyt.
- Nigdy wicej tego nie rb - zakoczy chodno. - A teraz wsiadaj na konia, oboje

jedziemy w t sam stron.


- O, nie, wielkie dziki, mam ju ciebie do! - prychna i skoczya na wsk ciek,
na ktrej ko nie mg si zmieci. Varg nie podj zreszt prby, by j goni, usyszaa
oddalajcy si ttent kopyt, brzmicy tak, jakby jedziec przekaza swj gniew zwierzciu.
Gboki al po stracie babki musia z wolna ustpi innym pogmatwanym uczuciom.
Vendelin zdecydowanym gestem otara ostatnie zy. Bya teraz dorosa i poradzi sobie sama.
No c...
Dobroduszna, agodna i dobra? Naprawd wyobraaa sobie, e potrafi taka by?
Kiedy biega przez las, ogarniaa j coraz wiksza wesoo, i gdy dotara do domu, caa zo
przesza jej jak zdmuchnita.
Varg ju tam by. Domyli si, czemu dziewczyna jest taka rozbawiona, i bez
powodzenia stara si ukry umiech. Ich spojrzenia si spotkay i w nagym przypywie
nieoczekiwanego zrozumienia oczy obojga rozbysy. Z przesadn galanteri otworzy przed
ni drzwi. Vendelin zadzierajc nos do gry przemkna obok niego, ale drenie ust
powiedziao mu, e to z jej strony tylko gra. W jej sercu zakiekowaa rado, lecz baa si w
ni uwierzy. Znaa Varga ju zbyt dobrze.
W izbie powiedziaa mu prdko:
- Dobrze, e przyszede. Twj brat ma kopoty z nogami, a ja... nie mog...
Varg bez sowa przeszed do mniejszej izdebki. Vendelin przygotowujc jedzenie
dobiegy strzpki rozmowy braci, przerywanej pluskaniem wody w misce.
Najpierw Varg wystpi z dug przemow o nieroztropnych modszych braciach,
ktrzy nie potrafi usiedzie w domu.
Kol spokojnie go wysucha.
- Co si tam teraz dzieje? - spyta, gdy starszy brat przesta go poucza.
- W caym Svartmosse wrze jak w kotle czarownicy, rycerz wpad we wcieko, nie
dlatego, e tak mu si spodobaa dziewczyna, lecz poniewa omielia si mu sprzeciwi i
udao jej si zbiec. Miaem te bardzo nieprzyjemne spotkanie z Gormem. Wyranie zacz
mnie podejrzewa. Kiedy jechaem przez most zwodzony, kto do mnie strzela, ale adna ze
strza nie trafia.
- Vendelin wie, kim jestemy, Varg.
Zapada cisza.
- Nie potrafie utrzyma jzyka za zbami?
- Sama to odgada. Nie wolno ci nie docenia tej dziewczyny.
miech Varga zabrzmia gorzko.

- Nie docenia? Nie docenia?


Vendelin zastanawiaa si, co moe mie na myli.
- Co ci mwia? - spyta Varg cicho.
W gosie Kola sycha byo lekk drwin.
- Chciaa wiedzie o wszystkim, co ma zwizek z tob.
Ale, Kol! Po co to mwisz? oburzya si w duchu.
W izdebce natomiast Varg poruszy si tak gwatownie, e Kol jkn.
- Nie powiedziae chyba nic o... o tym, co ma nastpi?
- Ani sowa - uspokoi go Kol.
Vendelin nie chciaa by mimowolnym wiadkiem ich rozmowy, wzia wic skopek
na mleko i zawoaa:
- Jedzenie nie jest jeszcze gotowe, moe pjd wic wydoi krow i obrzdzi
zwierzta przed noc?
- To bardzo mie z twojej strony - odpar Kol. - W ten sposb Vargowi si upiecze. Za
kadym razem, kiedy musi mi pomc w obrzdku, tyle si nasucham! Twierdzi, e to poniej
jego godnoci, i wygaduje podobne bzdury. W rzeczywistoci pomaga mi przede wszystkim
Beate, rzadko kiedy Varg.
Vendelin wyjtkowo bya skonna przyzna racj Vargowi. Bez wzgldu na to, jaki los
by mu pisany, to nie urodzi si do pracy w oborze, o, nie!
Nie zdya jednak wyj za drzwi, gdy ju zawrcia.
- Varg! Twj ko!
Poderwa si natychmiast.
- Co si stao?
- Jest ranny. Ma dug ran na pcinie.
Varg przekl brzydko.
- A wic ktra ze strza okazaa si celna. Czy Gorm nigdy nie zostawi moich
zwierzt w spokoju?
Min j i wypad przed dom.
- O co mu chodzio? - zdziwia si Vendelin.
Kol odpar:
- Gorm zawsze znajdowa wielk przyjemno w drczeniu jego ulubiecw. Nie mie
zaatakowa Varga, na to jest zbyt tchrzliwy. Ale cierpie za to musiao wszystko, co Varg
kocha, psy i konie.
- Jakie to ohydne! - oburzya si Vendelin. - Krzywdzi bezbronne stworzenia!

Wybiega do Varga, ktry z rozpacz na twarzy przyglda si dugiej ranie na nodze


konia.
- Nie jest chyba gboka - stwierdzia Vendelin. - Mam rodki na gojenie si ran, jeli
zgodzisz si, bym ich uya.
- Nie mieszaj si w to - rzek ostro. - Nie znasz si na koniach.
Tym razem jednak Vendelin nie miaa zamiaru si podda.
- Z dobrym skutkiem stosowaam moje zioa u krw, a midzy tymi zwierztami nie
ma chyba a tak wielkiej rnicy?
Odwrci si do niej plecami i niezgrabnie usiowa opatrzy ran, ale ko odsun si
sposzony.
- Przynie wic swj czarnoksiski wywar - powiedzia cierpko.
Vendelin ju wczeniej zauwaya nad rzek potrzebne zioa, pobiega tam co si w
nogach i za chwil ju bya z powrotem. Varg przemawia! do konia, starajc si uspokoi
zwierz, i podczas gdy mocno je trzyma, Vendelin przyoya zwilone listki do rany,
uwaajc, by dokadnie do niej przylegay. Musiaa robi to nadzwyczaj ostronie, sdzia
jednak, e wszystko bdzie dobrze, rana bowiem, cho mocno krwawia, okazaa si
waciwie draniciem.
Potem wzia skopek i bez sowa posza do obory.
Ledwie zdya wydoi, kiedy Varg przyszed za ni. Bez sowa zabra si za
czyszczenie i karmienie zwierzt.
- Nie moesz chyba... - zacza.
- Milcz!
Vendelin nie odezwaa si wicej. Taki jest wic jego sposb okazywania
wdzicznoci, pomylaa nie bez goryczy. Zdumiona stwierdzia, e Varg doskonale pasuje
do otoczenia i sytuacji, tak jakby nic innego w yciu nie robi, tylko zajmowa si obrzdkiem
w oborze. Zauwaya take co jeszcze, co w pewnym stopniu wyjaniao, jak to moliwe, by
rycerskiemu synowi odpowiadao takie pospolite zajcie: tkliwo i dobr rk do zwierzt.
Ostronie wchodzi do zagrody dla owiec, delikatnie odsuwa krowie pyski, by poda
zwierztom karm.
Teraz, kiedy byo ich dwoje, praca posuwaa si szybko. Wze na sznurze, ktrym
uwizaa konia, wzbudzi zdziwienie Varga i Vendelin ze wstydem musiaa przyzna, e to jej
dzieo. Jego pogardliwe parsknicie powiedziao wicej ni ewentualny komentarz.
Rozelona jak zawsze, kiedy bya godna, Vendelin powiedziaa, e wprost nie moe
si ju doczeka, kiedy wrc do Kola. On zawsze jest taki przyjazny i yczliwy...

- Tak, ty pewnie tak uwaasz - burkn.


- Rzeczywicie tak jest - odpara ciepo. - Im lepiej go poznaj, tym bardziej si do
niego przywizuj. Waciwie jestecie zupenie do siebie niepodobni. Komu takiemu jak
Kol mogabym...
Widy do siana ze wistem przeciy powietrze i wbiy si w cian tu przy
dziewczynie. Jeszcze przez dug chwil ich drenie nie ustawao.
Vendelin pobielaa na twarzy.
- Czy ty kompletnie oszala? - jkna.
- Nie wiesz o tym? Nazywaj mnie przecie Varg Szalony, prawda?
- Moge mnie zabi!
- I co z tego? Niewielka strata!
- Dla mnie wielka. Chciaabym jeszcze posmakowa ycia.
- Wida do ju sprbowaa - odburkn i ruszy do wyjcia. - A zreszt... Uwaasz,
e nie potrafi celnie rzuca widami? Gdybym chcia ci zabi, ju byaby martwa.
Z tymi sowami wyszed z obory.

ROZDZIA IX
Varg sta przy swoim koniu, Vendelin mina go i wesza do domu. Nawet na ni nie
spojrza.
W kuchni zatrzymaa si przy palenisku, czujc, e cae ciao jej dry. Nie zdoaa
nawet utrzyma pokrywki kocioka, wypada jej z rk z gonym brzkiem.
- Co si stao, Vendelin? - zdziwi si agodnie Kol.
- Nic - mrukna.
- Przecie widz. Czy Varg znw co nabroi?
- Omal mnie nie zabi. Tylko dlatego, e powiedziaam, i gotowa jestem wykonywa
za ciebie ca prac, by uatwi ci ycie.
Gos Varga z metaliczn ostroci rozleg si tu za jej plecami.
- Kamiesz! Wcale nie tak mwia! Powiedziaa: Komu takiemu jak Kol
mogabym... mogabym...
Umilk zmieszany.
Vendelin zwrcia na niego rozpomienione oczy.
- No wanie, co dalej? Tylko tyle zdyam wymwi. Reszt dopowiedziae sobie
sam!
Varg zacisn usta i przeszed do izdebki Kola, ale Vendelin dojrzaa w jego oczach
ulg, a moe wrcz rado?
- Posiek ju gotowy - oznajmia. - Kol powinien chyba zje w ku?
- Nie, ja...
- Le spokojnie! - surowo upomnia go Varg. - Moesz wej, Vendelin, wszystko tu
wyglda przyzwoicie, tak zreszt byo przez cay czas, panno zarozumialska!
Tym razem w jego gosie brzmiao rozbawienie.
Ze spuszczonym wzrokiem wniosa parujcy kocioek, do ktrego na cze Varga
wrzucia ukradkiem kilka kawaeczkw misa, i postawia go na krzele przy ku Kola.
Potem przyniosa trzy drewniane yki.
- Ale, drogie dziecko, w jakim prymitywie dorastaa? - zakpi Varg. - Zaczekaj,
pjd po talerze...
Vendelin zawstydzia si. Bya godna i zmczona. Z caych si musiaa si
powstrzymywa, by nie wybuchn paczem. Nie patrzc Vargowi w oczy wzia z jego rk
drewniany talerz.

- W kadym razie nale ci si podzikowania za to, e przyniosa yk take i dla


mnie - rozemia si. - Dobrze bdzie co przegry.
Usadowi si w nogach ka Kola, plecami opierajc si o cian. Vendelin
naoywszy braciom kalarep z misem przycupna na brzeku krzesa.
Przez chwil jedli w milczeniu, wszyscy troje bardzo godni.
- Opowiedz o swoim yciu, Vendelin - poprosi Varg.
- Mieszkaa z babci na skraju wrzosowiska. A twoi rodzice?
- Zmarli na zaraz dawno temu. Nie pamitam ich.
- A rodzestwo?
- Nie mam rodzestwa.
- Z kim wic si bawia?
- Nie potrzebowaam towarzyszy zabaw - odpara oniemielona. - Budowaam tamy na
strumieniu i zaoyam maleki ogrdek z dzikimi kwiatkami, zawsze znalazam sobie jakie
zajcie. Babcia duo wiedziaa, uczya mnie wszystkiego o przyrodzie, leczenia chorb
zioami, oszczdnego gotowania i robienia zapasw... Tak bardzo chciaabym wrci do babci
- zakoczya z alem.
Bracia wymienili spojrzenia. Cho Vendelin nie powiedziaa tego wprost, pojli
bezmiar samotnoci w jej yciu.
- Babcia nie yje - powiedzia Varg. - A kiedy dorosa?
Podniosa wzrok na niego.
- To co?
- Spotykaa chyba inne dziewczta - i z naciskiem doda: - i chopcw?
Rozemiaa si cichutko.
- Nie, bye pierwszym modym mczyzn, jakiego ujrzaam.
Varg poderwa si gwatownie i wyszed do kuchni. Vendelin usyszaa, e ze zoci
kopn wiadro; z brzkiem potoczyo si po pododze. Sta przez chwil w milczeniu, w
kocu wrci do sypialni Kola.
Dziwnie zduszonym gosem zwrci si do brata:
- Wiedziae o tym, e jest taka samotna i niedowiadczona?
- Troch mi opowiadaa.
- I nic mi nie mwie? - wybuchn. - Sdziem, e jest wyrachowana jak wszystkie
kobiety, a nawet gorsza od innych! Nie rozumiesz, jak krzywd mogem jej wyrzdzi?
Mogem j zniszczy!
- Ale tak si nie stao - cicho rzeka Vendelin.

W jego oczach gorza pomie. Vendelin nie wiedziaa, co Varg ma zamiar


powiedzie, ale na wszelki wypadek uprzedzia go pytaniem:
- Bdziesz jeszcze jad?
Prozaiczne sowa pomogy mu odzyska panowanie nad sob.
- Nie, dzikuj.
Wyprostowa si, a na twarzy odmalowa mu si wyraz zdziwienia.
- Wiecie, ten posiek nad podziw dobrze mi zrobi! Pierwszy raz od niepamitnych
czasw nie odczuwam po jedzeniu adnych blw, tylko syto i zadowolenie.
Vendelin i Kol popatrzyli po sobie.
- Blw? - powtrzya niepewnie dziewczyna.
- Tak, nieznonych blw, ktre szarpi na strzpy take moj dusz i rozum.
Przyjrzeli mu si uwanie i oboje dostrzegli niezwyky spokj na jego zawsze
udrczonej twarzy.
- Ale, Vargu... - zacza Vendelin.
Nigdy jeszcze nie zwrcia si do po imieniu, mczyzna popatrzy na ni wzrokiem,
z ktrego trudno byo co wyczyta. Zanim jednak ktrekolwiek z nich zdyo doda co
wicej, z zewntrz dobiego ich woanie. Varg zerwa si, by otworzy drzwi.
W zapadajcym zmierzchu ujrzeli kilku mczyzn.
- Przybywaj! - oznajmi jeden z nich podniecony. - Podobno rycerz Gerhard i Gorm
Zy zebrali wielk druyn i przygotowuj si do przeprawy przez wrzosowisko.
Varg poblad.
- Ach, tak - szepn. - A wic nadszed ju czas.
Vendelin wyczua, e te sowa dotycz czego wicej ni tylko rozprawy midzy
ludmi rycerza i buntownikami. Ktry z przybyych owiadczy:
- Nie moemy broni obu domw w lesie. Pan Tyge prosi wic, aby panna Vendelin
przeniosa si do domu Tokego...
- Nie - zaprotestowaa Vendelin. - Nie chc.
Varg pokrci gow.
- Czy musisz si sprzeciwia absolutnie wszystkiemu? Mj brat ci nie tknie, wiem o
tym.
- Moesz mi zaufa - doda Kol ze swego ka.
Propozycja naprawd jej si nie podobaa, wysuna wic ostatni argument:
- Nie mog przecie zostawi kota samego!
- Da sobie rad.

- Nie! - niespodziewanie sprzeciwia si Vendelin. - Toke! - zawoaa, w obecnoci


obcych posugujc si jego przybranym imieniem. - Czy kot moe zamieszka w twojej
oborze?
- Oczywicie, przynie go.
Varg z uporem w oczach owiadczy:
- Zostaniesz tutaj!
Wysa po kota jednego z mczyzn.
- Ale on nie zdoa go tu przenie! Mam koszyk...
- Przesta ju ple bzdury! - sykn Varg przez zby, wida cierpliwo nie bya
najwiksz z jego zalet. - Chod ze mn, gupia gsko, zatroszczymy si o bezpieczestwo
zwierzt.
Na to Vendelin przystaa od razu.
- Zachowanie twojego brata trudno nazwa dwornym, praca w oborze w niczym wic
nie przyniesie mu ujmy - powiedziaa do Kola, kierujc si ku drzwiom.
Kol umiechn si do niej z ka:
- Jeste taka liczna, kiedy si miejesz, Vendelin. Tak nieodparcie pocigajca. A ty
tak nie uwaasz, Varg?
Tamten mrukn co niewyranie.
- Pewnie jego zdaniem gsi powinny zachowywa powag - zakpia Vendelin i
wysza.
Varg obserwowa j z ukosa. W czerwonej powiacie zachodzcego soca jego twarz
przybraa wyraz jeszcze wikszej dzikoci i napicia. Teraz jednak dziewczyna dostrzega na
niej take lady wypisane przez tragedi.
- Kulejesz? - zauway, gdy weszli do mrocznej obory.
- Nic mi nie jest - odpara, apic si za kolano. - Uderzyam si, kiedy pomagaam
Kolowi zsiada z konia. .
- Poka mi!
- O, nie, mwiam przecie, e nic mi nie jest!
- Nie bd gupia! - krzykn i brutalnie posadzi j na przegrodzie. Przytrzymujc
Vendelin jedn rk, drug podcign jej sukienk do gry. Dziewczyna krzykna
przestraszona, prbujc si wyrwa.
- Czerwone i napuchnite - oznajmi niewzruszenie. - Ale zadrapania nie wida.
Pewnie skoczy si na siniaku.
Nie spieszy si z opuszczeniem sukni. Powoli przesun rk po nagim kolanie

dziewczyny; jego do bya gorca i silna. Vendelin pozwolia mu na to, bo ten dotyk
obezwadnia jej wol, niemal oszaamia.
Varg nie by zdolny do normalnych, ludzkich uczu. Okazywa wobec niej lodowat
wrogo albo te przeraajc zmysowo. Nie mia w sobie serdecznoci Kola i nie
sprawiaa mu radoci ani zwyka rozmowa, ani wiadomo wizw czcych go z drugim
czowiekiem.
Vendelin jednak zaakceptowaa go takim, jakim by, poniewa porusza w niej inn
strun, wanie zmysowo. W tym oboje wykazywali zadziwiajce podobiestwo.
W jaki dziwny sposb przeczuwaa, e jest to co, co czy tylko ich, kiedy s razem.
Wiedziaa, e przy innych mczyznach nie miaaby takich dozna. Ani te on z innymi
kobietami. To naleao tylko do nich!
Jak jednak warto miaa powierzchowna sia przycigania? adn, absolutnie adn!
Vendelin staraa si myle trzewo, lecz nie moga si skupi. Tumione podniecenie,
jakie zawsze j ogarniao w obecnoci Varga, zdawao si teraz wrcz bolenie silne. Patrzya
na jego brunatn do, odcinajc si od bieli jej kolana.
Przysiad obok niej na przegrodzie... Powoli odwraca ku niej twarz, w lnicych w
pmroku oczach dostrzega bezczelno.
- Nie boisz si? - szepn.
- Nie - odpara na wp przytomnie. - Wiem, e nie wyrzdzisz mi krzywdy.
Poderwa si, zagniewany.
- Pozwalasz mi posun si tak daleko i ufasz, e zdoam si wycofa, nawet gdy tobie
wci bdzie si podobaa taka zabawa? A jeli mi si to nie uda, ca win obciysz wanie
mnie, prawda?
Vendelin take wstaa, wzburzona i zawstydzona. On przecie mia racj.
- Wybacz mi - szepna. - Jestem taka bezmylna.
Varg nieoczekiwanie zmieni front.
- Jeste niedowiadczona i to przemawia na twoj korzy. Nie wolno ci za to
obwinia.
No prosz! C za wielkoduszno z jego strony! Vendelin zacisna usta, czujc
narastajcy gniew, ale nagy umiech Varga uczyni go w jednej chwili zaskakujco ludzkim i
uagodzi jej wzburzenie.
- Wyraz twojej twarzy mwi sam za siebie - stwierdzi. - Nie, nie musisz za nic
dzikowa.
Czyby umia czyta w mylach? Wanie o to miaa zamiar zapyta. Umiechna si,

rozluniona.
Okazao si jednak, e on naprawd jest nieobliczalny. W jednej chwili, nie wiadomo
dlaczego, zachmurzy si jak niebo przed burz.
- Przesta!
- O co ci chodzi?
- Nie umiechaj si do mnie! Syszaa, co powiedzia mj brat.
Co takiego mwi Kol? e jest nieodparcie pocigajca, kiedy si mieje? Bzdury!
Varg ju odwrci si od niej, dobrze, bo nie widzia pomieni w jej oczach.
Przyby czowiek z kotem. Vendelin uoya zwierztko na sianie, prbujc mu
wyjani, e przez ca noc musi tu zosta. Varg zasaniajc wszystkie otwory okienne
przysuchiwa si jej paplaniu, ktre niespodziewanie go rozbawio. Kiedy znw zostali sami,
Vendelin pomoga Vargowi zamkn na skobel drzwi obrki. Przez cay czas niezwyke
napicie nie opuszczao jej ciaa, krcio jej si w gowie, jakby ogarniaa j sabo. Dbaa o
to, by zanadto si do niego nie zbliy, kadym nerwem jednak wyczuwaa jego obecno.
Varg si nie odzywa, sprawia wraenie przygnbionego i troch zdenerwowanego, Vendelin
wyranie dostrzegaa osobliwe napicie w jego ruchach.
Mogli wreszcie wrci do domu.
- Posuchaj - Vendelin staraa si nada swemu gosowi obojtny ton. - Kilka razy
widziaam, jak Kol wraca z lasu, z grki. Co on tam robi?
- Nie wyzna ci tego? Sdziem, e zwierzacie si sobie ze wszystkiego.
Niezwyka nuta w jego gosie zdziwia dziewczyn.
- Wcale tak nie jest.
- A wic sama sprbuj si dowiedzie. Moesz kiedy wybra si na przechadzk jego
wydeptan ciek - skrzywi si pogardliwie. - Kol zawsze by marzycielem. Ucieka od
rzeczywistoci.
- A ty nie?
- Nie - odpar opryskliwie. - Nigdy nie miaem takiej moliwoci.
Upewniwszy si, czy bratu i Vendelin niczego nie brakuje, Varg wycign pociel z
piknie rzebionej skrzyni i przygotowa na niej posanie dla dziewczyny. Vendelin
obserwowaa jego ruchy, nie bdc w stanie nic zrobi sama. W domku zapanowaa pena
napicia atmosfera jak przed burz. Wszystko wydawao si takie niezwyke, i w jej duszy, i
w domu. Mrok, jaki ogarn chatk, kiedy Varg zamkn okiennice w obu izdebkach i w spiarce, jego nastrj, przywodzcy na myl dzie sdu ostatecznego, las okalajcy dom...
Wreszcie odezwa si do niej, poprosi, by nie zapalaa wiecy. Szykowa si do

odejcia.
Mia i w zimn ciemno, na spotkanie z niebezpieczestwem... A oni zostan w
cieple, w domu, gdzie nic im nie grozi!
Deszcz, samotno, wrogowie. By naznaczony, tak mwiono. Jaki gos podpowiada!
jej, e Varg Szalony nie moe spodziewa si wsparcia ze strony innych. Czekaa go samotna,
gorzka walka.
Vendelin pobiega za nim do drzwi.
- Varg! Tak bardzo ci prosz... zosta tutaj!
Zmarszczy brwi.
- Nie, musicie radzi sobie sami!
- Nie chc, eby si naraa. Tutaj jest bezpiecznie, dlatego chciaabym, eby i ty tu
zosta!
- Bezpiecznie? - powtrzy cierpko. - Dla mnie nie ma miejsca, w ktrym mgbym
poczu si bezpieczny. Zamknij dobrze drzwi za mn!
Wyszed.
Vendelin pobiega za nim.
- Varg! - zawoaa zrozpaczona.
Dosiad ju konia.
- Wracaj do rodka, gupia gsko! I zajmij si moim bratem, na pewno sobie z tym
poradzisz!
Jak zwykle w jego sowach daa si sysze zoliwa drwina, jakby najbardziej
zaleao mu na tym, by j zrani.
- Boj si o ciebie!
Donie na cuglach zacisny si z caej siy. A potem wybuchn miechem, lecz
cakiem pozbawionym radoci.
- Ju od jutra nie bdziesz musiaa si o mnie martwi, przyrzekam! Ju nigdy, nigdy
wicej!
Vendelin staa przed domem, dopki nie ucich ttent kopyt. Serce przeszywa jej
dojmujcy strach. Nastrj majcego nastpi dnia sdu udzieli si take i jej.

ROZDZIA X
Tej nocy ani Vendelin, ani Kol Mody nie mogli zasn. Leeli, starajc si wyowi
odgosy walki, ale chyba nigdy jeszcze w Lesie Mgie nie panowaa taka miertelna cisza.
Nawet nocne ptaki nie omielay si odezwa. W dodatku Vendelin nie opuszcza niepokj,
tsknota drczya jej rozpalone ciao. Wyobraaa sobie brunatn do na swoim kolanie,
czua, jak delikatnie pieci jej skr. Zwidyway jej si te jego oczy, byszczce w pmroku,
i bezczelny umiech na ustach... Na ustach, ktre zawsze przycigay jej wzrok, wbrew jej
woli.
Najbardziej podoba si Vendelin w owych nielicznych momentach, kiedy sdzi, e
nie jest obserwowany. Jego twarz stawaa si wwczas jakby naga; zmczona, przepojona
smutkiem i nagle postarzaa. Nie pozostawa w niej nawet cie arogancji, bezczelnoci czy
gniewu, jedynie samotno. W Vendelin wzbieraa wtedy znienawidzona przez niego czuo,
tak silna, e musiaa jak najprdzej odej, by przypadkiem tego nie dostrzeg.
Leniwym ruchem przekrcia si na brzuch i palcami pogadzia poduszk. To Varg j
dla niej wyj, dotyka materiau. Cieszya si, e nie ma go tu z nimi, Kol nie oddziaywa w
ten sposb na jej emocje.
W kocu cisza niczym duszca kodra stumia myli Vendelin. Dziewczyna wstaa i
usiada przy stole.
Zaraz te usyszaa, e Kol wychodzi ze swojej izdebki. Ciko wspiera si na
oparciach krzese i na stole.
- Ty take nie moesz zasn? - spyta niemiao i siad naprzeciwko Vendelin.
- Niestety.
Vendelin uchylia okiennice maego okienka, do rodka zacza si sczy szarawa
powiata.
- Tego nie wolno robi! - szepn przeraony Kol. - Varg mwi przecie...
- Potrzebuj powietrza! - prawie krzykna Vendelin. - Nie obchodzi mnie, co mwi
Varg.
Kol by wprawdzie zaskoczony jej wybuchem, ale twarz mu zagodniaa.
- Nie uwaasz, e dzi wieczorem by miy? - spytaa cicho po chwili.
- Dlatego, e nazwa ci gsi? - zaartowa Kol. - Wiem, wiem, co masz na myli.
Dostrzegem w nim co z tego Varga, ktrego znaem w dziecistwie. Dopiero w ostatnich
latach zmieni si w bry lodu, przesycon nienawici i dz zemsty.

Vendelin wyranie czekaa na jego dalsze sowa, podj wic:


- Przestraszya mnie ta dzisiejsza zmiana w jego zachowaniu. Wszystko przecie
zbudowane zostao wok niego, zosta wyznaczony, nie wolno mu si teraz wycofa.
Znw to samo: wyznaczony!
Vendelin w zamyleniu popatrzya na Kola, ledwie widocznego po drugiej stronie
stou. I jego, i Varga ciko dotkn los, osobowo kadego z nich rozwina si jednak
inaczej, w rny sposb okazywali swoj bezsilno. Nietrudno byo o sympati dla Kola
Modego, natomiast dla jego brata...
- Sporo si nad tym zastanawiaam. Czy bd miaa racj, jeli powiem, e Varg zosta
wyznaczony, aby... aby zabi waszego ojca?
Kol waha si z odpowiedzi. Atmosfera w izdebce stawaa si coraz bardziej duszna,
mrok zdawa si mie gsto ziemi.
- Rzeczywicie masz racj. My pozostali zajmiemy si najpierw stra przyboczn
rycerza, nikt z nas jednak nie dostanie si do zamku. A rycerz Gerhard musi zgin, inaczej
na wyspie nigdy nie zapanuje spokj.
Ojcobjstwo! C za ohyda! Vendelin walczya z mdociami.
- Ale czy pniej nie rozpocznie si walka o wadz? Midzy Gormem, Vargiem i
tob?
- Varg jest z niej wyczony. Nie ma prawa ani do tytuu, ani do zamku.
- Dlatego, e jest szalony?
- Nie. jest tylko przyrodnim bratem. Jedynie Gorm i ja jestemy naprawd
rodzestwem.
- redni syn przyrodnim bratem? Nie rozumiem...
Kol skrzywi si.
- Jeden z przyjaci ojca pijany zabka si do komnaty mej matki. Taka jest wersja
oficjalna. Prawd natomiast jest raczej, e nie by wcale tak pijany, a matka wykorzystaa
okazj, by zemci si za liczne podejrzane sprawki swego ma. W kadym razie Varg nie
jest synem rycerza Gerharda, to pewne. Ojciec bowiem w tym czasie by na subie u krla.
Vendelin oniemiaa. ycie na zamku przypominao bagno bez dna. Wszdzie jedynie
zgnilizna. Teraz jednak miejsce Varga w rodzinie objawio si jej w cakiem nowy sposb,
Vendelin lepiej te moga zrozumie brak mioci, z jakim cigle si styka.
- Czy Varg o tym wie?
- Oczywicie! Rycerz nigdy nie przepuci okazji, by przypomnie mu, e jest
bkartem.

- I co on na to?
- Varg? Troch si z tego cieszy, naturalnie! A jednoczenie, przypuszczam, bardzo go
to rani.
No tak, to zrozumiae.
- Nie pojmuj Varga - stwierdzi Kol. - Tyle dla mnie zrobi, a ledwie moe na mnie
patrze. Jakby jego dusz zawadn demon.
Tak, pomylaa Vendelin. Tak wanie jest. Bawi si mn, pozwalajc mi radowa si
wizi, jaka si midzy nami zawizuje, by zaraz kilkoma brutalnymi, morderczymi sowami
na powrt strci mnie w otcha samotnoci...
Znw przypomniay jej si wypowiedziane szeptem sowa: Pom mi, Vendelin!
W jaki sposb moe co dla niego zrobi? Przecie on nie chce, eby mu pomagano!
Odetchna gboko.
- Co macie zamiar pocz z Gormem? Czy on przejmie zamek?
- Z ca pewnoci nie - cierpko odpar Kol. - Na wicej pyta nie odpowiem.
- Zobacz, wiato poranka zaczyna ju do nas zaglda. Coraz wyraniej widz twoje
pikne rysy.
Kolowi dech zaparo w piersiach.
- Uwaasz, e mam pikne rysy? Naprawd tak mylisz?
- Oczywicie, e tak! Chyba ju o tym wiesz!
Kol ukry twarz w doniach.
- Vendelin, prosiem, eby nie mwia mi takich rzeczy! Niemdre myli przychodz
mi wtedy do gowy. Boj si ich.
Na to Vendelin nie miaa odpowiedzi.
- Pjd si pooy - mrukna. - Dobranoc! A moe powinnam raczej powiedzie
dzie dobry?

Tego dnia nic si nie wydarzyo. Vendelin i Kol wykorzystali swoje tymczasowe
zamknicie na wiczenia w czytaniu i pisaniu. Pomimo wewntrznego napicia doskonale si
bawili w swoim towarzystwie i coraz bardziej si do siebie zbliali. Vendelin wyrazia si
nawet: Mam wraenie, Kolu, jakbym znaa ci od wielu lat! On umiechn si i chocia
by dorosy, poczerwienia!
Vendelin jednak przez cay czas miaa wiadomo, e Kol to syn rycerza, ona
natomiast jest prost dziewczyn. Nawet przez myl jej nie przeszo, e ich przyja
kiedykolwiek mogaby przeobrazi si w co wicej. Dane jej byo spdzi z nim kilka dni,

wspiera go, tak jak i on by jej pociech w samotnoci. Nie omieszkaa mu o tym
powiedzie, rozjani si wtedy, uradowany i dumny. Kol Mody nieczsto mia mono
przyda si drugiej osobie.
W cigu dnia starali si jak najwicej spa, wiele bowiem mieli pod tym wzgldem
zalegoci, nie wiedzieli te, jaki bieg przybior sprawy. Poza tym Kolowi po upadku z konia
dokuczay silne ble i najchtniej lea, podczas gdy Vendelin zajmowaa si codziennymi
obowizkami.
O zmierzchu odwiedzi ich pan Tyge. Od razu dostrzegli, e co bardzo go niepokoi.
- Widzielicie Varga? - spyta bez wstpw.
- Nie - odpara zdziwiona Vendelin. - Nie byo go od wczorajszego wieczoru. Co si
stao?
Na twarzy pana Tygego zna byo napicie.
- Co poszo nie po naszej myli - oznajmi. - Rzeczywicie noc na wrzosowisku
pojawi si oddzia, lecz zanim dotar do lasu, zawrci. Jakby na czyj rozkaz. A Varg
znikn.
- Znikn? - Vendelin poczua ukucie w sercu.
- Co mwi nasi ludzie na zamku? - spyta Kol. Na jego wyrazistej twarzy take
odmalowa si niepokj.
- W kadym razie nie wtrcono go do wiey, tyle wiemy na pewno. Ale wrci na
zamek wczoraj pnym wieczorem i nikt nie widzia, by go opuszcza.
- Varg chadza wasnymi ciekami - szepna Vendelin.
- Wiemy o tym, teraz jednak jest inaczej. Varg moe by w swojej komnacie, ale
aden z naszych ludzi nie ma wstpu do tej czci zamku. Dlaczego jednak miaby tam
pozostawa?
- Moliwe, e nie moe wyj - dosza do wniosku Vendelin, coraz bardziej
zgnbiona.
Varg, nie znajcy mioci...
Nagle si oywia.
- Czy pani Ingeborg nie moe czego zrobi? C z niej za bezwolna kuka, e
pozwala traktowa swoich synw w taki sposb?
- Vendelin! - ostro przywoa j do porzdku Kol. - Nie mieszaj w to matki!
- atwo tak mwi tobie, ktrego obdarzya swoj mioci! - wybuchna Vendelin. Ale Varg... Co z nim? Czy kogokolwiek obchodzio, co si z nim dzieje?
- Matka sdzi, wiesz przecie, e to on mnie zabi. Miaaby go za to kocha?

- A ty pozwalasz, by tak mylaa! Ach, tak bardzo si przejmujecie, tob, Kol, twoj
matk, nawet rycerzem i tym obrzydliwym Gormem. A kogo obchodzi Varg? Kogo?
Zasonia twarz domi i wybuchna paczem.
W izdebce zapada cisza. Wreszcie pan Tyge rzek krtko:
- Varg nie yczy sobie, by ktokolwiek si nim przejmowa, Vendelin. Ale wiele jest
racji w twoich sowach.
- I wiecie, prawda, godzicie si z tym, e on pniej odbierze sobie ycie?
Wreszcie zostao gono powiedziane to, czego przez cay czas si obawiaa, a czego
w aden sposb nie chciaa przyj do wiadomoci.
- To jego sprawa, jego sumienie - stwierdzi pan Tyge.
- A co innego mu pozostaje? Czy mgby y dalej z takim obcieniem?
Vendelin patrzya na mczyzn z rozpacz. Oni nie chcieli zrozumie!
Otara zy.
- Pjd do zamku i odszukam go.
- Oszalaa? Nie wolno ci tego robi.
- Tak, panie Tyge, zrobi to.
- Varg sam da sobie rad. Zawsze sobie radzi.
- Owszem, poniewa nikt nigdy nie stan u jego boku!
- Ale, Vendelin! - oburzy si Kol. - Mona by przypuszcza, e zakochaa si w
tym szalecu!
- Wcale nie! - zaprotestowaa dziko, miaa ochot skoczy mu do oczu. - To nie jest
moliwe. Uwaam jednak, e bardzo niesprawiedliwe...
- Bez wtpienia - zgodzi si z ni pan Tyge. - Ale bez wzgldu na to, jakie kroki
podejmiesz, nie id na zamek! A przynajmniej zaczekaj do jutra, on na pewno wrci.
Vendelin nie odpowiedziaa. Ju uoya plan. Owszem, gotowa bya przysta na
wstrzymanie si z jego realizacj do nastpnego dnia, ale jeli nazajutrz Varg si nie pojawi,
ona pjdzie do zamku!
Boe, dobry Boe, spraw, aby wrci! modlia si. Tak bardzo si boj zamczyska!
Tej nocy przyszo jej jednak myle o czym innym, bo nasiliy si dolegliwoci Kola.
- Przy deszczowej pogodzie dokucza mi reumatyzm w nogach - jcza Kol, krcc si
w ku. - A napad i upadek z konia jeszcze to pogorszyy. Zwykle pij zioa, ktre agodz
bl, ale ich zapas niedawno si wyczerpa.
Rzeczywicie potrafi by marudny, jakby spady na wszystkie nieszczcia wiata.
- Jakie to zioa?

- Chyba bobrek trj listkowy i kozek.


- Tak, to dobre zioa, ale nie mam ich w swoich zbiorach. Wiesz, gdzie rosn?
- Nie moesz przecie wyj teraz, w rodku nocy.
- Jeli chodzi o ciebie, gotowa jestem na wszystko - umiechna si.
Kol drgn.
- Vendelin, nie wolno ci tak mwi! Nie wolno!
- Dlaczego? Tak bardzo ci lubi!
- Nie, Vendelin, nie pozwl mi wierzy w co... co pniej zmieni si w
rozczarowanie.
Popatrzya na jego udrczon twarz, tak podobn do twarzy Varga, lecz bez tej siy i
wyrazistoci co oblicze brata. Kol by po prostu pikny i... aosny. Wiedziona odruchem
wycigna rk i agodnym gestem odgarna mu wosy z czoa. Wyczua pot, pokrywajcy
skr, i zrozumiaa, e Kol, skarc si, nie przesadza.
Teraz patrzy na ni oczami byszczcymi gorczk.
- Vendelin! - szepn. - Ostatnio robia tak moja matka, kiedy jeszcze byem
dzieckiem!
A ja nigdy nie obdarzyam nikogo pieszczot, pomylaa. Prbowaam z Vargiem, ale
le si to wtedy skoczyo.
- Dlaczego si umiechasz? - zdziwi si Kol.
- Nic takiego. Ale jak chcesz, nie bd wicej wygadywa niemdrych rzeczy. Gdzie
rosn te zioa?
- Kozek znajdziesz wszdzie, ale bobrek ronie tylko koo wzgrza.
- Jakiego wzgrza?
- Tego z otarzem ofiarnym na bagnach!
Vendelin poczua nagle, e dojmujce zimno przenika jej ciao. Okropne uczucie, e
grozi im co zego, nie opuszczao jej przez cay czas, a teraz jeszcze si wzmogo.
- Chyba zaczekam - mrukna - a wstanie wit.
- Tak, tak bdzie lepiej.
Podnoszc si, rzeka zatroskana:
- Gdybym tylko wiedziaa, co si dzieje z Vargiem!
Kol zapa j za rk i przytrzyma.
- Czy zawsze musisz mwi o Vargu? To rani. Ale te i jestem do tego
przyzwyczajony.
- e ludzie mwi o Vargu?

- Nie, do tego, e nikt nie dba o mnie.


- Ale, Kol! - uniosa si Vendelin. - Dopiero co zabronie mi o tym mwi, a teraz
mnie do tego zmuszasz. Dobrze wiesz, e mnie obchodzisz, a za bardzo!
Mocno cisn jej rk.
- Naprawd?
W tym momencie Vendelin miaa ju serdecznie do jego rozterek.
- Tak. Szkoda, e nie syszae moich rozmw z Vargiem! Zawsze podkrelam, jaki
jeste dobry i wyrozumiay, twierdz, e te cechy s o wiele wicej warte ni jego... ni jego...
Urwaa, zaczerwieniona.
Kol jednak niczego nie zauway. Rozemia si cicho, a w tym miechu
pobrzmiewaa nutka triumfu.
- Nie powinna mu tego mwi, bo pniej to skrupi si na mnie. Ale dobrze mu
zrobi, jak wreszcie si dowie prawdy!
Vendelin ostronie cofna do.
- No c - powiedziaa z wahaniem. - Nie jestem tego taka pewna. Varg za kadym
razem ma ochot sprawi mi anie. Ale teraz musz ju si pooy.
- Vendelin, zaczekaj! - Unis si i opar na okciu. Zaraz jednak znw ukry twarz w
poduszce. - Nie, nic takiego - wymamrota niewyranie.
Vendelin umiechna si, poczua si w jednej chwili dorosa. Spojrzaa na czarne
wosy Kola, odcinajce si od poduszki, i cicho westchna. Przeczucie sdnego dnia,
wraenie ciszy przed burz wci jej nie opuszczao. Dotkna ciemnych kdziorw chopaka,
delikatnie pogadzia go po karku.
Tego jednak nie powinna bya robi. Kol obrci si gwatownie i w nastpnej chwili
wtuli si w jej ramiona, szepczc gorczkowo w jej szyj:
- Vendelin, jestem taki samotny, tak strasznie samotny! Nikt si mn nie przejmuje,
nigdzie nie mog i, spotka si z tym, z kim bym chcia, nikt nie darzy sympati takiego
kaleki jak ja.
Nie bagaj mnie o lito, pomylaa. I bez tego jest mi ci strasznie al!
Gadzia go i szeptaa sowa pociechy; co innego moga zrobi? Tylko w jej duszy
narasta strach przed czym nieuchronnym. Kol niczego nie przeczuwa, naleao go chroni
przed zem.
- Przecie ja ci lubi, i Varg, i pan Tyge, twoja matka...
- Ona nawet nie wie, e yj!
Nie dawa si pocieszy. Vendelin zrozumiaa, e rozpacz musiaa trawi go ju od

dawna, a Vargowi nie mg si zwierzy. Przyja wic na siebie rol pocieszycielki.


W kocu Kol zdoa odzyska rwnowag. Vendelin uoya jego gow na poduszce i
po raz ostatni ucisna go za rk.
- Dobranoc, przyjacielu - szepna i wrcia do ka.
Niestety, ble w niesprawnych nogach Kola staway si coraz dotkliwsze. Zduszony
jk chopaka rozdziera Vendelin serce.
- Id - postanowia wreszcie, a on tym razem nie protestowa.
Na dworze nieco si rozjanio. Przez pokryw chmur przedziera si saby blask
ksiyca. Vendelin zatrzymaa si pod drzwiami domku, przymkna oczy i gboko
wcigna w puca rzekie nocne powietrze. Poczua si niezwykle swobodna. Opucia swe
wizienie, wyrwaa si z zagszczonej atmosfery, jaka powstaje, kiedy dwoje niezbyt dobrze
znajcych si ludzi musi przebywa razem w niewielkim pomieszczeniu. Teraz znw
naprawd moga by sob i ta wiadomo przyniosa jej wielk ulg.
Pomkna ciek. Nagle podskoczya ze strachu - tu przed ni wychyna z zaroli
jaka posta. Napita kusza kierowaa si w serce dziewczyny.
- To tylko ja - wyjkaa przeraona. - Vendelin.
Kusz opuszczono.
- Co tutaj robisz, panienko? - spyta obcy.
Wyjania, e musi zdoby zioa.
Mczyzna zawaha si.
- Czy to naprawd niezbdne?
- On bardzo cierpi, nie mam si, by duej sucha jego jkw.
- Spotkasz w lesie wielu ludzi, niektrzy mog si pospieszy z wypuszczeniem
strzay. Zaczekaj, we ten kawaek biaego materiau. Machaj nim, a nic zego ci nie spotka.
Vendelin podzikowaa i ruszya dalej, energicznie wymachujc bia chust. Bardzo
nie chciaa zosta trafiona przez zbkan strza.
Domylaa si, e w jej pobliu od czasu do czasu pojawiaj si ludzie, lecz nikogo
wicej ju nie zobaczya. Pomimo mroku dostrzega wysokie odygi kozka i wyrwaa kilka
rolin z korzeniami.
Gdy dotara do brodu prowadzcego ku wzgrzu ofiarnemu, wszystko wok
wydawao si opustoszae, jakby bya w lesie zupenie sama. Wkroczya na wit ziemi,
tylko mieszkacy chat i szaasw penili tu stra. Wspinajc si na wzniesienie po drugiej
stronie rzeki czua uderzenia wasnego serca. Krew pulsowaa jej w yach. Staraa si i jak
najciszej, jakby nie chciaa nikomu przeszkadza.

A oto i kurhan grobowy. W sabym wietle nocy kamienie zdaway si


granatowoczarne. I znw Vendelin ogarn osobliwy lk przed czym, co jest jej z gry
przeznaczone.
To miejsce jest ze, pomylaa. Zdarzyy si tu okropne rzeczy, a by moe zdarz si
znw. Ju niedugo.
Nie, nie wolno mi by przesdn! To kopiec grobowy, a nie miejsce skadania ofiar.
Wcale jednak nie bya tego taka pewna.
Chyba znajd zioa przy bagnisku. Bobrek ronie w wilgotnych miejscach. Nie musz
i na sam szczyt.
Ale przy moczarach nie znalaza krzaczkw bobrka. Powolnym krokiem ruszya pod
gr. Kurhan zdawa si wznosi nad ni niczym przesaniajca wszystko cieniem groba.
Nerwowo rozgldaa si po trawie w poszukiwaniu drobnych, niepozornych rolinek. A jeli
Kol si myli? Jeli w ogle tutaj nie rosn? Trudno jej te dojrze, w nocy wszystkie roliny
maj taki sam kolor. Moga je ju min...
Podnisszy wzrok drgna gwatownie, bo zobaczya, e znalaza si ju tak blisko
kamiennego kopca, e moga dotkn go rk. Od kamieni cigno dojmujcym chodem.
Blada twarz ksiyca wychylia si spoza welonu chmur. Teraz te Vendelin ujrzaa
malekie krzewinki bobrka. Uklka i zacza zrywa rolinki, poganiana bezimiennym
strachem przed tym miejscem.
Od kamieni oderwa si jaki cie. Vendelin prdko podniosa wzrok. Sta nad ni
czowiek spowity w opocz. By tak ogromny, e zasania ksiyc.

ROZDZIA XI
Vendelin jkna i byskawicznie poderwaa si na rwne nogi. Zioa wetkna do
kieszeni sukni.
- Ojojoj! - agodnie powiedzia mczyzna. - Nasza maa panieneczka tutaj? To
niedobrze!
- Chciaam tylko... zebra troch zi... dla Tokego. Mcz go straszne ble.
- A teraz wpada w szpony najwyszego kapana - sykn mczyzna do ucha
dziewczyny.
Przeraona postpia o krok w ty. On jednak natychmiast j zapa i zakry jej usta
doni.
- Nie krzycz! Czyby nie zdawaa sobie sprawy, co to za miejsce? Nie wiesz, e tu,
na tej paskiej pce, w pogaskich czasach skadano w ofierze dziewice?
Vendelin wyrwaa si z ucisku.
- W Danii? - spytaa drcym gosem. - Wcale w to nie wierz!
- A ja to wiem. Bo najwyszy kapan zosta potpiony na wieki i jego duch tu
powraca, niewidzialny dla wikszoci ludzi. Natomiast jeli do otarza zbliy si dziewica, on
wraca do ycia. Tak jak teraz. Spjrz na te rdzawe plamy na kamieniu. To krew!
Vendelin odruchowo zerkna w d. Nareszcie jednak zdoaa zapanowa nad
oszalaymi mylami i odkrya co, co powinna bya zauway ju dawno temu: w gosie
mczyzny pobrzmiewa kpiarski ton.
- Kamiesz, panie! - wybuchna. - Wcale nie jeste...
- Pst - szepn, na powrt zasaniajc rk jej usta. - Oczywicie, e jestem kapanem.
A zanim dziewic zoono w ofierze, witym prawem kapana byo wtajemniczy j w...
Vendelin gono wcigna powietrze w puca i ugryza kapana w rk.
Zachichota. W blasku ksiyca dziewczyna zobaczya, e jest to potny, silny mczyzna w
rednim wieka A kiedy kaptur zsun mu si z gowy, w jego twarzy odkrya pewne
podobiestwo do rycerza Gerharda.
- Musz ju i - owiadczya zdecydowanie.
- A to dlaczego? Pomys jest dobry, nieprawda? Czy nie byby to prosty sposb na
uniknicie lepkich rk rycerza Gerharda?
- Co masz na myli, panie?
- Naprawd sdzisz, maa, e rycerz Gerhard interesuje si pann, ktra przestanie ju

by dziewic?
Vendelin tumic pacz prbowaa si wyrwa.
- No dobrze, dobrze - mia si obcy mczyzna. - Chciaem ci tylko troch
postraszy. Nie mam zamiaru tkn panienki, o, nie, zbyt wielu wysokich panw j chroni. A
teraz bierz swoje zioa i zmykaj!
Klepn j lekko w poladek i popchn.
Vendelin pognaa na olep w d zbocza i dalej przez mostek. Za plecami syszaa
szyderczy rechot nieznajomego.
W lesie byo ciemno. Bose stopy ostronie przemierzay niewidoczne cieki, opotaa
biaa chusta. Myli wiroway Vendelin w gowie. Podobiestwo tego czowieka do rycerza
Gerharda przyprawio j o prawdziwy wstrzs. Zrozumiaa, co waciwie j czeka, gdyby
wpada w rce ludzi rycerza.
Stary, obleny rycerz Gerhard i jego syn Gorm, rwnie odraajcy! Wci czua w
talii dotyk rk kapana i potrafia sobie wyobrazi, jak natrtne mogy by donie pana na
zamku.
Jkna, zabrzmiao to jak szloch.
Wreszcie dotara do domu i drcymi rkami otworzya drzwi.
- Masz je? - spyta Kol z ka.
- Tak - staraa si, by jej gos brzmia jak najspokojniej. - Zaraz ci naparz.
- Wstaj. Tak mnie boli, e nie mog ulee.
Z wysikiem przeszed do kuchni. Vendelin ze zdenerwowania prawie nic nie
widziaa, przygotowujc mu zioa i stawiajc je na stole. Zaraz potem pooya si na swym
posaniu na skrzyni.
- Nic nie mwisz - zauway Kol, popijajc napar.
- Myl - odpara, wpatrujc si w sufit nic nie widzcymi oczyma.
Kol umilk, nie chcia jej przeszkadza. Jego zdziwiony wzrok jednak stale wraca do
dziewczyny, jakby pon z ciekawoci, co te zajmuje jej myli.
- Bl w nogach ustpuje - zacz ostronie.
Potga wiary, pomylaa Vendelin, i natychmiast zapomniaa o jego dolegliwociach.
W domu byo tak cicho, e syszeli zwierzta poruszajce si w oborze i cichy szum,
rzeki albo drzew. A moe pada deszcz? Nie wiedzieli, yli w zamknitym wiecie.
W kocu Kol nie mg ju duej znie milczenia. Cichym, przepraszajcym gosem
spyta:
- Mylisz o Vargu?

Vendelin ockna si z zamylenia i popatrzya na niego.


- O Vargu? Nie. Mylaam o sobie.
- To do ciebie niepodobne - stwierdzi Kol. - Naleysz do tego rodzaju ludzi, ktrzy
zawsze myl o innych. Czy mog jako ci pomc?
Cie umiechu przemkn po twarzy Vendelin, ale nie byo w nim wesooci.
- Moe i tak! Kol, czy to prawda, e rycerza nie interesuj adne inne kobiety poza
dziewicami?
- Prawda! Moe kiedy, ale teraz na pewno nie. Prawdopodobnie kobiety nie obchodz
go ju w ogle, ta sprawa z dziewicami to raczej kwestia prestiu. Vendelin, tak bardzo si
wstydz, e on jest moim ojcem!
Vendelin przygryza warg.
- Mylisz, e ty i ja ujdziemy z yciem z tej walki?
Mwili jakby kade o swoich sprawach. Vendelin wyjtkowo nie suchaa swojego
rozmwcy, zajta przede wszystkim wasnymi kopotami.
- Mam tak nadziej! - odpar Kol. - Ale rycerzowi towarzyszy wielu dobrze
uzbrojonych mczyzn. My mamy kiepsk bro, poza tym nasi ludzie przewanie nie potrafi
walczy. I najgorsze: Varg znikn!
- Nawet jeli pokonamy rycerza, to pozostanie Gorm. - Vendelin zadraa. - A on jest
jeszcze straszniejszy, jeli to w ogle moliwe. Znajduje rado w drczeniu innych, prawda?
- Niestety, tak.
Z piersi dziewczyny wyrwa si szloch bezsilnoci. Potem dugo nic nie mwia.
- Kol... - szepna wreszcie cicho. - Zrobisz to dla mnie?
- Co takiego?
- Chc, aby rycerz i jego syn przestali si mn interesowa.
Milczenie zapado na tak dugo, e w kocu Vendelin musiaa si upewni, czy Kol
wci z ni jest.
- Ja... chyba le ci zrozumiaem - wyjka.
- Na pewno nie! Kol, nie mog znie myli o rycerzu Gerhardzie ani o Gormie Zym.
Byli tacy straszni, ohydni, mdoci ogarniaj mnie na samo wspomnienie. Ty jeste dobry i
troskliwy, nie ma w tobie nawet ladu okruciestwa, chci drwiny czy arogancji, w tobie nie
ma za...
Na moment myli jej poszyboway dalej, w oczach pojawi si wyraz blu. Wreszcie
podja:
- Poza tym jestemy przyjacimi, rozumiemy si. Wiesz, jakie to dla mnie trudne,

prawda?
Vendelin nie zauwaya, kiedy Kol przesiad si bliej. W sabym wietle wpadajcym
przez okienko jego agodnie spogldajce oczy zabysy.
- Mnie prosisz o co takiego? - szepn wzruszony. - Mnie, odepchnitego, ktrego
spotykaj tylko razy i pogardliwe sowa? Czyby ci na mnie zaleao?
Vendelin przekna lin. Bya rwnie zakopotana i zawstydzona jak on. Delikatnie
pogadzia go po policzku.
- Zrobisz to dla mnie?
- Vendelin, to nie w porzdku wobec ciebie. Nie chc ci skrzywdzi.
- Lepiej, eby zrobi to rycerz? Albo Gorm Zy? Kol, tak si ich boj. Do szalestwa
si boj, e mieliby mnie dotkn!
- Moe jednak my wygramy!
- Wierzysz w to?
- Nie - przyzna cicho. - Teraz, kiedy Varg znikn, nie wierz. Moe nas zdradzi, a
moe go zabili!
Vendelin nie potrafia nazwa odczu, jakie wywoay w niej te sowa. Z powag
popatrzya na Kola.
- Nie znasz moich najskrytszych pragnie - powiedzia nieszczliwy. - Nic nie wiesz
o moich marzeniach, o prnych nadziejach.
Ale wiem, naiwnie pomylaa Vendelin. Wiem, e nisz o podniesieniu si, o
powrocie na zamek.
- Twoja proba jednak dodaa mi odwagi - wyzna, prostujc si z dum. - Jeli ty,
taka dobra i pikna, chcesz mnie, moe i kto inny potrafi mnie zaakceptowa.
Vendelin nie bardzo rozumiaa, do czego zmierza, nigdy bowiem nie posza
wydeptan przez niego ciek i nie wiedziaa, dokd ona prowadzi. Szukaa tylko w jego
oczach znaku, e zgodzi si speni jej prob. On jednak zapatrzy si w wiato, proba
dziewczyny uszczliwia go, ale adnej odpowiedzi jej nie da.
Kobieca intuicja podpowiedziaa Vendelin, e co tu jest nie tak. W jednej chwili
zrozumiaa, jak bardzo si poniya.
- Zapomnij o wszystkim! - powiedziaa prdko, odwracajc gow. - Nie mylaam tak
naprawd. Id si pooy.
Blask w oczach Kola zgas.
- Nie mylaa tak?
- No tak, nie, nie wiem - jkna, kulc si w sobie i zasaniajc domi twarz. -

Dobranoc!
- Ale Vendelin! - zawoa drcym gosem. - artowaa sobie ze mnie?
Odpowiedziaa ze zwyk sobie arliwoci:
- Nie, mwiam szczerze! Ale nie mam zamiaru ebra o twoj pomoc!
Nareszcie Kol zrozumia, jak bardzo czuje si upokorzona i jak mao rycerskie byo
jego zachowanie.
- Vendelin... kochana - szepn. - Nie odpdzaj mnie teraz! Bardzo ci pragn, tylko
tak trudno mi w to wszystko uwierzy! Nie rozumiesz, jakie to uczucie dla mnie, Tokego,
kuternogi, w gowie mi si mci, jakbym si upi. I boj si!
Popatrzya na zdumiona.
- Boisz si?
- Nie naleysz do ludzi, ktrzy robi tajemnic ze swoich opinii. A ja jestem
przeraajco niedowiadczony!
Vendelin rozemiaa si zawstydzona.
- A ja? Nie wiem nawet dobrze, jak si to robi!
Zapado kopotliwe milczenie. To naprawd bdzie trudne, poja Vendelin. Okropnie
trudne.
Wydawao jej si, e w oddechu Kola syszy uderzenia jego serca, szybkie,
wystraszone, pene wyczekiwania. Przez dug chwil siedzia, tylko na ni patrzc, a potem
koniuszkami palcw delikatnie musn jej policzek. Gdy w odpowiedzi umiechna si
leciutko, mielej pogadzi j po wosach. Ostronie si pochyli.
Vendelin z wahaniem obja go za szyj. Teraz i jej serce zaczo bi mocniej. Kol
zorientowa si, e dziewczyna go nie odpycha, i lekko, niczym municie skrzyde motyla,
dotkn wargami jej ust.
Vendelin czekaa z przymknitymi oczyma, nie chciaa na niego patrze. Jeszcze raz
poczua jego usta na swoich, tym razem mocniej, bardziej przekonujco. A wic tak wyglda
pocaunek, pomylaa, nie czujc nic poza alem.
Kol niezgrabnie przesun do po jej piersi i dalej na plecy, przygarn j do siebie.
Ach, nie, to nie powinno tak wyglda, jkna Vendelin w duchu. Moje ciao jest jak
martwe! Znalazam si bliej Kola ni kiedykolwiek Varga, a czuj tylko niech! Mj Boe,
co ja zrobiam?
- Vendelin? - zdziwi si Kol. - Ty plczesz?
- Czy to takie dziwne? - szepna zduszonym gosem. - Czy wszystkie dziewczta nie
rozpaczaj nad odchodzcym dziecistwem?

- Kochana, nie pacz, tak mi przykro!


- To nie ma nic wsplnego z tob! - zakaa. - Dobrze wiesz, jak bardzo ci lubi.
Tylko e... - Wzia si w gar. - Rozumiem teraz, e do tego potrzeba czego wicej ni
przyjani. Tak wiele moemy w sobie zniszczy, Kol!
- Chyba tak - przyzna. - Ja take zamierzaem dochowa czystoci do... - Urwa,
zatopi si w mylach. - Ale to by tylko sen. Vendelin, moja kochana, oboje jestemy
odepchnici, czy nie uwaasz, e mimo wszystko uda nam si odnale drog do siebie? Czy
czuo nie jest najwaniejsza? A jej obojgu nam nie brakuje.
Vendelin pokiwaa gow.
- Ja take sdziam, e czuo jest najistotniejsza. Ale ona nie wystarczy, Kol! Nie
wystarczy!
Wybuchna niepohamowanym paczem, Kol gestem pociechy otoczy j ramionami.
Nie dane mu byo pozna przyczyny jej ez.
- Na pewno pokonamy rycerza! - zaszlochaa, prbujc podnie si na duchu. - Na
pewno wygramy, wierzysz w to?

ROZDZIA XII
Kol, obudziwszy si nazajutrz, ujrza Vendelin siedzc przy stole, ubran i gotow do
wyjcia.
- Jak mog si skontaktowa z Beate, on Mogensa?
- Z Beate? A czego od niej potrzebujesz?
- To nie bya odpowied, tylko pytanie. Chciaabym z ni porozmawia.
- Beate... Nie wiem, gdzie jej szuka. Ach - rozjani si. - Przecie dwa razy w
tygodniu przychodzi mi pomaga. Powinna zjawi si dzisiaj.
- O ile nie wie, e tu mieszkam, i nie uwaa, e masz ju wystarczajc pomoc.
- No c, moe i tak.
Mijajc dziewczyn pogadzi j po policzku i przytuli jej gow do swoich bioder.
Vendelin odpowiedziaa mu serdecznym uciskiem doni.
- Vendelin, jak dobrze, e tu jeste. Wszdzie jest tak czysto, pysznie gotujesz i
wszystko wydaje si atwiejsze. Czy nie moesz zosta tu na zawsze?
- Jako kto? - rozemiaa si cierpko. - Jako pokojwka?
- Czy tytu jest taki istotny?
Tego dnia w twarzy Kola pojawio si co nowego, przybraa bardziej promienny
wyraz. Jakby odzyska pewno siebie? Vendelin poczua si nagle niepotrzebna.
Beate jednak przysza. Vendelin, wyprowadziwszy j przed dom, odbya z ni cich,
rozgorczkowan rozmow.
- W jaki sposb dostan si na zamek?
- Na zamek? Cakiem oszalaa, dziewczyno?
Czy wszyscy musz odpowiada jej pytaniami?
- Pjd tam! Nie chc tylko, eby zobaczy mnie rycerz albo Gorm Zy. Czy nie ma
innej moliwoci, by pomwi z pani Ingeborg?
Zatroskana Beate dugo si zastanawiaa.
Re, pnce si po wizaniach muru, zwiesiy cikie od deszczu pki, niebo,
wprawdzie wysokie, przybrao barw stali, a woda w rzece staa si brudnoszara. Deszcz
ustpi, pozostawiajc przyrod pogron w melancholii.
- Owszem, przychodzi mi do gowy pewien pomys - owiadczya w kocu Beate. Ale bardzo ryzykowny. I o czym chcesz rozmawia z t gupi gsi? Mylisz o Vargu?
Vendelin oblaa si szkaratem i to wystarczyo Beate za odpowied.

- Pan Tyge wspomina o twoich szalonych planach. Zdajesz sobie spraw, na co si


porywasz?
- Wiem jedynie, e wszyscy wykazuj przeraajc obojtno, jeli chodzi o Varga.
ona zarzdcy, poruszona niezomnym uporem dziewczyny, wreszcie skina gow.
- Nie spodziewaj si adnego wsparcia ze strony pani Ingeborg - ostrzega - po tym,
jak traktowaa go, gdy by dzieckiem! wiata nie widziaa poza Kolem, a przyjemno
sprawiao jej obserwowanie rozgniewanego Varga. Mwia, e jest taki sodki, gdy si zoci.
Vendelin poczua, e krew odpywa jej z twarzy.
- Obserwowaa go rozgniewanego? Jak to?
- Skadaa mu obietnice. Podawaa akocie, by w ostatniej chwili zmieni zdanie i da
je Kolowi. A potem miaa si do ez z gniewu i bezsilnoci Varga.
- Ale:., to mogo by niebezpieczne! - wykrzykna Vendelin.
- Oczywicie! I wszyscy widzielimy, do czego to doprowadzio w przypadku Varga.
Vendelin miaa wraenie, e ziemia usuwa jej si spod stp.
- Musia nienawidzi Kola! Mg go zabi!
- Tak si jednak nie stao. W dodatku pozosta na zamku, aby chroni sw matk przed
rycerzem. Pani Ingeborg nie jest waciwie zym czowiekiem, tylko gupim, bardzo gupim.
- Rzeczywicie, potrafi to sobie wyobrazi! - mrukna wzburzona Vendelin.
Przypomniaa sobie, co Kol Mody powiedzia przed kilkoma dniami: Tak, o dziwo,
on jest moim przyjacielem...
Nieszczsny Varg! Tak niesprawiedliwie osdzany, nawet przez ni sam!
- Jak dostan si na zamek? - powtrzya Vendelin z uporem.
- Nie wiemy nawet, czy on tam przebywa! Varg Szalony jest kompletnie
nieobliczalny. Mg wyruszy na dwr krlewski albo zapomnie o wszystkim, lub te uknu
plan zemsty, cakiem odmienny od naszego...
- Jak dostan si na zamek?
- Nie podoba mi si to - westchna Beate. Na jej okrgej jak jabuszko twarzy
odmalowa si niepokj. - Ale znam pewn kobiet, ktra dostarcza pani Ingeborg koronki.
Jest stara, porusza si z trudem i boi si pj na zamek..
- Rozumiem - powiedziaa Vendelin.

Nie miaa konia, dlatego dotarcie do miasteczka Svartmosse zabrao jej nieco czasu.
Zmitrya go jeszcze wicej u koronczarki, do zamku dosza dopiero pnym popoudniem.
Z gow starannie omotan chustk, tak aby nie rozpoznali jej stranicy, udao si jej wej do

pani Ingeborg.
Tak wic wygldaa matka braci! Vendelin, wypakowujc koronki, przygldaa si jej
ukradkiem.
Pani Ingeborg w modoci olniewaa zapewne piknoci, wci jeszcze, pomimo
zgorzknienia, dao si zauway lady jej dawnej urody. Obdarzona bya niezwykle ciemn
karnacj, ktr odziedziczyli po niej wszyscy trzej synowie, zwaszcza jednak dwaj modsi.
Gorm jako jedyny wrodzi si w rycerza. Natomiast oczy drapienego zwierzcia Varg musia
odziedziczy po swym nieznanym ojca.
W komnacie bya jeszcze jedna osoba, podstarzaa kobieta o przebiegych oczach,
ktr nazywano Katink. Vendelin napotkaa jej taksujce spojrzenie...
Pani Ingeborg spodobay si koronki i askawie daa temu wyraz, wyjaniajc
jednoczenie, e zapat przele nastpnego dnia.
Vendelin gboko wcigna powietrze w puca.
- Przybywam te w innej sprawie. Przynosz wiadomo, ktr mam przekaza pani
synowi, Vargowi. Osobicie.
W oczach pani Ingeborg pojawi si bysk niepewnoci, a Katinka wyranie nastawia
ucha. W komnacie wyczuwao si tumione napicie.
- Mog mu j przekaza - owiadczya pani na zamku.
- Osobicie - powtrzya Vendelin, nie miaa zamiaru tak atwo si poddawa.
Pada ostra odpowied:
- To niemoliwe! On jest... w tej chwili nieosigalny.
- Poinformowano mnie, e przebywa na zamku - skamaa bez zmruenia oka
Vendelin.
Pani Ingeborg zawahaa si.
- By moe - rzeka wolno. - Mj syn jednak nie moe nikogo przyj. Jest chory.
A wic jednak by tutaj! Na sam myl serce Vendelin zabio mocniej. Dziewczyna
prdko zrozumiaa, e z pani Ingeborg do niczego nie dojdzie. Poszukaa wzroku Katinki,
lecz spojrzenie pokojwki pozostao niezgbione.
- Przykro to sysze - powiedziaa na pozr beztrosko. - Wielu ludzi spoza zamku
szczerze kocha pani syna Varga za jego gorce serce.
- Za gorce serce? - zawoaa pani Ingebrog. - Varga Szalonego? - wybuchna
miechem.
- Naprawd - z przekonaniem w gosie owiadczya Vendelin. - Wszyscy wiedz, e
pozostaje na zamku, aby wspiera pani, pani Ingeborg, cho bezustannie styka si z

przeladowaniem.
- Ja nigdy... - Twarz pani zmrozi chd. - Ten czowiek jest chory na umyle! Zabi
mego ukochanego syna!
Do tego wanie zmierzaa Vendelin.
- Rzeczywicie mg zabi brata, prowokowany do tego jako dziecko. Wszystko, co
go cieszyo, odbierano mu i oddawano modszemu bratu. A jednak go nie umierci!
Twarz pani Ingeborg poszarzaa.
- Ta audiencja trwa ju zbyt dugo. Prosz wyj!
- Naprawd mylisz, pani, e Varg zabi Kola Modego? - cigna Vendelin uparcie,
chocia kolana uginay si pod ni ze strachu. - I to pak, zawieszon u pasa ojca?
Tak naprawd Vendelin nic na ten temat nie wiedziaa, ale kiedy poprzednio bya na
zamku, zauwaya, e druynnicy rycerza nosz u pasa wanie specjalne paki. Postanowia
wic zaryzykowa.
- Katinko, sprowad strae!
Vendelin zakrciy si zy w oczach. Nie moga wyjawi, e Kol yje, ta kobieta
bowiem nie miaa do rozumu, by spokojnie przyj podobn wie. Wszystkie plany mogy
spali na panewce. Ale Varga naleao ratowa!
- Syn pani jest chory na umyle, temu nie bd zaprzecza - powiedziaa. - Ale w gbi
duszy to dobry czowiek. I cierpi nieludzko...
- Moja panno! - wtrcia Katinka. - Pjdziesz teraz ze mn. Doprawdy, nie mona si
w ten sposb zachowywa przy pani Ingeborg!
Uja Vendelin pod rami i poprowadzia do drzwi. Pani na zamku zostaa sama w
swej piknej komnacie, ustami apic powietrze, jak gdyby chciaa co jeszcze powiedzie,
lecz nie moga. Vendelin nagle zrobio jej si al. Wrd tego zbytku sprawiaa wraenie
samotnej i opuszczonej.
W korytarzu Katinka szepna:
- Jeste szalona, dziewczyno, cakiem postradaa rozum. Powiedz mi, twoja uroda jest
doprawdy niezwyka, a nigdy dotd ci nie widziaam. Czy przypadkiem nie jeste t, ktr
zw dziewic z Lasu Mgie?
- Tak, chyba tak. Mam na imi Vendelin.
Katinka pokiwaa gow.
- Dobrze, e wczeniej si z tym nie zdradzia. Pani Ingeborg nie ywi ciepych uczu
dla tych, ktre zaprztaj myli jej ma i syna.
Vendelin gwatownie obrcia si w jej stron.

- Syna?
- Gorma Zego, oczywicie! Dziewica z Lasu Mgie staa si jego upragnion
zdobycz, a Gorm nie z tych, co rezygnuj! Ale moim przyjacielem nie jest!
Vendelin nie interesowaa si Gormem.
- Wiadomo, ktr miaam przekaza...
Katinka spucia wzrok.
- Jeste kompletn idiotk - powiedziaa po namyle. - Owszem, odwagi ci nie
brakuje, ale mimo wszystko jeste gupia. Jak sobie chcesz. Wpuszcz ci do Varga
Szalonego.
Vendelin z wdzicznoci popatrzya na kobiet, gotow suy jej pomoc, lecz
zastanowio j ostre spojrzenie tamtej. Co ma znaczy ta zoliwa rado w oczach Katinki?
Czyby chciaa si zemci na Gormie Zym, czy te miaa inne zamiary? Vendelin uznaa, e
nie warto sobie tym zaprzta gowy. Z kad chwil bya coraz bardziej przekonana, e Varg
pilnie potrzebuje jej pomocy.
Rozmawiajc cay czas, posuway si z Katink korytarzem i znalazy si teraz w innej
czci zamku. Gdy mijay stranikw, Vendelin szczelniej zasaniaa twarz chustk.
- Czy on jest bardzo chory? - spytaa cicho.
- Jego dni s policzone - z pogard odpowiedziaa Katink.
Serce Vendelin zmrozi strach. Wolaa nie wierzy Katince, pokojwka ya we
wasnym wiecie intryg, nikomu dobrze nie yczya.
Doszy do drzwi w gbi korytarza. Tu nie widziao si stranikw, pilnowali jedynie
wejcia do tej czci zamku.
Drzwi byy starannie zamknite, ale Katinka wyja z kieszeni pk kluczy. Vendelin,
ktrej od duszej chwili nie opuszczao przeczucie nieszczcia, w panice omiota wzrokiem
belki przy futrynie. Na jednej z nich dostrzega wystajce zbki jakiego klucza,
byskawicznym ruchem wycigna rk i wsuna klucz do kieszeni.
Katinka niczego nie zauwaya. Uchylia drzwi i z niespodziewan si wepchna
Vendelin do rodka, a potem prdko je na powrt zatrzasna, jakby spodziewaa si, e
buchn stamtd pomienie, i przekrcia klucz w zamku.
Odgos jej pospiesznych krokw echem odbi si od cian korytarza.
Vendelin wpatrywaa si w drzwi, ktre za ni zatrzanito. Upyna chwila, zanim
zdoaa zebra myli.
Wreszcie si odwrcia.
Nie bya przygotowana na taki wstrzs.

ROZDZIA XIII
Vendelin wyobraaa sobie mglicie, e Varg bdzie lee w ku, a ona przyjdzie do
niego, agodna i pena yczliwoci.
Rzeczywisto jednake okazaa si cakiem inna.
ko byo puste. Strzpy, jakie pozostay po podartej pocieli, leay rozrzucone po
pododze. Pomieszczenie okazao si due i wysokie, ale ze cian kto pozdziera gobeliny,
meble poprzewracano, a na drzwiach widniay lady, jakby kto je drapa.
A Varg?
Sta przycinity plecami do ciany, koszul mia w strzpach, oczy zdaway si
wychodzi z orbit i patrzyy na Vendelin z dzikoci, jak gdyby jej nie poznawa.
Dobry Boe, pomylaa dziewczyna. Dobry Boe, spraw, by to nie bya prawda!
A wic na tym polega plan Katinki! Kopotliwa dziewica z Lasu Mgie, rywalka jej
pani, miaa zosta unicestwiona przez zamkowego szaleca!
- Varg - odezwaa si drcym gosem. - Nie poznajesz mnie? Jestem Vendelin.
Przychodz, eby ci zabra do Lasu Mgie.
Te donie! Paznokcie mia zdarte od drapania w drzwi, a usta wyschnite i poranione.
- Varg! - krzykna wiedziona wspczuciem.
Nareszcie si poruszy. Sztywnym, przeraajcym krokiem zbliy si do niej.
Vendelin jeszcze nigdy w yciu tak si nie baa. Varg waciwie nie przypomina ju
ludzkiej istoty.
Zmusia si, aby jej gos zabrzmia przyjanie.
- Prosie mnie kiedy o pomoc, pamitasz? Dlatego tu przyszam.
W oczach Varga nie pojawi si nawet cie zrozumienia. Przekroczy wida granice
rozsdku.
Z jego twarzy bio co, czego dotd nigdy w niej nie widziaa: bezgraniczna
nienawi, tak wielka, e nie potrafia tego poj. Skierowana bya ku caemu wiatu, take i
ku niej, Vendelin.
Jkna przeraona. Podszed ju tak blisko, e spostrzega dugie zadrapania na jego
piersi i poksane usta. Pomidzy ni a owym budzcym groz stworzeniem wytworzya si
atmosfera napicia i prymitywnego zwierzcego lku.
Klucz, pomylaa. Mam klucz, jeszcze mog wyj. Ale musiaabym to zrobi teraz!
Czy jednak po to ryzykowaa ycie, przychodzc tutaj? Jej celem byo mu pomc, nie

ucieka.
Staa wic nieruchomo, na wp przytomna ze strachu, podczas gdy on podnis
pokaleczone donie i przytrzyma j.
Nie spodziewaa si, e j pozna, okazao si jednak, e jest inaczej.
- Maa wrona... - szepn ochrypym gosem. Vendelin zrozumiaa, e dugo musia
krzycze.
Krzycze... Z gniewu, czy te wzywajc pomocy?
- Bosa wrona o biaej skrze. - Czy wiesz, e mj brat Gorm ci pragnie? Nie chcesz
by jego naonic, ubiera si w aksamit i zoto, mieszka u niego jak ksiniczka?
Przesun donie na szyj dziewczyny i na udrczon twarz wypezo mu co na ksztat
umiechu. Nie byo w nim jednak czuoci, oczy rozpomieni mu ar za i nienawici.
Chocia, czy to na pewno byo zo? Nie, co innego, nie potrafia tego nazwa. Moe
desperacja?
- Taka cienka i krucha - szepn. - Jak skorupka jajka!
W tej chwili Vendelin powinna przemwi do mdrze i spokojnie, nie potrafia
jednak znale odpowiednich sw, sparaliowa j strach i al.
- Jeste wic tak spragniona mczyzny, e nawet tutaj za mn przysza? - szepn
tym swoim dziwnym, ochrypym gosem.
Vendelin z trudem przekna lin, bo donie Varga ciasno opasyway jej szyj.
- Mylisz, e ryzykowaabym tak wiele tylko po to? Ja...
Nie sucha jej.
- Lubisz, kiedy ci obejmuj i pieszcz. Ale podziwiasz Kola!
Vendelin nie moga zaprotestowa. On przecie mia racj!
- A teraz wydawao ci si, e moesz bezpiecznie przyj do mnie tutaj, gdzie nikt
inny nie omieli si wkroczy, bo Varg Szalony z pewnoci nie wyrzdzi adnej krzywdy
dziewicy Vendelin, tej obudnicy. Tak wanie mylaa?
Rzeczywicie, tak sobie to wszystko uoya! W swym szalestwie Varg potrafi
niezwykle jasno myle!
Na jego twarz ledwie dawao si patrze. Bya groteskow karykatur oblicza dzikiego
jedca, ktrego spotkaa pierwszej nocy.
Chryste, zmiuj si nade mn, modlia si w duchu.
Zanim zorientowaa si w zamiarach Varga, byskawicznie przesun donie i z
niezwyk si popchn j na wielkie ko.
- Tam! Tam jest twoje miejsce, ty maa, tania ladacznico!

Vendelin przetoczya si po ku i spada na podog. Varg zbliy si do niej, nie


spuszczajc z niej optanych nienawici oczu.
- Nie spodziewaj si chwili przyjemnoci! Nie to mam na myli!
Zanim jednak doszed do niej, przystan nagle, twarz wykrzywi mu grymas blu,
run w przd. Padajc, z caych si uchwyci si porczy ka. Niepohamowany krzyk
udrki rozdar powietrze.
Vendelin natychmiast si poderwaa i obja go, usiujc podtrzyma.
- Varg, Varg, co si stao? Co oni ci zrobili?
Puci porcz ka i osun si na podog. Vendelin z przeraeniem patrzya, jak
rozdrapuje rany na piersi.
- Ach, mj Boe - jkna. - Obejmij mnie i ciskaj mocno, kiedy ci bdzie bolao! Ja
to wytrzymam, a tobie nie wolno ju wicej zadawa sobie ran.
Odruchowo jej usucha. Uklka przed nim, zagryzajc wargi z blu, jaki ucisk jego
doni zadawa jej ramionom.
- Varg, ty pakae! - powiedziaa ze wspczuciem, patrzc z bliska w jego oczy.
- Czy pakaem? - jkn. - Uwaasz, e myli si o pakaniu czy niepakaniu, kiedy
bl rozrywa ciao na strzpy?
Opuci gow na rami dziewczyny.
- Pi! Taki jestem spragniony!
Zorientowa si wreszcie, e przyjmuje jej pomoc, i natychmiast j od siebie
odepchn.
- Odejd std! Dam sobie rad, niczego od ciebie nie potrzebuj!
Patrzy na ni gronie.
- Poami ci wszystkie koci, ty maa...
- Ciicho! - szepna Vendelin. - Kto idzie!
Znieruchomia. W kamiennym korytarzu rozleg si odgos krokw.
Vendelin take si podniosa. Przeraona patrzya na Varga.
- Ja mam klucz! Jeli zauwa, e zgin...
Czoo mczyzny zrosi pot.
- Oni go nie uywaj.
Silnym ruchem pchn j za ko. Z pocztku Vendelin mylaa, e znw prbuje j
atakowa, ale z radoci zorientowaa si, e po prostu ukry j przed nadchodzcymi.
Nie moga poj, e tak wielkie znaczenie dla niej ma fakt, i szaleniec traktuje j jako
swego sprzymierzeca!

Ostronie zerkna poprzez rzebienia w nogach ka.


Jedn z desek w drzwiach odsunito na bok i przez otwr wcisno si czyje rami.
Na stojcym obok stoliku ostronie ustawiono puchar. Deska wrcia na swoje miejsce i kroki
zaraz si oddaliy.
Varg jak strzaa rzuci si w tamt stron i drcymi domi sign po puchar.
Vendelin jednak bya szybsza.
Wytrcia mu naczynie z rki, pyn rozprysn si po caym pokoju.
Varg wpad w furi.
- Co zrobia, przeklta czarownico? Umieram z pragnienia, nie rozumiesz?
Tym razem Vendelin postanowia dziaa. Chocia bl wyranie przesta Vargowi
dokucza, wci z niepohamowan wciekoci miota przeklestwa. Vendelin wywina si
z jego ucisku, stana na ku i wrzasna, chcc go przekrzycze:
- Masz, wypij lepiej to!
Wyja z kieszeni glinian flaszk i podaa mu. Zaskoczony zamilk na moment.
- Przewidziaam co podobnego! - krzykna Vendelin. - To mleko, zwyke mleko.
Doskonae jako odtrutka.
Varg uspokoi si nieco i sign po butelk.
- Odtrutka? - powtrzy zdumiony.
- Tak. Nigdy tego nie podejrzewae? Nie przyszo ci do gowy, e ci truj?
Domyliam si tego, kiedy powiedziae, e zawsze dokucza ci bl po jedzeniu i ten posiek
u Kola by wyjtkiem. Od dawna musieli dosypywa ci trucizny, sdz, e systematycznie
prbowali ci zama. Teraz jednak nie zamierzaj ju duej czeka. Przestali si ukrywa,
dziaaj szybko i brutalnie!
Wci trzs si z wciekoci i patrzy na ni podejrzliwie, ale otworzy flaszk i
przyoy j do ust.
- Jeli mleko bdzie mie nieco gorzki smak, to dlatego, e dolaam troch wywaru z
zi, by wzmocni dziaanie - powiedziaa Vendelin, ju spokojniejsza.
- Czarownica - mrukn.
Pi, nie spuszczajc z niej strasznego spojrzenia.
- Zostaw poow - uprzedzia. - Nie wiem, jak trucizn si posuyli, by moe
grzybem, ktry sprowadza na ludzi dziko i szalestwo, a moe czym innym, jest wiele
niebezpiecznych trucizn. W kadym razie nie spodziewam si, e wyzdrowiejesz od razu. Jad
z pewnoci od dawna tkwi w ciele.
By moe jeste te naprawd szalony, pomylaa bezradnie. W takim wypadku nic ci

nie pomoe.
Postanowia jednak nie mwi tego gono.
Varg wypi wicej, ni mu pozwolia, lecz mimo wszystko zostawi nieco mleka w
butelce.
- A teraz musimy jak najprdzej si std wydosta! - owiadczya z gorczkow
niecierpliwoci. - Czy wiesz, jak moemy wyj z zamku?
- Trzeba poczeka, a si ciemni. W tej komnacie? Razem z nim?
- O, nie - owiadczya z moc.
Z oczu Varga posypay si iskry.
- Ty moesz i ju teraz, jeli wydaje ci si, e zajdziesz daleko. Ale ja chc zabra
konia.
Vendelin zrobio si cieplej na sercu.
- Masz racj, ko nie moe tu zosta. Wobec tego zaczekamy.
Spojrza podejrzliwie, ale ciepo bijce z oczu dziewczyny przekonao go o jej
szczeroci.
Tak bardzo obawia si drwin, chocia sam jej ich nie szczdzi. Ale moe wanie
dlatego tak si ich ba...
- Byle tylko twj brat nie zdy skrzywdzi konia - dodaa zaniepokojona.
Varg na sam myl odruchowo zacisn donie w pici.
Vendelin popatrzya na niego z wiksz sympati. Jego gorce uczucia dla zwierzt
wiele mwiy.
- Lepiej si czujesz? - spytaa.
Gniewnie pokiwa gow.
- Ale nie prbuj mnie oszuka! Jestem odporny na takie spojrzenia! Nie chc ci, czy
jeszcze tego nie zrozumiaa?
- Nie robisz z tego tajemnicy - odpowiedziaa cierpko.
- Czego wic tu szukasz?
Miaa ju na kocu jzyka zoliw odpowied, ale po jego twarzy poznaa, e znw
ogarnia go mrok.
- Nie! - zakaa. - Nie mog tu z tob zosta! Nie mam odwagi!
W wskich oczach zapon blask triumfu. Zamkn jej nadgarstki w ucisku.
- Nareszcie si przyznaa!
- Do czego?
- e si boisz!

Vendelin prychna, nagle rozgniewana.


- Oczywicie, e si boj! A czego si spodziewae?
W umiechu Varga zna byo sodycz zwycistwa.
- Niezomna Vendelin si boi? Tylko dlatego, e si do tego przyznaa, zachowam si
wielkodusznie. Widzisz rzemienie, wiszce na haku, te zakoczone eleganck ptl? Mj
drogi starszy brat powiesi je tam, eby podpowiedzie mi, co powinienem zrobi. Zdejmij je
i przywi mnie do ka! Tylko szybko, zanim si rozmyl!
- Ale...
- Chocia raz zrb bez sprzeciww, co ci ka! Vendelin zrozumiaa, dlaczego Varg
kae si przywiza, i pospieszya speni jego danie. Kiedy jednak stana na krzele, by
zdj rzemienie, zamara w pl ruchu.
- Varg - szepna. - Caa gromada wojakw! Cay dziedziniec jest ich peen!
- Pewnie s ju gotowi, by wyruszy do Lasu Mgie. Przygotowuj si od kilku dni,
ten gupiec Gerhard pyta o rad wrbitw i zaklinaczy duchw. Wci nie wie, e las jest
peen ywych wrogw, wierzy, e to upiory porway druynnikw, ktrych tam wysa.
Uwaaj, eby ci nie zauwayli!
cigna rzemienie i zesza na ziemi.
- Mam nadziej, e Kolowi nic si nie stanie - szepna.
- Na pewno da sobie rad. Nie odwa si zaatakowa przed witem. Raz ju
wyruszyli w drog, ale zawrcili z powodu ciemnoci. Przestraszyli si duchw - wyjani
Varg, umiechajc si krzywo.
- A jeli Katinka zdradzi, e jestem tutaj, w zamku?
- Katinka nie znosi rycerza. Nie sd jednak, e z tego powodu jest twoj
sojuszniczk. Suy tylko sobie i moe swojej pani. A ty doprawdy zdoaa dokuczy pani
Ingeborg. Nie naley do przyjemnoci suchanie, jak m wci wykrzykuje, e pragnie
dziewicy z Lasu Mgie! A teraz si pospiesz, nie mog si powstrzymywa w
nieskoczono!
Wyranie jednak byo wida, e napar Vendelin zadziaa!
Zdumiewajcy Varg! Chwilami trzewo mylcy i peen zrozumienia, a zaraz potem
jakby demon w niego wstpowa. Pospiesznie zrobia to, co jej kaza.
Starannie przywizaa mu rce i nogi do supw ka, sprawdzia te, czy rzemienie
s dostatecznie mocne.
Varg ledzi jej ruchy spojrzeniem bez wyrazu. Sprawia wraenie bardzo, bardzo
zmczonego, Vendelin znw z alu cisno si serce. Widok tego silnego mczyzny,

wyprostowanego i przywizanego w taki sposb - barczyste ramiona, klatka piersiowa


unoszca si i opadajca w oddechu pod porwan koszul, wskie biodra i dugie nogi wszystko to wraz z jego bezradnoci i cik chorob wprowadzio chaos w uczucia
Vendelin.
- Po si - poleci, jakby w jej wzroku wyczyta, dokd to moe zaprowadzi.
- Gdzie?
- W kadym razie nie tutaj - warkn. - Za kiem, gupia!
- Och, oczywicie!
Przygotowaa sobie posanie na pododze.
- A wic i dla ciebie w Lesie Mgie nie byo bezpiecznie?
- Dla mnie? A co z tob?
- Miaam nadziej, e zdoam uleczy ci z blw.
Nie odpowiedzia. Zobaczya tylko, jak w rezygnacji odwraca gow. Musiaa z caych
si si powstrzyma, by go nie przytuli.
Pragna, by Varg, teraz taki spokojny, zapad w sen, wkrtce jednak nawiedzi go
kolejny atak. Ciao ogarno drenie, traci wiadomo. Byo to wielkim rozczarowaniem dla
obojga. Vendelin w gecie pociechy ucisna jego do.
Podj prby, by si uwolni, rzemienie zatrzeszczay. Vendelin modlia si w duchu,
by nie puciy. Varg miady w ucisku jej palce, ale mnie tumia jk.
- Daj mi reszt mleka - poprosi ochryple, udrczony do granic wytrzymaoci.
- Nie. Czeka nas duga droga do domu.
Do domu? Przecie tu by jego dom! Nie obruszy si jednak, syszc jej okrelenie.
- Daj mi butelk, ty...
Dalej nastpia seria najohydniejszych wyzwisk, jakie Vendelin kiedykolwiek
syszaa. Zaraz jednak rozpyny si w skowycie blu.
Nie miaa ju duej si spokojnie przyglda si Vargowi. Mleka nie moga mu da,
ale udajc, e nie syszy wymylnych przeklestw, usiada przy nim i staraa si cho sowami
uspokoi nieszczsn, miertelnie wycieczon istot.
- Ju dobrze, Vargu. Niedugo zapadnie noc. Wtedy std odejdziemy. Zabierzemy
konia. Nie masz psa?
- Nie miem, nie teraz. Nie chc zostawi moich zwierzt w spokoju.
- Jacy oni?
- Rycerz i Gorm. - Doda co pozornie bez zwizku: - Chc ci cakiem zniszczy.
Vendelin jednak nadaa za tokiem jego myli i poczua, e w sercu kiekuje jej

nadzieja.
Varg by teraz zwizany i rozum go opuci, chocia ble zdaway si ustpowa.
Odwaya si wic na gest, ktry w innej sytuacji nie zostaby przyjty askawie: delikatnie
pogadzia go po policzku.
Varg jednak zachowa wiadomo!
- Jeli zrobisz to jeszcze raz, zabij ci, gdy tylko uwolni si z wizw! - sykn. Nie chc jamuny! To dobre dla Kola i innych sabeuszy! - A potem jednym tchem doda: Schowaj si, id strae!
Vendelin prdko narzucia pociel na przytrzymujce Varga rzemienie.
- Wejd do rodka?
- Nie, sprawdz tylko, czy jeszcze yj.
- Och, Vargu - szepna zrozpaczona.
Na pewno nie rozum jej to podpowiedzia, ale nie zdajc sobie sprawy, co robi,
przysuna si bliej i ucaowaa wychudzony, rozpalony gorczk policzek.
Varg odrzuci gow w bok i warkn wciekle:
- Ukryj si, przeklta czarownico!
Vendelin usuchaa, przeraona wasn miaoci. Wiedziaa, e pniej za to
odpokutuje.
Jeli w ogle zdoaj si std wydosta... Vendelin nie pojmowaa, jak sobie poradz,
w dodatku mieli zabra konia! Zapi ich natychmiast, a ju na pewno przy zwodzonym
mocie.
Ostronie otworzono okienko w drzwiach. Varg poruszy si niespokojnie i gono
jkn. Deska zasuna si z powrotem.
Vendelin leaa jak mysz pod miot, czujc, e pon jej wargi; wci pamitay
dotyk jego skry. Zakrcio jej si w gowie...
Gdy kroki si oddaliy, Varg oznajmi:
- Teraz! W zamku jest ju ciemno. Rozwi mnie i daj mi mleka, przez jaki czas bd
spokojny. Przeprowadz ci przez labirynt do stajni. A potem bdziemy si modli do
wyszej mocy, aby nam pomoga, jeli uwaa, e na to zasugujemy. Bez wzgldu jednak na
wszystko, pamitaj, nie dranij mnie, bo nie odpowiadam za siebie!
- Obiecuj - kiwna gow Vendelin. - Uwierz mi, zrozumiaam, ile powagi kryje si
w twoich sowach.

ROZDZIA XIV
Vendelin znalaza dla Varga czyste i cae ubranie; w blasku smolnych pochodni
podziwiaa jego niezwykle pikn garderob. Odwrcia si skromnie tyem, gdy si
przebiera. Potem przekrcia klucz w zamku i otworzya drzwi. Jak cie ruszya za nim.
Noc bya ciemna, lecz Varg Szalony zna zamek jak wasn kiesze. Przy
pokonywaniu krtych schodw i trudniejszych przej podawa dziewczynie rk i prowadzi
j dalej. Kiedy chwilami nasuchujc przystawali bez ruchu blisko siebie, ciepo jego piersi
przypominao Vendelin, jak wysoki i silny jest jej towarzysz. Musiaa podnie oczy, by
ujrze jego dzik, lecz pikn twarz, i w takich chwilach wydawao jej si, e to on j chroni,
w kadym razie bardzo chciaa w to wierzy.
Ogarn j niezwyky nastrj. Czua si wycieczona po jake trudnych godzinach
spdzonych w jego komnacie i w kadej chwili spodziewaa si kolejnego ataku. Staraa si
wic jak najmniej zwraca na siebie uwag, by go nie irytowa. A jednak czua jaki
rozpaczliwy triumf. Przynajmniej zabra j ze sob! Nie zostawi jej ani nie wyda straom!
On take by u kresu si, zastanawiaa si, od ilu ju dni trwa ten stan. Przy takich
blach z pewnoci niewiele mu byo dane snu.
Jej czarodziejski wywar z zi w poczeniu z mlekiem zdawa si dobrze dziaa na
Varga. Dopiero kiedy znaleli si w ciasnym tajemnym przejciu za zamkow wozowni,
zaczo si z nim dzia co zego.
Zatrzyma si z jkiem.
- Vendelin... odejd! Schowaj si przede mn!
Zaraz te zgi si wp i pad na kolana, gryzc do, by wstrzyma krzyk. Ten atak
jednak wydawa si nie tak silny jak poprzednie, Vendelin zostaa wic przy nim. Baa si go
dotkn i tylko bacznie obserwowaa, czy nie okae si potrzebna.
Wkrtce ogarn go sza, towarzyszcy wszystkim atakom. Opierajc si o cian
zdoa si podnie, w korytarzu byo ciasno, a ona staa bardzo blisko. Jednym ruchem zapa
Vendelin za wosy i odchyli jej gow w ty.
- Varg - szepna. - To boli!
Waciwie jednak si nie baa. W cigu ostatnich godzin Varg mia niejedn okazj,
by j zabi, ale tylko straszy.
Nie bya natomiast przygotowana na to, co nastpio. W ciemnoci poczua nagle jego
twarz tu przy swojej. Spkane wargi przesuny si po policzku w d do szyi, brutalnie, bez

odrobiny czuoci, jakby wiedzia, e moe robi z ni, co mu si ywnie podoba.


- Nie! - sykna gniewnie. - Przesta!
Cofn si, zaskoczony jej gwatownoci.
- Jeli masz podobne zamiary, to chc, aby robi to przy zdrowych zmysach prychna. - Nie ycz sobie, aby caowa mnie szaleniec, bo to nic nie znaczy! Poza tym w
ogle nie chc, aby mnie caowa!
Akurat w tej chwili nie byo to wcale kamstwem. Vendelin naprawd czua si
upokorzona i zbrukana. Puci jej wosy.
- Nie stj wic tak, id dalej - rzek i brutalnie popchn j do przodu. W jego gosie,
cho byo to ledwie syszalne, Vendelin wyczua nut urazy.
Ona sama draa na caym ciele od jego dotyku i nienawidzia si za to. Czy nigdy nie
zapanuje nad zmysowoci, nad jego si przycigania?
Ostatnio zaistniao wiele sytuacji, w ktrych waciwie powinna nabra do Varga
wstrtu, a jednak tumiona gorczka nie chciaa opuci jej ciaa.
Varg, wci gniewny, popdza j bezlitonie. Dotarli wreszcie do koca korytarza.
- Musimy teraz przemkn si pod daszek - szepn. - Za nim s stajnie. I zwykle
czuwaj tam strae.
Vendelin nie odstpowaa go ani na krok.
- A w jaki sposb wydostaniemy si z zamku? - szepna mu do ucha. - Najbardziej
si boj przejcia przez zwodzony most.
- A jak mylisz, dlaczego ci ze sob zabieram? Dla twej urody? - Skorzysta z okazji,
by si zemci. - Zaczekasz tu, dopki nie przyprowadz konia. Zaprzgniemy go do najbliej
stojcego wozu i ty nim wyjedziesz. Ja si w nim ukryj.
- Ale ja nie potrafi powozi!
- Mylaem, e przynajmniej raz obdzie si bez ale! - sykn przez zby. Pojedziesz, bez wzgldu na to, czy umiesz, czy nie! Osonisz twarz, a odwiernemu przy
bramie powiesz, e bya u pani Ingeborg z praniem, czy co tam sobie wymylisz.
- Ale jeli to bdzie ten sam stranik, ktry sta tu, kiedy przyszam?
- Na pewno nie! Wieczorem jest zmiana warty. Jeszcze jedno ale i strac panowanie
nad sob!
Uchyli drzwi.
- Varg... - zacza Vendelin. Zatrzyma si. - Co zrobimy, jeli bdziesz mia kolejny
atak?
- Nikt tego po mnie nie pozna - odpar stanowczo. Vendelin roztrzsiona czekaa w

ciemnym korytarza. Czas pyn, gdzie w pobliu usyszaa szelest, woaa jednak nie
sprawdza, co to jest Poza tym panowaa cisza.
A jeli ko odnis jakie rany albo w ogle nie byo go w stajni? Jak Vendelin
wwczas zdoa znie gniew i rozczarowanie Varga?
Wreszcie drzwi si uchyliy. Dziewczyna wesza do wozowni, gdzie pojedyncza
pochodnia owietlaa zaledwie skrawek ogromnego pomieszczenia. Wielki ciemny ko sta
ju zaprzony do wozu.
- Dziki Bogu - szepna Vendelin. - Tak bardzo polubiam to zwierz. Wybacz, jeli
naruszam tym twoje prawo wasnoci.
- To dobry ko - mrukn Varg. Widocznie nie mia nic przeciwko temu, by Vendelin
obdarzya sympati jego wierzchowca. Prawdopodobnie powinna uzna to za wielki honor...
- Prawie wszystkie inne konie znikny - dobieg j szept Varga. - Ale mj zosta. Nie
spodobaa mu si rola konia pocigowego!
- Dobrze to rozumiem. Dlaczego jednak go nie zabrali?
- To ogier, ktry nie kademu pozwala si dosi.
A ja na nim jechaam, pomylaa z dum. Cho oczywicie razem z Vargiem.
- A strae? - dopytywaa si z lkiem.
- Nikogo nie widziaem. Wyglda na to, e zabrali wszystkich ludzi na krucjat do
lasu. Wskakuj na kozio!
Poniewa Vendelin si wahaa, podnis j do gry i sam wskoczy za ni. Owin si
derk i ukry pod kozem.
- Jed - nakaza szeptem.
- Gdzie?
- W prawo, gupia!
Vendelin nie wiedziaa, jak nakoni do ruszenia jakiegokolwiek konia, a tym bardziej
dumnego wierzchowca Varga. Czarny rumak kilkakrotnie stan dba, wz zderzy si przy
tym z innymi powozami, ale wreszcie i dziewczyna, i ko pojli, co naley robi. Varg
zawinity w derk mamrota przeklestwa.
Nagle podniesiony most zagrodzi im drog niczym mur. Pojawi si stranik.
- Zatrzymaj si! Kto ty, co tu robisz w rodku nocy?
- Byam u Katinki z lekarstwem na jej dusznic. Przyjechaam jeszcze po poudniu wyjkaa Vendelin niepewnie, szczelniej owijajc si chustk. Pomys z przywoeniem
upranej bielizny w rodku nocy uznaa za zbyt niewiarygodny.
Oby tylko stranik nie rozpozna konia!

- Dlaczego cigniesz ze sob cay wz?


A lepsza byaby poowa? rozzocia si w duchu Vendelin. Odpowiedziaa jednak
grzecznie:
- Czeka mnie daleka droga, a jestem kalek, nie mog chodzi. Katinka sama zesza na
d i dopilnowaa, aby mnie wypuszczono.
Stranik najwyraniej nie mia budzi wadczej sucej, by dowiedzie si czego
wicej. Vendelin liczya, e tak wanie si stanie. Spojrzaa pod nogi, ale jej wasny cie
skrywa niemal ca derk, a ciemno dopeniaa reszty. Stranik bez sowa odszed i
wkrtce zaskrzypiay acuchy zwodzonego mostu. Droga bya wolna.

Pn noc dotarli do Lasu Mgie. Duo wczeniej pozbyli si wozu, sprawiajcego


tylko kopot. Varg przey kilka kolejnych atakw, niestety coraz silniejszych w miar, jak
ustpowao dziaanie odtrutki. Vendelin jednak nauczya si radzi sobie z nim, wiedziaa,
kiedy powinna pomc, a kiedy trzyma si z daleka.
Nie odwayli si wyjecha na wrzosowisko, wybrali okrn drog. Po dugich,
ostrych dyskusjach Varg zdecydowa, i nie da si od tego odwie, e Vendelin bdzie jecha
wierzchem sama, a on pjdzie piechot. W nieprzyjemnych sowach wyjani, e nie chce,
aby siedziaa przed nim na koniu, w dodatku on jadc konno nie zdoa zapanowa nad
atakami. Z kwan min doda te, e w ten sposb bdzie mia spokj, Vendelin przestanie
mu wreszcie zawraca gow. Kiedy dziewczyna zauwaya, e jest bardzo zmczony, odpar
porywczo:
- Tylko mi nie wmawiaj, e jestem sabszy ni kobieta!
Stano wic na tym, co zdecydowa.
Z daleka dostrzegli druyn rycerza. Wojacy rozbili obz nie opodal Lasu Mgie i tam
czekali witu. Mrok nie by sojusznikiem atakujcych.
- Musimy przestrzec pana Tygego - zauwaya Vendelin.
- On ju na pewno o wszystkim wie.
Varg mia racj: Las Mgie by niczym twierdza pena ukrywajcych si w nim ludzi.
Na rozstaju drg, z ktrych jedna prowadzia do chatki Vendelin, sta pan Tyge ze swymi
zaufanymi. Gdy dostrzeg karego konia i ledwie yw par, zawoa:
- Varg! Nareszcie! Gdzie bye?
Vendelin odpowiedziaa szybko:
- On jest chory. Trzymali go w zamkniciu i chcieli otru. Myl, e trwao to ju od
dawna, by moe cae lata.

Pan Tyge spojrza w zgase oczy Varga i na jego udrczon twarz.


- Mielimy go za szaleca - powiedzia po chwili zastanowienia. - Oznaki zatrucia?
Moe i tak. Jak zdoae si wydosta?
Varg kciukiem wskaza na Vendelin.
- To co mnie stamtd wyprowadzio. Gupkom wszystko si udaje.
- Moesz to potraktowa jako komplement, Vendelin - cierpko stwierdzi pan na
Svanetofte.
Varg prychn.
- Jak si miewa Kol? - spytaa dziewczyna.
- Bardzo si o ciebie niepokoi, Varg. A dzisiaj dodatkowo jeszcze o Vendelin.
Varg nie powstrzyma si od wymamrotania kolejnej obelgi pod adresem Vendelin.
- Natychmiast do niego idziemy - owiadczya dziewczyna. - Varg potrzebuje
odpoczynku.
- Zamknij gb, przemdrzaa dziewucho! - hukn Varg. - Sam wiem najlepiej, czego
mi potrzeba!
Pan Tyge z niepokojem patrzy za odjedajcymi.
- Biedny Varg - mrukn do Mogensa, zarzdcy. - Czowiekowi, ktry przez cae ycie
tumi potrzeb dawania i przyjmowania czuoci, niezmiernie trudno jest poradzi sobie z
tak sytuacj!
Mogens wybuchn miechem.
- Chcesz powiedzie, e Varg Szalony jest...
- miertelnie, Mogensie, miertelnie! Sdzisz jednak, e si do tego przyzna? Nigdy w
yciu! Przyjrzyj si tej doni, ktra z tak tkliwoci dotyka konia! Ale on nie o konia si tak
troszczy! - rzek zamylony. - Varg prosi, by zwolni go z wyznaczonego mu zadania.
Twierdzi, e nie jest w stanie go wykona... To mi przypomina... Dzisiaj patrz zza zasony
blu, przesaniajcej mi rozum, tak si wyrazi par dni temu. Mwi te, e jedzenie
przygotowane przez Vendelin byo dla niego jak balsam. Rzeczywicie wszystko wskazuje na
prby otrucia! W kadym razie nie przystaem na jego prob. Jest ju na to za pno, cay
plan opiera si na tym zaoeniu, Varg nie moe nas teraz zawie. Po tej rozmowie jeszcze
bardziej zamkn si w sobie!
Mogens popatrzy na znikajce wrd drzew postacie.
- Biedna dziewczyna, grozi jej prawdziwe pieko. Ale chyba chtnie na to przystanie,
cho nie bardzo zdaje sobie spraw z tego, czego moe si spodziewa.
Czekali dalej. Na ich twarze znw wrcio napicie. Dobrze wiedzieli, jak silni s

ludzie rycerza Gerharda. Jake zdoaj im si oprze?

Kol powita ich promieniejc radoci.


- Ogromnie si niepokoiem! - zawoa. - Co bym pocz bez was?
Vendelin i Varg wymienili spojrzenia. Zajty sob maruda, nazwa kiedy Varg
brata.
Ani p pytania o to, gdzie byli i co si im przytrafio. Vendelin westchna.
Zaraz wzia si energicznie do prac domowych, przesza ju bowiem ostatnie stadium
zmczenia i wypenia j pozorna energia, ktrej towarzyszya skonno do irytacji. Usadzia
Varga przy stole i zaordynowaa mu cae litry mleka oraz solidny posiek. Nie przestawaa
rozmawia z Kolem, pytaa go, jak sobie radzi sam, jak si czu, i lekko opowiadaa o tym,
co ich spotkao.
Varg, przysuchujcy si przyjacielskiej rozmowie brata i Vendelin, z kad chwil
stawa si mroczniejszy. A kiedy dziewczyna nalewajc Kolowi co do picia pooya mu
rk na ramieniu, poderwa si gwatownie.
- Nie mog tu duej zosta! - wykrzykn.
- Ale, Varg! Musisz si wyspa!
- Gdzie? Z tob na awie? A moe z moim bratem? Nie!
- Ja mog spa na sianie.
- Przesta si popisywa bardziej ni to konieczne! Czuj, e zblia si kolejny atak skama i wycign derk. - Przenios si do twego tajemnego szaasu, Kol. Walki z
pewnoci nie bd miay a takiego zasigu.
- Co mia na myli mwic o twoim tajemnym szaasie? - drcymi ustami spytaa
Vendelin, kiedy za Vargiem zatrzasny si drzwi.
Kol wzruszy ramionami.
- Mam takie miejsce. Zauwaya moe moj ciek?
Tak, widziaa j.
Czujc narastajcy niepokj patrzya na Kola jedzcego nieoczekiwany nocny posiek
Kiedy z powrotem pooy si spa, napenia glinian flaszk mlekiem i wywarem z zi i
wyruszya w gr tajemniczej drki.
Ptaki rozpoczy ju sw piosenk, znad rzeki podnosiy si poranne opary, ale byo
jeszcze szaro. Zbyt ciemno, jak sdzia, by wojsko rycerza omielio si uderzy.
Trawa porastajca ciek askotaa j w stopy. Droyna wia si przez cz lasu, w
ktrej Vendelin nigdy dotd nie bya. Sza do dugo, wreszcie jednak dotara na

wzniesienie, na ktrym ustawiono prosty szaas. Przed ni rozpocieray si otwarte ki i


pagrki, a u swoich stp, na skraju lasu, ujrzaa dwr, okazay i pikny, nieco dalej za
nalece do niego zagrody chopskie.
- Svanetofte - usyszaa schrypnity gos Varga. Siedzia na derce z podcignitymi
kolanami, oparty plecami o cian szaasu.
- Dwr pana Tygego, tak blisko? - zdziwia si Vendelin. - Ale jaka jest wic
tajemnica Kola? Jego niespenione marzenie?
- Nie wiesz? - zoliwie zachichota Varg. - Nie chcia ci tego zdradzi? Nie syszaa
o Kirsten, siostrze Tygego?
- Ach - szepna Vendelin. - Czy oni si tu spotykaj?
- Czy si spotykaj? Kirsten pewnie nawet nie wie, e on mieszka w lesie. Kol
godzinami wystaje tu jak dure w nadziei, e cho przez moment j ujrzy.
- Z tej odlegoci? Ach, biedny Kol!
Nagle zacza si cicho mia.
- Uwaasz, e to takie mieszne?
- Nie, mylaam o czym innym.
Nie moga mu powiedzie, jak bardzo si obawiaa, e Kol si zakocha w niej,
Vendelin. Okazaa si taka zarozumiaa!
- Po co tu przysza? - ostro spyta Varg. - Nie do ci piastowania Kola?
Vendelin natychmiast podesza do Varga i wyja z kieszeni glinian flaszeczk.
- Prosz. Pomylaam sobie, e mogaby ci si przyda. W rodku jest mleko i napar z
zi.
Przyrzeka sobie, e zoliwo Varga w niczym nie wpynie na jej postpowanie.
- Jak przyjemnie tu o poranku! - powiedziaa.
- Owszem, szczeglnie gdy si wie, e na skraju lasu czai si armia okrutnych
wojakw.
O, nie, pomylaa. Nie zabijesz we mnie yczliwoci do ciebie!
- Miae kolejny atak? - spytaa cicho.
- Tylko jeden, i nie taki ciki.
Upi kilka ykw z butelki i pooy j koo siebie.
- Wstaje wit - powiedzia. - Ludzie rycerza Gerharda przybywaj po dziewic z Lasu
Mgie.
- Spnili si.
Caa przyroda jakby wstrzymaa oddech. Varg znieruchomia.

Dopiero po dugiej chwili pado pytanie zadane zowieszczo spokojnym gosem:


- Co miaa na myli?
- To wanie, co powiedziaam. Spnili si. W Lesie Mgie nie ma ju dziewicy.
Poprosiam Kola o pomoc, ustalilimy...
Odwrci si do niej gwatownie, w jego oczach odbijay si wcieko i przeraenie.
- Kola? Kola?
- Oczywicie - umiechna si Vendelin ze smutkiem. - Wiedziaam wszak, e
rycerza nie interesuje panna, ktra nie jest ju dziewic, i aby nie wpa w jego szpony...
- Kol.. - szepn Varg. - To nie moe by prawda! - A potem wrzasn: - Dlaczego nie
przysza z tym do mnie? Dlaczego?
Przeraona wpatrywaa si w jego kredowobia twarz.
- A dlaczego miaabym to zrobi? Jak by mnie przyj, gdybym zwrcia si do ciebie
z tak prob? Na jakie drwiny miaabym si sama narazi? Nie pamitam nawet, ile razy
nazywae mnie dziwk i jeszcze okropniej. Jasno dae mi do zrozumienia, e mnie nie
chcesz. W dodatku gdzie znikne.
- Kol, Kol - szepta. - Sdziem, e mog by go pewny, e nie tknie ci ze wzgldu na
Kirsten, e pragnie pozosta czysty jak rycerze w dawnych czasach. - Przymkn oczy i
szepn udrczony: - Wszystko naley do niego. Varg Szalony! Urodzony dla klski!
- Ale, Varg, tylko siebie moesz obwinia za swoje poraki. Kol jest taki wraliwy,
ma wszystko, czego tobie brakuje, wraliwo, czuo i szlachetn dusz. Popatrz tylko na
jego przeliczny dom, na jego ogrd... Mwi co o usposobieniu waciciela, prawda?
Varg poderwa si na kolana i przycisn ramiona dziewczyny do ciany szaasu.
Twarz wykrzywia mu rozpacz.
- A jak sdzisz, kto wybra meble i gobeliny? Kto przynis modszemu bratu
najpikniejsze sprzty, jakie znalaz na zamku? Kto przywiz tutaj kad najdrobniejsz
rolink, kady kwiat i zaoy ogrd?
- Ach, Vargu - szepna pena alu. - Nie przypuszczaam nawet!
- Nie, bo Varg Szalony nie posiada duszy, nie wie, co to pikno. Mona po nim depta
do woli, bo on nic nie czuje!
- Nie pozwolie mi powiedzie wszystkiego do koca! - krzykna Vendelin,
rozgniewana, bo trafi w jej czuy punkt. Rzeczywicie oceniaa go po jego dzikim
zachowaniu, a nie po przebyskach bezsiy, ktre od czasu do czasu w nim dostrzegaa.
- Ustalilimy, e powiemy, i w Lesie nie ma ju dziewicy. Kol mia wzi win na
siebie. Zrozum, chcielimy to zrobi, ale si nie udao.

- Kol nie mg?


- O tym nic nie wiem. Przede wszystkim ja si wycofaam. Nie mogam znie nawet
jego pocaunku.
- Kamiesz! Kamiesz!
- Nie krzycz tak! Czy zawsze musisz mi nie dowierza? Im wicej prawdy jest w
moich sowach, tym bardziej w nie wtpisz!
Wstrzyma oddech i popatrzy na ni badawczo. Skone oczy zwziy si w szparki.
Vendelin usiowaa wytrzyma jego spojrzenie, ale zakrcio jej si w gowie. Dostrzega
nag zmian w wyrazie twarzy Varga, jakby odpowied na to, co sama czuje, tumiony ar,
jaki rozpali si w jego oczach. Napicie w powietrzu stao si nieznone. Ledwie si
zorientowaa, e przycign j do siebie na derk, bo zawadna ni przedziwna niemoc.
- Jeli Kolowi wolno, to wolno i mnie - sykn przez zby. - I tak ju jeste zhabiona.
Vendelin poderwaa si z krzykiem gniewu.
- Pu mnie! Czy nigdy nie moesz mi uwierzy?
Przytrzymujc Vendelin za brod unieruchomi jej gow, jego usta zamkny si na
wargach dziewczyny. Vendelin wyrywaa si gniewnie, ale przyszo jej walczy przeciwko
podwjnemu wrogowi: Vargowi i wasnemu ciau. Brutalny pocaunek miady jej usta, ale
ona tego nie czua, oszoomiona przymkna oczy. Zdruzgotana wasn ulegoci odruchowo
przesuna rce na barki mczyzny. Porwana podnieceniem odpowiedziaa na jego pocaunek, usyszaa swoje imi wypowiadane w przypominajcym jk szepcie i wiedziaa ju, e
nie powoduje nim ch zemsty, lecz jak i ona uleg nieokieznanej dzy. Kiedy przygarn j
bliej, nie zdoaa duej panowa nad rozkoszn gorczk trawic ciao. Chtnie
przyzwolia mu na ukojenie sodkiej udrki.
Na krtk chwil ogarn ich spokj, a wtedy w jego twarzy ujrzaa agodny cichy
umiech, dowd czcej ich wizi.
Drce poczucie szczcia okazao si jednak krtkotrwae.
- Mwia prawd - owiadczy zwile i usiad. - Przyznaj - rzek z triumfem w
gosie. - Przyznaj, e czego takiego nigdy by nie dowiadczya z Kolem.
Zoliwy ton bardzo urazi dziewczyn, akurat teraz nie by ani troch potrzebny.
- To prawda - potwierdzia. - Lecz waciwie, ile to jest warte? Przelotne
oszoomienie, ktre moesz przey z kad kobiet.
Odwrci gow, zapatrzy si w janiejcy pejza. Vendelin zdaa sobie nagle spraw
z chodu w powietrzu. Zadraa z zimna.
Gdy nie odpowiada, opara czoo o jego bark.

- Wybacz mi, Vargu - szepna. - Powiedziaam to tylko w samoobronie. Tak bardzo


si boj, zrozum, nie jestem ciebie pewna.
Odepchn j od siebie.
- Przesta! - wykrzykn z wciekoci. - To, e ci miaem, nie daje ci adnych
praw! To bya, jak powiedziaa, zemsta z mojej strony. Epizod, o ktrym najlepiej bdzie
zapomnie.
Vendelin poderwaa si z paczem. Olepiona zami pomkna w d cieki do domu
Kola. Czua si bezgranicznie upokorzona, nie chciaa duej y.

ROZDZIA XV
Vendelin spaa. Nieszczliwa, do gbi wstrznita wszystkimi przeyciami
ostatniego dnia zasna na awie i obudzia si dopiero, kiedy Kol ostronie j poruszy.
- Vendelin! Musisz wsta! Wsta!
Usiada zaspana. Oczy pieky od paczu, ciao przeszywa bl. Przypomniaa sobie, co
si wydarzyo, i westchna.
- Syszysz? - dopytywa si Kol.
Nasuchiwaa. Z daleka docieray odgosy walki.
- Bij si od samego rana - oznajmi Kol pobladymi wargami. - Polecono nam si
przenie.
- Dokd?
Zmiesza si.
- Do Svanetofte. Tu ju nie jestemy bezpieczni. Czekaj na nas... obcy. Ubierzesz si
i wyjdziesz?
- Oczywicie.
W tej samej chwili dostrzega na krzele derk. Oblaa si rumiecem.
- Czy Varg by tutaj?
- Tak. Rusza dalej. Rycerz Gerhard jest w zamku prawie sam, Varg musi wic
wykona swe zadanie.
- Ale on jest chory - ualia si Vendelin.
- Wanie dlatego najlepiej, e stanie si to, co ma si sta, bez wzgldu na to, jak
bardzo jest trudne. Varg grozi, e po wszystkim odbierze sobie ycie, i nie moemy go
powstrzyma. Varg robi to, co chce.
Vendelin siedziaa pprzytomna.
- Dugo by tutaj - oznajmi Kol. - Nie mogem zrozumie, co robi, sta tylko i patrzy
na ciebie...
- Na mnie?
- Tak. Wyszedem, a kiedy wrciem, sta w takiej samej pozie, nie ruszy si z
miejsca.
- Wyglda na rozgniewanego, czy te raczej skorego do drwiny?
- O, nie, spoglda z powag, wrcz ze smutkiem. Musiaem wyrwa go z zamylenia.
- Ciekawa jestem, czy troch spa - Vendelin jak zawsze martwia si o nieszczsnego

szaleca.
- Kiedy przyszed, sprawia nawet wraenie wypocztego, wyglda duo lepiej.
Wskaza na twoj sukni, przewieszon przez oparcie krzesa, i powiedzia: Ona w tej
sukience wyglda jak wrona, nie sdzisz? Odparem: W takim razie to niebywale liczna
wrona.
Vendelin umiechna si z wdzicznoci, ale chciaa dowiedzie si jeszcze czego
wicej, wic nie przerywaa Kolowi, ktry cign:
- Wspomniaem mu, e wydaje mi si, i pakaa, ale na to nic nie powiedzia, rzek
natomiast: To prawdziwa wiedma z tymi swoimi wywarami z zi i godem wiedzy. Jeli
rycerz si o tym dowie, moe by le! Wyznaem mu, e auj, i nie pochodzisz ze
szlachty, bo wtedy mgbym si z tob oeni, ubra ci w trzewiczki i pikne stroje.
- Ale, Kolu! - Vendelin przeraona podniosa gow znad szaflika, w ktrym w
popiechu usiowaa obmy rce i twarz.
- Oczywicie artowaem. Ale to by ju koniec rozmowy z Vargiem. Posa mi
spojrzenie, od ktrego dreszcz przebieg mi po plecach, i wybieg z domu.
- Jestem gotowa - beznamitnie oznajmia Vendelin.
Zauwaya, e Kol ubra si odwitnie. Kiedy wyszli, zrozumiaa przyczyn.
Przed domem Mogens rozmawia o rach z dam wysokiego rodu. Vendelin z
ukuciem w sercu spostrzega, e Varg stoi nieco dalej pod lasem i sioda swego konia.
Dama powitaa ich yczliwie, lecz w jej ruchach zna byo zdenerwowanie i strach
wywoany walkami.
- A wic to jest Vendelin, suca pana Kola? Ja jestem Kirsten, siostra Tygego.
Doszy mnie suchy, e Kol Mody yje, ale niespodziank byo, e to Toke z Lasu Mgie.
Tak bardzo wyrs i wyprzystojnia! Bawilimy si razem jako dzieci, dobrze wic si znamy.
Kol sprawia wraenie, e najchtniej by si zapad pod ziemi, ale Vendelin usyszaa
dobiegajcy z tyu wcieky syk:
- Suca!
Panna Kirsten odwrcia si zdziwiona, lecz Varg sta do nich plecami, zajty
dopinaniem poprgw. Dama podja wic z takim samym zapaem:
- Musicie natychmiast przenie si na Svanetofte. Mj brat uzgodni ju z zarzdc,
e zabierze wszystkie zwierzta i spor cz wikszych sprztw ju teraz, a wy przyjdziecie
zaraz, jak tylko spakujecie to, co chcecie wzi ze sob.
Mogens ju zaj si zaganianiem owiec.
- Gsi! - zaniepokoia si Vendelin. - Pas si nad rzek.

- Ju nie - umiechn si Mogens. - Dwch z naszych ludzi popdzio je przez las. I


naprawd musiaa mocno spa, jeli nie syszaa, jakie kopoty mielimy z zapakowaniem
winki do skrzyni. Wzywaa wszystkie wysze moce, do jakich winia moe si odwoa!
Wybuchnli miechem, nieco zbyt gonym, jak gdyby usiowali wykorzysta kad
najdrobniejsz nawet moliwo do okazania radoci. Nikt nie chcia myle o tym, co
naprawd dziao si wok.
- Ach, Kol! - zawoaa Kirsten. - Jakie to zabawne. Takie samo ptno jak w twojej
koszuli mam w swojej wyprawie. Musiao wyj spod rk tej samej tkaczki. Vendelin, musisz
dopilnowa, by zabrano std ca twoj wypraw, to zbyt cenne, by mogo wpa w rce wroga. Gdzie j masz?
Zapado kopotliwe milczenie. Vendelin zawstydzona wbia wzrok w ziemi. W jednej
chwili zdaa sobie spraw z przepaci dzielcej j od wszystkich tu stojcych, nawet od
Mogensa.
Varg podszed i opar si o cian domu.
- Nie wszyscy rodz si w bogactwie, Kirsten - powiedzia cicho.
Panna Kirsten przenosia wzrok z jednego na drugie. Zorientowaa si, e popenia
nietakt, ale przecie nie miaa na myli nic zego. Wszak nawet najbiedniejsze dziewczta
wyposaano w wypraw lubn!
- Przepraszam - mrukna. - Powinnam bya wczeniej pomyle.
Vendelin zdawao si, e jej wasna rozpacz nie ma dna. Uwiadomia sobie nagle,
jaka przyszo j czeka, i pacz cisn jej gardo. Zostaa zhabiona - co prawda tak jak
wszystkie dziewczta na wyspie rycerza Gerharda - lecz ona jesieni zamierzaa opuci
wysp, a kt na staym ldzie zechce poj tak kobiet za on? Nic nie miaa, nawet pary
chodakw, a serce rozsadza bl od stale rosncej tsknoty, ktra wci nie cicha mimo
kolejnych bolesnych ciosw, ktre zadawano Vendelin.
Varg sta nieruchomo, obserwujc twarz dziewczyny, ktra zdradzaa wszystkie jej
myli. Kiedy podniosa wzrok i napotkaa jego spojrzenie, natychmiast odwrci gow i
prdko dosiad konia.
Vendelin popatrzya na zebranych.
- Jaki jest rezultat walk?
Mogens westchn.
- Z pocztku, dopki ludzie rycerza byli zaskoczeni niezwykym oporem w lesie,
wszystko szo gadko. Teraz jednak zdoali si pozbiera i coraz gbiej wdzieraj si w las.
Dlatego musimy was przenie.

Zanim Varg zdy odjecha, Vendelin pospieszya z pytaniem:


- Co z twoimi atakami?
- Wszystko w porzdku - odpar. - Ale od tego mleka czuj si jak niemowl.
Vendelin umiechna si. Zatem zdoali zaradzi zatruciu.
Teraz pozostawaa tylko choroba w jego umyle. Rozpacz, ktra w cigu tych
wszystkich zych lat na stae zagocia w jego duszy, i odruchy agresji, do ktrych si ucieka,
by kto nie zrani go po raz kolejny.
A teraz chcia odda ycie.
- Varg - zacza.
Spojrza na ni z wysoka i powoli pokrci gow.
- Sdziem, e powiedzielimy ju sobie wszystko, co byo do powiedzenia. Ale ty
najwidoczniej nie rezygnujesz!
- Ale tobie nie wolno!
- Nie ty o tym decydujesz!
Popdzi konia i znikn.
Vendelin uya caych si, by si opanowa, zanim bya w stanie odwrci si do
pozostaych.
- Nie bierz sobie tak tego do serca, Vendelin - powiedzia Mogens. - Varg sam
najlepiej wie, e nigdy nie bdzie taki jak my. By moe sdzisz, e jestemy twardzi i zimni,
ale ju dawno temu przeszlimy to samo, co ty teraz. Bagalimy go, ebralimy, aby zmieni
zdanie, pakalimy nawet, ale on nie pragnie niczego poza mierci. Nienawi i ch zemsty
na rycerzu Gerhardzie to jedyne, co jego yciu nadaje sens.
- Nie wierz w to - odpara aonie.
- Co prawda to si zmienio, kiedy spotka ciebie, Vendelin, ale zbyt pno pojawia
si w jego yciu, on jest stracony i dobrze o tym wie. Poza tym, co dobrego by z tego przyszo
dla ciebie? Jeste prost dziewczyn z ludu. Pamitaj, e pewnie by ci zhabi.
Vendelin poczua, jak wielki kamie bezradnoci zaciy jej na sercu. Odwrcia si i
wesza do domu, eby spakowa najpotrzebniejsze rzeczy Kola.

Vendelin i Kol skradajc si przez las syszeli dochodzce z dala odgosy walki.
Opucili liczny domek z kwiatowym ogrodem i adne nie wiedziao, czy kiedykolwiek jeszcze go zobacz. Czy zastan ogrd stratowany, wszystkie te pikne kwiaty zniszczone? A
jak bdzie wygldao domostwo Kola, kiedy spldruj je wojacy? A moe Kola i jej ju nie
bdzie, zanim walki ustan?

Vendelin nie opuszczao bolesne przygnbienie, jej rozpacz z kad chwil stawaa si
wiksza. Czy kiedykolwiek zdoa zapomnie o swej gorzkiej tsknocie, z ktrej nikomu nie
moga si zwierzy?
Jak si teraz czu, czy y jeszcze?
Kol natomiast by radonie podniecony.
- Czy moja uomno jest bardzo widoczna? - spyta. - Tobie nie przeszkadzaa,
mylisz, e ona...
- Sprawia wraenie miej i rozsdnej - odpara Vendelin nie angaujc si w to, co
mwi. - Przypuszczam, e po pewnym czasie przestanie zauwaa twoje kalectwo, tak jak ja.
Musisz si nauczy z tym y, Kol.
- Spotkao mnie tyle niepowodze.
- Wiem. Mnie atwo jest dawa dobre rady.
Zatrzymali si nasuchujc.
- S ju blisko.
- Tak. Chyba lepiej bdzie, jak si pospieszymy.
- Ciekawe, jak si to wszystko potoczy...
- Obawiam si, e nie bdzie dobrze - odpar. Przedziera si midzy drzewami,
wsparty na swoich kulach. - Vendelin, zastanawiaem si nad przyszoci. Gdyby skoczyo
si dla nas le i rycerz wygraby walk, a ty i ja musielibymy ucieka... Czy zgodziaby si
ze mn zamieszka? Jako moja ona? Stan si wwczas nikim, nie bdziemy si rni
stanem, a odkd trafia do mego domu, nie potrafi y sam.
- A co z pann Kirsten? - spytaa cicho.
Po twarzy Kola przemkn cie.
- Ona yje wasnym yciem. Jako pan na Svartmosse mgbym by moe poprosi j
o rk, ale tak... Na c jej kaleka?
- A wic to tobie ma przypa tytu pana na zamku?
Wyprostowa si z dum.
- Owszem, mnie. Wtedy moja uomno przestanie mie znaczenie. Ale co powiesz na
moj propozycj?
Vendelin dugo si namylaa.
- Zawsze bye dla mnie dobry, Kolu, i jestem ci wdziczna. Ale przekonajmy si
najpierw, jaki obrt przybior sprawy, zanim co sobie obiecamy. Wiesz dobrze, e nie
jestemy stworzeni dla siebie. Przyja to bardzo duo, ale gdy serce gorzko pacze z tsknoty
za czym, czego nie moe dosta, naley si dobrze zastanowi przed podjciem wicych

decyzji. Dotyczy to nas obojga.


Z powag pokiwa gow.
- Jak zwykle masz racj. Zobaczymy, jak si potocz nasze losy.
Szli dalej w milczeniu. Nie posuwali si szczeglnie szybko, czsto z lkiem
rozgldali si dokoa, bo walki toczyy si teraz w pobliu. Wdrowali przez najbardziej
odleg cz lasu, ale nikt nie wiedzia, jak daleko zapuci si wrg. Vendelin pomagaa
Kolowi w trudniejszych miejscach, zawsze dyskretnie, starajc si rozmow odwrci jego
myli, by wszak taki przewraliwiony na punkcie swej uomnoci.
Nagle przystana, dech zaparo jej w piersiach.
- Kol, spjrz! Kary ko!
On take si zatrzyma.
- Tak, Varg przed udaniem si na zamek mia porozmawia z panem Tygem.
- Ale gdzie...?
Zatrzymaa si, syszc dobiegajce z przodu gosy, wzburzone, podniecone, ziejce
nienawici. Vendelin zapaa Kola za rk. To nie by pan Tyge. Varg, owszem, ale kim
mg by w drugi?
Niepewnie poszli dalej i nagle znaleli si na rwninie. Oboje zatrzymali si
przeraeni.
Akurat gdy wyszli z lasu, rozleg si gos Varga:
- Odejd na bok, Gorm! Jeste moim bratem i nie chc ci zabi.
Gorm Zy z pogard wykrzywi usta.
- Przyrodnim bratem, bkarcie! Wiedz, e ja nie mam takich skrupuw. Na zamku
zawsze bye intruzem. Sdzisz, e nie wiemy, e wanie ty stoisz za tym buntem?
Nie spuszczali z siebie oczu jak drapiene koty, obaj wycignli miecze. Jednak
podczas gdy Gorm zdawa si chtny do uycia broni, Varg przyj raczej pozycj obronn.
Vendelin nie naleaa do osb, u ktrych rozsdek zwycia nad uczuciami. Wybiega
na traw krzyczc:
- Przestacie, nie wolno wam! Przez cae ycie pragnam mie rodzestwo, wszystko
bym oddaa za brata lub siostr. Jestecie brami i chcecie si pozabija? Jak moecie!
Gorm opuci miecz.
- No prosz! A oto i dziewica we wasnej osobie!
Vendelin zatrzymaa si midzy nimi i usyszaa przeklestwo Varga.
- Dziewica z Lasu Mgie - rzek Gorm z umieszkiem. - Naley do mnie, wiesz o tym,
szalecze? Ojciec obieca mi j w zamian za sprowadzenie jej do zamku. Kiedy ju on si ni

nacieszy, bdzie moja. Czy nie jest liczna, Varg? Spjrz na to ono, na smuk tali i kostki!
Przysigam, e nie ma nic pod sukni...
- Zamknij si! - guchym gosem krzykn Varg. - Vendelin, odejd, nie stj jak
gupia!
Przesuna si nieco. I nagle Gorm odwracajc gow dostrzeg posta tworzc trzeci
rg trjkta, w ktrego rodku znalaza si dziewczyna. Na jego twarzy najpierw odmalowao
si niedowierzanie, potem poszarzaa jak popi.
- Kol? Kol Mody?
Przeegna si.
- Jak zwykle zabobonny - mrukn Varg z pogard. - To naprawd Kol, ywe
oskarenie przeciwko tobie i twemu ojcu.
Na polanie zapada cisza, sycha byo tylko szelest lici. Zowieszcza cisza
towarzyszya niespodziewanemu spotkaniu trzech braci i dziewczyny, z ktr wszyscy w
jaki sposb byli powizani.
Oblicze Gorma wykrzywia wcieko.
- Nie! Nie! - wrzasn. - To nieprawda! Kol Mody nie yje!
- Nie umarem - powiedzia Kol, chocia wargi mu dray. - Zdyem te zobaczy,
kto zada mi cios pak. To nie by Varg ani te nie ty, chocia ty w tym pomoge.
- Moi ludzie! - zawoa Gorm. Dopiero teraz Vendelin ujrzaa na skraju lasu tuzin
wojakw na koniach. Czekali tylko na rozkaz, by si wczy.
No tak, ju wczeniej zdumiao j, e Gorm Zy okazuje tak miao wobec dzikiego
Varga.
- Uciekaj, Kol! - zawoaa Vendelin. Sama natomiast postpia w sposb jak
najbardziej dla niej naturalny: szukaa ochrony u Varga.
Kol usiowa zawrci, ale w panice potkn si i upad. Lea na ziemi bez si, jczc.
- Biegnij - szepn Varg do dziewczyny. - Bierz mojego konia, ja musz ratowa Kola.
- Ale ich jest tak wielu, a ty tylko jeden!
- Nie utrudniaj mi jeszcze. Biegnij, prdko!
Tym razem posuchaa. Pognaa midzy drzewa.
Gorm Zy, ujrzawszy, e Kola mona ju uzna za pokonanego, wrzasn
rozwcieczony.
- apcie dziewczyn, gnuni pachokowie, i zaprowadcie j do rycerza!
Caa gromada jedcw pucia si w pogo za Vendelin.
- Nie wszyscy, przeklci durnie, nie wszyscy! - wrzeszcza Gorm, zorientowawszy si,

e zosta sam z brami. - Wracajcie! Wracajcie!


Oni jednak, jak psy gocze, ktre zwietrzyy zwierzyn, pdzili naprzd nie suchajc
histerycznego woania swego pana. Vendelin nie dobiega do wierzchowca Varga.
Pochwycono j, wierzgajc, ksajc i drapic, i cinito na siodo jednego z druynnikw
Gorma.
Zanim j uwieli, ujrzaa jeszcze, jak Gorm podnosi swj miecz ponad gow Varga, a
potem usyszaa suchy dwik. Kto wystrzeli z kuszy. Z lasu wyoni si pan Tyge, a Gorm
Zy zwali si na ziemi, trafiony jego strza.

ROZDZIA XVI
Cztery okna zamczyska, z ktrych sczyo si wte wiato, byszczay niczym oczy
zapatrzone w noc.
Jedno z nich byo oknem zimnej izby stranika wiey, ale sama wiea pogrya si w
ciemnoci. Winiowie nie potrzebowali wiata.
Vendelin obmacywaa domi wilgotne ciany. Przytulia policzek do muru, patrzc
przed siebie nic nie widzcym, rozmarzonym wzrokiem.
On siedzia tu w zamkniciu przez dugie miesice. W wilgoci przesyconej smrodem
zgnilizny, w tej potwornej mrocznej samotnoci. Moe jego donie wanie w tym miejscu
dotykay chropowatego muru? Moe wiedziony poczuciem bezsiy akurat tutaj tuk piciami
o kamienie?
Kiedy zamknito go po raz pierwszy, musia by mniej wicej w tym samym wieku co
ona. I nikt z rodziny nawet do niego nie zajrza...
Vendelin przesuna palcami po murze. Czy naleao oczekiwa, e pniej bdzie
zdolny obdarza blinich zaufaniem? Biorc jeszcze pod uwag fakt, e nikt nie cieszy si z
jego przyjcia na wiat, ktrym sprawi zbyt duo zamieszania. A im wikszy upr i
zdecydowanie wykazywa, tym bardziej si ode odsuwano.
Czy ona jako jedyna nie dostrzega w jego udrczonej twarzy przebysku
czowieczestwa, potrzeby wizi z blinimi? To nic, e potem j odepchn, wstydzc si
czuoci, jak jej okaza. Czy wobec tego miaaby nie znie teraz samotnoci w wiey, z
ktr on musia zmaga si tak dugo?
Przymkna oczy, przesuwajc policzkiem po kamiennej cianie.
On by tutaj...

W sali rycerskiej pona samotna pochodnia. Stranicy ukryli si w niszach, nie


mieli wchodzi do rodka ani nawet pokaza si zwalistej postaci na wysokim krzele, od
kilku ju godzin siedzcej nieruchomo. Rycerz zwiesi gow na piersi, wzrok jego pada na
kielich z winem, ale on go nie widzia. Zagbi si w wiat wasnych myli, ktre zdoayby
przerazi najdzielniejszego z mnych.
Rycerz Gerhard gotowa si do wybuchu straszliwej wciekoci.
Nic nie ukadao si po jego myli. Las Mgie okaza si kryjwk durnych chopw,
ktrzy pewnie nie wiedzieli nawet, o co walcz. Ludzie rycerza usiowali podpali las, lecz

deszcz sipicy przez ostatnie dni zdusi pomienie, z ktrych podnis si tylko kwany dym.
Wiedzia ju, kto si za tym wszystkim kryje. Tyge, pan na Svanetofte. Odpowie mu
za to.
A jednak nie. Svanetofte nie mona zaatakowa, to zbyt ryzykowne przedsiwzicie.
Sudzy Tygego skoczyliby za swoim panem w ogie, dwr te by dobrze strzeony. Rycerz
Gerhard nie mg straci wicej ludzi.
I Varg... Varg Szalony! Bkart, ktrego karmi przez te wszystkie lata tylko i
wycznie po to, by nie straci prestiu. Nikt spoza rodziny nie mg si dowiedzie, e rycerz
Gerhard jest rogaczem, zdradzonym mem. W dodatku krewni jego ony to ludzie zbyt
wpywowi, by mg si jej pozby. Ju dawno powinien by zabi tego szaleca. Nie mia
jednak uczyni tego otwarcie, a bkart zdawa si niemiertelny. Nie imaa si go trucizna.
Buntownik uszed z yciem, podczas gdy syn rycerza, Gorm, walczy na zamku ze
mierci. Jedyny godny ojca syn...
A ta historia z Kolem Modym?
Czoo rycerza pokryo si potem. Kol Mody y i mg wiadczy przeciw niemu!
Pani Ingeborg nigdy nie wybaczy mu synobjstwa, przele wieci swym wysoko
postawionym krewnym, a wtedy marny bdzie los jego, rycerza Gerharda. Na zawsze
popadnie w nieask, zostanie wygnany z zamku, by moe skazany na mier.
Do tego dopuci nie wolno! ycie byo rycerzowi nadzwyczaj drogie.
A wszystko z powodu tej dziewicy. Gdyby nie dowiedzia si o jej oporze, nigdy by
do tego nie doszo. Nareszcie udao si j pojma, lecz on ju jej nie chcia. Ale wemie na
niej srogi odwet.
Z jak dum stana przed nim i rzucia mu w twarz, e on nie ma ju nad ni adnej
wadzy, poniewa przestaa by dziewic! Ryczc z wciekoci pyta, kto omieli si zama
przysugujce mu prawo, jemu, rycerzowi Gerhardowi, panu na Svartmosse! A ta czarcia
crka odpara, e jeden z jego synw, ale ktry, mia odgadn sam.
Rycerz ponuro zwiesi gow jeszcze niej. Wiedzia, e Gorm poda tej
dziewczyny. Przekazano mu take, e mieszkaa razem z Kolem. Ale Kol przecie to ta sama
osoba co Toke, kuternoga! Rycerz Gerhard nie ceni wysoko kalek. Varg Szalony? Ze
suchw, jakie dochodziy rycerza, wynikao, e wczeniej nie ugania si za dziewcztami.
Ale sprzeciwianie si woli ojca - to do niego podobne.
Kady z nich trzech...
Plotki mwiy take o czarach. Nikt tak jak on nie lka si uroku. A pikna Vendelin
znaa si na sztuce leczenia, zajmowaa si zbieraniem zi, na pewno miaa na sumieniu

take inne potajemne sprawki. Jeden z jego ludzi donis mu take, e widziano j z ksik!
Zoliwy umiech jeszcze bardziej wykrzywi groteskowe rysy. Przynajmniej jej
odpaci. Ludzie oczekiwali, e czarownice ponios zasuon kar. Przyjd, dni krwi,
porzuc myl o walce, a jednoczenie przypomn sobie o jego potdze i o tym, e kiedy
moe si na nich zemci.
Ale to musi nastpi wkrtce, najlepiej ju nazajutrz. Las Mgie, ta siedziba zych
mocy, ktra przez cae lata drania go sw mroczn tajemnic, okaza si trudniejszy do
zdobycia ni si spodziewano. Jeli walki bd si przeduay, straci zbyt wielu ludzi. Na
szczcie posacy donosili o sukcesach...
Nagle zda sobie spraw z pustki panujcej na zamku. Zostaa tylko garstka
stranikw. Tylko im tak naprawd mg ufa.
Nikt mu tu nie zagraa. Vargowi Szalonemu zakaza wstpu na zamek po tym, jak w
niepojty dla nikogo sposb zdoa zbiec z wizienia. Zamek by niezdobyt twierdz. Chyba
e...? Co takiego powiedziaa pani Ingeborg o wschodniej wiey? O sabym punkcie, ktry
Varg usiowa zbada?
Musi jak najprdzej wysa tam ludzi.
Ale nie mia ju kogo wysa.
Rycerza Gerharda ogarn strach.

Pani Ingeborg take nie moga zasn. W nocnym stroju stana przy oknie i
spogldaa na wrzosowisko.
Kol... Czy to prawda? mylaa histerycznie. Czy rzeczywicie y, jej ukochany syn,
chopczyk, nad ktrego mierci rozpaczaa przez tyle lat? Powiadano, e Kol to Toke,
kuternoga, lecz to tylko plotki, jej syn nie mg przecie by kalek.
Ju wczeniej syszaa o Tokem z Lasu Mgie, lecz nigdy bliej si nim nie
interesowaa, by wszak czowiekiem bez znaczenia, jednym z poddanych we wociach jej
maonka. Gdyby to naprawd by Kol, natychmiast powiedziaby o wszystkim jej, swojej
matce!
I jeszcze ta dziewica, ktra podobno take mieszkaa w Lesie, ta sama, ktra omielia
si oznajmi jej, pani na Svartmosse, e Varg nie zabi swego brata, e nie mia okazji, by
chwyci za pak. Twierdzia te, e Varg przez cay czas zajmowa si bratem.
To byo ju zbyt wiele dla prostego umysu pani Ingeborg.
Pojmali wreszcie t dziewczyn, wtrcono j do wiey. To dobrze.
Rycerz nie chcia jej ju zna, i tak jest lepiej. Ale Katinka, ta plotkarka, szepna, e

ktry z braci, jeden z jej synw, odebra cze tej przybdzie. Bzdury, ktry z jej synw a
tak by si poniy?
Pani na Svartmosse na powrt zatopia si w swym nierzeczywistym, wolnym od wad
wiecie.

Czwarte wiateko palio si w komnacie Gorma. Lea nieprzytomny na ou,


dogldaa go jedna ze sucych. Od czasu do czasu zachodzia do niego, ale los rannego nie
bardzo j obchodzi.
Jeli Gorm Zy pragn mie przyjaci, ktrzy w cikich chwilach zatroszczyliby si
o niego, powinien zdoby ich dawno temu, teraz byo ju na to za pno.
Kiedy nad horyzontem pojawia si jutrzenka, cztery wiateka w zamku pony
nadal.

Pan Tyge wsta, zdrtwiay od wielogodzinnego leenia na brzuchu z kusz gotow do


strzau. Zbudzi Varga z krtkiego, jake potrzebnego mu snu.
- Tak cicho w lesie.
Varg take si podnis. Otrzepa dbowe licie i dba trawy z tozotego kaftana,
ktry, zdawaoby si ju cae wieki temu, wybraa dla niego Vendelin. Wiedzia, e tej nocy
powinien by speni dan obietnic, nagle jednak zabrako mu si. Myl o zabijaniu
przyprawiaa go o mdoci. Wszystko przestao mie znaczenie, czu tylko bezgraniczne
zmczenie. Wiea... Wiedzia, jak to jest siedzie w ciemnicy.
Ta straszna chwila poprzedniego dnia, kiedy Gorm pad, a Vendelin uprowadzono...
Varg natychmiast chcia ruszy za gromad jedcw, lecz pan Tyge go powstrzyma.
Druynnikw byo zbyt wielu. A kiedy Kol si zaama, nie mogc znie takiego napicia,
musieli przede wszystkim odprowadzi go na Svanetofte, gdzie opiek nad nim przeja
panna Kirsten. Kol zdoa si uspokoi na tyle, by wkroczy do dworu z godnoci.
A potem byo ju za pno, by zrobi co dla Vendelin. Co prawda Varg pomimo
ostrzee wyruszy natychmiast w pocig, wrci jednak pnym wieczorem nie odzywajc
si ani sowem, a twarz zastyga mu w kamiennej goryczy. Varg Szalony nie mia wstpu do
zamku.
- Nic jej nie zrobi - prbowa uspokoi go pan Tyge. - W najgorszym razie wtrc j
do wiey.
Varg obrzuci go wwczas takim spojrzeniem, e pan Tyge mia wraenie, i krew w
yach zmienia mu si w ld.

Las Mgie dawa dowody na to, e w peni zasuy na swoj nazw. Z ziemi i drzew
parowaa poranna rosa, spowijajc okolic wilgotnym welonem. Wrd potnych pni gosy
brzmiay gucho, jak to bywa tylko o wicie.
Zewszd nadcigali sprzysieni.
- Dugo ju nie widzielimy wroga.
- Czy to moliwe, e si wycofali?
- Na to wyglda. Nie rozumiem, dlaczego.
Chopi, prowadzeni przez dwch szlachcicw, ostronie przeprawiali si przez las.
Napotykali tylko trupy nieprzyjaci. Martwi jednak nie mogli im ju niczego wyjani.
Nagle rozleg si ttent kopyt; jeden ze sprzymierzonych galopem nadciga z
miasteczka. Zeskoczy z konia.
- Buduj stos! - zawoa. - Na wrzosowisku zaraz za miasteczkiem. Maj pali
czarownic, ju o brzasku! Zgromadzio si mnstwo ludzi, take wojownicy. Przyszed
nawet sam rycerz Gerhard.
- Vendelin!
W nastpnej chwili wszystkich ogarn gorczkowy popiech.

Vendelin znajdowaa si w stanie oszoomienia. Widziaa mnstwo ludzi, cae


gromady, lecz dostrzegaa ich jakby przez mg, nie zdawaa sobie sprawy, co si dzieje.
Ludzie milczeli, przeraeni, zdawieni smutkiem. Niektrzy kryli twarze w doniach, inni
usiowali ucieka, lecz powstrzymywali ich onierze. Wiedziaa, e rycerz Gerhard take tu
jest, chocia ukry si pod obszern peleryn, otoczony swymi druynnikami.
Mocno przywizali j do czego. Do drabiny? Po co? Vendelin staraa si zachowa
trzewo myli, lecz nie potrafia. Jakby podwiadomo zabraniaa mzgowi pracowa. Nie
miaa pojcia, e jedna z kobiet na zamku, zwyka kucharka trzymajca stron pana Tygego,
podaa jej rodek nasenny, by w ten sposb oszczdzi jej cierpie.
Teraz drabin podniesiono. Vendelin znalaza si wysoko w powietrzu, ludzie
wydawali jej si tacy malecy.
Poczua jaki ostry zapach. Dym? Gdzie si palio, daleko w dole, sypay si iskry z
wielkiego ogniska. Kto gono paka.
Jak dugo waciwie mieli zamiar trzyma j w grze? Drabina troch si chwiaa,
wia lekki wiatr, Vendelin czua si niepewnie, zawieszona midzy niebem a ziemi. Wok
niej byo tylko powietrze gste od kbw dymu.
Z tumu wzbi si w gr krzyk: Nadcigaj! Rycerze wichru nadcigaj przez

wrzosowisko! Ci, ktrzy zginli w bitwie pod wzgrzami Grmosse!


Rycerz wsta niespokojny.
- Ta kobieta naprawd jest czarownic! - wrzasn. - Ma konszachty z duchami!
Zgromadzonych w dole ludzi ogarn niepokj. onierze si zmuszali ich do
pozostania na miejscu.
Kto odczyta krtki tekst. Wyrok, przeklestwo...
Dym zacz dawi Vendelin w gardle. Pomienie wznosiy si do nieba, z ogniska
rozleg si huk. Ludzie krzyczeli ze strachu.
Rycerz Gerhard podnis rk.
Drabina zachwiaa si, stracia rwnowag i przy wtrze jednogonego krzyku tumu
Vendelin poczua, jak powoli osuwa si w d, w stron ognia.
Przed oczami przelatyway jej obrazy - twarze, dym, pomienie, konie, przed ktrymi
rozpierzchli si zgromadzeni ludzie, piekcy bl w oczach... I jaki czowiek pdzcy wprost
w ogie, ktry pochwyci j, kiedy wanie miaa wpa w nieznony ar.
Potem wszystko wok pociemniao i zalega cisza.

Wyrok na Vendelin sta si kropl, ktra przepenia dzban, wywoa bunt caego ludu.
Upiorni jedcy ze wzgrz Grmosse okazali si ywymi, z krwi i koci ludmi krewniakami i przyjacimi mieszkacw miasteczka. Wrzask wciekoci skierowanej
przeciwko znienawidzonemu tyranowi miesza si z trzaskiem ognia i zanim stranicy zdyli
si zorientowa, zostali niemal stratowani przez rozgniewany tum. Ludzie pana Tygego z
wycignitymi mieczami wdarli si w cib ludzk i natychmiast dopadli poplecznikw
rycerza, ktrzy usiowali umkn.
A rycerz Gerhard? Niczego nie pojmowa. Nikt nie prbowa ci mu gowy, chocia
dzika horda rozpdzia jego stra przyboczn. Zabrano go natomiast z tego niebezpiecznego
miejsca. Wrzucono na wz - potrzeba byo do tego ramion kilku silnych mczyzn - i w
otoczeniu co najmniej setki konnych i pieszych powieziono przez wzgrza Grmosse.
Kiedy rycerz zrozumia, e nie jest to bynajmniej podr ku ocaleniu, zla go zimny
pot, a twarz pobielaa mu ze strachu.
- Dokd mnie prowadzicie? - rykn. Nikt nie odpowiedzia.
Powtrzy pytanie groc, e jeszcze poauj.
Wreszcie jeden z jedcw odwrci si do niego. Rycerz Gerhard rozpozna
Mogensa, ktry kiedy suy w zamku.
- Na rozkaz naszego pana wieziemy ci tam, dokd nigdy nie omielie si zapuci.

Do Lasu Mgie. To najwaciwsze miejsce dla kogo, kto nosi w sobie tyle ohydnego za co
ty!
- Nie! - jkn rycerz. - Nie, wszdzie, tylko nie tam!
Nie doczeka si odpowiedzi.
Gorm! Przyprowad swoich ludzi! chcia ju krzykn. Ale Gorm lea ranny w
zamku Svartmosse, a jego ludzie zostali rozbici. Wz skrzypic potoczy si dalej po nierwnym wrzosowisku. Ciao rycerza bolenie odczuwao kady kopczyk czy rozpadlin w
ziemi. Potem dookoa pociemniao, wjechali do lasu, gdzie towarzyszy im szmer lici, a z
ziemi unosiy si czarodziejskie zapachy.
Rycerz Gerhard z przeraeniem rozejrza si dokoa. W cieniu drzew leay trupy,
trawa bya zdeptana po gwatownych walkach. A drzewa... Drzewa wycigay do niego swe
drapiene gazie!
Im dalej w gb lasu toczy si wz, tym gciej rosy drzewa i tym wiksza panowaa
wrd nich cisza. Nikt z towarzyszcych mu ludzi nie odzywa si ani sowem, tylko jego
wasny krzyk rozbrzmiewa w milczcym Lesie Mgie.
Podnis wzrok na spltane korony drzew. Z lici cicho szemrzc skapyway krople
wilgoci. Pradawne dzieje, zamierzche czasy, pogastwo, szeptay. Opary mgy niczym duchy
przemykay si wrd pni. Chlupotaa woda, mcona kopytami koni, Gerhardowi przez chwil si zdawao, e si potopi, wkrtce jednak teren zacz si wznosi.
- Mj syn Gorm zemci si na was! - wrzasn. - Syszae, Varg? Wiem, e jeste
wrd tego motochu.
Odpowiedzi nie byo. Groby nie poskutkoway, rycerz sprbowa wic proby.
- Varg! Nie moesz pozwoli, by traktowano mnie w ten sposb! Czowieka z twojej
rodziny! My, szlachetnie urodzeni, musimy trzyma si razem przeciwko plebsowi!
Spod kaptura ledwie da si sysze gos pana Tygego:
- Nie wysilaj si, rycerzu, Varga nie ma tu z nami.
Gerhard zamilk, lecz strach wci ciska go za serce.
Zaraz potem si zatrzymali, zepchnito go z wozu. Z chorej powierzchni moczarw
niczym olizge we unosiy si paskudne biae opary. Na rodku bagniska wznosio si co
strasznego.
Czy tam wanie chcieli go zaprowadzi? O, nie, bd musieli zrezygnowa. Nikt nie
zdoa zanie tam rycerza Gerharda, a na wasnych nogach z pewnoci nie pjdzie!
Otoczy go milczcy tum. Rozpoznawa twarze, nie tylko pana Tygego i Mogensa, ale
te wielu ze stray przybocznej, ktrzy opucili go ju dawno, a on przypuszcza, e

pochon ich Las Mgie. Ujrza kobiety z miasteczka, mode dziewczta, ktre zhabi, i
mczyzn, ktrzy je pniej polubili...
Wszystkim przyjdzie za to zapaci, a ju na pewno panu Tygemu! Svanetofte pjdzie
z dymem, nie ostanie si nawet jedna belka! Rycerz Gerhard ju zacz obmyla sodk
zemst.
Ludzie napierali ze wszystkich stron. Rycerz powrci do potwornej rzeczywistoci.
Mg i tylko jedn drog, t prowadzc przez kamienny mostek na kurhan.
Zawoa wadczym gosem: Zrobi miejsce! i pchn najbliej stojcych. Mia
jednak wraenie, e napotyka mur, tak ciasno stali ludzie. Sign po miecz i sztylet, lecz bro
mu zabrali.
Kiedy w bezradnym gniewie uderzy jedn z kobiet, przyja cios obojtnie,
popatrzya na tylko z bezmiern pogard.
Chocia si opiera, wepchnito go na mostek. aden dwik nie dobieg z tumu, nikt
si nie poruszy. Tylko ywy mur, nie do pokonania...
Nigdy nie powinienem by opuszcza zamku, pomyla. To ta przeklta wiedma mnie
stamtd wywabia. Chciaem zobaczy, jak umiera, ale rzucia na mnie czar, inaczej by nie
mogo!
Nagle uwiadomi sobie, kim by mczyzna, ktry wjecha w pomienie, i poczu, jak
wzbiera w nim nienawi. To naley pomci!
Gdy tylko znaleli si na pagrku, ludzie rozproszyli si wzdu brzegu mokrade.
Potem powoli, krok po kroku, pili si w gr, otaczajc rycerza coraz cianiejszym
piercieniem. Stara si wyrwa na zewntrz, na olep rozdawa ciosy, ale to nie odnosio
adnego skutku, natychmiast odpowiadano mu tym samym, i to w dwjnasb. Poza tym
bagnisko take stanowio niebezpieczestwo, cikie ciao rycerza z pewnoci prdko si w
nim zapadnie...
Wreszcie rycerz przesta szyderczo wykrzykiwa o kurzych mdkach i wiskich
ryjach chopw, teraz sycha byo tylko jego ciki oddech.
Przestrze wok niego nieustannie si zmniejszaa. Im wyej si wspinali, tym
cianiejszy stawa si ywy krg dokoa.
Kamienie! Poczu chd gazw na plecach, serce uderzyo mocniej, boleniej.
Cuchno od niego strachem. Oczy, dziko rozbiegane, rozglday si w poszukiwaniu ratunku.
Puca dyszay niby kowalskie miechy.
Poczu, e kto cignie go za opocz, z trzaskiem zerwano mu j z grzbietu. Nie
zdy zaprotestowa, kiedy to samo stao si z kaftanem i koszul. Nie zwaajc na dzikie

krzyki sprzeciwu, zdzierano mu z karku kolejne czci ubrania.


Toczyli si coraz bliej paskiej pki, na ktr si schroni, cho to raczej niecise
okrelenie, bo przecie zmuszono go, by na ni wszed. Kiedy cignito mu spodnie, upad
na ska. Ludzie wok tworzyli zwart cian, zza ktrej nie byo go ju wida.
Tylko jeden czowiek obiema rkami podnis w gr miecz jak przy skadaniu ofiary
pogaskim bokom.
Krzyk rycerza przeszy powietrze, ponis si po lesie i zamar ucity.

ROZDZIA XVII
Ale Vendelin nic o tym wszystkim nie wiedziaa. Wiele godzin pniej obudzia si w
nieznanym pokoju w mikkiej, chodnej pocieli. Pieka j twarz i jedno rami, bolay oczy.
Kiedy prbowaa ich dotkn, palce napotkay co obcego - banda.
Po gosie poznaa, e mwi do niej pan Tyge:
- Jeste na Svanetofte, Vendelin. Oczy poparzy ci ogie stosu, ale niedugo powinna
wydobrze. Oparzenia s nieznaczne, a twoje pikne wosy tylko si osmaliy. Na ramieniu
masz porzdnego siniaka, ale to nic powanego. I jako kobieta na pewno chtnie si dowiesz,
e nie bdziesz miaa oszpeconej twarzy. Teraz wypoczywaj, zawsze kto bdzie przy tobie
czuwa.
- A rycerz?
- Nie yje.
To znaczy, e i Varga nie ma! Vendelin ciko westchna, poczua, e na sam myl
o tym sabnie.
Zorientowaa si, e w pokoju jest jeszcze kto, kto mocno trzyma j za rk. Znw
zapada w sen.
Kiedy przez otwarte okno wpado chodne powietrze nocy, ockna si i poprosia o
wod. Gorce donie natychmiast byy przy niej i poday puchar. Nieco pniej znw si
obudzia, tym razem ciaem jej wstrzsa niepohamowany pacz. Donie pomogy jej usi, a
potem ramiona zamkny w objciach. Zasna, wci szlochajc.
Kiedy nasta wit, zdjto jej banda z oczu, ale nadal widziaa wszystko jak przez
gst mg. Pokj, meble, wiato wpadajce przez okno...
Jaki cie przysiad na jej ku. Do, ktr znaa ju tak dobrze, dotkna czoa
dziewczyny.
Czynia wysiki, by ujrze twarz tego czowieka, ale to okazao si niemoliwe.
Rozrniaa tylko czarne wosy i mocne szerokie barki. W pewnym momencie szalona myl
przyprawia j o zawrt gowy, ale on przecie nie y. Zreszt nigdy by jej nie dotyka z tak
agodnoci. Zrozumiaa, kto przy niej jest.
- Kol - szepna.
Do opada z jej czoa.
Musiaa mu co powiedzie, i to jak najszybciej.
- Kol... zastanawiaam si nad tym, o co prosie mnie przedwczoraj. ebym, jeli nam

si nie powiedzie, zostaa przy tobie jako twoja ona. Wybacz mi, Kolu, ale nie mog. Sam
pewnie dobrze wiesz, dlaczego?
- Nie - szepn.
- Nic na to nie poradz, ale dla mnie nie istnieje nikt inny poza Vargiem, nigdy nie
byo adnego innego i nie bdzie. On ju nie yje, lecz to niczego nie zmienia. Depta mnie i
odpycha od siebie tysickrotnie, a mimo to kocham go, coraz mocniej i rozpaczliwiej. To
musi by mio, Kol, skoro tsknota za nim nie chce znikn? Chocia jego ju nie ma,
chocia gardzi mn, szydzi i nigdy nie dawa adnej nadziei?
Kol nie odpowiedzia, siedzia w milczeniu, nieruchomo.
- Wiesz, e mnie wzi gwatem, prawda? Nie, to ze okrelenie, pragnam tego z
caego serca, ale nie w taki sposb, bez czuoci i ciepa. Nie chcia zrozumie, e nigdy bym
go nie zdradzia, on... Nie, nie chc o tym mwi. Chciaabym tylko...
Urwaa.
- Co takiego, Vendelin? - szepn Kol.
- Nie, nic. To co midzy Vargiem a mn, lecz on by tego z pewnoci nie chcia.
Przecie nawet mnie nie lubi.
Gos jej zamar.
Wyczua, e mwi niejasno, wic dodaa troch bez zwizku:
- A ponadto ty masz pann Kirsten.
Kol nie odpowiedzia.
- Tak bardzo mi go brak, Kol! Bezgranicznie! Nie chc ju y!
Mocna, dajca poczucie bezpieczestwa do zacisna si wok jej palcw:
- Odpocznij teraz!
Usuchaa, przymkna oczy nie wypuszczajc jego rki. Po chwili poczua, e uwolni
do i pogadzi po policzku. Potem ostronie si podnis.
Vendelin, syszc jego kroki, w jednej chwili oprzytomniaa i otworzya oczy.
Ujrzaa cie postaci odchodzcej od ka prawdopodobnie po to, by zamkn okno.
Wpatrywaa si, wytajc wzrok najbardziej jak tylko moga, lecz w krokach idcego nie
moga dostrzec nawet ladu utykania. Ta posta bya te o wiele wysza ni Kol...
- Varg! - krzykna.
Gwatownie odwrci si w stron ka.
- Nie drwij ze mnie - szepna bez tchu. - Nie mw, e jeste Vargiem, jeli nim nie
jeste!
Nie otrzymaa odpowiedzi. Czekaa, nie miaa oddycha.

Trwaa pena napicia cisza, posta wci staa nieruchomo. Wreszcie Vendelin
usyszaa:
- Witaj, maa wrono!
Teraz, kiedy nie mwi ju szeptem, poznaa ten gboki, lekko zachrypnity gos.
- Varg, to naprawd ty! - zakaa, nie mogc zapanowa nad wzruszeniem.
Zaraz jednak ukrya twarz w poduszce.
- Tak duo powiedziaam... Wybacz mi, zapomnij, co syszae, nie drwij ze mnie ju
wicej! Nie znios kolejnych ciosw, nie teraz!
- Nie mam zamiaru ci bi! - prychn. - Przesta paka, gupia gsko. Chciabym z
tob porozmawia.
Potrzsna gow.
- Zapomnij o wszystkim, co powiedziaam!
- Wstawaj! - sykn przez zby i stanowczym ruchem podnis j z ka.
Vendelin jkna, rami j zabolao, zacza je rozciera, a on podszed do okna.
- Czy to ty bye tu w nocy? Przez cay czas? - spytaa cicho.
- Ja? Nie - odrzek obojtnie. - Chyba Kol. Albo pan Tyge. Ja wszedem dopiero teraz,
wanie w tej chwili.
O, nie, pomylaa Vendelin. Widziaam, jak wstajesz, zdradziy ci te twoje rce. Ale
jak sprawi, by si do tego przyzna? To chyba niemoliwe!
- Taka byam zrozpaczona, Varg. Rycerz nie yje, a ty take miae odebra sobie
ycie.
- Jak mogem? - odpar zaczepnie. - Przecie zostaa ranna!
- Miao to dla ciebie jakie znaczenie?
On jednak nie tak atwo da si zapa w puapk.
-

Musiaem

dopilnowa,

aby

ty

najpierw

znalaza

si

poza

zasigiem

niebezpieczestwa.
Najpierw? Vendelin natychmiast zapomniaa o tym, e chce przyapa Varga na
kamstwie, i miertelnie si przerazia.
- Ale, Varg, nie wolno ci!
- Moje ycie nie jest wiele warte.
- Dla mnie owszem!
Podszed z powrotem do ka i stojc spoglda na ni z gry. Potem potrzsn
gow.
- Ty chyba nigdy si nie poddasz!

Twarz Vendelin wyraaa ogromne zmczenie i rezygnacj. Oczy przymkna, kciki


ust jej opady.
- Nie, Vargu, wanie si poddaj. Wiem, e yjesz, i to mi wystarczy.
Stan zaskoczony.
- Moesz teraz odej - powiedziaa bezbarwnym gosem. - Ja ju nic nie chc.
Przypadkiem usyszae, e ci kocham, zreszt chyba nigdy nie byo to dla ciebie tajemnic.
Ale c mog pocz z mczyzn, ktry si mn nie interesuje, nie potrafi mi okaza nawet
odrobiny czuoci. Poddaj si, nie mam ju si, bardzo prosz, odejd teraz, twoja obecno
sprawia mi tylko bl, nie rozumiesz?
Te sowa wzburzyy go tak, e a usiad na brzegu ka.
- Mwisz prawd? - spyta z przejciem.
- Tak - odpara udrczona. - Prawd. Chce mi si tylko paka, wic id sobie!
- Moesz si wypaka na moim ramieniu.
- Nie drwij ze mnie!
- Obejmowaem ci w nocy, prawda? - krzykn.
Vendelin ogarn gniew.
- A wic przyznajesz, e tu bye?
- Tak, uspokj si wic teraz, ty beczko z prochem! - Wycign do niej rce.
Patrzya na niego nieufnie, poniewa jednak niewiele moga zobaczy, nie
rozpoznawaa wyrazu jego twarzy.
- Chod, nie bj si! - usiowa nada swemu gosowi agodne brzmienie, lecz nie
potrafi skry niecierpliwoci.
Nigdy jeszcze nie odezwa si do niej w ten sposb, Vendelin wic zacza si waha.
- Nie znios wicej rozczarowa - owiadczya.
Nie odpowiedzia, tylko niezgrabnym ruchem uj jej donie, a Vendelin wysuna si
z ka. Wprawdzie ubrana bya tylko w nocn koszul, lecz strj nie mia w tej chwili
znaczenia. Usiada Vargowi na kolanach i otara zy jego koszul.
Varg przytuli twarz do jej wosw i koysa j delikatnie w przd i w ty, tak jak to
robi w nocy. Kiedy ustami musn jej skronie, zadraa w uniesieniu.
- Nie jestem jeszcze zdrw, Vendelin.
- Ale znalaze si na najlepszej drodze do wyzdrowienia, prawda?
- Czeka mnie jeszcze wiele mrocznych chwil.
Gos zabrzmia ostro, jakby mia stanowi przeciwwag dla tego wyznania.
- Pozwl mi dzieli je z tob - cicho poprosia Vendelin. - Doskonale wiem, e nie

moesz si ze mn oeni, bo nie jestem szlacheckiego rodu, lecz jeli tylko mog ci by
podpor...
Przycign j do siebie mocno, za mocno, ale wci jeszcze nie umia zachowa si
inaczej.
- Nie pozwol, by bya naonic, ktr wszyscy traktuj z gry. Zbyt mocno ci
kocham.
Vendelin miaa wraenie, e serce przestaje jej bi. Wstrzymaa oddech.
- Varg! Co ty powiedziae?
- Dobrze syszaa! - rzek gniewnie. - Jakich zapewnie ode mnie oczekujesz? Od
pierwszej chwili byem tob optany, jakby rzucia na mnie urok, dobrze o tym wiesz!
- Skd mogam wiedzie? Chyba nie na podstawie twego zachowania? - oburzya si
Vendelin.
- Mao rozumiesz - odpar, patrzc jej z bliska w oczy.
Teraz Vendelin zorientowaa si, e jest rwnie wzburzony jak ona. Dla Varga
Szalonego nie bya to atwa sytuacja.
- Czy nie pojmujesz, e nienawidziem ci i przeladowaem, bo ci nie dowierzaem, a
poza tym na uczucia, jakie we mnie budzia, w moim yciu penym nienawici i pragnienia
zemsty nie byo miejsca?
Vendelin westchna gono i dalej suchaa jego z pocztku jeszcze agresywnych, a
potem spokojniejszych ju wyjanie:
- Zrazu traktowaem ci jako niezwykle urodziw wieniaczk, ktra, jak si zdawao,
moga odpowiedzie na udrk, od dawna szarpic moje ciao. Pomylaem sobie, e nie
bdziesz miaa nic przeciwko krtkiej przygodzie, i wydawao mi si, e co do tego
umielimy si porozumie. Wahaem si jednak, nie chciaem ci skrzywdzi, chocia nie
bardzo wiedziaem, dlaczego. Z czasem uwiadomiem sobie, jak bardzo si omyliem,
zarwno co do ciebie, jak i do siebie samego. W obojgu nas kryy si uczucia gortsze, ni
przypuszczaem. Mj Boe, jakim durniem si poczuem!
Vendelin przytulia si mocniej, twarz jej zajaniaa szczciem.
Varg mwi dalej, nie przestajc tuli jej do siebie.
- Mylaem o tobie dzie i noc, moje nogi same wiody mnie do Lasu Mgie,
wiedziaem, e nie jeste tani dziwk, lecz samotn, ufn dziewczyn, ktra w piknej
gwce ma sporo rozumu. Jednoczenie podaem ci coraz bardziej i czuem, e ty masz na
to odpowied. Wszystko to razem wywoao ogromny gniew na ciebie, bo nie miaem czasu
ani sumienia, by wciga ci w moje ndzne ycie... Tak, nie przesyszaa si, sumienia!

Wpadem w sza, tym bardziej e ju od lat systematycznie podtruwano mnie jadem, ktry
atakuje rwnie umys, tak e czowiek przestaje nad sob panowa. Z pewnoci czujesz, e
jeszcze nie do koca udao mi si pozby trucizny z ciaa?
Vendelin kiwna gow, lecz miaa wiadomo, e Varg staje si coraz spokojniejszy
ju choby tylko dlatego, e moe opowiedzie jej o wszystkich trudnych przeyciach, ktre
stay si jego udziaem.
- Byem take zazdrosny o Kola - rozemia si ironicznie. - Raz zakradem si pod
wasze okno i zajrzaem do rodka, ale wy tylko zajmowalicie si czytaniem, ty sylabizowaa, a on wyjania. Zawstydziem si jak skarcony pies i jeszcze bardziej ci po tym
znienawidziem.
Vendelin zadraa, a on powid domi po cienkim ptnie koszuli, ciepo jego doni
przenikno w gb jej ciaa.
- Zimno ci?
- Nie, nie! - zaprzeczya szybko, przestraszona, e znw kae jej si pooy do ka.
Pragna, by ta chwila nigdy si nie skoczya.
- Wybacz mi wszelkie zo, jakie ci wyrzdziem - szepn, a jego gos zabrzmia
nadspodziewanie agodnie. - Kade ze sowo, ktre wypowiedziaem, ranio mi serce, lecz
nie potrafiem si powstrzyma. Wybacz mi, e drwiem, kiedy rozpaczaa nad mierci
babki, widzc z daleka kondukt pogrzebowy. Nie rozumiaem ci, bo nie potrafiem paka z
alu nad ludmi, powinienem jednak okaza szacunek gbokiemu, szczeremu uczuciu. Ach,
tyle za wyrzdziem!
- Wiem, e bye chory. I ja ci nienawidziam, brzydziam si tob. Teraz jest inaczej.
Czy nie moemy o wszystkim zapomnie i zacz od nowa?
Umiechn si ze smutkiem.
- Wci gotowa, by wybacza! Czy wiesz, co dodawao mi otuchy w tych ostatnich,
jake trudnych dniach, kiedy przez dziaanie trucizny miertelne znuenie ogarniao moje
ciao?
Vendelin bardzo chciaa to usysze.
- Twoja wiara we mnie, twoja niezomno, ktra pomagaa ci si podnie po
wszystkich ciosach, jakie ci zadaem. Nie chciaem ci zrani, moja maa wrono, lecz nie
potrafiem postpowa inaczej!
A wic decyzja, e okae mu agodno i dobro, jednak pomoga, cho zdaniem
Vendelin nie wszystko jej si udao.
- Kiedy poprosie mnie o pomoc - rzeka wolno. I tej proby nigdy nie zapomniaam.

Och, Varg, tak bardzo si zmienie! Jeste taki agodny i czuy, a zawsze tak si przed tym
bronie, jak nie ujedony rebak przed siodem!
- Tak, bo nauczyem si, e twardo jest najlepsz ochron przed ciosami, jakie
zadaj inni. Staem si tak twardy, e ju nic nie przenikao w gb mej duszy. Kiedy jednak
jechalimy przez wzgrza Grmosse i mylaem o tobie i o stosie, nie wiedzc, czy zdymy
przyby na czas, wtedy zrozumiaem, ile dla mnie znaczysz.
Mw wicej, pomylaa Vendelin, moszczc si na jego kolanach jak kotka,
wdychajc ciepo bijce od piersi, na ktrej w rozpiciu koszuli wci wida byo lady ran. I
rzeczywicie Varg jeszcze nie skoczy mwi.
- Wiesz, nie tak atwo jest zmieni si w jeden dzie. Najbardziej jednak zabolay
mnie twoje sowa o tym, e ze mnie rezygnujesz. Zorientowaem si, e naprawd tak
mylisz, i wystraszyem si do szalestwa. Jeli moja natrtna maa wrona nie miaa wraca
do mnie za kadym razem, kiedy zachowam si jak gupiec, to jak mogem mie nadziej?
Jak nieznonie puste ycie mnie czeka? I wtedy dopiero zdaem sobie spraw, jak podle ci
potraktowaem. Postanowiem, e nie bd ju walczy z samym sob.
Podniosa wzrok, tak bardzo chciaa ujrze jego podune oczy drapienika i rzadko
goszczcy na wargach umiech, ca wychudzon, udrczon twarz, dostrzegaa jednak tylko
cienie.
- Varg - powiedziaa przestraszona. - Czy ja bd lepa?
- Bardzo le widzisz?
- Jak przez gst mg.
- Zdaniem Tygego nie poparzya oczu, olepiy je tylko pomienie. To powinno
min.
Skulia ramiona, jak gdyby chciaa si obroni przed zymi mylami. Varg siedzia
nieruchomo, nie mg si napatrze na wdziczn istot przytulon do niego. Opowiedzia
Vendelin o zamkowej kucharce, ktra podaa jej rodek nasenny, aby unikna cierpie na
stosie. Dziewczyna wzruszona poprosia, by przekaza tej dobrej kobiecie serdeczne
podzikowania. Potem znw umilka.
Wreszcie spytaa:
- Zastanawiaam si... czy to przypadkiem nie ty wjechae w pomienie i zapae
mnie?
- Owszem, ja - rozemia si. - Ale w pomienie nie wjechaem, gdyby tak byo,
pewnie leabym teraz ciko poparzony. Wcale te ci nie zapaem, chocia tak ci si mogo
wydawa. Chwyciem drabin i zdoaem j odcign, zanim si przewrcia. Uderzya si

w rami, ale niespecjalnie mocno. W ten sposb unikna poparze.


Vendelin zamylona pokiwaa gow. Od Varga bio takie przyjemne ciepo. Skromnie
zakrya kolana koszul.
- Przesta si tym przejmowa - umiechn si. - Czy nie za dobrze si ju znamy?
Vendelin, wtedy, przy tajemnym szaasie Kola, nie mog tego zapomnie... Nigdy nie
przeyem czego tak wspaniaego, cho pniej zepsuem wszystko. Czy ty te tak uwaasz?
- Tak, chocia wcale nie byo to idealne, zabrako czuoci.
- Ona przyjdzie, moja kochana! Czeka nas tyle dozna! Zapomnij wic o koszuli,
ktra stale si podwija. Lubi na ciebie patrze i o tym take wiesz.
W odpowiedzi wtulia nos w jego szyj. Wci nie moga uwierzy, e to Varg, ten
sam Varg, za ktrym tak tsknia i ktrego tak bardzo si baa.
Varg Szalony...
Nie - Varg, miertelnie zranione dziecko. Zmuszone, by otoczy si tward skorup.
Teraz wyrs z niego silny mczyzna i skorupa moga pkn.
- Powiedziae, e rycerz nie yje?
- Nie yje, ale mnie przy tym nawet nie byo.
Vendelin poczua, e kamie spad jej z serca.
- Nie chciaem ci opuszcza - powiedzia mikko, nawijajc sobie jej wosy na palce.
- Kto to zrobi?
- Podobno jaki czowiek z miasteczka wznis miecz. Ale o jego imieniu naley
zapomnie, uczyni to dla wszystkich.
- A... Gorm?
- Zmar wczoraj wieczorem z odniesionych ran. Kol jest teraz w zamku u swojej
matki.
Vendelin zauwaya, e Varg nigdy nie nazywa rycerza i pani Ingeborg ojcem i matk.
Czy jednak mona byo tego oczekiwa?
- Stracia jednego syna i odzyskaa drugiego - powiedziaa cicho Vendelin. - To musia
by dla niej okropny wstrzs.
- Da sobie rad! Odzyskaa ukochanego Kola. Niczego wicej nie brakuje jej do
szczcia.
- Varg! - Wsuna mu rk pod koszul. - Czy wci mylisz o mierci?
Zadra od jej dotyku.
- Przesta! Masz tak cienk bielizn, a jeste chora!
- Nie tak bardzo! - mrukna, ale cofna rce. - Nie odpowiedziae na moje pytanie.

- Nie wiem. By moe zdoalibymy znale jakie wyjcie. W kadym razie moemy
sprbowa.
- O, tak, bardzo prosz - bagaa, chocia w gbi duszy bya przekonana, e on
porzuci ju samobjcze plany. - Varg, jak sdzisz, czy Kol zezwoli mi teraz zamieszka w
jego domku w lesie? Nie potrzebuje go ju, a ja tak bardzo chciaabym si zaj ogrodem.
Na wspomnienie trudnoci, jakie wci jeszcze ich czekay, po jego twarzy przebieg
grymas blu.
- Zobaczymy.
Uj w donie twarz dziewczyny i pocaowa czule. Delikatnie i dugo.
- Mj Boe, Vendelin! - jkn. - To jest jak powrt do ciepego blasku soca po
dugiej wdrwce w mroku!

Uraony gos pani Ingeborg powtarza monotonnie:


- Ale, Kolu, to niemoliwe! Nie moesz przecie si eni!
- Owszem - niemiao zaprotestowa Kol Mody. - Kirsten zgadza si mnie polubi
takim, jaki jestem.
Wdowa po rycerzu Gerhardzie zmieszana rozejrzaa si po piknej sali zamku
Svartmosse.
- Przecie dopiero wrcie do domu! Musz si tob zaj, nie moesz sam chodzi
po tych strasznych schodach, potrzebujesz te mojej pomocy przy ubieraniu i...
- Nie! - zdecydowanie owiadczy Kol. - Doskonale radz sobie sam i Kirsten dobrze
o tym wie, szanuje to.
Pani Ingeborg niechtnie popatrzya na mod kobiet, ktra wraz z bratem przybya
na zamek. Chce zabra Kola matce, gdy ta wanie go odzyskaa! Dobrze jednak wiedziaa, co
jej m witej pamici - cho co do tego miaa wtpliwoci - uczyni Kirsten ze Svanetofte.
To dao modej pannie pewn przewag.
- Protesty na nic si nie zdadz, matko - cign Kol. - Ja ju postanowiem. Zbyt
dugo yem sam, nie chc marnowa wicej czasu.
Pani Ingeborg obrzucia Kirsten krzywym spojrzeniem i wycigna wreszcie na
powitanie niechtn do. Zrozumiaa, e zmuszona jest robi dobr min do zej gry.
- Jeste bardzo stanowczy i samowolny, Kolu, przedtem taki nie bye. Bye ulegym
chopcem, ktry niczego nie zrobi wbrew woli matki. A wic witaj, Kirsten! Oczywicie
nasze rodziny nie s sobie rwne, ale zawsze si ciesz, kiedy dziewczyna znajdzie sobie
dobrego ma. Na pewno si porozumiemy, czy nas przecie mio do Kola, prawda?

Kirsten z rosncym niepokojem przeczuwaa cig walk o wzgldy Kola, wiedziaa


jednak, e on jej potrzebuje. Ona nie naleaa do najmodszych, a po tym, jak postpi z ni
rycerz, nikt ze szlachetnie urodzonych nie chcia jej za on. W dodatku zawsze lubia Kola, a
teraz by panem na zamku! Mio przyjdzie z czasem.
Pan Tyge myla swoje. Wdowa bya ju wiekowa i bardziej sabowita, ni sama
przypuszczaa. Rozkwita wprawdzie po mierci rycerza i powrocie Kola do domu, ale
Kirsten prawdopodobnie niewiele lat bdzie si musiaa z ni mczy. Takie rozumowanie
jest moe cyniczne, lecz jakie praktyczne.
- Varg! - pani Ingeborg jeszcze ostrzej zwrcia si do drugiego syna, stojcego w
przeciwlegym kracu sali. - Co ja sysz o tobie i tej wieniaczce? Oczy Varga zabysy.
- Dobrze syszaa, matko. Zamierzam si z ni oeni.
- W istocie doszy mnie takie suchy - rzeka surowo, uprzedzajc ewentualne
wyjanienia. - Ale o tym nie ma mowy. Co prawda na twoj korzy przemawia fakt, e
zaje si modszym bratem, lecz nie wolno ci uczyni nic wicej, co by okryo nasz rodzin
niesaw. Twoja wina i tak jest wielka. Jeli ju musisz, we j sobie na jaki czas i zaznaj
przyjemnoci, lecz w imi przyzwoitoci oe si zgodnie z wymogami naszego stanu. Rycerski syn...
- Nie jestem synem rycerza.
- Oka dobre wychowanie! - Na szyi pani Ingeborg wystpiy czerwone plamy. - Twj
ojciec by w kadym razie grafem!
- No i co z tego? Nie znam nawet jego imienia. Jestem tylko bkartem, dobrze o tym
wiesz, matko!
- Varg! Do tego! Noga tej dziewczyny nie postanie w zamku! Wystarczy kopotw,
jakich narobia, nie przestpi tego progu jako panna moda! To szalestwo!
- Nie miaem zamiaru wraca na zamek. Brzydzi mnie tu kady kt i nie dopuszcz do
tego, by Vendelin cigle przypominano o jej strasznych przeyciach. Gdybymy mogli
przej twj dom w lesie, Kol...
- Mj syn w ndznej chacie? - wykrzykna pani Ingeborg, zapominajc, e Kol
mieszka tam przez kilka lat. - Nigdy!
- Zaczekaj, Varg - wtrci si pan Tyge. - Przed kilku laty odziedziczyem dwr w
Skanii, Hrnatorp, ktry od tego czasu ciy mi niczym wyrzut sumienia. Od dawna ju
zamierzam go sprzeda. Dwr nie jest duy i przynosi cakiem niezy dochd. Jeli go
zechcesz, ujmiesz mi przynajmniej jeden kopot. Na pewno zdoamy si dogada co do ceny.
Varg patrzy na z namysem.

- Zgd si, Vargu - rozjani si Kol. - Matka i ja pomoemy ci zapaci.


Pani Ingeborg, ktra przypuszczaa, e najmodszy syn bdzie w jej rkach niczym
wosk, zrozumiaa nagle, e w tym towarzystwie nikt si z jej sowem nie liczy. Bez wzgldu
jednak na wszystko dobrze si stanie, jeli Varg i jego wtpliwa wybranka znajd si z dala
od zamku..
- Oczywicie, Varg, to wietna propozycja!
Varg wci si zastanawia. Porzuci wysp... Rozpocz nowe ycie w miejscu, gdzie
nikt nie bdzie traktowa Vendelin pogardliwie z powodu jej niskiego pochodzenia. Vendelin,
pani na Hrnatorp... w drogich strojach. Jaka bdzie pikna!
Szeroki umiech rozjani naznaczon tragicznymi przeyciami twarz.
- Dzikuj, Tyge. Przystaj na t propozycj bez wzgldu na cen, jak wyznaczysz!

Miesic pniej Varg prowadzi swoj mod on przez pokoje na Hrnatorp.


Vendelin, oniemiaa z zachwytu, dotykaa cian, gadzia doni rzebione futryny...
- To wszystko twoje, Vendelin - powiedzia wzruszony szczciem malujcym si na
jej twarzy. - Jeste tu gospodyni i moesz decydowa o kadej sprawie, ktra dotyczy tego
domu.
Umiechn si.
- Czy wiesz, e dotykasz wszystkiego, jakby nadal nie widziaa?
- Przyzwyczajenie - rozemiaa si zawstydzona. - Nauczyam si, jak mio jest czu
sprzty pod palcami. Staj si od razu blisze. A z moimi oczami ju wszystko w porzdku,
wiesz przecie.
Wybiega do altany.
- Ogrd! - szepna zachwycona. - Wprawdzie zapuszczony, ale wiele mona tu
zrobi! Bdziesz mia najpikniejszy ogrd w okolicy. I mogabym hodowa zioa... Chocia,
moe nie warto. Varg mia si uszczliwiony.
- Hoduj swoje zioa, kochana! Tu nie ma rycerza Gerharda, a jeli mnisi w klasztorze
nie opodal mog si trudni upraw zi, to moesz i ty.
Zmieszaa si pod jego penym mioci spojrzeniem, ale zaraz powrci jej entuzjazm.
- A ty znw moesz mie psa, i to nie jednego! Bd pracowa dzie i noc, aby
wszystko byo jak naley. Wszystko to nasze, Varg! Ach, jestem taka szczliwa!
Przytulia gow do ramienia ma i poczua jego spokojny oddech. Wiedziaa, e nie
doszed jeszcze cakiem do siebie. Szczeglnie trudne byy dla Varga noce. We nie rzuca si
na ku z krzykiem, czsto musiaa go budzi. Godzinami lea potem w jej objciach,

walczc z ogarniajcym go przygnbieniem, baga, by go opucia, bo nigdy nie


wyzdrowieje. Vendelin wiedziaa jednak, e nie naley powanie traktowa jego sw.
Zreszt ataki nastpoway coraz rzadziej, za kadym razem byy te sabsze. Czua, jak
bardzo Varg jej potrzebuje, i ta wiadomo dodawaa jej si, by moga go wspiera i pociesza, kiedy cay wiat widzia w czarnych barwach.
Teraz jednak, w opromienionej blaskiem soca altanie, to on trzyma j w ramionach.
Rozjaniona szczciem twarz dziewczyny zrobia na nim niesamowite wraenie. Kiedy
patrzy na jej now jasnoniebiesk sukni, na trzewiczki w tym samym kolorze, powrci
myl do pewnej nocy, kiedy to drobne, przeraone stworzenie wyszo na prg chaty i
skonio si nisko upiornym jedcom.
- Maa wrono - szepn czule. - Moja maa wrono!